diff options
Diffstat (limited to 'old/rnpz810.txt')
| -rw-r--r-- | old/rnpz810.txt | 12609 |
1 files changed, 12609 insertions, 0 deletions
diff --git a/old/rnpz810.txt b/old/rnpz810.txt new file mode 100644 index 0000000..752f002 --- /dev/null +++ b/old/rnpz810.txt @@ -0,0 +1,12609 @@ +The Project Gutenberg EBook of Ironia Pozorow, by Maciej hr. Lubienski + +Copyright laws are changing all over the world. Be sure to check the +copyright laws for your country before downloading or redistributing +this or any other Project Gutenberg eBook. + +This header should be the first thing seen when viewing this Project +Gutenberg file. Please do not remove it. Do not change or edit the +header without written permission. + +Please read the "legal small print," and other information about the +eBook and Project Gutenberg at the bottom of this file. Included is +important information about your specific rights and restrictions in +how the file may be used. You can also find out about how to make a +donation to Project Gutenberg, and how to get involved. + + +**Welcome To The World of Free Plain Vanilla Electronic Texts** + +**eBooks Readable By Both Humans and By Computers, Since 1971** + +*****These eBooks Were Prepared By Thousands of Volunteers!***** + + +Title: Ironia Pozorow + +Author: Maciej hr. Lubienski + +Release Date: June, 2004 [EBook #6000] +[Yes, we are more than one year ahead of schedule] +[This file was first posted on September 22, 2002] + +Edition: 10 + +Language: Polish + +Character set encoding: ISO-8859-2 + +*** START OF THE PROJECT GUTENBERG EBOOK IRONIA POZOROW *** + + + + +Etext produced by Michalina Makowska, Szczecin, Poland, +Eve Sobol, South Bend, IN, USA, and Julia Jezierska, Stawiszyn, Poland. + + + + + + +Title: "Ironia Pozorów" + +Author: Maciej hr. Łubieński + + + +PROLOG + + +Dniało... + +Leniwo, sennie pierzchały mgły przezrocze, tulące się dotąd w niemej +pieszczocie do ścian wielkiego grodu i wodnej, płynącej u stóp jego +fali. + +Wreszcie - znikły... + +Na wzgórzu ukazało się miasto. Z wysoka, iglicami katedry, licznymi +gmachami i zżółkłą zielenią ogrodów przejrzało się dumnie w nurtach +szarych rzeki, a po szybach okien domów jego zamigotał równocześnie +pierwszy bladawy promyk chmurnego jesiennego świtu. + +Na poddaszach krytego cegłą staromiejskiego domku nieprzesłonięte niczem +okno jedno zaśmiało się weselej od innych do matowego porannego światła. +Ciekawie do wnętrza facyatki wśliznął się brzask smętny. + +W pokoiku, o paru najniezbędniejszych tylko sprzętach, na razie nie było +nikogo. + +Pościel nienaruszona bieliła się dość schludnie, wszystko wokoło zaś +wskazywało wyraźnie, iż właściciela siedziby tej od wczoraj już nie +było, puls bowiem kiełkującej tu jakiegoś jednego życia, zastygły w +panującym wszędzie nieporządku, wyraźnie oczekiwać się zdawał cierpliwie +na swego pana i władcę. + +Tymczasem zaś tylko po niezamiecionych kątach błąkały się pustka i nuda, +a nietrudno było domyśleć się, że bieda w swej ziemskiej wędrówce +zaglądać tu nieraz musiała... + +Gościnę jej bowiem zdradzało tutaj - wszystko. A więc i ubożyzna mebli i +atmosfera jakaś duszna, wreszcie to coś niewidzialnego, nieokreślonego, +z kątów, ze ścian, zewsząd, wyzierającego, co, jak widma cień, szeptem +jakby, mówi wciąż o sobie i łzawo się skarży. + +W przedziwnie zgodnej, panującej tu ogólnie harmonii szarzyzny, +melancholii i smutku, dźwięczała jednak, drgała, niby uśmieszek radosny, +jasny, nuta weselsza. Była zaś nią stojąca w rogu pokoju, na komódce +staroświeckiej, zniszczonej, w inkrustowane, wykwintne ramy oprawna +fotografia gabinetowa młodej dziewczyny, ku której z obok stojącej +szklaneczki małej wychylała się pieszczotliwie w rozkwicie swym śliczna +aksamitna pąsowa świeża róża. + +Dziewczę i róża patrzyły na siebie, lecz królowa kwiatów z sąsiedztwa +swego dumną być tylko mogła. + +Z martwej bowiem kartki kartonu, spoglądała na świat dużemi oczyma cudna +twarz dziewczyny, a zaklęty w rysach i układzie całej postaci nieujęty +jakiś wdzięk - ta siła największa kobiety, oporna na lata i burze życia, +świeża zawsze, jak kwiecie wiosny - szła na widza i chwytała go za +serce, czarując natychmiast swem słabem bądź co bądź tylko artyzmu +ludzkiego odbiciem. + +Odosobnienie zaś wyraźne rogu izdebki, gdzie stała fotografia, od +otaczających i rozrzuconych po pokoju sprzętów, oraz pewna czystość +staranna, cechująca to miejsce - świadczyły sobą również aż nadto, że +nieobecny właściciel mieszkanka tego dbał wielce o ten zakątek, +zdradzając przytem, że i on w biedzie swej miał może jakąś chwilkę +jasną, jakieś swoje marzenie!... + +Tak, niewątpliwie!... + +Siła bowiem jakby ukryta, a nieujęta jednocześnie i dziwna, biła od tego +kącika pamiątek; zdawał się być on jedynym uśmiechem smutnego zkądinąd +tu bytu i jedyna również kapliczka, nikłego złudnego zapewne jakiegoś +szczęścia, ale zawsze - szczęścia. + +W szarą nędzę istnienia "pana", zamkniętej w tych ścianach biedy, życie +wplątało widać jakąś nić złotą, rzuciło na osłodę hojnie i litościwie +pęk duchowych promieni!... + +Tymczasem w ciszy izdebki nie przerywało nic zgoła... Przez małe okienko +widać tu było spiętrzone dachy z czerwonej cegły, kominy; dalej, w dole, +srebrzyła się rzeka, a środkiem niej cicho sunęła właśnie berlinka, +zdążając ku miejskiej przystani. + +Z wieży którejś z poblizkich świątyń w ogólnem milczeniu melodyjnie +rozległ się niebawem dźwięk sygnaturki porannej. Monotonne nieco +popłynęło w dal echo z dzwonu, a zawtórowały mu wkrótce świstawki +licznych fabryk, turkot wozów z mlekiem i pieczywem, oraz inne, płynące +zewsząd odgłosy. + +Powolnie budziło się już miasto. + +Krętymi uliczkami staromiejskiej dzielnicy zdążał krokiem równym i +szybkim ku opisanej powyżej siedziby swojej młody mężczyzna, rosły i +gibki, ubrany w jesienne palto i pognieciony miękki kastrowy kapelusz, +nadający śniademu obliczu jego i bujnemu zarostowi wyraźny typ jakby +południowca z Zachodu. Szedł on, pogwizdując z cicha, z rękami w +kieszeniach, zamyślony, a po wyminięciu kilku przechodniów, skręciwszy w +uliczkę wązką i głuchą, znalazł się na niej sam zupełnie. + +Po chwili jednak z poza węgła staroświeckiego domu, tworzącego róg tej +ulicy, wysunęła się pewna postać i poczęła iść w ślad za nim. + +Była to biedna jakaś babina, a snać nieco podpita, bo zataczając się z +lekka, krzykliwie podśpiewywała coś sobie. Mała, krępa, okręcona +czerwoną wełnianą chustką i w takiejże spódnicy, kołysała się ona +zabawnie, przystając co kroków kilka, i niby baletnica szybko wykręcając +się na jednej nodze. + +W swe kościste ręce spódnicę ujmowała przytem pociesznym ruchem, a z +pełną komizmu gracyą unosząc ją wyraźniej i głośniej powtarzała ostatnią +piosenki zwrotkę, i szła dalej, aby w parę minut ponownie wykonać też +same identycznie produkcye. + +Idący ulicą mężczyzna przystanął i patrzał ciekawie na babinę, wkrótce +jednak, znudzony, obojętnie odwrócił się i począł iść dalej. + +W tej samej chwili posłyszał za sobą wołanie: + +- Hej, panoczku, panoczku! Stójcie-no ino tam, stójcie!... + +Młody człowiek odwrócił się i ujrzał zmierzającą ku niemu kobiecinę; +trzymała coś w ręku i kiwała nań. Zdziwiony podszedł bliżej i zapytał: + +- Cóż to, czegóż ode mnie chcecie? + +Babina zaś, podając mu jakiś przedmiot, objaśniła: + +- A dyć zgubiliśta to panoczku!... Przez mała psewróciłabym se bez tę +torbę... + +Nieznajomy machinalnie ujął w rękę, co mu dawano. + +Trzymał pugilares duży, ciężki i elegancki; był on ze skóry koloru +wiśniowego i mile dotknięciem swem pieścił. + +Na ten widok zarumienione od porannego chłodu oblicze młodzieńca +zbladło, ręka mu zadrżała nerwowo, a na ustach, które z lekka poruszyły +się niedostrzegalnie, zamarły, jakby niewypowiedziane jakieś słowa. + +Jednocześnie spojrzenie jego dużych ciemnych oczu obrzuciło badawczo +uliczkę: wokół nie było nikogo, tylko zapuszczone story licznych okien u +domów patrzyły przed siebie martwem okiem - w ciszy uśpienia jeszcze +drzemało tu miasto. + +Przenikliwy, rozumny wzrok nieznajomego spoczął z kolei na twarzy +stojącej przed nim kobieciny, i zatrzymał się na niej długą chwilę... + +Zdawała się ona być ze wsi, a Bogu duszę winna, ucierała w tej chwili +swój nos zamaszyście, nieestetycznym i prymitywnym, ludowi naszemu +właściwym sposobem, mrugając równocześnie małemi, zaszłemi krwią, jak u +królika, oczkami. Niewątpliwie była przytem poweselałą od trunku, a nie +pijaną przed chwilą widać śpiewającą tylko - tak sobie, gwoli +zadośćuczynienia nastrojowi swemu, czy też może zbytkowi przyrodzonego +temperamentu. + +- Dziękuję wam! - Lakonicznie rzucił nagle nieznajomy, prosto w +piegowatą i czerwoną twarz babiny i odwróciwszy się z pośpiechem, +podniósł kołnierz paltota, wtulił w niego głowę, nasunął na oczy +kapelusz i począł iść bardzo szybko, wkrótce zaś puścił się prawie że +biegiem. + +- A to ci leci!... Niby ta elektryka, zrozumienia nijakiego niemająca, - +zawyrokowała głośno do siebie, wzruszając ramionami, kobiecina. + +Raźno z miejsca ruszyła i śpiewać znowu poczęła, echo zaś jej piosenki, +odbiwszy się o mury charakterystycznych, przygarbionych wiekiem kamienic +Starego Miasta - pognało za niknącym już w głębi uliczki mężczyzną, +ostatnią swą, dwukrotnie powtórzoną, zwrotką: + + "A kto kocha, ten jest zdrów, + A kto kocha - ten jest zdrów..." + +Zgrzytnął klucz w zamku cichej facyatki, otworzyły się gwałtownie +drzwiczki, i na progu stanął właściciel tego mieszkanka. Od powiewu, +wywołanego prądem powietrza, zadrżały firanki u małego okienka, ze +szklanego zaś kielicha pochyliła się ku fotografii młodej dziewczyny +róża aksamitna, jakby pragnąc z nią wspólnie powitać pana swego. + +- Nareszcie!... - wyszeptały z ulgą usta przybyłego i ruchem nerwowym, +zamknąwszy cicho drzwi za sobą, przekręcił klucz w zamku. + +Rzecz dziwna - natychmiast w czterech ścianach smutnej dotąd izdebki +zrobiło się jakoś weselej i jaśniej!... + +Młodość bowiem i siła szły, biły od młodego mieszkańca facyatki, i niby +brakujący promień światła, ożywiły, zda się, wnętrze poddasza. + +Rzuciwszy kapelusz i paltot na krzesło, młodzieniec bacznie rozejrzał +się po swym pokoiku, a zmarszczywszy brwi i jakby coś rozważając, +pozostał w pozycyi stojącej dłuższą chwilę. + +Poruszył się jednak niebawem i podszedł do drzwi, nadsłuchując +równocześnie. Postawszy zaś tam minut parę, zbliżył się następnie do +okna, a wpatrzywszy się w nie przez sekundę może, po krótkiem wahaniu, +powolnym ruchem spuścił roletę. + +Szarawa ciemność zaległa izdebkę. + +Młodzieniec podszedł do kanapy, przed którą stał stoliczek mahoniowy, i +usiadł. Wkrótce w ciszy rozległ się zgrzyt zapałki. Po chwili mała +lampka oświetlała już poddasze, młody człowiek zaś, raz jeszcze +obejrzawszy się wkoło, szybko, sięgnął do kieszeni swego ubrania. + +Nerwowo, śpiesznie wydobył stamtąd wręczony niedawno portfel skórzany i, +z błyskiem ciekawości w oczach roztworzywszy go, położył na stole. + +Z sześciu, zapiętych małemi klapkami, przedziałów złożony, z wielką +spodnią, idącą przez całą długość jego kieszenią, w oczekiwaniu, cicho, +pugilares patrzeć się zdawał na siedzącego mężczyznę... + +Ręce jego jednak, dotknąwszy się tylko pobieżnie wypełnionych kryjówek, +zatrzymały się chwilę bezczynnie, a na nerwowej twarzy odbiło zdumienie, +połączone jakby z przestrachem. + +- Jak to, więc tak dużo tu czegoś? -mówiły wyraźnie wielkie, wyrazu +pełne oczy młodzieńca, i jednocześnie pytać się zdawały niepewne: - Czy +tylko to aby pieniądze?.. + +I dziwna reakcya odbywała się w duszy jego. + +Gdy krętemi uliczkami leciał do swego mieszkanka, paliła go chęć +ujrzenia, co zawiera portfel, a obecnie?... Lęk oto jakiś +niewytłumaczony zawładnął nim nagle. + +Przeczucie mówiło mu wyraźnie, że tu, przed nim, w pugilaresie tym, +ukryty na razie od oczu ludzkich, mieścił się majątek może, tkwił +pieniądz - ten talizman ludzkiego dobrobytu i szczęścia, drzemała świata +tego potęga - złoto... + +A jednak nie poruszył on dotąd wcale portfelu... Dlaczego? + +Bo z przeczuciem bogactw, które czekać się zdawały tylko dotknięcia +jego, czuł dobrze, zdawał sobie on sprawę z czegoś innego również. + +To była własność cudza!... + +Upomną się o nią niewątpliwie; on zaś, nie wiedząc, co się tam znajduje, +możeby mógł jeszcze, pomimo swej nędzy, zwrócić właścicielowi ten oto +przedmiot, czy uczyni to jednak, unurzawszy ręce w zawartości jego? + +Z ręką na portfelu opartą mężczyzna zamyślił się bardziej jeszcze. + +Wszak, choć z pozoru wesół i syty, nie posiadał on w istocie na razie +złamanego szeląga przy duszy. Ostatnie pieniądze wydał na bilet +kolejowy, który pozwolił mu wrócić w ściany poddasza z wczorajszej +zamiejskiej wycieczki, związanej z nadzieją otrzymania posady. + +Nie otrzymał jej - wracał z niczem; głodne dzisiaj już teraz pytająco +zaglądało mu w oczy zimnem nieubłaganem spojrzeniem. + +A tu, przed nim!... + +Młodzieniec zerwał się z kanapki i przebiegł pokój kilka razy. Nagle, +wytrzymać snadź już nie mogąc, pochwycił w drżące ręce leżący portfel i +rozpiął ruchem gwałtownym po kolei wszystkie jego kieszonki... + +I oto z jednego przedziału natychmiast z przyciszonym brzękiem posypały +się na wyszarzałą serwetę stolika rulony złota, błyszczące, nowe - +zamigotały w niepewnem świetle lampy i ułożyły się cicho... W ślad za +nimi z innych kieszonek portfelu z szelestem wypadły pliki storublówek, +w opaskach, a z kryjówki jego spodniej wysunęły się do połowy wielkie +kwadraty pięćsetrublówek!... + +Więc nie było to urojeniem, marzeniem, mrzonką!.. Rzeczywiście zatem +drzemał tu pieniądz w swym majestacie!.. + +Młody człowiek odskoczył od stołu i wpatrzył się w nagromadzoną kupę +grosza. + +Na twarz jego wystąpił wyraz chciwości i oszpecił ją, oczy głębokie, +duże, przybrały połysk koci i wpiły się uporczywie w banknoty i złoto. + +Po chwili zbliżył się ponownie do stolika. Lubieżnym ruchem swej +delikatnej ręki przesunął po nagromadzonych pieniądzach, a po ciele jego +równocześnie przeleciał dreszcz. + +Jak włosy pięknej kobiety, jak ciało jej zmysłowe, aksamitne, pieściły +go banknoty... Zanurzył rękę głębiej i dotknął się złota. + +Z cichym brzękiem rozsypało się ono w strumyk błyszczący, a nim do głębi +ponownie wstrząsnął dreszcz. + +Nigdy w życiu swem nie miał tyle pieniędzy u siebie. Fortuna zawsze +impertynencko odwracała się od niego, szczęście dotychczas uciekało odeń +również, jak od zapowietrzonego, pieniądz zaś, drwiąco unosząc się w +niedostępnych dlań wyżynach, niepochwytny, szyderczy - stronił od niego +stale. + +Młodzieniec przesuwał wciąż machinalnie ręką po storublówkach. Przed +oczyma migały mu wizerunki, podpisy na banknotach, złote imperyały +zimnym dotykiem głaskały jego dłoń... + +Wyrwawszy rękę wreszcie z pieszczotliwego uścisku złota, mężczyzna +pochwycił nagle pliki storublówek i liczyć począł. + +Drżące ręce jego brały i porzucały co chwila zwitki banknotów; szelest +papieru, zduszony dźwięk monety zagrały w ciszy izdebki, zdziwiły te +biedne ściany, tak zdawna odwykłe od brzęku pieniędzy, wyganiając, +zdawało się, biedę, przykucłą gdzieś w kącie, z legowiska swego. I widmo +jej w łachmanach zniknęło przestraszone, wygnane szmerem poddanych +Złotego Cielca - umknęło, szukając gdzie indziej schronienia. + +A młody człowiek wciąż liczył... Teraz dłoń jego dotykała zwitka +pięćsetrublówek. Było ich dwadzieścia. + +Ciemny rumieniec powoli występował na śniadą twarz młodzieńca, oczy zaś +jego paliły się bezustannie chciwości niezdrowym blaskiem. + +W papierach i złocie, z pewną, drobną tylko różnicą, było wszystkiego +dwadzieścia siedem tysięcy. + +Młodzieniec odstąpił od stołu i wolno z rozmysłem począł przechadzać się +po izdebce. + +- Dwadzieścia i siedem tysięcy!.. Dwadzieścia i siedem... + +Powtarzając się bezustanku, w głowie jego huczała i wracała myśl jedna, +a dziesiątki innych ginęły, topiły się tylko w niej, jak w chaosie, +zanikały - milkły... + +On zatem, który prócz jedynego na sobie odzienia i tych paru sprzętów +wokoło, nie posiadał nic na świecie, on - za jednym zamachem mógł stać +się oto właścicielem owych, rozsypanych przed nim pieniędzy?.. + +Młodzieniec zadrżał. + +- A moralność? a etyka? To własność nie twoja, to zguba czyjaś tylko, ty +powinieneś pieniądz ten zwrócić, zwrócić, zwrócić!.. jak rój owadów +nagle zabrzmiały w uszach mężczyzny jakieś szepty i głosy. + +- Oddać? ha-ha-ha!.. A to dlaczego? ciekawym? - zadrwił rozsądek zimny +natychmiast. - "On prend son bien, ou on le trouve." - Znalazłeś - to +twoje! A zresztą, gdyby to samo, co ty, znalazł był kto inny, czy +myślisz, że postąpiłby on inaczej? + +- Oddałby, oddał na pewno, bo chciałby pozostać uczciwym!.. - silny głos +prawości rozległ się śmiało w duszy mężczyzny. + +Wstrząsnął się młody mieszkaniec facyatki i przetarł ręką czoło, po +chwili zaś zmęczony usiadł na jednym z koszlawych fotelików i, +podparłszy głowę dłonią, zadumał się głęboko. + +A rozum drwił dalej bezlitośnie, zjadliwie, sącząc się kroplami ironii: + +- Nie słuchaj bredni i sentymentalnych mrzonek! - szeptał. - Uczciwość - +frazesa!.. Któż naprawdę uczciwym jest w czasach obecnych? Obejrzyj się +tylko i wpatrz uważnie w ludzi, walczących o byt obok ciebie. Czyń +wreszcie, jak chcesz... odtrąć łaskawy uśmiech fortuny!.. + +Los, odbierając może naumyślnie drugiemu, co miał zanadto w swym +trzosie, pragnie dobrotliwy, obdarzyć ciebie, nie chcesz-li? + +- Ha, to bądź sobie zatem wspaniałomyślnym, szlachetnym, wielkim! +Umieraj z głodu, bądź głupim!.. Ale pamiętaj, że gorzkiemi łzami żałować +kiedyś będziesz chwili swojego szału - pamiętaj, żeś biednym! + +Zaśmiał się jeszcze rozum szyderczo i umilkł, mężczyzna zaś, zadumany, +pochylił się na krześle, jakby przygnieciony do ziemi, oparłszy przytem +łokcie na kolanach, ukrył twarz w dłonie. + +Tak, niestety, był on biednym!.. + +Straciwszy matkę lat temu parę, uczył się następnie za granicą: w +Niemczech i we Francyi. odebrawszy kosztem bogatego stryja wykształcenie +nie fachowe, lecz ogólne i staranne, zdecydował się rok temu właśnie +powrócić do miasta, gdzie ujrzał był światło dzienne, by zbliżyć się do +dotychczasowego opiekuna swego, a brata rodzonego nieżyjącego już ojca. + +W młodzieńczej wyobraźni studenta roiła się nawet podówczas nadzieja +śmiała owładnięcia sercem starego bogacza, aby po najdłuższem życiu +zapisał mu mienie. + +Tembardziej zatem śpieszył się z swoim wyjazdem, lecz przybył za późno +niestety; stryja swego już nie zastał. + +Łożący tylko z obowiązku na studya bratanka, a nie przywiązany doń zgoła +innym, serdeczniejszym węzłem, parę tygodni temu właśnie starzec +przeniósł się był do wieczności, zapisawszy cały majątek na dobroczynne +cele. + +Nie zastawszy więc w mieście nikogo na razie, kto by go znał lub +pamiętał, odważnie z biedą wziął się on wówczas za bary. + +Przepisywał referaty, polisy ubezpieczeniowe, dawał lekcye, czynił, co +tylko mógł i zdobywał miejsce przy biesiadnym, ogólno ludzkim, a tak +zazwyczaj niegościnnym stole... + +0 chłodzie i głodzie mijały mu w ten sposób dnie całe, gorycz jednak do +życia, w walce o byt ciągłej, nie rozgaszczała się w duszy jego, nie +mającego po prostu czasu w bezbarwnej swej biedzie i gorączce zarobku +analizować ciemnych stron swego żywota. Miesięcy parę temu dopiero siła +okoliczności i ludzi, o których ocierać się począł, żal wykluł mu się w +duszy do świata, sącząc z niej niezadowolenie i gorycz. + +Traf ślepy zrządził pewnego dnia, iż spotkał rówieśnika swego z lat +dawnych. + +Przy wspomnieniu tem ostatniem, młody mieszkaniec poddasza zmarszczył +brwi i zamyślił się jeszcze głębiej, niż przedtem. + +Dawny jego kolega szkolny z kraju i zagranicy, Edmund R-ski, potrosze +nawet kuzyn i towarzysz zabaw dziecinnych - dziś bywalec stolicznych +salonów, chłopiec zamożny, zbliżył się do niego pierwszy wówczas. Było +to podczas karnawału, w zimie, w jednej z kawiarń, bardziej +uczęszczanych w mieście. + +Po dłuższej gawędzie i rozpamiętywaniu młodzieńczych lat ubiegłych, +Edumund R-ski rzekł mu wtedy: + +- Wiesz co, mój drogi? Dobrze się nazywasz, ładne masz maniery, które +pozostały ci po rodzicach i wychowaniu starannem, notabene wcale dobrze +i z akcentem mówisz po francusku, tandem tedy zaproponowałbym ci coś... +tylko nie obraź się na mnie przypadkiem... Gdyby cię tak ubrać +elegancko, bardzo dobry i okazały byłby z ciebie tancerz... He, cóż ty +na to? Proszony właśnie jestem o młodzież do państwa W. na bal, +pojutrze, chodź ze mną... Siedzisz i marnujesz się gdzieś w kącie, qui +lo sa, przystojnym jesteś, a nuż podobasz się komu?.. Ja ci pomogę i +ułatwię wszystko... + +Od słowa do słowa, dał się namówić wtedy. Otrzymawszy od bogatego i +hojnego, oraz uprzejmego kuzyna pożyczkę, wyekwipował się i poszedł na +bal z nim razem. + +Edmund R. przeprowadził rzecz całą bardzo zręcznie. Przedstawiwszy +protegowanego swego, nie omieszkał przypomnieć wszystkim z osobna o +stryju jego, filantropijnym zapisodawcy, a także o rodzicach, ongi, +przed laty, zamożnych i wpływowych. Dobrze wychowanego, eleganckiego i +miłego tancerza zapraszać poczęto chętnie, tembardziej, iż powszechnie +wiedziano o przyjaźni jego z Edmundem R., znanym i cenionym bywalcem. + +Młody mieszkaniec skromnego poddasza poruszył się niespokojnie na +krześle i spojrzał przed siebie wzrokiem zamglonym, zapatrzonym we +wspomnienia własne. + +Wówczas to, po owym pierwszym balu, przestąpił on zaczarowany dlań dotąd +próg salonów i zapamiętale bawić się począł. Życie, które prowadził, +upajało go. Niepomny jutra - szalał. + +Trwało to tygodni parę, i nagle skończyło się wszystko... Edmund R-ski, +wezwany telegraficznie do umierającej siostry za granicę, wyjechał, +pieniądze wyczerpały się równocześnie, a zaniedbana czasowo jego własna +zarobkowa praca wysunęła mu się z rąk; ktoś inny, także potrzebujący +biedak, zastąpił go. + +W okienko facyatki karnawałowicza zajrzał głód; po wizytach i balach +pozostał w pamięci jego tylko chaos ogólny - wrażenie chwil rozkosznie +jakby prześnionych, i jedno wspomnienie trwałe. + +Oczy młodego mężczyzny zadumane, w tej chwili błyszczące i jakby tkliwe, +skierowały się w róg izdebki, gdzie w półświetle lampy majaczyła +fotografia. + +Nabył ją u fotografa i niemal codziennie stroił w kwiaty; przedstawiała +zaś ona elegancką pannę z towarzystwa, córkę ukraińskiego magnata, +błyszczącą ubiegłego karnawału w salonach pięknością, dowcipem, otoczona +rojem wielbicieli, a którą pokochał uczuciem miłości pierwszej - +prawdziwej. + +Dla niej rzucił się w wir czczych zabaw bez środków po temu, bez +pamięci... + +Odepchniętemu twardą ręką biedy od rydwanu bawiącego się świata - +przesłoniętego w pamięci jego gazą ułudną, mieniącego się setkami +odcieni i blasków - pozostały tylko wspomnienia dręczące, rozkoszne, +kilkunastu rozmów, tańców, uścisków dłoni, spojrzeń... i - nabyta za +pieniądz własny fotografia pięknej dziewczyny. + +Mydlana bańka złudna - marzenie!.. + +Siedzący wciąż w zamyśleniu przed stolikiem młodzieniec głowę pochylił i +ponownie ukrył ją w dłonie. Niby na jawie, przed oczyma żywo stanął mu +bal ostatni... W jarzącej się świateł powodzi, wśród kołyszących się w +takt melodyjnego walca par, sunęli oni wówczas po szklistej posadzce +salonów... + +Ona miała spuszczoną główkę cudną i opierała się z wdziękiem na jego +ramieniu, on zaś, tuląc nieznacznie tancerkę swą do piersi, pożerał +wzrokiem jej twarz, nagie ramiona i szyję kształtną, a długą i giętka, +jak kwiat, o łodydze wysokiej. + +Od czasu do czasu piękna panna wznosiła na niego swoje głębokie, +mieniące się źrenice, i spojrzenia ich spotykały się na chwilę... + +Potem śliczne dziewczę przykrywało znów oczy długiemi rzęsami; on rzucał +słówko, przyciskał machinalnie kibić jej do siebie, czekając ponownie +niemej źrenic rozmowy. Nagle uciszyło się w balowej sali... + +To muzyka ustała była, a oni walcowali jeszcze, ciągle przytuleni do +siebie - zrośli skrytem jakby pragnieniem. + +Później odprowadził znużoną swą tancerkę, a ona leciuteńko, dziękczynnie +paluszkami drobnemi ścisnęła jego dłoń... + +Młodzieniec zerwał się z krzesła, potrącił je gwałtownie, i dużymi +krokami zaczął przebiegać szybko swój pokoik. Jednocześnie z wyrazem +miłości bezgranicznej spojrzenie jego pobiegło do komódki małej, gdzie +stała fotografia z różą. + +Z kryształowego kielicha delikatnie wychylał się kwiat purpurowy, +dotykając warg prawie dziewczyny. Usteczka jej małe uśmiechały się +rozkosznie, pocałunku zda się spragnione... + +Młody człowiek pozostawał chwilę w niemej kontemplacyi ubóstwianego +przez się kącika izdebki, aż wreszcie powoli wzrok swój przeniósł w +stronę stolika, gdzie leżały cicho banknoty i złoto. + +Wyraz marzenia, ekstazy błyskawicznie znikł z jego oblicza - przypomniał +sobie chwilę obecną. + +Zwolna do stolika zbliżać się począł; utkwiwszy spojrzenie w rozsypanych +pieniądzach, jednocześnie myślał: + +- Niemi tylko może zdobyć bym mógł swe marzenie, one pozwolą mi i +ułatwią zbliżenie do ukochanej! A potem... + +I mimo woli znowu spojrzał młodzieniec w róg pokoiku. + +Oczy dziewczyny kuszące patrzyły zalotnie, paliły go, obiecywać się +zdawały rozkoszy ułudę, miłość - szczęście!.. Rumieniec oblał twarz +mężczyzny. + +- Ach, mieć ją, posiadać, i żyć jej życiem, zlać się z nią istnieniem i +duszą!.. - zawirowała mu w głowie myśl uporczywa. + +- Przecież to córka magnata; książęta, hrabiowie ubiegają się o nią, +czemże ty jesteś dla niej? - zerem, nie otrzymasz jej nigdy, - +uspakajała mózg, nerwy wzburzone, trzeźwa, zimna logika. - Chyba, że +pieniędzy tych oto posiądziesz wiele... wiele... + +- Z małych strumieni tworzą się rzeki; weź to, a może ci więcej +przybędzie!.. - szepnął rozum podstępnie. + +Młody mieszkaniec facyatki schwycił się nagle za głowę. + +Boże, Boże! - wyszeptał - cóż jednak uczyniło ze mnie to, tak krótkie +zetknięcie się z światem zbytku, to zbratanie się, otarcie z ludźmi +szychu i złota! Jakże innym byłem dawniej! Jakże - lepszym!.. + +Mężczyzna smutnie zwiesił głowę. + +Teraz, przyjrzawszy się niedawno ludziom bogatym, ich trybowi życia, +czuł w sobie, poza uczuciem miłości, dziesiątki związanych z niem +pragnień. Złoto, ten bożek dumny i wspaniały, przed którym korzyły się +miliony, olśniewał go, mamił... Przedsmak zaś możliwych w dalekiej +przyszłości bogactw, użycia, a kto wie, może znaczenia i wpływów, wespół +z osiągnięciem najprzód ukochanej kobiety, za pomocą tego oto, +rozsypanego przed nim grosza - odbierał mu równowagę duchową, mieszał +myśli. + +Porwał się znowu z miejsca i po pokoju biegać począł, niebawem jednak +rzucił się na krzesło, wyczerpany, uporczywie, ponownie wpatrzywszy się +w fotografie ukochanej. + +Od czasu do czasu odrywał wzrok od drogich rysów kobiety i przenosił go +z wolna na stos banknotów i złota. Później spojrzenie jego, wewnętrznej +pracy myśli jakby posłuszne, wracało powtórnie do lubego wizerunku. + +Przy samych wargach dziewczyny drżał kwiat purpurowy obecnie - dziewczę +i róża całowały się teraz lubieżnie... + +A w izdebce tymczasem lampa powoli dogasać poczęła stopniowo, niepewnem, +migocącem światłem kłócąc się jakby z rąbkiem radosnego słońca, poprzez +rolety zaglądającego co chwila do wnętrza facyaty. + +I półcienie jakieś, tajemnicze, mgliste wsunęły się równocześnie na +poddasze - zaludniły cicho puste, zakurzone kąty jego... + +Siedzący młody człowiek zrywa się nagle z krzesła swego. + +Bo oto niespodzianie dwoić mu się w oczach zaczyna... + +Rozsypane na stole złoto zalewa izdebkę całą, a z komódki starej +zstępować zaczyna z wolna ona sama, zamglona i powiewna postać... +Dotykając stopkami drobnemi złota, idzie ku niemu ona, z zalotnym +uśmiechem, piękna niewinna - chyli się rozkosznie w jego ramiona!.. + +Mężczyzna ku zjawisku temu wyciąga instynktownie ręce, na wpół +przytomnie naprzód pochyla... + +Lecz oto nagle czar pryska... + +Wypełniająca wnętrze izdebki złocista przestrzeń znika, zjawisko +eteryczne zaś zaczyna oddalać się coraz bardziej, unosi w górę, +niepochwytne, a za niem tylko na ciemnawem tle facyatki, jak wąż +ognisty, wije się struga błyszcząca ścieżka, dotyka stóp jego - pomostem +złota łącząc go w ten sposób z uchodzącym cieniem ubóstwianej przezeń +kobiety. + +Wreszcie znika wszystko. + +Młody mężczyzna przeciera dłonią czoło, rozgląda się... + +Niema nikogo! + +Cóż to więc było? + +Hallucynacya zapewne naprężonych nerwów i rozigranej wyobraźni, +rzucająca mu na ekran półcieniów izdebki fantasmagoryczny obraz +noszonego ciągle w duszy dziewczęcia! Wpływ to rozprzężonych wrażeń i +myśli, skutkiem wysiłku, szumiącego jak potok, nawałem zwątpień i pytań +mózgu. Zapewne... + +I młodzieniec powtórnie przeciera dłonią zmęczone czoło, a jednocześnie +żałuje jakby, że widzenie już pierzchło. Przed oczyma stoi mu ciągle, +jak żywy, obraz jej, ukochanej - chłonie w siebie jej postać wdzięczną, +całuje myślą oczy jej i usta. + +W przelocie zarazem, po raz nie wiadomo już który, wzrok jego dotyka +banknotów i złota, a w duszy bunt mu się zrywa. + +- Jak to?.. On miałby odtrącić od siebie ten grosz, i w ten sposób +stracić, na zawsze może, środki ku zdobyciu drogiej sercu kobiety?.. +Zniszczyć bezpowrotnie pomost złocisty, łączący go z nią jakby w +widzeniu proroczem? + +Nie, przenigdy. Tak naiwnym nie będzie... + +Pieniądz ten potroi, majątek zrobi, fortunę - złotem przełamie, zwalczy +przeszkody wszelkie. + +- Zrobić majątek, czyż to tak łatwo? - na dnie duszy gdzieś zatajone +zwątpienie nagle ironicznie pyta, jakby ostudzić pragnąc przedwczesną +radość. + +Chmura niezadowolenia przelatuje po czole mężczyzny. + +- Tak, zaiste, prawda, to nie tak łatwo. Lecz z potęgą pieniędzy w dłoni +tak, czy też inaczej, do wszystkiego zawsze dojść łacniej w życiu; - +klucz złoty otwiera wszystkie bramy!.. + +I ostateczna, przełomowa walka odbywać się w tej chwili zdaje w duszy +mężczyzny. Na wysokiem czole naprężają mu się żyły, oczy ciemnieją, a +twarz bledszą się staje... Z nęcącą pokusą zawładnięcia cudzem mieniem, +po raz ostatni stają do boju wpojone w młodocianych latach jeszcze +zasady. + +Powrotną falą z daleka cicho płyną i płyną coraz potężniejsze, bliższe i +zalewają stopniowo umysł młodzieńca. Szemrzą coraz donośniej, silniej... + +A z przypływem ich jednocześnie mięknąć poczyna coś w duchu młodego +mężczyzny, bo oblicze jego wzburzone uspakaja się stopniowo. Co myśli, z +rysów twarzy odgadnąć jeszcze trudno, domyśleć się jednak można, że +poryw jakiś, szlachetniejszy od poprzednich, czystszy, opanowywać go - w +swoje posiadanie bierze. + +Po chwili machinalnie ujmuje on w ręce porzucony na stoliku obok +pieniędzy pugilares i milcząc, zgarniać poczyna rozsypany stos banknotów +i rulonów monety. + +Przy czynności zaś tej, zagadkowej jeszcze, bezustannie tak samo +zamyślony młodzieniec odwraca niebawem w dłoni trzymany portfel, a +równocześnie spojrzenie jego pada na coś, czego nie zauważył dotąd +wcale. + +W rogu pugilaresu, u góry, maleńka, dziewięciopałkowa rzuca mu się w +oczy korona hrabiowska; wdzięcznie granacikami oprawionemi w złoto mieni +się ona, szyderczo zda się patrzy... Na ten widok poprzedni spokój i +wyraz pierzchają nagle z rysów mężczyzny, i rzuca się w tył gwałtownie. + +Źrenice jego, zmatowane dotychczas cichem zamyśleniem, złowrogim teraz +błyszczą ogniem, a jednocześnie w duszy następuje momentalnie przewrót +nagły. + +Znowu poczyna biegać po pokoju wzdłuż i wszerz... + +I jak kępa drzew gdzieś w polu samotna, co ugina się pod gwałtownym +naporem wichru ku ziemi, zwyciężona, pokorna - tak duch młodzieńca, +miotany ponownie burzą myśli, kołysać i giąć się poczyna. + +Gdy ujrzał on bowiem emblement ludzi utytułowanych, żywo stanęły mu +przed oczyma salony, których miesięcy temu parę był gościem i sylwetki +hrabiczów, kręcących się koło jego ukochanej. + +Widzi ich jak na dłoni, wszystkich, niby na jawie!.. + +Widzi dumnego ojca pięknej dziewczyny, zazwyczaj traktującego go z góry +- dla nich, potomków starożytnych rodów, chociaż częstokroć biednych - +pełnym uprzejmości wyrafinowanej i uniżonej niemal grzeczności. Widzi +wreszcie siebie samego bezkarnie i dotkliwie obrażanym przez tychże +arystokratów, lecz tak zręcznie, że na pozór nieraz nie można zda się +było winić ich, czynili to bowiem oni, z tą subtelnością, oraz +jubilerskiem jakby wykończeniem, jak dotknąć potrafią tylko ludzie +"bardzo dobrze wychowani." + +I przy tem wspomnieniu ostatniem, jakby zraniony, mieszkaniec małej +izdebki, wzdryga się i wyrzuca szeptem: + +- Jak to? te dwadzieścia parę tysięcy należy do jakiegoś hrabiego? Zatem +los ślepy i ironiczny zarazem wsuwa mi w ręce część mienia jednego z +tych właśnie, którym tak często zazdrościłem bogactwa, znaczenia i +tytułów!.. + +I ja, wobec jednostki takiej, miałbym grać rolę szlachetnego, zwracać mu +to, co dlań może kropla w morzu tylko, fundusikiem, przeznaczonym +zapewne na hulanki nocne i zabawę? + +- Ha-ha-ha!.. - rozlega się po pokoiku szyderczy, szatański prawie +śmiech mężczyzny, i odbija od ścian niemiłem dla ucha brzmieniem. + +- Ha-ha-ha, niedoczekanie twoje, panie hrabio!.. - szepcze dalej +półgłosem, a krew w żyłach kipi mu nieustannie - wre niespokojna, +burzliwa. + +I z duszy jego jednocześnie pierzchają bezpowrotnie, zda się, nikną, jak +ułuda i marzenie, wszelkie dobre zamiary, wszystkie, tak niedawne +jeszcze, wahania pomiędzy prawami uczciwości i ich pogwałceniem. + +Zwycięzka, jedyna, jedna rozgaszcza się tam nienawiść tylko do kasty +uprzywilejowanej i wyróżnianej w społeczeństwie. Wypielęgnowana +cierpieniem i biedą, wysubtelniona wykształceniem, a szczególniej +przestawaniem jeszcze za granicą w kołach różnych zapalonych głów, o +przekonaniach skrajnie demokratycznych - rozogniona wreszcie +nadczułością nerwową w zbliżeniu się i czasowem powierzchownem zżyciu z +przedstawicielami tej sfery - buchała obecnie gorącym płomieniem, +wszystko sobą przewyższając i tłumiąc. + +- Za moje upokorzenia, tak niedawne - zaszeptały znów cicho usta +mężczyzny - za moje cierpienia i biedę - za to, że ja nie mam takich +przodków, jak ty, panie hrabio, ani twych bogactw, blasku i złota - mam +życie całe w nędzy cierpieć, i to, gdy los sprawiedliwie bez wątpienia, +odbiera ci cząstkę mienia, przypadkiem, i mnie nią w zamian obdarza?.. +0, nie, panie hrabio!.. Żydowi, cyganowi, wrogowi - każdemu bym zwrócił +może, lecz tobie - nigdy!.. + +Ostatnie słowa mieszkaniec poddasza wymówił w zapamiętaniu głośno +całkiem i z mocą jakąś dziwną. Twarz zaś jego dziko po prostu wyglądała +w tej chwili; pociemniawszy, jakby od wewnętrznego ognia, demonicznie +piękna i straszną zarazem była ona, a zajadły płomień szczerej +nienawiści do tak zwanych powszechnie "arystokratów" zajaśniał na niej +pełnym blaskiem. + +Odruchem nagłym zbliżył się do stołu i obie dłonie położył na plikach +banknotów i złocie. Czego nie zdołały stanowczo uczynić okoliczności +inne, sprawiła chęć dokuczenia w czemkolwiek wyżej postawionej +społecznej jednostce, jedna chwilka nienawiści i szału. + +- Moje, moje!.. - wyszeptały usta mężczyzny zwycięzko, jakby z +mimowolną, ukrytą w sobie radości nutą, a echo słów tych, urywanych, +cichych, dziwną mocą rozbrzmiało w martwem milczeniu facyatki. + +Cisza nastała znowu. + +Tylko w piersiach mieszkańca poddasza przelęknione jakby swym czynem +serce poczęło bić przyciszonym tętnem, a szelest ten miarowy, jak zegaru +wahadło, mierzyć się zdawało te chwile przełomową w duszy człowieka, +depczącego uczciwość prawą dla miłości, nienawiści i złota!.. + +Nagle martwotę pokoju przerwało coś gwałtownie. Były to czyjeś kroki +silne, przyśpieszone, idące po schodach, a coraz wyraźniejsze, +bliższe... Niebawem rozległy się tuż za drzwiami, ucichły, i jakaś ręka +wstrząsnęła lekko klamką, w ślad zatem zaś rozległo się trzykrotne +pukanie. + +Gdyby w kataklizmie niespodzianym runęła ziemia, zapadając się gdzie w +niezmierzone głębie wszechświata - mniejsze to chyba uczyniłoby wrażenie +na stojącym przed stołem mężczyźnie, niż chwila obecna... + +Nogi zadrżały mu, a bojaźliwa trwoga ścięła krew w żyłach, coś zaś, niby +gad obślizły, przemknęło po krzyżach i za kark chwyciło despotycznie, +zaparłszy dech w piersiach. + +W półświatłach dogorywającego właśnie płomyka lampy twarz pochylonego +nad pieniędzmi młodzieńca nabrała strasznego, a zarazem dojmująco +trupio-bladego wyrazu, ręce zaś, jak kleszcze, wpiły się w leżące pod +niemi banknoty. + +- Nie oddam was, nie zwrócę za nic w świecie! - mówić się zdawały +wyraźnie kurczowo zaciśnięte palce, drżące w zwojach papierów i złocie. + +Z ekranu izdebki, majaczącego coraz bledszymi cieniami, światło w tej +samej chwili znikło; zapanowała tu szarawa ciemność, a w ślad zatem +rozległo się powtórne, tym razem silniejsze pukanie, poza drzwiami zaś +jednocześnie dały się słyszeć słowa, wyrzeczone głosem męskim, +dźwięcznym i młodym. + +- Widać, że śpi, lub go nie ma... + +- Ale to oryginalne - zauważył ktoś drugi, ciszej nieco. - Zaręczam ci, +iż przed chwilą paliła się wewnątrz pokoju lampa, przez szpary u drzwi +ślizgało się światło! - słowo! + +- Ha, jeśli tak, to może Romanek ma u siebie jakąś dyskretną, a wesołą +wizytkę - snać z rozmysłem donośnie rozległ się głos pierwszy. - Nie +przeszkadzajmy mu. Chodź, Hermanie!.. + +- Wesołej zabawy! - krzyknął ironicznie nazwany Hermanem, nachyliwszy +się do drzwi, zapewne blizko, bo echo głosu jego wstrząsnęło ścianami +poddasza, poczem kroki przybyłych oddalać się zaczęły. + +Westchnienie ulgi podniosło pierś mężczyzny. + +Kilka kropel zimnego potu upadło mu na rozpostarte dłonie; zbudzony tem +jakby, odstąpił od stołu i rzucił się w wycieńczeniu na kanapkę. + +Poznał po głosie tych dwóch, dobijających się doń przed chwilą, +poczciwych studentów uniwersytetu - widział w wyobraźni swej teraz +niemal obok siebie wyraźne postacie ich, w wytartych mundurach i +spłowiałych od słót i słońca czapkach, pokrzywionych butach... Biedni +chłopcy! + +Przypadkowo zaprzyjaźnił się z nimi, jak tylko przybył tu, do miasta - +oni, zacne serca, pierwsi uczynnie nastręczyli mu zarobkową pracę... + +Dawno już nie widział ich. Ba, parę razy nawet w epoce owego +kilkutygodniowego światowego szału, spotykając ich na ulicy, a będąc w +towarzystwie eleganckich karnawałowiczów, mimo woli powstydził się ich i +udał, że nie dostrzega. Nie pamiętali mu tego - przyszli. + +Mieszkaniec poddasza w zamyśleniu przesunął dłonią po jedwabistych swych +włosach. + +- Gdybyż oni wiedzieli i czytać mogli w duszy jego? + +Rumieniec palącego wstydu i upokorzenia zakwitł na twarzy młodzieńca, a +wyraz cierpienia i wewnętrznego bólu rylcem swym żłobić mu począł rysy +wyrazistego oblicza. + +Długo jeszcze przesiedział tak w zadumie... + +A gdy po niejakim czasie słońce zajrzało znów do poddasza, nie było już +złota na stole; schowane - znikło, młody zaś człowiek, śmiertelnie +znużony moralną walką, na wpół ubrany, cicho zdawał się drzemać na +łóżku. + +Niebawem zasnął..... + +I sen oto, przed wewnętrznym wzrokiem duszy młodzieńca, w tem +tajemniczem jej życiu marzeń i rojeń, snuć mu zaczął przedziwne +obrazy... + +A więc najprzód zdało się śpiącemu, iż leci on w przestrzeń bez końca, +ciemną i mroczną, unoszony niewidzialną jakąś siłą... + +Tuli w objęciach swych przytem jakąś powiewną kobiecą postać... Podobną, +choć nie identycznie i całkiem, jest ona do ukochanej przezeń +dziewczyny, a objąwszy pieszczotliwie szyje jego nagiemi ramiony, tak +zawisła, ustami lgnie do jego ust rozkosznie - on zaś, jak z kielicha +pieniące się, musujące wino, pije nektar warg tych wilgotnych, tonąc w +pocałunku ciągłym, nieustannym, zda się - wiecznym. + +Upajający wreszcie jednak zawrót głowy i osłabienie omdlewające jakieś i +dziwne z wolna poczyna go ogarniać. + +Za wiele, zanadto upajającej, oszałamiającej słodyczy dają mu już te +kobiece usta, jak pieczęć do warg jego bez końca przylgnięte. + +Lecz oto nagle ciemnieje mu w oczach wszystko dokoła i sił swoich nie +czuje już prawie. Przymyka wiec powieki i leci znów tak samo dalej w +przestrzeń, niczego niepomny i nic zgoła w okrąg siebie nie widząc. + +Trwa tak dość długo... + +Wreszcie, wypocząwszy w ten sposób po swem wyczerpaniu, nie czując już +ani ciężaru zwisłej na jego szyi kobiety, ani zawrotnego czasu jej +tchnienia... otwiera oczy... + +Tamte, widziane przed chwila obrazy, bezpowrotnie pierzchły; obecnie +znajduje się zupełnie sam. Stoi teraz na ziemi, a stopy jego dotykają +jakiejś kamienistej płaszczyzny, szarej, bezludnej i smutnej. Promienie +zachodzącego słońca złocą ją i krwawią swym dogasającym, zamierającym +blaskiem... + +On zaś nieporuszony stoi i bezustannie patrzy. + +Nagle promienie gasną... Mrok szary pokrywa płaszczem swym wszystko +dokoła, a w cieniach tych tajemniczych, cichych, szeptać i ruszać się +coś poczyna. + +Z rumowisk i kamienistych szczelin podstępnie wypełzły oto jakieś +postacie, mary, i jak duchy nie z tej jakby ziemi, skrzydlate - +rozpierzchają się po równinie, z przytłumionym szelestem. Nad głowami +ich lecą wielkie czarne złowróżbne ptaki, szumem swych skrzydeł mącąc +martwotę rozlanej wokoło pustki i ciszy. + +On, nic zgoła nie pojmując, spogląda wciąż, przelękły, zdziwiony... Po +chwili dopiero zdaje się rozumieć... + +To - posłuszne niewidzialnemu, a nadprzyrodzonemu skinieniu - lecą tak +zapewne żerować na padół ziemski - wyrzuty sumienia!... + +Tymczasem szmer lotu ptaków - olbrzymów cichnie, zmierzch pochłania ich +postacie - nikną. + +On z ulgą oddycha i instynktownie postępuje parę kroków naprzód. + +Nagle wyrywa mu się z piersi przenikliwy krzyk!... Nad jego głową +wisząc, chwieje się ptak czarnopióry, a zniżywszy lotu swego, wkrótce +siada mu na ramionach, niemiłosiernie wpiwszy w nie swe szpony, +równocześnie zaś w głowie uczuwa uderzenia miarowe. + +To ptak ów straszny i wielki, niby dzięcioł w pień drzewa, stuka jemu +tak w czaszkę jednostajnie... + +W ślad za tem jedna z pierzchających wokoło postaci zjawia się przed nim +blizko. Ubrana w łachmany, czarna i brudna, przyskakuje doń obcesowo, +drapieżna, i utkwiwszy w oblicze ofiary swej palące żarem, płomienne, +dzikie źrenice, nachyla się bardziej jeszcze i plwać mu w samą twarz +poczyna. + +Z ust jej, wykrzywionych, wstrętnych, leją się strumienie lawy złotej i +palą, bolą... + +A jednocześnie tańczą oto w krąg, z szelestem widziane niedawno w +portfelu zwitki storublówek i innych banknotów. Dwojąc się, trojąc w +oczach, przybierają one fantastyczne kształty, a niektóre, +przedzierzgnięte jakby w jakieś karły złowrogie, szponami drobnemi rwą +mu ciało bez litości. Inne znowu, z głowami wężów obrzydliwych, sycząc, +kąsają go zewsząd. + +Napastowany, nieprzytomny, opędzając się rozpaczliwie, rękami, nogami - +ciągle, tarzając się nawet od jakiegoś czasu po kamienistych zrębach - +uciekać w końcu zaczyna równiną, jak szalony. Potyka się co chwila, pada +i ucieka znowu, gnany czeredą karłów i olbrzymików, o głowach, szyjach +gadów, z błyszczącemi żądłami ze złota. + +Nad głową, z ramion przemocą spędzony, wisi wciąż ptak olbrzymi, a +postać główna, mglista, leci z nim wespół w mroczną dal... + +Nagle, niewiadomo jak, skąd i kiedy zjawia się znowu poprzednia kobieca +postać. + +Śpiący, w swem majaczeniu sennem - odczuwa niewysłowioną radość; a ona, +podawszy swą rączkę drobną, z uśmiechem zalotnym na ślicznie wykrojonych +usteczkach, towarzyszyć mu zaczyna. + +Razem bezustannie biegną teraz po kamienistej równinie. Czarowna +towarzyszka jednak nie czuje, jakoby, co dolega mężczyźnie, i nie widzi +roju prześladowców jego. + +Dziewczę to, czy kobieta, ubrana cała w bieli, zasypana kwieciem róż i +konwalii - cudna, lecz lekko, dotykając się zaledwie stopkami swemi +ostrych kamieni. Nad główką jej, jakby w przeciwieństwie ptakiem +czarnym, lecącym obok - chwieje się duży ptak biały... + +Zjawisko śnieżnego ptaka trwa jednak bardzo krótko, bo oto jemu, +wpatrzonemu uporczywie w swą towarzyszkę, zdaje się nagle, że pióra u +skrzydeł tych mlecznych z lekka szarzeć poczynają, stopniowo ciemniejszą +przybierając barwę... + +Wytęża wzrok coraz bardziej, ale niebawem nic wokoło, nawet +prześladujących go mar, rozpoznać nie jest w stanie. + +Noc czarna, despotyczna, rozpinać właśnie poczyna nad płaszczyzna ponurą +swą oponę. + +Naraz znika wszystko... + +On równocześnie czuje, że leci w przepaść bez dna, treści, oraz w chaos, +z którego ocuca go dopiero uderzenie silne o coś całem ciałem. + +Spogląda... + +Przed nim obecnie wznosi się sfinks olbrzymi; o niego to w rozpędzie +uderzył się przed chwila. W jasnościach aureoli gorzeje fosforycznym +blaskiem, uśmiechając się zagadkowo. Na olbrzymich barkach jego, na +tułowiu - obliczu, wszędzie, niedostrzegalne zrazu dla ludzkiego oka, +wiją się, ruszają miryady drobnych lilipucich postaci. + +Jedne z nich rodzą się tu z uśmiechem na ustach i piskiem, innych do +grobu zanoszą; ci walczą, depczą po sobie, zabijają się, wzajem w +przepaście spychają - tamci w ramionach drugich piją miłości rozkosze, a +tam znów inni jeszcze głodne twarze i ręce wynędzniałe wyciągają po +datek, sąsiadując z blizka z takimi, co w bogactwie i zbytkach nurzają +się po uszy, lub grzęzną ciałem w rozpuście, jak w błocie. + +A środkiem - rozbite na tysiące strumieni, na kropel miliony rozprysłe, +płynie, faluje złoto... + +I przed promienistymi jego potoki, jak przed świętością - korzy się +pokornie, służalczo, wszystko dokoła. + +Czołem lilipucie biją przed nim miryady - to też ono nadaje owemu +sfinksowi tajemniczemu blask fosforyczny - ono króluje tu, bezpodzielnie +panuje. + +Lecz oto nagle olbrzymia głowa sfinksa ujrzała snać nowego przybysza. + +Usta jego, wyniosłe i dumne, rozchylają się szerzej, i miast zwykłego +uśmiechu zagadki, sardoniczny, szyderczy, wstrząsa przestrzeniami +śmiech. + +Ha-ha-ha!... Ha-ha-ha!... sfinks śmieje się - śmieje szatańsko i +zwycięzko jakby - wyniośle - strasznie!... + +............................................ + +Głuchy jęk wyrwał się z piersi uśpionego człowieka. Wstrząsnął on murami +pogrążonej w ciszy izdebki, krając zali serce swem echem smutnem, cichł +i gasł, zamierając powoli... + +............................................ + +Obudził się śpiący. + +Wylękłym, zamglonym jeszcze wzrokiem szklanym popatrzył zaspany wokoło +siebie bezprzytomnie i niebawem przymknął na powrót ociężałe powieki, +obróciwszy się równocześnie do ściany. + +W kilka zaś minut później, blada twarz mieszkańca facyatki, spokojna, +nieruchomo spoczywała na poduszce, pogrążona w twardem uśpieniu. Dusza +tym razem zdrzemnęła się w nim zapewne również, oddech bowiem śpiącego +miarowy rozlegał się już swobodnie całkiem w samotnej, cichej izdebce. + + + +CZĘŚĆ PIERWSZA. + + +Zdążając do poblizkiej Wenecyi, wpadł pociąg kuryerski w morze, i +hucząc, leciał, płynął niby po powierzchni fali. W przedziale wagonu +drugiej klasy było tylko dwoje ludzi. Kobieta młoda, ubrana w strój +lekki, dystyngowany, z szarego materyału, drzemała, czy spała, wciśnięta +w głąb, z główką opartą o poduszkę boczną - mężczyzna zaś, siedzący +naprzeciw, trzymał delikatnie w dłoniach pozostawioną w uścisku jej +rączkę drobną, i pochylony z lekka, patrzył z miłością w znużone rysy i +bladą twarzyczkę kobiety. + +Od czasu do czasu wzrok jego odrywał się od oblicza towarzyszki, biegł +poprzez otwarte okno, ścigając, zda się, pogrążone w ciemnościach +bezgwiezdnej nocy, niewidzialne tuż poza mknącym pociągiem Adryatyku +fale. + +I wtedy, za każdym razem przesuwała się chmurka jakby po czole jego, +osiadał tam jakiś cień niepochwytny, a usta jednocześnie drgały +skrzywieniem goryczy, czy bólu pełnem. + +Gdy jednak wzrok zniżał ponownie, to w zetknięciu się z obliczem młodej +kobiety, pogrążonem w cichem uśpieniu - oczy smutkiem zamglone +łagodniały mu prawie natychmiast, a choć pomimo woli i bezustannie myśl +rozpamiętywać się coś zdawała - z ust momentalnie znikało zagięcie +cierpienia i powoli przeistaczało się w uśmiech, oraz zapatrzenie się w +ukochane rysy. + +Siedzący tak w zamyśleniu nieruchomo - a w widocznej obawie zbudzenia +towarzyszki - podróżny posiadał cechy zewnętrzne dość interesujące. + +Był to przede wszystkiem mężczyzna piękny bardzo; ciemny brunet, o +wytwornej powierzchowności i układzie, charakterystycznej owalnej głowie +i czole wypukłem, upiększonem łukiem brwi czarnych, wąziutkich i +regularnych, miał on pociągłą, śniadą twarz, okoloną średniej wielkości +brodą. Nerwowe, wyraziste rysy oblicza tego wyraźnie zdradzały przytem +pochodzenie południowe, zarówno jak i piękne, duże oczy, patrzące na +świat gorąco, z rozmarzeniem nieokreślonem, aksamitnem spojrzeniem +dziecka Italii. + +Do drugiej ojczyzny swej poniekąd rzeczywiście dążył tak lat trzydzieści +zaledwie mający młody człowiek. + +Noszący jedno ze staroszlacheckich nazwisk, Roman Dzierżymirski, był +synem nieżyjącego już, a dawniej bogatego bardzo i znanego w szerokich +kołach własnego kraju, Oskara Dzierżymirskiego, oraz żony jego, rodem +Włoszki, a byłej przed swoim ślubem śpiewaczki. + +Pochodzenia pono wątpliwego bardzo, choć niezwykłej urody i wdzięku, +była ta matka Dzierżymirskiego Romana, będąca, jak mówili jedni, +dzieckiem miłości wolnej pewnego dorobkiewicza rzymskiego - jak +twierdzili drudzy, podrzutkiem tylko, z mętów społecznych dzisiejszej +Romy, wychowanem i uposażonem przez tegoż przemysłowca włoskiego. + +Po niej piękność odziedziczył syn, po ojcu zaś niewątpliwie tę +wytworność, która cechowała najmniejsze nawet poruszenie siedzącego +podróżnika, i postawę jakby pańską, mimo woli nieco wyniosłą. + +Roman Dzierżymirski jechał właśnie z małżonką swą w podróż poślubną, a +raczej z kraju uciekał, ojciec bowiem śpiącej cicho naprzeciwko niego +kobiety, szatynki, o ślicznych rysach, January Gowartowski, bogaty i +dumny magnat kresowy, odmówił był jemu jej ręki... + +Lecz miłość namiętna nie pyta, gdy idzie o posiadanie kobiety! + +Roman zdobył swą żonę dzisiejszą, porwawszy ją za jej zgodą. Ślub ich +tajemny, w małej wioseczce, w zaciszu Karpat - odbył się właśnie dwa dni +temu... + +Przyszło mu to wszystko z łatwością. Ola kochała go, ubóstwiała, nic +zgoła nie widząc poza nim, na stronę materyalna zaś i koszta, wynikłe z +takiego niespodzianego obrotu rzeczy, zwracać on uwagi nie miał +potrzeby. + +W rodzinnem mieście wiadomem było powszechnie, iż rok, czy dwa lata temu +odziedziczył Roman Dzierżymirski fortunkę w kapitale, po dalekim +krewnym, osiadłym i zmarłym w Stanach Zjednoczonych. + +Jechał zatem dziś młody i ostatni potomek dogasającej już w nim rodziny +Dzierżymirskich, ze skarbem swym, drogą sercu małżonką, do Włoch, +ojczyzny matczynej. Wzrok jego, błąkający się bezustannie pomiędzy +twarzą żony, a skrytym cieniami nocy krajobrazem, zamglony, myślący, w +dalszym ciągu wspominać się coś zdawał. + +Poza oknami wagonu fale morza nieustannie szemrały wciąż cicho, w dali +zaś, na czarnem tle widnokręgu, stopniowo, coraz bliższe, błyszczały już +światełka Wenecyi. + +- Oto tam - mówiły niejako marzące oczy mężczyzny - za godzin kilka +czekają mnie uśmiechy pierwsze i rozkosze ziemskiego szczęścia w +objęciach ukochanej ponad wszystko kobiety! Oto tam, wymarzony od tak +dawna, oczekuje na mnie raj własny ułudnego podziału wzajemnego uczucia, +w zupełnem oddaniu się niepokalanego niczem dotąd kwiatu - niewinnego +dziewczęcia... + +Wzrok Romana z zachwytem spoczął na twarzy śpiącej kobiety. Równocześnie +pociąg, pozostawiwszy morze za sobą, wpadł w jakieś gaje, brzęczące +rojem owadów. Jednostajna, monotonna ich muzyka wpadała uporczywie w +uszy podróżnego, a on, cały zasłuchany, spojrzeniem swem znowu ogarnął +ciemną przestrzeń poza oknem wagonu. + +- Co, zagadkowa przyszłości, niesiesz mi w darze?.. Czy zapłacisz mi za +to, com przebył dotąd, przecierpiał, dla zdobycia drogiego dzisiaj? Czy +wynagrodzisz, czy skarzesz? - pytać się zdawały czarnej nocnej dali +posmutniałe nagle chwilowo oczy mężczyzny. + +I ponownie w kąciku warg jego pojawiło się bolesne, przelotne zagięcie +ust, a snać usiłując odpędzić myśl przykrą, Dzierżymirski powstał +ostrożnie, nie wypuszczając wciąż z dłoni rączki uśpionej swej +towarzyszki. Wychylił przez otwarte okno głowę... Na tle ciemności +połyskiwały już teraz rzęsiście światła - pociąg wjeżdżał właśnie na +stacyę. W sekundę, z nagła szarpnięte, gwałtownie zatrzymały się wagony. + +Dzierżymirski o mało nie upadł, straciwszy na razie równowagę, i +pociągnął za sobą rączkę żony, ściskającą jego dłoń lewą - prawa zaś +oparł się silnie o ramę okna. + +- Ach!.. ach!.. - z trwogą, wyrwało się z ust młodej kobiety, i +otworzyła szeroko oczy, zdziwiona. + +Szybko Roman pochylił się ku niej i przemówił miękko: + +- Przepraszam cię, kochanie, przestraszyłaś się, prawda?.. Ale to wina +nie moja - wagony szarpnęły tak silnie... + +- To ty... Romanie!.. - szepnęła kobieta i zarzuciwszy w ślad za tem, z +niewysłowionym wdziękiem, obie ręce na szyję mężczyzny, przytuliła się +doń czule, składając równocześnie pocałunek na pięknem czole. + +- Wysiądziemy, złotko, już Wenecya! - rzekł Roman, wysuwając się +delikatnie z objęć młodej żony uniósłszy ją w ramionach, postawił na +równe nogi. + +- Nareszcie!... - wykrzyknęła Ola radośnie, oprzytomniawszy całkiem na +widok jaśniejącego dworca. + +- We-ne-cya! - zabrzmiało donośnie pod samem oknem wagonu, gdzie ukazała +się kędzierzawa głowa i śmiejąca twarz konduktora. + +- Statione Ve-ne-tia!.. - przeciągle, śpiewnie odpowiedział głosowi +pierwszego konduktora okrzyk drugi, dalszy, i zginął. + +Pociąg, którym jechali Dzierżymirscy, zatrzymujac się tylko kilka minut, +jechal dalej wprost do Medyolanu - należało się śpieszyć... + +Roman pobiegł do przeciwległego okna, otworzył gwałtownie drzwiczki od +wagonu, i począł wołać donośnie: + +- Facchino!.. facchino!.. *) +[*) Po włosku tragarz.] + +Za mężem zręcznie wyskoczyła z wagonu Ola Dzierżymirska. Niebawem zjawił +się pożądany tragarz i ruszono z bagażem do dworca. Tu obstąpiono +przyjezdnych. + +Cały rój przeróżnych figur hałaśliwie ofiarowywać im począł swoje +usługi, rząd zaś służby hotelowej, w galonach, z ożywieniem i +gestykulacyą namawiał ich każdy z osobna do siebie. Gadatliwość Włochów +oszołomiła na razie Dzierżymirskich. + +Po chwili dopiero Roman, znający kilka włoskich wyrazów, zdołał się +porozumieć i wybrawszy hotel, kazał się prowadzić do przystani. + +Niebawem młoda para podróżnych sadowiła się już w wygodnej, na czarno +pomalowanej gondoli, obsługiwana z natarczywością przez różnorodnych +oberwańców i gapiów, stojących w pobliżu. + +- Pysznie się siedzi! - zawyrokowała głośno Ola, wyciągnąwszy się na +miękkiem, czarną skórą obitem, siedzeniu. + +Roman usiadł przy niej - gondola zakołysała się lekko... + +Powoli odpychano już ją od brzegu, gdy oto z kilkunastu stron naraz +wyciągnęły się ku mającym odjeżdżać proszące dłonie z kapeluszami, i +chórem zabrzmiała prośba o datek. "Soldo, soldo!" choć uniżenie, lecz z +odcieniem lekkiej jakby groźby, rozlegało się dokoła ustawicznie +powtarzane na wszystkie tony. + +- A to złodzieje!.. - mruknął Dzierżymirski; zmuszony jednak wyjąć z +kieszeni portmonetkę, rzucił tam i ówdzie z humorem drobne monety. + +Gondola ruszyła już - płynęli... + +Młodą kobietę zabawiła ta scena. Perlisty śmieszek jej, wesoły, rozlegał +się wokoło, gdy oto nagle, jakby czemś zmrożony, ucichł. I Ola, objąwszy +wzrokiem roztaczający się przed nią krajobraz, ruchem wdzięcznym +przytuliła się do męża. + +- Jak tu czarno, Romanie, nieprawdaż? - szepnęła. + +Dzierżymirski, milcząc, opiekuńczo objął ramieniem kibić żony i +przycisnął ją miękko do piersi, rozejrzawszy się zarazem. + +Rzeczywiście, czarno tu było. + +Wenecya już spała. Skłębione chmurami niebo odbijało się w mętnej wodzie +kanałów i powlekało je kirem ciemności, po którym tylko błędnym ognikiem +przeświecało, wiło się czerwone światełko latarni, umieszczonej u +spiczastego, zębatego końca gondoli. + +Płynęli przez Canale Grande*). +[*) Po włosku : Kanał Wielki.] + +Jak gdyby śniąc o swej dawnej potędze i chwale, wokoło nich zadumane, +ciche stały wyniośle rzędem weneckie pałace. W żadnem oknie nie paliło +się już światło, otulało je milczenie zupełne. + +Gondola, kołysząc się z lekka, unosząc co chwila swe przednie i tylne +dzioby, płynęła spokojnie, z jednostajnym pluskiem wioseł i szmerem +rozstępującej się pod nią fali. + +Przytuleni do siebie, dłuższą chwilę z ciekawością patrzyli +Dzierżymirscy wokoło. Z ustek pierwszej Oli niebawem posypały się +rozliczne uwagi. + +- Patrz, patrz, Romanie! - wołała ona co chwila, wskazując z zajęciem na +wznoszące się zewsząd budowle. + +Dzierżymirski potakiwał żonie, objaśniał, i półgłosem prowadzona +swobodna pomiędzy jadącymi rozmowa zbudziła milczenie śniące - rozniosła +się echem wyraźnem po grodzie weneckim, o tej porze tak bardzo cichym. + +Tymczasem po obu stronach kanału kolejno przesuwały się, jak w +kalejdoskopie, cudne swą archaiczną strukturą pałace. + +A więc, najpiękniejszy może z prywatnych siedzib Wenecyi, własność +książąt della Grazia, wychylał się z cieni "Palazzo Vendramin-Calergi", +z roku 1841 w stylu początkowego odrodzenia; z nim sąsiadował skromny, +sięgający XV wieku, pałac "Erizzo" - dalej zwracał znów uwagę inny, z +pozłacanym niegdyś frontem, do dziś dnia zwany "Ca Doro". + +Opodal bardzo piękny wznosił się majestatycznie dzisiejszy lombard +miejski, pałac "Corner della Regina", wzniesiony w r. 1724 na tem samem +miejscu, gdzie ujrzała świat królowa Cypru, wenecyanka, Katarzyna +Cornaro. + +Wkrótce, tuż poza dzisiejszą pocztą w Wenecyi, zajmującą dawniejszy +niemiecki magazyn towarów "Fondaco de Tedeschi", zamajaczył olbrzymi +most "Ponte di Rialto", w kształcie murowanego łuku wzniesiony. + +Wsunąwszy się pod jego arkady, gondola Dzierżymirskich cichutko +prześliznęła się tamtędy i skręciła wkrótce na lewo, w wązki kanalik, +stanowiący arteryę boczną "Canale Grando". Szeroka taśma wielkiego +kanału znikła wkrótce z oczu i jadąca barka, zagłębiając się coraz +bardziej w szyję wodnej uliczki, wymijać poczęła coraz ciaśniejsze i +węższe zaułki. Ściany domów odrapane, ponure, szły, zdawało się, na +płynących w gondoli, a ścieśniając się coraz bardziej, pragnęły +pochłonąć, gubić ją niejako w swym labiryncie. + +Ciemności nocne panowały tu jeszcze większe. Gdzieniegdzie tylko lśniła +zółtawo mdłym światłem latarnia - żywego ducha zaś nigdzie dopatrzeć się +nie można było. + +Umilkła od paru minut Ola trwożnie przylgnęła główką do ramienia Romana. + +- Brr! straszno tu jakoś... - szepnęła. + +- Nic, kochanie - odparł Dzierżymirski, musnąwszy pocałunkiem jej włosy +- zaraz dojeżdżamy. + +Nieprawdaż, że już blizko? - zwrócił się do gondoliera łamanem włoskiem +narzeczem. + +- Si, signore. - odparł żywo zapytany, a nudząc się znać, bo z +cudzoziemcem gawędzić nie mógł, zanucił półgłosem jakąś smętną piosenkę. + +Ubrany całkiem biało, wahadłowym ruchem przechylając się bezustannie +przy wiosłowaniu w prawo i lewo, na tle otaczających ciemności, czynił +on wrażenie fantastycznego zjawiska, głos zaś jego monotonny błąkał się +po kątach i odbijał dziwnem echem o mury, oraz zakratowane okna w swym +śnie zaklętych jakby domów. Roman milczał. + +Ujmując dłoń i tuląc miękko w objęciu Olę, wsłuchiwał się w ten śpiew +jednostajny, mrukliwy, i dziwnego doznawał wrażenia. Zdawało mu się +mianowicie, że on nie do cywilizowanego, dzisiejszego, ale jakiegoś +zbójeckiego z zamierzchłej przeszłości dojeżdża grodu; że ucieka, kryje +się tu ze swym porwanym, czy też skradzionym łupem... Oto z ciemnych +zaułków i kątów śpiącej Wenecyi wysuwają się po prostu jakby wyraźne +jakieś cienie, mary, czy odbicie dawnych zbrodni, mordu i gwałtów, tak +licznych w historyi krwawej tego dziwnego miasta... + +- A ňel! *) - rozległ się nagle tuż za Dzierżymirskim krzykliwy głos +gondoliera, i łódź jednocześnie zboczyła w zaułek ciemny. +[*) Uwaga!] + +- Sia-stali! *) - przeciągle odpowiedział ktoś z innej gondoli. +[*) Na prawo!] +Roman i Ola spojrzeli ciekawie. + +W nadpływającej weneckiej barce siedział mężczyzna czarno ubrany, w +białym kapeluszu, brunet, o ponurem wejrzeniu. + +Gondola, otarłszy się prawie o napotkaną łódkę, prześliznęła się cicho - +znowu byli sami. + +- Patrz, tam się świeci, co się stało?... - rzekła półgłosem Ola, kręcąc +główką i wskazując piętro jednego z domów. + +Roman spojrzał. + +- A, rzeczywiście - odparł - przecież choć jeden jakiś znak życia... + +Na brudną wodę kanału, porysowaną ścianę i kołyszący się kadłub pustej +gondoli, przywiązanej u stopni marmurowych wielkich kutych drzwi, kładło +się cieniem przyćmione czerwonawe światło, idące z okna oświetlonej +komnaty. Jednocześnie płynęły melodyjne, ciche akordy fortepianu, +wydobywane znać miękka kobiecą rączką. Wtórował im nieśmiały brzęk +mandoliny. + +Rozpływając się powoli, w milczeniu, muzyczne tony łączyły się zgodnie +co parę minut ze śpiewem, męskim, silnym tenorem, i szły ponad dachy, +kanały, leciały daleko, drżące... + +Poruszony muzyką i śpiewem, Dzierżymirski silniej przycisnął do siebie +Olę. Wsłuchani w melodyę miłosnej pieśni południa, zbliżyli się oni +instynktownie, a twarze ich, parte ku sobie, pochyliły się. + +Pocałunek gorący złączył usta mężczyzny i kobiety; nie odrywając warg, w +dreszczu wzajemnej rozkoszy, wśród deszczu spadających, jak drobne +krople rosy, dźwięków - przepłynęli Dzierżymirscy pod oknami domu. Coraz +cichsze fale granej melodyi goniły ich, powodzią zalewały jeszcze czas +jakiś, aż umilkły. + +Gondola w tej samej właśnie chwili wjechała na kanał ś-go Marka; plac +tejże nazwy, gdzie w całej pełni ogniskowało się jeszcze życie miasta, +zamigotał rzęsiście w oddali dziesiątkami niebieskawych i żółtych +świateł - przewoźnik oznajmił głośno podróżnym, że są już na miejscu. + +- Dojeżdżamy, Oluniu! - poinformował Roman i z uśmiechem wpatrzył się +namiętnie i czule w twarz swej towarzyszki. + +W ciemnościach nawet nocy, widoczny rumieniec objął płomieniem twarz +kobiety, i wzrok w zawstydzeniu spuściła przed palącem spojrzeniem +mężczyzny, które zapewne swym blaskiem mówiło coś nad wyraz śmiałego. + +W tej chwili właśnie przedni dziób gondoli stuknął o marmurowe stopnie +hotelowego balkonu, a w parę minut później Roman i Ola znajdowali się +już w obszernym, o marmurowych ścianach i posadzce pokoju, +rozbrzmiewającym w ciszy stłumionem, głuchem brzęczeniem mustyków. + +Odprawiwszy natarczywego sługę, proponującego im przysłać natychmiast +przewodnika, w celu obejrzenia powierzchownego na przechadzce placu San +Marco, bazyliki i pałacu Dożów -Dzierżymirscy wkrótce pozostali zupełnie +sami..... + + + +W Wenecyi wszędzie pogasły już światła. Noc zupełna, czarna, zawisła +chwilowo nad grodem. Nie trwało to jednak długo; stopniowo chmury na +niebie rozstępować się poczęły i rąbek księżyca nieśmiało wychylił się z +poza nich. + +Zamigotał na wieżycach kościoła ś-go Marka, złotawym brązie czterech +rumaków, królujących na szczycie tej katedry - musnął swym blaskiem +ściany pałacu Dożów, a przeszedłszy się po jego galeryach ponurych, +zajrzał w zakratowane okna wiszącego mostu, łączącego pałac z dawnem +więzieniem, a znanego powszechnie pod nazwą "Mostu Westchnień". + +Wyjrzawszy zaś już odważniej nieco, trącił srebrzysty lśniącą taflę +laguny, zadrgał siecią światła na powierzchni wód, a niebieskawą +ścieżyną dotknąwszy się ich pieszczotliwie, otworzył nagle perspektywę +daleką, hen! aż ku Lido-na morze... + +W niezamąconej niczem ciszy, starożytne zegary licznych kościelnych i +klasztornych wieżycach wybijać poczęły rytmicznie którąś godzinę. Jedne +z nich brzmiały basem, inne kwiliły wiolinem, lub brzęczały melodyjnie, +łącząc w sobie te dwa melodyjne klucze, a bijąc w ten sposób, zdawały +się mierzyć w milczeniu chwile czyjegoś może szczęścia... + +Niedyskretne, ciekawe, promienie księżyca zaszkliły się jasnem światłem +na taflach szyb hotelowych, dawnego pałacu Dandolo. Zatrzymały zda się +dłużej przy jednem oknie i pomknęły znowu obojętne w dal... + +A posągowo uśmiechnięte, wiecznie tak samo szerokie oblicze księżyca nie +zmieniło wcale wyrazu. + +Bo cóż go zaiste, obchodzić mogło tych dwoje ludzi, którzy przybyli aż +tutaj po ułudę rozkoszy? Cóż znaczyły dlań dwa serca, zrywające wspólnie +kwiat miłości i zapomnienia? + +On, filozof, wszak w swem życiu prawiecznem widział podobnych zdarzeń aż +nadto wiele; on znał nicość tych chwil, umiał na pamięć kochanków +zaklęcia i ich nieraz słomiane zapały, gasnące za życia podmuchem - pod +rzeczywistości bezlitosną ręką. Wiedział również, że zapały te same, +odegrzane częstokroć i ożyłe, kiedyś, w przyszłości, obosiecznem cięciem +ranić może będą tych samych ludzi, skierowane do jednostek innych, +zarówno łaknących uczucia i użycia... + +Powiewna chmurka pieszczotliwie przytuliła się do twarzy księżyca i +przesłoniła go leciutko, kaskada zaś miesięcznych promieni, zbladłszy, +niepewnym, migotliwym blaskiem zalała uśpioną Wenecyę. + +W tej samej chwili dwie jakieś postacie, zbliżone do siebie, zamajaczyły +poza taflą jednego z okien hotelowych, i dwie głowy, dotykając się +wzajemnie, zapatrzyły się we wdzięczny krajobraz laguny i morza, +zamglonych chwilowo półświatłem, oraz cieniami księżyca. + +I postawszy tak długą chwilę, jakby rozmarzone, znikły niebawem, +splecione w uścisku, niezdolne napawać się długo poza sobą niczem, nawet +pięknem przyrody... + +W ślad prawie zatem nastała ciemność nieprzejrzana i zapanowała nad +miastem pamiątek. + +--------- + + +Zadumany i jakby tęskny tulił się zmierzch szary do ścian kamienic +wielkiego miasta, do witryn wspaniałych sklepów jego, pełzał u podnóży +pomników, ścierał kontury gmachów kościołów - wszystko dokoła pogrążał w +mroki i cienie. + +W wykwintnie umeblowanem swem pomieszkaniu siedziała na fotelu Melania, +marszałkowa Warnicka, rodzona siostra ojca dzisiejszej Oli +Dzierżymirskiej, a dotychczasowa od dzieciństwa prawie opiekunka tej +ostatniej. + +Przez otwarte okno, łącznie z echami wielkomiejskiego gwaru, wciskał się +tutaj wolno zmrok, a ściemniając się stopniowo coraz bardziej, +pocieszająco jakby wygładzać się starał zmarszczone wysokie czoło +wiekowej już matrony, łagodnie muskał jej siwe włosy, i zaglądając +jednocześnie nieśmiało w oczy rozumne, wyraźnie zdawał się współczuć +smutnemu jej zamyśleniu. + +Na małym stoliku przed marszałkową leżał otwarty telegram. Opiewał on +zaś lakonicznie: "Przewidzenia słuszne. Ola już po ślubie z +Dzierżymirskim. Przyjeżdżam. Ładyżyński." + +Już może pół godziny po przeczytaniu powyższej wiadomości, nieruchomo w +swym fotelu siedziała pani Melania. + +Od trzech dni - to jest od czasu gdy Ola zniknęła z domu swej ciotki, by +więcej nie wrócić - marszałkowa Warnicka z niepokoju postarzała się była +o lat co najmniej kilkanaście. + +Początkowo nie mogła zrozumieć postępku swej siostrzenicy; tak dobrze +było jej u niej, może zatem powróci ona lada chwila - niewątpliwie. + +Musiała wyjechać z miasta na parę godzin, znaglona interesem ważnym... +mówiła sobie, perswadowała staruszka. + +Nazajutrz jednak wieczorem, gdy żadnej o Oli nie było wieści, obawa +kochającej dziewczę ciotki wzrosła o nią do tego stopnia, iż myślała, że +zwaryuje. Dom cały był przerażony, latano, szukano rozpaczliwie +nieobecnej po mieście, na chybił trafił - wszędzie, oczekując zarazem z +trwogą wiszącej zda się w powietrzu katastrofy - wiadomości jakiej +strasznej, o nieszczęściu, lub nawet o śmierci. + +Zbawcą pełnej niepokoju marszałkowej okazał się wówczas Emil Ładyżyński, +przyjaciel całego domu Gowartowskich, stary kawaler, sprytny wyga +wielkomiejski, a poza tem człowiek rozumny i bystry bardzo. Zebrawszy +naprędce wskazówek tu i ówdzie, wpadł od razu na trop właściwy. Domysły +jego były trafne. + +- A ja powiadam pani marszałkowej, że panna Ola używa już miodowych +miesięcy! Młodość nie żartuje, gdy kocha... były to ostatnie słowa jego +i sprawdziły się, niestety... + +Przez samego ojca panny, Januarego Gowartowskiego, pogardliwie odrzucony +konkurent, inaczej poradził sobie. + +Marszałkowa w zadumie westchnęła cicho, ciężkie bowiem, zaiste, czekały +ją niebawem przejścia. Brat jej, January, którego, o niczem jeszcze nie +wiedząc, powiadomiła, wzywając go, natychmiast po zniknięciu Oli, lada +oto chwila nadjedzie... + +Cóż ona, na Boga, powie ubóstwiającemu córkę ojcu, jak się potrafi +wytłumaczyć przed nim ze wszystkiego? Wszak to na jej opiece pozostawił +on był, wyjeżdżając, jedyne swe dziecię... + +Lecz czyż mogła przewidzieć podobne rozwiązanie sprawy? + +Przenigdy!... + +I marszałkowa Warnicka niżej jeszcze pochyliła na piersi głowę swą siwą, +a czoło jej poorały zmarszczki, znacząc jakby ślad męczących ścigających +się myśli. + +- A ją, Olę, to dziecię, które wespół z bratem i ona kochała całą siłą +swej duszy, czyż tak znów dalece winić można było?... + +Zapewne... + +Nie porzuca się od razu wszystkiego, nie ucieka chyłkiem, choćby nawet w +ramiona ukochanego mężczyzny, gdy sprzeciwia się temu wola rodzica, +gdy... + +Pani Melania przetarła czoło pomarszczoną dłonią. "Młodość nie żartuje, +gdy kocha!" zabrzmiały jej w uszach słowa Emila Ładyżyńskiego. Miał +słuszność... + +I nagle, z początku nieokreślone, później coraz głośniejsze, śmielsze, +zakiełkowały w duszy staruszki wyrzuty sumienia. Bo czyż doprawdy, Ola +nieszczęśliwa tak bardzo była winna?... Miłość oszołomiła ją, porwała, a +reszty niewątpliwie dokonało wychowanie młodej panny, kapryśnej +pieszczotki ojca, ulubienicy również jej, marszałkowej, zawsze dlań +pobłażliwej i słabej. + +I pani Melania znów zadawała sobie dalej w myśli pytania... + +- Czy Ola posiadała w duszy swej to, coby ją od popełnionego kroku +wstrzymać mogło? Czy wpajano w nią te zasady młodych, takie na przykład, +jakiemi ją karmiono lat temu wiele, w których pokolenie jej podobnych +wyrosło?... Marszałkowa w zadumie spuściła nisko głowę. + +- Nie, nie! - odpowiadało coś skrycie na dnie jej duszy. + +Ola zasad takich nie miała, a z czyjejże to było winy? + +Najprzód, naturalnie, ojca, Januarego, lecz następnie i jej przecie, +zastępującą Oli odeszłą z tej ziemi matkę. + +I z szarą godziną, coraz bardziej rozgaszczają się po buduarze - z +mrokiem, pełnym cichej melancholii lipcowego wieczora, wkradające się do +duszy marszałkowej wyrzuty potężniały, rosły... Samokrytyka zaś własnego +postępowania zgryźliwie szarpać poczęła jej mózg, coraz to nowemi +pytaniami ją zasypując: + +- Czy starałaś się wniknąć do duszy młodego dziewczęcia, a potem, +zbadawszy ją, formować i ukształcać? - mówiła ona. - Czy wtedy - pytała +dalej - gdy po niewinnem dzieciństwie i młodocianych leciech po raz +pierwszy wstąpiła Ola, już jako dorosła panna, na śliską arenę salonów i +światowego życia, dałaś ty jej, prócz wskazówek powierzchownych, +banalnych, jakie przestrogi inne, głębszej, poważniejszej natury?... + +A później - gdy rozbawiona, rozmarzona zabawą, flirtami i tańcem, z +pobudzonymi zmysłami i wyobraźnią, wracała ona do domu z towarzyskich +balów i zebrań - czy zastanowiliście się wy kiedyś, ty i brat twój, +January nad tem, co przechodziło tam przez ową młodą główkę, co zapalało +wyobraźnię jej i w bezsennych nocach może marzeniem ułudnem na +skrzydłach niezdrowych fantazyj nie pozwalało zamknąć źrenic do snu +cichego?... + +Uczyniliście wy to wszystko? Zastąpiliścież dziewczęciu temu matkę, +wykonywując wspólnie ten nałożony na was obowiązek, z tą konieczną +drobiazgowością, z którą w istocie częstokroć nie rachują się +rodzicielki same?... + +Oblicze zadumanej marszałkowej wyrażało teraz ciche cierpienie, żal +jakby i skruchę, w tym bowiem wewnętrznym, milczącym rachunku sumienia +coraz cięższe odczuwała winy po swojej i brata stronie. + +A raz poruszone sumienie znów pytało dalej nielitościwie: - Czy +pochwyciłaś ty również te chwile, gdy do krysztalnej młodej dotąd +jeszcze duszy zapukała miłość, wkradła się tam, i rozkwitła bujnie? +Czuwałażeś razem z ojcem Oli nad sercem swej pieszczotki? Rozumnem +słowem, uwagą głęboką, kształciliścież je? hodowali, strzegąc to serce, +niby kwiat cieplarniany, od temperatury niezdrowej? Myśleliścież wy o +tem, iż tam, zamiast skromnego, pięknego pączka, o barwie łagodnej, może +wzrość ukrycie i bezkształtną zajaśnieć purpurą kwiat namiętności cichy, +wszystko dokoła duszący swą wonią?.. + +Czy uczyniliście wy to wszystko? - powtórnie, jako konkluzya wątpliwości +wszelkich, szarpnęło pytanie ostatnie duszą marszałkowej. + +Przygnębiona oparła znużoną głowę o poduszkę staroświeckiego mebla. + +Odpowiedzieć nie mogła obroną na zarzuty, powstałe w jej myślach za +podszeptem sumienia - milczała zatem. + +- Nie! - szyderczo odpowiedział z kolei rozum!... Wypieściliście tylko +ulubione swe dziecko, nie odmawialiście mu niczego - osypywaliście +wszystkiem, czego zapragnęło, znosząc nawet kaprysy, zachcianki i +urojenia; ustępując woli, którą rozumnie powinniście byli kształcić; +słuchając - a nie rozkazując! + +- O, wy! wychowawcy młodego pokolenia, jakże daleko jesteście od +powinności swoich!.. zaśmiał się w końcu rozum z goryczą. + +Marszałkowa Warnicka, nie ruszając się z miejsca, przymknęła powieki, +chwilę dłuższą w jednej i tej samej zostawszy pozycyi, wreszcie wstała +ociężale z miejsca swego i powoli zbliżyła się ku oknu. + +Zapalono już latarnie w mieście. Po szerokich - trotuarach +pierwszorzędnej ulicy snuły się tłumy. Pani Melania wpatrzyła się w nie, +a w jej myślach jednocześnie szumiało: + +- Uderz się w piersi!... Mea culpa, mea culpa! - boś winna, bardzo +winna! + +Zamigotał, zabłysł snopem promieni i iskier miłości płomyk, i dziewczyna +wyciągnęła ku niemu pragnące ramiona, jak łódź bez steru na morzu +rozhukanem - dziewczyna, którą wychowałaś - zdeptawszy uczucia drogich +sobie osób, nie oglądając się nawet za ich błogosławieństwem! + +- Zbieracie, coście zasiali! - głos jakiś w uszach marszałkowej +rozbrzmiewał i rósł, pełen potęgi. + +Nagle staruszka cofnęła się wstecz całem ciałem i drgnęła nerwowo. W +ciszy apartamentów rozległ się w tej chwili pokilkakroć silnie dzwonek. + +To był January Gowartowski. Marszałkowa przeczuciem już zgadywała +przybycie brata, a przetarłszy czoło ręką, z głębokiem westchnieniem +odstąpiła od okna. + + +W sąsiednim salonie, na odgłos dzwonka, zapalał właśnie mały lokajczyk +światło, w przedpokoju rozbierał się ktoś i rozmawiał ze służącym. + +Pani Melania, wsłuchawszy się pilnie, poznała głos brata. Wysiłkiem woli +rozpogodziwszy, jak umiała, oblicze, przestąpiła próg buduaru, i weszła +powolnym krokiem do salonu. W tej samej chwili we drzwiach ukazał się +przybyły. + +Był to mężczyzna, lat koło sześćdziesięciu może, chudy, wysoki, i pomimo +wieku, trzymający się jeszcze bardzo prosto, oraz gibki, jak trzcina, o +wyglądzie i układzie delikatnym, zręcznym i dystyngowanym. Twarz January +Gowartowski miał wygoloną starannie, głowę piękną, z przyprószonym nieco +włosem, a wąs sumiasty, biały, okalał mu wargi, wygięte nieco dumnie - +oblicze zaś jego, nacechowane jakby wyrazem wyniosłości, nerwowe, +zmienne, znamionowało człowieka, na. pierwszy rzut oka, nader wrażliwego +i uczuciowego może nad miarę. + +Ujrzawszy siostrę, podbiegł ku niej szybko i złożył w milczeniu na jej +ręce pełen uszanowania pocałunek. Przytem spojrzenie Gowartowskiego +spoczęło na jej twarzy pytająco, i dopiero po przelotnej chwili +oczekiwania jakby, widząc marszałkową nieco zmieszaną, odezwał się +pierwszy: + +- Odebrałem telegram twój, pani siostro, niepokój przygnał mię tu +natychmiast... Ola wyjechała podobno, gdzie? po co? na co?.. Czy tylko +jej co złego się nie stało? może ona chora, groźnie, broń Boże?.. +Powiedz, Melanio, szczerą prawdę, mów prędzej, bo wytrzymać z niepokoju +nie mogę!.. - drżąco wymówił pan January słowa ostatnie, z akcentem +prośby, głosem pełnym obawy, i z troską na wyrazistej twarzy czekał na +odpowiedź. + +Tymczasem zmieszanie marszałkowej rosło. Unikając spojrzenia brata, +rzekła: + +- Ależ uspokój się, mój drogi, cóż znowu?.. Upewniam cię, iż Ola +najzdrowsza się czuje i że zgoła nic złego jej nie grozi... + +Twarz Gowartowskiego natychmiast rozpogodziła się i westchnienie ulgi +podniosło pierś jego, odczuł bowiem szczerość w słowach siostry. + +Rzuciwszy opodal kapelusz i podróżna torebkę, usiadł wygodnie na fotelu +i spokojnym już zupełnie głosem zapytał: + +- No, więc cóż, na Boga, stało się z Olą? wyjechała - dokąd?... + +- Zmęczonym pewnie jesteś i głodnym - przerwała bratu Melania - może +kazać dać ci herbaty, przekąski?... - i mówiąc to, przycisnęła guzik +elektrycznego dzwonka. + +- Ależ, ma chčre, - żachnął się trochę niecierpliwie Gowartowski - to +wszystko zrobimy później, po cóż te ze mną ceremonie; co ci się dzisiaj +stało, taka nienaturalna jakaś jesteś? - zatrzymał się pan January i +spojrzał siostrze badawczo w oczy. + +- Nakarmisz mnie potem - dorzucił po chwili, z uśmiechem - lecz opowiedz +mi najprzód, co się tutaj stało?... + +Marszałkowa i na to nic zupełnie nie odpowiedziała, bo w tej właśnie +chwili na progu salonu ukazał się przywołany lokaj. Wszystko, co dotąd +czyniła, miało za cel zyskać tylko na czasie, po prostu bowiem nie +wiedziała, w jaki sposób podać bratu smutną i wstrząsającą odpowiedź i w +jakiej uczynić to formie. Zwróciła się do służącego. + +- Zapal lampę w buduarze, a gdyby kto tam przyszedł, to powiedz, żem +cierpiąca, i nie przyjmuję... + +- Wszak prawda - z kolei pytająco na pozór skierowała się do brata - i +ty zapewne nie masz dziś ochoty widzieć gości?... + +Za całą odpowiedź Gowartowski wzruszył z lekka ramionami, jednocześnie +jednak z pod oka kilkakrotnie spojrzał na siostrę, a z twarzy jego +pierzchła pogoda. + +Coś poza kulisami działo się w tym domu niedobrego, czul to pan January +nerwami, więc czoło zasępiło mu się i brwi przelotnie zmarszczyły. +Powstał gorączkowo z siedzenia, nieobecny myślą, szukający zagadki, nie +rozumiejąc słów siostry, znajdującej się już w oświetlonym buduarze i +mówiącej coś do niego. + +- Co mówisz? nie słyszę... - rzucił po chwili. - Może tu przejdziesz, +będzie nam wygodniej rozmawiać... - powtórzyła głośniej tym razem +marszałkowa. + +Gowartowski posłusznie podszedł ku drzwiom i przestąpił próg buduaru. + +Zamknij drzwi za sobą, mój kochany, i siadaj, proszę cię! - +bezdźwięcznym głosem odezwała się pani Melania, sama zaś skierowała się, +by przymknąć drzwi do pokoju jeszcze jedne. + +Pan January tymczasem usiadł i ze wzrastającym coraz bardziej niepokojem +śledził ruchy swej siostry. Teraz był już pewnym, że czeka go coś +niezwykłego, i złego, tak bowiem ostrożnej i dziwnie postępującej +siostry dawno już nie oglądał. + +Marszałkowa zbliżała się właśnie ku niemu, a usadowiwszy się obok, na +kanapie, ujęła w obie dłonie ręce brata. Postanowiła w myśli zaraz od +razu przeciąć drażniące pęta wstępnej rozmowy, rzekła zatem łagodnie i +serdecznie, wpatrzywszy się rozumnemi i dobremi oczami w twarz brata. + +- Przyrzeknij mi przede wszystkiem, mój drogi, że nie zanadto zmartwisz +się tem, co ci powiem, i zniesiesz wiadomość bardzo smutną, co ci +zakomunikować muszę - prawdziwie po męsku... + +- Ależ dobrze, dobrze, moja kochana... Lecz powiedz-że mi nareszcie, o +co chodzi, bo siedzę, jak na rozżarzonych węglach, i po głowie latają mi +wprost niemożliwe przypuszczenia!.. Mów prędzej, błagam - cóż z Olą się +stało?.. - wybuchnął Gowartowski, ostatnie zaś słowa jego drgały wymówką +i prośbą. + +Wyraz współczucia przemknął po twarzy matrony siwej, i objąwszy rękami +głowę brata, ucałowała ją czule. + +- Ola... już po ślubie... - rzekła równocześnie szeptem. + +Gowartowski, jak podrzucony, zerwał się z fotelu, i wzrokiem błędnym na +marszałkową spojrzał. - Kiedy? jak? co? gdzie? - wykrzyknął w pierwszej +chwili. - To być nie może!... - dorzucił i urwał... Wpatrzywszy się +bowiem uważniej w twarz siostry, poznał, iż ona mówi prawdę, po chwili +jęknął więc tylko cicho: + +- Z kim?... i cały, zdawało się, zawisł na ustach pani Melanii... Głos +zadrżał marszałkowej, gdy, jak mogła najspokojniej, panując nad własnem +wzruszeniem, odpowiedziała wolno: + +- Z Romanem Dzierżymirskim... + +- Z Dzierżymirskim... z tym hołyszem... synem tej... tej Włoszki, +śpiewaczki!... - głos załamał się panu Januaremu, i schwycił się on +obiema rękami za głowę. - I bez... bez... - tu głos Gowartowskiego +przeszedł w chrypkę, snać wstrząsająca nowina zatamowała mu dech w +piersiach - bez mego... pozwolenia... błogosławieństwa!... - wykrztusił; +dokończył nareszcie, z bólem i gniewem... Twarz przytem znękanego +otrzymaną wiadomością ojca, dotąd blada bardzo, zakwitła nagle ceglastym +rumieńcem, nogi zaś widocznie zachwiały się pod nim, gdyż ciężko, +bezsilnie, upadł na pobliski głęboki fotel. + +Powtórnie, z macierzyńską iście troskliwością, objęła głowę stroskanego +brata marszałkowa Warnicka, jakby ta czuła pieszczota siostrzana ukoić +pragnęła, choć chwilowo, cios, przed chwilą słowami przez nią zadany. + +Lecz Gowartowski odtrącił ją prawie że brutalnie, niepomny niczego, a +chwyciwszy w dłoni rękę siostry, przemówił zapalczywie, urywanym głosem. + +- Jak to? I ty, Melanio, pozwoliłaś na to? ty, na opiece której, niby +matki rodzonej, zostawiłem moje dziecię? Ty dałaś zezwolenie, nie +zawiadomiwszy mnie o niczem? + +I pan January ponownie z miejsca swego się zerwał, i wykrzyknął +wzburzony: + +- Wiedząc, że temu młokosowi, awanturnikowi odmówiłem dawniej, +naumyślnie usypialiście czujność moją, by mnie podejść, oszukać, i +myśleliście może, iż ja to przyjmę post factum, "tak sobie!" + +- Ależ zmiłuj się, uspokój ! - pospiesznie przerwała marszałkowa. - Nic +jeszcze nie wiesz dokładnie, a już obwiniasz innych na chybił-trafił. +Proszę cię, bardzo proszę, cierpliwości trochę, spokoju, aż opowiem ci +wszystko, - dodała błagalnie. + +Pan January mimo woli ucichł i spojrzał pytająco na siostrę. + +- Serce-ż ty moje, posłuchaj, a nie martw się tak okrutnie - drżącym od +wzruszenia głosem, ze współczuciem, przemówiła znowu pani Melania, w +nagłem rozczuleniu zatrącając przytem wyraźnie rodzonym ukraińskim +akcentem, od którego odzwyczaiła się była swą ciągłą bytnością w +mieście. - Posłuchaj, jak się rzecz miała - zaczęła marszałkowa, i +ciągnęła tak dalej : - Przede wszystkiem, kiedy już tak boleśnie +dotknąłeś mię przypuszczeniem, że byłam w zmowie przeciwko tobie, +wytłumaczyć się winnam... Tak nie było wcale, jak sądzisz; przeciwnie do +ostatniej chwili ja o niczem zgoła nie wiedziałam... + +Jak to? - przerwał siostrze zdumiony Gowartowski. + +- Tak, serce, tak, Januarku, ja nic zupełnie nie wiedziałam - powtórzyła +marszałkowa, z widocznym żalem w głosie - a dlaczego? Dlatego, że oni +poradzili sobie bez nas... Roman porwał Olę i natychmiast wyjechali +razem za granicę. + +I pani Melania umilkła, wszystko najgorsze już było bratu wiadomem. Pod +nowym ciosem pochyliła się głowa mężczyzny, i odbiło się na niej jeszcze +boleśniejsze cierpienie. + +- Olu!... Olu!... dziecko moje!.. Jakże zawiodłem się na, tobie! - z +ciężkiem westchnieniem wymknęło się z ust biednego ojca. + +Marszałkowa spoglądała wzruszona na brata. Gniewu jego nie bała się ona; +uniesienie przechodzi. Lecz czego lękała się dotąd najbardziej, to tej +rany właśnie, zadanej kochającemu sercu ojcowskiemu przez córkę, +depczącą przywiązanie do niej silne i bez upamiętania - dla ułudnej +fatamorgany zmysłowych rozkoszy, dla miłości kwiatów i ponęt... + +Pan January, z głową na piersi schyloną, milczał teraz, ukrywszy twarz w +dłonie. Ze wzrastającem coraz bardziej współczuciem patrzyła wciąż pani +Melania na brata i myślała: + +- 0, dzieci, dzieci, pokolenia młode, jakże wy często i okrutnie ranicie +serca starych! Przywiązuje się ich jesień smutna do waszych wiosen, +pełnych wesela, a wy, jak te ptaki, szukające wciąż ciepła i słońca, +lekkomyślnie rzucacie te serca, tratujecie miłość, zaparcia siebie +pełną, a pogardzając dogasającemi, popielejącemi iskrami - szukacie, +garniecie się do ognia, do młodych!.. + +Przecież i dla mnie pieszczotka Ola była dotąd wszystkiem, lube dziecię! + +Tak, lecz od genezy uczucia jej i brata nie biło słońce miłości młodej, +ptaszyna zerwała jedwabne pęta przywiązań domowych, bo w mroki cichych, +dotychczasowych jej uczuć, do serduszka dziewczęcego, wdarł się +promienisty blask potężniejszy, silniejszy! Zwykła kolej rzeczy tego +świata... + +Chcąc przerwać milczenie, pełne dla obojga rozmyślań przykrych, pani +Melania poczęła mówić znowu przyciszonym głosem: + +- Podziękujmy Bogu jeszcze, mój drogi January, że ślubem skończyło się +to wszystko. Teraz z wolą Bożą pogodzić się należy, i z przeznaczeniem, +to trudno... - ciągnęła dalej, widząc, że na jej słowa wyrwany z +głębokiej zadumy brat podniósł głowę i słucha - Nie uwierzysz, ile ja +przecierpiałam, nim doniesiono mi o tem, że oni gdzieś w pobliżu +austryackiej granicy, w jakiejś tam wioszczynie ślub wzięli. + +- Zkądże masz tę wiadomość? - złamanym i cichym głosem spytał +Gowartowski. + +- Marszałkowa ze smutkiem spojrzała na brata. Serce zabolało ją, jakże +bowiem innym, odmiennym całkiem, stał się on nagle teraz, po odebraniu +wiadomości, tak dlań wszechstronnie bolesnej. Powoli, miękko, opowiadać +mu ona poczęła stopniowo wszystko. + +A więc, o ucieczce Oli, o własnych cierpieniach, o tem, że z tak +licznych znajomych prawdy nie domyśla się dotąd nikt jeszcze, o +Ładyżyńskim... + +Pan January, przybity, słuchał teraz słów siostry pokornie, jak dziecko, +nie odzywał się już wcale, trudno zaś było zaręczyć, czy w myślach +bezustannie zatopiony - słyszał. + +Skończywszy swą opowieść, marszałkowa rzekła: + +- Bóg mi świadkiem, iż nic winną nie jestem... Po wyjeździe twoim i +odmowie, którą dałeś Dzierżymirskiemu, gdy oświadczył się o Olę przed +paru tygodniami, nie przyjmowałam go wcale. Gdzie widywał się z Olą, jak +i kiedy ułożyli ze sobą wszystko? Dotychczas żadnego o tem nie mam +pojęcia. Cóż robić - wola Boska!.. + +Gdy marszałkowa wymawiała te ostatnie wyrazy, instynktownie przysunęła +się do brata, chcąc pocieszyć go zapewne, lecz w tej samej chwili +spojrzenie jej padło na drzwi od salonu, i drgnęła nerwowo. Zdało jej +się, że ktoś dotyka właśnie klamki... + +Rzeczywiście, w sekundę później rozległo się trzykrotne pukanie, w ślad +za tem zaś służący zawiadomił, że podano kolacyę i herbatę. + +- Czy masz ochotę jeść teraz? - spytała łagodnie brata pani Melania. + +Pan January, machnąwszy poprzednio ręką, zrobił głową ruch negatywy, +pełny obojętności i zniechęcenia. + +Marszałkowa westchnęła cicho. + +-Będziemy jedli później! - rzuciła głośno. + +Po drugiej stronie drzwi buduaru zaintrygowany lokaj schylił się i +spojrzał przez dziurkę od klucza, poczem jeszcze bardziej zaciekawiony +przyciszoną rozmową, której wątka schwycić nie mógł, postawszy chwilę, +oddalił się na palcach by zakomunikować wiadomość tę pozostałej służbie. + +Z dobrą godzinę, a może i więcej jeszcze, minęło nim roztworzyły się owe +drzwi buduaru, i wyszło z niego rodzeństwo. Jakież jednak było zdumienie +domowników, gdy zamiast spożyć wieczerzę, oboje rozeszli się do swoich +komnat, nie tknąwszy jej wcale. + +I późno potem w apartamentach marszałkowej Warnickiej paliły się dwa +światła. + +Długo, bardzo długo, na klęczkach przed zapaloną lampką i wizerunkiem +Matki Bożej modliła się gorąco polska matrona, zanosząc prośby do nieba. +Ukrywszy głowę w dłonie, rozmyślała ona o ulubienicy swej, Oli, modliła +się za nią, za brata wreszcie, by mu los przyszłość osłodził. W końcu +światło u niej zgasło. Zmęczona wrażeniami ciężkich trzech dni +ostatnich, staruszka zasnęła twardo, pojednana z przeznaczeniem - +wzmocniona modlitwą... + +Inaczej się działo w komnacie Gowartowskiego. I on po niejakim czasie, +zmęczony jednostajną po pokoju wędrówką, zgasił lampę, ułożywszy się do +snu. + +Lecz sen - ukoiciel daleko odleciał od znękanego starca. + +Przez wielkie okno wkradało się półświatło usianej gwiazdami nocy +letniej, sennej i cichej; mrugające na niebie gwiazdy zaglądały do +wnętrza - komnaty, położonej na dole i zwróconej ku ogrodowi, a +zawisłszy nad łożem, wpatrywały się błyszczące, pytań niedyskretnych +pełne, w pobladłe lica bolejącego tu człowieka. + +0! jakże noc ta polska, swobodna, zadumana i jasna była inną dla +zapomnianego ojca, a jak inna, choć ta sama, rozpięta na włoskiem +niebie, dla dwojga młodych w Wenecyi!... + +Tam, w upojeniu, w miłosnej ekstazie, dwie dusze, dwa młode istnienia +zlewały się w jedno!... Na zegarach ich przeznaczeń teraz właśnie biła +może zgodnie aksamitnymi cichymi tony, ziemska ułudna szczęścia +godzina... + +A tu?... + +Z cierpieniem i bólem sam na sam borykał się starzec, tłumiąc łzy, +cisnące mu się gwałtem do oczu... + +Bo czyż, zaiste, to dziecię własne, drogie, nie sponiewierało go +bezlitośnie? Czyż za tyle lat ojcowskich trudów, miłości i zaparcia się +siebie, on, rodzic kochający, jak rzadko który może, zasłużył tego +ostatecznego, pogardliwego zdeptania? + +Więc on wobec córki własnej nic nie znaczył? Błogosławieństwo jego jest +niczem, pozwolenie - zerem! On sam zaś, jego własne "ja," którego +odzwierciedlenie niezatartem, zdawało mu się piętnem, odbite było na +duszy Oli, także okazało się tak słabem tylko? 0! do jakiego stopnia +słabem nawet, kiedy nie potrafiło oprzeć się nowemu uczuciu - +intruzowi!... + +Uśmiech gorzki, boleści pełny, przemknął się po ustach Gowartowskiego. + +- Więc nic trwałego na tym padole! - myślał - wszystko marnością... +rozwiewającym puchem!... Więc drogie kamienie, perły uczucia, powstałe w +ojcowskiej duszy z tysiącznych życia szczegółów, cicho wyrosłe tam +kwiaty trwałego rodzicielskiego przywiązania, z góry już skazane być +muszą niemiłosiernie, by zwiędnąć zapoznane... + +Ach, jakże on, naiwny, dalekim był myślą od tego! Jakiemże przykrem +rozczarowaniem była dlań ta naga rzeczywistość, brutalna, bez zasłon, +choćby konwencyonalnych tylko! + +Gowartowski ścisnął głowę rękami, zdawało mu się bowiem, iż ona pęknie +od myśli, cisnących się, jak nieproszone tłumy... Subtelny umysł jego +giął się pod ich naporem, szumiał, niby rój brzęczących, dokuczliwych +owadów. + +Nagle, jakby dziwnym wpływem reakcyi, w głowie leżącego zapanowała +próżnia... + +Gowartowski na małą sekundę tylko przestał myśleć... + +I natychmiast zręcznie z chwili tej skorzystała samowiedza. + +- Przypomnij sobie własną przeszłość - szepnęła - bądź wyrozumiałym!... +Poszukaj dobrze, a niewątpliwie znajdziesz tam moment, analogiczny z +chwilą obecną!... + +Wszak młodość ma swoje silne prawa, każdy w tym czasie korzysta z nich, +a starość, ubrana w pożółkłe, lecące liście jesieni życia, swą głowę +srebrną pochylić zawsze musi przed jej oślepiającym blaskiem, pomna, że +i ona kiedyś taka sama była. + +I pan January wysiłkiem woli uprzytomnił sobie nagle minione lata swoje, +wpatrzył się w nie na chwilę... + +- Nie, nie!... - wołać poczęło we wzburzeniu całe jego jestestwo. + +Tego, co go dzisiaj spotykało, nie było tam zgoła. On szanował sędziwy +wiek, przywiązania starych nie tratował; choć kochał i szalał, jednak +zawsze godził jedno z drugiem. + +Tu zaś obecnie działo się zupełnie co innego. I Gowartowski w tej samej +chwili odwrócił się do ściany, a przymknąwszy machinalnie powieki, i +jakby chroniąc słuch od jakichś odgłosów, jak dziecię wcisnął w poduszki +głowę swą siwą. Bo nagle zdało mu się wyraźnie, że czyn Oli przyoblekł +się w słowa i w pustych, cichych ścianach pokoju krzyczy wielkim głosem: + +- Idź w kąt, stary niedołęgo! Czyż ja potrzebuję ciebie się pytać? Ja +chcę żyć, kochać! Pragnę za męża mężczyzny drogiego sercu, a tu ty +myślisz mi przeszkodzić?... + +W ciszy pokoju, w uśpieniu letniej nocy, rozległo się bolesne, stłumione +łkanie - starzec płakał... + +Dawno niezmoczone łzą sędziwe męskie powieki, zaszkliły się rosą - +stroskanego ojca uniósł ból począł rozsadzać piersi. + +A jednocześnie przywidziało mu się, jakby w halucynacyi nagłej, że oto +skądsiś nagle, do ciasnych ram sypialni wpada, jak huragan, dziwny +rydwan złocisty... Przytuleni, zrośli jakoby ze sobą, siedzą na nim +Roman i Ola, zapatrzeni w siebie, nie widząc nic dokoła. + +Rydwan zaś wspaniały zbliża się coraz bardziej... + +Ciągną go ogniste piękne rumaki białe, a po jego stopniach, ozdobach i +kobiercach, wszędzie sypią się kwiaty; zasypują go, pochłaniają... + +Muzyka wesoła, skoczna, zagłusza tymczasem tętent koni - nad zakochaną +parą młodych roje cherubów unoszą się w górze, skrzydełka ich szumią +radośnie, a czarowna miłość toruje im +drogę!... + +I Gowartowskiemu zdaje się równocześnie, że pojazd ten wprost na niego +wpada. + +Tak jest, wyraźnie, wyraźnie!... + +Czuje bo oto na piersiach swych bolesne grubijańskie uderzenia kopyt +końskich... + +Ach!... + +To koła rydwanu przemknęły po nim zwycięsko!... + +Zaszumiało... Posypały się znowu wonnym deszczem kwiaty, muzyka głośniej +zabrzmiała. + +Minęła chwila... + +Ucichło wszystko, znikło i tylko jeszcze w milczeniu echem ostatnim +zadrżał miłośnie pocałunku szmer... + +Pojechali. + +Zimny pot zaperlił się na czole Gowartowskiego. - Przez myśl przemknęło +mu słowo: Waryuję?... + +Lecz niebawem znowu powróciła myśl zbłąkana. + +I cierpienie natychmiast ukłuciami drobnemi ranić go ponownie zaczęło. + +Powtórnie, umilkłe na drobną chwilę, jak przypływ morza, +niepowstrzymany, powrotny, rozległo się w cichym spokoju komnaty +zduszone łkanie... + +Szerokiem korytem rozlewała się boleść upokorzonego, zranionego +ojcowskiego serca, i przez otwarte okno cicho płynęła eterami, w dal... + +Na dworze ściemniło się tymczasem; gdzieniegdzie na czystem niebie +pojawiły się małe chmurki, przesłoniły zaglądające ciekawie do pokoju +gwiazdy... + +Cienie rozkładały się obecnie w sypialni, a z nimi powoli, zmęczeniem +snać zwyciężane i wyczerpaniem, milkło bolesne łkanie starca, +przechodząc stopniowo w płacz cichy. Cóż stało się powodem tego +ukojenia, działającego łagodnie, jak balsam, na znękaną cierpieniami +duszę stroskanego ojca? + +Może to było przywidzeniem tylko, jednak w majaczących, coraz więcej +zasiedlających pokój półcieniach, na ich tle widoczna zarysowała się +niewyraźna jakaś postać, nachylona ze współczuciem... + +Któż to był tak niepochwytny, z eterów zaledwie złożony cały? Mara, czy +złudzenie? + +Jednocześnie jakiś dziwny szelest jakby rozległ się również po pokoju... +Z przytłumionym szelestem, jednostajnie, kropla po kropelce spadało coś +w pewnych od siebie odstępach, za spadnięciem zaś każdej kropli rozlegał +się w cichej komnacie jakiś pełny, oddzielny, harmonijny ton stłumiony - +grała jednolita, oderwana, melodyjna nuta. + +Cichła - i znów to samo czyniła druga, trzecia, czwarta... + +Cóż to było na Boga? Czary, czy też tylko igraszka cieni i słuchu?.. +Nie. To niewidzialny dla ludzkiego oka, przywołany ze sfer niebieskich +prawdziwem cierpieniem, spłynął był Anioł pocieszenia, a siadłszy cicho +przy łożu szarpiącego się z hydrą bólu starca, niósł mu ukojenie - od +Boga!... + +Ściany pokoju tymczasem coraz ciszej grały swą muzykę dziwną... + +To ostatnie, do czary konchowej w dłoniach Pocieszyciela, zmieniając się +tam w piękne drogocenne perły, spadały z oczu człowieka-ojca - łzy... + + + + +------------ + + +Nad lekko zmarszczoną, a mieniącą się jeszcze w zielonkawe blaski +powierzchnia Adryatyckiego morza, daleko na widnokręgu, łagodniała coraz +bardziej czerwona wstęga zachodu, aż znikła, spełzła zupełnie, wyparta +mrokiem idącego wieczoru. + +W zakładzie kąpielowym, na Lido, zapóźnieni, w rozmaitych kostyumach +goście, powoli, stopniowo, zdążali do kabin swych, aż objęta palami i +sznurem ogromna przestrzeń morza, przeznaczona na kąpiel, zupełnie +opustoszała niebawem. + +Natomiast na werandzie pośrodku zakładu, na rubieży kąpieli, zaroiło się +od gości, spragnionych wypoczynku. + +Odcinając się od innych wysoką, smukłą swą postawą i dystynkcyą, +zmierzający do wolnego miejsca tuż pod balustradą, nad morzem, +przeciskał się pomiędzy licznymi zajętymi już stolikami, Roman +Dzierżymirski, w ubraniu całem białem, licującem bardzo korzystnie z +piękną śniadą twarzą jego i czarnym zarostem. Znalazłszy w korku wolne +miejsce, usiadł i kazał podać sobie napój odświeżający, a zdjąwszy +zarazem biały kapelusz - z tegoż materyału, co odzienie zrobiony - +spojrzał wokoło... + +Przytłumionym szmerem rozmów, prowadzonych w przeróżnych językach, +brzęczał w jego uszach, jak rój owadów, zebrany tłum; na pięknego, a +samotnego cudzoziemca spoglądało ciekawie i zalotnie kilka siedzących +opodal, przystojnych Włoszek o grubych zmysłowych wargach i dużych, +błyszczących, czarnych, jak węgiel, oczach. + +Dzierżymirski przetarł czoło ręką, i popatrzył z kolei przed siebie. +Otulone już mgłami zmierzchu morze marzyło jakby zadumane. Przyciszonym +łoskotem uderzało o brzeg falą, mówiło coś, szeptało... + +Na pokarbowanej, coraz bardziej ciemniejącej jego fali ścigały się teraz +mroki, jakieś cienie tajemniczo pływały po niem, gwarzyły ze sobą gdzieś +w oddali, a tłumione ich głosy niósł echem łagodny szmer fali... + +Tęsknym wzrokiem wpatrzył się Dzierżymirski w bezmiar wód Adryatyku, +zdało mu się bowiem, że wśród tych otaczających go, obcych ludzi, ono +jedno brata się z nim obecnie, i przyjacielskiem uchem myśli jego +słucha. + +A Roman całkiem swobodnie poddać się im mógł po raz pierwszy od bardzo +dawna; nie oczekiwał bowiem na nikogo, był sam zupełnie; żonę, cierpiącą +na migrenę, pozostawił w hotelu na własne jej żądanie. + +Dotąd zaś po prostu nie miał czasu pomyśleć, wniknąć w siebie. + +Od chwili przyjazdu Romana do Wenecyi mijało dwa tygodnie, a w całym tym +okresie, upojony haszyszem miłości dzielonej, przykuty do Oli złotymi +łańcuchy uczucia, wprzągnięty w oszałamiające, ułudne jarzmo chwil +miodowych - śnił on, spał, żyjąc życiem nie rzeczywistem, ale jakiemś +innem, oderwanem, lśniącem się li tylko jasnością, promieniami i +blaskiem. + +Prócz tego, jednocześnie doznawał on i wrażeń innych, subtelniejszych. +Były zaś niemi: po pierwsze, wrażenia czysto zewnętrzne, a więc ciągłe, +bezustanne pobudzenie poczucia piękna, wyzwane zetknięciem się z sztuką +tego zakątka pamiątek Italii; - wewnętrzne, a tym razem również w +ścisłej pozostające łączności z osią wszystkiego dlań teraz - z Olą. + +Dzierżymirski z licznych dotąd miłostek obeznany był dobrze z kobietami, +po raz jednak pierwszy odczuwał to, co dziś... + +Bo dotąd tak zwykle zdarzało się zazwyczaj; że on był w miłości zawsze +prawie nastrojonym na silniejszy diapazon, a kobieta bierniejszą była - +poddawała się tylko sile jego uczucia. + +Teraz zaś działo się wręcz przeciwnie: to on czuł się więcej pragnionym +i kochanym - to on poddawał się sile szałów, pożądań... + +Po stronie kobiety była widoczna przewaga, Roman zaś nurzał się w tej +czystej toni niepokalanego dotąd niczem uczucia, jak w źródle świeżem, +krynicznem nowego złotego życia, odmładzał się w niem, orzeźwiał, i +upojony, odurzony - zasypiał życie, marzył i śnił, wchłaniając w siebie +całą moc i potęgę skierowanej ku niemu miłości. + +A jednak, wszak i on kochał Olę: Któż by wątpił o tem, gdyby tylko mógł +spojrzeć na ukrytą, starannie od ludzkiego oka, a zapisaną kartę jego +tak niedawnej jeszcze przeszłości. + +W tej chwili Roman, przeżywając jakby w myślach swych, poza +teraźniejszością i lata minione, wzdrygnął się, brwi zmarszczył, i +machinalnie spojrzał przed siebie. + +Zupełnie spowił już morze mrok ciemny. Hen, daleko, błyszczały światła, +pozapalane na niewidzialnych prawie gołem okiem parowcach. Trzy z nich +mrugały już na kołyszącym się wodnym obszarze, po chwili zabłysło +czwarte, piąte... + +Lekki wietrzyk wionął po fali, poruszył się zadumany wód olbrzym, +zakołysał, zaszumiał tajemniczo głośniejszym, niż dotąd, chórem +podszeptów, szelestów i szmerów - melodyjnie zagrał... + +U stóp Romana silniej zapluskały fale. + +W uderzeniach zaś ich, teraz już zupełnie bliskich, wyraźnych, +powtarzających się co chwila, jakiś ukryty, szyderczy, szemrzący jakby +głos wołał, zda się, gdzieś z głębin dalekich: + +- No, i cóż, przywłaszczycielu cudzego złota, dobrze ci z niem, co, +nieprawdaż? Ubóstwiają cię, grasz rolę milionera! + +Ha-ha!-ha-ha!.. z kolei zaśmiały się nagle wody. + +- Myślisz może, że teraz, dotykając się już pieniędzy innych, +wytłumaczonym przez to jesteś? Że zapomniano, zagrzebano twą tajemnicę? + +- Ha-ha!-ha-ha!.. - śmiało się morze ironicznie, i dalej znowu szydziło: + +- A widzisz - zbladłeś! Ty dotychczas pewnym byłeś, że nikt nic nie wie +o tem!.. + +- A ja wiem, dobrze wiem!... - szyderczo zaśmiało się morze, a śmiech +ten wód ogromy coraz głośniej przedrzeźniać poczęły. + +Teraz już całe morze bezlitośnie drwiło. + +Naraz głos Adryatyku ustał i cichym szeptem zaszemrała fala: + +- Nie bój się! ja żartuję tylko... nie trwóż się, ja cię nie zdradzę... + +- Patrz, jakie głębie kryją się w mem łonie jak wielkiem jestem ja!.. + +- Tajemnicę twą zachowam, zginie ona w obszarach, w bezdnach utonie... + +- Nie powiem, ci... cho będę... ci... cho... - zaszeptała znów fala, i +szept ten powtórzyły fal miliony... + +I jak śmiech szyderczy, tak i teraz ten półszept cichy, stłumiony, +drżący, szedł znowu po łuskach fal, tajemniczy, straszny... + +Nie... po... wiem!.. ci-cho będę, ccci-cho... + +Nerwy Romana zadrgały; podrażniły go te dziwne głosy Adryatyku, odsunął +krzesło na drugi koniec stolika, podparł rękami głowę, a zatkawszy uszy +przed pomrukiem wód, wzburzony jeszcze, blady, zadumał się głęboko. + +Przeszłość, wywołana chwilą samotności, i dziwnymi morza pogwary, świeża +i żywa, niby wczorajsza, stanęła mu przed oczyma, jak widmo. + +Na ubogiem poddaszu, ujrzał zatem siebie budzącym się po śnie strasznym! + +Dwa już lata od tej chwili mijały. A co on od owego czasu przecierpiał, +przeżył, przewalczył! - nie zliczyć!.. + +Długo nie tknął wówczas cudzych pieniędzy; tajemniczy portfel leżał pod +kluczem, pozornie zapomniany. + +A on ciągle walczył ze sobą!.. + +Nie zanosił jednak zguby do biura policyjnego, sam osobiście właściciela +nie szukał. Czekał... + +Pod tym względem niepokojąca, tłocząca swą zagadką, głucha panowała +cisza. + +W żadnem piśmie nie było wzmianki o zgubionym pugilaresie - nikt o tem +władzom nie doniósł... + +A on wciąż szalał. + +Wreszcie wyczerpały się wszystkie jego własne fundusze, parę ostatnich +lekcyi stracił bezpowrotnie; głód zajrzał do jego izdebki... Nie było +rady, napoczął wówczas cudzego złota. + +Jakby to było wczoraj, dziś zaledwie, pamięta wyraźnie te tygodnie +męczarni, bojaźni, wyrzutów, gdy siłą okoliczności zmuszonym został +"żyć" z mienia przywłaszczonego... Pamięta swą trwogę dziecinną przy +zmianie pierwszej sztuki znalezionych pieniędzy, i innych, następnych... +Widzi siebie, jak naumyślnie zmieniał je na drugim końcu miasta, jak bał +się wtedy własnego cienia, i tak dalej, tak dalej!.. + +Każda drobnostka żywo, jawnie staje mu przed wzrokiem. + +A później znowu w murach rodzinnego miasta wytrzymać już nie mógł!.. + +Wyjechał. Błąkał się za granicą długo, bezmyślnie, aż dotarł do +Monte-Carlo. + +Tam, opanowany gorączką złota, widząc, jak strumienie jego, rzeki całe, +płyną hojnie wokoło - do gry w ruletę rzucił się z zapałem. + +Początkowo miał szczęście szalone. Cudzy pieniądz dwoił się, troił +cudownie, pewnego poranku jednak przegrał wszystko co do grosza. Nie +stracił jednak odwagi. Dawszy się już poznać w domu gry, jako człowiek +bogaty i nierachujący się wcale z groszem, oraz rozpowszechniwszy +fałszywą pogłoskę o olbrzymich swych jakoby dobrach, pożyczył u +poznanego amerykańskiego miliardera trzykroć sto tysięcy franków. + +Poręczył za niego pewien lord angielski, z którym się on, Roman, +poprzyjaźnił bardzo. Począł grać... Pieniądze Amerykanina, (który, +mówiąc nawiasem, wygrywał w tym sezonie sumy olbrzymie), przyniosły mu +szczęście. + +Dzięki parokrotnym, a nader rzadkim i nieprawdopodobnej długości seryom +"rouge", oraz kilku wygranym "en plein", pewnego dnia ujrzał się panem +miliona franków. Uśmiech fortuny oszołomił go na razie. Począł grać ze +zdwojoną energią i ryzykiem. + +Znowu wygrał kilkakrotnie, lecz z kolei niebawem począł znowu +przegrywać, z przerażającą szybkością. Opamiętał się. Przyszła chwila +rozwagi; oddał dług milionerowi zza oceanu i wyjechał. Względnie był +jeszcze wygranym, i to dostatecznie. Przywoził z sobą do kraju blizko +sześćdziesiąt tysięcy, a wyjeżdżając miał tylko dwadzieścia kilka. + +Wówczas rozpoczęło się dlań nowe życie... + +Przede wszystkiem wracał spokojny. Niezrozumiały na razie, subtelny +bardzo, posiadający jednak pewną podstawę ściśle logiczną, owładnął nim +wtedy w duszy proces dedukcyjny, i zwyciężył. + +Roman Dzierżymirski, cały pogrążony w swych wspomnieniach, odsłonił +twarz, machinalnie powstał, i oparłszy się o balustradę, wpatrzył w +bezmiar morza, coraz ciemniejszy i cichszy. + +- Tak, zwyciężył! - myślał Roman dalej. Zdawało mu się bowiem wówczas, +że nie jest tak bardzo winnym. + +- Te pieniądze są teraz moje, "prawdziwie" moje - powiedział sobie +wtedy, doszedłszy do tej pewności całem poprzedniem skojarzeniem +wywodzeń. A mianowicie: Złoto znalezione wszak przegrał; stopiło się +ono, znikło, zlało w całość jedną z morzem przegrywanych w jaskini gry +pieniędzy. Mienie zaś jego obecne - to była tylko wygrana z pożyczki +Amerykanina, a zatem suma grosza, niemająca już bezpośredniego, +dotykalnego związku ze znalezionym portfelem. + +Jemu, Dzierżymirskiemu, w dziedzinie sumienia wyrzutów, dociekań, +zwątpień, ubywał jeden szkopuł poważny - nie dotykał się on już wyjętego +z "cudzego" pugilaresu grosza. Niezaprzeczenie przytem należał do niego +ten pieniądz, ślepą igraszką losu nabyty; podwaliną zaś, przeszłością +tylko fortunki tej było przywłaszczenie. + +Pozostawał fakt, wprawdzie już daleki, znalezienia i nieoddania - +pozostawało niezmienne przekroczenie etyki ludzkiej, i uczciwości ze +strony jego, jako jednostki społecznej - niczem niestarta, wieczna tego +plama, ale w ówczesnem przynajmniej przekonaniu jego, to wszystko +znośniejszem, nie tak piekącem, lżejszem bez porównania było od +odległego strasznego wczoraj. + +Z głową podniesioną zatem do góry, pokrzepiony powyższymi w swoim +rodzaju sofizmatami, rozejrzał się wówczas po świecie i począł działać. +Rozpowszechniwszy, za pomocą ponownie odnalezionego przyjaciela i +dawnego kolegi-światowca, pogłoskę o dziedzictwie niespodzianem, a dość +pokaźnem, po stryju, zmarłym w Stanach Zjednoczonych, rzucił się w wir +zabaw eleganckiego świata, w celu zbliżenia się do Oli. Dopiął togo, +zawładnąć jej sercem potrafił, oświadczył się o jej rękę, odrzuconym +został, i... + +Powierzchnia morza spokojną już była. Obojętna całkiem równomiernie i +łagodnie uderzała fala o podnóże werandy - milczała cicha... + +Dzierżymirski obudził się ze swych myśli, zanurzył ręce w bujnej +czuprynie, głową wstrząsnął, jakby pragnąc odpędzić roje wspomnień, i +odwrócił się od wodnej toni. + +Publiczności nie było już prawie, po platformie kawiarni, ziewając, +przechadzała się służba. Zawoławszy kelnera, Roman rzucił mu dużą +srebrną monetę, i odprowadzony głębokim jego ukłonem, opuścił zakład +kąpielowy. + +Niebawem znalazł się na drodze szerokiej, ocienionej drzewami, z +szerokiemi po bokach alejami dla pieszych. + +W umyśle jego cichł szept przeszłości, niepostrzeżenie, stopniowo, +obrazy jej niknęły - teraźniejszość wracała... Przed wzrokiem mężczyzny +mignęła naraz rozkosznie sylwetka Oli; pragnienie miłości, życia, silnie +nim owładnęło. + +Śpieszył się. + +Odpędził natrętnego wyrostka, zachwalającego mu świeże ostrygi i jakieś +ślimaczki nadzwyczajne; niebawem żachnął się znowu niecierpliwie, +ujrzawszy zastępującego mu drogę rozczochranego starego Włocha, z +maneżkami, pełnemi pieczonych homarów i drobnych raczków. + +Po bokach drogi, w licznie rozsypanych restauracyach, roiło się od +spożywających i zapijających wino ludzi, z oddali dolatywało echo +muzyki. Roman, przyśpieszając bezustannie kroku, wyrzucać teraz począł +sobie, że zostawił żonę samą; niepokoiła go myśl uporczywa, iż nie +cierpi ona może na migrenę, lecz, że to początek zapewne słabości +zupełnie innej; wszak wszystkie choroby zazwyczaj rozpoczynają się bólem +głowy. + +Po co tu przyszedł?... By bezużytecznie odgrzebywać minione chwile? Ależ +to nonsens zupełny. A tam ona, Ola, sama zupełnie - niewątpliwe chora!.. + +Miłość pani, z całem bogactwem bezpodstawnych swych wzruszeń i +niepokojów, zawładnęła niepodzielnie Dzierżymirskim. + +Spojrzał na zegarek - dochodziła dziewiąta. Przed nim już bardzo blisko +widniały dwie małe platformy przystani; pełne były ludzi, przed jedną z +nich stał parowiec, gotowy do odejścia. Dzierżymirski w obawie, że się +spóźni, puścił się pędem, i spotniały dobiegł do przystani w tej samej +właśnie chwili, gdy na pokład odrzucano już sznur gruby, przytrzymujący +parowiec. Wskoczywszy nań szybko, Roman znalazł się pomiędzy natłoczoną +ciżbą ludzi, jak głośny rój pszczół gwarzącą pomiędzy sobą, ze śmiechem +i giestykulacyą. + +Otarłszy pot z czoła, Dzierżymirski wsparł się o poręcz balustrady +pokładu. Boki statku łagodnie pruły fale; oddzielona ciemną tonią, w +bliskiej już odległości mrugała kręgiem świateł rzucona na wód obszary +Wenecya. + +Podniósłszy do oczu dalekonośną lunetę, wpatrzył się Roman w rząd domów, +położonych nad brzegiem, ku któremu szybko płynący parowiec zbliżał się +coraz bardziej. Szukał hotelu swego, i okna pokoju, gdzie pozostawił +Olę. + +Okno komnaty tej właśnie otwartem było szeroko. W ramie zaś jego stała +kobieta, szatynka, smukła, o jasnem, habrowem spojrzeniu podłużnych, +mieniących się oczu, o piersiach wypukłych, wznoszących się jak fala, a +kształtach ponętnych, pełnych, jakby pragnących gwałtem wydostać się z +ciasnych ram opiętej, białej, pikowej sukni. Małe wklęśnięcia po obu +stronach wązkich usteczek zdradzały przy uśmiechu rozkoszne dołeczki, +rączka maleńka i dystyngowana całość postaci mówiły wyraźnie o rasie +młodej osóbki. + +Ola, wypocząwszy w łóżku godzin kilka, wstała właśnie przed chwilą, +czując, że nerwowy, spowodowany upałem i zmęczeniem ból głowy ustaje. +Pragnęła po za tem rozerwać trochę myśli, z wyjściem bowiem Romana +zasnęła i śnił jej się rodzinny Gowartów i ojciec, jak żywy, tylko jakiś +smutny i zbolały. + +I po przebudzeniu myśl Oli pobiegła stąd daleko... Mimo woli sama +uleciała do ojczystych obszarów i jarów. Powonienie jej podrażnił +wyraźny zapach polnego kwiecia, ziół i bodjaków, w uszach zabrzmiała +melodya cicha szumiących borów, kołyszącego się miarowo stepu - smętna +rodzinna Ukraina, z poza setek mil, ogarnęła ją tu, pod włoskiem niebem, +poczuła, zda się, powiew jej, tęsknoty pełny, do uszu zaś doleciało +jakby ginące echo żałosnej dumki, śpiewanej nieuczonym głosem +mołodycy... + +I smutek ogarnął Olę... Czy wróci tam kiedy, czy wróci? + +Wszak podeptała wszystko - jednem szarpnięciem się zerwała wszelkie +więzy - sama otworzyła sobie przemocą bramę do wymarzonego szczęścia. +Tak jest. Bo Ola czuła się przecież rzeczywiście szczęśliwą. + +- Biedny ten ojciec jednak, który po swojemu, jak umiał, tak ją kochał +- myślała dalej. - A droga ciotka Melania i przyjaciel ich, Ładyżyński? +Gdzie Gowartów, z którym zrosła się jej dusza cała? Co się tam dzieje? +Gdzie oni teraz, ci wszyscy, tak dotychczas sercu drodzy?.. + +Rozpamiętując w ten sposób przeszłość, przepędziła Ola z godzinę. + +Moc upajającej rzeczywistości tak silną była, jednak, że stopniowo +ścierać poczęła wrażenie snu i ożyłe chwilowo wspomnienia. Obecnie +stojąca w oknie młoda kobieta myślą daleką już była od tego wszystkiego. +Obejmując wzrokiem panoramę portu i morza - oświetloną Wenecyę, wysepkę +z kościołem S-to Giorgio Maggiore, oraz kanały z mknącemi cicho po nich +licznemi gondolami, - Ola z niecierpliwością wypatrywała Romana. + +Pragnęła już bowiem widoku męża. Przedłużona nieobecność +Dzierżymirskiego i w jej duszy zasiała ziarnka niepokoju; tęskniła już +za jego pieszczotą, zapragnęła czułości i pocałunków... + +Wziąwszy lornetkę, przyłożyła ją Ola do swych oczu, ścigając po chwili +widnokrąg spojrzeniem. Pierś jej przytem unosić się poczęła miarowo, +usteczka zaś zdawały się całować przestrzeń, rozchylone, proszące... + +Zniechęcona, odjęła niebawem lornetkę od oczu. Jakiś statek w kierunku +Lido zbliżał się wprawdzie, lecz znajdował się jeszcze tak daleko... + +Ola odstąpiła od okna, i szeleszcząc jedwabiami swych spódniczek, +poczęła niecierpliwie przechadzać się po pokoju, pytając sama siebie: + +- Któż widział spóźniać się tak dalece? Widocznie zobojętniała już ona +Romanowi, czyż to jednak możliwe? Wszak tak niedługo trwa ich +szczęście... + +Myśli ostatnie i wątpliwości śmiesznemi widocznie zdały się młodej +kobiecie, bo po zastanowieniu się twarz jej poweselała, a w ciszy pokoju +rozległ się śmieszek srebrzysty. W ślad za tem zapaliła dwie świece i +przystąpiła do dużego lustra. Długo, z lubością, wpatrywała się w +nadobne własne oblicze. Przymknąwszy z lekka powieki, lecz tak, by mogła +widzieć siebie, przegięła swą ładną główkę i kibić nieco w tył, oraz +rozchyliła usteczka... + +Kształty postaci jej całej uwypukliły się ponętnie; w pozycyi tej +zatrzymała się chwilę... Uśmieszek zwycięski przewinął się niebawem po +drobnych wargach pięknej kobiety; podniosła do góry ręce, łasząco, jak +kocię, wyprężyła naprzód swe ciało, i uczyniwszy gest, podobny do +przeciągającego się po śnie człowieka, wymówiła głośne: Aaaa... + +Po chwili zaś, poprawiwszy poprzednio zalotnie tualetę swą i włosy, +stanęła znowu w pierwotnej pozycyi u okna, w ciemnym tak samo i tym +razem pokoju, z lornetką przy oczach. + +Zbliżający się tymczasem od strony morza parowiec stawał właśnie już w +przystani. Po drewnianych pomostach wysypał się na ulicę tłum różnolity +i barwny; światła, pozapalane w pobliżu padały nań skośnie, oświetlając +wyraźnie ruszających się ludzi. Ola wśród nich starała się odnaleźć +sylwetkę męża, niebawem dojrzała go rzeczywiście i z radością +wykrzyknęła do siebie: + +- Jest! jest!.. + +W oka mgnieniu odskoczyła od okna, zapaliła świecę, odnalazła szybko +kapelusz i parasolkę, i wybiegła z hotelu. Zdążała na spotkanie Romana, +śmiejąc się z góry na myśl, jak on się zdziwi, ujrzawszy ją na nogach. + +Na Riva degli Schiavoni, spacerowem miejscu Wenecyi, roiło się od +publiczności. W pobliżu hotelu, zamieszkiwanego przez Dzierżymirskich, +muzyka grająca zazwyczaj na placu Świętego Marka, rozbrzmiewała kaskadą +ochoczych tonów przed kawiarnią, przepełnioną ludźmi, snującymi się +również wszędzie, gdzie tylko było rzucić okiem. Ola, zdążając ku +przystani, wymijała ich szybko, w oddali widziała już wśród idących +sylwetkę Romana, całą białą, górującą wzrostem nad innymi. + +Dzierżymirski, niespokojny snać dotąd jeszcze, szedł krokiem raźnym, z +cygarem zapalonem w ustach, a kroczył tak zamyślony, że byłby, nie +widząc wyminął Olę niewątpliwie, gdyby ta, ubawiona, nie roześmiała się +wesoło i nie pochwyciła go za ramię. Na dźwięk znajomego srebrnego +śmiechu podniósł Roman głowę i twarz, chmurna dotychczas nieco, +rozpogodziła mu się natychmiast. + +- Ty tu, filutko?.. - wykrzyknął radośnie, i ująwszy obie rączki Oli w +swe dłonie, obsypywać je zaczął pocałunkami, a następnie pociągnął ją ku +sobie, i nie zwracając zgoła uwagi na kilka mijających ich osób, +ucałował w twarz serdecznie. + +- A tak, Romeczku! - odparła żywo Ola - wybiegłam, bo zobaczyłam przez +lornetkę, jak wysiadałeś! Fe! któż widział siedzieć tak długo, gdy się +ma tak ładną, jak ja żoneczkę... - dorzuciła, przymilając się, z lekką +wymówką w głosie, i dodała jeszcze: + +- Myślałam już, że ci się co złego stało! + + Promień przebiegł po twarzy mężczyzny, ujął ramię Oli, i odparł: + +- A wiesz, moje życie, że i ja miałem co do ciebie myśl podobną?.. - +uśmiechnął się i dodał - ale z mej strony to usprawiedliwione, +zostawiłem cię przecie bowiem w łóżku... + +Idąc wciąż szybko przed siebie, zamilkli oboje. Miłość odczuta, taka +sama, drobną swą powyższą oznaką zamknęła im usta na chwilę. + +- Skądsiś od Wielkiego Kanału, w pewnych od siebie, odstępach, +dolatywało właśnie echo silnego męskiego głosu, przy akompaniamencie +chóru innych. + +- Pojedziemy może gondolą, jak myślisz? - zapytała Ola - słyszysz jak +ładnie śpiewają?.. + +- Dobrze, moje życie, jedziemy!.. - odparł wesoło Roman. + +Jak na zawołanie, w tej samej chwili Dzierżymirscy usłyszeli za sobą +kilka okrzyków, silnie akcentowanych na pierwszej sylabie: "Gón-dola,. +gón-dola signore... gón-dola!.." + +Na lewo, obok idących, znajdowała się "Piazzeta", a naprzeciw +wznoszącego się majestatycznie pałacu Dożów, największa przystań +gondolierów. + +Dzierżymirski, wybrawszy jednego z licznych" napraszających się +przewoźników, podszedł ku przystani, gdzie wespół z Olą usadowił się +niebawem w gondoli. + +- Serenada, Canale Grande! - rzucił ubranemu biało Włochowi. + +"Rematore"*) uderzył w wiosła, i gondola z wolna, cicha, wysunęła się z +pomiędzy dziesiątek innych, a kołysząc się na, czarnej fali kanału, +pomknęła we wskazanym kierunku. Roman objął kibić żony i począł muskać +delikatnie ustami jej oczy, czoło, szyję i usta. Ona zaś uchylała się +wciąż figlarnie, szepcząc: +[*) Wioślarz.] + +- Wstydź się... gondolier patrzy... + +Lecz mężczyzna nie przestawał. Kilkakrotnie usta ich złączyły się w +pocałunku gorącym, długim, od którego zadrżeli oboje, z ust Romana +sypały się ciche i urywane, dyszące uczuciem i namiętnością, +pieszczotliwe wyrazy... + +A wkoło nich, szeleszcząc uderzeniami wioseł, sunąc również, jak i oni +cicho, mknęły, migocząc kolorowemi światełkami, gondole, zmierzając +wszystkie w jednym kierunku - ku Wielkiemu Kanałowi, całemu +rozbrzmiewającemu w tej chwili, jak harfa ruszona śpiewem i muzyką. +Oświetlone, ubrane kolorowemi, papierowemi latarniami, migały w oddali +wielkie gondole, a raczej statki małe, tak zwane "serenady", na których +orkiestry cale grajków i śpiewaków-samouków popisywały się ze swym +wrodzonym, a rzetelnym nawet częstokroć artyzmem. + +Kilka podobnych serenad, rozrzuconych po kanale; wabiło światłami i +stłumionym śpiewu odgłosem, koło nich zaś, w pobliżu, grupowały się +kręgiem dziesiątki czarnych gondoli, z rozpostartymi w nich niedbale i +wygodnie słuchaczami. Niektóre z rozbrzmiewających śpiewem i muzyką bark +podjeżdżały pod okna dawnych dworców, a dzisiejszych pierwszorzędnych +hoteli i koncertując tam wyłącznie dla hotelowych gości, zbierali od +nich dla siebie datki, sunąc różnobarwnemi światłami i gorejącym +kadłubem stateczku zwolna u marmurowych stopni pałacowych balkonów. + +Naprzeciwko dwóch podobnych serenad, śpiewających wprost kościoła S-ta +Maria della Salute, pod oknami pałaców Ferro i Zucchelli, (dzisiejsze +Grand-Hotel i hotel Britania) dalej nieco, poza kościołem, zabrzmiała +właśnie nagle pieśń solowa .. + +Zagłuszając inne głosy śpiewaków bliższych i dalszych, zadrgała ona +uczuciem, i zręcznie modulowana przyjemnie pieściła słuch, coraz +donioślejsza, bliższa... + +- Pojedziemy tam! dobrze, Romciu?.. - zaproponowała Ola, ujęta głosem +śpiewaka. + +- Bene, carissima! - odparł Roman, i skinął na wiosłującego. Gondola +ich, kierowana umiejętną ręką, wymijać zaczęła łodzie, coraz +liczniejsze. + +Roman i Ola, widząc się coraz bardziej otoczonymi, przestali pocałunków +i pieszczot, chwilowo poddawszy się zupełnie czarowi pieśni, płynącej ku +nim w ciszy wieczoru. + +Oboje milczeli... + +Gondola tymczasem skręciła powoli w lewo, ku rozśpiewanej barce, i +wśliznąwszy się swym wysokim przednim dziobem, jak wąż, pomiędzy +kołyszące się dziesiątki innych gondol - stanęła wreszcie, zatrzymana +zręcznie. Gondolier przymocował sznurem swój pojazd do sąsiednich i +założywszy na krzyż ręce, w skupieniu wespół z innymi zasłuchał w +pieśń... + +Szerokiem półkolem, ciche, kołysały się wszędy inne gondole; wsparci w +nich słuchacze poddawali się niewytłumaczonemu czarowi tej weneckiej, +cichej nocy, tej pieśni szczerej, niewykwintnej, chwytającej jednak mimo +woli niejednego za serce, zapadającej w duszę głęboko. + +Po smętnych pieśniach następowały skoczne, i tak dalej, bez zmiany. Co +kilka "numerów" z barki "serenady" schodził włoch, rozczochrany, od +śpiewu wzruszony jeszcze, i z czapką w ręku zbierał "co łaska", +przestępując ostrożnie z jednej gondoli na drugą. + +W ciszy zaś względnej, a spowodowanej tym swego rodzaju antraktem, +ruszały się z miejsc swoich niektóre łodzie, wracając, lub zdążając +dalej do innych serenad; na puste miejsce wsuwała się milcząco +nowoprzybyła gondola, a publiczność, zebrana w tych zaimprowizowanych +wodnych lożach, natychmiast spoglądała ciekawie na swego sąsiada, +półgłosem komunikowała sobie uwagi, w rozmaitych językach. + +I w cichości powoli milkły, to znów z kolei rozbrzmiewały dalsze i +bliższe rozśpiewane barki, wreszcie antrakt się kończył, po wodach +kanału mknęła znów ze "sceny" serenady pieśń namiętna... + +Słuchały jej echa zdawało się, pobłażliwie i ciekawie gwiazdki, licznie +rozsiane po gwiaździstem niebie południa - słuchały krzyże, i wieżyce +licznych świątyni, i zadumane marmury wiekopomnych dworców. + +Od czasu do czasu komunikując sobie przyciszoną uwagę, Roman i Ola +słuchali również uważnie włoskich pieśni, nastrój zaś dzisiejszego +wieczora rozmarzająco działał na nich. Myśli ich daleko ulatywały, pod +wpływem tej nocy, tego krajobrazu niezwykłego, a pełnego czaru, i tej +niewymuszonej, tchnącej uczuciem pieśni, wyrzucanej z ust ludzi +prostych, dziwnie jednak atoli przejmujących się melodyą słów swoich, +kochających tak wyraźnie pieśni owe, narodowe - własne! + +Wywołana zatem świeżemi, tak niedawnemi wspomnieniami dzisiejszego +popołudnia, myśl Oli biegła nieprzeparcie do stron ojczystych - +przymrużała oczy, i widziała ogród Gowartowski... wyniosłe oblicze +ojca... + +Romana zaś trapiły z kolei te same, co i nad morzem myśli... Fałsz +obecnego położenia, przyszłość niejasna, zakryta, ciemna, z tajemnicą na +dnie duszy ukrywać się zmuszoną, przed okiem najdroższej nawet teraz +dlań na świecie istoty, zaciemniały chmurą troski czoło +Dzierżymirskiego, mgłą smutku matowały spojrzenie czarnych, rozumnych +oczu. + +I żal jakiś niezmierny, żal do życia, rozpierał mu piersi, do losu, że, +postawił go na tak śliskim i kołyszącym się gruncie, że tylko za cenę +tego fałszu i wyrzutów sumienia, pozwolił mu zdobyć to jego dzisiejsze +nieograniczone szczęście! + +Zatopiony w swem skrytem cierpieniu, Roman od czasu do czasu spoglądał +na Olę. Ta, ze spuszczonemi oczami, oparta niedbale na skórzanych +poduszkach gondoli, zadumana, również marzyła cicho... Cienie +przechodziły, przemykały się po jej wdzięcznem, zamyślonem obliczu, +czasem na usteczkach zagaszczał błąkający się uśmieszek. + +Roman wtedy z miłością bezgraniczną zatrzymywał dłuższą chwilę +spojrzenie na ukochanych rysach, i znowu popadał w zadumę, lub słówkiem +pieszczoty, albo spostrzeżeniem jakiem przerywał milczenie. Ola +odpowiadała mu skinieniem główki - zamieniali pomiędzy sobą zdań +urywanych kilkanaście, i znowu milkli, poddając się nastrojowi +zewnętrznemu otoczenia i wewnętrznemu dusz własnych. W ten sposób czas +mijał. + +Powoli, stopniowo rozluźniło się ścieśnione gondol półkole... Z cichym +wioseł szelestem i pluskiem ruszonej wody odpływały one jedne po drugich +- duże barki sąsiednich serenad ginęły również w oddali, śpiewy ich +cichły... + +Kilka tylko z nich jeszcze rozbrzmiewało po kanale ostatnimi tony, a +między innemi i barka, koło której kołysała się gondola Dzierżymirskich. +Z okien i balkonów hoteli poznikały już także liczne sylwetki i twarze +gości, w pobliżu, na wieży kościelnej, wybiła rytmicznie godzina +jedenasta... + +Roman ocknął się pierwszy, dotknął delikatnie dłonią rączki Oli i rzekł: + +- Pora już nam, kochanie... prawdaż?.. + +- Która? - zapytała Ola, zbudzona. + +- Jedenasta, moje życie - odparł Roman. + +- Już?.. - zdziwiła się Ola, westchnąwszy. To jedźmy, nie sądziłam +nigdy, by już tyle czasu minęło... + +- O czemże tak dumała moja pani? - zapytał Roman, z uśmiechem. + +- A ty? - odpowiedziała pytaniem Ola. + +- 0... ja?.. nic ciekawego - odparł pośpiesznie Roman, i jakby pragnąc, +by powtórnie nie pytano go o to samo, odwrócił się szybko do gondoliera, +informując go, dokąd ma ich zawieźć. + +Gondola, wycofana z łatwością z przerzedzonego już kręgu, zawróciła i +pomknęła ku oświetlonemu niebieskawym światłem latarni elektrycznych +placowi San Marco. Na wieżach odległych kościołów, układającej się do +snu Wenecyi, w milczeniu, różnymi tony dzwoniła godzina jedenasta, zdała +dochodził jeszcze przyciszony odgłos muzyki... + +Wyciągnąwszy się wygodnie w gondoli, Roman ujął znów kibić żony, i +pieszcząc wargami jej szyję, począł mówić cicho, długo, ciągle. + +Czuł potrzebę mówienia; chciał zagłuszyć, odpędzić natrętne myśli, +wspomnienia, przechodził z tematu na temat, śmiał się, dowcipkował, +całował Olę co chwila. A ona szczebiotała również... + +Pełne wesela głosy dwojga młodych złączonym akordem przerywały co chwila +milczenie i spokój "Canale Grande", padały i ślizgały się echem po +ciemnej tafli jego wód, w których z kolei pławiły się cienie pałaców, +złotym deszczem igrały gwiazdy i swawolił powiew wietrzyka, idącego z +morza, pokrytego ciemnością, śniącego w oddali... + +Dostawszy się na pełnię wód kanału św. Marka gondola pomknęła chyżo, a +niebawem po falistej tafli włoskiej laguny rozległa się śpiewana zgodnym +liórem męskiego barytonu i kobiecego sopranu pieśń polska: "Szumią +jodły"... + +- A co, nie mówiłem, że to nasi, choć on taki czarny, jak Włoch - +odezwał się po polsku, z gondoli, którą mijali Dzierżymirscy, rubaszny +trochę głos mężczyzny. + +- No, tak dziobać się, jak gołąbki, to i inni potrafią... odpowiedział +ironicznie ktoś drugi. + +- Ba, ale, panie dobrodzieju, z takim humorom - to nie!... z +przekonaniem, stanowcza, rozległa się odpowiedź szlagona. + +Tymczasem gondola Dzierżymirskich malała już coraz bardziej, na tle nocy +tylko czerwonawem światełkiem migocąc z oddali. Wkrótce, zaleciała +jeszcze ostatnia zwrotka ,znanej Moniuszkowskiej melodyi: Oj, Halino, +oj, je - dy - no, dzie - wczy - no mooo - ja!... + +- Moo - ja!... oddało echo lagun morza i zmilkło, cały zaś kadłub +czarnej gondoli znikł gdzieś niebawem, ustępując miejsca innym, +nadciągającym coraz gęściej od strony Wielkiego Kanału, coraz cichszego, +coraz bardziej pogrążającego się w czerni bezbarwną, głuchą, +zapadającego tam uśpienia - Nocy! + + +* * +* + +- Patrz, patrz! jakież to piękne!.. + +Słowa te, półgłosem, z akcentem zachwytu, wymówiła Ola, i oboje wraz z +Romanem stanęli na miejscu, jak przykuci. Nad ich głowami wznosiła swe +dumne gotyckie arkady jedna z najpiękniejszych, po bazylice San Marco, +świątyń w Wenecyi, Santa Maria Gloriosa dei Frari - stali zaś przed +mauzoleum Canovy. + +- Prawda! - szepnął w odpowiedzi żonie Dzierżymirski. - Zdawałoby się, +iż ten oto anioł, czy geniusz uśpiony, żyje, oddycha, stróż czujny... +urwał, studjując dalej pomnik z uwagą. + +- A te postacie, nieprawdaż, iż rzeczywiście idą, ruszają się wolno, +pogrążone w cichej boleści i smutku! - podchwyciła żywo Ola, podniecona +widokiem, oraz wyrazem zakutego w marmurze piękna. + +Oboje umilkli, z niekłamanym zachwytem wpatrując się w rzeźbę. + +Od grobowca bowiem, przez samego Canovę modelowanego niegdyś na pomnik +dla Tycyana, biło rzeczywiste, szczere piękno i chwytało za serce - +mówiło... + +Przyparty do ściany, cały z białego marmuru, a trójkątnym kształtem w +minjaturze przypominający, piramidy Egiptu, stał sarkofag otworem... + +Na lewo, jakby strzegąc doń wchodu, olbrzymi lew marmurowy leżał, z +obwisłemi łapami, potężny, srogi, i jakby smętnie zadumany, a na nim, z +rozpostartemi skrzydły, opierał się wielki Anioł uśpiony... + +I tchnące łagodnością, cudne oblicze Anioła zda się być rzeczywiście nie +z tego nędz padołu!.. + +Z ludzką twarzą, to prawda, spoglądać się zdaje na widza, lecz oczy jego +przymknięte nieco, skupienia i zadum pełne - znieruchomione w +nadziemskim spokoju, ciszą zaświatów, wieczności milczeniem i bytu +zagadką, nęcą oto wyraźnie, wzrok ciągną za sobą, unoszą duszę, myśl... +gdzieś w strefy nadziemskie do nieba!... + +A z prawej znów strony grobowca, jakby z ziemi, ze świata, wolno suną +jakieś postacie, zmierzając do otwartych na ścieżaj wrót sarkofagu... + +Pierwsza z nich, proporcyonalnie do innych, większa, kobieta młoda, jest +już tuż blizko, u grobu prawie, w ślad za nią, z girlandami kwiatów, +postępują postacie mniejsze - to dziatki. + +Idą... Kroczą, z pochyloną głową, przygnębieni, smutni, niebawem już +cisi przestąpią oni próg grobowca... + +- Chodźmy! - szepnęła Ola pociągając lekko Romana za rękę. + +Z widoczną niechęcią, jakby nie mogąc oderwać wzroku od pięknego +pomnika, poruszył się Dzierżymirski, i wyrzekł półgłosem: + +- Czy już obejrzeliśmy tutaj wszystko? + +- Zdaje mi się, że wszystko - odpowiedziała Ola. + + +W pustej i cichej świątyni rozlegały się wyraźnie ich kroki, prócz nich +bowiem obecnie nie było tu nikogo. + +Dzierżymirski wyjął zegarek. + +- Szósta! Wracajmy, musimy pożegnać jeszcze Wenecyę z Campanili - +rzucił żywo, i ująwszy ramię żony, skierował się ku wyjściu z kościoła. + +Na progu Dzierżymirscy stanęli, obrzucając ostatniem spojrzeniem +kościół; wzrok ich przesunął się raz jeszcze po wspaniałych grobowcach +dożów, Tycyana i wyszli. + +Upalny spokój włoskiego popołudnia objął ich natychmiast. Słońce paliło +jeszcze, na uliczkach Wenecyi było pusto. + +Dzierżymirscy szli przyśpieszonym krokiem, zmierzając ku mostowi "di +Rialto." Był to ostatni już dzień pobytu ich w Wenecyi, wyjeżdżali +nazajutrz, żegnając dziś po raz ostatni urocze miasto pamiątek. + +A żegnali je sumiennie. Zwiedziwszy bowiem kilka nieznanych sobie +jeszcze kościołów, po raz wtóry obeszli wszystkie miejsca, dokąd +zachęcało ich do powrotu wspomnienie zoczonego tam piękna. + +A więc pałac Dożów, jego archeologiczne muzeum i liczne przepiękne sale +i ponure więzienia, pałac królewski, bazylikę, a także zarówno +arcydzieła pędzla Tycyana, Tintoretta, Pawła Veronese, Belliniego, i +innych, w Akademii "delle belle Arti." + +- Wiesz, kochanie? musimy spieszyć się porządnie, gdyż o siódmej podobno +zamykają już Campanillię*)-odezwał się Roman po dłuższem milczeniu idąc +z Olą bezustannie tak sarno szybko i słuchając zarazem szczebiotu jej, +wciąż jeszcze znajdującej się pod wrażeniem pysznego dzieła Canovy. +[*)Znana powszechnie pod tą nazwą dzwonnica Świętego Marka w Wenecyi, +siegająca budową i stylem X wieku, dziś, jak wiadomo, już nie istnieje. +Runęła dnia 14-go Lipca 1902 roku.] + +- Co za świetną doprawdy miałeś myśl, Romciu, zestawić to obejrzenie +Wenecyi z wyżyn na zakończenie! - rzekła Ola, i dorzuciła z ożywieniem: +- Bo ostateczne owe wrażenie nie zużyte dotąd jeszcze, nowe, idealnie +zamknie nasz pobyt tutaj... + +- A widzisz, me życie, że nietylko moja pani miewa genialne koncepty - z +uśmiechem odparł Roman, miłą mu bowiem była myśl, że ich wzajemne +zapatrywania estetyczne zgadzają się tak dobrze. + +W tem bo ostatniem los rzeczywiście nie był poskąpił zadowolenia +Romanowi. Ola, była to dusza obdarzona zarówno, jak i on, wykwintnem +poczuciem piękna i niezmierną wrażliwością na dzieła sztuki, zgrzytów +pod tym względem pomiędzy nimi nie było wcale - dopełniali się +wzajemnie. + +- Poczekaj, kochanie - odezwał się znów Roman - spożyjemy sobie parę +brzoskwiń... Mam ogromne pragnienie, a ty?... + +- O! ja także!.. wykrzyknęła potwierdzająco i wesoło Ola, poczem oboje +zbliżyli się do charakterystycznego, szerokiego, pod płóciennem okryciem +od słońca, weneckiego straganu, przepełnionego różnemi owocami i +jarzynami. + +Minęli już byli waśnie "ponte di Rialto", znajdując się obecnie w +okolicy i punkcie targu, oraz ożywionego ruchu. Wokoło nich szwendali +się liczni przechodnie, przekupnie wychwalali głośno swój towar, t. j. +drobiazgi, owoce, lub rzadkość w Wenecyi - zimną wodę do picia, mówiąc +nawiasem, nadzwyczaj niezdrową. + +Wybrawszy kilka przepysznych, wielkich brzoskwiń, i spożywając je, +Dzierżymirscy puścili się znowu w dalszą drogę. Szli obecnie najbardziej +ożywioną i handlową ulicą w Wenecyi, tak zwaną "la Merceria", wijącą się +w kształcie szerokiego trotuaru pomiędzy domami i szeregiem ciasno jeden +przy drugim położonych sklepów, a wiodącej zygzakiem od mostu di Rialto +do wieży zegarowej na placu San Marco. + +Zaczepiani co chwila przez natrętnych właścicieli magazynów, przekupniów +mozaiki i małych bosonogich chłopaków, narzucających się im co chwila, z +pytającem słowem i spojrzeniem ładnych, czarnych ocząt: "Accompagnare, +signore?...", Dzierżymirscy szli szybko, wygodną, choć krętą ulicą, +rozmawiając wciąż ze sobą. + +Niedosłyszane wzajemnie często w gwarliwym hałasie "Mercerii" słowa ich +ginęły bez echa, gdy naraz i tym razem zupełnie głośno, po niewiele +znaczących uwagach, odezwał się pierwszy Dzierżymirski. + +-Czy wiesz, moje życie, iż to już trzy tygodnie blisko, jak wyjechaliśmy +z kraju? Czas leci, kto by pomyślał, że niebawem już minie miesiąc, jak +porwałem ciebie, szczęście moje, z łona rodziny?.. + +Choć w ostatnich słowach brzmiał ton żartobliwo-dobroduszny, jednak +Roman niespokojnie spojrzał na żonę, pierwszy to bowiem raz tak wyraźną +czynił alluzyę do niedawnej, a przełomowej chwili ich życia; dorzucił +zaraz: + +- Ciekawy jestem, co o tem wszystkiem myśli i co czyni w tej chwili twój +ojciec... przytem wahająco spojrzał z pod oka na Olę, uważnie, jakby +zbadać pragnąc, do jakiego stopnia odczuwa ona to wspomnienie. + + +Lekka mgła jakby przemknęła po twarzy młodej kobiety, a brewki jej +zmarszczyły się przelotnie, jednakże odpowiedziała natychmiast. + +- Wiesz co, mój drogi? ja.... - i tu spuściła oczy, zarumieniwszy się +lekko - bardzo często... podkreśliła akcentem te słowa, - myślę o tem... + +I Ola z kolei podniosła swe przymglone oczy na Dzierżymirskiego, a jemu +zdało się jednocześnie, że wilgotnemi były one... + +W tej samej chwili młoda kobieta ruchem łagodnym, a wdzięku pełnym, +położyła swą rączkę drobną na ręku męża. + +- Nie gniewaj się, mój drogi, że ci to mówię - rzekła miękko - ale... +ale wierz mi, że ja nieraz lękam się jakby po prostu, by ta przeszłość +nasza, a w szczególności gwałtowna chwila ucieczki mojej, nie przyniosła +nam nieszczęścia... Biedny ojciec! - cicho westchnęła Ola i umilkła, +spuściwszy nieśmiało wzrok ku ziemi, jak gdyby przestraszywszy się słów +ostatnich. + +Teraz Roman z kolei pochwycił rękę żony i uścisnąwszy ją serdecznie +kilka razy, wzruszony, począł pocieszać Olę z cicha, w końcu zmienił +zupełnie temat rozmowy, przeszedłszy pośpiesznie na przyszłe zamiary +wspólnej podróży. Równocześnie jednak sposępniał, i, choć drobna, mała +chmurka, co niby cień, wśliznęła się pomiędzy ich dusze - względnie +rozwiała się dość prędko, zostawiła jednak w umyśle Dzierżymirskiego +ślad trwały. Teraz zatem, gdy znowu zamieniał z Olą banalne nieco +frazesy, myśl jego pracowała uparcie w dalszym ciągu. + +Więc on nie mylił się, będąc częstokroć niespokojnym, gdy widział +przychodzącą na czoło żony nagłą zadumę, na pozór niewytłumaczoną zgoła +niczem. + +Więc w główce tej, w której, prócz miłości dla niego, długo nie +przypuszczał innego uczucia - tkwił jednak w swoim rodzaju wyrzut +sumienia?.. Odmiennemi zatem krocząc drogami, dusze ich - ze źródła +tylko innego całkiem płynące - obie jednocześnie miały swoje skryte +zgryzoty i cierpienia. Zarówno, jak i on, tylko inaczej, Ola więc także +cierpiała... + +- Dziwne, to życie, dziwne! - omal że nie głośno wymówił Roman. + +- 0! patrz, już plac św. Marka - wesoło wykrzyknęła Ola w tej samej +chwili, i wydobywszy miniaturowy zegarek, jednocześnie dodała: + +- Wpół do siódmej! - Zdążymy!.. + +Dzierżymirski nie podniósł uwagi żony, przelotnie spojrzał tylko w jej +twarz, a widząc Olę uśmiechniętą, poweselał sam również. + +Wydostawszy się z wąskiej szyi ruchliwej ulicy, znajdowali się już oni +na kwadratowym placu, obszernym, z trzech stron ramowanym wokoło +kolumnami pałacu królewskiego. Pod temi kolumnami, w pierwszorzędnych +kawiarniach Wenecyi, roiło się od ludzi; na mozajkach, krzyżach, +brązowych koniach i kopułach bazyliki św. Marka grały promienie słońca, +u stóp zaś Campanili, dokąd zmierzali Dzierżymirscy, i przed kościołem, +pośrodku placu, gruchały i latały setki gołębi, karmionych ręką +publiczności. Zapłaciwszy za wejście, Roman i Ola powoli zaczęli +wstępować na górę. + +Na szczyt dzwonnicy San Marco, oddzielonej od katedry, a strzelającej w +górę wysoko i samotnie, szło się nie po schodach, lecz po lekko +pochylonej płaszczyźnie spiralnej, nader wygodnej, choć krętej, +wchodzącego wcale nie męczącej. + +Co kilka minut postępującym na szczyt dzwonnicy Dzierżymirskim migały z +prawej strony małe okienka, pozwalające im pochwycić rąbek krajobrazu, +ściany zaś wieży przepełnione były licznymi podpisami turystów. + +Względnie dość długo, bo powoli, zmęczeni poprzednim pośpiechem, szli +pod górę Roman i Ola, zanim dostali się wreszcie na obszerną szczytową +platformę dzwonnicy. Prócz sprzedającego w zaimprowizowanym sklepie +fotografie i albumiki: "ricordo di Venetia," kilka zaledwie osób +znajdowało się tutaj. Dzierżymirscy zbliżyli się do balustrady, +obrzuciwszy spojrzeniem cały widok, u stóp ich i henhen, daleko!... + +- Śliczne, prześliczne! - rzekła po chwili Ola półgłosem, z przejęciem, +Roman zaś, potakując żonie, wyjął noszoną stale ze sobą lunetę i +regulować ją począł. + +Słońce właśnie zniżało się ku zachodowi. Z jednej strony krajobrazu, na +prawo, tarcza jego, ziejąc purpurą, kąpała się promienistymi blaskami w +morzu, rozświetlała jego tajemniczą głębię, rozżarzała, na kształt +głowni, czerwonawym ogniem zmarszczone grzbiety fal, złotym prostopadłym +gościńcem zanurzając się stopniowo coraz bardziej w iskrzącą się +światłami toń. I zielonkawe, łagodne Adryatyku fale, rozchylały się +przyjacielsko i gościnnie - roztwierały swe nurty do idącego na +spoczynek słońca, wód szmerem kołysać się je zdając do snu cichego... + +Po bokach fal tymczasem coraz dalej i dalej biegły ostatnie promienie +jego; rozlewały się wkoło pożegnalnym odblaskiem - pieściły już morze +całe, zapalały na niem miljony barw i odcieni, skośne leciały w lewo ku +Lido, "giardini publici," słały się krwawiące na dachach i wieżach +leżącej w dole Wenecyi - i ginęły nareszcie w zamglonej gdzieś dali, +tuląc się do majaczących hen, hen, w perspektywie górskich alpejskich +szczytów... + +Roman i Ola, zapatrzeni, stali nieruchomo, w milczeniu. + +Otulony ciszą bezmiarów, tchnący spokojem idącego wieczora, zachwycał +ich ten krajobraz. + +- Spojrzyj-no, jak smacznie zajadają sobie nasi brudni włosi swoje +"pranzo" - rzekła nagle do męża Ola, wskazując ręką spiętrzoną u stóp +ich, wśród wąskich kanałów, Wenecyę, i ścieśnione dachy jej domów, gdzie +na werandach spożywano właśnie posiłek. + +- A, prawda! - potwierdził Roman. + +- Zabawnie wyglądają na swoich daszkach, jak liliputy... - zauważył +jeszcze i ująwszy ramię żony, zbliżył się znów ku balustradzie od strony +morza. + +- Patrz! - rzekł przyciszonym głosem, wskazując na prawo ląd stały - +widzisz te otulone mgłami sylwety miast i gór?.. + +- Widzę - potwierdziła Ola. + +- Oto Fusina - objaśniać począł żonie Roman - tam znów głębiej, to Padwa +i Treviso... + +Tu, na zachodzie - to otaczające Weronę szczyty górskie, a tam - +wskazując ruchem ręki kolistym krajobraz, mówił dalej Dzierżymirski - to +Monte Baldo, i u stóp jego jezioro Garda. + +I Roman manewrując równocześnie lunetą odkrywał coraz to inne odległe +góry i miasta, a użyczając lornety swej żonie, objaśniał ją, tłumaczył. + +Tymczasem zaś platforma dzwonnicy opustoszała stopniowo. Prócz +przekupniów, zalecających swe "ricorda," i miejscowych ludzi, nie było +tu już prócz Dzierżymirskich, nikogo. Roman i Ola gotowali się do +odejścia, gdy oto nagle przystanęli znowu, zasłuchani. + +Z weneckiego starego grodu szła muzyka dziwna... Jak orkiestrą dobraną +grana, wędrowała przez otulone milczeniem przestworza melodya +kościelnych dzwonów... + +Rozpoczęły ją, na wprost Campanili dzwony kościołów: Redentore, na +wysepce Giudecca, i Santo Giorgio Maggiore, opodal, a w ślad za niemi +powtórzyły inne świątynie. Z Santa Maria della Salute na czele +rozbrzmiały kolejno po całej Wenecyi, wstrząsnęły ciszą "królowej +Adryatyku" - tu donośnie bijąc basem, tam znów skarżąc się łagodnie, +kwiląc - wspólnie zagrały chórem swą pieśń wieczorną... + +Dobranymi jakby akordy popłynęły dźwięcznie tony poprzez laguny i +kanały, morzem, po grzbietach fal, uleciały w dal siną, zda się, niosąc +swe echa aż do podnóży gór. + +Roman, nachyliwszy się ku żonie, rzucił półgłosem: + + - Co za wspaniałe i silne wrażenie, nieprawdaż?... + +Chciał powiedzieć coś jeszcze, lecz w tej samej chwili instynktownie +urwał... + +Dzierżymirscy zadrżeli oboje. Kobieta przytuliła się, jak powój, do +mężczyzny, on zaś objął opiekuńczym ruchem jej kibić i silnem ramieniem +przycisnął wylękłą do siebie. + +To z dzwonnicy św. Marka, tu, na szczycie jej, o parę zaledwie kroków od +nich, zagrzmiał właśnie do wtóru innym, zadudnił, głusząc wszystko swą +siłą, dzwon olbrzymi i potężny - "San Marco." + +Głos jego tubalny, huczący, zmieszał się z ogólną aryą dzwonów, +napełniając echami grzmotów, trzęsąc platformą wieżycy. + +A jednocześnie Roman i Ola dziwnego doznawali wrażenia. Zdało się im +bowiem, jakby ich tutaj nie było już zupełnie. + +Nie, oni stanowczo znikli, a znajdował się tu jeno jeden jedyny olbrzymi +dźwięk, z którym istnienia wspólne zlały się, złączyły. Glos dzwonu +przenikał ich do głębi, szedł aż do dna dusz, grał na fibrach nerwów; +trząsł nimi, potężny w swej mocy - wielki... + +Ola jeszcze bardziej przytuliła się do męża, jakby szukając obrony przed +czemś, czy przed kimś, Dzierżymirski silniej przygarnął ją do siebie. +Równocześnie, jakby kierowane wzajemnym odruchem jednomyślnym i uczuciem +wzajemnem, twarze ich zbliżyły się i złączyły usta!... + +Ostatni z ostatnich promień zachodu zapalił na sekundę jedną gwiazdę na +czołach mężczyzny i kobiety, skojarzył się z ich pieszczotą i znikł. +Słońce zgasło... Roman i Ola jednak nie odrywali ust od pocałunku, a +trwali w nim jeszcze... + +Jakaś bowiem niewytłumaczona niczem chęć przedłużenia jakby tej chwili +ogarnęła Dzierżymirskich. + +W zapomnieniu pieszczoty jestestwa ich drgały uczuciem, a huczący głos +dzwonu zdawał się bardziej jeszcze kojarzyć ich ze sobą... Łączył się +sam niby z ekstazą ich pocałunku, a usuwając z niego zarazem pierwiastek +zmysłów poziomy - wznosił dusze Romana i Oli w nadziemskie gdzieś +strefy, uszlachetniał, budził w nich jakieś chęci i pragnienia i +przypinał skrzydła do lotu i rozszerzał piersi i kazał się modlić +pokornie... + +Z ekstazy pierwsza zbudziła się kobieta. + +Przybladła nieco, oderwała drobne wargi od ust Romana i szepnęła +cichutko: - Chodźmy już!.. + +- Dobrze, złoto moje, kochanie najmilsze! - odparł pieszczotliwie +Dzierżymirski, i oboje w ślad za tem skierowali się ku wyjściu. + +Nic nie mówili teraz do siebie. Zamyśleni, pogrążeni w swój dziwny stan +duchowy, zapatrzeni w swe dusze, schodzili powoli, schodzili w dół +ciągle. + +I stopniowo, nieznacznie, reakcya nastroju wślizgiwać się poczęła w ich +dusze, mózgi i serca... + +Przy dźwiękach bo oto grającego obecnie nad nimi dzwonu-olbrzyma, jakieś +zwątpienia obsiadły nagle ich dusze, a czar, tam, na górze, odczuty - +niknął, wewnętrzne zadowolenie i napięcie duchowe słabło!.. + +Lecz czyż to złudzenie? Wszak głos tegoż samego dzwonu jest teraz jakimś +całkiem innym, odrębnym; to nie ten na górze, wysoko! + +Tamten, pełen otuchy, dodawał odwagi, wzmacniał. A ten, wstrząsając +murami wyniosłej wieżycy, błąka się gdzieś tylko po jej zakamarkach, +szczelinach, taki odmienny, ponury, smutny... + +I pod jego wpływem, jakby pod działaniem czarodziejskiej siły, w myślach +Dzierżymirskich, każdemu z osobna, zaszumiały znowu wyrzuty sumienia. + +Jej, Oli, stanęła przed oczami, jak żywa, marsowa twarz ojca, i jego +spojrzenie smutne, wyrzutów pełne. Źrenice rodzica wyraźnie przytem +zdawały się skarżyć, mówić: Ja cię kochałem, drogie dziecię, a ty tak +pogardziłaś mną, zraniłaś tak dotkliwie i boleśnie! + +Romanowi zaś tak żywo przypomniała się z przed laty chwila pewna, iż +zdziwił się sam niepomiernie. Swą ubogą izdebką z przed laty, straszną +noc walki ze sobą samym, i zwycięstwo złota ujrzał tu w +Campanili-wszystko!.. + +A dzwon tymczasem huczał coraz bardziej, i przytem coraz jakby sroższy i +bezwzględniejszy, surowszy... Dzierżymirscy bezwiednie, w mimowolnej po +prostu obawie przed tym głosem karcącym z wysoka, pospieszniej w dół +schodzić poczęli. + +Cienie wieczorne kładły się już po pustych zakątkach starej, jak świat, +wieżycy, mroki tajemnicze pełzały tu swobodnie. Przy dźwiękach dzwonu, +który wciąż trząsł jej ścianami, wśród ciemniejącej stopniowo, a +zamkniętej w nich pustki, schodziła, spuszczając się coraz szybciej, +zniżała się para młodych. + +Wreszcie zmierzch szary pochłonął zgrabne postacie, i zapanował +bezpodzielnie w Campanili. Jednocześnie o jej mury odbiło się echo +ostatniego uderzenia dzwonu, niby ostatnie dla Dzierżymirskich +przypomnienie przeszłości... + +W ślad za tem uspokoiło się wkrótce wszystko. + +Wiekopomna wieżyca, zasłuchana jakby jeszcze w końcowy zamierający +dźwięk dzwonu, przycichła; szarość, smutek i głusza rozsiadły się tu +wokoło... W milczącą senną zadumę, we wspomnienia przebrzmiałe, zapadała +powoli Campanile. + + + +--------------- + + + +- Rojno i gwarno było dziś u marszałkowej nieprawdaż? Ha-ha-ha, +wiedziałem doskonale, że się stawią wszyscy... Poczciwa jednak ta nasza +światowa menażerya.... No, i cóż? Uwierzyli? + +Pytanie to, zwrócone do pani Melanii Warnickiej w jej dużym, pięknym +salonie, wygłosił, sadowiąc się wygodnie na fotelu, Emil Ładyżyński. Był +to mężczyzna lat przeszło pięćdziesięciu, wysoki, szczupły, od stóp do +głów drobiazgowo wytworny, o wyrazie twarzy szyderczym, przyrosłym jakby +do rysów jego, świeżych i żywych jeszcze, oraz pięknych oczu podłużnych, +zielonkawych, z pod pincenez patrzących rozumnie. + +- Uwierzyli. To jest, może udali tylko, że wierzą... odpowiedziała +marszałkowa rozpartemu z gracyą w krześle gościowi swemu. + +- No, c'est tout ce qu'il faut, na razie; teraz damy sobie wielkiego i +dystyngowanego nura n'est ce pas?.. A niech tam wszyscy myślą sobie, co +im się żywnie podoba!- zawyrokował tenże głosem stanowczym. + +- C'est ce qui me tranquillise, iż zamknęłam zupełnie dziś już rachunki +z towarzystwem tutejszem - odparła z westchnieniem ulgi pani Melania. + +Rozmowa potoczyła się dalej; treścią jej był przebieg dzisiejszego, a +ostatniego czwartkowego przyjęcia u Marszałkowej. + +Zniknięcie Oli, choć trzymane pilnie w tajemnicy, jak to zwykle bywa w +takich razach, nagle, pewnego poranku przedostało się niewiadomo przez +kogo, jak i kiedy, do miasta, a wieść ta, podawana z początku ostrożnie, +cicho i pod wielkim sekretem, wkrótce była już na wszystkich ustach, +komentowana, przeinaczona, a plotką i skrzydlatym ptakiem obmowy +obleciała niebawem wszystkie niemal salony towarzyskiego świata w +mieście. Pomimo to, nikt nie wiedział nic jeszcze dokładnie. +Zaalarmowany pierwszy Ładyżyński, który, jako przyjaciel domu +Gowartowskich, a zarazem bywający wszędzie światowiec, osaczonym był +ciągle pytaniami, odbył dni temu parę istną sessyjną konferencyę z +marszałkową: Co czynić, by ocalić pozory?.. I wówczas to postanowiono, +co następuje: + +Puścić natychmiast w świat niejasną pogłoskę o ślubie Oli z +Dzierżymirskim, i opowiedzieć wyjazd marszałkowej, która, postanowiwszy +już poprzednio przenieść się całkiem na wieś, teraz, po naradzie z +Ładyżyńskim, zgadzała się tę chwilę odjazdu swego przyśpieszyć. Za parę +dni właśnie przypadał czwartek, jour fixe pani Melanii; łatwo było +przewidzieć, iż towarzystwo cale, wobec rozsiewanych zręcznie półsłówek +o wielkiej powyższej nowinie, nie omieszka, przywiedzione ciekawością i +chęcią pożegnania czcigodnej matrony, zawitać na jej salony... + + - Wówczas to wszystkim i każdemu z osobna damy do spożycia następującą + pigułkę! - zadecydował wesoło na owej konferencyi pan Emil: + +- Powiemy, że Ola i Dzierżymirski są już po ślubie, uznanym przez +rodzinę najbliższą i przez nią urządzonym, lecz cichym i bez rozgłosu, a +to na własne i wyraźne żądanie państwa młodych... + +- Co się zaś tyczy dotychczasowej o tem wszystkiem tajemnicy, +wytłumaczymy ją tem, iż dzisiejsi państwo Dzierżymirscy kochali się w +sobie na zabój od dawna, od lat, przypuśćmy, ośmiu... że ojciec srogi +nie chciał o związku tym słyszeć nawet, iż zmiękczony wreszcie zgodził +się nań... Pani marszałkowa nie była na ślubie, no... bo jest słabego +zdrowia, January zaś, w ostatniej chwili, gdy jechał na kolej, +zachorował... Państwo młodzi obecnie bawią zagranicą. Gdzie? - nie +wiemy. Pour dérouter - powiemy na przykład, że w Szwecyi... Całą tę +historyjkę, pani marszałkowa na przyjęciu u siebie, a ja u innych, tegoż +samego dnia i w tychże godzinach ukoloryzujemy jeszcze należycie kilkoma +pseudo-autentycznymi szczegółami, no... et il faut espérer, że nam chyba +uwierzą!.. + +Tak ostatecznie uradził Ładyżyński, a do ultimatum owego, uznawszy jego +słuszność, marszałkowa Warnicka zastosowała się ściśle przez cały dzień +dzisiejszego czwartkowego u siebie przyjęcia. Obecnie zaś w dalszym +ciągu informowała przybyłego swego wspólnika o wywiązaniu się z zadania +i roli własnych, opowiadając mu zarazem, jak wiele dnia tego odwiedziło +ją osób ze świata, do tego stopnia licznych, iż chwilami w ogromnym jej +salonie brakło po prostu dla nich miejsca. + +- Każdy niemal po banalnym wstępie grzecznostek, pytał mnie o Olę, nie +przeoczył tego nikt -mówiła pani Melania, kończąc opowiadanie swoje - aż +w duchu sama śmiałam się z tego... + +- Więc któż był? któż był? - pytał ciekawie Ładyżyński. + +- Wszyscy, powiadam panu, towarzystwo całe, nie zawiódł nikt - +opowiadała dalej marszałkowa - szli wielcy i mali, sympatyczni i +niemili, oraz nawet, którym się zdaje, że obecnością swoją czynią mi +łaskę najwyższą, raz na rok zaledwie bywając u mnie... i lekceważąco na +pozór przy tych wyrazach pani Melania machnęła ręką... + +Pan Emil zaś słuchał i nieznacznie uśmiechał się pod wąsem, znał bowiem +dobrze słabą stronę staruszki, którą gniewało zawsze, gdy ktoś ze +"świata," mieszkający stale w mieście, omijał jej dom w wizytach. + +- Par exemple... - odezwał się - ręczyłbym, że księżna Marya i hrabiowie +Doliwscy... + +- Oh! pas seulement, oni naturalnie, ale i książe Jerzy, hrabia Alfred, +księstwo Staniccy, hrabina Manfredowa z córką i jej narzeczonym... Vous +savez, ona wychodzi za tego księcia Ryszarda S. z Poznańskiego... A +także Otoccy, Daworowscy, Igelhausenowie... już nie pamiętam wszystkich +nawet... kończyła pani Melania, zadowolona w duszy z szumnej +nomenklatury. + +- Oh! mais, sapristi, c'est la fine fleur, śmietaneczka ze śmietanki +naszej... Powinszować marszałkowej, powinszować... - rzekł z lekka +drwiąco pan Emil. -L'essentiel - ciągnął dalej, - że wszyscy, jak +przewidywałem, połknęli przygotowaną przez nas wiadomostkę. + +- Wszyscy, bez wyjątku; robiłam przecież, co tylko mogłam - potwierdziła +pani Melania. + +- A więc n... i-ni-c'est fini; nie pokażemy się my im tu tak prędko na +oczy; by sprawdzić to, co posłyszeli, Dzierżymirskich również mieć nie +będą, a zresztą - pan Emil niedbale poruszył ręką - tout passe, tout +casse, tout lasse... Niebawem wszyscy zawieszą sobie nowe sitko na kołek +i... zapomną. Ainsi va le monde - dokończył, i wyjmując srebrną z +monogramem papierośnicę, ujął w palce delikatnej swej ręki cienki +papieros, uprzejmie pytając zarazem pani domu: - Vous permettez?.. + +Marszałkowa, z uśmiechem, przyzwalająco kiwnęła głową. Ładyżyński +zapalił, i wypuściwszy z ust mały obłoczek dymu, pogładził wytwornym +ruchem ręki swe siwiejące już nieco, a starannie wyczesane, bokobrody. + +- Ja także, według programu, nie próżnowałem, - odezwał się po chwili +swobodnym tonem. - Wyszedłszy stąd temu godzin parę, byłem na jour fixe +u Leliwów, hr. Dezydery Otockiej, u księstwa Pilanich... Zastałem tam +wiele bardzo osób i wszędzie opowiadałem, naturalnie en long et en large +la nouvelle du jour, co należy, o Romanie i Oli - bref, Januarek +powinien być kontent ze mnie: wykryłem, jak, co i dokąd wyfrunęła mu +jedynaczka, teraz znów my z panią marszałkową tuszujemy za młodą parą +ślady, z kunsztem prawdziwie artystycznym... + +- Że też pan wszystko z wesołej tylko strony bierze - nieco smutnie i +pobłażliwie jakby uśmiechnęła się pani Melania. + +- Que voulez vous, pani marszałkowo, świat pełen dramatów i tragedyj w +teatrze i w życiu, że cóżby wartem było ono, gdybyśmy się czasem starali +przynajmniej komizmu choć trochę zeń wycisnąć - odparł pan Emil, poczem +zaś dodał: - Więc pani marszałkowa jutro na Podole, do Ulanówki? + +- Tak - potwierdziła pani Melania - do siebie jadę na dni kilka, potem +zaś natychmiast do Januarego, a pan wyjeżdża?.. Il faudrait. + +- Comme de raison, prawdopodobnie do Szwajcaryi, na sześć tygodni... +Ale, a propos, cóż January?.. + +- Niespokojną jestem o niego - odpowiedziała marszałkowa - jak panu +wiadomo, bawił tu u mnie tylko dzień jeden; nazajutrz po otrzymaniu +smutnej wiadomości odjechał, pożegnawszy się ze mną, notabene, bardzo +chłodno, i odtąd żadnej odeń z Gowartowa nie mam wiadomości. Może +chory... + +- Eee! cóż znowu!.. - okrzyczał się Ładyżyński - pani marszałkowa niech +będzie spokojną, poluje sobie na kaczki, i jedynaczkę swą wydziedzicza. +Dobrze robi zresztą, bardzo dobrze... Wydziedziczać młodych! Niech nie +lekceważą woli starszego pokolenia!.. Wydziedziczać!.. dokończył pan +Emil z patosem, i powstawszy z fotelu, jednocześnie z panią Melanią +żegnać się począł. + +- Uciekam już, bo mam jeszcze parę wizyt, ale... Ładyżyński urwał - +Wszak pani marszałkowa jedzie jutro dopiero o 3-ej, nieprawdaż? - mówił, +całując z wdziękiem rękę staruszki - nie żegnam się więc, będę na +dworcu, może wypadnie coś ułatwić, dopomóc... + +- Dziękuję panu, dziękuję bardzo - odparła z uśmiechem pani Warnicka - +do miłego zobaczenia się. . + +Pan Emil, z cylindrem w ręku, ukłonił się u drzwi raz jeszcze, poczem +jego elegancka, opięta w tużurek, zgrabna sylweta zniknęła za portyerą +salonu. + +Znalazłszy się zaś przed domem, na ulicy, Ładyżyński wskoczył +pośpiesznie do oczekującej nań dorożki na gumach, i rzuciwszy niedbale +adres, kazał się wieźć dalej. + +Już na ulicach i w magazynach jaśniały rzęsiście światła, gdy w dwie +godziny później wysiadał z tegoż pojazdu przed piękną kamienicą w +śródmieściu, a odprawiwszy swój kawalerski ekwipaż, skierował się w +bramę czteropiętrowego domu, gdzie na pierwszem piętrze zajmował +eleganckie, z trzech pokoi, mieszkanie. + +Mały, zwinny chłopczyna, ubrany w liberyjną, ze złotemi guziczkami, +granatową kurtkę, przekomarzał się właśnie na dziedzińcu, z którąś +chichoczącą młodszą, gdy pan jego zjawił się nagle w bramie, a ujrzawszy +śmiejącą się dwójkę, pogroził jej laską, z uśmiechem. Służąca zaśmiała +się zalotnie i głośno, lokajczyk zaś pędem porwał się z miejsca i +poleciał na górę, w parę minut później, z pokorną miną, otwierając drzwi +Ładyżyńskiemu. + +- Ej, malutki!.. pogroził mu znów palcem pan Emil, poczem, zdjąwszy +paltot, zapytał: - Był tu kto? + +- Owszem, proszę jaśnie pana, oto bilety odparł chłopak pośpiesznie, +podając małą tackę ze stołu. + +Pan Emil obojętnie przerzucił kilka biletów. + +- Aaa!.. zadziwił się głośno przy jednym z nich, poczem odłożył wszystko +na bok. + +- Frak od krawca przynieśli? - zapytał jeszcze - wyprasowany? + +- W sypialni u jaśnie pana powiesiłem - objaśnił mały lokajczyk. + +- Dobrze. Siedź tu, smyku, i nie łobuzuj się!.. rzekł Ładyżyński, a +minąwszy przedpokój, zatrzasnął za sobą drzwi od gabinetu, prowadzącego +do sypialni i ubieralni, gwiżdżąc jednocześnie pod nosem aryę z modnej +podówczas operetkowej premiery. + +Jako szanujący się kawaler, pan Emil, stale żadnego wieczoru nie +przepędzał u siebie w domu. Dziś zatem również wybierał się na raut +artystyczno-wokalno-literacki, punktualnie rozpoczynający się już o +dziesiątej. + +Dziewiąta właśnie biła na kilku zegarach w mieszkaniu, pan Emil więc, +znalazłszy się w gustownie umeblowanej sypialni, przystąpił natychmiast +do tualety swej wieczorowej. + +W tym celu wygodnie zasiadł na foteliku przed małą gotowalnią, +przepełnioną wytwornymi, w srebrnych pudełkach i przykrywkach, +przyborami tualetowymi. + +Gdy tak stoliczny bywalec drobiazgowo i systematycznie stroił się na +raut, marszałkowa, po wyjściu ostatnich, zapóźnionych, gości, +przykazawszy pogasić światła, odpoczywała na kanapce znużona, po dniu +tak pełnym dla niej zmęczenia i wysiłków. Oparłszy głowę o poduszki +mebla, pani Melania, położyła się, i wyciągnąwszy wygodnie swe członki, +przymknęła powieki, stan zaś błogi nie krępowanego niczem spoczynku +owładnął nią bezpodzielnie. + +Jak szum niknący, daleki, w uszach jej tylko brzmiał jeszcze gwar +prowadzonych do niedawna rozmów, dolatywały urywki z dali, a przed +oczyma majaczyły, zmieniając się kolejno, postacie, zaludniające w ciągu +kilku godzin jej salony... + +Ponownie zatem widziała przed sobą staruszka w sąsiednim pokoju tłum +elegancki, rozbawiony... + +Mile pieścił on wzrok wytwornym wdziękiem kobiecych tualet, +szeleszczących łagodnie, a zgoła nie krzyczących barwą i gustownych - +nęcił powabem na jedną modłę elegancko skrojonych ubiorów męskich, +pławił się cały w estetyce ogólnej manier, ukłonów, w szablonie +światowej salonowej komedyi, a poprawny - nie raził niczem harmonii, w +całości swej nie wywołując również wcale fałszywo brzmiących zgrzytów. I +uśmiech pół gorzki, pół smutny, w zamyśleniu okolił wąskie usta +marszałkowej Warnickiej. + +Jak nicości pełnem bowiem wydało jej się teraz, w oświetleniu +dzisiejszej złośliwej ciekawości, to całe towarzyskie stado, kryjące swą +przewrotność pod blichtrem i szychem zewnętrznych pozorów, jak mało +godnem żalu i marnem! + +Ach, bo ileż schowanej zręcznie złości, tłumionych chęci sponiewierania +rodziny jej i Oli, jej samej, ile wreszcie jadowitego fałszu kryło się w +duszach tych wszystkich oto dzisiejszych jej światowych +pseudo-przyjaciół i gości!.. + +Marszałkowa czyniła dalej w myśli przegląd galeryi osobników, widzianych +na dzisiejszem przyjęciu; we wspomnieniu ich słów, wyrazów twarzy i +gestów powtórnie czytała, zda się, ukryte myśli przybyłych; moralnie +obnażała ich wszystkich, starając się zarazem znaleźć, przypomnieć choć +jeden kwiatek prawdziwie przyjaznego uczucia, wykwitły wśród tych +chwastów obłudy!.. + +Nie znalazła nic podobnego jednak. Były tam tylko same śmiecie. + +Pani Melania, dumając w ten sposób, miała oczy wciąż przymknięte, +niebawem znużenie wzięło górę nad jej myślami, głowa staruszki pochyliła +się na piersi, cichy mrok wieczoru otulił postać marszałkowej. +Zdrzemnęła się. + +W kwandrans może później, w milczeniu wypoczywających po najściu gości +apartamentów, rozległ się; silny odgłos dzwonka... Staruszka rzuciła się +z lekka na kanapie, a otworzywszy swe rozumne szare oczy, poczęła +wsłuchiwać się w mącący ciszę odgłos. + +W drzwiach buduaru po chwili stanął lokaj i zaanonsował: + +- Pan plenipotent z Gowartowa; mówi, że chciałby koniecznie widzieć się +z jaśnie panią. + +- Proś, proś natychmiast tutaj! - rzekła żywa marszałkowa i równocześnie +powstała z kanapki. Lokaj wyszedł. + +Zadowolenie, połączone z ciekawością osiadło na twarzy staruszki. + +Bolesław Krasnostawski, syn szkolnego kolegi nieboszczyka marszałka, a +zaprotegowany ongi przez nią samą na zajmowaną dotąd posadę ogólnego i +głównego zarządcy dóbr pana Januarego, nareszcie więc przynosił jej +wiadomość o bracie!.. + +Młodzieniec, lat dwudziestu ośmiu, ciemny brunet, ogorzały i przystojny, +z dziarsko do góry podkręconym wąsem, stanął na progu. + +- Sługa pani marszałkowej, moje uszanowanie - przemówił swobodnie, i +podbiegłszy, ucałował z szacunkiem rękę staruszki. + +Ubrany był niewykwintnie, ale starannie i czysto, ruchy zaś jego, oraz +sposób mówienia, zdradzały człowieka, choć nie obytego może zupełnie z +wytworniejszem towarzystwem, lecz dobrze wychowanego. + +- Kochany mój panie Bolesławie, - zaczęła staruszka, zwracając się +dobrotliwie ku przybyłemu - siadaj, proszę, i mów, mów jak najprędzej, +co słychać?.. + +Młody człowiek, widząc zaniepokojenie w oczach matrony, wyrzekł +pośpiesznie: + +- O, nic złego... zupełnie nic złego, pani marszałkowo, ale... i nic +również dobrego - dokończył wahająco i ostrożnie. + +- Jak to?.. -- zapytała pani Melania. Krasnostawski oczy spuścił, i +ukrywszy je po za swemi, jak u kobiety, długiemi rzęsami, mówić czął +zwolna: + +- Pani marszałkowej wiadomo, zarówno jak i mnie, co za cios dotknął pana +Gowartowskiego, z powodu panny Oli... + +- Więc pan już wiesz?.. Skąd? - z okrzykiem niepohamowanego zdziwienia, +wyrwało się staruszce, pytanie. + +Coś niemiłego snać dla ucha młodzieńca zabrzmiało nagle w tych kilku +słowach, bo nie podnosząc oczu, jakby nie chcąc onieśmielać marszałkowej +swym wzrokiem, spokojnie i poważnie odrzekł: + +- Wiem wszystko, bo mi pan January, nie mając nikogo, zwierzył się z +troski własnej, naturalnie pod słowem honoru z mojej strony, że słówkiem +nawet o tem nikomu nie wspomnę... + +Krasnostawski zatrzymał się chwilkę, i ciągnął dalej: + +- Obowiązki, jakie mam dla całej rodziny państwa, szacunek i poważanie +me osobiste wzglem pana Gowartowskiego, stanowią, chyba dość trwałą +rękojmię, iż słowa dotrzymam... I... o tem... nikt z państwa, +przypuszczam, nie wątpi... - dokończył młody człowiek, podnosząc tym +razem wzrok, jasny i pytający na marszałkową. + +- Ależ naturalnie, panie Bolesławie, naturalnie! - skwapliwie +pośpieszyła z odpowiedzią staruszka. - Lecz mówże mi pan, co się tam w +Gowartowie tak niedobrego dzieje? - zapytała niespokojnie. + +- To, pani marszałkowo, że z panem Gowartowskim jest źle... - i +Krasnostawski, spuściwszy znów wzrok, ciągnął dalej: + +- Pannę Olę, jak pani marszałkowej wiadomo, ojciec kochał bardzo, +prawie, że bałwochwalczo; otóż skutki wypadków ostatnich bardzo, bardzo +silnie odbiły się na nim. Nic go już prawie teraz nie zajmuje, ani +gospodarstwo, ni wieś, ni inne zajęcia, do sąsiadów nie jeździ, u siebie +nikogo nie przyjmuje - słowem obecnie z niego zupełnie inny człowiek... + +Krasnostawski przerwał opowiadanie, jakby namyślając się, co mówić +dalej. Staruszka, w zadumie, ze wzrokiem na dół spuszczonym, milczała. + +Po chwili wahająco ciągnął dalej: + +- Wobec tego samotność dla pana Gowartowskiego jest wprost zabójczą, +koniecznie potrzebuje on nieustającego towarzystwa, jednem słowem - +potrzebuje obok siebie przyjaciela. + +Krasnostawski ponownie zatrzymał się na sekundę. + +- Moja osoba nie wystarcza - mówił dalej - zajęcia liczne, mieszkanie +nie w samym Gowartowie, lecz gdzie indziej, stanowisko wreszcie moje... +tu po twarzy młodego człowieka przemknął lekki cień - wszystko składa +się na to, iż pan Gowartowski, choć zawsze dla mnie tak samo łaskaw, +jest obecnie moralnie bezustannie - sam... + +Z pod oka, przelotnie, spojrzał Krasnostawski na marszałkową. Z misyą +nader delikatną i przykrą przybył on tutaj; w kieszeni surduta palił go +własnoręczny list pana Januarego, w którym ten ostatni, żywiący jeszcze +do siostry bardzo głęboką urazę za spełnione wypadki, pomimo wszystko, w +głębi duszy posądzający nawet staruszkę, iż była, może w tajnej zmowie z +jego córką - delikatnie, lecz stanowczo, odmawiał jej gościnności u +siebie, wobec zapowiedzianego przez nią przyjazdu do Gowartowa. + +Krasnostawski o zawartości listu wiedział, w chwili żalu bowiem +Gowartowski wypowiedział mu wszystko, ba, polecił jemu nawet, jako +protegowanemu i lubianemu przez marszałkowę, napomknąć jej o tem przed +wręczeniem listu. + +Przerwawszy na chwilę opowiadanie, Krasnostawski ostatecznie zastanawiał +się właśnie, czy poruszyć w rozmowie, lub nie, temat drażliwy. +Postanowił jednak nie czynić tego wcale, a natomiast, czując, że na +ustach domyślającej się już czegoś: marszałkowej, zawisa jakby jakieś +pytanie, by powstrzymać je, odezwał się pośpiesznie: + +- I dlatego, pani marszałkowo, polecił mi pan January, łącznie z innymi +interesami, powoływującymi mnie tutaj, zaprosić do Gowartowa na czas +dłuższy pana Ładyżyńskiego, jego bowiem obecności tylko pragnie, jako +prawdziwego swego przyjaciela... Muszę zatem być dzisiaj u niego w tej +sprawie, nie wiem jednak, gdzie mieszka... Adres pana Ładyżyńskiego +niewątpliwie znanym jest pani marszałkowej?.. + +Słowa powyższe i pytanie ostatnie zabrzmiały w ustach młodzieńca pomimo +woli zimniej nieco. Nerwami uczuł chłód jakby w zachowaniu się +staruszki, milczącej wciąż od chwili, gdy jej powiedział, iż: wie o +wszystkiem. Gniewało go to spostrzeżenie i raniło dotkliwie dumę jego. + +Wypowiedziana głosem miarowym, a wskazująca ulicę i numer domu, +zamieszkałego przez pana Emila, zabrzmiała odpowiedź marszałkowej. + +Krasnostawski zerwał się natychmiast i rzekł szybko: + +- Dziękuję stokrotnie pani marszałkowej... + +Z udaną zaś swobodą, powodowany silnem życzeniem wycofania się stąd co +prędzej, ciągnął żywo dalej: + +- Nie zajmuję już więcej czasu pani marszałkowej, zapomniałem zupełnie, +wszak to dzisiaj czwartek, dzień przyjęć - uciekam... + +- Ach, tak... - z uśmiechem protekcyjnym nieco rzekła sędziwa matrona. - +Ale już po wszystkiem, wszak wieczór nadchodzi... + +- Tak... tak, prawda, zapomniałem - bąknął Krasnostawski, sięgając +jednocześnie ręką do kieszeni. - Przepraszam najmocniej panią +marszałkową dobrodziejkę, cóż za roztrzepaniec ze mnie, doprawdy! Byłbym +zapomniał... Mam list od pana Gowartowskiego, służę pani marszałkowej. + +Pani Warnicka schwyciła list, Krasnostawski jednak równocześnie pochylił +się do ręki jej, w ukłonie. + +- Do widzenia, mój panie Bolesławie, do widzenia! - z roztargnieniem +pożegnała go staruszka, podając mu rękę do ucałowania, poczem zaś +gorączkowo rozerwała kopertę. + +Młody człowiek już był na progu, ale, spojrzawszy z pod oka na +marszałkową, zdążył był jeszcze dojrzeć na jej twarzy rumieniec +oburzenia, zakwitły tam, po przeczytaniu pierwszych kilku wierszy. +Dostrzegłszy to, młody plenipotent, jak szczupak w wodę, rzucił się +całem ciałem w ciemności sąsiedniego salonu, pobiegłszy zaś na palcach +do przedpokoju, chwycił paltot swój i umknął z mieszkania. Na schodach +dopiero odetchnął. + +- Uf! wyrwałem się wreszcie... - szepnął. - Ładniebym się ubrał, gdyby +tak przy mnie list czytała!.. + +W ślad zatem wypadł na miasto, a mijając ulice jednocześnie pogrążał się +w myślach. + +Wywołana wspomnieniem apartamentów marszałkowej, stanęła mu nagle przed +oczyma powabna sylwetka Oli, zamajaczyło jej głębokie i zalotne +spojrzenie, którem, jak wielu innych zresztą, witała i jego, gdy +przypadek łączył ich kiedy na chwilę. + +Krasnostawski od kilku już lat znał córkę pana Januarego; etykietalne +utrzymując stosunki z pałacem Gowartowskim na wsi, widywał ją rzadko, +najczęściej z daleka, na spacerze, w kościele, lub przelotnie w powozie +- kilka razy u marszałkowej w mieście. Podobała mu się piękna panna, bo +komuż zresztą nie potrafiła ona się przypodobać, pełna wdzięku, uprzejma +i zalotna?.. Przedstawiała poza tem typ kobiecy Krasnostawskiego... Nie +kochał się w niej jednak bynajmniej, za trzeźwym był na to; choć z +upokorzeniem dumy własnej, stanowisko swe podrzędne oceniać potrafił, a +jednak... + +Ździwiony analizą duszy własnej, przyznać się sam przed sobą musiał, że +wieść o ucieczce i ślubie Oli zabolała go, a raczej, bezpodstawnie na +pozór, po prostu rozgniewała. + +Rozmyślając w ten sposób, Krasnostawski wszedł do kamienicy, wskazanej +przez marszałkową. Za parę chwil znalazł się już na pierwszem piętrze, +ledwie jednak zadzwonił u drzwi apartamentów Ładyżyńskiego, w ramie ich, +natychmiast prawie, w cylindrze i paltocie, ukazał się pan Emil, jak +zwykle uśmiechnięty ironicznie i z pogodą na czole. + +- A!.. pan Bolesław, herbu Rawita, powitać, prawico Januarego de +Gowartów-Gowartowskiego, powitać!.. - i uścisnął serdecznie wyciągniętą +rękę młodzieńca. + +- Przepraszam, że nie proszę pana kochanego do siebie, lecz postacią +swoją do odejścia gotową wypędzam go raczej, lecz powody ważne... - tu +pan Emil uczynił obydwiema rękami ruch półokrągły, - skłaniają mnie do +tego! - dokończył, i mówiąc to, elegancko zamknął drzwi przed nosem +Krasnostawskiemu, a uśmiechnąwszy się pod wąsem ciągnął dalej wesoło, +poufale wsunąwszy zarazem rękę pod ramię Krasnostawskiego. + +- Nie gniewasz się na mnie, kochany panie Bolesławie, wszak prawda?.. +Spieszę na raut; no, mówże tam, co słychać?.. Kochany Januarek cóż tam +porabia, poluje; weseli się, czy smuci? + +Krasnostawski już chciał wypowiedzieć, z czem przyszedł, gdy Ładyżyński +znowu odezwał się żartobliwie: + +- Ale, zaiste, pysznie pan wyglądasz, jak rydz w maśle, powinszować! +Nadobne grodu naszego mieszkanki lgnąć będą do pana, jak pszczółki do +miodu! Słyszałem o pańskich sprawkach za studenckich czasów, za młodu! - +tu poklepał z lekka młodzieńca poufale po plecach - słyszałem - +powtórzył - nie będę więc wzajemnie nudził pana swoją osobą, opowiesz mi +pan en rčgle, lecz szybko, co cię do mnie sprowadza, a posiedzenie to +odbędziemy w dorożce. Podwiozę pana... Zgoda? + +- Ależ i owszem, dziękuję bardzo! - odparł Krasnostawski, z pośpiechem. + +Znajdowali się już na ulicy, pan Emil skinął na stangreta parokonnej +dorożki, rzucił adres, i pojechali. + +Ruchem codziennym wrzało wkoło nich strojne wesołe miasto: + +- Słucham pana - rzekł Ładyżyński. + +Młody człowiek w krótkich słowach opowiedział mu o niepomyślnym stanie +zdrowia i moralnego usposobienia pana Januarego, zamilczawszy zaś tylko +o liście do marszałkowej, zakomunikował zaproszenie do Gowartowa. + +Skrzywił się lekko przy ostatnich słowach pan Emil i odrzekł: + +- Zapewne, zapewne, bardzo bym rad pocieszyć drogiego Januarka, ale +właśnie wyjeżdżam za granicę i przyznać muszę, że na razie wybrał on się +z zaproszeniem wcale nie na czasie! No, zobaczymy zresztą... Co pan +wiesz, - tu spojrzał uważnie na Krasnostawskiego - o pani Oli i +Dzierżymirskim?.. + +Zapytanie to postawionem było bardzo zręcznie mówiło nic, a pytało +wiele. Krasnostawski natychmiast poinformował krótko i zwięźle pana +Emila, iż wiadomem mu jest wszystko. + +- Aaa!.. - wyrwało się tylko z ust Ładyżyńskiego, i dodał ironicznie: + +- No, to w takim razie wiesz pan nie tylko o płaszczu gronostajowym +przywiązania dziecinnego, szalonej miłości młodzieńczej, weselu pod +niebem Italii, et caetera i t. d. ale i o odzieży codziennej, ukrytej +przez nas starannie przed plotką, jedną - purpurą drugiej; zatem wobec +tego, możemy mówić szczerze... + +- Widzi pan - tu Ładyżyński spojrzał znów na Krasnostawskiego, jakby +pragnąc się przekonać, czy warto wywnętrzać się przed nim - ta cała +rozpacz "górna chmurna" Januarka, ta dobrowolna wiwisekcya przywiązania +do córki i ów od początku do końca poemat "zbolałego ojcowskiego serca" +- bref ten wielki w duszy jego ostatniemi czasy fajerwerk romantyzmu... +entre nous soit dit - jest tylko od początku do końca jednym nonsensem. +Czy nie miała racyi? + +Krasnostawski milczał. + +- Pieścili dziewczynę - ciągnął w tym samym tonie Ładyżyński - upodobała +sobie Dzierżymirskiego - wara! Tego, owego - odmówili... To trudno, +panie, kobiety także mają serca i temperament... Zachciało się Oli +ładnego chłopca - nie dali jej go - wzięła go sobie sama, a raczej wziąć +się pozwoliła... Niech Januarek lepiej dziękuje i śpiewa Hosannę na +wysokościach, że bez plebana się nie obeszło! Lub niechże nawet gniewa +się, i wydziedziczy córunię, lecz nie lamentuje, bo to i nie po męsku, i +wcale nie ma sensu! Dixi. To moje zdanie. Cóż na to pan, panie +Bolesławie, herbu Rawita?.. + +Krasnostawski zżymnął się niecierpliwie; denerwował go zwykle ton +rozmowy Ładyżyńskiego, dziś jeszcze bardziej rozgniewał go przycinek +"herbu Rawita", będący widoczną alluzyą do używanych niegdyś przez niego +biletów wizytowych: Rawita-Krasnowstawski. . + +Podrażniony zatem, siląc się na spokój, odparł zimno: + +- Przepraszam, ale całkiem inaczej i zupełnie przeciwnie zapatruję się +na tę sprawę, oraz rozumiem doskonale pana Januarego. + +- Ha-ha-ha-! nie masz pan za co przepraszać, wiedziałem tylko, że i z +kochanego pana także romantyk; w takim razie w korcu maku dobraliście +się razem z Januarym... Wobec tego, ja w Gowartowie zgoła potrzebny nie +jestem, doskonale się tam obadwa rozumiecie... + +- Ale, cóż znowu! - przerwał żywo Krasnostawski, bojąc się, czy czasem +mimo woli nieostrożnem słowem nie zepsuł danego sobie polecenia. - Mogę +być tych samych zapatrywań na tę sprawę, co i pan Gowartowski i odczuwać +jego charakter, lecz przecież w żadnym razie nie potrafię zastąpić +szanownego pana, który jest tak dobrym jego przyjacielem... + +- No tak, tak..., - urwał z kolei pan Emil - "Wszystko ginie bez +litości, nic stałego na tej ziemi, prócz przyjaźni i miłości;" to +wszystko nader pięknie brzmi i wygląda, lecz mego zdania, ja osobiście +nawet dla przyjaźni zmieniać, niestety, nie uważam za stosowne. Czy zaś +ono Januarciowi się spodoba - grubo wątpię.. + +Dorożka w tej samej chwili zatrzymała się. + +- No, kochany mój panie Bolesławie, addio!.. - odezwał się protekcyjnym +nieco tonem Ładyżyński podając Krasnostawskiemu rękę. + +- Zakomunikuj pan z łaski swojej mój sposób widzenia rzeczy panu na +Gowartowie, a jeśli potem jeszcze znać mnie będzie chciał - niechże mi +napisze, a może przyjadę... + +Wysiedli obaj. Pan Emil uchylił cylindra i skierował się ku bramie, na +progu zaś jej rzucił jeszcze młodemu człowiekowi, tym razem jednak +przyjaźniej nieco: + +- A trzymaj się tam pan dzielnie, ba płeć nadobna ma tu na wieśniaków +wilczy apetyt!.. Au revoir... + +Ładyżyński znikł, Krasnostawski pozostał sam ulicy. Rozejrzał się... + +Był w jednym z najruchliwszych punktów miasta; wieczór już rozpoczynał +swe panowanie, nadchodziła noc, wielki gród żarzył się setkami świateł; +środkiem ulicy pędziły pojazdy, po chodnikach szerokich zwartą gromadą +wymijał go pośpiesznie tłum ludzi. + +Piękne, zgrabne mieszczanki prawie że ocierały się o niego, rzucając co +chwila zalotne spojrzenia na ładnego chłopca. Niewiele jednak z nich +szło samych, większość miała już przy sobie czulących się towarzyszy, +szepczących im z uśmiechem słodkie słówka. + +Pod wpływem ostatniej uwagi pana Emila, Krasnostawski mimo woli +przejrzał się uważniej w witrynie jednego z okazalszych magazynów, a +zadowolony z przeglądu własnej osoby, spojrzał wesoło przed siebie. +Jakieś puste pragnienie zabawienia się, oszołomienia, podobnie tym +wszystkim, snującym się parom, owładnęło nim. + +Przekształcony okolicznościami życia w wieśniaka mieszczuch przypomniał +sobie naraz lata dawne, studenckie, pełne niefrasobliwego jutra i +wesołych kawałów, a choć przeplatane często biedą i głodem, bogate +jednak w miłość i swobodę! + +Bawiąc przelotnie w murach miasta, którego każdy zaułek znał na pamięć, +a mijających go mieszkańców, szczególniej kobiety, jednym rzutem oka +nieomylnie segregował, jak znawca, - zapragnął nagle Krasnostawski napić +się koniecznie z musującego uciech miłosnych kielicha. + +I mimo woli młody człowiek począł uważniej przyglądać się kobietom. +Ubrane "szykownie", cienkie w talii, wysmukłe i zgrabne, mijały go one, +śmiejące się i wesołe, uprawiając z zamiłowaniem flirt uliczny, skrzący +się miejscowym brukowym dowcipem, czujne jednak poza nim na każde +spojrzenie przystojniejszego mężczyzny, odwzajemniające mu się zalotnem +źrenic błyśnięciem - "oczkiem" i obiecującym nieraz wiele uśmiechem. + +A rozmaitość dzisiaj była wielka. Wieczór przedświąteczny, pogodny, lwią +część właścicielek nadobnych twarzyczek wywabił na pierwszorzędne ulice +- na wspólną arenę letniego jakby "demisalonu" pewnych, a szerokich +warstw miasta. Brunetki zatem, śniade, czarnobrewe, blondynki, powiewne +- białe, szatynki, o ruchach omdlewających, a wszystkie prawie ubrane +elegancko i z pewnym, właściwym tylko Polce naszej, gustem, wystrojone, +żwawe - sunęły przed zachwyconym wzrokiem wieśniaka. + +I od tego rozpędzonego, barwnego, poruszanego jakby tajną jakąś sprężyną +tłumu, bił na Krasnostawskiego świeży, bo odzwyczajeniem dłuższem +starty, urok; nozdrza grać mu poczęły, wchłaniał w siebie niewyraźny, +niepochwytny powiew, sunący jakby ponad głowami publiczności, gorętszem +okiem patrzył w twarz kobietom, swawolnie i niechcący, na pozór, +zaglądał im prosto w oczy... + +Co zaś przeważnie czytał w owych czarnych, szarawych, fijołkowych i +modrych oczach, z natury już swej, zalotnych, bynajmniej nie zrażało go +do tej; czynności. + +- Pójdź, pójdź, nie zrażaj się pozornie skromną minką, bądź odważnym, +śmiałym, a może... może... - szeptały, zda się, cicho wejrzenia +nieśmialsze, gorejąc ogniem, nieprzeparcie ciągnąc ku sobie; daleko +więcej jeszcze mówiły spojrzenia inne, a wszystkie razem, wyzywane +śmiałym wzrokiem mężczyzny, całować go jakby się zdawały, obiecując +miłość-pieszczotę!... + +Ruchliwą falą w pewnych godzinach przelewający się przez ulice miasta, a +obejmujący sobą oddzielną warstwę wracających z zajęcia pracownic różnej +kategoryi, na wylot znany Krasnostawskiemu, roił się dalej przed oczyma +jego kobieco-dziewczęcy światek, i coraz bardziej liczny, barwniejszy - +obejmował go swym ruchomym uściskiem. I młody człowiek, ulegając +stopniowo nastrojowi chwili, wspomnieniom dawnym, a związanym ściśle z +tymże samym światkiem, zapomniał o wszystkiem. + +Znikły mu z pamięci Gowartów, pan January, marszałkowa, Ładyżyński, Ola, +a odżył w nim tylko dawny łobuz i bałamut, żądny swawoli i użycia. + +Z szelestem spódniczek, zgrabnie ujętych małą rączką, a odkrywających +modelowaną ślicznie, zgrabnie obutą, w ażurowej pończoszce, nóżkę, +otarła się prawie o Krasnostawskiego wysoka dziewczyna, smukła, jak +gazella, czarnowłosa, i rzuciła młodzieńcowi przelotne spojrzenie. +Spotkawszy wzrok jego, palący , śmiały, rzuciła mu takie same drugie, +uważniejniejsze jednak, gorętsze. Z dwojga par młodych oczu posypały się +iskry, a panu Bolesławowi stanęło w tej chwili w mózgu, nieodwołalne +ultimatum: Ta, lub żadna! + +Puścił się w pogoń za piękną dziewczyną. Dognał ją niebawem, zajrzał w +oczy raz, drugi, trzeci, i począł iść w ślad za nią. Przy zbiegu jednak +ulic kilku, dziewczę skręciło nagle w bok i znikło w bramie domu. + +Zawiedziony i zły, Krasnostawski obrócił się na pięcie, a włożywszy rękę +w kieszenie od palta, z humorem przystanął. W oddali zachęcająco +zieleniał ogród śródmiejski, jakby zapraszając gościnnie. + +Młodzieniec skierował się w tę stronę, i w dziesięć minut potem wchodził +już w bramę ogrodu. + +O tej wieczornej i spóźnionej już porze cienie jago, tajemnicze i ciche, +pochłonęły Krasnostawskiego natychmiast, a do uszu jego doleciały +jednocześnie, z pogwarem drzew szumiących splecione, jakieś szelesty, i +szepty, i przyciszone gwary... + +To przytulone do siebie, tam i ówdzie po ławkach siedząc samotnych, +gruchające przeróżne "pary" fabrykowały najczęściej udaną, rzadko +szczerą miłość... Miejscami nieestetyczny, czasami wprost brutalny, tam +znów, w kontraście subtelniejszy, miękkszy, ten sam flirt brukowy, +rdzennie miejscowy, musował, kipiał po kątach ogrodu, przyczajony do +tego stopnia, iż w niektórych alejach dla uważnego słuchacza grała po +prostu, zda się, powszechna jakby i wspólnie harmonijna nuta, złożona ze +szmeru pocałunków, głośniejszych półsłówek, namiętnych protestów, zgody +cichej, lub srebrzystego śmiechu... + +Odgłosy te, drgając w powietrzu, leciały cicho ku wierzchołkom drzew, z +których co chwila gdzieniegdzie spadał wolno pożółkły liść wczesnej +jesieni, - jakby pragnąc przypomnieć bawiącym się tu ludziom, o końcu +wszystkiego na świecie. + +Przeszedłszy się po ogrodzie, Krasnostawski usiadł na jednej z ławek. +Zmęczonym był nieco... Przyjechał kilka godzin temu zaledwie. +Marszałkowa, Ładyżyński, piękna nieznajoma, gwar miasta - wszystko to +znużyło młodzieńca, przywykłego od lat paru do ciszy i regularnego +wiejskiego życia. + +Wyjąwszy papierośnicę, zapalił papierosa, ziewnął, a spojrzawszy +obojętnie na siedzących obok na ławce sąsiadów, wpadł w mimowolną +zadumę. + +W myślach stanęła mu nagle własna przeszłość w tem samem mieście i przed +oczyma migać poczęły przeróżne minionych lat obrazy. + +Ujrzał zatem siebie maleńkim, u rodziców jeszcze, chłopcem, potem +gimnazistą, a następnie akademikiem. Oblicza rozpierzchłych gdzieś po +świecie, a dawno niewidzianych kolegów zamajaczyły mu żywo, wspomniał +ich przywary, zalety charaktery i serca... + +W kalejdoskopie wspomnień odbiło się, przesunęło również, kilka +twarzyczek kobiecych, parę szałów, niepomnych jutra, gorączkowych, +pieniących się wówczas rozkoszą, płomieniem uczucia, a dziś spopielałych +już i zagasłych zupełnie. + +A wszystko w tem mieście, z którego murami zżyła się, zrosła jego dusza. +Dla chleba porzucił kolebkę dzieciństwa - młodości... + +- Cha!... - westchnął głośno młody plenipotent gowartowski, poczem +instynktownie obejrzał się wokoło, i jakby nieco zawstydzony swem +westchnieniem, z pod oka uważnie popatrzył na swoich sąsiadów. + +Obok niego, w wytartej czapce, z daszkiem, nasuniętym na oczy, w +wyszarzałej kapocie i z rękami w kieszeniach, drzemała jakaś męska +figura, z głową, wciśniętą w ramiona, zgarbiona, o nędznej +powierzchowności; był to zapewne pijak jaki ululany, lub może biedak +bezdomny; z przeciwległego zaś krańca ławki jakiś staruszek zbierał się +do odejścia... + +- Przepraszam pana, która godzina? - zapytał go Krasnostawski, +pamiętając, iż zegarek zostawił przez roztargnienie w hotelu. + +Staruszek malutki, siwiuteńki, o jowialnym wyrazie twarzy, zerknął +przyjaźnie na młodego człowieka, oczy przymrużył i roześmiał się głośno +i dobrotliwie. + +- Ha-ha ha.., a widzisz... - dorzucił w ślad za tem - nie przyszła... +Ba!... la donna č mobile... - szczerze zaśmiał się jeszcze do siebie i +podreptał dalej, nie odpowiadając na pytanie młodzieńca. + +- A to ci mantyka jakiś ! - uśmiechnął się Krasnostawski i wzruszył +ramionami, a zapaliwszy papierosa, instynktownie zamyślił się znowu. + +Tymczasem w tej samej właśnie chwili siadała obok niego wysoka, zgrabna, +przystojna brunetka. Gdy odchodzący staruszek wygłaszał swą sentencyę, +pośpiesznie przechodziła ona drogą, a usłyszawszy głośno wyrzeczono +słowa, zwróciła uwagę na siedzącego młodzieńca i uważnie spojrzała nań; +poczem zwolniła kroku, a po przelotnej wahania chwilce usiadła na ławce. +Teraz zaś, uporczywie z pod oka, patrzyła na Krasnostawskiego. + +Ten zaś poczuł snać na swojej twarzy magnetyczny wzrok kobiety, bo po +chwili machinalnie obrócił głowę w jej stronę. + +Na widok nowej sąsiadki, wyraz przyjemnego zdziwienia odbił się na jego +twarzy, w towarzyszce obecnej bowiem poznawać się zdawał piękną +nieznajomą sprzed półgodziny. Spojrzenia młodych skrzyżowały się. Z +czarnych źrenic ładnej dziewczyny posypały się iskry, poczem opuściła na +oczy powieki, z rzęsami długiemi. + +Krasnostawski jednak milczał w niepewności. + +- Nie, to nie ona - myślał - tamta, smukła gazella, piękniejszą była, +lecz ta znów... tu spojrzał przeciągle na dziewczę - kto wie, czy nie +ponętniejsza, milsza?... Bez wątpienia... co za oczy!... - dopowiedział +sobie w duchu. + +Nie ruszał się jednak z miejsca, nieznajoma bowiem wydała mu się dziwnie +nieprzystępną - przynajmniej z powierzchowności. Ubrana była z miejskim +szykiem, przeciętnym wprawdzie, ale nie rażąco bynajmniej, całkiem +ciemno, z pewnym gustem, ba... nawet jakąś nieujętą jakby dystynkcyą. + +Tak się zdało Krasnostawskiemu. + +W tej samej chwili nieznajoma podniosła nań znowu oczy. Powoli zdjęła +woalkę, wciąż paląc spojrzeniem pięknych, dużych źrenic i westchnęła +cicho... + +Krasnostawski instynktownie przysunął się do dziewczęcia bliżej. W parę +jednak sekund później, raz jeszcze przyjrzawszy się delikatnemu +profilowi nieznajomej i przywoławszy w pamięci całe swe znawstwo dawnego +"don-juana", zawyrokował w myśli: - "szyk facetka, ale szkoda czasu," i +obojętnie zgasłego zapalił papierosa. + +Poza tem, przed godziną pełen werwy i animuszu, teraz czuł się zmęczonym +i spać mu się po prostu chciało, rój myśli zaś, poruszonych niedawno, +bezustannie mącił mu się w głowie. Ziewnął więc przeciągle i zamierzał +już powstać, gdy oto nagle, prosząco, posłyszał wyrzeczone głosikiem +dźwięcznym swej sąsiadki: + +- Przepraszam pana... ale.... nie mogę dać sobie sama rady... Czy... nie +byłby pan tak uprzejmym i grzecznym zwinąć mi parasolkę?... + +Słowom tym towarzyszył wyraz twarzy, pełny milutkiego wdzięku i +przybranej okolicznościowo zaambarasowanej niby nieśmiałości; zatrzymała +się pytająco... + +Widząc jednak na obliczu młodego człowieka uśmiech i wyciągniętą już +rękę po parasolkę, dokończyła zalotnie, podając mu ją: + +- Tylko... tak ładnie... cieniutko... + +- Pan się dziwi, zapewne - dygnęła już śmiało, lecz z tym samym +nieokreślonym nieco twarzy wyrazem, - że ja, nie znając pana, ośmielam +się, pomimo to, trudzić go... ale... + +- Boli rączka? - podchwycił Krasnostawski śpiesznie i pochylił się ku +dziewczęciu, z uśmiechem. + +W oczach dziewczyny zapaliły się skry, nerwowo zadrżały jej wiśniowe +usta i rozchyliły się kusząco... Zaśmiała się... + +- Tak, mam reumatyzm w prawej dłoni... - odparła z powłóczystem +spojrzeniem. + +I rozmowa w ślad zatem potoczyła się gładko... Krasnostawski poczuł się +w swoim żywiole, wpadł w zapał, dowcipkował, śmiał się, opowiadał. +Towarzyszka zaimprowizowanego flirtu odcinała mu się dowcipnie, +podtrzymywała rozmowę... + +Gwar dwojga młodych odbijał się echem po coraz to pustszym ogrodzie; +śpiący dotąd spokojnie na ławce sąsiad ich, bezdomny biedak, zbudzony, +zaklął z cicha i bez ceremonyi położył się na ławce, jak długi. + +Wespół z towarzyszem roześmiało się piękne dziewczę. Powstali. + +Pobłądziwszy zaś samotnie po alejach ogrodu, w pół godziny później +wychodzili z niego, ochoczo i żwawo, na pustą ulicę, trzymając się pod +ręce, po przyjacielsku już zupełnie. Młody pan plenipotent gowartowski +skinął na stojące opodal "gumy", kazał stangretowi podnieść budę, wsiadł +do powozu razem z piękną nową znajomą, rzucił adres - i pojechali... + +Gdy w ten sposób odżyły w wieśniaku łobuz zabawiał się swobodnie w +wesołym grodzie - na Ukrainie, w pałacu gowartowskim, który zaledwie +opuścił był dwa dni temu, w tą samą noc wrześniową, pomimo spóźnionej +już wielce pory, paliły się, jeszcze światła. + +Po obszernych komnatach dużego piętrowego domu, otoczonego cienistym +parkiem, przechadzał się, zamyślony, pan January Gowartowski, z rękami +założonemi na piersiach. Kłaść się na spoczynek wcale nie miał ochoty, +od czasu bowiem powrotu z miasta i otrzymania wiadomości o ślubie Oli, +sen, wypłoszony cierpieniem i myślami, bezpowrotnie, zda się, uleciał od +powiek starca. + +Pan January już od kilku tygodni, ku wielkiemu zdziwieniu domowników, +nie sypiał wcale. Chodził po pustych komnatach, myślał, czytał, czasami +wychodził na przechadzkę, błąkał się po polach, z rzadka bardzo polując +do świta na kaczki - ulubionej tej swej rozrywce, oddając się teraz +tylko odruchowo, machinalnie, nawet z pewnem jakby zniechęceniem. + +By sobie zaś te nudne bezsenne noce czemkolwiek urozmaicić, pan January +wziął się do pisania własnych pamiętników, a sunąc piórem po papierze i +godzinami zapełniając go swem drobnem pismem, nieraz potem, znużony, +zasypiał przy biurku, i tak go nazajutrz nad ranem zastawał lokaj. W +ciągu dnia zaś wyraźnie nudził się coraz bardziej; czasami odwetował +sobie długie białe noce ciężkim snem po obiedzie; poza tem nie wyjeżdżał +nigdzie, ani do sąsiadów, ani nawet do kościoła, nikogo również nie +przyjmując. + +W pałacu wszyscy po cichu niepomiernie ubolewali nad panem, dziwiąc się +stanowi jego, kontrast bowiem dzisiejszego pana na Gowartowie był iście +rażącym. Poprzednio, wesoły, uśmiechnięty, rzeźki, nad wiek swój żywy, +biorący udział we wszystkich sprawach wiejskich, interesujący się +najdrobniejszym niemal szczegółem, obecnie zmienił się rzeczywiście do +niepoznania. + +Wróciwszy do Gowartowa, po kilku dniach popadł pan January w trwający +dotąd stan apatyi, zniechęcenia i nudy, a powiększający się ciągle i +coraz bardziej. Z małżeństwem Oli pogodził się, bo zgodzić się na nie +musiał, rana jednak, zadana nieopatrznie lekkomyślną ręką córki, w +ojcowskiem sercu, nie zagoiła się bynajmniej. Pan January zamknął się w +sobie i przeżuwał cierpienie własne, nie mogąc o niem zapomnieć. + +I czyż nawet można było dziwić się temu? Każdy kąt, każda ścieżka i +sprzęt w pałacu nasuwały biednemu ojcu na pamięć jedynaczkę, martwota +zaś i cisza komnat, oraz ich głucha pustka przypominały stale +nieobecność jej bezpowrotną. + +Gdy Krasnostawski, zamieszkały w pobliskim folwarku, Tomaszówce, wpadał +tu czasem w interesach i sprawach majątkowych, - ożywiał nieco +obecnością swą te mury, teraz jednak, od czasu jego wyjazdu, dnie +jeszcze bardziej dłużyły się panu Januaremu. + +Na stole w jadalni gowartowskiego pałacu leżało kilka książek, obok w +salonie i buduarze widniały porzucone pisma świeże - na biurku w +gabinecie przyległym bielały rozłożone arkusze, zapełnionego pismem +papieru. Pan January przed chwilą przestał był czytać, oraz pisać teraz +zamierzał, a przechadzając się tymczasem poprzez szereg czterech +leżących obok siebie, otwartych, pooświetlanych pokoi, myślał. + +W ciszy uśpionego już od dawna domu wybiła godzina druga... + +Monotonny odgłos zegara zbudził Gowartowskiego z zadumy. Poruszył się +szybciej, sam pogasił światła w czterech sąsiednich komnatach, poczem, +westchnąwszy cicho, przetarł dłonią czoło i usiadł przy biurku przed +rozłożonemi ćwiartkami papieru. + +Nie wziął jednak pióra do ręki... Myśl leniwa odbiec na rozkaz nie +chciała, podparł więc pan January dłońmi głowę i zamyślił się znowu. + +Wokoło, z umilkłem echem jego miarowych kroków, zapanowała niezamącona +niczem cisza, i trwale dość długo, nie przerywana zgoła niczem. + +Wreszcie, zbudzony z swej zadumy, podniósł głowę dziedzic Gowartowa, +sięgnął po pióro i zaczął pisać szybko. Jedne po drugich wypełniały się +jego drobnem pismem arkusiki papieru, rozrzucone na biurku, zgrzyt zaś +stalki w milczeniu głuchem donośnie rozbrzmiewał po pokoju. W ten sposób +minęła godzina, a może i więcej... + +Przestał wreszcie pisać ojciec Oli, odłożył pióro i schowawszy starannie +papiery do szuflady biurka - powstał. + +Wywołany zazwyczaj umysłowem znużeniem, sen nie kleił jednak dzisiaj +powiek jego. + +Przeciwnie. Zmuszony przed chwilą jeszcze, oderwawszy się od +teraźniejszości, zanurzyć w przeszłość własnego życia, którą opisywał - +pan January orzeźwionym był jakby, a wyraz melancholyi smutnej znikł z +oblicza jego, oczy patrzały jaśniej jakoś, zapatrzone, zda się, w +odległe dawne wspomnienia... + +I wyparte tą chwilą obecną, cierpienie pierzchło na chwilę, ojciec Oli +zaś, spragniony snać powietrza, otworzył okno, wychodzące na ogród. + +Dotykając szyb, zaszeleściły cicho gałęzie pnącego się wysoko po murze +winogradu, i powiew balsamiczny, świeży, wpłynął do pokoju. + +Pałac gowartowski górował nad okolicą. Do stóp jego, poza parkiem i +stawem, w półkole, tuliła się wioska, a dalej widniały uprawne pola, +odcinał się na widnokręgu sinawy pas lasów, wśród rozległych zaś, jak +okiem sięgnąć, płaskich obszarów - majaczyło kilka dalekich siół i +futorów... + +W chwili, gdy pan January stanął w oknie gabinetu, z którego krajobraz +ten cały, jak na dłoni, można było objąć okiem - nad otaczającemi +Gowartów wkoło równinami, pełnemi nieujętego jakby smutku i +niewysłowionej dziwnej tęsknoty - nad zadumanymi jarami, sennymi łanami +i bielejącymi szerokimi traktami - z wolna gasła właśnie jesienna noc, +pogodna, a z nieba, stopniowo niknąc, pierzchały ostatnie gwiazdy... +Jeszcze tylko mgły przedporanne błąkały się tam i ówdzie, półmrok zaś +szarawy przedświtu, walczący z cieniami nocy, coraz bardziej zwycięski, +hardy, panoszył się już dokoła. + +Gowartowski stał nieruchomo w oknie, a odczuwając głęboko nieujęty czar, +płynący ku niemu senną falą z ziemi rodzinnej, jednocześnie uczuwał w +duszy chęć konieczną wyrwania się, choć na krótko z tych ciasnych ram +pokoju. + +W tej samej chwili ciszę drzemiącą przerwał nagle pojedynczy dźwięk, +rytmiczny i daleki. Wplótłszy się melodyjnym akordem w ogólne milczenie, +szedł coraz donioślejszy... bliższy... + +Przez perlące się jeszcze nocną rosą łany zboża i łąki, zagony buraków i +jary, leciało monotonne echo dzwonka, żałosne sobą i jakby smętne, +błąkając się po uśpionych jeszcze obszarach, budząc drzemiące ptactwo, +leniwo i niechętnie zrywające się gdzieniegdzie do lotu. + +- Telegram! Może do mnie, pójdę i zobaczę... mruknął do siebie półgłosem +pan January, i odstąpiwszy od okna, sięgnął kapelusz. + +W tej samej chwili wzrok jego przesunął się po ścianie, na której +wisiała strzelba i przybory myśliwskie. Gowartowski spojrzał mimo woli +na swój ubiór. + +Był w butach wysokich z cholewami, których dobę całą nie zmienił, pełen +apatyi. + +Po przelotnej chwilce wahania, pan January wziął strzelbę, torbę, naboje +i wyszedł przez balkon do ogrodu. Czuł potrzebę ruchu, powietrza i +postanowił zapolować na dzikie kaczki. Drzemiąca żyłka myśliwska +przebudziła się w Gowartowskim, a odnalazłszy ulubieńca swego, legawca, +śpiącego w ładnej budce, wyruszył przez park na pola. + +Myśl jego była jakby wolniejsza, wzrok zaś uporczywie ścigał krajobraz, +niejako wsłuchując się w bliski już teraz zupełnie odgłos dzwonka. +Nadzieja zwodnicza podsunęła mu bezpodstawne przypuszczenie, iż może ten +oto znajomy dźwięk, zwiastujący telegraficznego posłańca, przyniesie mu +jakąś dobrą, a niespodzianą od Oli wiadomość. + +Rzeczywistość, jak zwykle, rozwiała chwilowe złudzenie. Spokojnie i +równomiernie, u rozstajnych dróg, przy krzyżu drewnianym, przesunęła się +sennie, w jednego konia, dwukołowa bida, z siedzącą na niej skuloną +postacią, i brzęcząc dzwonkiem, zginęła w mgłach porannych. + +Dziedzic Gowartowa westchnął, i minąwszy park oraz wioskę, boczną +ścieżyną skierował się ku polom. Poprzedzany kręcącym się wesoło, całym +czarnym, z białemi łapami, legawcem, w pól godziny potem spuszczał się w +jar głęboki. + +Otulony ciszą przedświtu, drzemał tu staw obszerny, cały zarosły +sitowiem - siedziba kaczek dzikich; mały młynek drewniany, cichutko +szemrząc przelewającą się wodą, odpoczywał, przyparty do wązkiej +grobelki; w jej pobliża maleńka, garbata chatynka młynarza dopełniała +krajobrazu. + +Po raz pierwszy od bardzo dawna poddał się pan January obecnej chwili +tylko, zapomniawszy momentalnie o dręczącem go cierpieniu. Stąpając +ostrożnie i cicho po zroszonej trawie, szedł wzdłuż stawu, nad jego +brzegiem, rozglądając się bystro dokoła. + +Milczenie i spokój panowały niepodzielnie w tym zakątku. Czasem tylko +załopotało coś w sitowiach i zaraz zcichło; tuż ponad senną taflą wód +przeleciał wolno koło idącego myśliwca jastrząb wodny, kulik, zniknąwszy +niebawem z oczu... + +I melancholijna szarość, jeszcze na wpół pogrążona we śnie, cicha, +królowała dalej znowu, skupiona w sobie, niezamącona niczem, chyba tylko +szelestem kroków ludzkich i biegiem legawca. + +Nagle pan January przystanął: + +- Wara! do nogi! - syknął cicho na psa. Legawiec, podniósłszy lewą łapę +i wyprostowawszy ogon sprężyście, znieruchomiał. + +Na czystą taflę wód stawu, rzecz rzadka, wypływały poważnie dwie kaczki +dzikie i kołysząc się niedostrzegalnie, zbliżały się, ufne, z wolna +płynąc, na odległość strzału. Myśliwiec odwiódł kurka u strzelby, jak +mógł najciszej, i przyłożył broń do ramienia. + +Przeczekał chwilę jeszcze, i pociągnął za cyngiel... + +Odbity w milczeniu dziesięciokrotnem echem huknął w ciszy pierwszy +strzał!... Dosiągł on jednocześnie obie kaczki, położył je trupem, i +zbudził zarazem śpiącą w sitowiach zwierzynę. + +Zagotowało się tam teraz wszędzie; tłumione szelesty rozległy się na +wsze strony; kurki wodne, kaczęta, kaczki nawoływały się wzajemnie, +kilka z tych ostatnich poderwało się nawet hen, w perspektywie, na +drugim krańcu stawu... daleko. Jedna zaś, wynurzywszy skądś, z +charakterystycznym poświstem skrzydeł, przeleciała: wysoko prostopadle +ponad głową myśliwego. + +Posłuszny legawiec jednocześnie przynosił panu w zębach zabitą +zwierzynę; Gowartowski, odebrawszy psu kaczki, zawiesił je u torby i +poszedł dalej. + +Powoli, stopniowo, rozjaśniało się tymczasem.. Na wschodzie, gdzieś w +oddali, widnokrąg zaróżawiał się, niedostrzegalnie, leciutko... + +Ojciec Oli Dzierżymirskiej, ze spuszczoną głową, postępował wciąż +brzegiem stawu. Kilka kaczek po drodze jego zerwało się trwożliwie, +myśliwiec jednak nie zadawał sobie trudu strzelać do nich, bo oto znowu, +wywołane na pozór drobnostką, pochłonęły bezpodzielnie pana Januarego +wspomnienia smutne. + +Rok temu, podobnie jak dziś, polował on tutaj. + +Razem z Olą wyjechali o drugiej, nocą, i przybyli nad staw przy księżycu +jeszcze. Tak samo cisza uśpienia panowała dokoła, tak samo, jak przed +chwilą, na toń czystą, lśniącą się tylko w dogorywających, drżących +promieniach miesiąca - wypłynęła zwierzyna... + +Pamięta, jak dziś, ową chwilę, radość córki z tej przejażdżki i jej +ciekawość asystowania przy polowaniu. Stoi mu żywo przed oczyma +twarzyczka jej zarumieniona, ładniutka, wzruszona, ciekawie śledząca +wzrokiem kaczki, płynące po wodach... + +Pamięta doskonale, jak w ostatniej chwili, gdy już cyngla dłonią +dotykał, szczebiot jej wesoły spłoszył zwierzynę, i jak wówczas Ola tego +sobie darować nie mogła... + +Westchnienie ciche podniosło pierś Gowartowskiego, brwi zmarszczył i +zatopił się w myślach niepomny zupełnie otoczenia swego. + +Tymczasem zwierzyna co chwila podrywała się tam i ówdzie, przelatując +blisko idącego machinalnie naprzód myśliwego. + +Legawiec, kręcąc ogonem, wiercił się na wszystkie strony, skamlał +nieśmiało, z cicha, gonił uciekające kaczki i powracał, podnosząc +rozumny swój wzrok na zamyślonego pana, z wyrazem zdziwienia, iż nie +słyszy już strzałów - wyraźnie zgorszony postępowaniem jego. + +Staw tymczasem już się kończył.. + +W pobliżu, nieco dalej, oddzielony od pierwszego stawu pasmem +błotnistych moczarów, widniał taki sam prawie drugi, mniejszy tylko i +sitowiem zarośnięty cały. + +Znając snać dobrze drogę ku niemu, pan January nie zatrzymał się, a +tylko ciągle tak samo zadumany, ruszył w drogę dalej, prosto przez +bagno, stawiając powoli stopy na trzęsących się kępkach zielonych. + +Pod ciężarem ciała idącego myśliwca grunt uginał sie, kołysał +niedostrzegalnie, a pod nim chlupotała woda i poruszał się krąg cały +wodnistej ziemi. + +Pan January nie zwracał jednak na to żadnej uwagi; w myślach +rozpamiętywał coś ciągle, w oczach zaś uporczywie majaczyła mu wywołana +przypomnieniem twarz i postać Oli, przesłaniając sylwetką swą wzrok jego +zamglony. + +Roztargniony jakby, tu, gdzie się znajdował, zgoła nieobecny, +Gowartowski szedł przez moczary, coraz dalej, a raz nawet noga +niespodzianie obsunęła mu się na małej kępce, i mało, mało, że nie +stracił równowagi... + +Tymczasem poza nim, w dal roztwierały się niby widnokręgu podwoje... + +Stopniowo, wąskie pasmo skrytego jeszcze słonecznego światła, rosło na +niebiosach. Z pod białych puchów posłania i spuszczonych dyskretnie +jakby gazowych u łoża zasłon - zarumieniona, wstydliwa wychylać się +poczęła jutrzenka różana, przeciągając się lubieżnie jeszcze poza +przejrzystą oponą obłoków bladych... + +Ponad stawem latały teraz ciągle kuliki; w dali na horyzoncie, z innego +snać legowiska, wysoko na pogodnem niebie, ciągnęło tutaj całe stado +dzikich kaczek - prostopadle pod niemi ogromny jastrząb krążył +majestatycznie nad łanem zboża... + +Ostatnie wreszcie cienie przedświtu pierzchły nagle... Pierwszy promień +słońca wyjrzał nieśmiało, błysnął po białych ścianach chatynki i +blaszanym dachu starego młyna, dotknął się tafli stawu, zamigotał w +mętnych błotach moczarów i musnął pieszczotliwie odwróconą sylwetę +idącego mężczyzny. + +Na błyszczącej lufie przełożonej przez plecy strzelby zapalił się +blaskiem. Minęła chwila... i już tryumfalnie zajaśniał on, objąwszy +płomieniem świateł liście kilkunastu drzew, rosnących wśród bagien. +Postać kroczącego miarowo po moczarach człowieka na zakręcie, czy też w +drzew cieniu, znikła nagle w mgnieniu oka... + +Po chwili w dali rozległo się tylko głośne szczekanie psa. + +Umilkło... + +Nad ziemią w tej samej chwili wstał dzień nowy, pełen nadziei, z +radością na promienistem czole. + +--------- + + +Na platformie kawiarni, położonej na szczycie góry "Gűtsch," wznoszącej +swój cypel wyniosły ponad wdzięcznie rozrzuconą u jej stóp Lucerną, +roiło się od turystów, siedzących przy stolikach. + +Szmery prowadzonych rozmów łączyły się w akord wspólny z grającą smętnie +i cicho orkiestrą, wzrok zaś wypoczywających gości pieścił widok cudny i +wspaniały na miasto, tulące się zacisznie do brzegów jeziora, zapatrzone +w jego ciemnoszafirowe głębie, w których lustrzanej toni milcząco +przyglądały się również zadumane wierzchołki gór. + +Zamykały one łańcuchem swym cały widnokrąg naprzeciw miasta, po drugiej +stronie jeziora, i ramowały na prawo krętą szyję wód jego, płynących +cicho w dal... + +Ozłociwszy purpurą i złotem śnieżne szczyty ginących we mgle Alp, +zamigotawszy krwawo na białych frontach nadbrzeżnych hoteli, spiczastych +wieżach "Hofkirche" i szybach pomniejszych domostw, właśnie przed chwilą +zgasł ostatni promyk słońca... + +Natomiast zmierzch szary już obecnie wychylał się skądś nieśmiało, +ślizgał się po gładkiej tafli jeziora, przechadzał po dwóch, krytych +daszkiem, drewnianych mostach, starożytnych i wąskich, a omraczając +sześciokątny czubek, położonej tuż przy jednym z nich, oryginalnej +wodnej wieżycy, swawolnie zdawał się zatapiać ją, jedynaczkę, sterczącą +zabawnie pośród wód szafiru. + +A tymczasem, pod wpływem idącego wieczora, cichło jakby jeszcze bardziej +wszystko dokoła... Senny spokój płynąć się zdawał od Lucerny, która, +choć przepełniona gośćmi z całego świata, tętnić poczynająca właśnie o +tej porze muzyką i gwarem - obserwowana jednak stąd, z "Gűtsch" +wierzchołka, wydawała się tak spokojną - tak cichą, jakby nie była zgoła +punktem zbornym kosmopolitycznej towarzystw śmietanki, ale tylko - oazą +wytchnienia i swobody. + +W jednym z najlepszych punktów obserwacyjnych kawiarnianej platformy, +przy stoliku, siedziało pięć osób. + +Towarzystwo to składali: starsza wiekiem osoba, Polka, z córką i +poważnym jegomościem, ojcem zapewne rodziny - młody, żwawy, przystojny +Francuz i Dzierżymirscy. + +Ożywiona, niemilknąca rozmowa, podtrzymywana głównie przez Olę i młodego +Francuza, panowała przy tym, odosobnionym od innych, stoliku. Stary +jegomość śmiał się co chwila serdecznie i jowialnie z dowcipów +młodzieńca, panienka również rozmawiała wesoło i jeden tylko +Dzierżymirski stanowił w tym akordzie dobranym kontrast aż nadto +wyraźny, zachowanie się zaś jego milczące i bierny, li tylko konieczny, +udział w rozmowie, świadczyły dobitnie, że to wszystko nudzi go nad +wyraz. + +Oczy Dzierżymirskiego, pełne zamyślenia, prawie bezustannie spoczywały +na krajobrazie u podnóża góry, z rzadka przenosząc się, obojętne, na +towarzystwo. Wzrok jego wtedy zatrzymywał się głównie na Oli. Zaduma +smętna, od otoczenia daleka, znikała wówczas na chwilę z jego oblicza, +źrenice zaś czarne Romana, ciemniejszemi stawały się, badawcze... Nader +korzystnie zaś dnia tego wyglądała pani Ola. Ubrana w zgrabną suknię, z +jasnej materyi, czyniła wrażenie wytworne i eleganckie; obnażone zaś +dość głęboko, z okazyi niby gorąca, pierś, szyja i ramiona, przykryte +tylko ażurową koronką, stanowiącą całość z suknią - podnosiły jeszcze +wdzięk jej postaci. Siedząc obok młodego Francuza, rozmawiali z nim +przeważnie, śmiejąc się, dowcipkując, i bezwiednie zapewne tylko, +rzucając mu od czasu do czasu rozbawione, zalotne jakby spojrzenia. + +Trwało tak dosyć długo. Po niejakim czasie jednak Ola zauważyła snać +dziwne trochę zachowanie się męża, bo, skorzystawszy z ogólnego +powstania, spowodowanego czyjąś uwagą o krajobrazie, zbliżyła się do +Dzierżymirskiego, i przytuliwszy się, otarłszy, jak kocię, swą rozkwitłą +kibicią o niego, miękko i czule zapytała: + +- Coś taki smutny, Romciu, co ci? + +-Nic, kochanie! - odparł krótko Dzierżymirski i dorzucił po chwili: + +- Ale, a propos, ja cię tu zostawię, bo sam wpaść jeszcze muszę na +pocztę, tam, na dole... + +- Koniecznie chcesz tam iść? To może jedźmy już razem?.. + +Dzierżymirski odczuł niechęć lekką w głosie żony; cień ledwie +dostrzegalnego niezadowolenia, przemknął mu po twarzy, odezwał się +jednak szybko: + +- Nie, nie, zostań, ma chčre, proszę cię... Spotkamy się później w alei +nadbrzeżnej, będę czekał na ciebie... au revoir... + +Dzierżymirski ścisnął zlekka rączkę żony i zręcznie wycofał się z +platformy, zdążając po schodkach na dół, do stacyi kolejki zębatej, +zwanej "funiculaire," a łączącej w pięciu minutach czasu górę z miastem. + +Zajęte lornetowaniem krajobrazu - którego wdzięk teraz dopiero, po +chwilowem wyczerpaniu tematu rozmowy, zdołał przemówić do ich poczucia +piękna. Towarzystwo nie zauważyło nawet odejścia Romana. Ten ostatni +spuszczał się powoli po schodkach i zasiadł niebawem w wagoniku kolejki, +wkrótce ruszyć mającej do Lucerny. + +- A to mnie znudzili - mruknął - zakazane towarzystwo... + +W tej samej chwili rozległ się sygnał odjazdowy, wagoniki poruszyły się +z chrzęstem, i hamowane, powoli w dół spuszczać się zaczęły. + +Roman obejrzał się; w wagonie, dziwnym zbiegiem okoliczności, znajdował +się zupełnie sam. + +Wygodnie wyciągnął nogi, rozparł się i patrzył w dół. + +Przed nim czerniała stromo idąca para szyn kolei, z położonym pośrodku +trzecim, dziurkowatym relsem; w dole, otulone mrokiem, drzemało jezioro +- wierzchołki gór stopiły się w zmierzchu, zlały jakby z chmurami +niebios, w ciemnościach zaś, coraz to większych, występowały teraz szaro +domy miasta, w których, jak ogniki błędne, zapalały się co chwila tu i +tam światełka. + +Roman nagle przymknął oczy. + +Bo oto jemu - wpatrzonemu ciągle w dół, w stromą pochyłość i powietrzną +próżnię, dzielącą jeszcze kolejkę od jeziora i, miasta - zakręciło się w +głowie, w wirze zaś tym wyłoniła nagle się jedyna szalona myśl, +spowodowana jakimś jednoczesnym, nic nie znaczącym wagonów hałasem. +Mianowicie zdało mu się po prostu, że oberwany pociąg leci w dół, coraz +szybciej, i... że już... już oto w katastrofie, chaosie impetycznym - +dotknie się on niebawem szklistej toni wód... + +Po krótkiej atoli chwilce Dzierżymirski otworzył oczy i roześmiał się +głośno. + +Nic wokoło nie zmieniło poprzedniego wyglądu. Wolno i ostrożnie staczała +się kolejka dalej, jezioro byłe już tylko znacznie bliżej, u brzegu jego +mrugała, iskrząca się dziesiątkami światełek, Lucerna; wagony, brzęcząc, +spuszczały się ciągle, zawieszone nad miastem. + +Roman wzruszył ramionami. + +- Co mi dziś jest! sarn nie wiem! - mruknął. + +W istocie był nie swój od samego rana. W silnej mierze niewątpliwie +przyczyniło się do tego postępowanie żony. + +Zapoznawszy się sama z kilkoma osobami, o natrętnej manji zaznajamiania +się, zanudzała go od kilku dni pobytu w Lucernie ich obecnością +bezustanną, bawiąc się wszakże sama znakomicie. I to właśnie ostatnie +najbardziej irytowało Romana. Tak unikał dotąd ludzi, tak uciekał od +nich, by być samym tylko z Olą, by bez zamącenia niczem pić szczęście +chwili i tą miłością w sobie wszystko zagłuszyć!.. + +Ominął wszak nawet dobrowolnie Medyolan, rodzinne miasto swej matki, +gdzie pochowaną była na miejscowem "Cimitero Monumentale," gdzie poza +tem posiadał jeszcze krewnych nieboszczki - uczyniwszy to w jedynym celu +uniknięcia musu obcowania z ludźmi, innymi, prócz niej, Oli... + +A tu tymczasem ona sama wyszukiwała sobie jakieś zakazane figury!.. + +Roman przy tej ostatniej myśli, wyrzuciwszy z ust dogasającego +papierosa, żachnął się niecierpliwie. + +Bo na przykład ten Francuz, czyż nie wzbudzał w nim słusznego gniewu? +Młodzik nieznośny, z bezmyślnym, banalnym wiecznie na ustach uśmiechem, +z którego jednak Ola bezustannie tak szczerze się śmiała... + +- Albo ta jej tualeta dzisiejsza, - mówił sobie dalej Roman, - w Wenecyi +przecież było daleko goręcej, nie ubierała ona jednak gorsu swego tak +przejrzyście, a tu chłód w porównaniu... + +- Dla tego osła z Paryża niewątpliwie, by mógł cynicznie i lubieżnie +napawać się kształtem i ciałem jej kibici! - półgłosem dopowiedział +podrażniony Dzierżymirski. + +- Że też te kobiety bez wabienia mężczyzny po prostu żyć nie mogą!.. - +wyrwało mu, się jeszcze. + +Spostrzeżenie powyższe, a tyczące się w danym wypadku własnej żony, +gniewało go niepomiernie.. Od pewnego czasu bowiem, obserwując Olę, +dostrzegł cechę w charakterze jej, nieznaną mu dotąd: chęć zalotną +przypodobania się innemu mężczyźnie - nie jemu... Jątrzyło go to bardzo, +choć pragnął pozornie traktować fakt ów lekko. + +Wagoniki stanęły właśnie. Roman wyskoczył szybko i skierował się ku +gmachowi poczty, położonemu koło głównego mostu, tuż przy dworcu +kolejowym. Przed paru dniami wysłał list do kraju, do jednego ze swych +dobrych znajomych. Powiadamiał go o swoim ślubie i zarazem prosił +usilnie o napisanie mu, co w rodzinnem mieście mówią o jego małżeństwie +i co porabia January Gowartowski. + +Dzierżymirski najbardziej był ciekawym tej ostatniej wiadomości, ze +względu na Olę i smutek, od niedawna, stopniowo żłobiący, coraz częściej +jej twarzyczkę. + +Podał adres: "Poste-restante, Lucerna," teraz zatem, wyskoczywszy raźno +z wagonu kolejki, w kilka sekund znalazł się już przy właściwem okienku, +w obszernej sali gmachu szwajcarskiej poczty. Śpiesznie powiedział +urzędnikowi swe imię i nazwisko. + +Grymas pocieszny wykrzywił twarz tego ostatniego, i wykrztusił z +trudnością: + +- Dziez-Dzier... Cornment? Čcrivez, monsieur, sil vous plait! - podał +kartkę Dzierżymirskiemu. + +Roman posłusznie napisał swe nazwisko. + +Urzędnik wziął papier do ręki, skrzywił się raz jeszcze, poczem wzruszył +wymownie ramionami, a po chwili dopiero podał cudzoziemcowi list. + +Roman chwycił go śpiesznie i wybiegł na ulicę. + +Przy świetle latarni rozerwał kopertę i czytać począł zapełnioną bitem +pismem ćwiartkę. Twarz jego wyrażała niepokój i zaciekawienie widoczne, +które po chwili dopiero ustąpiły wrażeniom, otrzymanym bezpośrednio z +lektury pisma. + +List ten, donoszący o towarzyskiem życiu w rodzinnem mieście, o +ostatniem przyjęciu u marszałkowej, i pogłoskach o stanie +Gowartowskiego, nic w sobie zatrważającego nie miał. + +"Znam pana Krasnostawskiego, plenipotenta gowartowskiego; jeśli chcesz +koniecznie mieć dokładne wiadomości o wszystkiem, tyczącem się +Gowartowa, napisz mi i podaj adres, a doniosę ci szczegółowo.." opiewał +koniec listu szkolnego kolegi Romana, w postscriptum... + +Uspokojony, Dzierżymirski złożył list i schował go do kieszeni; pod +wpływem jednak ostatnich słów pisma, zawrócił, przestąpił raz jeszcze +próg gmachu poczty, i kupiwszy pocztówkę z widokiem, napisał szybko, +odręcznie, przyjacielowi swemu kilka słów szczerego podziękowania, z +prośbą o dalsze wiadomości, podawszy adres "Vevey", dokąd zamierzał z +Olą udać się nazajutrz. Poczem wyszedł śpiesznie i wrzuciwszy kartę, +skierował się przez szeroki most ku nadbrzeżnej, ocienionej drzewami, +szerokiej alei, spacerowemu miejscu Lucerny, pełnemu w obecnej chwili +publiczności, rozbrzmiewającemu muzyką, wesołością i gwarem. + +Minąwszy most, Roman wkrótce znalazł się w cieniu drzew i uszedłszy +paręset kroków, siadł na samotnej ławeczce, kapelusz zdjął i położył +obok siebie. + +Wpółobróciwszy się jednocześnie, ujrzał stragan z owocami. Poczuł nagle +pragnienie, i skinął, kazawszy sobie przynieść parę gruszek i brzoskwiń. + +Gdy usłużny szwajcar podawał mu je, z ugrzecznieniem, Dzierżymirski +sięgnął do kieszeni, a wyjęta ruchem szybkim sakiewka jego roztworzyła +się, i zawartość jej cała wysypała się szeroko i z brzękiem na ziemię. + +Roman, widząc to, machinalnie schylał się już, by zebrać leżące na +żwirze alei kilkaset może franków, w złocie i srebrze, gdy oto jakaś +refleksja nagła powstrzymała go w pół ruchu. Wyprostował się. + +Rzuciwszy zaś oczekującemu na zapłatę przekupniowi po francusku, +niedbale: "Ramassez Ça.! - odwrócił się obojętnie na pozór w drugą +stronę, i utkwił wzrok w jezioro. + +Po chwili, w półobrocie głowy, z pod oka, spojrzawszy raz jeszcze na +zoraną bruzdami, opaloną twarz szwajcara, zbierającego już rozsypany +pieniądz - zamyślił się... + +O, jakże on pragnął w tej chwili, by z garści tych oto pieniędzy, które +mu wręczonemi będą za parę minut , zabrakło pięciofrankówki choć +jednej!... + +Podarowałby on ją śmiałkowi temu, a biedakowi zapewne, z pewnością!... +Bo czyż?... Czyż godziłoby się "jemu" rzucać na niego kamieniem?... + +Roman, wpatrzony bezustannie w zadumie przed siebie, gorączkowo, +niecierpliwie oczekiwał rezultatu swej próby. + +- Weźmie, z pewnością weźmie! - mówił sobie równocześnie w duszy i głos +jakiś cyniczny, drwią co wołał w nim szyderski. + +- "Uczciwość ludzka!... ha... ha... ha!.. Frazesy, frazesy!.. malowana, +wzorzysta zewnętrznie kraszanka, wewnątrz zaś skrycie cuchnąca!..." + +Przed Dzierżymirskim roztaczał się tymczasem krajobraz wdzięczny nad +wyraz. W drżących więc oto głębiach jeziora, na prawo, przeglądało się +tysiącem światełek miasto... płynące wody, o kilka kroków od alei, +skręcały w bok, tocząc swe ciemne fale, jak rozpięta nad niemi +wrześniowa noc cicha, hen! daleko, ku górom; po powierzchni jeziora +błąkały się łódki i małe stateczki, przy każdym zaś błyszczała czerwona, +duża, okrągła latarka, krwawym śladem, ścieżyną purpury znacząc głęboko +swe przejście w przezroczej toni. + +I ogniki owe, łącznie ze swem odbiciem, drżały tak bezustannie po +jeziorze, sunęły z wolna, zmieniały miejsce - wreszcie malały, +utożsamiając się jakby w dali latającym gdzieś świętojańskim +robaczkom... + +Na lewo zaś, tuż przy brzegu, u przystani statków parowych, inne znów +ognie dotrzymywały tamtym towarzystwa. Ku uciesze zapewne spacerujących +gości puszczano tam fajerwerki; kręciły się zatem młyńce, pękały +rzymskie świece, strzelały wysoko barwne rakiety - spadały snopami +iskier, ginęły w ciemnych falach jeziora. + +Dzierżymirski, wpatrzony początkowo bezmyślnie, począł się teraz właśnie +przyglądać uważniej, ujęty wdziękiem widoku, gdy nagle posłyszał głośno +wyrzeczone koło siebie słowa: + +- S'il vous plait, monsieur! + +Roman odwrócił się szybko. Szwajcar, pozbierawszy pieniądze, oddawał mu +sakiewkę. + +- To dobrze, macie za owoce i fatygę! - pośpiesznie odparł Dzierżymirski +i wręczył przekupniowi dwa franki, w srebrze. + +- Merci, monsieur! - akcentując przeciągle ostatnią sylabę u wyrazu: +pan, odparł zadowolony Szwajcar, skłonił się, bez uniżoności jednak, i +odszedł. + +Dzierżymirski wstał i skierował się ku innej, odleglejszej, skrytej +cieniem drzew, a pustej również ławce. Wychodząc z domu, dziwnym trafem +okoliczności, przerachował właśnie pieniądze i wiedział co do grosza, +ile ich znajdowało się w portmonetce. Odtrąciwszy w myśli wydanych +kilkanaście franków, począł gorączkowo liczyć złoto i srebro. + +Nie brakowało ani jednego centa. + +Widoczne rozczarowanie odbiło się na twarzy Dzierżymirskiego. Pochylił +się na siedzeniu, oparł łokcie na kolanach i ukrył twarz w dłonie. + +- Więc ludzi uczciwych na świecie nie brak... Uczciwym być potrafi nawet +człek prosty, więc tylko ty... ty!.. - huczało mu bezlitośnie w głowie, +i rumieniec wstydu palił policzki. + +Nie mogąc usiedzieć, Roman zerwał się po chwili z ławki i skierował +przed siebie nadbrzeżną aleją. + +Minął niebawem jeden z pierwszorzędnych hoteli, przed którym co wieczór +stale grywała orkiestra, dotarł aż do położonego na końcu "quai" - +kursalu, - zawrócił, wciąż opanowany jedną i tą samą myślą. + +W około niego roiło się teraz od eleganckiej, wytwornej publiczności; +piękne kobiety, ubrane bogato i gustownie, wymuskani panowie +przechadzali z wolna przed olbrzymim i urządzonym z wielkim komfortem +hotelem "National", towarzyskie kółka siedziały grupami na bambusowych +fotelach - bawiono się wesoło; wykwintnych gości pełno było również i +wewnątrz hotelu, we wspaniałych salach na dole; przez otwarte na ścieżaj +okna dochodziły dźwięki walca - tańczono. + +Kosmopolityczny próżniaczy high-life, zjechawszy się tutaj, używał do +woli wywczasu i przyjemności, starając się zarazem opróżnić kieszenie z +niepotrzebnego złota, oraz zabić czas miło i połknąć trawiącą nudę. + +- A może między nimi znajduje się on "właściciel", "on", wówczas, przed +laty, przez ciebie, kto wie, czy nie skrzywdzony - drażniąc Romana +uporczywie, myśl dziwaczna męczyć go nagle poczęła. Wstrząsnął się i +skrzywił boleśnie... + +W tej samej chwili jednak, do uszu jego doleciał świeży, jędrny głos +kobiecy. + +Pieśń włoska, namiętna, jak krew i miłość dzieci południa, drżąca +uczuciem, pomknęła po drżącej fali jeziora, ponad głowy przechadzających +się gości, odbiła się o echo gór... + +Ktoś z płci nadobnej śpiewał artystycznie i pięknie w jednej z sal +"National'u"; Dzierżymirski podszedł bliżej i słuchać począł, zniewolony +pięknością głosu. + +I powoli, rozpędzona czarem pieśni, w jego duszy równocześnie uspakajała +się burza. + +Gdy śpiew ustał, Roman już myślą był gdzie indziej; jak wpływ zewnętrzny +życia przed chwilą poruszył był dotkliwie struny duszy jego - tak samo, +ułagodziwszy je teraz, przeniósł naraz myśl Romana do chwili obecnej. + +Dzierżymirski przypomniał sobie żonę, spojrzał na zegarek i skierował +się drogą powrotną do mostu; zaniepokojony raptem, że dotąd nie ma +jeszcze Oli. Idąc zaś, przesuwał wzrok uważny po twarzach przechodniów. + +Nagle brwi zmarszczył. Bo oto o kroków kilkanaście przed sobą ujrzał +Olę, ale samą i w towarzystwie tylko młodego Francuza, w ciemnej +narzutce na ramionach, snać nie swojej, gdyż żadnej podobnej ze sobą nie +miała. + +Roman uśmiechnął się ironicznie: + +- Zmarzła, biedaczka! - mruknął z zadowoleniem. - Przyśpieszył kroku, a +znalazłszy się tuż przy idącej parze, pochylonej z lekka ku sobie, +szyderczo odezwał się po francusku: + +- A, powitać !. . Cóż to, Ola w pożyczanych szatach?... + +Urwawszy w pół zdania rozmowę, idący podnieśli jednocześnie głowy, Ola +zaś zarumieniła się nieco i odparła: + +- A tak. Pożyczyłam okrycia u panny K... po zachodzie słońca tak +chłodno... + +- Można się było z góry tego spodziewać; bardzoś źle zrobiła, +wyletniając się, a z odsyłaniem znów owych zarzutek kłopot tylko będzie! +- rzucił Roman opryskliwie. + +- Wiesz przecie, że jutro raniutko jedziemy! A te panie gdzież?... + +Dwa ostatnie zdania wymówił Dzierżymirski po polsku tym samym, +niezadowolonym wciąż głosem. + +- Wstąpiły po drodze do znajomych - odparła Ola, onieśmielona nieco +tonem męża. + +- A... tak. No, to wracamy do domu! - zadecydował Dzierżymirski w tymże, +co poprzednio języku, i odwrócił się szybko, pragnąc w duszy co prędzej +pozbyć się towarzysza żony. + +- Przecież już Ola nigdy tego cymbała nie ujrzy! - dodał w myśli +zarazem. + +- Państwo jadą jutro? O której? - pytał tymczasem właśnie młodzieniec. + +Widząc, iż Ola pragnie poinformować Francuza, Roman rzekł śpiesznie. + +- O, panie!... nie wiemy jeszcze!... Au plaisir - i wyciągnął rękę... + +- Ach, więc już może nie będę miał szczęścia oglądać państwa? Doprawdy, +jakże mi przykro! - rzekł młody Francuzik, ściskając podaną dłoń; nie +odchodząc jednak, wciąż szedł obok Oli. + +- Państwo w którą stronę? - zagadnął uprzejmie. - Tak mało miałem +sposobności rozmawiać dziś z panem... - słodziutko ciągnął dalej, +zwracając się do Dzierżymirskiego - umknął nam pan tak prędko... + +Bawidamek z nad Sekwany umilkł nagle pod drwiącem spojrzeniem Romana. + +- Państwo... w roku przyszłym zapewne przyjadą tu również? - jęknął +jeszcze, podtrzymując rozmowę. + +- A pan ?.... - słodko i uprzejmie zapytał Dzierżymirski. + +- O, naturalnie, iż będę! - pośpieszył z odpowiedzią młodzieniec. + +- No, to my - nie! - odparł z przyciskiem, całkiem seryo Roman, +lodowatym głosem, i uchyliwszy ledwo kapelusza, skinął na tramwaj +elektryczny, by stanął. + +- Wsiadamy! - rzucił krótko żonie. + +- Przecież ten tramwaj do naszego hotelu nie idzie, a tylko w przeciwną +stronę?! - zauważyła zdziwiona Ola. + +- Nic nie szkodzi. Pozbędziemy się tego kulfona!- odrzekł po polsku +Roman. - No, wsiadaj!... - rzucił gniewnie do ociągającej się żony, i +pchnął ją z lekka do czekającego na nich tramwaju. + +W sekundę później Dzierżymirscy ruszyli; wehikuł elektryczny pomknął i +znikł, odprowadzony osłupiałym wzrokiem Francuza, który, postawszy na +chodniku chwilę, cały, jak burak, czerwony, ruszył w drogę, i zginął +niebawem w różnobarwnym tłumie. + +Gdy w Lucernie odbywał się ten drobny epizod, jednocześnie prawie, +szerokim ukraińskim traktem, w bezgwiezdną i ciemną noc wrześniową, +pędził konno na oklep wyrostek, w burej świtce, trzymając w ręku smolne +łuczywo, tak zwany kaganiec. + +Krwawy blask jego rozświetlał panujące wokoło nieprzejrzane ciemności, +torując w ten sposób w ślad za jeźdźcem drogę małemu koczykowi, +zaprzężonemu w cztery bułane żwawe koniki. W powoziku siedział Bolesław +Krasnostawski, otulony burką i obłożony pakunkami. Jechał właśnie od +kolei, a powracał z podróży swej do miasta. + +Zabawiwszy tam, zamiast trzech dni, jak mu polecono, - dziesięć, dziś +dopiero pośpieszał do swoich obowiązków, przez całą drogę łamiąc sobie +właśnie głowę, jak upozorować przed starym Gowartowskim swą przydłużoną +trochę nieobecność. + +Bo zgoła nie interesy służby przytrzymały pana Bolesława w wielkim +mieście; o, bynajmniej! Młody pan plenipotent wracał goły, jak święty +turecki. Całkowitą, naturalnie że tylko własną, zarobioną gotowiznę +przehulał bowiem tam doszczętnie. + +A teraz na ostatek, jadąc w swoim koczyku, rozpamiętywał on jeszcze +miło, na odległość nawet nęcące chwile, w wesołym grodzie spędzone... +Myśląc zaś jednocześnie o swym chlebodawcy, jedna szczególniej rzecz +dziwiła go niepomiernie; mianowicie, dlaczego z Gowartowa nie otrzymał +on dotąd wcale żadnej, naglącej do powrotu, depeszy, lub przynajmniej +choćby jakiego listu ?... Bo że on nie dawał znaku życia - nie było w +tem nic dziwnego - ale Gowartowski?... To zaiste, było całkiem +niezrozumiałem... + +I analizując fakt ten, po raz nie wiadomo już który, Krasnostawski +ziewnął przeciągle i roztworzył oczy, przymknięte dotąd, usiłował bowiem +zdrzemnąć się w powozie. + +Patrzał teraz wokoło nieco bezmyślnie, dość szybko względnie wśród +ciemności jadąc swym powozikiem. Na tle czarnej nocnej opony czerwony od +blask kagańca ślizgał się szerokiem kołem po obu stronach drogi i +zapalał się kolejno na zżętych rżyskach, zaoranych polach, lub majaczył +po grzędach zielonych plantacyj buraczanych, ugorach, stepowych +bodjakach - kwiatach i trawach. Czasem zajrzał do rowu, musnął kurhan, z +pochylonym krzyżem, oświetlił przydrożne samotne drzewo... + +- Żeby się tylko stary na mnie nie zaciął i za nieposłuszeństwo nie +wymówił miejsca, hm... hm!.. - chrząkając niespokojnie, wymówił do +siebie pan plenipotent, półgłosem. - E, chyba że nie... zanadto mnie +potrzebuje! - uspokojony zakonkludował głośno. + +Nagle wytężył wzrok, bo oto zdało mu się, że w ciemnościach, w oddali, +na prawo, rysują się jakieś cienie, a tuż, niedaleko, środkiem pola, jak +gdyby drogą, posuwają się z wolna, zbliżają, dwa inne migocące małe +światełka, eskortowane z przodu kręgiem, czerwoną plamą światła. + +- Hej, Stepan, czujesz *) ? ha?... - krzyknął na furmana. +[*) Słyszysz.] + +Człowiek, siedzący na koźle, w burce i ceratowej czapce, odwrócił się +leniwie. Krasnostawski wskazał ręką na prawo. + +- Co to takiego? - zapytał. + +- Ktoś z kahańcem jide od Howartowa, - taj hodi **) - zawyrokował +stanowczo woźnica. +[**)Ktoś z kagańcem jedzie od Gowartowa - i już.] + +- To już Gowartów? - zdziwił się Krasnostawski. + +Jadąc do folwarku Tomaszówki, rezydencyi pana plenipotenta, przejeżdżało +się pod sam Gowartów, oddalony ledwo od traktu o pół wiorsty. + +Kocz Krasnostawskiego, podniszczony nieco i roztrzęsiony, klekotał po +drodze, konie szły raźno, wyciągniętym kłusem, czując snać w pobliżu już +domową stajnię. Krasnostawski zapalił zapałkę i spojrzał na zegarek: +dochodziła druga po północy. + +- Hm... hm!.. Stary znów nie śpi, bo widocznie to we dworze się pali - +ponownie mruknął, wpatrzony w gorejące w oddali podłużne wstęgi świateł. + +- Koło hresta - stanesz! - rozkazał, zwracając się do furmana, +zaciekawiony naraz, kto może jechać z Gowartowa o tak późnej porze? + +Furman huknięciem donośnem zakomunikował rozkaz wyrostkowi z kagańcem. + +Na rozdrożu stanęli. Ramiona stojącego tu, omszałego starego krzyża, +zabarwiły się od łuczywa purpurą. Czekali. + +W nocnej ciszy dochodził już turkot powozu, tętent koni i dźwięk jazd +zbliżał się szybko. + +- Semen - Howartowskije koni! - nachyliwszy się ku Krasnostawskiemu z +kozła, furman pospieszył z informacyą. + +Pierwszy pod krzyżem zjawił się na rosłym stajennym kasztanie parobek, z +kagańcem, a poznawszy gowartowskiego plenipotenta, uchylił pokornie +czapki. + +- Kto to jide? - rzucił pytanie Krasnostawski. + +- Pan dochtór! - brzmiała odpowiedź. + +Pod krzyż nadjeżdżała zaprzężona w parę rasowych gniadoszów nejtyczanka, +powożona przez wąsatego i porządnie ubranego stangreta. + +Krasnostawski wychylił się ze swego kocza, począł machać kapeluszem i +krzyknął donośnie: + +- A!... pan konsyliarz kochany!... Powitać, witać! Stój, Semenie!... + +Nejtyczanka zatrzymała się posłusznie i w podwójnem migocącem świetle +kagańców u rozstajnego drzemiącego krzyża, zeszło się dwóch mężczyzn. + +- To pan? - Nie poznałem... - odezwał się nazwany przez Krasnostawskiego +konsyliarzem. + +- Dobry wieczór, a raczej dzień dobry! - pozdrowił młody człowiek +przybyłego - bo to już dobrze po północy - dorzucił. - Czy szanowny pan +z Gowartowa? Cóż to tak późno, ktoś chory, broń Boże, a może tylko z +wincika?.... + +Z pod czapki spojrzała uważnie na Krasnostawskiego zdziwiona twarz +doktora, okolona długą brodą. + +- Jak to? To pan nic nie wiesz? - zapytał. + +- Wracam z podróży... - objaśnił Krasnostawski. + +- Aaa! nic nie wiedziałem... Pan January, chory od tygodnia, rozwinął +się tyfus, o przebiegu silnym bardzo i niebezpiecznym... Poza tem +komplikacye inne, nerwy et caetera... Teraz zresztą już lepiej... może +Bóg da... doktór zatrzymał się. + +- Ale, nie mówię panu, od czego się to wszystko zaczęło - dorzucił +informująco.- Już był pono niezdrów, moralnie przynajmniej; wpadł, +polując na moczarach, w wodę po szyję i zaziębił się... + +- Nikt mi znać nie dał, mój Boże! - szczerze zasmucił się Krasnostawski. +- Więc pan mówisz, że dziś lepiej?... + +- O tyle, o ile!.. teraz śpi po lekarstwie, gorączka spadła nieco, lecz +wczoraj było źle bardzo; notabene, prócz klucznicy - staruszki, w całym +domu nikogo nie ma przy sobie... + +- Możebym ja pojechał tam teraz, do pana Januarego, na noc, co? - rzekł +Krasnostawski, na dobre zmartwiony. + +Doktór przyjaźnie spojrzał na młodzieńca, uśmiechnął się z dobrocią i +rzekł: + +- No, zmęczony jesteś, kochany panie, podróż, mości dobrodzieju, +wspomnienia po niej miłe zapewne, panie tego - tu poklepał +Krasnostawskiego po plecach. - Nie, nie potrzeba - ciągnął dalej seryo - +wyśpij się pan i jutro tam pojedziesz, bo zresztą, mówiąc między nami, +przeszkadzać tam tylko będziesz... Niech śpi sobie, nieborak, klucznica +i służba przypilnują go. Ba ! żeby to tylko zawsze tak było, jak +dziś.... + +- Jak to? więc obawa jest jeszcze? - zaniepokojonym znów głosem zapytał +Krasnostawski. + +- Obawa jest, jeszcze! - przedrzeźnił szorstko doktór i widocznie +nadrabiając miną, dorzucił. - Wam wszystkim się zdaje, że doktór to +prorok!... Naturalnie, że jest!... Czy ja wiem zresztą - wszystko w ręku +Najwyższego - zobaczymy... No, tymczasem dobranoc! - doktor wyciągnął +rękę na pożegnanie. + +Krasnostawskiemu twarz spochmurniała, i niepokój wyraźny odbił się na +niej; odczuł nerwami, czego nie było w słowach doktora i co on usiłował +widocznie pokryć przed nim na razie, i posmutniał jeszcze bardziej. + +Jednocześnie jakiś jakby wyrzut sumienia wezbrał mimo woli w jego duszy, +iż on tak długo pozostawił starca w samotności, bez opieki, sam bawiąc +się wesoło. Pożegnawszy lekarza, pomógł mu wsiąść do bryczki. + +- Jakże tam zdrowie wszystkich u szanownego doktora, żony, dzieci?... - +bąknął, aby coś powiedzieć. + +- Dobrze, dobrze, serdecznie, dziękuję, dobranoc! + +- Dobranoc! - powtórzył, jak echo, Krasnostawski, i ruszył do swego +pojazdu. + +- Czohoś meni ne skazał, szczo pan słabujut - rzucił wymówkę furmanowi. + +Tenże odparł lakonicznie: + +- Zabuł, pane! + +- Do Tomaszówki! - rozkazał Krasnostawski. + +Powozik ruszył w dalszą drogę. Turkot jego w milczeniu nocy połączył się +z cichnącym coraz bardziej odgłosem kół i dzwonków nejtyczanki lekarza, +a dwa kagańce, w dwie przeciwne strony, rzuciły znowu ruchome swe kręgi +krwawe w pasmo uśpionych, kirem nocy pokrytych, obszarów. Oddalając się +od siebie, długo tak na horyzoncie, malejąc coraz bardziej, świeciły ich +łuczywa, aż wreszcie, zamigotawszy czas jeszcze jakiś purpurowymi +punkcikami na niezmierzonych płaszczyznach - spełzły całkiem na +widnokręgu, znikłszy, zlawszy się z ciemnością, która wchłonęła je w +siebie. + +Turkot na trakcie ucichł. Szeroka taśma ukraińskiego szlaku, rozjaśniona +na chwilę, znikła i czarność jeszcze większa zawisła nad polami, stepami +i krzyżami kurhanów. + +W milczeniu nocy, pełnem zagadek i szeptów tajemniczych, wszystko dokoła +zapadło w sen twardy i cichy. + + +--------- + + + +- Bo ty nie wiesz, nie czujesz może i nie przypuszczasz nawet, jak ja +cię kocham, jak bardzo ubóstwiam, ty skarbie mój najdroższy, ty moje +życie, me wszystko!... - szeptał gorąco Dzierżymirski, nachyliwszy się +ku Oli i tuląc ją do siebie. + +- Ty zdać sobie sprawy nie potrafisz - ciągnął dalej, zapalając się +coraz bardziej do słów własnych - ile ja gotów jestem rzeczy +najdroższych nawet - poświęcić dla ciebie, co dla cię zdolnym stłumić, +przecierpieć!... Ja gdybym był cię nie posiadł - podeptałbym bez namysłu +wszelkie prawa ludzkie, jeśliby one stanąć mi śmiały wówczas oporem do +zdobycia ciebie!... Ty nie wiesz... nie wiesz!... + +Roman, pobladłszy, umilkł. Chmura osiadła mu na czole, skrzywienie +bolesne zadrgało w ust kącikach. Pochylił na moment głowę. + +Och, czemuż nie mógł, czemuż, powiedzieć jej Oli, wszystkiego?.. Na +ustach mu drżało, przemocą prawie wyrywało się z nich wyznanie +przeszłości, zdusił je jednak, wtłumił w siebie, z obawy, by te piękne +lica ukochane nie odwróciły się odeń z pogardą. Po chwili znów mówił: + +- Tak, ty obszaru, ty głębi uczucia, które wre we mnie, które dla ciebie +niejedną już tamę zerwało, nie oceniasz, nie rozumiesz... + +Dzierżymirski silniej przycisnął do siebie kibić żony, a pochwyciwszy +jej ręce, przywarł do nich ustami, i pocałunkami okrywać je począł. + +- Ty... moja... moja! - szeptał w kółko namiętnie, coraz czulej... +ciszej... + +- Ty moja!... Ja za nic w świecie nikomu cię nie oddam, wydrzeć sobie +nie pozwolę!... + +A uspokoiwszy się stopniowo, ciągnął: + +- I czyż wobec tego zatem dziwić się nawet możesz złemu humorowi memu, +owego wieczora, pamiętasz, w Lucernie!... To nie był gniew, +opryskliwość, jak to nazwałaś, dziwactwo! O, wierz mi - nie!... To była, +wywołana cierpieniem tylko - zazdrość i żal duszy, że komu innemu +pozwalasz choć częścią wdzięków twych się napawać, że na nie patrzy, +rościć sobie może jakieś urojone, choćby imaginacyjne do nich prawa - +mężczyzna inny - niźli... ja... + +Roman mówić przestał wzburzony i wzruszony. + +- Rozumiesz więc teraz, kochanie ty moje? rzekł znowu po chwili miękko, +łagodnie, i spojrzawszy prosząco w oczy słuchającej go w milczeniu Oli, +rzucił pytająco: -Przebaczasz?.. + +- Ależ przebaczam... przebaczam!... - rzekła, uśmiechem, pieszczotliwie +Ola, a że nikogo podówczas właśnie w pobliżu nie było - siedzieli w +cieniu alei nadbrzeżnej nad Lemanem - zarzuciła na szyję Romana swe +długie białe ręce, i przytuliwszy się doń, poczęła mu z kolei szeptać: + +- Ty mój drogi, jedyny!... Od kwadransa patrzę na ciebie i rosnę w +duszy, takiś szlachetny, rozumny, piękny... Piękny!... - powtórzyła z +zalotnością, namiętnie i przymilająco się musnęła wargami śniadą twarz +Dzierżymirskiego. + +- Nie taki, jak wówczas, zazdrosny, zły, brzydki!...- przekomarzała się +z wdziękiem - ale taki zakochany... wielki!... + +I Ola czulej jeszcze przycisnęła się do Romana, zbliżyła swe wargi +świeże do jego ust zmysłowych, i mówić poczęła głuchym szeptem, urywanym +od uczucia nadmiaru - przeplatanym pieszczotą, pełnym tętniących w nim +młodych pragnień: + +- Kocham cię!... kocham... kocham!... Jak nikogo dotąd... nigdy, +nigdy!... - szept przy tem młodej kobiety zadrżał namiętniej jeszcze. - +Nie ja - to ty przeciwnie nie rozumiesz, nie czujesz, jak cię kocham, +uwielbiam !... + +- Wszak dla ciebie porzuciłam ojca, Gowartów, rodzinę! Stłumiłam, +zgniotłam uczucia inne!... Pośpieszyłam na twe wołanie, pobiegłam za +tobą, w twe objęcia, podeptałam wszystko... wszystko!.. O!... Ja bym +sobie zarówno wydrzeć ciebie nie dała - tyś także mój!... mój!... + +I szept młodej kobiety łaszący się, palący, zawrotny - skonał... + +Zbliżone usta młodych silnie zwarły się w pocałunku. Na chwilę, minut +parę, znikło im z oczu wszystko, przesłonięte mgłą jakby, z której jedna +jedyna wyłoniła się tylko - miłość. + +Wokoło zaś wciąż nie było nikogo. W cieniu drzew tonął w mroku +tajemniczym, cisz zadumanych pełnym "quai Perdonnet," nadbrzeżna aleja w +Vevey, wijąc się brzegiem Lemanu, u stóp rozrzuconego w górze +szwajcarskiego miasta. + +Nad "Lac Leman" drżał księżyc w pełni; przeglądał się w głębokich jego +toniach, z pieszczotą ślizgał swe promienie po ciemno-modrych falach... + +I w blasku miesięcznego światła tchnął krajobraz cały jakimś czarem +dziwnym... + +A więc, poza jeziorem, hen, gdzieś, w perspektywie, niewyraźnie srebrzył +się mglisto Alpejski szczyt wyniosły - w tafli Lemanu, ogromnej, +szklistej, niby morze, odbijały się gwiazdy, topił w nich swe +wierzchołki wieniec pobliskich gór. Masy ich kadłubów miejscami +zaciemniały jezioro, a w ciemniach tych, odbijających rażąco na +obszarach wód od fali, tych oświetlonych taśm jasnych, błąkały - się +jakieś mary i cienie, ze śnieżnym żaglem sunęła cicho zgrabna, wysmukła +barka... + +Księżyc tymczasem wzbijał się coraz bardziej i wyżej, malał, stawał się +jaśniejszym, przezroczym - milczenie wzrastało... Fala u stóp +Dzierżymirskich szemrała teraz cichutko, a tam, z mroków, od gór +podnóża, na przestrzenie wód Lemanu, skrzące się pyłem srebrzystych +promieni, marząco, niepokalana, biała, spokojnie wypływała z wolna ta +sama łódź żaglista... + +Oderwawszy usta od gorących pocałunków, Roman i Ola patrzyli w +zachwycie. + +Do dusz ich, na piękno czułych, wślizgiwał się czar tej szwajcarskiej, +boskiej nocy, studził krew rozigraną swym bezmiernym, majestatycznym +spokojem, poniżał, równał z zerem ich troski ziemskie ogromem i potęgą +przyrody - podnosił, wzmacniał ducha, dodawał mu skrzydeł, lecących w +zaświaty... + +Pierwszy z nastroju tego ocknął się Dzierżymirski i spojrzał na zegarek. +- O, już mija dwunasta! Chodźmy, moje życie! - odezwał się do Oli. + +Powstali. + +- Ach, jakże noc dzisiejsza jest piękną - jak piękną!.. - z zachwytem +szepnęła Ola - nie zapomnę jej chyba nigdy. + +- Ani ja również! - potwierdził Roman w zadumie. + +Wziął pod ramię żonę i ruszyli z miejsca, kierując się pod górę, ku +rozsianym willom miasta. + +Milczeli. W głowie Romana huczał chaos różnorodnych myśli. Z nich zaś +jedna, najuporczywsza, wyłoniła się zwycięska. + +- Miłość, miłość raz jeszcze, i miłość tylko, jedyna, wielka! - krzyczał +w nim głos podnieconego mózgu - ocalić cię jest w stanie! W niej tylko +znajdziesz zapomnienie, nią się upijesz, przy jej pomocy zmatujesz +bolesną ranę przeszłości, zdusisz sumienia wyrzuty !.. + +- Bo miłość, to haszysz - wołał ten sam głos dalej - bo miłość, to +szczęście na ziemi - to raj, to jedna rzecz z tych, tak rzadkich na +świecie, dla której warto może walczyć i trudzić się, by ją zdobyć! - +Ona częstokroć cierpieniem i rozczarowaniem tylko, lecz ileż razy bólów +życia nagrodą - jego zapomnieniem!.. + +Dzierżymirski zdjął kapelusz z głowy, pod wpływem zaś myśli ostatnich, +opiekuńczo i czule objął silnem ramieniem kibić żony. + +Postępowali krokiem raźnym, idąc pustemi, cichemi uliczkami bezustannie +pod górę. Roman odezwał się po chwili: + +- Zostaniemy dłużej w Vevey; tu tak cicho, samotnie, tak z dala od +ludzi, od świata i jego pogwarów - zostaniemy, Oluniu, cóż ty na to? - +pytająco nachylił się ku młodej kobiecie. + +- Ależ i owszem, mój ty samotniku - odparła z uśmiechem Ola - a zresztą, +wszak nie zwiedziliśmy jeszcze wszystkiego... + +- Ach tak, prawda... moje życie, prawda... Koniecznie zobaczyć musimy +wszystko! - mówił Roman. Umilkli znowu, zatopieni w myślach. + +Od parodniowego pobytu swego w małem nadlemańskiem miasteczku, +Dzierżymirscy prowadzili żywot pracowity. Wstawali raniutko, odbywali +wycieczki i spacery po okolicy; nie dalej, jak dziś, zwiedzili pobliskie +Montreux i sławny "Chateau Chillon;" obejrzawszy go wewnątrz dokładnie, +jego starożytne , sale i wieżyce, miejsca kaźni - ponure więzienia, z +zachowaną dotąd tak zwaną "oubliette," nad trzystumetrową głębią Lemanu. + +Wśród narodowych śpiewów szwajcarskiego ludu, towarzyszącego im w +kolejce, zwiedzili oni również przed paru godzinami górę "Soim-Pčlerin," +mając świeżo jeszcze w pamięci cudny z wierzchołka jej widok na szafiry +jeziora i miasto Vevey, zaciszne, pogodne, rzucone niby na ekran +zielonego podnóża gór - zadumane, pełne melancholyi i cichego smutku... + +- Wiesz, Oluniu, co ci powiem? - odezwał się nagle do żony Roman, gdy, +mijając właśnie wysokie, gotyckie wieżyce pięknego kościoła +katolickiego, zagłębiali się w aleję, poprzez drzew liście, rozjaśnioną +tajemniczo cieniami księżycowego światła... + +- Otóż - ciągnął po przelotnej chwilce wahania - że napisałem do jednego +z dawnych znajomych, by donosił mi, co się dzieje z ojcem twoim w +Gowartowie... + +- Ty zrobiłeś to? O, mój drogi, najdroższy, jakiś ty dobry, poczciwy, +złoty! - wykrzyknęła szczerze uradowana Ola i przytuliwszy się do +Romana, uściskała go serdecznie. + +- A tak, ja, we własnej osobie, tak często bowiem smutną bywałaś... - +potwierdził Dzierżymirski, i urwał nagle. + +Przyjemnego a jednocześnie i przykrego doznał on wrażenia. Miłą była mu +myśl, że odgadłszy utrapienie żony, ulżył jej. Smutno nieco, widząc +bowiem na twarzy żony tak pogodną radość, poczuł, iż o odebranym już +liście wspomnieć nie mógł. Ten, choć nie wesoły, nie wiózł jednak +jeszcze ze sobą złych wiadomości, gdy natomiast następne - kto wie? + +- Ha, trudno, - powiedział sobie w duszy Dzierżymirski - niech cieszy +się! Nie zatruję ja jej tej chwilki zadowolenia. + +- I dotąd niema żadnej odpowiedzi? - skwapliwie pytała tymczasem Ola. + +- Nie, kochanie - skłamał gładko Roman - ale nadejdzie niebawem, podałem +adres Vevey... + +- Podałeś? - ucieszyła się znów Ola - no, to dobrze, bo ja mimo woli +biję się z przypuszczeniami nieraz, co tam oni wszyscy myślą o mnie, czy +potępiają bardzo, czy gniewają się, czy smucą?.. + +Ola ucichła i cień smutku przemknął po jej twarzy. + +- No, no, cóż to znów za niepokoje? - podchwycił Roman, korzystając zaś, +iż na ulicy nikogo nie było, pośpieszył z pocieszeniem, pieszcząc czule +młodą kobietę. + +I znowu zagrała w nim nienasycona miłość namiętna, ogarnęła, zdeptała +wspomnienia - zakrólowała sama!.. + +Niebawem Dzierżymirscy odszukali swą willę, już ciemną całkiem i +uśpioną, a błądząc chwilę po pustych korytarzach, dotarli nareszcie do +dużego pokoju z balkonem, który zajmowali tu na pierwszem piętrze. + +Kroki zapóźnionych przybyszów zmąciły ciszę willi, skrzyp drzwi +zgrzytnął fałszywym dźwiękiem w ogólnej harmonii powszechnego milczenia. + +W pokoju okna były otwarte, i panowało w nim powietrze rzeźkie, świeże, +od gór płynące. Wchłaniając je z lubością, Dzierżymirscy poczęli +gospodarzyć u siebie. Roman po chwili wziął się do zamykania okien, Ola +zaś, zapaliwszy światło, zdjęła kapelusz i wolno poczęła się rozbierać. + +Lecz oto nagle podskoczyli oboje. W zupełnej bowiem ciszy uśpionego +domu, tuż po za ścianą sąsiedniego pokoju, rozległy się silne uderzenia. +Ktoś bez ceremonii walił w mur pięściami, chcąc widocznie zamanifestować +swoją tam obecność, a zarówno i fakt że, hałasując, spać mu +przeszkadzano. + +Wkrótce jednak rozjątrzone uderzenia ustały i posypała się garść +nieestetycznych, wyrażonych głośno i ze złością epitetów. + +Tyle było bezwiednego komizmu w stukaniu tem i w poirytowanym głosie, +zaspanym jeszcze, że Dzierżymirscy roześmieli się wspólnie i szczerze. + +- To ta słodziutko-grzeczna rozwódka, podstarzała, pseudo - wielka pani, +elegantka, wiesz .. co to przy obiedzie, siedzi koło nas - objaśniła +półgłosem Ola - (w szwajcarskich hotelach-willach, zwanych "pensions," +obiadują wszyscy razem). + +- Tak?.. - zdziwił się Roman - nie wiedziałem... A to oryginał baba, +naturalnie, nie przypuszcza zapewne, iż my tu mieszkamy... Złapała +się... Jak to jednak i pozory fałszywej układności zdradzają częstokroć +to zwierzę, ukryte w człowieku - filozoficznie dorzucił. - Ale, ale... - +ciągnął dalej, z uśmiechem - wyobraź sobie, Oluniu... Zapomniałem ci +powiedzieć. Tu, na górze nad nami - wskazał sufit palcem i roześmiał się +- mieszka drugie dziwadło: Pamiętasz... ta mała, nasze vis-a-vis, żółta +stara panna... Otóż wynajmuje ona aż pięć pokoi próżnych naokoło siebie, +a wiesz dlaczego? - Tu Roman po raz drugi głośniej jeszcze parsknął +śmiechem. - Żeby jej w nocy nie hałasowano! Mądrzejsza od naszej +sąsiadki, co?... + +Ola zaśmiała się z kolei srebrzyście. Słuchając męża, zdjęła właśnie +przed chwilą suknię, i siadała obecnie przed lustrem, z obnażoną szyją i +ramionami. Pragnąc rozczesać włosy, przechyliła się w tył i poczęła +rozwiązywać je leniwym ruchem rąk. + +- Poczekaj - rzucił żywo Dzierżymirscy - damy tej babie odpowiedź muzyką +całusów!.. Przypomni sobie może luba rozwódka małżonka!.. Ha-haha, a to +się wściekać dopiero będzie!.. + +I swawolnie, ze śmiechem, Roman przylgnął wargami do ramion Oli, i +począł całować je głośno, cmokając z lubością. + +- Ohe!.. la - bas!.. On dort ici!.. - rozległ się po chwili za ścianą +gardłowy, świszczący glos, pełen nienawiści i jadu. + +- Buch! buch! buch! - rozległy się znów w pasyi uderzenia o mur +wściekłe. + +Ola śmiała się serdecznie, Roman nie przestawał całować zamaszyście. + +- Dosyć już, dosyć! - szepnęła młoda kobieta, z trudnością hamując +wesołość, - proszę mi wynosić się teraz - szepnęła w ślad za tem, z +pieszczotą w głosie. - Idź na balkon! - dodała, i przechyliwszy wysoko +giętką swą szyję na poręcz krzesła, podała Romanowi do pocałunku +rozchylone swe wargi zalotnie patrząc nań z pod długich rzęs... + +Cudną i wdzięczną swych linji harmonią, biust kobiecy przemknął ponętnie +w tym ruchu falistym przed rozkochanym wzrokiem mężczyzny. + +Dotknął ustami ust i z wezbraną miłością w sercu wyszedł na balkon. + +Tu zapalił cygaru i znowu wchłonął w siebie pełnym, szerokim oddechem, +orzeźwiającą atmosferę cichej szwajcarskiej nocy. Spojrzał w dół. U stóp +jego szkliło się w dali tam i ówdzie srebrem rozbłękitnione jezioro. Do +powierzchni jego pieszczotliwie tuliły się jeszcze gdzieniegdzie +ostatnie mgiełki, błąkające się zazwyczaj dzień cały, od rana, po +Lemanie, i wespół z białemi mewami muskające stale grzbiety jego fal. + +Księżyc już był bardzo wysoko. Snopami światła dotykał teraz grzbietów +gór, mienił się fosforycznie na wierzchołkach dalekich śnieżnych +szczytów. + +A tam, w dole, zadumane, ciche usypiało miasto... Jedne po drugich, jak +iskry dopalającego się płomienia, ogniki - gasły w domostwach Vevey +światełka, kolejno - stopniowo nikły... + +Dzierżymirski, z zadowoleniem, wciągał wciąż w piersi zdrowy powiew, +płynący z dali, wypuszczając zarazem z ust małe obłoczki niebieskawego +dymu. + +Obecnie - chwilowo, był on zupełnie szczęśliwym! Tu, w zacisznym gór +zakątku, czuł on podwójnie, jako swoją wyłączną własność ubóstwianą +kobietę, kochał ją zdwojonym sił żywotnych zapasem, a czując +równocześnie wzajemność jej ku sobie niekłamaną, nurzał się w uczuciu +tem, z rozkoszą pływaka, rzeźko wśród rozsłonecznionych wód wesołych +płynącego w dal radosnego jutra! Wizye przykre zniknęły zupełnie, robak +wewnętrzny, toczący ducha Romana, przestał go dręczyć na chwilę... Dawką +miłości ukołysane sumienie - spało. + +- Romciu!.. Romeczku!.. - usłyszał naraz Dzierżymirski pieszczot +obietnic pełny, wołający go głos kobiety. + +- Idę... idę! - odparł pośpiesznie i rzuciwszy cygaro, przestąpił próg +balkonu. + +Światło w pokoju zgaszonem już było. Tajemnicze natomiast +błękitno-srebrne księżycowe fale zalewały komnatkę, a w półświetle tem +majaczyła postać Oli i bielały alabastrowe jej ramiona. + +Dzierżymirski, wchodząc, chciał przymknąć za sobą obite szarem suknem +balkonowe okiennice. + +- O, nie... nie zamykaj !.. Tak ładnie księżyc świeci, tak ślicznie!.. - +posłyszał w tejże samej chwili prośbę Oli. Roman usłuchał, a zamknąwszy +tylko szczelnie okienne ramy balkonu, skierował się szybko w głąb +pokoju. + +*** + +Jeszcze we mgłach wczesnego poranku drzemały góry, jezioro i +niezbudzone, senne miasto Vevey, gdy do drzwi pokoju Dzierżymirskich +zapukał ktoś dyskretnie. + +Roman, który obserwował właśnie przez okna mglisty krajobraz, na ten +odgłos zerwał się pośpiesznie. Odziawszy się szybko, nie pytając przez +drzwi głośno, kto zacz, by nie zbudzić Oli, skierował się ku wyjściu z +komnaty... Otworzył drzwi cicho... + +- Bonjour, monsieur! - pozdrowiła go, przeciągając śpiewnie, wpółubrana, +uśmiechnięta wstydliwie, młoda Szwajcarka, i podała jakiś papier. + +- Co to jest? - z cicha pytająco rzucił po francusku. + +- Telegram! - brzmiała odpowiedź. + +- A... dziękuję - odparł Roman i zamknął drzwi. Niepokój wyraźny odbił +się na wyrazistem obliczu jego; cichutko podbiegł na palcach do okna i +gorączkowo rozwinął ćwiartkę papieru. + +Stłumiony gwałtem okrzyk zabrzmiał w pokoju przyciszonem echem, i +telegram z ręki Romana upadł mu na posadzkę. Poprzez szyby balkonu +Dzierżymirski spojrzał błędnym wzrokiem przed siebie. + +Tam, gdzieś w oddali, poza wierzchołkami gór, zaróżowiało się coś +niewyraźnie, płoniło... W mgłach tajemniczych zniknął cały wczorajszy +krajobraz, a poza niewidzialnymi tylko szczytami Alp, pokrytymi jakby +woalem, gdzieś, daleko, - zakryta wstydliwie, wschodziła snać +jutrzenka... + +Roman, blady jak płótno, przeniósł wzrok swój w przeciwną stronę +komnaty. Uśmiechnięta, cicha spała tam Ola... Z pod lekkiej kołdry +wysunęła się jej główka urocza, rzęsy długie kładły swe cienie na +rumianą twarzyczkę, usteczka ponętne z koralu marzącym, od +rzeczywistości dalekim, rozchylały się uśmiechem... + +Dzierżymirski patrzył wciąż na nią, z czułością współczuciem, bólem... + +- Biedna!.. biedna!.. - wyszeptał - Biedna!.. powtórzył ciszej jeszcze. +Bolesne skrzywienie przemknęło mu po ustach, i odwróciwszy twarz, - +nieruchomy, oparł się w zadumie o szyby okien balkonu. + + +--------- + + +Babie lato snuło swą przędzę... Czepiało się na zagonach poruszonej +świeżo czarnoziemnej gleby; łaskotało nozdrza siwych wołów, w trzy pary +leniwie sunących u pługów, obmotywało się swawolnie wokoło ich +przepysznie rozrosłych rogów i biegło dalej, unoszone wietrzykiem, by +przytulić się do rozgorzałej w słońcu czerwienią i złotem ściany borów, +do samotnych grusz polowych i zgarbionych strzech ukraińskich chatek, a +zaglądając po drodze w ukołysane jesienną ciszą jary - ginęło gdzieś w +stepie dalekim, splatając tam ze sobą uściskiem trawy, bodjaki i polne +kwiecie - pracowicie przędząc wszędy ustawiczną nić swą białą. + +Drogą do Gowartowa, galopem, co koń wyskoczy, pędziła czwórka koni, +unosząc w tumanie iskrzącej się od słońca kurzawy powóz, a w nim dwie +osoby. Pierwszą z nich był ksiądz proboszcz, z pobliskiego miasteczka, +drugą - Krasnostawski. + +Jak huragan, minąwszy pochyloną garstkę ludzi, kopiących w pobliżu łan +buraków, oraz cmentarzyk wiejski, cichy, pełen uroku - pojazd wpadł do +sioła. Z zagród chłopskich wyskoczyły psy i szczekać poczęły zajadle; +wystraszone dzieciaki, o płowych, prawie białych, włosach, rzuciły się, +uciekając w popłochu, a przędzące konopie wieśniaczki, w barwnych swych +strojach, chustkach i wyszywanych koszulach, stawały zdziwione, +przeprowadzając migający pędem pojazd niespokojnem okiem. + +Zziajana, okryta potem czwórka koni, zwolniła wreszcie biegu, i stępa, +wolniutko, ostrożnie spuszczać się zaczęła z pagórka na wiejską groblę. + +- Czy księdza dobrodzieja nie znużyła nasza tak prędka jazda?.. Cóż +robić jednak, kiedy inaczej nie zdążylibyśmy może... - odezwał się +Krasnostawski, korzystając z mniejszego pędu powietrza. + +Barczysty ksiądz, o inteligentnem wejrzeniu dużych czarnych oczu i +brwiach kruczych, odbijających wyraziście od białych włosów, +wymykających mu się spod kapelusza, obruszył się na to pytanie. + +- Ale, cóż znowu!.. - odparł. - Oby tylko ten zacny pan January dożył +błogosławionej chwili i mógł pojednać się z Bogiem!.. + +Umilkł ksiądz, i niebawem z pobożnem westchnieniem, dorzucił: + +- O to ostatnie właśnie od czasu, gdy jedziemy, myśl mą ku Najwyższemu +wznoszę... Może jej usłuchać raczy!.. + +- Doktór mówił, że z godzin trzy pożyje - odparł Krasnostawski, a +wyjmując zegarek, rzekł jeszcze: - Od chwili tej minęło dwie godziny... + +- Ach, ci lekarze! - machnął ręką ksiądz stary - cóż tam ostatecznie +wiedzieć oni mogą - wszak wszystko w ręku Stwórcy-Pana! Ja, na przykład, +pewnego razu byłem już konającym, a jednak, po przyjęciu +Przenajświętszego Sakramentu i Olejów Świętych - wyzdrowiałem... + +Umilkli. Ksiądz zaś po chwili, widząc, że furman wciąż jedzie stępa, +zauważył: + +- Ale może byśmy znów pojechali nieco prędzej, nieprawdaż? + +- Naturalnie, niech minie tylko most i groblę - odrzekł Krasnostawski. + +U stóp ich szumiało w tej chwili koło u młyna, pryskająca odeń wodna +piana szeroko rozlewała się na senną taflę dużego stawu, w której +przeglądały się pożółkłe szczyty gowartowskiego parku. + +Za groblą znowu ruszyli galopem, i niebawem, wyminąwszy jeszcze część +wsi, zajechali przed ganek pałacu. Na spotkanie wybiegł stary lokaj, +klucznica i kilku domowników. + +W ciszy, przerywanej tylko parskaniem i sapaniem spienionej zziajanej +czwórki koni, z lękiem, na stopniach kocza, Krasnostawski zapytał +głośnym szeptem: + +- Żyje?.. + +- Żyje !.. Żyje !.. - odparli wszyscy chórem, lokaj zaś natychmiast +dorzucił: + +- Chwała Bogu na wysokościach... Pan doktór powiedział, że może i do +jutra rana... + +- A gdzież pan doktór? - pytał dalej Krasnostawski. + +- A ot, tylko co patrzeć, jak odjechał.. Pono do Karolówki, bo tam +młodsza jaśnie pani niezdrowa... + +- Niezdrowa!.. - obruszył się plenipotent. - Tu przecież konający w +domu, mógł chyba zostać jeszcze! - dorzucił gniewnie, zły na widoczną +obojętność wiejskiego eskulapa. Obejrzał się. + +Ksiądz z nim przybyły wysiadał właśnie z powozu, poprzedzany +towarzyszącym mu chłopaczkiem... Rozległ się wkrótce dźwięk uroczysty +kościelnego dzwonka - w progi pałacu wstępował Syn Boży, utajony w +Przenajświętszym Sakramencie... + +W parę minut później, do pokoju chorego już wchodził ksiądz; idący w +ślad za nim Krasnostawski został na progu i spojrzał w głąb sypialni +chorego. + +Na łóżku zamajaczyła mu blada, już nie z tego prawie świata, sędziwa +twarz pana Januarego. Drzwi zamknięto jednak w tej chwili - +Krasnostawski cofnął się dyskretnie i począł przechadzać się wielkiemi +krokami po pokoju. + +Od czasu powrotu z podróży swej do miasta, na nim jednym prawie +spoczywało wszystko. Przepędzał noce całe u chorego, doglądał go +osobiście, wzywał lekarzy, konsylia. + +Dziś, widząc, iż już koniec nieodwołalny się zbliża, a śmierci widmo +błąka u progów pałacu, znaglony, pojechał po księdza, dnia poprzedniego +już, cięty przeczuciem, zatelegrafowawszy o nieszczęściu do +marszałkowej, Ładyżyńskiego oraz do dawnego kolegi swego, +Tarnopolskiego. + +Od tego ostatniego bowiem odebrał list iście enigmatyczny, w którym +proszono go usilnie, by doniósł szczegółowo o wszystkiem, co się dzieje +w Gowartowie. + +Zanadto przyrodzonego sprytu posiadał w sobie Krasnostawski, by nie +odgadnąć, że poza kolegą jego, Tarnopolskim, ukrywa się ktoś inny, +zainteresowany bardzo. Domyślił się, iż był nim prawdopodobnie dobry +znajomy tegoż, Dzierżymirski, i dlatego nie ominął wyżej wzmiankowanego +Tarnopolskiego, również donosząc mu, że Gowartowski umiera. + +Smutny i blady, w przechadzce swej po pokoju, przystanął nagle +Krasnostawski, posłyszał bowiem w tej właśnie chwili głosy i szepty w +przyległej komnacie chorego. + +- Spowiada się... - rzekł do siebie, i zbliżywszy się do okna, spojrzał +w zadumie. + +Tak samo, jak codzień, podlewano dzisiaj pod zbliżający się wieczór +klomby kwiatów, tak samo zniżające się już słońce słało cienie na aleje +parku, na staw, porozrzucane w ogrodzie ławki, na chaty sioła, i step w +perspektywie. + +- I tak samo będzie jutro, pojutrze - zawsze! Tak samo słońce i wszystko +weselić się będzie, nic porządku swego nie zmieni, choć dusza tego +zakątka uleci w zaświaty!.. - szeptał Krasnostawski, i rzuciwszy się na +fotel, podparł rękami głowę, a myśli goniąc się przelatywały mu po +głowie. + +- O, jakże okrutną jest śmierć! - myślał. - Jak pełną zagadki +niezwalczonej potęgi, przed którą tylko w pokorze chylić musimy milcząco +czoła! + +I nic kamiennego jej serca nie wzruszy, nic nie zatrzyma - ona w swej +nieubłaganej godzinie przyjść musi !.. + +- Straszne, straszne!.. - szepnął znów do siebie pochylony mężczyzna. - +Tem straszniejsze, iż niezrozumiałe, nieujęte rozumem ludzkim, zawsze, +zda się, nowe, choć prawieczne w sobie; zawsze tak samo niedościgłe, +niezmiennie na wszelkie pytania odpowiadające sfinksa zagadką... + +- I mnie to kiedyś przecie spotka, wszak i ja umrę!.. - rzekł głośno do +siebie Krasnostawski. - A potem ?.. - szepnął z trwogą. + +I z pytaniem tem na ustach utkwił wzrok błędny we drzwi sąsiedniego +pokoju... + +Drzwi te tymczasem roztwarły się cicho i na progu ukazała się, +natchniona w tej chwili jakby twarz księdza i postać jego wyniosła. +Krasnostawski, zbudzony ze swych myśli ponurych, żywo podbiegł ku niemu. + +- Cóż, księże proboszczu? - zapytał. + +- Wszystko dobrze... Zbratała się dusza jego z Panem... - odparł tenże z +powagą. + +- Ale? ale, czy ksiądz dobrodziej nie uważał przypadkiem ?... To jest... +- plątał się Krasnostawski - powiedzieć chciałem, czy choremu +przypadkiem nie lepiej?... + +- Ha, Bóg wiedzieć raczy... Nam pozostaje pogodzić się tylko z Jego +Najwyższą Wolą!.. - tym samym tonem odrzekł sługa Pański. + +- Zapewne!.. - bąknął Krasnostawski. Zapanowało chwilę ciężkie, ołowiane +milczenie. - Ach, ale przepraszam najmocniej księdza dobrodzieja - +uprzejmie przerwał pierwszy młody człowiek - w tej chwili podwieczorek +podać każę, ksiądz dobrodziej utrudzony drogą, głodny zapewne!... - i +Krasnostawski ku drzwiom się skierował pośpiesznie. + +- Nie, dziękuję ci, panie Bolesławie! Jechać muszę... + +- Już? - zdziwił się młody plenipotent. + +- A tak, serce, jutro odpust u mnie, roboty huk!.. Każ zaprzęgać, jeśli +łaska, a ja tymczasem w ogrodzie poczekam i modlitwy swe przedwieczorne +odmówię. + +- W tej chwili służę księdzu dobrodziejowi... - rzucił w półukłonie +Krasnostawski i znikł za drzwiami. + +Ksiądz zajrzał jeszcze do chorego; pozostawiony na opiece +staruszki-klucznicy, z pogodą na obliczu swem dziwną leżał on spokojnie. + +Widząc to, proboszcz wyszedł. + +Z dobry kwadrans migała wysoka, czarna sylwetka jego na tle zieleni, po +wygracowanych starannie alejach parku, poczem w pobliżu modlącego się w +skupieniu księdza pojawił się Krasnostawski. + +Zaturkotało jednocześnie... Z uszanowaniem przez wszystkich +odprowadzony, proboszcz wsiadł niebawem do powozu. W parę minut później +pojazd, unoszący go, znikł za wjazdową bramą pałacu... + +Stojący na ganku Krasnostawski poruszył się machinalnie i przez milczące +pałacowe komnaty skierował do pokoju pana Januarego. + +- Cóż? jakże?.. - zapytał zapłakanej staruszki, siedzącej koło łoża +chorego. + +- Teraz... leży niby spokojnie - wyjąkała cicho. + +- No, to proszę iść odpocząć, ja zostanę i dam znać, gdy zajdzie tego +potrzeba - stanowczo odezwał się Krasnostawski. + +Po opieraniu się dłuższem, staruszka, znużona i senna wysunęła się z +pokoju, Krasnostawski zaś, podszedłszy do fotelu, stojącego przy łóżku, +usiadł ciężko. + +Cisza martwa zagościła w komnacie... Gowartowski, oddychając +niepostrzeżenie lekko, spokojny, leżał wciąż nieruchomo; znużeni +domownicy rozpierzchli się, każdy do swego zakątka i odgłos żadny nie +dochodził tutaj, tylko poprzez zapuszczone firanki oraz story rzucało +swe jaskrawe blaski zniżające się już słońce... + +Krasnostawski, zmęczony życiem ostatnich dni kilku, zamyślił się +głęboko, fizycznie wypoczywając zarazem. + +Od czasu do czasu spojrzenie przenosił na starca, poczem zapadał znów w +zadumę, połączoną z nieokreśloną apatyą, gniotącą go swym ciężarem, z +poczuciem bezradności, w obliczu zbliżającej się nie odwołalnie, +kroczącej śmiało śmierci! + +Minęło w ten sposób dwie godziny. + +Na ciemne żaluzye u okien padały teraz prostopadle dogasającą czerwoną +łuną ostatnie zachodu promienie, majaczyły ognikami krwawymi po posadzce +i ścianach, a spoza parku, z oddali, niewyraźnie jakieś dla ucha +dochodziły odgłosy... + +To pracowity, znojny kończył się gdzieś tam, po polach i siołach pogodny +dzień jesieni; to, śpiewając chórem smętną ukraińską dumkę - wracały po +pracy dziewczęta i mołodycye, z buraczanych łanów, gromadą... + +Nagle Krasnostawski, z przymkniętymi oczyma w fotelu swym zagłębiony, +ocknął się, drgnąwszy na całem ciele nerwowo. Spojrzał na chorego... + +Usta pana Januarego szeptały coś niewyraźnie, poruszały się szybko - +wreszcie uniósł się on na poduszkach i wzrokiem błędnym spojrzał wokoło. + +Krasnostawski już był się zerwał i stał teraz koło łóżka blisko. + +- Kto to jest?.. Kto to?.. - wyszeptał chory, z trudnością. + +- To ja, Krasnostawski, Kra-sno-staw-ski - powtórzył dobitnie. + +- A, a... to dobrze... dobrze... - pan January zaczerpnął płucami +powietrza i po chwili zupełnie już przytomnie przemówił łamanym, cichym +głosem: + +-Mój panie Bolesławie, odsłoń, proszę cię, okno, choć jedno... Tak tu +ciemno... + +Krasnostawski, usłuchawszy natychmiast zlecenia, podniósł roletę. + +Słońce już było zaszło. W pierwszych uściskach nadchodzącego zmierzchu +stały cicho półobnażone drzewa parku, przeplatane gdzieniegdzie +czerwienią, słały się aleje żółtawym od opadłych liście kobiercem - +bielały niewyraźnie w dali zagrody sioła, ciemniały jego osady, senna i +mroczna świeciła tafla stawu. + +Krasnostawski, odwróciwszy się od okna, spotkał smutny, pełen tęsknoty +wzrok starca, utkwiony w roztaczający się poza oknem krajobraz. + +Do łóżka zbliżył się pośpiesznie. + +- Dziękuję ci... mój kochany... pani Bolesławie... dziękuję - odetchnął +Gowartowski i dokończył ciszej: + +- Ostatni to raz... ostatni widzę to wszystko! - uczynił ręką ruch +słaby, a wskazujący widok otulonego mrokiem sioła i pól szerokich. + +- Dlaczego? - podchwycił szybko Krasnostawski, - uważam właśnie, że głos +pański ma dziwnie zdrowe brzmienie - da Bóg, będzie lepiej... + +- Och... nie! Nie będzie lepiej - westchnął pan January - nie będzie... +to tylko na chwilę... + +Znów przestał, i zaczerpnąwszy powietrza, ciągnął dalej, uczyniwszy +jednocześnie prawą ręką ruch zniechęcenia pełny. + +- Ja czuję, widzę, że koniec, śmierć się zbliża... Nic mi już nie pomoże +- wola Boska!.. - znów przerwał... w minutę zaś mówił: + +- Właśnie... właśnie powiedzieć coś chciałem tobie... kochany panie +Bolesławie... usiądź... - i pan January wskazał swą woskowo - żółtą ręką +taborecik. + +Krasnostawski usłuchał. + +- Poczekaj chwilę... odpocznę... - wyszeptał osłabiony bardzo. Oparł +głowę o poduszki i oddychać począł ciężko, na bladej zaś twarzy jego +zakwitł i zgasł niebawem rumieniec nikły. + +Krasnostawski wyczekiwał, milcząc. + +- Może podać panu co do picia? - zapytał po chwili. + +Przeczący ruch ręki był całą odpowiedzią pana Januarego. W dziesięć zaś +może minut później głosem słabym, przerywanym co chwila ciężkim +oddechem, przemówił cicho : + +- Tyś dobry... ty jeden... tak, jeden, jedyny, coś mnie nie opuścił... +Uczynili to wszyscy: siostra, Ładyżyński, córka... - spuścił głowę i +umilkł, a dwie łzy duże, perliste zabłysły w jego niebieskich, +przybladłych źrenicach i stoczyły się z wolna po wychudłej twarzy. Po +chwili ciągnął znowu: + +- Źle uczyniła Ola, źle bardzo... Nie poniewiera się tak rodzicem, nie +depce się tak przywiązania ojca... nie, nie, po stokroć razy nie!... - +powtórzył z mocą w osłabłym głosie, i z tą skargą na ustach przeciw +dziecku ostatnią, upadł na poduszki w znużeniu, jak ściana blady. + +Krasnostawski, ze współczuciem, ujął rękę starca w dłoń prawą, a gdy +Gowartowski ponownie uniósł się na posłaniu, opiekuńczo i silnie +podparł, podtrzymał swem lewem ramieniem jego ciało wychudłe. + +- Dziękuję ci, bardzo dziękuję!.. - wyszeptał pan January i mówić począł +dalej, głośniej nieco, lecz ochrypłym już od zmęczenia i wysiłku głosem +: + +- Ale nie o tem mówić chciałem, nie o tem! Przeciwnie... - znów zamilkł +sekund kilka. + +- Przeciwnie - powtórzył - ja Oli przebaczam, majątek cały zapisałem jej +wyłącznie, tylko... tu zatrzymał się starzec dłużej nieco, jakby w +ostatnim wysiłku trudno mu było jasno wyrazić myśl swoją - tylko - +ciągnął - że testamentów jest dwa: jeden u notaryusza, złożony dawno, na +korzyść Oli... drugi... na jej niekorzyść... + +Umilkł znów Gowartowski blady i zmęczony, a po chwili kończył: + +- Ten ostatni, późniejszy, napisałem w chwili nierozumnego gniewu... +Jest w mojem biurku, szuflada lewa, na wierzchu... Podrę go!.. + +Tu pan January, oswobodziwszy się od podtrzymującego go ramienia +Krasnostawskiego, opadł na poduszki wycieńczony. + +- Czy przynieść mam ten testament? - poddał Krasnostawski. + +Ojciec Oli Dzierżymirskiej przyzwalająco skinął głową i słabym ruchem +ręki poruszył kluczyk od szufladki stojącego obok łoża stoliczka. + +Krasnostawski zrozumiał. Wysunął szybko szufladę, wziął stamtąd pęk +kluczy i oddalił się cicho. + +Blady, oddychając ciężko, w oczekiwaniu młodego człowieka, odpoczywał +Gowartowski... W ciszy głuchej minęło z dziesięć minut. Na progu +wreszcie ukazał się Krasnostawski, trzymając w ręku dużą kopertę. + +Na jego widok pan January gorączkowo, o własnych siłach, uniósł się na +posłaniu i wyciągnął rękę po testament. + +- Dziękuję... - wyszeptał. + +Odebrawszy zaś od Krasnostawskiego kopertę, otworzył ją drżącą ręką, +wyjął arkusz papieru, znajdujący się tam i rozerwał zwolna na cztery +części. Potem włożył na powrót do koperty zniszczony test, a zwróciwszy +się do Krasnostawskiego, głosem dziwnie dźwięcznym, stanowczym, wymówił: + +- Oddasz to jej... Oli - i umilkł, opadłszy znowu na poduszki. + +Młody plenipotent machinalnie wziął kopertę schował ją do kieszeni +surduta. Wpatrzony w starca, na którego twarzy igrał w tej chwili jakiś +pełny dobroci uśmiech, blady, tkliwy - milczał wzruszony, a dwie łzy +nieposłuszne zakręciły mu się w oczach. + +Głosem cichym, jakby dogasającym, mówił tymczasem jeszcze pan January: + +- Nie zapomnij oddać... Pamiętaj!.. - urwał, a po chwili: + +- Powiedz... także Oli... że przebaczam... jej... i... jemu!..- +dokończył z trudnością, w wysiłku ostatnim i z wypiekami na twarzy, +trupio blady, umilkł... + +Paląca się u obrazu Matki Boskiej nad łóżkiem, z czerwonego szkła, +lampka rzuciła w tej chwili promień jasny na oblicze starca... + +W zmierzchu idącego wieczora twarz Gowartowskiego zajaśniała jakimś +nadziemskim jakby wyrazem szlachetnej dobroci... Krasnostawski +jednocześnie poprawił poduszki u łoża i pochylił się nad chorym, zdało +mu się bowiem, iż tenże porusza ustami. + +Rzeczywiście. Niedosłyszalnym, urywanym szeptem młody człowiek posłyszał +jeszcze: + +- Dziękuję... tyś dobry!.. Mówić już... więcej... nie... mogę... + +Poruszony słowami chorego starca, zdenerwowany, wzruszony odstąpił od +łóżka Krasnostawski i przygnębiony, usiadł w fotelu. + +Minęło z dziesięć minut. + +Widząc, że chory leży teraz zupełnie już cicho, młody człowiek po chwili +powstał, posłuchał oddechu jego, poczem wysunął się cichutko z pokoju. +Dusiło go coś w gardle... + +W sąsiednich komnatach pusto było całkiem i szaro już zupełnie. Mrok +wieczora wciskał się do pałacu coraz natarczywszy, wszędzie, samotny, +cichy, smutny. Krasnostawski bez hałasu otworzył podwoje balkonu i +wyszedł na werandę, spragniony odetchnąć świeższem powietrzem... + +Oparł się o balustradę, chłodzić począł rozpalone czoło zimnym powiewem +jesiennego wieczora i stał tak nieruchomy dość długo, ogłupiały jakby na +razie, bezmyślny... + +Nagle milczenie pogrążającego się coraz bardziej w mroki domu i parku, +przerwał jednostajny donośny, odgłos dzwonu w pobliżu. To codziennym, +panującym w Gowartowie, zwyczajem, zwoływana służbę na wieczorną +kolacyę. + +Krasnostawski się ocknął, a jednocześnie poczuł pragnienie i głód. + +Wrócił do komnaty, zamknął drzwi oszklone od werandy, a napotkawszy po +drodze jakąś pozostawioną świecę, zapalił ją pośpiesznie i na palcach +skierował się poprzez kilka komnat do jadalnej sali. Dobę całą +Krasnostawski nic, prócz kilku szklanek herbaty, w ustach nie miał - +młody organizm dopominał się o swoje prawa. + +W kredensie znalazł pochowane zimne mięsiwa i chleb razowy; posilił się, +popił wodą i przez puste komnaty znowu skierował się do pokoju +Gowartowskiego. + +Tu już zupełne panowały ciemności. Krasnostawski zapalił lampkę, +przykrył ją abażurem i spojrzał na chorego. + +Leżał w tej samej pozycyi, tak samo spokojny, oddychając lekko, cicho, +bledszy tylko, żółtszy jakby... I w jednem również zaszła, zmiana nagła. + +Oto ręce pana Januarego wykonywały po kołdrze jakieś niewyraźne i dziwne +ruchy, jakby szukały czegoś, szczypały powierzchnię sukna, zatrzymywaly +się chwilę, i znów rytmiczne poruszały się zwolna, jednostajnie... + +Krasnostawski, postawszy czas jakiś, zbliżył się do stolika, wziąwszy do +ręki machinalnie stojące tam lekarstwo. Spojrzał na receptę. +Przeczytawszy zaś, westchnął. + +Były to leki zwykle, przepisywane dogorywającym... + +- Czyżby naprawdę tak źle już było? - szepnął do siebie młodzieniec - +tak przytomnym był jednak przed chwilą!.. E!.. może Bóg da... +pocieszając się - dokończył głośno. + +Tymczasem zmęczenie fizyczne i moralne waliło wprost z nóg +Krasnostawskiego. + +Zbliżył się chwiejny do fotelu. Usiadł i po kilkakrotnie ziewnął mimo +woli nerwowo. Po chwili jednak energicznie wstrząsnął się... + +- Ooo... jakże mi się spać chce!.. - mruknął i ponownie ziewnął +przeciągle z cicha. + +- Ale nie można... nie można!.. - szepnął znów do siebie przekonywająco +i sięgnął po stojącą opodal flaszkę kolońskiej wody. + +Przetarł sobie skronie, powąchał, poczem napił się zimnej wody ze +szklanki, i jak mu się zdawało, zupełnie obecnie rzeźki, zagłębił się w +fotelu. + +Tymczasem minęło minut dziesięć zaledwie, gdy młody pan plenipotent spał +już na dobre, pochrapując nawet z lekka czasami. + +Sen zwyciężył... Milczenie i spokój jakiś złowrogi zapanowały w +komnacie. + +A zewnątrz pałacu tymczasem noc z wolna i stopniowo królować zaczęła. + +Na ciemnem tle nieba zamrugały wkrótce gwiazdy, od pól wionął wietrzyk i +cichym żółkniejących liści pogwarem zaszumiał nad domem park stary. + +Wewnątrz zaś dworu usnęli wszyscy... Milczały tu wszystkie kąty, a w +oddzielonej kilkoma komnatami jadalnej sali dochodził tylko regularny +odgłos staroświeckiego zegara, który brzdąkał i tykał i bił przeciągle +godziny jedna za drugą. + +Nagle w głuchej ciszy sypialni pana Januarego rozległo się początkowo +słabsze, niebawem coraz silniejsze charczenie. To chory starzec już +konał... + +Za łożem, w półświetle komnaty, niewidzialna dla oka ludzkiego, stanęła +śmierć, lepu swego chciwa - jęki zgłuszone umierającego +dziesięciokrotnem echem wstrząsnęły ciszą domu... + +Coś zbudziło Krasnostawskiego. Co? - sam nie wiedział na razie. Zerwał +się z fotelu, oczy przetarł i spojrzał na pogrążone w cieniu łoże. +Zdrętwiał nagle i włosy dębem stanęły mu na głowie. + +Z oczyma, wywróconemi po białka źrenic, postawionemi w słup, +nieprzytomny, z ustami otworzonemi, zżółkły, zzieleniały - straszny, +jęczał starzec, łapał powietrze, stękał żałośnie - charczał złowrogo... + +Krasnostawski zrozumiał, lecz znieruchomiał na razie do tego stopnia, że +nie był w stanie poruszyć się z miejsca.. Po raz pierwszy w życiu +znajdował się wobec konającego człowieka, patrzał więc bezprzytomny +prawie i błędny nieustannie na Gowartowskiego... Drżał przy tem na całem +ciele, chwytało go coś za gardło, przykuwało do miejsca, do ziemi. + +Równocześnie przygnębiająca cisza gniotła mu piersi ciężarem, konające +drgnienia i jęki umierającego, niby ostrzem ze stali krajały +niemiłosiernie wyprężone nerwy, a zarazem lęk niewytłumaczony, dziwny, +zatrząsł nim. + +Więc to śmierć!.. śmierć idzie już, przybliża się, okropna, bezzębna, +oto jej szkielet sunie obok, mija go!.. Zbliża się teraz obojętna do +łoża... nachyla nad konającym... + +- Ha-ha-ha!.. ha-ha-ha!.. ha-ha-ha!.. - wstrząsa ścianami pokoju - oto +śmiech jej straszny!.. Rzężenie konającego odpowiada mu echem coraz +przeraźliwiej, głośniej... Ponuro jęczy on, skarży się, miota !.. + +- Boże!.. Boże!.. Co... to? Co... to? - krzyknął Krasnostawski, schwycił +się za głowę, zadygotał raz jeszcze i porwawszy ze stołu dzwonek - +wybiegł. + +W milczeniu powszechnego uśpienia rozległ się niebawem rozpaczliwy +dźwięk pokojowego dzwonka, wstrząsnął murami !.. + +Gowartowski tymczasem czynić począł teraz rękami jakieś szalone ruchy, +gwałtownie odpędzał coś, bronił się przed kimś, jęczał jeszcze +donośniej, chwytał powietrze, bezustannie charczał.. + +Bieganie napełniło niebawem dom cały. Garstka domowników i służby w +kilka chwil później napełniła pokój dogorywającego człowieka. Ostatnia +przyszła staruszka, klucznica, z gromnicą w ręku. + +Żałobną świecę zapalono pośpiesznie i uklękli wszyscy. Krasnostawski +przy samem łożu, trzymając w dłoni rękę pana Januarego. + +Chłodła mu ona w palcach coraz bardziej; stopniowo, powoli, charczenie, +jęki, również ustawały, ucichły wreszcie... + +Skupione milczenie komnaty, zamagnetyzowane wyczekiwaniem, trwogą, +przerwał szelest, dla ucha prawie niedosłyszalny. Ostatnie w tej chwili +ziemskie westchnienie człowiecze ulatywało z piersi starca - mknęło w +zaświaty... + +- Skończył... - szepnął Krasnostawski. Wśród klęczących rozległ się +płacz... Gdzieniegdzie płomyk zapalonej gromnicy oświetlił ponuro +żółtawą plamą ściany, sprzęty i szyby komnaty, drgać zaczął błyskotliwy +po twarzach klęczących ludzi. + +Poczęto się żegnać pobożnie... + +Wspólna, cicha, a pełna głębokiej wiary prostych dusz modlitwa, z wolą +Najwyższego godząca się, pokorna, napełniła mury pokoju, i aż do stóp +Stwórcy-Pana uleciała skrzydlata - wzniosła się tam, gdzieś wysoko, w +ślad za zagadkową drogą duszy zmarłego, jakby mu niebo otworzyć +pragnęła. + + +--------- + + + +Pokraśniałe, czerwono-złote dzikiego wina liście, pnące się po białych +ścianach gowartowskiego dworu, zaglądają przez otwarte okno do małego +gabinetu, obitego kirem, a ruszane z lekka wietrzykiem, kołyszą się w +promieniach jesiennego słońca, powiew zaś zefiru delikatnym dreszczem +przebiega również po rzędzie żółtawych u świec płomyków, palących się +wokoło katafalku, ginącego w zieleni cieplarnianych kwiatów. + +Obciśnięty w ubranie czarne, wytworny - pan, nawet tu, za życia progiem, +na podwyższeniu leży January Gowartowski... + +Zesztywniałe palce jego trzymają kurczowo w dłoni krucyfiks, zaczesany +starannie wąs mlecznosiwy, sumiasty, polski, odbija pięknie na białem, +jak marmur, obliczu starca, a twarz ta, zadum pełna, pogrążoną być tylko +się zdaje w głębokim, cichym śnie. + +Kamienny to sen!.. Sen zaświatów, wieczności, zagadki bytu i świadomości +prawdopodobnie tego, o co w dumie swej pokorny, rozbić się musi rozum +ludzki; sen straszny - obojętny na wszystko dokoła!.. + +I niczem już są dla niego sprawy tego padołu; niczem troski, cierpienia +ziemskie i niepokoje, niczem radośnie igrające po pokoju słońce - niczem +wreszcie boleść i smutek klęczącej u stóp katafalku, sędziwej +kobiety-siostry!.. + +Przybyła w przeddzień marszałkowa Warnicka, drżącemi, zbielałemi usty +szepcze teraz modlitwy, z ócz jej zmęczonych co minut parę upada łza +cicha, a wzrok z boleścią tłumioną wpatruje się w rysy ukochane. + +I modli się znów pokorna!.. + +Lica Gowartowskiego bowiem nic nie mówią zupełnie !.. Spokój i martwota +nieziemska wyryte są na nich, a pogoda tylko jakaś nieuchwytna, cicha, +świadczyć się zdaje, że nie czuje on już nic, a w każdym razie, iż +docześnie na pewno nie cierpi już wcale. + +- Módlcie się, płaczcie... przyjdźcie - odejdźcie... zakopcie w +ziemię... Róbcie, co chcecie - wszystko mi jedno!.. - mówią sobą +wyraźnie zesztywniałe członki zmarłego. + +A tymczasem przez otwarte okno do ciasnego narożnego pokoju wpadają, +igrają coraz radośniej promienie słońca, płyną jakieś dalekie z pól +pieśni, pogwary - oddalone życiowe echa... + +Babiego lata nić wpada tu z wietrzykiem i osiada cicho na bujnej siwej +czuprynie zmarłego... W tej samej chwili drzwi od komnatki odmykają się +ostrożnie i do pokoju wsuwa się rosły, siwiejący już mężczyzna... + +To Ładyżyński. I on, przygnany straszną wieścią choroby groźnej, podążył +do przyjaciela lat młodych, przybywszy jednak - za późno. + +Twarz jego, zazwyczaj pogodna, ironiczna, wyraża w tej chwili ból +niekłamany. Zbliża się milcząco, opatruje płomyki świec, przestawia +kwiaty, a poprawiwszy poduszkę - zrzuca z głowy Gowartowskiego swawolną +nić jesieni, i ukląkłszy, głowę opiera o katafalk, w bolesnej zadumie. + +Mija tak długa chwila. + +Poczem drzwi skrzypią znowu, na progu ukazuje się dorodna +Krasnostawskiego postać. Objąwszy wzrokiem pokój i znajdujące się w nim +osoby, wzdycha ciężko, następnie zaś zbliża się do Ładyżyńskiego i +opiera lekko swą rękę na jego ramieniu. Potrząsa niem delikatnie raz, +drugi... + +Za trzeciem dopiero dotknięciem budzi się Ładyżyński z bolesnego +zamyślenia i unosi głowę.. + +- A, to pan? - pyta cicho - cóż to?... + +Jakby w odpowiedzi jednocześnie do pokoju wpada wyraźnie oddalony +jeszcze nieco dźwięk dzwonków, i zgłuszony gdzieś po sioła drodze, +daleki tętent i turkot kół powozu. + +I w ślad za tem szeptem na pytanie pana Emila odpowiada Krasnostawski. + +- Ze stacyi konie wracają... O ile wzrok mnie nie myli, ktoś jest w +faetonie... Zdaje mi się, że to - oni... + +Ładyżyński, słuchając go uważnie, już powoli powstał był z klęczek. + +- Może szanowny pan dobrodziej będzie tak łaskaw wyjść na ganek - +ciągnie dalej Krasnostawski. - Panią marszałkowę - tu zniża głos jeszcze +bardziej - fatygować nie wypada... Ja zaś pana Dzierżymirskiego nie +znam... A tu, do wiadomości zgonu... + +- Tak, tak! - przerywa pan Emil, - dobrze, mój panie, idę... Ale prawda +- zatrzymuje się - trzeba uprzedzić marszałkowę, bo się biedaczka +wystraszy. + +Ładyżyński pochyla się ku klęczącej pani Melanji i szeptem coś jej +przekłada. + +Wpółprzytomnie słucha go marszałkowa Warnicka, po chwili zaś wstaje i ze +smutkiem bezbrzeżnym, wzdycha kilkakrotnie... + +Jednocześnie dwaj mężczyźni wychodzą szybko, oddalony bowiem przed +chwilą jeszcze turkot pojazdu wstrząsa już oto murami domu i powóz snać +zajeżdża śpiesznie na dziedziniec. Odgłos dzwonków donośnie przerywa +martwą ciszę... Powóz staje. + +A następnie, aż tu, popod stopy umarłego człowieka niewyraźne jakieś +zgłuszone dochodzą głosy i szmery... + +Nagle, o milczące ściany pałacu obija się krzyk kobiecy bolesny, +straszny, oraz stłumiony jeszcze oddaleniem jęk rozpaczliwy. W ślad za +tem rozlegają się kroki, coraz szybsze, bliższe, a później już całkiem +donośnie tym razem, szelest sukni i łkanie. + +Jeszcze chwila... + +I cisza pokrytego kirem, tonącego w słońcu i gromnic świetle, zakątka, +sfinksowy, dumny majestat śmierci brutalnie przerywanym zostaje. + +Drzwi roztwierają się nerwowo, ruchem gwałtownym, od silniejszego prądu +powietrza gaśnie przy katafalku świec kilka, i do pokoju wbiega ubrana w +podróżne szaty, płacząca Ola... + +Za nią, ukazuje się śniade spokojne oblicze Dzierżymirskiego i wytworna +sylwetka jego. + +Jednocześnie murami komnaty wstrząsa krzyk bólu, rozpaczy, a zarazem +hałas drugorzędny jakiś, inny... + +To Ola już na kolanach... Obejmuje ona ramionami zimne, martwe ciało +rodzica, odtrąciwszy równocześnie niebacznie przeszkadzające jej wysokie +srebrne lichtarze, z chrzęstem padające w tej samej chwili na ziemię... + +Ktoś schyla się pośpiesznie i opodal ustawia je ponownie... + +Tymczasem krzyk beznadziejnego cierpienia wydziera się z ust Oli. + +- Tato !... tatusiu !.. przebacz!.. - woła młoda kobieta, płacząc, wijąc +się z rozpaczy. - Ojcze!.. ojczulku!.. przebacz!.. - kończy w łkaniu, +szlochając. + +Na dźwięk słów ostatnich chmura osiada na wyniosłem czole Romana. + +- Tyś winien także!.. ty również!.. To dzieło także twoje! - szepce mu +coś w duszy w tej chwili i instynktownie blednie, pochyla się i klęka po +drugiej stronie katafalku. + +A Ola ściska, całuje teraz ręce, twarz i zimne czoło starca, oblewa je +łzami, włosy ojcowskie pieści i tuli swą głowę do serca, co bić już na +zawsze przestało!.. + +- Ty nie umarłeś - szepce - ty śpisz tylko!.. ty nie umarłeś!.. - +powtarza uparcie. - To być nie może - nie może!!.. + +Powstała z klęczek marszałkowa Warnicka podtrzymuje wijącą się w bólu +kobietę z jednej strony - z drugiej opiekuńczo podpiera ją Ładyżyński. + +Wszystkim łzy kręcą się w oczach, jeden Roman tylko nieczułym być się +zdaje pozornie, ale twarz jego kredowo - blada i brwi ściągnięte +świadczą, iż i on, w tej chwili przynajmniej - cierpi. Klęczy wciąż +nieruchomo, myśli... + +Poza nim, świadek niemy tej sceny, stoi Krasnostawski, wzruszony, +bezradny. Opodal stary lokaj domowy patrzy osowiały. + +- Złoty tatuniu !!.. złoty !!.. - woła znów Ola, prosząco, błagalnie; z +przerwami małemi, jękliwy, przeplatany łkaniem, odzywa się bezustannie +głos córki-sieroty, a echo jego płynie przez okno w dal, do parku, na +step i pola!.. + +I za głosem zrozpaczonej jedynaczki, hejnałem wspólnym płakać, łkać oto +zdają się stare drzewa parku; szumem swych liści drobnych brzoza nad +wodą wieść tę powtarza dalej, płacząc sama, a jęk boleści, podchwycony +akordami przyrody, płynie, płynie w dal... + +I wszystko, zda się teraz, za panem swym boleje !.. + +A więc i staw, śniący fali swej szmerem, i łany, i polne kwiecie, i +step, strząsający z traw swych niby łzy żalu - drobne kropelki rosy... + +Jeden tylko umarły, jak głaz nieczułym jest na jęk, ból swego dziecka. + +Lecz czyż to złudzenie?.. + +Pod pocałunkami przed chwilą i łzą jedynaczki, zdawało się, że oto znika +z alabastrowego czoła starca głęboka, zastygła tam zmarszczka, i całkiem +już teraz pogodne, obojętne, śni ono dalej bez końca... + +Może dusza z poza stref świata niewidzialna zabłąkała się jeszcze tutaj +przed dalszą w wieczność zagadkową wędrówką?.. A może trup słyszał +jeszcze ? + +Któż wie? któż zgadnie? + +- Ojcze!.. ty żyjesz!!.. tato... tatusiu!.. Biedna ja... biedna... +nieszczęśliwa... - bezzmiennie; tylko coraz ciszej i ciszej, rozlega się +dalej u stóp starca wołanie Oli, w spazmach łkań bolesnych, bezsilne, +straszne w swej grozie, bólu - coraz beznadziejniejsze. + +- Tatuniu!!.. Ta... tu... niu!.. - kona wreszcie krzyk młodej kokiety... +Milknie, oddany echem parku, pogwarami sioła i pól szerokich... +półomdlałą i słabą żonę wynosi pośpiesznie na rękach Dzierżymirski z +powleczonej kirem komnaty. + +Wystraszeni podążają za nim wszyscy... + +To życie już ze śmiercią walczyć poczynało. Przepotężne w swej sile, nie +lubiące, by zapominano o niem, odrywało w tej chwili despotycznie od +nieboszczyka, w skupieniu otaczających go dotąd ludzi. Troska o żywym +wzięła górę!.. + +W promieniach radosnych jesiennego słońca, w ciszy, grającej tylko +poważnym szumem drzew ogrodu - w chwilowym nieładzie wpół przygasłych +świec i poodsuwanych kwiatów, niewzruszony w swym majestacie śmierci - +umarły pozostał sam. + + +*** + + +Od pogrzebu Januarego Gowartowskiego minęło dni kilka. + +W pogrążonym już we śnie pałacu w Gowartowie paliło się jeszcze światło +w jednym pokoju, rzucając w noc ciemną promień jaskrawy przez okienne +szyby. + +W kancelaryjnym gabinecie dawnego pana, a dziś sypialni nowego +dziedzica, Dzierżymirskiego, on sam, znużony dniem minionym, a nader +dlań obfitym w niezwykłe zdarzenia, kładł się do snu i z wolna rozbierał +leniwie. + +Na stoliku obok łóżka stała odkorkowana butelka szampana i kieliszek +wysoki, z kryształu, oraz odemknięte pudełko cygar. + +Roman po chwili zapalił jedno z nich, nalał sobie wina i wypił haustem +jeden kielich, poczem zmęczony, wsunąwszy się pod kołdrę, zgasił +światło. + +Odetchnął parę razy głośno, z ulgą, przeciągnął się, aż zatrzeszczało +staroświeckie łoże, ziewnął smakowicie, zaciągnąwszy się zaś wyborowem +cygarem, myśleć począł o ukończonym dniu dzisiejszym, a przełomowym w +dotychczasowem życiu jego. + +Dziś to bowiem odbyło się otwarcie testamentu nieboszczyka. + +Stosownie do woli zmarłego, córka jego stawała się jedyną +spadkobierczynią kilkakroćstotysięcznego majątku... + +Dzierżymirski powtórnie wyciągnął się z lubością w szerokiem, +szeleszczącem pościelą łożu. + +- Tak, kilkakroć-stoty-sięcz-nego... - szepnął do siebie z zadowoleniem. +Uśmiechnął się... Dwa dni temu jeszcze, jadąc tu, a przeczuwając zgon +ojca Oli, - był pewnym niemal, iż on córkę za nieposłuszeństwo +wydziedziczył. + +Już dnia następnego po przybyciu do Gowartowa przyjemnie bardzo rozwiały +się jego trwogi; wzruszonej opowiadaniem o ostatnich chwilach pana +Januarego córce, w obecności Romana, wręczył był Krasnostawski podarty +własnoręcznie przez umierającego ojca testament. + +On zaś, pomimo to, wątpił jeszcze... Bał się otwarcia ostatniej woli +nieboszczyka, złożonej oficyalnie u notaryusza; i tutaj zdawał się +przeczuwać podstęp jakiś może i przykrą niespodziankę. + +Dziś wreszcie pierzchły bezpowrotnie niepokoje ostatnie. Z nią uciekał +również strach bliskiego bezpieniężnego jutra, które czekało nań, +czyhało z wydaniem ostatnich paru tysięcy, pozostałych z poprzedniej +fortunki, życiem nad stan przez lat trzy lekkomyślnie wydanej. + +Tu Dzierżymirski uśmiechnął się szydersko. + +Nie, stanowczo, pieniądz do niego się garnie!.. Ten, który posiadał +dotąd, choć wygrany, palił go częstokroć, pomimo wszystko, +przypomnieniem przeszłości. Sofizmatami wtłumiał w siebie wspomnienia +gryzące, lecz jednocześnie i instynktownie jakby rozrzucał, pozbawiał +się grosza, tam, gdzieś na dnie duszy własnej, choć nie przyznawał się +pozornie do tego, rad nawet będąc, iż złoto wątpliwe szło - nikło... + +Jakby otrząsając się z tego samopoczucia, Dzierżymirski poruszył się +niespokojnie i powrócił myślą do teraźniejszości miłej. + +On i Ola - wszak to jedno. Dziś zatem, pomimo praw miejscowych, de +facto, stawał się panem okazałej i pańskiej, własnej fortuny. + +I pokryta, stłumiona ważnością chwili, smutkiem Oli, oraz całego domu - +przez dzień cały - teraz dopiero, w ciszy uśpienia pałacu, w czterech +ścianach sypialni, rozsadzać poczęło Dzierżymirskiemu piersi egoistyczne +zadowolenie wewnętrzne. + +Szczerze żałować zmarłego Roman w istocie nie mógł. Poza innemi cechami +charakteru dodatniemu i miłemi, arystokrata z przekonań, nieprzystępny i +dumny względem tych, których pragnął trzymać od siebie z daleka, takim +tylko, a nie innym, okazał się nieżyjący pan January, w stosunku do +dzisiejszego swego zięcia. + +Dzierżymirski nie bolał więc wcale nad stratą teścia swego... Teraz zaś, +powoli paląc cygaro, myśl jego, przesunąwszy się obojętnie po wypadkach +śmierci pana Januarego i jego pogrzebu, zatrzymując się przy tych +zdarzeniach tylko ze względu na boleść drogiej mu Oli - swobodna, +pomykała obecnie chyżo w przyszłość. + +Od jutra staje się panem!.. Będzie administrował dobra, zbierał +dochody... + +I Romana upajało to jutro!.. + +Lat temu parę skromny student, korepetytor bez grosza przy duszy, źle +odziany, odżywiany - biedny... Później zrządzeniem losu ślepego +właściciel sumki pokaźnej grosza... Dziś dziedzic, pan całą, gębą!.. + +- Do dyaska !.. - mruknął Dzierżymirski i uśmiechnąwszy się z +zadowoleniem, musiał przyznać jednak, że świat nie tak zły i nic nie +wart, jak nazywał go ongi, w pesymizmu chwilach, i że życie czasami bywa +wcale miłem. + +- I cóż mogą o mnie złego powiedzieć ludzie, świat cały? - rezonował +dalej w myślach swych Roman. + +- Nic zupełnie. O zgubie niezwróconej wszak nikt nic nie wie, każdy zaś +znający mnie przedtem, gdy dziś mnie spotka, powie tylko z przekonaniem: +Zuch, poradził sobie w życiu!.. + +- A jak? któż o to pytać będzie... + +Dzierżymirski, poczuwszy znów pragnienie, w półświetle pokoju odnalazł +kieliszek i butelkę szampana, którą, powodowany jakimś dziecinnym wprost +kaprysem, przyniósł sam sobie wieczorem z "własnej" piwnicy; nalawszy +wina, napił się chciwie. + +Radość zaś jego wewnętrzna, poza egoistyczną samowiedzą przyszłego bytu, +miała również na jego obronę, przyznać należy, i szlachetniejszą +podstawę. + +- Teraz będę miał na to, by oddać to, co znalazłem - mówił sobie właśnie +w tej chwili, trzymając machinalnie w ręku wysoki kryształowy kielich od +wina, a w myślach bezwiednie i niejasno zarazem układał już względem +tego plany na przyszłość. + +- Ukrytym celem życia mego będzie znaleźć, odszukać koniecznie +zagadkowego właściciela zgubionych dwudziestu siedmiu tysięcy - szeptał +cicho Roman do siebie, - a oddawszy mu jego pieniądze, oczyścić się w +ten sposób z plamy przeszłości!.. + +- Muszę ją zmazać! Czystym być muszę!.. - z siłą powtórzył głośniej. - +Choćbym miał świat z posad poruszyć! - dokończył z mocą i umilkł, a +równocześnie w piersiach jego zapalała się teraz jakaś gorączka czynu. + +Zdawszy zaś sobie natychmiast sprawę z tego stanu swego, Dzierżymirski +poruszył się w pościeli swej niespokojnie. + +- Tak, ja go znajdę! - mówił sobie w myśli dalej. - Znajdę, dla tego +choćby, iż nie unikać bojaźliwie, jak dotąd, ale śmiało szukać go będę. +Ale... - tu Roman zatrzymał się w myślach, - ale, by dopiąć tego - +powtórzył - wszak muszę wypłynąć na arenę szerszą świata!.. Bo przecież +tu, choć będę panem Gowartowa, nic przecie w tym względzie uczynić nie +zdołam!.. + +- A więc - gdzie ?.. - dręczyć go, męczyć poczęło pytanie. Dzierżymirski +brwi zmarszczył. + +Powtórnie, znowu poczuł w sobie jakąś nieprzepartą chęć czynu, a +równocześnie zrozumiał nagle, że radość jego chwilowa, przelotna z +odziedziczenia majątku była słomianym tylko ogniem! + +Bo, rzeczywiście... + +Ambicya bowiem, czasem źle umieszczona - pojęta, lecz jedna i ta sama +zawsze, która dotąd pchała go ślepo naprzód, i teraz, choć został panem +i zdobył, czego pragnął, ukaże mu niewątpliwie inne znów braki obecnego +położenia, "iść" naprzód każe, wynieść się ponad drugich zachęcać będzie +- nurtująca, despotyczna - nie pozostawi go w spokoju! + +Wziąwszy zaś jeszcze pod uwagę uśpiony wyrzut sumienia i chęć zmazania +plamy z własnej uczciwości - przyszłość ta, przed chwilą jeszcze +wymarzona, idealna... już teraz przed wzrokiem Romana pokrywała się +cieniem. + +Samowiedza powyższa pokryła chmurą na chwilę piękne rysy +Dzierżymirskiego. + +- Ha!.. zobaczymy!.. - rzekł zupełnie głośno, a wypiwszy do końca +szampańskie wino, postawił kielich na stole tak silnie, że lejkowaty, +delikatny, prysł on i szczątki kryształu upadły z brzękiem na ziemię. + +Pierwszym ruchem pana na Gowartowie było sięgnięcie po zapałki, myśl zaś +zapalenia świecy, by zebrać szkło stłuczone, przemknęła mu przez głowę. + +Powstrzymał się jednak i mruknął zcicha: + +- Po co? Mam przecie na zawołanie kamerdyra i dwóch lokai... Sprzątną +jutro... + +Poczem, znużony myślami, przytulił głowę do poduszki, usiłując zasnąć. + +-------------- + +CZĘŚĆ DRUGA + + + + +Była wiosna... + +Od opisanych zdarzeń piąta już z kolei tak samo urocza zawsze, +uśmiechnięta i wesoła - nowa wiecznie, w zieleni i blaskach wschodziła +ona znowu nad światem. Pełna w przyszłość wiary i nadziei krzepiła +serca, rozjaśniała umysły, siała po twarzach ludzkich uśmiechy radosne, +a rozogniając wyobraźnię, zmysły - upajając swem tchnieniem, majowem, +świeżem - szła zwycięska, królewska, wspaniała... + +Przez wpółprzymknięte okno powiew jej, łącznie z głuchym gwarem ulic +wielkiego miasta, wdzierał się do umeblowanego poważnie, obszernego +gabinetu, gdzie przy biurku okazałem, a zarzuconem papierami, listami, +księgami i pismami, siedział Roman Dzierżymirski i słuchał mówiącego coś +do niego młodego mężczyzny. + +Po chwili tenże umilkł, w pokoju zapanowała cisza, zamykająca snać +poważną i czas dłuższy toczącą się rozmowę. + +Roman zamyślony, ująwszy w dwa palce jakiś papier, złożony we czworo, +postukiwał nim machinalnie o amarantowe sukno biurka, przybysz zaś +milczał, wpatrzony w niego - na odpowiedź czekał cierpliwie, bawiąc się +tymczasowo trzymanem w ręku nożem do rozcinania. + +Gość nieznajomy był niskiego wzrostu; twarz miał myślącą, ruchliwą i +zmienną, cała zaś jego powierzchowność, wyraźnie zdradzać się zdawała, +kogoś ze sfer finansów, lub przemysłu. + +Przeniósłszy niebawem wzrok z twarzy Dzierżymirskiego na otaczające go +sprzęty w gabinecie, pobieżnie przyglądać mu się zaczął. + +Rzucił więc okiem na stojący opodal stół duży, przykryty zielonem +suknem, a przeznaczony zapewne do sesyi i narad, na otaczające go +fotele, skórą kryte, na dwie, szafy książek, zegar - cacko starożytne; +spojrzał na parę konsol, stolików, i innych zbytkownych gracików - +wreszcie, zniecierpliwiony dłuższem milczeniem gospodarza, zagadnął: + +- Zatem... panie prezesie? + +Dzierżymirski ocknął się, i już otwierał właśnie usta, by coś odrzec, +lecz zatrzymał się nagle, drzwi bowiem skrzypnęły, i wszedł lokaj, +trzymając duży list na tacy. + +- Jakiś pan to przyniósł, czekał bardzo długo, - objaśnił, - w końcu +kazał mi list oddać jaśnie panu, a sam poszedł... + +- Przepraszam pana!.. - rzucił Roman gościowi swemu - pan pozwoli, +nieprawdaż? - i rozerwał kopertę przyniesionego pisma. + +Spojrzał na ćwiartkę papieru formatu handlowego, z kilkunastoma tylko +wierszami, pisanymi czytelnie na maszynie, i kilkoma hieroglifami +podpisów. + +Lokaj znikł tymczasem, a, jednocześnie Dzierżymirski, skończywszy +czytanie, ponownie zwrócił się do gościa swego, lecz i tym razem znowu +przeszkodzono mu. + +Ktoś pukał do drzwi dyskretnie. + +- Proszę!.. - rzekł Roman głośno. + +Drzwi roztworzyły się szybko. Do gabinetu wszedł młodzieniec bardzo +wysoki, ubrany modnie, o powierzchowności wytwornej i pańskiej, oraz +ruchach naturalnych, swobodnych, nerwowych nieco tylko i zbyt prędkich. + +Przeprosiwszy pośpiesznie siedzącego przemysłowca, Dzierżymirski zerwał +się na widok wchodzącego. + +- Pardon... mille fois... pardon!.. Kochany prezesie, słówko tylko jedno +- mówił już tymczasem przybyły, a ujrzawszy powstającego instynktownie +gościa, dość grzecznie rzucił w jego stronę. + +- Przepraszam bardzo, stokrotnie... pana... sekundę tylko!.. - ująwszy +zaś ramię Dzierżymirskiego, nachylił się ku niemu, odprowadził dalej +nieco i półgłosem mówić począł coś, z żywością i gestykulacyą, stojąc z +nim razem pośrodku gabinetu. + +Po chwili, odprowadzony aż do drzwi, z atencyą wyraźną, pożegnał się +serdecznie z Romanem i zniknął za portyerą i drzwiami. + +Dzierżymirski tymczasem powracał już do gościa swego, a przeprosiwszy go +raz jeszcze, dodał na pozór niedbale: + +- To właśnie książę-ordynat B... nie zna pan?... Miał do mnie interes +bardzo pilny... Tu znów - wskazał na otrzymaną przed chwilą +korespondencyę, - zaproszenie na ogólne zebranie akcyonaryuszów jednej z +naszych kolei. Dziś mam pięć sesyj... - ciągnął dalej w tym samym tonie, +- tam - uczynił głową niewyraźny ruch ku drzwiom, - czeka masa +interesantów... Wszystkie godziny dnia policzone... + +- Wobec tego - zatrzymał się znowu Roman - nie wiem doprawdy - mówił +zwolna - czy przyjąć mogę tak zaszczytny wybór panów... Po prostu nie +mam w ogóle czasu... Nie, nie mogę ! + +Cień przeszedł po obliczu nieznajomego, chciał coś zaprotestować, lecz +Dzierżymirski już mówił: + +- Przykro mi tylko, iż panowie z tego powodu ambaras prawdopodobnie mieć +będą... - zatrzymał się chwilę i wskazał na trzymaną do niedawna, w ręku +odezwę jednego z pierwszorzędnych akcyjnych towarzystw węglowych, w +której donoszono mu właśnie o wyborze go podczas ostatniego zebrania +akcyonaryuszów na przewodniczącego w komisyi rewizyjnej. + +- Lecz wyznać muszę - ciągnął dalej i uśmiechnął się przy tem z lekka, - +że nawet czynność, proponowana mi przez panów, zastaje mnie całkiem nie +przygotowanym. Po prostu - tu po wargach Romana przemknął powtórnie +uśmiech - dziedzina to rzeczy, dla mnie nie tak dokładnie i zupełnie +znanych... Terra incognita... - skłonił głowę ruchem lekkim - stanowiska +podobnego nie miałem jeszcze dotąd... + +I Dzierżymirski zamilkł na chwilę poczem swobodnie dorzucił: + +- Ale! prawda... Zapomniałem jeszcze powiedzieć szanownemu panu... Za +parę dni wyjeżdżam na czas dłuższy za granicę, dla wypoczynku. + +Roman zatrzymał się i pytająco spojrzał na gościa swego. + +- O!.. to najmniejsza... - odparł szybko przemysłowiec - czynność +komisyi w roku bieżącym wypada dopiero za miesięcy kilka, a odbywa się w +ogó1e nieczęsto... Co zaś do pierwszego punktu... rzecz to również małej +wagi... + +- Nie chodzi nam bynajmniej o jednostkę tak dalece rutynowaną, - +przepraszam za wyrażenie i młody człowiek uśmiechnął się lekko - lecz o +człowieka tych wpływów i stanowiska, oraz zaufania szerokich kół naszego +miasta, jakie pan prezes po paru latach zaledwie zdobyć sobie potrafił, +i które niewątpliwie, rzec można, posiada obecnie już w zupełności... + +Dzierżymirski teraz z kolei uśmiechnął się na tak jasne postawienie +kwestyi. + +Rzeczywiście, lat temu kilka, gdy nieznany tu zgoła jeszcze przybył +osiedlić się w mieście, czyżby śniło się nawet komu przyjść doń z tego +rodzaju propozycyą. Błysk zadowolenia miłości własnej przemknął w tej +chwili po licach Dzierżymirskiego. + +- Nie traciłeś czasu daremnie - mówił mu wewnętrzny głos i uczucie pychy +rozpierało piersi. + +Milczeniu zaległe przerwał tymczasem głos przemysłowca. + +- Zatem - rzecz załatwiona nieprawdaż? Pan prezes - przyjmuje?... + +Dzierżymirski zawahał się sekundę jeszcze, pochlebstwo jednak, podane +zręcznie, działać poczynało. Zdecydował się dać odpowiedź przychylną. + +- No... trudno!.. - wycedził z wolna, obojętnie i z pozornym przymusem. +Pomimo obowiązków i odpowiedzialności, które wkładają na mnie czynności +i stanowisko przewodniczącego w komisyi, przyjąć już chyba muszę!.. + +- Wybór panów akcyonaryuszów zresztą takiego związku, jakiem jest +Towarzystwo panów - tu Roman skłonił się grzecznie w stronę gościa +swego, a będącego - ciągnął dalej - bez pochwał i przesady, w rozkwicie +obecnym jednem z pierwszorzędnych w kraju - zaszczyt mi tylko przynosi - +i Dzierżymirski w tem miejscu przemówienia swego pochylił z lekka głowę. +- Co zaś do czynności rewizyjnych, mam nadzieję również - kończył - iż +chyba im podołam, tymbardziej - uśmiechnął się tym razem nieco dumnie - +że zajęć bardzo podobnych, choć tak różnorodnych, piastuję od pewnego +czasu moc niezliczoną... + +- O, naturalnie! - przyświadczył gość skwapliwie, - zresztą przyjemność +miałem powiedzieć już panu prezesowi w toku rozmowy dzisiejszej, że +zdaniem jest jednogłośnem akcyonaryuszów naszego Towarzystwa, iż w całem +mieście nie ma formalnie nikogo, kto by lepiej od pana prezesa czynność +wzmiankowaną objąć zdołał. + +Dzierżymirski na to znowu pochlebstwo nowe w milczeniu nisko pochylił +tylko głowę i powstał z siedzenia. + +Gość jednocześnie z krzesła zerwał się szybko. + +- Dziękuję i uciekam, panie prezesie, czas - to pieniądz, a przysłowie +to nigdzie chyba lepiej, niż tutaj, zastosowanem być nie może. + +- Proszę wyrazić tymczasowo moje podziękowanie panom z Rady +Zarządzającej,- odparł uprzejmie Dzierżymirski. - W sprawie tej zresztą +wpadnę osobiście do biur Towarzystwa, przed mym wyjazdem. + +- Sługa pański!.. - rzucił jeszcze przybyły w ukłonie i w ślad za tem +znikł za drzwiami. Dzierżymirski krokiem miarowym przechadzać się począł +po pokoju. + +- Więc i ta akcyjna spółka węglowa - myślał - obracająca kapitałami, +najpotężniejszymi może w kraju, ceniona, znana, wybrała go również! Więc +i oni doń przyszli! Wpośród siebie nie znaleźli nikogo, godniejszego, by +piastować urząd, tak pełen zaufania!.. - w umyśle Romana bezustannie nad +innemi górowało wrażenie wizyty ostatniej. + +Duma wciąż rozsadzała mu piersi, uśmiech zadowolenia błąkał się po +ustach; Roman, zamyślony, przebiegał ciągle swój gabinet wielkimi +krokami. + +Nagle rozmyślanie to, tak wielce dlań miłe, przerwane zostało wejściem +lokaja. + +- Jakaś nieznajoma pani w żałobie chce widzieć się z jaśnie panem - +zaanonsował. + +- Jak się nazywa? + +- Oto bilet, jaśnie panie... + +Dzierżymirski wziął z rąk sługi kartkę brystolu i przeczytał +wylitografowane na niej nazwisko; nic jednak nie powiedziało mu ono. + +- Proś! - rzekł krótko. + +Lokaj wyszedł, a Dzierżymirski zbliżył się z wolna do swego biurka i +usiadł przed niem, spojrzawszy przy tem mimo woli na leżące tam +porozrzucane papiery. + +- A... prawda!.. - mruknął półgłosem do siebie i sięgnął jednocześnie po +papier listowy, oraz kopertę. + +Przed nim, jako wice - prezesem zakładów dobroczynnych, leżał list +znanego w mieście i wpływowego księcia S., z prośbą o umieszczenie w +jednym z przytułków jakiegoś schorzałego biedaka. + +Odpowiedzi przychylnej w tej sprawie - którą dnia poprzedniego sam już +załatwił osobiście - nie dał jeszcze księciu; umoczywszy więc pióro, +Roman począł pisać zamaszyście. + +W tej samej chwili do komnaty wsunęła się przysadzista, krępa postać +czarno ubranej kobiety. Małymi kroczkami podeszła natychmiast do biurka +i przemówiła głośno: + +- Przepraszam bardzo, że tak natarczywie... + +Dzierżymirski, niezadowolony nieco, że mu tak z nagła przerwano wątek +listu, spojrzał niechętnie z pod oka na nowo przybyłą. + +Przed nim stała kobieta lat pięćdziesięciu może, o znękanych rysach, +ubrana nieco z staroświecka, dość zresztą poza tem układnej +powierzchowności. + +- Niech pani spocznie, proszę... za chwilę służę! - rzekł uprzejmie i +począł pisać znowu. + +- Doprawdy nie rozumiem sama, jak ośmieliłam się przyjść tutaj, ale +szlachetność, zacność szanownego prezesa... - usłyszał znowu Roman. + +Niecierpliwie tym razem wzniósł na przybyłą spojrzenie i przerwał jej +grzecznie, lecz sucho: + +- Przepraszam. Jak widzi szanowna pani, chwilowo zajęty jestem... Wszak +pani nie pilno?.. + +- O, nie... przeciwnie... Tylko... + +Roman spuścił oczy i myślące czoło, oraz począł pisać dalej, +najspokojniej w świecie. W pokoju zaległo milczenie, przerywane li tylko +zgrzytem pióra po papierze. + +Gdy Dzierżymirski list skończył, podniósł machinalnie oczy na +nieznajomą. + +Uśmiechnął się mimo woli; spotkał się bowiem z dziwnie zabawnym i +uszczypliwym wyrazem jej twarzy, oraz wejrzeniem złem i jakby obrażonem, +które pod niespodzianym wzrokiem jego złagodniało jednak natychmiast, +przeistoczyło się w słodkie i potulne, jak u baranka. + +Zaadresowawszy list, Dzierżymirski zadzwonił na lokaja. Gdy ten się +zjawił, polecił mu odesłać pismo natychmiast. + +- Czy jest kto? - zapytał. + +- Pan hrabia z Melsztyna... Czeka w salonie - brzmiała odpowiedź. + +- Powiedz, że przepraszam, i za chwilę go proszę! - rozkazał Roman, gdy +zaś lokaj znikł za drzwiami, uprzejmie z kolei zwrócił się do +nieznajomej. + +- Słucham panią... Czem służyć mogę? + +Przybyła poprawiła się na krześle, zrobiła minę słodszą jeszcze, i +zmieszana nieco przemówiła: + +- Mój mąż, znając tak dobrze szanownego pana prezesa, tak często +wspominał mi o jego szlachetności, zacności, dobrem sercu, że... - tu +przerwała na chwilę, widząc zdumioną minę Dzierżymirskiego, poczem +ciągnęła znów dalej, straciwszy widocznie wątek poprzednich myśli, bo +nie dokończyła już poprzedniego zdania: + +- Mój mąż, Nepomucyn, zawsze mawiał mi takich ludzi potrzeba nam więcej, +jak prezes Dzierżymirski; ludzi hartu, żelaznej woli, inteligencyi +rzutkiej, prawości charakteru... O, mój mąż bardzo, bardzo cenił pana +prezesa... - i zawikławszy się ponownie w wygłaszane przez się pochwały, +nieznajoma zatrzymała się chwilę. + +Dzierżymirski, zniecierpliwiony nieco, skorzystał skwapliwie z przerwy. + +- Przepraszam panią - spytał grzecznie - jak godność i imię męża pani? +Czy żyje?... + +- Nepomucyn Wygrzywalski - odparła zapytana - zmarł rok temu... Świeć, +Panie, nad jego duszą! - westchnęła. + +Dzierżymirski zmarszczył brwi i zamyślił się chwilę. + +- Nie przypominam sobie, bym miał przyjemność znać osobę tego +nazwiska... - wycedził z wolna. + +Z pod uśmiechniętych słodkawo i mile, siłą woli ułożonych rysów +przybyłej, błysło ku Romanowi urażone i groźne spojrzenie. + +- Jak to ? - odezwała się obrażonym nieco i kwaskowatym jakby tonem. - +Być nie może ?.. Pan prezes chyba przypomnieć sobie tylko nie raczy... + +- A jak dawno? - łagodniej nieco przemówił Dzierżymirski. - I ile razy - +słowa ostatnie podkreślił, uśmiechnąwszy się ironicznie - widział mnie +mąż pani? + +- O! kilka razy zaledwie miał sposobność... - pośpieszyła z odpowiedzią +przybyła. - Dwa, trzy może... Ale widzenie się to było dlań przyjemnem +nad wyraz - utkwiło mu w pamięci... + +- Ach, mąż mówił mi tyle razy - ciągnęła dalej słodkawo, z wymuszonym +okolicznościowym uśmiechem, - że, naturalnie, poza zasługami +społecznemi, tak przyjemnego, sympatycznego, miłego człowieka, jak pan, +nie znał był dotąd, i dla tego też myślałam, że i pan prezes... - tu +urwała swe przemówienie pani Wygrzywalska, śledząc na twarzy Romana +wrażenie słów swoich. + +Ten jednakże, zrażony nieco rzucanemi mu w twarz ni przypiął, ni +przyłatał, pochlebstwami już powtórnie, i całkiem notabene, niezręcznie, +odrzekł zimno: + +- O, proszę pani... Ja widuję po trzydzieści, czterdzieści interesantów +dziennie... Połowa z nich nieznaną mi bywa zazwyczaj - liczbie tych więc +znajdował się zapewne mąż pani... Dlatego też nie przypominam go sobie. + +Jak pocisk zjadliwe tym razem i całkiem już obrażone uderzyło w lica +Dzierżymirskiego spojrzenie pani Wygrzywalskiej. + +- Dziwi mnie to niewymownie, że tak uporczywie pan prezes przypomnieć +sobie mego męża nie raczy... - odezwała się uszczypliwie, a w glosie jej +czuć było śmiertelną obrazę. + +- Przecież ostatecznie - mówiła w tym samym tonie dalej - jak i mnie, +tak i jego, tu w mieście znało dużo osób... Nie dalej, jak hrabiowie +Olscy, zacności i poczciwości ludzie, z którymi mnie łączy nawet +stosunek przyjaźni... Wyjechali za granicę wczoraj właśnie... Następnie +również i nieodżałowanej pamięci książę Topór-Toporski Alfred tak łaskaw +był za życia opiekować się nami... - kończyła przybyła z godnością. + +- Chce zaimponować mi znajomością z książętami, a to oryginał baba, - +przemknęło przez myśl Dzierżymirskiemu i uśmiechnął się jednocześnie, +zrobił bowiem i inną w tej chwili uwagę, a mianowicie, że jakoś za wiele +było nieboszczyków w gronie ludzi, na których powoływała się siedząca +przed nim jejmość. + +Chcąc przytem przeciąć zarazem zapowiadającą się prawdopodobnie znów na +długo tyradę słów, pozbawionych, jak i poprzednie, ścisłej logiki, rzekł +szybko: + +- Przepraszam bardzo: Nie mogła by mnie szanowna pani powiadomić jednak, +czemu właściwie zawdzięczam jej wizytę? + +Na tak jasno postawione ultimatum zmieszała się przybyła i wyjąkała: + +- Nie wiem doprawdy, jak ja, wdowa nieszczęśliwa, zdobyłam się na taką +śmiałość... Ale, przynaglona materyalnem położeniem bez wyjścia, ufając +w przyjaźń, którą żywił mój mąż nieboszczyk do pana prezesa, chciałam +prosić o drobną pożyczkę... - urwała na chwilę, poczem głosem śmiałym +już teraz i godności pełnym, dodała: + +- Co do oddania - nie może być obawy żadnej, ponieważ ludzie mnie +znają... A zresztą... - tu uśmiechnęła się z dumną - pochodzę sama z +arystokracyi, więc... + +To "więc" było wypowiedziane takim tonem, iż rozwiewać się zdawało +wszelkie co do zwrócenia kwoty wątpliwości; jejmość nie dokończyła +zdania, a spojrzała tylko przenikliwie na słuchacza swego, jakby pragnąc +odgadnąć, jakie wrażenie nań uczyniło powiedzenie jej ostatnie. + +Dzierżymirski zaś tymczasem, zdziwiony nieco tym epilogiem, uśmiechnął +się pod wąsem nieznacznie. + +- Czy wolno wiedzieć - z której? - z kurtuazyą zapytał. + +- Rodzę się z domu kniaziówna Rąrowska - z godnością i namaszczeniem +odparła dumnie wdowa. + +Dzierżymirski ponownie uśmiechnął się z ironią. Rodzina ta prawie, że +już całkiem wygasła, aczkolwiek dawna bardzo, według heraldycznych i +historycznych danych, nigdy nie miała praw do żadnych w ogóle tytułów, +prócz kopertowych chyba. + +Słysząc zatem wypowiedziane tak czelne kłamstwo, Roman nie odpowiedział +nic, a tylko wpatrzył się badawczo, z uwagą, w twarz siedzącej przed nim +kobiety. + +Od początku już samego dziwiły go jej rozmowa i zachowanie całe, teraz +więc, gdy wiedział cel wizyty, bystrym wzrokiem rozumnych oczu wpatrywał +się wciąż w rysy przybyłej. Trwało tak minut parę. + +I pod spojrzeniem tem nagle spuściła wzrok kobieta... + +Po raz pierwszy od kwadransa spadła z twarzy jej obłudna, fałszywa i +układna, a przyodziana li tylko w imię pozorów, maska. Zorane policzki +wdowy okrasił lekki rumieniec, a pod wpływem jakiejś myśli zapewne, +wyraz jej oblicza, prawdziwy i szczery, mignął na chwilę przed oczyma +obserwującego mężczyzny. + +I to ocaliło nieboraczkę. Zniecierpliwiony bowiem dotąd obecnością jej +Roman, i zdecydowany już prawie wyprosić za drzwi kniaziównę "de domo", +zamyślił się nagle. + +Po chwili zaś, jakby wynik przelotnego egzaminu fizyonomii przybyłej, +był dlań wystarczającym zupełnie, spuścił wzrok. + +I snać wiele niekłamanego, a tajonego bólu, oraz nieszczęścia +prawdziwego może wyczytał był na tej twarzy gościa swego; bo po minutach +jeszcze paru zastanowienia i wahania, milcząc, sięgnął rękę klamki +drzwiczek wbitej w ścianie ogniotrwałej kasy, i - wyjąwszy stamtąd +papierek dziesięciorublowy, położył go na stole. + +Posunąwszy zaś banknot ten z lekka ku siedzącej, rzekł tylko: + +- Służę pani! + +Poczem, gdy pieniądz ów schowała, obsypując ofiarodawcę swego potokiem +słodko przyprawionych komunałów, zadzwonił na lokaja: + +Posłuszny, zjawił się sługa za chwilę. + +- Proś pana hrabiego! - rozkazał Dzierżymirski. + +- Już wyszedł. Mówił, że wpadnie kiedy indziej, bo czekać więcej nie +miał czasu... Kazał przeprosić jaśnie pana, bardzo i zostawił tu bilet +swój, na którym coś napisał, - i przy tych słowach lokaj podał bilet. + +Roman rzucił nań okiem... + +Pani Wygrzywalska jednak przerwała mu czytanie. Do swej roli wracała +powtórnie. + +- Przepraszam bardzo szanownego pana prezesa - poczęła mówić swym +poprzednim tonikiem - ale wiedzieć chciałam właśnie, jak adresować mam +przy zwrocie tej kwoty, tak wspaniałomyślnie, szlachetnie, mi +udzielonej... Pan prezes podobno na długo wyjeżdża?.. + +Roman na te słowa uśmiechnął się złośliwie i odparł: + +- O, łaskawa pani ! Adresem zupełnie dostatecznym będą dwa słowa : "R. +Dzierżymirski." Żegnam panią... - tu powstał z siedzenia i skłonił się z +daleka. + +Pożegnany z kolei ukłonem sztywnym nieco odchodzącej +"pseudo-arystokratki", Dzierżymirski zwrócił się do lokaja: + +- Jest kto? - zapytał. + +- Jakiś pan powiada, że jaśnie pana zna dawno, chce się widzieć +koniecznie. + +- Jak wygląda? + +- Taki sobie... nie bardzo pokaźny... + +Codziennie, od dziewiątej do dwunastej z rana, każdy miał wstęp wolny do +"pana prezesa". Dzierżymirski nie odstępował nigdy od powziętej raz +reguły, tym razem więc zarówno rzucił obojętnie: + +- Proś!.. + +Sam zaś do biurka zasiadł, by skończyć czytanie biletu hrabiego z +Melsztyna. + +Minęło parę minut. + +Zaczytany, nie spostrzegł był Roman, że na środku pokoju od pewnego już +czasu stał młody człowiek, lat około trzydziestu pięciu, i patrzył nań +uporczywie. + +Pod siłą tego wzroku podniósł oczy Dzierżymirski, a ujrzawszy przybysza +zbladł; poznał go bowiem od razu, nie dał jednak poznać tego po sobie, +nie podniósł się z miejsca nawet, a tylko ruchem ręki obojętnym wskazał +krzesło. + +- Proszę pana... Przepraszam... za chwilę... Nieznajomy zarumienił się, +nie rzekłszy nic jednak, usiadł pokornie na koniuszczku stołka, +Dzierżymirski zaś sięgnął po jakieś księgi, leżące - opodal i zagłębił +się w nich, ze skupieniem. + +Ale tylko na pozór... W rzeczywistości zaś potrzebował czasu, by +ochłonąć z doznanego przed chwilą wrażenia. + +Przed nim znajdował się towarzysz, niewidziany już od lat siedmiu - +jeden z dwóch pierwszych ludzi, z którymi się był zbratał, przyjechawszy +niegdyś do kraju sam, nieznany i biedny!.. + +I nagle, wywołane przypomnieniem, stanęły mu w myśli jasno te chwile +dawne !.. Ukazała mu się żywo w wyobraźni straszna noc moralnego +przełomu jego życia, noc udręczeń w izdebce na poddaszu - noc walki z +uczciwością z jednej strony, a nędzą, ułudą miłości, pragnieniem życia - +z drugiej!... + +Wszak siedzący oto teraz przed nim młody człowiek był jednym z tych +dwóch właśnie, którzy, gdy on nurzał ręce w kuszącem go swą potęgą +złocie, stukaniem nagłem we drzwi izdebki wstrząsnęli nim tak silnie... + +I Roman, przebiegając spojrzeniem w duchu to wszystko, mówił do siebie +jednocześnie: + +- Dziwnem jednak jest to życie nasze... O, jakże dziwnem !.. Gdyby nie +to złoto, a później Monte Carlo, Ola i śmierć jej ojca, oraz dziedzictwo +po nim, nie byłbym przecie nigdy tem, czem dziś jestem!.. + +Przepastna ironia - koło bez wyjścia!.. + +Dzierżymirski, pochylony nad grubą księgą, której cyfr i kolumn ich nie +widział zgoła - pogrążonym się ciągle być zdawał całkowicie, w rachunku +i pracy. + +Milczenie zupełne - panowało w pokoju, w ciszy zegar wydzwonił niebawem +godzinę wpół do dwunastej. Roman się ocknął; zostawało mu już tylko pół +godziny czasu. Uczynił nad sobą wysiłek i głosem spokojnym zupełnie +przemówił obojętnie: + +- Z kim mam przyjemność i czem służyć mogę?.. + +- Herman Zieliński. Czy pan.. prezes naprawdę mnie sobie nie przypomina? +- odparł młody człowiek dobitnie. + +Dzierżymirski zawahał się chwilę. + +- Zielińskich znam wielu - rzekł z wolna - nazwisko pańskie ma +przedstawicieli tak licznych... Zresztą... może... Przykro mi bardzo, +lecz doprawdy nie przypominam sobie... + +- Ja za to - odpowiedział młodzieniec, akcentując silnie słowa - +przypominam sobie aż nadto dobrze... Poznaliśmy się przed laty siedmiu; +ja, pan i Jasio Zboiński stanowiliśmy przez czas jakiś nierozerwalną +nawet trójkę. Potem... pan przestałeś stopniowo nas poznawać... Kolej to +zwykła rzeczy świata tego, prawo ludzkie - być może... Pan wznosiłeś się +po drabinie społecznej wysoko, my ginęliśmy w cieniu... Pan dosięgłeś +jej szczytów obecnie, my, to jest ja, zostałem u jej podnóża... + +Zatrzymał się w przemówieniu swem młody człowiek, po chwili zaś dodał; z +goryczą: + +- Jednak... myślałem, że pan... prezes, pomimo to, raczy mnie sobie +przypomnieć. Cóż robić - omyliłem się!.. - młodzieniec powstał, gotów do +wyjścia. + +- Ale cóż znowu !.. - wykrzyknął słuchający go dotąd w milczeniu +wahającem się Dzierżymirski, a zarazem, powstawszy śpiesznie z miejsca, +przyjaźnie wyciągnął rękę ku przybyłemu. + +- Witam i przepraszam... Pamiętam te czasy doskonale, tylko pan +zmieniłeś się do niepoznania. Cóż Zboiński, cóż pan - porabiacie +teraz?.. Niechże pan spocznie, proszę bardzo... - dorzucił Roman +łaskawie i swobodnie, teraz bowiem panował już całkiem nad sobą. + +Zieliński, poznany, usiadł i ośmielony odparł: + +- Cieszy mnie niewymownie, że pan przypominasz sobie lata owe.. Dla +mnie, wyznać muszę, okres ten cały życia mego stanowi przyjemne nader +wspomnienie - urwał, i uśmiechnąwszy się ironicznie, zachowując jeszcze +swój ton sprzed chwili, dorzucił dobitnie: + +- Ba, dawniej przecie my ze Zboińskim, we trójkę, mówiliśmy sobie "ty" +nawet! + +- Cóż pana obecnie do mnie sprowadza? - przerwał Dzierżymirski +pośpiesznie, niechcący jakby, puszczając mimo uszu ostatnią uwagę. + +- Rad jestem niezmiernie z widzenia się naszego, z przyjemnością usłużę, +jeśli będę mógł to uczynić...- dodał jeszcze, jak mógł najprzychylniej. + +Choć zmrożony nieco początkiem zdania, Zieliński spojrzał przyjaźnie na +Romana, poczem odezwał się: + +- Dziękuję, i zobowiązany jestem panu bardzo, bardzo, panie... +prezesie!., - uśmiechnął się znowu, +z goryczą - początkowo jednak winienem w krótkich słowach objaśnić go +nieco o położeniu mem obecnem. + +- Słucham - przerwał szybko Dzierżymirski i spojrzał na wiszący mały +zegarek, wskazujący w tej chwili trzy kwadranse na dwunastą. + +Zieliński dostrzegł ruch jego. + +- O! to niedługo potrwa! - pośpieszył z zapewnieniem. + +- Nic nie szkodzi, proszę bardzo... - odparł Roman. - O pierwszej mam +ważną sesyę, a że wyjeżdżam już za dni parę, obecność moja jest tam bez +opóźnienia konieczną. Ale... słucham pana... - powtórzył znowu +uprzejmie. + +- Otóż więc, streszczam - rzekł Zieliński. + +- Życie moje odmiennem potoczyło się korytem od życia pańskiego, a nawet +Zboińskiego Jana. Pan - nie ma co mówić o tem ; całe miasto godzi się +jednogłośnie, że o zdolniejszego i bardziej wpływowego zarazem człowieka +u nas trudno... Zboiński jest lekarzem na prowincyi i wiedzie mu się +niezgorzej, a ja... - tu Zieliński zatrzymał się chwilę - zostałem za +wami, panowie, w tyle, o, bardzo w tyle nawet!... Dlaczego? któż +odgadnie ?.. Zdawałoby się, że los nie poskąpił mi zdolności; szkoły +ukończyłem, z medalem, prawo, z odznaczeniem, ale, niestety, los nie +obdarzył mnie szczęściem do życia! - Młody człowiek znowu, wzruszony +jakby mimowolnie, mówić przestał. + +- Trzy lata temu - ciągnął dalej niebawem - ożeniłem się z miłości, bez +grosza... - rysy, dość regularne Zielińskiego ożywiły się promieniem +wewnętrznym - kochałem ją, tę moją Maniutę, tak, jak kocham ją do dziś +dnia jeszcze, choć jak nie miała, tak i nie ma ani szeląga posagu!.. +Obecnie mam troje drobiazgu... - tu z kolei twarz gościa Romana zasępiła +się smutnie, zatrzymał się, jakby trudno mu było wykrztusić resztę, +czoło zaś białe pociemniało mu od rumieńca - jednem słowem - dokończył - +w domu u mnie - nędza!.. + +Umilkł, nie podnosząc oczu. Po dłuższej chwili, ciągnął: + +- Pomny naszej dawnej znajomości, przyszedłem tu, do pana prezesa, z +pokorną prośbą o posadę, o pracę, choć byle jaką, ale - płatną, o +zarobek, bo jałmużny nie zwykłem przyjmować!.. Byle z głodu nie +umrzeć... byle osłodzić życie tej kobiecie, która mnie kocha, a której +doli dotąd w żadny sposób ulżyć nie mogę!.. - wyrzucił z siebie z mocą. + +Zamilkł i wstydząc się jakby słów własnych, nie podnosił już wcale oczu +na Romana. + +Dzierżymirski zaś z kolei przez czas ten cały śledził słowa i grę +fizyonomii Zielińskiego, a w myślach jego równocześnie stanął wyraźnie +kontrast rażący, pełny ironii, między życiem jego, a życiem tego oto +Hermana, znanego mu dobrze, jako najzdolniejszego studenta uniwersytetu +- z przed laty... Stanowczo nie popłaca być idealistą! + +Ożenił się bez majątku... No, a gdyby tak on, Roman Dzierżymirski, +zgrzeszył był idealizmem, i biedak, ale nieposzlakowany, uczciwy, pozbył +się przed laty nietkniętych banknotów i ożenił się następnie z jaką +dziewczyną zupełnie biedną ?.. + +- No, w każdym bądź razie, jakoś dałbym tam sobie radę! - odpowiedziało +coś butnie w duchu Roman natychmiast. - Posiadam hart, wolę, rozum, +rzutkość, dar oryentowania się trafnego, i spryt - to wiele; a on? +Szlachetny, zdolny, lecz jednak trochę... głupi! + +- Ale czysty ! - ukłuło coś, jakby żądłem Romana. Spuścił głowę i +słuchając dalej losów kolegi Zielińskiego, mówił sobie zarazem: + +- Jednak pomóc trzeba... należy. Dla wspomnień, no, i dla zasady. + +Gdy zaś dawny towarzysz mówić już przestał, odezwał się z kolei: + - Więc życzyłby pan sobie otrzymać zapewne miejsce na kolei, gdzie + jestem prezesem... Niestety, nie mogę, postanowiłem bowiem podczas + całego trwania tam moich rządów, od siebie nie narzucać nikogo... Ale + mógłbym pomieścić pana gdzie indziej. W Banku Handlowo-Przemysłowym, na + przykład, należę do zarządu... Czy znane są panu: rachunkowość + kupiecka, buchalterya i języki obce biegle, jak francuski, niemiecki, a + może i angielski`?.. + +- Niestety, nie! - odparł Zieliński. - Fachowego wykształcenia nie +posiadam, gimnazya klasyczne zaś i wydział prawny uniwersytetu nie +wyszkoliły mnie dostatecznie w żadnym z nowożytnych języków +europejskich... Co innego grecki i łacina... Co się zaś tyczy +rachunkowości, poza arytmetyką i matematyką wyższą, t. j. algebrą, +geometryą, trygonometryą, inną służyć nie mogę... + +I machnąwszy przy tych słowach ręką, w zniechęceniu, młodzieniec, +westchnąwszy smutnie, dodał. + +- Zresztą, panie prezesie, mówiąc szczerze całkiem, przekonywam się +teraz coraz bardziej, iż szkoły nie dały mi zgoła żadnej nauki życiowej +i praktycznej. + +- Ma pan słuszność, zapewne... - potwierdził Roman. - Niedaleko, +szczególniej przy obecnej nadprodukcyi w naszem mieście ludzi fachowych, +zajechałbyś pan ze swym dyplomem, ale nie martw się pan... Spotkałeś +mnie na swej drodze. Ja zaproteguję pana po pierwsze w imię lat dawnych, +po drugie, że należysz pan, jak widzę, do prawdziwie potrzebujących +pracy! - ostatnie słowa silniej zaakcentował Dzierżymirski. - Czy ładny +i czytelny masz pan charakter pisma? + +- Owszem, staranny i czytelny w zupełności! - pośpieszył z odpowiedzią +Herman. + +- No, to dobrze - odparł Roman, i przy tych słowach sięgnął do stojącego +na biurku pudełeczka po bilet wizytowy. - Napiszę słówko do Dyrekcyi +Towarzystwa Ogniowego "Esperanza"... Z dyrektorem jestem w ścisłych +bardzo stosunkach, w tych dniach oprócz tego sam z nim pomówię - odmówić +mi nie może... Od pierwszego przyszłego miesiąca dadzą panu posadę. +Przypuszczam, iż... na początek z jakieś 500 rubli... Będziesz pan +obrachowywał, sprawdzał, a potem przepisywał zapewne ubezpieczeniowe +polisy... Jak się pan zaś wprawisz w owem przepisywaniu, wyrobię, iż +dadzą panu polisy do kopjowania w domu, w ten sposób zarobisz pan +więcej. Zgoda?... + +- Ależ naturalnie - dziękuję stokrotnie, dziękuję po tysiąc razy! +Wdzięczność moja, panie prezesie, nie ma granic!... - i zerwawszy się z +krzesła, Zieliński, wzruszony i uradowany, uścisnął z przejęciem dłoń +Romana. + +Ten ostatni, napisawszy słów kilka, zapieczętował list i powstał, a +podając go młodemu człowiekowi, rzekł: + +- Życzę szczęścia i powodzenia!.. Bardzo kontent również jestem, że pan +zwróciłeś się bezpośrednio do mnie, i że znajomość naszą odnowiliśmy +znowu... Doktorowi Zboińskiemu moje ukłony, gdy go pan zobaczysz!.. + +I Roman Zielińskiemu podał rękę. + +- Dziękuję... Nie zapomnę tego panu nigdy!.. - z serdecznem ciepłem w +głosie odparł młodzieniec, ściskając dłoń dawnego swego towarzysza. + +Dzierżymirski odprowadził go uprzejmie do drzwi, a gdy z Zielińskim +znikło mu z przed oczu przeszłości widmo, odetchnął swobodniej, i +zadzwonił na, lokaja. + +Ten zjawił się natychmiast, niosąc w ręku tacę z kilkoma biletami. + +- Czekają jeszcze? - zapytał Roman, i spojrzał pobieżnie na bilety, a +równocześnie wyjął z kieszeni zegarek, wskazujący już parę minut po +dwunastej. + +- Przeproś tych panów i powiedz, że dziś za późno!.. - rzucił +czekającemu słudze. + +Lokaj wyszedł, a Dzierżymirski przechadzać się począł z wolna po pokoju +i cygaro zapalił, wypuszczając od niechcenia z ust małe kółeczka dymu. + +Cały był jeszcze pod wrażeniem ostatniej wizyty, oraz tej odżyłej z nią +tak nagle świeżo minionej przeszłości. + +I Dzierżymirskiemu czoło poorało się w drobne bruzdy, zamyślony wciąż +tak samo, nerwowym krokiem przebiegał komnatę. + +Od lat kilku, gdy ożenił się był z Olą, nie zmienił się Roman prawie że +wcale. Ta sama inteligentna i piękna twarz południowca, taż sama +młodzieńcza szybkość ruchów, oraz niezmienna wytworność sylwetki całej - +cechowały go obecnie tak, jak i przed paru laty. + +A ileż, ileż zdarzeń przewinęło się dotąd w życiu jego! + +Po odbyciu żałoby na wsi, w Gowartowie, przyjechał z Olą do miasta. Tu, +dzięki dziedzictwu pana Januarego, położeniu towarzyskiemu żony i, +odnowionym własnym stosunkom, zdobył Roman to, co do dziś dnia posiadał. + +Energiczny, rzutki, giętki, sprytny i pełen ambicyi zaszedł wysoko. Ola +kochała go dotąd niezmiennie, ludzie korzyli się przed jego rozumem, +stosunkami, wpływami, a jednak nie był on zgoła szczęśliwym!.. + +I teraz po twarzy jego odgadnąć to również łatwe było. Cierpiał... + +Rozpamiętując w myślach przeszłość własną, zapomniał widać zupełnie o +teraźniejszości. Niby wczorajsze świeże, we wspomnieniach żyły znów te +lata minione, dawne... Jak fata morgana ułudna mamiły wzrok duszy jego +niedościgłą, bo bezpowrotną już dalą, rozpierzchały się, nieuchwytne, to +znów wracały jawne - żywe! + +Widział się więc Roman w poślubnym roku miłości wzajemnej, haszyszów i +upojeń, z dysonansem śmierci teścia swego na końcu i widział siebie +potem lata całe w ciągłych zabiegach, trudach, w prawdziwej, namiętnej +energii czynu, w bezustannej gonitwie za popularnością, wielkością i +znaczeniem. + +Wznieść się!.. wznieść ponad drugich, ponad tłumy - to stało się życia +jego celem!.. Widzieć kornemi te ludzkie masy u stóp swoich - marzeniem +- pomimo samopoznania w głębi duszy, że na to wszystko nie zasługuje się +zgoła, pomimo gryzącej go, jak jad, toczącej go, jak robak, samowiedzy, +że on moralnie nie godzien może żadnego z tych, którzy go ponad siebie +wynoszą!.. + +Bo rzecz zaiste dziwna... Setki zdarzeń, tysiące ludzi przemknęły, jak w +kalejdoskopie, w życiu Romana, a tajemnica jego odległego "wczoraj", +pozostała nadal - tajemnicą... Nikt jej nie odkrył, nikt nie +przypomniał. O właścicielu dwudziestu siedmiu tysięcy głucho i cicho +było, jakby fakt ten cały był li tylko snem strasznym, zaklętą bajką z +tysiąca i jednej nocy! + +A tymczasem życie, tocząc się wartkiem kołem, pochłaniało sobą Romana, +pochłaniało go tak dalece, że bywały chwile, iż zapominał. Ale, +niestety, były to tylko... chwile. + +Sumienie uparcie czuwało bezustannie. Nie było dnia jednego, by +Dzierżymirski w cichości ducha nie uchylił głowy przed przypomnieniem +strasznem; nie mijał miesiąc, by godzin kilka, z dala od ludzi, nie był +zmuszonym przepędzić sam na sam ze sobą i z wyrzutami sumienia. + +O! jakże pragnął on nieraz oddać to złoto cudze, jak pragnął!.. + +Oddać! Ale komu?.. Zwrócić, ale jak, nawet gdyby się i znałazł +właściciel zagadkowy, by nie splamić nieskazitelnego połysku czci +własnej, honoru i opinii człowieka, przodującego społeczeństwu całemu?.. + +W tym samym, ozdobionym granacikową koroną hrabiowską, pugilaresie, +leżały odłożone przezeń na miejsce, owe dwadzieścia siedem tysięcy, w +banknotach i rulonach złota, schowane w tajemnej i nikomu nie znanej +skrytce. Przeznaczone dla zagadkowego właściciela - czekały one nań tam +daremnie. + +Bo gdybyż przynajmniej, choć promykiem małym, rozdarła się ta tajemnicza +ciemność, kryjąca dotąd w swych czeluściach bezustannej zagadki prawnego +pieniędzy tych pana! + +Och, wtedy, będąc choć trochę przygotowanym, niewątpliwie dałby on jakoś +sobie radę! Wolałby bowiem zobaczyć nawet roztwierającą się przed nim +przepaść bez wyjścia, gdyż ufny w swój rozum, znalazłby je na pewno, niż +widzieć ciągle przed sobą ten pełny milczenia sfinksowy spokój, idącego +przed nim ciemnego, nieodwołalnego jutra!.. Przestraszał go on - +przejmował zgrozą... + +Bo Dzierżymirski poza licznemi zajęciami swemi społecznej natury, czynił +dotąd niemal bez skutku wszystko, aby zrzucić z siebie, już raz na +dobre, gniotący go skrycie ciężar wspomnienia!.. + +Podawał więc kilkakrotnie nad wyraz przebiegle i sprytnie ogłoszenia w +pismach, nie tylko w kraju, ale i za granicą, w nadziei, iż wpadnie na +trop właściwy. + +Sam pozatem odbył kilka tajnych wycieczek do ludzi, o których wiedział, +że zgubili niegdyś, bez znalezienia, sumy większe... + +Zbadawszy ich jednak podstępnie, z ostrożna, wracał zawsze z niczem. +Zagadka trwała. + +Teraz wreszcie również, nie dalej, jak za dni już kilka, postanowił +Roman raz jeszcze uczynić próbę w tym względzie i wyjazd za granicę, +zapowiedziany przezeń, dla wypoczynku, "de facto" był związanym ściśle z +tą tylko samą, wiecznie jedną, sprawą. + +Przechadzający się wciąż szybko po gabinecie Dzierżymirski, w chaosie +jątrzących go myśli i wspomnień, schwycił się nagle za głowę i szepnął +do siebie przejmująco: + +- Och, czemuż, czemuż, na Boga, natura obdarzyła mnie sumieniem tak +czujnem, wrażliwem, czemu?.. Byłbym położenie moje brał filozoficzniej, +prościej... Wszak z pieniędzy znalezionych w rzeczy samej korzystałem +tak mało! Przegrałem je przecie wszystkie w Monaco, do ostatniego +grosza, a wygrałem z pieniędzy zupełnie innych! - sofizmat, niezmiennie +ten sam, powracał w umyśle Romana. + +O ile jednak dawniej pocieszał on go chwilami, teraz, dziś - nie działał +już bynajmniej. + +Dojrzalszy obecnie, w niejednem jeszcze przekształcony życia szkołą, +patrzący z odległości lat kilku zimniej daleko na uczynek swój własny +"przywłaszczenia", Dzierżymirski, nie wyzbywszy się dotąd wcale +wszczepionych silnie w dzieciństwie zasad uczciwości, nieprzejednanej, +prawej, czystej, - rozumiał, iż, pomimo pochłonięcia cudzego złota przez +jaskinię gry i dotychczasowej bezkarności - zbłądził, i że wina jego +zgoła nie była mniejszą. Czuł, że życie moralne wykoleiło go +niemiłosiernie, i cierpiał... + +Roman przetarł ręką rozpaloną głowę; atak apatyi nerwowej pesymizmu, +żalu i goryczy, szeroką falą napływał znowu do duszy jego. + +W tej samej chwili na ściennym zegarze wybiło wpół do pierwszej. Roman +się wstrząsnął. + +Sesya, obowiązki, przodownictwo społeczne - trzeba być silnym!.. +Odpocznie później, gdy wyjedzie - za dni parę, teraz odwagi!.. +spokoju!.. + +I uczyniwszy nad nerwami swymi i myślą wysiłek, Dzierżymirski +wyprostował się. Rzuciwszy opodal do połowy spopielałe, cygaro, począł +porządkować śpiesznie porozrzucane na biurku papiery. + +W tej samej chwili do drzwi zapukano trzykrotnie. Roman drgnął i +odwrócił się. Poznał sposób stukania żony, co dzień bowiem, o tej porze, +Ola zwykła była odwiedzać go po pracy. + +- Entrez!.. - rzucił donośnie i czoło jego wypogodziło się natychmiast. + +Ma ją przecież, najdroższą żonę, podporę-kochankę i przyjaciela ! Wszak +wzajemnie nie posiadają przed sobą żadnych tajemnic, prócz jednej - +jedynej! + +Przez próg komnaty do gabinetu wchodziła już Ola, ubrana do wyjścia, w +kapeluszu i sukni, skrojonej elegancko i szeleszczącej jedwabiami +spódnic. + +I ona od lat tych pięciu nie zmieniła się prawie. Wypiękniała tylko +jeszcze bardziej, bujniejszemi stały się kształty i linie jej ciała, +ponętniejszemi, w całym swym czerwcowym rozkwicie, lat już niespełna +trzydziestu. + +Z uśmiechem, przywitali się małżonkowie; Roman ucałował żonę w czoło i +zapytał: + +- Dokądże to tak moja pani? + +- Na ogólne zebranie pań Opieki Ś-go Franciszka z Assyżu; a ty +wychodzisz także?.. + +- A jakże. Na sesyę Związku Kredytowego. + +- Na którą godzinę? + +- O pierwszej się rozpoczyna... + +- Pysznie!.. - zawołała uradowana Ola.- Kazałam właśnie do powozu +zaprządz, podwiozę cię... A śniadanie drugie już jadłeś? + +- Nie, kochanie, czasu mi nie starczyło. Przekąszę coś nie coś na +mieście... + +- Mój ty biedaku !.. - i pogłaskawszy pieszczotliwie męża po twarzy, +uściskała go Ola serdecznie, - taki zajęty zawsze, że nawet prawie nie +można nigdy pomówić z tobą swobodnie... + +- A czyja wina? - przekomarzał się wesoło Dzierżymirski.- Gdy ja do domu +wpadnę, nigdy pani mej nie ma... To zebranie Ś-go Antoniego, Kalsantego, +Ambrożego, - wszystkich świętych jednem słowem... To znów z kolei +opatrywaniu chorych, wenta na przytułki, obrady na zabawy filantropijne, +rozdawnictwa, gwiazdki dla dzieci, rozbieranie ich, ubieranie... Czy ja +w końcu wiem i pamiętam, wszystkie owe tam wasze damskie pseudo-prace?.. + +- No, no... Bardzo proszę, nie wyśmiewać mi się z nas... Niby to wy, +panowie, robicie co na owych sesyach. A jakże! Rozmawiacie zgoła o czem +innem, papierosy palicie, kłócicie się i rozchodzicie. Ho-ho, już ja +wiem dobrze, co mówię!..- odparła z przekonaniem obrażona niby Ola. + +I w ten sam sposób dłużej jeszcze przekomarzaliby się żartobliwie +małżonkowie, gdyby nie wejście lokaja, który zaanonsował: + +- Proszę jaśnie państwa, powóz już czeka... + +- Aaa... to dobrze! - rzekł Roman żwawo, daleki już myślą od dręczących +go do niedawna wspomnień. + +- Nie przebierzesz się Romciu? - zapytała Ola. + +- Ani myślę, nie mam czasu! Patrz, dochodzi już pierwsza... Cóż to, moje +życie, uważasz może, że nie po dżentlemeńsku wyglądam?... - zapytał +lekko. + +- Ale gdzież tam... Cóż znowu?.. Tego myśleć się nie ośmielam - +roześmiała się Ola. - tylko tak trochę... nie świeżo... Czekaj, +przeczeszę cię, poprawimy krawat i oczyszczę... + +Dzierżymirski poddał się pokornie wymaganiom estetycznym żony. + +- No, fertig! Wyglądasz znośnie!.. - zadecydowała Ola po chwili. + +- Phi... tylko? To niezbyt pocieszające, - odparł, śmiejąc się, Roman - +i wyszedł z Olą do przedpokoju. + +W bramie domu czekał już powóz odkryty; Dzierżymirscy wsiedli doń +pośpiesznie, lokaj wskoczył na kozły i ruszyli. Znany w całem mieście +pojazd "prezesowstwa", zaprzężony w dwa rosłe mieszańce, krwi +anglo-arabskiej, wytoczył się na ulicę i pomknął chyżo. + +Co chwila z pośród idącej po szerokich chodnikach publiczności, lub z +wymijanych powozów, kłaniał się ktoś uprzejmie Dzierżymirskim, a oni, +uśmiechnięci, weseli, tak samo grzecznie oddawali wszystkim ukłony. Po +dłuższej chwili milczenia, odezwał się Roman: + +- Ale, a propos, musisz się tem zająć, Oluniu, bo ja, doprawdy, czasu +nie mam. Dziś, lub najdalej jutro, wysyłamy zaproszenia do wszystkich +naszych znajomych... W sobotę damy raut pożegnalny... J'espere, że nic +nie masz przeciwko temu, moje życie ?.. + +- Ależ, naturalnie!.. - pośpieszyła z zapewnieniem Ola, - lecz musimy +przecież złożyć wizyty... + +- Nie ja, nie ja, cherie!.. To ty za mnie nieodzownie zrobić musisz, +kochanie... Kto nie przyjdzie - pal go licho!.. A zresztą, pas de +crainte, stawią się wszyscy... + +- Dlaczego nie chcesz jechać ze mną? + +- Nie nie chcę, lecz nie mogę. Mam przed wyjazdem jeszcze zajęcia huk! +Nie możesz mieć nawet wyobrażenia, moja droga, co to znaczy wyrwać się +na miesięcy kilka, jak tego pragnę, z tego kołamych rozlicznych +obowiązków - c'est un vrai tour de force!.. - Dzierżymirski zamilkł na +chwilę, poczem kończył: + +- Bo pomyśl tylko... Tu znaleźć na czas ten cały zastępcę, tam znów +wycofać się zręcznie, by nie obrazić nikogo i załatwić wszystkie +czynności już z góry... Więc chyba rozumiesz teraz, iż w wizyty światowe +bawić się nie mogę, najwyżej do kilkunastu wybitniejszych osobistości, i +koniec. + +- Ależ dobrze, już dobrze, nie tłumacz się, nie broń - zrobię wszystko, +mój władco i panie! - z uśmiechem, pocieszyła go Ola. - Pytałam się tak +tylko... Czy wracasz dziś na obiad ?.. + +- Pas possible! - odparł Dzierżymirski stanowczo. - Akurat o szóstej +zebranie nadzwyczajne akcyonaryuszów i komitetu nowego przedsiębiorstwa, +wiesz, Komercyjno -Agronomiczny Związek krajowy... Zjem na mieście. + +- A wieczorem? - pytała dalej Ola. + +- Muszę być koniecznie u księcia Artura, w sprawie budowy nowego +kościoła Św. Jana Chrzciciela; zebranie prywatne w jego mieszkaniu - +obiecałem. + +- Niemożliwym jesteś człowiekiem !.. - roześmiała się Ola, - ja już o +czwartej wracam do domu. + +Umilkli. Wkoło nich śmiało się w słońcu miasto; wiosna czarodziejka +nawet tu, w ciasne ogrodu mury, swój powiew balsamiczny tchnąć potrafiła +- oddychało się swobodniej, szerzej, świeżość majowa pieściła twarze +śpieszących zewsząd tłumów, śmiejących się i wesołych. + +- Stań! - rzucił nagle i rozkaz Dzierżymirski, dotykając z lekka laską +liberyjnych pleców stangreta. Dojeżdżali do wspaniałego gmachu Związku +Kredytowego. + +Powóz zatrzymał się posłusznie. + +- A ce soir! - rzekł Roman, i lekkiem uściśnieniem ręki pożegnawszy +żonę, wyskoczył z ekwipażu. Po kamiennych stopniach krużganka skierował +się ku olbrzymim kutym drzwiom, które, w powitalnym, niskim ukłonie, +otwierał już usłużnie szwajcar miejscowy. + +Na progu gmachu Dzierżymirski obejrzał się i spotkał ze wzrokiem Oli. +Spojrzeniami wzajemnie pożegnali się jeszcze pieszczotliwie, poczem Ola +odwróciła się pierwsza, Roman zaś, ścigając ją oczyma, zatrzymał się i +uśmiechnął... + +W oddalającym się powozie, młoda kobieta po chwili, instynktownie jakby, +raz drugi spojrzała za siebie. Dzierżymirski jednocześnie skinął głową i +znikł za drzwiami, Ola zaś odwróciła się i niedbale rozpięła białą, +koronkami obszytą, parasolkę. Promienie i blaski majowe zalśniły się +jeszcze na jej postaci chwilę, i powóz znikł, pochłonięty wielkomiejskim +wirem. + +------------ + + +Kaskadą świateł i blasków płoną rzęsiście apartamenty Romanowstwa +Dzierżymirskich... + +Z pół otwartych lilii z kryształu, zdobiących gazowe po bocznych +ścianach kinkiety, z żyrandoli i lamp - tu jaskrawo, tam znów łagodniej, +drżą w dusznej atmosferze salonów pęki promieni, spadają deszczem na +tłum wesoły, elegancki i strojny, grają, załamując się w klejnotach +kobiet - pieszczą ich nagie gorsy i ramiona, głaszczą je swym +niewidzialnym dotykiem. + +Gwar stłumiony prowadzonych z ożywieniem rozmów, oraz tłok i ciasnota +panuje w kilku obszerych salonach; część tylko gości siedzi, większość, +wahadłowym ruchem płynącej fali, przechadza się bezustannie, a raczej +dyskretnie przeciska. + +Nie omylił się bowiem w przewidzeniach swych Dzierżymirski. Całe +towarzystwo i wszystkie jego sfery stawiły się na raut pożegnalny +prezesa, wice prezesa, dyrektora i członka licznych instytucyi -rade i +poczuwające się do obowiązku obecnością swą złożyć daninę grzeczności +światowej temu, kto trzymał obecnie w silnej dłoni wątek ich spraw i +interesów - natury społecznej, przemysłowej, filantropijnej, a często +gęsto i osobistej nawet. + +Pełni uprzejmości, dystynkcyi i gościnności szczerej, wśród tłumu swych +gości, uwijali się Dzierżymirscy, zmieniając się kolejno w pobliżu +wejścia pierwszego salonu, dla witania wchodzących co chwila nowych +przybyszów. W końcu jednak i ten czasowy posterunek ich okazał się +wprost niemożliwym... + +Roman i Ola zmuszeni zostali zmieszać się z tłumem rautujących gości, +ustępując sami naporowi ścisku. + +A kwadranse tymczasem mijały szybko. Liczba napływających osób +powiększała się coraz bardziej, wśród szeleszczącej zaś, barwnej fali +gości, w liberyi i pończochach, ukazywać się poczęli, posuwając się z +trudem, lokaje, z wielkiemi srebrnemi tacami... U wejścia zaś salonów, +wyparta zwiększającą się falą ludzi, stanęła zwarta gromada mężczyzn, +tamując w ten sposób po prostu komunikacyę do przepełnionych nad miarę +apartamentów. + +Młodzieniec, ciemny szatyn, nieposzlakowanie elegancki, o +impertynenckiej nieco, choć wielkoświatowej powierzchowności, wchodził w +tej chwili do mieszkania prezesowstwa Dzierżymirskich. + +Znalazłszy się niebawem poza zbitą u drzwi garstką panów, na razie nie +mógł postąpić ani kroku naprzód. Widząc to, skrzywił swe wąskie usta, i +wspiął się dyskretnie na palce. + +Ponad zbliżonemi, wypomadowanemi głowami stojących mężczyzn, ujrzał +dokładnie kołyszące się morze kobiecych biustów, główek czarownych, +pięknych, różnobarwnych tualet, gorsów i fraków i mruknął do siebie: + +- Ho-ho!.. pas mal... + +Spojrzał następnie na stojących opodal rautowiczów. Nie znał żadnego z +nich. Żachnął się niecierpliwie i szepnął znów z cicha do siebie, po +francuzku: + +- Que diable, je ne suis pas venu ici pour garder l'antichambre... + +I jednocześnie posunął się zręcznie naprzód, potrąciwszy zaś lekko po +drodze swej paru sąsiadów, rzucił, z wytwornym ukłonem, kilka: "Pardon", +w rezultacie jednak znalazł się zaledwie o parę kroków naprzód. + +Popatrzył znowu przed siebie, wspiąwszy się na palce. + +- Ach, przecież choć jeden!.. - szepnął z ulgą, tym razem już po polsku, +dojrzał bowiem właśnie poznanego w przeddzień Emila Ładyżyńskiego. + +Rzuciwszy po francusku parę ugrzecznionych przeproszeń, młodzieniec +postąpił znów kroków kilka, aż stopniowo, przepraszając dalej +bezustannie, zdołał dotrzeć do Ładyżyńskiego. + +Ten już go był zoczył. Podali sobie ręce, witając się uprzejmie. + +- Eh bien, chčr comte - zagadnął, z uśmiechem pierwszy pan Emil - jakież +wrażenie z rautu "koroniarzy?.." Trudno się dostać, co? Et, ce qui +touche, gospodarza, prezesa, vous ne le verrez probablement pas, bo jest +akurat pod przeciwnym biegunem. + +- A ja właśnie muszę, bo go nie znam. Pani Dzierżymirska była tak bardzo +uprzejmą zaprosić mnie, bo złożyłem jej wizytę, lecz prezesa, jako nader +zwykle zajętego podobno, nie widziałem... + +- Ba... ba... c'est simple - potwierdził Ładyżyński - nasz prezesunio +jest to człowiek, który jest wszędzie, ale nigdy u siebie w domu... +Voulez - vous, przedstawię pana. W drogę zatem... Płyńmy, płyńmy, póki +czas!.. - zanuciwszy półgłosem wyrazy ostatnie, rzekł starzejący się +kawaler, i prowadząc za sobą przybysza, puścił się naprzód. + +Ostrożnie, z wolna, dwaj panowie posuwać się zaczęli. Czynność to zaś +niełatwą była. Prócz obawy niezręcznego potrącenia kogoś z wytwornego, a +ścieśnionego grona - musieli oni pozatem lawirować jeszcze bardzo +zręcznie pomiędzy długiemi trenami pań... Ładyżyński jednak radził sobie +wybornie. Co chwila kłaniał się komuś uprzejmie z daleka, lub witał z +bliska, przystawał, rzucał dowcipnych słów parę - rozstępowano się przed +nim. Szedł dalej. + +- Uf, nous y voilŕ!..- rzucił po niejakim czasie towarzyszowi swemu. + +- Widzę Romana, jak peroruje, cŕ va sans dire, o społecznych sprawach... +- Och, i pani Ola jest również niedaleko!.. Quelle chance... + +I pan Emil, odwróciwszy się, skorzystał z wolniejszej nieco około siebie +przestrzeni, wziął pod ramię młodego człowieka i zbliżać się począł +wolno, ku otoczonemu kilkoma rozmawiającymi żywo panami, +Dzierżymirskiemu. Idąc zaś, podrwiwał z cicha, cytując dolatujące +głośniejsze wyrazy i zdania. + +- A co? nie miałem racyi ? słyszy pan ? Cel społeczny, - potęga +działalności, - punkt kulminacyjny, - przesilenie finansowe - etc. i tak +dalej. Jak dowodzi, co? Prawdziwa dystyngowana wieża Babel szumnych +frazesów! + +Młody człowiek słuchał uważnie, uśmiechając się z lekka, tymczasem zaś +jednak znaleźli się obaj tuż koło grupy rozprawiających zapalczywie +mężczyzn. + +- Stój, panie hrabio, skromnie, aż ja zatamuję, przerwę ten oto rwący +potok dyskusyi!.. - odezwał się znów Ładyżyński. + +Nie okazało się to jednak potrzebnem. Dzierżymirski, bierniej od innych +biorący udział w rozmowie, dojrzał już właśnie zbliżającego się pana +Emila. Wyciągając przyjaźnie rękę ku niemu, z serdecznością, przemówił: + +- Emilu? Jak się masz? cóż tak późno? + +Romana z Ładyżyńskim łączyły obecnie stosunki przyjaźni szczerej. +Dzierżymirski polubił szczerze tego wesołego zawsze, patrzącego na życie +trzeźwo bywalca, a przyjaciela rodziny - żony, nie mającego mu przytem +za złe - jak wiadomo - postępku ongi z Olą. + +- Bynajmniej nie za późno - odrzekł swobodnie zapytany, - od godziny +dziś tak rojno, niby u ministra... Dojść do Jego Ekscelencyi nie +mogłem... - z ukłonem, dokończył ironicznie. + +- A... tak. Rzeczywiście. Żegnają mnie czule, - w tym samym tonie odparł +z uśmiechem Dzierżymirski. + +- Czy widzisz, Romanie, - ciągnął Ładyżyński - tego młodzieńca w +monoklu, z takiem znawstwem dyskretnem oglądającego w tej chwili tors +hrabiny P ? + +- Widzę i nie znam!.. - zadziwił się Dzierżymirski. + +- Co? pas possible!., - zadrwił pan Emil. - Nie znasz swoich gości? O, +panie prezesie, wstyd i hańba!.. No, ale nic, wybawię cię z kłopotu i +przedstawię ci go. Ja go znam!.. + +- Jak się nazywa? Il a l'air assez bien!.. + +- Parbleu, çŕ va sans dire. Potomek znakomitego rodu: hrabia +Topola-Topolski - objaśnił Ładyżyński, z ironią. + +- No, już "Topola", to pewnie dodatek twój, Emilu - zaśmiał się Roman - +ale skądże go wyrwałeś?.. + +- Przybył z Galicyi, rodem z Księstwa Poznańskiego - zaprosiła go twoja +żona. Strzeż się, prezesie, pani prezesowa ma swoich protegowanych!.. + +- No, nie gawędź, przedstaw mi go, bo biedak się zanudzi, tak czekając - +rzekł Roman, i ująwszy ramię przyjaciela, skierował się ku Topolskiemu, +idąc zaś, nachylony dyskretnie, szepnął: + +- Tylko nie przedstawiaj mi go comte Topolski, bo ja zmuszonym będę +wobec drugich uczynić to samo... Przecież to nonsens wierutny tytułować +jakiegoś tam Topolskiego hrabią tu u nas, gdzie roi się od +autentycznych, historycznych rodów... + +- E !.. daj pokój, obrazi się, zresztą bogaty i epuzer... - odrzekł z +niechęcią Ładyżyński - in faut lui laisser son illustre illusion. + +- Ależ właśnie, przeciwnie! - przerwał Dzierżymirski. - "Bez złudzeń", +to najlepsza reguła. Et je t'en prie, zrób, jak cię proszę... + +- No, dobrze, dobrze... Uspokój się zresztą... Połknę "comte", ale jeśli +mnie ten dudek wyzwie na pojedynek, to musisz być sekundantem! - +zawyrokował, po swojemu, Ładyżyński. + +- Monsieur Topolski... - szybko wyrzucił po chwili, gdy znaleźli się +koło czekającego na nich młodzieńca. + +- Dzierżymirski... + +Pośpieszył osobiście przedstawić się Roman uprzejmie i natychmiast +zagaił rozmowę. + +- Bardzo mi miło widzieć u siebie gościa z za Kordonu... Wszak pan +przybywa z Galicyi?.. + +- Tak jest. Wczoraj właśnie miałem zaszczyt przedstawić się... i tam +dalej - recytował pośpiesznie Topolski banalną światową odpowiedź, +wyjaśniającą jego tutaj obecność i dotychczasową znajomość z +gospodarzem. + +- Nie zna pan zatem pewnie wiele osób - wysłuchawszy go cierpliwie do +końca, przemówił Dzierżymirski - tymczasem przedstawię pana par ci, par +lŕ, zgoda?.. Venons! - dorzucił przyjaźnie. + +- Bonsoir, monsieur le comte! - w tej samej chwili tuż obok nich +rozległo się powitanie zwrócone do młodzieńca, i przed trzema panami +stanęła Ola, w prześlicznej jasnozielonej sukni balowej, mieniącej się, +przetykanej srebrem, wdzięcznie ubranej kwieciem wodnych nenufarów. + +Topolski skłonił się wytwornie i przywitał z gospodynią domu, oraz, z +wprawą obytego światowca, rozpoczął natychmiast rozmowę. + +Po twarzy Dzierżymirskiego tymczasem na słowa powitalne żony przemknęło +niezadowolenie widoczne i skrzywił się nieznacznie. Postał chwilę w +niepewności, poczem, zrezygnowany, rzucił Topolskiemu uprzejmych słów +parę i znikł w tłumie gości. + +Topolski tymczasem, pomimo powierzchowności, na pierwszy rzut oka +aroganckiej nieco, okazał się miłym i wprawnym "causeur em", a idąc +wolno obok Oli, z ożywieniem rozmawiać z nią nie przestawał. + +- Jak to? - mówiła Dzierżymirska - więc to pan odziedziczył majątek w +naszych stronach... Wolno wiedzieć nazwisko dóbr pańskich?.. + +- Szczęsnaja - odparł Topolski. + +- Ależ to zaledwie o pięć mil od Gowartowa, gdzie z mężem mieszkamy - +objaśniła towarzysza Ola. - Śliczna rezydencya, znam z widzenia... Nie +przypuszczałam zgoła, że będę miała w pana sąsiada. Bardzo mi miło! - +dokończyła uprzejmie. Topolski skłonił się, rzuciwszy jednocześnie +zdawkowo - banalną grzeczność. + +- To pan dziedziczy po hrabi Teodorze Irenhauzie? wszak prawda? - pytała +dalej Ola. + +- Tak, pani; to był mój dziad stryjeczny... - Tak? no, widzi pan... +Znałam doskonale swego czasu dziadka, pańskiego, nous sommes donc en +pays de connaissance... Był to bardzo dystyngowany, zacny i miły +człowiek... + +- Oh, vous ętes bien aimable, madame...- zaczął swą wytworną +francuszczyzną młodzieniec, lecz przerwała mu, snać niedosłyszawszy, +Ola: + +- I objął pan już swe dobra ?.. + +- Nie, pani, jadę tam dopiero za parę tygodni... + +- Pozna pan zatem Ukrainę, - ciągnęła dalej swobodnie młoda kobieta, - +kraj to cudny, śliczny, zobaczy pan... Ja go tak lubię, tak kocham, z +całego serca!.. - kończyła, z ożywieniem. + +- Ot bynajmniej nie jest mi obcą Ukraina - pośpieszył z odpowiedzią +Topolski. - Zaznałem już jej uroku, bywałem bowiem u stryja dawniej, et +je suis tout ŕ fait de votre opinion madame, c'est un pays charmant... +Tyle wdzięku, cichego czaru, w tych drzemiących stepach i polach, tyle +poezyi, w jej dumkach, a tyle, tyle tęsknoty we wszystkiem!.. - z +zapałem, wygłosił ostatnie słowa Topolski. + +Ola, po raz pierwszy, spojrzała nań uważniej. Twarz młodzieńca w tej +chwili pozbyła się całkiem nałożonej konwenansowej maski światowca, +złagodniała jakby i wypiękniała. + +Przesunąwszy uważnie swe rozumne spojrzenie po twarzy swego +nowopoznanego sąsiada wiejskiego w przyszłości, Ola zdziwiła się w duszy +niepomiernie, tymbardziej, że nie poza bynajmniej, ale przeciwnie, +szczerość w ostatnich słowach jego dźwięczała. Nie spodziewała się +podobnego zwrotu w rozmowie banalnej przeciętnego salonowca, za jakiego +wzięła nowego gościa, zamyśliła się zatem chwilę, umilkła, i dopiero, w +parę minut później, przypomniawszy snać sobie obowiązki gospodyni, +uprzejmie bardzo zwróciła się do Topolskiego. + +- Gawędzę z panem, et j'oublie tout ŕ fait, comte, que vous connaissez +ici trčs peu de monde... Wszak prawda? Przyjechał pan dni temu parę +zaledwie... Przedstawię pana... donnez moi votre bras, s'il vous plait. + +Z wdziękiem, Topolski podał natychmiast Oli swe ramię, rozpływając się +jednocześnie w podziękowaniach, grzecznościach i zasypując zręcznymi +komplementami młodą kobietę... Uprzejma gospodyni tymczasem prowadziła +go ku grupie siedzących starszych dam. Im naprzód przedstawiwszy gościa, +skinęła następnie na jednego z kręcących się bezczynnie młodych ludzi, a +zapoznawszy z nim swego protegowanego, poleciła zaprezentować go +młodszym paniom i pannom. + +- Comte Topolski... hrabia Topolski... monsieur le comte Topolski...- +rozległo się po chwili tu i tam po salonach, w milknącym właśnie rozmów +gwarze, tło fortepianu bowiem, stojącego na zaimprowizowanej estradzie, +zbliżała się w tej samej właśnie chwili sławna artystka, śpiewaczka +włoska... + +Akompaniować jej zamierzał znany profesor i muzyk. + +Topolski zaczął przyciszonym głosem zabawiać grupę pań i panien, wespół +z wyfraczoną i wymuskaną młodzieżą, uwaga zaś powszechna zwróciła się +jednocześnie na młodą i piękną Włoszkę. + +Coraz ciszej i ciszej, choć opornie, umilkł w końcu, niby morze, tłum +wytworny i słuchać poczęto, z pozornem zajęciem... + +Wreszcie, w ciszy względnej jeszcze, odezwały się pierwsze akordy, a w +ślad zatem obił się o ściany salonów i uszy słuchaczy melodyjny, o +cudnem aksamitnem brzmieniu, kontralt kobiecy. Złączona w harmonijną +całość z muzyką fortepianu, rozległa się, zadrżała uczuciem włoska pieśń +namiętna i jak świeże tchnienie z pod nieba Italii, spłynęła urocza, na +rojną masę gości... + +Wstrząsnąwszy zaś gamą tonów przepełnione salony, poleciała pieśń +czysta, skrzydlata, daleko - wyrwała się przez okna na ulice miasta +potężna, silna, wcisnęła się do każdego zakątka mieszkania +Dzierżymirskich - zbudziła swym czarem dalekim siedzącego w zadumie w +jednym z najbardziej oddalonych fumoir'ów, Romana. + +Podniósł głowę instynktownie, wsłuchał się w modulowaną artystycznie +pieśń i westchnął po kilkakrotnie... + +Korzystając ze zwróconej ogólnie uwagi na mający się rozpocząć wkrótce +popis koncertowy, Dzierżymirski znużony schronił się był tutaj. + +Myśli dłużej go przytrzymały. Teraz zaś, słysząc daleki, cichnący +stopniowo szmer tłumnego zebrania, a później wyraźne tony pieśni +znakomitej śpiewaczki, złagodzone oddaleniem, piękne, marzące, drgające +uczuciem i siłą - Roman, w milczeniu słuchał nieporuszony - jakby +zaklęty... I odejść stąd nie chciało mu się wcale... + +Poddając się bowiem urokowi słuchanej pieśni, poruszały się, trącone +jakby czyjąś dłonią z lekka, jakieś struny w jego duszy, kwiliły cicho, +grały... + +Tymczasem namiętny glos Włoszki rósł, potężniał... + +Wreszcie w pożegnalnym rytmie ostatnie, donośne, słowa pieśni zabrzmiały +- polały się lawą jakby ekstazy, rozkoszy, upojenia, wstrząsnęły +ścianami cichej komnaty, a dobiegły aż tu, pod stopy Dzierżymirskiego, i +zgasły... + +Nastała drobna chwilka zupełnego milczenia, poczem, zgłuszony nieco +oddaleniem, zabrzmiał oklask przeciągły, długi, szczery... + +Roman przetarł dłonią czoło i powstał... Trzeba było powracać do +obowiązków niestrudzonego gospodarza domu. + +A tak dobrze było mu tutaj! Dawno nie pamięta tak cichej, niczem nie +zamąconej chwili, bez zgrzytu żadnego, bez rozterki... + +Rozterka!.. Była przecież ona jego życiem. Tak. Nie tem zewnętrznem, dla +ludzi, dla świata, ale tem prawdziwem, wewnętrznem - dla siebie. + +Cień smutku powlekł piękne rysy Dzierżymirskiego; rozpamiętując coś, +zadumał się on znowu. + +Nagle brwi zmarszczył, i jakby przypomniawszy coś sobie, sięgnął szybko +do kieszeni fraka, skąd wyjął welinową podłużną kopertę. Rzuciwszy +uważnem okiem na wypisany, drżącą ręką, dokładny adres, odczytywać go +począł. Był to zaś list do niejakiego pana Wiktora Orlęckiego w Paryżu. +O pismo to chodziło Romanowi bardzo od kilku już tygodni, to jest od +czasu, gdy się dowiedział, że wzmiankowany powyżej, Wiktor Orlęcki, +zamieszkał w stolicy świata z oszczędności i musu po stracie +-majątkowej, wynikłej, jak mówiono, ze zguby, przed samym terminem +licytacyi majątkowej, sumy pieniężnej. + +Opowiadanie to, posłyszane przypadkiem, uderzyło Romana +Dzierżymirskiego. Rodziny Orlęckich nie znał, szczegółów dowiedzieć się +nie mógł... Wiadomość ta jednak niepokoiła go; ogarniać go poczęła chęć +niezbadana stanowczego zobaczenia się, z owym Wiktorem Orlęckim, oraz +wybadania go zręcznego. + +I od chwili tej nie znał już pragnień innych... + +Wreszcie poznał się umyślnie pewnego dnia z bogaczem, sławnym odludkiem +i dziwakiem, Hugonem Orlęckim, jedynym krewnym zamieszkałego, w Paryżu +Wiktora, by w jakikolwiek bądź sposób móc dotrzeć przez niego do +nieznanego mu zgoła człowieka, a trzymającego, może, kto wie, nić jego +własnej zagadki! Dziś dopiero, na kilka godzin przed rautem, udało się +zdobyć list od starego samoluba, dla którego napisanie go nawet było +ofiarą niewątpliwie wielką, zerwał bowiem zupełnie stosunki ze swym +krewnym. + +Pismo to było w kwestyi oderwanej całkiem; treść, poddana przez samego +Romana, polecała tylko oddawcę w pewnej sprawie względem synowca starego +bogacza, posiadając jednak list ów w kieszeni, Dzierżymirski odetchnął. +Łatwiej mu już bowiem było, mając sposobność poznania owego Orlęckiego, +potrącić w rozmowie z nim o temat pieniężnej zguby, którego, jako obcy +zupełnie, prawdopodobnie tknąć by nawet z nim nie mógł. + +- Ba!.. jeszcze jeden... - westchnął Dzierżymirski i skierował się +śpiesznym krokiem ku rozbrzmiewającym już wrzawą salonom. + +Tam, po uczcie artystycznej ducha, przechodzono właśnie do dużej pustej +jadalnej sali, by z kolei przystąpić do uczty ciała i pokrzepić się +jadłem, za stawionem pokaźnie i suto, na olbrzymim podłużnym, przybranym +kwiatami, stole. + +Roman stanął w cieniu portyery, u wejścia jednego z ustronnych buduarów, +gdzie w tej chwili nie było nikogo, i objął spojrzeniem swych gości. + +W jego ogromnych salonach było już nieco przestronniej; tu i tam +siedziano jeszcze, rozmawiano, lub przechadzano się swobodniej... +Wypuklej występowały teraz wspaniałe toalety kobiet, mieniły się +tęczowymi kolory. + +Na alabastrowych szyjach, piersiach i ramionach wachlujących się +zalotnie dam, łatwiej można było dojrzeć obecnie wspaniałe klejnoty, +połyskujące, na równi ze spojrzeniami ich oczu... + +Na lewo zaś, ku sali jadalnej, ścisk natomiast panował. Wiele osób +dyskretnie w ostatnim, trzecim z rzędu, salonie, oczekiwało, rautując +tymczasowo, kolei swej, bo przy stołach biesiadnych pełno już było +gości, posilających się, przeważnie stojąc, wystawną, urządzoną na zimno +kolacyą. Paniom i pannom usługiwali panowie, jedząc, flirtując, śmiejąc +się i bawiąc wesoło. + +Obejmując sale wzrokiem, dłuższą już chwilę stał tak Dzierżymirski, a na +twarzy jego, w ślad za +pewnym jakby odblaskiem wewnętrznej próżności, zawitał teraz +melancholijny cień... + +- Przyszli tutaj - myślał - tak, stawili się z różnych obozów, sfer, +przybyli i wielcy, i mali, bawią się obecnie swobodnie, weseli, +splatając zarazem swą obecnością dług grzeczności światowej, zaciągnięty +u niego - pożyczkę moralnych usług, czynności, zabiegów... + +Ha, zapewne! Lecz gdyby tak oto niespodzianie, nagle, dowiedzieli się +tutaj oni wszyscy, co poza jego, Dzierżymirskiego, powłoką się kryje, +gdyby w zawrotną głąb duszy jego zajrzeli!.. + +O, niewątpliwie! Przeczytawszy ukrytą tam tajemnicę, odwróciliby się ze +wzgardą... + +Dzierżymirski nieuczciwy? Jak to?.. Prezes, wiceprezes, człowiek czynu, +energii, żelaznej woli, nasz najzdolniejszy, znany i poważany w +szerokich kołach miasta?.. + +Jakaś pełna zgrzytów, piekąca ironia roześmiała się na glos w duszy +Romana. + +- Ha-ha-ha!.. ha-ha-ha !.. Oszukujesz ich ty!.. Ty, czczony, wielki! +Zasypujesz im oczy błyszczącym piaskiem, kpisz sobie w duchu z nich +wszystkich!.. + +Roman wstrząsnął się... W przywidzeniu nagłem ujrzał on te klasy, sfery +- tych wszystkich, przechadzających się przed nim, strojnych ludzi, +unikających jego wzroku, ukłonu, uchylających się od podania mu ręki, ze +wzgardą zimną, suchą na obliczu... + +I Dzierżymirski, wzburzony nagle, podniósł głowę hardo, wstrząsnął bujną +czupryną, śniada twarz jego przybrała wyraz energii, oraz niezłomnej +woli, i wyszeptał: + +- Nie dam się, nie dam!.. - zacisnął instynktownie pięści i dokończył +ciszej jeszcze: - Korzą się oni przede mną, kornymi zostaną; bo ja tak +chcę i tak być musi!.. + +Dzierżymirski bowiem w tej chwili nie bał się rzeczywiście ciemnej, +nierozwiązanej jeszcze życia zagadki - ufał w siebie!.. + +W ukryciu swem, niedostrzeżony przez nikogo, stał długo jeszcze... +Uspakajał się stopniowo, a z równowagą umysłową, wywalczaną zwykle wolą +żelazną - codzienny, tajony przed drugimi, smutek, pełny samowiedzy, po +raz setny znowu wstępował do duszy jego. + +- Galernikiem jestem!... - szepnął Roman z goryczą. - Nie tym, z piętnem +ludzkiej sprawiedliwości na czole, potępianym, ale może gorszym jeszcze, +bo moralnym - tym, któremu honory pod nogi rzucają hojnie, a on je z +rumieńcem wstydu ukryć by rad przed sumieniem, lecz nie może!. W ciemnię +zagadki wpatrzony błędnie, wijący się bezustannie w ducha rozterce, +niewolnikiem błędnego koła przeznaczenia własnego jestem, bryzgającym +światu fałszem mego "ja", potrafiącym go odurzyć komedyą, graną +znakomicie, nie mogącym zaś, niestety, zagłuszyli tylko - siebie!.. + +(przypis - tu książką jest spalona, elementy wzięte w nawias kwadratowy +są dokończeniem wyrazu, bądź oznaczeniem przerwy w tekście) + +I Dzierżymirski przesunął dłoń po czole, jakby pragnąc zetrzeć z niego +ostatecznie myśli nieposłuszne. Stanął po chwili przed lustrem, +rozczesał starannie włosy i brodę, poprawił szczegó[ły swej] toalety, a +przybrawszy zwykłą codzie[nną pozę] oblicza - przestąpił sprężyście próg +z[ bu]duaru... Rzucił znowu oczyma po salac[h ]. + +Druga, czy trzecia partya gości [ ]raz wieczerzę, a tamci, syci, +przechad[zali się po] nim. Nagle ujrzał w dali sylwetkę w[ ] szukającej +uparcie wzrokiem kogoś ws[zak po] chwili oczy ich spotkały się, Ola +uśmie[chnęła się ] i przyzywać go poczęła skinieniem głowy. +[Równocze]śnie ktoś szybko uchwycił za rękę Romana. + +- Qua diable, ekscelencyo!.. - zabrzmiał głos Ładyżyńskiego. - Co z tobą +się dzieje? Kolacya rozpoczęta, pani Ola cię szuka, goście dopytują się +o ciebie bezustannie, a tyś, jak w wodę wpadł... Bój się Boga, wielki +człowieku, cóż z ciebie za gospodarz domu!?.. - i pan Emil, wziąwszy pod +rękę Dzierżymirskiego, prowadzić go począł poprzez salony. + +Roman zaś teraz dopiero zdał sobie sprawy dokładnie, jak widocznie długo +nie było go pomiędzy gośćmi. + +- Telefonowano do mnie, interes bardzo ważny!.. Naprędce załatwić +musiałem korespondencyę... - skłamał gładko. + +- Ach, zawsze z ciebie ten sam interesoman - zaśmiał się Ładyżyński - +wiesz co ? Ja myślę, że jeżeli tak dłużej potrwa, to i w nocy będziesz +przewodniczył sesyom, a niby ś. p. Napoleon godzin parę tylko spoczywał +w objęciach Morfeusza!.. + +(przypis - druga strona spalenizny) + +[Rom]an na tę uwagę nic nie odpowiedział, bo [ ]go. Panowie i panie +przywłaszczali so[bie ]gi nieobecnego tak długo gospodarza do[ ]ię z nim +w rozmowy, na których dnie, [ ]rył się i tu nawet, zręcznie wyzyskujący +[ int]eres osobisty. + +[Dzierży]mirski zaś, ze zwykłą sobie pozorną po[wagą ] poddawał się +temu wszystkiemu uprzej[mie rozmaw]iał z ożywieniem i niebawem znikł z +oczu, [ ] falą gości. W tryby swe, kółeczka i koła [ ]ała go znowu +machina życia, ścierając walkę [my]śli, wrażenia z przed chwili, +barwnym, bawiącym się "towarzyskim światem", tak, jak wczoraj czyniła to +interesami, sesyami, pracą społeczną, lub czem innem wreszcie... + +To właśnie życie czynne było największem może czasowem lekarstwem +Romana - było jego morfiną, której za moralną dawką zapominał chwilowo o +wszystkiem. + +Tymczasem czas mknął szybko. Po skończonej już zupełnie kolacyi, przez +czas krótki do kulminacyjnego punktu ożywienia doszedł raut prezesowstwa +Dzierżymirskich... Salony rozbrzmiały zdwojoną zabawą i rozmową. Na +wszystkich prawie twarzach widniało szczere zadowolenie, co w wielkiej +mierze zawdzięczano niezmordowanym, gościnnej uprzejmości pełnym +zabiegom Romana i Oli. + +Eleganckie ich sylwetki, wśród barwnej lśniącej fali zaproszonych osób, +migały szybko, znajdowały, zdawało się, wszędzie, by tylko uprzyjemnić, +rozruszać i zabawić wszystkich, umiejętnem przedstawianiem, dobieraniem +wzajemnem kół i kółeczek swych gości. + +Wreszcie stopniowo, z wolna, w salonach ukazywać się poczęło coraz +więcej swobodnego miejsca... + +Wybiła gdzieś godzina wpół do trzeciej. High life miejscowy pierwszy +dało hasło do odwrotu, za jego przykładem, śladem poszły i sfery inne... +Przed domem, oraz na asfalcie obszernego dziedzińca zatętniały liczne +uderzenia kopyt końskich, zamajaczyły ogniki u latarń dziesiątek powozów +i karet. Rozjeżdżało się tłumnie i coraz szybciej. + +U wejścia wyludniających się coraz bardziej salonów, znowu stali teraz +Dzierżymirscy, żegnając wszystkich serdecznie i grzecznie nad wyraz. + +- N'est ce pas ? do zahaczenia w Gowartowie?.. - rzuciła na pożegnanie +Ola odchodzącemu już w tejże chwili Topolskiemu. + +- Najmilszym to dla mnie będzie obowiązkiem!.. - zabrzmiała, w ukłonie +wytwornym skwapliwa jego odpowiedź. + +******************************************* + +Noc wiosenna, cicha, przez otwarte wszystkich apartamentów okna, +zajrzała w swej gwiaździstej szacie do salonów Dzierżymirskich. + +Ciepłym, rzeźkim powiewem zmieszała się ona z pozostałą tu wonią perfum, +potu ciała i oddechów ludzkich, - tchnieniem swem dotknęła głów +siedzących w zacisznym buduarze Romana i Oli. + +Ola z lubością wciągnęła w piersi oddech wiosennej nocy, poczem rzekła: + +- Ach, jak przyjemnie... czujesz, Romciu? Co za miły i świeży powiew!.. + +Dzierżymirski, palący w zamyśleniu papierosa, spojrzał na wdzięczną +postać żony, opiętą zgrabnie w śliczną dekoltowaną suknię, i dłużej +zatrzymawszy na niej spojrzenie, milcząc, z uśmiechem skinął potakująco +głową; po chwili zaś rzucił papierosa precz od siebie i przysunąwszy +fotel bliżej do kanapki; gdzie siedziała Ola, położył miękką dłoń swą na +jej małej rączce. + +- Wiesz, kochanie - rzekł łagodnie i z wolna - że ja już jutro do Paryża +jechać muszę... + +- Już jutro?.. - wykrzyknęła ze zdziwieniem Ola. - Mieliśmy jechać razem +do Gowartowa - dodała następnie z żalem - a ty za granicę dopiero +później... + +I oczy Oli pociemniały nieco, na twarzy zaś odbił się cień widocznego +jakby rozczarowania. Dzierżymirski uśmiechnął się na tę minkę +niezadowoloną. + +- Dba jednak o mnie i kocha... - przemknęło mu przez myśl, poczem +łagodnie, głaszcząc dłonią rączkę Oli, mówił pieszczotliwie znów dalej, +paliły go już bowiem gorączką: list schowany w kieszeni i nadzieja +wpadnięcia może na tak dawno poszukiwany trop. + +- Wierz mi, zwlekać nie mogę, muszę jechać natychmiast... Zresztą +przyjadę do Gowartowa później. + +- Ależ wczoraj jeszcze - żachnęła się Ola - mówiłeś mi, że nic tak +dalece pilnego nie powołuje cię... + +- Ho-ho gniewy!.. - zauważył lekko i żartobliwie Dzierżymirski. - Cóż +to, może moja pani chciałaby mnie mieć tak ciągle ŕ ses trousses?.. - I +mówiąc to, powstał, zbliżył się do żony, a ująwszy jej obie dłonie, +położył je uśmiechnięty sobie na twarzy i wargami muskać począł +delikatnie, bawiąc się jednocześnie brzęczącemi na rączkach Oli +bransoletkami. + +- Oj, kotku, koteczku ty mój drogi, kochany! wczoraj... - przedrzeźniał +z kolei - wczoraj nic nie wiedziałem jeszcze, a dziś... - tu Roman +spuścił oczy - na raucie właśnie uchwaliliśmy razem z członkami +nowozakładającej się współki Przemysłu Fabryczno - Krajowego, że ja, +jako delegowany, muszę, jechać czemprędzej do Paryża, w celu obejrzenia +na miejscu udoskonaleń fabrycznych... + +Roman umilkł, puścił delikatnie dłonie żony i wyjął ruchem szybkim +zegarek. + +- Oho - po trzeciej... Późno, cherie, już kłaść się pora - i kończąc +jakby poprzednią rozmowę, dorzucił: - No, i cóż, moje życie, widzisz +teraz, iż nie jechać jutro nie mogę... + +- Zapewne. Ty zawsze nie możesz, gdy nie chcesz! No, ale cóż robić... +Jedź... Tylko w takim razie proszę mi długo tam nie siedzieć i pisać +listy codziennie. Koniecznie... By nie zapomnieć o mnie zupełnie - tu +Ola z uśmiechem pogroziła mężowi palcem i dodała jeszcze: - bo Paryż - +Paryżem, ho, ho, ja znam się na tem!.. Nie oszukasz mnie tak łatwo... + +- Ale cóż znowu? - żachnął się Dzierżymirski, ale tym razem zupełnie +szczerze. - Cóż za myśli - uśmiechnął się, a potem dorzucił całkiem +poważnie: - Wiesz przecie, że prócz ciebie, żadna na świecie kobieta nie +obchodzi mnie zgoła!.. + +Z wdzięcznością spojrzała nań Ola. + +- Wiem i wierzę - rzekła - a ponieważ i mnie tęskno bez pana mego +będzie, więc i ja jutro pojadę... + +Zatrzymała się, spojrzawszy filuternie na męża, cień bowiem mimowolny +przebiegł po twarzy jego... + +- Nie, nie do Paryża!.. - roześmiała się szczerze, jakby myśli Romana +zgadując - ale do Gowartowa!.. + +Uśmiechnął się z kolei Dzierżymirski. + +- Dobrze! - wykrzyknął wesoło. - Zatem jutro - marsz! Ponieważ zaś +pociąg mój wychodzi później od twego, wyślę pakunki nasze przez służbę i +odwiozę cię na kolej powozem. A teraz - ciągnął dalej - spać!... +Dobranoc, kochanie, zmęczoną jesteś. + +Pocałował Olę serdecznie w obie ręce i czoło - małżeństwo znużone +rozeszło się... + +Niebawem w apartamentach prezesowstwa Dzierżymirskich pogasły wszystkie +światła. Cisza i uśpienie, prowadząc się za ręce, wstąpiły do rojących +się tak niedawno od ludzi salonów, buduarów - rozpostarły się wszędzie i +mrokiem sennym otuliły wszystko dokoła. + +-------- + + +- Paris!.. Tout le monde descend!.. Paris!.. + + Okrzyk ten jędrny, donośny, a wyrzeczony najczystszym francuskim + akcentem, obił się o słuch pasażerów pociągu, podjeżdżającego pod + oszklone arkady paryskiego dworca, i zbudził drzemiącego w wagonowym + przedziale Dzierżymirskiego. + +- Par... - ris !.. - zabrzmiało przeciągle raz jeszcze pod samem oknem +wagonu i drzwiczki szybko roztworzono nagle... Roman zerwał się, a +pochwyciwszy podróżną torebkę, wyskoczył śpiesznie na peron. + +Bieganina, ruch, zgiełk, ogarnęły go natychmiast, oszołomiły chwilowo +całkiem; w parę minut dopiero, zoryentowawszy się, poszedł Dzierżymirski +do rewizyjnej sali, gdzie pobieżną z bagażem swym załatwiwszy +formalność, w kwadrans później znalazł się już w dorożce, na bulwarach. + +Zapaliwszy cygaro i rozparłszy się wygodnie, z przyjemnością +przypatrywał się on teraz od bardzo już dawna nie widzianej +nadsekwańskiej stolicy. + +Środkiem bulwaru Sewastopolskiego, ulicą, wymijały go ogromne, zielone +tramwaje elektryczne, różnobarwne omnibusy konne, ekwipaże, samochody; +cały zastęp ruchliwy pojazdów tamował co chwila wir miasta, na sekund +kilka wielokrotnie zatrzymywać się była zmuszona wioząca Romana dorożka; +policyjna w mantylach ciemnych krzykliwie czyniła porządek - poczem +ruszano znowu. + +A pod wyniosłemi drzewami, po bokach, snuły się pośpiesznie przechodniów +roje; na werandach mnogich kawiarni, zajmujących część chodnika, pełno +było również i gwarno od konsumentów - płci obojga oraz różnych stanów. + +I jakiś prąd kiełkującego, czynnego bezustannie życia, lecącego na oślep +jakby przed siebie, niepomnego byłego, znikłego już "wczoraj", w +ciągłej, śpiesznej pogoni teraźniejszości i jutra - bił od tych +uganiających się mas ludzkich, zawrotną siłą ciągnął jakby ku sobie - +pochłaniał i wabił... + +W płuca swe wciągając bezwiednie tchnienie tego życia, toczącego się z +łoskotem swego perpetuum mobile, Roman dojechał wreszcie do jednego z +centralnych hoteli, gdzie rozlokowawszy się niebawem, znużony położył +się i zasnął. + +Przespawszy w kamiennym śnie zmęczenia dobrych godzin kilka, +Dzierżymirski zabrał się energicznie do celu swego tutaj przybycia. +Wybiegł na miasto. + +Dla oryginalności i pod wpływem przypomnienia używanej za studenckich +jeszcze czasów jazdy na "impérial'i" omnibusów, "pan prezes" usadowił +się na dachu jednego z nich i z zadowoleniem, rozglądać się począł +wokoło. + +U stóp jego, blisko, w granitowem podłożu toczyła sennie swe ciemne, +stalowe fale Sekwana. U jej brzegów w oddali, na lewo, wznosiły się +ponure nieco kwadraty wieżyc katedry Notre Dame, w prawo zaś majaczył +Luwr olbrzymi. Dalej znów błyszczał ozdobami most Aleksandra III-go, +odcinała się na tle nieba wieża Eiffel - w perspektywie, kopuła pałacu +Inwalidów złociła się w promieniach majowego słońca... + +A po Sekwanie, krążąc, uwijały się parowe statki, zatrzymywały się u +licznych przystani, obsługując bezustannie mieszkańców stolicy. + +Trzęsąc niemiłosiernie, żółtawy, w trzy siwe konie zaprzężony, omnibus +zatrzymywał się właśnie na jednym z przystanków, gdy obserwujący ciągle +Paryż Dzierżymirski, zdał sobie nagle sprawę, że mieszkanie Orlęckiego +może być już blisko, i począł schodzić szybko po krętych schodkach, +łączących piętnastocentymową impériale z trzydziestocentymowym padołem. + +Znalazłszy się na bruku, Roman przyśpieszył kroku, i wyminąwszy kilka +wąskich zaułków, znikł w bramie jednego z domów. W chwilę później +dzwonił na krętych ciemnych schodach starej, jak świat, kamienicy - u +drzwi pomieszkania Orlęckiego. Otworzyła mu młoda, fertyczna służąca, w +charakterystycznym białym czepeczku na głowie. + +- Monsieur Orlęcki? - zapytał Dzierżymirski. + +- Sorti et ne reviendra qu'a dix heures du soir - posłyszał zwięzłą +odpowiedź. + +Zawiedziony Roman skrzywił się, z niechęcią i zagadnął: + +- A jutro o której godzinie zastać go będzie można? + +- O, jutro zgoła co innego. W Niedzielę pan przyjmuje od drugiej do +obiadu - poinformowała przybysza młoda Francuzka. + +- A zatem przyjdę jutro o tejże godzinie - odparł Dzierżymirski, i +sięgnąwszy po bilet wizytowy, oraz list Hugona Orlęckiego, wręczył je +służącej, + +- Proszę oddać to panu... Do widzenia!.. - skinął głową uprzejmie. + +- Bonjour, monsieur!.. - odwzajemniając się dzień dobrym, według +miejscowego zwyczaju, pożegnała go dziewczyna uśmiechem i zalotnem +błyśnięciem czarnych oczu. + +Wydostawszy się na ulicę, Dzierżymirski, niezadowolony ze zwłoki, a cały +pochłonięty nadzieją rozwiązania za pomocą Orlęckiego dręczącej go +zagadki - szedł naprzód przed siebie odruchowo czas dłuższy. Od +otoczenia swego daleki jeszcze myślami, nagle zatrzymał się jednak, +spojrzawszy uważnie dokoła siebie. + +Znajdował się obok filarów wejściowych Panteonu - przed nim zaś w +perspektywie już bliskiej zieleniał za kratą ogród Luksemburski. + +Pustymi chodnikami skierował się w tą stronę; wkrótce był już w ogrodzie +i iść zaczął bez celu szerokiemi alejami, niebawem zaś znalazł się na +obszernym tarasie. Na lewo, w oddali, zamajaczyły wieżyce Obserwatoryum, +przed nim wznosiło się muzeum Luksemburskie. + +- Wpadnę tam i obejrzę, co jest!.. - pomyślał, zadowolony nagle na widok +gmachu, a ponieważ wejście do pałacu nie było od ogrodu, lecz od strony +bulwaru Ś-go Michała, Dzierżymirski skierował się boczną aleją parku ku +wyjściu, na prawo. Twarz chmurną, znudzoną, okrasił mu uśmiech; +przestąpił sprężyście próg muzeum i spojrzał jednocześnie na zegarek - +mijała czwarta, podwoje pałacu zaś zamykano o piątej. + +- Zdążę chyba zobaczyć wszystko!.. - mruknął, kontent już tym razem +zupełnie, z przyjemnego zabicia czasu. + +I rzeczywiście.. Pod wpływem bowiem pierwszego rzutu oka na salon +sztuki, Dzierżymirski zapomniał o wszystkiem, co go dręczyło. + +Znajdował się w otoczeniu, ustawionych w pierwszej sali, licznych rzeźb +nowożytnych... + +Więc oto najprzód spojrzenie jego przykuła ustawiona na małem +wzniesieniu, w pobliżu wejścia, rzeźba Moreau-Vauthier'a, a była nią +postać naga, leżącej na wznak, w lubieżnej pozie i upojeniu, bachantki, +z gronem winogron w lewej dłoni... Naturalność pozy i ruchu, a +szczególniej modelowane doskonale ciało kobiece, tętniące po prostu w +zimnym białym marmurze, żarem krwi młodej - zatrzymało dłużej na sobie +wzrok Romana. + +Rozglądając się, przystając co chwila, poszedł dalej!.. I niebawem znowu +zapatrzył się dłużej, tym razem przed przegiętą w tył, w stojącej +postawie, i unoszącą się jakby w przestrzeni, postacią nagiej również +dziewczyny. Oczy jej były przymkniętemi, twarz owiana mgłą uśpienia, w +ręku trzymane chwiało się kwiecie... + +Było to "Złudzenie" F. Charpentier'a, oddające subtelnie pochwyconą +nieuchwytność illuzyi, jak sen, jak marzenie, nieujętej - rozpływającej +się jakby w przestrzeniach... + +Niezrównanem bowiem oddaniem czaru uśpionych pięknych rysów kobiecych, +zdawało się, że znajdujący się tutaj przedstawiciele rzeźby turniej +urządzili sobie. + +Wśród wielu innych w tymże rodzaju posągów, wyróżniała się jeszcze +rzeźba, nader piękna, zatytułowana : "Wspomnienie". Twórcą jej był +Mercié Autonin. + +Przedstawiała ona młode dziewczę, o rysach drobnych, z głową przechyloną +w tył nieco, z obliczem, tonącem jakby w głębokim, cichym śnie. Na +kolanach jej, na ziemi - wszędzie, widniały rozsypane kwiaty; dwa +gołąbki, niosąc w dzióbkach również kwiecie, leciały ku niej, +rozmarzonej cicho, we wspomnieniu dalekiem... + +Poświęciwszy względnie dość czasu na rzeźbę, Dzierżymirski przeszedł +spiesznie do salonów, zawieszonych obrazami, dochodziła już bowiem +godzina zamknięcia. Szybko, jak mógł najuważniej, począł oglądać obrazy +wszystkie; w ten sposób dobiegł do sali ostatniej. Poczem, wolniej +nieco, powracać zaczął. + +I teraz w jednym salonie uwagę jego zwrócił nader oryginalnie, bo, jakby +całkiem po świecku traktowany, a mimo to nadziemskością tchnący, obraz: +"Najświętsza Marya Pocieszycielka..." Z ram patrzyła na widza, +natchnionego oblicza, o dużych oczach czarnych, siedząca postać Niebios +Królowej... Na kolanach Jej, rzucona na klęczkach, oparła się kobieta, z +twarzą ukrytą, z rękoma załamanemi, w bezbrzeżnym bólu, szukająca na +łonie Świętej Maryi pocieszenia! U stóp tych dwóch postaci kobiecych - +poniżej, leżało wdzięcznie uśpione dzieciątko, śniło, osypane całe, +obrzucone puchem białych róż śnieżnych, w rozkwicie... + +Dzierżymirski, zachwycony wdziękiem i poezyą, bijącemi z obrazu tego, +pędzla "Bouguereau"; po chwili znów pospieszył dalej. + +Naraz zatrzymał się ponownie. Ujrzał bowiem naprzeciwko siebie obraz +dość duży, przez Detaille Edwarda. Nosił miano "Le ręve (Sen)". + +Na olbrzymiem oto polu, otuleni płaszczami, z czapkami nasuniętemi na +czoło, pokotem, jeden obok drugiego, leżą setki odpoczywających, +pogrążonych we śnie żołnierzy... Poranek cichy; niebo hen! daleko +zaróżawia się leniwie jutrzenką, - wśród śpiących ludzi błyszczą w +szarem świtaniu rzędem poustawiane, ułożone w kozły bronie, a gdzieś z +boku, blisko, dogasa już ognisko... + +Lecz cóż to za cienie majaczą tam, w górze, nad nimi? + +To górą, w obłokach, płynie mgłą przesłonięty jakiś hufiec inny, +zwycięzki - mar i duchów, nie ludzi!.. Grzmi tam muzyka, bębnią, +strzelają, proporce się chwieją, chorągwie szumią... tamci, tam, +zwyciężają niezawodnie!.. + +I ponad głowy uśpionych żołnierzy, których potwór wojny może już jutro +pochłonie, przesuwa się, jak marzenie, ułudne widzenie ostatnie: oni +śpiąc, widzą siebie, jak zwyciężają, pełni chwały!.. + +To sen... + +Piąta wybiła głośno w salonach sztuki, i Dzierżymirski opuścić musiał +muzeum. Niebawem znalazł się na bulwarach Paryża i równocześnie +instynktownie poczuł głód. + +Włoch z matki i duszą całą artysta, myślą wspominał on jeszcze widziane +przed chwilą dzieła sztuki i pogodnem spojrzeniem ogarniał biegnące +wokoło siebie tłumy, przepełnione kawiarnie i huczące pojazdy. + +- La Presse!.. La Patrie... La Pres-se!.. - krzyczano mu nad uchem na +wszystkie strony; w restauracyach, na platformach, spożywano już +posiłek, popijano wino, absynt i inne wyskokowe napoje - cały Paryż +obiadował. + +Na świeżem powietrzu, przy jednym z takich stolików, zachęcony +przykładem, zasiadł i Roman, a kazawszy podać obiad, zapalił swobodnie +cygaro. + +Niebawem przyniesiono pierwszą potrawę. Wśród przelewającego się kaskadą +paryskiego życia i huku ruchliwej stolicy, Dzierżymirski spokojnie +zaczął spożywać zupę, słuchając ciekawie, z uśmiechem, głośnych rozmów +swych przerozmaitych sąsiadów i charakterystycznych częstokroć ich +bulwarowych dowcipów. + +*** + +Punktualny, pomiędzy drugą, a trzecią po południu, wchodził nazajutrz +Roman do mieszkania Orlęckiego. Służąca wprowadziła go natychmiast do +saloniku, zaledwie jednak wszedł tam, roztworzyły się już zamaszyście +boczne drzwi komnatki i w ramie ich ukazał się mężczyzna rosły, blondyn; +łysawy i dość otyły, o siwiejącym, z polska podkręconym, wąsie. + +- Jakże mi miło... Jak miło mieć w swoich progach tak dostojnego +gościa... rodaka!.. - zaczął od proga, z polską szczerością i +uprzejmością w głosie, roztworzył przytem machinalnie ramiona, jakby +chciał do piersi przycisnąć niemi przybyłego, po chwili opamiętał się +jednak i wyciągając uprzejmie prawicę; czysto już tylko salonowym +gestem, przedstawił się: Orlęcki... Wiktor... - siostrzeniec Hugona. + +- Nie uwierzy pan - ciągnął natychmiast bardzo grzecznie - jaką +rzetelnie prawdziwą radość uczynił mi list stryja i zapowiedź tej +pańskiej wizyty... Proszę, niech pan prezes siada!... Proszę bardzo... + +I Orlęcki wskazał, z grzecznością, fotele, widząc zaś zdziwienie na +twarzy Romana, na dźwięk tytułu "prezesa", uśmiechnął się, odgadłszy +myśl gościa. + +- Dziwnem się panu prezesowi, jak widzę, wydaje - przemówił, - że +tytułuje go... Cóż to, przypuszcza pan może, - ciągnął dalej, ze swadą, +- że my tu na obczyźnie nic nie wiemy, kto w kraju u nas przoduje? +Przeciwnie, przeciwnie! - śledzimy gorączkowo i z uwagą ruch naszych +ziomków, współbraci !.. A jakże... a jakże!.. Ja sam osobiście trzymam +wiele gazet polskich, wiem o wszystkiem, a z nazwiskiem pańskiem - tu +skłonił się grzecznie w stronę Romana - spotykałem się w nich +tylokrotnie, ceniąc zawsze ruchliwość pana prezesa i oddaniu się jego +społeczeństwu naszemu... + +Umilkł, a po chwili + +- Ale!.. przepraszam bardzo!.. Pan prezes wszak pali zapewne?.. służę +natychmiast - i zerwał się miejsca, przynosząc wkrótce Dzierżymirskiemu +pudełko papierosów. + +Roman sięgnął po jednego z nich i bąknął niewyraźnie: + +- Dziękuję bardzo!.. + +Obserwując wciąż ciekawie, spod oka swego gospodarza, chciał przytem już +przemówić, lecz pełny bezustannej uprzejmości Orlęcki przerwał mu zanim +usta otworzyć zdołał: + +- A może cygarko?.. Przepraszam stokrotnie... Za chwilę! - i nie +czekając odpowiedzi, znikł za drzwiami przyległego pokoju, Dzierżymirski +zaś uśmiechnął się. + +Poczciwy człowiek jakiś - pomyślał - i choć, zdaje się, blagier nieco, +lecz szczery i z gatunku nieszkodliwych. Dowiem się prawdopodobnie, +czego chciałem... + +Ledwie Roman określenie to w umyśle sformułować zdołał, gospodarz domu +stał już przed nim, podając szerokie puzderko cygar. + +- Doskonałe - pochwalił - prawdziwe pruskie... O, bynajmniej nie +tutejsze, które są po prostu ohydne - zaopiniował. + +- Dziękuję bardzo. Pan tak łaskaw... - poczuł się w obowiązku odrzec +Dzierżymirski, powstawszy zarazem z miejsca swego. + +- O, panie prezesie! - pospieszył, z odpowiedzią, Orlęcki, - Siadać +proszę en bons amis... Ot -tutaj... - wskazał na kanapkę - wygodniej +będzie! - i zapaliwszy równocześnie zapałkę, zbliżył płomień do +koniuszczka cygara Dzierżymirskiego. + +- Merci!.. - skłonił się tenże raz jeszcze, i wypuściwszy kółeczko dymu, +odezwał się wreszcie, skorzystawszy z sekundy milczenia gościnnego +gospodarza. + +- Czytał pan list stryja, pana Hugona, wszak prawda?.. Wiadomy panu więc +zatem cel mego tu przybycia... Nie znąjąc nikogo w Paryżu, zdecydowałem +się prosić stryja pańskiego, o tarte d'entree do pana... + +- Och, i bez tego, panie prezesie - przerwał Orlęcki - każdego rodaka +witamy tu z całego serca! Tembardziej zaś pana prezesa, tak w kraju +zasłużonego... + +- Ach, tak, nie wątpię - z wolna potwierdził Roman - lecz i mnie +chodziło również - tu uśmiechnął się z lekka - o specyalną protekcyę do +kogoś, by potrafił ułatwić wiadomą nam sprawę przemysłową... + +- A tak, tak! - przerwał znów Orlęcki, niezadowolony jakby, że poruszano +tę kwestyę. Pan prezes radby obejrzeć drobiazgowo i gruntownie +urządzenia fabryk tutejszych, przy mojej pomocy... Owszem, postaram się, +panie prezesie, choć uprzedzić muszę, że ja... - zatrzymał się - nie mam +tak rozległych stosunków ze sferą handlowców... to jest, chciałem +powiedzieć... ze sferą fabrykantów... przemysłowców... Paryża... panie +dobrodzieju... Jednakże... - tu zająknął się, zaplątał w swem +przemówienia Orlęcki i zamilkł, widocznie zmieszany. + +Uśmiech niedostrzegalny okolił wąskie usta Romana. + +- To nic nie szkodzi - odparł. Mam niepłonną nadzieję, iż razem z panem +damy sobie z tem wszystkiem radę... Zresztą, to chyba drobnostka. Chodzi +zaledwie o jakieś dziesięć fabryk tylko... + +Roman zatrzymał się i zapytał jeszcze, chcąc konsekwentnie doprowadzić +do końca zmyślony swój interes i misyę: + +- Wszak fabryki owe wymienione są w liście pana Hugona... + +- Tak jest, tak jest... w istocie...- potwierdził Orlęcki i zająknął się +znowu. + +- To dobrze, mógłby mi może szanowny pan powiedzieć, czy właściciele ich +znani są jemu?.. Gdzie to zakłady fabryczne znajdują, w jaki sposób, +oraz kiedy obejrzeć je można by było?.. + +- Nic doprawdy nie mogę jeszcze panu prezesowi w tym względzie +powiedzieć - odrzekł Orlęcki i dodał natychmiast: + +- Co się tyczy, czy znam właścicieli, to... prawdopodobnie... Zresztą +zna się tutaj osób tyle... - zatrzymał się. - Tylko, vous savez, panie +prezesie... otrzymałem list dopiero wczoraj - urwał, i dokończył po +chwili - więc, vous comprenez, czasu nie miałem... + +- Ależ naturalnie!.. - pospieszył z uspakajeniem Orlęckiego +Dzierżymirski. - Ja tylko dlatego się pytam, iż to jest celem mego tutaj +przybycia, i że to mnie nader interesuje, jako delegata nowa +zakładającej się u nas w kraju współki +Handlowo-Przemysłowo-Fabrycznej... + +- A tak, słyszałem,.. Czytałem nawet o tem gdzieś w gazetach - odparł, z +przekonaniem Orlęcki. + +- Kłamie, jak z nut - pomyślał Dzierżymirski, i uśmiech dyskretny +ponownie przemknął po ustach jego. Zaciągnął się jednocześnie cygarem i +wpatrzył badawczo w Orlęckiego. - Bonne pâte d'homme... - myślał zarazem +- ale jak tu zacząć o tych zgubionych pieniądzach? + +Tymczasem, nielubiący milczeć Orlęcki, widocznie również pragnący +zręcznie odwrócić rozmowę, już mówił: + +- Pan prezes zapewne nie po raz pierwszy i na dłużej przybył do Paryża, +nieprawdaż?.. + +- Och, tak... - odruchowo potwierdził Roman, nie myśląc o tem, co mówi. + +- No, to mam nadzieję - opowiadał uprzejmy gospodarz dalej - że będę +jeszcze miał okazyę przedstawić panu prezesowi moją żonę i córkę... Dziś +pojechały do Versailles. Panu prezesowi wiadomo zapewne, iż w pierwszą +niedzielę każdego miesiąca puszczają wodę ze wszystkich fontann w +Wersalskim parku... Widok zaiste bywa wówczas wspaniały. C'est +charmant!.. - zatrzymał się chwilę i sięgnął po zegarek do kieszeni. - +O! trzecia już dochodzi... Niebawem wrócą... + +Dzierżymirski tymczasem, słuchając, nie słuchał, pogrążony wciąż w +myślach. Naraz twarz śniada jego ożywiła się, przeleciał po niej +promień... Strzepując delikatnie popiół z cygara, przemówił z wolna: + +- Proszę pana... - zatrzymał się. - Za niedyskrecyę popełnianą może, +najmocniej przepraszam... Czyżby pan nie był rad powrócić do kraju.. + +I Dzierżymirski badawczo spojrzał w twarz Orlęckiemu, czekając +odpowiedzi, jednocześnie myślał. + +- Każdy Polak na obczyznie tęskni za krajem, pewnik; dlaczegobym ja nie +miał użyć tego sposobu do osiągnięcia mego prywatnego celu? No, +zobaczymy... + +Orlęcki zaś już mówił: + +- Czy ja nie pragnąłbym powrócić do kraju? Ależ, panie prezesie, to moje +najgorętsze życzenie! pragnienie żony mojej, córki - codzienne marzenie +nas wszystkich! - dokończył, z zapałem. + +- No, dobrze, mam cię!.. - przeleciało przez umysł Romana. + +- Czy wolno zapytać jeszcze - przemówił - o rzecz jedną, a mianowicie... +Czy życzenie to państw - marzenie - poprawił, z uśmiechem - ma już dotąd +jakie pewne i konkretne podstawy?.. + +Orlęcki na te słowa spuścił wzrok ku ziemi. + +- O, bynajmniej - odparł... - Tam, w kraju, stosunki zerwałem wszystkie +prawie... tu zaś zawiązałem niektóre, potrzebne mi. Mam poza tem stałe +zajęcie, przynoszące mi dochód pewny... + +- Tak, tak, zapewne, rozumiem - przerwał szybko Dzierżymirski - wchodzę +w położenie i przepraszam bardzo za me pytania... - dokończył grzecznie, +a widząc równocześnie na twarzy gospodarza zakłopotanie widoczne... + +- Nie ma za co jechać nieborak - to jasne, i żyć by z czego nie miał +-wśród swoich - pomyślał i w tejże chwili zapytał: + +- Lecz gdyby tak trafiła się na przykład szanownemu panu okazya dobra do +objęcia w kraju zyskownej posady? Przypuszczam, że w takim razie +przeszkody do wyjazdu nie byłoby żadnej?.. + +- No, zapewne... Lecz o tem i myśleć niepodobna, nie posiadam bowiem już +żadnych w kraju stosunków - powtórzył Orlęcki, ze smutkiem. + +- A pan Hugo, krewny pański?.. - zagadnął Roman. + +- Och... ten... - przeciągle odparł gospodarz, z niechęcią wyraźną, i z +wybuchem szczerości nagłej, rzekł z goryczą: + +- Stryj Hugo od czasu, jakem emigrował i wieść mi się w życiu przestało, +znać mnie już nie chce, ani wiedzieć nic o mnie... Dziwię się nawet +niewymownie, iż raczył napisać pod moim adresem, w interesie prezesa, +słów kilka... + +Na twarzy Orlęckiego, przy tych słowach, osiadł cień, po chwili +dorzucił: + +- Zwykła kolej ludzka... nic dziwnego. Świat pamięta o tych tylko, +którym się powodzi. + +Dzierżymirski wpatrzył się uważnie w Orlęckiego; ostatnie słowa, +wypowiedziane przez niego, odkryły mu utajoną stronę życia siedzącego +przed nim człowieka - nieszczęście, gorycz skrytą, a powodów jej łacno +domyślił się Roman. Pomimo woli, żal mu się Orlęckiego zrobiło. + +- To szkoda jednak - przemówił z wolna - że panowie mieszkają tak od +siebie z daleka... Pan Hugo, choć odludek i egoista, poza tem jednak +człowiek nieposzlakowanej opinii i nadzwyczaj przy tem wpływowy i +bogaty. + +Orlęcki na te słowa uczynił niewyraźny ruch ręką; - nastała chwila +milczenia. + +- Wypada mi raz jeszcze przeprosić stokrotnie pana - odezwał się znów +pierwszy Dzierżymirski - że ośmielam się wkraczać w stosunki jego, tak +osobiste, lecz po pierwsze wyjątkowe położenie nasze tu, na obczyźnie, +jako rodaków, skłania mnie do tego; po drugie zaś, że w tym względzie +może mogę stać panu użytecznym... + +Orlęcki, zdziwiony, spojrzał na Romana. + +- Tak jest - rzekł Dzierżymirski, z uśmiechem - cóżby szanowny pan +bowiem powiedział na to, gdybym... -- tu zatrzymał się sekundę - ułatwił +mu... - Dzierżymirski przy tem zaakcentował wyraźnie ostatnie wyrazy - +powrót do kraju... Stosunkami zaś dał mu jaką posadę korzystną?.. + +- Ależ, panie prezesie! - wykrzyknął Orlęcki, i zerwawszy się z fotelu, +uchwycił dłoń gościa swego, ściskając ją serdecznie.. - Wdzięczność moja +i sercu memu bliskich nie miałaby granic!.. Lecz doprawdy, nie +pojmuję... nie rozumiem!.. - urwał wzruszony... - Skąd taka łaska pana +prezesa dla mnie?... Wszak poznaliśmy się tak niedawno! - dokończył i +zamilkł, nie wiedząc snać, co powiedzieć, jak się obrócić i znaleźć w +sytuacyi, tak dlań niespodzianej... + +Roman tymczasem powstał również z miejsca, i oddawszy serdecznie uścisk +Orlęckiemu, po przyjacielsku ujął go za ramię. + +Przeszli po pokoju tak razem kroków kilka, poczem Dzierżymirski, wciąż +idąc pod rękę z Orlęckim, rzekł całkiem swobodnie: + +- Przyznaję, poczułem do szanownego pana szczerą sympatyę, rozumiem przy +tem w zupełności połóżenie jego tutejsze, i gotów jestem uczynić dla +niego wiele... + +- Dziękuję, po tysiąc razy dziękuję! - uścisnął Orlęcki serdecznie +trzymane ramię Romana, z równowagi cały wyprowadzony. + +Dzierżymirski mówił tymczasem dalej, pomny celu swego: + +- Lecz daruje pan rzecz jedną... Nim przystąpimy mianowicie do +obchodzącej pana sprawy, wiedzieć muszę dokładnie - Roman zatrzymał się +- zupełnie szczegółowo - poprawił - przebieg dotychczasowego jego życia. +Nic w tem dziwnego z mej strony, wszak prawda?.. Znać mam przyjemność +szanownego i kochanego pana od tak bardzo niedawna! - dokończył, z +przyjaznym uśmiechem, i jak najnaturalniej na pozór. + +- Ależ, rzecz prosta! Tajemnicy w tem zresztą nie ma żadnej! - odparł +Orlęcki szybko, przekonany zupełnie. - Opowiem prezesowi wszystko +natychmiast! - ciągnął dalej rozradowany. + +- No, to siadajmy!.. - rzekł wesoło Dzierżymirski. + +Usiedli jeden naprzeciw drugiego. Roman wpatrzył się badawczo w twarz +Orlęckiego, a w oczekiwaniu zwierzenia, którego w duszy tak bardzo +pragnął, twarz mu pobladła mimo woli, aksamitne zaś spojrzenie ciemnych +oczu stało się bardziej jeszcze przenikliwem i rozumnem. + +- Słucham pana - rzekł poważnie. + +Uśmiechnięty, radosny, poprawił się Orlęcki na krześle, i sięgnąwszy po +cygara, zapalił jedno, w roztargnieniu częstując niemi Romana. + +- Dziękuję, palę jeszcze - uśmiechnął się niedostrzegalnie Roman, i +spojrzał z pod oka na gospodarza. - Rôti ŕ point! - zadecydował w myśli +sarkastycznie. + +- A, przepraszam! -odrzekł Orlęcki i mówił dalej: + +- Otóż, co do mego, technicznie tak zwanego curriculum vitae, postaram +się opowiedzieć je prezesowi w kilku słowach. Rzecz ta przedstawia się +zatem jak następuje: + +- Urodzony lat temu, czterdzieści i siedem, dobiegam już bowiem +pięćdziesiątki - uśmiechnął się - z ojca Ryszarda i matki Józefy z +Lancjarskich de domo, przepróżnowałem, kształcąc się w domu, do lat +piętnastu... Potem oddano mnie do Jezuitów, następnie kończyłem +uniwersytet w Bonn, nad Renem, i wróciwszy do kraju, objąłem klucz +majątkowy, dziedziczny Orlin... + +- Bywając w, świecie przez lat kilka, starając się o pierwsze w kraju +partye, żyjąc nieco szeroko, straciłem majątek... Następnie spotkałem +dzisiejszą żonę moją, z domu hrabiankę Bożkowską... Przez ż - uśmiechnął +się Orlęcki, - bo są i Borzkowscy przez rz, bez tytułu i nie pochodzący +wcale z karmazynów - zwyczajne szaraki - objaśnił. + +Dzierżymirski w tem miejscu uśmiechnął się pobłażliwie - sarkastycznie, +lecz słuchał w milczeniu dalej. + +- Pobraliśmy się, - ciągnął tymczasem Orlęcki - i osiadłem na roli, już +nie jako pan, ale jako skromny obywatel na kilkudziesięciu włókach +ziemi, i naturalnie, z czasem zerwałem przy tem zupełnie dawne światowe +stosunki... Gospodarowałem sobie tak cicho lat kilkanaście, stałem się +domatorem - przekształcałem stopniowo, o ile mogłem, w czcigodnego pana +sąsiada... Wreszcie, niestety, jak piorun z nieba, spadło na mnie +zdarzenie pewne... Nie wspomożony przez nikogo, sprzedać musiałem dobra, +i przybyłem tu - za chlebem!.. + +Orlęcki umilkł na chwilę, poczem, dodał nieco smutnie : + +- Jak najpiękniejsza od słońca płowieje materya, tak i najbarwniejsze +życie blaknie od nieprzychylnych ciosów życia. Szarzyzną ono dla mnie +dzisiaj - trudno! - westchnął, i zamilkł znowu. + +W nadziei, iż dowie się jeszcze oczekiwanego przezeń "clou" historyi tej +całej, milczenia tego nie przerywał Dzierżymirski. Po dłuższej jednak +chwili, widząc, że Orlęcki, pochłonięty myślami, zapominać zdaje się +nawet o jego obecności, zagadnął uprzejmie: + +- I jeśli wiedzieć wolno, cóż dalej? + +Jakby ze snu jakiego dalekiego zbudzony, Orlęcki podniósł powoli +posmutniałe oczy na Romana. + +- Nic! - odrzekł bezbarwnie, głosem twardym. + +- Być nie może? - zadziwił się Roman, jak mógł najszczerzej. - I +pomyśleć - ciągnął swobodnie - że ja tam w kraju tyle przeróżnych rzeczy +o panu słyszałem... + +Urażony jakby tem, co usłyszał, Orlęcki zapytał z kolei sucho: + +- No, i cóż takiego, ciekawym, wymyśliła na mnie luba opinia, czy +wiedzieć mogę? + +Roman niecierpliwie poruszył się na krześle. + +- Cóż u licha! - pomyślał - czynię dotąd tyle, i prawda wciąż wymyka mi +się sprzed nosa... + +Po chwili zaś, jak gdyby nagle na coś zupełnie już stanowczo +zdecydowany, odpowiedział z wolna, przetarłszy przytem ręką czoło: + +- Och!.. potem o tem... Teraz znowu powrócić muszę do jądra zajmującej +nas kwestyi. Pragnę dać panu posadę... Czy wolno zapytać - jakie są jego +mocne - zaakcentował - kwalifkacye fachowe?.. + +- Fachowych ściśle żadnych - przerwał niezadowolonym trochę głosem +Orlęcki. - Posiadam jednak języki: angielski, francuski, rosyjski i +niemiecki, oraz zdobyte pracą i praktyką obecną - rachunkowość i +buchalteryę - w banku, gdzie urzęduję i skąd w razie potrzeby otrzymać +mogę świadectwo odpowiednie. + +- A! - zadziwił się mimo woli Roman - to dobrze... to bardzo dobrze... + +Wzrok jego przy tem, z zadowoleniem objął dłuższą chwilę całą postać +Orlęckiego, mówiąc do siebie mimo woli wyraźnie; - Patrzcie?.. nie +spodziewałem się!.. + +- Zatem - odezwał się niebawem - objąć może szanowny pan inną, lepszą +nawet posadę od tej, którą przeznaczałem w myśli dla niego. + +- Cóż to za miejsce? - zagadnął Orlęcki. + +- Une place de confiance...- wycedził z wolna Dzierżymirski. - Przy tem +równocześnie jedno z wyższych przy korespondencyi i buchalteryi w Banku +Komercyjno-Przemysłowym, otworzyć się mającym za miesięcy kilka... Do +komitetu należę, odmówić mi nic nie mogą... Skoro zaś pan w tej właśnie +dziedzinie już posiada praktykę pewną, tem łacniej więc wybór mój +zatwierdzą... + +Roman skończył i spojrzał znów spod oka na obywatela - emigranta. + +Zdziwienie radosne biło z twarzy Orlęckiego. + +- No, teraz chyba wyśpiewasz mi wszystko - pomyślał Roman, w duchu. + +- Pensya znaczna - ciągnął dalej całkiem obojętnie, - ile, nie wiem +jeszcze na pewno... W każdym razie tysięcy kilka .. - urwał niedbale. + +- Ależ to miejsce idealne! - wykrzyknął żywo Orlęcki. - Dziękuję po raz +wtóry! - uścisnął dłoń Romana. + +Dzierżymirski uczynił wysiłek nad sobą, by nie zdradzić się przypadkowo +nerwowem głosu brzmieniem i przemówił: + +- Tylko zachodzi tu jeszcze kwestya jedna... A mianowicie - zawahał +się... + +- Bo to, widzi szanowny i kochany pan, ci panowie, tam, w Zarządzie, są +bardzo trudni... Czepiają się byle czego... + +I znów Roman mówić przestał, poczem zaś, poirytowany nagle, że będzie +zmuszony iść prosto do celu i palcami dotykać kwestyi, którą zręcznie +obejść zamierzał, wyrzucił z siebie twardo: + +- Mówiono mi tam, o jakichś pieniądzach, zgubionych przez pana, +nieodnalezionych, czy coś tam podobnego... Pojmuje pan zatem, że ja, +protegując - zatrzymał się Roman sekundę, i uprzejmie nieco dorzucił, z +wymuszonym uśmiechem. - Powiedzieć muszę wszystko, wszak pan to rozumie +chyba?.. Nic zaś o tem dotąd szanowny pan mi nie mówił... + +- Ależ nie powiedziałem? - obruszył się urażony widocznie Orlęcki. - Bo +uważałem to, jak i uważam dotąd, za sprawę czysto osobistą... + +- Masz tobie! - omal że nie wykrzyknął Dzierżymirski, ze złością, lecz +opamiętał się w porę, i zapytał w ślad za tem spokojnie, wpadłszy +zarazem na pomysł przebiegły. + +- No tak, zapewne... Czyjeż to jednak pieniądze były?.. + +- Aaa! - wyrwało się z ust Orlęckiego natychmiast, i powstawszy +gwałtownie z krzesła, wykrzyknął: + +- To prezesowi tak powiedziano!.. Rozumiem teraz i przepraszam... Łotry +dopiero, infamisy!.. - wyrzucił z siebie z oburzeniem. + +Dzierżymirski śpiesznie położył swą kobiecą miękką dłoń na żylastej ręce +szlachcica i pomimo woli rzucił niecierpliwie: + +- Ja również bardzo przepraszam! - zawahał się - i słucham..: - +dokończył. + +Orlęcki usiadł, wzburzony jeszcze odsapnął i przemówił: + +Powiesz mi później, prezesie kochany, kto mnie tak oszkalował. Pierwsza +rzecz, gdy do kraju powrócę, wyzwę go na pojedynek, jak mi Bóg miły, a +teraz słuchaj: + +- Było to tak: Posiadałem majątek na Litwie, gdzie, jak wiadomo, +hipoteki nie ma, ni Towarzystwa Kredytowego... Są tam tylko tak zwane +"Banki Ziemskie", które w razie nie uiszczenia się z wypłaty na termin, +egzekwują bardzo szybko... Otóż w jednym z banków owych miałem grubą +pożyczkę... Minął termin jeden, drugi, trzeci, płaciłem mało, zebrały +się zaległości, wystawiono mi dobra na sprzedaż... Zapłacić musiałem +zaległości - razem dwanaście tysięcy... Nie miałem ich, pożyczyłem więc +sumę żądaną u paru osób i w drodze, gdym jechał płacić na miejsce, w +ostatniej niemal chwili pieniądze te zgubiłem... Majątek mi naturalnie +sprzedano... + +- To bolesna prawda!.. Chyba pan prezes przysięgi żądać ode mnie nie +będzie, a zresztą?.. Gotowym! - i Orlęcki powstał uroczyście... + +- Ale, cóż znowu?.. - rozległ się w milczeniu suchy głos +Dzierżymirskiego, a słowa te, wymówione zimno, zabrzmiały niemiłym dla +ucha dźwiękiem: + +Od chwili bowiem, gdy z ust Orlęckiego padła cyfra "dwanaście tysięcy", +Roman zmienił się całkiem. Giestem, pełnym zniechęcenia, wypuścił z rąk +trzymane cygaro, twarz zaś, przybrawszy wyraz obojętny, chłodny, poorała +się w drobne zmarszczki. Więc ponownie oto rozprysła mu się w palcach +mydlana bańka!.. Życie, z przerażającą logiką dawało mu do zrozumienia, +że kpić z usiłowań jego nie przestaje... I drwina ta nowa, szydercza, +zraniła go boleśnie, jednocześnie zaś gniew niewytłumaczony, +instynktowny, zawrzał w Dzierżymirskim. + +Cóż go, zaiste obchodzić mógł Orlęcki, historye i przysięgi jego? + +- Osioł!.. Myśli może - rzucił w duchu gniewnie - że obecnie, kiedy nie +dwadzieścia siedm, a dwanaście tylko zgubił tysięcy, zajmować się nim +będę!.. Ba, nie głupim! - i uśmiech zły, sarkastyczny wykrzywił wąskie +usta Romana. + +Powstał sztywno, mając zaś już z wieloletniej swej praktyki na ustach +gotowy do pozbycia się ludzi zdawkowy komunał, wyciągnął rękę na +pożegnanie... + +Lecz oto niespodzianie fakt na pozór drobny pomieszał mu całkiem szyki - +zadzwoniono. Gadatliwy Orlęcki, rozpoczynający właśnie, mało już +obchodzący teraz Romana, dalszy ciąg swych życia kolei, przeprosiwszy, +wybiegł do przedpokoju, w ślad za tem rozległy się dwa głosy kobiece, +szelest okryć i sukien damskich. Rozbierano się, potem szeptać zaczęto, +po chwili zaś znów dwa wykrzykniki zdziwienia i radości obiły się o +słuch Dzierżymirskiego. + +Słysząc je, skrzywił się Roman nieznacznie, chrząknął i znudzony zbliżył +się powoli ku oknu salonika. Nie trudno było domyśleć się, że tam, w +przedpokoju, ten "poczciwy" Orlęcki wygadał już rodzinie swej niemal +wszystko. + +- Wpadłem! - pomyślał Roman, i zdenerwowany, stuknął palcami w +powietrzu. + +Drzwi zaś poza nim roztwierały się już spiesznie. Odwrócił się. + +Naprzeciwko niego szły dwie kobiety, zaróżowione, uśmiechnięte. Jedna z +nich, starsza, brunetka, piękna jeszcze, dobrze zakonserwowana, - druga, +dziewczę młodziutkie, szesnastoletnie zaledwie może, hoże i świeże... + +- Prezes Roman Dzierżymirski, nasz obecny zbawca, opiekun, a jak ci +mówiłem przed chwilą, najszlachetniejszy z ludzi, których dotąd w życiu +poznałem! - przedstawił szumnie Orlęcki gościa żonie, głosem ciepłym, +jakby wzruszonym jeszcze od doznanych z przed chwili wrażeń. + +Skłonił się Dzierżymirski, a na dźwięk ostatniego zdania lekki rumieniec +pokrył mu lica. Wstydził się za swe myśli - za siebie... + +Tymczasem ruchem wspólnym, uprzejmie wyciągnęły się ku niemu dwie małe +kobiece rączki. + +- Bardzo mi miło poznać pana, bardzo miło! - mówiła, ściskając dłoń +jego, pani Orlęcka. - Tembardziej, że jak mi właśnie mąż powiada, pan +prezes staje się aniołem opiekuńczym naszych losów, przyszłości - +zwiastunem, iż zobaczymy kraj nasz, za którym ciągle tak bardzo +tęsknimy! - kończyła wzruszona. + +- Moja córka, Mita - przedstawiła z kolei Romanowi młodziutką pannę. + +Dzierżymirski trzymał, ściskał właśnie w dłoniach drobną jej rączkę, a +choć nie powiedziało mu dziewczę nic zgoła, z uścisku jednak +przyjaznego, ciepłego, ze spojrzenia jasnych, niebieskich oczu, w +których czytały się w owej chwili wdzięczność bez granic, radość i +nadzieja - poczuł Roman, iż okrucieństwem niemiłosiernem byłoby teraz z +jego strony cofnięcie obietnicy. + +I jednocześnie reakcya nagła wstąpiła weń. Jakiś przypływ jakby dobroci +zalał mu duszę, serce; zarazem zaś pomyślał: + +- Nazwano mnie "najszlachetniejszym", ha-ha-ha!.. Ironii może w tem +wiele, ale... jednak... dlaczegóżbym i ja czasami nie miał być +szlachetnym? A poza tem, cóż de facto winien ten oto Orlęcki, że nie +jest tym właśnie, którego tak szukam bezowocnie?.. Jestem wpływowym, +silnym, dlaczegóż więc nie dopomógłbym człowiekowi, pokrzywdzonemu bądź +co bądź przez nieznanego pieniędzy jego znalazcę, tak, jak pokrzywdzonym +jest może przeze mnie również i ten osobnik nieznany - "mój!.." + +I starczyło w ślad za tem jednej chwili, by w głowie Dzierżymirskiego +powstał plan gotowy. + +- Cieszy mnie niewymownie, że los pozwala mi stać się - tu zwrócił się, +z uśmiechem, ku pani Orlęckiej - Aniołem Stróżem tego domu... Dziś zaraz +zatelegrafuję do panów z komitetu nowego banku o kandydaturze pana - +wskazał nieznacznie Orlęckiego ruchem głowy. + +W milczeniu, wzruszony szlachcic uścisnął dłoń Dzierżymirskiego. Ten +ostatni zaś zastanowił się chwilę... + +Kiedy czynić coś, to czynić zupełnie i wszechstronnie, - pomyślał, a +sięgnąwszy do kieszeni, dyskretnie począł długo szukać czegoś w +portfelu... Znalazłszy wreszcie tam przekaz na okaziciela w "Credit +Lyonnais", wskazujący sumę dwóch tysięcy franków, rzekł swobodnie: + +- Choć to niegrzecznie bardzo z mej strony tak zaraz niemal po poznaniu +opuszczać panie, - skłonił się uprzejmie w stronę dwóch kobiet - jednak +panie wybaczą, uczynić to będę zmuszony, i... + +- Ależ, cóż znowu... - obruszyła się Orlęcka. - Obiad , podadzą w tej +chwili, prosimy bardzo... Mito! - zwróciła się do córki - każ dawać!.. + +- Dziękuję serdecznie! - skłonił się z uśmiechem Dzierżymirski w stronę +młodego dziewczęcia. - Wychodzę natychmiast, a to z powodu naglących +spraw, które nieodzownie dziś jeszcze załatwić muszę... + +- Żegnam panie! - wyciągnął uprzejmie rękę do pani domu, a następnie do +panny. + +Ta ostatnia podała mu ją, z niewysłowionym wdziękiem i cicho rzekła: + +- Przyjm pan, panie prezesie, i ode mnie szczere podziękowanie za to, co +czynisz dla ojca mego... Jesteś szlachetnym, dobrym i wdzięczność moja +nie zapomni panu tego - nigdy!.. + +- Szczęściem prawdziwem dla mnie, że i pani będzie z tego korzystać... +Bo, o ile zgaduję, pani tu chyba najwięcej wrócić by rada do rodzinnego +kraju?.. + +- O! tak... - przyznała, z zapałem, szczerze: Wykołysały mnie nasze łany +i lasy, wychowała ta ziemia nasza, tak piękna chyba, jak żadna!.. + +Z sympatyą, spojrzał Roman na dziewczę, i skłoniwszy się raz jeszcze, +zwrócił się z kolei do Orlęckiego. + +- A do kochanego pana to mam jeszcze i interesik drobny... - wziął +gospodarza za ramię i poprowadził ku oknu: + +- Rzecz przedstawia się, jak następuje - rzekł, o ile mógł, +najpoważniej. - Na zasadzie jednego z paragrafów ustawy, urzędnikom +nowego banku, naturalnie protegowanym, daje się z góry na instalacyę... +Kwestyę te jednak obmówić trzeba poprzednio na zebraniu. Otóż, ponieważ +pan, pomimo, że bank nie funkcyonuje jeszcze, za miesiąc najdalej musisz +już być na miejscu, a to, w celu ulokowania się i objęcia, de nomine, +wakansu ofiarowanej posady, ja zaś dopiero za miesięcy kilka tam będę - +zatem...- Roman urwał, dobierając jakby w umyśle wyrazów. - Zatem - +powtórzył - awansuję tu kochanemu, panu przekazem, sumę właściwą... +Przypuszczam, będzie ona odpowiadać mniej więcej kwocie, którą w swoim +czasie przyznają panu na zebraniu Rady... Cóż, zgoda? Dobrą myśl miałem? +- dokończył Roman. + +- Ależ z kochanego prezesa anioł prawdziwy, nie człowiek!.. - wykrzyknął +Orlęcki i po staropolsku, uścisnąwszy go szczerze, podziękował, z +zapałem. + +- Klociu, czy słyszysz? - zawołał na żonę. Pan prezes na instalacyę +awansuje mi, przekazem! - i szlachcic poinformował dobrodusznie, +szczegółowo małżonkę o wspaniałomyślności Romana. Nastąpiły w ślad za +tem ponowne podziękowania, wykrzykniki... + +Odprowadzony aż do drzwi, żegnany serdecznie i czule, Dzierżymirski +wydostał się nareszcie na schody, a potem na ulicę, sam pomimo woli +wzruszony, z głową pełną najsprzeczniejszych myśli. + +Gdy po niejakimś czasie, wracając z wolna do rzeczywistości, podniósł +głowę, spostrzegł w pewnem oddaleniu przed sobą złoconą kopułę tumu +Inwalidów. Tknięty nagłą myślą, z miejsca natychmiast skierował się ku +furtce, a wyminąwszy ją i strzegącego wejścia kulawego inwalidę, znalazł +się na obszernym placu tumu, odgrodzonego kratą od ulic miasta. + +Wkrótce, po stopniach wschodów wstępować począł do wnętrza przybytku, +kryjącego w swych murach grobowiec wielkiego Napoleona. + +W gmachu milczenie i jakby uroczysty powiew jakiś potęgi niewidzialnej i +grozy objął Romana natychmiast. + +Cichym tylko szmerem rozlegały się tu kroki kilkunastu osób... Na dole, +w szerokiem, na kształt basenu, pogłębieniu, drzemał olbrzymi sarkofag, +z ceglasto - wiśniowego marmuru... + +Dzierżymirski zbliżył się do balustrady grobowca, i stanął smutny, +cichy... + +Wobec prochów możnego władcy poczuł się równocześnie drobnym, nikłym... +Huczące jego troki zmalały również - uspakajał się... + +I myśli jego nagle wzięły również obrót zupełnie inny. + +- Więc to tu - mówił sobie Roman - leży zwycięzca z pod Marengo, Ulm, +Austerlitz, i.t.d., i.t.d. Więc tu spoczywają snem, nieprzebudzonym, +wiecznym, prochy tego, wielkiego duchem - małego imperatora!.. + +Dawno bardzo nie bawiący już w Paryżu, pamiętający go zaledwie w +zamglonem tylko wspomnieniu, z minionych lat młodzieńczych, +Dzierżymirski, w skupieniu i z nabożeństwem w duszy, wpatrzony, +milczący, z głową pochyloną, zadumał się przed trumną cesarza Francyi. + +Wokoło niego z prawej i lewej strony, w wewnętrznym półkręgu tumu, +widniały wklęsłe pogłębienia, z grobowcami małymi; przed nim zaś, poza +drzwiami do grobu, wznosił się rozpięty na krzyżu Syn Boży umęczony... + +Dzierżymirski po chwili ocknął się z zamyślenia i postąpił wzdłuż +kolistej baryery grobowca, w kierunku jego wejścia: + +Zamknięte szczelnie drzwi pomnikowe połyskiwały hebanem czarnego +marmuru; u progu ich i wschodów, wiodących do wnętrza "tombeau", w +mundurze granatowym, poważny, ze wstęgami i orderami, brodaty, stary, +stróżował inwalida... + +Na górze zaś błyszczał wielki napis złocisty: "Je désire, que mes +cendres reposent sur le bord de la Seine - au milieu de ce peuple +francais, que j'avais tant aimé" *). +[*) "Pragnę, aby me prochy spoczęły u brzegów Sekwany - wśród tego ludu +francuskiego, który tak bardzo kochałem."] + +Dzierżymirski patrzył, przejęty mimowolnie do głębi powagą, skupienia +pełną, i jakąś melancholią rzewną, wiejącą od tego grobu zmarłego +geniusza despoty, śniącego tu cicho, zapomnianego jakby w samem sercu +republikańskiego dziś Paryża. + +Nagle, gdy poruszony, niemy, stał tak, wciąż, zamyślony, drgnął +gwałtownie. + +Bo oto w tejże samej chwili wybiła w ciszy głośno godzina czwarta, a z +jej uderzeniem, jako sygnał zamykania już gmachu, raptowny, rozległ się +właśnie odgłos bębna. + +Grano bojową pobudkę... Donośnie rozchodził się w milczeniu uderzenia +krótkie, wzbijały się pod strop wysoki, echem dudniły w zagłębieniach, +arkadach, owalnej kopule wysokiej. + +- Messieurs et dames sortez!.. sortez, s'il vous plait, sortez, +sortez!.. - rozległ się jednocześnie twardy głos szwajcara, stróża +Napoleonowego grobowca... Postukując grubą laską, iść począł on i +rozpędzać energicznie przed sobą, ku wyjściu rozsypanych po gmachu tam i +ówdzie gości. + +- Sortez! - rozkazujący, wojskowo - lakoniczny, - bezustanny +rozbrzmiewał głos jego i mieszał się! z bojową fanfarą bębna!.. + +Dzierżymirski jednak nie ruszał się wcale z miejsca przeciwnie. Wrósł +jakby w ziemię; ucho jego łowiło łapczywie donośne, jędrne tony pobudki, +wyobraźnia, podsycana nerwami, w rozstroju - poruszona, snuła mu przed +oczyma obraz fantasmagoryczny. + +W gmachu panował mrok... + +Ostatnie dźwięki surmy bojowej konały, a Romanowi zdało się, iż z +milknącem coraz już dalszem echem bębna, poczynają oto zaludniać tum +wspaniały jakieś wyrosłe jakby zewsząd mary i cienie poległej dawno +Napoleońskiej gwardyi starej, i wyraźny o słuch jego obija się przy tem +stuk ich butów i ostróg o kamienie posadzki!.. + +Idą! Ustawieni w szyku, gotowi do walki, stoją oto niezliczeni wokoło +grobu wodza swego... Przebóg, cóż to jest?.. + +Huk jakiś rozlega się w gmachu - to marmur grobowca pęka, unosi się... + +W trójgraniasty kapelusz przybrana, z założonemi na piersiach rękoma, +staje wyraźnie przed wzrokiem Romana postać Napoleona - wodza!.. + +- Paf, paf!.. - w tej samej chwili tuż koło Dzierżymirskiego o posadzkę +uderza ktoś zamaszyście. + +- Sortez, sortez donc, monsieur!.. Quatre heures... la consigne!.. - +rozlega się głos twardy i szorstki. + +Roman budzi się, rozgląda... A zirytowany natychmiast, że tak obcesowo +przerwano mu jego widzenie marzące, gotów już jest a to rzucić w twarz +stającemu nad nim miejscowemu szwajcarowi jakąś ostrą okolicznościową +uwagę... Otwiera już usta, spojrzawszy jednak na twarz wybladłą, pooraną +zmarszczkami, o wyrazie pełnym melancholii i smutku, milknie. + +W tych rysach bowiem czyta wyraźnie gniew tłumiony, lecz nie bezmyślny, +- bynajmniej. Nie, przeciwnie. Oburzenie to jakieś inne, +szlachetniejszej, podnioślejszej jakby natury, i mówić zda się: + +- Ach idźcie, już idźcie!.. Odejdźcie wy wszyscy, profanatorzy wstrętni, +kalający te progi ciekawością banalną - nieprzystojnym szumem, hałasem, +gadaniną i gwarem mącący bezmyślnie spokój i sen wieczny wielkiego +imperatora!.. + +- Cóż wy? - mówiły z pogardą te szare smutno oczy starca. - Cóż wy, +karły, nie ludzie dzisiejsi, mali -wiedzieć możecie? Co sądzić o czynach +olbrzymich "Jego?" Co odczuć? Cóż zrozumieć jesteście zdolni?.. + +Dzierżymirski z uwagą wpatrywał się dalej w stojącego przed nim +niecierpliwie szwajcara - inwalidę. + +Czyżby istotnie w umyśle tego starca uczucia podobne się kryły? - myślał +i zatopiwszy raz jeszcze, milcząc, badawcze spojrzenie w mętnych +źrenicach starca, bez słowa, skierował się ku wyjściu z tumu. + +Otworzono przed nim, zamknięte przed chwilą: z hukiem drzwi wchodowe, i +zatrzaśnięto je poza nim. + +Wydostawszy się na ulicę, Roman, znużony, wsiadł do pierwszej dorożki; +tu zaś, ochłonąwszy nieco od wzruszeń i wrażeń, porządkować zaczął w +głośno zdarzenia minionych godzin kilku. + +- Raz jeszcze zatem, miast rzeczywistości, chwytałem marę, cień +ułudny!.. - mówił sobie w duchu, z nagłą goryczą. - Pochłonięty wciąż +jedną myślą, przybiegłem tutaj nadziei pełny, i znowu nic - zero!.. + +- O, ironio, niezrozumiała, dziwna!.. - dumał dalej. - Czyż nigdy nie +trafię na ślad pewny? Czyż wiecznie, biczowany sumieniem, dręczyć się +tak będę, zmuszony? + +Dzierżymirski opuścił ręce na kolana, w zniechęceniu i pochylił nisko +głowę. Z chwilową samotnością, z pogłębieniem się w siebie, wracała +bezlitosna samowiedza, błędne koło tajonego w duszy cierpienia +zacieśniało się, wirowało, rzucając mu jednocześnie na ekran duszy +wizerunek nagły własnego moralnego "ja". + +Nie kryły go obsłony złociste, utkane z pozorów, zdolności osobistych, +rozumu, energii, czynu, bezinteresownego poświęcenia dla drugich, +szlachetności i wielu innych przymiotów, w które, jak w śnieżną, +lamowaną purpurą, togę patrycyusza - przed ludźmi, przed światem, stroił +się prezes Dzierżymirski... + +Nie, był to szkielet tylko!.. Otulony w płachtę jaskrawą szalonej +ambicyi, krył on za jej fałdami bagno moralne pamiętnej w życiu Romana +chwili, gdy dla osobistego szczęścia, użycia, pogwałcił on był etykę +społecznego prawa!.. + +Z tej kałuży jednak brudnej, a pozornie już zapomnianej, wyrastał kwiat +- niby niepokalana biała lilia - zasiany ziarnem silnych, choć +podeptanych zasad, wszczepionych za młodu - kiełkujący, przy pomocy +czujnego zawsze sumienia!.. + +Kwiatem tym - była chęć szlachetna, instynktowna, konieczna, oddania +bądź co bądź, prawemu właścicielowi przywłaszczonych pieniędzy. Ona, +wytrwała, popychała bezustannie Romana naprzód przed siebie; ona - +ześrodkowywująca w sobie również najpiękniejsze pierwiastki jego +charakteru - zniewalała go - do czynów, tam i ówdzie szlachetnych. Jej +to niewątpliwie zawdzięczał Dzierżymirski swój postępek z Orlęckim!.. + +I Romanowi w tej chwili mignął obraz wdzięczności tych trojga ludzi ku +niemu. + +Znów tu więc fałsz mimowolny - życia ironia!.. + +Dzierżymirski westchnął. Pomimo jednak, iż czuł zgrzyt w duszy, rosło +tam w nim jednocześnie pewne zadowolenie, zazwyczaj odczuwane przez +subtelniejsze natury, po spełnieniu dobrego, lub szlachetnego czynu. + +Spojrzał wokoło weselej nieco... Dorożka mijała właśnie bardzo ożywioną +dzielnicę miasta. + +Na lewo widniała wieża St. Jaeques, a tuż obok kościół St. Germain +-l'Auxerrois; naprzeciw ogromem rozwielmożył się Luwr wspaniały. + +Roman, zapłaciwszy woźnicę, wyskoczył z dorożki i skierował się ku +muzeum. + +Odcięty w podróży od zwykłego, pełnego czynu, życia, pochłaniającego go +całkowicie - Dzierżymirski poczuł nagle potrzebę nieodzowną, konieczną, +odwrócenia jątrzących mu mózg myśli czemkolwiek, uciekał się więc znowu +do koicielki-sztuki. + +Niebawem przez jedno z licznych wejść wchodził do jej świątyni, +pogrążonej w milczeniu, tchnącej majestatem zapatrzonych w siebie tworów +ludzkiego geniusza, szybującego na skrzydłach artyzmu we wszelakich jego +odmianach i fazach - wcielającego piękno, by szło, niby tchnienie żywe, +do dusz ludzkich, umiejących wznieść się i oderwać od poziomów! + +Znajdował się w salach dolnych. Zabytki starożytnej rzeźby romańskiej, +greckiej otaczały go zewsząd. Setki ich z epok różnych patrzyły na niego +piękna wyrazem, ręką mistrzów zakutym w kamień i marmury... + +Dzierżymirski, rozglądając się wokoło, szedł wolno, zamyślony. + +Jak w kalejdoskopie, przesuwały się wciąż kolejno przed nim posągi, +coraz piękniejsze. + +Tutaj więc wychylały się oto rzędem ku niemu biusty i srogie oblicza +wszystkich prawie imperatorów rzymskich - tam znów wykwintnie +modelowanem ciałem pochylały, gięły posągi Apollinów - rzymskiego dłuta, +o rysach grubszych, pełnych męskości i siły, - greckiego, traktowane +daleko subtelniej z finezyą, o ciele jakby miękkszem i drobniejszem, +przedziwnie wykończone w szczegółach i wyrazach twarzy... + +W oddzielnej sali, naprzeciw siebie, drzemały, na wzór oryginałów w +Watykanie, olbrzymie odlewy, z bronzu: śpiącej Aryadny, Laokoona, +Apollina i Dyany; dalej znów, z Tripolisu w Afryce sprowadzona, bez +końca nóg i głowy, unosiła powabnie draperye piękna Venus, bieliły się +bez liku dziesiątki rzeźb pomniejszych - stał Apollo z Lycyi, oparty o +pień, koło którego obwijał się wąż zdradliwy... Apollo z Paros, patrzył +łagodnie na widza; o rysach drobniutkich, w draperyi fałdach - +wdzięczyła się grecka muza... + +Dzierżymirski, z powodu braku czasu spieszyć się zmuszony, szedł +pomimowolnie szybko, zatrzymując się jednak co chwila to krócej, to +dłużej, zniewolony ku temu pięknem, hojną ręką i dzięki niestrudzonym +zabiegom, nagromadzonemu, tak obficie wokoło. + +Tak więc, pomiędzy wieloma, wieloma innemi zajęła go jeszcze rzeźba +Tyberyusza cesarza, okrytego fałdami togi, z ręką wyciągniętą przed +siebie, w oratorskim geście, tak wymownie, iż zdawało się, że oto już +zaraz przemówi... Tam znów uwagę zwróciły dwie postacie kobiece, +zabytki, przeniesione z greckich cmentarzy. Jedna z nich, owiana szatą +przejrzystą, w stojącej postawie, zadumana smętnie, - druga, w takiejże +pozycyi, z wieńcem laurowym na głowie, w bolesnem pogrążona skupieniu, z +prześlicznie przytem wyrzeźbionem obliczem, przybrana w draperyę, której +fałdy, wykończone subtelnie w marmurze, za lada powiewem poruszać się w +oczach zdawały. + +Dzierżymirski wpadł w labirynt sal, salek, i szedł coraz dalej i +dalej... Jednocześnie poddawał się stopniowo coraz bardziej urokom +sztuki, a przypatrując się ciągle, z uwagą, okazom starożytnego dłuta - +zapominał coraz bardziej o dręczących go myślach z przed chwili; czarne +i smętne niepostrzeżenie pierzchały one cicho... + +I niebawem Romana znowu zajął marmurowy posąg z wyspy Paros... +Przedstawiał on Aleksandra Wielkiego, z połową włosów złamaną i biustem, +bez rąk, z twarzą natomiast zachowaną doskonale. Później zachwyciła go z +kolei "Venus accroupie" w marmurze, również bez rąk, ze śladem na +plecach odłamanej rączki Amora, potem znów dziesiątki rzeźb innych, +jedne charakterystyczniejsze, piękniejsze od drugich... + +Po chwili, oparty o pień drzewa, zatrzymał go jeszcze, względnie do +otaczających maleńki bardzo posążek, zatytułowany "Amor, jako Hercules", +następnie inny: "Walczący Gladjator", a w końcu, cudna w swej prostocie, +postać muzy poezyi lirycznej: "Polymnie..." + +Była to rzeźba wziętej z profilu kobiety, opartej, w zadumie, bokiem o +kolumnę, w zwojach fałdzistej draperyi. Głowę pochyloną miała nieco, a +upiększały ją włosy, falujące z lekka w marmurze, jedną rączką +podpierała oblicze, natchnione, o rysach drobnych i subtelnych - drugą +dotykała niedbale swej sukni, z ujmującym wdziękiem... + +Wymijając tłum nieruchomych posągów, gubiąc się wśród tych rzeźb, +zadumanych, cichych, śniących jakby o wielkiej swej przeszłości - +znalazł się wreszcie Roman niebawem w salce kwadratowej, małej, gdzie, +otoczona sznurową baryerą - na wzniesieniu, ubranem bordo tkaniną, +stała, królując, zda się, nad wszystkiem dokoła, perła zbiorów +posągowych Luwru - Venus grecka z Milo. + +Zmęczony nieco, Dzierżymirski usiadł na ławeczce, zdjął kapelusz i +wpatrzył się w stojącą, bez rąk, półnagą postać z marmuru. + +Pozornie kroczyła ona... + +Wprzód pochylona niedostrzegalnie, przytrzymując fałdów upadającej w +pasie draperyi, zdawało się, że idzie, z szyją swą, wyciągniętą nieco +naprzód, z oczyma przymrużonemi jakby, z włosami, karbowanemi z lekka i +uwiązanemi z tyłu w węzeł, z twarzą blondynki, anielską - boską!.. + +Od twarzy tej i półciała nagiego do draperyi, Dzierżymirski oczu oderwać +po prostu nie był w stanie... + +On w oblicza tem czytał - a przynajmniej tak mu się w danej chwili +zdawało - zapatrzenie się w siebie i dumę, ale zarazem i słodycz, zakutą +w przedziwnej regularności rysie każdym, i choć sam osobiście nie +odczuwał w rysach twarzy tej silnego promienia wewnętrznego, jak zadumy +lub marzenia - to jednak piękno linii królowało w nich - tak +niepodzielnie, że zachwyt tylko wzbudzać mogło... A ciało?.. + +Po prostu żyło ono, nie tylko zaś nagie, dla oka widoczne... Z przodu, +pod fałdami draperyi - czyniącej wrażenie, iż spada - w kilka zaś zgięć +karbowanej z tyłu - tętniło ono, ożyłe jakby, nie martwe, w ruchu +kroczącego, wzniesionego nieco kolana, w odkrytych piersiach i biuście +bez rąk, przegiętym w prawo z zachowaną przedziwnie w marmurze, miękką, +jak w ciele żywem - subtelną linią przegięcia... + +Czas mijał... Przesiedziawszy na ławeczce dość długo, Roman z trudnością +powstał i oderwał się od arcydzieła sztuki. Spojrzał na zegarek - +dochodziła piąta - godzina zamknięcia Luwru. Postanowił obejrzeć +jeszcze, choć pobieżnie, galeryę obrazów... + +Skierował się spiesznie na pierwsze piętro gmachu. Minąwszy salę +pierwszą, zatrzymał się w drugiej, maleńkiej. Dwa, dlań osobiście +przepiękne, obrazy zajęły całkiem jego uwagę. + +Na jednym z nich, w aureoli blasków nad głową, umarła, cicha, po fali +sennej płynęła postać blada z twarzą anielską i łagodną, - to sławne +dzieło Delaroche'a "La jeune Martyre". Wisiało ono na prawo, równolegle +z wejściem do salki, na ścianie zaś bocznej od tego wejścia, w lewo, od +innych odbijało wdziękiem, pędzla "Girodet - Trioson'a" Przebudzenie +Apollina, pięknego, jak marzenie, w postawie leżącej, pogrążonego we +śnie głębokim. Na cudne oblicze boga Olimpu i zamknięte jego źrenice, z +wysoka, prostopadły padał promień światła!.. Roman po chwili ruszył +dalej... + +Mijał teraz z wolna jedne za drugiemi olbrzymie sale. + +A w salach tych milczących, wielkich, unosił się jakby nadprzyrodzony +jakiś duch idei piękna, zaklęty, olbrzymi i brał despotycznie w +posiadanie każdego, kto korzył się przed kultem sztuki, czyja dusza, +drgnieniem zachwytu, wyciągała w ekstazie ku jej nieśmiertelnemu czarowi +pragnące swe ramiona! + +Najpierwsi mistrzowie szkoły włoskiej, flamandzkiej, francuskiej, +hiszpańskiej i innych - wielcy w swym majestacie, w aureoli wiekopomnej +sławy, wyglądali z ram dziełami, niewidzialną dłonią zatrzymywali, jakby +przed sobą, mówiąc, zdawało się, do Romana dumnie: - "podziwiaj nas!.." + +Idąc wciąż przed siebie w ten sposób, dotarł wkrótce Dzierżymirski, do +sal ostatnich. + +Było ich dwie; w jednej, podłużnej, wielkiej, a tak zwanej "Rubensa", +pełno było przepysznych obrazów, wziętych przeważnie z życia królowej +Maryi Medici - w drugiej, przedostatniej i mniejszej, noszącej miano +"Van-Dycka", zwróciły uwagę Romana, wśród kilkunastu może dzieł tego +mistrza, portrety: Dzieci Karola I-go; jego samego, stojącego na tle +krajobrazu, obok giermka, z rumakiem, i kardynała Richelieu'go, całego w +purpurze. + +Dotarłszy do końca pałacowych sal, Dzierżymirski puścił się w powrotną +drogę, zaglądając tam i ówdzie, idąc, wracając - błądząc wśród tych +drzemiących w chwale własnej, nieprzeliczonych dzieł pędzla - tworów +talentu ludzi cenionych i wielkich... + +Setki obrazów przeoczonych, nowych, zastępowały mu drogę... + +I Dzierżymirski przystawał ciągle... Zachwycał się niejednym obrazem, +ustępującym może innym, pod względem piękna, lecz przemawiającym żywiej +do indywidualnego jego poczucia i pojęcia sztuki. + +Tak więc w jednej z sal zatrzymał się dłużej śliczną główką szkoły +francuskiej, "Greuz'a", złotawąblond, z oczyma, wzniesionemi smutnie, w +zamyśleniu błądzącemi gdzieś daleko, może w ideałów niepochwytnych +krainie, z wyrazem twarzy, tchnącym melancholią i rozmarzeniem... + +Tamże również zajęły go dwa obrazy tegoż mistrza: pierwszy "La laitičre" +przedstawiał rozwożącą nabiał młodą wiwandyerkę - wspartą, w zadumie +cichej, o karego z białym łbem konia; drugi pod tytułem: "Rozbity +dzban", wdzięczny nad wyraz, wyobrażał dziewczątko w bieli... Włosy +miała ona rozczesane skromnie na dwie strony, stroiło je białe kwiecie, +- w fartuszku różowo - blade róże, na ręku zawieszony rozbity niebacznie +dzban, a w całej twarzyczce miluchnej nieporównany wyraz dziecinnej +naiwnej rozpaczy. + +Dzierżymirski coraz szybciej wymijał sale; nie znalazł się w galeryi +podłużnej i olbrzymiej, w kształcie salonowego korytarza, szerokiego i +przestronnego. + +Na ścianach wisiało tu wiele pięknych okazów; między innemi zatem dzieła +Rafaela Sanzio, jak na przykład portret Joanny d'Aragon, w purpurowej +sukni, przetkanej złotem, Ś-go Jana Chrzciciela, oraz śliczny portrecik +młodego człowieka, o włosach blond, w czapeczce czarnej, podpartego, w +zamyśleniu i parę innych tegoż mistrza. + +Patrzyły tu również na Romana rzędem liczne dzieła Marina, jak Urodzenie +Najświętszej Panny Maryi, cud San Diego, czyli anielska kuchnia... +Opodal obraz, przypisywany malarzowi hiszpańskiemu Riberze, występował z +ram postacią umarłego Chrystusa, o twarzy przedziwnie spokojnej, w +wypoczynku jakby po bólu pozostającej - z ciałem ran pełnem, +ociekającem, zda się, krwią ciepłą jeszcze... Bitwa Salvatora Rosy tamże +nęciła oko realizmem i grozą - dziesiątki, setki obrazów zatrzymywały +spojrzenie, a wreszcie dwa z nich najbardziej; pędzla Leonarda da Vinci: +Jan Chrzciciel i Bachus... + +Oba przedstawiały ciemnookich, pięknych młodzianów, o bujnie i +naturalnie kręcących się włosach, cerze śniadej i dziwnie wiele, +mówiących twarzy, zbliżonych rysami do siebie... + +Obrazy te, w ogólnym zarysie, również zlewały się ze sobą. Nagłem +skojarzeniem myśli, przypomniały one Romanowi, podobnież nieco +traktowaną głowę o włosach, złotawo - miedzianych, pędzla Ferrari'ego, w +Pinakotece Medyolańskiej. Przedstawiała ona Matkę Bożą, całą w +czerwieni, z przechyloną w tył głową i przymkniętemi oczyma, z wyrazem +nadziemskiego upojenia, gdy Dzieciątko Jezus równocześnie wyciąga przed +siebie w przestrzeń swe rączyny maleńkie, jak gdyby niemi pochwycić coś +w powietrzu pragnęło... + +I z przypomnieniem tem nagle do duszy Dzierżymirskiego spłynęła fala +wspomnień... + +Mignął mu więc przed wewnętrznym wzrokiem duszy Medyolan, rodzinne +gniazdo matki i tam "Cimitero Monumentale", gdzie zapomniane przezeń +leżały jej prochy, wreszcie rysy matczyne, jak żywe, przeszłemi latami +zamglone... + +Z powiewem zaś lat tych minionych, z przeszłości tchnieniem, w mózgu +Romana znowu zaświdrowały wyrzuty sumienia, dawne - te same. + +Zadumany, powracał Dzierżymirski, kierując się w olbrzymie sale ku +wyjściu, opanowany na nowo - wewnętrzną troską - niezdolny obecnie po +prostu patrzeć na dzieła sztuki. + +Poza tem zresztą i czasu na to nie było... Zamykano już Luwr. + +Spieszono się powszechnie. Rozrzuceni tam i ów turyści - malarze, +dyletanci pędzla, kopiujący tu zapamiętale od samego rana na +rozstawionych stalugach wszędy, hałaśliwie składali swe przybory, a +odgłos ich rozmów, zarówno jak i kroki odchodzącej tłumnie gromady +ludzkiej, przeciągłem echem odbijały się o ściany i próżnię olbrzymich +sal muzeum. + +Wyludniały się one nader szybko; niebawem cisza utulać zaczęła stopniowo +twory człowieczego geniusza, a jeden jeszcze samotny i niewidzialny +pozostał tu tylko, zda się, król Piękna - bóg Sztuki!.. + +W dziesięć może minut później Dzierżymirski wychodził na ulicę, gdzie +zoczywszy niebawem napis podziemnej kolejki elektrycznej zwanej : +"Metropolitain", po schodach spuszczać się zaczął ku stacyi. + +Zagłębiony w myślach, kupił Roman machinalnie bilet na prawo jazdy i +wyszedł na peron podziemnej poczekalni. W głowie jego, wśród myśli +wielu, nieukształtowany jeszcze, niewyraźny, zakiełkował projekt +opuszczenia Paryża, nieprzedstawiającego dlań już teraz, jako pobyt, +celu żadnego, i udania się do - Medyolanu... + +W tej samej chwili, z chrzęstem, świstem, wpadł na platformę zręczny, +mały, elektryczny pociąg miejski. + +- Louvre!.. Louvre!.. - wrzaśnięto donośnie, kilkanaście drzwiczek u +wagonów otworzyło się spiesznie... Wysypała się z nich garstka ludzi, +partya druga szybko zajęła ich miejsce, Dzierżymirski wskoczył za innymi +do pociągu, z wielkim pośpiechem, nie minęła bowiem minuta, gdy już +zatrzaśnięto na powrót z hałasem u wagoników wszystkie drzwiczki. + +Kolejka ruszyła z miejsca pędem prawie, zanurzyła się i zniknęła, jak +zmyta, w oświetlonej gdzieniegdzie tylko elektrycznemi lampami czeluści +ciemnej podziemnego tunelu, biegnącego, jak wiadomo, pod większą częścią +nadsekwańskiej stolicy. + +----------- + + +Letnie, upalne popołudnie drzemało jeszcze nad ziemią, skwarne jednak +słońca promienie zniżać się już poczynały stopniowo... + +Ochoczo uwijały się po polach dziewczęta robocze, w swych krótkich +kolorowych spódnicach i haftowanych barwnie koszulach - z sierpami w +ręku, żnąc zboże, układając je w snopy i kopy, a z łąk i łanów dalszych +odzywało się od czasu do czasu rytmiczne ostrzeżenie kos i ich chrzęst w +ślad za tem, ścinający trawy, owsy i jęczmienie, rozlegał się echem +miarowem. + +W otaczające go, tętniące ruchem i pracą pola zapatrzony, na ciemnem tle +parku nieposzlakowanie biały milcząco wsłuchiwał się dwór gowartowski w +odgłosy, idące z łanów dalekich. + +Na werandzie, w głębokim fotelu siedziała marszałkowa Warnicka, pracując +z zajęciem nad robótką ręczną; dalej nieco, w parku, poprzez drzewa alei +migała jasna letnia suknia kobieca i sylwetka siedzącego obok niej +mężczyzny; przez otwarte na ścieżaj wreszcie tuż koło balkonu okno +saloniku dolatywały dwa męskie głosy, zmieszane z miarowemi uderzeniami +kul bilardowych. + +W saloniku owym grali w karambole Ładyżyński z Krasnostawskim. + +- Patrz, młodzieńcze, i ucz się! - mówił w tej chwili pan Emil, +pochylony nad bilardem. + +Biała bila jego, musnąwszy poprzednio lewy bok czerwonej drugiej kuli, +wracała właśnie teraz posłuszna, dotykając lekko stojącej opodal +trzeciej żółtej bili. + +- Aha!.. - wykrzyknął z tryumfem Ładyżyński. - Uderzenie znakomite, a +rzadkie, jak kruk biały!.. + +Spojrzał na Krasnostawskiego. Ten ostatni, bez ceremonii zwrócony do +okna, stał gdzieś zapatrzony, przez grzeczność w ostatniej tylko chwili +obróciwszy się szybko ku mówiącemu. + +- Barbarzyńco! - wykrzyknął Ładyżyński, oburzony szczerze. + +- Jak to? - pytał zdziwiony dalej. - Na seryo zatem nie widziałeś pan +wcale ? + +- Ale cóż znowu, i owszem! - zaprotestował Krasnostawski, zmieszany +nieco. + +Partner z pod oka spojrzał na młodzieńca i mruknął złośliwie: + +- Co pan ciekawego wypatrujesz wśród alei? Nikt tam, que je sache, nie +spaceruje, prócz Oli i kochanego Topolsia, hrabiego na Szczęsnojej... A +tu tymczasem straciłeś pan coup de maître, cug iścię wspaniały... + +I wskazując dłonią stojące kule, objaśnił już spokojnie: + +- Przez czerwoną... Zamiast zwyczajno-pospolicie - tyłem, przez pięć +band, i serya notabene gotowa - pochwalił się. + +- Wiele mam? - zapytał po chwili. - A, prawda... - odpowiedział sam +sobie pan Emil, - osiemdziesiąt sześć!... Przepadłeś pan z kretesem. Za +chwilę - requiescat in pace!.. + +Przy tych słowach, Ładyżyński pochylił się znów bilardem. Pod wprawnem +uderzeniem jego kija, dotykane, cofane, kierowane zręcznie, posypały się +niebawem liczne karambole. + +Krasnostawski, od początku partyi kilkakrotnie do gry zaledwie +dopuszczony, ziewnął skrycie, znużony. + +- Ta zdradziła Radziwiłła!.. - wykrzyknął w tej chwili pan Emil. - +Chybiłem - graj pan!.. + +Krasnostawski z kolei zrobił kilka dość umiejętnych karamboli. + +- Brawo, bravissimo! - potakiwał Ładyżyński - Z jakim przestajesz, takim +się stajesz, niedarmo tak głosi przysłowie... + +A ze znawstwem, śledząc dalej uważnie grę partnera, dorzucił jeszcze, w +rodzaju pochwały: + +- Czołem, czołem!.. Wstępujesz w me ślady.... bardzo dobrze, wcale +nieźle!... + +Krasnostawski, z przymusem, uśmiechnął się lekko, po paru uderzeniach +wreszcie chybił. + +- Przeszła, minęła, jak sen jaki złoty! - zadeklamował Ładyżyński, z +patosem. - zgubionyś młodzieńcze! - dorzucił, i pochylił się nad suknem +zielonem. + +- Gram z tyłu - poinformował - ostatni, śmiertelny cios... + +Pchnięta, nakredowaną poprzednio starannie, muszką kija - biała kula, +obleciawszy szereg band, w skomplikowanej geometrycznej figurze - +niebawem pokorna, grzeczna, za jednem uderzeniem, musnęła cicho dwie +pozostałe bilardowe kule. + +- N, i... ni - c'est fini !.. - odsapnął z ulgą pan Emil. + +- No, teraz siadamy! - ciągnął dalej.- Dziękuję panu za partyę! - podał +uprzejmie rękę Krasnostawskiemu, poczem wyjął papierośnicę. + +- Służę panu! - rzekł, wyciągając ją w stronę młodego człowieka. + +- Dziękuję bardzo! - odparł Krasnostawski, skłoniwszy się grzecznie, +wziął papierosa, podsuwając jednocześnie Ładyżyńskiemu zapaloną zapałkę. +- Merci! - mruknął pan Emil. - Ha, zmachałem się nie gorzej od mołodycy, +na polu przy burakach! - westchnął. + +Usiedli, i zapanowało chwilowe milczenie. + +W ciszy pokoju słychać było teraz wyraźnie jednostajne brzęczenie much; +zniżające się słońce ścieliło swe promienie po zielonej powierzchni +bilardowego sukna - salonik tonął cały w półświatłach kończącego się +letniego popołudnia. + +Nagle firanki u okien poruszyły się gwałtownie - ktoś drzwi otwierał... + +Na progu, w szarem sukiennem, liberyjnem ubraniu, stanął lokajczyk, +młode chłopię... + +- Zamykaj, do kroćset! - zagrzmiał Ładyżyński, porzuciwszy silny +przeciąg i zwrócił się równocześnie do Krasnostawskiego. - Ma pan +jeszcze ochotę na partyjkę?... bo ja - to nie! + +- O, ja również! - odparł szybko Krasnostawski - Zresztą nie mogę, mam +dzisiaj pilne zajęcie jeszcze i wracać muszę! - Żegnam pana! - dorzucił +uprzejmie i powstawszy, wyciągnął rękę do Ładyżyńskiego. + +- Adieu!.. - od niechcenia, ale grzecznie, nie ruszając się z miejsca, +odwzajemnił mu tenże uścisk dłoni. + +Krasnostawski, niby szukając czegoś po pokoju, zbliżył się zręcznie do +okna, posławszy wywiadowczy wzrok raz jeszcze do ogrodu. + +Siedząc wciąż na swem miejscu, Ładyżyński śledził spod okna, a usta +skrzywiły mu się przy tem sarkastycznie. + +- Cóż to tak zapamiętale pan szukasz? - rzucił ironicznie - serca, czy +głowy? + +- O, nie... tylko kapelusza!.. - odciął chłodno Krasnostawski, i +rzuciwszy siedzącemu powtórnie pożegnanie uprzejme, wyszedł z saloniku. + +- Hm... hm!.. - mruknął do siebie stary kawaler, i powstał. + +- Wyczyść bilard szczotką tak, jakem cię nauczył na wskos, nicponiu!.. - +rozkazał kręcącemu się po pokoju lokajczykowi, i strzepnąwszy ubranie, +opuścił bilardową salkę, zmierzając ku werandzie. + +- Zawsze przy pracy, pani marszałkowo! - powitał siedzącą przy robótce +panią Melanję i usiadł wygodnie na bujającym się fotelu. + +- No, i pan, panie Emilu, pracowałeś także - uśmiechnęła się łagodnie +matrona. - Stąd słyszałam, jak stukały karambole i postępował raźno +wykład gry bilardowej... + +- Ano, trudno!.. Trzeba pouczać młodych! - odparł pan Emil i uśmiechnął +się swoim zwyczajem. A gdzież to młoda para? - rzucił. + +Marszałkowa nie zrozumiała pytania. - Jak to? - zdziwiła się. + +- No, pani Ola i kochany hrabicz! - objaśnił niedbale, kołysząc się +leciutko w fotelu. + +- Aaa !.. - zaśmiała się marszałkowa - są w ogrodzie - dodała spokojnie. +- A pan Bolesław gdzież się znajduje? - zapytała z kolei. + +- Przegrawszy partyę karamboli i posławszy trzydzieści i jedno spojrzeń +tęsknych w stronę ogrodu i przechadzających się tam ludzi, uciekł do +domu - odpowiedział pan Emil. + +- Że też pan ciągle tak samo niepoprawny i zawsze musi widzieć coś +niepotrzebnego! - obruszyła się, z widocznem niezadowoleniem, +marszałkowa. + +- To tak tylko dla kontrastu z panią marszałkową! - odparł słodziutkim +tonem, układnie pan Emil i uśmiechnął się szyderczo. + +- No, no!.. - udobruchana nieco, pokiwała głową staruszka. - Żeby to +tylko tak było w istocie ! - Ależ upewniam panią marszałkowę - +podchwycił Ładyżyński. - Wracając jednak do poprzedniej prozy życia, i +jego wypadków - ciągnął wolno - ciekawym, czemu ten Roman nie wraca?.. + +- A! - żywo odparła pani Warnicka. - Zapomniałam powiedzieć panu... +Wczoraj wieczorem był list od niego... Donosi, że z Ostendy, dokąd udał +się prosto z Paryża, dla odpoczynku, przybył już do Mediolanu, gdzie +zabawi dłużej... + +- Hm, hm! - chrząknął pan Emil. - Że też prezesuniowi kochanemu nie +tęskno: do żony primo, do mnie - secundo, to się wydziwić temu nie mogę +- wygłosił całkiem seryo. + +Marszałkowa na te słowa uśmiechnęła się do siebie, w milczeniu, +Ładyżyński mówił zaś dalej, wydobywszy zegarek z kieszeni: + +- Patrzcie państwo, już wpół do ósmej!.. O wpół do szóstej zaczęliśmy +grać z Krasnostawskim partyjkę, a panią marszałkowę pozostawiliśmy +wszyscy tu na balkonie samotną... Tiens... tiens... jak to czas leci. + +Pan Emil spojrzał na ogród, szukając coś oczyma i w tejże samej chwili +zerknął na marszałkowę. Ta ostatnia również wysłała spojrzenie do parku. +Złośliwie nieco wykrzywił usta pan Emil i wpatrzył się badawczo w twarz +staruszki, lecz ta obojętnie całkiem odwróciła po chwili głowę i +kończyła spokojnie robótkę. + +Zapanowało milczenie. + +- Dziwny aforyzm przychodzi mi do głowy! - odezwał się Ładyżyński, w +parę minut później. + +- Bardzo, ciekawam, co tam znowu przychodzi panu do głowy?.. - zaśmiała +się staruszka. + +- Piękna kobieta - wygłosił z patosem pan Emil - to częstokroć wcielenie +ślepego trafu igraszki!.. Obdarza ona bowiem królewską swą łaską nie +zasłużonych, lecz szczęśliwych, choć wszyscy, niby gracze, pragnęliby w +duchu wygrać najwyższą tylko stawkę... + +Siwe oczy marszałkowej na chwilę zabłysły rozumnie, i odparła lekko, w +tym samym tonie: + +- Ho-ho, co za porównania, jaka poezya nagle objawiła się w panu! - +pochwaliła ironicznie i dodała: - Ja nie wiem, doprawdy, czy potrafię, +skromna, wznieść się na takie wyżyny... Lecz i mnie również, dziwnym +zbiegiem okoliczności, aforyzm świta w myśli: + +I po chwili pani Melanja wygłosiła z przyciskiem: + +- Podejrzliwość - to wcielenie satanizmu!.. Oczernić, zbrukać potrafi +najczystsze, śnieżne jagnię, tem gorsze zaś ono, że uwierzą mu ludzie, +goniący, z rozkoszą, za obmową, choćby nią był i fałsz wierutny!.. + +- Les beaux esprits se rencontrent! - wycedził w półukłonie pan Emil, i +zamilkł. + +- No, żegnam kochanego pana! - odpowiedziała marszałkowa, i powstała +ciężko z fotelu. - Idę - ciągnęła - wydać rozporządzenia do wieczerzy, +bo gosposia nasza, jak widzę, zapomniała się dzisiaj, a pana - tu +uczyniła ręką niewyraźny ruch w powietrzu - pozostawiam sam na sam z +aforyzmami!.. - zaśmiała się przy tem staruszka złośliwie nieco, i +znikła we drzwiach salonowych. + +Ładyżyński, po wyjściu marszałkowej, zapalił papierosa i zamaszyście +począł kołysać się na biegunach fotelu. + +- Śmiej się, śmiej, babuleńko! - mruknął z cicha. - Ja mam swój rozum i +węch świetny. O, co do tego, to zapewnić mogę, że nos mam wyborny!.. - +dotknął twarzy, zaśmiał się do siebie, wciągnął powietrze, i powstawszy, +zeszedł po stopniach schodów balkonu. + +Spojrzał znowu na zegarek i mruknął: + +- Ósma dochodzi... Sapristi, o czemże dwie i pół godziny sam na sam +mówić ze sobą mogą dwoje młodych ludzi, jeśli nie o miłoś... Psst! - +syknął głośno i położył sobie na ustach palce. - Podejrzliwość albowiem +jest to wcielenie satanizmu... i tak dalej, - dokończył, i zaśmiał się +znowu cicho. - No, zobaczymy! - szepnął do siebie jeszcze i skierował +się do ogrodu. + +Słońce zachodziło właśnie. Białe ściany gowartowskiego domu gorzały +czerwienią, błyszczały, złociły się okna, dach blaszany żarzył się, jak +głownia, a tam w parku, w oddali, wstydliwie zaróżowiały się, rumieniły +brzozy, mieniły od gasnących promieni, w odblaski polerowanej miedzi, +dęby, lipy, topole... + +Ładyżyński, zagłębiał się dalej i dalej w ogród, idąc krokiem pewnym, aż +znikł, pochłonięty cieniami ciemnawej już, drzew wierzchołkami zrosłej +ze sobą alei; poszukiwania jego jednak miały spełznąć na niczem. Młodej +pary, jak ją pan Emil żartami nazwał, nie było już w ogrodzie. + +Topolski i Ola, przed pół godziną, znalazłszy się na skraju parku i +łanów szerokich, opuścili ogrodową aleję, pociągnięci współwzajemnie +czarem przechadzki po zielonej, biegnącej wśród pól, ugorów, łączce, w +przedwieczornej świeżości skąpanej całej. + +Gawędząc, śmiejąc się i przekomarzając na przemian bezustannie, oddalili +się oni nawet już dość ode dworu, nie spostrzegłszy tego naturalnie +wcale. + +Wbrew zapowiedzi, danej pani Oli jeszcze na raucie, przyśpieszył +Topolski swój przyjazd do odziedziczonych w pobliżu Gowartowa dóbr +swoich "Szczęsnaja". + +Bawił już tu przeszło od sześciu tygodni, będąc nader częstym gościem +osamotnionej prezesowej Dzierżymirskiej; Ola zaś, nie mająca prawie tu +ni rozrywki, ni towarzystwa żadnego, zazwyczaj niezmiernie mu rada była. + +Topolski zaś ze swej strony podobać się mógł tylko. Ogładzonych form +światowych, przystojny i miły, był również bardzo inteligentnym, a lekki +pokład idealnego marzycielstwa, w kontraście połączony ze szczyptą +sceptycyzmu, czynił go interesującym bardzo, szczególniej dla kobiet. W +kole płci pięknej czuł się zawsze panem... Posiadając wrażliwość +czułostkową przyrodzoną, rozumiał on kobiety przytem stokroć lepiej od +innych mężczyzn, odczuwał je subtelnie, - w podbijaniu zaś serc +niewieścich, cierpliwem i umiejętnem, - mistrzem go nazywano. + +Próżniacze życie jego, zjadającego dochody "panka", zabarwione tylko z +lekka tam i ówdzie dyletanckiem zainteresowaniem się sztuką, oraz +podróżowaniem po świecie - składało się też przeważnie z krótszych lub +dłuższych miłostek, z łańcucha: "bonnes fortunes", które, jak ogniwa, ze +sobą bezustannie łączyć sie starał. + +Poznawszy Olę Dzierżymirską, Topolski postanowił zdobyć ją nieodzownie. +W tym celu więc dowiedziawszy się o bytności Romana Dzierżymirskiego za +granicą, przyspieszył wyjazd na Ukrainę, i od dwóch już niespełna +miesięcy pracował wytrwale, powoli, ze znawstwem swej sztuki, cegiełka +za cegiełką, budując swe przyszłe, jak nazywał - szczęście! + +Z początku było mu niezmiernie trudno skierować, pchnąć Olę, choć +nieznacznie tylko, na swe tory. + +Gra ta, złożona z setek subtelnych odcieni, opartych na gruntownej +znajomości "kobiety," parokrotnie srodze zawiodła go z Olą +Dzierżymirską. Lecz po paru już tygodniach uczuł Topolski wreszcie grunt +pod nogami, aczkolwiek jeszcze bardzo niepewny. Tryumfował skrycie - i +szedł dalej... + +Dziś zaś, po tygodniach sześciu pobytu, miał on już za sobą małą +przeszłość w tym względzie; między nim, a Olą mianowicie biegła nić +trwała obcowania wzajemnego, wspólnych rozmów, dociekań, paradoksów, +określeń - garść faktów jednak na pozór nic nie znaczących prawie... + +A więc, na przykład, gdy w gronie osób postronnych, trzecich, toczyła +się rozmowa o temacie, poruszonym już przez nich dwojga niegdyś w +pogawędce sam na sam wspólnej - czy to w zakresie sztuki, literatury, +muzyki, czy wreszcie w dziedzinie wypadków pospolitych codziennego życia +- usta ich uśmiechały się nieznacznie, a równocześnie oczy spotykały +się, posłuszne... + +To znów kiedy indziej, nim jedno z nich zdążyło wymówić myśl jakąś, +częstokroć drugie, chwytało ją szybko już w lot i na nie wypowiedziane, +a przeczute słowa, dawało trafną odpowiedź, lub rzucało aforyzm +dwuznaczny, mający li tylko dla nich dwojga znaczenie, dla innych +niezrozumiały często wcale - poruszający zaś sobą wspomnienie, zdarzenie +osobiste, wspólne... + +Szukali się wzajemnie również, unikając towarzystwa drugich, pragnąc +zawsze być ze sobą, wyłącznie sami. + +A po za tem? Och, określić nawet trudno. + +Dziesiątki, setki, tysiące maleńkich, nikłych zdarzeń, powikłań, chwil, +chwilek, słów, słówek, gestów, drgnień twarzy, uśmiechów, niedomówionych +spojrzeń, uściśnień dłoni, przyjaźniejszych, czulszych - w +nieskończoność biegnąc, zacieśniały ich dwie duchowe jaźnie coraz +bardziej, motały ich ze sobą i z nitki początkowo pojedynczej tylko, +czas uprządł tkaninę przędzę niewidzialną, a nierozerwalną już jednak, +co silnie, a trwale złączyła ich w końcu ze sobą! + +I Topolski, błąkający się z początku w swej grze trudnej zaplątał się +sam wkrótce, nie wiedząc nawet kiedy, w zastawione zręcznie na Olę +sieci. + +Serce w nim obudziło się po raz pierwszy może w życiu!.. On, motyl +niestały, powierzchownie tylko kochliwy, w każdej zamężnej, wdzięcznej +buzi - zakochał się na seryo w Oli! + +Dziś od dwóch godzin przeszło, w słów dobieranych szermierce, flirtował +z nią - teraz już dlań ukochaną, a przez to samo upragnioną jeszcze +bardziej. + +Mówili dnia tego jak zwykle o literaturze, muzyce i sztuce, to jest o +tem, co zajmowało ich wspólnie najbardziej w krainie, oderwanej od +przędzy codziennego życia. + +On wspominał i opowiadał barwnie wrażenia licznych podróży, dowcipkował, +śmiał się, przytomny bezustannie gry swojej; Ola słuchała mówiła, +opowiadała z kolei wiele sama... Jak w złocie łanów zboża, jednostajnem +od maków purpurowych i bławatnych chabrów, roiło się w tej ich słów +gawędzie od dwuznaczników, w lekką formę obleczonych ze strony +Topolskiego oświadczyn i półsłówek - połowicznem niedomówieniem wiele +mówiących nieraz rzeczy!.. + +Przed chwilą, słońce ułożyło się do snu. Topolski kończył jednocześnie +wywołane faktem tym opowiadanie wspomnienia, tyczącego się wschodu +słońca obserwowanego z wierzchołka góry "Mont Blanc," spowiadając się z +wrażenia podniosłego, doznanego wysoko!.. + +Słowa pełne zapału, efektowne, zamarły mu właśnie na ustach, na których +spojrzeniem całem zawisła artystyczna dusza idącej obok niego kobiety. + +Zapanowało pomiędzy niemi chwilowe milczenie: + +Ze stepu tymczasem, z łanów, płynęły wonie zbóż, i polnych kwiatów; żaby +i chruściele odzywały się w moczarach łączki - czar letniego gasnącego +dnia chwytał za duszę... + +- Wie pan, żeśmy porządnie od domu daleko! - pierwsza wesoło zaśmiała +się Ola. + +- A tak? - zadziwił się niby Topolski. - To wracajmy! - rzekł +niechętnie. + +Zawrócili. Szli wolno czas jakiś, pomimo woli zamyśleni. + +- Tak, pani - przemówił Topolski, snać błądząc jeszcze myślą hen, +daleko, na szczytach Alp, w Szwajcaryi - wrażenie to było tak silnem, iż +nie zapomnę go do końca życia. - I wie pani? - dorzucił, z uśmiechem +dziwnym i nagłym - o czem mimo woli pomyślałem w owej uroczystej chwili, +gdy pierwszy promyk słońca ozłocił cypl śnieżny "Mont Blanc?" Nigdy pani +nie zgadnie. + +- No, ciekawam bardzo? - zapytała Ola i spojrzenie piękne utkwiła w +twarzy młodego człowieka. + +- O kobiecie!.. - odrzekł Topolski, i zaśmiał się; nie otrzymawszy zaś +na to żadnej odpowiedzi, spojrzał po chwili spod oka na Olę. + +Z pięknej twarzy młodej kobiety, jakby odpędzany umyślnie, pierzchał +cień wyraźnego niezadowolenia; Topolski się spostrzegł, iż postąpił +niezręcznie, wiedział bowiem z wieloletniej praktyki doskonale, że nie +należy nigdy wobec kobiety, o której względy ci chodzi, wspominać +dobitnie, że przed nią była inna. Poprawił się natychmiast. + +- To jest... źle mówię!.. - rzekł seryo całkiem, uśmiechnąwszy się atoli +w duchu do siebie - o kobiecie, nie jednostce, bynajmniej myślałem +wówczas, ale o ogólnym w niej symbolu kobiecości!.. + +- Jak to! nie rozumiem dobrze pana... - zdziwiła się Ola. - Cóż bowiem +wspólnego ma wschód słońca... + +- O, i bardzo! - przerwał Topolski - przynajmniej dla mnie... Bo gdy, +stojąc na wysokościach niebotycznych, - ciągnął, zapalając się do słów +własnych - ujrzałem nagle, jak zaróżowiona silnie jutrzenka prysła +snopem promieni, jak całując jakby po prostu okoliczne szczyty, +niepokalane, śnieżne - objęła w ramiona zwycięskie świat cały, tak +rozpromieniony za jej przybyciem, tak wyraźnie szczęśliwy! - Topolski +umilkł na chwilę... + +- Skojarzeniem myśli, może dziwnem w istocie w Chwili danej - kończył +już spokojniej - porównałem majestatyczne, królewskie słońce do uczucia +kobiety - miłości bezbrzeżnej, wielkiej, która również swą potęgą i +blaskiem rozjaśnić, uszczęśliwić może człowieka, tak, jak "ono," tam, na +wysokościach - świat cały!.. + +- Och, jakiż poeta z pana! - zauważyła, z uśmiechem, Ola i umilkła, +poczem jednak dorzuciła całkiem poważnie: + +- Aczkolwiek mnie osobiście na razie myśl ta do głowy nie przyszłaby +może, gdybym się tam znajdowała na pańskiem miejscu, rozumiem ją jednak +i odczuwam doskonale... + +- Prawda? - uradowany mimo woli podchwycił Topolski. - Pani przyznaje - +ciągnął, - że egzystuje poniekąd w pojęciach tych analogia pewna... +Słuchając pani jednak, przychodzi mi do głowy jedno spostrzeżenie... - +zatrzymał się... + +- Musiała pani - i instynktownie Topolski nadał głosowi brzmienie +łagodne, czułe - w życiu swem kochać kogoś bardzo... + +- Dlaczego? - zapytała z uśmiechem Ola. + +- Bo inaczej nie zrozumiała i nie odczułaby pani wrażenia mego! - rzucił +po francusku Topolski. + +- Kochałam! - odparła stanowczo, w tymże języku, Ola. + +- Kogóż, jeśli spytać wolno i jeśli to nie jest żadną tajemnicą stanu? + +- Męża! - odparła po polsku, lakonicznie Ola, patrząc ironicznie nieco +Topolskiemu prosto w twarz. Ten ostatni skrzywił się z lekka. + +- Ach, ja nie myślałem o tem zgoła... Męża powinno się kochać... Zresztą +- uśmiechnął się złośliwie - użyła pani czasu przeszłego... Kochałam, +j'ai aimé - ciągnął ironicznie, - wszak, o ile mnie pamięć grammatyki +francuzkiej nie zawodzi, to passé défini... - zaakcentował wyraz +ostatni. + +- Och, jakże pan łapiesz za słowa! - zaśmiała się nieszczerze trochę +Ola. - Przy tem zapragnąłeś pan pochwalić się znajomością francuskiej +grammatyki, i nie udało się... J'ai aimé - to passé, indéfini - odcięła. + +- Ach, alors votre amour, madame... est indefini? - nie pozostał dłużnym +Topolski. + +- Ech, nieznośnym się pan stajesz! - zaśmiała się młoda kobieta. - Ot +lepiej, niech pan spojrzy na prawo - wskazała ruchem ręki niebo, +widocznie pragnąc zmienić temat rozmowy. - Jakie piękne chmurki, +nieprawdaż?.. + +Topolski wolno zwrócił głowę, we wskazanym kierunku. + +- Prześliczne! - potwierdził. + +Niby zaróżowione, zdrowe, w aureoli złocistych włosów, buziaczki +zasypiających rzędem obok siebie smacznie dorodnych dziatek, układały +się do snu na niebieskawo-perłowem tle nieba obłoczki małe, +koralowo-złote, - zaklęte jakby cudownie w ostatnim odblasku śpiącego +już słońca. + +Dłuższy czas stali Topolski z Olą, zapatrzeni w grę świateł wieczora; po +niejakimś czasie, odwróciwszy wzrok od nich, kobieta spojrzała przed +siebie. + +- Regardez! - przerwała milczenie swym mile brzmiącym głosem. - Wszak to +Krasnostawski, prawda? - zwróciła się do towarzysza, pokazując mu ruchem +głowy zbliżającego się pędem ku nim jeźdźca. + +- Tak. Zdaje się, że to jaśnie pan plenipotent pomyka - odparł z +przekąsem Topolski, z zaakcentowaną rozmyślnie obojętnością w głosie. + +Tymczasem kasztanek złotawy, parskając cicho, przemknął tuż koło nich i +ruchem uprzejmym, aczkolwiek chłodnym nieco, i nie zatrzymując się +wcale, skłonił się Krasnostawski stojącej parze. + +Topolski i Ola w ślad zatem ruszyli powoli miejsca, rozmawiając znów +żywo ze sobą, jeździec zaś, na wskos przeciąwszy łączkę, wspinać się +zaczął po pochyłości jaru. Z lekkiego początkowo pod górę truchcika, koń +przeszedł w wolnego stępa... + +W ciszy wieczornej, do uszu Krasnostawskiego dochodziły wyraźnie słowa i +śmiechy idącej łączką pary. + +Młody człowiek, uderzywszy gniewnie konia butami i spicrutą, pochwycił +cugle, i pomknął dalej... + +- Że też im nigdy nie zbraknie tematu do rozmowy! - mruknął. + +Obecność ciągła Topolskiego przy Oli gniewała niepomiernie młodego +plenipotenta. Znał on, jak wiadomo, dzisiejszą dziedziczkę Gowartowa od +lat blisko dziesięciu. Dziewczęciem jeszcze podobała mu się ona bardzo. + +A potem?.. Wszak pamięta doskonale tę chwilę, gdy dowiedział się on od +starego Gowartowskiego, że Ola uciekła z Dzierżymirskim... Dziwnego, +och, niepojętego dlań nawet, na razie doznał wówczas wrażenia! Po +śmierci zaś pana Januarego i przyjeździe młodych, przypadek bardziej +jeszcze zbliżył go do niej, a było nim powtórzenie zbolałej córce +dosłownie ostatnich chwil ojca i słów jego, pełnych przebaczenia... + +Fakt ten, na pozór drobny, stał się jednak dla Krasnostawskiego wysoce +poważnym, postawił go bowiem wobec nowych chlebodawców na przyjaznej, +poufałej niemal stopie, i takim dotąd bez zmiany pozostał. + +Co rok, gdy Dzierżymirscy przyjeżdżali do siebie na wieś, pierwszy witał +ich na progu Krasnostawski, bywając potem zawsze stale co dzień niemal w +Gowartowie... Dzierżymirscy traktowali go, jak równego im zupełnie, +naturalnie, uprzejmie przyjmowali zawsze - bez różnicy, o każdej dnia +porze, ze względu zaś na dobre wychowanie jego, i wspomnienie, iż do snu +wiecznego zamknął był Gowartowskiemu powieki, uważano go nawet jakby za +należącego do rodziny. + +Czuł się zatem młody pan plenipotent w pałacu, jak u siebie w domu, +zastępował mu on strzechę rodzinną, której nie posiadał wcale i trwało +tak rok rocznie przez kilka letnich miesięcy. Potem znów następowała +dlań długa przerwa; - gospodarstwo, samotność, nuda i wyczekiwanie z +upragnieniem chwili przyjazdu Dzierżymirskich! Powtarzało się to +bezzmiennie przez lat ubiegłych parę, i przez czas ten cały stała się +rzecz, której z łatwością domyśleć się można było... + +Krasnostawski, dawniej Don-Juan wielkomiejski, jeszcze obecnie na wsi +bałamucący wszystkie ładniejsze dziewczyny w okolicy - niepostrzeżenie, +początkowo nie zdając sobie nawet wcale sprawy, zakochał się na zabój w +swej pięknej, młodej dziedziczce i pani... + +Łatwe sercowe zdobycze pomściły się na lekkomyślnym panu plenipotencie. +Miłość prawdziwa, silno powaliła go już w drugim roku pobytu u +Dzierżymirskich. + +Zabrała mu serce kobieta, dla niego całkiem, i rzec można, na zawsze, +niezdobyta, niepochwytna nawet, ze względu warunków służebnej różnicy +położenia jego w ogóle z jednej strony, a z drugiej - z powodu +charakteru Oli, jak się zdawało, bez skazy, niezłomnych jej zasad, oraz +bezgranicznej, niezmiennej, a dotąd jedynej - miłości jej dla męża. + +Przebolał zatem Krasnostawski wiele, lecz zapanował nad sobą. Nikt nie +zbadał dotychczas tajemnicy jego serca, nawet "ona." + +A dziś, uczucie drzemiące i ukryte na dnie duszy przed sarkazmem ócz i +języków ludzkich, przeobraziło się już było w prawdziwy kult... +Codzienny gość Gowartowa, Krasnostawski, poza obowiązkami, żył +"prawdziwie" w dniu godzin tylko kilka, t.j. tych parę właśnie, podczas +których obcował z Olą, młoda kobieta zaś stanęła w duszy jego, nie +złożonej, nieprzesubtelnionej, lecz szczerej, pięknej i prostej - na +piedestale świętości prawdziwej! Krasnostawski modlił się niemal do +Oli!.. + +I oto teraz przyszło mu cierpieć podwójnie: dotąd odbierała mu +ubóstwianą konieczność życia, w postaci męża... - Dziś przy boku jej się +zjawił inny... Krasnostawski znienawidził pana na Szczęsnej... + +Zazdrość, ta miłości siostrzyca, pochwyciła go w swe szpony krogulcze, +dręcząc bez litości... Mękę tę zaś powiększało jeszcze poczucie własnej +niemocy. + +Myśląc o tem po raz setny, Krasnostawski pędził wciąż szybko, nagląc +niemiłosiernie spicrutą wierzchowca. + +- Sługą jestem i na wieki sługą zostanę!.. Psie życie, psie!.. - rzucił +głośno z goryczą obszarom, śniącym w mroku. - On mi ją weźmie, pokala, +ja to czuję, przeczuwam!.. Lecz co czynić mam, co robić? - wołał do +siebie wzburzony przyjaciel, domownik pałacowy Dzierżymirskich. - +Zastrzeliłbym go, to lisiątko! - mruknął ciszej. + +W tej samej chwili koń się potknął, Krasnostawski ściągnął instynktownie +cugle, i począł jechać wolno. + +Wokoło niego, otulony szarzyzną mroku, kołysał się step mały, wysoka +trawa łechtała mu opuszczoną w dół siodła rękę. W oddali rysowały się +już cienie folwarku Tomaszówki, tak zwanej ukraińskiej fermy, złożonej +tylko z toku, to jest: stodół, spichlerza, paru jeszcze zabudowań +gospodarskich, i jego własnego, niskiego, mieszkalnego domku - +królujących w cieniu kilkunastu drzew wśród pól i łanów szerokich. + +Krasnostawski zdjął czapkę i przetarł chustką czoło. W krąg niego latały +tysiące muszek małych, brzęczały żałośnie roje komarów; bąk grał gdzieś +w moczarach, a przepiórka zabłąkana, wędrująca jeszcze po polach, +odzywała się gdzieś nieśmiało samotna... + +Przejechawszy wolno kawałek stepu, Krasnostawski puścił się znów poprzez +bodziaki i trawy szybkiego nader, tak zwanego szłapaka. Prychając +nozdrzami, czując stajnie blisko, pomknął kasztan ochoczo. Pędem +powietrza i końskiego biegu, wysokie trawy zakołysały się trwożnie - +zaszumiało na stepie... + +Lecz oto po chwili wierzchowiec skoczył w bok gwałtownie: to układający +się już do snu błogiego zając pomknął mu chyżo spod nóg i znikł w +wieczornym mroku... Niebawem jeździec z koniem wpadli na trakt szeroki. + +- Zginie mi Ola moja ubóstwiana, najdroższa!.. A szkoda - szkoda! - +szeptał do siebie podniecony Krasnostawski. + +- Co czynić? jak przeszkodzić temu? - huczało mu dalej w głowie. + +Lecieli wciąż... Domostwa Tomaszówki stawały się coraz wyraźniejsze, +bliższe... Wyminął ich wóz; jadący w przeciwną stronę, chłop pokłonił +się nisko, lecące za wozem źrebię przyłączyło się do wierzchowej klaczy +Krasnostawskiego. + +- Ksiou, ksiou, ksiou! - zawołał chłop przeciągle: źrebczyk zastrzygł +uszami, prychnął i zawrócił galopem. + +- Ach, czemuż, czemuż nie wolno mi kochać ciebie, najdroższa? - wyrzucił +z siebie Krasnostawski wymówkę, pełną goryczy. - Ja bym cię ozłocił, +klęczał przed tobą - zmiatał proch u stóp twoich!.. + +Jeździec z koniem, jak huragan, wpadli we wrota i na dziedziniec małego +dworku. Zatrzymali się... Krasnostawski zeskoczył z kasztanka i huknął +donośnie. + +Niebawem zjawił się wyrostek, w rozchylonej koszuli, boso, odebrawszy +wierzchowca, znikł z nim pomiędzy strzechami podłużnych budynków; młody +człowiek zaś, szepcąc jeszcze smutnie coś z cicha do siebie, schyliwszy +głowę, wszedł do wnętrza małego, krytego słomą dworku. + +Odemknął drzwi kluczem, a przestąpiwszy próg, zatrzasnął je z hałasem. W +ślad za tem potarł zapałkę, a zapaliwszy lampę, zbliżył się do biurka, +stojącego pod oknem, wśród skromnie umeblowanej izby, wybielonej, z +niskim sufitem, o dużych wystających u pułapu belkach. + +- Nie mnie, marnemu pionowi, marzyć i kochać, nie mnie!.. Do pracy, +sługo, płacą ci za to! -szepnął Krasnostawski, z bezmierną goryczą. +Rozłożywszy jednocześnie na stole olbrzymią rachunkową księgę, umoczył +pióro w kałamarzu i usiadł ciężko przed biurkiem. + +Cisza zaległa pokoik. Przerywał ją tylko szelest papieru i zgrzyt +donośny stalki w obsadce - czasami zaś akordem w tę muzykę milczenia i +pracy wplotło się z rzadka stłumione westchnienie ciche. + +------------- + + +Ukraińskie lato upalne dobiegało końca, zanikało, wypierane jesienią +wczesną, w tym roku piękną bardzo - przezroczą... + +Życie w Gowartowie płynęło cicho, a dnie mijały tutaj za dniami, +wszystkie bez zmiany niemal bardzo do siebie podobne. Ładyżyński zatem +tak samo zawsze szyderczy z marszałkową się sprzeczał i rozmyślnie +przeszkadzał flirtowi Oli z Topolskim... Krasnostawski, tłumiąc w sercu +ból, żal, gorycz i zazdrość, przyjeżdżał tu jak zwykle, co dzień, a +bawiąc w pałacu coraz krócej, po partyjce bilardu z panem Emilem, +uciekał do swej wśród pól samotni. + +Czasem zajrzał do Gowartowa ktoś z dalszych, lub bliższych sąsiadów, i +jak to bywa zazwyczaj na wsi, zjeżdżając całym rodzinnym taborem, na +godzin kilka rozgaszczał się w pałacu. Dom cały naturalnie zniewolonym +był być na usługi gości, działo się to jednak zawsze ku wielkiemu +zmartwieniu Ładyżyńskiego. Bywalec eleganckich miejskich salonów, zły +chodził wówczas z kąta w kąt, ziewając skrycie i pokpiwając nieznacznie +z przybyłych w gościnę; sąsiadów Gowartowa nie lubiał bowiem pan Emil i +z góry stale traktował, ochrzciwszy wszystkich ryczałtowo mianem +"serwatki towarzyskiej"... + +W niedzielę wszyscy z pałacu jeździli do kościoła - w tygodniu, dla +ubarwienia jednostajnego skądinąd życia, oddawano sąsiedzkie wizyty... +Pan Emil wtedy zostawał zawsze w domu, a namawiając panie, by jechały, +starał się zwykle wybrać na to dzień, w którym spodziewał się odwiedzin +Topolskiego. + +Hrabia ze Szczęsnej, przyjeżdżający teraz, regularnie, co drugi dzień +prawie, stawiał się wówczas niezmiennie. Ładyżyński, uśmiechnięty +złośliwie, przyjmował go z otwartemi ramiony, do karamboli natychmiast +werbował, nic najczęściej przy tem nie mówiąc o wyjeździe pań, wymijając +zręcznie jego pytania w tym względzie. Dopiero później, po partyi, +wychodził na chwilę, wracał, i spokojnie oznajmiał mu o tem, mniej +więcej w ten sposób: "Wszak hrabia kochany o panie mnie się pytał? n'est +ce pas? Pardon... na śmierć zapomniałem... wyobraź pan sobie, wyjechały +przed godziną na spacer, pewny byłem... A tu, concevez... Dowiaduję się +właśnie, iż palnęły sobie wizytkę!.." + +Topolski rad nie rad niebawem odjeżdżał, pan Emil zaś, ironiczny, +zjadliwej uprzejmości pełny, odprowadziwszy go do powozu - zacierał ręce +z radości. + +Pomimo jednak usiłowań zręcznych Ładyżyńskiego, stosunek Topolskiego i +Oli zacieśniał się coraz bardziej; przyjaźń fermentowała już, potęgowała +zaś stosunek ten przedłużana coraz bardziej nieobecność +Dzierżymirskiego, od którego, po liście oznajmiającym wyjazd do +Medyolanu - nie było zgoła żadnej wiadomości. + +Był wieczór letni, kojący, cichy... + +W pałacu gowartowskim zgaszono już wszystkie światła, prócz jednego - w +jadalni, gdzie marszałkowa przeglądała świeże gazety. Niebawem +odłożywszy je na bok, ze zmęczonych oczu staruszka zdjęła okulary, a +przetarłszy powieki, powstała i skierowała się ku balkonowi. + +Tam, wziąwszy w rękę laskę, zeszła do ogrodu, zagłębiwszy się w jedną z +cienistych alei. + +Ola, Topolski i nieodstępny ich satelita, pan Emil, używali przejażdżki +łódką po stawie, w tą stronę więc skierowała kroki marszałkowa. Wkrótce +przed nią zaszkliła się tafla stawu, staruszka usiadła na ławeczce i +posłała spojrzenie w dal... + +Do uszu jej jednocześnie, w wieczornej ciszy wyraźna, doleciała pieśń, +śpiewana zgodnie silnym męskim tenorem Topolskiego i cieniutkim sopranem +Oli, z przeciągłem do wtóru gwizdaniem pana Emila. Barka znalazła się +niebawem pośrodku stawu. Pieśń, urwana nagle, zcichła, marszałkowa +krzyknęła, jak tylko mogła najgłośniej: - Hop!.. hop!.. + +- By... waj! - odpowiedział natychmiast pan Emil, rozległy się szybsze +uderzenia wioseł, plusk wody i łódź chyżo kierować się poczęły ku +brzegowi, Ładyżyński po chwili przyłożył do oczu rękę i krzyknął; + +- Per Bacco! Wszak to pani marszałkowa!.. + +- O, ciociu! Czemuż cioteczka przyszła aż tutaj? Jakże można... wilgoć +ze stawu, opary niezdrowe! - rozległ się z kolei cieniuchny głosik Oli. + +- Nic, dziecko, nie szkodzi... Posiedzę sobie, taki śliczny i ciepły +wieczór... Jedźcie, jedźcie, jak się zmęczę, to powrócę! - odkrzyknęła +pani Melania. + +- E, cóż znowu? - zagrzmiał basem Ładyżyński. - I my wracamy. Księżyc +zresztą dziś niecnota nie dopisuje i chowa się ciągle... Naprzód!.. - +zakomenderował donośnie. + +- Nieprawdaż? - dodał ciszej, zwracając się ku siedzącej w łódce młodej +parze. + +- Ależ naturalnie! - potwierdziła szybko Ola, widząc, iż Topolski milczy +dyplomatycznie. - Cioteczka zaziębi się, jak ją pozostawimy tu dłużej, a +sama do domu tak rychło nie pójdzie... + +Po chwili, łódź stanęła u brzegu. - Ciotuniu, jesteśmy.. - żywo +krzyknęła Ola, i wysiedli wszyscy. + +Topolski z Olą poszli naprzód, pan Emil zaś pozostał, systematycznie +ułożywszy wiosła i zamknąwszy na klucz kłódkę u łańcucha, +przytwierdzonego do barki, poczem zapalił z wolna papierosa. + +- Pa -nie E - mi - lu! Wra -ca - my! - rozległ się z góry, na brzegu, +wołający głosik Dzierżymirskiej. + +- Idę, idę! - odpowiedział w ten sam sposób Emil, nie ruszył się jednak +wcale. Po chwili warknął do siebie półgłosem: + +- O, nie podoba mi się coraz więcej ten farbowany na hrabicza! Lecz +swoją drogą pozycya moja tutaj jest w zupełności idyotyczną... +Marszałkowa, jak ślepa: nic nie widzi; on, wściekły, zębami na mnie po +cichu zgrzyta ona się dąsa... Que diable! Nie byłem dotąd nigdy stróżem +cnót młodych mężatek!.. + +I Ładyżyński wzruszył ramionami, poczem z wolna skierował się ku +pałacowi. + +Pozostała zaś trójka była już daleko. Topolski podawał kornie ramię +marszałkowej, Ola szła obok niego - rozmawiali wszyscy żywo i wesoło; +niebawem znaleźli się na werandzie i usiedli, zmęczeni nieco +przechadzką. + +Topolski, zatrzymany i uproszony przez panie, zostawał na noc w +Gowartowie, obecnie zaś namawiał Olę do zagrania na fortepianie. + +- Ale kiedy mówię panu - broniła się, śmiejąc, młoda kobieta, - że teraz +właśnie czuje się niemożliwie usposobioną do muzyki... Upewniam pana, iż +go boleć będą uszy!.. + +- O, mnie nigdy! Chyba pana Emila? - odparł Topolski. + +Ładyżyński nie znosił muzyki. Nazywał ją zawsze "gnębicielką i pierwszym +stopniem do histeryi i neurastenii." + +- Jeżeli nie dla mnie - nachylił się w tej chwili Topolski ku siedzącej +obok Oli - to niech zagra pani dla pana Emila za to, że nam ciągle swem +towarzystwem przeszkadzał... + +- Przeszkadzał?.. w czem? - spytała Ola, z uśmiechem i zalotnem +błyśnięciem oczu. + +- Powiadają, iż przysłowia są mądrością narodów, a jedno z nich mówi +pono: "mądrej głowie, dość..." i.t.d. Pani nie zrozumiała - to trudno. + +- Ha, ha, ha! - zaśmiała się Ola - zdrobnia pan przysłowia, stosownie do +okoliczności, ale bogi odmówiły panu talentu rymowania. Ja szczerze +zupełnie powiadam, iż nie zrozumiałam pana. + +- Honny suit, qui mal y pense. Lecz pozwolę; sobie tymczasem nie wierzyć +pani... + +Rozmowa ta cała prowadzoną była półgłosem, tak, iż siedząca w przeciwnym +rogu balkonu marszałkowa nie słyszała jej wcale. Odezwała się więc, +przerywając: + +- Widzę, że na próżno pan Topolski cię prosi. Zagraj, Oluniu, zagraj, +dziecko, w taki cichy wieczór ślicznie się wyda głos fortepianu. + +- No, jak cioteczka każe, to i owszem! - rzekła z uśmiechem Ola. - Ale +czynię to tylko dla niej; avis au lecteur... + +Zwróciła się do Topolskiego, spojrzawszy mu prosto w oczy, poczem +przestąpiła próg pokoju. Młody człowiek skłonił się, i powstawszy, +podążył do salonu w ślad za nią. + +- Któż zbadał rzeczywistą pobudkę czynów kobiety? - szepnął dyskretnie, +pochyliwszy się ku idącej. + +- Przepraszam! - zaśmiała się wesoło Ola - proszę wracać na balkon +dotrzymać towarzystwa cioci Melanii, a zresztą - tu, siadając do +fortepianu, uczyniła ręką ruch w stronę werandy - oto pan Emil... + +- A... więc pani jednak gra... dla niego - rzekł z wolna Topolski i +posłuszny zawrócił. + +Ola nie odpowiedziała... Gamma tonów z pod jej palców zabrzmiała +donośnie... Fantastyczna pieśń norweska odbiła się o echa parku i głębie +śniące do stawu - namiętna, burzliwa, popłynęła w dal cichą pól i +stepu... + +- Że też pani Ola nie ma litości nad ptaszkami, co śpią sobie w parku +tak cicho. Gdy usłyszą bowiem parę podobnych fortepianowych trelików, +ogłuchną do rana zupełnie. - odezwał się w tejże chwili ironiczny głos +Ładyżyńskiego. + +- Cóż to pan, jak widzę, prócz ptaków tylko o sobie nie zapomina, a nas +z panią marszałkową z żyjących wykreśla! - półżartem, półserjo odciął +panu Emilowi Topolski. + +Ładyżyński nie odpowiedział; wszedłszy do nieoświetlonego salonu, gdzie +grała Ola, odezwał się w ukłonie: + +- Wszak pani pozwoli, nieprawdaż?... Bym zagrał sobie prozaicznie, terre +ŕ terre, w karambole sam ze sobą... Czy zgrzeszę bardzo? + +- Mais pas du tout, owszem... Staraj się pan karambolować w takt gry +mojej; może tą drogą wreszcie nauczysz się pan kiedyś odczuwać muzykę... + +- O, dzięki ci, pani! - trzymając się za serce, skłonił się pan Emil i +zadzwoniwszy na lokaja, kazał zapalić światła w bilardowej salce, a po +chwili, cały zatopiony w grze, z pietyzmem wykonywać zaczął karambole. + +Pieśnią Schumana rzewną skarżył się cicho teraz fortepian, płakał, +smucił się żałośnie... Ola grała pięknie, z techniką i uczuciem. +Siedzący na balkonie Topolski łowił tony z lubością, przez grzeczność +tylko prowadząc rozmowę z marszałkową i klnąc zarazem w duszy jej +obecność, przeszkadzającą mu we flircie z Olą. + +Niebawem wybiła w ciszy domu godzina jedenasta. Staruszka, zmęczona snać +całym dniem, powstała ciężko i rzekła: + +- No, słuchajcie tu sobie muzyki, moi panowie, ja zaś idę spać... A pan +Emil gdzie - nie widzę go? - zapytała naraz. + +Topolski zauważył dawno, że Ładyżyński postukuje na bilardzie; nie chcąc +jednak informować o tem marszałkowej, odparł szybko: + +- Och, nie, wiem. Wyszedł przed chwilą, wróci zapewne niebawem! - i na +dobranoc - pocałował, z uszanowaniem, rękę staruszki. + +Marszałkowa, nic nie mówiąc, weszła do salonu i zbliżyła się ku +fortepianowi. + +- Bonsoir, chérie! - rzekła, całując Olę w głowę. + +- Dobranoc, cioteczko! - zerwawszy się z krzesła uściskała marszałkowę +Dzierżymirska; poczem pani Melania skierowała się wolno do swych +pokojów. + +Znikła... Fortepianem wstrząsnęło gwałtowne intermezzo; do pokoju, +tonącego w cieniach, cicho, jak kot, wsunął się Topolski. + +Usiadł na niskim foteliku obok Oli: -Nareszcie!.. - szepnął. + +- Nareszcie... Co? - ze spojrzeniem zalotnem, zapytała, nie odrywając +paluszków od klawiszy. + +- Jesteśmy z panią sami...- dokończył Topolski zdanie. - I ten satyr, +któremu tu tak wszystko wolno i uchodzi... + +Topolski urwał, a widząc, że Ola już otwiera usta by coś powiedzieć, +wyrzucił z siebie szybko, czyniąc nieznaczny ruch ręką: + +- Och, wiem już z góry, co pani mi powie... Pan Emil - przyjaciel +nieboszczyka ojca pani, druh marszałkowej, wreszcie zna panią od +dzieciństwa. - Wszak to wszystko wiadomem mi jest doskonale... Co nie +przeszkadza - ciągnął - iż denerwuje mnie ten pan do niemożliwości... +Bo, np. dzisiaj: od rana nie pozwolił nam być chwilki nawet sam na +sam... + +- Ho, ho, cóż to za gorycz i niezadowolenie! - zdziwiła się niby Ola, a +usiłując nadać głosowi brzmienie twardsze, dodała: - Nie pojmuję +zresztą, skąd te żądania uporczywe sam na sam i urojone jakby jakieś +prawa... + +Nie dokończyła... Trel gwałtowny przebiegł, jak dreszcz, po klawiszach, +spojrzenie zaś młodej kobiety, które dojrzał Topolski w półcieniu i +blask jego, co, jak pieszczota, przesunął mu się po twarzy, zadały kłam +wyraźny wymówionym przez Olę słowom. Topolski zapomniał o nich. +Zapamiętał wzrok tylko i pokorny na pozór pochylił się ku rączce Oli. + +- Przepraszam stokrotnie!.. przepraszam!.. - i pocałował biegnącą po +fortepianie białą rączkę, wychylającą się z fałdzistego rękawa - wyżej +łokcia. - Przeprasza się niżej! - rzuciła żartobliwie Ola. + +- Ciemność winna temu... -- rzucił lekko Topolski. + +Milczenie parku i domu przerywały teraz tylko tony fortepianu, coraz +namiętniejsze jakby, gwałtowne, burzą ognistego zapału i pragnień +wstrząsające spokojną ciszą, oraz nerwami dwojga ludzi, słuchających tej +orgii dźwięków rozpasanych, zamkniętych w złocone ramy artyzmu i +techniki. + +Głos Topolskiego wkrótce przeszedł w szept przyciszony, pieszczotliwy, +miękki. Z dala odzywało się jednostajnie, co sekund kilka, uderzenie kul +na bilardzie zajętego wciąż karambolami pana Emila... I Topolski, +flirtując tak dyskretnie z Olą, podsycającą półsłówkami słów jego +igraszkę, od czasu do czasu wysyłał spojrzenie przelotne na wywiady, czy +pan Emil przypadkiem nie wraca; lecz ten nie myślał o tem wcale. + +Widząc to, Topolski przysunął się bliżej do młodej kobiety. Ruch ten +jednak zauważyła Ola i widać chęć przekorna sprzeciwienia się mężczyźnie +przebiegła jej nagle przez główkę, bo odezwała się w tej chwili: + +- Chciałam właśnie, oto zagrać panu coś przepięknego, i zapomniałam... +Masz tobie! - zatrzymała się. - Trzeba zapalić świecę! - dokończyła, z +filuternym uśmiechem. + +- Ale, cóż znowu? - podchwycił Topolski. - Po raz pierwszy dostrzegam u +pani - ciągnął niezadowolony widocznie - brak odczucia nastroju chwili +danej... Tak mi miło było słuchać gry pani w tym właśnie półcieniu, tak +znakomicie godzącym się z muzyką i ciszą wieczorną. + +Śmiech szczery Oli rozległ się w tej chwili. Zapaliła świece i rzekła +swobodnie: + +- Cóż robić! widzi pan teraz, że wcale nie jestem doskonałością.. +Nareszcie pan sam empirycznie przekonał się o tem. A mówiłam tyle +razy... + +Urwała, i otworzywszy nuty, dotknęła się ręką klawiatury. + +- Niedobra pani... - nadając głosowi brzmienie pociągające, łagodne, +przemówił Topolski. - Niedobra! - powtórzył ciszej, i podniósł do ust, +jej dłoń. + +- Z okazyi czego - zaśmiała się Ola. + +Topolski na pytanie wprost nie odpowiedział, lecz mówił dalej: + +- Rozwiała mi pani złudzenie! - umilkł na chwilę. + +Pytająco spojrzała nań Ola. + +- Tak jest - powtórzył mężczyzna - bo uwierzy pani, jak dziwnego +doznałem wrażenia, gdy oto tak przed chwilą siedzieliśmy w zapomnieniu, +ciszy, przy fortepianu dźwiękach - zupełnie sami... + +- No, ciekawam? Cóż panu się zdawało? - ironicznie nieco rzuciła Ola, a +oderwawszy zarazem ręce od klawiatury na chwilę, słuchała, patrząc mu w +oczy przeciągle: + +- Po prostu zdało mi się, iż jesteśmy mężem i żoną... + +- Tylko tyle? - zaśmiała się Ola złośliwie. - No, po prologu +spodziewałam się czegoś nadzwyczajniejszego przyznaję! - dorzuciła +lekko, a odwróciwszy spojrzenie, ułożyła zeszyt nut na stalugach +fortepianu, i znów grać poczęła, tym razem coś smętnego, kojącego jakby +- pełnego cichej tęsknoty... + +- Co to jest? - zżymnął się w duchu Topolski, rozgniewany: - Że też ta +kobieta zawsze zbije mnie z pantałyku! - Nie wiedział po prostu, co +mówić dalej muzyka zaś jednocześnie łagodna, płynąca +miękko z pod palców kobiety, nerwową, drażliwą naturę jego nastrajała +dziwnie na nutę, wręcz przeciwną słowom, jakie same cisnęły mu się do +ust przed chwilą... + +- Jednak, jak ona, niecnota, zna mnie, dobrze! - zauważył jeszcze w +myśli, spojrzawszy z pod oka na Olę, która, z błąkającym się w kącikach +ustek uśmiechem, grała właśnie, z uczuciem, coraz, subtelniejszem, +miękkszem, aż fortepian martwy skarżyć i płakać się zdawał. + +Po chwili, Topolski przemówił znowu, głosem jednak już całkiem innym, +niż poprzednio: + +- Pani się śmieje, tymczasem to, co mówię, wszak takie naturalne... + +- Na - tu - ral- ne! - przedrzeźniła lekko Ola. - Ha - ha - ha! - +zaśmiała się - vous ętes incomparable!.. + +- Permettez! - przerwał porywczo nieco mężczyzna - niech skończę... + +- Ależ słucham, słucham od kwadransa, et vous n'en finissez pas. Więc, +jakież ultimatum? + +- Bardzo proste. Odczuwamy się z panią wzajemnie, rozumiemy, jak rzadko +kto może... Dusze nasze - to jakby niewidzialny kamerton, który, za +uderzeniem myśli, uczuć nam wspólnych, brzmi zawsze jednakowo... A mąż i +żona przecież, poza... + +- Ha, ha, ha.. .- urwała przezornie O1a. - Otóż mylisz się pan zupełnie, +bo ja, na przykład teraz, nic, ale to nic pana nie rozumiem... + +A zresztą - kończyła, powstawszy szybko od fortepianu - en voilŕ +ascez... - zamknęła fortepian. - Żal mi pana Emila, który pewnie już +darować mi nie może, że gram tak długo, bo oto właśnie nadchodzi.. + +- A bodajżeś! - zgrzytnął szeptem Topolski i zerwał się śpiesznie, +począwszy odruchowo układać niby porządnie nuty na etażerce. + +- Silence a mon approche - quelle galanterie, madame, de votre part!.. +Podziwiam, zaiste! - odezwał się na progu pan Emil, w ukłonie, a +zwracając się ku zmieszanemu pomimowolnie Topolskiemu, rzucił, z ukrytym +sarkazmem: + +- Czy to... może panu zawdzięczam?.. + +I podtrzymywana przez Ładyżyńskiego głównie, popłynęła przez czas krótki +jeszcze rozmowa ogólna, poczem panowie powiedzieli Oli dobranoc i +rozeszli się, pozostawiając ją samą. Zapalone przy fortepianie świece +rzucały teraz na salon migocące światło, lekki zefirek kołysał ich +płomień z lekka, poruszał firanki i portyery... Ola skierowali się ku +werandzie, i oparłszy o balustradę, zadumała się głęboko. + +- Co to jest, co się z nią dzieje? - myślała. Od wyjścia za mąż, od lat +sześciu kochała dotąd niezmiennie Romana tylko, choć bezustannie +ocierała się o dziesiątki nadskakujących jej mężczyzn, na żadnego jednak +uwagi nie zwracała nawet. I dopiero teraz, teraz!.. + +Ujęła głowę w rozpalone dłonie i ścisnęła niemi skronie... + +Ten Topolski działa na nią w sposób iście niezwykły. Tak ją odczuwa, tak +dobrze rozumie, tak rozzmysławia po prostu umiejętnie prowadzoną grą +intrygi, flirtu - tak pociąga ku sobie nieprzeparcie!... Ten jego +ujmujący, niezwykły jakiś i zwodniczy wdzięk osobisty, którym tchnąć się +zdaje postać jego cała, zwycięża ją coraz natarczywiej, uparciej... +Broni się przed nim, w żart jego słowa obraca, a jednak ona, Ola, czuje, +że jeśli tak samo potrwa jeszcze dłużej, kto wie, czy zdoła oprzeć mu +się?.. + +Och, gdybyż przynajmniej Roman przybył już prędzej, gdyby! A tu sama +walczyć musi!.. Jeden Ładyżyński tylko po swojemu broni ją przed "nim" i +przed nią samą... + +I Ola przy ostatniej powyższej myśli podnosi zwolni głowę, a pociągnięta +kojącą ciszą parku i światłem drżących promieni księżyca, schodzi z +balkonu i zapuszcza się samotna w cienistą ogrodową aleję. + +Na piasku cień jej rysuje się mały i kroki rozlegają się donośnie; przez +liście niebieskawo-srebrne plamy światła ścielą się u jej stóp +dyskretnie, ukazują się, to znów nikną... + +- Kocham go, kocham,.. i pragnę! - szepce Ola. - A on? + +- Czyż można nawet wątpić o tem? - odpowiada samej sobie. - Przyleci na +jej pierwsze skinienie, gdyby tylko... zechciała... + +Zechciała? - Ola przeciera czoło dłonią i czuje, jak krew młoda igra jej +w żyłach nieposłuszna, jak pragnienie poziome, zmysłowego użycia, +rozkoszy - nieprzeparte, silne ją samą ogarnia wszechpotężnie. + +Idzie coraz wolniej, coraz bardziej pogrążona cała w myślach i +wewnętrznej walce. + +Doszedłszy do końca alei, Ola zawraca machinalnie, kierując się ku +domowi. + +- Romanie!.. Romciu... wybacz mi! - szepce, kładąc załamane rączki na +rozpalone czoło. - Przyjeżdżaj i obroń mnie!.. Obroń! - woła +rozpaczliwie, czując burzę w piersi, rozsadzanej uczuciem, pragnieniem i +rozterką! + +Broniła się dotąd, ale teraz czuje, iż siły jej zbraknie na pewno... +Ileż godzin w dniu samotnych, ile nocy bezsennych, przemyślała, +przecierpiała w walce z pokus drażniącą, z sercem, wyobraźnią, duszą +całą, - rwącemi się do ukochanego mężczyzny - w jego ramiona, które +czekały tylko jej skinienia, by ją opleść pieszczotą - unieść w krainę +miłości i rozkoszy!.. + +- Marzenia! Ona nie ulegnie!.. + +- Nigdy, przenigdy! - szepce Ola, spowiada się przed zasłuchanemi, +cichemi drzewami parku. - Tylko ty, Romanie, ty, co po raz pierwszy w +życiu otworzyłeś mi ułudę miłości, szczęścia, ty, którego dotąd ponad +życie kochałam - przyjedź, ratuj mnie, swą obecnością wesprzyj!!! + +Ola już jest w pobliżu pałacu. + +- Nigdy cię nie zdradzę!.. nie zapomnę obowiązku... nigdy! - szepce po +raz wtóry jeszcze i z żywo bijąca w arteryach krwią - wzburzona cała, z +ostatnim wyrazem "nigdy" na ustach, wstępuje po schodkach pałacowego +skrzydła. Daleka myśli od szczegółów drobiazgowego życia - zapomina o +pozostawionych w salonie światłach - o wszystkiem i skrzypnąwszy +drzwiami, znika za niemi. + +W ciszy uśpionego już domu, gdzieś, w dali, wydzwania tymczasem po +chwili godzina dwunasta.. Kwadranse mijają stopniowo, a noc letnia, w +milczeniu przyrody całej, woniami swemi miarowo oddychać poczyna... + +W salonie pałacowym dopalają się powoli świece u fortepianu, płomienie +ich drżą bezustannie od nocnych powiewów, oświetlając fantastycznie +pokój cały; czasem wpadnie tu znienacka księżycowy promień - i złagodzi +swym blaskiem żółte świec płomyki... + +I trwa to tak dość długo jeszcze... + +Nagle jednak drzewa parku szumieć poczynają wraz głośniej, księżyc +gdzieś ginie, przepada, chmurki zaś drobne pokrywać zaczynają coraz +gęściej niebo dotąd pogodne... I zefirek leciutki, wpadłszy do salonu +przez balkonowe drzwi, hulać po nim zaczyna... + +Jeden płomyczek u świec gaśnie, drugi w pobliżu okna pali się wciąż, +dygocąc... + +Swawolny wietrzyk tymczasem wzdyma teraz firanki, a podrzuciwszy jedną z +nich, nakrywa nią płomień świecy przy stojącym obok okna fortepianie i +jakby pragnąc przypatrzeć się swej psocie, nagle przestaje powiewem +poruszać wszystko dokoła!.. + +Stopniowo firanka zapala się z wolna; płomień obejmuje ją pieszczotliwie +w swój uścisk gorący... + +Wpada znów podmuch zefiru. I płomień idzie w górę zwycięski, zapala +lambrekin. Minut kilka... Okienne ramy już płoną złocistym ogniem, z +trzaskiem przełamują się po chwili, szyby pękają znienacka, i wszystko +to razem upada na ziemię. Dywan puszysty kopcić poczyna... Od firanki +zajęły się rozrzucone na pianinie nuty, drobiazgi... + +Wietrzyk, jak szatan złośliwy, dodaje tymczasem animuszu płomieniom, +przyspiesza pochód ich po salonie... + +Ogniste węże obejmują już niebawem w śmiertelny uścisk fortepian, skarży +się on żałośnie... Meble pękają od gorąca - dym, żar, napełniają pokój +cały, kobierzec już płonie - posadzka pod nim trzeszczeć zaczyna!.. + +Wiatr ustaje tymczasem, chmurki stopniowo rozchodzą się jak przyszły, +rozpraszają... Sierp księżyca ukazuje się znowu, i zagląda ciekawie do +wnętrza pałacu... + +Wśród ciszy śpiącego domu pali się już teraz cała prawa strona salonu; +drzwi przymknięte od sąsiedniej jadalnej sali, pod naporem ognia, walą +się, z trzaskiem - w tejże chwili hufiec płomieni wsuwa się podstępnie +do innych, przyległych komnat... + +Nikt nie spostrzegł jeszcze w pałacu ognia. Cicho. + +W pokoju, na pierwszem piętrze, śpi smacznie Topolski, a uśmiechnięty, +rozmarzony, śni zapewne o Oli. + +Mija jeszcze z kwadrans. W komnacie rozlega się nagle trzask silny, w +ślad za tem podłoga wstrząsa się... + +Topolski budzi się, a ledwo otworzywszy oczy, kaszleć zaczyna: coś dusi +go, w oczy się wżera... + +Zrywa się wystraszony i przytomnieje natychmiast. Instynktownie otwiera +okno... + +- Co to, na Boga, co to? - przenika mu jednocześnie mózg pytanie. Patrzy +w dół przez okno - księżyc świeci, śpi wszystko!.. Słucha... Włosy jeżą +mu się na głowie, zapala świece, i widzi siebie w obłokach dymu. + +- Pożar!.. - świta mu w głowie. Niepewny jeszcze, ubiera się +pośpiesznie, parę chwil zaś później jest już na korytarzu - za +drzwiami... + +Dymu wszędzie pełno. Echo łoskotu płomieni na dole dochodzi tu +wyraźnie... Poza tem wszędzie panuje milczenie zupełne... + +- Na Boga, czy Ola śpi? - nikt snać o ogniu nic jeszcze nie wie! - +przemyka przez umysł młodzieńca. Chce krzyknąć: - Ogień, gore! - waha +się... + +Staje strwożony... Może jemu tak tylko się zdaje?.. Po sekundzie +namysłu, rzuca się jednak na lewo, ku schodom, i biedz na dół zaczyna.. + +- Ola... Ola!.. - szepce półgłosem, pomny i tylko najdroższej sercu +istoty, i znalazłszy się na dole, skręca gwałtownie w prawo, ku pokojom +pani domu... + +Po omacku, przewracając meble, biegnie Topolski przed siebie, jak +nieprzytomny... + +We względnej ciszy, towarzyszy mu tylko coraz wyraźniejszy odgłos +palącego się pałacu... + +Nagle rozjaśnia się przed nim krwawo-złotą plamą przestrzeń ciemna +pokoi, głuchy zaś łoskot, połączony z sykiem i świstem, odbija się +donośnie.. + +To płomienie wdarły się już do sąsiadującego z sypialnią Oli buduaru... +Odblask ich oświeca jaskrawo białe drzwi, prowadzące doń... Topolski na +ten widok, korzystając z wolnego jeszcze od ognia, miejsca, rzuca się +gwałtownie ku nim. Słucha... + +Do uszu jego dolatują jakieś wołania, krzyki: + +"Gore, gore! pali się... Ratunku! ratować!.. Bywaj!" - krzyczą teraz +zewsząd zapamiętale, rozpaczliwie jakieś głosy, a pod samym domem +rozlega się równocześnie przyspieszona bieganina, tupot licznych kroków +ludzkich... + +- Już alarm dany - to dobrze! - czyni sobie w duchu Topolski uwagę i +odruchowo wchodzi do sypialni Oli, zamknąwszy drzwi za sobą. + +Tu jeszcze cicho... Nocna lampka mdłem tylko światełkiem oświeca +komnatę; księżycowy promień drżący ściele się po ścianie i łożu, na +którem leży Ola, pogrążona we śnie spokojnym. + +Z pod kapy lekko narzuconej, unosi się jednostajnie pierś młodej kobiety +i rysują wdzięcznie kształty ciała... + +Pomimo grozy położenia, Topolski zachwytu powstrzymać nie może. Chwilę +stoi nieruchomy... + +Huk tymczasem jakiegoś mebla, pękającego, pod naporem ognia, odgłosem +swym budzi Olę... Strwożona, zrywa się, zrzuca kapę, i w bieliźnie +nóżkami bosymi, dotyka ziemi... + +Jednocześnie dym napełniać sypialnię poczyna, a przez dolną szparę u +drzwi wciska się przemocą, niby wąż jadowity, krwawe pasemko ognia... +Ola rzuca okrzyk strasznej trwogi, i wcale nie widząc jeszcze +Topolskiego, porywa stojący na małym stoliczka dzwonek i rozpaczliwie +dzwonić poczyna... + +Topolski, widząc i słysząc to wszystko, szybko otwiera na ścieżaj okno i +rzuca się ku Oli... Ona spostrzegła go właśnie... + +- Co to?.. Pan tu?.. O, jakżeż można!.. i Ola zarumieniona milknie, a +wstyd zarazem staje się silniejszym od trwogi, bo ruchem nagłym obwija +się fałdami porzuconego obok na krześle szlafroczka... + +Huk ponowny tymczasem wstrząsa murami pokoju. Ogień zwycięzca wkracza +jednocześnie w komnaty, drzwi pękają i płoną! Topolski porywa drżącą ze +strachu i wstydu młodą kobietę w swe silne ramiona. + +- Co... to?.. Co... to?.. - szepcze Ola jeszcze, z lękiem... Mężczyzna +pragnie coś odpowiedzieć, lecz w tejże chwili, z łoskotem i chrzęstem, +wpadają do sypialni drzwi roztrzaskane, a ziejąca paszcza płonących +komnat pałacu ukazuje się, jak na dłoni, w całej swej grozie i +majestacie... + +Jednocześnie rozlega się przeraźliwy krzyk kobiecy!.. + +To zbudzona dzwonieniem swej pani, śpiąca w sąsiednim pokoju służąca, +wołaniem, błaga o pomoc! + +W sypialni zaś już nie ma nikogo. Wyskoczywszy zręcznie oknem, Topolski +stoi teraz w parku i obrzuca spojrzeniem płonący pałac. Widzi w oddali +ludzi kilkanaście, ekonoma, parobków i służbę dworską, a w dali +zapomnianą przezeń całkiem sylwetkę marszałkowej... + +W śród gwaru słyszy zarazem donośny głos pana Emila: "Hej! hej! ludzie, +tu! do mnie!! - woła energicznie. - Ratować młodą panią!!.. W rogu +dworu!! prędzej!!!" + +Słuchając tego rozkazu, kilku ludzi natychmiast odrywa się do ogólnej +gromadki sług i lecieć poczyna ku pokojom młodej dziedziczki - ku +niemu!.. + +Wystraszona płomieniem i krzykiem Ola zarzuca równocześnie Topolskiemu +na szyję swe nagie ramiona! On, wstrząsnąwszy się pod tem dotknięciem, +porywa się nagle z miejsca, jak szalony, i mknie chyżo w ogród... Krew +gorąca, młoda, grać w nim poczyna... Zapomina o wszystkiem, prócz +tulącej się do jego piersi kobiety i ucieka dalej i dalej... + +Do uszu jego dolatują wołania coraz cichsze, okrzyki!.. Topolski biedz +nie przestaje ku znanej sobie altanie, położonej na końcu ogrodu. + +Prowadząca do niej aleja parku rozbrzmiewa echem gwałtownego jego biegu, +szeleści mu nad głową liści pogwarem. + +Z zarzuconemi na szyję mężczyzny ramionami, tuli się wciąż ku niemu, jak +powój wiotkie ciało Oli... Topolski, dotąd zapatrzony wciąż w +przestrzeń, opuszcza naraz głowę i wzrokiem pieści chwilę trzymaną w +uścisku kobietę... + +Oczy jej przymknięte - zemdlała!.. + +Topolski zatrzymuje się. Z miłością bezbrzeżną, pragnieniem, spogląda +ciągle na Olę... Krew uderza mu nagle do głowy!.. + +- Mój ty skarbie najdroższy!.. moje ty wszystko!.. - szepce drżącemi +usty, i jak szalony, całować, pieścić poczyna jej wargi, oczy i ciało!.. + +W kilka minut później, dopada cienistej altany i niknie, ginie w jej +głębiach... Niedyskretny, ciekawy wsuwa się za nim księżyc blady, a +kopuła altany, mieniąc się od jego promieni, drży leciutko - +tajemnicza... + +W dalekim zakątku parku znów cicho... + +. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . + +Koło płonącego pałacu natomiast ruch panuje nie do opisania. + +Co chwila od pobliskiego stawu i z powrotem pędzą galopem konie, wiozące +beczki z wodą; wszystkie miejscowe sikawki są w ruchu, dyrygujący zaś +parobkami i służbą ekonom Gowartowa kręci się, jak mucha w ukropie, +krzyczy, gniewa się, rozkazuje... + +Mężczyźni zalewają wodą dach, płonące belki, wdrapują się na piętra, +wyrzucają oknami nietknięte jeszcze przez ogień pałacowe meble. Zbudzone +wiejskie kobiety, w ponarzucanych płachtach i koszulach, przypatrują się +bezmyślnie pożarowi, gwarząc z cicha pomiędzy sobą, lamentując, +złorzecząc... + +Grupa ich wystraszona rzuca się nagle w bok, z okrzykiem... + +To przelękniony hałasem i płomienistą łuną, pędzi wprost na nie kary, +półkrwi arabskiej, ogier, wyrwawszy się z pozostawionej bez opieki +stajni. + +Ucieka strwożony, błędny... Wyminąwszy zaś rozpierzchłą gromadkę, umyka +przed ogniem i ludźmi do parku, budząc jego drzemiące cisze przerażonem +rżeniem. + +Jednocześnie na czele kilkunastu tomaszowieckich fornali, wpada przez +bramę, z impetem, Krasnostawski, a z przybyciem jego wszystko wre +dokoła, ze zdwojoną energią. + +I oto niebawem krwawa ściana ognia, wzbijająca się ku niebu, miejscami +złocista, tam znów, niby krepą, przesłonięta czarnym gryzącym dymem, +zaczyna zniżać się, zmniejszać powoli... Już obecnie huk pożaru coraz +częściej przerywają syki gasnących płomieni - opanowany nieco żywioł +mniej groźnym się staje, pokornieje, cichnie... + +Lewe podłużne i największe pałacowe skrzydło pali się jeszcze, płomień +nadal zwycięsko sieje tam zniszczenie, prawą stronę jednak domu ugaszono +już zupełnie. Z płaszczącego się tu dymu wyłaniają się teraz białawe, +osmalone mury; wśród zgliszcz, już zwęglonych, pełzają jeszcze tam i +ówdzie ogniste węże, całując lubieżnie, liżąc ścian poczerniałych +podnóże. + +I w porównaniu gwaru, zgiełku, które panują u płonącego w dali +pałacowego skrzydła - cisza króluje tu względna... + +Tam ruch, krzyki, krzyżujące się rozkazy, łuna ognia, huk jego, syk, +oraz zupełne oddanie się wszystkich całkowicie dławieniu i walce z +żywiołem... + +Tu - srebrzące się, czyste promienie jaśniejącego wysoko na niebie +niepokalanie miesiąca, co błyszczą na okopconych ścianach, stanowiąc +dziwny w sobie, a pełen spokoju, kontrast, z wrzawą i krwawo-złocistą +pożogą... + +Szelest kroków tymczasem przerywa nagle milczenie. Za węgłem sterczącego +samotnie odłamu murów pogorzeliska, pojawia się Krasnostawski, i +stanąwszy w zamyśleniu, śle wzrok badawczy w stronę parku. + +- Tam puściłem już w ruch wszystko!.. - mówi głośno do siebie. - +Dokończą gasić i dadzą sobie radę beze mnie... - mruczy dalej. - Ja zaś +ich muszę znaleźć - muszę!.. + +Krasnostawski milknie, i rozglągając się bacznie dokoła, kieruje się w +głąb parku, idzie z wolna zamyślony, a trzymaną w ręku długą nahajką co +chwila uderza się machinalnie po wysokich, okopconych butach... + +Od czasu, jak tu przybył na ratunek i piąte przez dziesiąte zdołał +rozpytać się o początek i przebieg pożaru, myśl jedna i ta sama dręczyła +go bezustannie: gdzie są Topolski i Ola?.. Że nic złego im się nie stało +- wiedział... Co robią zatem sami tak długo?.. + +Kochając Olę i odczuwając przez to podwójnie zacieśniający się stosunek +jej z Topolskim, młody człowiek przeczuwał więcej od marszałkowej i +Ładyżyńskiego... Oni, pochłonięci pożarem, jak wszyscy zresztą, +potracili głowy!.. A on?.. + +Myśleć o Topolskim i Oli nie przestawał, jak szalony przy tem siły +odpędzał od siebie myśli niektóre. + +Obecnie, tknięty przeczuciem jakby, szedł właśnie aleją, prowadzącą do +ustronnej altany... + +Duszą Krasnostawskiego miotał niepokój. Zazdrość szarpała nim bez +miłosierdzia, sączyła swój jad zatruty, niepewność męczyła - obawa, że +sprawdzą się skryte jego podejrzenia, tamowała mu oddech w gardle i +zniewalała w bezsilnej wściekłości zaciskać dłonie. + +Poza dziedziną przeczuć bowiem, ów niepokój Krasnostawskiego miał +również źródło i w następującym, konkretnym fakcie. + +Komenderując i uwijając się przy pożarze, spotkał Krasnostawski +pomagającą również innym, znoszącą wodę, dziewczynę służebną, ulubienicę +Oli... + +Ta zaś, gdy ją zapytał o panią, opowiedziała mu bezładnie: - Powiadam +paniczowi... Boże, Boże, jakie to było straszne! Jaśnie młodsza pani +dzwoni, i się budzę, ubieram prędziutko, słyszę jakiś szum... Otwieram +drzwi, a tu - ogień, ogień jak daleko spojrzeć na pańskie pokoje... +Tylko pościel młodej pani pusta i okno otwarte!.. + +Ktoś rozdzielił ich i dalszą indagacyę przerwał Krasnostawskiemu +szerzący się pożar, zamęt i wrzask. Poprzestać musiał tylko na tem. + +Teraz szedł coraz prędzej. Nagle zatrzymał się, jak wryty. + +Już od minut paru zauważył na wilgotnym piasku alei ślad kroków męskich, +obutych w zgrabny trzewik, teraz zaś leżała przed nim dobrze mu znana +papierośnica Topolskiego, a opodal widziany często we włosach Oli +grzebień, z szyldkretu. + +Wątpliwości już być nie mogło... Krasnostawski pochwycił machinalnie oba +leżące przedmioty i biedz począł... + +Szalała w nim burza.. Nienawiść mężczyzny, pogardzonego przez ubóstwianą +kobietę na korzyść rywala rozpaliła mu krew, napełniła jakąś +niepohamowaną żądzą pastwienia się i zemsty!.. + +Spocony, blady, stanął wkrótce u wejścia do altany, i począł +nadsłuchiwać, z zapartym oddechem. Pot kroplisty wystąpił mu na czoło, +usta zacisnęły się boleśnie, oczy zamigotały dzikim ogniem. + +Z cichej, sennej altany dochodziły wyraźnie dwa głosy - dwa szepty... + +Krasnostawski rozchylił gałęzie... Na szelest ten w ciemnościach zerwał +się ktoś śpiesznie i u progu stanął Topolski. W półmroku nocy +zamajaczyła jego twarz biała, rasowa, i dwaj mężczyźni spojrzeli sobie, +milcząc, prosto w oczy. + +Trwało to sekundę, lecz wystarczyło Krasnostawskiemu, bo to, co wyczytał +na wzburzonem obliczu Topolskiego, aż nadto uzasadniło jego obawy. + +Wysiłkiem woli, ochłonąwszy z wrażenia, przemówił pierwszy Topolski, +wskazując swobodnie na pozór ruchem ręki widnokrąg, gdzie dogorywała już +łuna ognia: + +- A zatem, chwała Bogu, już po pożarze!.. My właśnie... + +- Nikczemny! - zabrzmiało w ciszy słowo jedno. + +Wymówił je głosem drżącym Krasnostawski, i niepomny niczego, rozszalały, +schwyciwszy Topolskiego za gardło, drugą ręką przerzucił go poprzez +siebie i z pasyą okładać począł trzymaną w ręku nahajką... + +W milczeniu zakątka rozległ się krzyk bitego i w ślad za tem okrzyk inny +- kobiecy!.. + +Ku dwom mężczyznom wypadła Ola... Jak lwica, rzuciła się natychmiast +pomiędzy nich, a obroniwszy Topolskiego, gwałtownie, szybko, wymierzyła +Krasnostawskiemu dwukrotny policzek... + +Jak rażony obuchem, zachwiał się pod tem uderzeniem mężczyzna, cofnął +się wstecz, blady, jak ściana, oszalały, straszny. + +Zaległa chwila milczenia... + +Oswobodzony Topolski znikł we wnętrzu altany, a z ust stojącej na wprost +Krasnostawskiego kobiety wybiegło drżącym, urywanym szeptem, pełnym +oburzenia i zimnej - gorszej od policzka, pogardy: + +- Podły... sługo!.. Jak śmiałeś? - Precz!.. + +Ze wzruszenia umilkła Ola, po chwili dopiero i powtórzyła raz jeszcze, +przejmująco - ciszej: + +- Precz!.. + +Tego nadto już było dla rozbolałego zazdrością i bólem męskiego serca! +Nie czynnie, lecz moralnie spoliczkowany po raz drugi, Krasnostawski +zachwiał się powtórnie, jak nieprzytomny, w oczach pociemniało mu - +zawirowały altana i drzewa parku... + +- Kocham cię! - szepnęły w oddechu cichutko, jak skarga, usta jego i +omdlały runął u stóp kobiety, zdeptany jej postępkiem... + +. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . + + + +Świt zorzy wyjrzał nieśmiało spoza stepu, pól szerokich, orzeźwił się w +toni sennego jeszcze stawu i wśliznął do altany ciekawy... + +Nie było w niej już jednak nikogo, zarówno jak i nigdzie, w pobliżu: + +Niebo zaróżawiało się stopniowo, początkowo ledwo dostrzegalnie, +bojaźliwie, później zaś coraz silniej i śmielej. + +Przeciągając się lubieżnie, wstawała jutrzenka z obłoków puszystych +pościeli. + +Na powitanie jej tryumfalną fanfarą rozbrzmiał park cały świergotem +ptasząt; zbudzone, zrywały się one do lotu, otrzepywały zamaszyście +skrzydełka z porannej rosy, rozlatywały się na wsze strony, siadały na +zczerniałych ruinach spalonego pałacu. Dym jeszcze ścielił się tu +gdzieniegdzie... Na pogorzelisku, jak karbunkuły, błyszczały tam i +ówdzie, dopalając się, belki i inne szczątki pałacu, tliły się w +zgliszczach - tuliły do okopconych zwalisk... + +A wokoło drzemało, spało wszystko!.. + +Ze spuszczonemi żaluzyami, spoczywały zatem pałacowa oficyna, stajnie i +gumna, śniły także liczne, rozsiane za pałacową bramą, białe wieśniacze +chatki... + +Potężny, wspaniały zabłysł pierwszy promień słońca i obojętny zajaśniał +nad wszystkiem dokoła... + +Nie zbudził jednak nikogo... Na gazonie tylko, pod górą wyrzuconych z +pałacu, leżących na kupie mebli, duży pies podwórzowy otworzył oczy, +mlasnął językiem, przeciągnął się i zasnął... + +Zadumanej ciszy nie przerywało nadal nic zgoła. + +--------------- + + +Pomimo, iż przez szpary okiennic Tomaszowieckiego dworku wślizgiwało się +już słońce, w tak zwanym kancelaryjnym pokoju paliła się jeszcze duża +lampa, oświetlając biurko, przy którym Krasnostawski pisał coś szybko i +zamaszyście. Obok niego stała szklanka z herbatą i leżały porzucone na +ziemi, niedopałki od papierosów... Nagle młody człowiek porzucił pióro, +z hałasem odsunął krzesło od biurka i zamknąwszy księgę, powstał. + +- Nareszcie! - westchnął głośno z ulgą i zbliżywszy się do okna, +odemknął je, odczepiwszy zarazem wewnętrzne haczyki okiennic. + +Fala słonecznego światła, wraz z powietrzem letniego poranka, wpłynęła +do pokoju. Krasnostawski zgasił lampę i spojrzał przed siebie... + +Od pożaru minęła doba tylko, patrząc jednak na młodego plenipotenta, +pomyśleć można było, iż od tej chwili oddzielały go lata; nie +młodzieniec bowiem obecnie, pełny hartu i życia patrzył przez otwarte +okno, ale mężczyzna, na pozór więcej, niż dojrzały, który zapominał już +jakby, że młodym był tak niedawno. + +Jak burza, przeszła po nim pamiętna noc rozterki, cierpień, upokorzenia +i bólu, ślad wiecznotrwały zostawiwszy po sobie... + +Twarz Krasnostawskiego bladą była, oczy przymglone i podkrążone, a na +skroniach gdzieniegdzie, wśród czarnych pukli włosów, bielała nitka +przedwcześnie siwa. + +I kontrast przykry prawdziwie stanowił ten człowiek, stojąc tak w owej +chwili w ramie okna... Przed nim, w perspektywie, jak okiem sięgnąć, +kraina cała złociła się od zżętych kóp zbożowych, zieleniła od niw i +stepów, śpiewała setkami głosów: uśmiechała się rozkosznie!.. + + +- Życia!.. Życia!.. Miłości, szczęścia!.. - wielkim głosem wołało +wszystko, a on jedyny tylko, nieczuły na nic zgoła, stał wciąż tak samo +nieruchomy, zapatrzony nie w dal jasną, lecz w cienie cierpiącej duszy +własnej.. + +Po nocy pożaru do Tomaszówki uciekł Krasnostawski piechotą, obudziwszy +się z omdlenia, sam jeden wśród szumiącego mu łagodnie nad głową parku. + +Tu, u siebie, przemęczył się, jak nieprzytomny, w bólu - do rana. W +końcu jednak zmęczenie fizyczne zabiło moralną troskę. Snem kamiennym, a +zbawczym dlań, przespał Krasnostawski większość dnia, bo aż do godziny +szóstej po południu. Zbudził się zaś już nieco innym... + +Zebrawszy myśli i wspomnienia, przede wszystkim postanowił uciec co +rychlej z tych miejsc, rzucić się w wir pracy w warunkach całkiem +odmiennych.. Powietrze dusić go poczęło, ziemia parzyć stopy!.. Chciał +już wskoczyć na konia i opuścić wszystko na zawsze. + +W porę jednak zastanowienie i zimna logika trzeźwego rozumu powstrzymała +go na szczęście od tego kroku... + +Wszak, poza dziedziną moralnych jego cierpień, stał przecież jeszcze mur +rzeczywistego życia, które chleb mu dotąd dawało - istniał świat +obowiązków dotychczasowego jego stanowiska tutaj. + +Rzucać tak wszystko byłoby lekkomyślnością iście chłopięcą. + +- Nie, ja tego nie uczynię! - zadecydował. - W jak najściślejszym +porządku przekażę na odjezdnem wszystkie gospodarskie księgi, rachunki, +kasę i.t.d. + +Po skromnym posiłku, zabrał się Krasnostawski do wyczerpującej pracy, +całych nieledwie dziewiętnaście godzin pisał, rachował bezustannie. +Wreszcie wyczerpany skończył przed chwilą... + +Był wolnym!.. Za godzin parę będzie mógł opuścić te strony - na +zawsze... + +Zadumany smutnie, stał Krasnostawski wciąż pod oknem; zapatrzony, nie +zauważył on wcale zbliżającego się ku niemu wyrostka. + +Dźwięk jego głosu zbudził młodego człowieka. Spuścił wzrok i zapytał +głośno: + +- Ha!.. szczo każesz?.. + +Wyrostek, był to chłopiec stajenny, wysłany przezeń do Gowartowa, by +sprowadzić tamtejszego starego i zaufanego rządcę, któremu chciał +Krasnostawski zdać klucze kasy, księgi, i przekazać ostatnie +rozporządzenia. Z relacyi chłopca okazało się, że rządca wyjechał do +miasteczka. + +- A pany? - spytał machinalnie Krasnostawski, używszy utartego pomiędzy +ludem miejscowym wyrażenia, oznaczającego w liczbie mnogiej, właściciela +danej wioski. + +- Nykoho ne baczył! - odrzekł zapytany i dodał zarazem, że Szmul, żyd z +karczmy wiejskiej, powiedział mu, że państwo na dobre wyjechali. - +Każut, szczo do Szczesnoi, do jasnoho grafa Topolskoho! - poinformował +znowu wyrostek. + +Na wybladłem licu słuchającego tych nowin młodzieńca zakwitł rumieniec +oburzenia. + +- Łotr!.. - zgrzytnął cicho, niedosłyszalnie przez zęby. - Snać potrafił +każdego z osobna podejść, oszukać! Prawdy nie domyślił się nikt, +widocznie... + +Więc teraz ugaszcza wszystkich u siebie... Co za ironia prawdziwa! - +dokończył w myśli, i wściekłość nagła opanowała go... + +- Czego, durniu, stoisz! - huknął w twarz parobczakowi, aż zatrzęsły się +szyby dworku. + +- Osiodłaj mi zaraz konia! - dokończył spokojniej nieco. + +Niebawem złotawy kasztan, z białą gwiazdką na czole, parskał ochoczo pod +Krasnostawskim, jadącym na przełaj przez pola do Gowartowa. + +Wokoło niego praca wrzała. Krzątający się lud roboczy: parobcy i +gospodarze kłaniali się nisko czapkami panu plenipotentowi; czarnookie, +czarno brewe mołodyce i dziewczęta, w jaskrawych spódnicach i chustkach, +pozdrawiały, również życzliwie młodzieńca zerkając z uśmiechem i +lubością na "harnoho chłopcia*)". +[*) Pięknego chłopca.] + +W kwadrans później, Krasnostawski zjeżdżał już stępa na groblę +gowartowską... + +W głębiach stawu, otoczonego zielenią parku, odbijały się dawniej, jak w +lustrze, mleczną białością ściany dworu. Teraz czerniały zarysy +pogorzeliska, a tam - na górze, zgliszcza, zakopconem pałacowem +skrzydłem, królowały smutnie nad leżącem dokoła siołem... + +Jeździec odwrócił oczy i wspiął konia. Jak strzała, przeleciał przez +groblę i stanął niebawem przed zamkniętą wjazdową bramą pałacu; tu hukać +począł, by mu ją otworzono. + +Nadbiegło kilku stajennych; oddawszy im spienionego konia począł +Krasnostawski wypytywać się o mieszkańców pałacu. Okazało się, iż dom +cały wyjechał nazajutrz po pożarze, rankiem i bawił teraz w gościnie u +Topolskiego, w Szczęsnojej. + +- A to co? - zapytał nagle, furmana zdziwiony Krasnostawski, wskazując +spicrutą, na całe stosy czegoś, ponakrywanego płachtami. + +- To, paniczu, meble z pałacu; pan ekonom kazał poprzykrywać tymczasem! +- odpowiedział zapytany. + +Krasnostawskiego zirytowało to niedbalstwo, względem ocalałych, i +cennych, a tak dobrze mu znanych, mebli pałacowych. Zdecydował głośno. + +- To tak zostać nie może! - i ruszył spiesznie ku środkowi gazonu, gdzie +leżały meble. Kazawszy pozdejmować w ślad za tem wszystkie przykrycia i +opony, ujrzał, iż mebli uratowanych było sporo. + +- Są parobcy na toku? - zapytał. + +- Są... są! - poświadczyła krzątająca się wokoło niego służba. + +- Siergieju! - rozkazał Krasnostawski po małorusku starszemu furmanowi, +- idźcie powiedzieć, niech zaprzęgają do wozów, ile się da i zajeżdżają +tutaj, a gumienny, niech da klucze od pustej stodoły!.. Trzeba to +wszystko - wskazał ruchem ręki meble - tam zaraz zawieźć tymczasem i +zamknąć!.. + +Plenipotenta dóbr gowartowskich lubiano powszechnie i słuchano chętnie. + +Natychmiast zatem furman skierował się do gumien; wyprzedził go chłopiec +stajenny, by rozgłosić pierwej rozkazy "panycza." + +Krasnostawski pozostał sam i uważnie zaczął przeglądać nagromadzone +meble. Tam i ówdzie rozpoznawał na wpół uszkodzony sprzęt i przypominał +sobie miejsce, gdzie on stał dotąd w pałacu... + +Spojrzał na pogorzelisko... Grozą i bolesnym smutkiem wiało od tego +zakątka - ruina zwycięsko szczerzyła trupią paszczękę - śmiałą się jakby +szyderczo... + +Z mimowolnym wstrętem, odwrócił się Krasnostawski i na nowo począł +przyglądać się, z uwagą, pałacowym sprzętom. Uśmiechnął się smutnie... + +Obok na wpół pękniętego dużego salonowego zwierciadła, złamane tuliło +się łoże pozłacane, w stylu "empire," z pokoju Oli Dzierżymirskiej. Tam +znów jej szafa odemknięta, z kilkoma pozostawionemi w pośpiechu sukniami +- walała się obok szczątków pianina... + +Dziwna rzecz jednak - pomyślał w tej chwili - jak sprzęt przypomina +człowieka!.. Ola, Ola i jeszcze Ola!.. Widział on ją tu - wszędzie, te +odłamy zachowały jakby część jej osoby - dusza ukochanej przezeń kobiety +błąkała się w nich, martwych i obojętnych... + +Młody człowiek znalazł wiele rzeczy nieuszkodzonych prawie; niektóre z +nich sam odsuwał od innych, segregował. + +- Ooo!.. - wyrwało mu się nagle z ust, z ubolewaniem. + +Przed nim, zdruzgotane, przepalone nielitościwie do połowy, leżało w +pyle piękne, ulubione biurko Romana, antyk pamiątkowy, z mahoniowego +drzewa, wykładany bogato srebrem, subtelnie inkrustowany perłową masą. +Krasnostawski zaczął macać uważnie dokoła przepalony sprzęt drogocenny. +Obejrzawszy go dokładnie, zajrzał do kilku szufladek i skrytek. + +Lecz nagle koło pobliskich gumien zatętniało... Wykonywając rozkaz, +nadjeżdżały już wozy. Turkot przybliżał się coraz wyraźniejszy, +donośniejszy, bliższy. Krasnostawski, zajęty biurem, drgnął, lecz nie na +odgłos wozów bynajmniej. + +To ruszona w tej chwili bezwiednie dłonią jego zgrzytnęła niebawem jakaś +sprężyna i szufladka, dotąd dla oka niewidzialna - roztworzyła się przed +nim, a w niej, o, dziwo... leżał oto spokojnie portfel niewielki, z +eleganckiej, brunatno - wiśniowej skóry. W rogu pugilaresu połyskiwała +granatów korona hrabiowska, - błyszcząc mętno - czerwonym ogniem. +Ochłonąwszy ze zdziwienia, Krasnostawski rozśmiał się swobodnie i wziął +portfel w ręce. + +W tejże chwili jednak na dziedzińcu zadudniły drabiniaste wozy, parobcy, +zdejmując czapki, witali go wesoło i dziarsko, a zeskoczywszy na ziemię, +brać się zaczęli do roboty. + +Chcąc nie chcąc, musiał Krasnostawski stłumić na razie ciekawość, i +schowawszy tajemniczy pugilares do kieszeni, począł energicznie wydawać +rozkazy. + +Wozów było kilkanaście. W pół godziny, plac przed zgliszczami pałacu +opustoszał; wozy, jeden za drugim, skierowały się powoli ku tokowi. + +Do gumien przyjechano niebawem; przed otwartą pustą stodołą zawrzał +ruch; wkrótce ułożono porządnie pałacowe meble, przykryto je, drzwi +zamknięto szczelnie i Krasnostawski, rad z ostatniego na służbie +spełnionego obowiązku - wyjechał z wioski. + +Puściwszy konia luzem, zamyślony, znalazł się w kwadrans później w +lesie, gdzie, znużony, zsiadł z konia i rozłożył się swobodnie na +murawie. Zdjąwszy kapelusz z głowy i wciągnąwszy w siebie świeżą, +aromatyczną woń boru, sięgnął on do kieszeni po pugilares, roztworzył go +i począł szperać ciekawie. + +W portfelu leżały ułożone porządnie banknoty, w osobnych przedziałkach +rulony złota. + +- No, no! - mruknął parokrotnie Krasnostawski i z coraz wzrastającem +zdziwieniem, pieniądze zaczął liczyć sumiennie. + +Wszystkich razem było dwadzieścia siedm tysięcy kilkaset. Ułożywszy na +powrót banknoty i złoto, Krasnostawski portfel zamknął i spojrzawszy raz +jeszcze na koronę z granacików, potrzymał go jakiś czas w dłoni, poczem +wpuścił do kieszeni. Widoczne zakłopotanie malowało się na jego twarzy. +Czuł się zaambarasowanym, co czynić z tym fantem?.. + +Wypadało go zwrócić niezwłocznie, w zastępstwie prawego właściciela, +jego żonie - Oli. Zatem jechać do Szczęsnej osobiście?.. + +- Nigdy w życiu! - rzekł głośno do siebie młodzieniec. Zasępił się. +Nagle myśl jakaś nowa zrodziła mu się widocznie w głowie, bo zerwał się +żywo i wskoczywszy na konia, wjechał w las drożyną. Wkrótce w borze +rozległy się głośne ujadania psów, i Krasnostawski, opędzając się od +natarczywych kundli, wchodził do małej chatki leśniczego... + +W chałupie panowała cisza. Rozciągnięty na ławie, spał snem +sprawiedliwego mężczyzna, w sile wieku, barczysty, ubrany w kurtę +myśliwską; dubeltówka leżała opodal, w kącie drzemał pies legawy. + +Krasnostawski potrząsnął energicznie ramieniem śpiącego leśnika. Ten +ostatni zerwał się, a ujrzawszy plenipotenta, zawstydzony począł +bąkać... + +- Słucham panicza, słucham... Padam do nóg... Tak mnie jakoś +zmroczyło... Zasnąłem, ale to, jak Boga kocham, nigdy mi się nie +zdarza... + +- Nic nie szkodzi, mój Rzemięcki! - uspokoił go natychmiast +Krasnostawski, klepiąc poufale po ramieniu. - Potrzebuję was, i to +natychmiast... Pojedziecie z pieniędzmi i z listem do Szczęsnojej, gdzie +są teraz państwo... Ja oto teraz sam jadę konno do domu, a wy w ślad za +mną idźcie do Tomaszówki piechotą. Tylko idźcież zaraz! + +- Duchem, proszę panicza, duchem! - odparł żwawo leśniczy w ślad za +odjeżdżającym. + +W pół godziny później, młody plenipotent siedział już przy biurku w +Tomaszówce i kreślił słów parę do pana Emila. + +Jako nic niewiedzącemu o zajściu z Topolskim i Olą, napisał +Ładyżyńskiemu tylko, iż musi niezwłocznie jechać do miasta rodzinnego na +wakującą intratną posadę, nie chcąc zamykać karyery tutaj, bez widoków +na przyszłość... + +Nadzieją otrzymania miejsca natychmiast motywował także wyjazd bez +pożegnania, jak i przesyłkę również kluczy od kasy, ksiąg rachunkowych, +oraz znalezionego pugilaresu. W końcu listu, Krasnostawski przepraszał +pana Emila za trud i dodawał sucho, że pensyi nic mu się nie należy, bo +czyni niespodziany zawód swym dotychczasowym chlebodawcom. + +We wrotach dziedzińca tymczasem majaczyła już barczystą postać +Rzemięckiego, pies legawy, poszczekując radośnie, wyprzedzał go... + +Uświadomiwszy o czem należało starego sługę, wręczył mu Krasnostawski: +papiery, księgi i klucze, oraz portfel znaleziony, z nadmienieniem +zawartości jego, a przerwawszy szereg utyskiwań i szczerych żalów +tyczących się jego stąd odjazdu, - wyprawił do Szczęsnej. + +Sam zaś do kancelaryi powrócił i znużony padł na otomanę... + +Widocznem było przy tem, iż w mózgu jego odbywała się jakaś walka... + +- Nie, nie daruję!... To ponad siły moje! - rzekł wreszcie kilkakrotnie, +urywanym szeptem, porywczo. + +- Nie daruję! - powtórzył: - On o wszystkiem wiedzieć musi! Tak każe +sprawiedliwość, tak być musi, tak będzie! - głośno już zupełnie wyrzucił +z siebie wzburzony, a przysunąwszy fotel do biurka, sięgnął ponownie po +papier listowy, i umoczył pióro w atramencie. + +Zatrzymał się... Po chwili cisnął pióro, wstał i znów zaczął chodzić +gorączkowo po pokoju. + +- Jak to? - szeptać zaczął. - Ja miałbym, niby pies sponiewierany, +odejść stąd, usunąć się, zniknąć?.. Ja miałbym zamknąć w sercu ich +wspólną tajemnicę, i tem samem ocalić tego chłystka!.. Prawda, jednak, +że i o nią tu chodzi, najdroż... - nie dokończył, sponsowiał... + +Nie! W nim tliła jeszcze miłość dla niej, ale policzek kobiety i +poniewierka - zdeptana miłość własna, - wszystko było od iskry tej +silniejszem. + +W dziesięć minut, młody człowiek uspokoił się zupełnie; znać z gotowym +już w głowie planem, list pisać począł szybko, zamaszyście... + +W ciszy pokoju rozległ się nerwowy zgrzyt pióra i długo, długo nie +ustawał. + +Cały żal, całą gorycz na papier przelewał z duszy swej Krasnostawski. + +Opisał szczerze życie własne... I swą miłość ku Oli, tajoną od lat +pięciu, idealną, czystą!.. Własne bóle cierpienia przez czas ten cały, i +ostatnie podejrzenia, co do Topolskiego oraz zachowanie się tych dwojga, +i pożar pałacu wreszcie, i zdradę i noc straszną - wszystko!.. + +List skończył, podpisał, złożył, i sięgnąwszy po kopertę, zaadresował: +Italia, Milano, Signor Roman Dzierżymirski, Hotel "Europa," Corso +Vittorio Emanuele 9. + +Odrzuciwszy pióro, ujął Krasnostawski głowę w dłonie. + +- Stało się!.. - szepnął po chwili i powstał. + + +- Nic cię już tu nie wiąże!.. - Jechać, jechać stąd czem prędzej! +Obszaru, świata i ludzi, byle nie Ukrainy i Gowartowa!..- zawrzało w nim +i odemknąwszy drzwi, hukać począł na służbę. + +W pół godziny potem na całym folwarku wrzało... Jak grom, spadła na +wszystkich wieść, że pan plenipotent, "panycz," wyjeżdża na zawsze. +Zlecieli się wszyscy. W domu pakowano na gwałt rzeczy, daleko bowiem +było do kolei, a Krasnostawski - koniecznie chciał zdążyć jeszcze na +wieczorny pociąg. + +Promienie zniżającego się słońca całowały już strzechę i rumieniły białe +ściany domu, gdy odprowadzany, otoczony, całowany po rękach przez +czeladź i służbę, żegnał się ze wszystkimi Krasnostawski, rozdawał tam i +ówdzie sprzęty własne, rzeczy i pieniądze, sam wzruszony, smutny... + +Wreszcie ulokował się na bryczce, konie ruszyły, przed oczyma mignęły mu +ogorzałe twarze żegnającego go tak serdecznie ukraińskiego ludu - wrota +skrzypnęły żałośnie po raz ostatni, i bryczka potoczyła się, brzęcząc, +po gładkim drogowym szlaku, zginąwszy wkrótce wśród roztoczy łanów +zżętego zboża, ugorów i kurhanów. + + + +Do stacyi kolejowej było już tylko wiorst parę... Czwórka +Krasnostawskiego spuszczała się właśnie z pochyłości jaru na niepewny +dziurawy drewniany mostek, gdy konie, z lękiem poczęły się nagle wspinać +cofać, nie chcąc przejechać przez grobelkę. Furman zaklął po małorusku, +i parokrotnie uderzył biczem konie... + +- Stań! - rzucił naraz krótko Krasnostawski i zeskoczył z bryczki. + +- Kto tam jide! Baczysz? - zaciekawiony zwrócił się nagle do mruczącego +wciąż furmana, wskazując ręką zbliżający się na bocznym trakcie obłok +kurzawy. + +- A kto ich znaje!.. Pewno zwitkiś *) pany! - odburknął furman, który +zlazłszy także z kozła i poprawiając uprząż u koni, częstował właśnie +jednego z nich energicznem w pysk uderzeniem. +[*) Skądsiś.] + +Krasnostawski nie zauważył tego znęcania się nad ulubionymi dotąd +przezeń końmi... + +- Dlaczego pany? - spytał z roztargnieniem, a później zaraz w tym samym +języku dorzucił: - A, prawda, poznajesz po turkocie... + +Odmienny bowiem rzeczywiście od furkotu kół bryki, czy też innego +pojaździku, stłumiony, jednostajny i nieco głuchy przerywał ciszę +przestrzeni turkot powozowy, regularny. Niebawem też zgrabny faeton +wyłonił się z obłoków pyłu; konie siwe, w angielskich szorach, +zaprzężone w leje, i dwoje ludzi siedzących na koźle, ubranych w liberyę +granatową, ze złotymi guzikami. + +Zaprząg w parę minut stanął przy moście. Krasnostawski wydał okrzyk +zdziwienia, taki sam drugi podpowiedział mu z zewnątrz powozu i +odemknąwszy z hałasem drzwiczki, wyskoczył z niego zapylony Ładyżyński. + +- No, goniłem pana, ale nie spodziewałem się, że go złapię! - zaśmiał +się wesoło pan Emil i uścisnął wyciągniętą dłoń Krasnostawskiego. + +- Witam, witam!.. - ciągnął dalej. - Cóż to, bułanki kapryszą i przez +most nie chcą przejść? Obserwowałem... no, siadaj pan ze mną; zobaczysz, +jak hrabiowskie angliki przejdą spokojnie. + +Ładyżyński pociągnął Krasnostawskiego do powozu. + +- Cóż to, pan także na kolej, czy tylko po mnie? - uśmiechnął się +Krasnostawski, nieco zmieszany i zaskoczony widokiem pana Emila. + +- Wyjeżdżam - odrzekł tenże krótko, i dorzucił swobodnie, zauważywszy +wyraz twarzy młodego człowieka: - Nie bój się pan, nie trwóż!.. Nie +myślę wcale i nie mam polecenia zawracać pana z drogi do dawnych +obowiązków... Przeciwnie, mojem zdaniem czynisz pan bardzo dobrze, iż +rzucasz te kąty... + +W Gowartowie nie doszedłbyś nigdy do niczego, a szkoda młodość swoją +zamykać tu i tracić!.. + +I Ładyżyński wyciągnął, przy tych słowach, rękę do Krasnostawskiego, a +ścisnąwszy ją silnie, rzekł jeszcze. + +- Powinszować mogę tylko, żeś się pan otrząsł ze skrupułów, i życzyć +powodzenia na przyszłość!.. + +Krasnostawski skłonił się, milcząc. Pan Emil zaś, przechodząc +natychmiast na inny temat, już mówił: + +- Wiesz pan co?.. Siadaj pan ze mną!.. Mam panu X rzeczy ciekawych do +opowiedzenia. Cóż, zgoda? + +Krasnostawski usłuchał; bryka cofnęła się nieco, a powóz, przejechawszy +spokojnie przez mostek, potoczył się znów równo i szybko dalej. + +- Służę panu! - rzeki Ładyżyński, częstując Krasnostawskiego cygarem. +Zapalili... + +Oparłszy się wygodnie o poduszki i zaciągnąwszy cygarem, pan Emil rzekł. + +- Nadstawiaj pan uszu!... Tandem tędy, zaczynam... + +- Słucham, słucham! - potwierdził młodzieniec, kontent w duszy, że go +coś, choć na chwilę, odrywa od smutnych myśli. + +- Przedstaw pan sobie zatem, panie kochany, że jesteś w teatrze na +jednoaktowej szaradzie. Uważa pan: sza - ra - dzie... + +Rzecz dzieje się, mówiąc właściwym stylem, za naszych czasów, na +Ukrainie, w Szczęsnojej, majątku grafa Topola - Topolskiego. +Popołudniowa, przedobiednia godzina - cisza... Pałac pogrążony w +milczeniu... W tej samej jednak chwili stojący na ganku strzelec, w +pokornym zgięty ukłonie, podaje coś mężczyźnie, ubranemu w smoking. +Mówiąc nawiasem to ja - uśmiechnął się pan Emil, po chwili ciągnął +dalej: + +- Kurtyna spada, następuje odsłona druga: Sala portretowa jadalna, do +stołu zasiada ze trzydzieści eleganckich osób... Jedno tylko krzesło +wolne... Wchodzi ten sam mężczyzna w smokingu, trzymając coś w ręku. +Wita tam i ówdzie osób parę, zbliża się do młodej nadobnej damy i wręcza +jej z ukłonem portfel, mówiąc coś objaśniająco... Nagle siedzący obok +sam "graf" zrywa się od stołu, jak oparzony, i robiąc arcygłupią minę, +wpatruje się w portfel... Zaintrygowanie ogólne, sytuacya jednak +wyjaśnia się wkrótce... + +W tej chwili spojrzawszy na zasłuchanego towarzysza, pan Emil rozśmiał +się serdecznie. + +- No, dosyć ma już pan tych efektów scenicznych, dokończę panu zatem tę +szaradę zwyczajnemi tylko słowy... + +- Dziwi pana zapewne - mówił dalej, - arcygłupia mina Topolsia, gdy +ujrzał portfel, z połyskującą koroną, symbolem jego wielkości!.. + +- Otóż w tem ma się rzecz cała, że portfel ten nie Dzierżymirskiego, i +nie jego pieniądze, ani pani Oli, lecz, ni plus ni minus, tylko +Topolskiego... + +- Nie może być! - wykrzyknął Krasnostawski, szczerze zdziwiony. + +- No, cóż! szarada dobra... co? - rzucił wesoło Ładyżyński. + +- Niezła - uśmiechnął się z kolei młodzieniec - bo dotąd przynajmniej +nic a nic jej nie rozumiem. + +- Cierpliwości! Zaraz pan pojmiesz wszystko - uspakajać zaczął pan Emil +swego słuchacza. + +- Zapalić musimy poprzednio cygara, bo i pańskie zgasło, nieprawdaż? - +rzekł w ślad za tem, a wydobywszy zapałki, zapalić jedną z nich +usiłował, lecz wietrzyk swawolny zgasił mu ją i następnych kilka. - +Sapristi! - zaklął z cicha. - Stańcie-no, hej! tam! - krzyknął na +furmana. + +Konie zatrzymane stanęły; wspomagany przez młodego plenipotenta, +Ładyżyński zapalił wreszcie cygaro, a podniósłszy głowę, spojrzał przed +siebie. + +- Cóż to? Wyżyczpol? - zapytał służby. + +- A tak, proszę jaśnie pana! - potwierdził lokaj, zdejmując liberyjną +czapkę. + +- Tiens, tiens, widzi pan jak to czas leci - zwrócił się do +Krasnostawskiego; - za jakie pół godziny będziemy na stacyi, patrz pan, +- i wskazał ręką krajobraz. + +Błyszcząc w mroku, lśniła się opodal wstęga rzeki, na górze malowniczo +rozrzucone dość duże miasteczko mrugało dziesiątkami światełek... + +- Jechać! - rozkazał Ładyżyński. + +Powóz ruszył; pan Emil, po chwili milczenia, przemówił nagle: + +- Przepraszam stokrotnie, że widząc ciekawość w oczach pańskich, nie +kończę opowiadania... Pozwolisz pan, że mu zadam dwa pytania: czy masz +pan dobrą pamięć i dokąd pan jedziesz? + +- Jadę do rodzinnego miasta, a pamięć mam wyborną! - uśmiechnął się +Krasnostawski. + +- Otóż to - bardzo dobrze. Napisałem, bo widzi pan, list do Romana, ze +szczegółowym opisem tego, co teraz tu opowiadam. Mam pamięć jednak +fatalną... Zapomnę listu wrzucić na pewno! Mój panie kochany, weź go i +wrzuć na dworcu... Cóż, dobrze? Przy tych słowach, Ładyżyński wyjął +pospiesznie z surduta gruby list i podał go Krasnostawskiemu. Ten +machinalnie schował go do kieszeni, gdzie spoczywało i jego do Romana +pismo. + +- No, więc kończę!.. - zaciągając się dymem, rzekł pan Emil. + +- Słucham i to bardzo ciekawie - przerwał z zainteresowaniem +Krasnostawski. + +- Dziwił więc pana fakt, - ciągnął Ładyżyński - że pugilares i tysiączki +są własnością hrabicza, choć znalazły się w szufladzie Romka?.. W tem +sęk właśnie, że Topolski dziś dopiero przekonał się, iż są one w innem, +niż przypuszczał, ręku. + +Wyobraź pan sobie bowiem, jaki był przebieg zguby tych pieniędzy... + +- Temu lat sześć, czy ośm, Topolski miał przyjaciółkę w teatralnych +sferach.. Otóż pewnego wieczora, zaprzysięgając sobie w duszy +uroczyście, że puści w trąbę swoją magnifikę, idzie Topolski do niej na +ostatnie randez vous... Naturalnie w kieszeni kilka tysiączków mając w +zapasie - Ładyżyński urwał, zaśmiał się i puściwszy z ust kółko dymu, +mówił dalej. + +- Lecz i tym razem spotyka pana na Szczęsnojej niepowodzenie... Nadobna +córa Melpomeny nie chce nawet słyszeć o rozstaniu... Scena więc z tego +naturalnie, płacze! On przeprasza - ona w końcu daje się przebłagać - +amor vincens tuszuje wreszcie wszystko!.. + +Pan Emil odsapnął - i swobodnie po chwili ciągnął dalej: + +- Nad ranem, z miłością gruntownie odegrzaną w sercu, przysięgając +sobie, iż przyjaciółki nie porzuci nigdy, powraca Topolski do siebie... +Nagle, dotknąwszy się kieszeni surduta, nie znajduje tam - pugilaresu! +Ona, ta nieprzejednana, zagrała z nim komedyę; za mało jej było +dziewięciu tysięcy, które jej pono dawał, najbezczelniej okradła go +więc, po prostu na całe dwadzieścia i siedm, znajdujące się w portfelu. + +Topolski jednak wobec powyższego faktu, po głębszem wniknięciu w siebie, +decyduje, że bądź co bądź pozbył się baby... + +Oddychając zatem pełną piersią - swobodny wyjeżdża do dóbr swych +"krzyżyk na świśniętym pugilaresie postawiwszy" - jak powiedzieliby +bracia nasi, Litwini... + +Tu pan Emil przerwał opowieść raz jeszcze, zapalił na nowo zgasłe cygaro +i kończył. + +- Od tej chwili minęło lat ośm, a tych dwoje nie widziało się wcale. + +Skończyłem... + +Ładyżyński odetchnął i umilkł. + +- Dziękuję panu za opowiadanie - pośpieszył z odpowiedzią, +Krasnostawski. - Rzeczywiście, szarada prawdziwa... Ale w Szczęsnojej +zdziwienie było wielkie? + +- Ogromne! - odparł pan Emil. - Notabene, wyobraź pan sobie, w +Szczęsnojej pełno gości... Mieszka tam więc stale: primo jakaś poważna +wielce krewna Topolskiego, zapewne dlatego, by do kawalerskiej siedziby +pana na Szczęsnojej mogły przybywać i damy; secundo, prócz męskiego +towarzystwa, przybyłego niespodzianie z kolei dziś z rana - a w których +to gronie nie brakowało i jednego prezesa, społecznego koleżki Romana - +znajdowało się też w siedzibie Topolska kilka osób, które przyjechały +specyalnie do naszych: pań, z kondolencyą po pożarze. + +Więc powiadam panu! - mówił wesoło dalej Ładyżyński - gdy to co mówiłem, +nam, mężczyznom, opowiedział Topolski po kolacyi przy cygarze, i kiedy +wiadomość ta do pań się przedostała, Topolski został bohaterem dnia!.. + +- No, a pani Ola nic o istnieniu tego portfelu nie wiedziała? + +- Ależ, nic zupełnie! - podchwycił Ładyżyński. Tem większe +zaintrygowanie, domysły!.. Wszyscy, a szczególniej panie, wsiadły na +mnie, bym natychmiast opisał to wszystko Romanowi, chciały nawet, bym +specyalnie w tej sprawie pojechał do niego... Prezes zaś, książe +Szydłowiecki, zrobił nawet w liście moim dopisek, żeby Romek powiadomił +go telegraficznie o swym przyjeździe, to on wyprawi wówczas raut na +cześć jego i Topolskiego, jako bohaterów tej zagadkowej sprawy... Jednem +słowem, powiadam panu - komedya... + +Ładyżyński mówić przestał, strzepując popiół z cygara. Lecz trwało to +krótko... + +Rozmowa wkrótce potoczyła się znowu błyskotliwa, lekka... + +A powóz tymczasem dudnił właśnie teraz po moście, rzuconym przez rzekę, +i wtoczył się w wąskie brudne uliczki żydowskiego miasteczka; niebawem +wyminął je i znalazł się na szerokim trakcie, prowadzącym do kolejowego +dworca. + +Jednocześnie w oddali ukazały się trzy gorejące światła: - to pociąg +zbliżał się już do stacyi. Pierwszy dojrzał go Krasnostawski. Sięgnął +szybko po zegarek i spojrzał: + +- Oho, już po dziewiątej! to pański pociąg... + +- Do djaska! - zżymnął się pan Emil i - wytężył wzrok w kierunku +pociągu. + +- Janie! galopem! - krzyknął, zwracając się energicznie do furmana... +Dam ci na mohorycz... nocować tu ani myślę!.. Może zdążymy! Jazda, a +ostro!.. + +Stangret trzasnął z bicza, czwórka puściła się pędem po gładkim szlaku. + +Zziajane już konie, galopując, sapały i tak dojechano aż pod sztachety +drewniane, okalające stacyę... Tu pełno już było wozów, bryk, +obywatelskich czwórek, oczekujących na swych panów. + +Gdy elegancki ekwipaż pana Emila wtoczył się na brukowany placyk przed +stacyą, jednocześnie na platformie rozległ się dzwonek i wpadł tam, z +hukiem pociąg, zatrzymujący się tu tylko parę minut. + +- Zuch z ciebie! - pochwalił Ładyżyński furmana, i rzuciwszy mu +półimperyała, wyskoczył szybko. Rzeczy, przytwierdzone za powozem, +odwiązywano już; dwaj panowie, zarządziwszy pośpiech, pobiegli do sali. + +Tu ruch panował nielada.. + +Pasażerowie przyjezdni wysypywali się z wagonów i tłoczyli do wnętrza +dworca; jadący kupowali bilety, służba kolejowa nosiła ręczne bagaże, +zdawała kufry, biegała gorączkowo, kręciła się, jak w ukropie. + +Przecisnąwszy się energicznie przez tłum, pan Emil zdobył bilet +pierwszej klasy i w minutę potem, wychylony z wagonowego okna, rozmawiał +z żegnającym go Krasnostawskim. + +Uderzył trzykrotnie dzwonek, konduktor gwizdnął, lokomotywa +odpowiedziała mu przeciągle - pociąg ruszył powoli z miejsca. + +- Do widzenia!... Powodzenia na nowej drodze życia!..- mówił pan Emil, +uśmiechając się przyjaźnie, serdecznie ściskając dłoń Krasnostawskiego. + +Ten ostatni zaś, widocznie pod wpływem jakiejś nagłej myśli, puścił +szybko rękę Ładyżyńskiego, skłonił się, i wydobywszy szybko z kieszeni +dwa listy, podbiegł ku uchodzącemu wagonowi pocztowemu. Dogonił go i +zręcznie wrzucił w otwór właściwy oba pisma. + +- Addio... dziękuję! - posłyszał jeszcze głos pana Emila, i pociąg znikł +niebawem. + +Krasnostawski pozostał sam. Następny pociąg miał przyjść już wkrótce, +poszedł więc do kasy, kupił bilet, a wróciwszy na platformę, usiadł na +ławeczce samotny. + +Zamyślił się... + +Poza nim zamykał się teraz na zawsze jeden okres dotychczasowego jego +życia. + +Płatny sługa bogatszych od siebie ludzi zżył się on jednak, zbratał z +ich życiem - z nimi... I po co?.. Po to, by obrachunek ten pożycia +wspólnego zakończyć tak marnie?.. + +Krasnostawski pochylił głowę, ująwszy ją w dłonie. Jakiś bunt mimowolny +podnosił się w nim przeciwko życiu, losowi i ironii jego. + +Po co tu przybył lat temu kilka, po co przywiązał się do tego cudzego +kątka ziemi, po co tak gorąco ukochał Olę? + +Dlaczego to wcielenie wdzięku, czaru, wiosny, miłości i piękna, w osobie +tej kobiety, stanęło, jak cień niepochwytne, na drodze jego życia?.. + +Krasnostawski pochylił się bardziej jeszcze i długi czas pozostał +nieruchomy. + +Nagle drgnął całem ciałem i podniósł głowę. Gwizd donośny przeszył +powietrze, na dworzec z hukiem, szumem, w kłębach pary wpadł pociąg +kuryerski. + +Krasnostawski począł szukać miejsca w wagonach. Ulokowawszy się +wreszcie, zbliżył się do okna wagonu i wyjrzał. + +Zamykano już właśnie z pośpiechem drzwiczki, wśród zgiełku rozlegał się +trzeci dzwonek. + +Krasnostawski ostatniem spojrzeniem smutnem objął raz jeszcze wszystko i +cofnął się w głąb wagonu... + +Zagrała w tejże chwili trąbka drożnika, mignęły latarnie sygnałów i +pociąg kuryerski znikł, pochłonięty cieniami nocy. + +Na dworcu zagościł znowu spokój. Wszyscy rozeszli się teraz na dobre, +pogaszono latarnie, a w oknach stacyi niebawem również znikły światła. + +Na bagnach chór żabi grał tylko swą pieśń jednostajną gdzieś w dali, w +pobliskim lesie słyszeć się dawały jakieś, szmery i senna noc cicha, +zasiadłszy, jak królowa, na tronie z tkanego złotem szafiru - +rozpostarła panowanie nad światem... + +Cisza zupełna zawładnęła okolicą. + +Mierząc tylko mknący chyżo czas, olbrzymi zegar stacyjny wydzwaniał +godziny miarowo... + +W milczeniu ogólnem, jak szept człowieka, głos jego odzywał się +bezustannie: + +Tik - tak! tik - tak! tik - tak!.. + +------------- + +W centrum Medyolanu, na placu "Del Duomo," w powodzi jaskrawych promieni +upalnego, kończącego się już popołudnia, leniwie snuły się po chodnikach +sylwetki niezbyt licznych przechodniów, kryjąc się od słońca pod kolumny +frontowe i oszkloną galeryę "Vittorio Emanuele." + +Wokoło klombów, zajmujących środek placu, i otaczających stojący tam +pomnik, kręciły się jednostajnie elektryczne tramwaje, dzwoniąc co +chwila, rozbiegając się i ginąc w sieci ulic miasta, sam zaś na koniu +majestatyczny Wiktor Emanuel II, z brązu, z piedestału pomnika, +wpatrywać się zdawał ciekawie w otwarte drzwi królującego tu na placu +katedralnego tumu, pociągającego z oddali tajemniczą wejścia głębiną... +Koronkowej roboty marmurowe jego ściany, dach, kilkadziesiąt wieżyc i +zdobiące go statuy, w liczbie około dwóch tysięcy, wznosiły się dumnie, +i wystrzelały wysoko w niebo włoskie, szafirowe, czyste, zadziwiając +misternem wykończeniem, dając sobą najlepsze nieśmiertelne świadectwo +genialnej pracy człowieka. + +Po marmurowych stopniach schodów tej okazałej, gotyckiej katedry, +mogącej w swojem wnętrzu pomieścić do 40,000 ludzi, co chwila wchodził +ktoś do jej środka, lub wychodził na ulicę - z kojącej ciszy świątyni +wpadając nagle w hałaśliwy wir miasta, i natręctwo jego mieszkańców, w +osobie spacerującego po trotuarze tuż koło tumu przekupnia, cisnącego w +ręce każdemu gwałtem mozaikowe wyroby weneckie. + +- Uno liro, signore, solamente uno liro! - na pół rozpaczliwym, na pół +przekonywającym głosem napierał się właśnie ten ostatni, śniady Włoch, o +przebiegłem spojrzeniu, i trzymając w ręku jakąś podejrzanej roboty +broszkę, zagradzał drogę młodemu mężczyźnie, wstępującemu, w zamyśleniu; +po stopniach katedry. + +Dzierżymirski przystanął; podniósł głowę, i spojrzał w oczy natrętowi, a +żachnąwszy się niecierpliwie, rzucił mu coś energicznie po włosku. +Przestąpiwszy próg kościoła, zdjął kapelusz i odetchnął z ulgą. + +Przyjemnym chłodem w przeciwstawieniu do panującego na dworze upału; +powiało nań z wnętrza tumu i milczeniem skupionem, powagi i - majestatu +pełnem... Cień, pustka i tajemniczość niewytłumaczona objęły go zarazem +niepodzielnie. W ciszy; po mozaykowej posadzce, z marmuru, donośnie, +rozległy się kroki Romana. + +Poza amfiladą 52 kolumn olbrzymich, kolosów, szesnaście kroków każda +obchodu mających - w perspektywie, daleko, widniał wielki ołtarz, chór i +rzędy plecionych krzesełek świeciły przyćmionym blaskiem kolorowe szkła +okien, ponad głową zaś Dzierżymirskiego, opiekuńczo jakby, wznosiły się +marmurowo wyniosłe gotyckie arkady; z wierzchołków kolumn, zdobiąc je +grupami każdą z osobna, patrzyły na niego dziesiątki statuetek małych... + +Odblask słoneczny dotknął delikatnie pięknych rysów przybysza, jego +smagłych policzków, wypukłego czoła, i oświetlił je przelotnie.. Rażony +światłem w oczy, Roman usunął się w cień, i spuściwszy głowę na piersi, +zadumał się głęboko. + +Godzin temu dwie zaledwie odebrał jednocześnie dwa listy... + +Pierwszy od Emila Ładyżyńskiego, sarkastyczno - szyderski, opisujący mu +szczegółowo i swobodnie fakt znalezienia pugilaresu, - powalił go w +pierwszej chwili, niby uderzenie obucha. + +Drugi, przepełnił miarę jeszcze!.. + +Ze słów tak szczerych, iż nie mogły nasunąć nawet momentalnej +wątpliwości, wyrwanych prosto z bolejącej duszy ludzkiej, dowiedział się +Dzierżymirski o zdradzie Oli... + +Chwili tej nie zapomni do grobu!.. + +Otchłań, zda się, głęboka i bezdenna rozwarła mu się pod stopami, dusić +go w gardle poczęło, w głowie powstał zamęt - w piersiach dotkliwy +ból!.. Wybiegł jak nieprzytomny na ulicę... Półobłąkany prawie przybył +pod stopnie marmurów katedry po ukojenie... + +Za progiem świątyni, rzeczywiście cudem po prostu jakimś, powróciła mu +samowiedza i względna równowaga umysłowa.. + +I oto teraz Roman porządkować zaczyna uciążliwie myśli. Wzrok jego +machinalnie błądzi po wspaniałych freskach, z dziełami mistrzów, +ołtarzach, marmurowych rzeźbach i pomnikach, zatrzymuje się +instynktownie na siedmioramiennym kandelabrze olbrzymim, kosztownej +roboty, w kształcie drzewa... Potem oczy jego spoczywają bezmyślnie na +kopule, przed chórem i znajdującej się pod nią podziemnej kaplicy +świętego Karola Boromeusza, ozdobionej bogato drogimi kamieniami i +złotem... + +Dzierżymirski sięga nagle do kieszeni i wyjmuje otrzymane listy... +usiłuje przeczytać je po raz wtóry... + +Przed nim, przeświecane błyśnięciem słońca, zmatowanym blaskiem łagodnie +świecą w zmierzchach katedry wspaniałe trzy okna chóru, jak mówią, +największe na świecie całym. + +Niby żywe, patrzą na Romana z okiennych witryn miniaturowe postacie +świętych; malowane barwnie na szkle, na małych kwadratowych tafelkach - +350 obok siebie reprodukcyj scen religijnych, wzorowanych na +najsławniejszych mistrzach wychyla się, płonie setkami kolorów i +cieni... + +Dzierżymirski wypuszcza listy z ręki i ukrywa twarz w dłonie... + +Pod wpływem bowiem jednego rzutu oka tylko na pisma, cierpienie +bezbrzeżne i rozpacz tłoczącą falą zalewają mu duszę... + +Więc zdradziła go!.. Zdradziła nikczemnie, dla zmysłowego upojenia - dla +szału!.. Zdeptała jego miłość, uczucia, oszukała go - zapomniała!.. + +Więc takim ironii zgrzytem nagradza jego los szyderca, za to, co dla +kobiety tej niegdyś uczynił!.. + +Ależ on dla niej przecież poświęcił wszystko!.. Siebie oddał!.. Swą +cześć, uczciwość - sumienie!.. + +- Przez ciebie wszystko tom uczynił, przez ciebie! - głuchy jęk unosi +pierś mężczyzny. - O, Olu!.. Olu!.. przez ciebie!.. + +I milknie skarga... + +A potem niezrozumiałego już coś coś tylko, niedosłyszalnego poczynają +naraz szeptać cicho do siebie Dzierżymirskiego usta. + +Klęka i jakieś bóle i żale płynąć się zdają pod strop milczącego tumu, +biegną trwożnie pod wyniosłe jego arkady, odbijają się o statuy, rzeźby +i pomniki - na kolana padają u ołtarzy - lecą, tam, gdzieś wysoko... do +Boga!.. + +Lecz oto nagle spokój świątyni brutalnie przerwanym zostaje... + +- Yes, yes, yes!.. - odzywa się co chwila i dowcipy francuskie wtórują +angielszczyźnie, - z przewodnikami Baedeker'a w ręku przesuwa się tuż +koło Romana garstka osób, z udanem znawstwem oglądając wszystkie zabytki +tumu. + +Gwarząc wesoło, dzielą się turyści na dwie połowy. Jedna z nich zmierza +zobaczyć wnętrze kaplicy św. Karola Boromeusza, druga, pobrzękując +pieniędzmi, kupuje niebawem prawo obejrzenia dachu katedry, przy +stoliku, postawionym we wnętrzu świątyni, na prawo, w głębi, u wejścia +do prowadzących tamże schodów. + +Roman powstaje i z kościoła uchodzi pośpiesznie. Na ulicy wskakuje do +dorożki, i rzuca głośno jakiś rozkaz woźnicy. + +Powozik rusza... Stopniowo, coraz szybciej wymija ulice, uliczki, place +targowe; starożytne kościoły i pałace... Ruch miejski wokoło zmniejszać +się poczyna i powóz wjeżdża niebawem w szeroką aleję, gdzie, oprócz +biegnących gdzieniegdzie tramwai, nie ma zgoła nikogo. + +W ślad za tem również roztwiera się perspektywa... + +Poza obszernym placem, bieleje kwadrat wielkiej kolumnady, zieleń świeża +ramuje ją wdzięcznie. To już miasto umarłych, - jeden z najpiękniejszych +włoskich pomnikowych cmentarzy, medyolańskie "Cimitero Monumentale." + +Powóz podjeżdża bliżej nieco, Dzierżymirski wysiada i idąc piechotą, +kieruje się ku rysującej się teraz całkiem już wyraźnie i okazale, +cmentarnej kolumnadzie wejściowej. Krocząc zaś tak powoli, myśli: +Nareszcie... tu, u grobu matki, dadzą mi spokój przynajmniej ludzie!.. +Tu zdobędę samotności chwilę z jej prochami tylko i z samym sobą!.. + +Wstępując po stopniach schodów, Dzierżymirski znajduje się niebawem pod +dachem kolumnady, kwadratowym frantom, ozdobionym wieżycami, zamykającej +z zewnątrz widok i wejście na cmentarz. + +U stóp Romana obecnie, w potokach słonecznych promieni, na tle zieleni +gaju, bieleją setki marmurów, wystrzelają w niebo dziesiątki gotyckich +wieżyczek, mauzoleów i pomników... + +Nie patrząc nawet na nie, obojętny, Dzierżymirski, skręca w lewo, a +wzrok jego przesuwa się machinalnie po małych zadrukowanych tabliczkach +marmurowych wprawionych gęsto obok siebie w ścianę kolumnady, a +oznaczających miejsce trumienek, z popiołami nieboszczyków. + +I Roman w ten sposób dochodzi do kąta frontowego czworoboku, widząc zaś +naprzeciw siebie mur, skręca, idąc wciąż jeszcze pod dachem kolumnady, +posłusznie, na prawo... + +Zadumany, mija wprawiony w ścianę pomnik rodziny Volonte, pełny artyzmu, +piękny bardzo w oddaniu grozy i bólu... + +Na ciało już oto martwe pięknego mężczyzny i leżące w pościeli na łożu z +kamienia, w zgięciu bolesnem postaci całej, rzucona w szale rozpaczy, +klęczy młoda kobieta i całuje drogą dla się twarz zmarłego... Całuje, +pieści w zapamiętaniu ślepem, upojeniu strasznem, bo ostatniego, a +nieodwołalnego już pożegnania!.. + +Roman, wszedłszy po schodach bocznego skrzydła kolumnady, jest już na +cmentarzu. + +Idzie wolno, kierując się bezwiednie aleją znaną, wiodącą ku mogile +matczynej. + +Wkoło niego wznoszą się zewsząd wspaniałe grobowce: Verazzich, +Sonzognich, Nasonich, Turatich, Brambillich, Pagnonich i innych włoskich +rodzin i rodów. Pieścidełka kamieniarskiej, rzeźbiarskiej i budowlanej +roboty, mauzolea, w kształcie gotyckich kapliczek, z pięknymi +ołtarzykami, mozayką, obrazami i innemi ozdobami wewnątrz śliczne, +odcinają się licznie na tle zieleni drzew cmentarza... Po wsze strony +zaś, gdzie okiem rzucić tylko, w tych wszystkich białych grobowych +sylwetach pochwycony artystycznie, w kamień martwy i marmury +rzeźbiarskim dłutem zakuty, drży, zdawało by się wszędzie... ból!.. + +Słońce, zniżające się już stopniowo coraz bardziej, złoci teraz +rzęsiście rój białych postaci... W pobliżu Dzierżymirskiego, z krawędzi +odłamu - na wpół obrosłego zielenią, a doskonale imitowanej skały +górskiej - z jej szczytu, iskrzący się w blaskach słońca, spogląda +wyniośle dokoła wspaniały orzeł z bromu. + +To odznaczający się od drugich oryginalnością pomysłu, grobowiec +Poggich... + +Dalej zaś nieco pomnik rodziny Rusconi; rzeźba kobiety, o oczach, +pełnych wyrazu, wpatrzonej smutnie w dal, z testamentem nieboszczyka w +ręku, na którym wyryte widnieją zapisy.. + +W innej znów stronie, wdowa w półleżącej pozycyi, zapłakana; twarzy jej +nie widać wcale - ukryta w dłonie. Cała postać wyraża ból niezmierny. + +W swej wśród grobowców wędrówce, Dzierżymirski przystaje nagle... W +zamyśleniu - zbłądził... Oryentując się, zawraca, i ponownie mija +mnóstwo grobowców, okazalszych, skromniejszych - przechodzi mimo +pięknego nader pomnika. + +Na grób z marmuru rzucona duża kotwica; pod krzyżem siedzi na mogile +anioł-kobieta, o prześlicznym wyrazie twarzy, pogrążona w smutnem +zamyśleniu, z wieńcem w dłoni... + +Niebawem, tuż obok idącego wciąż Romana, wyrasta znów pomnik z kamienia. +Na wierzchołku jego, z rękoma wzniesionemi do góry, modli się wielki +Anioł, z pięknymi bardzo rysami twarzy, u stóp grobu klęczy kobieta, ze +wzrokiem spuszczonym wdzięcznie, w ekstazie jakby bólu, odziana cała w +zwoje subtelnie odrzeźbionych koronek. + +Wkrótce przed grobowcem, banalnym nieco, a w porównaniu z innymi nader +skromnym, Dzierżymirski pochyla się, zdejmuje kapelusz i klęka, oparłszy +głowę o zimny kamień pomnika Na grobie wyrzeźbiony subtelnie w białym +marmurze biust pięknej kobiety, oczyma wielkiemi, pełnemi wyrazu, z +odcieniem litości, czy bólu, patrzeć się zdaje badawczo na pochyloną +postać i głowę mężczyzny... + +Tymczasem rozsiana dokoła cisza, tchnąca spokojem, momentalnie ukajać +poczyna Romana. Z chaosu, dotychczas panującego mu w mózgu, jedna po +drugiej wyłaniają się doniesione mu fakta, ustawiają rzędem w +symetryczną całość i niby ogniwa, logiką, rozumu spojone, wiążą się ze +sobą, grupują... + +I kara życia, nieubłagana, zimna, choć moralna tylko, staje +Dzierżymirskiemu teraz przed oczyma wyraźnie... + +Pozornie otrzymał on wszystko: W obliczu świata pozostał bezkarnym; był +bogatym, wpływowym i wielkim, kłaniano mu się, żebrano jego łaski, +protekcyi. + +Życie całe dotąd opromieniała mu Ola miłością swą, bez granic... + +Posiadał skarb największy - kochał i był kochanym... + +To było wczoraj jeszcze, a dziś?.. Dzierżymirski, pod ciężarem +cierpienia, pochylił się w tej chwili bardziej jeszcze, skulił się, +zmalał... + +I w jasnowidzeniu jakby nagłem, ujrzał on równocześnie, co innego +jeszcze... + +Przyszłość własną!.. + +On więc, w społeczeństwie swem jeden z pierwszych niemal; on, stojący na +jego świeczniku, nie skażony moralnie, "na zewnątrz" - niczem, +sponiewierany może, zbrukany posądzeniem, lub domysłami, a wreszcie, - +kto wie, czy nie stojący w obliczu tłumów, pod pręgierzem prawdy, +tajonej skrycie do dziś dnia na dnie duszy? + +- O Boże!.. Boże! - jęk mimowolny wydobywa się z piersi Romana, oczy zaś +jego wznoszą się jednocześnie i spotykają na grobie, z wizerunkiem +matczynym. Oblicze rodzicielki patrzy teraz na niego, z wyraźnem +współczuciem, współboleje z nim jakby. Jak żywa, spogląda na Romana +matczyna, twarz smutna; kilka kropelek rosy, czy deszczu, ukrytych dotąd +w załomach kamienia, spływa nagle po wykutem obliczu pięknej kobiety... + +Zachodzące słońce zakrwawia je swym blaskiem... + +I krwią oto serdeczną, zdaje się matka płakać nad synem - łzami litości +i bólu. + +A Roman jednocześnie, w porywie cierpienia, wyciąga ramiona do rzeźby +twarzy drogiej, obejmuje niemi głowę z marmuru i krzyż pomnika, a +dotknąwszy czołem czoła matki, szepce coś jak dziecko, kwili... + +- Matko... mateńko! - słychać dokładnie, i cicha skarga z piersi mu się +wyrywa! Z bólem jutra, łączy się w nim zarazem jakiś bunt +niewytłumaczony do świata, do ludzi - do życia!... I w szepcie słów +urywanych, zmieszanych, wymówka wnet cierpka słyszeć się daje. + +- Matko! - szepcze Roman, z wyrzutem. - Dlaczegoż że po tobie +odziedziczyłem gorącą krew tej ziemi? Czemu, ach, czemu, z mlekiem twem +wyssałem zapalczywy ogień pragnień, zmysłowego szału, który zniweczył we +mnie wszystko, któremu oprzeć się nie zdołałem, i upadłem tak nisko... +tak... nisko! + +Nie mogłem odmówić sobie posiadania kobiety, którą ukochałem, bo w +żyłach mych płonęła, jak lawa twych, matko, ojczystych wulkanów, krew +dzieci południa, bo natura ich gwałtowna, przewrotna, bez niezłomnych +uczciwości zasad, zakorzeniła się w mej istocie... Podeptałem +wszystko... wszystko... + +- Matko, tyś temu niewinna, ja wiem, tyś niewinna! - skarżył się dalej +Roman, przepraszając jakby, - ale, czemuż twym wpływem, kiedy ojca +straciłem tak wcześnie, nie starałaś się złagodzić we mnie tej natury +narodu twego? Dlaczego nie mogłaś wytępić ze mnie złego ziarna? Czemu?.. +czemu?.. czemu?.. + +I pytanie to Dzierżymirskiego ostatnie, rozpaczliwe, uleciało, +półpokorne, półgroźne jakby i zamarło w ciszy! + +A rodzicielka Romana mówiła pięknym, wyrazistym w białej rzeźbie +wzrokiem - odpowiadała mu, zda się również: + +- Nie bluźnij, synu, nie rozpaczaj!.. Nie ja tu winnam!.. Wierz mi!.. +Czyniłam, co mogłam... Wpajałam w twą duszę niezłomne zasady, +wzmacniałam twój umysł, twe serce! Nie miej żalu do mnie, me dziecię!.. +Popsuł się świat, co skala, zbruka niejedno swem błotem!.. Zbłądziłeś... + +A tymczasem zbielałe usta Dzierżymirskiego, wijącego się wciąż u stóp +grobowca, w bólu i niepewności jutra, zaszeptały znów rozpaczliwie, z +cicha... + +- Co czynić? co czynić? - Wszak tam wszyscy czekają teraz ode mnie +wyjaśnienia o pieniężnej zgubie, którego dać im, niestety, nie potrafię. +Cóż im powiem? co wymyślę, a zresztą, cóż mi po tem? Gdybym po wysiłku +mózgowym i znalazł może przemądre nawet rozwiązanie jakie, czyż nie +takiem samem, nie do zniesienia piekłem, stałoby się to moje jutro! - +odpowiadały w duchu Romana: bezmierne zniechęcenie i gorycz. + +- W ciągłej, podwójnej jeszcze, niż dotąd, obawie skandalu, z tajoną, +tłumioną w duszy tajemnicą, bez miłości, bez niej, bez Oli, sam, +opuszczony, z widmem wyrzutu sumienia?.. - Nie! - wyrzucił z siebie +Dzierżymirski, z mocą. - Ja tak żyć nie potrafię!.. + +Szept urywany Romana ustał. Tuląc wciąż w ramionach ciemny marmur +grobowca, milczącą snać już teraz z rodzicielką swą, a może i z Panem +Wszechrzeczy, prowadził on rozmowę. + +Nagle jednak w stłoczonej piersi Romana cierpienia dłużej nie zdołało +już się ukryć - spazmem łkania wydobyło się na zewnątrz! + +Milczenie cmentarnego zacisza wstrząsnął płacz męski, przejmujący, +głęboki i przykrem nader echem rozległ się dokoła. + + +********************************************************** + + +A tymczasem nad Medyolańskiom przepięknem "Campo Santo," w całem swym +majestacie zachodziło słońce... + +Mieniły się w odblaskach jego dachy i wieżyczki licznych kapliczek, +mauzoleów; przez kolorowe wąskie szyby okienek, drzwi i kraty +wślizgiwała się wewnątrz ich cicho czerwień promieni, pełzała po mozayce +posadzek, muskała ubrane wdzięcznie kwiatami ołtarzyki, kandelabry, +posągi i piękne świętych obrazy... + +Wspaniała wejściowa kolumnada iskrzyła się również tęczą blasków; +ściany, dach i wieżyczki położonego na drugim końcu cmentarza "Tempio di +Crematione" gorzały pąsową grą światła... + +A mleczno-białe, ciche i zadumane dotąd sennie posągi pomników ocknęły +się po prostu jakby ożyły... + +Kształty ich, misternie w kamieniu wykute, rysy, odrzeźbione, +przebudziły się niby z martwoty dotychczasowej na drobną, przelotną +chwilkę - na mgnienie!.. + +I nie są to już allegoryczne postacie, ni podobizny zmarłych dawno - +nie, to wszak żywi ludzie, z krwi i kości! Ciało ich przecież, +zaróżowione leciutko, drżeć oto zda się, poruszać, w żyłach krew płynie, +usta coś mówią, a oczy ich, rysy, wyrazu pełne, boleją, płaczą, smucą +się - myślą!.. + +Patrzcie... patrzcie!.. + +Tam, na, wspaniałym grobowcu, po obu stronach siedzącej na szczycie, +zadumanej symbolicznej postaci kobiecej, dwaj aniołowie zalewają się +gorzkiemi łzami, szlochają!.. Tu znów, przy innym pomniku, po stopniach +jego porusza się, kroczy wzwyż niewiasta młoda, - ku dwóm posągom, +stojącym na górze grobowca, prowadzi chłopczyka, ślicznotę, w którego +dłoni zaciśnięty kwiatuszek się chwieje... A tam, znów dalej, w innej +stronie... + +W otwarte drzwi małego mauzoleum, po stopniach schodów wchodzi wolno, +szeleszcząc jakby fałdami swej sukni, ze spuszczonym wzrokiem - w +trzymany w dłoni różaniec wpatrzona, cudnej piękności kobieta... + +I tak dalej, i tak dalej... + +Dziesiątki białoskrzydłych aniołów, wdów bolejących, załamujących +dłonie, tarzających się gwałtownie, czy też pogrążonych w martwocie +rozpaczy, - setki biustów, postaci - zda się, w cmentarnej ciszy nucą +oto hymn bólu, w zgodnym akordzie z piersi jakby wyrzucają wszechogólny +krzyk cierpienia!.. + +A promienie zachodu zniżają się tymczasem coraz bardziej... + +Purpura ich ciemnieje w końcu, niebawem niknąć powoli zaczyna tam i +ówdzie. Zakątki cmentarza dalsze, pod murem, stoją już w cieniach - +środkowe kąpią się jeszcze w ostatnich pożegnalnych drgnieniach +czerwieni i złota... + +Wokoło klęczącego Romana, i obejmującego wciąż w jednej i tej samej +pozycyi pomnik, z posągiem matczynym, palą się w całej pełni jeszcze +dogasająco słońca blaski. + +Dzierżymirski, szukając dalej ulgi w cierpieniu, jak nieprzytomny, wciąż +szepcze coś niezrozumiałego do skąpanej w purpurze promieni rzeźby z +marmuru... I niebawem, w ciszy, przerywanej tylko łagodnym szmerem +poruszanych u drzew liści, drżeć głośniej znów skarga poczyna. + +- Nie, matko! - szepce Roman - nie, matko! zrozum mnie, nie gań!.. Ja +tam, do nich wrócić nie mogę, to przechodzi siły moje!.. Wszak ja jego, +kochanka Oli - tłumaczy się dalej Dzierżymirski - jego, mego wroga, +zabić powinienem! A jakże ja to uczynię? Przecież oczyszczać pojedynkiem +nawet mego honoru nie mogę! - z goryczą w głosie, niby żywej osobie, +perswaduje Roman, coraz ciszej, złamanym szeptem... - Zrozum, mateńko!.. +Nie... mogę!.. + +Milknie na chwilę, poczem urywanym głosem, z beznadziejną rozpaczą, +mówi, zwierza się jeszcze... - Tak, mateńko! bo honoru wszak ja... +sam... nie... posiadam!.. + +I Dzierżymirski kończy głucho: - On w twarz mi to rzucić może, jeśli się +dowie o wszystkiem, a wtedy?.. Nie, matko! - powtarza głośniej Roman nie +żądaj tego ode mnie! - Ja, z piętnem pogardy na czole, bez czci tych +tłumów, które ujarzmiłem - żyć nie potrafię!.. + +A szczególniej z jej... Oli możliwą pogardą - bez jej uczucia żyć - nie +mogę!.. + +I tem kończy spowiedź przed rodzicielką syn zbolały, a po chwili +dorzuca, z mocą. - I... nie chcę!!! + +Milknie Dzierżymirski, twarzy nie odrywa jednak od marmuru grobowca, +pogrążywszy się w jakiemś półodrętwieniu głębokiem. + +A wkoło niego tymczasem gaśnie już całkiem łuna zachodu... Jak przed +chwilą, niby dotknięte czarowną różdżką, ożywiały się posągi z marmurów, +tak teraz kolejno do martwoty swej powracają. + +Położony tylko tuż obok Dzierżymirskiego symboliczny grobowiec jaśnieje +jeszcze... Na wpół różowy od blasków czerwonych, blednieć oto właśnie +coraz bardziej poczyna w tył przegięty, eteryczny i wielki na grobie tym +anioł z marmuru, o rysach przecudnych, o rysach kobiecych, dziwnie +nadziemsko zadumanych, a postaci całej wiotkiej i ustawionej na +piedestale w ten sposób w powietrzu unosił się, leciał... + +Anioł patrzeć się zdaje na Romana, ze współczuciem, spod rzęs +spuszczonych, oczyma żyjącego jakby ducha. Nad urną, którą trzyma w +dłoniach i tuli do piersi i unieść z sobą jakby pragnie w zaświaty, +odrzeźbiony, palący się ognik płonie rzeczywistem światłem, pieszczony +ostatnim promyczkiem słońca!.. + +Wreszcie i on zupełnie gaśnie. + +Korowód wieczornych cieni z mrokiem, wodzem na czele, wsuwa się teraz +cicho na "Campo-Santo" i welonem szarym wkrótce przesłania z wolna +wszystko... W oczekiwaniu jutrzenki różanej, która ich znowu przebudzi - +zasypiają, symbole snu wiecznego, marmurowe rzeźby białe, doczesną zda +się tylko drzemką... + +Stopniowo ścierają się zarysy posągów, kapliczek, mauzoleów... + +Zmierzch ciemnieje. Święcąc swój tryumf, a śmierć słońca po coraz +bardziej mrocznych zakątkach "Cimitero" cienie wieczoru pląsają już +obecnie swobodnie całkiem - drużyna ich weseli się, tańczy, pusta, +skracając godziny do przyjścia nocy-władczyni. + + Po pewnym czasie jednak staje się wśród tego grona jej paziów coś + niewątpliwie szczególnego bardzo... Wszystkie sylwety bowiem bawiących + się cieni łączą się oto w jedną grupę, zwartem kołem otaczając któryś z + licznych grobowców. + +Obejmując ramionami krzyż i posąg marmurowy, klęczy tu nieruchomo, +zlewająca się prawie z pomnikiem, pochylona, biała sylwetka mężczyzny... +Cienie pochylają się ciekawie nad nią, dotykają jej ciała, zaglądają w +twarz, dziwnie bladą. + +I raptownie szept jakiś trwożny przelatuje po szeregu paziów nocy... +Bezradni stoją wciąż gromadką, przelęknieni czemś jakby, przejęci, +cisi... Niektórzy z nich nawet załamują ręce, drudzy kręcą z +niedowierzaniem głowami - inni wpatrują się smutnie w majaczącą postać +ludzką. + +Nagle koło ich rozprzęga się gwałtownie, milkną - pozostawiają w +zapomnieniu zupełnem pomnik i znajdującego się u stóp jego człowieka. +Momentalnie, szybko, ustawiają się składnie w dwa szeregi, pochylają z +gracyą i pokorą, szacunku pełną, w powitalnym ukłonie... + +To pani ich i królowa - Noc, strojna, wspaniała z wyżyn na ziemię +zestąpiła właśnie w tej chwili, w czarnym swym płaszczu i w gwiazd +aureoli. + +-------------- + +Poranek sierpniowy uśmiechał się tego dnia radośnie do tętniącego +zwykłym ruchem wielkiego miasta. Pogodny, jasny, niósł on jednak w +powiewach swych, chłodniejszych już nieco i świeższych, zapowiedź idącej +wczesnej jesieni, tej czarownej, pięknej jesieni polskiej, tak zadumanej +zda się i marzącej cicho, po otulonych mgłami płaszczyznach i tak pełnej +porywającej sobą tęsknoty. + +Na jednej z głównych ulic miasta uwijano się żwawo. Przechodnie, wszyscy +skwapliwie spieszący w jedną stronę, wymijali się gorączkowo, dzwoniły +tramwaje, dorożki turkotały głośno - lekko, z cicha przesuwały się +liczne, na gumowych kołach, ekwipaże i karety, dążąc również w tymże, co +i piesi, kierunku. + +Niebawem jednak liczba jadących powozów poczęła się zmniejszać stopniowo +coraz bardziej, w końcu zaś ustała zupełnie. + +Ulicę ruchu kołowego zamknięto. Ostatnie, zabłąkane dorożki zawracano, +zmuszając do natychmiastowego skręcania w pierwszą lepszą boczną ulicę, +a we względnej, panującej obecnie, uroczystej ciszy rozlegał się tylko +zgłuszony szmer licznych stóp idącej po trotuarach gromady ludzkiej. + +Pół-milczenie to dyskretne trwało dobre pół godziny. + +Wreszcie z wieżyc jednego z pobliskich kościołów odezwały się poważnie i +rzewnie żałobne dzwony i smutne - zabrzmiały donośnie. + +Ruch powstał na chodnikach... Zbierano się grupami, przystawano, policya +i żandarmi na koniach poczęli czynić porządek, niebawem zaś w +perspektywie wielkomiejskiej, opustoszałej środkiem ulicy, ukazał się +kondukt pogrzebowy. Na progach magazynów, balkonach i w oknach domów +zaroiło się od widzów ciekawych... + +Z kilkunastoma księżmi i licznym klerem, żałobny korowód przesuwać się +zaczął z wolna aleją. + +Ramowały go wdzięcznie niewinne główki idących regularnie rzędami +chłopaczków i dziewczynek - a wychowańców z licznych miejscowych +ochronek, zakładów dobroczynnych - za trumną zaś okazałą, złożoną na +bogatym sześciokonnym karawanie i jadącymi w ślad za tem, uginającymi +się od wieńców, żałobnymi wozami, postępował tłum niezliczony - kołysało +się morze głów ludzkich... + +Hen! daleko zaś, poza ciżbą, ginąc gdzieś w perspektywie ulic miasta, +lśnił się w promieniach słońca sznur powozów i karet. + +Wśród uczestniczącej w pogrzebie rzeszy rozlega się stłumiony gwar +ogólnie prowadzonych rozmów. Na wszystkich zaś ustach było teraz jedno +tylko imię! + +Bez zmazy i skazy wobec świata zeszedł do grobu - Roman Dzierżymirski. + +W ostatnich dniach lipca społeczeństwem miasta, w którem żył, pracował, +któremu na różnych polach działalności przewodził, wstrząsnęła wiadomość +niespodziana, zakomunikowana przez gazety. Telegramem mianowicie +doniesiono lakonicznie o śmierci prezesa Dzierżymirskiego, we Włoszech, +w Medyolanie, na grobie matki, z anewryzmu serca. Powodem nagłego zgonu +było, jak mówili jedni, silne wstrząśnienie moralne i bolesna wiadomość +z kraju, jak utrzymywali po cichu inni - straty poważne, czysto +finansowej natury i położenie bez wyjścia!.. + +Ciało sprowadzono do kraju i dziś oto to same miasto, któremu +Dzierżymirski tak wiele zasłużył się za życia, oddawało byłemu +przodownikowi ostatnią posługę. + +Stawiły się wszystkie sfery i stany - wszyscy zaś z niekłamanym żalem, +szli obecnie za trumną człowieka, z którego śmiercią, zdaniem ogólnem, +ubywała miastu i krajowi nawet poważna społeczna siła... + +A dość było posłuchać tylko uważnie tam i ówdzie co mówiono o zmarłym, +by przekonać się, jak szczerym, jak powszechnym prawdziwie był ten żal +po nim! + +Jednogłośnie bowiem i wszechogólnie wynoszono po niebiosa czyny prezesa +Dzierżymirskiego, poświęcenie dla ogółu, zdolności, rozum, szlachetność +i energię - jednobrzmiąco ubolewano nad stratą jego niepowetowaną! +Czasami, naturalnie, wplątała się i tu fałszywa gdzieniegdzie nuta, lecz +ginęła natychmiast w akordzie powszechnego uwielbienia i żalu z +przedwczesnego zgonu, tak zasłużonego społeczeństwu człowieka... + +Z trudnością przeciskając się pomiędzy dwoma sznurami ciekawych na +chodnikach, wspaniały pogrzebowy korowód oddalał się tymczasem stopniowo +w perspektywie ulicy, - wreszcie księża, karawani i dążące za trumną +tłumy skręciły w lewo, i po pewnym czasie znikły... + +Na pierwszorzędnej ulicy w mieście przywrócono ruch natychmiast. Z +bocznych ulic wysypały się dziesiątki zatrzymanych dotąd pojazdów, +potoczyły się, dzwoniąc, ponownie tramwaje, zadudniły dorożki, omnibusy +- do spowodowanych ściskiem wypadków kilku, wpadło na ruchliwą arteryę +grodu wezwane Pogotowie Ratunkowe, donośną na trąbce pobudką torując +sobie drogę! + +Uroczysty nastrój sprzed chwili pierzchł bezpowrotnie. Szerokiem korytem +życie brutalnie deptało śmierci widmo - w codzienną szatę gorączka +codziennego bytu przyoblekło się wszystko dokoła. + +Na ustach tylko, snujących się po trotuarach przechodniów, biernych +widzów żałobnego konduktu, błąkało się jeszcze nazwisko +Dzierżymirskiego, roznosiciele zaś dzienników zaroili się niebawem, a +korzystając z chwilowego nastroju publiczności, sprzedawać poczęli z +powodzeniem nadzwyczajne dodatki do gazet, z portretem i życiorysem +zmarłego. + + +************************************************* + + + +Minął rok czasu... + +Powodzią świateł w mglisty wieczór pierwszego Listopada gorzał cmentarz +miejski rozległy, i roje ludzi tłoczyły się na nim. Poukładane +wzorzyście paliły się na bogatych grobach i ubogich mogiłkach kolorowe +lampiony, kwiaty i wieńce stroiły umarłych zakątek... + +Przy grobowcach niektórych, ubranych wspaniała, nie było żywej duszy. +Przy innych formalne odbywały się zebrania. Środkiem zaś ulicy +wystrojony, "szykowny", a przeważnie bezmyślny, wśród dowcipów +brukowych, wygłaszanych donośnie, spacerował tłum ciekawskich obojętny. + +Tu i tam z rzadka czerniała przy świeżym pomniku postać schylona, +zadumana tęsknie, cierpiąca... Tam i ówdzie na skromnej mogiłce, w +bardziej oddalonej cmentarnej alei, szlochała cicho jakaś kobiecina, +gdzie indziej znów klęczący syn, czy mąż, samotny, modlił się, lub nie +widząc nic zgoła, nie słysząc, zapatrzony w ból własny - połykał łzy. + +W samotnej bocznej alei cmentarza wesoła młoda para, pochylona +wzajemnie, szeptała sobie czułe czule słówka mijając obojętnie groby, a +pomiędzy innymi i mogiłkę jedną darniową, skromniutką... Zapłakana +dziewczynina kilkunastoletnia, ze złożonemi pobożnie rączkami, klęczała +na niej i sama jedna, biedziła się w tej chwili z jedyną zapaloną, a +gasnącą za każdym podmuchem wiatru, świeczką, którą, wespół z +dziesięciogroszowym z choiny wianuszkiem, i białym wielkanocnym +barankiem - ustroiła grobek matuli. + +Od żebraków, bab i dziadów, mruczących modły, zawodzących żałośnie, +roiło się na cmentarzu. + +Co chwila ktoś z publiczności zbliżał się do nich i dając jałmużnę, +dodawał: - Za duszę nieżyjącego Piotra, Maryi i.t.d. + +- Litości godna osobo! - skarżył się głośno żebrak stary, wyciągając +dłoń kościstą do przechodzących właśnie aleją trzech ładniutkich +podlotków, rozmawiających wesoło. + +- Czekajcie! - do rówieśnic odezwała się żywo jedna z panienek, +zatrzymując się przed dziadem. - Dam mu, niech się pomodli za duszę mego +pana Stanisława... + +- Ależ kiedy on żyje! po co? - zadziwiła się naiwnie najmłodsza z +trójki. + +- Ha-ha-ha! - zaśmiała się pierwsza serdecznie, - a cóż to szkodzi, +niech się tam za niego, grzesznika, pomodli!.. + +I wręczając następnie dziadowi szóstaka, rzekła: - Macie, dziadku, za +Stanisława!.. + +- Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie, a światłość wiekuista niechaj mu +świeci! - zaintonował żebrak uroczyście. + +Śmiech rozległ się w alei; koncept podobał się figlarnej trójce, a kilka +babek i dziadów, znajdujących się w pobliżu, skorzystało na tem, bo +obdzielono ich groszakami na tąż samą intencyę. Pan Stanisław został za +życia pogrzebanym, modlono się już z góry za niego, a pusta, +niefrasobliwa młodość, nie znająca zapewne jeszcze, co to ból prawdziwy +i żal po drogiej sercu stracie - poszła dalej, śmiech zaś jej srebrzysty +odbił się raz jeszcze na zakręcie alei o ukryty w drzew cieniu pomnik +okazały. + +Na wysokiej kolumnie z połyskującego marmuru widniał jakiś posąg +stojącej osoby... Na grobowcu nie było żadnego kwiatka i żadnych +świateł... Zapatrzony jakby smutnie sam w siebie, stał on ciemny na +uboczu, opuszczony i widocznie zapomniany. Jarzący się tylko blask +lampek czerwonych, któremi ozdobiono grób sąsiedni, rzucał nań niepewne, +dalekie światło. W półświetle tem, kto znał za życia Romana +Dzierżymirskiego, z łatwością mógł go poznać teraz w stojącej rzeźbie z +marmuru. + +I idącego przechodnia przykuwało do miejsca zdziwienie nagłe. + +- Jak to? - zadawał sobie mimowolnie pytanie. - W powodzi świateł, +blasków tysiąca, dających tak wymowne i chlubne świadectwo, że żywi +pamiętają jednak o umarłych, dzisiaj o Dzierżymirskim już zapomniano?.. +Czyż to możliwe, by świat był tak niewdzięcznym, żeby wykreślał z +pamięci jednostki, tak głośne za życia - tak możnowładne!... + +I dziwił się przechodzień... Dziwił się w dalszym ciągu naiwnie, nie +zdając sobie sprawy z tego pewnika życiowej ironii, która prawem +"teraźniejszości" się zowie, a która, z małymi wyjątkami, uwielbia tylko +żyjących i na widowni obecnych, umarłych zasypując pyłem zapomnienia. + +I spacerujący po cmentarzu widz ciekawy przybliżał się do grobowca, z +trudnością odczytywał napisy, a później szedł dalej, zamyślony mimo woli +nad nietrwałością doczesnego bytu. + +Lecz o niewdzięczność tym razem posądzał ludzi niesłusznie. Bo los +szyderca, któryby może i rzeczywiście starł u świata wspomnienie innego, +prawdziwie i wszechstronnie zasłużonego człowieka, niezbrukanego życiem, +czystego - okazał się łaskawszym jednak, dla ubranego w togę pozorów +moralnego wykolejeńca! + +W kwadrans później, trzy osoby, oglądające się wokoło, skupiły się przed +grobem Dzierżymirskiego. Wkrótce, tamże zjawił się również mężczyzna, z +kobietą młodą dość jeszcze i garstką dziatek. + +Przed ginącym w cieniach wieczora pomnikiem Romana, poklękli oni +niebawem wszyscy... + +Byli to Orlęccy: ojciec, matka i córka, oraz Zieliński Herman, z +rodziną. + +Młody głosik dziewczęcy pierwszy przerwał nieśmiało milczenie +cmentarnego zakątka. Silny, jędrny zawtórował mu głos męski i szept +otaczających... + +Wśród dalekiego echa kroków gromady ludzkiej, ich rozmów, śmiechu i +płaczu - popłynęła z serc wdzięcznych za duszę zmarłego modlitwa!.. + +. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . + +Nazajutrz osamotnienia i zapomnienia żywych wstydzić się już nie +potrzebował przed innymi - wspaniały grobowiec prezesa Dzierżymirskiego. + +Czyjaś troskliwa ręka ustawiła na grobie palmy i świeże kwiaty... W +krzyż ułożonych różnokolorowych lampionów kilkanaście nęciły tu oko i +skromny, aczkolwiek gustowny wieniec zielony u pomnikowego tulił się +podnóża. Tamże błyszczał o nieboszczyku napis złocisty, złożony z samych +tytułów i godności... + +I w blasków powodzi, na szczycie kolumny jaśniała zarówno teraz +wdzięcznie odrzeźbiona sylweta pięknego, młodego jeszcze mężczyzny. + +Królując nad wszystkiem dokoła, niepokalanie biały, stał on i patrzył +zamyślony! Na ustach z kamienia błąkać się zdawał dyskretny uśmiech +zwycięskiej ironii... + +A poniżej - u stóp posągu, na czarnem tle marmuru, wielkiemi literami, +rzucały się w oczy te oto wyryte słowa: + + +Uczciwy, szlachetny i prawy, +Ukochał bliźnich i społeczeństwu oddal życie całe - +Nagrodź go, Panie!.. + + +End of the Project Gutenberg EBook of Ironia Pozorow, by Maciej hr. +Lubienski + +*** END OF THE PROJECT GUTENBERG EBOOK IRONIA POZOROW *** + +This file should be named rnpz108.txt or rnpz108.zip +Corrected EDITIONS of our eBooks get a new NUMBER, rnpz118.txt +VERSIONS based on separate sources get new LETTER, rnpz108a.txt + +Etext produced by Michalina Makowska, Szczecin, Poland, +Eve Sobol, South Bend, IN, USA, and Julia Jezierska, Stawiszyn, Poland. + +Project Gutenberg eBooks are often created from several printed +editions, all of which are confirmed as Public Domain in the US +unless a copyright notice is included. Thus, we usually do not +keep eBooks in compliance with any particular paper edition. + +We are now trying to release all our eBooks one year in advance +of the official release dates, leaving time for better editing. +Please be encouraged to tell us about any error or corrections, +even years after the official publication date. + +Please note neither this listing nor its contents are final til +midnight of the last day of the month of any such announcement. +The official release date of all Project Gutenberg eBooks is at +Midnight, Central Time, of the last day of the stated month. A +preliminary version may often be posted for suggestion, comment +and editing by those who wish to do so. + +Most people start at our Web sites at: +http://gutenberg.net or +http://promo.net/pg + +These Web sites include award-winning information about Project +Gutenberg, including how to donate, how to help produce our new +eBooks, and how to subscribe to our email newsletter (free!). + + +Those of you who want to download any eBook before announcement +can get to them as follows, and just download by date. This is +also a good way to get them instantly upon announcement, as the +indexes our cataloguers produce obviously take a while after an +announcement goes out in the Project Gutenberg Newsletter. + +http://www.ibiblio.org/gutenberg/etext03 or +ftp://ftp.ibiblio.org/pub/docs/books/gutenberg/etext03 + +Or /etext02, 01, 00, 99, 98, 97, 96, 95, 94, 93, 92, 92, 91 or 90 + +Just search by the first five letters of the filename you want, +as it appears in our Newsletters. + + +Information about Project Gutenberg (one page) + +We produce about two million dollars for each hour we work. The +time it takes us, a rather conservative estimate, is fifty hours +to get any eBook selected, entered, proofread, edited, copyright +searched and analyzed, the copyright letters written, etc. Our +projected audience is one hundred million readers. If the value +per text is nominally estimated at one dollar then we produce $2 +million dollars per hour in 2002 as we release over 100 new text +files per month: 1240 more eBooks in 2001 for a total of 4000+ +We are already on our way to trying for 2000 more eBooks in 2002 +If they reach just 1-2% of the world's population then the total +will reach over half a trillion eBooks given away by year's end. + +The Goal of Project Gutenberg is to Give Away 1 Trillion eBooks! +This is ten thousand titles each to one hundred million readers, +which is only about 4% of the present number of computer users. + +Here is the briefest record of our progress (* means estimated): + +eBooks Year Month + + 1 1971 July + 10 1991 January + 100 1994 January + 1000 1997 August + 1500 1998 October + 2000 1999 December + 2500 2000 December + 3000 2001 November + 4000 2001 October/November + 6000 2002 December* + 9000 2003 November* +10000 2004 January* + + +The Project Gutenberg Literary Archive Foundation has been created +to secure a future for Project Gutenberg into the next millennium. + +We need your donations more than ever! + +As of February, 2002, contributions are being solicited from people +and organizations in: Alabama, Alaska, Arkansas, Connecticut, +Delaware, District of Columbia, Florida, Georgia, Hawaii, Illinois, +Indiana, Iowa, Kansas, Kentucky, Louisiana, Maine, Massachusetts, +Michigan, Mississippi, Missouri, Montana, Nebraska, Nevada, New +Hampshire, New Jersey, New Mexico, New York, North Carolina, Ohio, +Oklahoma, Oregon, Pennsylvania, Rhode Island, South Carolina, South +Dakota, Tennessee, Texas, Utah, Vermont, Virginia, Washington, West +Virginia, Wisconsin, and Wyoming. + +We have filed in all 50 states now, but these are the only ones +that have responded. + +As the requirements for other states are met, additions to this list +will be made and fund raising will begin in the additional states. +Please feel free to ask to check the status of your state. + +In answer to various questions we have received on this: + +We are constantly working on finishing the paperwork to legally +request donations in all 50 states. If your state is not listed and +you would like to know if we have added it since the list you have, +just ask. + +While we cannot solicit donations from people in states where we are +not yet registered, we know of no prohibition against accepting +donations from donors in these states who approach us with an offer to +donate. + +International donations are accepted, but we don't know ANYTHING about +how to make them tax-deductible, or even if they CAN be made +deductible, and don't have the staff to handle it even if there are +ways. + +Donations by check or money order may be sent to: + +Project Gutenberg Literary Archive Foundation +PMB 113 +1739 University Ave. +Oxford, MS 38655-4109 + +Contact us if you want to arrange for a wire transfer or payment +method other than by check or money order. + +The Project Gutenberg Literary Archive Foundation has been approved by +the US Internal Revenue Service as a 501(c)(3) organization with EIN +[Employee Identification Number] 64-622154. Donations are +tax-deductible to the maximum extent permitted by law. As fund-raising +requirements for other states are met, additions to this list will be +made and fund-raising will begin in the additional states. + +We need your donations more than ever! + +You can get up to date donation information online at: + +http://www.gutenberg.net/donation.html + + +*** + +If you can't reach Project Gutenberg, +you can always email directly to: + +Michael S. Hart <hart@pobox.com> + +Prof. Hart will answer or forward your message. + +We would prefer to send you information by email. + + +**The Legal Small Print** + + +(Three Pages) + +***START**THE SMALL PRINT!**FOR PUBLIC DOMAIN EBOOKS**START*** +Why is this "Small Print!" statement here? You know: lawyers. +They tell us you might sue us if there is something wrong with +your copy of this eBook, even if you got it for free from +someone other than us, and even if what's wrong is not our +fault. So, among other things, this "Small Print!" statement +disclaims most of our liability to you. It also tells you how +you may distribute copies of this eBook if you want to. + +*BEFORE!* YOU USE OR READ THIS EBOOK +By using or reading any part of this PROJECT GUTENBERG-tm +eBook, you indicate that you understand, agree to and accept +this "Small Print!" statement. If you do not, you can receive +a refund of the money (if any) you paid for this eBook by +sending a request within 30 days of receiving it to the person +you got it from. If you received this eBook on a physical +medium (such as a disk), you must return it with your request. + +ABOUT PROJECT GUTENBERG-TM EBOOKS +This PROJECT GUTENBERG-tm eBook, like most PROJECT GUTENBERG-tm eBooks, +is a "public domain" work distributed by Professor Michael S. Hart +through the Project Gutenberg Association (the "Project"). +Among other things, this means that no one owns a United States copyright +on or for this work, so the Project (and you!) can copy and +distribute it in the United States without permission and +without paying copyright royalties. Special rules, set forth +below, apply if you wish to copy and distribute this eBook +under the "PROJECT GUTENBERG" trademark. + +Please do not use the "PROJECT GUTENBERG" trademark to market +any commercial products without permission. + +To create these eBooks, the Project expends considerable +efforts to identify, transcribe and proofread public domain +works. Despite these efforts, the Project's eBooks and any +medium they may be on may contain "Defects". Among other +things, Defects may take the form of incomplete, inaccurate or +corrupt data, transcription errors, a copyright or other +intellectual property infringement, a defective or damaged +disk or other eBook medium, a computer virus, or computer +codes that damage or cannot be read by your equipment. + +LIMITED WARRANTY; DISCLAIMER OF DAMAGES +But for the "Right of Replacement or Refund" described below, +[1] Michael Hart and the Foundation (and any other party you may +receive this eBook from as a PROJECT GUTENBERG-tm eBook) disclaims +all liability to you for damages, costs and expenses, including +legal fees, and [2] YOU HAVE NO REMEDIES FOR NEGLIGENCE OR +UNDER STRICT LIABILITY, OR FOR BREACH OF WARRANTY OR CONTRACT, +INCLUDING BUT NOT LIMITED TO INDIRECT, CONSEQUENTIAL, PUNITIVE +OR INCIDENTAL DAMAGES, EVEN IF YOU GIVE NOTICE OF THE +POSSIBILITY OF SUCH DAMAGES. + +If you discover a Defect in this eBook within 90 days of +receiving it, you can receive a refund of the money (if any) +you paid for it by sending an explanatory note within that +time to the person you received it from. If you received it +on a physical medium, you must return it with your note, and +such person may choose to alternatively give you a replacement +copy. If you received it electronically, such person may +choose to alternatively give you a second opportunity to +receive it electronically. + +THIS EBOOK IS OTHERWISE PROVIDED TO YOU "AS-IS". NO OTHER +WARRANTIES OF ANY KIND, EXPRESS OR IMPLIED, ARE MADE TO YOU AS +TO THE EBOOK OR ANY MEDIUM IT MAY BE ON, INCLUDING BUT NOT +LIMITED TO WARRANTIES OF MERCHANTABILITY OR FITNESS FOR A +PARTICULAR PURPOSE. + +Some states do not allow disclaimers of implied warranties or +the exclusion or limitation of consequential damages, so the +above disclaimers and exclusions may not apply to you, and you +may have other legal rights. + +INDEMNITY +You will indemnify and hold Michael Hart, the Foundation, +and its trustees and agents, and any volunteers associated +with the production and distribution of Project Gutenberg-tm +texts harmless, from all liability, cost and expense, including +legal fees, that arise directly or indirectly from any of the +following that you do or cause: [1] distribution of this eBook, +[2] alteration, modification, or addition to the eBook, +or [3] any Defect. + +DISTRIBUTION UNDER "PROJECT GUTENBERG-tm" +You may distribute copies of this eBook electronically, or by +disk, book or any other medium if you either delete this +"Small Print!" and all other references to Project Gutenberg, +or: + +[1] Only give exact copies of it. Among other things, this + requires that you do not remove, alter or modify the + eBook or this "small print!" statement. You may however, + if you wish, distribute this eBook in machine readable + binary, compressed, mark-up, or proprietary form, + including any form resulting from conversion by word + processing or hypertext software, but only so long as + *EITHER*: + + [*] The eBook, when displayed, is clearly readable, and + does *not* contain characters other than those + intended by the author of the work, although tilde + (~), asterisk (*) and underline (_) characters may + be used to convey punctuation intended by the + author, and additional characters may be used to + indicate hypertext links; OR + + [*] The eBook may be readily converted by the reader at + no expense into plain ASCII, EBCDIC or equivalent + form by the program that displays the eBook (as is + the case, for instance, with most word processors); + OR + + [*] You provide, or agree to also provide on request at + no additional cost, fee or expense, a copy of the + eBook in its original plain ASCII form (or in EBCDIC + or other equivalent proprietary form). + +[2] Honor the eBook refund and replacement provisions of this + "Small Print!" statement. + +[3] Pay a trademark license fee to the Foundation of 20% of the + gross profits you derive calculated using the method you + already use to calculate your applicable taxes. If you + don't derive profits, no royalty is due. Royalties are + payable to "Project Gutenberg Literary Archive Foundation" + the 60 days following each date you prepare (or were + legally required to prepare) your annual (or equivalent + periodic) tax return. Please contact us beforehand to + let us know your plans and to work out the details. + +WHAT IF YOU *WANT* TO SEND MONEY EVEN IF YOU DON'T HAVE TO? +Project Gutenberg is dedicated to increasing the number of +public domain and licensed works that can be freely distributed +in machine readable form. + +The Project gratefully accepts contributions of money, time, +public domain materials, or royalty free copyright licenses. +Money should be paid to the: +"Project Gutenberg Literary Archive Foundation." + +If you are interested in contributing scanning equipment or +software or other items, please contact Michael Hart at: +hart@pobox.com + +[Portions of this eBook's header and trailer may be reprinted only +when distributed free of all fees. Copyright (C) 2001, 2002 by +Michael S. Hart. Project Gutenberg is a TradeMark and may not be +used in any sales of Project Gutenberg eBooks or other materials be +they hardware or software or any other related product without +express permission.] + +*END THE SMALL PRINT! FOR PUBLIC DOMAIN EBOOKS*Ver.02/11/02*END* + |
