summaryrefslogtreecommitdiff
path: root/old/rnpz810.txt
diff options
context:
space:
mode:
Diffstat (limited to 'old/rnpz810.txt')
-rw-r--r--old/rnpz810.txt12609
1 files changed, 12609 insertions, 0 deletions
diff --git a/old/rnpz810.txt b/old/rnpz810.txt
new file mode 100644
index 0000000..752f002
--- /dev/null
+++ b/old/rnpz810.txt
@@ -0,0 +1,12609 @@
+The Project Gutenberg EBook of Ironia Pozorow, by Maciej hr. Lubienski
+
+Copyright laws are changing all over the world. Be sure to check the
+copyright laws for your country before downloading or redistributing
+this or any other Project Gutenberg eBook.
+
+This header should be the first thing seen when viewing this Project
+Gutenberg file. Please do not remove it. Do not change or edit the
+header without written permission.
+
+Please read the "legal small print," and other information about the
+eBook and Project Gutenberg at the bottom of this file. Included is
+important information about your specific rights and restrictions in
+how the file may be used. You can also find out about how to make a
+donation to Project Gutenberg, and how to get involved.
+
+
+**Welcome To The World of Free Plain Vanilla Electronic Texts**
+
+**eBooks Readable By Both Humans and By Computers, Since 1971**
+
+*****These eBooks Were Prepared By Thousands of Volunteers!*****
+
+
+Title: Ironia Pozorow
+
+Author: Maciej hr. Lubienski
+
+Release Date: June, 2004 [EBook #6000]
+[Yes, we are more than one year ahead of schedule]
+[This file was first posted on September 22, 2002]
+
+Edition: 10
+
+Language: Polish
+
+Character set encoding: ISO-8859-2
+
+*** START OF THE PROJECT GUTENBERG EBOOK IRONIA POZOROW ***
+
+
+
+
+Etext produced by Michalina Makowska, Szczecin, Poland,
+Eve Sobol, South Bend, IN, USA, and Julia Jezierska, Stawiszyn, Poland.
+
+
+
+
+
+
+Title: "Ironia Pozorów"
+
+Author: Maciej hr. Łubieński
+
+
+
+PROLOG
+
+
+Dniało...
+
+Leniwo, sennie pierzchały mgły przezrocze, tulące się dotąd w niemej
+pieszczocie do ścian wielkiego grodu i wodnej, płynącej u stóp jego
+fali.
+
+Wreszcie - znikły...
+
+Na wzgórzu ukazało się miasto. Z wysoka, iglicami katedry, licznymi
+gmachami i zżółkłą zielenią ogrodów przejrzało się dumnie w nurtach
+szarych rzeki, a po szybach okien domów jego zamigotał równocześnie
+pierwszy bladawy promyk chmurnego jesiennego świtu.
+
+Na poddaszach krytego cegłą staromiejskiego domku nieprzesłonięte niczem
+okno jedno zaśmiało się weselej od innych do matowego porannego światła.
+Ciekawie do wnętrza facyatki wśliznął się brzask smętny.
+
+W pokoiku, o paru najniezbędniejszych tylko sprzętach, na razie nie było
+nikogo.
+
+Pościel nienaruszona bieliła się dość schludnie, wszystko wokoło zaś
+wskazywało wyraźnie, iż właściciela siedziby tej od wczoraj już nie
+było, puls bowiem kiełkującej tu jakiegoś jednego życia, zastygły w
+panującym wszędzie nieporządku, wyraźnie oczekiwać się zdawał cierpliwie
+na swego pana i władcę.
+
+Tymczasem zaś tylko po niezamiecionych kątach błąkały się pustka i nuda,
+a nietrudno było domyśleć się, że bieda w swej ziemskiej wędrówce
+zaglądać tu nieraz musiała...
+
+Gościnę jej bowiem zdradzało tutaj - wszystko. A więc i ubożyzna mebli i
+atmosfera jakaś duszna, wreszcie to coś niewidzialnego, nieokreślonego,
+z kątów, ze ścian, zewsząd, wyzierającego, co, jak widma cień, szeptem
+jakby, mówi wciąż o sobie i łzawo się skarży.
+
+W przedziwnie zgodnej, panującej tu ogólnie harmonii szarzyzny,
+melancholii i smutku, dźwięczała jednak, drgała, niby uśmieszek radosny,
+jasny, nuta weselsza. Była zaś nią stojąca w rogu pokoju, na komódce
+staroświeckiej, zniszczonej, w inkrustowane, wykwintne ramy oprawna
+fotografia gabinetowa młodej dziewczyny, ku której z obok stojącej
+szklaneczki małej wychylała się pieszczotliwie w rozkwicie swym śliczna
+aksamitna pąsowa świeża róża.
+
+Dziewczę i róża patrzyły na siebie, lecz królowa kwiatów z sąsiedztwa
+swego dumną być tylko mogła.
+
+Z martwej bowiem kartki kartonu, spoglądała na świat dużemi oczyma cudna
+twarz dziewczyny, a zaklęty w rysach i układzie całej postaci nieujęty
+jakiś wdzięk - ta siła największa kobiety, oporna na lata i burze życia,
+świeża zawsze, jak kwiecie wiosny - szła na widza i chwytała go za
+serce, czarując natychmiast swem słabem bądź co bądź tylko artyzmu
+ludzkiego odbiciem.
+
+Odosobnienie zaś wyraźne rogu izdebki, gdzie stała fotografia, od
+otaczających i rozrzuconych po pokoju sprzętów, oraz pewna czystość
+staranna, cechująca to miejsce - świadczyły sobą również aż nadto, że
+nieobecny właściciel mieszkanka tego dbał wielce o ten zakątek,
+zdradzając przytem, że i on w biedzie swej miał może jakąś chwilkę
+jasną, jakieś swoje marzenie!...
+
+Tak, niewątpliwie!...
+
+Siła bowiem jakby ukryta, a nieujęta jednocześnie i dziwna, biła od tego
+kącika pamiątek; zdawał się być on jedynym uśmiechem smutnego zkądinąd
+tu bytu i jedyna również kapliczka, nikłego złudnego zapewne jakiegoś
+szczęścia, ale zawsze - szczęścia.
+
+W szarą nędzę istnienia "pana", zamkniętej w tych ścianach biedy, życie
+wplątało widać jakąś nić złotą, rzuciło na osłodę hojnie i litościwie
+pęk duchowych promieni!...
+
+Tymczasem w ciszy izdebki nie przerywało nic zgoła... Przez małe okienko
+widać tu było spiętrzone dachy z czerwonej cegły, kominy; dalej, w dole,
+srebrzyła się rzeka, a środkiem niej cicho sunęła właśnie berlinka,
+zdążając ku miejskiej przystani.
+
+Z wieży którejś z poblizkich świątyń w ogólnem milczeniu melodyjnie
+rozległ się niebawem dźwięk sygnaturki porannej. Monotonne nieco
+popłynęło w dal echo z dzwonu, a zawtórowały mu wkrótce świstawki
+licznych fabryk, turkot wozów z mlekiem i pieczywem, oraz inne, płynące
+zewsząd odgłosy.
+
+Powolnie budziło się już miasto.
+
+Krętymi uliczkami staromiejskiej dzielnicy zdążał krokiem równym i
+szybkim ku opisanej powyżej siedziby swojej młody mężczyzna, rosły i
+gibki, ubrany w jesienne palto i pognieciony miękki kastrowy kapelusz,
+nadający śniademu obliczu jego i bujnemu zarostowi wyraźny typ jakby
+południowca z Zachodu. Szedł on, pogwizdując z cicha, z rękami w
+kieszeniach, zamyślony, a po wyminięciu kilku przechodniów, skręciwszy w
+uliczkę wązką i głuchą, znalazł się na niej sam zupełnie.
+
+Po chwili jednak z poza węgła staroświeckiego domu, tworzącego róg tej
+ulicy, wysunęła się pewna postać i poczęła iść w ślad za nim.
+
+Była to biedna jakaś babina, a snać nieco podpita, bo zataczając się z
+lekka, krzykliwie podśpiewywała coś sobie. Mała, krępa, okręcona
+czerwoną wełnianą chustką i w takiejże spódnicy, kołysała się ona
+zabawnie, przystając co kroków kilka, i niby baletnica szybko wykręcając
+się na jednej nodze.
+
+W swe kościste ręce spódnicę ujmowała przytem pociesznym ruchem, a z
+pełną komizmu gracyą unosząc ją wyraźniej i głośniej powtarzała ostatnią
+piosenki zwrotkę, i szła dalej, aby w parę minut ponownie wykonać też
+same identycznie produkcye.
+
+Idący ulicą mężczyzna przystanął i patrzał ciekawie na babinę, wkrótce
+jednak, znudzony, obojętnie odwrócił się i począł iść dalej.
+
+W tej samej chwili posłyszał za sobą wołanie:
+
+- Hej, panoczku, panoczku! Stójcie-no ino tam, stójcie!...
+
+Młody człowiek odwrócił się i ujrzał zmierzającą ku niemu kobiecinę;
+trzymała coś w ręku i kiwała nań. Zdziwiony podszedł bliżej i zapytał:
+
+- Cóż to, czegóż ode mnie chcecie?
+
+Babina zaś, podając mu jakiś przedmiot, objaśniła:
+
+- A dyć zgubiliśta to panoczku!... Przez mała psewróciłabym se bez tę
+torbę...
+
+Nieznajomy machinalnie ujął w rękę, co mu dawano.
+
+Trzymał pugilares duży, ciężki i elegancki; był on ze skóry koloru
+wiśniowego i mile dotknięciem swem pieścił.
+
+Na ten widok zarumienione od porannego chłodu oblicze młodzieńca
+zbladło, ręka mu zadrżała nerwowo, a na ustach, które z lekka poruszyły
+się niedostrzegalnie, zamarły, jakby niewypowiedziane jakieś słowa.
+
+Jednocześnie spojrzenie jego dużych ciemnych oczu obrzuciło badawczo
+uliczkę: wokół nie było nikogo, tylko zapuszczone story licznych okien u
+domów patrzyły przed siebie martwem okiem - w ciszy uśpienia jeszcze
+drzemało tu miasto.
+
+Przenikliwy, rozumny wzrok nieznajomego spoczął z kolei na twarzy
+stojącej przed nim kobieciny, i zatrzymał się na niej długą chwilę...
+
+Zdawała się ona być ze wsi, a Bogu duszę winna, ucierała w tej chwili
+swój nos zamaszyście, nieestetycznym i prymitywnym, ludowi naszemu
+właściwym sposobem, mrugając równocześnie małemi, zaszłemi krwią, jak u
+królika, oczkami. Niewątpliwie była przytem poweselałą od trunku, a nie
+pijaną przed chwilą widać śpiewającą tylko - tak sobie, gwoli
+zadośćuczynienia nastrojowi swemu, czy też może zbytkowi przyrodzonego
+temperamentu.
+
+- Dziękuję wam! - Lakonicznie rzucił nagle nieznajomy, prosto w
+piegowatą i czerwoną twarz babiny i odwróciwszy się z pośpiechem,
+podniósł kołnierz paltota, wtulił w niego głowę, nasunął na oczy
+kapelusz i począł iść bardzo szybko, wkrótce zaś puścił się prawie że
+biegiem.
+
+- A to ci leci!... Niby ta elektryka, zrozumienia nijakiego niemająca, -
+zawyrokowała głośno do siebie, wzruszając ramionami, kobiecina.
+
+Raźno z miejsca ruszyła i śpiewać znowu poczęła, echo zaś jej piosenki,
+odbiwszy się o mury charakterystycznych, przygarbionych wiekiem kamienic
+Starego Miasta - pognało za niknącym już w głębi uliczki mężczyzną,
+ostatnią swą, dwukrotnie powtórzoną, zwrotką:
+
+ "A kto kocha, ten jest zdrów,
+ A kto kocha - ten jest zdrów..."
+
+Zgrzytnął klucz w zamku cichej facyatki, otworzyły się gwałtownie
+drzwiczki, i na progu stanął właściciel tego mieszkanka. Od powiewu,
+wywołanego prądem powietrza, zadrżały firanki u małego okienka, ze
+szklanego zaś kielicha pochyliła się ku fotografii młodej dziewczyny
+róża aksamitna, jakby pragnąc z nią wspólnie powitać pana swego.
+
+- Nareszcie!... - wyszeptały z ulgą usta przybyłego i ruchem nerwowym,
+zamknąwszy cicho drzwi za sobą, przekręcił klucz w zamku.
+
+Rzecz dziwna - natychmiast w czterech ścianach smutnej dotąd izdebki
+zrobiło się jakoś weselej i jaśniej!...
+
+Młodość bowiem i siła szły, biły od młodego mieszkańca facyatki, i niby
+brakujący promień światła, ożywiły, zda się, wnętrze poddasza.
+
+Rzuciwszy kapelusz i paltot na krzesło, młodzieniec bacznie rozejrzał
+się po swym pokoiku, a zmarszczywszy brwi i jakby coś rozważając,
+pozostał w pozycyi stojącej dłuższą chwilę.
+
+Poruszył się jednak niebawem i podszedł do drzwi, nadsłuchując
+równocześnie. Postawszy zaś tam minut parę, zbliżył się następnie do
+okna, a wpatrzywszy się w nie przez sekundę może, po krótkiem wahaniu,
+powolnym ruchem spuścił roletę.
+
+Szarawa ciemność zaległa izdebkę.
+
+Młodzieniec podszedł do kanapy, przed którą stał stoliczek mahoniowy, i
+usiadł. Wkrótce w ciszy rozległ się zgrzyt zapałki. Po chwili mała
+lampka oświetlała już poddasze, młody człowiek zaś, raz jeszcze
+obejrzawszy się wkoło, szybko, sięgnął do kieszeni swego ubrania.
+
+Nerwowo, śpiesznie wydobył stamtąd wręczony niedawno portfel skórzany i,
+z błyskiem ciekawości w oczach roztworzywszy go, położył na stole.
+
+Z sześciu, zapiętych małemi klapkami, przedziałów złożony, z wielką
+spodnią, idącą przez całą długość jego kieszenią, w oczekiwaniu, cicho,
+pugilares patrzeć się zdawał na siedzącego mężczyznę...
+
+Ręce jego jednak, dotknąwszy się tylko pobieżnie wypełnionych kryjówek,
+zatrzymały się chwilę bezczynnie, a na nerwowej twarzy odbiło zdumienie,
+połączone jakby z przestrachem.
+
+- Jak to, więc tak dużo tu czegoś? -mówiły wyraźnie wielkie, wyrazu
+pełne oczy młodzieńca, i jednocześnie pytać się zdawały niepewne: - Czy
+tylko to aby pieniądze?..
+
+I dziwna reakcya odbywała się w duszy jego.
+
+Gdy krętemi uliczkami leciał do swego mieszkanka, paliła go chęć
+ujrzenia, co zawiera portfel, a obecnie?... Lęk oto jakiś
+niewytłumaczony zawładnął nim nagle.
+
+Przeczucie mówiło mu wyraźnie, że tu, przed nim, w pugilaresie tym,
+ukryty na razie od oczu ludzkich, mieścił się majątek może, tkwił
+pieniądz - ten talizman ludzkiego dobrobytu i szczęścia, drzemała świata
+tego potęga - złoto...
+
+A jednak nie poruszył on dotąd wcale portfelu... Dlaczego?
+
+Bo z przeczuciem bogactw, które czekać się zdawały tylko dotknięcia
+jego, czuł dobrze, zdawał sobie on sprawę z czegoś innego również.
+
+To była własność cudza!...
+
+Upomną się o nią niewątpliwie; on zaś, nie wiedząc, co się tam znajduje,
+możeby mógł jeszcze, pomimo swej nędzy, zwrócić właścicielowi ten oto
+przedmiot, czy uczyni to jednak, unurzawszy ręce w zawartości jego?
+
+Z ręką na portfelu opartą mężczyzna zamyślił się bardziej jeszcze.
+
+Wszak, choć z pozoru wesół i syty, nie posiadał on w istocie na razie
+złamanego szeląga przy duszy. Ostatnie pieniądze wydał na bilet
+kolejowy, który pozwolił mu wrócić w ściany poddasza z wczorajszej
+zamiejskiej wycieczki, związanej z nadzieją otrzymania posady.
+
+Nie otrzymał jej - wracał z niczem; głodne dzisiaj już teraz pytająco
+zaglądało mu w oczy zimnem nieubłaganem spojrzeniem.
+
+A tu, przed nim!...
+
+Młodzieniec zerwał się z kanapki i przebiegł pokój kilka razy. Nagle,
+wytrzymać snadź już nie mogąc, pochwycił w drżące ręce leżący portfel i
+rozpiął ruchem gwałtownym po kolei wszystkie jego kieszonki...
+
+I oto z jednego przedziału natychmiast z przyciszonym brzękiem posypały
+się na wyszarzałą serwetę stolika rulony złota, błyszczące, nowe -
+zamigotały w niepewnem świetle lampy i ułożyły się cicho... W ślad za
+nimi z innych kieszonek portfelu z szelestem wypadły pliki storublówek,
+w opaskach, a z kryjówki jego spodniej wysunęły się do połowy wielkie
+kwadraty pięćsetrublówek!...
+
+Więc nie było to urojeniem, marzeniem, mrzonką!.. Rzeczywiście zatem
+drzemał tu pieniądz w swym majestacie!..
+
+Młody człowiek odskoczył od stołu i wpatrzył się w nagromadzoną kupę
+grosza.
+
+Na twarz jego wystąpił wyraz chciwości i oszpecił ją, oczy głębokie,
+duże, przybrały połysk koci i wpiły się uporczywie w banknoty i złoto.
+
+Po chwili zbliżył się ponownie do stolika. Lubieżnym ruchem swej
+delikatnej ręki przesunął po nagromadzonych pieniądzach, a po ciele jego
+równocześnie przeleciał dreszcz.
+
+Jak włosy pięknej kobiety, jak ciało jej zmysłowe, aksamitne, pieściły
+go banknoty... Zanurzył rękę głębiej i dotknął się złota.
+
+Z cichym brzękiem rozsypało się ono w strumyk błyszczący, a nim do głębi
+ponownie wstrząsnął dreszcz.
+
+Nigdy w życiu swem nie miał tyle pieniędzy u siebie. Fortuna zawsze
+impertynencko odwracała się od niego, szczęście dotychczas uciekało odeń
+również, jak od zapowietrzonego, pieniądz zaś, drwiąco unosząc się w
+niedostępnych dlań wyżynach, niepochwytny, szyderczy - stronił od niego
+stale.
+
+Młodzieniec przesuwał wciąż machinalnie ręką po storublówkach. Przed
+oczyma migały mu wizerunki, podpisy na banknotach, złote imperyały
+zimnym dotykiem głaskały jego dłoń...
+
+Wyrwawszy rękę wreszcie z pieszczotliwego uścisku złota, mężczyzna
+pochwycił nagle pliki storublówek i liczyć począł.
+
+Drżące ręce jego brały i porzucały co chwila zwitki banknotów; szelest
+papieru, zduszony dźwięk monety zagrały w ciszy izdebki, zdziwiły te
+biedne ściany, tak zdawna odwykłe od brzęku pieniędzy, wyganiając,
+zdawało się, biedę, przykucłą gdzieś w kącie, z legowiska swego. I widmo
+jej w łachmanach zniknęło przestraszone, wygnane szmerem poddanych
+Złotego Cielca - umknęło, szukając gdzie indziej schronienia.
+
+A młody człowiek wciąż liczył... Teraz dłoń jego dotykała zwitka
+pięćsetrublówek. Było ich dwadzieścia.
+
+Ciemny rumieniec powoli występował na śniadą twarz młodzieńca, oczy zaś
+jego paliły się bezustannie chciwości niezdrowym blaskiem.
+
+W papierach i złocie, z pewną, drobną tylko różnicą, było wszystkiego
+dwadzieścia siedem tysięcy.
+
+Młodzieniec odstąpił od stołu i wolno z rozmysłem począł przechadzać się
+po izdebce.
+
+- Dwadzieścia i siedem tysięcy!.. Dwadzieścia i siedem...
+
+Powtarzając się bezustanku, w głowie jego huczała i wracała myśl jedna,
+a dziesiątki innych ginęły, topiły się tylko w niej, jak w chaosie,
+zanikały - milkły...
+
+On zatem, który prócz jedynego na sobie odzienia i tych paru sprzętów
+wokoło, nie posiadał nic na świecie, on - za jednym zamachem mógł stać
+się oto właścicielem owych, rozsypanych przed nim pieniędzy?..
+
+Młodzieniec zadrżał.
+
+- A moralność? a etyka? To własność nie twoja, to zguba czyjaś tylko, ty
+powinieneś pieniądz ten zwrócić, zwrócić, zwrócić!.. jak rój owadów
+nagle zabrzmiały w uszach mężczyzny jakieś szepty i głosy.
+
+- Oddać? ha-ha-ha!.. A to dlaczego? ciekawym? - zadrwił rozsądek zimny
+natychmiast. - "On prend son bien, ou on le trouve." - Znalazłeś - to
+twoje! A zresztą, gdyby to samo, co ty, znalazł był kto inny, czy
+myślisz, że postąpiłby on inaczej?
+
+- Oddałby, oddał na pewno, bo chciałby pozostać uczciwym!.. - silny głos
+prawości rozległ się śmiało w duszy mężczyzny.
+
+Wstrząsnął się młody mieszkaniec facyatki i przetarł ręką czoło, po
+chwili zaś zmęczony usiadł na jednym z koszlawych fotelików i,
+podparłszy głowę dłonią, zadumał się głęboko.
+
+A rozum drwił dalej bezlitośnie, zjadliwie, sącząc się kroplami ironii:
+
+- Nie słuchaj bredni i sentymentalnych mrzonek! - szeptał. - Uczciwość -
+frazesa!.. Któż naprawdę uczciwym jest w czasach obecnych? Obejrzyj się
+tylko i wpatrz uważnie w ludzi, walczących o byt obok ciebie. Czyń
+wreszcie, jak chcesz... odtrąć łaskawy uśmiech fortuny!..
+
+Los, odbierając może naumyślnie drugiemu, co miał zanadto w swym
+trzosie, pragnie dobrotliwy, obdarzyć ciebie, nie chcesz-li?
+
+- Ha, to bądź sobie zatem wspaniałomyślnym, szlachetnym, wielkim!
+Umieraj z głodu, bądź głupim!.. Ale pamiętaj, że gorzkiemi łzami żałować
+kiedyś będziesz chwili swojego szału - pamiętaj, żeś biednym!
+
+Zaśmiał się jeszcze rozum szyderczo i umilkł, mężczyzna zaś, zadumany,
+pochylił się na krześle, jakby przygnieciony do ziemi, oparłszy przytem
+łokcie na kolanach, ukrył twarz w dłonie.
+
+Tak, niestety, był on biednym!..
+
+Straciwszy matkę lat temu parę, uczył się następnie za granicą: w
+Niemczech i we Francyi. odebrawszy kosztem bogatego stryja wykształcenie
+nie fachowe, lecz ogólne i staranne, zdecydował się rok temu właśnie
+powrócić do miasta, gdzie ujrzał był światło dzienne, by zbliżyć się do
+dotychczasowego opiekuna swego, a brata rodzonego nieżyjącego już ojca.
+
+W młodzieńczej wyobraźni studenta roiła się nawet podówczas nadzieja
+śmiała owładnięcia sercem starego bogacza, aby po najdłuższem życiu
+zapisał mu mienie.
+
+Tembardziej zatem śpieszył się z swoim wyjazdem, lecz przybył za późno
+niestety; stryja swego już nie zastał.
+
+Łożący tylko z obowiązku na studya bratanka, a nie przywiązany doń zgoła
+innym, serdeczniejszym węzłem, parę tygodni temu właśnie starzec
+przeniósł się był do wieczności, zapisawszy cały majątek na dobroczynne
+cele.
+
+Nie zastawszy więc w mieście nikogo na razie, kto by go znał lub
+pamiętał, odważnie z biedą wziął się on wówczas za bary.
+
+Przepisywał referaty, polisy ubezpieczeniowe, dawał lekcye, czynił, co
+tylko mógł i zdobywał miejsce przy biesiadnym, ogólno ludzkim, a tak
+zazwyczaj niegościnnym stole...
+
+0 chłodzie i głodzie mijały mu w ten sposób dnie całe, gorycz jednak do
+życia, w walce o byt ciągłej, nie rozgaszczała się w duszy jego, nie
+mającego po prostu czasu w bezbarwnej swej biedzie i gorączce zarobku
+analizować ciemnych stron swego żywota. Miesięcy parę temu dopiero siła
+okoliczności i ludzi, o których ocierać się począł, żal wykluł mu się w
+duszy do świata, sącząc z niej niezadowolenie i gorycz.
+
+Traf ślepy zrządził pewnego dnia, iż spotkał rówieśnika swego z lat
+dawnych.
+
+Przy wspomnieniu tem ostatniem, młody mieszkaniec poddasza zmarszczył
+brwi i zamyślił się jeszcze głębiej, niż przedtem.
+
+Dawny jego kolega szkolny z kraju i zagranicy, Edmund R-ski, potrosze
+nawet kuzyn i towarzysz zabaw dziecinnych - dziś bywalec stolicznych
+salonów, chłopiec zamożny, zbliżył się do niego pierwszy wówczas. Było
+to podczas karnawału, w zimie, w jednej z kawiarń, bardziej
+uczęszczanych w mieście.
+
+Po dłuższej gawędzie i rozpamiętywaniu młodzieńczych lat ubiegłych,
+Edumund R-ski rzekł mu wtedy:
+
+- Wiesz co, mój drogi? Dobrze się nazywasz, ładne masz maniery, które
+pozostały ci po rodzicach i wychowaniu starannem, notabene wcale dobrze
+i z akcentem mówisz po francusku, tandem tedy zaproponowałbym ci coś...
+tylko nie obraź się na mnie przypadkiem... Gdyby cię tak ubrać
+elegancko, bardzo dobry i okazały byłby z ciebie tancerz... He, cóż ty
+na to? Proszony właśnie jestem o młodzież do państwa W. na bal,
+pojutrze, chodź ze mną... Siedzisz i marnujesz się gdzieś w kącie, qui
+lo sa, przystojnym jesteś, a nuż podobasz się komu?.. Ja ci pomogę i
+ułatwię wszystko...
+
+Od słowa do słowa, dał się namówić wtedy. Otrzymawszy od bogatego i
+hojnego, oraz uprzejmego kuzyna pożyczkę, wyekwipował się i poszedł na
+bal z nim razem.
+
+Edmund R. przeprowadził rzecz całą bardzo zręcznie. Przedstawiwszy
+protegowanego swego, nie omieszkał przypomnieć wszystkim z osobna o
+stryju jego, filantropijnym zapisodawcy, a także o rodzicach, ongi,
+przed laty, zamożnych i wpływowych. Dobrze wychowanego, eleganckiego i
+miłego tancerza zapraszać poczęto chętnie, tembardziej, iż powszechnie
+wiedziano o przyjaźni jego z Edmundem R., znanym i cenionym bywalcem.
+
+Młody mieszkaniec skromnego poddasza poruszył się niespokojnie na
+krześle i spojrzał przed siebie wzrokiem zamglonym, zapatrzonym we
+wspomnienia własne.
+
+Wówczas to, po owym pierwszym balu, przestąpił on zaczarowany dlań dotąd
+próg salonów i zapamiętale bawić się począł. Życie, które prowadził,
+upajało go. Niepomny jutra - szalał.
+
+Trwało to tygodni parę, i nagle skończyło się wszystko... Edmund R-ski,
+wezwany telegraficznie do umierającej siostry za granicę, wyjechał,
+pieniądze wyczerpały się równocześnie, a zaniedbana czasowo jego własna
+zarobkowa praca wysunęła mu się z rąk; ktoś inny, także potrzebujący
+biedak, zastąpił go.
+
+W okienko facyatki karnawałowicza zajrzał głód; po wizytach i balach
+pozostał w pamięci jego tylko chaos ogólny - wrażenie chwil rozkosznie
+jakby prześnionych, i jedno wspomnienie trwałe.
+
+Oczy młodego mężczyzny zadumane, w tej chwili błyszczące i jakby tkliwe,
+skierowały się w róg izdebki, gdzie w półświetle lampy majaczyła
+fotografia.
+
+Nabył ją u fotografa i niemal codziennie stroił w kwiaty; przedstawiała
+zaś ona elegancką pannę z towarzystwa, córkę ukraińskiego magnata,
+błyszczącą ubiegłego karnawału w salonach pięknością, dowcipem, otoczona
+rojem wielbicieli, a którą pokochał uczuciem miłości pierwszej -
+prawdziwej.
+
+Dla niej rzucił się w wir czczych zabaw bez środków po temu, bez
+pamięci...
+
+Odepchniętemu twardą ręką biedy od rydwanu bawiącego się świata -
+przesłoniętego w pamięci jego gazą ułudną, mieniącego się setkami
+odcieni i blasków - pozostały tylko wspomnienia dręczące, rozkoszne,
+kilkunastu rozmów, tańców, uścisków dłoni, spojrzeń... i - nabyta za
+pieniądz własny fotografia pięknej dziewczyny.
+
+Mydlana bańka złudna - marzenie!..
+
+Siedzący wciąż w zamyśleniu przed stolikiem młodzieniec głowę pochylił i
+ponownie ukrył ją w dłonie. Niby na jawie, przed oczyma żywo stanął mu
+bal ostatni... W jarzącej się świateł powodzi, wśród kołyszących się w
+takt melodyjnego walca par, sunęli oni wówczas po szklistej posadzce
+salonów...
+
+Ona miała spuszczoną główkę cudną i opierała się z wdziękiem na jego
+ramieniu, on zaś, tuląc nieznacznie tancerkę swą do piersi, pożerał
+wzrokiem jej twarz, nagie ramiona i szyję kształtną, a długą i giętka,
+jak kwiat, o łodydze wysokiej.
+
+Od czasu do czasu piękna panna wznosiła na niego swoje głębokie,
+mieniące się źrenice, i spojrzenia ich spotykały się na chwilę...
+
+Potem śliczne dziewczę przykrywało znów oczy długiemi rzęsami; on rzucał
+słówko, przyciskał machinalnie kibić jej do siebie, czekając ponownie
+niemej źrenic rozmowy. Nagle uciszyło się w balowej sali...
+
+To muzyka ustała była, a oni walcowali jeszcze, ciągle przytuleni do
+siebie - zrośli skrytem jakby pragnieniem.
+
+Później odprowadził znużoną swą tancerkę, a ona leciuteńko, dziękczynnie
+paluszkami drobnemi ścisnęła jego dłoń...
+
+Młodzieniec zerwał się z krzesła, potrącił je gwałtownie, i dużymi
+krokami zaczął przebiegać szybko swój pokoik. Jednocześnie z wyrazem
+miłości bezgranicznej spojrzenie jego pobiegło do komódki małej, gdzie
+stała fotografia z różą.
+
+Z kryształowego kielicha delikatnie wychylał się kwiat purpurowy,
+dotykając warg prawie dziewczyny. Usteczka jej małe uśmiechały się
+rozkosznie, pocałunku zda się spragnione...
+
+Młody człowiek pozostawał chwilę w niemej kontemplacyi ubóstwianego
+przez się kącika izdebki, aż wreszcie powoli wzrok swój przeniósł w
+stronę stolika, gdzie leżały cicho banknoty i złoto.
+
+Wyraz marzenia, ekstazy błyskawicznie znikł z jego oblicza - przypomniał
+sobie chwilę obecną.
+
+Zwolna do stolika zbliżać się począł; utkwiwszy spojrzenie w rozsypanych
+pieniądzach, jednocześnie myślał:
+
+- Niemi tylko może zdobyć bym mógł swe marzenie, one pozwolą mi i
+ułatwią zbliżenie do ukochanej! A potem...
+
+I mimo woli znowu spojrzał młodzieniec w róg pokoiku.
+
+Oczy dziewczyny kuszące patrzyły zalotnie, paliły go, obiecywać się
+zdawały rozkoszy ułudę, miłość - szczęście!.. Rumieniec oblał twarz
+mężczyzny.
+
+- Ach, mieć ją, posiadać, i żyć jej życiem, zlać się z nią istnieniem i
+duszą!.. - zawirowała mu w głowie myśl uporczywa.
+
+- Przecież to córka magnata; książęta, hrabiowie ubiegają się o nią,
+czemże ty jesteś dla niej? - zerem, nie otrzymasz jej nigdy, -
+uspakajała mózg, nerwy wzburzone, trzeźwa, zimna logika. - Chyba, że
+pieniędzy tych oto posiądziesz wiele... wiele...
+
+- Z małych strumieni tworzą się rzeki; weź to, a może ci więcej
+przybędzie!.. - szepnął rozum podstępnie.
+
+Młody mieszkaniec facyatki schwycił się nagle za głowę.
+
+Boże, Boże! - wyszeptał - cóż jednak uczyniło ze mnie to, tak krótkie
+zetknięcie się z światem zbytku, to zbratanie się, otarcie z ludźmi
+szychu i złota! Jakże innym byłem dawniej! Jakże - lepszym!..
+
+Mężczyzna smutnie zwiesił głowę.
+
+Teraz, przyjrzawszy się niedawno ludziom bogatym, ich trybowi życia,
+czuł w sobie, poza uczuciem miłości, dziesiątki związanych z niem
+pragnień. Złoto, ten bożek dumny i wspaniały, przed którym korzyły się
+miliony, olśniewał go, mamił... Przedsmak zaś możliwych w dalekiej
+przyszłości bogactw, użycia, a kto wie, może znaczenia i wpływów, wespół
+z osiągnięciem najprzód ukochanej kobiety, za pomocą tego oto,
+rozsypanego przed nim grosza - odbierał mu równowagę duchową, mieszał
+myśli.
+
+Porwał się znowu z miejsca i po pokoju biegać począł, niebawem jednak
+rzucił się na krzesło, wyczerpany, uporczywie, ponownie wpatrzywszy się
+w fotografie ukochanej.
+
+Od czasu do czasu odrywał wzrok od drogich rysów kobiety i przenosił go
+z wolna na stos banknotów i złota. Później spojrzenie jego, wewnętrznej
+pracy myśli jakby posłuszne, wracało powtórnie do lubego wizerunku.
+
+Przy samych wargach dziewczyny drżał kwiat purpurowy obecnie - dziewczę
+i róża całowały się teraz lubieżnie...
+
+A w izdebce tymczasem lampa powoli dogasać poczęła stopniowo, niepewnem,
+migocącem światłem kłócąc się jakby z rąbkiem radosnego słońca, poprzez
+rolety zaglądającego co chwila do wnętrza facyaty.
+
+I półcienie jakieś, tajemnicze, mgliste wsunęły się równocześnie na
+poddasze - zaludniły cicho puste, zakurzone kąty jego...
+
+Siedzący młody człowiek zrywa się nagle z krzesła swego.
+
+Bo oto niespodzianie dwoić mu się w oczach zaczyna...
+
+Rozsypane na stole złoto zalewa izdebkę całą, a z komódki starej
+zstępować zaczyna z wolna ona sama, zamglona i powiewna postać...
+Dotykając stopkami drobnemi złota, idzie ku niemu ona, z zalotnym
+uśmiechem, piękna niewinna - chyli się rozkosznie w jego ramiona!..
+
+Mężczyzna ku zjawisku temu wyciąga instynktownie ręce, na wpół
+przytomnie naprzód pochyla...
+
+Lecz oto nagle czar pryska...
+
+Wypełniająca wnętrze izdebki złocista przestrzeń znika, zjawisko
+eteryczne zaś zaczyna oddalać się coraz bardziej, unosi w górę,
+niepochwytne, a za niem tylko na ciemnawem tle facyatki, jak wąż
+ognisty, wije się struga błyszcząca ścieżka, dotyka stóp jego - pomostem
+złota łącząc go w ten sposób z uchodzącym cieniem ubóstwianej przezeń
+kobiety.
+
+Wreszcie znika wszystko.
+
+Młody mężczyzna przeciera dłonią czoło, rozgląda się...
+
+Niema nikogo!
+
+Cóż to więc było?
+
+Hallucynacya zapewne naprężonych nerwów i rozigranej wyobraźni,
+rzucająca mu na ekran półcieniów izdebki fantasmagoryczny obraz
+noszonego ciągle w duszy dziewczęcia! Wpływ to rozprzężonych wrażeń i
+myśli, skutkiem wysiłku, szumiącego jak potok, nawałem zwątpień i pytań
+mózgu. Zapewne...
+
+I młodzieniec powtórnie przeciera dłonią zmęczone czoło, a jednocześnie
+żałuje jakby, że widzenie już pierzchło. Przed oczyma stoi mu ciągle,
+jak żywy, obraz jej, ukochanej - chłonie w siebie jej postać wdzięczną,
+całuje myślą oczy jej i usta.
+
+W przelocie zarazem, po raz nie wiadomo już który, wzrok jego dotyka
+banknotów i złota, a w duszy bunt mu się zrywa.
+
+- Jak to?.. On miałby odtrącić od siebie ten grosz, i w ten sposób
+stracić, na zawsze może, środki ku zdobyciu drogiej sercu kobiety?..
+Zniszczyć bezpowrotnie pomost złocisty, łączący go z nią jakby w
+widzeniu proroczem?
+
+Nie, przenigdy. Tak naiwnym nie będzie...
+
+Pieniądz ten potroi, majątek zrobi, fortunę - złotem przełamie, zwalczy
+przeszkody wszelkie.
+
+- Zrobić majątek, czyż to tak łatwo? - na dnie duszy gdzieś zatajone
+zwątpienie nagle ironicznie pyta, jakby ostudzić pragnąc przedwczesną
+radość.
+
+Chmura niezadowolenia przelatuje po czole mężczyzny.
+
+- Tak, zaiste, prawda, to nie tak łatwo. Lecz z potęgą pieniędzy w dłoni
+tak, czy też inaczej, do wszystkiego zawsze dojść łacniej w życiu; -
+klucz złoty otwiera wszystkie bramy!..
+
+I ostateczna, przełomowa walka odbywać się w tej chwili zdaje w duszy
+mężczyzny. Na wysokiem czole naprężają mu się żyły, oczy ciemnieją, a
+twarz bledszą się staje... Z nęcącą pokusą zawładnięcia cudzem mieniem,
+po raz ostatni stają do boju wpojone w młodocianych latach jeszcze
+zasady.
+
+Powrotną falą z daleka cicho płyną i płyną coraz potężniejsze, bliższe i
+zalewają stopniowo umysł młodzieńca. Szemrzą coraz donośniej, silniej...
+
+A z przypływem ich jednocześnie mięknąć poczyna coś w duchu młodego
+mężczyzny, bo oblicze jego wzburzone uspakaja się stopniowo. Co myśli, z
+rysów twarzy odgadnąć jeszcze trudno, domyśleć się jednak można, że
+poryw jakiś, szlachetniejszy od poprzednich, czystszy, opanowywać go - w
+swoje posiadanie bierze.
+
+Po chwili machinalnie ujmuje on w ręce porzucony na stoliku obok
+pieniędzy pugilares i milcząc, zgarniać poczyna rozsypany stos banknotów
+i rulonów monety.
+
+Przy czynności zaś tej, zagadkowej jeszcze, bezustannie tak samo
+zamyślony młodzieniec odwraca niebawem w dłoni trzymany portfel, a
+równocześnie spojrzenie jego pada na coś, czego nie zauważył dotąd
+wcale.
+
+W rogu pugilaresu, u góry, maleńka, dziewięciopałkowa rzuca mu się w
+oczy korona hrabiowska; wdzięcznie granacikami oprawionemi w złoto mieni
+się ona, szyderczo zda się patrzy... Na ten widok poprzedni spokój i
+wyraz pierzchają nagle z rysów mężczyzny, i rzuca się w tył gwałtownie.
+
+Źrenice jego, zmatowane dotychczas cichem zamyśleniem, złowrogim teraz
+błyszczą ogniem, a jednocześnie w duszy następuje momentalnie przewrót
+nagły.
+
+Znowu poczyna biegać po pokoju wzdłuż i wszerz...
+
+I jak kępa drzew gdzieś w polu samotna, co ugina się pod gwałtownym
+naporem wichru ku ziemi, zwyciężona, pokorna - tak duch młodzieńca,
+miotany ponownie burzą myśli, kołysać i giąć się poczyna.
+
+Gdy ujrzał on bowiem emblement ludzi utytułowanych, żywo stanęły mu
+przed oczyma salony, których miesięcy temu parę był gościem i sylwetki
+hrabiczów, kręcących się koło jego ukochanej.
+
+Widzi ich jak na dłoni, wszystkich, niby na jawie!..
+
+Widzi dumnego ojca pięknej dziewczyny, zazwyczaj traktującego go z góry
+- dla nich, potomków starożytnych rodów, chociaż częstokroć biednych -
+pełnym uprzejmości wyrafinowanej i uniżonej niemal grzeczności. Widzi
+wreszcie siebie samego bezkarnie i dotkliwie obrażanym przez tychże
+arystokratów, lecz tak zręcznie, że na pozór nieraz nie można zda się
+było winić ich, czynili to bowiem oni, z tą subtelnością, oraz
+jubilerskiem jakby wykończeniem, jak dotknąć potrafią tylko ludzie
+"bardzo dobrze wychowani."
+
+I przy tem wspomnieniu ostatniem, jakby zraniony, mieszkaniec małej
+izdebki, wzdryga się i wyrzuca szeptem:
+
+- Jak to? te dwadzieścia parę tysięcy należy do jakiegoś hrabiego? Zatem
+los ślepy i ironiczny zarazem wsuwa mi w ręce część mienia jednego z
+tych właśnie, którym tak często zazdrościłem bogactwa, znaczenia i
+tytułów!..
+
+I ja, wobec jednostki takiej, miałbym grać rolę szlachetnego, zwracać mu
+to, co dlań może kropla w morzu tylko, fundusikiem, przeznaczonym
+zapewne na hulanki nocne i zabawę?
+
+- Ha-ha-ha!.. - rozlega się po pokoiku szyderczy, szatański prawie
+śmiech mężczyzny, i odbija od ścian niemiłem dla ucha brzmieniem.
+
+- Ha-ha-ha, niedoczekanie twoje, panie hrabio!.. - szepcze dalej
+półgłosem, a krew w żyłach kipi mu nieustannie - wre niespokojna,
+burzliwa.
+
+I z duszy jego jednocześnie pierzchają bezpowrotnie, zda się, nikną, jak
+ułuda i marzenie, wszelkie dobre zamiary, wszystkie, tak niedawne
+jeszcze, wahania pomiędzy prawami uczciwości i ich pogwałceniem.
+
+Zwycięzka, jedyna, jedna rozgaszcza się tam nienawiść tylko do kasty
+uprzywilejowanej i wyróżnianej w społeczeństwie. Wypielęgnowana
+cierpieniem i biedą, wysubtelniona wykształceniem, a szczególniej
+przestawaniem jeszcze za granicą w kołach różnych zapalonych głów, o
+przekonaniach skrajnie demokratycznych - rozogniona wreszcie
+nadczułością nerwową w zbliżeniu się i czasowem powierzchownem zżyciu z
+przedstawicielami tej sfery - buchała obecnie gorącym płomieniem,
+wszystko sobą przewyższając i tłumiąc.
+
+- Za moje upokorzenia, tak niedawne - zaszeptały znów cicho usta
+mężczyzny - za moje cierpienia i biedę - za to, że ja nie mam takich
+przodków, jak ty, panie hrabio, ani twych bogactw, blasku i złota - mam
+życie całe w nędzy cierpieć, i to, gdy los sprawiedliwie bez wątpienia,
+odbiera ci cząstkę mienia, przypadkiem, i mnie nią w zamian obdarza?..
+0, nie, panie hrabio!.. Żydowi, cyganowi, wrogowi - każdemu bym zwrócił
+może, lecz tobie - nigdy!..
+
+Ostatnie słowa mieszkaniec poddasza wymówił w zapamiętaniu głośno
+całkiem i z mocą jakąś dziwną. Twarz zaś jego dziko po prostu wyglądała
+w tej chwili; pociemniawszy, jakby od wewnętrznego ognia, demonicznie
+piękna i straszną zarazem była ona, a zajadły płomień szczerej
+nienawiści do tak zwanych powszechnie "arystokratów" zajaśniał na niej
+pełnym blaskiem.
+
+Odruchem nagłym zbliżył się do stołu i obie dłonie położył na plikach
+banknotów i złocie. Czego nie zdołały stanowczo uczynić okoliczności
+inne, sprawiła chęć dokuczenia w czemkolwiek wyżej postawionej
+społecznej jednostce, jedna chwilka nienawiści i szału.
+
+- Moje, moje!.. - wyszeptały usta mężczyzny zwycięzko, jakby z
+mimowolną, ukrytą w sobie radości nutą, a echo słów tych, urywanych,
+cichych, dziwną mocą rozbrzmiało w martwem milczeniu facyatki.
+
+Cisza nastała znowu.
+
+Tylko w piersiach mieszkańca poddasza przelęknione jakby swym czynem
+serce poczęło bić przyciszonym tętnem, a szelest ten miarowy, jak zegaru
+wahadło, mierzyć się zdawało te chwile przełomową w duszy człowieka,
+depczącego uczciwość prawą dla miłości, nienawiści i złota!..
+
+Nagle martwotę pokoju przerwało coś gwałtownie. Były to czyjeś kroki
+silne, przyśpieszone, idące po schodach, a coraz wyraźniejsze,
+bliższe... Niebawem rozległy się tuż za drzwiami, ucichły, i jakaś ręka
+wstrząsnęła lekko klamką, w ślad zatem zaś rozległo się trzykrotne
+pukanie.
+
+Gdyby w kataklizmie niespodzianym runęła ziemia, zapadając się gdzie w
+niezmierzone głębie wszechświata - mniejsze to chyba uczyniłoby wrażenie
+na stojącym przed stołem mężczyźnie, niż chwila obecna...
+
+Nogi zadrżały mu, a bojaźliwa trwoga ścięła krew w żyłach, coś zaś, niby
+gad obślizły, przemknęło po krzyżach i za kark chwyciło despotycznie,
+zaparłszy dech w piersiach.
+
+W półświatłach dogorywającego właśnie płomyka lampy twarz pochylonego
+nad pieniędzmi młodzieńca nabrała strasznego, a zarazem dojmująco
+trupio-bladego wyrazu, ręce zaś, jak kleszcze, wpiły się w leżące pod
+niemi banknoty.
+
+- Nie oddam was, nie zwrócę za nic w świecie! - mówić się zdawały
+wyraźnie kurczowo zaciśnięte palce, drżące w zwojach papierów i złocie.
+
+Z ekranu izdebki, majaczącego coraz bledszymi cieniami, światło w tej
+samej chwili znikło; zapanowała tu szarawa ciemność, a w ślad zatem
+rozległo się powtórne, tym razem silniejsze pukanie, poza drzwiami zaś
+jednocześnie dały się słyszeć słowa, wyrzeczone głosem męskim,
+dźwięcznym i młodym.
+
+- Widać, że śpi, lub go nie ma...
+
+- Ale to oryginalne - zauważył ktoś drugi, ciszej nieco. - Zaręczam ci,
+iż przed chwilą paliła się wewnątrz pokoju lampa, przez szpary u drzwi
+ślizgało się światło! - słowo!
+
+- Ha, jeśli tak, to może Romanek ma u siebie jakąś dyskretną, a wesołą
+wizytkę - snać z rozmysłem donośnie rozległ się głos pierwszy. - Nie
+przeszkadzajmy mu. Chodź, Hermanie!..
+
+- Wesołej zabawy! - krzyknął ironicznie nazwany Hermanem, nachyliwszy
+się do drzwi, zapewne blizko, bo echo głosu jego wstrząsnęło ścianami
+poddasza, poczem kroki przybyłych oddalać się zaczęły.
+
+Westchnienie ulgi podniosło pierś mężczyzny.
+
+Kilka kropel zimnego potu upadło mu na rozpostarte dłonie; zbudzony tem
+jakby, odstąpił od stołu i rzucił się w wycieńczeniu na kanapkę.
+
+Poznał po głosie tych dwóch, dobijających się doń przed chwilą,
+poczciwych studentów uniwersytetu - widział w wyobraźni swej teraz
+niemal obok siebie wyraźne postacie ich, w wytartych mundurach i
+spłowiałych od słót i słońca czapkach, pokrzywionych butach... Biedni
+chłopcy!
+
+Przypadkowo zaprzyjaźnił się z nimi, jak tylko przybył tu, do miasta -
+oni, zacne serca, pierwsi uczynnie nastręczyli mu zarobkową pracę...
+
+Dawno już nie widział ich. Ba, parę razy nawet w epoce owego
+kilkutygodniowego światowego szału, spotykając ich na ulicy, a będąc w
+towarzystwie eleganckich karnawałowiczów, mimo woli powstydził się ich i
+udał, że nie dostrzega. Nie pamiętali mu tego - przyszli.
+
+Mieszkaniec poddasza w zamyśleniu przesunął dłonią po jedwabistych swych
+włosach.
+
+- Gdybyż oni wiedzieli i czytać mogli w duszy jego?
+
+Rumieniec palącego wstydu i upokorzenia zakwitł na twarzy młodzieńca, a
+wyraz cierpienia i wewnętrznego bólu rylcem swym żłobić mu począł rysy
+wyrazistego oblicza.
+
+Długo jeszcze przesiedział tak w zadumie...
+
+A gdy po niejakim czasie słońce zajrzało znów do poddasza, nie było już
+złota na stole; schowane - znikło, młody zaś człowiek, śmiertelnie
+znużony moralną walką, na wpół ubrany, cicho zdawał się drzemać na
+łóżku.
+
+Niebawem zasnął.....
+
+I sen oto, przed wewnętrznym wzrokiem duszy młodzieńca, w tem
+tajemniczem jej życiu marzeń i rojeń, snuć mu zaczął przedziwne
+obrazy...
+
+A więc najprzód zdało się śpiącemu, iż leci on w przestrzeń bez końca,
+ciemną i mroczną, unoszony niewidzialną jakąś siłą...
+
+Tuli w objęciach swych przytem jakąś powiewną kobiecą postać... Podobną,
+choć nie identycznie i całkiem, jest ona do ukochanej przezeń
+dziewczyny, a objąwszy pieszczotliwie szyje jego nagiemi ramiony, tak
+zawisła, ustami lgnie do jego ust rozkosznie - on zaś, jak z kielicha
+pieniące się, musujące wino, pije nektar warg tych wilgotnych, tonąc w
+pocałunku ciągłym, nieustannym, zda się - wiecznym.
+
+Upajający wreszcie jednak zawrót głowy i osłabienie omdlewające jakieś i
+dziwne z wolna poczyna go ogarniać.
+
+Za wiele, zanadto upajającej, oszałamiającej słodyczy dają mu już te
+kobiece usta, jak pieczęć do warg jego bez końca przylgnięte.
+
+Lecz oto nagle ciemnieje mu w oczach wszystko dokoła i sił swoich nie
+czuje już prawie. Przymyka wiec powieki i leci znów tak samo dalej w
+przestrzeń, niczego niepomny i nic zgoła w okrąg siebie nie widząc.
+
+Trwa tak dość długo...
+
+Wreszcie, wypocząwszy w ten sposób po swem wyczerpaniu, nie czując już
+ani ciężaru zwisłej na jego szyi kobiety, ani zawrotnego czasu jej
+tchnienia... otwiera oczy...
+
+Tamte, widziane przed chwila obrazy, bezpowrotnie pierzchły; obecnie
+znajduje się zupełnie sam. Stoi teraz na ziemi, a stopy jego dotykają
+jakiejś kamienistej płaszczyzny, szarej, bezludnej i smutnej. Promienie
+zachodzącego słońca złocą ją i krwawią swym dogasającym, zamierającym
+blaskiem...
+
+On zaś nieporuszony stoi i bezustannie patrzy.
+
+Nagle promienie gasną... Mrok szary pokrywa płaszczem swym wszystko
+dokoła, a w cieniach tych tajemniczych, cichych, szeptać i ruszać się
+coś poczyna.
+
+Z rumowisk i kamienistych szczelin podstępnie wypełzły oto jakieś
+postacie, mary, i jak duchy nie z tej jakby ziemi, skrzydlate -
+rozpierzchają się po równinie, z przytłumionym szelestem. Nad głowami
+ich lecą wielkie czarne złowróżbne ptaki, szumem swych skrzydeł mącąc
+martwotę rozlanej wokoło pustki i ciszy.
+
+On, nic zgoła nie pojmując, spogląda wciąż, przelękły, zdziwiony... Po
+chwili dopiero zdaje się rozumieć...
+
+To - posłuszne niewidzialnemu, a nadprzyrodzonemu skinieniu - lecą tak
+zapewne żerować na padół ziemski - wyrzuty sumienia!...
+
+Tymczasem szmer lotu ptaków - olbrzymów cichnie, zmierzch pochłania ich
+postacie - nikną.
+
+On z ulgą oddycha i instynktownie postępuje parę kroków naprzód.
+
+Nagle wyrywa mu się z piersi przenikliwy krzyk!... Nad jego głową
+wisząc, chwieje się ptak czarnopióry, a zniżywszy lotu swego, wkrótce
+siada mu na ramionach, niemiłosiernie wpiwszy w nie swe szpony,
+równocześnie zaś w głowie uczuwa uderzenia miarowe.
+
+To ptak ów straszny i wielki, niby dzięcioł w pień drzewa, stuka jemu
+tak w czaszkę jednostajnie...
+
+W ślad za tem jedna z pierzchających wokoło postaci zjawia się przed nim
+blizko. Ubrana w łachmany, czarna i brudna, przyskakuje doń obcesowo,
+drapieżna, i utkwiwszy w oblicze ofiary swej palące żarem, płomienne,
+dzikie źrenice, nachyla się bardziej jeszcze i plwać mu w samą twarz
+poczyna.
+
+Z ust jej, wykrzywionych, wstrętnych, leją się strumienie lawy złotej i
+palą, bolą...
+
+A jednocześnie tańczą oto w krąg, z szelestem widziane niedawno w
+portfelu zwitki storublówek i innych banknotów. Dwojąc się, trojąc w
+oczach, przybierają one fantastyczne kształty, a niektóre,
+przedzierzgnięte jakby w jakieś karły złowrogie, szponami drobnemi rwą
+mu ciało bez litości. Inne znowu, z głowami wężów obrzydliwych, sycząc,
+kąsają go zewsząd.
+
+Napastowany, nieprzytomny, opędzając się rozpaczliwie, rękami, nogami -
+ciągle, tarzając się nawet od jakiegoś czasu po kamienistych zrębach -
+uciekać w końcu zaczyna równiną, jak szalony. Potyka się co chwila, pada
+i ucieka znowu, gnany czeredą karłów i olbrzymików, o głowach, szyjach
+gadów, z błyszczącemi żądłami ze złota.
+
+Nad głową, z ramion przemocą spędzony, wisi wciąż ptak olbrzymi, a
+postać główna, mglista, leci z nim wespół w mroczną dal...
+
+Nagle, niewiadomo jak, skąd i kiedy zjawia się znowu poprzednia kobieca
+postać.
+
+Śpiący, w swem majaczeniu sennem - odczuwa niewysłowioną radość; a ona,
+podawszy swą rączkę drobną, z uśmiechem zalotnym na ślicznie wykrojonych
+usteczkach, towarzyszyć mu zaczyna.
+
+Razem bezustannie biegną teraz po kamienistej równinie. Czarowna
+towarzyszka jednak nie czuje, jakoby, co dolega mężczyźnie, i nie widzi
+roju prześladowców jego.
+
+Dziewczę to, czy kobieta, ubrana cała w bieli, zasypana kwieciem róż i
+konwalii - cudna, lecz lekko, dotykając się zaledwie stopkami swemi
+ostrych kamieni. Nad główką jej, jakby w przeciwieństwie ptakiem
+czarnym, lecącym obok - chwieje się duży ptak biały...
+
+Zjawisko śnieżnego ptaka trwa jednak bardzo krótko, bo oto jemu,
+wpatrzonemu uporczywie w swą towarzyszkę, zdaje się nagle, że pióra u
+skrzydeł tych mlecznych z lekka szarzeć poczynają, stopniowo ciemniejszą
+przybierając barwę...
+
+Wytęża wzrok coraz bardziej, ale niebawem nic wokoło, nawet
+prześladujących go mar, rozpoznać nie jest w stanie.
+
+Noc czarna, despotyczna, rozpinać właśnie poczyna nad płaszczyzna ponurą
+swą oponę.
+
+Naraz znika wszystko...
+
+On równocześnie czuje, że leci w przepaść bez dna, treści, oraz w chaos,
+z którego ocuca go dopiero uderzenie silne o coś całem ciałem.
+
+Spogląda...
+
+Przed nim obecnie wznosi się sfinks olbrzymi; o niego to w rozpędzie
+uderzył się przed chwila. W jasnościach aureoli gorzeje fosforycznym
+blaskiem, uśmiechając się zagadkowo. Na olbrzymich barkach jego, na
+tułowiu - obliczu, wszędzie, niedostrzegalne zrazu dla ludzkiego oka,
+wiją się, ruszają miryady drobnych lilipucich postaci.
+
+Jedne z nich rodzą się tu z uśmiechem na ustach i piskiem, innych do
+grobu zanoszą; ci walczą, depczą po sobie, zabijają się, wzajem w
+przepaście spychają - tamci w ramionach drugich piją miłości rozkosze, a
+tam znów inni jeszcze głodne twarze i ręce wynędzniałe wyciągają po
+datek, sąsiadując z blizka z takimi, co w bogactwie i zbytkach nurzają
+się po uszy, lub grzęzną ciałem w rozpuście, jak w błocie.
+
+A środkiem - rozbite na tysiące strumieni, na kropel miliony rozprysłe,
+płynie, faluje złoto...
+
+I przed promienistymi jego potoki, jak przed świętością - korzy się
+pokornie, służalczo, wszystko dokoła.
+
+Czołem lilipucie biją przed nim miryady - to też ono nadaje owemu
+sfinksowi tajemniczemu blask fosforyczny - ono króluje tu, bezpodzielnie
+panuje.
+
+Lecz oto nagle olbrzymia głowa sfinksa ujrzała snać nowego przybysza.
+
+Usta jego, wyniosłe i dumne, rozchylają się szerzej, i miast zwykłego
+uśmiechu zagadki, sardoniczny, szyderczy, wstrząsa przestrzeniami
+śmiech.
+
+Ha-ha-ha!... Ha-ha-ha!... sfinks śmieje się - śmieje szatańsko i
+zwycięzko jakby - wyniośle - strasznie!...
+
+............................................
+
+Głuchy jęk wyrwał się z piersi uśpionego człowieka. Wstrząsnął on murami
+pogrążonej w ciszy izdebki, krając zali serce swem echem smutnem, cichł
+i gasł, zamierając powoli...
+
+............................................
+
+Obudził się śpiący.
+
+Wylękłym, zamglonym jeszcze wzrokiem szklanym popatrzył zaspany wokoło
+siebie bezprzytomnie i niebawem przymknął na powrót ociężałe powieki,
+obróciwszy się równocześnie do ściany.
+
+W kilka zaś minut później, blada twarz mieszkańca facyatki, spokojna,
+nieruchomo spoczywała na poduszce, pogrążona w twardem uśpieniu. Dusza
+tym razem zdrzemnęła się w nim zapewne również, oddech bowiem śpiącego
+miarowy rozlegał się już swobodnie całkiem w samotnej, cichej izdebce.
+
+
+
+CZĘŚĆ PIERWSZA.
+
+
+Zdążając do poblizkiej Wenecyi, wpadł pociąg kuryerski w morze, i
+hucząc, leciał, płynął niby po powierzchni fali. W przedziale wagonu
+drugiej klasy było tylko dwoje ludzi. Kobieta młoda, ubrana w strój
+lekki, dystyngowany, z szarego materyału, drzemała, czy spała, wciśnięta
+w głąb, z główką opartą o poduszkę boczną - mężczyzna zaś, siedzący
+naprzeciw, trzymał delikatnie w dłoniach pozostawioną w uścisku jej
+rączkę drobną, i pochylony z lekka, patrzył z miłością w znużone rysy i
+bladą twarzyczkę kobiety.
+
+Od czasu do czasu wzrok jego odrywał się od oblicza towarzyszki, biegł
+poprzez otwarte okno, ścigając, zda się, pogrążone w ciemnościach
+bezgwiezdnej nocy, niewidzialne tuż poza mknącym pociągiem Adryatyku
+fale.
+
+I wtedy, za każdym razem przesuwała się chmurka jakby po czole jego,
+osiadał tam jakiś cień niepochwytny, a usta jednocześnie drgały
+skrzywieniem goryczy, czy bólu pełnem.
+
+Gdy jednak wzrok zniżał ponownie, to w zetknięciu się z obliczem młodej
+kobiety, pogrążonem w cichem uśpieniu - oczy smutkiem zamglone
+łagodniały mu prawie natychmiast, a choć pomimo woli i bezustannie myśl
+rozpamiętywać się coś zdawała - z ust momentalnie znikało zagięcie
+cierpienia i powoli przeistaczało się w uśmiech, oraz zapatrzenie się w
+ukochane rysy.
+
+Siedzący tak w zamyśleniu nieruchomo - a w widocznej obawie zbudzenia
+towarzyszki - podróżny posiadał cechy zewnętrzne dość interesujące.
+
+Był to przede wszystkiem mężczyzna piękny bardzo; ciemny brunet, o
+wytwornej powierzchowności i układzie, charakterystycznej owalnej głowie
+i czole wypukłem, upiększonem łukiem brwi czarnych, wąziutkich i
+regularnych, miał on pociągłą, śniadą twarz, okoloną średniej wielkości
+brodą. Nerwowe, wyraziste rysy oblicza tego wyraźnie zdradzały przytem
+pochodzenie południowe, zarówno jak i piękne, duże oczy, patrzące na
+świat gorąco, z rozmarzeniem nieokreślonem, aksamitnem spojrzeniem
+dziecka Italii.
+
+Do drugiej ojczyzny swej poniekąd rzeczywiście dążył tak lat trzydzieści
+zaledwie mający młody człowiek.
+
+Noszący jedno ze staroszlacheckich nazwisk, Roman Dzierżymirski, był
+synem nieżyjącego już, a dawniej bogatego bardzo i znanego w szerokich
+kołach własnego kraju, Oskara Dzierżymirskiego, oraz żony jego, rodem
+Włoszki, a byłej przed swoim ślubem śpiewaczki.
+
+Pochodzenia pono wątpliwego bardzo, choć niezwykłej urody i wdzięku,
+była ta matka Dzierżymirskiego Romana, będąca, jak mówili jedni,
+dzieckiem miłości wolnej pewnego dorobkiewicza rzymskiego - jak
+twierdzili drudzy, podrzutkiem tylko, z mętów społecznych dzisiejszej
+Romy, wychowanem i uposażonem przez tegoż przemysłowca włoskiego.
+
+Po niej piękność odziedziczył syn, po ojcu zaś niewątpliwie tę
+wytworność, która cechowała najmniejsze nawet poruszenie siedzącego
+podróżnika, i postawę jakby pańską, mimo woli nieco wyniosłą.
+
+Roman Dzierżymirski jechał właśnie z małżonką swą w podróż poślubną, a
+raczej z kraju uciekał, ojciec bowiem śpiącej cicho naprzeciwko niego
+kobiety, szatynki, o ślicznych rysach, January Gowartowski, bogaty i
+dumny magnat kresowy, odmówił był jemu jej ręki...
+
+Lecz miłość namiętna nie pyta, gdy idzie o posiadanie kobiety!
+
+Roman zdobył swą żonę dzisiejszą, porwawszy ją za jej zgodą. Ślub ich
+tajemny, w małej wioseczce, w zaciszu Karpat - odbył się właśnie dwa dni
+temu...
+
+Przyszło mu to wszystko z łatwością. Ola kochała go, ubóstwiała, nic
+zgoła nie widząc poza nim, na stronę materyalna zaś i koszta, wynikłe z
+takiego niespodzianego obrotu rzeczy, zwracać on uwagi nie miał
+potrzeby.
+
+W rodzinnem mieście wiadomem było powszechnie, iż rok, czy dwa lata temu
+odziedziczył Roman Dzierżymirski fortunkę w kapitale, po dalekim
+krewnym, osiadłym i zmarłym w Stanach Zjednoczonych.
+
+Jechał zatem dziś młody i ostatni potomek dogasającej już w nim rodziny
+Dzierżymirskich, ze skarbem swym, drogą sercu małżonką, do Włoch,
+ojczyzny matczynej. Wzrok jego, błąkający się bezustannie pomiędzy
+twarzą żony, a skrytym cieniami nocy krajobrazem, zamglony, myślący, w
+dalszym ciągu wspominać się coś zdawał.
+
+Poza oknami wagonu fale morza nieustannie szemrały wciąż cicho, w dali
+zaś, na czarnem tle widnokręgu, stopniowo, coraz bliższe, błyszczały już
+światełka Wenecyi.
+
+- Oto tam - mówiły niejako marzące oczy mężczyzny - za godzin kilka
+czekają mnie uśmiechy pierwsze i rozkosze ziemskiego szczęścia w
+objęciach ukochanej ponad wszystko kobiety! Oto tam, wymarzony od tak
+dawna, oczekuje na mnie raj własny ułudnego podziału wzajemnego uczucia,
+w zupełnem oddaniu się niepokalanego niczem dotąd kwiatu - niewinnego
+dziewczęcia...
+
+Wzrok Romana z zachwytem spoczął na twarzy śpiącej kobiety. Równocześnie
+pociąg, pozostawiwszy morze za sobą, wpadł w jakieś gaje, brzęczące
+rojem owadów. Jednostajna, monotonna ich muzyka wpadała uporczywie w
+uszy podróżnego, a on, cały zasłuchany, spojrzeniem swem znowu ogarnął
+ciemną przestrzeń poza oknem wagonu.
+
+- Co, zagadkowa przyszłości, niesiesz mi w darze?.. Czy zapłacisz mi za
+to, com przebył dotąd, przecierpiał, dla zdobycia drogiego dzisiaj? Czy
+wynagrodzisz, czy skarzesz? - pytać się zdawały czarnej nocnej dali
+posmutniałe nagle chwilowo oczy mężczyzny.
+
+I ponownie w kąciku warg jego pojawiło się bolesne, przelotne zagięcie
+ust, a snać usiłując odpędzić myśl przykrą, Dzierżymirski powstał
+ostrożnie, nie wypuszczając wciąż z dłoni rączki uśpionej swej
+towarzyszki. Wychylił przez otwarte okno głowę... Na tle ciemności
+połyskiwały już teraz rzęsiście światła - pociąg wjeżdżał właśnie na
+stacyę. W sekundę, z nagła szarpnięte, gwałtownie zatrzymały się wagony.
+
+Dzierżymirski o mało nie upadł, straciwszy na razie równowagę, i
+pociągnął za sobą rączkę żony, ściskającą jego dłoń lewą - prawa zaś
+oparł się silnie o ramę okna.
+
+- Ach!.. ach!.. - z trwogą, wyrwało się z ust młodej kobiety, i
+otworzyła szeroko oczy, zdziwiona.
+
+Szybko Roman pochylił się ku niej i przemówił miękko:
+
+- Przepraszam cię, kochanie, przestraszyłaś się, prawda?.. Ale to wina
+nie moja - wagony szarpnęły tak silnie...
+
+- To ty... Romanie!.. - szepnęła kobieta i zarzuciwszy w ślad za tem, z
+niewysłowionym wdziękiem, obie ręce na szyję mężczyzny, przytuliła się
+doń czule, składając równocześnie pocałunek na pięknem czole.
+
+- Wysiądziemy, złotko, już Wenecya! - rzekł Roman, wysuwając się
+delikatnie z objęć młodej żony uniósłszy ją w ramionach, postawił na
+równe nogi.
+
+- Nareszcie!... - wykrzyknęła Ola radośnie, oprzytomniawszy całkiem na
+widok jaśniejącego dworca.
+
+- We-ne-cya! - zabrzmiało donośnie pod samem oknem wagonu, gdzie ukazała
+się kędzierzawa głowa i śmiejąca twarz konduktora.
+
+- Statione Ve-ne-tia!.. - przeciągle, śpiewnie odpowiedział głosowi
+pierwszego konduktora okrzyk drugi, dalszy, i zginął.
+
+Pociąg, którym jechali Dzierżymirscy, zatrzymujac się tylko kilka minut,
+jechal dalej wprost do Medyolanu - należało się śpieszyć...
+
+Roman pobiegł do przeciwległego okna, otworzył gwałtownie drzwiczki od
+wagonu, i począł wołać donośnie:
+
+- Facchino!.. facchino!.. *)
+[*) Po włosku tragarz.]
+
+Za mężem zręcznie wyskoczyła z wagonu Ola Dzierżymirska. Niebawem zjawił
+się pożądany tragarz i ruszono z bagażem do dworca. Tu obstąpiono
+przyjezdnych.
+
+Cały rój przeróżnych figur hałaśliwie ofiarowywać im począł swoje
+usługi, rząd zaś służby hotelowej, w galonach, z ożywieniem i
+gestykulacyą namawiał ich każdy z osobna do siebie. Gadatliwość Włochów
+oszołomiła na razie Dzierżymirskich.
+
+Po chwili dopiero Roman, znający kilka włoskich wyrazów, zdołał się
+porozumieć i wybrawszy hotel, kazał się prowadzić do przystani.
+
+Niebawem młoda para podróżnych sadowiła się już w wygodnej, na czarno
+pomalowanej gondoli, obsługiwana z natarczywością przez różnorodnych
+oberwańców i gapiów, stojących w pobliżu.
+
+- Pysznie się siedzi! - zawyrokowała głośno Ola, wyciągnąwszy się na
+miękkiem, czarną skórą obitem, siedzeniu.
+
+Roman usiadł przy niej - gondola zakołysała się lekko...
+
+Powoli odpychano już ją od brzegu, gdy oto z kilkunastu stron naraz
+wyciągnęły się ku mającym odjeżdżać proszące dłonie z kapeluszami, i
+chórem zabrzmiała prośba o datek. "Soldo, soldo!" choć uniżenie, lecz z
+odcieniem lekkiej jakby groźby, rozlegało się dokoła ustawicznie
+powtarzane na wszystkie tony.
+
+- A to złodzieje!.. - mruknął Dzierżymirski; zmuszony jednak wyjąć z
+kieszeni portmonetkę, rzucił tam i ówdzie z humorem drobne monety.
+
+Gondola ruszyła już - płynęli...
+
+Młodą kobietę zabawiła ta scena. Perlisty śmieszek jej, wesoły, rozlegał
+się wokoło, gdy oto nagle, jakby czemś zmrożony, ucichł. I Ola, objąwszy
+wzrokiem roztaczający się przed nią krajobraz, ruchem wdzięcznym
+przytuliła się do męża.
+
+- Jak tu czarno, Romanie, nieprawdaż? - szepnęła.
+
+Dzierżymirski, milcząc, opiekuńczo objął ramieniem kibić żony i
+przycisnął ją miękko do piersi, rozejrzawszy się zarazem.
+
+Rzeczywiście, czarno tu było.
+
+Wenecya już spała. Skłębione chmurami niebo odbijało się w mętnej wodzie
+kanałów i powlekało je kirem ciemności, po którym tylko błędnym ognikiem
+przeświecało, wiło się czerwone światełko latarni, umieszczonej u
+spiczastego, zębatego końca gondoli.
+
+Płynęli przez Canale Grande*).
+[*) Po włosku : Kanał Wielki.]
+
+Jak gdyby śniąc o swej dawnej potędze i chwale, wokoło nich zadumane,
+ciche stały wyniośle rzędem weneckie pałace. W żadnem oknie nie paliło
+się już światło, otulało je milczenie zupełne.
+
+Gondola, kołysząc się z lekka, unosząc co chwila swe przednie i tylne
+dzioby, płynęła spokojnie, z jednostajnym pluskiem wioseł i szmerem
+rozstępującej się pod nią fali.
+
+Przytuleni do siebie, dłuższą chwilę z ciekawością patrzyli
+Dzierżymirscy wokoło. Z ustek pierwszej Oli niebawem posypały się
+rozliczne uwagi.
+
+- Patrz, patrz, Romanie! - wołała ona co chwila, wskazując z zajęciem na
+wznoszące się zewsząd budowle.
+
+Dzierżymirski potakiwał żonie, objaśniał, i półgłosem prowadzona
+swobodna pomiędzy jadącymi rozmowa zbudziła milczenie śniące - rozniosła
+się echem wyraźnem po grodzie weneckim, o tej porze tak bardzo cichym.
+
+Tymczasem po obu stronach kanału kolejno przesuwały się, jak w
+kalejdoskopie, cudne swą archaiczną strukturą pałace.
+
+A więc, najpiękniejszy może z prywatnych siedzib Wenecyi, własność
+książąt della Grazia, wychylał się z cieni "Palazzo Vendramin-Calergi",
+z roku 1841 w stylu początkowego odrodzenia; z nim sąsiadował skromny,
+sięgający XV wieku, pałac "Erizzo" - dalej zwracał znów uwagę inny, z
+pozłacanym niegdyś frontem, do dziś dnia zwany "Ca Doro".
+
+Opodal bardzo piękny wznosił się majestatycznie dzisiejszy lombard
+miejski, pałac "Corner della Regina", wzniesiony w r. 1724 na tem samem
+miejscu, gdzie ujrzała świat królowa Cypru, wenecyanka, Katarzyna
+Cornaro.
+
+Wkrótce, tuż poza dzisiejszą pocztą w Wenecyi, zajmującą dawniejszy
+niemiecki magazyn towarów "Fondaco de Tedeschi", zamajaczył olbrzymi
+most "Ponte di Rialto", w kształcie murowanego łuku wzniesiony.
+
+Wsunąwszy się pod jego arkady, gondola Dzierżymirskich cichutko
+prześliznęła się tamtędy i skręciła wkrótce na lewo, w wązki kanalik,
+stanowiący arteryę boczną "Canale Grando". Szeroka taśma wielkiego
+kanału znikła wkrótce z oczu i jadąca barka, zagłębiając się coraz
+bardziej w szyję wodnej uliczki, wymijać poczęła coraz ciaśniejsze i
+węższe zaułki. Ściany domów odrapane, ponure, szły, zdawało się, na
+płynących w gondoli, a ścieśniając się coraz bardziej, pragnęły
+pochłonąć, gubić ją niejako w swym labiryncie.
+
+Ciemności nocne panowały tu jeszcze większe. Gdzieniegdzie tylko lśniła
+zółtawo mdłym światłem latarnia - żywego ducha zaś nigdzie dopatrzeć się
+nie można było.
+
+Umilkła od paru minut Ola trwożnie przylgnęła główką do ramienia Romana.
+
+- Brr! straszno tu jakoś... - szepnęła.
+
+- Nic, kochanie - odparł Dzierżymirski, musnąwszy pocałunkiem jej włosy
+- zaraz dojeżdżamy.
+
+Nieprawdaż, że już blizko? - zwrócił się do gondoliera łamanem włoskiem
+narzeczem.
+
+- Si, signore. - odparł żywo zapytany, a nudząc się znać, bo z
+cudzoziemcem gawędzić nie mógł, zanucił półgłosem jakąś smętną piosenkę.
+
+Ubrany całkiem biało, wahadłowym ruchem przechylając się bezustannie
+przy wiosłowaniu w prawo i lewo, na tle otaczających ciemności, czynił
+on wrażenie fantastycznego zjawiska, głos zaś jego monotonny błąkał się
+po kątach i odbijał dziwnem echem o mury, oraz zakratowane okna w swym
+śnie zaklętych jakby domów. Roman milczał.
+
+Ujmując dłoń i tuląc miękko w objęciu Olę, wsłuchiwał się w ten śpiew
+jednostajny, mrukliwy, i dziwnego doznawał wrażenia. Zdawało mu się
+mianowicie, że on nie do cywilizowanego, dzisiejszego, ale jakiegoś
+zbójeckiego z zamierzchłej przeszłości dojeżdża grodu; że ucieka, kryje
+się tu ze swym porwanym, czy też skradzionym łupem... Oto z ciemnych
+zaułków i kątów śpiącej Wenecyi wysuwają się po prostu jakby wyraźne
+jakieś cienie, mary, czy odbicie dawnych zbrodni, mordu i gwałtów, tak
+licznych w historyi krwawej tego dziwnego miasta...
+
+- A ňel! *) - rozległ się nagle tuż za Dzierżymirskim krzykliwy głos
+gondoliera, i łódź jednocześnie zboczyła w zaułek ciemny.
+[*) Uwaga!]
+
+- Sia-stali! *) - przeciągle odpowiedział ktoś z innej gondoli.
+[*) Na prawo!]
+Roman i Ola spojrzeli ciekawie.
+
+W nadpływającej weneckiej barce siedział mężczyzna czarno ubrany, w
+białym kapeluszu, brunet, o ponurem wejrzeniu.
+
+Gondola, otarłszy się prawie o napotkaną łódkę, prześliznęła się cicho -
+znowu byli sami.
+
+- Patrz, tam się świeci, co się stało?... - rzekła półgłosem Ola, kręcąc
+główką i wskazując piętro jednego z domów.
+
+Roman spojrzał.
+
+- A, rzeczywiście - odparł - przecież choć jeden jakiś znak życia...
+
+Na brudną wodę kanału, porysowaną ścianę i kołyszący się kadłub pustej
+gondoli, przywiązanej u stopni marmurowych wielkich kutych drzwi, kładło
+się cieniem przyćmione czerwonawe światło, idące z okna oświetlonej
+komnaty. Jednocześnie płynęły melodyjne, ciche akordy fortepianu,
+wydobywane znać miękka kobiecą rączką. Wtórował im nieśmiały brzęk
+mandoliny.
+
+Rozpływając się powoli, w milczeniu, muzyczne tony łączyły się zgodnie
+co parę minut ze śpiewem, męskim, silnym tenorem, i szły ponad dachy,
+kanały, leciały daleko, drżące...
+
+Poruszony muzyką i śpiewem, Dzierżymirski silniej przycisnął do siebie
+Olę. Wsłuchani w melodyę miłosnej pieśni południa, zbliżyli się oni
+instynktownie, a twarze ich, parte ku sobie, pochyliły się.
+
+Pocałunek gorący złączył usta mężczyzny i kobiety; nie odrywając warg, w
+dreszczu wzajemnej rozkoszy, wśród deszczu spadających, jak drobne
+krople rosy, dźwięków - przepłynęli Dzierżymirscy pod oknami domu. Coraz
+cichsze fale granej melodyi goniły ich, powodzią zalewały jeszcze czas
+jakiś, aż umilkły.
+
+Gondola w tej samej właśnie chwili wjechała na kanał ś-go Marka; plac
+tejże nazwy, gdzie w całej pełni ogniskowało się jeszcze życie miasta,
+zamigotał rzęsiście w oddali dziesiątkami niebieskawych i żółtych
+świateł - przewoźnik oznajmił głośno podróżnym, że są już na miejscu.
+
+- Dojeżdżamy, Oluniu! - poinformował Roman i z uśmiechem wpatrzył się
+namiętnie i czule w twarz swej towarzyszki.
+
+W ciemnościach nawet nocy, widoczny rumieniec objął płomieniem twarz
+kobiety, i wzrok w zawstydzeniu spuściła przed palącem spojrzeniem
+mężczyzny, które zapewne swym blaskiem mówiło coś nad wyraz śmiałego.
+
+W tej chwili właśnie przedni dziób gondoli stuknął o marmurowe stopnie
+hotelowego balkonu, a w parę minut później Roman i Ola znajdowali się
+już w obszernym, o marmurowych ścianach i posadzce pokoju,
+rozbrzmiewającym w ciszy stłumionem, głuchem brzęczeniem mustyków.
+
+Odprawiwszy natarczywego sługę, proponującego im przysłać natychmiast
+przewodnika, w celu obejrzenia powierzchownego na przechadzce placu San
+Marco, bazyliki i pałacu Dożów -Dzierżymirscy wkrótce pozostali zupełnie
+sami.....
+
+
+
+W Wenecyi wszędzie pogasły już światła. Noc zupełna, czarna, zawisła
+chwilowo nad grodem. Nie trwało to jednak długo; stopniowo chmury na
+niebie rozstępować się poczęły i rąbek księżyca nieśmiało wychylił się z
+poza nich.
+
+Zamigotał na wieżycach kościoła ś-go Marka, złotawym brązie czterech
+rumaków, królujących na szczycie tej katedry - musnął swym blaskiem
+ściany pałacu Dożów, a przeszedłszy się po jego galeryach ponurych,
+zajrzał w zakratowane okna wiszącego mostu, łączącego pałac z dawnem
+więzieniem, a znanego powszechnie pod nazwą "Mostu Westchnień".
+
+Wyjrzawszy zaś już odważniej nieco, trącił srebrzysty lśniącą taflę
+laguny, zadrgał siecią światła na powierzchni wód, a niebieskawą
+ścieżyną dotknąwszy się ich pieszczotliwie, otworzył nagle perspektywę
+daleką, hen! aż ku Lido-na morze...
+
+W niezamąconej niczem ciszy, starożytne zegary licznych kościelnych i
+klasztornych wieżycach wybijać poczęły rytmicznie którąś godzinę. Jedne
+z nich brzmiały basem, inne kwiliły wiolinem, lub brzęczały melodyjnie,
+łącząc w sobie te dwa melodyjne klucze, a bijąc w ten sposób, zdawały
+się mierzyć w milczeniu chwile czyjegoś może szczęścia...
+
+Niedyskretne, ciekawe, promienie księżyca zaszkliły się jasnem światłem
+na taflach szyb hotelowych, dawnego pałacu Dandolo. Zatrzymały zda się
+dłużej przy jednem oknie i pomknęły znowu obojętne w dal...
+
+A posągowo uśmiechnięte, wiecznie tak samo szerokie oblicze księżyca nie
+zmieniło wcale wyrazu.
+
+Bo cóż go zaiste, obchodzić mogło tych dwoje ludzi, którzy przybyli aż
+tutaj po ułudę rozkoszy? Cóż znaczyły dlań dwa serca, zrywające wspólnie
+kwiat miłości i zapomnienia?
+
+On, filozof, wszak w swem życiu prawiecznem widział podobnych zdarzeń aż
+nadto wiele; on znał nicość tych chwil, umiał na pamięć kochanków
+zaklęcia i ich nieraz słomiane zapały, gasnące za życia podmuchem - pod
+rzeczywistości bezlitosną ręką. Wiedział również, że zapały te same,
+odegrzane częstokroć i ożyłe, kiedyś, w przyszłości, obosiecznem cięciem
+ranić może będą tych samych ludzi, skierowane do jednostek innych,
+zarówno łaknących uczucia i użycia...
+
+Powiewna chmurka pieszczotliwie przytuliła się do twarzy księżyca i
+przesłoniła go leciutko, kaskada zaś miesięcznych promieni, zbladłszy,
+niepewnym, migotliwym blaskiem zalała uśpioną Wenecyę.
+
+W tej samej chwili dwie jakieś postacie, zbliżone do siebie, zamajaczyły
+poza taflą jednego z okien hotelowych, i dwie głowy, dotykając się
+wzajemnie, zapatrzyły się we wdzięczny krajobraz laguny i morza,
+zamglonych chwilowo półświatłem, oraz cieniami księżyca.
+
+I postawszy tak długą chwilę, jakby rozmarzone, znikły niebawem,
+splecione w uścisku, niezdolne napawać się długo poza sobą niczem, nawet
+pięknem przyrody...
+
+W ślad prawie zatem nastała ciemność nieprzejrzana i zapanowała nad
+miastem pamiątek.
+
+---------
+
+
+Zadumany i jakby tęskny tulił się zmierzch szary do ścian kamienic
+wielkiego miasta, do witryn wspaniałych sklepów jego, pełzał u podnóży
+pomników, ścierał kontury gmachów kościołów - wszystko dokoła pogrążał w
+mroki i cienie.
+
+W wykwintnie umeblowanem swem pomieszkaniu siedziała na fotelu Melania,
+marszałkowa Warnicka, rodzona siostra ojca dzisiejszej Oli
+Dzierżymirskiej, a dotychczasowa od dzieciństwa prawie opiekunka tej
+ostatniej.
+
+Przez otwarte okno, łącznie z echami wielkomiejskiego gwaru, wciskał się
+tutaj wolno zmrok, a ściemniając się stopniowo coraz bardziej,
+pocieszająco jakby wygładzać się starał zmarszczone wysokie czoło
+wiekowej już matrony, łagodnie muskał jej siwe włosy, i zaglądając
+jednocześnie nieśmiało w oczy rozumne, wyraźnie zdawał się współczuć
+smutnemu jej zamyśleniu.
+
+Na małym stoliku przed marszałkową leżał otwarty telegram. Opiewał on
+zaś lakonicznie: "Przewidzenia słuszne. Ola już po ślubie z
+Dzierżymirskim. Przyjeżdżam. Ładyżyński."
+
+Już może pół godziny po przeczytaniu powyższej wiadomości, nieruchomo w
+swym fotelu siedziała pani Melania.
+
+Od trzech dni - to jest od czasu gdy Ola zniknęła z domu swej ciotki, by
+więcej nie wrócić - marszałkowa Warnicka z niepokoju postarzała się była
+o lat co najmniej kilkanaście.
+
+Początkowo nie mogła zrozumieć postępku swej siostrzenicy; tak dobrze
+było jej u niej, może zatem powróci ona lada chwila - niewątpliwie.
+
+Musiała wyjechać z miasta na parę godzin, znaglona interesem ważnym...
+mówiła sobie, perswadowała staruszka.
+
+Nazajutrz jednak wieczorem, gdy żadnej o Oli nie było wieści, obawa
+kochającej dziewczę ciotki wzrosła o nią do tego stopnia, iż myślała, że
+zwaryuje. Dom cały był przerażony, latano, szukano rozpaczliwie
+nieobecnej po mieście, na chybił trafił - wszędzie, oczekując zarazem z
+trwogą wiszącej zda się w powietrzu katastrofy - wiadomości jakiej
+strasznej, o nieszczęściu, lub nawet o śmierci.
+
+Zbawcą pełnej niepokoju marszałkowej okazał się wówczas Emil Ładyżyński,
+przyjaciel całego domu Gowartowskich, stary kawaler, sprytny wyga
+wielkomiejski, a poza tem człowiek rozumny i bystry bardzo. Zebrawszy
+naprędce wskazówek tu i ówdzie, wpadł od razu na trop właściwy. Domysły
+jego były trafne.
+
+- A ja powiadam pani marszałkowej, że panna Ola używa już miodowych
+miesięcy! Młodość nie żartuje, gdy kocha... były to ostatnie słowa jego
+i sprawdziły się, niestety...
+
+Przez samego ojca panny, Januarego Gowartowskiego, pogardliwie odrzucony
+konkurent, inaczej poradził sobie.
+
+Marszałkowa w zadumie westchnęła cicho, ciężkie bowiem, zaiste, czekały
+ją niebawem przejścia. Brat jej, January, którego, o niczem jeszcze nie
+wiedząc, powiadomiła, wzywając go, natychmiast po zniknięciu Oli, lada
+oto chwila nadjedzie...
+
+Cóż ona, na Boga, powie ubóstwiającemu córkę ojcu, jak się potrafi
+wytłumaczyć przed nim ze wszystkiego? Wszak to na jej opiece pozostawił
+on był, wyjeżdżając, jedyne swe dziecię...
+
+Lecz czyż mogła przewidzieć podobne rozwiązanie sprawy?
+
+Przenigdy!...
+
+I marszałkowa Warnicka niżej jeszcze pochyliła na piersi głowę swą siwą,
+a czoło jej poorały zmarszczki, znacząc jakby ślad męczących ścigających
+się myśli.
+
+- A ją, Olę, to dziecię, które wespół z bratem i ona kochała całą siłą
+swej duszy, czyż tak znów dalece winić można było?...
+
+Zapewne...
+
+Nie porzuca się od razu wszystkiego, nie ucieka chyłkiem, choćby nawet w
+ramiona ukochanego mężczyzny, gdy sprzeciwia się temu wola rodzica,
+gdy...
+
+Pani Melania przetarła czoło pomarszczoną dłonią. "Młodość nie żartuje,
+gdy kocha!" zabrzmiały jej w uszach słowa Emila Ładyżyńskiego. Miał
+słuszność...
+
+I nagle, z początku nieokreślone, później coraz głośniejsze, śmielsze,
+zakiełkowały w duszy staruszki wyrzuty sumienia. Bo czyż doprawdy, Ola
+nieszczęśliwa tak bardzo była winna?... Miłość oszołomiła ją, porwała, a
+reszty niewątpliwie dokonało wychowanie młodej panny, kapryśnej
+pieszczotki ojca, ulubienicy również jej, marszałkowej, zawsze dlań
+pobłażliwej i słabej.
+
+I pani Melania znów zadawała sobie dalej w myśli pytania...
+
+- Czy Ola posiadała w duszy swej to, coby ją od popełnionego kroku
+wstrzymać mogło? Czy wpajano w nią te zasady młodych, takie na przykład,
+jakiemi ją karmiono lat temu wiele, w których pokolenie jej podobnych
+wyrosło?... Marszałkowa w zadumie spuściła nisko głowę.
+
+- Nie, nie! - odpowiadało coś skrycie na dnie jej duszy.
+
+Ola zasad takich nie miała, a z czyjejże to było winy?
+
+Najprzód, naturalnie, ojca, Januarego, lecz następnie i jej przecie,
+zastępującą Oli odeszłą z tej ziemi matkę.
+
+I z szarą godziną, coraz bardziej rozgaszczają się po buduarze - z
+mrokiem, pełnym cichej melancholii lipcowego wieczora, wkradające się do
+duszy marszałkowej wyrzuty potężniały, rosły... Samokrytyka zaś własnego
+postępowania zgryźliwie szarpać poczęła jej mózg, coraz to nowemi
+pytaniami ją zasypując:
+
+- Czy starałaś się wniknąć do duszy młodego dziewczęcia, a potem,
+zbadawszy ją, formować i ukształcać? - mówiła ona. - Czy wtedy - pytała
+dalej - gdy po niewinnem dzieciństwie i młodocianych leciech po raz
+pierwszy wstąpiła Ola, już jako dorosła panna, na śliską arenę salonów i
+światowego życia, dałaś ty jej, prócz wskazówek powierzchownych,
+banalnych, jakie przestrogi inne, głębszej, poważniejszej natury?...
+
+A później - gdy rozbawiona, rozmarzona zabawą, flirtami i tańcem, z
+pobudzonymi zmysłami i wyobraźnią, wracała ona do domu z towarzyskich
+balów i zebrań - czy zastanowiliście się wy kiedyś, ty i brat twój,
+January nad tem, co przechodziło tam przez ową młodą główkę, co zapalało
+wyobraźnię jej i w bezsennych nocach może marzeniem ułudnem na
+skrzydłach niezdrowych fantazyj nie pozwalało zamknąć źrenic do snu
+cichego?...
+
+Uczyniliście wy to wszystko? Zastąpiliścież dziewczęciu temu matkę,
+wykonywując wspólnie ten nałożony na was obowiązek, z tą konieczną
+drobiazgowością, z którą w istocie częstokroć nie rachują się
+rodzicielki same?...
+
+Oblicze zadumanej marszałkowej wyrażało teraz ciche cierpienie, żal
+jakby i skruchę, w tym bowiem wewnętrznym, milczącym rachunku sumienia
+coraz cięższe odczuwała winy po swojej i brata stronie.
+
+A raz poruszone sumienie znów pytało dalej nielitościwie: - Czy
+pochwyciłaś ty również te chwile, gdy do krysztalnej młodej dotąd
+jeszcze duszy zapukała miłość, wkradła się tam, i rozkwitła bujnie?
+Czuwałażeś razem z ojcem Oli nad sercem swej pieszczotki? Rozumnem
+słowem, uwagą głęboką, kształciliścież je? hodowali, strzegąc to serce,
+niby kwiat cieplarniany, od temperatury niezdrowej? Myśleliścież wy o
+tem, iż tam, zamiast skromnego, pięknego pączka, o barwie łagodnej, może
+wzrość ukrycie i bezkształtną zajaśnieć purpurą kwiat namiętności cichy,
+wszystko dokoła duszący swą wonią?..
+
+Czy uczyniliście wy to wszystko? - powtórnie, jako konkluzya wątpliwości
+wszelkich, szarpnęło pytanie ostatnie duszą marszałkowej.
+
+Przygnębiona oparła znużoną głowę o poduszkę staroświeckiego mebla.
+
+Odpowiedzieć nie mogła obroną na zarzuty, powstałe w jej myślach za
+podszeptem sumienia - milczała zatem.
+
+- Nie! - szyderczo odpowiedział z kolei rozum!... Wypieściliście tylko
+ulubione swe dziecko, nie odmawialiście mu niczego - osypywaliście
+wszystkiem, czego zapragnęło, znosząc nawet kaprysy, zachcianki i
+urojenia; ustępując woli, którą rozumnie powinniście byli kształcić;
+słuchając - a nie rozkazując!
+
+- O, wy! wychowawcy młodego pokolenia, jakże daleko jesteście od
+powinności swoich!.. zaśmiał się w końcu rozum z goryczą.
+
+Marszałkowa Warnicka, nie ruszając się z miejsca, przymknęła powieki,
+chwilę dłuższą w jednej i tej samej zostawszy pozycyi, wreszcie wstała
+ociężale z miejsca swego i powoli zbliżyła się ku oknu.
+
+Zapalono już latarnie w mieście. Po szerokich - trotuarach
+pierwszorzędnej ulicy snuły się tłumy. Pani Melania wpatrzyła się w nie,
+a w jej myślach jednocześnie szumiało:
+
+- Uderz się w piersi!... Mea culpa, mea culpa! - boś winna, bardzo
+winna!
+
+Zamigotał, zabłysł snopem promieni i iskier miłości płomyk, i dziewczyna
+wyciągnęła ku niemu pragnące ramiona, jak łódź bez steru na morzu
+rozhukanem - dziewczyna, którą wychowałaś - zdeptawszy uczucia drogich
+sobie osób, nie oglądając się nawet za ich błogosławieństwem!
+
+- Zbieracie, coście zasiali! - głos jakiś w uszach marszałkowej
+rozbrzmiewał i rósł, pełen potęgi.
+
+Nagle staruszka cofnęła się wstecz całem ciałem i drgnęła nerwowo. W
+ciszy apartamentów rozległ się w tej chwili pokilkakroć silnie dzwonek.
+
+To był January Gowartowski. Marszałkowa przeczuciem już zgadywała
+przybycie brata, a przetarłszy czoło ręką, z głębokiem westchnieniem
+odstąpiła od okna.
+
+
+W sąsiednim salonie, na odgłos dzwonka, zapalał właśnie mały lokajczyk
+światło, w przedpokoju rozbierał się ktoś i rozmawiał ze służącym.
+
+Pani Melania, wsłuchawszy się pilnie, poznała głos brata. Wysiłkiem woli
+rozpogodziwszy, jak umiała, oblicze, przestąpiła próg buduaru, i weszła
+powolnym krokiem do salonu. W tej samej chwili we drzwiach ukazał się
+przybyły.
+
+Był to mężczyzna, lat koło sześćdziesięciu może, chudy, wysoki, i pomimo
+wieku, trzymający się jeszcze bardzo prosto, oraz gibki, jak trzcina, o
+wyglądzie i układzie delikatnym, zręcznym i dystyngowanym. Twarz January
+Gowartowski miał wygoloną starannie, głowę piękną, z przyprószonym nieco
+włosem, a wąs sumiasty, biały, okalał mu wargi, wygięte nieco dumnie -
+oblicze zaś jego, nacechowane jakby wyrazem wyniosłości, nerwowe,
+zmienne, znamionowało człowieka, na. pierwszy rzut oka, nader wrażliwego
+i uczuciowego może nad miarę.
+
+Ujrzawszy siostrę, podbiegł ku niej szybko i złożył w milczeniu na jej
+ręce pełen uszanowania pocałunek. Przytem spojrzenie Gowartowskiego
+spoczęło na jej twarzy pytająco, i dopiero po przelotnej chwili
+oczekiwania jakby, widząc marszałkową nieco zmieszaną, odezwał się
+pierwszy:
+
+- Odebrałem telegram twój, pani siostro, niepokój przygnał mię tu
+natychmiast... Ola wyjechała podobno, gdzie? po co? na co?.. Czy tylko
+jej co złego się nie stało? może ona chora, groźnie, broń Boże?..
+Powiedz, Melanio, szczerą prawdę, mów prędzej, bo wytrzymać z niepokoju
+nie mogę!.. - drżąco wymówił pan January słowa ostatnie, z akcentem
+prośby, głosem pełnym obawy, i z troską na wyrazistej twarzy czekał na
+odpowiedź.
+
+Tymczasem zmieszanie marszałkowej rosło. Unikając spojrzenia brata,
+rzekła:
+
+- Ależ uspokój się, mój drogi, cóż znowu?.. Upewniam cię, iż Ola
+najzdrowsza się czuje i że zgoła nic złego jej nie grozi...
+
+Twarz Gowartowskiego natychmiast rozpogodziła się i westchnienie ulgi
+podniosło pierś jego, odczuł bowiem szczerość w słowach siostry.
+
+Rzuciwszy opodal kapelusz i podróżna torebkę, usiadł wygodnie na fotelu
+i spokojnym już zupełnie głosem zapytał:
+
+- No, więc cóż, na Boga, stało się z Olą? wyjechała - dokąd?...
+
+- Zmęczonym pewnie jesteś i głodnym - przerwała bratu Melania - może
+kazać dać ci herbaty, przekąski?... - i mówiąc to, przycisnęła guzik
+elektrycznego dzwonka.
+
+- Ależ, ma chčre, - żachnął się trochę niecierpliwie Gowartowski - to
+wszystko zrobimy później, po cóż te ze mną ceremonie; co ci się dzisiaj
+stało, taka nienaturalna jakaś jesteś? - zatrzymał się pan January i
+spojrzał siostrze badawczo w oczy.
+
+- Nakarmisz mnie potem - dorzucił po chwili, z uśmiechem - lecz opowiedz
+mi najprzód, co się tutaj stało?...
+
+Marszałkowa i na to nic zupełnie nie odpowiedziała, bo w tej właśnie
+chwili na progu salonu ukazał się przywołany lokaj. Wszystko, co dotąd
+czyniła, miało za cel zyskać tylko na czasie, po prostu bowiem nie
+wiedziała, w jaki sposób podać bratu smutną i wstrząsającą odpowiedź i w
+jakiej uczynić to formie. Zwróciła się do służącego.
+
+- Zapal lampę w buduarze, a gdyby kto tam przyszedł, to powiedz, żem
+cierpiąca, i nie przyjmuję...
+
+- Wszak prawda - z kolei pytająco na pozór skierowała się do brata - i
+ty zapewne nie masz dziś ochoty widzieć gości?...
+
+Za całą odpowiedź Gowartowski wzruszył z lekka ramionami, jednocześnie
+jednak z pod oka kilkakrotnie spojrzał na siostrę, a z twarzy jego
+pierzchła pogoda.
+
+Coś poza kulisami działo się w tym domu niedobrego, czul to pan January
+nerwami, więc czoło zasępiło mu się i brwi przelotnie zmarszczyły.
+Powstał gorączkowo z siedzenia, nieobecny myślą, szukający zagadki, nie
+rozumiejąc słów siostry, znajdującej się już w oświetlonym buduarze i
+mówiącej coś do niego.
+
+- Co mówisz? nie słyszę... - rzucił po chwili. - Może tu przejdziesz,
+będzie nam wygodniej rozmawiać... - powtórzyła głośniej tym razem
+marszałkowa.
+
+Gowartowski posłusznie podszedł ku drzwiom i przestąpił próg buduaru.
+
+Zamknij drzwi za sobą, mój kochany, i siadaj, proszę cię! -
+bezdźwięcznym głosem odezwała się pani Melania, sama zaś skierowała się,
+by przymknąć drzwi do pokoju jeszcze jedne.
+
+Pan January tymczasem usiadł i ze wzrastającym coraz bardziej niepokojem
+śledził ruchy swej siostry. Teraz był już pewnym, że czeka go coś
+niezwykłego, i złego, tak bowiem ostrożnej i dziwnie postępującej
+siostry dawno już nie oglądał.
+
+Marszałkowa zbliżała się właśnie ku niemu, a usadowiwszy się obok, na
+kanapie, ujęła w obie dłonie ręce brata. Postanowiła w myśli zaraz od
+razu przeciąć drażniące pęta wstępnej rozmowy, rzekła zatem łagodnie i
+serdecznie, wpatrzywszy się rozumnemi i dobremi oczami w twarz brata.
+
+- Przyrzeknij mi przede wszystkiem, mój drogi, że nie zanadto zmartwisz
+się tem, co ci powiem, i zniesiesz wiadomość bardzo smutną, co ci
+zakomunikować muszę - prawdziwie po męsku...
+
+- Ależ dobrze, dobrze, moja kochana... Lecz powiedz-że mi nareszcie, o
+co chodzi, bo siedzę, jak na rozżarzonych węglach, i po głowie latają mi
+wprost niemożliwe przypuszczenia!.. Mów prędzej, błagam - cóż z Olą się
+stało?.. - wybuchnął Gowartowski, ostatnie zaś słowa jego drgały wymówką
+i prośbą.
+
+Wyraz współczucia przemknął po twarzy matrony siwej, i objąwszy rękami
+głowę brata, ucałowała ją czule.
+
+- Ola... już po ślubie... - rzekła równocześnie szeptem.
+
+Gowartowski, jak podrzucony, zerwał się z fotelu, i wzrokiem błędnym na
+marszałkową spojrzał. - Kiedy? jak? co? gdzie? - wykrzyknął w pierwszej
+chwili. - To być nie może!... - dorzucił i urwał... Wpatrzywszy się
+bowiem uważniej w twarz siostry, poznał, iż ona mówi prawdę, po chwili
+jęknął więc tylko cicho:
+
+- Z kim?... i cały, zdawało się, zawisł na ustach pani Melanii... Głos
+zadrżał marszałkowej, gdy, jak mogła najspokojniej, panując nad własnem
+wzruszeniem, odpowiedziała wolno:
+
+- Z Romanem Dzierżymirskim...
+
+- Z Dzierżymirskim... z tym hołyszem... synem tej... tej Włoszki,
+śpiewaczki!... - głos załamał się panu Januaremu, i schwycił się on
+obiema rękami za głowę. - I bez... bez... - tu głos Gowartowskiego
+przeszedł w chrypkę, snać wstrząsająca nowina zatamowała mu dech w
+piersiach - bez mego... pozwolenia... błogosławieństwa!... - wykrztusił;
+dokończył nareszcie, z bólem i gniewem... Twarz przytem znękanego
+otrzymaną wiadomością ojca, dotąd blada bardzo, zakwitła nagle ceglastym
+rumieńcem, nogi zaś widocznie zachwiały się pod nim, gdyż ciężko,
+bezsilnie, upadł na pobliski głęboki fotel.
+
+Powtórnie, z macierzyńską iście troskliwością, objęła głowę stroskanego
+brata marszałkowa Warnicka, jakby ta czuła pieszczota siostrzana ukoić
+pragnęła, choć chwilowo, cios, przed chwilą słowami przez nią zadany.
+
+Lecz Gowartowski odtrącił ją prawie że brutalnie, niepomny niczego, a
+chwyciwszy w dłoni rękę siostry, przemówił zapalczywie, urywanym głosem.
+
+- Jak to? I ty, Melanio, pozwoliłaś na to? ty, na opiece której, niby
+matki rodzonej, zostawiłem moje dziecię? Ty dałaś zezwolenie, nie
+zawiadomiwszy mnie o niczem?
+
+I pan January ponownie z miejsca swego się zerwał, i wykrzyknął
+wzburzony:
+
+- Wiedząc, że temu młokosowi, awanturnikowi odmówiłem dawniej,
+naumyślnie usypialiście czujność moją, by mnie podejść, oszukać, i
+myśleliście może, iż ja to przyjmę post factum, "tak sobie!"
+
+- Ależ zmiłuj się, uspokój ! - pospiesznie przerwała marszałkowa. - Nic
+jeszcze nie wiesz dokładnie, a już obwiniasz innych na chybił-trafił.
+Proszę cię, bardzo proszę, cierpliwości trochę, spokoju, aż opowiem ci
+wszystko, - dodała błagalnie.
+
+Pan January mimo woli ucichł i spojrzał pytająco na siostrę.
+
+- Serce-ż ty moje, posłuchaj, a nie martw się tak okrutnie - drżącym od
+wzruszenia głosem, ze współczuciem, przemówiła znowu pani Melania, w
+nagłem rozczuleniu zatrącając przytem wyraźnie rodzonym ukraińskim
+akcentem, od którego odzwyczaiła się była swą ciągłą bytnością w
+mieście. - Posłuchaj, jak się rzecz miała - zaczęła marszałkowa, i
+ciągnęła tak dalej : - Przede wszystkiem, kiedy już tak boleśnie
+dotknąłeś mię przypuszczeniem, że byłam w zmowie przeciwko tobie,
+wytłumaczyć się winnam... Tak nie było wcale, jak sądzisz; przeciwnie do
+ostatniej chwili ja o niczem zgoła nie wiedziałam...
+
+Jak to? - przerwał siostrze zdumiony Gowartowski.
+
+- Tak, serce, tak, Januarku, ja nic zupełnie nie wiedziałam - powtórzyła
+marszałkowa, z widocznym żalem w głosie - a dlaczego? Dlatego, że oni
+poradzili sobie bez nas... Roman porwał Olę i natychmiast wyjechali
+razem za granicę.
+
+I pani Melania umilkła, wszystko najgorsze już było bratu wiadomem. Pod
+nowym ciosem pochyliła się głowa mężczyzny, i odbiło się na niej jeszcze
+boleśniejsze cierpienie.
+
+- Olu!... Olu!... dziecko moje!.. Jakże zawiodłem się na, tobie! - z
+ciężkiem westchnieniem wymknęło się z ust biednego ojca.
+
+Marszałkowa spoglądała wzruszona na brata. Gniewu jego nie bała się ona;
+uniesienie przechodzi. Lecz czego lękała się dotąd najbardziej, to tej
+rany właśnie, zadanej kochającemu sercu ojcowskiemu przez córkę,
+depczącą przywiązanie do niej silne i bez upamiętania - dla ułudnej
+fatamorgany zmysłowych rozkoszy, dla miłości kwiatów i ponęt...
+
+Pan January, z głową na piersi schyloną, milczał teraz, ukrywszy twarz w
+dłonie. Ze wzrastającem coraz bardziej współczuciem patrzyła wciąż pani
+Melania na brata i myślała:
+
+- 0, dzieci, dzieci, pokolenia młode, jakże wy często i okrutnie ranicie
+serca starych! Przywiązuje się ich jesień smutna do waszych wiosen,
+pełnych wesela, a wy, jak te ptaki, szukające wciąż ciepła i słońca,
+lekkomyślnie rzucacie te serca, tratujecie miłość, zaparcia siebie
+pełną, a pogardzając dogasającemi, popielejącemi iskrami - szukacie,
+garniecie się do ognia, do młodych!..
+
+Przecież i dla mnie pieszczotka Ola była dotąd wszystkiem, lube dziecię!
+
+Tak, lecz od genezy uczucia jej i brata nie biło słońce miłości młodej,
+ptaszyna zerwała jedwabne pęta przywiązań domowych, bo w mroki cichych,
+dotychczasowych jej uczuć, do serduszka dziewczęcego, wdarł się
+promienisty blask potężniejszy, silniejszy! Zwykła kolej rzeczy tego
+świata...
+
+Chcąc przerwać milczenie, pełne dla obojga rozmyślań przykrych, pani
+Melania poczęła mówić znowu przyciszonym głosem:
+
+- Podziękujmy Bogu jeszcze, mój drogi January, że ślubem skończyło się
+to wszystko. Teraz z wolą Bożą pogodzić się należy, i z przeznaczeniem,
+to trudno... - ciągnęła dalej, widząc, że na jej słowa wyrwany z
+głębokiej zadumy brat podniósł głowę i słucha - Nie uwierzysz, ile ja
+przecierpiałam, nim doniesiono mi o tem, że oni gdzieś w pobliżu
+austryackiej granicy, w jakiejś tam wioszczynie ślub wzięli.
+
+- Zkądże masz tę wiadomość? - złamanym i cichym głosem spytał
+Gowartowski.
+
+- Marszałkowa ze smutkiem spojrzała na brata. Serce zabolało ją, jakże
+bowiem innym, odmiennym całkiem, stał się on nagle teraz, po odebraniu
+wiadomości, tak dlań wszechstronnie bolesnej. Powoli, miękko, opowiadać
+mu ona poczęła stopniowo wszystko.
+
+A więc, o ucieczce Oli, o własnych cierpieniach, o tem, że z tak
+licznych znajomych prawdy nie domyśla się dotąd nikt jeszcze, o
+Ładyżyńskim...
+
+Pan January, przybity, słuchał teraz słów siostry pokornie, jak dziecko,
+nie odzywał się już wcale, trudno zaś było zaręczyć, czy w myślach
+bezustannie zatopiony - słyszał.
+
+Skończywszy swą opowieść, marszałkowa rzekła:
+
+- Bóg mi świadkiem, iż nic winną nie jestem... Po wyjeździe twoim i
+odmowie, którą dałeś Dzierżymirskiemu, gdy oświadczył się o Olę przed
+paru tygodniami, nie przyjmowałam go wcale. Gdzie widywał się z Olą, jak
+i kiedy ułożyli ze sobą wszystko? Dotychczas żadnego o tem nie mam
+pojęcia. Cóż robić - wola Boska!..
+
+Gdy marszałkowa wymawiała te ostatnie wyrazy, instynktownie przysunęła
+się do brata, chcąc pocieszyć go zapewne, lecz w tej samej chwili
+spojrzenie jej padło na drzwi od salonu, i drgnęła nerwowo. Zdało jej
+się, że ktoś dotyka właśnie klamki...
+
+Rzeczywiście, w sekundę później rozległo się trzykrotne pukanie, w ślad
+za tem zaś służący zawiadomił, że podano kolacyę i herbatę.
+
+- Czy masz ochotę jeść teraz? - spytała łagodnie brata pani Melania.
+
+Pan January, machnąwszy poprzednio ręką, zrobił głową ruch negatywy,
+pełny obojętności i zniechęcenia.
+
+Marszałkowa westchnęła cicho.
+
+-Będziemy jedli później! - rzuciła głośno.
+
+Po drugiej stronie drzwi buduaru zaintrygowany lokaj schylił się i
+spojrzał przez dziurkę od klucza, poczem jeszcze bardziej zaciekawiony
+przyciszoną rozmową, której wątka schwycić nie mógł, postawszy chwilę,
+oddalił się na palcach by zakomunikować wiadomość tę pozostałej służbie.
+
+Z dobrą godzinę, a może i więcej jeszcze, minęło nim roztworzyły się owe
+drzwi buduaru, i wyszło z niego rodzeństwo. Jakież jednak było zdumienie
+domowników, gdy zamiast spożyć wieczerzę, oboje rozeszli się do swoich
+komnat, nie tknąwszy jej wcale.
+
+I późno potem w apartamentach marszałkowej Warnickiej paliły się dwa
+światła.
+
+Długo, bardzo długo, na klęczkach przed zapaloną lampką i wizerunkiem
+Matki Bożej modliła się gorąco polska matrona, zanosząc prośby do nieba.
+Ukrywszy głowę w dłonie, rozmyślała ona o ulubienicy swej, Oli, modliła
+się za nią, za brata wreszcie, by mu los przyszłość osłodził. W końcu
+światło u niej zgasło. Zmęczona wrażeniami ciężkich trzech dni
+ostatnich, staruszka zasnęła twardo, pojednana z przeznaczeniem -
+wzmocniona modlitwą...
+
+Inaczej się działo w komnacie Gowartowskiego. I on po niejakim czasie,
+zmęczony jednostajną po pokoju wędrówką, zgasił lampę, ułożywszy się do
+snu.
+
+Lecz sen - ukoiciel daleko odleciał od znękanego starca.
+
+Przez wielkie okno wkradało się półświatło usianej gwiazdami nocy
+letniej, sennej i cichej; mrugające na niebie gwiazdy zaglądały do
+wnętrza - komnaty, położonej na dole i zwróconej ku ogrodowi, a
+zawisłszy nad łożem, wpatrywały się błyszczące, pytań niedyskretnych
+pełne, w pobladłe lica bolejącego tu człowieka.
+
+0! jakże noc ta polska, swobodna, zadumana i jasna była inną dla
+zapomnianego ojca, a jak inna, choć ta sama, rozpięta na włoskiem
+niebie, dla dwojga młodych w Wenecyi!...
+
+Tam, w upojeniu, w miłosnej ekstazie, dwie dusze, dwa młode istnienia
+zlewały się w jedno!... Na zegarach ich przeznaczeń teraz właśnie biła
+może zgodnie aksamitnymi cichymi tony, ziemska ułudna szczęścia
+godzina...
+
+A tu?...
+
+Z cierpieniem i bólem sam na sam borykał się starzec, tłumiąc łzy,
+cisnące mu się gwałtem do oczu...
+
+Bo czyż, zaiste, to dziecię własne, drogie, nie sponiewierało go
+bezlitośnie? Czyż za tyle lat ojcowskich trudów, miłości i zaparcia się
+siebie, on, rodzic kochający, jak rzadko który może, zasłużył tego
+ostatecznego, pogardliwego zdeptania?
+
+Więc on wobec córki własnej nic nie znaczył? Błogosławieństwo jego jest
+niczem, pozwolenie - zerem! On sam zaś, jego własne "ja," którego
+odzwierciedlenie niezatartem, zdawało mu się piętnem, odbite było na
+duszy Oli, także okazało się tak słabem tylko? 0! do jakiego stopnia
+słabem nawet, kiedy nie potrafiło oprzeć się nowemu uczuciu -
+intruzowi!...
+
+Uśmiech gorzki, boleści pełny, przemknął się po ustach Gowartowskiego.
+
+- Więc nic trwałego na tym padole! - myślał - wszystko marnością...
+rozwiewającym puchem!... Więc drogie kamienie, perły uczucia, powstałe w
+ojcowskiej duszy z tysiącznych życia szczegółów, cicho wyrosłe tam
+kwiaty trwałego rodzicielskiego przywiązania, z góry już skazane być
+muszą niemiłosiernie, by zwiędnąć zapoznane...
+
+Ach, jakże on, naiwny, dalekim był myślą od tego! Jakiemże przykrem
+rozczarowaniem była dlań ta naga rzeczywistość, brutalna, bez zasłon,
+choćby konwencyonalnych tylko!
+
+Gowartowski ścisnął głowę rękami, zdawało mu się bowiem, iż ona pęknie
+od myśli, cisnących się, jak nieproszone tłumy... Subtelny umysł jego
+giął się pod ich naporem, szumiał, niby rój brzęczących, dokuczliwych
+owadów.
+
+Nagle, jakby dziwnym wpływem reakcyi, w głowie leżącego zapanowała
+próżnia...
+
+Gowartowski na małą sekundę tylko przestał myśleć...
+
+I natychmiast zręcznie z chwili tej skorzystała samowiedza.
+
+- Przypomnij sobie własną przeszłość - szepnęła - bądź wyrozumiałym!...
+Poszukaj dobrze, a niewątpliwie znajdziesz tam moment, analogiczny z
+chwilą obecną!...
+
+Wszak młodość ma swoje silne prawa, każdy w tym czasie korzysta z nich,
+a starość, ubrana w pożółkłe, lecące liście jesieni życia, swą głowę
+srebrną pochylić zawsze musi przed jej oślepiającym blaskiem, pomna, że
+i ona kiedyś taka sama była.
+
+I pan January wysiłkiem woli uprzytomnił sobie nagle minione lata swoje,
+wpatrzył się w nie na chwilę...
+
+- Nie, nie!... - wołać poczęło we wzburzeniu całe jego jestestwo.
+
+Tego, co go dzisiaj spotykało, nie było tam zgoła. On szanował sędziwy
+wiek, przywiązania starych nie tratował; choć kochał i szalał, jednak
+zawsze godził jedno z drugiem.
+
+Tu zaś obecnie działo się zupełnie co innego. I Gowartowski w tej samej
+chwili odwrócił się do ściany, a przymknąwszy machinalnie powieki, i
+jakby chroniąc słuch od jakichś odgłosów, jak dziecię wcisnął w poduszki
+głowę swą siwą. Bo nagle zdało mu się wyraźnie, że czyn Oli przyoblekł
+się w słowa i w pustych, cichych ścianach pokoju krzyczy wielkim głosem:
+
+- Idź w kąt, stary niedołęgo! Czyż ja potrzebuję ciebie się pytać? Ja
+chcę żyć, kochać! Pragnę za męża mężczyzny drogiego sercu, a tu ty
+myślisz mi przeszkodzić?...
+
+W ciszy pokoju, w uśpieniu letniej nocy, rozległo się bolesne, stłumione
+łkanie - starzec płakał...
+
+Dawno niezmoczone łzą sędziwe męskie powieki, zaszkliły się rosą -
+stroskanego ojca uniósł ból począł rozsadzać piersi.
+
+A jednocześnie przywidziało mu się, jakby w halucynacyi nagłej, że oto
+skądsiś nagle, do ciasnych ram sypialni wpada, jak huragan, dziwny
+rydwan złocisty... Przytuleni, zrośli jakoby ze sobą, siedzą na nim
+Roman i Ola, zapatrzeni w siebie, nie widząc nic dokoła.
+
+Rydwan zaś wspaniały zbliża się coraz bardziej...
+
+Ciągną go ogniste piękne rumaki białe, a po jego stopniach, ozdobach i
+kobiercach, wszędzie sypią się kwiaty; zasypują go, pochłaniają...
+
+Muzyka wesoła, skoczna, zagłusza tymczasem tętent koni - nad zakochaną
+parą młodych roje cherubów unoszą się w górze, skrzydełka ich szumią
+radośnie, a czarowna miłość toruje im
+drogę!...
+
+I Gowartowskiemu zdaje się równocześnie, że pojazd ten wprost na niego
+wpada.
+
+Tak jest, wyraźnie, wyraźnie!...
+
+Czuje bo oto na piersiach swych bolesne grubijańskie uderzenia kopyt
+końskich...
+
+Ach!...
+
+To koła rydwanu przemknęły po nim zwycięsko!...
+
+Zaszumiało... Posypały się znowu wonnym deszczem kwiaty, muzyka głośniej
+zabrzmiała.
+
+Minęła chwila...
+
+Ucichło wszystko, znikło i tylko jeszcze w milczeniu echem ostatnim
+zadrżał miłośnie pocałunku szmer...
+
+Pojechali.
+
+Zimny pot zaperlił się na czole Gowartowskiego. - Przez myśl przemknęło
+mu słowo: Waryuję?...
+
+Lecz niebawem znowu powróciła myśl zbłąkana.
+
+I cierpienie natychmiast ukłuciami drobnemi ranić go ponownie zaczęło.
+
+Powtórnie, umilkłe na drobną chwilę, jak przypływ morza,
+niepowstrzymany, powrotny, rozległo się w cichym spokoju komnaty
+zduszone łkanie...
+
+Szerokiem korytem rozlewała się boleść upokorzonego, zranionego
+ojcowskiego serca, i przez otwarte okno cicho płynęła eterami, w dal...
+
+Na dworze ściemniło się tymczasem; gdzieniegdzie na czystem niebie
+pojawiły się małe chmurki, przesłoniły zaglądające ciekawie do pokoju
+gwiazdy...
+
+Cienie rozkładały się obecnie w sypialni, a z nimi powoli, zmęczeniem
+snać zwyciężane i wyczerpaniem, milkło bolesne łkanie starca,
+przechodząc stopniowo w płacz cichy. Cóż stało się powodem tego
+ukojenia, działającego łagodnie, jak balsam, na znękaną cierpieniami
+duszę stroskanego ojca?
+
+Może to było przywidzeniem tylko, jednak w majaczących, coraz więcej
+zasiedlających pokój półcieniach, na ich tle widoczna zarysowała się
+niewyraźna jakaś postać, nachylona ze współczuciem...
+
+Któż to był tak niepochwytny, z eterów zaledwie złożony cały? Mara, czy
+złudzenie?
+
+Jednocześnie jakiś dziwny szelest jakby rozległ się również po pokoju...
+Z przytłumionym szelestem, jednostajnie, kropla po kropelce spadało coś
+w pewnych od siebie odstępach, za spadnięciem zaś każdej kropli rozlegał
+się w cichej komnacie jakiś pełny, oddzielny, harmonijny ton stłumiony -
+grała jednolita, oderwana, melodyjna nuta.
+
+Cichła - i znów to samo czyniła druga, trzecia, czwarta...
+
+Cóż to było na Boga? Czary, czy też tylko igraszka cieni i słuchu?..
+Nie. To niewidzialny dla ludzkiego oka, przywołany ze sfer niebieskich
+prawdziwem cierpieniem, spłynął był Anioł pocieszenia, a siadłszy cicho
+przy łożu szarpiącego się z hydrą bólu starca, niósł mu ukojenie - od
+Boga!...
+
+Ściany pokoju tymczasem coraz ciszej grały swą muzykę dziwną...
+
+To ostatnie, do czary konchowej w dłoniach Pocieszyciela, zmieniając się
+tam w piękne drogocenne perły, spadały z oczu człowieka-ojca - łzy...
+
+
+
+
+------------
+
+
+Nad lekko zmarszczoną, a mieniącą się jeszcze w zielonkawe blaski
+powierzchnia Adryatyckiego morza, daleko na widnokręgu, łagodniała coraz
+bardziej czerwona wstęga zachodu, aż znikła, spełzła zupełnie, wyparta
+mrokiem idącego wieczoru.
+
+W zakładzie kąpielowym, na Lido, zapóźnieni, w rozmaitych kostyumach
+goście, powoli, stopniowo, zdążali do kabin swych, aż objęta palami i
+sznurem ogromna przestrzeń morza, przeznaczona na kąpiel, zupełnie
+opustoszała niebawem.
+
+Natomiast na werandzie pośrodku zakładu, na rubieży kąpieli, zaroiło się
+od gości, spragnionych wypoczynku.
+
+Odcinając się od innych wysoką, smukłą swą postawą i dystynkcyą,
+zmierzający do wolnego miejsca tuż pod balustradą, nad morzem,
+przeciskał się pomiędzy licznymi zajętymi już stolikami, Roman
+Dzierżymirski, w ubraniu całem białem, licującem bardzo korzystnie z
+piękną śniadą twarzą jego i czarnym zarostem. Znalazłszy w korku wolne
+miejsce, usiadł i kazał podać sobie napój odświeżający, a zdjąwszy
+zarazem biały kapelusz - z tegoż materyału, co odzienie zrobiony -
+spojrzał wokoło...
+
+Przytłumionym szmerem rozmów, prowadzonych w przeróżnych językach,
+brzęczał w jego uszach, jak rój owadów, zebrany tłum; na pięknego, a
+samotnego cudzoziemca spoglądało ciekawie i zalotnie kilka siedzących
+opodal, przystojnych Włoszek o grubych zmysłowych wargach i dużych,
+błyszczących, czarnych, jak węgiel, oczach.
+
+Dzierżymirski przetarł czoło ręką, i popatrzył z kolei przed siebie.
+Otulone już mgłami zmierzchu morze marzyło jakby zadumane. Przyciszonym
+łoskotem uderzało o brzeg falą, mówiło coś, szeptało...
+
+Na pokarbowanej, coraz bardziej ciemniejącej jego fali ścigały się teraz
+mroki, jakieś cienie tajemniczo pływały po niem, gwarzyły ze sobą gdzieś
+w oddali, a tłumione ich głosy niósł echem łagodny szmer fali...
+
+Tęsknym wzrokiem wpatrzył się Dzierżymirski w bezmiar wód Adryatyku,
+zdało mu się bowiem, że wśród tych otaczających go, obcych ludzi, ono
+jedno brata się z nim obecnie, i przyjacielskiem uchem myśli jego
+słucha.
+
+A Roman całkiem swobodnie poddać się im mógł po raz pierwszy od bardzo
+dawna; nie oczekiwał bowiem na nikogo, był sam zupełnie; żonę, cierpiącą
+na migrenę, pozostawił w hotelu na własne jej żądanie.
+
+Dotąd zaś po prostu nie miał czasu pomyśleć, wniknąć w siebie.
+
+Od chwili przyjazdu Romana do Wenecyi mijało dwa tygodnie, a w całym tym
+okresie, upojony haszyszem miłości dzielonej, przykuty do Oli złotymi
+łańcuchy uczucia, wprzągnięty w oszałamiające, ułudne jarzmo chwil
+miodowych - śnił on, spał, żyjąc życiem nie rzeczywistem, ale jakiemś
+innem, oderwanem, lśniącem się li tylko jasnością, promieniami i
+blaskiem.
+
+Prócz tego, jednocześnie doznawał on i wrażeń innych, subtelniejszych.
+Były zaś niemi: po pierwsze, wrażenia czysto zewnętrzne, a więc ciągłe,
+bezustanne pobudzenie poczucia piękna, wyzwane zetknięciem się z sztuką
+tego zakątka pamiątek Italii; - wewnętrzne, a tym razem również w
+ścisłej pozostające łączności z osią wszystkiego dlań teraz - z Olą.
+
+Dzierżymirski z licznych dotąd miłostek obeznany był dobrze z kobietami,
+po raz jednak pierwszy odczuwał to, co dziś...
+
+Bo dotąd tak zwykle zdarzało się zazwyczaj; że on był w miłości zawsze
+prawie nastrojonym na silniejszy diapazon, a kobieta bierniejszą była -
+poddawała się tylko sile jego uczucia.
+
+Teraz zaś działo się wręcz przeciwnie: to on czuł się więcej pragnionym
+i kochanym - to on poddawał się sile szałów, pożądań...
+
+Po stronie kobiety była widoczna przewaga, Roman zaś nurzał się w tej
+czystej toni niepokalanego dotąd niczem uczucia, jak w źródle świeżem,
+krynicznem nowego złotego życia, odmładzał się w niem, orzeźwiał, i
+upojony, odurzony - zasypiał życie, marzył i śnił, wchłaniając w siebie
+całą moc i potęgę skierowanej ku niemu miłości.
+
+A jednak, wszak i on kochał Olę: Któż by wątpił o tem, gdyby tylko mógł
+spojrzeć na ukrytą, starannie od ludzkiego oka, a zapisaną kartę jego
+tak niedawnej jeszcze przeszłości.
+
+W tej chwili Roman, przeżywając jakby w myślach swych, poza
+teraźniejszością i lata minione, wzdrygnął się, brwi zmarszczył, i
+machinalnie spojrzał przed siebie.
+
+Zupełnie spowił już morze mrok ciemny. Hen, daleko, błyszczały światła,
+pozapalane na niewidzialnych prawie gołem okiem parowcach. Trzy z nich
+mrugały już na kołyszącym się wodnym obszarze, po chwili zabłysło
+czwarte, piąte...
+
+Lekki wietrzyk wionął po fali, poruszył się zadumany wód olbrzym,
+zakołysał, zaszumiał tajemniczo głośniejszym, niż dotąd, chórem
+podszeptów, szelestów i szmerów - melodyjnie zagrał...
+
+U stóp Romana silniej zapluskały fale.
+
+W uderzeniach zaś ich, teraz już zupełnie bliskich, wyraźnych,
+powtarzających się co chwila, jakiś ukryty, szyderczy, szemrzący jakby
+głos wołał, zda się, gdzieś z głębin dalekich:
+
+- No, i cóż, przywłaszczycielu cudzego złota, dobrze ci z niem, co,
+nieprawdaż? Ubóstwiają cię, grasz rolę milionera!
+
+Ha-ha!-ha-ha!.. z kolei zaśmiały się nagle wody.
+
+- Myślisz może, że teraz, dotykając się już pieniędzy innych,
+wytłumaczonym przez to jesteś? Że zapomniano, zagrzebano twą tajemnicę?
+
+- Ha-ha!-ha-ha!.. - śmiało się morze ironicznie, i dalej znowu szydziło:
+
+- A widzisz - zbladłeś! Ty dotychczas pewnym byłeś, że nikt nic nie wie
+o tem!..
+
+- A ja wiem, dobrze wiem!... - szyderczo zaśmiało się morze, a śmiech
+ten wód ogromy coraz głośniej przedrzeźniać poczęły.
+
+Teraz już całe morze bezlitośnie drwiło.
+
+Naraz głos Adryatyku ustał i cichym szeptem zaszemrała fala:
+
+- Nie bój się! ja żartuję tylko... nie trwóż się, ja cię nie zdradzę...
+
+- Patrz, jakie głębie kryją się w mem łonie jak wielkiem jestem ja!..
+
+- Tajemnicę twą zachowam, zginie ona w obszarach, w bezdnach utonie...
+
+- Nie powiem, ci... cho będę... ci... cho... - zaszeptała znów fala, i
+szept ten powtórzyły fal miliony...
+
+I jak śmiech szyderczy, tak i teraz ten półszept cichy, stłumiony,
+drżący, szedł znowu po łuskach fal, tajemniczy, straszny...
+
+Nie... po... wiem!.. ci-cho będę, ccci-cho...
+
+Nerwy Romana zadrgały; podrażniły go te dziwne głosy Adryatyku, odsunął
+krzesło na drugi koniec stolika, podparł rękami głowę, a zatkawszy uszy
+przed pomrukiem wód, wzburzony jeszcze, blady, zadumał się głęboko.
+
+Przeszłość, wywołana chwilą samotności, i dziwnymi morza pogwary, świeża
+i żywa, niby wczorajsza, stanęła mu przed oczyma, jak widmo.
+
+Na ubogiem poddaszu, ujrzał zatem siebie budzącym się po śnie strasznym!
+
+Dwa już lata od tej chwili mijały. A co on od owego czasu przecierpiał,
+przeżył, przewalczył! - nie zliczyć!..
+
+Długo nie tknął wówczas cudzych pieniędzy; tajemniczy portfel leżał pod
+kluczem, pozornie zapomniany.
+
+A on ciągle walczył ze sobą!..
+
+Nie zanosił jednak zguby do biura policyjnego, sam osobiście właściciela
+nie szukał. Czekał...
+
+Pod tym względem niepokojąca, tłocząca swą zagadką, głucha panowała
+cisza.
+
+W żadnem piśmie nie było wzmianki o zgubionym pugilaresie - nikt o tem
+władzom nie doniósł...
+
+A on wciąż szalał.
+
+Wreszcie wyczerpały się wszystkie jego własne fundusze, parę ostatnich
+lekcyi stracił bezpowrotnie; głód zajrzał do jego izdebki... Nie było
+rady, napoczął wówczas cudzego złota.
+
+Jakby to było wczoraj, dziś zaledwie, pamięta wyraźnie te tygodnie
+męczarni, bojaźni, wyrzutów, gdy siłą okoliczności zmuszonym został
+"żyć" z mienia przywłaszczonego... Pamięta swą trwogę dziecinną przy
+zmianie pierwszej sztuki znalezionych pieniędzy, i innych, następnych...
+Widzi siebie, jak naumyślnie zmieniał je na drugim końcu miasta, jak bał
+się wtedy własnego cienia, i tak dalej, tak dalej!..
+
+Każda drobnostka żywo, jawnie staje mu przed wzrokiem.
+
+A później znowu w murach rodzinnego miasta wytrzymać już nie mógł!..
+
+Wyjechał. Błąkał się za granicą długo, bezmyślnie, aż dotarł do
+Monte-Carlo.
+
+Tam, opanowany gorączką złota, widząc, jak strumienie jego, rzeki całe,
+płyną hojnie wokoło - do gry w ruletę rzucił się z zapałem.
+
+Początkowo miał szczęście szalone. Cudzy pieniądz dwoił się, troił
+cudownie, pewnego poranku jednak przegrał wszystko co do grosza. Nie
+stracił jednak odwagi. Dawszy się już poznać w domu gry, jako człowiek
+bogaty i nierachujący się wcale z groszem, oraz rozpowszechniwszy
+fałszywą pogłoskę o olbrzymich swych jakoby dobrach, pożyczył u
+poznanego amerykańskiego miliardera trzykroć sto tysięcy franków.
+
+Poręczył za niego pewien lord angielski, z którym się on, Roman,
+poprzyjaźnił bardzo. Począł grać... Pieniądze Amerykanina, (który,
+mówiąc nawiasem, wygrywał w tym sezonie sumy olbrzymie), przyniosły mu
+szczęście.
+
+Dzięki parokrotnym, a nader rzadkim i nieprawdopodobnej długości seryom
+"rouge", oraz kilku wygranym "en plein", pewnego dnia ujrzał się panem
+miliona franków. Uśmiech fortuny oszołomił go na razie. Począł grać ze
+zdwojoną energią i ryzykiem.
+
+Znowu wygrał kilkakrotnie, lecz z kolei niebawem począł znowu
+przegrywać, z przerażającą szybkością. Opamiętał się. Przyszła chwila
+rozwagi; oddał dług milionerowi zza oceanu i wyjechał. Względnie był
+jeszcze wygranym, i to dostatecznie. Przywoził z sobą do kraju blizko
+sześćdziesiąt tysięcy, a wyjeżdżając miał tylko dwadzieścia kilka.
+
+Wówczas rozpoczęło się dlań nowe życie...
+
+Przede wszystkiem wracał spokojny. Niezrozumiały na razie, subtelny
+bardzo, posiadający jednak pewną podstawę ściśle logiczną, owładnął nim
+wtedy w duszy proces dedukcyjny, i zwyciężył.
+
+Roman Dzierżymirski, cały pogrążony w swych wspomnieniach, odsłonił
+twarz, machinalnie powstał, i oparłszy się o balustradę, wpatrzył w
+bezmiar morza, coraz ciemniejszy i cichszy.
+
+- Tak, zwyciężył! - myślał Roman dalej. Zdawało mu się bowiem wówczas,
+że nie jest tak bardzo winnym.
+
+- Te pieniądze są teraz moje, "prawdziwie" moje - powiedział sobie
+wtedy, doszedłszy do tej pewności całem poprzedniem skojarzeniem
+wywodzeń. A mianowicie: Złoto znalezione wszak przegrał; stopiło się
+ono, znikło, zlało w całość jedną z morzem przegrywanych w jaskini gry
+pieniędzy. Mienie zaś jego obecne - to była tylko wygrana z pożyczki
+Amerykanina, a zatem suma grosza, niemająca już bezpośredniego,
+dotykalnego związku ze znalezionym portfelem.
+
+Jemu, Dzierżymirskiemu, w dziedzinie sumienia wyrzutów, dociekań,
+zwątpień, ubywał jeden szkopuł poważny - nie dotykał się on już wyjętego
+z "cudzego" pugilaresu grosza. Niezaprzeczenie przytem należał do niego
+ten pieniądz, ślepą igraszką losu nabyty; podwaliną zaś, przeszłością
+tylko fortunki tej było przywłaszczenie.
+
+Pozostawał fakt, wprawdzie już daleki, znalezienia i nieoddania -
+pozostawało niezmienne przekroczenie etyki ludzkiej, i uczciwości ze
+strony jego, jako jednostki społecznej - niczem niestarta, wieczna tego
+plama, ale w ówczesnem przynajmniej przekonaniu jego, to wszystko
+znośniejszem, nie tak piekącem, lżejszem bez porównania było od
+odległego strasznego wczoraj.
+
+Z głową podniesioną zatem do góry, pokrzepiony powyższymi w swoim
+rodzaju sofizmatami, rozejrzał się wówczas po świecie i począł działać.
+Rozpowszechniwszy, za pomocą ponownie odnalezionego przyjaciela i
+dawnego kolegi-światowca, pogłoskę o dziedzictwie niespodzianem, a dość
+pokaźnem, po stryju, zmarłym w Stanach Zjednoczonych, rzucił się w wir
+zabaw eleganckiego świata, w celu zbliżenia się do Oli. Dopiął togo,
+zawładnąć jej sercem potrafił, oświadczył się o jej rękę, odrzuconym
+został, i...
+
+Powierzchnia morza spokojną już była. Obojętna całkiem równomiernie i
+łagodnie uderzała fala o podnóże werandy - milczała cicha...
+
+Dzierżymirski obudził się ze swych myśli, zanurzył ręce w bujnej
+czuprynie, głową wstrząsnął, jakby pragnąc odpędzić roje wspomnień, i
+odwrócił się od wodnej toni.
+
+Publiczności nie było już prawie, po platformie kawiarni, ziewając,
+przechadzała się służba. Zawoławszy kelnera, Roman rzucił mu dużą
+srebrną monetę, i odprowadzony głębokim jego ukłonem, opuścił zakład
+kąpielowy.
+
+Niebawem znalazł się na drodze szerokiej, ocienionej drzewami, z
+szerokiemi po bokach alejami dla pieszych.
+
+W umyśle jego cichł szept przeszłości, niepostrzeżenie, stopniowo,
+obrazy jej niknęły - teraźniejszość wracała... Przed wzrokiem mężczyzny
+mignęła naraz rozkosznie sylwetka Oli; pragnienie miłości, życia, silnie
+nim owładnęło.
+
+Śpieszył się.
+
+Odpędził natrętnego wyrostka, zachwalającego mu świeże ostrygi i jakieś
+ślimaczki nadzwyczajne; niebawem żachnął się znowu niecierpliwie,
+ujrzawszy zastępującego mu drogę rozczochranego starego Włocha, z
+maneżkami, pełnemi pieczonych homarów i drobnych raczków.
+
+Po bokach drogi, w licznie rozsypanych restauracyach, roiło się od
+spożywających i zapijających wino ludzi, z oddali dolatywało echo
+muzyki. Roman, przyśpieszając bezustannie kroku, wyrzucać teraz począł
+sobie, że zostawił żonę samą; niepokoiła go myśl uporczywa, iż nie
+cierpi ona może na migrenę, lecz, że to początek zapewne słabości
+zupełnie innej; wszak wszystkie choroby zazwyczaj rozpoczynają się bólem
+głowy.
+
+Po co tu przyszedł?... By bezużytecznie odgrzebywać minione chwile? Ależ
+to nonsens zupełny. A tam ona, Ola, sama zupełnie - niewątpliwe chora!..
+
+Miłość pani, z całem bogactwem bezpodstawnych swych wzruszeń i
+niepokojów, zawładnęła niepodzielnie Dzierżymirskim.
+
+Spojrzał na zegarek - dochodziła dziewiąta. Przed nim już bardzo blisko
+widniały dwie małe platformy przystani; pełne były ludzi, przed jedną z
+nich stał parowiec, gotowy do odejścia. Dzierżymirski w obawie, że się
+spóźni, puścił się pędem, i spotniały dobiegł do przystani w tej samej
+właśnie chwili, gdy na pokład odrzucano już sznur gruby, przytrzymujący
+parowiec. Wskoczywszy nań szybko, Roman znalazł się pomiędzy natłoczoną
+ciżbą ludzi, jak głośny rój pszczół gwarzącą pomiędzy sobą, ze śmiechem
+i giestykulacyą.
+
+Otarłszy pot z czoła, Dzierżymirski wsparł się o poręcz balustrady
+pokładu. Boki statku łagodnie pruły fale; oddzielona ciemną tonią, w
+bliskiej już odległości mrugała kręgiem świateł rzucona na wód obszary
+Wenecya.
+
+Podniósłszy do oczu dalekonośną lunetę, wpatrzył się Roman w rząd domów,
+położonych nad brzegiem, ku któremu szybko płynący parowiec zbliżał się
+coraz bardziej. Szukał hotelu swego, i okna pokoju, gdzie pozostawił
+Olę.
+
+Okno komnaty tej właśnie otwartem było szeroko. W ramie zaś jego stała
+kobieta, szatynka, smukła, o jasnem, habrowem spojrzeniu podłużnych,
+mieniących się oczu, o piersiach wypukłych, wznoszących się jak fala, a
+kształtach ponętnych, pełnych, jakby pragnących gwałtem wydostać się z
+ciasnych ram opiętej, białej, pikowej sukni. Małe wklęśnięcia po obu
+stronach wązkich usteczek zdradzały przy uśmiechu rozkoszne dołeczki,
+rączka maleńka i dystyngowana całość postaci mówiły wyraźnie o rasie
+młodej osóbki.
+
+Ola, wypocząwszy w łóżku godzin kilka, wstała właśnie przed chwilą,
+czując, że nerwowy, spowodowany upałem i zmęczeniem ból głowy ustaje.
+Pragnęła po za tem rozerwać trochę myśli, z wyjściem bowiem Romana
+zasnęła i śnił jej się rodzinny Gowartów i ojciec, jak żywy, tylko jakiś
+smutny i zbolały.
+
+I po przebudzeniu myśl Oli pobiegła stąd daleko... Mimo woli sama
+uleciała do ojczystych obszarów i jarów. Powonienie jej podrażnił
+wyraźny zapach polnego kwiecia, ziół i bodjaków, w uszach zabrzmiała
+melodya cicha szumiących borów, kołyszącego się miarowo stepu - smętna
+rodzinna Ukraina, z poza setek mil, ogarnęła ją tu, pod włoskiem niebem,
+poczuła, zda się, powiew jej, tęsknoty pełny, do uszu zaś doleciało
+jakby ginące echo żałosnej dumki, śpiewanej nieuczonym głosem
+mołodycy...
+
+I smutek ogarnął Olę... Czy wróci tam kiedy, czy wróci?
+
+Wszak podeptała wszystko - jednem szarpnięciem się zerwała wszelkie
+więzy - sama otworzyła sobie przemocą bramę do wymarzonego szczęścia.
+Tak jest. Bo Ola czuła się przecież rzeczywiście szczęśliwą.
+
+- Biedny ten ojciec jednak, który po swojemu, jak umiał, tak ją kochał
+- myślała dalej. - A droga ciotka Melania i przyjaciel ich, Ładyżyński?
+Gdzie Gowartów, z którym zrosła się jej dusza cała? Co się tam dzieje?
+Gdzie oni teraz, ci wszyscy, tak dotychczas sercu drodzy?..
+
+Rozpamiętując w ten sposób przeszłość, przepędziła Ola z godzinę.
+
+Moc upajającej rzeczywistości tak silną była, jednak, że stopniowo
+ścierać poczęła wrażenie snu i ożyłe chwilowo wspomnienia. Obecnie
+stojąca w oknie młoda kobieta myślą daleką już była od tego wszystkiego.
+Obejmując wzrokiem panoramę portu i morza - oświetloną Wenecyę, wysepkę
+z kościołem S-to Giorgio Maggiore, oraz kanały z mknącemi cicho po nich
+licznemi gondolami, - Ola z niecierpliwością wypatrywała Romana.
+
+Pragnęła już bowiem widoku męża. Przedłużona nieobecność
+Dzierżymirskiego i w jej duszy zasiała ziarnka niepokoju; tęskniła już
+za jego pieszczotą, zapragnęła czułości i pocałunków...
+
+Wziąwszy lornetkę, przyłożyła ją Ola do swych oczu, ścigając po chwili
+widnokrąg spojrzeniem. Pierś jej przytem unosić się poczęła miarowo,
+usteczka zaś zdawały się całować przestrzeń, rozchylone, proszące...
+
+Zniechęcona, odjęła niebawem lornetkę od oczu. Jakiś statek w kierunku
+Lido zbliżał się wprawdzie, lecz znajdował się jeszcze tak daleko...
+
+Ola odstąpiła od okna, i szeleszcząc jedwabiami swych spódniczek,
+poczęła niecierpliwie przechadzać się po pokoju, pytając sama siebie:
+
+- Któż widział spóźniać się tak dalece? Widocznie zobojętniała już ona
+Romanowi, czyż to jednak możliwe? Wszak tak niedługo trwa ich
+szczęście...
+
+Myśli ostatnie i wątpliwości śmiesznemi widocznie zdały się młodej
+kobiecie, bo po zastanowieniu się twarz jej poweselała, a w ciszy pokoju
+rozległ się śmieszek srebrzysty. W ślad za tem zapaliła dwie świece i
+przystąpiła do dużego lustra. Długo, z lubością, wpatrywała się w
+nadobne własne oblicze. Przymknąwszy z lekka powieki, lecz tak, by mogła
+widzieć siebie, przegięła swą ładną główkę i kibić nieco w tył, oraz
+rozchyliła usteczka...
+
+Kształty postaci jej całej uwypukliły się ponętnie; w pozycyi tej
+zatrzymała się chwilę... Uśmieszek zwycięski przewinął się niebawem po
+drobnych wargach pięknej kobiety; podniosła do góry ręce, łasząco, jak
+kocię, wyprężyła naprzód swe ciało, i uczyniwszy gest, podobny do
+przeciągającego się po śnie człowieka, wymówiła głośne: Aaaa...
+
+Po chwili zaś, poprawiwszy poprzednio zalotnie tualetę swą i włosy,
+stanęła znowu w pierwotnej pozycyi u okna, w ciemnym tak samo i tym
+razem pokoju, z lornetką przy oczach.
+
+Zbliżający się tymczasem od strony morza parowiec stawał właśnie już w
+przystani. Po drewnianych pomostach wysypał się na ulicę tłum różnolity
+i barwny; światła, pozapalane w pobliżu padały nań skośnie, oświetlając
+wyraźnie ruszających się ludzi. Ola wśród nich starała się odnaleźć
+sylwetkę męża, niebawem dojrzała go rzeczywiście i z radością
+wykrzyknęła do siebie:
+
+- Jest! jest!..
+
+W oka mgnieniu odskoczyła od okna, zapaliła świecę, odnalazła szybko
+kapelusz i parasolkę, i wybiegła z hotelu. Zdążała na spotkanie Romana,
+śmiejąc się z góry na myśl, jak on się zdziwi, ujrzawszy ją na nogach.
+
+Na Riva degli Schiavoni, spacerowem miejscu Wenecyi, roiło się od
+publiczności. W pobliżu hotelu, zamieszkiwanego przez Dzierżymirskich,
+muzyka grająca zazwyczaj na placu Świętego Marka, rozbrzmiewała kaskadą
+ochoczych tonów przed kawiarnią, przepełnioną ludźmi, snującymi się
+również wszędzie, gdzie tylko było rzucić okiem. Ola, zdążając ku
+przystani, wymijała ich szybko, w oddali widziała już wśród idących
+sylwetkę Romana, całą białą, górującą wzrostem nad innymi.
+
+Dzierżymirski, niespokojny snać dotąd jeszcze, szedł krokiem raźnym, z
+cygarem zapalonem w ustach, a kroczył tak zamyślony, że byłby, nie
+widząc wyminął Olę niewątpliwie, gdyby ta, ubawiona, nie roześmiała się
+wesoło i nie pochwyciła go za ramię. Na dźwięk znajomego srebrnego
+śmiechu podniósł Roman głowę i twarz, chmurna dotychczas nieco,
+rozpogodziła mu się natychmiast.
+
+- Ty tu, filutko?.. - wykrzyknął radośnie, i ująwszy obie rączki Oli w
+swe dłonie, obsypywać je zaczął pocałunkami, a następnie pociągnął ją ku
+sobie, i nie zwracając zgoła uwagi na kilka mijających ich osób,
+ucałował w twarz serdecznie.
+
+- A tak, Romeczku! - odparła żywo Ola - wybiegłam, bo zobaczyłam przez
+lornetkę, jak wysiadałeś! Fe! któż widział siedzieć tak długo, gdy się
+ma tak ładną, jak ja żoneczkę... - dorzuciła, przymilając się, z lekką
+wymówką w głosie, i dodała jeszcze:
+
+- Myślałam już, że ci się co złego stało!
+
+ Promień przebiegł po twarzy mężczyzny, ujął ramię Oli, i odparł:
+
+- A wiesz, moje życie, że i ja miałem co do ciebie myśl podobną?.. -
+uśmiechnął się i dodał - ale z mej strony to usprawiedliwione,
+zostawiłem cię przecie bowiem w łóżku...
+
+Idąc wciąż szybko przed siebie, zamilkli oboje. Miłość odczuta, taka
+sama, drobną swą powyższą oznaką zamknęła im usta na chwilę.
+
+- Skądsiś od Wielkiego Kanału, w pewnych od siebie, odstępach,
+dolatywało właśnie echo silnego męskiego głosu, przy akompaniamencie
+chóru innych.
+
+- Pojedziemy może gondolą, jak myślisz? - zapytała Ola - słyszysz jak
+ładnie śpiewają?..
+
+- Dobrze, moje życie, jedziemy!.. - odparł wesoło Roman.
+
+Jak na zawołanie, w tej samej chwili Dzierżymirscy usłyszeli za sobą
+kilka okrzyków, silnie akcentowanych na pierwszej sylabie: "Gón-dola,.
+gón-dola signore... gón-dola!.."
+
+Na lewo, obok idących, znajdowała się "Piazzeta", a naprzeciw
+wznoszącego się majestatycznie pałacu Dożów, największa przystań
+gondolierów.
+
+Dzierżymirski, wybrawszy jednego z licznych" napraszających się
+przewoźników, podszedł ku przystani, gdzie wespół z Olą usadowił się
+niebawem w gondoli.
+
+- Serenada, Canale Grande! - rzucił ubranemu biało Włochowi.
+
+"Rematore"*) uderzył w wiosła, i gondola z wolna, cicha, wysunęła się z
+pomiędzy dziesiątek innych, a kołysząc się na, czarnej fali kanału,
+pomknęła we wskazanym kierunku. Roman objął kibić żony i począł muskać
+delikatnie ustami jej oczy, czoło, szyję i usta. Ona zaś uchylała się
+wciąż figlarnie, szepcząc:
+[*) Wioślarz.]
+
+- Wstydź się... gondolier patrzy...
+
+Lecz mężczyzna nie przestawał. Kilkakrotnie usta ich złączyły się w
+pocałunku gorącym, długim, od którego zadrżeli oboje, z ust Romana
+sypały się ciche i urywane, dyszące uczuciem i namiętnością,
+pieszczotliwe wyrazy...
+
+A wkoło nich, szeleszcząc uderzeniami wioseł, sunąc również, jak i oni
+cicho, mknęły, migocząc kolorowemi światełkami, gondole, zmierzając
+wszystkie w jednym kierunku - ku Wielkiemu Kanałowi, całemu
+rozbrzmiewającemu w tej chwili, jak harfa ruszona śpiewem i muzyką.
+Oświetlone, ubrane kolorowemi, papierowemi latarniami, migały w oddali
+wielkie gondole, a raczej statki małe, tak zwane "serenady", na których
+orkiestry cale grajków i śpiewaków-samouków popisywały się ze swym
+wrodzonym, a rzetelnym nawet częstokroć artyzmem.
+
+Kilka podobnych serenad, rozrzuconych po kanale; wabiło światłami i
+stłumionym śpiewu odgłosem, koło nich zaś, w pobliżu, grupowały się
+kręgiem dziesiątki czarnych gondoli, z rozpostartymi w nich niedbale i
+wygodnie słuchaczami. Niektóre z rozbrzmiewających śpiewem i muzyką bark
+podjeżdżały pod okna dawnych dworców, a dzisiejszych pierwszorzędnych
+hoteli i koncertując tam wyłącznie dla hotelowych gości, zbierali od
+nich dla siebie datki, sunąc różnobarwnemi światłami i gorejącym
+kadłubem stateczku zwolna u marmurowych stopni pałacowych balkonów.
+
+Naprzeciwko dwóch podobnych serenad, śpiewających wprost kościoła S-ta
+Maria della Salute, pod oknami pałaców Ferro i Zucchelli, (dzisiejsze
+Grand-Hotel i hotel Britania) dalej nieco, poza kościołem, zabrzmiała
+właśnie nagle pieśń solowa ..
+
+Zagłuszając inne głosy śpiewaków bliższych i dalszych, zadrgała ona
+uczuciem, i zręcznie modulowana przyjemnie pieściła słuch, coraz
+donioślejsza, bliższa...
+
+- Pojedziemy tam! dobrze, Romciu?.. - zaproponowała Ola, ujęta głosem
+śpiewaka.
+
+- Bene, carissima! - odparł Roman, i skinął na wiosłującego. Gondola
+ich, kierowana umiejętną ręką, wymijać zaczęła łodzie, coraz
+liczniejsze.
+
+Roman i Ola, widząc się coraz bardziej otoczonymi, przestali pocałunków
+i pieszczot, chwilowo poddawszy się zupełnie czarowi pieśni, płynącej ku
+nim w ciszy wieczoru.
+
+Oboje milczeli...
+
+Gondola tymczasem skręciła powoli w lewo, ku rozśpiewanej barce, i
+wśliznąwszy się swym wysokim przednim dziobem, jak wąż, pomiędzy
+kołyszące się dziesiątki innych gondol - stanęła wreszcie, zatrzymana
+zręcznie. Gondolier przymocował sznurem swój pojazd do sąsiednich i
+założywszy na krzyż ręce, w skupieniu wespół z innymi zasłuchał w
+pieśń...
+
+Szerokiem półkolem, ciche, kołysały się wszędy inne gondole; wsparci w
+nich słuchacze poddawali się niewytłumaczonemu czarowi tej weneckiej,
+cichej nocy, tej pieśni szczerej, niewykwintnej, chwytającej jednak mimo
+woli niejednego za serce, zapadającej w duszę głęboko.
+
+Po smętnych pieśniach następowały skoczne, i tak dalej, bez zmiany. Co
+kilka "numerów" z barki "serenady" schodził włoch, rozczochrany, od
+śpiewu wzruszony jeszcze, i z czapką w ręku zbierał "co łaska",
+przestępując ostrożnie z jednej gondoli na drugą.
+
+W ciszy zaś względnej, a spowodowanej tym swego rodzaju antraktem,
+ruszały się z miejsc swoich niektóre łodzie, wracając, lub zdążając
+dalej do innych serenad; na puste miejsce wsuwała się milcząco
+nowoprzybyła gondola, a publiczność, zebrana w tych zaimprowizowanych
+wodnych lożach, natychmiast spoglądała ciekawie na swego sąsiada,
+półgłosem komunikowała sobie uwagi, w rozmaitych językach.
+
+I w cichości powoli milkły, to znów z kolei rozbrzmiewały dalsze i
+bliższe rozśpiewane barki, wreszcie antrakt się kończył, po wodach
+kanału mknęła znów ze "sceny" serenady pieśń namiętna...
+
+Słuchały jej echa zdawało się, pobłażliwie i ciekawie gwiazdki, licznie
+rozsiane po gwiaździstem niebie południa - słuchały krzyże, i wieżyce
+licznych świątyni, i zadumane marmury wiekopomnych dworców.
+
+Od czasu do czasu komunikując sobie przyciszoną uwagę, Roman i Ola
+słuchali również uważnie włoskich pieśni, nastrój zaś dzisiejszego
+wieczora rozmarzająco działał na nich. Myśli ich daleko ulatywały, pod
+wpływem tej nocy, tego krajobrazu niezwykłego, a pełnego czaru, i tej
+niewymuszonej, tchnącej uczuciem pieśni, wyrzucanej z ust ludzi
+prostych, dziwnie jednak atoli przejmujących się melodyą słów swoich,
+kochających tak wyraźnie pieśni owe, narodowe - własne!
+
+Wywołana zatem świeżemi, tak niedawnemi wspomnieniami dzisiejszego
+popołudnia, myśl Oli biegła nieprzeparcie do stron ojczystych -
+przymrużała oczy, i widziała ogród Gowartowski... wyniosłe oblicze
+ojca...
+
+Romana zaś trapiły z kolei te same, co i nad morzem myśli... Fałsz
+obecnego położenia, przyszłość niejasna, zakryta, ciemna, z tajemnicą na
+dnie duszy ukrywać się zmuszoną, przed okiem najdroższej nawet teraz
+dlań na świecie istoty, zaciemniały chmurą troski czoło
+Dzierżymirskiego, mgłą smutku matowały spojrzenie czarnych, rozumnych
+oczu.
+
+I żal jakiś niezmierny, żal do życia, rozpierał mu piersi, do losu, że,
+postawił go na tak śliskim i kołyszącym się gruncie, że tylko za cenę
+tego fałszu i wyrzutów sumienia, pozwolił mu zdobyć to jego dzisiejsze
+nieograniczone szczęście!
+
+Zatopiony w swem skrytem cierpieniu, Roman od czasu do czasu spoglądał
+na Olę. Ta, ze spuszczonemi oczami, oparta niedbale na skórzanych
+poduszkach gondoli, zadumana, również marzyła cicho... Cienie
+przechodziły, przemykały się po jej wdzięcznem, zamyślonem obliczu,
+czasem na usteczkach zagaszczał błąkający się uśmieszek.
+
+Roman wtedy z miłością bezgraniczną zatrzymywał dłuższą chwilę
+spojrzenie na ukochanych rysach, i znowu popadał w zadumę, lub słówkiem
+pieszczoty, albo spostrzeżeniem jakiem przerywał milczenie. Ola
+odpowiadała mu skinieniem główki - zamieniali pomiędzy sobą zdań
+urywanych kilkanaście, i znowu milkli, poddając się nastrojowi
+zewnętrznemu otoczenia i wewnętrznemu dusz własnych. W ten sposób czas
+mijał.
+
+Powoli, stopniowo rozluźniło się ścieśnione gondol półkole... Z cichym
+wioseł szelestem i pluskiem ruszonej wody odpływały one jedne po drugich
+- duże barki sąsiednich serenad ginęły również w oddali, śpiewy ich
+cichły...
+
+Kilka tylko z nich jeszcze rozbrzmiewało po kanale ostatnimi tony, a
+między innemi i barka, koło której kołysała się gondola Dzierżymirskich.
+Z okien i balkonów hoteli poznikały już także liczne sylwetki i twarze
+gości, w pobliżu, na wieży kościelnej, wybiła rytmicznie godzina
+jedenasta...
+
+Roman ocknął się pierwszy, dotknął delikatnie dłonią rączki Oli i rzekł:
+
+- Pora już nam, kochanie... prawdaż?..
+
+- Która? - zapytała Ola, zbudzona.
+
+- Jedenasta, moje życie - odparł Roman.
+
+- Już?.. - zdziwiła się Ola, westchnąwszy. To jedźmy, nie sądziłam
+nigdy, by już tyle czasu minęło...
+
+- O czemże tak dumała moja pani? - zapytał Roman, z uśmiechem.
+
+- A ty? - odpowiedziała pytaniem Ola.
+
+- 0... ja?.. nic ciekawego - odparł pośpiesznie Roman, i jakby pragnąc,
+by powtórnie nie pytano go o to samo, odwrócił się szybko do gondoliera,
+informując go, dokąd ma ich zawieźć.
+
+Gondola, wycofana z łatwością z przerzedzonego już kręgu, zawróciła i
+pomknęła ku oświetlonemu niebieskawym światłem latarni elektrycznych
+placowi San Marco. Na wieżach odległych kościołów, układającej się do
+snu Wenecyi, w milczeniu, różnymi tony dzwoniła godzina jedenasta, zdała
+dochodził jeszcze przyciszony odgłos muzyki...
+
+Wyciągnąwszy się wygodnie w gondoli, Roman ujął znów kibić żony, i
+pieszcząc wargami jej szyję, począł mówić cicho, długo, ciągle.
+
+Czuł potrzebę mówienia; chciał zagłuszyć, odpędzić natrętne myśli,
+wspomnienia, przechodził z tematu na temat, śmiał się, dowcipkował,
+całował Olę co chwila. A ona szczebiotała również...
+
+Pełne wesela głosy dwojga młodych złączonym akordem przerywały co chwila
+milczenie i spokój "Canale Grande", padały i ślizgały się echem po
+ciemnej tafli jego wód, w których z kolei pławiły się cienie pałaców,
+złotym deszczem igrały gwiazdy i swawolił powiew wietrzyka, idącego z
+morza, pokrytego ciemnością, śniącego w oddali...
+
+Dostawszy się na pełnię wód kanału św. Marka gondola pomknęła chyżo, a
+niebawem po falistej tafli włoskiej laguny rozległa się śpiewana zgodnym
+liórem męskiego barytonu i kobiecego sopranu pieśń polska: "Szumią
+jodły"...
+
+- A co, nie mówiłem, że to nasi, choć on taki czarny, jak Włoch -
+odezwał się po polsku, z gondoli, którą mijali Dzierżymirscy, rubaszny
+trochę głos mężczyzny.
+
+- No, tak dziobać się, jak gołąbki, to i inni potrafią... odpowiedział
+ironicznie ktoś drugi.
+
+- Ba, ale, panie dobrodzieju, z takim humorom - to nie!... z
+przekonaniem, stanowcza, rozległa się odpowiedź szlagona.
+
+Tymczasem gondola Dzierżymirskich malała już coraz bardziej, na tle nocy
+tylko czerwonawem światełkiem migocąc z oddali. Wkrótce, zaleciała
+jeszcze ostatnia zwrotka ,znanej Moniuszkowskiej melodyi: Oj, Halino,
+oj, je - dy - no, dzie - wczy - no mooo - ja!...
+
+- Moo - ja!... oddało echo lagun morza i zmilkło, cały zaś kadłub
+czarnej gondoli znikł gdzieś niebawem, ustępując miejsca innym,
+nadciągającym coraz gęściej od strony Wielkiego Kanału, coraz cichszego,
+coraz bardziej pogrążającego się w czerni bezbarwną, głuchą,
+zapadającego tam uśpienia - Nocy!
+
+
+* *
+*
+
+- Patrz, patrz! jakież to piękne!..
+
+Słowa te, półgłosem, z akcentem zachwytu, wymówiła Ola, i oboje wraz z
+Romanem stanęli na miejscu, jak przykuci. Nad ich głowami wznosiła swe
+dumne gotyckie arkady jedna z najpiękniejszych, po bazylice San Marco,
+świątyń w Wenecyi, Santa Maria Gloriosa dei Frari - stali zaś przed
+mauzoleum Canovy.
+
+- Prawda! - szepnął w odpowiedzi żonie Dzierżymirski. - Zdawałoby się,
+iż ten oto anioł, czy geniusz uśpiony, żyje, oddycha, stróż czujny...
+urwał, studjując dalej pomnik z uwagą.
+
+- A te postacie, nieprawdaż, iż rzeczywiście idą, ruszają się wolno,
+pogrążone w cichej boleści i smutku! - podchwyciła żywo Ola, podniecona
+widokiem, oraz wyrazem zakutego w marmurze piękna.
+
+Oboje umilkli, z niekłamanym zachwytem wpatrując się w rzeźbę.
+
+Od grobowca bowiem, przez samego Canovę modelowanego niegdyś na pomnik
+dla Tycyana, biło rzeczywiste, szczere piękno i chwytało za serce -
+mówiło...
+
+Przyparty do ściany, cały z białego marmuru, a trójkątnym kształtem w
+minjaturze przypominający, piramidy Egiptu, stał sarkofag otworem...
+
+Na lewo, jakby strzegąc doń wchodu, olbrzymi lew marmurowy leżał, z
+obwisłemi łapami, potężny, srogi, i jakby smętnie zadumany, a na nim, z
+rozpostartemi skrzydły, opierał się wielki Anioł uśpiony...
+
+I tchnące łagodnością, cudne oblicze Anioła zda się być rzeczywiście nie
+z tego nędz padołu!..
+
+Z ludzką twarzą, to prawda, spoglądać się zdaje na widza, lecz oczy jego
+przymknięte nieco, skupienia i zadum pełne - znieruchomione w
+nadziemskim spokoju, ciszą zaświatów, wieczności milczeniem i bytu
+zagadką, nęcą oto wyraźnie, wzrok ciągną za sobą, unoszą duszę, myśl...
+gdzieś w strefy nadziemskie do nieba!...
+
+A z prawej znów strony grobowca, jakby z ziemi, ze świata, wolno suną
+jakieś postacie, zmierzając do otwartych na ścieżaj wrót sarkofagu...
+
+Pierwsza z nich, proporcyonalnie do innych, większa, kobieta młoda, jest
+już tuż blizko, u grobu prawie, w ślad za nią, z girlandami kwiatów,
+postępują postacie mniejsze - to dziatki.
+
+Idą... Kroczą, z pochyloną głową, przygnębieni, smutni, niebawem już
+cisi przestąpią oni próg grobowca...
+
+- Chodźmy! - szepnęła Ola pociągając lekko Romana za rękę.
+
+Z widoczną niechęcią, jakby nie mogąc oderwać wzroku od pięknego
+pomnika, poruszył się Dzierżymirski, i wyrzekł półgłosem:
+
+- Czy już obejrzeliśmy tutaj wszystko?
+
+- Zdaje mi się, że wszystko - odpowiedziała Ola.
+
+
+W pustej i cichej świątyni rozlegały się wyraźnie ich kroki, prócz nich
+bowiem obecnie nie było tu nikogo.
+
+Dzierżymirski wyjął zegarek.
+
+- Szósta! Wracajmy, musimy pożegnać jeszcze Wenecyę z Campanili -
+rzucił żywo, i ująwszy ramię żony, skierował się ku wyjściu z kościoła.
+
+Na progu Dzierżymirscy stanęli, obrzucając ostatniem spojrzeniem
+kościół; wzrok ich przesunął się raz jeszcze po wspaniałych grobowcach
+dożów, Tycyana i wyszli.
+
+Upalny spokój włoskiego popołudnia objął ich natychmiast. Słońce paliło
+jeszcze, na uliczkach Wenecyi było pusto.
+
+Dzierżymirscy szli przyśpieszonym krokiem, zmierzając ku mostowi "di
+Rialto." Był to ostatni już dzień pobytu ich w Wenecyi, wyjeżdżali
+nazajutrz, żegnając dziś po raz ostatni urocze miasto pamiątek.
+
+A żegnali je sumiennie. Zwiedziwszy bowiem kilka nieznanych sobie
+jeszcze kościołów, po raz wtóry obeszli wszystkie miejsca, dokąd
+zachęcało ich do powrotu wspomnienie zoczonego tam piękna.
+
+A więc pałac Dożów, jego archeologiczne muzeum i liczne przepiękne sale
+i ponure więzienia, pałac królewski, bazylikę, a także zarówno
+arcydzieła pędzla Tycyana, Tintoretta, Pawła Veronese, Belliniego, i
+innych, w Akademii "delle belle Arti."
+
+- Wiesz, kochanie? musimy spieszyć się porządnie, gdyż o siódmej podobno
+zamykają już Campanillię*)-odezwał się Roman po dłuższem milczeniu idąc
+z Olą bezustannie tak sarno szybko i słuchając zarazem szczebiotu jej,
+wciąż jeszcze znajdującej się pod wrażeniem pysznego dzieła Canovy.
+[*)Znana powszechnie pod tą nazwą dzwonnica Świętego Marka w Wenecyi,
+siegająca budową i stylem X wieku, dziś, jak wiadomo, już nie istnieje.
+Runęła dnia 14-go Lipca 1902 roku.]
+
+- Co za świetną doprawdy miałeś myśl, Romciu, zestawić to obejrzenie
+Wenecyi z wyżyn na zakończenie! - rzekła Ola, i dorzuciła z ożywieniem:
+- Bo ostateczne owe wrażenie nie zużyte dotąd jeszcze, nowe, idealnie
+zamknie nasz pobyt tutaj...
+
+- A widzisz, me życie, że nietylko moja pani miewa genialne koncepty - z
+uśmiechem odparł Roman, miłą mu bowiem była myśl, że ich wzajemne
+zapatrywania estetyczne zgadzają się tak dobrze.
+
+W tem bo ostatniem los rzeczywiście nie był poskąpił zadowolenia
+Romanowi. Ola, była to dusza obdarzona zarówno, jak i on, wykwintnem
+poczuciem piękna i niezmierną wrażliwością na dzieła sztuki, zgrzytów
+pod tym względem pomiędzy nimi nie było wcale - dopełniali się
+wzajemnie.
+
+- Poczekaj, kochanie - odezwał się znów Roman - spożyjemy sobie parę
+brzoskwiń... Mam ogromne pragnienie, a ty?...
+
+- O! ja także!.. wykrzyknęła potwierdzająco i wesoło Ola, poczem oboje
+zbliżyli się do charakterystycznego, szerokiego, pod płóciennem okryciem
+od słońca, weneckiego straganu, przepełnionego różnemi owocami i
+jarzynami.
+
+Minęli już byli waśnie "ponte di Rialto", znajdując się obecnie w
+okolicy i punkcie targu, oraz ożywionego ruchu. Wokoło nich szwendali
+się liczni przechodnie, przekupnie wychwalali głośno swój towar, t. j.
+drobiazgi, owoce, lub rzadkość w Wenecyi - zimną wodę do picia, mówiąc
+nawiasem, nadzwyczaj niezdrową.
+
+Wybrawszy kilka przepysznych, wielkich brzoskwiń, i spożywając je,
+Dzierżymirscy puścili się znowu w dalszą drogę. Szli obecnie najbardziej
+ożywioną i handlową ulicą w Wenecyi, tak zwaną "la Merceria", wijącą się
+w kształcie szerokiego trotuaru pomiędzy domami i szeregiem ciasno jeden
+przy drugim położonych sklepów, a wiodącej zygzakiem od mostu di Rialto
+do wieży zegarowej na placu San Marco.
+
+Zaczepiani co chwila przez natrętnych właścicieli magazynów, przekupniów
+mozaiki i małych bosonogich chłopaków, narzucających się im co chwila, z
+pytającem słowem i spojrzeniem ładnych, czarnych ocząt: "Accompagnare,
+signore?...", Dzierżymirscy szli szybko, wygodną, choć krętą ulicą,
+rozmawiając wciąż ze sobą.
+
+Niedosłyszane wzajemnie często w gwarliwym hałasie "Mercerii" słowa ich
+ginęły bez echa, gdy naraz i tym razem zupełnie głośno, po niewiele
+znaczących uwagach, odezwał się pierwszy Dzierżymirski.
+
+-Czy wiesz, moje życie, iż to już trzy tygodnie blisko, jak wyjechaliśmy
+z kraju? Czas leci, kto by pomyślał, że niebawem już minie miesiąc, jak
+porwałem ciebie, szczęście moje, z łona rodziny?..
+
+Choć w ostatnich słowach brzmiał ton żartobliwo-dobroduszny, jednak
+Roman niespokojnie spojrzał na żonę, pierwszy to bowiem raz tak wyraźną
+czynił alluzyę do niedawnej, a przełomowej chwili ich życia; dorzucił
+zaraz:
+
+- Ciekawy jestem, co o tem wszystkiem myśli i co czyni w tej chwili twój
+ojciec... przytem wahająco spojrzał z pod oka na Olę, uważnie, jakby
+zbadać pragnąc, do jakiego stopnia odczuwa ona to wspomnienie.
+
+
+Lekka mgła jakby przemknęła po twarzy młodej kobiety, a brewki jej
+zmarszczyły się przelotnie, jednakże odpowiedziała natychmiast.
+
+- Wiesz co, mój drogi? ja.... - i tu spuściła oczy, zarumieniwszy się
+lekko - bardzo często... podkreśliła akcentem te słowa, - myślę o tem...
+
+I Ola z kolei podniosła swe przymglone oczy na Dzierżymirskiego, a jemu
+zdało się jednocześnie, że wilgotnemi były one...
+
+W tej samej chwili młoda kobieta ruchem łagodnym, a wdzięku pełnym,
+położyła swą rączkę drobną na ręku męża.
+
+- Nie gniewaj się, mój drogi, że ci to mówię - rzekła miękko - ale...
+ale wierz mi, że ja nieraz lękam się jakby po prostu, by ta przeszłość
+nasza, a w szczególności gwałtowna chwila ucieczki mojej, nie przyniosła
+nam nieszczęścia... Biedny ojciec! - cicho westchnęła Ola i umilkła,
+spuściwszy nieśmiało wzrok ku ziemi, jak gdyby przestraszywszy się słów
+ostatnich.
+
+Teraz Roman z kolei pochwycił rękę żony i uścisnąwszy ją serdecznie
+kilka razy, wzruszony, począł pocieszać Olę z cicha, w końcu zmienił
+zupełnie temat rozmowy, przeszedłszy pośpiesznie na przyszłe zamiary
+wspólnej podróży. Równocześnie jednak sposępniał, i, choć drobna, mała
+chmurka, co niby cień, wśliznęła się pomiędzy ich dusze - względnie
+rozwiała się dość prędko, zostawiła jednak w umyśle Dzierżymirskiego
+ślad trwały. Teraz zatem, gdy znowu zamieniał z Olą banalne nieco
+frazesy, myśl jego pracowała uparcie w dalszym ciągu.
+
+Więc on nie mylił się, będąc częstokroć niespokojnym, gdy widział
+przychodzącą na czoło żony nagłą zadumę, na pozór niewytłumaczoną zgoła
+niczem.
+
+Więc w główce tej, w której, prócz miłości dla niego, długo nie
+przypuszczał innego uczucia - tkwił jednak w swoim rodzaju wyrzut
+sumienia?.. Odmiennemi zatem krocząc drogami, dusze ich - ze źródła
+tylko innego całkiem płynące - obie jednocześnie miały swoje skryte
+zgryzoty i cierpienia. Zarówno, jak i on, tylko inaczej, Ola więc także
+cierpiała...
+
+- Dziwne, to życie, dziwne! - omal że nie głośno wymówił Roman.
+
+- 0! patrz, już plac św. Marka - wesoło wykrzyknęła Ola w tej samej
+chwili, i wydobywszy miniaturowy zegarek, jednocześnie dodała:
+
+- Wpół do siódmej! - Zdążymy!..
+
+Dzierżymirski nie podniósł uwagi żony, przelotnie spojrzał tylko w jej
+twarz, a widząc Olę uśmiechniętą, poweselał sam również.
+
+Wydostawszy się z wąskiej szyi ruchliwej ulicy, znajdowali się już oni
+na kwadratowym placu, obszernym, z trzech stron ramowanym wokoło
+kolumnami pałacu królewskiego. Pod temi kolumnami, w pierwszorzędnych
+kawiarniach Wenecyi, roiło się od ludzi; na mozajkach, krzyżach,
+brązowych koniach i kopułach bazyliki św. Marka grały promienie słońca,
+u stóp zaś Campanili, dokąd zmierzali Dzierżymirscy, i przed kościołem,
+pośrodku placu, gruchały i latały setki gołębi, karmionych ręką
+publiczności. Zapłaciwszy za wejście, Roman i Ola powoli zaczęli
+wstępować na górę.
+
+Na szczyt dzwonnicy San Marco, oddzielonej od katedry, a strzelającej w
+górę wysoko i samotnie, szło się nie po schodach, lecz po lekko
+pochylonej płaszczyźnie spiralnej, nader wygodnej, choć krętej,
+wchodzącego wcale nie męczącej.
+
+Co kilka minut postępującym na szczyt dzwonnicy Dzierżymirskim migały z
+prawej strony małe okienka, pozwalające im pochwycić rąbek krajobrazu,
+ściany zaś wieży przepełnione były licznymi podpisami turystów.
+
+Względnie dość długo, bo powoli, zmęczeni poprzednim pośpiechem, szli
+pod górę Roman i Ola, zanim dostali się wreszcie na obszerną szczytową
+platformę dzwonnicy. Prócz sprzedającego w zaimprowizowanym sklepie
+fotografie i albumiki: "ricordo di Venetia," kilka zaledwie osób
+znajdowało się tutaj. Dzierżymirscy zbliżyli się do balustrady,
+obrzuciwszy spojrzeniem cały widok, u stóp ich i henhen, daleko!...
+
+- Śliczne, prześliczne! - rzekła po chwili Ola półgłosem, z przejęciem,
+Roman zaś, potakując żonie, wyjął noszoną stale ze sobą lunetę i
+regulować ją począł.
+
+Słońce właśnie zniżało się ku zachodowi. Z jednej strony krajobrazu, na
+prawo, tarcza jego, ziejąc purpurą, kąpała się promienistymi blaskami w
+morzu, rozświetlała jego tajemniczą głębię, rozżarzała, na kształt
+głowni, czerwonawym ogniem zmarszczone grzbiety fal, złotym prostopadłym
+gościńcem zanurzając się stopniowo coraz bardziej w iskrzącą się
+światłami toń. I zielonkawe, łagodne Adryatyku fale, rozchylały się
+przyjacielsko i gościnnie - roztwierały swe nurty do idącego na
+spoczynek słońca, wód szmerem kołysać się je zdając do snu cichego...
+
+Po bokach fal tymczasem coraz dalej i dalej biegły ostatnie promienie
+jego; rozlewały się wkoło pożegnalnym odblaskiem - pieściły już morze
+całe, zapalały na niem miljony barw i odcieni, skośne leciały w lewo ku
+Lido, "giardini publici," słały się krwawiące na dachach i wieżach
+leżącej w dole Wenecyi - i ginęły nareszcie w zamglonej gdzieś dali,
+tuląc się do majaczących hen, hen, w perspektywie górskich alpejskich
+szczytów...
+
+Roman i Ola, zapatrzeni, stali nieruchomo, w milczeniu.
+
+Otulony ciszą bezmiarów, tchnący spokojem idącego wieczora, zachwycał
+ich ten krajobraz.
+
+- Spojrzyj-no, jak smacznie zajadają sobie nasi brudni włosi swoje
+"pranzo" - rzekła nagle do męża Ola, wskazując ręką spiętrzoną u stóp
+ich, wśród wąskich kanałów, Wenecyę, i ścieśnione dachy jej domów, gdzie
+na werandach spożywano właśnie posiłek.
+
+- A, prawda! - potwierdził Roman.
+
+- Zabawnie wyglądają na swoich daszkach, jak liliputy... - zauważył
+jeszcze i ująwszy ramię żony, zbliżył się znów ku balustradzie od strony
+morza.
+
+- Patrz! - rzekł przyciszonym głosem, wskazując na prawo ląd stały -
+widzisz te otulone mgłami sylwety miast i gór?..
+
+- Widzę - potwierdziła Ola.
+
+- Oto Fusina - objaśniać począł żonie Roman - tam znów głębiej, to Padwa
+i Treviso...
+
+Tu, na zachodzie - to otaczające Weronę szczyty górskie, a tam -
+wskazując ruchem ręki kolistym krajobraz, mówił dalej Dzierżymirski - to
+Monte Baldo, i u stóp jego jezioro Garda.
+
+I Roman manewrując równocześnie lunetą odkrywał coraz to inne odległe
+góry i miasta, a użyczając lornety swej żonie, objaśniał ją, tłumaczył.
+
+Tymczasem zaś platforma dzwonnicy opustoszała stopniowo. Prócz
+przekupniów, zalecających swe "ricorda," i miejscowych ludzi, nie było
+tu już prócz Dzierżymirskich, nikogo. Roman i Ola gotowali się do
+odejścia, gdy oto nagle przystanęli znowu, zasłuchani.
+
+Z weneckiego starego grodu szła muzyka dziwna... Jak orkiestrą dobraną
+grana, wędrowała przez otulone milczeniem przestworza melodya
+kościelnych dzwonów...
+
+Rozpoczęły ją, na wprost Campanili dzwony kościołów: Redentore, na
+wysepce Giudecca, i Santo Giorgio Maggiore, opodal, a w ślad za niemi
+powtórzyły inne świątynie. Z Santa Maria della Salute na czele
+rozbrzmiały kolejno po całej Wenecyi, wstrząsnęły ciszą "królowej
+Adryatyku" - tu donośnie bijąc basem, tam znów skarżąc się łagodnie,
+kwiląc - wspólnie zagrały chórem swą pieśń wieczorną...
+
+Dobranymi jakby akordy popłynęły dźwięcznie tony poprzez laguny i
+kanały, morzem, po grzbietach fal, uleciały w dal siną, zda się, niosąc
+swe echa aż do podnóży gór.
+
+Roman, nachyliwszy się ku żonie, rzucił półgłosem:
+
+ - Co za wspaniałe i silne wrażenie, nieprawdaż?...
+
+Chciał powiedzieć coś jeszcze, lecz w tej samej chwili instynktownie
+urwał...
+
+Dzierżymirscy zadrżeli oboje. Kobieta przytuliła się, jak powój, do
+mężczyzny, on zaś objął opiekuńczym ruchem jej kibić i silnem ramieniem
+przycisnął wylękłą do siebie.
+
+To z dzwonnicy św. Marka, tu, na szczycie jej, o parę zaledwie kroków od
+nich, zagrzmiał właśnie do wtóru innym, zadudnił, głusząc wszystko swą
+siłą, dzwon olbrzymi i potężny - "San Marco."
+
+Głos jego tubalny, huczący, zmieszał się z ogólną aryą dzwonów,
+napełniając echami grzmotów, trzęsąc platformą wieżycy.
+
+A jednocześnie Roman i Ola dziwnego doznawali wrażenia. Zdało się im
+bowiem, jakby ich tutaj nie było już zupełnie.
+
+Nie, oni stanowczo znikli, a znajdował się tu jeno jeden jedyny olbrzymi
+dźwięk, z którym istnienia wspólne zlały się, złączyły. Glos dzwonu
+przenikał ich do głębi, szedł aż do dna dusz, grał na fibrach nerwów;
+trząsł nimi, potężny w swej mocy - wielki...
+
+Ola jeszcze bardziej przytuliła się do męża, jakby szukając obrony przed
+czemś, czy przed kimś, Dzierżymirski silniej przygarnął ją do siebie.
+Równocześnie, jakby kierowane wzajemnym odruchem jednomyślnym i uczuciem
+wzajemnem, twarze ich zbliżyły się i złączyły usta!...
+
+Ostatni z ostatnich promień zachodu zapalił na sekundę jedną gwiazdę na
+czołach mężczyzny i kobiety, skojarzył się z ich pieszczotą i znikł.
+Słońce zgasło... Roman i Ola jednak nie odrywali ust od pocałunku, a
+trwali w nim jeszcze...
+
+Jakaś bowiem niewytłumaczona niczem chęć przedłużenia jakby tej chwili
+ogarnęła Dzierżymirskich.
+
+W zapomnieniu pieszczoty jestestwa ich drgały uczuciem, a huczący głos
+dzwonu zdawał się bardziej jeszcze kojarzyć ich ze sobą... Łączył się
+sam niby z ekstazą ich pocałunku, a usuwając z niego zarazem pierwiastek
+zmysłów poziomy - wznosił dusze Romana i Oli w nadziemskie gdzieś
+strefy, uszlachetniał, budził w nich jakieś chęci i pragnienia i
+przypinał skrzydła do lotu i rozszerzał piersi i kazał się modlić
+pokornie...
+
+Z ekstazy pierwsza zbudziła się kobieta.
+
+Przybladła nieco, oderwała drobne wargi od ust Romana i szepnęła
+cichutko: - Chodźmy już!..
+
+- Dobrze, złoto moje, kochanie najmilsze! - odparł pieszczotliwie
+Dzierżymirski, i oboje w ślad za tem skierowali się ku wyjściu.
+
+Nic nie mówili teraz do siebie. Zamyśleni, pogrążeni w swój dziwny stan
+duchowy, zapatrzeni w swe dusze, schodzili powoli, schodzili w dół
+ciągle.
+
+I stopniowo, nieznacznie, reakcya nastroju wślizgiwać się poczęła w ich
+dusze, mózgi i serca...
+
+Przy dźwiękach bo oto grającego obecnie nad nimi dzwonu-olbrzyma, jakieś
+zwątpienia obsiadły nagle ich dusze, a czar, tam, na górze, odczuty -
+niknął, wewnętrzne zadowolenie i napięcie duchowe słabło!..
+
+Lecz czyż to złudzenie? Wszak głos tegoż samego dzwonu jest teraz jakimś
+całkiem innym, odrębnym; to nie ten na górze, wysoko!
+
+Tamten, pełen otuchy, dodawał odwagi, wzmacniał. A ten, wstrząsając
+murami wyniosłej wieżycy, błąka się gdzieś tylko po jej zakamarkach,
+szczelinach, taki odmienny, ponury, smutny...
+
+I pod jego wpływem, jakby pod działaniem czarodziejskiej siły, w myślach
+Dzierżymirskich, każdemu z osobna, zaszumiały znowu wyrzuty sumienia.
+
+Jej, Oli, stanęła przed oczami, jak żywa, marsowa twarz ojca, i jego
+spojrzenie smutne, wyrzutów pełne. Źrenice rodzica wyraźnie przytem
+zdawały się skarżyć, mówić: Ja cię kochałem, drogie dziecię, a ty tak
+pogardziłaś mną, zraniłaś tak dotkliwie i boleśnie!
+
+Romanowi zaś tak żywo przypomniała się z przed laty chwila pewna, iż
+zdziwił się sam niepomiernie. Swą ubogą izdebką z przed laty, straszną
+noc walki ze sobą samym, i zwycięstwo złota ujrzał tu w
+Campanili-wszystko!..
+
+A dzwon tymczasem huczał coraz bardziej, i przytem coraz jakby sroższy i
+bezwzględniejszy, surowszy... Dzierżymirscy bezwiednie, w mimowolnej po
+prostu obawie przed tym głosem karcącym z wysoka, pospieszniej w dół
+schodzić poczęli.
+
+Cienie wieczorne kładły się już po pustych zakątkach starej, jak świat,
+wieżycy, mroki tajemnicze pełzały tu swobodnie. Przy dźwiękach dzwonu,
+który wciąż trząsł jej ścianami, wśród ciemniejącej stopniowo, a
+zamkniętej w nich pustki, schodziła, spuszczając się coraz szybciej,
+zniżała się para młodych.
+
+Wreszcie zmierzch szary pochłonął zgrabne postacie, i zapanował
+bezpodzielnie w Campanili. Jednocześnie o jej mury odbiło się echo
+ostatniego uderzenia dzwonu, niby ostatnie dla Dzierżymirskich
+przypomnienie przeszłości...
+
+W ślad za tem uspokoiło się wkrótce wszystko.
+
+Wiekopomna wieżyca, zasłuchana jakby jeszcze w końcowy zamierający
+dźwięk dzwonu, przycichła; szarość, smutek i głusza rozsiadły się tu
+wokoło... W milczącą senną zadumę, we wspomnienia przebrzmiałe, zapadała
+powoli Campanile.
+
+
+
+---------------
+
+
+
+- Rojno i gwarno było dziś u marszałkowej nieprawdaż? Ha-ha-ha,
+wiedziałem doskonale, że się stawią wszyscy... Poczciwa jednak ta nasza
+światowa menażerya.... No, i cóż? Uwierzyli?
+
+Pytanie to, zwrócone do pani Melanii Warnickiej w jej dużym, pięknym
+salonie, wygłosił, sadowiąc się wygodnie na fotelu, Emil Ładyżyński. Był
+to mężczyzna lat przeszło pięćdziesięciu, wysoki, szczupły, od stóp do
+głów drobiazgowo wytworny, o wyrazie twarzy szyderczym, przyrosłym jakby
+do rysów jego, świeżych i żywych jeszcze, oraz pięknych oczu podłużnych,
+zielonkawych, z pod pincenez patrzących rozumnie.
+
+- Uwierzyli. To jest, może udali tylko, że wierzą... odpowiedziała
+marszałkowa rozpartemu z gracyą w krześle gościowi swemu.
+
+- No, c'est tout ce qu'il faut, na razie; teraz damy sobie wielkiego i
+dystyngowanego nura n'est ce pas?.. A niech tam wszyscy myślą sobie, co
+im się żywnie podoba!- zawyrokował tenże głosem stanowczym.
+
+- C'est ce qui me tranquillise, iż zamknęłam zupełnie dziś już rachunki
+z towarzystwem tutejszem - odparła z westchnieniem ulgi pani Melania.
+
+Rozmowa potoczyła się dalej; treścią jej był przebieg dzisiejszego, a
+ostatniego czwartkowego przyjęcia u Marszałkowej.
+
+Zniknięcie Oli, choć trzymane pilnie w tajemnicy, jak to zwykle bywa w
+takich razach, nagle, pewnego poranku przedostało się niewiadomo przez
+kogo, jak i kiedy, do miasta, a wieść ta, podawana z początku ostrożnie,
+cicho i pod wielkim sekretem, wkrótce była już na wszystkich ustach,
+komentowana, przeinaczona, a plotką i skrzydlatym ptakiem obmowy
+obleciała niebawem wszystkie niemal salony towarzyskiego świata w
+mieście. Pomimo to, nikt nie wiedział nic jeszcze dokładnie.
+Zaalarmowany pierwszy Ładyżyński, który, jako przyjaciel domu
+Gowartowskich, a zarazem bywający wszędzie światowiec, osaczonym był
+ciągle pytaniami, odbył dni temu parę istną sessyjną konferencyę z
+marszałkową: Co czynić, by ocalić pozory?.. I wówczas to postanowiono,
+co następuje:
+
+Puścić natychmiast w świat niejasną pogłoskę o ślubie Oli z
+Dzierżymirskim, i opowiedzieć wyjazd marszałkowej, która, postanowiwszy
+już poprzednio przenieść się całkiem na wieś, teraz, po naradzie z
+Ładyżyńskim, zgadzała się tę chwilę odjazdu swego przyśpieszyć. Za parę
+dni właśnie przypadał czwartek, jour fixe pani Melanii; łatwo było
+przewidzieć, iż towarzystwo cale, wobec rozsiewanych zręcznie półsłówek
+o wielkiej powyższej nowinie, nie omieszka, przywiedzione ciekawością i
+chęcią pożegnania czcigodnej matrony, zawitać na jej salony...
+
+ - Wówczas to wszystkim i każdemu z osobna damy do spożycia następującą
+ pigułkę! - zadecydował wesoło na owej konferencyi pan Emil:
+
+- Powiemy, że Ola i Dzierżymirski są już po ślubie, uznanym przez
+rodzinę najbliższą i przez nią urządzonym, lecz cichym i bez rozgłosu, a
+to na własne i wyraźne żądanie państwa młodych...
+
+- Co się zaś tyczy dotychczasowej o tem wszystkiem tajemnicy,
+wytłumaczymy ją tem, iż dzisiejsi państwo Dzierżymirscy kochali się w
+sobie na zabój od dawna, od lat, przypuśćmy, ośmiu... że ojciec srogi
+nie chciał o związku tym słyszeć nawet, iż zmiękczony wreszcie zgodził
+się nań... Pani marszałkowa nie była na ślubie, no... bo jest słabego
+zdrowia, January zaś, w ostatniej chwili, gdy jechał na kolej,
+zachorował... Państwo młodzi obecnie bawią zagranicą. Gdzie? - nie
+wiemy. Pour dérouter - powiemy na przykład, że w Szwecyi... Całą tę
+historyjkę, pani marszałkowa na przyjęciu u siebie, a ja u innych, tegoż
+samego dnia i w tychże godzinach ukoloryzujemy jeszcze należycie kilkoma
+pseudo-autentycznymi szczegółami, no... et il faut espérer, że nam chyba
+uwierzą!..
+
+Tak ostatecznie uradził Ładyżyński, a do ultimatum owego, uznawszy jego
+słuszność, marszałkowa Warnicka zastosowała się ściśle przez cały dzień
+dzisiejszego czwartkowego u siebie przyjęcia. Obecnie zaś w dalszym
+ciągu informowała przybyłego swego wspólnika o wywiązaniu się z zadania
+i roli własnych, opowiadając mu zarazem, jak wiele dnia tego odwiedziło
+ją osób ze świata, do tego stopnia licznych, iż chwilami w ogromnym jej
+salonie brakło po prostu dla nich miejsca.
+
+- Każdy niemal po banalnym wstępie grzecznostek, pytał mnie o Olę, nie
+przeoczył tego nikt -mówiła pani Melania, kończąc opowiadanie swoje - aż
+w duchu sama śmiałam się z tego...
+
+- Więc któż był? któż był? - pytał ciekawie Ładyżyński.
+
+- Wszyscy, powiadam panu, towarzystwo całe, nie zawiódł nikt -
+opowiadała dalej marszałkowa - szli wielcy i mali, sympatyczni i
+niemili, oraz nawet, którym się zdaje, że obecnością swoją czynią mi
+łaskę najwyższą, raz na rok zaledwie bywając u mnie... i lekceważąco na
+pozór przy tych wyrazach pani Melania machnęła ręką...
+
+Pan Emil zaś słuchał i nieznacznie uśmiechał się pod wąsem, znał bowiem
+dobrze słabą stronę staruszki, którą gniewało zawsze, gdy ktoś ze
+"świata," mieszkający stale w mieście, omijał jej dom w wizytach.
+
+- Par exemple... - odezwał się - ręczyłbym, że księżna Marya i hrabiowie
+Doliwscy...
+
+- Oh! pas seulement, oni naturalnie, ale i książe Jerzy, hrabia Alfred,
+księstwo Staniccy, hrabina Manfredowa z córką i jej narzeczonym... Vous
+savez, ona wychodzi za tego księcia Ryszarda S. z Poznańskiego... A
+także Otoccy, Daworowscy, Igelhausenowie... już nie pamiętam wszystkich
+nawet... kończyła pani Melania, zadowolona w duszy z szumnej
+nomenklatury.
+
+- Oh! mais, sapristi, c'est la fine fleur, śmietaneczka ze śmietanki
+naszej... Powinszować marszałkowej, powinszować... - rzekł z lekka
+drwiąco pan Emil. -L'essentiel - ciągnął dalej, - że wszyscy, jak
+przewidywałem, połknęli przygotowaną przez nas wiadomostkę.
+
+- Wszyscy, bez wyjątku; robiłam przecież, co tylko mogłam - potwierdziła
+pani Melania.
+
+- A więc n... i-ni-c'est fini; nie pokażemy się my im tu tak prędko na
+oczy; by sprawdzić to, co posłyszeli, Dzierżymirskich również mieć nie
+będą, a zresztą - pan Emil niedbale poruszył ręką - tout passe, tout
+casse, tout lasse... Niebawem wszyscy zawieszą sobie nowe sitko na kołek
+i... zapomną. Ainsi va le monde - dokończył, i wyjmując srebrną z
+monogramem papierośnicę, ujął w palce delikatnej swej ręki cienki
+papieros, uprzejmie pytając zarazem pani domu: - Vous permettez?..
+
+Marszałkowa, z uśmiechem, przyzwalająco kiwnęła głową. Ładyżyński
+zapalił, i wypuściwszy z ust mały obłoczek dymu, pogładził wytwornym
+ruchem ręki swe siwiejące już nieco, a starannie wyczesane, bokobrody.
+
+- Ja także, według programu, nie próżnowałem, - odezwał się po chwili
+swobodnym tonem. - Wyszedłszy stąd temu godzin parę, byłem na jour fixe
+u Leliwów, hr. Dezydery Otockiej, u księstwa Pilanich... Zastałem tam
+wiele bardzo osób i wszędzie opowiadałem, naturalnie en long et en large
+la nouvelle du jour, co należy, o Romanie i Oli - bref, Januarek
+powinien być kontent ze mnie: wykryłem, jak, co i dokąd wyfrunęła mu
+jedynaczka, teraz znów my z panią marszałkową tuszujemy za młodą parą
+ślady, z kunsztem prawdziwie artystycznym...
+
+- Że też pan wszystko z wesołej tylko strony bierze - nieco smutnie i
+pobłażliwie jakby uśmiechnęła się pani Melania.
+
+- Que voulez vous, pani marszałkowo, świat pełen dramatów i tragedyj w
+teatrze i w życiu, że cóżby wartem było ono, gdybyśmy się czasem starali
+przynajmniej komizmu choć trochę zeń wycisnąć - odparł pan Emil, poczem
+zaś dodał: - Więc pani marszałkowa jutro na Podole, do Ulanówki?
+
+- Tak - potwierdziła pani Melania - do siebie jadę na dni kilka, potem
+zaś natychmiast do Januarego, a pan wyjeżdża?.. Il faudrait.
+
+- Comme de raison, prawdopodobnie do Szwajcaryi, na sześć tygodni...
+Ale, a propos, cóż January?..
+
+- Niespokojną jestem o niego - odpowiedziała marszałkowa - jak panu
+wiadomo, bawił tu u mnie tylko dzień jeden; nazajutrz po otrzymaniu
+smutnej wiadomości odjechał, pożegnawszy się ze mną, notabene, bardzo
+chłodno, i odtąd żadnej odeń z Gowartowa nie mam wiadomości. Może
+chory...
+
+- Eee! cóż znowu!.. - okrzyczał się Ładyżyński - pani marszałkowa niech
+będzie spokojną, poluje sobie na kaczki, i jedynaczkę swą wydziedzicza.
+Dobrze robi zresztą, bardzo dobrze... Wydziedziczać młodych! Niech nie
+lekceważą woli starszego pokolenia!.. Wydziedziczać!.. dokończył pan
+Emil z patosem, i powstawszy z fotelu, jednocześnie z panią Melanią
+żegnać się począł.
+
+- Uciekam już, bo mam jeszcze parę wizyt, ale... Ładyżyński urwał -
+Wszak pani marszałkowa jedzie jutro dopiero o 3-ej, nieprawdaż? - mówił,
+całując z wdziękiem rękę staruszki - nie żegnam się więc, będę na
+dworcu, może wypadnie coś ułatwić, dopomóc...
+
+- Dziękuję panu, dziękuję bardzo - odparła z uśmiechem pani Warnicka -
+do miłego zobaczenia się. .
+
+Pan Emil, z cylindrem w ręku, ukłonił się u drzwi raz jeszcze, poczem
+jego elegancka, opięta w tużurek, zgrabna sylweta zniknęła za portyerą
+salonu.
+
+Znalazłszy się zaś przed domem, na ulicy, Ładyżyński wskoczył
+pośpiesznie do oczekującej nań dorożki na gumach, i rzuciwszy niedbale
+adres, kazał się wieźć dalej.
+
+Już na ulicach i w magazynach jaśniały rzęsiście światła, gdy w dwie
+godziny później wysiadał z tegoż pojazdu przed piękną kamienicą w
+śródmieściu, a odprawiwszy swój kawalerski ekwipaż, skierował się w
+bramę czteropiętrowego domu, gdzie na pierwszem piętrze zajmował
+eleganckie, z trzech pokoi, mieszkanie.
+
+Mały, zwinny chłopczyna, ubrany w liberyjną, ze złotemi guziczkami,
+granatową kurtkę, przekomarzał się właśnie na dziedzińcu, z którąś
+chichoczącą młodszą, gdy pan jego zjawił się nagle w bramie, a ujrzawszy
+śmiejącą się dwójkę, pogroził jej laską, z uśmiechem. Służąca zaśmiała
+się zalotnie i głośno, lokajczyk zaś pędem porwał się z miejsca i
+poleciał na górę, w parę minut później, z pokorną miną, otwierając drzwi
+Ładyżyńskiemu.
+
+- Ej, malutki!.. pogroził mu znów palcem pan Emil, poczem, zdjąwszy
+paltot, zapytał: - Był tu kto?
+
+- Owszem, proszę jaśnie pana, oto bilety odparł chłopak pośpiesznie,
+podając małą tackę ze stołu.
+
+Pan Emil obojętnie przerzucił kilka biletów.
+
+- Aaa!.. zadziwił się głośno przy jednym z nich, poczem odłożył wszystko
+na bok.
+
+- Frak od krawca przynieśli? - zapytał jeszcze - wyprasowany?
+
+- W sypialni u jaśnie pana powiesiłem - objaśnił mały lokajczyk.
+
+- Dobrze. Siedź tu, smyku, i nie łobuzuj się!.. rzekł Ładyżyński, a
+minąwszy przedpokój, zatrzasnął za sobą drzwi od gabinetu, prowadzącego
+do sypialni i ubieralni, gwiżdżąc jednocześnie pod nosem aryę z modnej
+podówczas operetkowej premiery.
+
+Jako szanujący się kawaler, pan Emil, stale żadnego wieczoru nie
+przepędzał u siebie w domu. Dziś zatem również wybierał się na raut
+artystyczno-wokalno-literacki, punktualnie rozpoczynający się już o
+dziesiątej.
+
+Dziewiąta właśnie biła na kilku zegarach w mieszkaniu, pan Emil więc,
+znalazłszy się w gustownie umeblowanej sypialni, przystąpił natychmiast
+do tualety swej wieczorowej.
+
+W tym celu wygodnie zasiadł na foteliku przed małą gotowalnią,
+przepełnioną wytwornymi, w srebrnych pudełkach i przykrywkach,
+przyborami tualetowymi.
+
+Gdy tak stoliczny bywalec drobiazgowo i systematycznie stroił się na
+raut, marszałkowa, po wyjściu ostatnich, zapóźnionych, gości,
+przykazawszy pogasić światła, odpoczywała na kanapce znużona, po dniu
+tak pełnym dla niej zmęczenia i wysiłków. Oparłszy głowę o poduszki
+mebla, pani Melania, położyła się, i wyciągnąwszy wygodnie swe członki,
+przymknęła powieki, stan zaś błogi nie krępowanego niczem spoczynku
+owładnął nią bezpodzielnie.
+
+Jak szum niknący, daleki, w uszach jej tylko brzmiał jeszcze gwar
+prowadzonych do niedawna rozmów, dolatywały urywki z dali, a przed
+oczyma majaczyły, zmieniając się kolejno, postacie, zaludniające w ciągu
+kilku godzin jej salony...
+
+Ponownie zatem widziała przed sobą staruszka w sąsiednim pokoju tłum
+elegancki, rozbawiony...
+
+Mile pieścił on wzrok wytwornym wdziękiem kobiecych tualet,
+szeleszczących łagodnie, a zgoła nie krzyczących barwą i gustownych -
+nęcił powabem na jedną modłę elegancko skrojonych ubiorów męskich,
+pławił się cały w estetyce ogólnej manier, ukłonów, w szablonie
+światowej salonowej komedyi, a poprawny - nie raził niczem harmonii, w
+całości swej nie wywołując również wcale fałszywo brzmiących zgrzytów. I
+uśmiech pół gorzki, pół smutny, w zamyśleniu okolił wąskie usta
+marszałkowej Warnickiej.
+
+Jak nicości pełnem bowiem wydało jej się teraz, w oświetleniu
+dzisiejszej złośliwej ciekawości, to całe towarzyskie stado, kryjące swą
+przewrotność pod blichtrem i szychem zewnętrznych pozorów, jak mało
+godnem żalu i marnem!
+
+Ach, bo ileż schowanej zręcznie złości, tłumionych chęci sponiewierania
+rodziny jej i Oli, jej samej, ile wreszcie jadowitego fałszu kryło się w
+duszach tych wszystkich oto dzisiejszych jej światowych
+pseudo-przyjaciół i gości!..
+
+Marszałkowa czyniła dalej w myśli przegląd galeryi osobników, widzianych
+na dzisiejszem przyjęciu; we wspomnieniu ich słów, wyrazów twarzy i
+gestów powtórnie czytała, zda się, ukryte myśli przybyłych; moralnie
+obnażała ich wszystkich, starając się zarazem znaleźć, przypomnieć choć
+jeden kwiatek prawdziwie przyjaznego uczucia, wykwitły wśród tych
+chwastów obłudy!..
+
+Nie znalazła nic podobnego jednak. Były tam tylko same śmiecie.
+
+Pani Melania, dumając w ten sposób, miała oczy wciąż przymknięte,
+niebawem znużenie wzięło górę nad jej myślami, głowa staruszki pochyliła
+się na piersi, cichy mrok wieczoru otulił postać marszałkowej.
+Zdrzemnęła się.
+
+W kwandrans może później, w milczeniu wypoczywających po najściu gości
+apartamentów, rozległ się; silny odgłos dzwonka... Staruszka rzuciła się
+z lekka na kanapie, a otworzywszy swe rozumne szare oczy, poczęła
+wsłuchiwać się w mącący ciszę odgłos.
+
+W drzwiach buduaru po chwili stanął lokaj i zaanonsował:
+
+- Pan plenipotent z Gowartowa; mówi, że chciałby koniecznie widzieć się
+z jaśnie panią.
+
+- Proś, proś natychmiast tutaj! - rzekła żywa marszałkowa i równocześnie
+powstała z kanapki. Lokaj wyszedł.
+
+Zadowolenie, połączone z ciekawością osiadło na twarzy staruszki.
+
+Bolesław Krasnostawski, syn szkolnego kolegi nieboszczyka marszałka, a
+zaprotegowany ongi przez nią samą na zajmowaną dotąd posadę ogólnego i
+głównego zarządcy dóbr pana Januarego, nareszcie więc przynosił jej
+wiadomość o bracie!..
+
+Młodzieniec, lat dwudziestu ośmiu, ciemny brunet, ogorzały i przystojny,
+z dziarsko do góry podkręconym wąsem, stanął na progu.
+
+- Sługa pani marszałkowej, moje uszanowanie - przemówił swobodnie, i
+podbiegłszy, ucałował z szacunkiem rękę staruszki.
+
+Ubrany był niewykwintnie, ale starannie i czysto, ruchy zaś jego, oraz
+sposób mówienia, zdradzały człowieka, choć nie obytego może zupełnie z
+wytworniejszem towarzystwem, lecz dobrze wychowanego.
+
+- Kochany mój panie Bolesławie, - zaczęła staruszka, zwracając się
+dobrotliwie ku przybyłemu - siadaj, proszę, i mów, mów jak najprędzej,
+co słychać?..
+
+Młody człowiek, widząc zaniepokojenie w oczach matrony, wyrzekł
+pośpiesznie:
+
+- O, nic złego... zupełnie nic złego, pani marszałkowo, ale... i nic
+również dobrego - dokończył wahająco i ostrożnie.
+
+- Jak to?.. -- zapytała pani Melania. Krasnostawski oczy spuścił, i
+ukrywszy je po za swemi, jak u kobiety, długiemi rzęsami, mówić czął
+zwolna:
+
+- Pani marszałkowej wiadomo, zarówno jak i mnie, co za cios dotknął pana
+Gowartowskiego, z powodu panny Oli...
+
+- Więc pan już wiesz?.. Skąd? - z okrzykiem niepohamowanego zdziwienia,
+wyrwało się staruszce, pytanie.
+
+Coś niemiłego snać dla ucha młodzieńca zabrzmiało nagle w tych kilku
+słowach, bo nie podnosząc oczu, jakby nie chcąc onieśmielać marszałkowej
+swym wzrokiem, spokojnie i poważnie odrzekł:
+
+- Wiem wszystko, bo mi pan January, nie mając nikogo, zwierzył się z
+troski własnej, naturalnie pod słowem honoru z mojej strony, że słówkiem
+nawet o tem nikomu nie wspomnę...
+
+Krasnostawski zatrzymał się chwilkę, i ciągnął dalej:
+
+- Obowiązki, jakie mam dla całej rodziny państwa, szacunek i poważanie
+me osobiste wzglem pana Gowartowskiego, stanowią, chyba dość trwałą
+rękojmię, iż słowa dotrzymam... I... o tem... nikt z państwa,
+przypuszczam, nie wątpi... - dokończył młody człowiek, podnosząc tym
+razem wzrok, jasny i pytający na marszałkową.
+
+- Ależ naturalnie, panie Bolesławie, naturalnie! - skwapliwie
+pośpieszyła z odpowiedzią staruszka. - Lecz mówże mi pan, co się tam w
+Gowartowie tak niedobrego dzieje? - zapytała niespokojnie.
+
+- To, pani marszałkowo, że z panem Gowartowskim jest źle... - i
+Krasnostawski, spuściwszy znów wzrok, ciągnął dalej:
+
+- Pannę Olę, jak pani marszałkowej wiadomo, ojciec kochał bardzo,
+prawie, że bałwochwalczo; otóż skutki wypadków ostatnich bardzo, bardzo
+silnie odbiły się na nim. Nic go już prawie teraz nie zajmuje, ani
+gospodarstwo, ni wieś, ni inne zajęcia, do sąsiadów nie jeździ, u siebie
+nikogo nie przyjmuje - słowem obecnie z niego zupełnie inny człowiek...
+
+Krasnostawski przerwał opowiadanie, jakby namyślając się, co mówić
+dalej. Staruszka, w zadumie, ze wzrokiem na dół spuszczonym, milczała.
+
+Po chwili wahająco ciągnął dalej:
+
+- Wobec tego samotność dla pana Gowartowskiego jest wprost zabójczą,
+koniecznie potrzebuje on nieustającego towarzystwa, jednem słowem -
+potrzebuje obok siebie przyjaciela.
+
+Krasnostawski ponownie zatrzymał się na sekundę.
+
+- Moja osoba nie wystarcza - mówił dalej - zajęcia liczne, mieszkanie
+nie w samym Gowartowie, lecz gdzie indziej, stanowisko wreszcie moje...
+tu po twarzy młodego człowieka przemknął lekki cień - wszystko składa
+się na to, iż pan Gowartowski, choć zawsze dla mnie tak samo łaskaw,
+jest obecnie moralnie bezustannie - sam...
+
+Z pod oka, przelotnie, spojrzał Krasnostawski na marszałkową. Z misyą
+nader delikatną i przykrą przybył on tutaj; w kieszeni surduta palił go
+własnoręczny list pana Januarego, w którym ten ostatni, żywiący jeszcze
+do siostry bardzo głęboką urazę za spełnione wypadki, pomimo wszystko, w
+głębi duszy posądzający nawet staruszkę, iż była, może w tajnej zmowie z
+jego córką - delikatnie, lecz stanowczo, odmawiał jej gościnności u
+siebie, wobec zapowiedzianego przez nią przyjazdu do Gowartowa.
+
+Krasnostawski o zawartości listu wiedział, w chwili żalu bowiem
+Gowartowski wypowiedział mu wszystko, ba, polecił jemu nawet, jako
+protegowanemu i lubianemu przez marszałkowę, napomknąć jej o tem przed
+wręczeniem listu.
+
+Przerwawszy na chwilę opowiadanie, Krasnostawski ostatecznie zastanawiał
+się właśnie, czy poruszyć w rozmowie, lub nie, temat drażliwy.
+Postanowił jednak nie czynić tego wcale, a natomiast, czując, że na
+ustach domyślającej się już czegoś: marszałkowej, zawisa jakby jakieś
+pytanie, by powstrzymać je, odezwał się pośpiesznie:
+
+- I dlatego, pani marszałkowo, polecił mi pan January, łącznie z innymi
+interesami, powoływującymi mnie tutaj, zaprosić do Gowartowa na czas
+dłuższy pana Ładyżyńskiego, jego bowiem obecności tylko pragnie, jako
+prawdziwego swego przyjaciela... Muszę zatem być dzisiaj u niego w tej
+sprawie, nie wiem jednak, gdzie mieszka... Adres pana Ładyżyńskiego
+niewątpliwie znanym jest pani marszałkowej?..
+
+Słowa powyższe i pytanie ostatnie zabrzmiały w ustach młodzieńca pomimo
+woli zimniej nieco. Nerwami uczuł chłód jakby w zachowaniu się
+staruszki, milczącej wciąż od chwili, gdy jej powiedział, iż: wie o
+wszystkiem. Gniewało go to spostrzeżenie i raniło dotkliwie dumę jego.
+
+Wypowiedziana głosem miarowym, a wskazująca ulicę i numer domu,
+zamieszkałego przez pana Emila, zabrzmiała odpowiedź marszałkowej.
+
+Krasnostawski zerwał się natychmiast i rzekł szybko:
+
+- Dziękuję stokrotnie pani marszałkowej...
+
+Z udaną zaś swobodą, powodowany silnem życzeniem wycofania się stąd co
+prędzej, ciągnął żywo dalej:
+
+- Nie zajmuję już więcej czasu pani marszałkowej, zapomniałem zupełnie,
+wszak to dzisiaj czwartek, dzień przyjęć - uciekam...
+
+- Ach, tak... - z uśmiechem protekcyjnym nieco rzekła sędziwa matrona. -
+Ale już po wszystkiem, wszak wieczór nadchodzi...
+
+- Tak... tak, prawda, zapomniałem - bąknął Krasnostawski, sięgając
+jednocześnie ręką do kieszeni. - Przepraszam najmocniej panią
+marszałkową dobrodziejkę, cóż za roztrzepaniec ze mnie, doprawdy! Byłbym
+zapomniał... Mam list od pana Gowartowskiego, służę pani marszałkowej.
+
+Pani Warnicka schwyciła list, Krasnostawski jednak równocześnie pochylił
+się do ręki jej, w ukłonie.
+
+- Do widzenia, mój panie Bolesławie, do widzenia! - z roztargnieniem
+pożegnała go staruszka, podając mu rękę do ucałowania, poczem zaś
+gorączkowo rozerwała kopertę.
+
+Młody człowiek już był na progu, ale, spojrzawszy z pod oka na
+marszałkową, zdążył był jeszcze dojrzeć na jej twarzy rumieniec
+oburzenia, zakwitły tam, po przeczytaniu pierwszych kilku wierszy.
+Dostrzegłszy to, młody plenipotent, jak szczupak w wodę, rzucił się
+całem ciałem w ciemności sąsiedniego salonu, pobiegłszy zaś na palcach
+do przedpokoju, chwycił paltot swój i umknął z mieszkania. Na schodach
+dopiero odetchnął.
+
+- Uf! wyrwałem się wreszcie... - szepnął. - Ładniebym się ubrał, gdyby
+tak przy mnie list czytała!..
+
+W ślad zatem wypadł na miasto, a mijając ulice jednocześnie pogrążał się
+w myślach.
+
+Wywołana wspomnieniem apartamentów marszałkowej, stanęła mu nagle przed
+oczyma powabna sylwetka Oli, zamajaczyło jej głębokie i zalotne
+spojrzenie, którem, jak wielu innych zresztą, witała i jego, gdy
+przypadek łączył ich kiedy na chwilę.
+
+Krasnostawski od kilku już lat znał córkę pana Januarego; etykietalne
+utrzymując stosunki z pałacem Gowartowskim na wsi, widywał ją rzadko,
+najczęściej z daleka, na spacerze, w kościele, lub przelotnie w powozie
+- kilka razy u marszałkowej w mieście. Podobała mu się piękna panna, bo
+komuż zresztą nie potrafiła ona się przypodobać, pełna wdzięku, uprzejma
+i zalotna?.. Przedstawiała poza tem typ kobiecy Krasnostawskiego... Nie
+kochał się w niej jednak bynajmniej, za trzeźwym był na to; choć z
+upokorzeniem dumy własnej, stanowisko swe podrzędne oceniać potrafił, a
+jednak...
+
+Ździwiony analizą duszy własnej, przyznać się sam przed sobą musiał, że
+wieść o ucieczce i ślubie Oli zabolała go, a raczej, bezpodstawnie na
+pozór, po prostu rozgniewała.
+
+Rozmyślając w ten sposób, Krasnostawski wszedł do kamienicy, wskazanej
+przez marszałkową. Za parę chwil znalazł się już na pierwszem piętrze,
+ledwie jednak zadzwonił u drzwi apartamentów Ładyżyńskiego, w ramie ich,
+natychmiast prawie, w cylindrze i paltocie, ukazał się pan Emil, jak
+zwykle uśmiechnięty ironicznie i z pogodą na czole.
+
+- A!.. pan Bolesław, herbu Rawita, powitać, prawico Januarego de
+Gowartów-Gowartowskiego, powitać!.. - i uścisnął serdecznie wyciągniętą
+rękę młodzieńca.
+
+- Przepraszam, że nie proszę pana kochanego do siebie, lecz postacią
+swoją do odejścia gotową wypędzam go raczej, lecz powody ważne... - tu
+pan Emil uczynił obydwiema rękami ruch półokrągły, - skłaniają mnie do
+tego! - dokończył, i mówiąc to, elegancko zamknął drzwi przed nosem
+Krasnostawskiemu, a uśmiechnąwszy się pod wąsem ciągnął dalej wesoło,
+poufale wsunąwszy zarazem rękę pod ramię Krasnostawskiego.
+
+- Nie gniewasz się na mnie, kochany panie Bolesławie, wszak prawda?..
+Spieszę na raut; no, mówże tam, co słychać?.. Kochany Januarek cóż tam
+porabia, poluje; weseli się, czy smuci?
+
+Krasnostawski już chciał wypowiedzieć, z czem przyszedł, gdy Ładyżyński
+znowu odezwał się żartobliwie:
+
+- Ale, zaiste, pysznie pan wyglądasz, jak rydz w maśle, powinszować!
+Nadobne grodu naszego mieszkanki lgnąć będą do pana, jak pszczółki do
+miodu! Słyszałem o pańskich sprawkach za studenckich czasów, za młodu! -
+tu poklepał z lekka młodzieńca poufale po plecach - słyszałem -
+powtórzył - nie będę więc wzajemnie nudził pana swoją osobą, opowiesz mi
+pan en rčgle, lecz szybko, co cię do mnie sprowadza, a posiedzenie to
+odbędziemy w dorożce. Podwiozę pana... Zgoda?
+
+- Ależ i owszem, dziękuję bardzo! - odparł Krasnostawski, z pośpiechem.
+
+Znajdowali się już na ulicy, pan Emil skinął na stangreta parokonnej
+dorożki, rzucił adres, i pojechali.
+
+Ruchem codziennym wrzało wkoło nich strojne wesołe miasto:
+
+- Słucham pana - rzekł Ładyżyński.
+
+Młody człowiek w krótkich słowach opowiedział mu o niepomyślnym stanie
+zdrowia i moralnego usposobienia pana Januarego, zamilczawszy zaś tylko
+o liście do marszałkowej, zakomunikował zaproszenie do Gowartowa.
+
+Skrzywił się lekko przy ostatnich słowach pan Emil i odrzekł:
+
+- Zapewne, zapewne, bardzo bym rad pocieszyć drogiego Januarka, ale
+właśnie wyjeżdżam za granicę i przyznać muszę, że na razie wybrał on się
+z zaproszeniem wcale nie na czasie! No, zobaczymy zresztą... Co pan
+wiesz, - tu spojrzał uważnie na Krasnostawskiego - o pani Oli i
+Dzierżymirskim?..
+
+Zapytanie to postawionem było bardzo zręcznie mówiło nic, a pytało
+wiele. Krasnostawski natychmiast poinformował krótko i zwięźle pana
+Emila, iż wiadomem mu jest wszystko.
+
+- Aaa!.. - wyrwało się tylko z ust Ładyżyńskiego, i dodał ironicznie:
+
+- No, to w takim razie wiesz pan nie tylko o płaszczu gronostajowym
+przywiązania dziecinnego, szalonej miłości młodzieńczej, weselu pod
+niebem Italii, et caetera i t. d. ale i o odzieży codziennej, ukrytej
+przez nas starannie przed plotką, jedną - purpurą drugiej; zatem wobec
+tego, możemy mówić szczerze...
+
+- Widzi pan - tu Ładyżyński spojrzał znów na Krasnostawskiego, jakby
+pragnąc się przekonać, czy warto wywnętrzać się przed nim - ta cała
+rozpacz "górna chmurna" Januarka, ta dobrowolna wiwisekcya przywiązania
+do córki i ów od początku do końca poemat "zbolałego ojcowskiego serca"
+- bref ten wielki w duszy jego ostatniemi czasy fajerwerk romantyzmu...
+entre nous soit dit - jest tylko od początku do końca jednym nonsensem.
+Czy nie miała racyi?
+
+Krasnostawski milczał.
+
+- Pieścili dziewczynę - ciągnął w tym samym tonie Ładyżyński - upodobała
+sobie Dzierżymirskiego - wara! Tego, owego - odmówili... To trudno,
+panie, kobiety także mają serca i temperament... Zachciało się Oli
+ładnego chłopca - nie dali jej go - wzięła go sobie sama, a raczej wziąć
+się pozwoliła... Niech Januarek lepiej dziękuje i śpiewa Hosannę na
+wysokościach, że bez plebana się nie obeszło! Lub niechże nawet gniewa
+się, i wydziedziczy córunię, lecz nie lamentuje, bo to i nie po męsku, i
+wcale nie ma sensu! Dixi. To moje zdanie. Cóż na to pan, panie
+Bolesławie, herbu Rawita?..
+
+Krasnostawski zżymnął się niecierpliwie; denerwował go zwykle ton
+rozmowy Ładyżyńskiego, dziś jeszcze bardziej rozgniewał go przycinek
+"herbu Rawita", będący widoczną alluzyą do używanych niegdyś przez niego
+biletów wizytowych: Rawita-Krasnowstawski. .
+
+Podrażniony zatem, siląc się na spokój, odparł zimno:
+
+- Przepraszam, ale całkiem inaczej i zupełnie przeciwnie zapatruję się
+na tę sprawę, oraz rozumiem doskonale pana Januarego.
+
+- Ha-ha-ha-! nie masz pan za co przepraszać, wiedziałem tylko, że i z
+kochanego pana także romantyk; w takim razie w korcu maku dobraliście
+się razem z Januarym... Wobec tego, ja w Gowartowie zgoła potrzebny nie
+jestem, doskonale się tam obadwa rozumiecie...
+
+- Ale, cóż znowu! - przerwał żywo Krasnostawski, bojąc się, czy czasem
+mimo woli nieostrożnem słowem nie zepsuł danego sobie polecenia. - Mogę
+być tych samych zapatrywań na tę sprawę, co i pan Gowartowski i odczuwać
+jego charakter, lecz przecież w żadnym razie nie potrafię zastąpić
+szanownego pana, który jest tak dobrym jego przyjacielem...
+
+- No tak, tak..., - urwał z kolei pan Emil - "Wszystko ginie bez
+litości, nic stałego na tej ziemi, prócz przyjaźni i miłości;" to
+wszystko nader pięknie brzmi i wygląda, lecz mego zdania, ja osobiście
+nawet dla przyjaźni zmieniać, niestety, nie uważam za stosowne. Czy zaś
+ono Januarciowi się spodoba - grubo wątpię..
+
+Dorożka w tej samej chwili zatrzymała się.
+
+- No, kochany mój panie Bolesławie, addio!.. - odezwał się protekcyjnym
+nieco tonem Ładyżyński podając Krasnostawskiemu rękę.
+
+- Zakomunikuj pan z łaski swojej mój sposób widzenia rzeczy panu na
+Gowartowie, a jeśli potem jeszcze znać mnie będzie chciał - niechże mi
+napisze, a może przyjadę...
+
+Wysiedli obaj. Pan Emil uchylił cylindra i skierował się ku bramie, na
+progu zaś jej rzucił jeszcze młodemu człowiekowi, tym razem jednak
+przyjaźniej nieco:
+
+- A trzymaj się tam pan dzielnie, ba płeć nadobna ma tu na wieśniaków
+wilczy apetyt!.. Au revoir...
+
+Ładyżyński znikł, Krasnostawski pozostał sam ulicy. Rozejrzał się...
+
+Był w jednym z najruchliwszych punktów miasta; wieczór już rozpoczynał
+swe panowanie, nadchodziła noc, wielki gród żarzył się setkami świateł;
+środkiem ulicy pędziły pojazdy, po chodnikach szerokich zwartą gromadą
+wymijał go pośpiesznie tłum ludzi.
+
+Piękne, zgrabne mieszczanki prawie że ocierały się o niego, rzucając co
+chwila zalotne spojrzenia na ładnego chłopca. Niewiele jednak z nich
+szło samych, większość miała już przy sobie czulących się towarzyszy,
+szepczących im z uśmiechem słodkie słówka.
+
+Pod wpływem ostatniej uwagi pana Emila, Krasnostawski mimo woli
+przejrzał się uważniej w witrynie jednego z okazalszych magazynów, a
+zadowolony z przeglądu własnej osoby, spojrzał wesoło przed siebie.
+Jakieś puste pragnienie zabawienia się, oszołomienia, podobnie tym
+wszystkim, snującym się parom, owładnęło nim.
+
+Przekształcony okolicznościami życia w wieśniaka mieszczuch przypomniał
+sobie naraz lata dawne, studenckie, pełne niefrasobliwego jutra i
+wesołych kawałów, a choć przeplatane często biedą i głodem, bogate
+jednak w miłość i swobodę!
+
+Bawiąc przelotnie w murach miasta, którego każdy zaułek znał na pamięć,
+a mijających go mieszkańców, szczególniej kobiety, jednym rzutem oka
+nieomylnie segregował, jak znawca, - zapragnął nagle Krasnostawski napić
+się koniecznie z musującego uciech miłosnych kielicha.
+
+I mimo woli młody człowiek począł uważniej przyglądać się kobietom.
+Ubrane "szykownie", cienkie w talii, wysmukłe i zgrabne, mijały go one,
+śmiejące się i wesołe, uprawiając z zamiłowaniem flirt uliczny, skrzący
+się miejscowym brukowym dowcipem, czujne jednak poza nim na każde
+spojrzenie przystojniejszego mężczyzny, odwzajemniające mu się zalotnem
+źrenic błyśnięciem - "oczkiem" i obiecującym nieraz wiele uśmiechem.
+
+A rozmaitość dzisiaj była wielka. Wieczór przedświąteczny, pogodny, lwią
+część właścicielek nadobnych twarzyczek wywabił na pierwszorzędne ulice
+- na wspólną arenę letniego jakby "demisalonu" pewnych, a szerokich
+warstw miasta. Brunetki zatem, śniade, czarnobrewe, blondynki, powiewne
+- białe, szatynki, o ruchach omdlewających, a wszystkie prawie ubrane
+elegancko i z pewnym, właściwym tylko Polce naszej, gustem, wystrojone,
+żwawe - sunęły przed zachwyconym wzrokiem wieśniaka.
+
+I od tego rozpędzonego, barwnego, poruszanego jakby tajną jakąś sprężyną
+tłumu, bił na Krasnostawskiego świeży, bo odzwyczajeniem dłuższem
+starty, urok; nozdrza grać mu poczęły, wchłaniał w siebie niewyraźny,
+niepochwytny powiew, sunący jakby ponad głowami publiczności, gorętszem
+okiem patrzył w twarz kobietom, swawolnie i niechcący, na pozór,
+zaglądał im prosto w oczy...
+
+Co zaś przeważnie czytał w owych czarnych, szarawych, fijołkowych i
+modrych oczach, z natury już swej, zalotnych, bynajmniej nie zrażało go
+do tej; czynności.
+
+- Pójdź, pójdź, nie zrażaj się pozornie skromną minką, bądź odważnym,
+śmiałym, a może... może... - szeptały, zda się, cicho wejrzenia
+nieśmialsze, gorejąc ogniem, nieprzeparcie ciągnąc ku sobie; daleko
+więcej jeszcze mówiły spojrzenia inne, a wszystkie razem, wyzywane
+śmiałym wzrokiem mężczyzny, całować go jakby się zdawały, obiecując
+miłość-pieszczotę!...
+
+Ruchliwą falą w pewnych godzinach przelewający się przez ulice miasta, a
+obejmujący sobą oddzielną warstwę wracających z zajęcia pracownic różnej
+kategoryi, na wylot znany Krasnostawskiemu, roił się dalej przed oczyma
+jego kobieco-dziewczęcy światek, i coraz bardziej liczny, barwniejszy -
+obejmował go swym ruchomym uściskiem. I młody człowiek, ulegając
+stopniowo nastrojowi chwili, wspomnieniom dawnym, a związanym ściśle z
+tymże samym światkiem, zapomniał o wszystkiem.
+
+Znikły mu z pamięci Gowartów, pan January, marszałkowa, Ładyżyński, Ola,
+a odżył w nim tylko dawny łobuz i bałamut, żądny swawoli i użycia.
+
+Z szelestem spódniczek, zgrabnie ujętych małą rączką, a odkrywających
+modelowaną ślicznie, zgrabnie obutą, w ażurowej pończoszce, nóżkę,
+otarła się prawie o Krasnostawskiego wysoka dziewczyna, smukła, jak
+gazella, czarnowłosa, i rzuciła młodzieńcowi przelotne spojrzenie.
+Spotkawszy wzrok jego, palący , śmiały, rzuciła mu takie same drugie,
+uważniejniejsze jednak, gorętsze. Z dwojga par młodych oczu posypały się
+iskry, a panu Bolesławowi stanęło w tej chwili w mózgu, nieodwołalne
+ultimatum: Ta, lub żadna!
+
+Puścił się w pogoń za piękną dziewczyną. Dognał ją niebawem, zajrzał w
+oczy raz, drugi, trzeci, i począł iść w ślad za nią. Przy zbiegu jednak
+ulic kilku, dziewczę skręciło nagle w bok i znikło w bramie domu.
+
+Zawiedziony i zły, Krasnostawski obrócił się na pięcie, a włożywszy rękę
+w kieszenie od palta, z humorem przystanął. W oddali zachęcająco
+zieleniał ogród śródmiejski, jakby zapraszając gościnnie.
+
+Młodzieniec skierował się w tę stronę, i w dziesięć minut potem wchodził
+już w bramę ogrodu.
+
+O tej wieczornej i spóźnionej już porze cienie jago, tajemnicze i ciche,
+pochłonęły Krasnostawskiego natychmiast, a do uszu jego doleciały
+jednocześnie, z pogwarem drzew szumiących splecione, jakieś szelesty, i
+szepty, i przyciszone gwary...
+
+To przytulone do siebie, tam i ówdzie po ławkach siedząc samotnych,
+gruchające przeróżne "pary" fabrykowały najczęściej udaną, rzadko
+szczerą miłość... Miejscami nieestetyczny, czasami wprost brutalny, tam
+znów, w kontraście subtelniejszy, miękkszy, ten sam flirt brukowy,
+rdzennie miejscowy, musował, kipiał po kątach ogrodu, przyczajony do
+tego stopnia, iż w niektórych alejach dla uważnego słuchacza grała po
+prostu, zda się, powszechna jakby i wspólnie harmonijna nuta, złożona ze
+szmeru pocałunków, głośniejszych półsłówek, namiętnych protestów, zgody
+cichej, lub srebrzystego śmiechu...
+
+Odgłosy te, drgając w powietrzu, leciały cicho ku wierzchołkom drzew, z
+których co chwila gdzieniegdzie spadał wolno pożółkły liść wczesnej
+jesieni, - jakby pragnąc przypomnieć bawiącym się tu ludziom, o końcu
+wszystkiego na świecie.
+
+Przeszedłszy się po ogrodzie, Krasnostawski usiadł na jednej z ławek.
+Zmęczonym był nieco... Przyjechał kilka godzin temu zaledwie.
+Marszałkowa, Ładyżyński, piękna nieznajoma, gwar miasta - wszystko to
+znużyło młodzieńca, przywykłego od lat paru do ciszy i regularnego
+wiejskiego życia.
+
+Wyjąwszy papierośnicę, zapalił papierosa, ziewnął, a spojrzawszy
+obojętnie na siedzących obok na ławce sąsiadów, wpadł w mimowolną
+zadumę.
+
+W myślach stanęła mu nagle własna przeszłość w tem samem mieście i przed
+oczyma migać poczęły przeróżne minionych lat obrazy.
+
+Ujrzał zatem siebie maleńkim, u rodziców jeszcze, chłopcem, potem
+gimnazistą, a następnie akademikiem. Oblicza rozpierzchłych gdzieś po
+świecie, a dawno niewidzianych kolegów zamajaczyły mu żywo, wspomniał
+ich przywary, zalety charaktery i serca...
+
+W kalejdoskopie wspomnień odbiło się, przesunęło również, kilka
+twarzyczek kobiecych, parę szałów, niepomnych jutra, gorączkowych,
+pieniących się wówczas rozkoszą, płomieniem uczucia, a dziś spopielałych
+już i zagasłych zupełnie.
+
+A wszystko w tem mieście, z którego murami zżyła się, zrosła jego dusza.
+Dla chleba porzucił kolebkę dzieciństwa - młodości...
+
+- Cha!... - westchnął głośno młody plenipotent gowartowski, poczem
+instynktownie obejrzał się wokoło, i jakby nieco zawstydzony swem
+westchnieniem, z pod oka uważnie popatrzył na swoich sąsiadów.
+
+Obok niego, w wytartej czapce, z daszkiem, nasuniętym na oczy, w
+wyszarzałej kapocie i z rękami w kieszeniach, drzemała jakaś męska
+figura, z głową, wciśniętą w ramiona, zgarbiona, o nędznej
+powierzchowności; był to zapewne pijak jaki ululany, lub może biedak
+bezdomny; z przeciwległego zaś krańca ławki jakiś staruszek zbierał się
+do odejścia...
+
+- Przepraszam pana, która godzina? - zapytał go Krasnostawski,
+pamiętając, iż zegarek zostawił przez roztargnienie w hotelu.
+
+Staruszek malutki, siwiuteńki, o jowialnym wyrazie twarzy, zerknął
+przyjaźnie na młodego człowieka, oczy przymrużył i roześmiał się głośno
+i dobrotliwie.
+
+- Ha-ha ha.., a widzisz... - dorzucił w ślad za tem - nie przyszła...
+Ba!... la donna č mobile... - szczerze zaśmiał się jeszcze do siebie i
+podreptał dalej, nie odpowiadając na pytanie młodzieńca.
+
+- A to ci mantyka jakiś ! - uśmiechnął się Krasnostawski i wzruszył
+ramionami, a zapaliwszy papierosa, instynktownie zamyślił się znowu.
+
+Tymczasem w tej samej właśnie chwili siadała obok niego wysoka, zgrabna,
+przystojna brunetka. Gdy odchodzący staruszek wygłaszał swą sentencyę,
+pośpiesznie przechodziła ona drogą, a usłyszawszy głośno wyrzeczono
+słowa, zwróciła uwagę na siedzącego młodzieńca i uważnie spojrzała nań;
+poczem zwolniła kroku, a po przelotnej wahania chwilce usiadła na ławce.
+Teraz zaś, uporczywie z pod oka, patrzyła na Krasnostawskiego.
+
+Ten zaś poczuł snać na swojej twarzy magnetyczny wzrok kobiety, bo po
+chwili machinalnie obrócił głowę w jej stronę.
+
+Na widok nowej sąsiadki, wyraz przyjemnego zdziwienia odbił się na jego
+twarzy, w towarzyszce obecnej bowiem poznawać się zdawał piękną
+nieznajomą sprzed półgodziny. Spojrzenia młodych skrzyżowały się. Z
+czarnych źrenic ładnej dziewczyny posypały się iskry, poczem opuściła na
+oczy powieki, z rzęsami długiemi.
+
+Krasnostawski jednak milczał w niepewności.
+
+- Nie, to nie ona - myślał - tamta, smukła gazella, piękniejszą była,
+lecz ta znów... tu spojrzał przeciągle na dziewczę - kto wie, czy nie
+ponętniejsza, milsza?... Bez wątpienia... co za oczy!... - dopowiedział
+sobie w duchu.
+
+Nie ruszał się jednak z miejsca, nieznajoma bowiem wydała mu się dziwnie
+nieprzystępną - przynajmniej z powierzchowności. Ubrana była z miejskim
+szykiem, przeciętnym wprawdzie, ale nie rażąco bynajmniej, całkiem
+ciemno, z pewnym gustem, ba... nawet jakąś nieujętą jakby dystynkcyą.
+
+Tak się zdało Krasnostawskiemu.
+
+W tej samej chwili nieznajoma podniosła nań znowu oczy. Powoli zdjęła
+woalkę, wciąż paląc spojrzeniem pięknych, dużych źrenic i westchnęła
+cicho...
+
+Krasnostawski instynktownie przysunął się do dziewczęcia bliżej. W parę
+jednak sekund później, raz jeszcze przyjrzawszy się delikatnemu
+profilowi nieznajomej i przywoławszy w pamięci całe swe znawstwo dawnego
+"don-juana", zawyrokował w myśli: - "szyk facetka, ale szkoda czasu," i
+obojętnie zgasłego zapalił papierosa.
+
+Poza tem, przed godziną pełen werwy i animuszu, teraz czuł się zmęczonym
+i spać mu się po prostu chciało, rój myśli zaś, poruszonych niedawno,
+bezustannie mącił mu się w głowie. Ziewnął więc przeciągle i zamierzał
+już powstać, gdy oto nagle, prosząco, posłyszał wyrzeczone głosikiem
+dźwięcznym swej sąsiadki:
+
+- Przepraszam pana... ale.... nie mogę dać sobie sama rady... Czy... nie
+byłby pan tak uprzejmym i grzecznym zwinąć mi parasolkę?...
+
+Słowom tym towarzyszył wyraz twarzy, pełny milutkiego wdzięku i
+przybranej okolicznościowo zaambarasowanej niby nieśmiałości; zatrzymała
+się pytająco...
+
+Widząc jednak na obliczu młodego człowieka uśmiech i wyciągniętą już
+rękę po parasolkę, dokończyła zalotnie, podając mu ją:
+
+- Tylko... tak ładnie... cieniutko...
+
+- Pan się dziwi, zapewne - dygnęła już śmiało, lecz z tym samym
+nieokreślonym nieco twarzy wyrazem, - że ja, nie znając pana, ośmielam
+się, pomimo to, trudzić go... ale...
+
+- Boli rączka? - podchwycił Krasnostawski śpiesznie i pochylił się ku
+dziewczęciu, z uśmiechem.
+
+W oczach dziewczyny zapaliły się skry, nerwowo zadrżały jej wiśniowe
+usta i rozchyliły się kusząco... Zaśmiała się...
+
+- Tak, mam reumatyzm w prawej dłoni... - odparła z powłóczystem
+spojrzeniem.
+
+I rozmowa w ślad zatem potoczyła się gładko... Krasnostawski poczuł się
+w swoim żywiole, wpadł w zapał, dowcipkował, śmiał się, opowiadał.
+Towarzyszka zaimprowizowanego flirtu odcinała mu się dowcipnie,
+podtrzymywała rozmowę...
+
+Gwar dwojga młodych odbijał się echem po coraz to pustszym ogrodzie;
+śpiący dotąd spokojnie na ławce sąsiad ich, bezdomny biedak, zbudzony,
+zaklął z cicha i bez ceremonyi położył się na ławce, jak długi.
+
+Wespół z towarzyszem roześmiało się piękne dziewczę. Powstali.
+
+Pobłądziwszy zaś samotnie po alejach ogrodu, w pół godziny później
+wychodzili z niego, ochoczo i żwawo, na pustą ulicę, trzymając się pod
+ręce, po przyjacielsku już zupełnie. Młody pan plenipotent gowartowski
+skinął na stojące opodal "gumy", kazał stangretowi podnieść budę, wsiadł
+do powozu razem z piękną nową znajomą, rzucił adres - i pojechali...
+
+Gdy w ten sposób odżyły w wieśniaku łobuz zabawiał się swobodnie w
+wesołym grodzie - na Ukrainie, w pałacu gowartowskim, który zaledwie
+opuścił był dwa dni temu, w tą samą noc wrześniową, pomimo spóźnionej
+już wielce pory, paliły się, jeszcze światła.
+
+Po obszernych komnatach dużego piętrowego domu, otoczonego cienistym
+parkiem, przechadzał się, zamyślony, pan January Gowartowski, z rękami
+założonemi na piersiach. Kłaść się na spoczynek wcale nie miał ochoty,
+od czasu bowiem powrotu z miasta i otrzymania wiadomości o ślubie Oli,
+sen, wypłoszony cierpieniem i myślami, bezpowrotnie, zda się, uleciał od
+powiek starca.
+
+Pan January już od kilku tygodni, ku wielkiemu zdziwieniu domowników,
+nie sypiał wcale. Chodził po pustych komnatach, myślał, czytał, czasami
+wychodził na przechadzkę, błąkał się po polach, z rzadka bardzo polując
+do świta na kaczki - ulubionej tej swej rozrywce, oddając się teraz
+tylko odruchowo, machinalnie, nawet z pewnem jakby zniechęceniem.
+
+By sobie zaś te nudne bezsenne noce czemkolwiek urozmaicić, pan January
+wziął się do pisania własnych pamiętników, a sunąc piórem po papierze i
+godzinami zapełniając go swem drobnem pismem, nieraz potem, znużony,
+zasypiał przy biurku, i tak go nazajutrz nad ranem zastawał lokaj. W
+ciągu dnia zaś wyraźnie nudził się coraz bardziej; czasami odwetował
+sobie długie białe noce ciężkim snem po obiedzie; poza tem nie wyjeżdżał
+nigdzie, ani do sąsiadów, ani nawet do kościoła, nikogo również nie
+przyjmując.
+
+W pałacu wszyscy po cichu niepomiernie ubolewali nad panem, dziwiąc się
+stanowi jego, kontrast bowiem dzisiejszego pana na Gowartowie był iście
+rażącym. Poprzednio, wesoły, uśmiechnięty, rzeźki, nad wiek swój żywy,
+biorący udział we wszystkich sprawach wiejskich, interesujący się
+najdrobniejszym niemal szczegółem, obecnie zmienił się rzeczywiście do
+niepoznania.
+
+Wróciwszy do Gowartowa, po kilku dniach popadł pan January w trwający
+dotąd stan apatyi, zniechęcenia i nudy, a powiększający się ciągle i
+coraz bardziej. Z małżeństwem Oli pogodził się, bo zgodzić się na nie
+musiał, rana jednak, zadana nieopatrznie lekkomyślną ręką córki, w
+ojcowskiem sercu, nie zagoiła się bynajmniej. Pan January zamknął się w
+sobie i przeżuwał cierpienie własne, nie mogąc o niem zapomnieć.
+
+I czyż nawet można było dziwić się temu? Każdy kąt, każda ścieżka i
+sprzęt w pałacu nasuwały biednemu ojcu na pamięć jedynaczkę, martwota
+zaś i cisza komnat, oraz ich głucha pustka przypominały stale
+nieobecność jej bezpowrotną.
+
+Gdy Krasnostawski, zamieszkały w pobliskim folwarku, Tomaszówce, wpadał
+tu czasem w interesach i sprawach majątkowych, - ożywiał nieco
+obecnością swą te mury, teraz jednak, od czasu jego wyjazdu, dnie
+jeszcze bardziej dłużyły się panu Januaremu.
+
+Na stole w jadalni gowartowskiego pałacu leżało kilka książek, obok w
+salonie i buduarze widniały porzucone pisma świeże - na biurku w
+gabinecie przyległym bielały rozłożone arkusze, zapełnionego pismem
+papieru. Pan January przed chwilą przestał był czytać, oraz pisać teraz
+zamierzał, a przechadzając się tymczasem poprzez szereg czterech
+leżących obok siebie, otwartych, pooświetlanych pokoi, myślał.
+
+W ciszy uśpionego już od dawna domu wybiła godzina druga...
+
+Monotonny odgłos zegara zbudził Gowartowskiego z zadumy. Poruszył się
+szybciej, sam pogasił światła w czterech sąsiednich komnatach, poczem,
+westchnąwszy cicho, przetarł dłonią czoło i usiadł przy biurku przed
+rozłożonemi ćwiartkami papieru.
+
+Nie wziął jednak pióra do ręki... Myśl leniwa odbiec na rozkaz nie
+chciała, podparł więc pan January dłońmi głowę i zamyślił się znowu.
+
+Wokoło, z umilkłem echem jego miarowych kroków, zapanowała niezamącona
+niczem cisza, i trwale dość długo, nie przerywana zgoła niczem.
+
+Wreszcie, zbudzony z swej zadumy, podniósł głowę dziedzic Gowartowa,
+sięgnął po pióro i zaczął pisać szybko. Jedne po drugich wypełniały się
+jego drobnem pismem arkusiki papieru, rozrzucone na biurku, zgrzyt zaś
+stalki w milczeniu głuchem donośnie rozbrzmiewał po pokoju. W ten sposób
+minęła godzina, a może i więcej...
+
+Przestał wreszcie pisać ojciec Oli, odłożył pióro i schowawszy starannie
+papiery do szuflady biurka - powstał.
+
+Wywołany zazwyczaj umysłowem znużeniem, sen nie kleił jednak dzisiaj
+powiek jego.
+
+Przeciwnie. Zmuszony przed chwilą jeszcze, oderwawszy się od
+teraźniejszości, zanurzyć w przeszłość własnego życia, którą opisywał -
+pan January orzeźwionym był jakby, a wyraz melancholyi smutnej znikł z
+oblicza jego, oczy patrzały jaśniej jakoś, zapatrzone, zda się, w
+odległe dawne wspomnienia...
+
+I wyparte tą chwilą obecną, cierpienie pierzchło na chwilę, ojciec Oli
+zaś, spragniony snać powietrza, otworzył okno, wychodzące na ogród.
+
+Dotykając szyb, zaszeleściły cicho gałęzie pnącego się wysoko po murze
+winogradu, i powiew balsamiczny, świeży, wpłynął do pokoju.
+
+Pałac gowartowski górował nad okolicą. Do stóp jego, poza parkiem i
+stawem, w półkole, tuliła się wioska, a dalej widniały uprawne pola,
+odcinał się na widnokręgu sinawy pas lasów, wśród rozległych zaś, jak
+okiem sięgnąć, płaskich obszarów - majaczyło kilka dalekich siół i
+futorów...
+
+W chwili, gdy pan January stanął w oknie gabinetu, z którego krajobraz
+ten cały, jak na dłoni, można było objąć okiem - nad otaczającemi
+Gowartów wkoło równinami, pełnemi nieujętego jakby smutku i
+niewysłowionej dziwnej tęsknoty - nad zadumanymi jarami, sennymi łanami
+i bielejącymi szerokimi traktami - z wolna gasła właśnie jesienna noc,
+pogodna, a z nieba, stopniowo niknąc, pierzchały ostatnie gwiazdy...
+Jeszcze tylko mgły przedporanne błąkały się tam i ówdzie, półmrok zaś
+szarawy przedświtu, walczący z cieniami nocy, coraz bardziej zwycięski,
+hardy, panoszył się już dokoła.
+
+Gowartowski stał nieruchomo w oknie, a odczuwając głęboko nieujęty czar,
+płynący ku niemu senną falą z ziemi rodzinnej, jednocześnie uczuwał w
+duszy chęć konieczną wyrwania się, choć na krótko z tych ciasnych ram
+pokoju.
+
+W tej samej chwili ciszę drzemiącą przerwał nagle pojedynczy dźwięk,
+rytmiczny i daleki. Wplótłszy się melodyjnym akordem w ogólne milczenie,
+szedł coraz donioślejszy... bliższy...
+
+Przez perlące się jeszcze nocną rosą łany zboża i łąki, zagony buraków i
+jary, leciało monotonne echo dzwonka, żałosne sobą i jakby smętne,
+błąkając się po uśpionych jeszcze obszarach, budząc drzemiące ptactwo,
+leniwo i niechętnie zrywające się gdzieniegdzie do lotu.
+
+- Telegram! Może do mnie, pójdę i zobaczę... mruknął do siebie półgłosem
+pan January, i odstąpiwszy od okna, sięgnął kapelusz.
+
+W tej samej chwili wzrok jego przesunął się po ścianie, na której
+wisiała strzelba i przybory myśliwskie. Gowartowski spojrzał mimo woli
+na swój ubiór.
+
+Był w butach wysokich z cholewami, których dobę całą nie zmienił, pełen
+apatyi.
+
+Po przelotnej chwilce wahania, pan January wziął strzelbę, torbę, naboje
+i wyszedł przez balkon do ogrodu. Czuł potrzebę ruchu, powietrza i
+postanowił zapolować na dzikie kaczki. Drzemiąca żyłka myśliwska
+przebudziła się w Gowartowskim, a odnalazłszy ulubieńca swego, legawca,
+śpiącego w ładnej budce, wyruszył przez park na pola.
+
+Myśl jego była jakby wolniejsza, wzrok zaś uporczywie ścigał krajobraz,
+niejako wsłuchując się w bliski już teraz zupełnie odgłos dzwonka.
+Nadzieja zwodnicza podsunęła mu bezpodstawne przypuszczenie, iż może ten
+oto znajomy dźwięk, zwiastujący telegraficznego posłańca, przyniesie mu
+jakąś dobrą, a niespodzianą od Oli wiadomość.
+
+Rzeczywistość, jak zwykle, rozwiała chwilowe złudzenie. Spokojnie i
+równomiernie, u rozstajnych dróg, przy krzyżu drewnianym, przesunęła się
+sennie, w jednego konia, dwukołowa bida, z siedzącą na niej skuloną
+postacią, i brzęcząc dzwonkiem, zginęła w mgłach porannych.
+
+Dziedzic Gowartowa westchnął, i minąwszy park oraz wioskę, boczną
+ścieżyną skierował się ku polom. Poprzedzany kręcącym się wesoło, całym
+czarnym, z białemi łapami, legawcem, w pól godziny potem spuszczał się w
+jar głęboki.
+
+Otulony ciszą przedświtu, drzemał tu staw obszerny, cały zarosły
+sitowiem - siedziba kaczek dzikich; mały młynek drewniany, cichutko
+szemrząc przelewającą się wodą, odpoczywał, przyparty do wązkiej
+grobelki; w jej pobliża maleńka, garbata chatynka młynarza dopełniała
+krajobrazu.
+
+Po raz pierwszy od bardzo dawna poddał się pan January obecnej chwili
+tylko, zapomniawszy momentalnie o dręczącem go cierpieniu. Stąpając
+ostrożnie i cicho po zroszonej trawie, szedł wzdłuż stawu, nad jego
+brzegiem, rozglądając się bystro dokoła.
+
+Milczenie i spokój panowały niepodzielnie w tym zakątku. Czasem tylko
+załopotało coś w sitowiach i zaraz zcichło; tuż ponad senną taflą wód
+przeleciał wolno koło idącego myśliwca jastrząb wodny, kulik, zniknąwszy
+niebawem z oczu...
+
+I melancholijna szarość, jeszcze na wpół pogrążona we śnie, cicha,
+królowała dalej znowu, skupiona w sobie, niezamącona niczem, chyba tylko
+szelestem kroków ludzkich i biegiem legawca.
+
+Nagle pan January przystanął:
+
+- Wara! do nogi! - syknął cicho na psa. Legawiec, podniósłszy lewą łapę
+i wyprostowawszy ogon sprężyście, znieruchomiał.
+
+Na czystą taflę wód stawu, rzecz rzadka, wypływały poważnie dwie kaczki
+dzikie i kołysząc się niedostrzegalnie, zbliżały się, ufne, z wolna
+płynąc, na odległość strzału. Myśliwiec odwiódł kurka u strzelby, jak
+mógł najciszej, i przyłożył broń do ramienia.
+
+Przeczekał chwilę jeszcze, i pociągnął za cyngiel...
+
+Odbity w milczeniu dziesięciokrotnem echem huknął w ciszy pierwszy
+strzał!... Dosiągł on jednocześnie obie kaczki, położył je trupem, i
+zbudził zarazem śpiącą w sitowiach zwierzynę.
+
+Zagotowało się tam teraz wszędzie; tłumione szelesty rozległy się na
+wsze strony; kurki wodne, kaczęta, kaczki nawoływały się wzajemnie,
+kilka z tych ostatnich poderwało się nawet hen, w perspektywie, na
+drugim krańcu stawu... daleko. Jedna zaś, wynurzywszy skądś, z
+charakterystycznym poświstem skrzydeł, przeleciała: wysoko prostopadle
+ponad głową myśliwego.
+
+Posłuszny legawiec jednocześnie przynosił panu w zębach zabitą
+zwierzynę; Gowartowski, odebrawszy psu kaczki, zawiesił je u torby i
+poszedł dalej.
+
+Powoli, stopniowo, rozjaśniało się tymczasem.. Na wschodzie, gdzieś w
+oddali, widnokrąg zaróżawiał się, niedostrzegalnie, leciutko...
+
+Ojciec Oli Dzierżymirskiej, ze spuszczoną głową, postępował wciąż
+brzegiem stawu. Kilka kaczek po drodze jego zerwało się trwożliwie,
+myśliwiec jednak nie zadawał sobie trudu strzelać do nich, bo oto znowu,
+wywołane na pozór drobnostką, pochłonęły bezpodzielnie pana Januarego
+wspomnienia smutne.
+
+Rok temu, podobnie jak dziś, polował on tutaj.
+
+Razem z Olą wyjechali o drugiej, nocą, i przybyli nad staw przy księżycu
+jeszcze. Tak samo cisza uśpienia panowała dokoła, tak samo, jak przed
+chwilą, na toń czystą, lśniącą się tylko w dogorywających, drżących
+promieniach miesiąca - wypłynęła zwierzyna...
+
+Pamięta, jak dziś, ową chwilę, radość córki z tej przejażdżki i jej
+ciekawość asystowania przy polowaniu. Stoi mu żywo przed oczyma
+twarzyczka jej zarumieniona, ładniutka, wzruszona, ciekawie śledząca
+wzrokiem kaczki, płynące po wodach...
+
+Pamięta doskonale, jak w ostatniej chwili, gdy już cyngla dłonią
+dotykał, szczebiot jej wesoły spłoszył zwierzynę, i jak wówczas Ola tego
+sobie darować nie mogła...
+
+Westchnienie ciche podniosło pierś Gowartowskiego, brwi zmarszczył i
+zatopił się w myślach niepomny zupełnie otoczenia swego.
+
+Tymczasem zwierzyna co chwila podrywała się tam i ówdzie, przelatując
+blisko idącego machinalnie naprzód myśliwego.
+
+Legawiec, kręcąc ogonem, wiercił się na wszystkie strony, skamlał
+nieśmiało, z cicha, gonił uciekające kaczki i powracał, podnosząc
+rozumny swój wzrok na zamyślonego pana, z wyrazem zdziwienia, iż nie
+słyszy już strzałów - wyraźnie zgorszony postępowaniem jego.
+
+Staw tymczasem już się kończył..
+
+W pobliżu, nieco dalej, oddzielony od pierwszego stawu pasmem
+błotnistych moczarów, widniał taki sam prawie drugi, mniejszy tylko i
+sitowiem zarośnięty cały.
+
+Znając snać dobrze drogę ku niemu, pan January nie zatrzymał się, a
+tylko ciągle tak samo zadumany, ruszył w drogę dalej, prosto przez
+bagno, stawiając powoli stopy na trzęsących się kępkach zielonych.
+
+Pod ciężarem ciała idącego myśliwca grunt uginał sie, kołysał
+niedostrzegalnie, a pod nim chlupotała woda i poruszał się krąg cały
+wodnistej ziemi.
+
+Pan January nie zwracał jednak na to żadnej uwagi; w myślach
+rozpamiętywał coś ciągle, w oczach zaś uporczywie majaczyła mu wywołana
+przypomnieniem twarz i postać Oli, przesłaniając sylwetką swą wzrok jego
+zamglony.
+
+Roztargniony jakby, tu, gdzie się znajdował, zgoła nieobecny,
+Gowartowski szedł przez moczary, coraz dalej, a raz nawet noga
+niespodzianie obsunęła mu się na małej kępce, i mało, mało, że nie
+stracił równowagi...
+
+Tymczasem poza nim, w dal roztwierały się niby widnokręgu podwoje...
+
+Stopniowo, wąskie pasmo skrytego jeszcze słonecznego światła, rosło na
+niebiosach. Z pod białych puchów posłania i spuszczonych dyskretnie
+jakby gazowych u łoża zasłon - zarumieniona, wstydliwa wychylać się
+poczęła jutrzenka różana, przeciągając się lubieżnie jeszcze poza
+przejrzystą oponą obłoków bladych...
+
+Ponad stawem latały teraz ciągle kuliki; w dali na horyzoncie, z innego
+snać legowiska, wysoko na pogodnem niebie, ciągnęło tutaj całe stado
+dzikich kaczek - prostopadle pod niemi ogromny jastrząb krążył
+majestatycznie nad łanem zboża...
+
+Ostatnie wreszcie cienie przedświtu pierzchły nagle... Pierwszy promień
+słońca wyjrzał nieśmiało, błysnął po białych ścianach chatynki i
+blaszanym dachu starego młyna, dotknął się tafli stawu, zamigotał w
+mętnych błotach moczarów i musnął pieszczotliwie odwróconą sylwetę
+idącego mężczyzny.
+
+Na błyszczącej lufie przełożonej przez plecy strzelby zapalił się
+blaskiem. Minęła chwila... i już tryumfalnie zajaśniał on, objąwszy
+płomieniem świateł liście kilkunastu drzew, rosnących wśród bagien.
+Postać kroczącego miarowo po moczarach człowieka na zakręcie, czy też w
+drzew cieniu, znikła nagle w mgnieniu oka...
+
+Po chwili w dali rozległo się tylko głośne szczekanie psa.
+
+Umilkło...
+
+Nad ziemią w tej samej chwili wstał dzień nowy, pełen nadziei, z
+radością na promienistem czole.
+
+---------
+
+
+Na platformie kawiarni, położonej na szczycie góry "Gűtsch," wznoszącej
+swój cypel wyniosły ponad wdzięcznie rozrzuconą u jej stóp Lucerną,
+roiło się od turystów, siedzących przy stolikach.
+
+Szmery prowadzonych rozmów łączyły się w akord wspólny z grającą smętnie
+i cicho orkiestrą, wzrok zaś wypoczywających gości pieścił widok cudny i
+wspaniały na miasto, tulące się zacisznie do brzegów jeziora, zapatrzone
+w jego ciemnoszafirowe głębie, w których lustrzanej toni milcząco
+przyglądały się również zadumane wierzchołki gór.
+
+Zamykały one łańcuchem swym cały widnokrąg naprzeciw miasta, po drugiej
+stronie jeziora, i ramowały na prawo krętą szyję wód jego, płynących
+cicho w dal...
+
+Ozłociwszy purpurą i złotem śnieżne szczyty ginących we mgle Alp,
+zamigotawszy krwawo na białych frontach nadbrzeżnych hoteli, spiczastych
+wieżach "Hofkirche" i szybach pomniejszych domostw, właśnie przed chwilą
+zgasł ostatni promyk słońca...
+
+Natomiast zmierzch szary już obecnie wychylał się skądś nieśmiało,
+ślizgał się po gładkiej tafli jeziora, przechadzał po dwóch, krytych
+daszkiem, drewnianych mostach, starożytnych i wąskich, a omraczając
+sześciokątny czubek, położonej tuż przy jednym z nich, oryginalnej
+wodnej wieżycy, swawolnie zdawał się zatapiać ją, jedynaczkę, sterczącą
+zabawnie pośród wód szafiru.
+
+A tymczasem, pod wpływem idącego wieczora, cichło jakby jeszcze bardziej
+wszystko dokoła... Senny spokój płynąć się zdawał od Lucerny, która,
+choć przepełniona gośćmi z całego świata, tętnić poczynająca właśnie o
+tej porze muzyką i gwarem - obserwowana jednak stąd, z "Gűtsch"
+wierzchołka, wydawała się tak spokojną - tak cichą, jakby nie była zgoła
+punktem zbornym kosmopolitycznej towarzystw śmietanki, ale tylko - oazą
+wytchnienia i swobody.
+
+W jednym z najlepszych punktów obserwacyjnych kawiarnianej platformy,
+przy stoliku, siedziało pięć osób.
+
+Towarzystwo to składali: starsza wiekiem osoba, Polka, z córką i
+poważnym jegomościem, ojcem zapewne rodziny - młody, żwawy, przystojny
+Francuz i Dzierżymirscy.
+
+Ożywiona, niemilknąca rozmowa, podtrzymywana głównie przez Olę i młodego
+Francuza, panowała przy tym, odosobnionym od innych, stoliku. Stary
+jegomość śmiał się co chwila serdecznie i jowialnie z dowcipów
+młodzieńca, panienka również rozmawiała wesoło i jeden tylko
+Dzierżymirski stanowił w tym akordzie dobranym kontrast aż nadto
+wyraźny, zachowanie się zaś jego milczące i bierny, li tylko konieczny,
+udział w rozmowie, świadczyły dobitnie, że to wszystko nudzi go nad
+wyraz.
+
+Oczy Dzierżymirskiego, pełne zamyślenia, prawie bezustannie spoczywały
+na krajobrazie u podnóża góry, z rzadka przenosząc się, obojętne, na
+towarzystwo. Wzrok jego wtedy zatrzymywał się głównie na Oli. Zaduma
+smętna, od otoczenia daleka, znikała wówczas na chwilę z jego oblicza,
+źrenice zaś czarne Romana, ciemniejszemi stawały się, badawcze... Nader
+korzystnie zaś dnia tego wyglądała pani Ola. Ubrana w zgrabną suknię, z
+jasnej materyi, czyniła wrażenie wytworne i eleganckie; obnażone zaś
+dość głęboko, z okazyi niby gorąca, pierś, szyja i ramiona, przykryte
+tylko ażurową koronką, stanowiącą całość z suknią - podnosiły jeszcze
+wdzięk jej postaci. Siedząc obok młodego Francuza, rozmawiali z nim
+przeważnie, śmiejąc się, dowcipkując, i bezwiednie zapewne tylko,
+rzucając mu od czasu do czasu rozbawione, zalotne jakby spojrzenia.
+
+Trwało tak dosyć długo. Po niejakim czasie jednak Ola zauważyła snać
+dziwne trochę zachowanie się męża, bo, skorzystawszy z ogólnego
+powstania, spowodowanego czyjąś uwagą o krajobrazie, zbliżyła się do
+Dzierżymirskiego, i przytuliwszy się, otarłszy, jak kocię, swą rozkwitłą
+kibicią o niego, miękko i czule zapytała:
+
+- Coś taki smutny, Romciu, co ci?
+
+-Nic, kochanie! - odparł krótko Dzierżymirski i dorzucił po chwili:
+
+- Ale, a propos, ja cię tu zostawię, bo sam wpaść jeszcze muszę na
+pocztę, tam, na dole...
+
+- Koniecznie chcesz tam iść? To może jedźmy już razem?..
+
+Dzierżymirski odczuł niechęć lekką w głosie żony; cień ledwie
+dostrzegalnego niezadowolenia, przemknął mu po twarzy, odezwał się
+jednak szybko:
+
+- Nie, nie, zostań, ma chčre, proszę cię... Spotkamy się później w alei
+nadbrzeżnej, będę czekał na ciebie... au revoir...
+
+Dzierżymirski ścisnął zlekka rączkę żony i zręcznie wycofał się z
+platformy, zdążając po schodkach na dół, do stacyi kolejki zębatej,
+zwanej "funiculaire," a łączącej w pięciu minutach czasu górę z miastem.
+
+Zajęte lornetowaniem krajobrazu - którego wdzięk teraz dopiero, po
+chwilowem wyczerpaniu tematu rozmowy, zdołał przemówić do ich poczucia
+piękna. Towarzystwo nie zauważyło nawet odejścia Romana. Ten ostatni
+spuszczał się powoli po schodkach i zasiadł niebawem w wagoniku kolejki,
+wkrótce ruszyć mającej do Lucerny.
+
+- A to mnie znudzili - mruknął - zakazane towarzystwo...
+
+W tej samej chwili rozległ się sygnał odjazdowy, wagoniki poruszyły się
+z chrzęstem, i hamowane, powoli w dół spuszczać się zaczęły.
+
+Roman obejrzał się; w wagonie, dziwnym zbiegiem okoliczności, znajdował
+się zupełnie sam.
+
+Wygodnie wyciągnął nogi, rozparł się i patrzył w dół.
+
+Przed nim czerniała stromo idąca para szyn kolei, z położonym pośrodku
+trzecim, dziurkowatym relsem; w dole, otulone mrokiem, drzemało jezioro
+- wierzchołki gór stopiły się w zmierzchu, zlały jakby z chmurami
+niebios, w ciemnościach zaś, coraz to większych, występowały teraz szaro
+domy miasta, w których, jak ogniki błędne, zapalały się co chwila tu i
+tam światełka.
+
+Roman nagle przymknął oczy.
+
+Bo oto jemu - wpatrzonemu ciągle w dół, w stromą pochyłość i powietrzną
+próżnię, dzielącą jeszcze kolejkę od jeziora i, miasta - zakręciło się w
+głowie, w wirze zaś tym wyłoniła nagle się jedyna szalona myśl,
+spowodowana jakimś jednoczesnym, nic nie znaczącym wagonów hałasem.
+Mianowicie zdało mu się po prostu, że oberwany pociąg leci w dół, coraz
+szybciej, i... że już... już oto w katastrofie, chaosie impetycznym -
+dotknie się on niebawem szklistej toni wód...
+
+Po krótkiej atoli chwilce Dzierżymirski otworzył oczy i roześmiał się
+głośno.
+
+Nic wokoło nie zmieniło poprzedniego wyglądu. Wolno i ostrożnie staczała
+się kolejka dalej, jezioro byłe już tylko znacznie bliżej, u brzegu jego
+mrugała, iskrząca się dziesiątkami światełek, Lucerna; wagony, brzęcząc,
+spuszczały się ciągle, zawieszone nad miastem.
+
+Roman wzruszył ramionami.
+
+- Co mi dziś jest! sarn nie wiem! - mruknął.
+
+W istocie był nie swój od samego rana. W silnej mierze niewątpliwie
+przyczyniło się do tego postępowanie żony.
+
+Zapoznawszy się sama z kilkoma osobami, o natrętnej manji zaznajamiania
+się, zanudzała go od kilku dni pobytu w Lucernie ich obecnością
+bezustanną, bawiąc się wszakże sama znakomicie. I to właśnie ostatnie
+najbardziej irytowało Romana. Tak unikał dotąd ludzi, tak uciekał od
+nich, by być samym tylko z Olą, by bez zamącenia niczem pić szczęście
+chwili i tą miłością w sobie wszystko zagłuszyć!..
+
+Ominął wszak nawet dobrowolnie Medyolan, rodzinne miasto swej matki,
+gdzie pochowaną była na miejscowem "Cimitero Monumentale," gdzie poza
+tem posiadał jeszcze krewnych nieboszczki - uczyniwszy to w jedynym celu
+uniknięcia musu obcowania z ludźmi, innymi, prócz niej, Oli...
+
+A tu tymczasem ona sama wyszukiwała sobie jakieś zakazane figury!..
+
+Roman przy tej ostatniej myśli, wyrzuciwszy z ust dogasającego
+papierosa, żachnął się niecierpliwie.
+
+Bo na przykład ten Francuz, czyż nie wzbudzał w nim słusznego gniewu?
+Młodzik nieznośny, z bezmyślnym, banalnym wiecznie na ustach uśmiechem,
+z którego jednak Ola bezustannie tak szczerze się śmiała...
+
+- Albo ta jej tualeta dzisiejsza, - mówił sobie dalej Roman, - w Wenecyi
+przecież było daleko goręcej, nie ubierała ona jednak gorsu swego tak
+przejrzyście, a tu chłód w porównaniu...
+
+- Dla tego osła z Paryża niewątpliwie, by mógł cynicznie i lubieżnie
+napawać się kształtem i ciałem jej kibici! - półgłosem dopowiedział
+podrażniony Dzierżymirski.
+
+- Że też te kobiety bez wabienia mężczyzny po prostu żyć nie mogą!.. -
+wyrwało mu, się jeszcze.
+
+Spostrzeżenie powyższe, a tyczące się w danym wypadku własnej żony,
+gniewało go niepomiernie.. Od pewnego czasu bowiem, obserwując Olę,
+dostrzegł cechę w charakterze jej, nieznaną mu dotąd: chęć zalotną
+przypodobania się innemu mężczyźnie - nie jemu... Jątrzyło go to bardzo,
+choć pragnął pozornie traktować fakt ów lekko.
+
+Wagoniki stanęły właśnie. Roman wyskoczył szybko i skierował się ku
+gmachowi poczty, położonemu koło głównego mostu, tuż przy dworcu
+kolejowym. Przed paru dniami wysłał list do kraju, do jednego ze swych
+dobrych znajomych. Powiadamiał go o swoim ślubie i zarazem prosił
+usilnie o napisanie mu, co w rodzinnem mieście mówią o jego małżeństwie
+i co porabia January Gowartowski.
+
+Dzierżymirski najbardziej był ciekawym tej ostatniej wiadomości, ze
+względu na Olę i smutek, od niedawna, stopniowo żłobiący, coraz częściej
+jej twarzyczkę.
+
+Podał adres: "Poste-restante, Lucerna," teraz zatem, wyskoczywszy raźno
+z wagonu kolejki, w kilka sekund znalazł się już przy właściwem okienku,
+w obszernej sali gmachu szwajcarskiej poczty. Śpiesznie powiedział
+urzędnikowi swe imię i nazwisko.
+
+Grymas pocieszny wykrzywił twarz tego ostatniego, i wykrztusił z
+trudnością:
+
+- Dziez-Dzier... Cornment? Čcrivez, monsieur, sil vous plait! - podał
+kartkę Dzierżymirskiemu.
+
+Roman posłusznie napisał swe nazwisko.
+
+Urzędnik wziął papier do ręki, skrzywił się raz jeszcze, poczem wzruszył
+wymownie ramionami, a po chwili dopiero podał cudzoziemcowi list.
+
+Roman chwycił go śpiesznie i wybiegł na ulicę.
+
+Przy świetle latarni rozerwał kopertę i czytać począł zapełnioną bitem
+pismem ćwiartkę. Twarz jego wyrażała niepokój i zaciekawienie widoczne,
+które po chwili dopiero ustąpiły wrażeniom, otrzymanym bezpośrednio z
+lektury pisma.
+
+List ten, donoszący o towarzyskiem życiu w rodzinnem mieście, o
+ostatniem przyjęciu u marszałkowej, i pogłoskach o stanie
+Gowartowskiego, nic w sobie zatrważającego nie miał.
+
+"Znam pana Krasnostawskiego, plenipotenta gowartowskiego; jeśli chcesz
+koniecznie mieć dokładne wiadomości o wszystkiem, tyczącem się
+Gowartowa, napisz mi i podaj adres, a doniosę ci szczegółowo.." opiewał
+koniec listu szkolnego kolegi Romana, w postscriptum...
+
+Uspokojony, Dzierżymirski złożył list i schował go do kieszeni; pod
+wpływem jednak ostatnich słów pisma, zawrócił, przestąpił raz jeszcze
+próg gmachu poczty, i kupiwszy pocztówkę z widokiem, napisał szybko,
+odręcznie, przyjacielowi swemu kilka słów szczerego podziękowania, z
+prośbą o dalsze wiadomości, podawszy adres "Vevey", dokąd zamierzał z
+Olą udać się nazajutrz. Poczem wyszedł śpiesznie i wrzuciwszy kartę,
+skierował się przez szeroki most ku nadbrzeżnej, ocienionej drzewami,
+szerokiej alei, spacerowemu miejscu Lucerny, pełnemu w obecnej chwili
+publiczności, rozbrzmiewającemu muzyką, wesołością i gwarem.
+
+Minąwszy most, Roman wkrótce znalazł się w cieniu drzew i uszedłszy
+paręset kroków, siadł na samotnej ławeczce, kapelusz zdjął i położył
+obok siebie.
+
+Wpółobróciwszy się jednocześnie, ujrzał stragan z owocami. Poczuł nagle
+pragnienie, i skinął, kazawszy sobie przynieść parę gruszek i brzoskwiń.
+
+Gdy usłużny szwajcar podawał mu je, z ugrzecznieniem, Dzierżymirski
+sięgnął do kieszeni, a wyjęta ruchem szybkim sakiewka jego roztworzyła
+się, i zawartość jej cała wysypała się szeroko i z brzękiem na ziemię.
+
+Roman, widząc to, machinalnie schylał się już, by zebrać leżące na
+żwirze alei kilkaset może franków, w złocie i srebrze, gdy oto jakaś
+refleksja nagła powstrzymała go w pół ruchu. Wyprostował się.
+
+Rzuciwszy zaś oczekującemu na zapłatę przekupniowi po francusku,
+niedbale: "Ramassez Ça.! - odwrócił się obojętnie na pozór w drugą
+stronę, i utkwił wzrok w jezioro.
+
+Po chwili, w półobrocie głowy, z pod oka, spojrzawszy raz jeszcze na
+zoraną bruzdami, opaloną twarz szwajcara, zbierającego już rozsypany
+pieniądz - zamyślił się...
+
+O, jakże on pragnął w tej chwili, by z garści tych oto pieniędzy, które
+mu wręczonemi będą za parę minut , zabrakło pięciofrankówki choć
+jednej!...
+
+Podarowałby on ją śmiałkowi temu, a biedakowi zapewne, z pewnością!...
+Bo czyż?... Czyż godziłoby się "jemu" rzucać na niego kamieniem?...
+
+Roman, wpatrzony bezustannie w zadumie przed siebie, gorączkowo,
+niecierpliwie oczekiwał rezultatu swej próby.
+
+- Weźmie, z pewnością weźmie! - mówił sobie równocześnie w duszy i głos
+jakiś cyniczny, drwią co wołał w nim szyderski.
+
+- "Uczciwość ludzka!... ha... ha... ha!.. Frazesy, frazesy!.. malowana,
+wzorzysta zewnętrznie kraszanka, wewnątrz zaś skrycie cuchnąca!..."
+
+Przed Dzierżymirskim roztaczał się tymczasem krajobraz wdzięczny nad
+wyraz. W drżących więc oto głębiach jeziora, na prawo, przeglądało się
+tysiącem światełek miasto... płynące wody, o kilka kroków od alei,
+skręcały w bok, tocząc swe ciemne fale, jak rozpięta nad niemi
+wrześniowa noc cicha, hen! daleko, ku górom; po powierzchni jeziora
+błąkały się łódki i małe stateczki, przy każdym zaś błyszczała czerwona,
+duża, okrągła latarka, krwawym śladem, ścieżyną purpury znacząc głęboko
+swe przejście w przezroczej toni.
+
+I ogniki owe, łącznie ze swem odbiciem, drżały tak bezustannie po
+jeziorze, sunęły z wolna, zmieniały miejsce - wreszcie malały,
+utożsamiając się jakby w dali latającym gdzieś świętojańskim
+robaczkom...
+
+Na lewo zaś, tuż przy brzegu, u przystani statków parowych, inne znów
+ognie dotrzymywały tamtym towarzystwa. Ku uciesze zapewne spacerujących
+gości puszczano tam fajerwerki; kręciły się zatem młyńce, pękały
+rzymskie świece, strzelały wysoko barwne rakiety - spadały snopami
+iskier, ginęły w ciemnych falach jeziora.
+
+Dzierżymirski, wpatrzony początkowo bezmyślnie, począł się teraz właśnie
+przyglądać uważniej, ujęty wdziękiem widoku, gdy nagle posłyszał głośno
+wyrzeczone koło siebie słowa:
+
+- S'il vous plait, monsieur!
+
+Roman odwrócił się szybko. Szwajcar, pozbierawszy pieniądze, oddawał mu
+sakiewkę.
+
+- To dobrze, macie za owoce i fatygę! - pośpiesznie odparł Dzierżymirski
+i wręczył przekupniowi dwa franki, w srebrze.
+
+- Merci, monsieur! - akcentując przeciągle ostatnią sylabę u wyrazu:
+pan, odparł zadowolony Szwajcar, skłonił się, bez uniżoności jednak, i
+odszedł.
+
+Dzierżymirski wstał i skierował się ku innej, odleglejszej, skrytej
+cieniem drzew, a pustej również ławce. Wychodząc z domu, dziwnym trafem
+okoliczności, przerachował właśnie pieniądze i wiedział co do grosza,
+ile ich znajdowało się w portmonetce. Odtrąciwszy w myśli wydanych
+kilkanaście franków, począł gorączkowo liczyć złoto i srebro.
+
+Nie brakowało ani jednego centa.
+
+Widoczne rozczarowanie odbiło się na twarzy Dzierżymirskiego. Pochylił
+się na siedzeniu, oparł łokcie na kolanach i ukrył twarz w dłonie.
+
+- Więc ludzi uczciwych na świecie nie brak... Uczciwym być potrafi nawet
+człek prosty, więc tylko ty... ty!.. - huczało mu bezlitośnie w głowie,
+i rumieniec wstydu palił policzki.
+
+Nie mogąc usiedzieć, Roman zerwał się po chwili z ławki i skierował
+przed siebie nadbrzeżną aleją.
+
+Minął niebawem jeden z pierwszorzędnych hoteli, przed którym co wieczór
+stale grywała orkiestra, dotarł aż do położonego na końcu "quai" -
+kursalu, - zawrócił, wciąż opanowany jedną i tą samą myślą.
+
+W około niego roiło się teraz od eleganckiej, wytwornej publiczności;
+piękne kobiety, ubrane bogato i gustownie, wymuskani panowie
+przechadzali z wolna przed olbrzymim i urządzonym z wielkim komfortem
+hotelem "National", towarzyskie kółka siedziały grupami na bambusowych
+fotelach - bawiono się wesoło; wykwintnych gości pełno było również i
+wewnątrz hotelu, we wspaniałych salach na dole; przez otwarte na ścieżaj
+okna dochodziły dźwięki walca - tańczono.
+
+Kosmopolityczny próżniaczy high-life, zjechawszy się tutaj, używał do
+woli wywczasu i przyjemności, starając się zarazem opróżnić kieszenie z
+niepotrzebnego złota, oraz zabić czas miło i połknąć trawiącą nudę.
+
+- A może między nimi znajduje się on "właściciel", "on", wówczas, przed
+laty, przez ciebie, kto wie, czy nie skrzywdzony - drażniąc Romana
+uporczywie, myśl dziwaczna męczyć go nagle poczęła. Wstrząsnął się i
+skrzywił boleśnie...
+
+W tej samej chwili jednak, do uszu jego doleciał świeży, jędrny głos
+kobiecy.
+
+Pieśń włoska, namiętna, jak krew i miłość dzieci południa, drżąca
+uczuciem, pomknęła po drżącej fali jeziora, ponad głowy przechadzających
+się gości, odbiła się o echo gór...
+
+Ktoś z płci nadobnej śpiewał artystycznie i pięknie w jednej z sal
+"National'u"; Dzierżymirski podszedł bliżej i słuchać począł, zniewolony
+pięknością głosu.
+
+I powoli, rozpędzona czarem pieśni, w jego duszy równocześnie uspakajała
+się burza.
+
+Gdy śpiew ustał, Roman już myślą był gdzie indziej; jak wpływ zewnętrzny
+życia przed chwilą poruszył był dotkliwie struny duszy jego - tak samo,
+ułagodziwszy je teraz, przeniósł naraz myśl Romana do chwili obecnej.
+
+Dzierżymirski przypomniał sobie żonę, spojrzał na zegarek i skierował
+się drogą powrotną do mostu; zaniepokojony raptem, że dotąd nie ma
+jeszcze Oli. Idąc zaś, przesuwał wzrok uważny po twarzach przechodniów.
+
+Nagle brwi zmarszczył. Bo oto o kroków kilkanaście przed sobą ujrzał
+Olę, ale samą i w towarzystwie tylko młodego Francuza, w ciemnej
+narzutce na ramionach, snać nie swojej, gdyż żadnej podobnej ze sobą nie
+miała.
+
+Roman uśmiechnął się ironicznie:
+
+- Zmarzła, biedaczka! - mruknął z zadowoleniem. - Przyśpieszył kroku, a
+znalazłszy się tuż przy idącej parze, pochylonej z lekka ku sobie,
+szyderczo odezwał się po francusku:
+
+- A, powitać !. . Cóż to, Ola w pożyczanych szatach?...
+
+Urwawszy w pół zdania rozmowę, idący podnieśli jednocześnie głowy, Ola
+zaś zarumieniła się nieco i odparła:
+
+- A tak. Pożyczyłam okrycia u panny K... po zachodzie słońca tak
+chłodno...
+
+- Można się było z góry tego spodziewać; bardzoś źle zrobiła,
+wyletniając się, a z odsyłaniem znów owych zarzutek kłopot tylko będzie!
+- rzucił Roman opryskliwie.
+
+- Wiesz przecie, że jutro raniutko jedziemy! A te panie gdzież?...
+
+Dwa ostatnie zdania wymówił Dzierżymirski po polsku tym samym,
+niezadowolonym wciąż głosem.
+
+- Wstąpiły po drodze do znajomych - odparła Ola, onieśmielona nieco
+tonem męża.
+
+- A... tak. No, to wracamy do domu! - zadecydował Dzierżymirski w tymże,
+co poprzednio języku, i odwrócił się szybko, pragnąc w duszy co prędzej
+pozbyć się towarzysza żony.
+
+- Przecież już Ola nigdy tego cymbała nie ujrzy! - dodał w myśli
+zarazem.
+
+- Państwo jadą jutro? O której? - pytał tymczasem właśnie młodzieniec.
+
+Widząc, iż Ola pragnie poinformować Francuza, Roman rzekł śpiesznie.
+
+- O, panie!... nie wiemy jeszcze!... Au plaisir - i wyciągnął rękę...
+
+- Ach, więc już może nie będę miał szczęścia oglądać państwa? Doprawdy,
+jakże mi przykro! - rzekł młody Francuzik, ściskając podaną dłoń; nie
+odchodząc jednak, wciąż szedł obok Oli.
+
+- Państwo w którą stronę? - zagadnął uprzejmie. - Tak mało miałem
+sposobności rozmawiać dziś z panem... - słodziutko ciągnął dalej,
+zwracając się do Dzierżymirskiego - umknął nam pan tak prędko...
+
+Bawidamek z nad Sekwany umilkł nagle pod drwiącem spojrzeniem Romana.
+
+- Państwo... w roku przyszłym zapewne przyjadą tu również? - jęknął
+jeszcze, podtrzymując rozmowę.
+
+- A pan ?.... - słodko i uprzejmie zapytał Dzierżymirski.
+
+- O, naturalnie, iż będę! - pośpieszył z odpowiedzią młodzieniec.
+
+- No, to my - nie! - odparł z przyciskiem, całkiem seryo Roman,
+lodowatym głosem, i uchyliwszy ledwo kapelusza, skinął na tramwaj
+elektryczny, by stanął.
+
+- Wsiadamy! - rzucił krótko żonie.
+
+- Przecież ten tramwaj do naszego hotelu nie idzie, a tylko w przeciwną
+stronę?! - zauważyła zdziwiona Ola.
+
+- Nic nie szkodzi. Pozbędziemy się tego kulfona!- odrzekł po polsku
+Roman. - No, wsiadaj!... - rzucił gniewnie do ociągającej się żony, i
+pchnął ją z lekka do czekającego na nich tramwaju.
+
+W sekundę później Dzierżymirscy ruszyli; wehikuł elektryczny pomknął i
+znikł, odprowadzony osłupiałym wzrokiem Francuza, który, postawszy na
+chodniku chwilę, cały, jak burak, czerwony, ruszył w drogę, i zginął
+niebawem w różnobarwnym tłumie.
+
+Gdy w Lucernie odbywał się ten drobny epizod, jednocześnie prawie,
+szerokim ukraińskim traktem, w bezgwiezdną i ciemną noc wrześniową,
+pędził konno na oklep wyrostek, w burej świtce, trzymając w ręku smolne
+łuczywo, tak zwany kaganiec.
+
+Krwawy blask jego rozświetlał panujące wokoło nieprzejrzane ciemności,
+torując w ten sposób w ślad za jeźdźcem drogę małemu koczykowi,
+zaprzężonemu w cztery bułane żwawe koniki. W powoziku siedział Bolesław
+Krasnostawski, otulony burką i obłożony pakunkami. Jechał właśnie od
+kolei, a powracał z podróży swej do miasta.
+
+Zabawiwszy tam, zamiast trzech dni, jak mu polecono, - dziesięć, dziś
+dopiero pośpieszał do swoich obowiązków, przez całą drogę łamiąc sobie
+właśnie głowę, jak upozorować przed starym Gowartowskim swą przydłużoną
+trochę nieobecność.
+
+Bo zgoła nie interesy służby przytrzymały pana Bolesława w wielkim
+mieście; o, bynajmniej! Młody pan plenipotent wracał goły, jak święty
+turecki. Całkowitą, naturalnie że tylko własną, zarobioną gotowiznę
+przehulał bowiem tam doszczętnie.
+
+A teraz na ostatek, jadąc w swoim koczyku, rozpamiętywał on jeszcze
+miło, na odległość nawet nęcące chwile, w wesołym grodzie spędzone...
+Myśląc zaś jednocześnie o swym chlebodawcy, jedna szczególniej rzecz
+dziwiła go niepomiernie; mianowicie, dlaczego z Gowartowa nie otrzymał
+on dotąd wcale żadnej, naglącej do powrotu, depeszy, lub przynajmniej
+choćby jakiego listu ?... Bo że on nie dawał znaku życia - nie było w
+tem nic dziwnego - ale Gowartowski?... To zaiste, było całkiem
+niezrozumiałem...
+
+I analizując fakt ten, po raz nie wiadomo już który, Krasnostawski
+ziewnął przeciągle i roztworzył oczy, przymknięte dotąd, usiłował bowiem
+zdrzemnąć się w powozie.
+
+Patrzał teraz wokoło nieco bezmyślnie, dość szybko względnie wśród
+ciemności jadąc swym powozikiem. Na tle czarnej nocnej opony czerwony od
+blask kagańca ślizgał się szerokiem kołem po obu stronach drogi i
+zapalał się kolejno na zżętych rżyskach, zaoranych polach, lub majaczył
+po grzędach zielonych plantacyj buraczanych, ugorach, stepowych
+bodjakach - kwiatach i trawach. Czasem zajrzał do rowu, musnął kurhan, z
+pochylonym krzyżem, oświetlił przydrożne samotne drzewo...
+
+- Żeby się tylko stary na mnie nie zaciął i za nieposłuszeństwo nie
+wymówił miejsca, hm... hm!.. - chrząkając niespokojnie, wymówił do
+siebie pan plenipotent, półgłosem. - E, chyba że nie... zanadto mnie
+potrzebuje! - uspokojony zakonkludował głośno.
+
+Nagle wytężył wzrok, bo oto zdało mu się, że w ciemnościach, w oddali,
+na prawo, rysują się jakieś cienie, a tuż, niedaleko, środkiem pola, jak
+gdyby drogą, posuwają się z wolna, zbliżają, dwa inne migocące małe
+światełka, eskortowane z przodu kręgiem, czerwoną plamą światła.
+
+- Hej, Stepan, czujesz *) ? ha?... - krzyknął na furmana.
+[*) Słyszysz.]
+
+Człowiek, siedzący na koźle, w burce i ceratowej czapce, odwrócił się
+leniwie. Krasnostawski wskazał ręką na prawo.
+
+- Co to takiego? - zapytał.
+
+- Ktoś z kahańcem jide od Howartowa, - taj hodi **) - zawyrokował
+stanowczo woźnica.
+[**)Ktoś z kagańcem jedzie od Gowartowa - i już.]
+
+- To już Gowartów? - zdziwił się Krasnostawski.
+
+Jadąc do folwarku Tomaszówki, rezydencyi pana plenipotenta, przejeżdżało
+się pod sam Gowartów, oddalony ledwo od traktu o pół wiorsty.
+
+Kocz Krasnostawskiego, podniszczony nieco i roztrzęsiony, klekotał po
+drodze, konie szły raźno, wyciągniętym kłusem, czując snać w pobliżu już
+domową stajnię. Krasnostawski zapalił zapałkę i spojrzał na zegarek:
+dochodziła druga po północy.
+
+- Hm... hm!.. Stary znów nie śpi, bo widocznie to we dworze się pali -
+ponownie mruknął, wpatrzony w gorejące w oddali podłużne wstęgi świateł.
+
+- Koło hresta - stanesz! - rozkazał, zwracając się do furmana,
+zaciekawiony naraz, kto może jechać z Gowartowa o tak późnej porze?
+
+Furman huknięciem donośnem zakomunikował rozkaz wyrostkowi z kagańcem.
+
+Na rozdrożu stanęli. Ramiona stojącego tu, omszałego starego krzyża,
+zabarwiły się od łuczywa purpurą. Czekali.
+
+W nocnej ciszy dochodził już turkot powozu, tętent koni i dźwięk jazd
+zbliżał się szybko.
+
+- Semen - Howartowskije koni! - nachyliwszy się ku Krasnostawskiemu z
+kozła, furman pospieszył z informacyą.
+
+Pierwszy pod krzyżem zjawił się na rosłym stajennym kasztanie parobek, z
+kagańcem, a poznawszy gowartowskiego plenipotenta, uchylił pokornie
+czapki.
+
+- Kto to jide? - rzucił pytanie Krasnostawski.
+
+- Pan dochtór! - brzmiała odpowiedź.
+
+Pod krzyż nadjeżdżała zaprzężona w parę rasowych gniadoszów nejtyczanka,
+powożona przez wąsatego i porządnie ubranego stangreta.
+
+Krasnostawski wychylił się ze swego kocza, począł machać kapeluszem i
+krzyknął donośnie:
+
+- A!... pan konsyliarz kochany!... Powitać, witać! Stój, Semenie!...
+
+Nejtyczanka zatrzymała się posłusznie i w podwójnem migocącem świetle
+kagańców u rozstajnego drzemiącego krzyża, zeszło się dwóch mężczyzn.
+
+- To pan? - Nie poznałem... - odezwał się nazwany przez Krasnostawskiego
+konsyliarzem.
+
+- Dobry wieczór, a raczej dzień dobry! - pozdrowił młody człowiek
+przybyłego - bo to już dobrze po północy - dorzucił. - Czy szanowny pan
+z Gowartowa? Cóż to tak późno, ktoś chory, broń Boże, a może tylko z
+wincika?....
+
+Z pod czapki spojrzała uważnie na Krasnostawskiego zdziwiona twarz
+doktora, okolona długą brodą.
+
+- Jak to? To pan nic nie wiesz? - zapytał.
+
+- Wracam z podróży... - objaśnił Krasnostawski.
+
+- Aaa! nic nie wiedziałem... Pan January, chory od tygodnia, rozwinął
+się tyfus, o przebiegu silnym bardzo i niebezpiecznym... Poza tem
+komplikacye inne, nerwy et caetera... Teraz zresztą już lepiej... może
+Bóg da... doktór zatrzymał się.
+
+- Ale, nie mówię panu, od czego się to wszystko zaczęło - dorzucił
+informująco.- Już był pono niezdrów, moralnie przynajmniej; wpadł,
+polując na moczarach, w wodę po szyję i zaziębił się...
+
+- Nikt mi znać nie dał, mój Boże! - szczerze zasmucił się Krasnostawski.
+- Więc pan mówisz, że dziś lepiej?...
+
+- O tyle, o ile!.. teraz śpi po lekarstwie, gorączka spadła nieco, lecz
+wczoraj było źle bardzo; notabene, prócz klucznicy - staruszki, w całym
+domu nikogo nie ma przy sobie...
+
+- Możebym ja pojechał tam teraz, do pana Januarego, na noc, co? - rzekł
+Krasnostawski, na dobre zmartwiony.
+
+Doktór przyjaźnie spojrzał na młodzieńca, uśmiechnął się z dobrocią i
+rzekł:
+
+- No, zmęczony jesteś, kochany panie, podróż, mości dobrodzieju,
+wspomnienia po niej miłe zapewne, panie tego - tu poklepał
+Krasnostawskiego po plecach. - Nie, nie potrzeba - ciągnął dalej seryo -
+wyśpij się pan i jutro tam pojedziesz, bo zresztą, mówiąc między nami,
+przeszkadzać tam tylko będziesz... Niech śpi sobie, nieborak, klucznica
+i służba przypilnują go. Ba ! żeby to tylko zawsze tak było, jak
+dziś....
+
+- Jak to? więc obawa jest jeszcze? - zaniepokojonym znów głosem zapytał
+Krasnostawski.
+
+- Obawa jest, jeszcze! - przedrzeźnił szorstko doktór i widocznie
+nadrabiając miną, dorzucił. - Wam wszystkim się zdaje, że doktór to
+prorok!... Naturalnie, że jest!... Czy ja wiem zresztą - wszystko w ręku
+Najwyższego - zobaczymy... No, tymczasem dobranoc! - doktor wyciągnął
+rękę na pożegnanie.
+
+Krasnostawskiemu twarz spochmurniała, i niepokój wyraźny odbił się na
+niej; odczuł nerwami, czego nie było w słowach doktora i co on usiłował
+widocznie pokryć przed nim na razie, i posmutniał jeszcze bardziej.
+
+Jednocześnie jakiś jakby wyrzut sumienia wezbrał mimo woli w jego duszy,
+iż on tak długo pozostawił starca w samotności, bez opieki, sam bawiąc
+się wesoło. Pożegnawszy lekarza, pomógł mu wsiąść do bryczki.
+
+- Jakże tam zdrowie wszystkich u szanownego doktora, żony, dzieci?... -
+bąknął, aby coś powiedzieć.
+
+- Dobrze, dobrze, serdecznie, dziękuję, dobranoc!
+
+- Dobranoc! - powtórzył, jak echo, Krasnostawski, i ruszył do swego
+pojazdu.
+
+- Czohoś meni ne skazał, szczo pan słabujut - rzucił wymówkę furmanowi.
+
+Tenże odparł lakonicznie:
+
+- Zabuł, pane!
+
+- Do Tomaszówki! - rozkazał Krasnostawski.
+
+Powozik ruszył w dalszą drogę. Turkot jego w milczeniu nocy połączył się
+z cichnącym coraz bardziej odgłosem kół i dzwonków nejtyczanki lekarza,
+a dwa kagańce, w dwie przeciwne strony, rzuciły znowu ruchome swe kręgi
+krwawe w pasmo uśpionych, kirem nocy pokrytych, obszarów. Oddalając się
+od siebie, długo tak na horyzoncie, malejąc coraz bardziej, świeciły ich
+łuczywa, aż wreszcie, zamigotawszy czas jeszcze jakiś purpurowymi
+punkcikami na niezmierzonych płaszczyznach - spełzły całkiem na
+widnokręgu, znikłszy, zlawszy się z ciemnością, która wchłonęła je w
+siebie.
+
+Turkot na trakcie ucichł. Szeroka taśma ukraińskiego szlaku, rozjaśniona
+na chwilę, znikła i czarność jeszcze większa zawisła nad polami, stepami
+i krzyżami kurhanów.
+
+W milczeniu nocy, pełnem zagadek i szeptów tajemniczych, wszystko dokoła
+zapadło w sen twardy i cichy.
+
+
+---------
+
+
+
+- Bo ty nie wiesz, nie czujesz może i nie przypuszczasz nawet, jak ja
+cię kocham, jak bardzo ubóstwiam, ty skarbie mój najdroższy, ty moje
+życie, me wszystko!... - szeptał gorąco Dzierżymirski, nachyliwszy się
+ku Oli i tuląc ją do siebie.
+
+- Ty zdać sobie sprawy nie potrafisz - ciągnął dalej, zapalając się
+coraz bardziej do słów własnych - ile ja gotów jestem rzeczy
+najdroższych nawet - poświęcić dla ciebie, co dla cię zdolnym stłumić,
+przecierpieć!... Ja gdybym był cię nie posiadł - podeptałbym bez namysłu
+wszelkie prawa ludzkie, jeśliby one stanąć mi śmiały wówczas oporem do
+zdobycia ciebie!... Ty nie wiesz... nie wiesz!...
+
+Roman, pobladłszy, umilkł. Chmura osiadła mu na czole, skrzywienie
+bolesne zadrgało w ust kącikach. Pochylił na moment głowę.
+
+Och, czemuż nie mógł, czemuż, powiedzieć jej Oli, wszystkiego?.. Na
+ustach mu drżało, przemocą prawie wyrywało się z nich wyznanie
+przeszłości, zdusił je jednak, wtłumił w siebie, z obawy, by te piękne
+lica ukochane nie odwróciły się odeń z pogardą. Po chwili znów mówił:
+
+- Tak, ty obszaru, ty głębi uczucia, które wre we mnie, które dla ciebie
+niejedną już tamę zerwało, nie oceniasz, nie rozumiesz...
+
+Dzierżymirski silniej przycisnął do siebie kibić żony, a pochwyciwszy
+jej ręce, przywarł do nich ustami, i pocałunkami okrywać je począł.
+
+- Ty... moja... moja! - szeptał w kółko namiętnie, coraz czulej...
+ciszej...
+
+- Ty moja!... Ja za nic w świecie nikomu cię nie oddam, wydrzeć sobie
+nie pozwolę!...
+
+A uspokoiwszy się stopniowo, ciągnął:
+
+- I czyż wobec tego zatem dziwić się nawet możesz złemu humorowi memu,
+owego wieczora, pamiętasz, w Lucernie!... To nie był gniew,
+opryskliwość, jak to nazwałaś, dziwactwo! O, wierz mi - nie!... To była,
+wywołana cierpieniem tylko - zazdrość i żal duszy, że komu innemu
+pozwalasz choć częścią wdzięków twych się napawać, że na nie patrzy,
+rościć sobie może jakieś urojone, choćby imaginacyjne do nich prawa -
+mężczyzna inny - niźli... ja...
+
+Roman mówić przestał wzburzony i wzruszony.
+
+- Rozumiesz więc teraz, kochanie ty moje? rzekł znowu po chwili miękko,
+łagodnie, i spojrzawszy prosząco w oczy słuchającej go w milczeniu Oli,
+rzucił pytająco: -Przebaczasz?..
+
+- Ależ przebaczam... przebaczam!... - rzekła, uśmiechem, pieszczotliwie
+Ola, a że nikogo podówczas właśnie w pobliżu nie było - siedzieli w
+cieniu alei nadbrzeżnej nad Lemanem - zarzuciła na szyję Romana swe
+długie białe ręce, i przytuliwszy się doń, poczęła mu z kolei szeptać:
+
+- Ty mój drogi, jedyny!... Od kwadransa patrzę na ciebie i rosnę w
+duszy, takiś szlachetny, rozumny, piękny... Piękny!... - powtórzyła z
+zalotnością, namiętnie i przymilająco się musnęła wargami śniadą twarz
+Dzierżymirskiego.
+
+- Nie taki, jak wówczas, zazdrosny, zły, brzydki!...- przekomarzała się
+z wdziękiem - ale taki zakochany... wielki!...
+
+I Ola czulej jeszcze przycisnęła się do Romana, zbliżyła swe wargi
+świeże do jego ust zmysłowych, i mówić poczęła głuchym szeptem, urywanym
+od uczucia nadmiaru - przeplatanym pieszczotą, pełnym tętniących w nim
+młodych pragnień:
+
+- Kocham cię!... kocham... kocham!... Jak nikogo dotąd... nigdy,
+nigdy!... - szept przy tem młodej kobiety zadrżał namiętniej jeszcze. -
+Nie ja - to ty przeciwnie nie rozumiesz, nie czujesz, jak cię kocham,
+uwielbiam !...
+
+- Wszak dla ciebie porzuciłam ojca, Gowartów, rodzinę! Stłumiłam,
+zgniotłam uczucia inne!... Pośpieszyłam na twe wołanie, pobiegłam za
+tobą, w twe objęcia, podeptałam wszystko... wszystko!.. O!... Ja bym
+sobie zarówno wydrzeć ciebie nie dała - tyś także mój!... mój!...
+
+I szept młodej kobiety łaszący się, palący, zawrotny - skonał...
+
+Zbliżone usta młodych silnie zwarły się w pocałunku. Na chwilę, minut
+parę, znikło im z oczu wszystko, przesłonięte mgłą jakby, z której jedna
+jedyna wyłoniła się tylko - miłość.
+
+Wokoło zaś wciąż nie było nikogo. W cieniu drzew tonął w mroku
+tajemniczym, cisz zadumanych pełnym "quai Perdonnet," nadbrzeżna aleja w
+Vevey, wijąc się brzegiem Lemanu, u stóp rozrzuconego w górze
+szwajcarskiego miasta.
+
+Nad "Lac Leman" drżał księżyc w pełni; przeglądał się w głębokich jego
+toniach, z pieszczotą ślizgał swe promienie po ciemno-modrych falach...
+
+I w blasku miesięcznego światła tchnął krajobraz cały jakimś czarem
+dziwnym...
+
+A więc, poza jeziorem, hen, gdzieś, w perspektywie, niewyraźnie srebrzył
+się mglisto Alpejski szczyt wyniosły - w tafli Lemanu, ogromnej,
+szklistej, niby morze, odbijały się gwiazdy, topił w nich swe
+wierzchołki wieniec pobliskich gór. Masy ich kadłubów miejscami
+zaciemniały jezioro, a w ciemniach tych, odbijających rażąco na
+obszarach wód od fali, tych oświetlonych taśm jasnych, błąkały - się
+jakieś mary i cienie, ze śnieżnym żaglem sunęła cicho zgrabna, wysmukła
+barka...
+
+Księżyc tymczasem wzbijał się coraz bardziej i wyżej, malał, stawał się
+jaśniejszym, przezroczym - milczenie wzrastało... Fala u stóp
+Dzierżymirskich szemrała teraz cichutko, a tam, z mroków, od gór
+podnóża, na przestrzenie wód Lemanu, skrzące się pyłem srebrzystych
+promieni, marząco, niepokalana, biała, spokojnie wypływała z wolna ta
+sama łódź żaglista...
+
+Oderwawszy usta od gorących pocałunków, Roman i Ola patrzyli w
+zachwycie.
+
+Do dusz ich, na piękno czułych, wślizgiwał się czar tej szwajcarskiej,
+boskiej nocy, studził krew rozigraną swym bezmiernym, majestatycznym
+spokojem, poniżał, równał z zerem ich troski ziemskie ogromem i potęgą
+przyrody - podnosił, wzmacniał ducha, dodawał mu skrzydeł, lecących w
+zaświaty...
+
+Pierwszy z nastroju tego ocknął się Dzierżymirski i spojrzał na zegarek.
+- O, już mija dwunasta! Chodźmy, moje życie! - odezwał się do Oli.
+
+Powstali.
+
+- Ach, jakże noc dzisiejsza jest piękną - jak piękną!.. - z zachwytem
+szepnęła Ola - nie zapomnę jej chyba nigdy.
+
+- Ani ja również! - potwierdził Roman w zadumie.
+
+Wziął pod ramię żonę i ruszyli z miejsca, kierując się pod górę, ku
+rozsianym willom miasta.
+
+Milczeli. W głowie Romana huczał chaos różnorodnych myśli. Z nich zaś
+jedna, najuporczywsza, wyłoniła się zwycięska.
+
+- Miłość, miłość raz jeszcze, i miłość tylko, jedyna, wielka! - krzyczał
+w nim głos podnieconego mózgu - ocalić cię jest w stanie! W niej tylko
+znajdziesz zapomnienie, nią się upijesz, przy jej pomocy zmatujesz
+bolesną ranę przeszłości, zdusisz sumienia wyrzuty !..
+
+- Bo miłość, to haszysz - wołał ten sam głos dalej - bo miłość, to
+szczęście na ziemi - to raj, to jedna rzecz z tych, tak rzadkich na
+świecie, dla której warto może walczyć i trudzić się, by ją zdobyć! -
+Ona częstokroć cierpieniem i rozczarowaniem tylko, lecz ileż razy bólów
+życia nagrodą - jego zapomnieniem!..
+
+Dzierżymirski zdjął kapelusz z głowy, pod wpływem zaś myśli ostatnich,
+opiekuńczo i czule objął silnem ramieniem kibić żony.
+
+Postępowali krokiem raźnym, idąc pustemi, cichemi uliczkami bezustannie
+pod górę. Roman odezwał się po chwili:
+
+- Zostaniemy dłużej w Vevey; tu tak cicho, samotnie, tak z dala od
+ludzi, od świata i jego pogwarów - zostaniemy, Oluniu, cóż ty na to? -
+pytająco nachylił się ku młodej kobiecie.
+
+- Ależ i owszem, mój ty samotniku - odparła z uśmiechem Ola - a zresztą,
+wszak nie zwiedziliśmy jeszcze wszystkiego...
+
+- Ach tak, prawda... moje życie, prawda... Koniecznie zobaczyć musimy
+wszystko! - mówił Roman. Umilkli znowu, zatopieni w myślach.
+
+Od parodniowego pobytu swego w małem nadlemańskiem miasteczku,
+Dzierżymirscy prowadzili żywot pracowity. Wstawali raniutko, odbywali
+wycieczki i spacery po okolicy; nie dalej, jak dziś, zwiedzili pobliskie
+Montreux i sławny "Chateau Chillon;" obejrzawszy go wewnątrz dokładnie,
+jego starożytne , sale i wieżyce, miejsca kaźni - ponure więzienia, z
+zachowaną dotąd tak zwaną "oubliette," nad trzystumetrową głębią Lemanu.
+
+Wśród narodowych śpiewów szwajcarskiego ludu, towarzyszącego im w
+kolejce, zwiedzili oni również przed paru godzinami górę "Soim-Pčlerin,"
+mając świeżo jeszcze w pamięci cudny z wierzchołka jej widok na szafiry
+jeziora i miasto Vevey, zaciszne, pogodne, rzucone niby na ekran
+zielonego podnóża gór - zadumane, pełne melancholyi i cichego smutku...
+
+- Wiesz, Oluniu, co ci powiem? - odezwał się nagle do żony Roman, gdy,
+mijając właśnie wysokie, gotyckie wieżyce pięknego kościoła
+katolickiego, zagłębiali się w aleję, poprzez drzew liście, rozjaśnioną
+tajemniczo cieniami księżycowego światła...
+
+- Otóż - ciągnął po przelotnej chwilce wahania - że napisałem do jednego
+z dawnych znajomych, by donosił mi, co się dzieje z ojcem twoim w
+Gowartowie...
+
+- Ty zrobiłeś to? O, mój drogi, najdroższy, jakiś ty dobry, poczciwy,
+złoty! - wykrzyknęła szczerze uradowana Ola i przytuliwszy się do
+Romana, uściskała go serdecznie.
+
+- A tak, ja, we własnej osobie, tak często bowiem smutną bywałaś... -
+potwierdził Dzierżymirski, i urwał nagle.
+
+Przyjemnego a jednocześnie i przykrego doznał on wrażenia. Miłą była mu
+myśl, że odgadłszy utrapienie żony, ulżył jej. Smutno nieco, widząc
+bowiem na twarzy żony tak pogodną radość, poczuł, iż o odebranym już
+liście wspomnieć nie mógł. Ten, choć nie wesoły, nie wiózł jednak
+jeszcze ze sobą złych wiadomości, gdy natomiast następne - kto wie?
+
+- Ha, trudno, - powiedział sobie w duszy Dzierżymirski - niech cieszy
+się! Nie zatruję ja jej tej chwilki zadowolenia.
+
+- I dotąd niema żadnej odpowiedzi? - skwapliwie pytała tymczasem Ola.
+
+- Nie, kochanie - skłamał gładko Roman - ale nadejdzie niebawem, podałem
+adres Vevey...
+
+- Podałeś? - ucieszyła się znów Ola - no, to dobrze, bo ja mimo woli
+biję się z przypuszczeniami nieraz, co tam oni wszyscy myślą o mnie, czy
+potępiają bardzo, czy gniewają się, czy smucą?..
+
+Ola ucichła i cień smutku przemknął po jej twarzy.
+
+- No, no, cóż to znów za niepokoje? - podchwycił Roman, korzystając zaś,
+iż na ulicy nikogo nie było, pośpieszył z pocieszeniem, pieszcząc czule
+młodą kobietę.
+
+I znowu zagrała w nim nienasycona miłość namiętna, ogarnęła, zdeptała
+wspomnienia - zakrólowała sama!..
+
+Niebawem Dzierżymirscy odszukali swą willę, już ciemną całkiem i
+uśpioną, a błądząc chwilę po pustych korytarzach, dotarli nareszcie do
+dużego pokoju z balkonem, który zajmowali tu na pierwszem piętrze.
+
+Kroki zapóźnionych przybyszów zmąciły ciszę willi, skrzyp drzwi
+zgrzytnął fałszywym dźwiękiem w ogólnej harmonii powszechnego milczenia.
+
+W pokoju okna były otwarte, i panowało w nim powietrze rzeźkie, świeże,
+od gór płynące. Wchłaniając je z lubością, Dzierżymirscy poczęli
+gospodarzyć u siebie. Roman po chwili wziął się do zamykania okien, Ola
+zaś, zapaliwszy światło, zdjęła kapelusz i wolno poczęła się rozbierać.
+
+Lecz oto nagle podskoczyli oboje. W zupełnej bowiem ciszy uśpionego
+domu, tuż po za ścianą sąsiedniego pokoju, rozległy się silne uderzenia.
+Ktoś bez ceremonii walił w mur pięściami, chcąc widocznie zamanifestować
+swoją tam obecność, a zarówno i fakt że, hałasując, spać mu
+przeszkadzano.
+
+Wkrótce jednak rozjątrzone uderzenia ustały i posypała się garść
+nieestetycznych, wyrażonych głośno i ze złością epitetów.
+
+Tyle było bezwiednego komizmu w stukaniu tem i w poirytowanym głosie,
+zaspanym jeszcze, że Dzierżymirscy roześmieli się wspólnie i szczerze.
+
+- To ta słodziutko-grzeczna rozwódka, podstarzała, pseudo - wielka pani,
+elegantka, wiesz .. co to przy obiedzie, siedzi koło nas - objaśniła
+półgłosem Ola - (w szwajcarskich hotelach-willach, zwanych "pensions,"
+obiadują wszyscy razem).
+
+- Tak?.. - zdziwił się Roman - nie wiedziałem... A to oryginał baba,
+naturalnie, nie przypuszcza zapewne, iż my tu mieszkamy... Złapała
+się... Jak to jednak i pozory fałszywej układności zdradzają częstokroć
+to zwierzę, ukryte w człowieku - filozoficznie dorzucił. - Ale, ale... -
+ciągnął dalej, z uśmiechem - wyobraź sobie, Oluniu... Zapomniałem ci
+powiedzieć. Tu, na górze nad nami - wskazał sufit palcem i roześmiał się
+- mieszka drugie dziwadło: Pamiętasz... ta mała, nasze vis-a-vis, żółta
+stara panna... Otóż wynajmuje ona aż pięć pokoi próżnych naokoło siebie,
+a wiesz dlaczego? - Tu Roman po raz drugi głośniej jeszcze parsknął
+śmiechem. - Żeby jej w nocy nie hałasowano! Mądrzejsza od naszej
+sąsiadki, co?...
+
+Ola zaśmiała się z kolei srebrzyście. Słuchając męża, zdjęła właśnie
+przed chwilą suknię, i siadała obecnie przed lustrem, z obnażoną szyją i
+ramionami. Pragnąc rozczesać włosy, przechyliła się w tył i poczęła
+rozwiązywać je leniwym ruchem rąk.
+
+- Poczekaj - rzucił żywo Dzierżymirscy - damy tej babie odpowiedź muzyką
+całusów!.. Przypomni sobie może luba rozwódka małżonka!.. Ha-haha, a to
+się wściekać dopiero będzie!..
+
+I swawolnie, ze śmiechem, Roman przylgnął wargami do ramion Oli, i
+począł całować je głośno, cmokając z lubością.
+
+- Ohe!.. la - bas!.. On dort ici!.. - rozległ się po chwili za ścianą
+gardłowy, świszczący glos, pełen nienawiści i jadu.
+
+- Buch! buch! buch! - rozległy się znów w pasyi uderzenia o mur
+wściekłe.
+
+Ola śmiała się serdecznie, Roman nie przestawał całować zamaszyście.
+
+- Dosyć już, dosyć! - szepnęła młoda kobieta, z trudnością hamując
+wesołość, - proszę mi wynosić się teraz - szepnęła w ślad za tem, z
+pieszczotą w głosie. - Idź na balkon! - dodała, i przechyliwszy wysoko
+giętką swą szyję na poręcz krzesła, podała Romanowi do pocałunku
+rozchylone swe wargi zalotnie patrząc nań z pod długich rzęs...
+
+Cudną i wdzięczną swych linji harmonią, biust kobiecy przemknął ponętnie
+w tym ruchu falistym przed rozkochanym wzrokiem mężczyzny.
+
+Dotknął ustami ust i z wezbraną miłością w sercu wyszedł na balkon.
+
+Tu zapalił cygaru i znowu wchłonął w siebie pełnym, szerokim oddechem,
+orzeźwiającą atmosferę cichej szwajcarskiej nocy. Spojrzał w dół. U stóp
+jego szkliło się w dali tam i ówdzie srebrem rozbłękitnione jezioro. Do
+powierzchni jego pieszczotliwie tuliły się jeszcze gdzieniegdzie
+ostatnie mgiełki, błąkające się zazwyczaj dzień cały, od rana, po
+Lemanie, i wespół z białemi mewami muskające stale grzbiety jego fal.
+
+Księżyc już był bardzo wysoko. Snopami światła dotykał teraz grzbietów
+gór, mienił się fosforycznie na wierzchołkach dalekich śnieżnych
+szczytów.
+
+A tam, w dole, zadumane, ciche usypiało miasto... Jedne po drugich, jak
+iskry dopalającego się płomienia, ogniki - gasły w domostwach Vevey
+światełka, kolejno - stopniowo nikły...
+
+Dzierżymirski, z zadowoleniem, wciągał wciąż w piersi zdrowy powiew,
+płynący z dali, wypuszczając zarazem z ust małe obłoczki niebieskawego
+dymu.
+
+Obecnie - chwilowo, był on zupełnie szczęśliwym! Tu, w zacisznym gór
+zakątku, czuł on podwójnie, jako swoją wyłączną własność ubóstwianą
+kobietę, kochał ją zdwojonym sił żywotnych zapasem, a czując
+równocześnie wzajemność jej ku sobie niekłamaną, nurzał się w uczuciu
+tem, z rozkoszą pływaka, rzeźko wśród rozsłonecznionych wód wesołych
+płynącego w dal radosnego jutra! Wizye przykre zniknęły zupełnie, robak
+wewnętrzny, toczący ducha Romana, przestał go dręczyć na chwilę... Dawką
+miłości ukołysane sumienie - spało.
+
+- Romciu!.. Romeczku!.. - usłyszał naraz Dzierżymirski pieszczot
+obietnic pełny, wołający go głos kobiety.
+
+- Idę... idę! - odparł pośpiesznie i rzuciwszy cygaro, przestąpił próg
+balkonu.
+
+Światło w pokoju zgaszonem już było. Tajemnicze natomiast
+błękitno-srebrne księżycowe fale zalewały komnatkę, a w półświetle tem
+majaczyła postać Oli i bielały alabastrowe jej ramiona.
+
+Dzierżymirski, wchodząc, chciał przymknąć za sobą obite szarem suknem
+balkonowe okiennice.
+
+- O, nie... nie zamykaj !.. Tak ładnie księżyc świeci, tak ślicznie!.. -
+posłyszał w tejże samej chwili prośbę Oli. Roman usłuchał, a zamknąwszy
+tylko szczelnie okienne ramy balkonu, skierował się szybko w głąb
+pokoju.
+
+***
+
+Jeszcze we mgłach wczesnego poranku drzemały góry, jezioro i
+niezbudzone, senne miasto Vevey, gdy do drzwi pokoju Dzierżymirskich
+zapukał ktoś dyskretnie.
+
+Roman, który obserwował właśnie przez okna mglisty krajobraz, na ten
+odgłos zerwał się pośpiesznie. Odziawszy się szybko, nie pytając przez
+drzwi głośno, kto zacz, by nie zbudzić Oli, skierował się ku wyjściu z
+komnaty... Otworzył drzwi cicho...
+
+- Bonjour, monsieur! - pozdrowiła go, przeciągając śpiewnie, wpółubrana,
+uśmiechnięta wstydliwie, młoda Szwajcarka, i podała jakiś papier.
+
+- Co to jest? - z cicha pytająco rzucił po francusku.
+
+- Telegram! - brzmiała odpowiedź.
+
+- A... dziękuję - odparł Roman i zamknął drzwi. Niepokój wyraźny odbił
+się na wyrazistem obliczu jego; cichutko podbiegł na palcach do okna i
+gorączkowo rozwinął ćwiartkę papieru.
+
+Stłumiony gwałtem okrzyk zabrzmiał w pokoju przyciszonem echem, i
+telegram z ręki Romana upadł mu na posadzkę. Poprzez szyby balkonu
+Dzierżymirski spojrzał błędnym wzrokiem przed siebie.
+
+Tam, gdzieś w oddali, poza wierzchołkami gór, zaróżowiało się coś
+niewyraźnie, płoniło... W mgłach tajemniczych zniknął cały wczorajszy
+krajobraz, a poza niewidzialnymi tylko szczytami Alp, pokrytymi jakby
+woalem, gdzieś, daleko, - zakryta wstydliwie, wschodziła snać
+jutrzenka...
+
+Roman, blady jak płótno, przeniósł wzrok swój w przeciwną stronę
+komnaty. Uśmiechnięta, cicha spała tam Ola... Z pod lekkiej kołdry
+wysunęła się jej główka urocza, rzęsy długie kładły swe cienie na
+rumianą twarzyczkę, usteczka ponętne z koralu marzącym, od
+rzeczywistości dalekim, rozchylały się uśmiechem...
+
+Dzierżymirski patrzył wciąż na nią, z czułością współczuciem, bólem...
+
+- Biedna!.. biedna!.. - wyszeptał - Biedna!.. powtórzył ciszej jeszcze.
+Bolesne skrzywienie przemknęło mu po ustach, i odwróciwszy twarz, -
+nieruchomy, oparł się w zadumie o szyby okien balkonu.
+
+
+---------
+
+
+Babie lato snuło swą przędzę... Czepiało się na zagonach poruszonej
+świeżo czarnoziemnej gleby; łaskotało nozdrza siwych wołów, w trzy pary
+leniwie sunących u pługów, obmotywało się swawolnie wokoło ich
+przepysznie rozrosłych rogów i biegło dalej, unoszone wietrzykiem, by
+przytulić się do rozgorzałej w słońcu czerwienią i złotem ściany borów,
+do samotnych grusz polowych i zgarbionych strzech ukraińskich chatek, a
+zaglądając po drodze w ukołysane jesienną ciszą jary - ginęło gdzieś w
+stepie dalekim, splatając tam ze sobą uściskiem trawy, bodjaki i polne
+kwiecie - pracowicie przędząc wszędy ustawiczną nić swą białą.
+
+Drogą do Gowartowa, galopem, co koń wyskoczy, pędziła czwórka koni,
+unosząc w tumanie iskrzącej się od słońca kurzawy powóz, a w nim dwie
+osoby. Pierwszą z nich był ksiądz proboszcz, z pobliskiego miasteczka,
+drugą - Krasnostawski.
+
+Jak huragan, minąwszy pochyloną garstkę ludzi, kopiących w pobliżu łan
+buraków, oraz cmentarzyk wiejski, cichy, pełen uroku - pojazd wpadł do
+sioła. Z zagród chłopskich wyskoczyły psy i szczekać poczęły zajadle;
+wystraszone dzieciaki, o płowych, prawie białych, włosach, rzuciły się,
+uciekając w popłochu, a przędzące konopie wieśniaczki, w barwnych swych
+strojach, chustkach i wyszywanych koszulach, stawały zdziwione,
+przeprowadzając migający pędem pojazd niespokojnem okiem.
+
+Zziajana, okryta potem czwórka koni, zwolniła wreszcie biegu, i stępa,
+wolniutko, ostrożnie spuszczać się zaczęła z pagórka na wiejską groblę.
+
+- Czy księdza dobrodzieja nie znużyła nasza tak prędka jazda?.. Cóż
+robić jednak, kiedy inaczej nie zdążylibyśmy może... - odezwał się
+Krasnostawski, korzystając z mniejszego pędu powietrza.
+
+Barczysty ksiądz, o inteligentnem wejrzeniu dużych czarnych oczu i
+brwiach kruczych, odbijających wyraziście od białych włosów,
+wymykających mu się spod kapelusza, obruszył się na to pytanie.
+
+- Ale, cóż znowu!.. - odparł. - Oby tylko ten zacny pan January dożył
+błogosławionej chwili i mógł pojednać się z Bogiem!..
+
+Umilkł ksiądz, i niebawem z pobożnem westchnieniem, dorzucił:
+
+- O to ostatnie właśnie od czasu, gdy jedziemy, myśl mą ku Najwyższemu
+wznoszę... Może jej usłuchać raczy!..
+
+- Doktór mówił, że z godzin trzy pożyje - odparł Krasnostawski, a
+wyjmując zegarek, rzekł jeszcze: - Od chwili tej minęło dwie godziny...
+
+- Ach, ci lekarze! - machnął ręką ksiądz stary - cóż tam ostatecznie
+wiedzieć oni mogą - wszak wszystko w ręku Stwórcy-Pana! Ja, na przykład,
+pewnego razu byłem już konającym, a jednak, po przyjęciu
+Przenajświętszego Sakramentu i Olejów Świętych - wyzdrowiałem...
+
+Umilkli. Ksiądz zaś po chwili, widząc, że furman wciąż jedzie stępa,
+zauważył:
+
+- Ale może byśmy znów pojechali nieco prędzej, nieprawdaż?
+
+- Naturalnie, niech minie tylko most i groblę - odrzekł Krasnostawski.
+
+U stóp ich szumiało w tej chwili koło u młyna, pryskająca odeń wodna
+piana szeroko rozlewała się na senną taflę dużego stawu, w której
+przeglądały się pożółkłe szczyty gowartowskiego parku.
+
+Za groblą znowu ruszyli galopem, i niebawem, wyminąwszy jeszcze część
+wsi, zajechali przed ganek pałacu. Na spotkanie wybiegł stary lokaj,
+klucznica i kilku domowników.
+
+W ciszy, przerywanej tylko parskaniem i sapaniem spienionej zziajanej
+czwórki koni, z lękiem, na stopniach kocza, Krasnostawski zapytał
+głośnym szeptem:
+
+- Żyje?..
+
+- Żyje !.. Żyje !.. - odparli wszyscy chórem, lokaj zaś natychmiast
+dorzucił:
+
+- Chwała Bogu na wysokościach... Pan doktór powiedział, że może i do
+jutra rana...
+
+- A gdzież pan doktór? - pytał dalej Krasnostawski.
+
+- A ot, tylko co patrzeć, jak odjechał.. Pono do Karolówki, bo tam
+młodsza jaśnie pani niezdrowa...
+
+- Niezdrowa!.. - obruszył się plenipotent. - Tu przecież konający w
+domu, mógł chyba zostać jeszcze! - dorzucił gniewnie, zły na widoczną
+obojętność wiejskiego eskulapa. Obejrzał się.
+
+Ksiądz z nim przybyły wysiadał właśnie z powozu, poprzedzany
+towarzyszącym mu chłopaczkiem... Rozległ się wkrótce dźwięk uroczysty
+kościelnego dzwonka - w progi pałacu wstępował Syn Boży, utajony w
+Przenajświętszym Sakramencie...
+
+W parę minut później, do pokoju chorego już wchodził ksiądz; idący w
+ślad za nim Krasnostawski został na progu i spojrzał w głąb sypialni
+chorego.
+
+Na łóżku zamajaczyła mu blada, już nie z tego prawie świata, sędziwa
+twarz pana Januarego. Drzwi zamknięto jednak w tej chwili -
+Krasnostawski cofnął się dyskretnie i począł przechadzać się wielkiemi
+krokami po pokoju.
+
+Od czasu powrotu z podróży swej do miasta, na nim jednym prawie
+spoczywało wszystko. Przepędzał noce całe u chorego, doglądał go
+osobiście, wzywał lekarzy, konsylia.
+
+Dziś, widząc, iż już koniec nieodwołalny się zbliża, a śmierci widmo
+błąka u progów pałacu, znaglony, pojechał po księdza, dnia poprzedniego
+już, cięty przeczuciem, zatelegrafowawszy o nieszczęściu do
+marszałkowej, Ładyżyńskiego oraz do dawnego kolegi swego,
+Tarnopolskiego.
+
+Od tego ostatniego bowiem odebrał list iście enigmatyczny, w którym
+proszono go usilnie, by doniósł szczegółowo o wszystkiem, co się dzieje
+w Gowartowie.
+
+Zanadto przyrodzonego sprytu posiadał w sobie Krasnostawski, by nie
+odgadnąć, że poza kolegą jego, Tarnopolskim, ukrywa się ktoś inny,
+zainteresowany bardzo. Domyślił się, iż był nim prawdopodobnie dobry
+znajomy tegoż, Dzierżymirski, i dlatego nie ominął wyżej wzmiankowanego
+Tarnopolskiego, również donosząc mu, że Gowartowski umiera.
+
+Smutny i blady, w przechadzce swej po pokoju, przystanął nagle
+Krasnostawski, posłyszał bowiem w tej właśnie chwili głosy i szepty w
+przyległej komnacie chorego.
+
+- Spowiada się... - rzekł do siebie, i zbliżywszy się do okna, spojrzał
+w zadumie.
+
+Tak samo, jak codzień, podlewano dzisiaj pod zbliżający się wieczór
+klomby kwiatów, tak samo zniżające się już słońce słało cienie na aleje
+parku, na staw, porozrzucane w ogrodzie ławki, na chaty sioła, i step w
+perspektywie.
+
+- I tak samo będzie jutro, pojutrze - zawsze! Tak samo słońce i wszystko
+weselić się będzie, nic porządku swego nie zmieni, choć dusza tego
+zakątka uleci w zaświaty!.. - szeptał Krasnostawski, i rzuciwszy się na
+fotel, podparł rękami głowę, a myśli goniąc się przelatywały mu po
+głowie.
+
+- O, jakże okrutną jest śmierć! - myślał. - Jak pełną zagadki
+niezwalczonej potęgi, przed którą tylko w pokorze chylić musimy milcząco
+czoła!
+
+I nic kamiennego jej serca nie wzruszy, nic nie zatrzyma - ona w swej
+nieubłaganej godzinie przyjść musi !..
+
+- Straszne, straszne!.. - szepnął znów do siebie pochylony mężczyzna. -
+Tem straszniejsze, iż niezrozumiałe, nieujęte rozumem ludzkim, zawsze,
+zda się, nowe, choć prawieczne w sobie; zawsze tak samo niedościgłe,
+niezmiennie na wszelkie pytania odpowiadające sfinksa zagadką...
+
+- I mnie to kiedyś przecie spotka, wszak i ja umrę!.. - rzekł głośno do
+siebie Krasnostawski. - A potem ?.. - szepnął z trwogą.
+
+I z pytaniem tem na ustach utkwił wzrok błędny we drzwi sąsiedniego
+pokoju...
+
+Drzwi te tymczasem roztwarły się cicho i na progu ukazała się,
+natchniona w tej chwili jakby twarz księdza i postać jego wyniosła.
+Krasnostawski, zbudzony ze swych myśli ponurych, żywo podbiegł ku niemu.
+
+- Cóż, księże proboszczu? - zapytał.
+
+- Wszystko dobrze... Zbratała się dusza jego z Panem... - odparł tenże z
+powagą.
+
+- Ale? ale, czy ksiądz dobrodziej nie uważał przypadkiem ?... To jest...
+- plątał się Krasnostawski - powiedzieć chciałem, czy choremu
+przypadkiem nie lepiej?...
+
+- Ha, Bóg wiedzieć raczy... Nam pozostaje pogodzić się tylko z Jego
+Najwyższą Wolą!.. - tym samym tonem odrzekł sługa Pański.
+
+- Zapewne!.. - bąknął Krasnostawski. Zapanowało chwilę ciężkie, ołowiane
+milczenie. - Ach, ale przepraszam najmocniej księdza dobrodzieja -
+uprzejmie przerwał pierwszy młody człowiek - w tej chwili podwieczorek
+podać każę, ksiądz dobrodziej utrudzony drogą, głodny zapewne!... - i
+Krasnostawski ku drzwiom się skierował pośpiesznie.
+
+- Nie, dziękuję ci, panie Bolesławie! Jechać muszę...
+
+- Już? - zdziwił się młody plenipotent.
+
+- A tak, serce, jutro odpust u mnie, roboty huk!.. Każ zaprzęgać, jeśli
+łaska, a ja tymczasem w ogrodzie poczekam i modlitwy swe przedwieczorne
+odmówię.
+
+- W tej chwili służę księdzu dobrodziejowi... - rzucił w półukłonie
+Krasnostawski i znikł za drzwiami.
+
+Ksiądz zajrzał jeszcze do chorego; pozostawiony na opiece
+staruszki-klucznicy, z pogodą na obliczu swem dziwną leżał on spokojnie.
+
+Widząc to, proboszcz wyszedł.
+
+Z dobry kwadrans migała wysoka, czarna sylwetka jego na tle zieleni, po
+wygracowanych starannie alejach parku, poczem w pobliżu modlącego się w
+skupieniu księdza pojawił się Krasnostawski.
+
+Zaturkotało jednocześnie... Z uszanowaniem przez wszystkich
+odprowadzony, proboszcz wsiadł niebawem do powozu. W parę minut później
+pojazd, unoszący go, znikł za wjazdową bramą pałacu...
+
+Stojący na ganku Krasnostawski poruszył się machinalnie i przez milczące
+pałacowe komnaty skierował do pokoju pana Januarego.
+
+- Cóż? jakże?.. - zapytał zapłakanej staruszki, siedzącej koło łoża
+chorego.
+
+- Teraz... leży niby spokojnie - wyjąkała cicho.
+
+- No, to proszę iść odpocząć, ja zostanę i dam znać, gdy zajdzie tego
+potrzeba - stanowczo odezwał się Krasnostawski.
+
+Po opieraniu się dłuższem, staruszka, znużona i senna wysunęła się z
+pokoju, Krasnostawski zaś, podszedłszy do fotelu, stojącego przy łóżku,
+usiadł ciężko.
+
+Cisza martwa zagościła w komnacie... Gowartowski, oddychając
+niepostrzeżenie lekko, spokojny, leżał wciąż nieruchomo; znużeni
+domownicy rozpierzchli się, każdy do swego zakątka i odgłos żadny nie
+dochodził tutaj, tylko poprzez zapuszczone firanki oraz story rzucało
+swe jaskrawe blaski zniżające się już słońce...
+
+Krasnostawski, zmęczony życiem ostatnich dni kilku, zamyślił się
+głęboko, fizycznie wypoczywając zarazem.
+
+Od czasu do czasu spojrzenie przenosił na starca, poczem zapadał znów w
+zadumę, połączoną z nieokreśloną apatyą, gniotącą go swym ciężarem, z
+poczuciem bezradności, w obliczu zbliżającej się nie odwołalnie,
+kroczącej śmiało śmierci!
+
+Minęło w ten sposób dwie godziny.
+
+Na ciemne żaluzye u okien padały teraz prostopadle dogasającą czerwoną
+łuną ostatnie zachodu promienie, majaczyły ognikami krwawymi po posadzce
+i ścianach, a spoza parku, z oddali, niewyraźnie jakieś dla ucha
+dochodziły odgłosy...
+
+To pracowity, znojny kończył się gdzieś tam, po polach i siołach pogodny
+dzień jesieni; to, śpiewając chórem smętną ukraińską dumkę - wracały po
+pracy dziewczęta i mołodycye, z buraczanych łanów, gromadą...
+
+Nagle Krasnostawski, z przymkniętymi oczyma w fotelu swym zagłębiony,
+ocknął się, drgnąwszy na całem ciele nerwowo. Spojrzał na chorego...
+
+Usta pana Januarego szeptały coś niewyraźnie, poruszały się szybko -
+wreszcie uniósł się on na poduszkach i wzrokiem błędnym spojrzał wokoło.
+
+Krasnostawski już był się zerwał i stał teraz koło łóżka blisko.
+
+- Kto to jest?.. Kto to?.. - wyszeptał chory, z trudnością.
+
+- To ja, Krasnostawski, Kra-sno-staw-ski - powtórzył dobitnie.
+
+- A, a... to dobrze... dobrze... - pan January zaczerpnął płucami
+powietrza i po chwili zupełnie już przytomnie przemówił łamanym, cichym
+głosem:
+
+-Mój panie Bolesławie, odsłoń, proszę cię, okno, choć jedno... Tak tu
+ciemno...
+
+Krasnostawski, usłuchawszy natychmiast zlecenia, podniósł roletę.
+
+Słońce już było zaszło. W pierwszych uściskach nadchodzącego zmierzchu
+stały cicho półobnażone drzewa parku, przeplatane gdzieniegdzie
+czerwienią, słały się aleje żółtawym od opadłych liście kobiercem -
+bielały niewyraźnie w dali zagrody sioła, ciemniały jego osady, senna i
+mroczna świeciła tafla stawu.
+
+Krasnostawski, odwróciwszy się od okna, spotkał smutny, pełen tęsknoty
+wzrok starca, utkwiony w roztaczający się poza oknem krajobraz.
+
+Do łóżka zbliżył się pośpiesznie.
+
+- Dziękuję ci... mój kochany... pani Bolesławie... dziękuję - odetchnął
+Gowartowski i dokończył ciszej:
+
+- Ostatni to raz... ostatni widzę to wszystko! - uczynił ręką ruch
+słaby, a wskazujący widok otulonego mrokiem sioła i pól szerokich.
+
+- Dlaczego? - podchwycił szybko Krasnostawski, - uważam właśnie, że głos
+pański ma dziwnie zdrowe brzmienie - da Bóg, będzie lepiej...
+
+- Och... nie! Nie będzie lepiej - westchnął pan January - nie będzie...
+to tylko na chwilę...
+
+Znów przestał, i zaczerpnąwszy powietrza, ciągnął dalej, uczyniwszy
+jednocześnie prawą ręką ruch zniechęcenia pełny.
+
+- Ja czuję, widzę, że koniec, śmierć się zbliża... Nic mi już nie pomoże
+- wola Boska!.. - znów przerwał... w minutę zaś mówił:
+
+- Właśnie... właśnie powiedzieć coś chciałem tobie... kochany panie
+Bolesławie... usiądź... - i pan January wskazał swą woskowo - żółtą ręką
+taborecik.
+
+Krasnostawski usłuchał.
+
+- Poczekaj chwilę... odpocznę... - wyszeptał osłabiony bardzo. Oparł
+głowę o poduszki i oddychać począł ciężko, na bladej zaś twarzy jego
+zakwitł i zgasł niebawem rumieniec nikły.
+
+Krasnostawski wyczekiwał, milcząc.
+
+- Może podać panu co do picia? - zapytał po chwili.
+
+Przeczący ruch ręki był całą odpowiedzią pana Januarego. W dziesięć zaś
+może minut później głosem słabym, przerywanym co chwila ciężkim
+oddechem, przemówił cicho :
+
+- Tyś dobry... ty jeden... tak, jeden, jedyny, coś mnie nie opuścił...
+Uczynili to wszyscy: siostra, Ładyżyński, córka... - spuścił głowę i
+umilkł, a dwie łzy duże, perliste zabłysły w jego niebieskich,
+przybladłych źrenicach i stoczyły się z wolna po wychudłej twarzy. Po
+chwili ciągnął znowu:
+
+- Źle uczyniła Ola, źle bardzo... Nie poniewiera się tak rodzicem, nie
+depce się tak przywiązania ojca... nie, nie, po stokroć razy nie!... -
+powtórzył z mocą w osłabłym głosie, i z tą skargą na ustach przeciw
+dziecku ostatnią, upadł na poduszki w znużeniu, jak ściana blady.
+
+Krasnostawski, ze współczuciem, ujął rękę starca w dłoń prawą, a gdy
+Gowartowski ponownie uniósł się na posłaniu, opiekuńczo i silnie
+podparł, podtrzymał swem lewem ramieniem jego ciało wychudłe.
+
+- Dziękuję ci, bardzo dziękuję!.. - wyszeptał pan January i mówić począł
+dalej, głośniej nieco, lecz ochrypłym już od zmęczenia i wysiłku głosem
+:
+
+- Ale nie o tem mówić chciałem, nie o tem! Przeciwnie... - znów zamilkł
+sekund kilka.
+
+- Przeciwnie - powtórzył - ja Oli przebaczam, majątek cały zapisałem jej
+wyłącznie, tylko... tu zatrzymał się starzec dłużej nieco, jakby w
+ostatnim wysiłku trudno mu było jasno wyrazić myśl swoją - tylko -
+ciągnął - że testamentów jest dwa: jeden u notaryusza, złożony dawno, na
+korzyść Oli... drugi... na jej niekorzyść...
+
+Umilkł znów Gowartowski blady i zmęczony, a po chwili kończył:
+
+- Ten ostatni, późniejszy, napisałem w chwili nierozumnego gniewu...
+Jest w mojem biurku, szuflada lewa, na wierzchu... Podrę go!..
+
+Tu pan January, oswobodziwszy się od podtrzymującego go ramienia
+Krasnostawskiego, opadł na poduszki wycieńczony.
+
+- Czy przynieść mam ten testament? - poddał Krasnostawski.
+
+Ojciec Oli Dzierżymirskiej przyzwalająco skinął głową i słabym ruchem
+ręki poruszył kluczyk od szufladki stojącego obok łoża stoliczka.
+
+Krasnostawski zrozumiał. Wysunął szybko szufladę, wziął stamtąd pęk
+kluczy i oddalił się cicho.
+
+Blady, oddychając ciężko, w oczekiwaniu młodego człowieka, odpoczywał
+Gowartowski... W ciszy głuchej minęło z dziesięć minut. Na progu
+wreszcie ukazał się Krasnostawski, trzymając w ręku dużą kopertę.
+
+Na jego widok pan January gorączkowo, o własnych siłach, uniósł się na
+posłaniu i wyciągnął rękę po testament.
+
+- Dziękuję... - wyszeptał.
+
+Odebrawszy zaś od Krasnostawskiego kopertę, otworzył ją drżącą ręką,
+wyjął arkusz papieru, znajdujący się tam i rozerwał zwolna na cztery
+części. Potem włożył na powrót do koperty zniszczony test, a zwróciwszy
+się do Krasnostawskiego, głosem dziwnie dźwięcznym, stanowczym, wymówił:
+
+- Oddasz to jej... Oli - i umilkł, opadłszy znowu na poduszki.
+
+Młody plenipotent machinalnie wziął kopertę schował ją do kieszeni
+surduta. Wpatrzony w starca, na którego twarzy igrał w tej chwili jakiś
+pełny dobroci uśmiech, blady, tkliwy - milczał wzruszony, a dwie łzy
+nieposłuszne zakręciły mu się w oczach.
+
+Głosem cichym, jakby dogasającym, mówił tymczasem jeszcze pan January:
+
+- Nie zapomnij oddać... Pamiętaj!.. - urwał, a po chwili:
+
+- Powiedz... także Oli... że przebaczam... jej... i... jemu!..-
+dokończył z trudnością, w wysiłku ostatnim i z wypiekami na twarzy,
+trupio blady, umilkł...
+
+Paląca się u obrazu Matki Boskiej nad łóżkiem, z czerwonego szkła,
+lampka rzuciła w tej chwili promień jasny na oblicze starca...
+
+W zmierzchu idącego wieczora twarz Gowartowskiego zajaśniała jakimś
+nadziemskim jakby wyrazem szlachetnej dobroci... Krasnostawski
+jednocześnie poprawił poduszki u łoża i pochylił się nad chorym, zdało
+mu się bowiem, iż tenże porusza ustami.
+
+Rzeczywiście. Niedosłyszalnym, urywanym szeptem młody człowiek posłyszał
+jeszcze:
+
+- Dziękuję... tyś dobry!.. Mówić już... więcej... nie... mogę...
+
+Poruszony słowami chorego starca, zdenerwowany, wzruszony odstąpił od
+łóżka Krasnostawski i przygnębiony, usiadł w fotelu.
+
+Minęło z dziesięć minut.
+
+Widząc, że chory leży teraz zupełnie już cicho, młody człowiek po chwili
+powstał, posłuchał oddechu jego, poczem wysunął się cichutko z pokoju.
+Dusiło go coś w gardle...
+
+W sąsiednich komnatach pusto było całkiem i szaro już zupełnie. Mrok
+wieczora wciskał się do pałacu coraz natarczywszy, wszędzie, samotny,
+cichy, smutny. Krasnostawski bez hałasu otworzył podwoje balkonu i
+wyszedł na werandę, spragniony odetchnąć świeższem powietrzem...
+
+Oparł się o balustradę, chłodzić począł rozpalone czoło zimnym powiewem
+jesiennego wieczora i stał tak nieruchomy dość długo, ogłupiały jakby na
+razie, bezmyślny...
+
+Nagle milczenie pogrążającego się coraz bardziej w mroki domu i parku,
+przerwał jednostajny donośny, odgłos dzwonu w pobliżu. To codziennym,
+panującym w Gowartowie, zwyczajem, zwoływana służbę na wieczorną
+kolacyę.
+
+Krasnostawski się ocknął, a jednocześnie poczuł pragnienie i głód.
+
+Wrócił do komnaty, zamknął drzwi oszklone od werandy, a napotkawszy po
+drodze jakąś pozostawioną świecę, zapalił ją pośpiesznie i na palcach
+skierował się poprzez kilka komnat do jadalnej sali. Dobę całą
+Krasnostawski nic, prócz kilku szklanek herbaty, w ustach nie miał -
+młody organizm dopominał się o swoje prawa.
+
+W kredensie znalazł pochowane zimne mięsiwa i chleb razowy; posilił się,
+popił wodą i przez puste komnaty znowu skierował się do pokoju
+Gowartowskiego.
+
+Tu już zupełne panowały ciemności. Krasnostawski zapalił lampkę,
+przykrył ją abażurem i spojrzał na chorego.
+
+Leżał w tej samej pozycyi, tak samo spokojny, oddychając lekko, cicho,
+bledszy tylko, żółtszy jakby... I w jednem również zaszła, zmiana nagła.
+
+Oto ręce pana Januarego wykonywały po kołdrze jakieś niewyraźne i dziwne
+ruchy, jakby szukały czegoś, szczypały powierzchnię sukna, zatrzymywaly
+się chwilę, i znów rytmiczne poruszały się zwolna, jednostajnie...
+
+Krasnostawski, postawszy czas jakiś, zbliżył się do stolika, wziąwszy do
+ręki machinalnie stojące tam lekarstwo. Spojrzał na receptę.
+Przeczytawszy zaś, westchnął.
+
+Były to leki zwykle, przepisywane dogorywającym...
+
+- Czyżby naprawdę tak źle już było? - szepnął do siebie młodzieniec -
+tak przytomnym był jednak przed chwilą!.. E!.. może Bóg da...
+pocieszając się - dokończył głośno.
+
+Tymczasem zmęczenie fizyczne i moralne waliło wprost z nóg
+Krasnostawskiego.
+
+Zbliżył się chwiejny do fotelu. Usiadł i po kilkakrotnie ziewnął mimo
+woli nerwowo. Po chwili jednak energicznie wstrząsnął się...
+
+- Ooo... jakże mi się spać chce!.. - mruknął i ponownie ziewnął
+przeciągle z cicha.
+
+- Ale nie można... nie można!.. - szepnął znów do siebie przekonywająco
+i sięgnął po stojącą opodal flaszkę kolońskiej wody.
+
+Przetarł sobie skronie, powąchał, poczem napił się zimnej wody ze
+szklanki, i jak mu się zdawało, zupełnie obecnie rzeźki, zagłębił się w
+fotelu.
+
+Tymczasem minęło minut dziesięć zaledwie, gdy młody pan plenipotent spał
+już na dobre, pochrapując nawet z lekka czasami.
+
+Sen zwyciężył... Milczenie i spokój jakiś złowrogi zapanowały w
+komnacie.
+
+A zewnątrz pałacu tymczasem noc z wolna i stopniowo królować zaczęła.
+
+Na ciemnem tle nieba zamrugały wkrótce gwiazdy, od pól wionął wietrzyk i
+cichym żółkniejących liści pogwarem zaszumiał nad domem park stary.
+
+Wewnątrz zaś dworu usnęli wszyscy... Milczały tu wszystkie kąty, a w
+oddzielonej kilkoma komnatami jadalnej sali dochodził tylko regularny
+odgłos staroświeckiego zegara, który brzdąkał i tykał i bił przeciągle
+godziny jedna za drugą.
+
+Nagle w głuchej ciszy sypialni pana Januarego rozległo się początkowo
+słabsze, niebawem coraz silniejsze charczenie. To chory starzec już
+konał...
+
+Za łożem, w półświetle komnaty, niewidzialna dla oka ludzkiego, stanęła
+śmierć, lepu swego chciwa - jęki zgłuszone umierającego
+dziesięciokrotnem echem wstrząsnęły ciszą domu...
+
+Coś zbudziło Krasnostawskiego. Co? - sam nie wiedział na razie. Zerwał
+się z fotelu, oczy przetarł i spojrzał na pogrążone w cieniu łoże.
+Zdrętwiał nagle i włosy dębem stanęły mu na głowie.
+
+Z oczyma, wywróconemi po białka źrenic, postawionemi w słup,
+nieprzytomny, z ustami otworzonemi, zżółkły, zzieleniały - straszny,
+jęczał starzec, łapał powietrze, stękał żałośnie - charczał złowrogo...
+
+Krasnostawski zrozumiał, lecz znieruchomiał na razie do tego stopnia, że
+nie był w stanie poruszyć się z miejsca.. Po raz pierwszy w życiu
+znajdował się wobec konającego człowieka, patrzał więc bezprzytomny
+prawie i błędny nieustannie na Gowartowskiego... Drżał przy tem na całem
+ciele, chwytało go coś za gardło, przykuwało do miejsca, do ziemi.
+
+Równocześnie przygnębiająca cisza gniotła mu piersi ciężarem, konające
+drgnienia i jęki umierającego, niby ostrzem ze stali krajały
+niemiłosiernie wyprężone nerwy, a zarazem lęk niewytłumaczony, dziwny,
+zatrząsł nim.
+
+Więc to śmierć!.. śmierć idzie już, przybliża się, okropna, bezzębna,
+oto jej szkielet sunie obok, mija go!.. Zbliża się teraz obojętna do
+łoża... nachyla nad konającym...
+
+- Ha-ha-ha!.. ha-ha-ha!.. ha-ha-ha!.. - wstrząsa ścianami pokoju - oto
+śmiech jej straszny!.. Rzężenie konającego odpowiada mu echem coraz
+przeraźliwiej, głośniej... Ponuro jęczy on, skarży się, miota !..
+
+- Boże!.. Boże!.. Co... to? Co... to? - krzyknął Krasnostawski, schwycił
+się za głowę, zadygotał raz jeszcze i porwawszy ze stołu dzwonek -
+wybiegł.
+
+W milczeniu powszechnego uśpienia rozległ się niebawem rozpaczliwy
+dźwięk pokojowego dzwonka, wstrząsnął murami !..
+
+Gowartowski tymczasem czynić począł teraz rękami jakieś szalone ruchy,
+gwałtownie odpędzał coś, bronił się przed kimś, jęczał jeszcze
+donośniej, chwytał powietrze, bezustannie charczał..
+
+Bieganie napełniło niebawem dom cały. Garstka domowników i służby w
+kilka chwil później napełniła pokój dogorywającego człowieka. Ostatnia
+przyszła staruszka, klucznica, z gromnicą w ręku.
+
+Żałobną świecę zapalono pośpiesznie i uklękli wszyscy. Krasnostawski
+przy samem łożu, trzymając w dłoni rękę pana Januarego.
+
+Chłodła mu ona w palcach coraz bardziej; stopniowo, powoli, charczenie,
+jęki, również ustawały, ucichły wreszcie...
+
+Skupione milczenie komnaty, zamagnetyzowane wyczekiwaniem, trwogą,
+przerwał szelest, dla ucha prawie niedosłyszalny. Ostatnie w tej chwili
+ziemskie westchnienie człowiecze ulatywało z piersi starca - mknęło w
+zaświaty...
+
+- Skończył... - szepnął Krasnostawski. Wśród klęczących rozległ się
+płacz... Gdzieniegdzie płomyk zapalonej gromnicy oświetlił ponuro
+żółtawą plamą ściany, sprzęty i szyby komnaty, drgać zaczął błyskotliwy
+po twarzach klęczących ludzi.
+
+Poczęto się żegnać pobożnie...
+
+Wspólna, cicha, a pełna głębokiej wiary prostych dusz modlitwa, z wolą
+Najwyższego godząca się, pokorna, napełniła mury pokoju, i aż do stóp
+Stwórcy-Pana uleciała skrzydlata - wzniosła się tam, gdzieś wysoko, w
+ślad za zagadkową drogą duszy zmarłego, jakby mu niebo otworzyć
+pragnęła.
+
+
+---------
+
+
+
+Pokraśniałe, czerwono-złote dzikiego wina liście, pnące się po białych
+ścianach gowartowskiego dworu, zaglądają przez otwarte okno do małego
+gabinetu, obitego kirem, a ruszane z lekka wietrzykiem, kołyszą się w
+promieniach jesiennego słońca, powiew zaś zefiru delikatnym dreszczem
+przebiega również po rzędzie żółtawych u świec płomyków, palących się
+wokoło katafalku, ginącego w zieleni cieplarnianych kwiatów.
+
+Obciśnięty w ubranie czarne, wytworny - pan, nawet tu, za życia progiem,
+na podwyższeniu leży January Gowartowski...
+
+Zesztywniałe palce jego trzymają kurczowo w dłoni krucyfiks, zaczesany
+starannie wąs mlecznosiwy, sumiasty, polski, odbija pięknie na białem,
+jak marmur, obliczu starca, a twarz ta, zadum pełna, pogrążoną być tylko
+się zdaje w głębokim, cichym śnie.
+
+Kamienny to sen!.. Sen zaświatów, wieczności, zagadki bytu i świadomości
+prawdopodobnie tego, o co w dumie swej pokorny, rozbić się musi rozum
+ludzki; sen straszny - obojętny na wszystko dokoła!..
+
+I niczem już są dla niego sprawy tego padołu; niczem troski, cierpienia
+ziemskie i niepokoje, niczem radośnie igrające po pokoju słońce - niczem
+wreszcie boleść i smutek klęczącej u stóp katafalku, sędziwej
+kobiety-siostry!..
+
+Przybyła w przeddzień marszałkowa Warnicka, drżącemi, zbielałemi usty
+szepcze teraz modlitwy, z ócz jej zmęczonych co minut parę upada łza
+cicha, a wzrok z boleścią tłumioną wpatruje się w rysy ukochane.
+
+I modli się znów pokorna!..
+
+Lica Gowartowskiego bowiem nic nie mówią zupełnie !.. Spokój i martwota
+nieziemska wyryte są na nich, a pogoda tylko jakaś nieuchwytna, cicha,
+świadczyć się zdaje, że nie czuje on już nic, a w każdym razie, iż
+docześnie na pewno nie cierpi już wcale.
+
+- Módlcie się, płaczcie... przyjdźcie - odejdźcie... zakopcie w
+ziemię... Róbcie, co chcecie - wszystko mi jedno!.. - mówią sobą
+wyraźnie zesztywniałe członki zmarłego.
+
+A tymczasem przez otwarte okno do ciasnego narożnego pokoju wpadają,
+igrają coraz radośniej promienie słońca, płyną jakieś dalekie z pól
+pieśni, pogwary - oddalone życiowe echa...
+
+Babiego lata nić wpada tu z wietrzykiem i osiada cicho na bujnej siwej
+czuprynie zmarłego... W tej samej chwili drzwi od komnatki odmykają się
+ostrożnie i do pokoju wsuwa się rosły, siwiejący już mężczyzna...
+
+To Ładyżyński. I on, przygnany straszną wieścią choroby groźnej, podążył
+do przyjaciela lat młodych, przybywszy jednak - za późno.
+
+Twarz jego, zazwyczaj pogodna, ironiczna, wyraża w tej chwili ból
+niekłamany. Zbliża się milcząco, opatruje płomyki świec, przestawia
+kwiaty, a poprawiwszy poduszkę - zrzuca z głowy Gowartowskiego swawolną
+nić jesieni, i ukląkłszy, głowę opiera o katafalk, w bolesnej zadumie.
+
+Mija tak długa chwila.
+
+Poczem drzwi skrzypią znowu, na progu ukazuje się dorodna
+Krasnostawskiego postać. Objąwszy wzrokiem pokój i znajdujące się w nim
+osoby, wzdycha ciężko, następnie zaś zbliża się do Ładyżyńskiego i
+opiera lekko swą rękę na jego ramieniu. Potrząsa niem delikatnie raz,
+drugi...
+
+Za trzeciem dopiero dotknięciem budzi się Ładyżyński z bolesnego
+zamyślenia i unosi głowę..
+
+- A, to pan? - pyta cicho - cóż to?...
+
+Jakby w odpowiedzi jednocześnie do pokoju wpada wyraźnie oddalony
+jeszcze nieco dźwięk dzwonków, i zgłuszony gdzieś po sioła drodze,
+daleki tętent i turkot kół powozu.
+
+I w ślad za tem szeptem na pytanie pana Emila odpowiada Krasnostawski.
+
+- Ze stacyi konie wracają... O ile wzrok mnie nie myli, ktoś jest w
+faetonie... Zdaje mi się, że to - oni...
+
+Ładyżyński, słuchając go uważnie, już powoli powstał był z klęczek.
+
+- Może szanowny pan dobrodziej będzie tak łaskaw wyjść na ganek -
+ciągnie dalej Krasnostawski. - Panią marszałkowę - tu zniża głos jeszcze
+bardziej - fatygować nie wypada... Ja zaś pana Dzierżymirskiego nie
+znam... A tu, do wiadomości zgonu...
+
+- Tak, tak! - przerywa pan Emil, - dobrze, mój panie, idę... Ale prawda
+- zatrzymuje się - trzeba uprzedzić marszałkowę, bo się biedaczka
+wystraszy.
+
+Ładyżyński pochyla się ku klęczącej pani Melanji i szeptem coś jej
+przekłada.
+
+Wpółprzytomnie słucha go marszałkowa Warnicka, po chwili zaś wstaje i ze
+smutkiem bezbrzeżnym, wzdycha kilkakrotnie...
+
+Jednocześnie dwaj mężczyźni wychodzą szybko, oddalony bowiem przed
+chwilą jeszcze turkot pojazdu wstrząsa już oto murami domu i powóz snać
+zajeżdża śpiesznie na dziedziniec. Odgłos dzwonków donośnie przerywa
+martwą ciszę... Powóz staje.
+
+A następnie, aż tu, popod stopy umarłego człowieka niewyraźne jakieś
+zgłuszone dochodzą głosy i szmery...
+
+Nagle, o milczące ściany pałacu obija się krzyk kobiecy bolesny,
+straszny, oraz stłumiony jeszcze oddaleniem jęk rozpaczliwy. W ślad za
+tem rozlegają się kroki, coraz szybsze, bliższe, a później już całkiem
+donośnie tym razem, szelest sukni i łkanie.
+
+Jeszcze chwila...
+
+I cisza pokrytego kirem, tonącego w słońcu i gromnic świetle, zakątka,
+sfinksowy, dumny majestat śmierci brutalnie przerywanym zostaje.
+
+Drzwi roztwierają się nerwowo, ruchem gwałtownym, od silniejszego prądu
+powietrza gaśnie przy katafalku świec kilka, i do pokoju wbiega ubrana w
+podróżne szaty, płacząca Ola...
+
+Za nią, ukazuje się śniade spokojne oblicze Dzierżymirskiego i wytworna
+sylwetka jego.
+
+Jednocześnie murami komnaty wstrząsa krzyk bólu, rozpaczy, a zarazem
+hałas drugorzędny jakiś, inny...
+
+To Ola już na kolanach... Obejmuje ona ramionami zimne, martwe ciało
+rodzica, odtrąciwszy równocześnie niebacznie przeszkadzające jej wysokie
+srebrne lichtarze, z chrzęstem padające w tej samej chwili na ziemię...
+
+Ktoś schyla się pośpiesznie i opodal ustawia je ponownie...
+
+Tymczasem krzyk beznadziejnego cierpienia wydziera się z ust Oli.
+
+- Tato !... tatusiu !.. przebacz!.. - woła młoda kobieta, płacząc, wijąc
+się z rozpaczy. - Ojcze!.. ojczulku!.. przebacz!.. - kończy w łkaniu,
+szlochając.
+
+Na dźwięk słów ostatnich chmura osiada na wyniosłem czole Romana.
+
+- Tyś winien także!.. ty również!.. To dzieło także twoje! - szepce mu
+coś w duszy w tej chwili i instynktownie blednie, pochyla się i klęka po
+drugiej stronie katafalku.
+
+A Ola ściska, całuje teraz ręce, twarz i zimne czoło starca, oblewa je
+łzami, włosy ojcowskie pieści i tuli swą głowę do serca, co bić już na
+zawsze przestało!..
+
+- Ty nie umarłeś - szepce - ty śpisz tylko!.. ty nie umarłeś!.. -
+powtarza uparcie. - To być nie może - nie może!!..
+
+Powstała z klęczek marszałkowa Warnicka podtrzymuje wijącą się w bólu
+kobietę z jednej strony - z drugiej opiekuńczo podpiera ją Ładyżyński.
+
+Wszystkim łzy kręcą się w oczach, jeden Roman tylko nieczułym być się
+zdaje pozornie, ale twarz jego kredowo - blada i brwi ściągnięte
+świadczą, iż i on, w tej chwili przynajmniej - cierpi. Klęczy wciąż
+nieruchomo, myśli...
+
+Poza nim, świadek niemy tej sceny, stoi Krasnostawski, wzruszony,
+bezradny. Opodal stary lokaj domowy patrzy osowiały.
+
+- Złoty tatuniu !!.. złoty !!.. - woła znów Ola, prosząco, błagalnie; z
+przerwami małemi, jękliwy, przeplatany łkaniem, odzywa się bezustannie
+głos córki-sieroty, a echo jego płynie przez okno w dal, do parku, na
+step i pola!..
+
+I za głosem zrozpaczonej jedynaczki, hejnałem wspólnym płakać, łkać oto
+zdają się stare drzewa parku; szumem swych liści drobnych brzoza nad
+wodą wieść tę powtarza dalej, płacząc sama, a jęk boleści, podchwycony
+akordami przyrody, płynie, płynie w dal...
+
+I wszystko, zda się teraz, za panem swym boleje !..
+
+A więc i staw, śniący fali swej szmerem, i łany, i polne kwiecie, i
+step, strząsający z traw swych niby łzy żalu - drobne kropelki rosy...
+
+Jeden tylko umarły, jak głaz nieczułym jest na jęk, ból swego dziecka.
+
+Lecz czyż to złudzenie?..
+
+Pod pocałunkami przed chwilą i łzą jedynaczki, zdawało się, że oto znika
+z alabastrowego czoła starca głęboka, zastygła tam zmarszczka, i całkiem
+już teraz pogodne, obojętne, śni ono dalej bez końca...
+
+Może dusza z poza stref świata niewidzialna zabłąkała się jeszcze tutaj
+przed dalszą w wieczność zagadkową wędrówką?.. A może trup słyszał
+jeszcze ?
+
+Któż wie? któż zgadnie?
+
+- Ojcze!.. ty żyjesz!!.. tato... tatusiu!.. Biedna ja... biedna...
+nieszczęśliwa... - bezzmiennie; tylko coraz ciszej i ciszej, rozlega się
+dalej u stóp starca wołanie Oli, w spazmach łkań bolesnych, bezsilne,
+straszne w swej grozie, bólu - coraz beznadziejniejsze.
+
+- Tatuniu!!.. Ta... tu... niu!.. - kona wreszcie krzyk młodej kokiety...
+Milknie, oddany echem parku, pogwarami sioła i pól szerokich...
+półomdlałą i słabą żonę wynosi pośpiesznie na rękach Dzierżymirski z
+powleczonej kirem komnaty.
+
+Wystraszeni podążają za nim wszyscy...
+
+To życie już ze śmiercią walczyć poczynało. Przepotężne w swej sile, nie
+lubiące, by zapominano o niem, odrywało w tej chwili despotycznie od
+nieboszczyka, w skupieniu otaczających go dotąd ludzi. Troska o żywym
+wzięła górę!..
+
+W promieniach radosnych jesiennego słońca, w ciszy, grającej tylko
+poważnym szumem drzew ogrodu - w chwilowym nieładzie wpół przygasłych
+świec i poodsuwanych kwiatów, niewzruszony w swym majestacie śmierci -
+umarły pozostał sam.
+
+
+***
+
+
+Od pogrzebu Januarego Gowartowskiego minęło dni kilka.
+
+W pogrążonym już we śnie pałacu w Gowartowie paliło się jeszcze światło
+w jednym pokoju, rzucając w noc ciemną promień jaskrawy przez okienne
+szyby.
+
+W kancelaryjnym gabinecie dawnego pana, a dziś sypialni nowego
+dziedzica, Dzierżymirskiego, on sam, znużony dniem minionym, a nader
+dlań obfitym w niezwykłe zdarzenia, kładł się do snu i z wolna rozbierał
+leniwie.
+
+Na stoliku obok łóżka stała odkorkowana butelka szampana i kieliszek
+wysoki, z kryształu, oraz odemknięte pudełko cygar.
+
+Roman po chwili zapalił jedno z nich, nalał sobie wina i wypił haustem
+jeden kielich, poczem zmęczony, wsunąwszy się pod kołdrę, zgasił
+światło.
+
+Odetchnął parę razy głośno, z ulgą, przeciągnął się, aż zatrzeszczało
+staroświeckie łoże, ziewnął smakowicie, zaciągnąwszy się zaś wyborowem
+cygarem, myśleć począł o ukończonym dniu dzisiejszym, a przełomowym w
+dotychczasowem życiu jego.
+
+Dziś to bowiem odbyło się otwarcie testamentu nieboszczyka.
+
+Stosownie do woli zmarłego, córka jego stawała się jedyną
+spadkobierczynią kilkakroćstotysięcznego majątku...
+
+Dzierżymirski powtórnie wyciągnął się z lubością w szerokiem,
+szeleszczącem pościelą łożu.
+
+- Tak, kilkakroć-stoty-sięcz-nego... - szepnął do siebie z zadowoleniem.
+Uśmiechnął się... Dwa dni temu jeszcze, jadąc tu, a przeczuwając zgon
+ojca Oli, - był pewnym niemal, iż on córkę za nieposłuszeństwo
+wydziedziczył.
+
+Już dnia następnego po przybyciu do Gowartowa przyjemnie bardzo rozwiały
+się jego trwogi; wzruszonej opowiadaniem o ostatnich chwilach pana
+Januarego córce, w obecności Romana, wręczył był Krasnostawski podarty
+własnoręcznie przez umierającego ojca testament.
+
+On zaś, pomimo to, wątpił jeszcze... Bał się otwarcia ostatniej woli
+nieboszczyka, złożonej oficyalnie u notaryusza; i tutaj zdawał się
+przeczuwać podstęp jakiś może i przykrą niespodziankę.
+
+Dziś wreszcie pierzchły bezpowrotnie niepokoje ostatnie. Z nią uciekał
+również strach bliskiego bezpieniężnego jutra, które czekało nań,
+czyhało z wydaniem ostatnich paru tysięcy, pozostałych z poprzedniej
+fortunki, życiem nad stan przez lat trzy lekkomyślnie wydanej.
+
+Tu Dzierżymirski uśmiechnął się szydersko.
+
+Nie, stanowczo, pieniądz do niego się garnie!.. Ten, który posiadał
+dotąd, choć wygrany, palił go częstokroć, pomimo wszystko,
+przypomnieniem przeszłości. Sofizmatami wtłumiał w siebie wspomnienia
+gryzące, lecz jednocześnie i instynktownie jakby rozrzucał, pozbawiał
+się grosza, tam, gdzieś na dnie duszy własnej, choć nie przyznawał się
+pozornie do tego, rad nawet będąc, iż złoto wątpliwe szło - nikło...
+
+Jakby otrząsając się z tego samopoczucia, Dzierżymirski poruszył się
+niespokojnie i powrócił myślą do teraźniejszości miłej.
+
+On i Ola - wszak to jedno. Dziś zatem, pomimo praw miejscowych, de
+facto, stawał się panem okazałej i pańskiej, własnej fortuny.
+
+I pokryta, stłumiona ważnością chwili, smutkiem Oli, oraz całego domu -
+przez dzień cały - teraz dopiero, w ciszy uśpienia pałacu, w czterech
+ścianach sypialni, rozsadzać poczęło Dzierżymirskiemu piersi egoistyczne
+zadowolenie wewnętrzne.
+
+Szczerze żałować zmarłego Roman w istocie nie mógł. Poza innemi cechami
+charakteru dodatniemu i miłemi, arystokrata z przekonań, nieprzystępny i
+dumny względem tych, których pragnął trzymać od siebie z daleka, takim
+tylko, a nie innym, okazał się nieżyjący pan January, w stosunku do
+dzisiejszego swego zięcia.
+
+Dzierżymirski nie bolał więc wcale nad stratą teścia swego... Teraz zaś,
+powoli paląc cygaro, myśl jego, przesunąwszy się obojętnie po wypadkach
+śmierci pana Januarego i jego pogrzebu, zatrzymując się przy tych
+zdarzeniach tylko ze względu na boleść drogiej mu Oli - swobodna,
+pomykała obecnie chyżo w przyszłość.
+
+Od jutra staje się panem!.. Będzie administrował dobra, zbierał
+dochody...
+
+I Romana upajało to jutro!..
+
+Lat temu parę skromny student, korepetytor bez grosza przy duszy, źle
+odziany, odżywiany - biedny... Później zrządzeniem losu ślepego
+właściciel sumki pokaźnej grosza... Dziś dziedzic, pan całą, gębą!..
+
+- Do dyaska !.. - mruknął Dzierżymirski i uśmiechnąwszy się z
+zadowoleniem, musiał przyznać jednak, że świat nie tak zły i nic nie
+wart, jak nazywał go ongi, w pesymizmu chwilach, i że życie czasami bywa
+wcale miłem.
+
+- I cóż mogą o mnie złego powiedzieć ludzie, świat cały? - rezonował
+dalej w myślach swych Roman.
+
+- Nic zupełnie. O zgubie niezwróconej wszak nikt nic nie wie, każdy zaś
+znający mnie przedtem, gdy dziś mnie spotka, powie tylko z przekonaniem:
+Zuch, poradził sobie w życiu!..
+
+- A jak? któż o to pytać będzie...
+
+Dzierżymirski, poczuwszy znów pragnienie, w półświetle pokoju odnalazł
+kieliszek i butelkę szampana, którą, powodowany jakimś dziecinnym wprost
+kaprysem, przyniósł sam sobie wieczorem z "własnej" piwnicy; nalawszy
+wina, napił się chciwie.
+
+Radość zaś jego wewnętrzna, poza egoistyczną samowiedzą przyszłego bytu,
+miała również na jego obronę, przyznać należy, i szlachetniejszą
+podstawę.
+
+- Teraz będę miał na to, by oddać to, co znalazłem - mówił sobie właśnie
+w tej chwili, trzymając machinalnie w ręku wysoki kryształowy kielich od
+wina, a w myślach bezwiednie i niejasno zarazem układał już względem
+tego plany na przyszłość.
+
+- Ukrytym celem życia mego będzie znaleźć, odszukać koniecznie
+zagadkowego właściciela zgubionych dwudziestu siedmiu tysięcy - szeptał
+cicho Roman do siebie, - a oddawszy mu jego pieniądze, oczyścić się w
+ten sposób z plamy przeszłości!..
+
+- Muszę ją zmazać! Czystym być muszę!.. - z siłą powtórzył głośniej. -
+Choćbym miał świat z posad poruszyć! - dokończył z mocą i umilkł, a
+równocześnie w piersiach jego zapalała się teraz jakaś gorączka czynu.
+
+Zdawszy zaś sobie natychmiast sprawę z tego stanu swego, Dzierżymirski
+poruszył się w pościeli swej niespokojnie.
+
+- Tak, ja go znajdę! - mówił sobie w myśli dalej. - Znajdę, dla tego
+choćby, iż nie unikać bojaźliwie, jak dotąd, ale śmiało szukać go będę.
+Ale... - tu Roman zatrzymał się w myślach, - ale, by dopiąć tego -
+powtórzył - wszak muszę wypłynąć na arenę szerszą świata!.. Bo przecież
+tu, choć będę panem Gowartowa, nic przecie w tym względzie uczynić nie
+zdołam!..
+
+- A więc - gdzie ?.. - dręczyć go, męczyć poczęło pytanie. Dzierżymirski
+brwi zmarszczył.
+
+Powtórnie, znowu poczuł w sobie jakąś nieprzepartą chęć czynu, a
+równocześnie zrozumiał nagle, że radość jego chwilowa, przelotna z
+odziedziczenia majątku była słomianym tylko ogniem!
+
+Bo, rzeczywiście...
+
+Ambicya bowiem, czasem źle umieszczona - pojęta, lecz jedna i ta sama
+zawsze, która dotąd pchała go ślepo naprzód, i teraz, choć został panem
+i zdobył, czego pragnął, ukaże mu niewątpliwie inne znów braki obecnego
+położenia, "iść" naprzód każe, wynieść się ponad drugich zachęcać będzie
+- nurtująca, despotyczna - nie pozostawi go w spokoju!
+
+Wziąwszy zaś jeszcze pod uwagę uśpiony wyrzut sumienia i chęć zmazania
+plamy z własnej uczciwości - przyszłość ta, przed chwilą jeszcze
+wymarzona, idealna... już teraz przed wzrokiem Romana pokrywała się
+cieniem.
+
+Samowiedza powyższa pokryła chmurą na chwilę piękne rysy
+Dzierżymirskiego.
+
+- Ha!.. zobaczymy!.. - rzekł zupełnie głośno, a wypiwszy do końca
+szampańskie wino, postawił kielich na stole tak silnie, że lejkowaty,
+delikatny, prysł on i szczątki kryształu upadły z brzękiem na ziemię.
+
+Pierwszym ruchem pana na Gowartowie było sięgnięcie po zapałki, myśl zaś
+zapalenia świecy, by zebrać szkło stłuczone, przemknęła mu przez głowę.
+
+Powstrzymał się jednak i mruknął zcicha:
+
+- Po co? Mam przecie na zawołanie kamerdyra i dwóch lokai... Sprzątną
+jutro...
+
+Poczem, znużony myślami, przytulił głowę do poduszki, usiłując zasnąć.
+
+--------------
+
+CZĘŚĆ DRUGA
+
+
+
+
+Była wiosna...
+
+Od opisanych zdarzeń piąta już z kolei tak samo urocza zawsze,
+uśmiechnięta i wesoła - nowa wiecznie, w zieleni i blaskach wschodziła
+ona znowu nad światem. Pełna w przyszłość wiary i nadziei krzepiła
+serca, rozjaśniała umysły, siała po twarzach ludzkich uśmiechy radosne,
+a rozogniając wyobraźnię, zmysły - upajając swem tchnieniem, majowem,
+świeżem - szła zwycięska, królewska, wspaniała...
+
+Przez wpółprzymknięte okno powiew jej, łącznie z głuchym gwarem ulic
+wielkiego miasta, wdzierał się do umeblowanego poważnie, obszernego
+gabinetu, gdzie przy biurku okazałem, a zarzuconem papierami, listami,
+księgami i pismami, siedział Roman Dzierżymirski i słuchał mówiącego coś
+do niego młodego mężczyzny.
+
+Po chwili tenże umilkł, w pokoju zapanowała cisza, zamykająca snać
+poważną i czas dłuższy toczącą się rozmowę.
+
+Roman zamyślony, ująwszy w dwa palce jakiś papier, złożony we czworo,
+postukiwał nim machinalnie o amarantowe sukno biurka, przybysz zaś
+milczał, wpatrzony w niego - na odpowiedź czekał cierpliwie, bawiąc się
+tymczasowo trzymanem w ręku nożem do rozcinania.
+
+Gość nieznajomy był niskiego wzrostu; twarz miał myślącą, ruchliwą i
+zmienną, cała zaś jego powierzchowność, wyraźnie zdradzać się zdawała,
+kogoś ze sfer finansów, lub przemysłu.
+
+Przeniósłszy niebawem wzrok z twarzy Dzierżymirskiego na otaczające go
+sprzęty w gabinecie, pobieżnie przyglądać mu się zaczął.
+
+Rzucił więc okiem na stojący opodal stół duży, przykryty zielonem
+suknem, a przeznaczony zapewne do sesyi i narad, na otaczające go
+fotele, skórą kryte, na dwie, szafy książek, zegar - cacko starożytne;
+spojrzał na parę konsol, stolików, i innych zbytkownych gracików -
+wreszcie, zniecierpliwiony dłuższem milczeniem gospodarza, zagadnął:
+
+- Zatem... panie prezesie?
+
+Dzierżymirski ocknął się, i już otwierał właśnie usta, by coś odrzec,
+lecz zatrzymał się nagle, drzwi bowiem skrzypnęły, i wszedł lokaj,
+trzymając duży list na tacy.
+
+- Jakiś pan to przyniósł, czekał bardzo długo, - objaśnił, - w końcu
+kazał mi list oddać jaśnie panu, a sam poszedł...
+
+- Przepraszam pana!.. - rzucił Roman gościowi swemu - pan pozwoli,
+nieprawdaż? - i rozerwał kopertę przyniesionego pisma.
+
+Spojrzał na ćwiartkę papieru formatu handlowego, z kilkunastoma tylko
+wierszami, pisanymi czytelnie na maszynie, i kilkoma hieroglifami
+podpisów.
+
+Lokaj znikł tymczasem, a, jednocześnie Dzierżymirski, skończywszy
+czytanie, ponownie zwrócił się do gościa swego, lecz i tym razem znowu
+przeszkodzono mu.
+
+Ktoś pukał do drzwi dyskretnie.
+
+- Proszę!.. - rzekł Roman głośno.
+
+Drzwi roztworzyły się szybko. Do gabinetu wszedł młodzieniec bardzo
+wysoki, ubrany modnie, o powierzchowności wytwornej i pańskiej, oraz
+ruchach naturalnych, swobodnych, nerwowych nieco tylko i zbyt prędkich.
+
+Przeprosiwszy pośpiesznie siedzącego przemysłowca, Dzierżymirski zerwał
+się na widok wchodzącego.
+
+- Pardon... mille fois... pardon!.. Kochany prezesie, słówko tylko jedno
+- mówił już tymczasem przybyły, a ujrzawszy powstającego instynktownie
+gościa, dość grzecznie rzucił w jego stronę.
+
+- Przepraszam bardzo, stokrotnie... pana... sekundę tylko!.. - ująwszy
+zaś ramię Dzierżymirskiego, nachylił się ku niemu, odprowadził dalej
+nieco i półgłosem mówić począł coś, z żywością i gestykulacyą, stojąc z
+nim razem pośrodku gabinetu.
+
+Po chwili, odprowadzony aż do drzwi, z atencyą wyraźną, pożegnał się
+serdecznie z Romanem i zniknął za portyerą i drzwiami.
+
+Dzierżymirski tymczasem powracał już do gościa swego, a przeprosiwszy go
+raz jeszcze, dodał na pozór niedbale:
+
+- To właśnie książę-ordynat B... nie zna pan?... Miał do mnie interes
+bardzo pilny... Tu znów - wskazał na otrzymaną przed chwilą
+korespondencyę, - zaproszenie na ogólne zebranie akcyonaryuszów jednej z
+naszych kolei. Dziś mam pięć sesyj... - ciągnął dalej w tym samym tonie,
+- tam - uczynił głową niewyraźny ruch ku drzwiom, - czeka masa
+interesantów... Wszystkie godziny dnia policzone...
+
+- Wobec tego - zatrzymał się znowu Roman - nie wiem doprawdy - mówił
+zwolna - czy przyjąć mogę tak zaszczytny wybór panów... Po prostu nie
+mam w ogóle czasu... Nie, nie mogę !
+
+Cień przeszedł po obliczu nieznajomego, chciał coś zaprotestować, lecz
+Dzierżymirski już mówił:
+
+- Przykro mi tylko, iż panowie z tego powodu ambaras prawdopodobnie mieć
+będą... - zatrzymał się chwilę i wskazał na trzymaną do niedawna, w ręku
+odezwę jednego z pierwszorzędnych akcyjnych towarzystw węglowych, w
+której donoszono mu właśnie o wyborze go podczas ostatniego zebrania
+akcyonaryuszów na przewodniczącego w komisyi rewizyjnej.
+
+- Lecz wyznać muszę - ciągnął dalej i uśmiechnął się przy tem z lekka, -
+że nawet czynność, proponowana mi przez panów, zastaje mnie całkiem nie
+przygotowanym. Po prostu - tu po wargach Romana przemknął powtórnie
+uśmiech - dziedzina to rzeczy, dla mnie nie tak dokładnie i zupełnie
+znanych... Terra incognita... - skłonił głowę ruchem lekkim - stanowiska
+podobnego nie miałem jeszcze dotąd...
+
+I Dzierżymirski zamilkł na chwilę poczem swobodnie dorzucił:
+
+- Ale! prawda... Zapomniałem jeszcze powiedzieć szanownemu panu... Za
+parę dni wyjeżdżam na czas dłuższy za granicę, dla wypoczynku.
+
+Roman zatrzymał się i pytająco spojrzał na gościa swego.
+
+- O!.. to najmniejsza... - odparł szybko przemysłowiec - czynność
+komisyi w roku bieżącym wypada dopiero za miesięcy kilka, a odbywa się w
+ogó1e nieczęsto... Co zaś do pierwszego punktu... rzecz to również małej
+wagi...
+
+- Nie chodzi nam bynajmniej o jednostkę tak dalece rutynowaną, -
+przepraszam za wyrażenie i młody człowiek uśmiechnął się lekko - lecz o
+człowieka tych wpływów i stanowiska, oraz zaufania szerokich kół naszego
+miasta, jakie pan prezes po paru latach zaledwie zdobyć sobie potrafił,
+i które niewątpliwie, rzec można, posiada obecnie już w zupełności...
+
+Dzierżymirski teraz z kolei uśmiechnął się na tak jasne postawienie
+kwestyi.
+
+Rzeczywiście, lat temu kilka, gdy nieznany tu zgoła jeszcze przybył
+osiedlić się w mieście, czyżby śniło się nawet komu przyjść doń z tego
+rodzaju propozycyą. Błysk zadowolenia miłości własnej przemknął w tej
+chwili po licach Dzierżymirskiego.
+
+- Nie traciłeś czasu daremnie - mówił mu wewnętrzny głos i uczucie pychy
+rozpierało piersi.
+
+Milczeniu zaległe przerwał tymczasem głos przemysłowca.
+
+- Zatem - rzecz załatwiona nieprawdaż? Pan prezes - przyjmuje?...
+
+Dzierżymirski zawahał się sekundę jeszcze, pochlebstwo jednak, podane
+zręcznie, działać poczynało. Zdecydował się dać odpowiedź przychylną.
+
+- No... trudno!.. - wycedził z wolna, obojętnie i z pozornym przymusem.
+Pomimo obowiązków i odpowiedzialności, które wkładają na mnie czynności
+i stanowisko przewodniczącego w komisyi, przyjąć już chyba muszę!..
+
+- Wybór panów akcyonaryuszów zresztą takiego związku, jakiem jest
+Towarzystwo panów - tu Roman skłonił się grzecznie w stronę gościa
+swego, a będącego - ciągnął dalej - bez pochwał i przesady, w rozkwicie
+obecnym jednem z pierwszorzędnych w kraju - zaszczyt mi tylko przynosi -
+i Dzierżymirski w tem miejscu przemówienia swego pochylił z lekka głowę.
+- Co zaś do czynności rewizyjnych, mam nadzieję również - kończył - iż
+chyba im podołam, tymbardziej - uśmiechnął się tym razem nieco dumnie -
+że zajęć bardzo podobnych, choć tak różnorodnych, piastuję od pewnego
+czasu moc niezliczoną...
+
+- O, naturalnie! - przyświadczył gość skwapliwie, - zresztą przyjemność
+miałem powiedzieć już panu prezesowi w toku rozmowy dzisiejszej, że
+zdaniem jest jednogłośnem akcyonaryuszów naszego Towarzystwa, iż w całem
+mieście nie ma formalnie nikogo, kto by lepiej od pana prezesa czynność
+wzmiankowaną objąć zdołał.
+
+Dzierżymirski na to znowu pochlebstwo nowe w milczeniu nisko pochylił
+tylko głowę i powstał z siedzenia.
+
+Gość jednocześnie z krzesła zerwał się szybko.
+
+- Dziękuję i uciekam, panie prezesie, czas - to pieniądz, a przysłowie
+to nigdzie chyba lepiej, niż tutaj, zastosowanem być nie może.
+
+- Proszę wyrazić tymczasowo moje podziękowanie panom z Rady
+Zarządzającej,- odparł uprzejmie Dzierżymirski. - W sprawie tej zresztą
+wpadnę osobiście do biur Towarzystwa, przed mym wyjazdem.
+
+- Sługa pański!.. - rzucił jeszcze przybyły w ukłonie i w ślad za tem
+znikł za drzwiami. Dzierżymirski krokiem miarowym przechadzać się począł
+po pokoju.
+
+- Więc i ta akcyjna spółka węglowa - myślał - obracająca kapitałami,
+najpotężniejszymi może w kraju, ceniona, znana, wybrała go również! Więc
+i oni doń przyszli! Wpośród siebie nie znaleźli nikogo, godniejszego, by
+piastować urząd, tak pełen zaufania!.. - w umyśle Romana bezustannie nad
+innemi górowało wrażenie wizyty ostatniej.
+
+Duma wciąż rozsadzała mu piersi, uśmiech zadowolenia błąkał się po
+ustach; Roman, zamyślony, przebiegał ciągle swój gabinet wielkimi
+krokami.
+
+Nagle rozmyślanie to, tak wielce dlań miłe, przerwane zostało wejściem
+lokaja.
+
+- Jakaś nieznajoma pani w żałobie chce widzieć się z jaśnie panem -
+zaanonsował.
+
+- Jak się nazywa?
+
+- Oto bilet, jaśnie panie...
+
+Dzierżymirski wziął z rąk sługi kartkę brystolu i przeczytał
+wylitografowane na niej nazwisko; nic jednak nie powiedziało mu ono.
+
+- Proś! - rzekł krótko.
+
+Lokaj wyszedł, a Dzierżymirski zbliżył się z wolna do swego biurka i
+usiadł przed niem, spojrzawszy przy tem mimo woli na leżące tam
+porozrzucane papiery.
+
+- A... prawda!.. - mruknął półgłosem do siebie i sięgnął jednocześnie po
+papier listowy, oraz kopertę.
+
+Przed nim, jako wice - prezesem zakładów dobroczynnych, leżał list
+znanego w mieście i wpływowego księcia S., z prośbą o umieszczenie w
+jednym z przytułków jakiegoś schorzałego biedaka.
+
+Odpowiedzi przychylnej w tej sprawie - którą dnia poprzedniego sam już
+załatwił osobiście - nie dał jeszcze księciu; umoczywszy więc pióro,
+Roman począł pisać zamaszyście.
+
+W tej samej chwili do komnaty wsunęła się przysadzista, krępa postać
+czarno ubranej kobiety. Małymi kroczkami podeszła natychmiast do biurka
+i przemówiła głośno:
+
+- Przepraszam bardzo, że tak natarczywie...
+
+Dzierżymirski, niezadowolony nieco, że mu tak z nagła przerwano wątek
+listu, spojrzał niechętnie z pod oka na nowo przybyłą.
+
+Przed nim stała kobieta lat pięćdziesięciu może, o znękanych rysach,
+ubrana nieco z staroświecka, dość zresztą poza tem układnej
+powierzchowności.
+
+- Niech pani spocznie, proszę... za chwilę służę! - rzekł uprzejmie i
+począł pisać znowu.
+
+- Doprawdy nie rozumiem sama, jak ośmieliłam się przyjść tutaj, ale
+szlachetność, zacność szanownego prezesa... - usłyszał znowu Roman.
+
+Niecierpliwie tym razem wzniósł na przybyłą spojrzenie i przerwał jej
+grzecznie, lecz sucho:
+
+- Przepraszam. Jak widzi szanowna pani, chwilowo zajęty jestem... Wszak
+pani nie pilno?..
+
+- O, nie... przeciwnie... Tylko...
+
+Roman spuścił oczy i myślące czoło, oraz począł pisać dalej,
+najspokojniej w świecie. W pokoju zaległo milczenie, przerywane li tylko
+zgrzytem pióra po papierze.
+
+Gdy Dzierżymirski list skończył, podniósł machinalnie oczy na
+nieznajomą.
+
+Uśmiechnął się mimo woli; spotkał się bowiem z dziwnie zabawnym i
+uszczypliwym wyrazem jej twarzy, oraz wejrzeniem złem i jakby obrażonem,
+które pod niespodzianym wzrokiem jego złagodniało jednak natychmiast,
+przeistoczyło się w słodkie i potulne, jak u baranka.
+
+Zaadresowawszy list, Dzierżymirski zadzwonił na lokaja. Gdy ten się
+zjawił, polecił mu odesłać pismo natychmiast.
+
+- Czy jest kto? - zapytał.
+
+- Pan hrabia z Melsztyna... Czeka w salonie - brzmiała odpowiedź.
+
+- Powiedz, że przepraszam, i za chwilę go proszę! - rozkazał Roman, gdy
+zaś lokaj znikł za drzwiami, uprzejmie z kolei zwrócił się do
+nieznajomej.
+
+- Słucham panią... Czem służyć mogę?
+
+Przybyła poprawiła się na krześle, zrobiła minę słodszą jeszcze, i
+zmieszana nieco przemówiła:
+
+- Mój mąż, znając tak dobrze szanownego pana prezesa, tak często
+wspominał mi o jego szlachetności, zacności, dobrem sercu, że... - tu
+przerwała na chwilę, widząc zdumioną minę Dzierżymirskiego, poczem
+ciągnęła znów dalej, straciwszy widocznie wątek poprzednich myśli, bo
+nie dokończyła już poprzedniego zdania:
+
+- Mój mąż, Nepomucyn, zawsze mawiał mi takich ludzi potrzeba nam więcej,
+jak prezes Dzierżymirski; ludzi hartu, żelaznej woli, inteligencyi
+rzutkiej, prawości charakteru... O, mój mąż bardzo, bardzo cenił pana
+prezesa... - i zawikławszy się ponownie w wygłaszane przez się pochwały,
+nieznajoma zatrzymała się chwilę.
+
+Dzierżymirski, zniecierpliwiony nieco, skorzystał skwapliwie z przerwy.
+
+- Przepraszam panią - spytał grzecznie - jak godność i imię męża pani?
+Czy żyje?...
+
+- Nepomucyn Wygrzywalski - odparła zapytana - zmarł rok temu... Świeć,
+Panie, nad jego duszą! - westchnęła.
+
+Dzierżymirski zmarszczył brwi i zamyślił się chwilę.
+
+- Nie przypominam sobie, bym miał przyjemność znać osobę tego
+nazwiska... - wycedził z wolna.
+
+Z pod uśmiechniętych słodkawo i mile, siłą woli ułożonych rysów
+przybyłej, błysło ku Romanowi urażone i groźne spojrzenie.
+
+- Jak to ? - odezwała się obrażonym nieco i kwaskowatym jakby tonem. -
+Być nie może ?.. Pan prezes chyba przypomnieć sobie tylko nie raczy...
+
+- A jak dawno? - łagodniej nieco przemówił Dzierżymirski. - I ile razy -
+słowa ostatnie podkreślił, uśmiechnąwszy się ironicznie - widział mnie
+mąż pani?
+
+- O! kilka razy zaledwie miał sposobność... - pośpieszyła z odpowiedzią
+przybyła. - Dwa, trzy może... Ale widzenie się to było dlań przyjemnem
+nad wyraz - utkwiło mu w pamięci...
+
+- Ach, mąż mówił mi tyle razy - ciągnęła dalej słodkawo, z wymuszonym
+okolicznościowym uśmiechem, - że, naturalnie, poza zasługami
+społecznemi, tak przyjemnego, sympatycznego, miłego człowieka, jak pan,
+nie znał był dotąd, i dla tego też myślałam, że i pan prezes... - tu
+urwała swe przemówienie pani Wygrzywalska, śledząc na twarzy Romana
+wrażenie słów swoich.
+
+Ten jednakże, zrażony nieco rzucanemi mu w twarz ni przypiął, ni
+przyłatał, pochlebstwami już powtórnie, i całkiem notabene, niezręcznie,
+odrzekł zimno:
+
+- O, proszę pani... Ja widuję po trzydzieści, czterdzieści interesantów
+dziennie... Połowa z nich nieznaną mi bywa zazwyczaj - liczbie tych więc
+znajdował się zapewne mąż pani... Dlatego też nie przypominam go sobie.
+
+Jak pocisk zjadliwe tym razem i całkiem już obrażone uderzyło w lica
+Dzierżymirskiego spojrzenie pani Wygrzywalskiej.
+
+- Dziwi mnie to niewymownie, że tak uporczywie pan prezes przypomnieć
+sobie mego męża nie raczy... - odezwała się uszczypliwie, a w glosie jej
+czuć było śmiertelną obrazę.
+
+- Przecież ostatecznie - mówiła w tym samym tonie dalej - jak i mnie,
+tak i jego, tu w mieście znało dużo osób... Nie dalej, jak hrabiowie
+Olscy, zacności i poczciwości ludzie, z którymi mnie łączy nawet
+stosunek przyjaźni... Wyjechali za granicę wczoraj właśnie... Następnie
+również i nieodżałowanej pamięci książę Topór-Toporski Alfred tak łaskaw
+był za życia opiekować się nami... - kończyła przybyła z godnością.
+
+- Chce zaimponować mi znajomością z książętami, a to oryginał baba, -
+przemknęło przez myśl Dzierżymirskiemu i uśmiechnął się jednocześnie,
+zrobił bowiem i inną w tej chwili uwagę, a mianowicie, że jakoś za wiele
+było nieboszczyków w gronie ludzi, na których powoływała się siedząca
+przed nim jejmość.
+
+Chcąc przytem przeciąć zarazem zapowiadającą się prawdopodobnie znów na
+długo tyradę słów, pozbawionych, jak i poprzednie, ścisłej logiki, rzekł
+szybko:
+
+- Przepraszam bardzo: Nie mogła by mnie szanowna pani powiadomić jednak,
+czemu właściwie zawdzięczam jej wizytę?
+
+Na tak jasno postawione ultimatum zmieszała się przybyła i wyjąkała:
+
+- Nie wiem doprawdy, jak ja, wdowa nieszczęśliwa, zdobyłam się na taką
+śmiałość... Ale, przynaglona materyalnem położeniem bez wyjścia, ufając
+w przyjaźń, którą żywił mój mąż nieboszczyk do pana prezesa, chciałam
+prosić o drobną pożyczkę... - urwała na chwilę, poczem głosem śmiałym
+już teraz i godności pełnym, dodała:
+
+- Co do oddania - nie może być obawy żadnej, ponieważ ludzie mnie
+znają... A zresztą... - tu uśmiechnęła się z dumną - pochodzę sama z
+arystokracyi, więc...
+
+To "więc" było wypowiedziane takim tonem, iż rozwiewać się zdawało
+wszelkie co do zwrócenia kwoty wątpliwości; jejmość nie dokończyła
+zdania, a spojrzała tylko przenikliwie na słuchacza swego, jakby pragnąc
+odgadnąć, jakie wrażenie nań uczyniło powiedzenie jej ostatnie.
+
+Dzierżymirski zaś tymczasem, zdziwiony nieco tym epilogiem, uśmiechnął
+się pod wąsem nieznacznie.
+
+- Czy wolno wiedzieć - z której? - z kurtuazyą zapytał.
+
+- Rodzę się z domu kniaziówna Rąrowska - z godnością i namaszczeniem
+odparła dumnie wdowa.
+
+Dzierżymirski ponownie uśmiechnął się z ironią. Rodzina ta prawie, że
+już całkiem wygasła, aczkolwiek dawna bardzo, według heraldycznych i
+historycznych danych, nigdy nie miała praw do żadnych w ogóle tytułów,
+prócz kopertowych chyba.
+
+Słysząc zatem wypowiedziane tak czelne kłamstwo, Roman nie odpowiedział
+nic, a tylko wpatrzył się badawczo, z uwagą, w twarz siedzącej przed nim
+kobiety.
+
+Od początku już samego dziwiły go jej rozmowa i zachowanie całe, teraz
+więc, gdy wiedział cel wizyty, bystrym wzrokiem rozumnych oczu wpatrywał
+się wciąż w rysy przybyłej. Trwało tak minut parę.
+
+I pod spojrzeniem tem nagle spuściła wzrok kobieta...
+
+Po raz pierwszy od kwadransa spadła z twarzy jej obłudna, fałszywa i
+układna, a przyodziana li tylko w imię pozorów, maska. Zorane policzki
+wdowy okrasił lekki rumieniec, a pod wpływem jakiejś myśli zapewne,
+wyraz jej oblicza, prawdziwy i szczery, mignął na chwilę przed oczyma
+obserwującego mężczyzny.
+
+I to ocaliło nieboraczkę. Zniecierpliwiony bowiem dotąd obecnością jej
+Roman, i zdecydowany już prawie wyprosić za drzwi kniaziównę "de domo",
+zamyślił się nagle.
+
+Po chwili zaś, jakby wynik przelotnego egzaminu fizyonomii przybyłej,
+był dlań wystarczającym zupełnie, spuścił wzrok.
+
+I snać wiele niekłamanego, a tajonego bólu, oraz nieszczęścia
+prawdziwego może wyczytał był na tej twarzy gościa swego; bo po minutach
+jeszcze paru zastanowienia i wahania, milcząc, sięgnął rękę klamki
+drzwiczek wbitej w ścianie ogniotrwałej kasy, i - wyjąwszy stamtąd
+papierek dziesięciorublowy, położył go na stole.
+
+Posunąwszy zaś banknot ten z lekka ku siedzącej, rzekł tylko:
+
+- Służę pani!
+
+Poczem, gdy pieniądz ów schowała, obsypując ofiarodawcę swego potokiem
+słodko przyprawionych komunałów, zadzwonił na lokaja:
+
+Posłuszny, zjawił się sługa za chwilę.
+
+- Proś pana hrabiego! - rozkazał Dzierżymirski.
+
+- Już wyszedł. Mówił, że wpadnie kiedy indziej, bo czekać więcej nie
+miał czasu... Kazał przeprosić jaśnie pana, bardzo i zostawił tu bilet
+swój, na którym coś napisał, - i przy tych słowach lokaj podał bilet.
+
+Roman rzucił nań okiem...
+
+Pani Wygrzywalska jednak przerwała mu czytanie. Do swej roli wracała
+powtórnie.
+
+- Przepraszam bardzo szanownego pana prezesa - poczęła mówić swym
+poprzednim tonikiem - ale wiedzieć chciałam właśnie, jak adresować mam
+przy zwrocie tej kwoty, tak wspaniałomyślnie, szlachetnie, mi
+udzielonej... Pan prezes podobno na długo wyjeżdża?..
+
+Roman na te słowa uśmiechnął się złośliwie i odparł:
+
+- O, łaskawa pani ! Adresem zupełnie dostatecznym będą dwa słowa : "R.
+Dzierżymirski." Żegnam panią... - tu powstał z siedzenia i skłonił się z
+daleka.
+
+Pożegnany z kolei ukłonem sztywnym nieco odchodzącej
+"pseudo-arystokratki", Dzierżymirski zwrócił się do lokaja:
+
+- Jest kto? - zapytał.
+
+- Jakiś pan powiada, że jaśnie pana zna dawno, chce się widzieć
+koniecznie.
+
+- Jak wygląda?
+
+- Taki sobie... nie bardzo pokaźny...
+
+Codziennie, od dziewiątej do dwunastej z rana, każdy miał wstęp wolny do
+"pana prezesa". Dzierżymirski nie odstępował nigdy od powziętej raz
+reguły, tym razem więc zarówno rzucił obojętnie:
+
+- Proś!..
+
+Sam zaś do biurka zasiadł, by skończyć czytanie biletu hrabiego z
+Melsztyna.
+
+Minęło parę minut.
+
+Zaczytany, nie spostrzegł był Roman, że na środku pokoju od pewnego już
+czasu stał młody człowiek, lat około trzydziestu pięciu, i patrzył nań
+uporczywie.
+
+Pod siłą tego wzroku podniósł oczy Dzierżymirski, a ujrzawszy przybysza
+zbladł; poznał go bowiem od razu, nie dał jednak poznać tego po sobie,
+nie podniósł się z miejsca nawet, a tylko ruchem ręki obojętnym wskazał
+krzesło.
+
+- Proszę pana... Przepraszam... za chwilę... Nieznajomy zarumienił się,
+nie rzekłszy nic jednak, usiadł pokornie na koniuszczku stołka,
+Dzierżymirski zaś sięgnął po jakieś księgi, leżące - opodal i zagłębił
+się w nich, ze skupieniem.
+
+Ale tylko na pozór... W rzeczywistości zaś potrzebował czasu, by
+ochłonąć z doznanego przed chwilą wrażenia.
+
+Przed nim znajdował się towarzysz, niewidziany już od lat siedmiu -
+jeden z dwóch pierwszych ludzi, z którymi się był zbratał, przyjechawszy
+niegdyś do kraju sam, nieznany i biedny!..
+
+I nagle, wywołane przypomnieniem, stanęły mu w myśli jasno te chwile
+dawne !.. Ukazała mu się żywo w wyobraźni straszna noc moralnego
+przełomu jego życia, noc udręczeń w izdebce na poddaszu - noc walki z
+uczciwością z jednej strony, a nędzą, ułudą miłości, pragnieniem życia -
+z drugiej!...
+
+Wszak siedzący oto teraz przed nim młody człowiek był jednym z tych
+dwóch właśnie, którzy, gdy on nurzał ręce w kuszącem go swą potęgą
+złocie, stukaniem nagłem we drzwi izdebki wstrząsnęli nim tak silnie...
+
+I Roman, przebiegając spojrzeniem w duchu to wszystko, mówił do siebie
+jednocześnie:
+
+- Dziwnem jednak jest to życie nasze... O, jakże dziwnem !.. Gdyby nie
+to złoto, a później Monte Carlo, Ola i śmierć jej ojca, oraz dziedzictwo
+po nim, nie byłbym przecie nigdy tem, czem dziś jestem!..
+
+Przepastna ironia - koło bez wyjścia!..
+
+Dzierżymirski, pochylony nad grubą księgą, której cyfr i kolumn ich nie
+widział zgoła - pogrążonym się ciągle być zdawał całkowicie, w rachunku
+i pracy.
+
+Milczenie zupełne - panowało w pokoju, w ciszy zegar wydzwonił niebawem
+godzinę wpół do dwunastej. Roman się ocknął; zostawało mu już tylko pół
+godziny czasu. Uczynił nad sobą wysiłek i głosem spokojnym zupełnie
+przemówił obojętnie:
+
+- Z kim mam przyjemność i czem służyć mogę?..
+
+- Herman Zieliński. Czy pan.. prezes naprawdę mnie sobie nie przypomina?
+- odparł młody człowiek dobitnie.
+
+Dzierżymirski zawahał się chwilę.
+
+- Zielińskich znam wielu - rzekł z wolna - nazwisko pańskie ma
+przedstawicieli tak licznych... Zresztą... może... Przykro mi bardzo,
+lecz doprawdy nie przypominam sobie...
+
+- Ja za to - odpowiedział młodzieniec, akcentując silnie słowa -
+przypominam sobie aż nadto dobrze... Poznaliśmy się przed laty siedmiu;
+ja, pan i Jasio Zboiński stanowiliśmy przez czas jakiś nierozerwalną
+nawet trójkę. Potem... pan przestałeś stopniowo nas poznawać... Kolej to
+zwykła rzeczy świata tego, prawo ludzkie - być może... Pan wznosiłeś się
+po drabinie społecznej wysoko, my ginęliśmy w cieniu... Pan dosięgłeś
+jej szczytów obecnie, my, to jest ja, zostałem u jej podnóża...
+
+Zatrzymał się w przemówieniu swem młody człowiek, po chwili zaś dodał; z
+goryczą:
+
+- Jednak... myślałem, że pan... prezes, pomimo to, raczy mnie sobie
+przypomnieć. Cóż robić - omyliłem się!.. - młodzieniec powstał, gotów do
+wyjścia.
+
+- Ale cóż znowu !.. - wykrzyknął słuchający go dotąd w milczeniu
+wahającem się Dzierżymirski, a zarazem, powstawszy śpiesznie z miejsca,
+przyjaźnie wyciągnął rękę ku przybyłemu.
+
+- Witam i przepraszam... Pamiętam te czasy doskonale, tylko pan
+zmieniłeś się do niepoznania. Cóż Zboiński, cóż pan - porabiacie
+teraz?.. Niechże pan spocznie, proszę bardzo... - dorzucił Roman
+łaskawie i swobodnie, teraz bowiem panował już całkiem nad sobą.
+
+Zieliński, poznany, usiadł i ośmielony odparł:
+
+- Cieszy mnie niewymownie, że pan przypominasz sobie lata owe.. Dla
+mnie, wyznać muszę, okres ten cały życia mego stanowi przyjemne nader
+wspomnienie - urwał, i uśmiechnąwszy się ironicznie, zachowując jeszcze
+swój ton sprzed chwili, dorzucił dobitnie:
+
+- Ba, dawniej przecie my ze Zboińskim, we trójkę, mówiliśmy sobie "ty"
+nawet!
+
+- Cóż pana obecnie do mnie sprowadza? - przerwał Dzierżymirski
+pośpiesznie, niechcący jakby, puszczając mimo uszu ostatnią uwagę.
+
+- Rad jestem niezmiernie z widzenia się naszego, z przyjemnością usłużę,
+jeśli będę mógł to uczynić...- dodał jeszcze, jak mógł najprzychylniej.
+
+Choć zmrożony nieco początkiem zdania, Zieliński spojrzał przyjaźnie na
+Romana, poczem odezwał się:
+
+- Dziękuję, i zobowiązany jestem panu bardzo, bardzo, panie...
+prezesie!., - uśmiechnął się znowu,
+z goryczą - początkowo jednak winienem w krótkich słowach objaśnić go
+nieco o położeniu mem obecnem.
+
+- Słucham - przerwał szybko Dzierżymirski i spojrzał na wiszący mały
+zegarek, wskazujący w tej chwili trzy kwadranse na dwunastą.
+
+Zieliński dostrzegł ruch jego.
+
+- O! to niedługo potrwa! - pośpieszył z zapewnieniem.
+
+- Nic nie szkodzi, proszę bardzo... - odparł Roman. - O pierwszej mam
+ważną sesyę, a że wyjeżdżam już za dni parę, obecność moja jest tam bez
+opóźnienia konieczną. Ale... słucham pana... - powtórzył znowu
+uprzejmie.
+
+- Otóż więc, streszczam - rzekł Zieliński.
+
+- Życie moje odmiennem potoczyło się korytem od życia pańskiego, a nawet
+Zboińskiego Jana. Pan - nie ma co mówić o tem ; całe miasto godzi się
+jednogłośnie, że o zdolniejszego i bardziej wpływowego zarazem człowieka
+u nas trudno... Zboiński jest lekarzem na prowincyi i wiedzie mu się
+niezgorzej, a ja... - tu Zieliński zatrzymał się chwilę - zostałem za
+wami, panowie, w tyle, o, bardzo w tyle nawet!... Dlaczego? któż
+odgadnie ?.. Zdawałoby się, że los nie poskąpił mi zdolności; szkoły
+ukończyłem, z medalem, prawo, z odznaczeniem, ale, niestety, los nie
+obdarzył mnie szczęściem do życia! - Młody człowiek znowu, wzruszony
+jakby mimowolnie, mówić przestał.
+
+- Trzy lata temu - ciągnął dalej niebawem - ożeniłem się z miłości, bez
+grosza... - rysy, dość regularne Zielińskiego ożywiły się promieniem
+wewnętrznym - kochałem ją, tę moją Maniutę, tak, jak kocham ją do dziś
+dnia jeszcze, choć jak nie miała, tak i nie ma ani szeląga posagu!..
+Obecnie mam troje drobiazgu... - tu z kolei twarz gościa Romana zasępiła
+się smutnie, zatrzymał się, jakby trudno mu było wykrztusić resztę,
+czoło zaś białe pociemniało mu od rumieńca - jednem słowem - dokończył -
+w domu u mnie - nędza!..
+
+Umilkł, nie podnosząc oczu. Po dłuższej chwili, ciągnął:
+
+- Pomny naszej dawnej znajomości, przyszedłem tu, do pana prezesa, z
+pokorną prośbą o posadę, o pracę, choć byle jaką, ale - płatną, o
+zarobek, bo jałmużny nie zwykłem przyjmować!.. Byle z głodu nie
+umrzeć... byle osłodzić życie tej kobiecie, która mnie kocha, a której
+doli dotąd w żadny sposób ulżyć nie mogę!.. - wyrzucił z siebie z mocą.
+
+Zamilkł i wstydząc się jakby słów własnych, nie podnosił już wcale oczu
+na Romana.
+
+Dzierżymirski zaś z kolei przez czas ten cały śledził słowa i grę
+fizyonomii Zielińskiego, a w myślach jego równocześnie stanął wyraźnie
+kontrast rażący, pełny ironii, między życiem jego, a życiem tego oto
+Hermana, znanego mu dobrze, jako najzdolniejszego studenta uniwersytetu
+- z przed laty... Stanowczo nie popłaca być idealistą!
+
+Ożenił się bez majątku... No, a gdyby tak on, Roman Dzierżymirski,
+zgrzeszył był idealizmem, i biedak, ale nieposzlakowany, uczciwy, pozbył
+się przed laty nietkniętych banknotów i ożenił się następnie z jaką
+dziewczyną zupełnie biedną ?..
+
+- No, w każdym bądź razie, jakoś dałbym tam sobie radę! - odpowiedziało
+coś butnie w duchu Roman natychmiast. - Posiadam hart, wolę, rozum,
+rzutkość, dar oryentowania się trafnego, i spryt - to wiele; a on?
+Szlachetny, zdolny, lecz jednak trochę... głupi!
+
+- Ale czysty ! - ukłuło coś, jakby żądłem Romana. Spuścił głowę i
+słuchając dalej losów kolegi Zielińskiego, mówił sobie zarazem:
+
+- Jednak pomóc trzeba... należy. Dla wspomnień, no, i dla zasady.
+
+Gdy zaś dawny towarzysz mówić już przestał, odezwał się z kolei:
+ - Więc życzyłby pan sobie otrzymać zapewne miejsce na kolei, gdzie
+ jestem prezesem... Niestety, nie mogę, postanowiłem bowiem podczas
+ całego trwania tam moich rządów, od siebie nie narzucać nikogo... Ale
+ mógłbym pomieścić pana gdzie indziej. W Banku Handlowo-Przemysłowym, na
+ przykład, należę do zarządu... Czy znane są panu: rachunkowość
+ kupiecka, buchalterya i języki obce biegle, jak francuski, niemiecki, a
+ może i angielski`?..
+
+- Niestety, nie! - odparł Zieliński. - Fachowego wykształcenia nie
+posiadam, gimnazya klasyczne zaś i wydział prawny uniwersytetu nie
+wyszkoliły mnie dostatecznie w żadnym z nowożytnych języków
+europejskich... Co innego grecki i łacina... Co się zaś tyczy
+rachunkowości, poza arytmetyką i matematyką wyższą, t. j. algebrą,
+geometryą, trygonometryą, inną służyć nie mogę...
+
+I machnąwszy przy tych słowach ręką, w zniechęceniu, młodzieniec,
+westchnąwszy smutnie, dodał.
+
+- Zresztą, panie prezesie, mówiąc szczerze całkiem, przekonywam się
+teraz coraz bardziej, iż szkoły nie dały mi zgoła żadnej nauki życiowej
+i praktycznej.
+
+- Ma pan słuszność, zapewne... - potwierdził Roman. - Niedaleko,
+szczególniej przy obecnej nadprodukcyi w naszem mieście ludzi fachowych,
+zajechałbyś pan ze swym dyplomem, ale nie martw się pan... Spotkałeś
+mnie na swej drodze. Ja zaproteguję pana po pierwsze w imię lat dawnych,
+po drugie, że należysz pan, jak widzę, do prawdziwie potrzebujących
+pracy! - ostatnie słowa silniej zaakcentował Dzierżymirski. - Czy ładny
+i czytelny masz pan charakter pisma?
+
+- Owszem, staranny i czytelny w zupełności! - pośpieszył z odpowiedzią
+Herman.
+
+- No, to dobrze - odparł Roman, i przy tych słowach sięgnął do stojącego
+na biurku pudełeczka po bilet wizytowy. - Napiszę słówko do Dyrekcyi
+Towarzystwa Ogniowego "Esperanza"... Z dyrektorem jestem w ścisłych
+bardzo stosunkach, w tych dniach oprócz tego sam z nim pomówię - odmówić
+mi nie może... Od pierwszego przyszłego miesiąca dadzą panu posadę.
+Przypuszczam, iż... na początek z jakieś 500 rubli... Będziesz pan
+obrachowywał, sprawdzał, a potem przepisywał zapewne ubezpieczeniowe
+polisy... Jak się pan zaś wprawisz w owem przepisywaniu, wyrobię, iż
+dadzą panu polisy do kopjowania w domu, w ten sposób zarobisz pan
+więcej. Zgoda?...
+
+- Ależ naturalnie - dziękuję stokrotnie, dziękuję po tysiąc razy!
+Wdzięczność moja, panie prezesie, nie ma granic!... - i zerwawszy się z
+krzesła, Zieliński, wzruszony i uradowany, uścisnął z przejęciem dłoń
+Romana.
+
+Ten ostatni, napisawszy słów kilka, zapieczętował list i powstał, a
+podając go młodemu człowiekowi, rzekł:
+
+- Życzę szczęścia i powodzenia!.. Bardzo kontent również jestem, że pan
+zwróciłeś się bezpośrednio do mnie, i że znajomość naszą odnowiliśmy
+znowu... Doktorowi Zboińskiemu moje ukłony, gdy go pan zobaczysz!..
+
+I Roman Zielińskiemu podał rękę.
+
+- Dziękuję... Nie zapomnę tego panu nigdy!.. - z serdecznem ciepłem w
+głosie odparł młodzieniec, ściskając dłoń dawnego swego towarzysza.
+
+Dzierżymirski odprowadził go uprzejmie do drzwi, a gdy z Zielińskim
+znikło mu z przed oczu przeszłości widmo, odetchnął swobodniej, i
+zadzwonił na, lokaja.
+
+Ten zjawił się natychmiast, niosąc w ręku tacę z kilkoma biletami.
+
+- Czekają jeszcze? - zapytał Roman, i spojrzał pobieżnie na bilety, a
+równocześnie wyjął z kieszeni zegarek, wskazujący już parę minut po
+dwunastej.
+
+- Przeproś tych panów i powiedz, że dziś za późno!.. - rzucił
+czekającemu słudze.
+
+Lokaj wyszedł, a Dzierżymirski przechadzać się począł z wolna po pokoju
+i cygaro zapalił, wypuszczając od niechcenia z ust małe kółeczka dymu.
+
+Cały był jeszcze pod wrażeniem ostatniej wizyty, oraz tej odżyłej z nią
+tak nagle świeżo minionej przeszłości.
+
+I Dzierżymirskiemu czoło poorało się w drobne bruzdy, zamyślony wciąż
+tak samo, nerwowym krokiem przebiegał komnatę.
+
+Od lat kilku, gdy ożenił się był z Olą, nie zmienił się Roman prawie że
+wcale. Ta sama inteligentna i piękna twarz południowca, taż sama
+młodzieńcza szybkość ruchów, oraz niezmienna wytworność sylwetki całej -
+cechowały go obecnie tak, jak i przed paru laty.
+
+A ileż, ileż zdarzeń przewinęło się dotąd w życiu jego!
+
+Po odbyciu żałoby na wsi, w Gowartowie, przyjechał z Olą do miasta. Tu,
+dzięki dziedzictwu pana Januarego, położeniu towarzyskiemu żony i,
+odnowionym własnym stosunkom, zdobył Roman to, co do dziś dnia posiadał.
+
+Energiczny, rzutki, giętki, sprytny i pełen ambicyi zaszedł wysoko. Ola
+kochała go dotąd niezmiennie, ludzie korzyli się przed jego rozumem,
+stosunkami, wpływami, a jednak nie był on zgoła szczęśliwym!..
+
+I teraz po twarzy jego odgadnąć to również łatwe było. Cierpiał...
+
+Rozpamiętując w myślach przeszłość własną, zapomniał widać zupełnie o
+teraźniejszości. Niby wczorajsze świeże, we wspomnieniach żyły znów te
+lata minione, dawne... Jak fata morgana ułudna mamiły wzrok duszy jego
+niedościgłą, bo bezpowrotną już dalą, rozpierzchały się, nieuchwytne, to
+znów wracały jawne - żywe!
+
+Widział się więc Roman w poślubnym roku miłości wzajemnej, haszyszów i
+upojeń, z dysonansem śmierci teścia swego na końcu i widział siebie
+potem lata całe w ciągłych zabiegach, trudach, w prawdziwej, namiętnej
+energii czynu, w bezustannej gonitwie za popularnością, wielkością i
+znaczeniem.
+
+Wznieść się!.. wznieść ponad drugich, ponad tłumy - to stało się życia
+jego celem!.. Widzieć kornemi te ludzkie masy u stóp swoich - marzeniem
+- pomimo samopoznania w głębi duszy, że na to wszystko nie zasługuje się
+zgoła, pomimo gryzącej go, jak jad, toczącej go, jak robak, samowiedzy,
+że on moralnie nie godzien może żadnego z tych, którzy go ponad siebie
+wynoszą!..
+
+Bo rzecz zaiste dziwna... Setki zdarzeń, tysiące ludzi przemknęły, jak w
+kalejdoskopie, w życiu Romana, a tajemnica jego odległego "wczoraj",
+pozostała nadal - tajemnicą... Nikt jej nie odkrył, nikt nie
+przypomniał. O właścicielu dwudziestu siedmiu tysięcy głucho i cicho
+było, jakby fakt ten cały był li tylko snem strasznym, zaklętą bajką z
+tysiąca i jednej nocy!
+
+A tymczasem życie, tocząc się wartkiem kołem, pochłaniało sobą Romana,
+pochłaniało go tak dalece, że bywały chwile, iż zapominał. Ale,
+niestety, były to tylko... chwile.
+
+Sumienie uparcie czuwało bezustannie. Nie było dnia jednego, by
+Dzierżymirski w cichości ducha nie uchylił głowy przed przypomnieniem
+strasznem; nie mijał miesiąc, by godzin kilka, z dala od ludzi, nie był
+zmuszonym przepędzić sam na sam ze sobą i z wyrzutami sumienia.
+
+O! jakże pragnął on nieraz oddać to złoto cudze, jak pragnął!..
+
+Oddać! Ale komu?.. Zwrócić, ale jak, nawet gdyby się i znałazł
+właściciel zagadkowy, by nie splamić nieskazitelnego połysku czci
+własnej, honoru i opinii człowieka, przodującego społeczeństwu całemu?..
+
+W tym samym, ozdobionym granacikową koroną hrabiowską, pugilaresie,
+leżały odłożone przezeń na miejsce, owe dwadzieścia siedem tysięcy, w
+banknotach i rulonach złota, schowane w tajemnej i nikomu nie znanej
+skrytce. Przeznaczone dla zagadkowego właściciela - czekały one nań tam
+daremnie.
+
+Bo gdybyż przynajmniej, choć promykiem małym, rozdarła się ta tajemnicza
+ciemność, kryjąca dotąd w swych czeluściach bezustannej zagadki prawnego
+pieniędzy tych pana!
+
+Och, wtedy, będąc choć trochę przygotowanym, niewątpliwie dałby on jakoś
+sobie radę! Wolałby bowiem zobaczyć nawet roztwierającą się przed nim
+przepaść bez wyjścia, gdyż ufny w swój rozum, znalazłby je na pewno, niż
+widzieć ciągle przed sobą ten pełny milczenia sfinksowy spokój, idącego
+przed nim ciemnego, nieodwołalnego jutra!.. Przestraszał go on -
+przejmował zgrozą...
+
+Bo Dzierżymirski poza licznemi zajęciami swemi społecznej natury, czynił
+dotąd niemal bez skutku wszystko, aby zrzucić z siebie, już raz na
+dobre, gniotący go skrycie ciężar wspomnienia!..
+
+Podawał więc kilkakrotnie nad wyraz przebiegle i sprytnie ogłoszenia w
+pismach, nie tylko w kraju, ale i za granicą, w nadziei, iż wpadnie na
+trop właściwy.
+
+Sam pozatem odbył kilka tajnych wycieczek do ludzi, o których wiedział,
+że zgubili niegdyś, bez znalezienia, sumy większe...
+
+Zbadawszy ich jednak podstępnie, z ostrożna, wracał zawsze z niczem.
+Zagadka trwała.
+
+Teraz wreszcie również, nie dalej, jak za dni już kilka, postanowił
+Roman raz jeszcze uczynić próbę w tym względzie i wyjazd za granicę,
+zapowiedziany przezeń, dla wypoczynku, "de facto" był związanym ściśle z
+tą tylko samą, wiecznie jedną, sprawą.
+
+Przechadzający się wciąż szybko po gabinecie Dzierżymirski, w chaosie
+jątrzących go myśli i wspomnień, schwycił się nagle za głowę i szepnął
+do siebie przejmująco:
+
+- Och, czemuż, czemuż, na Boga, natura obdarzyła mnie sumieniem tak
+czujnem, wrażliwem, czemu?.. Byłbym położenie moje brał filozoficzniej,
+prościej... Wszak z pieniędzy znalezionych w rzeczy samej korzystałem
+tak mało! Przegrałem je przecie wszystkie w Monaco, do ostatniego
+grosza, a wygrałem z pieniędzy zupełnie innych! - sofizmat, niezmiennie
+ten sam, powracał w umyśle Romana.
+
+O ile jednak dawniej pocieszał on go chwilami, teraz, dziś - nie działał
+już bynajmniej.
+
+Dojrzalszy obecnie, w niejednem jeszcze przekształcony życia szkołą,
+patrzący z odległości lat kilku zimniej daleko na uczynek swój własny
+"przywłaszczenia", Dzierżymirski, nie wyzbywszy się dotąd wcale
+wszczepionych silnie w dzieciństwie zasad uczciwości, nieprzejednanej,
+prawej, czystej, - rozumiał, iż, pomimo pochłonięcia cudzego złota przez
+jaskinię gry i dotychczasowej bezkarności - zbłądził, i że wina jego
+zgoła nie była mniejszą. Czuł, że życie moralne wykoleiło go
+niemiłosiernie, i cierpiał...
+
+Roman przetarł ręką rozpaloną głowę; atak apatyi nerwowej pesymizmu,
+żalu i goryczy, szeroką falą napływał znowu do duszy jego.
+
+W tej samej chwili na ściennym zegarze wybiło wpół do pierwszej. Roman
+się wstrząsnął.
+
+Sesya, obowiązki, przodownictwo społeczne - trzeba być silnym!..
+Odpocznie później, gdy wyjedzie - za dni parę, teraz odwagi!..
+spokoju!..
+
+I uczyniwszy nad nerwami swymi i myślą wysiłek, Dzierżymirski
+wyprostował się. Rzuciwszy opodal do połowy spopielałe, cygaro, począł
+porządkować śpiesznie porozrzucane na biurku papiery.
+
+W tej samej chwili do drzwi zapukano trzykrotnie. Roman drgnął i
+odwrócił się. Poznał sposób stukania żony, co dzień bowiem, o tej porze,
+Ola zwykła była odwiedzać go po pracy.
+
+- Entrez!.. - rzucił donośnie i czoło jego wypogodziło się natychmiast.
+
+Ma ją przecież, najdroższą żonę, podporę-kochankę i przyjaciela ! Wszak
+wzajemnie nie posiadają przed sobą żadnych tajemnic, prócz jednej -
+jedynej!
+
+Przez próg komnaty do gabinetu wchodziła już Ola, ubrana do wyjścia, w
+kapeluszu i sukni, skrojonej elegancko i szeleszczącej jedwabiami
+spódnic.
+
+I ona od lat tych pięciu nie zmieniła się prawie. Wypiękniała tylko
+jeszcze bardziej, bujniejszemi stały się kształty i linie jej ciała,
+ponętniejszemi, w całym swym czerwcowym rozkwicie, lat już niespełna
+trzydziestu.
+
+Z uśmiechem, przywitali się małżonkowie; Roman ucałował żonę w czoło i
+zapytał:
+
+- Dokądże to tak moja pani?
+
+- Na ogólne zebranie pań Opieki Ś-go Franciszka z Assyżu; a ty
+wychodzisz także?..
+
+- A jakże. Na sesyę Związku Kredytowego.
+
+- Na którą godzinę?
+
+- O pierwszej się rozpoczyna...
+
+- Pysznie!.. - zawołała uradowana Ola.- Kazałam właśnie do powozu
+zaprządz, podwiozę cię... A śniadanie drugie już jadłeś?
+
+- Nie, kochanie, czasu mi nie starczyło. Przekąszę coś nie coś na
+mieście...
+
+- Mój ty biedaku !.. - i pogłaskawszy pieszczotliwie męża po twarzy,
+uściskała go Ola serdecznie, - taki zajęty zawsze, że nawet prawie nie
+można nigdy pomówić z tobą swobodnie...
+
+- A czyja wina? - przekomarzał się wesoło Dzierżymirski.- Gdy ja do domu
+wpadnę, nigdy pani mej nie ma... To zebranie Ś-go Antoniego, Kalsantego,
+Ambrożego, - wszystkich świętych jednem słowem... To znów z kolei
+opatrywaniu chorych, wenta na przytułki, obrady na zabawy filantropijne,
+rozdawnictwa, gwiazdki dla dzieci, rozbieranie ich, ubieranie... Czy ja
+w końcu wiem i pamiętam, wszystkie owe tam wasze damskie pseudo-prace?..
+
+- No, no... Bardzo proszę, nie wyśmiewać mi się z nas... Niby to wy,
+panowie, robicie co na owych sesyach. A jakże! Rozmawiacie zgoła o czem
+innem, papierosy palicie, kłócicie się i rozchodzicie. Ho-ho, już ja
+wiem dobrze, co mówię!..- odparła z przekonaniem obrażona niby Ola.
+
+I w ten sam sposób dłużej jeszcze przekomarzaliby się żartobliwie
+małżonkowie, gdyby nie wejście lokaja, który zaanonsował:
+
+- Proszę jaśnie państwa, powóz już czeka...
+
+- Aaa... to dobrze! - rzekł Roman żwawo, daleki już myślą od dręczących
+go do niedawna wspomnień.
+
+- Nie przebierzesz się Romciu? - zapytała Ola.
+
+- Ani myślę, nie mam czasu! Patrz, dochodzi już pierwsza... Cóż to, moje
+życie, uważasz może, że nie po dżentlemeńsku wyglądam?... - zapytał
+lekko.
+
+- Ale gdzież tam... Cóż znowu?.. Tego myśleć się nie ośmielam -
+roześmiała się Ola. - tylko tak trochę... nie świeżo... Czekaj,
+przeczeszę cię, poprawimy krawat i oczyszczę...
+
+Dzierżymirski poddał się pokornie wymaganiom estetycznym żony.
+
+- No, fertig! Wyglądasz znośnie!.. - zadecydowała Ola po chwili.
+
+- Phi... tylko? To niezbyt pocieszające, - odparł, śmiejąc się, Roman -
+i wyszedł z Olą do przedpokoju.
+
+W bramie domu czekał już powóz odkryty; Dzierżymirscy wsiedli doń
+pośpiesznie, lokaj wskoczył na kozły i ruszyli. Znany w całem mieście
+pojazd "prezesowstwa", zaprzężony w dwa rosłe mieszańce, krwi
+anglo-arabskiej, wytoczył się na ulicę i pomknął chyżo.
+
+Co chwila z pośród idącej po szerokich chodnikach publiczności, lub z
+wymijanych powozów, kłaniał się ktoś uprzejmie Dzierżymirskim, a oni,
+uśmiechnięci, weseli, tak samo grzecznie oddawali wszystkim ukłony. Po
+dłuższej chwili milczenia, odezwał się Roman:
+
+- Ale, a propos, musisz się tem zająć, Oluniu, bo ja, doprawdy, czasu
+nie mam. Dziś, lub najdalej jutro, wysyłamy zaproszenia do wszystkich
+naszych znajomych... W sobotę damy raut pożegnalny... J'espere, że nic
+nie masz przeciwko temu, moje życie ?..
+
+- Ależ, naturalnie!.. - pośpieszyła z zapewnieniem Ola, - lecz musimy
+przecież złożyć wizyty...
+
+- Nie ja, nie ja, cherie!.. To ty za mnie nieodzownie zrobić musisz,
+kochanie... Kto nie przyjdzie - pal go licho!.. A zresztą, pas de
+crainte, stawią się wszyscy...
+
+- Dlaczego nie chcesz jechać ze mną?
+
+- Nie nie chcę, lecz nie mogę. Mam przed wyjazdem jeszcze zajęcia huk!
+Nie możesz mieć nawet wyobrażenia, moja droga, co to znaczy wyrwać się
+na miesięcy kilka, jak tego pragnę, z tego kołamych rozlicznych
+obowiązków - c'est un vrai tour de force!.. - Dzierżymirski zamilkł na
+chwilę, poczem kończył:
+
+- Bo pomyśl tylko... Tu znaleźć na czas ten cały zastępcę, tam znów
+wycofać się zręcznie, by nie obrazić nikogo i załatwić wszystkie
+czynności już z góry... Więc chyba rozumiesz teraz, iż w wizyty światowe
+bawić się nie mogę, najwyżej do kilkunastu wybitniejszych osobistości, i
+koniec.
+
+- Ależ dobrze, już dobrze, nie tłumacz się, nie broń - zrobię wszystko,
+mój władco i panie! - z uśmiechem, pocieszyła go Ola. - Pytałam się tak
+tylko... Czy wracasz dziś na obiad ?..
+
+- Pas possible! - odparł Dzierżymirski stanowczo. - Akurat o szóstej
+zebranie nadzwyczajne akcyonaryuszów i komitetu nowego przedsiębiorstwa,
+wiesz, Komercyjno -Agronomiczny Związek krajowy... Zjem na mieście.
+
+- A wieczorem? - pytała dalej Ola.
+
+- Muszę być koniecznie u księcia Artura, w sprawie budowy nowego
+kościoła Św. Jana Chrzciciela; zebranie prywatne w jego mieszkaniu -
+obiecałem.
+
+- Niemożliwym jesteś człowiekiem !.. - roześmiała się Ola, - ja już o
+czwartej wracam do domu.
+
+Umilkli. Wkoło nich śmiało się w słońcu miasto; wiosna czarodziejka
+nawet tu, w ciasne ogrodu mury, swój powiew balsamiczny tchnąć potrafiła
+- oddychało się swobodniej, szerzej, świeżość majowa pieściła twarze
+śpieszących zewsząd tłumów, śmiejących się i wesołych.
+
+- Stań! - rzucił nagle i rozkaz Dzierżymirski, dotykając z lekka laską
+liberyjnych pleców stangreta. Dojeżdżali do wspaniałego gmachu Związku
+Kredytowego.
+
+Powóz zatrzymał się posłusznie.
+
+- A ce soir! - rzekł Roman, i lekkiem uściśnieniem ręki pożegnawszy
+żonę, wyskoczył z ekwipażu. Po kamiennych stopniach krużganka skierował
+się ku olbrzymim kutym drzwiom, które, w powitalnym, niskim ukłonie,
+otwierał już usłużnie szwajcar miejscowy.
+
+Na progu gmachu Dzierżymirski obejrzał się i spotkał ze wzrokiem Oli.
+Spojrzeniami wzajemnie pożegnali się jeszcze pieszczotliwie, poczem Ola
+odwróciła się pierwsza, Roman zaś, ścigając ją oczyma, zatrzymał się i
+uśmiechnął...
+
+W oddalającym się powozie, młoda kobieta po chwili, instynktownie jakby,
+raz drugi spojrzała za siebie. Dzierżymirski jednocześnie skinął głową i
+znikł za drzwiami, Ola zaś odwróciła się i niedbale rozpięła białą,
+koronkami obszytą, parasolkę. Promienie i blaski majowe zalśniły się
+jeszcze na jej postaci chwilę, i powóz znikł, pochłonięty wielkomiejskim
+wirem.
+
+------------
+
+
+Kaskadą świateł i blasków płoną rzęsiście apartamenty Romanowstwa
+Dzierżymirskich...
+
+Z pół otwartych lilii z kryształu, zdobiących gazowe po bocznych
+ścianach kinkiety, z żyrandoli i lamp - tu jaskrawo, tam znów łagodniej,
+drżą w dusznej atmosferze salonów pęki promieni, spadają deszczem na
+tłum wesoły, elegancki i strojny, grają, załamując się w klejnotach
+kobiet - pieszczą ich nagie gorsy i ramiona, głaszczą je swym
+niewidzialnym dotykiem.
+
+Gwar stłumiony prowadzonych z ożywieniem rozmów, oraz tłok i ciasnota
+panuje w kilku obszerych salonach; część tylko gości siedzi, większość,
+wahadłowym ruchem płynącej fali, przechadza się bezustannie, a raczej
+dyskretnie przeciska.
+
+Nie omylił się bowiem w przewidzeniach swych Dzierżymirski. Całe
+towarzystwo i wszystkie jego sfery stawiły się na raut pożegnalny
+prezesa, wice prezesa, dyrektora i członka licznych instytucyi -rade i
+poczuwające się do obowiązku obecnością swą złożyć daninę grzeczności
+światowej temu, kto trzymał obecnie w silnej dłoni wątek ich spraw i
+interesów - natury społecznej, przemysłowej, filantropijnej, a często
+gęsto i osobistej nawet.
+
+Pełni uprzejmości, dystynkcyi i gościnności szczerej, wśród tłumu swych
+gości, uwijali się Dzierżymirscy, zmieniając się kolejno w pobliżu
+wejścia pierwszego salonu, dla witania wchodzących co chwila nowych
+przybyszów. W końcu jednak i ten czasowy posterunek ich okazał się
+wprost niemożliwym...
+
+Roman i Ola zmuszeni zostali zmieszać się z tłumem rautujących gości,
+ustępując sami naporowi ścisku.
+
+A kwadranse tymczasem mijały szybko. Liczba napływających osób
+powiększała się coraz bardziej, wśród szeleszczącej zaś, barwnej fali
+gości, w liberyi i pończochach, ukazywać się poczęli, posuwając się z
+trudem, lokaje, z wielkiemi srebrnemi tacami... U wejścia zaś salonów,
+wyparta zwiększającą się falą ludzi, stanęła zwarta gromada mężczyzn,
+tamując w ten sposób po prostu komunikacyę do przepełnionych nad miarę
+apartamentów.
+
+Młodzieniec, ciemny szatyn, nieposzlakowanie elegancki, o
+impertynenckiej nieco, choć wielkoświatowej powierzchowności, wchodził w
+tej chwili do mieszkania prezesowstwa Dzierżymirskich.
+
+Znalazłszy się niebawem poza zbitą u drzwi garstką panów, na razie nie
+mógł postąpić ani kroku naprzód. Widząc to, skrzywił swe wąskie usta, i
+wspiął się dyskretnie na palce.
+
+Ponad zbliżonemi, wypomadowanemi głowami stojących mężczyzn, ujrzał
+dokładnie kołyszące się morze kobiecych biustów, główek czarownych,
+pięknych, różnobarwnych tualet, gorsów i fraków i mruknął do siebie:
+
+- Ho-ho!.. pas mal...
+
+Spojrzał następnie na stojących opodal rautowiczów. Nie znał żadnego z
+nich. Żachnął się niecierpliwie i szepnął znów z cicha do siebie, po
+francuzku:
+
+- Que diable, je ne suis pas venu ici pour garder l'antichambre...
+
+I jednocześnie posunął się zręcznie naprzód, potrąciwszy zaś lekko po
+drodze swej paru sąsiadów, rzucił, z wytwornym ukłonem, kilka: "Pardon",
+w rezultacie jednak znalazł się zaledwie o parę kroków naprzód.
+
+Popatrzył znowu przed siebie, wspiąwszy się na palce.
+
+- Ach, przecież choć jeden!.. - szepnął z ulgą, tym razem już po polsku,
+dojrzał bowiem właśnie poznanego w przeddzień Emila Ładyżyńskiego.
+
+Rzuciwszy po francusku parę ugrzecznionych przeproszeń, młodzieniec
+postąpił znów kroków kilka, aż stopniowo, przepraszając dalej
+bezustannie, zdołał dotrzeć do Ładyżyńskiego.
+
+Ten już go był zoczył. Podali sobie ręce, witając się uprzejmie.
+
+- Eh bien, chčr comte - zagadnął, z uśmiechem pierwszy pan Emil - jakież
+wrażenie z rautu "koroniarzy?.." Trudno się dostać, co? Et, ce qui
+touche, gospodarza, prezesa, vous ne le verrez probablement pas, bo jest
+akurat pod przeciwnym biegunem.
+
+- A ja właśnie muszę, bo go nie znam. Pani Dzierżymirska była tak bardzo
+uprzejmą zaprosić mnie, bo złożyłem jej wizytę, lecz prezesa, jako nader
+zwykle zajętego podobno, nie widziałem...
+
+- Ba... ba... c'est simple - potwierdził Ładyżyński - nasz prezesunio
+jest to człowiek, który jest wszędzie, ale nigdy u siebie w domu...
+Voulez - vous, przedstawię pana. W drogę zatem... Płyńmy, płyńmy, póki
+czas!.. - zanuciwszy półgłosem wyrazy ostatnie, rzekł starzejący się
+kawaler, i prowadząc za sobą przybysza, puścił się naprzód.
+
+Ostrożnie, z wolna, dwaj panowie posuwać się zaczęli. Czynność to zaś
+niełatwą była. Prócz obawy niezręcznego potrącenia kogoś z wytwornego, a
+ścieśnionego grona - musieli oni pozatem lawirować jeszcze bardzo
+zręcznie pomiędzy długiemi trenami pań... Ładyżyński jednak radził sobie
+wybornie. Co chwila kłaniał się komuś uprzejmie z daleka, lub witał z
+bliska, przystawał, rzucał dowcipnych słów parę - rozstępowano się przed
+nim. Szedł dalej.
+
+- Uf, nous y voilŕ!..- rzucił po niejakim czasie towarzyszowi swemu.
+
+- Widzę Romana, jak peroruje, cŕ va sans dire, o społecznych sprawach...
+- Och, i pani Ola jest również niedaleko!.. Quelle chance...
+
+I pan Emil, odwróciwszy się, skorzystał z wolniejszej nieco około siebie
+przestrzeni, wziął pod ramię młodego człowieka i zbliżać się począł
+wolno, ku otoczonemu kilkoma rozmawiającymi żywo panami,
+Dzierżymirskiemu. Idąc zaś, podrwiwał z cicha, cytując dolatujące
+głośniejsze wyrazy i zdania.
+
+- A co? nie miałem racyi ? słyszy pan ? Cel społeczny, - potęga
+działalności, - punkt kulminacyjny, - przesilenie finansowe - etc. i tak
+dalej. Jak dowodzi, co? Prawdziwa dystyngowana wieża Babel szumnych
+frazesów!
+
+Młody człowiek słuchał uważnie, uśmiechając się z lekka, tymczasem zaś
+jednak znaleźli się obaj tuż koło grupy rozprawiających zapalczywie
+mężczyzn.
+
+- Stój, panie hrabio, skromnie, aż ja zatamuję, przerwę ten oto rwący
+potok dyskusyi!.. - odezwał się znów Ładyżyński.
+
+Nie okazało się to jednak potrzebnem. Dzierżymirski, bierniej od innych
+biorący udział w rozmowie, dojrzał już właśnie zbliżającego się pana
+Emila. Wyciągając przyjaźnie rękę ku niemu, z serdecznością, przemówił:
+
+- Emilu? Jak się masz? cóż tak późno?
+
+Romana z Ładyżyńskim łączyły obecnie stosunki przyjaźni szczerej.
+Dzierżymirski polubił szczerze tego wesołego zawsze, patrzącego na życie
+trzeźwo bywalca, a przyjaciela rodziny - żony, nie mającego mu przytem
+za złe - jak wiadomo - postępku ongi z Olą.
+
+- Bynajmniej nie za późno - odrzekł swobodnie zapytany, - od godziny
+dziś tak rojno, niby u ministra... Dojść do Jego Ekscelencyi nie
+mogłem... - z ukłonem, dokończył ironicznie.
+
+- A... tak. Rzeczywiście. Żegnają mnie czule, - w tym samym tonie odparł
+z uśmiechem Dzierżymirski.
+
+- Czy widzisz, Romanie, - ciągnął Ładyżyński - tego młodzieńca w
+monoklu, z takiem znawstwem dyskretnem oglądającego w tej chwili tors
+hrabiny P ?
+
+- Widzę i nie znam!.. - zadziwił się Dzierżymirski.
+
+- Co? pas possible!., - zadrwił pan Emil. - Nie znasz swoich gości? O,
+panie prezesie, wstyd i hańba!.. No, ale nic, wybawię cię z kłopotu i
+przedstawię ci go. Ja go znam!..
+
+- Jak się nazywa? Il a l'air assez bien!..
+
+- Parbleu, çŕ va sans dire. Potomek znakomitego rodu: hrabia
+Topola-Topolski - objaśnił Ładyżyński, z ironią.
+
+- No, już "Topola", to pewnie dodatek twój, Emilu - zaśmiał się Roman -
+ale skądże go wyrwałeś?..
+
+- Przybył z Galicyi, rodem z Księstwa Poznańskiego - zaprosiła go twoja
+żona. Strzeż się, prezesie, pani prezesowa ma swoich protegowanych!..
+
+- No, nie gawędź, przedstaw mi go, bo biedak się zanudzi, tak czekając -
+rzekł Roman, i ująwszy ramię przyjaciela, skierował się ku Topolskiemu,
+idąc zaś, nachylony dyskretnie, szepnął:
+
+- Tylko nie przedstawiaj mi go comte Topolski, bo ja zmuszonym będę
+wobec drugich uczynić to samo... Przecież to nonsens wierutny tytułować
+jakiegoś tam Topolskiego hrabią tu u nas, gdzie roi się od
+autentycznych, historycznych rodów...
+
+- E !.. daj pokój, obrazi się, zresztą bogaty i epuzer... - odrzekł z
+niechęcią Ładyżyński - in faut lui laisser son illustre illusion.
+
+- Ależ właśnie, przeciwnie! - przerwał Dzierżymirski. - "Bez złudzeń",
+to najlepsza reguła. Et je t'en prie, zrób, jak cię proszę...
+
+- No, dobrze, dobrze... Uspokój się zresztą... Połknę "comte", ale jeśli
+mnie ten dudek wyzwie na pojedynek, to musisz być sekundantem! -
+zawyrokował, po swojemu, Ładyżyński.
+
+- Monsieur Topolski... - szybko wyrzucił po chwili, gdy znaleźli się
+koło czekającego na nich młodzieńca.
+
+- Dzierżymirski...
+
+Pośpieszył osobiście przedstawić się Roman uprzejmie i natychmiast
+zagaił rozmowę.
+
+- Bardzo mi miło widzieć u siebie gościa z za Kordonu... Wszak pan
+przybywa z Galicyi?..
+
+- Tak jest. Wczoraj właśnie miałem zaszczyt przedstawić się... i tam
+dalej - recytował pośpiesznie Topolski banalną światową odpowiedź,
+wyjaśniającą jego tutaj obecność i dotychczasową znajomość z
+gospodarzem.
+
+- Nie zna pan zatem pewnie wiele osób - wysłuchawszy go cierpliwie do
+końca, przemówił Dzierżymirski - tymczasem przedstawię pana par ci, par
+lŕ, zgoda?.. Venons! - dorzucił przyjaźnie.
+
+- Bonsoir, monsieur le comte! - w tej samej chwili tuż obok nich
+rozległo się powitanie zwrócone do młodzieńca, i przed trzema panami
+stanęła Ola, w prześlicznej jasnozielonej sukni balowej, mieniącej się,
+przetykanej srebrem, wdzięcznie ubranej kwieciem wodnych nenufarów.
+
+Topolski skłonił się wytwornie i przywitał z gospodynią domu, oraz, z
+wprawą obytego światowca, rozpoczął natychmiast rozmowę.
+
+Po twarzy Dzierżymirskiego tymczasem na słowa powitalne żony przemknęło
+niezadowolenie widoczne i skrzywił się nieznacznie. Postał chwilę w
+niepewności, poczem, zrezygnowany, rzucił Topolskiemu uprzejmych słów
+parę i znikł w tłumie gości.
+
+Topolski tymczasem, pomimo powierzchowności, na pierwszy rzut oka
+aroganckiej nieco, okazał się miłym i wprawnym "causeur em", a idąc
+wolno obok Oli, z ożywieniem rozmawiać z nią nie przestawał.
+
+- Jak to? - mówiła Dzierżymirska - więc to pan odziedziczył majątek w
+naszych stronach... Wolno wiedzieć nazwisko dóbr pańskich?..
+
+- Szczęsnaja - odparł Topolski.
+
+- Ależ to zaledwie o pięć mil od Gowartowa, gdzie z mężem mieszkamy -
+objaśniła towarzysza Ola. - Śliczna rezydencya, znam z widzenia... Nie
+przypuszczałam zgoła, że będę miała w pana sąsiada. Bardzo mi miło! -
+dokończyła uprzejmie. Topolski skłonił się, rzuciwszy jednocześnie
+zdawkowo - banalną grzeczność.
+
+- To pan dziedziczy po hrabi Teodorze Irenhauzie? wszak prawda? - pytała
+dalej Ola.
+
+- Tak, pani; to był mój dziad stryjeczny... - Tak? no, widzi pan...
+Znałam doskonale swego czasu dziadka, pańskiego, nous sommes donc en
+pays de connaissance... Był to bardzo dystyngowany, zacny i miły
+człowiek...
+
+- Oh, vous ętes bien aimable, madame...- zaczął swą wytworną
+francuszczyzną młodzieniec, lecz przerwała mu, snać niedosłyszawszy,
+Ola:
+
+- I objął pan już swe dobra ?..
+
+- Nie, pani, jadę tam dopiero za parę tygodni...
+
+- Pozna pan zatem Ukrainę, - ciągnęła dalej swobodnie młoda kobieta, -
+kraj to cudny, śliczny, zobaczy pan... Ja go tak lubię, tak kocham, z
+całego serca!.. - kończyła, z ożywieniem.
+
+- Ot bynajmniej nie jest mi obcą Ukraina - pośpieszył z odpowiedzią
+Topolski. - Zaznałem już jej uroku, bywałem bowiem u stryja dawniej, et
+je suis tout ŕ fait de votre opinion madame, c'est un pays charmant...
+Tyle wdzięku, cichego czaru, w tych drzemiących stepach i polach, tyle
+poezyi, w jej dumkach, a tyle, tyle tęsknoty we wszystkiem!.. - z
+zapałem, wygłosił ostatnie słowa Topolski.
+
+Ola, po raz pierwszy, spojrzała nań uważniej. Twarz młodzieńca w tej
+chwili pozbyła się całkiem nałożonej konwenansowej maski światowca,
+złagodniała jakby i wypiękniała.
+
+Przesunąwszy uważnie swe rozumne spojrzenie po twarzy swego
+nowopoznanego sąsiada wiejskiego w przyszłości, Ola zdziwiła się w duszy
+niepomiernie, tymbardziej, że nie poza bynajmniej, ale przeciwnie,
+szczerość w ostatnich słowach jego dźwięczała. Nie spodziewała się
+podobnego zwrotu w rozmowie banalnej przeciętnego salonowca, za jakiego
+wzięła nowego gościa, zamyśliła się zatem chwilę, umilkła, i dopiero, w
+parę minut później, przypomniawszy snać sobie obowiązki gospodyni,
+uprzejmie bardzo zwróciła się do Topolskiego.
+
+- Gawędzę z panem, et j'oublie tout ŕ fait, comte, que vous connaissez
+ici trčs peu de monde... Wszak prawda? Przyjechał pan dni temu parę
+zaledwie... Przedstawię pana... donnez moi votre bras, s'il vous plait.
+
+Z wdziękiem, Topolski podał natychmiast Oli swe ramię, rozpływając się
+jednocześnie w podziękowaniach, grzecznościach i zasypując zręcznymi
+komplementami młodą kobietę... Uprzejma gospodyni tymczasem prowadziła
+go ku grupie siedzących starszych dam. Im naprzód przedstawiwszy gościa,
+skinęła następnie na jednego z kręcących się bezczynnie młodych ludzi, a
+zapoznawszy z nim swego protegowanego, poleciła zaprezentować go
+młodszym paniom i pannom.
+
+- Comte Topolski... hrabia Topolski... monsieur le comte Topolski...-
+rozległo się po chwili tu i tam po salonach, w milknącym właśnie rozmów
+gwarze, tło fortepianu bowiem, stojącego na zaimprowizowanej estradzie,
+zbliżała się w tej samej właśnie chwili sławna artystka, śpiewaczka
+włoska...
+
+Akompaniować jej zamierzał znany profesor i muzyk.
+
+Topolski zaczął przyciszonym głosem zabawiać grupę pań i panien, wespół
+z wyfraczoną i wymuskaną młodzieżą, uwaga zaś powszechna zwróciła się
+jednocześnie na młodą i piękną Włoszkę.
+
+Coraz ciszej i ciszej, choć opornie, umilkł w końcu, niby morze, tłum
+wytworny i słuchać poczęto, z pozornem zajęciem...
+
+Wreszcie, w ciszy względnej jeszcze, odezwały się pierwsze akordy, a w
+ślad zatem obił się o ściany salonów i uszy słuchaczy melodyjny, o
+cudnem aksamitnem brzmieniu, kontralt kobiecy. Złączona w harmonijną
+całość z muzyką fortepianu, rozległa się, zadrżała uczuciem włoska pieśń
+namiętna i jak świeże tchnienie z pod nieba Italii, spłynęła urocza, na
+rojną masę gości...
+
+Wstrząsnąwszy zaś gamą tonów przepełnione salony, poleciała pieśń
+czysta, skrzydlata, daleko - wyrwała się przez okna na ulice miasta
+potężna, silna, wcisnęła się do każdego zakątka mieszkania
+Dzierżymirskich - zbudziła swym czarem dalekim siedzącego w zadumie w
+jednym z najbardziej oddalonych fumoir'ów, Romana.
+
+Podniósł głowę instynktownie, wsłuchał się w modulowaną artystycznie
+pieśń i westchnął po kilkakrotnie...
+
+Korzystając ze zwróconej ogólnie uwagi na mający się rozpocząć wkrótce
+popis koncertowy, Dzierżymirski znużony schronił się był tutaj.
+
+Myśli dłużej go przytrzymały. Teraz zaś, słysząc daleki, cichnący
+stopniowo szmer tłumnego zebrania, a później wyraźne tony pieśni
+znakomitej śpiewaczki, złagodzone oddaleniem, piękne, marzące, drgające
+uczuciem i siłą - Roman, w milczeniu słuchał nieporuszony - jakby
+zaklęty... I odejść stąd nie chciało mu się wcale...
+
+Poddając się bowiem urokowi słuchanej pieśni, poruszały się, trącone
+jakby czyjąś dłonią z lekka, jakieś struny w jego duszy, kwiliły cicho,
+grały...
+
+Tymczasem namiętny glos Włoszki rósł, potężniał...
+
+Wreszcie w pożegnalnym rytmie ostatnie, donośne, słowa pieśni zabrzmiały
+- polały się lawą jakby ekstazy, rozkoszy, upojenia, wstrząsnęły
+ścianami cichej komnaty, a dobiegły aż tu, pod stopy Dzierżymirskiego, i
+zgasły...
+
+Nastała drobna chwilka zupełnego milczenia, poczem, zgłuszony nieco
+oddaleniem, zabrzmiał oklask przeciągły, długi, szczery...
+
+Roman przetarł dłonią czoło i powstał... Trzeba było powracać do
+obowiązków niestrudzonego gospodarza domu.
+
+A tak dobrze było mu tutaj! Dawno nie pamięta tak cichej, niczem nie
+zamąconej chwili, bez zgrzytu żadnego, bez rozterki...
+
+Rozterka!.. Była przecież ona jego życiem. Tak. Nie tem zewnętrznem, dla
+ludzi, dla świata, ale tem prawdziwem, wewnętrznem - dla siebie.
+
+Cień smutku powlekł piękne rysy Dzierżymirskiego; rozpamiętując coś,
+zadumał się on znowu.
+
+Nagle brwi zmarszczył, i jakby przypomniawszy coś sobie, sięgnął szybko
+do kieszeni fraka, skąd wyjął welinową podłużną kopertę. Rzuciwszy
+uważnem okiem na wypisany, drżącą ręką, dokładny adres, odczytywać go
+począł. Był to zaś list do niejakiego pana Wiktora Orlęckiego w Paryżu.
+O pismo to chodziło Romanowi bardzo od kilku już tygodni, to jest od
+czasu, gdy się dowiedział, że wzmiankowany powyżej, Wiktor Orlęcki,
+zamieszkał w stolicy świata z oszczędności i musu po stracie
+-majątkowej, wynikłej, jak mówiono, ze zguby, przed samym terminem
+licytacyi majątkowej, sumy pieniężnej.
+
+Opowiadanie to, posłyszane przypadkiem, uderzyło Romana
+Dzierżymirskiego. Rodziny Orlęckich nie znał, szczegółów dowiedzieć się
+nie mógł... Wiadomość ta jednak niepokoiła go; ogarniać go poczęła chęć
+niezbadana stanowczego zobaczenia się, z owym Wiktorem Orlęckim, oraz
+wybadania go zręcznego.
+
+I od chwili tej nie znał już pragnień innych...
+
+Wreszcie poznał się umyślnie pewnego dnia z bogaczem, sławnym odludkiem
+i dziwakiem, Hugonem Orlęckim, jedynym krewnym zamieszkałego, w Paryżu
+Wiktora, by w jakikolwiek bądź sposób móc dotrzeć przez niego do
+nieznanego mu zgoła człowieka, a trzymającego, może, kto wie, nić jego
+własnej zagadki! Dziś dopiero, na kilka godzin przed rautem, udało się
+zdobyć list od starego samoluba, dla którego napisanie go nawet było
+ofiarą niewątpliwie wielką, zerwał bowiem zupełnie stosunki ze swym
+krewnym.
+
+Pismo to było w kwestyi oderwanej całkiem; treść, poddana przez samego
+Romana, polecała tylko oddawcę w pewnej sprawie względem synowca starego
+bogacza, posiadając jednak list ów w kieszeni, Dzierżymirski odetchnął.
+Łatwiej mu już bowiem było, mając sposobność poznania owego Orlęckiego,
+potrącić w rozmowie z nim o temat pieniężnej zguby, którego, jako obcy
+zupełnie, prawdopodobnie tknąć by nawet z nim nie mógł.
+
+- Ba!.. jeszcze jeden... - westchnął Dzierżymirski i skierował się
+śpiesznym krokiem ku rozbrzmiewającym już wrzawą salonom.
+
+Tam, po uczcie artystycznej ducha, przechodzono właśnie do dużej pustej
+jadalnej sali, by z kolei przystąpić do uczty ciała i pokrzepić się
+jadłem, za stawionem pokaźnie i suto, na olbrzymim podłużnym, przybranym
+kwiatami, stole.
+
+Roman stanął w cieniu portyery, u wejścia jednego z ustronnych buduarów,
+gdzie w tej chwili nie było nikogo, i objął spojrzeniem swych gości.
+
+W jego ogromnych salonach było już nieco przestronniej; tu i tam
+siedziano jeszcze, rozmawiano, lub przechadzano się swobodniej...
+Wypuklej występowały teraz wspaniałe toalety kobiet, mieniły się
+tęczowymi kolory.
+
+Na alabastrowych szyjach, piersiach i ramionach wachlujących się
+zalotnie dam, łatwiej można było dojrzeć obecnie wspaniałe klejnoty,
+połyskujące, na równi ze spojrzeniami ich oczu...
+
+Na lewo zaś, ku sali jadalnej, ścisk natomiast panował. Wiele osób
+dyskretnie w ostatnim, trzecim z rzędu, salonie, oczekiwało, rautując
+tymczasowo, kolei swej, bo przy stołach biesiadnych pełno już było
+gości, posilających się, przeważnie stojąc, wystawną, urządzoną na zimno
+kolacyą. Paniom i pannom usługiwali panowie, jedząc, flirtując, śmiejąc
+się i bawiąc wesoło.
+
+Obejmując sale wzrokiem, dłuższą już chwilę stał tak Dzierżymirski, a na
+twarzy jego, w ślad za
+pewnym jakby odblaskiem wewnętrznej próżności, zawitał teraz
+melancholijny cień...
+
+- Przyszli tutaj - myślał - tak, stawili się z różnych obozów, sfer,
+przybyli i wielcy, i mali, bawią się obecnie swobodnie, weseli,
+splatając zarazem swą obecnością dług grzeczności światowej, zaciągnięty
+u niego - pożyczkę moralnych usług, czynności, zabiegów...
+
+Ha, zapewne! Lecz gdyby tak oto niespodzianie, nagle, dowiedzieli się
+tutaj oni wszyscy, co poza jego, Dzierżymirskiego, powłoką się kryje,
+gdyby w zawrotną głąb duszy jego zajrzeli!..
+
+O, niewątpliwie! Przeczytawszy ukrytą tam tajemnicę, odwróciliby się ze
+wzgardą...
+
+Dzierżymirski nieuczciwy? Jak to?.. Prezes, wiceprezes, człowiek czynu,
+energii, żelaznej woli, nasz najzdolniejszy, znany i poważany w
+szerokich kołach miasta?..
+
+Jakaś pełna zgrzytów, piekąca ironia roześmiała się na glos w duszy
+Romana.
+
+- Ha-ha-ha!.. ha-ha-ha !.. Oszukujesz ich ty!.. Ty, czczony, wielki!
+Zasypujesz im oczy błyszczącym piaskiem, kpisz sobie w duchu z nich
+wszystkich!..
+
+Roman wstrząsnął się... W przywidzeniu nagłem ujrzał on te klasy, sfery
+- tych wszystkich, przechadzających się przed nim, strojnych ludzi,
+unikających jego wzroku, ukłonu, uchylających się od podania mu ręki, ze
+wzgardą zimną, suchą na obliczu...
+
+I Dzierżymirski, wzburzony nagle, podniósł głowę hardo, wstrząsnął bujną
+czupryną, śniada twarz jego przybrała wyraz energii, oraz niezłomnej
+woli, i wyszeptał:
+
+- Nie dam się, nie dam!.. - zacisnął instynktownie pięści i dokończył
+ciszej jeszcze: - Korzą się oni przede mną, kornymi zostaną; bo ja tak
+chcę i tak być musi!..
+
+Dzierżymirski bowiem w tej chwili nie bał się rzeczywiście ciemnej,
+nierozwiązanej jeszcze życia zagadki - ufał w siebie!..
+
+W ukryciu swem, niedostrzeżony przez nikogo, stał długo jeszcze...
+Uspakajał się stopniowo, a z równowagą umysłową, wywalczaną zwykle wolą
+żelazną - codzienny, tajony przed drugimi, smutek, pełny samowiedzy, po
+raz setny znowu wstępował do duszy jego.
+
+- Galernikiem jestem!... - szepnął Roman z goryczą. - Nie tym, z piętnem
+ludzkiej sprawiedliwości na czole, potępianym, ale może gorszym jeszcze,
+bo moralnym - tym, któremu honory pod nogi rzucają hojnie, a on je z
+rumieńcem wstydu ukryć by rad przed sumieniem, lecz nie może!. W ciemnię
+zagadki wpatrzony błędnie, wijący się bezustannie w ducha rozterce,
+niewolnikiem błędnego koła przeznaczenia własnego jestem, bryzgającym
+światu fałszem mego "ja", potrafiącym go odurzyć komedyą, graną
+znakomicie, nie mogącym zaś, niestety, zagłuszyli tylko - siebie!..
+
+(przypis - tu książką jest spalona, elementy wzięte w nawias kwadratowy
+są dokończeniem wyrazu, bądź oznaczeniem przerwy w tekście)
+
+I Dzierżymirski przesunął dłoń po czole, jakby pragnąc zetrzeć z niego
+ostatecznie myśli nieposłuszne. Stanął po chwili przed lustrem,
+rozczesał starannie włosy i brodę, poprawił szczegó[ły swej] toalety, a
+przybrawszy zwykłą codzie[nną pozę] oblicza - przestąpił sprężyście próg
+z[ bu]duaru... Rzucił znowu oczyma po salac[h ].
+
+Druga, czy trzecia partya gości [ ]raz wieczerzę, a tamci, syci,
+przechad[zali się po] nim. Nagle ujrzał w dali sylwetkę w[ ] szukającej
+uparcie wzrokiem kogoś ws[zak po] chwili oczy ich spotkały się, Ola
+uśmie[chnęła się ] i przyzywać go poczęła skinieniem głowy.
+[Równocze]śnie ktoś szybko uchwycił za rękę Romana.
+
+- Qua diable, ekscelencyo!.. - zabrzmiał głos Ładyżyńskiego. - Co z tobą
+się dzieje? Kolacya rozpoczęta, pani Ola cię szuka, goście dopytują się
+o ciebie bezustannie, a tyś, jak w wodę wpadł... Bój się Boga, wielki
+człowieku, cóż z ciebie za gospodarz domu!?.. - i pan Emil, wziąwszy pod
+rękę Dzierżymirskiego, prowadzić go począł poprzez salony.
+
+Roman zaś teraz dopiero zdał sobie sprawy dokładnie, jak widocznie długo
+nie było go pomiędzy gośćmi.
+
+- Telefonowano do mnie, interes bardzo ważny!.. Naprędce załatwić
+musiałem korespondencyę... - skłamał gładko.
+
+- Ach, zawsze z ciebie ten sam interesoman - zaśmiał się Ładyżyński -
+wiesz co ? Ja myślę, że jeżeli tak dłużej potrwa, to i w nocy będziesz
+przewodniczył sesyom, a niby ś. p. Napoleon godzin parę tylko spoczywał
+w objęciach Morfeusza!..
+
+(przypis - druga strona spalenizny)
+
+[Rom]an na tę uwagę nic nie odpowiedział, bo [ ]go. Panowie i panie
+przywłaszczali so[bie ]gi nieobecnego tak długo gospodarza do[ ]ię z nim
+w rozmowy, na których dnie, [ ]rył się i tu nawet, zręcznie wyzyskujący
+[ int]eres osobisty.
+
+[Dzierży]mirski zaś, ze zwykłą sobie pozorną po[wagą ] poddawał się
+temu wszystkiemu uprzej[mie rozmaw]iał z ożywieniem i niebawem znikł z
+oczu, [ ] falą gości. W tryby swe, kółeczka i koła [ ]ała go znowu
+machina życia, ścierając walkę [my]śli, wrażenia z przed chwili,
+barwnym, bawiącym się "towarzyskim światem", tak, jak wczoraj czyniła to
+interesami, sesyami, pracą społeczną, lub czem innem wreszcie...
+
+To właśnie życie czynne było największem może czasowem lekarstwem
+Romana - było jego morfiną, której za moralną dawką zapominał chwilowo o
+wszystkiem.
+
+Tymczasem czas mknął szybko. Po skończonej już zupełnie kolacyi, przez
+czas krótki do kulminacyjnego punktu ożywienia doszedł raut prezesowstwa
+Dzierżymirskich... Salony rozbrzmiały zdwojoną zabawą i rozmową. Na
+wszystkich prawie twarzach widniało szczere zadowolenie, co w wielkiej
+mierze zawdzięczano niezmordowanym, gościnnej uprzejmości pełnym
+zabiegom Romana i Oli.
+
+Eleganckie ich sylwetki, wśród barwnej lśniącej fali zaproszonych osób,
+migały szybko, znajdowały, zdawało się, wszędzie, by tylko uprzyjemnić,
+rozruszać i zabawić wszystkich, umiejętnem przedstawianiem, dobieraniem
+wzajemnem kół i kółeczek swych gości.
+
+Wreszcie stopniowo, z wolna, w salonach ukazywać się poczęło coraz
+więcej swobodnego miejsca...
+
+Wybiła gdzieś godzina wpół do trzeciej. High life miejscowy pierwszy
+dało hasło do odwrotu, za jego przykładem, śladem poszły i sfery inne...
+Przed domem, oraz na asfalcie obszernego dziedzińca zatętniały liczne
+uderzenia kopyt końskich, zamajaczyły ogniki u latarń dziesiątek powozów
+i karet. Rozjeżdżało się tłumnie i coraz szybciej.
+
+U wejścia wyludniających się coraz bardziej salonów, znowu stali teraz
+Dzierżymirscy, żegnając wszystkich serdecznie i grzecznie nad wyraz.
+
+- N'est ce pas ? do zahaczenia w Gowartowie?.. - rzuciła na pożegnanie
+Ola odchodzącemu już w tejże chwili Topolskiemu.
+
+- Najmilszym to dla mnie będzie obowiązkiem!.. - zabrzmiała, w ukłonie
+wytwornym skwapliwa jego odpowiedź.
+
+*******************************************
+
+Noc wiosenna, cicha, przez otwarte wszystkich apartamentów okna,
+zajrzała w swej gwiaździstej szacie do salonów Dzierżymirskich.
+
+Ciepłym, rzeźkim powiewem zmieszała się ona z pozostałą tu wonią perfum,
+potu ciała i oddechów ludzkich, - tchnieniem swem dotknęła głów
+siedzących w zacisznym buduarze Romana i Oli.
+
+Ola z lubością wciągnęła w piersi oddech wiosennej nocy, poczem rzekła:
+
+- Ach, jak przyjemnie... czujesz, Romciu? Co za miły i świeży powiew!..
+
+Dzierżymirski, palący w zamyśleniu papierosa, spojrzał na wdzięczną
+postać żony, opiętą zgrabnie w śliczną dekoltowaną suknię, i dłużej
+zatrzymawszy na niej spojrzenie, milcząc, z uśmiechem skinął potakująco
+głową; po chwili zaś rzucił papierosa precz od siebie i przysunąwszy
+fotel bliżej do kanapki; gdzie siedziała Ola, położył miękką dłoń swą na
+jej małej rączce.
+
+- Wiesz, kochanie - rzekł łagodnie i z wolna - że ja już jutro do Paryża
+jechać muszę...
+
+- Już jutro?.. - wykrzyknęła ze zdziwieniem Ola. - Mieliśmy jechać razem
+do Gowartowa - dodała następnie z żalem - a ty za granicę dopiero
+później...
+
+I oczy Oli pociemniały nieco, na twarzy zaś odbił się cień widocznego
+jakby rozczarowania. Dzierżymirski uśmiechnął się na tę minkę
+niezadowoloną.
+
+- Dba jednak o mnie i kocha... - przemknęło mu przez myśl, poczem
+łagodnie, głaszcząc dłonią rączkę Oli, mówił pieszczotliwie znów dalej,
+paliły go już bowiem gorączką: list schowany w kieszeni i nadzieja
+wpadnięcia może na tak dawno poszukiwany trop.
+
+- Wierz mi, zwlekać nie mogę, muszę jechać natychmiast... Zresztą
+przyjadę do Gowartowa później.
+
+- Ależ wczoraj jeszcze - żachnęła się Ola - mówiłeś mi, że nic tak
+dalece pilnego nie powołuje cię...
+
+- Ho-ho gniewy!.. - zauważył lekko i żartobliwie Dzierżymirski. - Cóż
+to, może moja pani chciałaby mnie mieć tak ciągle ŕ ses trousses?.. - I
+mówiąc to, powstał, zbliżył się do żony, a ująwszy jej obie dłonie,
+położył je uśmiechnięty sobie na twarzy i wargami muskać począł
+delikatnie, bawiąc się jednocześnie brzęczącemi na rączkach Oli
+bransoletkami.
+
+- Oj, kotku, koteczku ty mój drogi, kochany! wczoraj... - przedrzeźniał
+z kolei - wczoraj nic nie wiedziałem jeszcze, a dziś... - tu Roman
+spuścił oczy - na raucie właśnie uchwaliliśmy razem z członkami
+nowozakładającej się współki Przemysłu Fabryczno - Krajowego, że ja,
+jako delegowany, muszę, jechać czemprędzej do Paryża, w celu obejrzenia
+na miejscu udoskonaleń fabrycznych...
+
+Roman umilkł, puścił delikatnie dłonie żony i wyjął ruchem szybkim
+zegarek.
+
+- Oho - po trzeciej... Późno, cherie, już kłaść się pora - i kończąc
+jakby poprzednią rozmowę, dorzucił: - No, i cóż, moje życie, widzisz
+teraz, iż nie jechać jutro nie mogę...
+
+- Zapewne. Ty zawsze nie możesz, gdy nie chcesz! No, ale cóż robić...
+Jedź... Tylko w takim razie proszę mi długo tam nie siedzieć i pisać
+listy codziennie. Koniecznie... By nie zapomnieć o mnie zupełnie - tu
+Ola z uśmiechem pogroziła mężowi palcem i dodała jeszcze: - bo Paryż -
+Paryżem, ho, ho, ja znam się na tem!.. Nie oszukasz mnie tak łatwo...
+
+- Ale cóż znowu? - żachnął się Dzierżymirski, ale tym razem zupełnie
+szczerze. - Cóż za myśli - uśmiechnął się, a potem dorzucił całkiem
+poważnie: - Wiesz przecie, że prócz ciebie, żadna na świecie kobieta nie
+obchodzi mnie zgoła!..
+
+Z wdzięcznością spojrzała nań Ola.
+
+- Wiem i wierzę - rzekła - a ponieważ i mnie tęskno bez pana mego
+będzie, więc i ja jutro pojadę...
+
+Zatrzymała się, spojrzawszy filuternie na męża, cień bowiem mimowolny
+przebiegł po twarzy jego...
+
+- Nie, nie do Paryża!.. - roześmiała się szczerze, jakby myśli Romana
+zgadując - ale do Gowartowa!..
+
+Uśmiechnął się z kolei Dzierżymirski.
+
+- Dobrze! - wykrzyknął wesoło. - Zatem jutro - marsz! Ponieważ zaś
+pociąg mój wychodzi później od twego, wyślę pakunki nasze przez służbę i
+odwiozę cię na kolej powozem. A teraz - ciągnął dalej - spać!...
+Dobranoc, kochanie, zmęczoną jesteś.
+
+Pocałował Olę serdecznie w obie ręce i czoło - małżeństwo znużone
+rozeszło się...
+
+Niebawem w apartamentach prezesowstwa Dzierżymirskich pogasły wszystkie
+światła. Cisza i uśpienie, prowadząc się za ręce, wstąpiły do rojących
+się tak niedawno od ludzi salonów, buduarów - rozpostarły się wszędzie i
+mrokiem sennym otuliły wszystko dokoła.
+
+--------
+
+
+- Paris!.. Tout le monde descend!.. Paris!..
+
+ Okrzyk ten jędrny, donośny, a wyrzeczony najczystszym francuskim
+ akcentem, obił się o słuch pasażerów pociągu, podjeżdżającego pod
+ oszklone arkady paryskiego dworca, i zbudził drzemiącego w wagonowym
+ przedziale Dzierżymirskiego.
+
+- Par... - ris !.. - zabrzmiało przeciągle raz jeszcze pod samem oknem
+wagonu i drzwiczki szybko roztworzono nagle... Roman zerwał się, a
+pochwyciwszy podróżną torebkę, wyskoczył śpiesznie na peron.
+
+Bieganina, ruch, zgiełk, ogarnęły go natychmiast, oszołomiły chwilowo
+całkiem; w parę minut dopiero, zoryentowawszy się, poszedł Dzierżymirski
+do rewizyjnej sali, gdzie pobieżną z bagażem swym załatwiwszy
+formalność, w kwadrans później znalazł się już w dorożce, na bulwarach.
+
+Zapaliwszy cygaro i rozparłszy się wygodnie, z przyjemnością
+przypatrywał się on teraz od bardzo już dawna nie widzianej
+nadsekwańskiej stolicy.
+
+Środkiem bulwaru Sewastopolskiego, ulicą, wymijały go ogromne, zielone
+tramwaje elektryczne, różnobarwne omnibusy konne, ekwipaże, samochody;
+cały zastęp ruchliwy pojazdów tamował co chwila wir miasta, na sekund
+kilka wielokrotnie zatrzymywać się była zmuszona wioząca Romana dorożka;
+policyjna w mantylach ciemnych krzykliwie czyniła porządek - poczem
+ruszano znowu.
+
+A pod wyniosłemi drzewami, po bokach, snuły się pośpiesznie przechodniów
+roje; na werandach mnogich kawiarni, zajmujących część chodnika, pełno
+było również i gwarno od konsumentów - płci obojga oraz różnych stanów.
+
+I jakiś prąd kiełkującego, czynnego bezustannie życia, lecącego na oślep
+jakby przed siebie, niepomnego byłego, znikłego już "wczoraj", w
+ciągłej, śpiesznej pogoni teraźniejszości i jutra - bił od tych
+uganiających się mas ludzkich, zawrotną siłą ciągnął jakby ku sobie -
+pochłaniał i wabił...
+
+W płuca swe wciągając bezwiednie tchnienie tego życia, toczącego się z
+łoskotem swego perpetuum mobile, Roman dojechał wreszcie do jednego z
+centralnych hoteli, gdzie rozlokowawszy się niebawem, znużony położył
+się i zasnął.
+
+Przespawszy w kamiennym śnie zmęczenia dobrych godzin kilka,
+Dzierżymirski zabrał się energicznie do celu swego tutaj przybycia.
+Wybiegł na miasto.
+
+Dla oryginalności i pod wpływem przypomnienia używanej za studenckich
+jeszcze czasów jazdy na "impérial'i" omnibusów, "pan prezes" usadowił
+się na dachu jednego z nich i z zadowoleniem, rozglądać się począł
+wokoło.
+
+U stóp jego, blisko, w granitowem podłożu toczyła sennie swe ciemne,
+stalowe fale Sekwana. U jej brzegów w oddali, na lewo, wznosiły się
+ponure nieco kwadraty wieżyc katedry Notre Dame, w prawo zaś majaczył
+Luwr olbrzymi. Dalej znów błyszczał ozdobami most Aleksandra III-go,
+odcinała się na tle nieba wieża Eiffel - w perspektywie, kopuła pałacu
+Inwalidów złociła się w promieniach majowego słońca...
+
+A po Sekwanie, krążąc, uwijały się parowe statki, zatrzymywały się u
+licznych przystani, obsługując bezustannie mieszkańców stolicy.
+
+Trzęsąc niemiłosiernie, żółtawy, w trzy siwe konie zaprzężony, omnibus
+zatrzymywał się właśnie na jednym z przystanków, gdy obserwujący ciągle
+Paryż Dzierżymirski, zdał sobie nagle sprawę, że mieszkanie Orlęckiego
+może być już blisko, i począł schodzić szybko po krętych schodkach,
+łączących piętnastocentymową impériale z trzydziestocentymowym padołem.
+
+Znalazłszy się na bruku, Roman przyśpieszył kroku, i wyminąwszy kilka
+wąskich zaułków, znikł w bramie jednego z domów. W chwilę później
+dzwonił na krętych ciemnych schodach starej, jak świat, kamienicy - u
+drzwi pomieszkania Orlęckiego. Otworzyła mu młoda, fertyczna służąca, w
+charakterystycznym białym czepeczku na głowie.
+
+- Monsieur Orlęcki? - zapytał Dzierżymirski.
+
+- Sorti et ne reviendra qu'a dix heures du soir - posłyszał zwięzłą
+odpowiedź.
+
+Zawiedziony Roman skrzywił się, z niechęcią i zagadnął:
+
+- A jutro o której godzinie zastać go będzie można?
+
+- O, jutro zgoła co innego. W Niedzielę pan przyjmuje od drugiej do
+obiadu - poinformowała przybysza młoda Francuzka.
+
+- A zatem przyjdę jutro o tejże godzinie - odparł Dzierżymirski, i
+sięgnąwszy po bilet wizytowy, oraz list Hugona Orlęckiego, wręczył je
+służącej,
+
+- Proszę oddać to panu... Do widzenia!.. - skinął głową uprzejmie.
+
+- Bonjour, monsieur!.. - odwzajemniając się dzień dobrym, według
+miejscowego zwyczaju, pożegnała go dziewczyna uśmiechem i zalotnem
+błyśnięciem czarnych oczu.
+
+Wydostawszy się na ulicę, Dzierżymirski, niezadowolony ze zwłoki, a cały
+pochłonięty nadzieją rozwiązania za pomocą Orlęckiego dręczącej go
+zagadki - szedł naprzód przed siebie odruchowo czas dłuższy. Od
+otoczenia swego daleki jeszcze myślami, nagle zatrzymał się jednak,
+spojrzawszy uważnie dokoła siebie.
+
+Znajdował się obok filarów wejściowych Panteonu - przed nim zaś w
+perspektywie już bliskiej zieleniał za kratą ogród Luksemburski.
+
+Pustymi chodnikami skierował się w tą stronę; wkrótce był już w ogrodzie
+i iść zaczął bez celu szerokiemi alejami, niebawem zaś znalazł się na
+obszernym tarasie. Na lewo, w oddali, zamajaczyły wieżyce Obserwatoryum,
+przed nim wznosiło się muzeum Luksemburskie.
+
+- Wpadnę tam i obejrzę, co jest!.. - pomyślał, zadowolony nagle na widok
+gmachu, a ponieważ wejście do pałacu nie było od ogrodu, lecz od strony
+bulwaru Ś-go Michała, Dzierżymirski skierował się boczną aleją parku ku
+wyjściu, na prawo. Twarz chmurną, znudzoną, okrasił mu uśmiech;
+przestąpił sprężyście próg muzeum i spojrzał jednocześnie na zegarek -
+mijała czwarta, podwoje pałacu zaś zamykano o piątej.
+
+- Zdążę chyba zobaczyć wszystko!.. - mruknął, kontent już tym razem
+zupełnie, z przyjemnego zabicia czasu.
+
+I rzeczywiście.. Pod wpływem bowiem pierwszego rzutu oka na salon
+sztuki, Dzierżymirski zapomniał o wszystkiem, co go dręczyło.
+
+Znajdował się w otoczeniu, ustawionych w pierwszej sali, licznych rzeźb
+nowożytnych...
+
+Więc oto najprzód spojrzenie jego przykuła ustawiona na małem
+wzniesieniu, w pobliżu wejścia, rzeźba Moreau-Vauthier'a, a była nią
+postać naga, leżącej na wznak, w lubieżnej pozie i upojeniu, bachantki,
+z gronem winogron w lewej dłoni... Naturalność pozy i ruchu, a
+szczególniej modelowane doskonale ciało kobiece, tętniące po prostu w
+zimnym białym marmurze, żarem krwi młodej - zatrzymało dłużej na sobie
+wzrok Romana.
+
+Rozglądając się, przystając co chwila, poszedł dalej!.. I niebawem znowu
+zapatrzył się dłużej, tym razem przed przegiętą w tył, w stojącej
+postawie, i unoszącą się jakby w przestrzeni, postacią nagiej również
+dziewczyny. Oczy jej były przymkniętemi, twarz owiana mgłą uśpienia, w
+ręku trzymane chwiało się kwiecie...
+
+Było to "Złudzenie" F. Charpentier'a, oddające subtelnie pochwyconą
+nieuchwytność illuzyi, jak sen, jak marzenie, nieujętej - rozpływającej
+się jakby w przestrzeniach...
+
+Niezrównanem bowiem oddaniem czaru uśpionych pięknych rysów kobiecych,
+zdawało się, że znajdujący się tutaj przedstawiciele rzeźby turniej
+urządzili sobie.
+
+Wśród wielu innych w tymże rodzaju posągów, wyróżniała się jeszcze
+rzeźba, nader piękna, zatytułowana : "Wspomnienie". Twórcą jej był
+Mercié Autonin.
+
+Przedstawiała ona młode dziewczę, o rysach drobnych, z głową przechyloną
+w tył nieco, z obliczem, tonącem jakby w głębokim, cichym śnie. Na
+kolanach jej, na ziemi - wszędzie, widniały rozsypane kwiaty; dwa
+gołąbki, niosąc w dzióbkach również kwiecie, leciały ku niej,
+rozmarzonej cicho, we wspomnieniu dalekiem...
+
+Poświęciwszy względnie dość czasu na rzeźbę, Dzierżymirski przeszedł
+spiesznie do salonów, zawieszonych obrazami, dochodziła już bowiem
+godzina zamknięcia. Szybko, jak mógł najuważniej, począł oglądać obrazy
+wszystkie; w ten sposób dobiegł do sali ostatniej. Poczem, wolniej
+nieco, powracać zaczął.
+
+I teraz w jednym salonie uwagę jego zwrócił nader oryginalnie, bo, jakby
+całkiem po świecku traktowany, a mimo to nadziemskością tchnący, obraz:
+"Najświętsza Marya Pocieszycielka..." Z ram patrzyła na widza,
+natchnionego oblicza, o dużych oczach czarnych, siedząca postać Niebios
+Królowej... Na kolanach Jej, rzucona na klęczkach, oparła się kobieta, z
+twarzą ukrytą, z rękoma załamanemi, w bezbrzeżnym bólu, szukająca na
+łonie Świętej Maryi pocieszenia! U stóp tych dwóch postaci kobiecych -
+poniżej, leżało wdzięcznie uśpione dzieciątko, śniło, osypane całe,
+obrzucone puchem białych róż śnieżnych, w rozkwicie...
+
+Dzierżymirski, zachwycony wdziękiem i poezyą, bijącemi z obrazu tego,
+pędzla "Bouguereau"; po chwili znów pospieszył dalej.
+
+Naraz zatrzymał się ponownie. Ujrzał bowiem naprzeciwko siebie obraz
+dość duży, przez Detaille Edwarda. Nosił miano "Le ręve (Sen)".
+
+Na olbrzymiem oto polu, otuleni płaszczami, z czapkami nasuniętemi na
+czoło, pokotem, jeden obok drugiego, leżą setki odpoczywających,
+pogrążonych we śnie żołnierzy... Poranek cichy; niebo hen! daleko
+zaróżawia się leniwie jutrzenką, - wśród śpiących ludzi błyszczą w
+szarem świtaniu rzędem poustawiane, ułożone w kozły bronie, a gdzieś z
+boku, blisko, dogasa już ognisko...
+
+Lecz cóż to za cienie majaczą tam, w górze, nad nimi?
+
+To górą, w obłokach, płynie mgłą przesłonięty jakiś hufiec inny,
+zwycięzki - mar i duchów, nie ludzi!.. Grzmi tam muzyka, bębnią,
+strzelają, proporce się chwieją, chorągwie szumią... tamci, tam,
+zwyciężają niezawodnie!..
+
+I ponad głowy uśpionych żołnierzy, których potwór wojny może już jutro
+pochłonie, przesuwa się, jak marzenie, ułudne widzenie ostatnie: oni
+śpiąc, widzą siebie, jak zwyciężają, pełni chwały!..
+
+To sen...
+
+Piąta wybiła głośno w salonach sztuki, i Dzierżymirski opuścić musiał
+muzeum. Niebawem znalazł się na bulwarach Paryża i równocześnie
+instynktownie poczuł głód.
+
+Włoch z matki i duszą całą artysta, myślą wspominał on jeszcze widziane
+przed chwilą dzieła sztuki i pogodnem spojrzeniem ogarniał biegnące
+wokoło siebie tłumy, przepełnione kawiarnie i huczące pojazdy.
+
+- La Presse!.. La Patrie... La Pres-se!.. - krzyczano mu nad uchem na
+wszystkie strony; w restauracyach, na platformach, spożywano już
+posiłek, popijano wino, absynt i inne wyskokowe napoje - cały Paryż
+obiadował.
+
+Na świeżem powietrzu, przy jednym z takich stolików, zachęcony
+przykładem, zasiadł i Roman, a kazawszy podać obiad, zapalił swobodnie
+cygaro.
+
+Niebawem przyniesiono pierwszą potrawę. Wśród przelewającego się kaskadą
+paryskiego życia i huku ruchliwej stolicy, Dzierżymirski spokojnie
+zaczął spożywać zupę, słuchając ciekawie, z uśmiechem, głośnych rozmów
+swych przerozmaitych sąsiadów i charakterystycznych częstokroć ich
+bulwarowych dowcipów.
+
+***
+
+Punktualny, pomiędzy drugą, a trzecią po południu, wchodził nazajutrz
+Roman do mieszkania Orlęckiego. Służąca wprowadziła go natychmiast do
+saloniku, zaledwie jednak wszedł tam, roztworzyły się już zamaszyście
+boczne drzwi komnatki i w ramie ich ukazał się mężczyzna rosły, blondyn;
+łysawy i dość otyły, o siwiejącym, z polska podkręconym, wąsie.
+
+- Jakże mi miło... Jak miło mieć w swoich progach tak dostojnego
+gościa... rodaka!.. - zaczął od proga, z polską szczerością i
+uprzejmością w głosie, roztworzył przytem machinalnie ramiona, jakby
+chciał do piersi przycisnąć niemi przybyłego, po chwili opamiętał się
+jednak i wyciągając uprzejmie prawicę; czysto już tylko salonowym
+gestem, przedstawił się: Orlęcki... Wiktor... - siostrzeniec Hugona.
+
+- Nie uwierzy pan - ciągnął natychmiast bardzo grzecznie - jaką
+rzetelnie prawdziwą radość uczynił mi list stryja i zapowiedź tej
+pańskiej wizyty... Proszę, niech pan prezes siada!... Proszę bardzo...
+
+I Orlęcki wskazał, z grzecznością, fotele, widząc zaś zdziwienie na
+twarzy Romana, na dźwięk tytułu "prezesa", uśmiechnął się, odgadłszy
+myśl gościa.
+
+- Dziwnem się panu prezesowi, jak widzę, wydaje - przemówił, - że
+tytułuje go... Cóż to, przypuszcza pan może, - ciągnął dalej, ze swadą,
+- że my tu na obczyźnie nic nie wiemy, kto w kraju u nas przoduje?
+Przeciwnie, przeciwnie! - śledzimy gorączkowo i z uwagą ruch naszych
+ziomków, współbraci !.. A jakże... a jakże!.. Ja sam osobiście trzymam
+wiele gazet polskich, wiem o wszystkiem, a z nazwiskiem pańskiem - tu
+skłonił się grzecznie w stronę Romana - spotykałem się w nich
+tylokrotnie, ceniąc zawsze ruchliwość pana prezesa i oddaniu się jego
+społeczeństwu naszemu...
+
+Umilkł, a po chwili
+
+- Ale!.. przepraszam bardzo!.. Pan prezes wszak pali zapewne?.. służę
+natychmiast - i zerwał się miejsca, przynosząc wkrótce Dzierżymirskiemu
+pudełko papierosów.
+
+Roman sięgnął po jednego z nich i bąknął niewyraźnie:
+
+- Dziękuję bardzo!..
+
+Obserwując wciąż ciekawie, spod oka swego gospodarza, chciał przytem już
+przemówić, lecz pełny bezustannej uprzejmości Orlęcki przerwał mu zanim
+usta otworzyć zdołał:
+
+- A może cygarko?.. Przepraszam stokrotnie... Za chwilę! - i nie
+czekając odpowiedzi, znikł za drzwiami przyległego pokoju, Dzierżymirski
+zaś uśmiechnął się.
+
+Poczciwy człowiek jakiś - pomyślał - i choć, zdaje się, blagier nieco,
+lecz szczery i z gatunku nieszkodliwych. Dowiem się prawdopodobnie,
+czego chciałem...
+
+Ledwie Roman określenie to w umyśle sformułować zdołał, gospodarz domu
+stał już przed nim, podając szerokie puzderko cygar.
+
+- Doskonałe - pochwalił - prawdziwe pruskie... O, bynajmniej nie
+tutejsze, które są po prostu ohydne - zaopiniował.
+
+- Dziękuję bardzo. Pan tak łaskaw... - poczuł się w obowiązku odrzec
+Dzierżymirski, powstawszy zarazem z miejsca swego.
+
+- O, panie prezesie! - pospieszył, z odpowiedzią, Orlęcki, - Siadać
+proszę en bons amis... Ot -tutaj... - wskazał na kanapkę - wygodniej
+będzie! - i zapaliwszy równocześnie zapałkę, zbliżył płomień do
+koniuszczka cygara Dzierżymirskiego.
+
+- Merci!.. - skłonił się tenże raz jeszcze, i wypuściwszy kółeczko dymu,
+odezwał się wreszcie, skorzystawszy z sekundy milczenia gościnnego
+gospodarza.
+
+- Czytał pan list stryja, pana Hugona, wszak prawda?.. Wiadomy panu więc
+zatem cel mego tu przybycia... Nie znąjąc nikogo w Paryżu, zdecydowałem
+się prosić stryja pańskiego, o tarte d'entree do pana...
+
+- Och, i bez tego, panie prezesie - przerwał Orlęcki - każdego rodaka
+witamy tu z całego serca! Tembardziej zaś pana prezesa, tak w kraju
+zasłużonego...
+
+- Ach, tak, nie wątpię - z wolna potwierdził Roman - lecz i mnie
+chodziło również - tu uśmiechnął się z lekka - o specyalną protekcyę do
+kogoś, by potrafił ułatwić wiadomą nam sprawę przemysłową...
+
+- A tak, tak! - przerwał znów Orlęcki, niezadowolony jakby, że poruszano
+tę kwestyę. Pan prezes radby obejrzeć drobiazgowo i gruntownie
+urządzenia fabryk tutejszych, przy mojej pomocy... Owszem, postaram się,
+panie prezesie, choć uprzedzić muszę, że ja... - zatrzymał się - nie mam
+tak rozległych stosunków ze sferą handlowców... to jest, chciałem
+powiedzieć... ze sferą fabrykantów... przemysłowców... Paryża... panie
+dobrodzieju... Jednakże... - tu zająknął się, zaplątał w swem
+przemówienia Orlęcki i zamilkł, widocznie zmieszany.
+
+Uśmiech niedostrzegalny okolił wąskie usta Romana.
+
+- To nic nie szkodzi - odparł. Mam niepłonną nadzieję, iż razem z panem
+damy sobie z tem wszystkiem radę... Zresztą, to chyba drobnostka. Chodzi
+zaledwie o jakieś dziesięć fabryk tylko...
+
+Roman zatrzymał się i zapytał jeszcze, chcąc konsekwentnie doprowadzić
+do końca zmyślony swój interes i misyę:
+
+- Wszak fabryki owe wymienione są w liście pana Hugona...
+
+- Tak jest, tak jest... w istocie...- potwierdził Orlęcki i zająknął się
+znowu.
+
+- To dobrze, mógłby mi może szanowny pan powiedzieć, czy właściciele ich
+znani są jemu?.. Gdzie to zakłady fabryczne znajdują, w jaki sposób,
+oraz kiedy obejrzeć je można by było?..
+
+- Nic doprawdy nie mogę jeszcze panu prezesowi w tym względzie
+powiedzieć - odrzekł Orlęcki i dodał natychmiast:
+
+- Co się tyczy, czy znam właścicieli, to... prawdopodobnie... Zresztą
+zna się tutaj osób tyle... - zatrzymał się. - Tylko, vous savez, panie
+prezesie... otrzymałem list dopiero wczoraj - urwał, i dokończył po
+chwili - więc, vous comprenez, czasu nie miałem...
+
+- Ależ naturalnie!.. - pospieszył z uspakajeniem Orlęckiego
+Dzierżymirski. - Ja tylko dlatego się pytam, iż to jest celem mego tutaj
+przybycia, i że to mnie nader interesuje, jako delegata nowa
+zakładającej się u nas w kraju współki
+Handlowo-Przemysłowo-Fabrycznej...
+
+- A tak, słyszałem,.. Czytałem nawet o tem gdzieś w gazetach - odparł, z
+przekonaniem Orlęcki.
+
+- Kłamie, jak z nut - pomyślał Dzierżymirski, i uśmiech dyskretny
+ponownie przemknął po ustach jego. Zaciągnął się jednocześnie cygarem i
+wpatrzył badawczo w Orlęckiego. - Bonne pâte d'homme... - myślał zarazem
+- ale jak tu zacząć o tych zgubionych pieniądzach?
+
+Tymczasem, nielubiący milczeć Orlęcki, widocznie również pragnący
+zręcznie odwrócić rozmowę, już mówił:
+
+- Pan prezes zapewne nie po raz pierwszy i na dłużej przybył do Paryża,
+nieprawdaż?..
+
+- Och, tak... - odruchowo potwierdził Roman, nie myśląc o tem, co mówi.
+
+- No, to mam nadzieję - opowiadał uprzejmy gospodarz dalej - że będę
+jeszcze miał okazyę przedstawić panu prezesowi moją żonę i córkę... Dziś
+pojechały do Versailles. Panu prezesowi wiadomo zapewne, iż w pierwszą
+niedzielę każdego miesiąca puszczają wodę ze wszystkich fontann w
+Wersalskim parku... Widok zaiste bywa wówczas wspaniały. C'est
+charmant!.. - zatrzymał się chwilę i sięgnął po zegarek do kieszeni. -
+O! trzecia już dochodzi... Niebawem wrócą...
+
+Dzierżymirski tymczasem, słuchając, nie słuchał, pogrążony wciąż w
+myślach. Naraz twarz śniada jego ożywiła się, przeleciał po niej
+promień... Strzepując delikatnie popiół z cygara, przemówił z wolna:
+
+- Proszę pana... - zatrzymał się. - Za niedyskrecyę popełnianą może,
+najmocniej przepraszam... Czyżby pan nie był rad powrócić do kraju..
+
+I Dzierżymirski badawczo spojrzał w twarz Orlęckiemu, czekając
+odpowiedzi, jednocześnie myślał.
+
+- Każdy Polak na obczyznie tęskni za krajem, pewnik; dlaczegobym ja nie
+miał użyć tego sposobu do osiągnięcia mego prywatnego celu? No,
+zobaczymy...
+
+Orlęcki zaś już mówił:
+
+- Czy ja nie pragnąłbym powrócić do kraju? Ależ, panie prezesie, to moje
+najgorętsze życzenie! pragnienie żony mojej, córki - codzienne marzenie
+nas wszystkich! - dokończył, z zapałem.
+
+- No, dobrze, mam cię!.. - przeleciało przez umysł Romana.
+
+- Czy wolno zapytać jeszcze - przemówił - o rzecz jedną, a mianowicie...
+Czy życzenie to państw - marzenie - poprawił, z uśmiechem - ma już dotąd
+jakie pewne i konkretne podstawy?..
+
+Orlęcki na te słowa spuścił wzrok ku ziemi.
+
+- O, bynajmniej - odparł... - Tam, w kraju, stosunki zerwałem wszystkie
+prawie... tu zaś zawiązałem niektóre, potrzebne mi. Mam poza tem stałe
+zajęcie, przynoszące mi dochód pewny...
+
+- Tak, tak, zapewne, rozumiem - przerwał szybko Dzierżymirski - wchodzę
+w położenie i przepraszam bardzo za me pytania... - dokończył grzecznie,
+a widząc równocześnie na twarzy gospodarza zakłopotanie widoczne...
+
+- Nie ma za co jechać nieborak - to jasne, i żyć by z czego nie miał
+-wśród swoich - pomyślał i w tejże chwili zapytał:
+
+- Lecz gdyby tak trafiła się na przykład szanownemu panu okazya dobra do
+objęcia w kraju zyskownej posady? Przypuszczam, że w takim razie
+przeszkody do wyjazdu nie byłoby żadnej?..
+
+- No, zapewne... Lecz o tem i myśleć niepodobna, nie posiadam bowiem już
+żadnych w kraju stosunków - powtórzył Orlęcki, ze smutkiem.
+
+- A pan Hugo, krewny pański?.. - zagadnął Roman.
+
+- Och... ten... - przeciągle odparł gospodarz, z niechęcią wyraźną, i z
+wybuchem szczerości nagłej, rzekł z goryczą:
+
+- Stryj Hugo od czasu, jakem emigrował i wieść mi się w życiu przestało,
+znać mnie już nie chce, ani wiedzieć nic o mnie... Dziwię się nawet
+niewymownie, iż raczył napisać pod moim adresem, w interesie prezesa,
+słów kilka...
+
+Na twarzy Orlęckiego, przy tych słowach, osiadł cień, po chwili
+dorzucił:
+
+- Zwykła kolej ludzka... nic dziwnego. Świat pamięta o tych tylko,
+którym się powodzi.
+
+Dzierżymirski wpatrzył się uważnie w Orlęckiego; ostatnie słowa,
+wypowiedziane przez niego, odkryły mu utajoną stronę życia siedzącego
+przed nim człowieka - nieszczęście, gorycz skrytą, a powodów jej łacno
+domyślił się Roman. Pomimo woli, żal mu się Orlęckiego zrobiło.
+
+- To szkoda jednak - przemówił z wolna - że panowie mieszkają tak od
+siebie z daleka... Pan Hugo, choć odludek i egoista, poza tem jednak
+człowiek nieposzlakowanej opinii i nadzwyczaj przy tem wpływowy i
+bogaty.
+
+Orlęcki na te słowa uczynił niewyraźny ruch ręką; - nastała chwila
+milczenia.
+
+- Wypada mi raz jeszcze przeprosić stokrotnie pana - odezwał się znów
+pierwszy Dzierżymirski - że ośmielam się wkraczać w stosunki jego, tak
+osobiste, lecz po pierwsze wyjątkowe położenie nasze tu, na obczyźnie,
+jako rodaków, skłania mnie do tego; po drugie zaś, że w tym względzie
+może mogę stać panu użytecznym...
+
+Orlęcki, zdziwiony, spojrzał na Romana.
+
+- Tak jest - rzekł Dzierżymirski, z uśmiechem - cóżby szanowny pan
+bowiem powiedział na to, gdybym... -- tu zatrzymał się sekundę - ułatwił
+mu... - Dzierżymirski przy tem zaakcentował wyraźnie ostatnie wyrazy -
+powrót do kraju... Stosunkami zaś dał mu jaką posadę korzystną?..
+
+- Ależ, panie prezesie! - wykrzyknął Orlęcki, i zerwawszy się z fotelu,
+uchwycił dłoń gościa swego, ściskając ją serdecznie.. - Wdzięczność moja
+i sercu memu bliskich nie miałaby granic!.. Lecz doprawdy, nie
+pojmuję... nie rozumiem!.. - urwał wzruszony... - Skąd taka łaska pana
+prezesa dla mnie?... Wszak poznaliśmy się tak niedawno! - dokończył i
+zamilkł, nie wiedząc snać, co powiedzieć, jak się obrócić i znaleźć w
+sytuacyi, tak dlań niespodzianej...
+
+Roman tymczasem powstał również z miejsca, i oddawszy serdecznie uścisk
+Orlęckiemu, po przyjacielsku ujął go za ramię.
+
+Przeszli po pokoju tak razem kroków kilka, poczem Dzierżymirski, wciąż
+idąc pod rękę z Orlęckim, rzekł całkiem swobodnie:
+
+- Przyznaję, poczułem do szanownego pana szczerą sympatyę, rozumiem przy
+tem w zupełności połóżenie jego tutejsze, i gotów jestem uczynić dla
+niego wiele...
+
+- Dziękuję, po tysiąc razy dziękuję! - uścisnął Orlęcki serdecznie
+trzymane ramię Romana, z równowagi cały wyprowadzony.
+
+Dzierżymirski mówił tymczasem dalej, pomny celu swego:
+
+- Lecz daruje pan rzecz jedną... Nim przystąpimy mianowicie do
+obchodzącej pana sprawy, wiedzieć muszę dokładnie - Roman zatrzymał się
+- zupełnie szczegółowo - poprawił - przebieg dotychczasowego jego życia.
+Nic w tem dziwnego z mej strony, wszak prawda?.. Znać mam przyjemność
+szanownego i kochanego pana od tak bardzo niedawna! - dokończył, z
+przyjaznym uśmiechem, i jak najnaturalniej na pozór.
+
+- Ależ, rzecz prosta! Tajemnicy w tem zresztą nie ma żadnej! - odparł
+Orlęcki szybko, przekonany zupełnie. - Opowiem prezesowi wszystko
+natychmiast! - ciągnął dalej rozradowany.
+
+- No, to siadajmy!.. - rzekł wesoło Dzierżymirski.
+
+Usiedli jeden naprzeciw drugiego. Roman wpatrzył się badawczo w twarz
+Orlęckiego, a w oczekiwaniu zwierzenia, którego w duszy tak bardzo
+pragnął, twarz mu pobladła mimo woli, aksamitne zaś spojrzenie ciemnych
+oczu stało się bardziej jeszcze przenikliwem i rozumnem.
+
+- Słucham pana - rzekł poważnie.
+
+Uśmiechnięty, radosny, poprawił się Orlęcki na krześle, i sięgnąwszy po
+cygara, zapalił jedno, w roztargnieniu częstując niemi Romana.
+
+- Dziękuję, palę jeszcze - uśmiechnął się niedostrzegalnie Roman, i
+spojrzał z pod oka na gospodarza. - Rôti ŕ point! - zadecydował w myśli
+sarkastycznie.
+
+- A, przepraszam! -odrzekł Orlęcki i mówił dalej:
+
+- Otóż, co do mego, technicznie tak zwanego curriculum vitae, postaram
+się opowiedzieć je prezesowi w kilku słowach. Rzecz ta przedstawia się
+zatem jak następuje:
+
+- Urodzony lat temu, czterdzieści i siedem, dobiegam już bowiem
+pięćdziesiątki - uśmiechnął się - z ojca Ryszarda i matki Józefy z
+Lancjarskich de domo, przepróżnowałem, kształcąc się w domu, do lat
+piętnastu... Potem oddano mnie do Jezuitów, następnie kończyłem
+uniwersytet w Bonn, nad Renem, i wróciwszy do kraju, objąłem klucz
+majątkowy, dziedziczny Orlin...
+
+- Bywając w, świecie przez lat kilka, starając się o pierwsze w kraju
+partye, żyjąc nieco szeroko, straciłem majątek... Następnie spotkałem
+dzisiejszą żonę moją, z domu hrabiankę Bożkowską... Przez ż - uśmiechnął
+się Orlęcki, - bo są i Borzkowscy przez rz, bez tytułu i nie pochodzący
+wcale z karmazynów - zwyczajne szaraki - objaśnił.
+
+Dzierżymirski w tem miejscu uśmiechnął się pobłażliwie - sarkastycznie,
+lecz słuchał w milczeniu dalej.
+
+- Pobraliśmy się, - ciągnął tymczasem Orlęcki - i osiadłem na roli, już
+nie jako pan, ale jako skromny obywatel na kilkudziesięciu włókach
+ziemi, i naturalnie, z czasem zerwałem przy tem zupełnie dawne światowe
+stosunki... Gospodarowałem sobie tak cicho lat kilkanaście, stałem się
+domatorem - przekształcałem stopniowo, o ile mogłem, w czcigodnego pana
+sąsiada... Wreszcie, niestety, jak piorun z nieba, spadło na mnie
+zdarzenie pewne... Nie wspomożony przez nikogo, sprzedać musiałem dobra,
+i przybyłem tu - za chlebem!..
+
+Orlęcki umilkł na chwilę, poczem, dodał nieco smutnie :
+
+- Jak najpiękniejsza od słońca płowieje materya, tak i najbarwniejsze
+życie blaknie od nieprzychylnych ciosów życia. Szarzyzną ono dla mnie
+dzisiaj - trudno! - westchnął, i zamilkł znowu.
+
+W nadziei, iż dowie się jeszcze oczekiwanego przezeń "clou" historyi tej
+całej, milczenia tego nie przerywał Dzierżymirski. Po dłuższej jednak
+chwili, widząc, że Orlęcki, pochłonięty myślami, zapominać zdaje się
+nawet o jego obecności, zagadnął uprzejmie:
+
+- I jeśli wiedzieć wolno, cóż dalej?
+
+Jakby ze snu jakiego dalekiego zbudzony, Orlęcki podniósł powoli
+posmutniałe oczy na Romana.
+
+- Nic! - odrzekł bezbarwnie, głosem twardym.
+
+- Być nie może? - zadziwił się Roman, jak mógł najszczerzej. - I
+pomyśleć - ciągnął swobodnie - że ja tam w kraju tyle przeróżnych rzeczy
+o panu słyszałem...
+
+Urażony jakby tem, co usłyszał, Orlęcki zapytał z kolei sucho:
+
+- No, i cóż takiego, ciekawym, wymyśliła na mnie luba opinia, czy
+wiedzieć mogę?
+
+Roman niecierpliwie poruszył się na krześle.
+
+- Cóż u licha! - pomyślał - czynię dotąd tyle, i prawda wciąż wymyka mi
+się sprzed nosa...
+
+Po chwili zaś, jak gdyby nagle na coś zupełnie już stanowczo
+zdecydowany, odpowiedział z wolna, przetarłszy przytem ręką czoło:
+
+- Och!.. potem o tem... Teraz znowu powrócić muszę do jądra zajmującej
+nas kwestyi. Pragnę dać panu posadę... Czy wolno zapytać - jakie są jego
+mocne - zaakcentował - kwalifkacye fachowe?..
+
+- Fachowych ściśle żadnych - przerwał niezadowolonym trochę głosem
+Orlęcki. - Posiadam jednak języki: angielski, francuski, rosyjski i
+niemiecki, oraz zdobyte pracą i praktyką obecną - rachunkowość i
+buchalteryę - w banku, gdzie urzęduję i skąd w razie potrzeby otrzymać
+mogę świadectwo odpowiednie.
+
+- A! - zadziwił się mimo woli Roman - to dobrze... to bardzo dobrze...
+
+Wzrok jego przy tem, z zadowoleniem objął dłuższą chwilę całą postać
+Orlęckiego, mówiąc do siebie mimo woli wyraźnie; - Patrzcie?.. nie
+spodziewałem się!..
+
+- Zatem - odezwał się niebawem - objąć może szanowny pan inną, lepszą
+nawet posadę od tej, którą przeznaczałem w myśli dla niego.
+
+- Cóż to za miejsce? - zagadnął Orlęcki.
+
+- Une place de confiance...- wycedził z wolna Dzierżymirski. - Przy tem
+równocześnie jedno z wyższych przy korespondencyi i buchalteryi w Banku
+Komercyjno-Przemysłowym, otworzyć się mającym za miesięcy kilka... Do
+komitetu należę, odmówić mi nic nie mogą... Skoro zaś pan w tej właśnie
+dziedzinie już posiada praktykę pewną, tem łacniej więc wybór mój
+zatwierdzą...
+
+Roman skończył i spojrzał znów spod oka na obywatela - emigranta.
+
+Zdziwienie radosne biło z twarzy Orlęckiego.
+
+- No, teraz chyba wyśpiewasz mi wszystko - pomyślał Roman, w duchu.
+
+- Pensya znaczna - ciągnął dalej całkiem obojętnie, - ile, nie wiem
+jeszcze na pewno... W każdym razie tysięcy kilka .. - urwał niedbale.
+
+- Ależ to miejsce idealne! - wykrzyknął żywo Orlęcki. - Dziękuję po raz
+wtóry! - uścisnął dłoń Romana.
+
+Dzierżymirski uczynił wysiłek nad sobą, by nie zdradzić się przypadkowo
+nerwowem głosu brzmieniem i przemówił:
+
+- Tylko zachodzi tu jeszcze kwestya jedna... A mianowicie - zawahał
+się...
+
+- Bo to, widzi szanowny i kochany pan, ci panowie, tam, w Zarządzie, są
+bardzo trudni... Czepiają się byle czego...
+
+I znów Roman mówić przestał, poczem zaś, poirytowany nagle, że będzie
+zmuszony iść prosto do celu i palcami dotykać kwestyi, którą zręcznie
+obejść zamierzał, wyrzucił z siebie twardo:
+
+- Mówiono mi tam, o jakichś pieniądzach, zgubionych przez pana,
+nieodnalezionych, czy coś tam podobnego... Pojmuje pan zatem, że ja,
+protegując - zatrzymał się Roman sekundę, i uprzejmie nieco dorzucił, z
+wymuszonym uśmiechem. - Powiedzieć muszę wszystko, wszak pan to rozumie
+chyba?.. Nic zaś o tem dotąd szanowny pan mi nie mówił...
+
+- Ależ nie powiedziałem? - obruszył się urażony widocznie Orlęcki. - Bo
+uważałem to, jak i uważam dotąd, za sprawę czysto osobistą...
+
+- Masz tobie! - omal że nie wykrzyknął Dzierżymirski, ze złością, lecz
+opamiętał się w porę, i zapytał w ślad za tem spokojnie, wpadłszy
+zarazem na pomysł przebiegły.
+
+- No tak, zapewne... Czyjeż to jednak pieniądze były?..
+
+- Aaa! - wyrwało się z ust Orlęckiego natychmiast, i powstawszy
+gwałtownie z krzesła, wykrzyknął:
+
+- To prezesowi tak powiedziano!.. Rozumiem teraz i przepraszam... Łotry
+dopiero, infamisy!.. - wyrzucił z siebie z oburzeniem.
+
+Dzierżymirski śpiesznie położył swą kobiecą miękką dłoń na żylastej ręce
+szlachcica i pomimo woli rzucił niecierpliwie:
+
+- Ja również bardzo przepraszam! - zawahał się - i słucham..: -
+dokończył.
+
+Orlęcki usiadł, wzburzony jeszcze odsapnął i przemówił:
+
+Powiesz mi później, prezesie kochany, kto mnie tak oszkalował. Pierwsza
+rzecz, gdy do kraju powrócę, wyzwę go na pojedynek, jak mi Bóg miły, a
+teraz słuchaj:
+
+- Było to tak: Posiadałem majątek na Litwie, gdzie, jak wiadomo,
+hipoteki nie ma, ni Towarzystwa Kredytowego... Są tam tylko tak zwane
+"Banki Ziemskie", które w razie nie uiszczenia się z wypłaty na termin,
+egzekwują bardzo szybko... Otóż w jednym z banków owych miałem grubą
+pożyczkę... Minął termin jeden, drugi, trzeci, płaciłem mało, zebrały
+się zaległości, wystawiono mi dobra na sprzedaż... Zapłacić musiałem
+zaległości - razem dwanaście tysięcy... Nie miałem ich, pożyczyłem więc
+sumę żądaną u paru osób i w drodze, gdym jechał płacić na miejsce, w
+ostatniej niemal chwili pieniądze te zgubiłem... Majątek mi naturalnie
+sprzedano...
+
+- To bolesna prawda!.. Chyba pan prezes przysięgi żądać ode mnie nie
+będzie, a zresztą?.. Gotowym! - i Orlęcki powstał uroczyście...
+
+- Ale, cóż znowu?.. - rozległ się w milczeniu suchy głos
+Dzierżymirskiego, a słowa te, wymówione zimno, zabrzmiały niemiłym dla
+ucha dźwiękiem:
+
+Od chwili bowiem, gdy z ust Orlęckiego padła cyfra "dwanaście tysięcy",
+Roman zmienił się całkiem. Giestem, pełnym zniechęcenia, wypuścił z rąk
+trzymane cygaro, twarz zaś, przybrawszy wyraz obojętny, chłodny, poorała
+się w drobne zmarszczki. Więc ponownie oto rozprysła mu się w palcach
+mydlana bańka!.. Życie, z przerażającą logiką dawało mu do zrozumienia,
+że kpić z usiłowań jego nie przestaje... I drwina ta nowa, szydercza,
+zraniła go boleśnie, jednocześnie zaś gniew niewytłumaczony,
+instynktowny, zawrzał w Dzierżymirskim.
+
+Cóż go, zaiste obchodzić mógł Orlęcki, historye i przysięgi jego?
+
+- Osioł!.. Myśli może - rzucił w duchu gniewnie - że obecnie, kiedy nie
+dwadzieścia siedm, a dwanaście tylko zgubił tysięcy, zajmować się nim
+będę!.. Ba, nie głupim! - i uśmiech zły, sarkastyczny wykrzywił wąskie
+usta Romana.
+
+Powstał sztywno, mając zaś już z wieloletniej swej praktyki na ustach
+gotowy do pozbycia się ludzi zdawkowy komunał, wyciągnął rękę na
+pożegnanie...
+
+Lecz oto niespodzianie fakt na pozór drobny pomieszał mu całkiem szyki -
+zadzwoniono. Gadatliwy Orlęcki, rozpoczynający właśnie, mało już
+obchodzący teraz Romana, dalszy ciąg swych życia kolei, przeprosiwszy,
+wybiegł do przedpokoju, w ślad za tem rozległy się dwa głosy kobiece,
+szelest okryć i sukien damskich. Rozbierano się, potem szeptać zaczęto,
+po chwili zaś znów dwa wykrzykniki zdziwienia i radości obiły się o
+słuch Dzierżymirskiego.
+
+Słysząc je, skrzywił się Roman nieznacznie, chrząknął i znudzony zbliżył
+się powoli ku oknu salonika. Nie trudno było domyśleć się, że tam, w
+przedpokoju, ten "poczciwy" Orlęcki wygadał już rodzinie swej niemal
+wszystko.
+
+- Wpadłem! - pomyślał Roman, i zdenerwowany, stuknął palcami w
+powietrzu.
+
+Drzwi zaś poza nim roztwierały się już spiesznie. Odwrócił się.
+
+Naprzeciwko niego szły dwie kobiety, zaróżowione, uśmiechnięte. Jedna z
+nich, starsza, brunetka, piękna jeszcze, dobrze zakonserwowana, - druga,
+dziewczę młodziutkie, szesnastoletnie zaledwie może, hoże i świeże...
+
+- Prezes Roman Dzierżymirski, nasz obecny zbawca, opiekun, a jak ci
+mówiłem przed chwilą, najszlachetniejszy z ludzi, których dotąd w życiu
+poznałem! - przedstawił szumnie Orlęcki gościa żonie, głosem ciepłym,
+jakby wzruszonym jeszcze od doznanych z przed chwili wrażeń.
+
+Skłonił się Dzierżymirski, a na dźwięk ostatniego zdania lekki rumieniec
+pokrył mu lica. Wstydził się za swe myśli - za siebie...
+
+Tymczasem ruchem wspólnym, uprzejmie wyciągnęły się ku niemu dwie małe
+kobiece rączki.
+
+- Bardzo mi miło poznać pana, bardzo miło! - mówiła, ściskając dłoń
+jego, pani Orlęcka. - Tembardziej, że jak mi właśnie mąż powiada, pan
+prezes staje się aniołem opiekuńczym naszych losów, przyszłości -
+zwiastunem, iż zobaczymy kraj nasz, za którym ciągle tak bardzo
+tęsknimy! - kończyła wzruszona.
+
+- Moja córka, Mita - przedstawiła z kolei Romanowi młodziutką pannę.
+
+Dzierżymirski trzymał, ściskał właśnie w dłoniach drobną jej rączkę, a
+choć nie powiedziało mu dziewczę nic zgoła, z uścisku jednak
+przyjaznego, ciepłego, ze spojrzenia jasnych, niebieskich oczu, w
+których czytały się w owej chwili wdzięczność bez granic, radość i
+nadzieja - poczuł Roman, iż okrucieństwem niemiłosiernem byłoby teraz z
+jego strony cofnięcie obietnicy.
+
+I jednocześnie reakcya nagła wstąpiła weń. Jakiś przypływ jakby dobroci
+zalał mu duszę, serce; zarazem zaś pomyślał:
+
+- Nazwano mnie "najszlachetniejszym", ha-ha-ha!.. Ironii może w tem
+wiele, ale... jednak... dlaczegóżbym i ja czasami nie miał być
+szlachetnym? A poza tem, cóż de facto winien ten oto Orlęcki, że nie
+jest tym właśnie, którego tak szukam bezowocnie?.. Jestem wpływowym,
+silnym, dlaczegóż więc nie dopomógłbym człowiekowi, pokrzywdzonemu bądź
+co bądź przez nieznanego pieniędzy jego znalazcę, tak, jak pokrzywdzonym
+jest może przeze mnie również i ten osobnik nieznany - "mój!.."
+
+I starczyło w ślad za tem jednej chwili, by w głowie Dzierżymirskiego
+powstał plan gotowy.
+
+- Cieszy mnie niewymownie, że los pozwala mi stać się - tu zwrócił się,
+z uśmiechem, ku pani Orlęckiej - Aniołem Stróżem tego domu... Dziś zaraz
+zatelegrafuję do panów z komitetu nowego banku o kandydaturze pana -
+wskazał nieznacznie Orlęckiego ruchem głowy.
+
+W milczeniu, wzruszony szlachcic uścisnął dłoń Dzierżymirskiego. Ten
+ostatni zaś zastanowił się chwilę...
+
+Kiedy czynić coś, to czynić zupełnie i wszechstronnie, - pomyślał, a
+sięgnąwszy do kieszeni, dyskretnie począł długo szukać czegoś w
+portfelu... Znalazłszy wreszcie tam przekaz na okaziciela w "Credit
+Lyonnais", wskazujący sumę dwóch tysięcy franków, rzekł swobodnie:
+
+- Choć to niegrzecznie bardzo z mej strony tak zaraz niemal po poznaniu
+opuszczać panie, - skłonił się uprzejmie w stronę dwóch kobiet - jednak
+panie wybaczą, uczynić to będę zmuszony, i...
+
+- Ależ, cóż znowu... - obruszyła się Orlęcka. - Obiad , podadzą w tej
+chwili, prosimy bardzo... Mito! - zwróciła się do córki - każ dawać!..
+
+- Dziękuję serdecznie! - skłonił się z uśmiechem Dzierżymirski w stronę
+młodego dziewczęcia. - Wychodzę natychmiast, a to z powodu naglących
+spraw, które nieodzownie dziś jeszcze załatwić muszę...
+
+- Żegnam panie! - wyciągnął uprzejmie rękę do pani domu, a następnie do
+panny.
+
+Ta ostatnia podała mu ją, z niewysłowionym wdziękiem i cicho rzekła:
+
+- Przyjm pan, panie prezesie, i ode mnie szczere podziękowanie za to, co
+czynisz dla ojca mego... Jesteś szlachetnym, dobrym i wdzięczność moja
+nie zapomni panu tego - nigdy!..
+
+- Szczęściem prawdziwem dla mnie, że i pani będzie z tego korzystać...
+Bo, o ile zgaduję, pani tu chyba najwięcej wrócić by rada do rodzinnego
+kraju?..
+
+- O! tak... - przyznała, z zapałem, szczerze: Wykołysały mnie nasze łany
+i lasy, wychowała ta ziemia nasza, tak piękna chyba, jak żadna!..
+
+Z sympatyą, spojrzał Roman na dziewczę, i skłoniwszy się raz jeszcze,
+zwrócił się z kolei do Orlęckiego.
+
+- A do kochanego pana to mam jeszcze i interesik drobny... - wziął
+gospodarza za ramię i poprowadził ku oknu:
+
+- Rzecz przedstawia się, jak następuje - rzekł, o ile mógł,
+najpoważniej. - Na zasadzie jednego z paragrafów ustawy, urzędnikom
+nowego banku, naturalnie protegowanym, daje się z góry na instalacyę...
+Kwestyę te jednak obmówić trzeba poprzednio na zebraniu. Otóż, ponieważ
+pan, pomimo, że bank nie funkcyonuje jeszcze, za miesiąc najdalej musisz
+już być na miejscu, a to, w celu ulokowania się i objęcia, de nomine,
+wakansu ofiarowanej posady, ja zaś dopiero za miesięcy kilka tam będę -
+zatem...- Roman urwał, dobierając jakby w umyśle wyrazów. - Zatem -
+powtórzył - awansuję tu kochanemu, panu przekazem, sumę właściwą...
+Przypuszczam, będzie ona odpowiadać mniej więcej kwocie, którą w swoim
+czasie przyznają panu na zebraniu Rady... Cóż, zgoda? Dobrą myśl miałem?
+- dokończył Roman.
+
+- Ależ z kochanego prezesa anioł prawdziwy, nie człowiek!.. - wykrzyknął
+Orlęcki i po staropolsku, uścisnąwszy go szczerze, podziękował, z
+zapałem.
+
+- Klociu, czy słyszysz? - zawołał na żonę. Pan prezes na instalacyę
+awansuje mi, przekazem! - i szlachcic poinformował dobrodusznie,
+szczegółowo małżonkę o wspaniałomyślności Romana. Nastąpiły w ślad za
+tem ponowne podziękowania, wykrzykniki...
+
+Odprowadzony aż do drzwi, żegnany serdecznie i czule, Dzierżymirski
+wydostał się nareszcie na schody, a potem na ulicę, sam pomimo woli
+wzruszony, z głową pełną najsprzeczniejszych myśli.
+
+Gdy po niejakimś czasie, wracając z wolna do rzeczywistości, podniósł
+głowę, spostrzegł w pewnem oddaleniu przed sobą złoconą kopułę tumu
+Inwalidów. Tknięty nagłą myślą, z miejsca natychmiast skierował się ku
+furtce, a wyminąwszy ją i strzegącego wejścia kulawego inwalidę, znalazł
+się na obszernym placu tumu, odgrodzonego kratą od ulic miasta.
+
+Wkrótce, po stopniach wschodów wstępować począł do wnętrza przybytku,
+kryjącego w swych murach grobowiec wielkiego Napoleona.
+
+W gmachu milczenie i jakby uroczysty powiew jakiś potęgi niewidzialnej i
+grozy objął Romana natychmiast.
+
+Cichym tylko szmerem rozlegały się tu kroki kilkunastu osób... Na dole,
+w szerokiem, na kształt basenu, pogłębieniu, drzemał olbrzymi sarkofag,
+z ceglasto - wiśniowego marmuru...
+
+Dzierżymirski zbliżył się do balustrady grobowca, i stanął smutny,
+cichy...
+
+Wobec prochów możnego władcy poczuł się równocześnie drobnym, nikłym...
+Huczące jego troki zmalały również - uspakajał się...
+
+I myśli jego nagle wzięły również obrót zupełnie inny.
+
+- Więc to tu - mówił sobie Roman - leży zwycięzca z pod Marengo, Ulm,
+Austerlitz, i.t.d., i.t.d. Więc tu spoczywają snem, nieprzebudzonym,
+wiecznym, prochy tego, wielkiego duchem - małego imperatora!..
+
+Dawno bardzo nie bawiący już w Paryżu, pamiętający go zaledwie w
+zamglonem tylko wspomnieniu, z minionych lat młodzieńczych,
+Dzierżymirski, w skupieniu i z nabożeństwem w duszy, wpatrzony,
+milczący, z głową pochyloną, zadumał się przed trumną cesarza Francyi.
+
+Wokoło niego z prawej i lewej strony, w wewnętrznym półkręgu tumu,
+widniały wklęsłe pogłębienia, z grobowcami małymi; przed nim zaś, poza
+drzwiami do grobu, wznosił się rozpięty na krzyżu Syn Boży umęczony...
+
+Dzierżymirski po chwili ocknął się z zamyślenia i postąpił wzdłuż
+kolistej baryery grobowca, w kierunku jego wejścia:
+
+Zamknięte szczelnie drzwi pomnikowe połyskiwały hebanem czarnego
+marmuru; u progu ich i wschodów, wiodących do wnętrza "tombeau", w
+mundurze granatowym, poważny, ze wstęgami i orderami, brodaty, stary,
+stróżował inwalida...
+
+Na górze zaś błyszczał wielki napis złocisty: "Je désire, que mes
+cendres reposent sur le bord de la Seine - au milieu de ce peuple
+francais, que j'avais tant aimé" *).
+[*) "Pragnę, aby me prochy spoczęły u brzegów Sekwany - wśród tego ludu
+francuskiego, który tak bardzo kochałem."]
+
+Dzierżymirski patrzył, przejęty mimowolnie do głębi powagą, skupienia
+pełną, i jakąś melancholią rzewną, wiejącą od tego grobu zmarłego
+geniusza despoty, śniącego tu cicho, zapomnianego jakby w samem sercu
+republikańskiego dziś Paryża.
+
+Nagle, gdy poruszony, niemy, stał tak, wciąż, zamyślony, drgnął
+gwałtownie.
+
+Bo oto w tejże samej chwili wybiła w ciszy głośno godzina czwarta, a z
+jej uderzeniem, jako sygnał zamykania już gmachu, raptowny, rozległ się
+właśnie odgłos bębna.
+
+Grano bojową pobudkę... Donośnie rozchodził się w milczeniu uderzenia
+krótkie, wzbijały się pod strop wysoki, echem dudniły w zagłębieniach,
+arkadach, owalnej kopule wysokiej.
+
+- Messieurs et dames sortez!.. sortez, s'il vous plait, sortez,
+sortez!.. - rozległ się jednocześnie twardy głos szwajcara, stróża
+Napoleonowego grobowca... Postukując grubą laską, iść począł on i
+rozpędzać energicznie przed sobą, ku wyjściu rozsypanych po gmachu tam i
+ówdzie gości.
+
+- Sortez! - rozkazujący, wojskowo - lakoniczny, - bezustanny
+rozbrzmiewał głos jego i mieszał się! z bojową fanfarą bębna!..
+
+Dzierżymirski jednak nie ruszał się wcale z miejsca przeciwnie. Wrósł
+jakby w ziemię; ucho jego łowiło łapczywie donośne, jędrne tony pobudki,
+wyobraźnia, podsycana nerwami, w rozstroju - poruszona, snuła mu przed
+oczyma obraz fantasmagoryczny.
+
+W gmachu panował mrok...
+
+Ostatnie dźwięki surmy bojowej konały, a Romanowi zdało się, iż z
+milknącem coraz już dalszem echem bębna, poczynają oto zaludniać tum
+wspaniały jakieś wyrosłe jakby zewsząd mary i cienie poległej dawno
+Napoleońskiej gwardyi starej, i wyraźny o słuch jego obija się przy tem
+stuk ich butów i ostróg o kamienie posadzki!..
+
+Idą! Ustawieni w szyku, gotowi do walki, stoją oto niezliczeni wokoło
+grobu wodza swego... Przebóg, cóż to jest?..
+
+Huk jakiś rozlega się w gmachu - to marmur grobowca pęka, unosi się...
+
+W trójgraniasty kapelusz przybrana, z założonemi na piersiach rękoma,
+staje wyraźnie przed wzrokiem Romana postać Napoleona - wodza!..
+
+- Paf, paf!.. - w tej samej chwili tuż koło Dzierżymirskiego o posadzkę
+uderza ktoś zamaszyście.
+
+- Sortez, sortez donc, monsieur!.. Quatre heures... la consigne!.. -
+rozlega się głos twardy i szorstki.
+
+Roman budzi się, rozgląda... A zirytowany natychmiast, że tak obcesowo
+przerwano mu jego widzenie marzące, gotów już jest a to rzucić w twarz
+stającemu nad nim miejscowemu szwajcarowi jakąś ostrą okolicznościową
+uwagę... Otwiera już usta, spojrzawszy jednak na twarz wybladłą, pooraną
+zmarszczkami, o wyrazie pełnym melancholii i smutku, milknie.
+
+W tych rysach bowiem czyta wyraźnie gniew tłumiony, lecz nie bezmyślny,
+- bynajmniej. Nie, przeciwnie. Oburzenie to jakieś inne,
+szlachetniejszej, podnioślejszej jakby natury, i mówić zda się:
+
+- Ach idźcie, już idźcie!.. Odejdźcie wy wszyscy, profanatorzy wstrętni,
+kalający te progi ciekawością banalną - nieprzystojnym szumem, hałasem,
+gadaniną i gwarem mącący bezmyślnie spokój i sen wieczny wielkiego
+imperatora!..
+
+- Cóż wy? - mówiły z pogardą te szare smutno oczy starca. - Cóż wy,
+karły, nie ludzie dzisiejsi, mali -wiedzieć możecie? Co sądzić o czynach
+olbrzymich "Jego?" Co odczuć? Cóż zrozumieć jesteście zdolni?..
+
+Dzierżymirski z uwagą wpatrywał się dalej w stojącego przed nim
+niecierpliwie szwajcara - inwalidę.
+
+Czyżby istotnie w umyśle tego starca uczucia podobne się kryły? - myślał
+i zatopiwszy raz jeszcze, milcząc, badawcze spojrzenie w mętnych
+źrenicach starca, bez słowa, skierował się ku wyjściu z tumu.
+
+Otworzono przed nim, zamknięte przed chwilą: z hukiem drzwi wchodowe, i
+zatrzaśnięto je poza nim.
+
+Wydostawszy się na ulicę, Roman, znużony, wsiadł do pierwszej dorożki;
+tu zaś, ochłonąwszy nieco od wzruszeń i wrażeń, porządkować zaczął w
+głośno zdarzenia minionych godzin kilku.
+
+- Raz jeszcze zatem, miast rzeczywistości, chwytałem marę, cień
+ułudny!.. - mówił sobie w duchu, z nagłą goryczą. - Pochłonięty wciąż
+jedną myślą, przybiegłem tutaj nadziei pełny, i znowu nic - zero!..
+
+- O, ironio, niezrozumiała, dziwna!.. - dumał dalej. - Czyż nigdy nie
+trafię na ślad pewny? Czyż wiecznie, biczowany sumieniem, dręczyć się
+tak będę, zmuszony?
+
+Dzierżymirski opuścił ręce na kolana, w zniechęceniu i pochylił nisko
+głowę. Z chwilową samotnością, z pogłębieniem się w siebie, wracała
+bezlitosna samowiedza, błędne koło tajonego w duszy cierpienia
+zacieśniało się, wirowało, rzucając mu jednocześnie na ekran duszy
+wizerunek nagły własnego moralnego "ja".
+
+Nie kryły go obsłony złociste, utkane z pozorów, zdolności osobistych,
+rozumu, energii, czynu, bezinteresownego poświęcenia dla drugich,
+szlachetności i wielu innych przymiotów, w które, jak w śnieżną,
+lamowaną purpurą, togę patrycyusza - przed ludźmi, przed światem, stroił
+się prezes Dzierżymirski...
+
+Nie, był to szkielet tylko!.. Otulony w płachtę jaskrawą szalonej
+ambicyi, krył on za jej fałdami bagno moralne pamiętnej w życiu Romana
+chwili, gdy dla osobistego szczęścia, użycia, pogwałcił on był etykę
+społecznego prawa!..
+
+Z tej kałuży jednak brudnej, a pozornie już zapomnianej, wyrastał kwiat
+- niby niepokalana biała lilia - zasiany ziarnem silnych, choć
+podeptanych zasad, wszczepionych za młodu - kiełkujący, przy pomocy
+czujnego zawsze sumienia!..
+
+Kwiatem tym - była chęć szlachetna, instynktowna, konieczna, oddania
+bądź co bądź, prawemu właścicielowi przywłaszczonych pieniędzy. Ona,
+wytrwała, popychała bezustannie Romana naprzód przed siebie; ona -
+ześrodkowywująca w sobie również najpiękniejsze pierwiastki jego
+charakteru - zniewalała go - do czynów, tam i ówdzie szlachetnych. Jej
+to niewątpliwie zawdzięczał Dzierżymirski swój postępek z Orlęckim!..
+
+I Romanowi w tej chwili mignął obraz wdzięczności tych trojga ludzi ku
+niemu.
+
+Znów tu więc fałsz mimowolny - życia ironia!..
+
+Dzierżymirski westchnął. Pomimo jednak, iż czuł zgrzyt w duszy, rosło
+tam w nim jednocześnie pewne zadowolenie, zazwyczaj odczuwane przez
+subtelniejsze natury, po spełnieniu dobrego, lub szlachetnego czynu.
+
+Spojrzał wokoło weselej nieco... Dorożka mijała właśnie bardzo ożywioną
+dzielnicę miasta.
+
+Na lewo widniała wieża St. Jaeques, a tuż obok kościół St. Germain
+-l'Auxerrois; naprzeciw ogromem rozwielmożył się Luwr wspaniały.
+
+Roman, zapłaciwszy woźnicę, wyskoczył z dorożki i skierował się ku
+muzeum.
+
+Odcięty w podróży od zwykłego, pełnego czynu, życia, pochłaniającego go
+całkowicie - Dzierżymirski poczuł nagle potrzebę nieodzowną, konieczną,
+odwrócenia jątrzących mu mózg myśli czemkolwiek, uciekał się więc znowu
+do koicielki-sztuki.
+
+Niebawem przez jedno z licznych wejść wchodził do jej świątyni,
+pogrążonej w milczeniu, tchnącej majestatem zapatrzonych w siebie tworów
+ludzkiego geniusza, szybującego na skrzydłach artyzmu we wszelakich jego
+odmianach i fazach - wcielającego piękno, by szło, niby tchnienie żywe,
+do dusz ludzkich, umiejących wznieść się i oderwać od poziomów!
+
+Znajdował się w salach dolnych. Zabytki starożytnej rzeźby romańskiej,
+greckiej otaczały go zewsząd. Setki ich z epok różnych patrzyły na niego
+piękna wyrazem, ręką mistrzów zakutym w kamień i marmury...
+
+Dzierżymirski, rozglądając się wokoło, szedł wolno, zamyślony.
+
+Jak w kalejdoskopie, przesuwały się wciąż kolejno przed nim posągi,
+coraz piękniejsze.
+
+Tutaj więc wychylały się oto rzędem ku niemu biusty i srogie oblicza
+wszystkich prawie imperatorów rzymskich - tam znów wykwintnie
+modelowanem ciałem pochylały, gięły posągi Apollinów - rzymskiego dłuta,
+o rysach grubszych, pełnych męskości i siły, - greckiego, traktowane
+daleko subtelniej z finezyą, o ciele jakby miękkszem i drobniejszem,
+przedziwnie wykończone w szczegółach i wyrazach twarzy...
+
+W oddzielnej sali, naprzeciw siebie, drzemały, na wzór oryginałów w
+Watykanie, olbrzymie odlewy, z bronzu: śpiącej Aryadny, Laokoona,
+Apollina i Dyany; dalej znów, z Tripolisu w Afryce sprowadzona, bez
+końca nóg i głowy, unosiła powabnie draperye piękna Venus, bieliły się
+bez liku dziesiątki rzeźb pomniejszych - stał Apollo z Lycyi, oparty o
+pień, koło którego obwijał się wąż zdradliwy... Apollo z Paros, patrzył
+łagodnie na widza; o rysach drobniutkich, w draperyi fałdach -
+wdzięczyła się grecka muza...
+
+Dzierżymirski, z powodu braku czasu spieszyć się zmuszony, szedł
+pomimowolnie szybko, zatrzymując się jednak co chwila to krócej, to
+dłużej, zniewolony ku temu pięknem, hojną ręką i dzięki niestrudzonym
+zabiegom, nagromadzonemu, tak obficie wokoło.
+
+Tak więc, pomiędzy wieloma, wieloma innemi zajęła go jeszcze rzeźba
+Tyberyusza cesarza, okrytego fałdami togi, z ręką wyciągniętą przed
+siebie, w oratorskim geście, tak wymownie, iż zdawało się, że oto już
+zaraz przemówi... Tam znów uwagę zwróciły dwie postacie kobiece,
+zabytki, przeniesione z greckich cmentarzy. Jedna z nich, owiana szatą
+przejrzystą, w stojącej postawie, zadumana smętnie, - druga, w takiejże
+pozycyi, z wieńcem laurowym na głowie, w bolesnem pogrążona skupieniu, z
+prześlicznie przytem wyrzeźbionem obliczem, przybrana w draperyę, której
+fałdy, wykończone subtelnie w marmurze, za lada powiewem poruszać się w
+oczach zdawały.
+
+Dzierżymirski wpadł w labirynt sal, salek, i szedł coraz dalej i
+dalej... Jednocześnie poddawał się stopniowo coraz bardziej urokom
+sztuki, a przypatrując się ciągle, z uwagą, okazom starożytnego dłuta -
+zapominał coraz bardziej o dręczących go myślach z przed chwili; czarne
+i smętne niepostrzeżenie pierzchały one cicho...
+
+I niebawem Romana znowu zajął marmurowy posąg z wyspy Paros...
+Przedstawiał on Aleksandra Wielkiego, z połową włosów złamaną i biustem,
+bez rąk, z twarzą natomiast zachowaną doskonale. Później zachwyciła go z
+kolei "Venus accroupie" w marmurze, również bez rąk, ze śladem na
+plecach odłamanej rączki Amora, potem znów dziesiątki rzeźb innych,
+jedne charakterystyczniejsze, piękniejsze od drugich...
+
+Po chwili, oparty o pień drzewa, zatrzymał go jeszcze, względnie do
+otaczających maleńki bardzo posążek, zatytułowany "Amor, jako Hercules",
+następnie inny: "Walczący Gladjator", a w końcu, cudna w swej prostocie,
+postać muzy poezyi lirycznej: "Polymnie..."
+
+Była to rzeźba wziętej z profilu kobiety, opartej, w zadumie, bokiem o
+kolumnę, w zwojach fałdzistej draperyi. Głowę pochyloną miała nieco, a
+upiększały ją włosy, falujące z lekka w marmurze, jedną rączką
+podpierała oblicze, natchnione, o rysach drobnych i subtelnych - drugą
+dotykała niedbale swej sukni, z ujmującym wdziękiem...
+
+Wymijając tłum nieruchomych posągów, gubiąc się wśród tych rzeźb,
+zadumanych, cichych, śniących jakby o wielkiej swej przeszłości -
+znalazł się wreszcie Roman niebawem w salce kwadratowej, małej, gdzie,
+otoczona sznurową baryerą - na wzniesieniu, ubranem bordo tkaniną,
+stała, królując, zda się, nad wszystkiem dokoła, perła zbiorów
+posągowych Luwru - Venus grecka z Milo.
+
+Zmęczony nieco, Dzierżymirski usiadł na ławeczce, zdjął kapelusz i
+wpatrzył się w stojącą, bez rąk, półnagą postać z marmuru.
+
+Pozornie kroczyła ona...
+
+Wprzód pochylona niedostrzegalnie, przytrzymując fałdów upadającej w
+pasie draperyi, zdawało się, że idzie, z szyją swą, wyciągniętą nieco
+naprzód, z oczyma przymrużonemi jakby, z włosami, karbowanemi z lekka i
+uwiązanemi z tyłu w węzeł, z twarzą blondynki, anielską - boską!..
+
+Od twarzy tej i półciała nagiego do draperyi, Dzierżymirski oczu oderwać
+po prostu nie był w stanie...
+
+On w oblicza tem czytał - a przynajmniej tak mu się w danej chwili
+zdawało - zapatrzenie się w siebie i dumę, ale zarazem i słodycz, zakutą
+w przedziwnej regularności rysie każdym, i choć sam osobiście nie
+odczuwał w rysach twarzy tej silnego promienia wewnętrznego, jak zadumy
+lub marzenia - to jednak piękno linii królowało w nich - tak
+niepodzielnie, że zachwyt tylko wzbudzać mogło... A ciało?..
+
+Po prostu żyło ono, nie tylko zaś nagie, dla oka widoczne... Z przodu,
+pod fałdami draperyi - czyniącej wrażenie, iż spada - w kilka zaś zgięć
+karbowanej z tyłu - tętniło ono, ożyłe jakby, nie martwe, w ruchu
+kroczącego, wzniesionego nieco kolana, w odkrytych piersiach i biuście
+bez rąk, przegiętym w prawo z zachowaną przedziwnie w marmurze, miękką,
+jak w ciele żywem - subtelną linią przegięcia...
+
+Czas mijał... Przesiedziawszy na ławeczce dość długo, Roman z trudnością
+powstał i oderwał się od arcydzieła sztuki. Spojrzał na zegarek -
+dochodziła piąta - godzina zamknięcia Luwru. Postanowił obejrzeć
+jeszcze, choć pobieżnie, galeryę obrazów...
+
+Skierował się spiesznie na pierwsze piętro gmachu. Minąwszy salę
+pierwszą, zatrzymał się w drugiej, maleńkiej. Dwa, dlań osobiście
+przepiękne, obrazy zajęły całkiem jego uwagę.
+
+Na jednym z nich, w aureoli blasków nad głową, umarła, cicha, po fali
+sennej płynęła postać blada z twarzą anielską i łagodną, - to sławne
+dzieło Delaroche'a "La jeune Martyre". Wisiało ono na prawo, równolegle
+z wejściem do salki, na ścianie zaś bocznej od tego wejścia, w lewo, od
+innych odbijało wdziękiem, pędzla "Girodet - Trioson'a" Przebudzenie
+Apollina, pięknego, jak marzenie, w postawie leżącej, pogrążonego we
+śnie głębokim. Na cudne oblicze boga Olimpu i zamknięte jego źrenice, z
+wysoka, prostopadły padał promień światła!.. Roman po chwili ruszył
+dalej...
+
+Mijał teraz z wolna jedne za drugiemi olbrzymie sale.
+
+A w salach tych milczących, wielkich, unosił się jakby nadprzyrodzony
+jakiś duch idei piękna, zaklęty, olbrzymi i brał despotycznie w
+posiadanie każdego, kto korzył się przed kultem sztuki, czyja dusza,
+drgnieniem zachwytu, wyciągała w ekstazie ku jej nieśmiertelnemu czarowi
+pragnące swe ramiona!
+
+Najpierwsi mistrzowie szkoły włoskiej, flamandzkiej, francuskiej,
+hiszpańskiej i innych - wielcy w swym majestacie, w aureoli wiekopomnej
+sławy, wyglądali z ram dziełami, niewidzialną dłonią zatrzymywali, jakby
+przed sobą, mówiąc, zdawało się, do Romana dumnie: - "podziwiaj nas!.."
+
+Idąc wciąż przed siebie w ten sposób, dotarł wkrótce Dzierżymirski, do
+sal ostatnich.
+
+Było ich dwie; w jednej, podłużnej, wielkiej, a tak zwanej "Rubensa",
+pełno było przepysznych obrazów, wziętych przeważnie z życia królowej
+Maryi Medici - w drugiej, przedostatniej i mniejszej, noszącej miano
+"Van-Dycka", zwróciły uwagę Romana, wśród kilkunastu może dzieł tego
+mistrza, portrety: Dzieci Karola I-go; jego samego, stojącego na tle
+krajobrazu, obok giermka, z rumakiem, i kardynała Richelieu'go, całego w
+purpurze.
+
+Dotarłszy do końca pałacowych sal, Dzierżymirski puścił się w powrotną
+drogę, zaglądając tam i ówdzie, idąc, wracając - błądząc wśród tych
+drzemiących w chwale własnej, nieprzeliczonych dzieł pędzla - tworów
+talentu ludzi cenionych i wielkich...
+
+Setki obrazów przeoczonych, nowych, zastępowały mu drogę...
+
+I Dzierżymirski przystawał ciągle... Zachwycał się niejednym obrazem,
+ustępującym może innym, pod względem piękna, lecz przemawiającym żywiej
+do indywidualnego jego poczucia i pojęcia sztuki.
+
+Tak więc w jednej z sal zatrzymał się dłużej śliczną główką szkoły
+francuskiej, "Greuz'a", złotawąblond, z oczyma, wzniesionemi smutnie, w
+zamyśleniu błądzącemi gdzieś daleko, może w ideałów niepochwytnych
+krainie, z wyrazem twarzy, tchnącym melancholią i rozmarzeniem...
+
+Tamże również zajęły go dwa obrazy tegoż mistrza: pierwszy "La laitičre"
+przedstawiał rozwożącą nabiał młodą wiwandyerkę - wspartą, w zadumie
+cichej, o karego z białym łbem konia; drugi pod tytułem: "Rozbity
+dzban", wdzięczny nad wyraz, wyobrażał dziewczątko w bieli... Włosy
+miała ona rozczesane skromnie na dwie strony, stroiło je białe kwiecie,
+- w fartuszku różowo - blade róże, na ręku zawieszony rozbity niebacznie
+dzban, a w całej twarzyczce miluchnej nieporównany wyraz dziecinnej
+naiwnej rozpaczy.
+
+Dzierżymirski coraz szybciej wymijał sale; nie znalazł się w galeryi
+podłużnej i olbrzymiej, w kształcie salonowego korytarza, szerokiego i
+przestronnego.
+
+Na ścianach wisiało tu wiele pięknych okazów; między innemi zatem dzieła
+Rafaela Sanzio, jak na przykład portret Joanny d'Aragon, w purpurowej
+sukni, przetkanej złotem, Ś-go Jana Chrzciciela, oraz śliczny portrecik
+młodego człowieka, o włosach blond, w czapeczce czarnej, podpartego, w
+zamyśleniu i parę innych tegoż mistrza.
+
+Patrzyły tu również na Romana rzędem liczne dzieła Marina, jak Urodzenie
+Najświętszej Panny Maryi, cud San Diego, czyli anielska kuchnia...
+Opodal obraz, przypisywany malarzowi hiszpańskiemu Riberze, występował z
+ram postacią umarłego Chrystusa, o twarzy przedziwnie spokojnej, w
+wypoczynku jakby po bólu pozostającej - z ciałem ran pełnem,
+ociekającem, zda się, krwią ciepłą jeszcze... Bitwa Salvatora Rosy tamże
+nęciła oko realizmem i grozą - dziesiątki, setki obrazów zatrzymywały
+spojrzenie, a wreszcie dwa z nich najbardziej; pędzla Leonarda da Vinci:
+Jan Chrzciciel i Bachus...
+
+Oba przedstawiały ciemnookich, pięknych młodzianów, o bujnie i
+naturalnie kręcących się włosach, cerze śniadej i dziwnie wiele,
+mówiących twarzy, zbliżonych rysami do siebie...
+
+Obrazy te, w ogólnym zarysie, również zlewały się ze sobą. Nagłem
+skojarzeniem myśli, przypomniały one Romanowi, podobnież nieco
+traktowaną głowę o włosach, złotawo - miedzianych, pędzla Ferrari'ego, w
+Pinakotece Medyolańskiej. Przedstawiała ona Matkę Bożą, całą w
+czerwieni, z przechyloną w tył głową i przymkniętemi oczyma, z wyrazem
+nadziemskiego upojenia, gdy Dzieciątko Jezus równocześnie wyciąga przed
+siebie w przestrzeń swe rączyny maleńkie, jak gdyby niemi pochwycić coś
+w powietrzu pragnęło...
+
+I z przypomnieniem tem nagle do duszy Dzierżymirskiego spłynęła fala
+wspomnień...
+
+Mignął mu więc przed wewnętrznym wzrokiem duszy Medyolan, rodzinne
+gniazdo matki i tam "Cimitero Monumentale", gdzie zapomniane przezeń
+leżały jej prochy, wreszcie rysy matczyne, jak żywe, przeszłemi latami
+zamglone...
+
+Z powiewem zaś lat tych minionych, z przeszłości tchnieniem, w mózgu
+Romana znowu zaświdrowały wyrzuty sumienia, dawne - te same.
+
+Zadumany, powracał Dzierżymirski, kierując się w olbrzymie sale ku
+wyjściu, opanowany na nowo - wewnętrzną troską - niezdolny obecnie po
+prostu patrzeć na dzieła sztuki.
+
+Poza tem zresztą i czasu na to nie było... Zamykano już Luwr.
+
+Spieszono się powszechnie. Rozrzuceni tam i ów turyści - malarze,
+dyletanci pędzla, kopiujący tu zapamiętale od samego rana na
+rozstawionych stalugach wszędy, hałaśliwie składali swe przybory, a
+odgłos ich rozmów, zarówno jak i kroki odchodzącej tłumnie gromady
+ludzkiej, przeciągłem echem odbijały się o ściany i próżnię olbrzymich
+sal muzeum.
+
+Wyludniały się one nader szybko; niebawem cisza utulać zaczęła stopniowo
+twory człowieczego geniusza, a jeden jeszcze samotny i niewidzialny
+pozostał tu tylko, zda się, król Piękna - bóg Sztuki!..
+
+W dziesięć może minut później Dzierżymirski wychodził na ulicę, gdzie
+zoczywszy niebawem napis podziemnej kolejki elektrycznej zwanej :
+"Metropolitain", po schodach spuszczać się zaczął ku stacyi.
+
+Zagłębiony w myślach, kupił Roman machinalnie bilet na prawo jazdy i
+wyszedł na peron podziemnej poczekalni. W głowie jego, wśród myśli
+wielu, nieukształtowany jeszcze, niewyraźny, zakiełkował projekt
+opuszczenia Paryża, nieprzedstawiającego dlań już teraz, jako pobyt,
+celu żadnego, i udania się do - Medyolanu...
+
+W tej samej chwili, z chrzęstem, świstem, wpadł na platformę zręczny,
+mały, elektryczny pociąg miejski.
+
+- Louvre!.. Louvre!.. - wrzaśnięto donośnie, kilkanaście drzwiczek u
+wagonów otworzyło się spiesznie... Wysypała się z nich garstka ludzi,
+partya druga szybko zajęła ich miejsce, Dzierżymirski wskoczył za innymi
+do pociągu, z wielkim pośpiechem, nie minęła bowiem minuta, gdy już
+zatrzaśnięto na powrót z hałasem u wagoników wszystkie drzwiczki.
+
+Kolejka ruszyła z miejsca pędem prawie, zanurzyła się i zniknęła, jak
+zmyta, w oświetlonej gdzieniegdzie tylko elektrycznemi lampami czeluści
+ciemnej podziemnego tunelu, biegnącego, jak wiadomo, pod większą częścią
+nadsekwańskiej stolicy.
+
+-----------
+
+
+Letnie, upalne popołudnie drzemało jeszcze nad ziemią, skwarne jednak
+słońca promienie zniżać się już poczynały stopniowo...
+
+Ochoczo uwijały się po polach dziewczęta robocze, w swych krótkich
+kolorowych spódnicach i haftowanych barwnie koszulach - z sierpami w
+ręku, żnąc zboże, układając je w snopy i kopy, a z łąk i łanów dalszych
+odzywało się od czasu do czasu rytmiczne ostrzeżenie kos i ich chrzęst w
+ślad za tem, ścinający trawy, owsy i jęczmienie, rozlegał się echem
+miarowem.
+
+W otaczające go, tętniące ruchem i pracą pola zapatrzony, na ciemnem tle
+parku nieposzlakowanie biały milcząco wsłuchiwał się dwór gowartowski w
+odgłosy, idące z łanów dalekich.
+
+Na werandzie, w głębokim fotelu siedziała marszałkowa Warnicka, pracując
+z zajęciem nad robótką ręczną; dalej nieco, w parku, poprzez drzewa alei
+migała jasna letnia suknia kobieca i sylwetka siedzącego obok niej
+mężczyzny; przez otwarte na ścieżaj wreszcie tuż koło balkonu okno
+saloniku dolatywały dwa męskie głosy, zmieszane z miarowemi uderzeniami
+kul bilardowych.
+
+W saloniku owym grali w karambole Ładyżyński z Krasnostawskim.
+
+- Patrz, młodzieńcze, i ucz się! - mówił w tej chwili pan Emil,
+pochylony nad bilardem.
+
+Biała bila jego, musnąwszy poprzednio lewy bok czerwonej drugiej kuli,
+wracała właśnie teraz posłuszna, dotykając lekko stojącej opodal
+trzeciej żółtej bili.
+
+- Aha!.. - wykrzyknął z tryumfem Ładyżyński. - Uderzenie znakomite, a
+rzadkie, jak kruk biały!..
+
+Spojrzał na Krasnostawskiego. Ten ostatni, bez ceremonii zwrócony do
+okna, stał gdzieś zapatrzony, przez grzeczność w ostatniej tylko chwili
+obróciwszy się szybko ku mówiącemu.
+
+- Barbarzyńco! - wykrzyknął Ładyżyński, oburzony szczerze.
+
+- Jak to? - pytał zdziwiony dalej. - Na seryo zatem nie widziałeś pan
+wcale ?
+
+- Ale cóż znowu, i owszem! - zaprotestował Krasnostawski, zmieszany
+nieco.
+
+Partner z pod oka spojrzał na młodzieńca i mruknął złośliwie:
+
+- Co pan ciekawego wypatrujesz wśród alei? Nikt tam, que je sache, nie
+spaceruje, prócz Oli i kochanego Topolsia, hrabiego na Szczęsnojej... A
+tu tymczasem straciłeś pan coup de maître, cug iścię wspaniały...
+
+I wskazując dłonią stojące kule, objaśnił już spokojnie:
+
+- Przez czerwoną... Zamiast zwyczajno-pospolicie - tyłem, przez pięć
+band, i serya notabene gotowa - pochwalił się.
+
+- Wiele mam? - zapytał po chwili. - A, prawda... - odpowiedział sam
+sobie pan Emil, - osiemdziesiąt sześć!... Przepadłeś pan z kretesem. Za
+chwilę - requiescat in pace!..
+
+Przy tych słowach, Ładyżyński pochylił się znów bilardem. Pod wprawnem
+uderzeniem jego kija, dotykane, cofane, kierowane zręcznie, posypały się
+niebawem liczne karambole.
+
+Krasnostawski, od początku partyi kilkakrotnie do gry zaledwie
+dopuszczony, ziewnął skrycie, znużony.
+
+- Ta zdradziła Radziwiłła!.. - wykrzyknął w tej chwili pan Emil. -
+Chybiłem - graj pan!..
+
+Krasnostawski z kolei zrobił kilka dość umiejętnych karamboli.
+
+- Brawo, bravissimo! - potakiwał Ładyżyński - Z jakim przestajesz, takim
+się stajesz, niedarmo tak głosi przysłowie...
+
+A ze znawstwem, śledząc dalej uważnie grę partnera, dorzucił jeszcze, w
+rodzaju pochwały:
+
+- Czołem, czołem!.. Wstępujesz w me ślady.... bardzo dobrze, wcale
+nieźle!...
+
+Krasnostawski, z przymusem, uśmiechnął się lekko, po paru uderzeniach
+wreszcie chybił.
+
+- Przeszła, minęła, jak sen jaki złoty! - zadeklamował Ładyżyński, z
+patosem. - zgubionyś młodzieńcze! - dorzucił, i pochylił się nad suknem
+zielonem.
+
+- Gram z tyłu - poinformował - ostatni, śmiertelny cios...
+
+Pchnięta, nakredowaną poprzednio starannie, muszką kija - biała kula,
+obleciawszy szereg band, w skomplikowanej geometrycznej figurze -
+niebawem pokorna, grzeczna, za jednem uderzeniem, musnęła cicho dwie
+pozostałe bilardowe kule.
+
+- N, i... ni - c'est fini !.. - odsapnął z ulgą pan Emil.
+
+- No, teraz siadamy! - ciągnął dalej.- Dziękuję panu za partyę! - podał
+uprzejmie rękę Krasnostawskiemu, poczem wyjął papierośnicę.
+
+- Służę panu! - rzekł, wyciągając ją w stronę młodego człowieka.
+
+- Dziękuję bardzo! - odparł Krasnostawski, skłoniwszy się grzecznie,
+wziął papierosa, podsuwając jednocześnie Ładyżyńskiemu zapaloną zapałkę.
+- Merci! - mruknął pan Emil. - Ha, zmachałem się nie gorzej od mołodycy,
+na polu przy burakach! - westchnął.
+
+Usiedli, i zapanowało chwilowe milczenie.
+
+W ciszy pokoju słychać było teraz wyraźnie jednostajne brzęczenie much;
+zniżające się słońce ścieliło swe promienie po zielonej powierzchni
+bilardowego sukna - salonik tonął cały w półświatłach kończącego się
+letniego popołudnia.
+
+Nagle firanki u okien poruszyły się gwałtownie - ktoś drzwi otwierał...
+
+Na progu, w szarem sukiennem, liberyjnem ubraniu, stanął lokajczyk,
+młode chłopię...
+
+- Zamykaj, do kroćset! - zagrzmiał Ładyżyński, porzuciwszy silny
+przeciąg i zwrócił się równocześnie do Krasnostawskiego. - Ma pan
+jeszcze ochotę na partyjkę?... bo ja - to nie!
+
+- O, ja również! - odparł szybko Krasnostawski - Zresztą nie mogę, mam
+dzisiaj pilne zajęcie jeszcze i wracać muszę! - Żegnam pana! - dorzucił
+uprzejmie i powstawszy, wyciągnął rękę do Ładyżyńskiego.
+
+- Adieu!.. - od niechcenia, ale grzecznie, nie ruszając się z miejsca,
+odwzajemnił mu tenże uścisk dłoni.
+
+Krasnostawski, niby szukając czegoś po pokoju, zbliżył się zręcznie do
+okna, posławszy wywiadowczy wzrok raz jeszcze do ogrodu.
+
+Siedząc wciąż na swem miejscu, Ładyżyński śledził spod okna, a usta
+skrzywiły mu się przy tem sarkastycznie.
+
+- Cóż to tak zapamiętale pan szukasz? - rzucił ironicznie - serca, czy
+głowy?
+
+- O, nie... tylko kapelusza!.. - odciął chłodno Krasnostawski, i
+rzuciwszy siedzącemu powtórnie pożegnanie uprzejme, wyszedł z saloniku.
+
+- Hm... hm!.. - mruknął do siebie stary kawaler, i powstał.
+
+- Wyczyść bilard szczotką tak, jakem cię nauczył na wskos, nicponiu!.. -
+rozkazał kręcącemu się po pokoju lokajczykowi, i strzepnąwszy ubranie,
+opuścił bilardową salkę, zmierzając ku werandzie.
+
+- Zawsze przy pracy, pani marszałkowo! - powitał siedzącą przy robótce
+panią Melanję i usiadł wygodnie na bujającym się fotelu.
+
+- No, i pan, panie Emilu, pracowałeś także - uśmiechnęła się łagodnie
+matrona. - Stąd słyszałam, jak stukały karambole i postępował raźno
+wykład gry bilardowej...
+
+- Ano, trudno!.. Trzeba pouczać młodych! - odparł pan Emil i uśmiechnął
+się swoim zwyczajem. A gdzież to młoda para? - rzucił.
+
+Marszałkowa nie zrozumiała pytania. - Jak to? - zdziwiła się.
+
+- No, pani Ola i kochany hrabicz! - objaśnił niedbale, kołysząc się
+leciutko w fotelu.
+
+- Aaa !.. - zaśmiała się marszałkowa - są w ogrodzie - dodała spokojnie.
+- A pan Bolesław gdzież się znajduje? - zapytała z kolei.
+
+- Przegrawszy partyę karamboli i posławszy trzydzieści i jedno spojrzeń
+tęsknych w stronę ogrodu i przechadzających się tam ludzi, uciekł do
+domu - odpowiedział pan Emil.
+
+- Że też pan ciągle tak samo niepoprawny i zawsze musi widzieć coś
+niepotrzebnego! - obruszyła się, z widocznem niezadowoleniem,
+marszałkowa.
+
+- To tak tylko dla kontrastu z panią marszałkową! - odparł słodziutkim
+tonem, układnie pan Emil i uśmiechnął się szyderczo.
+
+- No, no!.. - udobruchana nieco, pokiwała głową staruszka. - Żeby to
+tylko tak było w istocie ! - Ależ upewniam panią marszałkowę -
+podchwycił Ładyżyński. - Wracając jednak do poprzedniej prozy życia, i
+jego wypadków - ciągnął wolno - ciekawym, czemu ten Roman nie wraca?..
+
+- A! - żywo odparła pani Warnicka. - Zapomniałam powiedzieć panu...
+Wczoraj wieczorem był list od niego... Donosi, że z Ostendy, dokąd udał
+się prosto z Paryża, dla odpoczynku, przybył już do Mediolanu, gdzie
+zabawi dłużej...
+
+- Hm, hm! - chrząknął pan Emil. - Że też prezesuniowi kochanemu nie
+tęskno: do żony primo, do mnie - secundo, to się wydziwić temu nie mogę
+- wygłosił całkiem seryo.
+
+Marszałkowa na te słowa uśmiechnęła się do siebie, w milczeniu,
+Ładyżyński mówił zaś dalej, wydobywszy zegarek z kieszeni:
+
+- Patrzcie państwo, już wpół do ósmej!.. O wpół do szóstej zaczęliśmy
+grać z Krasnostawskim partyjkę, a panią marszałkowę pozostawiliśmy
+wszyscy tu na balkonie samotną... Tiens... tiens... jak to czas leci.
+
+Pan Emil spojrzał na ogród, szukając coś oczyma i w tejże samej chwili
+zerknął na marszałkowę. Ta ostatnia również wysłała spojrzenie do parku.
+Złośliwie nieco wykrzywił usta pan Emil i wpatrzył się badawczo w twarz
+staruszki, lecz ta obojętnie całkiem odwróciła po chwili głowę i
+kończyła spokojnie robótkę.
+
+Zapanowało milczenie.
+
+- Dziwny aforyzm przychodzi mi do głowy! - odezwał się Ładyżyński, w
+parę minut później.
+
+- Bardzo, ciekawam, co tam znowu przychodzi panu do głowy?.. - zaśmiała
+się staruszka.
+
+- Piękna kobieta - wygłosił z patosem pan Emil - to częstokroć wcielenie
+ślepego trafu igraszki!.. Obdarza ona bowiem królewską swą łaską nie
+zasłużonych, lecz szczęśliwych, choć wszyscy, niby gracze, pragnęliby w
+duchu wygrać najwyższą tylko stawkę...
+
+Siwe oczy marszałkowej na chwilę zabłysły rozumnie, i odparła lekko, w
+tym samym tonie:
+
+- Ho-ho, co za porównania, jaka poezya nagle objawiła się w panu! -
+pochwaliła ironicznie i dodała: - Ja nie wiem, doprawdy, czy potrafię,
+skromna, wznieść się na takie wyżyny... Lecz i mnie również, dziwnym
+zbiegiem okoliczności, aforyzm świta w myśli:
+
+I po chwili pani Melanja wygłosiła z przyciskiem:
+
+- Podejrzliwość - to wcielenie satanizmu!.. Oczernić, zbrukać potrafi
+najczystsze, śnieżne jagnię, tem gorsze zaś ono, że uwierzą mu ludzie,
+goniący, z rozkoszą, za obmową, choćby nią był i fałsz wierutny!..
+
+- Les beaux esprits se rencontrent! - wycedził w półukłonie pan Emil, i
+zamilkł.
+
+- No, żegnam kochanego pana! - odpowiedziała marszałkowa, i powstała
+ciężko z fotelu. - Idę - ciągnęła - wydać rozporządzenia do wieczerzy,
+bo gosposia nasza, jak widzę, zapomniała się dzisiaj, a pana - tu
+uczyniła ręką niewyraźny ruch w powietrzu - pozostawiam sam na sam z
+aforyzmami!.. - zaśmiała się przy tem staruszka złośliwie nieco, i
+znikła we drzwiach salonowych.
+
+Ładyżyński, po wyjściu marszałkowej, zapalił papierosa i zamaszyście
+począł kołysać się na biegunach fotelu.
+
+- Śmiej się, śmiej, babuleńko! - mruknął z cicha. - Ja mam swój rozum i
+węch świetny. O, co do tego, to zapewnić mogę, że nos mam wyborny!.. -
+dotknął twarzy, zaśmiał się do siebie, wciągnął powietrze, i powstawszy,
+zeszedł po stopniach schodów balkonu.
+
+Spojrzał znowu na zegarek i mruknął:
+
+- Ósma dochodzi... Sapristi, o czemże dwie i pół godziny sam na sam
+mówić ze sobą mogą dwoje młodych ludzi, jeśli nie o miłoś... Psst! -
+syknął głośno i położył sobie na ustach palce. - Podejrzliwość albowiem
+jest to wcielenie satanizmu... i tak dalej, - dokończył, i zaśmiał się
+znowu cicho. - No, zobaczymy! - szepnął do siebie jeszcze i skierował
+się do ogrodu.
+
+Słońce zachodziło właśnie. Białe ściany gowartowskiego domu gorzały
+czerwienią, błyszczały, złociły się okna, dach blaszany żarzył się, jak
+głownia, a tam w parku, w oddali, wstydliwie zaróżowiały się, rumieniły
+brzozy, mieniły od gasnących promieni, w odblaski polerowanej miedzi,
+dęby, lipy, topole...
+
+Ładyżyński, zagłębiał się dalej i dalej w ogród, idąc krokiem pewnym, aż
+znikł, pochłonięty cieniami ciemnawej już, drzew wierzchołkami zrosłej
+ze sobą alei; poszukiwania jego jednak miały spełznąć na niczem. Młodej
+pary, jak ją pan Emil żartami nazwał, nie było już w ogrodzie.
+
+Topolski i Ola, przed pół godziną, znalazłszy się na skraju parku i
+łanów szerokich, opuścili ogrodową aleję, pociągnięci współwzajemnie
+czarem przechadzki po zielonej, biegnącej wśród pól, ugorów, łączce, w
+przedwieczornej świeżości skąpanej całej.
+
+Gawędząc, śmiejąc się i przekomarzając na przemian bezustannie, oddalili
+się oni nawet już dość ode dworu, nie spostrzegłszy tego naturalnie
+wcale.
+
+Wbrew zapowiedzi, danej pani Oli jeszcze na raucie, przyśpieszył
+Topolski swój przyjazd do odziedziczonych w pobliżu Gowartowa dóbr
+swoich "Szczęsnaja".
+
+Bawił już tu przeszło od sześciu tygodni, będąc nader częstym gościem
+osamotnionej prezesowej Dzierżymirskiej; Ola zaś, nie mająca prawie tu
+ni rozrywki, ni towarzystwa żadnego, zazwyczaj niezmiernie mu rada była.
+
+Topolski zaś ze swej strony podobać się mógł tylko. Ogładzonych form
+światowych, przystojny i miły, był również bardzo inteligentnym, a lekki
+pokład idealnego marzycielstwa, w kontraście połączony ze szczyptą
+sceptycyzmu, czynił go interesującym bardzo, szczególniej dla kobiet. W
+kole płci pięknej czuł się zawsze panem... Posiadając wrażliwość
+czułostkową przyrodzoną, rozumiał on kobiety przytem stokroć lepiej od
+innych mężczyzn, odczuwał je subtelnie, - w podbijaniu zaś serc
+niewieścich, cierpliwem i umiejętnem, - mistrzem go nazywano.
+
+Próżniacze życie jego, zjadającego dochody "panka", zabarwione tylko z
+lekka tam i ówdzie dyletanckiem zainteresowaniem się sztuką, oraz
+podróżowaniem po świecie - składało się też przeważnie z krótszych lub
+dłuższych miłostek, z łańcucha: "bonnes fortunes", które, jak ogniwa, ze
+sobą bezustannie łączyć sie starał.
+
+Poznawszy Olę Dzierżymirską, Topolski postanowił zdobyć ją nieodzownie.
+W tym celu więc dowiedziawszy się o bytności Romana Dzierżymirskiego za
+granicą, przyspieszył wyjazd na Ukrainę, i od dwóch już niespełna
+miesięcy pracował wytrwale, powoli, ze znawstwem swej sztuki, cegiełka
+za cegiełką, budując swe przyszłe, jak nazywał - szczęście!
+
+Z początku było mu niezmiernie trudno skierować, pchnąć Olę, choć
+nieznacznie tylko, na swe tory.
+
+Gra ta, złożona z setek subtelnych odcieni, opartych na gruntownej
+znajomości "kobiety," parokrotnie srodze zawiodła go z Olą
+Dzierżymirską. Lecz po paru już tygodniach uczuł Topolski wreszcie grunt
+pod nogami, aczkolwiek jeszcze bardzo niepewny. Tryumfował skrycie - i
+szedł dalej...
+
+Dziś zaś, po tygodniach sześciu pobytu, miał on już za sobą małą
+przeszłość w tym względzie; między nim, a Olą mianowicie biegła nić
+trwała obcowania wzajemnego, wspólnych rozmów, dociekań, paradoksów,
+określeń - garść faktów jednak na pozór nic nie znaczących prawie...
+
+A więc, na przykład, gdy w gronie osób postronnych, trzecich, toczyła
+się rozmowa o temacie, poruszonym już przez nich dwojga niegdyś w
+pogawędce sam na sam wspólnej - czy to w zakresie sztuki, literatury,
+muzyki, czy wreszcie w dziedzinie wypadków pospolitych codziennego życia
+- usta ich uśmiechały się nieznacznie, a równocześnie oczy spotykały
+się, posłuszne...
+
+To znów kiedy indziej, nim jedno z nich zdążyło wymówić myśl jakąś,
+częstokroć drugie, chwytało ją szybko już w lot i na nie wypowiedziane,
+a przeczute słowa, dawało trafną odpowiedź, lub rzucało aforyzm
+dwuznaczny, mający li tylko dla nich dwojga znaczenie, dla innych
+niezrozumiały często wcale - poruszający zaś sobą wspomnienie, zdarzenie
+osobiste, wspólne...
+
+Szukali się wzajemnie również, unikając towarzystwa drugich, pragnąc
+zawsze być ze sobą, wyłącznie sami.
+
+A po za tem? Och, określić nawet trudno.
+
+Dziesiątki, setki, tysiące maleńkich, nikłych zdarzeń, powikłań, chwil,
+chwilek, słów, słówek, gestów, drgnień twarzy, uśmiechów, niedomówionych
+spojrzeń, uściśnień dłoni, przyjaźniejszych, czulszych - w
+nieskończoność biegnąc, zacieśniały ich dwie duchowe jaźnie coraz
+bardziej, motały ich ze sobą i z nitki początkowo pojedynczej tylko,
+czas uprządł tkaninę przędzę niewidzialną, a nierozerwalną już jednak,
+co silnie, a trwale złączyła ich w końcu ze sobą!
+
+I Topolski, błąkający się z początku w swej grze trudnej zaplątał się
+sam wkrótce, nie wiedząc nawet kiedy, w zastawione zręcznie na Olę
+sieci.
+
+Serce w nim obudziło się po raz pierwszy może w życiu!.. On, motyl
+niestały, powierzchownie tylko kochliwy, w każdej zamężnej, wdzięcznej
+buzi - zakochał się na seryo w Oli!
+
+Dziś od dwóch godzin przeszło, w słów dobieranych szermierce, flirtował
+z nią - teraz już dlań ukochaną, a przez to samo upragnioną jeszcze
+bardziej.
+
+Mówili dnia tego jak zwykle o literaturze, muzyce i sztuce, to jest o
+tem, co zajmowało ich wspólnie najbardziej w krainie, oderwanej od
+przędzy codziennego życia.
+
+On wspominał i opowiadał barwnie wrażenia licznych podróży, dowcipkował,
+śmiał się, przytomny bezustannie gry swojej; Ola słuchała mówiła,
+opowiadała z kolei wiele sama... Jak w złocie łanów zboża, jednostajnem
+od maków purpurowych i bławatnych chabrów, roiło się w tej ich słów
+gawędzie od dwuznaczników, w lekką formę obleczonych ze strony
+Topolskiego oświadczyn i półsłówek - połowicznem niedomówieniem wiele
+mówiących nieraz rzeczy!..
+
+Przed chwilą, słońce ułożyło się do snu. Topolski kończył jednocześnie
+wywołane faktem tym opowiadanie wspomnienia, tyczącego się wschodu
+słońca obserwowanego z wierzchołka góry "Mont Blanc," spowiadając się z
+wrażenia podniosłego, doznanego wysoko!..
+
+Słowa pełne zapału, efektowne, zamarły mu właśnie na ustach, na których
+spojrzeniem całem zawisła artystyczna dusza idącej obok niego kobiety.
+
+Zapanowało pomiędzy niemi chwilowe milczenie:
+
+Ze stepu tymczasem, z łanów, płynęły wonie zbóż, i polnych kwiatów; żaby
+i chruściele odzywały się w moczarach łączki - czar letniego gasnącego
+dnia chwytał za duszę...
+
+- Wie pan, żeśmy porządnie od domu daleko! - pierwsza wesoło zaśmiała
+się Ola.
+
+- A tak? - zadziwił się niby Topolski. - To wracajmy! - rzekł
+niechętnie.
+
+Zawrócili. Szli wolno czas jakiś, pomimo woli zamyśleni.
+
+- Tak, pani - przemówił Topolski, snać błądząc jeszcze myślą hen,
+daleko, na szczytach Alp, w Szwajcaryi - wrażenie to było tak silnem, iż
+nie zapomnę go do końca życia. - I wie pani? - dorzucił, z uśmiechem
+dziwnym i nagłym - o czem mimo woli pomyślałem w owej uroczystej chwili,
+gdy pierwszy promyk słońca ozłocił cypl śnieżny "Mont Blanc?" Nigdy pani
+nie zgadnie.
+
+- No, ciekawam bardzo? - zapytała Ola i spojrzenie piękne utkwiła w
+twarzy młodego człowieka.
+
+- O kobiecie!.. - odrzekł Topolski, i zaśmiał się; nie otrzymawszy zaś
+na to żadnej odpowiedzi, spojrzał po chwili spod oka na Olę.
+
+Z pięknej twarzy młodej kobiety, jakby odpędzany umyślnie, pierzchał
+cień wyraźnego niezadowolenia; Topolski się spostrzegł, iż postąpił
+niezręcznie, wiedział bowiem z wieloletniej praktyki doskonale, że nie
+należy nigdy wobec kobiety, o której względy ci chodzi, wspominać
+dobitnie, że przed nią była inna. Poprawił się natychmiast.
+
+- To jest... źle mówię!.. - rzekł seryo całkiem, uśmiechnąwszy się atoli
+w duchu do siebie - o kobiecie, nie jednostce, bynajmniej myślałem
+wówczas, ale o ogólnym w niej symbolu kobiecości!..
+
+- Jak to! nie rozumiem dobrze pana... - zdziwiła się Ola. - Cóż bowiem
+wspólnego ma wschód słońca...
+
+- O, i bardzo! - przerwał Topolski - przynajmniej dla mnie... Bo gdy,
+stojąc na wysokościach niebotycznych, - ciągnął, zapalając się do słów
+własnych - ujrzałem nagle, jak zaróżowiona silnie jutrzenka prysła
+snopem promieni, jak całując jakby po prostu okoliczne szczyty,
+niepokalane, śnieżne - objęła w ramiona zwycięskie świat cały, tak
+rozpromieniony za jej przybyciem, tak wyraźnie szczęśliwy! - Topolski
+umilkł na chwilę...
+
+- Skojarzeniem myśli, może dziwnem w istocie w Chwili danej - kończył
+już spokojniej - porównałem majestatyczne, królewskie słońce do uczucia
+kobiety - miłości bezbrzeżnej, wielkiej, która również swą potęgą i
+blaskiem rozjaśnić, uszczęśliwić może człowieka, tak, jak "ono," tam, na
+wysokościach - świat cały!..
+
+- Och, jakiż poeta z pana! - zauważyła, z uśmiechem, Ola i umilkła,
+poczem jednak dorzuciła całkiem poważnie:
+
+- Aczkolwiek mnie osobiście na razie myśl ta do głowy nie przyszłaby
+może, gdybym się tam znajdowała na pańskiem miejscu, rozumiem ją jednak
+i odczuwam doskonale...
+
+- Prawda? - uradowany mimo woli podchwycił Topolski. - Pani przyznaje -
+ciągnął, - że egzystuje poniekąd w pojęciach tych analogia pewna...
+Słuchając pani jednak, przychodzi mi do głowy jedno spostrzeżenie... -
+zatrzymał się...
+
+- Musiała pani - i instynktownie Topolski nadał głosowi brzmienie
+łagodne, czułe - w życiu swem kochać kogoś bardzo...
+
+- Dlaczego? - zapytała z uśmiechem Ola.
+
+- Bo inaczej nie zrozumiała i nie odczułaby pani wrażenia mego! - rzucił
+po francusku Topolski.
+
+- Kochałam! - odparła stanowczo, w tymże języku, Ola.
+
+- Kogóż, jeśli spytać wolno i jeśli to nie jest żadną tajemnicą stanu?
+
+- Męża! - odparła po polsku, lakonicznie Ola, patrząc ironicznie nieco
+Topolskiemu prosto w twarz. Ten ostatni skrzywił się z lekka.
+
+- Ach, ja nie myślałem o tem zgoła... Męża powinno się kochać... Zresztą
+- uśmiechnął się złośliwie - użyła pani czasu przeszłego... Kochałam,
+j'ai aimé - ciągnął ironicznie, - wszak, o ile mnie pamięć grammatyki
+francuzkiej nie zawodzi, to passé défini... - zaakcentował wyraz
+ostatni.
+
+- Och, jakże pan łapiesz za słowa! - zaśmiała się nieszczerze trochę
+Ola. - Przy tem zapragnąłeś pan pochwalić się znajomością francuskiej
+grammatyki, i nie udało się... J'ai aimé - to passé, indéfini - odcięła.
+
+- Ach, alors votre amour, madame... est indefini? - nie pozostał dłużnym
+Topolski.
+
+- Ech, nieznośnym się pan stajesz! - zaśmiała się młoda kobieta. - Ot
+lepiej, niech pan spojrzy na prawo - wskazała ruchem ręki niebo,
+widocznie pragnąc zmienić temat rozmowy. - Jakie piękne chmurki,
+nieprawdaż?..
+
+Topolski wolno zwrócił głowę, we wskazanym kierunku.
+
+- Prześliczne! - potwierdził.
+
+Niby zaróżowione, zdrowe, w aureoli złocistych włosów, buziaczki
+zasypiających rzędem obok siebie smacznie dorodnych dziatek, układały
+się do snu na niebieskawo-perłowem tle nieba obłoczki małe,
+koralowo-złote, - zaklęte jakby cudownie w ostatnim odblasku śpiącego
+już słońca.
+
+Dłuższy czas stali Topolski z Olą, zapatrzeni w grę świateł wieczora; po
+niejakimś czasie, odwróciwszy wzrok od nich, kobieta spojrzała przed
+siebie.
+
+- Regardez! - przerwała milczenie swym mile brzmiącym głosem. - Wszak to
+Krasnostawski, prawda? - zwróciła się do towarzysza, pokazując mu ruchem
+głowy zbliżającego się pędem ku nim jeźdźca.
+
+- Tak. Zdaje się, że to jaśnie pan plenipotent pomyka - odparł z
+przekąsem Topolski, z zaakcentowaną rozmyślnie obojętnością w głosie.
+
+Tymczasem kasztanek złotawy, parskając cicho, przemknął tuż koło nich i
+ruchem uprzejmym, aczkolwiek chłodnym nieco, i nie zatrzymując się
+wcale, skłonił się Krasnostawski stojącej parze.
+
+Topolski i Ola w ślad zatem ruszyli powoli miejsca, rozmawiając znów
+żywo ze sobą, jeździec zaś, na wskos przeciąwszy łączkę, wspinać się
+zaczął po pochyłości jaru. Z lekkiego początkowo pod górę truchcika, koń
+przeszedł w wolnego stępa...
+
+W ciszy wieczornej, do uszu Krasnostawskiego dochodziły wyraźnie słowa i
+śmiechy idącej łączką pary.
+
+Młody człowiek, uderzywszy gniewnie konia butami i spicrutą, pochwycił
+cugle, i pomknął dalej...
+
+- Że też im nigdy nie zbraknie tematu do rozmowy! - mruknął.
+
+Obecność ciągła Topolskiego przy Oli gniewała niepomiernie młodego
+plenipotenta. Znał on, jak wiadomo, dzisiejszą dziedziczkę Gowartowa od
+lat blisko dziesięciu. Dziewczęciem jeszcze podobała mu się ona bardzo.
+
+A potem?.. Wszak pamięta doskonale tę chwilę, gdy dowiedział się on od
+starego Gowartowskiego, że Ola uciekła z Dzierżymirskim... Dziwnego,
+och, niepojętego dlań nawet, na razie doznał wówczas wrażenia! Po
+śmierci zaś pana Januarego i przyjeździe młodych, przypadek bardziej
+jeszcze zbliżył go do niej, a było nim powtórzenie zbolałej córce
+dosłownie ostatnich chwil ojca i słów jego, pełnych przebaczenia...
+
+Fakt ten, na pozór drobny, stał się jednak dla Krasnostawskiego wysoce
+poważnym, postawił go bowiem wobec nowych chlebodawców na przyjaznej,
+poufałej niemal stopie, i takim dotąd bez zmiany pozostał.
+
+Co rok, gdy Dzierżymirscy przyjeżdżali do siebie na wieś, pierwszy witał
+ich na progu Krasnostawski, bywając potem zawsze stale co dzień niemal w
+Gowartowie... Dzierżymirscy traktowali go, jak równego im zupełnie,
+naturalnie, uprzejmie przyjmowali zawsze - bez różnicy, o każdej dnia
+porze, ze względu zaś na dobre wychowanie jego, i wspomnienie, iż do snu
+wiecznego zamknął był Gowartowskiemu powieki, uważano go nawet jakby za
+należącego do rodziny.
+
+Czuł się zatem młody pan plenipotent w pałacu, jak u siebie w domu,
+zastępował mu on strzechę rodzinną, której nie posiadał wcale i trwało
+tak rok rocznie przez kilka letnich miesięcy. Potem znów następowała
+dlań długa przerwa; - gospodarstwo, samotność, nuda i wyczekiwanie z
+upragnieniem chwili przyjazdu Dzierżymirskich! Powtarzało się to
+bezzmiennie przez lat ubiegłych parę, i przez czas ten cały stała się
+rzecz, której z łatwością domyśleć się można było...
+
+Krasnostawski, dawniej Don-Juan wielkomiejski, jeszcze obecnie na wsi
+bałamucący wszystkie ładniejsze dziewczyny w okolicy - niepostrzeżenie,
+początkowo nie zdając sobie nawet wcale sprawy, zakochał się na zabój w
+swej pięknej, młodej dziedziczce i pani...
+
+Łatwe sercowe zdobycze pomściły się na lekkomyślnym panu plenipotencie.
+Miłość prawdziwa, silno powaliła go już w drugim roku pobytu u
+Dzierżymirskich.
+
+Zabrała mu serce kobieta, dla niego całkiem, i rzec można, na zawsze,
+niezdobyta, niepochwytna nawet, ze względu warunków służebnej różnicy
+położenia jego w ogóle z jednej strony, a z drugiej - z powodu
+charakteru Oli, jak się zdawało, bez skazy, niezłomnych jej zasad, oraz
+bezgranicznej, niezmiennej, a dotąd jedynej - miłości jej dla męża.
+
+Przebolał zatem Krasnostawski wiele, lecz zapanował nad sobą. Nikt nie
+zbadał dotychczas tajemnicy jego serca, nawet "ona."
+
+A dziś, uczucie drzemiące i ukryte na dnie duszy przed sarkazmem ócz i
+języków ludzkich, przeobraziło się już było w prawdziwy kult...
+Codzienny gość Gowartowa, Krasnostawski, poza obowiązkami, żył
+"prawdziwie" w dniu godzin tylko kilka, t.j. tych parę właśnie, podczas
+których obcował z Olą, młoda kobieta zaś stanęła w duszy jego, nie
+złożonej, nieprzesubtelnionej, lecz szczerej, pięknej i prostej - na
+piedestale świętości prawdziwej! Krasnostawski modlił się niemal do
+Oli!..
+
+I oto teraz przyszło mu cierpieć podwójnie: dotąd odbierała mu
+ubóstwianą konieczność życia, w postaci męża... - Dziś przy boku jej się
+zjawił inny... Krasnostawski znienawidził pana na Szczęsnej...
+
+Zazdrość, ta miłości siostrzyca, pochwyciła go w swe szpony krogulcze,
+dręcząc bez litości... Mękę tę zaś powiększało jeszcze poczucie własnej
+niemocy.
+
+Myśląc o tem po raz setny, Krasnostawski pędził wciąż szybko, nagląc
+niemiłosiernie spicrutą wierzchowca.
+
+- Sługą jestem i na wieki sługą zostanę!.. Psie życie, psie!.. - rzucił
+głośno z goryczą obszarom, śniącym w mroku. - On mi ją weźmie, pokala,
+ja to czuję, przeczuwam!.. Lecz co czynić mam, co robić? - wołał do
+siebie wzburzony przyjaciel, domownik pałacowy Dzierżymirskich. -
+Zastrzeliłbym go, to lisiątko! - mruknął ciszej.
+
+W tej samej chwili koń się potknął, Krasnostawski ściągnął instynktownie
+cugle, i począł jechać wolno.
+
+Wokoło niego, otulony szarzyzną mroku, kołysał się step mały, wysoka
+trawa łechtała mu opuszczoną w dół siodła rękę. W oddali rysowały się
+już cienie folwarku Tomaszówki, tak zwanej ukraińskiej fermy, złożonej
+tylko z toku, to jest: stodół, spichlerza, paru jeszcze zabudowań
+gospodarskich, i jego własnego, niskiego, mieszkalnego domku -
+królujących w cieniu kilkunastu drzew wśród pól i łanów szerokich.
+
+Krasnostawski zdjął czapkę i przetarł chustką czoło. W krąg niego latały
+tysiące muszek małych, brzęczały żałośnie roje komarów; bąk grał gdzieś
+w moczarach, a przepiórka zabłąkana, wędrująca jeszcze po polach,
+odzywała się gdzieś nieśmiało samotna...
+
+Przejechawszy wolno kawałek stepu, Krasnostawski puścił się znów poprzez
+bodziaki i trawy szybkiego nader, tak zwanego szłapaka. Prychając
+nozdrzami, czując stajnie blisko, pomknął kasztan ochoczo. Pędem
+powietrza i końskiego biegu, wysokie trawy zakołysały się trwożnie -
+zaszumiało na stepie...
+
+Lecz oto po chwili wierzchowiec skoczył w bok gwałtownie: to układający
+się już do snu błogiego zając pomknął mu chyżo spod nóg i znikł w
+wieczornym mroku... Niebawem jeździec z koniem wpadli na trakt szeroki.
+
+- Zginie mi Ola moja ubóstwiana, najdroższa!.. A szkoda - szkoda! -
+szeptał do siebie podniecony Krasnostawski.
+
+- Co czynić? jak przeszkodzić temu? - huczało mu dalej w głowie.
+
+Lecieli wciąż... Domostwa Tomaszówki stawały się coraz wyraźniejsze,
+bliższe... Wyminął ich wóz; jadący w przeciwną stronę, chłop pokłonił
+się nisko, lecące za wozem źrebię przyłączyło się do wierzchowej klaczy
+Krasnostawskiego.
+
+- Ksiou, ksiou, ksiou! - zawołał chłop przeciągle: źrebczyk zastrzygł
+uszami, prychnął i zawrócił galopem.
+
+- Ach, czemuż, czemuż nie wolno mi kochać ciebie, najdroższa? - wyrzucił
+z siebie Krasnostawski wymówkę, pełną goryczy. - Ja bym cię ozłocił,
+klęczał przed tobą - zmiatał proch u stóp twoich!..
+
+Jeździec z koniem, jak huragan, wpadli we wrota i na dziedziniec małego
+dworku. Zatrzymali się... Krasnostawski zeskoczył z kasztanka i huknął
+donośnie.
+
+Niebawem zjawił się wyrostek, w rozchylonej koszuli, boso, odebrawszy
+wierzchowca, znikł z nim pomiędzy strzechami podłużnych budynków; młody
+człowiek zaś, szepcąc jeszcze smutnie coś z cicha do siebie, schyliwszy
+głowę, wszedł do wnętrza małego, krytego słomą dworku.
+
+Odemknął drzwi kluczem, a przestąpiwszy próg, zatrzasnął je z hałasem. W
+ślad za tem potarł zapałkę, a zapaliwszy lampę, zbliżył się do biurka,
+stojącego pod oknem, wśród skromnie umeblowanej izby, wybielonej, z
+niskim sufitem, o dużych wystających u pułapu belkach.
+
+- Nie mnie, marnemu pionowi, marzyć i kochać, nie mnie!.. Do pracy,
+sługo, płacą ci za to! -szepnął Krasnostawski, z bezmierną goryczą.
+Rozłożywszy jednocześnie na stole olbrzymią rachunkową księgę, umoczył
+pióro w kałamarzu i usiadł ciężko przed biurkiem.
+
+Cisza zaległa pokoik. Przerywał ją tylko szelest papieru i zgrzyt
+donośny stalki w obsadce - czasami zaś akordem w tę muzykę milczenia i
+pracy wplotło się z rzadka stłumione westchnienie ciche.
+
+-------------
+
+
+Ukraińskie lato upalne dobiegało końca, zanikało, wypierane jesienią
+wczesną, w tym roku piękną bardzo - przezroczą...
+
+Życie w Gowartowie płynęło cicho, a dnie mijały tutaj za dniami,
+wszystkie bez zmiany niemal bardzo do siebie podobne. Ładyżyński zatem
+tak samo zawsze szyderczy z marszałkową się sprzeczał i rozmyślnie
+przeszkadzał flirtowi Oli z Topolskim... Krasnostawski, tłumiąc w sercu
+ból, żal, gorycz i zazdrość, przyjeżdżał tu jak zwykle, co dzień, a
+bawiąc w pałacu coraz krócej, po partyjce bilardu z panem Emilem,
+uciekał do swej wśród pól samotni.
+
+Czasem zajrzał do Gowartowa ktoś z dalszych, lub bliższych sąsiadów, i
+jak to bywa zazwyczaj na wsi, zjeżdżając całym rodzinnym taborem, na
+godzin kilka rozgaszczał się w pałacu. Dom cały naturalnie zniewolonym
+był być na usługi gości, działo się to jednak zawsze ku wielkiemu
+zmartwieniu Ładyżyńskiego. Bywalec eleganckich miejskich salonów, zły
+chodził wówczas z kąta w kąt, ziewając skrycie i pokpiwając nieznacznie
+z przybyłych w gościnę; sąsiadów Gowartowa nie lubiał bowiem pan Emil i
+z góry stale traktował, ochrzciwszy wszystkich ryczałtowo mianem
+"serwatki towarzyskiej"...
+
+W niedzielę wszyscy z pałacu jeździli do kościoła - w tygodniu, dla
+ubarwienia jednostajnego skądinąd życia, oddawano sąsiedzkie wizyty...
+Pan Emil wtedy zostawał zawsze w domu, a namawiając panie, by jechały,
+starał się zwykle wybrać na to dzień, w którym spodziewał się odwiedzin
+Topolskiego.
+
+Hrabia ze Szczęsnej, przyjeżdżający teraz, regularnie, co drugi dzień
+prawie, stawiał się wówczas niezmiennie. Ładyżyński, uśmiechnięty
+złośliwie, przyjmował go z otwartemi ramiony, do karamboli natychmiast
+werbował, nic najczęściej przy tem nie mówiąc o wyjeździe pań, wymijając
+zręcznie jego pytania w tym względzie. Dopiero później, po partyi,
+wychodził na chwilę, wracał, i spokojnie oznajmiał mu o tem, mniej
+więcej w ten sposób: "Wszak hrabia kochany o panie mnie się pytał? n'est
+ce pas? Pardon... na śmierć zapomniałem... wyobraź pan sobie, wyjechały
+przed godziną na spacer, pewny byłem... A tu, concevez... Dowiaduję się
+właśnie, iż palnęły sobie wizytkę!.."
+
+Topolski rad nie rad niebawem odjeżdżał, pan Emil zaś, ironiczny,
+zjadliwej uprzejmości pełny, odprowadziwszy go do powozu - zacierał ręce
+z radości.
+
+Pomimo jednak usiłowań zręcznych Ładyżyńskiego, stosunek Topolskiego i
+Oli zacieśniał się coraz bardziej; przyjaźń fermentowała już, potęgowała
+zaś stosunek ten przedłużana coraz bardziej nieobecność
+Dzierżymirskiego, od którego, po liście oznajmiającym wyjazd do
+Medyolanu - nie było zgoła żadnej wiadomości.
+
+Był wieczór letni, kojący, cichy...
+
+W pałacu gowartowskim zgaszono już wszystkie światła, prócz jednego - w
+jadalni, gdzie marszałkowa przeglądała świeże gazety. Niebawem
+odłożywszy je na bok, ze zmęczonych oczu staruszka zdjęła okulary, a
+przetarłszy powieki, powstała i skierowała się ku balkonowi.
+
+Tam, wziąwszy w rękę laskę, zeszła do ogrodu, zagłębiwszy się w jedną z
+cienistych alei.
+
+Ola, Topolski i nieodstępny ich satelita, pan Emil, używali przejażdżki
+łódką po stawie, w tą stronę więc skierowała kroki marszałkowa. Wkrótce
+przed nią zaszkliła się tafla stawu, staruszka usiadła na ławeczce i
+posłała spojrzenie w dal...
+
+Do uszu jej jednocześnie, w wieczornej ciszy wyraźna, doleciała pieśń,
+śpiewana zgodnie silnym męskim tenorem Topolskiego i cieniutkim sopranem
+Oli, z przeciągłem do wtóru gwizdaniem pana Emila. Barka znalazła się
+niebawem pośrodku stawu. Pieśń, urwana nagle, zcichła, marszałkowa
+krzyknęła, jak tylko mogła najgłośniej: - Hop!.. hop!..
+
+- By... waj! - odpowiedział natychmiast pan Emil, rozległy się szybsze
+uderzenia wioseł, plusk wody i łódź chyżo kierować się poczęły ku
+brzegowi, Ładyżyński po chwili przyłożył do oczu rękę i krzyknął;
+
+- Per Bacco! Wszak to pani marszałkowa!..
+
+- O, ciociu! Czemuż cioteczka przyszła aż tutaj? Jakże można... wilgoć
+ze stawu, opary niezdrowe! - rozległ się z kolei cieniuchny głosik Oli.
+
+- Nic, dziecko, nie szkodzi... Posiedzę sobie, taki śliczny i ciepły
+wieczór... Jedźcie, jedźcie, jak się zmęczę, to powrócę! - odkrzyknęła
+pani Melania.
+
+- E, cóż znowu? - zagrzmiał basem Ładyżyński. - I my wracamy. Księżyc
+zresztą dziś niecnota nie dopisuje i chowa się ciągle... Naprzód!.. -
+zakomenderował donośnie.
+
+- Nieprawdaż? - dodał ciszej, zwracając się ku siedzącej w łódce młodej
+parze.
+
+- Ależ naturalnie! - potwierdziła szybko Ola, widząc, iż Topolski milczy
+dyplomatycznie. - Cioteczka zaziębi się, jak ją pozostawimy tu dłużej, a
+sama do domu tak rychło nie pójdzie...
+
+Po chwili, łódź stanęła u brzegu. - Ciotuniu, jesteśmy.. - żywo
+krzyknęła Ola, i wysiedli wszyscy.
+
+Topolski z Olą poszli naprzód, pan Emil zaś pozostał, systematycznie
+ułożywszy wiosła i zamknąwszy na klucz kłódkę u łańcucha,
+przytwierdzonego do barki, poczem zapalił z wolna papierosa.
+
+- Pa -nie E - mi - lu! Wra -ca - my! - rozległ się z góry, na brzegu,
+wołający głosik Dzierżymirskiej.
+
+- Idę, idę! - odpowiedział w ten sam sposób Emil, nie ruszył się jednak
+wcale. Po chwili warknął do siebie półgłosem:
+
+- O, nie podoba mi się coraz więcej ten farbowany na hrabicza! Lecz
+swoją drogą pozycya moja tutaj jest w zupełności idyotyczną...
+Marszałkowa, jak ślepa: nic nie widzi; on, wściekły, zębami na mnie po
+cichu zgrzyta ona się dąsa... Que diable! Nie byłem dotąd nigdy stróżem
+cnót młodych mężatek!..
+
+I Ładyżyński wzruszył ramionami, poczem z wolna skierował się ku
+pałacowi.
+
+Pozostała zaś trójka była już daleko. Topolski podawał kornie ramię
+marszałkowej, Ola szła obok niego - rozmawiali wszyscy żywo i wesoło;
+niebawem znaleźli się na werandzie i usiedli, zmęczeni nieco
+przechadzką.
+
+Topolski, zatrzymany i uproszony przez panie, zostawał na noc w
+Gowartowie, obecnie zaś namawiał Olę do zagrania na fortepianie.
+
+- Ale kiedy mówię panu - broniła się, śmiejąc, młoda kobieta, - że teraz
+właśnie czuje się niemożliwie usposobioną do muzyki... Upewniam pana, iż
+go boleć będą uszy!..
+
+- O, mnie nigdy! Chyba pana Emila? - odparł Topolski.
+
+Ładyżyński nie znosił muzyki. Nazywał ją zawsze "gnębicielką i pierwszym
+stopniem do histeryi i neurastenii."
+
+- Jeżeli nie dla mnie - nachylił się w tej chwili Topolski ku siedzącej
+obok Oli - to niech zagra pani dla pana Emila za to, że nam ciągle swem
+towarzystwem przeszkadzał...
+
+- Przeszkadzał?.. w czem? - spytała Ola, z uśmiechem i zalotnem
+błyśnięciem oczu.
+
+- Powiadają, iż przysłowia są mądrością narodów, a jedno z nich mówi
+pono: "mądrej głowie, dość..." i.t.d. Pani nie zrozumiała - to trudno.
+
+- Ha, ha, ha! - zaśmiała się Ola - zdrobnia pan przysłowia, stosownie do
+okoliczności, ale bogi odmówiły panu talentu rymowania. Ja szczerze
+zupełnie powiadam, iż nie zrozumiałam pana.
+
+- Honny suit, qui mal y pense. Lecz pozwolę; sobie tymczasem nie wierzyć
+pani...
+
+Rozmowa ta cała prowadzoną była półgłosem, tak, iż siedząca w przeciwnym
+rogu balkonu marszałkowa nie słyszała jej wcale. Odezwała się więc,
+przerywając:
+
+- Widzę, że na próżno pan Topolski cię prosi. Zagraj, Oluniu, zagraj,
+dziecko, w taki cichy wieczór ślicznie się wyda głos fortepianu.
+
+- No, jak cioteczka każe, to i owszem! - rzekła z uśmiechem Ola. - Ale
+czynię to tylko dla niej; avis au lecteur...
+
+Zwróciła się do Topolskiego, spojrzawszy mu prosto w oczy, poczem
+przestąpiła próg pokoju. Młody człowiek skłonił się, i powstawszy,
+podążył do salonu w ślad za nią.
+
+- Któż zbadał rzeczywistą pobudkę czynów kobiety? - szepnął dyskretnie,
+pochyliwszy się ku idącej.
+
+- Przepraszam! - zaśmiała się wesoło Ola - proszę wracać na balkon
+dotrzymać towarzystwa cioci Melanii, a zresztą - tu, siadając do
+fortepianu, uczyniła ręką ruch w stronę werandy - oto pan Emil...
+
+- A... więc pani jednak gra... dla niego - rzekł z wolna Topolski i
+posłuszny zawrócił.
+
+Ola nie odpowiedziała... Gamma tonów z pod jej palców zabrzmiała
+donośnie... Fantastyczna pieśń norweska odbiła się o echa parku i głębie
+śniące do stawu - namiętna, burzliwa, popłynęła w dal cichą pól i
+stepu...
+
+- Że też pani Ola nie ma litości nad ptaszkami, co śpią sobie w parku
+tak cicho. Gdy usłyszą bowiem parę podobnych fortepianowych trelików,
+ogłuchną do rana zupełnie. - odezwał się w tejże chwili ironiczny głos
+Ładyżyńskiego.
+
+- Cóż to pan, jak widzę, prócz ptaków tylko o sobie nie zapomina, a nas
+z panią marszałkową z żyjących wykreśla! - półżartem, półserjo odciął
+panu Emilowi Topolski.
+
+Ładyżyński nie odpowiedział; wszedłszy do nieoświetlonego salonu, gdzie
+grała Ola, odezwał się w ukłonie:
+
+- Wszak pani pozwoli, nieprawdaż?... Bym zagrał sobie prozaicznie, terre
+ŕ terre, w karambole sam ze sobą... Czy zgrzeszę bardzo?
+
+- Mais pas du tout, owszem... Staraj się pan karambolować w takt gry
+mojej; może tą drogą wreszcie nauczysz się pan kiedyś odczuwać muzykę...
+
+- O, dzięki ci, pani! - trzymając się za serce, skłonił się pan Emil i
+zadzwoniwszy na lokaja, kazał zapalić światła w bilardowej salce, a po
+chwili, cały zatopiony w grze, z pietyzmem wykonywać zaczął karambole.
+
+Pieśnią Schumana rzewną skarżył się cicho teraz fortepian, płakał,
+smucił się żałośnie... Ola grała pięknie, z techniką i uczuciem.
+Siedzący na balkonie Topolski łowił tony z lubością, przez grzeczność
+tylko prowadząc rozmowę z marszałkową i klnąc zarazem w duszy jej
+obecność, przeszkadzającą mu we flircie z Olą.
+
+Niebawem wybiła w ciszy domu godzina jedenasta. Staruszka, zmęczona snać
+całym dniem, powstała ciężko i rzekła:
+
+- No, słuchajcie tu sobie muzyki, moi panowie, ja zaś idę spać... A pan
+Emil gdzie - nie widzę go? - zapytała naraz.
+
+Topolski zauważył dawno, że Ładyżyński postukuje na bilardzie; nie chcąc
+jednak informować o tem marszałkowej, odparł szybko:
+
+- Och, nie, wiem. Wyszedł przed chwilą, wróci zapewne niebawem! - i na
+dobranoc - pocałował, z uszanowaniem, rękę staruszki.
+
+Marszałkowa, nic nie mówiąc, weszła do salonu i zbliżyła się ku
+fortepianowi.
+
+- Bonsoir, chérie! - rzekła, całując Olę w głowę.
+
+- Dobranoc, cioteczko! - zerwawszy się z krzesła uściskała marszałkowę
+Dzierżymirska; poczem pani Melania skierowała się wolno do swych
+pokojów.
+
+Znikła... Fortepianem wstrząsnęło gwałtowne intermezzo; do pokoju,
+tonącego w cieniach, cicho, jak kot, wsunął się Topolski.
+
+Usiadł na niskim foteliku obok Oli: -Nareszcie!.. - szepnął.
+
+- Nareszcie... Co? - ze spojrzeniem zalotnem, zapytała, nie odrywając
+paluszków od klawiszy.
+
+- Jesteśmy z panią sami...- dokończył Topolski zdanie. - I ten satyr,
+któremu tu tak wszystko wolno i uchodzi...
+
+Topolski urwał, a widząc, że Ola już otwiera usta by coś powiedzieć,
+wyrzucił z siebie szybko, czyniąc nieznaczny ruch ręką:
+
+- Och, wiem już z góry, co pani mi powie... Pan Emil - przyjaciel
+nieboszczyka ojca pani, druh marszałkowej, wreszcie zna panią od
+dzieciństwa. - Wszak to wszystko wiadomem mi jest doskonale... Co nie
+przeszkadza - ciągnął - iż denerwuje mnie ten pan do niemożliwości...
+Bo, np. dzisiaj: od rana nie pozwolił nam być chwilki nawet sam na
+sam...
+
+- Ho, ho, cóż to za gorycz i niezadowolenie! - zdziwiła się niby Ola, a
+usiłując nadać głosowi brzmienie twardsze, dodała: - Nie pojmuję
+zresztą, skąd te żądania uporczywe sam na sam i urojone jakby jakieś
+prawa...
+
+Nie dokończyła... Trel gwałtowny przebiegł, jak dreszcz, po klawiszach,
+spojrzenie zaś młodej kobiety, które dojrzał Topolski w półcieniu i
+blask jego, co, jak pieszczota, przesunął mu się po twarzy, zadały kłam
+wyraźny wymówionym przez Olę słowom. Topolski zapomniał o nich.
+Zapamiętał wzrok tylko i pokorny na pozór pochylił się ku rączce Oli.
+
+- Przepraszam stokrotnie!.. przepraszam!.. - i pocałował biegnącą po
+fortepianie białą rączkę, wychylającą się z fałdzistego rękawa - wyżej
+łokcia. - Przeprasza się niżej! - rzuciła żartobliwie Ola.
+
+- Ciemność winna temu... -- rzucił lekko Topolski.
+
+Milczenie parku i domu przerywały teraz tylko tony fortepianu, coraz
+namiętniejsze jakby, gwałtowne, burzą ognistego zapału i pragnień
+wstrząsające spokojną ciszą, oraz nerwami dwojga ludzi, słuchających tej
+orgii dźwięków rozpasanych, zamkniętych w złocone ramy artyzmu i
+techniki.
+
+Głos Topolskiego wkrótce przeszedł w szept przyciszony, pieszczotliwy,
+miękki. Z dala odzywało się jednostajnie, co sekund kilka, uderzenie kul
+na bilardzie zajętego wciąż karambolami pana Emila... I Topolski,
+flirtując tak dyskretnie z Olą, podsycającą półsłówkami słów jego
+igraszkę, od czasu do czasu wysyłał spojrzenie przelotne na wywiady, czy
+pan Emil przypadkiem nie wraca; lecz ten nie myślał o tem wcale.
+
+Widząc to, Topolski przysunął się bliżej do młodej kobiety. Ruch ten
+jednak zauważyła Ola i widać chęć przekorna sprzeciwienia się mężczyźnie
+przebiegła jej nagle przez główkę, bo odezwała się w tej chwili:
+
+- Chciałam właśnie, oto zagrać panu coś przepięknego, i zapomniałam...
+Masz tobie! - zatrzymała się. - Trzeba zapalić świecę! - dokończyła, z
+filuternym uśmiechem.
+
+- Ale, cóż znowu? - podchwycił Topolski. - Po raz pierwszy dostrzegam u
+pani - ciągnął niezadowolony widocznie - brak odczucia nastroju chwili
+danej... Tak mi miło było słuchać gry pani w tym właśnie półcieniu, tak
+znakomicie godzącym się z muzyką i ciszą wieczorną.
+
+Śmiech szczery Oli rozległ się w tej chwili. Zapaliła świece i rzekła
+swobodnie:
+
+- Cóż robić! widzi pan teraz, że wcale nie jestem doskonałością..
+Nareszcie pan sam empirycznie przekonał się o tem. A mówiłam tyle
+razy...
+
+Urwała, i otworzywszy nuty, dotknęła się ręką klawiatury.
+
+- Niedobra pani... - nadając głosowi brzmienie pociągające, łagodne,
+przemówił Topolski. - Niedobra! - powtórzył ciszej, i podniósł do ust,
+jej dłoń.
+
+- Z okazyi czego - zaśmiała się Ola.
+
+Topolski na pytanie wprost nie odpowiedział, lecz mówił dalej:
+
+- Rozwiała mi pani złudzenie! - umilkł na chwilę.
+
+Pytająco spojrzała nań Ola.
+
+- Tak jest - powtórzył mężczyzna - bo uwierzy pani, jak dziwnego
+doznałem wrażenia, gdy oto tak przed chwilą siedzieliśmy w zapomnieniu,
+ciszy, przy fortepianu dźwiękach - zupełnie sami...
+
+- No, ciekawam? Cóż panu się zdawało? - ironicznie nieco rzuciła Ola, a
+oderwawszy zarazem ręce od klawiatury na chwilę, słuchała, patrząc mu w
+oczy przeciągle:
+
+- Po prostu zdało mi się, iż jesteśmy mężem i żoną...
+
+- Tylko tyle? - zaśmiała się Ola złośliwie. - No, po prologu
+spodziewałam się czegoś nadzwyczajniejszego przyznaję! - dorzuciła
+lekko, a odwróciwszy spojrzenie, ułożyła zeszyt nut na stalugach
+fortepianu, i znów grać poczęła, tym razem coś smętnego, kojącego jakby
+- pełnego cichej tęsknoty...
+
+- Co to jest? - zżymnął się w duchu Topolski, rozgniewany: - Że też ta
+kobieta zawsze zbije mnie z pantałyku! - Nie wiedział po prostu, co
+mówić dalej muzyka zaś jednocześnie łagodna, płynąca
+miękko z pod palców kobiety, nerwową, drażliwą naturę jego nastrajała
+dziwnie na nutę, wręcz przeciwną słowom, jakie same cisnęły mu się do
+ust przed chwilą...
+
+- Jednak, jak ona, niecnota, zna mnie, dobrze! - zauważył jeszcze w
+myśli, spojrzawszy z pod oka na Olę, która, z błąkającym się w kącikach
+ustek uśmiechem, grała właśnie, z uczuciem, coraz, subtelniejszem,
+miękkszem, aż fortepian martwy skarżyć i płakać się zdawał.
+
+Po chwili, Topolski przemówił znowu, głosem jednak już całkiem innym,
+niż poprzednio:
+
+- Pani się śmieje, tymczasem to, co mówię, wszak takie naturalne...
+
+- Na - tu - ral- ne! - przedrzeźniła lekko Ola. - Ha - ha - ha! -
+zaśmiała się - vous ętes incomparable!..
+
+- Permettez! - przerwał porywczo nieco mężczyzna - niech skończę...
+
+- Ależ słucham, słucham od kwadransa, et vous n'en finissez pas. Więc,
+jakież ultimatum?
+
+- Bardzo proste. Odczuwamy się z panią wzajemnie, rozumiemy, jak rzadko
+kto może... Dusze nasze - to jakby niewidzialny kamerton, który, za
+uderzeniem myśli, uczuć nam wspólnych, brzmi zawsze jednakowo... A mąż i
+żona przecież, poza...
+
+- Ha, ha, ha.. .- urwała przezornie O1a. - Otóż mylisz się pan zupełnie,
+bo ja, na przykład teraz, nic, ale to nic pana nie rozumiem...
+
+A zresztą - kończyła, powstawszy szybko od fortepianu - en voilŕ
+ascez... - zamknęła fortepian. - Żal mi pana Emila, który pewnie już
+darować mi nie może, że gram tak długo, bo oto właśnie nadchodzi..
+
+- A bodajżeś! - zgrzytnął szeptem Topolski i zerwał się śpiesznie,
+począwszy odruchowo układać niby porządnie nuty na etażerce.
+
+- Silence a mon approche - quelle galanterie, madame, de votre part!..
+Podziwiam, zaiste! - odezwał się na progu pan Emil, w ukłonie, a
+zwracając się ku zmieszanemu pomimowolnie Topolskiemu, rzucił, z ukrytym
+sarkazmem:
+
+- Czy to... może panu zawdzięczam?..
+
+I podtrzymywana przez Ładyżyńskiego głównie, popłynęła przez czas krótki
+jeszcze rozmowa ogólna, poczem panowie powiedzieli Oli dobranoc i
+rozeszli się, pozostawiając ją samą. Zapalone przy fortepianie świece
+rzucały teraz na salon migocące światło, lekki zefirek kołysał ich
+płomień z lekka, poruszał firanki i portyery... Ola skierowali się ku
+werandzie, i oparłszy o balustradę, zadumała się głęboko.
+
+- Co to jest, co się z nią dzieje? - myślała. Od wyjścia za mąż, od lat
+sześciu kochała dotąd niezmiennie Romana tylko, choć bezustannie
+ocierała się o dziesiątki nadskakujących jej mężczyzn, na żadnego jednak
+uwagi nie zwracała nawet. I dopiero teraz, teraz!..
+
+Ujęła głowę w rozpalone dłonie i ścisnęła niemi skronie...
+
+Ten Topolski działa na nią w sposób iście niezwykły. Tak ją odczuwa, tak
+dobrze rozumie, tak rozzmysławia po prostu umiejętnie prowadzoną grą
+intrygi, flirtu - tak pociąga ku sobie nieprzeparcie!... Ten jego
+ujmujący, niezwykły jakiś i zwodniczy wdzięk osobisty, którym tchnąć się
+zdaje postać jego cała, zwycięża ją coraz natarczywiej, uparciej...
+Broni się przed nim, w żart jego słowa obraca, a jednak ona, Ola, czuje,
+że jeśli tak samo potrwa jeszcze dłużej, kto wie, czy zdoła oprzeć mu
+się?..
+
+Och, gdybyż przynajmniej Roman przybył już prędzej, gdyby! A tu sama
+walczyć musi!.. Jeden Ładyżyński tylko po swojemu broni ją przed "nim" i
+przed nią samą...
+
+I Ola przy ostatniej powyższej myśli podnosi zwolni głowę, a pociągnięta
+kojącą ciszą parku i światłem drżących promieni księżyca, schodzi z
+balkonu i zapuszcza się samotna w cienistą ogrodową aleję.
+
+Na piasku cień jej rysuje się mały i kroki rozlegają się donośnie; przez
+liście niebieskawo-srebrne plamy światła ścielą się u jej stóp
+dyskretnie, ukazują się, to znów nikną...
+
+- Kocham go, kocham,.. i pragnę! - szepce Ola. - A on?
+
+- Czyż można nawet wątpić o tem? - odpowiada samej sobie. - Przyleci na
+jej pierwsze skinienie, gdyby tylko... zechciała...
+
+Zechciała? - Ola przeciera czoło dłonią i czuje, jak krew młoda igra jej
+w żyłach nieposłuszna, jak pragnienie poziome, zmysłowego użycia,
+rozkoszy - nieprzeparte, silne ją samą ogarnia wszechpotężnie.
+
+Idzie coraz wolniej, coraz bardziej pogrążona cała w myślach i
+wewnętrznej walce.
+
+Doszedłszy do końca alei, Ola zawraca machinalnie, kierując się ku
+domowi.
+
+- Romanie!.. Romciu... wybacz mi! - szepce, kładąc załamane rączki na
+rozpalone czoło. - Przyjeżdżaj i obroń mnie!.. Obroń! - woła
+rozpaczliwie, czując burzę w piersi, rozsadzanej uczuciem, pragnieniem i
+rozterką!
+
+Broniła się dotąd, ale teraz czuje, iż siły jej zbraknie na pewno...
+Ileż godzin w dniu samotnych, ile nocy bezsennych, przemyślała,
+przecierpiała w walce z pokus drażniącą, z sercem, wyobraźnią, duszą
+całą, - rwącemi się do ukochanego mężczyzny - w jego ramiona, które
+czekały tylko jej skinienia, by ją opleść pieszczotą - unieść w krainę
+miłości i rozkoszy!..
+
+- Marzenia! Ona nie ulegnie!..
+
+- Nigdy, przenigdy! - szepce Ola, spowiada się przed zasłuchanemi,
+cichemi drzewami parku. - Tylko ty, Romanie, ty, co po raz pierwszy w
+życiu otworzyłeś mi ułudę miłości, szczęścia, ty, którego dotąd ponad
+życie kochałam - przyjedź, ratuj mnie, swą obecnością wesprzyj!!!
+
+Ola już jest w pobliżu pałacu.
+
+- Nigdy cię nie zdradzę!.. nie zapomnę obowiązku... nigdy! - szepce po
+raz wtóry jeszcze i z żywo bijąca w arteryach krwią - wzburzona cała, z
+ostatnim wyrazem "nigdy" na ustach, wstępuje po schodkach pałacowego
+skrzydła. Daleka myśli od szczegółów drobiazgowego życia - zapomina o
+pozostawionych w salonie światłach - o wszystkiem i skrzypnąwszy
+drzwiami, znika za niemi.
+
+W ciszy uśpionego już domu, gdzieś, w dali, wydzwania tymczasem po
+chwili godzina dwunasta.. Kwadranse mijają stopniowo, a noc letnia, w
+milczeniu przyrody całej, woniami swemi miarowo oddychać poczyna...
+
+W salonie pałacowym dopalają się powoli świece u fortepianu, płomienie
+ich drżą bezustannie od nocnych powiewów, oświetlając fantastycznie
+pokój cały; czasem wpadnie tu znienacka księżycowy promień - i złagodzi
+swym blaskiem żółte świec płomyki...
+
+I trwa to tak dość długo jeszcze...
+
+Nagle jednak drzewa parku szumieć poczynają wraz głośniej, księżyc
+gdzieś ginie, przepada, chmurki zaś drobne pokrywać zaczynają coraz
+gęściej niebo dotąd pogodne... I zefirek leciutki, wpadłszy do salonu
+przez balkonowe drzwi, hulać po nim zaczyna...
+
+Jeden płomyczek u świec gaśnie, drugi w pobliżu okna pali się wciąż,
+dygocąc...
+
+Swawolny wietrzyk tymczasem wzdyma teraz firanki, a podrzuciwszy jedną z
+nich, nakrywa nią płomień świecy przy stojącym obok okna fortepianie i
+jakby pragnąc przypatrzeć się swej psocie, nagle przestaje powiewem
+poruszać wszystko dokoła!..
+
+Stopniowo firanka zapala się z wolna; płomień obejmuje ją pieszczotliwie
+w swój uścisk gorący...
+
+Wpada znów podmuch zefiru. I płomień idzie w górę zwycięski, zapala
+lambrekin. Minut kilka... Okienne ramy już płoną złocistym ogniem, z
+trzaskiem przełamują się po chwili, szyby pękają znienacka, i wszystko
+to razem upada na ziemię. Dywan puszysty kopcić poczyna... Od firanki
+zajęły się rozrzucone na pianinie nuty, drobiazgi...
+
+Wietrzyk, jak szatan złośliwy, dodaje tymczasem animuszu płomieniom,
+przyspiesza pochód ich po salonie...
+
+Ogniste węże obejmują już niebawem w śmiertelny uścisk fortepian, skarży
+się on żałośnie... Meble pękają od gorąca - dym, żar, napełniają pokój
+cały, kobierzec już płonie - posadzka pod nim trzeszczeć zaczyna!..
+
+Wiatr ustaje tymczasem, chmurki stopniowo rozchodzą się jak przyszły,
+rozpraszają... Sierp księżyca ukazuje się znowu, i zagląda ciekawie do
+wnętrza pałacu...
+
+Wśród ciszy śpiącego domu pali się już teraz cała prawa strona salonu;
+drzwi przymknięte od sąsiedniej jadalnej sali, pod naporem ognia, walą
+się, z trzaskiem - w tejże chwili hufiec płomieni wsuwa się podstępnie
+do innych, przyległych komnat...
+
+Nikt nie spostrzegł jeszcze w pałacu ognia. Cicho.
+
+W pokoju, na pierwszem piętrze, śpi smacznie Topolski, a uśmiechnięty,
+rozmarzony, śni zapewne o Oli.
+
+Mija jeszcze z kwadrans. W komnacie rozlega się nagle trzask silny, w
+ślad za tem podłoga wstrząsa się...
+
+Topolski budzi się, a ledwo otworzywszy oczy, kaszleć zaczyna: coś dusi
+go, w oczy się wżera...
+
+Zrywa się wystraszony i przytomnieje natychmiast. Instynktownie otwiera
+okno...
+
+- Co to, na Boga, co to? - przenika mu jednocześnie mózg pytanie. Patrzy
+w dół przez okno - księżyc świeci, śpi wszystko!.. Słucha... Włosy jeżą
+mu się na głowie, zapala świece, i widzi siebie w obłokach dymu.
+
+- Pożar!.. - świta mu w głowie. Niepewny jeszcze, ubiera się
+pośpiesznie, parę chwil zaś później jest już na korytarzu - za
+drzwiami...
+
+Dymu wszędzie pełno. Echo łoskotu płomieni na dole dochodzi tu
+wyraźnie... Poza tem wszędzie panuje milczenie zupełne...
+
+- Na Boga, czy Ola śpi? - nikt snać o ogniu nic jeszcze nie wie! -
+przemyka przez umysł młodzieńca. Chce krzyknąć: - Ogień, gore! - waha
+się...
+
+Staje strwożony... Może jemu tak tylko się zdaje?.. Po sekundzie
+namysłu, rzuca się jednak na lewo, ku schodom, i biedz na dół zaczyna..
+
+- Ola... Ola!.. - szepce półgłosem, pomny i tylko najdroższej sercu
+istoty, i znalazłszy się na dole, skręca gwałtownie w prawo, ku pokojom
+pani domu...
+
+Po omacku, przewracając meble, biegnie Topolski przed siebie, jak
+nieprzytomny...
+
+We względnej ciszy, towarzyszy mu tylko coraz wyraźniejszy odgłos
+palącego się pałacu...
+
+Nagle rozjaśnia się przed nim krwawo-złotą plamą przestrzeń ciemna
+pokoi, głuchy zaś łoskot, połączony z sykiem i świstem, odbija się
+donośnie..
+
+To płomienie wdarły się już do sąsiadującego z sypialnią Oli buduaru...
+Odblask ich oświeca jaskrawo białe drzwi, prowadzące doń... Topolski na
+ten widok, korzystając z wolnego jeszcze od ognia, miejsca, rzuca się
+gwałtownie ku nim. Słucha...
+
+Do uszu jego dolatują jakieś wołania, krzyki:
+
+"Gore, gore! pali się... Ratunku! ratować!.. Bywaj!" - krzyczą teraz
+zewsząd zapamiętale, rozpaczliwie jakieś głosy, a pod samym domem
+rozlega się równocześnie przyspieszona bieganina, tupot licznych kroków
+ludzkich...
+
+- Już alarm dany - to dobrze! - czyni sobie w duchu Topolski uwagę i
+odruchowo wchodzi do sypialni Oli, zamknąwszy drzwi za sobą.
+
+Tu jeszcze cicho... Nocna lampka mdłem tylko światełkiem oświeca
+komnatę; księżycowy promień drżący ściele się po ścianie i łożu, na
+którem leży Ola, pogrążona we śnie spokojnym.
+
+Z pod kapy lekko narzuconej, unosi się jednostajnie pierś młodej kobiety
+i rysują wdzięcznie kształty ciała...
+
+Pomimo grozy położenia, Topolski zachwytu powstrzymać nie może. Chwilę
+stoi nieruchomy...
+
+Huk tymczasem jakiegoś mebla, pękającego, pod naporem ognia, odgłosem
+swym budzi Olę... Strwożona, zrywa się, zrzuca kapę, i w bieliźnie
+nóżkami bosymi, dotyka ziemi...
+
+Jednocześnie dym napełniać sypialnię poczyna, a przez dolną szparę u
+drzwi wciska się przemocą, niby wąż jadowity, krwawe pasemko ognia...
+Ola rzuca okrzyk strasznej trwogi, i wcale nie widząc jeszcze
+Topolskiego, porywa stojący na małym stoliczka dzwonek i rozpaczliwie
+dzwonić poczyna...
+
+Topolski, widząc i słysząc to wszystko, szybko otwiera na ścieżaj okno i
+rzuca się ku Oli... Ona spostrzegła go właśnie...
+
+- Co to?.. Pan tu?.. O, jakżeż można!.. i Ola zarumieniona milknie, a
+wstyd zarazem staje się silniejszym od trwogi, bo ruchem nagłym obwija
+się fałdami porzuconego obok na krześle szlafroczka...
+
+Huk ponowny tymczasem wstrząsa murami pokoju. Ogień zwycięzca wkracza
+jednocześnie w komnaty, drzwi pękają i płoną! Topolski porywa drżącą ze
+strachu i wstydu młodą kobietę w swe silne ramiona.
+
+- Co... to?.. Co... to?.. - szepcze Ola jeszcze, z lękiem... Mężczyzna
+pragnie coś odpowiedzieć, lecz w tejże chwili, z łoskotem i chrzęstem,
+wpadają do sypialni drzwi roztrzaskane, a ziejąca paszcza płonących
+komnat pałacu ukazuje się, jak na dłoni, w całej swej grozie i
+majestacie...
+
+Jednocześnie rozlega się przeraźliwy krzyk kobiecy!..
+
+To zbudzona dzwonieniem swej pani, śpiąca w sąsiednim pokoju służąca,
+wołaniem, błaga o pomoc!
+
+W sypialni zaś już nie ma nikogo. Wyskoczywszy zręcznie oknem, Topolski
+stoi teraz w parku i obrzuca spojrzeniem płonący pałac. Widzi w oddali
+ludzi kilkanaście, ekonoma, parobków i służbę dworską, a w dali
+zapomnianą przezeń całkiem sylwetkę marszałkowej...
+
+W śród gwaru słyszy zarazem donośny głos pana Emila: "Hej! hej! ludzie,
+tu! do mnie!! - woła energicznie. - Ratować młodą panią!!.. W rogu
+dworu!! prędzej!!!"
+
+Słuchając tego rozkazu, kilku ludzi natychmiast odrywa się do ogólnej
+gromadki sług i lecieć poczyna ku pokojom młodej dziedziczki - ku
+niemu!..
+
+Wystraszona płomieniem i krzykiem Ola zarzuca równocześnie Topolskiemu
+na szyję swe nagie ramiona! On, wstrząsnąwszy się pod tem dotknięciem,
+porywa się nagle z miejsca, jak szalony, i mknie chyżo w ogród... Krew
+gorąca, młoda, grać w nim poczyna... Zapomina o wszystkiem, prócz
+tulącej się do jego piersi kobiety i ucieka dalej i dalej...
+
+Do uszu jego dolatują wołania coraz cichsze, okrzyki!.. Topolski biedz
+nie przestaje ku znanej sobie altanie, położonej na końcu ogrodu.
+
+Prowadząca do niej aleja parku rozbrzmiewa echem gwałtownego jego biegu,
+szeleści mu nad głową liści pogwarem.
+
+Z zarzuconemi na szyję mężczyzny ramionami, tuli się wciąż ku niemu, jak
+powój wiotkie ciało Oli... Topolski, dotąd zapatrzony wciąż w
+przestrzeń, opuszcza naraz głowę i wzrokiem pieści chwilę trzymaną w
+uścisku kobietę...
+
+Oczy jej przymknięte - zemdlała!..
+
+Topolski zatrzymuje się. Z miłością bezbrzeżną, pragnieniem, spogląda
+ciągle na Olę... Krew uderza mu nagle do głowy!..
+
+- Mój ty skarbie najdroższy!.. moje ty wszystko!.. - szepce drżącemi
+usty, i jak szalony, całować, pieścić poczyna jej wargi, oczy i ciało!..
+
+W kilka minut później, dopada cienistej altany i niknie, ginie w jej
+głębiach... Niedyskretny, ciekawy wsuwa się za nim księżyc blady, a
+kopuła altany, mieniąc się od jego promieni, drży leciutko -
+tajemnicza...
+
+W dalekim zakątku parku znów cicho...
+
+. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
+
+Koło płonącego pałacu natomiast ruch panuje nie do opisania.
+
+Co chwila od pobliskiego stawu i z powrotem pędzą galopem konie, wiozące
+beczki z wodą; wszystkie miejscowe sikawki są w ruchu, dyrygujący zaś
+parobkami i służbą ekonom Gowartowa kręci się, jak mucha w ukropie,
+krzyczy, gniewa się, rozkazuje...
+
+Mężczyźni zalewają wodą dach, płonące belki, wdrapują się na piętra,
+wyrzucają oknami nietknięte jeszcze przez ogień pałacowe meble. Zbudzone
+wiejskie kobiety, w ponarzucanych płachtach i koszulach, przypatrują się
+bezmyślnie pożarowi, gwarząc z cicha pomiędzy sobą, lamentując,
+złorzecząc...
+
+Grupa ich wystraszona rzuca się nagle w bok, z okrzykiem...
+
+To przelękniony hałasem i płomienistą łuną, pędzi wprost na nie kary,
+półkrwi arabskiej, ogier, wyrwawszy się z pozostawionej bez opieki
+stajni.
+
+Ucieka strwożony, błędny... Wyminąwszy zaś rozpierzchłą gromadkę, umyka
+przed ogniem i ludźmi do parku, budząc jego drzemiące cisze przerażonem
+rżeniem.
+
+Jednocześnie na czele kilkunastu tomaszowieckich fornali, wpada przez
+bramę, z impetem, Krasnostawski, a z przybyciem jego wszystko wre
+dokoła, ze zdwojoną energią.
+
+I oto niebawem krwawa ściana ognia, wzbijająca się ku niebu, miejscami
+złocista, tam znów, niby krepą, przesłonięta czarnym gryzącym dymem,
+zaczyna zniżać się, zmniejszać powoli... Już obecnie huk pożaru coraz
+częściej przerywają syki gasnących płomieni - opanowany nieco żywioł
+mniej groźnym się staje, pokornieje, cichnie...
+
+Lewe podłużne i największe pałacowe skrzydło pali się jeszcze, płomień
+nadal zwycięsko sieje tam zniszczenie, prawą stronę jednak domu ugaszono
+już zupełnie. Z płaszczącego się tu dymu wyłaniają się teraz białawe,
+osmalone mury; wśród zgliszcz, już zwęglonych, pełzają jeszcze tam i
+ówdzie ogniste węże, całując lubieżnie, liżąc ścian poczerniałych
+podnóże.
+
+I w porównaniu gwaru, zgiełku, które panują u płonącego w dali
+pałacowego skrzydła - cisza króluje tu względna...
+
+Tam ruch, krzyki, krzyżujące się rozkazy, łuna ognia, huk jego, syk,
+oraz zupełne oddanie się wszystkich całkowicie dławieniu i walce z
+żywiołem...
+
+Tu - srebrzące się, czyste promienie jaśniejącego wysoko na niebie
+niepokalanie miesiąca, co błyszczą na okopconych ścianach, stanowiąc
+dziwny w sobie, a pełen spokoju, kontrast, z wrzawą i krwawo-złocistą
+pożogą...
+
+Szelest kroków tymczasem przerywa nagle milczenie. Za węgłem sterczącego
+samotnie odłamu murów pogorzeliska, pojawia się Krasnostawski, i
+stanąwszy w zamyśleniu, śle wzrok badawczy w stronę parku.
+
+- Tam puściłem już w ruch wszystko!.. - mówi głośno do siebie. -
+Dokończą gasić i dadzą sobie radę beze mnie... - mruczy dalej. - Ja zaś
+ich muszę znaleźć - muszę!..
+
+Krasnostawski milknie, i rozglągając się bacznie dokoła, kieruje się w
+głąb parku, idzie z wolna zamyślony, a trzymaną w ręku długą nahajką co
+chwila uderza się machinalnie po wysokich, okopconych butach...
+
+Od czasu, jak tu przybył na ratunek i piąte przez dziesiąte zdołał
+rozpytać się o początek i przebieg pożaru, myśl jedna i ta sama dręczyła
+go bezustannie: gdzie są Topolski i Ola?.. Że nic złego im się nie stało
+- wiedział... Co robią zatem sami tak długo?..
+
+Kochając Olę i odczuwając przez to podwójnie zacieśniający się stosunek
+jej z Topolskim, młody człowiek przeczuwał więcej od marszałkowej i
+Ładyżyńskiego... Oni, pochłonięci pożarem, jak wszyscy zresztą,
+potracili głowy!.. A on?..
+
+Myśleć o Topolskim i Oli nie przestawał, jak szalony przy tem siły
+odpędzał od siebie myśli niektóre.
+
+Obecnie, tknięty przeczuciem jakby, szedł właśnie aleją, prowadzącą do
+ustronnej altany...
+
+Duszą Krasnostawskiego miotał niepokój. Zazdrość szarpała nim bez
+miłosierdzia, sączyła swój jad zatruty, niepewność męczyła - obawa, że
+sprawdzą się skryte jego podejrzenia, tamowała mu oddech w gardle i
+zniewalała w bezsilnej wściekłości zaciskać dłonie.
+
+Poza dziedziną przeczuć bowiem, ów niepokój Krasnostawskiego miał
+również źródło i w następującym, konkretnym fakcie.
+
+Komenderując i uwijając się przy pożarze, spotkał Krasnostawski
+pomagającą również innym, znoszącą wodę, dziewczynę służebną, ulubienicę
+Oli...
+
+Ta zaś, gdy ją zapytał o panią, opowiedziała mu bezładnie: - Powiadam
+paniczowi... Boże, Boże, jakie to było straszne! Jaśnie młodsza pani
+dzwoni, i się budzę, ubieram prędziutko, słyszę jakiś szum... Otwieram
+drzwi, a tu - ogień, ogień jak daleko spojrzeć na pańskie pokoje...
+Tylko pościel młodej pani pusta i okno otwarte!..
+
+Ktoś rozdzielił ich i dalszą indagacyę przerwał Krasnostawskiemu
+szerzący się pożar, zamęt i wrzask. Poprzestać musiał tylko na tem.
+
+Teraz szedł coraz prędzej. Nagle zatrzymał się, jak wryty.
+
+Już od minut paru zauważył na wilgotnym piasku alei ślad kroków męskich,
+obutych w zgrabny trzewik, teraz zaś leżała przed nim dobrze mu znana
+papierośnica Topolskiego, a opodal widziany często we włosach Oli
+grzebień, z szyldkretu.
+
+Wątpliwości już być nie mogło... Krasnostawski pochwycił machinalnie oba
+leżące przedmioty i biedz począł...
+
+Szalała w nim burza.. Nienawiść mężczyzny, pogardzonego przez ubóstwianą
+kobietę na korzyść rywala rozpaliła mu krew, napełniła jakąś
+niepohamowaną żądzą pastwienia się i zemsty!..
+
+Spocony, blady, stanął wkrótce u wejścia do altany, i począł
+nadsłuchiwać, z zapartym oddechem. Pot kroplisty wystąpił mu na czoło,
+usta zacisnęły się boleśnie, oczy zamigotały dzikim ogniem.
+
+Z cichej, sennej altany dochodziły wyraźnie dwa głosy - dwa szepty...
+
+Krasnostawski rozchylił gałęzie... Na szelest ten w ciemnościach zerwał
+się ktoś śpiesznie i u progu stanął Topolski. W półmroku nocy
+zamajaczyła jego twarz biała, rasowa, i dwaj mężczyźni spojrzeli sobie,
+milcząc, prosto w oczy.
+
+Trwało to sekundę, lecz wystarczyło Krasnostawskiemu, bo to, co wyczytał
+na wzburzonem obliczu Topolskiego, aż nadto uzasadniło jego obawy.
+
+Wysiłkiem woli, ochłonąwszy z wrażenia, przemówił pierwszy Topolski,
+wskazując swobodnie na pozór ruchem ręki widnokrąg, gdzie dogorywała już
+łuna ognia:
+
+- A zatem, chwała Bogu, już po pożarze!.. My właśnie...
+
+- Nikczemny! - zabrzmiało w ciszy słowo jedno.
+
+Wymówił je głosem drżącym Krasnostawski, i niepomny niczego, rozszalały,
+schwyciwszy Topolskiego za gardło, drugą ręką przerzucił go poprzez
+siebie i z pasyą okładać począł trzymaną w ręku nahajką...
+
+W milczeniu zakątka rozległ się krzyk bitego i w ślad za tem okrzyk inny
+- kobiecy!..
+
+Ku dwom mężczyznom wypadła Ola... Jak lwica, rzuciła się natychmiast
+pomiędzy nich, a obroniwszy Topolskiego, gwałtownie, szybko, wymierzyła
+Krasnostawskiemu dwukrotny policzek...
+
+Jak rażony obuchem, zachwiał się pod tem uderzeniem mężczyzna, cofnął
+się wstecz, blady, jak ściana, oszalały, straszny.
+
+Zaległa chwila milczenia...
+
+Oswobodzony Topolski znikł we wnętrzu altany, a z ust stojącej na wprost
+Krasnostawskiego kobiety wybiegło drżącym, urywanym szeptem, pełnym
+oburzenia i zimnej - gorszej od policzka, pogardy:
+
+- Podły... sługo!.. Jak śmiałeś? - Precz!..
+
+Ze wzruszenia umilkła Ola, po chwili dopiero i powtórzyła raz jeszcze,
+przejmująco - ciszej:
+
+- Precz!..
+
+Tego nadto już było dla rozbolałego zazdrością i bólem męskiego serca!
+Nie czynnie, lecz moralnie spoliczkowany po raz drugi, Krasnostawski
+zachwiał się powtórnie, jak nieprzytomny, w oczach pociemniało mu -
+zawirowały altana i drzewa parku...
+
+- Kocham cię! - szepnęły w oddechu cichutko, jak skarga, usta jego i
+omdlały runął u stóp kobiety, zdeptany jej postępkiem...
+
+. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
+
+
+
+Świt zorzy wyjrzał nieśmiało spoza stepu, pól szerokich, orzeźwił się w
+toni sennego jeszcze stawu i wśliznął do altany ciekawy...
+
+Nie było w niej już jednak nikogo, zarówno jak i nigdzie, w pobliżu:
+
+Niebo zaróżawiało się stopniowo, początkowo ledwo dostrzegalnie,
+bojaźliwie, później zaś coraz silniej i śmielej.
+
+Przeciągając się lubieżnie, wstawała jutrzenka z obłoków puszystych
+pościeli.
+
+Na powitanie jej tryumfalną fanfarą rozbrzmiał park cały świergotem
+ptasząt; zbudzone, zrywały się one do lotu, otrzepywały zamaszyście
+skrzydełka z porannej rosy, rozlatywały się na wsze strony, siadały na
+zczerniałych ruinach spalonego pałacu. Dym jeszcze ścielił się tu
+gdzieniegdzie... Na pogorzelisku, jak karbunkuły, błyszczały tam i
+ówdzie, dopalając się, belki i inne szczątki pałacu, tliły się w
+zgliszczach - tuliły do okopconych zwalisk...
+
+A wokoło drzemało, spało wszystko!..
+
+Ze spuszczonemi żaluzyami, spoczywały zatem pałacowa oficyna, stajnie i
+gumna, śniły także liczne, rozsiane za pałacową bramą, białe wieśniacze
+chatki...
+
+Potężny, wspaniały zabłysł pierwszy promień słońca i obojętny zajaśniał
+nad wszystkiem dokoła...
+
+Nie zbudził jednak nikogo... Na gazonie tylko, pod górą wyrzuconych z
+pałacu, leżących na kupie mebli, duży pies podwórzowy otworzył oczy,
+mlasnął językiem, przeciągnął się i zasnął...
+
+Zadumanej ciszy nie przerywało nadal nic zgoła.
+
+---------------
+
+
+Pomimo, iż przez szpary okiennic Tomaszowieckiego dworku wślizgiwało się
+już słońce, w tak zwanym kancelaryjnym pokoju paliła się jeszcze duża
+lampa, oświetlając biurko, przy którym Krasnostawski pisał coś szybko i
+zamaszyście. Obok niego stała szklanka z herbatą i leżały porzucone na
+ziemi, niedopałki od papierosów... Nagle młody człowiek porzucił pióro,
+z hałasem odsunął krzesło od biurka i zamknąwszy księgę, powstał.
+
+- Nareszcie! - westchnął głośno z ulgą i zbliżywszy się do okna,
+odemknął je, odczepiwszy zarazem wewnętrzne haczyki okiennic.
+
+Fala słonecznego światła, wraz z powietrzem letniego poranka, wpłynęła
+do pokoju. Krasnostawski zgasił lampę i spojrzał przed siebie...
+
+Od pożaru minęła doba tylko, patrząc jednak na młodego plenipotenta,
+pomyśleć można było, iż od tej chwili oddzielały go lata; nie
+młodzieniec bowiem obecnie, pełny hartu i życia patrzył przez otwarte
+okno, ale mężczyzna, na pozór więcej, niż dojrzały, który zapominał już
+jakby, że młodym był tak niedawno.
+
+Jak burza, przeszła po nim pamiętna noc rozterki, cierpień, upokorzenia
+i bólu, ślad wiecznotrwały zostawiwszy po sobie...
+
+Twarz Krasnostawskiego bladą była, oczy przymglone i podkrążone, a na
+skroniach gdzieniegdzie, wśród czarnych pukli włosów, bielała nitka
+przedwcześnie siwa.
+
+I kontrast przykry prawdziwie stanowił ten człowiek, stojąc tak w owej
+chwili w ramie okna... Przed nim, w perspektywie, jak okiem sięgnąć,
+kraina cała złociła się od zżętych kóp zbożowych, zieleniła od niw i
+stepów, śpiewała setkami głosów: uśmiechała się rozkosznie!..
+
+
+- Życia!.. Życia!.. Miłości, szczęścia!.. - wielkim głosem wołało
+wszystko, a on jedyny tylko, nieczuły na nic zgoła, stał wciąż tak samo
+nieruchomy, zapatrzony nie w dal jasną, lecz w cienie cierpiącej duszy
+własnej..
+
+Po nocy pożaru do Tomaszówki uciekł Krasnostawski piechotą, obudziwszy
+się z omdlenia, sam jeden wśród szumiącego mu łagodnie nad głową parku.
+
+Tu, u siebie, przemęczył się, jak nieprzytomny, w bólu - do rana. W
+końcu jednak zmęczenie fizyczne zabiło moralną troskę. Snem kamiennym, a
+zbawczym dlań, przespał Krasnostawski większość dnia, bo aż do godziny
+szóstej po południu. Zbudził się zaś już nieco innym...
+
+Zebrawszy myśli i wspomnienia, przede wszystkim postanowił uciec co
+rychlej z tych miejsc, rzucić się w wir pracy w warunkach całkiem
+odmiennych.. Powietrze dusić go poczęło, ziemia parzyć stopy!.. Chciał
+już wskoczyć na konia i opuścić wszystko na zawsze.
+
+W porę jednak zastanowienie i zimna logika trzeźwego rozumu powstrzymała
+go na szczęście od tego kroku...
+
+Wszak, poza dziedziną moralnych jego cierpień, stał przecież jeszcze mur
+rzeczywistego życia, które chleb mu dotąd dawało - istniał świat
+obowiązków dotychczasowego jego stanowiska tutaj.
+
+Rzucać tak wszystko byłoby lekkomyślnością iście chłopięcą.
+
+- Nie, ja tego nie uczynię! - zadecydował. - W jak najściślejszym
+porządku przekażę na odjezdnem wszystkie gospodarskie księgi, rachunki,
+kasę i.t.d.
+
+Po skromnym posiłku, zabrał się Krasnostawski do wyczerpującej pracy,
+całych nieledwie dziewiętnaście godzin pisał, rachował bezustannie.
+Wreszcie wyczerpany skończył przed chwilą...
+
+Był wolnym!.. Za godzin parę będzie mógł opuścić te strony - na
+zawsze...
+
+Zadumany smutnie, stał Krasnostawski wciąż pod oknem; zapatrzony, nie
+zauważył on wcale zbliżającego się ku niemu wyrostka.
+
+Dźwięk jego głosu zbudził młodego człowieka. Spuścił wzrok i zapytał
+głośno:
+
+- Ha!.. szczo każesz?..
+
+Wyrostek, był to chłopiec stajenny, wysłany przezeń do Gowartowa, by
+sprowadzić tamtejszego starego i zaufanego rządcę, któremu chciał
+Krasnostawski zdać klucze kasy, księgi, i przekazać ostatnie
+rozporządzenia. Z relacyi chłopca okazało się, że rządca wyjechał do
+miasteczka.
+
+- A pany? - spytał machinalnie Krasnostawski, używszy utartego pomiędzy
+ludem miejscowym wyrażenia, oznaczającego w liczbie mnogiej, właściciela
+danej wioski.
+
+- Nykoho ne baczył! - odrzekł zapytany i dodał zarazem, że Szmul, żyd z
+karczmy wiejskiej, powiedział mu, że państwo na dobre wyjechali. -
+Każut, szczo do Szczesnoi, do jasnoho grafa Topolskoho! - poinformował
+znowu wyrostek.
+
+Na wybladłem licu słuchającego tych nowin młodzieńca zakwitł rumieniec
+oburzenia.
+
+- Łotr!.. - zgrzytnął cicho, niedosłyszalnie przez zęby. - Snać potrafił
+każdego z osobna podejść, oszukać! Prawdy nie domyślił się nikt,
+widocznie...
+
+Więc teraz ugaszcza wszystkich u siebie... Co za ironia prawdziwa! -
+dokończył w myśli, i wściekłość nagła opanowała go...
+
+- Czego, durniu, stoisz! - huknął w twarz parobczakowi, aż zatrzęsły się
+szyby dworku.
+
+- Osiodłaj mi zaraz konia! - dokończył spokojniej nieco.
+
+Niebawem złotawy kasztan, z białą gwiazdką na czole, parskał ochoczo pod
+Krasnostawskim, jadącym na przełaj przez pola do Gowartowa.
+
+Wokoło niego praca wrzała. Krzątający się lud roboczy: parobcy i
+gospodarze kłaniali się nisko czapkami panu plenipotentowi; czarnookie,
+czarno brewe mołodyce i dziewczęta, w jaskrawych spódnicach i chustkach,
+pozdrawiały, również życzliwie młodzieńca zerkając z uśmiechem i
+lubością na "harnoho chłopcia*)".
+[*) Pięknego chłopca.]
+
+W kwadrans później, Krasnostawski zjeżdżał już stępa na groblę
+gowartowską...
+
+W głębiach stawu, otoczonego zielenią parku, odbijały się dawniej, jak w
+lustrze, mleczną białością ściany dworu. Teraz czerniały zarysy
+pogorzeliska, a tam - na górze, zgliszcza, zakopconem pałacowem
+skrzydłem, królowały smutnie nad leżącem dokoła siołem...
+
+Jeździec odwrócił oczy i wspiął konia. Jak strzała, przeleciał przez
+groblę i stanął niebawem przed zamkniętą wjazdową bramą pałacu; tu hukać
+począł, by mu ją otworzono.
+
+Nadbiegło kilku stajennych; oddawszy im spienionego konia począł
+Krasnostawski wypytywać się o mieszkańców pałacu. Okazało się, iż dom
+cały wyjechał nazajutrz po pożarze, rankiem i bawił teraz w gościnie u
+Topolskiego, w Szczęsnojej.
+
+- A to co? - zapytał nagle, furmana zdziwiony Krasnostawski, wskazując
+spicrutą, na całe stosy czegoś, ponakrywanego płachtami.
+
+- To, paniczu, meble z pałacu; pan ekonom kazał poprzykrywać tymczasem!
+- odpowiedział zapytany.
+
+Krasnostawskiego zirytowało to niedbalstwo, względem ocalałych, i
+cennych, a tak dobrze mu znanych, mebli pałacowych. Zdecydował głośno.
+
+- To tak zostać nie może! - i ruszył spiesznie ku środkowi gazonu, gdzie
+leżały meble. Kazawszy pozdejmować w ślad za tem wszystkie przykrycia i
+opony, ujrzał, iż mebli uratowanych było sporo.
+
+- Są parobcy na toku? - zapytał.
+
+- Są... są! - poświadczyła krzątająca się wokoło niego służba.
+
+- Siergieju! - rozkazał Krasnostawski po małorusku starszemu furmanowi,
+- idźcie powiedzieć, niech zaprzęgają do wozów, ile się da i zajeżdżają
+tutaj, a gumienny, niech da klucze od pustej stodoły!.. Trzeba to
+wszystko - wskazał ruchem ręki meble - tam zaraz zawieźć tymczasem i
+zamknąć!..
+
+Plenipotenta dóbr gowartowskich lubiano powszechnie i słuchano chętnie.
+
+Natychmiast zatem furman skierował się do gumien; wyprzedził go chłopiec
+stajenny, by rozgłosić pierwej rozkazy "panycza."
+
+Krasnostawski pozostał sam i uważnie zaczął przeglądać nagromadzone
+meble. Tam i ówdzie rozpoznawał na wpół uszkodzony sprzęt i przypominał
+sobie miejsce, gdzie on stał dotąd w pałacu...
+
+Spojrzał na pogorzelisko... Grozą i bolesnym smutkiem wiało od tego
+zakątka - ruina zwycięsko szczerzyła trupią paszczękę - śmiałą się jakby
+szyderczo...
+
+Z mimowolnym wstrętem, odwrócił się Krasnostawski i na nowo począł
+przyglądać się, z uwagą, pałacowym sprzętom. Uśmiechnął się smutnie...
+
+Obok na wpół pękniętego dużego salonowego zwierciadła, złamane tuliło
+się łoże pozłacane, w stylu "empire," z pokoju Oli Dzierżymirskiej. Tam
+znów jej szafa odemknięta, z kilkoma pozostawionemi w pośpiechu sukniami
+- walała się obok szczątków pianina...
+
+Dziwna rzecz jednak - pomyślał w tej chwili - jak sprzęt przypomina
+człowieka!.. Ola, Ola i jeszcze Ola!.. Widział on ją tu - wszędzie, te
+odłamy zachowały jakby część jej osoby - dusza ukochanej przezeń kobiety
+błąkała się w nich, martwych i obojętnych...
+
+Młody człowiek znalazł wiele rzeczy nieuszkodzonych prawie; niektóre z
+nich sam odsuwał od innych, segregował.
+
+- Ooo!.. - wyrwało mu się nagle z ust, z ubolewaniem.
+
+Przed nim, zdruzgotane, przepalone nielitościwie do połowy, leżało w
+pyle piękne, ulubione biurko Romana, antyk pamiątkowy, z mahoniowego
+drzewa, wykładany bogato srebrem, subtelnie inkrustowany perłową masą.
+Krasnostawski zaczął macać uważnie dokoła przepalony sprzęt drogocenny.
+Obejrzawszy go dokładnie, zajrzał do kilku szufladek i skrytek.
+
+Lecz nagle koło pobliskich gumien zatętniało... Wykonywając rozkaz,
+nadjeżdżały już wozy. Turkot przybliżał się coraz wyraźniejszy,
+donośniejszy, bliższy. Krasnostawski, zajęty biurem, drgnął, lecz nie na
+odgłos wozów bynajmniej.
+
+To ruszona w tej chwili bezwiednie dłonią jego zgrzytnęła niebawem jakaś
+sprężyna i szufladka, dotąd dla oka niewidzialna - roztworzyła się przed
+nim, a w niej, o, dziwo... leżał oto spokojnie portfel niewielki, z
+eleganckiej, brunatno - wiśniowej skóry. W rogu pugilaresu połyskiwała
+granatów korona hrabiowska, - błyszcząc mętno - czerwonym ogniem.
+Ochłonąwszy ze zdziwienia, Krasnostawski rozśmiał się swobodnie i wziął
+portfel w ręce.
+
+W tejże chwili jednak na dziedzińcu zadudniły drabiniaste wozy, parobcy,
+zdejmując czapki, witali go wesoło i dziarsko, a zeskoczywszy na ziemię,
+brać się zaczęli do roboty.
+
+Chcąc nie chcąc, musiał Krasnostawski stłumić na razie ciekawość, i
+schowawszy tajemniczy pugilares do kieszeni, począł energicznie wydawać
+rozkazy.
+
+Wozów było kilkanaście. W pół godziny, plac przed zgliszczami pałacu
+opustoszał; wozy, jeden za drugim, skierowały się powoli ku tokowi.
+
+Do gumien przyjechano niebawem; przed otwartą pustą stodołą zawrzał
+ruch; wkrótce ułożono porządnie pałacowe meble, przykryto je, drzwi
+zamknięto szczelnie i Krasnostawski, rad z ostatniego na służbie
+spełnionego obowiązku - wyjechał z wioski.
+
+Puściwszy konia luzem, zamyślony, znalazł się w kwadrans później w
+lesie, gdzie, znużony, zsiadł z konia i rozłożył się swobodnie na
+murawie. Zdjąwszy kapelusz z głowy i wciągnąwszy w siebie świeżą,
+aromatyczną woń boru, sięgnął on do kieszeni po pugilares, roztworzył go
+i począł szperać ciekawie.
+
+W portfelu leżały ułożone porządnie banknoty, w osobnych przedziałkach
+rulony złota.
+
+- No, no! - mruknął parokrotnie Krasnostawski i z coraz wzrastającem
+zdziwieniem, pieniądze zaczął liczyć sumiennie.
+
+Wszystkich razem było dwadzieścia siedm tysięcy kilkaset. Ułożywszy na
+powrót banknoty i złoto, Krasnostawski portfel zamknął i spojrzawszy raz
+jeszcze na koronę z granacików, potrzymał go jakiś czas w dłoni, poczem
+wpuścił do kieszeni. Widoczne zakłopotanie malowało się na jego twarzy.
+Czuł się zaambarasowanym, co czynić z tym fantem?..
+
+Wypadało go zwrócić niezwłocznie, w zastępstwie prawego właściciela,
+jego żonie - Oli. Zatem jechać do Szczęsnej osobiście?..
+
+- Nigdy w życiu! - rzekł głośno do siebie młodzieniec. Zasępił się.
+Nagle myśl jakaś nowa zrodziła mu się widocznie w głowie, bo zerwał się
+żywo i wskoczywszy na konia, wjechał w las drożyną. Wkrótce w borze
+rozległy się głośne ujadania psów, i Krasnostawski, opędzając się od
+natarczywych kundli, wchodził do małej chatki leśniczego...
+
+W chałupie panowała cisza. Rozciągnięty na ławie, spał snem
+sprawiedliwego mężczyzna, w sile wieku, barczysty, ubrany w kurtę
+myśliwską; dubeltówka leżała opodal, w kącie drzemał pies legawy.
+
+Krasnostawski potrząsnął energicznie ramieniem śpiącego leśnika. Ten
+ostatni zerwał się, a ujrzawszy plenipotenta, zawstydzony począł
+bąkać...
+
+- Słucham panicza, słucham... Padam do nóg... Tak mnie jakoś
+zmroczyło... Zasnąłem, ale to, jak Boga kocham, nigdy mi się nie
+zdarza...
+
+- Nic nie szkodzi, mój Rzemięcki! - uspokoił go natychmiast
+Krasnostawski, klepiąc poufale po ramieniu. - Potrzebuję was, i to
+natychmiast... Pojedziecie z pieniędzmi i z listem do Szczęsnojej, gdzie
+są teraz państwo... Ja oto teraz sam jadę konno do domu, a wy w ślad za
+mną idźcie do Tomaszówki piechotą. Tylko idźcież zaraz!
+
+- Duchem, proszę panicza, duchem! - odparł żwawo leśniczy w ślad za
+odjeżdżającym.
+
+W pół godziny później, młody plenipotent siedział już przy biurku w
+Tomaszówce i kreślił słów parę do pana Emila.
+
+Jako nic niewiedzącemu o zajściu z Topolskim i Olą, napisał
+Ładyżyńskiemu tylko, iż musi niezwłocznie jechać do miasta rodzinnego na
+wakującą intratną posadę, nie chcąc zamykać karyery tutaj, bez widoków
+na przyszłość...
+
+Nadzieją otrzymania miejsca natychmiast motywował także wyjazd bez
+pożegnania, jak i przesyłkę również kluczy od kasy, ksiąg rachunkowych,
+oraz znalezionego pugilaresu. W końcu listu, Krasnostawski przepraszał
+pana Emila za trud i dodawał sucho, że pensyi nic mu się nie należy, bo
+czyni niespodziany zawód swym dotychczasowym chlebodawcom.
+
+We wrotach dziedzińca tymczasem majaczyła już barczystą postać
+Rzemięckiego, pies legawy, poszczekując radośnie, wyprzedzał go...
+
+Uświadomiwszy o czem należało starego sługę, wręczył mu Krasnostawski:
+papiery, księgi i klucze, oraz portfel znaleziony, z nadmienieniem
+zawartości jego, a przerwawszy szereg utyskiwań i szczerych żalów
+tyczących się jego stąd odjazdu, - wyprawił do Szczęsnej.
+
+Sam zaś do kancelaryi powrócił i znużony padł na otomanę...
+
+Widocznem było przy tem, iż w mózgu jego odbywała się jakaś walka...
+
+- Nie, nie daruję!... To ponad siły moje! - rzekł wreszcie kilkakrotnie,
+urywanym szeptem, porywczo.
+
+- Nie daruję! - powtórzył: - On o wszystkiem wiedzieć musi! Tak każe
+sprawiedliwość, tak być musi, tak będzie! - głośno już zupełnie wyrzucił
+z siebie wzburzony, a przysunąwszy fotel do biurka, sięgnął ponownie po
+papier listowy, i umoczył pióro w atramencie.
+
+Zatrzymał się... Po chwili cisnął pióro, wstał i znów zaczął chodzić
+gorączkowo po pokoju.
+
+- Jak to? - szeptać zaczął. - Ja miałbym, niby pies sponiewierany,
+odejść stąd, usunąć się, zniknąć?.. Ja miałbym zamknąć w sercu ich
+wspólną tajemnicę, i tem samem ocalić tego chłystka!.. Prawda, jednak,
+że i o nią tu chodzi, najdroż... - nie dokończył, sponsowiał...
+
+Nie! W nim tliła jeszcze miłość dla niej, ale policzek kobiety i
+poniewierka - zdeptana miłość własna, - wszystko było od iskry tej
+silniejszem.
+
+W dziesięć minut, młody człowiek uspokoił się zupełnie; znać z gotowym
+już w głowie planem, list pisać począł szybko, zamaszyście...
+
+W ciszy pokoju rozległ się nerwowy zgrzyt pióra i długo, długo nie
+ustawał.
+
+Cały żal, całą gorycz na papier przelewał z duszy swej Krasnostawski.
+
+Opisał szczerze życie własne... I swą miłość ku Oli, tajoną od lat
+pięciu, idealną, czystą!.. Własne bóle cierpienia przez czas ten cały, i
+ostatnie podejrzenia, co do Topolskiego oraz zachowanie się tych dwojga,
+i pożar pałacu wreszcie, i zdradę i noc straszną - wszystko!..
+
+List skończył, podpisał, złożył, i sięgnąwszy po kopertę, zaadresował:
+Italia, Milano, Signor Roman Dzierżymirski, Hotel "Europa," Corso
+Vittorio Emanuele 9.
+
+Odrzuciwszy pióro, ujął Krasnostawski głowę w dłonie.
+
+- Stało się!.. - szepnął po chwili i powstał.
+
+
+- Nic cię już tu nie wiąże!.. - Jechać, jechać stąd czem prędzej!
+Obszaru, świata i ludzi, byle nie Ukrainy i Gowartowa!..- zawrzało w nim
+i odemknąwszy drzwi, hukać począł na służbę.
+
+W pół godziny potem na całym folwarku wrzało... Jak grom, spadła na
+wszystkich wieść, że pan plenipotent, "panycz," wyjeżdża na zawsze.
+Zlecieli się wszyscy. W domu pakowano na gwałt rzeczy, daleko bowiem
+było do kolei, a Krasnostawski - koniecznie chciał zdążyć jeszcze na
+wieczorny pociąg.
+
+Promienie zniżającego się słońca całowały już strzechę i rumieniły białe
+ściany domu, gdy odprowadzany, otoczony, całowany po rękach przez
+czeladź i służbę, żegnał się ze wszystkimi Krasnostawski, rozdawał tam i
+ówdzie sprzęty własne, rzeczy i pieniądze, sam wzruszony, smutny...
+
+Wreszcie ulokował się na bryczce, konie ruszyły, przed oczyma mignęły mu
+ogorzałe twarze żegnającego go tak serdecznie ukraińskiego ludu - wrota
+skrzypnęły żałośnie po raz ostatni, i bryczka potoczyła się, brzęcząc,
+po gładkim drogowym szlaku, zginąwszy wkrótce wśród roztoczy łanów
+zżętego zboża, ugorów i kurhanów.
+
+
+
+Do stacyi kolejowej było już tylko wiorst parę... Czwórka
+Krasnostawskiego spuszczała się właśnie z pochyłości jaru na niepewny
+dziurawy drewniany mostek, gdy konie, z lękiem poczęły się nagle wspinać
+cofać, nie chcąc przejechać przez grobelkę. Furman zaklął po małorusku,
+i parokrotnie uderzył biczem konie...
+
+- Stań! - rzucił naraz krótko Krasnostawski i zeskoczył z bryczki.
+
+- Kto tam jide! Baczysz? - zaciekawiony zwrócił się nagle do mruczącego
+wciąż furmana, wskazując ręką zbliżający się na bocznym trakcie obłok
+kurzawy.
+
+- A kto ich znaje!.. Pewno zwitkiś *) pany! - odburknął furman, który
+zlazłszy także z kozła i poprawiając uprząż u koni, częstował właśnie
+jednego z nich energicznem w pysk uderzeniem.
+[*) Skądsiś.]
+
+Krasnostawski nie zauważył tego znęcania się nad ulubionymi dotąd
+przezeń końmi...
+
+- Dlaczego pany? - spytał z roztargnieniem, a później zaraz w tym samym
+języku dorzucił: - A, prawda, poznajesz po turkocie...
+
+Odmienny bowiem rzeczywiście od furkotu kół bryki, czy też innego
+pojaździku, stłumiony, jednostajny i nieco głuchy przerywał ciszę
+przestrzeni turkot powozowy, regularny. Niebawem też zgrabny faeton
+wyłonił się z obłoków pyłu; konie siwe, w angielskich szorach,
+zaprzężone w leje, i dwoje ludzi siedzących na koźle, ubranych w liberyę
+granatową, ze złotymi guzikami.
+
+Zaprząg w parę minut stanął przy moście. Krasnostawski wydał okrzyk
+zdziwienia, taki sam drugi podpowiedział mu z zewnątrz powozu i
+odemknąwszy z hałasem drzwiczki, wyskoczył z niego zapylony Ładyżyński.
+
+- No, goniłem pana, ale nie spodziewałem się, że go złapię! - zaśmiał
+się wesoło pan Emil i uścisnął wyciągniętą dłoń Krasnostawskiego.
+
+- Witam, witam!.. - ciągnął dalej. - Cóż to, bułanki kapryszą i przez
+most nie chcą przejść? Obserwowałem... no, siadaj pan ze mną; zobaczysz,
+jak hrabiowskie angliki przejdą spokojnie.
+
+Ładyżyński pociągnął Krasnostawskiego do powozu.
+
+- Cóż to, pan także na kolej, czy tylko po mnie? - uśmiechnął się
+Krasnostawski, nieco zmieszany i zaskoczony widokiem pana Emila.
+
+- Wyjeżdżam - odrzekł tenże krótko, i dorzucił swobodnie, zauważywszy
+wyraz twarzy młodego człowieka: - Nie bój się pan, nie trwóż!.. Nie
+myślę wcale i nie mam polecenia zawracać pana z drogi do dawnych
+obowiązków... Przeciwnie, mojem zdaniem czynisz pan bardzo dobrze, iż
+rzucasz te kąty...
+
+W Gowartowie nie doszedłbyś nigdy do niczego, a szkoda młodość swoją
+zamykać tu i tracić!..
+
+I Ładyżyński wyciągnął, przy tych słowach, rękę do Krasnostawskiego, a
+ścisnąwszy ją silnie, rzekł jeszcze.
+
+- Powinszować mogę tylko, żeś się pan otrząsł ze skrupułów, i życzyć
+powodzenia na przyszłość!..
+
+Krasnostawski skłonił się, milcząc. Pan Emil zaś, przechodząc
+natychmiast na inny temat, już mówił:
+
+- Wiesz pan co?.. Siadaj pan ze mną!.. Mam panu X rzeczy ciekawych do
+opowiedzenia. Cóż, zgoda?
+
+Krasnostawski usłuchał; bryka cofnęła się nieco, a powóz, przejechawszy
+spokojnie przez mostek, potoczył się znów równo i szybko dalej.
+
+- Służę panu! - rzeki Ładyżyński, częstując Krasnostawskiego cygarem.
+Zapalili...
+
+Oparłszy się wygodnie o poduszki i zaciągnąwszy cygarem, pan Emil rzekł.
+
+- Nadstawiaj pan uszu!... Tandem tędy, zaczynam...
+
+- Słucham, słucham! - potwierdził młodzieniec, kontent w duszy, że go
+coś, choć na chwilę, odrywa od smutnych myśli.
+
+- Przedstaw pan sobie zatem, panie kochany, że jesteś w teatrze na
+jednoaktowej szaradzie. Uważa pan: sza - ra - dzie...
+
+Rzecz dzieje się, mówiąc właściwym stylem, za naszych czasów, na
+Ukrainie, w Szczęsnojej, majątku grafa Topola - Topolskiego.
+Popołudniowa, przedobiednia godzina - cisza... Pałac pogrążony w
+milczeniu... W tej samej jednak chwili stojący na ganku strzelec, w
+pokornym zgięty ukłonie, podaje coś mężczyźnie, ubranemu w smoking.
+Mówiąc nawiasem to ja - uśmiechnął się pan Emil, po chwili ciągnął
+dalej:
+
+- Kurtyna spada, następuje odsłona druga: Sala portretowa jadalna, do
+stołu zasiada ze trzydzieści eleganckich osób... Jedno tylko krzesło
+wolne... Wchodzi ten sam mężczyzna w smokingu, trzymając coś w ręku.
+Wita tam i ówdzie osób parę, zbliża się do młodej nadobnej damy i wręcza
+jej z ukłonem portfel, mówiąc coś objaśniająco... Nagle siedzący obok
+sam "graf" zrywa się od stołu, jak oparzony, i robiąc arcygłupią minę,
+wpatruje się w portfel... Zaintrygowanie ogólne, sytuacya jednak
+wyjaśnia się wkrótce...
+
+W tej chwili spojrzawszy na zasłuchanego towarzysza, pan Emil rozśmiał
+się serdecznie.
+
+- No, dosyć ma już pan tych efektów scenicznych, dokończę panu zatem tę
+szaradę zwyczajnemi tylko słowy...
+
+- Dziwi pana zapewne - mówił dalej, - arcygłupia mina Topolsia, gdy
+ujrzał portfel, z połyskującą koroną, symbolem jego wielkości!..
+
+- Otóż w tem ma się rzecz cała, że portfel ten nie Dzierżymirskiego, i
+nie jego pieniądze, ani pani Oli, lecz, ni plus ni minus, tylko
+Topolskiego...
+
+- Nie może być! - wykrzyknął Krasnostawski, szczerze zdziwiony.
+
+- No, cóż! szarada dobra... co? - rzucił wesoło Ładyżyński.
+
+- Niezła - uśmiechnął się z kolei młodzieniec - bo dotąd przynajmniej
+nic a nic jej nie rozumiem.
+
+- Cierpliwości! Zaraz pan pojmiesz wszystko - uspakajać zaczął pan Emil
+swego słuchacza.
+
+- Zapalić musimy poprzednio cygara, bo i pańskie zgasło, nieprawdaż? -
+rzekł w ślad za tem, a wydobywszy zapałki, zapalić jedną z nich
+usiłował, lecz wietrzyk swawolny zgasił mu ją i następnych kilka. -
+Sapristi! - zaklął z cicha. - Stańcie-no, hej! tam! - krzyknął na
+furmana.
+
+Konie zatrzymane stanęły; wspomagany przez młodego plenipotenta,
+Ładyżyński zapalił wreszcie cygaro, a podniósłszy głowę, spojrzał przed
+siebie.
+
+- Cóż to? Wyżyczpol? - zapytał służby.
+
+- A tak, proszę jaśnie pana! - potwierdził lokaj, zdejmując liberyjną
+czapkę.
+
+- Tiens, tiens, widzi pan jak to czas leci - zwrócił się do
+Krasnostawskiego; - za jakie pół godziny będziemy na stacyi, patrz pan,
+- i wskazał ręką krajobraz.
+
+Błyszcząc w mroku, lśniła się opodal wstęga rzeki, na górze malowniczo
+rozrzucone dość duże miasteczko mrugało dziesiątkami światełek...
+
+- Jechać! - rozkazał Ładyżyński.
+
+Powóz ruszył; pan Emil, po chwili milczenia, przemówił nagle:
+
+- Przepraszam stokrotnie, że widząc ciekawość w oczach pańskich, nie
+kończę opowiadania... Pozwolisz pan, że mu zadam dwa pytania: czy masz
+pan dobrą pamięć i dokąd pan jedziesz?
+
+- Jadę do rodzinnego miasta, a pamięć mam wyborną! - uśmiechnął się
+Krasnostawski.
+
+- Otóż to - bardzo dobrze. Napisałem, bo widzi pan, list do Romana, ze
+szczegółowym opisem tego, co teraz tu opowiadam. Mam pamięć jednak
+fatalną... Zapomnę listu wrzucić na pewno! Mój panie kochany, weź go i
+wrzuć na dworcu... Cóż, dobrze? Przy tych słowach, Ładyżyński wyjął
+pospiesznie z surduta gruby list i podał go Krasnostawskiemu. Ten
+machinalnie schował go do kieszeni, gdzie spoczywało i jego do Romana
+pismo.
+
+- No, więc kończę!.. - zaciągając się dymem, rzekł pan Emil.
+
+- Słucham i to bardzo ciekawie - przerwał z zainteresowaniem
+Krasnostawski.
+
+- Dziwił więc pana fakt, - ciągnął Ładyżyński - że pugilares i tysiączki
+są własnością hrabicza, choć znalazły się w szufladzie Romka?.. W tem
+sęk właśnie, że Topolski dziś dopiero przekonał się, iż są one w innem,
+niż przypuszczał, ręku.
+
+Wyobraź pan sobie bowiem, jaki był przebieg zguby tych pieniędzy...
+
+- Temu lat sześć, czy ośm, Topolski miał przyjaciółkę w teatralnych
+sferach.. Otóż pewnego wieczora, zaprzysięgając sobie w duszy
+uroczyście, że puści w trąbę swoją magnifikę, idzie Topolski do niej na
+ostatnie randez vous... Naturalnie w kieszeni kilka tysiączków mając w
+zapasie - Ładyżyński urwał, zaśmiał się i puściwszy z ust kółko dymu,
+mówił dalej.
+
+- Lecz i tym razem spotyka pana na Szczęsnojej niepowodzenie... Nadobna
+córa Melpomeny nie chce nawet słyszeć o rozstaniu... Scena więc z tego
+naturalnie, płacze! On przeprasza - ona w końcu daje się przebłagać -
+amor vincens tuszuje wreszcie wszystko!..
+
+Pan Emil odsapnął - i swobodnie po chwili ciągnął dalej:
+
+- Nad ranem, z miłością gruntownie odegrzaną w sercu, przysięgając
+sobie, iż przyjaciółki nie porzuci nigdy, powraca Topolski do siebie...
+Nagle, dotknąwszy się kieszeni surduta, nie znajduje tam - pugilaresu!
+Ona, ta nieprzejednana, zagrała z nim komedyę; za mało jej było
+dziewięciu tysięcy, które jej pono dawał, najbezczelniej okradła go
+więc, po prostu na całe dwadzieścia i siedm, znajdujące się w portfelu.
+
+Topolski jednak wobec powyższego faktu, po głębszem wniknięciu w siebie,
+decyduje, że bądź co bądź pozbył się baby...
+
+Oddychając zatem pełną piersią - swobodny wyjeżdża do dóbr swych
+"krzyżyk na świśniętym pugilaresie postawiwszy" - jak powiedzieliby
+bracia nasi, Litwini...
+
+Tu pan Emil przerwał opowieść raz jeszcze, zapalił na nowo zgasłe cygaro
+i kończył.
+
+- Od tej chwili minęło lat ośm, a tych dwoje nie widziało się wcale.
+
+Skończyłem...
+
+Ładyżyński odetchnął i umilkł.
+
+- Dziękuję panu za opowiadanie - pośpieszył z odpowiedzią,
+Krasnostawski. - Rzeczywiście, szarada prawdziwa... Ale w Szczęsnojej
+zdziwienie było wielkie?
+
+- Ogromne! - odparł pan Emil. - Notabene, wyobraź pan sobie, w
+Szczęsnojej pełno gości... Mieszka tam więc stale: primo jakaś poważna
+wielce krewna Topolskiego, zapewne dlatego, by do kawalerskiej siedziby
+pana na Szczęsnojej mogły przybywać i damy; secundo, prócz męskiego
+towarzystwa, przybyłego niespodzianie z kolei dziś z rana - a w których
+to gronie nie brakowało i jednego prezesa, społecznego koleżki Romana -
+znajdowało się też w siedzibie Topolska kilka osób, które przyjechały
+specyalnie do naszych: pań, z kondolencyą po pożarze.
+
+Więc powiadam panu! - mówił wesoło dalej Ładyżyński - gdy to co mówiłem,
+nam, mężczyznom, opowiedział Topolski po kolacyi przy cygarze, i kiedy
+wiadomość ta do pań się przedostała, Topolski został bohaterem dnia!..
+
+- No, a pani Ola nic o istnieniu tego portfelu nie wiedziała?
+
+- Ależ, nic zupełnie! - podchwycił Ładyżyński. Tem większe
+zaintrygowanie, domysły!.. Wszyscy, a szczególniej panie, wsiadły na
+mnie, bym natychmiast opisał to wszystko Romanowi, chciały nawet, bym
+specyalnie w tej sprawie pojechał do niego... Prezes zaś, książe
+Szydłowiecki, zrobił nawet w liście moim dopisek, żeby Romek powiadomił
+go telegraficznie o swym przyjeździe, to on wyprawi wówczas raut na
+cześć jego i Topolskiego, jako bohaterów tej zagadkowej sprawy... Jednem
+słowem, powiadam panu - komedya...
+
+Ładyżyński mówić przestał, strzepując popiół z cygara. Lecz trwało to
+krótko...
+
+Rozmowa wkrótce potoczyła się znowu błyskotliwa, lekka...
+
+A powóz tymczasem dudnił właśnie teraz po moście, rzuconym przez rzekę,
+i wtoczył się w wąskie brudne uliczki żydowskiego miasteczka; niebawem
+wyminął je i znalazł się na szerokim trakcie, prowadzącym do kolejowego
+dworca.
+
+Jednocześnie w oddali ukazały się trzy gorejące światła: - to pociąg
+zbliżał się już do stacyi. Pierwszy dojrzał go Krasnostawski. Sięgnął
+szybko po zegarek i spojrzał:
+
+- Oho, już po dziewiątej! to pański pociąg...
+
+- Do djaska! - zżymnął się pan Emil i - wytężył wzrok w kierunku
+pociągu.
+
+- Janie! galopem! - krzyknął, zwracając się energicznie do furmana...
+Dam ci na mohorycz... nocować tu ani myślę!.. Może zdążymy! Jazda, a
+ostro!..
+
+Stangret trzasnął z bicza, czwórka puściła się pędem po gładkim szlaku.
+
+Zziajane już konie, galopując, sapały i tak dojechano aż pod sztachety
+drewniane, okalające stacyę... Tu pełno już było wozów, bryk,
+obywatelskich czwórek, oczekujących na swych panów.
+
+Gdy elegancki ekwipaż pana Emila wtoczył się na brukowany placyk przed
+stacyą, jednocześnie na platformie rozległ się dzwonek i wpadł tam, z
+hukiem pociąg, zatrzymujący się tu tylko parę minut.
+
+- Zuch z ciebie! - pochwalił Ładyżyński furmana, i rzuciwszy mu
+półimperyała, wyskoczył szybko. Rzeczy, przytwierdzone za powozem,
+odwiązywano już; dwaj panowie, zarządziwszy pośpiech, pobiegli do sali.
+
+Tu ruch panował nielada..
+
+Pasażerowie przyjezdni wysypywali się z wagonów i tłoczyli do wnętrza
+dworca; jadący kupowali bilety, służba kolejowa nosiła ręczne bagaże,
+zdawała kufry, biegała gorączkowo, kręciła się, jak w ukropie.
+
+Przecisnąwszy się energicznie przez tłum, pan Emil zdobył bilet
+pierwszej klasy i w minutę potem, wychylony z wagonowego okna, rozmawiał
+z żegnającym go Krasnostawskim.
+
+Uderzył trzykrotnie dzwonek, konduktor gwizdnął, lokomotywa
+odpowiedziała mu przeciągle - pociąg ruszył powoli z miejsca.
+
+- Do widzenia!... Powodzenia na nowej drodze życia!..- mówił pan Emil,
+uśmiechając się przyjaźnie, serdecznie ściskając dłoń Krasnostawskiego.
+
+Ten ostatni zaś, widocznie pod wpływem jakiejś nagłej myśli, puścił
+szybko rękę Ładyżyńskiego, skłonił się, i wydobywszy szybko z kieszeni
+dwa listy, podbiegł ku uchodzącemu wagonowi pocztowemu. Dogonił go i
+zręcznie wrzucił w otwór właściwy oba pisma.
+
+- Addio... dziękuję! - posłyszał jeszcze głos pana Emila, i pociąg znikł
+niebawem.
+
+Krasnostawski pozostał sam. Następny pociąg miał przyjść już wkrótce,
+poszedł więc do kasy, kupił bilet, a wróciwszy na platformę, usiadł na
+ławeczce samotny.
+
+Zamyślił się...
+
+Poza nim zamykał się teraz na zawsze jeden okres dotychczasowego jego
+życia.
+
+Płatny sługa bogatszych od siebie ludzi zżył się on jednak, zbratał z
+ich życiem - z nimi... I po co?.. Po to, by obrachunek ten pożycia
+wspólnego zakończyć tak marnie?..
+
+Krasnostawski pochylił głowę, ująwszy ją w dłonie. Jakiś bunt mimowolny
+podnosił się w nim przeciwko życiu, losowi i ironii jego.
+
+Po co tu przybył lat temu kilka, po co przywiązał się do tego cudzego
+kątka ziemi, po co tak gorąco ukochał Olę?
+
+Dlaczego to wcielenie wdzięku, czaru, wiosny, miłości i piękna, w osobie
+tej kobiety, stanęło, jak cień niepochwytne, na drodze jego życia?..
+
+Krasnostawski pochylił się bardziej jeszcze i długi czas pozostał
+nieruchomy.
+
+Nagle drgnął całem ciałem i podniósł głowę. Gwizd donośny przeszył
+powietrze, na dworzec z hukiem, szumem, w kłębach pary wpadł pociąg
+kuryerski.
+
+Krasnostawski począł szukać miejsca w wagonach. Ulokowawszy się
+wreszcie, zbliżył się do okna wagonu i wyjrzał.
+
+Zamykano już właśnie z pośpiechem drzwiczki, wśród zgiełku rozlegał się
+trzeci dzwonek.
+
+Krasnostawski ostatniem spojrzeniem smutnem objął raz jeszcze wszystko i
+cofnął się w głąb wagonu...
+
+Zagrała w tejże chwili trąbka drożnika, mignęły latarnie sygnałów i
+pociąg kuryerski znikł, pochłonięty cieniami nocy.
+
+Na dworcu zagościł znowu spokój. Wszyscy rozeszli się teraz na dobre,
+pogaszono latarnie, a w oknach stacyi niebawem również znikły światła.
+
+Na bagnach chór żabi grał tylko swą pieśń jednostajną gdzieś w dali, w
+pobliskim lesie słyszeć się dawały jakieś, szmery i senna noc cicha,
+zasiadłszy, jak królowa, na tronie z tkanego złotem szafiru -
+rozpostarła panowanie nad światem...
+
+Cisza zupełna zawładnęła okolicą.
+
+Mierząc tylko mknący chyżo czas, olbrzymi zegar stacyjny wydzwaniał
+godziny miarowo...
+
+W milczeniu ogólnem, jak szept człowieka, głos jego odzywał się
+bezustannie:
+
+Tik - tak! tik - tak! tik - tak!..
+
+-------------
+
+W centrum Medyolanu, na placu "Del Duomo," w powodzi jaskrawych promieni
+upalnego, kończącego się już popołudnia, leniwie snuły się po chodnikach
+sylwetki niezbyt licznych przechodniów, kryjąc się od słońca pod kolumny
+frontowe i oszkloną galeryę "Vittorio Emanuele."
+
+Wokoło klombów, zajmujących środek placu, i otaczających stojący tam
+pomnik, kręciły się jednostajnie elektryczne tramwaje, dzwoniąc co
+chwila, rozbiegając się i ginąc w sieci ulic miasta, sam zaś na koniu
+majestatyczny Wiktor Emanuel II, z brązu, z piedestału pomnika,
+wpatrywać się zdawał ciekawie w otwarte drzwi królującego tu na placu
+katedralnego tumu, pociągającego z oddali tajemniczą wejścia głębiną...
+Koronkowej roboty marmurowe jego ściany, dach, kilkadziesiąt wieżyc i
+zdobiące go statuy, w liczbie około dwóch tysięcy, wznosiły się dumnie,
+i wystrzelały wysoko w niebo włoskie, szafirowe, czyste, zadziwiając
+misternem wykończeniem, dając sobą najlepsze nieśmiertelne świadectwo
+genialnej pracy człowieka.
+
+Po marmurowych stopniach schodów tej okazałej, gotyckiej katedry,
+mogącej w swojem wnętrzu pomieścić do 40,000 ludzi, co chwila wchodził
+ktoś do jej środka, lub wychodził na ulicę - z kojącej ciszy świątyni
+wpadając nagle w hałaśliwy wir miasta, i natręctwo jego mieszkańców, w
+osobie spacerującego po trotuarze tuż koło tumu przekupnia, cisnącego w
+ręce każdemu gwałtem mozaikowe wyroby weneckie.
+
+- Uno liro, signore, solamente uno liro! - na pół rozpaczliwym, na pół
+przekonywającym głosem napierał się właśnie ten ostatni, śniady Włoch, o
+przebiegłem spojrzeniu, i trzymając w ręku jakąś podejrzanej roboty
+broszkę, zagradzał drogę młodemu mężczyźnie, wstępującemu, w zamyśleniu;
+po stopniach katedry.
+
+Dzierżymirski przystanął; podniósł głowę, i spojrzał w oczy natrętowi, a
+żachnąwszy się niecierpliwie, rzucił mu coś energicznie po włosku.
+Przestąpiwszy próg kościoła, zdjął kapelusz i odetchnął z ulgą.
+
+Przyjemnym chłodem w przeciwstawieniu do panującego na dworze upału;
+powiało nań z wnętrza tumu i milczeniem skupionem, powagi i - majestatu
+pełnem... Cień, pustka i tajemniczość niewytłumaczona objęły go zarazem
+niepodzielnie. W ciszy; po mozaykowej posadzce, z marmuru, donośnie,
+rozległy się kroki Romana.
+
+Poza amfiladą 52 kolumn olbrzymich, kolosów, szesnaście kroków każda
+obchodu mających - w perspektywie, daleko, widniał wielki ołtarz, chór i
+rzędy plecionych krzesełek świeciły przyćmionym blaskiem kolorowe szkła
+okien, ponad głową zaś Dzierżymirskiego, opiekuńczo jakby, wznosiły się
+marmurowo wyniosłe gotyckie arkady; z wierzchołków kolumn, zdobiąc je
+grupami każdą z osobna, patrzyły na niego dziesiątki statuetek małych...
+
+Odblask słoneczny dotknął delikatnie pięknych rysów przybysza, jego
+smagłych policzków, wypukłego czoła, i oświetlił je przelotnie.. Rażony
+światłem w oczy, Roman usunął się w cień, i spuściwszy głowę na piersi,
+zadumał się głęboko.
+
+Godzin temu dwie zaledwie odebrał jednocześnie dwa listy...
+
+Pierwszy od Emila Ładyżyńskiego, sarkastyczno - szyderski, opisujący mu
+szczegółowo i swobodnie fakt znalezienia pugilaresu, - powalił go w
+pierwszej chwili, niby uderzenie obucha.
+
+Drugi, przepełnił miarę jeszcze!..
+
+Ze słów tak szczerych, iż nie mogły nasunąć nawet momentalnej
+wątpliwości, wyrwanych prosto z bolejącej duszy ludzkiej, dowiedział się
+Dzierżymirski o zdradzie Oli...
+
+Chwili tej nie zapomni do grobu!..
+
+Otchłań, zda się, głęboka i bezdenna rozwarła mu się pod stopami, dusić
+go w gardle poczęło, w głowie powstał zamęt - w piersiach dotkliwy
+ból!.. Wybiegł jak nieprzytomny na ulicę... Półobłąkany prawie przybył
+pod stopnie marmurów katedry po ukojenie...
+
+Za progiem świątyni, rzeczywiście cudem po prostu jakimś, powróciła mu
+samowiedza i względna równowaga umysłowa..
+
+I oto teraz Roman porządkować zaczyna uciążliwie myśli. Wzrok jego
+machinalnie błądzi po wspaniałych freskach, z dziełami mistrzów,
+ołtarzach, marmurowych rzeźbach i pomnikach, zatrzymuje się
+instynktownie na siedmioramiennym kandelabrze olbrzymim, kosztownej
+roboty, w kształcie drzewa... Potem oczy jego spoczywają bezmyślnie na
+kopule, przed chórem i znajdującej się pod nią podziemnej kaplicy
+świętego Karola Boromeusza, ozdobionej bogato drogimi kamieniami i
+złotem...
+
+Dzierżymirski sięga nagle do kieszeni i wyjmuje otrzymane listy...
+usiłuje przeczytać je po raz wtóry...
+
+Przed nim, przeświecane błyśnięciem słońca, zmatowanym blaskiem łagodnie
+świecą w zmierzchach katedry wspaniałe trzy okna chóru, jak mówią,
+największe na świecie całym.
+
+Niby żywe, patrzą na Romana z okiennych witryn miniaturowe postacie
+świętych; malowane barwnie na szkle, na małych kwadratowych tafelkach -
+350 obok siebie reprodukcyj scen religijnych, wzorowanych na
+najsławniejszych mistrzach wychyla się, płonie setkami kolorów i
+cieni...
+
+Dzierżymirski wypuszcza listy z ręki i ukrywa twarz w dłonie...
+
+Pod wpływem bowiem jednego rzutu oka tylko na pisma, cierpienie
+bezbrzeżne i rozpacz tłoczącą falą zalewają mu duszę...
+
+Więc zdradziła go!.. Zdradziła nikczemnie, dla zmysłowego upojenia - dla
+szału!.. Zdeptała jego miłość, uczucia, oszukała go - zapomniała!..
+
+Więc takim ironii zgrzytem nagradza jego los szyderca, za to, co dla
+kobiety tej niegdyś uczynił!..
+
+Ależ on dla niej przecież poświęcił wszystko!.. Siebie oddał!.. Swą
+cześć, uczciwość - sumienie!..
+
+- Przez ciebie wszystko tom uczynił, przez ciebie! - głuchy jęk unosi
+pierś mężczyzny. - O, Olu!.. Olu!.. przez ciebie!..
+
+I milknie skarga...
+
+A potem niezrozumiałego już coś coś tylko, niedosłyszalnego poczynają
+naraz szeptać cicho do siebie Dzierżymirskiego usta.
+
+Klęka i jakieś bóle i żale płynąć się zdają pod strop milczącego tumu,
+biegną trwożnie pod wyniosłe jego arkady, odbijają się o statuy, rzeźby
+i pomniki - na kolana padają u ołtarzy - lecą, tam, gdzieś wysoko... do
+Boga!..
+
+Lecz oto nagle spokój świątyni brutalnie przerwanym zostaje...
+
+- Yes, yes, yes!.. - odzywa się co chwila i dowcipy francuskie wtórują
+angielszczyźnie, - z przewodnikami Baedeker'a w ręku przesuwa się tuż
+koło Romana garstka osób, z udanem znawstwem oglądając wszystkie zabytki
+tumu.
+
+Gwarząc wesoło, dzielą się turyści na dwie połowy. Jedna z nich zmierza
+zobaczyć wnętrze kaplicy św. Karola Boromeusza, druga, pobrzękując
+pieniędzmi, kupuje niebawem prawo obejrzenia dachu katedry, przy
+stoliku, postawionym we wnętrzu świątyni, na prawo, w głębi, u wejścia
+do prowadzących tamże schodów.
+
+Roman powstaje i z kościoła uchodzi pośpiesznie. Na ulicy wskakuje do
+dorożki, i rzuca głośno jakiś rozkaz woźnicy.
+
+Powozik rusza... Stopniowo, coraz szybciej wymija ulice, uliczki, place
+targowe; starożytne kościoły i pałace... Ruch miejski wokoło zmniejszać
+się poczyna i powóz wjeżdża niebawem w szeroką aleję, gdzie, oprócz
+biegnących gdzieniegdzie tramwai, nie ma zgoła nikogo.
+
+W ślad za tem również roztwiera się perspektywa...
+
+Poza obszernym placem, bieleje kwadrat wielkiej kolumnady, zieleń świeża
+ramuje ją wdzięcznie. To już miasto umarłych, - jeden z najpiękniejszych
+włoskich pomnikowych cmentarzy, medyolańskie "Cimitero Monumentale."
+
+Powóz podjeżdża bliżej nieco, Dzierżymirski wysiada i idąc piechotą,
+kieruje się ku rysującej się teraz całkiem już wyraźnie i okazale,
+cmentarnej kolumnadzie wejściowej. Krocząc zaś tak powoli, myśli:
+Nareszcie... tu, u grobu matki, dadzą mi spokój przynajmniej ludzie!..
+Tu zdobędę samotności chwilę z jej prochami tylko i z samym sobą!..
+
+Wstępując po stopniach schodów, Dzierżymirski znajduje się niebawem pod
+dachem kolumnady, kwadratowym frantom, ozdobionym wieżycami, zamykającej
+z zewnątrz widok i wejście na cmentarz.
+
+U stóp Romana obecnie, w potokach słonecznych promieni, na tle zieleni
+gaju, bieleją setki marmurów, wystrzelają w niebo dziesiątki gotyckich
+wieżyczek, mauzoleów i pomników...
+
+Nie patrząc nawet na nie, obojętny, Dzierżymirski, skręca w lewo, a
+wzrok jego przesuwa się machinalnie po małych zadrukowanych tabliczkach
+marmurowych wprawionych gęsto obok siebie w ścianę kolumnady, a
+oznaczających miejsce trumienek, z popiołami nieboszczyków.
+
+I Roman w ten sposób dochodzi do kąta frontowego czworoboku, widząc zaś
+naprzeciw siebie mur, skręca, idąc wciąż jeszcze pod dachem kolumnady,
+posłusznie, na prawo...
+
+Zadumany, mija wprawiony w ścianę pomnik rodziny Volonte, pełny artyzmu,
+piękny bardzo w oddaniu grozy i bólu...
+
+Na ciało już oto martwe pięknego mężczyzny i leżące w pościeli na łożu z
+kamienia, w zgięciu bolesnem postaci całej, rzucona w szale rozpaczy,
+klęczy młoda kobieta i całuje drogą dla się twarz zmarłego... Całuje,
+pieści w zapamiętaniu ślepem, upojeniu strasznem, bo ostatniego, a
+nieodwołalnego już pożegnania!..
+
+Roman, wszedłszy po schodach bocznego skrzydła kolumnady, jest już na
+cmentarzu.
+
+Idzie wolno, kierując się bezwiednie aleją znaną, wiodącą ku mogile
+matczynej.
+
+Wkoło niego wznoszą się zewsząd wspaniałe grobowce: Verazzich,
+Sonzognich, Nasonich, Turatich, Brambillich, Pagnonich i innych włoskich
+rodzin i rodów. Pieścidełka kamieniarskiej, rzeźbiarskiej i budowlanej
+roboty, mauzolea, w kształcie gotyckich kapliczek, z pięknymi
+ołtarzykami, mozayką, obrazami i innemi ozdobami wewnątrz śliczne,
+odcinają się licznie na tle zieleni drzew cmentarza... Po wsze strony
+zaś, gdzie okiem rzucić tylko, w tych wszystkich białych grobowych
+sylwetach pochwycony artystycznie, w kamień martwy i marmury
+rzeźbiarskim dłutem zakuty, drży, zdawało by się wszędzie... ból!..
+
+Słońce, zniżające się już stopniowo coraz bardziej, złoci teraz
+rzęsiście rój białych postaci... W pobliżu Dzierżymirskiego, z krawędzi
+odłamu - na wpół obrosłego zielenią, a doskonale imitowanej skały
+górskiej - z jej szczytu, iskrzący się w blaskach słońca, spogląda
+wyniośle dokoła wspaniały orzeł z bromu.
+
+To odznaczający się od drugich oryginalnością pomysłu, grobowiec
+Poggich...
+
+Dalej zaś nieco pomnik rodziny Rusconi; rzeźba kobiety, o oczach,
+pełnych wyrazu, wpatrzonej smutnie w dal, z testamentem nieboszczyka w
+ręku, na którym wyryte widnieją zapisy..
+
+W innej znów stronie, wdowa w półleżącej pozycyi, zapłakana; twarzy jej
+nie widać wcale - ukryta w dłonie. Cała postać wyraża ból niezmierny.
+
+W swej wśród grobowców wędrówce, Dzierżymirski przystaje nagle... W
+zamyśleniu - zbłądził... Oryentując się, zawraca, i ponownie mija
+mnóstwo grobowców, okazalszych, skromniejszych - przechodzi mimo
+pięknego nader pomnika.
+
+Na grób z marmuru rzucona duża kotwica; pod krzyżem siedzi na mogile
+anioł-kobieta, o prześlicznym wyrazie twarzy, pogrążona w smutnem
+zamyśleniu, z wieńcem w dłoni...
+
+Niebawem, tuż obok idącego wciąż Romana, wyrasta znów pomnik z kamienia.
+Na wierzchołku jego, z rękoma wzniesionemi do góry, modli się wielki
+Anioł, z pięknymi bardzo rysami twarzy, u stóp grobu klęczy kobieta, ze
+wzrokiem spuszczonym wdzięcznie, w ekstazie jakby bólu, odziana cała w
+zwoje subtelnie odrzeźbionych koronek.
+
+Wkrótce przed grobowcem, banalnym nieco, a w porównaniu z innymi nader
+skromnym, Dzierżymirski pochyla się, zdejmuje kapelusz i klęka, oparłszy
+głowę o zimny kamień pomnika Na grobie wyrzeźbiony subtelnie w białym
+marmurze biust pięknej kobiety, oczyma wielkiemi, pełnemi wyrazu, z
+odcieniem litości, czy bólu, patrzeć się zdaje badawczo na pochyloną
+postać i głowę mężczyzny...
+
+Tymczasem rozsiana dokoła cisza, tchnąca spokojem, momentalnie ukajać
+poczyna Romana. Z chaosu, dotychczas panującego mu w mózgu, jedna po
+drugiej wyłaniają się doniesione mu fakta, ustawiają rzędem w
+symetryczną całość i niby ogniwa, logiką, rozumu spojone, wiążą się ze
+sobą, grupują...
+
+I kara życia, nieubłagana, zimna, choć moralna tylko, staje
+Dzierżymirskiemu teraz przed oczyma wyraźnie...
+
+Pozornie otrzymał on wszystko: W obliczu świata pozostał bezkarnym; był
+bogatym, wpływowym i wielkim, kłaniano mu się, żebrano jego łaski,
+protekcyi.
+
+Życie całe dotąd opromieniała mu Ola miłością swą, bez granic...
+
+Posiadał skarb największy - kochał i był kochanym...
+
+To było wczoraj jeszcze, a dziś?.. Dzierżymirski, pod ciężarem
+cierpienia, pochylił się w tej chwili bardziej jeszcze, skulił się,
+zmalał...
+
+I w jasnowidzeniu jakby nagłem, ujrzał on równocześnie, co innego
+jeszcze...
+
+Przyszłość własną!..
+
+On więc, w społeczeństwie swem jeden z pierwszych niemal; on, stojący na
+jego świeczniku, nie skażony moralnie, "na zewnątrz" - niczem,
+sponiewierany może, zbrukany posądzeniem, lub domysłami, a wreszcie, -
+kto wie, czy nie stojący w obliczu tłumów, pod pręgierzem prawdy,
+tajonej skrycie do dziś dnia na dnie duszy?
+
+- O Boże!.. Boże! - jęk mimowolny wydobywa się z piersi Romana, oczy zaś
+jego wznoszą się jednocześnie i spotykają na grobie, z wizerunkiem
+matczynym. Oblicze rodzicielki patrzy teraz na niego, z wyraźnem
+współczuciem, współboleje z nim jakby. Jak żywa, spogląda na Romana
+matczyna, twarz smutna; kilka kropelek rosy, czy deszczu, ukrytych dotąd
+w załomach kamienia, spływa nagle po wykutem obliczu pięknej kobiety...
+
+Zachodzące słońce zakrwawia je swym blaskiem...
+
+I krwią oto serdeczną, zdaje się matka płakać nad synem - łzami litości
+i bólu.
+
+A Roman jednocześnie, w porywie cierpienia, wyciąga ramiona do rzeźby
+twarzy drogiej, obejmuje niemi głowę z marmuru i krzyż pomnika, a
+dotknąwszy czołem czoła matki, szepce coś jak dziecko, kwili...
+
+- Matko... mateńko! - słychać dokładnie, i cicha skarga z piersi mu się
+wyrywa! Z bólem jutra, łączy się w nim zarazem jakiś bunt
+niewytłumaczony do świata, do ludzi - do życia!... I w szepcie słów
+urywanych, zmieszanych, wymówka wnet cierpka słyszeć się daje.
+
+- Matko! - szepcze Roman, z wyrzutem. - Dlaczegoż że po tobie
+odziedziczyłem gorącą krew tej ziemi? Czemu, ach, czemu, z mlekiem twem
+wyssałem zapalczywy ogień pragnień, zmysłowego szału, który zniweczył we
+mnie wszystko, któremu oprzeć się nie zdołałem, i upadłem tak nisko...
+tak... nisko!
+
+Nie mogłem odmówić sobie posiadania kobiety, którą ukochałem, bo w
+żyłach mych płonęła, jak lawa twych, matko, ojczystych wulkanów, krew
+dzieci południa, bo natura ich gwałtowna, przewrotna, bez niezłomnych
+uczciwości zasad, zakorzeniła się w mej istocie... Podeptałem
+wszystko... wszystko...
+
+- Matko, tyś temu niewinna, ja wiem, tyś niewinna! - skarżył się dalej
+Roman, przepraszając jakby, - ale, czemuż twym wpływem, kiedy ojca
+straciłem tak wcześnie, nie starałaś się złagodzić we mnie tej natury
+narodu twego? Dlaczego nie mogłaś wytępić ze mnie złego ziarna? Czemu?..
+czemu?.. czemu?..
+
+I pytanie to Dzierżymirskiego ostatnie, rozpaczliwe, uleciało,
+półpokorne, półgroźne jakby i zamarło w ciszy!
+
+A rodzicielka Romana mówiła pięknym, wyrazistym w białej rzeźbie
+wzrokiem - odpowiadała mu, zda się również:
+
+- Nie bluźnij, synu, nie rozpaczaj!.. Nie ja tu winnam!.. Wierz mi!..
+Czyniłam, co mogłam... Wpajałam w twą duszę niezłomne zasady,
+wzmacniałam twój umysł, twe serce! Nie miej żalu do mnie, me dziecię!..
+Popsuł się świat, co skala, zbruka niejedno swem błotem!.. Zbłądziłeś...
+
+A tymczasem zbielałe usta Dzierżymirskiego, wijącego się wciąż u stóp
+grobowca, w bólu i niepewności jutra, zaszeptały znów rozpaczliwie, z
+cicha...
+
+- Co czynić? co czynić? - Wszak tam wszyscy czekają teraz ode mnie
+wyjaśnienia o pieniężnej zgubie, którego dać im, niestety, nie potrafię.
+Cóż im powiem? co wymyślę, a zresztą, cóż mi po tem? Gdybym po wysiłku
+mózgowym i znalazł może przemądre nawet rozwiązanie jakie, czyż nie
+takiem samem, nie do zniesienia piekłem, stałoby się to moje jutro! -
+odpowiadały w duchu Romana: bezmierne zniechęcenie i gorycz.
+
+- W ciągłej, podwójnej jeszcze, niż dotąd, obawie skandalu, z tajoną,
+tłumioną w duszy tajemnicą, bez miłości, bez niej, bez Oli, sam,
+opuszczony, z widmem wyrzutu sumienia?.. - Nie! - wyrzucił z siebie
+Dzierżymirski, z mocą. - Ja tak żyć nie potrafię!..
+
+Szept urywany Romana ustał. Tuląc wciąż w ramionach ciemny marmur
+grobowca, milczącą snać już teraz z rodzicielką swą, a może i z Panem
+Wszechrzeczy, prowadził on rozmowę.
+
+Nagle jednak w stłoczonej piersi Romana cierpienia dłużej nie zdołało
+już się ukryć - spazmem łkania wydobyło się na zewnątrz!
+
+Milczenie cmentarnego zacisza wstrząsnął płacz męski, przejmujący,
+głęboki i przykrem nader echem rozległ się dokoła.
+
+
+**********************************************************
+
+
+A tymczasem nad Medyolańskiom przepięknem "Campo Santo," w całem swym
+majestacie zachodziło słońce...
+
+Mieniły się w odblaskach jego dachy i wieżyczki licznych kapliczek,
+mauzoleów; przez kolorowe wąskie szyby okienek, drzwi i kraty
+wślizgiwała się wewnątrz ich cicho czerwień promieni, pełzała po mozayce
+posadzek, muskała ubrane wdzięcznie kwiatami ołtarzyki, kandelabry,
+posągi i piękne świętych obrazy...
+
+Wspaniała wejściowa kolumnada iskrzyła się również tęczą blasków;
+ściany, dach i wieżyczki położonego na drugim końcu cmentarza "Tempio di
+Crematione" gorzały pąsową grą światła...
+
+A mleczno-białe, ciche i zadumane dotąd sennie posągi pomników ocknęły
+się po prostu jakby ożyły...
+
+Kształty ich, misternie w kamieniu wykute, rysy, odrzeźbione,
+przebudziły się niby z martwoty dotychczasowej na drobną, przelotną
+chwilkę - na mgnienie!..
+
+I nie są to już allegoryczne postacie, ni podobizny zmarłych dawno -
+nie, to wszak żywi ludzie, z krwi i kości! Ciało ich przecież,
+zaróżowione leciutko, drżeć oto zda się, poruszać, w żyłach krew płynie,
+usta coś mówią, a oczy ich, rysy, wyrazu pełne, boleją, płaczą, smucą
+się - myślą!..
+
+Patrzcie... patrzcie!..
+
+Tam, na, wspaniałym grobowcu, po obu stronach siedzącej na szczycie,
+zadumanej symbolicznej postaci kobiecej, dwaj aniołowie zalewają się
+gorzkiemi łzami, szlochają!.. Tu znów, przy innym pomniku, po stopniach
+jego porusza się, kroczy wzwyż niewiasta młoda, - ku dwóm posągom,
+stojącym na górze grobowca, prowadzi chłopczyka, ślicznotę, w którego
+dłoni zaciśnięty kwiatuszek się chwieje... A tam, znów dalej, w innej
+stronie...
+
+W otwarte drzwi małego mauzoleum, po stopniach schodów wchodzi wolno,
+szeleszcząc jakby fałdami swej sukni, ze spuszczonym wzrokiem - w
+trzymany w dłoni różaniec wpatrzona, cudnej piękności kobieta...
+
+I tak dalej, i tak dalej...
+
+Dziesiątki białoskrzydłych aniołów, wdów bolejących, załamujących
+dłonie, tarzających się gwałtownie, czy też pogrążonych w martwocie
+rozpaczy, - setki biustów, postaci - zda się, w cmentarnej ciszy nucą
+oto hymn bólu, w zgodnym akordzie z piersi jakby wyrzucają wszechogólny
+krzyk cierpienia!..
+
+A promienie zachodu zniżają się tymczasem coraz bardziej...
+
+Purpura ich ciemnieje w końcu, niebawem niknąć powoli zaczyna tam i
+ówdzie. Zakątki cmentarza dalsze, pod murem, stoją już w cieniach -
+środkowe kąpią się jeszcze w ostatnich pożegnalnych drgnieniach
+czerwieni i złota...
+
+Wokoło klęczącego Romana, i obejmującego wciąż w jednej i tej samej
+pozycyi pomnik, z posągiem matczynym, palą się w całej pełni jeszcze
+dogasająco słońca blaski.
+
+Dzierżymirski, szukając dalej ulgi w cierpieniu, jak nieprzytomny, wciąż
+szepcze coś niezrozumiałego do skąpanej w purpurze promieni rzeźby z
+marmuru... I niebawem, w ciszy, przerywanej tylko łagodnym szmerem
+poruszanych u drzew liści, drżeć głośniej znów skarga poczyna.
+
+- Nie, matko! - szepce Roman - nie, matko! zrozum mnie, nie gań!.. Ja
+tam, do nich wrócić nie mogę, to przechodzi siły moje!.. Wszak ja jego,
+kochanka Oli - tłumaczy się dalej Dzierżymirski - jego, mego wroga,
+zabić powinienem! A jakże ja to uczynię? Przecież oczyszczać pojedynkiem
+nawet mego honoru nie mogę! - z goryczą w głosie, niby żywej osobie,
+perswaduje Roman, coraz ciszej, złamanym szeptem... - Zrozum, mateńko!..
+Nie... mogę!..
+
+Milknie na chwilę, poczem urywanym głosem, z beznadziejną rozpaczą,
+mówi, zwierza się jeszcze... - Tak, mateńko! bo honoru wszak ja...
+sam... nie... posiadam!..
+
+I Dzierżymirski kończy głucho: - On w twarz mi to rzucić może, jeśli się
+dowie o wszystkiem, a wtedy?.. Nie, matko! - powtarza głośniej Roman nie
+żądaj tego ode mnie! - Ja, z piętnem pogardy na czole, bez czci tych
+tłumów, które ujarzmiłem - żyć nie potrafię!..
+
+A szczególniej z jej... Oli możliwą pogardą - bez jej uczucia żyć - nie
+mogę!..
+
+I tem kończy spowiedź przed rodzicielką syn zbolały, a po chwili
+dorzuca, z mocą. - I... nie chcę!!!
+
+Milknie Dzierżymirski, twarzy nie odrywa jednak od marmuru grobowca,
+pogrążywszy się w jakiemś półodrętwieniu głębokiem.
+
+A wkoło niego tymczasem gaśnie już całkiem łuna zachodu... Jak przed
+chwilą, niby dotknięte czarowną różdżką, ożywiały się posągi z marmurów,
+tak teraz kolejno do martwoty swej powracają.
+
+Położony tylko tuż obok Dzierżymirskiego symboliczny grobowiec jaśnieje
+jeszcze... Na wpół różowy od blasków czerwonych, blednieć oto właśnie
+coraz bardziej poczyna w tył przegięty, eteryczny i wielki na grobie tym
+anioł z marmuru, o rysach przecudnych, o rysach kobiecych, dziwnie
+nadziemsko zadumanych, a postaci całej wiotkiej i ustawionej na
+piedestale w ten sposób w powietrzu unosił się, leciał...
+
+Anioł patrzeć się zdaje na Romana, ze współczuciem, spod rzęs
+spuszczonych, oczyma żyjącego jakby ducha. Nad urną, którą trzyma w
+dłoniach i tuli do piersi i unieść z sobą jakby pragnie w zaświaty,
+odrzeźbiony, palący się ognik płonie rzeczywistem światłem, pieszczony
+ostatnim promyczkiem słońca!..
+
+Wreszcie i on zupełnie gaśnie.
+
+Korowód wieczornych cieni z mrokiem, wodzem na czele, wsuwa się teraz
+cicho na "Campo-Santo" i welonem szarym wkrótce przesłania z wolna
+wszystko... W oczekiwaniu jutrzenki różanej, która ich znowu przebudzi -
+zasypiają, symbole snu wiecznego, marmurowe rzeźby białe, doczesną zda
+się tylko drzemką...
+
+Stopniowo ścierają się zarysy posągów, kapliczek, mauzoleów...
+
+Zmierzch ciemnieje. Święcąc swój tryumf, a śmierć słońca po coraz
+bardziej mrocznych zakątkach "Cimitero" cienie wieczoru pląsają już
+obecnie swobodnie całkiem - drużyna ich weseli się, tańczy, pusta,
+skracając godziny do przyjścia nocy-władczyni.
+
+ Po pewnym czasie jednak staje się wśród tego grona jej paziów coś
+ niewątpliwie szczególnego bardzo... Wszystkie sylwety bowiem bawiących
+ się cieni łączą się oto w jedną grupę, zwartem kołem otaczając któryś z
+ licznych grobowców.
+
+Obejmując ramionami krzyż i posąg marmurowy, klęczy tu nieruchomo,
+zlewająca się prawie z pomnikiem, pochylona, biała sylwetka mężczyzny...
+Cienie pochylają się ciekawie nad nią, dotykają jej ciała, zaglądają w
+twarz, dziwnie bladą.
+
+I raptownie szept jakiś trwożny przelatuje po szeregu paziów nocy...
+Bezradni stoją wciąż gromadką, przelęknieni czemś jakby, przejęci,
+cisi... Niektórzy z nich nawet załamują ręce, drudzy kręcą z
+niedowierzaniem głowami - inni wpatrują się smutnie w majaczącą postać
+ludzką.
+
+Nagle koło ich rozprzęga się gwałtownie, milkną - pozostawiają w
+zapomnieniu zupełnem pomnik i znajdującego się u stóp jego człowieka.
+Momentalnie, szybko, ustawiają się składnie w dwa szeregi, pochylają z
+gracyą i pokorą, szacunku pełną, w powitalnym ukłonie...
+
+To pani ich i królowa - Noc, strojna, wspaniała z wyżyn na ziemię
+zestąpiła właśnie w tej chwili, w czarnym swym płaszczu i w gwiazd
+aureoli.
+
+--------------
+
+Poranek sierpniowy uśmiechał się tego dnia radośnie do tętniącego
+zwykłym ruchem wielkiego miasta. Pogodny, jasny, niósł on jednak w
+powiewach swych, chłodniejszych już nieco i świeższych, zapowiedź idącej
+wczesnej jesieni, tej czarownej, pięknej jesieni polskiej, tak zadumanej
+zda się i marzącej cicho, po otulonych mgłami płaszczyznach i tak pełnej
+porywającej sobą tęsknoty.
+
+Na jednej z głównych ulic miasta uwijano się żwawo. Przechodnie, wszyscy
+skwapliwie spieszący w jedną stronę, wymijali się gorączkowo, dzwoniły
+tramwaje, dorożki turkotały głośno - lekko, z cicha przesuwały się
+liczne, na gumowych kołach, ekwipaże i karety, dążąc również w tymże, co
+i piesi, kierunku.
+
+Niebawem jednak liczba jadących powozów poczęła się zmniejszać stopniowo
+coraz bardziej, w końcu zaś ustała zupełnie.
+
+Ulicę ruchu kołowego zamknięto. Ostatnie, zabłąkane dorożki zawracano,
+zmuszając do natychmiastowego skręcania w pierwszą lepszą boczną ulicę,
+a we względnej, panującej obecnie, uroczystej ciszy rozlegał się tylko
+zgłuszony szmer licznych stóp idącej po trotuarach gromady ludzkiej.
+
+Pół-milczenie to dyskretne trwało dobre pół godziny.
+
+Wreszcie z wieżyc jednego z pobliskich kościołów odezwały się poważnie i
+rzewnie żałobne dzwony i smutne - zabrzmiały donośnie.
+
+Ruch powstał na chodnikach... Zbierano się grupami, przystawano, policya
+i żandarmi na koniach poczęli czynić porządek, niebawem zaś w
+perspektywie wielkomiejskiej, opustoszałej środkiem ulicy, ukazał się
+kondukt pogrzebowy. Na progach magazynów, balkonach i w oknach domów
+zaroiło się od widzów ciekawych...
+
+Z kilkunastoma księżmi i licznym klerem, żałobny korowód przesuwać się
+zaczął z wolna aleją.
+
+Ramowały go wdzięcznie niewinne główki idących regularnie rzędami
+chłopaczków i dziewczynek - a wychowańców z licznych miejscowych
+ochronek, zakładów dobroczynnych - za trumną zaś okazałą, złożoną na
+bogatym sześciokonnym karawanie i jadącymi w ślad za tem, uginającymi
+się od wieńców, żałobnymi wozami, postępował tłum niezliczony - kołysało
+się morze głów ludzkich...
+
+Hen! daleko zaś, poza ciżbą, ginąc gdzieś w perspektywie ulic miasta,
+lśnił się w promieniach słońca sznur powozów i karet.
+
+Wśród uczestniczącej w pogrzebie rzeszy rozlega się stłumiony gwar
+ogólnie prowadzonych rozmów. Na wszystkich zaś ustach było teraz jedno
+tylko imię!
+
+Bez zmazy i skazy wobec świata zeszedł do grobu - Roman Dzierżymirski.
+
+W ostatnich dniach lipca społeczeństwem miasta, w którem żył, pracował,
+któremu na różnych polach działalności przewodził, wstrząsnęła wiadomość
+niespodziana, zakomunikowana przez gazety. Telegramem mianowicie
+doniesiono lakonicznie o śmierci prezesa Dzierżymirskiego, we Włoszech,
+w Medyolanie, na grobie matki, z anewryzmu serca. Powodem nagłego zgonu
+było, jak mówili jedni, silne wstrząśnienie moralne i bolesna wiadomość
+z kraju, jak utrzymywali po cichu inni - straty poważne, czysto
+finansowej natury i położenie bez wyjścia!..
+
+Ciało sprowadzono do kraju i dziś oto to same miasto, któremu
+Dzierżymirski tak wiele zasłużył się za życia, oddawało byłemu
+przodownikowi ostatnią posługę.
+
+Stawiły się wszystkie sfery i stany - wszyscy zaś z niekłamanym żalem,
+szli obecnie za trumną człowieka, z którego śmiercią, zdaniem ogólnem,
+ubywała miastu i krajowi nawet poważna społeczna siła...
+
+A dość było posłuchać tylko uważnie tam i ówdzie co mówiono o zmarłym,
+by przekonać się, jak szczerym, jak powszechnym prawdziwie był ten żal
+po nim!
+
+Jednogłośnie bowiem i wszechogólnie wynoszono po niebiosa czyny prezesa
+Dzierżymirskiego, poświęcenie dla ogółu, zdolności, rozum, szlachetność
+i energię - jednobrzmiąco ubolewano nad stratą jego niepowetowaną!
+Czasami, naturalnie, wplątała się i tu fałszywa gdzieniegdzie nuta, lecz
+ginęła natychmiast w akordzie powszechnego uwielbienia i żalu z
+przedwczesnego zgonu, tak zasłużonego społeczeństwu człowieka...
+
+Z trudnością przeciskając się pomiędzy dwoma sznurami ciekawych na
+chodnikach, wspaniały pogrzebowy korowód oddalał się tymczasem stopniowo
+w perspektywie ulicy, - wreszcie księża, karawani i dążące za trumną
+tłumy skręciły w lewo, i po pewnym czasie znikły...
+
+Na pierwszorzędnej ulicy w mieście przywrócono ruch natychmiast. Z
+bocznych ulic wysypały się dziesiątki zatrzymanych dotąd pojazdów,
+potoczyły się, dzwoniąc, ponownie tramwaje, zadudniły dorożki, omnibusy
+- do spowodowanych ściskiem wypadków kilku, wpadło na ruchliwą arteryę
+grodu wezwane Pogotowie Ratunkowe, donośną na trąbce pobudką torując
+sobie drogę!
+
+Uroczysty nastrój sprzed chwili pierzchł bezpowrotnie. Szerokiem korytem
+życie brutalnie deptało śmierci widmo - w codzienną szatę gorączka
+codziennego bytu przyoblekło się wszystko dokoła.
+
+Na ustach tylko, snujących się po trotuarach przechodniów, biernych
+widzów żałobnego konduktu, błąkało się jeszcze nazwisko
+Dzierżymirskiego, roznosiciele zaś dzienników zaroili się niebawem, a
+korzystając z chwilowego nastroju publiczności, sprzedawać poczęli z
+powodzeniem nadzwyczajne dodatki do gazet, z portretem i życiorysem
+zmarłego.
+
+
+*************************************************
+
+
+
+Minął rok czasu...
+
+Powodzią świateł w mglisty wieczór pierwszego Listopada gorzał cmentarz
+miejski rozległy, i roje ludzi tłoczyły się na nim. Poukładane
+wzorzyście paliły się na bogatych grobach i ubogich mogiłkach kolorowe
+lampiony, kwiaty i wieńce stroiły umarłych zakątek...
+
+Przy grobowcach niektórych, ubranych wspaniała, nie było żywej duszy.
+Przy innych formalne odbywały się zebrania. Środkiem zaś ulicy
+wystrojony, "szykowny", a przeważnie bezmyślny, wśród dowcipów
+brukowych, wygłaszanych donośnie, spacerował tłum ciekawskich obojętny.
+
+Tu i tam z rzadka czerniała przy świeżym pomniku postać schylona,
+zadumana tęsknie, cierpiąca... Tam i ówdzie na skromnej mogiłce, w
+bardziej oddalonej cmentarnej alei, szlochała cicho jakaś kobiecina,
+gdzie indziej znów klęczący syn, czy mąż, samotny, modlił się, lub nie
+widząc nic zgoła, nie słysząc, zapatrzony w ból własny - połykał łzy.
+
+W samotnej bocznej alei cmentarza wesoła młoda para, pochylona
+wzajemnie, szeptała sobie czułe czule słówka mijając obojętnie groby, a
+pomiędzy innymi i mogiłkę jedną darniową, skromniutką... Zapłakana
+dziewczynina kilkunastoletnia, ze złożonemi pobożnie rączkami, klęczała
+na niej i sama jedna, biedziła się w tej chwili z jedyną zapaloną, a
+gasnącą za każdym podmuchem wiatru, świeczką, którą, wespół z
+dziesięciogroszowym z choiny wianuszkiem, i białym wielkanocnym
+barankiem - ustroiła grobek matuli.
+
+Od żebraków, bab i dziadów, mruczących modły, zawodzących żałośnie,
+roiło się na cmentarzu.
+
+Co chwila ktoś z publiczności zbliżał się do nich i dając jałmużnę,
+dodawał: - Za duszę nieżyjącego Piotra, Maryi i.t.d.
+
+- Litości godna osobo! - skarżył się głośno żebrak stary, wyciągając
+dłoń kościstą do przechodzących właśnie aleją trzech ładniutkich
+podlotków, rozmawiających wesoło.
+
+- Czekajcie! - do rówieśnic odezwała się żywo jedna z panienek,
+zatrzymując się przed dziadem. - Dam mu, niech się pomodli za duszę mego
+pana Stanisława...
+
+- Ależ kiedy on żyje! po co? - zadziwiła się naiwnie najmłodsza z
+trójki.
+
+- Ha-ha-ha! - zaśmiała się pierwsza serdecznie, - a cóż to szkodzi,
+niech się tam za niego, grzesznika, pomodli!..
+
+I wręczając następnie dziadowi szóstaka, rzekła: - Macie, dziadku, za
+Stanisława!..
+
+- Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie, a światłość wiekuista niechaj mu
+świeci! - zaintonował żebrak uroczyście.
+
+Śmiech rozległ się w alei; koncept podobał się figlarnej trójce, a kilka
+babek i dziadów, znajdujących się w pobliżu, skorzystało na tem, bo
+obdzielono ich groszakami na tąż samą intencyę. Pan Stanisław został za
+życia pogrzebanym, modlono się już z góry za niego, a pusta,
+niefrasobliwa młodość, nie znająca zapewne jeszcze, co to ból prawdziwy
+i żal po drogiej sercu stracie - poszła dalej, śmiech zaś jej srebrzysty
+odbił się raz jeszcze na zakręcie alei o ukryty w drzew cieniu pomnik
+okazały.
+
+Na wysokiej kolumnie z połyskującego marmuru widniał jakiś posąg
+stojącej osoby... Na grobowcu nie było żadnego kwiatka i żadnych
+świateł... Zapatrzony jakby smutnie sam w siebie, stał on ciemny na
+uboczu, opuszczony i widocznie zapomniany. Jarzący się tylko blask
+lampek czerwonych, któremi ozdobiono grób sąsiedni, rzucał nań niepewne,
+dalekie światło. W półświetle tem, kto znał za życia Romana
+Dzierżymirskiego, z łatwością mógł go poznać teraz w stojącej rzeźbie z
+marmuru.
+
+I idącego przechodnia przykuwało do miejsca zdziwienie nagłe.
+
+- Jak to? - zadawał sobie mimowolnie pytanie. - W powodzi świateł,
+blasków tysiąca, dających tak wymowne i chlubne świadectwo, że żywi
+pamiętają jednak o umarłych, dzisiaj o Dzierżymirskim już zapomniano?..
+Czyż to możliwe, by świat był tak niewdzięcznym, żeby wykreślał z
+pamięci jednostki, tak głośne za życia - tak możnowładne!...
+
+I dziwił się przechodzień... Dziwił się w dalszym ciągu naiwnie, nie
+zdając sobie sprawy z tego pewnika życiowej ironii, która prawem
+"teraźniejszości" się zowie, a która, z małymi wyjątkami, uwielbia tylko
+żyjących i na widowni obecnych, umarłych zasypując pyłem zapomnienia.
+
+I spacerujący po cmentarzu widz ciekawy przybliżał się do grobowca, z
+trudnością odczytywał napisy, a później szedł dalej, zamyślony mimo woli
+nad nietrwałością doczesnego bytu.
+
+Lecz o niewdzięczność tym razem posądzał ludzi niesłusznie. Bo los
+szyderca, któryby może i rzeczywiście starł u świata wspomnienie innego,
+prawdziwie i wszechstronnie zasłużonego człowieka, niezbrukanego życiem,
+czystego - okazał się łaskawszym jednak, dla ubranego w togę pozorów
+moralnego wykolejeńca!
+
+W kwadrans później, trzy osoby, oglądające się wokoło, skupiły się przed
+grobem Dzierżymirskiego. Wkrótce, tamże zjawił się również mężczyzna, z
+kobietą młodą dość jeszcze i garstką dziatek.
+
+Przed ginącym w cieniach wieczora pomnikiem Romana, poklękli oni
+niebawem wszyscy...
+
+Byli to Orlęccy: ojciec, matka i córka, oraz Zieliński Herman, z
+rodziną.
+
+Młody głosik dziewczęcy pierwszy przerwał nieśmiało milczenie
+cmentarnego zakątka. Silny, jędrny zawtórował mu głos męski i szept
+otaczających...
+
+Wśród dalekiego echa kroków gromady ludzkiej, ich rozmów, śmiechu i
+płaczu - popłynęła z serc wdzięcznych za duszę zmarłego modlitwa!..
+
+. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
+
+Nazajutrz osamotnienia i zapomnienia żywych wstydzić się już nie
+potrzebował przed innymi - wspaniały grobowiec prezesa Dzierżymirskiego.
+
+Czyjaś troskliwa ręka ustawiła na grobie palmy i świeże kwiaty... W
+krzyż ułożonych różnokolorowych lampionów kilkanaście nęciły tu oko i
+skromny, aczkolwiek gustowny wieniec zielony u pomnikowego tulił się
+podnóża. Tamże błyszczał o nieboszczyku napis złocisty, złożony z samych
+tytułów i godności...
+
+I w blasków powodzi, na szczycie kolumny jaśniała zarówno teraz
+wdzięcznie odrzeźbiona sylweta pięknego, młodego jeszcze mężczyzny.
+
+Królując nad wszystkiem dokoła, niepokalanie biały, stał on i patrzył
+zamyślony! Na ustach z kamienia błąkać się zdawał dyskretny uśmiech
+zwycięskiej ironii...
+
+A poniżej - u stóp posągu, na czarnem tle marmuru, wielkiemi literami,
+rzucały się w oczy te oto wyryte słowa:
+
+
+Uczciwy, szlachetny i prawy,
+Ukochał bliźnich i społeczeństwu oddal życie całe -
+Nagrodź go, Panie!..
+
+
+End of the Project Gutenberg EBook of Ironia Pozorow, by Maciej hr.
+Lubienski
+
+*** END OF THE PROJECT GUTENBERG EBOOK IRONIA POZOROW ***
+
+This file should be named rnpz108.txt or rnpz108.zip
+Corrected EDITIONS of our eBooks get a new NUMBER, rnpz118.txt
+VERSIONS based on separate sources get new LETTER, rnpz108a.txt
+
+Etext produced by Michalina Makowska, Szczecin, Poland,
+Eve Sobol, South Bend, IN, USA, and Julia Jezierska, Stawiszyn, Poland.
+
+Project Gutenberg eBooks are often created from several printed
+editions, all of which are confirmed as Public Domain in the US
+unless a copyright notice is included. Thus, we usually do not
+keep eBooks in compliance with any particular paper edition.
+
+We are now trying to release all our eBooks one year in advance
+of the official release dates, leaving time for better editing.
+Please be encouraged to tell us about any error or corrections,
+even years after the official publication date.
+
+Please note neither this listing nor its contents are final til
+midnight of the last day of the month of any such announcement.
+The official release date of all Project Gutenberg eBooks is at
+Midnight, Central Time, of the last day of the stated month. A
+preliminary version may often be posted for suggestion, comment
+and editing by those who wish to do so.
+
+Most people start at our Web sites at:
+http://gutenberg.net or
+http://promo.net/pg
+
+These Web sites include award-winning information about Project
+Gutenberg, including how to donate, how to help produce our new
+eBooks, and how to subscribe to our email newsletter (free!).
+
+
+Those of you who want to download any eBook before announcement
+can get to them as follows, and just download by date. This is
+also a good way to get them instantly upon announcement, as the
+indexes our cataloguers produce obviously take a while after an
+announcement goes out in the Project Gutenberg Newsletter.
+
+http://www.ibiblio.org/gutenberg/etext03 or
+ftp://ftp.ibiblio.org/pub/docs/books/gutenberg/etext03
+
+Or /etext02, 01, 00, 99, 98, 97, 96, 95, 94, 93, 92, 92, 91 or 90
+
+Just search by the first five letters of the filename you want,
+as it appears in our Newsletters.
+
+
+Information about Project Gutenberg (one page)
+
+We produce about two million dollars for each hour we work. The
+time it takes us, a rather conservative estimate, is fifty hours
+to get any eBook selected, entered, proofread, edited, copyright
+searched and analyzed, the copyright letters written, etc. Our
+projected audience is one hundred million readers. If the value
+per text is nominally estimated at one dollar then we produce $2
+million dollars per hour in 2002 as we release over 100 new text
+files per month: 1240 more eBooks in 2001 for a total of 4000+
+We are already on our way to trying for 2000 more eBooks in 2002
+If they reach just 1-2% of the world's population then the total
+will reach over half a trillion eBooks given away by year's end.
+
+The Goal of Project Gutenberg is to Give Away 1 Trillion eBooks!
+This is ten thousand titles each to one hundred million readers,
+which is only about 4% of the present number of computer users.
+
+Here is the briefest record of our progress (* means estimated):
+
+eBooks Year Month
+
+ 1 1971 July
+ 10 1991 January
+ 100 1994 January
+ 1000 1997 August
+ 1500 1998 October
+ 2000 1999 December
+ 2500 2000 December
+ 3000 2001 November
+ 4000 2001 October/November
+ 6000 2002 December*
+ 9000 2003 November*
+10000 2004 January*
+
+
+The Project Gutenberg Literary Archive Foundation has been created
+to secure a future for Project Gutenberg into the next millennium.
+
+We need your donations more than ever!
+
+As of February, 2002, contributions are being solicited from people
+and organizations in: Alabama, Alaska, Arkansas, Connecticut,
+Delaware, District of Columbia, Florida, Georgia, Hawaii, Illinois,
+Indiana, Iowa, Kansas, Kentucky, Louisiana, Maine, Massachusetts,
+Michigan, Mississippi, Missouri, Montana, Nebraska, Nevada, New
+Hampshire, New Jersey, New Mexico, New York, North Carolina, Ohio,
+Oklahoma, Oregon, Pennsylvania, Rhode Island, South Carolina, South
+Dakota, Tennessee, Texas, Utah, Vermont, Virginia, Washington, West
+Virginia, Wisconsin, and Wyoming.
+
+We have filed in all 50 states now, but these are the only ones
+that have responded.
+
+As the requirements for other states are met, additions to this list
+will be made and fund raising will begin in the additional states.
+Please feel free to ask to check the status of your state.
+
+In answer to various questions we have received on this:
+
+We are constantly working on finishing the paperwork to legally
+request donations in all 50 states. If your state is not listed and
+you would like to know if we have added it since the list you have,
+just ask.
+
+While we cannot solicit donations from people in states where we are
+not yet registered, we know of no prohibition against accepting
+donations from donors in these states who approach us with an offer to
+donate.
+
+International donations are accepted, but we don't know ANYTHING about
+how to make them tax-deductible, or even if they CAN be made
+deductible, and don't have the staff to handle it even if there are
+ways.
+
+Donations by check or money order may be sent to:
+
+Project Gutenberg Literary Archive Foundation
+PMB 113
+1739 University Ave.
+Oxford, MS 38655-4109
+
+Contact us if you want to arrange for a wire transfer or payment
+method other than by check or money order.
+
+The Project Gutenberg Literary Archive Foundation has been approved by
+the US Internal Revenue Service as a 501(c)(3) organization with EIN
+[Employee Identification Number] 64-622154. Donations are
+tax-deductible to the maximum extent permitted by law. As fund-raising
+requirements for other states are met, additions to this list will be
+made and fund-raising will begin in the additional states.
+
+We need your donations more than ever!
+
+You can get up to date donation information online at:
+
+http://www.gutenberg.net/donation.html
+
+
+***
+
+If you can't reach Project Gutenberg,
+you can always email directly to:
+
+Michael S. Hart <hart@pobox.com>
+
+Prof. Hart will answer or forward your message.
+
+We would prefer to send you information by email.
+
+
+**The Legal Small Print**
+
+
+(Three Pages)
+
+***START**THE SMALL PRINT!**FOR PUBLIC DOMAIN EBOOKS**START***
+Why is this "Small Print!" statement here? You know: lawyers.
+They tell us you might sue us if there is something wrong with
+your copy of this eBook, even if you got it for free from
+someone other than us, and even if what's wrong is not our
+fault. So, among other things, this "Small Print!" statement
+disclaims most of our liability to you. It also tells you how
+you may distribute copies of this eBook if you want to.
+
+*BEFORE!* YOU USE OR READ THIS EBOOK
+By using or reading any part of this PROJECT GUTENBERG-tm
+eBook, you indicate that you understand, agree to and accept
+this "Small Print!" statement. If you do not, you can receive
+a refund of the money (if any) you paid for this eBook by
+sending a request within 30 days of receiving it to the person
+you got it from. If you received this eBook on a physical
+medium (such as a disk), you must return it with your request.
+
+ABOUT PROJECT GUTENBERG-TM EBOOKS
+This PROJECT GUTENBERG-tm eBook, like most PROJECT GUTENBERG-tm eBooks,
+is a "public domain" work distributed by Professor Michael S. Hart
+through the Project Gutenberg Association (the "Project").
+Among other things, this means that no one owns a United States copyright
+on or for this work, so the Project (and you!) can copy and
+distribute it in the United States without permission and
+without paying copyright royalties. Special rules, set forth
+below, apply if you wish to copy and distribute this eBook
+under the "PROJECT GUTENBERG" trademark.
+
+Please do not use the "PROJECT GUTENBERG" trademark to market
+any commercial products without permission.
+
+To create these eBooks, the Project expends considerable
+efforts to identify, transcribe and proofread public domain
+works. Despite these efforts, the Project's eBooks and any
+medium they may be on may contain "Defects". Among other
+things, Defects may take the form of incomplete, inaccurate or
+corrupt data, transcription errors, a copyright or other
+intellectual property infringement, a defective or damaged
+disk or other eBook medium, a computer virus, or computer
+codes that damage or cannot be read by your equipment.
+
+LIMITED WARRANTY; DISCLAIMER OF DAMAGES
+But for the "Right of Replacement or Refund" described below,
+[1] Michael Hart and the Foundation (and any other party you may
+receive this eBook from as a PROJECT GUTENBERG-tm eBook) disclaims
+all liability to you for damages, costs and expenses, including
+legal fees, and [2] YOU HAVE NO REMEDIES FOR NEGLIGENCE OR
+UNDER STRICT LIABILITY, OR FOR BREACH OF WARRANTY OR CONTRACT,
+INCLUDING BUT NOT LIMITED TO INDIRECT, CONSEQUENTIAL, PUNITIVE
+OR INCIDENTAL DAMAGES, EVEN IF YOU GIVE NOTICE OF THE
+POSSIBILITY OF SUCH DAMAGES.
+
+If you discover a Defect in this eBook within 90 days of
+receiving it, you can receive a refund of the money (if any)
+you paid for it by sending an explanatory note within that
+time to the person you received it from. If you received it
+on a physical medium, you must return it with your note, and
+such person may choose to alternatively give you a replacement
+copy. If you received it electronically, such person may
+choose to alternatively give you a second opportunity to
+receive it electronically.
+
+THIS EBOOK IS OTHERWISE PROVIDED TO YOU "AS-IS". NO OTHER
+WARRANTIES OF ANY KIND, EXPRESS OR IMPLIED, ARE MADE TO YOU AS
+TO THE EBOOK OR ANY MEDIUM IT MAY BE ON, INCLUDING BUT NOT
+LIMITED TO WARRANTIES OF MERCHANTABILITY OR FITNESS FOR A
+PARTICULAR PURPOSE.
+
+Some states do not allow disclaimers of implied warranties or
+the exclusion or limitation of consequential damages, so the
+above disclaimers and exclusions may not apply to you, and you
+may have other legal rights.
+
+INDEMNITY
+You will indemnify and hold Michael Hart, the Foundation,
+and its trustees and agents, and any volunteers associated
+with the production and distribution of Project Gutenberg-tm
+texts harmless, from all liability, cost and expense, including
+legal fees, that arise directly or indirectly from any of the
+following that you do or cause: [1] distribution of this eBook,
+[2] alteration, modification, or addition to the eBook,
+or [3] any Defect.
+
+DISTRIBUTION UNDER "PROJECT GUTENBERG-tm"
+You may distribute copies of this eBook electronically, or by
+disk, book or any other medium if you either delete this
+"Small Print!" and all other references to Project Gutenberg,
+or:
+
+[1] Only give exact copies of it. Among other things, this
+ requires that you do not remove, alter or modify the
+ eBook or this "small print!" statement. You may however,
+ if you wish, distribute this eBook in machine readable
+ binary, compressed, mark-up, or proprietary form,
+ including any form resulting from conversion by word
+ processing or hypertext software, but only so long as
+ *EITHER*:
+
+ [*] The eBook, when displayed, is clearly readable, and
+ does *not* contain characters other than those
+ intended by the author of the work, although tilde
+ (~), asterisk (*) and underline (_) characters may
+ be used to convey punctuation intended by the
+ author, and additional characters may be used to
+ indicate hypertext links; OR
+
+ [*] The eBook may be readily converted by the reader at
+ no expense into plain ASCII, EBCDIC or equivalent
+ form by the program that displays the eBook (as is
+ the case, for instance, with most word processors);
+ OR
+
+ [*] You provide, or agree to also provide on request at
+ no additional cost, fee or expense, a copy of the
+ eBook in its original plain ASCII form (or in EBCDIC
+ or other equivalent proprietary form).
+
+[2] Honor the eBook refund and replacement provisions of this
+ "Small Print!" statement.
+
+[3] Pay a trademark license fee to the Foundation of 20% of the
+ gross profits you derive calculated using the method you
+ already use to calculate your applicable taxes. If you
+ don't derive profits, no royalty is due. Royalties are
+ payable to "Project Gutenberg Literary Archive Foundation"
+ the 60 days following each date you prepare (or were
+ legally required to prepare) your annual (or equivalent
+ periodic) tax return. Please contact us beforehand to
+ let us know your plans and to work out the details.
+
+WHAT IF YOU *WANT* TO SEND MONEY EVEN IF YOU DON'T HAVE TO?
+Project Gutenberg is dedicated to increasing the number of
+public domain and licensed works that can be freely distributed
+in machine readable form.
+
+The Project gratefully accepts contributions of money, time,
+public domain materials, or royalty free copyright licenses.
+Money should be paid to the:
+"Project Gutenberg Literary Archive Foundation."
+
+If you are interested in contributing scanning equipment or
+software or other items, please contact Michael Hart at:
+hart@pobox.com
+
+[Portions of this eBook's header and trailer may be reprinted only
+when distributed free of all fees. Copyright (C) 2001, 2002 by
+Michael S. Hart. Project Gutenberg is a TradeMark and may not be
+used in any sales of Project Gutenberg eBooks or other materials be
+they hardware or software or any other related product without
+express permission.]
+
+*END THE SMALL PRINT! FOR PUBLIC DOMAIN EBOOKS*Ver.02/11/02*END*
+