summaryrefslogtreecommitdiff
path: root/old
diff options
context:
space:
mode:
Diffstat (limited to 'old')
-rw-r--r--old/rnpz10d.docbin0 -> 841216 bytes
-rw-r--r--old/rnpz10d.zipbin0 -> 282769 bytes
-rw-r--r--old/rnpz10h.htm15431
-rw-r--r--old/rnpz10h.zipbin0 -> 278265 bytes
-rw-r--r--old/rnpz10r.rtf6509
-rw-r--r--old/rnpz10r.zipbin0 -> 254827 bytes
-rw-r--r--old/rnpz10u.txt13204
-rw-r--r--old/rnpz10u.zipbin0 -> 247380 bytes
-rw-r--r--old/rnpz810.txt12609
-rw-r--r--old/rnpz810.zipbin0 -> 241933 bytes
10 files changed, 47753 insertions, 0 deletions
diff --git a/old/rnpz10d.doc b/old/rnpz10d.doc
new file mode 100644
index 0000000..b1d596b
--- /dev/null
+++ b/old/rnpz10d.doc
Binary files differ
diff --git a/old/rnpz10d.zip b/old/rnpz10d.zip
new file mode 100644
index 0000000..c86df33
--- /dev/null
+++ b/old/rnpz10d.zip
Binary files differ
diff --git a/old/rnpz10h.htm b/old/rnpz10h.htm
new file mode 100644
index 0000000..6fc27e3
--- /dev/null
+++ b/old/rnpz10h.htm
@@ -0,0 +1,15431 @@
+<!DOCTYPE HTML PUBLIC "-//W3C//DTD HTML 4.01 Transitional//EN">
+<html>
+<head>
+<title>
+The Project Gutenberg EBook of Ironia Pozorow, by Maciej hr. Lubienski
+</title>
+</head>
+
+<body>
+
+<pre>
+The Project Gutenberg EBook of Ironia Pozorow, by Maciej hr. Lubienski
+
+Copyright laws are changing all over the world. Be sure to check the
+copyright laws for your country before downloading or redistributing
+this or any other Project Gutenberg eBook.
+
+This header should be the first thing seen when viewing this Project
+Gutenberg file. Please do not remove it. Do not change or edit the
+header without written permission.
+
+Please read the "legal small print," and other information about the
+eBook and Project Gutenberg at the bottom of this file. Included is
+important information about your specific rights and restrictions in
+how the file may be used. You can also find out about how to make a
+donation to Project Gutenberg, and how to get involved.
+
+
+**Welcome To The World of Free Plain Vanilla Electronic Texts**
+
+**eBooks Readable By Both Humans and By Computers, Since 1971**
+
+*****These eBooks Were Prepared By Thousands of Volunteers!*****
+
+
+Title: Ironia Pozorow
+
+Author: Maciej hr. Lubienski
+
+Release Date: June, 2004 [EBook #6000]
+[Yes, we are more than one year ahead of schedule]
+[This file was first posted on September 22, 2002]
+
+Edition: 10
+
+Language: Polish
+
+Character set encoding: Unicode UTF-8
+
+*** START OF THE PROJECT GUTENBERG EBOOK IRONIA POZOROW ***
+
+
+
+
+Etext produced by Michalina Makowska, Szczecin, Poland,
+Eve Sobol, South Bend, IN, USA, and Julia Jezierska, Stawiszyn, Poland.
+
+
+</pre>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Title: "Ironia Pozorów"</p>
+
+<p>Author: Maciej hr. &#321;ubie&#324;ski</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>PROLOG</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Dnia&#322;o...</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Leniwo, sennie pierzcha&#322;y mg&#322;y przezrocze,
+tul&#261;ce si&#281; dot&#261;d w niemej pieszczocie do &#347;cian wielkiego
+grodu i wodnej, p&#322;yn&#261;cej u stóp jego fali.</p>
+
+<p>Wreszcie - znik&#322;y...</p>
+
+<p>Na wzgórzu ukaza&#322;o si&#281; miasto. Z wysoka, iglicami
+katedry, licznymi gmachami i z&#380;ó&#322;k&#322;&#261; zieleni&#261; ogrodów
+przejrza&#322;o si&#281; dumnie w nurtach szarych rzeki, a po szybach okien
+domów jego zamigota&#322; równocze&#347;nie pierwszy bladawy promyk chmurnego
+jesiennego &#347;witu.</p>
+
+<p>Na poddaszach krytego ceg&#322;&#261; staromiejskiego domku
+nieprzes&#322;oni&#281;te niczem okno jedno za&#347;mia&#322;o si&#281; weselej
+od innych do matowego porannego &#347;wiat&#322;a. Ciekawie do wn&#281;trza
+facyatki w&#347;lizn&#261;&#322; si&#281; brzask sm&#281;tny.</p>
+
+<p>W pokoiku, o paru najniezb&#281;dniejszych tylko
+sprz&#281;tach, na razie nie by&#322;o nikogo.</p>
+
+<p>Po&#347;ciel nienaruszona bieli&#322;a si&#281;
+do&#347;&#263; schludnie, wszystko woko&#322;o za&#347; wskazywa&#322;o
+wyra&#378;nie, i&#380; w&#322;a&#347;ciciela siedziby tej od wczoraj ju&#380;
+nie by&#322;o, puls bowiem kie&#322;kuj&#261;cej tu jakiego&#347; jednego
+&#380;ycia, zastyg&#322;y w panuj&#261;cym wsz&#281;dzie nieporz&#261;dku,
+wyra&#378;nie oczekiwa&#263; si&#281; zdawa&#322; cierpliwie na swego pana i w&#322;adc&#281;.</p>
+
+<p>Tymczasem za&#347; tylko po niezamiecionych k&#261;tach
+b&#322;&#261;ka&#322;y si&#281; pustka i nuda, a nietrudno by&#322;o
+domy&#347;le&#263; si&#281;, &#380;e bieda w swej ziemskiej w&#281;drówce
+zagl&#261;da&#263; tu nieraz musia&#322;a...</p>
+
+<p>Go&#347;cin&#281; jej bowiem zdradza&#322;o tutaj -
+wszystko. A wi&#281;c i ubo&#380;yzna mebli i atmosfera jaka&#347; duszna,
+wreszcie to co&#347; niewidzialnego, nieokre&#347;lonego, z k&#261;tów, ze
+&#347;cian, zewsz&#261;d, wyzieraj&#261;cego, co, jak widma cie&#324;, szeptem
+jakby, mówi wci&#261;&#380; o sobie i &#322;zawo si&#281; skar&#380;y.</p>
+
+<p>W
+przedziwnie zgodnej, panuj&#261;cej tu ogólnie harmonii szarzyzny, melancholii
+i smutku, d&#378;wi&#281;cza&#322;a jednak, drga&#322;a, niby u&#347;mieszek
+radosny, jasny, nuta weselsza. By&#322;a za&#347; ni&#261; stoj&#261;ca w rogu
+pokoju, na komódce staro&#347;wieckiej, zniszczonej, w inkrustowane, wykwintne
+ramy oprawna fotografia gabinetowa m&#322;odej dziewczyny, ku której z obok
+stoj&#261;cej szklaneczki ma&#322;ej wychyla&#322;a si&#281; pieszczotliwie w
+rozkwicie swym &#347;liczna aksamitna p&#261;sowa &#347;wie&#380;a ró&#380;a.</p>
+
+<p>Dziewcz&#281; i ró&#380;a patrzy&#322;y na siebie, lecz
+królowa kwiatów z s&#261;siedztwa swego dumn&#261; by&#263; tylko mog&#322;a.</p>
+
+<p>Z martwej bowiem kartki kartonu, spogl&#261;da&#322;a na
+&#347;wiat du&#380;emi oczyma cudna twarz dziewczyny, a zakl&#281;ty w rysach i
+uk&#322;adzie ca&#322;ej postaci nieuj&#281;ty jaki&#347; wdzi&#281;k - ta
+si&#322;a najwi&#281;ksza kobiety, oporna na lata i burze &#380;ycia, &#347;wie&#380;a
+zawsze, jak kwiecie wiosny - sz&#322;a na widza i chwyta&#322;a go za serce,
+czaruj&#261;c natychmiast swem s&#322;abem b&#261;d&#378; co b&#261;d&#378;
+tylko artyzmu ludzkiego odbiciem.</p>
+
+<p>Odosobnienie za&#347; wyra&#378;ne rogu izdebki, gdzie
+sta&#322;a fotografia, od otaczaj&#261;cych i rozrzuconych po pokoju
+sprz&#281;tów, oraz pewna czysto&#347;&#263; staranna, cechuj&#261;ca to
+miejsce - &#347;wiadczy&#322;y sob&#261; równie&#380; a&#380; nadto, &#380;e
+nieobecny w&#322;a&#347;ciciel mieszkanka tego dba&#322; wielce o ten
+zak&#261;tek, zdradzaj&#261;c przytem, &#380;e i on w biedzie swej mia&#322;
+mo&#380;e jak&#261;&#347; chwilk&#281; jasn&#261;, jakie&#347; swoje
+marzenie!...</p>
+
+<p>Tak,niew&#261;tpliwie!...</p>
+
+<p>Si&#322;a bowiem jakby ukryta, a nieuj&#281;ta jednocze&#347;nie
+i dziwna, bi&#322;a od tego k&#261;cika pami&#261;tek; zdawa&#322; si&#281;
+by&#263; on jedynym u&#347;miechem smutnego zk&#261;din&#261;d tu bytu i jedyna
+równie&#380; kapliczka, nik&#322;ego z&#322;udnego zapewne jakiego&#347;
+szcz&#281;&#347;cia, ale zawsze - szcz&#281;&#347;cia.</p>
+
+<p>W szar&#261; n&#281;dz&#281; istnienia &#8222;pana",
+zamkni&#281;tej w tych &#347;cianach biedy, &#380;ycie wpl&#261;ta&#322;o
+wida&#263; jak&#261;&#347; ni&#263; z&#322;ot&#261;, rzuci&#322;o na
+os&#322;od&#281; hojnie i lito&#347;ciwie p&#281;k duchowych promieni!...</p>
+
+<p>Tymczasem w ciszy izdebki nie przerywa&#322;o nic
+zgo&#322;a... Przez ma&#322;e okienko wida&#263; tu by&#322;o spi&#281;trzone
+dachy z czerwonej ceg&#322;y, kominy; dalej, w dole, srebrzy&#322;a si&#281;
+rzeka, a &#347;rodkiem niej cicho sun&#281;&#322;a w&#322;a&#347;nie berlinka,
+zd&#261;&#380;aj&#261;c ku miejskiej przystani.</p>
+
+<p>Z wie&#380;y której&#347; z poblizkich
+&#347;wi&#261;ty&#324; w ogólnem milczeniu melodyjnie rozleg&#322; si&#281;
+niebawem d&#378;wi&#281;k sygnaturki porannej. Monotonne nieco
+pop&#322;yn&#281;&#322;o w dal echo z dzwonu, a zawtórowa&#322;y mu wkrótce
+&#347;wistawki licznych fabryk, turkot wozów z mlekiem i pieczywem, oraz inne,
+p&#322;yn&#261;ce zewsz&#261;d odg&#322;osy.</p>
+
+<p>Powolnie budzi&#322;o si&#281; ju&#380; miasto.</p>
+
+<p>Kr&#281;tymi uliczkami staromiejskiej dzielnicy
+zd&#261;&#380;a&#322; krokiem równym i szybkim ku opisanej powy&#380;ej
+siedziby swojej m&#322;ody m&#281;&#380;czyzna, ros&#322;y i gibki, ubrany w
+jesienne palto i pognieciony mi&#281;kki kastrowy kapelusz, nadaj&#261;cy
+&#347;niademu obliczu jego i bujnemu zarostowi wyra&#378;ny typ jakby po&#322;udniowca
+z Zachodu. Szed&#322; on, pogwizduj&#261;c z cicha, z r&#281;kami w
+kieszeniach, zamy&#347;lony, a po wymini&#281;ciu kilku przechodniów,
+skr&#281;ciwszy w uliczk&#281; w&#261;zk&#261; i g&#322;uch&#261;, znalaz&#322;
+si&#281; na niej sam zupe&#322;nie.</p>
+
+<p>Po chwili jednak z poza w&#281;g&#322;a
+staro&#347;wieckiego domu, tworz&#261;cego róg tej ulicy, wysun&#281;&#322;a
+si&#281; pewna posta&#263; i pocz&#281;&#322;a i&#347;&#263; w &#347;lad za
+nim.</p>
+
+<p>By&#322;a to biedna jaka&#347; babina, a sna&#263; nieco
+podpita, bo zataczaj&#261;c si&#281; z lekka, krzykliwie
+pod&#347;piewywa&#322;a co&#347; sobie. Ma&#322;a, kr&#281;pa, okr&#281;cona
+czerwon&#261; we&#322;nian&#261; chustk&#261; i w takiej&#380;e spódnicy,
+ko&#322;ysa&#322;a si&#281; ona zabawnie, przystaj&#261;c co kroków kilka, i
+niby baletnica szybko wykr&#281;caj&#261;c si&#281; na jednej nodze.</p>
+
+<p>W swe ko&#347;ciste r&#281;ce spódnic&#281;
+ujmowa&#322;a przytem pociesznym ruchem, a z pe&#322;n&#261; komizmu
+gracy&#261; unosz&#261;c j&#261; wyra&#378;niej i g&#322;o&#347;niej
+powtarza&#322;a ostatni&#261; piosenki zwrotk&#281;, i sz&#322;a dalej, aby w
+par&#281; minut ponownie wykona&#263; te&#380; same identycznie produkcye.</p>
+
+<p>Id&#261;cy ulic&#261; m&#281;&#380;czyzna
+przystan&#261;&#322; i patrza&#322; ciekawie na babin&#281;, wkrótce jednak,
+znudzony, oboj&#281;tnie odwróci&#322; si&#281; i pocz&#261;&#322;
+i&#347;&#263; dalej.</p>
+
+<p>W tej samej chwili pos&#322;ysza&#322; za sob&#261; wo&#322;anie:</p>
+
+<p>- Hej, panoczku, panoczku! Stójcie-no ino tam,
+stójcie!...</p>
+
+<p>M&#322;ody cz&#322;owiek odwróci&#322; si&#281;  i ujrza&#322; zmierzaj&#261;c&#261; ku niemu
+kobiecin&#281;; trzyma&#322;a co&#347; w r&#281;ku i kiwa&#322;a na&#324;.
+Zdziwiony podszed&#322; bli&#380;ej i zapyta&#322;:</p>
+
+<p>- Có&#380; to, czegó&#380; ode mnie chcecie?</p>
+
+<p>Babina za&#347;, podaj&#261;c mu jaki&#347; przedmiot,
+obja&#347;ni&#322;a:</p>
+
+<p>- A dy&#263; zgubili&#347;ta to panoczku!... Przez
+ma&#322;a psewróci&#322;abym se bez t&#281; torb&#281;...</p>
+
+<p>Nieznajomy machinalnie uj&#261;&#322; w r&#281;k&#281;,
+co mu dawano.</p>
+
+<p>Trzyma&#322; pugilares du&#380;y, ci&#281;&#380;ki i
+elegancki; by&#322; on ze skóry koloru wi&#347;niowego i mile dotkni&#281;ciem
+swem pie&#347;ci&#322;.</p>
+
+<p>Na ten widok zarumienione od porannego ch&#322;odu
+oblicze m&#322;odzie&#324;ca zblad&#322;o, r&#281;ka mu zadr&#380;a&#322;a
+nerwowo, a na ustach, które z lekka poruszy&#322;y si&#281; niedostrzegalnie,
+zamar&#322;y, jakby niewypowiedziane jakie&#347; s&#322;owa.</p>
+
+<p>Jednocze&#347;nie spojrzenie jego du&#380;ych ciemnych
+oczu obrzuci&#322;o badawczo uliczk&#281;: wokó&#322; nie by&#322;o nikogo,
+tylko zapuszczone story licznych okien u domów patrzy&#322;y przed siebie
+martwem okiem - w ciszy u&#347;pienia jeszcze drzema&#322;o tu miasto.</p>
+
+<p>Przenikliwy, rozumny wzrok nieznajomego
+spocz&#261;&#322; z kolei na twarzy stoj&#261;cej przed nim kobieciny, i
+zatrzyma&#322; si&#281; na niej d&#322;ug&#261; chwil&#281;...</p>
+
+<p>Zdawa&#322;a si&#281; ona by&#263; ze wsi, a Bogu
+dusz&#281; winna, uciera&#322;a w tej chwili swój nos zamaszy&#347;cie,
+nieestetycznym i prymitywnym, ludowi naszemu w&#322;a&#347;ciwym sposobem,
+mrugaj&#261;c równocze&#347;nie ma&#322;emi, zasz&#322;emi krwi&#261;, jak u
+królika, oczkami. Niew&#261;tpliwie by&#322;a przytem powesela&#322;&#261; od
+trunku, a nie pijan&#261; przed chwil&#261; wida&#263;
+&#347;piewaj&#261;c&#261; tylko - tak sobie, gwoli zado&#347;&#263;uczynienia
+nastrojowi swemu, czy te&#380; mo&#380;e zbytkowi przyrodzonego temperamentu.</p>
+
+<p>- Dzi&#281;kuj&#281; wam! - Lakonicznie rzuci&#322;
+nagle nieznajomy, prosto w piegowat&#261; i czerwon&#261; twarz babiny i
+odwróciwszy si&#281; z po&#347;piechem, podniós&#322; ko&#322;nierz paltota,
+wtuli&#322; w niego g&#322;ow&#281;, nasun&#261;&#322; na oczy kapelusz i
+pocz&#261;&#322; i&#347;&#263; bardzo szybko, wkrótce za&#347; pu&#347;ci&#322;
+si&#281; prawie &#380;e biegiem.</p>
+
+<p>- A to ci leci!... Niby ta elektryka, zrozumienia
+nijakiego niemaj&#261;ca, - zawyrokowa&#322;a g&#322;o&#347;no do siebie,
+wzruszaj&#261;c ramionami, kobiecina.</p>
+
+<p>Ra&#378;no z miejsca ruszy&#322;a i &#347;piewa&#263;
+znowu pocz&#281;&#322;a, echo za&#347; jej piosenki, odbiwszy si&#281; o mury
+charakterystycznych, przygarbionych wiekiem kamienic Starego Miasta -
+pogna&#322;o za nikn&#261;cym ju&#380; w g&#322;&#281;bi uliczki
+m&#281;&#380;czyzn&#261;, ostatni&#261; sw&#261;, dwukrotnie powtórzon&#261;,
+zwrotk&#261;:</p>
+
+<p>
+&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp; "A kto kocha, ten jest zdrów,<br>
+&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp; A kto kocha -  ten jest zdrów...";</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Zgrzytn&#261;&#322; klucz w zamku cichej facyatki,
+otworzy&#322;y si&#281; gwa&#322;townie drzwiczki, i na progu stan&#261;&#322;
+w&#322;a&#347;ciciel tego mieszkanka. Od powiewu, wywo&#322;anego pr&#261;dem
+powietrza, zadr&#380;a&#322;y firanki u ma&#322;ego okienka, ze szklanego za&#347;
+kielicha pochyli&#322;a si&#281; ku fotografii m&#322;odej dziewczyny ró&#380;a
+aksamitna, jakby pragn&#261;c z ni&#261; wspólnie powita&#263; pana swego.</p>
+
+<p>- Nareszcie!... - wyszepta&#322;y z ulg&#261; usta
+przyby&#322;ego i ruchem nerwowym, zamkn&#261;wszy cicho drzwi za sob&#261;,
+przekr&#281;ci&#322; klucz w zamku.</p>
+
+<p>Rzecz dziwna - natychmiast w czterech &#347;cianach
+smutnej dot&#261;d izdebki zrobi&#322;o si&#281; jako&#347; weselej i
+ja&#347;niej!...</p>
+
+<p>M&#322;odo&#347;&#263; bowiem i si&#322;a sz&#322;y,
+bi&#322;y od m&#322;odego mieszka&#324;ca facyatki, i niby brakuj&#261;cy
+promie&#324; &#347;wiat&#322;a, o&#380;ywi&#322;y, zda si&#281;, wn&#281;trze
+poddasza.</p>
+
+<p>Rzuciwszy kapelusz i paltot na krzes&#322;o,
+m&#322;odzieniec bacznie rozejrza&#322; si&#281; po swym pokoiku, a
+zmarszczywszy brwi i jakby co&#347; rozwa&#380;aj&#261;c, pozosta&#322; w
+pozycyi stoj&#261;cej d&#322;u&#380;sz&#261; chwil&#281;.</p>
+
+<p>Poruszy&#322; si&#281; jednak niebawem i podszed&#322;
+do drzwi, nads&#322;uchuj&#261;c równocze&#347;nie. Postawszy za&#347; tam
+minut par&#281;, zbli&#380;y&#322; si&#281; nast&#281;pnie do okna, a
+wpatrzywszy si&#281; w nie przez sekund&#281; mo&#380;e, po krótkiem wahaniu,
+powolnym ruchem spu&#347;ci&#322; rolet&#281;.</p>
+
+<p>Szarawa ciemno&#347;&#263; zaleg&#322;a izdebk&#281;.</p>
+
+<p>M&#322;odzieniec podszed&#322; do kanapy, przed
+któr&#261; sta&#322; stoliczek mahoniowy, i usiad&#322;. Wkrótce w ciszy
+rozleg&#322; si&#281; zgrzyt zapa&#322;ki. Po chwili ma&#322;a lampka
+o&#347;wietla&#322;a ju&#380; poddasze, m&#322;ody cz&#322;owiek za&#347;, raz
+jeszcze obejrzawszy si&#281; wko&#322;o, szybko, si&#281;gn&#261;&#322; do
+kieszeni swego ubrania.</p>
+
+<p>Nerwowo, &#347;piesznie wydoby&#322; stamt&#261;d
+wr&#281;czony niedawno portfel skórzany i, z b&#322;yskiem ciekawo&#347;ci w
+oczach roztworzywszy go, po&#322;o&#380;y&#322; na stole.</p>
+
+<p>Z sze&#347;ciu, zapi&#281;tych ma&#322;emi klapkami,
+przedzia&#322;ów z&#322;o&#380;ony, z wielk&#261; spodni&#261;, id&#261;c&#261;
+przez ca&#322;&#261; d&#322;ugo&#347;&#263; jego kieszeni&#261;, w oczekiwaniu,
+cicho, pugilares patrze&#263; si&#281; zdawa&#322; na siedz&#261;cego
+m&#281;&#380;czyzn&#281;...</p>
+
+<p>R&#281;ce jego jednak, dotkn&#261;wszy si&#281; tylko pobie&#380;nie
+wype&#322;nionych kryjówek, zatrzyma&#322;y si&#281; chwil&#281; bezczynnie, a
+na nerwowej twarzy odbi&#322;o zdumienie, po&#322;&#261;czone jakby z
+przestrachem.</p>
+
+<p>-
+Jak to, wi&#281;c tak du&#380;o tu czego&#347;? -mówi&#322;y wyra&#378;nie
+wielkie, wyrazu pe&#322;ne oczy m&#322;odzie&#324;ca, i jednocze&#347;nie
+pyta&#263; si&#281; zdawa&#322;y niepewne: - Czy tylko to aby pieni&#261;dze?..</p>
+
+<p>I
+dziwna reakcya odbywa&#322;a si&#281; w duszy jego. </p>
+
+<p>Gdy kr&#281;temi uliczkami lecia&#322;
+do swego mieszkanka, pali&#322;a go ch&#281;&#263; ujrzenia, co zawiera
+portfel, a obecnie?... L&#281;k oto jaki&#347; niewyt&#322;umaczony
+zaw&#322;adn&#261;&#322; nim nagle.</p>
+
+<p>Przeczucie mówi&#322;o mu
+wyra&#378;nie, &#380;e tu, przed nim, w pugilaresie tym, ukryty na razie od
+oczu ludzkich, mie&#347;ci&#322; si&#281; maj&#261;tek mo&#380;e, tkwi&#322;
+pieni&#261;dz - ten talizman ludzkiego dobrobytu i szcz&#281;&#347;cia, drzema&#322;a
+&#347;wiata tego pot&#281;ga - z&#322;oto...</p>
+
+<p>A jednak nie poruszy&#322; on
+dot&#261;d wcale portfelu... Dlaczego?</p>
+
+<p>Bo z przeczuciem bogactw, które
+czeka&#263; si&#281; zdawa&#322;y tylko dotkni&#281;cia jego, czu&#322; dobrze,
+zdawa&#322; sobie on spraw&#281; z czego&#347; innego równie&#380;.</p>
+
+<p>To by&#322;a w&#322;asno&#347;&#263;
+cudza!...</p>
+
+<p>Upomn&#261; si&#281; o ni&#261;
+niew&#261;tpliwie; on za&#347;, nie wiedz&#261;c, co si&#281; tam znajduje,
+mo&#380;eby móg&#322; jeszcze, pomimo swej n&#281;dzy, zwróci&#263;
+w&#322;a&#347;cicielowi ten oto przedmiot, czy uczyni to jednak, unurzawszy
+r&#281;ce w zawarto&#347;ci jego?</p>
+
+<p>Z r&#281;k&#261; na portfelu
+opart&#261; m&#281;&#380;czyzna zamy&#347;li&#322; si&#281; bardziej jeszcze.</p>
+
+<p>Wszak, cho&#263; z pozoru wesó&#322; i
+syty, nie posiada&#322; on w istocie na razie z&#322;amanego szel&#261;ga przy
+duszy. Ostatnie pieni&#261;dze wyda&#322; na bilet kolejowy, który
+pozwoli&#322; mu wróci&#263; w &#347;ciany poddasza z wczorajszej zamiejskiej
+wycieczki, zwi&#261;zanej z nadziej&#261; otrzymania posady.</p>
+
+<p>Nie otrzyma&#322; jej - wraca&#322; z
+niczem; g&#322;odne dzisiaj ju&#380; teraz pytaj&#261;co zagl&#261;da&#322;o mu
+w oczy zimnem nieub&#322;aganem spojrzeniem.</p>
+
+<p>A tu, przed nim!...</p>
+
+<p>M&#322;odzieniec zerwa&#322; si&#281;
+z kanapki i przebieg&#322; pokój kilka razy. Nagle, wytrzyma&#263; snad&#378;
+ju&#380; nie mog&#261;c, pochwyci&#322; w dr&#380;&#261;ce r&#281;ce
+le&#380;&#261;cy portfel i rozpi&#261;&#322; ruchem gwa&#322;townym po kolei
+wszystkie jego kieszonki...</p>
+
+<p>I oto z jednego przedzia&#322;u
+natychmiast z przyciszonym brz&#281;kiem posypa&#322;y si&#281; na
+wyszarza&#322;&#261; serwet&#281; stolika rulony z&#322;ota,
+b&#322;yszcz&#261;ce, nowe - zamigota&#322;y w niepewnem &#347;wietle lampy i
+u&#322;o&#380;y&#322;y si&#281; cicho... W &#347;lad za nimi z innych kieszonek
+portfelu z szelestem wypad&#322;y pliki storublówek, w opaskach, a z kryjówki
+jego spodniej wysun&#281;&#322;y si&#281; do po&#322;owy wielkie kwadraty
+pi&#281;&#263;setrublówek!...</p>
+
+<p>Wi&#281;c nie by&#322;o to urojeniem,
+marzeniem, mrzonk&#261;!.. Rzeczywi&#347;cie zatem drzema&#322; tu
+pieni&#261;dz w swym majestacie!..</p>
+
+<p>M&#322;ody cz&#322;owiek
+odskoczy&#322; od sto&#322;u i wpatrzy&#322; si&#281; w nagromadzon&#261;
+kup&#281; grosza. </p>
+
+<p>Na twarz jego wyst&#261;pi&#322; wyraz
+chciwo&#347;ci i oszpeci&#322; j&#261;, oczy g&#322;&#281;bokie, du&#380;e,
+przybra&#322;y po&#322;ysk koci i wpi&#322;y si&#281; uporczywie w banknoty i
+z&#322;oto.</p>
+
+<p>Po chwili zbli&#380;y&#322; si&#281;
+ponownie do stolika. Lubie&#380;nym ruchem swej delikatnej r&#281;ki
+przesun&#261;&#322; po nagromadzonych pieni&#261;dzach, a po ciele jego
+równocze&#347;nie przelecia&#322; dreszcz.</p>
+
+<p>Jak w&#322;osy pi&#281;knej kobiety,
+jak cia&#322;o jej zmys&#322;owe, aksamitne, pie&#347;ci&#322;y go banknoty...
+Zanurzy&#322; r&#281;k&#281; g&#322;&#281;biej i dotkn&#261;&#322; si&#281;
+z&#322;ota.</p>
+
+<p>Z cichym brz&#281;kiem rozsypa&#322;o
+si&#281; ono w strumyk b&#322;yszcz&#261;cy, a nim do g&#322;&#281;bi ponownie
+wstrz&#261;sn&#261;&#322; dreszcz.</p>
+
+<p>Nigdy w &#380;yciu swem nie mia&#322;
+tyle pieni&#281;dzy u siebie. Fortuna zawsze impertynencko odwraca&#322;a
+si&#281; od niego, szcz&#281;&#347;cie dotychczas ucieka&#322;o ode&#324;
+równie&#380;, jak od zapowietrzonego, pieni&#261;dz za&#347;, drwi&#261;co
+unosz&#261;c si&#281; w niedost&#281;pnych dla&#324; wy&#380;ynach,
+niepochwytny, szyderczy - stroni&#322; od niego stale.</p>
+
+<p>M&#322;odzieniec przesuwa&#322;
+wci&#261;&#380; machinalnie r&#281;k&#261; po storublówkach. Przed oczyma
+miga&#322;y mu wizerunki, podpisy na banknotach, z&#322;ote imperya&#322;y
+zimnym dotykiem g&#322;aska&#322;y jego d&#322;o&#324;...</p>
+
+<p>Wyrwawszy r&#281;k&#281; wreszcie z
+pieszczotliwego u&#347;cisku z&#322;ota, m&#281;&#380;czyzna pochwyci&#322;
+nagle pliki storublówek i liczy&#263; pocz&#261;&#322;.</p>
+
+<p>Dr&#380;&#261;ce r&#281;ce jego bra&#322;y
+i porzuca&#322;y co chwila zwitki banknotów; szelest papieru, zduszony
+d&#378;wi&#281;k monety zagra&#322;y w ciszy izdebki, zdziwi&#322;y te biedne
+&#347;ciany, tak zdawna odwyk&#322;e od brz&#281;ku pieni&#281;dzy,
+wyganiaj&#261;c, zdawa&#322;o si&#281;, bied&#281;, przykuc&#322;&#261;
+gdzie&#347; w k&#261;cie, z legowiska swego. I widmo jej w &#322;achmanach
+znikn&#281;&#322;o przestraszone, wygnane szmerem poddanych Z&#322;otego Cielca
+- umkn&#281;&#322;o, szukaj&#261;c gdzie indziej schronienia.</p>
+
+<p>A m&#322;ody cz&#322;owiek
+wci&#261;&#380; liczy&#322;... Teraz d&#322;o&#324; jego dotyka&#322;a zwitka
+pi&#281;&#263;setrublówek. By&#322;o ich dwadzie&#347;cia.</p>
+
+<p>Ciemny rumieniec powoli
+wyst&#281;powa&#322; na &#347;niad&#261; twarz m&#322;odzie&#324;ca, oczy
+za&#347; jego pali&#322;y si&#281; bezustannie chciwo&#347;ci niezdrowym
+blaskiem.</p>
+
+<p>W papierach i z&#322;ocie, z
+pewn&#261;, drobn&#261; tylko ró&#380;nic&#261;, by&#322;o wszystkiego
+dwadzie&#347;cia siedem tysi&#281;cy.</p>
+
+<p>M&#322;odzieniec odst&#261;pi&#322; od
+sto&#322;u i wolno z rozmys&#322;em pocz&#261;&#322; przechadza&#263; si&#281;
+po izdebce.</p>
+
+<p>- Dwadzie&#347;cia i siedem
+tysi&#281;cy!.. Dwadzie&#347;cia i siedem...</p>
+
+<p>Powtarzaj&#261;c si&#281; bezustanku,
+w g&#322;owie jego hucza&#322;a i wraca&#322;a my&#347;l jedna, a
+dziesi&#261;tki innych gin&#281;&#322;y, topi&#322;y si&#281; tylko w niej, jak
+w chaosie, zanika&#322;y - milk&#322;y... </p>
+
+<p>On zatem, który prócz jedynego na
+sobie odzienia i tych paru sprz&#281;tów woko&#322;o, nie posiada&#322; nic na
+&#347;wiecie, on - za jednym zamachem móg&#322; sta&#263; si&#281; oto
+w&#322;a&#347;cicielem owych, rozsypanych przed </p>
+
+<p>nim pieni&#281;dzy?..</p>
+
+<p>M&#322;odzieniec zadr&#380;a&#322;.</p>
+
+<p>- A moralno&#347;&#263;? a etyka? To
+w&#322;asno&#347;&#263; nie twoja, to zguba czyja&#347; tylko, ty
+powiniene&#347; pieni&#261;dz ten zwróci&#263;, zwróci&#263;, zwróci&#263;!..
+jak rój owadów nagle zabrzmia&#322;y w uszach m&#281;&#380;czyzny jakie&#347;
+szepty i g&#322;osy.</p>
+
+<p>- Odda&#263;? ha-ha-ha!.. A to
+dlaczego? ciekawym? - zadrwi&#322; rozs&#261;dek zimny natychmiast. - "On
+prend son bien, ou on le trouve." - Znalaz&#322;e&#347; - to twoje! A
+zreszt&#261;, gdyby to samo, co ty, znalaz&#322; by&#322; kto inny, czy
+my&#347;lisz, &#380;e post&#261;pi&#322;by on inaczej?</p>
+
+<p>- Odda&#322;by, odda&#322; na pewno,
+bo chcia&#322;by pozosta&#263; uczciwym!.. - silny g&#322;os prawo&#347;ci rozleg&#322;
+si&#281; &#347;mia&#322;o w duszy m&#281;&#380;czyzny.</p>
+
+<p>Wstrz&#261;sn&#261;&#322; si&#281;
+m&#322;ody mieszkaniec facyatki i przetar&#322; r&#281;k&#261; czo&#322;o, po
+chwili za&#347; zm&#281;czony usiad&#322; na jednym z koszlawych fotelików i,
+podpar&#322;szy g&#322;ow&#281; d&#322;oni&#261;, zaduma&#322; si&#281;
+g&#322;&#281;boko.</p>
+
+<p>A rozum drwi&#322; dalej
+bezlito&#347;nie, zjadliwie, s&#261;cz&#261;c si&#281; kroplami ironii:</p>
+
+<p>- Nie s&#322;uchaj bredni i
+sentymentalnych mrzonek! - szepta&#322;. - Uczciwo&#347;&#263; - frazesa!..
+Któ&#380; naprawd&#281; uczciwym jest w czasach obecnych? Obejrzyj si&#281;
+tylko i wpatrz uwa&#380;nie w ludzi, walcz&#261;cych o byt obok ciebie. Czy&#324;
+wreszcie, jak chcesz... odtr&#261;&#263; &#322;askawy u&#347;miech fortuny!..</p>
+
+<p>Los, odbieraj&#261;c mo&#380;e
+naumy&#347;lnie drugiemu, co mia&#322; zanadto w swym trzosie, pragnie
+dobrotliwy, obdarzy&#263; ciebie, nie chcesz-li?</p>
+
+<p>- Ha, to b&#261;d&#378; sobie zatem
+wspania&#322;omy&#347;lnym, szlachetnym, wielkim! Umieraj z g&#322;odu, b&#261;d&#378;
+g&#322;upim!.. Ale pami&#281;taj, &#380;e gorzkiemi &#322;zami
+&#380;a&#322;owa&#263; kiedy&#347; b&#281;dziesz chwili swojego sza&#322;u -
+pami&#281;taj, &#380;e&#347; biednym!</p>
+
+<p> </p>
+
+<p>Za&#347;mia&#322; si&#281; jeszcze
+rozum szyderczo i umilk&#322;, m&#281;&#380;czyzna za&#347;, zadumany,
+pochyli&#322; si&#281; na krze&#347;le, jakby przygnieciony do ziemi,
+opar&#322;szy przytem &#322;okcie na kolanach, ukry&#322; twarz w d&#322;onie.</p>
+
+<p>Tak, niestety, by&#322; on biednym!..</p>
+
+<p>Straciwszy matk&#281; lat temu
+par&#281;, uczy&#322; si&#281; nast&#281;pnie za granic&#261;: w Niemczech i we
+Francyi. odebrawszy kosztem bogatego stryja wykszta&#322;cenie nie fachowe,
+lecz ogólne i staranne, zdecydowa&#322; si&#281; rok temu w&#322;a&#347;nie
+powróci&#263; do miasta, gdzie ujrza&#322; by&#322; &#347;wiat&#322;o dzienne,
+by zbli&#380;y&#263; si&#281; do dotychczasowego opiekuna swego, a brata
+rodzonego nie&#380;yj&#261;cego ju&#380; ojca.</p>
+
+<p>W m&#322;odzie&#324;czej
+wyobra&#378;ni studenta roi&#322;a si&#281; nawet podówczas nadzieja
+&#347;mia&#322;a ow&#322;adni&#281;cia sercem starego bogacza, aby po
+najd&#322;u&#380;szem &#380;yciu zapisa&#322; mu mienie.</p>
+
+<p>Tembardziej zatem &#347;pieszy&#322;
+si&#281; z swoim wyjazdem, lecz przyby&#322; za pó&#378;no niestety; stryja
+swego ju&#380; nie zasta&#322;.</p>
+
+<p>&#321;o&#380;&#261;cy tylko z
+obowi&#261;zku na studya bratanka, a nie przywi&#261;zany do&#324; zgo&#322;a
+innym, serdeczniejszym w&#281;z&#322;em, par&#281; tygodni temu
+w&#322;a&#347;nie starzec przeniós&#322; si&#281; by&#322; do wieczno&#347;ci,
+zapisawszy ca&#322;y maj&#261;tek na dobroczynne cele.</p>
+
+<p>Nie zastawszy wi&#281;c w mie&#347;cie
+nikogo na razie, kto by go zna&#322; lub pami&#281;ta&#322;, odwa&#380;nie z
+bied&#261; wzi&#261;&#322; si&#281; on wówczas za bary.</p>
+
+<p>Przepisywa&#322; referaty, polisy
+ubezpieczeniowe, dawa&#322; lekcye, czyni&#322;, co tylko móg&#322; i
+zdobywa&#322; miejsce przy biesiadnym, ogólno ludzkim, a tak zazwyczaj
+niego&#347;cinnym stole...</p>
+
+<p>0 ch&#322;odzie i g&#322;odzie
+mija&#322;y mu w ten sposób dnie ca&#322;e, gorycz jednak do &#380;ycia, w
+walce o byt ci&#261;g&#322;ej, nie rozgaszcza&#322;a si&#281; w duszy jego, nie
+maj&#261;cego po prostu czasu w bezbarwnej swej biedzie i gor&#261;czce zarobku
+analizowa&#263; ciemnych stron swego &#380;ywota. Miesi&#281;cy par&#281; temu
+dopiero si&#322;a okoliczno&#347;ci i ludzi, o których ociera&#263; si&#281;
+pocz&#261;&#322;, &#380;al wyklu&#322; mu si&#281; w duszy do &#347;wiata,
+s&#261;cz&#261;c z niej niezadowolenie i gorycz.</p>
+
+<p>Traf &#347;lepy zrz&#261;dzi&#322;
+pewnego dnia, i&#380; spotka&#322; rówie&#347;nika swego z lat dawnych.</p>
+
+<p>Przy wspomnieniu tem ostatniem,
+m&#322;ody mieszkaniec poddasza zmarszczy&#322; brwi i zamy&#347;li&#322;
+si&#281; jeszcze g&#322;&#281;biej, ni&#380; przedtem.</p>
+
+<p>Dawny jego kolega szkolny z kraju i
+zagranicy, Edmund R-ski, potrosze nawet kuzyn i towarzysz zabaw dziecinnych -
+dzi&#347; bywalec stolicznych salonów, ch&#322;opiec zamo&#380;ny,
+zbli&#380;y&#322; si&#281; do niego pierwszy wówczas. By&#322;o to podczas
+karnawa&#322;u, w zimie, w jednej z kawiar&#324;, bardziej ucz&#281;szczanych w
+mie&#347;cie.</p>
+
+<p>Po d&#322;u&#380;szej gaw&#281;dzie i
+rozpami&#281;tywaniu m&#322;odzie&#324;czych lat ubieg&#322;ych, Edumund R-ski
+rzek&#322; mu wtedy:</p>
+
+<p>- Wiesz co, mój drogi? Dobrze si&#281;
+nazywasz, &#322;adne masz maniery, które pozosta&#322;y ci po rodzicach i
+wychowaniu starannem, notabene wcale dobrze i z akcentem mówisz po francusku,
+tandem tedy zaproponowa&#322;bym ci co&#347;... tylko nie obra&#378; si&#281;
+na mnie przypadkiem... Gdyby ci&#281; tak ubra&#263; elegancko, bardzo dobry i okaza&#322;y
+by&#322;by z ciebie tancerz... He, có&#380; ty na to? Proszony
+w&#322;a&#347;nie jestem o m&#322;odzie&#380; do pa&#324;stwa W. na bal,
+pojutrze, chod&#378; ze mn&#261;... Siedzisz i marnujesz si&#281; gdzie&#347; w
+k&#261;cie, qui lo sa, przystojnym jeste&#347;, a nu&#380; podobasz si&#281;
+komu?.. Ja ci pomog&#281; i u&#322;atwi&#281; wszystko...</p>
+
+<p>Od s&#322;owa do s&#322;owa, da&#322;
+si&#281; namówi&#263; wtedy. Otrzymawszy od bogatego i hojnego, oraz uprzejmego
+kuzyna po&#380;yczk&#281;, wyekwipowa&#322; si&#281; i poszed&#322; na bal z
+nim razem.</p>
+
+<p>Edmund R. przeprowadzi&#322; rzecz
+ca&#322;&#261; bardzo zr&#281;cznie. Przedstawiwszy protegowanego swego, nie
+omieszka&#322; przypomnie&#263; wszystkim z osobna o stryju jego,
+filantropijnym zapisodawcy, a tak&#380;e o rodzicach, ongi, przed laty,
+zamo&#380;nych i wp&#322;ywowych. Dobrze wychowanego, eleganckiego i
+mi&#322;ego tancerza zaprasza&#263; pocz&#281;to ch&#281;tnie, tembardziej, i&#380;
+powszechnie wiedziano o przyja&#378;ni jego z Edmundem R., znanym i cenionym
+bywalcem.</p>
+
+<p>M&#322;ody mieszkaniec skromnego
+poddasza poruszy&#322; si&#281; niespokojnie na krze&#347;le i spojrza&#322;
+przed siebie wzrokiem zamglonym, zapatrzonym we wspomnienia w&#322;asne.</p>
+
+<p>Wówczas to, po owym pierwszym balu,
+przest&#261;pi&#322; on zaczarowany dla&#324; dot&#261;d próg salonów i
+zapami&#281;tale bawi&#263; si&#281; pocz&#261;&#322;. &#379;ycie, które
+prowadzi&#322;, upaja&#322;o go. Niepomny jutra - szala&#322;.</p>
+
+<p>Trwa&#322;o to tygodni par&#281;, i
+nagle sko&#324;czy&#322;o si&#281; wszystko... Edmund R-ski, wezwany
+telegraficznie do umieraj&#261;cej siostry za granic&#281;, wyjecha&#322;,
+pieni&#261;dze wyczerpa&#322;y si&#281; równocze&#347;nie, a zaniedbana czasowo
+jego w&#322;asna zarobkowa praca wysun&#281;&#322;a mu si&#281; z r&#261;k;
+kto&#347; inny, tak&#380;e potrzebuj&#261;cy biedak, zast&#261;pi&#322; go.</p>
+
+<p>W okienko facyatki karnawa&#322;owicza
+zajrza&#322; g&#322;ód; po wizytach i balach pozosta&#322; w pami&#281;ci jego
+tylko chaos ogólny - wra&#380;enie chwil rozkosznie jakby prze&#347;nionych, i
+jedno wspomnienie trwa&#322;e.</p>
+
+<p>Oczy m&#322;odego m&#281;&#380;czyzny
+zadumane, w tej chwili b&#322;yszcz&#261;ce i jakby tkliwe, skierowa&#322;y
+si&#281; w róg izdebki, gdzie w pó&#322;&#347;wietle lampy majaczy&#322;a
+fotografia.</p>
+
+<p>Naby&#322; j&#261; u fotografa i
+niemal codziennie stroi&#322; w kwiaty; przedstawia&#322;a za&#347; ona
+eleganck&#261; pann&#281; z towarzystwa, córk&#281; ukrai&#324;skiego magnata,
+b&#322;yszcz&#261;c&#261; ubieg&#322;ego karnawa&#322;u w salonach pi&#281;kno&#347;ci&#261;,
+dowcipem, otoczona rojem wielbicieli, a któr&#261; pokocha&#322; uczuciem
+mi&#322;o&#347;ci pierwszej - prawdziwej.</p>
+
+<p>Dla niej rzuci&#322; si&#281; w wir
+czczych zabaw bez &#347;rodków po temu, bez pami&#281;ci...</p>
+
+<p>Odepchni&#281;temu tward&#261;
+r&#281;k&#261; biedy od rydwanu bawi&#261;cego si&#281; &#347;wiata -
+przes&#322;oni&#281;tego w pami&#281;ci jego gaz&#261; u&#322;udn&#261;,
+mieni&#261;cego si&#281; setkami odcieni i blasków - pozosta&#322;y tylko
+wspomnienia dr&#281;cz&#261;ce, rozkoszne, kilkunastu rozmów, ta&#324;ców,
+u&#347;cisków d&#322;oni, spojrze&#324;... i - nabyta za pieni&#261;dz
+w&#322;asny fotografia pi&#281;knej dziewczyny.</p>
+
+<p>Mydlana ba&#324;ka z&#322;udna -
+marzenie!..</p>
+
+<p>Siedz&#261;cy wci&#261;&#380; w
+zamy&#347;leniu przed stolikiem m&#322;odzieniec g&#322;ow&#281; pochyli&#322;
+i ponownie ukry&#322; j&#261; w d&#322;onie. Niby na jawie, przed oczyma
+&#380;ywo stan&#261;&#322; mu bal ostatni... W jarz&#261;cej si&#281;
+&#347;wiate&#322; powodzi, w&#347;ród ko&#322;ysz&#261;cych si&#281; w takt melodyjnego
+walca par, sun&#281;li oni wówczas po szklistej posadzce salonów...</p>
+
+<p>Ona mia&#322;a spuszczon&#261;
+g&#322;ówk&#281; cudn&#261; i opiera&#322;a si&#281; z wdzi&#281;kiem na jego
+ramieniu, on za&#347;, tul&#261;c nieznacznie tancerk&#281; sw&#261; do piersi,
+po&#380;era&#322; wzrokiem jej twarz, nagie ramiona i szyj&#281; kszta&#322;tn&#261;,
+a d&#322;ug&#261; i gi&#281;tka, jak kwiat, o &#322;odydze wysokiej.</p>
+
+<p>Od czasu do czasu pi&#281;kna panna
+wznosi&#322;a na niego swoje g&#322;&#281;bokie, mieni&#261;ce si&#281;
+&#378;renice, i spojrzenia ich spotyka&#322;y si&#281; na chwil&#281;...</p>
+
+<p>Potem &#347;liczne dziewcz&#281;
+przykrywa&#322;o znów oczy d&#322;ugiemi rz&#281;sami; on rzuca&#322;
+s&#322;ówko, przyciska&#322; machinalnie kibi&#263; jej do siebie,
+czekaj&#261;c ponownie niemej &#378;renic rozmowy. Nagle uciszy&#322;o si&#281;
+w balowej sali...</p>
+
+<p>To muzyka usta&#322;a by&#322;a, a oni
+walcowali jeszcze, ci&#261;gle przytuleni do siebie - zro&#347;li skrytem jakby
+pragnieniem.</p>
+
+<p>Pó&#378;niej odprowadzi&#322;
+znu&#380;on&#261; sw&#261; tancerk&#281;, a ona leciute&#324;ko,
+dzi&#281;kczynnie paluszkami drobnemi &#347;cisn&#281;&#322;a jego
+d&#322;o&#324;...</p>
+
+<p>M&#322;odzieniec zerwa&#322; si&#281;
+z krzes&#322;a, potr&#261;ci&#322; je gwa&#322;townie, i du&#380;ymi krokami
+zacz&#261;&#322; przebiega&#263; szybko swój pokoik. Jednocze&#347;nie z
+wyrazem mi&#322;o&#347;ci bezgranicznej spojrzenie jego pobieg&#322;o do
+komódki ma&#322;ej, gdzie sta&#322;a fotografia z ró&#380;&#261;.</p>
+
+<p>Z kryszta&#322;owego kielicha
+delikatnie wychyla&#322; si&#281; kwiat purpurowy, dotykaj&#261;c warg prawie
+dziewczyny. Usteczka jej ma&#322;e u&#347;miecha&#322;y si&#281; rozkosznie,
+poca&#322;unku zda si&#281; spragnione...</p>
+
+<p>M&#322;ody cz&#322;owiek
+pozostawa&#322; chwil&#281; w niemej kontemplacyi ubóstwianego przez si&#281;
+k&#261;cika izdebki, a&#380; wreszcie powoli wzrok swój przeniós&#322; w
+stron&#281; stolika, gdzie le&#380;a&#322;y cicho banknoty i z&#322;oto.</p>
+
+<p>Wyraz marzenia, ekstazy
+b&#322;yskawicznie znik&#322; z jego oblicza - przypomnia&#322; sobie
+chwil&#281; obecn&#261;.</p>
+
+<p>Zwolna do stolika zbli&#380;a&#263;
+si&#281; pocz&#261;&#322;; utkwiwszy spojrzenie w rozsypanych pieni&#261;dzach,
+jednocze&#347;nie my&#347;la&#322;:</p>
+
+<p>- Niemi tylko mo&#380;e zdoby&#263;
+bym móg&#322; swe marzenie, one pozwol&#261; mi i u&#322;atwi&#261;
+zbli&#380;enie do ukochanej!  A potem...</p>
+
+<p>I mimo woli znowu spojrza&#322;
+m&#322;odzieniec w róg pokoiku.</p>
+
+<p>Oczy dziewczyny kusz&#261;ce patrzy&#322;y
+zalotnie, pali&#322;y go, obiecywa&#263; si&#281; zdawa&#322;y rozkoszy
+u&#322;ud&#281;, mi&#322;o&#347;&#263; - szcz&#281;&#347;cie!.. Rumieniec
+obla&#322; twarz m&#281;&#380;czyzny.</p>
+
+<p> </p>
+
+<p>- Ach, mie&#263; j&#261;,
+posiada&#263;, i &#380;y&#263; jej &#380;yciem, zla&#263; si&#281; z ni&#261;
+istnieniem i dusz&#261;!.. - zawirowa&#322;a mu w g&#322;owie my&#347;l
+uporczywa.</p>
+
+<p>- Przecie&#380; to córka magnata;
+ksi&#261;&#380;&#281;ta, hrabiowie ubiegaj&#261; si&#281; o ni&#261;,
+czem&#380;e ty jeste&#347; dla niej? - zerem, nie otrzymasz jej nigdy, -
+uspakaja&#322;a mózg, nerwy wzburzone, trze&#378;wa, zimna logika. - Chyba,
+&#380;e pieni&#281;dzy tych oto posi&#261;dziesz wiele... wiele...</p>
+
+<p>- Z ma&#322;ych strumieni tworz&#261;
+si&#281; rzeki; we&#378; to, a mo&#380;e ci wi&#281;cej przyb&#281;dzie!.. -
+szepn&#261;&#322; rozum podst&#281;pnie.</p>
+
+<p> </p>
+
+<p>M&#322;ody mieszkaniec facyatki
+schwyci&#322; si&#281; nagle za g&#322;ow&#281;.</p>
+
+<p>Bo&#380;e, Bo&#380;e! - wyszepta&#322;
+- có&#380; jednak uczyni&#322;o ze mnie to, tak krótkie zetkni&#281;cie
+si&#281; z &#347;wiatem zbytku, to zbratanie si&#281;, otarcie z lud&#378;mi
+szychu i z&#322;ota! Jak&#380;e innym by&#322;em dawniej! Jak&#380;e -
+lepszym!..</p>
+
+<p>M&#281;&#380;czyzna smutnie
+zwiesi&#322; g&#322;ow&#281;.</p>
+
+<p>Teraz, przyjrzawszy si&#281; niedawno
+ludziom bogatym, ich trybowi &#380;ycia, czu&#322; w sobie, poza uczuciem
+mi&#322;o&#347;ci, dziesi&#261;tki zwi&#261;zanych z niem pragnie&#324;.
+Z&#322;oto, ten bo&#380;ek dumny i wspania&#322;y, przed którym korzy&#322;y
+si&#281; miliony, ol&#347;niewa&#322; go, mami&#322;... Przedsmak za&#347;
+mo&#380;liwych w dalekiej przysz&#322;o&#347;ci bogactw, u&#380;ycia, a kto
+wie, mo&#380;e znaczenia i wp&#322;ywów, wespó&#322; z osi&#261;gni&#281;ciem
+najprzód ukochanej kobiety, za pomoc&#261; tego oto, rozsypanego przed nim
+grosza - odbiera&#322; mu równowag&#281; duchow&#261;, miesza&#322; my&#347;li.</p>
+
+<p>Porwa&#322; si&#281; znowu z miejsca i
+po pokoju biega&#263; pocz&#261;&#322;, niebawem jednak rzuci&#322; si&#281; na
+krzes&#322;o, wyczerpany, uporczywie, ponownie wpatrzywszy si&#281; w
+fotografie ukochanej.</p>
+
+<p>Od czasu do czasu odrywa&#322; wzrok
+od drogich rysów kobiety i przenosi&#322; go z wolna na stos banknotów i
+z&#322;ota. Pó&#378;niej spojrzenie jego, wewn&#281;trznej pracy my&#347;li
+jakby pos&#322;uszne, wraca&#322;o powtórnie do lubego wizerunku.</p>
+
+<p>Przy samych wargach dziewczyny
+dr&#380;a&#322; kwiat purpurowy obecnie - dziewcz&#281; i ró&#380;a
+ca&#322;owa&#322;y si&#281; teraz lubie&#380;nie...</p>
+
+<p>A w izdebce tymczasem lampa powoli
+dogasa&#263; pocz&#281;&#322;a stopniowo, niepewnem, migoc&#261;cem
+&#347;wiat&#322;em k&#322;óc&#261;c si&#281; jakby z r&#261;bkiem radosnego
+s&#322;o&#324;ca, poprzez rolety zagl&#261;daj&#261;cego co chwila do
+wn&#281;trza facyaty.</p>
+
+<p>I pó&#322;cienie jakie&#347;,
+tajemnicze, mgliste wsun&#281;&#322;y si&#281; równocze&#347;nie na poddasze -
+zaludni&#322;y cicho puste, zakurzone k&#261;ty jego...</p>
+
+<p>Siedz&#261;cy m&#322;ody cz&#322;owiek
+zrywa si&#281; nagle z krzes&#322;a swego.</p>
+
+<p>Bo oto niespodzianie dwoi&#263; mu
+si&#281; w oczach zaczyna...</p>
+
+<p>Rozsypane na stole z&#322;oto zalewa
+izdebk&#281; ca&#322;&#261;, a z komódki starej zst&#281;powa&#263; zaczyna z
+wolna ona sama, zamglona i powiewna posta&#263;... Dotykaj&#261;c stopkami
+drobnemi z&#322;ota, idzie ku niemu ona, z zalotnym u&#347;miechem, pi&#281;kna
+niewinna - chyli si&#281; rozkosznie w jego ramiona!.. </p>
+
+<p>M&#281;&#380;czyzna ku zjawisku temu
+wyci&#261;ga instynktownie r&#281;ce, na wpó&#322; przytomnie naprzód
+pochyla...</p>
+
+<p>Lecz oto nagle czar pryska...</p>
+
+<p>Wype&#322;niaj&#261;ca wn&#281;trze
+izdebki z&#322;ocista przestrze&#324; znika, zjawisko eteryczne za&#347;
+zaczyna oddala&#263; si&#281; coraz bardziej, unosi w gór&#281;, niepochwytne,
+a za niem tylko na ciemnawem tle facyatki, jak w&#261;&#380; ognisty, wije
+si&#281; struga b&#322;yszcz&#261;ca &#347;cie&#380;ka, dotyka stóp jego -
+pomostem z&#322;ota &#322;&#261;cz&#261;c go w ten sposób z uchodz&#261;cym
+cieniem ubóstwianej przeze&#324; kobiety.</p>
+
+<p>Wreszcie znika wszystko.</p>
+
+<p>M&#322;ody m&#281;&#380;czyzna
+przeciera d&#322;oni&#261; czo&#322;o, rozgl&#261;da si&#281;...</p>
+
+<p>Niema nikogo!</p>
+
+<p>Có&#380; to wi&#281;c by&#322;o?</p>
+
+<p>Hallucynacya zapewne
+napr&#281;&#380;onych nerwów i rozigranej wyobra&#378;ni, rzucaj&#261;ca mu na
+ekran pó&#322;cieniów izdebki fantasmagoryczny obraz noszonego ci&#261;gle w
+duszy dziewcz&#281;cia! Wp&#322;yw to rozprz&#281;&#380;onych wra&#380;e&#324;
+i my&#347;li, skutkiem wysi&#322;ku, szumi&#261;cego jak potok, nawa&#322;em
+zw&#261;tpie&#324; i pyta&#324; mózgu. Zapewne...</p>
+
+<p>I m&#322;odzieniec powtórnie przeciera
+d&#322;oni&#261; zm&#281;czone czo&#322;o, a jednocze&#347;nie &#380;a&#322;uje
+jakby, &#380;e widzenie ju&#380; pierzch&#322;o. Przed oczyma stoi mu
+ci&#261;gle, jak &#380;ywy, obraz jej, ukochanej - ch&#322;onie w siebie jej
+posta&#263; wdzi&#281;czn&#261;, ca&#322;uje my&#347;l&#261; oczy jej i usta.</p>
+
+<p>W przelocie zarazem, po raz nie
+wiadomo ju&#380; który, wzrok jego dotyka banknotów i z&#322;ota, a w duszy
+bunt mu si&#281; zrywa.</p>
+
+<p>- Jak to?.. On mia&#322;by odtr&#261;ci&#263;
+od siebie ten grosz, i w ten sposób straci&#263;, na zawsze mo&#380;e,
+&#347;rodki ku zdobyciu drogiej sercu kobiety?.. Zniszczy&#263; bezpowrotnie
+pomost z&#322;ocisty, &#322;&#261;cz&#261;cy go z ni&#261; jakby w widzeniu
+proroczem?</p>
+
+<p>Nie, przenigdy. Tak naiwnym nie
+b&#281;dzie...</p>
+
+<p>Pieni&#261;dz ten potroi, maj&#261;tek
+zrobi, fortun&#281; - z&#322;otem prze&#322;amie, zwalczy przeszkody wszelkie.</p>
+
+<p>- Zrobi&#263; maj&#261;tek, czy&#380;
+to tak &#322;atwo? - na dnie duszy gdzie&#347; zatajone zw&#261;tpienie nagle
+ironicznie pyta, jakby ostudzi&#263; pragn&#261;c przedwczesn&#261;
+rado&#347;&#263;.</p>
+
+<p>Chmura niezadowolenia przelatuje po
+czole m&#281;&#380;czyzny.</p>
+
+<p>- Tak, zaiste, prawda, to nie tak
+&#322;atwo. Lecz z pot&#281;g&#261; pieni&#281;dzy w d&#322;oni tak, czy
+te&#380; inaczej, do wszystkiego zawsze doj&#347;&#263; &#322;acniej w
+&#380;yciu; - klucz z&#322;oty otwiera wszystkie bramy!..</p>
+
+<p>I ostateczna, prze&#322;omowa walka
+odbywa&#263; si&#281; w tej chwili zdaje w duszy m&#281;&#380;czyzny. Na
+wysokiem czole napr&#281;&#380;aj&#261; mu si&#281; &#380;y&#322;y, oczy
+ciemniej&#261;, a twarz bledsz&#261; si&#281; staje... Z n&#281;c&#261;c&#261;
+pokus&#261; zaw&#322;adni&#281;cia cudzem mieniem, po raz ostatni staj&#261; do
+boju wpojone w m&#322;odocianych latach jeszcze zasady.</p>
+
+<p>Powrotn&#261; fal&#261; z daleka cicho
+p&#322;yn&#261; i p&#322;yn&#261; coraz pot&#281;&#380;niejsze, bli&#380;sze i
+zalewaj&#261; stopniowo umys&#322; m&#322;odzie&#324;ca. Szemrz&#261; coraz
+dono&#347;niej, silniej...</p>
+
+<p>A z przyp&#322;ywem ich
+jednocze&#347;nie mi&#281;kn&#261;&#263; poczyna co&#347; w duchu m&#322;odego
+m&#281;&#380;czyzny, bo oblicze jego wzburzone uspakaja si&#281; stopniowo. Co
+my&#347;li, z rysów twarzy odgadn&#261;&#263; jeszcze trudno,
+domy&#347;le&#263; si&#281; jednak mo&#380;na, &#380;e poryw jaki&#347;,
+szlachetniejszy od poprzednich, czystszy, opanowywa&#263; go - w swoje
+posiadanie bierze.</p>
+
+<p>Po chwili machinalnie ujmuje on w
+r&#281;ce porzucony na stoliku obok pieni&#281;dzy pugilares i milcz&#261;c,
+zgarnia&#263; poczyna rozsypany stos banknotów i rulonów monety.</p>
+
+<p>Przy czynno&#347;ci za&#347; tej,
+zagadkowej jeszcze, bezustannie tak samo zamy&#347;lony m&#322;odzieniec
+odwraca niebawem w d&#322;oni trzymany portfel, a równocze&#347;nie spojrzenie
+jego pada na co&#347;, czego nie zauwa&#380;y&#322; dot&#261;d wcale.</p>
+
+<p>W rogu pugilaresu, u góry,
+male&#324;ka, dziewi&#281;ciopa&#322;kowa rzuca mu si&#281; w oczy korona
+hrabiowska; wdzi&#281;cznie granacikami oprawionemi w z&#322;oto mieni si&#281;
+ona, szyderczo zda si&#281; patrzy... Na ten widok poprzedni spokój i wyraz pierzchaj&#261;
+nagle z rysów m&#281;&#380;czyzny, i rzuca si&#281; w ty&#322; gwa&#322;townie.</p>
+
+<p>&#377;renice jego, zmatowane
+dotychczas cichem zamy&#347;leniem, z&#322;owrogim teraz b&#322;yszcz&#261;
+ogniem, a jednocze&#347;nie w duszy nast&#281;puje momentalnie przewrót
+nag&#322;y.</p>
+
+<p>Znowu poczyna biega&#263; po pokoju
+wzd&#322;u&#380; i wszerz...</p>
+
+<p>I jak k&#281;pa drzew gdzie&#347; w
+polu samotna, co ugina si&#281; pod gwa&#322;townym naporem wichru ku ziemi,
+zwyci&#281;&#380;ona, pokorna - tak duch m&#322;odzie&#324;ca, miotany ponownie
+burz&#261; my&#347;li, ko&#322;ysa&#263; i gi&#261;&#263; si&#281; poczyna.</p>
+
+<p>Gdy ujrza&#322; on bowiem emblement
+ludzi utytu&#322;owanych, &#380;ywo stan&#281;&#322;y mu przed oczyma salony,
+których miesi&#281;cy temu par&#281; by&#322; go&#347;ciem i sylwetki
+hrabiczów, kr&#281;c&#261;cych si&#281; ko&#322;o jego ukochanej.</p>
+
+<p>Widzi ich jak na d&#322;oni,
+wszystkich, niby na jawie!..</p>
+
+<p>Widzi dumnego ojca pi&#281;knej
+dziewczyny, zazwyczaj traktuj&#261;cego go z góry - dla nich, potomków
+staro&#380;ytnych rodów, chocia&#380; cz&#281;stokro&#263; biednych -
+pe&#322;nym uprzejmo&#347;ci wyrafinowanej i uni&#380;onej niemal
+grzeczno&#347;ci. Widzi wreszcie siebie samego bezkarnie i dotkliwie
+obra&#380;anym przez tych&#380;e arystokratów, lecz tak zr&#281;cznie, &#380;e
+na pozór nieraz nie mo&#380;na zda si&#281; by&#322;o wini&#263; ich, czynili
+to bowiem oni, z t&#261; subtelno&#347;ci&#261;, oraz jubilerskiem jakby
+wyko&#324;czeniem, jak dotkn&#261;&#263; potrafi&#261; tylko ludzie
+"bardzo dobrze wychowani."</p>
+
+<p>I przy tem wspomnieniu ostatniem,
+jakby zraniony, mieszkaniec ma&#322;ej izdebki, wzdryga si&#281; i wyrzuca
+szeptem:</p>
+
+<p>- Jak to? te dwadzie&#347;cia
+par&#281; tysi&#281;cy nale&#380;y do jakiego&#347; hrabiego? Zatem los
+&#347;lepy i ironiczny zarazem wsuwa mi w r&#281;ce cz&#281;&#347;&#263; mienia
+jednego z tych w&#322;a&#347;nie, którym tak cz&#281;sto zazdro&#347;ci&#322;em
+bogactwa, znaczenia i tytu&#322;ów!..</p>
+
+<p>I ja, wobec jednostki takiej,
+mia&#322;bym gra&#263; rol&#281; szlachetnego, zwraca&#263; mu to, co dla&#324;
+mo&#380;e kropla w morzu tylko, fundusikiem, przeznaczonym zapewne na hulanki
+nocne i zabaw&#281;?</p>
+
+<p>- Ha-ha-ha!.. - rozlega si&#281; po
+pokoiku szyderczy, szata&#324;ski prawie &#347;miech m&#281;&#380;czyzny, i
+odbija od &#347;cian niemi&#322;em dla ucha brzmieniem.</p>
+
+<p>- Ha-ha-ha, niedoczekanie twoje, panie
+hrabio!.. - szepcze dalej pó&#322;g&#322;osem, a krew w &#380;y&#322;ach kipi
+mu nieustannie - wre niespokojna, burzliwa.</p>
+
+<p>I z duszy jego jednocze&#347;nie
+pierzchaj&#261; bezpowrotnie, zda si&#281;, nikn&#261;, jak u&#322;uda i
+marzenie, wszelkie dobre zamiary, wszystkie, tak niedawne jeszcze, wahania
+pomi&#281;dzy prawami uczciwo&#347;ci i ich pogwa&#322;ceniem.</p>
+
+<p>Zwyci&#281;zka, jedyna, jedna
+rozgaszcza si&#281; tam nienawi&#347;&#263; tylko do kasty uprzywilejowanej i
+wyró&#380;nianej w spo&#322;ecze&#324;stwie. Wypiel&#281;gnowana cierpieniem i
+bied&#261;, wysubtelniona wykszta&#322;ceniem, a szczególniej przestawaniem
+jeszcze za granic&#261; w ko&#322;ach ró&#380;nych zapalonych g&#322;ów, o
+przekonaniach skrajnie demokratycznych - rozogniona wreszcie
+nadczu&#322;o&#347;ci&#261; nerwow&#261; w zbli&#380;eniu si&#281; i czasowem
+powierzchownem z&#380;yciu z przedstawicielami tej sfery - bucha&#322;a obecnie
+gor&#261;cym p&#322;omieniem, wszystko sob&#261; przewy&#380;szaj&#261;c i
+t&#322;umi&#261;c.</p>
+
+<p>- Za moje upokorzenia, tak niedawne -
+zaszepta&#322;y znów cicho usta m&#281;&#380;czyzny - za moje cierpienia i
+bied&#281; - za to, &#380;e ja nie mam takich przodków, jak ty, panie hrabio,
+ani twych bogactw, blasku i z&#322;ota - mam &#380;ycie ca&#322;e w n&#281;dzy
+cierpie&#263;, i to, gdy los sprawiedliwie bez w&#261;tpienia, odbiera ci
+cz&#261;stk&#281; mienia, przypadkiem, i mnie ni&#261; w zamian obdarza?.. 0,
+nie, panie hrabio!.. &#379;ydowi, cyganowi, wrogowi - ka&#380;demu bym
+zwróci&#322; mo&#380;e, lecz tobie - nigdy!..</p>
+
+<p>Ostatnie s&#322;owa mieszkaniec
+poddasza wymówi&#322; w zapami&#281;taniu g&#322;o&#347;no ca&#322;kiem i z
+moc&#261; jak&#261;&#347; dziwn&#261;. Twarz za&#347; jego dziko po prostu
+wygl&#261;da&#322;a w tej chwili; pociemniawszy, jakby od wewn&#281;trznego
+ognia, demonicznie pi&#281;kna i straszn&#261; zarazem by&#322;a ona, a
+zajad&#322;y p&#322;omie&#324; szczerej nienawi&#347;ci do tak zwanych
+powszechnie "arystokratów" zaja&#347;nia&#322; na niej pe&#322;nym
+blaskiem.</p>
+
+<p>Odruchem nag&#322;ym zbli&#380;y&#322;
+si&#281; do sto&#322;u i obie d&#322;onie po&#322;o&#380;y&#322; na plikach banknotów
+i z&#322;ocie. Czego nie zdo&#322;a&#322;y stanowczo uczyni&#263;
+okoliczno&#347;ci inne, sprawi&#322;a ch&#281;&#263; dokuczenia w czemkolwiek
+wy&#380;ej postawionej spo&#322;ecznej jednostce, jedna chwilka nienawi&#347;ci
+i sza&#322;u.</p>
+
+<p>- Moje, moje!.. - wyszepta&#322;y usta
+m&#281;&#380;czyzny zwyci&#281;zko, jakby z mimowoln&#261;, ukryt&#261; w sobie
+rado&#347;ci nut&#261;, a echo s&#322;ów tych, urywanych, cichych, dziwn&#261;
+moc&#261; rozbrzmia&#322;o w martwem milczeniu facyatki.</p>
+
+<p>Cisza nasta&#322;a znowu.</p>
+
+<p>Tylko w piersiach mieszka&#324;ca
+poddasza przel&#281;knione jakby swym czynem serce pocz&#281;&#322;o bi&#263;
+przyciszonym t&#281;tnem, a szelest ten miarowy, jak zegaru wahad&#322;o,
+mierzy&#263; si&#281; zdawa&#322;o te chwile prze&#322;omow&#261; w duszy
+cz&#322;owieka, depcz&#261;cego uczciwo&#347;&#263; praw&#261; dla
+mi&#322;o&#347;ci, nienawi&#347;ci i z&#322;ota!..</p>
+
+<p>Nagle martwot&#281; pokoju
+przerwa&#322;o co&#347; gwa&#322;townie. By&#322;y to czyje&#347; kroki silne,
+przy&#347;pieszone, id&#261;ce po schodach, a coraz wyra&#378;niejsze,
+bli&#380;sze... Niebawem rozleg&#322;y si&#281; tu&#380; za drzwiami,
+ucich&#322;y, i jaka&#347; r&#281;ka wstrz&#261;sn&#281;&#322;a lekko
+klamk&#261;, w &#347;lad zatem za&#347; rozleg&#322;o si&#281; trzykrotne
+pukanie.</p>
+
+<p>Gdyby w kataklizmie niespodzianym
+run&#281;&#322;a ziemia, zapadaj&#261;c si&#281; gdzie w niezmierzone
+g&#322;&#281;bie wszech&#347;wiata - mniejsze to chyba uczyni&#322;oby
+wra&#380;enie na stoj&#261;cym przed sto&#322;em m&#281;&#380;czy&#378;nie,
+ni&#380; chwila obecna...</p>
+
+<p>Nogi zadr&#380;a&#322;y mu, a
+boja&#378;liwa trwoga &#347;ci&#281;&#322;a krew w &#380;y&#322;ach, co&#347;
+za&#347;, niby gad ob&#347;liz&#322;y, przemkn&#281;&#322;o po krzy&#380;ach i
+za kark chwyci&#322;o despotycznie, zapar&#322;szy dech w piersiach.</p>
+
+<p>W pó&#322;&#347;wiat&#322;ach
+dogorywaj&#261;cego w&#322;a&#347;nie p&#322;omyka lampy twarz pochylonego nad
+pieni&#281;dzmi m&#322;odzie&#324;ca nabra&#322;a strasznego, a zarazem
+dojmuj&#261;co trupio-bladego wyrazu, r&#281;ce za&#347;, jak kleszcze, wpi&#322;y
+si&#281; w le&#380;&#261;ce pod niemi banknoty.</p>
+
+<p>- Nie oddam was, nie zwróc&#281; za
+nic w &#347;wiecie! - mówi&#263; si&#281; zdawa&#322;y wyra&#378;nie kurczowo
+zaci&#347;ni&#281;te palce, dr&#380;&#261;ce w zwojach papierów i z&#322;ocie.</p>
+
+<p>Z ekranu izdebki, majacz&#261;cego
+coraz bledszymi cieniami, &#347;wiat&#322;o w tej samej chwili znik&#322;o;
+zapanowa&#322;a tu szarawa ciemno&#347;&#263;, a w &#347;lad zatem
+rozleg&#322;o si&#281; powtórne, tym razem silniejsze pukanie, poza drzwiami
+za&#347; jednocze&#347;nie da&#322;y si&#281; s&#322;ysze&#263; s&#322;owa,
+wyrzeczone g&#322;osem m&#281;skim, d&#378;wi&#281;cznym i m&#322;odym. </p>
+
+<p>- Wida&#263;, &#380;e &#347;pi, lub go
+nie ma...</p>
+
+<p>- Ale to oryginalne -
+zauwa&#380;y&#322; kto&#347; drugi, ciszej nieco. - Zar&#281;czam ci, i&#380;
+przed chwil&#261; pali&#322;a si&#281; wewn&#261;trz pokoju lampa, przez szpary
+u drzwi &#347;lizga&#322;o si&#281; &#347;wiat&#322;o! - s&#322;owo!</p>
+
+<p>- Ha, je&#347;li tak, to mo&#380;e
+Romanek ma u siebie jak&#261;&#347; dyskretn&#261;, a weso&#322;&#261;
+wizytk&#281; - sna&#263; z rozmys&#322;em dono&#347;nie rozleg&#322; si&#281;
+g&#322;os pierwszy. - Nie przeszkadzajmy mu. Chod&#378;, Hermanie!..</p>
+
+<p>- Weso&#322;ej zabawy! -
+krzykn&#261;&#322; ironicznie nazwany Hermanem, nachyliwszy si&#281; do drzwi,
+zapewne blizko, bo echo g&#322;osu jego wstrz&#261;sn&#281;&#322;o
+&#347;cianami poddasza, poczem kroki przyby&#322;ych oddala&#263; si&#281;
+zacz&#281;&#322;y.</p>
+
+<p>Westchnienie ulgi podnios&#322;o
+pier&#347; m&#281;&#380;czyzny.</p>
+
+<p>Kilka kropel zimnego potu upad&#322;o
+mu na rozpostarte d&#322;onie; zbudzony tem jakby, odst&#261;pi&#322; od
+sto&#322;u i rzuci&#322; si&#281; w wycie&#324;czeniu na kanapk&#281;.</p>
+
+<p>Pozna&#322; po g&#322;osie tych dwóch,
+dobijaj&#261;cych si&#281; do&#324; przed chwil&#261;, poczciwych studentów
+uniwersytetu - widzia&#322; w wyobra&#378;ni swej teraz niemal obok siebie
+wyra&#378;ne postacie ich, w wytartych mundurach i sp&#322;owia&#322;ych od
+s&#322;ót i s&#322;o&#324;ca czapkach, pokrzywionych butach... Biedni
+ch&#322;opcy!</p>
+
+<p>Przypadkowo zaprzyja&#378;ni&#322;
+si&#281; z nimi, jak tylko przyby&#322; tu, do miasta - oni, zacne serca,
+pierwsi uczynnie nastr&#281;czyli mu zarobkow&#261; prac&#281;...</p>
+
+<p>Dawno ju&#380; nie widzia&#322; ich.
+Ba, par&#281; razy nawet w epoce owego kilkutygodniowego &#347;wiatowego
+sza&#322;u, spotykaj&#261;c ich na ulicy, a b&#281;d&#261;c w towarzystwie
+eleganckich karnawa&#322;owiczów, mimo woli powstydzi&#322; si&#281; ich i
+uda&#322;, &#380;e nie dostrzega. Nie pami&#281;tali mu tego - przyszli.</p>
+
+<p>Mieszkaniec poddasza w zamy&#347;leniu
+przesun&#261;&#322; d&#322;oni&#261; po jedwabistych swych w&#322;osach.</p>
+
+<p>- Gdyby&#380; oni wiedzieli i
+czyta&#263; mogli w duszy jego?</p>
+
+<p>Rumieniec pal&#261;cego wstydu i
+upokorzenia zakwit&#322; na twarzy m&#322;odzie&#324;ca, a wyraz cierpienia i
+wewn&#281;trznego bólu rylcem swym &#380;&#322;obi&#263; mu pocz&#261;&#322;
+rysy wyrazistego oblicza.</p>
+
+<p>D&#322;ugo jeszcze przesiedzia&#322;
+tak w zadumie...</p>
+
+<p>A gdy po niejakim czasie
+s&#322;o&#324;ce zajrza&#322;o znów do poddasza, nie by&#322;o ju&#380;
+z&#322;ota na stole; schowane - znik&#322;o, m&#322;ody za&#347; cz&#322;owiek,
+&#347;miertelnie znu&#380;ony moraln&#261; walk&#261;, na wpó&#322; ubrany,
+cicho zdawa&#322; si&#281; drzema&#263; na &#322;ó&#380;ku.</p>
+
+<p>Niebawem zasn&#261;&#322;.....</p>
+
+<p>I sen oto, przed wewn&#281;trznym
+wzrokiem duszy m&#322;odzie&#324;ca, w tem tajemniczem jej &#380;yciu
+marze&#324; i roje&#324;, snu&#263; mu zacz&#261;&#322; przedziwne obrazy... </p>
+
+<p>A wi&#281;c najprzód zda&#322;o
+si&#281; &#347;pi&#261;cemu, i&#380; leci on w przestrze&#324; bez ko&#324;ca,
+ciemn&#261; i mroczn&#261;, unoszony niewidzialn&#261; jak&#261;&#347;
+si&#322;&#261;...</p>
+
+<p>Tuli w obj&#281;ciach swych przytem
+jak&#261;&#347; powiewn&#261; kobiec&#261; posta&#263;... Podobn&#261;,
+cho&#263; nie identycznie i ca&#322;kiem, jest ona do ukochanej przeze&#324;
+dziewczyny, a obj&#261;wszy pieszczotliwie szyje jego nagiemi ramiony, tak
+zawis&#322;a, ustami lgnie do jego ust rozkosznie - on za&#347;, jak z kielicha
+pieni&#261;ce si&#281;, musuj&#261;ce wino, pije nektar warg tych wilgotnych,
+ton&#261;c w poca&#322;unku ci&#261;g&#322;ym, nieustannym, zda si&#281; -
+wiecznym.</p>
+
+<p>Upajaj&#261;cy wreszcie jednak zawrót
+g&#322;owy i os&#322;abienie omdlewaj&#261;ce jakie&#347; i dziwne z wolna
+poczyna go ogarnia&#263;.</p>
+
+<p>Za wiele, zanadto upajaj&#261;cej,
+osza&#322;amiaj&#261;cej s&#322;odyczy daj&#261; mu ju&#380; te kobiece usta,
+jak piecz&#281;&#263; do warg jego bez ko&#324;ca przylgni&#281;te.</p>
+
+<p>Lecz oto nagle ciemnieje mu w oczach
+wszystko doko&#322;a i si&#322; swoich nie czuje ju&#380; prawie. Przymyka wiec
+powieki i leci znów tak samo dalej w przestrze&#324;, niczego niepomny i nic
+zgo&#322;a w okr&#261;g siebie nie widz&#261;c.</p>
+
+<p>Trwa tak do&#347;&#263; d&#322;ugo...</p>
+
+<p>Wreszcie, wypocz&#261;wszy w ten
+sposób po swem wyczerpaniu, nie czuj&#261;c ju&#380; ani ci&#281;&#380;aru
+zwis&#322;ej na jego szyi kobiety, ani zawrotnego czasu jej tchnienia...
+otwiera oczy...</p>
+
+<p>Tamte, widziane przed chwila obrazy,
+bezpowrotnie pierzch&#322;y; obecnie znajduje si&#281; zupe&#322;nie sam. Stoi
+teraz na ziemi, a stopy jego dotykaj&#261; jakiej&#347; kamienistej
+p&#322;aszczyzny, szarej, bezludnej i smutnej. Promienie zachodz&#261;cego
+s&#322;o&#324;ca z&#322;oc&#261; j&#261; i krwawi&#261; swym dogasaj&#261;cym,
+zamieraj&#261;cym blaskiem... </p>
+
+<p>On za&#347; nieporuszony stoi i
+bezustannie patrzy. </p>
+
+<p>Nagle promienie gasn&#261;... Mrok
+szary pokrywa p&#322;aszczem swym wszystko doko&#322;a, a w cieniach tych
+tajemniczych, cichych, szepta&#263; i rusza&#263; si&#281; co&#347; poczyna.</p>
+
+<p>Z rumowisk i kamienistych szczelin
+podst&#281;pnie wype&#322;z&#322;y oto jakie&#347; postacie, mary, i jak duchy
+nie z tej jakby ziemi, skrzydlate - rozpierzchaj&#261; si&#281; po równinie, z
+przyt&#322;umionym szelestem. Nad g&#322;owami ich lec&#261; wielkie czarne
+z&#322;owró&#380;bne ptaki, szumem swych skrzyde&#322; m&#261;c&#261;c
+martwot&#281; rozlanej woko&#322;o pustki i ciszy.</p>
+
+<p>On, nic zgo&#322;a nie pojmuj&#261;c,
+spogl&#261;da wci&#261;&#380;, przel&#281;k&#322;y, zdziwiony... Po chwili
+dopiero zdaje si&#281; rozumie&#263;...</p>
+
+<p>To - pos&#322;uszne niewidzialnemu, a
+nadprzyrodzonemu skinieniu - lec&#261; tak zapewne &#380;erowa&#263; na
+padó&#322; ziemski - wyrzuty sumienia!...</p>
+
+<p>Tymczasem szmer lotu ptaków -
+olbrzymów cichnie, zmierzch poch&#322;ania ich postacie - nikn&#261;.</p>
+
+<p>On z ulg&#261; oddycha i instynktownie
+post&#281;puje par&#281; kroków naprzód.</p>
+
+<p>Nagle wyrywa mu si&#281; z piersi
+przenikliwy krzyk!... Nad jego g&#322;ow&#261; wisz&#261;c, chwieje si&#281;
+ptak czarnopióry, a zni&#380;ywszy lotu swego, wkrótce siada mu na ramionach,
+niemi&#322;osiernie wpiwszy w nie swe szpony, równocze&#347;nie za&#347; w
+g&#322;owie uczuwa uderzenia miarowe.</p>
+
+<p>To ptak ów straszny i wielki, niby
+dzi&#281;cio&#322; w pie&#324; drzewa, stuka jemu tak w czaszk&#281;
+jednostajnie...</p>
+
+<p>W &#347;lad za tem jedna z pierzchaj&#261;cych
+woko&#322;o postaci zjawia si&#281; przed nim blizko. Ubrana w &#322;achmany,
+czarna i brudna, przyskakuje do&#324; obcesowo, drapie&#380;na, i utkwiwszy w
+oblicze ofiary swej pal&#261;ce &#380;arem, p&#322;omienne, dzikie
+&#378;renice, nachyla si&#281; bardziej jeszcze i plwa&#263; mu w sam&#261;
+twarz poczyna.</p>
+
+<p>Z ust jej, wykrzywionych,
+wstr&#281;tnych, lej&#261; si&#281; strumienie lawy z&#322;otej i pal&#261;,
+bol&#261;...</p>
+
+<p>A jednocze&#347;nie ta&#324;cz&#261;
+oto w kr&#261;g, z szelestem widziane niedawno w portfelu zwitki storublówek i
+innych banknotów. Dwoj&#261;c si&#281;, troj&#261;c w oczach, przybieraj&#261;
+one fantastyczne kszta&#322;ty, a niektóre, przedzierzgni&#281;te jakby w
+jakie&#347; kar&#322;y z&#322;owrogie, szponami drobnemi rw&#261; mu cia&#322;o
+bez lito&#347;ci. Inne znowu, z g&#322;owami w&#281;&#380;ów obrzydliwych,
+sycz&#261;c, k&#261;saj&#261; go zewsz&#261;d.</p>
+
+<p>Napastowany, nieprzytomny,
+op&#281;dzaj&#261;c si&#281; rozpaczliwie, r&#281;kami, nogami - ci&#261;gle,
+tarzaj&#261;c si&#281; nawet od jakiego&#347; czasu po kamienistych
+zr&#281;bach - ucieka&#263; w ko&#324;cu zaczyna równin&#261;, jak szalony.
+Potyka si&#281; co chwila, pada i ucieka znowu, gnany czered&#261; kar&#322;ów
+i olbrzymików, o g&#322;owach, szyjach gadów, z b&#322;yszcz&#261;cemi
+&#380;&#261;d&#322;ami ze z&#322;ota.</p>
+
+<p>Nad g&#322;ow&#261;, z ramion
+przemoc&#261; sp&#281;dzony, wisi wci&#261;&#380; ptak olbrzymi, a posta&#263;
+g&#322;ówna, mglista, leci z nim wespó&#322; w mroczn&#261; dal...</p>
+
+<p>Nagle, niewiadomo jak, sk&#261;d i
+kiedy zjawia si&#281; znowu poprzednia kobieca posta&#263;.</p>
+
+<p>&#346;pi&#261;cy, w swem majaczeniu
+sennem - odczuwa niewys&#322;owion&#261; rado&#347;&#263;; a ona, podawszy
+sw&#261; r&#261;czk&#281; drobn&#261;, z u&#347;miechem zalotnym na
+&#347;licznie wykrojonych usteczkach, towarzyszy&#263; mu zaczyna.</p>
+
+<p>Razem bezustannie biegn&#261; teraz po
+kamienistej równinie. Czarowna towarzyszka jednak nie czuje, jakoby, co dolega
+m&#281;&#380;czy&#378;nie, i nie widzi roju prze&#347;ladowców jego.</p>
+
+<p>Dziewcz&#281; to, czy kobieta, ubrana
+ca&#322;a w bieli, zasypana kwieciem ró&#380; i konwalii - cudna, lecz lekko,
+dotykaj&#261;c si&#281; zaledwie stopkami swemi ostrych kamieni. Nad
+g&#322;ówk&#261; jej, jakby w przeciwie&#324;stwie ptakiem czarnym,
+lec&#261;cym obok - chwieje si&#281; du&#380;y ptak bia&#322;y...</p>
+
+<p>Zjawisko &#347;nie&#380;nego ptaka
+trwa jednak bardzo krótko, bo oto jemu, wpatrzonemu uporczywie w sw&#261;
+towarzyszk&#281;, zdaje si&#281; nagle, &#380;e pióra u skrzyde&#322; tych
+mlecznych z lekka szarze&#263; poczynaj&#261;, stopniowo ciemniejsz&#261;
+przybieraj&#261;c barw&#281;...</p>
+
+<p>Wyt&#281;&#380;a wzrok coraz bardziej,
+ale niebawem nic woko&#322;o, nawet prze&#347;laduj&#261;cych go mar,
+rozpozna&#263; nie jest w stanie.</p>
+
+<p>Noc czarna, despotyczna, rozpina&#263;
+w&#322;a&#347;nie poczyna nad p&#322;aszczyzna ponur&#261; sw&#261; opon&#281;.</p>
+
+<p>Naraz znika wszystko...</p>
+
+<p>On równocze&#347;nie czuje, &#380;e
+leci w przepa&#347;&#263; bez dna, tre&#347;ci, oraz w chaos, z którego ocuca
+go dopiero uderzenie silne o co&#347; ca&#322;em cia&#322;em.</p>
+
+<p>Spogl&#261;da...</p>
+
+<p>Przed nim obecnie wznosi si&#281;
+sfinks olbrzymi; o niego to w rozp&#281;dzie uderzy&#322; si&#281; przed
+chwila. W jasno&#347;ciach aureoli gorzeje fosforycznym blaskiem,
+u&#347;miechaj&#261;c si&#281; zagadkowo. Na olbrzymich barkach jego, na
+tu&#322;owiu - obliczu, wsz&#281;dzie, niedostrzegalne zrazu dla ludzkiego oka,
+wij&#261; si&#281;, ruszaj&#261; miryady drobnych lilipucich postaci.</p>
+
+<p>Jedne z nich rodz&#261; si&#281; tu z
+u&#347;miechem na ustach i piskiem, innych do grobu zanosz&#261;; ci
+walcz&#261;, depcz&#261; po sobie, zabijaj&#261; si&#281;, wzajem w
+przepa&#347;cie spychaj&#261; - tamci w ramionach drugich pij&#261;
+mi&#322;o&#347;ci rozkosze, a tam znów inni jeszcze g&#322;odne twarze i
+r&#281;ce wyn&#281;dznia&#322;e wyci&#261;gaj&#261; po datek, s&#261;siaduj&#261;c
+z blizka z takimi, co w bogactwie i zbytkach nurzaj&#261; si&#281; po uszy, lub
+grz&#281;zn&#261; cia&#322;em w rozpu&#347;cie, jak w b&#322;ocie.</p>
+
+<p>A &#347;rodkiem - rozbite na
+tysi&#261;ce strumieni, na kropel miliony rozprys&#322;e, p&#322;ynie, faluje
+z&#322;oto...</p>
+
+<p>I przed promienistymi jego potoki, jak
+przed &#347;wi&#281;to&#347;ci&#261; - korzy si&#281; pokornie,
+s&#322;u&#380;alczo, wszystko doko&#322;a.</p>
+
+<p>Czo&#322;em lilipucie bij&#261; przed
+nim miryady - to te&#380; ono nadaje owemu sfinksowi tajemniczemu blask
+fosforyczny - ono króluje tu, bezpodzielnie panuje.</p>
+
+<p>Lecz oto nagle olbrzymia g&#322;owa
+sfinksa ujrza&#322;a sna&#263; nowego przybysza.</p>
+
+<p>Usta jego, wynios&#322;e i dumne,
+rozchylaj&#261; si&#281; szerzej, i miast zwyk&#322;ego u&#347;miechu zagadki,
+sardoniczny, szyderczy, wstrz&#261;sa przestrzeniami &#347;miech. </p>
+
+<p>Ha-ha-ha!... Ha-ha-ha!... sfinks
+&#347;mieje si&#281; - &#347;mieje szata&#324;sko i zwyci&#281;zko jakby -
+wynio&#347;le - strasznie!...</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>............................................</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>G&#322;uchy j&#281;k wyrwa&#322;
+si&#281; z piersi u&#347;pionego cz&#322;owieka. Wstrz&#261;sn&#261;&#322; on
+murami pogr&#261;&#380;onej w ciszy izdebki, kraj&#261;c zali serce swem echem
+smutnem, cich&#322; i gas&#322;, zamieraj&#261;c powoli...</p>
+
+<p>............................................</p>
+
+<p>Obudzi&#322; si&#281;
+&#347;pi&#261;cy.</p>
+
+<p>Wyl&#281;k&#322;ym, zamglonym jeszcze
+wzrokiem szklanym popatrzy&#322; zaspany woko&#322;o siebie bezprzytomnie i
+niebawem przymkn&#261;&#322; na powrót oci&#281;&#380;a&#322;e powieki,
+obróciwszy si&#281; równocze&#347;nie do &#347;ciany.</p>
+
+<p>W kilka za&#347; minut pó&#378;niej,
+blada twarz mieszka&#324;ca facyatki, spokojna, nieruchomo spoczywa&#322;a na
+poduszce, pogr&#261;&#380;ona w twardem u&#347;pieniu. Dusza tym razem
+zdrzemn&#281;&#322;a si&#281; w nim zapewne równie&#380;, oddech bowiem
+&#347;pi&#261;cego miarowy rozlega&#322; si&#281; ju&#380; swobodnie
+ca&#322;kiem w samotnej, cichej izdebce.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>CZ&#280;&#346;&#262; PIERWSZA.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Zd&#261;&#380;aj&#261;c do poblizkiej
+Wenecyi, wpad&#322; poci&#261;g kuryerski w morze, i hucz&#261;c, lecia&#322;,
+p&#322;yn&#261;&#322; niby po powierzchni fali. W przedziale wagonu drugiej
+klasy by&#322;o tylko dwoje ludzi. Kobieta m&#322;oda, ubrana w strój lekki,
+dystyngowany, z szarego materya&#322;u, drzema&#322;a, czy spa&#322;a,
+wci&#347;ni&#281;ta w g&#322;&#261;b, z g&#322;ówk&#261; opart&#261; o
+poduszk&#281; boczn&#261; - m&#281;&#380;czyzna za&#347;, siedz&#261;cy
+naprzeciw, trzyma&#322; delikatnie w d&#322;oniach pozostawion&#261; w
+u&#347;cisku jej r&#261;czk&#281; drobn&#261;, i pochylony z lekka,
+patrzy&#322; z mi&#322;o&#347;ci&#261; w znu&#380;one rysy i blad&#261;
+twarzyczk&#281; kobiety.</p>
+
+<p>Od czasu do czasu wzrok jego
+odrywa&#322; si&#281; od oblicza towarzyszki, bieg&#322; poprzez otwarte okno,
+&#347;cigaj&#261;c, zda si&#281;, pogr&#261;&#380;one w ciemno&#347;ciach
+bezgwiezdnej nocy, niewidzialne tu&#380; poza mkn&#261;cym poci&#261;giem
+Adryatyku fale.</p>
+
+<p>I wtedy, za ka&#380;dym razem
+przesuwa&#322;a si&#281; chmurka jakby po czole jego, osiada&#322; tam
+jaki&#347; cie&#324; niepochwytny, a usta jednocze&#347;nie drga&#322;y
+skrzywieniem goryczy, czy bólu pe&#322;nem.</p>
+
+<p>Gdy jednak wzrok zni&#380;a&#322;
+ponownie, to w zetkni&#281;ciu si&#281; z obliczem m&#322;odej kobiety,
+pogr&#261;&#380;onem w cichem u&#347;pieniu - oczy smutkiem zamglone
+&#322;agodnia&#322;y mu prawie natychmiast, a cho&#263; pomimo woli i
+bezustannie my&#347;l rozpami&#281;tywa&#263; si&#281; co&#347; zdawa&#322;a -
+z ust momentalnie znika&#322;o zagi&#281;cie cierpienia i powoli
+przeistacza&#322;o si&#281; w u&#347;miech, oraz zapatrzenie si&#281; w ukochane
+rysy.</p>
+
+<p>Siedz&#261;cy tak w zamy&#347;leniu
+nieruchomo - a w widocznej obawie zbudzenia towarzyszki - podró&#380;ny
+posiada&#322; cechy zewn&#281;trzne do&#347;&#263; interesuj&#261;ce.</p>
+
+<p>By&#322; to przede wszystkiem
+m&#281;&#380;czyzna pi&#281;kny bardzo; ciemny brunet, o wytwornej
+powierzchowno&#347;ci i uk&#322;adzie, charakterystycznej owalnej g&#322;owie i
+czole wypuk&#322;em, upi&#281;kszonem &#322;ukiem brwi czarnych,
+w&#261;ziutkich i regularnych, mia&#322; on poci&#261;g&#322;&#261;,
+&#347;niad&#261; twarz, okolon&#261; &#347;redniej wielko&#347;ci brod&#261;.
+Nerwowe, wyraziste rysy oblicza tego wyra&#378;nie zdradza&#322;y przytem
+pochodzenie po&#322;udniowe, zarówno jak i pi&#281;kne, du&#380;e oczy,
+patrz&#261;ce na &#347;wiat gor&#261;co, z rozmarzeniem nieokre&#347;lonem,
+aksamitnem spojrzeniem dziecka Italii.</p>
+
+<p>Do drugiej ojczyzny swej poniek&#261;d
+rzeczywi&#347;cie d&#261;&#380;y&#322; tak lat trzydzie&#347;ci zaledwie
+maj&#261;cy m&#322;ody cz&#322;owiek.</p>
+
+<p>Nosz&#261;cy jedno ze
+staroszlacheckich nazwisk, Roman Dzier&#380;ymirski, by&#322; synem
+nie&#380;yj&#261;cego ju&#380;, a dawniej bogatego bardzo i znanego w szerokich
+ko&#322;ach w&#322;asnego kraju, Oskara Dzier&#380;ymirskiego, oraz &#380;ony
+jego, rodem W&#322;oszki, a by&#322;ej przed swoim &#347;lubem &#347;piewaczki.</p>
+
+<p>Pochodzenia pono w&#261;tpliwego
+bardzo, cho&#263; niezwyk&#322;ej urody i wdzi&#281;ku, by&#322;a ta matka
+Dzier&#380;ymirskiego Romana, b&#281;d&#261;ca, jak mówili jedni, dzieckiem
+mi&#322;o&#347;ci wolnej pewnego dorobkiewicza rzymskiego - jak twierdzili
+drudzy, podrzutkiem tylko, z m&#281;tów spo&#322;ecznych dzisiejszej Romy,
+wychowanem i uposa&#380;onem przez tego&#380; przemys&#322;owca w&#322;oskiego.</p>
+
+<p>Po niej pi&#281;kno&#347;&#263;
+odziedziczy&#322; syn, po ojcu za&#347; niew&#261;tpliwie t&#281;
+wytworno&#347;&#263;, która cechowa&#322;a najmniejsze nawet poruszenie
+siedz&#261;cego podró&#380;nika, i postaw&#281; jakby pa&#324;sk&#261;, mimo
+woli nieco wynios&#322;&#261;.</p>
+
+<p>Roman Dzier&#380;ymirski jecha&#322;
+w&#322;a&#347;nie z ma&#322;&#380;onk&#261; sw&#261; w podró&#380;
+po&#347;lubn&#261;, a raczej z kraju ucieka&#322;, ojciec bowiem
+&#347;pi&#261;cej cicho naprzeciwko niego kobiety, szatynki, o &#347;licznych
+rysach, January Gowartowski, bogaty i dumny magnat kresowy, odmówi&#322; by&#322;
+jemu jej r&#281;ki...</p>
+
+<p>Lecz mi&#322;o&#347;&#263;
+nami&#281;tna nie pyta, gdy idzie o posiadanie kobiety!</p>
+
+<p>Roman zdoby&#322; sw&#261;
+&#380;on&#281; dzisiejsz&#261;, porwawszy j&#261; za jej zgod&#261;. &#346;lub
+ich tajemny, w ma&#322;ej wioseczce, w zaciszu Karpat - odby&#322; si&#281;
+w&#322;a&#347;nie dwa dni temu...</p>
+
+<p>Przysz&#322;o mu to wszystko z
+&#322;atwo&#347;ci&#261;. Ola kocha&#322;a go, ubóstwia&#322;a, nic zgo&#322;a
+nie widz&#261;c poza nim, na stron&#281; materyalna za&#347; i koszta,
+wynik&#322;e z takiego niespodzianego obrotu rzeczy, zwraca&#263; on uwagi nie
+mia&#322; potrzeby.</p>
+
+<p>W rodzinnem mie&#347;cie wiadomem
+by&#322;o powszechnie, i&#380; rok, czy dwa lata temu odziedziczy&#322; Roman
+Dzier&#380;ymirski fortunk&#281; w kapitale, po dalekim krewnym, osiad&#322;ym
+i zmar&#322;ym w Stanach Zjednoczonych.</p>
+
+<p>Jecha&#322; zatem dzi&#347; m&#322;ody
+i ostatni potomek dogasaj&#261;cej ju&#380; w nim rodziny Dzier&#380;ymirskich,
+ze skarbem swym, drog&#261; sercu ma&#322;&#380;onk&#261;, do W&#322;och,
+ojczyzny matczynej. Wzrok jego, b&#322;&#261;kaj&#261;cy si&#281; bezustannie
+pomi&#281;dzy twarz&#261; &#380;ony, a skrytym cieniami nocy krajobrazem,
+zamglony, my&#347;l&#261;cy, w dalszym ci&#261;gu wspomina&#263; si&#281; co&#347;
+zdawa&#322;.</p>
+
+<p>Poza oknami wagonu fale morza
+nieustannie szemra&#322;y wci&#261;&#380; cicho, w dali za&#347;, na czarnem
+tle widnokr&#281;gu, stopniowo, coraz bli&#380;sze, b&#322;yszcza&#322;y
+ju&#380; &#347;wiate&#322;ka Wenecyi.</p>
+
+<p>- Oto tam - mówi&#322;y niejako
+marz&#261;ce oczy m&#281;&#380;czyzny - za godzin kilka czekaj&#261; mnie
+u&#347;miechy pierwsze i rozkosze ziemskiego szcz&#281;&#347;cia w
+obj&#281;ciach ukochanej ponad wszystko kobiety! Oto tam, wymarzony od tak
+dawna, oczekuje na mnie raj w&#322;asny u&#322;udnego podzia&#322;u wzajemnego
+uczucia, w zupe&#322;nem oddaniu si&#281; niepokalanego niczem dot&#261;d
+kwiatu - niewinnego dziewcz&#281;cia...</p>
+
+<p>Wzrok Romana z zachwytem
+spocz&#261;&#322; na twarzy &#347;pi&#261;cej kobiety. Równocze&#347;nie
+poci&#261;g, pozostawiwszy morze za sob&#261;, wpad&#322; w jakie&#347; gaje,
+brz&#281;cz&#261;ce rojem owadów. Jednostajna, monotonna ich muzyka
+wpada&#322;a uporczywie w uszy podró&#380;nego, a on, ca&#322;y zas&#322;uchany,
+spojrzeniem swem znowu ogarn&#261;&#322; ciemn&#261; przestrze&#324; poza oknem
+wagonu.</p>
+
+<p>- Co, zagadkowa przysz&#322;o&#347;ci,
+niesiesz mi w darze?.. Czy zap&#322;acisz mi za to, com przeby&#322;
+dot&#261;d, przecierpia&#322;, dla zdobycia drogiego dzisiaj? Czy wynagrodzisz,
+czy skarzesz? - pyta&#263; si&#281; zdawa&#322;y czarnej nocnej dali
+posmutnia&#322;e nagle chwilowo oczy m&#281;&#380;czyzny.</p>
+
+<p>I ponownie w k&#261;ciku warg jego
+pojawi&#322;o si&#281; bolesne, przelotne zagi&#281;cie ust, a sna&#263;
+usi&#322;uj&#261;c odp&#281;dzi&#263; my&#347;l przykr&#261;,
+Dzier&#380;ymirski powsta&#322; ostro&#380;nie, nie wypuszczaj&#261;c wci&#261;&#380;
+z d&#322;oni r&#261;czki u&#347;pionej swej towarzyszki. Wychyli&#322; przez
+otwarte okno g&#322;ow&#281;... Na tle ciemno&#347;ci po&#322;yskiwa&#322;y
+ju&#380; teraz rz&#281;si&#347;cie &#347;wiat&#322;a - poci&#261;g
+wje&#380;d&#380;a&#322; w&#322;a&#347;nie na stacy&#281;. W sekund&#281;, z
+nag&#322;a szarpni&#281;te, gwa&#322;townie zatrzyma&#322;y si&#281; wagony.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski o ma&#322;o nie
+upad&#322;, straciwszy na razie równowag&#281;, i poci&#261;gn&#261;&#322; za
+sob&#261; r&#261;czk&#281; &#380;ony, &#347;ciskaj&#261;c&#261; jego
+d&#322;o&#324; lew&#261; - prawa za&#347; opar&#322; si&#281; silnie o
+ram&#281; okna.</p>
+
+<p>- Ach!.. ach!.. - z trwog&#261;,
+wyrwa&#322;o si&#281; z ust m&#322;odej kobiety, i otworzy&#322;a szeroko oczy,
+zdziwiona.</p>
+
+<p>Szybko Roman pochyli&#322; si&#281; ku
+niej i przemówi&#322; mi&#281;kko:</p>
+
+<p>- Przepraszam ci&#281;, kochanie,
+przestraszy&#322;a&#347; si&#281;, prawda?.. Ale to wina nie moja  - wagony szarpn&#281;&#322;y tak silnie...</p>
+
+<p>- To ty... Romanie!.. -
+szepn&#281;&#322;a kobieta i zarzuciwszy w &#347;lad za tem, z
+niewys&#322;owionym wdzi&#281;kiem, obie r&#281;ce na szyj&#281;
+m&#281;&#380;czyzny, przytuli&#322;a si&#281; do&#324; czule,
+sk&#322;adaj&#261;c równocze&#347;nie poca&#322;unek na pi&#281;knem czole.</p>
+
+<p>- Wysi&#261;dziemy, z&#322;otko,
+ju&#380; Wenecya! - rzek&#322; Roman, wysuwaj&#261;c si&#281; delikatnie z
+obj&#281;&#263; m&#322;odej &#380;ony uniós&#322;szy j&#261; w ramionach,
+postawi&#322; na równe nogi.</p>
+
+<p>- Nareszcie!... -
+wykrzykn&#281;&#322;a Ola rado&#347;nie, oprzytomniawszy ca&#322;kiem na widok
+ja&#347;niej&#261;cego dworca.</p>
+
+<p>- We-ne-cya! - zabrzmia&#322;o
+dono&#347;nie pod samem oknem wagonu, gdzie ukaza&#322;a si&#281;
+k&#281;dzierzawa g&#322;owa i &#347;miej&#261;ca twarz konduktora.</p>
+
+<p>- Statione Ve-ne-tia!.. -
+przeci&#261;gle, &#347;piewnie odpowiedzia&#322; g&#322;osowi pierwszego
+konduktora okrzyk drugi, dalszy, i zgin&#261;&#322;.</p>
+
+<p>Poci&#261;g, którym jechali
+Dzier&#380;ymirscy, zatrzymujac si&#281; tylko kilka minut, jechal dalej wprost
+do Medyolanu - nale&#380;a&#322;o si&#281; &#347;pieszy&#263;...</p>
+
+<p>Roman pobieg&#322; do
+przeciwleg&#322;ego okna, otworzy&#322; gwa&#322;townie drzwiczki od wagonu, i
+pocz&#261;&#322; wo&#322;a&#263; dono&#347;nie:</p>
+
+<p>- Facchino!.. facchino!.. *)</p>
+
+<p>[*) Po w&#322;osku tragarz.]</p>
+
+<p>Za m&#281;&#380;em zr&#281;cznie
+wyskoczy&#322;a z wagonu Ola Dzier&#380;ymirska. Niebawem zjawi&#322; si&#281;
+po&#380;&#261;dany tragarz i ruszono z baga&#380;em do dworca. Tu
+obst&#261;piono przyjezdnych.</p>
+
+<p>Ca&#322;y rój przeró&#380;nych figur
+ha&#322;a&#347;liwie ofiarowywa&#263; im pocz&#261;&#322; swoje us&#322;ugi,
+rz&#261;d za&#347; s&#322;u&#380;by hotelowej, w galonach, z o&#380;ywieniem i
+gestykulacy&#261; namawia&#322; ich ka&#380;dy z osobna do siebie.
+Gadatliwo&#347;&#263; W&#322;ochów oszo&#322;omi&#322;a na razie
+Dzier&#380;ymirskich.</p>
+
+<p>Po chwili dopiero Roman, znaj&#261;cy
+kilka w&#322;oskich wyrazów, zdo&#322;a&#322; si&#281; porozumie&#263; i
+wybrawszy hotel, kaza&#322; si&#281; prowadzi&#263; do przystani.</p>
+
+<p>Niebawem m&#322;oda para
+podró&#380;nych sadowi&#322;a si&#281; ju&#380; w wygodnej, na czarno
+pomalowanej gondoli, obs&#322;ugiwana z natarczywo&#347;ci&#261; przez
+ró&#380;norodnych oberwa&#324;ców i gapiów, stoj&#261;cych w pobli&#380;u.</p>
+
+<p>- Pysznie si&#281; siedzi! -
+zawyrokowa&#322;a g&#322;o&#347;no Ola, wyci&#261;gn&#261;wszy si&#281; na
+mi&#281;kkiem, czarn&#261; skór&#261; obitem, siedzeniu.</p>
+
+<p>Roman usiad&#322; przy niej - gondola
+zako&#322;ysa&#322;a si&#281; lekko...</p>
+
+<p>Powoli odpychano ju&#380; j&#261; od
+brzegu, gdy oto z kilkunastu stron naraz wyci&#261;gn&#281;&#322;y si&#281; ku
+maj&#261;cym odje&#380;d&#380;a&#263; prosz&#261;ce d&#322;onie z kapeluszami,
+i chórem zabrzmia&#322;a pro&#347;ba o datek. "Soldo, soldo!"
+cho&#263; uni&#380;enie, lecz z odcieniem lekkiej jakby gro&#378;by,
+rozlega&#322;o si&#281; doko&#322;a ustawicznie powtarzane na wszystkie tony.</p>
+
+<p>- A to z&#322;odzieje!.. -
+mrukn&#261;&#322; Dzier&#380;ymirski; zmuszony jednak wyj&#261;&#263; z
+kieszeni portmonetk&#281;, rzuci&#322; tam i ówdzie z humorem drobne monety.</p>
+
+<p>Gondola ruszy&#322;a ju&#380; -
+p&#322;yn&#281;li...</p>
+
+<p>M&#322;od&#261; kobiet&#281;
+zabawi&#322;a ta scena. Perlisty &#347;mieszek jej, weso&#322;y, rozlega&#322;
+si&#281; woko&#322;o, gdy oto nagle, jakby czem&#347; zmro&#380;ony, ucich&#322;.
+I Ola, obj&#261;wszy wzrokiem roztaczaj&#261;cy si&#281; przed ni&#261;
+krajobraz, ruchem wdzi&#281;cznym przytuli&#322;a si&#281; do m&#281;&#380;a.</p>
+
+<p>- Jak tu czarno, Romanie,
+nieprawda&#380;? - szepn&#281;&#322;a.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski, milcz&#261;c,
+opieku&#324;czo obj&#261;&#322; ramieniem kibi&#263; &#380;ony i
+przycisn&#261;&#322; j&#261; mi&#281;kko do piersi, rozejrzawszy si&#281;
+zarazem.</p>
+
+<p>Rzeczywi&#347;cie, czarno tu
+by&#322;o.</p>
+
+<p>Wenecya ju&#380; spa&#322;a.
+Sk&#322;&#281;bione chmurami niebo odbija&#322;o si&#281; w m&#281;tnej wodzie
+kana&#322;ów i powleka&#322;o je kirem ciemno&#347;ci, po którym tylko
+b&#322;&#281;dnym ognikiem prze&#347;wieca&#322;o, wi&#322;o si&#281; czerwone
+&#347;wiate&#322;ko latarni, umieszczonej u spiczastego, z&#281;batego
+ko&#324;ca gondoli.</p>
+
+<p>P&#322;yn&#281;li przez Canale
+Grande*).</p>
+
+<p>[*) Po w&#322;osku : Kana&#322;
+Wielki.]</p>
+
+<p>Jak gdyby &#347;ni&#261;c o swej
+dawnej pot&#281;dze i chwale, woko&#322;o nich zadumane, ciche sta&#322;y
+wynio&#347;le rz&#281;dem weneckie pa&#322;ace. W &#380;adnem oknie nie pali&#322;o
+si&#281; ju&#380; &#347;wiat&#322;o, otula&#322;o je milczenie zupe&#322;ne.</p>
+
+<p>Gondola, ko&#322;ysz&#261;c si&#281; z
+lekka, unosz&#261;c co chwila swe przednie i tylne dzioby,
+p&#322;yn&#281;&#322;a spokojnie, z jednostajnym pluskiem wiose&#322; i szmerem
+rozst&#281;puj&#261;cej si&#281; pod ni&#261; fali.</p>
+
+<p>Przytuleni do siebie,
+d&#322;u&#380;sz&#261; chwil&#281; z ciekawo&#347;ci&#261; patrzyli
+Dzier&#380;ymirscy woko&#322;o. Z ustek pierwszej Oli niebawem posypa&#322;y
+si&#281; rozliczne uwagi.</p>
+
+<p>- Patrz, patrz, Romanie! -
+wo&#322;a&#322;a ona co chwila, wskazuj&#261;c z zaj&#281;ciem na
+wznosz&#261;ce si&#281; zewsz&#261;d budowle.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski potakiwa&#322;
+&#380;onie, obja&#347;nia&#322;, i pó&#322;g&#322;osem prowadzona swobodna
+pomi&#281;dzy jad&#261;cymi rozmowa zbudzi&#322;a milczenie &#347;ni&#261;ce -
+roznios&#322;a si&#281; echem wyra&#378;nem po grodzie weneckim, o tej porze
+tak bardzo cichym.</p>
+
+<p>Tymczasem po obu stronach kana&#322;u
+kolejno przesuwa&#322;y si&#281;, jak w kalejdoskopie, cudne sw&#261;
+archaiczn&#261; struktur&#261; pa&#322;ace.</p>
+
+<p>A wi&#281;c, najpi&#281;kniejszy
+mo&#380;e z prywatnych siedzib Wenecyi, w&#322;asno&#347;&#263;
+ksi&#261;&#380;&#261;t della Grazia, wychyla&#322; si&#281; z cieni
+"Palazzo Vendramin-Calergi", z roku 1841 w stylu pocz&#261;tkowego
+odrodzenia; z nim s&#261;siadowa&#322; skromny, si&#281;gaj&#261;cy XV wieku,
+pa&#322;ac "Erizzo" - dalej zwraca&#322; znów uwag&#281; inny, z
+poz&#322;acanym niegdy&#347; frontem, do dzi&#347; dnia zwany "Ca
+Doro".</p>
+
+<p>Opodal bardzo pi&#281;kny wznosi&#322;
+si&#281; majestatycznie dzisiejszy lombard miejski, pa&#322;ac "Corner
+della Regina", wzniesiony w r. 1724 na tem samem miejscu, gdzie
+ujrza&#322;a &#347;wiat królowa Cypru, wenecyanka, Katarzyna Cornaro.</p>
+
+<p>Wkrótce, tu&#380; poza dzisiejsz&#261;
+poczt&#261; w Wenecyi, zajmuj&#261;c&#261; dawniejszy niemiecki magazyn towarów
+"Fondaco de Tedeschi", zamajaczy&#322; olbrzymi most "Ponte di
+Rialto", w kszta&#322;cie murowanego &#322;uku wzniesiony.</p>
+
+<p>Wsun&#261;wszy si&#281; pod jego
+arkady, gondola Dzier&#380;ymirskich cichutko prze&#347;lizn&#281;&#322;a
+si&#281; tamt&#281;dy i skr&#281;ci&#322;a wkrótce na lewo, w w&#261;zki
+kanalik, stanowi&#261;cy artery&#281; boczn&#261; "Canale Grando".
+Szeroka ta&#347;ma wielkiego kana&#322;u znik&#322;a wkrótce z oczu i jad&#261;ca
+barka, zag&#322;&#281;biaj&#261;c si&#281; coraz bardziej w szyj&#281; wodnej
+uliczki, wymija&#263; pocz&#281;&#322;a coraz cia&#347;niejsze i
+w&#281;&#380;sze zau&#322;ki. &#346;ciany domów odrapane, ponure, sz&#322;y,
+zdawa&#322;o si&#281;, na p&#322;yn&#261;cych w gondoli, a
+&#347;cie&#347;niaj&#261;c si&#281; coraz bardziej, pragn&#281;&#322;y
+poch&#322;on&#261;&#263;, gubi&#263; j&#261; niejako w swym labiryncie.</p>
+
+<p>Ciemno&#347;ci nocne panowa&#322;y tu
+jeszcze wi&#281;ksze. Gdzieniegdzie tylko l&#347;ni&#322;a zó&#322;tawo
+md&#322;ym &#347;wiat&#322;em latarnia - &#380;ywego ducha za&#347; nigdzie
+dopatrze&#263; si&#281; nie mo&#380;na by&#322;o.</p>
+
+<p>Umilk&#322;a od paru minut Ola
+trwo&#380;nie przylgn&#281;&#322;a g&#322;ówk&#261; do ramienia Romana.</p>
+
+<p>- Brr! straszno tu jako&#347;... -
+szepn&#281;&#322;a.</p>
+
+<p>- Nic, kochanie - odpar&#322;
+Dzier&#380;ymirski, musn&#261;wszy poca&#322;unkiem jej w&#322;osy - zaraz
+doje&#380;d&#380;amy. </p>
+
+<p>Nieprawda&#380;, &#380;e ju&#380;
+blizko? - zwróci&#322; si&#281; do gondoliera &#322;amanem w&#322;oskiem
+narzeczem.</p>
+
+<p>- Si, signore. - odpar&#322; &#380;ywo
+zapytany, a nudz&#261;c si&#281; zna&#263;, bo z cudzoziemcem
+gaw&#281;dzi&#263; nie móg&#322;, zanuci&#322; pó&#322;g&#322;osem
+jak&#261;&#347; sm&#281;tn&#261; piosenk&#281;.</p>
+
+<p>Ubrany ca&#322;kiem bia&#322;o,
+wahad&#322;owym ruchem przechylaj&#261;c si&#281; bezustannie przy
+wios&#322;owaniu w prawo i lewo, na tle otaczaj&#261;cych ciemno&#347;ci,
+czyni&#322; on wra&#380;enie fantastycznego zjawiska, g&#322;os za&#347; jego
+monotonny b&#322;&#261;ka&#322; si&#281; po k&#261;tach i odbija&#322; dziwnem
+echem o mury, oraz zakratowane okna w swym &#347;nie zakl&#281;tych jakby
+domów. Roman milcza&#322;.</p>
+
+<p>Ujmuj&#261;c d&#322;o&#324; i
+tul&#261;c mi&#281;kko w obj&#281;ciu Ol&#281;, ws&#322;uchiwa&#322; si&#281; w
+ten &#347;piew jednostajny, mrukliwy, i dziwnego doznawa&#322; wra&#380;enia.
+Zdawa&#322;o mu si&#281; mianowicie, &#380;e on nie do cywilizowanego,
+dzisiejszego, ale jakiego&#347; zbójeckiego z zamierzch&#322;ej
+przesz&#322;o&#347;ci doje&#380;d&#380;a grodu; &#380;e ucieka, kryje si&#281;
+tu ze swym porwanym, czy te&#380; skradzionym &#322;upem... Oto z ciemnych
+zau&#322;ków i k&#261;tów &#347;pi&#261;cej Wenecyi wysuwaj&#261; si&#281; po
+prostu jakby wyra&#378;ne jakie&#347; cienie, mary, czy odbicie dawnych
+zbrodni, mordu i gwa&#322;tów, tak licznych w historyi krwawej tego dziwnego
+miasta...</p>
+
+<p>- A ňel! *) - rozleg&#322; si&#281;
+nagle tu&#380; za Dzier&#380;ymirskim krzykliwy g&#322;os gondoliera, i
+&#322;ód&#378; jednocze&#347;nie zboczy&#322;a w zau&#322;ek ciemny.</p>
+
+<p>[*) Uwaga!]</p>
+
+<p>- Sia-stali! *) - przeci&#261;gle
+odpowiedzia&#322; kto&#347; z innej gondoli.</p>
+
+<p>[*) Na prawo!]</p>
+
+<p>Roman i Ola spojrzeli ciekawie.</p>
+
+<p>W nadp&#322;ywaj&#261;cej weneckiej
+barce siedzia&#322; m&#281;&#380;czyzna czarno ubrany, w bia&#322;ym kapeluszu,
+brunet, o ponurem wejrzeniu.</p>
+
+<p>Gondola, otar&#322;szy si&#281; prawie
+o napotkan&#261; &#322;ódk&#281;, prze&#347;lizn&#281;&#322;a si&#281; cicho -
+znowu byli sami.</p>
+
+<p>- Patrz, tam si&#281; &#347;wieci, co
+si&#281; sta&#322;o?... - rzek&#322;a pó&#322;g&#322;osem Ola, kr&#281;c&#261;c
+g&#322;ówk&#261; i wskazuj&#261;c pi&#281;tro jednego z domów.</p>
+
+<p>Roman spojrza&#322;.</p>
+
+<p>- A, rzeczywi&#347;cie - odpar&#322; -
+przecie&#380; cho&#263; jeden jaki&#347; znak &#380;ycia...</p>
+
+<p>Na brudn&#261; wod&#281; kana&#322;u,
+porysowan&#261; &#347;cian&#281; i ko&#322;ysz&#261;cy si&#281; kad&#322;ub
+pustej gondoli, przywi&#261;zanej u stopni marmurowych wielkich kutych drzwi,
+k&#322;ad&#322;o si&#281; cieniem przy&#263;mione czerwonawe &#347;wiat&#322;o,
+id&#261;ce z okna o&#347;wietlonej komnaty. Jednocze&#347;nie
+p&#322;yn&#281;&#322;y melodyjne, ciche akordy fortepianu, wydobywane zna&#263;
+mi&#281;kka kobiec&#261; r&#261;czk&#261;. Wtórowa&#322; im nie&#347;mia&#322;y
+brz&#281;k mandoliny.</p>
+
+<p>Rozp&#322;ywaj&#261;c si&#281; powoli,
+w milczeniu, muzyczne tony &#322;&#261;czy&#322;y si&#281; zgodnie co par&#281;
+minut ze &#347;piewem, m&#281;skim, silnym tenorem, i sz&#322;y ponad dachy,
+kana&#322;y, lecia&#322;y daleko, dr&#380;&#261;ce...</p>
+
+<p>Poruszony muzyk&#261; i &#347;piewem,
+Dzier&#380;ymirski silniej przycisn&#261;&#322; do siebie Ol&#281;.
+Ws&#322;uchani w melody&#281; mi&#322;osnej pie&#347;ni po&#322;udnia,
+zbli&#380;yli si&#281; oni instynktownie, a twarze ich, parte ku sobie,
+pochyli&#322;y si&#281;.</p>
+
+<p>Poca&#322;unek gor&#261;cy
+z&#322;&#261;czy&#322; usta m&#281;&#380;czyzny i kobiety; nie odrywaj&#261;c
+warg, w dreszczu wzajemnej rozkoszy, w&#347;ród deszczu spadaj&#261;cych, jak
+drobne krople rosy, d&#378;wi&#281;ków - przep&#322;yn&#281;li Dzier&#380;ymirscy
+pod oknami domu. Coraz cichsze fale granej melodyi goni&#322;y ich,
+powodzi&#261; zalewa&#322;y jeszcze czas jaki&#347;, a&#380; umilk&#322;y.</p>
+
+<p>Gondola w tej samej w&#322;a&#347;nie
+chwili wjecha&#322;a na kana&#322; &#347;-go Marka; plac tej&#380;e nazwy,
+gdzie w ca&#322;ej pe&#322;ni ogniskowa&#322;o si&#281; jeszcze &#380;ycie
+miasta, zamigota&#322; rz&#281;si&#347;cie w oddali dziesi&#261;tkami
+niebieskawych i &#380;ó&#322;tych &#347;wiate&#322; - przewo&#378;nik
+oznajmi&#322; g&#322;o&#347;no podró&#380;nym, &#380;e s&#261; ju&#380; na
+miejscu.</p>
+
+<p>- Doje&#380;d&#380;amy, Oluniu! -
+poinformowa&#322; Roman i z u&#347;miechem wpatrzy&#322; si&#281;
+nami&#281;tnie i czule w twarz swej towarzyszki.</p>
+
+<p>W ciemno&#347;ciach nawet nocy,
+widoczny rumieniec obj&#261;&#322; p&#322;omieniem twarz kobiety, i wzrok w
+zawstydzeniu spu&#347;ci&#322;a przed pal&#261;cem spojrzeniem
+m&#281;&#380;czyzny, które zapewne swym blaskiem mówi&#322;o co&#347; nad wyraz
+&#347;mia&#322;ego.</p>
+
+<p>W tej chwili w&#322;a&#347;nie przedni
+dziób gondoli stukn&#261;&#322; o marmurowe stopnie hotelowego balkonu, a w
+par&#281; minut pó&#378;niej Roman i Ola znajdowali si&#281; ju&#380; w
+obszernym, o marmurowych &#347;cianach i posadzce pokoju, rozbrzmiewaj&#261;cym
+w ciszy st&#322;umionem, g&#322;uchem brz&#281;czeniem mustyków.</p>
+
+<p>Odprawiwszy natarczywego
+s&#322;ug&#281;, proponuj&#261;cego im przys&#322;a&#263; natychmiast
+przewodnika, w celu obejrzenia powierzchownego na przechadzce placu San Marco,
+bazyliki i pa&#322;acu Do&#380;ów -Dzier&#380;ymirscy wkrótce pozostali
+zupe&#322;nie sami.....</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>W Wenecyi wsz&#281;dzie pogas&#322;y
+ju&#380; &#347;wiat&#322;a. Noc zupe&#322;na, czarna, zawis&#322;a chwilowo nad
+grodem. Nie trwa&#322;o to jednak d&#322;ugo; stopniowo chmury na niebie
+rozst&#281;powa&#263; si&#281; pocz&#281;&#322;y i r&#261;bek
+ksi&#281;&#380;yca nie&#347;mia&#322;o wychyli&#322; si&#281; z poza nich.</p>
+
+<p>Zamigota&#322; na wie&#380;ycach
+ko&#347;cio&#322;a &#347;-go Marka, z&#322;otawym br&#261;zie czterech rumaków,
+króluj&#261;cych na szczycie tej katedry - musn&#261;&#322; swym blaskiem
+&#347;ciany pa&#322;acu Do&#380;ów, a przeszed&#322;szy si&#281; po jego
+galeryach ponurych, zajrza&#322; w zakratowane okna wisz&#261;cego mostu,
+&#322;&#261;cz&#261;cego pa&#322;ac z dawnem wi&#281;zieniem, a znanego
+powszechnie pod nazw&#261; "Mostu Westchnie&#324;".</p>
+
+<p>Wyjrzawszy za&#347; ju&#380; odwa&#380;niej nieco,
+tr&#261;ci&#322; srebrzysty l&#347;ni&#261;c&#261; tafl&#281; laguny,
+zadrga&#322; sieci&#261; &#347;wiat&#322;a na powierzchni wód, a
+niebieskaw&#261; &#347;cie&#380;yn&#261; dotkn&#261;wszy si&#281; ich
+pieszczotliwie, otworzy&#322; nagle perspektyw&#281; dalek&#261;, hen! a&#380;
+ku Lido-na morze...</p>
+
+<p>W niezam&#261;conej niczem ciszy, staro&#380;ytne zegary
+licznych ko&#347;cielnych i klasztornych wie&#380;ycach wybija&#263;
+pocz&#281;&#322;y rytmicznie któr&#261;&#347; godzin&#281;. Jedne z nich
+brzmia&#322;y basem, inne kwili&#322;y wiolinem, lub brz&#281;cza&#322;y
+melodyjnie, &#322;&#261;cz&#261;c w sobie te dwa melodyjne klucze, a bij&#261;c
+w ten sposób, zdawa&#322;y si&#281; mierzy&#263; w milczeniu chwile
+czyjego&#347; mo&#380;e szcz&#281;&#347;cia...</p>
+
+<p>Niedyskretne, ciekawe, promienie ksi&#281;&#380;yca
+zaszkli&#322;y si&#281; jasnem &#347;wiat&#322;em na taflach szyb hotelowych,
+dawnego pa&#322;acu Dandolo. Zatrzyma&#322;y zda si&#281; d&#322;u&#380;ej przy
+jednem oknie i pomkn&#281;&#322;y znowu oboj&#281;tne w dal...</p>
+
+<p>A pos&#261;gowo u&#347;miechni&#281;te, wiecznie tak samo
+szerokie oblicze ksi&#281;&#380;yca nie zmieni&#322;o wcale wyrazu.</p>
+
+<p>Bo có&#380; go zaiste, obchodzi&#263; mog&#322;o tych dwoje
+ludzi, którzy przybyli a&#380; tutaj po u&#322;ud&#281; rozkoszy? Có&#380;
+znaczy&#322;y dla&#324; dwa serca, zrywaj&#261;ce wspólnie kwiat
+mi&#322;o&#347;ci i zapomnienia?</p>
+
+<p>On, filozof, wszak w swem &#380;yciu prawiecznem
+widzia&#322; podobnych zdarze&#324; a&#380; nadto wiele; on zna&#322;
+nico&#347;&#263; tych chwil, umia&#322; na pami&#281;&#263; kochanków
+zakl&#281;cia i ich nieraz s&#322;omiane zapa&#322;y, gasn&#261;ce za
+&#380;ycia podmuchem - pod rzeczywisto&#347;ci bezlitosn&#261; r&#281;k&#261;. Wiedzia&#322;
+równie&#380;, &#380;e zapa&#322;y te same, odegrzane cz&#281;stokro&#263; i
+o&#380;y&#322;e, kiedy&#347;, w przysz&#322;o&#347;ci, obosiecznem ci&#281;ciem
+rani&#263; mo&#380;e b&#281;d&#261; tych samych ludzi, skierowane do jednostek
+innych, zarówno &#322;akn&#261;cych uczucia i u&#380;ycia...</p>
+
+<p>Powiewna chmurka pieszczotliwie przytuli&#322;a si&#281; do
+twarzy ksi&#281;&#380;yca i przes&#322;oni&#322;a go leciutko, kaskada za&#347;
+miesi&#281;cznych promieni, zblad&#322;szy, niepewnym, migotliwym blaskiem
+zala&#322;a u&#347;pion&#261; Wenecy&#281;.</p>
+
+<p>W tej samej chwili dwie jakie&#347; postacie, zbli&#380;one
+do siebie, zamajaczy&#322;y poza tafl&#261; jednego z okien hotelowych, i dwie
+g&#322;owy, dotykaj&#261;c si&#281; wzajemnie, zapatrzy&#322;y si&#281; we
+wdzi&#281;czny krajobraz laguny i morza, zamglonych chwilowo
+pó&#322;&#347;wiat&#322;em, oraz cieniami ksi&#281;&#380;yca.</p>
+
+<p>I postawszy tak d&#322;ug&#261; chwil&#281;, jakby
+rozmarzone, znik&#322;y niebawem, splecione w u&#347;cisku, niezdolne
+napawa&#263; si&#281; d&#322;ugo poza sob&#261; niczem, nawet pi&#281;knem
+przyrody...</p>
+
+<p>W &#347;lad prawie zatem nasta&#322;a ciemno&#347;&#263;
+nieprzejrzana i zapanowa&#322;a nad miastem pami&#261;tek.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<center>---------</center>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Zadumany i jakby t&#281;skny tuli&#322; si&#281; zmierzch
+szary do &#347;cian kamienic wielkiego miasta, do witryn wspania&#322;ych
+sklepów jego, pe&#322;za&#322; u podnó&#380;y pomników, &#347;ciera&#322;
+kontury gmachów ko&#347;cio&#322;ów - wszystko doko&#322;a
+pogr&#261;&#380;a&#322; w mroki i cienie.</p>
+
+<p>W wykwintnie umeblowanem swem pomieszkaniu siedzia&#322;a na
+fotelu Melania, marsza&#322;kowa Warnicka, rodzona siostra ojca dzisiejszej Oli
+Dzier&#380;ymirskiej, a dotychczasowa od dzieci&#324;stwa prawie opiekunka tej
+ostatniej.</p>
+
+<p>Przez otwarte okno, &#322;&#261;cznie z echami
+wielkomiejskiego gwaru, wciska&#322; si&#281; tutaj wolno zmrok, a
+&#347;ciemniaj&#261;c si&#281; stopniowo coraz bardziej, pocieszaj&#261;co
+jakby wyg&#322;adza&#263; si&#281; stara&#322; zmarszczone wysokie czo&#322;o
+wiekowej ju&#380; matrony, &#322;agodnie muska&#322; jej siwe w&#322;osy, i
+zagl&#261;daj&#261;c jednocze&#347;nie nie&#347;mia&#322;o w oczy rozumne,
+wyra&#378;nie zdawa&#322; si&#281; wspó&#322;czu&#263; smutnemu jej
+zamy&#347;leniu.</p>
+
+<p>Na ma&#322;ym stoliku przed marsza&#322;kow&#261;
+le&#380;a&#322; otwarty telegram. Opiewa&#322; on za&#347; lakonicznie:
+"Przewidzenia s&#322;uszne. Ola ju&#380; po &#347;lubie z
+Dzier&#380;ymirskim. Przyje&#380;d&#380;am. &#321;ady&#380;y&#324;ski."</p>
+
+<p>Ju&#380; mo&#380;e pó&#322; godziny po przeczytaniu
+powy&#380;szej wiadomo&#347;ci, nieruchomo w swym fotelu siedzia&#322;a pani
+Melania.</p>
+
+<p>Od trzech dni - to jest od czasu gdy Ola znikn&#281;&#322;a
+z domu swej ciotki, by wi&#281;cej nie wróci&#263; - marsza&#322;kowa Warnicka
+z niepokoju postarza&#322;a si&#281; by&#322;a o lat co najmniej
+kilkana&#347;cie.</p>
+
+<p>Pocz&#261;tkowo nie mog&#322;a zrozumie&#263; post&#281;pku
+swej siostrzenicy; tak dobrze by&#322;o jej u niej, mo&#380;e zatem powróci ona
+lada chwila - niew&#261;tpliwie.</p>
+
+<p>Musia&#322;a wyjecha&#263; z miasta na par&#281; godzin,
+znaglona interesem wa&#380;nym... mówi&#322;a sobie, perswadowa&#322;a
+staruszka.</p>
+
+<p>Nazajutrz jednak wieczorem, gdy &#380;adnej o Oli nie
+by&#322;o wie&#347;ci, obawa kochaj&#261;cej dziewcz&#281; ciotki wzros&#322;a
+o ni&#261; do tego stopnia, i&#380; my&#347;la&#322;a, &#380;e zwaryuje. Dom
+ca&#322;y by&#322; przera&#380;ony, latano, szukano rozpaczliwie nieobecnej po
+mie&#347;cie, na chybi&#322; trafi&#322; - wsz&#281;dzie, oczekuj&#261;c
+zarazem z trwog&#261; wisz&#261;cej zda si&#281; w powietrzu katastrofy -
+wiadomo&#347;ci jakiej strasznej, o nieszcz&#281;&#347;ciu, lub nawet o
+&#347;mierci.</p>
+
+<p>Zbawc&#261; pe&#322;nej niepokoju marsza&#322;kowej
+okaza&#322; si&#281; wówczas Emil &#321;ady&#380;y&#324;ski, przyjaciel
+ca&#322;ego domu Gowartowskich, stary kawaler, sprytny wyga wielkomiejski, a
+poza tem cz&#322;owiek rozumny i bystry bardzo. Zebrawszy napr&#281;dce
+wskazówek tu i ówdzie, wpad&#322; od razu na trop w&#322;a&#347;ciwy.
+Domys&#322;y jego by&#322;y trafne.</p>
+
+<p>- A ja powiadam pani marsza&#322;kowej, &#380;e panna Ola
+u&#380;ywa ju&#380; miodowych miesi&#281;cy! M&#322;odo&#347;&#263; nie
+&#380;artuje, gdy kocha... by&#322;y to ostatnie s&#322;owa jego i
+sprawdzi&#322;y si&#281;, niestety...</p>
+
+<p>Przez samego ojca panny, Januarego Gowartowskiego,
+pogardliwie odrzucony konkurent, inaczej poradzi&#322; sobie.</p>
+
+<p>Marsza&#322;kowa w zadumie westchn&#281;&#322;a cicho,
+ci&#281;&#380;kie bowiem, zaiste, czeka&#322;y j&#261; niebawem przej&#347;cia.
+Brat jej, January, którego, o niczem jeszcze nie wiedz&#261;c,
+powiadomi&#322;a, wzywaj&#261;c go, natychmiast po znikni&#281;ciu Oli, lada
+oto chwila nadjedzie...</p>
+
+<p>Có&#380; ona, na Boga, powie ubóstwiaj&#261;cemu córk&#281;
+ojcu, jak si&#281; potrafi wyt&#322;umaczy&#263; przed nim ze wszystkiego?
+Wszak to na jej opiece pozostawi&#322; on by&#322;, wyje&#380;d&#380;aj&#261;c,
+jedyne swe dzieci&#281;...</p>
+
+<p>Lecz czy&#380; mog&#322;a przewidzie&#263; podobne
+rozwi&#261;zanie sprawy?</p>
+
+<p>Przenigdy!...</p>
+
+<p>I marsza&#322;kowa Warnicka ni&#380;ej jeszcze
+pochyli&#322;a na piersi g&#322;ow&#281; sw&#261; siw&#261;, a czo&#322;o jej
+poora&#322;y zmarszczki, znacz&#261;c jakby &#347;lad m&#281;cz&#261;cych
+&#347;cigaj&#261;cych si&#281; my&#347;li.</p>
+
+<p>- A j&#261;, Ol&#281;, to dzieci&#281;, które wespó&#322; z
+bratem i ona kocha&#322;a ca&#322;&#261; si&#322;&#261; swej duszy, czy&#380;
+tak znów dalece wini&#263; mo&#380;na by&#322;o?... </p>
+
+<p>Zapewne... </p>
+
+<p>Nie porzuca si&#281; od razu wszystkiego, nie ucieka
+chy&#322;kiem, cho&#263;by nawet w ramiona ukochanego m&#281;&#380;czyzny, gdy
+sprzeciwia si&#281; temu wola rodzica, gdy...</p>
+
+<p>Pani Melania przetar&#322;a czo&#322;o pomarszczon&#261;
+d&#322;oni&#261;. "M&#322;odo&#347;&#263; nie &#380;artuje, gdy
+kocha!" zabrzmia&#322;y jej w uszach s&#322;owa Emila
+&#321;ady&#380;y&#324;skiego. Mia&#322; s&#322;uszno&#347;&#263;...</p>
+
+<p>I nagle, z pocz&#261;tku nieokre&#347;lone, pó&#378;niej
+coraz g&#322;o&#347;niejsze, &#347;mielsze, zakie&#322;kowa&#322;y w duszy staruszki
+wyrzuty sumienia. Bo czy&#380; doprawdy, Ola nieszcz&#281;&#347;liwa tak bardzo
+by&#322;a winna?... Mi&#322;o&#347;&#263; oszo&#322;omi&#322;a j&#261;,
+porwa&#322;a, a reszty niew&#261;tpliwie dokona&#322;o wychowanie m&#322;odej
+panny, kapry&#347;nej pieszczotki ojca, ulubienicy równie&#380; jej,
+marsza&#322;kowej, zawsze dla&#324; pob&#322;a&#380;liwej i s&#322;abej.</p>
+
+<p>I pani Melania znów zadawa&#322;a sobie dalej w my&#347;li
+pytania...</p>
+
+<p>- Czy Ola posiada&#322;a w duszy swej to, coby j&#261; od
+pope&#322;nionego kroku wstrzyma&#263; mog&#322;o? Czy wpajano w ni&#261; te
+zasady m&#322;odych, takie na przyk&#322;ad, jakiemi j&#261; karmiono lat temu
+wiele, w których pokolenie jej podobnych wyros&#322;o?... Marsza&#322;kowa w
+zadumie spu&#347;ci&#322;a nisko g&#322;ow&#281;.</p>
+
+<p>- Nie, nie! - odpowiada&#322;o co&#347; skrycie na dnie jej
+duszy.</p>
+
+<p>Ola zasad takich nie mia&#322;a, a z czyjej&#380;e to
+by&#322;o winy?</p>
+
+<p>Najprzód, naturalnie, ojca, Januarego, lecz nast&#281;pnie i
+jej przecie, zast&#281;puj&#261;c&#261; Oli odesz&#322;&#261; z tej ziemi
+matk&#281;.</p>
+
+<p>I z szar&#261; godzin&#261;, coraz bardziej
+rozgaszczaj&#261; si&#281; po buduarze - z mrokiem, pe&#322;nym cichej
+melancholii lipcowego wieczora, wkradaj&#261;ce si&#281; do duszy
+marsza&#322;kowej wyrzuty pot&#281;&#380;nia&#322;y, ros&#322;y... Samokrytyka
+za&#347; w&#322;asnego post&#281;powania zgry&#378;liwie szarpa&#263;
+pocz&#281;&#322;a jej mózg, coraz to nowemi pytaniami j&#261; zasypuj&#261;c:</p>
+
+<p>- Czy stara&#322;a&#347; si&#281; wnikn&#261;&#263; do duszy
+m&#322;odego dziewcz&#281;cia, a potem, zbadawszy j&#261;, formowa&#263; i
+ukszta&#322;ca&#263;? - mówi&#322;a ona. - Czy wtedy - pyta&#322;a dalej - gdy
+po niewinnem dzieci&#324;stwie i m&#322;odocianych leciech po raz pierwszy
+wst&#261;pi&#322;a Ola, ju&#380; jako doros&#322;a panna, na &#347;lisk&#261;
+aren&#281; salonów i &#347;wiatowego &#380;ycia, da&#322;a&#347; ty jej, prócz
+wskazówek powierzchownych, banalnych, jakie przestrogi inne,
+g&#322;&#281;bszej, powa&#380;niejszej natury?...</p>
+
+<p>A pó&#378;niej - gdy rozbawiona, rozmarzona zabaw&#261;,
+flirtami i ta&#324;cem, z pobudzonymi zmys&#322;ami i wyobra&#378;ni&#261;,
+wraca&#322;a ona do domu z towarzyskich balów i zebra&#324; - czy
+zastanowili&#347;cie si&#281; wy kiedy&#347;, ty i brat twój, January nad tem,
+co przechodzi&#322;o tam przez ow&#261; m&#322;od&#261; g&#322;ówk&#281;, co
+zapala&#322;o wyobra&#378;ni&#281; jej i w bezsennych nocach mo&#380;e
+marzeniem u&#322;udnem na skrzyd&#322;ach niezdrowych fantazyj nie
+pozwala&#322;o zamkn&#261;&#263; &#378;renic do snu cichego?...</p>
+
+<p>Uczynili&#347;cie wy to wszystko?
+Zast&#261;pili&#347;cie&#380; dziewcz&#281;ciu temu matk&#281;, wykonywuj&#261;c
+wspólnie ten na&#322;o&#380;ony na was obowi&#261;zek, z t&#261; konieczn&#261;
+drobiazgowo&#347;ci&#261;, z któr&#261; w istocie cz&#281;stokro&#263; nie
+rachuj&#261; si&#281; rodzicielki same?...</p>
+
+<p>Oblicze zadumanej marsza&#322;kowej wyra&#380;a&#322;o teraz
+ciche cierpienie, &#380;al jakby i skruch&#281;, w tym bowiem wewn&#281;trznym,
+milcz&#261;cym rachunku sumienia coraz ci&#281;&#380;sze odczuwa&#322;a winy po
+swojej i brata stronie.</p>
+
+<p>A raz poruszone sumienie znów pyta&#322;o dalej
+nielito&#347;ciwie: - Czy pochwyci&#322;a&#347; ty równie&#380; te chwile, gdy
+do krysztalnej m&#322;odej dot&#261;d jeszcze duszy zapuka&#322;a
+mi&#322;o&#347;&#263;, wkrad&#322;a si&#281; tam, i rozkwit&#322;a bujnie?
+Czuwa&#322;a&#380;e&#347; razem z ojcem Oli nad sercem swej pieszczotki?
+Rozumnem s&#322;owem, uwag&#261; g&#322;&#281;bok&#261;,
+kszta&#322;cili&#347;cie&#380; je? hodowali, strzeg&#261;c to serce, niby kwiat
+cieplarniany, od temperatury niezdrowej? My&#347;leli&#347;cie&#380; wy o tem,
+i&#380; tam, zamiast skromnego, pi&#281;knego p&#261;czka, o barwie
+&#322;agodnej, mo&#380;e wzro&#347;&#263; ukrycie i bezkszta&#322;tn&#261;
+zaja&#347;nie&#263; purpur&#261; kwiat nami&#281;tno&#347;ci cichy, wszystko
+doko&#322;a dusz&#261;cy sw&#261; woni&#261;?..</p>
+
+<p>Czy uczynili&#347;cie wy to wszystko? - powtórnie, jako
+konkluzya w&#261;tpliwo&#347;ci wszelkich, szarpn&#281;&#322;o pytanie ostatnie
+dusz&#261; marsza&#322;kowej.</p>
+
+<p>Przygn&#281;biona opar&#322;a znu&#380;on&#261;
+g&#322;ow&#281; o poduszk&#281; staro&#347;wieckiego mebla.</p>
+
+<p>Odpowiedzie&#263; nie mog&#322;a obron&#261; na zarzuty,
+powsta&#322;e w jej my&#347;lach za podszeptem sumienia - milcza&#322;a zatem.</p>
+
+<p>- Nie! - szyderczo odpowiedzia&#322; z kolei rozum!...
+Wypie&#347;cili&#347;cie tylko ulubione swe dziecko, nie odmawiali&#347;cie mu
+niczego - osypywali&#347;cie wszystkiem, czego zapragn&#281;&#322;o,
+znosz&#261;c nawet kaprysy, zachcianki i urojenia; ust&#281;puj&#261;c woli,
+któr&#261; rozumnie powinni&#347;cie byli kszta&#322;ci&#263;;
+s&#322;uchaj&#261;c - a nie rozkazuj&#261;c!</p>
+
+<p>- O, wy! wychowawcy m&#322;odego pokolenia, jak&#380;e
+daleko jeste&#347;cie od powinno&#347;ci swoich!.. za&#347;mia&#322; si&#281; w
+ko&#324;cu rozum z gorycz&#261;.</p>
+
+<p>Marsza&#322;kowa Warnicka, nie ruszaj&#261;c si&#281; z
+miejsca, przymkn&#281;&#322;a powieki, chwil&#281; d&#322;u&#380;sz&#261; w
+jednej i tej samej zostawszy pozycyi, wreszcie wsta&#322;a oci&#281;&#380;ale z
+miejsca swego i powoli zbli&#380;y&#322;a si&#281; ku oknu. </p>
+
+<p>Zapalono ju&#380; latarnie w mie&#347;cie. Po szerokich -
+trotuarach pierwszorz&#281;dnej ulicy snu&#322;y si&#281; t&#322;umy. Pani
+Melania wpatrzy&#322;a si&#281; w nie, a w jej my&#347;lach jednocze&#347;nie
+szumia&#322;o: </p>
+
+<p>- Uderz si&#281; w piersi!... Mea culpa, mea culpa! -
+bo&#347; winna, bardzo winna! </p>
+
+<p>Zamigota&#322;, zab&#322;ys&#322; snopem promieni i iskier
+mi&#322;o&#347;ci p&#322;omyk, i dziewczyna wyci&#261;gn&#281;&#322;a ku niemu
+pragn&#261;ce ramiona, jak &#322;ód&#378; bez steru na morzu rozhukanem -
+dziewczyna, któr&#261; wychowa&#322;a&#347; - zdeptawszy uczucia drogich sobie
+osób, nie ogl&#261;daj&#261;c si&#281; nawet za ich
+b&#322;ogos&#322;awie&#324;stwem! </p>
+
+<p>- Zbieracie, co&#347;cie zasiali! - g&#322;os jaki&#347; w
+uszach marsza&#322;kowej rozbrzmiewa&#322; i rós&#322;, pe&#322;en pot&#281;gi.
+</p>
+
+<p>Nagle staruszka cofn&#281;&#322;a si&#281; wstecz ca&#322;em
+cia&#322;em i drgn&#281;&#322;a nerwowo. W ciszy apartamentów rozleg&#322;
+si&#281; w tej chwili pokilkakro&#263; silnie dzwonek. </p>
+
+<p>To by&#322; January Gowartowski. Marsza&#322;kowa
+przeczuciem ju&#380; zgadywa&#322;a przybycie brata, a przetar&#322;szy
+czo&#322;o r&#281;k&#261;, z g&#322;&#281;bokiem westchnieniem
+odst&#261;pi&#322;a od okna.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>W s&#261;siednim salonie, na odg&#322;os dzwonka,
+zapala&#322; w&#322;a&#347;nie ma&#322;y lokajczyk &#347;wiat&#322;o, w
+przedpokoju rozbiera&#322; si&#281; kto&#347; i rozmawia&#322; ze
+s&#322;u&#380;&#261;cym. </p>
+
+<p>Pani Melania, ws&#322;uchawszy si&#281; pilnie, pozna&#322;a
+g&#322;os brata. Wysi&#322;kiem woli rozpogodziwszy, jak umia&#322;a, oblicze,
+przest&#261;pi&#322;a próg buduaru, i wesz&#322;a powolnym krokiem do salonu. W
+tej samej chwili we drzwiach ukaza&#322; si&#281; przyby&#322;y. </p>
+
+<p>By&#322; to m&#281;&#380;czyzna, lat ko&#322;o
+sze&#347;&#263;dziesi&#281;ciu mo&#380;e, chudy, wysoki, i pomimo wieku,
+trzymaj&#261;cy si&#281; jeszcze bardzo prosto, oraz gibki, jak trzcina, o
+wygl&#261;dzie i uk&#322;adzie delikatnym, zr&#281;cznym i dystyngowanym. Twarz
+January Gowartowski mia&#322; wygolon&#261; starannie, g&#322;ow&#281;
+pi&#281;kn&#261;, z przyprószonym nieco w&#322;osem, a w&#261;s sumiasty,
+bia&#322;y, okala&#322; mu wargi, wygi&#281;te nieco dumnie - oblicze za&#347;
+jego, nacechowane jakby wyrazem wynios&#322;o&#347;ci, nerwowe, zmienne,
+znamionowa&#322;o cz&#322;owieka, na. pierwszy rzut oka, nader wra&#380;liwego
+i uczuciowego mo&#380;e nad miar&#281;. </p>
+
+<p>Ujrzawszy siostr&#281;, podbieg&#322; ku niej szybko i
+z&#322;o&#380;y&#322; w milczeniu na jej r&#281;ce pe&#322;en uszanowania
+poca&#322;unek. Przytem spojrzenie Gowartowskiego spocz&#281;&#322;o na jej
+twarzy pytaj&#261;co, i dopiero po przelotnej chwili oczekiwania jakby,
+widz&#261;c marsza&#322;kow&#261; nieco zmieszan&#261;, odezwa&#322; si&#281;
+pierwszy:</p>
+
+<p>- Odebra&#322;em telegram twój, pani siostro, niepokój
+przygna&#322; mi&#281; tu natychmiast... Ola wyjecha&#322;a podobno, gdzie? po
+co? na co?.. Czy tylko jej co z&#322;ego si&#281; nie sta&#322;o? mo&#380;e ona
+chora, gro&#378;nie, bro&#324; Bo&#380;e?.. Powiedz, Melanio, szczer&#261;
+prawd&#281;, mów pr&#281;dzej, bo wytrzyma&#263; z niepokoju nie mog&#281;!.. -
+dr&#380;&#261;co wymówi&#322; pan January s&#322;owa ostatnie, z akcentem
+pro&#347;by, g&#322;osem pe&#322;nym obawy, i z trosk&#261; na wyrazistej
+twarzy czeka&#322; na odpowied&#378;. </p>
+
+<p>Tymczasem zmieszanie marsza&#322;kowej ros&#322;o.
+Unikaj&#261;c spojrzenia brata, rzek&#322;a: </p>
+
+<p>- Ale&#380; uspokój si&#281;, mój drogi, có&#380; znowu?..
+Upewniam ci&#281;, i&#380; Ola najzdrowsza si&#281; czuje i &#380;e zgo&#322;a
+nic z&#322;ego jej nie grozi... </p>
+
+<p>Twarz Gowartowskiego natychmiast rozpogodzi&#322;a si&#281;
+i westchnienie ulgi podnios&#322;o pier&#347; jego, odczu&#322; bowiem
+szczero&#347;&#263; w s&#322;owach siostry. </p>
+
+<p>Rzuciwszy opodal kapelusz i podró&#380;na torebk&#281;,
+usiad&#322; wygodnie na fotelu i spokojnym ju&#380; zupe&#322;nie g&#322;osem
+zapyta&#322;: </p>
+
+<p>- No, wi&#281;c có&#380;, na Boga, sta&#322;o si&#281; z
+Ol&#261;? wyjecha&#322;a - dok&#261;d?... </p>
+
+<p>- Zm&#281;czonym pewnie jeste&#347; i g&#322;odnym -
+przerwa&#322;a bratu Melania - mo&#380;e kaza&#263; da&#263; ci herbaty,
+przek&#261;ski?... - i mówi&#261;c to, przycisn&#281;&#322;a guzik
+elektrycznego dzwonka. </p>
+
+<p>- Ale&#380;, ma chčre, - &#380;achn&#261;&#322; si&#281;
+troch&#281; niecierpliwie Gowartowski - to wszystko zrobimy pó&#378;niej, po
+có&#380; te ze mn&#261; ceremonie; co ci si&#281; dzisiaj sta&#322;o, taka
+nienaturalna jaka&#347; jeste&#347;? - zatrzyma&#322; si&#281; pan January i
+spojrza&#322; siostrze badawczo w oczy.</p>
+
+<p>- Nakarmisz mnie potem - dorzuci&#322; po chwili, z u&#347;miechem
+- lecz opowiedz mi najprzód, co si&#281; tutaj sta&#322;o?... </p>
+
+<p>Marsza&#322;kowa i na to nic zupe&#322;nie nie
+odpowiedzia&#322;a, bo w tej w&#322;a&#347;nie chwili na progu salonu
+ukaza&#322; si&#281; przywo&#322;any lokaj. Wszystko, co dot&#261;d
+czyni&#322;a, mia&#322;o za cel zyska&#263; tylko na czasie, po prostu bowiem
+nie wiedzia&#322;a, w jaki sposób poda&#263; bratu smutn&#261; i
+wstrz&#261;saj&#261;c&#261; odpowied&#378; i w jakiej uczyni&#263; to formie.
+Zwróci&#322;a si&#281; do s&#322;u&#380;&#261;cego. </p>
+
+<p>- Zapal lamp&#281; w buduarze, a gdyby kto tam
+przyszed&#322;, to powiedz, &#380;em cierpi&#261;ca, i nie przyjmuj&#281;... </p>
+
+<p>- Wszak prawda - z kolei pytaj&#261;co na pozór
+skierowa&#322;a si&#281; do brata - i ty zapewne nie masz dzi&#347; ochoty
+widzie&#263; go&#347;ci?... </p>
+
+<p>Za ca&#322;&#261; odpowied&#378; Gowartowski wzruszy&#322; z
+lekka ramionami, jednocze&#347;nie jednak z pod oka kilkakrotnie spojrza&#322;
+na siostr&#281;, a z twarzy jego pierzch&#322;a pogoda. </p>
+
+<p>Co&#347; poza kulisami dzia&#322;o si&#281; w tym domu
+niedobrego, czul to pan January nerwami, wi&#281;c czo&#322;o
+zas&#281;pi&#322;o mu si&#281; i brwi przelotnie zmarszczy&#322;y. Powsta&#322;
+gor&#261;czkowo z siedzenia, nieobecny my&#347;l&#261;, szukaj&#261;cy zagadki,
+nie rozumiej&#261;c s&#322;ów siostry, znajduj&#261;cej si&#281; ju&#380; w
+o&#347;wietlonym buduarze i mówi&#261;cej co&#347; do niego.</p>
+
+<p>- Co mówisz? nie s&#322;ysz&#281;... - rzuci&#322; po
+chwili. - Mo&#380;e tu przejdziesz, b&#281;dzie nam wygodniej rozmawia&#263;...
+- powtórzy&#322;a g&#322;o&#347;niej tym razem marsza&#322;kowa. </p>
+
+<p>Gowartowski pos&#322;usznie podszed&#322; ku drzwiom i
+przest&#261;pi&#322; próg buduaru. </p>
+
+<p>Zamknij drzwi za sob&#261;, mój kochany, i siadaj,
+prosz&#281; ci&#281;! - bezd&#378;wi&#281;cznym g&#322;osem odezwa&#322;a
+si&#281; pani Melania, sama za&#347; skierowa&#322;a si&#281;, by
+przymkn&#261;&#263; drzwi do pokoju jeszcze jedne. </p>
+
+<p>Pan January tymczasem usiad&#322; i ze wzrastaj&#261;cym coraz
+bardziej niepokojem &#347;ledzi&#322; ruchy swej siostry. Teraz by&#322;
+ju&#380; pewnym, &#380;e czeka go co&#347; niezwyk&#322;ego, i z&#322;ego, tak
+bowiem ostro&#380;nej i dziwnie post&#281;puj&#261;cej siostry dawno ju&#380;
+nie ogl&#261;da&#322;. </p>
+
+<p>Marsza&#322;kowa zbli&#380;a&#322;a si&#281;
+w&#322;a&#347;nie ku niemu, a usadowiwszy si&#281; obok, na kanapie,
+uj&#281;&#322;a w obie d&#322;onie r&#281;ce brata. Postanowi&#322;a w
+my&#347;li zaraz od razu przeci&#261;&#263; dra&#380;ni&#261;ce p&#281;ta
+wst&#281;pnej rozmowy, rzek&#322;a zatem &#322;agodnie i serdecznie,
+wpatrzywszy si&#281; rozumnemi i dobremi oczami w twarz brata. </p>
+
+<p>- Przyrzeknij mi przede wszystkiem, mój drogi, &#380;e nie
+zanadto zmartwisz si&#281; tem, co ci powiem, i zniesiesz wiadomo&#347;&#263;
+bardzo smutn&#261;, co ci zakomunikowa&#263; musz&#281; - prawdziwie po
+m&#281;sku... </p>
+
+<p>- Ale&#380; dobrze, dobrze, moja kochana... Lecz
+powiedz-&#380;e mi nareszcie, o co chodzi, bo siedz&#281;, jak na
+roz&#380;arzonych w&#281;glach, i po g&#322;owie lataj&#261; mi wprost
+niemo&#380;liwe przypuszczenia!.. Mów pr&#281;dzej, b&#322;agam - có&#380; z
+Ol&#261; si&#281; sta&#322;o?.. - wybuchn&#261;&#322; Gowartowski, ostatnie
+za&#347; s&#322;owa jego drga&#322;y wymówk&#261; i pro&#347;b&#261;. </p>
+
+<p>Wyraz wspó&#322;czucia przemkn&#261;&#322; po twarzy matrony
+siwej, i obj&#261;wszy r&#281;kami g&#322;ow&#281; brata, uca&#322;owa&#322;a
+j&#261; czule. </p>
+
+<p>- Ola... ju&#380; po &#347;lubie... - rzek&#322;a
+równocze&#347;nie szeptem. </p>
+
+<p>Gowartowski, jak podrzucony, zerwa&#322; si&#281; z fotelu,
+i wzrokiem b&#322;&#281;dnym na marsza&#322;kow&#261; spojrza&#322;. - Kiedy?
+jak? co? gdzie? - wykrzykn&#261;&#322; w pierwszej chwili. - To by&#263; nie
+mo&#380;e!... - dorzuci&#322; i urwa&#322;... Wpatrzywszy si&#281; bowiem
+uwa&#380;niej w twarz siostry, pozna&#322;, i&#380; ona mówi prawd&#281;, po
+chwili j&#281;kn&#261;&#322; wi&#281;c tylko cicho: </p>
+
+<p>- Z kim?... i ca&#322;y, zdawa&#322;o si&#281;, zawis&#322;
+na ustach pani Melanii... G&#322;os zadr&#380;a&#322; marsza&#322;kowej, gdy,
+jak mog&#322;a najspokojniej, panuj&#261;c nad w&#322;asnem wzruszeniem,
+odpowiedzia&#322;a wolno: </p>
+
+<p>- Z Romanem Dzier&#380;ymirskim... </p>
+
+<p>- Z Dzier&#380;ymirskim... z tym ho&#322;yszem... synem
+tej... tej W&#322;oszki, &#347;piewaczki!... - g&#322;os za&#322;ama&#322;
+si&#281; panu Januaremu, i schwyci&#322; si&#281; on obiema r&#281;kami za
+g&#322;ow&#281;. - I bez... bez... - tu g&#322;os Gowartowskiego przeszed&#322;
+w chrypk&#281;, sna&#263; wstrz&#261;saj&#261;ca nowina zatamowa&#322;a mu dech
+w piersiach - bez mego... pozwolenia... b&#322;ogos&#322;awie&#324;stwa!... -
+wykrztusi&#322;; doko&#324;czy&#322; nareszcie, z bólem i gniewem... Twarz
+przytem zn&#281;kanego otrzyman&#261; wiadomo&#347;ci&#261; ojca, dot&#261;d
+blada bardzo, zakwit&#322;a nagle ceglastym rumie&#324;cem, nogi za&#347;
+widocznie zachwia&#322;y si&#281; pod nim, gdy&#380; ci&#281;&#380;ko,
+bezsilnie, upad&#322; na pobliski g&#322;&#281;boki fotel. </p>
+
+<p>Powtórnie, z macierzy&#324;sk&#261; i&#347;cie
+troskliwo&#347;ci&#261;, obj&#281;&#322;a g&#322;ow&#281; stroskanego brata
+marsza&#322;kowa Warnicka, jakby ta czu&#322;a pieszczota siostrzana ukoi&#263;
+pragn&#281;&#322;a, cho&#263; chwilowo, cios, przed chwil&#261; s&#322;owami
+przez ni&#261; zadany. </p>
+
+<p>Lecz Gowartowski odtr&#261;ci&#322; j&#261; prawie &#380;e
+brutalnie, niepomny niczego, a chwyciwszy w d&#322;oni r&#281;k&#281; siostry,
+przemówi&#322; zapalczywie, urywanym g&#322;osem. </p>
+
+<p>- Jak to? I ty, Melanio, pozwoli&#322;a&#347; na to? ty, na
+opiece której, niby matki rodzonej, zostawi&#322;em moje dzieci&#281;? Ty
+da&#322;a&#347; zezwolenie, nie zawiadomiwszy mnie o niczem? </p>
+
+<p>I pan January ponownie z miejsca swego si&#281; zerwa&#322;,
+i wykrzykn&#261;&#322; wzburzony: </p>
+
+<p>- Wiedz&#261;c, &#380;e temu m&#322;okosowi, awanturnikowi
+odmówi&#322;em dawniej, naumy&#347;lnie usypiali&#347;cie czujno&#347;&#263;
+moj&#261;, by mnie podej&#347;&#263;, oszuka&#263;, i my&#347;leli&#347;cie
+mo&#380;e, i&#380; ja to przyjm&#281; post factum, "tak sobie!" </p>
+
+<p>- Ale&#380; zmi&#322;uj si&#281;, uspokój ! - pospiesznie
+przerwa&#322;a marsza&#322;kowa. - Nic jeszcze nie wiesz dok&#322;adnie, a
+ju&#380; obwiniasz innych na chybi&#322;-trafi&#322;. Prosz&#281; ci&#281;,
+bardzo prosz&#281;, cierpliwo&#347;ci troch&#281;, spokoju, a&#380; opowiem ci
+wszystko, - doda&#322;a b&#322;agalnie. </p>
+
+<p>Pan January mimo woli ucich&#322; i spojrza&#322;
+pytaj&#261;co na siostr&#281;. </p>
+
+<p>- Serce-&#380; ty moje, pos&#322;uchaj, a nie martw si&#281;
+tak okrutnie - dr&#380;&#261;cym od wzruszenia g&#322;osem, ze
+wspó&#322;czuciem, przemówi&#322;a znowu pani Melania, w nag&#322;em
+rozczuleniu zatr&#261;caj&#261;c przytem wyra&#378;nie rodzonym ukrai&#324;skim
+akcentem, od którego odzwyczai&#322;a si&#281; by&#322;a sw&#261;
+ci&#261;g&#322;&#261; bytno&#347;ci&#261; w mie&#347;cie. - Pos&#322;uchaj, jak
+si&#281; rzecz mia&#322;a - zacz&#281;&#322;a marsza&#322;kowa, i
+ci&#261;gn&#281;&#322;a tak dalej : - Przede wszystkiem, kiedy ju&#380; tak
+bole&#347;nie dotkn&#261;&#322;e&#347; mi&#281; przypuszczeniem, &#380;e
+by&#322;am w zmowie przeciwko tobie, wyt&#322;umaczy&#263; si&#281; winnam... Tak
+nie by&#322;o wcale, jak s&#261;dzisz; przeciwnie do ostatniej chwili ja o
+niczem zgo&#322;a nie wiedzia&#322;am... </p>
+
+<p>Jak to? - przerwa&#322; siostrze zdumiony Gowartowski. </p>
+
+<p>- Tak, serce, tak, Januarku, ja nic zupe&#322;nie nie
+wiedzia&#322;am - powtórzy&#322;a marsza&#322;kowa, z widocznym &#380;alem w
+g&#322;osie - a dlaczego? Dlatego, &#380;e oni poradzili sobie bez nas... Roman
+porwa&#322; Ol&#281; i natychmiast wyjechali razem za granic&#281;.</p>
+
+<p>I pani Melania umilk&#322;a, wszystko najgorsze ju&#380;
+by&#322;o bratu wiadomem. Pod nowym ciosem pochyli&#322;a si&#281; g&#322;owa
+m&#281;&#380;czyzny, i odbi&#322;o si&#281; na niej jeszcze bole&#347;niejsze
+cierpienie.</p>
+
+<p>- Olu!... Olu!... dziecko moje!.. Jak&#380;e zawiod&#322;em
+si&#281; na, tobie! - z ci&#281;&#380;kiem westchnieniem wymkn&#281;&#322;o
+si&#281; z ust biednego ojca.</p>
+
+<p>Marsza&#322;kowa spogl&#261;da&#322;a wzruszona na brata.
+Gniewu jego nie ba&#322;a si&#281; ona; uniesienie przechodzi. Lecz czego
+l&#281;ka&#322;a si&#281; dot&#261;d najbardziej, to tej rany
+w&#322;a&#347;nie, zadanej kochaj&#261;cemu sercu ojcowskiemu przez córk&#281;,
+depcz&#261;c&#261; przywi&#261;zanie do niej silne i bez upami&#281;tania - dla
+u&#322;udnej fatamorgany zmys&#322;owych rozkoszy, dla mi&#322;o&#347;ci
+kwiatów i pon&#281;t...</p>
+
+<p>Pan January, z g&#322;ow&#261; na piersi schylon&#261;,
+milcza&#322; teraz, ukrywszy twarz w d&#322;onie. Ze wzrastaj&#261;cem coraz
+bardziej wspó&#322;czuciem patrzy&#322;a wci&#261;&#380; pani Melania na brata
+i my&#347;la&#322;a: </p>
+
+<p>- 0, dzieci, dzieci, pokolenia m&#322;ode, jak&#380;e wy
+cz&#281;sto i okrutnie ranicie serca starych! Przywi&#261;zuje si&#281; ich
+jesie&#324; smutna do waszych wiosen, pe&#322;nych wesela, a wy, jak te ptaki,
+szukaj&#261;ce wci&#261;&#380; ciep&#322;a i s&#322;o&#324;ca,
+lekkomy&#347;lnie rzucacie te serca, tratujecie mi&#322;o&#347;&#263;, zaparcia
+siebie pe&#322;n&#261;, a pogardzaj&#261;c dogasaj&#261;cemi,
+popielej&#261;cemi iskrami - szukacie, garniecie si&#281; do ognia, do
+m&#322;odych!.. </p>
+
+<p>Przecie&#380; i dla mnie pieszczotka Ola by&#322;a
+dot&#261;d wszystkiem, lube dzieci&#281;! </p>
+
+<p>Tak, lecz od genezy uczucia jej i brata nie bi&#322;o
+s&#322;o&#324;ce mi&#322;o&#347;ci m&#322;odej, ptaszyna zerwa&#322;a jedwabne
+p&#281;ta przywi&#261;za&#324; domowych, bo w mroki cichych, dotychczasowych
+jej uczu&#263;, do serduszka dziewcz&#281;cego, wdar&#322; si&#281; promienisty
+blask pot&#281;&#380;niejszy, silniejszy! Zwyk&#322;a kolej rzeczy tego
+&#347;wiata... </p>
+
+<p>Chc&#261;c przerwa&#263; milczenie, pe&#322;ne dla obojga
+rozmy&#347;la&#324; przykrych, pani Melania pocz&#281;&#322;a mówi&#263; znowu
+przyciszonym g&#322;osem: </p>
+
+<p>- Podzi&#281;kujmy Bogu jeszcze, mój drogi January, &#380;e
+&#347;lubem sko&#324;czy&#322;o si&#281; to wszystko. Teraz z wol&#261;
+Bo&#380;&#261; pogodzi&#263; si&#281; nale&#380;y, i z przeznaczeniem, to
+trudno... - ci&#261;gn&#281;&#322;a dalej, widz&#261;c, &#380;e na jej
+s&#322;owa wyrwany z g&#322;&#281;bokiej zadumy brat podniós&#322;
+g&#322;ow&#281; i s&#322;ucha - Nie uwierzysz, ile ja przecierpia&#322;am, nim
+doniesiono mi o tem, &#380;e oni gdzie&#347; w pobli&#380;u austryackiej
+granicy, w jakiej&#347; tam wioszczynie &#347;lub wzi&#281;li. </p>
+
+<p>- Zk&#261;d&#380;e masz t&#281; wiadomo&#347;&#263;? -
+z&#322;amanym i cichym g&#322;osem spyta&#322; Gowartowski.</p>
+
+<p>- Marsza&#322;kowa ze smutkiem spojrza&#322;a na brata.
+Serce zabola&#322;o j&#261;, jak&#380;e bowiem innym, odmiennym ca&#322;kiem,
+sta&#322; si&#281; on nagle teraz, po odebraniu wiadomo&#347;ci, tak dla&#324;
+wszechstronnie bolesnej. Powoli, mi&#281;kko, opowiada&#263; mu ona
+pocz&#281;&#322;a stopniowo wszystko.</p>
+
+<p>A wi&#281;c, o ucieczce Oli, o
+w&#322;asnych cierpieniach, o tem, &#380;e z tak licznych znajomych prawdy nie
+domy&#347;la si&#281; dot&#261;d nikt jeszcze, o &#321;ady&#380;y&#324;skim...</p>
+
+<p>Pan January, przybity,
+s&#322;ucha&#322; teraz s&#322;ów siostry pokornie, jak dziecko, nie
+odzywa&#322; si&#281; ju&#380; wcale, trudno za&#347; by&#322;o
+zar&#281;czy&#263;, czy w my&#347;lach bezustannie zatopiony -
+s&#322;ysza&#322;.</p>
+
+<p>Sko&#324;czywszy sw&#261;
+opowie&#347;&#263;, marsza&#322;kowa rzek&#322;a:</p>
+
+<p>- Bóg mi &#347;wiadkiem, i&#380; nic
+winn&#261; nie jestem... Po wyje&#378;dzie twoim i odmowie, któr&#261;
+da&#322;e&#347; Dzier&#380;ymirskiemu, gdy o&#347;wiadczy&#322; si&#281; o
+Ol&#281; przed paru tygodniami, nie przyjmowa&#322;am go wcale. Gdzie
+widywa&#322; si&#281; z Ol&#261;, jak i kiedy u&#322;o&#380;yli ze sob&#261;
+wszystko? Dotychczas &#380;adnego o tem nie mam poj&#281;cia. Có&#380;
+robi&#263; - wola Boska!..</p>
+
+<p>Gdy marsza&#322;kowa wymawia&#322;a te
+ostatnie wyrazy, instynktownie przysun&#281;&#322;a si&#281; do brata,
+chc&#261;c pocieszy&#263; go zapewne, lecz w tej samej chwili spojrzenie jej
+pad&#322;o na drzwi od salonu, i drgn&#281;&#322;a nerwowo. Zda&#322;o jej
+si&#281;, &#380;e kto&#347; dotyka w&#322;a&#347;nie klamki...</p>
+
+<p>Rzeczywi&#347;cie, w sekund&#281;
+pó&#378;niej rozleg&#322;o si&#281; trzykrotne pukanie, w &#347;lad za tem
+za&#347; s&#322;u&#380;&#261;cy zawiadomi&#322;, &#380;e podano kolacy&#281; i
+herbat&#281;.</p>
+
+<p>- Czy masz ochot&#281; je&#347;&#263;
+teraz? - spyta&#322;a &#322;agodnie brata pani Melania.</p>
+
+<p>Pan January, machn&#261;wszy
+poprzednio r&#281;k&#261;, zrobi&#322; g&#322;ow&#261; ruch negatywy,
+pe&#322;ny oboj&#281;tno&#347;ci i zniech&#281;cenia.</p>
+
+<p>Marsza&#322;kowa westchn&#281;&#322;a
+cicho.</p>
+
+<p>-B&#281;dziemy jedli pó&#378;niej! -
+rzuci&#322;a g&#322;o&#347;no.</p>
+
+<p>Po drugiej stronie drzwi buduaru
+zaintrygowany lokaj schyli&#322; si&#281; i spojrza&#322; przez dziurk&#281; od
+klucza, poczem jeszcze bardziej zaciekawiony przyciszon&#261; rozmow&#261;,
+której w&#261;tka schwyci&#263; nie móg&#322;, postawszy chwil&#281;,
+oddali&#322; si&#281; na palcach by zakomunikowa&#263; wiadomo&#347;&#263;
+t&#281; pozosta&#322;ej s&#322;u&#380;bie.</p>
+
+<p>Z dobr&#261; godzin&#281;, a mo&#380;e
+i wi&#281;cej jeszcze, min&#281;&#322;o nim roztworzy&#322;y si&#281; owe drzwi
+buduaru, i wysz&#322;o z niego rodze&#324;stwo. Jakie&#380; jednak by&#322;o
+zdumienie domowników, gdy zamiast spo&#380;y&#263; wieczerz&#281;, oboje
+rozeszli si&#281; do swoich komnat, nie tkn&#261;wszy jej wcale.</p>
+
+<p>I pó&#378;no potem w apartamentach
+marsza&#322;kowej Warnickiej pali&#322;y si&#281; dwa &#347;wiat&#322;a.</p>
+
+<p>D&#322;ugo, bardzo d&#322;ugo, na
+kl&#281;czkach przed zapalon&#261; lampk&#261; i wizerunkiem Matki Bo&#380;ej
+modli&#322;a si&#281; gor&#261;co polska matrona, zanosz&#261;c pro&#347;by do
+nieba. Ukrywszy g&#322;ow&#281; w d&#322;onie, rozmy&#347;la&#322;a ona o
+ulubienicy swej, Oli, modli&#322;a si&#281; za ni&#261;, za brata wreszcie, by
+mu los przysz&#322;o&#347;&#263; os&#322;odzi&#322;. W ko&#324;cu
+&#347;wiat&#322;o u niej zgas&#322;o. Zm&#281;czona wra&#380;eniami
+ci&#281;&#380;kich trzech dni ostatnich, staruszka zasn&#281;&#322;a twardo,
+pojednana z przeznaczeniem - wzmocniona modlitw&#261;...</p>
+
+<p>Inaczej si&#281; dzia&#322;o w
+komnacie Gowartowskiego. I on po niejakim czasie, zm&#281;czony
+jednostajn&#261; po pokoju w&#281;drówk&#261;, zgasi&#322; lamp&#281;,
+u&#322;o&#380;ywszy si&#281; do snu.</p>
+
+<p>Lecz sen - ukoiciel daleko odlecia&#322; od zn&#281;kanego
+starca. </p>
+
+<p>Przez wielkie okno wkrada&#322;o si&#281;
+pó&#322;&#347;wiat&#322;o usianej gwiazdami nocy letniej, sennej i cichej;
+mrugaj&#261;ce na niebie gwiazdy zagl&#261;da&#322;y do wn&#281;trza - komnaty,
+po&#322;o&#380;onej na dole i zwróconej ku ogrodowi, a zawis&#322;szy nad
+&#322;o&#380;em, wpatrywa&#322;y si&#281; b&#322;yszcz&#261;ce, pyta&#324;
+niedyskretnych pe&#322;ne, w poblad&#322;e lica bolej&#261;cego tu
+cz&#322;owieka. </p>
+
+<p>0! jak&#380;e noc ta polska, swobodna, zadumana i jasna
+by&#322;a inn&#261; dla zapomnianego ojca, a jak inna, cho&#263; ta sama,
+rozpi&#281;ta na w&#322;oskiem niebie, dla dwojga m&#322;odych w Wenecyi!... </p>
+
+<p>Tam, w upojeniu, w mi&#322;osnej ekstazie, dwie dusze, dwa
+m&#322;ode istnienia zlewa&#322;y si&#281; w jedno!... Na zegarach ich
+przeznacze&#324; teraz w&#322;a&#347;nie bi&#322;a mo&#380;e zgodnie
+aksamitnymi cichymi tony, ziemska u&#322;udna szcz&#281;&#347;cia godzina... </p>
+
+<p>A tu?... </p>
+
+<p>Z cierpieniem i bólem sam na sam boryka&#322; si&#281;
+starzec, t&#322;umi&#261;c &#322;zy, cisn&#261;ce mu si&#281; gwa&#322;tem do
+oczu... </p>
+
+<p>Bo czy&#380;, zaiste, to dzieci&#281; w&#322;asne, drogie,
+nie sponiewiera&#322;o go bezlito&#347;nie? Czy&#380; za tyle lat ojcowskich
+trudów, mi&#322;o&#347;ci i zaparcia si&#281; siebie, on, rodzic
+kochaj&#261;cy, jak rzadko który mo&#380;e, zas&#322;u&#380;y&#322; tego
+ostatecznego, pogardliwego zdeptania? </p>
+
+<p>Wi&#281;c on wobec córki w&#322;asnej nic nie znaczy&#322;?
+B&#322;ogos&#322;awie&#324;stwo jego jest niczem, pozwolenie - zerem! On sam
+za&#347;, jego w&#322;asne "ja," którego odzwierciedlenie
+niezatartem, zdawa&#322;o mu si&#281; pi&#281;tnem, odbite by&#322;o na duszy
+Oli, tak&#380;e okaza&#322;o si&#281; tak s&#322;abem tylko? 0! do jakiego
+stopnia s&#322;abem nawet, kiedy nie potrafi&#322;o oprze&#263; si&#281; nowemu
+uczuciu - intruzowi!... </p>
+
+<p>U&#347;miech gorzki, bole&#347;ci pe&#322;ny,
+przemkn&#261;&#322; si&#281; po ustach Gowartowskiego. </p>
+
+<p>- Wi&#281;c nic trwa&#322;ego na tym padole! -
+my&#347;la&#322; - wszystko marno&#347;ci&#261;... rozwiewaj&#261;cym
+puchem!... Wi&#281;c drogie kamienie, per&#322;y uczucia, powsta&#322;e w
+ojcowskiej duszy z tysi&#261;cznych &#380;ycia szczegó&#322;ów, cicho
+wyros&#322;e tam kwiaty trwa&#322;ego rodzicielskiego przywi&#261;zania, z góry
+ju&#380; skazane by&#263; musz&#261; niemi&#322;osiernie, by zwi&#281;dn&#261;&#263;
+zapoznane...</p>
+
+<p>Ach, jak&#380;e on, naiwny, dalekim by&#322; my&#347;l&#261;
+od tego! Jakiem&#380;e przykrem rozczarowaniem by&#322;a dla&#324; ta naga
+rzeczywisto&#347;&#263;, brutalna, bez zas&#322;on, cho&#263;by
+konwencyonalnych tylko! </p>
+
+<p>Gowartowski &#347;cisn&#261;&#322; g&#322;ow&#281;
+r&#281;kami, zdawa&#322;o mu si&#281; bowiem, i&#380; ona p&#281;knie od
+my&#347;li, cisn&#261;cych si&#281;, jak nieproszone t&#322;umy... Subtelny
+umys&#322; jego gi&#261;&#322; si&#281; pod ich naporem, szumia&#322;, niby rój
+brz&#281;cz&#261;cych, dokuczliwych owadów. </p>
+
+<p>Nagle, jakby dziwnym wp&#322;ywem reakcyi, w g&#322;owie
+le&#380;&#261;cego zapanowa&#322;a pró&#380;nia... </p>
+
+<p>Gowartowski na ma&#322;&#261; sekund&#281; tylko
+przesta&#322; my&#347;le&#263;... </p>
+
+<p>I natychmiast zr&#281;cznie z chwili tej skorzysta&#322;a
+samowiedza. </p>
+
+<p>- Przypomnij sobie w&#322;asn&#261;
+przesz&#322;o&#347;&#263; - szepn&#281;&#322;a - b&#261;d&#378;
+wyrozumia&#322;ym!... Poszukaj dobrze, a niew&#261;tpliwie znajdziesz tam
+moment, analogiczny z chwil&#261; obecn&#261;!... </p>
+
+<p>Wszak m&#322;odo&#347;&#263; ma swoje silne prawa,
+ka&#380;dy w tym czasie korzysta z nich, a staro&#347;&#263;, ubrana w
+po&#380;ó&#322;k&#322;e, lec&#261;ce li&#347;cie jesieni &#380;ycia, sw&#261;
+g&#322;ow&#281; srebrn&#261; pochyli&#263; zawsze musi przed jej
+o&#347;lepiaj&#261;cym blaskiem, pomna, &#380;e i ona kiedy&#347; taka sama
+by&#322;a. </p>
+
+<p>I pan January wysi&#322;kiem woli uprzytomni&#322; sobie
+nagle minione lata swoje, wpatrzy&#322; si&#281; w nie na chwil&#281;... </p>
+
+<p>- Nie, nie!... - wo&#322;a&#263; pocz&#281;&#322;o we
+wzburzeniu ca&#322;e jego jestestwo. </p>
+
+<p>Tego, co go dzisiaj spotyka&#322;o, nie by&#322;o tam
+zgo&#322;a. On szanowa&#322; s&#281;dziwy wiek, przywi&#261;zania starych nie
+tratowa&#322;; cho&#263; kocha&#322; i szala&#322;, jednak zawsze godzi&#322;
+jedno z drugiem. </p>
+
+<p>Tu za&#347; obecnie dzia&#322;o si&#281; zupe&#322;nie co
+innego. I Gowartowski w tej samej chwili odwróci&#322; si&#281; do &#347;ciany,
+a przymkn&#261;wszy machinalnie powieki, i jakby chroni&#261;c s&#322;uch od
+jakich&#347; odg&#322;osów, jak dzieci&#281; wcisn&#261;&#322; w poduszki
+g&#322;ow&#281; sw&#261; siw&#261;. Bo nagle zda&#322;o mu si&#281;
+wyra&#378;nie, &#380;e czyn Oli przyoblek&#322; si&#281; w s&#322;owa i w
+pustych, cichych &#347;cianach pokoju krzyczy wielkim g&#322;osem: </p>
+
+<p>- Id&#378; w k&#261;t, stary niedo&#322;&#281;go! Czy&#380;
+ja potrzebuj&#281; ciebie si&#281; pyta&#263;? Ja chc&#281; &#380;y&#263;,
+kocha&#263;! Pragn&#281; za m&#281;&#380;a m&#281;&#380;czyzny drogiego sercu,
+a tu ty my&#347;lisz mi przeszkodzi&#263;?... </p>
+
+<p>W ciszy pokoju, w u&#347;pieniu letniej nocy, rozleg&#322;o
+si&#281; bolesne, st&#322;umione &#322;kanie - starzec p&#322;aka&#322;... </p>
+
+<p>Dawno niezmoczone &#322;z&#261; s&#281;dziwe m&#281;skie
+powieki, zaszkli&#322;y si&#281; ros&#261; - stroskanego ojca uniós&#322; ból
+pocz&#261;&#322; rozsadza&#263; piersi. </p>
+
+<p>A jednocze&#347;nie przywidzia&#322;o mu si&#281;, jakby w
+halucynacyi nag&#322;ej, &#380;e oto sk&#261;dsi&#347; nagle, do ciasnych ram
+sypialni wpada, jak huragan, dziwny rydwan z&#322;ocisty... Przytuleni,
+zro&#347;li jakoby ze sob&#261;, siedz&#261; na nim Roman i Ola, zapatrzeni w
+siebie, nie widz&#261;c nic doko&#322;a.</p>
+
+<p>Rydwan za&#347; wspania&#322;y zbli&#380;a si&#281; coraz
+bardziej... </p>
+
+<p>Ci&#261;gn&#261; go ogniste pi&#281;kne rumaki bia&#322;e, a
+po jego stopniach, ozdobach i kobiercach, wsz&#281;dzie sypi&#261; si&#281;
+kwiaty; zasypuj&#261; go, poch&#322;aniaj&#261;... </p>
+
+<p>Muzyka weso&#322;a, skoczna, zag&#322;usza tymczasem
+t&#281;tent koni - nad zakochan&#261; par&#261; m&#322;odych roje cherubów
+unosz&#261; si&#281; w górze, skrzyde&#322;ka ich szumi&#261; rado&#347;nie, a
+czarowna mi&#322;o&#347;&#263; toruje im</p>
+
+<p>drog&#281;!... </p>
+
+<p>I Gowartowskiemu zdaje si&#281; równocze&#347;nie, &#380;e
+pojazd ten wprost na niego wpada. </p>
+
+<p>Tak jest, wyra&#378;nie, wyra&#378;nie!... </p>
+
+<p>Czuje bo oto na piersiach swych bolesne grubija&#324;skie
+uderzenia kopyt ko&#324;skich... </p>
+
+<p>Ach!... </p>
+
+<p>To ko&#322;a rydwanu przemkn&#281;&#322;y po nim
+zwyci&#281;sko!... </p>
+
+<p>Zaszumia&#322;o... Posypa&#322;y si&#281; znowu wonnym
+deszczem kwiaty, muzyka g&#322;o&#347;niej zabrzmia&#322;a. </p>
+
+<p>Min&#281;&#322;a chwila... </p>
+
+<p>Ucich&#322;o wszystko, znik&#322;o i tylko jeszcze w
+milczeniu echem ostatnim zadr&#380;a&#322; mi&#322;o&#347;nie poca&#322;unku
+szmer...</p>
+
+<p>Pojechali.</p>
+
+<p>Zimny pot zaperli&#322; si&#281; na czole Gowartowskiego. -
+Przez my&#347;l przemkn&#281;&#322;o mu s&#322;owo: Waryuj&#281;?... </p>
+
+<p>Lecz niebawem znowu powróci&#322;a my&#347;l
+zb&#322;&#261;kana. </p>
+
+<p>I cierpienie natychmiast uk&#322;uciami drobnemi rani&#263;
+go ponownie zacz&#281;&#322;o. </p>
+
+<p>Powtórnie, umilk&#322;e na drobn&#261; chwil&#281;, jak
+przyp&#322;yw morza, niepowstrzymany, powrotny, rozleg&#322;o si&#281; w cichym
+spokoju komnaty zduszone &#322;kanie... </p>
+
+<p>Szerokiem korytem rozlewa&#322;a si&#281; bole&#347;&#263;
+upokorzonego, zranionego ojcowskiego serca, i przez otwarte okno cicho
+p&#322;yn&#281;&#322;a eterami, w dal... </p>
+
+<p>Na dworze &#347;ciemni&#322;o si&#281; tymczasem;
+gdzieniegdzie na czystem niebie pojawi&#322;y si&#281; ma&#322;e chmurki,
+przes&#322;oni&#322;y zagl&#261;daj&#261;ce ciekawie do pokoju gwiazdy... </p>
+
+<p>Cienie rozk&#322;ada&#322;y si&#281; obecnie w sypialni, a z
+nimi powoli, zm&#281;czeniem sna&#263; zwyci&#281;&#380;ane i wyczerpaniem,
+milk&#322;o bolesne &#322;kanie starca, przechodz&#261;c stopniowo w p&#322;acz
+cichy. Có&#380; sta&#322;o si&#281; powodem tego ukojenia, dzia&#322;aj&#261;cego
+&#322;agodnie, jak balsam, na zn&#281;kan&#261; cierpieniami dusz&#281;
+stroskanego ojca? </p>
+
+<p>Mo&#380;e to by&#322;o przywidzeniem tylko, jednak w
+majacz&#261;cych, coraz wi&#281;cej zasiedlaj&#261;cych pokój pó&#322;cieniach,
+na ich tle widoczna zarysowa&#322;a si&#281; niewyra&#378;na jaka&#347;
+posta&#263;, nachylona ze wspó&#322;czuciem... </p>
+
+<p>Któ&#380; to by&#322; tak niepochwytny, z eterów zaledwie
+z&#322;o&#380;ony ca&#322;y? Mara, czy z&#322;udzenie? </p>
+
+<p>Jednocze&#347;nie jaki&#347; dziwny szelest jakby
+rozleg&#322; si&#281; równie&#380; po pokoju... Z przyt&#322;umionym szelestem,
+jednostajnie, kropla po kropelce spada&#322;o co&#347; w pewnych od siebie
+odst&#281;pach, za spadni&#281;ciem za&#347; ka&#380;dej kropli rozlega&#322;
+si&#281; w cichej komnacie jaki&#347; pe&#322;ny, oddzielny, harmonijny ton
+st&#322;umiony - gra&#322;a jednolita, oderwana, melodyjna nuta. </p>
+
+<p>Cich&#322;a - i znów to samo czyni&#322;a druga, trzecia,
+czwarta... </p>
+
+<p>Có&#380; to by&#322;o na Boga? Czary, czy te&#380; tylko
+igraszka cieni i s&#322;uchu?.. Nie. To niewidzialny dla ludzkiego oka,
+przywo&#322;any ze sfer niebieskich prawdziwem cierpieniem,
+sp&#322;yn&#261;&#322; by&#322; Anio&#322; pocieszenia, a siad&#322;szy cicho
+przy &#322;o&#380;u szarpi&#261;cego si&#281; z hydr&#261; bólu starca,
+niós&#322; mu ukojenie - od Boga!... </p>
+
+<p>&#346;ciany pokoju tymczasem coraz ciszej gra&#322;y
+sw&#261; muzyk&#281; dziwn&#261;... </p>
+
+<p>To ostatnie, do czary konchowej w d&#322;oniach
+Pocieszyciela, zmieniaj&#261;c si&#281; tam w pi&#281;kne drogocenne
+per&#322;y, spada&#322;y z oczu cz&#322;owieka-ojca - &#322;zy...</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<center>------------</center>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Nad lekko zmarszczon&#261;, a mieni&#261;c&#261; si&#281;
+jeszcze w zielonkawe blaski powierzchnia Adryatyckiego morza, daleko na
+widnokr&#281;gu, &#322;agodnia&#322;a coraz bardziej czerwona wst&#281;ga
+zachodu, a&#380; znik&#322;a, spe&#322;z&#322;a zupe&#322;nie, wyparta mrokiem
+id&#261;cego wieczoru. </p>
+
+<p>W zak&#322;adzie k&#261;pielowym, na Lido, zapó&#378;nieni,
+w rozmaitych kostyumach go&#347;cie, powoli, stopniowo, zd&#261;&#380;ali do
+kabin swych, a&#380; obj&#281;ta palami i sznurem ogromna przestrze&#324;
+morza, przeznaczona na k&#261;piel, zupe&#322;nie opustosza&#322;a niebawem. </p>
+
+<p>Natomiast na werandzie po&#347;rodku zak&#322;adu, na rubie&#380;y
+k&#261;pieli, zaroi&#322;o si&#281; od go&#347;ci, spragnionych wypoczynku. </p>
+
+<p>Odcinaj&#261;c si&#281; od innych wysok&#261;,
+smuk&#322;&#261; sw&#261; postaw&#261; i dystynkcy&#261;, zmierzaj&#261;cy do
+wolnego miejsca tu&#380; pod balustrad&#261;, nad morzem, przeciska&#322;
+si&#281; pomi&#281;dzy licznymi zaj&#281;tymi ju&#380; stolikami, Roman Dzier&#380;ymirski,
+w ubraniu ca&#322;em bia&#322;em, licuj&#261;cem bardzo korzystnie z
+pi&#281;kn&#261; &#347;niad&#261; twarz&#261; jego i czarnym zarostem.
+Znalaz&#322;szy w korku wolne miejsce, usiad&#322; i kaza&#322; poda&#263;
+sobie napój od&#347;wie&#380;aj&#261;cy, a zdj&#261;wszy zarazem bia&#322;y
+kapelusz - z tego&#380; materya&#322;u, co odzienie zrobiony - spojrza&#322;
+woko&#322;o... </p>
+
+<p>Przyt&#322;umionym szmerem rozmów, prowadzonych w
+przeró&#380;nych j&#281;zykach, brz&#281;cza&#322; w jego uszach, jak rój
+owadów, zebrany t&#322;um; na pi&#281;knego, a samotnego cudzoziemca
+spogl&#261;da&#322;o ciekawie i zalotnie kilka siedz&#261;cych opodal, przystojnych
+W&#322;oszek o grubych zmys&#322;owych wargach i du&#380;ych,
+b&#322;yszcz&#261;cych, czarnych, jak w&#281;giel, oczach. </p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski przetar&#322; czo&#322;o r&#281;k&#261;,
+i popatrzy&#322; z kolei przed siebie. Otulone ju&#380; mg&#322;ami zmierzchu
+morze marzy&#322;o jakby zadumane. Przyciszonym &#322;oskotem uderza&#322;o o
+brzeg fal&#261;, mówi&#322;o co&#347;, szepta&#322;o...</p>
+
+<p>Na pokarbowanej, coraz bardziej ciemniej&#261;cej jego fali
+&#347;ciga&#322;y si&#281; teraz mroki, jakie&#347; cienie tajemniczo
+p&#322;ywa&#322;y po niem, gwarzy&#322;y ze sob&#261; gdzie&#347; w oddali, a
+t&#322;umione ich g&#322;osy niós&#322; echem &#322;agodny szmer fali... </p>
+
+<p>T&#281;sknym wzrokiem wpatrzy&#322; si&#281;
+Dzier&#380;ymirski w bezmiar wód Adryatyku, zda&#322;o mu si&#281; bowiem,
+&#380;e w&#347;ród tych otaczaj&#261;cych go, obcych ludzi, ono jedno brata
+si&#281; z nim obecnie, i przyjacielskiem uchem my&#347;li jego s&#322;ucha. </p>
+
+<p>A Roman ca&#322;kiem swobodnie podda&#263; si&#281; im móg&#322;
+po raz pierwszy od bardzo dawna; nie oczekiwa&#322; bowiem na nikogo, by&#322;
+sam zupe&#322;nie; &#380;on&#281;, cierpi&#261;c&#261; na migren&#281;,
+pozostawi&#322; w hotelu na w&#322;asne jej &#380;&#261;danie. </p>
+
+<p>Dot&#261;d za&#347; po prostu nie mia&#322; czasu
+pomy&#347;le&#263;, wnikn&#261;&#263; w siebie.</p>
+
+<p>Od chwili przyjazdu Romana do Wenecyi mija&#322;o dwa
+tygodnie, a w ca&#322;ym tym okresie, upojony haszyszem mi&#322;o&#347;ci
+dzielonej, przykuty do Oli z&#322;otymi &#322;a&#324;cuchy uczucia,
+wprz&#261;gni&#281;ty w osza&#322;amiaj&#261;ce, u&#322;udne jarzmo chwil
+miodowych - &#347;ni&#322; on, spa&#322;, &#380;yj&#261;c &#380;yciem nie
+rzeczywistem, ale jakiem&#347; innem, oderwanem, l&#347;ni&#261;cem si&#281; li
+tylko jasno&#347;ci&#261;, promieniami i blaskiem. </p>
+
+<p>Prócz tego, jednocze&#347;nie doznawa&#322; on i
+wra&#380;e&#324; innych, subtelniejszych. By&#322;y za&#347; niemi: po
+pierwsze, wra&#380;enia czysto zewn&#281;trzne, a wi&#281;c ci&#261;g&#322;e,
+bezustanne pobudzenie poczucia pi&#281;kna, wyzwane zetkni&#281;ciem si&#281; z
+sztuk&#261; tego zak&#261;tka pami&#261;tek Italii; - wewn&#281;trzne, a tym
+razem równie&#380; w &#347;cis&#322;ej pozostaj&#261;ce
+&#322;&#261;czno&#347;ci z osi&#261; wszystkiego dla&#324; teraz - z Ol&#261;. </p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski z licznych dot&#261;d mi&#322;ostek
+obeznany by&#322; dobrze z kobietami, po raz jednak pierwszy odczuwa&#322; to,
+co dzi&#347;... </p>
+
+<p>Bo dot&#261;d tak zwykle zdarza&#322;o si&#281; zazwyczaj;
+&#380;e on by&#322; w mi&#322;o&#347;ci zawsze prawie nastrojonym na silniejszy
+diapazon, a kobieta bierniejsz&#261; by&#322;a - poddawa&#322;a si&#281; tylko
+sile jego uczucia. </p>
+
+<p>Teraz za&#347; dzia&#322;o si&#281; wr&#281;cz przeciwnie:
+to on czu&#322; si&#281; wi&#281;cej pragnionym i kochanym - to on
+poddawa&#322; si&#281; sile sza&#322;ów, po&#380;&#261;da&#324;... </p>
+
+<p>Po stronie kobiety by&#322;a widoczna przewaga, Roman
+za&#347; nurza&#322; si&#281; w tej czystej toni niepokalanego dot&#261;d
+niczem uczucia, jak w &#378;ródle &#347;wie&#380;em, krynicznem nowego
+z&#322;otego &#380;ycia, odm&#322;adza&#322; si&#281; w niem,
+orze&#378;wia&#322;, i upojony, odurzony - zasypia&#322; &#380;ycie,
+marzy&#322; i &#347;ni&#322;, wch&#322;aniaj&#261;c w siebie ca&#322;&#261; moc
+i pot&#281;g&#281; skierowanej ku niemu mi&#322;o&#347;ci. </p>
+
+<p>A jednak, wszak i on kocha&#322; Ol&#281;: Któ&#380; by
+w&#261;tpi&#322; o tem, gdyby tylko móg&#322; spojrze&#263; na ukryt&#261;, starannie
+od ludzkiego oka, a zapisan&#261; kart&#281; jego tak niedawnej jeszcze
+przesz&#322;o&#347;ci. </p>
+
+<p>W tej chwili Roman, prze&#380;ywaj&#261;c jakby w
+my&#347;lach swych, poza tera&#378;niejszo&#347;ci&#261; i lata minione,
+wzdrygn&#261;&#322; si&#281;, brwi zmarszczy&#322;, i machinalnie spojrza&#322;
+przed siebie. </p>
+
+<p>Zupe&#322;nie spowi&#322; ju&#380; morze mrok ciemny. Hen,
+daleko, b&#322;yszcza&#322;y &#347;wiat&#322;a, pozapalane na niewidzialnych
+prawie go&#322;em okiem parowcach. Trzy z nich mruga&#322;y ju&#380; na
+ko&#322;ysz&#261;cym si&#281; wodnym obszarze, po chwili zab&#322;ys&#322;o
+czwarte, pi&#261;te... </p>
+
+<p>Lekki wietrzyk wion&#261;&#322; po fali, poruszy&#322;
+si&#281; zadumany wód olbrzym, zako&#322;ysa&#322;, zaszumia&#322; tajemniczo
+g&#322;o&#347;niejszym, ni&#380; dot&#261;d, chórem podszeptów, szelestów i
+szmerów - melodyjnie zagra&#322;... </p>
+
+<p>U stóp Romana silniej zapluska&#322;y fale. </p>
+
+<p>W uderzeniach za&#347; ich, teraz ju&#380; zupe&#322;nie
+bliskich, wyra&#378;nych, powtarzaj&#261;cych si&#281; co chwila, jaki&#347;
+ukryty, szyderczy, szemrz&#261;cy jakby g&#322;os wo&#322;a&#322;, zda
+si&#281;, gdzie&#347; z g&#322;&#281;bin dalekich: </p>
+
+<p>- No, i có&#380;, przyw&#322;aszczycielu cudzego z&#322;ota,
+dobrze ci z niem, co, nieprawda&#380;? Ubóstwiaj&#261; ci&#281;, grasz
+rol&#281; milionera!</p>
+
+<p>Ha-ha!-ha-ha!.. z kolei za&#347;mia&#322;y si&#281; nagle
+wody. </p>
+
+<p>- My&#347;lisz mo&#380;e, &#380;e teraz, dotykaj&#261;c
+si&#281; ju&#380; pieni&#281;dzy innych, wyt&#322;umaczonym przez to
+jeste&#347;? &#379;e zapomniano, zagrzebano tw&#261; tajemnic&#281;? </p>
+
+<p>- Ha-ha!-ha-ha!.. - &#347;mia&#322;o si&#281; morze
+ironicznie, i dalej znowu szydzi&#322;o:</p>
+
+<p>- A widzisz -
+zblad&#322;e&#347;! Ty dotychczas pewnym by&#322;e&#347;, &#380;e nikt nic nie
+wie o tem!..</p>
+
+<p>- A ja wiem, dobrze
+wiem!... - szyderczo za&#347;mia&#322;o si&#281; morze, a &#347;miech ten wód
+ogromy coraz g&#322;o&#347;niej przedrze&#378;nia&#263; pocz&#281;&#322;y.</p>
+
+<p>Teraz ju&#380; ca&#322;e morze bezlito&#347;nie drwi&#322;o.</p>
+
+<p>Naraz g&#322;os Adryatyku usta&#322; i cichym szeptem
+zaszemra&#322;a fala:</p>
+
+<p>- Nie bój si&#281;! ja &#380;artuj&#281; tylko... nie
+trwó&#380; si&#281;, ja ci&#281; nie zdradz&#281;...</p>
+
+<p>- Patrz, jakie g&#322;&#281;bie kryj&#261; si&#281; w mem
+&#322;onie jak wielkiem jestem ja!..</p>
+
+<p>- Tajemnic&#281; tw&#261; zachowam, zginie ona w obszarach,
+w bezdnach utonie...</p>
+
+<p>- Nie powiem, ci... cho b&#281;d&#281;... ci... cho... -
+zaszepta&#322;a znów fala, i szept ten powtórzy&#322;y fal miliony...</p>
+
+<p>I jak &#347;miech szyderczy, tak i teraz ten pó&#322;­szept
+cichy, st&#322;umiony, dr&#380;&#261;cy, szed&#322; znowu po &#322;us­kach fal,
+tajemniczy, straszny...</p>
+
+<p>Nie... po... wiem!.. ci-cho b&#281;d&#281;, ccci-cho... </p>
+
+<p>Nerwy Romana zadrga&#322;y; podra&#380;ni&#322;y go te dzi­wne
+g&#322;osy Adryatyku, odsun&#261;&#322; krzes&#322;o na drugi ko­niec stolika,
+podpar&#322; r&#281;kami g&#322;ow&#281;, a zatkawszy uszy przed pomrukiem wód,
+wzburzony jeszcze, bla­dy, zaduma&#322; si&#281; g&#322;&#281;boko.</p>
+
+<p>Przesz&#322;o&#347;&#263;, wywo&#322;ana chwil&#261;
+samotno&#347;ci, i dzi­wnymi morza pogwary, &#347;wie&#380;a i &#380;ywa, niby
+wczorajsza, stan&#281;&#322;a mu przed oczyma, jak widmo.</p>
+
+<p>Na ubogiem poddaszu, ujrza&#322; zatem siebie bu­dz&#261;cym
+si&#281; po &#347;nie strasznym!</p>
+
+<p>Dwa ju&#380; lata od tej chwili mija&#322;y. A co on od
+owego czasu przecierpia&#322;, prze&#380;y&#322;, przewalczy&#322;! - nie
+zliczy&#263;!..</p>
+
+<p>D&#322;ugo nie tkn&#261;&#322; wówczas cudzych
+pieni&#281;dzy; tajemniczy portfel le&#380;a&#322; pod kluczem, pozornie
+zapomniany.</p>
+
+<p>A on ci&#261;gle walczy&#322; ze sob&#261;!..</p>
+
+<p>Nie zanosi&#322; jednak zguby do biura policyjne­go, sam
+osobi&#347;cie w&#322;a&#347;ciciela nie szuka&#322;. Czeka&#322;... </p>
+
+<p>Pod tym wzgl&#281;dem niepokoj&#261;ca, t&#322;ocz&#261;ca
+sw&#261; zagadk&#261;, g&#322;ucha panowa&#322;a cisza.</p>
+
+<p>W &#380;adnem pi&#347;mie nie by&#322;o wzmianki o zgubionym
+pugilaresie - nikt o tem w&#322;adzom nie do­niós&#322;...</p>
+
+<p>A on wci&#261;&#380; szala&#322;.</p>
+
+<p>Wreszcie wyczerpa&#322;y si&#281; wszystkie jego w&#322;a­sne
+fundusze, par&#281; ostatnich lekcyi straci&#322; bezpowrotnie; g&#322;ód
+zajrza&#322; do jego izdebki... Nie by&#322;o rady, napocz&#261;&#322; wówczas
+cudzego z&#322;ota.</p>
+
+<p>Jakby to by&#322;o wczoraj, dzi&#347; zaledwie, pami&#281;ta
+wyra&#378;nie te tygodnie m&#281;czarni, boja&#378;ni, wyrzutów, gdy si&#322;&#261;
+okoliczno&#347;ci zmuszonym zosta&#322; &#8222;&#380;y&#263;" z mienia
+przyw&#322;aszczonego... Pami&#281;ta sw&#261; trwog&#281; dzie­cinn&#261; przy
+zmianie pierwszej sztuki znalezionych pie­ni&#281;dzy, i innych,
+nast&#281;pnych... Widzi siebie, jak na­umy&#347;lnie zmienia&#322; je na
+drugim ko&#324;cu miasta, jak ba&#322; si&#281; wtedy w&#322;asnego cienia, i
+tak dalej, tak dalej!..</p>
+
+<p>Ka&#380;da drobnostka &#380;ywo, jawnie staje mu przed
+wzrokiem.</p>
+
+<p>A pó&#378;niej znowu w murach rodzinnego miasta
+wytrzyma&#263; ju&#380; nie móg&#322;!..</p>
+
+<p>Wyjecha&#322;. B&#322;&#261;ka&#322; si&#281; za
+granic&#261; d&#322;ugo, bez­my&#347;lnie, a&#380; dotar&#322; do Monte-Carlo.</p>
+
+<p>Tam, opanowany gor&#261;czk&#261; z&#322;ota, widz&#261;c,
+jak strumienie jego, rzeki ca&#322;e, p&#322;yn&#261; hojnie woko&#322;o - do
+gry w rulet&#281; rzuci&#322; si&#281; z zapa&#322;em.</p>
+
+<p>Pocz&#261;tkowo mia&#322; szcz&#281;&#347;cie szalone. Cudzy
+pieni&#261;dz dwoi&#322; si&#281;, troi&#322; cudownie, pewnego poranku jednak
+przegra&#322; wszystko co do grosza. Nie straci&#322; jednak odwagi. Dawszy
+si&#281; ju&#380; pozna&#263; w domu gry, jako cz&#322;owiek bogaty i
+nierachuj&#261;cy si&#281; wcale z groszem, oraz rozpowszechniwszy
+fa&#322;szyw&#261; pog&#322;osk&#281; o olbrzymich swych jakoby dobrach,
+po&#380;y­czy&#322; u poznanego ameryka&#324;skiego miliardera trzy­kro&#263;
+sto tysi&#281;cy franków.</p>
+
+<p>Por&#281;czy&#322; za niego pewien lord angielski, z któ­rym
+si&#281; on, Roman, poprzyja&#378;ni&#322; bardzo. Pocz&#261;&#322;
+gra&#263;... Pieni&#261;dze Amerykanina, (który, mówi&#261;c na­wiasem,
+wygrywa&#322; w tym sezonie sumy olbrzymie), przynios&#322;y mu
+szcz&#281;&#347;cie.</p>
+
+<p>Dzi&#281;ki parokrotnym, a nader rzadkim i nie­prawdopodobnej
+d&#322;ugo&#347;ci seryom "rouge", oraz kilku wygranym "en
+plein", pewnego dnia ujrza&#322; si&#281; panem miliona franków.
+U&#347;miech fortuny oszo&#322;o­mi&#322; 
+go na razie. Pocz&#261;&#322; gra&#263; ze zdwojon&#261; energi&#261; i
+ryzykiem.</p>
+
+<p>Znowu wygra&#322; kilkakrotnie, lecz z kolei nie­bawem
+pocz&#261;&#322; znowu przegrywa&#263;, z przera&#380;aj&#261;c&#261;
+szybko&#347;ci&#261;. Opami&#281;ta&#322; si&#281;. Przysz&#322;a chwila
+rozwagi; odda&#322; d&#322;ug milionerowi zza oceanu i wyjecha&#322;.
+Wzgl&#281;dnie by&#322; jeszcze wygranym, i to dostatecznie. Przywozi&#322; z
+sob&#261; do kraju blizko sze&#347;&#263;dziesi&#261;t ty­si&#281;cy, a
+wyje&#380;d&#380;aj&#261;c mia&#322; tylko dwadzie&#347;cia kilka.</p>
+
+<p>Wówczas rozpocz&#281;&#322;o si&#281; dla&#324; nowe
+&#380;ycie... </p>
+
+<p>Przede wszystkiem wraca&#322; spokojny. Niezrozu­mia&#322;y
+na razie, subtelny bardzo, posiadaj&#261;cy jednak pewn&#261; podstaw&#281;
+&#347;ci&#347;le logiczn&#261;, ow&#322;adn&#261;&#322; nim wtedy w duszy
+proces dedukcyjny, i zwyci&#281;&#380;y&#322;.</p>
+
+<p>Roman Dzier&#380;ymirski, ca&#322;y pogr&#261;&#380;ony w
+swych wspomnieniach, ods&#322;oni&#322; twarz, machinalnie powsta&#322;, i
+opar&#322;szy si&#281; o balustrad&#281;, wpatrzy&#322; w bezmiar morza, coraz
+ciemniejszy i cichszy.</p>
+
+<p>- Tak, zwyci&#281;&#380;y&#322;! - my&#347;la&#322; Roman
+dalej. Zdawa&#322;o mu si&#281; bowiem wówczas, &#380;e nie jest tak bardzo
+winnym.</p>
+
+<p>- Te pieni&#261;dze s&#261; teraz moje,
+"prawdziwie" moje - powiedzia&#322; sobie wtedy, doszed&#322;szy do
+tej pewno&#347;ci ca&#322;em poprzedniem skojarzeniem wywodze&#324;. A
+mianowicie: Z&#322;oto znalezione wszak przegra&#322;; sto­pi&#322;o si&#281;
+ono, znik&#322;o, zla&#322;o w ca&#322;o&#347;&#263; jedn&#261; z morzem
+przegrywanych w jaskini gry pieni&#281;dzy. Mienie za&#347; jego obecne - to
+by&#322;a tylko wygrana z po&#380;yczki Amerykanina, a zatem suma grosza,
+niemaj&#261;ca ju&#380; bezpo&#347;redniego, dotykalnego zwi&#261;zku ze
+znalezionym portfelem.</p>
+
+<p>Jemu, Dzier&#380;ymirskiemu, w dziedzinie sumie­nia
+wyrzutów, docieka&#324;, zw&#261;tpie&#324;, ubywa&#322; jeden szkopu&#322;
+powa&#380;ny - nie dotyka&#322; si&#281; on ju&#380; wyj&#281;tego z
+"cudzego" pugilaresu grosza. Niezaprzeczenie przytem
+nale&#380;a&#322; do niego ten pieni&#261;dz, &#347;lep&#261; igrasz­k&#261;
+losu nabyty; podwalin&#261; za&#347;, przesz&#322;o&#347;ci&#261; tylko
+fortunki tej by&#322;o przyw&#322;aszczenie.</p>
+
+<p>Pozostawa&#322; fakt, wprawdzie ju&#380; daleki, znale­zienia
+i nieoddania - pozostawa&#322;o niezmienne przekroczenie etyki ludzkiej, i
+uczciwo&#347;ci ze strony jego, jako jednostki spo&#322;ecznej - niczem
+niestarta, wieczna tego plama, ale w ówczesnem przynajmniej przekonaniu jego,
+to wszystko zno&#347;niejszem, nie tak piek&#261;cem, l&#380;ejszem bez
+porównania by&#322;o od odleg&#322;ego strasz­nego wczoraj.</p>
+
+<p>Z g&#322;ow&#261; podniesion&#261; zatem do góry, pokrze­piony
+powy&#380;szymi w swoim rodzaju sofizmatami, rozejrza&#322; si&#281; wówczas po
+&#347;wiecie i pocz&#261;&#322; dzia&#322;a&#263;. Rozpowszechniwszy, za
+pomoc&#261; ponownie odnalezio­nego przyjaciela i dawnego
+kolegi-&#347;wiatowca, po­g&#322;osk&#281; o dziedzictwie niespodzianem, a
+do&#347;&#263; poka&#378;­nem, po stryju, zmar&#322;ym w Stanach Zjednoczonych,
+rzuci&#322; si&#281; w wir zabaw eleganckiego &#347;wiata, w celu
+zbli&#380;enia si&#281; do Oli. Dopi&#261;&#322; togo, zaw&#322;adn&#261;&#263;
+jej sercem potrafi&#322;, o&#347;wiadczy&#322; si&#281; o jej r&#281;k&#281;,
+odrzuco­nym zosta&#322;, i...</p>
+
+<p>Powierzchnia morza spokojn&#261; ju&#380; by&#322;a. Obo­j&#281;tna
+ca&#322;kiem równomiernie i &#322;agodnie uderza&#322;a fala o podnó&#380;e
+werandy - milcza&#322;a cicha...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski obudzi&#322; si&#281; ze swych
+my&#347;li, za­nurzy&#322; r&#281;ce w bujnej czuprynie, g&#322;ow&#261;
+wstrz&#261;sn&#261;&#322;, jakby pragn&#261;c odp&#281;dzi&#263; roje
+wspomnie&#324;, i odwróci&#322; si&#281; od wodnej toni.</p>
+
+<p>Publiczno&#347;ci nie by&#322;o ju&#380; prawie, po platfor­mie
+kawiarni, ziewaj&#261;c, przechadza&#322;a si&#281; s&#322;u&#380;ba.
+Zawo&#322;awszy kelnera, Roman rzuci&#322; mu du&#380;&#261; srebrn&#261;
+monet&#281;, i odprowadzony g&#322;&#281;bokim jego uk&#322;onem,
+opu&#347;ci&#322; zak&#322;ad k&#261;pielowy.</p>
+
+<p>Niebawem znalaz&#322; si&#281; na drodze szerokiej,
+ocienionej drzewami, z szerokiemi po bokach alejami dla pieszych.</p>
+
+<p>W umy&#347;le jego cich&#322; szept przesz&#322;o&#347;ci,
+niepo­strze&#380;enie, stopniowo, obrazy jej nikn&#281;&#322;y -
+tera&#378;niejszo&#347;&#263; wraca&#322;a... Przed wzrokiem
+m&#281;&#380;czyzny mign&#281;&#322;a naraz rozkosznie sylwetka Oli; pragnienie
+mi&#322;o&#347;ci, &#380;ycia, silnie nim ow&#322;adn&#281;&#322;o.</p>
+
+<p>&#346;pieszy&#322; si&#281;.</p>
+
+<p>Odp&#281;dzi&#322; natr&#281;tnego wyrostka,
+zachwalaj&#261;cego mu &#347;wie&#380;e ostrygi i jakie&#347; &#347;limaczki
+nadzwyczajne; niebawem &#380;achn&#261;&#322; si&#281; znowu niecierpliwie,
+ujrzawszy zast&#281;puj&#261;cego mu drog&#281; rozczochranego stare­go
+W&#322;ocha, z mane&#380;kami, pe&#322;nemi pieczonych homa­rów i drobnych
+raczków.</p>
+
+<p>Po bokach drogi, w licznie rozsypanych restauracyach,
+roi&#322;o si&#281; od spo&#380;ywaj&#261;cych i zapija­j&#261;cych wino ludzi,
+z oddali dolatywa&#322;o echo muzyki. Roman, przy&#347;pieszaj&#261;c
+bezustannie kroku, wyrzuca&#263; teraz pocz&#261;&#322; sobie, &#380;e zostawi&#322;
+&#380;on&#281; sam&#261;; niepoko­i&#322;a go my&#347;l uporczywa, i&#380; nie
+cierpi ona mo&#380;e na migren&#281;, lecz, &#380;e to pocz&#261;tek zapewne
+s&#322;abo&#347;ci zupe&#322;nie innej; wszak wszystkie choroby zazwyczaj
+rozpoczynaj&#261; si&#281; bólem g&#322;owy.</p>
+
+<p>Po co tu przyszed&#322;?... By bezu&#380;ytecznie
+odgrzebywa&#263; minione chwile? Ale&#380; to nonsens zu­pe&#322;ny. A tam ona,
+Ola, sama zupe&#322;nie - niew&#261;tpliwe chora!..</p>
+
+<p>Mi&#322;o&#347;&#263; pani, z ca&#322;em bogactwem
+bezpodstaw­nych swych wzrusze&#324; i niepokojów, zaw&#322;adn&#281;&#322;a
+niepodzielnie Dzier&#380;ymirskim.</p>
+
+<p>Spojrza&#322; na zegarek - dochodzi&#322;a dziewi&#261;ta.
+Przed nim ju&#380; bardzo blisko widnia&#322;y dwie ma&#322;e platformy
+przystani; pe&#322;ne by&#322;y ludzi, przed jedn&#261; z nich sta&#322;
+parowiec, gotowy do odej&#347;cia. Dzier&#380;y­mirski w obawie, &#380;e
+si&#281; spó&#378;ni, pu&#347;ci&#322; si&#281; p&#281;dem, i spotnia&#322;y
+dobieg&#322; do przystani w tej samej w&#322;a­&#347;nie chwili, gdy na
+pok&#322;ad odrzucano ju&#380; sznur gruby, przytrzymuj&#261;cy parowiec.
+Wskoczywszy na&#324; szybko, Roman znalaz&#322; si&#281; pomi&#281;dzy
+nat&#322;oczon&#261; ci&#380;b&#261; ludzi, jak g&#322;o&#347;ny rój
+pszczó&#322; gwarz&#261;c&#261; pomi&#281;dzy sob&#261;, ze &#347;miechem i
+giestykulacy&#261;.</p>
+
+<p>Otar&#322;szy pot z czo&#322;a, Dzier&#380;ymirski wspar&#322;
+si&#281; o por&#281;cz balustrady pok&#322;adu. Boki statku &#322;agodnie
+pru&#322;y fale; oddzielona ciemn&#261; toni&#261;, w bliskiej ju&#380;
+odleg&#322;o&#347;ci mruga&#322;a kr&#281;giem &#347;wiate&#322; rzucona na wód
+obszary Wenecya.</p>
+
+<p>Podniós&#322;szy do oczu dalekono&#347;n&#261; lunet&#281;,
+wpa­trzy&#322; si&#281; Roman w rz&#261;d domów, po&#322;o&#380;onych nad
+brzegiem, ku któremu szybko p&#322;yn&#261;cy parowiec zbli&#380;a&#322;
+si&#281; coraz bardziej. Szuka&#322; hotelu swego, i okna pokoju, gdzie
+pozostawi&#322; Ol&#281;.</p>
+
+<p>Okno komnaty tej w&#322;a&#347;nie otwartem by&#322;o sze­roko.
+W ramie za&#347; jego sta&#322;a kobieta, szatynka, smuk&#322;a, o jasnem, habrowem
+spojrzeniu pod&#322;u&#380;nych, mieni&#261;cych si&#281; oczu, o piersiach
+wypuk&#322;ych, wzno­sz&#261;cych si&#281; jak fala, a kszta&#322;tach
+pon&#281;tnych, pe&#322;­nych, jakby pragn&#261;cych gwa&#322;tem wydosta&#263;
+si&#281; z cia­snych ram opi&#281;tej, bia&#322;ej, pikowej sukni. Ma&#322;e
+wkl&#281;&#347;ni&#281;cia po obu stronach w&#261;zkich usteczek zdra­dza&#322;y
+przy u&#347;miechu rozkoszne do&#322;eczki, r&#261;czka ma­le&#324;ka i
+dystyngowana ca&#322;o&#347;&#263; postaci mówi&#322;y wyra&#378;nie o rasie
+m&#322;odej osóbki.</p>
+
+<p>Ola, wypocz&#261;wszy w &#322;ó&#380;ku godzin kilka,
+wsta&#322;a­ w&#322;a&#347;nie przed chwil&#261;, czuj&#261;c, &#380;e nerwowy,
+spowodo­wany upa&#322;em i zm&#281;czeniem ból g&#322;owy ustaje.
+Pragn&#281;&#322;a po za tem rozerwa&#263; troch&#281; my&#347;li, z
+wyj&#347;ciem bowiem Romana zasn&#281;&#322;a i &#347;ni&#322; jej si&#281;
+rodzinny Gowartów i ojciec, jak &#380;ywy, tylko jaki&#347; smutny i
+zbola&#322;y.</p>
+
+<p>I po przebudzeniu my&#347;l Oli pobieg&#322;a st&#261;d da­leko...
+Mimo woli sama ulecia&#322;a do ojczystych obszarów i jarów. Powonienie jej
+podra&#380;ni&#322; wyra&#378;ny za­pach polnego kwiecia, zió&#322; i bodjaków,
+w uszach zabrzmia&#322;a melodya cicha szumi&#261;cych borów,
+ko&#322;ysz&#261;cego si&#281; miarowo stepu - sm&#281;tna rodzinna Ukra­ina, z
+poza setek mil, ogarn&#281;&#322;a j&#261; tu, pod w&#322;oskiem niebem,
+poczu&#322;a, zda si&#281;, powiew jej, t&#281;sknoty pe&#322;ny, do uszu
+za&#347; dolecia&#322;o jakby gin&#261;ce echo &#380;a&#322;osnej dumki,
+&#347;piewanej nieuczonym g&#322;osem mo&#322;odycy...</p>
+
+<p>I smutek ogarn&#261;&#322; Ol&#281;... Czy wróci tam kiedy,
+czy wróci?</p>
+
+<p>Wszak podepta&#322;a wszystko - jednem szarpni&#281;­ciem
+si&#281; zerwa&#322;a wszelkie wi&#281;zy - sama otworzy&#322;a sobie
+przemoc&#261; bram&#281; do wymarzonego szcz&#281;&#347;cia. Tak jest. Bo Ola
+czu&#322;a si&#281; przecie&#380; rzeczywi&#347;cie szcz&#281;&#347;liw&#261;.</p>
+
+<p>- Biedny ten ojciec jednak, który po swoje­mu, jak
+umia&#322;, tak j&#261; kocha&#322;  -
+my&#347;la&#322;a dalej. - A droga ciotka Melania i przyjaciel ich,
+&#321;ady&#380;y&#324;ski? Gdzie Gowartów, z którym zros&#322;a si&#281; jej
+dusza ca­&#322;a? Co si&#281; tam dzieje? Gdzie oni teraz, ci wszy­scy, tak
+dotychczas sercu drodzy?..</p>
+
+<p>Rozpami&#281;tuj&#261;c w ten sposób
+przesz&#322;o&#347;&#263;, przep&#281;­dzi&#322;a Ola z godzin&#281;.</p>
+
+<p>Moc upajaj&#261;cej rzeczywisto&#347;ci tak siln&#261;
+by&#322;a, jednak, &#380;e stopniowo &#347;ciera&#263; pocz&#281;&#322;a
+wra&#380;enie snu i o&#380;y&#322;e chwilowo wspomnienia. Obecnie stoj&#261;ca
+w oknie m&#322;oda kobieta my&#347;l&#261; dalek&#261; ju&#380; by&#322;a od
+tego wszystkiego. Obejmuj&#261;c wzrokiem pano­ram&#281; portu i morza -
+o&#347;wietlon&#261; Wenecy&#281;, wysepk&#281; z ko&#347;cio&#322;em S-to
+Giorgio Maggiore, oraz kana&#322;y z mkn&#261;cemi cicho po nich licznemi
+gondolami, - Ola z niecierpliwo&#347;ci&#261; wypatrywa&#322;a Romana.</p>
+
+<p>Pragn&#281;&#322;a ju&#380; bowiem widoku m&#281;&#380;a.
+Przed&#322;u&#380;ona nieobecno&#347;&#263; Dzier&#380;ymirskiego i w jej duszy
+zasia&#322;a ziarnka niepokoju; t&#281;skni&#322;a ju&#380; za jego piesz­czot&#261;,
+zapragn&#281;&#322;a czu&#322;o&#347;ci i poca&#322;unków...</p>
+
+<p>Wzi&#261;wszy lornetk&#281;, przy&#322;o&#380;y&#322;a
+j&#261; Ola do swych oczu, &#347;cigaj&#261;c po chwili widnokr&#261;g
+spojrzeniem. Pier&#347; jej przytem unosi&#263; si&#281; pocz&#281;&#322;a
+miarowo, usteczka za&#347; zdawa&#322;y si&#281; ca&#322;owa&#263;
+przestrze&#324;, rozchylone, prosz&#261;ce...</p>
+
+<p>Zniech&#281;cona, odj&#281;&#322;a niebawem lornetk&#281; od
+oczu. Jaki&#347; statek w kierunku Lido zbli&#380;a&#322; si&#281; wprawdzie,
+lecz znajdowa&#322; si&#281; jeszcze tak daleko...</p>
+
+<p>Ola odst&#261;pi&#322;a od okna, i szeleszcz&#261;c jedwabia­mi
+swych spódniczek, pocz&#281;&#322;a niecierpliwie przechadza&#263; si&#281; po
+pokoju, pytaj&#261;c sama siebie:</p>
+
+<p>- Któ&#380; widzia&#322; spó&#378;nia&#263; si&#281; tak
+dalece? Widocznie zoboj&#281;tnia&#322;a ju&#380; ona Romanowi, czy&#380; to
+jednak mo&#380;liwe? Wszak tak nied&#322;ugo trwa ich szcz&#281;&#347;cie...</p>
+
+<p>My&#347;li ostatnie i w&#261;tpliwo&#347;ci &#347;miesznemi
+wi­docznie zda&#322;y si&#281; m&#322;odej kobiecie, bo po zastano­wieniu
+si&#281; twarz jej powesela&#322;a, a w ciszy pokoju rozleg&#322; si&#281;
+&#347;mieszek srebrzysty. W &#347;lad za tem zapali&#322;a dwie &#347;wiece i
+przyst&#261;pi&#322;a do du&#380;ego lustra. D&#322;ugo, z lubo&#347;ci&#261;,
+wpatrywa&#322;a si&#281; w nadobne w&#322;asne oblicze. Przymkn&#261;wszy z
+lekka powieki, lecz tak, by mog&#322;a widzie&#263; siebie, przegi&#281;&#322;a
+sw&#261; &#322;adn&#261; g&#322;ówk&#281; i kibi&#263; nieco w ty&#322;, oraz
+rozchyli&#322;a usteczka...</p>
+
+<p>Kszta&#322;ty postaci jej ca&#322;ej uwypukli&#322;y
+si&#281; po­n&#281;tnie; w pozycyi tej zatrzyma&#322;a si&#281; chwil&#281;...
+U&#347;mie­szek zwyci&#281;ski przewin&#261;&#322; si&#281; niebawem po
+drobnych wargach pi&#281;knej kobiety; podnios&#322;a do góry r&#281;ce,
+&#322;asz&#261;co, jak koci&#281;, wypr&#281;&#380;y&#322;a naprzód swe
+cia&#322;o, i uczyniwszy gest, podobny do przeci&#261;gaj&#261;cego si&#281; po
+&#347;nie cz&#322;owieka, wymówi&#322;a g&#322;o&#347;ne: Aaaa...</p>
+
+<p>Po chwili za&#347;, poprawiwszy poprzednio zalo­tnie
+tualet&#281; sw&#261; i w&#322;osy, stan&#281;&#322;a znowu w pierwotnej
+pozycyi u okna, w ciemnym tak samo i tym razem pokoju, z lornetk&#261; przy
+oczach.</p>
+
+<p>Zbli&#380;aj&#261;cy si&#281; tymczasem od strony morza
+parowiec stawa&#322; w&#322;a&#347;nie ju&#380; w przystani. Po drewnianych pomostach
+wysypa&#322; si&#281; na ulic&#281; t&#322;um ró&#380;nolity i barwny;
+&#347;wiat&#322;a, pozapalane w pobli&#380;u pa­da&#322;y na&#324;
+sko&#347;nie, o&#347;wietlaj&#261;c wyra&#378;nie ruszaj&#261;cych si&#281;
+ludzi. Ola w&#347;ród nich stara&#322;a si&#281; odnale&#378;&#263; syl­wetk&#281;
+m&#281;&#380;a, niebawem dojrza&#322;a go rzeczywi&#347;cie i z
+rado&#347;ci&#261; wykrzykn&#281;&#322;a do siebie:</p>
+
+<p>- Jest! jest!..</p>
+
+<p>W oka mgnieniu odskoczy&#322;a od okna, zapali&#322;a
+&#347;wiec&#281;, odnalaz&#322;a szybko kapelusz i parasolk&#281;, i
+wybieg&#322;a z hotelu. Zd&#261;&#380;a&#322;a na spotkanie Romana,
+&#347;miej&#261;c si&#281; z góry na my&#347;l, jak on si&#281; zdziwi, ujrza­wszy
+j&#261; na nogach.</p>
+
+<p>Na Riva degli Schiavoni, spacerowem miejscu Wenecyi,
+roi&#322;o si&#281; od publiczno&#347;ci. W pobli&#380;u ho­telu,
+zamieszkiwanego przez Dzier&#380;ymirskich, muzyka graj&#261;ca zazwyczaj na
+placu &#346;wi&#281;tego Marka, rozbrzmiewa&#322;a kaskad&#261; ochoczych tonów
+przed kawiarni&#261;, przepe&#322;nion&#261; lud&#378;mi, snuj&#261;cymi
+si&#281; równie&#380; wsz&#281;dzie, gdzie tylko by&#322;o rzuci&#263; okiem.
+Ola, zd&#261;&#380;aj&#261;c ku przystani, wymija&#322;a ich szybko, w oddali
+widzia&#322;a ju&#380; w&#347;ród id&#261;cych sylwetk&#281; Ro­mana,
+ca&#322;&#261; bia&#322;&#261;, góruj&#261;c&#261; wzrostem nad innymi.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski, niespokojny sna&#263; dot&#261;d
+jeszcze, szed&#322; krokiem ra&#378;nym, z cygarem zapalonem w ustach, a
+kroczy&#322; tak zamy&#347;lony, &#380;e by&#322;by, nie widz&#261;c
+wymin&#261;&#322; Ol&#281; niew&#261;tpliwie, gdyby ta, ubawiona, nie
+roze&#347;mia&#322;a si&#281; weso&#322;o i nie pochwyci&#322;a go za
+rami&#281;. Na d&#378;wi&#281;k znajomego srebrnego &#347;miechu podniós&#322;
+Roman g&#322;ow&#281; i twarz, chmurna dotychczas nieco, rozpogodzi&#322;a mu
+si&#281; natychmiast.</p>
+
+<p>- Ty tu, filutko?.. - wykrzykn&#261;&#322; rado&#347;nie, i
+uj&#261;wszy obie r&#261;czki Oli w swe d&#322;onie, obsypywa&#263; je
+zacz&#261;&#322; poca&#322;unkami, a nast&#281;pnie poci&#261;gn&#261;&#322;
+j&#261; ku sobie, i nie zwracaj&#261;c zgo&#322;a uwagi na kilka
+mijaj&#261;cych ich osób, uca&#322;owa&#322; w twarz serdecznie.</p>
+
+<p>- A tak, Romeczku! - odpar&#322;a &#380;ywo Ola -
+wybieg&#322;am, bo zobaczy&#322;am przez lornetk&#281;, jak wy­siada&#322;e&#347;!
+Fe! któ&#380; widzia&#322; siedzie&#263; tak d&#322;ugo, gdy si&#281; ma tak
+&#322;adn&#261;, jak ja &#380;oneczk&#281;... - dorzuci&#322;a,
+przymilaj&#261;c si&#281;, z lekk&#261; wymówk&#261; w g&#322;osie, i do­da&#322;a
+jeszcze:</p>
+
+<p>- My&#347;la&#322;am ju&#380;, &#380;e ci si&#281; co
+z&#322;ego sta&#322;o!</p>
+
+<p> Promie&#324;
+przebieg&#322; po twarzy m&#281;&#380;czyzny, uj&#261;&#322; rami&#281; Oli, i
+odpar&#322;:</p>
+
+<p>- A wiesz, moje &#380;ycie, &#380;e i ja mia&#322;em co do
+ciebie my&#347;l podobn&#261;?.. - u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; i
+doda&#322; - ale z mej strony to usprawiedliwione, zostawi&#322;em ci&#281;
+przecie bowiem w &#322;ó&#380;ku...</p>
+
+<p>Id&#261;c wci&#261;&#380; szybko przed siebie, zamilkli
+oboje. Mi&#322;o&#347;&#263; odczuta, taka sama, drobn&#261; sw&#261;
+powy&#380;sz&#261; oznak&#261; zamkn&#281;&#322;a im usta na chwil&#281;.</p>
+
+<p>- Sk&#261;dsi&#347; od Wielkiego Kana&#322;u, w pewnych od siebie,
+odst&#281;pach, dolatywa&#322;o w&#322;a&#347;nie echo silne­go m&#281;skiego
+g&#322;osu, przy akompaniamencie chóru innych.</p>
+
+<p>- Pojedziemy mo&#380;e gondol&#261;, jak my&#347;lisz? -
+zapyta&#322;a Ola - s&#322;yszysz jak &#322;adnie &#347;piewaj&#261;?..</p>
+
+<p>- Dobrze, moje &#380;ycie, jedziemy!.. - odpar&#322;
+weso&#322;o Roman.</p>
+
+<p>Jak na zawo&#322;anie, w tej samej chwili Dzier&#380;y­mirscy
+us&#322;yszeli za sob&#261; kilka okrzyków, silnie akcentowanych na pierwszej
+sylabie: "Gón-dola,. gón-dola signore... gón-dola!.."</p>
+
+<p>Na lewo, obok id&#261;cych, znajdowa&#322;a si&#281;
+"Piaz­zeta", a naprzeciw wznosz&#261;cego si&#281; majestatycznie
+pa&#322;acu Do&#380;ów, najwi&#281;ksza przysta&#324; gondolierów.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski, wybrawszy jednego z licznych,
+napraszaj&#261;cych si&#281; przewo&#378;ników, podszed&#322; ku przystani,
+gdzie wespó&#322; z Ol&#261; usadowi&#322; si&#281; niebawem w gondoli.</p>
+
+<p>- Serenada, Canale Grande! - rzuci&#322; ubranemu bia&#322;o
+W&#322;ochowi.</p>
+
+<p>"Rematore"*) uderzy&#322; w wios&#322;a, i gondola
+z wolna, cicha, wysun&#281;&#322;a si&#281; z pomi&#281;dzy dziesi&#261;tek
+innych, a ko&#322;ysz&#261;c si&#281; na, czarnej fali kana&#322;u,
+pomkn&#281;&#322;a we wskazanym kierunku. Roman obj&#261;&#322; kibi&#263;
+&#380;ony i po­cz&#261;&#322; muska&#263; delikatnie ustami jej oczy, czo&#322;o,
+szyj&#281; i usta. Ona za&#347; uchyla&#322;a si&#281; wci&#261;&#380;
+figlarnie, szepcz&#261;c:</p>
+
+<p>[*) Wio&#347;larz.]</p>
+
+<p>- Wstyd&#378; si&#281;... gondolier patrzy...</p>
+
+<p>Lecz m&#281;&#380;czyzna nie przestawa&#322;. Kilkakrotnie
+usta ich z&#322;&#261;czy&#322;y si&#281; w poca&#322;unku gor&#261;cym,
+d&#322;ugim, od którego zadr&#380;eli oboje, z ust Romana sypa&#322;y si&#281;
+ciche i urywane, dysz&#261;ce uczuciem i nami&#281;tno&#347;ci&#261;,
+pieszczotliwe wyrazy...</p>
+
+<p>A wko&#322;o nich, szeleszcz&#261;c uderzeniami wiose&#322;,
+sun&#261;c równie&#380;, jak i oni cicho, mkn&#281;&#322;y, migocz&#261;c
+kolorowemi &#347;wiate&#322;kami, gondole, zmierzaj&#261;c wszyst­kie w jednym
+kierunku - ku Wielkiemu Kana&#322;owi, ca&#322;emu rozbrzmiewaj&#261;cemu w tej
+chwili, jak harfa ruszona &#347;piewem i muzyk&#261;. O&#347;wietlone, ubrane
+kolorowemi, papierowemi latarniami, miga&#322;y w oddali wielkie gondole, a
+raczej statki ma&#322;e, tak zwane &#8222;serenady", na których orkiestry cale
+grajków i &#347;piewa­ków-samouków popisywa&#322;y si&#281; ze swym wrodzonym,
+a rzetelnym nawet cz&#281;stokro&#263; artyzmem.</p>
+
+<p>Kilka podobnych serenad, rozrzuconych po ka­nale;
+wabi&#322;o &#347;wiat&#322;ami i st&#322;umionym &#347;piewu odg&#322;osem,
+ko&#322;o nich za&#347;, w pobli&#380;u, grupowa&#322;y si&#281; kr&#281;­giem
+dziesi&#261;tki czarnych gondoli, z rozpostartymi w nich niedbale i wygodnie
+s&#322;uchaczami. Niektóre z rozbrzmiewaj&#261;cych &#347;piewem i muzyk&#261;
+bark pod­je&#380;d&#380;a&#322;y pod okna dawnych dworców, a dzisiejszych
+pierwszorz&#281;dnych hoteli i koncertuj&#261;c tam wy&#322;&#261;cznie dla
+hotelowych go&#347;ci, zbierali od nich dla siebie datki, sun&#261;c
+ró&#380;nobarwnemi &#347;wiat&#322;ami i gorej&#261;cym kad&#322;ubem stateczku
+zwolna u marmurowych stopni pa&#322;acowych balkonów.</p>
+
+<p>Naprzeciwko dwóch podobnych serenad, &#347;pie­waj&#261;cych
+wprost ko&#347;cio&#322;a S-ta Maria della Salute, pod oknami pa&#322;aców
+Ferro i Zucchelli, (dzisiejsze Grand-Hotel i hotel Britania) dalej nieco, poza
+ko&#347;cio&#322;em, zabrzmia&#322;a w&#322;a&#347;nie nagle pie&#347;&#324;
+solowa ..</p>
+
+<p>Zag&#322;uszaj&#261;c inne g&#322;osy &#347;piewaków
+bli&#380;szych i dalszych, zadrga&#322;a ona uczuciem, i zr&#281;cznie
+modulowana przyjemnie pie&#347;ci&#322;a s&#322;uch, coraz donio&#347;lejsza,
+bli&#380;sza...</p>
+
+<p>- Pojedziemy tam! dobrze, Romciu?.. - zapro­ponowa&#322;a
+Ola, uj&#281;ta g&#322;osem &#347;piewaka.</p>
+
+<p>- Bene, carissima! - odpar&#322; Roman, i skin&#261;&#322;
+na wios&#322;uj&#261;cego. Gondola ich, kierowana umiej&#281;tn&#261;
+r&#281;k&#261;, wymija&#263; zacz&#281;&#322;a &#322;odzie, coraz liczniejsze.</p>
+
+<p>Roman i Ola, widz&#261;c si&#281; coraz bardziej oto­czonymi,
+przestali poca&#322;unków i pieszczot, chwilowo poddawszy si&#281;
+zupe&#322;nie czarowi pie&#347;ni, p&#322;yn&#261;cej ku nim w ciszy wieczoru. </p>
+
+<p>Oboje milczeli...</p>
+
+<p>Gondola tymczasem skr&#281;ci&#322;a powoli w lewo, ku
+roz&#347;piewanej barce, i w&#347;lizn&#261;wszy si&#281; swym wysokim przednim
+dziobem, jak w&#261;&#380;, pomi&#281;dzy ko­&#322;ysz&#261;ce si&#281;
+dziesi&#261;tki innych gondol - stan&#281;&#322;a wresz­cie, zatrzymana
+zr&#281;cznie. Gondolier przymocowa&#322; sznurem swój pojazd do
+s&#261;siednich i za&#322;o&#380;ywszy na krzy&#380; r&#281;ce, w skupieniu
+wespó&#322; z innymi zas&#322;ucha&#322; w pie&#347;&#324;...</p>
+
+<p>Szerokiem pó&#322;kolem, ciche, ko&#322;ysa&#322;y si&#281;
+wsz&#281;dy ­inne gondole; wsparci w nich s&#322;uchacze pod­dawali si&#281;
+niewyt&#322;umaczonemu czarowi tej weneckiej, cichej nocy, tej pie&#347;ni
+szczerej, niewykwin­tnej, chwytaj&#261;cej jednak mimo woli niejednego za
+serce, zapadaj&#261;cej w dusz&#281; g&#322;&#281;boko.</p>
+
+<p>Po sm&#281;tnych pie&#347;niach nast&#281;powa&#322;y
+skoczne, i tak dalej, bez zmiany. Co kilka "numerów" z barki
+"serenady" schodzi&#322; w&#322;och, rozczochrany, od &#347;piewu
+wzruszony jeszcze, i z czapk&#261; w r&#281;ku zbiera&#322; "co
+&#322;aska", przest&#281;puj&#261;c ostro&#380;nie z jednej gondoli na
+drug&#261;.</p>
+
+<p>W ciszy za&#347; wzgl&#281;dnej, a spowodowanej tym swe­go
+rodzaju antraktem, rusza&#322;y si&#281; z miejsc swoich nie­które &#322;odzie,
+wracaj&#261;c, lub zd&#261;&#380;aj&#261;c dalej do innych serenad; na puste
+miejsce wsuwa&#322;a si&#281; milcz&#261;co no­woprzyby&#322;a gondola, a
+publiczno&#347;&#263;, zebrana w tych zaimprowizowanych wodnych lo&#380;ach,
+natychmiast spogl&#261;da&#322;a ciekawie na swego s&#261;siada,
+pó&#322;g&#322;osem komunikowa&#322;a sobie uwagi, w rozmaitych j&#281;zykach.</p>
+
+<p>I w cicho&#347;ci powoli milk&#322;y, to znów z kolei
+rozbrzmiewa&#322;y dalsze i bli&#380;sze roz&#347;piewane barki, wreszcie
+antrakt si&#281; ko&#324;czy&#322;, po wodach kana&#322;u mkn&#281;&#322;a znów
+ze &#8222;sceny" serenady pie&#347;&#324; nami&#281;tna... </p>
+
+<p>S&#322;ucha&#322;y jej echa zdawa&#322;o si&#281;,
+pob&#322;a&#380;liwie i cieka­wie gwiazdki, licznie rozsiane po
+gwia&#378;dzistem niebie po&#322;udnia - s&#322;ucha&#322;y krzy&#380;e, i
+wie&#380;yce licznych &#347;wi&#261;tyni, i zadumane marmury wiekopomnych
+dworców.</p>
+
+<p>Od czasu do czasu komunikuj&#261;c sobie przyci­szon&#261;
+uwag&#281;, Roman i Ola s&#322;uchali równie&#380; uwa&#380;nie w&#322;oskich
+pie&#347;ni, nastrój za&#347; dzisiejszego wieczora rozmarzaj&#261;co
+dzia&#322;a&#322; na nich. My&#347;li ich daleko ulatywa&#322;y, pod
+wp&#322;ywem tej nocy, tego krajobrazu nie­zwyk&#322;ego, a pe&#322;nego czaru,
+i tej niewymuszonej, tchn&#261;cej uczuciem pie&#347;ni, wyrzucanej z ust ludzi
+prostych, dziwnie jednak atoli przejmuj&#261;cych si&#281; melody&#261;
+s&#322;ów swoich, kochaj&#261;cych tak wyra&#378;nie pie­&#347;ni owe, narodowe
+- w&#322;asne!</p>
+
+<p>Wywo&#322;ana zatem &#347;wie&#380;emi, tak niedawnemi
+wspomnieniami dzisiejszego popo&#322;udnia, my&#347;l Oli bieg&#322;a
+nieprzeparcie do stron ojczystych - przymru­&#380;a&#322;a oczy, i
+widzia&#322;a ogród Gowartowski... wynios&#322;e oblicze ojca...</p>
+
+<p>Romana za&#347; trapi&#322;y z kolei te same, co i nad
+morzem my&#347;li... Fa&#322;sz obecnego po&#322;o&#380;enia, przy­sz&#322;o&#347;&#263;
+niejasna, zakryta, ciemna, z tajemnic&#261; na dnie duszy ukrywa&#263; si&#281;
+zmuszon&#261;, przed okiem najdro&#380;szej nawet teraz dla&#324; na
+&#347;wiecie istoty, zaciemnia&#322;y chmur&#261; troski czo&#322;o Dzier&#380;ymirskiego,
+mg&#322;&#261; smutku matowa&#322;y spojrzenie czarnych, rozumnych oczu.</p>
+
+<p>I &#380;al jaki&#347; niezmierny, &#380;al do &#380;ycia,
+rozpiera&#322; mu piersi, do losu, &#380;e, postawi&#322; go na tak
+&#347;liskim i ko&#322;ysz&#261;cym si&#281; gruncie, &#380;e tylko za
+cen&#281; tego fa&#322;szu i wyrzutów sumienia, pozwoli&#322; mu zdoby&#263; to
+jego dzisiejsze nieograniczone szcz&#281;&#347;cie!</p>
+
+<p>Zatopiony w swem skrytem cierpieniu, Roman od czasu do czasu
+spogl&#261;da&#322; na Ol&#281;. Ta, ze spuszczonemi oczami, oparta niedbale na
+skórzanych poduszkach gondoli, zadumana, równie&#380; marzy&#322;a cicho...
+Cienie przechodzi&#322;y, przemyka&#322;y si&#281; po jej wdzi&#281;cz­nem,
+zamy&#347;lonem obliczu, czasem na usteczkach za­gaszcza&#322;
+b&#322;&#261;kaj&#261;cy si&#281; u&#347;mieszek.</p>
+
+<p>Roman wtedy z mi&#322;o&#347;ci&#261; bezgraniczn&#261;
+zatrzy­mywa&#322; d&#322;u&#380;sz&#261; chwil&#281; spojrzenie na ukochanych
+rysach, i znowu popada&#322; w zadum&#281;, lub s&#322;ówkiem pieszczoty, albo
+spostrze&#380;eniem jakiem przerywa&#322; milczenie. Ola odpowiada&#322;a mu
+skinieniem g&#322;ówki - zamieniali pomi&#281;dzy sob&#261; zda&#324; urywanych
+kil­kana&#347;cie, i znowu milkli, poddaj&#261;c si&#281; nastrojowi ze­wn&#281;trznemu
+otoczenia i wewn&#281;trznemu dusz w&#322;asnych. W ten sposób czas mija&#322;.</p>
+
+<p>Powoli, stopniowo rozlu&#378;ni&#322;o si&#281;
+&#347;cie&#347;nione gondol pó&#322;kole... Z cichym wiose&#322; szelestem i
+pluskiem ruszonej wody odp&#322;ywa&#322;y one jedne po drugich - du&#380;e
+barki s&#261;siednich serenad gin&#281;&#322;y równie&#380; w oddali,
+&#347;piewy ich cich&#322;y...</p>
+
+<p>Kilka tylko z nich jeszcze rozbrzmiewa&#322;o po kanale
+ostatnimi tony, a mi&#281;dzy innemi i barka, ko&#322;o której
+ko&#322;ysa&#322;a si&#281; gondola Dzier&#380;ymirskich. Z okien i balkonów
+hoteli poznika&#322;y ju&#380; tak&#380;e ­liczne sylwetki i twarze go&#347;ci,
+w pobli&#380;u, na wie&#380;y ko&#347;cielnej, wybi&#322;a rytmicznie godzina
+jedenasta...</p>
+
+<p>Roman ockn&#261;&#322; si&#281; pierwszy, dotkn&#261;&#322;
+delikatnie d&#322;oni&#261; r&#261;czki Oli i rzek&#322;:</p>
+
+<p>- Pora ju&#380; nam, kochanie... prawda&#380;?..</p>
+
+<p>- Która? - zapyta&#322;a Ola, zbudzona.</p>
+
+<p>- Jedenasta, moje &#380;ycie - odpar&#322; Roman.</p>
+
+<p>- Ju&#380;?.. - zdziwi&#322;a si&#281; Ola, westchn&#261;wszy.
+­To jed&#378;my, nie s&#261;dzi&#322;am nigdy, by ju&#380; tyle czasu
+min&#281;&#322;o...</p>
+
+<p>- O czem&#380;e tak duma&#322;a moja pani? - zapyta&#322;
+Roman, z u&#347;miechem.</p>
+
+<p>- A ty? - odpowiedzia&#322;a pytaniem Ola.</p>
+
+<p>- 0... ja?.. nic ciekawego - odpar&#322; po&#347;pie­sznie
+Roman, i jakby pragn&#261;c, by powtórnie nie py­tano go o to samo,
+odwróci&#322; si&#281; szybko do gondo­liera, informuj&#261;c go, dok&#261;d ma
+ich zawie&#378;&#263;.</p>
+
+<p>Gondola, wycofana z &#322;atwo&#347;ci&#261; z
+przerzedzonego ju&#380; kr&#281;gu, zawróci&#322;a i pomkn&#281;&#322;a ku
+o&#347;wietlone­mu niebieskawym &#347;wiat&#322;em latarni elektrycznych
+placowi San Marco. Na wie&#380;ach odleg&#322;ych ko&#347;cio&#322;ów,
+uk&#322;adaj&#261;cej si&#281; do snu Wenecyi, w milczeniu, ró&#380;nymi tony
+dzwoni&#322;a godzina jedenasta, zda&#322;a dochodzi&#322; jesz­cze przyciszony
+odg&#322;os muzyki...</p>
+
+<p>Wyci&#261;gn&#261;wszy si&#281; wygodnie w gondoli, Roman
+uj&#261;&#322; znów kibi&#263; &#380;ony, i pieszcz&#261;c wargami jej
+szyj&#281;, pocz&#261;&#322; mówi&#263; cicho, d&#322;ugo, ci&#261;gle.</p>
+
+<p>Czu&#322; potrzeb&#281; mówienia; chcia&#322;
+zag&#322;uszy&#263;, od­p&#281;dzi&#263; natr&#281;tne my&#347;li, wspomnienia,
+przechodzi&#322; z tematu na temat, &#347;mia&#322; si&#281;, dowcipkowa&#322;,
+ca&#322;owa&#322; Ol&#281; co chwila. A ona szczebiota&#322;a równie&#380;...</p>
+
+<p>Pe&#322;ne wesela g&#322;osy dwojga m&#322;odych
+z&#322;&#261;czonym akordem przerywa&#322;y co chwila milczenie i spokój
+"Canale Grande", pada&#322;y i &#347;lizga&#322;y si&#281; echem po
+ciemnej tafli jego wód, w których z kolei p&#322;awi&#322;y si&#281; cienie pa&#322;aców,
+z&#322;otym deszczem igra&#322;y gwia­zdy i swawoli&#322; powiew wietrzyka, id&#261;cego
+z morza, pokrytego ciemno&#347;ci&#261;, &#347;ni&#261;cego w oddali...</p>
+
+<p>Dostawszy si&#281; na pe&#322;ni&#281; wód kana&#322;u
+&#347;w. Mar­ka gondola pomkn&#281;&#322;a chy&#380;o, a niebawem po falistej
+tafli w&#322;oskiej laguny rozleg&#322;a si&#281; &#347;piewana zgodnym liórem
+m&#281;skiego barytonu i kobiecego sopranu pie&#347;&#324; polska:
+"Szumi&#261; jod&#322;y"...</p>
+
+<p>- A co, nie mówi&#322;em, &#380;e to nasi, cho&#263; on taki
+czarny, jak W&#322;och - odezwa&#322; si&#281; po polsku, z gondo­li,
+któr&#261; mijali Dzier&#380;ymirscy, rubaszny troch&#281; g&#322;os
+m&#281;&#380;czyzny.</p>
+
+<p>- No, tak dzioba&#263; si&#281;, jak go&#322;&#261;bki, to
+i  inni potrafi&#261;... odpowiedzia&#322;
+ironicznie kto&#347; drugi.</p>
+
+<p>- Ba, ale, panie dobrodzieju, z takim humo­rom - to nie!...
+z przekonaniem, stanowcza, rozleg&#322;a si&#281; odpowied&#378; szlagona.</p>
+
+<p>Tymczasem gondola Dzier&#380;ymirskich mala&#322;a ju&#380;
+coraz bardziej, na tle nocy tylko czerwonawem &#347;wiate&#322;kiem migoc&#261;c
+z oddali. Wkrótce, zalecia&#322;a jeszcze ostatnia zwrotka ,znanej
+Moniuszkowskiej melodyi: Oj, Halino, oj, je - dy - no, dzie - wczy - no mooo -
+ja!... </p>
+
+<p>- Moo - ja!... odda&#322;o echo lagun morza i zmilk&#322;o,
+ca&#322;y za&#347; kad&#322;ub czarnej gondoli znik&#322; gdzie&#347; niebawem,
+ust&#281;puj&#261;c miejsca innym, nadci&#261;gaj&#261;cym co­raz
+g&#281;&#347;ciej od strony Wielkiego Kana&#322;u, coraz cichszego, coraz
+bardziej pogr&#261;&#380;aj&#261;cego si&#281; w czerni bezbarwn&#261;,
+g&#322;uch&#261;, zapadaj&#261;cego tam u&#347;pienia - Nocy!</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<center>*             *</center>
+
+<center>*</center>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>- Patrz, patrz! jakie&#380; to pi&#281;kne!..</p>
+
+<p>S&#322;owa te, pó&#322;g&#322;osem, z akcentem zachwytu, wy­mówi&#322;a
+Ola, i oboje wraz z Romanem stan&#281;li na miejscu, jak przykuci. Nad ich
+g&#322;owami wznosi&#322;a swe dumne gotyckie arkady jedna z
+najpi&#281;kniejszych, po bazylice San Marco, &#347;wi&#261;ty&#324; w Wenecyi,
+Santa Maria Gloriosa dei Frari - stali za&#347; przed mauzoleum Canovy.</p>
+
+<p>- Prawda! - szepn&#261;&#322; w odpowiedzi &#380;onie Dzier­&#380;ymirski.
+- Zdawa&#322;oby si&#281;, i&#380; ten oto anio&#322;, czy geniusz
+u&#347;piony, &#380;yje, oddycha, stró&#380; czujny... urwa&#322;,
+studjuj&#261;c dalej pomnik z uwag&#261;.</p>
+
+<p>- A te postacie, nieprawda&#380;, i&#380; rzeczywi­&#347;cie
+id&#261;, ruszaj&#261; si&#281; wolno, pogr&#261;&#380;one w cichej bo­le&#347;ci
+i smutku! - podchwyci&#322;a &#380;ywo Ola, podniecona widokiem, oraz wyrazem
+zakutego w marmurze pi&#281;kna.</p>
+
+<p>Oboje umilkli, z niek&#322;amanym zachwytem wpa­truj&#261;c
+si&#281; w rze&#378;b&#281;.</p>
+
+<p>Od grobowca bowiem, przez samego Canov&#281; modelowanego
+niegdy&#347; na pomnik dla Tycyana, bi&#322;o rzeczywiste, szczere pi&#281;kno
+i chwyta&#322;o za serce­ - mówi&#322;o...</p>
+
+<p>Przyparty do &#347;ciany, ca&#322;y z bia&#322;ego marmuru,
+a trójk&#261;tnym kszta&#322;tem w minjaturze przypominaj&#261;cy­, piramidy
+Egiptu, sta&#322; sarkofag otworem...</p>
+
+<p>Na lewo, jakby strzeg&#261;c do&#324; wchodu, olbrzymi lew
+marmurowy le&#380;a&#322;, z obwis&#322;emi &#322;apami, pot&#281;&#380;ny,
+srogi, i jakby sm&#281;tnie zadumany, a na nim, z rozpostartemi skrzyd&#322;y,
+opiera&#322; si&#281; wielki Anio&#322; u&#347;piony... </p>
+
+<p>I tchn&#261;ce &#322;agodno&#347;ci&#261;, cudne oblicze
+Anio&#322;a zda si&#281; by&#263; rzeczywi&#347;cie nie z tego n&#281;dz
+pado&#322;u!..</p>
+
+<p>Z ludzk&#261; twarz&#261;, to prawda, spogl&#261;da&#263;
+si&#281; zdaje na widza, lecz oczy jego przymkni&#281;te nieco, skupienia i
+zadum pe&#322;ne - znieruchomione w nadziemskim spokoju, cisz&#261;
+za&#347;wiatów, wieczno&#347;ci milczeniem i by­tu zagadk&#261;, n&#281;c&#261;
+oto wyra&#378;nie, wzrok ci&#261;gn&#261; za sob&#261;, unosz&#261; dusz&#281;,
+my&#347;l... gdzie&#347; w strefy nadziemskie 
+do nieba!...</p>
+
+<p>A z prawej znów strony grobowca, jakby z zie­mi, ze
+&#347;wiata, wolno sun&#261; jakie&#347; postacie, zmierza­j&#261;c do
+otwartych na &#347;cie&#380;aj wrót sarkofagu...</p>
+
+<p>Pierwsza z nich, proporcyonalnie do innych, wi&#281;ksza,
+kobieta m&#322;oda, jest ju&#380; tu&#380; blizko, u grobu prawie, w &#347;lad
+za ni&#261;, z girlandami kwiatów, post&#281;puj&#261; postacie mniejsze - to
+dziatki.</p>
+
+<p>Id&#261;... Krocz&#261;, z pochylon&#261; g&#322;ow&#261;,
+przygn&#281;bieni, smutni, niebawem ju&#380; cisi przest&#261;pi&#261; oni próg
+grobowca...</p>
+
+<p>- Chod&#378;my! - szepn&#281;&#322;a Ola
+poci&#261;gaj&#261;c lekko Romana za r&#281;k&#281;.</p>
+
+<p>Z widoczn&#261; niech&#281;ci&#261;, jakby nie mog&#261;c
+oder­wa&#263; wzroku od pi&#281;knego pomnika, poruszy&#322; si&#281;
+Dzier&#380;ymirski, i wyrzek&#322; pó&#322;g&#322;osem:</p>
+
+<p>- Czy ju&#380; obejrzeli&#347;my tutaj wszystko?</p>
+
+<p>- Zdaje mi si&#281;, &#380;e wszystko - odpowiedzia&#322;a
+Ola.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>W pustej i cichej &#347;wi&#261;tyni rozlega&#322;y si&#281;
+wyra&#378;nie ich kroki, ­prócz nich bowiem obecnie nie by&#322;o tu nikogo.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski wyj&#261;&#322; zegarek.</p>
+
+<p>- Szósta!  Wracajmy,
+musimy po&#380;egna&#263;  jesz­cze
+Wenecy&#281; z Campanili - rzuci&#322; &#380;ywo, i uj&#261;wszy rami&#281;
+&#380;ony, skierowa&#322; si&#281; ku wyj&#347;ciu z ko&#347;cio&#322;a.</p>
+
+<p>Na progu Dzier&#380;ymirscy stan&#281;li, obrzucaj&#261;c
+ostatniem spojrzeniem ko&#347;ció&#322;; wzrok ich przesun&#261;&#322; si&#281;
+raz jeszcze po wspania&#322;ych grobowcach do&#380;ów, Tycyana i wyszli.</p>
+
+<p>Upalny spokój w&#322;oskiego popo&#322;udnia obj&#261;&#322;
+ich natychmiast. S&#322;o&#324;ce pali&#322;o jeszcze, na uliczkach Wenecyi
+by&#322;o pusto.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirscy szli przy&#347;pieszonym krokiem,
+zmierzaj&#261;c ku mostowi "di Rialto." By&#322; to ostatni ju&#380;
+dzie&#324; pobytu ich w Wenecyi, wyje&#380;d&#380;ali nazajutrz, &#380;egnaj&#261;c
+dzi&#347; po raz ostatni urocze miasto pami&#261;tek.</p>
+
+<p>A &#380;egnali je sumiennie. Zwiedziwszy bowiem kilka
+nieznanych sobie jeszcze ko&#347;cio&#322;ów, po raz wtóry obeszli wszystkie
+miejsca, dok&#261;d zach&#281;ca&#322;o ich do powrotu wspomnienie zoczonego
+tam pi&#281;kna.</p>
+
+<p>A wi&#281;c pa&#322;ac Do&#380;ów, jego archeologiczne mu­zeum
+i liczne przepi&#281;kne sale i ponure wi&#281;zienia, pa&#322;ac królewski,
+bazylik&#281;, a tak&#380;e zarówno arcydzie&#322;a p&#281;dzla Tycyana,
+Tintoretta, Paw&#322;a Veronese, Belliniego, i innych, w Akademii "delle
+belle Arti."</p>
+
+<p>- Wiesz, kochanie? musimy spieszy&#263; si&#281;
+porz&#261;dnie, gdy&#380; o siódmej podobno zamykaj&#261; ju&#380;
+Campanilli&#281;*)-odezwa&#322; si&#281; Roman po d&#322;u&#380;szem milcze­niu
+id&#261;c z Ol&#261; bezustannie tak sarno szybko i s&#322;uchaj&#261;c zarazem
+szczebiotu jej, wci&#261;&#380; jeszcze znajduj&#261;cej si&#281; pod
+wra&#380;eniem pysznego dzie&#322;a Canovy.</p>
+
+<p>[*)Znana powszechnie pod t&#261; nazw&#261; dzwonnica
+&#346;wi&#281;tego Marka w Wenecyi, siegaj&#261;ca budow&#261; i stylem X
+wieku, dzi&#347;, jak wiadomo, ju&#380; nie istnieje. Run&#281;&#322;a dnia
+14-go Lipca 1902 roku.]</p>
+
+<p>- Co za &#347;wietn&#261; doprawdy mia&#322;e&#347;
+my&#347;l, Rom­ciu, zestawi&#263; to obejrzenie Wenecyi z wy&#380;yn na
+zako&#324;czenie! - rzek&#322;a Ola, i dorzuci&#322;a z o&#380;ywieniem: - Bo
+ostateczne owe wra&#380;enie nie zu&#380;yte dot&#261;d jeszcze, nowe, idealnie
+zamknie nasz pobyt tutaj...</p>
+
+<p>- A widzisz, me &#380;ycie, &#380;e nietylko moja pani miewa
+genialne koncepty - z u&#347;miechem odpar&#322; Roman, mi&#322;&#261; mu
+bowiem by&#322;a my&#347;l, &#380;e ich wzajemne zapatrywania estetyczne
+zgadzaj&#261; si&#281; tak dobrze.</p>
+
+<p>W tem bo ostatniem los rzeczywi&#347;cie nie by&#322;
+posk&#261;pi&#322; zadowolenia Romanowi. Ola, by&#322;a to dusza obdarzona  zarówno, jak i on, wykwintnem poczuciem
+pi&#281;kna i niezmiern&#261; wra&#380;liwo&#347;ci&#261; na dzie&#322;a
+sztuki, zgrzytów pod tym wzgl&#281;dem pomi&#281;dzy nimi nie by&#322;o wcale -
+dope&#322;niali si&#281; wzajemnie.</p>
+
+<p>- Poczekaj, kochanie - odezwa&#322; si&#281; znów Ro­man -
+spo&#380;yjemy sobie par&#281; brzoskwi&#324;... Mam ogrom­ne pragnienie, a
+ty?...</p>
+
+<p>- O! ja tak&#380;e!.. wykrzykn&#281;&#322;a
+potwierdzaj&#261;co i weso&#322;o Ola, poczem oboje zbli&#380;yli si&#281; do
+charakterystycznego, szerokiego, pod p&#322;óciennem okryciem od
+s&#322;o&#324;ca, weneckiego straganu, przepe&#322;nionego ró&#380;nemi owocami
+i jarzynami.</p>
+
+<p>Min&#281;li ju&#380; byli wa&#347;nie "ponte di
+Rialto",­ znajduj&#261;c si&#281; obecnie w okolicy i punkcie targu, oraz
+o&#380;ywionego ruchu. Woko&#322;o nich szwendali si&#281; liczni przechodnie,
+przekupnie wychwalali g&#322;o&#347;no swój towar, t. j. drobiazgi, owoce, lub
+rzadko&#347;&#263; w Wene­cyi - zimn&#261; wod&#281; do picia, mówi&#261;c
+nawiasem, nad­zwyczaj niezdrow&#261;.</p>
+
+<p>Wybrawszy kilka przepysznych, wielkich brzosk­wi&#324;, i
+spo&#380;ywaj&#261;c je, Dzier&#380;ymirscy pu&#347;cili si&#281; znowu w
+dalsz&#261; drog&#281;. Szli obecnie najbardziej o&#380;ywion&#261; i
+handlow&#261; ulic&#261; w Wenecyi, tak zwan&#261; "la Merceria",
+wij&#261;c&#261; si&#281; w kszta&#322;cie szerokiego tro­tuaru pomi&#281;dzy
+domami i szeregiem ciasno jeden przy drugim po&#322;o&#380;onych sklepów, a
+wiod&#261;cej zygza­kiem od mostu di Rialto do wie&#380;y zegarowej na pla­cu
+San Marco.</p>
+
+<p>Zaczepiani co chwila przez natr&#281;tnych w&#322;a&#347;ci­cieli
+magazynów, przekupniów mozaiki i ma&#322;ych bosonogich ch&#322;opaków,
+narzucaj&#261;cych si&#281; im co chwila, z pytaj&#261;cem s&#322;owem i
+spojrzeniem &#322;adnych, czarnych ocz&#261;t: "Accompagnare,
+signore?...", Dzier&#380;ymirscy szli szybko, wygodn&#261;, cho&#263;
+kr&#281;t&#261; ulic&#261;, rozmawiaj&#261;c wci&#261;&#380; ze sob&#261;.</p>
+
+<p>Niedos&#322;yszane wzajemnie cz&#281;sto w gwarliwym ha&#322;asie
+"Mercerii" s&#322;owa ich gin&#281;&#322;y bez echa, gdy naraz i tym
+razem zupe&#322;nie g&#322;o&#347;no, po niewiele znacz&#261;­cych uwagach,
+odezwa&#322; si&#281; pierwszy Dzier&#380;ymirski.</p>
+
+<p>-Czy wiesz, moje &#380;ycie, i&#380; to ju&#380; trzy ty­godnie
+blisko, jak wyjechali&#347;my z kraju? Czas leci, kto by pomy&#347;la&#322;,
+&#380;e niebawem ju&#380; minie miesi&#261;c, jak porwa&#322;em ciebie,
+szcz&#281;&#347;cie moje, z &#322;ona rodziny?..</p>
+
+<p>Cho&#263; w ostatnich s&#322;owach brzmia&#322; ton
+&#380;artobliwo-dobroduszny, jednak Roman niespokojnie spojrza&#322; na
+&#380;on&#281;, pierwszy to bowiem raz tak wyra&#378;n&#261; czy­ni&#322;
+alluzy&#281; do niedawnej, a prze&#322;omowej chwili ich &#380;ycia;
+dorzuci&#322; zaraz:</p>
+
+<p>- Ciekawy jestem, co o tem wszystkiem my­&#347;li i co czyni
+w tej chwili twój ojciec... przytem wahaj&#261;co spojrza&#322; z pod oka na
+Ol&#281;, uwa&#380;nie, jakby zbada&#263; pragn&#261;c, do jakiego stopnia
+odczuwa ona to wspomnienie.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Lekka mg&#322;a jakby przemkn&#281;&#322;a po twarzy
+m&#322;o­dej kobiety, a brewki jej zmarszczy&#322;y si&#281; przelotnie,
+jednak&#380;e odpowiedzia&#322;a natychmiast.</p>
+
+<p>- Wiesz co, mój drogi? ja.... - i tu spu&#347;ci&#322;a
+oczy, zarumieniwszy si&#281; lekko - bardzo cz&#281;sto...
+podkre&#347;li&#322;a akcentem te s&#322;owa, - my&#347;l&#281; o tem...</p>
+
+<p>I Ola z kolei podnios&#322;a swe przymglone oczy na
+Dzier&#380;ymirskiego, a jemu zda&#322;o si&#281; jednocze&#347;nie, &#380;e
+wilgotnemi by&#322;y one...</p>
+
+<p>W tej samej chwili m&#322;oda kobieta ruchem &#322;agodnym,
+a wdzi&#281;ku pe&#322;nym, po&#322;o&#380;y&#322;a sw&#261; r&#261;czk&#281;
+drobn&#261; na r&#281;ku m&#281;&#380;a.</p>
+
+<p>- Nie gniewaj si&#281;, mój drogi, &#380;e ci to mówi&#281;
+- rzek&#322;a mi&#281;kko - ale... ale wierz mi, &#380;e ja nieraz l&#281;kam
+si&#281; jakby po prostu, by ta przesz&#322;o&#347;&#263; nasza, a w
+szczególno&#347;ci gwa&#322;towna chwila ucieczki mojej, nie przynios&#322;a
+nam nieszcz&#281;&#347;cia... Biedny ojciec! - cicho westchn&#281;&#322;a Ola i
+umilk&#322;a, spu&#347;ciwszy nie&#347;mia­&#322;o wzrok ku ziemi, jak gdyby
+przestraszywszy si&#281; s&#322;ów ostatnich.</p>
+
+<p>Teraz Roman z kolei pochwyci&#322; r&#281;k&#281; &#380;ony
+i u&#347;cisn&#261;wszy j&#261; serdecznie kilka razy, wzruszony,
+pocz&#261;&#322; pociesza&#263; Ol&#281; z cicha, w ko&#324;cu zmieni&#322;
+zupe&#322;nie temat rozmowy, przeszed&#322;szy po&#347;piesznie na
+przysz&#322;e zamiary wspólnej podró&#380;y. Równocze&#347;nie jednak spo­s&#281;pnia&#322;,
+i, cho&#263; drobna, ma&#322;a chmurka, co niby cie&#324;,
+w&#347;lizn&#281;&#322;a si&#281; pomi&#281;dzy ich dusze - wzgl&#281;dnie
+rozwia­&#322;a si&#281; do&#347;&#263; pr&#281;dko, zostawi&#322;a jednak w
+umy&#347;le Dzier&#380;ymirskiego &#347;lad trwa&#322;y. Teraz zatem, gdy znowu
+zamienia&#322; z Ol&#261; banalne nieco frazesy, my&#347;l jego pracowa&#322;a
+uparcie w dalszym ci&#261;gu.</p>
+
+<p>Wi&#281;c on nie myli&#322; si&#281;, b&#281;d&#261;c
+cz&#281;stokro&#263; niespo­kojnym, gdy widzia&#322; przychodz&#261;c&#261; na
+czo&#322;o &#380;ony nag&#322;&#261; zadum&#281;, na pozór
+niewyt&#322;umaczon&#261; zgo&#322;a niczem.</p>
+
+<p>Wi&#281;c w g&#322;ówce tej, w której, prócz
+mi&#322;o&#347;ci dla niego, d&#322;ugo nie przypuszcza&#322; innego uczucia -
+tkwi&#322; jednak w swoim rodzaju wyrzut sumienia?.. Odmien­nemi zatem
+krocz&#261;c drogami, dusze ich - ze &#378;ró­d&#322;a tylko innego ca&#322;kiem
+p&#322;yn&#261;ce - obie jednocze&#347;nie mia&#322;y swoje skryte zgryzoty i
+cierpienia. Zarówno, jak i on, tylko inaczej, Ola wi&#281;c tak&#380;e
+cierpia&#322;a...</p>
+
+<p>- Dziwne, to &#380;ycie, dziwne! - omal &#380;e nie g&#322;o­&#347;no
+wymówi&#322; Roman.</p>
+
+<p>- 0! patrz, ju&#380; plac &#347;w. Marka - weso&#322;o
+wykrzykn&#281;&#322;a Ola w tej samej chwili, i wydobywszy miniaturowy zegarek,
+jednocze&#347;nie doda&#322;a:</p>
+
+<p>- Wpó&#322; do siódmej! - Zd&#261;&#380;ymy!.. </p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski nie podniós&#322; uwagi &#380;ony, prze­lotnie
+spojrza&#322; tylko w jej twarz, a widz&#261;c Ol&#281;
+u&#347;miechni&#281;t&#261;, powesela&#322; sam równie&#380;.</p>
+
+<p>Wydostawszy si&#281; z w&#261;skiej szyi ruchliwej ulicy,
+znajdowali si&#281; ju&#380; oni na kwadratowym placu, obszernym, z trzech
+stron ramowanym woko&#322;o ko­lumnami pa&#322;acu królewskiego. Pod temi
+kolumnami, w pierwszorz&#281;dnych kawiarniach Wenecyi, roi&#322;o si&#281; od
+ludzi; na mozajkach, krzy&#380;ach, br&#261;zowych ko­niach i kopu&#322;ach
+bazyliki &#347;w. Marka gra&#322;y promie­nie s&#322;o&#324;ca, u stóp za&#347;
+Campanili, dok&#261;d zmierzali Dzier&#380;ymirscy, i przed
+ko&#347;cio&#322;em, po&#347;rodku placu, grucha&#322;y i lata&#322;y setki
+go&#322;&#281;bi, karmionych r&#281;k&#261; publiczno&#347;ci. Zap&#322;aciwszy
+za wej&#347;cie, Roman i Ola powoli zacz&#281;li wst&#281;powa&#263; na
+gór&#281;.</p>
+
+<p>Na szczyt dzwonnicy San Marco, oddzielonej od katedry, a
+strzelaj&#261;cej w gór&#281; wysoko i samotnie, sz&#322;o si&#281; nie po
+schodach, lecz po lekko pochylonej p&#322;aszczy&#378;nie spiralnej, nader
+wygodnej, cho&#263; kr&#281;tej, wcho­dz&#261;cego wcale nie
+m&#281;cz&#261;cej.</p>
+
+<p>Co kilka minut post&#281;puj&#261;cym na szczyt dzwon­nicy
+Dzier&#380;ymirskim miga&#322;y z prawej strony ma&#322;e okienka,
+pozwalaj&#261;ce im pochwyci&#263; r&#261;bek krajobrazu, &#347;ciany za&#347;
+wie&#380;y przepe&#322;nione by&#322;y licznymi podpisami turystów.</p>
+
+<p>Wzgl&#281;dnie do&#347;&#263; d&#322;ugo, bo powoli,
+zm&#281;czeni po­przednim po&#347;piechem, szli pod gór&#281; Roman i Ola,
+zanim dostali si&#281; wreszcie na obszern&#261; szczytow&#261; platform&#281;
+dzwonnicy. Prócz sprzedaj&#261;cego w zaimprowizowanym sklepie fotografie i
+albumiki: "ri­cordo di Venetia," kilka zaledwie osób znajdowa&#322;o
+si&#281; tutaj. Dzier&#380;ymirscy zbli&#380;yli si&#281; do balustrady,
+obrzuciwszy spojrzeniem ca&#322;y widok, u stóp ich i hen­hen, daleko!...</p>
+
+<p>- &#346;liczne, prze&#347;liczne! - rzek&#322;a po chwili
+Ola pó&#322;g&#322;osem, z przej&#281;ciem, Roman za&#347;, potakuj&#261;c
+&#380;onie, wyj&#261;&#322; noszon&#261; stale ze sob&#261; lunet&#281; i
+regulowa&#263; j&#261; pocz&#261;&#322;.</p>
+
+<p>S&#322;o&#324;ce w&#322;a&#347;nie zni&#380;a&#322;o
+si&#281; ku zachodowi. Z jed­nej strony krajobrazu, na prawo, tarcza jego,
+ziej&#261;c purpur&#261;, k&#261;pa&#322;a si&#281; promienistymi blaskami w
+morzu, roz&#347;wietla&#322;a jego tajemnicz&#261; g&#322;&#281;bi&#281;,
+roz&#380;arza&#322;a, na kszta&#322;t g&#322;owni, czerwonawym ogniem
+zmarszczone grzbiety fal, z&#322;otym prostopad&#322;ym go&#347;ci&#324;cem
+zanu­rzaj&#261;c si&#281; stopniowo coraz bardziej w iskrz&#261;c&#261;
+si&#281; &#347;wiat&#322;ami to&#324;. I zielonkawe, &#322;agodne Adryatyku fa­le,
+rozchyla&#322;y si&#281; przyjacielsko i go&#347;cinnie - roztwie­ra&#322;y swe
+nurty do id&#261;cego na spoczynek s&#322;o&#324;ca, wód szmerem
+ko&#322;ysa&#263; si&#281; je zdaj&#261;c do snu cichego...</p>
+
+<p>Po bokach fal tymczasem coraz dalej i dalej bieg&#322;y
+ostatnie promienie jego; rozlewa&#322;y si&#281; wko&#322;o po&#380;egnalnym
+odblaskiem - pie&#347;ci&#322;y ju&#380; morze ca&#322;e, zapala&#322;y na niem
+miljony barw i odcieni, sko&#347;ne le­cia&#322;y w lewo ku Lido,
+"giardini publici," s&#322;a&#322;y si&#281; krwawi&#261;ce na
+dachach i wie&#380;ach le&#380;&#261;cej w dole We­necyi - i gin&#281;&#322;y
+nareszcie w zamglonej gdzie&#347; dali, tul&#261;c si&#281; do majacz&#261;cych
+hen, hen, w perspektywie górskich alpejskich szczytów...</p>
+
+<p>Roman i Ola, zapatrzeni, stali nieruchomo, w milczeniu.</p>
+
+<p>Otulony cisz&#261; bezmiarów, tchn&#261;cy spokojem
+id&#261;cego wieczora, zachwyca&#322; ich ten krajobraz. </p>
+
+<p>- Spojrzyj-no, jak smacznie zajadaj&#261; sobie nasi brudni
+w&#322;osi swoje "pranzo" - rzek&#322;a nagle do m&#281;&#380;a Ola,
+wskazuj&#261;c r&#281;k&#261; spi&#281;trzon&#261; u stóp ich, w&#347;ród
+w&#261;skich kana&#322;ów, Wenecy&#281;, i &#347;cie&#347;nione da­chy jej
+domów, gdzie na werandach spo&#380;ywano w&#322;a­&#347;nie posi&#322;ek.</p>
+
+<p>- A, prawda! - potwierdzi&#322; Roman.</p>
+
+<p>- Zabawnie wygl&#261;daj&#261; na swoich daszkach, jak
+liliputy... - zauwa&#380;y&#322; jeszcze i uj&#261;wszy rami&#281; &#380;ony,
+zbli&#380;y&#322; si&#281; znów ku balustradzie od strony morza.</p>
+
+<p>- Patrz! - rzek&#322; przyciszonym g&#322;osem,
+wskazuj&#261;c na prawo l&#261;d sta&#322;y - widzisz te otulone mg&#322;ami
+sylwety miast i gór?..</p>
+
+<p>- Widz&#281; - potwierdzi&#322;a Ola.</p>
+
+<p>- Oto Fusina - obja&#347;nia&#263; pocz&#261;&#322;
+&#380;onie Roman - tam znów g&#322;&#281;biej, to Padwa i Treviso...</p>
+
+<p>Tu, na zachodzie - to otaczaj&#261;ce Weron&#281; szczyty
+górskie, a tam - wskazuj&#261;c ruchem r&#281;ki kolistym krajobraz, mówi&#322;
+dalej Dzier&#380;ymirski - to Monte Baldo, i u stóp jego jezioro Garda.</p>
+
+<p>I Roman manewruj&#261;c równocze&#347;nie lunet&#261;
+odkrywa&#322; coraz to inne odleg&#322;e góry i miasta, a u&#380;yczaj&#261;c
+lornety swej &#380;onie, obja&#347;nia&#322; j&#261;, t&#322;umaczy&#322;.</p>
+
+<p>Tymczasem za&#347; platforma dzwonnicy opustosza&#322;a
+stopniowo. Prócz przekupniów, zalecaj&#261;cych swe "ricorda," i
+miejscowych ludzi, nie by&#322;o tu ju&#380; prócz Dzier&#380;ymirskich,
+nikogo. Roman i Ola gotowali si&#281; do odej&#347;cia, gdy oto nagle
+przystan&#281;li znowu, zas&#322;uchani.</p>
+
+<p>Z weneckiego starego grodu sz&#322;a muzyka dzi­wna... Jak
+orkiestr&#261; dobran&#261; grana, w&#281;drowa&#322;a przez otulone milczeniem
+przestworza melodya ko&#347;cielnych dzwonów...</p>
+
+<p>Rozpocz&#281;&#322;y j&#261;, na wprost Campanili dzwony
+ko&#347;cio&#322;ów: Redentore, na wysepce Giudecca, i San­to Giorgio Maggiore,
+opodal, a w &#347;lad za niemi powtórzy&#322;y inne &#347;wi&#261;tynie. Z
+Santa Maria della Salute na czele rozbrzmia&#322;y kolejno po ca&#322;ej Wene­cyi,
+wstrz&#261;sn&#281;&#322;y cisz&#261; &#8222;królowej Adryatyku" - tu do­no&#347;nie
+bij&#261;c basem, tam znów skar&#380;&#261;c si&#281; &#322;agodnie,
+kwil&#261;c - wspólnie zagra&#322;y chórem sw&#261; pie&#347;&#324; wie­czorn&#261;...</p>
+
+<p>Dobranymi jakby akordy pop&#322;yn&#281;&#322;y
+d&#378;wi&#281;cznie tony poprzez laguny i kana&#322;y, morzem, po grzbietach
+fal, ulecia&#322;y w dal sin&#261;, zda si&#281;, nios&#261;c swe echa a&#380;
+do podnó&#380;y gór.</p>
+
+<p>Roman, nachyliwszy si&#281; ku &#380;onie, rzuci&#322;
+pó&#322;g&#322;osem:</p>
+
+<p> - Co za
+wspania&#322;e i silne wra&#380;enie, niepraw­da&#380;?...</p>
+
+<p>Chcia&#322; powiedzie&#263; co&#347; jeszcze, lecz w tej
+samej chwili instynktownie urwa&#322;...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirscy zadr&#380;eli oboje. Kobieta przytu­li&#322;a
+si&#281;, jak powój, do m&#281;&#380;czyzny, on za&#347; obj&#261;&#322;
+opieku&#324;czym ruchem jej kibi&#263; i silnem ramieniem przy­cisn&#261;&#322;
+wyl&#281;k&#322;&#261; do siebie.</p>
+
+<p>To z dzwonnicy &#347;w. Marka, tu, na szczycie jej, o
+par&#281; zaledwie kroków od nich, zagrzmia&#322; w&#322;a&#347;nie do wtóru
+innym, zadudni&#322;, g&#322;usz&#261;c wszystko sw&#261; si­&#322;&#261;,
+dzwon olbrzymi i pot&#281;&#380;ny - "San Marco."</p>
+
+<p>G&#322;os jego tubalny, hucz&#261;cy, zmiesza&#322; si&#281;
+z ogóln&#261; ary&#261; dzwonów, nape&#322;niaj&#261;c echami grzmotów,
+trz&#281;s&#261;c platform&#261; wie&#380;ycy.</p>
+
+<p>A jednocze&#347;nie Roman i Ola dziwnego doznawali
+wra&#380;enia. Zda&#322;o si&#281; im bowiem, jakby ich tutaj nie by&#322;o
+ju&#380; zupe&#322;nie.</p>
+
+<p>Nie, oni stanowczo znikli, a znajdowa&#322; si&#281; tu jeno
+jeden jedyny olbrzymi d&#378;wi&#281;k, z którym istnienia wspólne zla&#322;y
+si&#281;, z&#322;&#261;czy&#322;y. Glos dzwonu przenika&#322; ich do
+g&#322;&#281;bi, szed&#322; a&#380; do dna dusz, gra&#322; na fibrach nerwów;
+trz&#261;s&#322; nimi, pot&#281;&#380;ny w swej mocy  - wielki...</p>
+
+<p>Ola jeszcze bardziej przytuli&#322;a si&#281; do
+m&#281;&#380;a, jakby szukaj&#261;c obrony przed czem&#347;, czy przed
+kim&#347;, Dzier&#380;ymirski silniej przygarn&#261;&#322; j&#261; do siebie.
+Równocze&#347;nie, jakby kierowane wzajemnym odruchem jednomy&#347;lnym i
+uczuciem wzajemnem, twarze ich zbli&#380;y&#322;y si&#281; i
+z&#322;&#261;czy&#322;y usta!...</p>
+
+<p>Ostatni z ostatnich promie&#324; zachodu zapali&#322; na
+sekund&#281; jedn&#261; gwiazd&#281; na czo&#322;ach m&#281;&#380;czyzny i
+kobiety, skojarzy&#322; si&#281; z ich pieszczot&#261; i znik&#322;.
+S&#322;o&#324;ce zgas&#322;o... Roman i Ola jednak nie odrywali ust od
+poca&#322;unku, a trwali w nim jeszcze...</p>
+
+<p>Jaka&#347; bowiem niewyt&#322;umaczona niczem ch&#281;&#263;
+przed&#322;u&#380;enia jakby tej chwili ogarn&#281;&#322;a
+Dzier&#380;ymirskich.</p>
+
+<p>W zapomnieniu pieszczoty jestestwa ich drga&#322;y uczuciem,
+a hucz&#261;cy g&#322;os dzwonu zdawa&#322; si&#281; bardziej jeszcze
+kojarzy&#263; ich ze sob&#261;... &#321;&#261;czy&#322; si&#281; sam niby z
+ekstaz&#261; ich poca&#322;unku, a usuwaj&#261;c z niego zarazem pierwiastek
+zmys&#322;ów poziomy - wznosi&#322; dusze Romana i Oli w nadziemskie
+gdzie&#347; strefy, uszlachetnia&#322;, budzi&#322; w nich jakie&#347;
+ch&#281;ci i pragnienia i przy­pina&#322; skrzyd&#322;a do lotu i
+rozszerza&#322; piersi i kaza&#322; si&#281; modli&#263; pokornie...</p>
+
+<p>Z ekstazy pierwsza zbudzi&#322;a si&#281; kobieta. </p>
+
+<p>Przyblad&#322;a nieco, oderwa&#322;a drobne wargi od ust
+Romana i szepn&#281;&#322;a cichutko: - Chod&#378;my ju&#380;!.. </p>
+
+<p>- Dobrze, z&#322;oto moje, kochanie najmilsze! - odpar&#322;
+pieszczotliwie Dzier&#380;ymirski, i oboje w &#347;lad za tem skierowali
+si&#281; ku wyj&#347;ciu.</p>
+
+<p>Nic nie mówili teraz do siebie. Zamy&#347;leni, po­gr&#261;&#380;eni
+w swój dziwny stan duchowy, zapatrzeni w swe dusze, schodzili powoli, schodzili
+w dó&#322; ci&#261;gle.</p>
+
+<p>I stopniowo, nieznacznie, reakcya nastroju w&#347;li­zgiwa&#263;
+si&#281; pocz&#281;&#322;a w ich dusze, mózgi i serca... </p>
+
+<p>Przy d&#378;wi&#281;kach bo oto graj&#261;cego obecnie nad
+nimi dzwonu-olbrzyma, jakie&#347; zw&#261;tpienia obsiad&#322;y nagle ich
+dusze, a czar, tam, na górze, odczuty - nikn&#261;&#322;, wewn&#281;trzne ­zadowolenie
+i napi&#281;cie duchowe s&#322;ab&#322;o!..</p>
+
+<p>Lecz czy&#380; to z&#322;udzenie? Wszak g&#322;os tego&#380;
+samego dzwonu jest teraz jakim&#347; ca&#322;kiem innym, odr&#281;bnym; to nie
+ten na górze, wysoko!</p>
+
+<p>Tamten, pe&#322;en otuchy, dodawa&#322; odwagi, wzma­cnia&#322;.
+A ten, wstrz&#261;saj&#261;c murami wynios&#322;ej wie&#380;ycy,
+b&#322;&#261;ka si&#281; gdzie&#347; tylko po jej zakamarkach, szczeli­nach,
+taki odmienny, ponury, smutny...</p>
+
+<p>I pod jego wp&#322;ywem, jakby pod dzia&#322;aniem cza­rodziejskiej
+si&#322;y, w my&#347;lach Dzier&#380;ymirskich, ka&#380;demu z osobna,
+zaszumia&#322;y znowu wyrzuty sumienia.</p>
+
+<p>Jej, Oli, stan&#281;&#322;a przed oczami, jak &#380;ywa, mar­sowa
+twarz ojca, i jego spojrzenie smutne, wyrzu­tów pe&#322;ne. &#377;renice
+rodzica wyra&#378;nie przytem zda­wa&#322;y si&#281; skar&#380;y&#263;,
+mówi&#263;: Ja ci&#281; kocha&#322;em, drogie dzieci&#281;, a ty tak
+pogardzi&#322;a&#347; mn&#261;, zrani&#322;a&#347; tak dotkliwie i
+bole&#347;nie!</p>
+
+<p>Romanowi za&#347; tak &#380;ywo przypomnia&#322;a si&#281; z
+przed laty chwila pewna, i&#380; zdziwi&#322; si&#281; sam niepomiernie.
+Sw&#261; ubog&#261; izdebk&#261; z przed laty, straszn&#261; noc walki ze
+sob&#261; samym, i zwyci&#281;stwo z&#322;ota ujrza&#322; tu w
+Campanili-wszystko!..</p>
+
+<p>A dzwon tymczasem hucza&#322; coraz bardziej, i przytem
+coraz jakby sro&#380;szy i bezwzgl&#281;dniejszy, surowsz­y...
+Dzier&#380;ymirscy bezwiednie, w mimowolnej po prostu obawie przed tym
+g&#322;osem karc&#261;cym z wysoka, pospieszniej w dó&#322; schodzi&#263;
+pocz&#281;li.</p>
+
+<p>Cienie wieczorne k&#322;ad&#322;y si&#281; ju&#380; po
+pustych za­k&#261;tkach starej, jak &#347;wiat, wie&#380;ycy, mroki tajemnicze
+pe&#322;za&#322;y tu swobodnie. Przy d&#378;wi&#281;kach dzwonu, któ­ry
+wci&#261;&#380; trz&#261;s&#322; jej &#347;cianami, w&#347;ród
+ciemniej&#261;cej stopniowo, a zamkni&#281;tej w nich pustki, schodzi&#322;a,
+spuszczaj&#261;c si&#281; coraz szybciej, zni&#380;a&#322;a si&#281; para
+m&#322;o­dych.</p>
+
+<p>Wreszcie zmierzch szary poch&#322;on&#261;&#322; zgrabne
+postacie, i zapanowa&#322; bezpodzielnie w Cam­panili. Jednocze&#347;nie o jej
+mury odbi&#322;o si&#281; echo ostatniego uderzenia dzwonu, niby ostatnie dla
+Dzier&#380;ymirskich przypomnienie przesz&#322;o&#347;ci...</p>
+
+<p>W &#347;lad za tem uspokoi&#322;o si&#281; wkrótce wszystko.</p>
+
+<p>Wiekopomna wie&#380;yca, zas&#322;uchana jakby jeszcze w
+ko&#324;cowy zamieraj&#261;cy d&#378;wi&#281;k dzwonu, przycich&#322;a;
+szaro&#347;&#263;, smutek i g&#322;usza rozsiad&#322;y si&#281; tu
+woko&#322;o... W milcz&#261;c&#261; senn&#261; zadum&#281;, we wspomnienia
+przebrzmia&#322;e, zapada&#322;a powoli Campanile.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<center>---------------</center>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>- Rojno i gwarno by&#322;o dzi&#347; u marsza&#322;kowej ­nieprawda&#380;?
+Ha-ha-ha, wiedzia&#322;em doskonale, &#380;e si&#281; stawi&#261; wszyscy...
+Poczciwa jednak ta nasza &#347;wiatowa mena&#380;erya.... No, i có&#380;?
+Uwierzyli?</p>
+
+<p>Pytanie to, zwrócone do pani Melanii Warnickiej w jej
+du&#380;ym, pi&#281;knym salonie, wyg&#322;osi&#322;, sadowi&#261;c si&#281;
+wygodnie na fotelu, Emil &#321;ady&#380;y&#324;ski. By&#322; to m&#281;&#380;­czyzna
+lat przesz&#322;o pi&#281;&#263;dziesi&#281;ciu, wysoki, szczu­p&#322;y, od
+stóp do g&#322;ów drobiazgowo wytworny, o wyrazie twarzy szyderczym,
+przyros&#322;ym jakby do rysów jego, &#347;wie&#380;ych i &#380;ywych jeszcze,
+oraz pi&#281;k­nych oczu pod&#322;u&#380;nych, zielonkawych, z pod pince­nez
+patrz&#261;cych rozumnie.</p>
+
+<p>- Uwierzyli. To jest, mo&#380;e udali tylko, &#380;e
+wierz&#261;... odpowiedzia&#322;a marsza&#322;kowa rozpartemu z gracy&#261; w
+krze&#347;le go&#347;ciowi swemu.</p>
+
+<p>- No, c'est tout ce qu'il faut, na razie; teraz damy sobie
+wielkiego i dystyngowanego nura n'est ce pas?.. A niech tam wszyscy
+my&#347;l&#261; sobie, co im si&#281; &#380;ywnie podoba!- zawyrokowa&#322;
+ten&#380;e g&#322;osem stanowczym.</p>
+
+<p>- C'est ce qui me tranquillise, i&#380; zamkn&#281;&#322;am
+zupe&#322;nie dzi&#347; ju&#380; rachunki z towarzystwem tutejszem -
+odpar&#322;a z westchnieniem ulgi pani Melania.</p>
+
+<p>Rozmowa potoczy&#322;a si&#281; dalej; tre&#347;ci&#261; jej
+by&#322; prze­bieg dzisiejszego, a ostatniego czwartkowego przyj&#281;­cia u
+Marsza&#322;kowej.</p>
+
+<p>Znikni&#281;cie Oli, cho&#263; trzymane pilnie w tajemnicy,
+jak to zwykle bywa w takich razach, nagle, pewnego poranku przedosta&#322;o
+si&#281; niewiadomo przez kogo, jak i kiedy, do miasta, a wie&#347;&#263; ta,
+podawana z pocz&#261;tku ostro&#380;nie, cicho i pod wielkim sekretem, wkrótce
+by&#322;a ju&#380; na wszystkich ustach, komentowa­na, przeinaczona, a
+plotk&#261; i skrzydlatym ptakiem obmowy oblecia&#322;a niebawem wszystkie
+niemal salo­ny towarzyskiego &#347;wiata w mie&#347;cie. Pomimo to, nikt nie
+wiedzia&#322; nic jeszcze dok&#322;adnie. Zaalarmowany pierwszy
+&#321;ady&#380;y&#324;ski, który, jako przyjaciel domu Gowartowskich, a zarazem
+bywaj&#261;cy wsz&#281;dzie &#347;wiatowiec, osaczonym by&#322; ci&#261;gle
+pytaniami, odby&#322; dni temu par&#281; istn&#261; sessyjn&#261;
+konferency&#281; z marsza&#322;ko­w&#261;: Co czyni&#263;, by ocali&#263;
+pozory?.. I wówczas to postanowiono, co nast&#281;puje:</p>
+
+<p>Pu&#347;ci&#263; natychmiast w &#347;wiat niejasn&#261;
+pog&#322;osk&#281; o &#347;lubie Oli z Dzier&#380;ymirskim, i opowiedzie&#263;
+wyjazd marsza&#322;kowej, która, postanowiwszy ju&#380; poprzednio
+przenie&#347;&#263; si&#281; ca&#322;kiem na wie&#347;, teraz, po naradzie z
+&#321;ady&#380;y&#324;skim, zgadza&#322;a si&#281; t&#281; chwil&#281; odjazdu
+swego przy&#347;pieszy&#263;. Za par&#281; dni w&#322;a&#347;nie przy­pada&#322;
+czwartek, jour fixe pani Melanii; &#322;atwo by&#322;o przewidzie&#263;,
+i&#380; towarzystwo cale, wobec rozsiewanych zr&#281;cznie pó&#322;s&#322;ówek
+o wielkiej powy&#380;szej nowinie, nie omieszka, przywiedzione
+ciekawo&#347;ci&#261; i ch&#281;ci&#261; po­&#380;egnania czcigodnej matrony,
+zawita&#263; na jej salony...</p>
+
+<p> - Wówczas to
+wszystkim i ka&#380;demu z osobna da­my do spo&#380;ycia
+nast&#281;puj&#261;c&#261; pigu&#322;k&#281;! - zadecydowa&#322; weso&#322;o na
+owej konferencyi pan Emil:</p>
+
+<p>- Powiemy, &#380;e Ola i Dzier&#380;ymirski s&#261; ju&#380;
+po &#347;lubie, uznanym przez rodzin&#281; najbli&#380;sz&#261; i przez
+ni&#261; urz&#261;dzonym, lecz cichym i bez rozg&#322;osu, a to na w&#322;asne
+i wyra&#378;ne &#380;&#261;danie pa&#324;stwa m&#322;odych...</p>
+
+<p>- Co si&#281; za&#347; tyczy dotychczasowej o tem wszyst­kiem
+tajemnicy, wyt&#322;umaczymy j&#261; tem, i&#380; dzisiejsi pa&#324;stwo
+Dzier&#380;ymirscy kochali si&#281; w sobie na zabój od dawna, od lat,
+przypu&#347;&#263;my, o&#347;miu... &#380;e ojciec srogi nie chcia&#322; o
+zwi&#261;zku tym s&#322;ysze&#263; nawet, i&#380; zmi&#281;kczo­ny wreszcie
+zgodzi&#322; si&#281; na&#324;... Pani marsza&#322;kowa nie by&#322;a na
+&#347;lubie, no... bo jest s&#322;abego zdrowia, Janua­ry za&#347;, w ostatniej
+chwili, gdy jecha&#322; na kolej, za­chorowa&#322;... Pa&#324;stwo m&#322;odzi
+obecnie bawi&#261; zagranic&#261;. Gdzie? - nie wiemy. Pour dérouter - powiemy
+na przyk&#322;ad, &#380;e w Szwecyi... Ca&#322;&#261; t&#281; historyjk&#281;,
+pa­ni marsza&#322;kowa na przyj&#281;ciu u siebie, a ja u innych, tego&#380;
+samego dnia i w tych&#380;e godzinach ukoloryzu­jemy jeszcze nale&#380;ycie
+kilkoma pseudo-autentycznymi szczegó&#322;ami, no... et il faut espérer,
+&#380;e nam chyba uwierz&#261;!..</p>
+
+<p>Tak ostatecznie uradzi&#322; &#321;ady&#380;y&#324;ski, a do
+ulti­matum owego, uznawszy jego s&#322;uszno&#347;&#263;, marsza&#322;ko­wa
+Warnicka zastosowa&#322;a si&#281; &#347;ci&#347;le przez ca&#322;y dzie&#324;
+dzisiejszego czwartkowego u siebie przyj&#281;cia. Obec­nie za&#347; w dalszym
+ci&#261;gu informowa&#322;a przyby&#322;ego swego wspólnika o wywi&#261;zaniu
+si&#281; z zadania i roli w&#322;asnych, opowiadaj&#261;c mu zarazem, jak wiele
+dnia tego odwiedzi&#322;o j&#261; osób ze &#347;wiata, do tego stopnia
+licznych, i&#380; chwilami w ogromnym jej salonie brak&#322;o po prostu dla
+nich miejsca.</p>
+
+<p>- Ka&#380;dy niemal po banalnym wst&#281;pie grzecz­nostek,
+pyta&#322; mnie o Ol&#281;, nie przeoczy&#322; tego nikt -mówi&#322;a pani
+Melania, ko&#324;cz&#261;c opowiadanie swoje - a&#380; w duchu sama
+&#347;mia&#322;am si&#281; z tego...</p>
+
+<p>- Wi&#281;c któ&#380; by&#322;? któ&#380; by&#322;? -
+pyta&#322; ciekawie &#321;ady&#380;y&#324;ski.</p>
+
+<p>- Wszyscy, powiadam panu, towarzystwo ca&#322;e, nie
+zawiód&#322; nikt - opowiada&#322;a dalej marsza&#322;kowa - szli wielcy i
+mali, sympatyczni i niemili, oraz nawet, którym si&#281; zdaje, &#380;e
+obecno&#347;ci&#261; swoj&#261; czyni&#261; mi &#322;ask&#281;
+najwy&#380;sz&#261;, raz na rok zaledwie bywaj&#261;c u mnie... i
+lekcewa&#380;&#261;co na pozór przy tych wyrazach pani Melania
+machn&#281;&#322;a r&#281;k&#261;...</p>
+
+<p>Pan Emil za&#347; s&#322;ucha&#322; i nieznacznie
+u&#347;miecha&#322; si&#281; pod w&#261;sem, zna&#322; bowiem dobrze
+s&#322;ab&#261; stron&#281; staruszki, któr&#261; gniewa&#322;o zawsze, gdy
+kto&#347; ze &#8222;&#347;wiata," mieszka­j&#261;cy stale w mie&#347;cie,
+omija&#322; jej dom w wizytach.</p>
+
+<p>- Par exemple... - odezwa&#322; si&#281; -
+r&#281;czy&#322;bym, &#380;e ksi&#281;&#380;na Marya i hrabiowie Doliwscy...</p>
+
+<p>- Oh! pas seulement, oni naturalnie, ale i ksi&#261;­&#380;e
+Jerzy, hrabia Alfred, ksi&#281;stwo Staniccy, hrabina Manfredowa z córk&#261; i
+jej narzeczonym... Vous savez, ona wychodzi za tego ksi&#281;cia Ryszarda S. z
+Pozna&#324;­skiego... A tak&#380;e Otoccy, Daworowscy, Igelhausenowie...
+ju&#380; nie pami&#281;tam wszystkich nawet... ko&#324;czy&#322;a pani Melania,
+zadowolona w duszy z szumnej nomenklatury.</p>
+
+<p>- Oh! mais, sapristi, c'est la fine fleur, &#347;mietaneczka
+ze &#347;mietanki naszej... Powinszowa&#263; marsza&#322;kowej,
+powinszowa&#263;... - rzek&#322; z lekka drwi&#261;co pan Emil. -L'essentiel -
+ci&#261;gn&#261;&#322; dalej, - &#380;e wszyscy, jak przewidywa&#322;em,
+po&#322;kn&#281;li przygotowan&#261; przez nas wia­domostk&#281;.</p>
+
+<p>- Wszyscy, bez wyj&#261;tku; robi&#322;am przecie&#380;, co
+tylko mog&#322;am - potwierdzi&#322;a pani Melania.</p>
+
+<p>- A wi&#281;c n... i-ni-c'est fini; nie poka&#380;emy
+si&#281; my im tu tak pr&#281;dko na oczy; by sprawdzi&#263; to, co
+pos&#322;yszeli, Dzier&#380;ymirskich równie&#380; mie&#263; nie
+b&#281;d&#261;, a zreszt&#261; - pan Emil niedbale poruszy&#322; r&#281;k&#261;
+- tout passe, tout casse, tout lasse... Niebawem wszyscy zawiesz&#261; sobie
+nowe sitko na ko&#322;ek i... zapomn&#261;. Ainsi va le monde -
+doko&#324;czy&#322;, i wyjmuj&#261;c srebrn&#261; z monogramem
+papiero&#347;nic&#281;, uj&#261;&#322; w palce delikatnej swej r&#281;ki cienki
+papieros, uprzejmie py­taj&#261;c zarazem pani domu: - Vous permettez?..</p>
+
+<p>Marsza&#322;kowa, z u&#347;miechem, przyzwalaj&#261;co kiw­n&#281;&#322;a
+g&#322;ow&#261;. &#321;ady&#380;y&#324;ski zapali&#322;, i wypu&#347;ciwszy z
+ust ma&#322;y ob&#322;oczek dymu, pog&#322;adzi&#322; wytwornym ruchem
+r&#281;ki swe siwiej&#261;ce ju&#380; nieco, a starannie wyczesane, bokobrody.</p>
+
+<p>- Ja tak&#380;e, wed&#322;ug programu, nie
+pró&#380;nowa&#322;em, - odezwa&#322; si&#281; po chwili swobodnym tonem. -
+Wyszed&#322;szy st&#261;d temu godzin par&#281;, by&#322;em na jour fixe u
+Leliwów, hr. Dezydery Otockiej, u ksi&#281;stwa Pila­nich... Zasta&#322;em tam
+wiele bardzo osób i wsz&#281;dzie opowiada&#322;em, naturalnie en long et en
+large la nou­velle du jour, co nale&#380;y, o Romanie i Oli - bref, Ja­nuarek
+powinien by&#263; kontent ze mnie: wykry&#322;em, jak, co i dok&#261;d
+wyfrun&#281;&#322;a mu jedynaczka, teraz znów my z pani&#261;
+marsza&#322;kow&#261; tuszujemy za m&#322;od&#261; par&#261; &#347;lady, z
+kunsztem prawdziwie artystycznym...</p>
+
+<p>- &#379;e te&#380; pan wszystko z weso&#322;ej tylko strony
+bierze - nieco smutnie i pob&#322;a&#380;liwie jakby u&#347;miechn&#281;­&#322;a
+si&#281; pani Melania.</p>
+
+<p>- Que voulez vous, pani marsza&#322;kowo, &#347;wiat
+pe&#322;en dramatów i tragedyj w teatrze i w &#380;yciu, &#380;e có&#380;by
+wartem by&#322;o ono, gdyby&#347;my si&#281; czasem starali przynajmniej komizmu
+cho&#263; troch&#281; ze&#324; wycisn&#261;&#263; - odpar&#322; pan Emil,
+poczem za&#347; doda&#322;: - Wi&#281;c pani marsza&#322;kowa jutro na Podole,
+do Ulanówki?</p>
+
+<p>- Tak - potwierdzi&#322;a pani Melania - do siebie jad&#281;
+na dni kilka, potem za&#347; natychmiast do Januarego, a pan
+wyje&#380;d&#380;a?.. Il faudrait.</p>
+
+<p>- Comme de raison, prawdopodobnie do Szwajcaryi, na
+sze&#347;&#263; tygodni... Ale, a propos,
+có&#380; January?..</p>
+
+<p>- Niespokojn&#261; jestem o niego - odpowiedzia&#322;a
+marsza&#322;kowa - jak panu wiadomo, bawi&#322; tu u mnie tylko dzie&#324;
+jeden; nazajutrz po otrzymaniu smutnej wiadomo&#347;ci odjecha&#322;,
+po&#380;egnawszy si&#281; ze mn&#261;, notabene, bardzo ch&#322;odno, i
+odt&#261;d &#380;adnej ode&#324; z Gowartowa nie mam wiadomo&#347;ci. Mo&#380;e
+chory...</p>
+
+<p>- Eee! có&#380; znowu!.. - okrzycza&#322; si&#281;
+&#321;ady&#380;y&#324;ski - ­pani marsza&#322;kowa niech b&#281;dzie
+spokojn&#261;, poluje sobie na kaczki, i jedynaczk&#281; sw&#261; wydziedzicza.
+Do­brze robi zreszt&#261;, bardzo dobrze... Wydziedzicza&#263; m&#322;odych!
+Niech nie lekcewa&#380;&#261; woli starszego pokolenia!.. Wydziedzicza&#263;!..
+doko&#324;czy&#322; pan Emil z patosem, i powstawszy z fotelu,
+jednocze&#347;nie z pani&#261; Me­lani&#261; &#380;egna&#263; si&#281;
+pocz&#261;&#322;.</p>
+
+<p>- Uciekam ju&#380;, bo mam jeszcze par&#281; wizyt,
+ale...  &#321;ady&#380;y&#324;ski
+urwa&#322; - Wszak pani marsza&#322;kowa jedzie jutro dopiero o 3-ej,
+nieprawda&#380;? - mówi&#322;, ca­&#322;uj&#261;c z wdzi&#281;kiem
+r&#281;k&#281; staruszki - nie &#380;egnam si&#281; wi&#281;c, b&#281;d&#281;
+na dworcu, mo&#380;e wypadnie co&#347; u&#322;atwi&#263;, dopomóc...</p>
+
+<p>- Dzi&#281;kuj&#281; panu, dzi&#281;kuj&#281; bardzo -
+odpar&#322;a z u&#347;miechem pani Warnicka - do mi&#322;ego zobaczenia
+si&#281;. .</p>
+
+<p>Pan Emil, z cylindrem w r&#281;ku, uk&#322;oni&#322;
+si&#281; u drzwi raz jeszcze, poczem jego elegancka, opi&#281;ta w tu&#380;u­rek,
+zgrabna sylweta znikn&#281;&#322;a za portyer&#261; salonu.</p>
+
+<p>Znalaz&#322;szy si&#281; za&#347; przed domem, na ulicy,
+&#321;a­dy&#380;y&#324;ski wskoczy&#322; po&#347;piesznie do oczekuj&#261;cej
+na&#324; doro&#380;ki na gumach, i rzuciwszy niedbale adres, ka­za&#322;
+si&#281; wie&#378;&#263; dalej.</p>
+
+<p>Ju&#380; na ulicach i w magazynach ja&#347;nia&#322;y
+rz&#281;si&#347;cie &#347;wiat&#322;a, gdy w dwie godziny pó&#378;niej
+wysiada&#322; z tego&#380; pojazdu przed pi&#281;kn&#261; kamienic&#261; w
+&#347;ródmie&#347;ciu, a odprawiwszy swój kawalerski ekwipa&#380;,
+skierowa&#322; si&#281; w bram&#281; czteropi&#281;trowego domu, gdzie na
+pierwszem pi&#281;trze zajmowa&#322; eleganckie, z trzech pokoi, mieszkanie.</p>
+
+<p>Ma&#322;y, zwinny ch&#322;opczyna, ubrany w liberyjn&#261;,
+ze z&#322;otemi guziczkami, granatow&#261; kurtk&#281;, przekomarza&#322;
+si&#281; w&#322;a&#347;nie na dziedzi&#324;cu, z któr&#261;&#347;
+chichocz&#261;c&#261; m&#322;odsz&#261;, gdy pan jego zjawi&#322; si&#281;
+nagle w bramie, a ujrzawszy &#347;miej&#261;c&#261; si&#281; dwójk&#281;,
+pogrozi&#322; jej lask&#261;, z u&#347;miechem. S&#322;u&#380;&#261;ca
+za&#347;mia&#322;a si&#281; zalotnie i g&#322;o&#347;no, lokajczyk za&#347;
+p&#281;dem porwa&#322; si&#281; z miejsca i polecia&#322; na gór&#281;, w
+par&#281; minut pó&#378;niej, z pokorn&#261; min&#261;, otwie­raj&#261;c drzwi
+&#321;ady&#380;y&#324;skiemu.</p>
+
+<p>- Ej, malutki!.. pogrozi&#322; mu znów palcem pan Emil,
+poczem, zdj&#261;wszy paltot, zapyta&#322;: - By&#322; tu kto? </p>
+
+<p>- Owszem, prosz&#281; ja&#347;nie pana, oto bilety
+odpar&#322; ch&#322;opak po&#347;piesznie, podaj&#261;c ma&#322;&#261;
+tack&#281; ze sto&#322;u.</p>
+
+<p>Pan Emil oboj&#281;tnie przerzuci&#322; kilka biletów. </p>
+
+<p>- Aaa!.. zadziwi&#322; si&#281; g&#322;o&#347;no przy jednym
+z nich, poczem od&#322;o&#380;y&#322; wszystko na bok.</p>
+
+<p>- Frak od krawca przynie&#347;li? - zapyta&#322; jesz­cze -
+wyprasowany?</p>
+
+<p>- W sypialni u ja&#347;nie pana powiesi&#322;em -
+obja&#347;ni&#322; ma&#322;y lokajczyk. </p>
+
+<p>- Dobrze. Sied&#378; tu, smyku, i nie &#322;obuzuj
+si&#281;!.. rzek&#322; &#321;ady&#380;y&#324;ski, a min&#261;wszy przedpokój,
+za­trzasn&#261;&#322;  za sob&#261;
+drzwi od gabinetu, prowadz&#261;cego do sypialni i ubieralni,
+gwi&#380;d&#380;&#261;c jednocze&#347;nie pod nosem ary&#281; z modnej
+podówczas operetkowej pre­miery.</p>
+
+<p>Jako szanuj&#261;cy si&#281; kawaler, pan Emil, stale
+&#380;ad­nego wieczoru nie przep&#281;dza&#322; u siebie w domu. Dzi&#347;
+zatem równie&#380; wybiera&#322; si&#281; na raut
+artystyczno-wokalno-literacki, punktualnie rozpoczynaj&#261;cy si&#281;
+ju&#380; o dziesi&#261;tej.</p>
+
+<p>Dziewi&#261;ta w&#322;a&#347;nie bi&#322;a na kilku zegarach
+w mieszkaniu, pan Emil wi&#281;c, znalaz&#322;szy si&#281; w gu­stownie
+umeblowanej sypialni, przyst&#261;pi&#322; natychmiast do tualety swej
+wieczorowej.</p>
+
+<p>W tym celu wygodnie zasiad&#322; na foteliku przed
+ma&#322;&#261; gotowalni&#261;, przepe&#322;nion&#261; wytwornymi, w srebrnych
+pude&#322;kach i przykrywkach, przyborami tuale­towymi.</p>
+
+<p>Gdy tak stoliczny bywalec drobiazgowo i systematycznie
+stroi&#322; si&#281; na raut, marsza&#322;kowa, po wyj&#347;ciu ostatnich,
+zapó&#378;nionych, go&#347;ci, przykazaw­szy pogasi&#263; &#347;wiat&#322;a,
+odpoczywa&#322;a na kanapce znu&#380;ona, po dniu tak pe&#322;nym dla niej
+zm&#281;czenia i wy­si&#322;ków. Opar&#322;szy g&#322;ow&#281; o poduszki
+mebla, pani Me­lania, po&#322;o&#380;y&#322;a si&#281;, i
+wyci&#261;gn&#261;wszy wygodnie swe cz&#322;onki, przymkn&#281;&#322;a powieki,
+stan za&#347; b&#322;ogi nie kr&#281;powanego niczem spoczynku
+ow&#322;adn&#261;&#322; ni&#261; bezpo­dzielnie.</p>
+
+<p>Jak szum nikn&#261;cy, daleki, w uszach jej tylko
+brzmia&#322; jeszcze gwar prowadzonych do niedawna rozmów, dolatywa&#322;y
+urywki z dali, a przed oczyma majaczy&#322;y, zmieniaj&#261;c si&#281; kolejno,
+postacie, zaludniaj&#261;ce w ci&#261;gu kilku godzin jej salony...</p>
+
+<p>Ponownie zatem widzia&#322;a przed sob&#261; staruszka w
+s&#261;siednim pokoju t&#322;um elegancki, rozbawiony... </p>
+
+<p>Mile pie&#347;ci&#322; on wzrok wytwornym wdzi&#281;kiem
+kobiecych tualet, szeleszcz&#261;cych &#322;agodnie, a zgo&#322;a nie
+krzycz&#261;cych barw&#261; i gustownych - n&#281;ci&#322; powabem na
+jedn&#261; mod&#322;&#281; elegancko skrojonych ubiorów m&#281;skich,
+p&#322;awi&#322; si&#281; ca&#322;y w estetyce ogólnej manier, uk&#322;onów, w
+szablonie &#347;wiatowej salonowej komedyi, a popraw­ny - nie razi&#322; niczem
+harmonii, w ca&#322;o&#347;ci swej nie wywo&#322;uj&#261;c równie&#380; wcale
+fa&#322;szywo brzmi&#261;cych zgrzy­tów. I u&#347;miech pó&#322; gorzki,
+pó&#322; smutny, w zamy&#347;le­niu okoli&#322; w&#261;skie usta
+marsza&#322;kowej Warnickiej. </p>
+
+<p>Jak nico&#347;ci pe&#322;nem bowiem wyda&#322;o jej si&#281;
+te­raz, w o&#347;wietleniu dzisiejszej z&#322;o&#347;liwej ciekawo&#347;ci, to
+ca&#322;e towarzyskie stado, kryj&#261;ce sw&#261; przewrotno&#347;&#263; pod
+blichtrem i szychem zewn&#281;trznych pozorów, jak ma&#322;o godnem &#380;alu i
+marnem!</p>
+
+<p>Ach, bo ile&#380; schowanej zr&#281;cznie z&#322;o&#347;ci,
+t&#322;umio­nych ch&#281;ci sponiewierania rodziny jej i Oli, jej sa­mej, ile
+wreszcie jadowitego fa&#322;szu kry&#322;o si&#281; w duszach tych wszystkich
+oto dzisiejszych jej &#347;wiatowych pseudo-przyjació&#322; i go&#347;ci!..</p>
+
+<p>Marsza&#322;kowa czyni&#322;a dalej w my&#347;li
+przegl&#261;d galeryi osobników, widzianych na dzisiejszem przy­j&#281;ciu; we
+wspomnieniu ich s&#322;ów, wyrazów twarzy i gestów powtórnie czyta&#322;a, zda
+si&#281;, ukryte my&#347;li przyby&#322;ych; moralnie obna&#380;a&#322;a ich
+wszystkich, staraj&#261;c si&#281; zarazem znale&#378;&#263;, przypomnie&#263;
+cho&#263; jeden kwiatek prawdziwie przyjaznego uczucia, wykwit&#322;y
+w&#347;ród tych chwastów ob&#322;udy!..</p>
+
+<p>Nie znalaz&#322;a nic podobnego jednak. By&#322;y tam tylko
+same &#347;miecie.</p>
+
+<p>Pani Melania, dumaj&#261;c w ten sposób, mia&#322;a oczy wci&#261;&#380;
+przymkni&#281;te, niebawem znu&#380;enie wzi&#281;&#322;o gór&#281; nad jej
+my&#347;lami, g&#322;owa staruszki pochyli&#322;a si&#281; na piersi, cichy
+mrok wieczoru otuli&#322; posta&#263; marsza&#322;kowej. Zdrzemn&#281;&#322;a
+si&#281;.</p>
+
+<p>W kwandrans mo&#380;e pó&#378;niej, w milczeniu wy­poczywaj&#261;cych
+po naj&#347;ciu go&#347;ci apartamentów, rozleg&#322; si&#281;; silny
+odg&#322;os dzwonka... Staruszka rzuci&#322;a si&#281; z lekka na kanapie, a
+otworzywszy swe rozumne szare oczy, pocz&#281;&#322;a ws&#322;uchiwa&#263;
+si&#281; w m&#261;c&#261;cy cisz&#281; odg&#322;os. </p>
+
+<p>W drzwiach buduaru po chwili stan&#261;&#322; lokaj i
+zaanonsowa&#322;:</p>
+
+<p>- Pan plenipotent z Gowartowa; mówi, &#380;e chcia&#322;by
+koniecznie widzie&#263; si&#281; z ja&#347;nie pani&#261;.</p>
+
+<p>- Pro&#347;, pro&#347; natychmiast tutaj! - rzek&#322;a
+&#380;y­wa marsza&#322;kowa i równocze&#347;nie powsta&#322;a z kanapki. Lokaj
+wyszed&#322;.</p>
+
+<p>Zadowolenie, po&#322;&#261;czone z ciekawo&#347;ci&#261;
+osiad&#322;o na twarzy staruszki. </p>
+
+<p>Boles&#322;aw Krasnostawski, syn szkolnego kolegi  nieboszczyka marsza&#322;ka, a zaprotegowany
+ongi przez ni&#261; sam&#261; na zajmowan&#261; dot&#261;d posad&#281; ogólnego
+i g&#322;ównego zarz&#261;dcy dóbr pana Januarego, nareszcie wi&#281;c
+przynosi&#322; jej wiadomo&#347;&#263; o bracie!..</p>
+
+<p>M&#322;odzieniec, lat dwudziestu o&#347;miu, ciemny bru­net,
+ogorza&#322;y i przystojny, z dziarsko do góry podkr&#281;conym w&#261;sem,
+stan&#261;&#322; na progu.</p>
+
+<p>- S&#322;uga pani marsza&#322;kowej, moje uszanowa­nie -
+przemówi&#322; swobodnie, i podbieg&#322;szy, uca&#322;owa&#322; z szacunkiem
+r&#281;k&#281; staruszki.</p>
+
+<p>Ubrany by&#322; niewykwintnie, ale starannie i czy­sto,
+ruchy za&#347; jego, oraz sposób mówienia, zdradza­&#322;y cz&#322;owieka,
+cho&#263; nie obytego mo&#380;e zupe&#322;nie z wytworniejszem towarzystwem,
+lecz dobrze wychowanego.</p>
+
+<p>- Kochany mój panie Boles&#322;awie, - zacz&#281;&#322;a
+staruszka, zwracaj&#261;c si&#281; dobrotliwie ku przyby&#322;emu­ - siadaj, prosz&#281;,
+i mów, mów jak najpr&#281;dzej, co s&#322;y­cha&#263;?..</p>
+
+<p>M&#322;ody cz&#322;owiek, widz&#261;c zaniepokojenie w
+oczach matrony, wyrzek&#322; po&#347;piesznie:</p>
+
+<p>- O, nic z&#322;ego... zupe&#322;nie nic z&#322;ego, pani
+mar­sza&#322;kowo, ale... i nic równie&#380; dobrego - doko&#324;czy&#322;
+wahaj&#261;co i ostro&#380;nie.</p>
+
+<p>- Jak to?.. -- zapyta&#322;a pani Melania. Krasnostawski
+oczy spu&#347;ci&#322;, i ukrywszy je po za swemi, jak u kobiety, d&#322;ugiemi
+rz&#281;sami, mówi&#263; cz&#261;&#322; zwolna:</p>
+
+<p>- Pani marsza&#322;kowej wiadomo, zarówno jak i mnie, co za
+cios dotkn&#261;&#322; pana Gowartowskiego, z powodu panny Oli...</p>
+
+<p>- Wi&#281;c pan ju&#380; wiesz?.. Sk&#261;d? - z okrzykiem
+niepohamowanego zdziwienia, wyrwa&#322;o si&#281; staruszce, pytanie.</p>
+
+<p>Co&#347; niemi&#322;ego sna&#263; dla ucha
+m&#322;odzie&#324;ca zabrzmia&#322;o nagle w tych kilku s&#322;owach, bo nie
+podno­sz&#261;c oczu, jakby nie chc&#261;c onie&#347;miela&#263;
+marsza&#322;kowej swym wzrokiem, spokojnie i powa&#380;nie odrzek&#322;:</p>
+
+<p>- Wiem wszystko, bo mi pan January, nie maj&#261;c nikogo,
+zwierzy&#322; si&#281; z troski w&#322;asnej, natu­ralnie pod s&#322;owem
+honoru z mojej strony, &#380;e s&#322;ów­kiem nawet o tem nikomu nie
+wspomn&#281;...</p>
+
+<p>Krasnostawski zatrzyma&#322; si&#281; chwilk&#281;, i
+ci&#261;gn&#261;&#322; dalej:</p>
+
+<p>- Obowi&#261;zki, jakie mam dla ca&#322;ej rodziny
+pa&#324;stwa, szacunek i powa&#380;anie me osobiste wzglem pana Gowartowskiego,
+stanowi&#261;, chyba do&#347;&#263; trwa&#322;&#261; r&#281;kojmi&#281;,
+i&#380; s&#322;owa dotrzymam... I... o tem... nikt z pa&#324;stwa,
+przypuszczam, nie w&#261;tpi... - doko&#324;­czy&#322; m&#322;ody
+cz&#322;owiek, podnosz&#261;c tym razem wzrok, jasny i pytaj&#261;cy na
+marsza&#322;kow&#261;.</p>
+
+<p>- Ale&#380; naturalnie, panie Boles&#322;awie, natural­nie!
+- skwapliwie po&#347;pieszy&#322;a z odpowiedzi&#261; staruszka. - Lecz
+mów&#380;e mi pan, co si&#281; tam w Go­wartowie tak niedobrego dzieje? -
+zapyta&#322;a niespo­kojnie.</p>
+
+<p>- To, pani marsza&#322;kowo, &#380;e z panem Gowar­towskim
+jest &#378;le... - i Krasnostawski, spu&#347;ciwszy znów wzrok,
+ci&#261;gn&#261;&#322; dalej:</p>
+
+<p>- Pann&#281; Ol&#281;, jak pani marsza&#322;kowej wiado­mo,
+ojciec kocha&#322; bardzo, prawie, &#380;e ba&#322;wochwalczo; otó&#380; skutki
+wypadków ostatnich bardzo, bardzo silnie odbi&#322;y si&#281; na nim. Nic go
+ju&#380; prawie teraz nie zajmuje, ani gospodarstwo, ni wie&#347;, ni inne
+zaj&#281;cia, do s&#261;siadów nie je&#378;dzi, u siebie nikogo nie przyjmu­je
+- s&#322;owem obecnie z niego zupe&#322;nie inny cz&#322;owiek... </p>
+
+<p>Krasnostawski przerwa&#322; opowiadanie, jakby
+namy&#347;laj&#261;c si&#281;, co mówi&#263; dalej. Staruszka, w zadu­mie, ze
+wzrokiem na dó&#322; spuszczonym, milcza&#322;a.</p>
+
+<p>Po chwili wahaj&#261;co ci&#261;gn&#261;&#322; dalej:</p>
+
+<p>- Wobec tego samotno&#347;&#263; dla pana Gowartow­skiego
+jest wprost zabójcz&#261;, koniecznie potrzebuje on nieustaj&#261;cego
+towarzystwa, jednem s&#322;owem - 
+potrzebuje obok siebie przyjaciela.</p>
+
+<p>Krasnostawski ponownie zatrzyma&#322; si&#281; na se­kund&#281;.</p>
+
+<p>- Moja osoba nie wystarcza - mówi&#322; dalej - ­zaj&#281;cia
+liczne, mieszkanie nie w samym Gowartowie, lecz gdzie indziej, stanowisko
+wreszcie moje... tu po twarzy m&#322;odego cz&#322;owieka przemkn&#261;&#322;
+lekki cie&#324; - wszystko sk&#322;ada si&#281; na to, i&#380; pan Gowartowski,
+cho&#263; zawsze dla mnie tak samo &#322;askaw, jest obecnie moralnie
+bezustannie - sam...</p>
+
+<p>Z pod oka, przelotnie, spojrza&#322; Krasnostawski na
+marsza&#322;kow&#261;. Z misy&#261; nader delikatn&#261; i przykr&#261;
+przyby&#322; on tutaj; w kieszeni surduta pali&#322; go w&#322;asnor&#281;czny
+list pana Januarego, w którym ten ostatni, &#380;ywi&#261;cy jeszcze do siostry
+bardzo g&#322;&#281;bok&#261; uraz&#281; za spe&#322;nione wypadki, pomimo
+wszystko, w g&#322;&#281;bi duszy pos&#261;dzaj&#261;cy nawet staruszk&#281;,
+i&#380; by&#322;a, mo&#380;e w tajnej zmowie z jego córk&#261; - delikatnie,
+lecz sta­nowczo, odmawia&#322; jej go&#347;cinno&#347;ci u siebie, wobec
+zapowiedzianego przez ni&#261; przyjazdu do Gowar­towa.</p>
+
+<p>Krasnostawski o zawarto&#347;ci listu wiedzia&#322;, w
+chwili &#380;alu bowiem Gowartowski wypowiedzia&#322; mu wszystko, ba,
+poleci&#322; jemu nawet, jako protego­wanemu i lubianemu przez
+marsza&#322;kow&#281;, napomkn&#261;&#263; jej o tem przed wr&#281;czeniem
+listu.</p>
+
+<p>Przerwawszy na chwil&#281; opowiadanie, Krasnostawski
+ostatecznie zastanawia&#322; si&#281; w&#322;a&#347;nie, czy poruszy&#263; w
+rozmowie, lub nie, temat dra&#380;liwy. Postanowi&#322; jednak nie czyni&#263;
+tego wcale, a natomiast, czuj&#261;c, &#380;e na ustach domy&#347;laj&#261;cej
+si&#281; ju&#380; czego&#347;: marsza&#322;kowej, zawisa jakby jakie&#347;
+pytanie, by po­wstrzyma&#263; je, odezwa&#322; si&#281; po&#347;piesznie:</p>
+
+<p>- I dlatego, pani marsza&#322;kowo, poleci&#322; mi pan
+January, &#322;&#261;cznie z innymi interesami, powo&#322;ywuj&#261;cymi mnie
+tutaj, zaprosi&#263; do Gowartowa na czas d&#322;u&#380;szy pana
+&#321;ady&#380;y&#324;skiego, jego bowiem obec­no&#347;ci tylko pragnie, jako
+prawdziwego swego przyjaciela... Musz&#281; zatem by&#263; dzisiaj u niego w
+tej sprawie, nie wiem jednak, gdzie mieszka... Adres pana
+&#321;ady&#380;y&#324;skiego niew&#261;tpliwie znanym jest pani
+marsza&#322;kowej?..</p>
+
+<p>S&#322;owa powy&#380;sze i pytanie ostatnie zabrzmia&#322;y
+w ustach m&#322;odzie&#324;ca pomimo woli zimniej nieco. Ner­wami uczu&#322;
+ch&#322;ód jakby w zachowaniu si&#281; staruszki, milcz&#261;cej wci&#261;&#380;
+od chwili, gdy jej powiedzia&#322;, i&#380;: wie o wszystkiem. Gniewa&#322;o go
+to spostrze&#380;enie i rani&#322;o dotkliwie dum&#281; jego.</p>
+
+<p>Wypowiedziana g&#322;osem miarowym, a wskazu­j&#261;ca
+ulic&#281; i numer domu, zamieszka&#322;ego przez pana Emila, zabrzmia&#322;a
+odpowied&#378; marsza&#322;kowej.</p>
+
+<p>Krasnostawski zerwa&#322; si&#281; natychmiast i rzek&#322;
+szybko:</p>
+
+<p>- Dzi&#281;kuj&#281; stokrotnie pani marsza&#322;kowej...</p>
+
+<p>Z udan&#261; za&#347; swobod&#261;, powodowany silnem
+&#380;ycze­niem wycofania si&#281; st&#261;d co pr&#281;dzej,
+ci&#261;gn&#261;&#322; &#380;ywo dalej:</p>
+
+<p>- Nie zajmuj&#281; ju&#380; wi&#281;cej czasu pani
+marsza&#322;­kowej, zapomnia&#322;em zupe&#322;nie, wszak to dzisiaj czwartek,
+dzie&#324; przyj&#281;&#263; - uciekam...</p>
+
+<p>- Ach, tak... - z u&#347;miechem protekcyjnym nieco
+rzek&#322;a s&#281;dziwa matrona. - Ale ju&#380; po wszyst­kiem, wszak wieczór
+nadchodzi...</p>
+
+<p>- Tak... tak, prawda, zapomnia&#322;em -
+b&#261;kn&#261;&#322; Krasnostawski, si&#281;gaj&#261;c jednocze&#347;nie
+r&#281;k&#261; do kie­szeni. - Przepraszam najmocniej pani&#261;
+marsza&#322;kow&#261; dobrodziejk&#281;, có&#380; za roztrzepaniec ze mnie,
+doprawdy! By&#322;bym zapomnia&#322;... Mam list od pana Go­wartowskiego,
+s&#322;u&#380;&#281; pani marsza&#322;kowej.</p>
+
+<p>Pani Warnicka schwyci&#322;a list, Krasnostawski jednak
+równocze&#347;nie pochyli&#322; si&#281; do r&#281;ki jej, w uk&#322;onie.</p>
+
+<p>- Do widzenia, mój panie Boles&#322;awie, do wi­dzenia! - z
+roztargnieniem po&#380;egna&#322;a go staruszka, podaj&#261;c mu r&#281;k&#281;
+do uca&#322;owania, poczem za&#347; gor&#261;cz­kowo rozerwa&#322;a
+kopert&#281;.</p>
+
+<p>M&#322;ody cz&#322;owiek ju&#380; by&#322; na progu, ale,
+spojrzaw­szy z pod oka na marsza&#322;kow&#261;, zd&#261;&#380;y&#322; by&#322;
+jeszcze dojrze&#263; na jej twarzy rumieniec oburzenia, zakwit&#322;y tam, po
+przeczytaniu pierwszych kilku wierszy. Do­strzeg&#322;szy to, m&#322;ody
+plenipotent, jak szczupak w wo­d&#281;, rzuci&#322; si&#281; ca&#322;em
+cia&#322;em w ciemno&#347;ci s&#261;siedniego salonu, pobieg&#322;szy za&#347;
+na palcach do przedpokoju, chwyci&#322; paltot swój i umkn&#261;&#322; z
+mieszkania. Na scho­dach dopiero odetchn&#261;&#322;.</p>
+
+<p>- Uf! wyrwa&#322;em si&#281; wreszcie... -
+szepn&#261;&#322;. - &#321;adniebym si&#281; ubra&#322;, gdyby tak przy mnie
+list czyta&#322;a!..</p>
+
+<p>W &#347;lad zatem wypad&#322; na miasto, a mijaj&#261;c
+ulice jednocze&#347;nie pogr&#261;&#380;a&#322; si&#281; w my&#347;lach.</p>
+
+<p>Wywo&#322;ana wspomnieniem apartamentów mar­sza&#322;kowej,
+stan&#281;&#322;a mu nagle przed oczyma powabna sylwetka Oli, zamajaczy&#322;o
+jej g&#322;&#281;bokie i zalotne spojrzenie, którem, jak wielu innych
+zreszt&#261;, wita&#322;a i jego, gdy przypadek &#322;&#261;czy&#322; ich kiedy
+na chwil&#281;.</p>
+
+<p>Krasnostawski od kilku ju&#380; lat zna&#322; córk&#281; pa­na
+Januarego; etykietalne utrzymuj&#261;c stosunki z pa&#322;acem Gowartowskim na
+wsi, widywa&#322; j&#261; rzadko, najcz&#281;&#347;ciej z daleka, na spacerze,
+w ko&#347;ciele, lub przelotnie w powozie - kilka razy u marsza&#322;kowej w
+mie&#347;cie. Podoba&#322;a mu si&#281; pi&#281;kna panna, bo komu&#380;
+zreszt&#261; nie potrafi&#322;a ona si&#281; przypodoba&#263;, pe&#322;na
+wdzi&#281;ku, uprzejma i zalotna?.. Przedstawia&#322;a poza tem typ kobiecy
+Krasnostawskiego... Nie kocha&#322; si&#281; w niej jednak bynajmniej, za
+trze&#378;wym by&#322; na to; cho&#263; z upokorzeniem dumy w&#322;asnej, sta­nowisko
+swe podrz&#281;dne ocenia&#263; potrafi&#322;, a jednak...</p>
+
+<p>&#377;dziwiony analiz&#261; duszy w&#322;asnej,
+przyzna&#263; si&#281; sam przed sob&#261; musia&#322;, &#380;e wie&#347;&#263;
+o ucieczce i &#347;lubie Oli zabola&#322;a go, a raczej, bezpodstawnie na
+pozór, po prostu rozgniewa&#322;a.</p>
+
+<p>Rozmy&#347;laj&#261;c w ten sposób, Krasnostawski
+wszed&#322; do kamienicy, wskazanej przez marsza&#322;kow&#261;. Za par&#281;
+chwil znalaz&#322; si&#281; ju&#380; na pierwszem pi&#281;trze, ledwie jednak
+zadzwoni&#322; u drzwi apartamentów &#321;ady&#380;y&#324;skiego, w ramie ich,
+natychmiast prawie, w cy­lindrze i paltocie, ukaza&#322; si&#281; pan Emil, jak
+zwykle u&#347;miechni&#281;ty ironicznie i z pogod&#261; na czole.</p>
+
+<p>- A!.. pan Boles&#322;aw, herbu Rawita, powita&#263;,
+prawico Januarego de Gowartów-Gowartowskiego, powita&#263;!.. - i
+u&#347;cisn&#261;&#322; serdecznie wyci&#261;gni&#281;t&#261; r&#281;k&#281;
+m&#322;odzie&#324;ca.</p>
+
+<p>- Przepraszam, &#380;e nie prosz&#281; pana kochanego do
+siebie, lecz postaci&#261; swoj&#261; do odej&#347;cia gotow&#261;
+wyp&#281;dzam go raczej, lecz powody wa&#380;ne... - tu pan Emil uczyni&#322;
+obydwiema r&#281;kami ruch pó&#322;okr&#261;g&#322;y, - sk&#322;aniaj&#261;
+mnie do tego! - doko&#324;czy&#322;, i mówi&#261;c to, elegancko
+zamkn&#261;&#322; drzwi przed nosem Krasnostaw­skiemu, a
+u&#347;miechn&#261;wszy si&#281; pod w&#261;sem ci&#261;gn&#261;&#322; dalej
+weso&#322;o, poufale wsun&#261;wszy zarazem r&#281;k&#281; pod rami&#281;
+Krasnostawskiego.</p>
+
+<p>- Nie gniewasz si&#281; na mnie, kochany panie
+Boles&#322;awie, wszak prawda?.. Spiesz&#281; na raut; no, mów&#380;e tam, co
+s&#322;ycha&#263;?.. Kochany Januarek có&#380; tam porabia, poluje; weseli
+si&#281;, czy smuci?</p>
+
+<p>Krasnostawski ju&#380; chcia&#322; wypowiedzie&#263;, z czem
+przyszed&#322;, gdy &#321;ady&#380;y&#324;ski znowu odezwa&#322; si&#281;
+&#380;artobliwie:</p>
+
+<p>- Ale, zaiste, pysznie pan wygl&#261;dasz, jak rydz w
+ma&#347;le, powinszowa&#263;! Nadobne grodu naszego mieszkanki lgn&#261;&#263;
+b&#281;d&#261; do pana, jak pszczó&#322;ki do miodu! S&#322;ysza&#322;em o
+pa&#324;skich sprawkach za studenc­kich czasów, za m&#322;odu! - tu
+poklepa&#322; z lekka m&#322;o­dzie&#324;ca poufale po plecach -
+s&#322;ysza&#322;em - powtó­rzy&#322; - nie b&#281;d&#281; wi&#281;c wzajemnie
+nudzi&#322; pana swoj&#261; osob&#261;, opowiesz mi pan en rčgle, lecz szybko,
+co ci&#281; do mnie sprowadza, a posiedzenie to odb&#281;dziemy w doro&#380;ce.
+Podwioz&#281; pana... Zgoda?</p>
+
+<p>- Ale&#380; i owszem, dzi&#281;kuj&#281; bardzo! -
+odpar&#322; Krasnostawski, z po&#347;piechem.</p>
+
+<p>Znajdowali si&#281; ju&#380; na ulicy, pan Emil
+skin&#261;&#322; na stangreta parokonnej doro&#380;ki, rzuci&#322; adres, i
+pojechali.</p>
+
+<p>Ruchem codziennym wrza&#322;o wko&#322;o nich strojne
+weso&#322;e miasto:</p>
+
+<p>- S&#322;ucham pana - rzek&#322; &#321;ady&#380;y&#324;ski.</p>
+
+<p>M&#322;ody cz&#322;owiek w krótkich s&#322;owach opo­wiedzia&#322;
+mu o niepomy&#347;lnym stanie zdrowia i mo­ralnego usposobienia pana Januarego,
+zamilczawszy za&#347; tylko o li&#347;cie do marsza&#322;kowej, zakomuni­kowa&#322;
+zaproszenie do Gowartowa.</p>
+
+<p>Skrzywi&#322; si&#281; lekko przy ostatnich s&#322;owach pan
+Emil i odrzek&#322;:</p>
+
+<p>- Zapewne, zapewne, bardzo bym rad pocieszy&#263; drogiego
+Januarka, ale w&#322;a&#347;nie wyje&#380;d&#380;am za granic&#281; i
+przyzna&#263; musz&#281;, &#380;e na razie wybra&#322; on si&#281; z
+zaproszeniem wcale nie na czasie! No, zobaczy­my zreszt&#261;... Co pan wiesz,
+- tu spojrza&#322; uwa&#380;nie na Krasnostawskiego -  o pani Oli i Dzier&#380;ymir­skim?..</p>
+
+<p>Zapytanie to postawionem by&#322;o bardzo zr&#281;cz­nie
+mówi&#322;o nic, a pyta&#322;o wiele. Krasnostawski natychmiast
+poinformowa&#322; krót­ko i zwi&#281;&#378;le pana Emila, i&#380; wiadomem mu
+jest wszystko.</p>
+
+<p>- Aaa!.. - wyrwa&#322;o si&#281; tylko z ust
+&#321;ady&#380;y&#324;skiego, i doda&#322; ironicznie:</p>
+
+<p>- No, to w takim razie wiesz pan nie tylko o p&#322;aszczu
+gronostajowym przywi&#261;zania dziecinnego, szalonej mi&#322;o&#347;ci
+m&#322;odzie&#324;czej, weselu pod niebem Italii, et caetera i t. d. ale i o
+odzie&#380;y codziennej, ukrytej przez nas starannie przed plotk&#261;,
+jedn&#261;­ - purpur&#261; drugiej; zatem wobec tego, mo&#380;emy mówi&#263;
+szczerze...</p>
+
+<p>- Widzi pan - tu &#321;ady&#380;y&#324;ski spojrza&#322;
+znów na Krasnostawskiego, jakby pragn&#261;c si&#281; przekona&#263;, czy warto
+wywn&#281;trza&#263; si&#281; przed nim - ta ca&#322;a roz­pacz &#8222;górna
+chmurna" Januarka, ta dobrowolna wi­wisekcya przywi&#261;zania do córki i
+ów od pocz&#261;tku do ko&#324;ca poemat &#8222;zbola&#322;ego ojcowskiego
+serca" - bref ten wielki w duszy jego ostatniemi czasy fajerwerk
+romantyzmu... entre nous soit dit - jest tylko od po­cz&#261;tku do ko&#324;ca
+jednym nonsensem. Czy nie mia&#322;a racyi?</p>
+
+<p>Krasnostawski milcza&#322;.</p>
+
+<p>- Pie&#347;cili dziewczyn&#281; - ci&#261;gn&#261;&#322; w
+tym sa­mym tonie &#321;ady&#380;y&#324;ski - upodoba&#322;a sobie
+Dzier&#380;ymirskiego - wara! Tego, owego - odmówili... To trudno, panie,
+kobiety tak&#380;e maj&#261; serca i tempera­ment... Zachcia&#322;o si&#281;
+Oli &#322;adnego ch&#322;opca - nie dali jej go - wzi&#281;&#322;a go sobie sama,
+a raczej wzi&#261;&#263; si&#281; pozwoli&#322;a... Niech Januarek lepiej
+dzi&#281;kuje i &#347;piewa Hosann&#281; na wysoko&#347;ciach, &#380;e bez
+plebana si&#281; nie obesz&#322;o! Lub niech&#380;e nawet gniewa si&#281;, i
+wydziedziczy córuni&#281;, lecz nie lamen­tuje, bo to i nie po m&#281;sku, i
+wcale nie ma sensu! Dixi. To moje zdanie. Có&#380; na to pan, panie Bole­s&#322;awie,
+herbu Rawita?..</p>
+
+<p>Krasnostawski z&#380;ymn&#261;&#322; si&#281; niecierpliwie;
+de­nerwowa&#322; go zwykle ton rozmowy &#321;ady&#380;y&#324;skiego, dzi&#347;
+jeszcze bardziej rozgniewa&#322; go przycinek "herbu Rawita",
+b&#281;d&#261;cy widoczn&#261; alluzy&#261; do u&#380;ywanych niegdy&#347;
+przez niego biletów wizytowych: Rawita-Krasnowstawski. .</p>
+
+<p>Podra&#380;niony zatem, sil&#261;c si&#281; na spokój,
+odpar&#322; zimno:</p>
+
+<p>- Przepraszam, ale ca&#322;kiem inaczej i zupe&#322;nie
+przeciwnie zapatruj&#281; si&#281; na t&#281; spraw&#281;, oraz rozumiem
+doskonale pana Januarego.</p>
+
+<p>- Ha-ha-ha-! nie masz pan za co przeprasza&#263;,
+wiedzia&#322;em tylko, &#380;e i z kochanego pana tak­&#380;e romantyk; w takim
+razie w korcu maku dobra­li&#347;cie si&#281; razem z Januarym... Wobec tego,
+ja w Gowartowie zgo&#322;a potrzebny nie jestem, doskonale si&#281; tam obadwa
+rozumiecie...</p>
+
+<p>- Ale, có&#380; znowu! - przerwa&#322; &#380;ywo Krasno­stawski,
+boj&#261;c si&#281;, czy czasem mimo woli nieostro&#380;nem s&#322;owem nie
+zepsu&#322; danego sobie polecenia. - Mog&#281; by&#263; tych samych
+zapatrywa&#324; na t&#281; spraw&#281;, co i pan Gowartowski i odczuwa&#263;
+jego charakter, lecz przecie&#380; w &#380;adnym razie nie potrafi&#281;
+zast&#261;pi&#263; szanownego pana, który jest tak dobrym jego przyjacielem...</p>
+
+<p>- No tak, tak..., - urwa&#322; z kolei pan Emil -
+"Wszystko ginie bez lito&#347;ci, nic sta&#322;ego na tej ziemi, prócz
+przyja&#378;ni i mi&#322;o&#347;ci;" to wszystko nader pi&#281;knie brzmi
+i wygl&#261;da, lecz mego zdania, ja osobi&#347;cie ­nawet dla przyja&#378;ni
+zmienia&#263;, niestety, nie uwa&#380;am za stosowne. Czy za&#347; ono
+Januarciowi si&#281; spodoba - grubo w&#261;tpi&#281;..</p>
+
+<p>Doro&#380;ka w tej samej chwili zatrzyma&#322;a si&#281;.</p>
+
+<p>- No, kochany mój panie Boles&#322;awie, addio!.. -
+odezwa&#322; si&#281; protekcyjnym nieco tonem &#321;ady&#380;y&#324;ski ­podaj&#261;c
+Krasnostawskiemu r&#281;k&#281;.</p>
+
+<p>- Zakomunikuj pan z &#322;aski swojej mój sposób widzenia
+rzeczy panu na Gowartowie, a je&#347;li potem jeszcze zna&#263; mnie
+b&#281;dzie chcia&#322; - niech&#380;e mi napisze, a mo&#380;e przyjad&#281;...</p>
+
+<p>Wysiedli obaj. Pan Emil uchyli&#322; cylindra i
+skierowa&#322; si&#281; ku bramie, na progu za&#347; jej rzuci&#322; jeszcze
+m&#322;odemu cz&#322;owiekowi, tym razem jednak przyja&#378;niej nieco:</p>
+
+<p>- A trzymaj si&#281; tam pan dzielnie, ba p&#322;e&#263;
+nadobna ma tu na wie&#347;niaków wilczy apetyt!.. Au revoir...</p>
+
+<p>&#321;ady&#380;y&#324;ski znik&#322;, Krasnostawski
+pozosta&#322; sam ulicy. Rozejrza&#322; si&#281;...</p>
+
+<p>By&#322; w jednym z najruchliwszych punktów miasta; wieczór
+ju&#380; rozpoczyna&#322; swe panowanie, nadchodzi&#322;a noc, wielki gród
+&#380;arzy&#322; si&#281; setkami &#347;wiate&#322;; &#347;rodkiem ulicy
+p&#281;dzi&#322;y pojazdy, po chodnikach sze­rokich zwart&#261; gromad&#261;
+wymija&#322; go po&#347;piesznie t&#322;um ludzi.</p>
+
+<p>Pi&#281;kne, zgrabne mieszczanki prawie &#380;e ocie­ra&#322;y
+si&#281; o niego, rzucaj&#261;c co chwila zalotne spoj­rzenia na &#322;adnego
+ch&#322;opca. Niewiele jednak z nich sz&#322;o samych, wi&#281;kszo&#347;&#263;
+mia&#322;a ju&#380; przy sobie czul&#261;cych si&#281; towarzyszy,
+szepcz&#261;cych im z u&#347;miechem s&#322;odkie s&#322;ówka.</p>
+
+<p>Pod wp&#322;ywem ostatniej uwagi pana Emila, Krasnostawski
+mimo woli przejrza&#322; si&#281; uwa&#380;niej w witrynie jednego z
+okazalszych magazynów, a zado­wolony z przegl&#261;du w&#322;asnej osoby,
+spojrza&#322; weso&#322;o przed siebie. Jakie&#347; puste pragnienie zabawienia
+si&#281;, oszo&#322;omienia, podobnie tym wszystkim, snuj&#261;cym si&#281;
+parom, ow&#322;adn&#281;&#322;o nim.</p>
+
+<p>Przekszta&#322;cony okoliczno&#347;ciami &#380;ycia w wie­&#347;niaka
+mieszczuch przypomnia&#322; sobie naraz lata da­wne, studenckie, pe&#322;ne
+niefrasobliwego jutra i we­so&#322;ych kawa&#322;ów, a cho&#263; przeplatane
+cz&#281;sto bied&#261; i g&#322;odem, bogate jednak w mi&#322;o&#347;&#263; i
+swobod&#281;! </p>
+
+<p>Bawi&#261;c przelotnie w murach miasta, którego ka&#380;dy
+zau&#322;ek zna&#322; na pami&#281;&#263;, a mijaj&#261;cych go
+mieszka&#324;ców, szczególniej kobiety, jednym rzutem oka nieomylnie
+segregowa&#322;, jak znawca, - zapra­gn&#261;&#322; nagle Krasnostawski
+napi&#263; si&#281; koniecznie z mu­suj&#261;cego uciech mi&#322;osnych
+kielicha.</p>
+
+<p>I mimo woli m&#322;ody cz&#322;owiek pocz&#261;&#322;
+uwa&#380;niej przygl&#261;da&#263; si&#281; kobietom. Ubrane &#8222;szykownie",
+cien­kie w talii, wysmuk&#322;e i zgrabne, mija&#322;y go one,
+&#347;miej&#261;ce si&#281; i weso&#322;e, uprawiaj&#261;c z zami&#322;owaniem
+flirt uliczny, skrz&#261;cy si&#281; miejscowym brukowym do­wcipem, czujne
+jednak poza nim na ka&#380;de spojrzenie przystojniejszego m&#281;&#380;czyzny,
+odwzajemniaj&#261;ce mu si&#281; zalotnem &#378;renic
+b&#322;y&#347;ni&#281;ciem - "oczkiem" i obiecuj&#261;­cym nieraz
+wiele u&#347;miechem.</p>
+
+<p>A rozmaito&#347;&#263; dzisiaj by&#322;a wielka. Wieczór
+przed&#347;wi&#261;teczny, pogodny, lwi&#261; cz&#281;&#347;&#263;
+w&#322;a&#347;cicielek nadobnych twarzyczek wywabi&#322; na pierwszorz&#281;dne
+ulice - na wspóln&#261; aren&#281; letniego jakby "demisalo­nu"
+pewnych, a szerokich warstw miasta. Brunetki zatem, &#347;niade, czarnobrewe,
+blondynki, powiewne­ - bia&#322;e, szatynki, o ruchach omdlewaj&#261;cych, a
+wszyst­kie prawie ubrane elegancko i z pewnym, w&#322;a&#347;ci­wym tylko Polce
+naszej, gustem, wystrojone, &#380;wa­we - sun&#281;&#322;y przed zachwyconym
+wzrokiem wie&#347;niaka.</p>
+
+<p>I od tego rozp&#281;dzonego, barwnego, poruszanego jakby
+tajn&#261; jak&#261;&#347; spr&#281;&#380;yn&#261; t&#322;umu, bi&#322; na
+Krasnostawskiego &#347;wie&#380;y, bo odzwyczajeniem d&#322;u&#380;szem star­ty,
+urok; nozdrza gra&#263; mu pocz&#281;&#322;y, wch&#322;ania&#322; w sie­bie
+niewyra&#378;ny, niepochwytny powiew, sun&#261;cy jakby ponad g&#322;owami publiczno&#347;ci,
+gor&#281;tszem okiem pa­trzy&#322; w twarz kobietom, swawolnie i
+niechc&#261;cy, na pozór, zagl&#261;da&#322; im prosto w oczy...</p>
+
+<p>Co za&#347; przewa&#380;nie czyta&#322; w owych czarnych,
+szarawych, fijo&#322;kowych i modrych oczach, z natury ju&#380; swej,
+zalotnych, bynajmniej nie zra&#380;a&#322;o go do tej; czynno&#347;ci. </p>
+
+<p>- Pójd&#378;, pójd&#378;, nie zra&#380;aj si&#281; pozornie
+skro­mn&#261; mink&#261;, b&#261;d&#378; odwa&#380;nym, &#347;mia&#322;ym, a
+mo&#380;e... mo­&#380;e... - szepta&#322;y, zda si&#281;, cicho wejrzenia
+nie&#347;mialsze, gorej&#261;c ogniem, nieprzeparcie ci&#261;gn&#261;c ku
+sobie; da­leko wi&#281;cej jeszcze mówi&#322;y spojrzenia inne, a wszy­stkie
+razem, wyzywane &#347;mia&#322;ym wzrokiem m&#281;&#380;czyz­ny,
+ca&#322;owa&#263; go jakby si&#281; zdawa&#322;y, obiecuj&#261;c
+mi&#322;o&#347;&#263;-­pieszczot&#281;!...</p>
+
+<p>Ruchliw&#261; fal&#261; w pewnych godzinach przelewa­j&#261;cy
+si&#281; przez ulice miasta, a obejmuj&#261;cy sob&#261; oddzieln&#261;
+warstw&#281; wracaj&#261;cych z zaj&#281;cia pracownic ró&#380;nej kategoryi,
+na wylot znany Krasnostawskiemu, roi&#322; si&#281; dalej przed oczyma jego
+kobieco-dziewcz&#281;cy &#347;wiatek, i coraz bardziej liczny, barwniejszy -
+obej­mowa&#322; go swym ruchomym u&#347;ciskiem. I m&#322;ody cz&#322;o­wiek,
+ulegaj&#261;c stopniowo nastrojowi chwili, wspom­nieniom dawnym, a
+zwi&#261;zanym &#347;ci&#347;le z tym&#380;e samym &#347;wiatkiem,
+zapomnia&#322; o wszystkiem.</p>
+
+<p>Znik&#322;y mu z pami&#281;ci Gowartów, pan January,
+marsza&#322;kowa, &#321;ady&#380;y&#324;ski, Ola, a od&#380;y&#322; w nim tylko
+dawny &#322;obuz i ba&#322;amut, &#380;&#261;dny swawoli i u&#380;ycia.</p>
+
+<p>Z szelestem spódniczek, zgrabnie uj&#281;tych ma&#322;&#261;
+r&#261;czk&#261;, a odkrywaj&#261;cych modelowan&#261; &#347;licznie, zgrabnie
+obut&#261;, w a&#380;urowej po&#324;czoszce, nó&#380;k&#281;, otar&#322;a
+si&#281; prawie o Krasnostawskiego wysoka dziewczyna, smu­k&#322;a, jak
+gazella, czarnow&#322;osa, i rzuci&#322;a m&#322;odzie&#324;cowi przelotne
+spojrzenie. Spotkawszy wzrok jego, pal&#261;cy , &#347;mia&#322;y, rzuci&#322;a
+mu takie same drugie, uwa&#380;niej­niejsze jednak, gor&#281;tsze. Z dwojga par
+m&#322;odych oczu posypa&#322;y si&#281; iskry, a panu Boles&#322;awowi
+stan&#281;&#322;o w tej chwili w mózgu, nieodwo&#322;alne ultimatum: Ta, lub
+&#380;adna!</p>
+
+<p>Pu&#347;ci&#322; si&#281; w pogo&#324; za pi&#281;kn&#261;
+dziewczyn&#261;. Dogna&#322; j&#261; niebawem, zajrza&#322; w oczy raz, drugi,
+trzeci, i pocz&#261;&#322; i&#347;&#263; w &#347;lad za ni&#261;. Przy zbiegu
+jednak ulic kilku, dziewcz&#281; skr&#281;ci&#322;o nagle w bok i znik&#322;o w
+bramie domu.</p>
+
+<p>Zawiedziony i z&#322;y, Krasnostawski obróci&#322; si&#281;
+na pi&#281;cie, a w&#322;o&#380;ywszy r&#281;k&#281; w kieszenie od palta, z
+humorem przystan&#261;&#322;. W oddali zach&#281;caj&#261;co zielenia&#322;
+ogród &#347;ródmiejski, jakby zapraszaj&#261;c go&#347;cinnie.</p>
+
+<p>M&#322;odzieniec skierowa&#322; si&#281; w t&#281;
+stron&#281;, i w dziesi&#281;&#263; minut potem wchodzi&#322; ju&#380; w
+bram&#281; ogrodu.</p>
+
+<p>O tej wieczornej i spó&#378;nionej ju&#380; porze cienie
+jago, tajemnicze i ciche, poch&#322;on&#281;&#322;y Krasnostawskiego
+natychmiast, a do uszu jego dolecia&#322;y jednocze&#347;nie­, z pogwarem drzew
+szumi&#261;cych splecione, jakie&#347; szelesty, i szepty, i przyciszone
+gwary...</p>
+
+<p>To przytulone do siebie, tam i ówdzie po &#322;aw­kach
+siedz&#261;c samotnych, gruchaj&#261;ce przeró&#380;ne "pary"
+fabrykowa&#322;y najcz&#281;&#347;ciej udan&#261;, rzadko szczer&#261;
+mi&#322;o&#347;&#263;... Miejscami nieestetyczny, czasami wprost bru­talny, tam
+znów, w kontra&#347;cie subtelniejszy, mi&#281;k­kszy, ten sam flirt brukowy,
+rdzennie miejscowy, musowa&#322;, kipia&#322; po k&#261;tach ogrodu,
+przyczajony do tego stopnia, i&#380; w niektórych alejach dla uwa&#380;nego
+s&#322;uchacza gra&#322;a po prostu, zda si&#281;, powszechna jakby i wspólnie
+harmonijna nuta, z&#322;o&#380;ona ze szmeru po­ca&#322;unków,
+g&#322;o&#347;niejszych pó&#322;s&#322;ówek, nami&#281;tnych prote­stów, zgody
+cichej, lub srebrzystego &#347;miechu...</p>
+
+<p>Odg&#322;osy te, drgaj&#261;c w powietrzu, lecia&#322;y
+cicho ku wierzcho&#322;kom drzew, z których co chwila gdzieniegdzie spada&#322;
+wolno po&#380;ó&#322;k&#322;y li&#347;&#263; wczesnej jesieni, - jakby
+pragn&#261;c przypomnie&#263; bawi&#261;cym si&#281; tu lu­dziom, o ko&#324;cu
+wszystkiego na &#347;wiecie. </p>
+
+<p>Przeszed&#322;szy si&#281; po ogrodzie, Krasnostawski
+usiad&#322; na jednej z &#322;awek. Zm&#281;czonym by&#322; nieco...
+Przyjecha&#322; kilka godzin temu zaledwie. Marsza&#322;kowa,
+&#321;ady&#380;y&#324;ski, pi&#281;kna nieznajoma, gwar miasta - wszystko to
+znu&#380;y&#322;o m&#322;odzie&#324;ca, przy­wyk&#322;ego od lat paru do ciszy
+i regularnego wiejskie­go &#380;ycia.</p>
+
+<p>Wyj&#261;wszy papiero&#347;nic&#281;, zapali&#322;
+papierosa, zie­wn&#261;&#322;, a spojrzawszy oboj&#281;tnie na siedz&#261;cych
+obok na &#322;awce s&#261;siadów, wpad&#322; w mimowoln&#261; zadum&#281;.</p>
+
+<p>W my&#347;lach stan&#281;&#322;a mu nagle w&#322;asna
+przesz&#322;o&#347;&#263; w tem samem mie&#347;cie i przed oczyma miga&#263;
+pocz&#281;&#322;y przeró&#380;ne minionych lat obrazy.</p>
+
+<p>Ujrza&#322; zatem siebie male&#324;kim, u rodziców je­szcze,
+ch&#322;opcem, potem gimnazist&#261;, a nast&#281;pnie akademikiem. Oblicza
+rozpierzch&#322;ych gdzie&#347; po &#347;wiecie, a dawno niewidzianych kolegów
+zamajaczy&#322;y mu &#380;ywo, wspomnia&#322; ich przywary, zalety charaktery i
+serca... </p>
+
+<p>W kalejdoskopie wspomnie&#324; odbi&#322;o si&#281;, prze­sun&#281;&#322;o
+równie&#380;, kilka twarzyczek kobiecych, par&#281; sza&#322;ów, niepomnych
+jutra, gor&#261;czkowych, pieni&#261;cych si&#281; wówczas rozkosz&#261;,
+p&#322;omieniem uczucia, a dzi&#347; spopiela&#322;ych ju&#380; i
+zagas&#322;ych zupe&#322;nie.</p>
+
+<p>A wszystko w tem mie&#347;cie, z którego murami
+z&#380;y&#322;a si&#281;, zros&#322;a jego dusza. Dla chleba porzuci&#322;
+kolebk&#281; dzieci&#324;stwa - m&#322;odo&#347;ci...</p>
+
+<p>- Cha!... - westchn&#261;&#322; g&#322;o&#347;no m&#322;ody
+plenipotent gowartowski, poczem instynktownie obejrza&#322; si&#281;
+woko&#322;o, i jakby nieco zawstydzony swem westchnieniem, z pod oka
+uwa&#380;nie popatrzy&#322; na swoich s&#261;siadów.</p>
+
+<p>Obok niego, w wytartej czapce, z daszkiem, nasuni&#281;tym
+na oczy, w wyszarza&#322;ej kapocie i z r&#281;kami w kieszeniach,
+drzema&#322;a jaka&#347; m&#281;ska figura, z g&#322;ow&#261;,
+wci&#347;ni&#281;t&#261; w ramiona, zgarbiona, o n&#281;dznej
+powierzchowno&#347;ci; by&#322; to zapewne pijak jaki ululany, lub mo&#380;e
+biedak bezdomny; z przeciwleg&#322;ego za&#347; kra&#324;ca &#322;awki
+jaki&#347; staruszek zbiera&#322; si&#281; do odej&#347;cia...</p>
+
+<p>- Przepraszam pana, która godzina? - zapyta&#322; go Krasnostawski,
+pami&#281;taj&#261;c, i&#380; zegarek zostawi&#322; przez roztargnienie w
+hotelu.</p>
+
+<p>Staruszek malutki, siwiute&#324;ki, o jowialnym wy­razie
+twarzy, zerkn&#261;&#322; przyja&#378;nie na m&#322;odego cz&#322;owieka, oczy
+przymru&#380;y&#322; i roze&#347;mia&#322; si&#281; g&#322;o&#347;no i
+dobrotliwie.</p>
+
+<p>- Ha-ha ha.., a widzisz... - dorzuci&#322; w &#347;lad za
+tem - nie przysz&#322;a... Ba!... la donna č mobile... - szcze­rze
+za&#347;mia&#322; si&#281; jeszcze do siebie i podrepta&#322; dalej, nie
+odpowiadaj&#261;c na pytanie m&#322;odzie&#324;ca.</p>
+
+<p>- A to ci mantyka 
+jaki&#347; ! - u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; Krasnostawski i
+wzruszy&#322; ramionami, a zapaliwszy papierosa, instynktownie
+zamy&#347;li&#322; si&#281; znowu. </p>
+
+<p>Tymczasem w tej samej w&#322;a&#347;nie chwili siada&#322;a
+obok niego wysoka, zgrabna, przystojna brunetka. Gdy odchodz&#261;cy staruszek
+wyg&#322;asza&#322; sw&#261; sentency&#281;, po&#347;piesznie przechodzi&#322;a
+ona drog&#261;, a us&#322;yszawszy g&#322;o&#347;no wyrzeczono s&#322;owa,
+zwróci&#322;a uwag&#281; na siedz&#261;­cego m&#322;odzie&#324;ca i
+uwa&#380;nie spojrza&#322;a na&#324;; poczem zwolni&#322;a kroku, a po
+przelotnej wahania chwilce usia­d&#322;a na &#322;awce. Teraz za&#347;,
+uporczywie z pod oka, pa­trzy&#322;a na Krasnostawskiego.</p>
+
+<p>Ten za&#347; poczu&#322; sna&#263; na swojej twarzy magne­tyczny
+wzrok kobiety, bo po chwili machinalnie obró­ci&#322; g&#322;ow&#281; w jej
+stron&#281;.</p>
+
+<p>Na widok nowej s&#261;siadki, wyraz przyjemnego zdziwienia
+odbi&#322; si&#281; na jego twarzy, w towarzyszce obecnej bowiem poznawa&#263;
+si&#281; zdawa&#322; pi&#281;kn&#261; nieznajom&#261;  sprzed pó&#322;godziny. Spojrzenia m&#322;odych skrzy­&#380;owa&#322;y
+si&#281;. Z czarnych &#378;renic &#322;adnej dziewczyny po­sypa&#322;y si&#281;
+iskry, poczem opu&#347;ci&#322;a na oczy powieki, z rz&#281;sami d&#322;ugiemi.</p>
+
+<p>Krasnostawski jednak milcza&#322; w niepewno&#347;ci.</p>
+
+<p>- Nie, to nie ona - my&#347;la&#322; - tamta, smuk&#322;a
+gazella, pi&#281;kniejsz&#261; by&#322;a, lecz ta znów... tu spojrza&#322;
+przeci&#261;gle na dziewcz&#281; - kto wie, czy nie pon&#281;tniej­sza,
+milsza?... Bez w&#261;tpienia... co za oczy!... - dopowie­dzia&#322; sobie w
+duchu.</p>
+
+<p>Nie rusza&#322; si&#281; jednak z miejsca, nieznajoma bo­wiem
+wyda&#322;a mu si&#281; dziwnie nieprzyst&#281;pn&#261; - przynajmniej z
+powierzchowno&#347;ci. Ubrana by&#322;a z miejskim szykiem, przeci&#281;tnym
+wprawdzie, ale nie ra&#380;&#261;­co bynajmniej, ca&#322;kiem ciemno, z pewnym
+gustem, ba... nawet jak&#261;&#347; nieuj&#281;t&#261; jakby dystynkcy&#261;.</p>
+
+<p>Tak si&#281; zda&#322;o Krasnostawskiemu.</p>
+
+<p>W tej samej chwili nieznajoma podnios&#322;a na&#324; znowu
+oczy. Powoli zdj&#281;&#322;a woalk&#281;, wci&#261;&#380; pal&#261;c
+spojrzeniem pi&#281;knych, du&#380;ych &#378;renic i westchn&#281;&#322;a
+cicho...</p>
+
+<p>Krasnostawski instynktownie przysun&#261;&#322; si&#281; do
+dziewcz&#281;cia bli&#380;ej. W par&#281; jednak sekund pó&#378;niej, raz
+jeszcze przyjrzawszy si&#281; delikatnemu profilowi nieznajomej i
+przywo&#322;awszy w pami&#281;ci ca&#322;e swe znawstwo dawnego
+"don-juana", zawyrokowa&#322; w my­&#347;li: - "szyk facetka,
+ale szkoda czasu," i oboj&#281;tnie zgas&#322;ego zapali&#322; papierosa.</p>
+
+<p>Poza tem, przed godzin&#261; pe&#322;en werwy i animu­szu,
+teraz czu&#322; si&#281; zm&#281;czonym i spa&#263; mu si&#281; po prostu
+chcia&#322;o, rój my&#347;li za&#347;, poruszonych niedawno, bezustannie
+m&#261;ci&#322; mu si&#281; w g&#322;owie. Ziewn&#261;&#322; wi&#281;c
+przeci&#261;gle i zamierza&#322; ju&#380; powsta&#263;, gdy oto nagle,
+prosz&#261;co, pos&#322;ysza&#322; wyrzeczone g&#322;osikiem
+d&#378;wi&#281;cznym swej s&#261;siadki:</p>
+
+<p>- Przepraszam pana... ale.... nie mog&#281; da&#263; sobie
+sama rady... Czy... nie by&#322;by pan tak uprzejmym i grzecznym
+zwin&#261;&#263; mi parasolk&#281;?...</p>
+
+<p>S&#322;owom tym towarzyszy&#322; wyraz twarzy, pe&#322;ny
+milutkiego wdzi&#281;ku i przybranej okoliczno&#347;ciowo zaambarasowanej niby
+nie&#347;mia&#322;o&#347;ci; zatrzyma&#322;a si&#281; pytaj&#261;co...</p>
+
+<p>Widz&#261;c jednak na obliczu m&#322;odego cz&#322;owieka
+u&#347;miech i wyci&#261;gni&#281;t&#261; ju&#380; r&#281;k&#281; po
+parasolk&#281;, doko&#324;czy&#322;a zalotnie, podaj&#261;c mu j&#261;:</p>
+
+<p>- Tylko... tak &#322;adnie... cieniutko...</p>
+
+<p>- Pan si&#281; dziwi, zapewne - dygn&#281;&#322;a ju&#380;
+&#347;mia&#322;o, lecz z tym samym nieokre&#347;lonym nieco twarzy wyrazem, -
+&#380;e ja, nie znaj&#261;c pana, o&#347;mielam si&#281;, po­mimo to,
+trudzi&#263; go... ale...</p>
+
+<p>- Boli r&#261;czka? - podchwyci&#322; Krasnostawski
+&#347;piesznie i pochyli&#322; si&#281; ku dziewcz&#281;ciu, z u&#347;mie­chem.</p>
+
+<p>W oczach dziewczyny zapali&#322;y si&#281; skry, nerwo­wo
+zadr&#380;a&#322;y jej wi&#347;niowe usta i rozchyli&#322;y si&#281;
+kusz&#261;co... Za&#347;mia&#322;a si&#281;...</p>
+
+<p>- Tak, mam reumatyzm w prawej d&#322;oni... - odpar&#322;a z
+pow&#322;óczystem spojrzeniem.</p>
+
+<p>I rozmowa w &#347;lad zatem potoczy&#322;a si&#281;
+g&#322;adko... Krasnostawski poczu&#322; si&#281; w swoim &#380;ywiole,
+wpad&#322; w zapa&#322;, dowcipkowa&#322;, &#347;mia&#322; si&#281;,
+opowiada&#322;. Towarzyszka zaimprowizowanego flirtu odcina&#322;a mu si&#281;
+dowcipnie, podtrzymywa&#322;a rozmow&#281;...</p>
+
+<p>Gwar dwojga m&#322;odych odbija&#322; si&#281; echem po co­raz
+to pustszym ogrodzie; &#347;pi&#261;cy dot&#261;d spokojnie na &#322;awce
+s&#261;siad ich, bezdomny biedak, zbudzony, zakl&#261;&#322; z cicha i bez
+ceremonyi po&#322;o&#380;y&#322; si&#281; na &#322;awce, jak d&#322;ugi.</p>
+
+<p>Wespó&#322; z towarzyszem roze&#347;mia&#322;o si&#281;
+pi&#281;kne dziewcz&#281;. Powstali.</p>
+
+<p>Pob&#322;&#261;dziwszy za&#347; samotnie po alejach ogrodu,
+w pó&#322; godziny pó&#378;niej wychodzili z niego, ochoczo i &#380;wawo, na
+pust&#261; ulic&#281;, trzymaj&#261;c si&#281; pod r&#281;ce, po przyjacielsku
+ju&#380; zupe&#322;nie. M&#322;ody pan plenipotent gowartowski skin&#261;&#322;
+na stoj&#261;ce opodal "gumy", ka­za&#322; stangretowi
+podnie&#347;&#263; bud&#281;, wsiad&#322; do powozu razem z pi&#281;kn&#261;
+now&#261; znajom&#261;, rzuci&#322; adres - i pojechali...</p>
+
+<p>Gdy w ten sposób od&#380;y&#322;y w wie&#347;niaku
+&#322;obuz zabawia&#322; si&#281; swobodnie w weso&#322;ym grodzie - na
+Ukrainie, w pa&#322;acu gowartowskim, który zaledwie opu&#347;ci&#322; by&#322;
+dwa dni temu, w t&#261; sam&#261; noc wrze&#347;nio­w&#261;, pomimo
+spó&#378;nionej ju&#380; wielce pory, pali&#322;y si&#281;, jeszcze
+&#347;wiat&#322;a.</p>
+
+<p>Po obszernych komnatach du&#380;ego pi&#281;trowego domu,
+otoczonego cienistym parkiem, przechadza&#322; si&#281;, zamy&#347;lony, pan
+January Gowartowski, z r&#281;kami za&#322;o&#380;onemi na piersiach.
+K&#322;a&#347;&#263; si&#281; na spoczynek wca­le nie mia&#322; ochoty, od
+czasu bowiem powrotu z mia­sta i otrzymania wiadomo&#347;ci o &#347;lubie Oli,
+sen, wyp&#322;oszony cierpieniem i my&#347;lami, bezpowrotnie, zda si&#281;,
+ulecia&#322; od powiek starca.</p>
+
+<p>Pan January ju&#380; od kilku tygodni, ku wielkiemu
+zdziwieniu domowników, nie sypia&#322; wcale. Chodzi&#322; po pustych
+komnatach, my&#347;la&#322;, czyta&#322;, czasami wychodzi&#322; na
+przechadzk&#281;, b&#322;&#261;ka&#322; si&#281; po polach, z rzadka bardzo
+poluj&#261;c do &#347;wita na kaczki - ulubio­nej tej swej rozrywce,
+oddaj&#261;c si&#281; teraz tylko odru­chowo, machinalnie, nawet z pewnem jakby
+zniech&#281;­ceniem.</p>
+
+<p>By sobie za&#347; te nudne bezsenne noce czemkol­wiek
+urozmaici&#263;, pan January wzi&#261;&#322; si&#281; do pisania w&#322;asnych
+pami&#281;tników, a sun&#261;c piórem po papierze i godzinami
+zape&#322;niaj&#261;c go swem drobnem pismem, nieraz potem, znu&#380;ony,
+zasypia&#322; przy biurku, i tak go nazajutrz nad ranem zastawa&#322; lokaj. W
+ci&#261;gu dnia za&#347; wyra&#378;nie nudzi&#322; si&#281; coraz bardziej;
+czasami od­wetowa&#322; sobie d&#322;ugie bia&#322;e noce ci&#281;&#380;kim
+snem po obiedzie; poza tem nie wyje&#380;d&#380;a&#322; nigdzie, ani do s&#261;­siadów,
+ani nawet do ko&#347;cio&#322;a, nikogo równie&#380; nie przyjmuj&#261;c.</p>
+
+<p>W pa&#322;acu wszyscy po cichu niepomiernie ubo­lewali nad
+panem, dziwi&#261;c si&#281; stanowi jego, kontrast bowiem dzisiejszego pana na
+Gowartowie by&#322; i&#347;cie ra&#380;&#261;cym. Poprzednio, weso&#322;y,
+u&#347;miechni&#281;ty, rze&#378;ki, nad wiek swój &#380;ywy, bior&#261;cy
+udzia&#322; we wszystkich sprawach wiejskich, interesuj&#261;cy si&#281;
+najdrobniejszym niemal szczegó&#322;em, obecnie zmieni&#322; si&#281;
+rzeczywi&#347;cie do niepoznania.</p>
+
+<p>Wróciwszy do Gowartowa, po kilku dniach po­pad&#322; pan
+January w trwaj&#261;cy dot&#261;d stan apatyi, zniech&#281;cenia i nudy, a
+powi&#281;kszaj&#261;cy si&#281; ci&#261;gle i coraz bardziej. Z
+ma&#322;&#380;e&#324;stwem Oli pogodzi&#322; si&#281;, bo zgodzi&#263; si&#281;
+na nie musia&#322;, rana jednak, zadana nie­opatrznie lekkomy&#347;ln&#261;
+r&#281;k&#261; córki, w ojcowskiem ser­cu, nie zagoi&#322;a si&#281;
+bynajmniej. Pan January zam­kn&#261;&#322; si&#281; w sobie i
+prze&#380;uwa&#322; cierpienie w&#322;asne, nie mog&#261;c o niem
+zapomnie&#263;.</p>
+
+<p>I czy&#380; nawet mo&#380;na by&#322;o dziwi&#263; si&#281;
+temu? Ka&#380;­dy k&#261;t, ka&#380;da &#347;cie&#380;ka i sprz&#281;t w
+pa&#322;acu nasuwa&#322;y biednemu ojcu na pami&#281;&#263; jedynaczk&#281;,
+martwota za&#347; i cisza komnat, oraz ich g&#322;ucha pustka przypomina&#322;y
+stale nieobecno&#347;&#263; jej bezpowrotn&#261;.</p>
+
+<p>Gdy Krasnostawski, zamieszka&#322;y w pobliskim folwarku,
+Tomaszówce, wpada&#322; tu czasem w interesach i sprawach maj&#261;tkowych, -
+o&#380;ywia&#322; nieco obecno&#347;ci&#261; sw&#261; te mury, teraz jednak, od
+czasu jego wyjazdu, dnie jeszcze bardziej d&#322;u&#380;y&#322;y si&#281; panu
+Januaremu. </p>
+
+<p>Na stole w jadalni gowartowskiego pa&#322;acu le­&#380;a&#322;o
+kilka ksi&#261;&#380;ek, obok w salonie i buduarze wi­dnia&#322;y porzucone
+pisma &#347;wie&#380;e - na biurku w gabinecie przyleg&#322;ym biela&#322;y
+roz&#322;o&#380;one arkusze, zape&#322;nionego pismem papieru. Pan January
+przed chwil&#261; przesta&#322; by&#322; czyta&#263;, oraz pisa&#263; teraz
+zamierza&#322;, a prze­chadzaj&#261;c si&#281; tymczasem poprzez szereg
+czterech le&#380;&#261;cych obok siebie, otwartych, poo&#347;wietlanych pokoi,
+my&#347;la&#322;.</p>
+
+<p>W ciszy u&#347;pionego ju&#380; od dawna domu wybi&#322;a
+godzina druga...</p>
+
+<p>Monotonny odg&#322;os zegara zbudzi&#322; Gowartowskiego z
+zadumy. Poruszy&#322; si&#281; szybciej, sam poga­si&#322; &#347;wiat&#322;a w
+czterech s&#261;siednich komnatach, poczem, westchn&#261;wszy cicho,
+przetar&#322; d&#322;oni&#261; czo&#322;o i usiad&#322; przy biurku przed
+roz&#322;o&#380;onemi &#263;wiartkami papieru. </p>
+
+<p>Nie wzi&#261;&#322; jednak pióra do r&#281;ki... My&#347;l
+leniwa odbiec na rozkaz nie chcia&#322;a, podpar&#322; wi&#281;c pan January
+d&#322;o&#324;mi g&#322;ow&#281; i zamy&#347;li&#322; si&#281; znowu.</p>
+
+<p>Woko&#322;o, z umilk&#322;em echem jego miarowych kroków,
+zapanowa&#322;a niezam&#261;cona niczem cisza, i trwale do&#347;&#263;
+d&#322;ugo, nie przerywana zgo&#322;a niczem.</p>
+
+<p>Wreszcie, zbudzony z swej zadumy, podniós&#322;
+g&#322;ow&#281; dziedzic Gowartowa, si&#281;gn&#261;&#322; po pióro i
+zacz&#261;&#322; pisa&#263; szybko. Jedne po drugich wype&#322;nia&#322;y
+si&#281; jego drobnem pismem arkusiki papieru, rozrzucone na biurku, zgrzyt
+za&#347; stalki w milczeniu g&#322;uchem dono&#347;nie rozbrzmiewa&#322; po
+pokoju. W ten sposób min&#281;&#322;a godzina, a mo&#380;e i wi&#281;cej...</p>
+
+<p>Przesta&#322; wreszcie pisa&#263; ojciec Oli,
+od&#322;o&#380;y&#322; pió­ro i schowawszy starannie papiery do szuflady biurka
+­- powsta&#322;.</p>
+
+<p>Wywo&#322;any zazwyczaj umys&#322;owem znu&#380;eniem, sen ­nie
+klei&#322; jednak dzisiaj powiek jego.</p>
+
+<p>Przeciwnie. Zmuszony przed chwil&#261; jeszcze, oderwawszy
+si&#281; od tera&#378;niejszo&#347;ci, zanurzy&#263; w
+przesz&#322;o&#347;&#263; w&#322;asnego &#380;ycia, któr&#261; opisywa&#322; -
+pan January orze&#378;wionym by&#322; jakby, a wyraz melancholyi smutnej
+znik&#322; z oblicza jego, oczy patrza&#322;y ja&#347;niej jako&#347;,
+zapatrzone, zda si&#281;, w odleg&#322;e dawne wspomnienia... </p>
+
+<p>I wyparte t&#261; chwil&#261; obecn&#261;, cierpienie
+pierzch&#322;o na chwil&#281;, ojciec Oli za&#347;, spragniony sna&#263;
+powietrza, otworzy&#322; okno, wychodz&#261;ce na ogród.</p>
+
+<p>Dotykaj&#261;c szyb, zaszele&#347;ci&#322;y cicho
+ga&#322;&#281;zie pn&#261;cego si&#281; wysoko po murze winogradu, i powiew
+balsamiczny, &#347;wie&#380;y, wp&#322;yn&#261;&#322; do pokoju.</p>
+
+<p>Pa&#322;ac gowartowski górowa&#322; nad okolic&#261;. Do
+stóp jego, poza parkiem i stawem, w pó&#322;kole, tuli&#322;a si&#281; wioska,
+a dalej widnia&#322;y uprawne pola, odcina&#322; si&#281; na widnokr&#281;gu
+sinawy pas lasów, w&#347;ród rozleg&#322;ych za&#347;, jak okiem
+si&#281;gn&#261;&#263;, p&#322;askich obszarów - majaczy&#322;o kilka dalekich
+sió&#322; i futorów...</p>
+
+<p>W chwili, gdy pan January stan&#261;&#322; w oknie gabinetu,
+z którego krajobraz ten ca&#322;y, jak na d&#322;oni, mo&#380;na by&#322;o
+obj&#261;&#263; okiem - nad otaczaj&#261;cemi Gowartów wko&#322;o równinami,
+pe&#322;nemi nieuj&#281;tego jakby smutku i niewys&#322;owionej dziwnej
+t&#281;sknoty - nad zadumanymi jarami, sennymi &#322;anami i bielej&#261;cymi
+szerokimi traktami - z wolna gas&#322;a w&#322;a&#347;nie jesienna noc,
+pogodna, a z nieba, stopniowo nikn&#261;c, pierzcha&#322;y ostatnie gwiazdy...
+Jeszcze tylko mg&#322;y przedporanne b&#322;&#261;ka&#322;y si&#281; tam i
+ówdzie, pó&#322;mrok za&#347; szarawy przed&#347;witu, walcz&#261;cy z cieniami
+nocy, coraz bardziej zwyci&#281;ski, hardy, panoszy&#322; si&#281; ju&#380;
+doko&#322;a.</p>
+
+<p>Gowartowski sta&#322; nieruchomo w oknie, a odczuwaj&#261;c
+g&#322;&#281;boko nieuj&#281;ty czar, p&#322;yn&#261;cy ku niemu senn&#261;
+fal&#261; z ziemi rodzinnej, jednocze&#347;nie uczuwa&#322; w duszy
+ch&#281;&#263; konieczn&#261; wyrwania si&#281;, cho&#263; na krótko z tych
+ciasnych ram pokoju.</p>
+
+<p>W tej samej chwili cisz&#281; drzemi&#261;c&#261;
+przerwa&#322; nagle pojedynczy d&#378;wi&#281;k, rytmiczny i daleki.
+Wplót&#322;szy si&#281; melodyjnym akordem w ogólne milczenie, szed&#322; coraz
+donio&#347;lejszy... bli&#380;szy...</p>
+
+<p>Przez perl&#261;ce si&#281; jeszcze nocn&#261; ros&#261;
+&#322;any zbo&#380;a i &#322;&#261;ki, zagony buraków i jary, lecia&#322;o
+monotonne echo dzwonka, &#380;a&#322;osne sob&#261; i jakby sm&#281;tne,
+b&#322;&#261;kaj&#261;c si&#281; po u&#347;pionych jeszcze obszarach,
+budz&#261;c drzemi&#261;ce ptactwo, leniwo i niech&#281;tnie zrywaj&#261;ce
+si&#281; gdzieniegdzie do lotu.</p>
+
+<p>- Telegram! Mo&#380;e do mnie, pójd&#281; i zobacz&#281;...
+mrukn&#261;&#322; do siebie pó&#322;g&#322;osem pan January, i odst&#261;piwszy
+od okna, si&#281;gn&#261;&#322; kapelusz.</p>
+
+<p>W tej samej chwili wzrok jego przesun&#261;&#322; si&#281;
+po &#347;cianie, na której wisia&#322;a strzelba i przybory my&#347;liwskie.
+Gowartowski spojrza&#322; mimo woli na swój ubiór.</p>
+
+<p>By&#322; w butach wysokich z cholewami, których dob&#281;
+ca&#322;&#261; nie zmieni&#322;, pe&#322;en apatyi.</p>
+
+<p>Po przelotnej chwilce wahania, pan January wzi&#261;&#322;
+strzelb&#281;, torb&#281;, naboje i wyszed&#322; przez balkon do ogrodu.
+Czu&#322; potrzeb&#281; ruchu, powietrza i postanowi&#322; zapolowa&#263; na
+dzikie kaczki. Drzemi&#261;ca &#380;y&#322;ka my&#347;liwska przebudzi&#322;a
+si&#281; w Gowartowskim, a odnalaz&#322;szy ulubie&#324;ca swego, legawca,
+&#347;pi&#261;cego w &#322;adnej budce, wyruszy&#322; przez park na pola.</p>
+
+<p>My&#347;l jego by&#322;a jakby wolniejsza, wzrok za&#347;
+uporczywie &#347;ciga&#322; krajobraz, niejako ws&#322;uchuj&#261;c si&#281; w
+bliski ju&#380; teraz zupe&#322;nie odg&#322;os dzwonka. Nadzieja zwodnicza
+podsun&#281;&#322;a mu bezpodstawne przypuszczenie, i&#380; mo&#380;e ten oto
+znajomy d&#378;wi&#281;k, zwiastuj&#261;cy tele­graficznego pos&#322;a&#324;ca,
+przyniesie mu jak&#261;&#347; dobr&#261;, a niespodzian&#261; od Oli
+wiadomo&#347;&#263;.</p>
+
+<p>Rzeczywisto&#347;&#263;, jak zwykle, rozwia&#322;a chwilowe
+z&#322;udzenie. Spokojnie i równomiernie, u rozstajnych dróg, przy krzy&#380;u
+drewnianym, przesun&#281;&#322;a si&#281; sen­nie, w jednego konia,
+dwuko&#322;owa bida, z siedz&#261;c&#261; na niej skulon&#261; postaci&#261;, i
+brz&#281;cz&#261;c dzwonkiem, zgin&#281;&#322;a w mg&#322;ach porannych.</p>
+
+<p>Dziedzic Gowartowa westchn&#261;&#322;, i min&#261;­wszy
+park oraz wiosk&#281;, boczn&#261; &#347;cie&#380;yn&#261; skierowa&#322;
+si&#281; ku polom. Poprzedzany kr&#281;c&#261;cym si&#281; weso­&#322;o,
+ca&#322;ym czarnym, z bia&#322;emi &#322;apami, legawcem, w pól godziny potem
+spuszcza&#322; si&#281; w jar g&#322;&#281;boki.</p>
+
+<p>Otulony cisz&#261; przed&#347;witu, drzema&#322; tu staw ob­szerny,
+ca&#322;y zaros&#322;y sitowiem - siedziba kaczek dzikich; ma&#322;y
+m&#322;ynek drewniany, cichutko szemrz&#261;c prze­lewaj&#261;c&#261; si&#281;
+wod&#261;, odpoczywa&#322;, przyparty do w&#261;zkiej grobelki; w jej
+pobli&#380;a male&#324;ka, garbata chatynka m&#322;ynarza dope&#322;nia&#322;a
+krajobrazu.</p>
+
+<p>Po raz pierwszy od bardzo dawna podda&#322; si&#281; pan
+January obecnej chwili tylko, zapomniawszy momentalnie o dr&#281;cz&#261;cem go
+cierpieniu. St&#261;paj&#261;c ostro&#380;nie i cicho po zroszonej trawie,
+szed&#322; wzd&#322;u&#380; stawu, nad jego brzegiem, rozgl&#261;daj&#261;c
+si&#281; bystro doko&#322;a. </p>
+
+<p>Milczenie i spokój panowa&#322;y niepodzielnie w tym zak&#261;tku.
+Czasem tylko za&#322;opota&#322;o co&#347; w sitowiach i zaraz zcich&#322;o;
+tu&#380; ponad senn&#261; tafl&#261; wód przelecia&#322; ­wolno ko&#322;o
+id&#261;cego my&#347;liwca jastrz&#261;b wodny, kulik, znikn&#261;wszy niebawem
+z oczu...</p>
+
+<p>I melancholijna szaro&#347;&#263;, jeszcze na wpó&#322;
+pogr&#261;­&#380;ona we &#347;nie, cicha, królowa&#322;a dalej znowu, skupiona
+w sobie, niezam&#261;cona niczem, chyba tylko szelestem kroków ludzkich i
+biegiem legawca.</p>
+
+<p>Nagle pan January przystan&#261;&#322;:</p>
+
+<p>- Wara! do nogi! - sykn&#261;&#322; cicho na psa. Legawiec,
+podniós&#322;szy lew&#261; &#322;ap&#281; i wyprostowaw­szy ogon
+spr&#281;&#380;y&#347;cie, znieruchomia&#322;.</p>
+
+<p>Na czyst&#261; tafl&#281; wód stawu, rzecz rzadka,
+wyp&#322;ywa&#322;y powa&#380;nie dwie kaczki dzikie i ko&#322;ysz&#261;c
+si&#281; niedostrzegalnie, zbli&#380;a&#322;y si&#281;, ufne, z wolna
+p&#322;yn&#261;c, na odleg&#322;o&#347;&#263; strza&#322;u. My&#347;liwiec
+odwiód&#322; kurka u strzelby, jak móg&#322; najciszej, i
+przy&#322;o&#380;y&#322; bro&#324; do ramienia.</p>
+
+<p>Przeczeka&#322; chwil&#281; jeszcze, i
+poci&#261;gn&#261;&#322; za cyngiel...</p>
+
+<p>Odbity w milczeniu dziesi&#281;ciokrotnem echem
+hukn&#261;&#322; w ciszy pierwszy strza&#322;!... Dosi&#261;g&#322; on
+jednocze&#347;nie obie kaczki, po&#322;o&#380;y&#322; je trupem, i zbudzi&#322;
+zarazem &#347;pi&#261;c&#261; w sitowiach zwierzyn&#281;.</p>
+
+<p>Zagotowa&#322;o si&#281; tam teraz wsz&#281;dzie;
+t&#322;umione szelesty rozleg&#322;y si&#281; na wsze strony; kurki wodne,
+kacz&#281;ta, kaczki nawo&#322;ywa&#322;y si&#281; wzajemnie, kilka z tych
+ostatnich poderwa&#322;o si&#281; nawet hen, w perspektywie, na drugim
+kra&#324;cu stawu... daleko. Jedna za&#347;, wy­nurzywszy sk&#261;d&#347;, z
+charakterystycznym po&#347;wistem skrzyde&#322;, przelecia&#322;a: wysoko
+prostopadle ponad g&#322;ow&#261; ­my&#347;liwego.</p>
+
+<p>Pos&#322;uszny legawiec jednocze&#347;nie przynosi&#322;
+panu w z&#281;bach zabit&#261; zwierzyn&#281;; Gowartowski, odebrawszy psu
+kaczki, zawiesi&#322; je u torby i poszed&#322; dalej. </p>
+
+<p>Powoli, stopniowo, rozja&#347;nia&#322;o si&#281;
+tymczasem.. Na wschodzie, gdzie&#347; w oddali, widnokr&#261;g
+zaró&#380;awia&#322; si&#281;, niedostrzegalnie, leciutko...</p>
+
+<p>Ojciec Oli Dzier&#380;ymirskiej, ze spuszczon&#261;
+g&#322;ow&#261;, post&#281;powa&#322; wci&#261;&#380; brzegiem stawu. Kilka
+kaczek po drodze jego zerwa&#322;o si&#281; trwo&#380;liwie, my&#347;liwiec
+jednak nie zadawa&#322; sobie trudu strzela&#263; do nich, bo oto znowu,
+wywo&#322;ane na pozór drobnostk&#261;, poch&#322;o­n&#281;&#322;y
+bezpodzielnie pana Januarego wspomnienia smutne.</p>
+
+<p>Rok temu, podobnie jak dzi&#347;, polowa&#322; on tutaj. </p>
+
+<p>Razem z Ol&#261; wyjechali o drugiej, noc&#261;, i przy­byli
+nad staw przy ksi&#281;&#380;ycu jeszcze. Tak samo cisza u&#347;pienia
+panowa&#322;a doko&#322;a, tak samo, jak przed chwi­l&#261;, na to&#324;
+czyst&#261;, l&#347;ni&#261;c&#261; si&#281; tylko w dogorywaj&#261;­cych,
+dr&#380;&#261;cych promieniach miesi&#261;ca - wyp&#322;yn&#281;&#322;a
+zwierzyna...</p>
+
+<p>Pami&#281;ta, jak dzi&#347;, ow&#261; chwil&#281;,
+rado&#347;&#263; córki z tej przeja&#380;d&#380;ki i jej ciekawo&#347;&#263;
+asystowania przy polowaniu. Stoi mu &#380;ywo przed oczyma twarzyczka jej
+zarumieniona, &#322;adniutka, wzruszona, ciekawie &#347;ledz&#261;ca wzrokiem
+kaczki, p&#322;yn&#261;ce po wodach... </p>
+
+<p>Pami&#281;ta doskonale, jak w ostatniej chwili, gdy ju&#380;
+cyngla d&#322;oni&#261; dotyka&#322;, szczebiot jej weso&#322;y
+sp&#322;oszy&#322; zwierzyn&#281;, i jak wówczas Ola tego sobie da­rowa&#263;
+nie mog&#322;a...</p>
+
+<p>Westchnienie ciche podnios&#322;o pier&#347; Gowartow­skiego,
+brwi zmarszczy&#322; i zatopi&#322; si&#281; w my&#347;lach niepomny
+zupe&#322;nie otoczenia swego.</p>
+
+<p>Tymczasem zwierzyna co chwila podrywa&#322;a si&#281; tam i
+ówdzie, przelatuj&#261;c blisko id&#261;cego machinalnie naprzód
+my&#347;liwego.</p>
+
+<p>Legawiec, kr&#281;c&#261;c ogonem, wierci&#322; si&#281; na
+wszy­stkie strony, skamla&#322; nie&#347;mia&#322;o, z cicha, goni&#322;
+uciekaj&#261;ce kaczki i powraca&#322;, podnosz&#261;c rozumny swój wzrok na
+zamy&#347;lonego pana, z wyrazem zdziwienia, i&#380; nie s&#322;yszy ju&#380;
+strza&#322;ów - wyra&#378;nie zgorszony post&#281;powaniem jego.</p>
+
+<p>Staw tymczasem ju&#380; si&#281; ko&#324;czy&#322;..</p>
+
+<p>W pobli&#380;u, nieco dalej, oddzielony od pierw­szego stawu
+pasmem b&#322;otnistych moczarów, widnia&#322; taki sam prawie drugi, mniejszy
+tylko i sitowiem zaro&#347;ni&#281;ty ca&#322;y.</p>
+
+<p>Znaj&#261;c sna&#263; dobrze drog&#281; ku niemu, pan
+January nie zatrzyma&#322; si&#281;, ­a tylko ci&#261;gle tak samo zadumany,
+ruszy&#322; w drog&#281; dalej, prosto przez bagno, stawiaj&#261;c powoli stopy
+na trz&#281;s&#261;cych si&#281; k&#281;pkach zielonych.</p>
+
+<p>Pod ci&#281;&#380;arem cia&#322;a id&#261;cego my&#347;liwca
+grunt ugina&#322; sie, ko&#322;ysa&#322; niedostrzegalnie, a pod ­nim
+chlupota&#322;a woda i porusza&#322; si&#281; kr&#261;g ca&#322;y wodnistej
+ziemi.</p>
+
+<p>Pan January nie zwraca&#322; jednak na to &#380;ad­nej
+uwagi; w my&#347;lach rozpami&#281;tywa&#322; co&#347; ci&#261;gle, w oczach za&#347;
+uporczywie majaczy&#322;a mu wywo&#322;ana przypomnieniem twarz i posta&#263;
+Oli, przes&#322;aniaj&#261;c syl­wetk&#261; sw&#261; wzrok jego zamglony.</p>
+
+<p>Roztargniony jakby, tu, gdzie si&#281; znajdowa&#322;,
+zgo&#322;a nieobecny, Gowartowski szed&#322; przez moczary, coraz dalej, a raz
+nawet noga niespodzianie obsun&#281;&#322;a mu si&#281; na ma&#322;ej
+k&#281;pce, i ma&#322;o, ma&#322;o, &#380;e nie stra­ci&#322; równowagi...</p>
+
+<p>Tymczasem poza nim, w dal roztwiera&#322;y si&#281; ni­by
+widnokr&#281;gu podwoje...</p>
+
+<p>Stopniowo, w&#261;skie pasmo skrytego jeszcze s&#322;o­necznego
+&#347;wiat&#322;a, ros&#322;o na niebiosach. Z pod bia­&#322;ych puchów
+pos&#322;ania i spuszczonych dyskretnie jakby gazowych u &#322;o&#380;a
+zas&#322;on - zarumieniona, wstydliwa wychyla&#263; si&#281; pocz&#281;&#322;a
+jutrzenka ró&#380;ana, przeci&#261;­gaj&#261;c si&#281; lubie&#380;nie jeszcze
+poza przejrzyst&#261; opon&#261; ob&#322;oków bladych...</p>
+
+<p>Ponad stawem lata&#322;y teraz ci&#261;gle kuliki; w dali na
+horyzoncie, z innego sna&#263; legowiska, wysoko na pogodnem niebie,
+ci&#261;gn&#281;&#322;o tutaj ca&#322;e stado dzikich kaczek - prostopadle pod
+niemi ogromny jastrz&#261;b kr&#261;&#380;y&#322; majestatycznie nad &#322;anem
+zbo&#380;a...</p>
+
+<p>Ostatnie wreszcie cienie przed&#347;witu pierzch&#322;y
+nagle... Pierwszy promie&#324; s&#322;o&#324;ca wyjrza&#322;
+nie&#347;mia&#322;o, b&#322;ysn&#261;&#322; po bia&#322;ych &#347;cianach
+chatynki i blaszanym dachu starego m&#322;yna, dotkn&#261;&#322; si&#281; tafli
+sta­wu, zamigota&#322; w m&#281;tnych b&#322;otach moczarów i mus­n&#261;&#322;
+pieszczotliwie odwrócon&#261; sylwet&#281; id&#261;cego m&#281;&#380;czyzny.</p>
+
+<p>Na b&#322;yszcz&#261;cej lufie prze&#322;o&#380;onej przez
+plecy strzel­by zapali&#322; si&#281; blaskiem. Min&#281;&#322;a chwila... i
+ju&#380; tryumfalnie zaja&#347;nia&#322; on, obj&#261;wszy p&#322;omieniem
+&#347;wiate&#322; li&#347;cie kilkunastu drzew, rosn&#261;cych w&#347;ród
+bagien. Po­sta&#263; krocz&#261;cego miarowo po moczarach cz&#322;owieka na
+zakr&#281;cie, czy te&#380; w drzew cieniu, znik&#322;a nagle w mgnieniu oka...</p>
+
+<p>Po chwili w dali rozleg&#322;o si&#281; tylko
+g&#322;o&#347;ne szcze­kanie psa.</p>
+
+<p>Umilk&#322;o...</p>
+
+<p>Nad ziemi&#261; w tej samej chwili wsta&#322; dzie&#324; no­wy,
+pe&#322;en nadziei, z rado&#347;ci&#261; na promienistem czole.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<center>---------</center>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Na platformie kawiarni, po&#322;o&#380;onej na szczycie góry
+"G&#369;tsch," wznosz&#261;cej swój cypel wynios&#322;y ponad
+wdzi&#281;cznie rozrzucon&#261; u jej stóp Lucern&#261;, roi&#322;o si&#281; od
+turystów, siedz&#261;cych przy stolikach.</p>
+
+<p>Szmery prowadzonych rozmów &#322;&#261;czy&#322;y si&#281; w
+akord wspólny z graj&#261;c&#261; sm&#281;tnie i cicho orkiestr&#261;, wzrok
+za&#347; wypoczywaj&#261;cych go&#347;ci pie&#347;ci&#322; widok cudny i
+wspania&#322;y na miasto, tul&#261;ce si&#281; zacisznie do brzegów jeziora,
+zapatrzone w jego ciemnoszafirowe g&#322;&#281;bie, w których lustrzanej toni
+milcz&#261;co przy­gl&#261;da&#322;y si&#281; równie&#380; zadumane
+wierzcho&#322;ki gór.</p>
+
+<p>Zamyka&#322;y one &#322;a&#324;cuchem swym ca&#322;y
+widnokr&#261;g naprzeciw miasta, po drugiej stronie jeziora, i ramowa&#322;y na
+prawo kr&#281;t&#261; szyj&#281; wód jego, p&#322;yn&#261;cych cicho w dal...</p>
+
+<p>Oz&#322;ociwszy purpur&#261; i z&#322;otem &#347;nie&#380;ne
+szczyty gi­n&#261;cych we mgle Alp, zamigotawszy krwawo na bia&#322;ych
+frontach nadbrze&#380;nych hoteli, spiczastych wie­&#380;ach
+"Hofkirche" i szybach pomniejszych domostw, w&#322;a&#347;nie przed
+chwil&#261; zgas&#322; ostatni promyk s&#322;o&#324;ca... </p>
+
+<p>Natomiast zmierzch szary ju&#380; obecnie wychyla&#322;
+si&#281; sk&#261;d&#347; nie&#347;mia&#322;o, &#347;lizga&#322; si&#281; po
+g&#322;adkiej tafli jeziora, przechadza&#322; po dwóch, krytych daszkiem,
+drewnianych mostach, staro&#380;ytnych i w&#261;skich, a omraczaj&#261;c
+sze&#347;ciok&#261;tny czubek, po&#322;o&#380;onej tu&#380; przy jednym z nich,
+oryginalnej wodnej wie&#380;ycy, swawolnie zda­wa&#322; si&#281; zatapia&#263;
+j&#261;, jedynaczk&#281;, stercz&#261;c&#261; zabawnie po&#347;ród wód szafiru.</p>
+
+<p>A tymczasem, pod wp&#322;ywem id&#261;cego wieczora,
+cich&#322;o jakby jeszcze bardziej wszystko doko&#322;a... Sen­ny spokój
+p&#322;yn&#261;&#263; si&#281; zdawa&#322; od Lucerny, która, cho&#263;
+przepe&#322;niona go&#347;&#263;mi z ca&#322;ego &#347;wiata, t&#281;tni&#263;
+poczynaj&#261;ca w&#322;a&#347;nie o tej porze muzyk&#261; i gwarem - obser­wowana
+jednak st&#261;d, z "G&#369;tsch" wierzcho&#322;ka, wyda­wa&#322;a
+si&#281; tak spokojn&#261; - tak cich&#261;, jakby nie by&#322;a zgo&#322;a
+punktem zbornym kosmopolitycznej towarzystw &#347;mietanki, ale tylko -
+oaz&#261; wytchnienia i swobody.</p>
+
+<p>W jednym z najlepszych punktów obserwacyjnych kawiarnianej
+platformy, przy stoliku, siedzia&#322;o pi&#281;&#263; osób.</p>
+
+<p>Towarzystwo to sk&#322;adali: starsza wiekiem osoba, Polka,
+z córk&#261; i powa&#380;nym jegomo&#347;ciem, ojcem zapewne rodziny -
+m&#322;ody, &#380;wawy, przystojny Francuz i Dzier&#380;ymirscy.</p>
+
+<p>O&#380;ywiona, niemilkn&#261;ca rozmowa, podtrzymy­wana
+g&#322;ównie przez Ol&#281; i m&#322;odego Francuza, panowa&#322;a przy tym,
+odosobnionym od innych, stoliku. Stary jegomo&#347;&#263; &#347;mia&#322;
+si&#281; co chwila serdecznie i jowialnie z dowcipów m&#322;odzie&#324;ca,
+panienka równie&#380;  rozmawia&#322;a
+weso&#322;o i jeden tylko Dzier&#380;ymirski stanowi&#322; w tym akordzie
+dobranym kontrast a&#380; nadto wyra&#378;ny, zachowanie si&#281; za&#347; jego
+milcz&#261;ce i bierny, li tylko konieczny, udzia&#322; w rozmowie,
+&#347;wiadczy&#322;y dobitnie, &#380;e to wszystko nudzi go nad wyraz.</p>
+
+<p>Oczy Dzier&#380;ymirskiego, pe&#322;ne zamy&#347;lenia, pra­wie
+bezustannie spoczywa&#322;y na krajobrazie u podnó­&#380;a góry, z rzadka
+przenosz&#261;c si&#281;, oboj&#281;tne, na towa­rzystwo. Wzrok jego wtedy
+zatrzymywa&#322; si&#281; g&#322;ównie na Oli. Zaduma sm&#281;tna, od otoczenia
+daleka, znika&#322;a wówczas na chwil&#281; z jego oblicza, &#378;renice
+za&#347; czarne Romana, ciemniejszemi stawa&#322;y si&#281;, badawcze... Nader
+korzystnie za&#347; dnia tego wygl&#261;da&#322;a pani Ola. Ubrana w
+zgrabn&#261; sukni&#281;, z jasnej materyi, czyni&#322;a wra&#380;enie wytworne
+i eleganckie; obna&#380;one za&#347; do&#347;&#263; g&#322;&#281;boko, z okazyi
+niby gor&#261;ca, pier&#347;, szyja i ramio­na, przykryte tylko
+a&#380;urow&#261; koronk&#261;, stanowi&#261;c&#261; ca&#322;o&#347;&#263; z
+sukni&#261; - podnosi&#322;y jeszcze wdzi&#281;k jej posta­ci. Siedz&#261;c
+obok m&#322;odego Francuza, rozmawiali z nim przewa&#380;nie, &#347;miej&#261;c
+si&#281;, dowcipkuj&#261;c, i bezwiednie zapewne tylko, rzucaj&#261;c mu od
+czasu do czasu rozba­wione, zalotne jakby spojrzenia.</p>
+
+<p>Trwa&#322;o tak dosy&#263; d&#322;ugo. Po niejakim czasie
+jednak Ola zauwa&#380;y&#322;a sna&#263; dziwne troch&#281; zachowa­nie
+si&#281; m&#281;&#380;a, bo, skorzystawszy z ogólnego powsta­nia, spowodowanego
+czyj&#261;&#347; uwag&#261; o krajobrazie, zbli&#380;y&#322;a si&#281; do
+Dzier&#380;ymirskiego, i przytuliwszy si&#281;, otar&#322;szy, jak koci&#281;,
+sw&#261; rozkwit&#322;&#261; kibici&#261; o niego, mi&#281;kko i czule
+zapyta&#322;a:</p>
+
+<p>- Co&#347; taki smutny, Romciu, co ci?</p>
+
+<p>-Nic, kochanie! - odpar&#322; krótko Dzier&#380;ymir­ski i
+dorzuci&#322; po chwili:</p>
+
+<p>- Ale, a propos, ja ci&#281; tu zostawi&#281;, bo sam
+wpa&#347;&#263; jeszcze musz&#281; na poczt&#281;, tam, na dole...</p>
+
+<p>- Koniecznie chcesz tam i&#347;&#263;? To mo&#380;e
+jed&#378;­my ju&#380; razem?..</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski odczu&#322; niech&#281;&#263; lekk&#261;
+w g&#322;osie &#380;ony; cie&#324; ledwie dostrzegalnego niezadowolenia,
+przemkn&#261;&#322; mu po twarzy, odezwa&#322; si&#281; jednak szybko: </p>
+
+<p>- Nie, nie, zosta&#324;, ma chčre, prosz&#281; ci&#281;...
+Spot­kamy si&#281; pó&#378;niej w alei nadbrze&#380;nej, b&#281;d&#281;
+czeka&#322; na ciebie... au revoir...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski &#347;cisn&#261;&#322; zlekka
+r&#261;czk&#281; &#380;ony i zr&#281;cz­nie wycofa&#322; si&#281; z platformy,
+zd&#261;&#380;aj&#261;c po schodkach na dó&#322;, do stacyi kolejki
+z&#281;batej, zwanej "funiculai­re," a &#322;&#261;cz&#261;cej w
+pi&#281;ciu minutach czasu gór&#281; z mia­stem.</p>
+
+<p>Zaj&#281;te lornetowaniem krajobrazu - którego wdzi&#281;k
+teraz dopiero, po chwilowem wyczerpaniu tematu rozmowy, zdo&#322;a&#322;
+przemówi&#263; do ich poczucia pi&#281;kna. Towarzystwo nie zauwa&#380;y&#322;o
+nawet odej&#347;cia Romana. Ten ostatni spuszcza&#322; si&#281; powoli po schodkach
+i zasiad&#322; niebawem w wagoniku kolejki, wkrótce ru­szy&#263; maj&#261;cej
+do Lucerny.</p>
+
+<p>- A to mnie znudzili - mrukn&#261;&#322; - zakazane to­warzystwo...</p>
+
+<p>W tej samej chwili rozleg&#322; si&#281; sygna&#322; odjazdo­wy,
+wagoniki poruszy&#322;y si&#281; z chrz&#281;stem, i hamowa­ne, powoli w
+dó&#322; spuszcza&#263; si&#281; zacz&#281;&#322;y.</p>
+
+<p>Roman obejrza&#322; si&#281;; w wagonie, dziwnym zbie­giem
+okoliczno&#347;ci, znajdowa&#322; si&#281; zupe&#322;nie sam. </p>
+
+<p>Wygodnie wyci&#261;gn&#261;&#322; nogi, rozpar&#322;
+si&#281; i patrzy&#322; w dó&#322;.</p>
+
+<p>Przed nim czernia&#322;a stromo id&#261;ca para szyn kolei,
+z po&#322;o&#380;onym po&#347;rodku trzecim, dziurkowatym relsem; w dole,
+otulone mrokiem, drzema&#322;o jezioro­ - wierzcho&#322;ki gór stopi&#322;y
+si&#281; w zmierzchu, zla&#322;y jakby z chmurami niebios, w ciemno&#347;ciach
+za&#347;, coraz to wi&#281;kszych, wyst&#281;powa&#322;y teraz szaro domy
+miasta, w których, jak ogniki b&#322;&#281;dne, zapala&#322;y si&#281; co chwi­la
+tu i tam &#347;wiate&#322;ka.</p>
+
+<p>Roman nagle przymkn&#261;&#322; oczy.</p>
+
+<p>Bo oto jemu - wpatrzonemu ci&#261;gle w dó&#322;, w stro­m&#261;
+pochy&#322;o&#347;&#263; i powietrzn&#261; pró&#380;ni&#281;,
+dziel&#261;c&#261; jeszcze kolejk&#281; od jeziora i, miasta -
+zakr&#281;ci&#322;o si&#281; w g&#322;owie, w wirze za&#347; tym
+wy&#322;oni&#322;a nagle si&#281; jedyna szalona my&#347;l, spowodowana
+jakim&#347; jednoczesnym, nic nie znacz&#261;cym wagonów ha&#322;asem.
+Mianowicie zda&#322;o mu si&#281; po prostu, &#380;e oberwany poci&#261;g leci
+w dó&#322;, coraz szybciej, i... &#380;e ju&#380;... ju&#380; oto w katastrofie,
+chaosie impetycz­nym - dotknie si&#281; on niebawem szklistej toni wód...</p>
+
+<p>Po krótkiej atoli chwilce Dzier&#380;ymirski otwo­rzy&#322;
+oczy i roze&#347;mia&#322; si&#281; g&#322;o&#347;no.</p>
+
+<p>Nic woko&#322;o nie zmieni&#322;o poprzedniego wygl&#261;du.
+Wolno i ostro&#380;nie stacza&#322;a si&#281; kolejka dalej, jezioro by&#322;e
+ju&#380; tylko znacznie bli&#380;ej, u brzegu jego mruga&#322;a, iskrz&#261;ca si&#281;
+dziesi&#261;tkami &#347;wiate&#322;ek, Lucerna; wagony, brz&#281;cz&#261;c,
+spuszcza&#322;y si&#281; ci&#261;gle, zawieszone nad miastem.</p>
+
+<p>Roman wzruszy&#322; ramionami.</p>
+
+<p>- Co mi dzi&#347; jest! sarn nie wiem! - mrukn&#261;&#322;. </p>
+
+<p>W istocie by&#322; nie swój od samego rana. W sil­nej mierze
+niew&#261;tpliwie przyczyni&#322;o si&#281; do tego post&#281;powanie
+&#380;ony.</p>
+
+<p>Zapoznawszy si&#281; sama z kilkoma osobami, o na­tr&#281;tnej
+manji zaznajamiania si&#281;, zanudza&#322;a go od kil­ku dni pobytu w Lucernie
+ich obecno&#347;ci&#261; bezustan­n&#261;, bawi&#261;c si&#281; wszak&#380;e
+sama znakomicie. I to w&#322;a­&#347;nie ostatnie najbardziej irytowa&#322;o
+Romana. Tak unika&#322; dot&#261;d ludzi, tak ucieka&#322; od nich, by by&#263;
+sa­mym tylko z Ol&#261;, by bez zam&#261;cenia niczem pi&#263; szcz&#281;­&#347;cie
+chwili i t&#261; mi&#322;o&#347;ci&#261; w sobie wszystko zag&#322;u­szy&#263;!..</p>
+
+<p>Omin&#261;&#322; wszak nawet dobrowolnie Medyolan, ro­dzinne
+miasto swej matki, gdzie pochowan&#261; by&#322;a na miejscowem "Cimitero
+Monumentale," gdzie poza tem posiada&#322; jeszcze krewnych nieboszczki -
+uczyniwszy to w jedynym celu unikni&#281;cia musu obcowania z lud&#378;mi,
+innymi, prócz niej, Oli...</p>
+
+<p>A tu tymczasem ona sama wyszukiwa&#322;a sobie jakie&#347;
+zakazane figury!..</p>
+
+<p>Roman przy tej ostatniej my&#347;li, wyrzuciwszy z ust
+dogasaj&#261;cego papierosa, &#380;achn&#261;&#322; si&#281; niecierpliwie.</p>
+
+<p>Bo na przyk&#322;ad ten Francuz, czy&#380; nie wzbudza&#322;
+w nim s&#322;usznego gniewu? M&#322;odzik niezno&#347;ny, z bezmy&#347;lnym,
+banalnym wiecznie na ustach u&#347;miechem, z którego jednak Ola bezustannie
+tak szczerze si&#281; &#347;mia&#322;a...</p>
+
+<p>- Albo ta jej tualeta dzisiejsza, - mówi&#322; sobie dalej
+Roman, - w Wenecyi przecie&#380; by&#322;o daleko gor&#281;cej, nie
+ubiera&#322;a ona jednak gorsu swego tak przej­rzy&#347;cie, a tu ch&#322;ód w
+porównaniu...</p>
+
+<p>- Dla tego os&#322;a z Pary&#380;a niew&#261;tpliwie, by
+móg&#322; cynicznie i lubie&#380;nie napawa&#263; si&#281; kszta&#322;tem i
+cia&#322;em jej kibici! - pó&#322;g&#322;osem dopowiedzia&#322;
+podra&#380;niony Dzier&#380;ymirski.</p>
+
+<p>- &#379;e te&#380; te kobiety bez wabienia
+m&#281;&#380;czyzny po prostu &#380;y&#263; nie mog&#261;!.. - wyrwa&#322;o mu,
+si&#281; jeszcze. </p>
+
+<p>Spostrze&#380;enie powy&#380;sze, a tycz&#261;ce si&#281; w
+danym wypadku w&#322;asnej &#380;ony, gniewa&#322;o go niepomier­nie.. Od
+pewnego czasu bowiem, obserwuj&#261;c Ol&#281;, dostrzeg&#322; cech&#281; w
+charakterze jej, nieznan&#261; mu dot&#261;d: ch&#281;&#263; zalotn&#261;
+przypodobania si&#281; innemu m&#281;&#380;czy&#378;­nie - nie jemu...
+J&#261;trzy&#322;o go to bardzo, cho&#263; pra­gn&#261;&#322; pozornie
+traktowa&#263; fakt ów lekko.</p>
+
+<p>Wagoniki stan&#281;&#322;y w&#322;a&#347;nie. Roman
+wyskoczy&#322; szybko i skierowa&#322; si&#281; ku gmachowi poczty,
+po&#322;o&#380;onemu ko&#322;o g&#322;ównego mostu, tu&#380; przy dworcu
+kolejowym. Przed paru dniami wys&#322;a&#322; list do kraju, do jednego ze
+swych dobrych znajomych. Powiada­mia&#322; go o swoim &#347;lubie i zarazem
+prosi&#322; usilnie o na­pisanie mu, co w rodzinnem mie&#347;cie mówi&#261; o
+jego ma&#322;&#380;e&#324;stwie i co porabia January Gowartowski.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski najbardziej by&#322; ciekawym tej
+ostatniej wiadomo&#347;ci, ze wzgl&#281;du na Ol&#281; i smutek, od niedawna,
+stopniowo &#380;&#322;obi&#261;cy, coraz cz&#281;&#347;ciej jej twa­rzyczk&#281;.</p>
+
+<p>Poda&#322; adres: "Poste-restante, Lucerna," teraz
+zatem, wyskoczywszy ra&#378;no z wagonu kolejki, w kil­ka sekund znalaz&#322;
+si&#281; ju&#380; przy w&#322;a&#347;ciwem okienku, w obszernej sali gmachu
+szwajcarskiej poczty. &#346;piesznie powiedzia&#322; urz&#281;dnikowi swe
+imi&#281; i na­zwisko.</p>
+
+<p>Grymas pocieszny wykrzywi&#322; twarz tego osta­tniego, i
+wykrztusi&#322; z trudno&#347;ci&#261;:</p>
+
+<p>- Dziez-Dzier... Cornment? Čcrivez, monsieur, sil vous
+plait! - poda&#322; kartk&#281; Dzier&#380;ymirskiemu. </p>
+
+<p>Roman pos&#322;usznie napisa&#322; swe nazwisko. </p>
+
+<p>Urz&#281;dnik wzi&#261;&#322; papier do r&#281;ki,
+skrzywi&#322; si&#281; raz jeszcze, poczem wzruszy&#322; wymownie ramionami, a
+po chwili dopiero poda&#322; cudzoziemcowi list.</p>
+
+<p>Roman chwyci&#322; go &#347;piesznie i wybieg&#322; na
+ulic&#281;.</p>
+
+<p>Przy &#347;wietle latarni rozerwa&#322; kopert&#281; i
+czyta&#263; pocz&#261;&#322; zape&#322;nion&#261; bitem pismem
+&#263;wiartk&#281;. Twarz je­go wyra&#380;a&#322;a niepokój i zaciekawienie
+widoczne, które po chwili dopiero ust&#261;pi&#322;y wra&#380;eniom, otrzymanym
+bezpo&#347;rednio z lektury pisma.</p>
+
+<p>List ten, donosz&#261;cy o towarzyskiem &#380;yciu w ro­dzinnem
+mie&#347;cie, o ostatniem przyj&#281;ciu u marsza&#322;kowe­j, i
+pog&#322;oskach o stanie Gowartowskiego, nic w sobie ­zatrwa&#380;aj&#261;cego
+nie mia&#322;.</p>
+
+<p>"Znam pana Krasnostawskiego, plenipotenta go­wartowskiego;
+je&#347;li chcesz koniecznie mie&#263; dok&#322;adne wiadomo&#347;ci o
+wszystkiem, tycz&#261;cem si&#281; Gowartowa, napisz mi i podaj adres, a
+donios&#281; ci szczegó&#322;owo­.." opiewa&#322; koniec listu szkolnego
+kolegi Romana, w postscriptum...</p>
+
+<p>Uspokojony, Dzier&#380;ymirski z&#322;o&#380;y&#322; list i
+schowa&#322; go do kieszeni; pod wp&#322;ywem jednak ostatnich s&#322;ów pisma,
+zawróci&#322;, przest&#261;pi&#322; raz jeszcze próg gmachu poczty, i kupiwszy
+pocztówk&#281; z widokiem, napi­sa&#322; szybko, odr&#281;cznie, przyjacielowi
+swemu kilka s&#322;ów szczerego podzi&#281;kowania, z pro&#347;b&#261; o dalsze
+wiado­mo&#347;ci, podawszy adres "Vevey", dok&#261;d zamierza&#322; z
+Ol&#261; uda&#263; si&#281; nazajutrz. Poczem wyszed&#322; &#347;piesznie i
+wrzu­ciwszy kart&#281;, skierowa&#322; si&#281; przez szeroki most ku
+nadbrze&#380;nej, ocienionej drzewami, szerokiej alei, spacerowemu miejscu
+Lucerny, pe&#322;nemu w obecnej chwili publiczno&#347;ci,
+rozbrzmiewaj&#261;cemu muzyk&#261;, weso&#322;o&#347;ci&#261; i gwarem. </p>
+
+<p>Min&#261;wszy most, Roman wkrótce znalaz&#322; si&#281; w
+cieniu drzew i uszed&#322;szy par&#281;set kroków, siad&#322; na samotnej
+&#322;aweczce, kapelusz zdj&#261;&#322; i po&#322;o&#380;y&#322; obok siebie.</p>
+
+<p>Wpó&#322;obróciwszy si&#281; jednocze&#347;nie, ujrza&#322;
+stra­gan z owocami. Poczu&#322; nagle pragnienie, i skin&#261;&#322;, kazawszy
+sobie przynie&#347;&#263; par&#281; gruszek i brzoskwi&#324;.</p>
+
+<p>Gdy us&#322;u&#380;ny szwajcar podawa&#322; mu je, z ugrze­cznieniem,
+Dzier&#380;ymirski si&#281;gn&#261;&#322; do kieszeni, a wy­j&#281;ta ruchem
+szybkim sakiewka jego roztworzy&#322;a si&#281;, i zawarto&#347;&#263; jej
+ca&#322;a wysypa&#322;a si&#281; szeroko i z brz&#281;kiem na ziemi&#281;.</p>
+
+<p>Roman, widz&#261;c to, machinalnie schyla&#322; si&#281;
+ju&#380;, by zebra&#263; le&#380;&#261;ce na &#380;wirze alei kilkaset
+mo&#380;e franków, w z&#322;ocie i srebrze, gdy oto jaka&#347; refleksja
+nag&#322;a powstrzyma&#322;a go w pó&#322; ruchu. Wyprostowa&#322; si&#281;.</p>
+
+<p>Rzuciwszy za&#347; oczekuj&#261;cemu na zap&#322;at&#281;
+przeku­pniowi po francusku, niedbale: "Ramassez Ça.! - od­wróci&#322;
+si&#281; oboj&#281;tnie na pozór w drug&#261; stron&#281;, i utkwi&#322; wzrok
+w jezioro.</p>
+
+<p>Po chwili, w pó&#322;obrocie g&#322;owy, z pod oka,
+spojrzawszy raz jeszcze na zoran&#261; bruzdami, opalo­n&#261; twarz szwajcara,
+zbieraj&#261;cego ju&#380; rozsypany pie­ni&#261;dz - zamy&#347;li&#322;
+si&#281;...</p>
+
+<p>O, jak&#380;e on pragn&#261;&#322; w tej chwili, by z gar­&#347;ci
+tych oto pieni&#281;dzy, które mu wr&#281;czonemi b&#281;d&#261; za par&#281;
+minut , zabrak&#322;o pi&#281;ciofrankówki cho&#263; jednej!...</p>
+
+<p>Podarowa&#322;by on j&#261; &#347;mia&#322;kowi temu, a
+biedako­wi zapewne, z pewno&#347;ci&#261;!... Bo czy&#380;?... Czy&#380;
+godzi&#322;oby si&#281; "jemu" rzuca&#263; na niego kamieniem?...</p>
+
+<p>Roman, wpatrzony bezustannie w zadumie przed siebie,
+gor&#261;czkowo, niecierpliwie oczekiwa&#322; rezultatu swej próby.</p>
+
+<p>- We&#378;mie, z pewno&#347;ci&#261; we&#378;mie! -
+mówi&#322; so­bie równocze&#347;nie w duszy i g&#322;os jaki&#347; cyniczny,
+drwi&#261;­ co wo&#322;a&#322; w nim szyderski.</p>
+
+<p>- "Uczciwo&#347;&#263; ludzka!... ha... ha... ha!..
+Frazesy, ­frazesy!.. malowana, wzorzysta zewn&#281;trznie kraszanka,
+wewn&#261;trz za&#347; skrycie cuchn&#261;ca!..."</p>
+
+<p>Przed Dzier&#380;ymirskim roztacza&#322; si&#281; tymczasem
+krajobraz wdzi&#281;czny nad wyraz. W dr&#380;&#261;cych wi&#281;c oto
+g&#322;&#281;biach jeziora, na prawo, przegl&#261;da&#322;o si&#281;
+tysi&#261;cem &#347;wiate&#322;ek miasto... p&#322;yn&#261;ce wody, o kilka
+kroków od alei, skr&#281;ca&#322;y w bok, tocz&#261;c swe ciemne fale, jak rozpi&#281;ta
+nad niemi wrze&#347;niowa noc cicha, hen! dale­ko, ku górom; po powierzchni jeziora
+b&#322;&#261;ka&#322;y si&#281; &#322;ód­ki i ma&#322;e stateczki, przy
+ka&#380;dym za&#347; b&#322;yszcza&#322;a czer­wona, du&#380;a,
+okr&#261;g&#322;a latarka, krwawym &#347;ladem, &#347;cie­&#380;yn&#261;
+purpury znacz&#261;c g&#322;&#281;boko swe przej&#347;cie w prze­zroczej toni.</p>
+
+<p>I ogniki owe, &#322;&#261;cznie ze swem odbiciem, dr&#380;a­&#322;y
+tak bezustannie po jeziorze, sun&#281;&#322;y z wolna, zmienia&#322;y miejsce -
+wreszcie mala&#322;y, uto&#380;samiaj&#261;c si&#281; jakby w dali
+lataj&#261;cym gdzie&#347; &#347;wi&#281;toja&#324;skim robacz­kom...</p>
+
+<p>Na lewo za&#347;, tu&#380; przy brzegu, u przystani statków
+parowych, inne znów ognie dotrzymywa&#322;y tamtym towarzystwa. Ku uciesze
+zapewne spaceruj&#261;cych go&#347;ci puszczano tam fajerwerki;
+kr&#281;ci&#322;y si&#281; zatem m&#322;y&#324;ce, p&#281;ka&#322;y rzymskie
+&#347;wiece, strzela&#322;y wysoko barwne rakiety - spada&#322;y snopami
+iskier, gin&#281;&#322;y w ciemnych falach jeziora.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski, wpatrzony pocz&#261;tkowo
+bezmy&#347;lnie, pocz&#261;&#322; si&#281; teraz w&#322;a&#347;nie
+przygl&#261;da&#263; uwa&#380;niej, uj&#281;ty wdzi&#281;kiem widoku, gdy nagle
+pos&#322;ysza&#322; g&#322;o&#347;no wy­rzeczone ko&#322;o siebie s&#322;owa:</p>
+
+<p>- S'il vous
+plait, monsieur!</p>
+
+<p>Roman odwróci&#322; si&#281; szybko. Szwajcar, pozbieraw­szy
+pieni&#261;dze, oddawa&#322; mu sakiewk&#281;.</p>
+
+<p>- To dobrze, macie za owoce i fatyg&#281;! - po­&#347;piesznie
+odpar&#322; Dzier&#380;ymirski i wr&#281;czy&#322; przekupnio­wi dwa franki, w
+srebrze.</p>
+
+<p>- Merci, monsieur! - akcentuj&#261;c przeci&#261;gle
+ostatni&#261; sylab&#281; u wyrazu: pan, odpar&#322; zadowolony Szwajcar,
+sk&#322;oni&#322; si&#281;, bez uni&#380;ono&#347;ci jednak, i od­szed&#322;.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski wsta&#322; i skierowa&#322; si&#281; ku
+innej, odleglejszej, skrytej cieniem drzew, a pustej równie&#380; &#322;awce.
+Wychodz&#261;c z domu, dziwnym trafem okoliczno&#347;ci, przerachowa&#322;
+w&#322;a&#347;nie pieni&#261;dze i wiedzia&#322; co do grosza, ile ich
+znajdowa&#322;o si&#281; w portmonetce. Od­tr&#261;ciwszy w my&#347;li wydanych
+kilkana&#347;cie franków, po­cz&#261;&#322; gor&#261;czkowo liczy&#263;
+z&#322;oto i srebro.</p>
+
+<p>Nie brakowa&#322;o ani jednego centa.</p>
+
+<p>Widoczne rozczarowanie odbi&#322;o si&#281; na twarzy
+Dzier&#380;ymirskiego. Pochyli&#322; si&#281; na siedzeniu, opar&#322;
+&#322;okcie na kolanach i ukry&#322; twarz w d&#322;onie.</p>
+
+<p>- Wi&#281;c ludzi uczciwych na &#347;wiecie nie brak...
+Uczciwym by&#263; potrafi nawet cz&#322;ek prosty, wi&#281;c tylko ty... ty!..
+- hucza&#322;o mu bezlito&#347;nie w g&#322;owie, i rumie­niec wstydu
+pali&#322; policzki.</p>
+
+<p>Nie mog&#261;c usiedzie&#263;, Roman zerwa&#322; si&#281; po
+chwili z &#322;awki i skierowa&#322; przed siebie nadbrze&#380;n&#261;
+alej&#261;.</p>
+
+<p>Min&#261;&#322; niebawem jeden z pierwszorz&#281;dnych
+hoteli, ­przed którym co wieczór stale grywa&#322;a orkie­stra, dotar&#322;
+a&#380; do po&#322;o&#380;onego na ko&#324;cu "quai" - kursalu, -
+zawróci&#322;, wci&#261;&#380; opanowany jedn&#261; i t&#261; sam&#261;
+my&#347;l&#261;.</p>
+
+<p>W oko&#322;o niego roi&#322;o si&#281; teraz od eleganckiej,
+wytwornej publiczno&#347;ci; pi&#281;kne kobiety, ubrane bogato i gustownie,
+wymuskani panowie przechadzali z wolna przed olbrzymim i urz&#261;dzonym z
+wielkim komfortem hotelem "National", towarzyskie kó&#322;ka sie­dzia&#322;y
+grupami na bambusowych fotelach - bawiono si&#281; weso&#322;o; wykwintnych
+go&#347;ci pe&#322;no by&#322;o rów­nie&#380; i wewn&#261;trz hotelu, we
+wspania&#322;ych salach na dole; przez otwarte na &#347;cie&#380;aj okna
+dochodzi&#322;y d&#378;wi&#281;ki walca - ta&#324;czono.</p>
+
+<p>Kosmopolityczny pró&#380;niaczy high-life, zjechaw­szy
+si&#281; tutaj, u&#380;ywa&#322; do woli wywczasu i przyjemno­&#347;ci,
+staraj&#261;c si&#281; zarazem opró&#380;ni&#263; kieszenie z niepotrzebnego
+z&#322;ota, oraz zabi&#263; czas mi&#322;o i po&#322;kn&#261;&#263;
+trawi&#261;c&#261; nud&#281;.</p>
+
+<p>- A mo&#380;e mi&#281;dzy nimi znajduje si&#281; on
+"w&#322;a&#347;ci­ciel", "on", wówczas, przed laty, przez
+ciebie, kto wie, czy nie skrzywdzony - dra&#380;ni&#261;c Romana uporczy­wie,
+my&#347;l dziwaczna m&#281;czy&#263; go nagle pocz&#281;&#322;a.
+Wstrz&#261;sn&#261;&#322; si&#281; i skrzywi&#322; bole&#347;nie... </p>
+
+<p>W tej samej chwili jednak, do uszu jego dolecia&#322;
+&#347;wie&#380;y, j&#281;drny g&#322;os kobiecy.</p>
+
+<p>Pie&#347;&#324; w&#322;oska, nami&#281;tna, jak krew i
+mi&#322;o&#347;&#263; dzie­ci po&#322;udnia, dr&#380;&#261;ca uczuciem,
+pomkn&#281;&#322;a po dr&#380;&#261;cej fali jeziora, ponad g&#322;owy prze­chadzaj&#261;cych
+si&#281; go&#347;ci, odbi&#322;a si&#281; o echo gór... </p>
+
+<p>Kto&#347; z p&#322;ci nadobnej &#347;piewa&#322;
+artystycznie i pi&#281;­knie w jednej z sal "National'u";
+Dzier&#380;ymirski podszed&#322; bli&#380;ej i s&#322;ucha&#263;
+pocz&#261;&#322;, zniewolony pi&#281;kno&#347;ci&#261; g&#322;osu.</p>
+
+<p>I powoli, rozp&#281;dzona czarem pie&#347;ni, w jego du­szy
+równocze&#347;nie uspakaja&#322;a si&#281; burza.</p>
+
+<p>Gdy &#347;piew usta&#322;, Roman ju&#380; my&#347;l&#261;
+by&#322; gdzie ­indziej; jak wp&#322;yw zewn&#281;trzny &#380;ycia przed
+chwil&#261; poruszy&#322; by&#322; dotkliwie struny duszy jego - tak samo,
+u&#322;agodziwszy je teraz, przeniós&#322; naraz my&#347;l Romana do chwili
+obecnej.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski przypomnia&#322; sobie &#380;on&#281;,
+spojrza&#322; na zegarek i skierowa&#322; si&#281; drog&#261; powrotn&#261; do
+mostu; zaniepokojony raptem, &#380;e dot&#261;d nie ma jeszcze Oli. Id&#261;c
+za&#347;, przesuwa&#322; wzrok uwa&#380;ny po twarzach przechodniów.</p>
+
+<p>Nagle brwi zmarszczy&#322;. Bo oto o kroków kil­kana&#347;cie
+przed sob&#261; ujrza&#322; Ol&#281;, ale sam&#261; i w towarzystwie tylko
+m&#322;odego Francuza, w ciemnej narzutce na ramionach, sna&#263; nie swojej,
+gdy&#380; &#380;adnej podob­nej ze sob&#261; nie mia&#322;a.</p>
+
+<p>Roman u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; ironicznie:</p>
+
+<p>- Zmarz&#322;a, biedaczka! - mrukn&#261;&#322; z zadowole­niem.
+- Przy&#347;pieszy&#322; kroku, a znalaz&#322;szy si&#281; tu&#380; przy
+id&#261;cej parze, pochylonej z lekka ku sobie, szyderczo odezwa&#322; si&#281;
+po francusku:</p>
+
+<p>- A, powita&#263; !. . Có&#380; to, Ola w po&#380;yczanych
+szatach?...</p>
+
+<p>Urwawszy w pó&#322; zdania rozmow&#281;, id&#261;cy
+podnie&#347;li jednocze&#347;nie ­g&#322;owy, Ola za&#347; zarumieni&#322;a
+si&#281; nieco i odpar&#322;a:</p>
+
+<p>- A tak. Po&#380;yczy&#322;am okrycia u panny K... po
+zachodzie s&#322;o&#324;ca tak ch&#322;odno...</p>
+
+<p>- Mo&#380;na si&#281; by&#322;o z góry tego spodziewa&#263;;
+bar­dzo&#347; &#378;le zrobi&#322;a, wyletniaj&#261;c si&#281;, a z
+odsy&#322;aniem znów owych zarzutek k&#322;opot tylko b&#281;dzie! -
+rzuci&#322; Roman opryskliwie.</p>
+
+<p>- Wiesz przecie, &#380;e jutro raniutko jedziemy! A te panie
+gdzie&#380;?...</p>
+
+<p>Dwa ostatnie zdania wymówi&#322; Dzier&#380;ymirski po
+polsku tym samym, niezadowolonym wci&#261;&#380; g&#322;osem.</p>
+
+<p>- Wst&#261;pi&#322;y po drodze do znajomych - odpar&#322;a
+Ola, onie&#347;mielona nieco tonem m&#281;&#380;a.</p>
+
+<p>- A... tak. No, to wracamy do domu! - zade­cydowa&#322;
+Dzier&#380;ymirski w tym&#380;e, co poprzednio j&#281;zy­ku, i odwróci&#322;
+si&#281; szybko, pragn&#261;c w duszy co pr&#281;­dzej pozby&#263; si&#281;
+towarzysza &#380;ony.</p>
+
+<p>- Przecie&#380; ju&#380; Ola nigdy tego cymba&#322;a nie uj­rzy!
+- doda&#322; w my&#347;li zarazem.</p>
+
+<p>- Pa&#324;stwo jad&#261; jutro? O której? - pyta&#322; tym­czasem
+w&#322;a&#347;nie m&#322;odzieniec.</p>
+
+<p>Widz&#261;c, i&#380; Ola pragnie poinformowa&#263; Francuza,
+Roman rzek&#322; &#347;piesznie.</p>
+
+<p>- O, panie!... nie wiemy jeszcze!... Au plaisir - i
+wyci&#261;gn&#261;&#322; r&#281;k&#281;...</p>
+
+<p>- Ach, wi&#281;c ju&#380; mo&#380;e nie b&#281;d&#281;
+mia&#322; szcz&#281;&#347;cia ogl&#261;da&#263; pa&#324;stwa? Doprawdy,
+jak&#380;e mi przykro! - rzek&#322; m&#322;ody Francuzik, &#347;ciskaj&#261;c
+podan&#261; d&#322;o&#324;; nie odcho­dz&#261;c jednak, wci&#261;&#380;
+szed&#322; obok Oli.</p>
+
+<p>- Pa&#324;stwo w któr&#261; stron&#281;? -
+zagadn&#261;&#322; uprzej­mie. - Tak ma&#322;o mia&#322;em sposobno&#347;ci
+rozmawia&#263; dzi&#347; z panem... - s&#322;odziutko ci&#261;gn&#261;&#322;
+dalej, zwracaj&#261;c si&#281; do Dzier&#380;ymirskiego - umkn&#261;&#322; nam
+pan tak pr&#281;dko...</p>
+
+<p> </p>
+
+<p>Bawidamek z nad Sekwany umilk&#322; nagle pod drwi&#261;cem
+spojrzeniem Romana.</p>
+
+<p>- Pa&#324;stwo... w roku przysz&#322;ym  zapewne przyjad&#261; tu równie&#380;? -
+j&#281;kn&#261;&#322; jeszcze, podtrzymuj&#261;c rozmow&#281;.</p>
+
+<p>- A pan ?.... - s&#322;odko i uprzejmie zapyta&#322;
+Dzier&#380;ymirski.</p>
+
+<p>- O, naturalnie, i&#380; b&#281;d&#281;! -
+po&#347;pieszy&#322; z od­powiedzi&#261; m&#322;odzieniec.</p>
+
+<p>- No, to my - nie! - odpar&#322; z przyciskiem, ca&#322;kiem
+seryo Roman, lodowatym g&#322;osem, i uchyliw­szy ledwo kapelusza,
+skin&#261;&#322; na tramwaj elektryczny, by stan&#261;&#322;.</p>
+
+<p>- Wsiadamy! - rzuci&#322; krótko &#380;onie.</p>
+
+<p>- Przecie&#380; ten tramwaj do naszego hotelu nie idzie, a
+tylko w przeciwn&#261; stron&#281;?! - zauwa&#380;y&#322;a zdziwiona Ola.</p>
+
+<p>- Nic nie szkodzi. Pozb&#281;dziemy si&#281; tego kul­fona!-
+odrzek&#322; po polsku Roman. - No, wsiadaj!... - rzuci&#322; gniewnie do
+oci&#261;gaj&#261;cej si&#281; &#380;ony, i pchn&#261;&#322; j&#261; z lekka do
+czekaj&#261;cego na nich tram­waju.</p>
+
+<p>W sekund&#281; pó&#378;niej Dzier&#380;ymirscy ruszyli;
+wehiku&#322; elektryczny pomkn&#261;&#322; i znik&#322;, odprowadzony
+os&#322;upia&#322;ym wzrokiem Francuza, który, postawszy na chodniku
+chwil&#281;, ca&#322;y, jak burak, czerwony, ru­szy&#322; w drog&#281;, i
+zgin&#261;&#322; niebawem w ró&#380;nobarwnym t&#322;umie.</p>
+
+<p>Gdy w Lucernie odbywa&#322; si&#281; ten drobny epi­zod,
+jednocze&#347;nie prawie, szerokim ukrai&#324;skim trak­tem, w bezgwiezdn&#261;
+i ciemn&#261; noc wrze&#347;niow&#261;, p&#281;dzi&#322; konno na oklep
+wyrostek, w burej &#347;witce, trzymaj&#261;c w r&#281;ku smolne &#322;uczywo,
+tak zwany ka­ganiec.</p>
+
+<p>Krwawy blask jego roz&#347;wietla&#322; panuj&#261;ce woko­&#322;o
+nieprzejrzane ciemno&#347;ci, toruj&#261;c w ten spo­sób w &#347;lad za je&#378;d&#378;cem
+drog&#281; ma&#322;emu koczykowi, za­prz&#281;&#380;onemu w cztery bu&#322;ane
+&#380;wawe koniki. W powoziku siedzia&#322; Boles&#322;aw Krasnostawski,
+otulony bur­k&#261; i ob&#322;o&#380;ony pakunkami. Jecha&#322;
+w&#322;a&#347;nie od kolei, a powraca&#322; z podró&#380;y swej do miasta.</p>
+
+<p>Zabawiwszy tam, zamiast trzech dni, jak mu po­lecono, -
+dziesi&#281;&#263;, dzi&#347; dopiero po&#347;piesza&#322; do swoich
+obowi&#261;zków, przez ca&#322;&#261; drog&#281; &#322;ami&#261;c sobie
+w&#322;a&#347;nie g&#322;ow&#281;, jak upozorowa&#263; przed starym
+Gowartowskim sw&#261; przyd&#322;u&#380;on&#261; troch&#281;
+nieobecno&#347;&#263;.</p>
+
+<p>Bo zgo&#322;a nie interesy s&#322;u&#380;by
+przytrzyma&#322;y pa­na Boles&#322;awa w wielkim mie&#347;cie; o, bynajmniej!
+M&#322;ody pan plenipotent wraca&#322; go&#322;y, jak &#347;wi&#281;ty ture­cki.
+Ca&#322;kowit&#261;, naturalnie &#380;e tylko w&#322;asn&#261;, zarobio­n&#261;
+gotowizn&#281; przehula&#322; bowiem tam doszcz&#281;tnie.</p>
+
+<p>A teraz na ostatek, jad&#261;c w swoim koczyku,
+rozpami&#281;tywa&#322; on jeszcze mi&#322;o, na odleg&#322;o&#347;&#263; nawet
+n&#281;c&#261;ce chwile, w weso&#322;ym grodzie sp&#281;dzone... My­&#347;l&#261;c
+za&#347; jednocze&#347;nie o swym chlebodawcy, jedna szcze­gólniej rzecz
+dziwi&#322;a go niepomiernie; mianowicie, dlaczego z Gowartowa nie
+otrzyma&#322; on dot&#261;d wcale &#380;adnej, nagl&#261;cej do powrotu, depeszy,
+lub przynajmniej cho&#263;by jakiego listu ?... Bo &#380;e on nie dawa&#322;
+znaku &#380;ycia - nie by&#322;o w tem nic dziwnego - ale Gowartowski?... To
+zaiste, by&#322;o ca&#322;kiem niezrozu­mia&#322;em...</p>
+
+<p>I analizuj&#261;c fakt ten, po raz nie wiadomo ju&#380;
+który, Krasnostawski ziewn&#261;&#322; przeci&#261;gle i roztworzy&#322; oczy,
+przymkni&#281;te dot&#261;d, usi&#322;owa&#322; bowiem zdrzemn&#261;&#263;
+si&#281; w powozie.</p>
+
+<p>Patrza&#322; teraz woko&#322;o nieco bezmy&#347;lnie,
+do&#347;&#263; szybko wzgl&#281;dnie w&#347;ród ciemno&#347;ci jad&#261;c swym
+powozikiem. Na tle czarnej nocnej opony czerwony od blask kaga&#324;ca
+&#347;lizga&#322; si&#281; szerokiem ko&#322;em po obu stronach drogi i
+zapala&#322; si&#281; kolejno na z&#380;&#281;tych r&#380;y­skach, zaoranych
+polach, lub majaczy&#322; po grz&#281;dach zielonych plantacyj buraczanych,
+ugorach, stepowych bodjakach - kwiatach i trawach. Czasem zajrza&#322; do rowu,
+musn&#261;&#322; kurhan, z pochylonym krzy&#380;em, o&#347;wie­tli&#322;
+przydro&#380;ne samotne drzewo...</p>
+
+<p>- &#379;eby si&#281; tylko stary na mnie nie
+zaci&#261;&#322; i za niepos&#322;usze&#324;stwo nie wymówi&#322; miejsca,
+hm... hm!.. - chrz&#261;kaj&#261;c niespokojnie, wymówi&#322; do siebie pan
+plenipotent, pó&#322;g&#322;osem. - E, chyba &#380;e nie... zanadto mnie potrzebuje!
+- uspokojony zakonkludowa&#322; g&#322;o&#347;no.</p>
+
+<p>Nagle wyt&#281;&#380;y&#322; wzrok, bo oto zda&#322;o mu
+si&#281;, &#380;e w ciemno&#347;ciach, w oddali, na prawo, rysuj&#261; si&#281;
+ja­kie&#347; cienie, a tu&#380;, niedaleko, &#347;rodkiem pola, jak gdyby
+drog&#261;, posuwaj&#261; si&#281; z wolna, zbli&#380;aj&#261;, dwa inne
+migoc&#261;ce ma&#322;e &#347;wiate&#322;ka, eskortowane z przodu kr&#281;­giem,
+czerwon&#261; plam&#261; &#347;wiat&#322;a.</p>
+
+<p>- Hej, Stepan, czujesz *) ? ha?... - krzykn&#261;&#322; na
+furmana.</p>
+
+<p>[*) S&#322;yszysz.]</p>
+
+<p>Cz&#322;owiek, siedz&#261;cy na ko&#378;le, w burce i cerato­wej
+czapce, odwróci&#322; si&#281; leniwie. Krasnostawski wskaza&#322;
+r&#281;k&#261; na prawo.</p>
+
+<p>- Co to takiego? - zapyta&#322;.</p>
+
+<p>- Kto&#347; z kaha&#324;cem jide od Howartowa, - taj hodi
+**) - zawyrokowa&#322; stanowczo wo&#378;nica.</p>
+
+<p>[**)Kto&#347; z kaga&#324;cem jedzie od Gowartowa - i
+ju&#380;.]</p>
+
+<p>- To ju&#380; Gowartów? - zdziwi&#322; si&#281; Krasno­stawski.</p>
+
+<p>Jad&#261;c do folwarku Tomaszówki, rezydencyi pa­na
+plenipotenta, przeje&#380;d&#380;a&#322;o si&#281; pod sam Gowartów, oddalony
+ledwo od traktu o pó&#322; wiorsty.</p>
+
+<p>Kocz Krasnostawskiego, podniszczony nieco i roz­trz&#281;siony,
+klekota&#322; po drodze, konie sz&#322;y ra&#378;no, wyci&#261;gni&#281;tym
+k&#322;usem, czuj&#261;c sna&#263; w pobli&#380;u ju&#380; domow&#261; stajni&#281;.
+Krasnostawski zapali&#322; zapa&#322;k&#281; i spojrza&#322; na zegarek:
+dochodzi&#322;a druga po pó&#322;nocy.</p>
+
+<p>- Hm... hm!.. Stary znów nie &#347;pi, bo widocz­nie to we
+dworze si&#281; pali - ponownie mrukn&#261;&#322;, wpatrzony w gorej&#261;ce w
+oddali pod&#322;u&#380;ne wst&#281;gi &#347;wiate&#322;.</p>
+
+<p>- Ko&#322;o hresta - stanesz! - rozkaza&#322;,
+zwracaj&#261;c si&#281; do furmana, zaciekawiony naraz, kto mo&#380;e
+jecha&#263; z Gowartowa o tak pó&#378;nej porze? </p>
+
+<p>Furman hukni&#281;ciem dono&#347;nem zakomunikowa&#322;
+rozkaz wyrostkowi z kaga&#324;cem.</p>
+
+<p>Na rozdro&#380;u stan&#281;li. Ramiona stoj&#261;cego tu, om­sza&#322;ego
+starego krzy&#380;a, zabarwi&#322;y si&#281; od &#322;uczywa purpur&#261;.
+Czekali.</p>
+
+<p>W nocnej ciszy dochodzi&#322; ju&#380; turkot powozu,
+t&#281;tent koni i d&#378;wi&#281;k jazd zbli&#380;a&#322; si&#281; szybko.</p>
+
+<p>- Semen - Howartowskije koni! - nachyliw­szy si&#281; ku
+Krasnostawskiemu z koz&#322;a, furman pospie­szy&#322; z informacy&#261;.</p>
+
+<p>Pierwszy pod krzy&#380;em zjawi&#322; si&#281; na
+ros&#322;ym sta­jennym kasztanie parobek, z kaga&#324;cem, a poznaw­szy
+gowartowskiego plenipotenta, uchyli&#322; pokornie czapki.</p>
+
+<p>- Kto to jide? - rzuci&#322; pytanie Krasnostawski.</p>
+
+<p>- Pan dochtór! - brzmia&#322;a odpowied&#378;.</p>
+
+<p>Pod krzy&#380; nadje&#380;d&#380;a&#322;a zaprz&#281;&#380;ona
+w par&#281; ra­sowych gniadoszów nejtyczanka, powo&#380;ona przez w&#261;satego
+i porz&#261;dnie ubranego stangreta.</p>
+
+<p>Krasnostawski wychyli&#322; si&#281; ze swego kocza,
+pocz&#261;&#322; macha&#263; kapeluszem i krzykn&#261;&#322; dono&#347;nie: </p>
+
+<p>- A!... pan konsyliarz kochany!... Powita&#263;, wita&#263;!
+Stój, Semenie!...</p>
+
+<p>Nejtyczanka zatrzyma&#322;a si&#281; pos&#322;usznie i w po­dwójnem
+migoc&#261;cem &#347;wietle kaga&#324;ców u rozstajnego drzemi&#261;cego
+krzy&#380;a, zesz&#322;o si&#281; dwóch m&#281;&#380;czyzn.</p>
+
+<p>- To pan? - Nie pozna&#322;em... - odezwa&#322; si&#281; na­zwany
+przez Krasnostawskiego konsyliarzem.</p>
+
+<p>- Dobry wieczór, a raczej dzie&#324; dobry! - po­zdrowi&#322;
+m&#322;ody cz&#322;owiek przyby&#322;ego - bo to ju&#380; do­brze po
+pó&#322;nocy - dorzuci&#322;. - Czy szanowny pan z Gowartowa? Có&#380; to tak
+pó&#378;no, kto&#347; chory, bro&#324; Bo&#380;e, a mo&#380;e tylko z
+wincika?....</p>
+
+<p>Z pod czapki spojrza&#322;a uwa&#380;nie na Krasnosta­wskiego
+zdziwiona twarz doktora, okolona d&#322;ug&#261; brod&#261;.</p>
+
+<p>- Jak to? To pan nic nie wiesz? - zapyta&#322;.</p>
+
+<p>- Wracam z podró&#380;y... - obja&#347;ni&#322; Krasno­stawski.</p>
+
+<p>- Aaa! nic nie wiedzia&#322;em... Pan January, cho­ry od
+tygodnia, rozwin&#261;&#322; si&#281; tyfus, o przebiegu sil­nym bardzo i niebezpiecznym...
+Poza tem kompli­kacye inne, nerwy et caetera... Teraz zreszt&#261; ju&#380;
+lepiej... mo&#380;e Bóg da... doktór zatrzyma&#322; si&#281;.</p>
+
+<p>- Ale, nie mówi&#281; panu, od czego si&#281; to wszy­stko
+zacz&#281;&#322;o - dorzuci&#322; informuj&#261;co.- Ju&#380; by&#322; pono
+niezdrów, moralnie przynajmniej; wpad&#322;, poluj&#261;c na moczarach, w
+wod&#281; po szyj&#281; i zazi&#281;bi&#322; si&#281;...</p>
+
+<p>- Nikt mi zna&#263; nie da&#322;, mój Bo&#380;e! - szczerze
+zasmuci&#322; si&#281; Krasnostawski. - Wi&#281;c pan mówisz, &#380;e dzi&#347;
+lepiej?...</p>
+
+<p>- O tyle, o ile!.. teraz &#347;pi po lekarstwie, go­r&#261;czka
+spad&#322;a nieco, lecz wczoraj by&#322;o &#378;le bar­dzo; notabene, prócz
+klucznicy - staruszki, w ca&#322;ym domu nikogo nie ma przy sobie...</p>
+
+<p>- Mo&#380;ebym ja pojecha&#322; tam teraz, do pana
+Januarego, na noc, co? - rzek&#322; Krasnostawski, na do­bre zmartwiony.</p>
+
+<p>Doktór przyja&#378;nie spojrza&#322; na
+m&#322;odzie&#324;ca, u&#347;mie­chn&#261;&#322; si&#281; z dobroci&#261; i
+rzek&#322;:</p>
+
+<p>- No, zm&#281;czony jeste&#347;, kochany panie, podró&#380;,
+mo&#347;ci dobrodzieju, wspomnienia po niej mi&#322;e zapewne, panie tego - tu
+poklepa&#322; Krasnostawskiego po plecach. - Nie, nie potrzeba -
+ci&#261;gn&#261;&#322; dalej seryo ­- wy&#347;pij si&#281; pan i jutro tam
+pojedziesz, bo zreszt&#261;, mówi&#261;c mi&#281;dzy nami, przeszkadza&#263;
+tam tylko b&#281;­dziesz... Niech &#347;pi sobie, nieborak, klucznica i
+s&#322;u&#380;ba przypilnuj&#261; go. Ba ! &#380;eby to tylko zawsze tak
+by&#322;o, jak dzi&#347;....</p>
+
+<p>- Jak to? wi&#281;c obawa jest jeszcze? - zaniepo­kojonym
+znów g&#322;osem zapyta&#322; Krasnostawski.</p>
+
+<p>- Obawa jest, jeszcze! - przedrze&#378;ni&#322; szorstko
+doktór i widocznie nadrabiaj&#261;c min&#261;, dorzuci&#322;. - Wam wszystkim
+si&#281; zdaje, &#380;e doktór to prorok!... Naturalnie, &#380;e jest!... Czy
+ja wiem zreszt&#261; - wszyst­ko w r&#281;ku Najwy&#380;szego - zobaczymy...
+No, tym­czasem dobranoc! - doktor wyci&#261;gn&#261;&#322; r&#281;k&#281; na po­&#380;egnanie.</p>
+
+<p>Krasnostawskiemu twarz spochmurnia&#322;a, i nie­pokój
+wyra&#378;ny odbi&#322; si&#281; na niej; odczu&#322; nerwami, czego nie
+by&#322;o w s&#322;owach doktora i co on usi&#322;owa&#322; widocznie
+pokry&#263; przed nim na razie, i posmutnia&#322; jeszcze bardziej.</p>
+
+<p>Jednocze&#347;nie jaki&#347; jakby wyrzut sumienia
+wezbra&#322; mimo woli w jego duszy, i&#380; on tak d&#322;ugo pozostawi&#322;
+starca w samotno&#347;ci, bez opieki, sam bawi&#261;c si&#281; weso&#322;o.
+Po&#380;egnawszy lekarza, pomóg&#322; mu wsi&#261;&#347;&#263; do bryczki.</p>
+
+<p>- Jak&#380;e tam zdrowie wszystkich u szanowne­go doktora,
+&#380;ony, dzieci?... - b&#261;kn&#261;&#322;, aby co&#347; powiedzie&#263;.</p>
+
+<p>- Dobrze, dobrze, serdecznie, dzi&#281;kuj&#281;, do­branoc!</p>
+
+<p>- Dobranoc! - powtórzy&#322;, jak echo, Krasnosta­wski, i
+ruszy&#322; do swego pojazdu.</p>
+
+<p>- Czoho&#347; meni ne skaza&#322;, szczo pan s&#322;abujut -
+­rzuci&#322; wymówk&#281; furmanowi.</p>
+
+<p>Ten&#380;e odpar&#322; lakonicznie:</p>
+
+<p>- Zabu&#322;, pane!</p>
+
+<p>- Do Tomaszówki! - rozkaza&#322; Krasnostawski. </p>
+
+<p>Powozik ruszy&#322; w dalsz&#261; drog&#281;. Turkot jego w
+milczeniu nocy po&#322;&#261;czy&#322; si&#281; z cichn&#261;cym coraz bardziej
+odg&#322;osem kó&#322; i dzwonków nejtyczanki lekarza, a dwa kaga&#324;ce, w
+dwie przeciwne strony, rzuci&#322;y znowu ruchome swe kr&#281;gi krwawe w pasmo
+u&#347;pio­nych, kirem nocy pokrytych, obszarów. Oddalaj&#261;c si&#281; od
+siebie, d&#322;ugo tak na horyzoncie, malej&#261;c coraz bardziej,
+&#347;wieci&#322;y ich &#322;uczywa, a&#380; wreszcie, zamigo­tawszy czas
+jeszcze jaki&#347; purpurowymi punkcikami na niezmierzonych p&#322;aszczyznach
+- spe&#322;z&#322;y ca&#322;kiem na widnokr&#281;gu, znik&#322;szy, zlawszy
+si&#281; z ciemno&#347;ci&#261;, która wch&#322;on&#281;&#322;a je w siebie.</p>
+
+<p>Turkot na trakcie ucich&#322;. Szeroka ta&#347;ma ukra­i&#324;skiego
+szlaku, rozja&#347;niona na chwil&#281;, znik&#322;a i czarno&#347;&#263;
+jeszcze wi&#281;ksza zawis&#322;a nad polami, stepami i krzy&#380;ami kurhanów.</p>
+
+<p>W milczeniu nocy, pe&#322;nem zagadek i szeptów
+tajemniczych, wszystko doko&#322;a zapad&#322;o w sen twar­dy i cichy.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<center>---------</center>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>- Bo ty nie wiesz, nie czujesz mo&#380;e i nie przy­puszczasz
+nawet, jak ja ci&#281; kocham, jak bardzo ubóstwiam, ty skarbie mój
+najdro&#380;szy, ty moje &#380;ycie, me wszystko!... - szepta&#322; gor&#261;co
+Dzier&#380;ymirski, na­chyliwszy si&#281; ku Oli i tul&#261;c j&#261; do
+siebie.</p>
+
+<p>- Ty zda&#263; sobie sprawy nie potrafisz - ci&#261;­gn&#261;&#322;
+dalej, zapalaj&#261;c si&#281; coraz bardziej do s&#322;ów w&#322;asnych - ile
+ja gotów jestem rzeczy najdro&#380;szych nawet - po&#347;wi&#281;ci&#263; dla
+ciebie, co dla ci&#281; zdolnym st&#322;umi&#263;, przecierpie&#263;!... Ja
+gdybym by&#322; ci&#281; nie po­siad&#322; - podepta&#322;bym bez namys&#322;u
+wszelkie pra­wa ludzkie, je&#347;liby one stan&#261;&#263; mi &#347;mia&#322;y
+wówczas oporem do zdobycia ciebie!... 
+Ty nie wiesz... nie wiesz!...</p>
+
+<p>Roman, poblad&#322;szy, umilk&#322;. Chmura osiad&#322;a mu
+na czole, skrzywienie bolesne zadrga&#322;o w ust k&#261;cikach. Pochyli&#322;
+na moment g&#322;ow&#281;.</p>
+
+<p>Och, czemu&#380; nie móg&#322;, czemu&#380;, powiedzie&#263;
+jej Oli, wszystkiego?.. Na ustach mu dr&#380;a&#322;o, przemoc&#261; prawie
+wyrywa&#322;o si&#281; z nich wyznanie przesz&#322;o&#347;ci, zdusi&#322; je
+jednak, wt&#322;umi&#322; w siebie, z obawy, by te pi&#281;kne lica ukochane
+nie odwróci&#322;y si&#281; ode&#324; z po­gard&#261;. Po chwili znów
+mówi&#322;:</p>
+
+<p>- Tak, ty obszaru, ty g&#322;&#281;bi uczucia, które wre we
+mnie, które dla ciebie niejedn&#261; ju&#380; tam&#281; zerwa&#322;o, nie
+oceniasz, nie rozumiesz...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski silniej przycisn&#261;&#322; do siebie
+kibi&#263; &#380;ony, a pochwyciwszy jej r&#281;ce, przywar&#322; do nich
+ustami, i poca&#322;unkami okrywa&#263; je pocz&#261;&#322;.</p>
+
+<p>- Ty... moja... moja! - szepta&#322; w kó&#322;ko
+nami&#281;tnie, coraz czulej... ciszej...</p>
+
+<p>- Ty moja!... Ja za nic w &#347;wiecie nikomu ci&#281; nie
+oddam, wydrze&#263; sobie nie pozwol&#281;!...</p>
+
+<p>A uspokoiwszy si&#281; stopniowo, ci&#261;gn&#261;&#322;:</p>
+
+<p>- I czy&#380; wobec tego zatem dziwi&#263; si&#281; nawet
+mo&#380;esz z&#322;emu humorowi memu, owego wieczora, pami&#281;tasz, w
+Lucernie!... To nie by&#322; gniew, opryskliwo&#347;&#263;, jak to
+nazwa&#322;a&#347;, dziwactwo! O, wierz mi - nie!... To by&#322;a,
+wywo&#322;ana cierpieniem tylko - za­zdro&#347;&#263; i &#380;al duszy, &#380;e
+komu innemu pozwalasz cho&#263; cz&#281;&#347;ci&#261; wdzi&#281;ków twych
+si&#281; napawa&#263;, &#380;e na nie pa­trzy, ro&#347;ci&#263; sobie mo&#380;e
+jakie&#347; urojone, cho&#263;by ima­ginacyjne do nich prawa -
+m&#281;&#380;czyzna inny - ni&#378;li... ja...</p>
+
+<p>Roman mówi&#263; przesta&#322; wzburzony i wzruszony. </p>
+
+<p>- Rozumiesz wi&#281;c teraz, kochanie ty moje? ­rzek&#322;
+znowu po chwili mi&#281;kko, &#322;agodnie, i spojrzaw­szy prosz&#261;co w oczy
+s&#322;uchaj&#261;cej go w milczeniu Oli, rzuci&#322; pytaj&#261;co:
+-Przebaczasz?..</p>
+
+<p>- Ale&#380; przebaczam... przebaczam!... - rzek&#322;a,
+u&#347;miechem, pieszczotliwie Ola, a &#380;e nikogo podówczas
+w&#322;a&#347;nie w pobli&#380;u nie by&#322;o - siedzieli w cieniu alei
+nadbrze&#380;nej nad Lemanem - zarzuci&#322;a na szyj&#281; Romana swe
+d&#322;ugie bia&#322;e r&#281;ce, i przytuliwszy si&#281; do&#324;,
+pocz&#281;&#322;a mu z kolei szepta&#263;:</p>
+
+<p>- Ty mój drogi, jedyny!... Od kwadransa pa­trz&#281; na
+ciebie i rosn&#281; w duszy, taki&#347; szlachetny, rozumny, pi&#281;kny...
+Pi&#281;kny!... - powtórzy&#322;a z zalotno&#347;ci&#261;, nami&#281;tnie i
+przymilaj&#261;co si&#281; musn&#281;&#322;a wargami &#347;niad&#261; twarz
+Dzier&#380;ymirskiego.</p>
+
+<p>- Nie taki, jak wówczas, zazdrosny, z&#322;y, brzyd­ki!...-
+przekomarza&#322;a si&#281; z wdzi&#281;kiem - ale taki zakochany... wielki!...</p>
+
+<p>I Ola czulej jeszcze przycisn&#281;&#322;a si&#281; do Romana,
+zbli&#380;y&#322;a swe wargi &#347;wie&#380;e do jego ust zmys&#322;owych, i
+mówi&#263; pocz&#281;&#322;a g&#322;uchym szeptem, urywanym od uczucia nadmiaru
+- przeplatanym pieszczot&#261;, pe&#322;nym t&#281;t­ni&#261;cych w nim
+m&#322;odych pragnie&#324;:</p>
+
+<p>- Kocham ci&#281;!... kocham... kocham!... Jak ni­kogo
+dot&#261;d... nigdy, nigdy!... - szept przy tem m&#322;o­dej kobiety
+zadr&#380;a&#322; nami&#281;tniej jeszcze. - Nie ja - to ty przeciwnie nie
+rozumiesz, nie czujesz, jak ci&#281; kocham, uwielbiam !...</p>
+
+<p>- Wszak dla ciebie porzuci&#322;am ojca, Gowar­tów,
+rodzin&#281;! St&#322;umi&#322;am, zgniot&#322;am uczucia inne!... Po&#347;pieszy&#322;am
+na twe wo&#322;anie, pobieg&#322;am za tob&#261;, w twe obj&#281;cia,
+podepta&#322;am wszystko... wszystko!.. O!... Ja bym sobie zarówno wydrze&#263;
+ciebie nie da&#322;a - ­ty&#347; tak&#380;e mój!... mój!...</p>
+
+<p>I szept m&#322;odej kobiety &#322;asz&#261;cy si&#281;,
+pal&#261;cy, za­wrotny - skona&#322;...</p>
+
+<p>Zbli&#380;one usta m&#322;odych silnie zwar&#322;y si&#281;
+w po­ca&#322;unku. Na chwil&#281;, minut par&#281;, znik&#322;o im z oczu
+wszystko, przes&#322;oni&#281;te mg&#322;&#261; jakby, z której jedna je­dyna
+wy&#322;oni&#322;a si&#281; tylko - mi&#322;o&#347;&#263;.</p>
+
+<p>Woko&#322;o za&#347; wci&#261;&#380; nie by&#322;o nikogo. W
+cieniu drzew ton&#261;&#322; w mroku tajemniczym, cisz zadumanych pe&#322;­nym
+"quai Perdonnet," nadbrze&#380;na aleja w Vevey, wij&#261;c si&#281;
+brzegiem Lemanu, u stóp rozrzuconego w górze szwajcarskiego miasta.</p>
+
+<p>Nad "Lac Leman" dr&#380;a&#322; ksi&#281;&#380;yc
+w pe&#322;ni; prze­gl&#261;da&#322; si&#281; w g&#322;&#281;bokich jego
+toniach, z pieszczot&#261; &#347;lizga&#322; swe promienie po ciemno-modrych
+falach...</p>
+
+<p>I w blasku miesi&#281;cznego &#347;wiat&#322;a
+tchn&#261;&#322; krajobraz ca&#322;y jakim&#347; czarem dziwnym...</p>
+
+<p>A wi&#281;c, poza jeziorem, hen, gdzie&#347;, w perspe­ktywie,
+niewyra&#378;nie srebrzy&#322; si&#281; mglisto Alpejski szczyt wynios&#322;y -
+w tafli Lemanu, ogromnej, szklistej, niby morze, odbija&#322;y si&#281;
+gwiazdy, topi&#322; w nich swe wierzcho&#322;ki wieniec pobliskich gór. Masy
+ich ka­d&#322;ubów miejscami zaciemnia&#322;y jezioro, a w ciemniach tych,
+odbijaj&#261;cych ra&#380;&#261;co na obszarach wód od fali­, tych
+o&#347;wietlonych ta&#347;m jasnych, b&#322;&#261;ka&#322;y - si&#281; ja­kie&#347;
+mary i cienie, ze &#347;nie&#380;nym &#380;aglem sun&#281;&#322;a cicho
+zgrabna, wysmuk&#322;a barka...</p>
+
+<p>Ksi&#281;&#380;yc tymczasem wzbija&#322; si&#281; coraz bar­dziej
+i wy&#380;ej, mala&#322;, stawa&#322; si&#281; ja&#347;niejszym, przezro­czym -
+milczenie wzrasta&#322;o... Fala u stóp Dzier&#380;ymirskich szemra&#322;a
+teraz cichutko, a tam, z mroków, od gór podnó&#380;a, na przestrzenie wód
+Lemanu, skrz&#261;ce si&#281; py&#322;em srebrzystych promieni, marz&#261;co,
+niepokala­na, bia&#322;a, spokojnie wyp&#322;ywa&#322;a z wolna ta sama
+&#322;ód&#378; &#380;aglista...</p>
+
+<p>Oderwawszy usta od gor&#261;cych poca&#322;unków, Ro­man i
+Ola patrzyli w zachwycie.</p>
+
+<p>Do dusz ich, na pi&#281;kno czu&#322;ych,
+w&#347;lizgiwa&#322; si&#281; czar tej szwajcarskiej, boskiej nocy,
+studzi&#322; krew rozigran&#261; swym bezmiernym, majestatycznym spokojem,
+poni&#380;a&#322;, równa&#322; z zerem ich troski ziemskie ogromem i pot&#281;g&#261;
+przyrody - podnosi&#322;, wzmacnia&#322; du­cha, dodawa&#322; mu skrzyde&#322;,
+lec&#261;cych w za&#347;wiaty...</p>
+
+<p>Pierwszy z nastroju tego ockn&#261;&#322; si&#281;
+Dzier&#380;y­mirski i spojrza&#322; na zegarek. - O, ju&#380; mija dwunasta!
+Chod&#378;my, moje &#380;ycie! - odezwa&#322; si&#281; do Oli. </p>
+
+<p>Powstali.</p>
+
+<p>- Ach, jak&#380;e noc dzisiejsza jest pi&#281;kn&#261; - jak
+pi&#281;kn&#261;!.. - z zachwytem szepn&#281;&#322;a Ola - nie zapomn&#281; jej
+chyba nigdy.</p>
+
+<p>- Ani ja równie&#380;! - potwierdzi&#322; Roman w za­dumie.</p>
+
+<p>Wzi&#261;&#322; pod rami&#281; &#380;on&#281; i ruszyli z
+miejsca, kie­ruj&#261;c si&#281; pod gór&#281;, ku rozsianym willom miasta.</p>
+
+<p>Milczeli. W g&#322;owie Romana hucza&#322; chaos ró&#380;no­rodnych
+my&#347;li. Z nich za&#347; jedna, najuporczywsza, wy&#322;oni&#322;a si&#281;
+zwyci&#281;ska.</p>
+
+<p>- Mi&#322;o&#347;&#263;, mi&#322;o&#347;&#263; raz jeszcze,
+i mi&#322;o&#347;&#263; tylko, jedyna, wielka! - krzycza&#322; w nim g&#322;os
+podniecone­go mózgu - ocali&#263; ci&#281; jest w stanie! W niej tylko
+znajdziesz zapomnienie, ni&#261; si&#281; upijesz, przy jej pomocy zmatujesz
+bolesn&#261; ran&#281; przesz&#322;o&#347;ci, zdusisz sumienia wyrzuty !..</p>
+
+<p>- Bo mi&#322;o&#347;&#263;, to haszysz - wo&#322;a&#322; ten
+sam g&#322;os dalej - bo mi&#322;o&#347;&#263;, to szcz&#281;&#347;cie na ziemi
+- to raj, to jedna rzecz z tych, tak rzadkich na &#347;wiecie, dla której warto
+mo&#380;e walczy&#263; i trudzi&#263; si&#281;, by j&#261; zdo­by&#263;! - Ona
+cz&#281;stokro&#263; cierpieniem i rozczarowaniem tylko, lecz ile&#380; razy
+bólów &#380;ycia nagrod&#261; - jego zapomnieniem!..</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski zdj&#261;&#322; kapelusz z g&#322;owy,
+pod wp&#322;ywem za&#347; my&#347;li ostatnich, opieku&#324;czo i czule
+obj&#261;&#322; silnem ramieniem kibi&#263; &#380;ony.</p>
+
+<p>Post&#281;powali krokiem ra&#378;nym, id&#261;c pustemi, ci­chemi
+uliczkami bezustannie pod gór&#281;. Roman odez­wa&#322; si&#281; po chwili:</p>
+
+<p>- Zostaniemy d&#322;u&#380;ej w Vevey; tu tak cicho,
+samotnie, tak z dala od ludzi, od &#347;wiata i jego pogwarów - zostaniemy,
+Oluniu, có&#380; ty na to? -   pytaj&#261;­co nachyli&#322; si&#281; ku m&#322;odej kobiecie.</p>
+
+<p>- Ale&#380; i owszem, mój ty samotniku - odpar&#322;a z
+u&#347;miechem Ola - a zreszt&#261;, wszak nie zwiedzili&#347;­my jeszcze
+wszystkiego...</p>
+
+<p>- Ach tak, prawda... moje &#380;ycie, prawda... Koniecznie
+zobaczy&#263; musimy wszystko! - mówi&#322; Roman. Umilkli znowu, zatopieni w
+my&#347;lach.</p>
+
+<p>Od parodniowego pobytu swego w ma&#322;em nad­lema&#324;skiem
+miasteczku, Dzier&#380;ymirscy prowadzili &#380;y­wot pracowity. Wstawali
+raniutko, odbywali wycieczki i spacery po okolicy; nie dalej, jak dzi&#347;,
+zwie­dzili pobliskie Montreux i s&#322;awny "Chateau Chillon;"
+obejrzawszy go wewn&#261;trz dok&#322;adnie, jego staro&#380;ytne , sale i
+wie&#380;yce, miejsca ka&#378;ni - ponure wi&#281;zienia, z za­chowan&#261;
+dot&#261;d tak zwan&#261; "oubliette," nad trzystumetrow&#261;
+g&#322;&#281;bi&#261; Lemanu.</p>
+
+<p>W&#347;ród narodowych &#347;piewów szwajcarskiego lu­du,
+towarzysz&#261;cego im w kolejce, zwiedzili oni równie&#380; przed paru
+godzinami gór&#281; "Soim-Pčlerin," ma­j&#261;c &#347;wie&#380;o
+jeszcze w pami&#281;ci cudny z wierzcho&#322;ka jej widok na szafiry jeziora i
+miasto Vevey, zaciszne, pogodne, rzucone niby na ekran zielonego podnó­&#380;a
+gór - zadumane, pe&#322;ne melancholyi i cichego smutku...</p>
+
+<p>- Wiesz, Oluniu, co ci powiem? - odezwa&#322; si&#281; nagle
+do &#380;ony Roman, gdy, mijaj&#261;c w&#322;a&#347;nie wyso­kie, gotyckie
+wie&#380;yce pi&#281;knego ko&#347;cio&#322;a katolickie­go,
+zag&#322;&#281;biali si&#281; w alej&#281;, poprzez drzew li­&#347;cie,
+rozja&#347;nion&#261; tajemniczo cieniami ksi&#281;&#380;ycowego
+&#347;wiat&#322;a...</p>
+
+<p>- Otó&#380; - ci&#261;gn&#261;&#322; po przelotnej chwilce
+wa­hania - &#380;e napisa&#322;em do jednego z dawnych zna­jomych, by
+donosi&#322; mi, co si&#281; dzieje z ojcem twoim w Gowartowie...</p>
+
+<p>- Ty zrobi&#322;e&#347; to? O, mój drogi, najdro&#380;szy,
+ja­ki&#347; ty dobry, poczciwy, z&#322;oty! - wykrzykn&#281;&#322;a szcze­rze
+uradowana Ola i przytuliwszy si&#281; do Romana, u&#347;ciska&#322;a go
+serdecznie.</p>
+
+<p>- A tak, ja, we w&#322;asnej osobie, tak cz&#281;sto bo­wiem
+smutn&#261; bywa&#322;a&#347;... - potwierdzi&#322; Dzier&#380;ymirski, i
+urwa&#322; nagle.</p>
+
+<p>Przyjemnego a jednocze&#347;nie i przykrego dozna&#322; on
+wra&#380;enia. Mi&#322;&#261; by&#322;a mu my&#347;l, &#380;e odgad&#322;szy
+utrapienie &#380;ony, ul&#380;y&#322; jej. Smutno nieco, widz&#261;c bowiem na
+twarzy &#380;ony tak pogodn&#261; rado&#347;&#263;, poczu&#322;, i&#380; o ode­branym
+ju&#380; li&#347;cie wspomnie&#263; nie móg&#322;. Ten, cho&#263; nie
+weso&#322;y, nie wióz&#322; jednak jeszcze ze sob&#261; z&#322;ych
+wiadomo&#347;ci, gdy natomiast nast&#281;pne - kto wie?</p>
+
+<p>- Ha, trudno, - powiedzia&#322; sobie w duszy
+Dzier&#380;ymirski - niech cieszy si&#281;! Nie zatruj&#281; ja jej tej chwilki
+zadowolenia.</p>
+
+<p>- I dot&#261;d niema &#380;adnej odpowiedzi? - skwapli­wie
+pyta&#322;a tymczasem Ola.</p>
+
+<p>- Nie, kochanie - sk&#322;ama&#322; g&#322;adko Roman - ale
+nadejdzie niebawem, poda&#322;em adres Vevey...</p>
+
+<p>- Poda&#322;e&#347;? - ucieszy&#322;a si&#281; znów Ola -
+no, to dobrze, bo ja mimo woli bij&#281; si&#281; z przypuszczeniami nieraz, co
+tam oni wszyscy my&#347;l&#261; o mnie, czy pot&#281;­piaj&#261; bardzo, czy
+gniewaj&#261; si&#281;, czy smuc&#261;?..</p>
+
+<p>Ola ucich&#322;a i cie&#324; smutku przemkn&#261;&#322; po
+jej twarzy.</p>
+
+<p>- No, no, có&#380; to znów za niepokoje? - podchwyci&#322;
+Roman, korzystaj&#261;c za&#347;, ­i&#380; na ulicy nikogo nie by&#322;o,
+po&#347;pieszy&#322; z pocieszeniem, pieszcz&#261;c czule m&#322;od&#261;
+kobiet&#281;.</p>
+
+<p>I znowu zagra&#322;a w nim nienasycona mi&#322;o&#347;&#263;
+na­mi&#281;tna, ogarn&#281;&#322;a, zdepta&#322;a wspomnienia -
+zakrólowa&#322;a sama!..</p>
+
+<p>Niebawem Dzier&#380;ymirscy odszukali sw&#261; will&#281;,
+ju&#380; ciemn&#261; ca&#322;kiem i u&#347;pion&#261;, a b&#322;&#261;dz&#261;c
+chwil&#281; po pustych korytarzach, dotarli nareszcie do du&#380;ego pokoju z
+balkonem, który zajmowali tu na pierwszem pi&#281;trze.</p>
+
+<p>Kroki zapó&#378;nionych przybyszów zm&#261;ci&#322;y
+cisz&#281; willi, skrzyp drzwi zgrzytn&#261;&#322; fa&#322;szywym
+d&#378;wi&#281;kiem w ogólnej harmonii powszechnego milczenia.</p>
+
+<p>W pokoju okna by&#322;y otwarte, i panowa&#322;o w nim
+powietrze rze&#378;kie, &#347;wie&#380;e, od gór p&#322;yn&#261;ce.
+Wch&#322;aniaj&#261;c je z lubo&#347;ci&#261;, Dzier&#380;ymirscy pocz&#281;li
+gospoda­rzy&#263; u siebie. Roman po chwili wzi&#261;&#322; si&#281; do zamy­kania
+okien, Ola za&#347;, zapaliwszy &#347;wiat&#322;o, zdj&#281;&#322;a ka­pelusz i
+wolno pocz&#281;&#322;a si&#281; rozbiera&#263;.</p>
+
+<p>Lecz oto nagle podskoczyli oboje. W zupe&#322;nej bowiem
+ciszy u&#347;pionego domu, tu&#380; po za &#347;cian&#261; s&#261;sie­dniego
+pokoju, rozleg&#322;y si&#281; silne uderzenia. Kto&#347; bez ceremonii
+wali&#322; w mur pi&#281;&#347;ciami, chc&#261;c widocznie zamanifestowa&#263;
+swoj&#261; tam obecno&#347;&#263;, a zarówno i fakt &#380;e,
+ha&#322;asuj&#261;c, spa&#263; mu przeszkadzano.</p>
+
+<p>Wkrótce jednak rozj&#261;trzone uderzenia usta&#322;y i
+posypa&#322;a si&#281; gar&#347;&#263; nieestetycznych, wyra&#380;onych
+g&#322;o&#347;no i ze z&#322;o&#347;ci&#261; epitetów.</p>
+
+<p>Tyle by&#322;o bezwiednego komizmu w stukaniu tem i w
+poirytowanym g&#322;osie, zaspanym jeszcze, &#380;e Dzier&#380;ymirscy
+roze&#347;mieli si&#281; wspólnie i szczerze.</p>
+
+<p>- To ta s&#322;odziutko-grzeczna rozwódka, podsta­rza&#322;a,
+pseudo - wielka pani, elegantka, wiesz .. co to przy obiedzie, siedzi ko&#322;o
+nas - obja&#347;ni&#322;a pó&#322;g&#322;osem Ola - (w szwajcarskich
+hotelach-willach, zwanych "pensions," obiaduj&#261; wszyscy razem).</p>
+
+<p>- Tak?.. - zdziwi&#322; si&#281; Roman - nie wiedzia­&#322;em...
+A to orygina&#322; baba, naturalnie, nie przypusz­cza zapewne, i&#380; my tu
+mieszkamy... Z&#322;apa&#322;a si&#281;... Jak to jednak i pozory
+fa&#322;szywej uk&#322;adno&#347;ci zdra­dzaj&#261; cz&#281;stokro&#263; to
+zwierz&#281;, ukryte w cz&#322;owieku - filozoficznie dorzuci&#322;. - Ale, ale...
+- ci&#261;gn&#261;&#322; dalej, z u&#347;miechem - wyobra&#378; sobie,
+Oluniu... Zapomnia­&#322;em ci powiedzie&#263;. Tu, na górze nad nami -
+wskaza&#322; sufit palcem i roze&#347;mia&#322; si&#281; - mieszka drugie
+dziwad&#322;o: Pami&#281;tasz... ta ma&#322;a, nasze vis-a-vis, &#380;ó&#322;­ta
+stara panna... Otó&#380; wynajmuje ona a&#380; pi&#281;&#263; pokoi
+pró&#380;nych naoko&#322;o siebie, a wiesz dlaczego? - Tu Ro­man po raz drugi
+g&#322;o&#347;niej jeszcze parskn&#261;&#322; &#347;mie­chem. - &#379;eby jej w
+nocy nie ha&#322;asowano! M&#261;drzejsza od naszej s&#261;siadki, co?...</p>
+
+<p>Ola za&#347;mia&#322;a si&#281; z kolei srebrzy&#347;cie.
+S&#322;uchaj&#261;c m&#281;&#380;a, zdj&#281;&#322;a w&#322;a&#347;nie przed
+chwil&#261; sukni&#281;, i siada&#322;a obecnie przed lustrem, z
+obna&#380;on&#261; szyj&#261; i ramionami. Pragn&#261;c rozczesa&#263;
+w&#322;osy, przechyli&#322;a si&#281; w ty&#322; i po­cz&#281;&#322;a
+rozwi&#261;zywa&#263; je leniwym ruchem r&#261;k.</p>
+
+<p>- Poczekaj - rzuci&#322; &#380;ywo Dzier&#380;ymirscy - damy
+tej babie odpowied&#378; muzyk&#261; ca&#322;usów!.. Przy­pomni sobie mo&#380;e
+luba rozwódka ma&#322;&#380;onka!.. Ha-ha­ha, a to si&#281; w&#347;cieka&#263;
+dopiero b&#281;dzie!..</p>
+
+<p>I swawolnie, ze &#347;miechem, Roman przylgn&#261;&#322;
+wargami do ramion Oli, i pocz&#261;&#322; ca&#322;owa&#263; je
+g&#322;o&#347;no, cmokaj&#261;c z lubo&#347;ci&#261;.</p>
+
+<p>- Ohe!.. la -
+bas!.. On dort ici!.. - rozleg&#322; si&#281; po chwili za
+&#347;cian&#261; gard&#322;owy, &#347;wiszcz&#261;cy glos, pe&#322;en
+nienawi&#347;ci i jadu.</p>
+
+<p>- Buch! buch! buch! - rozleg&#322;y si&#281; znów w pa­syi
+uderzenia o mur w&#347;ciek&#322;e.</p>
+
+<p>Ola &#347;mia&#322;a si&#281; serdecznie, Roman nie prze­stawa&#322;
+ca&#322;owa&#263; zamaszy&#347;cie.</p>
+
+<p>- Dosy&#263; ju&#380;, dosy&#263;! - szepn&#281;&#322;a
+m&#322;oda kobie­ta, z trudno&#347;ci&#261; hamuj&#261;c
+weso&#322;o&#347;&#263;, - prosz&#281; mi wyno­si&#263; si&#281; teraz -
+szepn&#281;&#322;a w &#347;lad za tem, z pieszczot&#261; w g&#322;osie. -
+Id&#378; na balkon! - doda&#322;a, i przechyliw­szy wysoko gi&#281;tk&#261;
+sw&#261; szyj&#281; na por&#281;cz krzes&#322;a, po­da&#322;a Romanowi do
+poca&#322;unku rozchylone swe wargi zalotnie patrz&#261;c na&#324; z pod
+d&#322;ugich rz&#281;s...</p>
+
+<p>Cudn&#261; i wdzi&#281;czn&#261; swych linji harmoni&#261;,
+biust kobiecy przemkn&#261;&#322; pon&#281;tnie w tym ruchu falistym przed
+rozkochanym wzrokiem m&#281;&#380;czyzny.</p>
+
+<p>Dotkn&#261;&#322; ustami ust i z wezbran&#261;
+mi&#322;o&#347;ci&#261; w ser­cu wyszed&#322; na balkon.</p>
+
+<p>Tu zapali&#322; cygaru i znowu wch&#322;on&#261;&#322; w sie­bie
+pe&#322;nym, szerokim oddechem, orze&#378;wiaj&#261;c&#261; atmo­sfer&#281;
+cichej szwajcarskiej nocy. Spojrza&#322; w dó&#322;. U stóp jego szkli&#322;o
+si&#281; w dali tam i ówdzie srebrem rozb&#322;&#281;kitnione jezioro. Do
+powierzchni jego pieszczot­liwie tuli&#322;y si&#281; jeszcze gdzieniegdzie
+ostatnie mgie&#322;­ki, b&#322;&#261;kaj&#261;ce si&#281; zazwyczaj dzie&#324;
+ca&#322;y, od rana, po Lemanie, i wespó&#322; z bia&#322;emi mewami
+muskaj&#261;ce sta­le grzbiety jego fal.</p>
+
+<p>Ksi&#281;&#380;yc ju&#380; by&#322; bardzo wysoko. Snopami
+&#347;wia­t&#322;a dotyka&#322; teraz grzbietów gór, mieni&#322; si&#281; fo­sforycznie
+na wierzcho&#322;kach dalekich &#347;nie&#380;nych szczytów.</p>
+
+<p>A tam, w dole, zadumane, ciche usypia&#322;o mia­sto...
+Jedne po drugich, jak iskry dopalaj&#261;cego si&#281; p&#322;omienia, ogniki -
+gas&#322;y w domostwach Vevey &#347;wia­te&#322;ka, kolejno - stopniowo
+nik&#322;y...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski, z zadowoleniem, wci&#261;ga&#322;
+wci&#261;&#380; w piersi zdrowy powiew, p&#322;yn&#261;cy z dali,
+wypuszczaj&#261;c zarazem z ust ma&#322;e ob&#322;oczki niebieskawego dymu.</p>
+
+<p>Obecnie - chwilowo, by&#322; on zupe&#322;nie
+szcz&#281;&#347;li­wym! Tu, w zacisznym gór zak&#261;tku, czu&#322; on po­dwójnie,
+jako swoj&#261; wy&#322;&#261;czn&#261; w&#322;asno&#347;&#263; ubóstwian&#261;
+kobiet&#281;, kocha&#322; j&#261; zdwojonym si&#322; &#380;ywotnych zapasem, a
+czuj&#261;c równocze&#347;nie wzajemno&#347;&#263; jej ku sobie nie­k&#322;aman&#261;,
+nurza&#322; si&#281; w uczuciu tem, z rozkosz&#261; p&#322;y­waka, rze&#378;ko
+w&#347;ród rozs&#322;onecznionych wód weso&#322;ych p&#322;yn&#261;cego w dal
+radosnego jutra! Wizye przykre znikn&#281;&#322;y zupe&#322;nie, robak
+wewn&#281;trzny, tocz&#261;cy ducha Romana, przesta&#322; go dr&#281;czy&#263;
+na chwil&#281;... Dawk&#261; mi­&#322;o&#347;ci uko&#322;ysane sumienie -
+spa&#322;o.</p>
+
+<p>- Romciu!.. Romeczku!.. - us&#322;ysza&#322; naraz Dzier­&#380;ymirski
+pieszczot obietnic pe&#322;ny, wo&#322;aj&#261;cy go g&#322;os kobiety.</p>
+
+<p>- Id&#281;... id&#281;! - odpar&#322; po&#347;piesznie i
+rzuciwszy cygaro, przest&#261;pi&#322; próg balkonu.</p>
+
+<p>&#346;wiat&#322;o w pokoju zgaszonem ju&#380; by&#322;o.
+Tajem­nicze natomiast b&#322;&#281;kitno-srebrne ksi&#281;&#380;ycowe fale
+zalewa&#322;y komnatk&#281;, a w pó&#322;&#347;wietle tem majaczy&#322;a
+posta&#263; Oli i biela&#322;y alabastrowe jej ramiona.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski, wchodz&#261;c, chcia&#322;
+przymkn&#261;&#263; za sob&#261; obite szarem suknem balkonowe okiennice.</p>
+
+<p>- O, nie... nie zamykaj !.. Tak &#322;adnie
+ksi&#281;&#380;yc &#347;wieci, tak &#347;licznie!.. - pos&#322;ysza&#322; w
+tej&#380;e samej chwili pro&#347;b&#281; Oli. Roman us&#322;ucha&#322;, a
+zamkn&#261;wszy tylko szczelnie okienne ramy balkonu, skierowa&#322; si&#281;
+szybko w g&#322;&#261;b pokoju.</p>
+
+<center>***</center>
+
+<p>Jeszcze we mg&#322;ach wczesnego poranku drzema&#322;y góry,
+jezioro i niezbudzone, senne miasto Vevey, gdy do drzwi pokoju
+Dzier&#380;ymirskich zapuka&#322; kto&#347; dy­skretnie.</p>
+
+<p>Roman, który obserwowa&#322; w&#322;a&#347;nie przez okna
+mglisty krajobraz, na ten odg&#322;os zerwa&#322; si&#281; po&#347;piesznie.
+Odziawszy si&#281; szybko, nie pytaj&#261;c przez drzwi g&#322;o&#347;no, kto
+zacz, by nie zbudzi&#263; Oli, skie­rowa&#322; si&#281; ku wyj&#347;ciu z
+komnaty... Otworzy&#322; drzwi cicho...</p>
+
+<p>- Bonjour, monsieur! - pozdrowi&#322;a go, prze­ci&#261;gaj&#261;c
+&#347;piewnie, wpó&#322;ubrana, u&#347;miechni&#281;ta wstydli­wie, m&#322;oda
+Szwajcarka, i poda&#322;a jaki&#347; papier.</p>
+
+<p>- Co to jest? - z cicha pytaj&#261;co rzuci&#322; po fran­cusku.</p>
+
+<p>- Telegram! - brzmia&#322;a odpowied&#378;.</p>
+
+<p>- A... dzi&#281;kuj&#281; - odpar&#322; Roman i
+zamkn&#261;&#322; drzwi. Niepokój wyra&#378;ny odbi&#322; si&#281; na
+wyrazistem obli­czu jego; cichutko podbieg&#322; na palcach do okna i go­r&#261;czkowo
+rozwin&#261;&#322; &#263;wiartk&#281; papieru.</p>
+
+<p>St&#322;umiony gwa&#322;tem okrzyk zabrzmia&#322; w pokoju
+przyciszonem echem, i telegram z r&#281;ki Romana upad&#322; mu na
+posadzk&#281;. Poprzez szyby balkonu Dzier­&#380;ymirski spojrza&#322;
+b&#322;&#281;dnym wzrokiem przed siebie.</p>
+
+<p>Tam, gdzie&#347; w oddali, poza wierzcho&#322;kami gór,
+zaró&#380;owia&#322;o si&#281; co&#347; niewyra&#378;nie, p&#322;oni&#322;o...
+W mg&#322;ach tajemniczych znikn&#261;&#322; ca&#322;y wczorajszy krajobraz, a
+poza niewidzialnymi tylko szczytami Alp, pokrytymi jakby woalem, gdzie&#347;,
+daleko, - zakryta wstydliwie, wschodzi&#322;a sna&#263; jutrzenka...</p>
+
+<p>Roman, blady jak p&#322;ótno, przeniós&#322; wzrok swój w
+przeciwn&#261; stron&#281; komnaty. U&#347;miechni&#281;ta, cicha spa&#322;a
+tam Ola... Z pod lekkiej ko&#322;dry wysun&#281;&#322;a si&#281; jej
+g&#322;ówka urocza, rz&#281;sy d&#322;ugie k&#322;ad&#322;y swe cienie na
+rumian&#261; twarzyczk&#281;, usteczka pon&#281;tne z koralu ma­rz&#261;cym, od
+rzeczywisto&#347;ci dalekim, rozchyla&#322;y si&#281; u&#347;miechem...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski patrzy&#322; wci&#261;&#380; na ni&#261;,
+z czu&#322;o&#347;ci&#261; wspó&#322;czuciem, bólem...</p>
+
+<p>- Biedna!.. biedna!.. - wyszepta&#322; - Biedna!..
+powtórzy&#322; ciszej jeszcze. Bolesne skrzywienie przemkn&#281;&#322;o mu po
+ustach, i odwróciwszy twarz, - nieruchomy, opar&#322; si&#281; w zadumie o
+szyby okien balkonu.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<center>---------</center>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Babie lato snu&#322;o sw&#261; prz&#281;dz&#281;...
+Czepia&#322;o si&#281; na zagonach poruszonej &#347;wie&#380;o czarnoziemnej
+gleby; &#322;askota&#322;o nozdrza siwych wo&#322;ów, w trzy pary leniwie
+sun&#261;cych u p&#322;ugów, obmotywa&#322;o si&#281; swawolnie woko­&#322;o
+ich przepysznie rozros&#322;ych rogów i bieg&#322;o dalej, unoszone
+wietrzykiem, by przytuli&#263; si&#281; do rozgorza­&#322;ej w s&#322;o&#324;cu
+czerwieni&#261; i z&#322;otem &#347;ciany borów, do samotnych grusz polowych i
+zgarbionych strzech ukra­i&#324;skich chatek, a zagl&#261;daj&#261;c po drodze
+w uko&#322;ysane je­sienn&#261; cisz&#261; jary - gin&#281;&#322;o gdzie&#347;
+w stepie dalekim, splataj&#261;c tam ze sob&#261; u&#347;ciskiem trawy, bodjaki
+i polne kwiecie - pracowicie prz&#281;dz&#261;c wsz&#281;dy ustawiczn&#261;
+ni&#263; sw&#261; bia&#322;&#261;.</p>
+
+<p>Drog&#261; do Gowartowa, galopem, co ko&#324; wysko­czy,
+p&#281;dzi&#322;a czwórka koni, unosz&#261;c w tumanie iskrz&#261;cej si&#281;
+od s&#322;o&#324;ca kurzawy powóz, a w nim dwie osoby. Pierwsz&#261; z nich
+by&#322; ksi&#261;dz proboszcz, z pobli­skiego miasteczka, drug&#261; - Krasnostawski.</p>
+
+<p>Jak huragan, min&#261;wszy pochylon&#261; garstk&#281; lu­dzi,
+kopi&#261;cych w pobli&#380;u &#322;an buraków, oraz cmentarzyk wiejski, cichy,
+pe&#322;en uroku - pojazd wpad&#322; do sio&#322;a. Z zagród ch&#322;opskich
+wyskoczy&#322;y psy i szczeka&#263; pocz&#281;&#322;y zajadle; wystraszone
+dzieciaki, o p&#322;owych, prawie bia&#322;ych, w&#322;osach, rzuci&#322;y
+si&#281;, ucie­kaj&#261;c w pop&#322;ochu, a prz&#281;dz&#261;ce konopie
+wie&#347;niaczki, w barwnych swych strojach, chustkach i wyszywa­nych
+koszulach, stawa&#322;y zdziwione, przeprowadzaj&#261;c migaj&#261;cy
+p&#281;dem pojazd niespokojnem okiem.</p>
+
+<p>Zziajana, okryta potem czwórka koni, zwolni&#322;a wreszcie
+biegu, i st&#281;pa, wolniutko, ostro&#380;nie spuszcza&#263; si&#281;
+zacz&#281;&#322;a z pagórka na wiejsk&#261; grobl&#281;.</p>
+
+<p>- Czy ksi&#281;dza dobrodzieja nie znu&#380;y&#322;a nasza
+tak pr&#281;dka jazda?.. Có&#380; robi&#263; jednak, kiedy inaczej nie
+zd&#261;&#380;yliby&#347;my mo&#380;e... - odezwa&#322; si&#281; Krasnostaw­ski,
+korzystaj&#261;c z mniejszego p&#281;du powietrza.</p>
+
+<p>Barczysty ksi&#261;dz, o inteligentnem wejrzeniu du­&#380;ych
+czarnych oczu i brwiach kruczych, odbijaj&#261;­cych wyrazi&#347;cie od
+bia&#322;ych w&#322;osów, wymykaj&#261;cych mu si&#281; spod kapelusza,
+obruszy&#322; si&#281; na to py­tanie.</p>
+
+<p>- Ale, có&#380; znowu!.. - odpar&#322;. - Oby tylko ten
+zacny pan January do&#380;y&#322; b&#322;ogos&#322;awionej chwili i móg&#322;
+pojedna&#263; si&#281; z Bogiem!..</p>
+
+<p>Umilk&#322; ksi&#261;dz, i niebawem z pobo&#380;nem
+westchnie­niem, dorzuci&#322;:</p>
+
+<p>- O to ostatnie w&#322;a&#347;nie od czasu, gdy je­dziemy,
+my&#347;l m&#261; ku Najwy&#380;szemu wznosz&#281;... Mo&#380;e jej
+us&#322;ucha&#263; raczy!..</p>
+
+<p>- Doktór mówi&#322;, &#380;e z godzin trzy po&#380;yje -
+odpar&#322; Krasnostawski, a wyjmuj&#261;c zegarek, rzek&#322; jeszcze: - Od
+chwili tej min&#281;&#322;o dwie godziny...</p>
+
+<p>- Ach, ci lekarze! - machn&#261;&#322; r&#281;k&#261;
+ksi&#261;dz sta­ry - có&#380; tam ostatecznie wiedzie&#263; oni mog&#261; -
+wszak wszystko w r&#281;ku Stwórcy-Pana! Ja, na przyk&#322;ad, pewnego razu
+by&#322;em ju&#380; konaj&#261;cym, a jednak, po przy­j&#281;ciu
+Przenaj&#347;wi&#281;tszego Sakramentu i Olejów &#346;wi&#281;­tych -
+wyzdrowia&#322;em...</p>
+
+<p>Umilkli. Ksi&#261;dz za&#347; po chwili, widz&#261;c,
+&#380;e fur­man wci&#261;&#380; jedzie st&#281;pa, zauwa&#380;y&#322;:</p>
+
+<p>- Ale mo&#380;e by&#347;my znów pojechali nieco
+pr&#281;dzej, nieprawda&#380;?</p>
+
+<p>- Naturalnie, niech minie tylko most i grobl&#281;­ -
+odrzek&#322; Krasnostawski.</p>
+
+<p>U stóp ich szumia&#322;o w tej chwili ko&#322;o u m&#322;y­na,
+pryskaj&#261;ca ode&#324; wodna piana szeroko rozlewa&#322;a si&#281; na
+senn&#261; tafl&#281; du&#380;ego stawu, w której przegl&#261;­da&#322;y
+si&#281; po&#380;ó&#322;k&#322;e szczyty gowartowskiego parku.</p>
+
+<p>Za grobl&#261; znowu ruszyli galopem, i niebawem,
+wymin&#261;wszy jeszcze cz&#281;&#347;&#263; wsi, zajechali przed ganek
+pa&#322;acu. Na spotkanie wybieg&#322; stary lokaj, klucznica i kilku domowników.</p>
+
+<p>W ciszy, przerywanej tylko parskaniem i sapa­niem spienionej
+zziajanej czwórki koni, z l&#281;kiem, na stopniach kocza, Krasnostawski
+zapyta&#322; g&#322;o&#347;nym sze­ptem:</p>
+
+<p>- &#379;yje?..</p>
+
+<p>- &#379;yje !.. &#379;yje !.. - odparli wszyscy chórem,
+lokaj za&#347; natychmiast dorzuci&#322;:</p>
+
+<p>- Chwa&#322;a Bogu na wysoko&#347;ciach... Pan doktór
+powiedzia&#322;, &#380;e mo&#380;e i do jutra rana...</p>
+
+<p>- A gdzie&#380; pan doktór? - pyta&#322; dalej Krasno­stawski.</p>
+
+<p>- A ot, tylko co patrze&#263;, jak odjecha&#322;.. Po­no do
+Karolówki, bo tam m&#322;odsza ja&#347;nie pani niezdrowa...</p>
+
+<p>- Niezdrowa!.. - obruszy&#322; si&#281; plenipotent. - Tu
+przecie&#380; konaj&#261;cy w domu, móg&#322; chyba zosta&#263; jeszcze! -
+dorzuci&#322; gniewnie, z&#322;y na widoczn&#261; oboj&#281;tno&#347;&#263; ­wiejskiego
+eskulapa. Obejrza&#322; si&#281;.</p>
+
+<p>Ksi&#261;dz z nim przyby&#322;y wysiada&#322;
+w&#322;a&#347;nie z powozu, poprzedzany towarzysz&#261;cym mu ch&#322;opacz­kiem...
+Rozleg&#322; si&#281; wkrótce d&#378;wi&#281;k uroczysty ko&#347;cielnego
+dzwonka - w progi pa&#322;acu wst&#281;powa&#322; Syn Bo&#380;y, utajony w
+Przenaj&#347;wi&#281;tszym Sakra­mencie...</p>
+
+<p>W par&#281; minut pó&#378;niej, do pokoju chorego ju&#380;
+wchodzi&#322; ksi&#261;dz; id&#261;cy w &#347;lad za nim Krasnostaw­ski
+zosta&#322; na progu i spojrza&#322; w g&#322;&#261;b sypialni cho­rego.</p>
+
+<p>Na &#322;ó&#380;ku zamajaczy&#322;a mu blada, ju&#380; nie z
+tego prawie &#347;wiata, s&#281;dziwa twarz pana Januarego. Drzwi
+zamkni&#281;to jednak w tej chwili - Krasnostawski co­fn&#261;&#322; si&#281;
+dyskretnie i pocz&#261;&#322; przechadza&#263; si&#281; wielkie­mi krokami po
+pokoju.</p>
+
+<p>Od czasu powrotu z podró&#380;y swej do miasta, na nim
+jednym prawie spoczywa&#322;o wszystko. Przep&#281;dza&#322; noce ca&#322;e u
+chorego, dogl&#261;da&#322; go osobi&#347;cie, wzywa&#322; lekarzy, konsylia.</p>
+
+<p>Dzi&#347;, widz&#261;c, i&#380; ju&#380; koniec
+nieodwo&#322;alny si&#281; zbli&#380;a, a &#347;mierci widmo b&#322;&#261;ka u
+progów pa&#322;acu, znaglony, pojecha&#322; po ksi&#281;dza, dnia poprzedniego
+ju&#380;, ci&#281;ty przeczuciem, zatelegrafowawszy o nieszcz&#281;&#347;ciu do
+marsza&#322;kowej, &#321;ady&#380;y&#324;skiego oraz do dawnego kolegi swego,
+Tarnopolskiego.</p>
+
+<p>Od tego ostatniego bowiem odebra&#322; list i&#347;cie
+enigmatyczny, w którym proszono go usilnie, by doniós&#322; szczegó&#322;owo o
+wszystkiem, co si&#281; dzieje w Go­wartowie.</p>
+
+<p>Zanadto przyrodzonego sprytu posiada&#322; w so­bie
+Krasnostawski, by nie odgadn&#261;&#263;, &#380;e poza ko­leg&#261; jego,
+Tarnopolskim, ukrywa si&#281; kto&#347; inny, zainteresowany bardzo. Domy&#347;li&#322;
+si&#281;, i&#380; by&#322; nim prawdopodobnie dobry znajomy tego&#380;,
+Dzier&#380;ymirski, i dlatego nie omin&#261;&#322; wy&#380;ej wzmiankowanego
+Tarno­polskiego, równie&#380; donosz&#261;c mu, &#380;e Gowartowski umiera.</p>
+
+<p>Smutny i blady, w przechadzce swej po pokoju,
+przystan&#261;&#322; nagle Krasnostawski, pos&#322;ysza&#322; bowiem w tej
+w&#322;a&#347;nie chwili g&#322;osy i szepty w przyleg&#322;ej ko­mnacie
+chorego.</p>
+
+<p>- Spowiada si&#281;... - rzek&#322; do siebie, i zbli­&#380;ywszy
+si&#281; do okna, spojrza&#322; w zadumie.</p>
+
+<p>Tak samo, jak codzie&#324;, podlewano dzisiaj pod
+zbli&#380;aj&#261;cy si&#281; wieczór klomby kwiatów, tak samo
+zni&#380;aj&#261;ce si&#281; ju&#380; s&#322;o&#324;ce s&#322;a&#322;o cienie
+na aleje parku, na staw, porozrzucane w ogrodzie &#322;awki, na chaty
+sio&#322;a, i step w perspektywie.</p>
+
+<p>- I tak samo b&#281;dzie jutro, pojutrze - zawsze! Tak samo
+s&#322;o&#324;ce i wszystko weseli&#263; si&#281; b&#281;dzie, nic
+porz&#261;dku swego nie zmieni, cho&#263; dusza tego zak&#261;tka uleci w
+za&#347;wiaty!.. - szepta&#322; Krasnostawski, i rzuciwszy si&#281; na fotel,
+podpar&#322; r&#281;kami g&#322;ow&#281;, a my&#347;li goni&#261;c si&#281;
+przelatywa&#322;y mu po g&#322;owie.</p>
+
+<p>- O, jak&#380;e okrutn&#261; jest &#347;mier&#263;! -
+my&#347;la&#322;. - ­Jak pe&#322;n&#261; zagadki niezwalczonej pot&#281;gi,
+przed któ­r&#261; tylko w pokorze chyli&#263; musimy milcz&#261;co czo&#322;a!</p>
+
+<p>I nic kamiennego jej serca nie wzruszy, nic nie zatrzyma -
+ona w swej nieub&#322;aganej godzinie przyj&#347;&#263; musi !..</p>
+
+<p>- Straszne, straszne!.. - szepn&#261;&#322; znów do sie­bie
+pochylony m&#281;&#380;czyzna. - Tem straszniejsze, i&#380; niezrozumia&#322;e,
+nieuj&#281;te rozumem ludzkim, zawsze, zda si&#281;, nowe, cho&#263; prawieczne
+w sobie; zawsze tak sa­mo niedo&#347;cig&#322;e, niezmiennie na wszelkie
+pytania od­powiadaj&#261;ce sfinksa zagadk&#261;...</p>
+
+<p>- I mnie to kiedy&#347; przecie spotka, wszak i ja
+umr&#281;!.. - rzek&#322; g&#322;o&#347;no do siebie Krasnostawski. - A potem
+?.. - szepn&#261;&#322; z trwog&#261;.</p>
+
+<p>I z pytaniem tem na ustach utkwi&#322; wzrok b&#322;&#281;­dny
+we drzwi s&#261;siedniego pokoju...</p>
+
+<p>Drzwi te tymczasem roztwar&#322;y si&#281; cicho i na progu
+ukaza&#322;a si&#281;, natchniona w tej chwili jakby twarz ksi&#281;dza i
+posta&#263; jego wynios&#322;a. Krasnostawski, zbudzony ze swych my&#347;li
+ponurych, &#380;ywo podbieg&#322; ku niemu.</p>
+
+<p>- Có&#380;, ksi&#281;&#380;e proboszczu? - zapyta&#322;.</p>
+
+<p>- Wszystko dobrze... Zbrata&#322;a si&#281; dusza jego z
+Panem... - odpar&#322; ten&#380;e z powag&#261;.</p>
+
+<p>- Ale? ale, czy ksi&#261;dz dobrodziej nie uwa&#380;a&#322;
+przypadkiem ?... To jest... - pl&#261;ta&#322; si&#281; Krasnosta­wski -
+powiedzie&#263; chcia&#322;em, czy choremu przypad­kiem nie lepiej?...</p>
+
+<p>- Ha, Bóg wiedzie&#263; raczy... Nam pozostaje po­godzi&#263;
+si&#281; tylko z Jego Najwy&#380;sz&#261; Wol&#261;!.. - tym sa­mym tonem
+odrzek&#322; s&#322;uga Pa&#324;ski.</p>
+
+<p>- Zapewne!.. - b&#261;kn&#261;&#322; Krasnostawski.
+Zapanowa&#322;o chwil&#281; ci&#281;&#380;kie, o&#322;owiane milczenie. - Ach,
+ale przepraszam najmocniej ksi&#281;dza dobrodzieja - uprzejmie przerwa&#322;
+pierwszy m&#322;ody cz&#322;o­wiek - w tej chwili podwieczorek poda&#263;
+ka&#380;&#281;, ksi&#261;dz dobrodziej utrudzony drog&#261;, g&#322;odny
+zapewne!... - i Krasnostawski ku drzwiom si&#281; skierowa&#322; po&#347;pie­sznie.</p>
+
+<p>- Nie, dzi&#281;kuj&#281; ci, panie Boles&#322;awie!
+Jecha&#263; musz&#281;...</p>
+
+<p>- Ju&#380;? - zdziwi&#322; si&#281; m&#322;ody plenipotent.</p>
+
+<p>- A tak, serce, jutro odpust u mnie, roboty huk!.. Ka&#380;
+zaprz&#281;ga&#263;, je&#347;li &#322;aska, a ja tymczasem w ogrodzie poczekam
+i modlitwy swe przedwieczor­ne odmówi&#281;.</p>
+
+<p>- W tej chwili s&#322;u&#380;&#281; ksi&#281;dzu
+dobrodziejowi... - rzuci&#322; w pó&#322;uk&#322;onie Krasnostawski i
+znik&#322; za drzwiami.</p>
+
+<p>Ksi&#261;dz zajrza&#322; jeszcze do chorego; pozostawiony na
+opiece staruszki-klucznicy, z pogod&#261; na obliczu swem dziwn&#261;
+le&#380;a&#322; on spokojnie.</p>
+
+<p>Widz&#261;c to, proboszcz wyszed&#322;.</p>
+
+<p>Z dobry kwadrans miga&#322;a wysoka, czarna syl­wetka jego
+na tle zieleni, po wygracowanych staran­nie alejach parku, poczem w
+pobli&#380;u modl&#261;cego si&#281; w skupieniu ksi&#281;dza pojawi&#322;
+si&#281; Krasnostawski.</p>
+
+<p>Zaturkota&#322;o jednocze&#347;nie... Z uszanowaniem przez
+wszystkich odprowadzony, proboszcz wsiad&#322; niebawem do powozu. W par&#281;
+minut pó&#378;niej pojazd, unosz&#261;cy go, znik&#322; za wjazdow&#261;
+bram&#261; pa&#322;acu...</p>
+
+<p>Stoj&#261;cy na ganku Krasnostawski poruszy&#322; si&#281; machinalnie
+i przez milcz&#261;ce pa&#322;acowe komnaty skierowa&#322; do pokoju pana
+Januarego.</p>
+
+<p>- Có&#380;? jak&#380;e?.. - zapyta&#322; zap&#322;akanej
+starusz­ki, siedz&#261;cej ko&#322;o &#322;o&#380;a chorego.</p>
+
+<p>- Teraz... le&#380;y niby spokojnie - wyj&#261;ka&#322;a
+cicho.</p>
+
+<p>- No, to prosz&#281; i&#347;&#263; odpocz&#261;&#263;, ja
+zostan&#281; i dam zna&#263;, gdy zajdzie tego potrzeba - stanowczo
+odezwa&#322; si&#281; Krasnostawski.</p>
+
+<p>Po opieraniu si&#281; d&#322;u&#380;szem, staruszka,
+znu&#380;ona i senna wysun&#281;&#322;a si&#281; z pokoju, Krasnostawski
+za&#347;, podszed&#322;szy do fotelu, stoj&#261;cego przy &#322;ó&#380;ku,
+usiad&#322; ci&#281;&#380;ko.</p>
+
+<p>Cisza martwa zago&#347;ci&#322;a w komnacie... Gowar­towski,
+oddychaj&#261;c niepostrze&#380;enie lekko, spokojny, le&#380;a&#322;
+wci&#261;&#380; nieruchomo; znu&#380;eni domownicy rozpierzchli si&#281;,
+ka&#380;dy do swego zak&#261;tka i odg&#322;os &#380;adny nie dochodzi&#322;
+tutaj, tylko poprzez zapuszczone firanki oraz story rzuca&#322;o swe jaskrawe blaski
+zni&#380;aj&#261;ce si&#281; ju&#380; s&#322;o&#324;ce...</p>
+
+<p>Krasnostawski, zm&#281;czony &#380;yciem ostatnich dni
+kilku, zamy&#347;li&#322; si&#281; g&#322;&#281;boko, fizycznie
+wypoczywaj&#261;c zarazem.</p>
+
+<p>Od czasu do czasu spojrzenie przenosi&#322; na starca,
+poczem zapada&#322; znów w zadum&#281;, po&#322;&#261;czon&#261; z
+nieokre&#347;lon&#261; apaty&#261;, gniot&#261;c&#261; go swym
+ci&#281;&#380;arem, z poczuciem bezradno&#347;ci, w obliczu
+zbli&#380;aj&#261;cej si&#281; nie odwo&#322;alnie, krocz&#261;cej
+&#347;mia&#322;o &#347;mierci!</p>
+
+<p>Min&#281;&#322;o w ten sposób dwie godziny.</p>
+
+<p>Na ciemne &#380;aluzye u okien pada&#322;y teraz prostopadle
+dogasaj&#261;c&#261; czerwon&#261; &#322;un&#261; ostatnie zachodu promienie,
+majaczy&#322;y ognikami krwawymi po posadzce i &#347;cianach, a spoza parku, z
+oddali, niewyra&#378;nie jakie&#347; dla ucha dochodzi&#322;y odg&#322;osy...</p>
+
+<p>To pracowity, znojny ko&#324;czy&#322; si&#281; gdzie&#347;
+tam, po polach i sio&#322;ach pogodny dzie&#324; jesieni; to,
+&#347;piewaj&#261;c chórem sm&#281;tn&#261; ukrai&#324;sk&#261; dumk&#281; -
+wraca&#322;y po pracy dziewcz&#281;ta i mo&#322;odycye, z buraczanych
+&#322;anów, gromad&#261;...</p>
+
+<p>Nagle Krasnostawski, z przymkni&#281;tymi oczyma w fotelu
+swym zag&#322;&#281;biony, ockn&#261;&#322; si&#281;, drgn&#261;wszy na
+ca&#322;em ciele nerwowo. Spojrza&#322; na chorego...</p>
+
+<p>Usta pana Januarego szepta&#322;y co&#347; niewyra&#378;nie,
+porusza&#322;y si&#281; szybko - wreszcie uniós&#322; si&#281; on na poduszkach
+i wzrokiem b&#322;&#281;dnym spojrza&#322; woko&#322;o.</p>
+
+<p>Krasnostawski ju&#380; by&#322; si&#281; zerwa&#322; i
+sta&#322; teraz ko&#322;o &#322;ó&#380;ka blisko.</p>
+
+<p>- Kto to jest?.. Kto to?.. - wyszepta&#322; chory, z
+trudno&#347;ci&#261;.</p>
+
+<p>- To ja, Krasnostawski, Kra-sno-staw-ski - powtórzy&#322;
+dobitnie.</p>
+
+<p>- A, a... to dobrze... dobrze... - pan January
+zaczerpn&#261;&#322; p&#322;ucami powietrza i po chwili zupe&#322;nie ju&#380;
+przytomnie przemówi&#322; &#322;amanym, cichym g&#322;osem:</p>
+
+<p>-Mój panie Boles&#322;awie, ods&#322;o&#324;, prosz&#281;
+ci&#281;, okno, cho&#263; jedno... Tak tu ciemno...</p>
+
+<p>Krasnostawski, us&#322;uchawszy natychmiast zlecenia,
+podniós&#322; rolet&#281;.</p>
+
+<p>S&#322;o&#324;ce ju&#380; by&#322;o zasz&#322;o. W
+pierwszych u&#347;ciskach nadchodz&#261;cego zmierzchu sta&#322;y cicho
+pó&#322;obna&#380;one drzewa parku, przeplatane gdzieniegdzie czerwieni&#261;,
+s&#322;a&#322;y si&#281; aleje &#380;ó&#322;tawym od opad&#322;ych li&#347;cie
+kobiercem - biela&#322;y niewyra&#378;nie w dali zagrody sio&#322;a,
+ciemnia&#322;y jego osady, senna i mroczna &#347;wieci&#322;a tafla stawu.</p>
+
+<p>Krasnostawski, odwróciwszy si&#281; od okna, spotka&#322;
+smutny, pe&#322;en t&#281;sknoty wzrok starca, utkwiony w roztaczaj&#261;cy
+si&#281; poza oknem krajobraz.</p>
+
+<p>Do &#322;ó&#380;ka zbli&#380;y&#322; si&#281;
+po&#347;piesznie.</p>
+
+<p>- Dzi&#281;kuj&#281; ci... mój kochany... pani
+Boles&#322;awie... dzi&#281;kuj&#281; - odetchn&#261;&#322; Gowartowski i
+doko&#324;czy&#322; ciszej:</p>
+
+<p>- Ostatni to raz... ostatni widz&#281; to wszystko! -
+uczyni&#322; r&#281;k&#261; ruch s&#322;aby, a wskazuj&#261;cy widok otulonego
+mrokiem sio&#322;a i pól szerokich.</p>
+
+<p>- Dlaczego? - podchwyci&#322; szybko Krasnostawski, -
+uwa&#380;am w&#322;a&#347;nie, &#380;e g&#322;os pa&#324;ski ma dziwnie zdrowe
+brzmienie - da Bóg, b&#281;dzie lepiej...</p>
+
+<p>- Och... nie! Nie b&#281;dzie lepiej - westchn&#261;&#322;
+pan January - nie b&#281;dzie... to tylko na chwil&#281;...</p>
+
+<p>Znów przesta&#322;, i zaczerpn&#261;wszy powietrza,
+ci&#261;gn&#261;&#322; dalej, uczyniwszy jednocze&#347;nie praw&#261;
+r&#281;k&#261; ruch zniech&#281;cenia pe&#322;ny.</p>
+
+<p>- Ja czuj&#281;, widz&#281;, &#380;e koniec,
+&#347;mier&#263; si&#281; zbli&#380;a... Nic mi ju&#380; nie pomo&#380;e - wola
+Boska!.. - znów przerwa&#322;... w minut&#281; za&#347; mówi&#322;:</p>
+
+<p>- W&#322;a&#347;nie... w&#322;a&#347;nie powiedzie&#263;
+co&#347; chcia&#322;em tobie... kochany panie Boles&#322;awie...
+usi&#261;d&#378;... - i pan January wskaza&#322; sw&#261; woskowo -
+&#380;ó&#322;t&#261; r&#281;k&#261; tabo­recik.</p>
+
+<p>Krasnostawski us&#322;ucha&#322;.</p>
+
+<p>- Poczekaj chwil&#281;... odpoczn&#281;... - wyszepta&#322;
+os&#322;abiony bardzo. Opar&#322; g&#322;ow&#281; o poduszki i oddy­cha&#263;
+pocz&#261;&#322; ci&#281;&#380;ko, na bladej za&#347; twarzy jego za­kwit&#322;
+i zgas&#322; niebawem rumieniec nik&#322;y.</p>
+
+<p>Krasnostawski wyczekiwa&#322;, milcz&#261;c.</p>
+
+<p>- Mo&#380;e poda&#263; panu co do picia? - zapyta&#322; po
+chwili.</p>
+
+<p>Przecz&#261;cy ruch r&#281;ki by&#322; ca&#322;&#261;
+odpowiedzi&#261; pa­na Januarego. W dziesi&#281;&#263; za&#347; mo&#380;e minut
+pó&#378;niej g&#322;osem s&#322;abym, przerywanym co chwila ci&#281;&#380;kim
+oddechem, przemówi&#322; cicho :</p>
+
+<p>- Ty&#347; dobry... ty jeden... tak, jeden, jedyny, co&#347;
+mnie nie opu&#347;ci&#322;... Uczynili to wszyscy: siostra,
+&#321;ady&#380;y&#324;ski, córka... - spu&#347;ci&#322; g&#322;ow&#281; i
+umilk&#322;, a dwie &#322;zy du&#380;e, perliste zab&#322;ys&#322;y w jego
+niebieskich, przy­blad&#322;ych &#378;renicach i stoczy&#322;y si&#281; z wolna
+po wychu­d&#322;ej twarzy. Po chwili ci&#261;gn&#261;&#322; znowu:</p>
+
+<p>- &#377;le uczyni&#322;a Ola, &#378;le bardzo... Nie
+poniewiera si&#281; tak rodzicem, nie depce si&#281; tak przywi&#261;­zania
+ojca... nie, nie, po stokro&#263; razy nie!... - po­wtórzy&#322; z moc&#261; w
+os&#322;ab&#322;ym g&#322;osie, i z t&#261; skarg&#261; na ustach przeciw
+dziecku ostatni&#261;, upad&#322; na poduszki w znu&#380;eniu, jak &#347;ciana
+blady.</p>
+
+<p>Krasnostawski, ze wspó&#322;czuciem, uj&#261;&#322;
+r&#281;k&#281; star­ca w d&#322;o&#324; praw&#261;, a gdy Gowartowski ponownie
+uniós&#322; si&#281; na pos&#322;aniu, opieku&#324;czo i silnie podpar&#322;,
+podtrzyma&#322; swem lewem ramieniem jego cia&#322;o wy­chud&#322;e.</p>
+
+<p>- Dzi&#281;kuj&#281; ci, bardzo dzi&#281;kuj&#281;!.. -
+wyszep­ta&#322; pan January i mówi&#263; pocz&#261;&#322; dalej,
+g&#322;o&#347;niej nieco, lecz ochryp&#322;ym ju&#380; od zm&#281;czenia i
+wysi&#322;ku g&#322;osem :</p>
+
+<p>- Ale nie o tem mówi&#263; chcia&#322;em, nie o tem!
+Przeciwnie... - znów zamilk&#322; sekund kilka.</p>
+
+<p>- Przeciwnie - powtórzy&#322; - ja Oli przeba­czam,
+maj&#261;tek ca&#322;y zapisa&#322;em jej wy&#322;&#261;cznie, tylko...­ tu
+zatrzyma&#322; si&#281; starzec d&#322;u&#380;ej nieco, jakby w ostatnim
+wysi&#322;ku trudno mu by&#322;o jasno wyrazi&#263; my&#347;l swoj&#261; -
+tylko - ci&#261;gn&#261;&#322; - &#380;e testamentów jest dwa: jeden u
+notaryusza, z&#322;o&#380;ony dawno, na korzy&#347;&#263; Oli... drugi... na
+jej niekorzy&#347;&#263;...</p>
+
+<p>Umilk&#322; znów Gowartowski blady i zm&#281;czony, a po
+chwili ko&#324;czy&#322;:</p>
+
+<p>- Ten ostatni, pó&#378;niejszy, napisa&#322;em w chwili
+nierozumnego gniewu... Jest w mojem biurku, szuflada lewa, na wierzchu...
+Podr&#281; go!..</p>
+
+<p>Tu pan January, oswobodziwszy si&#281; od podtrzy­muj&#261;cego
+go ramienia Krasnostawskiego, opad&#322; na poduszki wycie&#324;czony.</p>
+
+<p>- Czy przynie&#347;&#263; mam ten testament? - podda&#322;
+Krasnostawski.</p>
+
+<p>Ojciec Oli Dzier&#380;ymirskiej przyzwalaj&#261;co
+skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261; i s&#322;abym ruchem r&#281;ki poruszy&#322;
+kluczyk od szufladki stoj&#261;cego obok &#322;o&#380;a stoliczka.</p>
+
+<p>Krasnostawski zrozumia&#322;. Wysun&#261;&#322; szybko szu­flad&#281;,
+wzi&#261;&#322; stamt&#261;d p&#281;k kluczy i oddali&#322; si&#281; cicho. </p>
+
+<p>Blady, oddychaj&#261;c ci&#281;&#380;ko, w oczekiwaniu
+m&#322;o­dego cz&#322;owieka, odpoczywa&#322; Gowartowski... W ciszy
+g&#322;uchej min&#281;&#322;o z dziesi&#281;&#263; minut. Na progu wreszcie
+ukaza&#322; si&#281; Krasnostawski, trzymaj&#261;c w r&#281;ku du&#380;&#261;
+kopert&#281;.</p>
+
+<p>Na jego widok pan January gor&#261;czkowo, o w&#322;a­snych
+si&#322;ach, uniós&#322; si&#281; na pos&#322;aniu i wyci&#261;gn&#261;&#322;
+r&#281;k&#281; po testament.</p>
+
+<p>- Dzi&#281;kuj&#281;... - wyszepta&#322;.</p>
+
+<p>Odebrawszy za&#347; od Krasnostawskiego kopert&#281;,
+otworzy&#322; j&#261; dr&#380;&#261;c&#261; r&#281;k&#261;, wyj&#261;&#322;
+arkusz papieru, znajduj&#261;cy si&#281; tam i rozerwa&#322; zwolna na cztery
+cz&#281;&#347;ci. Potem w&#322;o&#380;y&#322; na powrót do koperty zniszczony
+test, a­ zwróciwszy si&#281; do Krasnostawskiego, g&#322;osem dziwnie
+d&#378;wi&#281;cznym, stanowczym, wymówi&#322;:</p>
+
+<p>- Oddasz to jej... Oli - i umilk&#322;, opad&#322;szy zno­wu
+na poduszki.</p>
+
+<p>M&#322;ody plenipotent machinalnie wzi&#261;&#322;
+kopert&#281; schowa&#322; j&#261; do kieszeni surduta. Wpatrzony w star­ca, na
+którego twarzy igra&#322; w tej chwili ja­ki&#347; pe&#322;ny dobroci
+u&#347;miech, blady, tkliwy - milcza&#322; wzruszony, a dwie &#322;zy
+niepos&#322;uszne zakr&#281;ci&#322;y mu si&#281; w oczach.</p>
+
+<p>G&#322;osem cichym, jakby dogasaj&#261;cym, mówi&#322; tym­czasem
+jeszcze pan January:</p>
+
+<p>- Nie zapomnij odda&#263;... Pami&#281;taj!.. - urwa&#322;,
+a po chwili:</p>
+
+<p>- Powiedz... tak&#380;e Oli... &#380;e przebaczam... jej...
+i... jemu!..- doko&#324;czy&#322; z trudno&#347;ci&#261;, w wysi&#322;ku
+ostatnim i z wypiekami na twarzy, trupio blady, umilk&#322;...</p>
+
+<p>Pal&#261;ca si&#281; u obrazu Matki Boskiej nad &#322;ó&#380;kiem,
+z czerwonego szk&#322;a, lampka rzuci&#322;a w tej chwili promie&#324; jasny na
+oblicze starca...</p>
+
+<p>W zmierzchu id&#261;cego wieczora twarz Gowarto­wskiego
+zaja&#347;nia&#322;a jakim&#347; nadziemskim jakby wyrazem szlachetnej
+dobroci... Krasnostawski jednocze&#347;nie poprawi&#322; poduszki u &#322;o&#380;a
+i pochyli&#322; si&#281; nad chorym, zda&#322;o mu si&#281; bowiem, i&#380;
+ten&#380;e porusza ustami.</p>
+
+<p>Rzeczywi&#347;cie. Niedos&#322;yszalnym, urywanym szep­tem
+m&#322;ody cz&#322;owiek pos&#322;ysza&#322; jeszcze:</p>
+
+<p>- Dzi&#281;kuj&#281;... ty&#347; dobry!.. Mówi&#263;
+ju&#380;... wi&#281;cej... nie... mog&#281;...</p>
+
+<p>Poruszony s&#322;owami chorego starca, zdenerwo­wany,
+wzruszony odst&#261;pi&#322; od &#322;ó&#380;ka Krasnostawski i
+przygn&#281;biony, usiad&#322; w fotelu.</p>
+
+<p>Min&#281;&#322;o z dziesi&#281;&#263; minut.</p>
+
+<p>Widz&#261;c, &#380;e chory le&#380;y teraz zupe&#322;nie
+ju&#380; cicho, m&#322;ody cz&#322;owiek po chwili powsta&#322;,
+pos&#322;ucha&#322; oddechu jego, poczem wysun&#261;&#322; si&#281; cichutko z
+pokoju. Du­si&#322;o go co&#347; w gardle...</p>
+
+<p>W s&#261;siednich komnatach pusto by&#322;o ca&#322;kiem i
+szaro ju&#380; zupe&#322;nie. Mrok wieczora wciska&#322; si&#281; do
+pa&#322;acu coraz natarczywszy, wsz&#281;dzie, samotny, cichy, smutny.
+Krasnostawski bez ha&#322;asu otworzy&#322; podwo­je balkonu i wyszed&#322; na
+werand&#281;, spragniony odetchn&#261;&#263; &#347;wie&#380;szem powietrzem...</p>
+
+<p>Opar&#322; si&#281; o balustrad&#281;, ch&#322;odzi&#263;
+pocz&#261;&#322; rozpa­lone czo&#322;o zimnym powiewem jesiennego wieczora i
+sta&#322; tak nieruchomy do&#347;&#263; d&#322;ugo, og&#322;upia&#322;y jakby
+na razie, bezmy&#347;lny...</p>
+
+<p>Nagle milczenie pogr&#261;&#380;aj&#261;cego si&#281; coraz
+bar­dziej w mroki domu i parku, przerwa&#322; jednostajny dono&#347;ny,
+odg&#322;os dzwonu w pobli&#380;u. To codziennym, panuj&#261;cym w Gowartowie,
+zwyczajem, zwo&#322;ywana s&#322;u&#380;b&#281; na wieczorn&#261; kolacy&#281;.</p>
+
+<p>Krasnostawski si&#281; ockn&#261;&#322;, a jednocze&#347;nie
+poczu&#322; pragnienie i g&#322;ód.</p>
+
+<p>Wróci&#322; do komnaty, zamkn&#261;&#322; drzwi oszklone od
+werandy, a napotkawszy po drodze jak&#261;&#347; pozostawion&#261;
+&#347;wiec&#281;, zapali&#322; j&#261; po&#347;piesznie i na palcach
+skierowa&#322; si&#281; poprzez kilka komnat do jadalnej sali. Dob&#281;
+ca&#322;&#261; Krasnostawski nic, prócz kilku szklanek herbaty, w ustach nie
+mia&#322; - m&#322;ody organizm dopo­mina&#322; si&#281; o swoje prawa.</p>
+
+<p>W kredensie znalaz&#322; pochowane zimne mi&#281;siwa i
+chleb razowy; posili&#322; si&#281;, popi&#322; wod&#261; i przez puste komnaty
+znowu skierowa&#322; si&#281; do pokoju Gowartow­skiego.</p>
+
+<p>Tu ju&#380; zupe&#322;ne panowa&#322;y ciemno&#347;ci.
+Krasno­stawski zapali&#322; lampk&#281;, przykry&#322; j&#261; aba&#380;urem i
+spoj­rza&#322; na chorego.</p>
+
+<p>Le&#380;a&#322; w tej samej pozycyi, tak samo spo­kojny,
+oddychaj&#261;c lekko, cicho, bledszy tylko, &#380;ó&#322;­tszy jakby... I w
+jednem równie&#380; zasz&#322;a, zmiana nag&#322;a.</p>
+
+<p>Oto r&#281;ce pana Januarego wykonywa&#322;y po ko&#322;drze
+jakie&#347; niewyra&#378;ne i dziwne ruchy, jakby szu­ka&#322;y czego&#347;,
+szczypa&#322;y powierzchni&#281; sukna, zatrzy­mywaly si&#281; chwil&#281;, i
+znów rytmiczne porusza&#322;y si&#281; zwolna, jednostajnie...</p>
+
+<p>Krasnostawski, postawszy czas jaki&#347;, zbli&#380;y&#322;
+si&#281; do stolika, wzi&#261;wszy do r&#281;ki machinalnie stoj&#261;ce tam
+lekarstwo. Spojrza&#322; na recept&#281;. Przeczytawszy za&#347;,
+westchn&#261;&#322;.</p>
+
+<p>By&#322;y to leki zwykle, przepisywane dogorywa­j&#261;cym...</p>
+
+<p>- Czy&#380;by naprawd&#281; tak &#378;le ju&#380; by&#322;o?
+- szepn&#261;&#322; do siebie m&#322;odzieniec - tak przytomnym by&#322; jed­nak
+przed chwil&#261;!.. E!.. mo&#380;e Bóg da... pocieszaj&#261;c si&#281; -
+doko&#324;czy&#322; g&#322;o&#347;no.</p>
+
+<p>Tymczasem zm&#281;czenie fizyczne i moralne wali&#322;o
+wprost z nóg Krasnostawskiego.</p>
+
+<p>Zbli&#380;y&#322; si&#281; chwiejny do fotelu. Usiad&#322; i
+po kil­kakrotnie ziewn&#261;&#322; mimo woli nerwowo. Po chwili je­dnak
+energicznie wstrz&#261;sn&#261;&#322; si&#281;...</p>
+
+<p>- Ooo... jak&#380;e mi si&#281; spa&#263; chce!.. -
+mrukn&#261;&#322; i ponownie ziewn&#261;&#322; przeci&#261;gle z cicha.</p>
+
+<p>- Ale nie mo&#380;na... nie mo&#380;na!.. -
+szepn&#261;&#322; znów do siebie przekonywaj&#261;co i si&#281;gn&#261;&#322;
+po stoj&#261;c&#261; opodal flaszk&#281; kolo&#324;skiej wody.</p>
+
+<p>Przetar&#322; sobie skronie, pow&#261;cha&#322;, poczem
+napi&#322; si&#281; zimnej wody ze szklanki, i jak mu si&#281; zdawa&#322;o,
+zupe&#322;nie obecnie rze&#378;ki, zag&#322;&#281;bi&#322; si&#281; w fotelu.</p>
+
+<p>Tymczasem min&#281;&#322;o minut dziesi&#281;&#263;
+zaledwie, gdy m&#322;ody pan plenipotent spa&#322; ju&#380; na dobre, pochrapu­j&#261;c
+nawet z lekka czasami.</p>
+
+<p>Sen zwyci&#281;&#380;y&#322;... Milczenie i spokój
+jaki&#347; z&#322;o­wrogi zapanowa&#322;y w komnacie.</p>
+
+<p>A zewn&#261;trz pa&#322;acu tymczasem noc z wolna i sto­pniowo
+królowa&#263; zacz&#281;&#322;a.</p>
+
+<p>Na ciemnem tle nieba zamruga&#322;y wkrótce gwia­zdy, od pól
+wion&#261;&#322; wietrzyk i cichym &#380;ó&#322;kniej&#261;­cych li&#347;ci
+pogwarem zaszumia&#322; nad domem park stary.</p>
+
+<p>Wewn&#261;trz za&#347; dworu usn&#281;li wszyscy...
+Milcza&#322;y tu wszystkie k&#261;ty, a w oddzielonej kilkoma komnatami
+jadalnej sali dochodzi&#322; tylko regularny odg&#322;os staro&#347;wieckiego
+zegara, który brzd&#261;ka&#322; i tyka&#322; i bi&#322; przeci&#261;gle
+godziny jedna za drug&#261;.</p>
+
+<p>Nagle w g&#322;uchej ciszy sypialni pana Januare­go
+rozleg&#322;o si&#281; pocz&#261;tkowo s&#322;absze, niebawem co­raz silniejsze
+charczenie. To chory starzec ju&#380; kona&#322;...</p>
+
+<p>Za &#322;o&#380;em, w pó&#322;&#347;wietle komnaty,
+niewidzialna dla oka ludzkiego, stan&#281;&#322;a &#347;mier&#263;, lepu swego
+chciwa - j&#281;ki zg&#322;uszone umieraj&#261;cego dziesi&#281;ciokrotnem
+echem wstrz&#261;sn&#281;&#322;y cisz&#261; domu...</p>
+
+<p>Co&#347; zbudzi&#322;o Krasnostawskiego. Co? - sam nie
+wiedzia&#322; na razie. Zerwa&#322; si&#281; z fotelu, oczy przetar&#322; i
+spojrza&#322; na pogr&#261;&#380;one w cieniu &#322;o&#380;e.
+Zdr&#281;twia&#322; nagle i w&#322;osy d&#281;bem stan&#281;&#322;y mu na
+g&#322;owie.</p>
+
+<p>Z oczyma, wywróconemi po bia&#322;ka &#378;renic, po­stawionemi
+w s&#322;up, nieprzytomny, z ustami otworzonemi, z&#380;ó&#322;k&#322;y,
+zzielenia&#322;y - straszny, j&#281;cza&#322; starzec, &#322;apa&#322;
+powietrze, st&#281;ka&#322; &#380;a&#322;o&#347;nie - charcza&#322;
+z&#322;owrogo...</p>
+
+<p>Krasnostawski zrozumia&#322;, lecz znieruchomia&#322; na
+razie do tego stopnia, &#380;e nie by&#322; w stanie poruszy&#263; si&#281; z
+miejsca.. Po raz pierwszy w &#380;yciu znajdowa&#322; si&#281; wobec
+konaj&#261;cego cz&#322;owieka, patrza&#322; wi&#281;c bez­przytomny prawie i
+b&#322;&#281;dny nieustannie na Gowarto­wskiego... Dr&#380;a&#322; przy tem na
+ca&#322;em ciele, chwy­ta&#322;o go co&#347; za gard&#322;o, przykuwa&#322;o do
+miejsca, do ziemi.</p>
+
+<p>Równocze&#347;nie przygn&#281;biaj&#261;ca cisza
+gniot&#322;a mu piersi ci&#281;&#380;arem, konaj&#261;ce drgnienia i j&#281;ki
+umieraj&#261;cego, niby ostrzem ze stali kraja&#322;y niemi&#322;osiernie
+wypr&#281;&#380;one nerwy, a zarazem l&#281;k niewyt&#322;umaczony, dziwny,
+zatrz&#261;s&#322; nim.</p>
+
+<p>Wi&#281;c to &#347;mier&#263;!.. &#347;mier&#263; idzie
+ju&#380;, przybli&#380;a si&#281;, okropna, bezz&#281;bna, oto jej szkielet
+sunie obok, mija go!.. Zbli&#380;a si&#281; teraz oboj&#281;tna do
+&#322;o&#380;a... nachy­la nad konaj&#261;cym...</p>
+
+<p>- Ha-ha-ha!.. ha-ha-ha!.. ha-ha-ha!.. - wstrz&#261;­sa
+&#347;cianami pokoju - oto &#347;miech jej straszny!.. Rz&#281;&#380;enie
+konaj&#261;cego odpowiada mu echem coraz przera&#378;liwiej,
+g&#322;o&#347;niej... Ponuro j&#281;czy on, skar&#380;y si&#281;, miota !..</p>
+
+<p>- Bo&#380;e!.. Bo&#380;e!.. Co... to? Co... to? - krzyk­n&#261;&#322;
+Krasnostawski, schwyci&#322; si&#281; za g&#322;ow&#281;, zadygo­ta&#322; raz
+jeszcze i porwawszy ze sto&#322;u dzwonek - wybieg&#322;.</p>
+
+<p>W milczeniu powszechnego u&#347;pienia rozleg&#322; si&#281;
+niebawem rozpaczliwy d&#378;wi&#281;k pokojowego dzwonka,
+wstrz&#261;sn&#261;&#322; murami !..</p>
+
+<p>Gowartowski tymczasem czyni&#263; pocz&#261;&#322; teraz
+r&#281;­kami jakie&#347; szalone ruchy, gwa&#322;townie odp&#281;dza&#322;
+co&#347;, broni&#322; si&#281; przed kim&#347;, j&#281;cza&#322; jeszcze
+dono&#347;niej, chwy­ta&#322; powietrze, bezustannie charcza&#322;..</p>
+
+<p>Bieganie nape&#322;ni&#322;o niebawem dom ca&#322;y. Gar­stka
+domowników i s&#322;u&#380;by w kilka chwil pó&#378;­niej nape&#322;ni&#322;a
+pokój dogorywaj&#261;cego cz&#322;owieka. Ostatnia przysz&#322;a staruszka,
+klucznica, z gromnic&#261; w r&#281;ku.</p>
+
+<p>&#379;a&#322;obn&#261; &#347;wiec&#281; zapalono
+po&#347;piesznie i ukl&#281;kli wszyscy. Krasnostawski przy samem
+&#322;o&#380;u, trzymaj&#261;c w d&#322;oni r&#281;k&#281; pana Januarego.</p>
+
+<p>Ch&#322;od&#322;a mu ona w palcach coraz bardziej; sto­pniowo,
+powoli, charczenie, j&#281;ki, równie&#380; ustawa&#322;y, ucich&#322;y
+wreszcie...</p>
+
+<p>Skupione milczenie komnaty, zamagnetyzowane wyczekiwaniem,
+trwog&#261;, przerwa&#322; szelest, dla ucha prawie niedos&#322;yszalny.
+Ostatnie w tej chwili ziemskie westchnienie cz&#322;owiecze ulatywa&#322;o z
+piersi star­ca - mkn&#281;&#322;o w za&#347;wiaty...</p>
+
+<p>- Sko&#324;czy&#322;... - szepn&#261;&#322; Krasnostawski.
+W&#347;ród kl&#281;cz&#261;cych rozleg&#322; si&#281; p&#322;acz... Gdzienie­gdzie
+p&#322;omyk zapalonej gromnicy o&#347;wietli&#322; ponuro
+&#380;ó&#322;taw&#261; plam&#261; &#347;ciany, sprz&#281;ty i szyby komnaty,
+drga&#263; zacz&#261;&#322; b&#322;yskotliwy po twarzach kl&#281;cz&#261;cych
+ludzi.</p>
+
+<p>Pocz&#281;to si&#281; &#380;egna&#263; pobo&#380;nie...</p>
+
+<p>Wspólna, cicha, a pe&#322;na g&#322;&#281;bokiej wiary
+prostych dusz modlitwa, z wol&#261; Najwy&#380;szego godz&#261;ca si&#281;,
+pokorna, nape&#322;ni&#322;a mury pokoju, i a&#380; do stóp Stwórcy-Pana
+ulecia&#322;a skrzydlata - wznios&#322;a si&#281; tam, gdzie&#347; wysoko, w
+&#347;lad za zagadkow&#261; drog&#261; duszy zmar&#322;ego, jakby mu niebo
+otworzy&#263; pragn&#281;&#322;a.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<center>---------</center>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Pokra&#347;nia&#322;e, czerwono-z&#322;ote dzikiego wina
+li&#347;cie, pn&#261;ce si&#281; po bia&#322;ych &#347;cianach gowartowskiego
+dwo­ru, zagl&#261;daj&#261; przez otwarte okno do ma&#322;ego gabinetu, obitego
+kirem, a ruszane z lekka wietrzykiem, ko&#322;ysz&#261; si&#281; w promieniach
+jesiennego s&#322;o&#324;ca, powiew za&#347; zefiru delikatnym dreszczem
+przebiega równie&#380; po rz&#281;dzie &#380;ó&#322;tawych u &#347;wiec
+p&#322;omyków, pal&#261;cych si&#281; woko&#322;o katafalku, gin&#261;cego w
+zieleni cieplarnianych kwiatów.</p>
+
+<p>Obci&#347;ni&#281;ty w ubranie czarne, wytworny - pan, nawet
+tu, za &#380;ycia progiem, na podwy&#380;szeniu le&#380;y January
+Gowartowski...</p>
+
+<p>Zesztywnia&#322;e palce jego trzymaj&#261; kurczowo w
+d&#322;oni krucyfiks, zaczesany starannie w&#261;s mlecznosiwy, sumiasty,
+polski, odbija pi&#281;knie na bia&#322;em, jak marmur, obliczu starca, a twarz
+ta, zadum pe&#322;na, po­gr&#261;&#380;on&#261; by&#263; tylko si&#281; zdaje w
+g&#322;&#281;bokim, cichym &#347;nie.</p>
+
+<p>Kamienny to sen!.. Sen za&#347;wiatów, wieczno&#347;ci,
+zagadki bytu i &#347;wiadomo&#347;ci prawdopodobnie tego, o co w dumie swej
+pokorny, rozbi&#263; si&#281; musi rozum ludzki; sen straszny - oboj&#281;tny
+na wszystko doko&#322;a!..</p>
+
+<p>I niczem ju&#380; s&#261; dla niego sprawy tego pado&#322;u;
+niczem troski, cierpienia ziemskie i niepokoje, niczem rado&#347;nie
+igraj&#261;ce po pokoju s&#322;o&#324;ce - niczem wreszcie bole&#347;&#263; i
+smutek kl&#281;cz&#261;cej u stóp katafalku, s&#281;dzi­wej kobiety-siostry!..</p>
+
+<p>Przyby&#322;a w przeddzie&#324; marsza&#322;kowa Warnicka,
+dr&#380;&#261;cemi, zbiela&#322;emi usty szepcze teraz modlitwy, z ócz jej
+zm&#281;czonych co minut par&#281; upada &#322;za cicha, a wzrok z
+bole&#347;ci&#261; t&#322;umion&#261; wpatruje si&#281; w rysy ukochane.</p>
+
+<p>I modli si&#281; znów pokorna!..</p>
+
+<p>Lica Gowartowskiego bowiem nic nie mówi&#261; zupe&#322;nie
+!.. Spokój i martwota nieziemska wyry­te s&#261; na nich, a pogoda tylko
+jaka&#347; nieuchwytna, cicha, &#347;wiadczy&#263; si&#281; zdaje, &#380;e nie
+czuje on ju&#380; nic, a w ka&#380;dym razie, i&#380; docze&#347;nie na pewno
+nie cierpi ju&#380; wcale.</p>
+
+<p>- Módlcie si&#281;, p&#322;aczcie... przyjd&#378;cie -
+odejd&#378;­cie... zakopcie w ziemi&#281;... Róbcie, co chcecie - wszyst­ko mi
+jedno!.. - mówi&#261; sob&#261; wyra&#378;nie zesztywnia&#322;e cz&#322;onki
+zmar&#322;ego.</p>
+
+<p>A tymczasem przez otwarte okno do ciasnego naro&#380;nego
+pokoju wpadaj&#261;, igraj&#261; coraz rado&#347;niej promienie
+s&#322;o&#324;ca, p&#322;yn&#261; jakie&#347; dalekie z pól pie&#347;ni,
+pogwary - oddalone &#380;yciowe echa...</p>
+
+<p>Babiego lata ni&#263; wpada tu z wietrzykiem i osia­da cicho
+na bujnej siwej czuprynie zmar&#322;ego... W tej samej chwili drzwi od komnatki
+odmykaj&#261; si&#281; ostro&#380;nie i do pokoju wsuwa si&#281; ros&#322;y,
+siwiej&#261;cy ju&#380; m&#281;&#380;­czyzna...</p>
+
+<p>To &#321;ady&#380;y&#324;ski. I on, przygnany straszn&#261;
+wie­&#347;ci&#261; choroby gro&#378;nej, pod&#261;&#380;y&#322; do przyjaciela
+lat m&#322;odych, przybywszy jednak - za pó&#378;no.</p>
+
+<p>Twarz jego, zazwyczaj pogodna, ironiczna, wy­ra&#380;a w tej
+chwili ból niek&#322;amany. Zbli&#380;a si&#281; mil­cz&#261;co, opatruje
+p&#322;omyki &#347;wiec, przestawia kwiaty, a poprawiwszy poduszk&#281; -
+zrzuca z g&#322;owy Gowartowskiego swawoln&#261; ni&#263; jesieni, i
+ukl&#261;k&#322;szy, g&#322;ow&#281; opie­ra o katafalk, w bolesnej zadumie.</p>
+
+<p>Mija tak d&#322;uga chwila.</p>
+
+<p>Poczem drzwi skrzypi&#261; znowu, na progu uka­zuje si&#281;
+dorodna Krasnostawskiego posta&#263;. Obj&#261;wszy wzrokiem pokój i
+znajduj&#261;ce si&#281; w nim osoby, wzdycha ci&#281;&#380;ko, nast&#281;pnie
+za&#347; zbli&#380;a si&#281; do &#321;ady&#380;y&#324;skiego i opiera lekko
+sw&#261; r&#281;k&#281; na jego ramieniu. Potrz&#261;sa niem delikatnie raz, drugi...</p>
+
+<p>Za trzeciem dopiero dotkni&#281;ciem budzi si&#281; &#321;a­dy&#380;y&#324;ski
+z bolesnego zamy&#347;lenia i unosi g&#322;ow&#281;.. </p>
+
+<p>- A, to pan? - pyta cicho - có&#380; to?... </p>
+
+<p>Jakby w odpowiedzi jednocze&#347;nie do pokoju wpada
+wyra&#378;nie oddalony jeszcze nieco d&#378;wi&#281;k dzwon­ków, i
+zg&#322;uszony gdzie&#347; po sio&#322;a drodze, daleki t&#281;­tent i turkot
+kó&#322; powozu.</p>
+
+<p>I w &#347;lad za tem szeptem na pytanie pana Emi­la
+odpowiada Krasnostawski.</p>
+
+<p>- Ze stacyi konie wracaj&#261;... O ile wzrok mnie nie myli,
+kto&#347; jest w faetonie... Zdaje mi si&#281;, &#380;e to - oni...</p>
+
+<p>&#321;ady&#380;y&#324;ski, s&#322;uchaj&#261;c go
+uwa&#380;nie, ju&#380; powoli powsta&#322; by&#322; z kl&#281;czek.</p>
+
+<p>- Mo&#380;e szanowny pan dobrodziej b&#281;dzie tak
+&#322;askaw wyj&#347;&#263; na ganek - ci&#261;gnie dalej Krasnostaw­ski. -
+Pani&#261; marsza&#322;kow&#281; - tu zni&#380;a g&#322;os jeszcze bardziej -
+fatygowa&#263; nie wypada... Ja za&#347; pana Dzier&#380;ymirskiego nie znam...
+A tu, do wiadomo&#347;ci zgonu...</p>
+
+<p>- Tak, tak! - przerywa pan Emil, - dobrze, mój panie,
+id&#281;... Ale prawda - zatrzymuje si&#281; - trzeba uprzedzi&#263;
+marsza&#322;kow&#281;, bo si&#281; biedaczka wy­straszy.</p>
+
+<p>&#321;ady&#380;y&#324;ski pochyla si&#281; ku
+kl&#281;cz&#261;cej pani Mela­nji i szeptem co&#347; jej przek&#322;ada.</p>
+
+<p>Wpó&#322;przytomnie s&#322;ucha go marsza&#322;kowa War­nicka,
+po chwili za&#347; wstaje i ze smutkiem bezbrze&#380;nym, wzdycha
+kilkakrotnie...</p>
+
+<p>Jednocze&#347;nie dwaj m&#281;&#380;czy&#378;ni
+wychodz&#261; szybko, oddalony bowiem przed chwil&#261; jeszcze turkot pojaz­du
+wstrz&#261;sa ju&#380; oto murami domu i powóz sna&#263; zaje&#380;d&#380;a
+&#347;piesznie na dziedziniec. Odg&#322;os dzwon­ków dono&#347;nie przerywa
+martw&#261; cisz&#281;... Powóz staje.</p>
+
+<p>A nast&#281;pnie, a&#380; tu, popod stopy umar&#322;ego
+cz&#322;o­wieka niewyra&#378;ne jakie&#347; zg&#322;uszone dochodz&#261;
+g&#322;osy i szmery...</p>
+
+<p>Nagle, o milcz&#261;ce &#347;ciany pa&#322;acu obija
+si&#281; krzyk kobiecy bolesny, straszny, oraz st&#322;umiony jeszcze oddaleniem
+j&#281;k rozpaczliwy. W &#347;lad za tem rozlegaj&#261; si&#281; kroki, coraz
+szybsze, bli&#380;sze, a pó&#378;niej ju&#380; ca&#322;kiem dono&#347;nie tym
+razem, szelest sukni i &#322;kanie. </p>
+
+<p>Jeszcze chwila...</p>
+
+<p>I cisza pokrytego kirem, ton&#261;cego w s&#322;o&#324;cu i
+gromnic &#347;wietle, zak&#261;tka, sfinksowy, dumny maje­stat &#347;mierci
+brutalnie przerywanym zostaje.</p>
+
+<p>Drzwi roztwieraj&#261; si&#281; nerwowo, ruchem gwa&#322;­townym,
+od silniejszego pr&#261;du powietrza ga&#347;nie przy katafalku &#347;wiec
+kilka, i do pokoju wbiega ubrana w podró&#380;ne szaty, p&#322;acz&#261;ca
+Ola...</p>
+
+<p>Za ni&#261;, ukazuje si&#281; &#347;niade spokojne oblicze
+Dzier­&#380;ymirskiego i wytworna sylwetka jego.</p>
+
+<p>Jednocze&#347;nie murami komnaty wstrz&#261;sa krzyk bólu,
+rozpaczy, a zarazem ha&#322;as drugorz&#281;dny jaki&#347;, inny...</p>
+
+<p>To Ola ju&#380; na kolanach... Obejmuje ona ra­mionami
+zimne, martwe cia&#322;o rodzica, odtr&#261;ciwszy równocze&#347;nie niebacznie
+przeszkadzaj&#261;ce jej wysokie srebrne lichtarze, z chrz&#281;stem
+padaj&#261;ce w tej samej chwili na ziemi&#281;...</p>
+
+<p>Kto&#347; schyla si&#281; po&#347;piesznie i opodal ustawia
+je ponownie...</p>
+
+<p>Tymczasem krzyk beznadziejnego cierpienia wy­dziera si&#281;
+z ust Oli.</p>
+
+<p>- Tato !... tatusiu !.. przebacz!.. - wo&#322;a m&#322;o­da
+kobieta, p&#322;acz&#261;c, wij&#261;c si&#281; z rozpaczy. - Oj­cze!..
+ojczulku!.. przebacz!.. - ko&#324;czy w &#322;kaniu, szlo­chaj&#261;c.</p>
+
+<p>Na d&#378;wi&#281;k s&#322;ów ostatnich chmura osiada na
+wynios&#322;em czole Romana.</p>
+
+<p>- Ty&#347; winien tak&#380;e!.. ty równie&#380;!.. To
+dzie&#322;o tak&#380;e twoje! - szepce mu co&#347; w duszy w tej chwili i
+instynktownie blednie, pochyla si&#281; i kl&#281;ka po dru­giej stronie
+katafalku.</p>
+
+<p>A Ola &#347;ciska, ca&#322;uje teraz r&#281;ce, twarz i zi­mne
+czo&#322;o starca, oblewa je &#322;zami, w&#322;osy ojcowskie pie&#347;ci i
+tuli sw&#261; g&#322;ow&#281; do serca, co bi&#263; ju&#380; na za­wsze
+przesta&#322;o!..</p>
+
+<p>- Ty nie umar&#322;e&#347; - szepce - ty &#347;pisz tyl­ko!..
+ty nie umar&#322;e&#347;!.. - powtarza uparcie. - To by&#263; nie mo&#380;e -
+nie mo&#380;e!!..</p>
+
+<p>Powsta&#322;a z kl&#281;czek marsza&#322;kowa Warnicka pod­trzymuje
+wij&#261;c&#261; si&#281; w bólu kobiet&#281; z jednej stro­ny - z drugiej
+opieku&#324;czo podpiera j&#261; &#321;ady&#380;y&#324;ski.</p>
+
+<p>Wszystkim &#322;zy kr&#281;c&#261; si&#281; w oczach, jeden
+Roman tyl­ko nieczu&#322;ym by&#263; si&#281; zdaje pozornie, ale twarz jego
+kredowo - blada i brwi &#347;ci&#261;gni&#281;te &#347;wiadcz&#261;, i&#380; i
+on, w tej chwili przynajmniej - cierpi. Kl&#281;czy wci&#261;&#380; nieruchomo,
+my&#347;li...</p>
+
+<p>Poza nim, &#347;wiadek niemy tej sceny, stoi Kra­snostawski,
+wzruszony, bezradny. Opodal stary lokaj domowy patrzy osowia&#322;y.</p>
+
+<p>- Z&#322;oty tatuniu !!.. z&#322;oty !!.. - wo&#322;a znów
+Ola, prosz&#261;co, b&#322;agalnie; z przerwami ma&#322;emi, j&#281;kliwy, przeplatany
+&#322;kaniem, odzywa si&#281; bezustannie g&#322;os cór­ki-sieroty, a echo jego
+p&#322;ynie przez okno w dal, do parku, na step i pola!.. </p>
+
+<p>I za g&#322;osem zrozpaczonej jedynaczki, hejna&#322;em
+wspólnym p&#322;aka&#263;, &#322;ka&#263; oto zdaj&#261; si&#281; stare drzewa
+parku; szumem swych li&#347;ci drobnych brzoza nad wod&#261; wie&#347;&#263;
+t&#281; powtarza dalej, p&#322;acz&#261;c sama, a j&#281;k bo­le&#347;ci,
+podchwycony akordami przyrody, p&#322;ynie, p&#322;ynie w dal...</p>
+
+<p>I wszystko, zda si&#281; teraz, za panem swym bo­leje !..</p>
+
+<p>A wi&#281;c i staw, &#347;ni&#261;cy fali swej szmerem, i
+&#322;a­ny, i polne kwiecie, i step, strz&#261;saj&#261;cy z traw swych niby
+&#322;zy &#380;alu - drobne kropelki rosy...</p>
+
+<p>Jeden tylko umar&#322;y, jak g&#322;az nieczu&#322;ym jest
+na j&#281;k, ból swego dziecka.</p>
+
+<p>Lecz czy&#380; to z&#322;udzenie?..</p>
+
+<p>Pod poca&#322;unkami przed chwil&#261; i &#322;z&#261;
+jedynaczki, zdawa&#322;o si&#281;, &#380;e oto znika z alabastrowego czo&#322;a
+star­ca g&#322;&#281;boka, zastyg&#322;a tam zmarszczka, i ca&#322;kiem
+ju&#380; teraz pogodne, oboj&#281;tne, &#347;ni ono dalej bez ko&#324;ca...</p>
+
+<p>Mo&#380;e dusza z poza stref &#347;wiata niewidzialna
+zab&#322;&#261;ka&#322;a si&#281; jeszcze tutaj przed dalsz&#261; w
+wieczno&#347;&#263; zagadkow&#261; w&#281;drówk&#261;?.. A mo&#380;e trup
+s&#322;ysza&#322; je­szcze ?</p>
+
+<p>Któ&#380; wie? któ&#380; zgadnie?</p>
+
+<p>- Ojcze!.. ty &#380;yjesz!!.. tato... tatusiu!.. Biedna
+ja... biedna... nieszcz&#281;&#347;liwa... - bezzmiennie; tylko coraz ciszej i
+ciszej, rozlega si&#281; dalej u stóp starca wo&#322;anie Oli, w spazmach
+&#322;ka&#324; bolesnych, bezsilne, straszne w swej grozie, bólu - coraz
+beznadziej­niejsze.</p>
+
+<p>- Tatuniu!!.. Ta... tu... niu!.. - kona wreszcie krzyk
+m&#322;odej kokiety... Milknie, oddany echem parku, pogwarami sio&#322;a i pól
+szerokich... pó&#322;omdla&#322;&#261; i s&#322;ab&#261; &#380;on&#281; wynosi
+po&#347;piesznie na r&#281;kach Dzier&#380;ymirski z powleczonej kirem komnaty.</p>
+
+<p>Wystraszeni pod&#261;&#380;aj&#261; za nim wszyscy...</p>
+
+<p>To &#380;ycie ju&#380; ze &#347;mierci&#261; walczy&#263;
+poczyna&#322;o. Przepot&#281;&#380;ne w swej sile, nie lubi&#261;ce, by zapo­minano
+o niem, odrywa&#322;o w tej chwili despotycznie od nieboszczyka, w skupieniu
+otaczaj&#261;cych go dot&#261;d ludzi. Troska o &#380;ywym wzi&#281;&#322;a
+gór&#281;!..</p>
+
+<p>W promieniach radosnych jesiennego s&#322;o&#324;ca, w
+ciszy, graj&#261;cej tylko powa&#380;nym szumem drzew ogrodu - w chwilowym
+nie&#322;adzie wpó&#322; przygas&#322;ych &#347;wiec i poodsuwanych kwiatów,
+niewzruszony w swym majestacie &#347;mierci - umar&#322;y pozosta&#322; sam.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<center>***</center>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Od pogrzebu Januarego Gowartowskiego min&#281;­&#322;o dni
+kilka.</p>
+
+<p>W pogr&#261;&#380;onym ju&#380; we &#347;nie pa&#322;acu w
+Gowarto­wie pali&#322;o si&#281; jeszcze &#347;wiat&#322;o w jednym pokoju,
+rzucaj&#261;c w noc ciemn&#261; promie&#324; jaskrawy przez okien­ne szyby.</p>
+
+<p>W kancelaryjnym gabinecie dawnego pana, a dzi&#347; sypialni
+nowego dziedzica, Dzier&#380;ymirskiego, on sam, znu&#380;ony dniem minionym, a
+nader dla&#324; obfitym w niezwyk&#322;e zdarzenia, k&#322;ad&#322; si&#281; do
+snu i      z wolna rozbiera&#322;
+leniwie.</p>
+
+<p>Na stoliku obok &#322;ó&#380;ka sta&#322;a odkorkowana bu­telka
+szampana i kieliszek wysoki, z kryszta&#322;u, oraz odemkni&#281;te
+pude&#322;ko cygar.</p>
+
+<p>Roman po chwili zapali&#322; jedno z nich, nala&#322; sobie
+wina i wypi&#322; haustem jeden kielich, poczem zm&#281;czony, wsun&#261;wszy
+si&#281; pod ko&#322;dr&#281;, zgasi&#322; &#347;wiat&#322;o.</p>
+
+<p>Odetchn&#261;&#322; par&#281; razy g&#322;o&#347;no, z
+ulg&#261;, przeci&#261;gn&#261;&#322; si&#281;, a&#380; zatrzeszcza&#322;o
+staro&#347;wieckie &#322;o&#380;e, ziewn&#261;&#322; sma­kowicie,
+zaci&#261;gn&#261;wszy si&#281; za&#347; wyborowem cygarem, my&#347;le&#263;
+pocz&#261;&#322; o uko&#324;czonym dniu dzisiejszym, a prze­&#322;omowym w
+dotychczasowem &#380;yciu jego.</p>
+
+<p>Dzi&#347; to bowiem odby&#322;o si&#281; otwarcie testamen­tu
+nieboszczyka.</p>
+
+<p>Stosownie do woli zmar&#322;ego, córka jego stawa­&#322;a
+si&#281; jedyn&#261; spadkobierczyni&#261; kilkakro&#263;stotysi&#281;cznego
+maj&#261;tku...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski powtórnie wyci&#261;gn&#261;&#322;
+si&#281; z lubo­&#347;ci&#261; w szerokiem, szeleszcz&#261;cem
+po&#347;ciel&#261; &#322;o&#380;u.</p>
+
+<p>- Tak, kilkakro&#263;-stoty-si&#281;cz-nego... -
+szepn&#261;&#322; do siebie z zadowoleniem. U&#347;miechn&#261;&#322;
+si&#281;... Dwa dni temu jeszcze, jad&#261;c tu, a przeczuwaj&#261;c zgon ojca
+Oli, - by&#322; pewnym niemal, i&#380; on córk&#281; za
+niepos&#322;usze&#324;stwo wydziedziczy&#322;.</p>
+
+<p>Ju&#380; dnia nast&#281;pnego po przybyciu do Gowarto­wa
+przyjemnie bardzo rozwia&#322;y si&#281; jego trwogi; wzruszonej opowiadaniem o
+ostatnich chwilach pana Januarego córce, w obecno&#347;ci Romana,
+wr&#281;czy&#322; by&#322; Krasnostawski podarty w&#322;asnor&#281;cznie przez
+umiera­j&#261;cego ojca testament.</p>
+
+<p>On za&#347;, pomimo to, w&#261;tpi&#322; jeszcze... Ba&#322;
+si&#281; otwarcia ostatniej woli nieboszczyka, z&#322;o&#380;onej oficyalnie u
+notaryusza; i tutaj zdawa&#322; si&#281; przeczuwa&#263; pod­st&#281;p
+jaki&#347; mo&#380;e i przykr&#261; niespodziank&#281;. </p>
+
+<p>Dzi&#347; wreszcie pierzch&#322;y bezpowrotnie niepokoje
+ostatnie. Z ni&#261; ucieka&#322; równie&#380; strach bliskiego
+bezpieni&#281;&#380;nego jutra, które czeka&#322;o na&#324;, czyha&#322;o z
+wydaniem ostatnich paru tysi&#281;cy, pozosta&#322;ych z poprzedniej fortunki,
+&#380;yciem nad stan przez lat trzy lekko­my&#347;lnie wydanej.</p>
+
+<p>Tu Dzier&#380;ymirski u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;
+szydersko. </p>
+
+<p>Nie, stanowczo, pieni&#261;dz do niego si&#281; garnie!..
+Ten, który posiada&#322; dot&#261;d, cho&#263; wygrany, pali&#322; go
+cz&#281;stokro&#263;, pomimo wszystko, przypomnieniem prze­sz&#322;o&#347;ci.
+Sofizmatami wt&#322;umia&#322; w siebie wspomnienia gryz&#261;ce, lecz
+jednocze&#347;nie i instynktownie jakby roz­rzuca&#322;, pozbawia&#322;
+si&#281; grosza, tam, gdzie&#347; na dnie du­szy w&#322;asnej, cho&#263; nie
+przyznawa&#322; si&#281; pozornie do te­go, rad nawet b&#281;d&#261;c, i&#380;
+z&#322;oto w&#261;tpliwe sz&#322;o - nik&#322;o...</p>
+
+<p>Jakby otrz&#261;saj&#261;c si&#281; z tego samopoczucia,
+Dzier­&#380;ymirski poruszy&#322; si&#281; niespokojnie i powróci&#322;
+my&#347;l&#261; do tera&#378;niejszo&#347;ci mi&#322;ej.</p>
+
+<p>On i Ola - wszak to jedno. Dzi&#347; zatem, po­mimo praw
+miejscowych, de facto, stawa&#322; si&#281; panem okaza&#322;ej i
+pa&#324;skiej, w&#322;asnej fortuny.</p>
+
+<p>I pokryta, st&#322;umiona wa&#380;no&#347;ci&#261; chwili,
+smutkiem Oli, oraz ca&#322;ego domu - przez dzie&#324; ca&#322;y - teraz do­piero,
+w ciszy u&#347;pienia pa&#322;acu, w czterech &#347;cianach sypialni,
+rozsadza&#263; pocz&#281;&#322;o Dzier&#380;ymirskiemu piersi egoistyczne
+zadowolenie wewn&#281;trzne.</p>
+
+<p>Szczerze &#380;a&#322;owa&#263; zmar&#322;ego Roman w
+istocie nie móg&#322;. Poza innemi cechami charakteru dodatniemu i mi&#322;emi,
+arystokrata z przekona&#324;, nieprzyst&#281;pny i dumny wzgl&#281;dem tych,
+których pragn&#261;&#322; trzyma&#263; od siebie z daleka, takim tylko, a nie
+innym, okaza&#322; si&#281; nie&#380;yj&#261;cy pan January, w stosunku do
+dzisiejszego swego zi&#281;cia.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski nie bola&#322; wi&#281;c wcale nad
+strat&#261; te&#347;cia swego... Teraz za&#347;, powoli pal&#261;c cygaro,
+my&#347;l jego, przesun&#261;wszy si&#281; oboj&#281;tnie po wypadkach
+&#347;mierci pana Januarego i jego pogrzebu, zatrzymuj&#261;c si&#281; przy
+tych zdarzeniach tylko ze wzgl&#281;du na bole&#347;&#263; drogiej mu Oli -
+swobodna, pomyka&#322;a obecnie chy&#380;o w przysz&#322;o&#347;&#263;.</p>
+
+<p>Od jutra staje si&#281; panem!.. B&#281;dzie administro­wa&#322;
+dobra, zbiera&#322; dochody...</p>
+
+<p>I Romana upaja&#322;o to jutro!..</p>
+
+<p>Lat temu par&#281; skromny student, korepetytor bez grosza
+przy duszy, &#378;le odziany, od&#380;ywiany - biedny... Pó&#378;niej
+zrz&#261;dzeniem losu &#347;lepego w&#322;a&#347;ciciel sumki poka&#378;nej
+grosza... Dzi&#347; dziedzic, pan ca&#322;&#261;, g&#281;b&#261;!..</p>
+
+<p>- Do dyaska !.. - mrukn&#261;&#322; Dzier&#380;ymirski i
+u&#347;miechn&#261;wszy si&#281; z zadowoleniem, musia&#322; przyzna&#263;
+jednak, &#380;e &#347;wiat nie tak z&#322;y i nic nie wart, jak nazywa&#322; go
+ongi, w pesymizmu chwilach, i &#380;e &#380;ycie czasami bywa wcale mi&#322;em.</p>
+
+<p>- I có&#380; mog&#261; o mnie z&#322;ego powiedzie&#263;
+ludzie, &#347;wiat ca&#322;y? - rezonowa&#322; dalej w my&#347;lach swych
+Roman.</p>
+
+<p>- Nic zupe&#322;nie. O zgubie niezwróconej wszak nikt nic
+nie wie, ka&#380;dy za&#347; znaj&#261;cy mnie przedtem, gdy dzi&#347; mnie
+spotka, powie tylko z przekonaniem: Zuch, poradzi&#322; sobie w &#380;yciu!..</p>
+
+<p>- A jak? któ&#380; o to pyta&#263; b&#281;dzie...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski, poczuwszy znów pragnienie, w
+pó&#322;&#347;wietle pokoju odnalaz&#322; kieliszek i butelk&#281; szampana,
+któr&#261;, powodowany jakim&#347; dziecinnym wprost kaprysem, przyniós&#322;
+sam sobie wieczorem z "w&#322;asnej" piwnicy; nalawszy wina,
+napi&#322; si&#281; chciwie.</p>
+
+<p>Rado&#347;&#263; za&#347; jego wewn&#281;trzna, poza
+egoistycz­n&#261; samowiedz&#261; przysz&#322;ego bytu, mia&#322;a równie&#380;
+na jego obron&#281;, przyzna&#263; nale&#380;y, i szlachetniejsz&#261; pod­staw&#281;.</p>
+
+<p>- Teraz b&#281;d&#281; mia&#322; na to, by odda&#263; to, co
+zna­laz&#322;em - mówi&#322; sobie w&#322;a&#347;nie w tej chwili, trzyma­j&#261;c
+machinalnie w r&#281;ku wysoki kryszta&#322;owy kielich od wina, a w
+my&#347;lach bezwiednie i niejasno zara­zem uk&#322;ada&#322; ju&#380;
+wzgl&#281;dem tego plany na przy­sz&#322;o&#347;&#263;.</p>
+
+<p>- Ukrytym celem &#380;ycia mego b&#281;dzie
+znale&#378;&#263;, odszuka&#263; koniecznie zagadkowego w&#322;a&#347;ciciela
+zgubionych dwudziestu siedmiu tysi&#281;cy - szepta&#322; cicho Roman do
+siebie, - a oddawszy mu jego pieni&#261;dze, oczy&#347;ci&#263; si&#281; w ten
+sposób z plamy prze­sz&#322;o&#347;ci!..</p>
+
+<p>- Musz&#281; j&#261; zmaza&#263;! Czystym by&#263;
+musz&#281;!.. - z si&#322;&#261; powtórzy&#322; g&#322;o&#347;niej. -
+Cho&#263;bym mia&#322; &#347;wiat z posad poruszy&#263;! - doko&#324;czy&#322;
+z moc&#261; i umilk&#322;, a równocze&#347;nie w piersiach jego zapala&#322;a
+si&#281; teraz jaka&#347; gor&#261;czka czynu.</p>
+
+<p>Zdawszy za&#347; sobie natychmiast spraw&#281; z tego stanu
+swego, Dzier&#380;ymirski poruszy&#322; si&#281; w po&#347;cieli swej
+niespokojnie.</p>
+
+<p>- Tak, ja go znajd&#281;! - mówi&#322; sobie w my&#347;li
+dalej. - Znajd&#281;, dla tego cho&#263;by, i&#380; nie unika&#263; bo­ja&#378;liwie,
+jak dot&#261;d, ale &#347;mia&#322;o szuka&#263; go b&#281;d&#281;. Ale... - tu
+Roman zatrzyma&#322; si&#281; w my&#347;lach, - ale, by do­pi&#261;&#263; tego
+- powtórzy&#322; - wszak musz&#281; wyp&#322;yn&#261;&#263; na aren&#281;
+szersz&#261; &#347;wiata!.. Bo przecie&#380; tu, cho&#263; b&#281;d&#281; panem
+Gowartowa, nic przecie w tym wzgl&#281;dzie uczy­ni&#263; nie zdo&#322;am!..</p>
+
+<p>- A wi&#281;c - gdzie ?.. - dr&#281;czy&#263; go,
+m&#281;czy&#263; pocz&#281;&#322;o pytanie. Dzier&#380;ymirski brwi
+zmarszczy&#322;. </p>
+
+<p>Powtórnie, znowu poczu&#322; w sobie jak&#261;&#347;
+nieprzepart&#261; ch&#281;&#263; czynu, a równocze&#347;nie zrozumia&#322;
+nagle, &#380;e rado&#347;&#263; jego chwilowa, przelotna z odziedziczenia
+maj&#261;tku by&#322;a s&#322;omianym tylko ogniem!</p>
+
+<p>Bo, rzeczywi&#347;cie...</p>
+
+<p>Ambicya bowiem, czasem &#378;le umieszczona - poj&#281;ta,
+lecz jedna i ta sama zawsze, która dot&#261;d pcha&#322;a go &#347;lepo
+naprzód, i teraz, cho&#263; zosta&#322; panem i zdoby&#322;, czego
+pragn&#261;&#322;, uka&#380;e mu niew&#261;tpliwie inne znów braki obecnego
+po&#322;o&#380;enia, "i&#347;&#263;" naprzód ka&#380;e,
+wynie&#347;&#263; si&#281; ponad drugich zach&#281;ca&#263; b&#281;dzie -
+nurtuj&#261;ca, despotyczna - nie pozostawi go w spokoju!</p>
+
+<p>Wzi&#261;wszy za&#347; jeszcze pod uwag&#281; u&#347;piony
+wyrzut sumienia i ch&#281;&#263; zmazania plamy z w&#322;asnej uczciwo&#347;ci
+- przysz&#322;o&#347;&#263; ta, przed chwil&#261; jeszcze wymarzona, idealna...
+ju&#380; teraz przed wzrokiem Romana pokrywa&#322;a si&#281; cieniem.</p>
+
+<p>Samowiedza powy&#380;sza pokry&#322;a chmur&#261; na
+chwil&#281; pi&#281;kne rysy Dzier&#380;ymirskiego.</p>
+
+<p>- Ha!.. zobaczymy!.. - rzek&#322; zupe&#322;nie
+g&#322;o&#347;no, a wypiwszy do ko&#324;ca szampa&#324;skie wino, postawi&#322;
+kielich na stole tak silnie, &#380;e lejkowaty, delikatny, prys&#322; on i
+szcz&#261;tki kryszta&#322;u upad&#322;y z brz&#281;kiem na ziemi&#281;.</p>
+
+<p>Pierwszym ruchem pana na Gowartowie by&#322;o
+si&#281;gni&#281;cie po zapa&#322;ki, my&#347;l za&#347; zapalenia &#347;wiecy,
+by zebra&#263; szk&#322;o st&#322;uczone, przemkn&#281;&#322;a mu przez
+g&#322;ow&#281;.</p>
+
+<p>Powstrzyma&#322; si&#281; jednak i mrukn&#261;&#322; zcicha:</p>
+
+<p>- Po co? Mam przecie na zawo&#322;anie kamerdyra i dwóch
+lokai... Sprz&#261;tn&#261; jutro...</p>
+
+<p>Poczem, znu&#380;ony my&#347;lami, przytuli&#322;
+g&#322;ow&#281; do poduszki, usi&#322;uj&#261;c zasn&#261;&#263;.</p>
+
+<center>--------------</center>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>CZ&#280;&#346;&#262; DRUGA</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>By&#322;a wiosna...</p>
+
+<p>Od opisanych zdarze&#324; pi&#261;ta ju&#380; z kolei tak
+samo urocza zawsze, u&#347;miechni&#281;ta i weso&#322;a - nowa wiecznie, w
+zieleni i blaskach wschodzi&#322;a ona znowu nad &#347;wiatem. Pe&#322;na w
+przysz&#322;o&#347;&#263; wiary i nadziei krzepi&#322;a serca,
+rozja&#347;nia&#322;a umys&#322;y, sia&#322;a po twarzach ludzkich
+u&#347;miechy radosne, a rozogniaj&#261;c wyobra&#378;ni&#281;, zmys&#322;y -
+upajaj&#261;c swem tchnieniem, majo­wem, &#347;wie&#380;em - sz&#322;a
+zwyci&#281;ska, królewska, wspania&#322;a...</p>
+
+<p>Przez wpó&#322;przymkni&#281;te okno powiew jej,
+&#322;&#261;cz­nie z g&#322;uchym gwarem ulic wielkiego miasta, wdzie­ra&#322;
+si&#281; do umeblowanego powa&#380;nie, obszernego gabinetu, gdzie przy biurku
+okaza&#322;em, a zarzuconem papierami, listami, ksi&#281;gami i pismami,
+siedzia&#322; Ro­man Dzier&#380;ymirski i s&#322;ucha&#322; mówi&#261;cego
+co&#347; do niego m&#322;odego m&#281;&#380;czyzny.</p>
+
+<p>Po chwili ten&#380;e umilk&#322;, w pokoju zapanowa&#322;a cisza,
+zamykaj&#261;ca sna&#263; powa&#380;n&#261; i czas d&#322;u&#380;szy
+tocz&#261;c&#261; si&#281; rozmow&#281;.</p>
+
+<p>Roman zamy&#347;lony, uj&#261;wszy w dwa palce jaki&#347;
+papier, z&#322;o&#380;ony we czworo, postukiwa&#322; nim machinalnie o
+amarantowe sukno biurka, przybysz za&#347; mil­cza&#322;, wpatrzony w niego -
+na odpowied&#378; czeka&#322; cier­pliwie, bawi&#261;c si&#281; tymczasowo
+trzymanem w r&#281;ku no&#380;em do rozcinania.</p>
+
+<p>Go&#347;&#263; nieznajomy by&#322; niskiego wzrostu; twarz
+mia&#322; my&#347;l&#261;c&#261;, ruchliw&#261; i zmienn&#261;, ca&#322;a
+za&#347; jego powierzchowno&#347;&#263;, wyra&#378;nie zdradza&#263; si&#281;
+zdawa&#322;a, ko­go&#347; ze sfer finansów, lub przemys&#322;u.</p>
+
+<p>Przeniós&#322;szy niebawem wzrok z twarzy Dzier­&#380;ymirskiego
+na otaczaj&#261;ce go sprz&#281;ty w gabinecie, pobie&#380;nie
+przygl&#261;da&#263; mu si&#281; zacz&#261;&#322;.</p>
+
+<p>Rzuci&#322; wi&#281;c okiem na stoj&#261;cy opodal stó&#322;
+du&#380;y, przykryty zielonem suknem, a przeznaczony zapewne do sesyi i narad,
+na otaczaj&#261;ce go fotele, skór&#261; kryte, na dwie, szafy
+ksi&#261;&#380;ek, zegar - cacko staro&#380;ytne; ­spojrza&#322; na par&#281;
+konsol, stolików, i innych zbytkow­nych gracików - wreszcie, zniecierpliwiony
+d&#322;u&#380;­szem milczeniem gospodarza, zagadn&#261;&#322;:</p>
+
+<p>- Zatem... panie prezesie?</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski ockn&#261;&#322; si&#281;, i ju&#380;
+otwiera&#322; w&#322;a­&#347;nie usta, by co&#347; odrzec, lecz zatrzyma&#322;
+si&#281; nagle, drzwi bowiem skrzypn&#281;&#322;y, i wszed&#322; lokaj,
+trzymaj&#261;c du&#380;y list na tacy.</p>
+
+<p>- Jaki&#347; pan to przyniós&#322;, czeka&#322; bardzo
+d&#322;u­go, - obja&#347;ni&#322;, - w ko&#324;cu kaza&#322; mi list odda&#263;
+ja&#347;nie panu, a sam poszed&#322;...</p>
+
+<p>- Przepraszam pana!.. - rzuci&#322; Roman go&#347;cio­wi
+swemu - pan pozwoli, nieprawda&#380;? - i rozer­wa&#322; kopert&#281;
+przyniesionego pisma.</p>
+
+<p>Spojrza&#322; na &#263;wiartk&#281; papieru formatu
+handlowego, z kilkunastoma tylko wierszami, pisanymi czytelnie na maszynie, i
+kilkoma hieroglifami podpisów.</p>
+
+<p>Lokaj znik&#322; tymczasem, a, jednocze&#347;nie
+Dzier&#380;y­mirski, sko&#324;czywszy czytanie, ponownie zwróci&#322; si&#281;
+do go&#347;cia swego, lecz i tym razem znowu przeszko­dzono mu.</p>
+
+<p>Kto&#347; puka&#322; do drzwi dyskretnie.</p>
+
+<p>- Prosz&#281;!.. - rzek&#322; Roman g&#322;o&#347;no.</p>
+
+<p>Drzwi roztworzy&#322;y si&#281; szybko. Do gabinetu
+wszed&#322; m&#322;odzieniec bardzo wysoki, ubrany modnie, o
+powierzchowno&#347;ci wytwornej i pa&#324;skiej, oraz ruchach naturalnych,
+swobodnych, nerwowych nieco tylko i zbyt pr&#281;dkich.</p>
+
+<p>Przeprosiwszy po&#347;piesznie siedz&#261;cego przemy­s&#322;owca,
+Dzier&#380;ymirski zerwa&#322; si&#281; na widok wchodz&#261;cego.</p>
+
+<p>- Pardon...
+mille fois... pardon!.. Kochany pre­zesie, s&#322;ówko tylko
+jedno - mówi&#322; ju&#380; tymcza­sem przyby&#322;y, a ujrzawszy
+powstaj&#261;cego instynktownie go&#347;cia, do&#347;&#263; grzecznie
+rzuci&#322; w jego stron&#281;.</p>
+
+<p>- Przepraszam bardzo, stokrotnie... pana... se­kund&#281;
+tylko!.. - uj&#261;wszy za&#347; rami&#281; Dzier&#380;ymirskie­go,
+nachyli&#322; si&#281; ku niemu, odprowadzi&#322; dalej nieco i
+pó&#322;g&#322;osem mówi&#263; pocz&#261;&#322; co&#347;, z
+&#380;ywo&#347;ci&#261; i gestykulacy&#261;, stoj&#261;c z nim razem
+po&#347;rodku gabinetu.</p>
+
+<p>Po chwili, odprowadzony a&#380; do drzwi, z aten­cy&#261;
+wyra&#378;n&#261;, po&#380;egna&#322; si&#281; serdecznie z Romanem i
+znikn&#261;&#322; za portyer&#261; i drzwiami.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski tymczasem powraca&#322; ju&#380; do go­&#347;cia
+swego, a przeprosiwszy go raz jeszcze, doda&#322; na pozór niedbale:</p>
+
+<p>- To w&#322;a&#347;nie ksi&#261;&#380;&#281;-ordynat B... nie
+zna pan?... Mia&#322; do mnie interes bardzo pilny... Tu znów - wska­za&#322;
+na otrzyman&#261; przed chwil&#261; korespondency&#281;, - zaproszenie na
+ogólne zebranie akcyonaryuszów jednej z naszych kolei. Dzi&#347; mam
+pi&#281;&#263; sesyj... - ci&#261;gn&#261;&#322; dalej w tym samym tonie, - tam
+- uczyni&#322; g&#322;ow&#261; niewyra&#378;ny ruch ku drzwiom, - czeka masa
+interesantów... Wszystkie godziny dnia policzone...</p>
+
+<p>- Wobec tego - zatrzyma&#322; si&#281; znowu Roman­ - nie
+wiem doprawdy - mówi&#322; zwolna - czy przyj&#261;&#263; mog&#281; tak
+zaszczytny wybór panów... Po prostu nie mam w ogóle czasu... Nie, nie mog&#281;
+!</p>
+
+<p>Cie&#324; przeszed&#322; po obliczu nieznajomego,
+chcia&#322; co&#347; zaprotestowa&#263;, lecz Dzier&#380;ymirski ju&#380;
+mówi&#322;: </p>
+
+<p>- Przykro mi tylko, i&#380; panowie z tego powo­du ambaras
+prawdopodobnie mie&#263; b&#281;d&#261;... - zatrzy­ma&#322; si&#281;
+chwil&#281; i wskaza&#322; na trzyman&#261; do niedawna, w r&#281;ku
+odezw&#281; jednego z pierwszorz&#281;dnych akcyjnych towarzystw
+w&#281;glowych, w której donoszono mu w&#322;a&#347;nie o wyborze go podczas
+ostatniego zebrania akcyonaryuszów na przewodnicz&#261;cego w komisyi re­wizyjnej.</p>
+
+<p>- Lecz wyzna&#263; musz&#281; - ci&#261;gn&#261;&#322; dalej
+i u&#347;miech­n&#261;&#322; si&#281; przy tem z lekka, - &#380;e nawet
+czynno&#347;&#263;, proponowana mi przez panów, zastaje mnie ca&#322;kiem nie
+przygotowanym. Po prostu - tu po wargach Roma­na przemkn&#261;&#322; powtórnie
+u&#347;miech - dziedzina to rze­czy, dla mnie nie tak dok&#322;adnie i
+zupe&#322;nie znanych... Terra incognita... - sk&#322;oni&#322; g&#322;ow&#281;
+ruchem lekkim - stanowiska podobnego nie mia&#322;em jeszcze dot&#261;d...</p>
+
+<p>I Dzier&#380;ymirski zamilk&#322; na chwil&#281; poczem swo­bodnie
+dorzuci&#322;:</p>
+
+<p>- Ale! prawda... Zapomnia&#322;em jeszcze powiedzie&#263;
+szanownemu panu... Za par&#281; dni wyje&#380;d&#380;am na czas
+d&#322;u&#380;szy za granic&#281;, dla wypoczynku.</p>
+
+<p>Roman zatrzyma&#322; si&#281; i pytaj&#261;co spojrza&#322;
+na go­&#347;cia swego.</p>
+
+<p>- O!.. to najmniejsza... - odpar&#322; szybko prze­mys&#322;owiec
+- czynno&#347;&#263; komisyi w roku bie&#380;&#261;cym wy­pada dopiero za
+miesi&#281;cy kilka, a odbywa si&#281; w ogó1e niecz&#281;sto... Co za&#347; do
+pierwszego punktu... rzecz to równie&#380; ma&#322;ej wagi...</p>
+
+<p>- Nie chodzi nam bynajmniej o jednostk&#281; tak dalece
+rutynowan&#261;, - przepraszam za wyra&#380;enie ­i m&#322;ody cz&#322;owiek
+u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; lekko - lecz o cz&#322;owieka tych
+wp&#322;ywów i stanowiska, oraz zaufania szerokich kó&#322; naszego miasta,
+jakie pan prezes po paru latach zaledwie zdoby&#263; sobie potrafi&#322;, i
+które niew&#261;tpliwie, rzec mo&#380;na, posiada obecnie ju&#380; w zu­pe&#322;no&#347;ci...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski teraz z kolei u&#347;miechn&#261;&#322;
+si&#281; na tak jasne postawienie kwestyi. </p>
+
+<p>Rzeczywi&#347;cie, lat temu kilka, gdy nieznany tu
+zgo&#322;a jeszcze przyby&#322; osiedli&#263; si&#281; w mie&#347;cie,
+czy&#380;by &#347;ni&#322;o si&#281; nawet komu przyj&#347;&#263; do&#324; z
+tego rodzaju propozycy&#261;. B&#322;ysk zadowolenia mi&#322;o&#347;ci w&#322;asnej
+prze­mkn&#261;&#322; w tej chwili po licach Dzier&#380;ymirskiego.</p>
+
+<p>- Nie traci&#322;e&#347; czasu daremnie - mówi&#322; mu
+wewn&#281;trzny g&#322;os i uczucie pychy rozpiera&#322;o piersi. </p>
+
+<p>Milczeniu zaleg&#322;e przerwa&#322; tymczasem g&#322;os
+prze­mys&#322;owca.</p>
+
+<p>- Zatem - rzecz za&#322;atwiona nieprawda&#380;? Pan prezes
+- przyjmuje?...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski zawaha&#322; si&#281; sekund&#281;
+jeszcze, po­chlebstwo jednak, podane zr&#281;cznie, dzia&#322;a&#263;
+poczyna&#322;o. Zdecydowa&#322; si&#281; da&#263; odpowied&#378;
+przychyln&#261;.</p>
+
+<p>- No... trudno!.. - wycedzi&#322; z wolna, oboj&#281;tnie i
+z pozornym przymusem. Pomimo obowi&#261;zków i odpowiedzialno&#347;ci, które
+wk&#322;adaj&#261; na mnie czynno&#347;ci i stanowisko przewodnicz&#261;cego w
+komisyi, przyj&#261;&#263; ju&#380; chyba musz&#281;!..</p>
+
+<p>- Wybór panów akcyonaryuszów zreszt&#261; ta­kiego
+zwi&#261;zku, jakiem jest Towarzystwo panów - tu Roman sk&#322;oni&#322;
+si&#281; grzecznie w stron&#281; go&#347;cia swego, a b&#281;d&#261;cego -
+ci&#261;gn&#261;&#322; dalej - bez pochwa&#322; i przesady, w rozkwicie obecnym
+jednem z pierwszorz&#281;dnych w kraju - zaszczyt mi tylko przynosi - i
+Dzier&#380;y­mirski w tem miejscu przemówienia swego pochyli&#322; z lekka
+g&#322;ow&#281;. - Co za&#347; do czynno&#347;ci rewizyjnych, mam nadziej&#281;
+równie&#380; - ko&#324;czy&#322; - i&#380; chyba im podo&#322;am, tymbardziej -
+u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; tym razem nieco dumnie - &#380;e
+zaj&#281;&#263; bardzo podobnych, cho&#263; tak ró&#380;norodnych,
+piastuj&#281; od pewnego czasu moc niezli­czon&#261;...</p>
+
+<p>- O, naturalnie! - przy&#347;wiadczy&#322; go&#347;&#263;
+skwa­pliwie, - zreszt&#261; przyjemno&#347;&#263; mia&#322;em powiedzie&#263;
+ju&#380; panu prezesowi w toku rozmowy dzisiejszej, &#380;e zdaniem jest
+jednog&#322;o&#347;nem akcyonaryuszów naszego Towarzystwa, i&#380; w ca&#322;em
+mie&#347;cie nie ma for­malnie nikogo, kto by lepiej od pana prezesa
+czynno&#347;&#263; wzmiankowan&#261; obj&#261;&#263; zdo&#322;a&#322;.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski na to znowu pochlebstwo nowe w milczeniu
+nisko pochyli&#322; tylko g&#322;ow&#281; i powsta&#322; z siedzenia.</p>
+
+<p>Go&#347;&#263; jednocze&#347;nie z krzes&#322;a zerwa&#322;
+si&#281; szybko.</p>
+
+<p>- Dzi&#281;kuj&#281; i uciekam, panie prezesie, czas - to
+pieni&#261;dz, a przys&#322;owie to nigdzie chyba lepiej, ni&#380; tutaj,
+zastosowanem by&#263; nie mo&#380;e.</p>
+
+<p>- Prosz&#281; wyrazi&#263; tymczasowo moje podzi&#281;ko­wanie
+panom z Rady Zarz&#261;dzaj&#261;cej,- odpar&#322; uprzej­mie
+Dzier&#380;ymirski. - W sprawie tej zreszt&#261; wpadn&#281; osobi&#347;cie do
+biur Towarzystwa, przed mym wyjazdem.</p>
+
+<p>- S&#322;uga pa&#324;ski!.. - rzuci&#322; jeszcze
+przyby&#322;y w uk&#322;onie i w &#347;lad za tem znik&#322; za drzwiami. Dzier­&#380;ymirski
+krokiem miarowym przechadza&#263; si&#281; pocz&#261;&#322; po pokoju.</p>
+
+<p>- Wi&#281;c i ta akcyjna spó&#322;ka w&#281;glowa - my­&#347;la&#322;
+- obracaj&#261;ca kapita&#322;ami, najpot&#281;&#380;niejszymi mo&#380;e w
+kraju, ceniona, znana, wybra&#322;a go równie&#380;! Wi&#281;c i oni do&#324;
+przyszli! Wpo&#347;ród siebie nie znale&#378;li nikogo, godniejszego, by
+piastowa&#263; urz&#261;d, tak pe&#322;en zaufania!.. - w umy&#347;le Romana
+bezustannie nad in­nemi górowa&#322;o wra&#380;enie wizyty ostatniej.</p>
+
+<p>Duma wci&#261;&#380; rozsadza&#322;a mu piersi, u&#347;miech
+za­dowolenia b&#322;&#261;ka&#322; si&#281; po ustach; Roman, zamy&#347;lony,
+przebiega&#322; ci&#261;gle swój gabinet wielkimi krokami.</p>
+
+<p>Nagle rozmy&#347;lanie to, tak wielce dla&#324; mi&#322;e,
+przerwane zosta&#322;o wej&#347;ciem lokaja.</p>
+
+<p>- Jaka&#347; nieznajoma pani w &#380;a&#322;obie chce wi­dzie&#263;
+si&#281; z ja&#347;nie panem - zaanonsowa&#322;.</p>
+
+<p>- Jak si&#281; nazywa?</p>
+
+<p>- Oto bilet, ja&#347;nie panie...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski wzi&#261;&#322; z r&#261;k s&#322;ugi
+kartk&#281; brystolu i przeczyta&#322; wylitografowane na niej nazwisko; nic
+jednak nie powiedzia&#322;o mu ono. </p>
+
+<p>- Pro&#347;! - rzek&#322; krótko.</p>
+
+<p>Lokaj wyszed&#322;, a Dzier&#380;ymirski zbli&#380;y&#322;
+si&#281; z wol­na do swego biurka i usiad&#322; przed niem, spojrzaw­szy przy
+tem mimo woli na le&#380;&#261;ce tam porozrzucane papiery.</p>
+
+<p>- A... prawda!.. - mrukn&#261;&#322; pó&#322;g&#322;osem do
+sie­bie i si&#281;gn&#261;&#322; jednocze&#347;nie po papier listowy, oraz
+kopert&#281;.</p>
+
+<p>Przed nim, jako wice - prezesem zak&#322;adów do­broczynnych,
+le&#380;a&#322; list znanego w mie&#347;cie i wp&#322;ywowego ksi&#281;cia S.,
+z pro&#347;b&#261; o umieszczenie w jednym z przy­tu&#322;ków jakiego&#347;
+schorza&#322;ego biedaka.</p>
+
+<p>Odpowiedzi przychylnej w tej sprawie - któr&#261; dnia
+poprzedniego sam ju&#380; za&#322;atwi&#322; osobi&#347;cie - nie da&#322;
+jeszcze ksi&#281;ciu; umoczywszy wi&#281;c pióro, Roman po­cz&#261;&#322;
+pisa&#263; zamaszy&#347;cie.</p>
+
+<p>W tej samej chwili do komnaty wsun&#281;&#322;a si&#281;
+przysadzista, kr&#281;pa posta&#263; czarno ubranej kobiety. Ma&#322;ymi
+kroczkami podesz&#322;a natychmiast do biurka i przemówi&#322;a
+g&#322;o&#347;no:</p>
+
+<p>- Przepraszam bardzo, &#380;e tak natarczywie... </p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski, niezadowolony nieco, &#380;e mu tak z
+nag&#322;a przerwano w&#261;tek listu, spojrza&#322; niech&#281;tnie z pod oka
+na nowo przyby&#322;&#261;.</p>
+
+<p>Przed nim sta&#322;a kobieta lat
+pi&#281;&#263;dziesi&#281;ciu mo­&#380;e, o zn&#281;kanych rysach, ubrana nieco
+z staro&#347;wie­cka, do&#347;&#263; zreszt&#261; poza tem uk&#322;adnej
+powierzchow­no&#347;ci.</p>
+
+<p>- Niech pani spocznie, prosz&#281;... za chwil&#281;
+s&#322;u­&#380;&#281;! - rzek&#322; uprzejmie i pocz&#261;&#322; pisa&#263;
+znowu.</p>
+
+<p>- Doprawdy nie rozumiem sama, jak o&#347;mie­li&#322;am
+si&#281; przyj&#347;&#263; tutaj, ale szlachetno&#347;&#263;, zacno&#347;&#263;
+szanownego prezesa... - us&#322;ysza&#322; znowu Roman.</p>
+
+<p>Niecierpliwie tym razem wzniós&#322; na przyby&#322;&#261;
+spoj­rzenie i przerwa&#322; jej grzecznie, lecz sucho:</p>
+
+<p>- Przepraszam. Jak widzi szanowna pani, chwi­lowo
+zaj&#281;ty jestem... Wszak pani nie pilno?..</p>
+
+<p>- O, nie... przeciwnie... Tylko...</p>
+
+<p>Roman spu&#347;ci&#322; oczy i my&#347;l&#261;ce czo&#322;o,
+oraz pocz&#261;&#322; pisa&#263; dalej, najspokojniej w &#347;wiecie. W poko­ju
+zaleg&#322;o milczenie, przerywane li tylko zgrzytem pióra po papierze.</p>
+
+<p>Gdy Dzier&#380;ymirski list sko&#324;czy&#322;,
+podniós&#322; ma­chinalnie oczy na nieznajom&#261;.</p>
+
+<p>U&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; mimo woli; spotka&#322;
+si&#281; bowiem z dziwnie zabawnym i uszczypliwym wyrazem jej twarzy, oraz
+wejrzeniem z&#322;em i jakby obra&#380;onem, które pod niespodzianym wzrokiem
+jego z&#322;agodnia&#322;o jednak natychmiast, przeistoczy&#322;o si&#281; w
+s&#322;odkie i po­tulne, jak u baranka.</p>
+
+<p>Zaadresowawszy list, Dzier&#380;ymirski zadzwoni&#322; na
+lokaja. Gdy ten si&#281; zjawi&#322;, poleci&#322; mu odes&#322;a&#263; pismo
+natychmiast.</p>
+
+<p>- Czy jest kto? - zapyta&#322;.</p>
+
+<p>- Pan hrabia z Melsztyna... Czeka w salonie­ - brzmia&#322;a
+odpowied&#378;.</p>
+
+<p>- Powiedz, &#380;e przepraszam, i za chwil&#281; go
+prosz&#281;! - rozkaza&#322; Roman, gdy za&#347; lokaj znik&#322; za drzwiami,
+uprzejmie z kolei zwróci&#322; si&#281; do niezna­jomej.</p>
+
+<p>- S&#322;ucham pani&#261;... Czem s&#322;u&#380;y&#263;
+mog&#281;?</p>
+
+<p>Przyby&#322;a poprawi&#322;a si&#281; na krze&#347;le,
+zrobi&#322;a mi­n&#281; s&#322;odsz&#261; jeszcze, i zmieszana nieco
+przemówi&#322;a: </p>
+
+<p>- Mój m&#261;&#380;, znaj&#261;c tak dobrze szanownego pa­na
+prezesa, tak cz&#281;sto wspomina&#322; mi o jego szlachetno&#347;ci,
+zacno&#347;ci, dobrem sercu, &#380;e... - tu przerwa&#322;a na chwil&#281;,
+widz&#261;c zdumion&#261; min&#281; Dzier&#380;ymirskiego, poczem
+ci&#261;gn&#281;&#322;a znów dalej, straciwszy widocznie w&#261;­tek
+poprzednich my&#347;li, bo nie doko&#324;czy&#322;a ju&#380; poprze­dniego
+zdania:</p>
+
+<p>- Mój m&#261;&#380;, Nepomucyn, zawsze mawia&#322; mi takich
+ludzi potrzeba nam wi&#281;cej, jak prezes Dzier&#380;ymirski; ludzi hartu,
+&#380;elaznej woli, inteligencyi rzut­kiej, prawo&#347;ci charakteru... O, mój
+m&#261;&#380; bardzo, bar­dzo ceni&#322; pana prezesa... - i zawik&#322;awszy
+si&#281; pono­wnie w wyg&#322;aszane przez si&#281; pochwa&#322;y, nieznajoma
+zatrzyma&#322;a si&#281; chwil&#281;.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski, zniecierpliwiony nieco, skorzysta&#322;
+skwapliwie z przerwy.</p>
+
+<p>- Przepraszam pani&#261; - spyta&#322; grzecznie - jak
+godno&#347;&#263; i imi&#281; m&#281;&#380;a pani? Czy &#380;yje?...</p>
+
+<p>- Nepomucyn Wygrzywalski - odpar&#322;a zapyta­na -
+zmar&#322; rok temu... &#346;wie&#263;, Panie, nad jego dusz&#261;! -
+westchn&#281;&#322;a.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski zmarszczy&#322; brwi i zamy&#347;li&#322;
+si&#281; chwil&#281;.</p>
+
+<p>- Nie przypominam sobie, bym mia&#322; przyjem­no&#347;&#263;
+zna&#263; osob&#281; tego nazwiska... - wycedzi&#322; z wolna. </p>
+
+<p>Z pod u&#347;miechni&#281;tych s&#322;odkawo i mile,
+si&#322;&#261; woli u&#322;o&#380;onych rysów przyby&#322;ej, b&#322;ys&#322;o
+ku Romano­wi ura&#380;one i gro&#378;ne spojrzenie.</p>
+
+<p>- Jak to ? - odezwa&#322;a si&#281; obra&#380;onym nieco i
+kwaskowatym jakby tonem. - By&#263; nie mo&#380;e ?.. Pan prezes chyba
+przypomnie&#263; sobie tylko nie raczy...</p>
+
+<p>- A jak dawno? - &#322;agodniej nieco przemówi&#322;
+Dzier&#380;ymirski. - I ile razy - s&#322;owa ostatnie pod­kre&#347;li&#322;,
+u&#347;miechn&#261;wszy si&#281; ironicznie - widzia&#322; mnie m&#261;&#380;
+pani?</p>
+
+<p>- O! kilka razy zaledwie mia&#322; sposobno&#347;&#263;...­
+- po&#347;pieszy&#322;a z odpowiedzi&#261; przyby&#322;a. - Dwa, trzy
+mo&#380;e... Ale widzenie si&#281; to by&#322;o dla&#324; przyjemnem nad wyraz
+- utkwi&#322;o mu w pami&#281;ci...</p>
+
+<p>- Ach, m&#261;&#380; mówi&#322; mi tyle razy -
+ci&#261;gn&#281;&#322;a da­lej s&#322;odkawo, z wymuszonym
+okoliczno&#347;ciowym u&#347;miechem, - &#380;e, naturalnie, poza
+zas&#322;ugami spo&#322;eczne­mi, tak przyjemnego, sympatycznego, mi&#322;ego
+cz&#322;owie­ka, jak pan, nie zna&#322; by&#322; dot&#261;d, i dla tego
+te&#380; my­&#347;la&#322;am, &#380;e i pan prezes... - tu urwa&#322;a swe
+przemó­wienie pani Wygrzywalska, &#347;ledz&#261;c na twarzy Roma­na
+wra&#380;enie s&#322;ów swoich.</p>
+
+<p>Ten jednak&#380;e, zra&#380;ony nieco rzucanemi mu w twarz
+ni przypi&#261;&#322;, ni przy&#322;ata&#322;, pochlebstwami ju&#380;
+powtórnie, i ca&#322;kiem notabene, niezr&#281;cznie, odrzek&#322; zimno:</p>
+
+<p>- O, prosz&#281; pani... Ja widuj&#281; po trzydzie&#347;ci,
+czterdzie&#347;ci interesantów dziennie... Po&#322;owa z nich nieznan&#261; mi
+bywa zazwyczaj - liczbie tych wi&#281;c znajdowa&#322; si&#281; zapewne
+m&#261;&#380; pani... Dlatego te&#380; nie przy­pominam go sobie.</p>
+
+<p>Jak pocisk zjadliwe tym razem i ca&#322;kiem ju&#380;
+obra&#380;one uderzy&#322;o w lica Dzier&#380;ymirskiego spojrzenie pani
+Wygrzywalskiej.</p>
+
+<p>- Dziwi mnie to niewymownie, &#380;e tak upor­czywie pan
+prezes przypomnie&#263; sobie mego m&#281;&#380;a nie raczy... - odezwa&#322;a
+si&#281; uszczypliwie, a w glosie jej czu&#263; by&#322;o &#347;mierteln&#261;
+obraz&#281;.</p>
+
+<p>- Przecie&#380; ostatecznie - mówi&#322;a w tym sa­mym tonie
+dalej - jak i mnie, tak i jego, tu w mie­&#347;cie zna&#322;o du&#380;o osób...
+Nie dalej, jak hrabiowie Olscy, zacno&#347;ci i poczciwo&#347;ci ludzie, z
+którymi mnie &#322;&#261;czy nawet stosunek przyja&#378;ni... Wyjechali za gra­nic&#281;
+wczoraj w&#322;a&#347;nie... Nast&#281;pnie równie&#380; i
+nieod&#380;a&#322;owanej pami&#281;ci ksi&#261;&#380;&#281; Topór-Toporski
+Alfred tak &#322;askaw by&#322; za &#380;ycia opiekowa&#263; si&#281; nami... -
+ko&#324;czy­&#322;a przyby&#322;a z godno&#347;ci&#261;.</p>
+
+<p>- Chce zaimponowa&#263; mi znajomo&#347;ci&#261; z
+ksi&#261;&#380;&#281;­tami, a to orygina&#322; baba, - przemkn&#281;&#322;o
+przez my&#347;l Dzier&#380;ymirskiemu i u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;
+jednocze&#347;nie, zrobi&#322; bowiem i inn&#261; w tej chwili uwag&#281;, a
+mianowi­cie, &#380;e jako&#347; za wiele by&#322;o nieboszczyków w gronie
+ludzi, na których powo&#322;ywa&#322;a si&#281; siedz&#261;ca przed nim
+jejmo&#347;&#263;.</p>
+
+<p>Chc&#261;c przytem przeci&#261;&#263; zarazem
+zapowiadaj&#261;c&#261; si&#281; prawdopodobnie znów na d&#322;ugo tyrad&#281;
+s&#322;ów, pozbawionych, jak i poprzednie, &#347;cis&#322;ej logiki, rzek&#322;
+szybko:</p>
+
+<p>- Przepraszam bardzo: Nie mog&#322;a by mnie szanowna pani
+powiadomi&#263; jednak, czemu w&#322;a&#347;ciwie zawdzi&#281;czam jej
+wizyt&#281;?</p>
+
+<p>Na tak jasno postawione ultimatum zmiesza&#322;a si&#281;
+przyby&#322;a i wyj&#261;ka&#322;a:</p>
+
+<p>- Nie wiem doprawdy, jak ja, wdowa nie­szcz&#281;&#347;liwa,
+zdoby&#322;am si&#281; na tak&#261; &#347;mia&#322;o&#347;&#263;... Ale,
+przynaglona materyalnem po&#322;o&#380;eniem bez wyj&#347;cia, ufaj&#261;c w
+przyja&#378;&#324;, któr&#261; &#380;ywi&#322; mój m&#261;&#380; nieboszczyk do
+pana prezesa, chcia&#322;am prosi&#263; o drobn&#261; po&#380;ycz­k&#281;... -
+urwa&#322;a na chwil&#281;, poczem g&#322;osem &#347;mia&#322;ym ju&#380; teraz
+i godno&#347;ci pe&#322;nym, doda&#322;a:</p>
+
+<p>- Co do oddania - nie mo&#380;e by&#263; obawy &#380;adnej,
+poniewa&#380; ludzie mnie znaj&#261;... A zreszt&#261;... - tu u&#347;mie­chn&#281;&#322;a
+si&#281; z dumn&#261; - pochodz&#281; sama z arystokracyi, wi&#281;c...</p>
+
+<p>To &#8222;wi&#281;c" by&#322;o wypowiedziane takim tonem,
+i&#380; rozwiewa&#263; si&#281; zdawa&#322;o wszelkie co do zwrócenia kwoty
+w&#261;tpliwo&#347;ci; jejmo&#347;&#263; nie doko&#324;czy&#322;a zdania, a
+spojrza&#322;a tylko przenikliwie na s&#322;uchacza swego, jakby pragn&#261;c
+odgadn&#261;&#263;, jakie wra&#380;enie na&#324; uczyni&#322;o powiedzenie jej
+ostatnie.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski za&#347; tymczasem, zdziwiony nieco tym
+epilogiem, u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; pod w&#261;sem nieznacznie.</p>
+
+<p>- Czy wolno wiedzie&#263; - z której? - z kurtuazy&#261;
+zapyta&#322;.</p>
+
+<p>- Rodz&#281; si&#281; z domu kniaziówna R&#261;rowska - z
+godno&#347;ci&#261; i namaszczeniem odpar&#322;a dumnie wdowa.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski ponownie u&#347;miechn&#261;&#322;
+si&#281; z iro­ni&#261;. Rodzina ta prawie, &#380;e ju&#380; ca&#322;kiem
+wygas&#322;a, aczkolwiek dawna bardzo, wed&#322;ug heraldycznych i
+historycznych danych, nigdy nie mia&#322;a praw do &#380;ad­nych w ogóle
+tytu&#322;ów, prócz kopertowych chyba. </p>
+
+<p>S&#322;ysz&#261;c zatem wypowiedziane tak czelne k&#322;am­stwo,
+Roman nie odpowiedzia&#322; nic, a tylko wpatrzy&#322; si&#281; badawczo, z
+uwag&#261;, w twarz siedz&#261;cej przed nim kobiety.</p>
+
+<p>Od pocz&#261;tku ju&#380; samego dziwi&#322;y go jej rozmo­wa
+i zachowanie ca&#322;e, teraz wi&#281;c, gdy wiedzia&#322; cel wizyty, bystrym
+wzrokiem rozumnych oczu wpatrywa&#322; si&#281; wci&#261;&#380; w rysy
+przyby&#322;ej. Trwa&#322;o tak minut par&#281;.</p>
+
+<p>I pod spojrzeniem tem nagle spu&#347;ci&#322;a wzrok
+kobieta...</p>
+
+<p>Po raz pierwszy od kwadransa spad&#322;a z twa­rzy jej
+ob&#322;udna, fa&#322;szywa i uk&#322;adna, a przyodziana li tylko w imi&#281;
+pozorów, maska. Zorane policzki wdowy okrasi&#322; lekki rumieniec, a pod
+wp&#322;ywem jakiej&#347; my&#347;li zapewne, wyraz jej oblicza, prawdzi­wy i
+szczery, mign&#261;&#322; na chwil&#281; przed oczyma obser­wuj&#261;cego
+m&#281;&#380;czyzny.</p>
+
+<p>I to ocali&#322;o nieboraczk&#281;. Zniecierpliwiony bo­wiem
+dot&#261;d obecno&#347;ci&#261; jej Roman, i zdecydowany ju&#380; prawie
+wyprosi&#263; za drzwi kniaziówn&#281; "de domo", zamy&#347;li&#322;
+si&#281; nagle.</p>
+
+<p>Po chwili za&#347;, jakby wynik przelotnego egza­minu
+fizyonomii przyby&#322;ej, by&#322; dla&#324; wystarczaj&#261;cym
+zupe&#322;nie, spu&#347;ci&#322; wzrok.</p>
+
+<p>I sna&#263; wiele niek&#322;amanego, a tajonego bólu, oraz
+nieszcz&#281;&#347;cia prawdziwego mo&#380;e wyczyta&#322; by&#322; na tej
+twarzy go&#347;cia swego; bo po minutach jeszcze paru zastanowienia i wahania,
+milcz&#261;c, si&#281;gn&#261;&#322; r&#281;k&#281; klamki drzwiczek wbitej w
+&#347;cianie ogniotrwa&#322;ej ka­sy, i - wyj&#261;wszy stamt&#261;d papierek
+dziesi&#281;ciorublowy, po&#322;o&#380;y&#322; go na stole.</p>
+
+<p>Posun&#261;wszy za&#347; banknot ten z lekka ku siedz&#261;­cej,
+rzek&#322; tylko:</p>
+
+<p>- S&#322;u&#380;&#281; pani!</p>
+
+<p>Poczem, gdy pieni&#261;dz ów schowa&#322;a, obsypuj&#261;c
+ofiarodawc&#281; swego potokiem s&#322;odko przyprawionych komuna&#322;ów,
+zadzwoni&#322; na lokaja:</p>
+
+<p>Pos&#322;uszny, zjawi&#322; si&#281; s&#322;uga za
+chwil&#281;.</p>
+
+<p>- Pro&#347; pana hrabiego! - rozkaza&#322; Dzier&#380;y­mirski.</p>
+
+<p>- Ju&#380; wyszed&#322;. Mówi&#322;, &#380;e wpadnie kiedy
+indziej, bo czeka&#263; wi&#281;cej nie mia&#322; czasu... Kaza&#322; prze­prosi&#263;
+ja&#347;nie pana, bardzo i zostawi&#322; tu bilet swój, na którym co&#347; napisa&#322;,
+- i przy tych s&#322;owach lokaj poda&#322; bilet.</p>
+
+<p>Roman rzuci&#322; na&#324; okiem...</p>
+
+<p>Pani Wygrzywalska jednak przerwa&#322;a mu czy­tanie. Do
+swej roli wraca&#322;a powtórnie.</p>
+
+<p>- Przepraszam bardzo szanownego pana pre­zesa -
+pocz&#281;&#322;a mówi&#263; swym poprzednim tonikiem ­- ale wiedzie&#263;
+chcia&#322;am w&#322;a&#347;nie, jak adresowa&#263; mam przy zwrocie tej kwoty,
+tak wspania&#322;omy&#347;lnie, szlachetnie, mi udzielonej... Pan prezes
+podobno na d&#322;u­go wyje&#380;d&#380;a?..</p>
+
+<p>Roman na te s&#322;owa u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;
+z&#322;o&#347;liwie i odpar&#322;:</p>
+
+<p>- O, &#322;askawa pani ! Adresem zupe&#322;nie dosta­tecznym
+b&#281;d&#261; dwa s&#322;owa : "R. Dzier&#380;ymirski." &#379;egnam
+pani&#261;... - tu powsta&#322; z siedzenia i sk&#322;oni&#322; si&#281; z
+daleka.</p>
+
+<p>Po&#380;egnany z kolei uk&#322;onem sztywnym nieco od­chodz&#261;cej
+"pseudo-arystokratki", Dzier&#380;ymirski zwró­ci&#322; si&#281; do
+lokaja:</p>
+
+<p>- Jest kto? - zapyta&#322;. </p>
+
+<p>- Jaki&#347; pan powiada, &#380;e ja&#347;nie pana zna da­wno,
+chce si&#281; widzie&#263; koniecznie.</p>
+
+<p>- Jak wygl&#261;da?</p>
+
+<p>- Taki sobie... nie bardzo poka&#378;ny... </p>
+
+<p>Codziennie, od dziewi&#261;tej do dwunastej z ra­na,
+ka&#380;dy mia&#322; wst&#281;p wolny do "pana prezesa".
+Dzier&#380;ymirski nie odst&#281;powa&#322; nigdy od powzi&#281;tej raz
+regu&#322;y, tym razem wi&#281;c zarówno rzuci&#322; oboj&#281;tnie:</p>
+
+<p>- Pro&#347;!..</p>
+
+<p>Sam za&#347; do biurka zasiad&#322;, by sko&#324;czy&#263;
+czytanie biletu hrabiego z Melsztyna.</p>
+
+<p>Min&#281;&#322;o par&#281; minut.</p>
+
+<p>Zaczytany, nie spostrzeg&#322; by&#322; Roman, &#380;e na
+&#347;rod­ku pokoju od pewnego ju&#380; czasu sta&#322; m&#322;ody
+cz&#322;owiek, lat oko&#322;o trzydziestu pi&#281;ciu, i patrzy&#322; na&#324;
+upor­czywie.</p>
+
+<p>Pod si&#322;&#261; tego wzroku podniós&#322; oczy
+Dzier&#380;ymir­ski, a ujrzawszy przybysza zblad&#322;; pozna&#322; go bowiem
+od razu, nie da&#322; jednak pozna&#263; tego po sobie, nie podniós&#322;
+si&#281; z miejsca nawet, a tylko ruchem r&#281;ki oboj&#281;tnym wskaza&#322;
+krzes&#322;o.</p>
+
+<p>- Prosz&#281; pana... Przepraszam... za chwil&#281;...
+Nieznajomy zarumieni&#322; si&#281;, nie rzek&#322;szy nic je­dnak, usiad&#322;
+pokornie na koniuszczku sto&#322;ka, Dzier­&#380;ymirski za&#347;
+si&#281;gn&#261;&#322; po jakie&#347; ksi&#281;gi, le&#380;&#261;ce - opodal i
+zag&#322;&#281;bi&#322; si&#281; w nich, ze skupieniem.</p>
+
+<p>Ale tylko na pozór... W rzeczywisto&#347;ci za&#347; po­trzebowa&#322;
+czasu, by och&#322;on&#261;&#263; z doznanego przed chwil&#261; wra&#380;enia.</p>
+
+<p>Przed nim znajdowa&#322; si&#281; towarzysz, niewidzia­ny
+ju&#380; od lat siedmiu - jeden z dwóch pierwszych ludzi, z którymi si&#281; by&#322;
+zbrata&#322;, przyjechawszy  nie­gdy&#347;
+do kraju sam, nieznany i biedny!..</p>
+
+<p>I nagle, wywo&#322;ane przypomnieniem, stan&#281;&#322;y mu
+w my&#347;li jasno te chwile dawne !.. Ukaza&#322;a mu si&#281; &#380;ywo w
+wyobra&#378;ni straszna noc moralnego prze&#322;o­mu jego &#380;ycia, noc
+udr&#281;cze&#324; w izdebce na poddaszu - noc walki z uczciwo&#347;ci&#261; z
+jednej strony, a n&#281;dz&#261;, u&#322;ud&#261; mi&#322;o&#347;ci,
+pragnieniem &#380;ycia - z dru­giej!...</p>
+
+<p>Wszak siedz&#261;cy oto teraz przed nim m&#322;ody cz&#322;o­wiek
+by&#322; jednym z tych dwóch w&#322;a&#347;nie, którzy, gdy on nurza&#322;
+r&#281;ce w kusz&#261;cem go sw&#261; pot&#281;g&#261; z&#322;ocie, stukaniem
+nag&#322;em we drzwi ­izdebki wstrz&#261;sn&#281;li nim tak silnie...</p>
+
+<p>I Roman, przebiegaj&#261;c spojrzeniem w duchu to wszystko,
+mówi&#322; do siebie jednocze&#347;nie:</p>
+
+<p>- Dziwnem jednak jest to &#380;ycie nasze... O, jak&#380;e
+dziwnem !.. Gdyby nie to z&#322;oto, a pó&#378;niej Mon­te Carlo, Ola i
+&#347;mier&#263; jej ojca, oraz dziedzictwo po nim, nie by&#322;bym przecie
+nigdy tem, czem dzi&#347; jestem!..</p>
+
+<p>Przepastna ironia - ko&#322;o bez wyj&#347;cia!.. </p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski, pochylony nad grub&#261;
+ksi&#281;g&#261;, któ­rej cyfr i kolumn ich nie widzia&#322; zgo&#322;a -
+pogr&#261;&#380;onym si&#281; ci&#261;gle by&#263; zdawa&#322; ca&#322;kowicie,
+w rachunku i pracy.</p>
+
+<p>Milczenie zupe&#322;ne - panowa&#322;o w pokoju, w ciszy
+zegar wydzwoni&#322; niebawem godzin&#281; wpó&#322; do dwunastej. Roman
+si&#281; ockn&#261;&#322;; zostawa&#322;o mu ju&#380; tylko pó&#322; godziny
+czasu. Uczyni&#322; nad sob&#261; wysi&#322;ek i g&#322;o­sem spokojnym
+zupe&#322;nie przemówi&#322; oboj&#281;tnie:</p>
+
+<p>- Z kim mam przyjemno&#347;&#263; i czem
+s&#322;u&#380;y&#263; mog&#281;?..</p>
+
+<p>- Herman Zieli&#324;ski. Czy pan.. prezes napra­wd&#281;
+mnie sobie nie przypomina? - odpar&#322; m&#322;ody cz&#322;o­wiek dobitnie.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski zawaha&#322; si&#281; chwil&#281;.</p>
+
+<p>- Zieli&#324;skich znam wielu - rzek&#322; z wolna - nazwisko
+pa&#324;skie ma przedstawicieli tak licznych... Zreszt&#261;... mo&#380;e...
+Przykro mi bardzo, lecz doprawdy nie przypominam sobie...</p>
+
+<p>- Ja za to - odpowiedzia&#322; m&#322;odzieniec, akcen­tuj&#261;c
+silnie s&#322;owa - przypominam sobie a&#380; nadto dobrze... Poznali&#347;my
+si&#281; przed laty siedmiu; ja, pan i Jasio Zboi&#324;ski stanowili&#347;my
+przez czas jaki&#347; nie­rozerwaln&#261; nawet trójk&#281;. Potem... pan
+przesta&#322;e&#347; stopniowo nas poznawa&#263;... Kolej to zwyk&#322;a rze­czy
+&#347;wiata tego, prawo ludzkie - by&#263; mo&#380;e... Pan­
+wznosi&#322;e&#347; si&#281; po drabinie spo&#322;ecznej wysoko, my gi­n&#281;li&#347;my
+w cieniu... Pan dosi&#281;g&#322;e&#347; jej szczytów obe­cnie, my, to jest ja,
+zosta&#322;em u jej podnó&#380;a...</p>
+
+<p>Zatrzyma&#322; si&#281; w przemówieniu swem m&#322;ody
+cz&#322;owiek, po chwili za&#347; doda&#322;; z gorycz&#261;:</p>
+
+<p>- Jednak... my&#347;la&#322;em, &#380;e pan... prezes, po­mimo
+to, raczy mnie sobie przypomnie&#263;. Có&#380; ro­bi&#263; - omyli&#322;em
+si&#281;!.. - m&#322;odzieniec powsta&#322;, gotów do wyj&#347;cia.</p>
+
+<p>- Ale có&#380; znowu !.. - wykrzykn&#261;&#322;
+s&#322;uchaj&#261;cy go dot&#261;d w milczeniu wahaj&#261;cem si&#281;
+Dzier&#380;ymirski, a zarazem, powstawszy &#347;piesznie z miejsca, przy­ja&#378;nie
+wyci&#261;gn&#261;&#322; r&#281;k&#281; ku przyby&#322;emu.</p>
+
+<p>- Witam i przepraszam... Pami&#281;tam te czasy doskonale,
+tylko pan zmieni&#322;e&#347; si&#281; do niepoznania. Có&#380; Zboi&#324;ski,
+có&#380; pan - porabiacie teraz?.. Niech&#380;e pan spocznie, prosz&#281;
+bardzo... - dorzuci&#322; Roman &#322;askawie i swobodnie, teraz bowiem
+panowa&#322; ju&#380; ca&#322;­kiem nad sob&#261;.</p>
+
+<p>Zieli&#324;ski, poznany, usiad&#322; i o&#347;mielony
+odpar&#322;: </p>
+
+<p>- Cieszy mnie niewymownie, &#380;e pan przypo­minasz sobie
+lata owe.. Dla mnie, wyzna&#263; musz&#281;, okres ten ca&#322;y &#380;ycia
+mego stanowi przyjemne nader wspomnienie - urwa&#322;, i
+u&#347;miechn&#261;wszy si&#281; ironi­cznie, zachowuj&#261;c jeszcze swój
+ton  sprzed chwili, dorzuci&#322;
+dobitnie:</p>
+
+<p>- Ba, dawniej przecie my ze Zboi&#324;skim, we trójk&#281;,
+mówili&#347;my sobie "ty" nawet!</p>
+
+<p>- Có&#380; pana obecnie do mnie sprowadza? - przerwa&#322;
+Dzier&#380;ymirski po&#347;piesznie, niechc&#261;cy jakby, puszczaj&#261;c mimo
+uszu ostatni&#261; uwag&#281;.</p>
+
+<p>- Rad jestem niezmiernie z widzenia si&#281; na­szego, z
+przyjemno&#347;ci&#261; us&#322;u&#380;&#281;, je&#347;li b&#281;d&#281;
+móg&#322; to uczyni&#263;...- doda&#322; jeszcze, jak móg&#322;
+najprzychylniej.</p>
+
+<p>Cho&#263; zmro&#380;ony nieco pocz&#261;tkiem zdania, Zie­li&#324;ski
+spojrza&#322; przyja&#378;nie na Romana, poczem ode­zwa&#322; si&#281;:</p>
+
+<p>- Dzi&#281;kuj&#281;, i zobowi&#261;zany jestem panu bardzo,
+bardzo, panie... prezesie!., - u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; znowu,</p>
+
+<p>z gorycz&#261; - pocz&#261;tkowo jednak winienem w krótkich
+s&#322;owach obja&#347;ni&#263; go nieco o po&#322;o&#380;eniu mem obe­cnem.</p>
+
+<p>- S&#322;ucham - przerwa&#322; szybko Dzier&#380;ymirski i
+spojrza&#322; na wisz&#261;cy ma&#322;y zegarek, wskazuj&#261;cy w tej chwili
+trzy kwadranse na dwunast&#261;.</p>
+
+<p>Zieli&#324;ski dostrzeg&#322; ruch jego.</p>
+
+<p>- O! to nied&#322;ugo potrwa! - po&#347;pieszy&#322; z za­pewnieniem.</p>
+
+<p>- Nic nie szkodzi, prosz&#281; bardzo... - odpar&#322;
+Roman. - O pierwszej mam wa&#380;n&#261; sesy&#281;, a &#380;e
+wyje&#380;d&#380;am ju&#380; za dni par&#281;, obecno&#347;&#263; moja jest tam
+bez opó&#378;nienia konieczn&#261;. Ale... s&#322;ucham pana... - po­wtórzy&#322;
+znowu uprzejmie.</p>
+
+<p>- Otó&#380; wi&#281;c, streszczam - rzek&#322;
+Zieli&#324;ski.</p>
+
+<p>- &#379;ycie moje odmiennem potoczy&#322;o si&#281; kory­tem
+od &#380;ycia pa&#324;skiego, a nawet Zboi&#324;skiego Jana. Pan - nie ma co
+mówi&#263; o tem ; ca&#322;e miasto godzi si&#281; jednog&#322;o&#347;nie,
+&#380;e o zdolniejszego i bardziej wp&#322;ywowego zarazem cz&#322;owieka u nas
+trudno... Zboi&#324;ski jest lekarzem na prowincyi i wiedzie mu si&#281; niezgo­rzej,
+a ja... - tu Zieli&#324;ski zatrzyma&#322; si&#281; chwil&#281; - zosta&#322;em
+za wami, panowie, w tyle, o, bardzo w ty­le nawet!... Dlaczego? któ&#380;
+odgadnie ?.. Zdawa&#322;oby si&#281;, &#380;e los nie posk&#261;pi&#322; mi
+zdolno&#347;ci; szko&#322;y uko&#324;­czy&#322;em, z medalem, prawo, z
+odznaczeniem, ale, nie­stety, los nie obdarzy&#322; mnie szcz&#281;&#347;ciem
+do &#380;ycia! - M&#322;ody cz&#322;owiek znowu, wzruszony jakby mimowolnie,
+mówi&#263; przesta&#322;.</p>
+
+<p>- Trzy lata temu - ci&#261;gn&#261;&#322; dalej niebawem -
+o&#380;eni&#322;em si&#281; z mi&#322;o&#347;ci, bez grosza... - rysy,
+do&#347;&#263; regularne Zieli&#324;skiego o&#380;ywi&#322;y si&#281;
+promieniem wewn&#281;trz­nym - kocha&#322;em j&#261;, t&#281; moj&#261;
+Maniut&#281;, tak, jak kocham j&#261; do dzi&#347; dnia jeszcze, cho&#263; jak
+nie mia&#322;a, tak i nie ma ani szel&#261;ga posagu!.. Obecnie mam troje
+drobiaz­gu... - tu z kolei twarz go&#347;cia Romana zas&#281;pi&#322;a si&#281;
+smutnie, zatrzyma&#322; si&#281;, jakby trudno mu by&#322;o wy­krztusi&#263;
+reszt&#281;, czo&#322;o za&#347; bia&#322;e pociemnia&#322;o mu od
+rumie&#324;ca - jednem s&#322;owem - doko&#324;czy&#322; - w domu u mnie -
+n&#281;dza!..</p>
+
+<p>Umilk&#322;, nie podnosz&#261;c oczu. Po d&#322;u&#380;szej
+chwili, ci&#261;gn&#261;&#322;:</p>
+
+<p>- Pomny naszej dawnej znajomo&#347;ci, przysze­d&#322;em tu,
+do pana prezesa, z pokorn&#261; pro&#347;b&#261; o posa­d&#281;, o prac&#281;,
+cho&#263; byle jak&#261;, ale - p&#322;atn&#261;, o zarobek, bo
+ja&#322;mu&#380;ny nie zwyk&#322;em przyjmowa&#263;!.. Byle z g&#322;odu nie
+umrze&#263;... byle os&#322;odzi&#263; &#380;ycie tej kobiecie, która mnie
+kocha, a której doli dot&#261;d w &#380;adny sposób ul­&#380;y&#263; nie
+mog&#281;!.. - wyrzuci&#322; z siebie z moc&#261;.</p>
+
+<p>Zamilk&#322; i wstydz&#261;c si&#281; jakby s&#322;ów
+w&#322;asnych, nie podnosi&#322; ju&#380; wcale oczu na Romana. </p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski za&#347; z kolei przez czas ten ca&#322;y
+&#347;ledzi&#322; s&#322;owa i gr&#281; fizyonomii Zieli&#324;skiego, a w my­&#347;lach
+jego równocze&#347;nie stan&#261;&#322; wyra&#378;nie kontrast ra­&#380;&#261;cy,
+pe&#322;ny ironii, mi&#281;dzy &#380;yciem jego, a &#380;yciem tego oto
+Hermana, znanego mu dobrze, jako najzdolniej­szego studenta uniwersytetu - z
+przed laty... Stanowczo nie pop&#322;aca by&#263; idealist&#261;!</p>
+
+<p>O&#380;eni&#322; si&#281; bez maj&#261;tku... No, a gdyby
+tak on, Roman Dzier&#380;ymirski, zgrzeszy&#322; by&#322; idealizmem, i biedak,
+ale nieposzlakowany, uczciwy, pozby&#322; si&#281; przed laty nietkni&#281;tych
+banknotów i o&#380;eni&#322; si&#281; nast&#281;pnie z jak&#261;
+dziewczyn&#261; zupe&#322;nie biedn&#261; ?..</p>
+
+<p>- No, w ka&#380;dym b&#261;d&#378; razie, jako&#347;
+da&#322;bym tam sobie rad&#281;! - odpowiedzia&#322;o co&#347; butnie w duchu
+Roman natychmiast. - Posiadam hart, wol&#281;, rozum, rzutko&#347;&#263;, dar
+oryentowania si&#281; trafnego, i spryt - to wiele; a on? Szlachetny, zdolny,
+lecz jednak tro­ch&#281;... g&#322;upi!</p>
+
+<p>- Ale czysty ! - uk&#322;u&#322;o co&#347;, jakby
+&#380;&#261;d&#322;em Romana. Spu&#347;ci&#322; g&#322;ow&#281; i
+s&#322;uchaj&#261;c dalej losów ko­legi Zieli&#324;skiego, mówi&#322; sobie
+zarazem:</p>
+
+<p>- Jednak pomóc trzeba... nale&#380;y. Dla wspo­mnie&#324;,
+no, i dla zasady.</p>
+
+<p>Gdy za&#347; dawny towarzysz mówi&#263; ju&#380;
+przesta&#322;, odezwa&#322; si&#281; z kolei:</p>
+
+<p> - Wi&#281;c
+&#380;yczy&#322;by pan sobie otrzyma&#263; zapewne miejsce na kolei, gdzie
+jestem prezesem... Niestety, nie mog&#281;, postanowi&#322;em bowiem podczas
+ca&#322;ego trwania tam moich rz&#261;dów, od siebie nie narzuca&#263;
+nikogo... Ale móg&#322;bym pomie&#347;ci&#263; pana gdzie indziej. W Banku
+Handlowo-Przemys&#322;owym, na przyk&#322;ad, na­le&#380;&#281; do
+zarz&#261;du... Czy znane s&#261; panu: rachunkowo&#347;&#263; kupiecka,
+buchalterya i j&#281;zyki obce biegle, jak fran­cuski, niemiecki, a mo&#380;e i
+angielski`?..</p>
+
+<p>- Niestety, nie! - odpar&#322; Zieli&#324;ski. - Facho­wego
+wykszta&#322;cenia nie posiadam, gimnazya klasy­czne za&#347; i wydzia&#322;
+prawny uniwersytetu nie wyszkoli&#322;y mnie dostatecznie w &#380;adnym z
+nowo&#380;ytnych j&#281;zy­ków europejskich... Co innego grecki i
+&#322;acina... Co si&#281; za&#347; tyczy rachunkowo&#347;ci, poza
+arytmetyk&#261; i matematyk&#261; wy&#380;sz&#261;, t. j. algebr&#261;,
+geometry&#261;, trygonomet­ry&#261;, inn&#261; s&#322;u&#380;y&#263; nie
+mog&#281;...</p>
+
+<p>I machn&#261;wszy przy tych s&#322;owach r&#281;k&#261;, w
+znie­ch&#281;ceniu, m&#322;odzieniec, westchn&#261;wszy smutnie, doda&#322;. </p>
+
+<p>- Zreszt&#261;, panie prezesie, mówi&#261;c szczerze
+ca&#322;kiem, przekonywam si&#281; teraz coraz bardziej, i&#380; szko­&#322;y
+nie da&#322;y mi zgo&#322;a &#380;adnej nauki &#380;yciowej i pra­ktycznej.</p>
+
+<p>- Ma pan s&#322;uszno&#347;&#263;, zapewne... -
+potwierdzi&#322; Roman. - Niedaleko, szczególniej przy obecnej nadprodukcyi w
+naszem mie&#347;cie ludzi fachowych, zajecha&#322;by&#347; pan ze swym
+dyplomem, ale nie martw si&#281; pan... Spotka&#322;e&#347; mnie na swej
+drodze. Ja zaprote­guj&#281; pana po pierwsze w imi&#281; lat dawnych, po
+drugie, &#380;e nale&#380;ysz pan, jak widz&#281;, do prawdziwie
+potrzebuj&#261;cych pracy! - ostatnie s&#322;owa silniej zaakcentowa&#322;
+Dzier&#380;ymirski. - ­Czy &#322;adny i czytelny masz pan charakter pisma?</p>
+
+<p>- Owszem, staranny i czytelny w zupe&#322;no&#347;ci! - ­po&#347;pieszy&#322;
+z odpowiedzi&#261; Herman.</p>
+
+<p>- No, to dobrze - odpar&#322; Roman, i przy tych
+s&#322;owach si&#281;gn&#261;&#322; do stoj&#261;cego na biurku pude&#322;eczka
+po bilet wizytowy. - Napisz&#281; s&#322;ówko do Dyrekcyi Towarzystwa Ogniowego
+"Esperanza"... Z dyrekto­rem jestem w &#347;cis&#322;ych bardzo
+stosunkach, w tych dniach oprócz tego sam z nim pomówi&#281; - odmówi&#263; mi
+nie mo&#380;e... Od pierwszego przysz&#322;ego miesi&#261;ca dadz&#261; panu
+posad&#281;. Przypuszczam, i&#380;... na pocz&#261;tek z jakie&#347; 500
+rubli... B&#281;dziesz pan obrachowywa&#322;, sprawdza&#322;, a potem
+przepisywa&#322; zapewne ubezpieczeniowe polisy... Jak si&#281; pan za&#347;
+wprawisz w owem przepisywaniu, wyrobi&#281;, i&#380; dadz&#261; panu po­lisy do
+kopjowania w domu, w ten sposób zarobisz pan wi&#281;cej. Zgoda?...</p>
+
+<p>- Ale&#380; naturalnie - dzi&#281;kuj&#281; stokrotnie,
+dzi&#281;­kuj&#281; po tysi&#261;c razy! Wdzi&#281;czno&#347;&#263; moja, panie
+pre­zesie, nie ma granic!... - i zerwawszy si&#281; z krzes&#322;a, Zieli&#324;ski,
+wzruszony i uradowany, u&#347;cisn&#261;&#322; z przej&#281;ciem d&#322;o&#324;
+Romana.</p>
+
+<p>Ten ostatni, napisawszy s&#322;ów kilka,
+zapiecz&#281;towa&#322; list i powsta&#322;, a podaj&#261;c go m&#322;odemu
+cz&#322;owiekowi, rzek&#322;:</p>
+
+<p>- &#379;ycz&#281; szcz&#281;&#347;cia i powodzenia!.. Bardzo
+kon­tent równie&#380; jestem, &#380;e pan zwróci&#322;e&#347; si&#281;
+bezpo&#347;rednio do mnie, i &#380;e znajomo&#347;&#263; nasz&#261;
+odnowili&#347;my znowu... Doktorowi Zboi&#324;skiemu moje uk&#322;ony, gdy go
+pan zobaczysz!..</p>
+
+<p>I Roman Zieli&#324;skiemu poda&#322; r&#281;k&#281;.</p>
+
+<p>- Dzi&#281;kuj&#281;... Nie zapomn&#281; tego panu nigdy!..­
+- z serdecznem ciep&#322;em w g&#322;osie odpar&#322; m&#322;odzieniec,
+&#347;ciskaj&#261;c d&#322;o&#324; dawnego swego towarzysza.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski odprowadzi&#322; go uprzejmie do drzwi, a
+gdy z Zieli&#324;skim znik&#322;o mu z przed oczu przesz&#322;o&#347;ci widmo,
+odetchn&#261;&#322; swobodniej, i zadzwo­ni&#322; na, lokaja.</p>
+
+<p>Ten zjawi&#322; si&#281; natychmiast, nios&#261;c w
+r&#281;ku tac&#281; z kilkoma biletami.</p>
+
+<p>- Czekaj&#261; jeszcze? - zapyta&#322; Roman, i
+spojrza&#322; pobie&#380;nie na bilety, a równocze&#347;nie wyj&#261;&#322; z
+kieszeni zegarek, wskazuj&#261;cy ju&#380; par&#281; minut po dwunastej.</p>
+
+<p>- Przepro&#347; tych panów i powiedz, &#380;e dzi&#347; za ­pó&#378;no!..
+- rzuci&#322; czekaj&#261;cemu s&#322;udze.</p>
+
+<p>Lokaj wyszed&#322;, a Dzier&#380;ymirski przechadza&#263;
+si&#281; pocz&#261;&#322; z wolna po pokoju i cygaro zapali&#322;,
+wypuszczaj&#261;c od niechcenia z ust ma&#322;e kó&#322;eczka dymu.</p>
+
+<p>Ca&#322;y by&#322; jeszcze pod wra&#380;eniem ostatniej wizy­ty,
+oraz tej od&#380;y&#322;ej z ni&#261; tak nagle &#347;wie&#380;o minionej
+przesz&#322;o&#347;ci.</p>
+
+<p>I Dzier&#380;ymirskiemu czo&#322;o poora&#322;o si&#281; w
+drobne bruzdy, zamy&#347;lony wci&#261;&#380; tak samo, nerwowym krokiem
+przebiega&#322; komnat&#281;.</p>
+
+<p>Od lat kilku, gdy o&#380;eni&#322; si&#281; by&#322; z
+Ol&#261;, nie zmieni&#322; si&#281; Roman prawie &#380;e wcale. Ta sama
+inteligentna i pi&#281;kna twarz po&#322;udniowca, ta&#380; sama m&#322;o­dzie&#324;cza
+szybko&#347;&#263; ruchów, oraz niezmienna wytwor­no&#347;&#263; sylwetki
+ca&#322;ej - cechowa&#322;y go obecnie tak, jak i przed paru laty.</p>
+
+<p>A ile&#380;, ile&#380; zdarze&#324; przewin&#281;&#322;o
+si&#281; dot&#261;d w &#380;y­ciu jego!</p>
+
+<p>Po odbyciu &#380;a&#322;oby na wsi, w Gowartowie, przy­jecha&#322;
+z Ol&#261; do miasta. Tu, dzi&#281;ki dziedzictwu pana Januarego,
+po&#322;o&#380;eniu towarzyskiemu &#380;ony i, odnowionym w&#322;asnym
+stosunkom, zdoby&#322; Roman to, co do dzi&#347; dnia posiada&#322;.</p>
+
+<p>Energiczny, rzutki, gi&#281;tki, sprytny i pe&#322;en am­bicyi
+zaszed&#322; wysoko. Ola kocha&#322;a go dot&#261;d niezmiennie, ludzie korzyli
+si&#281; przed jego rozumem, stosun­kami, wp&#322;ywami, a jednak nie by&#322;
+on zgo&#322;a szcz&#281;­&#347;liwym!..</p>
+
+<p>I teraz po twarzy jego odgadn&#261;&#263; to równie&#380;
+&#322;atwe by&#322;o. Cierpia&#322;...</p>
+
+<p>Rozpami&#281;tuj&#261;c w my&#347;lach
+przesz&#322;o&#347;&#263; w&#322;asn&#261;, zapomnia&#322; wida&#263;
+zupe&#322;nie o tera&#378;niejszo&#347;ci. Niby wczorajsze &#347;wie&#380;e, we
+wspomnieniach &#380;y&#322;y znów te lata minione, dawne... Jak fata morgana
+u&#322;udna mami&#322;y wzrok duszy jego niedo&#347;cig&#322;&#261;, bo
+bezpowrotn&#261; ju&#380; dal&#261;, rozpierzcha&#322;y si&#281;, nieuchwytne,
+to znów wra­ca&#322;y jawne - &#380;ywe!</p>
+
+<p>Widzia&#322; si&#281; wi&#281;c Roman w po&#347;lubnym roku
+mi­&#322;o&#347;ci wzajemnej, haszyszów i upoje&#324;, z dysonansem
+&#347;mierci te&#347;cia swego na ko&#324;cu i widzia&#322; siebie potem lata
+ca&#322;e w ci&#261;g&#322;ych zabiegach, trudach, w praw­dziwej,
+nami&#281;tnej energii czynu, w bezustannej go­nitwie za
+popularno&#347;ci&#261;, wielko&#347;ci&#261; i znaczeniem.</p>
+
+<p>Wznie&#347;&#263; si&#281;!.. wznie&#347;&#263; ponad
+drugich, ponad t&#322;umy - to sta&#322;o si&#281; &#380;ycia jego celem!..
+Widzie&#263; kornemi te ludzkie masy u stóp swoich - marzeniem - pomimo
+samopoznania w g&#322;&#281;bi duszy, &#380;e na to wszystko nie zas&#322;uguje
+si&#281; zgo&#322;a, pomimo gryz&#261;­cej go, jak jad, tocz&#261;cej go, jak
+robak, samowiedzy, &#380;e on moralnie nie godzien mo&#380;e &#380;adnego z
+tych, któ­rzy go ponad siebie wynosz&#261;!..</p>
+
+<p>Bo rzecz zaiste dziwna... Setki zdarze&#324;, tysi&#261;­ce
+ludzi przemkn&#281;&#322;y, jak w kalejdoskopie, w &#380;yciu Romana, a
+tajemnica jego odleg&#322;ego "wczoraj", pozosta&#322;a nadal -
+tajemnic&#261;... Nikt jej nie odkry&#322;, nikt nie przypomnia&#322;. O
+w&#322;a&#347;cicielu dwudziestu siedmiu tysi&#281;cy g&#322;ucho i cicho
+by&#322;o, jakby fakt ten ca&#322;y by&#322; li tylko snem strasznym,
+zakl&#281;t&#261; bajk&#261; z tysi&#261;ca i je­dnej nocy!</p>
+
+<p>A tymczasem &#380;ycie, tocz&#261;c si&#281; wartkiem
+ko&#322;em, poch&#322;ania&#322;o sob&#261; Romana, poch&#322;ania&#322;o go
+tak dalece, &#380;e bywa&#322;y chwile, i&#380; zapomina&#322;. Ale, niestety,
+by&#322;y to tylko... chwile.</p>
+
+<p>Sumienie uparcie czuwa&#322;o bezustannie. Nie by&#322;o
+dnia jednego, by Dzier&#380;ymirski w cicho&#347;ci ducha nie uchyli&#322;
+g&#322;owy przed przypomnieniem strasznem; nie mija&#322; miesi&#261;c, by
+godzin kilka, z dala od ludzi, nie by&#322; zmuszonym przep&#281;dzi&#263; sam
+na sam ze sob&#261; i z wyrzuta­mi sumienia.</p>
+
+<p>O! jak&#380;e pragn&#261;&#322; on nieraz odda&#263; to
+z&#322;oto cu­dze, jak pragn&#261;&#322;!..</p>
+
+<p>Odda&#263;! Ale komu?.. Zwróci&#263;, ale jak, nawet gdyby
+si&#281; i zna&#322;az&#322; w&#322;a&#347;ciciel zagadkowy, by nie
+splami&#263; nieskazitelnego po&#322;ysku czci w&#322;asnej, honoru i opinii
+cz&#322;owieka, przoduj&#261;cego spo&#322;ecze&#324;stwu ca­&#322;emu?..</p>
+
+<p>W tym samym, ozdobionym granacikow&#261; koro­n&#261;
+hrabiowsk&#261;, pugilaresie, le&#380;a&#322;y od&#322;o&#380;one przeze&#324;
+na miejsce, owe dwadzie&#347;cia siedem tysi&#281;cy, w banknotach i rulonach
+z&#322;ota, schowane w tajemnej i ni­komu nie znanej skrytce. Przeznaczone dla
+zagad­kowego w&#322;a&#347;ciciela - czeka&#322;y one na&#324; tam dare­mnie.</p>
+
+<p>Bo gdyby&#380; przynajmniej, cho&#263; promykiem ma­&#322;ym,
+rozdar&#322;a si&#281; ta tajemnicza ciemno&#347;&#263;, kryj&#261;ca
+dot&#261;d w swych czelu&#347;ciach bezustannej zagadki praw­nego
+pieni&#281;dzy tych pana!</p>
+
+<p>Och, wtedy, b&#281;d&#261;c cho&#263; troch&#281;
+przygotowanym, niew&#261;tpliwie da&#322;by on jako&#347; sobie rad&#281;!
+Wola&#322;by bowiem zobaczy&#263; nawet roztwieraj&#261;c&#261; si&#281; przed
+nim przepa&#347;&#263; bez wyj&#347;cia, gdy&#380; ufny w swój rozum, zna­laz&#322;by
+je na pewno, ni&#380; widzie&#263; ci&#261;gle przed sob&#261; ten pe&#322;ny
+milczenia sfinksowy spokój, id&#261;cego przed nim ciemnego,
+nieodwo&#322;alnego jutra!.. Przestrasza&#322; go on - przejmowa&#322;
+zgroz&#261;...</p>
+
+<p>Bo Dzier&#380;ymirski poza licznemi zaj&#281;ciami swemi
+spo&#322;ecznej natury, czyni&#322; dot&#261;d niemal bez skutku wszystko, aby
+zrzuci&#263; z siebie, ju&#380; raz na dobre, gnio­t&#261;cy go skrycie
+ci&#281;&#380;ar wspomnienia!..</p>
+
+<p>Podawa&#322; wi&#281;c kilkakrotnie nad wyraz przebie­gle i
+sprytnie og&#322;oszenia w pismach, nie tylko w kra­ju, ale i za granic&#261;,
+w nadziei, i&#380; wpadnie na trop w&#322;a&#347;ciwy.</p>
+
+<p>Sam pozatem odby&#322; kilka tajnych wycieczek do ludzi, o
+których wiedzia&#322;, &#380;e zgubili niegdy&#347;, bez znalezienia, sumy
+wi&#281;ksze...</p>
+
+<p>Zbadawszy ich jednak podst&#281;pnie, z ostro&#380;na, wraca&#322;
+zawsze z niczem. Zagadka trwa&#322;a.</p>
+
+<p>Teraz wreszcie równie&#380;, nie dalej, jak za dni ju&#380;
+kilka, postanowi&#322; Roman raz jeszcze uczyni&#263; pró­b&#281; w tym
+wzgl&#281;dzie i wyjazd za granic&#281;, zapowiedziany przeze&#324;, dla
+wypoczynku, "de facto" by&#322; zwi&#261;zanym &#347;ci&#347;le z
+t&#261; tylko sam&#261;, wiecznie jedn&#261;, spraw&#261;.</p>
+
+<p>Przechadzaj&#261;cy si&#281; wci&#261;&#380; szybko po
+gabinecie Dzier&#380;ymirski, w chaosie j&#261;trz&#261;cych go my&#347;li i
+wspomnie&#324;, schwyci&#322; si&#281; nagle za g&#322;ow&#281; i
+szepn&#261;&#322; do sie­bie przejmuj&#261;co:</p>
+
+<p>- Och, czemu&#380;, czemu&#380;, na Boga, natura obda­rzy&#322;a
+mnie sumieniem tak czujnem, wra&#380;liwem, czemu?.. By&#322;bym
+po&#322;o&#380;enie moje bra&#322; filozoficzniej, pro&#347;ciej... Wszak z
+pieni&#281;dzy znalezionych w rzeczy sa­mej korzysta&#322;em tak ma&#322;o!
+Przegra&#322;em je przecie wszystkie w Monaco, do ostatniego grosza, a wygra­&#322;em
+z pieni&#281;dzy zupe&#322;nie innych! - sofizmat, niezmien­nie ten sam,
+powraca&#322; w umy&#347;le Romana.</p>
+
+<p>O ile jednak dawniej pociesza&#322; on go chwilami, teraz,
+dzi&#347; - nie dzia&#322;a&#322; ju&#380; bynajmniej.</p>
+
+<p>Dojrzalszy obecnie, w niejednem jeszcze prze­kszta&#322;cony
+&#380;ycia szko&#322;&#261;, patrz&#261;cy z odleg&#322;o&#347;ci lat kil­ku
+zimniej daleko na uczynek swój w&#322;asny "przyw&#322;aszczenia",
+Dzier&#380;ymirski, nie wyzbywszy si&#281; do­t&#261;d wcale wszczepionych
+silnie w dzieci&#324;stwie zasad uczciwo&#347;ci, nieprzejednanej, prawej,
+czystej, - rozu­mia&#322;, i&#380;, pomimo poch&#322;oni&#281;cia cudzego
+z&#322;ota przez ja­skini&#281; gry i dotychczasowej bezkarno&#347;ci -
+zb&#322;&#261;dzi&#322;, i &#380;e wina jego zgo&#322;a nie by&#322;a
+mniejsz&#261;. Czu&#322;, &#380;e &#380;ycie moralne wykolei&#322;o go
+niemi&#322;osiernie, i cier­pia&#322;...</p>
+
+<p>Roman przetar&#322; r&#281;k&#261; rozpalon&#261;
+g&#322;ow&#281;; atak apatyi nerwowej pesymizmu, &#380;alu i goryczy, szerok&#261;
+fal&#261; nap&#322;ywa&#322; znowu do duszy jego.</p>
+
+<p>W tej samej chwili na &#347;ciennym zegarze wybi­&#322;o
+wpó&#322; do pierwszej. Roman si&#281; wstrz&#261;sn&#261;&#322;.</p>
+
+<p>Sesya, obowi&#261;zki, przodownictwo spo&#322;eczne - trzeba
+by&#263; silnym!.. Odpocznie pó&#378;niej, gdy wyje­dzie - za dni par&#281;,
+teraz odwagi!.. spokoju!..</p>
+
+<p>I uczyniwszy nad nerwami swymi i my&#347;l&#261; wy­si&#322;ek,
+Dzier&#380;ymirski wyprostowa&#322; si&#281;. Rzuciwszy opo­dal do po&#322;owy
+spopiela&#322;e, cygaro, pocz&#261;&#322; porz&#261;dkowa&#263; &#347;piesznie
+porozrzucane na biurku papiery.</p>
+
+<p>W tej samej chwili do drzwi zapukano trzykrotnie. Roman
+drgn&#261;&#322; i odwróci&#322; si&#281;. Pozna&#322; sposób stukania
+&#380;ony, co dzie&#324; bowiem, o tej porze, Ola zwyk&#322;a by&#322;a
+odwiedza&#263; go po pracy.</p>
+
+<p>- Entrez!.. - rzuci&#322; dono&#347;nie i czo&#322;o jego wy­pogodzi&#322;o
+si&#281; natychmiast.</p>
+
+<p>Ma j&#261; przecie&#380;, najdro&#380;sz&#261;
+&#380;on&#281;, podpor&#281;-ko­chank&#281; i przyjaciela ! Wszak wzajemnie nie
+posia­daj&#261; przed sob&#261; &#380;adnych tajemnic, prócz jednej - je­dynej!</p>
+
+<p>Przez próg komnaty do gabinetu wchodzi&#322;a ju&#380; Ola,
+ubrana do wyj&#347;cia, w kapeluszu i sukni, skrojonej elegancko i
+szeleszcz&#261;cej jedwabiami spódnic.</p>
+
+<p>I ona od lat tych pi&#281;ciu nie zmieni&#322;a si&#281; pra­wie.
+Wypi&#281;knia&#322;a tylko jeszcze bardziej, bujniejsze­mi sta&#322;y si&#281;
+kszta&#322;ty i linie jej cia&#322;a, pon&#281;tniejszemi, w ca&#322;ym swym
+czerwcowym rozkwicie, lat ju&#380; niespe&#322;na trzydziestu.</p>
+
+<p>Z u&#347;miechem, przywitali si&#281; ma&#322;&#380;onkowie;
+Roman ­uca&#322;owa&#322; &#380;on&#281; w czo&#322;o i zapyta&#322;:</p>
+
+<p>- Dok&#261;d&#380;e to tak moja pani?</p>
+
+<p>- Na ogólne zebranie pa&#324; Opieki &#346;-go Franci­szka z
+Assy&#380;u; a ty wychodzisz tak&#380;e?..</p>
+
+<p>- A jak&#380;e. Na sesy&#281; Zwi&#261;zku Kredytowego. </p>
+
+<p>- Na któr&#261; godzin&#281;?</p>
+
+<p>- O pierwszej si&#281; rozpoczyna...</p>
+
+<p>- Pysznie!.. - zawo&#322;a&#322;a uradowana Ola.- Ka­za&#322;am
+w&#322;a&#347;nie do powozu zaprz&#261;dz, podwioz&#281; ci&#281;... A
+&#347;niadanie drugie ju&#380; jad&#322;e&#347;?</p>
+
+<p>- Nie, kochanie, czasu mi nie starczy&#322;o. Prze­k&#261;sz&#281;
+co&#347; nie co&#347; na mie&#347;cie...</p>
+
+<p>- Mój ty biedaku !.. - i pog&#322;askawszy pie­szczotliwie
+m&#281;&#380;a po twarzy, u&#347;ciska&#322;a go Ola serde­cznie, - taki
+zaj&#281;ty zawsze, &#380;e nawet prawie nie mo&#380;na nigdy pomówi&#263; z
+tob&#261; swobodnie...</p>
+
+<p>- A czyja wina? - przekomarza&#322; si&#281; weso&#322;o
+Dzier&#380;ymirski.- Gdy ja do domu wpadn&#281;, nigdy pa­ni mej nie ma... To
+zebranie &#346;-go Antoniego, Kalsantego, Ambro&#380;ego, - wszystkich
+&#347;wi&#281;tych jednem s&#322;owem... To znów z kolei opatrywaniu chorych,
+wenta na przytu&#322;ki, obrady na zabawy filantropijne, rozdawnictwa, gwiazdki
+dla dzieci, rozbieranie ich, ubieranie... Czy ja w ko&#324;cu wiem i
+pami&#281;tam, wszyst­kie owe tam wasze damskie pseudo-prace?..</p>
+
+<p>- No, no... Bardzo prosz&#281;, nie wy&#347;miewa&#263; mi
+si&#281; z nas... Niby to wy, panowie, robicie co na owych sesyach. A
+jak&#380;e! Rozmawiacie zgo&#322;a o czem innem, papierosy palicie,
+k&#322;ócicie si&#281; i rozchodzicie. Ho-ho, ju&#380; ja wiem dobrze, co
+mówi&#281;!..- odpar&#322;a z przeko­naniem obra&#380;ona niby Ola.</p>
+
+<p>I w ten sam sposób d&#322;u&#380;ej jeszcze przekoma­rzaliby
+si&#281; &#380;artobliwie ma&#322;&#380;onkowie, gdyby nie wej­&#347;cie
+lokaja, który zaanonsowa&#322;:</p>
+
+<p>- Prosz&#281; ja&#347;nie pa&#324;stwa, powóz ju&#380;
+czeka... </p>
+
+<p>- Aaa... to dobrze! - rzek&#322; Roman &#380;wawo, da­leki
+ju&#380; my&#347;l&#261; od dr&#281;cz&#261;cych go do niedawna wspomnie&#324;.</p>
+
+<p>- Nie przebierzesz si&#281; Romciu? - zapyta­&#322;a Ola.</p>
+
+<p>- Ani my&#347;l&#281;, nie mam czasu! Patrz, dochodzi
+ju&#380; pierwsza... Có&#380; to, moje &#380;ycie, uwa&#380;asz mo&#380;e,
+&#380;e nie po d&#380;entleme&#324;sku wygl&#261;dam?... - zapyta&#322; lekko.</p>
+
+<p>- Ale gdzie&#380; tam... Có&#380; znowu?.. Tego my­&#347;le&#263;
+si&#281; nie o&#347;mielam - roze&#347;mia&#322;a si&#281; Ola. - tylko tak
+troch&#281;... nie &#347;wie&#380;o... Czekaj, przeczesz&#281; ci&#281;,
+poprawimy krawat i oczyszcz&#281;...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski podda&#322; si&#281; pokornie wymaganiom
+estetycznym &#380;ony.</p>
+
+<p>- No, fertig! Wygl&#261;dasz zno&#347;nie!.. -
+zadecydowa&#322;a Ola po chwili.</p>
+
+<p>- Phi... tylko? To niezbyt pocieszaj&#261;ce, - od­par&#322;,
+&#347;miej&#261;c si&#281;, Roman - i wyszed&#322; z Ol&#261; do przedpokoju.</p>
+
+<p>W bramie domu czeka&#322; ju&#380; powóz odkryty;
+Dzier&#380;ymirscy wsiedli do&#324; po&#347;piesznie, lokaj wsko­czy&#322; na
+koz&#322;y i ruszyli. Znany w ca&#322;em mie&#347;cie pojazd
+"prezesowstwa", zaprz&#281;&#380;ony w dwa ros&#322;e miesza&#324;ce,
+krwi anglo-arabskiej, wytoczy&#322; si&#281; na ulic&#281; i pomkn&#261;&#322;
+chy&#380;o.</p>
+
+<p>Co chwila z po&#347;ród id&#261;cej po szerokich chodni­kach
+publiczno&#347;ci, lub z wymijanych powozów, k&#322;a­nia&#322; si&#281;
+kto&#347; uprzejmie Dzier&#380;ymirskim, a oni, u&#347;miechni&#281;ci, weseli,
+tak samo grzecznie oddawali wszyst­kim uk&#322;ony. Po d&#322;u&#380;szej
+chwili milczenia, odezwa&#322; si&#281; Roman:</p>
+
+<p>- Ale, a propos, musisz si&#281; tem zaj&#261;&#263;,
+Oluniu, bo ja, doprawdy, czasu nie mam. Dzi&#347;, lub najdalej jutro,
+wysy&#322;amy zaproszenia do wszystkich naszych znajomych... W sobot&#281; damy
+raut po&#380;egnalny... J'es­pere, &#380;e nic nie masz przeciwko temu, moje
+&#380;ycie ?..</p>
+
+<p>- Ale&#380;, naturalnie!.. - po&#347;pieszy&#322;a z
+zapewnie­niem Ola, - lecz musimy przecie&#380; z&#322;o&#380;y&#263; wizyty... </p>
+
+<p>- Nie ja, nie ja, cherie!.. To ty za mnie nie­odzownie
+zrobi&#263; musisz, kochanie... Kto nie przyj­dzie - pal go licho!.. A
+zreszt&#261;, pas de crainte, stawi&#261; si&#281; wszyscy...</p>
+
+<p>- Dlaczego nie chcesz jecha&#263; ze mn&#261;?</p>
+
+<p>- Nie nie chc&#281;, lecz nie mog&#281;. Mam przed wyjazdem
+jeszcze zaj&#281;cia huk! Nie mo&#380;esz mie&#263; na­wet wyobra&#380;enia,
+moja droga, co to znaczy wyrwa&#263; si&#281; na miesi&#281;cy kilka, jak tego
+pragn&#281;, z tego ko&#322;amych rozlicznych obowi&#261;zków - c'est un vrai
+tour de force!.. - Dzier&#380;ymirski zamilk&#322; na chwil&#281;, poczem
+ko&#324;czy&#322;:</p>
+
+<p>- Bo pomy&#347;l tylko... Tu znale&#378;&#263; na czas ten
+ca&#322;y zast&#281;pc&#281;, tam znów wycofa&#263; si&#281; zr&#281;cznie, by
+nie obrazi&#263; nikogo i za&#322;atwi&#263; wszystkie czynno&#347;ci ju&#380;
+z góry... Wi&#281;c chyba rozumiesz teraz, i&#380; w wizyty &#347;wiatowe
+bawi&#263; si&#281; nie mog&#281;, najwy&#380;ej do kilkuna­stu wybitniejszych
+osobisto&#347;ci, i koniec.</p>
+
+<p>- Ale&#380; dobrze, ju&#380; dobrze, nie t&#322;umacz
+si&#281;, nie bro&#324; - zrobi&#281; wszystko, mój w&#322;adco i panie! - z
+u&#347;mie­chem, pocieszy&#322;a go Ola. - Pyta&#322;am si&#281; tak tylko...
+Czy wracasz dzi&#347; na obiad ?..</p>
+
+<p>- Pas possible! - odpar&#322; Dzier&#380;ymirski sta­nowczo.
+- Akurat o szóstej zebranie nadzwyczajne akcyonaryuszów i komitetu nowego
+przedsi&#281;biorstwa, wiesz, Komercyjno -Agronomiczny Zwi&#261;zek krajowy...
+Zjem na mie&#347;cie.</p>
+
+<p>- A wieczorem? - pyta&#322;a dalej Ola.</p>
+
+<p>- Musz&#281; by&#263; koniecznie u ksi&#281;cia Artura, w
+sprawie budowy nowego ko&#347;cio&#322;a &#346;w. Jana Chrzci­ciela; zebranie
+prywatne w jego mieszkaniu - obie­ca&#322;em.</p>
+
+<p>- Niemo&#380;liwym jeste&#347; cz&#322;owiekiem !.. - roze­&#347;mia&#322;a
+si&#281; Ola, - ja ju&#380; o czwartej wracam do domu.</p>
+
+<p>Umilkli. Wko&#322;o nich &#347;mia&#322;o si&#281; w
+s&#322;o&#324;cu mia­sto; wiosna czarodziejka nawet tu, w ciasne ogrodu mury,
+swój powiew balsamiczny tchn&#261;&#263; potrafi&#322;a - oddycha&#322;o
+si&#281; swobodniej, szerzej, &#347;wie&#380;o&#347;&#263; majowa
+pie&#347;ci&#322;a twarze &#347;piesz&#261;cych zewsz&#261;d t&#322;umów,
+&#347;mie­j&#261;cych si&#281; i weso&#322;ych.</p>
+
+<p>- Sta&#324;! - rzuci&#322; nagle i rozkaz
+Dzier&#380;ymirski, dotykaj&#261;c z lekka lask&#261; liberyjnych pleców
+stangreta. Doje&#380;d&#380;ali do wspania&#322;ego gmachu Zwi&#261;zku Kredy­towego.</p>
+
+<p>Powóz zatrzyma&#322; si&#281; pos&#322;usznie.</p>
+
+<p>- A ce soir! - rzek&#322; Roman, i lekkiem u&#347;ci­&#347;nieniem
+r&#281;ki po&#380;egnawszy &#380;on&#281;, wyskoczy&#322; z ekwi­pa&#380;u. Po
+kamiennych stopniach kru&#380;ganka skierowa&#322; si&#281; ku olbrzymim kutym
+drzwiom, które, w powitalnym, niskim uk&#322;onie, otwiera&#322; ju&#380;
+us&#322;u&#380;nie szwajcar miejscowy.</p>
+
+<p>Na progu gmachu Dzier&#380;ymirski obejrza&#322; si&#281; i
+spotka&#322; ze wzrokiem Oli. Spojrzeniami wzajemnie po&#380;egnali si&#281;
+jeszcze pieszczotliwie, poczem Ola od­wróci&#322;a si&#281; pierwsza, Roman
+za&#347;, &#347;cigaj&#261;c j&#261; oczyma, zatrzyma&#322; si&#281; i
+u&#347;miechn&#261;&#322;...</p>
+
+<p>W oddalaj&#261;cym si&#281; powozie, m&#322;oda kobieta po
+chwili, instynktownie jakby, raz drugi spojrza&#322;a za siebie.
+Dzier&#380;ymirski jednocze&#347;nie skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261; i
+znik&#322; za drzwiami, Ola za&#347; odwróci&#322;a si&#281; i niedbale roz­pi&#281;&#322;a
+bia&#322;&#261;, koronkami obszyt&#261;, parasolk&#281;. Promienie i blaski
+majowe zal&#347;ni&#322;y si&#281; jeszcze na jej postaci chwil&#281;, i powóz
+znik&#322;, poch&#322;oni&#281;ty wielkomiejskim wirem.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<center>------------</center>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Kaskad&#261; &#347;wiate&#322; i blasków p&#322;on&#261;
+rz&#281;si&#347;cie apar­tamenty Romanowstwa Dzier&#380;ymirskich...</p>
+
+<p>Z pó&#322; otwartych lilii z kryszta&#322;u, zdobi&#261;cych
+gazowe po bocznych &#347;cianach kinkiety, z &#380;yrandoli i lamp - tu
+jaskrawo, tam znów &#322;agodniej, dr&#380;&#261; w dusznej atmosferze salonów
+p&#281;ki promieni, spadaj&#261; de­szczem na t&#322;um weso&#322;y, elegancki
+i strojny, graj&#261;, za&#322;amuj&#261;c si&#281; w klejnotach kobiet -
+pieszcz&#261; ich na­gie gorsy i ramiona, g&#322;aszcz&#261; je swym
+niewidzialnym dotykiem.</p>
+
+<p>Gwar st&#322;umiony prowadzonych z o&#380;ywieniem rozmów,
+oraz t&#322;ok i ciasnota panuje w kilku obszer­ych salonach;
+cz&#281;&#347;&#263; tylko go&#347;ci siedzi, wi&#281;kszo&#347;&#263;,
+wahad&#322;owym ruchem p&#322;yn&#261;cej fali, przechadza si&#281;
+bezustannie, a raczej dyskretnie przeciska.</p>
+
+<p>Nie omyli&#322; si&#281; bowiem w przewidzeniach swych
+Dzier&#380;ymirski. Ca&#322;e towarzystwo i wszystkie jego sfery stawi&#322;y
+si&#281; na raut po&#380;egnalny prezesa, wice prezesa, dyrektora i
+cz&#322;onka licznych instytucyi -rade i poczuwaj&#261;ce si&#281; do
+obowi&#261;zku obecno&#347;ci&#261; sw&#261; z&#322;o&#380;y&#263; danin&#281;
+grzeczno&#347;ci &#347;wiatowej temu, kto trzyma&#322; obecnie w silnej
+d&#322;oni w&#261;tek ich spraw i inte­resów - natury spo&#322;ecznej,
+przemys&#322;owej, filantropij­nej, a cz&#281;sto g&#281;sto i osobistej nawet.</p>
+
+<p>Pe&#322;ni uprzejmo&#347;ci, dystynkcyi i
+go&#347;cinno&#347;ci szczerej, w&#347;ród t&#322;umu swych go&#347;ci, uwijali
+si&#281; Dzier&#380;ymirscy, zmieniaj&#261;c si&#281; kolejno w pobli&#380;u
+wej&#347;cia pierwszego salonu, dla witania wchodz&#261;cych co chwi­la nowych
+przybyszów. W ko&#324;cu jednak i ten cza­sowy posterunek ich okaza&#322;
+si&#281; wprost niemo&#380;li­wym...</p>
+
+<p>Roman i Ola zmuszeni zostali zmiesza&#263; si&#281; z
+t&#322;u­mem rautuj&#261;cych go&#347;ci, ust&#281;puj&#261;c sami naporowi
+&#347;cisku.</p>
+
+<p>A kwadranse tymczasem mija&#322;y szybko. Liczba
+nap&#322;ywaj&#261;cych osób powi&#281;ksza&#322;a si&#281; coraz bardziej,
+w&#347;ród szeleszcz&#261;cej za&#347;, barwnej fali go&#347;ci, w liberyi i
+po&#324;czochach, ukazywa&#263; si&#281; pocz&#281;li, posuwaj&#261;c si&#281;
+z trudem, lokaje, z wielkiemi srebrnemi tacami... U wej&#347;cia za&#347;
+salonów, wyparta zwi&#281;kszaj&#261;c&#261; si&#281; fal&#261; ludzi,
+stan&#281;&#322;a zwarta gromada m&#281;&#380;czyzn, tamu­j&#261;c w ten sposób
+po prostu komunikacy&#281; do przepe&#322;­nionych nad miar&#281; apartamentów.</p>
+
+<p>M&#322;odzieniec, ciemny szatyn, nieposzlakowanie elegancki,
+o impertynenckiej nieco, cho&#263; wielko&#347;wiatowej powierzchowno&#347;ci,
+wchodzi&#322; w tej chwili do mieszkania prezesowstwa Dzier&#380;ymirskich.</p>
+
+<p>Znalaz&#322;szy si&#281; niebawem poza zbit&#261; u drzwi
+gar­stk&#261; panów, na razie nie móg&#322; post&#261;pi&#263; ani kroku
+naprzód. Widz&#261;c to, skrzywi&#322; swe w&#261;skie usta, i wspi&#261;&#322;
+si&#281; dyskretnie na palce.</p>
+
+<p>Ponad zbli&#380;onemi, wypomadowanemi g&#322;owami
+stoj&#261;cych m&#281;&#380;czyzn, ujrza&#322; dok&#322;adnie
+ko&#322;ysz&#261;ce si&#281; morze kobiecych biustów, g&#322;ówek czarownych,
+pi&#281;k­nych, ró&#380;nobarwnych tualet, gorsów i fraków i mruk­n&#261;&#322;
+do siebie:</p>
+
+<p>- Ho-ho!.. pas
+mal...</p>
+
+<p>Spojrza&#322; nast&#281;pnie na stoj&#261;cych opodal rauto­wiczów.
+Nie zna&#322; &#380;adnego z nich. &#379;achn&#261;&#322; si&#281;
+niecierpliwie i szepn&#261;&#322; znów z cicha do siebie, po fran­cuzku:</p>
+
+<p>- Que diable, je ne suis pas venu ici pour garder
+l'antichambre...</p>
+
+<p>I jednocze&#347;nie posun&#261;&#322; si&#281; zr&#281;cznie
+naprzód, po­tr&#261;ciwszy za&#347; lekko po drodze swej paru s&#261;siadów,
+rzuci&#322;, z wytwornym uk&#322;onem, kilka: "Pardon", w rezultacie
+jednak znalaz&#322; si&#281; zaledwie o par&#281; kroków naprzód.</p>
+
+<p>Popatrzy&#322; znowu przed siebie, wspi&#261;wszy si&#281;
+na palce.</p>
+
+<p>- Ach, przecie&#380; cho&#263; jeden!.. - szepn&#261;&#322;
+z ul­g&#261;, tym razem ju&#380; po polsku, dojrza&#322; bowiem w&#322;a­&#347;nie
+poznanego w przeddzie&#324; Emila &#321;ady&#380;y&#324;skiego.</p>
+
+<p>Rzuciwszy po francusku par&#281; ugrzecznionych
+przeprosze&#324;, m&#322;odzieniec post&#261;pi&#322; znów kroków kil­ka,
+a&#380; stopniowo, przepraszaj&#261;c dalej bezustannie, zdo&#322;a&#322;
+dotrze&#263; do &#321;ady&#380;y&#324;skiego.</p>
+
+<p>Ten ju&#380; go by&#322; zoczy&#322;. Podali sobie
+r&#281;ce, wita­j&#261;c si&#281; uprzejmie.</p>
+
+<p>- Eh bien, chčr comte - zagadn&#261;&#322;, z u&#347;miechem
+pierwszy pan Emil - jakie&#380; wra&#380;enie z rautu "koroniarzy?.."
+Trudno si&#281; dosta&#263;, co? Et, ce qui touche, gospodarza, prezesa, vous
+ne le verrez probablement pas, bo jest akurat pod przeciwnym biegunem.</p>
+
+<p>- A ja w&#322;a&#347;nie musz&#281;, bo go nie znam. Pani
+Dzier&#380;ymirska by&#322;a tak bardzo uprzejm&#261; zaprosi&#263; mnie, bo
+z&#322;o&#380;y&#322;em jej wizyt&#281;, lecz prezesa, jako na­der zwykle
+zaj&#281;tego podobno, nie widzia&#322;em...</p>
+
+<p>- Ba... ba... c'est simple - potwierdzi&#322; &#321;ady­&#380;y&#324;ski
+- nasz prezesunio jest to cz&#322;owiek, który jest wsz&#281;dzie, ale nigdy u
+siebie w domu... Voulez - vous, przedstawi&#281; pana. W drog&#281; zatem...
+P&#322;y&#324;my, p&#322;y&#324;­my, póki czas!.. - zanuciwszy
+pó&#322;g&#322;osem wyrazy ostatnie, rzek&#322; starzej&#261;cy si&#281;
+kawaler, i prowadz&#261;c za sob&#261; przybysza, pu&#347;ci&#322; si&#281;
+naprzód.</p>
+
+<p>Ostro&#380;nie, z wolna, dwaj panowie posuwa&#263; si&#281;
+zacz&#281;li. Czynno&#347;&#263; to za&#347; nie&#322;atw&#261; by&#322;a.
+Prócz oba­wy niezr&#281;cznego potr&#261;cenia kogo&#347; z wytwornego, a
+&#347;cie&#347;nionego grona - musieli oni pozatem lawirowa&#263; jeszcze
+bardzo zr&#281;cznie pomi&#281;dzy d&#322;ugiemi tre­nami pa&#324;...
+&#321;ady&#380;y&#324;ski jednak radzi&#322; sobie wybor­nie. Co chwila
+k&#322;ania&#322; si&#281; komu&#347; uprzejmie z dale­ka, lub wita&#322; z
+bliska, przystawa&#322;, rzuca&#322; dowcipnych s&#322;ów par&#281; -
+rozst&#281;powano si&#281; przed nim. Szed&#322; dalej.</p>
+
+<p>- Uf, nous y voilŕ!..- rzuci&#322; po niejakim cza­sie
+towarzyszowi swemu.</p>
+
+<p>- Widz&#281; Romana, jak peroruje, cŕ va sans di­re, o
+spo&#322;ecznych sprawach... - Och, i pani Ola jest równie&#380; niedaleko!..
+Quelle chance...</p>
+
+<p>I pan Emil, odwróciwszy si&#281;, skorzysta&#322; z wol­niejszej
+nieco oko&#322;o siebie przestrzeni, wzi&#261;&#322; pod ra­mi&#281;
+m&#322;odego cz&#322;owieka i zbli&#380;a&#263; si&#281; pocz&#261;&#322;
+wolno, ku otoczonemu kilkoma rozmawiaj&#261;cymi &#380;ywo panami,
+Dzier&#380;ymirskiemu. Id&#261;c za&#347;, podrwiwa&#322; z cicha, cytu­j&#261;c
+dolatuj&#261;ce g&#322;o&#347;niejsze wyrazy i zdania.</p>
+
+<p>- A co? nie mia&#322;em racyi ? s&#322;yszy pan ? Cel­
+spo&#322;eczny, - pot&#281;ga dzia&#322;alno&#347;ci, - punkt kulminacyjny, -
+przesilenie finansowe - etc. i tak dalej. Jak dowodzi, co? Prawdziwa
+dystyngowana wie&#380;a Babel szumnych frazesów!</p>
+
+<p>M&#322;ody cz&#322;owiek s&#322;ucha&#322; uwa&#380;nie,
+u&#347;miechaj&#261;c si&#281; z lekka, tymczasem za&#347; jednak znale&#378;li
+si&#281; obaj tu&#380; ko&#322;o grupy rozprawiaj&#261;cych zapalczywie
+m&#281;&#380;­czyzn.</p>
+
+<p>- Stój, panie hrabio, skromnie, a&#380; ja zatamu­j&#281;,
+przerw&#281; ten oto rw&#261;cy potok dyskusyi!.. - odezwa&#322; si&#281; znów
+&#321;ady&#380;y&#324;ski.</p>
+
+<p>Nie okaza&#322;o si&#281; to jednak potrzebnem. Dzier&#380;­ymirski,
+bierniej od innych bior&#261;cy udzia&#322; w rozmowie, dojrza&#322; ju&#380;
+w&#322;a&#347;nie zbli&#380;aj&#261;cego si&#281; pana Emila.
+Wyci&#261;gaj&#261;c przyja&#378;nie r&#281;k&#281; ku niemu, z
+serdeczno&#347;ci&#261;, przemówi&#322;:</p>
+
+<p>- Emilu? Jak si&#281; masz? có&#380; tak pó&#378;no? </p>
+
+<p>Romana z &#321;ady&#380;y&#324;skim &#322;&#261;czy&#322;y
+obecnie stosun­ki przyja&#378;ni szczerej. Dzier&#380;ymirski polubi&#322;
+szczerze tego weso&#322;ego zawsze, patrz&#261;cego na &#380;ycie trze&#378;wo
+bywalca, a przyjaciela rodziny - &#380;ony, nie maj&#261;cego mu przytem za
+z&#322;e - jak wiadomo - post&#281;pku ongi z Ol&#261;.</p>
+
+<p>- Bynajmniej nie za pó&#378;no - odrzek&#322; swobodnie
+zapytany, - od godziny dzi&#347; tak rojno, niby u ministra... Doj&#347;&#263;
+do Jego Ekscelencyi nie mog&#322;em... - z uk&#322;onem, doko&#324;czy&#322;
+ironicznie.</p>
+
+<p>- A... tak. Rzeczywi&#347;cie. &#379;egnaj&#261; mnie czu­le,
+- w tym samym tonie odpar&#322; z u&#347;miechem Dzier&#380;ymirski.</p>
+
+<p>- Czy widzisz, Romanie, - ci&#261;gn&#261;&#322;
+&#321;ady&#380;y&#324;­ski - tego m&#322;odzie&#324;ca w monoklu, z takiem znaw­stwem
+dyskretnem ogl&#261;daj&#261;cego w tej chwili tors hrabiny P ?</p>
+
+<p>- Widz&#281; i nie znam!.. - zadziwi&#322; si&#281;
+Dzier&#380;y­mirski.</p>
+
+<p>- Co? pas possible!., - zadrwi&#322; pan Emil. - Nie znasz
+swoich go&#347;ci? O, panie prezesie, wstyd i ha&#324;ba!.. No, ale nic,
+wybawi&#281; ci&#281; z k&#322;opotu i przed­stawi&#281; ci go. Ja go znam!..</p>
+
+<p>- Jak si&#281; nazywa? Il a l'air assez bien!..</p>
+
+<p>- Parbleu, çŕ va sans dire. Potomek znakomitego rodu: hrabia
+Topola-Topolski - obja&#347;ni&#322; &#321;ady&#380;y&#324;ski, z ironi&#261;.</p>
+
+<p>- No, ju&#380; "Topola", to pewnie dodatek twój,
+Emilu - za&#347;mia&#322; si&#281; Roman - ale sk&#261;d&#380;e go wyr­wa&#322;e&#347;?..</p>
+
+<p>- Przyby&#322; z Galicyi, rodem z Ksi&#281;stwa Pozna&#324;­skiego
+- zaprosi&#322;a go twoja &#380;ona. Strze&#380; si&#281;, prezesie, pani
+prezesowa ma swoich protegowanych!..</p>
+
+<p>- No, nie gaw&#281;d&#378;, przedstaw mi go, bo bie­dak
+si&#281; zanudzi, tak czekaj&#261;c - rzek&#322; Roman, i uj&#261;w­szy
+rami&#281; przyjaciela, skierowa&#322; si&#281; ku Topolskiemu, id&#261;c
+za&#347;, nachylony dyskretnie, szepn&#261;&#322;:</p>
+
+<p>- Tylko nie przedstawiaj mi go comte Topol­ski, bo ja
+zmuszonym b&#281;d&#281; wobec drugich uczyni&#263; to samo... Przecie&#380; to
+nonsens wierutny tytu&#322;owa&#263; jakiego&#347; tam Topolskiego hrabi&#261;
+tu u nas, gdzie roi si&#281; od autentycznych, historycznych rodów...</p>
+
+<p>- E !.. daj pokój, obrazi si&#281;, zreszt&#261; bogaty i
+epuzer... - odrzek&#322; z niech&#281;ci&#261; &#321;ady&#380;y&#324;ski - in
+faut lui laisser son illustre illusion.</p>
+
+<p>- Ale&#380; w&#322;a&#347;nie, przeciwnie! - przerwa&#322;
+Dzier&#380;ymirski. - "Bez z&#322;udze&#324;", to najlepsza
+regu&#322;a. Et je t'en prie, zrób, jak ci&#281; prosz&#281;...</p>
+
+<p>- No, dobrze, dobrze... Uspokój si&#281; zreszt&#261;...
+Po&#322;kn&#281; "comte", ale je&#347;li mnie ten dudek wyzwie na
+pojedynek, to musisz by&#263; sekundantem! - zawyroko­wa&#322;, po swojemu,
+&#321;ady&#380;y&#324;ski.</p>
+
+<p>- Monsieur Topolski... - szybko wyrzuci&#322; po chwili, gdy
+znale&#378;li si&#281; ko&#322;o czekaj&#261;cego na nich m&#322;odzie&#324;ca.</p>
+
+<p>- Dzier&#380;ymirski... </p>
+
+<p>Po&#347;pieszy&#322; osobi&#347;cie przedstawi&#263;
+si&#281; Roman uprzejmie i natychmiast zagai&#322; rozmow&#281;.</p>
+
+<p>- Bardzo mi mi&#322;o widzie&#263; u siebie go&#347;cia z za
+Kordonu... Wszak pan przybywa z Galicyi?..</p>
+
+<p>- Tak jest. Wczoraj w&#322;a&#347;nie mia&#322;em zaszczyt
+przedstawi&#263; si&#281;... i tam dalej - recytowa&#322; po&#347;piesznie
+Topolski banaln&#261; &#347;wiatow&#261; odpowied&#378;,
+wyja&#347;niaj&#261;c&#261; jego tutaj obecno&#347;&#263; i dotychczasow&#261;
+znajomo&#347;&#263; z go­spodarzem.</p>
+
+<p>- Nie zna pan zatem pewnie wiele osób - wy­s&#322;uchawszy
+go cierpliwie do ko&#324;ca, przemówi&#322; Dzier&#380;ymirski - tymczasem
+przedstawi&#281; pana par ci, par lŕ, zgoda?.. Venons! - dorzuci&#322;
+przyja&#378;nie.</p>
+
+<p>- Bonsoir, monsieur le comte! - w tej sa­mej chwili tu&#380;
+obok nich rozleg&#322;o si&#281; powitanie zwrócone do m&#322;odzie&#324;ca, i
+przed trzema panami stan&#281;&#322;a Ola, w prze&#347;licznej jasnozielonej
+sukni balo­wej, mieni&#261;cej si&#281;, przetykanej srebrem,  wdzi&#281;cznie ubranej kwieciem wodnych
+nenufarów.</p>
+
+<p>Topolski sk&#322;oni&#322; si&#281; wytwornie i
+przywita&#322; z go­spodyni&#261; domu, oraz, z wpraw&#261; obytego
+&#347;wiatowca, rozpocz&#261;&#322; natychmiast rozmow&#281;.</p>
+
+<p>Po twarzy Dzier&#380;ymirskiego tymczasem na s&#322;o­wa
+powitalne &#380;ony przemkn&#281;&#322;o niezadowolenie widoczne i
+skrzywi&#322; si&#281; nieznacznie. Posta&#322; chwil&#281; w niepewno&#347;ci,
+poczem, zrezygnowany, rzuci&#322; Topolskiemu uprzejmych s&#322;ów par&#281; i
+znik&#322; w t&#322;umie go&#347;ci.</p>
+
+<p>Topolski tymczasem, pomimo powierzchowno&#347;ci, na
+pierwszy rzut oka aroganckiej nieco, okaza&#322; si&#281; mi&#322;ym i wprawnym
+"causeur em", a id&#261;c wolno obok Oli, z o&#380;ywieniem
+rozmawia&#263; z ni&#261; nie przestawa&#322;.</p>
+
+<p>- Jak to? - mówi&#322;a Dzier&#380;ymirska - wi&#281;c to
+pan odziedziczy&#322; maj&#261;tek w naszych stronach... Wolno wiedzie&#263;
+nazwisko dóbr pa&#324;skich?..</p>
+
+<p>- Szcz&#281;snaja - odpar&#322; Topolski.</p>
+
+<p>- Ale&#380; to zaledwie o pi&#281;&#263; mil od Gowartowa,
+gdzie z m&#281;&#380;em mieszkamy - obja&#347;ni&#322;a towarzysza Ola. -
+&#346;liczna rezydencya, znam z widzenia... Nie przypuszcza&#322;am zgo&#322;a,
+&#380;e b&#281;d&#281; mia&#322;a w pana s&#261;sia­da. Bardzo mi mi&#322;o! -
+doko&#324;czy&#322;a uprzejmie. Topolski sk&#322;oni&#322; si&#281;, rzuciwszy
+jednocze&#347;nie zdaw­kowo - banaln&#261; grzeczno&#347;&#263;.</p>
+
+<p>- To pan dziedziczy po hrabi Teodorze Iren­hauzie? wszak
+prawda? - pyta&#322;a dalej Ola.</p>
+
+<p>- Tak, pani; to by&#322; mój dziad stryjeczny... - Tak? no,
+widzi pan... Zna&#322;am doskonale swe­go czasu dziadka, pa&#324;skiego, nous
+sommes donc en pays de connaissance... By&#322; to bardzo dystyngowa­ny, zacny
+i mi&#322;y cz&#322;owiek...</p>
+
+<p>- Oh, vous ętes bien aimable, madame...- za­cz&#261;&#322;
+sw&#261; wytworn&#261; francuszczyzn&#261; m&#322;odzieniec, lecz
+przerwa&#322;a mu, sna&#263; niedos&#322;yszawszy, Ola:</p>
+
+<p>- I obj&#261;&#322; pan ju&#380; swe dobra ?.. </p>
+
+<p>- Nie, pani, jad&#281; tam dopiero za par&#281; tygodni...</p>
+
+<p>- Pozna pan zatem Ukrain&#281;, - ci&#261;gn&#281;&#322;a da­lej
+swobodnie m&#322;oda kobieta, - kraj to cudny, &#347;li­czny, zobaczy pan... Ja
+go tak lubi&#281;, tak kocham, z ca&#322;ego serca!.. - ko&#324;czy&#322;a, z
+o&#380;ywieniem.</p>
+
+<p>- Ot bynajmniej nie jest mi obc&#261; Ukraina -­
+po&#347;pieszy&#322; z odpowiedzi&#261; Topolski. - Zazna&#322;em ju&#380; jej
+uroku, bywa&#322;em bowiem u stryja dawniej, et je suis tout ŕ fait de votre
+opinion madame, c'est un pays charmant... Tyle wdzi&#281;ku, cichego czaru, w
+tych drzemi&#261;cych stepach i polach, tyle poezyi, w jej dumkach, a tyle,
+tyle t&#281;sknoty we wszystkiem!.. - z zapa&#322;em, wyg&#322;osi&#322;
+ostatnie s&#322;owa Topolski.</p>
+
+<p>Ola, po raz pierwszy, spojrza&#322;a na&#324; uwa&#380;niej.
+Twarz m&#322;odzie&#324;ca w tej chwili pozby&#322;a si&#281; ca&#322;kiem
+na&#322;o&#380;onej konwenansowej maski &#347;wiatowca, z&#322;ago­dnia&#322;a
+jakby i wypi&#281;knia&#322;a.</p>
+
+<p>Przesun&#261;wszy uwa&#380;nie swe rozumne spojrzenie po
+twarzy swego nowopoznanego s&#261;siada wiejskiego w przysz&#322;o&#347;ci, Ola
+zdziwi&#322;a si&#281; w duszy niepomier­nie, tymbardziej, &#380;e nie poza
+bynajmniej, ale przeci­wnie, szczero&#347;&#263; w ostatnich s&#322;owach jego
+d&#378;wi&#281;cza&#322;a. Nie spodziewa&#322;a si&#281; podobnego zwrotu w
+rozmowie banalnej przeci&#281;tnego salonowca, za jakiego wzi&#281;&#322;a
+nowego go&#347;cia, zamy&#347;li&#322;a si&#281; zatem chwil&#281;,
+umilk&#322;a, i dopiero, w par&#281; minut pó&#378;niej, przypomniawszy
+sna&#263; sobie obowi&#261;zki gospodyni, uprzejmie bardzo zwró­ci&#322;a
+si&#281; do Topolskiego.</p>
+
+<p>- Gaw&#281;dz&#281; z panem, et j'oublie tout ŕ fait, comte,
+que vous connaissez ici trčs peu de monde... Wszak prawda? Przyjecha&#322; pan
+dni temu par&#281; zaledwie... Przedstawi&#281; pana... donnez moi votre bras,
+s'il vous plait.</p>
+
+<p>Z wdzi&#281;kiem, Topolski poda&#322; natychmiast Oli swe
+rami&#281;, rozp&#322;ywaj&#261;c si&#281; jednocze&#347;nie w
+podzi&#281;kowaniach, grzeczno&#347;ciach i zasypuj&#261;c zr&#281;cznymi kom­plementami
+m&#322;od&#261; kobiet&#281;... Uprzejma gospodyni tymczasem prowadzi&#322;a go
+ku grupie siedz&#261;cych star­szych dam. Im naprzód przedstawiwszy
+go&#347;cia, ski­n&#281;&#322;a nast&#281;pnie na jednego z kr&#281;c&#261;cych
+si&#281; bezczyn­nie m&#322;odych ludzi, a zapoznawszy z nim swego pro­tegowanego,
+poleci&#322;a zaprezentowa&#263; go m&#322;odszym pa­niom i pannom.</p>
+
+<p>- Comte Topolski... hrabia Topolski... monsieur le comte
+Topolski...- rozleg&#322;o si&#281; po chwili tu i tam po salonach, w
+milkn&#261;cym w&#322;a&#347;nie rozmów gwarze, t&#322;o fortepianu bowiem,
+stoj&#261;cego na zaimprowizowa­nej estradzie, zbli&#380;a&#322;a si&#281; w
+tej samej w&#322;a&#347;nie chwili s&#322;awna artystka, &#347;piewaczka
+w&#322;oska...</p>
+
+<p>Akompaniowa&#263; jej zamierza&#322; znany profesor i muzyk.</p>
+
+<p>Topolski zacz&#261;&#322; przyciszonym g&#322;osem
+zabawia&#263; grup&#281; pa&#324; i panien, wespó&#322; z wyfraczon&#261; i
+wymuskan&#261; m&#322;odzie&#380;&#261;, uwaga za&#347; powszechna
+zwróci&#322;a si&#281; jednocze&#347;nie na m&#322;od&#261; i pi&#281;kn&#261;
+W&#322;oszk&#281;.</p>
+
+<p>Coraz ciszej i ciszej, cho&#263; opornie, umilk&#322; w
+ko&#324;­cu, niby morze, t&#322;um wytworny i s&#322;ucha&#263; pocz&#281;to, z
+pozornem zaj&#281;ciem...</p>
+
+<p>Wreszcie, w ciszy wzgl&#281;dnej jeszcze, odezwa&#322;y
+si&#281; pierwsze akordy, a w &#347;lad zatem obi&#322; si&#281; o &#347;ciany
+salonów i uszy s&#322;uchaczy melodyjny, o cudnem aksamitnem brzmieniu,
+kontralt kobiecy. Z&#322;&#261;czona w harmonijn&#261; ca&#322;o&#347;&#263; z
+muzyk&#261; fortepianu, rozleg&#322;a si&#281;, zadr&#380;a&#322;a uczuciem
+w&#322;oska pie&#347;&#324; nami&#281;tna i jak &#347;wie&#380;e tchnienie z pod
+nieba Italii, sp&#322;yn&#281;&#322;a urocza, na rojn&#261; mas&#281;
+go&#347;ci...</p>
+
+<p>Wstrz&#261;sn&#261;wszy za&#347; gam&#261; tonów
+przepe&#322;nione salony, polecia&#322;a pie&#347;&#324; czysta, skrzydlata,
+daleko - wyrwa&#322;a si&#281; przez okna na ulice miasta pot&#281;&#380;na,
+silna, wcisn&#281;&#322;a si&#281; do ka&#380;dego zak&#261;tka mieszkania
+Dzier­&#380;ymirskich - zbudzi&#322;a swym czarem dalekim siedz&#261;­cego w
+zadumie w jednym z najbardziej oddalonych fumoir'ów, Romana.</p>
+
+<p>Podniós&#322; g&#322;ow&#281; instynktownie,
+ws&#322;ucha&#322; si&#281; w modulowan&#261; artystycznie pie&#347;&#324; i
+westchn&#261;&#322; po kilkakrotnie...</p>
+
+<p>Korzystaj&#261;c ze zwróconej ogólnie uwagi na ma­j&#261;cy
+si&#281; rozpocz&#261;&#263; wkrótce popis koncertowy, Dzier&#380;ymirski
+znu&#380;ony schroni&#322; si&#281; by&#322; tutaj.</p>
+
+<p>My&#347;li d&#322;u&#380;ej go przytrzyma&#322;y. Teraz
+za&#347;, s&#322;y­sz&#261;c daleki, cichn&#261;cy stopniowo szmer
+t&#322;umnego zebrania, a pó&#378;niej wyra&#378;ne tony pie&#347;ni znakomitej
+&#347;piewaczki, z&#322;agodzone oddaleniem, pi&#281;kne, marz&#261;ce,
+drgaj&#261;ce uczuciem i si&#322;&#261; - Roman, w milczeniu s&#322;ucha&#322;
+nieporuszony - jakby zakl&#281;ty... I odej&#347;&#263; st&#261;d nie
+chcia&#322;o mu si&#281; wcale...</p>
+
+<p>Poddaj&#261;c si&#281; bowiem urokowi s&#322;uchanej
+pie&#347;ni, porusza&#322;y si&#281;, tr&#261;cone jakby czyj&#261;&#347; d&#322;oni&#261;
+z lekka, ja­kie&#347; struny w jego duszy, kwili&#322;y cicho, gra&#322;y...</p>
+
+<p>Tymczasem nami&#281;tny glos W&#322;oszki rós&#322;,
+pot&#281;&#380;­nia&#322;...</p>
+
+<p>Wreszcie w po&#380;egnalnym rytmie ostatnie, do­no&#347;ne,
+s&#322;owa pie&#347;ni zabrzmia&#322;y - pola&#322;y si&#281; law&#261; jakby
+ekstazy, rozkoszy, upojenia, wstrz&#261;sn&#281;&#322;y &#347;cianami cichej
+komnaty, a dobieg&#322;y a&#380; tu, pod stopy Dzier&#380;ymirskiego, i
+zgas&#322;y...</p>
+
+<p>Nasta&#322;a drobna chwilka zupe&#322;nego milczenia,
+poczem, zg&#322;uszony nieco oddaleniem, zabrzmia&#322; oklask
+przeci&#261;g&#322;y, d&#322;ugi, szczery...</p>
+
+<p>Roman przetar&#322; d&#322;oni&#261; czo&#322;o i
+powsta&#322;... Trze­ba by&#322;o powraca&#263; do obowi&#261;zków
+niestrudzonego gospodarza domu.</p>
+
+<p>A tak dobrze by&#322;o mu tutaj! Dawno nie pa­mi&#281;ta tak
+cichej, niczem nie zam&#261;conej chwili, bez zgrzytu &#380;adnego, bez
+rozterki...</p>
+
+<p>Rozterka!.. By&#322;a przecie&#380; ona jego &#380;yciem.
+Tak. Nie tem zewn&#281;trznem, dla ludzi, dla &#347;wiata, ale tem prawdziwem,
+wewn&#281;trznem - dla siebie.</p>
+
+<p>Cie&#324; smutku powlek&#322; pi&#281;kne rysy
+Dzier&#380;ymirskiego; rozpami&#281;tuj&#261;c co&#347;, zaduma&#322; si&#281;
+on znowu.</p>
+
+<p>Nagle brwi zmarszczy&#322;, i jakby przypomniaw­szy co&#347;
+sobie, si&#281;gn&#261;&#322; szybko do kieszeni fraka, sk&#261;d
+wyj&#261;&#322; welinow&#261; pod&#322;u&#380;n&#261; kopert&#281;. Rzuciwszy
+uwa&#380;nem okiem na wypisany, dr&#380;&#261;c&#261; r&#281;k&#261;,
+dok&#322;adny adres, odczytywa&#263; go pocz&#261;&#322;. By&#322; to za&#347;
+list do niejakie­go pana Wiktora Orl&#281;ckiego w Pary&#380;u. O pismo to
+chodzi&#322;o Romanowi bardzo od kilku ju&#380; tygodni, to jest od czasu, gdy
+si&#281; dowiedzia&#322;, &#380;e wzmiankowany powy&#380;ej, Wiktor
+Orl&#281;cki, zamieszka&#322; w stolicy &#347;wiata z oszcz&#281;dno&#347;ci i
+musu po stracie -maj&#261;tkowej, wyni­k&#322;ej, jak mówiono, ze zguby, przed
+samym terminem licytacyi maj&#261;tkowej, sumy pieni&#281;&#380;nej.</p>
+
+<p>Opowiadanie to, pos&#322;yszane przypadkiem, ude­rzy&#322;o
+Romana Dzier&#380;ymirskiego. Rodziny Orl&#281;ckich nie zna&#322;,
+szczegó&#322;ów dowiedzie&#263; si&#281; nie móg&#322;... Wiadomo&#347;&#263;
+ta jednak niepokoi&#322;a go; ogarnia&#263; go po­cz&#281;&#322;a
+ch&#281;&#263; niezbadana stanowczego zobaczenia si&#281;, z owym Wiktorem
+Orl&#281;ckim, oraz wybadania go zr&#281;cznego.</p>
+
+<p>I od chwili tej nie zna&#322; ju&#380; pragnie&#324;
+innych...</p>
+
+<p>Wreszcie pozna&#322; si&#281; umy&#347;lnie pewnego dnia z
+bogaczem, s&#322;awnym odludkiem i dziwakiem, Hugonem Orl&#281;ckim, jedynym
+krewnym zamieszka&#322;ego, w Pary&#380;u Wiktora, by w jakikolwiek b&#261;d&#378;
+spo­sób móc dotrze&#263; przez niego do nieznanego mu zgo&#322;a
+cz&#322;owieka, a trzymaj&#261;cego, mo&#380;e, kto wie, ni&#263; jego
+w&#322;asnej zagadki! Dzi&#347; dopiero, na kilka godzin przed rautem,
+uda&#322;o si&#281; zdoby&#263; list od starego samo­luba, dla którego
+napisanie go nawet by&#322;o ofiar&#261; niew&#261;tpliwie wielk&#261;,
+zerwa&#322; bowiem zupe&#322;nie stosunki ze swym krewnym.</p>
+
+<p>Pismo to by&#322;o w kwestyi oderwanej ca&#322;kiem;
+tre&#347;&#263;, poddana przez samego Romana, poleca&#322;a tylko oddawc&#281;
+w pewnej sprawie wzgl&#281;dem synowca starego bogacza, posiadaj&#261;c jednak
+list ów w kieszeni, Dzier&#380;ymirski odetchn&#261;&#322;. &#321;atwiej mu
+ju&#380; bowiem by&#322;o, maj&#261;c sposobno&#347;&#263; poznania owego
+Orl&#281;ckiego, potr&#261;ci&#263; w rozmowie z nim o temat
+pieni&#281;&#380;nej zgu­by, którego, jako obcy zupe&#322;nie, prawdopodobnie
+tkn&#261;&#263; by nawet z nim nie móg&#322;.</p>
+
+<p>- Ba!.. jeszcze jeden... - westchn&#261;&#322; Dzier&#380;y­mirski
+i skierowa&#322; si&#281; &#347;piesznym krokiem ku rozbrzmiewaj&#261;cym
+ju&#380; wrzaw&#261; salonom.</p>
+
+<p>Tam, po uczcie artystycznej ducha, przechodzo­no
+w&#322;a&#347;nie do du&#380;ej pustej jadalnej sali, by z kolei
+przyst&#261;pi&#263; do uczty cia&#322;a i pokrzepi&#263; si&#281; jad&#322;em,
+za stawionem poka&#378;nie i suto, na olbrzymim pod&#322;u&#380;nym, przybranym
+kwiatami, stole.</p>
+
+<p>Roman stan&#261;&#322; w cieniu portyery, u wej&#347;cia je­dnego
+z ustronnych buduarów, gdzie w tej chwili nie by&#322;o nikogo, i
+obj&#261;&#322; spojrzeniem swych go&#347;ci.</p>
+
+<p>W jego ogromnych salonach by&#322;o ju&#380; nieco prze­stronniej;
+tu i tam siedziano jeszcze, rozmawiano, lub przechadzano si&#281; swobodniej...
+Wypuklej wyst&#281;powa&#322;y teraz wspania&#322;e toalety kobiet,
+mieni&#322;y si&#281; t&#281;czowy­mi kolory.</p>
+
+<p>Na alabastrowych szyjach, piersiach i ramionach
+wachluj&#261;cych si&#281; zalotnie dam, &#322;atwiej mo&#380;na by&#322;o
+dojrze&#263; obecnie wspania&#322;e klejnoty, po&#322;yskuj&#261;ce, na równi
+ze spojrzeniami ich oczu...</p>
+
+<p>Na lewo za&#347;, ku sali jadalnej, &#347;cisk natomiast
+panowa&#322;. Wiele osób dyskretnie w ostatnim, trze­cim z rz&#281;du, salonie,
+oczekiwa&#322;o, rautuj&#261;c tymczasowo, kolei swej, bo przy sto&#322;ach
+biesiadnych pe&#322;no ju&#380; by&#322;o go&#347;ci, posilaj&#261;cych
+si&#281;, przewa&#380;nie stoj&#261;c, wystawn&#261;, urz&#261;dzon&#261; na
+zimno kolacy&#261;. Paniom i pan­nom us&#322;ugiwali panowie, jedz&#261;c,
+flirtuj&#261;c, &#347;miej&#261;c si&#281; i bawi&#261;c weso&#322;o.</p>
+
+<p>Obejmuj&#261;c sale wzrokiem, d&#322;u&#380;sz&#261;
+ju&#380; chwil&#281; sta&#322; tak Dzier&#380;ymirski, a na twarzy jego, w
+&#347;lad za</p>
+
+<p>pewnym jakby odblaskiem wewn&#281;trznej
+pró&#380;no&#347;ci, zawita&#322; teraz melancholijny cie&#324;...</p>
+
+<p>- Przyszli tutaj - my&#347;la&#322; - tak, stawili si&#281;
+z ró&#380;nych obozów, sfer, przybyli i wielcy, i mali, ba­wi&#261; si&#281;
+obecnie swobodnie, weseli, splataj&#261;c zarazem sw&#261; obecno&#347;ci&#261;
+d&#322;ug grzeczno&#347;ci &#347;wiatowej, zaci&#261;gni&#281;ty u niego -
+po&#380;yczk&#281; moralnych us&#322;ug, czynno&#347;ci, zabiegów...</p>
+
+<p>Ha, zapewne! Lecz gdyby tak oto niespodzia­nie, nagle,
+dowiedzieli si&#281; tutaj oni wszyscy, co poza jego, Dzier&#380;ymirskiego,
+pow&#322;ok&#261; si&#281; kryje, gdyby w zawrotn&#261; g&#322;&#261;b duszy
+jego zajrzeli!..</p>
+
+<p>O, niew&#261;tpliwie! Przeczytawszy ukryt&#261; tam ta­jemnic&#281;,
+odwróciliby si&#281; ze wzgard&#261;...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski nieuczciwy? Jak to?.. Prezes, wi­ceprezes,
+cz&#322;owiek czynu, energii, &#380;elaznej woli, nasz najzdolniejszy, znany i
+powa&#380;any w szerokich ko&#322;ach miasta?..</p>
+
+<p>Jaka&#347; pe&#322;na zgrzytów, piek&#261;ca ironia
+roze&#347;mia­&#322;a si&#281; na glos w duszy Romana.</p>
+
+<p>- Ha-ha-ha!.. ha-ha-ha !.. Oszukujesz ich ty!.. Ty, czczony,
+wielki! Zasypujesz im oczy b&#322;yszcz&#261;­cym piaskiem, kpisz sobie w duchu
+z nich wszyst­kich!..</p>
+
+<p>Roman wstrz&#261;sn&#261;&#322; si&#281;... W przywidzeniu
+na­g&#322;em ujrza&#322; on te klasy, sfery - tych wszystkich,
+przechadzaj&#261;cych si&#281; przed nim, strojnych ludzi, unikaj&#261;cych
+jego wzroku, uk&#322;onu, uchylaj&#261;cych si&#281; od podania mu r&#281;ki,
+ze wzgard&#261; zimn&#261;, such&#261; na obli­czu...</p>
+
+<p>I Dzier&#380;ymirski, wzburzony nagle, podniós&#322;
+g&#322;o­w&#281; hardo, wstrz&#261;sn&#261;&#322; bujn&#261; czupryn&#261;,
+&#347;niada twarz jego przybra&#322;a wyraz energii, oraz niez&#322;omnej woli,
+i wyszepta&#322;:</p>
+
+<p>- Nie dam si&#281;, nie dam!.. - zacisn&#261;&#322; instyn­ktownie
+pi&#281;&#347;ci i doko&#324;czy&#322; ciszej jeszcze: - Korz&#261; si&#281;
+oni przede mn&#261;, kornymi zostan&#261;; bo ja tak chc&#281; i tak by&#263;
+musi!..</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski bowiem w tej chwili nie ba&#322; si&#281;
+rzeczywi&#347;cie ciemnej, nierozwi&#261;zanej jeszcze &#380;ycia zagadki -
+ufa&#322; w siebie!..</p>
+
+<p>W ukryciu swem, niedostrze&#380;ony przez nikogo, sta&#322;
+d&#322;ugo jeszcze... Uspakaja&#322; si&#281; stopniowo, a z ró­wnowag&#261;
+umys&#322;ow&#261;, wywalczan&#261; zwykle wol&#261; &#380;elazn&#261; -
+codzienny, tajony przed drugimi, smutek, pe&#322;ny samowiedzy, po raz setny
+znowu wst&#281;powa&#322; do du­szy jego.</p>
+
+<p>- Galernikiem jestem!... - szepn&#261;&#322; Roman z
+gorycz&#261;. - Nie tym, z pi&#281;tnem ludzkiej sprawiedliwo&#347;ci na czole,
+pot&#281;pianym, ale mo&#380;e gorszym jeszcze, bo moralnym - tym, któremu
+honory pod nogi rzucaj&#261; hojnie, a on je z rumie&#324;cem wsty­du
+ukry&#263; by rad przed sumieniem, lecz nie mo&#380;e!. W ciemni&#281; zagadki
+wpatrzony b&#322;&#281;dnie, wij&#261;cy si&#281; bezustannie w ducha rozterce,
+niewolnikiem b&#322;&#281;dnego ko&#322;a przeznaczenia w&#322;asnego jestem,
+bryzgaj&#261;­cym &#347;wiatu fa&#322;szem mego "ja",
+potrafi&#261;cym go odu­rzy&#263; komedy&#261;, gran&#261; znakomicie, nie mog&#261;cym
+za&#347;, niestety, zag&#322;uszyli tylko - siebie!..</p>
+
+<p>(przypis - tu ksi&#261;&#380;k&#261; jest spalona, elementy
+wzi&#281;te w nawias kwadratowy s&#261; doko&#324;czeniem wyrazu,
+b&#261;d&#378; oznaczeniem przerwy w tek&#347;cie)</p>
+
+<p>I Dzier&#380;ymirski przesun&#261;&#322; d&#322;o&#324; po
+czole, jakby pragn&#261;c zetrze&#263; z niego ostatecznie my&#347;li
+niepos&#322;uszne. Stan&#261;&#322; po chwili przed lustrem, rozczesa&#322;
+starannie w&#322;osy i brod&#281;, poprawi&#322; szczegó[&#322;y swej] toalety,
+a przybrawszy zwyk&#322;&#261; codzie[nn&#261; poz&#281;] oblicza - przest&#261;pi&#322;
+spr&#281;&#380;y&#347;cie próg z[    
+bu]duaru... Rzuci&#322; znowu oczyma po salac[h    ].</p>
+
+<p>Druga, czy trzecia partya go&#347;ci [       ]raz wieczerz&#281;, a tamci, syci,
+przechad[zali si&#281; po] nim. Nagle ujrza&#322; w dali sylwetk&#281; w[       ] szukaj&#261;cej uparcie wzrokiem
+kogo&#347; ws[zak po] chwili oczy ich spotka&#322;y si&#281;, Ola
+u&#347;mie[chn&#281;&#322;a si&#281; ] i przyzywa&#263; go pocz&#281;&#322;a
+skinieniem g&#322;owy. [Równocze]&#347;nie kto&#347; szybko uchwyci&#322; za
+r&#281;k&#281; Romana.</p>
+
+<p>- Qua diable, ekscelencyo!.. - zabrzmia&#322; g&#322;os
+&#321;ady&#380;y&#324;skiego. - Co z tob&#261; si&#281; dzieje? Kolacya
+rozpocz&#281;ta, pani Ola ci&#281; szuka, go&#347;cie dopytuj&#261; si&#281; o
+ciebie bezustannie, a ty&#347;, jak w wod&#281; wpad&#322;... Bój si&#281;
+Boga, wielki cz&#322;owieku, có&#380; z ciebie za gospo­darz domu!?.. - i pan
+Emil, wzi&#261;wszy pod r&#281;k&#281; Dzier&#380;ymirskiego, prowadzi&#263; go
+pocz&#261;&#322; poprzez salony.</p>
+
+<p>Roman za&#347; teraz dopiero zda&#322; sobie sprawy
+dok&#322;adnie, jak widocznie d&#322;ugo nie by&#322;o go pomi&#281;dzy
+go&#347;&#263;mi.</p>
+
+<p>- Telefonowano do mnie, interes bardzo wa&#380;­ny!..
+Napr&#281;dce za&#322;atwi&#263; musia&#322;em korespondency&#281;... -  sk&#322;ama&#322;  g&#322;adko.</p>
+
+<p>- Ach, zawsze z ciebie ten sam interesoman -­
+za&#347;mia&#322; si&#281; &#321;ady&#380;y&#324;ski - wiesz co ? Ja
+my&#347;l&#281;, &#380;e je&#380;eli tak d&#322;u&#380;ej potrwa, to i w nocy
+b&#281;dziesz przewodniczy&#322; sesyom, a niby &#347;. p. Napoleon godzin
+par&#281; tylko spoczywa&#322; w obj&#281;ciach Morfeusza!..</p>
+
+<p>(przypis - druga strona spalenizny)</p>
+
+<p>[Rom]an na t&#281; uwag&#281; nic nie odpowiedzia&#322;, bo
+[      ]go. Panowie i panie
+przyw&#322;aszczali so[bie   ]gi nieobecnego tak d&#322;ugo gospodarza do­[      ]i&#281; z nim w rozmowy, na których
+dnie, [     ]ry&#322; si&#281; i tu
+nawet, zr&#281;cznie wyzyskuj&#261;cy [    
+int]eres osobisty.</p>
+
+<p>[Dzier&#380;y]mirski za&#347;, ze zwyk&#322;&#261; sobie
+pozorn&#261; po[wag&#261;   ] p­oddawa&#322;
+si&#281; temu wszystkiemu uprzej[mie rozmaw]­ia&#322; z o&#380;ywieniem i
+niebawem znik&#322; z oczu, [      ]
+fal&#261; go&#347;ci. W tryby swe, kó&#322;eczka i ko&#322;a [     ]a&#322;a go znowu machina &#380;ycia, &#347;cieraj&#261;c
+walk&#281; [my]&#347;li, wra&#380;enia z przed chwili, barwnym, bawi&#261;cym
+si&#281; "towarzyskim &#347;wiatem", tak, jak wczoraj czyni&#322;a to
+interesami, sesyami, prac&#261; spo&#322;eczn&#261;, lub czem in­nem
+wreszcie...</p>
+
+<p>To w&#322;a&#347;nie &#380;ycie czynne by&#322;o  najwi&#281;kszem mo­&#380;e czasowem
+lekarstwem Romana - by&#322;o jego morfin&#261;, której za moraln&#261;
+dawk&#261; zapomina&#322; chwilowo o wszystkiem.</p>
+
+<p>Tymczasem czas mkn&#261;&#322; szybko. Po sko&#324;czonej
+ju&#380; zupe&#322;nie kolacyi, przez czas krótki do kulminacyjnego punktu
+o&#380;ywienia doszed&#322; raut prezesowstwa Dzier&#380;ymirskich... Salony
+rozbrzmia&#322;y zdwo­jon&#261; zabaw&#261; i rozmow&#261;. Na wszystkich
+prawie twa­rzach widnia&#322;o szczere zadowolenie, co w wielkiej mierze
+zawdzi&#281;czano niezmordowanym, go&#347;cinnej uprzejmo&#347;ci pe&#322;nym
+zabiegom Romana i Oli.</p>
+
+<p>Eleganckie ich sylwetki, w&#347;ród barwnej l&#347;ni&#261;­cej
+fali zaproszonych osób, miga&#322;y szybko, znajdo­wa&#322;y, zdawa&#322;o
+si&#281;, wsz&#281;dzie, by tylko uprzyjemni&#263;, rozrusza&#263; i
+zabawi&#263; wszystkich, umiej&#281;tnem przedstawianiem, dobieraniem wzajemnem
+kó&#322; i kó&#322;eczek swych go&#347;ci.</p>
+
+<p>Wreszcie stopniowo, z wolna, w salonach uka­zywa&#263;
+si&#281; pocz&#281;&#322;o coraz wi&#281;cej swobodnego miejsca...</p>
+
+<p>Wybi&#322;a gdzie&#347; godzina wpó&#322; do trzeciej. High
+life miejscowy pierwszy da&#322;o has&#322;o do odwrotu, za jego
+przyk&#322;adem, &#347;ladem posz&#322;y i sfery inne... Przed domem, oraz na
+asfalcie obszernego dziedzi&#324;ca za­t&#281;tnia&#322;y liczne uderzenia
+kopyt ko&#324;skich, zamajaczy­&#322;y ogniki u latar&#324; dziesi&#261;tek
+powozów i karet. Roz­je&#380;d&#380;a&#322;o si&#281; t&#322;umnie i coraz
+szybciej.</p>
+
+<p>U wej&#347;cia wyludniaj&#261;cych si&#281; coraz bardziej
+sa­lonów, znowu stali teraz Dzier&#380;ymirscy, &#380;egnaj&#261;c wszystkich
+serdecznie i grzecznie nad wyraz.</p>
+
+<p>- N'est ce pas ? do zahaczenia w Gowarto­wie?.. -
+rzuci&#322;a na po&#380;egnanie Ola odchodz&#261;cemu ju&#380; w tej&#380;e
+chwili Topolskiemu.</p>
+
+<p>- Najmilszym to dla mnie b&#281;dzie obowi&#261;z­kiem!.. -
+zabrzmia&#322;a, w uk&#322;onie wytwornym skwa­pliwa jego odpowied&#378;.</p>
+
+<center>*******************************************</center>
+
+<p>Noc wiosenna, cicha, przez otwarte wszystkich apartamentów
+okna, zajrza&#322;a w swej gwia&#378;dzistej sza­cie do salonów
+Dzier&#380;ymirskich.</p>
+
+<p>Ciep&#322;ym, rze&#378;kim powiewem zmiesza&#322;a si&#281;
+ona z pozosta&#322;&#261; tu woni&#261; perfum, potu cia&#322;a i oddechów
+ludzkich, - tchnieniem swem dotkn&#281;&#322;a g&#322;ów siedz&#261;­cych w
+zacisznym buduarze Romana i Oli.</p>
+
+<p>Ola z lubo&#347;ci&#261; wci&#261;gn&#281;&#322;a w piersi
+oddech wiosennej nocy, poczem rzek&#322;a:</p>
+
+<p>- Ach, jak przyjemnie... czujesz, Romciu? Co za mi&#322;y i
+&#347;wie&#380;y powiew!..</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski, pal&#261;cy w zamy&#347;leniu papierosa,
+spojrza&#322; na wdzi&#281;czn&#261; posta&#263; &#380;ony, opi&#281;t&#261;
+zgrabnie w &#347;liczn&#261; dekoltowan&#261; sukni&#281;, i d&#322;u&#380;ej
+zatrzymawszy na niej spojrzenie, milcz&#261;c, z u&#347;miechem
+skin&#261;&#322; pota­kuj&#261;co g&#322;ow&#261;; po chwili za&#347;
+rzuci&#322; papierosa precz od siebie i przysun&#261;wszy fotel bli&#380;ej do
+kanapki; gdzie siedzia&#322;a Ola, po&#322;o&#380;y&#322; mi&#281;kk&#261;
+d&#322;o&#324; sw&#261; na jej ma&#322;ej r&#261;czce.</p>
+
+<p>- Wiesz, kochanie - rzek&#322; &#322;agodnie i z wolna - ­&#380;e
+ja ju&#380; jutro do Pary&#380;a jecha&#263; musz&#281;...</p>
+
+<p>- Ju&#380; jutro?.. - wykrzykn&#281;&#322;a ze zdziwieniem
+Ola. - Mieli&#347;my jecha&#263; razem do Gowartowa - do­da&#322;a
+nast&#281;pnie z &#380;alem - a ty za granic&#281; dopiero pó&#378;niej...</p>
+
+<p>I oczy Oli pociemnia&#322;y nieco, na twarzy za&#347;
+odbi&#322; si&#281; cie&#324; widocznego jakby rozczarowania.
+Dzier&#380;ymirski u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; na t&#281; mink&#281;
+niezado­wolon&#261;.</p>
+
+<p>- Dba jednak o mnie i kocha... - przemkn&#281;­&#322;o mu
+przez my&#347;l, poczem &#322;agodnie, g&#322;aszcz&#261;c d&#322;oni&#261;
+r&#261;czk&#281; Oli, mówi&#322; pieszczotliwie znów dalej, pali&#322;y go
+ju&#380; bowiem gor&#261;czk&#261;: list schowany w kieszeni i nadzieja
+wpadni&#281;cia mo&#380;e na tak dawno poszukiwa­ny trop.</p>
+
+<p>- Wierz mi, zwleka&#263; nie mog&#281;, musz&#281;
+jecha&#263; natychmiast... ­Zreszt&#261; przyjad&#281; do Gowartowa
+pó&#378;niej.</p>
+
+<p>- Ale&#380; wczoraj jeszcze - &#380;achn&#281;&#322;a si&#281;
+Ola - mówi&#322;e&#347; mi, &#380;e nic tak dalece pilnego nie powo&#322;u­je
+ci&#281;...</p>
+
+<p>- Ho-ho gniewy!.. - zauwa&#380;y&#322; lekko i &#380;arto­bliwie
+Dzier&#380;ymirski. - Có&#380; to, mo&#380;e moja pani chcia&#322;aby mnie
+mie&#263; tak ci&#261;gle ŕ ses trousses?.. - I mówi&#261;c to, powsta&#322;,
+zbli&#380;y&#322; si&#281; do &#380;ony, a uj&#261;wszy jej obie d&#322;onie,
+po&#322;o&#380;y&#322; je u&#347;miechni&#281;ty sobie na twarzy i wargami
+muska&#263; pocz&#261;&#322; delikatnie, bawi&#261;c si&#281; jednocze&#347;nie
+brz&#281;cz&#261;cemi na r&#261;czkach Oli branso­letkami.</p>
+
+<p>- Oj, kotku, koteczku ty mój drogi, kochany! wczoraj... -
+przedrze&#378;nia&#322; z kolei - wczoraj nic nie wiedzia&#322;em jeszcze, a
+dzi&#347;... - tu Roman spu&#347;ci&#322; oczy - na raucie w&#322;a&#347;nie
+uchwalili&#347;my razem z cz&#322;onkami nowozak&#322;adaj&#261;cej si&#281;
+wspó&#322;ki Przemys&#322;u Fabryczno - Krajowego, &#380;e ja, jako delegowany,
+musz&#281;, jecha&#263; czempr&#281;dzej do Pary&#380;a, w celu obejrzenia na
+miejscu udoskonale&#324; fabrycznych...</p>
+
+<p>Roman umilk&#322;, pu&#347;ci&#322; delikatnie d&#322;onie
+&#380;ony i wyj&#261;&#322; ruchem szybkim zegarek.</p>
+
+<p>- Oho - po trzeciej... Pó&#378;no, cherie, ju&#380;
+k&#322;a&#347;&#263; si&#281; pora - i ko&#324;cz&#261;c jakby poprzedni&#261;
+rozmow&#281;, dorzuci&#322;: - No, i có&#380;, moje &#380;ycie, widzisz teraz,
+i&#380; nie jecha&#263; jutro nie mog&#281;...</p>
+
+<p>- Zapewne. Ty zawsze nie mo&#380;esz, gdy nie chcesz! No,
+ale có&#380; robi&#263;... Jed&#378;... Tylko w takim ra­zie prosz&#281; mi
+d&#322;ugo tam nie siedzie&#263; i pisa&#263; listy codziennie. Koniecznie...
+By nie zapomnie&#263; o mnie zu­pe&#322;nie - tu Ola z u&#347;miechem
+pogrozi&#322;a m&#281;&#380;owi pal­cem i doda&#322;a jeszcze: - bo Pary&#380;
+- Pary&#380;em, ho, ho, ja znam si&#281; na tem!.. Nie oszukasz mnie tak
+&#322;atwo...</p>
+
+<p>- Ale có&#380; znowu? - &#380;achn&#261;&#322; si&#281;
+Dzier&#380;ymir­ski, ale tym razem zupe&#322;nie szczerze. - Có&#380; za
+my&#347;li  - u&#347;miechn&#261;&#322;
+si&#281;, a potem dorzuci&#322; ca&#322;kiem powa&#380;nie: - Wiesz przecie,
+&#380;e prócz cie­bie, &#380;adna na &#347;wiecie kobieta nie obchodzi mnie
+zgo&#322;a!..</p>
+
+<p>Z wdzi&#281;czno&#347;ci&#261; spojrza&#322;a na&#324; Ola.</p>
+
+<p>- Wiem i wierz&#281; - rzek&#322;a - a poniewa&#380; i mnie
+t&#281;skno bez pana mego b&#281;dzie, wi&#281;c i ja jutro po­jad&#281;...</p>
+
+<p>Zatrzyma&#322;a si&#281;, spojrzawszy filuternie na m&#281;­&#380;a,
+cie&#324; bowiem mimowolny przebieg&#322; po twarzy jego...</p>
+
+<p>- Nie, nie do Pary&#380;a!.. - roze&#347;mia&#322;a si&#281;
+szcze­rze, jakby my&#347;li Romana zgaduj&#261;c - ale do Go­wartowa!..</p>
+
+<p>U&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; z kolei
+Dzier&#380;ymirski.</p>
+
+<p>- Dobrze! - wykrzykn&#261;&#322; weso&#322;o. - Zatem jutro
+- marsz! Poniewa&#380; za&#347; poci&#261;g mój wychodzi pó&#378;niej od twego,
+wy&#347;l&#281; pakunki nasze przez s&#322;u&#380;b&#281; i odwioz&#281;
+ci&#281; na kolej powozem. A teraz - ci&#261;g­n&#261;&#322; dalej -
+spa&#263;!... Dobranoc, kochanie, zm&#281;czon&#261; jeste&#347;.</p>
+
+<p>Poca&#322;owa&#322; Ol&#281; serdecznie w obie r&#281;ce i
+czo&#322;o - ­ma&#322;&#380;e&#324;stwo znu&#380;one rozesz&#322;o si&#281;...</p>
+
+<p>Niebawem w apartamentach prezesowstwa Dzier­&#380;ymirskich
+pogas&#322;y wszystkie &#347;wiat&#322;a. Cisza i u&#347;pie­nie,
+prowadz&#261;c si&#281; za r&#281;ce, wst&#261;pi&#322;y do roj&#261;cych
+si&#281; tak niedawno od ludzi salonów, buduarów - rozpostar&#322;y si&#281;
+wsz&#281;dzie i mrokiem sennym otu­li&#322;y wszystko doko&#322;a.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<center>--------</center>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>- Paris!.. Tout
+le monde descend!.. Paris!..</p>
+
+<p> Okrzyk ten
+j&#281;drny, dono&#347;ny, a wyrzeczony naj­czystszym francuskim akcentem,
+obi&#322; si&#281; o s&#322;uch pasa&#380;erów poci&#261;gu,
+podje&#380;d&#380;aj&#261;cego pod oszklone arka­dy paryskiego dworca, i
+zbudzi&#322; drzemi&#261;cego w wa­gonowym przedziale Dzier&#380;ymirskiego.</p>
+
+<p>- Par... - ris !.. - zabrzmia&#322;o przeci&#261;gle raz
+jeszcze pod samem oknem wagonu i drzwiczki szybko roztworzono nagle... Roman
+zerwa&#322; si&#281;, a po­chwyciwszy podró&#380;n&#261; torebk&#281;,
+wyskoczy&#322; &#347;piesznie na peron.</p>
+
+<p>Bieganina, ruch, zgie&#322;k, ogarn&#281;&#322;y go natych­miast,
+oszo&#322;omi&#322;y chwilowo ca&#322;kiem; w par&#281; minut dopiero,
+zoryentowawszy si&#281;, poszed&#322; Dzier&#380;ymirski do rewizyjnej sali,
+gdzie pobie&#380;n&#261; z baga&#380;em swym za&#322;atwiwszy formalno&#347;&#263;,
+w kwadrans pó&#378;niej znalaz&#322; si&#281; ju&#380; w doro&#380;ce, na
+bulwarach.</p>
+
+<p>Zapaliwszy cygaro i rozpar&#322;szy si&#281; wygo­dnie, z
+przyjemno&#347;ci&#261; przypatrywa&#322; si&#281; on te­raz od bardzo ju&#380;
+dawna nie widzianej nadsekwa&#324;­skiej stolicy.</p>
+
+<p>&#346;rodkiem bulwaru Sewastopolskiego, ulic&#261;, wy­mija&#322;y
+go ogromne, zielone tramwaje elektryczne, ró&#380;nobarwne omnibusy konne,
+ekwipa&#380;e, samochody; ca&#322;y zast&#281;p ruchliwy pojazdów tamowa&#322;
+co chwila wir miasta, na sekund kilka wielokrotnie zatrzymy­wa&#263; si&#281;
+by&#322;a zmuszona wioz&#261;ca Romana doro&#380;ka; po­licyjna w mantylach
+ciemnych krzykliwie czyni&#322;a po­rz&#261;dek - poczem ruszano znowu.</p>
+
+<p>A pod wynios&#322;emi drzewami, po bokach, snu­&#322;y
+si&#281; po&#347;piesznie przechodniów roje; na werandach mnogich kawiarni,
+zajmuj&#261;cych cz&#281;&#347;&#263; chodnika, pe&#322;no by&#322;o
+równie&#380; i gwarno od konsumentów - p&#322;ci oboj­ga oraz ró&#380;nych
+stanów.</p>
+
+<p>I jaki&#347; pr&#261;d kie&#322;kuj&#261;cego, czynnego
+bezustannie &#380;ycia, lec&#261;cego na o&#347;lep jakby przed siebie,
+niepomnego by&#322;ego, znik&#322;ego ju&#380; "wczoraj", w
+ci&#261;g&#322;ej, &#347;piesznej pogoni tera&#378;niejszo&#347;ci i jutra -
+bi&#322; od tych uganiaj&#261;cych si&#281; mas ludzkich, zawrotn&#261;
+si&#322;&#261; ci&#261;gn&#261;&#322; jakby ku sobie - poch&#322;ania&#322; i
+wabi&#322;...</p>
+
+<p>W p&#322;uca swe wci&#261;gaj&#261;c bezwiednie tchnienie
+tego &#380;ycia, tocz&#261;cego si&#281; z &#322;oskotem swego perpe­tuum
+mobile, Roman dojecha&#322; wreszcie do jednego­ z centralnych hoteli, gdzie
+rozlokowawszy si&#281; nieba­wem, znu&#380;ony po&#322;o&#380;y&#322; si&#281;
+i zasn&#261;&#322;.</p>
+
+<p>Przespawszy w kamiennym &#347;nie zm&#281;czenia do­brych
+godzin kilka, Dzier&#380;ymirski zabra&#322; si&#281; energicznie do celu swego
+tutaj przybycia. Wybieg&#322; na miasto.</p>
+
+<p>Dla oryginalno&#347;ci i pod wp&#322;ywem przypomnie­nia
+u&#380;ywanej za studenckich jeszcze czasów jazdy na "impérial'i"
+omnibusów, "pan prezes" usadowi&#322; si&#281; na dachu jednego z
+nich i z zadowoleniem, rozgl&#261;da&#263; si&#281; pocz&#261;&#322;
+woko&#322;o.</p>
+
+<p>U stóp jego, blisko, w granitowem pod&#322;o&#380;u to­czy&#322;a
+sennie swe ciemne, stalowe fale Sekwana. U jej brzegów w oddali, na lewo,
+wznosi&#322;y si&#281; po­nure nieco kwadraty wie&#380;yc katedry Notre Dame, w
+prawo za&#347; majaczy&#322; Luwr olbrzymi. Dalej znów b&#322;yszcza&#322;
+ozdobami most Aleksandra III-go, odcina&#322;a si&#281; na tle nieba wie&#380;a
+Eiffel - w perspekty­wie, kopu&#322;a pa&#322;acu Inwalidów z&#322;oci&#322;a
+si&#281; w promie­niach majowego s&#322;o&#324;ca...</p>
+
+<p>A po Sekwanie, kr&#261;&#380;&#261;c, uwija&#322;y si&#281;
+parowe stat­ki, zatrzymywa&#322;y si&#281; u licznych przystani, obs&#322;ugu­j&#261;c
+bezustannie mieszka&#324;ców stolicy.</p>
+
+<p>Trz&#281;s&#261;c niemi&#322;osiernie, &#380;ó&#322;tawy, w
+trzy siwe konie zaprz&#281;&#380;ony, omnibus zatrzymywa&#322; si&#281;
+w&#322;a&#347;nie na jednym z przystanków, gdy obserwuj&#261;cy ci&#261;gle
+Pary&#380; Dzier&#380;ymirski, zda&#322; sobie nagle spraw&#281;, &#380;e
+mieszkanie Orl&#281;ckiego mo&#380;e by&#263; ju&#380; blisko, i pocz&#261;&#322;
+schodzi&#263; szybko po kr&#281;tych schodkach, &#322;&#261;cz&#261;cych
+pi&#281;tnastocentymow&#261; impériale z trzydziestocentymowym pado&#322;em.</p>
+
+<p>Znalaz&#322;szy si&#281; na bruku, Roman
+przy&#347;pieszy&#322; kroku, i wymin&#261;wszy kilka w&#261;skich
+zau&#322;ków, znik&#322; w bramie jednego z domów. W chwil&#281; pó&#378;niej
+dzwoni&#322; na kr&#281;tych ciemnych schodach starej, jak &#347;wiat,
+kamienicy - u drzwi pomieszkania Orl&#281;ckiego. Otwo­rzy&#322;a mu
+m&#322;oda, fertyczna s&#322;u&#380;&#261;ca, w charaktery­stycznym bia&#322;ym
+czepeczku na g&#322;owie.</p>
+
+<p>- Monsieur Orl&#281;cki? - zapyta&#322; Dzier&#380;ymirski. </p>
+
+<p>- Sorti et ne reviendra qu'a dix heures du soir -
+pos&#322;ysza&#322; zwi&#281;z&#322;&#261; odpowied&#378;.</p>
+
+<p>Zawiedziony Roman skrzywi&#322; si&#281;, z
+niech&#281;ci&#261; i zagadn&#261;&#322;:</p>
+
+<p>- A jutro o której godzinie zasta&#263; go b&#281;dzie
+mo&#380;na?</p>
+
+<p>- O, jutro zgo&#322;a co innego. W Niedziel&#281; pan
+przyjmuje od drugiej do obiadu - poinformowa&#322;a przybysza m&#322;oda
+Francuzka.</p>
+
+<p>- A zatem przyjd&#281; jutro o tej&#380;e godzinie -
+odpar&#322; Dzier&#380;ymirski, i si&#281;gn&#261;wszy po bilet wizytowy, oraz
+list Hugona Orl&#281;ckiego, wr&#281;czy&#322; je s&#322;u­&#380;&#261;cej,</p>
+
+<p>- Prosz&#281; odda&#263; to panu... Do widzenia!.. -
+skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261; uprzejmie.</p>
+
+<p>- Bonjour, monsieur!.. - odwzajemniaj&#261;c si&#281;
+dzie&#324; dobrym, wed&#322;ug miejscowego zwyczaju, po&#380;egna&#322;a go
+dziewczyna u&#347;miechem i zalotnem b&#322;y&#347;ni&#281;­ciem czarnych oczu.</p>
+
+<p>Wydostawszy si&#281; na ulic&#281;, Dzier&#380;ymirski,
+nieza­dowolony ze zw&#322;oki, a ca&#322;y poch&#322;oni&#281;ty nadziej&#261;
+rozwi&#261;zania za pomoc&#261; Orl&#281;ckiego dr&#281;cz&#261;cej go zagadki
+- szed&#322; naprzód przed siebie odruchowo czas d&#322;u&#380;­szy. Od
+otoczenia swego daleki jeszcze my&#347;lami, nagle zatrzyma&#322; si&#281;
+jednak, spojrzawszy uwa&#380;nie do­ko&#322;a siebie.</p>
+
+<p>Znajdowa&#322; si&#281; obok filarów wej&#347;ciowych
+Panteonu - przed nim za&#347; w perspektywie ju&#380; bliskiej zielenia&#322;
+za krat&#261; ogród Luksemburski.</p>
+
+<p>Pustymi chodnikami skierowa&#322; si&#281; w t&#261;
+stron&#281;; wkrótce by&#322; ju&#380; w ogrodzie i i&#347;&#263;
+zacz&#261;&#322; bez celu szerokiemi alejami, niebawem za&#347; znalaz&#322;
+si&#281; na obszernym tarasie. Na lewo, w oddali, zamajaczy&#322;y wie&#380;yce
+Obserwatoryum, przed nim wznosi&#322;o si&#281; muzeum Luksemburskie.</p>
+
+<p> </p>
+
+<p>- Wpadn&#281; tam i obejrz&#281;, co jest!.. - pomy­&#347;la&#322;,
+zadowolony nagle na widok gmachu, a ponie­wa&#380; wej&#347;cie do pa&#322;acu
+nie by&#322;o od ogrodu, lecz od strony bulwaru &#346;-go Micha&#322;a,
+Dzier&#380;ymirski skiero­wa&#322; si&#281; boczn&#261; alej&#261; parku ku
+wyj&#347;ciu, na prawo. Twarz chmurn&#261;, znudzon&#261;, okrasi&#322; mu
+u&#347;miech; przest&#261;pi&#322; spr&#281;&#380;y&#347;cie próg muzeum i
+spojrza&#322; jedno­cze&#347;nie na zegarek - mija&#322;a czwarta, podwoje
+pa&#322;acu za&#347; zamykano o pi&#261;tej.</p>
+
+<p>- Zd&#261;&#380;&#281; chyba zobaczy&#263; wszystko!.. -
+mrukn&#261;&#322;, kontent ju&#380; tym razem zupe&#322;nie, z przyjemnego zabi­cia
+czasu.</p>
+
+<p>I rzeczywi&#347;cie.. Pod wp&#322;ywem bowiem pierw­szego
+rzutu oka na salon sztuki, Dzier&#380;ymirski zapomnia&#322; o wszystkiem, co
+go dr&#281;czy&#322;o.</p>
+
+<p>Znajdowa&#322; si&#281; w otoczeniu, ustawionych w pier­wszej
+sali, licznych rze&#378;b nowo&#380;ytnych...</p>
+
+<p>Wi&#281;c oto najprzód spojrzenie jego przyku&#322;a
+ustawiona na ma&#322;em wzniesieniu, w pobli&#380;u wej&#347;cia, rze&#378;ba
+Moreau-Vauthier'a, a by&#322;a ni&#261; posta&#263; naga, le&#380;&#261;cej na
+wznak, w lubie&#380;nej pozie i upojeniu, ba­chantki, z gronem winogron w lewej
+d&#322;oni... Natu­ralno&#347;&#263; pozy i ruchu, a szczególniej modelowane do­skonale
+cia&#322;o kobiece, t&#281;tni&#261;ce po prostu w zimnym bia&#322;ym marmurze,
+&#380;arem krwi m&#322;odej - zatrzyma&#322;o d&#322;u&#380;ej na sobie wzrok
+Romana.</p>
+
+<p>Rozgl&#261;daj&#261;c si&#281;, przystaj&#261;c co chwila,
+poszed&#322; dalej!.. I niebawem znowu zapatrzy&#322; si&#281;
+d&#322;u&#380;ej, tym razem przed przegi&#281;t&#261; w ty&#322;, w
+stoj&#261;cej postawie, i unosz&#261;c&#261; si&#281; jakby w przestrzeni,
+postaci&#261; nagiej równie&#380; dziewczyny. Oczy jej by&#322;y
+przymkni&#281;temi, twarz owiana mg&#322;&#261; u&#347;pienia, w r&#281;ku
+trzymane chwia­&#322;o si&#281; kwiecie...</p>
+
+<p>By&#322;o to "Z&#322;udzenie" F. Charpentier'a,
+oddaj&#261;­ce subtelnie pochwycon&#261; nieuchwytno&#347;&#263; illuzyi, jak
+sen, jak marzenie, nieuj&#281;tej - rozp&#322;ywaj&#261;cej si&#281; jak­by w
+przestrzeniach...</p>
+
+<p>Niezrównanem bowiem oddaniem czaru u&#347;pio­nych
+pi&#281;knych rysów kobiecych, zdawa&#322;o si&#281;, &#380;e znajduj&#261;cy
+si&#281; tutaj przedstawiciele rze&#378;by turniej urz&#261;­dzili sobie.</p>
+
+<p>W&#347;ród wielu innych w tym&#380;e rodzaju pos&#261;gów,
+wyró&#380;nia&#322;a si&#281; jeszcze rze&#378;ba, nader pi&#281;kna,
+zatytu&#322;owana : "Wspomnienie". Twórc&#261; jej by&#322; Mercié
+Autonin.</p>
+
+<p>Przedstawia&#322;a ona m&#322;ode dziewcz&#281;, o rysach
+drobnych, z g&#322;ow&#261; przechylon&#261; w ty&#322; nieco, z obliczem,
+ton&#261;cem jakby w g&#322;&#281;bokim, cichym &#347;nie. Na kolanach jej, na
+ziemi - wsz&#281;dzie, widnia&#322;y rozsypane kwiaty; dwa go&#322;&#261;bki,
+nios&#261;c w dzióbkach rów­nie&#380; kwiecie, lecia&#322;y ku niej,
+rozmarzonej cicho, we wspomnieniu dalekiem...</p>
+
+<p>Po&#347;wi&#281;ciwszy wzgl&#281;dnie do&#347;&#263; czasu
+na rze&#378;b&#281;, Dzier&#380;ymirski przeszed&#322; spiesznie do salonów,
+zawie­szonych obrazami, dochodzi&#322;a ju&#380; bowiem godzina
+zamkni&#281;cia. Szybko, jak móg&#322; najuwa&#380;niej, pocz&#261;&#322;
+ogl&#261;da&#263; obrazy wszystkie; w ten sposób dobieg&#322; do sali
+ostatniej. Poczem, wolniej nieco, powraca&#263; zacz&#261;&#322;.</p>
+
+<p>I teraz w jednym salonie uwag&#281; jego zwróci&#322; nader
+oryginalnie, bo, jakby ca&#322;kiem po &#347;wiecku traktowany, a mimo to
+nadziemsko&#347;ci&#261; tchn&#261;cy, obraz: "Naj&#347;wi&#281;tsza Marya
+Pocieszycielka..." Z ram patrzy­&#322;a na widza, natchnionego oblicza, o
+du&#380;ych oczach czarnych, siedz&#261;ca posta&#263; Niebios Królowej... Na
+kolanach Jej, rzucona na kl&#281;czkach, opar&#322;a si&#281; ko­bieta, z
+twarz&#261; ukryt&#261;, z r&#281;koma za&#322;amanemi, w bez­brze&#380;nym
+bólu, szukaj&#261;ca na &#322;onie &#346;wi&#281;tej Maryi po­cieszenia! U stóp
+tych dwóch postaci kobiecych - poni&#380;ej, le&#380;a&#322;o wdzi&#281;cznie
+u&#347;pione dzieci&#261;tko, &#347;ni&#322;o, osypane ca&#322;e, obrzucone
+puchem bia&#322;ych ró&#380; &#347;nie&#380;­nych, w rozkwicie...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski, zachwycony wdzi&#281;kiem i poezy&#261;,
+bij&#261;cemi z obrazu tego, p&#281;dzla "Bouguereau"; po chwili znów
+pospieszy&#322; dalej.</p>
+
+<p>Naraz zatrzyma&#322; si&#281; ponownie. Ujrza&#322; bowiem
+naprzeciwko siebie obraz do&#347;&#263; du&#380;y, przez Detaille Edwarda.
+Nosi&#322; miano "Le ręve (Sen)".</p>
+
+<p>Na olbrzymiem oto polu, otuleni p&#322;aszczami, z czapkami
+nasuni&#281;temi na czo&#322;o, pokotem, jeden obok drugiego, le&#380;&#261;
+setki odpoczywaj&#261;cych, pogr&#261;&#380;o­nych we &#347;nie
+&#380;o&#322;nierzy... Poranek cichy; niebo hen! daleko zaró&#380;awia si&#281;
+leniwie jutrzenk&#261;, - w&#347;ród &#347;pi&#261;cych ludzi
+b&#322;yszcz&#261; w szarem &#347;witaniu rz&#281;dem poustawiane,
+u&#322;o&#380;one w koz&#322;y bronie, a gdzie&#347; z boku, blisko, dogasa
+ju&#380; ognisko...</p>
+
+<p>Lecz có&#380; to za cienie majacz&#261; tam, w górze, nad
+nimi?</p>
+
+<p>To gór&#261;, w ob&#322;okach, p&#322;ynie mg&#322;&#261;
+przes&#322;oni&#281;ty jaki&#347; hufiec inny, zwyci&#281;zki - mar i duchów,
+nie ludzi!.. Grzmi tam muzyka, b&#281;bni&#261;, strzelaj&#261;, propor­ce
+si&#281; chwiej&#261;, chor&#261;gwie szumi&#261;... tamci, tam, zwy­ci&#281;&#380;aj&#261;
+niezawodnie!..</p>
+
+<p>I ponad g&#322;owy u&#347;pionych &#380;o&#322;nierzy,
+których po­twór wojny mo&#380;e ju&#380; jutro poch&#322;onie, przesuwa
+si&#281;, jak marzenie, u&#322;udne widzenie ostatnie: oni &#347;pi&#261;c,
+widz&#261; siebie, jak zwyci&#281;&#380;aj&#261;, pe&#322;ni chwa&#322;y!..</p>
+
+<p>To sen...</p>
+
+<p>Pi&#261;ta wybi&#322;a g&#322;o&#347;no w salonach sztuki, i
+Dzier­&#380;ymirski opu&#347;ci&#263; musia&#322; muzeum. Niebawem znalaz&#322;
+si&#281; na bulwarach Pary&#380;a i równocze&#347;nie instynktow­nie
+poczu&#322; g&#322;ód.</p>
+
+<p>W&#322;och z matki i dusz&#261; ca&#322;&#261; artysta,
+my&#347;l&#261; wspo­mina&#322; on jeszcze widziane przed chwil&#261;
+dzie&#322;a sztu­ki i pogodnem spojrzeniem ogarnia&#322; biegn&#261;ce
+woko&#322;o siebie t&#322;umy, przepe&#322;nione kawiarnie i hucz&#261;ce
+pojazdy.</p>
+
+<p>- La Presse!.. La Patrie... La Pres-se!.. -  ­krzyczano mu nad uchem na wszystkie strony;
+w restauracyach, na platformach, spo&#380;ywano ju&#380; posi&#322;ek, popijano
+wino, absynt i inne wyskokowe napoje - ca­&#322;y Pary&#380; obiadowa&#322;.</p>
+
+<p>Na &#347;wie&#380;em powietrzu, przy jednym z takich
+stolików, zach&#281;cony przyk&#322;adem, zasiad&#322; i Roman, a kazawszy
+poda&#263; obiad, zapali&#322; swobodnie cyg­aro.</p>
+
+<p>Niebawem przyniesiono pierwsz&#261; potraw&#281;. W&#347;ród
+przelewaj&#261;cego si&#281; kaskad&#261; paryskiego &#380;ycia i hu­ku
+ruchliwej stolicy, Dzier&#380;ymirski spokojnie zacz&#261;&#322;
+spo&#380;ywa&#263; zup&#281;, s&#322;uchaj&#261;c ciekawie, z u&#347;miechem,
+g&#322;o&#347;nych rozmów swych przerozmaitych s&#261;siadów i
+charakterystycznych cz&#281;stokro&#263; ich bulwarowych dowcipów.</p>
+
+<center>***</center>
+
+<p>Punktualny, pomi&#281;dzy drug&#261;, a trzeci&#261; po
+po&#322;u­dniu, wchodzi&#322; nazajutrz Roman do mieszkania Orl&#281;ckiego.
+S&#322;u&#380;&#261;ca wprowadzi&#322;a go natychmiast do sa­loniku, zaledwie
+jednak wszed&#322; tam, roztworzy&#322;y si&#281; ju&#380; zamaszy&#347;cie
+boczne drzwi komnatki i w ramie ich ukaza&#322; si&#281; m&#281;&#380;czyzna
+ros&#322;y, blondyn; &#322;ysawy i do&#347;&#263; oty&#322;y, o
+siwiej&#261;cym, z polska podkr&#281;conym, w&#261;sie.</p>
+
+<p>- Jak&#380;e mi mi&#322;o... Jak mi&#322;o mie&#263; w
+swoich progach tak dostojnego go&#347;cia... rodaka!.. - zacz&#261;&#322; od
+proga, z polsk&#261; szczero&#347;ci&#261; i uprzejmo&#347;ci&#261; w
+g&#322;osie, roztworzy&#322; przytem machinalnie ramiona, jakby chcia&#322; do
+piersi przycisn&#261;&#263; niemi przyby&#322;ego, po chwili
+opami&#281;ta&#322; si&#281; jednak i wyci&#261;gaj&#261;c uprzej­mie
+prawic&#281;; czysto ju&#380; tylko salonowym gestem, przedstawi&#322;
+si&#281;: Orl&#281;cki... Wiktor... - siostrze­niec Hugona.</p>
+
+<p>- Nie uwierzy pan - ci&#261;gn&#261;&#322; natychmiast bar­dzo
+grzecznie - jak&#261; rzetelnie prawdziw&#261; rado&#347;&#263; uczyni&#322; mi
+list stryja i zapowied&#378; tej pa&#324;skiej wizyty... Prosz&#281;, niech pan
+prezes siada!... Prosz&#281; bardzo...</p>
+
+<p>I Orl&#281;cki wskaza&#322;, z grzeczno&#347;ci&#261;,
+fotele, widz&#261;c za&#347; zdziwienie na twarzy Romana, na d&#378;wi&#281;k
+tytu&#322;u "prezesa", u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;,
+odgad&#322;szy my&#347;l go&#347;cia.</p>
+
+<p>- Dziwnem si&#281; panu prezesowi, jak widz&#281;, wy­daje -
+przemówi&#322;, - &#380;e tytu&#322;uje go... Có&#380; to, przypuszcza pan
+mo&#380;e, - ci&#261;gn&#261;&#322; dalej, ze swad&#261;, - &#380;e my tu na
+obczy&#378;nie nic nie wiemy, kto w kraju u nas przoduje? Przeciwnie,
+przeciwnie! - &#347;ledzimy gor&#261;czkowo i z uwag&#261; ruch naszych
+ziomków, wspó&#322;­braci !.. A jak&#380;e... a jak&#380;e!.. Ja sam
+osobi&#347;cie trzy­mam wiele gazet polskich, wiem o wszystkiem, a z nazwiskiem
+pa&#324;skiem - tu sk&#322;oni&#322; si&#281; grzecznie w stron&#281; Romana -
+spotyka&#322;em si&#281; w nich tylokro­tnie, ceni&#261;c zawsze
+ruchliwo&#347;&#263; pana prezesa i odda­niu si&#281; jego
+spo&#322;ecze&#324;stwu naszemu...</p>
+
+<p>Umilk&#322;, a po chwili</p>
+
+<p>- Ale!.. przepraszam bardzo!.. Pan prezes wszak pali
+zapewne?.. s&#322;u&#380;&#281; natychmiast - i zerwa&#322; si&#281; miejsca,
+przynosz&#261;c wkrótce Dzier&#380;ymirskiemu pude&#322;ko papierosów.</p>
+
+<p>Roman si&#281;gn&#261;&#322; po jednego z nich i
+b&#261;kn&#261;&#322; nie­wyra&#378;nie:</p>
+
+<p>- Dzi&#281;kuj&#281; bardzo!..</p>
+
+<p>Obserwuj&#261;c wci&#261;&#380; ciekawie, spod oka swego
+gospodarza, chcia&#322; przytem ju&#380; przemówi&#263;, lecz pe&#322;­ny bezustannej
+uprzejmo&#347;ci Orl&#281;cki przerwa&#322; mu zanim usta otworzy&#263;
+zdo&#322;a&#322;:</p>
+
+<p>- A mo&#380;e cygarko?.. Przepraszam stokrotnie... Za
+chwil&#281;! - i nie czekaj&#261;c odpowiedzi, znik&#322; za drzwiami
+przyleg&#322;ego pokoju, Dzier&#380;ymirski za&#347; u&#347;miechn&#261;&#322;
+si&#281;.</p>
+
+<p>Poczciwy cz&#322;owiek jaki&#347; - pomy&#347;la&#322; - i
+cho&#263;, zdaje si&#281;, blagier nieco, lecz szczery i z gatunku
+nieszkodliwych. Dowiem si&#281; prawdopodobnie, czego chcia&#322;em...</p>
+
+<p>Ledwie Roman okre&#347;lenie to w umy&#347;le sfor­mu&#322;owa&#263;
+zdo&#322;a&#322;, gospodarz domu sta&#322; ju&#380; przed nim, podaj&#261;c
+szerokie puzderko cygar.</p>
+
+<p>- Doskona&#322;e - pochwali&#322; - prawdziwe pru­skie... O,
+bynajmniej nie tutejsze, które s&#261; po prostu ohydne - zaopiniowa&#322;.</p>
+
+<p>- Dzi&#281;kuj&#281; bardzo. Pan tak &#322;askaw... -
+poczu&#322; si&#281; w obowi&#261;zku odrzec Dzier&#380;ymirski, powstawszy
+zarazem z miejsca swego.</p>
+
+<p>- O, panie prezesie! - pospieszy&#322;, z odpowie­dzi&#261;,
+Orl&#281;cki, - Siada&#263; prosz&#281; en bons amis... Ot -tutaj... -
+wskaza&#322; na kanapk&#281; - wygodniej b&#281;dzie! - i zapaliwszy
+równocze&#347;nie zapa&#322;k&#281;, zbli&#380;y&#322; p&#322;omie&#324; do
+koniuszczka cygara Dzier&#380;ymirskiego.</p>
+
+<p>- Merci!.. - sk&#322;oni&#322; si&#281; ten&#380;e raz
+jeszcze, i wypu&#347;ciwszy kó&#322;eczko dymu, odezwa&#322; si&#281; wreszcie,
+skorzystawszy z sekundy milczenia go&#347;cinnego go­spodarza.</p>
+
+<p>- Czyta&#322; pan list stryja, pana Hugona, wszak prawda?..
+Wiadomy panu wi&#281;c zatem cel mego tu przybycia... Nie zn&#261;j&#261;c
+nikogo w Pary&#380;u, zdecydowa&#322;em si&#281; prosi&#263; stryja
+pa&#324;skiego, o tarte d'entree do pana...</p>
+
+<p>- Och, i bez tego, panie prezesie - przerwa&#322;
+Orl&#281;cki - ka&#380;dego rodaka witamy tu z ca&#322;ego ser­ca! Tembardziej
+za&#347; pana prezesa, tak w kraju za­s&#322;u&#380;onego...</p>
+
+<p>- Ach, tak, nie w&#261;tpi&#281; - z wolna potwierdzi&#322;
+Roman - lecz i mnie chodzi&#322;o równie&#380; - tu u&#347;miech­n&#261;&#322;
+si&#281; z lekka - o specyaln&#261; protekcy&#281; do kogo&#347;, by
+potrafi&#322; u&#322;atwi&#263; wiadom&#261; nam spraw&#281; przemy­s&#322;ow&#261;...</p>
+
+<p>- A tak, tak! - przerwa&#322; znów Orl&#281;cki, nie­zadowolony
+jakby, &#380;e poruszano t&#281; kwesty&#281;. Pan prezes radby obejrze&#263;
+drobiazgowo i gruntownie urz&#261;dzenia fabryk tutejszych, przy mojej
+pomocy... Owszem, postaram si&#281;, panie prezesie, cho&#263; uprzedzi&#263;
+musz&#281;, &#380;e ja... - zatrzyma&#322; si&#281; - nie mam tak roz­leg&#322;ych
+stosunków ze sfer&#261; handlowców... to jest, chcia&#322;em powiedzie&#263;...
+ze sfer&#261; fabrykantów... prze­mys&#322;owców... Pary&#380;a... panie
+dobrodzieju... Jednak­&#380;e... - tu zaj&#261;kn&#261;&#322; si&#281;,
+zapl&#261;ta&#322; w swem przemówie­nia Orl&#281;cki i zamilk&#322;, widocznie
+zmieszany.</p>
+
+<p>U&#347;miech niedostrzegalny okoli&#322; w&#261;skie usta Ro­mana.</p>
+
+<p>- To nic nie szkodzi - odpar&#322;. Mam nie­p&#322;onn&#261;
+nadziej&#281;, i&#380; razem z panem damy sobie z tem wszystkiem rad&#281;...
+Zreszt&#261;, to chyba drobnostka. Chodzi zaledwie o jakie&#347;
+dziesi&#281;&#263; fabryk tylko...</p>
+
+<p>Roman zatrzyma&#322; si&#281; i zapyta&#322; jeszcze,
+chc&#261;c konsekwentnie doprowadzi&#263; do ko&#324;ca zmy&#347;lony swój
+interes i misy&#281;:</p>
+
+<p>- Wszak fabryki owe wymienione s&#261; w li&#347;cie pana
+Hugona...</p>
+
+<p>- Tak jest, tak jest... w istocie...- potwierdzi&#322;
+Orl&#281;cki i zaj&#261;kn&#261;&#322; si&#281; znowu.</p>
+
+<p>- To dobrze, móg&#322;by mi mo&#380;e szanowny pan
+powiedzie&#263;, czy w&#322;a&#347;ciciele ich znani s&#261; jemu?.. Gdzie to
+zak&#322;ady fabryczne znajduj&#261;, w jaki sposób, oraz kiedy obejrze&#263;
+je mo&#380;na by by&#322;o?..</p>
+
+<p>- Nic doprawdy nie mog&#281; jeszcze panu prezeso­wi w tym
+wzgl&#281;dzie powiedzie&#263; - odrzek&#322; Orl&#281;ck­i i doda&#322;
+natychmiast:</p>
+
+<p>- Co si&#281; tyczy, czy znam w&#322;a&#347;cicieli, to...
+pra­wdopodobnie... Zreszt&#261; zna si&#281; tutaj osób tyle... -
+zatrzyma&#322; si&#281;. - Tylko, vous savez, panie prezesie... otrzyma&#322;em
+list dopiero wczoraj - urwa&#322;, i doko&#324;­czy&#322; po chwili -
+wi&#281;c, vous comprenez, czasu nie mia&#322;em...</p>
+
+<p>- Ale&#380; naturalnie!.. - pospieszy&#322; z uspakaje­niem
+Orl&#281;ckiego Dzier&#380;ymirski. - Ja tylko dlatego si&#281; pytam, i&#380;
+to jest celem mego tutaj przybycia, i &#380;e to mnie nader interesuje, jako
+delegata nowa zak&#322;adaj&#261;cej si&#281; u nas w kraju wspó&#322;ki
+Handlowo-Przemys&#322;owo-Fabrycznej...</p>
+
+<p>- A tak, s&#322;ysza&#322;em,.. Czyta&#322;em nawet o tem
+gdzie&#347; w gazetach - odpar&#322;, z przekonaniem Or­l&#281;cki.</p>
+
+<p>- K&#322;amie, jak z nut - pomy&#347;la&#322; Dzier&#380;y­mirski,
+i u&#347;miech dyskretny ponownie przemkn&#261;&#322; po ustach jego.
+Zaci&#261;gn&#261;&#322; si&#281; jednocze&#347;nie cygarem i wpatrzy&#322;
+badawczo w Orl&#281;ckiego. - Bonne pâte d'homme... - my&#347;la&#322; zarazem
+- ale jak tu za­cz&#261;&#263; o tych zgubionych pieni&#261;dzach?</p>
+
+<p>Tymczasem, nielubi&#261;cy milcze&#263; Orl&#281;cki,
+widocznie równie&#380; pragn&#261;cy zr&#281;cznie odwróci&#263; rozmow&#281;,
+ju&#380; mówi&#322;:</p>
+
+<p>- Pan prezes zapewne nie po raz pierwszy i na
+d&#322;u&#380;ej przyby&#322; do Pary&#380;a, nieprawda&#380;?..</p>
+
+<p>- Och, tak... - odruchowo potwierdzi&#322; Roman, nie
+my&#347;l&#261;c o tem, co mówi.</p>
+
+<p>- No, to mam nadziej&#281; - opowiada&#322; uprzej­my
+gospodarz dalej - &#380;e b&#281;d&#281; jeszcze mia&#322; okazy&#281;
+przedstawi&#263; panu prezesowi moj&#261; &#380;on&#281; i córk&#281;...
+Dzi&#347; pojecha&#322;y do Versailles. Panu prezesowi wiadomo zapewne, i&#380;
+w pierwsz&#261; niedziel&#281; ka&#380;dego miesi&#261;ca puszczaj&#261;
+wod&#281; ze wszystkich fontann w Wersalskim parku... Widok zaiste bywa wówczas
+wspania&#322;y. C'est charmant!.. - zatrzyma&#322; si&#281; chwil&#281; i
+si&#281;gn&#261;&#322; po ze­garek do kieszeni. - O! trzecia ju&#380;
+dochodzi... Nie­bawem wróc&#261;...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski tymczasem, s&#322;uchaj&#261;c, nie
+s&#322;ucha&#322;, pogr&#261;&#380;ony wci&#261;&#380; w my&#347;lach. Naraz
+twarz &#347;niada je­go o&#380;ywi&#322;a si&#281;, przelecia&#322; po niej
+promie&#324;... Strze­puj&#261;c delikatnie popió&#322; z cygara,
+przemówi&#322; z wolna: </p>
+
+<p>- Prosz&#281; pana... - zatrzyma&#322; si&#281;. - Za
+niedyskrecy&#281; pope&#322;nian&#261; mo&#380;e, najmocniej przepraszam...
+Czy&#380;by pan nie by&#322; rad powróci&#263; do kraju..</p>
+
+<p>I Dzier&#380;ymirski badawczo spojrza&#322; w twarz
+Orl&#281;ckiemu, czekaj&#261;c odpowiedzi, jednocze&#347;nie my­&#347;la&#322;.</p>
+
+<p>- Ka&#380;dy Polak na obczyznie t&#281;skni za krajem,
+pewnik; dlaczegobym ja nie mia&#322; u&#380;y&#263; tego sposobu do
+osi&#261;gni&#281;cia mego prywatnego celu? No, zo­baczymy...</p>
+
+<p>Orl&#281;cki za&#347; ju&#380; mówi&#322;:</p>
+
+<p>- Czy ja nie pragn&#261;&#322;bym powróci&#263; do kraju?
+Ale&#380;, panie prezesie, to moje najgor&#281;tsze &#380;yczenie! pragnienie
+&#380;ony mojej, córki - codzienne marzenie nas wszystkich! -
+doko&#324;czy&#322;, z zapa&#322;em.</p>
+
+<p>- No, dobrze, mam ci&#281;!.. - przelecia&#322;o przez
+umys&#322; Romana.</p>
+
+<p>- Czy wolno zapyta&#263; jeszcze - przemówi&#322; - o rzecz
+jedn&#261;, a mianowicie... Czy &#380;yczenie to pa&#324;stw ­- marzenie -
+poprawi&#322;, z u&#347;miechem - ma ju&#380; dot&#261;d jakie pewne i
+konkretne podstawy?..</p>
+
+<p>Orl&#281;cki na te s&#322;owa spu&#347;ci&#322; wzrok ku
+ziemi. </p>
+
+<p>- O, bynajmniej - odpar&#322;... - Tam, w kraju, stosunki
+zerwa&#322;em wszystkie prawie... tu za&#347; zawi&#261;za&#322;em niektóre,
+potrzebne mi. Mam poza tem sta&#322;e zaj&#281;cie, przynosz&#261;ce mi dochód
+pewny...</p>
+
+<p>- Tak, tak, zapewne, rozumiem - przerwa&#322; szybko
+Dzier&#380;ymirski - wchodz&#281; w po&#322;o&#380;enie i przepraszam bardzo za
+me pytania... - doko&#324;czy&#322; grzecznie, a widz&#261;c równocze&#347;nie
+na twarzy gospodarza zak&#322;opotanie widoczne...</p>
+
+<p>- Nie ma za co jecha&#263; nieborak - to jasne, i
+&#380;y&#263; by z czego nie mia&#322; -w&#347;ród swoich - pomy&#347;la&#322;
+i w tej&#380;e chwili zapyta&#322;:</p>
+
+<p>- Lecz gdyby tak trafi&#322;a si&#281; na przyk&#322;ad sza­nownemu
+panu okazya dobra do obj&#281;cia w kraju zyskownej posady? Przypuszczam,
+&#380;e w takim razie przeszkody do wyjazdu nie by&#322;oby &#380;adnej?..</p>
+
+<p>- No, zapewne... Lecz o tem i my&#347;le&#263; niepo­dobna,
+nie posiadam bowiem ju&#380; &#380;adnych w kraju stosunków - powtórzy&#322;
+Orl&#281;cki, ze smutkiem.</p>
+
+<p>- A pan Hugo, krewny pa&#324;ski?.. - zagadn&#261;&#322;
+Roman.</p>
+
+<p>- Och... ten... - przeci&#261;gle odpar&#322; gospodarz, z
+niech&#281;ci&#261; wyra&#378;n&#261;, i z wybuchem szczero&#347;ci
+nag&#322;ej, rzek&#322; z gorycz&#261;:</p>
+
+<p>- Stryj Hugo od czasu, jakem emigrowa&#322; i
+wie&#347;&#263; mi si&#281; w &#380;yciu przesta&#322;o, zna&#263; mnie
+ju&#380; nie chce, ani wiedzie&#263; nic o mnie... Dziwi&#281; si&#281; nawet
+niewymownie, i&#380; raczy&#322; napisa&#263; pod moim adresem, w interesie
+prezesa, s&#322;ów kilka...</p>
+
+<p>Na twarzy Orl&#281;ckiego, przy tych s&#322;owach,
+osiad&#322; cie&#324;, po chwili dorzuci&#322;:</p>
+
+<p>- Zwyk&#322;a kolej ludzka... nic dziwnego. &#346;wiat
+pami&#281;ta o tych tylko, którym si&#281; powodzi. </p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski wpatrzy&#322; si&#281; uwa&#380;nie w
+Orl&#281;­ckiego; ostatnie s&#322;owa, wypowiedziane przez niego, odkry&#322;y
+mu utajon&#261; stron&#281; &#380;ycia siedz&#261;cego przed nim cz&#322;owieka
+- nieszcz&#281;&#347;cie, gorycz skryt&#261;, a po­wodów jej &#322;acno
+domy&#347;li&#322; si&#281; Roman. Pomimo woli, &#380;al mu si&#281;
+Orl&#281;ckiego zrobi&#322;o.</p>
+
+<p>- To szkoda jednak - przemówi&#322; z wolna - &#380;e
+panowie mieszkaj&#261; tak od siebie z daleka... Pan Hugo, cho&#263; odludek i
+egoista, poza tem jednak cz&#322;owiek nieposzlakowanej opinii i nadzwyczaj
+przy tem wp&#322;ywowy i bogaty.</p>
+
+<p>Orl&#281;cki na te s&#322;owa uczyni&#322; niewyra&#378;ny
+ruch r&#281;­k&#261;; - nasta&#322;a chwila milczenia.</p>
+
+<p>- Wypada mi raz jeszcze przeprosi&#263; stokrot­nie pana -
+odezwa&#322; si&#281; znów pierwszy Dzier&#380;ymir­ski - &#380;e o&#347;mielam
+si&#281; wkracza&#263; w stosunki jego, tak osobiste, lecz po pierwsze
+wyj&#261;tkowe po&#322;o&#380;enie nasze tu, na obczy&#378;nie, jako rodaków,
+sk&#322;ania mnie do tego; po drugie za&#347;, &#380;e w tym wzgl&#281;dzie
+mo&#380;e mog&#281; sta&#263; panu u&#380;ytecznym...</p>
+
+<p>Orl&#281;cki, zdziwiony, spojrza&#322; na Romana.</p>
+
+<p>- Tak jest - rzek&#322; Dzier&#380;ymirski, z u&#347;mie­chem
+- có&#380;by szanowny pan bowiem powiedzia&#322; na to, gdybym... -- tu
+zatrzyma&#322; si&#281; sekund&#281; - u&#322;atwi&#322; mu... -
+Dzier&#380;ymirski przy tem zaakcentowa&#322; wyra&#378;nie ostatnie wyrazy -
+powrót do kraju... Stosunka­mi za&#347; da&#322; mu jak&#261; posad&#281;
+korzystn&#261;?..</p>
+
+<p>- Ale&#380;, panie prezesie! - wykrzykn&#261;&#322;
+Orl&#281;cki, i zerwawszy si&#281; z fotelu, uchwyci&#322; d&#322;o&#324;
+go&#347;cia swego, &#347;ciskaj&#261;c j&#261; serdecznie.. -
+Wdzi&#281;czno&#347;&#263; moja i ser­cu memu bliskich nie mia&#322;aby
+granic!.. Lecz dopra­wdy, nie pojmuj&#281;... nie rozumiem!.. - urwa&#322;
+wzruszo­ny... - Sk&#261;d taka &#322;aska pana prezesa dla mnie?... Wszak
+poznali&#347;my si&#281; tak niedawno! - doko&#324;czy&#322; i zamilk&#322;,
+nie wiedz&#261;c sna&#263;, co powiedzie&#263;, jak si&#281; obróci&#263; i
+znale&#378;&#263; w sytuacyi, tak dla&#324; niespo­dzianej...</p>
+
+<p>Roman tymczasem powsta&#322; równie&#380; z miejsca, i
+oddawszy serdecznie u&#347;cisk Orl&#281;ckiemu, po przyjacielsku
+uj&#261;&#322; go za rami&#281;.</p>
+
+<p>Przeszli po pokoju tak razem kroków kilka, poczem
+Dzier&#380;ymirski, wci&#261;&#380; id&#261;c pod r&#281;k&#281; z
+Orl&#281;ckim, rzek&#322; ca&#322;kiem swobodnie:</p>
+
+<p>- Przyznaj&#281;, poczu&#322;em do szanownego pana
+szczer&#261; sympaty&#281;, rozumiem przy tem w zupe&#322;no&#347;ci
+po&#322;ó&#380;enie jego tutejsze, i gotów jestem uczyni&#263; dla nie­go
+wiele...</p>
+
+<p>- Dzi&#281;kuj&#281;, po tysi&#261;c razy
+dzi&#281;kuj&#281;! - u&#347;ci­sn&#261;&#322; Orl&#281;cki serdecznie trzymane
+rami&#281; Romana, z równowagi ca&#322;y wyprowadzony.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski mówi&#322; tymczasem dalej, pomny celu
+swego:</p>
+
+<p>- Lecz daruje pan rzecz jedn&#261;... Nim przyst&#261;­pimy
+mianowicie do obchodz&#261;cej pana sprawy, wiedzie&#263; musz&#281;
+dok&#322;adnie - Roman zatrzyma&#322; si&#281; - zu­pe&#322;nie
+szczegó&#322;owo - poprawi&#322; - przebieg dotych­czasowego jego &#380;ycia.
+Nic w tem dziwnego z mej strony, wszak prawda?.. Zna&#263; mam
+przyjemno&#347;&#263; sza­nownego i kochanego pana od tak bardzo niedawna! - ­doko&#324;czy&#322;,
+z przyjaznym u&#347;miechem, i jak najnatural­niej na pozór.</p>
+
+<p>- Ale&#380;, rzecz prosta! Tajemnicy w tem zreszt&#261; nie
+ma &#380;adnej! - odpar&#322; Orl&#281;cki szybko, przekonany zupe&#322;nie. -
+Opowiem prezesowi wszystko natychmiast! - ci&#261;gn&#261;&#322; dalej
+rozradowany.</p>
+
+<p>- No, to siadajmy!.. - rzek&#322; weso&#322;o Dzier&#380;y­mirski.</p>
+
+<p>Usiedli jeden naprzeciw drugiego. Roman wpa­trzy&#322;
+si&#281; badawczo w twarz Orl&#281;ckiego, a w oczekiwaniu zwierzenia, którego
+w duszy tak bardzo pragn&#261;&#322;, twarz mu poblad&#322;a mimo woli,
+aksamitne za&#347; spojrzenie ciemnych oczu sta&#322;o si&#281; bardziej
+jeszcze przenikliwem i rozumnem.</p>
+
+<p>- S&#322;ucham pana - rzek&#322; powa&#380;nie. </p>
+
+<p>U&#347;miechni&#281;ty, radosny, poprawi&#322; si&#281;
+Orl&#281;cki na krze&#347;le, i si&#281;gn&#261;wszy po cygara, zapali&#322;
+jedno, w roztargnieniu cz&#281;stuj&#261;c niemi Romana.</p>
+
+<p>- Dzi&#281;kuj&#281;, pal&#281; jeszcze -
+u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; nie­dostrzegalnie Roman, i spojrza&#322; z
+pod oka na gospodarza. - Rôti ŕ point! - zadecydowa&#322; w my&#347;li
+sarkastycznie.</p>
+
+<p>- A, przepraszam! -odrzek&#322; Orl&#281;cki i mówi&#322;
+dalej:</p>
+
+<p>- Otó&#380;, co do mego, technicznie tak zwanego curriculum
+vitae, postaram si&#281; opowiedzie&#263; je prezesow­i w kilku s&#322;owach.
+Rzecz ta przedstawia si&#281; zatem ­jak nast&#281;puje:</p>
+
+<p>- Urodzony lat temu, czterdzie&#347;ci i siedem, dobiegam
+ju&#380; bowiem pi&#281;&#263;dziesi&#261;tki - u&#347;miechn&#261;&#322;
+si&#281; - z ojca Ryszarda i matki Józefy z Lancjarskich de domo,
+przepró&#380;nowa&#322;em, kszta&#322;c&#261;c si&#281; w domu, do lat
+pi&#281;tnastu... Potem oddano mnie do Jezuitów, nast&#281;pnie
+ko&#324;czy&#322;em uniwersytet w Bonn, nad Renem, i wróciwszy do kraju,
+obj&#261;&#322;em klucz maj&#261;tkowy, dzie­dziczny Orlin...</p>
+
+<p>- Bywaj&#261;c w, &#347;wiecie przez lat kilka,
+staraj&#261;c si&#281; o pierwsze w kraju partye, &#380;yj&#261;c nieco
+szeroko, straci&#322;em maj&#261;tek... Nast&#281;pnie spotka&#322;em
+dzisiejsz&#261; &#380;on&#281; moj&#261;, z domu hrabiank&#281;
+Bo&#380;kowsk&#261;... Przez &#380; - ­u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;
+Orl&#281;cki, - bo s&#261; i Borzkowscy przez rz, bez tytu&#322;u i nie
+pochodz&#261;cy wcale z karmazy­nów - zwyczajne szaraki - obja&#347;ni&#322;.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski w tem miejscu u&#347;miechn&#261;&#322;
+si&#281; pob&#322;a&#380;liwie - sarkastycznie, lecz s&#322;ucha&#322; w
+milczeniu dalej.</p>
+
+<p>- Pobrali&#347;my si&#281;, - ci&#261;gn&#261;&#322;
+tymczasem Or­l&#281;cki - i osiad&#322;em na roli, ju&#380; nie jako pan, ale
+jako skromny obywatel na kilkudziesi&#281;ciu w&#322;ókach ziemi, i naturalnie,
+z czasem zerwa&#322;em przy tem zupe&#322;nie dawne &#347;wiatowe stosunki...
+Gospodarowa­&#322;em sobie tak cicho lat kilkana&#347;cie, sta&#322;em si&#281;
+domato­rem - przekszta&#322;ca&#322;em stopniowo, o ile mog&#322;em, w czci­godnego
+pana s&#261;siada... Wreszcie, niestety, jak pio­run z nieba, spad&#322;o na
+mnie zdarzenie pewne... Nie wspomo&#380;ony przez nikogo, sprzeda&#263;
+musia&#322;em dobra, i przyby&#322;em tu - za chlebem!..</p>
+
+<p>Orl&#281;cki umilk&#322; na chwil&#281;, poczem, doda&#322;
+nie­co smutnie :</p>
+
+<p>- Jak najpi&#281;kniejsza od s&#322;o&#324;ca p&#322;owieje
+mate­rya, tak i najbarwniejsze &#380;ycie blaknie od nieprzychylnych ciosów
+&#380;ycia. Szarzyzn&#261; ono dla mnie dzi­siaj - trudno! -
+westchn&#261;&#322;, i zamilk&#322; znowu.</p>
+
+<p>W nadziei, i&#380; dowie si&#281; jeszcze oczekiwanego
+przeze&#324; "clou" historyi tej ca&#322;ej, milczenia tego nie
+przerywa&#322; Dzier&#380;ymirski. Po d&#322;u&#380;szej jednak chwili,
+widz&#261;c, &#380;e Orl&#281;cki, poch&#322;oni&#281;ty my&#347;lami,
+zapomina&#263; zdaje si&#281; nawet o jego obecno&#347;ci, zagadn&#261;&#322;
+uprzejmie:</p>
+
+<p>- I je&#347;li wiedzie&#263; wolno, có&#380; dalej?</p>
+
+<p>Jakby ze snu jakiego dalekiego zbudzony, Orl&#281;cki
+podniós&#322; powoli posmutnia&#322;e oczy na Ro­mana.</p>
+
+<p>- Nic! - odrzek&#322; bezbarwnie, g&#322;osem twardym. </p>
+
+<p>- By&#263; nie mo&#380;e? - zadziwi&#322; si&#281; Roman,
+jak móg&#322; najszczerzej. - I pomy&#347;le&#263; - ci&#261;gn&#261;&#322;
+swobodnie - &#380;e ja tam w kraju tyle przeró&#380;nych rzeczy o panu
+s&#322;ysza&#322;em...</p>
+
+<p>Ura&#380;ony jakby tem, co us&#322;ysza&#322;, Orl&#281;cki
+zapy­ta&#322; z kolei sucho:</p>
+
+<p>- No, i có&#380; takiego, ciekawym, wymy&#347;li&#322;a na
+mnie luba opinia, czy wiedzie&#263; mog&#281;?</p>
+
+<p>Roman niecierpliwie poruszy&#322; si&#281; na krze&#347;le. </p>
+
+<p>- Có&#380; u licha! - pomy&#347;la&#322; - czyni&#281;
+dot&#261;d tyle, i prawda wci&#261;&#380; wymyka mi si&#281;  sprzed nosa... </p>
+
+<p>Po chwili za&#347;, jak gdyby nagle na co&#347;
+zupe&#322;nie ju&#380; stanowczo zdecydowany, odpowiedzia&#322; z wolna,
+przetar&#322;szy przytem r&#281;k&#261; czo&#322;o:</p>
+
+<p>- Och!.. potem o tem... Teraz znowu powró­ci&#263;
+musz&#281; do j&#261;dra zajmuj&#261;cej nas kwestyi. Pragn&#281; da&#263; panu
+posad&#281;... Czy wolno zapyta&#263; - jakie s&#261; jego mocne -
+zaakcentowa&#322; - kwalifkacye fachowe?..</p>
+
+<p>- Fachowych &#347;ci&#347;le &#380;adnych - przerwa&#322;
+nie­zadowolonym troch&#281; g&#322;osem Orl&#281;cki. - Posiadam jednak
+j&#281;zyki: angielski, francuski, rosyjski i nie­miecki, oraz zdobyte
+prac&#261; i praktyk&#261; obecn&#261; - rachunkowo&#347;&#263; i
+buchaltery&#281; - w banku, gdzie urz&#281;­duj&#281; i sk&#261;d w razie
+potrzeby otrzyma&#263; mog&#281; &#347;wiade­ctwo odpowiednie.</p>
+
+<p>- A! - zadziwi&#322; si&#281; mimo woli Roman - to do­brze...
+to bardzo dobrze...</p>
+
+<p>Wzrok jego przy tem, z zadowoleniem obj&#261;&#322;
+d&#322;u&#380;sz&#261; chwil&#281; ca&#322;&#261; posta&#263; Orl&#281;ckiego,
+mówi&#261;c do siebie mimo woli wyra&#378;nie; - Patrzcie?.. nie spodziewa­&#322;em
+si&#281;!..</p>
+
+<p>- Zatem - odezwa&#322; si&#281; niebawem - obj&#261;&#263;
+mo&#380;e szanowny pan inn&#261;, lepsz&#261; nawet posad&#281; od tej,
+któr&#261; przeznacza&#322;em w my&#347;li dla niego.</p>
+
+<p>- Có&#380; to za miejsce? - zagadn&#261;&#322; Orl&#281;cki.</p>
+
+<p>- Une place de confiance...- wycedzi&#322; z wolna
+Dzier&#380;ymirski. - Przy tem równocze&#347;nie jedno z wy&#380;szych przy
+korespondencyi i buchalteryi w Banku Komercyjno-Przemys&#322;owym,
+otworzy&#263; si&#281; maj&#261;cym za miesi&#281;cy kilka... Do komitetu
+nale&#380;&#281;, odmówi&#263; mi nic nie mog&#261;... Skoro za&#347; pan w tej
+w&#322;a&#347;nie dzie­dzinie ju&#380; posiada praktyk&#281; pewn&#261;, tem
+&#322;acniej wi&#281;c wybór mój zatwierdz&#261;...</p>
+
+<p>Roman sko&#324;czy&#322; i spojrza&#322; znów  spod oka na obywatela - emigranta.</p>
+
+<p>Zdziwienie radosne bi&#322;o z twarzy Orl&#281;ckiego. </p>
+
+<p>- No, teraz chyba wy&#347;piewasz mi wszystko - ­pomy&#347;la&#322;
+Roman, w duchu.</p>
+
+<p>- Pensya znaczna - ci&#261;gn&#261;&#322; dalej ca&#322;kiem
+obo­j&#281;tnie, - ile, nie wiem jeszcze na pewno... W ka&#380;­dym razie
+tysi&#281;cy kilka .. - urwa&#322; niedbale.</p>
+
+<p>- Ale&#380; to miejsce idealne! - wykrzykn&#261;&#322;
+&#380;y­wo Orl&#281;cki. - Dzi&#281;kuj&#281; po raz wtóry! -
+u&#347;cisn&#261;&#322; d&#322;o&#324; Romana.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski uczyni&#322; wysi&#322;ek nad sob&#261;,
+by nie zdradzi&#263; si&#281; przypadkowo nerwowem g&#322;osu brzmieniem i
+przemówi&#322;:</p>
+
+<p>- Tylko zachodzi tu jeszcze kwestya jedna... A mianowicie -
+zawaha&#322; si&#281;...</p>
+
+<p>- Bo to, widzi szanowny i kochany pan, ci panowie, tam, w
+Zarz&#261;dzie, s&#261; bardzo trudni... Cze­piaj&#261; si&#281; byle czego...</p>
+
+<p>I znów Roman mówi&#263; przesta&#322;, poczem za&#347;, po­irytowany
+nagle, &#380;e b&#281;dzie zmuszony i&#347;&#263; prosto do celu i palcami
+dotyka&#263; kwestyi, któr&#261; zr&#281;cznie obej&#347;&#263; zamierza&#322;,
+wyrzuci&#322; z siebie twardo:</p>
+
+<p>- Mówiono mi tam, o jakich&#347; pieni&#261;dzach, zgu­bionych
+przez pana, nieodnalezionych, czy co&#347; tam podobnego... Pojmuje pan zatem,
+&#380;e ja, proteguj&#261;c - zatrzyma&#322; si&#281; Roman sekund&#281;, i
+uprzejmie nieco dorzuci&#322;, z wymuszonym u&#347;miechem. - Po­wiedzie&#263;
+musz&#281; wszystko, wszak pan to rozumie chyba?.. Nic za&#347; o tem
+dot&#261;d szanowny pan mi nie mówi&#322;...</p>
+
+<p>- Ale&#380; nie powiedzia&#322;em? - obruszy&#322; si&#281;
+ura&#380;ony widocznie Orl&#281;cki. - Bo uwa&#380;a&#322;em to, jak i uwa­&#380;am
+dot&#261;d, za spraw&#281; czysto osobist&#261;...</p>
+
+<p>- Masz tobie! - omal &#380;e nie wykrzykn&#261;&#322; Dzier­&#380;ymirski,
+ze z&#322;o&#347;ci&#261;, lecz opami&#281;ta&#322; si&#281; w por&#281;, i
+zapyta&#322; w &#347;lad za tem spokojnie, wpad&#322;szy zarazem na pomys&#322;
+przebieg&#322;y.</p>
+
+<p>- No tak, zapewne... Czyje&#380; to jednak pieni&#261;dze
+by&#322;y?..</p>
+
+<p>- Aaa! - wyrwa&#322;o si&#281; z ust Orl&#281;ckiego na­tychmiast,
+i powstawszy gwa&#322;townie z krzes&#322;a, wy­krzykn&#261;&#322;:</p>
+
+<p>- To prezesowi tak powiedziano!.. Rozumiem teraz i
+przepraszam... &#321;otry dopiero, infamisy!.. - wyrzuci&#322; z siebie z
+oburzeniem.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski &#347;piesznie po&#322;o&#380;y&#322;
+sw&#261; kobiec&#261; mi&#281;kk&#261; d&#322;o&#324; na &#380;ylastej
+r&#281;ce szlachcica i pomimo woli rzuci&#322; niecierpliwie:</p>
+
+<p>- Ja równie&#380; bardzo przepraszam! - zawaha&#322;
+si&#281; - i s&#322;ucham..: - doko&#324;czy&#322;.</p>
+
+<p>Orl&#281;cki usiad&#322;, wzburzony jeszcze
+odsapn&#261;&#322; i przemówi&#322;:</p>
+
+<p>Powiesz mi pó&#378;niej, prezesie kochany, kto mnie tak
+oszkalowa&#322;. Pierwsza rzecz, gdy do kraju powróc&#281;, wyzw&#281; go na
+pojedynek, jak mi Bóg mi&#322;y, a teraz s&#322;uchaj:</p>
+
+<p>- By&#322;o to tak: Posiada&#322;em maj&#261;tek na Litwie,
+gdzie, jak wiadomo, hipoteki nie ma, ni Towarzy­stwa Kredytowego... S&#261; tam
+tylko tak zwane "Banki Ziemskie", które w razie nie uiszczenia
+si&#281; z wy­p&#322;aty na termin, egzekwuj&#261; bardzo szybko... Otó&#380; w
+jednym z banków owych mia&#322;em grub&#261; po&#380;yczk&#281;...
+Min&#261;&#322; termin jeden, drugi, trzeci, p&#322;aci&#322;em ma&#322;o,
+zebra­&#322;y si&#281; zaleg&#322;o&#347;ci, wystawiono mi dobra na
+sprzeda&#380;... Zap&#322;aci&#263; musia&#322;em zaleg&#322;o&#347;ci - razem
+dwana&#347;cie ty­si&#281;cy... Nie mia&#322;em ich, po&#380;yczy&#322;em
+wi&#281;c sum&#281; &#380;&#261;­dan&#261; u paru osób i w drodze, gdym
+jecha&#322; p&#322;aci&#263; na miejsce, w ostatniej niemal chwili
+pieni&#261;dze te zgu­bi&#322;em... Maj&#261;tek mi naturalnie sprzedano...</p>
+
+<p>- To bolesna prawda!.. Chyba pan prezes przysi&#281;gi
+&#380;&#261;da&#263; ode mnie nie b&#281;dzie, a zreszt&#261;?.. Gotowym! - i
+Orl&#281;cki powsta&#322; uroczy&#347;cie...</p>
+
+<p>- Ale, có&#380; znowu?.. - rozleg&#322; si&#281; w milcze­niu
+suchy g&#322;os Dzier&#380;ymirskiego, a s&#322;owa te, wymó­wione zimno,
+zabrzmia&#322;y niemi&#322;ym dla ucha d&#378;wi&#281;­kiem:</p>
+
+<p>Od chwili bowiem, gdy z ust Orl&#281;ckiego pad&#322;a cyfra
+"dwana&#347;cie tysi&#281;cy", Roman zmieni&#322; si&#281;
+ca&#322;kiem. Giestem, pe&#322;nym zniech&#281;cenia, wypu&#347;ci&#322; z
+r&#261;k trzymane cygaro, twarz za&#347;, przybrawszy wyraz oboj&#281;tny,
+ch&#322;odny, poora&#322;a si&#281; w drobne zmarszczki. Wi&#281;c ponownie oto
+rozprys&#322;a mu si&#281; w pal­cach mydlana ba&#324;ka!.. &#379;ycie, z
+przera&#380;aj&#261;c&#261; lo­gik&#261; dawa&#322;o mu do zrozumienia, &#380;e
+kpi&#263; z usi&#322;owa&#324; jego nie przestaje... I drwina ta nowa, szy­dercza,
+zrani&#322;a go bole&#347;nie, jednocze&#347;nie za&#347; gniew
+niewyt&#322;umaczony, instynktowny, zawrza&#322; w Dzier&#380;y­mirskim.</p>
+
+<p>Có&#380; go, zaiste obchodzi&#263; móg&#322; Orl&#281;cki,
+histo­rye i przysi&#281;gi jego?</p>
+
+<p>- Osio&#322;!.. My&#347;li mo&#380;e - rzuci&#322; w duchu
+gniewnie - &#380;e obecnie, kiedy nie dwadzie&#347;cia siedm, a dwana&#347;cie
+tylko zgubi&#322; tysi&#281;cy, zajmowa&#263; si&#281; nim b&#281;d&#281;!..
+Ba, nie g&#322;upim! - i u&#347;miech z&#322;y, sarkastyczny wykrzywi&#322;
+w&#261;skie usta Romana.</p>
+
+<p>Powsta&#322; sztywno, maj&#261;c za&#347; ju&#380; z
+wieloletniej swej praktyki na ustach gotowy do pozbycia si&#281; ludzi zdawkowy
+komuna&#322;, wyci&#261;gn&#261;&#322; r&#281;k&#281; na po&#380;e­gnanie...</p>
+
+<p>Lecz oto niespodzianie fakt na pozór drobny pomiesza&#322; mu
+ca&#322;kiem szyki - zadzwoniono. Gadatliwy Orl&#281;cki, rozpoczynaj&#261;cy
+w&#322;a&#347;nie, ma&#322;o ju&#380; obchodz&#261;cy teraz Romana, dalszy
+ci&#261;g swych &#380;ycia kolei, przeprosiwszy, wybieg&#322; do przedpokoju, w
+&#347;lad za tem rozleg&#322;y si&#281; dwa g&#322;osy kobiece, szelest
+okry&#263; i sukien damskich. Rozbierano si&#281;, potem szepta&#263;
+zacz&#281;to, po chwili za&#347; znów dwa wykrzykniki zdziwienia i rado&#347;ci
+obi&#322;y si&#281; o s&#322;uch Dzier&#380;ymir­skiego.</p>
+
+<p>S&#322;ysz&#261;c je, skrzywi&#322; si&#281; Roman
+nieznacznie, chrz&#261;kn&#261;&#322; i znudzony zbli&#380;y&#322; si&#281;
+powoli ku oknu salonika. Nie trudno by&#322;o domy&#347;le&#263; si&#281;,
+&#380;e tam, w przed­pokoju, ten "poczciwy" Orl&#281;cki wygada&#322;
+ju&#380; rodzinie swej niemal wszystko.</p>
+
+<p>- Wpad&#322;em! - pomy&#347;la&#322; Roman, i zdenerwo­wany,
+stukn&#261;&#322; palcami w powietrzu.</p>
+
+<p>Drzwi za&#347; poza nim roztwiera&#322;y ­si&#281; ju&#380;
+spiesznie. Odwróci&#322; si&#281;.</p>
+
+<p>Naprzeciwko niego sz&#322;y dwie kobiety, zaró&#380;o­wione,
+u&#347;miechni&#281;te. Jedna z nich, starsza, brunet­ka, pi&#281;kna jeszcze,
+dobrze zakonserwowana, - druga, dziewcz&#281; m&#322;odziutkie, szesnastoletnie
+zaledwie mo&#380;e, ho&#380;e i &#347;wie&#380;e...</p>
+
+<p>- Prezes Roman Dzier&#380;ymirski, nasz obecny zbawca, opiekun,
+a jak ci mówi&#322;em przed chwil&#261;, najszlachetniejszy z ludzi, których
+dot&#261;d w &#380;yciu po­zna&#322;em! - przedstawi&#322; szumnie Orl&#281;cki
+go&#347;cia &#380;onie, g&#322;osem ciep&#322;ym, jakby wzruszonym jeszcze od
+dozna­nych z przed chwili wra&#380;e&#324;.</p>
+
+<p>Sk&#322;oni&#322; si&#281; Dzier&#380;ymirski, a na d&#378;wi&#281;k
+ostatnie­go zdania lekki rumieniec pokry&#322; mu lica. Wstydzi&#322; si&#281;
+za swe my&#347;li - za siebie...</p>
+
+<p>Tymczasem ruchem wspólnym, uprzejmie wy­ci&#261;gn&#281;&#322;y
+si&#281; ku niemu dwie ma&#322;e kobiece r&#261;czki. </p>
+
+<p>- Bardzo mi mi&#322;o pozna&#263; pana, bardzo mi&#322;o! - ­mówi&#322;a,
+&#347;ciskaj&#261;c d&#322;o&#324; jego, pani Orl&#281;cka. - Tembardziej,
+&#380;e jak mi w&#322;a&#347;nie m&#261;&#380; powiada, pan pre­zes staje
+si&#281; anio&#322;em opieku&#324;czym naszych losów, przysz&#322;o&#347;ci -
+zwiastunem, i&#380; zobaczymy kraj nasz, za którym ci&#261;gle tak bardzo
+t&#281;sknimy! - ko&#324;czy&#322;a wzru­szona.</p>
+
+<p>- Moja córka, Mita - przedstawi&#322;a z kolei Ro­manowi
+m&#322;odziutk&#261; pann&#281;.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski trzyma&#322;, &#347;ciska&#322;
+w&#322;a&#347;nie w d&#322;oniach drobn&#261; jej r&#261;czk&#281;, a cho&#263;
+nie powiedzia&#322;o mu dziewcz&#281; nic zgo&#322;a, z u&#347;cisku jednak
+przyjaznego, ciep&#322;ego, ze spojrzenia jasnych, niebieskich oczu, w których
+czyta&#322;y si&#281; w owej chwili wdzi&#281;czno&#347;&#263; bez granic,
+rado&#347;&#263; i nadzieja - poczu&#322; Roman, i&#380; okrucie&#324;stwem
+niemi&#322;osiernem by&#322;oby teraz z jego strony cofni&#281;cie obietnicy.</p>
+
+<p>I jednocze&#347;nie reakcya nag&#322;a wst&#261;pi&#322;a
+we&#324;. Jaki&#347; przyp&#322;yw jakby dobroci zala&#322; mu dusz&#281;, serce;
+zarazem za&#347; pomy&#347;la&#322;:</p>
+
+<p>- Nazwano mnie "najszlachetniejszym", ha-ha­-ha!..
+Ironii mo&#380;e w tem wiele, ale... jednak... dlaczegó&#380;bym i ja czasami
+nie mia&#322; by&#263; szlachetnym? A poza tem, có&#380; de facto winien ten
+oto Orl&#281;cki, &#380;e nie jest tym w&#322;a&#347;nie, którego tak szukam
+bezowocnie?.. Jestem wp&#322;ywowym, silnym, dlaczegó&#380; wi&#281;c nie
+dopomóg&#322;­bym cz&#322;owiekowi, pokrzywdzonemu b&#261;d&#378; co
+b&#261;d&#378; przez nieznanego pieni&#281;dzy jego znalazc&#281;, tak, jak
+pokrzywdzonym jest mo&#380;e przeze mnie równie&#380; i ten osobnik nieznany -
+"mój!.."</p>
+
+<p>I starczy&#322;o w &#347;lad za tem jednej chwili, by w
+g&#322;o­wie Dzier&#380;ymirskiego powsta&#322; plan gotowy.</p>
+
+<p>- Cieszy mnie niewymownie, &#380;e los pozwala mi sta&#263;
+si&#281; - tu zwróci&#322; si&#281;, z u&#347;miechem, ku pani Orl&#281;ckiej -
+Anio&#322;em Stró&#380;em tego domu... Dzi&#347; za­raz zatelegrafuj&#281; do panów
+z komitetu nowego ban­ku o kandydaturze pana - wskaza&#322; nieznacznie Or­l&#281;ckiego
+ruchem g&#322;owy.</p>
+
+<p>W milczeniu, wzruszony szlachcic u&#347;cisn&#261;&#322;
+d&#322;o&#324; Dzier&#380;ymirskiego. Ten ostatni za&#347; zastanowi&#322;
+si&#281; chwil&#281;...</p>
+
+<p>Kiedy czyni&#263; co&#347;, to czyni&#263; zupe&#322;nie i
+wszech­stronnie, - pomy&#347;la&#322;, a si&#281;gn&#261;wszy do kieszeni,
+dyskretnie pocz&#261;&#322; d&#322;ugo szuka&#263; czego&#347; w portfelu...
+Zna­laz&#322;szy wreszcie tam przekaz na okaziciela w "Cre­dit
+Lyonnais", wskazuj&#261;cy sum&#281; dwóch tysi&#281;cy fran­ków,
+rzek&#322; swobodnie:</p>
+
+<p>- Cho&#263; to niegrzecznie bardzo z mej strony tak zaraz
+niemal po poznaniu opuszcza&#263; panie, - sk&#322;o­ni&#322; si&#281;
+uprzejmie w stron&#281; dwóch kobiet - jednak panie wybacz&#261;, uczyni&#263;
+to b&#281;d&#281; zmuszony, i...</p>
+
+<p>- Ale&#380;, có&#380; znowu... - obruszy&#322;a si&#281;
+Orl&#281;cka. - ­Obiad , podadz&#261; w tej chwili, prosimy bardzo... Mito! -
+zwróci&#322;a si&#281; do córki - ka&#380; dawa&#263;!..</p>
+
+<p>- Dzi&#281;kuj&#281; serdecznie! - sk&#322;oni&#322;
+si&#281; z u&#347;mie­chem Dzier&#380;ymirski w stron&#281; m&#322;odego
+dziewcz&#281;cia. ­- Wychodz&#281; natychmiast, a to z powodu nagl&#261;cych
+spraw, które nieodzownie dzi&#347; jeszcze za&#322;atwi&#263; musz&#281;...</p>
+
+<p>- &#379;egnam panie! - wyci&#261;gn&#261;&#322; uprzejmie
+r&#281;k&#281; do pani domu, a nast&#281;pnie do panny.</p>
+
+<p>Ta ostatnia poda&#322;a mu j&#261;, z niewys&#322;owionym
+wdzi&#281;kiem i cicho rzek&#322;a:</p>
+
+<p>- Przyjm pan, panie prezesie, i ode mnie szcze­re
+podzi&#281;kowanie za to, co czynisz dla ojca mego... Jeste&#347; szlachetnym,
+dobrym i wdzi&#281;czno&#347;&#263; moja nie zapomni panu tego - nigdy!..</p>
+
+<p>- Szcz&#281;&#347;ciem prawdziwem dla mnie, &#380;e i pani
+b&#281;dzie z tego korzysta&#263;... Bo, o ile zgaduj&#281;, pani tu chyba
+najwi&#281;cej wróci&#263; by rada do rodzinnego kraju?..</p>
+
+<p>- O! tak... - przyzna&#322;a, z zapa&#322;em, szczerze:­
+Wyko&#322;ysa&#322;y mnie nasze &#322;any i lasy, wychowa&#322;a ta ziemia
+nasza, tak pi&#281;kna chyba, jak &#380;adna!..</p>
+
+<p>Z sympaty&#261;, spojrza&#322; Roman na dziewcz&#281;, i
+sk&#322;o­niwszy si&#281; raz jeszcze, zwróci&#322; si&#281; z kolei do
+Orl&#281;ckiego.</p>
+
+<p>- A do kochanego pana to mam jeszcze i in­teresik drobny...
+- wzi&#261;&#322; gospodarza za rami&#281; i poprowadzi&#322; ku oknu:</p>
+
+<p>- Rzecz przedstawia si&#281;, jak nast&#281;puje -
+rzek&#322;, o ile móg&#322;, najpowa&#380;niej. - Na zasadzie jednego z
+paragrafów ustawy, urz&#281;dnikom nowego banku, na­turalnie protegowanym, daje
+si&#281; z góry na instala­cy&#281;... Kwesty&#281; te jednak obmówi&#263;
+trzeba poprzednio na zebraniu. Otó&#380;, poniewa&#380; pan, pomimo, &#380;e
+bank nie funkcyonuje jeszcze, za miesi&#261;c najdalej musisz ju&#380; by&#263;
+na miejscu, a to, w celu ulokowania si&#281; i obj&#281;c­ia, de nomine,
+wakansu ofiarowanej posady, ja za&#347; dopiero za miesi&#281;cy kilka tam
+b&#281;d&#281; - zatem...- Roman urwa&#322;, dobieraj&#261;c jakby w
+umy&#347;le wyrazów. - Zatem - powtórzy&#322; - awansuj&#281; tu kochanemu,
+panu przekazem, sum&#281; w&#322;a&#347;ciw&#261;... Przypuszczam, b&#281;dzie
+ona odpowiada&#263; mniej wi&#281;cej kwocie, któr&#261; w swo­im czasie
+przyznaj&#261; panu na zebraniu Rady... Có&#380;, zgoda? Dobr&#261; my&#347;l
+mia&#322;em? - doko&#324;czy&#322; Roman.</p>
+
+<p>- Ale&#380; z kochanego prezesa anio&#322; prawdziwy, nie
+cz&#322;owiek!.. - wykrzykn&#261;&#322; Orl&#281;cki i po staropol­sku,
+u&#347;cisn&#261;wszy go szczerze, podzi&#281;kowa&#322;, z za­pa&#322;em.</p>
+
+<p>- Klociu, czy s&#322;yszysz? - zawo&#322;a&#322; na
+&#380;on&#281;.­ Pan prezes na instalacy&#281; awansuje mi, przekazem! - ­i
+szlachcic poinformowa&#322; dobrodusznie, szczegó&#322;owo
+ma&#322;&#380;onk&#281; o wspania&#322;omy&#347;lno&#347;ci Romana. Nast&#261;­pi&#322;y
+w &#347;lad za tem ponowne podzi&#281;kowania, wykrzy­kniki...</p>
+
+<p>Odprowadzony a&#380; do drzwi, &#380;egnany serde­cznie i
+czule, Dzier&#380;ymirski wydosta&#322; si&#281; nare­szcie na schody, a potem
+na ulic&#281;, sam pomimo woli wzruszony, z g&#322;ow&#261; pe&#322;n&#261;
+najsprzeczniejszych my&#347;li.</p>
+
+<p>Gdy po niejakim&#347; czasie, wracaj&#261;c z wolna do
+rzeczywisto&#347;ci, podniós&#322; g&#322;ow&#281;, spostrzeg&#322; w pewnem
+oddaleniu przed sob&#261; z&#322;ocon&#261; kopu&#322;&#281; tumu Inwalidów.
+Tkni&#281;ty nag&#322;&#261; my&#347;l&#261;, z miejsca natychmiast
+skierowa&#322; si&#281; ku furtce, a wymin&#261;wszy j&#261; i strzeg&#261;­cego
+wej&#347;cia kulawego inwalid&#281;, znalaz&#322; si&#281; na ob­szernym placu
+tumu, odgrodzonego krat&#261; od ulic miasta.</p>
+
+<p>Wkrótce, po stopniach wschodów wst&#281;powa&#263;
+pocz&#261;&#322; do wn&#281;trza przybytku, kryj&#261;cego w swych murach
+grobowiec wielkiego Napoleona.</p>
+
+<p>W gmachu milczenie i jakby uroczysty powiew jaki&#347;
+pot&#281;gi niewidzialnej i grozy obj&#261;&#322; Romana natychmiast.</p>
+
+<p>Cichym tylko szmerem rozlega&#322;y si&#281; tu kroki
+kilkunastu osób... Na dole, w szerokiem, na kszta&#322;t basenu,
+pog&#322;&#281;bieniu, drzema&#322; olbrzymi sarkofag, z ce­glasto -
+wi&#347;niowego marmuru...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski zbli&#380;y&#322; si&#281; do balustrady
+gro­bowca, i stan&#261;&#322; smutny, cichy...</p>
+
+<p>Wobec prochów mo&#380;nego w&#322;adcy poczu&#322; si&#281;
+równocze&#347;nie drobnym, nik&#322;ym... Hucz&#261;ce jego tro­ki zmala&#322;y
+równie&#380; - uspakaja&#322; si&#281;...</p>
+
+<p>I my&#347;li jego nagle wzi&#281;&#322;y równie&#380; obrót
+zupe&#322;­nie inny.</p>
+
+<p>- Wi&#281;c to tu - mówi&#322; sobie Roman - le&#380;y
+zwyci&#281;zca z pod Marengo, Ulm, Austerlitz, i.t.d., i.t.d. Wi&#281;c tu
+spoczywaj&#261; snem, nieprzebudzonym, wiecz­nym, prochy tego, wielkiego duchem
+- ma&#322;ego imperatora!..</p>
+
+<p>Dawno bardzo nie bawi&#261;cy ju&#380; w Pary&#380;u, pa­mi&#281;taj&#261;cy
+go zaledwie w zamglonem tylko wspomnieniu, z minionych lat
+m&#322;odzie&#324;czych, Dzier&#380;ymirski, w skupieniu i z
+nabo&#380;e&#324;stwem w duszy, wpatrzony, milcz&#261;cy, z g&#322;ow&#261;
+pochylon&#261;, zaduma&#322; si&#281; przed trumn&#261; cesarza Francyi.</p>
+
+<p>Woko&#322;o niego z prawej i lewej strony, w we­wn&#281;trznym
+pó&#322;kr&#281;gu tumu, widnia&#322;y wkl&#281;s&#322;e pog&#322;&#281;bienia,
+z grobowcami ma&#322;ymi; przed nim za&#347;, poza drzwiami do grobu,
+wznosi&#322; si&#281; rozpi&#281;ty na krzy&#380;u Syn Bo&#380;y
+um&#281;czony...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski po chwili ockn&#261;&#322; si&#281; z
+zamy&#347;lenia i post&#261;pi&#322; wzd&#322;u&#380; kolistej baryery
+grobowca, w kierunku jego wej&#347;cia:</p>
+
+<p>Zamkni&#281;te szczelnie drzwi pomnikowe po&#322;yski­wa&#322;y
+hebanem czarnego marmuru; u progu ich i wscho­dów, wiod&#261;cych do
+wn&#281;trza "tombeau", w mundurze granatowym, powa&#380;ny, ze
+wst&#281;gami i orderami, brodaty, stary, stró&#380;owa&#322; inwalida...</p>
+
+<p>Na górze za&#347; b&#322;yszcza&#322; wielki napis
+z&#322;ocisty: "Je désire, que mes cendres reposent sur le bord de la
+Seine - au milieu de ce peuple francais, que j'avais tant aimé" *).</p>
+
+<p>[*) "Pragn&#281;, aby me prochy spocz&#281;&#322;y u
+brzegów Se­kwany - w&#347;ród tego ludu francuskiego, który tak bardzo
+kocha&#322;em."]</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski patrzy&#322;, przej&#281;ty mimowolnie do
+g&#322;&#281;bi powag&#261;, skupienia pe&#322;n&#261;, i jak&#261;&#347;
+melancholi&#261; rzewn&#261;, wiej&#261;c&#261; od tego grobu zmar&#322;ego
+geniusza despoty, &#347;ni&#261;cego tu cicho, zapomnianego jakby w sa­mem
+sercu republika&#324;skiego dzi&#347; Pary&#380;a.</p>
+
+<p>Nagle, gdy poruszony, niemy, sta&#322; tak, wci&#261;&#380;,
+zamy&#347;lony, drgn&#261;&#322; gwa&#322;townie.</p>
+
+<p>Bo oto w tej&#380;e samej chwili wybi&#322;a w ciszy
+g&#322;o&#347;no godzina czwarta, a z jej uderzeniem, jako sy­gna&#322;
+zamykania ju&#380; gmachu, raptowny, rozleg&#322; si&#281; w&#322;a&#347;nie
+odg&#322;os b&#281;bna.</p>
+
+<p>Grano bojow&#261; pobudk&#281;... Dono&#347;nie
+rozchodzi&#322; si&#281; w milczeniu uderzenia krótkie, wzbija&#322;y si&#281;
+pod strop wysoki, echem dudni&#322;y w zag&#322;&#281;bieniach, arka­dach,
+owalnej kopule wysokiej.</p>
+
+<p>- Messieurs et dames sortez!.. sortez,
+s'il vous plait, sortez, sortez!.. - rozleg&#322; si&#281; jednocze­&#347;nie
+twardy g&#322;os szwajcara, stró&#380;a Napoleono­wego grobowca... Postukuj&#261;c
+grub&#261; lask&#261;, i&#347;&#263; po­cz&#261;&#322; on i rozp&#281;dza&#263;
+energicznie przed sob&#261;, ku wyj&#347;ciu rozsypanych po gmachu tam i ówdzie
+go&#347;ci.</p>
+
+<p>- Sortez! - rozkazuj&#261;cy, wojskowo - lakonicz­ny, -
+bezustanny rozbrzmiewa&#322; g&#322;os jego i miesza&#322; si&#281;! z
+bojow&#261; fanfar&#261; b&#281;bna!..</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski jednak nie rusza&#322; si&#281; wcale z
+miej­sca przeciwnie. Wrós&#322; jakby w ziemi&#281;; ucho jego &#322;owi&#322;o
+&#322;apczywie dono&#347;ne, j&#281;drne tony pobudki, wyobra&#378;nia,
+podsycana nerwami, w rozstroju - poruszona, snu&#322;a mu przed oczyma obraz
+fantasmago­ryczny.</p>
+
+<p>W gmachu panowa&#322; mrok...</p>
+
+<p>Ostatnie d&#378;wi&#281;ki surmy bojowej kona&#322;y, a Ro­manowi
+zda&#322;o si&#281;, i&#380; z milkn&#261;cem coraz ju&#380; dalszem echem
+b&#281;bna, poczynaj&#261; oto zaludnia&#263; tum wspania&#322;y jakie&#347;
+wyros&#322;e jakby zewsz&#261;d mary i cienie poleg&#322;ej dawno
+Napoleo&#324;skiej gwardyi starej, i wyra&#378;ny o s&#322;uch jego obija
+si&#281; przy tem stuk ich butów i ostróg o kamienie posadzki!..</p>
+
+<p>Id&#261;! Ustawieni w szyku, gotowi do walki, sto­j&#261;
+oto niezliczeni woko&#322;o grobu wodza swego... Przebóg, có&#380; to jest?..</p>
+
+<p>Huk jaki&#347; rozlega si&#281; w gmachu - to marmur
+grobowca p&#281;ka, unosi si&#281;...</p>
+
+<p>W trójgraniasty kapelusz przybrana, z za&#322;o&#380;o­nemi
+na piersiach r&#281;koma, staje wyra&#378;nie przed wzrokiem Romana posta&#263;
+Napoleona - wodza!..</p>
+
+<p>- Paf, paf!.. - w tej samej chwili tu&#380; ko&#322;o
+Dzier&#380;ymirskiego o posadzk&#281; uderza kto&#347; zamaszy&#347;cie.</p>
+
+<p>- Sortez, sortez donc, monsieur!.. Quatre heu­res... la
+consigne!.. - rozlega si&#281; g&#322;os twardy i szorstki.</p>
+
+<p>Roman budzi si&#281;, rozgl&#261;da... A zirytowany na­tychmiast,
+&#380;e tak obcesowo przerwano mu jego widzenie marz&#261;ce, gotów ju&#380;
+jest a to rzuci&#263; w twarz staj&#261;cemu nad nim miejscowemu szwajcarowi
+jak&#261;&#347; ostr&#261; okoliczno&#347;ciow&#261; uwag&#281;... Otwiera
+ju&#380; usta, spoj­rzawszy jednak na twarz wyblad&#322;&#261;, pooran&#261;
+zmar­szczkami, o wyrazie pe&#322;nym melancholii i smutku, milknie.</p>
+
+<p>W tych rysach bowiem czyta wyra&#378;nie gniew
+t&#322;umiony, lecz nie bezmy&#347;lny, - bynajmniej. Nie, przeciwnie.
+Oburzenie to jakie&#347; inne, szlachet­niejszej, podnio&#347;lejszej jakby
+natury, i mówi&#263; zda si&#281;:</p>
+
+<p>- Ach id&#378;cie, ju&#380; id&#378;cie!.. Odejd&#378;cie wy
+wszy­scy, profanatorzy wstr&#281;tni, kalaj&#261;cy te progi
+ciekawo&#347;ci&#261; banaln&#261; - nieprzystojnym szumem, ha&#322;asem,
+gadanin&#261; i gwarem m&#261;c&#261;cy bezmy&#347;lnie spokój i sen wieczny
+wielkiego imperatora!..</p>
+
+<p>- Có&#380; wy? - mówi&#322;y z pogard&#261; te szare smu­tno
+oczy starca. - Có&#380; wy, kar&#322;y, nie ludzie dzi­siejsi, mali
+-wiedzie&#263; mo&#380;ecie? Co s&#261;dzi&#263; o czynach olbrzymich
+"Jego?" Co odczu&#263;? Có&#380; zrozumie&#263; jeste­&#347;cie
+zdolni?..</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski z uwag&#261; wpatrywa&#322; si&#281;
+dalej w stoj&#261;cego przed nim niecierpliwie szwajcara - inwalid&#281;.</p>
+
+<p>Czy&#380;by istotnie w umy&#347;le tego starca uczucia
+podobne si&#281; kry&#322;y? - my&#347;la&#322; i zatopiwszy raz jesz­cze,
+milcz&#261;c, badawcze spojrzenie w m&#281;tnych &#378;renicach starca, bez
+s&#322;owa, skierowa&#322; si&#281; ku wyj­&#347;ciu z tumu.</p>
+
+<p>Otworzono przed nim, zamkni&#281;te przed chwil&#261;: z
+hukiem drzwi wchodowe, i zatrza&#347;ni&#281;to je poza nim.</p>
+
+<p>Wydostawszy si&#281; na ulic&#281;, Roman, znu&#380;ony,
+wsiad&#322; do pierwszej doro&#380;ki; tu za&#347;, och&#322;on&#261;wszy nie­co
+od wzrusze&#324; i wra&#380;e&#324;, porz&#261;dkowa&#263; zacz&#261;&#322; w
+g&#322;o&#347;no zdarzenia minionych godzin kilku.</p>
+
+<p>- Raz jeszcze zatem, miast rzeczywisto&#347;ci,
+chwyta&#322;em mar&#281;, cie&#324; u&#322;udny!.. - mówi&#322; sobie w du­chu,
+z nag&#322;&#261; gorycz&#261;. - Poch&#322;oni&#281;ty wci&#261;&#380;
+jedn&#261; my&#347;l&#261;, przybieg&#322;em tutaj nadziei pe&#322;ny, i znowu
+nic­ - zero!..</p>
+
+<p>- O, ironio, niezrozumia&#322;a, dziwna!.. - duma&#322;
+dalej. - Czy&#380; nigdy nie trafi&#281; na &#347;lad pewny? Czy&#380;
+wiecznie, biczowany sumieniem, dr&#281;czy&#263; si&#281; tak b&#281;d&#281;,
+zmuszony?</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski opu&#347;ci&#322; r&#281;ce na kolana, w
+zniech&#281;ceniu i pochyli&#322; nisko g&#322;ow&#281;. Z chwilow&#261;
+samotno&#347;ci&#261;, z pog&#322;&#281;bieniem si&#281; w siebie, wraca&#322;a
+bezlitosna samowiedza, b&#322;&#281;dne ko&#322;o tajonego w duszy cier­pienia  zacie&#347;nia&#322;o si&#281;,
+wirowa&#322;o, rzucaj&#261;c mu jedno­cze&#347;nie na ekran duszy wizerunek
+nag&#322;y w&#322;asnego moralnego "ja".</p>
+
+<p>Nie kry&#322;y go obs&#322;ony z&#322;ociste, utkane z
+pozorów, zdolno&#347;ci osobistych, rozumu, energii, czynu, bezinteresownego
+po&#347;wi&#281;cenia dla drugich, szlachet­no&#347;ci i wielu innych
+przymiotów, w które, jak w &#347;nie&#380;n&#261;, lamowan&#261; purpur&#261;,
+tog&#281; patrycyusza - przed lud&#378;mi, przed &#347;wiatem, stroi&#322;
+si&#281; prezes Dzier&#380;ymirski...</p>
+
+<p>Nie, by&#322; to szkielet tylko!.. Otulony w
+p&#322;acht&#281; jaskraw&#261; szalonej ambicyi, kry&#322; on za jej
+fa&#322;dami bagno moralne pami&#281;tnej w &#380;yciu Romana chwili, gdy dla
+osobistego szcz&#281;&#347;cia, u&#380;ycia, pogwa&#322;ci&#322; on by&#322;
+ety­k&#281; spo&#322;ecznego prawa!..</p>
+
+<p>Z tej ka&#322;u&#380;y jednak brudnej, a pozornie ju&#380;
+za­pomnianej, wyrasta&#322; kwiat - niby niepokalana bia&#322;a lilia - zasiany
+ziarnem silnych, cho&#263; podeptanych zasad, wszczepionych za m&#322;odu -
+kie&#322;kuj&#261;cy, przy pomocy czujnego zawsze sumienia!..</p>
+
+<p>Kwiatem tym - by&#322;a ch&#281;&#263; szlachetna, instynkto­wna,
+konieczna, oddania b&#261;d&#378; co b&#261;d&#378;, prawemu
+w&#322;a&#347;cicielowi przyw&#322;aszczonych pieni&#281;dzy. Ona,
+wytrwa&#322;a, popycha&#322;a bezustannie Romana naprzód przed sie­bie; ona -
+ze&#347;rodkowywuj&#261;ca w sobie równie&#380; najpi&#281;k­niejsze
+pierwiastki jego charakteru - zniewala&#322;a go - do czynów, tam i ówdzie
+szlachetnych. Jej to nie­w&#261;tpliwie zawdzi&#281;cza&#322;
+Dzier&#380;ymirski swój post&#281;pek z Orl&#281;ckim!..</p>
+
+<p>I Romanowi w tej chwili mign&#261;&#322; obraz wdzi&#281;­czno&#347;ci
+tych trojga ludzi ku niemu.</p>
+
+<p>Znów tu wi&#281;c fa&#322;sz mimowolny - &#380;ycia
+ironia!.. </p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski westchn&#261;&#322;. Pomimo jednak,
+i&#380; czu&#322; zgrzyt w duszy, ros&#322;o tam w nim jednocze&#347;nie pewne
+zadowolenie, zazwyczaj odczuwane przez sub­telniejsze natury, po
+spe&#322;nieniu dobrego, lub szlachet­nego czynu.</p>
+
+<p>Spojrza&#322; woko&#322;o weselej nieco... Doro&#380;ka mija­&#322;a
+w&#322;a&#347;nie bardzo o&#380;ywion&#261; dzielnic&#281; miasta.</p>
+
+<p>Na lewo widnia&#322;a wie&#380;a St. Jaeques, a tu&#380;
+obok ko&#347;ció&#322; St. Germain -l'Auxerrois; naprzeciw ogromem
+rozwielmo&#380;y&#322; si&#281; Luwr wspania&#322;y.</p>
+
+<p>Roman, zap&#322;aciwszy wo&#378;nic&#281;, wyskoczy&#322; z
+doro&#380;ki i skierowa&#322; si&#281; ku muzeum.</p>
+
+<p>Odci&#281;ty w podró&#380;y od zwyk&#322;ego, pe&#322;nego
+czynu, &#380;ycia, poch&#322;aniaj&#261;cego go ca&#322;kowicie -
+Dzier&#380;ymirski poczu&#322; nagle potrzeb&#281; nieodzown&#261;,
+konieczn&#261;, odwrócenia j&#261;trz&#261;cych mu mózg my&#347;li czemkolwiek,
+ucieka&#322; si&#281; wi&#281;c znowu do koicielki-sztuki. </p>
+
+<p>Niebawem przez jedno z licznych wej&#347;&#263; wcho­dzi&#322;
+do jej &#347;wi&#261;tyni, pogr&#261;&#380;onej w milczeniu, tchn&#261;cej­
+majestatem zapatrzonych w siebie tworów ludzkiego geniusza, szybuj&#261;cego na
+skrzyd&#322;ach artyzmu we wszelakich jego odmianach i fazach - wcielaj&#261;ce­go
+pi&#281;kno, by sz&#322;o, niby tchnienie &#380;ywe, do dusz ludzkich,
+umiej&#261;cych wznie&#347;&#263; si&#281; i oderwa&#263; od po­ziomów!</p>
+
+<p>Znajdowa&#322; si&#281; w salach dolnych. Zabytki sta­ro&#380;ytnej
+rze&#378;by roma&#324;skiej, greckiej otacza&#322;y go zewsz&#261;d. Setki ich
+z epok ró&#380;nych patrzy&#322;y na niego pi&#281;kna wyrazem, r&#281;k&#261;
+mistrzów zakutym w kamie&#324; i marmury...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski, rozgl&#261;daj&#261;c si&#281;
+woko&#322;o, szed&#322; wolno, zamy&#347;lony.</p>
+
+<p>Jak w kalejdoskopie, przesuwa&#322;y si&#281;
+wci&#261;&#380; kolejn­o przed nim pos&#261;gi, coraz pi&#281;kniejsze.</p>
+
+<p>Tutaj wi&#281;c wychyla&#322;y si&#281; oto rz&#281;dem ku
+nie­mu biusty i srogie oblicza wszystkich prawie imperatorów rzymskich - tam
+znów wykwintnie modelo­wanem cia&#322;em pochyla&#322;y, gi&#281;&#322;y
+pos&#261;gi Apollinów - rzymskiego d&#322;uta, o rysach grubszych, pe&#322;nych
+m&#281;sko&#347;ci i si&#322;y, - greckiego, traktowane daleko subtel­niej z
+finezy&#261;, o ciele jakby mi&#281;kkszem i drobniej­szem, przedziwnie
+wyko&#324;czone w szczegó&#322;ach i wy­razach twarzy...</p>
+
+<p>W oddzielnej sali, naprzeciw siebie, drzema&#322;y, na wzór
+orygina&#322;ów w Watykanie, olbrzymie odlewy, z bronzu: &#347;pi&#261;cej
+Aryadny, Laokoona, Apollina i Dyany; dalej znów, z Tripolisu w Afryce
+sprowadzona, bez ko&#324;ca nóg i g&#322;owy, unosi&#322;a powabnie draperye
+pi&#281;kna Venus, bieli&#322;y si&#281; bez liku dziesi&#261;tki rze&#378;b
+pomniejszych - sta&#322; Apollo z Lycyi, oparty o pie&#324;, ko&#322;o którego
+obwija&#322; si&#281; w&#261;&#380; zdradliwy... Apollo z Paros, patrzy&#322;
+&#322;agodnie na widza; o rysach drob­niutkich, w draperyi fa&#322;dach -
+wdzi&#281;czy&#322;a si&#281; grecka muza...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski, z powodu braku czasu spieszy&#263;
+si&#281; zmuszony, szed&#322; pomimowolnie szybko, zatrzymu­j&#261;c si&#281;
+jednak co chwila to krócej, to d&#322;u&#380;ej, znie­wolony ku temu
+pi&#281;knem, hojn&#261; r&#281;k&#261; i dzi&#281;ki nie­strudzonym zabiegom,
+nagromadzonemu, tak obficie woko&#322;o.</p>
+
+<p>Tak wi&#281;c, pomi&#281;dzy wieloma, wieloma innemi
+zaj&#281;&#322;a go jeszcze rze&#378;ba Tyberyusza cesarza, okrytego
+fa&#322;dami togi, z r&#281;k&#261; wyci&#261;gni&#281;t&#261; przed siebie, w
+oratorskim ge&#347;cie, tak wymownie, i&#380; zdawa&#322;o si&#281;, &#380;e
+oto ju&#380; zaraz przemówi... Tam znów uwag&#281; zwró­ci&#322;y dwie postacie
+kobiece, zabytki, przeniesione z gre­ckich cmentarzy. Jedna z nich, owiana
+szat&#261; przej­rzyst&#261;, w stoj&#261;cej postawie, zadumana sm&#281;tnie,
+- druga, w takiej&#380;e pozycyi, z wie&#324;cem laurowym na g&#322;owie, w
+bolesnem pogr&#261;&#380;ona skupieniu, z prze&#347;li­cznie przytem
+wyrze&#378;bionem obliczem, przybrana w drapery&#281;, której fa&#322;dy,
+wyko&#324;czone subtelnie w marmurze, za lada powiewem porusza&#263; si&#281; w
+oczach zdawa&#322;y.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski wpad&#322; w labirynt sal, salek, i
+szed&#322; coraz dalej i dalej... Jednocze&#347;nie poddawa&#322; si&#281;
+stopniowo coraz bardziej urokom sztuki, a przypatruj&#261;c si&#281;
+ci&#261;gle, z uwag&#261;, okazom staro&#380;ytnego d&#322;uta - zapomina&#322;
+coraz bardziej o dr&#281;cz&#261;cych go my&#347;lach z przed chwili; czarne i
+sm&#281;tne niepostrze&#380;enie pierzcha&#322;y one cicho...</p>
+
+<p>I niebawem Romana znowu zaj&#261;&#322; marmurowy pos&#261;g
+z wyspy Paros... Przedstawia&#322; on Aleksandra Wielkiego, z po&#322;ow&#261;
+w&#322;osów z&#322;aman&#261; i biustem, bez r&#261;k, z twarz&#261; natomiast
+zachowan&#261; doskonale. Pó&#378;­niej zachwyci&#322;a go z kolei "Venus
+accroupie" w mar­murze, równie&#380; bez r&#261;k, ze &#347;ladem na
+plecach od&#322;a­manej r&#261;czki Amora, potem znów dziesi&#261;tki
+rze&#378;b innych, jedne charakterystyczniejsze, pi&#281;kniejsze od drugich...</p>
+
+<p>Po chwili, oparty o pie&#324; drzewa, zatrzyma&#322; go
+jeszcze, wzgl&#281;dnie do otaczaj&#261;cych male&#324;ki bardzo
+pos&#261;&#380;ek, zatytu&#322;owany "Amor, jako Hercules",
+nast&#281;pnie inny: "Walcz&#261;cy Gladjator", a w ko&#324;cu, cudna
+w swej prostocie, posta&#263; muzy poezyi lirycznej: "Polymnie..."</p>
+
+<p>By&#322;a to rze&#378;ba wzi&#281;tej z profilu kobiety,
+opar­tej, w zadumie, bokiem o kolumn&#281;, w zwojach fa&#322;dzistej draperyi.
+G&#322;ow&#281; pochylon&#261; mia&#322;a nieco, a upi&#281;ksza&#322;y j&#261;
+w&#322;osy, faluj&#261;ce z lekka w marmurze, jedn&#261; r&#261;czk&#261;
+podpiera&#322;a oblicze, natchnione, o rysach drob­nych i subtelnych -
+drug&#261; dotyka&#322;a niedbale swej sukni, z ujmuj&#261;cym
+wdzi&#281;kiem...</p>
+
+<p>Wymijaj&#261;c t&#322;um nieruchomych pos&#261;gów,
+gubi&#261;c si&#281; w&#347;ród tych rze&#378;b, zadumanych, cichych,
+&#347;ni&#261;cych jakby o wielkiej swej przesz&#322;o&#347;ci - znalaz&#322;
+si&#281; wreszcie Roman niebawem w salce kwadratowej, ma&#322;ej, gdzie,
+otoczona sznurow&#261; baryer&#261; - na wzniesieniu, ubranem bordo
+tkanin&#261;, sta&#322;a, króluj&#261;c, zda si&#281;, nad wszystkiem
+doko&#322;a, per&#322;a zbiorów pos&#261;gowych Lu­wru - Venus grecka z Milo.</p>
+
+<p>Zm&#281;czony nieco, Dzier&#380;ymirski usiad&#322; na
+&#322;awecz­ce, zdj&#261;&#322; kapelusz i wpatrzy&#322; si&#281; w
+stoj&#261;c&#261;, bez r&#261;k, pó&#322;nag&#261; posta&#263; z marmuru.</p>
+
+<p>Pozornie kroczy&#322;a ona...</p>
+
+<p>Wprzód pochylona niedostrzegalnie, przytrzy­muj&#261;c
+fa&#322;dów upadaj&#261;cej w pasie draperyi, zdawa&#322;o si&#281;, &#380;e
+idzie, z szyj&#261; sw&#261;, wyci&#261;gni&#281;t&#261; nieco naprzód, z
+oczyma przymru&#380;onemi jakby, z w&#322;osami, karbowa­nemi z lekka i
+uwi&#261;zanemi z ty&#322;u w w&#281;ze&#322;, z twa­rz&#261; blondynki,
+anielsk&#261; - bosk&#261;!..</p>
+
+<p>Od twarzy tej i pó&#322;cia&#322;a nagiego do draperyi,
+Dzier&#380;ymirski oczu oderwa&#263; po prostu nie by&#322; w stanie...</p>
+
+<p>On w oblicza tem czyta&#322; - a przynajmniej tak mu
+si&#281; w danej chwili zdawa&#322;o - zapatrzenie si&#281; w siebie i
+dum&#281;, ale zarazem i s&#322;odycz, zakut&#261; w przedziwnej
+regularno&#347;ci rysie ka&#380;dym, i cho&#263; sam osobi­&#347;cie nie
+odczuwa&#322; w rysach twarzy tej silnego pro­mienia wewn&#281;trznego, jak
+zadumy lub marzenia - to jednak pi&#281;kno linii królowa&#322;o w nich - tak
+nie­podzielnie, &#380;e zachwyt tylko wzbudza&#263; mog&#322;o... A
+cia&#322;o?..</p>
+
+<p>Po prostu &#380;y&#322;o ono, nie tylko za&#347; nagie, dla
+oka widoczne... Z przodu, pod fa&#322;dami draperyi - czyni&#261;cej
+wra&#380;enie, i&#380; spada - w kilka za&#347; zgi&#281;&#263; karbowanej z
+ty&#322;u - t&#281;tni&#322;o ono, o&#380;y&#322;e jakby, nie martwe, w ruchu
+krocz&#261;cego, wzniesionego nieco kolana, w odkrytych piersiach i
+biu&#347;cie bez r&#261;k, przegi&#281;tym w prawo z zachowan&#261; przedziwnie
+w marmurze, mi&#281;kk&#261;, jak w ciele &#380;ywem - subteln&#261; lini&#261;
+prze­gi&#281;cia...</p>
+
+<p>Czas mija&#322;... Przesiedziawszy na &#322;aweczce
+do&#347;&#263; d&#322;ugo, Roman z trudno&#347;ci&#261; powsta&#322; i
+oderwa&#322; si&#281; od arcydzie&#322;a sztuki. Spojrza&#322; na zegarek -
+dochodzi&#322;a pi&#261;ta - godzina zamkni&#281;cia Luwru. Postanowi&#322;
+obej­rze&#263; jeszcze, cho&#263; pobie&#380;nie, galery&#281; obrazów...</p>
+
+<p>Skierowa&#322; si&#281; spiesznie na pierwsze pi&#281;tro
+gmachu. Min&#261;wszy sal&#281; pierwsz&#261;, zatrzyma&#322; si&#281; w
+drugiej, male&#324;kiej. Dwa, dla&#324; osobi&#347;cie przepi&#281;kne, obra­zy
+zaj&#281;&#322;y ca&#322;kiem jego uwag&#281;.</p>
+
+<p>Na jednym z nich, w aureoli blasków nad g&#322;o­w&#261;,
+umar&#322;a, cicha, po fali sennej p&#322;yn&#281;&#322;a posta&#263; blada z
+twarz&#261; anielsk&#261; i &#322;agodn&#261;, - to s&#322;awne dzie&#322;o
+Delaroche'a "La jeune Martyre". Wisia&#322;o ono na prawo, równolegle
+z wej&#347;ciem do salki, na &#347;cianie za&#347; bocznej od tego
+wej&#347;cia, w lewo, od innych odbija&#322;o wdzi&#281;kiem, p&#281;dzla
+"Girodet - Trioson'a" Przebudzenie Apollina, pi&#281;knego, jak
+marzenie, w posta­wie le&#380;&#261;cej, pogr&#261;&#380;onego we &#347;nie
+g&#322;&#281;bokim. Na cudne ­oblicze boga Olimpu i zamkni&#281;te jego
+&#378;renice, z wysoka, prostopad&#322;y pada&#322; promie&#324;
+&#347;wiat&#322;a!.. Roman po chwili ruszy&#322; dalej...</p>
+
+<p>Mija&#322; teraz z wolna jedne za drugiemi olbrzy­mie sale.</p>
+
+<p>A w salach tych milcz&#261;cych, wielkich, unosi&#322;
+si&#281; jakby nadprzyrodzony jaki&#347; duch idei pi&#281;kna, zakl&#281;ty,
+olbrzymi i bra&#322; despotycznie w posiadanie ka&#380;dego, kto korzy&#322;
+si&#281; przed kultem sztuki, czyja dusza, drgnieniem zachwytu,
+wyci&#261;ga&#322;a w ekstazie ku jej nie&#347;miertelnemu czarowi
+pragn&#261;ce swe ra­miona!</p>
+
+<p>Najpierwsi mistrzowie szko&#322;y w&#322;oskiej, fla­mandzkiej,
+francuskiej, hiszpa&#324;skiej i innych - wielcy w swym majestacie, w aureoli
+wiekopom­nej s&#322;awy, wygl&#261;dali z ram dzie&#322;ami, niewidzial­n&#261;
+d&#322;oni&#261; zatrzymywali, jakby przed sob&#261;, mó­wi&#261;c,
+zdawa&#322;o si&#281;, do Romana dumnie: - "podzi­wiaj nas!.."</p>
+
+<p>Id&#261;c wci&#261;&#380; przed siebie w ten sposób,
+dotar&#322; wkrótce Dzier&#380;ymirski, do sal ostatnich.</p>
+
+<p>By&#322;o ich dwie; w jednej, pod&#322;u&#380;nej, wielkiej,
+a tak zwanej "Rubensa", pe&#322;no by&#322;o przepysznych obrazów,
+wzi&#281;tych przewa&#380;nie z &#380;ycia królowej Ma­ryi Medici - w drugiej,
+przedostatniej i mniejszej, nosz&#261;cej miano "Van-Dycka",
+zwróci&#322;y uwag&#281; Roma­na, w&#347;ród kilkunastu mo&#380;e dzie&#322;
+tego mistrza, por­trety: Dzieci Karola I-go; jego samego, stoj&#261;cego na tle
+krajobrazu, obok giermka, z rumakiem, i kardyna&#322;a Richelieu'go,
+ca&#322;ego w purpurze.</p>
+
+<p>Dotar&#322;szy do ko&#324;ca pa&#322;acowych sal,
+Dzier&#380;ymir­ski pu&#347;ci&#322; si&#281; w powrotn&#261; drog&#281;,
+zagl&#261;daj&#261;c tam i ówdzie, id&#261;c, wracaj&#261;c -
+b&#322;&#261;dz&#261;c w&#347;ród tych drze­mi&#261;cych w chwale w&#322;asnej,
+nieprzeliczonych dzie&#322; p&#281;dzla - tworów talentu ludzi cenionych i wiel­kich...</p>
+
+<p>Setki obrazów przeoczonych, nowych, zast&#281;powa&#322;y mu
+drog&#281;...</p>
+
+<p>I Dzier&#380;ymirski przystawa&#322; ci&#261;gle...
+Zachwyca&#322; si&#281; niejednym obrazem, ust&#281;puj&#261;cym mo&#380;e
+innym, pod wzgl&#281;dem pi&#281;kna, lecz przemawiaj&#261;cym &#380;ywiej do
+indywidualnego jego poczucia i poj&#281;cia sztuki.</p>
+
+<p>Tak wi&#281;c w jednej z sal zatrzyma&#322; si&#281;
+d&#322;u&#380;ej &#347;liczn&#261; g&#322;ówk&#261; szko&#322;y francuskiej,
+"Greuz'a", z&#322;otaw&#261;blond, z oczyma, wzniesionemi smutnie, w
+za­my&#347;leniu b&#322;&#261;dz&#261;cemi gdzie&#347; daleko, mo&#380;e w idea­&#322;ów
+niepochwytnych krainie, z wyrazem twarzy, tchn&#261;cym melancholi&#261; i
+rozmarzeniem...</p>
+
+<p>Tam&#380;e równie&#380; zaj&#281;&#322;y go dwa obrazy
+tego&#380; mi­strza: pierwszy "La laitičre" przedstawia&#322;
+rozwo&#380;&#261;­c&#261; nabia&#322; m&#322;od&#261; wiwandyerk&#281; -
+wspart&#261;, w zadumie cichej, o karego z bia&#322;ym &#322;bem konia; drugi
+pod tytu&#322;em: "Rozbity dzban", wdzi&#281;czny nad wyraz,
+wyobra&#380;a&#322; dziewcz&#261;tko w bieli... W&#322;osy mia&#322;a ona roz­czesane
+skromnie na dwie strony, stroi&#322;o je bia&#322;e kwiecie, - w fartuszku
+ró&#380;owo - blade ró&#380;e, na r&#281;ku zawieszony rozbity niebacznie
+dzban, a w ca&#322;ej twa­rzyczce miluchnej nieporównany wyraz dziecinnej
+naiwnej rozpaczy.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski coraz szybciej wymija&#322; sale; nie ­znalaz&#322;
+si&#281; w galeryi pod&#322;u&#380;nej i olbrzymiej, w kszta&#322;cie
+salonowego korytarza, szerokiego i prze­stronnego.</p>
+
+<p>Na &#347;cianach wisia&#322;o tu wiele pi&#281;knych okazów;
+mi&#281;dzy innemi zatem dzie&#322;a Rafaela Sanzio, jak na przyk&#322;ad ­portret
+Joanny d'Aragon, w purpurowej sukn­i, przetkanej z&#322;otem, &#346;-go Jana
+Chrzciciela, oraz &#347;liczny portrecik m&#322;odego cz&#322;owieka, o
+w&#322;osach blond, w czapeczce czarnej, podpartego, w zamy&#347;leniu i
+par&#281; innych tego&#380; mistrza.</p>
+
+<p>Patrzy&#322;y tu równie&#380; na Romana rz&#281;dem liczne
+dzie&#322;a Marina, jak Urodzenie Naj&#347;wi&#281;tszej Panny Maryi, cud San
+Diego, czyli anielska kuchnia... Opodal obraz, przypisywany malarzowi
+hiszpa&#324;skiemu Ribe­rze, wyst&#281;powa&#322; z ram postaci&#261;
+umar&#322;ego Chrystusa, o twarzy przedziwnie spokojnej, w wypoczynku jak­by po
+bólu pozostaj&#261;cej - z cia&#322;em ran pe&#322;nem, ocie­kaj&#261;cem, zda
+si&#281;, krwi&#261; ciep&#322;&#261; jeszcze... Bitwa Sal­vatora Rosy
+tam&#380;e n&#281;ci&#322;a oko realizmem i groz&#261; - dziesi&#261;tki, setki
+obrazów zatrzymywa&#322;y spojrzenie, a wreszcie dwa z nich najbardziej;
+p&#281;dzla Leonarda da Vinci: Jan Chrzciciel i Bachus...</p>
+
+<p>Oba przedstawia&#322;y ciemnookich, pi&#281;knych m&#322;o­dzianów,
+o bujnie i naturalnie kr&#281;c&#261;cych si&#281; w&#322;osach, cerze
+&#347;niadej i dziwnie wiele, mówi&#261;cych twarzy, zbli­&#380;onych rysami do
+siebie...</p>
+
+<p>Obrazy te, w ogólnym zarysie, równie&#380; zlewa­&#322;y
+si&#281; ze sob&#261;. Nag&#322;em skojarzeniem my&#347;li, przypomnia&#322;y
+one Romanowi, podobnie&#380; nieco traktowan&#261; g&#322;ow&#281; o
+w&#322;osach, z&#322;otawo - miedzianych, p&#281;dzla Ferra­ri'ego, w
+Pinakotece Medyola&#324;skiej. Przedstawia&#322;a ona Matk&#281;
+Bo&#380;&#261;, ca&#322;&#261; w czerwieni, z przechylon&#261; w ty&#322;
+g&#322;ow&#261; i przymkni&#281;temi oczyma, z wyrazem nadziem­skiego upojenia,
+gdy Dzieci&#261;tko Jezus równocze&#347;nie wyci&#261;ga przed siebie w
+przestrze&#324; swe r&#261;czyny male&#324;kie, jak gdyby niemi pochwyci&#263;
+co&#347; w powietrzu pragn&#281;&#322;o...</p>
+
+<p>I z przypomnieniem tem nagle do duszy Dzier­&#380;ymirskiego
+sp&#322;yn&#281;&#322;a fala wspomnie&#324;...</p>
+
+<p>Mign&#261;&#322; mu wi&#281;c przed wewn&#281;trznym
+wzrokiem duszy Medyolan, rodzinne gniazdo matki i tam "Cimitero
+Monumentale", gdzie zapomniane przeze&#324; le&#380;a&#322;y jej prochy,
+wreszcie rysy matczyne, jak &#380;ywe, przesz&#322;emi latami zamglone...</p>
+
+<p>Z powiewem za&#347; lat tych minionych, z
+przesz&#322;o&#347;ci tchnieniem, w mózgu Romana znowu za&#347;widrowa&#322;y
+wyrzuty sumienia, dawne - te same. </p>
+
+<p>Zadumany, powraca&#322; Dzier&#380;ymirski, kieruj&#261;c
+si&#281; w olbrzymie sale ku wyj&#347;ciu, opanowany na nowo -
+wewn&#281;trzn&#261; trosk&#261; - niezdolny obecnie po prostu patrze&#263; na
+dzie&#322;a sztuki.</p>
+
+<p>Poza tem zreszt&#261; i czasu na to nie by&#322;o... Za­mykano
+ju&#380; Luwr.</p>
+
+<p>Spieszono si&#281; powszechnie. Rozrzuceni tam i ów­
+tury&#347;ci - malarze, dyletanci p&#281;dzla, kopiuj&#261;cy tu
+zapami&#281;tale od samego rana na rozstawionych sta­lugach wsz&#281;dy,
+ha&#322;a&#347;liwie sk&#322;adali swe przybory, a odg&#322;os ich rozmów,
+zarówno jak i kroki odchodz&#261;cej t&#322;umnie gromady ludzkiej,
+przeci&#261;g&#322;em echem od­bija&#322;y si&#281; o &#347;ciany i
+pró&#380;ni&#281; olbrzymich sal mu­zeum.</p>
+
+<p>Wyludnia&#322;y si&#281; one nader szybko; niebawem ci­sza
+utula&#263; zacz&#281;&#322;a stopniowo twory cz&#322;owieczego geniusza, a
+jeden jeszcze samotny i niewidzialny pozosta&#322; tu tylko, zda si&#281;, król
+Pi&#281;kna - bóg Sztuki!..</p>
+
+<p>W dziesi&#281;&#263; mo&#380;e minut pó&#378;niej
+Dzier&#380;ymirski wychodzi&#322; na ulic&#281;, gdzie zoczywszy niebawem napis
+podziemnej kolejki elektrycznej zwanej : "Metropolitain­", po
+schodach spuszcza&#263; si&#281; zacz&#261;&#322; ku stacyi.</p>
+
+<p>Zag&#322;&#281;biony w my&#347;lach, kupi&#322; Roman
+machinal­nie bilet na prawo jazdy i wyszed&#322; na peron podziemnej
+poczekalni. W g&#322;owie jego, w&#347;ród my&#347;li wielu,
+nieukszta&#322;towany jeszcze, niewyra&#378;ny, zakie&#322;kowa&#322; projekt
+opuszczenia Pary&#380;a, nieprzedstawiaj&#261;cego dla&#324; ju&#380; teraz,
+jako pobyt, celu &#380;adnego, i udania si&#281; do  -  Medyolanu...</p>
+
+<p>W tej samej chwili, z chrz&#281;stem, &#347;wistem,
+wpad&#322; na platform&#281; zr&#281;czny, ma&#322;y, elektryczny poci&#261;g
+miejski.</p>
+
+<p>- Louvre!.. Louvre!.. - wrza&#347;ni&#281;to dono&#347;nie,
+kilkana&#347;cie drzwiczek u wagonów otworzy&#322;o si&#281; spiesznie...
+Wysypa&#322;a si&#281; z nich garstka ludzi, partya druga szybko
+zaj&#281;&#322;a ich miejsce, Dzier&#380;ymirski wsko­czy&#322; za innymi do
+poci&#261;gu, z wielkim po&#347;piechem, nie min&#281;&#322;a bowiem minuta,
+gdy ju&#380; zatrza&#347;ni&#281;to na ­powrót z ha&#322;asem u wagoników
+wszystkie drzwiczki.</p>
+
+<p>Kolejka ruszy&#322;a z miejsca p&#281;dem prawie, zanu­rzy&#322;a
+si&#281; i znikn&#281;&#322;a, jak zmyta, w o&#347;wietlonej gdzieniegdzie
+tylko elektrycznemi lampami czelu&#347;ci ciemnej podziemnego tunelu,
+biegn&#261;cego, jak wiadomo, pod wi&#281;ksz&#261; cz&#281;&#347;ci&#261;
+nadsekwa&#324;skiej stolicy.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<center>-----------</center>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Letnie, upalne popo&#322;udnie drzema&#322;o jeszcze nad
+ziemi&#261;, skwarne jednak s&#322;o&#324;ca promienie zni&#380;a&#263;
+si&#281; ju&#380; poczyna&#322;y stopniowo...</p>
+
+<p>Ochoczo uwija&#322;y si&#281; po polach dziewcz&#281;ta robo­cze,
+w swych krótkich kolorowych spódnicach i haftowanych barwnie koszulach - z
+sierpami w r&#281;ku, &#380;n&#261;c zbo&#380;e, uk&#322;adaj&#261;c je w snopy
+i kopy, a z &#322;&#261;k i &#322;anów dalszych odzywa&#322;o si&#281; od czasu
+do czasu ryt­miczne ostrze&#380;enie kos i ich chrz&#281;st w &#347;lad za tem,
+&#347;cinaj&#261;cy trawy, owsy i j&#281;czmienie, rozlega&#322; si&#281; echem
+miarowem.</p>
+
+<p>W otaczaj&#261;ce go, t&#281;tni&#261;ce ruchem i prac&#261;
+pola zapatrzony, na ciemnem tle parku nieposzlakowanie bia&#322;y ­
+milcz&#261;co ws&#322;uchiwa&#322; si&#281; dwór gowartowski w od­g&#322;osy,
+id&#261;ce z &#322;anów dalekich.</p>
+
+<p>Na werandzie, w g&#322;&#281;bokim fotelu siedzia&#322;a
+marsza&#322;kowa Warnicka, pracuj&#261;c z zaj&#281;ciem nad robótk&#261;
+r&#281;czn&#261;; dalej nieco, w parku, poprzez drzewa alei miga&#322;a jasna
+letnia suknia kobieca i sylwetka siedz&#261;cego obok niej m&#281;&#380;czyzny;
+przez otwarte na &#347;cie­&#380;aj wreszcie tu&#380; ko&#322;o balkonu okno
+saloniku dolaty­wa&#322;y dwa m&#281;skie g&#322;osy, zmieszane z miarowemi
+uderzeniami kul bilardowych.</p>
+
+<p>W saloniku owym grali w karambole &#321;ady­&#380;y&#324;ski
+z Krasnostawskim.</p>
+
+<p>- Patrz, m&#322;odzie&#324;cze, i ucz si&#281;! - mówi&#322;
+w tej chwili pan Emil, pochylony nad bilardem.</p>
+
+<p>Bia&#322;a bila jego, musn&#261;wszy poprzednio lewy bok
+czerwonej drugiej kuli, wraca&#322;a w&#322;a&#347;nie teraz pos&#322;uszna,
+dotykaj&#261;c lekko stoj&#261;cej opodal trzeciej &#380;ó&#322;tej bili.</p>
+
+<p>- Aha!.. - wykrzykn&#261;&#322; z tryumfem
+&#321;ady&#380;y&#324;ski. - Uderzenie znakomite, a rzadkie, jak kruk
+bia&#322;y!..</p>
+
+<p>Spojrza&#322; na Krasnostawskiego. Ten ostatni, bez
+ceremonii zwrócony do okna, sta&#322; gdzie&#347; zapatrzony, przez
+grzeczno&#347;&#263; w ostatniej tylko chwili obróciwszy si&#281; szybko ku
+mówi&#261;cemu.</p>
+
+<p>- Barbarzy&#324;co! - wykrzykn&#261;&#322;
+&#321;ady&#380;y&#324;ski, obu­rzony szczerze.</p>
+
+<p>- Jak to? - pyta&#322; zdziwiony dalej. - Na se­ryo zatem
+nie widzia&#322;e&#347; pan wcale ?</p>
+
+<p>- Ale có&#380; znowu, i owszem! - zaprotestowa&#322;
+Krasnostawski, zmieszany nieco.</p>
+
+<p>Partner z pod oka spojrza&#322; na m&#322;odzie&#324;ca i
+mruk­n&#261;&#322; z&#322;o&#347;liwie:</p>
+
+<p>- Co pan ciekawego wypatrujesz w&#347;ród alei? Nikt tam,
+que je sache, nie spaceruje, prócz Oli i kochanego Topolsia, hrabiego na
+Szcz&#281;snojej... A tu tymczasem straci&#322;e&#347; pan coup de maître, cug
+i&#347;ci&#281; wspania&#322;y...</p>
+
+<p>I wskazuj&#261;c d&#322;oni&#261; stoj&#261;ce kule,
+obja&#347;ni&#322; ju&#380; spokojnie:</p>
+
+<p>- Przez czerwon&#261;... Zamiast zwyczajno-pospolicie ­-
+ty&#322;em, przez pi&#281;&#263; band, i serya notabene gotowa ­-
+pochwali&#322; si&#281;.</p>
+
+<p>- Wiele mam? - zapyta&#322; po chwili. - A, prawda... -
+odpowiedzia&#322; sam sobie pan Emil, - osiemdzie­si&#261;t sze&#347;&#263;!...
+Przepad&#322;e&#347; pan z kretesem. Za chwil&#281; - requiescat in pace!..</p>
+
+<p>Przy tych s&#322;owach, &#321;ady&#380;y&#324;ski
+pochyli&#322; si&#281; znów bilardem. Pod wprawnem uderzeniem jego kija, dotykane,
+cofane, kierowane zr&#281;cznie, posypa&#322;y si&#281; nie­bawem liczne
+karambole.</p>
+
+<p>Krasnostawski, od pocz&#261;tku partyi kilkakrotnie do gry
+zaledwie dopuszczony, ziewn&#261;&#322; skrycie, znu&#380;ony.</p>
+
+<p>- Ta zdradzi&#322;a Radziwi&#322;&#322;a!.. -
+wykrzykn&#261;&#322; w tej chwili pan Emil. - Chybi&#322;em - graj pan!..</p>
+
+<p>Krasnostawski z kolei zrobi&#322; kilka do&#347;&#263;
+umiej&#281;tnych karamboli.</p>
+
+<p>- Brawo, bravissimo! - potakiwa&#322;
+&#321;ady&#380;y&#324;ski ­- Z jakim przestajesz, takim si&#281; stajesz,
+niedar­mo tak g&#322;osi przys&#322;owie...</p>
+
+<p>A ze znawstwem, &#347;ledz&#261;c dalej uwa&#380;nie
+gr&#281; part­nera, dorzuci&#322; jeszcze, w rodzaju pochwa&#322;y:</p>
+
+<p>- Czo&#322;em, czo&#322;em!.. Wst&#281;pujesz w me
+&#347;lady.... bardzo dobrze, wcale nie&#378;le!...</p>
+
+<p>Krasnostawski, z przymusem, u&#347;miechn&#261;&#322;
+si&#281; lek­ko, po paru uderzeniach wreszcie chybi&#322;.</p>
+
+<p>- Przesz&#322;a, min&#281;&#322;a, jak sen jaki z&#322;oty!
+- zadeklamowa&#322; &#321;ady&#380;y&#324;ski, z patosem. - zgubiony&#347;
+m&#322;odzie&#324;cze! - dorzuci&#322;, i pochyli&#322; si&#281; nad suknem
+zielonem.</p>
+
+<p>- Gram z ty&#322;u - poinformowa&#322; - ostatni, &#347;mier­telny
+cios...</p>
+
+<p>Pchni&#281;ta, nakredowan&#261; poprzednio starannie,
+muszk&#261; kija - bia&#322;a kula, obleciawszy szereg band, w skomplikowanej
+geometrycznej figurze - niebawem pokorna, grzeczna, za jednem uderzeniem,
+musn&#281;&#322;a cicho dwie pozosta&#322;e bilardowe kule.</p>
+
+<p>- N, i... ni - c'est fini !.. - odsapn&#261;&#322; z
+ulg&#261; pan Emil.</p>
+
+<p>- No, teraz siadamy! - ci&#261;gn&#261;&#322; dalej.-
+Dzi&#281;­kuj&#281; panu za party&#281;! - poda&#322; uprzejmie r&#281;k&#281;
+Krasnostawskiemu, poczem wyj&#261;&#322; papiero&#347;nic&#281;.</p>
+
+<p>- S&#322;u&#380;&#281; panu! - rzek&#322;,
+wyci&#261;gaj&#261;c j&#261; w stron&#281; m&#322;odego cz&#322;owieka.</p>
+
+<p>- Dzi&#281;kuj&#281; bardzo! - odpar&#322; Krasnostawski,
+sk&#322;oniwszy si&#281; grzecznie, wzi&#261;&#322; papierosa, podsu­waj&#261;c
+jednocze&#347;nie &#321;ady&#380;y&#324;skiemu zapalon&#261; zapa&#322;k&#281;.
+- Merci! - mrukn&#261;&#322; pan Emil. - Ha, zmacha­&#322;em si&#281; nie
+gorzej od mo&#322;odycy, na polu przy bura­kach! - westchn&#261;&#322;.</p>
+
+<p>Usiedli, i zapanowa&#322;o chwilowe milczenie.</p>
+
+<p>W ciszy pokoju s&#322;ycha&#263; by&#322;o teraz
+wyra&#378;nie je­dnostajne brz&#281;czenie much; zni&#380;aj&#261;ce si&#281;
+s&#322;o&#324;ce &#347;cieli&#322;o swe promienie po zielonej powierzchni
+bilardowego sukna - salonik ton&#261;&#322; ca&#322;y w
+pó&#322;&#347;wiat&#322;ach ko&#324;­cz&#261;cego si&#281; letniego
+popo&#322;udnia.</p>
+
+<p>Nagle firanki u okien poruszy&#322;y si&#281; gwa&#322;to­wnie
+- kto&#347; drzwi otwiera&#322;...</p>
+
+<p>Na progu, w szarem sukiennem, liberyjnem ubra­niu,
+stan&#261;&#322; lokajczyk, m&#322;ode ch&#322;opi&#281;...</p>
+
+<p>- Zamykaj, do kro&#263;set! - zagrzmia&#322;
+&#321;ady&#380;y&#324;ski, porzuciwszy silny przeci&#261;g i zwróci&#322;
+si&#281; równocze&#347;nie do Krasnostawskiego. - Ma pan jeszcze ochot&#281; na
+partyjk&#281;?... bo ja - to nie!</p>
+
+<p>- O, ja równie&#380;! - odpar&#322; szybko Krasnostawski ­-
+Zreszt&#261; nie mog&#281;, mam dzisiaj pilne zaj&#281;cie jeszcze i
+wraca&#263; musz&#281;! - &#379;egnam pana! - dorzuci&#322; ­uprzejmie i
+powstawszy, wyci&#261;gn&#261;&#322; r&#281;k&#281; do
+&#321;ady&#380;y&#324;skiego.</p>
+
+<p>- Adieu!.. - od niechcenia, ale grzecznie, nie ruszaj&#261;c
+si&#281; z miejsca, odwzajemni&#322; mu ten&#380;e u&#347;cisk d&#322;oni.</p>
+
+<p>Krasnostawski, niby szukaj&#261;c czego&#347; po pokoju,
+zbli&#380;y&#322; si&#281; zr&#281;cznie do okna, pos&#322;awszy wywiadowczy
+wzrok raz jeszcze do ogrodu.</p>
+
+<p>Siedz&#261;c wci&#261;&#380; na swem miejscu,
+&#321;ady&#380;y&#324;ski &#347;ledzi&#322; spod okna, a usta skrzywi&#322;y mu
+si&#281; przy tem sarkastycznie.</p>
+
+<p>- Có&#380; to tak zapami&#281;tale pan szukasz? -
+rzuci&#322; ironicznie - serca, czy g&#322;owy?</p>
+
+<p>- O, nie... tylko kapelusza!.. - odci&#261;&#322;
+ch&#322;odno Krasnostawski, i rzuciwszy siedz&#261;cemu powtórnie
+po&#380;egnanie uprzejme, wyszed&#322; z saloniku.</p>
+
+<p>- Hm... hm!.. - mrukn&#261;&#322; do siebie stary kawaler, i
+powsta&#322;.</p>
+
+<p>- Wyczy&#347;&#263; bilard szczotk&#261; tak, jakem ci&#281;
+nauczy&#322; na wskos, nicponiu!.. - rozkaza&#322; kr&#281;c&#261;cemu si&#281;
+po pokoju lokajczykowi, i strzepn&#261;wszy ubranie, opu&#347;ci&#322;
+bilardow&#261; salk&#281;, zmierzaj&#261;c ku werandzie.</p>
+
+<p>- Zawsze przy pracy, pani marsza&#322;kowo! - powita&#322;
+siedz&#261;c&#261; przy robótce pani&#261; Melanj&#281; i usiad&#322; wygodnie
+na bujaj&#261;cym si&#281; fotelu.</p>
+
+<p>- No, i pan, panie Emilu, pracowa&#322;e&#347; tak&#380;e -
+u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; &#322;agodnie matrona. - St&#261;d
+s&#322;ysza&#322;am, jak stuka&#322;y karambole i post&#281;powa&#322;
+ra&#378;no wyk&#322;ad gry bilardowej...</p>
+
+<p>- Ano, trudno!.. Trzeba poucza&#263; m&#322;odych! -
+odpar&#322; pan Emil i u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; swoim zwyczajem. ­A
+gdzie&#380; to m&#322;oda para? - rzuci&#322;.</p>
+
+<p>Marsza&#322;kowa nie zrozumia&#322;a pytania. - Jak to? - ­zdziwi&#322;a
+si&#281;.</p>
+
+<p>- No, pani Ola i kochany hrabicz! - obja&#347;ni&#322;
+niedbale, ko&#322;ysz&#261;c si&#281; leciutko w fotelu.</p>
+
+<p>- Aaa !.. - za&#347;mia&#322;a si&#281; marsza&#322;kowa -
+s&#261; w ogrodzie - doda&#322;a spokojnie. - A pan Boles&#322;aw gdzie&#380;
+si&#281; znajduje? - zapyta&#322;a z kolei.</p>
+
+<p>- Przegrawszy party&#281; karamboli i pos&#322;awszy
+trzydzie&#347;ci i jedno spojrze&#324; t&#281;sknych w stron&#281; ogro­du i
+przechadzaj&#261;cych si&#281; tam ludzi, uciek&#322; do do­mu -
+odpowiedzia&#322; pan Emil.</p>
+
+<p>- &#379;e te&#380; pan ci&#261;gle tak samo niepoprawny i
+zawsze musi widzie&#263; co&#347; niepotrzebnego! - obru­szy&#322;a si&#281;, z
+widocznem niezadowoleniem, marsza&#322;­kowa.</p>
+
+<p>- To tak tylko dla kontrastu z pani&#261; marsza&#322;­kow&#261;!
+- odpar&#322; s&#322;odziutkim tonem, uk&#322;adnie pan Emil i
+u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; szyderczo.</p>
+
+<p>- No, no!.. - udobruchana nieco, pokiwa&#322;a g&#322;o­w&#261;
+staruszka. - &#379;eby to tylko tak by&#322;o w istocie ! - Ale&#380; upewniam
+pani&#261; marsza&#322;kow&#281; - pod­chwyci&#322; &#321;ady&#380;y&#324;ski.
+- Wracaj&#261;c jednak do poprze­dniej prozy &#380;ycia, i jego wypadków -
+ci&#261;gn&#261;&#322; wol­no - ciekawym, czemu ten Roman nie wraca?..</p>
+
+<p>- A! - &#380;ywo odpar&#322;a pani Warnicka. -
+Zapomnia&#322;am powiedzie&#263; panu... Wczoraj wieczorem by&#322; list od
+niego... Donosi, &#380;e z Ostendy, dok&#261;d uda&#322; si&#281; prosto z
+Pary&#380;a, dla odpoczynku, przyby&#322; ju&#380; do Mediolanu, gdzie zabawi
+d&#322;u&#380;ej...</p>
+
+<p>- Hm, hm! - chrz&#261;kn&#261;&#322; pan Emil. - &#379;e
+te&#380; prezesuniowi kochanemu nie t&#281;skno: do &#380;ony primo, do mnie -
+secundo, to si&#281; wydziwi&#263; temu nie mo­g&#281; - wyg&#322;osi&#322;
+ca&#322;kiem seryo.</p>
+
+<p>Marsza&#322;kowa na te s&#322;owa u&#347;miechn&#281;&#322;a
+si&#281; do siebie, w milczeniu, &#321;ady&#380;y&#324;ski mówi&#322; za&#347;
+dalej, wydobywszy zegarek z kieszeni:</p>
+
+<p>- Patrzcie pa&#324;stwo, ju&#380; wpó&#322; do ósmej!.. O
+wpó&#322; do szóstej zacz&#281;li&#347;my gra&#263; z Krasnostawskim partyj­k&#281;,
+a pani&#261; marsza&#322;kow&#281; pozostawili&#347;my wszyscy tu na balkonie
+samotn&#261;... Tiens... tiens... jak to czas leci.</p>
+
+<p>Pan Emil spojrza&#322; na ogród, szukaj&#261;c co&#347;
+oczyma i w tej&#380;e samej chwili zerkn&#261;&#322; na marsza&#322;kow&#281;.
+Ta ostatnia równie&#380; wys&#322;a&#322;a spojrzenie do par­ku.
+Z&#322;o&#347;liwie nieco wykrzywi&#322; usta pan Emil i wpa­trzy&#322;
+si&#281; badawczo w twarz staruszki, lecz ta oboj&#281;tnie ­ca&#322;kiem
+odwróci&#322;a po chwili g&#322;ow&#281; i ko&#324;czy&#322;a spokojnie
+robótk&#281;.</p>
+
+<p>Zapanowa&#322;o milczenie.</p>
+
+<p>- Dziwny aforyzm przychodzi mi do g&#322;owy! - odezwa&#322;
+si&#281; &#321;ady&#380;y&#324;ski, w par&#281; minut pó&#378;niej.</p>
+
+<p>- Bardzo, ciekawam, co tam znowu przychodzi panu do
+g&#322;owy?.. - za&#347;mia&#322;a si&#281; staruszka.</p>
+
+<p>- Pi&#281;kna kobieta - wyg&#322;osi&#322; z patosem pan
+Emil - to cz&#281;stokro&#263; wcielenie &#347;lepego trafu igraszki!.. Obdarza
+ona bowiem królewsk&#261; sw&#261; &#322;ask&#261; nie zas&#322;u&#380;onych,
+lecz szcz&#281;&#347;liwych, cho&#263; wszyscy, ni­by gracze, pragn&#281;liby w
+duchu wygra&#263; najwy&#380;sz&#261; tylko stawk&#281;...</p>
+
+<p>Siwe oczy marsza&#322;kowej na chwil&#281;
+zab&#322;ys&#322;y ro­zumnie, i odpar&#322;a lekko, w tym samym tonie:</p>
+
+<p>- Ho-ho, co za porównania, jaka poezya na­gle objawi&#322;a
+si&#281; w panu! - pochwali&#322;a ironicznie i doda&#322;a: - Ja nie wiem,
+doprawdy, czy potrafi&#281;, skromna, wznie&#347;&#263; si&#281; na takie
+wy&#380;yny... Lecz i mnie rów­nie&#380;, dziwnym zbiegiem okoliczno&#347;ci,
+aforyzm &#347;wita w my&#347;li:</p>
+
+<p>I po chwili pani Melanja wyg&#322;osi&#322;a z przyciskiem:</p>
+
+<p>- Podejrzliwo&#347;&#263; - to wcielenie satanizmu!..
+Oczerni&#263;, zbruka&#263; potrafi najczystsze, &#347;nie&#380;ne jagni&#281;,
+tem gorsze za&#347; ono, &#380;e uwierz&#261; mu ludzie, goni&#261;cy, z
+rozkosz&#261;, za obmow&#261;, cho&#263;by ni&#261; by&#322; i fa&#322;sz wie­rutny!..</p>
+
+<p>- Les beaux esprits se rencontrent! - wyce­dzi&#322; w
+pó&#322;uk&#322;onie pan Emil, i zamilk&#322;.</p>
+
+<p>- No, &#380;egnam kochanego pana! - odpowie­dzia&#322;a
+marsza&#322;kowa, i powsta&#322;a ci&#281;&#380;ko z fote­lu. - Id&#281; -
+ci&#261;gn&#281;&#322;a - wyda&#263; rozporz&#261;dzenia do wieczerzy, bo
+gosposia nasza, jak widz&#281;, zapomnia&#322;a si&#281; dzisiaj, a pana - tu
+uczyni&#322;a r&#281;k&#261; niewyra&#378;ny ruch w powietrzu - pozostawiam sam
+na sam z aforyzmami!.. - za&#347;mia&#322;a si&#281; przy tem staruszka
+z&#322;o&#347;li­wie nieco, i znik&#322;a we drzwiach salonowych.</p>
+
+<p>&#321;ady&#380;y&#324;ski, po wyj&#347;ciu
+marsza&#322;kowej, zapali&#322; pa­pierosa i zamaszy&#347;cie pocz&#261;&#322;
+ko&#322;ysa&#263; si&#281; na biegunach fotelu.</p>
+
+<p>- &#346;miej si&#281;, &#347;miej, babule&#324;ko! -
+mrukn&#261;&#322; z cicha. - Ja mam swój rozum i w&#281;ch &#347;wietny. O, co
+do tego, to zapewni&#263; mog&#281;, &#380;e nos mam wyborny!.. -
+dotkn&#261;&#322; twarzy, za&#347;mia&#322; si&#281; do siebie, wci&#261;gn&#261;&#322;
+po­wietrze, i powstawszy, zeszed&#322; po stopniach schodów balkonu.</p>
+
+<p>Spojrza&#322; znowu na zegarek i mrukn&#261;&#322;:</p>
+
+<p>- Ósma dochodzi... Sapristi, o czem&#380;e dwie i pó&#322;
+godziny sam na sam mówi&#263; ze sob&#261; mog&#261; dwo­je m&#322;odych ludzi,
+je&#347;li nie o mi&#322;o&#347;... Psst! - sykn&#261;&#322; g&#322;o&#347;no i
+po&#322;o&#380;y&#322; sobie na ustach palce. - Podejrzliwo&#347;&#263;
+albowiem jest to wcielenie satanizmu... i tak dalej, - doko&#324;czy&#322;, i
+za&#347;mia&#322; si&#281; znowu cicho. - No, zobaczymy! - szepn&#261;&#322; do
+siebie jeszcze i skie­rowa&#322; si&#281; do ogrodu.</p>
+
+<p>S&#322;o&#324;ce zachodzi&#322;o w&#322;a&#347;nie.
+Bia&#322;e &#347;ciany gowartowskiego domu gorza&#322;y czerwieni&#261;,
+b&#322;yszcza&#322;y, z&#322;oci&#322;y si&#281; okna, dach blaszany
+&#380;arzy&#322; si&#281;, jak g&#322;ownia, a tam w parku, w oddali,
+wstydliwie zaró&#380;owia&#322;y si&#281;, rumieni&#322;y brzozy, mieni&#322;y
+od gasn&#261;cych pro­mieni, w odblaski polerowanej miedzi, d&#281;by, lipy,
+topole...</p>
+
+<p>&#321;ady&#380;y&#324;ski, zag&#322;&#281;bia&#322; si&#281;
+dalej i dalej w ogród, id&#261;c krokiem pewnym, a&#380; znik&#322;,
+poch&#322;oni&#281;ty cieniami ciemnawej ju&#380;, drzew wierzcho&#322;kami
+zros&#322;ej ze sob&#261; alei; poszukiwania jego jednak mia&#322;y
+spe&#322;zn&#261;&#263; na niczem. M&#322;odej pary, jak j&#261; pan Emil
+&#380;artami nazwa&#322;, nie by&#322;o ju&#380; w ogrodzie.</p>
+
+<p>Topolski i Ola, przed pó&#322; godzin&#261;, znalaz&#322;szy
+si&#281; na skraju parku i &#322;anów szerokich, opu&#347;cili ogrodow&#261;
+alej&#281;, poci&#261;gni&#281;ci wspó&#322;wzajemnie czarem prze­chadzki po
+zielonej, biegn&#261;cej w&#347;ród pól, ugorów, &#322;&#261;czce, w
+przedwieczornej &#347;wie&#380;o&#347;ci sk&#261;panej ca&#322;ej. </p>
+
+<p>Gaw&#281;dz&#261;c, &#347;miej&#261;c si&#281; i
+przekomarzaj&#261;c na ­przemian bezustannie, oddalili si&#281; oni nawet
+ju&#380; do&#347;&#263; ode dworu, nie spostrzeg&#322;szy tego natural­nie
+wcale.</p>
+
+<p>Wbrew zapowiedzi, danej pani Oli jeszcze na raucie,
+przy&#347;pieszy&#322; Topolski swój przyjazd do odziedziczonych w pobli&#380;u
+Gowartowa dóbr swoich "Szcz&#281;­snaja".</p>
+
+<p>Bawi&#322; ju&#380; tu przesz&#322;o od sze&#347;ciu
+tygodni, b&#281;d&#261;c nader cz&#281;stym go&#347;ciem osamotnionej
+prezesowej Dzier&#380;ymirskiej; Ola za&#347;, nie maj&#261;ca prawie tu ni
+rozrywki, ni towarzystwa &#380;adnego, zazwyczaj niezmiernie mu rada by&#322;a.</p>
+
+<p>Topolski za&#347; ze swej strony podoba&#263; si&#281;
+móg&#322; tylko. Og&#322;adzonych form &#347;wiatowych, przystojny i mi&#322;y,
+by&#322; równie&#380; bardzo inteligentnym, a lekki pok&#322;ad idealnego
+marzycielstwa, w kontra&#347;cie po&#322;&#261;czony ze szczypt&#261;
+sceptycyzmu, czyni&#322; go interesuj&#261;­cym bardzo, szczególniej dla
+kobiet. W kole p&#322;ci pi&#281;knej czu&#322; si&#281; zawsze panem...
+Posiadaj&#261;c wra&#380;li­wo&#347;&#263; czu&#322;ostkow&#261;
+przyrodzon&#261;, rozumia&#322; on kobiety przytem stokro&#263; lepiej od
+innych m&#281;&#380;czyzn, odczuwa&#322; je subtelnie, - w podbijaniu za&#347;
+serc niewie&#347;cich, cierpliwem i umiej&#281;tnem, - mistrzem go nazy­wano.</p>
+
+<p>Pró&#380;niacze &#380;ycie jego, zjadaj&#261;cego dochody
+"pan­ka", zabarwione tylko z lekka tam i ówdzie dyletanckiem
+zainteresowaniem si&#281; sztuk&#261;, oraz podró&#380;owaniem po &#347;wiecie
+- sk&#322;ada&#322;o si&#281; te&#380; przewa&#380;nie z krót­szych lub
+d&#322;u&#380;szych mi&#322;ostek, z &#322;a&#324;cucha: "bonnes fortunes",
+które, jak ogniwa, ze sob&#261; bezustannie &#322;&#261;czy&#263; sie
+stara&#322;. </p>
+
+<p>Poznawszy Ol&#281; Dzier&#380;ymirsk&#261;, Topolski po­stanowi&#322;
+zdoby&#263; j&#261; nieodzownie. W tym celu wi&#281;c dowiedziawszy si&#281; o
+bytno&#347;ci Romana Dzier&#380;ymirskiego za granic&#261;, przyspieszy&#322;
+wyjazd na Ukrain&#281;, i od dwóch ju&#380; niespe&#322;na miesi&#281;cy
+pracowa&#322; wytrwale, powoli, ze znawstwem swej sztuki, cegie&#322;ka za
+cegie&#322;k&#261;, buduj&#261;c swe przysz&#322;e, jak nazywa&#322; -
+szcz&#281;&#347;cie!</p>
+
+<p>Z pocz&#261;tku by&#322;o mu niezmiernie trudno skie­rowa&#263;,
+pchn&#261;&#263; Ol&#281;, cho&#263; nieznacznie tylko, na swe tory.</p>
+
+<p>Gra ta, z&#322;o&#380;ona z setek subtelnych odcieni,
+opartych na gruntownej znajomo&#347;ci "kobiety," parokrotnie srodze
+zawiod&#322;a go z Ol&#261; Dzier&#380;ymirsk&#261;. Lecz po paru ju&#380;
+tygodniach uczu&#322; Topolski wreszcie grunt pod nogami, aczkolwiek jeszcze
+bardzo niepewny. Tryumfowa&#322; skrycie - i szed&#322; dalej...</p>
+
+<p>Dzi&#347; za&#347;, po tygodniach sze&#347;ciu pobytu,
+mia&#322; on ju&#380; za sob&#261; ma&#322;&#261; przesz&#322;o&#347;&#263; w
+tym wzgl&#281;dzie; mi&#281;dzy nim, a Ol&#261; mianowicie bieg&#322;a ni&#263;
+trwa&#322;a obcowania wzajemnego, wspólnych rozmów, docieka&#324;, paradoksów,
+okre&#347;le&#324; - gar&#347;&#263; faktów jednak na pozór nic nie
+znacz&#261;cych prawie...</p>
+
+<p>A wi&#281;c, na przyk&#322;ad, gdy w gronie osób po­stronnych,
+trzecich, toczy&#322;a si&#281; rozmowa o temacie, poruszonym ju&#380; przez
+nich dwojga niegdy&#347; w pogaw&#281;dce sam na sam wspólnej - czy to w
+zakresie sztuk­i, literatury, muzyki, czy wreszcie w dziedzinie wypadków
+pospolitych codziennego &#380;ycia - usta ich u&#347;mie­cha&#322;y si&#281;
+nieznacznie, a równocze&#347;nie oczy spotyka&#322;y si&#281;,
+pos&#322;uszne...</p>
+
+<p>To znów kiedy indziej, nim jedno z nich zd&#261;&#380;y­&#322;o
+wymówi&#263; my&#347;l jak&#261;&#347;, cz&#281;stokro&#263; drugie,
+chwyta&#322;o j&#261; szybko ju&#380; w lot i na nie wypowiedziane, a przeczute
+s&#322;owa, dawa&#322;o trafn&#261; odpowied&#378;, lub rzuca&#322;o aforyzm
+dwuznaczny, maj&#261;cy li tylko dla nich dwoj­ga znaczenie, dla innych
+niezrozumia&#322;y cz&#281;sto wca­le - poruszaj&#261;cy za&#347; sob&#261;
+wspomnienie, zdarzenie osobiste, wspólne...</p>
+
+<p>Szukali si&#281; wzajemnie równie&#380;, unikaj&#261;c towa­rzystwa
+drugich, pragn&#261;c zawsze by&#263; ze sob&#261;, wy&#322;&#261;cznie sami.</p>
+
+<p>A po za tem? Och, okre&#347;li&#263; nawet trudno. </p>
+
+<p>Dziesi&#261;tki, setki, tysi&#261;ce male&#324;kich,
+nik&#322;ych zda­rze&#324;, powik&#322;a&#324;, chwil, chwilek, s&#322;ów, s&#322;ówek,
+gestów, drgnie&#324; twarzy, u&#347;miechów, niedomówionych spojrze&#324;,
+u&#347;ci&#347;nie&#324; d&#322;oni, przyja&#378;niejszych, czulszych - w
+niesko&#324;czono&#347;&#263; biegn&#261;c, zacie&#347;nia&#322;y ich dwie
+duchowe ja&#378;nie coraz bardziej, mota&#322;y ich ze sob&#261; i z nit­ki
+pocz&#261;tkowo pojedynczej tylko, czas uprz&#261;d&#322; tkanin&#281;
+prz&#281;dz&#281; niewidzialn&#261;, a nierozerwaln&#261; ju&#380; jednak, co
+silnie, a trwale z&#322;&#261;czy&#322;a ich w ko&#324;cu ze sob&#261;!</p>
+
+<p>I Topolski, b&#322;&#261;kaj&#261;cy si&#281; z
+pocz&#261;tku w swej grze trudnej zapl&#261;ta&#322; si&#281; sam wkrótce, nie
+wiedz&#261;c nawet kiedy, w zastawione zr&#281;cznie na Ol&#281; sieci.</p>
+
+<p>Serce w nim obudzi&#322;o si&#281; po raz pierwszy mo&#380;e
+w &#380;yciu!.. On, motyl niesta&#322;y, powierz­chownie tylko kochliwy, w
+ka&#380;dej zam&#281;&#380;nej, wdzi&#281;cznej buzi - zakocha&#322; si&#281;
+na seryo w Oli!</p>
+
+<p>Dzi&#347; od dwóch godzin przesz&#322;o, w s&#322;ów dobie­ranych
+szermierce, flirtowa&#322; z ni&#261; - teraz ju&#380; dla&#324; ukochan&#261;,
+a przez to samo upragnion&#261; jeszcze bar­dziej.</p>
+
+<p>Mówili dnia tego jak zwykle o literaturze, mu­zyce i sztuce,
+to jest o tem, co zajmowa&#322;o ich wspólnie najbardziej w krainie, oderwanej
+od prz&#281;dzy codziennego &#380;ycia.</p>
+
+<p>On wspomina&#322; i opowiada&#322; barwnie wra&#380;enia
+licznych podró&#380;y, dowcipkowa&#322;, &#347;mia&#322; si&#281;, przytomny
+bezustannie gry swojej; Ola s&#322;ucha&#322;a mówi&#322;a, opowiada&#322;a z
+kolei wiele sama... Jak w z&#322;ocie &#322;anów zbo&#380;a, jednostajnem od
+maków purpurowych i b&#322;awatnych chabrów, roi&#322;o si&#281; w tej ich
+s&#322;ów gaw&#281;dzie od dwuznaczników, w lekk&#261; form&#281; obleczonych
+ze strony Topolskiego o&#347;wiadczyn i pó&#322;s&#322;ówek - po&#322;owicznem
+niedomówieniem wiele mówi&#261;­cych nieraz rzeczy!..</p>
+
+<p>Przed chwil&#261;, s&#322;o&#324;ce u&#322;o&#380;y&#322;o
+si&#281; do snu. To­polski ko&#324;czy&#322; jednocze&#347;nie wywo&#322;ane faktem
+tym opowiadanie wspomnienia, tycz&#261;cego si&#281; wschodu s&#322;o&#324;ca
+obserwowanego z wierzcho&#322;ka góry "Mont Blanc," spowiadaj&#261;c
+si&#281; z wra&#380;enia podnios&#322;ego, doznanego wysoko!..</p>
+
+<p>S&#322;owa pe&#322;ne zapa&#322;u, efektowne, zamar&#322;y
+mu w&#322;a&#347;nie na ustach, na których spojrzeniem ca&#322;em zawis&#322;a
+artystyczna dusza id&#261;cej obok niego kobiety. </p>
+
+<p>Zapanowa&#322;o pomi&#281;dzy niemi chwilowe milczenie: </p>
+
+<p>Ze stepu tymczasem, z &#322;anów, p&#322;yn&#281;&#322;y
+wonie zbó&#380;, i polnych kwiatów; &#380;aby i chru&#347;ciele odzywa­&#322;y
+si&#281; w moczarach &#322;&#261;czki - czar letniego gasn&#261;cego dnia
+chwyta&#322; za dusz&#281;...</p>
+
+<p>- Wie pan, &#380;e&#347;my porz&#261;dnie od domu daleko! - ­pierwsza
+weso&#322;o za&#347;mia&#322;a si&#281; Ola.</p>
+
+<p>- A tak? - zadziwi&#322; si&#281; niby Topolski. - To
+wracajmy! - rzek&#322; niech&#281;tnie.</p>
+
+<p>Zawrócili. Szli wolno czas jaki&#347;, pomimo woli
+zamy&#347;leni.</p>
+
+<p>- Tak, pani - przemówi&#322; Topolski, sna&#263;
+b&#322;&#261;­dz&#261;c jeszcze my&#347;l&#261; hen, daleko, na szczytach Alp,
+w Szwajcaryi - wra&#380;enie to by&#322;o tak silnem, i&#380; nie zapomn&#281;
+go do ko&#324;ca &#380;ycia. - I wie pani? - dorzuci&#322;, z u&#347;miechem
+dziwnym i nag&#322;ym - o czem mimo woli pomy&#347;la&#322;em w owej uroczystej
+chwili, gdy pierwszy promyk s&#322;o&#324;ca oz&#322;oci&#322; cypl
+&#347;nie&#380;ny "Mont Blanc?" Nigdy pani nie zgadnie.</p>
+
+<p>- No, ciekawam bardzo? - zapyta&#322;a Ola i spoj­rzenie
+pi&#281;kne utkwi&#322;a w twarzy m&#322;odego cz&#322;o­wieka.</p>
+
+<p>- O kobiecie!.. - odrzek&#322; Topolski, i za&#347;mia&#322;
+si&#281;; nie otrzymawszy za&#347; na to &#380;adnej odpowiedzi, spojrza&#322;
+po chwili spod oka na Ol&#281;.</p>
+
+<p>Z pi&#281;knej twarzy m&#322;odej kobiety, jakby odp&#281;­dzany
+umy&#347;lnie, pierzcha&#322; cie&#324; wyra&#378;nego niezadowolenia; Topolski
+si&#281; spostrzeg&#322;, i&#380; post&#261;pi&#322; niezr&#281;cznie,
+wiedzia&#322; bowiem z wieloletniej praktyki do­skonale, &#380;e nie
+nale&#380;y nigdy wobec kobiety, o któ­rej wzgl&#281;dy ci chodzi,
+wspomina&#263; dobitnie, &#380;e przed ni&#261; by&#322;a inna. Poprawi&#322;
+si&#281; natychmiast.</p>
+
+<p>- To jest... &#378;le mówi&#281;!.. - rzek&#322; seryo
+ca&#322;kiem, u&#347;miechn&#261;wszy si&#281; atoli w duchu do siebie - o
+kobiecie, nie jednostce, bynajmniej my&#347;la&#322;em wówczas, ale o ogólnym w
+niej symbolu kobieco&#347;ci!..</p>
+
+<p>- Jak to! nie rozumiem dobrze pana... - zdzi­wi&#322;a
+si&#281; Ola. - Có&#380; bowiem wspólnego ma wschód s&#322;o&#324;ca...</p>
+
+<p>- O, i bardzo! - przerwa&#322; Topolski - przynaj­mniej dla
+mnie... Bo gdy, stoj&#261;c na wysoko&#347;ciach niebotycznych, -
+ci&#261;gn&#261;&#322;, zapalaj&#261;c si&#281; do s&#322;ów w&#322;asnych -
+ujrza&#322;em nagle, jak zaró&#380;owiona silnie ju­trzenka prys&#322;a snopem
+promieni, jak ca&#322;uj&#261;c jakby po ­prostu okoliczne szczyty,
+niepokalane, &#347;nie&#380;ne - obj&#281;&#322;a w ramiona zwyci&#281;skie
+&#347;wiat ca&#322;y, tak rozpromie­niony za jej przybyciem, tak wyra&#378;nie
+szcz&#281;&#347;liwy! - Topolski umilk&#322; na chwil&#281;...</p>
+
+<p>- Skojarzeniem my&#347;li, mo&#380;e dziwnem w istocie w
+Chwili danej - ko&#324;czy&#322; ju&#380; spokojniej - porówna&#322;em
+majestatyczne, królewskie s&#322;o&#324;ce do uczucia ko­biety -
+mi&#322;o&#347;ci bezbrze&#380;nej, wielkiej, która równie&#380; sw&#261;
+pot&#281;g&#261; i blaskiem rozja&#347;ni&#263;, uszcz&#281;&#347;liwi&#263;
+mo&#380;e cz&#322;owieka, tak, jak "ono," tam, na wysoko&#347;ciach -
+&#347;wiat ca&#322;y!..</p>
+
+<p>- Och, jaki&#380; poeta z pana! - zauwa&#380;y&#322;a, z
+u&#347;miechem, Ola i umilk&#322;a, poczem jednak dorzuci&#322;a ca&#322;kiem
+powa&#380;nie:</p>
+
+<p>- Aczkolwiek mnie osobi&#347;cie na razie my&#347;l ta do
+g&#322;owy nie przysz&#322;aby mo&#380;e, gdybym si&#281; tam znajdowa&#322;a
+na pa&#324;skiem miejscu, rozumiem j&#261; jednak i odczuwam doskonale...</p>
+
+<p>- Prawda? - uradowany mimo woli podchwyci&#322; Topolski. -
+Pani przyznaje - ci&#261;gn&#261;&#322;, - &#380;e egzystuje poniek&#261;d w
+poj&#281;ciach tych analogia pewna... S&#322;uchaj&#261;c pani jednak,
+przychodzi mi do g&#322;owy jedno spostrze&#380;enie... - zatrzyma&#322;
+si&#281;...</p>
+
+<p>- Musia&#322;a pani - i instynktownie Topolski na­da&#322;
+g&#322;osowi brzmienie &#322;agodne, czu&#322;e - w &#380;yciu swem kocha&#263;
+kogo&#347; bardzo...</p>
+
+<p>- Dlaczego? - zapyta&#322;a z u&#347;miechem Ola.</p>
+
+<p>- Bo inaczej nie zrozumia&#322;a i nie odczu&#322;aby pani
+wra&#380;enia mego! - rzuci&#322; po francusku Topolski.</p>
+
+<p>- Kocha&#322;am! - odpar&#322;a stanowczo, w tym&#380;e
+j&#281;­zyku, Ola.</p>
+
+<p>- Kogó&#380;, je&#347;li spyta&#263; wolno i je&#347;li to
+nie jest &#380;adn&#261; tajemnic&#261; stanu?</p>
+
+<p>- M&#281;&#380;a! - odpar&#322;a po polsku, lakonicznie Ola,
+patrz&#261;c ironicznie nieco Topolskiemu prosto w twarz. Ten ostatni
+skrzywi&#322; si&#281; z lekka.</p>
+
+<p>- Ach, ja nie my&#347;la&#322;em o tem zgo&#322;a...
+M&#281;&#380;a powinno si&#281; kocha&#263;... Zreszt&#261; - u&#347;miechn&#261;&#322;
+si&#281; z&#322;o­&#347;liwie - u&#380;y&#322;a pani czasu przesz&#322;ego...
+Kocha&#322;am, j'ai aimé - ci&#261;gn&#261;&#322; ironicznie, - wszak, o ile
+mnie pa­mi&#281;&#263; grammatyki francuzkiej nie zawodzi, to passé défini... -
+zaakcentowa&#322; wyraz ostatni.</p>
+
+<p>- Och, jak&#380;e pan &#322;apiesz za s&#322;owa! -
+za&#347;mia&#322;a si&#281; nieszczerze troch&#281; Ola. - Przy tem
+zapragn&#261;&#322;e&#347; pan pochwali&#263; si&#281; znajomo&#347;ci&#261;
+francuskiej grammatyki, i nie uda&#322;o si&#281;... J'ai aimé - to passé,
+indéfini - odci&#281;&#322;a.</p>
+
+<p>- Ach, alors votre amour, madame... est inde­fini? - nie
+pozosta&#322; d&#322;u&#380;nym Topolski.</p>
+
+<p>- Ech, niezno&#347;nym si&#281; pan stajesz! -
+za&#347;mia&#322;a si&#281; m&#322;oda kobieta. - Ot lepiej, niech pan spojrzy
+na prawo - wskaza&#322;a ruchem r&#281;ki niebo, widocznie pra­gn&#261;c
+zmieni&#263; temat rozmowy. - Jakie pi&#281;kne chmurki, nieprawda&#380;?..</p>
+
+<p>Topolski wolno zwróci&#322; g&#322;ow&#281;, we wskazanym kierunku.</p>
+
+<p>- Prze&#347;liczne! - potwierdzi&#322;.</p>
+
+<p>Niby zaró&#380;owione, zdrowe, w aureoli z&#322;ocistych
+w&#322;osów, buziaczki zasypiaj&#261;cych rz&#281;dem obok siebie smacznie
+dorodnych dziatek, uk&#322;ada&#322;y si&#281; do snu na
+niebieskawo-per&#322;owem tle nieba ob&#322;oczki ma&#322;e, koralowo-z&#322;ote,
+- zakl&#281;te jakby cudownie w ostatnim odblasku &#347;pi&#261;cego ju&#380;
+s&#322;o&#324;ca.</p>
+
+<p>D&#322;u&#380;szy czas stali Topolski z Ol&#261;, zapatrzeni
+w gr&#281; &#347;wiate&#322; wieczora; po niejakim&#347; czasie, odwróciwszy
+wzrok od nich, kobieta spojrza&#322;a przed siebie.</p>
+
+<p>- Regardez! - przerwa&#322;a milczenie swym mile
+brzmi&#261;cym g&#322;osem. - Wszak to Krasnostawski, prawda? - zwróci&#322;a
+si&#281; do towarzysza, pokazuj&#261;c mu ruchem g&#322;owy
+zbli&#380;aj&#261;cego si&#281; p&#281;dem ku nim je&#378;d&#378;ca.</p>
+
+<p>- Tak. Zdaje si&#281;, &#380;e to ja&#347;nie pan
+plenipotent pomyka - odpar&#322; z przek&#261;sem Topolski, z
+zaakcentowan&#261; rozmy&#347;lnie oboj&#281;tno&#347;ci&#261; w g&#322;osie. </p>
+
+<p>Tymczasem kasztanek z&#322;otawy, parskaj&#261;c cicho,
+przemkn&#261;&#322; tu&#380; ko&#322;o nich i ruchem uprzejmym, aczkolwiek
+ch&#322;odnym nieco, i nie zatrzymuj&#261;c si&#281; wcale, sk&#322;oni&#322;
+si&#281; Krasnostawski stoj&#261;cej parze. </p>
+
+<p>Topolski i Ola w &#347;lad zatem ruszyli powoli miejsca,
+rozmawiaj&#261;c znów &#380;ywo ze sob&#261;, je&#378;dziec za&#347;, na wskos
+przeci&#261;wszy &#322;&#261;czk&#281;, wspina&#263; si&#281; zacz&#261;&#322;
+po pochy&#322;o&#347;ci jaru. Z lekkiego pocz&#261;tkowo pod gór&#281;
+truchcika, ko&#324; przeszed&#322; w wolnego st&#281;pa...</p>
+
+<p>W ciszy wieczornej, do uszu Krasnostawskiego dochodzi&#322;y
+wyra&#378;nie s&#322;owa i &#347;miechy id&#261;cej &#322;&#261;czk&#261; pary.</p>
+
+<p>M&#322;ody cz&#322;owiek, uderzywszy gniewnie konia butami i
+spicrut&#261;, pochwyci&#322; cugle, i pomkn&#261;&#322; dalej...</p>
+
+<p>- &#379;e te&#380; im nigdy nie zbraknie tematu do rozmowy!
+- mrukn&#261;&#322;.</p>
+
+<p>Obecno&#347;&#263; ci&#261;g&#322;a Topolskiego przy Oli
+gniewa&#322;a niepomiernie m&#322;odego plenipotenta. Zna&#322; on, jak
+wiadomo, dzisiejsz&#261; dziedziczk&#281; Gowartowa od lat blisko
+dziesi&#281;ciu. Dziewcz&#281;ciem jeszcze podoba&#322;a mu si&#281; ona
+bardzo.</p>
+
+<p>A potem?.. Wszak pami&#281;ta doskonale t&#281; chwil&#281;,
+gdy dowiedzia&#322; si&#281; on od starego Gowartowskiego, &#380;e Ola
+uciek&#322;a z Dzier&#380;ymirskim... Dziwnego, och, niepoj&#281;tego dla&#324;
+nawet, na razie dozna&#322; wówczas wra&#380;enia! Po &#347;mierci za&#347;
+pana Januarego i przyje&#378;dzie m&#322;odych, przypadek bardziej jeszcze zbli&#380;y&#322;
+go do niej, a by&#322;o nim powtórzenie zbola&#322;ej córce dos&#322;ownie
+ostatnich chwil ojca i s&#322;ów jego, pe&#322;nych przebaczenia...</p>
+
+<p>Fakt ten, na pozór drobny, sta&#322; si&#281; jednak dla
+Krasnostawskiego wysoce powa&#380;nym, postawi&#322; go bowiem wobec nowych
+chlebodawców na przyjaznej, poufa&#322;ej niemal stopie, i takim dot&#261;d bez
+zmiany pozosta&#322;.</p>
+
+<p>Co rok, gdy Dzier&#380;ymirscy przyje&#380;d&#380;ali do
+siebie na wie&#347;, pierwszy wita&#322; ich na progu Krasnostawski,
+bywaj&#261;c potem zawsze stale co dzie&#324; niemal w Gowartowie...
+Dzier&#380;ymirscy traktowali go, jak równego im zupe&#322;nie, naturalnie,
+uprzejmie przyjmowali zawsze - bez ró&#380;nicy, o ka&#380;dej dnia porze, ze
+wzgl&#281;du za&#347; na dobre wychowanie jego, i wspomnienie, i&#380; do snu
+wiecznego zamkn&#261;&#322; by&#322; Gowartowskiemu powieki, uwa&#380;ano go
+nawet jakby za nale&#380;&#261;cego do rodziny.</p>
+
+<p>Czu&#322; si&#281; zatem m&#322;ody pan plenipotent w
+pa&#322;acu, jak u siebie w domu, zast&#281;powa&#322; mu on strzech&#281;
+rodzinn&#261;, której nie posiada&#322; wcale i trwa&#322;o tak rok rocznie
+przez kilka letnich miesi&#281;cy. Potem znów nast&#281;powa&#322;a dla&#324;
+d&#322;uga przerwa; - gospodarstwo, samotno&#347;&#263;, nuda i wyczekiwanie z
+upragnieniem chwili przyjazdu Dzier&#380;ymirskich! Powtarza&#322;o si&#281; to
+bezzmiennie przez lat ubieg&#322;ych par&#281;, i przez czas ten ca&#322;y
+sta&#322;a si&#281; rzecz, której z &#322;atwo&#347;ci&#261; domy&#347;le&#263;
+si&#281; mo&#380;na by&#322;o...</p>
+
+<p>Krasnostawski, dawniej Don-Juan wielkomiejski, jeszcze
+obecnie na wsi ba&#322;amuc&#261;cy wszystkie &#322;adniejsze dziewczyny w
+okolicy - niepostrze&#380;enie, pocz&#261;tkowo nie zdaj&#261;c sobie nawet
+wcale sprawy, zakocha&#322; si&#281; na zabój w swej pi&#281;knej, m&#322;odej
+dziedziczce i pani...</p>
+
+<p>&#321;atwe sercowe zdobycze pom&#347;ci&#322;y si&#281; na
+lekkomy&#347;lnym panu plenipotencie. Mi&#322;o&#347;&#263; prawdziwa, silno
+powali&#322;a go ju&#380; w drugim roku pobytu u Dzier&#380;ymirskich.</p>
+
+<p>Zabra&#322;a mu serce kobieta, dla niego ca&#322;kiem, i
+rzec mo&#380;na, na zawsze, niezdobyta, niepochwytna nawet, ze wzgl&#281;du
+warunków s&#322;u&#380;ebnej ró&#380;nicy po&#322;o&#380;enia jego w ogóle z
+jednej strony, a z drugiej - z powodu charakteru Oli, jak si&#281;
+zdawa&#322;o, bez skazy, niez&#322;omnych jej zasad, oraz bezgranicznej,
+niezmiennej, a dot&#261;d jedynej - mi&#322;o&#347;ci jej dla m&#281;&#380;a. </p>
+
+<p>Przebola&#322; zatem Krasnostawski wiele, lecz
+zapanowa&#322; nad sob&#261;. Nikt nie zbada&#322; dotychczas tajemnicy jego
+serca, nawet "ona."</p>
+
+<p>A dzi&#347;, uczucie drzemi&#261;ce i ukryte na dnie du­szy
+przed sarkazmem ócz i j&#281;zyków ludzkich, przeobrazi&#322;o si&#281;
+ju&#380; by&#322;o w prawdziwy kult... Codzienny go&#347;&#263; Gowartowa,
+Krasnostawski, poza obowi&#261;zka­mi, &#380;y&#322; "prawdziwie" w
+dniu godzin tylko kilka, t.j. tych par&#281; w&#322;a&#347;nie, podczas których
+obcowa&#322; z Ol&#261;, m&#322;oda kobieta za&#347; stan&#281;&#322;a w duszy
+jego, nie z&#322;o&#380;o­nej, nieprzesubtelnionej, lecz szczerej, pi&#281;knej
+i pro­stej - na piedestale &#347;wi&#281;to&#347;ci prawdziwej! Krasno­stawski
+modli&#322; si&#281; niemal do Oli!..</p>
+
+<p>I oto teraz przysz&#322;o mu cierpie&#263; podwójnie: do­t&#261;d
+odbiera&#322;a mu ubóstwian&#261; konieczno&#347;&#263; &#380;ycia, w po­staci
+m&#281;&#380;a... - Dzi&#347; przy boku jej si&#281; zjawi&#322; inny...
+Krasnostawski znienawidzi&#322; pana na Szcz&#281;snej...</p>
+
+<p>Zazdro&#347;&#263;, ta mi&#322;o&#347;ci siostrzyca,
+pochwyci&#322;a go w swe szpony krogulcze, dr&#281;cz&#261;c bez
+lito&#347;ci... M&#281;k&#281; t&#281; za&#347; powi&#281;ksza&#322;o jeszcze
+poczucie w&#322;asnej niemocy.</p>
+
+<p>My&#347;l&#261;c o tem po raz setny, Krasnostawski p&#281;­dzi&#322;
+wci&#261;&#380; szybko, nagl&#261;c niemi&#322;osiernie spicrut&#261;
+wierzchowca.</p>
+
+<p>- S&#322;ug&#261; jestem i na wieki s&#322;ug&#261;
+zostan&#281;!.. Psie &#380;ycie, psie!.. - rzuci&#322; g&#322;o&#347;no z
+gorycz&#261; obsza­rom, &#347;ni&#261;cym w mroku. - On mi j&#261; we&#378;mie,
+pokala, ja to czuj&#281;, przeczuwam!.. Lecz co czyni&#263; mam, co robi&#263;?
+- wo&#322;a&#322; do siebie wzburzony przyjaciel, do­mownik pa&#322;acowy
+Dzier&#380;ymirskich. - Zastrzeli&#322;bym go, to lisi&#261;tko! - mrukn&#261;&#322;
+ciszej.</p>
+
+<p>W tej samej chwili ko&#324; si&#281; potkn&#261;&#322;,
+Krasnostawski &#347;ci&#261;gn&#261;&#322; instynktownie cugle, i
+pocz&#261;&#322; jecha&#263; wolno.</p>
+
+<p>Woko&#322;o niego, otulony szarzyzn&#261; mroku, ko&#322;y­sa&#322;
+si&#281; step ma&#322;y, wysoka trawa &#322;echta&#322;a mu opuszczon&#261; w
+dó&#322; siod&#322;a r&#281;k&#281;. W oddali rysowa&#322;y si&#281; ju&#380;
+cienie folwarku Tomaszówki, tak zwanej ukrai&#324;skiej fermy,
+z&#322;o&#380;onej tylko z toku, to jest: stodó&#322;, spich­lerza, paru
+jeszcze zabudowa&#324; gospodarskich, i jego w&#322;asnego, niskiego,
+mieszkalnego domku - króluj&#261;cych w cieniu kilkunastu drzew w&#347;ród pól
+i &#322;anów szerokich.</p>
+
+<p>Krasnostawski zdj&#261;&#322; czapk&#281; i przetar&#322;
+chustk&#261; czo&#322;o. W kr&#261;g niego lata&#322;y tysi&#261;ce muszek
+ma&#322;ych, brz&#281;cza&#322;y &#380;a&#322;o&#347;nie roje komarów; b&#261;k
+gra&#322; gdzie&#347; w moczarach, a przepiórka zab&#322;&#261;kana,
+w&#281;druj&#261;ca jeszcze po polach, odzywa&#322;a si&#281; gdzie&#347;
+nie&#347;mia&#322;o sa­motna...</p>
+
+<p>Przejechawszy wolno kawa&#322;ek stepu, Krasnostawski
+pu&#347;ci&#322; si&#281; znów poprzez bodziaki i trawy szybkiego nader, tak
+zwanego sz&#322;apaka. Prychaj&#261;c nozdrzami, czuj&#261;c stajnie blisko,
+pomkn&#261;&#322; kasztan ochoczo. P&#281;dem powietrza i ko&#324;skiego biegu,
+wysokie trawy zako&#322;ysa&#322;y si&#281; trwo&#380;nie - zaszumia&#322;o na
+stepie...</p>
+
+<p>Lecz oto po chwili wierzchowiec skoczy&#322; w bok
+gwa&#322;townie: to uk&#322;adaj&#261;cy si&#281; ju&#380; do snu b&#322;ogiego
+zaj&#261;c pomkn&#261;&#322; mu chy&#380;o spod nóg i znik&#322; w wie­czornym
+mroku... Niebawem je&#378;dziec z koniem wpadli na trakt szeroki.</p>
+
+<p>- Zginie mi Ola moja ubóstwiana, najdro&#380;sza!.. A szkoda
+- szkoda! - szepta&#322; do siebie podniecony Krasnostawski.</p>
+
+<p>- Co czyni&#263;? jak przeszkodzi&#263; temu? - hucza&#322;o
+mu dalej w g&#322;owie.</p>
+
+<p>Lecieli wci&#261;&#380;... Domostwa Tomaszówki stawa&#322;y
+si&#281; coraz wyra&#378;niejsze, bli&#380;sze... Wymin&#261;&#322; ich wóz;
+jad&#261;cy w przeciwn&#261; stron&#281;, ch&#322;op pok&#322;oni&#322;
+si&#281; nisko, lec&#261;ce za wozem &#378;rebi&#281;
+przy&#322;&#261;czy&#322;o si&#281; do wierzchowej klaczy Krasnostawskiego.</p>
+
+<p>- Ksiou, ksiou, ksiou! - zawo&#322;a&#322; ch&#322;op
+przeci&#261;­gle: &#378;rebczyk zastrzyg&#322; uszami, prychn&#261;&#322; i
+zawróci&#322; galopem.</p>
+
+<p>- Ach, czemu&#380;, czemu&#380; nie wolno mi kocha&#263;
+ciebie, najdro&#380;sza? - wyrzuci&#322; z siebie Krasnostawski wymówk&#281;,
+pe&#322;n&#261; goryczy. - Ja bym ci&#281; oz&#322;oci&#322;, kl&#281;cza&#322;
+przed tob&#261; - zmiata&#322; proch u stóp twoich!..</p>
+
+<p>Je&#378;dziec z koniem, jak huragan, wpadli we wro­ta i na
+dziedziniec ma&#322;ego dworku. Zatrzymali si&#281;... Krasnostawski
+zeskoczy&#322; z kasztanka i hukn&#261;&#322; do­no&#347;nie.</p>
+
+<p>Niebawem zjawi&#322; si&#281; wyrostek, w rozchylonej
+koszuli, boso, odebrawszy wierzchowca, znik&#322; z nim pomi&#281;dzy
+strzechami pod&#322;u&#380;nych budynków; m&#322;ody cz&#322;owiek za&#347;,
+szepc&#261;c jeszcze smutnie co&#347; z cicha do siebie, schyliwszy
+g&#322;ow&#281;, wszed&#322; do wn&#281;trza ma&#322;ego, krytego
+s&#322;om&#261; dworku.</p>
+
+<p>Odemkn&#261;&#322; drzwi kluczem, a przest&#261;piwszy próg,
+zatrzasn&#261;&#322; je z ha&#322;asem. W &#347;lad za tem potar&#322;
+zapa&#322;k&#281;, a zapaliwszy lamp&#281;, zbli&#380;y&#322; si&#281; do
+biurka, stoj&#261;cego pod oknem, w&#347;ród skromnie umeblowanej izby,
+wybielonej, z niskim sufitem, o du&#380;ych wysta­j&#261;cych u pu&#322;apu
+belkach.</p>
+
+<p>- Nie mnie, marnemu pionowi, marzy&#263; i kocha&#263;, nie
+mnie!.. Do pracy, s&#322;ugo, p&#322;ac&#261; ci za to! -szepn&#261;&#322;
+Krasnostawski, z bezmiern&#261; gorycz&#261;. Roz&#322;o­&#380;ywszy
+jednocze&#347;nie na stole olbrzymi&#261; rachunkow&#261; ksi&#281;g&#281;,
+umoczy&#322; pióro w ka&#322;amarzu i usiad&#322; ci&#281;&#380;ko przed
+biurkiem.</p>
+
+<p>Cisza zaleg&#322;a pokoik. Przerywa&#322; j&#261; tylko sze­lest
+papieru i zgrzyt dono&#347;ny stalki w obsadce - cza­sami za&#347; akordem w
+t&#281; muzyk&#281; milczenia i pracy wplot&#322;o si&#281; z rzadka
+st&#322;umione westchnienie ciche.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<center>-------------</center>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Ukrai&#324;skie lato upalne dobiega&#322;o ko&#324;ca, zani­ka&#322;o,
+wypierane jesieni&#261; wczesn&#261;, w tym roku pi&#281;k­n&#261; bardzo -
+przezrocz&#261;...</p>
+
+<p>&#379;ycie w Gowartowie p&#322;yn&#281;&#322;o cicho, a dnie
+mi­ja&#322;y tutaj za dniami, wszystkie bez zmiany niemal bardzo do siebie
+podobne. &#321;ady&#380;y&#324;ski zatem tak samo zawsze szyderczy z
+marsza&#322;kow&#261; si&#281; sprzecza&#322; i rozmy&#347;lnie
+przeszkadza&#322; flirtowi Oli z Topolskim... Krasnostawski, t&#322;umi&#261;c
+w sercu ból, &#380;al, gorycz i za­zdro&#347;&#263;, przyje&#380;d&#380;a&#322;
+tu jak zwykle, co dzie&#324;, a bawi&#261;c w pa&#322;acu coraz krócej, po
+partyjce bilardu z panem Emilem, ucieka&#322; do swej w&#347;ród pól samotni.</p>
+
+<p>Czasem zajrza&#322; do Gowartowa kto&#347; z dalszych, lub
+bli&#380;szych s&#261;siadów, i jak to bywa zazwyczaj na wsi,
+zje&#380;d&#380;aj&#261;c ca&#322;ym rodzinnym taborem, na godzin kilka
+rozgaszcza&#322; si&#281; w pa&#322;acu. Dom ca&#322;y natural­nie zniewolonym
+by&#322; by&#263; na us&#322;ugi go&#347;ci, dzia&#322;o si&#281; to jednak
+zawsze ku wielkiemu zmartwieniu &#321;ady&#380;y&#324;skiego. Bywalec
+eleganckich miejskich salonów, z&#322;y chodzi&#322; wówczas z k&#261;ta w
+k&#261;t, ziewaj&#261;c skrycie i pokpiwaj&#261;c nieznacznie z przyby&#322;ych
+w go&#347;cin&#281;; s&#261;siadów Gowartowa nie lubia&#322; bowiem pan Emil i
+z góry stale traktowa&#322;, ochrzciwszy wszystkich rycza&#322;towo mianem
+"serwatki towarzyskiej"...</p>
+
+<p>W niedziel&#281; wszyscy z pa&#322;acu je&#378;dzili do
+ko&#347;cio&#322;a - w tygodniu, dla ubarwienia jednostajnego
+sk&#261;din&#261;d &#380;ycia, oddawano s&#261;siedzkie wizyty... Pan Emil
+wtedy zostawa&#322; zawsze w domu, a namawia­j&#261;c panie, by jecha&#322;y,
+stara&#322; si&#281; zwykle wybra&#263; na to dzie&#324;, w którym
+spodziewa&#322; si&#281; odwiedzin Topolskiego.</p>
+
+<p>Hrabia ze Szcz&#281;snej, przyje&#380;d&#380;aj&#261;cy
+teraz, re­gularnie, co drugi dzie&#324; prawie, stawia&#322; si&#281; wów­czas
+niezmiennie. &#321;ady&#380;y&#324;ski, u&#347;miechni&#281;ty
+z&#322;o&#347;liwie, przyjmowa&#322; go z otwartemi ramiony, do karamboli
+natychmiast werbowa&#322;, nic najcz&#281;&#347;ciej przy tem nie mówi&#261;c o
+wyje&#378;dzie pa&#324;, wymijaj&#261;c zr&#281;cznie jego pytania w tym
+wzgl&#281;dzie. Dopiero pó&#378;niej, po partyi, wychodzi&#322; na chwil&#281;,
+wraca&#322;, i spokojnie oznajmia&#322; mu o tem, mniej wi&#281;cej w ten sposób:
+&#8222;Wszak hra­bia kochany o panie mnie si&#281; pyta&#322;? n'est ce pas?
+Pardon... na &#347;mier&#263; zapomnia&#322;em... wyobra&#378; pan sobie,
+wyjecha&#322;y przed godzin&#261; na spacer, pewny by&#322;em... A tu,
+concevez... Dowiaduj&#281; si&#281; w&#322;a&#347;nie, i&#380; pal­n&#281;&#322;y
+sobie wizytk&#281;!.."</p>
+
+<p>Topolski rad nie rad niebawem odje&#380;d&#380;a&#322;, pan
+Emil za&#347;, ironiczny, zjadliwej uprzejmo&#347;ci pe&#322;ny, odprowadziwszy
+go do powozu - zaciera&#322; r&#281;ce z ra­do&#347;ci.</p>
+
+<p>Pomimo jednak usi&#322;owa&#324; zr&#281;cznych
+&#321;ady&#380;y&#324;skiego, stosunek Topolskiego i Oli zacie&#347;nia&#322;
+si&#281; co­raz bardziej; przyja&#378;&#324; fermentowa&#322;a ju&#380;,
+pot&#281;gowa&#322;a za&#347; stosunek ten przed&#322;u&#380;ana coraz bardziej
+nieobec­no&#347;&#263; Dzier&#380;ymirskiego, od którego, po li&#347;cie
+oznajmiaj&#261;cym wyjazd do Medyolanu - nie by&#322;o zgo&#322;a &#380;ad­nej
+wiadomo&#347;ci.</p>
+
+<p>By&#322; wieczór letni, koj&#261;cy, cichy...</p>
+
+<p>W pa&#322;acu gowartowskim zgaszono ju&#380; wszystkie ­&#347;wiat&#322;a,
+prócz jednego - w jadalni, gdzie marsza&#322;kowa przegl&#261;da&#322;a
+&#347;wie&#380;e gazety. Niebawem od­&#322;o&#380;ywszy je na bok, ze
+zm&#281;czonych oczu staruszka zdj&#281;&#322;a okulary, a przetar&#322;szy
+powieki, powsta&#322;a i skie­rowa&#322;a si&#281; ku balkonowi.</p>
+
+<p>Tam, wzi&#261;wszy w r&#281;k&#281; lask&#281;, zesz&#322;a
+do ogrodu, zag&#322;&#281;biwszy si&#281; w jedn&#261; z cienistych alei.</p>
+
+<p>Ola, Topolski i nieodst&#281;pny ich satelita, pan Emil,
+u&#380;ywali przeja&#380;d&#380;ki &#322;ódk&#261; po stawie, w t&#261; stro­n&#281;
+wi&#281;c skierowa&#322;a kroki marsza&#322;kowa. Wkrótce przed ni&#261;
+zaszkli&#322;a si&#281; tafla stawu, staruszka usiad&#322;a na &#322;aweczce i
+pos&#322;a&#322;a spojrzenie w dal...</p>
+
+<p>Do uszu jej jednocze&#347;nie, w wieczornej ciszy
+wyra&#378;na, dolecia&#322;a pie&#347;&#324;, &#347;piewana zgodnie silnym
+m&#281;skim tenorem Topolskiego i cieniutkim sopranem Oli, z
+przeci&#261;g&#322;em do wtóru gwizdaniem pana Emila. Barka znalaz&#322;a
+si&#281; niebawem po&#347;rodku stawu. Pie&#347;&#324;, urwana nagle,
+zcich&#322;a, marsza&#322;kowa krzykn&#281;&#322;a, jak tylko mog&#322;a
+najg&#322;o&#347;niej: - Hop!.. hop!..</p>
+
+<p>- By... waj! - odpowiedzia&#322; natychmiast pan Emil,
+rozleg&#322;y si&#281; szybsze uderzenia wiose&#322;, plusk wody i
+&#322;ód&#378; chy&#380;o kierowa&#263; si&#281; pocz&#281;&#322;y ku brzegowi,
+&#321;ady&#380;y&#324;ski po chwili przy&#322;o&#380;y&#322; do oczu
+r&#281;k&#281; i krzykn&#261;&#322;; </p>
+
+<p>- Per Bacco! Wszak to pani marsza&#322;kowa!.. </p>
+
+<p>- O, ciociu! Czemu&#380; cioteczka przysz&#322;a a&#380;
+tutaj? Jak&#380;e mo&#380;na... wilgo&#263; ze stawu, opary niezdrowe! - ­rozleg&#322;
+si&#281; z kolei cieniuchny g&#322;osik Oli.</p>
+
+<p>- Nic, dziecko, nie szkodzi... Posiedz&#281; sobie, taki
+&#347;liczny i ciep&#322;y wieczór... Jed&#378;cie, jed&#378;cie, jak si&#281;
+zm&#281;cz&#281;, to powróc&#281;! - odkrzykn&#281;&#322;a pani Melania.</p>
+
+<p>- E, có&#380; znowu? - zagrzmia&#322; basem
+&#321;ady&#380;y&#324;ski. - I my wracamy. Ksi&#281;&#380;yc zreszt&#261;
+dzi&#347; niecnota nie dopisuje i chowa si&#281; ci&#261;gle... Naprzód!.. -
+zako­menderowa&#322; dono&#347;nie.</p>
+
+<p>- Nieprawda&#380;? - doda&#322; ciszej, zwracaj&#261;c
+si&#281; ku siedz&#261;cej w &#322;ódce m&#322;odej parze.</p>
+
+<p>- Ale&#380; naturalnie! - potwierdzi&#322;a szybko Ola,
+widz&#261;c, i&#380; Topolski milczy dyplomatycznie. - Cio­teczka zazi&#281;bi
+si&#281;, jak j&#261; pozostawimy tu d&#322;u&#380;ej, a sama do domu tak
+rych&#322;o nie pójdzie...</p>
+
+<p>Po chwili, &#322;ód&#378; stan&#281;&#322;a u brzegu. -
+Ciotuniu, je­ste&#347;my.. - &#380;ywo krzykn&#281;&#322;a Ola, i wysiedli
+wszyscy. </p>
+
+<p>Topolski z Ol&#261; poszli naprzód, pan Emil za&#347;
+pozosta&#322;, systematycznie u&#322;o&#380;ywszy wios&#322;a i zamkn&#261;wszy
+na klucz k&#322;ódk&#281; u &#322;a&#324;cucha, przytwierdzonego do barki,
+poczem zapali&#322; z wolna papierosa.</p>
+
+<p>- Pa -nie E - mi - lu! Wra -ca - my! - rozleg&#322; si&#281;
+z góry, na brzegu, wo&#322;aj&#261;cy g&#322;osik Dzier&#380;ymirskiej. </p>
+
+<p>- Id&#281;, id&#281;! - odpowiedzia&#322; w ten sam sposób
+Emil, nie ruszy&#322; si&#281; jednak wcale. Po chwili warkn&#261;&#322; do
+siebie pó&#322;g&#322;osem:</p>
+
+<p>- O, nie podoba mi si&#281; coraz wi&#281;cej ten farbowany
+na hrabicza! Lecz swoj&#261; drog&#261; po­zycya moja tutaj jest w
+zupe&#322;no&#347;ci idyotyczn&#261;... Mar­sza&#322;kowa, jak &#347;lepa: nic
+nie widzi; on, w&#347;ciek&#322;y, z&#281;bami na mnie po cichu zgrzyta ona
+si&#281; d&#261;sa... Que diable! Nie by&#322;em dot&#261;d nigdy stró&#380;em
+cnót m&#322;o­dych m&#281;&#380;atek!..</p>
+
+<p>I &#321;ady&#380;y&#324;ski wzruszy&#322; ramionami, poczem
+z wol­na skierowa&#322; si&#281; ku pa&#322;acowi.</p>
+
+<p>Pozosta&#322;a za&#347; trójka by&#322;a ju&#380; daleko.
+Topolski podawa&#322; kornie rami&#281; marsza&#322;kowej, Ola sz&#322;a obok
+niego - rozmawiali wszyscy &#380;ywo i weso&#322;o; niebawem znale&#378;li
+si&#281; na werandzie i usiedli, zm&#281;czeni nieco przechadzk&#261;.</p>
+
+<p>Topolski, zatrzymany i uproszony przez panie, zostawa&#322;
+na noc w Gowartowie, obecnie za&#347; namawia&#322; Ol&#281; do zagrania na
+fortepianie.</p>
+
+<p>- Ale kiedy mówi&#281; panu - broni&#322;a si&#281;,
+&#347;miej&#261;c, m&#322;oda kobieta, - &#380;e teraz w&#322;a&#347;nie czuje
+si&#281; niemo&#380;liwie usposobion&#261; do muzyki... Upewniam pana, i&#380;
+go bole&#263; b&#281;d&#261; uszy!..</p>
+
+<p>- O, mnie nigdy! Chyba pana Emila? - od­par&#322; Topolski.</p>
+
+<p>&#321;ady&#380;y&#324;ski nie znosi&#322; muzyki.
+Nazywa&#322; j&#261; zaw­sze "gn&#281;bicielk&#261; i pierwszym stopniem
+do histeryi i neurastenii."</p>
+
+<p>- Je&#380;eli nie dla mnie - nachyli&#322; si&#281; w tej
+chwili Topolski ku siedz&#261;cej obok Oli - to niech za­gra pani dla pana
+Emila za to, &#380;e nam ci&#261;gle swem towarzystwem przeszkadza&#322;...</p>
+
+<p>- Przeszkadza&#322;?.. w czem? - spyta&#322;a Ola, z
+u&#347;miechem i zalotnem b&#322;y&#347;ni&#281;ciem oczu.</p>
+
+<p>- Powiadaj&#261;, i&#380; przys&#322;owia s&#261;
+m&#261;dro&#347;ci&#261; na­rodów, a jedno z nich mówi pono: "m&#261;drej
+g&#322;o­wie, do&#347;&#263;..." i.t.d. Pani nie zrozumia&#322;a - to
+trudno.</p>
+
+<p>- Ha, ha, ha! - za&#347;mia&#322;a si&#281; Ola - zdrobnia
+pan przys&#322;owia, stosownie do okoliczno&#347;ci, ale bogi odmówi&#322;y
+panu talentu rymowania. Ja szczerze zupe&#322;nie powiadam, i&#380; nie
+zrozumia&#322;am pana.</p>
+
+<p>- Honny suit,
+qui mal y pense. Lecz pozwol&#281;; sobie tymczasem nie
+wierzy&#263; pani...</p>
+
+<p>Rozmowa ta ca&#322;a prowadzon&#261; by&#322;a
+pó&#322;g&#322;osem, tak, i&#380; siedz&#261;ca w przeciwnym rogu balkonu
+marsza&#322;kowa nie s&#322;ysza&#322;a jej wcale. Odezwa&#322;a si&#281;
+wi&#281;c, przerywaj&#261;c:</p>
+
+<p>- Widz&#281;, &#380;e na pró&#380;no pan Topolski ci&#281;
+prosi. Zagraj, Oluniu, zagraj, dziecko, w taki cichy wieczór &#347;licznie
+si&#281; wyda g&#322;os fortepianu.</p>
+
+<p>- No, jak cioteczka ka&#380;e, to i owszem! - rzek&#322;a z
+u&#347;miechem Ola. - Ale czyni&#281; to tylko dla niej; avis au lecteur...</p>
+
+<p>Zwróci&#322;a si&#281; do Topolskiego, spojrzawszy mu prosto
+w oczy, poczem przest&#261;pi&#322;a próg pokoju. M&#322;ody cz&#322;owiek
+sk&#322;oni&#322; si&#281;, i powstawszy, pod&#261;&#380;y&#322; do salonu w
+&#347;lad za ni&#261;.</p>
+
+<p>- Któ&#380; zbada&#322; rzeczywist&#261; pobudk&#281; czynów
+kobiety? - szepn&#261;&#322; dyskretnie, pochyliwszy si&#281; ku id&#261;cej. </p>
+
+<p>- Przepraszam! - za&#347;mia&#322;a si&#281; weso&#322;o Ola
+- prosz&#281; wraca&#263; na balkon dotrzyma&#263; towarzystwa cioci Melanii, a
+zreszt&#261; - tu, siadaj&#261;c do fortepianu, uczyni&#322;a r&#281;k&#261;
+ruch w stron&#281; werandy - oto pan Emil...</p>
+
+<p>- A... wi&#281;c pani jednak gra... dla niego - rzek&#322; z
+wolna Topolski i pos&#322;uszny zawróci&#322;.</p>
+
+<p>Ola nie odpowiedzia&#322;a... Gamma tonów z pod jej palców
+zabrzmia&#322;a dono&#347;nie... Fantastyczna pie&#347;&#324; norweska
+odbi&#322;a si&#281; o echa parku i g&#322;&#281;bie &#347;ni&#261;ce ­do stawu
+- nami&#281;tna, burzliwa, pop&#322;yn&#281;&#322;a w dal cich&#261; pól i
+stepu...</p>
+
+<p>- &#379;e te&#380; pani Ola nie ma lito&#347;ci nad ptasz­kami,
+co &#347;pi&#261; sobie w parku tak cicho. Gdy us&#322;y­sz&#261; bowiem
+par&#281; podobnych fortepianowych trelików, og&#322;uchn&#261; do rana
+zupe&#322;nie. - odezwa&#322; si&#281; w tej&#380;e chwili ironiczny g&#322;os
+&#321;ady&#380;y&#324;skiego.</p>
+
+<p>- Có&#380; to pan, jak widz&#281;, prócz ptaków tylko o
+sobie nie zapomina, a nas z pani&#261; marsza&#322;kow&#261; z
+&#380;yj&#261;cych wykre&#347;la! - pó&#322;&#380;artem, pó&#322;serjo
+odci&#261;&#322; pa­nu Emilowi Topolski.</p>
+
+<p>&#321;ady&#380;y&#324;ski nie odpowiedzia&#322;;
+wszed&#322;szy do nie­o&#347;wietlonego salonu, gdzie gra&#322;a Ola,
+odezwa&#322; si&#281; w uk&#322;onie:</p>
+
+<p>- Wszak pani pozwoli, nieprawda&#380;?... Bym zagra&#322;
+sobie prozaicznie, terre ŕ terre, w karambole sam ze sob&#261;... Czy
+zgrzesz&#281; bardzo?</p>
+
+<p>- Mais pas du tout, owszem... Staraj si&#281; pan
+karambolowa&#263; w takt gry mojej; mo&#380;e t&#261; drog&#261; wreszcie
+nauczysz si&#281; pan kiedy&#347; odczuwa&#263; muzyk&#281;...</p>
+
+<p>- O, dzi&#281;ki ci, pani! - trzymaj&#261;c si&#281; za
+serce, sk&#322;oni&#322; si&#281; pan Emil i zadzwoniwszy na lo­kaja,
+kaza&#322; zapali&#263; &#347;wiat&#322;a w bilardowej salce, a po chwili,
+ca&#322;y zatopiony w grze, z pietyzmem wykony­wa&#263; zacz&#261;&#322;
+karambole.</p>
+
+<p>Pie&#347;ni&#261; Schumana rzewn&#261; skar&#380;y&#322;
+si&#281; cicho te­raz fortepian, p&#322;aka&#322;, smuci&#322; si&#281;
+&#380;a&#322;o&#347;nie... Ola gra­&#322;a pi&#281;knie, z technik&#261; i
+uczuciem. Siedz&#261;cy na balkonie Topolski &#322;owi&#322; tony z
+lubo&#347;ci&#261;, przez grzeczno&#347;&#263; tylko prowadz&#261;c
+rozmow&#281; z marsza&#322;kow&#261; i kln&#261;c zarazem w duszy jej
+obecno&#347;&#263;, przeszkadza­j&#261;c&#261; mu we flircie z Ol&#261;.</p>
+
+<p>Niebawem wybi&#322;a w ciszy domu godzina jedenasta.
+Staruszka, zm&#281;czona sna&#263; ca&#322;ym dniem, powsta&#322;a
+ci&#281;&#380;ko i rzek&#322;a:</p>
+
+<p>- No, s&#322;uchajcie tu sobie muzyki, moi pano­wie, ja
+za&#347; id&#281; spa&#263;... A pan Emil gdzie - nie wi­dz&#281; go? -
+zapyta&#322;a naraz.</p>
+
+<p>Topolski zauwa&#380;y&#322; dawno, &#380;e
+&#321;ady&#380;y&#324;ski postu­kuje na bilardzie; nie chc&#261;c jednak
+informowa&#263; o tem marsza&#322;kowej, odpar&#322; szybko:</p>
+
+<p>- Och, nie, wiem. Wyszed&#322; przed chwil&#261;, wró­ci
+zapewne niebawem! - i na dobranoc - poca&#322;owa&#322;, z uszanowaniem,
+r&#281;k&#281; staruszki.</p>
+
+<p>Marsza&#322;kowa, nic nie mówi&#261;c, wesz&#322;a do salonu
+i zbli&#380;y&#322;a si&#281; ku fortepianowi.</p>
+
+<p>- Bonsoir, chérie! - rzek&#322;a, ca&#322;uj&#261;c Ol&#281;
+w g&#322;ow&#281;. </p>
+
+<p>- Dobranoc, cioteczko! - zerwawszy si&#281; z krzes&#322;a ­u&#347;ciska&#322;a
+marsza&#322;kow&#281; Dzier&#380;ymirska; poczem pani Melania skierowa&#322;a
+si&#281; wolno do swych poko­jów.</p>
+
+<p>Znik&#322;a... Fortepianem wstrz&#261;sn&#281;&#322;o
+gwa&#322;towne intermezzo; do pokoju, ton&#261;cego w cieniach, cicho, jak kot,
+wsun&#261;&#322; si&#281; Topolski.</p>
+
+<p>Usiad&#322; na niskim foteliku obok Oli: -Nareszcie!.. - ­szepn&#261;&#322;.</p>
+
+<p>- Nareszcie... Co? - ze spojrzeniem zalotnem, zapyta&#322;a,
+nie odrywaj&#261;c paluszków od klawiszy. </p>
+
+<p>- Jeste&#347;my z pani&#261; sami...- doko&#324;czy&#322;
+Topol­ski zdanie. - I ten satyr, któremu tu tak wszystko wolno i uchodzi...</p>
+
+<p>Topolski urwa&#322;, a widz&#261;c, &#380;e Ola ju&#380;
+otwiera usta by co&#347; powiedzie&#263;, wyrzuci&#322; z siebie szybko,
+czyni&#261;c nieznaczny ruch r&#281;k&#261;:</p>
+
+<p>- Och, wiem ju&#380; z góry, co pani mi powie... Pan Emil -
+przyjaciel nieboszczyka ojca pani, druh marsza&#322;kowej, wreszcie zna
+pani&#261; od dzieci&#324;stwa. - Wszak to wszystko wiadomem mi jest
+doskonale... Co nie przeszkadza - ci&#261;gn&#261;&#322; - i&#380; denerwuje
+mnie ten pan do niemo&#380;liwo&#347;ci... Bo, np. dzisiaj: od rana nie
+pozwoli&#322; nam by&#263; chwilki nawet sam na sam...</p>
+
+<p>- Ho, ho, có&#380; to za gorycz i niezadowolenie! -
+zdziwi&#322;a si&#281; niby Ola, a usi&#322;uj&#261;c nada&#263; g&#322;osowi
+brzmienie twardsze, doda&#322;a: - Nie pojmuj&#281; zreszt&#261;, sk&#261;d te
+&#380;&#261;dania uporczywe sam na sam i urojone jakby jakie&#347; prawa...</p>
+
+<p>Nie doko&#324;czy&#322;a... Trel gwa&#322;towny
+przebieg&#322;, jak dreszcz, po klawiszach, spojrzenie za&#347; m&#322;odej
+kobiety, które dojrza&#322; Topolski w pó&#322;cieniu i blask jego, co, jak
+pieszczota, przesun&#261;&#322; mu si&#281; po twarzy, zada&#322;y k&#322;am
+wyra&#378;ny wymówionym przez Ol&#281; s&#322;owom. Topolski zapomnia&#322; o
+nich. Zapami&#281;ta&#322; wzrok tylko i pokorny na pozór pochyli&#322;
+si&#281; ku r&#261;czce Oli. </p>
+
+<p>- Przepraszam stokrotnie!.. przepraszam!.. - i
+poca&#322;owa&#322; biegn&#261;c&#261; po fortepianie bia&#322;&#261;
+r&#261;czk&#281;, wychylaj&#261;c&#261; si&#281; z fa&#322;dzistego r&#281;kawa
+- wy&#380;ej &#322;okcia. - Przeprasza si&#281; ni&#380;ej! - rzuci&#322;a
+&#380;artobliwie Ola.</p>
+
+<p>- Ciemno&#347;&#263; winna temu... -- rzuci&#322; lekko
+Topolski.</p>
+
+<p>Milczenie parku i domu przerywa&#322;y teraz tylko tony
+fortepianu, coraz nami&#281;tniejsze jakby, gwa&#322;towne, burz&#261;
+ognistego zapa&#322;u i pragnie&#324; wstrz&#261;saj&#261;ce spokojn&#261;
+cisz&#261;, oraz nerwami dwojga ludzi, s&#322;uchaj&#261;cych tej orgii
+d&#378;wi&#281;ków rozpasanych, zamkni&#281;tych w z&#322;ocone ramy artyzmu i
+techniki.</p>
+
+<p>G&#322;os Topolskiego wkrótce przeszed&#322; w szept
+przyciszony, pieszczotliwy, mi&#281;kki. Z dala odzywa&#322;o si&#281;
+jednostajnie, co sekund kilka, uderzenie kul na bilardzie zaj&#281;tego
+wci&#261;&#380; karambolami pana Emila... I Topolski, flirtuj&#261;c tak
+dyskretnie z Ol&#261;, podsycaj&#261;c&#261; pó&#322;s&#322;ówkami s&#322;ów
+jego igraszk&#281;, od czasu do czasu wysy&#322;a&#322; spojrzenie przelotne na
+wywiady, czy pan Emil przypadkiem nie wraca; lecz ten nie my&#347;la&#322; o
+tem wcale.</p>
+
+<p>Widz&#261;c to, Topolski przysun&#261;&#322; si&#281;
+bli&#380;ej do m&#322;odej kobiety. Ruch ten jednak zauwa&#380;y&#322;a Ola i
+wida&#263; ch&#281;&#263; przekorna sprzeciwienia si&#281;
+m&#281;&#380;czy&#378;nie przebieg&#322;a jej nagle przez g&#322;ówk&#281;, bo
+odezwa&#322;a si&#281; w tej chwili:</p>
+
+<p>- Chcia&#322;am w&#322;a&#347;nie, oto zagra&#263; panu
+co&#347; przepi&#281;knego, i zapomnia&#322;am... Masz tobie! - zatrzyma&#322;a
+si&#281;. - Trzeba zapali&#263; &#347;wiec&#281;! - doko&#324;czy&#322;a, z
+filuternym u&#347;miechem.</p>
+
+<p>- Ale, có&#380; znowu? - podchwyci&#322; Topolski. - Po raz
+pierwszy dostrzegam u pani - ci&#261;gn&#261;&#322; niezadowolony widocznie -
+brak odczucia nastroju chwili danej... Tak mi mi&#322;o by&#322;o
+s&#322;ucha&#263; gry pani w tym w&#322;a&#347;nie pó&#322;cieniu, tak
+znakomicie godz&#261;cym si&#281; z muzyk&#261; i cisz&#261; wieczorn&#261;.</p>
+
+<p>&#346;miech szczery Oli rozleg&#322; si&#281; w tej chwili.
+Zapali&#322;a &#347;wiece i rzek&#322;a swobodnie:</p>
+
+<p>- Có&#380; robi&#263;! widzi pan teraz, &#380;e wcale nie
+jestem doskona&#322;o&#347;ci&#261;.. Nareszcie pan sam empirycznie
+przekona&#322; si&#281; o tem. A mówi&#322;am tyle razy...</p>
+
+<p>Urwa&#322;a, i otworzywszy nuty, dotkn&#281;&#322;a si&#281;
+r&#281;k&#261; klawiatury.</p>
+
+<p>- Niedobra pani... - nadaj&#261;c g&#322;osowi brzmienie
+poci&#261;gaj&#261;ce, &#322;agodne, przemówi&#322; Topolski. - Niedobra! - powtórzy&#322;
+ciszej, i podniós&#322; do ust, jej d&#322;o&#324;.</p>
+
+<p>- Z okazyi czego - za&#347;mia&#322;a si&#281; Ola. </p>
+
+<p>Topolski na pytanie wprost nie odpowiedzia&#322;, lecz
+mówi&#322; dalej:</p>
+
+<p>- Rozwia&#322;a mi pani z&#322;udzenie! - umilk&#322; na
+chwil&#281;.</p>
+
+<p>Pytaj&#261;co spojrza&#322;a na&#324; Ola.</p>
+
+<p>- Tak jest - powtórzy&#322; m&#281;&#380;czyzna - bo uwierzy
+pani, jak dziwnego dozna&#322;em wra&#380;enia, gdy oto tak przed chwil&#261;
+siedzieli&#347;my w zapomnieniu, ciszy, przy fortepianu d&#378;wi&#281;kach -
+zupe&#322;nie sami... </p>
+
+<p>- No, ciekawam? Có&#380; panu si&#281; zdawa&#322;o? -
+ironicznie nieco rzuci&#322;a Ola, a oderwawszy zarazem r&#281;ce od klawiatury
+na chwil&#281;, s&#322;ucha&#322;a, patrz&#261;c mu w oczy przeci&#261;gle:</p>
+
+<p>- Po prostu zda&#322;o mi si&#281;, i&#380; jeste&#347;my
+m&#281;&#380;em i &#380;on&#261;...</p>
+
+<p>- Tylko tyle? - za&#347;mia&#322;a si&#281; Ola
+z&#322;o&#347;liwie. - ­No, po prologu spodziewa&#322;am si&#281; czego&#347;
+nadzwyczajniejszego przyznaj&#281;! - dorzuci&#322;a lekko, a odwróciwszy
+spojrzenie, u&#322;o&#380;y&#322;a zeszyt nut na stalugach for­tepianu, i znów
+gra&#263; pocz&#281;&#322;a, tym razem co&#347; sm&#281;t­nego, koj&#261;cego
+jakby - pe&#322;nego cichej t&#281;sknoty...</p>
+
+<p>- Co to jest? - z&#380;ymn&#261;&#322; si&#281; w duchu
+Topol­ski, rozgniewany: - &#379;e te&#380; ta kobieta zawsze zbije mnie z
+panta&#322;yku! - Nie wiedzia&#322; po prostu, co mówi&#263; dalej muzyka
+za&#347; jednocze&#347;nie &#322;agodna, p&#322;yn&#261;ca</p>
+
+<p>mi&#281;kko z pod palców kobiety, nerwow&#261;,
+dra&#380;liw&#261; natur&#281; jego nastraja&#322;a dziwnie na nut&#281;,
+wr&#281;cz przeciwn&#261; s&#322;owom, jakie ­same cisn&#281;&#322;y mu
+si&#281; do ust przed chwil&#261;...</p>
+
+<p>- Jednak, jak ona, niecnota, zna mnie, do­brze! -
+zauwa&#380;y&#322; jeszcze w my&#347;li, spojrzawszy z pod oka na Ol&#281;,
+która, z b&#322;&#261;kaj&#261;cym si&#281; w k&#261;cikach ustek
+u&#347;miechem, gra&#322;a w&#322;a&#347;nie, z uczuciem, coraz, subtel­niejszem,
+mi&#281;kkszem, a&#380; fortepian martwy skar&#380;y&#263; i p&#322;aka&#263;
+si&#281; zdawa&#322;.</p>
+
+<p>Po chwili, Topolski przemówi&#322; znowu, g&#322;osem jednak
+ju&#380; ca&#322;kiem innym, ni&#380; poprzednio:</p>
+
+<p>- Pani si&#281; &#347;mieje, tymczasem to, co mówi&#281;,
+wszak takie naturalne...</p>
+
+<p>- Na - tu - ral- ne! - przedrze&#378;ni&#322;a lekko Ola. -
+Ha - ha - ha! - za&#347;mia&#322;a si&#281; - vous ętes incomparable!..</p>
+
+<p>- Permettez! - przerwa&#322; porywczo nieco m&#281;&#380;­czyzna
+- niech sko&#324;cz&#281;...</p>
+
+<p>- Ale&#380; s&#322;ucham, s&#322;ucham od kwadransa, et vous
+n'en finissez pas. Wi&#281;c, jakie&#380; ultimatum? </p>
+
+<p>- Bardzo proste. Odczuwamy si&#281; z pani&#261; wza­jemnie,
+rozumiemy, jak rzadko kto mo&#380;e... Dusze nasze - to jakby niewidzialny
+kamerton, który, za uderzeniem my&#347;li, uczu&#263; nam wspólnych, brzmi zaw­sze
+jednakowo... A m&#261;&#380; i &#380;ona przecie&#380;, poza... </p>
+
+<p>- Ha, ha, ha.. .- urwa&#322;a przezornie O1a. - Otó&#380;
+mylisz si&#281; pan zupe&#322;nie, bo ja, na przyk&#322;ad teraz, nic, ale to
+nic pana nie rozumiem...</p>
+
+<p>A zreszt&#261; - ko&#324;czy&#322;a, powstawszy szybko od
+for­tepianu - en voilŕ ascez... - zamkn&#281;&#322;a fortepian. - &#379;al mi
+pana Emila, który pewnie ju&#380; darowa&#263; mi nie mo&#380;e, &#380;e gram
+tak d&#322;ugo, bo oto w&#322;a&#347;nie nadchodzi.. </p>
+
+<p>- A bodaj&#380;e&#347;! - zgrzytn&#261;&#322; szeptem
+Topolski i zerwa&#322; si&#281; &#347;piesznie, pocz&#261;wszy odruchowo
+uk&#322;a­da&#263; niby porz&#261;dnie nuty na eta&#380;erce.</p>
+
+<p>- Silence ŕ mon
+approche - quelle galanterie, madame, de votre part!.. Podziwiam,
+zaiste! - odezwa&#322; si&#281; na progu pan Emil, w uk&#322;onie, a
+zwracaj&#261;c si&#281; ku zmieszanemu pomimowolnie Topolskiemu, rzu­ci&#322;,
+z ukrytym sarkazmem:</p>
+
+<p>- Czy to... mo&#380;e panu zawdzi&#281;czam?..</p>
+
+<p>I podtrzymywana przez &#321;ady&#380;y&#324;skiego
+g&#322;ównie, pop&#322;yn&#281;&#322;a przez czas krótki jeszcze rozmowa
+ogólna, poczem panowie powiedzieli Oli dobranoc i rozeszli si&#281;,
+pozostawiaj&#261;c j&#261; sam&#261;. Zapalone przy fortepia­nie &#347;wiece
+rzuca&#322;y teraz na salon migoc&#261;ce &#347;wia­t&#322;o, lekki zefirek
+ko&#322;ysa&#322; ich p&#322;omie&#324; z lekka, po­rusza&#322; firanki i
+portyery... Ola skierowali si&#281; ku werandzie, i opar&#322;szy o
+balustrad&#281;, zaduma&#322;a si&#281; g&#322;&#281;boko.</p>
+
+<p>- Co to jest, co si&#281; z ni&#261; dzieje? -
+my&#347;la&#322;a. Od wyj&#347;cia za m&#261;&#380;, od lat sze&#347;ciu
+kocha&#322;a dot&#261;d niezmiennie Romana tylko, cho&#263; bezustannie
+ociera&#322;a si&#281; o dziesi&#261;tki nadskakuj&#261;cych jej
+m&#281;&#380;czyzn, na &#380;a­dnego jednak uwagi nie zwraca&#322;a nawet.  I dopiero teraz, teraz!..</p>
+
+<p>Uj&#281;&#322;a g&#322;ow&#281; w rozpalone d&#322;onie i
+&#347;cisn&#281;&#322;a nie­mi skronie...</p>
+
+<p>Ten Topolski dzia&#322;a na ni&#261; w sposób i&#347;cie nie­zwyk&#322;y.
+Tak j&#261; odczuwa, tak dobrze rozumie, tak rozzmys&#322;awia po prostu
+umiej&#281;tnie prowadzon&#261; gr&#261; intrygi, flirtu - tak poci&#261;ga ku
+sobie nieprzeparcie!... Ten jego ujmuj&#261;cy, niezwyk&#322;y jaki&#347; i
+zwodni­czy wdzi&#281;k osobisty, którym tchn&#261;&#263; si&#281; zdaje
+posta&#263; jego ca&#322;a, zwyci&#281;&#380;a j&#261; coraz natarczywiej,
+uparciej... Broni si&#281; przed nim, w &#380;art jego s&#322;owa obraca, a jed­nak
+ona, Ola, czuje, &#380;e je&#347;li tak samo potrwa jeszcze d&#322;u&#380;ej,
+kto wie, czy zdo&#322;a oprze&#263; mu si&#281;?..</p>
+
+<p>Och, gdyby&#380; przynajmniej Roman przyby&#322; ju&#380;
+pr&#281;dzej, gdyby! A tu sama walczy&#263; musi!.. Jeden
+&#321;ady&#380;y&#324;ski tylko po swojemu broni j&#261; przed "nim"
+i przed ni&#261; sam&#261;...</p>
+
+<p>I Ola przy ostatniej powy&#380;szej my&#347;li podnosi
+zwolni g&#322;ow&#281;, a poci&#261;gni&#281;ta koj&#261;c&#261; cisz&#261;
+parku i &#347;wiat&#322;em dr&#380;&#261;cych promieni ksi&#281;&#380;yca,
+schodzi z balkonu i zapuszcza si&#281; samotna w cienist&#261; ogrodow&#261;
+alej&#281;.</p>
+
+<p>Na piasku cie&#324; jej rysuje si&#281; ma&#322;y i kroki
+rozlegaj&#261; si&#281; dono&#347;nie; przez li&#347;cie niebieskawo-srebrne
+plamy &#347;wiat&#322;a &#347;ciel&#261; si&#281; u jej stóp dyskretnie, uka­zuj&#261;
+si&#281;, to znów nikn&#261;...</p>
+
+<p>- Kocham go, kocham,.. i pragn&#281;! - szepce Ola. - A on?</p>
+
+<p>- Czy&#380; mo&#380;na nawet w&#261;tpi&#263; o tem? - odpo­wiada
+samej sobie. - Przyleci na jej pierwsze skinienie, gdyby tylko...
+zechcia&#322;a...</p>
+
+<p>Zechcia&#322;a? - Ola przeciera czo&#322;o d&#322;oni&#261;
+i czuje, jak krew m&#322;oda igra jej w &#380;y&#322;ach niepos&#322;uszna, jak
+pragnienie poziome, zmys&#322;owego u&#380;ycia, rozkoszy - nieprzeparte, silne
+j&#261; sam&#261; ogarnia wszechpot&#281;&#380;nie.</p>
+
+<p>Idzie coraz wolniej, coraz bardziej pogr&#261;&#380;ona
+ca&#322;a w my&#347;lach i wewn&#281;trznej walce.</p>
+
+<p>Doszed&#322;szy do ko&#324;ca alei, Ola zawraca machi­nalnie,
+kieruj&#261;c si&#281; ku domowi.</p>
+
+<p>- Romanie!.. Romciu... wybacz mi! - szepce, k&#322;ad&#261;c
+za&#322;amane r&#261;czki na rozpalone czo&#322;o. - Przyje&#380;d&#380;aj i
+obro&#324; mnie!.. Obro&#324;! - wo&#322;a rozpaczliwie, czuj&#261;c burz&#281;
+w piersi, rozsadzanej uczuciem, pragnie­niem i rozterk&#261;!</p>
+
+<p>Broni&#322;a si&#281; dot&#261;d, ale teraz czuje, i&#380;
+si&#322;y jej zbraknie na pewno... Ile&#380; godzin w dniu samotnych, ile nocy
+bezsennych, przemy&#347;la&#322;a, przecierpia&#322;a w walce z pokus
+dra&#380;ni&#261;c&#261;, z sercem, wyobra&#378;ni&#261;, dusz&#261;
+ca&#322;&#261;, - rw&#261;cemi si&#281; do ukochanego m&#281;&#380;czyzny - w
+je­go ramiona, które czeka&#322;y tylko jej skinienia, by j&#261;
+ople&#347;&#263; pieszczot&#261; - unie&#347;&#263; w krain&#281;
+mi&#322;o&#347;ci i roz­koszy!..</p>
+
+<p>- Marzenia! Ona nie ulegnie!..</p>
+
+<p>- Nigdy, przenigdy! - szepce Ola, spowiada si&#281; przed
+zas&#322;uchanemi, cichemi drzewami parku. - Tylko ty, Romanie, ty, co po raz
+pierwszy w &#380;yciu otworzy&#322;e&#347; mi u&#322;ud&#281;
+mi&#322;o&#347;ci, szcz&#281;&#347;cia, ty, którego dot&#261;d ponad &#380;ycie
+kocha&#322;am - przyjed&#378;, ratuj mnie, sw&#261; obecno&#347;ci&#261;
+wesprzyj!!!</p>
+
+<p>Ola ju&#380; jest w pobli&#380;u pa&#322;acu.</p>
+
+<p>- Nigdy ci&#281; nie zdradz&#281;!.. nie zapomn&#281; obo­wi&#261;zku...
+nigdy! - szepce po raz wtóry jeszcze i z &#380;y­wo bij&#261;ca w arteryach
+krwi&#261; - wzburzona ca&#322;a, z ostatnim wyrazem "nigdy" na
+ustach, wst&#281;puje po schod­kach pa&#322;acowego skrzyd&#322;a. Daleka
+my&#347;li od szcze­gó&#322;ów drobiazgowego &#380;ycia - zapomina o pozostawio­nych
+w salonie &#347;wiat&#322;ach - o wszystkiem i skrzypn&#261;wszy drzwiami,
+znika za niemi.</p>
+
+<p>W ciszy u&#347;pionego ju&#380; domu, gdzie&#347;, w dali,
+wydzwania tymczasem po chwili godzina dwunasta.. Kwadranse mijaj&#261;
+stopniowo, a noc letnia, w milczeniu przyrody ca&#322;ej, woniami swemi miarowo
+oddy­cha&#263; poczyna...</p>
+
+<p>W salonie pa&#322;acowym dopalaj&#261; si&#281; powoli
+&#347;wiece u fortepianu, p&#322;omienie ich dr&#380;&#261; bezustannie od noc­nych
+powiewów, o&#347;wietlaj&#261;c fantastycznie pokój ca&#322;y; czasem wpadnie
+tu znienacka ksi&#281;&#380;ycowy promie&#324; - ­i z&#322;agodzi swym blaskiem
+&#380;ó&#322;te &#347;wiec p&#322;omyki...</p>
+
+<p>I trwa to tak do&#347;&#263; d&#322;ugo jeszcze...</p>
+
+<p>Nagle jednak drzewa parku szumie&#263; poczynaj&#261; wraz
+g&#322;o&#347;niej, ksi&#281;&#380;yc gdzie&#347; ginie, przepada, chmur­ki
+za&#347; drobne pokrywa&#263; zaczynaj&#261; coraz g&#281;&#347;ciej niebo
+dot&#261;d pogodne... I zefirek leciutki, wpad&#322;szy do salonu przez
+balkonowe drzwi, hula&#263; po nim za­czyna...</p>
+
+<p>Jeden p&#322;omyczek u &#347;wiec ga&#347;nie, drugi w pobli­&#380;u
+okna pali si&#281; wci&#261;&#380;, dygoc&#261;c...</p>
+
+<p>Swawolny wietrzyk tymczasem wzdyma teraz firanki, a
+podrzuciwszy jedn&#261; z nich, nakrywa ni&#261; p&#322;omie&#324;  &#347;wiecy przy stoj&#261;cym obok okna
+fortepianie i jakby pragn&#261;c przypatrze&#263; si&#281; swej psocie, nagle
+przestaje powiewem porusza&#263; wszystko doko&#322;a!.. </p>
+
+<p>Stopniowo firanka zapala si&#281; z wolna; p&#322;omie&#324;
+obejmuje j&#261; pieszczotliwie w swój u&#347;cisk gor&#261;cy...</p>
+
+<p>Wpada znów podmuch zefiru. I p&#322;omie&#324; idzie w
+gór&#281; zwyci&#281;ski, zapala lambrekin. Minut kilka... Okienne ramy
+ju&#380; p&#322;on&#261; z&#322;ocistym ogniem, z trzaskiem
+prze&#322;amuj&#261; si&#281; po chwili, szyby p&#281;kaj&#261; znienacka, i
+wszystko to razem upada na ziemi&#281;. Dywan puszysty kopci&#263; poczyna...
+Od firanki zaj&#281;&#322;y si&#281; rozrzucone na pianinie nuty, drobiazgi...</p>
+
+<p>Wietrzyk, jak szatan z&#322;o&#347;liwy, dodaje tymczasem
+animuszu p&#322;omieniom, przyspiesza pochód ich po salonie...</p>
+
+<p>Ogniste w&#281;&#380;e obejmuj&#261; ju&#380; niebawem w
+&#347;miertelny u&#347;cisk fortepian, skar&#380;y si&#281; on
+&#380;a&#322;o&#347;nie... Meble p&#281;kaj&#261; od gor&#261;ca - dym,
+&#380;ar, nape&#322;niaj&#261; pokój ca&#322;y, kobierzec ju&#380; p&#322;onie
+- posadzka pod nim trzeszcze&#263; zaczyna!..</p>
+
+<p>Wiatr ustaje tymczasem, chmurki stopniowo rozchodz&#261;
+si&#281; jak przysz&#322;y, rozpraszaj&#261;... Sierp ksi&#281;&#380;yca
+ukazuje si&#281; znowu, i zagl&#261;da ciekawie do wn&#281;trza pa&#322;acu...</p>
+
+<p>W&#347;ród ciszy &#347;pi&#261;cego domu pali si&#281;
+ju&#380; teraz ca&#322;a prawa strona salonu; drzwi przymkni&#281;te od
+s&#261;siedniej jadalnej sali, pod naporem ognia, wal&#261; si&#281;, z
+trzaskiem - w tej&#380;e chwili hufiec p&#322;omieni wsuwa si&#281;
+podst&#281;pnie do innych, przyleg&#322;ych komnat... </p>
+
+<p>Nikt nie spostrzeg&#322; jeszcze w pa&#322;acu ognia. Cicho.</p>
+
+<p>W pokoju, na pierwszem pi&#281;trze, &#347;pi smacznie
+Topolski, a u&#347;miechni&#281;ty, rozmarzony, &#347;ni zapewne o Oli.</p>
+
+<p>Mija jeszcze z kwadrans. W komnacie rozlega si&#281; nagle
+trzask silny, w &#347;lad za tem pod&#322;oga wstrz&#261;sa si&#281;...</p>
+
+<p>Topolski budzi si&#281;, a ledwo otworzywszy oczy,
+kaszle&#263; zaczyna: co&#347; dusi go, w oczy si&#281; w&#380;era... </p>
+
+<p>Zrywa si&#281; wystraszony i przytomnieje natychmiast.
+Instynktownie otwiera okno...</p>
+
+<p>- Co to, na Boga, co to? - przenika mu jednocze&#347;nie
+mózg pytanie. Patrzy w dó&#322; przez okno - ksi&#281;&#380;yc &#347;wieci,
+&#347;pi wszystko!.. S&#322;ucha... W&#322;osy je&#380;&#261; mu si&#281; na
+g&#322;owie, zapala &#347;wiece, i widzi siebie w ob&#322;okach dymu.</p>
+
+<p>- Po&#380;ar!.. - &#347;wita mu w g&#322;owie. Niepewny
+jeszcze, ubiera si&#281; po&#347;piesznie, par&#281; chwil za&#347;
+pó&#378;niej jest ju&#380; na korytarzu - za drzwiami...</p>
+
+<p>Dymu wsz&#281;dzie pe&#322;no. Echo &#322;oskotu
+p&#322;omieni na dole dochodzi tu wyra&#378;nie... Poza tem wsz&#281;dzie
+panuje milczenie zupe&#322;ne...</p>
+
+<p>- Na Boga, czy Ola &#347;pi? - nikt sna&#263; o ogniu nic
+jeszcze nie wie! - przemyka przez umys&#322; m&#322;odzie&#324;ca. Chce
+krzykn&#261;&#263;: - Ogie&#324;, gore! - waha si&#281;...</p>
+
+<p>Staje strwo&#380;ony... Mo&#380;e jemu tak tylko si&#281;
+zdaje?.. Po sekundzie namys&#322;u, rzuca si&#281; jednak na lewo, ku schodom,
+i biedz na dó&#322; zaczyna..</p>
+
+<p>- Ola... Ola!.. - szepce pó&#322;g&#322;osem, pomny i tylko
+najdro&#380;szej sercu istoty, i znalaz&#322;szy si&#281; na dole, skr&#281;ca
+gwa&#322;townie w prawo, ku pokojom pani domu...</p>
+
+<p>Po omacku, przewracaj&#261;c meble, biegnie Topolski przed
+siebie, jak nieprzytomny...</p>
+
+<p>We wzgl&#281;dnej ciszy, towarzyszy mu tylko coraz
+wyra&#378;niejszy odg&#322;os pal&#261;cego si&#281; pa&#322;acu...</p>
+
+<p>Nagle rozja&#347;nia si&#281; przed nim
+krwawo-z&#322;ot&#261; plam&#261; przestrze&#324; ciemna pokoi, g&#322;uchy
+za&#347; &#322;oskot, po&#322;&#261;czony z sykiem i &#347;wistem, odbija
+si&#281; dono&#347;nie.. </p>
+
+<p>To p&#322;omienie wdar&#322;y si&#281; ju&#380; do
+s&#261;siaduj&#261;cego z sypialni&#261; Oli buduaru... Odblask ich
+o&#347;wieca jaskrawo bia&#322;e drzwi, prowadz&#261;ce do&#324;... Topolski na
+ten widok, korzystaj&#261;c z wolnego jeszcze od ognia, miejsca, rzuca si&#281;
+gwa&#322;townie ku nim. S&#322;ucha...</p>
+
+<p>Do uszu jego dolatuj&#261; jakie&#347; wo&#322;ania, krzyki:
+</p>
+
+<p>"Gore, gore! pali si&#281;... Ratunku! ratowa&#263;!..
+Bywaj!" - krzycz&#261; teraz zewsz&#261;d zapami&#281;tale, rozpaczliwie
+jakie&#347; g&#322;osy, a pod samym domem rozlega si&#281; równocze&#347;nie
+przyspieszona bieganina, tupot licznych kroków ludzkich...</p>
+
+<p>- Ju&#380; alarm dany - to dobrze! - czyni sobie w duchu
+Topolski uwag&#281; i odruchowo wchodzi do sypialni Oli, zamkn&#261;wszy drzwi
+za sob&#261;.</p>
+
+<p>Tu jeszcze cicho... Nocna lampka md&#322;em tylko
+&#347;wiate&#322;kiem o&#347;wieca komnat&#281;; ksi&#281;&#380;ycowy
+promie&#324; dr&#380;&#261;cy &#347;ciele si&#281; po &#347;cianie i
+&#322;o&#380;u, na którem le&#380;y Ola, pogr&#261;&#380;ona we &#347;nie
+spokojnym.</p>
+
+<p>Z pod kapy lekko narzuconej, unosi si&#281; jed­nostajnie
+pier&#347; m&#322;odej kobiety i rysuj&#261; wdzi&#281;cznie kszta&#322;ty
+cia&#322;a...</p>
+
+<p>Pomimo grozy po&#322;o&#380;enia, Topolski zachwytu
+powstrzyma&#263; nie mo&#380;e. Chwil&#281; stoi nieruchomy...</p>
+
+<p>Huk tymczasem jakiego&#347; mebla, p&#281;kaj&#261;cego, pod
+naporem ognia, odg&#322;osem swym budzi Ol&#281;... Strwo­&#380;ona, zrywa
+si&#281;, zrzuca kap&#281;, i w bieli&#378;nie nó&#380;kami bosymi, dotyka
+ziemi...</p>
+
+<p>Jednocze&#347;nie dym nape&#322;nia&#263; sypialni&#281;
+poczyna, a przez doln&#261; szpar&#281; u drzwi wciska si&#281; przemoc&#261;,
+niby w&#261;&#380; jadowity, krwawe pasemko ognia... Ola rzuca okrzyk strasznej
+trwogi, i wcale nie widz&#261;c jeszcze Topolskiego, porywa stoj&#261;cy na
+ma&#322;ym sto­liczka dzwonek i rozpaczliwie dzwoni&#263; poczyna...</p>
+
+<p>Topolski, widz&#261;c i s&#322;ysz&#261;c to wszystko,
+szybko otwiera na &#347;cie&#380;aj okno i rzuca si&#281; ku Oli... Ona
+spostrzeg&#322;a go w&#322;a&#347;nie...</p>
+
+<p>- Co to?.. Pan tu?.. O, jak&#380;e&#380; mo&#380;na!.. i Ola
+zarumieniona milknie, a wstyd zarazem staje si&#281; silniejszym od trwogi, bo
+ruchem nag&#322;ym obwija si&#281; fa&#322;dami porzuconego obok na
+krze&#347;le szla­froczka...</p>
+
+<p>Huk ponowny tymczasem wstrz&#261;sa murami po­koju.
+Ogie&#324; zwyci&#281;zca wkracza jednocze&#347;nie w komnaty, drzwi
+p&#281;kaj&#261; i p&#322;on&#261;! Topolski porywa dr&#380;&#261;c&#261; ze
+strachu i wstydu m&#322;od&#261; kobiet&#281; w swe silne ramiona.</p>
+
+<p>- Co... to?.. Co... to?.. - szepcze Ola jeszcze, z l&#281;­kiem...
+M&#281;&#380;czyzna pragnie co&#347; odpowiedzie&#263;, lecz w tej&#380;e
+chwili, z &#322;oskotem i chrz&#281;stem, wpadaj&#261; do sypialni drzwi
+roztrzaskane, a ziej&#261;ca pasz­cza p&#322;on&#261;cych komnat pa&#322;acu
+ukazuje si&#281;, jak na d&#322;oni, w ca&#322;ej swej grozie i majestacie...</p>
+
+<p>Jednocze&#347;nie rozlega si&#281; przera&#378;liwy krzyk ko­biecy!..</p>
+
+<p>To zbudzona dzwonieniem swej pani, &#347;pi&#261;ca w
+s&#261;siednim pokoju s&#322;u&#380;&#261;ca, wo&#322;aniem, b&#322;aga o
+pomoc! </p>
+
+<p>W sypialni za&#347; ju&#380; nie ma nikogo. Wysko­czywszy
+zr&#281;cznie oknem, Topolski stoi teraz w par­ku i obrzuca spojrzeniem
+p&#322;on&#261;cy pa&#322;ac. Widzi w od­dali ludzi kilkana&#347;cie, ekonoma,
+parobków i s&#322;u&#380;b&#281; dworsk&#261;, a w dali zapomnian&#261;
+przeze&#324; ca&#322;kiem syl­wetk&#281; marsza&#322;kowej...</p>
+
+<p>W &#347;ród gwaru s&#322;yszy zarazem dono&#347;ny g&#322;os
+pana Emila: "Hej! hej! ludzie, tu! do mnie!! - wo&#322;a energicznie. -
+Ratowa&#263; m&#322;od&#261; pani&#261;!!.. W rogu dwo­ru!!
+pr&#281;dzej!!!"</p>
+
+<p>S&#322;uchaj&#261;c tego rozkazu, kilku ludzi natychmiast
+odrywa si&#281; do ogólnej gromadki s&#322;ug i lecie&#263; poczyna ku pokojom
+m&#322;odej dziedziczki - ku niemu!..</p>
+
+<p>Wystraszona p&#322;omieniem i krzykiem Ola za­rzuca
+równocze&#347;nie Topolskiemu na szyj&#281; swe nagie ramiona! On,
+wstrz&#261;sn&#261;wszy si&#281; pod tem dotkni&#281;­ciem, porywa si&#281;
+nagle z miejsca, jak szalony, i mknie chy&#380;o w ogród... Krew gor&#261;ca,
+m&#322;oda, gra&#263; w nim poczyna... Zapomina o wszystkiem, prócz tu­l&#261;cej
+si&#281; do jego piersi kobiety i ucieka dalej i da­lej...</p>
+
+<p>Do uszu jego dolatuj&#261; wo&#322;ania coraz cichsze,
+okrzyki!.. Topolski biedz nie przestaje ku znanej sobie altanie,
+po&#322;o&#380;onej na ko&#324;cu ogrodu.</p>
+
+<p>Prowadz&#261;ca do niej aleja parku rozbrzmiewa echem
+gwa&#322;townego jego biegu, szele&#347;ci mu nad g&#322;ow&#261; li&#347;ci
+pogwarem.</p>
+
+<p>Z zarzuconemi na szyj&#281; m&#281;&#380;czyzny ramionami,
+tuli si&#281; wci&#261;&#380; ku niemu, jak powój wiotkie cia&#322;o Oli...
+Topolski, dot&#261;d zapatrzony wci&#261;&#380; w przestrze&#324;, opuszcza
+naraz g&#322;ow&#281; i wzrokiem pie&#347;ci chwil&#281; trzyman&#261; w
+u&#347;cisku kobiet&#281;...</p>
+
+<p>Oczy jej przymkni&#281;te - zemdla&#322;a!..</p>
+
+<p>Topolski zatrzymuje si&#281;. Z mi&#322;o&#347;ci&#261;
+bezbrze&#380;­n&#261;, pragnieniem, spogl&#261;da ci&#261;gle na Ol&#281;...
+Krew uderza mu nagle do g&#322;owy!..</p>
+
+<p>- Mój ty skarbie najdro&#380;szy!.. moje ty wszyst­ko!.. -
+szepce dr&#380;&#261;cemi usty, i jak szalony, ca&#322;owa&#263;,
+pie&#347;ci&#263; poczyna jej wargi, oczy i cia&#322;o!..</p>
+
+<p>W kilka minut pó&#378;niej, dopada cienistej altany i
+niknie, ginie w jej g&#322;&#281;biach... Niedyskretny, cie­kawy wsuwa si&#281;
+za nim ksi&#281;&#380;yc blady, a kopu&#322;a altany, mieni&#261;c si&#281; od
+jego promieni, dr&#380;y leciutko - tajemnicza...</p>
+
+<p>W dalekim zak&#261;tku parku znów cicho...</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
+. . . </p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Ko&#322;o p&#322;on&#261;cego pa&#322;acu natomiast ruch
+panuje nie do opisania.</p>
+
+<p>Co chwila od pobliskiego stawu i z powrotem p&#281;dz&#261;
+galopem konie, wioz&#261;ce beczki z wod&#261;; wszystkie miejscowe sikawki
+s&#261; w ruchu, dyryguj&#261;cy za&#347; parobkami i s&#322;u&#380;b&#261;
+ekonom Gowartowa kr&#281;ci si&#281;, jak mucha w ukropie, krzyczy, gniewa
+si&#281;, rozkazuje...</p>
+
+<p>M&#281;&#380;czy&#378;ni zalewaj&#261; wod&#261; dach,
+p&#322;on&#261;ce belki, wdrapuj&#261; si&#281; na pi&#281;tra, wyrzucaj&#261;
+oknami nietkni&#281;te jeszcze przez ogie&#324; pa&#322;acowe meble. Zbudzone
+wiejskie kobiety, w ponarzucanych p&#322;achtach i koszulach, przypatruj&#261;
+si&#281; bezmy&#347;lnie po&#380;arowi, gwarz&#261;c z cicha pomi&#281;dzy
+sob&#261;, lamentuj&#261;c, z&#322;orzecz&#261;c...</p>
+
+<p>Grupa ich wystraszona rzuca si&#281; nagle w bok, z
+okrzykiem...</p>
+
+<p>To przel&#281;kniony ha&#322;asem i p&#322;omienist&#261;
+&#322;un&#261;, p&#281;dzi wprost na nie kary, pó&#322;krwi arabskiej, ogier,
+wyrwawszy si&#281; z pozostawionej bez opieki stajni.</p>
+
+<p>Ucieka strwo&#380;ony, b&#322;&#281;dny... Wymin&#261;wszy
+za&#347; rozpierzch&#322;&#261; gromadk&#281;, umyka przed ogniem i lud&#378;­mi
+do parku, budz&#261;c jego drzemi&#261;ce cisze przera&#380;o­nem r&#380;eniem.</p>
+
+<p>Jednocze&#347;nie na czele kilkunastu tomaszowieckich
+fornali, wpada przez bram&#281;, z impetem, Krasnostawski, a z przybyciem jego
+wszystko wre doko&#322;a, ze zdwojon&#261; energi&#261;.</p>
+
+<p>I oto niebawem krwawa &#347;ciana ognia, wzbijaj&#261;ca
+si&#281; ku niebu, miejscami z&#322;ocista, tam znów, ni­by krep&#261;,
+przes&#322;oni&#281;ta czarnym gryz&#261;cym dymem, zaczyna zni&#380;a&#263;
+si&#281;, zmniejsza&#263; powoli... Ju&#380; obecnie huk po&#380;aru coraz
+cz&#281;&#347;ciej przerywaj&#261; syki gasn&#261;cych p&#322;omieni -
+opanowany nieco &#380;ywio&#322; mniej gro&#378;nym si&#281; staje, pokornieje,
+cichnie...</p>
+
+<p>Lewe pod&#322;u&#380;ne i najwi&#281;ksze pa&#322;acowe
+skrzyd&#322;o pali si&#281; jeszcze, p&#322;omie&#324; nadal zwyci&#281;sko
+sieje tam zniszczenie, praw&#261; stron&#281; jednak domu ugaszono ju&#380;
+zupe&#322;nie. Z p&#322;aszcz&#261;cego si&#281; tu dymu wy&#322;aniaj&#261;
+si&#281; teraz bia&#322;awe, osmalone mury; w&#347;ród zgliszcz, ju&#380;
+zw&#281;glonych, pe&#322;zaj&#261; jeszcze tam i ówdzie ogniste w&#281;&#380;e,
+ca&#322;uj&#261;c lubie&#380;nie, li&#380;&#261;c &#347;cian poczernia&#322;ych
+podnó&#380;e.</p>
+
+<p>I w porównaniu gwaru, zgie&#322;ku, które panuj&#261; u
+p&#322;on&#261;cego w dali pa&#322;acowego skrzyd&#322;a - cisza króluje tu
+wzgl&#281;dna...</p>
+
+<p>Tam ruch, krzyki, krzy&#380;uj&#261;ce si&#281; rozkazy,
+&#322;una ognia, huk jego, syk, oraz zupe&#322;ne oddanie si&#281; wszyst­kich
+ca&#322;kowicie d&#322;awieniu i walce z &#380;ywio&#322;em...</p>
+
+<p>Tu - srebrz&#261;ce si&#281;, czyste promienie
+ja&#347;niej&#261;cego wysoko na niebie niepokalanie miesi&#261;ca, co
+b&#322;yszcz&#261; na okopconych &#347;cianach, stanowi&#261;c dziwny w sobie,
+a pe&#322;en spokoju, kontrast, z wrzaw&#261; i krwawo-z&#322;o­cist&#261;
+po&#380;og&#261;...</p>
+
+<p>Szelest kroków tymczasem przerywa nagle mil­czenie. Za
+w&#281;g&#322;em stercz&#261;cego samotnie od&#322;amu murów pogorzeliska,
+pojawia si&#281; Krasnostawski, i stan&#261;wszy w zamy&#347;leniu, &#347;le
+wzrok badawczy w stron&#281; parku.</p>
+
+<p>- Tam pu&#347;ci&#322;em ju&#380; w ruch wszystko!.. - mó­wi
+g&#322;o&#347;no do siebie. - Doko&#324;cz&#261; gasi&#263; i dadz&#261; sobie
+rad&#281; beze mnie... - mruczy dalej. - Ja za&#347; ich musz&#281;
+znale&#378;&#263; - musz&#281;!..</p>
+
+<p>Krasnostawski milknie, i rozgl&#261;gaj&#261;c si&#281; bacz­nie
+doko&#322;a, kieruje si&#281; w g&#322;&#261;b parku, idzie z wolna
+zamy&#347;lony, a trzyman&#261; w r&#281;ku d&#322;ug&#261; nahajk&#261; co
+chwila uderza si&#281; machinalnie po wysokich, okopco­nych butach...</p>
+
+<p>Od czasu, jak tu przyby&#322; na ratunek i pi&#261;te przez
+dziesi&#261;te zdo&#322;a&#322; rozpyta&#263; si&#281; o pocz&#261;tek i prze­bieg
+po&#380;aru, my&#347;l jedna i ta sama dr&#281;czy&#322;a go be­zustannie:
+gdzie s&#261; Topolski i Ola?.. &#379;e nic z&#322;ego im si&#281; nie
+sta&#322;o - wiedzia&#322;... Co robi&#261; zatem sami tak d&#322;ugo?..</p>
+
+<p>Kochaj&#261;c Ol&#281; i odczuwaj&#261;c przez to podwójnie
+zacie&#347;niaj&#261;cy si&#281; stosunek jej z Topolskim, m&#322;ody
+cz&#322;owiek przeczuwa&#322; wi&#281;cej od marsza&#322;kowej i
+&#321;ady&#380;y&#324;skiego... Oni, poch&#322;oni&#281;ci po&#380;arem, jak
+wszys­cy zreszt&#261;, potracili g&#322;owy!.. A on?..</p>
+
+<p>My&#347;le&#263; o Topolskim i Oli nie przestawa&#322;, jak
+szalony przy tem si&#322;y odp&#281;dza&#322; od siebie my&#347;li nie­które.</p>
+
+<p>Obecnie, tkni&#281;ty przeczuciem jakby, szed&#322; w&#322;a­&#347;nie
+alej&#261;, prowadz&#261;c&#261; do ustronnej altany...</p>
+
+<p>Dusz&#261; Krasnostawskiego miota&#322; niepokój. Za­zdro&#347;&#263;
+szarpa&#322;a nim bez mi&#322;osierdzia, s&#261;czy&#322;a swój jad zatruty,
+niepewno&#347;&#263; m&#281;czy&#322;a - obawa, &#380;e sprawdz&#261; si&#281;
+skryte jego podejrzenia, tamowa&#322;a mu oddech w gardle i zniewala&#322;a w
+bezsilnej w&#347;ciek&#322;o&#347;ci zaciska&#263; d&#322;onie.</p>
+
+<p>Poza dziedzin&#261; przeczu&#263; bowiem, ów niepokój
+Krasnostawskiego mia&#322; równie&#380; &#378;ród&#322;o i w
+nast&#281;puj&#261;cym, konkretnym fakcie.</p>
+
+<p>Komenderuj&#261;c i uwijaj&#261;c si&#281; przy
+po&#380;arze, spotka&#322; Krasnostawski pomagaj&#261;c&#261; równie&#380;
+innym, znosz&#261;c&#261; wod&#281;, dziewczyn&#281; s&#322;u&#380;ebn&#261;,
+ulubienic&#281; Oli...</p>
+
+<p>Ta za&#347;, gdy j&#261; zapyta&#322; o pani&#261;,
+opowiedzia&#322;a mu bez&#322;adnie: - Powiadam paniczowi... Bo&#380;e,
+Bo&#380;e, jakie to by&#322;o straszne! Ja&#347;nie m&#322;odsza pani dzwoni, i
+si&#281; budz&#281;, ubieram pr&#281;dziutko, s&#322;ysz&#281; jaki&#347;
+szum... Otwieram drzwi, a tu - ogie&#324;, ogie&#324; jak daleko spoj­rze&#263;
+na pa&#324;skie pokoje... Tylko po&#347;ciel m&#322;odej pani pusta i okno
+otwarte!..</p>
+
+<p>Kto&#347; rozdzieli&#322; ich i dalsz&#261; indagacy&#281;
+przerwa&#322; Krasnostawskiemu szerz&#261;cy si&#281; po&#380;ar, zam&#281;t i
+wrzask. Poprzesta&#263; musia&#322; tylko na tem.</p>
+
+<p>Teraz szed&#322; coraz pr&#281;dzej. Nagle zatrzyma&#322;
+si&#281;, jak wryty.</p>
+
+<p>Ju&#380; od minut paru zauwa&#380;y&#322; na wilgotnym
+piasku alei &#347;lad kroków m&#281;skich, obutych w zgra­bny trzewik, teraz
+za&#347; le&#380;a&#322;a przed nim dobrze mu znana papiero&#347;nica
+Topolskiego, a opodal widziany cz&#281;sto we w&#322;osach Oli grzebie&#324;, z
+szyldkretu.</p>
+
+<p>W&#261;tpliwo&#347;ci ju&#380; by&#263; nie mog&#322;o...
+Krasnostawski pochwyci&#322; machinalnie oba le­&#380;&#261;ce przedmioty i
+biedz pocz&#261;&#322;...</p>
+
+<p>Szala&#322;a w nim burza.. Nienawi&#347;&#263;
+m&#281;&#380;czyzny, pogardzonego przez ubóstwian&#261; kobiet&#281; na
+korzy&#347;&#263; rywala rozpali&#322;a mu krew, nape&#322;ni&#322;a
+jak&#261;&#347; niepo­hamowan&#261; &#380;&#261;dz&#261; pastwienia si&#281; i
+zemsty!..</p>
+
+<p>Spocony, blady, stan&#261;&#322; wkrótce u wej&#347;cia do
+altany, i pocz&#261;&#322; nads&#322;uchiwa&#263;, z zapartym oddechem. Pot
+kroplisty wyst&#261;pi&#322; mu na czo&#322;o, usta zacisn&#281;&#322;y
+si&#281; bole&#347;nie, oczy zamigota&#322;y dzikim ogniem.</p>
+
+<p>Z cichej, sennej altany dochodzi&#322;y wyra&#378;nie dwa
+g&#322;osy - dwa szepty...</p>
+
+<p>Krasnostawski rozchyli&#322; ga&#322;&#281;zie... Na szelest
+ten w ciemno&#347;ciach zerwa&#322; si&#281; kto&#347; &#347;piesznie i u progu
+stan&#261;&#322; Topolski. W pó&#322;mroku nocy zamaja­czy&#322;a jego twarz
+bia&#322;a, rasowa, i dwaj m&#281;&#380;czy&#378;ni spojrzeli sobie,
+milcz&#261;c, prosto w oczy.</p>
+
+<p>Trwa&#322;o to sekund&#281;, lecz wystarczy&#322;o
+Krasnostawskiemu, bo to, co wyczyta&#322; na wzburzonem obli­czu Topolskiego,
+a&#380; nadto uzasadni&#322;o jego obawy. </p>
+
+<p>Wysi&#322;kiem woli, och&#322;on&#261;wszy z wra&#380;enia,
+prze­mówi&#322; pierwszy Topolski, wskazuj&#261;c swobodnie na pozór ruchem
+r&#281;ki widnokr&#261;g, gdzie dogorywa&#322;a ju&#380; &#322;una ognia:</p>
+
+<p>- A zatem, chwa&#322;a Bogu, ju&#380; po po&#380;arze!.. My
+w&#322;a&#347;nie...</p>
+
+<p>- Nikczemny! - zabrzmia&#322;o w ciszy s&#322;owo jedno. </p>
+
+<p>Wymówi&#322; je g&#322;osem dr&#380;&#261;cym Krasnostawski,
+i niepomny niczego, rozszala&#322;y, schwyciwszy Topolskiego za gard&#322;o,
+drug&#261; r&#281;k&#261; przerzuci&#322; go poprzez siebie i z pasy&#261;
+ok&#322;ada&#263; pocz&#261;&#322; trzyman&#261; w r&#281;ku nahajk&#261;...</p>
+
+<p>W milczeniu zak&#261;tka rozleg&#322; si&#281; krzyk bitego
+i w &#347;lad za tem okrzyk inny - kobiecy!..</p>
+
+<p>Ku dwom m&#281;&#380;czyznom wypad&#322;a Ola... Jak lwica,
+rzuci&#322;a si&#281; natychmiast pomi&#281;dzy nich, a obroniwszy Topolskiego,
+gwa&#322;townie, szybko, wymierzy&#322;a Krasnostawskiemu dwukrotny policzek...</p>
+
+<p>Jak ra&#380;ony obuchem, zachwia&#322; si&#281; pod tem uderzeniem
+m&#281;&#380;czyzna, cofn&#261;&#322; si&#281; wstecz, blady, jak &#347;ciana,
+oszala&#322;y, straszny.</p>
+
+<p>Zaleg&#322;a chwila milczenia...</p>
+
+<p>Oswobodzony Topolski znik&#322; we wn&#281;trzu altany, a z
+ust stoj&#261;cej na wprost Krasnostawskiego kobiety wybieg&#322;o
+dr&#380;&#261;cym, urywanym szeptem, pe&#322;nym oburzenia i zimnej - gorszej
+od policzka, pogardy:</p>
+
+<p>- Pod&#322;y... s&#322;ugo!.. Jak &#347;mia&#322;e&#347;? -
+Precz!..</p>
+
+<p>Ze wzruszenia umilk&#322;a Ola, po chwili dopiero i
+powtórzy&#322;a raz jeszcze, przejmuj&#261;co - ciszej:</p>
+
+<p>- Precz!..</p>
+
+<p>Tego nadto ju&#380; by&#322;o dla rozbola&#322;ego
+zazdro&#347;ci&#261; i bólem m&#281;skiego serca! Nie czynnie, lecz moralnie
+spoliczkowany po raz drugi, Krasnostawski zachwia&#322; si&#281; powtórnie, jak
+nieprzytomny, w oczach pocie­mnia&#322;o mu - zawirowa&#322;y altana i drzewa
+parku...</p>
+
+<p>- Kocham ci&#281;! -
+szepn&#281;&#322;y w oddechu cichutko, jak skarga, usta jego i omdla&#322;y
+run&#261;&#322; u stóp kobie­ty, zdeptany jej post&#281;pkiem...</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>. . . . . . . . . . . . .
+. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&#346;wit zorzy wyjrza&#322; nie&#347;mia&#322;o spoza
+stepu, pól szerokich, orze&#378;wi&#322; si&#281; w toni sennego jeszcze stawu
+i w&#347;lizn&#261;&#322; do altany ciekawy...</p>
+
+<p>Nie by&#322;o w niej ju&#380; jednak nikogo, zarówno jak i
+nigdzie, w pobli&#380;u:</p>
+
+<p>Niebo zaró&#380;awia&#322;o si&#281; stopniowo,
+pocz&#261;tkowo ledwo dostrzegalnie, boja&#378;liwie, pó&#378;niej za&#347;
+coraz silniej i &#347;mielej.</p>
+
+<p>Przeci&#261;gaj&#261;c si&#281; lubie&#380;nie,
+wstawa&#322;a jutrzenka z ob&#322;oków puszystych po&#347;cieli.</p>
+
+<p>Na powitanie jej tryumfaln&#261; fanfar&#261;
+rozbrzmia&#322; park ca&#322;y &#347;wiergotem ptasz&#261;t; zbudzone,
+zrywa&#322;y si&#281; one do lotu, otrzepywa&#322;y zamaszy&#347;cie
+skrzyde&#322;ka z porannej rosy, rozlatywa&#322;y si&#281; na wsze strony,
+siada&#322;y na zczernia&#322;ych ruinach spalonego pa&#322;acu. Dym jeszcze
+&#347;cieli&#322; si&#281; tu gdzieniegdzie... Na pogorzelisku, jak
+karbunku&#322;y, b&#322;yszcza&#322;y tam i ówdzie, dopalaj&#261;c si&#281;,
+belki i inne szcz&#261;tki pa&#322;acu, tli&#322;y si&#281; w zgliszczach -
+tuli&#322;y do okopconych zwalisk...</p>
+
+<p>A woko&#322;o drzema&#322;o, spa&#322;o wszystko!..</p>
+
+<p>Ze spuszczonemi &#380;aluzyami, spoczywa&#322;y zatem
+pa&#322;acowa oficyna, stajnie i gumna, &#347;ni&#322;y tak&#380;e liczne,
+rozsiane za pa&#322;acow&#261; bram&#261;, bia&#322;e wie&#347;niacze chatki...
+</p>
+
+<p>Pot&#281;&#380;ny, wspania&#322;y zab&#322;ys&#322; pierwszy
+promie&#324; s&#322;o&#324;ca i oboj&#281;tny zaja&#347;nia&#322; nad
+wszystkiem doko&#322;a... </p>
+
+<p>Nie zbudzi&#322; jednak nikogo... Na gazonie tylko, pod
+gór&#261; wyrzuconych z pa&#322;acu, le&#380;&#261;cych na kupie mebli,
+du&#380;y pies podwórzowy otworzy&#322; oczy, mlasn&#261;&#322; j&#281;zykiem,
+przeci&#261;gn&#261;&#322; si&#281; i zasn&#261;&#322;...</p>
+
+<p>Zadumanej ciszy nie przerywa&#322;o nadal nic zgo&#322;a.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<center>---------------</center>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Pomimo, i&#380; przez szpary okiennic Tomaszo­wieckiego
+dworku w&#347;lizgiwa&#322;o si&#281; ju&#380; s&#322;o&#324;ce, w tak zwanym
+kancelaryjnym pokoju pali&#322;a si&#281; jeszcze du&#380;a lampa,
+o&#347;wietlaj&#261;c biurko, przy którym Krasnostawski pisa&#322; co&#347;
+szybko i zamaszy&#347;cie. Obok niego sta&#322;a szklanka z herbat&#261; i le&#380;a&#322;y
+porzucone na zie­mi, niedopa&#322;ki od papierosów... Nagle m&#322;ody
+cz&#322;o­wiek porzuci&#322; pióro, z ha&#322;asem odsun&#261;&#322;
+krzes&#322;o od biurka i zamkn&#261;wszy ksi&#281;g&#281;, powsta&#322;.</p>
+
+<p>- Nareszcie! - westchn&#261;&#322; g&#322;o&#347;no z
+ulg&#261; i zbli­&#380;ywszy si&#281; do okna, odemkn&#261;&#322; je,
+odczepiwszy zara­zem wewn&#281;trzne haczyki okiennic.</p>
+
+<p>Fala s&#322;onecznego &#347;wiat&#322;a, wraz z powietrzem
+letniego poranka, wp&#322;yn&#281;&#322;a do pokoju. Krasnostaw­ski zgasi&#322;
+lamp&#281; i spojrza&#322; przed siebie...</p>
+
+<p>Od po&#380;aru min&#281;&#322;a doba tylko, patrz&#261;c
+jednak na m&#322;odego plenipotenta, pomy&#347;le&#263; mo&#380;na by&#322;o,
+i&#380; od tej chwili oddziela&#322;y go lata; nie m&#322;odzieniec bowiem
+obecnie, pe&#322;ny hartu i &#380;ycia patrzy&#322; przez otwarte okno, ale
+m&#281;&#380;czyzna, na pozór wi&#281;cej, ni&#380; dojrza&#322;y, któ­ry
+zapomina&#322; ju&#380; jakby, &#380;e m&#322;odym by&#322; tak niedawno.</p>
+
+<p>Jak burza, przesz&#322;a po nim pami&#281;tna noc roz­terki,
+cierpie&#324;, upokorzenia i bólu, &#347;lad wieczno­trwa&#322;y zostawiwszy po
+sobie...</p>
+
+<p>Twarz Krasnostawskiego blad&#261; by&#322;a, oczy przym­glone
+i podkr&#261;&#380;one, a na skroniach gdzieniegdzie, w&#347;ród czarnych pukli
+w&#322;osów, biela&#322;a nitka przed­wcze&#347;nie siwa.</p>
+
+<p>I kontrast przykry prawdziwie stanowi&#322; ten
+cz&#322;owiek, stoj&#261;c tak w owej chwili w ramie okna... Przed nim, w
+perspektywie, jak okiem si&#281;gn&#261;&#263;, kraina ca&#322;a
+z&#322;oci&#322;a si&#281; od z&#380;&#281;tych kóp zbo&#380;owych,
+zieleni&#322;a od niw i stepów, &#347;piewa&#322;a setkami g&#322;osów:
+u&#347;miecha&#322;a si&#281; rozkosznie!..</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>- &#379;ycia!.. &#379;ycia!.. Mi&#322;o&#347;ci,
+szcz&#281;&#347;cia!.. - wiel­kim g&#322;osem wo&#322;a&#322;o wszystko, a on
+jedyny tylko, nie­czu&#322;y na nic zgo&#322;a, sta&#322; wci&#261;&#380; tak
+samo nieruchomy, zapatrzony nie w dal jasn&#261;, lecz w cienie cierpi&#261;cej
+duszy w&#322;asnej..</p>
+
+<p>Po nocy po&#380;aru do Tomaszówki uciek&#322; Krasnostawski
+piechot&#261;, obudziwszy si&#281; z omdlenia, sam jeden w&#347;ród
+szumi&#261;cego mu &#322;agodnie nad g&#322;o­w&#261; parku.</p>
+
+<p>Tu, u siebie, przem&#281;czy&#322; si&#281;, jak nieprzyto­mny,
+w bólu - do rana. W ko&#324;cu jednak zm&#281;czenie fizyczne zabi&#322;o
+moraln&#261; trosk&#281;. Snem kamiennym, a zbawczym dla&#324;, przespa&#322;
+Krasnostawski wi&#281;kszo&#347;&#263; dnia, bo a&#380; do godziny szóstej po
+po&#322;udniu. Zbudzi&#322; si&#281; za&#347; ju&#380; nieco innym...</p>
+
+<p>Zebrawszy my&#347;li i wspomnienia, przede wszyst­kim
+postanowi&#322; uciec co rychlej z tych miejsc, rzu­ci&#263; si&#281; w wir
+pracy w warunkach ca&#322;kiem odmiennych.. Powietrze dusi&#263; go
+pocz&#281;&#322;o, ziemia parzy&#263; stopy!.. Chcia&#322; ju&#380;
+wskoczy&#263; na konia i opu&#347;ci&#263; wszystko na zawsze.</p>
+
+<p>W por&#281; jednak zastanowienie i zimna logika
+trze&#378;wego rozumu powstrzyma&#322;a go na szcz&#281;&#347;cie od tego
+kroku...</p>
+
+<p>Wszak, poza dziedzin&#261; moralnych jego cierpie&#324;,
+sta&#322; przecie&#380; jeszcze mur rzeczywistego &#380;ycia, które chleb mu
+dot&#261;d dawa&#322;o - istnia&#322; &#347;wiat obowi&#261;­zków
+dotychczasowego jego stanowiska tutaj.</p>
+
+<p>Rzuca&#263; tak wszystko by&#322;oby
+lekkomy&#347;lno&#347;ci&#261; i&#347;cie ch&#322;opi&#281;c&#261;.</p>
+
+<p>- Nie, ja tego nie uczyni&#281;! - zadecydowa&#322;. - W jak
+naj&#347;ci&#347;lejszym porz&#261;dku przeka&#380;&#281; na odjezdnem
+wszystkie gospodarskie ksi&#281;gi, rachunki, kas&#281; i.t.d.</p>
+
+<p>Po skromnym posi&#322;ku, zabra&#322; si&#281; Krasnostaw­ski
+do wyczerpuj&#261;cej pracy, ca&#322;ych nieledwie dziewi&#281;tna&#347;cie
+godzin pisa&#322;, rachowa&#322; bezustannie. Wresz­cie wyczerpany
+sko&#324;czy&#322; przed chwil&#261;...</p>
+
+<p>By&#322; wolnym!.. Za godzin par&#281; b&#281;dzie móg&#322;
+opu&#347;ci&#263; te strony - na zawsze...</p>
+
+<p>Zadumany smutnie, sta&#322; Krasnostawski wci&#261;&#380;
+pod oknem; zapatrzony, nie zauwa&#380;y&#322; on wcale zbli&#380;aj&#261;cego
+si&#281; ku niemu wyrostka.</p>
+
+<p>D&#378;wi&#281;k jego g&#322;osu zbudzi&#322; m&#322;odego
+cz&#322;owieka. Spu&#347;ci&#322; wzrok i zapyta&#322; g&#322;o&#347;no:</p>
+
+<p>- Ha!.. szczo ka&#380;esz?..</p>
+
+<p>Wyrostek, by&#322; to ch&#322;opiec stajenny, wys&#322;any
+przeze&#324; do Gowartowa, by sprowadzi&#263; tamtejszego starego i zaufanego
+rz&#261;dc&#281;, któremu chcia&#322; Krasnostawski zda&#263; klucze kasy,
+ksi&#281;gi, i przekaza&#263; ostatnie rozporz&#261;dzenia. Z relacyi
+ch&#322;opca okaza&#322;o si&#281;, &#380;e rz&#261;dca wyjecha&#322; do
+miasteczka.</p>
+
+<p>- A pany? - spyta&#322; machinalnie Krasnostawski,
+u&#380;ywszy utartego pomi&#281;dzy ludem miejscowym wyra&#380;enia,
+oznaczaj&#261;cego w liczbie mnogiej, w&#322;a&#347;ciciela danej wioski.</p>
+
+<p>- Nykoho ne baczy&#322;! - odrzek&#322; zapytany i do­da&#322;
+zarazem, &#380;e Szmul, &#380;yd z karczmy wiejskiej, powiedzia&#322; mu,
+&#380;e pa&#324;stwo na dobre wyjechali. - Ka&#380;ut, szczo do Szczesnoi, do
+jasnoho grafa Topolsko­ho! - poinformowa&#322; znowu wyrostek.</p>
+
+<p>Na wyblad&#322;em licu s&#322;uchaj&#261;cego tych nowin
+m&#322;odzie&#324;ca zakwit&#322; rumieniec oburzenia.</p>
+
+<p>- &#321;otr!.. - zgrzytn&#261;&#322; cicho,
+niedos&#322;yszalnie przez z&#281;by. - Sna&#263; potrafi&#322; ka&#380;dego z
+osobna podej&#347;&#263;, oszuka&#263;! Prawdy nie domy&#347;li&#322; si&#281;
+nikt, widocznie...</p>
+
+<p>Wi&#281;c teraz ugaszcza wszystkich u siebie... Co za ironia
+prawdziwa! - doko&#324;czy&#322; w my&#347;li, i w&#347;ciek&#322;o&#347;&#263;
+nag&#322;a opanowa&#322;a go...</p>
+
+<p>- Czego, durniu, stoisz! - hukn&#261;&#322; w twarz pa­robczakowi,
+a&#380; zatrz&#281;s&#322;y si&#281; szyby dworku.</p>
+
+<p>- Osiod&#322;aj mi zaraz konia! - doko&#324;czy&#322; spo­kojniej
+nieco.</p>
+
+<p>Niebawem z&#322;otawy kasztan, z bia&#322;&#261;
+gwiazdk&#261; na czole, parska&#322; ochoczo pod Krasnostawskim, jad&#261;cym
+na prze&#322;aj przez pola do Gowartowa.</p>
+
+<p>Woko&#322;o niego praca wrza&#322;a. Krz&#261;taj&#261;cy
+si&#281; lud roboczy: parobcy i gospodarze k&#322;aniali si&#281; nisko
+czapkami panu plenipotentowi; czarnookie, czarno brewe mo&#322;odyce i
+dziewcz&#281;ta, w jaskrawych spód­nicach i chustkach, pozdrawia&#322;y,
+równie&#380; &#380;yczliwie m&#322;odzie&#324;ca zerkaj&#261;c z u&#347;miechem
+i lubo&#347;ci&#261; na "harnoho ch&#322;opcia*)". </p>
+
+<p>[*) Pi&#281;knego ch&#322;opca.]</p>
+
+<p>W kwadrans pó&#378;niej, Krasnostawski
+zje&#380;d&#380;a&#322; ju&#380; st&#281;pa na grobl&#281; gowartowsk&#261;...</p>
+
+<p>W g&#322;&#281;biach stawu, otoczonego zieleni&#261; parku,
+odbija&#322;y si&#281; dawniej, jak w lustrze, mleczn&#261;
+bia&#322;o&#347;ci&#261; &#347;ciany dworu. Teraz czernia&#322;y zarysy
+pogorzeliska, a tam - na górze, zgliszcza, zakopconem pa&#322;acowem skrzyd&#322;em,
+królowa&#322;y smutnie nad le&#380;&#261;cem doko&#322;a sio&#322;em...</p>
+
+<p>Je&#378;dziec odwróci&#322; oczy i wspi&#261;&#322; konia.
+Jak strza&#322;a, przelecia&#322; przez grobl&#281; i stan&#261;&#322; niebawem
+przed zamkni&#281;t&#261; wjazdow&#261; bram&#261; pa&#322;acu; tu huka&#263;
+pocz&#261;&#322;, by mu j&#261; otworzono.</p>
+
+<p>Nadbieg&#322;o kilku stajennych; oddawszy im spienionego
+konia pocz&#261;&#322; Krasnostawski wypytywa&#263; si&#281; o mieszka&#324;ców
+pa&#322;acu. Okaza&#322;o si&#281;, i&#380; dom ca&#322;y wyjecha&#322;
+nazajutrz po po&#380;arze, rankiem i bawi&#322; teraz w go&#347;cinie u
+Topolskiego, w Szcz&#281;snojej.</p>
+
+<p>- A to co? - zapyta&#322; nagle, furmana zdziwiony Krasnostawski,
+wskazuj&#261;c spicrut&#261;, na ca&#322;e stosy czego&#347;, ponakrywanego
+p&#322;achtami.</p>
+
+<p>- To, paniczu, meble z pa&#322;acu; pan ekonom kaza&#322;
+poprzykrywa&#263; tymczasem! - odpowiedzia&#322; zapytany.</p>
+
+<p>Krasnostawskiego zirytowa&#322;o to niedbalstwo,
+wzgl&#281;dem ocala&#322;ych, i cennych, a tak dobrze mu znanych, mebli
+pa&#322;acowych. Zdecydowa&#322; g&#322;o&#347;no.</p>
+
+<p>- To tak zosta&#263; nie mo&#380;e! - i ruszy&#322;
+spiesznie ku &#347;rodkowi gazonu, gdzie le&#380;a&#322;y meble. Kazawszy
+pozdejmowa&#263; w &#347;lad za tem wszystkie przykrycia i opony, ujrza&#322;,
+i&#380; mebli uratowanych by&#322;o sporo.</p>
+
+<p>- S&#261; parobcy na toku? - zapyta&#322;.</p>
+
+<p>- S&#261;... s&#261;! - po&#347;wiadczy&#322;a
+krz&#261;taj&#261;ca si&#281; woko­&#322;o niego s&#322;u&#380;ba.</p>
+
+<p>- Siergieju! - rozkaza&#322; Krasnostawski po ma&#322;o­rusku
+starszemu furmanowi, - id&#378;cie powiedzie&#263;, niech zaprz&#281;gaj&#261;
+do wozów, ile si&#281; da i zaje&#380;d&#380;aj&#261; tutaj, a gumienny, niech
+da klucze od pustej stodo&#322;y!.. Trzeba to wszystko - wskaza&#322; ruchem
+r&#281;ki meble - tam zaraz zawie&#378;&#263; tymczasem i zamkn&#261;&#263;!..</p>
+
+<p>Plenipotenta dóbr gowartowskich lubiano powszechnie i
+s&#322;uchano ch&#281;tnie.</p>
+
+<p>Natychmiast zatem furman skierowa&#322; si&#281; do gu­mien;
+wyprzedzi&#322; go ch&#322;opiec stajenny, by rozg&#322;osi&#263; pierwej
+rozkazy "panycza."</p>
+
+<p>Krasnostawski pozosta&#322; sam i uwa&#380;nie
+zacz&#261;&#322; przegl&#261;da&#263; nagromadzone meble. Tam i ówdzie
+rozpoznawa&#322; na wpó&#322; uszkodzony sprz&#281;t i przypomina&#322; sobie
+miejsce, gdzie on sta&#322; dot&#261;d w pa&#322;acu...</p>
+
+<p>Spojrza&#322; na pogorzelisko... Groz&#261; i bolesnym
+smutkiem wia&#322;o od tego zak&#261;tka - ruina zwyci&#281;sko szczerzy&#322;a
+trupi&#261; paszcz&#281;k&#281; - &#347;mia&#322;&#261; si&#281; jakby
+szyderczo...</p>
+
+<p>Z mimowolnym wstr&#281;tem, odwróci&#322; si&#281; Kra­snostawski
+i na nowo pocz&#261;&#322; przygl&#261;da&#263; si&#281;, z uwa­g&#261;,
+pa&#322;acowym sprz&#281;tom. U&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; smutnie...</p>
+
+<p>Obok na wpó&#322; p&#281;kni&#281;tego du&#380;ego
+salonowego zwierciad&#322;a, z&#322;amane tuli&#322;o si&#281; &#322;o&#380;e
+poz&#322;acane, w stylu "empire," z pokoju Oli Dzier&#380;ymirskiej.
+Tam znów jej szafa odemkni&#281;ta, z kilkoma pozostawionemi w po&#347;piechu
+sukniami - wala&#322;a si&#281; obok szcz&#261;tków pianina...</p>
+
+<p>Dziwna rzecz jednak - pomy&#347;la&#322; w tej chwi­li - jak
+sprz&#281;t przypomina cz&#322;owieka!.. Ola, Ola i jeszcze Ola!.. Widzia&#322;
+on j&#261; tu - wsz&#281;dzie, te od&#322;amy zachowa&#322;y jakby
+cz&#281;&#347;&#263; jej osoby - dusza ukocha­nej przeze&#324; kobiety
+b&#322;&#261;ka&#322;a si&#281; w nich, martwych i oboj&#281;tnych...</p>
+
+<p>M&#322;ody cz&#322;owiek znalaz&#322; wiele rzeczy nieuszko­dzonych
+prawie; niektóre z nich sam odsuwa&#322; od innych, segregowa&#322;.</p>
+
+<p>- Ooo!.. - wyrwa&#322;o mu si&#281; nagle z ust, z ubo­lewaniem.</p>
+
+<p>Przed nim, zdruzgotane, przepalone nielito&#347;ci­wie do
+po&#322;owy, le&#380;a&#322;o w pyle pi&#281;kne, ulubione biur­ko Romana,
+antyk pami&#261;tkowy, z mahoniowego drzewa, wyk&#322;adany bogato srebrem,
+subtelnie inkrusto­wany per&#322;ow&#261; mas&#261;. Krasnostawski
+zacz&#261;&#322; maca&#263; uwa&#380;nie doko&#322;a przepalony sprz&#281;t
+drogocenny. Obej­rzawszy go dok&#322;adnie, zajrza&#322; do kilku szufladek i
+skrytek.</p>
+
+<p>Lecz nagle ko&#322;o pobliskich gumien
+zat&#281;tnia&#322;o... Wykonywaj&#261;c rozkaz, nadje&#380;d&#380;a&#322;y
+ju&#380; wozy. Turkot przybli&#380;a&#322; si&#281; coraz wyra&#378;niejszy,
+dono&#347;niejszy, bli&#380;szy. Krasnostawski, zaj&#281;ty biurem,
+drgn&#261;&#322;, lecz nie na odg&#322;os wozów bynajmniej.</p>
+
+<p>To ruszona w tej chwili bezwiednie d&#322;oni&#261; jego
+zgrzytn&#281;&#322;a niebawem jaka&#347; spr&#281;&#380;yna i szufladka,
+dot&#261;d dla oka niewidzialna - roztworzy&#322;a si&#281; przed nim, a w
+niej, o, dziwo... le&#380;a&#322; oto spokojnie portfel niewielki, z
+eleganckiej, brunatno - wi&#347;niowej skóry. W rogu pugilaresu
+po&#322;yskiwa&#322;a granatów korona hrabiowska, - b&#322;yszcz&#261;c
+m&#281;tno - czerwonym ogniem. Och&#322;on&#261;wszy ze zdziwienia,
+Krasnostawski roz­&#347;mia&#322; si&#281; swobodnie i wzi&#261;&#322; portfel
+w r&#281;ce.</p>
+
+<p>W tej&#380;e chwili jednak na dziedzi&#324;cu zadudni&#322;y
+drabiniaste wozy, parobcy, zdejmuj&#261;c czapki, witali go weso&#322;o i
+dziarsko, a zeskoczywszy na ziemi&#281;, bra&#263; si&#281; zacz&#281;li do
+roboty.</p>
+
+<p>Chc&#261;c nie chc&#261;c, musia&#322; Krasnostawski
+st&#322;u­mi&#263; na razie ciekawo&#347;&#263;, i schowawszy tajemniczy
+pugilares do kieszeni, pocz&#261;&#322; energicznie wydawa&#263; rozkazy.</p>
+
+<p>Wozów by&#322;o kilkana&#347;cie. W pó&#322; godziny, plac
+przed zgliszczami pa&#322;acu opustosza&#322;; wozy, jeden za drugim,
+skierowa&#322;y si&#281; powoli ku tokowi.</p>
+
+<p>Do gumien przyjechano niebawem; przed otwar­t&#261;
+pust&#261; stodo&#322;&#261; zawrza&#322; ruch; wkrótce u&#322;o&#380;ono
+porz&#261;dnie pa&#322;acowe meble, przykryto je, drzwi zamkni&#281;to
+szczelnie i Krasnostawski, rad z ostatniego na s&#322;u&#380;bie
+spe&#322;nionego obowi&#261;zku - wyjecha&#322; z wioski.</p>
+
+<p>Pu&#347;ciwszy konia luzem, zamy&#347;lony, znalaz&#322;
+si&#281; w kwadrans pó&#378;niej w lesie, gdzie, znu&#380;ony, zsiad&#322; z konia
+i roz&#322;o&#380;y&#322; si&#281; swobodnie na murawie. Zdj&#261;wszy kapelusz
+z g&#322;owy i wci&#261;gn&#261;wszy w siebie &#347;wie­&#380;&#261;,
+aromatyczn&#261; wo&#324; boru, si&#281;gn&#261;&#322; on do kieszeni po
+pugilares, roztworzy&#322; go i pocz&#261;&#322; szpera&#263; ciekawie.</p>
+
+<p>W portfelu le&#380;a&#322;y u&#322;o&#380;one porz&#261;dnie
+banknoty, w osobnych przedzia&#322;kach rulony z&#322;ota.</p>
+
+<p>- No, no! - mrukn&#261;&#322; parokrotnie Kra­snostawski i z
+coraz wzrastaj&#261;cem zdziwieniem, pieni&#261;dze zacz&#261;&#322;
+liczy&#263; sumiennie.</p>
+
+<p>Wszystkich razem by&#322;o dwadzie&#347;cia siedm ty­si&#281;cy
+kilkaset. U&#322;o&#380;ywszy na powrót banknoty i z&#322;o­to, Krasnostawski
+portfel zamkn&#261;&#322; i spojrzawszy raz jeszcze na koron&#281; z
+granacików, potrzyma&#322; go jaki&#347; czas w d&#322;oni, poczem
+wpu&#347;ci&#322; do kieszeni. Widoczne zak&#322;opotanie malowa&#322;o
+si&#281; na jego twarzy.  Czu&#322;
+si&#281; zaambarasowanym, co czyni&#263; z tym fantem?..</p>
+
+<p>Wypada&#322;o go zwróci&#263; niezw&#322;ocznie, w
+zast&#281;p­stwie prawego w&#322;a&#347;ciciela, jego &#380;onie - Oli. Zatem
+jecha&#263; do Szcz&#281;snej osobi&#347;cie?..</p>
+
+<p>- Nigdy w &#380;yciu! - rzek&#322; g&#322;o&#347;no do
+siebie m&#322;o­dzieniec. Zas&#281;pi&#322; si&#281;. Nagle my&#347;l
+jaka&#347; nowa zro­dzi&#322;a mu si&#281; widocznie w g&#322;owie, bo
+zerwa&#322; si&#281; &#380;ywo i wskoczywszy na konia, wjecha&#322; w las
+dro&#380;yn&#261;. Wkrótce w borze rozleg&#322;y si&#281; g&#322;o&#347;ne uja­dania
+psów, i Krasnostawski, op&#281;dzaj&#261;c si&#281; od natarczywych kundli,
+wchodzi&#322; do ma&#322;ej chatki le&#347;ni­czego...</p>
+
+<p>W cha&#322;upie panowa&#322;a cisza. Rozci&#261;gni&#281;ty
+na &#322;awie, spa&#322; snem sprawiedliwego m&#281;&#380;czyzna, w sile wieku,
+barczysty, ubrany w kurt&#281; my&#347;liwsk&#261;; dubel­tówka
+le&#380;a&#322;a opodal, w k&#261;cie drzema&#322; pies legawy.</p>
+
+<p>Krasnostawski potrz&#261;sn&#261;&#322; energicznie
+ramieniem &#347;pi&#261;cego le&#347;nika. Ten ostatni zerwa&#322; si&#281;, a
+ujrzawszy plenipotenta, zawstydzony pocz&#261;&#322; b&#261;ka&#263;...</p>
+
+<p>- S&#322;ucham panicza, s&#322;ucham... Padam do nóg... Tak
+mnie jako&#347; zmroczy&#322;o... Zasn&#261;&#322;em, ale to, jak Bo­ga kocham,
+nigdy mi si&#281; nie zdarza...</p>
+
+<p>- Nic nie szkodzi, mój Rzemi&#281;cki! - uspokoi&#322; go
+natychmiast Krasnostawski, klepi&#261;c poufale po ramieniu. - Potrzebuj&#281;
+was, i to natychmiast... Pojedziecie z pieni&#281;dzmi i z listem do
+Szcz&#281;snojej, gdzie s&#261; teraz pa&#324;stwo... Ja oto teraz sam
+jad&#281; konno do domu, a wy w &#347;lad za mn&#261; id&#378;cie do Tomaszówki
+piechot&#261;. Tylko id&#378;cie&#380; zaraz!</p>
+
+<p>- Duchem, prosz&#281; panicza, duchem! - odpar&#322;
+&#380;wawo le&#347;niczy w &#347;lad za odje&#380;d&#380;aj&#261;cym.</p>
+
+<p>W pó&#322; godziny pó&#378;niej, m&#322;ody plenipotent sie­dzia&#322;
+ju&#380; przy biurku w Tomaszówce i kre&#347;li&#322; s&#322;ów par&#281; do
+pana Emila.</p>
+
+<p>Jako nic niewiedz&#261;cemu o zaj&#347;ciu z Topolskim i
+Ol&#261;, napisa&#322; &#321;ady&#380;y&#324;skiemu tylko, i&#380; musi
+niezw&#322;ocznie jecha&#263; do miasta rodzinnego na wakuj&#261;c&#261;
+intratn&#261; posad&#281;, nie chc&#261;c zamyka&#263; karyery tu­taj, bez
+widoków na przysz&#322;o&#347;&#263;...</p>
+
+<p>Nadziej&#261; otrzymania miejsca natychmiast mo­tywowa&#322;
+tak&#380;e wyjazd bez po&#380;egnania, jak i prze­sy&#322;k&#281; równie&#380;
+kluczy od kasy, ksi&#261;g rachunkowych, oraz znalezionego pugilaresu. W
+ko&#324;cu listu, Krasnostawski przeprasza&#322; pana Emila za trud i do­dawa&#322;
+sucho, &#380;e pensyi nic mu si&#281; nie nale&#380;y, bo czyni niespodziany
+zawód swym dotychczasowym chlebodawcom.</p>
+
+<p>We wrotach dziedzi&#324;ca tymczasem majaczy&#322;a ju&#380;
+barczyst&#261; posta&#263; Rzemi&#281;ckiego, pies legawy, poszczekuj&#261;c
+rado&#347;nie, wyprzedza&#322; go...</p>
+
+<p>U&#347;wiadomiwszy o czem nale&#380;a&#322;o starego
+s&#322;u­g&#281;, wr&#281;czy&#322; mu Krasnostawski: papiery, ksi&#281;gi i
+klu­cze, oraz portfel znaleziony, z nadmienieniem zawarto&#347;ci jego, a
+przerwawszy szereg utyskiwa&#324; i szczerych &#380;alów tycz&#261;cych
+si&#281; jego st&#261;d odjazdu, - wy­prawi&#322; do Szcz&#281;snej. </p>
+
+<p>Sam za&#347; do kancelaryi powróci&#322; i znu&#380;ony
+pad&#322; na otoman&#281;...</p>
+
+<p>Widocznem by&#322;o przy tem, i&#380; w mózgu jego od­bywa&#322;a
+si&#281; jaka&#347; walka...</p>
+
+<p>- Nie, nie daruj&#281;!... To ponad si&#322;y moje! -
+rzek&#322; wreszcie kilkakrotnie, urywanym szeptem, porywczo.</p>
+
+<p>- Nie daruj&#281;! - powtórzy&#322;: - On o wszystkiem
+wiedzie&#263; musi! Tak ka&#380;e sprawiedliwo&#347;&#263;, tak by&#263; musi,
+tak b&#281;dzie! - g&#322;o&#347;no ju&#380; zupe&#322;nie wyrzuci&#322; z
+siebie wzburzony, a przysun&#261;wszy fotel do biurka, si&#281;g­n&#261;&#322;
+ponownie po papier listowy, i umoczy&#322; pióro w atramencie.</p>
+
+<p>Zatrzyma&#322; si&#281;... Po chwili cisn&#261;&#322; pióro,
+wsta&#322; i znów zacz&#261;&#322; chodzi&#263; gor&#261;czkowo po pokoju.</p>
+
+<p>- Jak to? - szepta&#263; zacz&#261;&#322;. - Ja
+mia&#322;bym, niby pies sponiewierany, odej&#347;&#263; st&#261;d,
+usun&#261;&#263; si&#281;, znikn&#261;&#263;?.. Ja mia&#322;bym
+zamkn&#261;&#263; w sercu ich wspóln&#261; tajemnic&#281;, i tem samem
+ocali&#263; tego ch&#322;ystka!.. Prawda, jednak, &#380;e i o ni&#261; tu
+chodzi, najdro&#380;...  - nie
+doko&#324;czy&#322;, sponsowia&#322;...</p>
+
+<p>Nie! W nim tli&#322;a jeszcze mi&#322;o&#347;&#263; dla
+niej, ale policzek kobiety i poniewierka - zdeptana mi&#322;o&#347;&#263;­
+w&#322;asna, - wszystko by&#322;o od iskry tej silniejszem.</p>
+
+<p>W dziesi&#281;&#263; minut, m&#322;ody cz&#322;owiek
+uspokoi&#322; si&#281; zupe&#322;nie; zna&#263; z gotowym ju&#380; w
+g&#322;owie planem, list pisa&#263; pocz&#261;&#322; szybko,
+zamaszy&#347;cie...</p>
+
+<p>W ciszy pokoju rozleg&#322; si&#281; nerwowy zgrzyt pióra i
+d&#322;ugo, d&#322;ugo nie ustawa&#322;.</p>
+
+<p>Ca&#322;y &#380;al, ca&#322;&#261; gorycz na papier
+przelewa&#322; z duszy swej Krasnostawski.</p>
+
+<p>Opisa&#322; szczerze &#380;ycie w&#322;asne... I sw&#261;
+mi&#322;o&#347;&#263; ku Oli, tajon&#261; od lat pi&#281;ciu, idealn&#261;,
+czyst&#261;!.. W&#322;asne bóle cierpienia przez czas ten ca&#322;y, i ostatnie
+podejrzenia, co do Topolskiego oraz zachowanie si&#281; tych dwojga, i
+po&#380;ar pa&#322;acu wreszcie, i zdrad&#281; i noc straszn&#261; -
+wszystko!..</p>
+
+<p>List sko&#324;czy&#322;, podpisa&#322;,
+z&#322;o&#380;y&#322;, i si&#281;gn&#261;wszy po kopert&#281;,
+zaadresowa&#322;: Italia, Milano, Signor Roman Dzier&#380;ymirski, Hotel
+"Europa," Corso Vittorio Ema­nuele 9.</p>
+
+<p>Odrzuciwszy pióro, uj&#261;&#322; Krasnostawski
+g&#322;ow&#281; w d&#322;onie.</p>
+
+<p>- Sta&#322;o si&#281;!.. - szepn&#261;&#322; po chwili i
+powsta&#322;. </p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>- Nic ci&#281; ju&#380; tu nie wi&#261;&#380;e!.. -
+Jecha&#263;, jecha&#263; st&#261;d czem pr&#281;dzej! Obszaru, &#347;wiata i
+ludzi, byle nie Ukrainy i Gowartowa!..- zawrza&#322;o w nim i odemkn&#261;wszy
+drzwi, huka&#263; pocz&#261;&#322; na s&#322;u&#380;b&#281;.</p>
+
+<p>W pó&#322; godziny potem na ca&#322;ym folwarku wrza­&#322;o...
+Jak grom, spad&#322;a na wszystkich wie&#347;&#263;, &#380;e pan plenipotent,
+"panycz," wyje&#380;d&#380;a na zawsze. Zlecieli si&#281; wszyscy. W
+domu pakowano na gwa&#322;t rzeczy, daleko bowiem by&#322;o do kolei, a
+Krasnostawski - ko­niecznie chcia&#322; zd&#261;&#380;y&#263; jeszcze na
+wieczorny poci&#261;g.</p>
+
+<p>Promienie zni&#380;aj&#261;cego si&#281; s&#322;o&#324;ca
+ca&#322;owa&#322;y ju&#380; strzech&#281; i rumieni&#322;y bia&#322;e
+&#347;ciany domu, gdy odprowadzany, otoczony, ca&#322;owany po r&#281;kach
+przez czelad&#378; i s&#322;u&#380;b&#281;, &#380;egna&#322; si&#281; ze
+wszystkimi Krasnostawski, rozdawa&#322; tam i ówdzie sprz&#281;ty w&#322;asne,
+rzeczy i pie­ni&#261;dze, sam wzruszony, smutny... </p>
+
+<p>Wreszcie ulokowa&#322; si&#281; na bryczce, konie
+ruszy&#322;y, przed oczyma mign&#281;&#322;y mu ogorza&#322;e twarze
+&#380;egnaj&#261;cego go tak serdecznie ukrai&#324;skiego ludu - wro­ta
+skrzypn&#281;&#322;y &#380;a&#322;o&#347;nie po raz ostatni, i bryczka po­toczy&#322;a
+si&#281;, brz&#281;cz&#261;c, po g&#322;adkim drogowym szlaku, zgin&#261;wszy
+wkrótce w&#347;ród roztoczy &#322;anów z&#380;&#281;tego zbo&#380;a, ugorów i
+kurhanów.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Do stacyi kolejowej by&#322;o ju&#380; tylko wiorst
+par&#281;...  Czwórka Krasnostawskiego
+spuszcza&#322;a si&#281; w&#322;a&#347;nie z pochy&#322;o&#347;ci jaru na
+niepewny dziurawy drewniany mostek, gdy konie, z l&#281;kiem pocz&#281;&#322;y
+si&#281; nagle wspina&#263; cofa&#263;, nie chc&#261;c przejecha&#263; przez
+grobelk&#281;. Furman zakl&#261;&#322; po ma&#322;orusku, i parokrot­nie uderzy&#322;
+biczem konie...</p>
+
+<p>- Sta&#324;! - rzuci&#322; naraz krótko Krasnostawski i
+zeskoczy&#322; z bryczki.</p>
+
+<p>- Kto tam jide! Baczysz? - zaciekawiony zwró­ci&#322;
+si&#281; nagle do mrucz&#261;cego wci&#261;&#380; furmana, wskazu­j&#261;c
+r&#281;k&#261; zbli&#380;aj&#261;cy si&#281; na bocznym trakcie ob&#322;ok ku­rzawy.</p>
+
+<p>- A kto ich znaje!.. Pewno zwitki&#347; *) pany!­ -
+odburkn&#261;&#322; furman, który zlaz&#322;szy tak&#380;e z koz&#322;a i
+poprawiaj&#261;c uprz&#261;&#380; u koni, cz&#281;stowa&#322; w&#322;a&#347;nie
+jednego z nich energicznem w pysk uderzeniem.</p>
+
+<p>[*) Sk&#261;dsi&#347;.]</p>
+
+<p>Krasnostawski nie zauwa&#380;y&#322; tego zn&#281;cania
+si&#281; nad ulubionymi dot&#261;d przeze&#324; ko&#324;mi...</p>
+
+<p>- Dlaczego pany? - spyta&#322; z roztargnieniem, a
+pó&#378;niej zaraz w tym samym j&#281;zyku dorzuci&#322;: - A, prawda,
+poznajesz po turkocie...</p>
+
+<p>Odmienny bowiem rzeczywi&#347;cie od furkotu kó&#322; bryki,
+czy te&#380; innego poja&#378;dziku, st&#322;umiony, jednostajny i nieco
+g&#322;uchy przerywa&#322; cisz&#281; przestrzeni turkot powozowy, regularny.
+Niebawem te&#380; zgrabny faeton wy&#322;oni&#322; si&#281; z ob&#322;oków
+py&#322;u; konie siwe, w an­gielskich szorach, zaprz&#281;&#380;one w leje, i
+dwoje ludzi siedz&#261;cych na ko&#378;le, ubranych w libery&#281;
+granatow&#261;, ze z&#322;otymi guzikami.</p>
+
+<p>Zaprz&#261;g w par&#281; minut stan&#261;&#322; przy
+mo&#347;cie. Krasnostawski wyda&#322; okrzyk zdziwienia, taki sam drugi
+podpowiedzia&#322; mu z zewn&#261;trz powozu i odemkn&#261;wszy z ha&#322;asem
+drzwiczki, wyskoczy&#322; z nie­go zapylony &#321;ady&#380;y&#324;ski.</p>
+
+<p>- No, goni&#322;em pana, ale nie spodziewa&#322;em si&#281;,
+&#380;e go z&#322;api&#281;! - za&#347;mia&#322; si&#281; weso&#322;o pan Emil
+i u&#347;ci­sn&#261;&#322; wyci&#261;gni&#281;t&#261; d&#322;o&#324;
+Krasnostawskiego.</p>
+
+<p>- Witam, witam!.. - ci&#261;gn&#261;&#322; dalej. - Có&#380;
+to, bu­&#322;anki kaprysz&#261; i przez most nie chc&#261; przej&#347;&#263;?
+Obserwowa&#322;em... no, siadaj pan ze mn&#261;; zobaczysz, jak hrabiowskie
+angliki przejd&#261; spokojnie.</p>
+
+<p>&#321;ady&#380;y&#324;ski poci&#261;gn&#261;&#322;
+Krasnostawskiego do po­wozu.</p>
+
+<p>- Có&#380; to, pan tak&#380;e na kolej, czy tylko po mnie? -
+u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; Krasnostawski, nieco zmiesza­ny i zaskoczony
+widokiem pana Emila.</p>
+
+<p>- Wyje&#380;d&#380;am - odrzek&#322; ten&#380;e krótko, i
+dorzu­ci&#322; swobodnie, zauwa&#380;ywszy wyraz twarzy m&#322;odego
+cz&#322;owieka: - Nie bój si&#281; pan, nie trwó&#380;!.. Nie my&#347;l&#281;
+wcale i nie mam polecenia zawraca&#263; pana z drogi do dawnych
+obowi&#261;zków... Przeciwnie, mojem zdaniem czynisz pan bardzo dobrze, i&#380;
+rzucasz te k&#261;ty...</p>
+
+<p>W Gowartowie nie doszed&#322;by&#347; nigdy do niczego, a
+szkoda m&#322;odo&#347;&#263; swoj&#261; zamyka&#263; tu i traci&#263;!..</p>
+
+<p>I &#321;ady&#380;y&#324;ski wyci&#261;gn&#261;&#322;, przy
+tych s&#322;owach, r&#281;­k&#281; do Krasnostawskiego, a &#347;cisn&#261;wszy
+j&#261; silnie, rzek&#322; jeszcze.</p>
+
+<p>- Powinszowa&#263; mog&#281; tylko, &#380;e&#347; si&#281;
+pan otrz&#261;s&#322; ze skrupu&#322;ów, i &#380;yczy&#263; powodzenia na
+przysz&#322;o&#347;&#263;!.. </p>
+
+<p>Krasnostawski sk&#322;oni&#322; si&#281;, milcz&#261;c. Pan
+Emil za&#347;, przechodz&#261;c natychmiast na inny temat, ju&#380; mówi&#322;:</p>
+
+<p>- Wiesz pan co?.. Siadaj pan ze mn&#261;!.. Mam panu X
+rzeczy ciekawych do opowiedzenia. Có&#380;, zgoda?</p>
+
+<p>Krasnostawski us&#322;ucha&#322;; bryka cofn&#281;&#322;a
+si&#281; nie­co, a powóz, przejechawszy spokojnie przez mostek, potoczy&#322;
+si&#281; znów równo i szybko dalej.</p>
+
+<p>- S&#322;u&#380;&#281; panu! - rzeki
+&#321;ady&#380;y&#324;ski, cz&#281;stuj&#261;c Krasnostawskiego cygarem.
+Zapalili...</p>
+
+<p>Opar&#322;szy si&#281; wygodnie o poduszki i
+zaci&#261;gn&#261;w­szy cygarem, pan Emil rzek&#322;.</p>
+
+<p>- Nadstawiaj pan uszu!... Tandem t&#281;dy, za­czynam...</p>
+
+<p>- S&#322;ucham, s&#322;ucham! - potwierdzi&#322;
+m&#322;odzieniec, kontent w duszy, &#380;e go co&#347;, cho&#263; na
+chwil&#281;, odrywa od smutnych my&#347;li.</p>
+
+<p>- Przedstaw pan sobie zatem, panie kochany, &#380;e
+jeste&#347; w teatrze na jednoaktowej szaradzie. Uwa&#380;a pan: sza - ra -
+dzie...</p>
+
+<p>Rzecz dzieje si&#281;, mówi&#261;c w&#322;a&#347;ciwym
+stylem, za naszych czasów, na Ukrainie, w Szcz&#281;snojej, maj&#261;tku grafa
+Topola - Topolskiego. Popo&#322;udniowa, przedobiednia godzina - cisza...
+Pa&#322;ac pogr&#261;&#380;ony w milcze­niu... W tej samej jednak chwili
+stoj&#261;cy na ganku strzelec, w pokornym zgi&#281;ty uk&#322;onie, podaje
+co&#347; m&#281;&#380;­czy&#378;nie, ubranemu w smoking. Mówi&#261;c nawiasem ­to
+ja - u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; pan Emil, po chwili
+ci&#261;gn&#261;&#322; dalej:</p>
+
+<p>- Kurtyna spada, nast&#281;puje ods&#322;ona druga: Sala
+portretowa jadalna, do sto&#322;u zasiada ze trzy­dzie&#347;ci eleganckich
+osób... Jedno tylko krzes&#322;o wolne... Wchodzi ten sam m&#281;&#380;czyzna w
+smokingu, trzymaj&#261;c co&#347; w r&#281;ku. Wita tam i ówdzie osób
+par&#281;, zbli&#380;a si&#281; do m&#322;odej nadobnej damy i wr&#281;cza jej z
+uk&#322;onem portfel, mówi&#261;c co&#347; obja&#347;niaj&#261;co... Nagle
+siedz&#261;cy obok sam "graf" zrywa si&#281; od sto&#322;u, jak
+oparzony, i robi&#261;c arcyg&#322;upi&#261; min&#281;, wpatruje si&#281; w
+portfel... Zaintrygowanie ogólne, sytuacya jednak wyja&#347;nia si&#281;
+wkrótce...</p>
+
+<p>W tej chwili spojrzawszy na zas&#322;uchanego to­warzysza,
+pan Emil roz&#347;mia&#322; si&#281; serdecznie.</p>
+
+<p>- No, dosy&#263; ma ju&#380; pan tych efektów scenicz­nych,
+doko&#324;cz&#281; panu zatem t&#281; szarad&#281; zwyczajnemi tylko
+s&#322;owy...</p>
+
+<p>- Dziwi pana zapewne - mówi&#322; dalej, - arcy­g&#322;upia
+mina Topolsia, gdy ujrza&#322; portfel, z po&#322;ysku­j&#261;c&#261;
+koron&#261;, symbolem jego wielko&#347;ci!..</p>
+
+<p>- Otó&#380; w tem ma si&#281; rzecz ca&#322;a, &#380;e
+portfel ten nie Dzier&#380;ymirskiego, i nie jego pieni&#261;dze, ani pani Oli,
+lecz, ni plus ni minus, tylko Topolskiego...</p>
+
+<p>- Nie mo&#380;e by&#263;! - wykrzykn&#261;&#322;
+Krasnostawski, szczerze zdziwiony.</p>
+
+<p>- No, có&#380;! szarada dobra... co? - rzuci&#322;
+weso&#322;o &#321;ady&#380;y&#324;ski.</p>
+
+<p>- Niez&#322;a - u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; z kolei
+m&#322;odzieniec - bo dot&#261;d przynajmniej nic a nic jej nie rozumiem. </p>
+
+<p>- Cierpliwo&#347;ci! Zaraz pan pojmiesz wszyst­ko -
+uspakaja&#263; zacz&#261;&#322; pan Emil swego s&#322;uchacza.</p>
+
+<p>- Zapali&#263; musimy poprzednio cygara, bo i pa&#324;­skie
+zgas&#322;o, nieprawda&#380;? - rzek&#322; w &#347;lad za tem, a wydobywszy
+zapa&#322;ki, zapali&#263; jedn&#261; z nich usi&#322;owa&#322;, lecz wietrzyk
+swawolny zgasi&#322; mu j&#261; i nast&#281;pnych kilka. - Sapristi! -
+zakl&#261;&#322; z cicha. - Sta&#324;cie-no, hej! tam! - krzykn&#261;&#322; na
+furmana.</p>
+
+<p>Konie zatrzymane stan&#281;&#322;y; wspomagany przez
+m&#322;odego plenipotenta, &#321;ady&#380;y&#324;ski zapali&#322; wreszcie cy­garo,
+a podniós&#322;szy g&#322;ow&#281;, spojrza&#322; przed siebie.</p>
+
+<p>- Có&#380; to? Wy&#380;yczpol? - zapyta&#322;
+s&#322;u&#380;by.</p>
+
+<p>- A tak, prosz&#281; ja&#347;nie pana! - potwierdzi&#322;
+lokaj, zdejmuj&#261;c liberyjn&#261; czapk&#281;.</p>
+
+<p>- Tiens, tiens, widzi pan jak to czas leci - zwróci&#322;
+si&#281; do Krasnostawskiego; - za jakie pó&#322; go­dziny b&#281;dziemy na
+stacyi, patrz pan, - i wskaza&#322; r&#281;­k&#261; krajobraz.</p>
+
+<p>B&#322;yszcz&#261;c w mroku, l&#347;ni&#322;a si&#281;
+opodal wst&#281;ga rzeki, na górze malowniczo rozrzucone do&#347;&#263;
+du&#380;e miasteczko mruga&#322;o dziesi&#261;tkami &#347;wiate&#322;ek...</p>
+
+<p>- Jecha&#263;! - rozkaza&#322; &#321;ady&#380;y&#324;ski.</p>
+
+<p>Powóz ruszy&#322;; pan Emil, po chwili milczenia,
+przemówi&#322; nagle:</p>
+
+<p>- Przepraszam stokrotnie, &#380;e widz&#261;c cieka­wo&#347;&#263;
+w oczach pa&#324;skich, nie ko&#324;cz&#281; opowiadania... Pozwolisz pan,
+&#380;e mu zadam dwa pytania: czy masz pan dobr&#261; pami&#281;&#263; i
+dok&#261;d pan jedziesz?</p>
+
+<p>- Jad&#281; do rodzinnego miasta, a pami&#281;&#263; mam
+wyborn&#261;! - u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; Krasnostawski.</p>
+
+<p>- Otó&#380; to - bardzo dobrze. Napisa&#322;em, bo widzi
+pan, list do Romana, ze szczegó&#322;owym opisem tego, co teraz tu opowiadam.
+Mam pami&#281;&#263; jednak fataln&#261;... Zapomn&#281; listu wrzuci&#263; na
+pewno! Mój panie kochany, we&#378; go i wrzu&#263; na dworcu... Có&#380;,
+dobrze? Przy tych s&#322;owach, &#321;ady&#380;y&#324;ski wyj&#261;&#322;
+pospiesznie z surduta gruby list i poda&#322; go Krasnostawskie­mu. Ten machinalnie
+schowa&#322; go do kieszeni, gdzie spoczywa&#322;o i jego do Romana pismo.</p>
+
+<p>- No, wi&#281;c ko&#324;cz&#281;!.. - zaci&#261;gaj&#261;c
+si&#281; dymem, rzek&#322; pan Emil.</p>
+
+<p>- S&#322;ucham i to bardzo ciekawie - przerwa&#322; z
+zainteresowaniem Krasnostawski.</p>
+
+<p>- Dziwi&#322; wi&#281;c pana fakt, - ci&#261;gn&#261;&#322;
+&#321;ady&#380;y&#324;ski - &#380;e pugilares i tysi&#261;czki s&#261;
+w&#322;asno&#347;ci&#261; hrabicza, cho&#263; znalaz&#322;y si&#281; w
+szufladzie Romka?.. W tem s&#281;k w&#322;a&#347;nie, &#380;e Topolski
+dzi&#347; dopiero przekona&#322; si&#281;, i&#380; s&#261; one w innem,
+ni&#380; przypuszcza&#322;, r&#281;ku.</p>
+
+<p>Wyobra&#378; pan sobie bowiem, jaki by&#322; przebieg zguby
+tych pieni&#281;dzy...</p>
+
+<p>- Temu lat sze&#347;&#263;, czy o&#347;m, Topolski mia&#322;
+przyja­ció&#322;k&#281; w teatralnych sferach.. Otó&#380; pewnego wieczora,
+zaprzysi&#281;gaj&#261;c sobie w duszy uroczy&#347;cie, &#380;e pu&#347;ci w
+tr&#261;­b&#281; swoj&#261; magnifik&#281;, idzie Topolski do niej na ostatnie
+randez vous... Naturalnie w kieszeni kilka tysi&#261;czków maj&#261;c w zapasie
+- &#321;ady&#380;y&#324;ski urwa&#322;, za&#347;mia&#322; si&#281; i  pu&#347;ciwszy z ust kó&#322;ko dymu,
+mówi&#322; dalej.</p>
+
+<p>- Lecz i tym razem spotyka pana na Szcz&#281;snojej
+niepowodzenie... Nadobna córa Melpomeny nie chce nawet s&#322;ysze&#263; o
+rozstaniu... Scena wi&#281;c z tego naturalnie, p&#322;acze! On przeprasza
+-  ona w ko&#324;cu daje si&#281;
+przeb&#322;aga&#263; - amor vincens tuszuje wreszcie wszystko!..</p>
+
+<p>Pan Emil odsapn&#261;&#322; - i swobodnie po chwili
+ci&#261;g­n&#261;&#322; dalej:</p>
+
+<p>- Nad ranem, z mi&#322;o&#347;ci&#261; gruntownie
+odegrzan&#261; w sercu, przysi&#281;gaj&#261;c sobie, i&#380; przyjació&#322;ki
+nie porzuci nigdy, powraca Topolski do siebie... Nagle, dotkn&#261;wszy
+si&#281; kieszeni surduta, nie znajduje tam - pugilaresu! Ona, ta
+nieprzejednana, zagra&#322;a z nim komedy&#281;; za ma&#322;o jej by&#322;o
+dziewi&#281;ciu tysi&#281;cy, które jej pono dawa&#322;, najbezczelniej okrad&#322;a
+go wi&#281;c, po prostu na ca&#322;e dwadzie&#347;cia i siedm, znajduj&#261;ce
+si&#281; w portfelu.</p>
+
+<p>Topolski jednak wobec powy&#380;szego faktu, po
+g&#322;&#281;bszem wnikni&#281;ciu w siebie, decyduje, &#380;e b&#261;d&#378;
+co b&#261;d&#378; pozby&#322; si&#281; baby...</p>
+
+<p>Oddychaj&#261;c zatem pe&#322;n&#261; piersi&#261; -
+swobodny wy­je&#380;d&#380;a do dóbr swych "krzy&#380;yk na
+&#347;wi&#347;ni&#281;tym pugilaresie postawiwszy" - jak powiedzieliby
+bracia nasi, Litwini...</p>
+
+<p>Tu pan Emil przerwa&#322; opowie&#347;&#263; raz jeszcze,
+zapali&#322; na nowo zgas&#322;e cygaro i ko&#324;czy&#322;.</p>
+
+<p>- Od tej chwili min&#281;&#322;o lat o&#347;m, a tych dwoje
+nie widzia&#322;o si&#281; wcale.</p>
+
+<p>Sko&#324;czy&#322;em...</p>
+
+<p>&#321;ady&#380;y&#324;ski odetchn&#261;&#322; i umilk&#322;.</p>
+
+<p>- Dzi&#281;kuj&#281; panu za opowiadanie -
+po&#347;pieszy&#322; z odpowiedzi&#261;, Krasnostawski. - Rzeczywi&#347;cie,
+szara­da prawdziwa... Ale w Szcz&#281;snojej zdziwienie by­&#322;o wielkie?</p>
+
+<p>- Ogromne! - odpar&#322; pan Emil. - Notabene, wyobra&#378;
+pan sobie, w Szcz&#281;snojej pe&#322;no go&#347;ci... Mieszka tam wi&#281;c
+stale: primo jaka&#347; powa&#380;na wielce krewna Topolskiego, zapewne
+dlatego, by do ka­walerskiej siedziby pana na Szcz&#281;snojej mog&#322;y
+przybywa&#263; i damy; secundo, prócz m&#281;skiego towarzystwa,
+przyby&#322;ego niespodzianie z kolei dzi&#347; z rana - a w których to gronie
+nie brakowa&#322;o i jednego prezesa, spo­&#322;ecznego kole&#380;ki Romana -
+znajdowa&#322;o si&#281; te&#380; w sie­dzibie Topolska kilka osób, które
+przyjecha&#322;y spe­cyalnie do naszych: pa&#324;, z kondolency&#261; po
+po&#380;arze.</p>
+
+<p>Wi&#281;c powiadam panu! - mówi&#322; weso&#322;o dalej
+&#321;ady&#380;y&#324;ski - gdy to co mówi&#322;em, nam, m&#281;&#380;­czyznom,
+opowiedzia&#322; Topolski po kolacyi przy cygarze, i kiedy wiadomo&#347;&#263;
+ta do pa&#324; si&#281; przedosta&#322;a, Topolski zosta&#322; bohaterem
+dnia!..</p>
+
+<p>- No, a pani Ola nic o istnieniu tego por­tfelu nie wiedzia&#322;a?</p>
+
+<p>- Ale&#380;, nic zupe&#322;nie! - podchwyci&#322;
+&#321;ady&#380;y&#324;ski. Tem wi&#281;ksze zaintrygowanie, domys&#322;y!..
+Wszyscy, a szczególniej panie, wsiad&#322;y na mnie, bym natychmiast
+opisa&#322; to wszystko Romanowi, chcia&#322;y nawet, bym specyalnie w tej
+sprawie pojecha&#322; do niego... Prezes za&#347;, ksi&#261;&#380;e
+Szyd&#322;owiecki, zrobi&#322; nawet w li&#347;cie moim dopisek, &#380;eby
+Romek powiadomi&#322; go telegra­ficznie o swym przyje&#378;dzie, to on wyprawi
+wówczas raut na cze&#347;&#263; jego i Topolskiego, jako bohaterów tej
+zagadkowej sprawy... Jednem s&#322;owem, powiadam pa­nu - komedya...</p>
+
+<p>&#321;ady&#380;y&#324;ski mówi&#263; przesta&#322;,
+strzepuj&#261;c popió&#322; z cygara. Lecz trwa&#322;o to krótko...</p>
+
+<p>Rozmowa wkrótce potoczy&#322;a si&#281; znowu b&#322;ysko­tliwa,
+lekka...</p>
+
+<p>A powóz tymczasem dudni&#322; w&#322;a&#347;nie teraz po
+mo&#347;cie, rzuconym przez rzek&#281;, i wtoczy&#322; si&#281; w w&#261;s­kie
+brudne uliczki &#380;ydowskiego miasteczka; niebawem wymin&#261;&#322; je i
+znalaz&#322; si&#281; na szerokim trakcie, prowadz&#261;cym do kolejowego
+dworca.</p>
+
+<p>Jednocze&#347;nie w oddali ukaza&#322;y si&#281; trzy
+gorej&#261;­ce &#347;wiat&#322;a: - to poci&#261;g zbli&#380;a&#322; si&#281;
+ju&#380; do stacyi. Pierwszy dojrza&#322; go Krasnostawski. Si&#281;gn&#261;&#322;
+szybko po zegarek i spojrza&#322;:</p>
+
+<p>- Oho, ju&#380; po dziewi&#261;tej! to pa&#324;ski
+poci&#261;g...  </p>
+
+<p>- Do djaska! - z&#380;ymn&#261;&#322; si&#281; pan Emil i -
+wyt&#281;­&#380;y&#322; wzrok w kierunku poci&#261;gu.</p>
+
+<p>- Janie! galopem! - krzykn&#261;&#322;, zwracaj&#261;c
+si&#281; energicznie do furmana... Dam ci na mohorycz... nocowa&#263; tu ani
+my&#347;l&#281;!.. Mo&#380;e zd&#261;&#380;ymy! Jazda, a ostro!..</p>
+
+<p>Stangret trzasn&#261;&#322; z bicza, czwórka
+pu&#347;ci&#322;a si&#281; p&#281;dem po g&#322;adkim szlaku.</p>
+
+<p>Zziajane ju&#380; konie, galopuj&#261;c, sapa&#322;y i tak
+do­jechano a&#380; pod sztachety drewniane, okalaj&#261;ce stacy&#281;... Tu
+pe&#322;no ju&#380; by&#322;o wozów, bryk, obywatelskich czwórek,
+oczekuj&#261;cych na swych panów.</p>
+
+<p>Gdy elegancki ekwipa&#380; pana Emila wtoczy&#322; si&#281;
+na brukowany placyk przed stacy&#261;, jednocze&#347;nie na platformie
+rozleg&#322; si&#281; dzwonek i wpad&#322; tam, z hukiem poci&#261;g,
+zatrzymuj&#261;cy si&#281; tu tylko par&#281; minut. </p>
+
+<p>- Zuch z ciebie! - pochwali&#322; &#321;ady&#380;y&#324;ski
+fur­mana, i rzuciwszy mu pó&#322;imperya&#322;a, wyskoczy&#322; szyb­ko.
+Rzeczy, przytwierdzone za powozem, odwi&#261;zy­wano ju&#380;; dwaj panowie,
+zarz&#261;dziwszy po&#347;piech, pobiegli do sali.</p>
+
+<p>Tu ruch panowa&#322; nielada..­</p>
+
+<p>Pasa&#380;erowie przyjezdni wysypywali si&#281; z wa­gonów i
+t&#322;oczyli do wn&#281;trza dworca; jad&#261;cy kupowali bilety,
+s&#322;u&#380;ba kolejowa nosi&#322;a r&#281;czne baga&#380;e, zdawa&#322;a
+kufry, biega&#322;a gor&#261;czkowo, kr&#281;ci&#322;a si&#281;, jak w ukropie.</p>
+
+<p>Przecisn&#261;wszy si&#281; energicznie przez t&#322;um, pan
+Emil zdoby&#322; bilet pierwszej klasy i w minut&#281; potem, wychylony z
+wagonowego okna, rozmawia&#322; z &#380;egna­j&#261;cym go Krasnostawskim.</p>
+
+<p>Uderzy&#322; trzykrotnie dzwonek, konduktor gwizd­n&#261;&#322;,
+lokomotywa odpowiedzia&#322;a mu przeci&#261;gle - poci&#261;g ruszy&#322;
+powoli z miejsca.</p>
+
+<p>- Do widzenia!... Powodzenia na nowej dro­dze &#380;ycia!..-
+mówi&#322; pan Emil, u&#347;miechaj&#261;c si&#281; przy­ja&#378;nie,
+serdecznie &#347;ciskaj&#261;c d&#322;o&#324; Krasnostawskiego.</p>
+
+<p>Ten ostatni za&#347;, widocznie pod wp&#322;ywem ja­kiej&#347;
+nag&#322;ej my&#347;li, pu&#347;ci&#322; szybko r&#281;k&#281;
+&#321;ady&#380;y&#324;skie­go, sk&#322;oni&#322; si&#281;, i wydobywszy szybko
+z kieszeni dwa listy, podbieg&#322; ku uchodz&#261;cemu wagonowi pocztowe­mu.
+Dogoni&#322; go i zr&#281;cznie wrzuci&#322; w otwór w&#322;a­&#347;ciwy oba
+pisma.</p>
+
+<p>- Addio... dzi&#281;kuj&#281;! - pos&#322;ysza&#322; jeszcze
+g&#322;os pana Emila, i poci&#261;g znik&#322; niebawem. </p>
+
+<p>Krasnostawski pozosta&#322; sam. Nast&#281;pny poci&#261;g
+mia&#322; przyj&#347;&#263; ju&#380; wkrótce, poszed&#322; wi&#281;c do kasy,
+ku­pi&#322; bilet, a wróciwszy na platform&#281;, usiad&#322; na &#322;aweczce
+samotny.</p>
+
+<p>Zamy&#347;li&#322; si&#281;...</p>
+
+<p>Poza nim zamyka&#322; si&#281; teraz na zawsze jeden okres
+dotychczasowego jego &#380;ycia.</p>
+
+<p>P&#322;atny s&#322;uga bogatszych od siebie ludzi
+z&#380;y&#322; si&#281; on jednak, zbrata&#322; z ich &#380;yciem - z nimi... I
+po co?.. Po to, by obrachunek ten po&#380;ycia wspólnego zako&#324;czy&#263;
+tak marnie?.. </p>
+
+<p>Krasnostawski pochyli&#322; g&#322;ow&#281;, uj&#261;wszy
+j&#261; w d&#322;o­nie. Jaki&#347; bunt mimowolny podnosi&#322; si&#281; w nim
+przeciwko &#380;yciu, losowi i ironii jego.</p>
+
+<p>Po co tu przyby&#322; lat temu kilka, po co przywi&#261;­za&#322;
+si&#281; do tego cudzego k&#261;tka ziemi, po co tak gor&#261;­co ukocha&#322;
+Ol&#281;?</p>
+
+<p>Dlaczego to wcielenie wdzi&#281;ku, czaru, wiosny, ­mi&#322;o&#347;ci
+i pi&#281;kna, w osobie tej kobiety, stan&#281;&#322;o, jak cie&#324;
+niepochwytne, na drodze jego &#380;ycia?..</p>
+
+<p>Krasnostawski pochyli&#322; si&#281; bardziej jeszcze i
+d&#322;ugi czas pozosta&#322; nieruchomy.</p>
+
+<p>Nagle drgn&#261;&#322; ca&#322;em cia&#322;em i
+podniós&#322; g&#322;ow&#281;. Gwizd dono&#347;ny przeszy&#322; powietrze, na
+dworzec z hukiem, szumem, w k&#322;&#281;bach pary wpad&#322; poci&#261;g
+kuryerski.</p>
+
+<p>Krasnostawski pocz&#261;&#322; szuka&#263; miejsca w wago­nach.
+Ulokowawszy si&#281; wreszcie, zbli&#380;y&#322; si&#281; do okna wagonu i
+wyjrza&#322;.</p>
+
+<p>Zamykano ju&#380; w&#322;a&#347;nie z po&#347;piechem
+drzwiczki, w&#347;ród zgie&#322;ku rozlega&#322; si&#281; trzeci dzwonek. </p>
+
+<p>Krasnostawski ostatniem spojrzeniem smutnem obj&#261;&#322;
+raz jeszcze wszystko i cofn&#261;&#322; si&#281; w g&#322;&#261;b wagonu...</p>
+
+<p>Zagra&#322;a w tej&#380;e chwili tr&#261;bka dro&#380;nika,
+mig­n&#281;&#322;y latarnie sygna&#322;ów i poci&#261;g kuryerski znik&#322;,
+poch&#322;oni&#281;ty cieniami nocy.</p>
+
+<p>Na dworcu zago&#347;ci&#322; znowu spokój. Wszyscy rozeszli
+si&#281; teraz na dobre, pogaszono latarnie, a w oknach stacyi niebawem równie&#380;
+znik&#322;y &#347;wiat&#322;a.</p>
+
+<p>Na bagnach chór &#380;abi gra&#322; tylko sw&#261;
+pie&#347;&#324; jednostajn&#261; gdzie&#347; w dali, w pobliskim lesie
+s&#322;ysze&#263; si&#281; dawa&#322;y jakie&#347;, szmery i senna noc cicha,
+zasiad&#322;­szy, jak królowa, na tronie z tkanego z&#322;otem szafiru -
+rozpostar&#322;a panowanie nad &#347;wiatem...</p>
+
+<p>Cisza zupe&#322;na zaw&#322;adn&#281;&#322;a okolic&#261;.</p>
+
+<p>Mierz&#261;c tylko mkn&#261;cy chy&#380;o czas, olbrzymi ze­gar
+stacyjny wydzwania&#322; godziny miarowo...</p>
+
+<p>W milczeniu ogólnem, jak szept cz&#322;owieka, g&#322;os
+jego odzywa&#322; si&#281; bezustannie:</p>
+
+<p>Tik - tak! tik - tak! tik - tak!..</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<center>-------------</center>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>W centrum Medyolanu, na placu "Del Duomo," w
+powodzi jaskrawych promieni upalnego, ko&#324;cz&#261;ce­go si&#281; ju&#380;
+popo&#322;udnia, leniwie snu&#322;y si&#281; po chodni­kach sylwetki niezbyt
+licznych przechodniów, kryj&#261;c si&#281; od s&#322;o&#324;ca pod kolumny
+frontowe i oszklon&#261; ga­lery&#281; "Vittorio Emanuele."</p>
+
+<p>Woko&#322;o klombów, zajmuj&#261;cych &#347;rodek placu, i
+otaczaj&#261;cych stoj&#261;cy tam pomnik, kr&#281;ci&#322;y si&#281;
+jednostajnie elektryczne tramwaje, dzwoni&#261;c co chwila, rozbiegaj&#261;c
+si&#281; i gin&#261;c w sieci ulic miasta, sam za&#347; na koniu majestatyczny
+Wiktor Emanuel II, z br&#261;zu, z piedesta&#322;u pomnika, wpatrywa&#263;
+si&#281; zdawa&#322; cie­kawie w otwarte drzwi króluj&#261;cego tu na placu ka­tedralnego
+tumu, poci&#261;gaj&#261;cego z oddali tajemnicz&#261; wej&#347;cia
+g&#322;&#281;bin&#261;... Koronkowej roboty marmurowe jego &#347;ciany, dach,
+kilkadziesi&#261;t wie&#380;yc i zdobi&#261;ce go statuy, w liczbie oko&#322;o
+dwóch tysi&#281;cy, wznosi&#322;y si&#281; dumnie, i wystrzela&#322;y wysoko w
+niebo w&#322;oskie, sza­firowe, czyste, zadziwiaj&#261;c misternem wyko&#324;­czeniem,
+daj&#261;c sob&#261; najlepsze nie&#347;miertelne &#347;wia­dectwo genialnej
+pracy cz&#322;owieka.</p>
+
+<p>Po marmurowych stopniach schodów tej oka­za&#322;ej,
+gotyckiej katedry, mog&#261;cej w swojem wn&#281;trzu pomie&#347;ci&#263; do
+40,000 ludzi, co chwila wchodzi&#322; kto&#347; do jej &#347;rodka, lub
+wychodzi&#322; na ulic&#281; - z koj&#261;cej ciszy &#347;wi&#261;tyni
+wpadaj&#261;c nagle w ha&#322;a&#347;liwy wir miasta, i natr&#281;ctwo jego
+mieszka&#324;ców, w osobie spaceru­j&#261;cego po trotuarze tu&#380; ko&#322;o
+tumu przekupnia, ci­sn&#261;cego w r&#281;ce ka&#380;demu gwa&#322;tem
+mozaikowe wy­roby weneckie.</p>
+
+<p>- Uno liro, signore, solamente uno liro! - na pó&#322;
+rozpaczliwym, na pó&#322; przekonywaj&#261;cym g&#322;osem napiera&#322;
+si&#281; w&#322;a&#347;nie ten ostatni, &#347;niady W&#322;och, o prze­bieg&#322;em
+spojrzeniu, i trzymaj&#261;c w r&#281;ku jak&#261;&#347; podej­rzanej roboty
+broszk&#281;, zagradza&#322; drog&#281; m&#322;odemu m&#281;&#380;czy&#378;nie,
+wst&#281;puj&#261;cemu, w zamy&#347;leniu; po stopniach katedry.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski przystan&#261;&#322;; podniós&#322;
+g&#322;ow&#281;, i spoj­rza&#322; w oczy natr&#281;towi, a &#380;achn&#261;wszy
+si&#281; niecierpliwie, rzuci&#322; mu co&#347; energicznie po w&#322;osku.
+Przest&#261;­piwszy próg ko&#347;cio&#322;a, zdj&#261;&#322; kapelusz i
+odetchn&#261;&#322; z ulg&#261;.</p>
+
+<p>Przyjemnym ch&#322;odem w przeciwstawieniu do
+panuj&#261;cego na dworze upa&#322;u; powia&#322;o na&#324; z wn&#281;trza tumu
+i milczeniem skupionem, powagi i - majestatu pe&#322;nem... Cie&#324;, pustka i
+tajemniczo&#347;&#263; niewyt&#322;uma­czona obj&#281;&#322;y go zarazem
+niepodzielnie. W ciszy; po mozaykowej posadzce, z marmuru, dono&#347;nie,
+rozleg&#322;y si&#281; kroki Romana.</p>
+
+<p>Poza amfilad&#261; 52 kolumn olbrzymich, kolosów,
+szesna&#347;cie kroków ka&#380;da obchodu maj&#261;cych - w perspektywie,
+daleko, widnia&#322; wielki o&#322;tarz, chór i rz&#281;dy plecionych
+krzese&#322;ek &#347;wieci&#322;y przy­&#263;mionym blaskiem kolorowe
+szk&#322;a okien, ponad g&#322;o­w&#261; za&#347; Dzier&#380;ymirskiego,
+opieku&#324;czo jakby, wznosi­&#322;y si&#281; marmurowo wynios&#322;e gotyckie
+arkady; z wierzcho&#322;ków kolumn, zdobi&#261;c je grupami ka&#380;d&#261; z
+osobna, patrzy&#322;y na niego dziesi&#261;tki statuetek ma&#322;ych...</p>
+
+<p>Odblask s&#322;oneczny dotkn&#261;&#322; delikatnie
+pi&#281;knych rysów przybysza, jego smag&#322;ych policzków, wypuk&#322;e­go
+czo&#322;a, i o&#347;wietli&#322; je przelotnie.. Ra&#380;ony
+&#347;wiat&#322;em w oczy, Roman usun&#261;&#322; si&#281; w cie&#324;, i
+spu&#347;ciwszy g&#322;o­w&#281; na piersi, zaduma&#322; si&#281;
+g&#322;&#281;boko.</p>
+
+<p>Godzin temu dwie zaledwie odebra&#322; jednocze­&#347;nie
+dwa listy...</p>
+
+<p>Pierwszy od Emila &#321;ady&#380;y&#324;skiego, sarkastycz­no
+- szyderski, opisuj&#261;cy mu szczegó&#322;owo i swobodnie fakt znalezienia
+pugilaresu, - powali&#322; go w pierwszej chwili, niby uderzenie obucha.</p>
+
+<p>Drugi, przepe&#322;ni&#322; miar&#281; jeszcze!..</p>
+
+<p>Ze s&#322;ów tak szczerych, i&#380; nie mog&#322;y
+nasun&#261;&#263; nawet momentalnej w&#261;tpliwo&#347;ci, wyrwanych prosto z
+bolej&#261;cej duszy ludzkiej, dowiedzia&#322; si&#281; Dzier&#380;y­mirski o
+zdradzie Oli...</p>
+
+<p>Chwili tej nie zapomni do grobu!..</p>
+
+<p>Otch&#322;a&#324;, zda si&#281;, g&#322;&#281;boka i
+bezdenna rozwar&#322;a mu si&#281; pod stopami, dusi&#263; go w gardle
+pocz&#281;&#322;o, w g&#322;owie powsta&#322; zam&#281;t - w piersiach dotkliwy
+ból!.. Wybieg&#322; jak nieprzytomny na ulic&#281;...
+Pó&#322;ob&#322;&#261;kany prawie przyby&#322; pod stopnie marmurów katedry ­po
+ukojenie...</p>
+
+<p>Za progiem &#347;wi&#261;tyni, rzeczywi&#347;cie cudem po
+prostu jakim&#347;, powróci&#322;a mu samowiedza i wzgl&#281;dna równowaga
+umys&#322;owa..</p>
+
+<p>I oto teraz Roman porz&#261;dkowa&#263; zaczyna uci&#261;­&#380;liwie
+my&#347;li. Wzrok jego machinalnie b&#322;&#261;dzi po wspania&#322;ych
+freskach, z dzie&#322;ami mistrzów, o&#322;tarzach, marmurowych rze&#378;bach i
+pomnikach, zatrzymuje si&#281; instynktownie na siedmioramiennym kandelabrze ol­brzymim,
+kosztownej roboty, w kszta&#322;cie drzewa... Potem oczy jego spoczywaj&#261;
+bezmy&#347;lnie na kopule, przed chórem i znajduj&#261;cej si&#281; pod
+ni&#261; podziemnej kaplicy &#347;wi&#281;tego Karola Boromeusza, ozdobionej bo­gato
+drogimi kamieniami i z&#322;otem...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski si&#281;ga nagle do kieszeni i wyj­muje
+otrzymane listy... usi&#322;uje przeczyta&#263; je po raz wtóry...</p>
+
+<p>Przed nim, prze&#347;wiecane b&#322;y&#347;ni&#281;ciem
+s&#322;o&#324;ca, zmatowanym blaskiem &#322;agodnie &#347;wiec&#261; w
+zmierzchach katedry wspania&#322;e trzy okna chóru, jak mó­wi&#261;,
+najwi&#281;ksze na &#347;wiecie ca&#322;ym.</p>
+
+<p>Niby &#380;ywe, patrz&#261; na Romana z okiennych wi­tryn
+miniaturowe postacie &#347;wi&#281;tych; malowane barwnie na szkle, na
+ma&#322;ych kwadratowych tafelkach - 350 obok siebie reprodukcyj scen
+religijnych, wzo­rowanych na najs&#322;awniejszych mistrzach wychyla si&#281;,
+p&#322;onie setkami kolorów i cieni...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski wypuszcza listy z r&#281;ki i ukrywa
+twarz w d&#322;onie...</p>
+
+<p>Pod wp&#322;ywem bowiem jednego rzutu oka tylko na pisma,
+cierpienie bezbrze&#380;ne i rozpacz t&#322;ocz&#261;c&#261; fa­l&#261;
+zalewaj&#261; mu dusz&#281;...</p>
+
+<p>Wi&#281;c zdradzi&#322;a go!.. Zdradzi&#322;a nikczemnie,
+dla zmys&#322;owego upojenia - dla sza&#322;u!.. Zdepta&#322;a jego
+mi&#322;o&#347;&#263;, uczucia, oszuka&#322;a go - zapomnia&#322;a!..</p>
+
+<p>Wi&#281;c takim ironii zgrzytem nagradza jego los szyderca,
+za to, co dla kobiety tej niegdy&#347; uczyni&#322;!..</p>
+
+<p>Ale&#380; on dla niej przecie&#380; po&#347;wi&#281;ci&#322;
+wszystko!.. Siebie odda&#322;!.. Sw&#261; cze&#347;&#263;, uczciwo&#347;&#263;
+- sumienie!.. </p>
+
+<p>- Przez ciebie wszystko tom uczyni&#322;, przez ciebie! - g&#322;uchy
+j&#281;k unosi pier&#347; m&#281;&#380;czyzny. - O, Olu!.. Olu!.. przez
+ciebie!..</p>
+
+<p>I milknie skarga...</p>
+
+<p>A potem niezrozumia&#322;ego ju&#380; co&#347; co&#347;
+tylko, nie­dos&#322;yszalnego poczynaj&#261; naraz szepta&#263; cicho do siebie
+Dzier&#380;ymirskiego usta.</p>
+
+<p>Kl&#281;ka i jakie&#347; bóle i &#380;ale
+p&#322;yn&#261;&#263; si&#281; zdaj&#261; pod strop milcz&#261;cego tumu,
+biegn&#261; trwo&#380;nie pod wynio­s&#322;e jego arkady, odbijaj&#261;
+si&#281; o statuy, rze&#378;by i pomniki - na kolana padaj&#261; u o&#322;tarzy
+- lec&#261;, tam, gdzie&#347; wysoko... do Boga!..</p>
+
+<p>Lecz oto nagle spokój &#347;wi&#261;tyni brutalnie prze­rwanym
+zostaje...</p>
+
+<p>- Yes, yes, yes!.. - odzywa si&#281; co chwila i dowcipy
+francuskie wtóruj&#261; angielszczy&#378;nie, - z przewodnikami Baedeker'a w
+r&#281;ku przesuwa si&#281; tu&#380; ko&#322;o Romana garstka osób, z udanem
+znawstwem ogl&#261;daj&#261;c wszystkie zabytki tumu.</p>
+
+<p>Gwarz&#261;c weso&#322;o, dziel&#261; si&#281; tury&#347;ci
+na dwie po&#322;owy. Jedna z nich zmierza zobaczy&#263; wn&#281;trze ka­plicy
+&#347;w. Karola Boromeusza, druga, pobrz&#281;kuj&#261;c pieni&#281;dzmi,
+kupuje niebawem prawo obejrzenia da­chu katedry, przy stoliku, postawionym we
+wn&#281;trzu &#347;wi&#261;tyni, na prawo, w g&#322;&#281;bi, u wej&#347;cia do
+prowadz&#261;cych tam&#380;e schodów.</p>
+
+<p>Roman powstaje i z ko&#347;cio&#322;a uchodzi po&#347;piesz­nie.
+Na ulicy wskakuje do doro&#380;ki, i rzuca g&#322;o&#347;no jaki&#347; rozkaz
+wo&#378;nicy.</p>
+
+<p>Powozik rusza... Stopniowo, coraz szybciej wymija ulice,
+uliczki, place targowe; staro&#380;ytne ko­&#347;cio&#322;y i pa&#322;ace...
+Ruch miejski woko&#322;o zmniejsza&#263; si&#281; poczyna i powóz
+wje&#380;d&#380;a niebawem w szerok&#261; alej&#281;, gdzie, oprócz
+biegn&#261;cych gdzieniegdzie tram­wai, nie ma zgo&#322;a nikogo.</p>
+
+<p>W &#347;lad za tem równie&#380; roztwiera si&#281; perspek­tywa...</p>
+
+<p>Poza obszernym placem, bieleje kwadrat wiel­kiej kolumnady,
+ziele&#324; &#347;wie&#380;a ramuje j&#261; wdzi&#281;cznie. To ju&#380; miasto
+umar&#322;ych, - jeden z najpi&#281;kniejszych w&#322;oskich pomnikowych
+cmentarzy, medyola&#324;skie "Ci­mitero Monumentale."</p>
+
+<p>Powóz podje&#380;d&#380;a bli&#380;ej nieco,
+Dzier&#380;ymirski wysiada i id&#261;c piechot&#261;, kieruje si&#281; ku
+rysuj&#261;cej si&#281; teraz ca&#322;kiem ju&#380; wyra&#378;nie i okazale,
+cmentarnej kolumnadzie wej&#347;ciowej. Krocz&#261;c za&#347; tak po­woli,
+my&#347;li: Nareszcie... tu, u grobu matki, dadz&#261; mi spokój przynajmniej
+ludzie!.. Tu zdob&#281;d&#281; samotno&#347;ci chwil&#281; z jej prochami tylko
+i z samym sob&#261;!..</p>
+
+<p>Wst&#281;puj&#261;c po stopniach schodów, Dzier&#380;ymir­ski
+znajduje si&#281; niebawem pod dachem kolumnady, kwadratowym frantom,
+ozdobionym wie&#380;ycami, zamykaj&#261;cej z zewn&#261;trz widok i
+wej&#347;cie na cmentarz.</p>
+
+<p>U stóp Romana obecnie, w potokach s&#322;onecz­nych
+promieni, na tle zieleni gaju, bielej&#261; setki marmurów, wystrzelaj&#261; w
+niebo dziesi&#261;tki gotyckich wie&#380;yczek, mauzoleów i pomników...</p>
+
+<p>Nie patrz&#261;c nawet na nie, oboj&#281;tny, Dzier&#380;y­mirski,
+skr&#281;ca w lewo, a wzrok jego przesuwa si&#281; machinalnie po ma&#322;ych
+zadrukowanych tabliczkach marmurowych wprawionych g&#281;sto obok siebie w
+&#347;cian&#281; kolumnady, a oznaczaj&#261;cych miejsce trumienek, z
+popio&#322;ami nieboszczyków.</p>
+
+<p>I Roman w ten sposób dochodzi do k&#261;ta fron­towego
+czworoboku, widz&#261;c za&#347; naprzeciw siebie mur, skr&#281;ca, id&#261;c
+wci&#261;&#380; jeszcze pod dachem kolumnady, pos&#322;usznie, na prawo...</p>
+
+<p>Zadumany, mija wprawiony w &#347;cian&#281; pomnik rodziny
+Volonte, pe&#322;ny artyzmu, pi&#281;kny bardzo w oddaniu grozy i bólu...</p>
+
+<p>Na cia&#322;o ju&#380; oto martwe pi&#281;knego
+m&#281;&#380;czyzny i le&#380;&#261;ce w po&#347;cieli na &#322;o&#380;u z
+kamienia, w zgi&#281;ciu bolesnem postaci ca&#322;ej, rzucona w szale rozpaczy,
+kl&#281;czy m&#322;oda kobieta i ca&#322;uje drog&#261; dla si&#281; twarz
+zmar&#322;ego... Ca&#322;uje, pie&#347;ci w zapami&#281;taniu &#347;lepem,
+upojeniu strasznem, bo ostatniego, a nieodwo&#322;alnego ju&#380;
+po&#380;egnania!..</p>
+
+<p>Roman, wszed&#322;szy po schodach bocznego skrzyd­&#322;a
+kolumnady, jest ju&#380; na cmentarzu.</p>
+
+<p>Idzie wolno, kieruj&#261;c si&#281; bezwiednie alej&#261;
+zna­n&#261;, wiod&#261;c&#261; ku mogile matczynej.</p>
+
+<p>Wko&#322;o niego wznosz&#261; si&#281; zewsz&#261;d
+wspania&#322;e grobowce: Verazzich, Sonzognich, Nasonich, Turatich,
+Brambillich, Pagnonich i innych w&#322;oskich rodzin i rodów. Pie&#347;cide&#322;ka
+kamieniarskiej, rze&#378;biarskiej i budowlanej roboty, mauzolea, w
+kszta&#322;cie go­tyckich kapliczek, z pi&#281;knymi o&#322;tarzykami,
+mozayk&#261;, obrazami i innemi ozdobami wewn&#261;trz &#347;liczne, od­cinaj&#261;
+si&#281; licznie na tle zieleni drzew cmentarza... Po wsze strony za&#347;,
+gdzie okiem rzuci&#263; tylko, w tych wszystkich bia&#322;ych grobowych
+sylwetach po­chwycony artystycznie, w kamie&#324; martwy i marmury
+rze&#378;biarskim d&#322;utem zakuty, dr&#380;y, zdawa&#322;o by si&#281;
+wsz&#281;dzie... ból!..</p>
+
+<p>S&#322;o&#324;ce, zni&#380;aj&#261;ce si&#281; ju&#380;
+stopniowo coraz bar­dziej, z&#322;oci teraz rz&#281;si&#347;cie rój
+bia&#322;ych postaci... W pobli&#380;u Dzier&#380;ymirskiego, z kraw&#281;dzi
+od&#322;amu - na wpó&#322; obros&#322;ego zieleni&#261;, a doskonale imitowanej
+ska&#322;y gór­skiej - z jej szczytu, iskrz&#261;cy si&#281; w blaskach
+s&#322;o&#324;ca, spogl&#261;da wynio&#347;le doko&#322;a wspania&#322;y
+orze&#322; z bromu.</p>
+
+<p>To odznaczaj&#261;cy si&#281; od drugich
+oryginalno&#347;ci&#261; pomys&#322;u, grobowiec Poggich...</p>
+
+<p>Dalej za&#347; nieco pomnik rodziny Rusconi; rze&#378;­ba
+kobiety, o oczach, pe&#322;nych wyrazu, wpatrzonej smutnie w dal, z testamentem
+nieboszczyka w r&#281;ku, na którym wyryte widniej&#261; zapisy..</p>
+
+<p>W innej znów stronie, wdowa w pó&#322;le&#380;&#261;cej po­zycyi,
+zap&#322;akana; twarzy jej nie wida&#263; wcale - ukry­ta w d&#322;onie.
+Ca&#322;a posta&#263; wyra&#380;a ból niezmierny.</p>
+
+<p>W swej w&#347;ród grobowców w&#281;drówce, Dzier&#380;y­mirski
+przystaje nagle... W zamy&#347;leniu - zb&#322;&#261;dzi&#322;...
+Oryentuj&#261;c si&#281;, zawraca, i ponownie mija mnóstwo grobowców,
+okazalszych, skromniejszych - przechodzi mimo pi&#281;knego nader pomnika.</p>
+
+<p>Na grób z marmuru rzucona du&#380;a kotwica; pod
+krzy&#380;em siedzi na mogile anio&#322;-kobieta, o prze&#347;licznym wyrazie
+twarzy, pogr&#261;&#380;ona w smutnem zamy­&#347;leniu, z wie&#324;cem w
+d&#322;oni...</p>
+
+<p>Niebawem, tu&#380; obok id&#261;cego wci&#261;&#380; Romana,
+wyrasta znów pomnik z kamienia. Na wierzcho&#322;ku jego, z r&#281;koma
+wzniesionemi do góry, modli si&#281; wielki Anio&#322;, z pi&#281;knymi bardzo
+rysami twarzy, u stóp grobu kl&#281;czy kobieta, ze wzrokiem spuszczonym
+wdzi&#281;cznie, w ekstazie jakby bólu, odziana ca&#322;a w zwoje subtelnie
+odrze&#378;bionych koronek.</p>
+
+<p>Wkrótce przed grobowcem, banalnym nieco, a w porównaniu z
+innymi nader skromnym, Dzier&#380;ymirski pochyla si&#281;, zdejmuje kapelusz i
+kl&#281;ka, opar&#322;szy g&#322;ow&#281; o zimny kamie&#324; pomnika Na gro­bie
+wyrze&#378;biony subtelnie w bia&#322;ym marmurze biust pi&#281;knej kobiety,
+oczyma wielkiemi, pe&#322;nemi wy­razu, z odcieniem lito&#347;ci, czy bólu,
+patrze&#263; si&#281; zdaje badawczo na pochylon&#261; posta&#263; i
+g&#322;ow&#281; m&#281;&#380;czyzny...</p>
+
+<p>Tymczasem rozsiana doko&#322;a cisza, tchn&#261;ca spo­kojem,
+momentalnie ukaja&#263; poczyna Romana. Z cha­osu, dotychczas panuj&#261;cego
+mu w mózgu, jedna po drugiej wy&#322;aniaj&#261; si&#281; doniesione mu fakta,
+ustawiaj&#261; rz&#281;dem w symetryczn&#261; ca&#322;o&#347;&#263; i niby
+ogniwa, logik&#261;, rozumu spojone, wi&#261;&#380;&#261; si&#281; ze
+sob&#261;, grupuj&#261;...</p>
+
+<p>I kara &#380;ycia, nieub&#322;agana, zimna, cho&#263;
+moralna tylko, staje Dzier&#380;ymirskiemu teraz przed oczyma wyra&#378;nie...</p>
+
+<p>Pozornie otrzyma&#322; on wszystko: W obliczu &#347;wiata
+pozosta&#322; bezkarnym; by&#322; bogatym, wp&#322;ywo­wym i wielkim,
+k&#322;aniano mu si&#281;, &#380;ebrano jego &#322;aski, protekcyi.</p>
+
+<p>&#379;ycie ca&#322;e dot&#261;d opromienia&#322;a mu Ola
+mi&#322;o&#347;ci&#261; sw&#261;, bez granic...</p>
+
+<p>Posiada&#322; skarb najwi&#281;kszy - kocha&#322; i by&#322;
+ko­chanym...</p>
+
+<p>To by&#322;o wczoraj jeszcze, a dzi&#347;?..
+Dzier&#380;ymirski, pod ci&#281;&#380;arem cierpienia, pochy­li&#322; si&#281;
+w tej chwili bardziej jeszcze, skuli&#322; si&#281;, zma­la&#322;...</p>
+
+<p>I w jasnowidzeniu jakby nag&#322;em, ujrza&#322; on
+równocze&#347;nie, co innego jeszcze...</p>
+
+<p>Przysz&#322;o&#347;&#263; w&#322;asn&#261;!..</p>
+
+<p>On wi&#281;c, w spo&#322;ecze&#324;stwie swem jeden z pierw­szych
+niemal; on, stoj&#261;cy na jego &#347;wieczniku, nie ska&#380;ony moralnie,
+"na zewn&#261;trz" - niczem, sponiewierany mo&#380;e, zbrukany
+pos&#261;dzeniem, lub domys&#322;ami, a wreszcie, - kto wie, czy nie
+stoj&#261;cy w obliczu t&#322;u­mów, pod pr&#281;gierzem prawdy, tajonej
+skrycie do dzi&#347; dnia na dnie duszy?</p>
+
+<p>- O Bo&#380;e!.. Bo&#380;e! - j&#281;k mimowolny wydoby­wa
+si&#281; z piersi Romana, oczy za&#347; jego wznosz&#261; si&#281;
+jednocze&#347;nie i spotykaj&#261; na grobie, z wizerunkiem matczynym. Oblicze
+rodzicielki patrzy teraz na nie­go, z wyra&#378;nem wspó&#322;czuciem,
+wspó&#322;boleje z nim jakby. Jak &#380;ywa, spogl&#261;da na Romana matczyna,
+twarz smutna; kilka kropelek rosy, czy deszczu, ukrytych dot&#261;d w
+za&#322;omach kamienia, sp&#322;ywa nagle po wykutem obliczu pi&#281;knej
+kobiety...</p>
+
+<p>Zachodz&#261;ce s&#322;o&#324;ce zakrwawia je swym
+blaskiem... </p>
+
+<p>I krwi&#261; oto serdeczn&#261;, zdaje si&#281; matka
+p&#322;aka&#263; nad synem - &#322;zami lito&#347;ci i bólu.</p>
+
+<p>A Roman jednocze&#347;nie, w porywie cierpienia,
+wyci&#261;ga ramiona do rze&#378;by twarzy drogiej, obejmu­je niemi
+g&#322;ow&#281; z marmuru i krzy&#380; pomnika, a do­tkn&#261;wszy czo&#322;em
+czo&#322;a matki, szepce co&#347; jak dziecko, kwili...</p>
+
+<p>-  Matko...
+mate&#324;ko! - s&#322;ycha&#263; dok&#322;adnie, i ci­cha skarga z piersi mu
+si&#281; wyrywa! Z b­ólem jutra, &#322;&#261;czy si&#281; w nim zarazem
+jaki&#347; bunt niewyt&#322;umaczony do &#347;wiata, do ludzi - do &#380;y­cia!...
+I w szepcie s&#322;ów urywanych, zmieszanych, wymówka wnet cierpka
+s&#322;ysze&#263; si&#281; daje.</p>
+
+<p>- Matko! - szepcze Roman, z wyrzutem. - Dla­czego&#380;
+&#380;e po tobie odziedziczy&#322;em gor&#261;c&#261; krew tej ziemi? Czemu,
+ach, czemu, z mlekiem twem wyssa&#322;em zapalczywy ogie&#324; pragnie&#324;,
+zmys&#322;owego sza&#322;u, który zniweczy&#322; we mnie wszystko, któremu
+oprze&#263; si&#281; nie zdo&#322;a&#322;em, i upad&#322;em tak nisko... tak...
+nisko!</p>
+
+<p>Nie mog&#322;em odmówi&#263; sobie posiadania kobiety,
+któr&#261; ukocha&#322;em, bo w &#380;y&#322;ach mych p&#322;on&#281;&#322;a,
+jak la­wa twych, matko, ojczystych wulkanów, krew dzieci po&#322;udnia, bo
+natura ich gwa&#322;towna, przewrotna, bez niez&#322;omnych uczciwo&#347;ci
+zasad, zakorzeni&#322;a si&#281; w mej istocie... Podepta&#322;em wszystko...
+wszystko...</p>
+
+<p>- Matko, ty&#347; temu niewinna, ja wiem, ty&#347; nie­winna!
+- skar&#380;y&#322; si&#281; dalej Roman, przepraszaj&#261;c jak­by, - ale,
+czemu&#380; twym wp&#322;ywem, kiedy ojca straci&#322;em tak wcze&#347;nie, nie
+stara&#322;a&#347; si&#281; z&#322;agodzi&#263; we mnie tej natury narodu
+twego? Dlaczego nie mog&#322;a&#347; wy­t&#281;pi&#263; ze mnie z&#322;ego
+ziarna? Czemu?.. czemu?.. czemu?..</p>
+
+<p>I pytanie to Dzier&#380;ymirskiego ostatnie, rozpa­czliwe,
+ulecia&#322;o, pó&#322;pokorne, pó&#322;gro&#378;ne jakby i za­mar&#322;o w
+ciszy!</p>
+
+<p>A rodzicielka Romana mówi&#322;a pi&#281;knym, wyrazi­stym w
+bia&#322;ej rze&#378;bie wzrokiem - odpowiada&#322;a mu, zda si&#281;
+równie&#380;:</p>
+
+<p>- Nie blu&#378;nij, synu, nie rozpaczaj!.. Nie ja tu
+winnam!.. Wierz mi!.. Czyni&#322;am, co mog&#322;am... Wpaja&#322;am w tw&#261;
+dusz&#281; niez&#322;omne zasady, wzmacnia&#322;am twój umys&#322;, twe serce!
+Nie miej &#380;alu do mnie, me dzieci&#281;!.. Popsu&#322; si&#281; &#347;wiat,
+co skala, zbruka niejedno swem b&#322;otem!.. Zb&#322;&#261;dzi&#322;e&#347;...</p>
+
+<p>A tymczasem zbiela&#322;e usta Dzier&#380;ymirskiego,
+wij&#261;cego si&#281; wci&#261;&#380; u stóp grobowca, w bólu i
+niepewno&#347;ci jutra, zaszepta&#322;y znów rozpaczliwie, z cicha...</p>
+
+<p>- Co czyni&#263;? co czyni&#263;? - Wszak tam wszyscy
+czekaj&#261; teraz ode mnie wyja&#347;nienia o pieni&#281;&#380;nej zgubie,
+którego da&#263; im, niestety, nie potrafi&#281;. Có&#380; im powiem? co
+wymy&#347;l&#281;, a zreszt&#261;, có&#380; mi po tem? Gdybym po wysi&#322;ku
+mózgowym i znalaz&#322; mo&#380;e prze­m&#261;dre nawet rozwi&#261;zanie jakie,
+czy&#380; nie takiem sa­mem, nie do zniesienia piek&#322;em, sta&#322;oby
+si&#281; to mo­je jutro! - odpowiada&#322;y w duchu Romana: bezmierne
+zniech&#281;cenie i gorycz.</p>
+
+<p>- W ci&#261;g&#322;ej, podwójnej jeszcze, ni&#380;
+dot&#261;d, obawie skandalu, z tajon&#261;, t&#322;umion&#261; w duszy tajem­nic&#261;,
+bez mi&#322;o&#347;ci, bez niej, bez Oli, sam, opuszczony, z widmem wyrzutu
+sumienia?.. - Nie! - wyrzuci&#322; z sie­bie Dzier&#380;ymirski, z moc&#261;. -
+Ja tak &#380;y&#263; nie potrafi&#281;!.. </p>
+
+<p>Szept urywany Romana usta&#322;. Tul&#261;c wci&#261;&#380;
+w ramionach ciemny marmur grobowca, mil­cz&#261;c&#261; sna&#263; ju&#380;
+teraz z rodzicielk&#261; sw&#261;, a mo&#380;e i z Panem Wszechrzeczy,
+prowadzi&#322; on rozmow&#281;.</p>
+
+<p>Nagle jednak w st&#322;oczonej piersi Romana cier­pienia
+d&#322;u&#380;ej nie zdo&#322;a&#322;o ju&#380; si&#281; ukry&#263; - spazmem
+&#322;kania wydoby&#322;o si&#281; na zewn&#261;trz!</p>
+
+<p>Milczenie cmentarnego zacisza wstrz&#261;sn&#261;&#322;
+p&#322;acz m&#281;ski, przejmuj&#261;cy, g&#322;&#281;boki i przykrem nader
+echem rozleg&#322; si&#281; doko&#322;a.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<center>**********************************************************</center>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>A tymczasem nad Medyola&#324;skiom przepi&#281;knem
+"Campo Santo," w ca&#322;em swym majestacie zachodzi&#322;o
+s&#322;o&#324;ce...</p>
+
+<p>Mieni&#322;y si&#281; w odblaskach jego dachy i wie­&#380;yczki
+licznych kapliczek, mauzoleów; przez koloro­we w&#261;skie szyby okienek, drzwi
+i kraty w&#347;lizgiwa&#322;a si&#281; wewn&#261;trz ich cicho czerwie&#324;
+promieni, pe&#322;za&#322;a po mozayce posadzek, muska&#322;a ubrane
+wdzi&#281;cznie kwiatami o&#322;tarzyki, kandelabry, pos&#261;gi i pi&#281;kne
+&#347;wi&#281;­tych obrazy...</p>
+
+<p>Wspania&#322;a wej&#347;ciowa kolumnada iskrzy&#322;a
+si&#281; równie&#380; t&#281;cz&#261; blasków; &#347;ciany, dach i
+wie&#380;yczki po&#322;o&#380;onego na drugim ko&#324;cu cmentarza "Tempio
+di Cre­matione" gorza&#322;y p&#261;sow&#261; gr&#261;
+&#347;wiat&#322;a...</p>
+
+<p>A mleczno-bia&#322;e, ciche i zadumane dot&#261;d sennie
+pos&#261;gi pomników ockn&#281;&#322;y si&#281; po prostu jakby
+o&#380;y&#322;y... </p>
+
+<p>Kszta&#322;ty ich, misternie w kamieniu wykute, ry­sy,
+odrze&#378;bione, przebudzi&#322;y si&#281; niby z martwoty dotychczasowej na
+drobn&#261;, przelotn&#261; chwilk&#281; - na mgnienie!..</p>
+
+<p>I nie s&#261; to ju&#380; allegoryczne postacie, ni
+podobizny zmar&#322;ych dawno - nie, to wszak &#380;ywi ludzie, z krwi i ko&#347;ci!
+Cia&#322;o ich przecie&#380;, zaró&#380;owione leciutko, dr&#380;e&#263; oto
+zda si&#281;, porusza&#263;, w &#380;y&#322;ach krew p&#322;ynie, usta co&#347;
+mówi&#261;, a oczy ich, rysy, wyrazu pe&#322;ne, bolej&#261;, p&#322;acz&#261;,
+smuc&#261; si&#281; - my&#347;l&#261;!..</p>
+
+<p>Patrzcie... patrzcie!..</p>
+
+<p>Tam, na, wspania&#322;ym grobowcu, po obu stro­nach siedz&#261;cej
+na szczycie, zadumanej symbolicz­nej postaci kobiecej, dwaj anio&#322;owie
+zalewaj&#261; si&#281; gorzkiemi &#322;zami, szlochaj&#261;!.. Tu znów, przy
+innym pomniku, po stopniach jego porusza si&#281;, kroczy wzwy&#380; niewiasta
+m&#322;oda, - ku dwóm pos&#261;gom, stoj&#261;cym na górze grobowca, prowadzi
+ch&#322;opczyka, &#347;licznot&#281;, w którego d&#322;oni zaci&#347;ni&#281;ty
+kwiatuszek si&#281; chwieje... A tam, znów dalej, w innej stronie...</p>
+
+<p>W otwarte drzwi ma&#322;ego mauzoleum, po stopniach schodów
+wchodzi wolno, szeleszcz&#261;c jakby fa&#322;dami swej sukni, ze spuszczonym
+wzrokiem - w trzymany w d&#322;oni ró&#380;aniec wpatrzona, cudnej
+pi&#281;kno&#347;ci kobieta...</p>
+
+<p>I tak dalej, i tak dalej...</p>
+
+<p>Dziesi&#261;tki bia&#322;oskrzyd&#322;ych anio&#322;ów, wdów
+bolej&#261;cych, za&#322;amuj&#261;cych d&#322;onie, tarzaj&#261;cych si&#281;
+gwa&#322;tow­nie, czy te&#380; 
+pogr&#261;&#380;onych w martwocie rozpaczy, - setki biustów, postaci -
+zda si&#281;, w cmentarnej ciszy nuc&#261; oto hymn bólu, w zgodnym akordzie z
+piersi jak­by wyrzucaj&#261; wszechogólny krzyk cierpienia!..</p>
+
+<p>A promienie zachodu zni&#380;aj&#261; si&#281; tymczasem
+coraz bardziej... </p>
+
+<p>Purpura ich ciemnieje w ko&#324;cu, niebawem ni­kn&#261;&#263;
+powoli zaczyna tam i ówdzie. Zak&#261;tki cmentarza dalsze, pod murem,
+stoj&#261; ju&#380; w cieniach - &#347;rodkowe k&#261;pi&#261; si&#281; jeszcze
+w ostatnich po&#380;egnalnych drgnieniach czerwieni i z&#322;ota...</p>
+
+<p>Woko&#322;o kl&#281;cz&#261;cego Romana, i obejmuj&#261;cego
+wci&#261;&#380; w jednej i tej samej pozycyi pomnik, z pos&#261;giem matczynym,
+pal&#261; si&#281; w ca&#322;ej pe&#322;ni jeszcze do­gasaj&#261;co
+s&#322;o&#324;ca blaski.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski, szukaj&#261;c dalej ulgi w cierpieniu,
+jak nieprzytomny, wci&#261;&#380; szepcze co&#347; niezrozumia&#322;ego do
+sk&#261;panej w purpurze promieni rze&#378;by z marmuru... I niebawem, w ciszy,
+przerywanej tylko &#322;a­godnym szmerem poruszanych u drzew li&#347;ci,
+dr&#380;e&#263; g&#322;o&#347;niej znów skarga poczyna.</p>
+
+<p>- Nie, matko! - szepce Roman - nie, matko! zrozum mnie, nie
+ga&#324;!.. Ja tam, do nich wróci&#263; nie mog&#281;, to przechodzi si&#322;y
+moje!.. Wszak ja jego, ko­chanka Oli - t&#322;umaczy si&#281; dalej
+Dzier&#380;ymirski - jego, mego wroga, zabi&#263; powinienem! A jak&#380;e ja
+to uczy­ni&#281;? Przecie&#380; oczyszcza&#263; pojedynkiem nawet mego honoru
+nie mog&#281;! - z gorycz&#261; w g&#322;osie, niby &#380;ywej osobie,
+perswaduje Roman, coraz ciszej, z&#322;amanym szeptem... - Zrozum,
+mate&#324;ko!.. Nie... mog&#281;!..</p>
+
+<p>Milknie na chwil&#281;, poczem urywanym g&#322;osem, z
+beznadziejn&#261; rozpacz&#261;, mówi, zwierza si&#281; jeszcze... - Tak,
+mate&#324;ko! bo honoru wszak ja... sam... nie... posiadam!..</p>
+
+<p>I Dzier&#380;ymirski ko&#324;czy g&#322;ucho: - On w twarz
+mi to rzuci&#263; mo&#380;e, je&#347;li si&#281; dowie o wszystkiem, a wtedy?..
+Nie, matko! - powtarza g&#322;o&#347;niej Roman nie &#380;&#261;daj tego ode
+mnie! - Ja, z pi&#281;tnem pogardy na czole, bez czci tych t&#322;umów, które
+ujarzmi&#322;em - &#380;y&#263; nie potrafi&#281;!..</p>
+
+<p>A szczególniej z jej... Oli mo&#380;liw&#261; pogard&#261; -
+bez jej uczucia &#380;y&#263; - nie mog&#281;!..</p>
+
+<p>I tem ko&#324;czy spowied&#378; przed rodzicielk&#261; syn
+zbola&#322;y, a po chwili dorzuca, z moc&#261;. - I... nie chc&#281;!!!</p>
+
+<p>Milknie Dzier&#380;ymirski, twarzy nie odrywa jed­nak od
+marmuru grobowca, pogr&#261;&#380;ywszy si&#281; w ja­kiem&#347;
+pó&#322;odr&#281;twieniu g&#322;&#281;bokiem.</p>
+
+<p>A wko&#322;o niego tymczasem ga&#347;nie ju&#380;
+ca&#322;kiem &#322;una zachodu... Jak przed chwil&#261;, niby dotkni&#281;te
+czarown&#261; ró&#380;d&#380;k&#261;, o&#380;ywia&#322;y si&#281; pos&#261;gi z
+marmurów, tak teraz kolejno do martwoty swej powracaj&#261;.</p>
+
+<p>Po&#322;o&#380;ony tylko tu&#380; obok Dzier&#380;ymirskiego
+symboliczny grobowiec ja&#347;nieje jeszcze... Na wpó&#322; ró&#380;owy od
+blasków czerwonych, blednie&#263; oto w&#322;a&#347;nie coraz bardziej poczyna ­w
+ty&#322; przegi&#281;ty, eteryczny i wielki na grobie tym anio&#322; z marmuru,
+o rysach przecudnych, o rysach kobiecych, dziwnie nadziemsko zadumanych, a po­staci
+ca&#322;ej wiotkiej i ustawionej na piedestale w ten sposób w powietrzu
+unosi&#322; si&#281;, lecia&#322;...</p>
+
+<p>Anio&#322; patrze&#263; si&#281; zdaje na Romana, ze
+wspó&#322;czuciem, spod rz&#281;s spuszczonych, oczyma &#380;yj&#261;cego jakby
+ducha. Nad urn&#261;, któr&#261; trzyma w d&#322;oniach i tuli do piersi  i unie&#347;&#263; z sob&#261; jakby pragnie
+w za&#347;wiaty, odrze&#378;biony, pal&#261;cy si&#281; ognik p&#322;onie
+rzeczywistem &#347;wiat&#322;em, pieszczony ostatnim promyczkiem ­s&#322;o&#324;ca!..</p>
+
+<p>Wreszcie i on zupe&#322;nie ga&#347;nie.</p>
+
+<p>Korowód wieczornych cieni z mrokiem, wodzem na czele, wsuwa
+si&#281; teraz cicho na "Campo-Santo" i welonem szarym wkrótce
+przes&#322;ania z wolna wszystko... W oczekiwaniu jutrzenki ró&#380;anej, która
+ich znowu przebudzi - zasypiaj&#261;, symbole snu wiecznego, marmurowe
+rze&#378;by bia&#322;e, doczesn&#261; zda si&#281; tylko drzemk&#261;...</p>
+
+<p>Stopniowo &#347;cieraj&#261; si&#281; zarysy pos&#261;gów,
+kapliczek, mauzoleów...</p>
+
+<p>Zmierzch  ciemnieje.
+&#346;wi&#281;c&#261;c swój tryumf, a &#347;mier&#263; s&#322;o&#324;ca po
+coraz bardziej mrocznych zak&#261;tkach "Cimitero" cienie wieczoru
+pl&#261;saj&#261; ju&#380; obecnie swobodnie ca&#322;kiem - dru&#380;yna ich
+weseli si&#281;, ta&#324;czy, pusta, skracaj&#261;c godziny do przyj&#347;cia
+nocy-w&#322;adczyni.</p>
+
+<p> Po pewnym czasie
+jednak staje si&#281; w&#347;ród tego grona jej paziów co&#347;
+niew&#261;tpliwie szczególnego bardzo... Wszystkie sylwety bowiem
+bawi&#261;cych si&#281; cie­ni &#322;&#261;cz&#261; si&#281; oto w jedn&#261;
+grup&#281;, zwartem ko&#322;em ota­czaj&#261;c który&#347; z licznych
+grobowców.</p>
+
+<p>Obejmuj&#261;c ramionami krzy&#380; i pos&#261;g marmu­rowy,
+kl&#281;czy tu nieruchomo, zlewaj&#261;ca si&#281; pra­wie z pomnikiem,
+pochylona, bia&#322;a sylwetka m&#281;&#380;czyzny... Cienie pochylaj&#261;
+si&#281; ciekawie nad ni&#261;, do­tykaj&#261; jej cia&#322;a,
+zagl&#261;daj&#261; w twarz, dziwnie blad&#261;. </p>
+
+<p>I raptownie szept jaki&#347; trwo&#380;ny przelatuje po
+szeregu paziów nocy... Bezradni stoj&#261; wci&#261;&#380; gromadk&#261;,
+przel&#281;knieni czem&#347; jakby, przej&#281;ci, cisi... Niektórzy z nich
+nawet za&#322;amuj&#261; r&#281;ce, drudzy kr&#281;c&#261; z niedowierzaniem
+g&#322;owami - inni wpatruj&#261; si&#281; smut­nie w majacz&#261;c&#261;
+posta&#263; ludzk&#261;.</p>
+
+<p>Nagle ko&#322;o ich rozprz&#281;ga si&#281; gwa&#322;townie,
+milk­n&#261; - pozostawiaj&#261; w zapomnieniu zupe&#322;nem pomnik i
+znajduj&#261;cego si&#281; u stóp jego cz&#322;owieka. Momentalnie, szybko,
+ustawiaj&#261; si&#281; sk&#322;adnie w dwa szeregi, pochylaj&#261; z
+gracy&#261; i pokor&#261;, szacunku pe&#322;n&#261;, w po­witalnym
+uk&#322;onie...</p>
+
+<p>To pani ich i królowa - Noc, strojna, wspa­nia&#322;a z
+wy&#380;yn na ziemi&#281; zest&#261;pi&#322;a w&#322;a&#347;nie w tej chwili, w
+czarnym swym p&#322;aszczu i w gwiazd aureoli.</p>
+
+<center>--------------</center>
+
+<p>Poranek sierpniowy u&#347;miecha&#322; si&#281; tego dnia
+rado&#347;nie do t&#281;tni&#261;cego zwyk&#322;ym ruchem wielkiego miasta.
+Pogodny, jasny, niós&#322; on jednak w powie­wach swych, ch&#322;odniejszych
+ju&#380; nieco i &#347;wie&#380;szych, zapowied&#378;  id&#261;cej wczesnej jesieni, tej czarownej, pi&#281;knej jesieni
+polskiej, tak zadumanej zda si&#281; i marz&#261;cej cicho, po otulonych
+mg&#322;ami p&#322;aszczyznach i tak pe&#322;nej porywaj&#261;cej sob&#261;
+t&#281;sknoty.</p>
+
+<p>Na jednej z g&#322;ównych ulic miasta uwijano si&#281;
+&#380;wawo. Przechodnie, wszyscy skwapliwie spiesz&#261;cy w jedn&#261;
+stron&#281;, wymijali si&#281; gor&#261;czkowo, dzwoni&#322;y tramwaje,
+doro&#380;ki turkota&#322;y g&#322;o&#347;no - lekko, z cicha przesuwa&#322;y
+si&#281; liczne, na gumowych ko&#322;ach, ekwipa&#380;e i karety,
+d&#261;&#380;&#261;c równie&#380; w tym&#380;e, co i piesi, kie­runku.</p>
+
+<p>Niebawem jednak liczba jad&#261;cych powozów po­cz&#281;&#322;a
+si&#281; zmniejsza&#263; stopniowo coraz bardziej, w ko&#324;cu za&#347;
+usta&#322;a zupe&#322;nie­.</p>
+
+<p>Ulic&#281; ruchu ko&#322;owego zamkni&#281;to. Ostatnie,
+zab&#322;&#261;kane doro&#380;ki zawracano, zmuszaj&#261;c do natychmiastowego
+skr&#281;cania w pierwsz&#261; lepsz&#261; boczn&#261; ulic&#281;, a we
+wzgl&#281;dnej, panuj&#261;cej obecnie, uroczystej ciszy ­rozlega&#322;
+si&#281; tylko zg&#322;uszony szmer licznych stóp id&#261;­cej po trotuarach
+gromady ludzkiej.</p>
+
+<p>Pó&#322;-milczenie to dyskretne trwa&#322;o dobre pó&#322;
+godziny.</p>
+
+<p>Wreszcie z wie&#380;yc jednego z pobliskich ko&#347;cio­&#322;ów
+odezwa&#322;y si&#281; powa&#380;nie i rzewnie &#380;a&#322;obne dzwo­ny i
+smutne - zabrzmia&#322;y dono&#347;nie.</p>
+
+<p>Ruch powsta&#322; na chodnikach... Zbierano si&#281;
+grupami, przystawano, policya i &#380;andarmi na koniach pocz&#281;li
+czyni&#263; porz&#261;dek, niebawem za&#347; w perspektywie wielkomiejskiej,
+opustosza&#322;ej &#347;rodkiem ulicy, ukaza&#322; si&#281; kondukt pogrzebowy.
+Na progach maga­zynów, balkonach i w oknach domów zaroi&#322;o si&#281; od
+widzów ciekawych...</p>
+
+<p>Z kilkunastoma ksi&#281;&#380;mi i licznym klerem, &#380;a­&#322;obny
+korowód przesuwa&#263; si&#281; zacz&#261;&#322; z wolna alej&#261;.</p>
+
+<p>Ramowa&#322;y go wdzi&#281;cznie niewinne g&#322;ówki
+id&#261;cych regularnie rz&#281;dami ch&#322;opaczków i dziewczynek­ - a
+wychowa&#324;ców z licznych miejscowych ochronek, zak&#322;adów dobroczynnych -
+za trumn&#261; za&#347; okaza&#322;&#261;, z&#322;o­&#380;on&#261; na bogatym
+sze&#347;ciokonnym karawanie i jad&#261;cy­mi w &#347;lad za tem,
+uginaj&#261;cymi si&#281; od wie&#324;ców, &#380;a­&#322;obnymi wozami,
+post&#281;powa&#322; t&#322;um niezliczony - ko­&#322;ysa&#322;o si&#281; morze
+g&#322;ów ludzkich...</p>
+
+<p>Hen! daleko za&#347;, poza ci&#380;b&#261;, gin&#261;c
+gdzie&#347; w per­spektywie ulic miasta, l&#347;ni&#322; si&#281; w promieniach
+s&#322;o&#324;ca sznur powozów i karet.</p>
+
+<p>W&#347;ród uczestnicz&#261;cej w pogrzebie rzeszy roz­lega
+si&#281; st&#322;umiony gwar ogólnie prowadzonych rozmów. Na wszystkich
+za&#347; ustach by&#322;o teraz jedno tylko imi&#281;!</p>
+
+<p>Bez zmazy i skazy wobec &#347;wiata zeszed&#322; do grobu -
+Roman Dzier&#380;ymirski.</p>
+
+<p>W ostatnich dniach lipca spo&#322;ecze&#324;stwem miasta, w
+którem &#380;y&#322;, pracowa&#322;, któremu na ró&#380;nych polach
+dzia&#322;alno&#347;ci przewodzi&#322;, wstrz&#261;sn&#281;&#322;a
+wiadomo&#347;&#263; niespodziana, zakomunikowana przez gazety. Telegramem
+mianowicie doniesiono lakonicznie o &#347;mier­ci prezesa
+Dzier&#380;ymirskiego, we W&#322;oszech, w Medyolanie, na grobie matki, z
+anewryzmu serca. Powodem nag&#322;ego zgonu by&#322;o, jak mówili jedni, silne
+wstrz&#261;&#347;nienie moralne i bolesna wiadomo&#347;&#263; z kraju, jak
+utrzymywali po cichu inni - straty powa&#380;ne, czysto finansowej natury i
+po&#322;o&#380;enie bez wyj&#347;cia!..</p>
+
+<p>Cia&#322;o sprowadzono do kraju i dzi&#347; oto to same
+miasto, któremu Dzier&#380;ymirski tak wiele zas&#322;u&#380;y&#322; si&#281;
+za &#380;ycia, oddawa&#322;o by&#322;emu przodownikowi ostatni&#261;
+pos&#322;ug&#281;.</p>
+
+<p>Stawi&#322;y si&#281; wszystkie sfery i stany - wszyscy
+za&#347; z niek&#322;amanym &#380;alem, szli obecnie za trumn&#261;
+cz&#322;owieka, z którego &#347;mierci&#261;, zdaniem ogólnem, ubywa&#322;a
+miastu i krajowi nawet powa&#380;na spo&#322;eczna si&#322;a...</p>
+
+<p>A do&#347;&#263; by&#322;o pos&#322;ucha&#263; tylko
+uwa&#380;nie tam i ów­dzie co mówiono o zmar&#322;ym, by przekona&#263;
+si&#281;, jak szczerym, jak powszechnym prawdziwie by&#322; ten &#380;al po
+nim!</p>
+
+<p>Jednog&#322;o&#347;nie bowiem i wszechogólnie wynoszono po
+niebiosa czyny prezesa Dzier&#380;ymirskiego, po&#347;wi&#281;ce­nie dla
+ogó&#322;u, zdolno&#347;ci, rozum, szlachetno&#347;&#263; i energi&#281; -
+jednobrzmi&#261;co ubolewano nad strat&#261; jego niepowetowan&#261;! Czasami, naturalnie,
+wpl&#261;ta&#322;a si&#281; i tu fa&#322;­szywa gdzieniegdzie nuta, lecz
+gin&#281;&#322;a natychmiast w akordzie powszechnego uwielbienia i &#380;alu z
+przed­wczesnego zgonu, tak zas&#322;u&#380;onego spo&#322;ecze&#324;stwu
+cz&#322;owieka...</p>
+
+<p>Z trudno&#347;ci&#261; przeciskaj&#261;c si&#281;
+pomi&#281;dzy dwoma sznurami ciekawych na chodnikach, wspania&#322;y po­grzebowy
+korowód oddala&#322; si&#281; tymczasem stopniowo w perspektywie ulicy, -
+wreszcie ksi&#281;&#380;a, karawani i d&#261;&#380;&#261;ce za trumn&#261;
+t&#322;umy skr&#281;ci&#322;y w lewo, i po pe­wnym czasie znik&#322;y...</p>
+
+<p>Na pierwszorz&#281;dnej ulicy w mie&#347;cie przywró­cono
+ruch natychmiast. Z bocznych ulic wysypa&#322;y si&#281; dziesi&#261;tki
+zatrzymanych dot&#261;d pojazdów, potoczy&#322;y si&#281;, dzwoni&#261;c,
+ponownie tramwaje, zadudni&#322;y doro&#380;ki, omnibusy - do spowodowanych
+&#347;ciskiem wy­padków kilku, wpad&#322;o na ruchliw&#261; artery&#281; grodu
+wezwane Pogotowie Ratunkowe, dono&#347;n&#261; na tr&#261;bce pobudk&#261;
+toruj&#261;c sobie drog&#281;!</p>
+
+<p>Uroczysty nastrój sprzed chwili pierzch&#322; bez­powrotnie.
+Szerokiem korytem &#380;ycie brutalnie de­pta&#322;o &#347;mierci widmo - w
+codzienn&#261; szat&#281; gor&#261;czka codziennego bytu przyoblek&#322;o
+si&#281; wszystko doko&#322;a.</p>
+
+<p>Na ustach tylko, snuj&#261;cych si&#281; po trotuarach
+przechodniów, biernych widzów &#380;a&#322;obnego konduktu,
+b&#322;&#261;ka&#322;o si&#281; jeszcze nazwisko Dzier&#380;ymirskiego,
+roznosiciele za&#347; dzienników zaroili si&#281; niebawem, a ko­rzystaj&#261;c
+z chwilowego nastroju publiczno&#347;ci, sprze­dawa&#263; pocz&#281;li z powodzeniem
+nadzwyczajne dodatki do gazet, z portretem i &#380;yciorysem zmar&#322;ego.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<center>*************************************************</center>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Min&#261;&#322; rok czasu...</p>
+
+<p>Powodzi&#261; &#347;wiate&#322; w mglisty wieczór pierwszego
+Listopada gorza&#322; cmentarz miejski rozleg&#322;y, i roje ludzi t&#322;oczy&#322;y
+si&#281; na nim. Pouk&#322;adane wzorzy&#347;cie pali&#322;y si&#281; na
+bogatych grobach i ubogich mogi&#322;kach kolorowe lampiony, kwiaty i
+wie&#324;ce stroi&#322;y umar­&#322;ych zak&#261;tek...</p>
+
+<p>Przy grobowcach niektórych, ubranych wspania&#322;a, nie
+by&#322;o &#380;ywej duszy. Przy innych formalne odbywa&#322;y si&#281;
+zebrania. &#346;rodkiem za&#347; ulicy wystrojony, "szykowny", a
+przewa&#380;nie bezmy&#347;lny, w&#347;ród dowcipów brukowych,
+wyg&#322;aszanych dono&#347;nie, spa­cerowa&#322; t&#322;um ciekawskich
+oboj&#281;tny.</p>
+
+<p>Tu i tam z rzadka czernia&#322;a przy &#347;wie&#380;ym po­mniku
+posta&#263; schylona, zadumana t&#281;sknie, cierpi&#261;ca... Tam i ówdzie na
+skromnej mogi&#322;ce, w bardziej oddalonej cmentarnej alei, szlocha&#322;a
+cicho jaka&#347; kobiecina, gdzie indziej znów kl&#281;cz&#261;cy syn, czy
+m&#261;&#380;, samo­tny, modli&#322; si&#281;, lub nie widz&#261;c nic
+zgo&#322;a, nie s&#322;y­sz&#261;c, zapatrzony w ból w&#322;asny - po&#322;yka&#322;
+&#322;zy.</p>
+
+<p>W samotnej bocznej alei cmentarza weso&#322;a m&#322;o­da
+para, pochylona wzajemnie, szepta&#322;a sobie czu&#322;e czule s&#322;ówka
+mijaj&#261;c oboj&#281;tnie groby, a pomi&#281;dzy innymi i mogi&#322;k&#281;
+jedn&#261; darniow&#261;, skromniutk&#261;... Zap&#322;akana dziewczynina
+kilkunastoletnia, ze z&#322;o&#380;onemi pobo&#380;nie r&#261;czkami,
+kl&#281;cza&#322;a na niej i sama jedna, biedzi&#322;a si&#281; w tej chwili z
+jedyn&#261; zapalon&#261;, a gasn&#261;c&#261; za ka&#380;dym podmuchem wiatru,
+&#347;wieczk&#261;, któr&#261;, wespó&#322; z dziesi&#281;ciogroszowym z choiny
+wianuszkiem, i bia&#322;ym wielkanocnym barankiem - ustroi&#322;a grobek matuli.</p>
+
+<p>Od &#380;ebraków, bab i dziadów, mrucz&#261;cych mo­d&#322;y,
+zawodz&#261;cych &#380;a&#322;o&#347;nie, roi&#322;o si&#281; na cmentarzu.</p>
+
+<p>Co chwila kto&#347; z publiczno&#347;ci zbli&#380;a&#322;
+si&#281; do nich i daj&#261;c ja&#322;mu&#380;n&#281;, dodawa&#322;: - Za
+dusz&#281; nie&#380;yj&#261;cego Piotra, Maryi i.t.d.</p>
+
+<p>- Lito&#347;ci godna osobo! - skar&#380;y&#322; si&#281; g&#322;o&#347;no
+&#380;ebrak stary, wyci&#261;gaj&#261;c d&#322;o&#324; ko&#347;cist&#261; do
+przechodz&#261;cych w&#322;a&#347;nie alej&#261; trzech &#322;adniutkich
+podlotków, rozmawiaj&#261;cych weso&#322;o.</p>
+
+<p>- Czekajcie! - do rówie&#347;nic odezwa&#322;a si&#281;
+&#380;y­wo jedna z panienek, zatrzymuj&#261;c si&#281; przed dzia­dem. - Dam
+mu, niech si&#281; pomodli za dusz&#281; mego pana Stanis&#322;awa...</p>
+
+<p>- Ale&#380; kiedy on &#380;yje! po co? - zadziwi&#322;a
+si&#281; naiwnie najm&#322;odsza z trójki.</p>
+
+<p>- Ha-ha-ha! - za&#347;mia&#322;a si&#281; pierwsza serdecz­nie,
+- a có&#380; to szkodzi, niech si&#281; tam za niego, grzesznika, pomodli!..</p>
+
+<p>I wr&#281;czaj&#261;c nast&#281;pnie dziadowi szóstaka,
+rzek&#322;a: - Macie, dziadku, za Stanis&#322;awa!..</p>
+
+<p>- Wieczny odpoczynek racz mu da&#263; Panie, a
+&#347;wiat&#322;o&#347;&#263; wiekuista niechaj mu &#347;wieci! -
+zaintonowa&#322; &#380;ebrak uroczy&#347;cie.</p>
+
+<p>&#346;miech rozleg&#322; si&#281; w alei; koncept
+podoba&#322; si&#281; figlarnej trójce, a kilka babek i dziadów,
+znajduj&#261;cych si&#281; w pobli&#380;u, skorzysta&#322;o na tem, bo
+obdzielono ich groszakami na t&#261;&#380; sam&#261; intency&#281;. Pan Sta­nis&#322;aw
+zosta&#322; za &#380;ycia pogrzebanym, modlono si&#281; ju&#380; z góry za
+niego, a pusta, niefrasobliwa m&#322;odo&#347;&#263;, nie znaj&#261;ca zapewne
+jeszcze, co to ból prawdziwy i &#380;al po drogiej sercu stracie - posz&#322;a
+dalej, &#347;miech za&#347; jej srebrzysty odbi&#322; si&#281; raz jeszcze na
+zakr&#281;cie alei o ukryty w drzew cieniu pomnik okaza&#322;y.</p>
+
+<p>Na wysokiej kolumnie z po&#322;yskuj&#261;cego marmu­ru
+widnia&#322; jaki&#347; pos&#261;g stoj&#261;cej osoby... Na grobow­cu nie
+by&#322;o &#380;adnego kwiatka i &#380;adnych &#347;wiate&#322;... Zapatrzony
+jakby smutnie sam w siebie, sta&#322; on ciemny na uboczu, opuszczony i
+widocznie zapomnia­ny. Jarz&#261;cy si&#281; tylko blask lampek czerwonych, któ­remi
+ozdobiono grób s&#261;siedni, rzuca&#322; na&#324; niepewne, dalekie &#347;wiat&#322;o.
+W pó&#322;&#347;wietle tem, kto zna&#322; za &#380;ycia Romana
+Dzier&#380;ymirskiego, z &#322;atwo&#347;ci&#261; móg&#322; go pozna&#263;
+teraz w stoj&#261;cej rze&#378;bie z marmuru.</p>
+
+<p>I id&#261;cego przechodnia przykuwa&#322;o do miejsca
+zdziwienie nag&#322;e.</p>
+
+<p>- Jak to? - zadawa&#322; sobie mimowolnie pytanie. - W
+powodzi &#347;wiate&#322;, blasków tysi&#261;ca, daj&#261;cych tak wymowne i
+chlubne &#347;wiadectwo, &#380;e &#380;ywi pami&#281;taj&#261; jednak o
+umar&#322;ych, dzisiaj o Dzier&#380;ymirskim ju&#380; zapomniano?.. Czy&#380;
+to mo&#380;liwe, by &#347;wiat by&#322; tak niewdzi&#281;cznym, &#380;eby
+wykre&#347;la&#322; z pami&#281;ci jednostki, tak g&#322;o&#347;ne za
+&#380;ycia - tak mo&#380;now&#322;adne!...</p>
+
+<p>I dziwi&#322; si&#281; przechodzie&#324;... Dziwi&#322;
+si&#281; w dalsz­ym ci&#261;gu naiwnie, nie zdaj&#261;c sobie sprawy z tego
+pewnika &#380;yciowej ironii, która prawem "tera&#378;niejszo&#347;c­i"
+si&#281; zowie, a która, z ma&#322;ymi wyj&#261;tkami, uwielbia tylko
+&#380;yj&#261;cych i na widowni obecnych, umar&#322;ych zasypuj&#261;c
+py&#322;em zapomnienia.</p>
+
+<p>I spaceruj&#261;cy po cmentarzu widz ciekawy
+przybli&#380;a&#322; si&#281; do grobowca, z trudno&#347;ci&#261;
+odczytywa&#322; napisy, a pó&#378;niej szed&#322; dalej, zamy&#347;lony mimo
+woli nad nietrwa&#322;o&#347;ci&#261; doczesnego bytu.</p>
+
+<p>Lecz o niewdzi&#281;czno&#347;&#263; tym razem pos&#261;dza&#322;
+lu­dzi nies&#322;usznie. Bo los szyderca, któryby mo&#380;e i rzeczywi&#347;cie
+star&#322; u &#347;wiata wspomnienie innego, prawdziwie i wszechstronnie
+zas&#322;u&#380;onego cz&#322;owieka, nie­zbrukanego &#380;yciem, czystego -
+okaza&#322; si&#281; &#322;askawszym jednak, dla ubranego w tog&#281; pozorów
+moralnego wy­koleje&#324;ca!</p>
+
+<p>W kwadrans pó&#378;niej, trzy osoby, ogl&#261;daj&#261;ce
+si&#281; woko&#322;o, skupi&#322;y si&#281; przed grobem Dzier&#380;ymirskiego.
+Wkrótce, tam&#380;e zjawi&#322; si&#281; równie&#380; m&#281;&#380;czyzna, z
+kobiet&#261; m&#322;od&#261; do&#347;&#263; jeszcze i garstk&#261; dziatek.</p>
+
+<p>Przed gin&#261;cym w cieniach wieczora pomnikiem Romana,
+pokl&#281;kli oni niebawem wszyscy...</p>
+
+<p>Byli to Orl&#281;ccy: ojciec, matka i córka, oraz Zie­li&#324;ski
+Herman, z rodzin&#261;.</p>
+
+<p>M&#322;ody g&#322;osik dziewcz&#281;cy pierwszy
+przerwa&#322; nie­&#347;mia&#322;o milczenie cmentarnego zak&#261;tka. Silny,
+j&#281;drny zawtórowa&#322; mu g&#322;os m&#281;ski i szept otaczaj&#261;cych...</p>
+
+<p>W&#347;ród dalekiego echa kroków gromady ludz­kiej, ich
+rozmów, &#347;miechu i p&#322;aczu - pop&#322;yn&#281;&#322;a z serc
+wdzi&#281;cznych za dusz&#281; zmar&#322;ego modlitwa!..</p>
+
+<p>. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
+. . . . . . </p>
+
+<p>Nazajutrz osamotnienia i zapomnienia &#380;ywych
+wstydzi&#263; si&#281; ju&#380; nie potrzebowa&#322; przed innymi - wspa­nia&#322;y
+grobowiec prezesa Dzier&#380;ymirskiego.</p>
+
+<p>Czyja&#347; troskliwa r&#281;ka ustawi&#322;a na grobie
+palmy i &#347;wie&#380;e kwiaty... W krzy&#380; u&#322;o&#380;onych
+ró&#380;nokolorowych lampionów kilkana&#347;cie n&#281;ci&#322;y tu oko i
+skromny, aczkolwiek gustowny wieniec zielony u pomniko­wego tuli&#322; si&#281;
+podnó&#380;a. Tam&#380;e b&#322;yszcza&#322; o nieboszczyku napis
+z&#322;ocisty, z&#322;o&#380;ony z samych tytu&#322;ów i go­dno&#347;ci...</p>
+
+<p>I w blasków powodzi, na szczycie kolumny ja­&#347;nia&#322;a
+zarówno teraz wdzi&#281;cznie odrze&#378;biona sylweta pi&#281;knego,
+m&#322;odego jeszcze m&#281;&#380;czyzny.</p>
+
+<p>Króluj&#261;c nad wszystkiem doko&#322;a, niepokalanie
+bia&#322;y, sta&#322; on i patrzy&#322; zamy&#347;lony! Na ustach z kamienia
+b&#322;&#261;ka&#263; si&#281; zdawa&#322; dyskretny u&#347;miech zwy­ci&#281;skiej
+ironii...</p>
+
+<p>A poni&#380;ej - u stóp pos&#261;gu, na czarnem tle mar­muru,
+wielkiemi literami, rzuca&#322;y si&#281; w oczy te oto wyryte s&#322;owa:</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Uczciwy, szlachetny i prawy,</p>
+
+<p>Ukocha&#322; bli&#378;nich i spo&#322;ecze&#324;stwu oddal
+&#380;ycie ca&#322;e - </p>
+
+<p>Nagrod&#378; go, Panie!..</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+
+<p>End of the Project Gutenberg EBook of Ironia Pozorow, by Maciej hr. Lubienski</p>
+
+<pre>
+*** END OF THE PROJECT GUTENBERG EBOOK IRONIA POZOROW ***
+
+This file should be named rnpz10h.htm or rnpz10h.zip
+Corrected EDITIONS of our eBooks get a new NUMBER, rnpz11h.txt
+VERSIONS based on separate sources get new LETTER, rnpz10ah.txt
+
+Etext produced by Michalina Makowska, Szczecin, Poland,
+Eve Sobol, South Bend, IN, USA, and Julia Jezierska, Stawiszyn, Poland.
+
+Project Gutenberg eBooks are often created from several printed
+editions, all of which are confirmed as Public Domain in the US
+unless a copyright notice is included. Thus, we usually do not
+keep eBooks in compliance with any particular paper edition.
+
+We are now trying to release all our eBooks one year in advance
+of the official release dates, leaving time for better editing.
+Please be encouraged to tell us about any error or corrections,
+even years after the official publication date.
+
+Please note neither this listing nor its contents are final til
+midnight of the last day of the month of any such announcement.
+The official release date of all Project Gutenberg eBooks is at
+Midnight, Central Time, of the last day of the stated month. A
+preliminary version may often be posted for suggestion, comment
+and editing by those who wish to do so.
+
+Most people start at our Web sites at:
+http://gutenberg.net or
+http://promo.net/pg
+
+These Web sites include award-winning information about Project
+Gutenberg, including how to donate, how to help produce our new
+eBooks, and how to subscribe to our email newsletter (free!).
+
+
+Those of you who want to download any eBook before announcement
+can get to them as follows, and just download by date. This is
+also a good way to get them instantly upon announcement, as the
+indexes our cataloguers produce obviously take a while after an
+announcement goes out in the Project Gutenberg Newsletter.
+
+http://www.ibiblio.org/gutenberg/etext03 or
+ftp://ftp.ibiblio.org/pub/docs/books/gutenberg/etext03
+
+Or /etext02, 01, 00, 99, 98, 97, 96, 95, 94, 93, 92, 92, 91 or 90
+
+Just search by the first five letters of the filename you want,
+as it appears in our Newsletters.
+
+
+Information about Project Gutenberg (one page)
+
+We produce about two million dollars for each hour we work. The
+time it takes us, a rather conservative estimate, is fifty hours
+to get any eBook selected, entered, proofread, edited, copyright
+searched and analyzed, the copyright letters written, etc. Our
+projected audience is one hundred million readers. If the value
+per text is nominally estimated at one dollar then we produce $2
+million dollars per hour in 2002 as we release over 100 new text
+files per month: 1240 more eBooks in 2001 for a total of 4000+
+We are already on our way to trying for 2000 more eBooks in 2002
+If they reach just 1-2% of the world's population then the total
+will reach over half a trillion eBooks given away by year's end.
+
+The Goal of Project Gutenberg is to Give Away 1 Trillion eBooks!
+This is ten thousand titles each to one hundred million readers,
+which is only about 4% of the present number of computer users.
+
+Here is the briefest record of our progress (* means estimated):
+
+eBooks Year Month
+
+ 1 1971 July
+ 10 1991 January
+ 100 1994 January
+ 1000 1997 August
+ 1500 1998 October
+ 2000 1999 December
+ 2500 2000 December
+ 3000 2001 November
+ 4000 2001 October/November
+ 6000 2002 December*
+ 9000 2003 November*
+10000 2004 January*
+
+
+The Project Gutenberg Literary Archive Foundation has been created
+to secure a future for Project Gutenberg into the next millennium.
+
+We need your donations more than ever!
+
+As of February, 2002, contributions are being solicited from people
+and organizations in: Alabama, Alaska, Arkansas, Connecticut,
+Delaware, District of Columbia, Florida, Georgia, Hawaii, Illinois,
+Indiana, Iowa, Kansas, Kentucky, Louisiana, Maine, Massachusetts,
+Michigan, Mississippi, Missouri, Montana, Nebraska, Nevada, New
+Hampshire, New Jersey, New Mexico, New York, North Carolina, Ohio,
+Oklahoma, Oregon, Pennsylvania, Rhode Island, South Carolina, South
+Dakota, Tennessee, Texas, Utah, Vermont, Virginia, Washington, West
+Virginia, Wisconsin, and Wyoming.
+
+We have filed in all 50 states now, but these are the only ones
+that have responded.
+
+As the requirements for other states are met, additions to this list
+will be made and fund raising will begin in the additional states.
+Please feel free to ask to check the status of your state.
+
+In answer to various questions we have received on this:
+
+We are constantly working on finishing the paperwork to legally
+request donations in all 50 states. If your state is not listed and
+you would like to know if we have added it since the list you have,
+just ask.
+
+While we cannot solicit donations from people in states where we are
+not yet registered, we know of no prohibition against accepting
+donations from donors in these states who approach us with an offer to
+donate.
+
+International donations are accepted, but we don't know ANYTHING about
+how to make them tax-deductible, or even if they CAN be made
+deductible, and don't have the staff to handle it even if there are
+ways.
+
+Donations by check or money order may be sent to:
+
+Project Gutenberg Literary Archive Foundation
+PMB 113
+1739 University Ave.
+Oxford, MS 38655-4109
+
+Contact us if you want to arrange for a wire transfer or payment
+method other than by check or money order.
+
+The Project Gutenberg Literary Archive Foundation has been approved by
+the US Internal Revenue Service as a 501(c)(3) organization with EIN
+[Employee Identification Number] 64-622154. Donations are
+tax-deductible to the maximum extent permitted by law. As fund-raising
+requirements for other states are met, additions to this list will be
+made and fund-raising will begin in the additional states.
+
+We need your donations more than ever!
+
+You can get up to date donation information online at:
+
+http://www.gutenberg.net/donation.html
+
+
+***
+
+If you can't reach Project Gutenberg,
+you can always email directly to:
+
+Michael S. Hart hart@pobox.com
+
+Prof. Hart will answer or forward your message.
+
+We would prefer to send you information by email.
+
+
+**The Legal Small Print**
+
+
+(Three Pages)
+
+***START**THE SMALL PRINT!**FOR PUBLIC DOMAIN EBOOKS**START***
+Why is this "Small Print!" statement here? You know: lawyers.
+They tell us you might sue us if there is something wrong with
+your copy of this eBook, even if you got it for free from
+someone other than us, and even if what's wrong is not our
+fault. So, among other things, this "Small Print!" statement
+disclaims most of our liability to you. It also tells you how
+you may distribute copies of this eBook if you want to.
+
+*BEFORE!* YOU USE OR READ THIS EBOOK
+By using or reading any part of this PROJECT GUTENBERG-tm
+eBook, you indicate that you understand, agree to and accept
+this "Small Print!" statement. If you do not, you can receive
+a refund of the money (if any) you paid for this eBook by
+sending a request within 30 days of receiving it to the person
+you got it from. If you received this eBook on a physical
+medium (such as a disk), you must return it with your request.
+
+ABOUT PROJECT GUTENBERG-TM EBOOKS
+This PROJECT GUTENBERG-tm eBook, like most PROJECT GUTENBERG-tm eBooks,
+is a "public domain" work distributed by Professor Michael S. Hart
+through the Project Gutenberg Association (the "Project").
+Among other things, this means that no one owns a United States copyright
+on or for this work, so the Project (and you!) can copy and
+distribute it in the United States without permission and
+without paying copyright royalties. Special rules, set forth
+below, apply if you wish to copy and distribute this eBook
+under the "PROJECT GUTENBERG" trademark.
+
+Please do not use the "PROJECT GUTENBERG" trademark to market
+any commercial products without permission.
+
+To create these eBooks, the Project expends considerable
+efforts to identify, transcribe and proofread public domain
+works. Despite these efforts, the Project's eBooks and any
+medium they may be on may contain "Defects". Among other
+things, Defects may take the form of incomplete, inaccurate or
+corrupt data, transcription errors, a copyright or other
+intellectual property infringement, a defective or damaged
+disk or other eBook medium, a computer virus, or computer
+codes that damage or cannot be read by your equipment.
+
+LIMITED WARRANTY; DISCLAIMER OF DAMAGES
+But for the "Right of Replacement or Refund" described below,
+[1] Michael Hart and the Foundation (and any other party you may
+receive this eBook from as a PROJECT GUTENBERG-tm eBook) disclaims
+all liability to you for damages, costs and expenses, including
+legal fees, and [2] YOU HAVE NO REMEDIES FOR NEGLIGENCE OR
+UNDER STRICT LIABILITY, OR FOR BREACH OF WARRANTY OR CONTRACT,
+INCLUDING BUT NOT LIMITED TO INDIRECT, CONSEQUENTIAL, PUNITIVE
+OR INCIDENTAL DAMAGES, EVEN IF YOU GIVE NOTICE OF THE
+POSSIBILITY OF SUCH DAMAGES.
+
+If you discover a Defect in this eBook within 90 days of
+receiving it, you can receive a refund of the money (if any)
+you paid for it by sending an explanatory note within that
+time to the person you received it from. If you received it
+on a physical medium, you must return it with your note, and
+such person may choose to alternatively give you a replacement
+copy. If you received it electronically, such person may
+choose to alternatively give you a second opportunity to
+receive it electronically.
+
+THIS EBOOK IS OTHERWISE PROVIDED TO YOU "AS-IS". NO OTHER
+WARRANTIES OF ANY KIND, EXPRESS OR IMPLIED, ARE MADE TO YOU AS
+TO THE EBOOK OR ANY MEDIUM IT MAY BE ON, INCLUDING BUT NOT
+LIMITED TO WARRANTIES OF MERCHANTABILITY OR FITNESS FOR A
+PARTICULAR PURPOSE.
+
+Some states do not allow disclaimers of implied warranties or
+the exclusion or limitation of consequential damages, so the
+above disclaimers and exclusions may not apply to you, and you
+may have other legal rights.
+
+INDEMNITY
+You will indemnify and hold Michael Hart, the Foundation,
+and its trustees and agents, and any volunteers associated
+with the production and distribution of Project Gutenberg-tm
+texts harmless, from all liability, cost and expense, including
+legal fees, that arise directly or indirectly from any of the
+following that you do or cause: [1] distribution of this eBook,
+[2] alteration, modification, or addition to the eBook,
+or [3] any Defect.
+
+DISTRIBUTION UNDER "PROJECT GUTENBERG-tm"
+You may distribute copies of this eBook electronically, or by
+disk, book or any other medium if you either delete this
+"Small Print!" and all other references to Project Gutenberg,
+or:
+
+[1] Only give exact copies of it. Among other things, this
+ requires that you do not remove, alter or modify the
+ eBook or this "small print!" statement. You may however,
+ if you wish, distribute this eBook in machine readable
+ binary, compressed, mark-up, or proprietary form,
+ including any form resulting from conversion by word
+ processing or hypertext software, but only so long as
+ *EITHER*:
+
+ [*] The eBook, when displayed, is clearly readable, and
+ does *not* contain characters other than those
+ intended by the author of the work, although tilde
+ (~), asterisk (*) and underline (_) characters may
+ be used to convey punctuation intended by the
+ author, and additional characters may be used to
+ indicate hypertext links; OR
+
+ [*] The eBook may be readily converted by the reader at
+ no expense into plain ASCII, EBCDIC or equivalent
+ form by the program that displays the eBook (as is
+ the case, for instance, with most word processors);
+ OR
+
+ [*] You provide, or agree to also provide on request at
+ no additional cost, fee or expense, a copy of the
+ eBook in its original plain ASCII form (or in EBCDIC
+ or other equivalent proprietary form).
+
+[2] Honor the eBook refund and replacement provisions of this
+ "Small Print!" statement.
+
+[3] Pay a trademark license fee to the Foundation of 20% of the
+ gross profits you derive calculated using the method you
+ already use to calculate your applicable taxes. If you
+ don't derive profits, no royalty is due. Royalties are
+ payable to "Project Gutenberg Literary Archive Foundation"
+ the 60 days following each date you prepare (or were
+ legally required to prepare) your annual (or equivalent
+ periodic) tax return. Please contact us beforehand to
+ let us know your plans and to work out the details.
+
+WHAT IF YOU *WANT* TO SEND MONEY EVEN IF YOU DON'T HAVE TO?
+Project Gutenberg is dedicated to increasing the number of
+public domain and licensed works that can be freely distributed
+in machine readable form.
+
+The Project gratefully accepts contributions of money, time,
+public domain materials, or royalty free copyright licenses.
+Money should be paid to the:
+"Project Gutenberg Literary Archive Foundation."
+
+If you are interested in contributing scanning equipment or
+software or other items, please contact Michael Hart at:
+hart@pobox.com
+
+[Portions of this eBook's header and trailer may be reprinted only
+when distributed free of all fees. Copyright (C) 2001, 2002 by
+Michael S. Hart. Project Gutenberg is a TradeMark and may not be
+used in any sales of Project Gutenberg eBooks or other materials be
+they hardware or software or any other related product without
+express permission.]
+
+*END THE SMALL PRINT! FOR PUBLIC DOMAIN EBOOKS*Ver.02/11/02*END*
+</pre>
+</body>
+
+</html>
+
+
+
diff --git a/old/rnpz10h.zip b/old/rnpz10h.zip
new file mode 100644
index 0000000..81c74d3
--- /dev/null
+++ b/old/rnpz10h.zip
Binary files differ
diff --git a/old/rnpz10r.rtf b/old/rnpz10r.rtf
new file mode 100644
index 0000000..f0c6837
--- /dev/null
+++ b/old/rnpz10r.rtf
@@ -0,0 +1,6509 @@
+{\rtf1\ansi\ansicpg1252\deff0\deflang1033\deftab708{\fonttbl{\f0\fmodern\fcharset0 Courier New;}{\f1\fmodern\fcharset238{\*\fname Courier New;}Courier New CE;}}
+\viewkind4\uc1\pard\ri5\lang1045\f0\fs20 The Project Gutenberg EBook of Ironia Pozorow, by Maciej hr. Lubienski\par
+\pard\par
+Copyright laws are changing all over the world. Be sure to check the\par
+copyright laws for your country before downloading or redistributing\par
+this or any other Project Gutenberg eBook.\par
+\par
+This header should be the first thing seen when viewing this Project\par
+Gutenberg file. Please do not remove it. Do not change or edit the\par
+header without written permission.\par
+\par
+Please read the "legal small print," and other information about the\par
+eBook and Project Gutenberg at the bottom of this file. Included is\par
+important information about your specific rights and restrictions in\par
+how the file may be used. You can also find out about how to make a\par
+donation to Project Gutenberg, and how to get involved.\par
+\par
+\par
+**Welcome To The World of Free Plain Vanilla Electronic Texts**\par
+\par
+**eBooks Readable By Both Humans and By Computers, Since 1971**\par
+\par
+*****These eBooks Were Prepared By Thousands of Volunteers!*****\par
+\par
+\par
+Title: Ironia Pozorow\par
+\par
+Author: Maciej hr. Lubienski\par
+\par
+Release Date: June, 2004 [EBook #6000]\par
+[Yes, we are more than one year ahead of schedule]\par
+[This file was first posted on September 22, 2002]\par
+\par
+Edition: 10\par
+\par
+Language: Polish\par
+\par
+Format: MS-WORD 6.0\par
+\par
+*** START OF THE PROJECT GUTENBERG EBOOK IRONIA POZOROW ***\par
+\par
+\par
+\par
+\par
+Etext produced by Michalina Makowska, Szczecin, Poland, \par
+Eve Sobol, South Bend, IN, USA, and Julia Jezierska, Stawiszyn, Poland.\par
+\par
+\par
+\par
+\par
+\par
+\par
+Title: "Ironia Pozor\'f3w"\par
+\lang1033\par
+Author: Maciej hr. \lang1045\f1\'a3ubie\'f1ski\par
+\f0\par
+\par
+\par
+PROLOG\par
+\par
+\par
+\f1 Dnia\'b3o...\par
+\f0\par
+\f1 Leniwo, sennie pierzcha\'b3y mg\'b3y przezrocze, tul\'b9ce si\'ea dot\'b9d w niemej pieszczocie do \'9ccian wielkiego grodu i wodnej, p\'b3yn\'b9cej u st\'f3p jego fali.\par
+\f0\par
+\f1 Wreszcie - znik\'b3y...\par
+\f0\par
+\f1 Na wzg\'f3rzu ukaza\'b3o si\'ea miasto. Z wysoka, iglicami katedry, licznymi gmachami i z\'bf\'f3\'b3k\'b3\'b9 zieleni\'b9 ogrod\'f3w przejrza\'b3o si\'ea dumnie w nurtach szarych rzeki, a po szybach okien dom\'f3w jego zamigota\'b3 r\'f3wnocze\'9cnie pierwszy bladawy promyk chmurnego jesiennego \'9cwitu.\par
+\f0\par
+\f1 Na poddaszach krytego ceg\'b3\'b9 staromiejskiego domku nieprzes\'b3oni\'eate niczem okno jedno za\'9cmia\'b3o si\'ea weselej od innych do matowego porannego \'9cwiat\'b3a. Ciekawie do wn\'eatrza facyatki w\'9clizn\'b9\'b3 si\'ea brzask sm\'eatny.\par
+\f0\par
+\f1 W pokoiku, o paru najniezb\'eadniejszych tylko sprz\'eatach, na razie nie by\'b3o nikogo.\par
+\f0\par
+\f1 Po\'9cciel nienaruszona bieli\'b3a si\'ea do\'9c\'e6 schludnie, wszystko woko\'b3o za\'9c wskazywa\'b3o wyra\'9fnie, i\'bf w\'b3a\'9cciciela siedziby tej od wczoraj ju\'bf nie by\'b3o, puls bowiem kie\'b3kuj\'b9cej tu jakiego\'9c jednego \'bfycia, zastyg\'b3y w panuj\'b9cym wsz\'eadzie nieporz\'b9dku, wyra\'9fnie oczekiwa\'e6 si\'ea zdawa\'b3 cierpliwie na swego pana i w\'b3adc\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Tymczasem za\'9c tylko po niezamiecionych k\'b9tach b\'b3\'b9ka\'b3y si\'ea pustka i nuda, a nietrudno by\'b3o domy\'9cle\'e6 si\'ea, \'bfe bieda w swej ziemskiej w\'eadr\'f3wce zagl\'b9da\'e6 tu nieraz musia\'b3a...\par
+\f0\par
+\f1 Go\'9ccin\'ea jej bowiem zdradza\'b3o tutaj - wszystko. A wi\'eac i ubo\'bfyzna mebli i atmosfera jaka\'9c duszna, wreszcie to co\'9c niewidzialnego, nieokre\'9clonego, z k\'b9t\'f3w, ze \'9ccian, zewsz\'b9d, wyzieraj\'b9cego, co, jak widma cie\'f1, szeptem jakby, m\'f3wi wci\'b9\'bf o sobie i \'b3zawo si\'ea skar\'bfy.\par
+\f0\par
+\f1 W przedziwnie zgodnej, panuj\'b9cej tu og\'f3lnie harmonii szarzyzny, melancholii i smutku, d\'9fwi\'eacza\'b3a jednak, drga\'b3a, niby u\'9cmieszek radosny, jasny, nuta weselsza. By\'b3a za\'9c ni\'b9 stoj\'b9ca w rogu pokoju, na kom\'f3dce staro\'9cwieckiej, zniszczonej, w inkrustowane, wykwintne ramy oprawna fotografia gabinetowa m\'b3odej dziewczyny, ku kt\'f3rej z obok stoj\'b9cej szklaneczki ma\'b3ej wychyla\'b3a si\'ea pieszczotliwie w rozkwicie swym \'9cliczna aksamitna p\'b9sowa \'9cwie\'bfa r\'f3\'bfa.\par
+\f0\par
+\f1 Dziewcz\'ea i r\'f3\'bfa patrzy\'b3y na siebie, lecz kr\'f3lowa kwiat\'f3w z s\'b9siedztwa swego dumn\'b9 by\'e6 tylko mog\'b3a.\par
+\f0\par
+Z martwej bowiem kartki ka\f1 rtonu, spogl\'b9da\'b3a na \'9cwiat du\'bfemi oczyma cudna twarz dziewczyny, a zakl\'eaty w rysach i uk\'b3adzie ca\'b3ej postaci nieuj\'eaty jaki\'9c wdzi\'eak - ta si\'b3a najwi\'eaksza kobiety, oporna na lata i burze \'bfycia, \'9cwie\'bfa zawsze, jak kwiecie wiosny - sz\'b3a na widza i chwyta\'b3a go za serce, czaruj\'b9c natychmiast swem s\'b3abem b\'b9d\'9f co b\'b9d\'9f tylko artyzmu ludzkiego odbiciem.\par
+\f0\par
+\pard\tx1500\tx2020\f1 Odosobnienie za\'9c wyra\'9fne rogu izdebki, gdzie sta\'b3a fotografia, od otaczaj\'b9cych i rozrzuconych po pokoju sprz\'eat\'f3w, oraz pewna czysto\'9c\'e6 staranna, cechuj\'b9ca to miejsce - \'9cwiadczy\'b3y sob\'b9 r\'f3wnie\'bf a\'bf nadto, \'bfe nieobecny w\'b3a\'9cciciel mieszkanka tego dba\'b3 wielce o ten zak\'b9tek, zdradzaj\'b9c przytem, \'bfe i on w biedzie swej mia\'b3 mo\'bfe jak\'b9\'9c chwilk\'ea jasn\'b9, jakie\'9c swoje marzenie!...\par
+\f0\par
+Tak, \f1 niew\'b9tpliwie!...\par
+\f0\par
+\f1 Si\'b3a bowiem jakby ukryta, a nieuj\'eata jednocze\'9cnie i dziwna, bi\'b3a od tego k\'b9cika pami\'b9tek; zdawa\'b3 si\'ea by\'e6 on jedynym u\'9cmiechem smutnego zk\'b9din\'b9d tu bytu i jedyna r\'f3wnie\'bf kapliczka, nik\'b3ego z\'b3udnego zapewne jakiego\'9c szcz\'ea\'9ccia, ale zawsze - szcz\'ea\'9ccia.\par
+\f0\par
+\f1 W szar\'b9 n\'eadz\'ea istnienia \'84pana", zamkni\'eatej w tych \'9ccianach biedy, \'bfycie wpl\'b9ta\'b3o wida\'e6 jak\'b9\'9c ni\'e6 z\'b3ot\'b9, rzuci\'b3o na os\'b3od\'ea hojnie i lito\'9cciwie p\'eak duchowych promieni!...\par
+\f0\par
+\f1 Tymczasem w ciszy izdebki nie przerywa\'b3o nic zgo\'b3a... Przez ma\'b3e okienko wida\'e6 tu by\'b3o spi\'eatrzone dachy z czerwonej ceg\'b3y, kominy; dalej, w dole, srebrzy\'b3a si\'ea rzeka, a \'9crodkiem niej cicho sun\'ea\'b3a w\'b3a\'9cnie berlinka, zd\'b9\'bfaj\'b9c ku miejskiej przystani.\par
+\f0\par
+\f1 Z wie\'bfy kt\'f3rej\'9c z poblizkich \'9cwi\'b9ty\'f1 w og\'f3lnem milczeniu melodyjnie rozleg\'b3 si\'ea niebawem d\'9fwi\'eak sygnaturki porannej. Monotonne nieco pop\'b3yn\'ea\'b3o w dal echo z dzwonu, a zawt\'f3rowa\'b3y mu wkr\'f3tce \'9cwistawki licznych fabryk, turkot woz\'f3w z mlekiem i pieczywem, oraz inne, p\'b3yn\'b9ce zewsz\'b9d odg\'b3osy.\par
+\f0\par
+\f1 Powolnie budzi\'b3o si\'ea ju\'bf miasto.\par
+\f0\par
+\f1 Kr\'eatymi uliczkami staromiejskiej dzielnicy zd\'b9\'bfa\'b3 krokiem r\'f3wnym i szybkim ku opisanej powy\'bfej siedziby swojej m\'b3ody m\'ea\'bfczyzna, ros\'b3y i gibki, ubrany w jesienne palto i pognieciony mi\'eakki kastrowy kapelusz, nadaj\'b9cy \'9cniademu obliczu jego i bujnemu zarostowi wyra\'9fny typ jakby po\'b3udniowca z Zachodu. Szed\'b3 on, pogwizduj\'b9c z cicha, z r\'eakami w kieszeniach, zamy\'9clony, a po wymini\'eaciu kilku przechodni\'f3w, skr\'eaciwszy w uliczk\'ea w\'b9zk\'b9 i g\'b3uch\'b9, znalaz\'b3 si\'ea na niej sam zupe\'b3nie.\par
+\f0\par
+\f1 Po chwili jednak z poza w\'eag\'b3a staro\'9cwieckiego domu, tworz\'b9cego r\'f3g tej ulicy, wysun\'ea\'b3a si\'ea pewna posta\'e6 i pocz\'ea\'b3a i\'9c\'e6 w \'9clad za nim.\par
+\f0\par
+\f1 By\'b3a to biedna jaka\'9c babina, a sna\'e6 nieco podpita, bo zataczaj\'b9c si\'ea z lekka, krzykliwie pod\'9cpiewywa\'b3a co\'9c sobie. Ma\'b3a, kr\'eapa, okr\'eacona czerwon\'b9 we\'b3nian\'b9 chustk\'b9 i w takiej\'bfe sp\'f3dnicy, ko\'b3ysa\'b3a si\'ea ona zabawnie, przystaj\'b9c co krok\'f3w kilka, i niby baletnica szybko wykr\'eacaj\'b9c si\'ea na jednej nodze.\par
+\f0\par
+\f1 W swe ko\'9cciste r\'eace sp\'f3dnic\'ea ujmowa\'b3a przytem pociesznym ruchem, a z pe\'b3n\'b9 komizmu gracy\'b9 unosz\'b9c j\'b9 wyra\'9fniej i g\'b3o\'9cniej powtarza\'b3a ostatni\'b9 piosenki zwrotk\'ea, i sz\'b3a dalej, aby w par\'ea minut ponownie wykona\'e6 te\'bf same identycznie produkcye.\par
+\f0\par
+\f1 Id\'b9cy ulic\'b9 m\'ea\'bfczyzna przystan\'b9\'b3 i patrza\'b3 ciekawie na babin\'ea, wkr\'f3tce jednak, znudzony, oboj\'eatnie odwr\'f3ci\'b3 si\'ea i pocz\'b9\'b3 i\'9c\'e6 dalej.\par
+\f0\par
+\f1 W tej samej chwili pos\'b3ysza\'b3 za sob\'b9 wo\'b3anie:\par
+\f0\par
+- Hej, panoczku, panoczku! St\'f3jcie-no ino tam, st\'f3jcie!...\par
+\par
+\f1 M\'b3ody cz\'b3owiek odwr\'f3ci\'b3 si\'ea i ujrza\'b3 zmierzaj\'b9c\'b9 ku niemu kobiecin\'ea; trzyma\'b3a co\'9c w r\'eaku i kiwa\'b3a na\'f1. Zdziwiony podszed\'b3 bli\'bfej i zapyta\'b3:\par
+\f0\par
+\f1 - C\'f3\'bf to, czeg\'f3\'bf ode mnie chcecie?\par
+\f0\par
+\f1 Babina za\'9c, podaj\'b9c mu jaki\'9c przedmiot, obja\'9cni\'b3a:\par
+\f0\par
+\f1 - A dy\'e6 zgubili\'9cta to panoczku!... Przez ma\'b3a psewr\'f3ci\'b3abym se bez t\'ea torb\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 Nieznajomy machinalnie uj\'b9\'b3 w r\'eak\'ea, co mu dawano.\par
+\f0\par
+\f1 Trzyma\'b3 pugilares du\'bfy, ci\'ea\'bfki i elegancki; by\'b3 on ze sk\'f3ry koloru wi\'9cniowego i mile dotkni\'eaciem swem pie\'9cci\'b3\f0 .\par
+\par
+\f1 Na ten widok zarumienione od porannego ch\'b3odu oblicze m\'b3odzie\'f1ca zblad\'b3o, r\'eaka mu zadr\'bfa\'b3a nerwowo, a na ustach, kt\'f3re z lekka poruszy\'b3y si\'ea niedostrzegalnie, zamar\'b3y, jakby niewypowiedziane jakie\'9c s\'b3owa.\par
+\f0\par
+\f1 Jednocze\'9cnie spojrzenie jego du\'bfych ciemnych oczu obrzuci\'b3o badawczo uliczk\'ea: wok\'f3\'b3 nie by\'b3o nikogo, tylko zapuszczone story licznych okien u dom\'f3w patrzy\'b3y przed siebie martwem okiem - w ciszy u\'9cpienia jeszcze drzema\'b3o tu miasto.\par
+\f0\par
+\f1 Przenikliwy, rozumny wzrok nieznajomego spocz\'b9\'b3 z kolei na twarzy stoj\'b9cej przed nim kobieciny, i zatrzyma\'b3 si\'ea na niej d\'b3ug\'b9 chwil\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 Zdawa\'b3a si\'ea ona by\'e6 ze wsi, a Bogu dusz\'ea winna, uciera\'b3a w tej chwili sw\'f3j nos zamaszy\'9ccie, nieestetycznym i prymitywnym, ludowi naszemu w\'b3a\'9cciwym sposobem, mrugaj\'b9c r\'f3wnocze\'9cnie ma\'b3emi, zasz\'b3emi krwi\'b9, jak u kr\'f3lika, oczkami. Niew\'b9tpliwie by\'b3a przytem powesela\'b3\'b9 od trunku, a nie pijan\'b9 przed chwil\'b9 wida\'e6 \'9cpiewaj\'b9c\'b9 tylko - tak sobie, gwoli zado\'9c\'e6uczynienia nastrojowi swemu, czy te\'bf mo\'bfe zbytkowi przyrodzonego temperamentu.\par
+\f0\par
+\f1 - Dzi\'eakuj\'ea wam! - Lakonicznie rzuci\'b3 nagle nieznajomy, prosto w piegowat\'b9 i czerwon\'b9 twarz babiny i odwr\'f3ciwszy si\'ea z po\'9cpiechem, podni\'f3s\'b3 ko\'b3nierz paltota, wtuli\'b3 w niego g\'b3ow\'ea, nasun\'b9\'b3 na oczy kapelusz i pocz\'b9\'b3 i\'9c\'e6 bardzo szybko, wkr\'f3tce za\'9c pu\'9cci\'b3 si\'ea prawie \'bfe biegiem.\f0\par
+\par
+\f1 - A to ci leci!... Niby ta elektryka, zrozumienia nijakiego niemaj\'b9ca, - zawyrokowa\'b3a g\'b3o\'9cno do siebie, wzruszaj\'b9c ramionami, kobiecina.\par
+\f0\par
+\f1 Ra\'9fno z miejsca ruszy\'b3a i \'9cpiewa\'e6 znowu pocz\'ea\'b3a, echo za\'9c jej piosenki, odbiwszy si\'ea o mury charakterystycznych, przygarbionych wiekiem kamienic Starego Miasta - pogna\'b3o za nikn\'b9cym ju\'bf w g\'b3\'eabi uliczki m\'ea\'bfczyzn\'b9, ostatni\'b9 sw\'b9, dwukrotnie powt\'f3rzon\'b9, zwrotk\'b9:\par
+\f0\par
+ "A kto kocha, ten jest zdr\'f3w,\par
+ A kto kocha - ten jest zdr\'f3w..."\par
+\par
+\par
+\par
+\f1 Zgrzytn\'b9\'b3 klucz w zamku cichej facyatki, otworzy\'b3y si\'ea gwa\'b3townie drzwiczki, i na progu stan\'b9\'b3 w\'b3a\'9cciciel tego mieszkanka. Od powiewu, wywo\'b3anego pr\'b9dem powietrza, zadr\'bfa\'b3y firanki u ma\'b3ego okienka, ze szklanego za\'9c kielicha pochyli\'b3a si\'ea ku fotografii m\'b3odej dziewczyny r\'f3\'bfa aksamitna, jakby pragn\'b9c z ni\'b9 wsp\'f3lnie powita\'e6 pana swego.\par
+\f0\par
+\f1 - Nareszcie!... - wyszepta\'b3y z ulg\'b9 usta przyby\'b3ego i ruchem nerwowym, zamkn\'b9wszy cicho drzwi za sob\'b9, przekr\'eaci\'b3 klucz w zamku.\par
+\f0\par
+\f1 Rzecz dziwna - natychmiast w czterech \'9ccianach smutnej dot\'b9d izdebki zrobi\'b3o si\'ea jako\'9c weselej i ja\'9cniej!...\par
+\f0\par
+\f1 M\'b3odo\'9c\'e6 bowiem i si\'b3a sz\'b3y, bi\'b3y od m\'b3odego mieszka\'f1ca facyatki, i niby brakuj\'b9cy promie\'f1 \'9cwiat\'b3a, o\'bfywi\'b3y, zda si\'ea, wn\'eatrze poddasza.\par
+\f0\par
+\f1 Rzuciwszy kapelusz i paltot na krzes\'b3o, m\'b3odzieniec bacznie rozejrza\'b3 si\'ea po swym pokoiku, a zmarszczywszy brwi i jakby co\'9c rozwa\'bfaj\'b9c, pozosta\'b3 w pozycyi stoj\'b9cej d\'b3u\'bfsz\'b9 chwil\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Poruszy\'b3 si\'ea jednak niebawem i podszed\'b3 do drzwi, nads\'b3uchuj\'b9c r\'f3wnocze\'9cnie. Postawszy za\'9c tam minut par\'ea, zbli\'bfy\'b3 si\'ea nast\'eapnie do okna, a wpatrzywszy si\'ea w nie przez sekund\'ea mo\'bfe, po kr\'f3tkiem wahaniu, powolnym ruchem spu\'9cci\'b3 rolet\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Szarawa ciemno\'9c\'e6 zaleg\'b3a izdebk\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 M\'b3odzieniec podszed\'b3 do kanapy, przed kt\'f3r\'b9 sta\'b3 stoliczek mahoniowy, i usiad\'b3. Wkr\'f3tce w ciszy rozleg\'b3 si\'ea zgrzyt zapa\'b3ki. Po chwili ma\'b3a lampka o\'9cwietla\'b3a ju\'bf poddasze, m\'b3ody cz\'b3owiek za\'9c, raz jeszcze obejrzawszy si\'ea wko\'b3o, szybko, si\'eagn\'b9\'b3 do kieszeni swego ubrania.\par
+\f0\par
+\f1 Nerwowo, \'9cpiesznie wydoby\'b3 stamt\'b9d wr\'eaczony niedawno portfel sk\'f3rzany i, z b\'b3yskiem ciekawo\'9cci w oczach roztworzywszy go, po\'b3o\'bfy\'b3 na stole.\par
+\f0\par
+\f1 Z sze\'9cciu, zapi\'eatych ma\'b3emi klapkami, przedzia\'b3\'f3w z\'b3o\'bfony, z wielk\'b9 spodni\'b9, id\'b9c\'b9 przez ca\'b3\'b9 d\'b3ugo\'9c\'e6 jego kieszeni\'b9, w oczekiwaniu, cicho, pugilares patrze\'e6 si\'ea zdawa\'b3 na siedz\'b9cego m\'ea\'bfczyzn\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 R\'eace jego jednak, dotkn\'b9wszy si\'ea tylko pobie\'bfnie wype\'b3nionych kryj\'f3wek, zatrzyma\'b3y si\'ea chwil\'ea bezczynnie, a na nerwowej twarzy odbi\'b3o zdumienie, po\'b3\'b9czone jakby z przestrachem.\par
+\f0\par
+\pard\tx709\f1 - Jak to, wi\'eac tak du\'bfo tu czego\'9c? -m\'f3wi\'b3y wyra\'9fnie wielkie, wyrazu pe\'b3ne oczy m\'b3odzie\'f1ca, i jednocze\'9cnie pyta\'e6 si\'ea zdawa\'b3y niepewne: - Czy tylko to aby pieni\'b9dze?..\par
+\f0\par
+\f1 I dziwna reakcya odbywa\'b3a si\'ea w duszy jego. \par
+\f0\par
+\pard\f1 Gdy kr\'eatemi uliczkami lecia\'b3 do swego mieszkanka, pali\'b3a go ch\'ea\'e6 ujrzenia, co zawiera portfel, a obecnie?... L\'eak oto jaki\'9c niewyt\'b3umaczony zaw\'b3adn\'b9\'b3\f0 nim nagle.\par
+\par
+\f1 Przeczucie m\'f3wi\'b3o mu wyra\'9fnie, \'bfe tu, przed nim, w pugilaresie tym, ukryty na razie od oczu ludzkich, mie\'9cci\'b3 si\'ea maj\'b9tek mo\'bfe, tkwi\'b3 pieni\'b9dz - ten talizman ludzkiego dobrobytu i szcz\'ea\'9ccia, drzema\'b3a \'9cwiata tego pot\'eaga - z\'b3oto...\par
+\f0\par
+A jednak nie\f1 poruszy\'b3 on dot\'b9d wcale portfelu... Dlaczego?\par
+\f0\par
+\f1 Bo z przeczuciem bogactw, kt\'f3re czeka\'e6 si\'ea zdawa\'b3y tylko dotkni\'eacia jego, czu\'b3 dobrze, zdawa\'b3 sobie on spraw\'ea z czego\'9c innego r\'f3wnie\'bf.\par
+\f0\par
+\f1 To by\'b3a w\'b3asno\'9c\'e6 cudza!...\par
+\f0\par
+\f1 Upomn\'b9 si\'ea o ni\'b9 niew\'b9tpliwie; on za\'9c, nie wiedz\'b9c, co si\'ea tam znajduje, mo\'bfeby m\'f3g\'b3 jeszcze, pomimo swej n\'eadzy, zwr\'f3ci\'e6 w\'b3a\'9ccicielowi ten oto przedmiot, czy uczyni to jednak, unurzawszy r\'eace w zawarto\'9cci jego?\par
+\f0\par
+\f1 Z r\'eak\'b9 na portfelu opart\'b9 m\'ea\'bfczyzna zamy\'9cli\'b3 si\'ea bardziej jeszcze.\par
+\f0\par
+\f1 Wszak, cho\'e6 z pozoru wes\'f3\'b3 i syty, nie posiada\'b3 on w istocie na razie z\'b3amanego szel\'b9ga przy duszy. Ostatnie pieni\'b9dze wyda\'b3 na bilet kolejowy, kt\'f3ry pozwoli\'b3 mu wr\'f3ci\'e6 w \'9cciany poddasza z wczorajszej zamiejskiej wycieczki, zwi\'b9zanej z nadziej\'b9 otrzymania posady.\par
+\f0\par
+Nie otrzyma\f1\'b3 jej - wraca\'b3 z niczem; g\'b3odne dzisiaj ju\'bf teraz pytaj\'b9co zagl\'b9da\'b3o mu w oczy zimnem nieub\'b3aganem spojrzeniem.\par
+\f0\par
+A tu, przed nim!...\par
+\par
+\f1 M\'b3odzieniec zerwa\'b3 si\'ea z kanapki i przebieg\'b3 pok\'f3j kilka razy. Nagle, wytrzyma\'e6 snad\'9f ju\'bf nie mog\'b9c, pochwyci\'b3 w dr\'bf\'b9ce r\'eace le\'bf\'b9cy portfel i rozpi\'b9\'b3 ruchem gwa\'b3townym po kolei wszystkie jego kieszonki...\par
+\f0\par
+\f1 I oto z jednego przedzia\'b3u natychmiast z przyciszonym brz\'eakiem posypa\'b3y si\'ea na wyszarza\'b3\'b9 serwet\'ea stolika rulony z\'b3ota, b\'b3yszcz\'b9ce, nowe - zamigota\'b3y w niepewnem \'9cwietle lampy i u\'b3o\'bfy\'b3y si\'ea cicho... W \'9clad za nimi z innych kieszonek portfelu z szelestem wypad\'b3y pliki storubl\'f3wek, w opaskach, a z kryj\'f3wki jego spodniej wysun\'ea\'b3y si\'ea do po\'b3owy wielkie kwadraty pi\'ea\'e6setrubl\'f3wek!...\par
+\f0\par
+\f1 Wi\'eac nie by\'b3o to urojeniem, marzeniem, mrzonk\'b9!.. Rzeczywi\'9ccie zatem drzema\'b3 tu pieni\'b9dz w swym majestacie!..\par
+\f0\par
+\f1 M\'b3ody cz\'b3owiek odskoczy\'b3 od sto\'b3u i wpatrzy\'b3 si\'ea w nagromadzon\'b9 kup\'ea grosza. \par
+\f0\par
+\f1 Na twarz jego wyst\'b9pi\'b3 wyraz chciwo\'9cci i oszpeci\'b3 j\'b9, oczy g\'b3\'eabokie, du\'bfe, przybra\'b3y po\'b3ysk koci i wpi\'b3y si\'ea uporczywie w banknoty i z\'b3oto.\par
+\f0\par
+\f1 Po chwili zbli\'bfy\'b3 si\'ea ponownie do stolika. Lubie\'bfnym ruchem swej delikatnej r\'eaki przesun\'b9\'b3 po nagromadzonych pieni\'b9dzach, a po ciele jego r\'f3wnocze\'9cnie przelecia\'b3 dreszcz.\par
+\f0\par
+\f1 Jak w\'b3osy pi\'eaknej kobiety, jak cia\'b3o jej zmys\'b3owe, aksamitne, pie\'9cci\'b3y go banknoty... Zanurzy\'b3 r\'eak\'ea g\'b3\'eabiej i dotkn\'b9\'b3 si\'ea z\'b3ota.\par
+\f0\par
+\f1 Z cichym brz\'eakiem rozsypa\'b3o si\'ea ono w strumyk b\'b3yszcz\'b9cy, a nim do g\'b3\'eabi ponownie wstrz\'b9sn\'b9\'b3 dreszcz.\par
+\f0\par
+\f1 Nigdy w \'bfyciu swem nie mia\'b3 tyle pieni\'eadzy u siebie. Fortuna zawsze impertynencko odwraca\'b3a si\'ea od niego, szcz\'ea\'9ccie dotychczas ucieka\'b3o ode\'f1 r\'f3wnie\'bf, jak od zapowietrzonego, pieni\'b9dz za\'9c, drwi\'b9co unosz\'b9c si\'ea w niedost\'eapnych dla\'f1 wy\'bfynach, niepochwytny, szyderczy - stroni\'b3 od niego stale.\par
+\f0\par
+\f1 M\'b3odzieniec przesuwa\'b3 wci\'b9\'bf machinalnie r\'eak\'b9 po storubl\'f3wkach. Przed oczyma miga\'b3y mu wizerunki, podpisy na banknotach, z\'b3ote imperya\'b3y zimnym dotykiem g\'b3aska\'b3y jego d\'b3o\'f1...\par
+\f0\par
+\f1 Wyrwawszy r\'eak\'ea wreszcie z pieszczotliwego u\'9ccisku z\'b3ota, m\'ea\'bfczyzna pochwyci\'b3 nagle pliki storubl\'f3wek i liczy\'e6 pocz\'b9\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 Dr\'bf\'b9ce r\'eace jego bra\'b3y i porzuca\'b3y co chwila zwitki banknot\'f3w; szelest papieru, zduszony d\'9fwi\'eak monety zagra\'b3y w ciszy izdebki, zdziwi\'b3y te biedne \'9cciany, tak zdawna odwyk\'b3e od brz\'eaku pieni\'eadzy, wyganiaj\'b9c, zdawa\'b3o si\'ea, bied\'ea, przykuc\'b3\'b9 gdzie\'9c w k\'b9cie, z legowiska swego. I widmo jej w \'b3achmanach znikn\'ea\'b3o przestraszone, wygnane szmerem poddanych Z\'b3otego Cielca - umkn\'ea\'b3o, szukaj\'b9c gdzie indziej schronienia.\par
+\f0\par
+\f1 A m\'b3ody cz\'b3owiek wci\'b9\'bf liczy\'b3... Teraz d\'b3o\'f1 jego dotyka\'b3a zwitka pi\'ea\'e6setrubl\'f3wek. By\'b3o ich dwadzie\'9ccia.\par
+\f0\par
+Ciem\f1 ny rumieniec powoli wyst\'eapowa\'b3 na \'9cniad\'b9 twarz m\'b3odzie\'f1ca, oczy za\'9c jego pali\'b3y si\'ea bezustannie chciwo\'9cci niezdrowym blaskiem.\par
+\f0\par
+\f1 W papierach i z\'b3ocie, z pewn\'b9, drobn\'b9 tylko r\'f3\'bfnic\'b9, by\'b3o wszystkiego dwadzie\'9ccia siedem tysi\'eacy.\par
+\f0\par
+\f1 M\'b3odzieniec odst\'b9pi\'b3 od sto\'b3u i wolno z rozmys\'b3em pocz\'b9\'b3 przechadza\'e6 si\'ea po izdebce.\par
+\f0\par
+\f1 - Dwadzie\'9ccia i siedem tysi\'eacy!.. Dwadzie\'9ccia i siedem...\par
+\f0\par
+\f1 Powtarzaj\'b9c si\'ea bezustanku, w g\'b3owie jego hucza\'b3a i wraca\'b3a my\'9cl jedna, a dziesi\'b9tki innych gin\'ea\'b3y, topi\'b3y si\'ea tylko w niej, jak w chaosie, zanika\'b3y - milk\'b3y... \par
+\f0\par
+\f1 On zatem, kt\'f3ry pr\'f3cz jedynego na sobie odzienia i tych paru sprz\'eat\'f3w woko\'b3o, nie posiada\'b3 nic na \'9cwiecie, on - za jednym zamachem m\'f3g\'b3 sta\'e6 si\'ea oto w\'b3a\'9ccicielem owych, rozsypanych przed \par
+nim pieni\'eadzy?..\par
+\f0\par
+\f1 M\'b3odzieniec zadr\'bfa\'b3.\par
+\f0\par
+- A m\f1 oralno\'9c\'e6? a etyka? To w\'b3asno\'9c\'e6 nie twoja, to zguba czyja\'9c tylko, ty powiniene\'9c pieni\'b9dz ten zwr\'f3ci\'e6, zwr\'f3ci\'e6, zwr\'f3ci\'e6!.. jak r\'f3j owad\'f3w nagle zabrzmia\'b3y w uszach m\'ea\'bfczyzny jakie\'9c szepty i g\'b3osy.\par
+\f0\par
+\f1 - Odda\'e6? ha-ha-ha!.. A to dlaczego? ciekawym? - zadrwi\'b3 rozs\'b9dek zimny natychmiast. - "On prend son bien, ou on le trouve." - Znalaz\'b3e\'9c - to twoje! A zreszt\'b9, gdyby to samo, co ty, znalaz\'b3 by\'b3 kto inny, czy my\'9clisz, \'bfe post\'b9pi\'b3by on inaczej?\par
+\f0\par
+\f1 - Odda\'b3by, odda\'b3 na pewno, bo chcia\'b3by pozosta\'e6 uczciwym!.. - silny g\'b3os prawo\'9cci rozleg\'b3 si\'ea \'9cmia\'b3o w duszy m\'ea\'bfczyzny.\par
+\f0\par
+\f1 Wstrz\'b9sn\'b9\'b3 si\'ea m\'b3ody mieszkaniec facyatki i przetar\'b3 r\'eak\'b9 czo\'b3o, po chwili za\'9c zm\'eaczony usiad\'b3 na jednym z koszlawych fotelik\'f3w i, podpar\'b3szy g\'b3ow\'ea d\'b3oni\'b9, zaduma\'b3 si\'ea g\'b3\'eaboko.\par
+\f0\par
+\f1 A rozum drwi\'b3 dalej bezlito\'9cnie, zjadliwie, s\'b9cz\'b9c si\'ea kroplami ironii:\par
+\f0\par
+\f1 - Nie s\'b3uchaj bredni i sentymentalnych mrzonek! - szepta\'b3. - Uczciwo\'9c\'e6 - frazesa!.. Kt\'f3\'bf naprawd\'ea uczciwym jest w czasach obecnych? Obejrzyj si\'ea tylko i wpatrz uwa\'bfnie w ludzi, walcz\'b9cych o byt obok ciebie. Czy\'f1 wreszcie, jak chcesz... odtr\'b9\'e6 \'b3askawy u\'9cmiech fortuny!..\par
+\f0\par
+\f1 Los, odbieraj\'b9c mo\'bfe naumy\'9clnie drugiemu, co mia\'b3 zanadto w swym trzosie, pragnie dobrotliwy, obdarzy\'e6 ciebie, nie chcesz-li?\par
+\f0\par
+\f1 - Ha, to b\'b9d\'9f sobie zatem wspania\'b3omy\'9clnym, szlachetnym, wielkim! Umieraj z g\'b3odu, b\'b9d\'9f g\'b3upim!.. Ale pami\'eataj, \'bfe gorzkiemi \'b3zami \'bfa\'b3owa\'e6 kiedy\'9c b\'eadziesz chwili swojego sza\'b3u - pami\'eataj, \'bfe\'9c biednym!\par
+\f0 \par
+\f1 Za\'9cmia\'b3 si\'ea jeszcze rozum szyderczo i umilk\'b3, m\'ea\'bfczyzna za\'9c, zadumany, pochyli\'b3 si\'ea na krze\'9cle, jakby przygnieciony do ziemi, opar\'b3szy przytem \'b3okcie na kolanach, ukry\'b3 twarz w d\'b3onie.\par
+\f0\par
+\f1 Tak, niestety, by\'b3 on biednym!..\par
+\f0\par
+\f1 Straciwszy matk\'ea lat temu par\'ea, uczy\'b3 si\'ea nast\'eapnie za granic\'b9: w Niemczech i we Francyi. odebrawszy kosztem bogatego stryja wykszta\'b3cenie nie fachowe, lecz og\'f3lne i staranne, zdecydowa\'b3 si\'ea rok temu w\'b3a\'9cnie powr\'f3ci\'e6 do miasta, gdzie ujrza\'b3 by\'b3 \'9cwiat\'b3o dzienne, by zbli\'bfy\'e6 si\'ea do dotychczasowego opiekuna swego, a brata rodzonego nie\'bfyj\'b9cego ju\'bf ojca.\par
+\f0\par
+\f1 W m\'b3odzie\'f1czej wyobra\'9fni studenta roi\'b3a si\'ea nawet pod\'f3wczas nadzieja \'9cmia\'b3a ow\'b3adni\'eacia sercem starego bogacza, aby po najd\'b3u\'bfszem \'bfyciu zapisa\'b3 mu mienie.\par
+\f0\par
+\f1 Tembardziej zatem \'9cpieszy\'b3 si\'ea z swoim wyjazdem, lecz przyby\'b3 za p\'f3\'9fno niestety; stryja swego ju\'bf nie zasta\'b3.\par
+\f0\par
+\f1\'a3o\'bf\'b9cy tylko z obowi\'b9zku na studya bratanka, a nie przywi\'b9zany do\'f1 zgo\'b3a innym, serdeczniejszym w\'eaz\'b3em, par\'ea tygodni temu w\'b3a\'9cnie starzec przeni\'f3s\'b3 si\'ea by\'b3 do wieczno\'9cci, zapisawszy ca\'b3y maj\'b9tek na dobroczynne cele.\par
+\f0\par
+\f1 Nie zastawszy wi\'eac w mie\'9ccie nikogo na razie, kto by go zna\'b3 lub pami\'eata\'b3, odwa\'bfnie z bied\'b9 wzi\'b9\'b3 si\'ea on w\'f3wczas za bary.\par
+\f0\par
+\f1 Przepisywa\'b3 referaty, polisy ubezpieczeniowe, dawa\'b3 lekcye, czyni\'b3, co tylko m\'f3g\'b3 i zdobywa\'b3 miejsce przy biesiadnym, og\'f3lno ludzkim, a tak zazwyczaj niego\'9ccinnym stole...\par
+\f0\par
+\f1 0 ch\'b3odzie i g\'b3odzie mija\'b3y mu w ten spos\'f3b dnie ca\'b3e, gorycz jednak do \'bfycia, w walce o byt ci\'b9g\'b3ej, nie rozgaszcza\'b3a si\'ea w duszy jego, nie maj\'b9cego po prostu czasu w bezbarwnej swej biedzie i gor\'b9czce zarobku analizowa\'e6 ciemnych stron swego \'bfywota. Miesi\'eacy par\'ea temu dopiero si\'b3a okoliczno\'9cci i ludzi, o kt\'f3rych ociera\'e6 si\'ea pocz\'b9\'b3, \'bfal wyklu\'b3 mu si\'ea w duszy do \'9cwiata, s\'b9cz\'b9c z niej niezadowolenie i gorycz.\par
+\f0\par
+\f1 Traf \'9clepy zrz\'b9dzi\'b3 pewnego dnia, i\'bf spotka\'b3 r\'f3wie\'9cnika swego z lat dawnych.\par
+\f0\par
+\f1 Przy wspomnieniu tem ostatniem, m\'b3ody mieszkaniec poddasza zmarszczy\'b3 brwi i zamy\'9cli\'b3 si\'ea jeszcze g\'b3\'eabiej, ni\'bf przedtem.\par
+\f0\par
+\f1 Dawny jego kolega szkolny z kraju i zagranicy, Edmund R-ski, potrosze nawet kuzyn i towarzysz zabaw dziecinnych - dzi\'9c bywalec stolicznych salon\'f3w, ch\'b3opiec zamo\'bfny, zbli\'bfy\'b3 si\'ea do niego pierwszy w\'f3wczas. By\'b3o to podczas karnawa\'b3u, w zimie, w jednej z kawiar\'f1, bardziej ucz\'easzczanych w mie\'9ccie.\par
+\f0\par
+\f1 Po d\'b3u\'bfszej gaw\'eadzie i rozpami\'eatywaniu m\'b3odzie\'f1czych lat ubieg\'b3ych, Edumund R-ski rzek\'b3 mu wtedy:\par
+\f0\par
+\f1 - Wiesz co, m\'f3j drogi? Dobrze si\'ea nazywasz, \'b3adne masz maniery, kt\'f3re pozosta\'b3y ci po rodzicach i wychowaniu starannem, notabene wcale dobrze i z akcentem m\'f3wisz po francusku, tandem tedy zaproponowa\'b3bym ci co\'9c... tylko nie obra\'9f si\'ea na mnie przypadkiem... Gdyby ci\'ea tak ubra\'e6 elegancko, bardzo dobry i okaza\'b3y by\'b3by z ciebie tancerz... He, c\'f3\'bf ty na to? Proszony w\'b3a\'9cnie jestem o m\'b3odzie\'bf do pa\'f1stwa W. na bal, pojutrze, chod\'9f ze mn\'b9... Siedzisz i marnujesz si\'ea gdzie\'9c w k\'b9cie, qui lo sa, przystojnym jeste\'9c, a nu\'bf podobasz si\'ea komu?.. Ja ci pomog\'ea i u\'b3atwi\'ea wszystko...\par
+\f0\par
+\f1 Od s\'b3owa do s\'b3owa, da\'b3 si\'ea nam\'f3wi\'e6 wtedy. Otrzymawszy od bogatego i hojnego, oraz uprzejmego kuzyna po\'bfyczk\'ea, wyekwipowa\'b3 si\'ea i poszed\'b3 na bal z nim razem.\par
+\f0\par
+\f1 Edmund R. przeprowadzi\'b3 rzecz ca\'b3\'b9 bardzo zr\'eacznie. Przedstawiwszy protegowanego swego, nie omieszka\'b3 przypomnie\'e6 wszystkim z osobna o stryju jego, filantropijnym zapisodawcy, a tak\'bfe o rodzicach, ongi, przed laty, zamo\'bfnych i wp\'b3ywowych. Dobrze wychowanego, eleganckiego i mi\'b3ego tancerza zaprasza\'e6 pocz\'eato ch\'eatnie, tembardziej, i\'bf powszechnie wiedziano o przyja\'9fni jego z Edmundem R., znanym i cenionym bywalcem.\par
+\f0\par
+\f1 M\'b3ody mieszkaniec skromnego poddasza poruszy\'b3 si\'ea niespokojnie na krze\'9cle i spojrza\'b3 przed siebie wzrokiem zamglonym, zapatrzonym we wspomnienia w\'b3asne.\par
+\f0\par
+\f1 W\'f3wczas to, po owym pierwszym balu, przest\'b9pi\'b3 on zaczarowany dla\'f1 dot\'b9d pr\'f3g salon\'f3w i zapami\'eatale bawi\'e6 si\'ea pocz\'b9\'b3. \'afycie, kt\'f3re prowadzi\'b3, upaja\'b3o go. Niepomny jutra - szala\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 Trwa\'b3o to tygodni par\'ea, i nagle sko\'f1czy\'b3o si\'ea wszystko... Edmund R-ski, wezwany telegraficznie do umieraj\'b9cej siostry za granic\'ea, wyjecha\'b3, pieni\'b9dze wyczerpa\'b3y si\'ea r\'f3wnocze\'9cnie, a zaniedbana czasowo jego w\'b3asna zarobkowa praca wysun\'ea\'b3a mu si\'ea z r\'b9k; kto\'9c inny, tak\'bfe potrzebuj\'b9cy biedak, zast\'b9pi\'b3 go.\par
+\f0\par
+\f1 W okienko facyatki karnawa\'b3owicza zajrza\'b3 g\'b3\'f3d; po wizytach i balach pozosta\'b3 w pami\'eaci jego tylko chaos og\'f3lny - wra\'bfenie chwil rozkosznie jakby prze\'9cnionych, i jedno wspomnienie trwa\'b3e.\par
+\f0\par
+\f1 Oczy m\'b3odego m\'ea\'bfczyzny zadumane, w tej chwili b\'b3yszcz\'b9ce i jakby tkliwe, skierowa\'b3y si\'ea w r\'f3g izdebki, gdzie w p\'f3\'b3\'9cwietle lampy majaczy\'b3a fotog\f0 rafia.\par
+\par
+\f1 Naby\'b3 j\'b9 u fotografa i niemal codziennie stroi\'b3 w kwiaty; przedstawia\'b3a za\'9c ona eleganck\'b9 pann\'ea z towarzystwa, c\'f3rk\'ea ukrai\'f1skiego magnata, b\'b3yszcz\'b9c\'b9 ubieg\'b3ego karnawa\'b3u w salonach pi\'eakno\'9cci\'b9, dowcipem, otoczona rojem wielbicieli, a kt\'f3r\'b9 pokocha\'b3 uczuciem mi\'b3o\'9cci pierwszej - prawdziwej.\par
+\f0\par
+\f1 Dla niej rzuci\'b3 si\'ea w wir czczych zabaw bez \'9crodk\'f3w po temu, bez pami\'eaci...\par
+\f0\par
+\f1 Odepchni\'eatemu tward\'b9 r\'eak\'b9 biedy od rydwanu bawi\'b9cego si\'ea \'9cwiata - przes\'b3oni\'eatego w pami\'eaci jego gaz\'b9 u\'b3udn\'b9, mieni\'b9cego si\'ea setkami odcieni i blask\'f3w - pozosta\'b3y tylko wspomnienia dr\'eacz\'b9ce, rozkoszne, kilkunastu rozm\'f3w, ta\'f1c\'f3w, u\'9ccisk\'f3w d\'b3oni, spojrze\'f1... i - nabyta za pieni\'b9dz w\'b3asny fotografia pi\'eaknej dziewczyny.\par
+\f0\par
+\f1 Mydlana ba\'f1ka z\'b3udna - marzenie!..\par
+\f0\par
+\f1 Siedz\'b9cy wci\'b9\'bf w zamy\'9cleniu przed stolikiem m\'b3odzieniec g\'b3ow\'ea pochyli\'b3 i ponownie ukry\'b3 j\'b9 w d\'b3onie. Niby na jawie, przed oczyma \'bfywo stan\'b9\'b3 mu bal ostatni... W jarz\'b9cej si\'ea \'9cwiate\'b3 powodzi, w\'9cr\'f3d ko\'b3ysz\'b9cych si\'ea w takt melodyjnego walca par, sun\'eali oni w\'f3wczas po szklistej posadzce salon\'f3w...\par
+\f0\par
+\f1 Ona mia\'b3a spuszczon\'b9 g\'b3\'f3wk\'ea cudn\'b9 i opiera\'b3a si\'ea z wdzi\'eakiem na jego ramieniu, on za\'9c, tul\'b9c nieznacznie tancerk\'ea sw\'b9 do piersi, po\'bfera\'b3 wzrokiem jej twarz, nagie ramiona i szyj\'ea kszta\'b3tn\'b9, a d\'b3ug\'b9 i gi\'eatka, jak kwiat, o \'b3odydze wysokiej.\par
+\f0\par
+Od czasu do cza\f1 su pi\'eakna panna wznosi\'b3a na niego swoje g\'b3\'eabokie, mieni\'b9ce si\'ea \'9frenice, i spojrzenia ich spotyka\'b3y si\'ea na chwil\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 Potem \'9cliczne dziewcz\'ea przykrywa\'b3o zn\'f3w oczy d\'b3ugiemi rz\'easami; on rzuca\'b3 s\'b3\'f3wko, przyciska\'b3 machinalnie kibi\'e6 jej do siebie, czekaj\'b9c ponownie niemej \'9frenic rozmowy. Nagle uciszy\'b3o si\'ea w balowej sali...\par
+\f0\par
+\f1 To muzyka usta\'b3a by\'b3a, a oni walcowali jeszcze, ci\'b9gle przytuleni do siebie - zro\'9cli skrytem jakby pragnieniem.\par
+\f0\par
+\f1 P\'f3\'9fniej odprowadzi\'b3 znu\'bfon\'b9 sw\'b9 tancerk\'ea, a ona leciute\'f1ko, dzi\'eakczynnie paluszkami drobnemi \'9ccisn\'ea\'b3a jego d\'b3o\'f1...\par
+\f0\par
+\f1 M\'b3odzieniec zerwa\'b3 si\'ea z krzes\'b3a, potr\'b9ci\'b3 je gwa\'b3townie, i du\'bfymi krokami zacz\'b9\'b3 przebiega\'e6 szybko sw\'f3j pokoik. Jednocze\'9cnie z wyrazem mi\'b3o\'9cci bezgranicznej spojrzenie jego pobieg\'b3o do kom\'f3dki ma\'b3ej, gdzie sta\'b3a fotografia z r\'f3\'bf\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 Z kryszta\'b3owego kielicha delikatnie wychyla\'b3 si\'ea kwiat purpurowy, dotykaj\'b9c warg prawie dziewczyny. Usteczka jej ma\'b3e u\'9cmiecha\'b3y si\'ea rozkosznie, poca\'b3unku zda si\'ea spragnione...\par
+\f0\par
+\f1 M\'b3ody cz\'b3owiek pozostawa\'b3 chwil\'ea w niemej kontemplacyi ub\'f3stwianego przez si\'ea k\'b9cika izdebki, a\'bf wreszcie powoli wzrok sw\'f3j przeni\'f3s\'b3 w stron\'ea stolika, gdzie le\'bfa\'b3y cicho banknoty i z\'b3oto.\par
+\f0\par
+\f1 Wyraz marzenia, ekstazy b\'b3yskawicznie znik\'b3 z jego oblicza - przypomnia\'b3 sobie chwil\'ea obecn\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 Zwolna do stolika zbli\'bfa\'e6 si\'ea pocz\'b9\'b3; utkwiwszy spojrzenie w rozsypanych pieni\'b9dzach, jednocze\'9cnie my\'9cla\'b3:\par
+\f0\par
+\f1 - Niemi tylko mo\'bfe zdoby\'e6 bym m\'f3g\'b3 swe marzenie, one pozwol\'b9 mi i u\'b3atwi\'b9 zbli\'bfenie do ukochanej! A potem...\par
+\f0\par
+\f1 I mimo woli znowu spojrza\'b3 m\'b3odzieniec w r\'f3g pokoiku.\par
+\f0\par
+Oczy dziewczyny \f1 kusz\'b9ce patrzy\'b3y zalotnie, pali\'b3y go, obiecywa\'e6 si\'ea zdawa\'b3y rozkoszy u\'b3ud\'ea, mi\'b3o\'9c\'e6 - szcz\'ea\'9ccie!.. Rumieniec obla\'b3 twarz m\'ea\'bfczyzny.\par
+\f0 \par
+\f1 - Ach, mie\'e6 j\'b9, posiada\'e6, i \'bfy\'e6 jej \'bfyciem, zla\'e6 si\'ea z ni\'b9 istnieniem i dusz\'b9!.. - zawirowa\'b3a mu w g\'b3owie my\'9cl uporczywa.\par
+\f0\par
+\f1 - Przecie\'bf to c\'f3rka magnata; ksi\'b9\'bf\'eata, hrabiowie ubiegaj\'b9 si\'ea o ni\'b9, czem\'bfe ty jeste\'9c dla niej? - zerem, nie otrzymasz jej nigdy, - uspakaja\'b3a m\'f3zg, nerwy wzburzone, trze\'9fwa, zimna logika. - Chyba, \'bfe pieni\'eadzy tych oto posi\'b9dziesz wiele... wiele...\par
+\f0\par
+- Z m\f1 a\'b3ych strumieni tworz\'b9 si\'ea rzeki; we\'9f to, a mo\'bfe ci wi\'eacej przyb\'eadzie!.. - szepn\'b9\'b3 rozum podst\'eapnie.\par
+\f0 \par
+\f1 M\'b3ody mieszkaniec facyatki schwyci\'b3 si\'ea nagle za g\'b3ow\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Bo\'bfe, Bo\'bfe! - wyszepta\'b3 - c\'f3\'bf jednak uczyni\'b3o ze mnie to, tak kr\'f3tkie zetkni\'eacie si\'ea z \'9cwiatem zbytku, to zbratanie si\'ea, otarcie z lud\'9fmi szychu i z\'b3ota! Jak\'bfe innym by\'b3em dawniej! Jak\'bfe - lepszym!..\par
+\f0\par
+\f1 M\'ea\'bfczyzna smutnie zwiesi\'b3 g\'b3ow\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Teraz, przyjrzawszy si\'ea niedawno ludziom bogatym, ich trybowi \'bfycia, czu\'b3 w sobie, poza uczuciem mi\'b3o\'9cci, dziesi\'b9tki zwi\'b9zanych z niem pragnie\'f1. Z\'b3oto, ten bo\'bfek dumny i wspania\'b3y, przed kt\'f3rym korzy\'b3y si\'ea miliony, ol\'9cniewa\'b3 go, mami\'b3... Przedsmak za\'9c mo\'bfliwych w dalekiej przysz\'b3o\'9cci bogactw, u\'bfycia, a kto wie, mo\'bfe znaczenia i wp\'b3yw\'f3w, wesp\'f3\'b3 z osi\'b9gni\'eaciem najprz\'f3d ukochanej kobiety, za pomoc\'b9 tego oto, rozsypanego przed nim grosza - odbiera\'b3 mu r\'f3wnowag\'ea duchow\'b9, miesza\'b3 my\'9cli.\par
+\f0\par
+\f1 Porwa\'b3 si\'ea znowu z miejsca i po pokoju biega\'e6 pocz\'b9\'b3, niebawem jednak rzuci\'b3 si\'ea na krzes\'b3o, wyczerpany, uporczywie, ponownie wpatrzywszy si\'ea \f0 w fotografie ukochanej.\par
+\par
+\f1 Od czasu do czasu odrywa\'b3 wzrok od drogich rys\'f3w kobiety i przenosi\'b3 go z wolna na stos banknot\'f3w i z\'b3ota. P\'f3\'9fniej spojrzenie jego, wewn\'eatrznej pracy my\'9cli jakby pos\'b3uszne, wraca\'b3o powt\'f3rnie do lubego wizerunku.\par
+\f0\par
+Przy samych wargac\f1 h dziewczyny dr\'bfa\'b3 kwiat purpurowy obecnie - dziewcz\'ea i r\'f3\'bfa ca\'b3owa\'b3y si\'ea teraz lubie\'bfnie...\par
+\f0\par
+\f1 A w izdebce tymczasem lampa powoli dogasa\'e6 pocz\'ea\'b3a stopniowo, niepewnem, migoc\'b9cem \'9cwiat\'b3em k\'b3\'f3c\'b9c si\'ea jakby z r\'b9bkiem radosnego s\'b3o\'f1ca, poprzez rolety zagl\'b9daj\'b9cego co chwila do wn\'eatrza facyaty.\par
+\f0\par
+\f1 I p\'f3\'b3cienie jakie\'9c, tajemnicze, mgliste wsun\'ea\'b3y si\'ea r\'f3wnocze\'9cnie na poddasze - zaludni\'b3y cicho puste, zakurzone k\'b9ty jego...\par
+\f0\par
+\f1 Siedz\'b9cy m\'b3ody cz\'b3owiek zrywa si\'ea nagle z krzes\'b3a swego.\par
+\f0\par
+\f1 Bo oto niespodzianie dwoi\'e6 mu si\'ea w o\f0 czach zaczyna...\par
+\par
+\f1 Rozsypane na stole z\'b3oto zalewa izdebk\'ea ca\'b3\'b9, a z kom\'f3dki starej zst\'eapowa\'e6 zaczyna z wolna ona sama, zamglona i powiewna posta\'e6... Dotykaj\'b9c stopkami drobnemi z\'b3ota, idzie ku niemu ona, z zalotnym u\'9cmiechem, pi\'eakna niewinna - chyli si\'ea ro\f0 zkosznie w jego ramiona!.. \par
+\par
+\f1 M\'ea\'bfczyzna ku zjawisku temu wyci\'b9ga instynktownie r\'eace, na wp\'f3\'b3 przytomnie naprz\'f3d pochyla...\par
+\f0\par
+Lecz oto nagle czar pryska...\par
+\par
+\f1 Wype\'b3niaj\'b9ca wn\'eatrze izdebki z\'b3ocista przestrze\'f1 znika, zjawisko eteryczne za\'9c zaczyna oddala\'e6 si\'ea coraz bardziej, unosi w g\'f3r\'ea, niepochwytne, a za niem tylko na ciemnawem tle facyatki, jak w\'b9\'bf ognisty, wije si\'ea struga b\'b3yszcz\'b9ca \'9ccie\'bfka, dotyka st\'f3p jego - pomostem z\'b3ota \'b3\'b9cz\'b9c go w ten spos\'f3b z uchodz\'b9cym cieniem ub\'f3stwianej przeze\'f1 kobiety.\par
+\f0\par
+Wreszcie znika wszystko.\par
+\par
+\f1 M\'b3ody m\'ea\'bfczyzna przeciera d\'b3oni\'b9 czo\'b3o, rozgl\'b9da si\'ea...\par
+\f0\par
+Niema nikogo!\par
+\par
+\f1 C\'f3\'bf to wi\'eac by\'b3o?\par
+\f0\par
+\f1 Hallucynacya zapewne napr\'ea\'bfonych nerw\'f3w i rozigranej wyobra\'9fni, rzucaj\'b9ca mu na ekran p\'f3\'b3cieni\'f3w izdebki fantasmagoryczny obraz noszonego ci\'b9gle w duszy dziewcz\'eacia! Wp\'b3yw to rozprz\'ea\'bfonych wra\'bfe\'f1 i my\'9cli, skutkiem wysi\'b3ku, szumi\'b9cego jak potok, nawa\'b3em zw\'b9tpie\'f1 i pyta\'f1 m\'f3zgu. Zapewne...\par
+\f0\par
+\f1 I m\'b3odzieniec powt\'f3rnie przeciera d\'b3oni\'b9 zm\'eaczone czo\'b3o, a jednocze\'9cnie \'bfa\'b3uje jakby, \'bfe widzenie ju\'bf pierzch\'b3o. Przed oczyma stoi mu ci\'b9gle, jak \'bfywy, obraz jej, ukochanej - ch\'b3onie w siebie jej posta\'e6 wdzi\'eaczn\'b9, ca\'b3uje my\'9cl\'b9 oczy jej i usta.\par
+\f0\par
+\f1 W przelocie zarazem, po raz nie wiadomo ju\'bf kt\'f3ry, wzrok jego dotyka banknot\'f3w i z\'b3ota, a w duszy bunt mu si\'ea zrywa.\par
+\f0\par
+- Jak to?.\f1 . On mia\'b3by odtr\'b9ci\'e6 od siebie ten grosz, i w ten spos\'f3b straci\'e6, na zawsze mo\'bfe, \'9crodki ku zdobyciu drogiej sercu kobiety?.. Zniszczy\'e6 bezpowrotnie pomost z\'b3ocisty, \'b3\'b9cz\'b9cy go z ni\'b9 jakby w widzeniu proroczem?\par
+\f0\par
+\f1 Nie, przenigdy. Tak naiwnym nie b\'eadzie...\par
+\f0\par
+P\f1 ieni\'b9dz ten potroi, maj\'b9tek zrobi, fortun\'ea - z\'b3otem prze\'b3amie, zwalczy przeszkody wszelkie.\par
+\f0\par
+\f1 - Zrobi\'e6 maj\'b9tek, czy\'bf to tak \'b3atwo? - na dnie duszy gdzie\'9c zatajone zw\'b9tpienie nagle ironicznie pyta, jakby ostudzi\'e6 pragn\'b9c przedwczesn\'b9 rado\'9c\'e6.\par
+\f0\par
+Chmura niezadow\f1 olenia przelatuje po czole m\'ea\'bfczyzny.\par
+\f0\par
+\f1 - Tak, zaiste, prawda, to nie tak \'b3atwo. Lecz z pot\'eag\'b9 pieni\'eadzy w d\'b3oni tak, czy te\'bf inaczej, do wszystkiego zawsze doj\'9c\'e6 \'b3acniej w \'bfyciu; - klucz z\'b3oty otwiera wszystkie bramy!..\par
+\f0\par
+\f1 I ostateczna, prze\'b3omowa walka odbywa\'e6 si\'ea w tej chwili zdaje w duszy m\'ea\'bfczyzny. Na wysokiem czole napr\'ea\'bfaj\'b9 mu si\'ea \'bfy\'b3y, oczy ciemniej\'b9, a twarz bledsz\'b9 si\'ea staje... Z n\'eac\'b9c\'b9 pokus\'b9 zaw\'b3adni\'eacia cudzem mieniem, po raz ostatni staj\'b9 do boju wpojone w m\'b3odocianych latach jeszcze zasady.\par
+\f0\par
+Pow\f1 rotn\'b9 fal\'b9 z daleka cicho p\'b3yn\'b9 i p\'b3yn\'b9 coraz pot\'ea\'bfniejsze, bli\'bfsze i zalewaj\'b9 stopniowo umys\'b3 m\'b3odzie\'f1ca. Szemrz\'b9 coraz dono\'9cniej, silniej...\par
+\f0\par
+\f1 A z przyp\'b3ywem ich jednocze\'9cnie mi\'eakn\'b9\'e6 poczyna co\'9c w duchu m\'b3odego m\'ea\'bfczyzny, bo oblicze jego wzburzone uspakaja si\'ea stopniowo. Co my\'9cli, z rys\'f3w twarzy odgadn\'b9\'e6 jeszcze trudno, domy\'9cle\'e6 si\'ea jednak mo\'bfna, \'bfe poryw jaki\'9c, szlachetniejszy od poprzednich, czystszy, opanowywa\'e6 go - w swoje posiadanie bierze.\par
+\f0\par
+\f1 Po chwili machinalnie ujmuje on w r\'eace porzucony na stoliku obok pieni\'eadzy pugilares i milcz\'b9c, zgarnia\'e6 poczyna rozsypany stos banknot\'f3w i rulon\'f3w monety.\par
+\f0\par
+\f1 Przy czynno\'9cci za\'9c tej, zagadkowej jeszcze, bezustannie tak samo zamy\'9clony m\'b3odzieniec odwraca niebawem w d\'b3oni trzymany portfel, a r\'f3wnocze\'9cnie spojrzenie jego pada na co\'9c, czego nie zauwa\'bfy\'b3 dot\'b9d wcale.\par
+\f0\par
+\f1 W rogu pugilaresu, u g\'f3ry, male\'f1ka, dziewi\'eaciopa\'b3kowa rzuca mu si\'ea w oczy korona hrabiowska; wdzi\'eacznie granacikami oprawionemi w z\'b3oto mieni si\'ea ona, szyderczo zda si\'ea patrzy... Na ten widok poprzedni spok\'f3j i wyraz pierzchaj\'b9 nagle z rys\'f3w m\'ea\'bfczyzny, i rzuca si\'ea w ty\'b3 gwa\'b3townie.\par
+\f0\par
+\f1\'8frenice jego, zmatowane dotychczas cichem zamy\'9cleniem, z\'b3owrogim teraz b\'b3yszcz\'b9 ogniem, a jednocze\'9cnie w duszy nast\'eapuje momentalnie przewr\'f3t nag\'b3y.\par
+\f0\par
+\f1 Znowu poczyna biega\'e6 po pokoju wzd\'b3u\'bf i wszerz...\par
+\f0\par
+\f1 I jak k\'eapa drzew gdzie\'9c w polu samotna, co ugina si\'ea pod gwa\'b3townym naporem wichru ku ziemi, zwyci\'ea\'bfona, pokorna - tak duch m\'b3odzie\'f1ca, miotany ponownie burz\'b9 my\'9cli, ko\'b3ysa\'e6 i gi\'b9\'e6 si\'ea poczyna.\par
+\f0\par
+\f1 Gdy ujrza\'b3 on bowiem emblement ludzi utytu\'b3owanych, \'bfywo stan\'ea\'b3y mu przed oczyma salony, kt\'f3rych miesi\'eacy temu par\'ea by\'b3 go\'9cciem i sylwetki hrabicz\'f3w, kr\'eac\'b9cych si\'ea ko\'b3o jego ukochanej.\par
+\f0\par
+\f1 Widzi ich jak na d\'b3oni, wszystkich, niby na jawie!..\par
+\f0\par
+\f1 Widzi dumnego ojca pi\'eaknej dziewczyny, zazwyczaj traktuj\'b9cego go z g\'f3ry - dla nich, potomk\'f3w staro\'bfytnych rod\'f3w, chocia\'bf cz\'eastokro\'e6 biednych - pe\'b3nym uprzejmo\'9cci wyrafinowanej i uni\'bfonej niemal grzeczno\'9cci. Widzi wreszcie siebie samego bezkarnie i dotkliwie obra\'bfanym przez tych\'bfe arystokrat\'f3w, lecz tak zr\'eacznie, \'bfe na poz\'f3r nieraz nie mo\'bfna zda si\'ea by\'b3o wini\'e6 ich, czynili to bowiem oni, z t\'b9 subtelno\'9cci\'b9, oraz jubilerskiem jakby wyko\'f1czeniem, jak dotkn\'b9\'e6 potrafi\'b9 tylko ludzie "bardzo dobrze wychowani."\par
+\f0\par
+I przy tem wspomnieniu ostatniem, jakby zraniony, mieszkani\f1 ec ma\'b3ej izdebki, wzdryga si\'ea i wyrzuca szeptem:\par
+\f0\par
+\f1 - Jak to? te dwadzie\'9ccia par\'ea tysi\'eacy nale\'bfy do jakiego\'9c hrabiego? Zatem los \'9clepy i ironiczny zarazem wsuwa mi w r\'eace cz\'ea\'9c\'e6 mienia jednego z tych w\'b3a\'9cnie, kt\'f3rym tak cz\'easto zazdro\'9cci\'b3em bogactwa, znaczenia i tytu\'b3\'f3w!..\par
+\f0\par
+\f1 I ja, wobec jednostki takiej, mia\'b3bym gra\'e6 rol\'ea szlachetnego, zwraca\'e6 mu to, co dla\'f1 mo\'bfe kropla w morzu tylko, fundusikiem, przeznaczonym zapewne na hulanki nocne i zabaw\'ea?\par
+\f0\par
+\f1 - Ha-ha-ha!.. - rozlega si\'ea po pokoiku szyderczy, szata\'f1ski prawie \'9cmiech m\'ea\'bfczyzny, i odbija od \'9ccian niemi\'b3em dla ucha brzmieniem.\par
+\f0\par
+\f1 - Ha-ha-ha, niedoczekanie twoje, panie hrabio!.. - szepcze dalej p\'f3\'b3g\'b3osem, a krew w \'bfy\'b3ach kipi mu nieustannie - wre niespokojna, burzliwa.\par
+\f0\par
+\f1 I z duszy jego jednocze\'9cnie pierzchaj\'b9 bezpowrotnie, zda si\'ea, nikn\'b9, jak u\'b3uda i marzenie, wszelkie dobre zamiary, wszystkie, tak niedawne jeszcze, wahania pomi\'eadzy prawami uczciwo\'9cci i ich pogwa\'b3ceniem.\par
+\f0\par
+\f1 Zwyci\'eazka, jedyna, jedna rozgaszcza si\'ea tam nienawi\'9c\'e6 tylko do kasty uprzywilejowanej i wyr\'f3\'bfnianej w spo\'b3ecze\'f1stwie. Wypiel\'eagnowana cierpieniem i bied\'b9, wysubtelniona wykszta\'b3ceniem, a szczeg\'f3lniej przestawaniem jeszcze za granic\'b9 w ko\'b3ach r\'f3\'bfnych zapalonych g\'b3\'f3w, o przekonaniach skrajnie demokratycznych - rozogniona wreszcie nadczu\'b3o\'9cci\'b9 nerwow\'b9 w zbli\'bfeniu si\'ea i czasowem powierzchownem z\'bfyciu z przedstawicielami tej sfery - bucha\'b3a obecnie gor\'b9cym p\'b3omieniem, wszystko sob\'b9 przewy\'bfszaj\'b9c i t\'b3umi\'b9c.\par
+\f0\par
+\f1 - Za moje upokorzenia, tak niedawne - zaszepta\'b3y zn\'f3w cicho usta m\'ea\'bfczyzny - za moje cierpienia i bied\'ea - za to, \'bfe ja nie mam takich przodk\'f3w, jak ty, panie hrabio, ani twych bogactw, blasku i z\'b3ota - mam \'bfycie ca\'b3e w n\'eadzy cierpie\'e6, i to, gdy los sprawiedliwie bez w\'b9tpienia, odbiera ci cz\'b9stk\'ea mienia, przypadkiem, i mnie ni\'b9 w zamian obdarza?.. 0, nie, panie hrabio!.. \'afydowi, cyganowi, wrogowi - ka\'bfdemu bym zwr\'f3ci\'b3 mo\'bfe, lecz tobie - nigdy!..\par
+\f0\par
+\f1 Ostatnie s\'b3owa mieszkaniec poddasza wym\'f3wi\'b3 w zapami\'eataniu g\'b3o\'9cno ca\'b3kiem i z moc\'b9 jak\'b9\'9c dziwn\'b9. Twarz za\'9c jego dziko po prostu wygl\'b9da\'b3a w tej chwili; pociemniawszy, jakby od wewn\'eatrznego ognia, demonicznie pi\'eakna i straszn\'b9 zarazem by\'b3a ona, a zajad\'b3y p\'b3omie\'f1 szczerej nienawi\'9cci do tak zwanych powszechnie "arystokrat\'f3w" zaja\'9cnia\'b3 na niej pe\'b3nym blaskiem.\par
+\f0\par
+\f1 Odruchem nag\'b3ym zbli\'bfy\'b3 si\'ea do sto\'b3u i obie d\'b3onie po\'b3o\'bfy\'b3 na plikach banknot\'f3w i z\'b3ocie. Czego nie zdo\'b3a\'b3y stanowczo uczyni\'e6 okoliczno\'9cci inne, sprawi\'b3a ch\'ea\'e6 dokuczenia w czemkolwiek wy\'bfej postawionej spo\'b3ecznej jednostce, jedna chwilka nienawi\'9cci i sza\'b3u.\par
+\f0\par
+\f1 - Moje, moje!.. - wyszepta\'b3y usta m\'ea\'bfczyzny zwyci\'eazko, jakby z mimowoln\'b9, ukryt\'b9 w sobie rado\'9cci nut\'b9, a echo s\'b3\'f3w tych, urywanych, cichych, dziwn\'b9 moc\'b9 rozbrzmia\'b3o w martwem milczeniu facyatki.\par
+\f0\par
+\f1 Cisza nasta\'b3a znowu.\par
+\f0\par
+\f1 Tylko w piersiach mieszka\'f1ca poddasza przel\'eaknione jakby swym czynem serce pocz\'ea\'b3o bi\'e6 przyciszonym t\'eatnem, a szelest ten miarowy, jak zegaru wahad\'b3o, mierzy\'e6 si\'ea zdawa\'b3o te chwile prze\'b3omow\'b9 w duszy cz\'b3owieka, depcz\'b9cego uczciwo\'9c\'e6 praw\'b9 dla mi\'b3o\'9cci, nienawi\'9cci i z\'b3ota!..\par
+\f0\par
+\f1 Nagle martwot\'ea pokoju przerwa\'b3o co\'9c gwa\'b3townie. By\'b3y to czyje\'9c kroki silne, przy\'9cpieszone, id\'b9ce po schodach, a coraz wyra\'9fniejsze, bli\'bfsze... Niebawem rozleg\'b3y si\'ea tu\'bf za drzwiami, ucich\'b3y, i jaka\'9c r\'eaka wstrz\'b9sn\'ea\'b3a lekko klamk\'b9, w \'9clad zatem za\'9c rozleg\'b3o si\'ea trzykrotne pukanie.\par
+\f0\par
+\f1 Gdyby w kataklizmie niespodzianym run\'ea\'b3a ziemia, zapadaj\'b9c si\'ea gdzie w niezmierzone g\'b3\'eabie wszech\'9cwiata - mniejsze to chyba uczyni\'b3oby wra\'bfenie na stoj\'b9cym przed sto\'b3em m\'ea\'bfczy\'9fnie, ni\'bf chwila obecna...\par
+\f0\par
+\f1 Nogi zadr\'bfa\'b3y mu, a boja\'9fliwa trwoga \'9cci\'ea\'b3a krew w \'bfy\'b3ach, co\'9c za\'9c, niby gad ob\'9cliz\'b3y, przemkn\'ea\'b3o po krzy\'bfach i za kark chwyci\'b3o despotycznie, zapar\'b3szy dech w piersiach.\par
+\f0\par
+\f1 W p\'f3\'b3\'9cwiat\'b3ach dogorywaj\'b9cego w\'b3a\'9cnie p\'b3omyka lampy twarz pochylonego nad pieni\'eadzmi m\'b3odzie\'f1ca nabra\'b3a strasznego, a zarazem dojmuj\'b9co trupio-bladego wyrazu, r\'eace za\'9c, jak kleszcze, wpi\'b3y si\'ea w le\'bf\'b9ce pod niemi banknoty.\par
+\f0\par
+\f1 - Nie oddam was, nie zwr\'f3c\'ea za nic w \'9cwiecie! - m\'f3wi\'e6 si\'ea zdawa\'b3y wyra\'9fnie kurczowo zaci\'9cni\'eate palce, dr\'bf\'b9ce w zwojach papier\'f3w i z\'b3ocie.\par
+\f0\par
+\f1 Z ekranu izdebki, majacz\'b9cego coraz bledszymi cieniami, \'9cwiat\'b3o w tej samej chwili znik\'b3o; zapanowa\'b3a tu szarawa ciemno\'9c\'e6, a w \'9clad zatem rozleg\'b3o si\'ea powt\'f3rne, tym razem silniejsze pukanie, poza drzwiami za\'9c jednocze\'9cnie da\'b3y si\'ea s\'b3ysze\'e6 s\'b3owa, wyrzeczone g\'b3osem m\'easkim, d\'9fwi\'eacznym i m\'b3odym. \par
+\f0\par
+\f1 - Wida\'e6, \'bfe \'9cpi, lub go nie ma...\par
+\f0\par
+- Ale to \f1 oryginalne - zauwa\'bfy\'b3 kto\'9c drugi, ciszej nieco. - Zar\'eaczam ci, i\'bf przed chwil\'b9 pali\'b3a si\'ea wewn\'b9trz pokoju lampa, przez szpary u drzwi \'9clizga\'b3o si\'ea \'9cwiat\'b3o! - s\'b3owo!\par
+\f0\par
+\f1 - Ha, je\'9cli tak, to mo\'bfe Romanek ma u siebie jak\'b9\'9c dyskretn\'b9, a weso\'b3\'b9 wizytk\'ea - sna\'e6 z rozmys\'b3em dono\'9cnie rozleg\'b3 si\'ea g\'b3os pierwszy. - Nie przeszkadzajmy mu. Chod\'9f, Hermanie!..\par
+\f0\par
+\f1 - Weso\'b3ej zabawy! - krzykn\'b9\'b3 ironicznie nazwany Hermanem, nachyliwszy si\'ea do drzwi, zapewne blizko, bo echo g\'b3osu jego wstrz\'b9sn\'ea\'b3o \'9ccianami poddasza, poczem kroki przyby\'b3ych oddala\'e6 si\'ea zacz\'ea\'b3y.\par
+\f0\par
+\f1 Westchnienie ulgi podnios\'b3o pier\'9c m\'ea\'bfczyzny.\par
+\f0\par
+\f1 Kilka kropel zimnego potu upad\'b3o mu na rozpostarte d\'b3onie; zbudzony tem jakby, odst\'b9pi\'b3 od sto\'b3u i rzuci\'b3 si\'ea w wycie\'f1czeniu na kanapk\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Pozna\'b3 po g\'b3osie tych dw\'f3ch, dobijaj\'b9cych si\'ea do\'f1 przed chwil\'b9, poczciwych student\'f3w uniwersytetu - widzia\'b3 w wyobra\'9fni swej teraz niemal obok siebie wyra\'9fne postacie ich, w wytartych mundurach i sp\'b3owia\'b3ych od s\'b3\'f3t i s\'b3o\'f1ca czapkach, pokrzywionych butach... Biedni ch\'b3opcy!\par
+\f0\par
+\f1 Przypadkowo zaprzyja\'9fni\'b3 si\'ea z nimi, jak tylko przyby\'b3 tu, do miasta - oni, zacne serca, pierwsi uczynnie nastr\'eaczyli mu zarobkow\'b9 prac\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 Dawno ju\'bf nie widzia\'b3 ich. Ba, par\'ea razy nawet w epoce owego kilkutygodniowego \'9cwiatowego sza\'b3u, spotykaj\'b9c ich na ulicy, a b\'ead\'b9c w towarzystwie eleganckich karnawa\'b3owicz\'f3w, mimo woli powstydzi\'b3 si\'ea ich i uda\'b3, \'bfe nie dostrzega. Nie pami\'eatali mu tego - przyszli.\par
+\f0\par
+\f1 Mieszkaniec poddasza w zamy\'9cleniu przesun\'b9\'b3 d\'b3oni\'b9 po jedwabistych swych w\'b3osach.\par
+\f0\par
+\f1 - Gdyby\'bf oni wiedzieli i czyta\'e6 mogli w duszy j\f0 ego?\par
+\par
+\f1 Rumieniec pal\'b9cego wstydu i upokorzenia zakwit\'b3 na twarzy m\'b3odzie\'f1ca, a wyraz cierpienia i wewn\'eatrznego b\'f3lu rylcem swym \'bf\'b3obi\'e6 mu pocz\'b9\'b3 rysy wyrazistego oblicza.\par
+\f0\par
+\f1 D\'b3ugo jeszcze przesiedzia\'b3 tak w zadumie...\par
+\f0\par
+\f1 A gdy po niejakim czasie s\'b3o\'f1ce zajrza\'b3o zn\'f3w do poddasza, nie by\'b3o ju\'bf z\'b3ota na stole; schowane - znik\'b3o, m\'b3ody za\'9c cz\'b3owiek, \'9cmiertelnie znu\'bfony moraln\'b9 walk\'b9, na wp\'f3\'b3 ubrany, cicho zdawa\'b3 si\'ea drzema\'e6 na \'b3\'f3\'bfku.\par
+\f0\par
+\f1 Niebawem zasn\'b9\'b3.....\par
+\f0\par
+\f1 I sen oto, przed wewn\'eatrznym wzrokiem duszy m\'b3odzie\'f1ca, w tem tajemniczem jej \'bfyciu marze\'f1 i roje\'f1, snu\'e6 mu zacz\'b9\'b3 przedziwne obrazy... \par
+\f0\par
+\f1 A wi\'eac najprz\'f3d zda\'b3o si\'ea \'9cpi\'b9cemu, i\'bf leci on w przestrze\'f1 bez ko\'f1ca, ciemn\'b9 i mroczn\'b9, unoszony niewidzialn\'b9 jak\'b9\'9c si\'b3\'b9...\par
+\f0\par
+\f1 Tuli w obj\'eaciach swych przytem jak\'b9\'9c powiewn\'b9 kobiec\'b9 posta\'e6... Podobn\'b9, cho\'e6 nie identycznie i ca\'b3kiem, jest ona do ukochanej przeze\'f1 dziewczyny, a obj\'b9wszy pieszczotliwie szyje jego nagiemi ramiony, tak zawis\'b3a, ustami lgnie do jego ust rozkosznie - on za\'9c, jak z kielicha pieni\'b9ce si\'ea, musuj\'b9ce wino, pije nektar warg tych wilgotnych, ton\'b9c w poca\'b3unku ci\'b9g\'b3ym, nieustannym, zda si\'ea - wiecznym.\par
+\f0\par
+\f1 Upajaj\'b9cy wreszcie jednak zawr\'f3t g\'b3owy i os\'b3abienie omdlewaj\'b9ce jakie\'9c i dziwne z wolna poczyna go ogarnia\'e6.\par
+\f0\par
+\f1 Za wiele, zanadto upajaj\'b9cej, osza\'b3amiaj\'b9cej s\'b3odyczy daj\'b9 mu ju\'bf te kobiece usta, jak piecz\'ea\'e6 do warg jego bez ko\'f1ca przylgni\'eate.\par
+\f0\par
+\f1 Lecz oto nagle ciemnieje mu w oczach wszystko doko\'b3a i si\'b3 swoich nie czuje ju\'bf prawie. Przymyka wiec powieki i leci zn\'f3w tak samo dalej w przestrze\'f1, niczego niepomny i nic zgo\'b3a w okr\'b9g siebie nie widz\'b9c.\par
+\f0\par
+\f1 Trwa tak do\'9c\'e6 d\'b3ugo...\par
+\f0\par
+\f1 Wreszcie, wypocz\'b9wszy w ten spos\'f3b po swem wyczerpaniu, nie czuj\'b9c ju\'bf ani ci\'ea\'bfaru zwis\'b3ej na jego szyi kobiety, ani zawrotnego czasu jej tchnienia... otwiera oczy...\par
+\f0\par
+Tamte, widziane przed chwila obrazy\f1 , bezpowrotnie pierzch\'b3y; obecnie znajduje si\'ea zupe\'b3nie sam. Stoi teraz na ziemi, a stopy jego dotykaj\'b9 jakiej\'9c kamienistej p\'b3aszczyzny, szarej, bezludnej i smutnej. Promienie zachodz\'b9cego s\'b3o\'f1ca z\'b3oc\'b9 j\'b9 i krwawi\'b9 swym dogasaj\'b9cym, zamieraj\'b9cym blaskiem..\f0 . \par
+\par
+\f1 On za\'9c nieporuszony stoi i bezustannie patrzy. \par
+\f0\par
+\f1 Nagle promienie gasn\'b9... Mrok szary pokrywa p\'b3aszczem swym wszystko doko\'b3a, a w cieniach tych tajemniczych, cichych, szepta\'e6 i rusza\'e6 si\'ea co\'9c poczyna.\par
+\f0\par
+\f1 Z rumowisk i kamienistych szczelin podst\'eapnie wype\'b3z\'b3y oto jakie\'9c postacie, mary, i jak duchy nie z tej jakby ziemi, skrzydlate - rozpierzchaj\'b9 si\'ea po r\'f3wninie, z przyt\'b3umionym szelestem. Nad g\'b3owami ich lec\'b9 wielkie czarne z\'b3owr\'f3\'bfbne ptaki, szumem swych skrzyde\'b3 m\'b9c\'b9c martwot\'ea rozlanej woko\'b3o pustki i cis\f0 zy.\par
+\par
+\f1 On, nic zgo\'b3a nie pojmuj\'b9c, spogl\'b9da wci\'b9\'bf, przel\'eak\'b3y, zdziwiony... Po chwili dopiero zdaje si\'ea rozumie\'e6...\par
+\f0\par
+\f1 To - pos\'b3uszne niewidzialnemu, a nadprzyrodzonemu skinieniu - lec\'b9 tak zapewne \'bferowa\'e6 na pad\'f3\'b3 ziemski - wyrzuty sumienia!...\par
+\f0\par
+Tymczasem szme\f1 r lotu ptak\'f3w - olbrzym\'f3w cichnie, zmierzch poch\'b3ania ich postacie - nikn\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 On z ulg\'b9 oddycha i instynktownie post\'eapuje par\'ea krok\'f3w naprz\'f3d.\par
+\f0\par
+\f1 Nagle wyrywa mu si\'ea z piersi przenikliwy krzyk!... Nad jego g\'b3ow\'b9 wisz\'b9c, chwieje si\'ea ptak czarnopi\'f3ry, a zni\'bfywszy lotu swego, wkr\'f3tce siada mu na ramionach, niemi\'b3osiernie wpiwszy w nie swe szpony, r\'f3wnocze\'9cnie za\'9c w g\'b3owie uczuwa uderzenia miarowe.\par
+\f0\par
+\f1 To ptak \'f3w straszny i wielki, niby dzi\'eacio\'b3 w pie\'f1 drzewa, stuka jemu tak w czaszk\'ea jednostajnie...\par
+\f0\par
+\f1 W \'9clad za tem jedna z pierzchaj\'b9cych woko\'b3o postaci zjawia si\'ea przed nim blizko. Ubrana w \'b3achmany, czarna i brudna, przyskakuje do\'f1 obcesowo, drapie\'bfna, i utkwiwszy w oblicze ofiary swej pal\'b9ce \'bfarem, p\'b3omienne, dzikie \'9frenice, nachyla si\'ea bardziej jeszcze i plwa\'e6 mu w sam\'b9 twarz poczyna.\par
+\f0\par
+\f1 Z ust jej, wykrzywionych, wstr\'eatnych, lej\'b9 si\'ea strumienie lawy z\'b3otej i pal\'b9, bol\'b9...\par
+\f0\par
+\f1 A jednocze\'9cnie ta\'f1cz\'b9 oto w kr\'b9g, z szelestem widziane niedawno w portfelu zwitki storubl\'f3wek i innych banknot\'f3w. Dwoj\'b9c si\'ea, troj\'b9c w oczach, przybieraj\'b9 one fantastyczne kszta\'b3ty, a niekt\'f3re, przedzierzgni\'eate jakby w jakie\'9c kar\'b3y z\'b3owrogie, szponami drobnemi rw\'b9 mu cia\'b3o bez lito\'9cci. Inne znowu, z g\'b3owami w\'ea\'bf\'f3w obrzydliwych, sycz\'b9c, k\'b9saj\'b9 go zewsz\'b9d.\par
+\f0\par
+\f1 Napastowany, nieprzytomny, op\'eadzaj\'b9c si\'ea rozpaczliwie, r\'eakami, nogami - ci\'b9gle, tarzaj\'b9c si\'ea nawet od jakiego\'9c czasu po kamienistych zr\'eabach - ucieka\'e6 w ko\'f1cu zaczyna r\'f3wnin\'b9, jak szalony. Potyka si\'ea co chwila, pada i ucieka znowu, gnany czered\'b9 kar\'b3\'f3w i olbrzymik\'f3w, o g\'b3owach, szyjach gad\'f3w, z b\'b3yszcz\'b9cemi \'bf\'b9d\'b3ami ze z\'b3ota.\par
+\f0\par
+\f1 Nad g\'b3ow\'b9, z ramion przemoc\'b9 sp\'eadzony, wisi wci\'b9\'bf ptak olbrzymi, a posta\'e6 g\'b3\'f3wna, mglista, leci z nim wesp\'f3\'b3 w mroczn\'b9 dal...\par
+\f0\par
+\f1 Nagle, niewiadomo jak, sk\'b9d i kiedy zjawia si\'ea znowu poprzednia kobieca posta\'e6.\par
+\f0\par
+\f1\'8cpi\'b9cy, w swem majaczeniu sennem - odczuwa niewys\'b3owion\'b9 rado\'9c\'e6; a ona, podawszy sw\'b9 r\'b9czk\'ea drobn\'b9, z u\'9cmiechem zalotnym na \'9clicznie wykrojonych usteczkach, towarzyszy\'e6 mu zaczyna.\par
+\f0\par
+\f1 Razem bezustannie biegn\'b9 teraz po kamienistej r\'f3wninie. Czarowna towarzyszka jednak nie czuje, jakoby, co dolega m\'ea\'bfczy\'9fnie, i nie widzi roju prze\'9cladowc\'f3w jego.\par
+\f0\par
+\f1 Dziewcz\'ea to, czy kobieta, ubrana ca\'b3a w bieli, zasypana kwieciem r\'f3\'bf i konwalii - cudna, lecz lekko, dotykaj\'b9c si\'ea zaledwie stopkami swemi ostrych kamieni. Nad g\'b3\'f3wk\'b9 jej, jakby w przeciwie\'f1stwie ptakiem czarnym, lec\'b9cym obok - chwieje si\'ea du\'bfy ptak bia\'b3y...\par
+\f0\par
+\f1 Zjawisko \'9cnie\'bfnego ptaka trwa jednak bardzo kr\'f3tko, bo oto jemu, wpatrzonemu uporczywie w sw\'b9 towarzyszk\'ea, zdaje si\'ea nagle, \'bfe pi\'f3ra u skrzyde\'b3 tych mlecznych z lekka szarze\'e6 poczynaj\'b9, stopniowo ciemniejsz\'b9 przybieraj\'b9c barw\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 Wyt\'ea\'bfa wzrok coraz bardziej, ale niebawem nic woko\'b3o, nawet prze\'9claduj\'b9cych go mar, rozpozna\'e6 nie jest w stanie.\par
+\f0\par
+\f1 Noc czarna, despotyczna, rozpina\'e6 w\'b3a\'9cnie poczyna nad p\'b3aszczyzna ponur\'b9 sw\'b9 opon\'ea.\par
+\f0\par
+Naraz znika wszystko...\par
+\par
+\f1 On r\'f3wnocze\'9cnie czuje, \'bfe leci w przepa\'9c\'e6 bez dna, tre\'9cci, oraz w chaos, z kt\'f3rego ocuca go dopiero uderzenie silne o co\'9c ca\'b3em cia\'b3em.\par
+\f0\par
+\f1 Spogl\'b9da...\par
+\f0\par
+\f1 Przed nim obecnie wznosi si\'ea sfinks olbrzymi; o niego to w rozp\'eadzie uderzy\'b3 si\'ea przed chwila. W jasno\'9cciach aureoli gorzeje fosforycznym blaskiem, u\'9cmiechaj\'b9c si\'ea zagadkowo. Na olbrzymich barkach jego, na tu\'b3owiu - obliczu, wsz\'eadzie, niedostrzegalne zrazu dla ludzkiego oka, wij\'b9 si\'ea, ruszaj\'b9 miryady drobnych lilipucich postaci.\par
+\f0\par
+Jedne z nich rodz\f1\'b9 si\'ea tu z u\'9cmiechem na ustach i piskiem, innych do grobu zanosz\'b9; ci walcz\'b9, depcz\'b9 po sobie, zabijaj\'b9 si\'ea, wzajem w przepa\'9ccie spychaj\'b9 - tamci w ramionach drugich pij\'b9 mi\'b3o\'9cci rozkosze, a tam zn\'f3w inni jeszcze g\'b3odne twarze i r\'eace wyn\'eadznia\'b3e wyci\'b9gaj\'b9 po datek, s\'b9siaduj\'b9c z blizka z takimi, co w bogactwie i zbytkach nurzaj\'b9 si\'ea po uszy, lub grz\'eazn\'b9 cia\'b3em w rozpu\'9ccie, jak w b\'b3ocie.\par
+\f0\par
+\f1 A \'9crodkiem - rozbite na tysi\'b9ce strumieni, na kropel miliony rozprys\'b3e, p\'b3ynie, faluje z\'b3oto...\par
+\f0\par
+I przed promienistymi jeg\f1 o potoki, jak przed \'9cwi\'eato\'9cci\'b9 - korzy si\'ea pokornie, s\'b3u\'bfalczo, wszystko doko\'b3a.\par
+\f0\par
+\f1 Czo\'b3em lilipucie bij\'b9 przed nim miryady - to te\'bf ono nadaje owemu sfinksowi tajemniczemu blask fosforyczny - ono kr\'f3luje tu, bezpodzielnie panuje.\par
+\f0\par
+Lecz oto nagle olbrzymia g\f1\'b3owa sfinksa ujrza\'b3a sna\'e6 nowego przybysza.\par
+\f0\par
+\f1 Usta jego, wynios\'b3e i dumne, rozchylaj\'b9 si\'ea szerzej, i miast zwyk\'b3ego u\'9cmiechu zagadki, sardoniczny, szyderczy, wstrz\'b9sa przestrzeniami \'9cmiech. \par
+\f0\par
+\f1 Ha-ha-ha!... Ha-ha-ha!... sfinks \'9cmieje si\'ea - \'9cmieje szata\'f1sko i zwyci\'eazko jakby - wynio\'9cle - strasznie!...\par
+\f0\par
+............................................\par
+\par
+\f1 G\'b3uchy j\'eak wyrwa\'b3 si\'ea z piersi u\'9cpionego cz\'b3owieka. Wstrz\'b9sn\'b9\'b3 on murami pogr\'b9\'bfonej w ciszy izdebki, kraj\'b9c zali serce swem echem smutnem, cich\'b3 i gas\'b3, zamieraj\'b9c po\f0 woli...\par
+\par
+............................................\par
+\par
+\f1 Obudzi\'b3 si\'ea \'9cpi\'b9cy.\par
+\f0\par
+\f1 Wyl\'eak\'b3ym, zamglonym jeszcze wzrokiem szklanym popatrzy\'b3 zaspany woko\'b3o siebie bezprzytomnie i niebawem przymkn\'b9\'b3 na powr\'f3t oci\'ea\'bfa\'b3e powieki, obr\'f3ciwszy si\'ea r\'f3wnocze\'9cnie do \'9cciany.\par
+\f0\par
+\f1 W kilka za\'9c minut p\'f3\'9fniej, blada twarz mieszka\'f1ca facyatki, spokojna, nieruchomo spoczywa\'b3a na poduszce, pogr\'b9\'bfona w twardem u\'9cpieniu. Dusza tym razem zdrzemn\'ea\'b3a si\'ea w nim zapewne r\'f3wnie\'bf, oddech bowiem \'9cpi\'b9cego miarowy rozlega\'b3 si\'ea ju\'bf swobodnie ca\'b3kiem \f0 w samotnej, cichej izdebce.\par
+\par
+\par
+\par
+\f1 CZ\'ca\'8c\'c6 PIERWSZA.\par
+\f0\par
+\par
+\f1 Zd\'b9\'bfaj\'b9c do poblizkiej Wenecyi, wpad\'b3 poci\'b9g kuryerski w morze, i hucz\'b9c, lecia\'b3, p\'b3yn\'b9\'b3 niby po powierzchni fali. W przedziale wagonu drugiej klasy by\'b3o tylko dwoje ludzi. Kobieta m\'b3oda, ubrana w str\'f3j lekki, dystyngowany, z szarego materya\'b3u, drzema\'b3a, czy spa\'b3a, wci\'9cni\'eata w g\'b3\'b9b, z g\'b3\'f3wk\'b9 opart\'b9 o poduszk\'ea boczn\'b9 - m\'ea\'bfczyzna za\'9c, siedz\'b9cy naprzeciw, trzyma\'b3 delikatnie w d\'b3oniach pozostawion\'b9 w u\'9ccisku jej r\'b9czk\'ea drobn\'b9, i pochylony z lekka, patrzy\'b3 z mi\'b3o\'9cci\'b9 w znu\'bfone rysy i blad\'b9 twarzyczk\'ea kobiety.\par
+\f0\par
+\f1 Od czasu do czasu wzrok jego odrywa\'b3 si\'ea od oblicza towarzyszki, bieg\'b3 poprzez otwarte okno, \'9ccigaj\'b9c, zda si\'ea, pogr\'b9\'bfone w ciemno\'9cciach bezgwiezdnej nocy, niewidzialne tu\'bf poza mkn\'b9cym poci\'b9giem Adryatyku fa\f0 le.\par
+\par
+\f1 I wtedy, za ka\'bfdym razem przesuwa\'b3a si\'ea chmurka jakby po czole jego, osiada\'b3 tam jaki\'9c cie\'f1 niepochwytny, a usta jednocze\'9cnie drga\'b3y skrzywieniem goryczy, czy b\'f3lu pe\'b3nem.\par
+\f0\par
+\f1 Gdy jednak wzrok zni\'bfa\'b3 ponownie, to w zetkni\'eaciu si\'ea z obliczem m\'b3odej kobiety, pogr\'b9\'bfonem w cichem u\'9cpieniu - oczy smutkiem zamglone \'b3agodnia\'b3y mu prawie natychmiast, a cho\'e6 pomimo woli i bezustannie my\'9cl rozpami\'eatywa\'e6 si\'ea co\'9c zdawa\'b3a - z ust momentalnie znika\'b3o zagi\'eacie cierpienia i powoli przeistacza\'b3o si\'ea w u\'9cmiech, oraz zapatrzenie si\'ea w ukochane rysy.\par
+\f0\par
+\f1 Siedz\'b9cy tak w zamy\'9cleniu nieruchomo - a w widocznej obawie zbudzenia towarzyszki - podr\'f3\'bfny posiada\'b3 cechy zewn\'eatrzne do\'9c\'e6 interesuj\'b9ce.\par
+\f0\par
+\f1 By\'b3 to przede wszystkiem m\'ea\'bfczyzna pi\'eakny bardzo; ciemny brunet, o wytwornej powierzchowno\'9cci i uk\'b3adzie, charakterystycznej owalnej g\'b3owie i czole wypuk\'b3em, upi\'eakszonem \'b3ukiem brwi czarnych, w\'b9ziutkich i regularnych, mia\'b3 on poci\'b9g\'b3\'b9, \'9cniad\'b9 twarz, okolon\'b9 \'9credniej wielko\'9cci brod\'b9. Nerwowe, wyraziste rysy oblicza tego wyra\'9fnie zdradza\'b3y przytem pochodzenie po\'b3udniowe, zar\'f3wno jak i pi\'eakne, du\'bfe oczy, patrz\'b9ce na \'9cwiat gor\'b9co, z rozmarzeniem nieokre\'9clonem, aksamitnem spojrzeniem dziecka Italii.\par
+\f0\par
+\f1 Do drugiej ojczyzny swej poniek\'b9d rzeczywi\'9ccie d\'b9\'bfy\'b3 tak lat trzydzie\'9cci zaledwie maj\'b9cy m\'b3ody cz\'b3ow\f0 iek.\par
+\par
+\f1 Nosz\'b9cy jedno ze staroszlacheckich nazwisk, Roman Dzier\'bfymirski, by\'b3 synem nie\'bfyj\'b9cego ju\'bf, a dawniej bogatego bardzo i znanego w szerokich ko\'b3ach w\'b3asnego kraju, Oskara Dzier\'bfymirskiego, oraz \'bfony jego, rodem W\'b3oszki, a by\'b3ej przed swoim \'9clubem \'9cpie\f0 waczki.\par
+\par
+\f1 Pochodzenia pono w\'b9tpliwego bardzo, cho\'e6 niezwyk\'b3ej urody i wdzi\'eaku, by\'b3a ta matka Dzier\'bfymirskiego Romana, b\'ead\'b9ca, jak m\'f3wili jedni, dzieckiem mi\'b3o\'9cci wolnej pewnego dorobkiewicza rzymskiego - jak twierdzili drudzy, podrzutkiem tylko, z m\'eat\'f3w spo\'b3ecznych dzisiejszej Romy, wychowanem i uposa\'bfonem przez tego\'bf przemys\'b3owca w\'b3oskiego.\par
+\f0\par
+\f1 Po niej pi\'eakno\'9c\'e6 odziedziczy\'b3 syn, po ojcu za\'9c niew\'b9tpliwie t\'ea wytworno\'9c\'e6, kt\'f3ra cechowa\'b3a najmniejsze nawet poruszenie siedz\'b9cego podr\'f3\'bfnika, i postaw\'ea jakby pa\'f1sk\'b9, mimo woli nieco wynios\'b3\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 Roman Dzier\'bfymirski jecha\'b3 w\'b3a\'9cnie z ma\'b3\'bfonk\'b9 sw\'b9 w podr\'f3\'bf po\'9clubn\'b9, a raczej z kraju ucieka\'b3, ojciec bowiem \'9cpi\'b9cej cicho naprzeciwko niego kobiety, szatynki, o \'9clicznych rysach, January Gowartowski, bogaty i dumny magnat kresowy, odm\'f3wi\'b3 by\'b3 jemu jej r\'eaki...\par
+\f0\par
+\f1 Lecz mi\'b3o\'9c\'e6 nami\'eatna nie pyta, gdy idzie o posiadanie kobiety!\par
+\f0\par
+\f1 Roman zdoby\'b3 sw\'b9 \'bfon\'ea dzisiejsz\'b9, porwawszy j\'b9 za jej zgod\'b9. \'8club ich tajemny, w ma\'b3ej wioseczce, w zaciszu Karpat - odby\'b3 si\'ea w\'b3a\'9cnie dwa dni temu...\par
+\f0\par
+\f1 Przysz\'b3o mu to wszystko z \'b3atwo\'9cci\'b9. Ola kocha\'b3a go, ub\'f3stwia\'b3a, nic zgo\'b3a nie widz\'b9c poza nim, na stron\'ea materyalna za\'9c i koszta, wynik\'b3e z takiego niespodzianego obrotu rzeczy, zwraca\'e6 on uwagi nie mia\'b3 potrzeby.\par
+\f0\par
+\f1 W rodzinnem mie\'9ccie wiadomem by\'b3o powszechnie, i\'bf rok, czy dwa lata temu odziedziczy\'b3 Roman Dzier\'bfymirski fortunk\'ea w kapitale, po dalekim krewnym, osiad\'b3ym i zmar\'b3ym w Stanach Zjednoczonych.\par
+\f0\par
+\f1 Jecha\'b3 zatem dzi\'9c m\'b3ody i ostatni potomek dogasaj\'b9cej ju\'bf w nim rodziny Dzier\'bfymirskich, ze skarbem swym, drog\'b9 sercu ma\'b3\'bfonk\'b9, do W\'b3och, ojczyzny matczynej. Wzrok jego, b\'b3\'b9kaj\'b9cy si\'ea bezustannie pomi\'eadzy twarz\'b9 \'bfony, a skrytym cieniami nocy krajobrazem, zamglony, my\'9cl\'b9cy, w dalszym ci\'b9gu wspomina\'e6 si\'ea co\'9c zdawa\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 Poza oknami wagonu fale morza nieustannie szemra\'b3y wci\'b9\'bf cicho, w dali za\'9c, na czarnem tle widnokr\'eagu, stopniowo, coraz bli\'bfsze, b\'b3yszcza\'b3y ju\'bf \'9cwiate\'b3ka Wenecyi.\par
+\f0\par
+\f1 - Oto tam - m\'f3wi\'b3y niejako marz\'b9ce oczy m\'ea\'bfczyzny - za godzin kilka czekaj\'b9 mnie u\'9cmiechy pierwsze i rozkosze ziemskiego szcz\'ea\'9ccia w obj\'eaciach ukochanej ponad wszystko kobiety! Oto tam, wymarzony od tak dawna, oczekuje na mnie raj w\'b3asny u\'b3udnego podzia\'b3u wzajemnego uczucia, w zupe\'b3nem oddaniu si\'ea niepokalanego niczem dot\'b9d kwiatu - niewinnego dziewcz\'eacia...\par
+\f0\par
+\f1 Wzrok Romana z zachwytem spocz\'b9\'b3 na twarzy \'9cpi\'b9cej kobiety. R\'f3wnocze\'9cnie poci\'b9g, pozostawiwszy morze za sob\'b9, wpad\'b3 w jakie\'9c gaje, brz\'eacz\'b9ce rojem owad\'f3w. Jednostajna, monotonna ich muzyka wpada\'b3a uporczywie w uszy podr\'f3\'bfnego, a on, ca\'b3y zas\'b3uchany, spojrzeniem swem znowu ogarn\'b9\'b3 ciemn\'b9 przestrze\'f1 poza oknem wagonu.\par
+\f0\par
+\f1 - Co, zagadkowa przysz\'b3o\'9cci, niesiesz mi w darze?.. Czy zap\'b3acisz mi za to, com przeby\'b3 dot\'b9d, przecierpia\'b3, dla zdobycia drogiego dzisiaj? Czy wynagrodzisz, czy skarzesz? - pyta\'e6 si\'ea zdawa\'b3y czarnej nocnej dali posmutnia\'b3e nagle chwilowo oczy m\'ea\'bfczyzny.\par
+\f0\par
+\f1 I ponownie w k\'b9ciku warg jego pojawi\'b3o si\'ea bolesne, przelotne zagi\'eacie ust, a sna\'e6 usi\'b3uj\'b9c odp\'eadzi\'e6 my\'9cl przykr\'b9, Dzier\'bfymirski powsta\'b3 ostro\'bfnie, nie wypuszczaj\'b9c wci\'b9\'bf z d\'b3oni r\'b9czki u\'9cpionej swej towarzyszki. Wychyli\'b3 przez otwarte okno g\'b3ow\'ea... Na tle ciemno\'9cci po\'b3yskiwa\'b3y ju\'bf teraz rz\'easi\'9ccie \'9cwiat\'b3a - poci\'b9g wje\'bfd\'bfa\'b3 w\'b3a\'9cnie na stacy\'ea. W sekund\'ea, z nag\'b3a szarpni\'eate, gwa\'b3townie zatrzyma\'b3y si\'ea wagony.\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski o ma\'b3o nie upad\'b3, straciwszy na razie r\'f3wnowag\'ea, i poci\'b9gn\'b9\'b3 za sob\'b9 r\'b9czk\'ea \'bfony, \'9cciskaj\'b9c\'b9 jego d\'b3o\'f1 lew\'b9 - prawa za\'9c opar\'b3 si\'ea silnie o ram\'ea okna.\par
+\f0\par
+\f1 - Ach!.. ach!.. - z trwog\'b9, wyrwa\'b3o si\'ea z ust m\'b3odej kobiety, i otworzy\'b3a szeroko oczy, zdziwiona.\par
+\f0\par
+\f1 Szybko Roman pochyli\'b3 si\'ea ku niej i przem\'f3wi\'b3 mi\'eakko:\par
+\f0\par
+- Przeprasza\f1 m ci\'ea, kochanie, przestraszy\'b3a\'9c si\'ea, prawda?.. Ale to wina nie moja - wagony szarpn\'ea\'b3y tak silnie...\par
+\f0\par
+\f1 - To ty... Romanie!.. - szepn\'ea\'b3a kobieta i zarzuciwszy w \'9clad za tem, z niewys\'b3owionym wdzi\'eakiem, obie r\'eace na szyj\'ea m\'ea\'bfczyzny, przytuli\'b3a si\'ea do\'f1 czule, sk\'b3adaj\'b9c r\'f3wnocze\'9cnie poca\'b3unek na pi\'eaknem czole.\par
+\f0\par
+\f1 - Wysi\'b9dziemy, z\'b3otko, ju\'bf Wenecya! - rzek\'b3 Roman, wysuwaj\'b9c si\'ea delikatnie z obj\'ea\'e6 m\'b3odej \'bfony uni\'f3s\'b3szy j\'b9 w ramionach, postawi\'b3 na r\'f3wne nogi.\par
+\f0\par
+\f1 - Nareszcie!... - wykrzykn\'ea\'b3a Ola rado\'9cnie, oprzytomniawszy ca\'b3kiem na widok ja\'9cniej\'b9cego dworca.\par
+\f0\par
+\f1 - We-ne-cya! - zabrzmia\'b3o dono\'9cnie pod samem oknem wagonu, gdzie ukaza\'b3a si\'ea k\'eadzierzawa g\'b3owa i \'9cmiej\'b9ca twarz konduktora.\par
+\f0\par
+\f1 - Statione Ve-ne-tia!.. - przeci\'b9gle, \'9cpiewnie odpowiedzia\'b3 g\'b3osowi pierwszego konduktora okrzyk drugi, dalszy, i zgin\'b9\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 Poci\'b9g, kt\'f3rym jechali Dzier\'bfymirscy, zatrzymujac si\'ea tylko kilka minut, jechal dalej wprost do Medyolanu - nale\'bfa\'b3o si\'ea \'9cpieszy\'e6...\par
+\f0\par
+\f1 Roman pobieg\'b3 do przeciwleg\'b3ego okna, otworzy\'b3 gwa\'b3townie drzwiczki od wagonu, i pocz\'b9\'b3 wo\'b3a\'e6 dono\'9cnie:\par
+\f0\par
+- Facchino!.. facchino!.. *)\par
+\f1 [*) Po w\'b3osku tragarz.]\par
+\f0\par
+\f1 Za m\'ea\'bfem zr\'eacznie wyskoczy\'b3a z wagonu Ola Dzier\'bfymirska. Niebawem zjawi\'b3 si\'ea po\'bf\'b9dany tragarz i ruszono z baga\'bfem do dworca. Tu obst\'b9piono przyjezdnych.\par
+\f0\par
+\f1 Ca\'b3y r\'f3j przer\'f3\'bfnych figur ha\'b3a\'9cliwie ofiarowywa\'e6 im pocz\'b9\'b3 swoje us\'b3ugi, rz\'b9d za\'9c s\'b3u\'bfby hotelowej, w galonach, z o\'bfywieniem i gestykulacy\'b9 namawia\'b3 ich ka\'bfdy z osobna do siebie. Gadatliwo\'9c\'e6 W\'b3och\'f3w oszo\'b3omi\'b3a na razie Dzier\'bfymirskich.\par
+\f0\par
+\f1 Po chwili dopiero Roman, znaj\'b9cy kilka w\'b3oskich wyraz\'f3w, zdo\'b3a\'b3 si\'ea porozumie\'e6 i wybrawszy hotel, kaza\'b3 si\'ea prowadzi\'e6 do przystani.\par
+\f0\par
+\f1 Niebawem m\'b3oda para podr\'f3\'bfnych sadowi\'b3a si\'ea ju\'bf w wygodnej, na czarno pomalowanej gondoli, obs\'b3ugiwana z natarczywo\'9cci\'b9 przez r\'f3\'bfnorodnych oberwa\'f1c\'f3w i gapi\'f3w, stoj\'b9cych w pobli\'bfu.\par
+\f0\par
+\f1 - Pysznie si\'ea siedzi! - zawyrokowa\'b3a g\'b3o\'9cno Ola, wyci\'b9gn\'b9wszy si\'ea na mi\'eakkiem, czarn\'b9 sk\'f3r\'b9 obitem, siedzeniu.\par
+\f0\par
+\f1 Roman usiad\'b3 przy niej - gondola zako\'b3ysa\'b3a si\'ea lekko...\par
+\f0\par
+\f1 Powoli odpychano ju\'bf j\'b9 od brzegu, gdy oto z kilkunastu stron naraz wyci\'b9gn\'ea\'b3y si\'ea ku maj\'b9cym odje\'bfd\'bfa\'e6 prosz\'b9ce d\'b3onie z kapeluszami, i ch\'f3rem zabrzmia\'b3a pro\'9cba o datek. "Soldo, soldo!" cho\'e6 uni\'bfenie, lecz z odcieniem lekkiej jakby gro\'9fby, rozlega\'b3o si\'ea doko\'b3a ustawicznie powtarzane na wszystkie tony.\par
+\f0\par
+\f1 - A to z\'b3odzieje!.. - mrukn\'b9\'b3 Dzier\'bfymirski; zmuszony jednak wyj\'b9\'e6 z kieszeni portmonetk\'ea, rzuci\'b3 tam i \'f3wdzie z humorem drobne monety.\par
+\f0\par
+\f1 Gondola ruszy\'b3a ju\'bf - p\'b3yn\'eali...\par
+\f0\par
+\f1 M\'b3od\'b9 kobiet\'ea zabawi\'b3a ta scena. Perlisty \'9cmieszek jej, weso\'b3y, rozlega\'b3 si\'ea woko\'b3o, gdy oto nagle, jakby czem\'9c zmro\'bfony, ucich\'b3. I Ola, obj\'b9wszy wzrokiem roztaczaj\'b9cy si\'ea przed ni\'b9 krajobraz, ruchem wdzi\'eacznym przytuli\'b3a si\'ea do m\'ea\'bfa.\par
+\f0\par
+\f1 - Jak tu czarno, Romanie, nieprawda\'bf? - szepn\'ea\'b3a.\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski, milcz\'b9c, opieku\'f1czo obj\'b9\'b3 ramieniem kibi\'e6 \'bfony i przycisn\'b9\'b3 j\'b9 mi\'eakko do piersi, rozejrzawszy si\'ea zarazem.\par
+\f0\par
+\f1 Rzeczywi\'9ccie, czarno tu by\'b3o.\par
+\f0\par
+\f1 Wenecya ju\'bf spa\'b3a. Sk\'b3\'eabione chmurami niebo odbija\'b3o si\'ea w m\'eatnej wodzie kana\'b3\'f3w i powleka\'b3o je kirem ciemno\'9cci, po kt\'f3rym tylko b\'b3\'eadnym ognikiem prze\'9cwieca\'b3o, wi\'b3o si\'ea czerwone \'9cwiate\'b3ko latarni, umieszczonej u spiczastego, z\'eabatego ko\'f1ca gondoli.\par
+\f0\par
+\f1 P\'b3yn\'eali przez Canale Grande*).\par
+[*) Po w\'b3osku : Kana\'b3 Wielki.]\par
+\f0\par
+\f1 Jak gdyby \'9cni\'b9c o swej dawnej pot\'eadze i chwale, woko\'b3o nich zadumane, ciche sta\'b3y wynio\'9cle rz\'eadem weneckie pa\'b3ace. W \'bfadnem oknie nie pali\'b3o si\'ea ju\'bf \'9cwiat\'b3o, otula\'b3o je milczenie zupe\'b3ne.\par
+\f0\par
+\f1 Gondola, ko\'b3ysz\'b9c si\'ea z lekka, unosz\'b9c co chwila swe przednie i tylne dzioby, p\'b3yn\'ea\'b3a spokojnie, z jednostajnym pluskiem wiose\'b3 i szmerem rozst\'eapuj\'b9cej si\'ea pod ni\'b9 fali.\par
+\f0\par
+Przytuleni do siebie,\f1 d\'b3u\'bfsz\'b9 chwil\'ea z ciekawo\'9cci\'b9 patrzyli Dzier\'bfymirscy woko\'b3o. Z ustek pierwszej Oli niebawem posypa\'b3y si\'ea rozliczne uwagi.\par
+\f0\par
+\f1 - Patrz, patrz, Romanie! - wo\'b3a\'b3a ona co chwila, wskazuj\'b9c z zaj\'eaciem na wznosz\'b9ce si\'ea zewsz\'b9d budowle.\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski potakiwa\'b3 \'bfonie, obja\'9cnia\'b3, i p\'f3\'b3g\'b3osem prowadzona swobodna pomi\'eadzy jad\'b9cymi rozmowa zbudzi\'b3a milczenie \'9cni\'b9ce - roznios\'b3a si\'ea echem wyra\'9fnem po grodzie weneckim, o tej porze tak bardzo cichym.\par
+\f0\par
+\f1 Tymczasem po obu stronach kana\'b3u kolejno przesuwa\'b3y si\'ea, jak w kalejdoskopie, cudne sw\'b9 archaiczn\'b9 struktur\'b9 pa\'b3ace.\par
+\f0\par
+\f1 A wi\'eac, najpi\'eakniejszy mo\'bfe z prywatnych siedzib Wenecyi, w\'b3asno\'9c\'e6 ksi\'b9\'bf\'b9t della Grazia, wychyla\'b3 si\'ea z cieni "Palazzo Vendramin-Calergi", z roku 1841 w stylu pocz\'b9tkowego odrodzenia; z nim s\'b9siadowa\'b3 skromny, si\'eagaj\'b9cy XV wieku, pa\'b3ac "Erizzo" - dalej zwraca\'b3 zn\'f3w uwag\'ea inny, z poz\'b3acanym niegdy\'9c frontem, do dzi\'9c dnia zwany "Ca Doro".\par
+\f0\par
+\f1 Opodal bardzo pi\'eakny wznosi\'b3 si\'ea majestatycznie dzisiejszy lombard miejski, pa\'b3ac "Corner della Regina", wzniesiony w r. 1724 na tem samem miejscu, gdzie ujrza\'b3a \'9cwiat kr\'f3lowa Cypru, wenecyanka, Katarzyna Cornaro.\par
+\f0\par
+\f1 Wkr\'f3tce, tu\'bf poza dzisiejsz\'b9 poczt\'b9 w Wenecyi, zajmuj\'b9c\'b9 dawniejszy niemiecki magazyn towar\'f3w "Fondaco de Tedeschi", zamajaczy\'b3 olbrzymi most "Ponte di Rialto", w kszta\'b3cie murowanego \'b3uku wzniesiony.\par
+\f0\par
+\f1 Wsun\'b9wszy si\'ea pod jego arkady, gondola Dzier\'bfymirskich cichutko prze\'9clizn\'ea\'b3a si\'ea tamt\'eady i skr\'eaci\'b3a wkr\'f3tce na lewo, w w\'b9zki kanalik, stanowi\'b9cy artery\'ea boczn\'b9 "Canale Grando". Szeroka ta\'9cma wielkiego kana\'b3u znik\'b3a wkr\'f3tce z oczu i jad\'b9ca barka, zag\'b3\'eabiaj\'b9c si\'ea coraz bardziej w szyj\'ea wodnej uliczki, wymija\'e6 pocz\'ea\'b3a coraz cia\'9cniejsze i w\'ea\'bfsze zau\'b3ki. \'8cciany dom\'f3w odrapane, ponure, sz\'b3y, zdawa\'b3o si\'ea, na p\'b3yn\'b9cych w gondoli, a \'9ccie\'9cniaj\'b9c si\'ea coraz bardziej, pragn\'ea\'b3y poch\'b3on\'b9\'e6, gubi\'e6 j\'b9 niejako w swym labiryncie.\par
+\f0\par
+\f1 Ciemno\'9cci nocne panowa\'b3y tu jeszcze wi\'eaksze. Gdzieniegdzie tylko l\'9cni\'b3a z\'f3\'b3tawo md\'b3ym \'9cwiat\'b3em latarnia - \'bfywego ducha za\'9c nigdzie dopatrze\'e6 si\'ea nie mo\'bfna by\'b3o.\par
+\f0\par
+\f1 Umilk\'b3a od paru minut Ola trwo\'bfnie przylgn\'ea\'b3a g\'b3\'f3wk\'b9 do r\f0 amienia Romana.\par
+\par
+\f1 - Brr! straszno tu jako\'9c... - szepn\'ea\'b3a.\par
+\f0\par
+\f1 - Nic, kochanie - odpar\'b3 Dzier\'bfymirski, musn\'b9wszy poca\'b3unkiem jej w\'b3osy - zaraz doje\'bfd\'bfamy. \par
+\f0\par
+\f1 Nieprawda\'bf, \'bfe ju\'bf blizko? - zwr\'f3ci\'b3 si\'ea do gondoliera \'b3amanem w\'b3oskiem narzeczem.\par
+\f0\par
+- Si, signore. - odp\f1 ar\'b3 \'bfywo zapytany, a nudz\'b9c si\'ea zna\'e6, bo z cudzoziemcem gaw\'eadzi\'e6 nie m\'f3g\'b3, zanuci\'b3 p\'f3\'b3g\'b3osem jak\'b9\'9c sm\'eatn\'b9 piosenk\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Ubrany ca\'b3kiem bia\'b3o, wahad\'b3owym ruchem przechylaj\'b9c si\'ea bezustannie przy wios\'b3owaniu w prawo i lewo, na tle otaczaj\'b9cych ciemno\'9cci, czyni\'b3 on wra\'bfenie fantastycznego zjawiska, g\'b3os za\'9c jego monotonny b\'b3\'b9ka\'b3 si\'ea po k\'b9tach i odbija\'b3 dziwnem echem o mury, oraz zakratowane okna w swym \'9cnie zakl\'eatych jakby dom\'f3w. Roman milcza\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 Ujmuj\'b9c d\'b3o\'f1 i tul\'b9c mi\'eakko w obj\'eaciu Ol\'ea, ws\'b3uchiwa\'b3 si\'ea w ten \'9cpiew jednostajny, mrukliwy, i dziwnego doznawa\'b3 wra\'bfenia. Zdawa\'b3o mu si\'ea mianowicie, \'bfe on nie do cywilizowanego, dzisiejszego, ale jakiego\'9c zb\'f3jeckiego z zamierzch\'b3ej przesz\'b3o\'9cci doje\'bfd\'bfa grodu; \'bfe ucieka, kryje si\'ea tu ze swym porwanym, czy te\'bf skradzionym \'b3upem... Oto z ciemnych zau\'b3k\'f3w i k\'b9t\'f3w \'9cpi\'b9cej Wenecyi wysuwaj\'b9 si\'ea po prostu jakby wyra\'9fne jakie\'9c cienie, mary, czy odbicie dawnych zbrodni, mordu i gwa\'b3t\'f3w, tak licznych w historyi krwawej tego dziwnego miasta...\par
+\f0\par
+- A \'f2el! *) - rozleg\f1\'b3 si\'ea nagle tu\'bf za Dzier\'bfymirskim krzykliwy g\'b3os gondoliera, i \'b3\'f3d\'9f jednocze\'9cnie zboczy\'b3a w zau\'b3ek ciemny.\par
+\f0 [*) Uwaga!]\par
+\par
+\f1 - Sia-stali! *) - przeci\'b9gle odpowiedzia\'b3 kto\'9c z innej gondoli.\par
+\f0 [*) Na prawo!]\par
+Roman i Ola spojrzeli ciekawie.\par
+\par
+\f1 W nadp\'b3ywaj\'b9cej weneckiej barce siedzia\'b3 m\'ea\'bfczyzna czarno ubrany, w bia\'b3ym kapeluszu, brunet, o ponurem wejrzeniu.\par
+\f0\par
+\f1 Gondola, otar\'b3szy si\'ea prawie o napotkan\'b9 \'b3\'f3dk\'ea, prze\'9clizn\'ea\'b3a si\'ea cicho - znowu byli sami.\par
+\f0\par
+\f1 - Patrz, tam si\'ea \'9cwieci, co si\'ea sta\'b3o?... - rzek\'b3a p\'f3\'b3g\'b3osem Ola, kr\'eac\'b9c g\'b3\'f3wk\'b9 i wskazuj\'b9c pi\'eatro jednego z dom\'f3w.\par
+\f0\par
+\f1 Roman spojrza\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 - A, rzeczywi\'9ccie - odpar\'b3 - przecie\'bf cho\'e6 jeden jaki\'9c znak \'bfycia...\par
+\f0\par
+\f1 Na brudn\'b9 wod\'ea kana\'b3u, porysowan\'b9 \'9ccian\'ea i ko\'b3ysz\'b9cy si\'ea kad\'b3ub pustej gondoli, przywi\'b9zanej u stopni marmurowych wielkich kutych drzwi, k\'b3ad\'b3o si\'ea cieniem przy\'e6mione czerwonawe \'9cwiat\'b3o, id\'b9ce z okna o\'9cwietlonej komnaty. Jednocze\'9cnie p\'b3yn\'ea\'b3y melodyjne, ciche akordy fortepianu, wydobywane zna\'e6 mi\'eakka kobiec\'b9 r\'b9czk\'b9. Wt\'f3rowa\'b3 im nie\'9cmia\'b3y brz\'eak mandoliny.\par
+\f0\par
+\f1 Rozp\'b3ywaj\'b9c si\'ea powoli, w milczeniu, muzyczne tony \'b3\'b9czy\'b3y si\'ea zgodnie co par\'ea minut ze \'9cpiewem, m\'easkim, silnym tenorem, i sz\'b3y ponad dachy, kana\'b3y, lecia\'b3y daleko, dr\'bf\'b9ce...\par
+\f0\par
+\f1 Poruszony muzyk\'b9 i \'9cpiewem, Dzier\'bfymirski silniej przycisn\'b9\'b3 do siebie Ol\'ea. Ws\'b3uchani w melody\'ea mi\'b3osnej pie\'9cni po\'b3udnia, zbli\'bfyli si\'ea oni instynktownie, a twarze ich, parte ku sobie, pochyli\'b3y si\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Poca\'b3unek gor\'b9cy z\'b3\'b9czy\'b3 usta m\'ea\'bfczyzny i kobiety; nie odrywaj\'b9c warg, w dreszczu wzajemnej rozkoszy, w\'9cr\'f3d deszczu spadaj\'b9cych, jak drobne krople rosy, d\'9fwi\'eak\'f3w - przep\'b3yn\'eali Dzier\'bfymirscy pod oknami domu. Coraz cichsze fale granej melodyi goni\'b3y ich, powodzi\'b9 zalewa\'b3y jeszcze czas jaki\'9c, a\'bf umilk\'b3y.\par
+\f0\par
+\f1 Gondola w tej samej w\'b3a\'9cnie chwili wjecha\'b3a na kana\'b3 \'9c-go Marka; plac tej\'bfe nazwy, gdzie w ca\'b3ej pe\'b3ni ogniskowa\'b3o si\'ea jeszcze \'bfycie miasta, zamigota\'b3 rz\'easi\'9ccie w oddali dziesi\'b9tkami niebieskawych i \'bf\'f3\'b3tych \'9cwiate\'b3 - przewo\'9fnik oznajmi\'b3 g\'b3o\'9cno podr\'f3\'bfnym, \'bfe s\'b9 ju\'bf na miejscu.\par
+\f0\par
+\f1 - Doje\'bfd\'bfamy, Oluniu! - poinformowa\'b3 Roman i z u\'9cmiechem wpatrzy\'b3 si\'ea nami\'eatnie i czule w twarz swej towarzysz\f0 ki.\par
+\par
+\f1 W ciemno\'9cciach nawet nocy, widoczny rumieniec obj\'b9\'b3 p\'b3omieniem twarz kobiety, i wzrok w zawstydzeniu spu\'9cci\'b3a przed pal\'b9cem spojrzeniem m\'ea\'bfczyzny, kt\'f3re zapewne swym blaskiem m\'f3wi\'b3o co\'9c nad wyraz \'9cmia\'b3ego.\par
+\f0\par
+\f1 W tej chwili w\'b3a\'9cnie przedni dzi\'f3b gondoli stukn\'b9\'b3 o marmurowe stopnie hotelowego balkonu, a w par\'ea minut p\'f3\'9fniej Roman i Ola znajdowali si\'ea ju\'bf w obszernym, o marmurowych \'9ccianach i posadzce pokoju, rozbrzmiewaj\'b9cym w ciszy st\'b3umionem, g\'b3uchem brz\'eaczeniem mustyk\'f3w.\par
+\f0\par
+\f1 Odprawiwszy natarczywego s\'b3ug\'ea, proponuj\'b9cego im przys\'b3a\'e6 natychmiast przewodnika, w celu obejrzenia powierzchownego na przechadzce placu San Marco, bazyliki i pa\'b3acu Do\'bf\'f3w -Dzier\'bfymirscy wkr\'f3tce pozostali zupe\'b3nie sami.....\par
+\f0\par
+\par
+\par
+\f1 W Wenecyi wsz\'eadzie pogas\'b3y ju\'bf \'9cwiat\'b3a. Noc zupe\'b3na, czarna, zawis\'b3a chwilowo nad grodem. Nie trwa\'b3o to jednak d\'b3ugo; stopniowo chmury na niebie rozst\'eapowa\'e6 si\'ea pocz\'ea\'b3y i r\'b9bek ksi\'ea\'bfyca nie\'9cmia\'b3o wychyli\'b3 si\'ea z poza nich.\par
+\f0\par
+\f1 Zamigota\'b3 na wie\'bfycach ko\'9ccio\'b3a \'9c-go Marka, z\'b3otawym br\'b9zie czterech rumak\'f3w, kr\'f3luj\'b9cych na szczycie tej katedry - musn\'b9\'b3 swym blaskiem \'9cciany pa\'b3acu Do\'bf\'f3w, a przeszed\'b3szy si\'ea po jego galeryach ponurych, zajrza\'b3 w zakratowane okna wisz\'b9cego mostu, \'b3\'b9cz\'b9cego pa\'b3ac z dawnem wi\'eazieniem, a znanego powszechnie pod nazw\'b9 "Mostu Westchnie\'f1".\par
+\f0\par
+Wyjrzawszy\f1 za\'9c ju\'bf odwa\'bfniej nieco, tr\'b9ci\'b3 srebrzysty l\'9cni\'b9c\'b9 tafl\'ea laguny, zadrga\'b3 sieci\'b9 \'9cwiat\'b3a na powierzchni w\'f3d, a niebieskaw\'b9 \'9ccie\'bfyn\'b9 dotkn\'b9wszy si\'ea ich pieszczotliwie, otworzy\'b3 nagle perspektyw\'ea dalek\'b9, hen! a\'bf ku Lido-na morze...\par
+\f0\par
+\f1 W niezam\'b9conej niczem ciszy, staro\'bfytne zegary licznych ko\'9ccielnych i klasztornych wie\'bfycach wybija\'e6 pocz\'ea\'b3y rytmicznie kt\'f3r\'b9\'9c godzin\'ea. Jedne z nich brzmia\'b3y basem, inne kwili\'b3y wiolinem, lub brz\'eacza\'b3y melodyjnie, \'b3\'b9cz\'b9c w sobie te dwa melodyjne klucze, a bij\'b9c w ten spos\'f3b, zdawa\'b3y si\'ea mierzy\'e6 w milczeniu chwile czyjego\'9c mo\'bfe szcz\'ea\'9ccia...\par
+\f0\par
+\f1 Niedyskretne, ciekawe, promienie ksi\'ea\'bfyca zaszkli\'b3y si\'ea jasnem \'9cwiat\'b3em na taflach szyb hotelowych, dawnego pa\'b3acu Dandolo. Zatrzyma\'b3y zda si\'ea d\'b3u\'bfej przy jednem oknie i pomkn\'ea\'b3y znowu oboj\'eatne \f0 w dal...\par
+\par
+\f1 A pos\'b9gowo u\'9cmiechni\'eate, wiecznie tak samo szerokie oblicze ksi\'ea\'bfyca nie zmieni\'b3o wcale wyrazu.\par
+\f0\par
+\f1 Bo c\'f3\'bf go zaiste, obchodzi\'e6 mog\'b3o tych dwoje ludzi, kt\'f3rzy przybyli a\'bf tutaj po u\'b3ud\'ea rozkoszy? C\'f3\'bf znaczy\'b3y dla\'f1 dwa serca, zrywaj\'b9ce wsp\'f3lnie kwiat mi\'b3o\'9cci i zapomnienia?\par
+\f0\par
+\f1 On, filozof, wszak w swem \'bfyciu prawiecznem widzia\'b3 podobnych zdarze\'f1 a\'bf nadto wiele; on zna\'b3 nico\'9c\'e6 tych chwil, umia\'b3 na pami\'ea\'e6 kochank\'f3w zakl\'eacia i ich nieraz s\'b3omiane zapa\'b3y, gasn\'b9ce za \'bfycia podmuchem - pod rzeczywisto\'9cci bezlitosn\'b9 r\'eak\'b9. Wiedzia\'b3 r\'f3wnie\'bf, \'bfe zapa\'b3y te same, odegrzane cz\'eastokro\'e6 i o\'bfy\'b3e, kiedy\'9c, w przysz\'b3o\'9cci, obosiecznem ci\'eaciem rani\'e6 mo\'bfe b\'ead\'b9 tych samych ludzi, skierowane do jednostek innych, zar\'f3wno \'b3akn\'b9cych uczucia i u\'bfycia...\par
+\f0\par
+Powiewna chmurka pieszczotli\f1 wie przytuli\'b3a si\'ea do twarzy ksi\'ea\'bfyca i przes\'b3oni\'b3a go leciutko, kaskada za\'9c miesi\'eacznych promieni, zblad\'b3szy, niepewnym, migotliwym blaskiem zala\'b3a u\'9cpion\'b9 Wenecy\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 W tej samej chwili dwie jakie\'9c postacie, zbli\'bfone do siebie, zamajaczy\'b3y poza tafl\'b9 jednego z okien hotelowych, i dwie g\'b3owy, dotykaj\'b9c si\'ea wzajemnie, zapatrzy\'b3y si\'ea we wdzi\'eaczny krajobraz laguny i morza, zamglonych chwilowo p\'f3\'b3\'9cwiat\'b3em, oraz cieniami ksi\'ea\'bfyca.\par
+\f0\par
+\f1 I postawszy tak d\'b3ug\'b9 chwil\'ea, jakby rozmarzone, znik\'b3y niebawem, splecione w u\'9ccisku, niezdolne napawa\'e6 si\'ea d\'b3ugo poza sob\'b9 niczem, nawet pi\'eaknem przyrody...\par
+\f0\par
+\f1 W \'9clad prawie zatem nasta\'b3a ciemno\'9c\'e6 nieprzejrzana i zapanowa\'b3a nad miastem pami\'b9tek.\par
+\f0\par
+---------\par
+\par
+\par
+\f1 Zadumany i jakby t\'easkny tuli\'b3 si\'ea zmierzch szary do \'9ccian kamienic wielkiego miasta, do witryn wspania\'b3ych sklep\'f3w jego, pe\'b3za\'b3 u podn\'f3\'bfy pomnik\'f3w, \'9cciera\'b3 kontury gmach\'f3w ko\'9ccio\'b3\'f3w - wszystko doko\'b3a pogr\'b9\'bfa\'b3 w mroki i cienie.\par
+\f0\par
+\f1 W wykwintnie umeblowanem swem pomieszkaniu siedzia\'b3a na fotelu Melania, marsza\'b3kowa Warnicka, rodzona siostra ojca dzisiejszej Oli Dzier\'bfymirskiej, a dotychczasowa od dzieci\'f1stwa prawie opiekunka tej ostatniej.\par
+\f0\par
+\f1 Przez otwarte okno, \'b3\'b9cznie z echami wielkomiejskiego gwaru, wciska\'b3 si\'ea tutaj wolno zmrok, a \'9cciemniaj\'b9c si\'ea stopniowo coraz bardziej, pocieszaj\'b9co jakby wyg\'b3adza\'e6 si\'ea stara\'b3 zmarszczone wysokie czo\'b3o wiekowej ju\'bf matrony, \'b3agodnie muska\'b3 jej siwe w\'b3osy, i zagl\'b9daj\'b9c jednocze\'9cnie nie\'9cmia\'b3o w oczy rozumne, wyra\'9fnie zdawa\'b3 si\'ea wsp\'f3\'b3czu\'e6 smutnemu jej zamy\'9cleniu.\par
+\f0\par
+\f1 Na ma\'b3ym stoliku przed marsza\'b3kow\'b9 le\'bfa\'b3 otwarty telegram. Opiewa\'b3 on za\'9c lakonicznie: "Przewidzenia s\'b3uszne. Ola ju\'bf po \'9clubie z Dzier\'bfymirskim. Przyje\'bfd\'bfam. \'a3ady\'bfy\'f1ski."\par
+\f0\par
+\f1 Ju\'bf mo\'bfe p\'f3\'b3 godziny po przeczytaniu powy\'bfszej wiadomo\'9cci, nieruchomo w swym fotelu siedzia\'b3a pani Melania.\par
+\f0\par
+Od trzech dni - to\f1 jest od czasu gdy Ola znikn\'ea\'b3a z domu swej ciotki, by wi\'eacej nie wr\'f3ci\'e6 - marsza\'b3kowa Warnicka z niepokoju postarza\'b3a si\'ea by\'b3a o lat co najmniej kilkana\'9ccie.\par
+\f0\par
+\f1 Pocz\'b9tkowo nie mog\'b3a zrozumie\'e6 post\'eapku swej siostrzenicy; tak dobrze by\'b3o jej u niej, mo\'bfe zatem powr\'f3ci ona lada chwila - niew\'b9tpliwie.\par
+\f0\par
+\f1 Musia\'b3a wyjecha\'e6 z miasta na par\'ea godzin, znaglona interesem wa\'bfnym... m\'f3wi\'b3a sobie, perswadowa\'b3a staruszka.\par
+\f0\par
+\f1 Nazajutrz jednak wieczorem, gdy \'bfadnej o Oli nie by\'b3o wie\'9cci, obawa kochaj\'b9cej dziewcz\'ea ciotki wzros\'b3a o ni\'b9 do tego stopnia, i\'bf my\'9cla\'b3a, \'bfe zwaryuje. Dom ca\'b3y by\'b3 przera\'bfony, latano, szukano rozpaczliwie nieobecnej po mie\'9ccie, na chybi\'b3 trafi\'b3 - wsz\'eadzie, oczekuj\'b9c zarazem z trwog\'b9 wisz\'b9cej zda si\'ea w powietrzu katastrofy - wiadomo\'9cci jakiej strasznej, o nieszcz\'ea\'9cciu, lub nawet o \'9cmierci.\par
+\f0\par
+\f1 Zbawc\'b9 pe\'b3nej niepokoju marsza\'b3kowej okaza\'b3 si\'ea w\'f3wczas Emil \'a3ady\'bfy\'f1ski, przyjaciel ca\'b3ego domu Gowartowskich, stary kawaler, sprytny wyga wielkomiejski, a poza tem cz\'b3owiek rozumny i bystry bardzo. Zebrawszy napr\'eadce wskaz\'f3wek tu i \'f3wdzie, wpad\'b3 od razu na trop w\'b3a\'9cciwy. Domys\'b3y jego by\'b3y trafne.\par
+\f0\par
+\f1 - A ja powiadam pani marsza\'b3kowej, \'bfe panna Ola u\'bfywa ju\'bf miodowych miesi\'eacy! M\'b3odo\'9c\'e6 nie \'bfartuje, gdy kocha... by\'b3y to ostatnie s\'b3owa jego i sprawdzi\'b3y si\'ea, niestety...\par
+\f0\par
+Przez s\f1 amego ojca panny, Januarego Gowartowskiego, pogardliwie odrzucony konkurent, inaczej poradzi\'b3 sobie.\par
+\f0\par
+\f1 Marsza\'b3kowa w zadumie westchn\'ea\'b3a cicho, ci\'ea\'bfkie bowiem, zaiste, czeka\'b3y j\'b9 niebawem przej\'9ccia. Brat jej, January, kt\'f3rego, o niczem jeszcze nie wiedz\'b9c, powiadomi\'b3a, wzywaj\'b9c go, natychmiast po znikni\'eaciu Oli, lada oto chwila nadjedzie...\par
+\f0\par
+\f1 C\'f3\'bf ona, na Boga, powie ub\'f3stwiaj\'b9cemu c\'f3rk\'ea ojcu, jak si\'ea potrafi wyt\'b3umaczy\'e6 przed nim ze wszystkiego? Wszak to na jej opiece pozostawi\'b3 on by\'b3, wyje\'bfd\'bfaj\'b9c, jedyne swe dzieci\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 Lecz czy\'bf mog\'b3a przewidzie\'e6 podobne rozwi\'b9zanie sprawy?\par
+\f0\par
+Przenigdy!...\par
+\par
+\f1 I marsza\'b3kowa Warnicka ni\'bfej jeszcze pochyli\'b3a na piersi g\'b3ow\'ea sw\'b9 siw\'b9, a czo\'b3o jej poora\'b3y zmarszczki, znacz\'b9c jakby \'9clad m\'eacz\'b9cych \'9ccigaj\'b9cych si\'ea my\'9cli.\par
+\f0\par
+\f1 - A j\'b9, Ol\'ea, to dzieci\'ea, kt\'f3re wesp\'f3\'b3 z bratem i ona kocha\'b3a ca\'b3\'b9 si\'b3\'b9 swej duszy, czy\'bf tak zn\'f3w dalece wini\'e6 mo\'bfna by\'b3o?... \par
+\f0\par
+Zapewne... \par
+\par
+\f1 Nie porzuca si\'ea od razu wszystkiego, nie ucieka chy\'b3kiem, cho\'e6by nawet w ramiona ukochanego m\'ea\'bfczyzny, gdy sprzeciwia si\'ea temu wo\f0 la rodzica, gdy...\par
+\par
+\f1 Pani Melania przetar\'b3a czo\'b3o pomarszczon\'b9 d\'b3oni\'b9. "M\'b3odo\'9c\'e6 nie \'bfartuje, gdy kocha!" zabrzmia\'b3y jej w uszach s\'b3owa Emila \'a3ady\'bfy\'f1skiego. Mia\'b3 s\'b3uszno\'9c\'e6...\par
+\f0\par
+\f1 I nagle, z pocz\'b9tku nieokre\'9clone, p\'f3\'9fniej coraz g\'b3o\'9cniejsze, \'9cmielsze, zakie\'b3kowa\'b3y w duszy staruszki wyrzuty sumienia. Bo czy\'bf doprawdy, Ola nieszcz\'ea\'9cliwa tak bardzo by\'b3a winna?... Mi\'b3o\'9c\'e6 oszo\'b3omi\'b3a j\'b9, porwa\'b3a, a reszty niew\'b9tpliwie dokona\'b3o wychowanie m\'b3odej panny, kapry\'9cnej pieszczotki ojca, ulubienicy r\'f3wnie\'bf jej, marsza\'b3kowej, zawsze dla\'f1 pob\'b3a\'bfliwej i s\'b3abej.\par
+\f0\par
+\f1 I pani Melania zn\'f3w zadawa\'b3a sobie dalej w my\'9cli pytania...\par
+\f0\par
+\f1 - Czy Ola posiada\'b3a w duszy swej to, coby j\'b9 od pope\'b3nionego kroku wstrzyma\'e6 mog\'b3o? Czy wpajano w ni\'b9 te zasady m\'b3odych, takie na przyk\'b3ad, jakiemi j\'b9 karmiono lat temu wiele, w kt\'f3rych pokolenie jej podobnych wyros\'b3o?... Marsza\'b3kowa w zadumie spu\'9cci\'b3a nisko g\'b3ow\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 - Nie, nie! - odpowiada\'b3o co\'9c skrycie na dnie jej duszy.\par
+\f0\par
+\f1 Ola zasad takich nie mia\'b3a, a z czyjej\'bfe to by\'b3o winy?\par
+\f0\par
+Najprz\'f3d, naturalnie, ojca, Januarego,\f1 lecz nast\'eapnie i jej przecie, zast\'eapuj\'b9c\'b9 Oli odesz\'b3\'b9 z tej ziemi matk\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 I z szar\'b9 godzin\'b9, coraz bardziej rozgaszczaj\'b9 si\'ea po buduarze - z mrokiem, pe\'b3nym cichej melancholii lipcowego wieczora, wkradaj\'b9ce si\'ea do duszy marsza\'b3kowej wyrzuty pot\'ea\'bfnia\'b3y, ros\'b3y... Samokrytyka za\'9c w\'b3asnego post\'eapowania zgry\'9fliwie szarpa\'e6 pocz\'ea\'b3a jej m\'f3zg, coraz to nowemi pytaniami j\'b9 zasypuj\'b9c:\par
+\f0\par
+\f1 - Czy stara\'b3a\'9c si\'ea wnikn\'b9\'e6 do duszy m\'b3odego dziewcz\'eacia, a potem, zbadawszy j\'b9, formowa\'e6 i ukszta\'b3ca\'e6? - m\'f3wi\'b3a ona. - Czy wtedy - pyta\'b3a dalej - gdy po niewinnem dzieci\'f1stwie i m\'b3odocianych leciech po raz pierwszy wst\'b9pi\'b3a Ola, ju\'bf jako doros\'b3a panna, na \'9clisk\'b9 aren\'ea salon\'f3w i \'9cwiatowego \'bfycia, da\'b3a\'9c ty jej, pr\'f3cz wskaz\'f3wek powierzchownych, banalnych, jakie przestrogi inne, g\'b3\'eabszej, powa\'bfniejszej natury?...\par
+\f0\par
+\f1 A p\'f3\'9fniej - gdy rozbawiona, rozmarzona zabaw\'b9, flirtami i ta\'f1cem, z pobudzonymi zmys\'b3ami i wyobra\'9fni\'b9, wraca\'b3a ona do domu z towarzyskich bal\'f3w i zebra\'f1 - czy zastanowili\'9ccie si\'ea wy kiedy\'9c, ty i brat tw\'f3j, January nad tem, co przechodzi\'b3o tam przez ow\'b9 m\'b3od\'b9 g\'b3\'f3wk\'ea, co zapala\'b3o wyobra\'9fni\'ea jej i w bezsennych nocach mo\'bfe marzeniem u\'b3udnem na skrzyd\'b3ach niezdrowych fantazyj nie pozwala\'b3o zamkn\'b9\'e6 \'9frenic do snu cichego?...\par
+\f0\par
+\f1 Uczynili\'9ccie wy to wszystko? Zast\'b9pili\'9ccie\'bf dziewcz\'eaciu temu matk\'ea, wykonywuj\'b9c wsp\'f3lnie ten na\'b3o\'bfony na was obowi\'b9zek, z t\'b9 konieczn\'b9 drobiazgowo\'9cci\'b9, z kt\'f3r\'b9 w istocie cz\'eastokro\'e6 nie rachuj\'b9 si\'ea rodzicielki same?...\par
+\f0\par
+\f1 Oblicze zadumanej marsza\'b3kowej wyra\'bfa\'b3o teraz ciche cierpienie, \'bfal jakby i skruch\'ea, w tym bowiem wewn\'eatrznym, milcz\'b9cym rachunku sumienia coraz ci\'ea\'bfsze odczuwa\'b3a winy po swojej i brata stronie.\par
+\f0\par
+\f1 A raz poruszone sumienie zn\'f3w pyta\'b3o dalej nielito\'9cciwie: - Czy pochwyci\'b3a\'9c ty r\'f3wnie\'bf te chwile, gdy do krysztalnej m\'b3odej dot\'b9d jeszcze duszy zapuka\'b3a mi\'b3o\'9c\'e6, wkrad\'b3a si\'ea tam, i rozkwit\'b3a bujnie? Czuwa\'b3a\'bfe\'9c razem z ojcem Oli nad sercem swej pieszczotki? Rozumnem s\'b3owem, uwag\'b9 g\'b3\'eabok\'b9, kszta\'b3cili\'9ccie\'bf je? hodowali, strzeg\'b9c to serce, niby kwiat cieplarniany, od temperatury niezdrowej? My\'9cleli\'9ccie\'bf wy o tem, i\'bf tam, zamiast skromnego, pi\'eaknego p\'b9czka, o barwie \'b3agodnej, mo\'bfe wzro\'9c\'e6 ukrycie i bezkszta\'b3tn\'b9 zaja\'9cnie\'e6 purpur\'b9 kwiat nami\'eatno\'9cci cichy, wszystko doko\'b3a dusz\'b9cy sw\'b9 woni\'b9?..\par
+\f0\par
+\f1 Czy uczynili\'9ccie wy to wszystko? - powt\'f3rnie, jako konkluzya w\'b9tpliwo\'9cci wszelkich, szarpn\'ea\'b3o pytanie ostatnie dusz\'b9 marsza\'b3kowej.\par
+\f0\par
+\f1 Przygn\'eabiona opar\'b3a znu\'bfon\'b9 g\'b3ow\'ea o poduszk\'ea staro\'9cwieckiego mebla.\par
+\f0\par
+\f1 Odpowiedzie\'e6 nie mog\'b3a obron\'b9 na zarzuty, powsta\'b3e w jej my\'9clach za podszeptem sumienia - milcza\'b3a zatem.\par
+\f0\par
+- Nie! - szyderczo odpowiedzia\f1\'b3 z kolei rozum!... Wypie\'9ccili\'9ccie tylko ulubione swe dziecko, nie odmawiali\'9ccie mu niczego - osypywali\'9ccie wszystkiem, czego zapragn\'ea\'b3o, znosz\'b9c nawet kaprysy, zachcianki i urojenia; ust\'eapuj\'b9c woli, kt\'f3r\'b9 rozumnie powinni\'9ccie byli kszta\'b3ci\'e6; s\'b3uchaj\'b9c - a nie rozkazuj\'b9c!\par
+\f0\par
+\f1 - O, wy! wychowawcy m\'b3odego pokolenia, jak\'bfe daleko jeste\'9ccie od powinno\'9cci swoich!.. za\'9cmia\'b3 si\'ea w ko\'f1cu rozum z gorycz\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 Marsza\'b3kowa Warnicka, nie ruszaj\'b9c si\'ea z miejsca, przymkn\'ea\'b3a powieki, chwil\'ea d\'b3u\'bfsz\'b9 w jednej i tej samej zostawszy pozycyi, wreszcie wsta\'b3a oci\'ea\'bfale z miejsca swego i powoli zbli\'bfy\'b3a si\'ea ku oknu. \par
+\f0\par
+\f1 Zapalono ju\'bf latarnie w mie\'9ccie. Po szerokich - trotuarach pierwszorz\'eadnej ulicy snu\'b3y si\'ea t\'b3umy. Pani Melania wpatrzy\'b3a si\'ea w nie, a w jej my\'9clach jednocze\'9cnie szumia\'b3o: \f0\par
+\par
+\f1 - Uderz si\'ea w piersi!... Mea culpa, mea culpa! - bo\'9c winna, bardzo winna! \par
+\f0\par
+\f1 Zamigota\'b3, zab\'b3ys\'b3 snopem promieni i iskier mi\'b3o\'9cci p\'b3omyk, i dziewczyna wyci\'b9gn\'ea\'b3a ku niemu pragn\'b9ce ramiona, jak \'b3\'f3d\'9f bez steru na morzu rozhukanem - dziewczyna, kt\'f3r\'b9 wychowa\'b3a\'9c - zdeptawszy uczucia drogich sobie os\'f3b, nie ogl\'b9daj\'b9c si\'ea nawet za ich b\'b3ogos\'b3awie\'f1stwem! \par
+\f0\par
+\f1 - Zbieracie, co\'9ccie zasiali! - g\'b3os jaki\'9c w uszach marsza\'b3kowej rozbrzmiewa\'b3 i r\'f3s\'b3, pe\'b3en pot\'eagi. \par
+\f0\par
+\f1 Nagle staruszka cofn\'ea\'b3a si\'ea wstecz ca\'b3em cia\'b3em i drgn\'ea\'b3a nerwowo. W ciszy apartament\'f3w rozleg\'b3 si\'ea w tej chwili pokilkakro\'e6 silnie dzwonek. \par
+\f0\par
+\f1 To by\'b3 January Gowartowski. Marsza\'b3kowa przeczuciem ju\'bf zgadywa\'b3a przybycie brata, a przetar\'b3szy czo\'b3o r\'eak\'b9, z g\'b3\'eabokiem westchnieniem odst\'b9pi\'b3a od okna.\par
+\f0\par
+\par
+\f1 W s\'b9siednim salonie, na odg\'b3os dzwonka, zapala\'b3 w\'b3a\'9cnie ma\'b3y lokajczyk \'9cwiat\'b3o, w przedpokoju rozbiera\'b3 si\'ea kto\'9c i rozmawia\'b3 ze s\'b3u\'bf\'b9cym. \par
+\f0\par
+\f1 Pani Melania, ws\'b3uchawszy si\'ea pilnie, pozna\'b3a g\'b3os brata. Wysi\'b3kiem woli rozpogodziwszy, jak umia\'b3a, oblicze, przest\'b9pi\'b3a pr\'f3g buduaru, i wesz\'b3a powolnym krokiem do salonu. W tej samej chwili we drzwiach ukaza\'b3 si\'ea przyby\'b3y. \par
+\f0\par
+\f1 By\'b3 to m\'ea\'bfczyzna, lat ko\'b3o sze\'9c\'e6dziesi\'eaciu mo\'bfe, chudy, wysoki, i pomimo wieku, trzymaj\'b9cy si\'ea jeszcze bardzo prosto, oraz gibki, jak trzcina, o wygl\'b9dzie i uk\'b3adzie delikatnym, zr\'eacznym i dystyngowanym. Twarz January Gowartowski mia\'b3 wygolon\'b9 starannie, g\'b3ow\'ea pi\'eakn\'b9, z przypr\'f3szonym nieco w\'b3osem, a w\'b9s sumiasty, bia\'b3y, okala\'b3 mu wargi, wygi\'eate nieco dumnie - oblicze za\'9c jego, nacechowane jakby wyrazem wynios\'b3o\'9cci, nerwowe, zmienne, znamionowa\'b3o cz\'b3owieka, na. pierwszy rzut oka, nader wra\'bfliwego i uczuciowego mo\'bfe nad miar\'ea. \par
+\f0\par
+\f1 Ujrzawszy siostr\'ea, podbieg\'b3 ku niej szybko i z\'b3o\'bfy\'b3 w milczeniu na jej r\'eace pe\'b3en uszanowania poca\'b3unek. Przytem spojrzenie Gowartowskiego spocz\'ea\'b3o na jej twarzy pytaj\'b9co, i dopiero po przelotnej chwili oczekiwania jakby, widz\'b9c marsza\'b3kow\'b9 nieco zmieszan\'b9, odezwa\'b3 si\'ea pierwszy:\par
+\f0\par
+\f1 - Odebra\'b3em telegram tw\'f3j, pani siostro, niepok\'f3j przygna\'b3 mi\'ea tu natychmiast... Ola wyjecha\'b3a podobno, gdzie? po co? na co?.. Czy tylko jej co z\'b3ego si\'ea nie sta\'b3o? mo\'bfe ona chora, gro\'9fnie, bro\'f1 Bo\'bfe?.. Powiedz, Melanio, szczer\'b9 prawd\'ea, m\'f3w pr\'eadzej, bo wytrzyma\'e6 z niepokoju nie mog\'ea!.. - dr\'bf\'b9co wym\'f3wi\'b3 pan January s\'b3owa ostatnie, z akcentem pro\'9cby, g\'b3osem pe\'b3nym obawy, i z trosk\'b9 na wyrazistej twarzy czeka\'b3 na odpowied\'9f. \par
+\f0\par
+\f1 Tymczasem zmieszanie marsza\'b3kowej ros\'b3o. Unikaj\'b9c spojrzenia brata, rzek\'b3a: \par
+\f0\par
+\f1 - Ale\'bf uspok\'f3j si\'ea, m\'f3j drogi, c\'f3\'bf znowu?.. Upewniam ci\'ea, i\'bf Ola najzdrowsza si\'ea czuje i \'bfe zgo\'b3a nic z\'b3ego jej nie grozi.\f0 .. \par
+\par
+\f1 Twarz Gowartowskiego natychmiast rozpogodzi\'b3a si\'ea i westchnienie ulgi podnios\'b3o pier\'9c jego, odczu\'b3 bowiem szczero\'9c\'e6 w s\'b3owach siostry. \par
+\f0\par
+\f1 Rzuciwszy opodal kapelusz i podr\'f3\'bfna torebk\'ea, usiad\'b3 wygodnie na fotelu i spokojnym ju\'bf zupe\'b3nie g\'b3osem zapyta\'b3: \par
+\f0\par
+\f1 - No, wi\'eac c\'f3\'bf, na Boga, sta\'b3o si\'ea z Ol\'b9? wyjecha\'b3a - dok\'b9d?... \par
+\f0\par
+\f1 - Zm\'eaczonym pewnie jeste\'9c i g\'b3odnym - przerwa\'b3a bratu Melania - mo\'bfe kaza\'e6 da\'e6 ci herbaty, przek\'b9ski?... - i m\'f3wi\'b9c to, przycisn\'ea\'b3a guzik elektrycznego dzwonka. \par
+\f0\par
+\f1 - Ale\'bf, ma ch\f0\'e8re, - \f1\'bfachn\'b9\'b3 si\'ea troch\'ea niecierpliwie Gowartowski - to wszystko zrobimy p\'f3\'9fniej, po c\'f3\'bf te ze mn\'b9 ceremonie; co ci si\'ea dzisiaj sta\'b3o, taka nienaturalna jaka\'9c jeste\'9c? - zatrzyma\'b3 si\'ea pan January i spojrza\'b3 siostrze badawczo w oczy.\par
+\f0\par
+\f1 - Nakarmisz mnie potem - dorzuci\'b3 po chwili, z u\'9cmiechem - lecz opowiedz mi najprz\'f3d, co si\'ea tutaj sta\'b3o?... \par
+\f0\par
+\f1 Marsza\'b3kowa i na to nic zupe\'b3nie nie odpowiedzia\'b3a, bo w tej w\'b3a\'9cnie chwili na progu salonu ukaza\'b3 si\'ea przywo\'b3any lokaj. Wszystko, co dot\'b9d czyni\'b3a, mia\'b3o za cel zyska\'e6 tylko na czasie, po prostu bowiem nie wiedzia\'b3a, w jaki spos\'f3b poda\'e6 bratu smutn\'b9 i wstrz\'b9saj\'b9c\'b9 odpowied\'9f i w jakiej uczyni\'e6 to formie. Zwr\'f3ci\'b3a si\'ea do s\'b3u\'bf\'b9cego. \par
+\f0\par
+\f1 - Zapal lamp\'ea w buduarze, a gdyby kto tam przyszed\'b3, to powiedz, \'bfem cierpi\'b9ca, i nie przyjmuj\'ea... \par
+\f0\par
+\f1 - Wszak prawda - z kolei pytaj\'b9co na poz\'f3r skierowa\'b3a si\'ea do brata - i ty zapewne nie masz dzi\'9c ochoty widzie\'e6 go\'9cci?... \par
+\f0\par
+\f1 Za ca\'b3\'b9 odpowied\'9f Gowartowski wzruszy\'b3 z lekka ramionami, jednocze\'9cnie jednak z pod oka kilkakrotnie spojrza\'b3 na siostr\'ea, a z twarzy jego pierzch\'b3a pogoda. \par
+\f0\par
+\f1 Co\'9c poza kulisami dzia\'b3o si\'ea w tym domu niedobrego, czul to pan January nerwami, wi\'eac czo\'b3o zas\'eapi\'b3o mu si\'ea i brwi przelotnie zmarszczy\'b3y. Powsta\'b3 gor\'b9czkowo z siedzenia, nieobecny my\'9cl\'b9, szukaj\'b9cy zagadki, nie rozumiej\'b9c s\'b3\'f3w siostry, znajduj\'b9cej si\'ea ju\'bf w o\'9cwietlonym buduarze i m\'f3wi\'b9cej co\'9c do niego.\par
+\f0\par
+\f1 - Co m\'f3wisz? nie s\'b3ysz\'ea... - rzuci\'b3 po chwili. - Mo\'bfe tu przejdziesz, b\'eadzie nam wygodniej rozmawia\'e6... - powt\'f3rzy\'b3a g\'b3o\'9cniej tym razem marsza\'b3kowa. \par
+\f0\par
+\f1 Gowartowski pos\'b3usznie podszed\'b3 ku drzwiom i przest\'b9pi\'b3 pr\'f3g buduaru. \par
+\f0\par
+\f1 Zamknij drzwi za sob\'b9, m\'f3j kochany, i siadaj, prosz\'ea ci\'ea! - bezd\'9fwi\'eacznym g\'b3osem odezwa\'b3a si\'ea pani Melania, sama za\'9c skierowa\'b3a si\'ea, by przymkn\'b9\'e6 drzwi do pokoju jeszcze jedne. \par
+\f0\par
+\f1 Pan January tymczasem usiad\'b3 i ze wzrastaj\'b9cym coraz bardziej niepokojem \'9cledzi\'b3 ruchy swej siostry. Teraz by\'b3 ju\'bf pewnym, \'bfe czeka go co\'9c niezwyk\'b3ego, i z\'b3ego, tak bowiem ostro\'bfnej i dziwnie post\'eapuj\'b9cej siostry dawno ju\'bf nie ogl\'b9da\'b3. \par
+\f0\par
+\f1 Marsza\'b3kowa zbli\'bfa\'b3a si\'ea w\'b3a\'9cnie ku niemu, a usadowiwszy si\'ea obok, na kanapie, uj\'ea\'b3a w obie d\'b3onie r\'eace brata. Postanowi\'b3a w my\'9cli zaraz od razu przeci\'b9\'e6 dra\'bfni\'b9ce p\'eata wst\'eapnej rozmowy, rzek\'b3a zatem \'b3agodnie i serdecznie, wpatrzywszy si\'ea rozumnemi i dobremi oczami w twarz brata. \par
+\f0\par
+- Przyrzeknij mi przede wsz\f1 ystkiem, m\'f3j drogi, \'bfe nie zanadto zmartwisz si\'ea tem, co ci powiem, i zniesiesz wiadomo\'9c\'e6 bardzo smutn\'b9, co ci zakomunikowa\'e6 musz\'ea - prawdziwie po m\'easku... \par
+\f0\par
+\f1 - Ale\'bf dobrze, dobrze, moja kochana... Lecz powiedz-\'bfe mi nareszcie, o co chodzi, bo siedz\'ea, jak na roz\'bfarzonych w\'eaglach, i po g\'b3owie lataj\'b9 mi wprost niemo\'bfliwe przypuszczenia!.. M\'f3w pr\'eadzej, b\'b3agam - c\'f3\'bf z Ol\'b9 si\'ea sta\'b3o?.. - wybuchn\'b9\'b3 Gowartowski, ostatnie za\'9c s\'b3owa jego drga\'b3y wym\'f3wk\'b9 i pro\'9cb\'b9. \par
+\f0\par
+\f1 Wyraz wsp\'f3\'b3czucia przemkn\'b9\'b3 po twarzy matrony siwej, i obj\'b9wszy r\'eakami g\'b3ow\'ea brata, uca\'b3owa\'b3a j\'b9 czule. \par
+\f0\par
+\f1 - Ola... ju\'bf po \'9clubie... - rzek\'b3a r\'f3wnocze\'9cnie szeptem. \par
+\f0\par
+\f1 Gowartowski, jak podrzucony, zerwa\'b3 si\'ea z fotelu, i wzrokiem b\'b3\'eadnym na marsza\'b3kow\'b9 spojrza\'b3. - Kiedy? jak? co? gdzie? - wykrzykn\'b9\'b3 w pierwszej chwili. - To by\'e6 nie mo\'bfe!... - dorzuci\'b3 i urwa\'b3... Wpatrzywszy si\'ea bowiem uwa\'bfniej w twarz siostry, pozna\'b3, i\'bf ona m\'f3wi prawd\'ea, po chwili j\'eakn\'b9\'b3 wi\'eac tylko cicho: \par
+\f0\par
+\f1 - Z kim?... i ca\'b3y, zdawa\'b3o si\'ea, zawis\'b3 na ustach pani Melanii... G\'b3os zadr\'bfa\'b3 marsza\'b3kowej, gdy, jak mog\'b3a najspokojniej, panuj\'b9c nad w\'b3asnem wzruszeniem, odpowiedzia\'b3a wolno: \par
+\f0\par
+\f1 - Z Romanem Dzier\'bfymirskim... \par
+\f0\par
+\f1 - Z Dzier\'bfymirskim... z tym ho\'b3yszem... synem tej... tej W\'b3oszki, \'9cpiewaczki!... - g\'b3os za\'b3ama\'b3 si\'ea panu Januaremu, i schwyci\'b3 si\'ea on obiema r\'eakami za g\'b3ow\'ea. - I bez... bez... - tu g\'b3os Gowartowskiego przeszed\'b3 w chrypk\'ea, sna\'e6 wstrz\'b9saj\'b9ca nowina zatamowa\'b3a mu dech w piersiach - bez mego... pozwolenia... b\'b3ogos\'b3awie\'f1stwa!... - wykrztusi\'b3; doko\'f1czy\'b3 nareszcie, z b\'f3lem i gniewem... Twarz przytem zn\'eakanego otrzyman\'b9 wiadomo\'9cci\'b9 ojca, dot\'b9d blada bardzo, zakwit\'b3a nagle ceglastym rumie\'f1cem, nogi za\'9c widocznie zachwia\'b3y si\'ea pod nim, gdy\'bf ci\'ea\'bfko, bezsilnie, upad\'b3 na pobliski g\'b3\'eaboki fotel. \f0\par
+\par
+\f1 Powt\'f3rnie, z macierzy\'f1sk\'b9 i\'9ccie troskliwo\'9cci\'b9, obj\'ea\'b3a g\'b3ow\'ea stroskanego brata marsza\'b3kowa Warnicka, jakby ta czu\'b3a pieszczota siostrzana ukoi\'e6 pragn\'ea\'b3a, cho\'e6 chwilowo, cios, przed chwil\'b9 s\'b3owami przez ni\'b9 zadany. \par
+\f0\par
+\f1 Lecz Gowartowski odtr\'b9ci\'b3 j\'b9 prawie \'bfe brutalnie, niepomny niczego, a chwyciwszy w d\'b3oni r\'eak\'ea siostry, przem\'f3wi\'b3 zapalczywie, urywanym g\'b3osem. \par
+\f0\par
+\f1 - Jak to? I ty, Melanio, pozwoli\'b3a\'9c na to? ty, na opiece kt\'f3rej, niby matki rodzonej, zostawi\'b3em moje dzieci\'ea? Ty da\'b3a\'9c zezwolenie, nie zawiadomiwszy mnie o niczem? \par
+\f0\par
+I pan January ponownie z miejsca swego s\f1 i\'ea zerwa\'b3, i wykrzykn\'b9\'b3 wzburzony: \par
+\f0\par
+\f1 - Wiedz\'b9c, \'bfe temu m\'b3okosowi, awanturnikowi odm\'f3wi\'b3em dawniej, naumy\'9clnie usypiali\'9ccie czujno\'9c\'e6 moj\'b9, by mnie podej\'9c\'e6, oszuka\'e6, i my\'9cleli\'9ccie mo\'bfe, i\'bf ja to przyjm\'ea post factum, "tak sobie!" \par
+\f0\par
+\f1 - Ale\'bf zmi\'b3uj si\'ea, uspok\'f3j ! - pospiesznie przerwa\'b3a marsza\'b3kowa. - Nic jeszcze nie wiesz dok\'b3adnie, a ju\'bf obwiniasz innych na chybi\'b3-trafi\'b3. Prosz\'ea ci\'ea, bardzo prosz\'ea, cierpliwo\'9cci troch\'ea, spokoju, a\'bf opowiem ci wszystko, - doda\'b3a b\'b3agalnie. \par
+\f0\par
+\f1 Pan January mimo woli ucich\'b3 i spojrza\'b3 pytaj\'b9co na siostr\'ea. \par
+\f0\par
+\f1 - Serce-\'bf ty moje, pos\'b3uchaj, a nie martw si\'ea tak okrutnie - dr\'bf\'b9cym od wzruszenia g\'b3osem, ze wsp\'f3\'b3czuciem, przem\'f3wi\'b3a znowu pani Melania, w nag\'b3em rozczuleniu zatr\'b9caj\'b9c przytem wyra\'9fnie rodzonym ukrai\'f1skim akcentem, od kt\'f3rego odzwyczai\'b3a si\'ea by\'b3a sw\'b9 ci\'b9g\'b3\'b9 bytno\'9cci\'b9 w mie\'9ccie. - Pos\'b3uchaj, jak si\'ea rzecz mia\'b3a - zacz\'ea\'b3a marsza\'b3kowa, i ci\'b9gn\'ea\'b3a tak dalej : - Przede wszystkiem, kiedy ju\'bf tak bole\'9cnie dotkn\'b9\'b3e\'9c mi\'ea przypuszczeniem, \'bfe by\'b3am w zmowie przeciwko tobie, wyt\'b3umaczy\'e6 si\'ea winnam... Tak nie by\'b3o wcale, jak s\'b9dzisz; przeciwnie do ostatniej chwili ja o niczem zgo\'b3a nie wiedzia\'b3am... \par
+\f0\par
+\f1 Jak to? - przerwa\'b3 siostrze zdumiony Gowartowski. \par
+\f0\par
+\f1 - Tak, serce, tak, Januarku, ja nic zupe\'b3nie nie wiedzia\'b3am - powt\'f3rzy\'b3a marsza\'b3kowa, z widocznym \'bfalem w g\'b3osie - a dlaczego? Dlatego, \'bfe oni poradzili sobie bez nas... Roman porwa\'b3 Ol\'ea i natychmiast wyjechali razem za granic\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 I pani Melania umilk\'b3a, wszystko najgorsze ju\'bf by\'b3o bratu wiadomem. Pod nowym ciosem pochyli\'b3a si\'ea g\'b3owa m\'ea\'bfczyzny, i odbi\'b3o si\'ea na niej jeszcze bole\'9cniejsze cierpienie.\par
+\f0\par
+\f1 - Olu!... Olu!... dziecko moje!.. Jak\'bfe zawiod\'b3em si\'ea na, tobie! - z ci\'ea\'bfkiem westchnieniem wymkn\'ea\'b3o si\'ea z ust biednego ojca.\par
+\f0\par
+\f1 Marsza\'b3kowa spogl\'b9da\'b3a wzruszona na brata. Gniewu jego nie ba\'b3a si\'ea ona; uniesienie przechodzi. Lecz czego l\'eaka\'b3a si\'ea dot\'b9d najbardziej, to tej rany w\'b3a\'9cnie, zadanej kochaj\'b9cemu sercu ojcowskiemu przez c\'f3rk\'ea, depcz\'b9c\'b9 przywi\'b9zanie do niej silne i bez upami\'eatania - dla u\'b3udnej fatamorgany zmys\'b3owych rozkoszy, dla mi\'b3o\'9cci kwiat\'f3w i pon\'eat...\par
+\f0\par
+\f1 Pan January, z g\'b3ow\'b9 na piersi schylon\'b9, milcza\'b3 teraz, ukrywszy twarz w d\'b3onie. Ze wzrastaj\'b9cem coraz bardziej wsp\'f3\'b3czuciem patrzy\'b3a wci\'b9\'bf pani Melania na brata i my\'9cla\'b3a: \par
+\f0\par
+\f1 - 0, dzieci, dzieci, pokolenia m\'b3ode, jak\'bfe wy cz\'easto i okrutnie ranicie serca starych! Przywi\'b9zuje si\'ea ich jesie\'f1 smutna do waszych wiosen, pe\'b3nych wesela, a wy, jak te ptaki, szukaj\'b9ce wci\'b9\'bf ciep\'b3a i s\'b3o\'f1ca, lekkomy\'9clnie rzucacie te serca, tratujecie mi\'b3o\'9c\'e6, zaparcia siebie pe\'b3n\'b9, a pogardzaj\'b9c dogasaj\'b9cemi, popielej\'b9cemi iskrami - szukacie, garniecie si\'ea do ognia, do m\'b3odych!.. \par
+\f0\par
+\f1 Przecie\'bf i dla mnie pieszczotka Ola by\'b3a dot\'b9d wszystkiem, lube dzieci\'ea! \par
+\f0\par
+\f1 Tak, lecz od genezy uczucia jej i brata nie bi\'b3o s\'b3o\'f1ce mi\'b3o\'9cci m\'b3odej, ptaszyna zerwa\'b3a jedwabne p\'eata przywi\'b9za\'f1 domowych, bo w mroki cichych, dotychczasowych jej uczu\'e6, do serduszka dziewcz\'eacego, wdar\'b3 si\'ea promienisty blask pot\'ea\'bfniejszy, silniejszy! Zwyk\'b3a kolej rzeczy tego \'9cwiata... \par
+\f0\par
+\f1 Chc\'b9c przerwa\'e6 milczenie, pe\'b3ne dla obojga rozmy\'9cla\'f1 przykrych, pani Melania pocz\'ea\'b3a m\'f3wi\'e6 znowu przyciszonym g\'b3osem: \par
+\f0\par
+\f1 - Podzi\'eakujmy Bogu jeszcze, m\'f3j drogi January, \'bfe \'9clubem sko\'f1czy\'b3o si\'ea to wszystko. Teraz z wol\'b9 Bo\'bf\'b9 pogodzi\'e6 si\'ea nale\'bfy, i z przeznaczeniem, to trudno... - ci\'b9gn\'ea\'b3a dalej, widz\'b9c, \'bfe na jej s\'b3owa wyrwany z g\'b3\'eabokiej zadumy brat podni\'f3s\'b3 g\'b3ow\'ea i s\'b3ucha - Nie uwierzysz, ile ja przecierpia\'b3am, nim doniesiono mi o tem, \'bfe oni gdzie\'9c w pobli\'bfu austryackiej granicy, w jakiej\'9c tam wioszczynie \'9club wzi\'eali. \par
+\f0\par
+\f1 - Zk\'b9d\'bfe masz t\'ea wiadomo\'9c\'e6? - z\'b3amanym i cichym g\'b3osem spyta\'b3 Gowartowski.\f0\par
+\par
+\f1 - Marsza\'b3kowa ze smutkiem spojrza\'b3a na brata. Serce zabola\'b3o j\'b9, jak\'bfe bowiem innym, odmiennym ca\'b3kiem, sta\'b3 si\'ea on nagle teraz, po odebraniu wiadomo\'9cci, tak dla\'f1 wszechstronnie bolesnej. Powoli, mi\'eakko, opowiada\'e6 mu ona pocz\'ea\'b3a stopniowo wszystko.\par
+\f0\par
+A wi\f1\'eac, o ucieczce Oli, o w\'b3asnych cierpieniach, o tem, \'bfe z tak licznych znajomych prawdy nie domy\'9cla si\'ea dot\'b9d nikt jeszcze, o \'a3ady\'bfy\'f1skim...\par
+\f0\par
+\f1 Pan January, przybity, s\'b3ucha\'b3 teraz s\'b3\'f3w siostry pokornie, jak dziecko, nie odzywa\'b3 si\'ea ju\'bf wcale, trudno za\'9c by\'b3o zar\'eaczy\'e6, czy w my\'9clach bezustannie zatopiony - s\'b3ysza\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 Sko\'f1czywszy sw\'b9 opowie\'9c\'e6, marsza\'b3kowa rzek\'b3a:\par
+\f0\par
+\f1 - B\'f3g mi \'9cwiadkiem, i\'bf nic winn\'b9 nie jestem... Po wyje\'9fdzie twoim i odmowie, kt\'f3r\'b9 da\'b3e\'9c Dzier\'bfymirskiemu, gdy o\'9cwiadczy\'b3 si\'ea o Ol\'ea przed paru tygodniami, nie przyjmowa\'b3am go wcale. Gdzie widywa\'b3 si\'ea z Ol\'b9, jak i kiedy u\'b3o\'bfyli ze sob\'b9 wszystko? Dotychczas \'bfadnego o tem nie mam poj\'eacia. C\'f3\'bf robi\'e6 - wola Boska!..\par
+\f0\par
+\f1 Gdy marsza\'b3kowa wymawia\'b3a te ostatnie wyrazy, instynktownie przysun\'ea\'b3a si\'ea do brata, chc\'b9c pocieszy\'e6 go zapewne, lecz w tej samej chwili spojrzenie jej pad\'b3o na drzwi od salonu, i drgn\'ea\'b3a nerwowo. Zda\'b3o jej si\'ea, \'bfe kto\'9c dotyka w\'b3a\'9cnie klamki...\par
+\f0\par
+\f1 Rzeczywi\'9ccie, w sekund\'ea p\'f3\'9fniej rozleg\'b3o si\'ea trzykrotne pukanie, w \'9clad za tem za\'9c s\'b3u\'bf\'b9cy zawiadomi\'b3, \'bfe podano kolacy\'ea i herbat\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 - Czy masz ochot\'ea je\'9c\'e6 teraz? - spyta\'b3a \'b3agodnie brata pani Melania.\par
+\f0\par
+\f1 Pan January, machn\'b9wszy poprzednio r\'eak\'b9, zrobi\'b3 g\'b3ow\'b9 ruch negatywy, pe\'b3ny oboj\'eatno\'9cci i zniech\'eacenia.\par
+\f0\par
+\f1 Marsza\'b3kowa westchn\'ea\'b3a cicho.\par
+\f0\par
+\f1 -B\'eadziemy jedli p\'f3\'9fniej! - rzuci\'b3a g\'b3o\'9cno.\par
+\f0\par
+\f1 Po drugiej stronie drzwi buduaru zaintrygowany lokaj schyli\'b3 si\'ea i spojrza\'b3 przez dziurk\'ea od klucza, poczem jeszcze bardziej zaciekawiony przyciszon\'b9 rozmow\'b9, kt\'f3rej w\'b9tka schwyci\'e6 nie m\'f3g\'b3, postawszy chwil\'ea, oddali\'b3 si\'ea na palcach by zakomunikowa\'e6 wiadomo\'9c\'e6 t\'ea pozosta\'b3ej s\'b3u\'bfbie.\par
+\f0\par
+\f1 Z dobr\'b9 godzin\'ea, a mo\'bfe i wi\'eacej jeszcze, min\'ea\'b3o nim roztworzy\'b3y si\'ea owe drzwi buduaru, i wysz\'b3o z niego rodze\'f1stwo. Jakie\'bf jednak by\'b3o zdumienie domownik\'f3w, gdy zamiast spo\'bfy\'e6 wieczerz\'ea, oboje rozeszli si\'ea do swoich komnat, nie tkn\'b9wszy jej wcale.\par
+\f0\par
+\f1 I p\'f3\'9fno potem w apartamentach marsza\'b3kowej Warnickiej pali\'b3y si\'ea dwa \'9cwiat\'b3a.\par
+\f0\par
+\f1 D\'b3ugo, bardzo d\'b3ugo, na kl\'eaczkach przed zapalon\'b9 lampk\'b9 i wizerunkiem Matki Bo\'bfej modli\'b3a si\'ea gor\'b9co polska matrona, zanosz\'b9c pro\'9cby do nieba. Ukrywszy g\'b3ow\'ea w d\'b3onie, rozmy\'9cla\'b3a ona o ulubienicy swej, Oli, modli\'b3a si\'ea za ni\'b9, za brata wreszcie, by mu los przysz\'b3o\'9c\'e6 os\'b3odzi\'b3. W ko\'f1cu \'9cwiat\'b3o u niej zgas\'b3o. Zm\'eaczona wra\'bfeniami ci\'ea\'bfkich trzech dni ostatnich, staruszka zasn\'ea\'b3a twardo, pojednana z przeznaczeniem - wzmocniona modlitw\'b9...\par
+\f0\par
+\f1 Inaczej si\'ea dzia\'b3o w komnacie Gowartowskiego. I on po niejakim czasie, zm\'eaczony jednostajn\'b9 po pokoju w\'eadr\'f3wk\'b9, zgasi\'b3 lamp\'ea, u\'b3o\'bfywszy si\'ea do snu.\par
+\f0\par
+\f1 Lecz sen - ukoiciel daleko odlecia\'b3 od zn\'eakanego starca. \f0\par
+\par
+\f1 Przez wielkie okno wkrada\'b3o si\'ea p\'f3\'b3\'9cwiat\'b3o usianej gwiazdami nocy letniej, sennej i cichej; mrugaj\'b9ce na niebie gwiazdy zagl\'b9da\'b3y do wn\'eatrza - komnaty, po\'b3o\'bfonej na dole i zwr\'f3conej ku ogrodowi, a zawis\'b3szy nad \'b3o\'bfem, wpatrywa\'b3y si\'ea b\'b3yszcz\'b9ce, pyta\'f1 niedyskretnych pe\'b3ne, w poblad\'b3e lica bolej\'b9cego tu cz\'b3owieka. \par
+\f0\par
+\f1 0! jak\'bfe noc ta polska, swobodna, zadumana i jasna by\'b3a inn\'b9 dla zapomnianego ojca, a jak inna, cho\'e6 ta sama, rozpi\'eata na w\'b3oskiem niebie, dla dwojga m\'b3odych w Wenecyi!... \par
+\f0\par
+Tam, w upojeniu, w m\f1 i\'b3osnej ekstazie, dwie dusze, dwa m\'b3ode istnienia zlewa\'b3y si\'ea w jedno!... Na zegarach ich przeznacze\'f1 teraz w\'b3a\'9cnie bi\'b3a mo\'bfe zgodnie aksamitnymi cichymi tony, ziemska u\'b3udna szcz\'ea\'9ccia godzina... \par
+\f0\par
+A tu?... \par
+\par
+\f1 Z cierpieniem i b\'f3lem sam na sam boryka\'b3 si\'ea starzec, t\'b3umi\'b9c \'b3zy, cisn\'b9ce mu si\'ea gwa\'b3tem do oczu... \par
+\f0\par
+\f1 Bo czy\'bf, zaiste, to dzieci\'ea w\'b3asne, drogie, nie sponiewiera\'b3o go bezlito\'9cnie? Czy\'bf za tyle lat ojcowskich trud\'f3w, mi\'b3o\'9cci i zaparcia si\'ea siebie, on, rodzic kochaj\'b9cy, jak rzadko kt\'f3ry mo\'bfe, zas\'b3u\'bfy\'b3 t\f0 ego ostatecznego, pogardliwego zdeptania? \par
+\par
+\f1 Wi\'eac on wobec c\'f3rki w\'b3asnej nic nie znaczy\'b3? B\'b3ogos\'b3awie\'f1stwo jego jest niczem, pozwolenie - zerem! On sam za\'9c, jego w\'b3asne "ja," kt\'f3rego odzwierciedlenie niezatartem, zdawa\'b3o mu si\'ea pi\'eatnem, odbite by\'b3o na duszy Oli, tak\'bfe okaza\'b3o si\'ea tak s\'b3abem tylko? 0! do jakiego stopnia s\'b3abem nawet, kiedy nie potrafi\'b3o oprze\'e6 si\'ea nowemu uczuciu - intruzowi!... \par
+\f0\par
+\f1 U\'9cmiech gorzki, bole\'9cci pe\'b3ny, przemkn\'b9\'b3 si\'ea po ustach Gowartowskiego. \par
+\f0\par
+\f1 - Wi\'eac nic trwa\'b3ego na tym padole! - my\'9cla\'b3 - wszystko marno\'9cci\'b9... rozwiewaj\'b9cym puchem!... Wi\'eac drogie kamienie, per\'b3y uczucia, powsta\'b3e w ojcowskiej duszy z tysi\'b9cznych \'bfycia szczeg\'f3\'b3\'f3w, cicho wyros\'b3e tam kwiaty trwa\'b3ego rodzicielskiego przywi\'b9zania, z g\'f3ry ju\'bf skazane by\'e6 musz\'b9 niemi\'b3osiernie, by zwi\'eadn\'b9\'e6 zapoznane...\par
+\f0\par
+\f1 Ach, jak\'bfe on, naiwny, dalekim by\'b3 my\'9cl\'b9 od tego! Jakiem\'bfe przykrem rozczarowaniem by\'b3a dla\'f1 ta naga rzeczywisto\'9c\'e6, brutalna, bez zas\'b3on, cho\'e6by konwencyonalnych tylko! \par
+\f0\par
+\f1 Gowartowski \'9ccisn\'b9\'b3 g\'b3ow\'ea r\'eakami, zdawa\'b3o mu si\'ea bowiem, i\'bf ona p\'eaknie od my\'9cli, cisn\'b9cych si\'ea, jak nieproszone t\'b3umy... Subtelny umys\'b3 jego gi\'b9\'b3 si\'ea pod ich naporem, szumia\'b3, niby r\'f3j brz\'eacz\'b9cych, dokuczliwych owad\'f3w. \par
+\f0\par
+\f1 Nagle, jakby dziwnym wp\'b3ywem reakcyi, w g\'b3owie le\'bf\'b9cego zapanowa\'b3a pr\'f3\'bfnia... \par
+\f0\par
+Gowartowski \f1 na ma\'b3\'b9 sekund\'ea tylko przesta\'b3 my\'9cle\'e6... \par
+\f0\par
+\f1 I natychmiast zr\'eacznie z chwili tej skorzysta\'b3a samowiedza. \par
+\f0\par
+\f1 - Przypomnij sobie w\'b3asn\'b9 przesz\'b3o\'9c\'e6 - szepn\'ea\'b3a - b\'b9d\'9f wyrozumia\'b3ym!... Poszukaj dobrze, a niew\'b9tpliwie znajdziesz tam moment, analogiczny z chwil\'b9 obecn\'b9!... \par
+\f0\par
+\f1 Wszak m\'b3odo\'9c\'e6 ma swoje silne prawa, ka\'bfdy w tym czasie korzysta z nich, a staro\'9c\'e6, ubrana w po\'bf\'f3\'b3k\'b3e, lec\'b9ce li\'9ccie jesieni \'bfycia, sw\'b9 g\'b3ow\'ea srebrn\'b9 pochyli\'e6 zawsze musi przed jej o\'9clepiaj\'b9cym blaskiem, pomna, \'bfe i ona kiedy\'9c taka sama by\'b3a. \par
+\f0\par
+I \f1 pan January wysi\'b3kiem woli uprzytomni\'b3 sobie nagle minione lata swoje, wpatrzy\'b3 si\'ea w nie na chwil\'ea... \par
+\f0\par
+\f1 - Nie, nie!... - wo\'b3a\'e6 pocz\'ea\'b3o we wzburzeniu ca\'b3e jego jestestwo. \par
+\f0\par
+\f1 Tego, co go dzisiaj spotyka\'b3o, nie by\'b3o tam zgo\'b3a. On szanowa\'b3 s\'eadziwy wiek, przywi\'b9zania starych nie tratowa\'b3; cho\'e6 kocha\'b3 i szala\'b3, jednak zawsze godzi\'b3 jedno z drugiem. \par
+\f0\par
+\f1 Tu za\'9c obecnie dzia\'b3o si\'ea zupe\'b3nie co innego. I Gowartowski w tej samej chwili odwr\'f3ci\'b3 si\'ea do \'9cciany, a przymkn\'b9wszy machinalnie powieki, i jakby chroni\'b9c s\'b3uch od jakich\'9c odg\'b3os\'f3w, jak dzieci\'ea wcisn\'b9\'b3 w poduszki g\'b3ow\'ea sw\'b9 siw\'b9. Bo nagle zda\'b3o mu si\'ea wyra\'9fnie, \'bfe czyn Oli przyoblek\'b3 si\'ea w s\'b3owa i w pustych, cichych \'9ccianach pokoju krzyczy wielkim g\'b3osem: \par
+\f0\par
+\f1 - Id\'9f w k\'b9t, stary niedo\'b3\'eago! Czy\'bf ja potrzebuj\'ea ciebie si\'ea pyta\'e6? Ja chc\'ea \'bfy\'e6, kocha\'e6! Pragn\'ea za m\'ea\'bfa m\'ea\'bfczyzny drogiego sercu, a tu ty my\'9clisz mi przeszkodzi\'e6?... \par
+\f0\par
+\f1 W ciszy pokoju, w u\'9cpieniu letniej nocy, rozleg\'b3o si\'ea bolesne, st\'b3umione \'b3kanie - starzec p\'b3aka\'b3... \par
+\f0\par
+\f1 Dawno niezmoczone \'b3z\'b9 s\'eadziwe m\'easkie powieki, zaszkli\'b3y si\'ea ros\'b9 - stroskanego ojca uni\'f3s\'b3 b\'f3l pocz\'b9\'b3 rozsadza\'e6 piersi. \par
+\f0\par
+\f1 A jednocze\'9cnie przywidzia\'b3o mu si\'ea, jakby w halucynacyi nag\'b3ej, \'bfe oto sk\'b9dsi\'9c nagle, do ciasnych ram sypialni wpada, jak huragan, dziwny rydwan z\'b3ocisty... Przytuleni, zro\'9cli jakoby ze sob\'b9, siedz\'b9 na nim Roman i Ola, zapatrzeni w siebie, nie widz\'b9c nic doko\'b3a.\par
+\f0\par
+\f1 Rydwan za\'9c wspania\'b3y zbli\'bfa si\'ea coraz bardziej... \par
+\f0\par
+\f1 Ci\'b9gn\'b9 go ogniste pi\'eakne rumaki bia\'b3e, a po jego stopniach, ozdobach i kobiercach, wsz\'eadzie sypi\'b9 si\'ea kwiaty; zasypuj\'b9 go, poch\'b3aniaj\'b9... \par
+\f0\par
+\f1 Muzyka weso\'b3a, skoczna, zag\'b3usza tymczasem t\'eatent koni - nad zakochan\'b9 par\'b9 m\'b3odych roje cherub\'f3w unosz\'b9 si\'ea w g\'f3rze, skrzyde\'b3ka ich szumi\'b9 rado\'9cnie, a czarowna mi\'b3o\'9c\'e6 toruje im\par
+drog\'ea!... \par
+\f0\par
+\f1 I Gowartowskiemu zdaje si\'ea r\'f3wnocze\'9cnie, \'bfe poja\f0 zd ten wprost na niego wpada. \par
+\par
+\f1 Tak jest, wyra\'9fnie, wyra\'9fnie!... \par
+\f0\par
+\f1 Czuje bo oto na piersiach swych bolesne grubija\'f1skie uderzenia kopyt ko\'f1skich... \par
+\f0\par
+Ach!... \par
+\par
+\f1 To ko\'b3a rydwanu przemkn\'ea\'b3y po nim zwyci\'easko!... \par
+\f0\par
+\f1 Zaszumia\'b3o... Posypa\'b3y si\'ea znowu wonnym deszczem kwiaty, muzyka g\'b3o\'9cniej zabrzmia\'b3a. \par
+\f0\par
+\f1 Min\'ea\'b3a chwila... \par
+\f0\par
+\f1 Ucich\'b3o wszystko, znik\'b3o i tylko jeszcze w milczeniu echem ostatnim zadr\'bfa\'b3 mi\'b3o\'9cnie poca\'b3unku szmer...\par
+\f0\par
+Pojechali.\par
+\par
+\f1 Zimny pot zaperli\'b3 si\'ea na czole Gowartowskiego. - Przez my\'9cl przemkn\'ea\'b3o mu s\'b3owo: Waryuj\'ea?... \par
+\f0\par
+\f1 Lecz niebawem znowu powr\'f3ci\'b3a my\'9cl zb\'b3\'b9kana. \par
+\f0\par
+\f1 I cierpienie natychmiast uk\'b3uciami drobnemi rani\'e6 go ponownie zacz\'ea\'b3o. \par
+\f0\par
+\f1 Powt\'f3rnie, umilk\'b3e na drobn\'b9 chwil\'ea, jak przyp\'b3yw morza, niepowstrzymany, powrotny, rozleg\'b3o si\'ea w cichym spokoju komnaty zduszone \'b3kanie... \par
+\f0\par
+\f1 Szerokiem korytem rozlewa\'b3a si\'ea bole\'9c\'e6 upokorzonego, zranionego ojcowskiego serca, i przez otwarte okno cicho p\'b3yn\'ea\'b3a eterami, w dal... \par
+\f0\par
+\f1 Na dworze \'9cciemni\'b3o si\'ea tymczasem; gdzieniegdzie na czystem niebie pojawi\'b3y si\'ea ma\'b3e chmurki, przes\'b3oni\'b3y zagl\'b9daj\'b9ce ciekawie do pokoju gwiazdy... \par
+\f0\par
+\f1 Cienie rozk\'b3ada\'b3y si\'ea obecnie w sypialni, a z nimi powoli, zm\'eaczeniem sna\'e6 zwyci\'ea\'bfane i wyczerpaniem, milk\'b3o bolesne \'b3kanie starca, przechodz\'b9c stopniowo w p\'b3acz cichy. C\'f3\'bf sta\'b3o si\'ea powodem tego ukojenia, dzia\'b3aj\'b9cego \'b3agodnie, jak balsam, na zn\'eakan\'b9 cierpieniami dusz\'ea stroskanego ojca? \par
+\f0\par
+\f1 Mo\'bfe to by\'b3o przywidzeniem tylko, jednak w majacz\'b9cych, coraz wi\'eacej zasiedlaj\'b9cych pok\'f3j p\'f3\'b3cieniach, na ich tle widoczna zarysowa\'b3a si\'ea niewyra\'9fna jaka\'9c posta\'e6, nachylona ze wsp\'f3\'b3czuciem... \par
+\f0\par
+\f1 Kt\'f3\'bf to by\'b3 tak niepochwytny, z eter\'f3w zaledwie z\'b3o\'bfony ca\'b3y? Mara, czy z\'b3udzenie? \par
+\f0\par
+\f1 Jednocze\'9cnie jaki\'9c dziwny szelest jakby rozleg\'b3 si\'ea r\'f3wnie\'bf po pokoju... Z przyt\'b3umionym szelestem, jednostajnie, kropla po kropelce spada\'b3o co\'9c w pewnych od siebie odst\'eapach, za spadni\'eaciem za\'9c ka\'bfdej kropli rozlega\'b3 si\'ea w cichej komnacie jaki\'9c pe\'b3ny, oddzielny, harmonijny ton st\'b3umiony - gra\'b3a jednolita, oderwana, melodyjna nuta. \par
+\f0\par
+\f1 Cich\'b3a - i zn\'f3w to samo czyni\'b3a druga, trzecia, czwarta... \par
+\f0\par
+C\f1\'f3\'bf to by\'b3o na Boga? Czary, czy te\'bf tylko igraszka cieni i s\'b3uchu?.. Nie. To niewidzialny dla ludzkiego oka, przywo\'b3any ze sfer niebieskich prawdziwem cierpieniem, sp\'b3yn\'b9\'b3 by\'b3 Anio\'b3 pocieszenia, a siad\'b3szy cicho przy \'b3o\'bfu szarpi\'b9cego si\'ea z hydr\'b9 b\'f3lu starca, ni\'f3s\'b3 mu ukojenie - od Boga!... \par
+\f0\par
+\f1\'8cciany pokoju tymczasem coraz ciszej gra\'b3y sw\'b9 muzyk\'ea dziwn\'b9... \par
+\f0\par
+\f1 To ostatnie, do czary konchowej w d\'b3oniach Pocieszyciela, zmieniaj\'b9c si\'ea tam w pi\'eakne drogocenne per\'b3y, spada\'b3y z oczu cz\'b3owieka-ojca - \'b3zy...\par
+\f0\par
+\par
+\par
+\par
+------------\par
+\par
+\par
+\f1 Nad lekko zmarszczon\'b9, a mieni\'b9c\'b9 si\'ea jeszcze w zielonkawe blaski powierzchnia Adryatyckiego morza, daleko na widnokr\'eagu, \'b3agodnia\'b3a coraz bardziej czerwona wst\'eaga zachodu, a\'bf znik\'b3a, spe\'b3z\'b3a zupe\'b3nie, wyparta mrokiem id\'b9cego wieczoru. \par
+\f0\par
+\f1 W zak\'b3adzie k\'b9pielowym, na Lido, zap\'f3\'9fnieni, w rozmaitych kostyumach go\'9ccie, powoli, stopniowo, zd\'b9\'bfali do kabin swych, a\'bf obj\'eata palami i sznurem ogromna przestrze\'f1 morza, przeznaczona na k\'b9piel, zupe\'b3nie opustosza\'b3a niebawem. \par
+\f0\par
+\f1 Natomiast na werandzie po\'9crodku zak\'b3adu, na rubie\'bfy k\'b9pieli, zaroi\'b3o si\'ea od go\'9cci, spragnionych wypoczynku. \par
+\f0\par
+\f1 Odcinaj\'b9c si\'ea od innych wysok\'b9, smuk\'b3\'b9 sw\'b9 postaw\'b9 i dystynkcy\'b9, zmierzaj\'b9cy do wolnego miejsca tu\'bf pod balustrad\'b9, nad morzem, przeciska\'b3 si\'ea pomi\'eadzy licznymi zaj\'eatymi ju\'bf stolikami, Roman Dzier\'bfymirski, w ubraniu ca\'b3em bia\'b3em, licuj\'b9cem bardzo korzystnie z pi\'eakn\'b9 \'9cniad\'b9 twarz\'b9 jego i czarnym zarostem. Znalaz\'b3szy w korku wolne miejsce, usiad\'b3 i kaza\'b3 poda\'e6 sobie nap\'f3j od\'9cwie\'bfaj\'b9cy, a zdj\'b9wszy zarazem bia\'b3y kapelusz - z tego\'bf materya\'b3u, co odzienie zrobiony - spojrza\'b3 woko\'b3o... \par
+\f0\par
+\f1 Przyt\'b3umionym szmerem rozm\'f3w, prowadzonych w przer\'f3\'bfnych j\'eazykach, brz\'eacza\'b3 w jego uszach, jak r\'f3j owad\'f3w, zebrany t\'b3um; na pi\'eaknego, a samotnego cudzoziemca spogl\'b9da\'b3o ciekawie i zalotnie kilka siedz\'b9cych opodal, przystojnych W\'b3oszek o grubych zmys\'b3owych wargach i du\'bfych, b\'b3yszcz\'b9cych, czarnych, jak w\'eagiel, oczach. \par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski przetar\'b3 czo\'b3o r\'eak\'b9, i popatrzy\'b3 z kolei przed siebie. Otulone ju\'bf mg\'b3ami zmierzchu morze marzy\'b3o jakby zadumane. Przyciszonym \'b3oskotem uderza\'b3o o brzeg fal\'b9, m\'f3wi\'b3o co\'9c, szepta\'b3o...\par
+\f0\par
+\f1 Na pokarbowanej, coraz bardziej ciemniej\'b9cej jego fali \'9cciga\'b3y si\'ea teraz mroki, jakie\'9c cienie tajemniczo p\'b3ywa\'b3y po niem, gwarzy\'b3y ze sob\'b9 gdzie\'9c w oddali, a t\'b3umione ich g\'b3osy ni\'f3s\'b3 echem \'b3agodny szmer\f0 fali... \par
+\par
+\f1 T\'easknym wzrokiem wpatrzy\'b3 si\'ea Dzier\'bfymirski w bezmiar w\'f3d Adryatyku, zda\'b3o mu si\'ea bowiem, \'bfe w\'9cr\'f3d tych otaczaj\'b9cych go, obcych ludzi, ono jedno brata si\'ea z nim obecnie, i przyjacielskiem uchem my\'9cli jego s\'b3ucha. \par
+\f0\par
+\f1 A Roman ca\'b3kiem swobodnie podda\'e6 si\'ea im m\'f3g\'b3 po raz pierwszy od bardzo dawna; nie oczekiwa\'b3 bowiem na nikogo, by\'b3 sam zupe\'b3nie; \'bfon\'ea, cierpi\'b9c\'b9 na migren\'ea, pozostawi\'b3 w hotelu na w\'b3asne jej \'bf\'b9danie. \par
+\f0\par
+\f1 Dot\'b9d za\'9c po prostu nie mia\'b3 czasu pomy\'9cle\'e6, wnikn\'b9\'e6 w siebie.\par
+\f0\par
+Od chwili przyjazdu R\f1 omana do Wenecyi mija\'b3o dwa tygodnie, a w ca\'b3ym tym okresie, upojony haszyszem mi\'b3o\'9cci dzielonej, przykuty do Oli z\'b3otymi \'b3a\'f1cuchy uczucia, wprz\'b9gni\'eaty w osza\'b3amiaj\'b9ce, u\'b3udne jarzmo chwil miodowych - \'9cni\'b3 on, spa\'b3, \'bfyj\'b9c \'bfyciem nie rzeczywistem, ale jakiem\'9c innem, oderwanem, l\'9cni\'b9cem si\'ea li tylko jasno\'9cci\'b9, promieniami i blaskiem. \par
+\f0\par
+\f1 Pr\'f3cz tego, jednocze\'9cnie doznawa\'b3 on i wra\'bfe\'f1 innych, subtelniejszych. By\'b3y za\'9c niemi: po pierwsze, wra\'bfenia czysto zewn\'eatrzne, a wi\'eac ci\'b9g\'b3e, bezustanne pobudzenie poczucia pi\'eakna, wyzwane zetkni\'eaciem si\'ea z sztuk\'b9 tego zak\'b9tka pami\'b9tek Italii; - wewn\'eatrzne, a tym razem r\'f3wnie\'bf w \'9ccis\'b3ej pozostaj\'b9ce \'b3\'b9czno\'9cci z osi\'b9 wszystkiego dla\'f1 teraz - z Ol\'b9. \par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski z licznych dot\'b9d mi\'b3ostek obeznany by\'b3 dobrze z kobietami, po raz jednak pierwszy odczuwa\'b3 to, co dzi\'9c... \par
+\f0\par
+\f1 Bo dot\'b9d tak zwykle zdarza\'b3o si\'ea zazwyczaj; \'bfe on by\'b3 w mi\'b3o\'9cci zawsze prawie nastrojonym na silniejszy diapazon, a kobieta bierniejsz\'b9 by\'b3a - poddawa\'b3a si\'ea tylko sile jego uczucia. \par
+\f0\par
+\f1 Teraz za\'9c dzia\'b3o si\'ea wr\'eacz przeciwnie: to on czu\'b3 si\'ea wi\'eacej pragnionym i kochanym - to on poddawa\'b3 si\'ea sile sza\'b3\'f3w, po\'bf\'b9da\'f1... \par
+\f0\par
+\f1 Po stronie kobiety by\'b3a widoczna przewaga, Roman za\'9c nurza\'b3 si\'ea w tej czystej toni niepokalanego dot\'b9d niczem uczucia, jak w \'9fr\'f3dle \'9cwie\'bfem, krynicznem nowego z\'b3otego \'bfycia, odm\'b3adza\'b3 si\'ea w niem, orze\'9fwia\'b3, i upojony, odurzony - zasypia\'b3 \'bfycie, marzy\'b3 i \'9cni\'b3, wch\'b3aniaj\'b9c w siebie ca\'b3\'b9 moc i pot\'eag\'ea skierowanej ku niemu mi\'b3o\'9cci. \par
+\f0\par
+\f1 A jednak, wszak i on kocha\'b3 Ol\'ea: Kt\'f3\'bf by w\'b9tpi\'b3 o tem, gdyby tylko m\'f3g\'b3 spojrze\'e6 na ukryt\'b9, starannie od ludzkiego oka, a zapisan\'b9 kart\'ea jego tak niedawnej jeszcze przesz\'b3o\'9cci. \par
+\f0\par
+\f1 W tej chwili Roman, prze\'bfywaj\'b9c jakby w my\'9clach swych, poza tera\'9fniejszo\'9cci\'b9 i lata minione, wzdrygn\'b9\'b3 si\'ea, brwi zmarszczy\'b3, i machinalnie spojrza\'b3 przed sieb\f0 ie. \par
+\par
+\f1 Zupe\'b3nie spowi\'b3 ju\'bf morze mrok ciemny. Hen, daleko, b\'b3yszcza\'b3y \'9cwiat\'b3a, pozapalane na niewidzialnych prawie go\'b3em okiem parowcach. Trzy z nich mruga\'b3y ju\'bf na ko\'b3ysz\'b9cym si\'ea wodnym obszarze, po chwili zab\'b3ys\'b3o czwarte, pi\'b9te... \par
+\f0\par
+\f1 Lekki wietrzyk wion\'b9\'b3 po fali, poruszy\'b3 si\'ea zadumany w\'f3d olbrzym, zako\'b3ysa\'b3, zaszumia\'b3 tajemniczo g\'b3o\'9cniejszym, ni\'bf dot\'b9d, ch\'f3rem podszept\'f3w, szelest\'f3w i szmer\'f3w - melodyjnie zagra\'b3... \par
+\f0\par
+\f1 U st\'f3p Romana silniej zapluska\'b3y fale. \par
+\f0\par
+\f1 W uderzeniach za\'9c ich, teraz ju\'bf zupe\'b3nie bliskich, wyra\'9fnych, powtarzaj\'b9cych si\'ea co chwila, jaki\'9c ukryty, szyderczy, szemrz\'b9cy jakby g\'b3os wo\'b3a\'b3, zda si\'ea, gdzie\'9c z g\'b3\'eabin dalekich: \par
+\f0\par
+\f1 - No, i c\'f3\'bf, przyw\'b3aszczycielu cudzego z\'b3ota, dobrze ci z niem, co, nieprawda\'bf? Ub\'f3stwiaj\'b9 ci\'ea, grasz rol\'ea milionera!\par
+\f0\par
+Ha-\f1 ha!-ha-ha!.. z kolei za\'9cmia\'b3y si\'ea nagle wody. \par
+\f0\par
+\f1 - My\'9clisz mo\'bfe, \'bfe teraz, dotykaj\'b9c si\'ea ju\'bf pieni\'eadzy innych, wyt\'b3umaczonym przez to jeste\'9c? \'afe zapomniano, zagrzebano tw\'b9 tajemnic\'ea? \par
+\f0\par
+\f1 - Ha-ha!-ha-ha!.. - \'9cmia\'b3o si\'ea morze ironicznie, i dalej znowu szydzi\'b3o:\f0\par
+\par
+\pard\ri1440\f1 - A widzisz - zblad\'b3e\'9c! Ty dotychczas pewnym by\'b3e\'9c, \'bfe nikt nic nie wie o tem!..\par
+\pard\f0\par
+\pard\tx8789\f1 - A ja wiem, dobrze wiem!... - szyderczo za\'9cmia\'b3o si\'ea morze, a \'9cmiech ten w\'f3d ogromy coraz g\'b3o\'9cniej przedrze\'9fnia\'e6 pocz\'ea\'b3y.\par
+\pard\f0\par
+\f1 Teraz ju\'bf ca\'b3e morze bezlito\'9cnie drwi\'b3o.\par
+\f0\par
+Naraz \f1 g\'b3os Adryatyku usta\'b3 i cichym szeptem zaszemra\'b3a fala:\par
+\f0\par
+\f1 - Nie b\'f3j si\'ea! ja \'bfartuj\'ea tylko... nie trw\'f3\'bf si\'ea, ja ci\'ea nie zdradz\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 - Patrz, jakie g\'b3\'eabie kryj\'b9 si\'ea w mem \'b3onie jak wielkiem jestem ja!..\par
+\f0\par
+\f1 - Tajemnic\'ea tw\'b9 zachowam, zginie ona w obszarach, w bezd\f0 nach utonie...\par
+\par
+\f1 - Nie powiem, ci... cho b\'ead\'ea... ci... cho... - zaszepta\'b3a zn\'f3w fala, i szept ten powt\'f3rzy\'b3y fal miliony...\par
+\f0\par
+\f1 I jak \'9cmiech szyderczy, tak i teraz ten p\'f3\'b3szept cichy, st\'b3umiony, dr\'bf\'b9cy, szed\'b3 znowu po \'b3uskach fal, tajemniczy, straszny...\par
+\f0\par
+Ni\f1 e... po... wiem!.. ci-cho b\'ead\'ea, ccci-cho... \par
+\f0\par
+\f1 Nerwy Romana zadrga\'b3y; podra\'bfni\'b3y go te dziwne g\'b3osy Adryatyku, odsun\'b9\'b3 krzes\'b3o na drugi koniec stolika, podpar\'b3 r\'eakami g\'b3ow\'ea, a zatkawszy uszy przed pomrukiem w\'f3d, wzburzony jeszcze, blady, zaduma\'b3 si\'ea g\'b3\'eab\f0 oko.\par
+\par
+\f1 Przesz\'b3o\'9c\'e6, wywo\'b3ana chwil\'b9 samotno\'9cci, i dziwnymi morza pogwary, \'9cwie\'bfa i \'bfywa, niby wczorajsza, stan\'ea\'b3a mu przed oczyma, jak widmo.\par
+\f0\par
+\f1 Na ubogiem poddaszu, ujrza\'b3 zatem siebie budz\'b9cym si\'ea po \'9cnie strasznym!\par
+\f0\par
+\f1 Dwa ju\'bf lata od tej chwili mija\'b3y. A co on od owego czasu przecierpia\'b3, prze\'bfy\'b3, przewalczy\'b3! - nie zliczy\'e6!..\par
+\f0\par
+\f1 D\'b3ugo nie tkn\'b9\'b3 w\'f3wczas cudzych pieni\'eadzy; tajemniczy portfel le\'bfa\'b3 pod kluczem, pozornie zapomniany.\par
+\f0\par
+\f1 A on ci\'b9gle walczy\'b3 ze sob\'b9!..\par
+\f0\par
+\f1 Nie zanosi\'b3 jednak zguby do biura policyjnego, sam osobi\'9ccie w\'b3a\'9cciciela nie szuka\'b3. Czeka\'b3... \par
+\f0\par
+\f1 Pod tym wzgl\'eadem niepokoj\'b9ca, t\'b3ocz\'b9ca sw\'b9 zagadk\'b9, g\'b3ucha panowa\'b3a cisza.\par
+\f0\par
+\f1 W \'bfadnem pi\'9cmie nie by\'b3o wzmianki o zgubionym pugilaresie - nikt o tem w\'b3adzom nie doni\'f3s\'b3...\par
+\f0\par
+\f1 A on wci\'b9\'bf szala\'b3.\par
+\f0\par
+Wreszcie wycze\f1 rpa\'b3y si\'ea wszystkie jego w\'b3asne fundusze, par\'ea ostatnich lekcyi straci\'b3 bezpowrotnie; g\'b3\'f3d zajrza\'b3 do jego izdebki... Nie by\'b3o rady, napocz\'b9\'b3 w\'f3wczas cudzego z\'b3ota.\par
+\f0\par
+\f1 Jakby to by\'b3o wczoraj, dzi\'9c zaledwie, pami\'eata wyra\'9fnie te tygodnie m\'eaczarni, boja\'9fni, wyrzut\'f3w, gdy si\'b3\'b9 okoliczno\'9cci zmuszonym zosta\'b3 \'84\'bfy\'e6" z mienia przyw\'b3aszczonego... Pami\'eata sw\'b9 trwog\'ea dziecinn\'b9 przy zmianie pierwszej sztuki znalezionych pieni\'eadzy, i innych, nast\'eapnych... Widzi siebie, jak naumy\'9clnie zmienia\'b3 je na drugim ko\'f1cu miasta, jak ba\'b3 si\'ea wtedy w\'b3asnego cienia, i tak dalej, tak dalej!..\par
+\f0\par
+\f1 Ka\'bfda drobnostka \'bfywo, jawnie staje mu przed wzrokiem.\par
+\f0\par
+\f1 A p\'f3\'9fniej znowu w murach rodzinnego miasta wytrzyma\'e6 ju\'bf nie m\'f3g\'b3!..\par
+\f0\par
+\f1 Wyjecha\'b3. B\'b3\'b9ka\'b3 si\'ea za granic\'b9 d\'b3ugo, bezmy\'9clnie, a\'bf dotar\'b3 do Mon\f0 te-Carlo.\par
+\par
+\f1 Tam, opanowany gor\'b9czk\'b9 z\'b3ota, widz\'b9c, jak strumienie jego, rzeki ca\'b3e, p\'b3yn\'b9 hojnie woko\'b3o - do gry w rulet\'ea rzuci\'b3 si\'ea z zapa\'b3em.\par
+\f0\par
+\f1 Pocz\'b9tkowo mia\'b3 szcz\'ea\'9ccie szalone. Cudzy pieni\'b9dz dwoi\'b3 si\'ea, troi\'b3 cudownie, pewnego poranku jednak przegra\'b3 wszystko co do grosza. Nie straci\'b3 jednak odwagi. Dawszy si\'ea ju\'bf pozna\'e6 w domu gry, jako cz\'b3owiek bogaty i nierachuj\'b9cy si\'ea wcale z groszem, oraz rozpowszechniwszy fa\'b3szyw\'b9 pog\'b3osk\'ea o olbrzymich swych jakoby dobrach, po\'bfyczy\'b3 u poznanego ameryka\'f1skiego miliardera trzykro\'e6 sto tysi\'eacy frank\'f3w.\par
+\f0\par
+\f1 Por\'eaczy\'b3 za niego pewien lord angielski, z kt\'f3rym si\'ea on, Roman, poprzyja\'9fni\'b3 bardzo. Pocz\'b9\'b3 gra\'e6... Pieni\'b9dze Amerykanina, (kt\'f3ry, m\'f3wi\'b9c nawiasem, wygrywa\'b3 w tym sezonie sumy olbrzymie), przynios\'b3y mu szcz\'ea\'9ccie.\par
+\f0\par
+D\f1 zi\'eaki parokrotnym, a nader rzadkim i nieprawdopodobnej d\'b3ugo\'9cci seryom "rouge", oraz kilku wygranym "en plein", pewnego dnia ujrza\'b3 si\'ea panem miliona frank\'f3w. U\'9cmiech fortuny oszo\'b3omi\'b3 go na razie. Pocz\'b9\'b3 gra\'e6 ze zdwojon\'b9 energi\'b9 i ryzykiem.\par
+\f0\par
+Znowu wygr\f1 a\'b3 kilkakrotnie, lecz z kolei niebawem pocz\'b9\'b3 znowu przegrywa\'e6, z przera\'bfaj\'b9c\'b9 szybko\'9cci\'b9. Opami\'eata\'b3 si\'ea. Przysz\'b3a chwila rozwagi; odda\'b3 d\'b3ug milionerowi zza oceanu i wyjecha\'b3. Wzgl\'eadnie by\'b3 jeszcze wygranym, i to dostatecznie. Przywozi\'b3 z sob\'b9 do kraju blizko sze\'9c\'e6dziesi\'b9t tysi\'eacy, a wyje\'bfd\'bfaj\'b9c mia\'b3 tylko dwadzie\'9ccia kilka.\par
+\f0\par
+\f1 W\'f3wczas rozpocz\'ea\'b3o si\'ea dla\'f1 nowe \'bfycie... \par
+\f0\par
+\f1 Przede wszystkiem wraca\'b3 spokojny. Niezrozumia\'b3y na razie, subtelny bardzo, posiadaj\'b9cy jednak pewn\'b9 podstaw\'ea \'9cci\'9cle logiczn\'b9, ow\'b3adn\'b9\'b3 nim wtedy w duszy proces dedukcyjny, i zwyci\'ea\'bfy\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 Roman Dzier\'bfymirski, ca\'b3y pogr\'b9\'bfony w swych wspomnieniach, ods\'b3oni\'b3 twarz, machinalnie powsta\'b3, i opar\'b3szy si\'ea o balustrad\'ea, wpatrzy\'b3 w bezmiar morza, coraz ciemniejszy i cichszy.\par
+\f0\par
+\f1 - Tak, zwyci\'ea\'bfy\'b3! - my\'9cla\'b3 Roman dalej. Zdawa\'b3o mu si\'ea bowiem w\'f3wczas, \'bfe nie jest tak bardzo winnym.\par
+\f0\par
+\f1 - Te pieni\'b9dze s\'b9 teraz moje, "prawdziwie" moje - powiedzia\'b3 sobie wtedy, doszed\'b3szy do tej pewno\'9cci ca\'b3em poprzedniem skojarzeniem wywodze\'f1. A mianowicie: Z\'b3oto znalezione wszak przegra\'b3; stopi\'b3o si\'ea ono, znik\'b3o, zla\'b3o w ca\'b3o\'9c\'e6 jedn\'b9 z morzem przegrywanych w jaskini gry pieni\'eadzy. Mienie za\'9c jego obecne - to by\'b3a tylko wygrana z po\'bfyczki Amerykanina, a zatem suma grosza, niemaj\'b9ca ju\'bf bezpo\'9credniego, dotykalnego zwi\'b9zku ze znal\f0 ezionym portfelem.\par
+\par
+\f1 Jemu, Dzier\'bfymirskiemu, w dziedzinie sumienia wyrzut\'f3w, docieka\'f1, zw\'b9tpie\'f1, ubywa\'b3 jeden szkopu\'b3 powa\'bfny - nie dotyka\'b3 si\'ea on ju\'bf wyj\'eatego z "cudzego" pugilaresu grosza. Niezaprzeczenie przytem nale\'bfa\'b3 do niego ten pieni\'b9dz, \'9clep\'b9 igraszk\'b9 losu nabyty; podwalin\'b9 za\'9c, przesz\'b3o\'9cci\'b9 tylko fortunki tej by\'b3o przyw\'b3aszczenie.\par
+\f0\par
+\f1 Pozostawa\'b3 fakt, wprawdzie ju\'bf daleki, znalezienia i nieoddania - pozostawa\'b3o niezmienne przekroczenie etyki ludzkiej, i uczciwo\'9cci ze strony jego, jako jednostki spo\'b3ecznej - niczem niestarta, wieczna tego plama, ale w \'f3wczesnem przynajmniej przekonaniu jego, to wszystko zno\'9cniejszem, nie tak piek\'b9cem, l\'bfejszem bez por\'f3wnania by\'b3o od odleg\'b3ego strasznego wczoraj.\par
+\f0\par
+\f1 Z g\'b3ow\'b9 podniesion\'b9 zatem do g\'f3ry, pokrzepiony powy\'bfszymi w swoim rodzaju sofizmatami, rozejrza\'b3 si\'ea w\'f3wczas po \'9cwiecie i pocz\'b9\'b3 dzia\'b3a\'e6. Rozpowszechniwszy, za pomoc\'b9 ponownie odnalezionego przyjaciela i dawnego kolegi-\'9cwiatowca, pog\'b3osk\'ea o dziedzictwie niespodzianem, a do\'9c\'e6 poka\'9fnem, po stryju, zmar\'b3ym w Stanach Zjednoczonych, rzuci\'b3 si\'ea w wir zabaw eleganckiego \'9cwiata, w celu zbli\'bfenia si\'ea do Oli. Dopi\'b9\'b3 togo, zaw\'b3adn\'b9\'e6 jej sercem potrafi\'b3, o\'9cwiadczy\'b3 si\'ea o jej r\'eak\'ea, odrzuconym zosta\'b3, i...\par
+\f0\par
+\f1 Powierzchnia morza spokojn\'b9 ju\'bf by\'b3a. Oboj\'eatna ca\'b3kiem r\'f3wnomiernie i \'b3agodnie uderza\'b3a fala o podn\'f3\'bfe werandy - milcza\'b3a cicha...\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski obudzi\'b3 si\'ea ze swych my\'9cli, zanurzy\'b3 r\'eace w bujnej czuprynie, g\'b3ow\'b9 wstrz\'b9sn\'b9\'b3, jakby pragn\'b9c odp\'eadzi\'e6 roje wspomnie\'f1, i odwr\'f3ci\'b3 si\'ea od wodnej toni.\par
+\f0\par
+\f1 Publiczno\'9cci nie by\'b3o ju\'bf prawie, po platformie kawiarni, ziewaj\'b9c, przechadza\'b3a si\'ea s\'b3u\'bfba. Zawo\'b3awszy kelnera, Roman rzuci\'b3 mu du\'bf\'b9 srebrn\'b9 monet\'ea, i odprowadzony g\'b3\'eabokim jego uk\'b3onem, opu\'9cci\'b3 zak\'b3ad k\'b9pielowy.\par
+\f0\par
+\f1 Niebawem znalaz\'b3 si\'ea na drodze szerokiej, ocienionej drzew\f0 ami, z szerokiemi po bokach alejami dla pieszych.\par
+\par
+\f1 W umy\'9cle jego cich\'b3 szept przesz\'b3o\'9cci, niepostrze\'bfenie, stopniowo, obrazy jej nikn\'ea\'b3y - tera\'9fniejszo\'9c\'e6 wraca\'b3a... Przed wzrokiem m\'ea\'bfczyzny mign\'ea\'b3a naraz rozkosznie sylwetka Oli; pragnienie mi\'b3o\'9cci, \'bfycia, silnie nim ow\'b3adn\'ea\'b3o.\par
+\f0\par
+\f1\'8cpieszy\'b3 si\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Odp\'eadzi\'b3 natr\'eatnego wyrostka, zachwalaj\'b9cego mu \'9cwie\'bfe ostrygi i jakie\'9c \'9climaczki nadzwyczajne; niebawem \'bfachn\'b9\'b3 si\'ea znowu niecierpliwie, ujrzawszy zast\'eapuj\'b9cego mu drog\'ea rozczochranego starego W\'b3ocha, z mane\'bfkami, pe\'b3nemi pieczonych homar\'f3w i drobnych raczk\'f3w.\par
+\f0\par
+\f1 Po bokach drogi, w licznie rozsypanych restauracyach, roi\'b3o si\'ea od spo\'bfywaj\'b9cych i zapijaj\'b9cych wino ludzi, z oddali dolatywa\'b3o echo muzyki. Roman, przy\'9cpieszaj\'b9c bezustannie kroku, wyrzuca\'e6 teraz pocz\'b9\'b3 sobie, \'bfe zostawi\'b3 \'bfon\'ea sam\'b9; niepokoi\'b3a go my\'9cl uporczywa, i\'bf nie cierpi ona mo\'bfe na migren\'ea, lecz, \'bfe to pocz\'b9tek zapewne s\'b3abo\'9cci zupe\'b3nie innej; wszak wszystkie choroby zazwyczaj rozpoczynaj\'b9 si\'ea b\'f3lem g\'b3owy.\par
+\f0\par
+\f1 Po co tu przyszed\'b3?... By bezu\'bfytecznie odgrzebywa\'e6 minione chwile? Ale\'bf to nonsens zupe\'b3ny. A tam ona, Ola, sama zupe\'b3nie - niew\'b9tpliwe chora!..\par
+\f0\par
+\f1 Mi\'b3o\'9c\'e6 pani, z ca\'b3em bogactwem bezpodstawnych swych wzrusze\'f1 i niepokoj\'f3w, zaw\'b3adn\'ea\'b3a niepodzielnie Dzier\'bfymirskim.\par
+\f0\par
+\f1 Spojrza\'b3 na zegarek - dochodzi\'b3a dziewi\'b9ta. Przed nim ju\'bf bardzo blisko widnia\'b3y dwie ma\'b3e platformy przystani; pe\'b3ne by\'b3y ludzi, przed jedn\'b9 z nich sta\'b3 parowiec, gotowy do odej\'9ccia. Dzier\'bfymirski w obawie, \'bfe si\'ea sp\'f3\'9fni, pu\'9cci\'b3 si\'ea p\'eadem, i spotnia\'b3y dobieg\'b3 do przystani w tej samej w\'b3a\'9cnie chwili, gdy na pok\'b3ad odrzucano ju\'bf sznur gruby, przytrzymuj\'b9cy parowiec. Wskoczywszy na\'f1 szybko, Roman znalaz\'b3 si\'ea pomi\'eadzy nat\'b3oczon\'b9 ci\'bfb\'b9 ludzi, jak g\'b3o\'9cny r\'f3j pszcz\'f3\'b3 gwarz\'b9c\'b9 pomi\'eadzy sob\'b9, ze \'9cmiechem i giestykulacy\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 Otar\'b3szy pot z czo\'b3a, Dzier\'bfymirski wspar\'b3 si\'ea o por\'eacz balustrady pok\'b3adu. Boki statku \'b3agodnie pru\'b3y fale; oddzielona ciemn\'b9 toni\'b9, w bliskiej ju\'bf odleg\'b3o\'9cci mruga\'b3a kr\'eagiem \'9cwiate\'b3 rzucona na w\'f3d obszary Wenecya.\par
+\f0\par
+\f1 Podni\'f3s\'b3szy do oczu dalekono\'9cn\'b9 lunet\'ea, wpatrzy\'b3 si\'ea Roman w rz\'b9d dom\'f3w, po\'b3o\'bfonych nad brzegiem, ku kt\'f3remu szybko p\'b3yn\'b9cy parowiec zbli\'bfa\'b3 si\'ea coraz bardziej. Szuka\'b3 hotelu swego, i okna pokoju, gdzie pozostawi\'b3 Ol\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Okno komnaty tej w\'b3a\'9cnie otwartem by\'b3o szeroko. W ramie za\'9c jego sta\'b3a kobieta, szatynka, smuk\'b3a, o jasnem, habrowem spojrzeniu pod\'b3u\'bfnych, mieni\'b9cych si\'ea oczu, o piersiach wypuk\'b3ych, wznosz\'b9cych si\'ea jak fala, a kszta\'b3tach pon\'eatnych, pe\'b3nych, jakby pragn\'b9cych gwa\'b3tem wydosta\'e6 si\'ea z ciasnych ram opi\'eatej, bia\'b3ej, pikowej sukni. Ma\'b3e wkl\'ea\'9cni\'eacia po obu stronach w\'b9zkich usteczek zdradza\'b3y przy u\'9cmiechu rozkoszne do\'b3eczki, r\'b9czka male\'f1ka i dystyngowana ca\'b3o\'9c\'e6 postaci m\'f3wi\'b3y wyra\'9fnie o rasie m\'b3odej os\'f3bki.\par
+\f0\par
+\f1 Ola, wypocz\'b9wszy w \'b3\'f3\'bfku godzin kilka, wsta\'b3a w\'b3a\'9cnie przed chwil\'b9, czuj\'b9c, \'bfe nerwowy, spowodowany upa\'b3em i zm\'eaczeniem b\'f3l g\'b3owy ustaje. Pragn\'ea\'b3a po za tem rozerwa\'e6 troch\'ea my\'9cli, z wyj\'9cciem bowiem Romana zasn\'ea\'b3a i \'9cni\'b3 jej si\'ea rodzinny Gowart\'f3w i ojciec, jak \'bfywy, tylko jaki\'9c smutny i zbola\'b3y.\par
+\f0\par
+\f1 I po przebudzeniu my\'9cl Oli pobieg\'b3a st\'b9d daleko... Mimo woli sama ulecia\'b3a do ojczystych obszar\'f3w i jar\'f3w. Powonienie jej podra\'bfni\'b3 wyra\'9fny zapach polnego kwiecia, zi\'f3\'b3 i bodjak\'f3w, w uszach zabrzmia\'b3a melodya cicha szumi\'b9cych bor\'f3w, ko\'b3ysz\'b9cego si\'ea miarowo stepu - sm\'eatna rodzinna Ukraina, z poza setek mil, ogarn\'ea\'b3a j\'b9 tu, pod w\'b3oskiem niebem, poczu\'b3a, zda si\'ea, powiew jej, t\'easknoty pe\'b3ny, do uszu za\'9c dolecia\'b3o jakby gin\'b9ce echo \'bfa\'b3osnej dumki, \'9cpiewanej nieuczonym g\'b3osem mo\'b3odycy...\par
+\f0\par
+\f1 I smutek ogarn\'b9\'b3 Ol\'ea... Czy wr\'f3ci tam kiedy, czy wr\'f3ci?\par
+\f0\par
+\f1 Wszak podepta\'b3a wszystko - jednem szarpni\'eaciem si\'ea zerwa\'b3a wszelkie wi\'eazy - sama otworzy\'b3a sobie przemoc\'b9 bram\'ea do wymarzonego szcz\'ea\'9ccia. Tak jest. Bo Ola czu\'b3a si\'ea przecie\'bf rzeczywi\'9ccie szcz\'ea\'9cliw\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 - Biedny ten ojciec jednak, kt\'f3ry po swojemu, jak umia\'b3, tak j\'b9 kocha\'b3 - my\'9cla\'b3a dalej. - A droga ciotka Melania i przyjaciel ich, \'a3ady\'bfy\'f1ski? Gdzie Gowart\'f3w, z kt\'f3rym zros\'b3a si\'ea jej dusza ca\'b3a? Co si\'ea tam dzieje? Gdzie oni teraz, ci wszyscy, tak dotychczas sercu drodzy?..\par
+\f0\par
+\f1 Rozpami\'eatuj\'b9c w ten spos\'f3b przesz\'b3o\'9c\'e6, przep\'eadzi\'b3a Ola z godzin\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Moc upajaj\'b9cej rzeczywisto\'9cci tak siln\'b9 by\'b3a, jednak, \'bfe stopniowo \'9cciera\'e6 pocz\'ea\'b3a wra\'bfenie snu i o\'bfy\'b3e chwilowo wspomnienia. Obecnie stoj\'b9ca w oknie m\'b3oda kobieta my\'9cl\'b9 dalek\'b9 ju\'bf by\'b3a od tego wszystkiego. Obejmuj\'b9c wzrokiem panoram\'ea portu i morza - o\'9cwietlon\'b9 Wenecy\'ea, wysepk\'ea z ko\'9ccio\'b3em S-to Giorgio Maggiore, oraz kana\'b3y z mkn\'b9cemi cicho po nich licznemi gondolami, - Ola z niecierpliwo\'9cci\'b9 wypatrywa\'b3a Romana.\par
+\f0\par
+\f1 Pragn\'ea\'b3a ju\'bf bowiem widoku m\'ea\'bfa. Przed\'b3u\'bfona nieobecno\'9c\'e6 Dzier\'bfymirskiego i w jej duszy zasia\'b3a ziarnka niepokoju; t\'easkni\'b3a ju\'bf za jego pieszczot\'b9, zapragn\'ea\'b3a czu\'b3o\'9cci i poca\'b3unk\'f3w...\par
+\f0\par
+\f1 Wzi\'b9wszy lornetk\'ea, przy\'b3o\'bfy\'b3a j\'b9 Ola do swych oczu, \'9ccigaj\'b9c po chwili widnokr\'b9g spojrzeniem. Pier\'9c jej przytem unosi\'e6 si\'ea pocz\'ea\'b3a miarowo, usteczka za\'9c zdawa\'b3y si\'ea ca\'b3owa\'e6 przestrze\'f1, rozchylone, prosz\'b9ce...\par
+\f0\par
+\f1 Zniech\'eacona, odj\'ea\'b3a niebawem lornetk\'ea od oczu. Jaki\'9c statek w kierunku Lido zbli\'bfa\'b3 si\'ea wprawdzie, lecz znajdowa\'b3 si\'ea jeszcze tak daleko...\par
+\f0\par
+\f1 Ola odst\'b9pi\'b3a od okna, i szeleszcz\'b9c jedwabiami swych sp\'f3dniczek, pocz\'ea\'b3a niecierpliwie przechadza\'e6 si\'ea po pokoju, pytaj\'b9c sama siebie:\par
+\f0\par
+\f1 - Kt\'f3\'bf widzia\'b3 sp\'f3\'9fnia\'e6 si\'ea tak dalece? Widocznie zoboj\'eatnia\'b3a ju\'bf ona Romanowi, czy\'bf to jednak mo\'bfliwe? Wszak tak nied\'b3ugo trwa ich szcz\'ea\'9ccie...\par
+\f0\par
+\f1 My\'9cli ostatnie i w\'b9tpliwo\'9cci \'9cmiesznemi widocznie zda\'b3y si\'ea m\'b3odej kobiecie, bo po zastanowieniu si\'ea twarz jej powesela\'b3a, a w ciszy pokoju rozleg\'b3 si\'ea \'9cmieszek srebrzysty. W \'9clad za tem zapali\'b3a dwie \'9cwiece i przyst\'b9pi\'b3a do du\'bfego lustra. D\'b3ugo, z lubo\'9cci\'b9, wpatrywa\'b3a si\'ea w nadobne w\'b3asne oblicze. Przymkn\'b9wszy z lekka powieki, lecz tak, by mog\'b3a widzie\'e6 siebie, przegi\'ea\'b3a sw\'b9 \'b3adn\'b9 g\'b3\'f3wk\'ea i kibi\'e6 nieco w ty\'b3, oraz rozchyli\'b3a usteczka...\par
+\f0\par
+\f1 Kszta\'b3ty postaci jej ca\'b3ej uwypukli\'b3y si\'ea pon\'eatnie; w pozycyi tej zatrzyma\'b3a si\'ea chwil\'ea... U\'9cmieszek zwyci\'easki przewin\'b9\'b3 si\'ea niebawem po drobnych wargach pi\'eaknej kobiety; podnios\'b3a do g\'f3ry r\'eace, \'b3asz\'b9co, jak koci\'ea, wypr\'ea\'bfy\'b3a naprz\'f3d swe cia\'b3o, i uczyniwszy gest, podobny do przeci\'b9gaj\'b9cego si\'ea po \'9cnie cz\'b3owieka, wym\'f3wi\'b3a g\'b3o\'9cne: Aaaa...\par
+\f0\par
+Po ch\f1 wili za\'9c, poprawiwszy poprzednio zalotnie tualet\'ea sw\'b9 i w\'b3osy, stan\'ea\'b3a znowu w pierwotnej pozycyi u okna, w ciemnym tak samo i tym razem pokoju, z lornetk\'b9 przy oczach.\par
+\f0\par
+\f1 Zbli\'bfaj\'b9cy si\'ea tymczasem od strony morza parowiec stawa\'b3 w\'b3a\'9cnie ju\'bf w przystani. Po drewnianych pomostach wysypa\'b3 si\'ea na ulic\'ea t\'b3um r\'f3\'bfnolity i barwny; \'9cwiat\'b3a, pozapalane w pobli\'bfu pada\'b3y na\'f1 sko\'9cnie, o\'9cwietlaj\'b9c wyra\'9fnie ruszaj\'b9cych si\'ea ludzi. Ola w\'9cr\'f3d nich stara\'b3a si\'ea odnale\'9f\'e6 sylwetk\'ea m\'ea\'bfa, niebawem dojrza\'b3a go rzeczywi\'9ccie i z rado\'9cci\'b9 wykrzykn\'ea\'b3a do siebie:\par
+\f0\par
+- Jest! jest!..\par
+\par
+\f1 W oka mgnieniu odskoczy\'b3a od okna, zapali\'b3a \'9cwiec\'ea, odnalaz\'b3a szybko kapelusz i parasolk\'ea, i wybieg\'b3a z hotelu. Zd\'b9\'bfa\'b3a na spotkanie Romana, \'9cmiej\'b9c si\'ea z g\'f3ry na my\'9cl, jak on si\'ea zdziwi, ujrzawszy j\'b9 na noga\f0 ch.\par
+\par
+\f1 Na Riva degli Schiavoni, spacerowem miejscu Wenecyi, roi\'b3o si\'ea od publiczno\'9cci. W pobli\'bfu hotelu, zamieszkiwanego przez Dzier\'bfymirskich, muzyka graj\'b9ca zazwyczaj na placu \'8cwi\'eatego Marka, rozbrzmiewa\'b3a kaskad\'b9 ochoczych ton\'f3w przed kawiarni\'b9, przepe\'b3nion\'b9 lud\'9fmi, snuj\'b9cymi si\'ea r\'f3wnie\'bf wsz\'eadzie, gdzie tylko by\'b3o rzuci\'e6 okiem. Ola, zd\'b9\'bfaj\'b9c ku przystani, wymija\'b3a ich szybko, w oddali widzia\'b3a ju\'bf w\'9cr\'f3d id\'b9cych sylwetk\'ea Romana, ca\'b3\'b9 bia\'b3\'b9, g\'f3ruj\'b9c\'b9 wzrostem nad innymi.\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski, niespokojny sna\'e6 dot\'b9d jeszcze, szed\'b3 krokiem ra\'9fnym, z cygarem zapalonem w ustach, a kroczy\'b3 tak zamy\'9clony, \'bfe by\'b3by, nie widz\'b9c wymin\'b9\'b3 Ol\'ea niew\'b9tpliwie, gdyby ta, ubawiona, nie roze\'9cmia\'b3a si\'ea weso\'b3o i nie pochwyci\'b3a go za rami\'ea. Na d\'9fwi\'eak znajomego srebrnego \'9cmiechu podni\'f3s\'b3 Roman g\'b3ow\'ea i twarz, chmurna dotychczas nieco, rozpogodzi\'b3a mu si\'ea natychmiast.\par
+\f0\par
+\f1 - Ty tu, filutko?.. - wykrzykn\'b9\'b3 rado\'9cnie, i uj\'b9wszy obie r\'b9czki Oli w swe d\'b3onie, obsypywa\'e6 je zacz\'b9\'b3 poca\'b3unkami, a nast\'eapnie poci\'b9gn\'b9\'b3 j\'b9 ku sobie, i nie zwracaj\'b9c zgo\'b3a uwagi na kilka mijaj\'b9cych ich os\'f3b, uca\'b3owa\'b3 w twarz serdecznie.\par
+\f0\par
+\f1 - A tak, Romeczku! - odpar\'b3a \'bfywo Ola - wybieg\'b3am, bo zobaczy\'b3am przez lornetk\'ea, jak wysiada\'b3e\'9c! Fe! kt\'f3\'bf widzia\'b3 siedzie\'e6 tak d\'b3ugo, gdy si\'ea ma tak \'b3adn\'b9, jak ja \'bfoneczk\'ea... - dorzuci\'b3a, przymilaj\'b9c si\'ea, z lekk\'b9 wym\'f3wk\'b9 w g\'b3osie, i doda\'b3a jeszcze:\par
+\f0\par
+\f1 - My\'9cla\'b3am ju\'bf, \'bfe ci si\'ea co z\'b3ego sta\'b3o!\par
+\f0\par
+\f1 Promie\'f1 przebieg\'b3 po twarzy m\'ea\'bfczyzny, uj\'b9\'b3 rami\'ea Oli, i odpar\'b3:\par
+\f0\par
+\f1 - A wiesz, moje \'bfycie, \'bfe i ja mia\'b3em co do ciebie my\'9cl podobn\'b9?.. - u\'9cmiechn\'b9\'b3 si\'ea i doda\'b3 - ale z mej strony to usprawiedliwione, zostawi\'b3em ci\'ea przecie bowiem w \'b3\'f3\'bfku...\par
+\f0\par
+\f1 Id\'b9c wci\'b9\'bf szybko przed siebie, zamilkli oboje. Mi\'b3o\'9c\'e6 odczuta, taka sama, drobn\'b9 sw\'b9 powy\'bfsz\'b9 oznak\'b9 zamkn\'ea\'b3a im usta na chwil\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 - Sk\'b9dsi\'9c od Wielkiego Kana\'b3u, w pewnych od siebie, odst\'eapach, dolatywa\'b3o w\'b3a\'9cnie echo silnego m\'easkiego g\'b3osu, przy akompaniamencie ch\'f3ru innych.\par
+\f0\par
+\f1 - Pojedziemy mo\'bfe gondol\'b9, jak my\'9clisz? - zapyta\'b3a Ola - s\'b3yszysz jak \'b3adnie \'9cpiewaj\'b9?..\par
+\f0\par
+\f1 - Dobrze, moje \'bfycie, jedziemy!.. - odpar\'b3 weso\'b3o R\f0 oman.\par
+\par
+\f1 Jak na zawo\'b3anie, w tej samej chwili Dzier\'bfymirscy us\'b3yszeli za sob\'b9 kilka okrzyk\'f3w, silnie akcentowanych na pierwszej sylabie: "G\'f3n-dola,. g\'f3n-dola signore... g\'f3n-dola!.."\par
+\f0\par
+\f1 Na lewo, obok id\'b9cych, znajdowa\'b3a si\'ea "Piazzeta", a naprzeciw wznosz\'b9cego si\'ea majestatycznie pa\'b3acu Do\'bf\'f3w, najwi\'eaksza przysta\'f1 gondolier\'f3w.\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski, wybrawszy jednego z licznych\'84 napraszaj\'b9cych si\'ea przewo\'9fnik\'f3w, podszed\'b3 ku przystani, gdzie wesp\'f3\'b3 z Ol\'b9 usadowi\'b3 si\'ea niebawem w gondoli.\par
+\f0\par
+- Serenada, Canale Grande! - rzuci\f1\'b3 ubranemu bia\'b3o W\'b3ochowi.\par
+\f0\par
+\f1 "Rematore"*) uderzy\'b3 w wios\'b3a, i gondola z wolna, cicha, wysun\'ea\'b3a si\'ea z pomi\'eadzy dziesi\'b9tek innych, a ko\'b3ysz\'b9c si\'ea na, czarnej fali kana\'b3u, pomkn\'ea\'b3a we wskazanym kierunku. Roman obj\'b9\'b3 kibi\'e6 \'bfony i pocz\'b9\'b3 muska\'e6 delikatnie ustami jej oczy, czo\'b3o, szyj\'ea i usta. Ona za\'9c uchyla\'b3a si\'ea wci\'b9\'bf figlarnie, szepcz\'b9c:\par
+[*) Wio\'9clarz.]\par
+\f0\par
+\f1 - Wstyd\'9f si\'ea... gondolier patrzy...\par
+\f0\par
+\f1 Lecz m\'ea\'bfczyzna nie przestawa\'b3. Kilkakrotnie usta ich z\'b3\'b9czy\'b3y si\'ea w poca\'b3unku gor\'b9cym, d\'b3ugim, od kt\'f3rego zadr\'bfeli oboje, z ust Romana sypa\'b3y si\'ea ciche i urywane, dysz\'b9ce uczuciem i nami\'eatno\'9cci\'b9, pieszczotliwe wyrazy...\par
+\f0\par
+\f1 A wko\'b3o nich, szeleszcz\'b9c uderzeniami wiose\'b3, sun\'b9c r\'f3wnie\'bf, jak i oni cicho, mkn\'ea\'b3y, migocz\'b9c kolorowemi \'9cwiate\'b3kami, gondole, zmierzaj\'b9c wszystkie w jednym kierunku - ku Wielkiemu Kana\'b3owi, ca\'b3emu rozbrzmiewaj\'b9cemu w tej chwili, jak harfa ruszona \'9cpiewem i muzyk\'b9. O\'9cwietlone, ubrane kolorowemi, papierowemi latarniami, miga\'b3y w oddali wielkie gondole, a raczej statki ma\'b3e, tak zwane \'84serenady", na kt\'f3rych orkiestry cale grajk\'f3w i \'9cpiewak\'f3w-samouk\'f3w popisywa\'b3y si\'ea ze swym wrodzonym, a rzetelnym nawet cz\'eastokro\'e6 artyzmem.\par
+\f0\par
+\f1 Kilka podobnych serenad, rozrzuconych po kanale; wabi\'b3o \'9cwiat\'b3ami i st\'b3umionym \'9cpiewu odg\'b3osem, ko\'b3o nich za\'9c, w pobli\'bfu, grupowa\'b3y si\'ea kr\'eagiem dziesi\'b9tki czarnych gondoli, z rozpostartymi w nich niedbale i wygodnie s\'b3uchaczami. Niekt\'f3re z rozbrzmiewaj\'b9cych \'9cpiewem i muzyk\'b9 bark podje\'bfd\'bfa\'b3y pod okna dawnych dworc\'f3w, a dzisiejszych pierwszorz\'eadnych hoteli i koncertuj\'b9c tam wy\'b3\'b9cznie dla hotelowych go\'9cci, zbierali od nich dla siebie datki, sun\'b9c r\'f3\'bfnobarwnemi \'9cwiat\'b3ami i gorej\'b9cym kad\'b3ubem stateczku zwolna u marmurowych stopni pa\'b3acowych balkon\'f3w.\par
+\f0\par
+\f1 Naprzeciwko dw\'f3ch podobnych serenad, \'9cpiewaj\'b9cych wprost ko\'9ccio\'b3a S-ta Maria della Salute, pod oknami pa\'b3ac\'f3w Ferro i Zucchelli, (dzisiejsze Grand-Hotel i hotel Britania) dalej nieco, poza ko\'9ccio\'b3em, zabrzmia\'b3a w\'b3a\'9cnie nagle pie\'9c\'f1 solowa ..\par
+\f0\par
+\f1 Zag\'b3uszaj\'b9c inne g\'b3osy \'9cpiewak\'f3w bli\'bfszych i dalszych, zadrga\'b3a ona uczuciem, i zr\'eacznie modulowana przyjemnie pie\'9cci\'b3a s\'b3uch, coraz donio\'9clejsza, bli\'bfsza...\par
+\f0\par
+\f1 - Pojedziemy tam! dobrze, Romciu?.. - zaproponowa\'b3a Ola, uj\'eata g\'b3osem \'9cpiewaka.\par
+\f0\par
+\f1 - Bene, carissima! - odpar\'b3 Roman, i skin\'b9\'b3 na wios\'b3uj\'b9cego. Gondola ich, kierowana umiej\'eatn\'b9 r\'eak\'b9, wymija\'e6 zacz\'ea\'b3a \'b3odzie,\f0 coraz liczniejsze.\par
+\par
+\f1 Roman i Ola, widz\'b9c si\'ea coraz bardziej otoczonymi, przestali poca\'b3unk\'f3w i pieszczot, chwilowo poddawszy si\'ea zupe\'b3nie czarowi pie\'9cni, p\'b3yn\'b9cej ku nim w ciszy wieczoru. \par
+\f0\par
+Oboje milczeli...\par
+\par
+\f1 Gondola tymczasem skr\'eaci\'b3a powoli w lewo, ku roz\'9cpiewanej barce, i w\'9clizn\'b9wszy si\'ea swym wysokim przednim dziobem, jak w\'b9\'bf, pomi\'eadzy ko\'b3ysz\'b9ce si\'ea dziesi\'b9tki innych gondol - stan\'ea\'b3a wreszcie, zatrzymana zr\'eacznie. Gondolier przymocowa\'b3 sznurem sw\'f3j pojazd do s\'b9siednich i za\'b3o\'bfywszy na krzy\'bf r\'eace, w skupieniu wesp\'f3\'b3 z innymi zas\'b3ucha\'b3 w pie\'9c\'f1...\par
+\f0\par
+\f1 Szerokiem p\'f3\'b3kolem, ciche, ko\'b3ysa\'b3y si\'ea wsz\'eady inne gondole; wsparci w nich s\'b3uchacze poddawali si\'ea niewyt\'b3umaczonemu czarowi tej weneckiej, cichej nocy, tej pie\'9cni szczerej, niewykwintnej, chwytaj\'b9cej jednak mimo woli niejednego za serce, zapadaj\'b9cej w dusz\'ea g\'b3\'eaboko.\par
+\f0\par
+\f1 Po sm\'eatnych pie\'9cniach nast\'eapowa\'b3y skoczne, i tak dalej, bez zmiany. Co kilka "numer\'f3w" z barki "serenady" schodzi\'b3 w\'b3och, rozczochrany, od \'9cpiewu wzruszony jeszcze, i z czapk\'b9 w r\'eaku zbiera\'b3 "co \'b3aska", przest\'eapuj\'b9c ostro\'bfnie z jednej gondoli na drug\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 W ciszy za\'9c wzgl\'eadnej, a spowodowanej tym swego rodzaju antraktem, rusza\'b3y si\'ea z miejsc swoich niekt\'f3re \'b3odzie, wracaj\'b9c, lub zd\'b9\'bfaj\'b9c dalej do innych serenad; na puste miejsce wsuwa\'b3a si\'ea milcz\'b9co nowoprzyby\'b3a gondola, a publiczno\'9c\'e6, zebrana w tych zaimprowizowanych wodnych lo\'bfach, natychmiast spogl\'b9da\'b3a ciekawie na swego s\'b9siada, p\'f3\'b3g\'b3osem komunikowa\'b3a sobie uwagi, w rozmaitych j\'eazykach.\par
+\f0\par
+\f1 I w cicho\'9cci powoli milk\'b3y, to zn\'f3w z kolei rozbrzmiewa\'b3y dalsze i bli\'bfsze roz\'9cpiewane barki, wreszcie antrakt si\'ea ko\'f1czy\'b3, po wodach kana\'b3u mkn\'ea\'b3a zn\'f3w ze \'84sceny" serenady pie\'9c\'f1 nami\'eatna... \par
+\f0\par
+\f1 S\'b3ucha\'b3y jej echa zdawa\'b3o si\'ea, pob\'b3a\'bfliwie i ciekawie gwiazdki, licznie rozsiane po gwia\'9fdzistem niebie po\'b3udnia - s\'b3ucha\'b3y krzy\'bfe, i wie\'bfyce licznych \'9cwi\'b9tyni, i zadumane marmury wiekopomnych dworc\'f3w.\par
+\f0\par
+\f1 Od czasu do czasu komunikuj\'b9c sobie przyciszon\'b9 uwag\'ea, Roman i Ola s\'b3uchali r\'f3wnie\'bf uwa\'bfnie w\'b3oskich pie\'9cni, nastr\'f3j za\'9c dzisiejszego wieczora rozmarzaj\'b9co dzia\'b3a\'b3 na nich. My\'9cli ich daleko ulatywa\'b3y, pod wp\'b3ywem tej nocy, tego krajobrazu niezwyk\'b3ego, a pe\'b3nego czaru, i tej niewymuszonej, tchn\'b9cej uczuciem pie\'9cni, wyrzucanej z ust ludzi prostych, dziwnie jednak atoli przejmuj\'b9cych si\'ea melody\'b9 s\'b3\'f3w swoich, kochaj\'b9cych tak wyra\'9fnie pie\'9cni owe, narodowe - w\'b3asne!\par
+\f0\par
+\f1 Wywo\'b3ana zatem \'9cwie\'bfemi, tak niedawnemi wspomnieniami dzisiejszego popo\'b3udnia, my\'9cl Oli bieg\'b3a nieprzeparcie do stron ojczystych - przymru\'bfa\'b3a oczy, i widzia\'b3a ogr\'f3d Gowartowski... wynios\'b3e oblicze ojca...\par
+\f0\par
+Roma\f1 na za\'9c trapi\'b3y z kolei te same, co i nad morzem my\'9cli... Fa\'b3sz obecnego po\'b3o\'bfenia, przysz\'b3o\'9c\'e6 niejasna, zakryta, ciemna, z tajemnic\'b9 na dnie duszy ukrywa\'e6 si\'ea zmuszon\'b9, przed okiem najdro\'bfszej nawet teraz dla\'f1 na \'9cwiecie istoty, zaciemnia\'b3y chmur\'b9 troski czo\'b3o Dzier\'bfymirskiego, mg\'b3\'b9 smutku matowa\'b3y spojrzenie czarnych, rozumnych oczu.\par
+\f0\par
+\f1 I \'bfal jaki\'9c niezmierny, \'bfal do \'bfycia, rozpiera\'b3 mu piersi, do losu, \'bfe, postawi\'b3 go na tak \'9cliskim i ko\'b3ysz\'b9cym si\'ea gruncie, \'bfe tylko za cen\'ea tego fa\'b3szu i wyrzut\'f3w sumienia, pozwoli\'b3 mu zdoby\'e6 to jego dzisiejsze nieograniczone szcz\'ea\'9ccie!\par
+\f0\par
+\f1 Zatopiony w swem skrytem cierpieniu, Roman od czasu do czasu spogl\'b9da\'b3 na Ol\'ea. Ta, ze spuszczonemi oczami, oparta niedbale na sk\'f3rzanych poduszkach gondoli, zadumana, r\'f3wnie\'bf marzy\'b3a cicho... Cienie przechodzi\'b3y, przemyka\'b3y si\'ea po jej wdzi\'eacznem, zamy\'9clonem obliczu, czasem na usteczkach zagaszcza\'b3 b\'b3\'b9kaj\'b9cy si\'ea u\'9cmieszek.\par
+\f0\par
+\f1 Roman wtedy z mi\'b3o\'9cci\'b9 bezgraniczn\'b9 zatrzymywa\'b3 d\'b3u\'bfsz\'b9 chwil\'ea spojrzenie na ukochanych rysach, i znowu popada\'b3 w zadum\'ea, lub s\'b3\'f3wkiem pieszczoty, albo spostrze\'bfeniem jakiem przerywa\'b3 milczenie. Ola odpowiada\'b3a mu skinieniem g\'b3\'f3wki - zamieniali pomi\'eadzy sob\'b9 zda\'f1 urywanych kilkana\'9ccie, i znowu milkli, poddaj\'b9c si\'ea nastrojowi zewn\'eatrznemu otoczenia i wewn\'eatrznemu dusz w\'b3asnych. W ten spos\'f3b czas mija\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 Powoli, stopniowo rozlu\'9fni\'b3o si\'ea \'9ccie\'9cnione gondol p\'f3\'b3kole... Z cichym wiose\'b3 szelestem i pluskiem ruszonej wody odp\'b3ywa\'b3y one jedne po drugich - du\'bfe barki s\'b9siednich serenad gin\'ea\'b3y r\'f3wnie\'bf w oddali, \'9cpiewy ich cich\'b3y...\f0\par
+\par
+\f1 Kilka tylko z nich jeszcze rozbrzmiewa\'b3o po kanale ostatnimi tony, a mi\'eadzy innemi i barka, ko\'b3o kt\'f3rej ko\'b3ysa\'b3a si\'ea gondola Dzier\'bfymirskich. Z okien i balkon\'f3w hoteli poznika\'b3y ju\'bf tak\'bfe liczne sylwetki i twarze go\'9cci, w pobli\'bfu, na wie\'bfy ko\'9ccielnej, wybi\'b3a rytmicznie godzina jedenasta...\par
+\f0\par
+\f1 Roman ockn\'b9\'b3 si\'ea pierwszy, dotkn\'b9\'b3 delikatnie d\'b3oni\'b9 r\'b9czki Oli i rzek\'b3:\par
+\f0\par
+\f1 - Pora ju\'bf nam, kochanie... prawda\'bf?..\par
+\f0\par
+\f1 - Kt\'f3ra? - zapyta\'b3a Ola, zbudzona.\par
+\f0\par
+\f1 - Jedenasta, moje \'bfycie - odpar\'b3 Roman.\par
+\f0\par
+\f1 - Ju\'bf?.. - zdziwi\'b3a si\'ea Ola, westchn\'b9wszy. To jed\'9fmy, nie s\'b9dzi\'b3am nigdy, by ju\'bf tyle czasu min\'ea\'b3o...\par
+\f0\par
+\f1 - O czem\'bfe tak duma\'b3a moja pani? - zapyta\'b3 Roman, z u\'9cmiechem.\par
+\f0\par
+\f1 - A ty? - odpowiedzia\'b3a pytaniem Ola.\par
+\f0\par
+\f1 - 0... ja?.. nic ciekawego - odpar\'b3 po\'9cpiesznie Roman, i jakby pragn\'b9c, by powt\'f3rnie nie pytano go o to samo, odwr\'f3ci\'b3 si\'ea szybko do gondoliera, informuj\'b9c go, dok\'b9d ma ich zawie\'9f\'e6.\par
+\f0\par
+\f1 Gondola, wycofana z \'b3atwo\'9cci\'b9 z przerzedzonego ju\'bf kr\'eagu, zawr\'f3ci\'b3a i pomkn\'ea\'b3a ku o\'9cwietlonemu niebieskawym \'9cwiat\'b3em latarni elektrycznych placowi San Marco. Na wie\'bfach odleg\'b3ych ko\'9ccio\'b3\'f3w, uk\'b3adaj\'b9cej si\'ea do snu Wenecyi, w milczeniu, r\'f3\'bfnymi tony dzwoni\'b3a godzina jedenasta, zda\'b3a dochodzi\'b3 jeszcze przyciszony odg\'b3os muzyki...\par
+\f0\par
+\f1 Wyci\'b9gn\'b9wszy si\'ea wygodnie w gondoli, Roman uj\'b9\'b3 zn\'f3w kibi\'e6 \'bfony, i pieszcz\'b9c wargami jej szyj\'ea, pocz\'b9\'b3 m\'f3wi\'e6 cicho, d\'b3ugo, ci\'b9gle.\par
+\f0\par
+\f1 Czu\'b3 potrzeb\'ea m\'f3wienia; chcia\'b3 zag\'b3uszy\'e6, odp\'eadzi\'e6 natr\'eatne my\'9cli, wspomnienia, przechodzi\'b3 z tematu na temat, \'9cmia\'b3 si\'ea, dowcipkowa\'b3, ca\'b3owa\'b3 Ol\'ea co chwila. A ona szczebiota\'b3a r\'f3wnie\'bf...\par
+\f0\par
+\f1 Pe\'b3ne wesela g\'b3osy dwojga m\'b3odych z\'b3\'b9czonym akordem przerywa\'b3y co chwila milczenie i spok\'f3j "Canale Grande", pada\'b3y i \'9clizga\'b3y si\'ea echem po ciemnej tafli jego w\'f3d, w kt\'f3rych z kolei p\'b3awi\'b3y si\'ea cienie pa\'b3ac\'f3w, z\'b3otym deszczem igra\'b3y gwiazdy i swawoli\'b3 powiew wietrzyka, id\'b9cego z morza, pokrytego ciemno\'9cci\'b9, \'9cni\'b9cego w oddali...\par
+\f0\par
+\f1 Dostawszy si\'ea na pe\'b3ni\'ea w\'f3d kana\'b3u \'9cw. Marka gondola pomkn\'ea\'b3a chy\'bfo, a niebawem po falistej tafli w\'b3oskiej laguny rozleg\'b3a si\'ea \'9cpiewana zgodnym li\'f3rem m\'easkiego barytonu i kobiecego sopranu pie\'9c\'f1 polska: "Szumi\'b9 jod\'b3y"...\par
+\f0\par
+\f1 - A co, nie m\'f3wi\'b3em, \'bfe to nasi, cho\'e6 on taki czarny, jak W\'b3och - odezwa\'b3 si\'ea po polsku, z gondoli, kt\'f3r\'b9 mijali Dzier\'bfymirscy, rubaszny troch\'ea g\'b3os m\'ea\'bfczyzny.\par
+\f0\par
+\f1 - No, tak dzioba\'e6 si\'ea, jak go\'b3\'b9bki, to i inni potrafi\'b9... odpowiedzia\'b3 ironicznie kto\'9c drugi.\par
+\f0\par
+\f1 - Ba, ale, panie dobrodzieju, z takim humorom - to nie!... z przekonaniem, stanowcza, rozleg\'b3a si\'ea odpowied\'9f szlagona.\par
+\f0\par
+\f1 Tymczasem gondola Dzier\'bfymirskich mala\'b3a ju\'bf coraz bardziej, na tle nocy tylko czerwonawem \'9cwiate\'b3kiem migoc\'b9c z oddali. Wkr\'f3tce, zalecia\'b3a jeszcze ostatnia zwrotka ,znanej Moniuszkowskiej melodyi: Oj, Halino, oj, je - dy - no, dzie - wczy - no mooo - ja!... \par
+\par
+- Moo - ja!... odda\'b3o echo lagun morza i zmilk\'b3o, ca\'b3y za\'9c kad\'b3ub czarnej gondoli znik\'b3 gdzie\'9c niebawem, ust\'eapuj\'b9c miejsca innym, nadci\'b9gaj\'b9cym coraz g\'ea\'9cciej od strony Wielkiego Kana\'b3u, coraz cichszego, coraz bardziej pogr\'b9\'bfaj\'b9cego si\'ea w czerni bezbarwn\'b9, g\'b3uch\'b9, zapadaj\'b9cego tam u\'9cpienia - Nocy!\par
+\f0\par
+\par
+\pard\qc * *\par
+*\par
+\pard\par
+\f1 - Patrz, patrz! jakie\'bf to pi\'eakne!..\par
+\f0\par
+\f1 S\'b3owa te, p\'f3\'b3g\'b3osem, z akcentem zachwytu, wym\'f3wi\'b3a Ola, i oboje wraz z Romanem stan\'eali na miejscu, jak przykuci. Nad ich g\'b3owami wznosi\'b3a swe dumne gotyckie arkady jedna z najpi\'eakniejszych, po bazylice San Marco, \'9cwi\'b9ty\'f1 w Wenecyi, Santa Maria Gloriosa dei Frari - stali za\'9c przed mauzoleum Canovy.\par
+\f0\par
+\f1 - Prawda! - szepn\'b9\'b3 w odpowiedzi \'bfonie Dzier\'bfymirski. - Zdawa\'b3oby si\'ea, i\'bf ten oto anio\'b3, czy geniusz u\'9cpiony, \'bfyje, oddycha, str\'f3\'bf czujny... urwa\'b3, studjuj\'b9c dalej pomnik z uwag\'b9.\par
+\f0\par
+- A te postacie,\f1 nieprawda\'bf, i\'bf rzeczywi\'9ccie id\'b9, ruszaj\'b9 si\'ea wolno, pogr\'b9\'bfone w cichej bole\'9cci i smutku! - podchwyci\'b3a \'bfywo Ola, podniecona widokiem, oraz wyrazem zakutego w marmurze pi\'eakna.\par
+\f0\par
+\f1 Oboje umilkli, z niek\'b3amanym zachwytem wpatruj\'b9c si\'ea w rze\'9fb\'ea.\par
+\f0\par
+Od grobowca \f1 bowiem, przez samego Canov\'ea modelowanego niegdy\'9c na pomnik dla Tycyana, bi\'b3o rzeczywiste, szczere pi\'eakno i chwyta\'b3o za serce - m\'f3wi\'b3o...\par
+\f0\par
+\f1 Przyparty do \'9cciany, ca\'b3y z bia\'b3ego marmuru, a tr\'f3jk\'b9tnym kszta\'b3tem w minjaturze przypominaj\'b9cy, piramidy Egiptu, sta\'b3 sarkofag otworem...\par
+\f0\par
+\f1 Na lewo, jakby strzeg\'b9c do\'f1 wchodu, olbrzymi lew marmurowy le\'bfa\'b3, z obwis\'b3emi \'b3apami, pot\'ea\'bfny, srogi, i jakby sm\'eatnie zadumany, a na nim, z rozpostartemi skrzyd\'b3y, opiera\'b3 si\'ea wielki Anio\'b3 u\'9cpiony... \par
+\f0\par
+\f1 I tchn\'b9ce \'b3agodno\'9cci\'b9, cudne oblicze Anio\'b3a zda si\'ea by\'e6 rzeczywi\'9ccie nie z tego n\'eadz pado\'b3u!..\par
+\f0\par
+\f1 Z ludzk\'b9 twarz\'b9, to prawda, spogl\'b9da\'e6 si\'ea zdaje na widza, lecz oczy jego przymkni\'eate nieco, skupienia i zadum pe\'b3ne - znieruchomione w nadziemskim spokoju, cisz\'b9 za\'9cwiat\'f3w, wieczno\'9cci milczeniem i bytu zagadk\'b9, n\'eac\'b9 oto wyra\'9fnie, wzrok ci\'b9gn\'b9 za sob\'b9, unosz\'b9 dusz\'ea, my\'9cl... gdzie\'9c w strefy nadziemskie do nieba!...\par
+\f0\par
+\f1 A z prawej zn\'f3w strony grobowca, jakby z ziemi, ze \'9cwiata, wolno sun\'b9 jakie\'9c postacie, zmierzaj\'b9c do otwartych na \'9ccie\'bfaj wr\'f3t\f0 sarkofagu...\par
+\par
+\f1 Pierwsza z nich, proporcyonalnie do innych, wi\'eaksza, kobieta m\'b3oda, jest ju\'bf tu\'bf blizko, u grobu prawie, w \'9clad za ni\'b9, z girlandami kwiat\'f3w, post\'eapuj\'b9 postacie mniejsze - to dziatki.\par
+\f0\par
+\f1 Id\'b9... Krocz\'b9, z pochylon\'b9 g\'b3ow\'b9, przygn\'eabieni, smutni, niebawem ju\'bf cisi przest\'b9pi\'b9 oni pr\'f3g grobowca...\par
+\f0\par
+\f1 - Chod\'9fmy! - szepn\'ea\'b3a Ola poci\'b9gaj\'b9c lekko Romana za r\'eak\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Z widoczn\'b9 niech\'eaci\'b9, jakby nie mog\'b9c oderwa\'e6 wzroku od pi\'eaknego pomnika, poruszy\'b3 si\'ea Dzier\'bfymirski, i wyrzek\'b3 p\'f3\'b3g\'b3osem:\par
+\f0\par
+\f1 - Czy ju\'bf obejrzeli\'9c\f0 my tutaj wszystko?\par
+\par
+\f1 - Zdaje mi si\'ea, \'bfe wszystko - odpowiedzia\'b3a Ola.\par
+\f0\par
+\par
+\f1 W pustej i cichej \'9cwi\'b9tyni rozlega\'b3y si\'ea wyra\'9fnie ich kroki, pr\'f3cz nich bowiem obecnie nie by\'b3o tu nikogo.\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski wyj\'b9\'b3 zegarek.\par
+\f0\par
+\f1 - Sz\'f3sta! Wracajmy, musimy po\'bfegna\'e6 jeszcze Wenecy\'ea z Campanili - rzuci\'b3 \'bfywo, i uj\'b9wszy rami\'ea \'bfony, skierowa\'b3 si\'ea ku wyj\'9cciu z ko\'9ccio\'b3a.\par
+\f0\par
+\f1 Na progu Dzier\'bfymirscy stan\'eali, obrzucaj\'b9c ostatniem spojrzeniem ko\'9cci\'f3\'b3; wzrok ich przesun\'b9\'b3 si\'ea raz jeszcze po wspania\'b3ych grobowcach do\'bf\'f3w, Tycyana i wyszli.\f0\par
+\par
+\f1 Upalny spok\'f3j w\'b3oskiego popo\'b3udnia obj\'b9\'b3 ich natychmiast. S\'b3o\'f1ce pali\'b3o jeszcze, na uliczkach Wenecyi by\'b3o pusto.\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirscy szli przy\'9cpieszonym krokiem, zmierzaj\'b9c ku mostowi "di Rialto." By\'b3 to ostatni ju\'bf dzie\'f1 pobytu ich w Wenecyi, wyje\'bfd\'bfali nazajutrz, \'bfegnaj\'b9c dzi\'9c po raz ostatni urocze miasto pami\'b9tek.\par
+\f0\par
+\f1 A \'bfegnali je sumiennie. Zwiedziwszy bowiem kilka nieznanych sobie jeszcze ko\'9ccio\'b3\'f3w, po raz wt\'f3ry obeszli wszystkie miejsca, dok\'b9d zach\'eaca\'b3o ich do powrotu wspomnienie zoczonego tam pi\'eakna.\par
+\f0\par
+A w\f1 i\'eac pa\'b3ac Do\'bf\'f3w, jego archeologiczne muzeum i liczne przepi\'eakne sale i ponure wi\'eazienia, pa\'b3ac kr\'f3lewski, bazylik\'ea, a tak\'bfe zar\'f3wno arcydzie\'b3a p\'eadzla Tycyana, Tintoretta, Paw\'b3a Veronese, Belliniego, i innych, w Akademii "delle belle Arti."\par
+\f0\par
+- Wiesz, kocha\f1 nie? musimy spieszy\'e6 si\'ea porz\'b9dnie, gdy\'bf o si\'f3dmej podobno zamykaj\'b9 ju\'bf Campanilli\'ea*)-odezwa\'b3 si\'ea Roman po d\'b3u\'bfszem milczeniu id\'b9c z Ol\'b9 bezustannie tak sarno szybko i s\'b3uchaj\'b9c zarazem szczebiotu jej, wci\'b9\'bf jeszcze znajduj\'b9cej si\'ea pod wra\'bfeniem pysznego dzie\'b3a Canovy.\par
+[*)Znana powszechnie pod t\'b9 nazw\'b9 dzwonnica \'8cwi\'eatego Marka w Wenecyi, siegaj\'b9ca budow\'b9 i stylem X wieku, dzi\'9c, jak wiadomo, ju\'bf nie istnieje. Run\'ea\'b3a dnia 14-go Lipca 1902 roku.]\par
+\f0\par
+\f1 - Co za \'9cwietn\'b9 doprawdy mia\'b3e\'9c my\'9cl, Romciu, zestawi\'e6 to obejrzenie Wenecyi z wy\'bfyn na zako\'f1czenie! - rzek\'b3a Ola, i dorzuci\'b3a z o\'bfywieniem: - Bo ostateczne owe wra\'bfenie nie zu\'bfyte dot\'b9d jeszcze, nowe, idealnie zamknie nasz pobyt tutaj...\par
+\f0\par
+\f1 - A widzisz, me \'bfycie, \'bfe nietylko moja pani miewa genialne koncepty - z u\'9cmiechem odpar\'b3 Roman, mi\'b3\'b9 mu bowiem by\'b3a my\'9cl, \'bfe ich wzajemne zapatrywania estetyczne zgadzaj\'b9 si\'ea tak dobrze.\par
+\f0\par
+\f1 W tem bo ostatniem los rzeczywi\'9ccie nie by\'b3 posk\'b9pi\'b3 zadowolenia Romanowi. Ola, by\'b3a to dusza obdarzona zar\'f3wno, jak i on, wykwintnem poczuciem pi\'eakna i niezmiern\'b9 wra\'bfliwo\'9cci\'b9 na dzie\'b3a sztuki, zgrzyt\'f3w pod tym wzgl\'eadem pomi\'eadzy nimi nie by\'b3o wcale - dope\'b3niali si\'ea wzajemnie.\par
+\f0\par
+\f1 - Poczekaj, kochanie - odezwa\'b3 si\'ea zn\'f3w Roman - spo\'bfyjemy sobie par\'ea brzoskwi\'f1... Mam ogromne pragnienie, a ty?...\par
+\f0\par
+- \f1 O! ja tak\'bfe!.. wykrzykn\'ea\'b3a potwierdzaj\'b9co i weso\'b3o Ola, poczem oboje zbli\'bfyli si\'ea do charakterystycznego, szerokiego, pod p\'b3\'f3ciennem okryciem od s\'b3o\'f1ca, weneckiego straganu, przepe\'b3nionego r\'f3\'bfnemi owocami i jarzynami.\par
+\f0\par
+\f1 Min\'eali ju\'bf byli wa\'9cnie "ponte di Rialto", znajduj\'b9c si\'ea obecnie w okolicy i punkcie targu, oraz o\'bfywionego ruchu. Woko\'b3o nich szwendali si\'ea liczni przechodnie, przekupnie wychwalali g\'b3o\'9cno sw\'f3j towar, t. j. drobiazgi, owoce, lub rzadko\'9c\'e6 w Wenecyi - zimn\'b9 wod\'ea do picia, m\'f3wi\'b9c nawiasem, nadzwyczaj niezdrow\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 Wybrawszy kilka przepysznych, wielkich brzoskwi\'f1, i spo\'bfywaj\'b9c je, Dzier\'bfymirscy pu\'9ccili si\'ea znowu w dalsz\'b9 drog\'ea. Szli obecnie najbardziej o\'bfywion\'b9 i handlow\'b9 ulic\'b9 w Wenecyi, tak zwan\'b9 "la Merceria", wij\'b9c\'b9 si\'ea w kszta\'b3cie szerokiego trotuaru pomi\'eadzy domami i szeregiem ciasno jeden przy drugim po\'b3o\'bfonych sklep\'f3w, a wiod\'b9cej zygzakiem od mostu di Rialto do wie\'bfy zegarowej na placu San Marco.\par
+\f0\par
+\f1 Zaczepiani co chwila przez natr\'eatnych w\'b3a\'9ccicieli magazyn\'f3w, przekupni\'f3w mozaiki i ma\'b3ych bosonogich ch\'b3opak\'f3w, narzucaj\'b9cych si\'ea im co chwila, z pytaj\'b9cem s\'b3owem i spojrzeniem \'b3adnych, czarnych ocz\'b9t: "Accompagnare, signore?...", Dzier\'bfymirscy szli szybko, wygodn\'b9, cho\'e6 kr\'eat\'b9 ulic\'b9, rozmawiaj\'b9c wci\'b9\'bf ze sob\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 Niedos\'b3yszane wzajemnie cz\'easto w gwarliwym ha\'b3asie "Mercerii" s\'b3owa ich gin\'ea\'b3y bez echa, gdy naraz i tym razem zupe\'b3nie g\'b3o\'9cno, po niewiele znacz\'b9cych uwagach, odezwa\'b3 si\'ea pierwszy Dzier\'bfymirski.\par
+\f0\par
+\f1 -Czy wiesz, moje \'bfycie, i\'bf to ju\'bf trzy tygodnie blisko, jak wyjechali\'9cmy z kraju? Czas leci, kto by pomy\'9cla\'b3, \'bfe niebawem ju\'bf minie miesi\'b9c, jak porwa\'b3em ciebie, szcz\'ea\'9ccie moje, z \'b3ona rodziny?..\par
+\f0\par
+\f1 Cho\'e6 w ostatnich s\'b3owach brzmia\'b3 ton \'bfartobliwo-dobroduszny, jednak Roman niespokojnie spojrza\'b3 na \'bfon\'ea, pierwszy to bowiem raz tak wyra\'9fn\'b9 czyni\'b3 alluzy\'ea do niedawnej, a prze\'b3omowej chwili ich \'bfycia; dorzuci\'b3 zaraz:\par
+\f0\par
+\f1 - Ciekawy jestem, co o tem wszystkiem my\'9cli i co czyni w tej chwili tw\'f3j ojciec... przytem wahaj\'b9co spojrza\'b3 z pod oka na Ol\'ea, uwa\'bfnie, jakby zbada\'e6 pragn\'b9c, do jakiego stopnia odczuw\f0 a ona to wspomnienie.\par
+\par
+\par
+\f1 Lekka mg\'b3a jakby przemkn\'ea\'b3a po twarzy m\'b3odej kobiety, a brewki jej zmarszczy\'b3y si\'ea przelotnie, jednak\'bfe odpowiedzia\'b3a natychmiast.\par
+\f0\par
+\f1 - Wiesz co, m\'f3j drogi? ja.... - i tu spu\'9cci\'b3a oczy, zarumieniwszy si\'ea lekko - bardzo cz\'easto... podkre\'9cli\'b3a akcentem te s\'b3owa, - my\'9cl\'ea o tem...\par
+\f0\par
+\f1 I Ola z kolei podnios\'b3a swe przymglone oczy na Dzier\'bfymirskiego, a jemu zda\'b3o si\'ea jednocze\'9cnie, \'bfe wilgotnemi by\'b3y one...\par
+\f0\par
+\f1 W tej samej chwili m\'b3oda kobieta ruchem \'b3agodnym, a wdzi\'eaku pe\'b3nym, po\'b3o\'bfy\'b3a sw\'b9 r\'b9czk\'ea drobn\'b9 na r\'eaku m\'ea\'bfa.\par
+\f0\par
+\f1 - Nie gniewaj si\'ea, m\'f3j drogi, \'bfe ci to m\'f3wi\'ea - rzek\'b3a mi\'eakko - ale... ale wierz mi, \'bfe ja nieraz l\'eakam si\'ea jakby po prostu, by ta przesz\'b3o\'9c\'e6 nasza, a w szczeg\'f3lno\'9cci gwa\'b3towna chwila ucieczki mojej, nie przynios\'b3a nam nieszcz\'ea\'9ccia... Biedny ojciec! - cicho westchn\'ea\'b3a Ola i umilk\'b3a, spu\'9cciwszy nie\'9cmia\'b3o wzrok ku ziemi, jak gdyby przestraszywszy si\'ea s\'b3\'f3w ostatnich.\par
+\f0\par
+\f1 Teraz Roman z kolei pochwyci\'b3 r\'eak\'ea \'bfony i u\'9ccisn\'b9wszy j\'b9 serdecznie kilka razy, wzruszony, pocz\'b9\'b3 pociesza\'e6 Ol\'ea z cicha, w ko\'f1cu zmieni\'b3 zupe\'b3nie temat rozmowy, przeszed\'b3szy po\'9cpiesznie na przysz\'b3e zamiary wsp\'f3lnej podr\'f3\'bfy. R\'f3wnocze\'9cnie jednak spos\'eapnia\'b3, i, cho\'e6 drobna, ma\'b3a chmurka, co niby cie\'f1, w\'9clizn\'ea\'b3a si\'ea pomi\'eadzy ich dusze - wzgl\'eadnie rozwia\'b3a si\'ea do\'9c\'e6 pr\'eadko, zostawi\'b3a jednak w umy\'9cle Dzier\'bfymirskiego \'9clad trwa\'b3y. Teraz zatem, gdy znowu zamienia\'b3 z Ol\'b9 banalne nieco frazesy, my\'9cl jego pracowa\'b3a uparcie w dalszym ci\'b9gu.\par
+\f0\par
+\f1 Wi\'eac on nie myli\'b3 si\'ea, b\'ead\'b9c cz\'eastokro\'e6 niespokojnym, gdy widzia\'b3 przychodz\'b9c\'b9 na czo\'b3o \'bfony nag\'b3\'b9 zadum\'ea, na poz\'f3r niewyt\'b3umaczon\'b9 zgo\'b3a niczem.\par
+\f0\par
+\f1 Wi\'eac w g\'b3\'f3wce tej, w kt\'f3rej, pr\'f3cz mi\'b3o\'9cci dla niego, d\'b3ugo nie przypuszcza\'b3 innego uczucia - tkwi\'b3 jednak w swoim rodzaju wyrzut sumienia?.. Odmiennemi zatem krocz\'b9c drogami, dusze ich - ze \'9fr\'f3d\'b3a tylko innego ca\'b3kiem p\'b3yn\'b9ce - obie jednocze\'9cnie mia\'b3y swoje skryte zgryzoty i cierpienia. Zar\'f3wno, jak i on, tylko inaczej, Ola wi\'eac tak\'bfe cierpia\'b3a...\par
+\f0\par
+\f1 - Dziwne, to \'bfycie, dziwne! - omal \'bfe nie g\'b3o\'9cno wym\'f3wi\'b3 Roman.\par
+\f0\par
+\f1 - 0! patrz, ju\'bf plac \'9cw. Marka - weso\'b3o wykrzykn\'ea\'b3a Ola w tej samej chwili, i wydobywszy miniaturowy zegarek, jednocze\'9cnie doda\'b3a:\par
+\f0\par
+\f1 - Wp\'f3\'b3 do si\'f3dmej! - Zd\'b9\'bfymy!.. \par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski nie podni\'f3s\'b3 uwagi \'bfony, przelotnie spojrza\'b3 tylko w jej twarz, a widz\'b9c Ol\'ea u\'9cmiechni\'eat\'b9, powesela\'b3 sam r\'f3wnie\'bf.\par
+\f0\par
+W\f1 ydostawszy si\'ea z w\'b9skiej szyi ruchliwej ulicy, znajdowali si\'ea ju\'bf oni na kwadratowym placu, obszernym, z trzech stron ramowanym woko\'b3o kolumnami pa\'b3acu kr\'f3lewskiego. Pod temi kolumnami, w pierwszorz\'eadnych kawiarniach Wenecyi, roi\'b3o si\'ea od ludzi; na mozajkach, krzy\'bfach, br\'b9zowych koniach i kopu\'b3ach bazyliki \'9cw. Marka gra\'b3y promienie s\'b3o\'f1ca, u st\'f3p za\'9c Campanili, dok\'b9d zmierzali Dzier\'bfymirscy, i przed ko\'9ccio\'b3em, po\'9crodku placu, grucha\'b3y i lata\'b3y setki go\'b3\'eabi, karmionych r\'eak\'b9 publiczno\'9cci. Zap\'b3aciwszy za wej\'9ccie, Roman i Ola powoli zacz\'eali wst\'eapowa\'e6 na g\'f3r\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Na szczyt dzwonnicy San Marco, oddzielonej od katedry, a strzelaj\'b9cej w g\'f3r\'ea wysoko i samotnie, sz\'b3o si\'ea nie po schodach, lecz po lekko pochylonej p\'b3aszczy\'9fnie spiralnej, nader wygodnej, cho\'e6 kr\'eatej, wchodz\'b9cego wcale nie m\'eacz\'b9cej.\par
+\f0\par
+\f1 Co kilka minut post\'eapuj\'b9cym na szczyt dzwonnicy Dzier\'bfymirskim miga\'b3y z prawej strony ma\'b3e okienka, pozwalaj\'b9ce im pochwyci\'e6 r\'b9bek krajobrazu, \'9cciany za\'9c wie\'bfy przepe\'b3nione by\'b3y licznymi podpisami turyst\'f3w.\par
+\f0\par
+\f1 Wzgl\'eadnie do\'9c\'e6 d\'b3ugo, bo powoli, zm\'eaczeni poprzednim po\'9cpiechem, szli pod g\'f3r\'ea Roman i Ola, zanim dostali si\'ea wreszcie na obszern\'b9 szczytow\'b9 platform\'ea dzwonnicy. Pr\'f3cz sprzedaj\'b9cego w zaimprowizowanym sklepie fotografie i albumiki: "ricordo di Venetia," kilka zaledwie os\'f3b znajdowa\'b3o si\'ea tutaj. Dzier\'bfymirscy zbli\'bfyli si\'ea do balustrady, obrzuciwszy spojrzeniem ca\'b3y widok, u st\'f3p ich i henhen, daleko!...\par
+\f0\par
+\f1 - \'8cliczne, prze\'9cliczne! - rzek\'b3a po chwili Ola p\'f3\'b3g\'b3osem, z przej\'eaciem, Roman za\'9c, potakuj\'b9c \'bfonie, wyj\'b9\'b3 noszon\'b9 stale ze sob\'b9 lunet\'ea i regulowa\'e6 j\'b9 pocz\'b9\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 S\'b3o\'f1ce w\'b3a\'9cnie zni\'bfa\'b3o si\'ea ku zachodowi. Z jednej strony krajobrazu, na prawo, tarcza jego, ziej\'b9c purpur\'b9, k\'b9pa\'b3a si\'ea promienistymi blaskami w morzu, roz\'9cwietla\'b3a jego tajemnicz\'b9 g\'b3\'eabi\'ea, roz\'bfarza\'b3a, na kszta\'b3t g\'b3owni, czerwonawym ogniem zmarszczone grzbiety fal, z\'b3otym prostopad\'b3ym go\'9cci\'f1cem zanurzaj\'b9c si\'ea stopniowo coraz bardziej w iskrz\'b9c\'b9 si\'ea \'9cwiat\'b3ami to\'f1. I zielonkawe, \'b3agodne Adryatyku fale, rozchyla\'b3y si\'ea przyjacielsko i go\'9ccinnie - roztwiera\'b3y swe nurty do id\'b9cego na spoczynek s\'b3o\'f1ca, w\'f3d szmerem ko\'b3ysa\'e6 si\'ea je zdaj\'b9c do snu cichego...\par
+\f0\par
+\f1 Po bokach fal tymczasem coraz dalej i dalej bieg\'b3y ostatnie promienie jego; rozlewa\'b3y si\'ea wko\'b3o po\'bfegnalnym odblaskiem - pie\'9cci\'b3y ju\'bf morze ca\'b3e, zapala\'b3y na niem miljony barw i odcieni, sko\'9cne lecia\'b3y w lewo ku Lido, "giardini publici," s\'b3a\'b3y si\'ea krwawi\'b9ce na dachach i wie\'bfach le\'bf\'b9cej w dole Wenecyi - i gin\'ea\'b3y nareszcie w zamglonej gdzie\'9c dali, tul\'b9c si\'ea do majacz\'b9cych hen, hen, w perspektywie g\'f3rskich alpejskich szczyt\f0\'f3w...\par
+\par
+Roman i Ola, zapatrzeni, stali nieruchomo, w milczeniu.\par
+\par
+\f1 Otulony cisz\'b9 bezmiar\'f3w, tchn\'b9cy spokojem id\'b9cego wieczora, zachwyca\'b3 ich ten krajobraz. \par
+\f0\par
+\f1 - Spojrzyj-no, jak smacznie zajadaj\'b9 sobie nasi brudni w\'b3osi swoje "pranzo" - rzek\'b3a nagle do m\'ea\'bfa Ola, wskazuj\'b9c r\'eak\'b9 spi\'eatrzon\'b9 u st\'f3p ich, w\'9cr\'f3d w\'b9skich kana\'b3\'f3w, Wenecy\'ea, i \'9ccie\'9cnione dachy jej dom\'f3w, gdzie na werandach spo\'bfywano w\'b3a\'9cnie posi\'b3ek.\par
+\f0\par
+\f1 - A, prawda! - potwierdzi\'b3 Roman.\par
+\f0\par
+\f1 - Zabawnie wygl\'b9daj\'b9 na swoich daszkach, jak liliputy... - zauwa\'bfy\'b3 jeszcze i uj\'b9wszy rami\'ea \'bfony, zbli\'bfy\'b3 si\'ea zn\'f3w ku balustradzie od strony morza.\par
+\f0\par
+\f1 - Patrz! - rzek\'b3 przyciszonym g\'b3osem, wskazuj\'b9c na prawo l\'b9d sta\'b3y - widzisz te otulone mg\'b3ami sylwety miast i g\'f3r?..\par
+\f0\par
+\f1 - Widz\'ea - potwierdzi\'b3a Ola.\par
+\f0\par
+\f1 - Oto Fusina - obja\'9cnia\'e6 pocz\'b9\'b3 \'bfonie Roman - tam zn\'f3w g\'b3\'eabiej, to Padwa i Treviso...\par
+\f0\par
+\f1 Tu, na zachodzie - to otaczaj\'b9ce Weron\'ea szczyty g\'f3rskie, a tam - wskazuj\'b9c ruchem r\'eaki kolistym krajobraz, m\'f3wi\'b3 dalej Dzier\'bfymirski - to Monte Baldo, i u st\'f3p jego jezioro Garda.\par
+\f0\par
+I Roman manewruj\f1\'b9c r\'f3wnocze\'9cnie lunet\'b9 odkrywa\'b3 coraz to inne odleg\'b3e g\'f3ry i miasta, a u\'bfyczaj\'b9c lornety swej \'bfonie, obja\'9cnia\'b3 j\'b9, t\'b3umaczy\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 Tymczasem za\'9c platforma dzwonnicy opustosza\'b3a stopniowo. Pr\'f3cz przekupni\'f3w, zalecaj\'b9cych swe "ricorda," i miejscowych ludzi, nie by\'b3o tu ju\'bf pr\'f3cz Dzier\'bfymirskich, nikogo. Roman i Ola gotowali si\'ea do odej\'9ccia, gdy oto nagle przystan\'eali znowu, zas\'b3uchani.\par
+\f0\par
+\f1 Z weneckiego starego grodu sz\'b3a muzyka dziwna... Jak orkiestr\'b9 dobran\'b9 grana, w\'eadrowa\'b3a przez otulone milczeniem przestworza melodya ko\'9ccielnych dzwon\'f3w...\par
+\f0\par
+\f1 Rozpocz\'ea\'b3y j\'b9, na wprost Campanili dzwony ko\'9ccio\'b3\'f3w: Redentore, na wysepce Giudecca, i Santo Giorgio Maggiore, opodal, a w \'9clad za niemi powt\'f3rzy\'b3y inne \'9cwi\'b9tynie. Z Santa Maria della Salute na czele rozbrzmia\'b3y kolejno po ca\'b3ej Wenecyi, wstrz\'b9sn\'ea\'b3y cisz\'b9 \'84kr\'f3lowej Adryatyku" - tu dono\'9cnie bij\'b9c basem, tam zn\'f3w skar\'bf\'b9c si\'ea \'b3agodnie, kwil\'b9c - wsp\'f3lnie zagra\'b3y ch\'f3rem sw\'b9 pie\'9c\'f1 wieczorn\'b9...\par
+\f0\par
+\f1 Dobranymi jakby akordy pop\'b3yn\'ea\'b3y d\'9fwi\'eacznie tony poprzez laguny i kana\'b3y, morzem, po grzbietach fal, ulecia\'b3y w dal sin\'b9, zda si\'ea, nios\'b9c swe echa a\'bf do podn\'f3\'bfy g\'f3r.\par
+\f0\par
+\f1 Roman, nachyliwszy si\'ea ku \'bfonie, rzuci\'b3 p\'f3\'b3g\'b3osem:\par
+\f0\par
+\f1 - Co za wspania\'b3e i silne wra\'bfenie, nieprawda\'bf?...\par
+\f0\par
+\f1 Chcia\'b3 powiedzie\'e6 co\'9c jeszcze, lecz w tej samej chwili instynktownie urwa\'b3...\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirscy zadr\'bfeli oboje. Kobieta przytuli\'b3a si\'ea, jak pow\'f3j, do m\'ea\'bfczyzny, on za\'9c obj\'b9\'b3 opieku\'f1czym ruchem jej kibi\'e6 i silnem ramieniem przycisn\'b9\'b3 wyl\'eak\'b3\'b9 do siebie.\par
+\f0\par
+\f1 To z dzwonnicy \'9cw. Marka, tu, na szczycie jej, o par\'ea zaledwie krok\'f3w od nich, zagrzmia\'b3 w\'b3a\'9cnie do wt\'f3ru innym, zadudni\'b3, g\'b3usz\'b9c wszystko sw\'b9 si\'b3\'b9, dzwon olbrzymi i pot\'ea\'bfny - "San Marco."\par
+\f0\par
+\f1 G\'b3os jego tubalny, hucz\'b9cy, zmiesza\'b3 si\'ea z og\'f3ln\'b9 ary\'b9 dzwon\'f3w, nape\'b3niaj\'b9c echami grzmot\'f3w, trz\'eas\'b9c platform\'b9 wie\'bfycy.\par
+\f0\par
+\f1 A jednocze\'9cnie Roman i Ola dziwnego doznawali wra\'bfenia. Zda\'b3o si\'ea im bowiem, jakby ich tutaj nie by\'b3o ju\'bf zupe\'b3nie.\par
+\f0\par
+\f1 Nie, oni stanowczo znikli, a znajdowa\'b3 si\'ea tu jeno jeden jedyny olbrzymi d\'9fwi\'eak, z kt\'f3rym istnienia wsp\'f3lne zla\'b3y si\'ea, z\'b3\'b9czy\'b3y. Glos dzwonu przenika\'b3 ich do g\'b3\'eabi, szed\'b3 a\'bf do dna dusz, gra\'b3 na fibrach nerw\'f3w; trz\'b9s\'b3 nimi, pot\'ea\'bfny w swej mocy - wielki...\par
+\f0\par
+\f1 Ola jeszcze bardziej przytuli\'b3a si\'ea do m\'ea\'bfa, jakby szukaj\'b9c obrony przed czem\'9c, czy przed kim\'9c, Dzier\'bfymirski silniej przygarn\'b9\'b3 j\'b9 do siebie. R\'f3wnocze\'9cnie, jakby kierowane wzajemnym odruchem jednomy\'9clnym i uczuciem wzajemnem, twarze ich zbli\'bfy\'b3y si\'ea i z\'b3\'b9czy\'b3y usta!...\par
+\f0\par
+\f1 Ostatni z ostatnich promie\'f1 zachodu zapali\'b3 na sekund\'ea jedn\'b9 gwiazd\'ea na czo\'b3ach m\'ea\'bfczyzny i kobiety, skojarzy\'b3 si\'ea z ich pieszczot\'b9 i znik\'b3. S\'b3o\'f1ce zgas\'b3o... Roman i Ola jednak nie odrywali ust od poca\'b3unku, a trwali w nim jeszcze...\par
+\f0\par
+\f1 Jaka\'9c bowiem niewyt\'b3umaczona niczem ch\'ea\'e6 przed\'b3u\'bfenia jakby tej chwili ogarn\'ea\'b3a Dzier\'bfymirskich.\par
+\f0\par
+\f1 W zapomnieniu pieszczoty jestestwa ich drga\'b3y uczuciem, a hucz\'b9cy g\'b3os dzwonu zdawa\'b3 si\'ea bardziej jeszcze kojarzy\'e6 ich ze sob\'b9... \'a3\'b9czy\'b3 si\'ea sam niby z ekstaz\'b9 ich poca\'b3unku, a usuwaj\'b9c z niego zarazem pierwiastek zmys\'b3\'f3w poziomy - wznosi\'b3 dusze Romana i Oli w nadziemskie gdzie\'9c strefy, uszlachetnia\'b3, budzi\'b3 w nich jakie\'9c ch\'eaci i pragnienia i przypina\'b3 skrzyd\'b3a do lotu i rozszerza\'b3 piersi i kaza\'b3 si\'ea modli\'e6 pokornie...\par
+\f0\par
+\f1 Z ekstazy pierwsza zbudzi\'b3a si\'ea kobieta. \par
+\f0\par
+\f1 Przyblad\'b3a nieco, oderwa\'b3a drobne wargi od ust Romana i szepn\'ea\'b3a cichutko: - Chod\'9fmy ju\'bf!.. \par
+\f0\par
+- Dobrze, z\f1\'b3oto moje, kochanie najmilsze! - odpar\'b3 pieszczotliwie Dzier\'bfymirski, i oboje w \'9clad za tem skierowali si\'ea ku wyj\'9cciu.\par
+\f0\par
+\f1 Nic nie m\'f3wili teraz do siebie. Zamy\'9cleni, pogr\'b9\'bfeni w sw\'f3j dziwny stan duchowy, zapatrzeni w swe dusze, schodzili powoli, schodzili w d\'f3\'b3 ci\'b9gle.\par
+\f0\par
+\f1 I stopniowo, nieznacznie, reakcya nastroju w\'9clizgiwa\'e6 si\'ea pocz\'ea\'b3a w ich dusze, m\'f3zgi i serca... \par
+\f0\par
+\f1 Przy d\'9fwi\'eakach bo oto graj\'b9cego obecnie nad nimi dzwonu-olbrzyma, jakie\'9c zw\'b9tpienia obsiad\'b3y nagle ich dusze, a czar, tam, na g\'f3rze, odczuty - nikn\'b9\'b3, wewn\'eatrzne zadowolenie i napi\'eacie duchowe s\'b3ab\'b3o!..\par
+\f0\par
+\f1 Lecz czy\'bf to z\'b3udzenie? Wszak g\'b3os tego\'bf samego dzwonu jest teraz jakim\'9c ca\'b3kiem innym, odr\'eabnym; to nie ten na g\'f3rze, wysoko!\par
+\f0\par
+\f1 Tamten, pe\'b3en otuchy, dodawa\'b3 odwagi, wzmacnia\'b3. A ten, wstrz\'b9saj\'b9c murami wynios\'b3ej wie\'bfycy, b\'b3\'b9ka si\'ea gdzie\'9c tylko po jej zakamarkach, szczelinach, taki odmienny, ponury, smutny...\par
+\f0\par
+\f1 I pod jego wp\'b3ywem, jakby pod dzia\'b3aniem czarodziejskiej si\'b3y, w my\'9clach Dzier\'bfymirskich, ka\'bfdemu z osobna, zaszumia\'b3y znowu wyrzuty sum\f0 ienia.\par
+\par
+\f1 Jej, Oli, stan\'ea\'b3a przed oczami, jak \'bfywa, marsowa twarz ojca, i jego spojrzenie smutne, wyrzut\'f3w pe\'b3ne. \'8frenice rodzica wyra\'9fnie przytem zdawa\'b3y si\'ea skar\'bfy\'e6, m\'f3wi\'e6: Ja ci\'ea kocha\'b3em, drogie dzieci\'ea, a ty tak pogardzi\'b3a\'9c mn\'b9, zrani\'b3a\'9c tak dotkliwie i bole\'9cnie!\par
+\f0\par
+\f1 Romanowi za\'9c tak \'bfywo przypomnia\'b3a si\'ea z przed laty chwila pewna, i\'bf zdziwi\'b3 si\'ea sam niepomiernie. Sw\'b9 ubog\'b9 izdebk\'b9 z przed laty, straszn\'b9 noc walki ze sob\'b9 samym, i zwyci\'eastwo z\'b3ota ujrza\'b3 tu w Campanili-wszystko!..\par
+\f0\par
+A dzwon tymczasem hucz\f1 a\'b3 coraz bardziej, i przytem coraz jakby sro\'bfszy i bezwzgl\'eadniejszy, surowszy... Dzier\'bfymirscy bezwiednie, w mimowolnej po prostu obawie przed tym g\'b3osem karc\'b9cym z wysoka, pospieszniej w d\'f3\'b3 schodzi\'e6 pocz\'eali.\par
+\f0\par
+\f1 Cienie wieczorne k\'b3ad\'b3y si\'ea ju\'bf po pustych zak\'b9tkach starej, jak \'9cwiat, wie\'bfycy, mroki tajemnicze pe\'b3za\'b3y tu swobodnie. Przy d\'9fwi\'eakach dzwonu, kt\'f3ry wci\'b9\'bf trz\'b9s\'b3 jej \'9ccianami, w\'9cr\'f3d ciemniej\'b9cej stopniowo, a zamkni\'eatej w nich pustki, schodzi\'b3a, spuszczaj\'b9c si\'ea coraz szybciej, zni\'bfa\'b3a si\'ea para m\'b3o\f0 dych.\par
+\par
+\f1 Wreszcie zmierzch szary poch\'b3on\'b9\'b3 zgrabne postacie, i zapanowa\'b3 bezpodzielnie w Campanili. Jednocze\'9cnie o jej mury odbi\'b3o si\'ea echo ostatniego uderzenia dzwonu, niby ostatnie dla Dzier\'bfymirskich przypomnienie przesz\'b3o\'9cci...\par
+\f0\par
+\f1 W \'9clad za tem uspokoi\'b3o si\'ea wkr\'f3tce wszystko.\par
+\f0\par
+\f1 Wiekopomna wie\'bfyca, zas\'b3uchana jakby jeszcze w ko\'f1cowy zamieraj\'b9cy d\'9fwi\'eak dzwonu, przycich\'b3a; szaro\'9c\'e6, smutek i g\'b3usza rozsiad\'b3y si\'ea tu woko\'b3o... W milcz\'b9c\'b9 senn\'b9 zadum\'ea, we wspomnienia przebrzmia\'b3e, zapada\'b3a powoli Campanile.\par
+\f0\par
+\par
+\par
+---------------\par
+\par
+\par
+\par
+\f1 - Rojno i gwarno by\'b3o dzi\'9c u marsza\'b3kowej nieprawda\'bf? Ha-ha-ha, wiedzia\'b3em doskonale, \'bfe si\'ea stawi\'b9 wszyscy... Poczciwa jednak ta nasza \'9cwiatowa mena\'bferya.... No, i c\'f3\'bf? Uwierzyli?\par
+\f0\par
+\f1 Pytanie to, zwr\'f3cone do pani Melanii Warnickiej w jej du\'bfym, pi\'eaknym salonie, wyg\'b3osi\'b3, sadowi\'b9c si\'ea wygodnie na fotelu, Emil \'a3ady\'bfy\'f1ski. By\'b3 to m\'ea\'bfczyzna lat przesz\'b3o pi\'ea\'e6dziesi\'eaciu, wysoki, szczup\'b3y, od st\'f3p do g\'b3\'f3w drobiazgowo wytworny, o wyrazie twarzy szyderczym, przyros\'b3ym jakby do rys\'f3w jego, \'9cwie\'bfych i \'bfywych jeszcze, oraz pi\'eaknych oczu pod\'b3u\'bfnych, zielonkawych, z pod pincenez patrz\'b9cych rozumnie.\par
+\f0\par
+\f1 - Uwierzyli. To jest, mo\'bfe udali tylko, \'bfe wierz\'b9... odpowiedzia\'b3a marsza\'b3kowa rozpartemu z gracy\'b9 w krze\'9cle go\'9cciowi swemu.\par
+\f0\par
+- No, c'est tout ce qu'il fau\f1 t, na razie; teraz damy sobie wielkiego i dystyngowanego nura n'est ce pas?.. A niech tam wszyscy my\'9cl\'b9 sobie, co im si\'ea \'bfywnie podoba!- zawyrokowa\'b3 ten\'bfe g\'b3osem stanowczym.\par
+\f0\par
+\f1 - C'est ce qui me tranquillise, i\'bf zamkn\'ea\'b3am zupe\'b3nie dzi\'9c ju\'bf rachunki z towarzystwem tutejszem - odpar\'b3a z westchnieniem ulgi pani Melania.\par
+\f0\par
+\f1 Rozmowa potoczy\'b3a si\'ea dalej; tre\'9cci\'b9 jej by\'b3 przebieg dzisiejszego, a ostatniego czwartkowego przyj\'eacia u Marsza\'b3kowej.\par
+\f0\par
+\f1 Znikni\'eacie Oli, cho\'e6 trzymane pilnie w tajemnicy, jak to zwykle bywa w takich razach, nagle, pewnego poranku przedosta\'b3o si\'ea niewiadomo przez kogo, jak i kiedy, do miasta, a wie\'9c\'e6 ta, podawana z pocz\'b9tku ostro\'bfnie, cicho i pod wielkim sekretem, wkr\'f3tce by\'b3a ju\'bf na wszystkich ustach, komentowana, przeinaczona, a plotk\'b9 i skrzydlatym ptakiem obmowy oblecia\'b3a niebawem wszystkie niemal salony towarzyskiego \'9cwiata w mie\'9ccie. Pomimo to, nikt nie wiedzia\'b3 nic jeszcze dok\'b3adnie. Zaalarmowany pierwszy \'a3ady\'bfy\'f1ski, kt\'f3ry, jako przyjaciel domu Gowartowskich, a zarazem bywaj\'b9cy wsz\'eadzie \'9cwiatowiec, osaczonym by\'b3 ci\'b9gle pytaniami, odby\'b3 dni temu par\'ea istn\'b9 sessyjn\'b9 konferency\'ea z marsza\'b3kow\'b9: Co czyni\'e6, by ocali\'e6 pozory?.. I w\'f3wczas to postanowiono, co nast\'eapuje:\par
+\f0\par
+\f1 Pu\'9cci\'e6 natychmiast w \'9cwiat niejasn\'b9 pog\'b3osk\'ea o \'9clubie Oli z Dzier\'bfymirskim, i opowiedzie\'e6 wyjazd marsza\'b3kowej, kt\'f3ra, postanowiwszy ju\'bf poprzednio przenie\'9c\'e6 si\'ea ca\'b3kiem na wie\'9c, teraz, po naradzie z \'a3ady\'bfy\'f1skim, zgadza\'b3a si\'ea t\'ea chwil\'ea odjazdu swego przy\'9cpieszy\'e6. Za par\'ea dni w\'b3a\'9cnie przypada\'b3 czwartek, jour fixe pani Melanii; \'b3atwo by\'b3o przewidzie\'e6, i\'bf towarzystwo cale, wobec rozsiewanych zr\'eacznie p\'f3\'b3s\'b3\'f3wek o wielkiej powy\'bfszej nowinie, nie omieszka, przywiedzione ciekawo\'9cci\'b9 i ch\'eaci\'b9 po\'bfegnania czcigodnej matrony, zawita\'e6 na jej salony...\par
+\f0\par
+\f1 - W\'f3wczas to wszystkim i ka\'bfdemu z osobna damy do spo\'bfycia nast\'eapuj\'b9c\'b9 pigu\'b3k\'ea! - zadecydowa\'b3 weso\'b3o na owej konferencyi pan Emil:\par
+\f0\par
+\f1 - Powiemy, \'bfe Ola i Dzier\'bfymirski s\'b9 ju\'bf po \'9clubie, uznanym przez rodzin\'ea najbli\'bfsz\'b9 i przez ni\'b9 urz\'b9dzonym, lecz cichym i bez rozg\'b3osu, a to na w\'b3asne i wyra\'9fne \'bf\'b9danie pa\'f1stwa m\'b3odych...\par
+\f0\par
+\f1 - Co si\'ea za\'9c tyczy dotychczasowej o tem wszystkiem tajemnicy, wyt\'b3umaczymy j\'b9 tem, i\'bf dzisiejsi pa\'f1stwo Dzier\'bfymirscy kochali si\'ea w sobie na zab\'f3j od dawna, od lat, przypu\'9c\'e6my, o\'9cmiu... \'bfe ojciec srogi nie chcia\'b3 o zwi\'b9zku tym s\'b3ysze\'e6 nawet, i\'bf zmi\'eakczony wreszcie zgodzi\'b3 si\'ea na\'f1... Pani marsza\'b3kowa nie by\'b3a na \'9clubie, no... bo jest s\'b3abego zdrowia, January za\'9c, w ostatniej chwili, gdy jecha\'b3 na kolej, zachorowa\'b3... Pa\'f1stwo m\'b3odzi obecnie bawi\'b9 zagranic\'b9. Gdzie? - nie wiemy. Pour d\'e9router - powiemy na przyk\'b3ad, \'bfe w Szwecyi... Ca\'b3\'b9 t\'ea historyjk\'ea, pani marsza\'b3kowa na przyj\'eaciu u siebie, a ja u innych, tego\'bf samego dnia i w tych\'bfe godzinach ukoloryzujemy jeszcze nale\'bfycie kilkoma pseudo-autentycznymi szczeg\'f3\'b3ami, no... et il faut esp\'e9rer, \'bfe nam chyba uwierz\'b9!..\par
+\f0\par
+\f1 Tak ostatecznie uradzi\'b3 \'a3ady\'bfy\'f1ski, a do ultimatum owego, uznawszy jego s\'b3uszno\'9c\'e6, marsza\'b3kowa Warnicka zastosowa\'b3a si\'ea \'9cci\'9cle przez ca\'b3y dzie\'f1 dzisiejszego czwartkowego u siebie przyj\'eacia. Obecnie za\'9c w dalszym ci\'b9gu informowa\'b3a przyby\'b3ego swego wsp\'f3lnika o wywi\'b9zaniu si\'ea z zadania i roli w\'b3asnych, opowiadaj\'b9c mu zarazem, jak wiele dnia tego odwiedzi\'b3o j\'b9 os\'f3b ze \'9cwiata, do tego stopnia licznych, i\'bf chwilami w ogromnym jej salonie brak\'b3o po prostu dla nich miejsca.\par
+\f0\par
+\f1 - Ka\'bfdy niemal po banalnym wst\'eapie grzecznostek, pyta\'b3 mnie o Ol\'ea, nie przeoczy\'b3 tego nikt -m\'f3wi\'b3a pani Melania, ko\'f1cz\'b9c opowiadanie swoje - a\'bf w duchu sama \'9cmia\'b3am si\'ea z tego...\par
+\f0\par
+\f1 - Wi\'eac kt\'f3\'bf by\'b3? kt\'f3\'bf by\'b3? - pyta\'b3 ciekawie \'a3ady\'bfy\'f1ski.\par
+\f0\par
+- Wszyscy, powiad\f1 am panu, towarzystwo ca\'b3e, nie zawi\'f3d\'b3 nikt - opowiada\'b3a dalej marsza\'b3kowa - szli wielcy i mali, sympatyczni i niemili, oraz nawet, kt\'f3rym si\'ea zdaje, \'bfe obecno\'9cci\'b9 swoj\'b9 czyni\'b9 mi \'b3ask\'ea najwy\'bfsz\'b9, raz na rok zaledwie bywaj\'b9c u mnie... i lekcewa\'bf\'b9co na poz\'f3r przy tych wyrazach pani Melania machn\'ea\'b3a r\'eak\'b9...\par
+\f0\par
+\f1 Pan Emil za\'9c s\'b3ucha\'b3 i nieznacznie u\'9cmiecha\'b3 si\'ea pod w\'b9sem, zna\'b3 bowiem dobrze s\'b3ab\'b9 stron\'ea staruszki, kt\'f3r\'b9 gniewa\'b3o zawsze, gdy kto\'9c ze \'84\'9cwiata," mieszkaj\'b9cy stale w mie\'9ccie, omija\'b3 jej dom w wizytach.\f0\par
+\par
+\f1 - Par exemple... - odezwa\'b3 si\'ea - r\'eaczy\'b3bym, \'bfe ksi\'ea\'bfna Marya i hrabiowie Doliwscy...\par
+\f0\par
+\f1 - Oh! pas seulement, oni naturalnie, ale i ksi\'b9\'bfe Jerzy, hrabia Alfred, ksi\'eastwo Staniccy, hrabina Manfredowa z c\'f3rk\'b9 i jej narzeczonym... Vous savez, ona wychodzi za tego ksi\'eacia Ryszarda S. z Pozna\'f1skiego... A tak\'bfe Otoccy, Daworowscy, Igelhausenowie... ju\'bf nie pami\'eatam wszystkich nawet... ko\'f1czy\'b3a pani Melania, zadowolona w duszy z szumnej nomenklatury.\par
+\f0\par
+\f1 - Oh! mais, sapristi, c'est la fine fleur, \'9cmietaneczka ze \'9cmietanki naszej... Powinszowa\'e6 marsza\'b3kowej, powinszowa\'e6... - rzek\'b3 z lekka drwi\'b9co pan Emil. -L'essentiel - ci\'b9gn\'b9\'b3 dalej, - \'bfe wszyscy, jak przewidywa\'b3em, po\'b3kn\'eali przygotowan\'b9 przez nas wiadomostk\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 - Wszyscy, bez wyj\'b9tku; robi\'b3am przecie\'bf, co tylko mog\'b3am - potwierdzi\'b3a pani Melania.\par
+\f0\par
+\f1 - A wi\'eac n... i-ni-c'est fini; nie poka\'bfemy si\'ea my im tu tak pr\'eadko na oczy; by sprawdzi\'e6 to, co pos\'b3yszeli, Dzier\'bfymirskich r\'f3wnie\'bf mie\'e6 nie b\'ead\'b9, a zreszt\'b9 - pan Emil niedbale poruszy\'b3 r\'eak\'b9 - tout passe, tout casse, tout lasse... Niebawem wszyscy zawiesz\'b9 sobie nowe sitko na ko\'b3ek i... zapomn\'b9. Ainsi va le monde - doko\'f1czy\'b3, i wyjmuj\'b9c srebrn\'b9 z monogramem papiero\'9cnic\'ea, uj\'b9\'b3 w palce delikatnej swej r\'eaki cienki papieros, uprzejmie pytaj\'b9c zarazem pani domu: - Vous permett\f0 ez?..\par
+\par
+\f1 Marsza\'b3kowa, z u\'9cmiechem, przyzwalaj\'b9co kiwn\'ea\'b3a g\'b3ow\'b9. \'a3ady\'bfy\'f1ski zapali\'b3, i wypu\'9cciwszy z ust ma\'b3y ob\'b3oczek dymu, pog\'b3adzi\'b3 wytwornym ruchem r\'eaki swe siwiej\'b9ce ju\'bf nieco, a starannie wyczesane, bokobrody.\par
+\f0\par
+\f1 - Ja tak\'bfe, wed\'b3ug programu, nie pr\'f3\'bfnowa\'b3em, - odezwa\'b3 si\'ea po chwili swobodnym tonem. - Wyszed\'b3szy st\'b9d temu godzin par\'ea, by\'b3em na jour fixe u Leliw\'f3w, hr. Dezydery Otockiej, u ksi\'eastwa Pilanich... Zasta\'b3em tam wiele bardzo os\'f3b i wsz\'eadzie opowiada\'b3em, naturalnie en long et en large la nouvelle du jour, co nale\'bfy, o Romanie i Oli - bref, Januarek powinien by\'e6 kontent ze mnie: wykry\'b3em, jak, co i dok\'b9d wyfrun\'ea\'b3a mu jedynaczka, teraz zn\'f3w my z pani\'b9 marsza\'b3kow\'b9 tuszujemy za m\'b3od\'b9 par\'b9 \'9clady, z kunsztem prawdziwie artystycznym...\par
+\f0\par
+\f1 - \'afe te\'bf pan wszystko z weso\'b3ej tylko strony bierze - nieco smutnie i pob\'b3a\'bfliwie jakby u\'9cmiechn\'ea\'b3a si\'ea pani Melania.\par
+\f0\par
+\f1 - Que voulez vous, pani marsza\'b3kowo, \'9cwiat pe\'b3en dramat\'f3w i tragedyj w teatrze i w \'bfyciu, \'bfe c\'f3\'bfby wartem by\'b3o ono, gdyby\'9cmy si\'ea czasem starali przynajmniej komizmu cho\'e6 troch\'ea ze\'f1 wycisn\'b9\'e6 - odpar\'b3 pan Emil, poczem za\'9c doda\'b3: - Wi\'eac pani marsza\'b3kowa jutro na Podole, do Ulan\'f3wki?\par
+\f0\par
+\f1 - Tak - potwierdzi\'b3a pani Melania - do siebie jad\'ea na dni kilka, potem za\'9c natychmiast do Januarego, a pan wyje\'bfd\'bfa?.. Il fau\f0 drait.\par
+\par
+\f1 - Comme de raison, prawdopodobnie do Szwajcaryi, na sze\'9c\'e6 tygodni... \lang1033 Ale, a propos, c\'f3\'bf January?..\par
+\f0\par
+\lang1045\f1 - Niespokojn\'b9 jestem o niego - odpowiedzia\'b3a marsza\'b3kowa - jak panu wiadomo, bawi\'b3 tu u mnie tylko dzie\'f1 jeden; nazajutrz po otrzymaniu smutnej wiadomo\'9cci odjecha\'b3, po\'bfegnawszy si\'ea ze mn\'b9, notabene, bardzo ch\'b3odno, i odt\'b9d \'bfadnej ode\'f1 z Gowartowa nie mam wiadomo\'9cci. Mo\'bfe chory...\par
+\f0\par
+\f1 - Eee! c\'f3\'bf znowu!.. - okrzycza\'b3 si\'ea \'a3ady\'bfy\'f1ski - pani marsza\'b3kowa niech b\'eadzie spokojn\'b9, poluje sobie na kaczki, i jedynaczk\'ea sw\'b9 wydziedzicza. Dobrze robi zreszt\'b9, bardzo dobrze... Wydziedzicza\'e6 m\'b3odych! Niech nie lekcewa\'bf\'b9 woli starszego pokolenia!.. Wydziedzicza\'e6!.. doko\'f1czy\'b3 pan Emil z patosem, i powstawszy z fotelu, jednocze\'9cnie z pani\'b9 Melani\'b9 \'bfegna\'e6 si\'ea pocz\'b9\'b3.\par
+\f0\par
+- U\f1 ciekam ju\'bf, bo mam jeszcze par\'ea wizyt, ale... \'a3ady\'bfy\'f1ski urwa\'b3 - Wszak pani marsza\'b3kowa jedzie jutro dopiero o 3-ej, nieprawda\'bf? - m\'f3wi\'b3, ca\'b3uj\'b9c z wdzi\'eakiem r\'eak\'ea staruszki - nie \'bfegnam si\'ea wi\'eac, b\'ead\'ea na dworcu, mo\'bfe wypadnie co\'9c u\'b3atwi\'e6, dopom\'f3c...\par
+\f0\par
+- D\f1 zi\'eakuj\'ea panu, dzi\'eakuj\'ea bardzo - odpar\'b3a z u\'9cmiechem pani Warnicka - do mi\'b3ego zobaczenia si\'ea. .\par
+\f0\par
+\f1 Pan Emil, z cylindrem w r\'eaku, uk\'b3oni\'b3 si\'ea u drzwi raz jeszcze, poczem jego elegancka, opi\'eata w tu\'bfurek, zgrabna sylweta znikn\'ea\'b3a za portyer\'b9 salonu.\par
+\f0\par
+\f1 Znalaz\'b3szy si\'ea za\'9c przed domem, na ulicy, \'a3ady\'bfy\'f1ski wskoczy\'b3 po\'9cpiesznie do oczekuj\'b9cej na\'f1 doro\'bfki na gumach, i rzuciwszy niedbale adres, kaza\'b3 si\'ea wie\'9f\'e6 dalej.\par
+\f0\par
+\f1 Ju\'bf na ulicach i w magazynach ja\'9cnia\'b3y rz\'easi\'9ccie \'9cwiat\'b3a, gdy w dwie godziny p\'f3\'9fniej wysiada\'b3 z tego\'bf pojazdu przed pi\'eakn\'b9 kamienic\'b9 w \'9cr\'f3dmie\'9cciu, a odprawiwszy sw\'f3j kawalerski ekwipa\'bf, skierowa\'b3 si\'ea w bram\'ea czteropi\'eatrowego domu, gdzie na pierwszem pi\'eatrze zajmowa\'b3 eleganckie, z trzech pokoi, mieszkanie.\par
+\f0\par
+\f1 Ma\'b3y, zwinny ch\'b3opczyna, ubrany w liberyjn\'b9, ze z\'b3otemi guziczkami, granatow\'b9 kurtk\'ea, przekomarza\'b3 si\'ea w\'b3a\'9cnie na dziedzi\'f1cu, z kt\'f3r\'b9\'9c chichocz\'b9c\'b9 m\'b3odsz\'b9, gdy pan jego zjawi\'b3 si\'ea nagle w bramie, a ujrzawszy \'9cmiej\'b9c\'b9 si\'ea dw\'f3jk\'ea, pogrozi\'b3 jej lask\'b9, z u\'9cmiechem. S\'b3u\'bf\'b9ca za\'9cmia\'b3a si\'ea zalotnie i g\'b3o\'9cno, lokajczyk za\'9c p\'eadem porwa\'b3 si\'ea z miejsca i polecia\'b3 na g\'f3r\'ea, w par\'ea minut p\'f3\'9fniej, z pokorn\'b9 min\'b9, otwieraj\'b9c drzwi \'a3ady\'bfy\'f1skiemu.\par
+\f0\par
+\f1 - Ej, malutki!.. pogrozi\'b3 mu zn\'f3w palcem pan Emil, poczem, zdj\'b9wszy paltot, zapyta\'b3: - By\'b3 tu kto? \par
+\f0\par
+\f1 - Owszem, prosz\'ea ja\'9cnie pana, oto bilety odpar\'b3 ch\'b3opak po\'9cpiesznie, podaj\'b9c ma\'b3\'b9 tack\'ea ze sto\'b3u.\par
+\f0\par
+\f1 Pan Emil oboj\'eatnie przerzuci\'b3 kilka bilet\'f3w. \par
+\f0\par
+\f1 - Aaa!.. zadziwi\'b3 si\'ea g\'b3o\'9cno przy jednym z nich, poczem od\'b3o\'bfy\'b3 wszystko na bok.\par
+\f0\par
+\f1 - Frak od krawca przynie\'9cli? - zapyta\'b3 jeszcze -\f0 wyprasowany?\par
+\par
+\f1 - W sypialni u ja\'9cnie pana powiesi\'b3em - obja\'9cni\'b3 ma\'b3y lokajczyk. \par
+\f0\par
+\f1 - Dobrze. Sied\'9f tu, smyku, i nie \'b3obuzuj si\'ea!.. rzek\'b3 \'a3ady\'bfy\'f1ski, a min\'b9wszy przedpok\'f3j, zatrzasn\'b9\'b3 za sob\'b9 drzwi od gabinetu, prowadz\'b9cego do sypialni i ubieralni, gwi\'bfd\'bf\'b9c jednocze\'9cnie pod nosem ary\'ea z modnej pod\'f3wczas operetkowej premiery.\par
+\f0\par
+\f1 Jako szanuj\'b9cy si\'ea kawaler, pan Emil, stale \'bfadnego wieczoru nie przep\'eadza\'b3 u siebie w domu. Dzi\'9c zatem r\'f3wnie\'bf wybiera\'b3 si\'ea na raut artystyczno-wokalno-literacki, punktualnie rozpoczynaj\'b9cy si\'ea ju\'bf o dziesi\'b9tej.\par
+\f0\par
+\f1 Dziewi\'b9ta w\'b3a\'9cnie bi\'b3a na kilku zegarach w mieszkaniu, pan Emil wi\'eac, znalaz\'b3szy si\'ea w gustownie umeblowanej sypialni, przyst\'b9pi\'b3 natychmiast do tualety swej wieczorowej.\par
+\f0\par
+\f1 W tym celu wygodnie zasiad\'b3 na foteliku przed ma\'b3\'b9 gotowalni\'b9, przepe\'b3nion\'b9 wytwornymi, w srebrnych pude\'b3kach i przykrywkach, przyborami tualetowymi.\par
+\f0\par
+\f1 Gdy tak stoliczny bywalec drobiazgowo i systematycznie stroi\'b3 si\'ea na raut, marsza\'b3kowa, po wyj\'9cciu ostatnich, zap\'f3\'9fnionych, go\'9cci, przykazawszy pogasi\'e6 \'9cwiat\'b3a, odpoczywa\'b3a na kanapce znu\'bfona, po dniu tak pe\'b3nym dla niej zm\'eaczenia i wysi\'b3k\'f3w. Opar\'b3szy g\'b3ow\'ea o poduszki mebla, pani Melania, po\'b3o\'bfy\'b3a si\'ea, i wyci\'b9gn\'b9wszy wygodnie swe cz\'b3onki, przymkn\'ea\'b3a powieki, stan za\'9c b\'b3ogi nie kr\'eapowanego niczem spoczynku ow\'b3adn\'b9\'b3 ni\'b9 bezpodzielnie.\par
+\f0\par
+\f1 Jak szum nikn\'b9cy, daleki, w uszach jej tylko brzmia\'b3 jeszcze gwar prowadzonych do niedawna rozm\'f3w, dolatywa\'b3y urywki z dali, a przed oczyma majaczy\'b3y, zmieniaj\'b9c si\'ea kolejno, postacie, zaludniaj\'b9ce w ci\'b9gu kilku godzin jej sa\f0 lony...\par
+\par
+\f1 Ponownie zatem widzia\'b3a przed sob\'b9 staruszka w s\'b9siednim pokoju t\'b3um elegancki, rozbawiony... \par
+\f0\par
+\f1 Mile pie\'9cci\'b3 on wzrok wytwornym wdzi\'eakiem kobiecych tualet, szeleszcz\'b9cych \'b3agodnie, a zgo\'b3a nie krzycz\'b9cych barw\'b9 i gustownych - n\'eaci\'b3 powabem na jedn\'b9 mod\'b3\'ea elegancko skrojonych ubior\'f3w m\'easkich, p\'b3awi\'b3 si\'ea ca\'b3y w estetyce og\'f3lnej manier, uk\'b3on\'f3w, w szablonie \'9cwiatowej salonowej komedyi, a poprawny - nie razi\'b3 niczem harmonii, w ca\'b3o\'9cci swej nie wywo\'b3uj\'b9c r\'f3wnie\'bf wcale fa\'b3szywo brzmi\'b9cych zgrzyt\'f3w. I u\'9cmiech p\'f3\'b3 gorzki, p\'f3\'b3 smutny, w zamy\'9cleniu okoli\'b3 w\'b9skie usta marsza\'b3kowej Warnickiej. \par
+\f0\par
+\f1 Jak nico\'9cci pe\'b3nem bowiem wyda\'b3o jej si\'ea teraz, w o\'9cwietleniu dzisiejszej z\'b3o\'9cliwej ciekawo\'9cci, to ca\'b3e towarzyskie stado, kryj\'b9ce sw\'b9 przewrotno\'9c\'e6 pod blichtrem i szychem zewn\'eatrznych pozor\'f3w, jak ma\'b3o godnem \'bfalu i marnem!\par
+\f0\par
+\f1 Ach, bo ile\'bf schowanej zr\'eacznie z\'b3o\'9cci, t\'b3umionych ch\'eaci sponiewierania rodziny jej i Oli, jej samej, ile wreszcie jadowitego fa\'b3szu kry\'b3o si\'ea w duszach tych wszystkich oto dzisiejszych jej \'9cwiatowych pseudo-przyjaci\'f3\'b3 i go\'9cci!..\par
+\f0\par
+\f1 Marsza\'b3kowa czyni\'b3a dalej w my\'9cli przegl\'b9d galeryi osobnik\'f3w, widzianych na dzisiejszem przyj\'eaciu; we wspomnieniu ich s\'b3\'f3w, wyraz\'f3w twarzy i gest\'f3w powt\'f3rnie czyta\'b3a, zda si\'ea, ukryte my\'9cli przyby\'b3ych; moralnie obna\'bfa\'b3a ich wszystkich, staraj\'b9c si\'ea zarazem znale\'9f\'e6, przypomnie\'e6 cho\'e6 jeden kwiatek prawdziwie przyjaznego uczucia, wykwit\'b3y w\'9cr\'f3d tych chwast\'f3w ob\'b3udy!..\par
+\f0\par
+\f1 Nie znalaz\'b3a nic podobnego jednak. By\'b3y tam tylko same \'9cmiecie.\par
+\f0\par
+\f1 Pani Melania, dumaj\'b9c w ten spos\'f3b, mia\'b3a oczy wci\'b9\'bf przymkni\'eate, niebawem znu\'bfenie wzi\'ea\'b3o g\'f3r\'ea nad jej my\'9clami, g\'b3owa staruszki pochyli\'b3a si\'ea na piersi, cichy mrok wieczoru otuli\'b3 posta\'e6 marsza\'b3kowej. Zdrzemn\'ea\'b3a si\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 W kwandrans mo\'bfe p\'f3\'9fniej, w milczeniu wypoczywaj\'b9cych po naj\'9cciu go\'9cci apartament\'f3w, rozleg\'b3 si\'ea; silny odg\'b3os dzwonka... Staruszka rzuci\'b3a si\'ea z lekka na kanapie, a otworzywszy swe rozumne szare oczy, pocz\'ea\'b3a ws\'b3uchiwa\'e6 si\'ea w m\'b9c\'b9cy cisz\'ea odg\'b3os. \par
+\f0\par
+\f1 W drzwiach buduaru po chwili stan\'b9\'b3 lokaj i zaanonsowa\'b3:\par
+\f0\par
+- Pan plenipotent z Go\f1 wartowa; m\'f3wi, \'bfe chcia\'b3by koniecznie widzie\'e6 si\'ea z ja\'9cnie pani\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 - Pro\'9c, pro\'9c natychmiast tutaj! - rzek\'b3a \'bfywa marsza\'b3kowa i r\'f3wnocze\'9cnie powsta\'b3a z kanapki. Lokaj wyszed\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 Zadowolenie, po\'b3\'b9czone z ciekawo\'9cci\'b9 osiad\'b3o na twarzy staruszki. \par
+\f0\par
+\f1 Boles\'b3aw Krasnostawski, syn szkolnego kolegi nieboszczyka marsza\'b3ka, a zaprotegowany ongi przez ni\'b9 sam\'b9 na zajmowan\'b9 dot\'b9d posad\'ea og\'f3lnego i g\'b3\'f3wnego zarz\'b9dcy d\'f3br pana Januarego, nareszcie wi\'eac przynosi\'b3 jej wiadomo\'9c\'e6 o bracie!..\par
+\f0\par
+\f1 M\'b3odzieniec, lat dwudziestu o\'9cmiu, ciemny brunet, ogorza\'b3y i przystojny, z dziarsko do g\'f3ry podkr\'eaconym w\'b9sem, stan\'b9\'b3 na progu.\par
+\f0\par
+\f1 - S\'b3uga pani marsza\'b3kowej, moje uszanowanie - przem\'f3wi\'b3 swobodnie, i podbieg\'b3szy, uca\'b3owa\'b3 z szacunkiem r\'eak\'ea staruszki.\par
+\f0\par
+\f1 Ubrany by\'b3 niewykwintnie, ale starannie i czysto, ruchy za\'9c jego, oraz spos\'f3b m\'f3wienia, zdradza\'b3y cz\'b3owieka, cho\'e6 nie obytego mo\'bfe zupe\'b3nie z wytworniejszem towarzystwem, lecz dobrze wychowanego.\par
+\f0\par
+\f1 - Kochany m\'f3j panie Boles\'b3awie, - zacz\'ea\'b3a staruszka, zwracaj\'b9c si\'ea dobrotliwie ku przyby\'b3emu - siadaj, prosz\'ea, i m\'f3w, m\'f3w jak najpr\'eadzej, co s\'b3ycha\'e6?..\par
+\f0\par
+\f1 M\'b3ody cz\'b3owiek, widz\'b9c zaniepokojenie w oczach matrony, wyrzek\'b3 po\'9cpiesznie:\par
+\f0\par
+\f1 - O, nic z\'b3ego... zupe\'b3nie nic z\'b3ego, pani marsza\'b3kowo, ale... i nic r\'f3wnie\'bf dobrego - doko\'f1czy\'b3 wahaj\'b9co i ostro\'bfni\f0 e.\par
+\par
+\f1 - Jak to?.. -- zapyta\'b3a pani Melania. Krasnostawski oczy spu\'9cci\'b3, i ukrywszy je po za swemi, jak u kobiety, d\'b3ugiemi rz\'easami, m\'f3wi\'e6 cz\'b9\'b3 zwolna:\par
+\f0\par
+\f1 - Pani marsza\'b3kowej wiadomo, zar\'f3wno jak i mnie, co za cios dotkn\'b9\'b3 pana Gowartowskiego, z powodu panny Ol\f0 i...\par
+\par
+\f1 - Wi\'eac pan ju\'bf wiesz?.. Sk\'b9d? - z okrzykiem niepohamowanego zdziwienia, wyrwa\'b3o si\'ea staruszce, pytanie.\par
+\f0\par
+\f1 Co\'9c niemi\'b3ego sna\'e6 dla ucha m\'b3odzie\'f1ca zabrzmia\'b3o nagle w tych kilku s\'b3owach, bo nie podnosz\'b9c oczu, jakby nie chc\'b9c onie\'9cmiela\'e6 marsza\'b3kowej swym wzrokiem, spokojnie i powa\'bfnie odrzek\'b3:\par
+\f0\par
+\f1 - Wiem wszystko, bo mi pan January, nie maj\'b9c nikogo, zwierzy\'b3 si\'ea z troski w\'b3asnej, naturalnie pod s\'b3owem honoru z mojej strony, \'bfe s\'b3\'f3wkiem nawet o tem nikomu nie wspomn\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawski zatrzyma\'b3 si\'ea chwilk\'ea, i ci\'b9gn\'b9\'b3 dalej:\par
+\f0\par
+\f1 - Obowi\'b9zki, jakie mam dla ca\'b3ej rodziny pa\'f1stwa, szacunek i powa\'bfanie me osobiste wzglem pana Gowartowskiego, stanowi\'b9, chyba do\'9c\'e6 trwa\'b3\'b9 r\'eakojmi\'ea, i\'bf s\'b3owa dotrzymam... I... o tem... nikt z pa\'f1stwa, przypuszczam, nie w\'b9tpi... - doko\'f1czy\'b3 m\'b3ody cz\'b3owiek, podnosz\'b9c tym razem wzrok, jasny i pytaj\'b9cy na marsza\'b3kow\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 - Ale\'bf naturalnie, panie Boles\'b3awie, naturalnie! - skwapliwie po\'9cpieszy\'b3a z odpowiedzi\'b9 staruszka. - Lecz m\'f3w\'bfe mi pan, co si\'ea tam w Gowartowie tak niedobrego dzieje? - zapyta\'b3a niespokojnie.\par
+\f0\par
+\f1 - To, pani marsza\'b3kowo, \'bfe z panem Gowartowskim jest \'9fle... - i Krasnostawski, spu\'9cciwszy zn\'f3w wzrok, ci\'b9gn\'b9\'b3 dalej:\par
+\f0\par
+\f1 - Pann\'ea Ol\'ea, jak pani marsza\'b3kowej wiadomo, ojciec kocha\'b3 bardzo, prawie, \'bfe ba\'b3wochwalczo; ot\'f3\'bf skutki wypadk\'f3w ostatnich bardzo, bardzo silnie odbi\'b3y si\'ea na nim. Nic go ju\'bf prawie teraz nie zajmuje, ani gospodarstwo, ni wie\'9c, ni inne zaj\'eacia, do s\'b9siad\'f3w nie je\'9fdzi, u siebie nikogo nie przyjmuje - s\'b3owem obecnie z niego zupe\'b3nie inny cz\'b3owiek... \par
+\f0\par
+Krasnostawski p\f1 rzerwa\'b3 opowiadanie, jakby namy\'9claj\'b9c si\'ea, co m\'f3wi\'e6 dalej. Staruszka, w zadumie, ze wzrokiem na d\'f3\'b3 spuszczonym, milcza\'b3a.\par
+\f0\par
+\f1 Po chwili wahaj\'b9co ci\'b9gn\'b9\'b3 dalej:\par
+\f0\par
+\f1 - Wobec tego samotno\'9c\'e6 dla pana Gowartowskiego jest wprost zab\'f3jcz\'b9, koniecznie potrzebuje on nieustaj\'b9cego towarzystwa, jednem s\'b3owem - potrzebuje obok siebie przyjaciela.\par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawski ponownie zatrzyma\'b3 si\'ea na sekund\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 - Moja osoba nie wystarcza - m\'f3wi\'b3 dalej - zaj\'eacia liczne, mieszkanie nie w samym Gowartowie, lecz gdzie indziej, stanowisko wreszcie moje... tu po twarzy m\'b3odego cz\'b3owieka przemkn\'b9\'b3 lekki cie\'f1 - wszystko sk\'b3ada si\'ea na to, i\'bf pan Gowartowski, cho\'e6 zawsze dla mnie tak samo \'b3askaw, jest obecnie moralnie bezustannie - sam...\par
+\f0\par
+\f1 Z pod oka, przelotnie, spojrza\'b3 Krasnostawski na marsza\'b3kow\'b9. Z misy\'b9 nader delikatn\'b9 i przykr\'b9 przyby\'b3 on tutaj; w kieszeni surduta pali\'b3 go w\'b3asnor\'eaczny list pana Januarego, w kt\'f3rym ten ostatni, \'bfywi\'b9cy jeszcze do siostry bardzo g\'b3\'eabok\'b9 uraz\'ea za spe\'b3nione wypadki, pomimo wszystko, w g\'b3\'eabi duszy pos\'b9dzaj\'b9cy nawet staruszk\'ea, i\'bf by\'b3a, mo\'bfe w tajnej zmowie z jego c\'f3rk\'b9 - delikatnie, lecz stanowczo, odmawia\'b3 jej go\'9ccinno\'9cci u siebie, wobec zapowiedzianego przez ni\'b9 przyjazdu do Gowartowa.\par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawski o zawarto\'9cci listu wiedzia\'b3, w chwili \'bfalu bowiem Gowartowski wypowiedzia\'b3 mu wszystko, ba, poleci\'b3 jemu nawet, jako protegowanemu i lubianemu przez marsza\'b3kow\'ea, napomkn\'b9\'e6 jej o tem przed wr\'eaczeniem listu.\par
+\f0\par
+\f1 Przerwawszy na chwil\'ea opowiadanie, Krasnostawski ostatecznie zastanawia\'b3 si\'ea w\'b3a\'9cnie, czy poruszy\'e6 w rozmowie, lub nie, temat dra\'bfliwy. Postanowi\'b3 jednak nie czyni\'e6 tego wcale, a natomiast, czuj\'b9c, \'bfe na ustach domy\'9claj\'b9cej si\'ea ju\'bf czego\'9c: marsza\'b3kowej, zawisa jakby jakie\'9c pytanie, by powstrzyma\'e6 je, odezwa\'b3 si\'ea po\'9cpiesznie:\par
+\f0\par
+\f1 - I dlatego, pani marsza\'b3kowo, poleci\'b3 mi pan January, \'b3\'b9cznie z innymi interesami, powo\'b3ywuj\'b9cymi mnie tutaj, zaprosi\'e6 do Gowartowa na czas d\'b3u\'bfszy pana \'a3ady\'bfy\'f1skiego, jego bowiem obecno\'9cci tylko pragnie, jako prawdziwego swego przyjaciela... Musz\'ea zatem by\'e6 dzisiaj u niego w tej sprawie, nie wiem jednak, gdzie mieszka... Adres pana \'a3ady\'bfy\'f1skiego niew\'b9tpliwie znanym jest pani marsza\'b3kowej?..\par
+\f0\par
+\f1 S\'b3owa powy\'bfsze i pytanie ostatnie zabrzmia\'b3y w ustach m\'b3odzie\'f1ca pomimo woli zimniej nieco. Nerwami uczu\'b3 ch\'b3\'f3d jakby w zachowaniu si\'ea staruszki, milcz\'b9cej wci\'b9\'bf od chwili, gdy jej powiedzia\'b3, i\'bf: wie o wszystkiem. Gniewa\'b3o go to spostrze\'bfenie i rani\'b3o dotkliwie dum\'ea jego.\par
+\f0\par
+\f1 Wypowiedziana g\'b3osem miarowym, a wskazuj\'b9ca ulic\'ea i numer domu, zamieszka\'b3ego przez pana Emila, zabrzmia\'b3a odpowied\'9f marsza\'b3ko\f0 wej.\par
+\par
+\f1 Krasnostawski zerwa\'b3 si\'ea natychmiast i rzek\'b3 szybko:\par
+\f0\par
+\f1 - Dzi\'eakuj\'ea stokrotnie pani marsza\'b3kowej...\par
+\f0\par
+\f1 Z udan\'b9 za\'9c swobod\'b9, powodowany silnem \'bfyczeniem wycofania si\'ea st\'b9d co pr\'eadzej, ci\'b9gn\'b9\'b3 \'bfywo dalej:\par
+\f0\par
+\f1 - Nie zajmuj\'ea ju\'bf wi\'eacej czasu pani marsza\'b3kowej, zapomnia\'b3em zupe\'b3nie, wszak to dzisiaj czwartek, dzie\'f1 przyj\'ea\'e6 - uciekam...\par
+\f0\par
+\f1 - Ach, tak... - z u\'9cmiechem protekcyjnym nieco rzek\'b3a s\'eadziwa matrona. - Ale ju\'bf po wszystkiem, wszak wiecz\'f3r nadchodzi...\par
+\f0\par
+\f1 - Tak... tak, prawda, zapomnia\'b3em - b\'b9kn\'b9\'b3 Krasnostawski, si\'eagaj\'b9c jednocze\'9cnie r\'eak\'b9 do kieszeni. - Przepraszam najmocniej pani\'b9 marsza\'b3kow\'b9 dobrodziejk\'ea, c\'f3\'bf za roztrzepaniec ze mnie, doprawdy! By\'b3bym zapomnia\'b3... Mam list od pana Gowartowskiego, s\'b3u\'bf\'ea pani marsza\'b3kowej.\par
+\f0\par
+\f1 Pani Warnicka schwyci\'b3a list, Krasnostawski jednak r\'f3wnocze\'9cnie pochyli\'b3 si\'ea do r\'eaki jej, w uk\'b3onie.\par
+\f0\par
+\f1 - Do widzenia, m\'f3j panie Boles\'b3awie, do widzenia! - z roztargnieniem po\'bfegna\'b3a go staruszka, podaj\'b9c mu r\'eak\'ea do uca\'b3owania, poczem za\'9c gor\'b9czkowo rozerwa\'b3a kopert\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 M\'b3ody cz\'b3owiek ju\'bf by\'b3 na progu, ale, spojrzawszy z pod oka na marsza\'b3kow\'b9, zd\'b9\'bfy\'b3 by\'b3 jeszcze dojrze\'e6 na jej twarzy rumieniec oburzenia, zakwit\'b3y tam, po przeczytaniu pierwszych kilku wierszy. Dostrzeg\'b3szy to, m\'b3ody plenipotent, jak szczupak w wod\'ea, rzuci\'b3 si\'ea ca\'b3em cia\'b3em w ciemno\'9cci s\'b9siedniego salonu, pobieg\'b3szy za\'9c na palcach do przedpokoju, chwyci\'b3 paltot sw\'f3j i umkn\'b9\'b3 z mieszkania. Na schodach dopiero odetchn\'b9\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 - Uf! wyrwa\'b3em si\'ea wreszcie... - szepn\'b9\'b3. - \'a3adniebym si\'ea ubra\'b3, gdyby tak przy mnie list czyta\'b3a!..\par
+\f0\par
+W\f1 \'9clad zatem wypad\'b3 na miasto, a mijaj\'b9c ulice jednocze\'9cnie pogr\'b9\'bfa\'b3 si\'ea w my\'9clach.\par
+\f0\par
+\f1 Wywo\'b3ana wspomnieniem apartament\'f3w marsza\'b3kowej, stan\'ea\'b3a mu nagle przed oczyma powabna sylwetka Oli, zamajaczy\'b3o jej g\'b3\'eabokie i zalotne spojrzenie, kt\'f3rem, jak wielu innych zreszt\'b9, wita\'b3a i jego, gdy przypadek \'b3\'b9czy\'b3 ich kiedy na chwil\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawski od kilku ju\'bf lat zna\'b3 c\'f3rk\'ea pana Januarego; etykietalne utrzymuj\'b9c stosunki z pa\'b3acem Gowartowskim na wsi, widywa\'b3 j\'b9 rzadko, najcz\'ea\'9cciej z daleka, na spacerze, w ko\'9cciele, lub przelotnie w powozie - kilka razy u marsza\'b3kowej w mie\'9ccie. Podoba\'b3a mu si\'ea pi\'eakna panna, bo komu\'bf zreszt\'b9 nie potrafi\'b3a ona si\'ea przypodoba\'e6, pe\'b3na wdzi\'eaku, uprzejma i zalotna?.. Przedstawia\'b3a poza tem typ kobiecy Krasnostawskiego... Nie kocha\'b3 si\'ea w niej jednak bynajmniej, za trze\'9fwym by\'b3 na to; cho\'e6 z upokorzeniem dumy w\'b3asnej, stanowisko swe podrz\'eadne ocenia\'e6 potrafi\'b3, a jednak...\par
+\f0\par
+\f1\'8fdziwiony analiz\'b9 duszy w\'b3asnej, przyzna\'e6 si\'ea sam przed sob\'b9 musia\'b3, \'bfe wie\'9c\'e6 o ucieczce i \'9clubie Oli zabola\'b3a go, a raczej, bezpodstawnie na poz\'f3r, po prostu rozgniewa\'b3a.\par
+\f0\par
+\f1 Rozmy\'9claj\'b9c w ten spos\'f3b, Krasnostawski wszed\'b3 do kamienicy, wskazanej przez marsza\'b3kow\'b9. Za par\'ea chwil znalaz\'b3 si\'ea ju\'bf na pierwszem pi\'eatrze, ledwie jednak zadzwoni\'b3 u drzwi apartament\'f3w \'a3ady\'bfy\'f1skiego, w ramie ich, natychmiast prawie, w cylindrze i paltocie, ukaza\'b3 si\'ea pan Emil, jak zwykle u\'9cmiechni\'eaty ironicznie i z pogod\'b9 na czole.\par
+\f0\par
+\f1 - A!.. pan Boles\'b3aw, herbu Rawita, powita\'e6, prawico Januarego de Gowart\'f3w-Gowartowskiego, powita\'e6!.. - i u\'9ccisn\'b9\'b3 serdecznie wyci\'b9gni\'eat\'b9 r\'eak\'ea m\'b3odzie\'f1ca.\par
+\f0\par
+\f1 - Przepraszam, \'bfe nie prosz\'ea pana kochanego do siebie, lecz postaci\'b9 swoj\'b9 do odej\'9ccia gotow\'b9 wyp\'eadzam go raczej, lecz powody wa\'bfne... - tu pan Emil uczyni\'b3 obydwiema r\'eakami ruch p\'f3\'b3okr\'b9g\'b3y, - sk\'b3aniaj\'b9 mnie do tego! - doko\'f1czy\'b3, i m\'f3wi\'b9c to, elegancko zamkn\'b9\'b3 drzwi przed nosem Krasnostawskiemu, a u\'9cmiechn\'b9wszy si\'ea pod w\'b9sem ci\'b9gn\'b9\'b3 dalej weso\'b3o, poufale wsun\'b9wszy zarazem r\'eak\'ea pod rami\'ea Krasnostawskiego.\par
+\f0\par
+\f1 - Nie gniewasz si\'ea na mnie, kochany panie Boles\'b3awie, wszak prawda?.. Spiesz\'ea na raut; no, m\'f3w\'bfe tam, co s\'b3ycha\'e6?.. Kochany Januarek c\'f3\'bf tam porabia, poluje; weseli si\'ea, czy smuci?\par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawski ju\'bf chcia\'b3 wypowiedzie\'e6, z czem przyszed\'b3, gdy \'a3ady\'bfy\'f1ski znowu odezwa\'b3 si\'ea \'bfartobliwie:\par
+\f0\par
+\f1 - Ale, zaiste, pysznie pan wygl\'b9dasz, jak rydz w ma\'9cle, powinszowa\'e6! Nadobne grodu naszego mieszkanki lgn\'b9\'e6 b\'ead\'b9 do pana, jak pszcz\'f3\'b3ki do miodu! S\'b3ysza\'b3em o pa\'f1skich sprawkach za studenckich czas\'f3w, za m\'b3odu! - tu poklepa\'b3 z lekka m\'b3odzie\'f1ca poufale po plecach - s\'b3ysza\'b3em - powt\'f3rzy\'b3 - nie b\'ead\'ea wi\'eac wzajemnie nudzi\'b3 pana swoj\'b9 osob\'b9, opowiesz mi pan en r\f0\'e8gle, lecz szybko, co ci\f1\'ea do mnie sprowadza, a posiedzenie to odb\'eadziemy w doro\'bfce. Podwioz\'ea pana... Zgoda?\par
+\f0\par
+\f1 - Ale\'bf i owszem, dzi\'eakuj\'ea bardzo! - odpar\'b3 Krasnostawski, z po\'9cpiechem.\par
+\f0\par
+Znajdo\f1 wali si\'ea ju\'bf na ulicy, pan Emil skin\'b9\'b3 na stangreta parokonnej doro\'bfki, rzuci\'b3 adres, i pojechali.\par
+\f0\par
+\f1 Ruchem codziennym wrza\'b3o wko\'b3o nich strojne weso\'b3e miasto:\par
+\f0\par
+\f1 - S\'b3ucham pana - rzek\'b3 \'a3ady\'bfy\'f1ski.\par
+\f0\par
+\f1 M\'b3ody cz\'b3owiek w kr\'f3tkich s\'b3owach opowiedzia\'b3 mu o niepomy\'9clnym stanie zdrowia i moralnego usposobienia pana Januarego, zamilczawszy za\'9c tylko o li\'9ccie do marsza\'b3kowej, zakomunikowa\'b3 zaproszenie do Gowartowa.\par
+\f0\par
+\f1 Skrzywi\'b3 si\'ea lekko przy ostatnich s\'b3owach pan Emil i odrzek\'b3:\par
+\f0\par
+- Zapewne, zapewne, bardzo bym rad pocie\f1 szy\'e6 drogiego Januarka, ale w\'b3a\'9cnie wyje\'bfd\'bfam za granic\'ea i przyzna\'e6 musz\'ea, \'bfe na razie wybra\'b3 on si\'ea z zaproszeniem wcale nie na czasie! No, zobaczymy zreszt\'b9... Co pan wiesz, - tu spojrza\'b3 uwa\'bfnie na Krasnostawskiego - o pani Oli i Dzier\'bfymirskim?..\par
+\f0\par
+Z\f1 apytanie to postawionem by\'b3o bardzo zr\'eacznie m\'f3wi\'b3o nic, a pyta\'b3o wiele. Krasnostawski natychmiast poinformowa\'b3 kr\'f3tko i zwi\'ea\'9fle pana Emila, i\'bf wiadomem mu jest wszystko.\par
+\f0\par
+\f1 - Aaa!.. - wyrwa\'b3o si\'ea tylko z ust \'a3ady\'bfy\'f1skiego, i doda\'b3 ironicznie:\par
+\f0\par
+- No, to w \f1 takim razie wiesz pan nie tylko o p\'b3aszczu gronostajowym przywi\'b9zania dziecinnego, szalonej mi\'b3o\'9cci m\'b3odzie\'f1czej, weselu pod niebem Italii, et caetera i t. d. ale i o odzie\'bfy codziennej, ukrytej przez nas starannie przed plotk\'b9, jedn\'b9 - purpur\'b9 drugiej; zatem wobec tego, mo\'bfemy m\'f3wi\'e6 szczerze...\par
+\f0\par
+\f1 - Widzi pan - tu \'a3ady\'bfy\'f1ski spojrza\'b3 zn\'f3w na Krasnostawskiego, jakby pragn\'b9c si\'ea przekona\'e6, czy warto wywn\'eatrza\'e6 si\'ea przed nim - ta ca\'b3a rozpacz \'84g\'f3rna chmurna" Januarka, ta dobrowolna wiwisekcya przywi\'b9zania do c\'f3rki i \'f3w od pocz\'b9tku do ko\'f1ca poemat \'84zbola\'b3ego ojcowskiego serca" - bref ten wielki w duszy jego ostatniemi czasy fajerwerk romantyzmu... entre nous soit dit - jest tylko od pocz\'b9tku do ko\'f1ca jednym nonsensem. Czy nie mia\'b3a racyi?\par
+\f0\par
+Krasnostawski milcz\f1 a\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 - Pie\'9ccili dziewczyn\'ea - ci\'b9gn\'b9\'b3 w tym samym tonie \'a3ady\'bfy\'f1ski - upodoba\'b3a sobie Dzier\'bfymirskiego - wara! Tego, owego - odm\'f3wili... To trudno, panie, kobiety tak\'bfe maj\'b9 serca i temperament... Zachcia\'b3o si\'ea Oli \'b3adnego ch\'b3opca - nie dali jej go - wzi\'ea\'b3a go sobie sama, a raczej wzi\'b9\'e6 si\'ea pozwoli\'b3a... Niech Januarek lepiej dzi\'eakuje i \'9cpiewa Hosann\'ea na wysoko\'9cciach, \'bfe bez plebana si\'ea nie obesz\'b3o! Lub niech\'bfe nawet gniewa si\'ea, i wydziedziczy c\'f3runi\'ea, lecz nie lamentuje, bo to i nie po m\'easku, i wcale nie ma sensu! Dixi. To moje zdanie. C\'f3\'bf na to pan, panie Boles\'b3awie, herbu Rawita?..\par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawski z\'bfymn\'b9\'b3 si\'ea niecierpliwie; denerwowa\'b3 go zwykle ton rozmowy \'a3ady\'bfy\'f1skiego, dzi\'9c jeszcze bardziej rozgniewa\'b3 go przycinek "herbu Rawita", b\'ead\'b9cy widoczn\'b9 alluzy\'b9 do u\'bfywanych niegdy\'9c przez niego bilet\'f3w wizytowych: Rawita-Krasnowstawski. .\par
+\f0\par
+\f1 Podra\'bfniony zatem, sil\'b9c si\'ea na spok\'f3j, odpar\'b3 zimno:\par
+\f0\par
+\f1 - Przepraszam, ale ca\'b3kiem inaczej i zupe\'b3nie przeciwnie zapatruj\'ea si\'ea na t\'ea spraw\'ea, oraz rozumiem doskonale pana Januar\f0 ego.\par
+\par
+\f1 - Ha-ha-ha-! nie masz pan za co przeprasza\'e6, wiedzia\'b3em tylko, \'bfe i z kochanego pana tak\'bfe romantyk; w takim razie w korcu maku dobrali\'9ccie si\'ea razem z Januarym... Wobec tego, ja w Gowartowie zgo\'b3a potrzebny nie jestem, doskonale si\'ea tam obadwa roz\f0 umiecie...\par
+\par
+\f1 - Ale, c\'f3\'bf znowu! - przerwa\'b3 \'bfywo Krasnostawski, boj\'b9c si\'ea, czy czasem mimo woli nieostro\'bfnem s\'b3owem nie zepsu\'b3 danego sobie polecenia. - Mog\'ea by\'e6 tych samych zapatrywa\'f1 na t\'ea spraw\'ea, co i pan Gowartowski i odczuwa\'e6 jego charakter, lecz przecie\'bf w \'bfadnym razie nie potrafi\'ea zast\'b9pi\'e6 szanownego pana, kt\'f3ry jest tak dobrym jego przyjacielem...\par
+\f0\par
+\f1 - No tak, tak..., - urwa\'b3 z kolei pan Emil - "Wszystko ginie bez lito\'9cci, nic sta\'b3ego na tej ziemi, pr\'f3cz przyja\'9fni i mi\'b3o\'9cci;" to wszystko nader pi\'eaknie brzmi i wygl\'b9da, lecz mego zdania, ja osobi\'9ccie nawet dla przyja\'9fni zmienia\'e6, niestety, nie uwa\'bfam za stosowne. Czy za\'9c ono Januarciowi si\'ea spodoba - grubo w\'b9tpi\'ea..\par
+\f0\par
+\f1 Doro\'bfka w tej samej chwili zatrzyma\'b3a si\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 - No, kochany m\'f3j panie Boles\'b3awie, addio!.. - odezwa\'b3 si\'ea protekcyjnym nieco tonem \'a3ady\'bfy\'f1ski podaj\'b9c Krasnostawskiemu r\'eak\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 - Zakomunikuj pan z \'b3aski swojej m\'f3j spos\'f3b widzenia rzeczy panu na Gowartowie, a je\'9cli potem jeszcze zna\'e6 mnie b\'eadzie chcia\'b3 - niech\'bfe mi napisze, a mo\'bfe przyjad\'ea...\par
+\f0\par
+Wysied\f1 li obaj. Pan Emil uchyli\'b3 cylindra i skierowa\'b3 si\'ea ku bramie, na progu za\'9c jej rzuci\'b3 jeszcze m\'b3odemu cz\'b3owiekowi, tym razem jednak przyja\'9fniej nieco:\par
+\f0\par
+\f1 - A trzymaj si\'ea tam pan dzielnie, ba p\'b3e\'e6 nadobna ma tu na wie\'9cniak\'f3w wilczy apetyt!.. Au revoir...\par
+\f0\par
+\f1\'a3ady\'bfy\'f1ski znik\'b3, Krasnostawski pozosta\'b3 sam ulicy. Rozejrza\'b3 si\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 By\'b3 w jednym z najruchliwszych punkt\'f3w miasta; wiecz\'f3r ju\'bf rozpoczyna\'b3 swe panowanie, nadchodzi\'b3a noc, wielki gr\'f3d \'bfarzy\'b3 si\'ea setkami \'9cwiate\'b3; \'9crodkiem ulicy p\'eadzi\'b3y pojazdy, po chodnikach szerokich zwart\'b9 gromad\'b9 wymija\'b3 go po\'9cpiesznie t\'b3um ludzi.\par
+\f0\par
+\f1 Pi\'eakne, zgrabne mieszczanki prawie \'bfe ociera\'b3y si\'ea o niego, rzucaj\'b9c co chwila zalotne spojrzenia na \'b3adnego ch\'b3opca. Niewiele jednak z nich sz\'b3o samych, wi\'eakszo\'9c\'e6 mia\'b3a ju\'bf przy sobie czul\'b9cych si\'ea towarzyszy, szepcz\'b9cych im z u\'9cmiechem s\'b3odkie s\'b3\'f3wka.\par
+\f0\par
+\f1 Pod wp\'b3ywem ostatniej uwagi pana Emila, Krasnostawski mimo woli przejrza\'b3 si\'ea uwa\'bfniej w witrynie jednego z okazalszych magazyn\'f3w, a zadowolony z przegl\'b9du w\'b3asnej osoby, spojrza\'b3 weso\'b3o przed siebie. Jakie\'9c puste pragnienie zabawienia si\'ea, oszo\'b3omienia, podobnie tym wszystkim, snuj\'b9cym si\'ea parom, ow\'b3adn\'ea\'b3o nim.\par
+\f0\par
+\f1 Przekszta\'b3cony okoliczno\'9cciami \'bfycia w wie\'9cniaka mieszczuch przypomnia\'b3 sobie naraz lata dawne, studenckie, pe\'b3ne niefrasobliwego jutra i weso\'b3ych kawa\'b3\'f3w, a cho\'e6 przeplatane cz\'easto bied\'b9 i g\'b3odem, bogate jednak w mi\'b3o\'9c\'e6 i swobod\'ea! \par
+\f0\par
+\f1 Bawi\'b9c przelotnie w murach miasta, kt\'f3rego ka\'bfdy zau\'b3ek zna\'b3 na pami\'ea\'e6, a mijaj\'b9cych go mieszka\'f1c\'f3w, szczeg\'f3lniej kobiety, jednym rzutem oka nieomylnie segregowa\'b3, jak znawca, - zapragn\'b9\'b3 nagle Krasnostawski napi\'e6 si\'ea koniecznie z musuj\'b9cego uciech mi\'b3osnych kielicha.\par
+\f0\par
+\f1 I mimo woli m\'b3ody cz\'b3owiek pocz\'b9\'b3 uwa\'bfniej przygl\'b9da\'e6 si\'ea kobietom. Ubrane \'84szykownie", cienkie w talii, wysmuk\'b3e i zgrabne, mija\'b3y go one, \'9cmiej\'b9ce si\'ea i weso\'b3e, uprawiaj\'b9c z zami\'b3owaniem flirt uliczny, skrz\'b9cy si\'ea miejscowym brukowym dowcipem, czujne jednak poza nim na ka\'bfde spojrzenie przystojniejszego m\'ea\'bfczyzny, odwzajemniaj\'b9ce mu si\'ea zalotnem \'9frenic b\'b3y\'9cni\'eaciem - "oczkiem" i obiecuj\'b9cym nieraz wiele u\'9cmiechem.\par
+\f0\par
+\f1 A rozmaito\'9c\'e6 dzisiaj by\'b3a wielka. Wiecz\'f3r przed\'9cwi\'b9teczny, pogodny, lwi\'b9 cz\'ea\'9c\'e6 w\'b3a\'9ccicielek nadobnych twarzyczek wywabi\'b3 na pierwszorz\'eadne ulice - na wsp\'f3ln\'b9 aren\'ea letniego jakby "demisalonu" pewnych, a szerokich warstw miasta. Brunetki zatem, \'9cniade, czarnobrewe, blondynki, powiewne - bia\'b3e, szatynki, o ruchach omdlewaj\'b9cych, a wszystkie prawie ubrane elegancko i z pewnym, w\'b3a\'9cciwym tylko Polce naszej, gustem, wystrojone, \'bfwawe - sun\'ea\'b3y przed zachwyconym wzrokiem wie\'9cnia\f0 ka.\par
+\par
+\f1 I od tego rozp\'eadzonego, barwnego, poruszanego jakby tajn\'b9 jak\'b9\'9c spr\'ea\'bfyn\'b9 t\'b3umu, bi\'b3 na Krasnostawskiego \'9cwie\'bfy, bo odzwyczajeniem d\'b3u\'bfszem starty, urok; nozdrza gra\'e6 mu pocz\'ea\'b3y, wch\'b3ania\'b3 w siebie niewyra\'9fny, niepochwytny powiew, sun\'b9cy jakby ponad g\'b3owami publiczno\'9cci, gor\'eatszem okiem patrzy\'b3 w twarz kobietom, swawolnie i niechc\'b9cy, na poz\'f3r, zagl\'b9da\'b3 im prosto w oczy...\par
+\f0\par
+\f1 Co za\'9c przewa\'bfnie czyta\'b3 w owych czarnych, szarawych, fijo\'b3kowych i modrych oczach, z natury ju\'bf swej, zalotnych, bynajmniej nie zra\'bfa\'b3o go do tej; czynno\'9cci. \par
+\f0\par
+\f1 - P\'f3jd\'9f, p\'f3jd\'9f, nie zra\'bfaj si\'ea pozornie skromn\'b9 mink\'b9, b\'b9d\'9f odwa\'bfnym, \'9cmia\'b3ym, a mo\'bfe... mo\'bfe... - szepta\'b3y, zda si\'ea, cicho wejrzenia nie\'9cmialsze, gorej\'b9c ogniem, nieprzeparcie ci\'b9gn\'b9c ku sobie; daleko wi\'eacej jeszcze m\'f3wi\'b3y spojrzenia inne, a wszystkie razem, wyzywane \'9cmia\'b3ym wzrokiem m\'ea\'bfczyzny, ca\'b3owa\'e6 go jakby si\'ea zdawa\'b3y, obiecuj\'b9c mi\'b3o\'9c\'e6-pieszczot\'ea!...\par
+\f0\par
+\f1 Ruchliw\'b9 fal\'b9 w pewnych godzinach przelewaj\'b9cy si\'ea przez ulice miasta, a obejmuj\'b9cy sob\'b9 oddzieln\'b9 warstw\'ea wracaj\'b9cych z zaj\'eacia pracownic r\'f3\'bfnej kategoryi, na wylot znany Krasnostawskiemu, roi\'b3 si\'ea dalej przed oczyma jego kobieco-dziewcz\'eacy \'9cwiatek, i coraz bardziej liczny, barwniejszy - obejmowa\'b3 go swym ruchomym u\'9cciskiem. I m\'b3ody cz\'b3owiek, ulegaj\'b9c stopniowo nastrojowi chwili, wspomnieniom dawnym, a zwi\'b9zanym \'9cci\'9cle z tym\'bfe samym \'9cwiatkiem, zapomnia\'b3 o wszystkiem.\par
+\f0\par
+\f1 Znik\'b3y mu z pami\'eaci Gowart\'f3w, pan January, marsza\'b3kowa, \'a3ady\'bfy\'f1ski, Ola, a od\'bfy\'b3 w nim tylko dawny \'b3obuz i ba\'b3amut, \'bf\'b9dny swawoli i u\'bfycia.\par
+\f0\par
+Z szel\f1 estem sp\'f3dniczek, zgrabnie uj\'eatych ma\'b3\'b9 r\'b9czk\'b9, a odkrywaj\'b9cych modelowan\'b9 \'9clicznie, zgrabnie obut\'b9, w a\'bfurowej po\'f1czoszce, n\'f3\'bfk\'ea, otar\'b3a si\'ea prawie o Krasnostawskiego wysoka dziewczyna, smuk\'b3a, jak gazella, czarnow\'b3osa, i rzuci\'b3a m\'b3odzie\'f1cowi przelotne spojrzenie. Spotkawszy wzrok jego, pal\'b9cy , \'9cmia\'b3y, rzuci\'b3a mu takie same drugie, uwa\'bfniejniejsze jednak, gor\'eatsze. Z dwojga par m\'b3odych oczu posypa\'b3y si\'ea iskry, a panu Boles\'b3awowi stan\'ea\'b3o w tej chwili w m\'f3zgu, nieodwo\'b3alne ultimatum: Ta, lub \'bfadna!\par
+\f0\par
+\f1 Pu\'9cci\'b3 si\'ea w pogo\'f1 za pi\'eakn\'b9 dziewczyn\'b9. Dogna\'b3 j\'b9 niebawem, zajrza\'b3 w oczy raz, drugi, trzeci, i pocz\'b9\'b3 i\'9c\'e6 w \'9clad za ni\'b9. Przy zbiegu jednak ulic kilku, dziewcz\'ea skr\'eaci\'b3o nagle w bok i znik\'b3o w bramie domu.\par
+\f0\par
+\f1 Zawiedziony i z\'b3y, Krasnostawski obr\'f3ci\'b3 si\'ea na pi\'eacie, a w\'b3o\'bfywszy r\'eak\'ea w kieszenie od palta, z humorem przystan\'b9\'b3. W oddali zach\'eacaj\'b9co zielenia\'b3 ogr\'f3d \'9cr\'f3dmiejski, jakby zapraszaj\'b9c go\'9ccinnie.\par
+\f0\par
+\f1 M\'b3odzieniec skierowa\'b3 si\'ea w t\'ea stron\'ea, i w dziesi\'ea\'e6 minut potem wchodzi\'b3 ju\'bf w bram\'ea ogrodu.\par
+\f0\par
+O tej wieczornej\f1 i sp\'f3\'9fnionej ju\'bf porze cienie jago, tajemnicze i ciche, poch\'b3on\'ea\'b3y Krasnostawskiego natychmiast, a do uszu jego dolecia\'b3y jednocze\'9cnie, z pogwarem drzew szumi\'b9cych splecione, jakie\'9c szelesty, i szepty, i przyciszone gwary...\par
+\f0\par
+To przytulone do siebie, tam\f1 i \'f3wdzie po \'b3awkach siedz\'b9c samotnych, gruchaj\'b9ce przer\'f3\'bfne "pary" fabrykowa\'b3y najcz\'ea\'9cciej udan\'b9, rzadko szczer\'b9 mi\'b3o\'9c\'e6... Miejscami nieestetyczny, czasami wprost brutalny, tam zn\'f3w, w kontra\'9ccie subtelniejszy, mi\'eakkszy, ten sam flirt brukowy, rdzennie miejscowy, musowa\'b3, kipia\'b3 po k\'b9tach ogrodu, przyczajony do tego stopnia, i\'bf w niekt\'f3rych alejach dla uwa\'bfnego s\'b3uchacza gra\'b3a po prostu, zda si\'ea, powszechna jakby i wsp\'f3lnie harmonijna nuta, z\'b3o\'bfona ze szmeru poca\'b3unk\'f3w, g\'b3o\'9cniejszych p\'f3\'b3s\'b3\'f3wek, nami\'eatnych protest\'f3w, zgody cichej, lub srebrzystego \'9cmiechu...\par
+\f0\par
+\f1 Odg\'b3osy te, drgaj\'b9c w powietrzu, lecia\'b3y cicho ku wierzcho\'b3kom drzew, z kt\'f3rych co chwila gdzieniegdzie spada\'b3 wolno po\'bf\'f3\'b3k\'b3y li\'9c\'e6 wczesnej jesieni, - jakby pragn\'b9c przypomnie\'e6 bawi\'b9cym si\'ea tu ludziom, o ko\'f1cu wszystkiego na \'9cwiecie. \par
+\f0\par
+\f1 Przeszed\'b3szy si\'ea po ogrodzie, Krasnostawski usiad\'b3 na jednej z \'b3awek. Zm\'eaczonym by\'b3 nieco... Przyjecha\'b3 kilka godzin temu zaledwie. Marsza\'b3kowa, \'a3ady\'bfy\'f1ski, pi\'eakna nieznajoma, gwar miasta - wszystko to znu\'bfy\'b3o m\'b3odzie\'f1ca, przywyk\'b3ego od lat paru do ciszy i regularnego wiejskiego \'bfycia.\par
+\f0\par
+\f1 Wyj\'b9wszy papiero\'9cnic\'ea, zapali\'b3 papierosa, ziewn\'b9\'b3, a spojrzawszy oboj\'eatnie na siedz\'b9cych obok na \'b3awce s\'b9siad\'f3w, wpad\'b3 w mimowoln\'b9 zadum\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 W my\'9clach stan\'ea\'b3a mu nagle w\'b3asna przesz\'b3o\'9c\'e6 w tem samem mie\'9ccie i przed oczyma miga\'e6 pocz\'ea\'b3y przer\'f3\'bfne minionych lat obrazy.\par
+\f0\par
+\f1 Ujrza\'b3 zatem siebie male\'f1kim, u rodzic\'f3w jeszcze, ch\'b3opcem, potem gimnazist\'b9, a nast\'eapnie akademikiem. Oblicza rozpierzch\'b3ych gdzie\'9c po \'9cwiecie, a dawno niewidzianych koleg\'f3w zamajaczy\'b3y mu \'bfywo, wspomnia\'b3 ich przywary, zalety charaktery i serca... \par
+\f0\par
+\f1 W kalejdoskopie wspomnie\'f1 odbi\'b3o si\'ea, przesun\'ea\'b3o r\'f3wnie\'bf, kilka twarzyczek kobiecych, par\'ea sza\'b3\'f3w, niepomnych jutra, gor\'b9czkowych, pieni\'b9cych si\'ea w\'f3wczas rozkosz\'b9, p\'b3omieniem uczucia, a dzi\'9c spopiela\'b3ych ju\'bf i zagas\'b3ych zupe\'b3nie.\par
+\f0\par
+\f1 A wszystko w tem mie\'9ccie, z kt\'f3rego murami z\'bfy\'b3a si\'ea, zros\'b3a jego dusza. Dla chleba porzuci\'b3 kolebk\'ea dzieci\'f1stwa - m\'b3odo\'9cci...\par
+\f0\par
+\f1 - Cha!... - westchn\'b9\'b3 g\'b3o\'9cno m\'b3ody plenipotent gowartowski, poczem instynktownie obejrza\'b3 si\'ea woko\'b3o, i jakby nieco zawstydzony swem westchnieniem, z pod oka uwa\'bfnie popatrzy\'b3 na swoich s\'b9siad\'f3w.\par
+\f0\par
+\f1 Obok niego, w wytartej czapce, z daszkiem, nasuni\'eatym na oczy, w wyszarza\'b3ej kapocie i z r\'eakami w kieszeniach, drzema\'b3a jaka\'9c m\'easka figura, z g\'b3ow\'b9, wci\'9cni\'eat\'b9 w ramiona, zgarbiona, o n\'eadznej powierzchowno\'9cci; by\'b3 to zapewne pijak jaki ululany, lub mo\'bfe biedak bezdomny; z przeciwleg\'b3ego za\'9c kra\'f1ca \'b3awki jaki\'9c staruszek zbiera\'b3 si\'ea do odej\'9ccia...\par
+\f0\par
+- Przepraszam pana, kt\'f3ra godzina? - \f1 zapyta\'b3 go Krasnostawski, pami\'eataj\'b9c, i\'bf zegarek zostawi\'b3 przez roztargnienie w hotelu.\par
+\f0\par
+\f1 Staruszek malutki, siwiute\'f1ki, o jowialnym wyrazie twarzy, zerkn\'b9\'b3 przyja\'9fnie na m\'b3odego cz\'b3owieka, oczy przymru\'bfy\'b3 i roze\'9cmia\'b3 si\'ea g\'b3o\'9cno i dobrotliwie.\par
+\f0\par
+- Ha-ha ha.\f1 ., a widzisz... - dorzuci\'b3 w \'9clad za tem - nie przysz\'b3a... Ba!... la donna \f0\'e8 mobile... - szczerze za\f1\'9cmia\'b3 si\'ea jeszcze do siebie i podrepta\'b3 dalej, nie odpowiadaj\'b9c na pytanie m\'b3odzie\'f1ca.\par
+\f0\par
+\f1 - A to ci mantyka jaki\'9c ! - u\'9cmiechn\'b9\'b3 si\'ea Krasnostawski i wzruszy\'b3 ramionami, a zapaliwszy papierosa, instynktownie zamy\'9cli\'b3 si\'ea znowu. \par
+\f0\par
+\f1 Tymczasem w tej samej w\'b3a\'9cnie chwili siada\'b3a obok niego wysoka, zgrabna, przystojna brunetka. Gdy odchodz\'b9cy staruszek wyg\'b3asza\'b3 sw\'b9 sentency\'ea, po\'9cpiesznie przechodzi\'b3a ona drog\'b9, a us\'b3yszawszy g\'b3o\'9cno wyrzeczono s\'b3owa, zwr\'f3ci\'b3a uwag\'ea na siedz\'b9cego m\'b3odzie\'f1ca i uwa\'bfnie spojrza\'b3a na\'f1; poczem zwolni\'b3a kroku, a po przelotnej wahania chwilce usiad\'b3a na \'b3awce. Teraz za\'9c, uporczywie z pod oka, patrzy\'b3a na Krasnostawskiego.\par
+\f0\par
+\f1 Ten za\'9c poczu\'b3 sna\'e6 na swojej twarzy magnetyczny wzrok kobiety, bo po chwili machinalnie obr\'f3ci\'b3 g\'b3ow\'ea w jej stron\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Na widok nowej s\'b9siadki, wyraz przyjemnego zdziwienia odbi\'b3 si\'ea na jego twarzy, w towarzyszce obecnej bowiem poznawa\'e6 si\'ea zdawa\'b3 pi\'eakn\'b9 nieznajom\'b9 sprzed p\'f3\'b3godziny. Spojrzenia m\'b3odych skrzy\'bfowa\'b3y si\'ea. Z czarnych \'9frenic \'b3adnej dziewczyny posypa\'b3y si\'ea iskry, poczem opu\'9cci\'b3a na oczy powieki, z rz\'easami d\'b3ugiemi.\par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawski jednak milcza\'b3 w niepewno\'9cci.\par
+\f0\par
+\f1 - Nie, to nie ona - my\'9cla\'b3 - tamta, smuk\'b3a gazella, pi\'eakniejsz\'b9 by\'b3a, lecz ta zn\'f3w... tu spojrza\'b3 przeci\'b9gle na dziewcz\'ea - kto wie, czy nie pon\'eatniejsza, milsza?... Bez w\'b9tpienia... co za oczy!... - dopowiedzia\'b3 sobie w duchu.\par
+\f0\par
+\f1 Nie rusza\'b3 si\'ea jednak z miejsca, nieznajoma bowiem wyda\'b3a mu si\'ea dziwnie nieprzyst\'eapn\'b9 - przynajmniej z powierzchowno\'9cci. Ubrana by\'b3a z miejskim szykiem, przeci\'eatnym wprawdzie, ale nie ra\'bf\'b9co bynajmniej, ca\'b3kiem ciemno, z pewnym gustem, ba... nawet jak\'b9\'9c nieuj\'eat\'b9 jakby dystynkcy\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 Tak si\'ea zda\'b3o Krasnostawskiemu.\par
+\f0\par
+W tej samej\f1 chwili nieznajoma podnios\'b3a na\'f1 znowu oczy. Powoli zdj\'ea\'b3a woalk\'ea, wci\'b9\'bf pal\'b9c spojrzeniem pi\'eaknych, du\'bfych \'9frenic i westchn\'ea\'b3a cicho...\par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawski instynktownie przysun\'b9\'b3 si\'ea do dziewcz\'eacia bli\'bfej. W par\'ea jednak sekund p\'f3\'9fniej, raz jeszcze przyjrzawszy si\'ea delikatnemu profilowi nieznajomej i przywo\'b3awszy w pami\'eaci ca\'b3e swe znawstwo dawnego "don-juana", zawyrokowa\'b3 w my\'9cli: - "szyk facetka, ale szkoda czasu," i oboj\'eatnie zgas\'b3ego zapali\'b3 papierosa.\par
+\f0\par
+\f1 Poza tem, przed godzin\'b9 pe\'b3en werwy i animuszu, teraz czu\'b3 si\'ea zm\'eaczonym i spa\'e6 mu si\'ea po prostu chcia\'b3o, r\'f3j my\'9cli za\'9c, poruszonych niedawno, bezustannie m\'b9ci\'b3 mu si\'ea w g\'b3owie. Ziewn\'b9\'b3 wi\'eac przeci\'b9gle i zamierza\'b3 ju\'bf powsta\'e6, gdy oto nagle, prosz\'b9co, pos\'b3ysza\'b3 wyrzeczone g\'b3osikiem d\'9fwi\'eacznym swej s\'b9siadki:\f0\par
+\par
+\f1 - Przepraszam pana... ale.... nie mog\'ea da\'e6 sobie sama rady... Czy... nie by\'b3by pan tak uprzejmym i grzecznym zwin\'b9\'e6 mi parasolk\'ea?...\par
+\f0\par
+\f1 S\'b3owom tym towarzyszy\'b3 wyraz twarzy, pe\'b3ny milutkiego wdzi\'eaku i przybranej okoliczno\'9cciowo zaambarasowanej niby nie\'9cmia\'b3o\'9cci; zatrzyma\'b3a si\'ea pytaj\'b9co...\par
+\f0\par
+\f1 Widz\'b9c jednak na obliczu m\'b3odego cz\'b3owieka u\'9cmiech i wyci\'b9gni\'eat\'b9 ju\'bf r\'eak\'ea po parasolk\'ea, doko\'f1czy\'b3a zalotnie, podaj\'b9c mu j\'b9:\par
+\f0\par
+\f1 - Tylko... tak \'b3adnie... cieniutko...\par
+\f0\par
+\f1 - Pan si\'ea dziwi, zapewne - dygn\'ea\'b3a ju\'bf \'9cmia\'b3o, lecz z tym samym nieokre\'9clonym nieco twarzy wyrazem, - \'bfe ja, nie znaj\'b9c pana, o\'9cmielam si\'ea, pomimo to, trudzi\'e6 go... ale...\par
+\f0\par
+\f1 - Boli r\'b9czka? - podchwyci\'b3 Krasnostawski \'9cpiesznie i pochyli\'b3 si\'ea ku dziewcz\'eaciu, z u\'9cmiechem.\par
+\f0\par
+\f1 W oczach dziewczyny zapali\'b3y si\'ea skry, nerwowo zadr\'bfa\'b3y jej wi\'9cniowe usta i rozchyli\'b3y si\'ea kusz\'b9co... Za\'9cmia\'b3a si\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 - Tak, mam reumatyzm w prawej d\'b3oni... - odpar\'b3a z pow\'b3\'f3czystem spojrzeniem.\par
+\f0\par
+\f1 I rozmowa w \'9clad zatem potoczy\'b3a si\'ea g\'b3adko... Krasnostawski poczu\'b3 si\'ea w swoim \'bfywiole, wpad\'b3 w zapa\'b3, dowcipkowa\'b3, \'9cmia\'b3 si\'ea, opowiada\'b3. Towarzyszka zaimprowizowanego flirtu odcina\'b3a mu si\'ea dowcipnie, podtrzymywa\'b3a rozmow\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 Gwar dwojga m\'b3odych odbija\'b3 si\'ea echem po coraz to pustszym ogrodzie; \'9cpi\'b9cy dot\'b9d spokojnie na \'b3awce s\'b9siad ich, bezdomny biedak, zbudzony, zakl\'b9\'b3 z cicha i bez ceremonyi po\'b3o\'bfy\'b3 si\'ea na \'b3awce, jak d\'b3ugi.\par
+\f0\par
+\f1 Wesp\'f3\'b3 z towarzyszem roze\'9cmia\'b3o si\'ea pi\'eakne dziewcz\'ea. Powstali.\par
+\f0\par
+\f1 Pob\'b3\'b9dziwszy za\'9c samotnie po alejach ogrodu, w p\'f3\'b3 godziny p\'f3\'9fniej wychodzili z niego, ochoczo i \'bfwawo, na pust\'b9 ulic\'ea, trzymaj\'b9c si\'ea pod r\'eace, po przyjacielsku ju\'bf zupe\'b3nie. M\'b3ody pan plenipotent gowartowski skin\'b9\'b3 na stoj\'b9ce opodal "gumy", kaza\'b3 stangretowi podnie\'9c\'e6 bud\'ea, wsiad\'b3 do powozu razem z pi\'eakn\'b9 now\'b9 znajom\'b9, rzuci\'b3 adres - i pojechali...\par
+\f0\par
+Gdy w ten spos\'f3b\f1 od\'bfy\'b3y w wie\'9cniaku \'b3obuz zabawia\'b3 si\'ea swobodnie w weso\'b3ym grodzie - na Ukrainie, w pa\'b3acu gowartowskim, kt\'f3ry zaledwie opu\'9cci\'b3 by\'b3 dwa dni temu, w t\'b9 sam\'b9 noc wrze\'9cniow\'b9, pomimo sp\'f3\'9fnionej ju\'bf wielce pory, pali\'b3y si\'ea, jeszcze \'9cwiat\'b3a.\par
+\f0\par
+Po obszernych komn\f1 atach du\'bfego pi\'eatrowego domu, otoczonego cienistym parkiem, przechadza\'b3 si\'ea, zamy\'9clony, pan January Gowartowski, z r\'eakami za\'b3o\'bfonemi na piersiach. K\'b3a\'9c\'e6 si\'ea na spoczynek wcale nie mia\'b3 ochoty, od czasu bowiem powrotu z miasta i otrzymania wiadomo\'9cci o \'9clubie Oli, sen, wyp\'b3oszony cierpieniem i my\'9clami, bezpowrotnie, zda si\'ea, ulecia\'b3 od powiek starca.\par
+\f0\par
+\f1 Pan January ju\'bf od kilku tygodni, ku wielkiemu zdziwieniu domownik\'f3w, nie sypia\'b3 wcale. Chodzi\'b3 po pustych komnatach, my\'9cla\'b3, czyta\'b3, czasami wychodzi\'b3 na przechadzk\'ea, b\'b3\'b9ka\'b3 si\'ea po polach, z rzadka bardzo poluj\'b9c do \'9cwita na kaczki - ulubionej tej swej rozrywce, oddaj\'b9c si\'ea teraz tylko odruchowo, machinalnie, nawet z pewnem jakby zniech\'eaceniem.\par
+\f0\par
+\f1 By sobie za\'9c te nudne bezsenne noce czemkolwiek urozmaici\'e6, pan January wzi\'b9\'b3 si\'ea do pisania w\'b3asnych pami\'eatnik\'f3w, a sun\'b9c pi\'f3rem po papierze i godzinami zape\'b3niaj\'b9c go swem drobnem pismem, nieraz potem, znu\'bfony, zasypia\'b3 przy biurku, i tak go nazajutrz nad ranem zastawa\'b3 lokaj. W ci\'b9gu dnia za\'9c wyra\'9fnie nudzi\'b3 si\'ea coraz bardziej; czasami odwetowa\'b3 sobie d\'b3ugie bia\'b3e noce ci\'ea\'bfkim snem po obiedzie; poza tem nie wyje\'bfd\'bfa\'b3 nigdzie, ani do s\'b9siad\'f3w, ani nawet do ko\'9ccio\'b3a, nikogo r\'f3wnie\'bf nie przyjmuj\'b9c.\par
+\f0\par
+\f1 W pa\'b3acu wszyscy po cichu niepomiernie ubolewali nad panem, dziwi\'b9c si\'ea stanowi jego, kontrast bowiem dzisiejszego pana na Gowartowie by\'b3 i\'9ccie ra\'bf\'b9cym. Poprzednio, weso\'b3y, u\'9cmiechni\'eaty, rze\'9fki, nad wiek sw\'f3j \'bfywy, bior\'b9cy udzia\'b3 we wszystkich sprawach wiejskich, interesuj\'b9cy si\'ea najdrobniejszym niemal szczeg\'f3\'b3em, obecnie zmieni\'b3 si\'ea rzeczywi\'9ccie do niepoznania.\par
+\f0\par
+\f1 Wr\'f3ciwszy do Gowartowa, po kilku dniach popad\'b3 pan January w trwaj\'b9cy dot\'b9d stan apatyi, zniech\'eacenia i nudy, a powi\'eakszaj\'b9cy si\'ea ci\'b9gle i coraz bardziej. Z ma\'b3\'bfe\'f1stwem Oli pogodzi\'b3 si\'ea, bo zgodzi\'e6 si\'ea na nie musia\'b3, rana jednak, zadana nieopatrznie lekkomy\'9cln\'b9 r\'eak\'b9 c\'f3rki, w ojcowskiem sercu, nie zagoi\'b3a si\'ea bynajmniej. Pan January zamkn\'b9\'b3 si\'ea w sobie i prze\'bfuwa\'b3 cierpienie w\'b3asne, nie mog\'b9c o niem zapomnie\'e6.\par
+\f0\par
+\f1 I czy\'bf nawet mo\'bfna by\'b3o dziwi\'e6 si\'ea temu? Ka\'bfdy k\'b9t, ka\'bfda \'9ccie\'bfka i sprz\'eat w pa\'b3acu nasuwa\'b3y biednemu ojcu na pami\'ea\'e6 jedynaczk\'ea, martwota za\'9c i cisza komnat, oraz ich g\'b3ucha pustka przypomina\'b3y stale nieobecno\'9c\'e6 jej bezpowrotn\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 Gdy Krasnostawski, zamieszka\'b3y w pobliskim folwarku, Tomasz\'f3wce, wpada\'b3 tu czasem w interesach i sprawach maj\'b9tkowych, - o\'bfywia\'b3 nieco obecno\'9cci\'b9 sw\'b9 te mury, teraz jednak, od czasu jego wyjazdu, dnie jeszcze bardziej d\'b3u\'bfy\'b3y si\'ea panu Januaremu. \par
+\f0\par
+\f1 Na stole w jadalni gowartowskiego pa\'b3acu le\'bfa\'b3o kilka ksi\'b9\'bfek, obok w salonie i buduarze widnia\'b3y porzucone pisma \'9cwie\'bfe - na biurku w gabinecie przyleg\'b3ym biela\'b3y roz\'b3o\'bfone arkusze, zape\'b3nionego pismem papieru. Pan January przed chwil\'b9 przesta\'b3 by\'b3 czyta\'e6, oraz pisa\'e6 teraz zamierza\'b3, a przechadzaj\'b9c si\'ea tymczasem poprzez szereg czterech le\'bf\'b9cych obok siebie, otwartych, poo\'9cwietlanych pokoi, my\'9cla\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 W ciszy u\'9cpionego ju\'bf od dawna domu wybi\'b3a godzina druga...\par
+\f0\par
+\f1 Monotonny odg\'b3os zegara zbudzi\'b3 Gowartowskiego z zadumy. Poruszy\'b3 si\'ea szybciej, sam pogasi\'b3 \'9cwiat\'b3a w czterech s\'b9siednich komnatach, poczem, westchn\'b9wszy cicho, przetar\'b3 d\'b3oni\'b9 czo\'b3o i usiad\'b3 przy biurku przed roz\'b3o\'bfonemi \'e6wiartkami papieru. \par
+\f0\par
+\f1 Nie wzi\'b9\'b3 jednak pi\'f3ra do r\'eaki... My\'9cl leniwa odbiec na rozkaz nie chcia\'b3a, podpar\'b3 wi\'eac pan January d\'b3o\'f1mi g\'b3ow\'ea i zamy\'9cli\'b3 si\'ea znowu.\par
+\f0\par
+\f1 Woko\'b3o, z umilk\'b3em echem jego miarowych krok\'f3w, zapanowa\'b3a niezam\'b9cona niczem cisza, i trwale do\'9c\'e6 d\'b3ugo, nie przerywana zgo\'b3a niczem.\par
+\f0\par
+\f1 Wreszcie, zbudzony z swej zadumy, podni\'f3s\'b3 g\'b3ow\'ea dziedzic Gowartowa, si\'eagn\'b9\'b3 po pi\'f3ro i zacz\'b9\'b3 pisa\'e6 szybko. Jedne po drugich wype\'b3nia\'b3y si\'ea jego drobnem pismem arkusiki papieru, rozrzucone na biurku, zgrzyt za\'9c stalki w milczeniu g\'b3uchem dono\'9cnie rozbrzmiewa\'b3 po pokoju. W ten spos\'f3b min\'ea\'b3a godzina, a mo\'bfe i wi\'eacej...\par
+\f0\par
+\f1 Przesta\'b3 wreszcie pisa\'e6 ojciec Oli, od\'b3o\'bfy\'b3 pi\'f3ro i schowawszy starannie papiery do szuflady biurka - powsta\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 Wywo\'b3any zazwyczaj umys\'b3owem znu\'bfeniem, sen nie klei\'b3 jednak dzisiaj powiek jego.\par
+\f0\par
+\f1 Przeciwnie. Zmuszony przed chwil\'b9 jeszcze, oderwawszy si\'ea od tera\'9fniejszo\'9cci, zanurzy\'e6 w przesz\'b3o\'9c\'e6 w\'b3asnego \'bfycia, kt\'f3r\'b9 opisywa\'b3 - pan January orze\'9fwionym by\'b3 jakby, a wyraz melancholyi smutnej znik\'b3 z oblicza jego, oczy patrza\'b3y ja\'9cniej jako\'9c, zapatrzone, zda si\'ea, w odleg\'b3e dawne wspomnienia... \par
+\f0\par
+\f1 I wyparte t\'b9 chwil\'b9 obecn\'b9, cierpienie pierzch\'b3o na chwil\'ea, ojciec Oli za\'9c, spragniony sna\'e6 powietrza, otworzy\'b3 okno, wychodz\'b9ce na ogr\'f3d.\par
+\f0\par
+\f1 Dotykaj\'b9c szyb, zaszele\'9cci\'b3y cicho ga\'b3\'eazie pn\'b9cego si\'ea wysoko po murze winogradu, i powiew balsamiczny, \'9cwie\'bfy, wp\'b3yn\'b9\'b3 do pokoju.\par
+\f0\par
+\f1 Pa\'b3ac gowartowski g\'f3rowa\'b3 nad okolic\'b9. Do st\'f3p jego, poza parkiem i stawem, w p\'f3\'b3kole, tuli\'b3a si\'ea wioska, a dalej widnia\'b3y uprawne pola, odcina\'b3 si\'ea na widnokr\'eagu sinawy pas las\'f3w, w\'9cr\'f3d rozleg\'b3ych za\'9c, jak okiem si\'eagn\'b9\'e6, p\'b3askich obszar\'f3w - majaczy\'b3o kilka dalekich si\'f3\'b3 i futor\'f3w...\par
+\f0\par
+W chwili, gdy pan Jan\f1 uary stan\'b9\'b3 w oknie gabinetu, z kt\'f3rego krajobraz ten ca\'b3y, jak na d\'b3oni, mo\'bfna by\'b3o obj\'b9\'e6 okiem - nad otaczaj\'b9cemi Gowart\'f3w wko\'b3o r\'f3wninami, pe\'b3nemi nieuj\'eatego jakby smutku i niewys\'b3owionej dziwnej t\'easknoty - nad zadumanymi jarami, sennymi \'b3anami i bielej\'b9cymi szerokimi traktami - z wolna gas\'b3a w\'b3a\'9cnie jesienna noc, pogodna, a z nieba, stopniowo nikn\'b9c, pierzcha\'b3y ostatnie gwiazdy... Jeszcze tylko mg\'b3y przedporanne b\'b3\'b9ka\'b3y si\'ea tam i \'f3wdzie, p\'f3\'b3mrok za\'9c szarawy przed\'9cwitu, walcz\'b9cy z cieniami nocy, coraz bardziej zwyci\'easki, hardy, panoszy\'b3 si\'ea ju\'bf doko\'b3a.\par
+\f0\par
+\f1 Gowartowski sta\'b3 nieruchomo w oknie, a odczuwaj\'b9c g\'b3\'eaboko nieuj\'eaty czar, p\'b3yn\'b9cy ku niemu senn\'b9 fal\'b9 z ziemi rodzinnej, jednocze\'9cnie uczuwa\'b3 w duszy ch\'ea\'e6 konieczn\'b9 wyrwania si\'ea, cho\'e6 na kr\'f3tko z tych ciasn\f0 ych ram pokoju.\par
+\par
+\f1 W tej samej chwili cisz\'ea drzemi\'b9c\'b9 przerwa\'b3 nagle pojedynczy d\'9fwi\'eak, rytmiczny i daleki. Wpl\'f3t\'b3szy si\'ea melodyjnym akordem w og\'f3lne milczenie, szed\'b3 coraz donio\'9clejszy... bli\'bfszy...\par
+\f0\par
+\f1 Przez perl\'b9ce si\'ea jeszcze nocn\'b9 ros\'b9 \'b3any zbo\'bfa i \'b3\'b9ki, zagony burak\'f3w i jary, lecia\'b3o monotonne echo dzwonka, \'bfa\'b3osne sob\'b9 i jakby sm\'eatne, b\'b3\'b9kaj\'b9c si\'ea po u\'9cpionych jeszcze obszarach, budz\'b9c drzemi\'b9ce ptactwo, leniwo i niech\'eatnie zrywaj\'b9ce si\'ea gdzieniegdzie do lotu.\par
+\f0\par
+\f1 - Telegram! Mo\'bfe do mnie, p\'f3jd\'ea i zobacz\'ea... mrukn\'b9\'b3 do siebie p\'f3\'b3g\'b3osem pan January, i odst\'b9piwszy od okna, si\'eagn\'b9\'b3 kapelusz.\par
+\f0\par
+\f1 W tej samej chwili wzrok jego przesun\'b9\'b3 si\'ea po \'9ccianie, na kt\'f3rej wisia\'b3a strzelba i przybory my\'9cliwskie. Gowartowski spojrza\'b3 mimo woli na sw\'f3j ubi\'f3r.\par
+\f0\par
+\f1 By\'b3 w butach wysokich z cholewami, kt\'f3rych dob\'ea ca\'b3\'b9 nie zmieni\'b3, pe\'b3en apatyi.\par
+\f0\par
+\f1 Po przelotnej chwilce wahania, pan January wzi\'b9\'b3 strzelb\'ea, torb\'ea, naboje i wyszed\'b3 przez balkon do ogrodu. Czu\'b3 potrzeb\'ea ruchu, powietrza i postanowi\'b3 zapolowa\'e6 na dzikie kaczki. Drzemi\'b9ca \'bfy\'b3ka my\'9cliwska przebudzi\'b3a si\'ea w Gowartowskim, a odnalaz\'b3szy ulubie\'f1ca swego, legawca, \'9cpi\'b9cego w \'b3adnej budce, wyruszy\'b3 przez park na pola.\par
+\f0\par
+\f1 My\'9cl jego by\'b3a jakby wolniejsza, wzrok za\'9c uporczywie \'9cciga\'b3 krajobraz, niejako ws\'b3uchuj\'b9c si\'ea w bliski ju\'bf teraz zupe\'b3nie odg\'b3os dzwonka. Nadzieja zwodnicza podsun\'ea\'b3a mu bezpodstawne przypuszczenie, i\'bf mo\'bfe ten oto znajomy d\'9fwi\'eak, zwiastuj\'b9cy telegraficznego pos\'b3a\'f1ca, przyniesie mu jak\'b9\'9c dobr\'b9, a niespodzian\'b9 od Oli wiadomo\'9c\'e6.\par
+\f0\par
+\f1 Rzeczywisto\'9c\'e6, jak zwykle, rozwia\'b3a chwilowe z\'b3udzenie. Spokojnie i r\'f3wnomiernie, u rozstajnych dr\'f3g, przy krzy\'bfu drewnianym, przesun\'ea\'b3a si\'ea sennie, w jednego konia, dwuko\'b3owa bida, z siedz\'b9c\'b9 na niej skulon\'b9 postaci\'b9, i brz\'eacz\'b9c dzwonkiem, zgin\'ea\'b3a w mg\'b3ach porannych.\par
+\f0\par
+\f1 Dziedzic Gowartowa westchn\'b9\'b3, i min\'b9wszy park oraz wiosk\'ea, boczn\'b9 \'9ccie\'bfyn\'b9 skierowa\'b3 si\'ea ku polom. Poprzedzany kr\'eac\'b9cym si\'ea weso\'b3o, ca\'b3ym czarnym, z bia\'b3emi \'b3apami, legawcem, w p\'f3l godziny potem spuszcza\'b3 si\'ea w jar g\'b3\'eaboki.\par
+\f0\par
+\f1 Otulony cisz\'b9 przed\'9cwitu, drzema\'b3 tu staw obszerny, ca\'b3y zaros\'b3y sitowiem - siedziba kaczek dzikich; ma\'b3y m\'b3ynek drewniany, cichutko szemrz\'b9c przelewaj\'b9c\'b9 si\'ea wod\'b9, odpoczywa\'b3, przyparty do w\'b9zkiej grobelki; w jej pobli\'bfa male\'f1ka, garbata chatynka m\'b3ynarza dope\'b3nia\'b3a krajobrazu.\par
+\f0\par
+Po raz pierwszy od bardzo daw\f1 na podda\'b3 si\'ea pan January obecnej chwili tylko, zapomniawszy momentalnie o dr\'eacz\'b9cem go cierpieniu. St\'b9paj\'b9c ostro\'bfnie i cicho po zroszonej trawie, szed\'b3 wzd\'b3u\'bf stawu, nad jego brzegiem, rozgl\'b9daj\'b9c si\'ea bystro doko\'b3a. \par
+\f0\par
+\f1 Milczenie i spok\'f3j panowa\'b3y niepodzielnie w tym zak\'b9tku. Czasem tylko za\'b3opota\'b3o co\'9c w sitowiach i zaraz zcich\'b3o; tu\'bf ponad senn\'b9 tafl\'b9 w\'f3d przelecia\'b3 wolno ko\'b3o id\'b9cego my\'9cliwca jastrz\'b9b wodny, kulik, znikn\'b9wszy niebawem z oczu...\par
+\f0\par
+\f1 I melancholijna szaro\'9c\'e6, jeszcze na wp\'f3\'b3 pogr\'b9\'bfona we \'9cnie, cicha, kr\'f3lowa\'b3a dalej znowu, skupiona w sobie, niezam\'b9cona niczem, chyba tylko szelestem krok\'f3w ludzkich i biegiem legawca.\par
+\f0\par
+\f1 Nagle pan January przystan\'b9\'b3:\par
+\f0\par
+\f1 - Wara! do nogi! - sykn\'b9\'b3 cicho na psa. Legawiec, podni\'f3s\'b3szy lew\'b9 \'b3ap\'ea i wyprostowawszy ogon spr\'ea\'bfy\'9ccie, znieruchomia\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 Na czyst\'b9 tafl\'ea w\'f3d stawu, rzecz rzadka, wyp\'b3ywa\'b3y powa\'bfnie dwie kaczki dzikie i ko\'b3ysz\'b9c si\'ea niedostrzegalnie, zbli\'bfa\'b3y si\'ea, ufne, z wolna p\'b3yn\'b9c, na odleg\'b3o\'9c\'e6 strza\'b3u. My\'9cliwiec odwi\'f3d\'b3 kurka u strzelby, jak m\'f3g\'b3 najciszej, i przy\'b3o\'bfy\'b3 bro\'f1 do ramienia.\par
+\f0\par
+\f1 Przeczeka\'b3 chwil\'ea jeszcze, i poci\'b9gn\'b9\'b3 za cyngiel...\par
+\f0\par
+\f1 Odbity w milczeniu dziesi\'eaciokrotnem echem hukn\'b9\'b3 w ciszy pierwszy strza\'b3!... Dosi\'b9g\'b3 on jednocze\'9cnie obie kaczki, po\'b3o\'bfy\'b3 je trupem, i zbudzi\'b3 zarazem \'9cpi\'b9c\'b9 w sitowiach zwierzyn\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Zagotowa\'b3o si\'ea tam teraz wsz\'eadzie; t\'b3umione szelesty rozleg\'b3y si\'ea na wsze strony; kurki wodne, kacz\'eata, kaczki nawo\'b3ywa\'b3y si\'ea wzajemnie, kilka z tych ostatnich poderwa\'b3o si\'ea nawet hen, w perspektywie, na drugim kra\'f1cu stawu... daleko. Jedna za\'9c, wynurzywszy sk\'b9d\'9c, z charakterystycznym po\'9cwistem skrzyde\'b3, przelecia\'b3a: wysoko prostopadle ponad g\'b3ow\'b9 my\'9cliwego.\par
+\f0\par
+\f1 Pos\'b3uszny legawiec jednocze\'9cnie przynosi\'b3 panu w z\'eabach zabit\'b9 zwierzyn\'ea; Gowartowski, odebrawszy psu kaczki, zawiesi\'b3 je u torby i poszed\'b3\f0 dalej. \par
+\par
+\f1 Powoli, stopniowo, rozja\'9cnia\'b3o si\'ea tymczasem.. Na wschodzie, gdzie\'9c w oddali, widnokr\'b9g zar\'f3\'bfawia\'b3 si\'ea, niedostrzegalnie, leciutko...\par
+\f0\par
+\f1 Ojciec Oli Dzier\'bfymirskiej, ze spuszczon\'b9 g\'b3ow\'b9, post\'eapowa\'b3 wci\'b9\'bf brzegiem stawu. Kilka kaczek po drodze jego zerwa\'b3o si\'ea trwo\'bfliwie, my\'9cliwiec jednak nie zadawa\'b3 sobie trudu strzela\'e6 do nich, bo oto znowu, wywo\'b3ane na poz\'f3r drobnostk\'b9, poch\'b3on\'ea\'b3y bezpodzielnie pana Januarego wspomnienia smutne.\par
+\f0\par
+\f1 Rok temu, podobnie jak dzi\'9c, polowa\'b3 on tutaj. \par
+\f0\par
+\f1 Razem z Ol\'b9 wyjechali o drugiej, noc\'b9, i przybyli nad staw przy ksi\'ea\'bfycu jeszcze. Tak samo cisza u\'9cpienia panowa\'b3a doko\'b3a, tak samo, jak przed chwil\'b9, na to\'f1 czyst\'b9, l\'9cni\'b9c\'b9 si\'ea tylko w dogorywaj\'b9cych, dr\'bf\'b9cych promieniach miesi\'b9ca - wyp\'b3yn\'ea\'b3a zwierzyna...\par
+\f0\par
+\f1 Pami\'eata, jak dzi\'9c, ow\'b9 chwil\'ea, rado\'9c\'e6 c\'f3rki z tej przeja\'bfd\'bfki i jej ciekawo\'9c\'e6 asystowania przy polowaniu. Stoi mu \'bfywo przed oczyma twarzyczka jej zarumieniona, \'b3adniutka, wzruszona, ciekawie \'9cledz\'b9ca wzrokiem kaczki, p\'b3yn\'b9ce po wodach... \par
+\f0\par
+\f1 Pami\'eata doskonale, jak w ostatniej chwili, gdy ju\'bf cyngla d\'b3oni\'b9 dotyka\'b3, szczebiot jej weso\'b3y sp\'b3oszy\'b3 zwierzyn\'ea, i jak w\'f3wczas Ola tego sobie darowa\'e6 nie mog\'b3a...\par
+\f0\par
+\f1 Westchnienie ciche podnios\'b3o pier\'9c Gowartowskiego, brwi zmarszczy\'b3 i zatopi\'b3 si\'ea w my\'9clach niepomny zupe\'b3nie otoczeni\f0 a swego.\par
+\par
+\f1 Tymczasem zwierzyna co chwila podrywa\'b3a si\'ea tam i \'f3wdzie, przelatuj\'b9c blisko id\'b9cego machinalnie naprz\'f3d my\'9cliwego.\par
+\f0\par
+\f1 Legawiec, kr\'eac\'b9c ogonem, wierci\'b3 si\'ea na wszystkie strony, skamla\'b3 nie\'9cmia\'b3o, z cicha, goni\'b3 uciekaj\'b9ce kaczki i powraca\'b3, podnosz\'b9c rozumny sw\'f3j wzrok na zamy\'9clonego pana, z wyrazem zdziwienia, i\'bf nie s\'b3yszy ju\'bf strza\'b3\'f3w - wyra\'9fnie zgorszony post\'eapowaniem jego.\par
+\f0\par
+\f1 Staw tymczasem ju\'bf si\'ea ko\'f1czy\'b3..\par
+\f0\par
+\f1 W pobli\'bfu, nieco dalej, oddzielony od pierwszego stawu pasmem b\'b3otnistych moczar\'f3w, widnia\'b3 taki sam prawie drugi, mniejszy tylko i sitowiem zaro\'9cni\'eaty ca\'b3y.\par
+\f0\par
+\f1 Znaj\'b9c sna\'e6 dobrze drog\'ea ku niemu, pan January nie zatrzyma\'b3 si\'ea, a tylko ci\'b9gle tak samo zadumany, ruszy\'b3 w drog\'ea dalej, prosto przez bagno, stawiaj\'b9c powoli stopy na trz\'eas\'b9cych si\'ea k\'eapkach zielonych.\par
+\f0\par
+\f1 Pod ci\'ea\'bfarem cia\'b3a id\'b9cego my\'9cliwca grunt ugina\'b3 sie, ko\'b3ysa\'b3 niedostrzegalnie, a pod nim chlupota\'b3a woda i porusza\'b3 si\'ea kr\'b9g ca\'b3y wodnistej ziemi.\par
+\f0\par
+\f1 Pan January nie zwraca\'b3 jednak na to \'bfadnej uwagi; w my\'9clach rozpami\'eatywa\'b3 co\'9c ci\'b9gle, w oczach za\'9c uporczywie majaczy\'b3a mu wywo\'b3ana przypomnieniem twarz i posta\'e6 Oli, przes\'b3aniaj\'b9c sylwetk\'b9 sw\'b9 wzrok jego zamglony.\par
+\f0\par
+\f1 Roztargniony jakby, tu, gdzie si\'ea znajdowa\'b3, zgo\'b3a nieobecny, Gowartowski szed\'b3 przez moczary, coraz dalej, a raz nawet noga niespodzianie obsun\'ea\'b3a mu si\'ea na ma\'b3ej k\'eapce, i ma\'b3o, ma\'b3o, \'bfe nie straci\'b3 r\'f3wnowagi...\par
+\f0\par
+\f1 Tymczasem poza nim, w dal roztwiera\'b3y si\'ea niby widnokr\'eagu podwoje...\par
+\f0\par
+\f1 Stopniowo, w\'b9skie pasmo skrytego jeszcze s\'b3onecznego \'9cwiat\'b3a, ros\'b3o na niebiosach. Z pod bia\'b3ych puch\'f3w pos\'b3ania i spuszczonych dyskretnie jakby gazowych u \'b3o\'bfa zas\'b3on - zarumieniona, wstydliwa wychyla\'e6 si\'ea pocz\'ea\'b3a jutrzenka r\'f3\'bfana, przeci\'b9gaj\'b9c si\'ea lubie\'bfnie jeszcze poza przejrzyst\'b9 opon\'b9 ob\'b3ok\'f3w bladych...\par
+\f0\par
+\f1 Ponad stawem lata\'b3y teraz ci\'b9gle kuliki; w dali na horyzoncie, z innego sna\'e6 legowiska, wysoko na pogodnem niebie, ci\'b9gn\'ea\'b3o tutaj ca\'b3e stado dzikich kaczek - prostopadle pod niemi ogromny jastrz\'b9b kr\'b9\'bfy\'b3 majestatycznie nad \'b3anem zbo\'bfa...\par
+\f0\par
+\f1 Ostatnie wreszcie cienie przed\'9cwitu pierzch\'b3y nagle... Pierwszy promie\'f1 s\'b3o\'f1ca wyjrza\'b3 nie\'9cmia\'b3o, b\'b3ysn\'b9\'b3 po bia\'b3ych \'9ccianach chatynki i blaszanym dachu starego m\'b3yna, dotkn\'b9\'b3 si\'ea tafli stawu, zamigota\'b3 w m\'eatnych b\'b3otach moczar\'f3w i musn\'b9\'b3 pieszczotliwie odwr\'f3con\'b9 sylwet\'ea id\'b9cego m\'ea\'bfczyzny.\par
+\f0\par
+\f1 Na b\'b3yszcz\'b9cej lufie prze\'b3o\'bfonej przez plecy strzelby zapali\'b3 si\'ea blaskiem. Min\'ea\'b3a chwila... i ju\'bf tryumfalnie zaja\'9cnia\'b3 on, obj\'b9wszy p\'b3omieniem \'9cwiate\'b3 li\'9ccie kilkunastu drzew, rosn\'b9cych w\'9cr\'f3d bagien. Posta\'e6 krocz\'b9cego miarowo po moczarach cz\'b3owieka na zakr\'eacie, czy te\'bf w drzew cieniu, znik\'b3a nagle w mgnieniu oka...\par
+\f0\par
+\f1 Po chwili w dali rozleg\'b3o si\'ea tylko g\'b3o\'9cne szczekanie psa.\par
+\f0\par
+\f1 Umilk\'b3o...\par
+\f0\par
+\f1 Nad ziemi\'b9 w tej samej chwili wsta\'b3 dzie\'f1 nowy, pe\'b3en nadziei, z rado\'9cci\'b9 na promienistem czole.\par
+\f0\par
+---------\par
+\par
+\par
+Na platformie kawia\f1 rni, po\'b3o\'bfonej na szczycie g\'f3ry "G\'fbtsch," wznosz\'b9cej sw\'f3j cypel wynios\'b3y ponad wdzi\'eacznie rozrzucon\'b9 u jej st\'f3p Lucern\'b9, roi\'b3o si\'ea od turyst\'f3w, siedz\'b9cych przy stolikach.\par
+\f0\par
+\f1 Szmery prowadzonych rozm\'f3w \'b3\'b9czy\'b3y si\'ea w akord wsp\'f3lny z graj\'b9c\'b9 sm\'eatnie i cicho orkiestr\'b9, wzrok za\'9c wypoczywaj\'b9cych go\'9cci pie\'9cci\'b3 widok cudny i wspania\'b3y na miasto, tul\'b9ce si\'ea zacisznie do brzeg\'f3w jeziora, zapatrzone w jego ciemnoszafirowe g\'b3\'eabie, w kt\'f3rych lustrzanej toni milcz\'b9co przygl\'b9da\'b3y si\'ea r\'f3wnie\'bf zadumane wierzcho\'b3ki g\'f3r.\par
+\f0\par
+Zam\f1 yka\'b3y one \'b3a\'f1cuchem swym ca\'b3y widnokr\'b9g naprzeciw miasta, po drugiej stronie jeziora, i ramowa\'b3y na prawo kr\'eat\'b9 szyj\'ea w\'f3d jego, p\'b3yn\'b9cych cicho w dal...\par
+\f0\par
+\f1 Oz\'b3ociwszy purpur\'b9 i z\'b3otem \'9cnie\'bfne szczyty gin\'b9cych we mgle Alp, zamigotawszy krwawo na bia\'b3ych frontach nadbrze\'bfnych hoteli, spiczastych wie\'bfach "Hofkirche" i szybach pomniejszych domostw, w\'b3a\'9cnie przed chwil\'b9 zgas\'b3 ostatni promyk s\'b3o\'f1ca... \par
+\f0\par
+\f1 Natomiast zmierzch szary ju\'bf obecnie wychyla\'b3 si\'ea sk\'b9d\'9c nie\'9cmia\'b3o, \'9clizga\'b3 si\'ea po g\'b3adkiej tafli jeziora, przechadza\'b3 po dw\'f3ch, krytych daszkiem, drewnianych mostach, staro\'bfytnych i w\'b9skich, a omraczaj\'b9c sze\'9cciok\'b9tny czubek, po\'b3o\'bfonej tu\'bf przy jednym z nich, oryginalnej wodnej wie\'bfycy, swawolnie zdawa\'b3 si\'ea zatapia\'e6 j\'b9, jedynaczk\'ea, stercz\'b9c\'b9 zabawnie po\'9cr\'f3d w\'f3d sza\f0 firu.\par
+\par
+\f1 A tymczasem, pod wp\'b3ywem id\'b9cego wieczora, cich\'b3o jakby jeszcze bardziej wszystko doko\'b3a... Senny spok\'f3j p\'b3yn\'b9\'e6 si\'ea zdawa\'b3 od Lucerny, kt\'f3ra, cho\'e6 przepe\'b3niona go\'9c\'e6mi z ca\'b3ego \'9cwiata, t\'eatni\'e6 poczynaj\'b9ca w\'b3a\'9cnie o tej porze muzyk\'b9 i gwarem - obserwowana jednak st\'b9d, z "G\'fbtsch" wierzcho\'b3ka, wydawa\'b3a si\'ea tak spokojn\'b9 - tak cich\'b9, jakby nie by\'b3a zgo\'b3a punktem zbornym kosmopolitycznej towarzystw \'9cmietanki, ale tylko - oaz\'b9 wytchnienia i swobody.\par
+\f0\par
+W jednym z najlepszych punkt\'f3w obserwacyjnych kawiarnian\f1 ej platformy, przy stoliku, siedzia\'b3o pi\'ea\'e6 os\'f3b.\par
+\f0\par
+\f1 Towarzystwo to sk\'b3adali: starsza wiekiem osoba, Polka, z c\'f3rk\'b9 i powa\'bfnym jegomo\'9cciem, ojcem zapewne rodziny - m\'b3ody, \'bfwawy, przystojny Francuz i Dzier\'bfymirscy.\par
+\f0\par
+\f1 O\'bfywiona, niemilkn\'b9ca rozmowa, podtrzymywana g\'b3\'f3wnie przez Ol\'ea i m\'b3odego Francuza, panowa\'b3a przy tym, odosobnionym od innych, stoliku. Stary jegomo\'9c\'e6 \'9cmia\'b3 si\'ea co chwila serdecznie i jowialnie z dowcip\'f3w m\'b3odzie\'f1ca, panienka r\'f3wnie\'bf rozmawia\'b3a weso\'b3o i jeden tylko Dzier\'bfymirski stanowi\'b3 w tym akordzie dobranym kontrast a\'bf nadto wyra\'9fny, zachowanie si\'ea za\'9c jego milcz\'b9ce i bierny, li tylko konieczny, udzia\'b3 w rozmowie, \'9cwiadczy\'b3y dobitnie, \'bfe to wszystko nudzi go nad wyraz.\par
+\f0\par
+\f1 Oczy Dzier\'bfymirskiego, pe\'b3ne zamy\'9clenia, prawie bezustannie spoczywa\'b3y na krajobrazie u podn\'f3\'bfa g\'f3ry, z rzadka przenosz\'b9c si\'ea, oboj\'eatne, na towarzystwo. Wzrok jego wtedy zatrzymywa\'b3 si\'ea g\'b3\'f3wnie na Oli. Zaduma sm\'eatna, od otoczenia daleka, znika\'b3a w\'f3wczas na chwil\'ea z jego oblicza, \'9frenice za\'9c czarne Romana, ciemniejszemi stawa\'b3y si\'ea, badawcze... Nader korzystnie za\'9c dnia tego wygl\'b9da\'b3a pani Ola. Ubrana w zgrabn\'b9 sukni\'ea, z jasnej materyi, czyni\'b3a wra\'bfenie wytworne i eleganckie; obna\'bfone za\'9c do\'9c\'e6 g\'b3\'eaboko, z okazyi niby gor\'b9ca, pier\'9c, szyja i ramiona, przykryte tylko a\'bfurow\'b9 koronk\'b9, stanowi\'b9c\'b9 ca\'b3o\'9c\'e6 z sukni\'b9 - podnosi\'b3y jeszcze wdzi\'eak jej postaci. Siedz\'b9c obok m\'b3odego Francuza, rozmawiali z nim przewa\'bfnie, \'9cmiej\'b9c si\'ea, dowcipkuj\'b9c, i bezwiednie zapewne tylko, rzucaj\'b9c mu od czasu do czasu rozbawione, zalotne jakby spojrzenia.\par
+\f0\par
+Tr\f1 wa\'b3o tak dosy\'e6 d\'b3ugo. Po niejakim czasie jednak Ola zauwa\'bfy\'b3a sna\'e6 dziwne troch\'ea zachowanie si\'ea m\'ea\'bfa, bo, skorzystawszy z og\'f3lnego powstania, spowodowanego czyj\'b9\'9c uwag\'b9 o krajobrazie, zbli\'bfy\'b3a si\'ea do Dzier\'bfymirskiego, i przytuliwszy si\'ea, otar\'b3szy, jak koci\'ea, sw\'b9 rozkwit\'b3\'b9 kibici\'b9 o niego, mi\'eakko i czule zapyta\'b3a:\par
+\f0\par
+\f1 - Co\'9c taki smutny, Romciu, co ci?\par
+\f0\par
+\f1 -Nic, kochanie! - odpar\'b3 kr\'f3tko Dzier\'bfymirski i dorzuci\'b3 po chwili:\par
+\f0\par
+\f1 - Ale, a propos, ja ci\'ea tu zostawi\'ea, bo sam wpa\'9c\'e6 jeszcze musz\'ea na poczt\'ea, tam, na dole..\f0 .\par
+\par
+\f1 - Koniecznie chcesz tam i\'9c\'e6? To mo\'bfe jed\'9fmy ju\'bf razem?..\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski odczu\'b3 niech\'ea\'e6 lekk\'b9 w g\'b3osie \'bfony; cie\'f1 ledwie dostrzegalnego niezadowolenia, przemkn\'b9\'b3 mu po twarzy, odezwa\'b3 si\'ea jednak szybko: \par
+\f0\par
+\f1 - Nie, nie, zosta\'f1, ma ch\f0\'e8re, prosz\f1\'ea ci\'ea... Spotkamy si\'ea p\'f3\'9fniej w alei nadbrze\'bfnej, b\'ead\'ea czeka\'b3 na ciebie... au revoir...\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski \'9ccisn\'b9\'b3 zlekka r\'b9czk\'ea \'bfony i zr\'eacznie wycofa\'b3 si\'ea z platformy, zd\'b9\'bfaj\'b9c po schodkach na d\'f3\'b3, do stacyi kolejki z\'eabatej, zwanej "funiculaire," a \'b3\'b9cz\'b9cej w pi\'eaciu minutach czasu g\'f3r\'ea z miastem.\par
+\f0\par
+\f1 Zaj\'eate lornetowaniem krajobrazu - kt\'f3rego wdzi\'eak teraz dopiero, po chwilowem wyczerpaniu tematu rozmowy, zdo\'b3a\'b3 przem\'f3wi\'e6 do ich poczucia pi\'eakna. Towarzystwo nie zauwa\'bfy\'b3o nawet odej\'9ccia Romana. Ten ostatni spuszcza\'b3 si\'ea powoli po schodkach i zasiad\'b3 niebawem w wagoniku kolejki, wkr\'f3tce ruszy\'e6 maj\'b9cej do Lucerny.\par
+\f0\par
+\f1 - A to mnie znudzili - mrukn\'b9\'b3 - zakazane towarzystwo...\par
+\f0\par
+\f1 W tej samej chwili rozleg\'b3 si\'ea sygna\'b3 odjazdowy, wagoniki poruszy\'b3y si\'ea z chrz\'eastem, i hamowane, powoli w d\'f3\'b3 spuszcza\'e6 si\'ea zacz\'ea\'b3y.\par
+\f0\par
+\f1 Roman obejrza\'b3 si\'ea; w wagonie, dziwnym zbiegiem okoliczno\'9cci, znajdowa\'b3 si\'ea zupe\'b3nie sam. \par
+\f0\par
+\f1 Wygodnie wyci\'b9gn\'b9\'b3 nogi, rozpar\'b3 si\'ea i patrzy\'b3 w d\'f3\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 Przed nim czernia\'b3a stromo id\'b9ca para szyn kolei, z po\'b3o\'bfonym po\'9crodku trzecim, dziurkowatym relsem; w dole, otulone mrokiem, drzema\'b3o jezioro - wierzcho\'b3ki g\'f3r stopi\'b3y si\'ea w zmierzchu, zla\'b3y jakby z chmurami niebios, w ciemno\'9cciach za\'9c, coraz to wi\'eakszych, wyst\'eapowa\'b3y teraz szaro domy miasta, w kt\'f3rych, jak ogniki b\'b3\'eadne, zapala\'b3y si\'ea co chwila tu i tam \'9cwiate\'b3ka.\par
+\f0\par
+\f1 Roman nagle przymkn\'b9\'b3 oczy.\par
+\f0\par
+\f1 Bo oto jemu - wpatrzonemu ci\'b9gle w d\'f3\'b3, w strom\'b9 pochy\'b3o\'9c\'e6 i powietrzn\'b9 pr\'f3\'bfni\'ea, dziel\'b9c\'b9 jeszcze kolejk\'ea od jeziora i, miasta - zakr\'eaci\'b3o si\'ea w g\'b3owie, w wirze za\'9c tym wy\'b3oni\'b3a nagle si\'ea jedyna szalona my\'9cl, spowodowana jakim\'9c jednoczesnym, nic nie znacz\'b9cym wagon\'f3w ha\'b3asem. Mianowicie zda\'b3o mu si\'ea po prostu, \'bfe oberwany poci\'b9g leci w d\'f3\'b3, coraz szybciej, i... \'bfe ju\'bf... ju\'bf oto w katastrofie, chaosie impetycznym - dotknie si\'ea on niebawem\f0 szklistej toni w\'f3d...\par
+\par
+\f1 Po kr\'f3tkiej atoli chwilce Dzier\'bfymirski otworzy\'b3 oczy i roze\'9cmia\'b3 si\'ea g\'b3o\'9cno.\par
+\f0\par
+\f1 Nic woko\'b3o nie zmieni\'b3o poprzedniego wygl\'b9du. Wolno i ostro\'bfnie stacza\'b3a si\'ea kolejka dalej, jezioro by\'b3e ju\'bf tylko znacznie bli\'bfej, u brzegu jego mruga\'b3a, iskrz\'b9ca si\'ea dziesi\'b9tkami \'9cwiate\'b3ek, Lucerna; wagony, brz\'eacz\'b9c, spuszcza\'b3y si\'ea ci\'b9gle, zawieszone nad miastem.\par
+\f0\par
+\f1 Roman wzruszy\'b3 ramionami.\par
+\f0\par
+\f1 - Co mi dzi\'9c jest! sarn nie wiem! - mrukn\'b9\'b3. \par
+\f0\par
+\f1 W istocie by\'b3 nie sw\'f3j od samego rana. W silnej mierze niew\'b9tpliwie przyczyni\'b3o si\'ea do tego post\'eapowanie \'bfony.\par
+\f0\par
+\f1 Zapoznawszy si\'ea sama z kilkoma osobami, o natr\'eatnej manji zaznajamiania si\'ea, zanudza\'b3a go od kilku dni pobytu w Lucernie ich obecno\'9cci\'b9 bezustann\'b9, bawi\'b9c si\'ea wszak\'bfe sama znakomicie. I to w\'b3a\'9cnie ostatnie najbardziej irytowa\'b3o Romana. Tak unika\'b3 dot\'b9d ludzi, tak ucieka\'b3 od nich, by by\'e6 samym tylko z Ol\'b9, by bez zam\'b9cenia niczem pi\'e6 szcz\'ea\'9ccie chwili i t\'b9 mi\'b3o\'9cci\'b9 w sobie wszystko zag\'b3uszy\'e6!..\par
+\f0\par
+\f1 Omin\'b9\'b3 wszak nawet dobrowolnie Medyolan, rodzinne miasto swej matki, gdzie pochowan\'b9 by\'b3a na miejscowem "Cimitero Monumentale," gdzie poza tem posiada\'b3 jeszcze krewnych nieboszczki - uczyniwszy to w jedynym celu unikni\'eacia musu obcowania z lud\'9fmi, innymi, pr\'f3cz niej, Oli...\par
+\f0\par
+\f1 A tu tymczasem ona sama wyszukiwa\'b3a sobie jakie\'9c zakazane figury!..\par
+\f0\par
+\f1 Roman przy tej ostatniej my\'9cli, wyrzuciwszy z ust dogasaj\'b9cego papierosa, \'bfachn\'b9\'b3 si\'ea niecierpliwie.\par
+\f0\par
+\f1 Bo na przyk\'b3ad ten Francuz, czy\'bf nie wzbudza\'b3 w nim s\'b3usznego gniewu? M\'b3odzik niezno\'9cny, z bezmy\'9clnym, banalnym wiecznie na ustach u\'9cmiechem, z kt\'f3rego jednak Ola bezustannie tak szczerze si\'ea \'9cmia\'b3a...\par
+\f0\par
+\f1 - Albo ta jej tualeta dzisiejsza, - m\'f3wi\'b3 sobie dalej Roman, - w Wenecyi przecie\'bf by\'b3o daleko gor\'eacej, nie ubiera\'b3a ona jednak gorsu swego tak przejrzy\'9ccie, a tu ch\'b3\'f3d w por\'f3wnan\f0 iu...\par
+\par
+\f1 - Dla tego os\'b3a z Pary\'bfa niew\'b9tpliwie, by m\'f3g\'b3 cynicznie i lubie\'bfnie napawa\'e6 si\'ea kszta\'b3tem i cia\'b3em jej kibici! - p\'f3\'b3g\'b3osem dopowiedzia\'b3 podra\'bfniony Dzier\'bfymirski.\par
+\f0\par
+\f1 - \'afe te\'bf te kobiety bez wabienia m\'ea\'bfczyzny po prostu \'bfy\'e6 nie mog\'b9!.. - wyrwa\'b3o mu, si\'ea jeszcze. \par
+\f0\par
+\f1 Spostrze\'bfenie powy\'bfsze, a tycz\'b9ce si\'ea w danym wypadku w\'b3asnej \'bfony, gniewa\'b3o go niepomiernie.. Od pewnego czasu bowiem, obserwuj\'b9c Ol\'ea, dostrzeg\'b3 cech\'ea w charakterze jej, nieznan\'b9 mu dot\'b9d: ch\'ea\'e6 zalotn\'b9 przypodobania si\'ea innemu m\'ea\'bfczy\'9fnie - nie jemu... J\'b9trzy\'b3o go to bardzo, cho\'e6 pragn\'b9\'b3 pozornie traktowa\'e6 fakt \'f3w lekko.\par
+\f0\par
+\f1 Wagoniki stan\'ea\'b3y w\'b3a\'9cnie. Roman wyskoczy\'b3 szybko i skierowa\'b3 si\'ea ku gmachowi poczty, po\'b3o\'bfonemu ko\'b3o g\'b3\'f3wnego mostu, tu\'bf przy dworcu kolejowym. Przed paru dniami wys\'b3a\'b3 list do kraju, do jednego ze swych dobrych znajomych. Powiadamia\'b3 go o swoim \'9clubie i zarazem prosi\'b3 usilnie o napisanie mu, co w rodzinnem mie\'9ccie m\'f3wi\'b9 o jego ma\'b3\'bfe\'f1stwie i co porabia January Gowartowski.\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski najbardziej by\'b3 ciekawym tej ostatniej wiadomo\'9cci, ze wzgl\'eadu na Ol\'ea i smutek, od niedawna, stopniowo \'bf\'b3obi\'b9cy, coraz cz\'ea\'9cciej jej twarzyczk\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Poda\'b3 adres: "Poste-restante, Lucerna," teraz zatem, wyskoczywszy ra\'9fno z wagonu kolejki, w kilka sekund znalaz\'b3 si\'ea ju\'bf przy w\'b3a\'9cciwem okienku, w obszernej sali gmachu szwajcarskiej poczty. \'8cpiesznie powiedzia\'b3 urz\'eadnikowi swe imi\'ea i nazwisko.\par
+\f0\par
+\f1 Grymas pocieszny wykrzywi\'b3 twarz tego ostatniego, i wykrztusi\'b3 z trudno\'9cci\'b9:\par
+\f0\par
+- Dziez-Dzier... Cornment? \'c8crivez, monsieur, sil vous plait! - poda\f1\'b3 kartk\'ea Dzier\'bfymirskiemu. \par
+\f0\par
+\f1 Roman pos\'b3usznie napisa\'b3 swe nazwisko. \par
+\f0\par
+\f1 Urz\'eadnik wzi\'b9\'b3 papier do r\'eaki, skrzywi\'b3 si\'ea raz jeszcze, poczem wzruszy\'b3 wymownie ramionami, a po chwili dopiero poda\'b3 cudzoziemcowi list.\par
+\f0\par
+\f1 Roman chwyci\'b3 go \'9cpiesznie i wybieg\'b3 na ulic\'ea.\par
+\f0\par
+Przy\f1 \'9cwietle latarni rozerwa\'b3 kopert\'ea i czyta\'e6 pocz\'b9\'b3 zape\'b3nion\'b9 bitem pismem \'e6wiartk\'ea. Twarz jego wyra\'bfa\'b3a niepok\'f3j i zaciekawienie widoczne, kt\'f3re po chwili dopiero ust\'b9pi\'b3y wra\'bfeniom, otrzymanym bezpo\'9crednio z lektury pisma.\par
+\f0\par
+\f1 List ten, donosz\'b9cy o towarzyskiem \'bfyciu w rodzinnem mie\'9ccie, o ostatniem przyj\'eaciu u marsza\'b3kowej, i pog\'b3oskach o stanie Gowartowskiego, nic w sobie zatrwa\'bfaj\'b9cego nie mia\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 "Znam pana Krasnostawskiego, plenipotenta gowartowskiego; je\'9cli chcesz koniecznie mie\'e6 dok\'b3adne wiadomo\'9cci o wszystkiem, tycz\'b9cem si\'ea Gowartowa, napisz mi i podaj adres, a donios\'ea ci szczeg\'f3\'b3owo.." opiewa\'b3 koniec listu szkolnego kolegi Romana, w postscriptum...\par
+\f0\par
+\f1 Uspokojony, Dzier\'bfymirski z\'b3o\'bfy\'b3 list i schowa\'b3 go do kieszeni; pod wp\'b3ywem jednak ostatnich s\'b3\'f3w pisma, zawr\'f3ci\'b3, przest\'b9pi\'b3 raz jeszcze pr\'f3g gmachu poczty, i kupiwszy poczt\'f3wk\'ea z widokiem, napisa\'b3 szybko, odr\'eacznie, przyjacielowi swemu kilka s\'b3\'f3w szczerego podzi\'eakowania, z pro\'9cb\'b9 o dalsze wiadomo\'9cci, podawszy adres "Vevey", dok\'b9d zamierza\'b3 z Ol\'b9 uda\'e6 si\'ea nazajutrz. Poczem wyszed\'b3 \'9cpiesznie i wrzuciwszy kart\'ea, skierowa\'b3 si\'ea przez szeroki most ku nadbrze\'bfnej, ocienionej drzewami, szerokiej alei, spacerowemu miejscu Lucerny, pe\'b3nemu w obecnej chwili publiczno\'9cci, rozbrzmiewaj\'b9cemu muzyk\'b9, weso\'b3o\'9cci\'b9 i\f0 gwarem. \par
+\par
+\f1 Min\'b9wszy most, Roman wkr\'f3tce znalaz\'b3 si\'ea w cieniu drzew i uszed\'b3szy par\'easet krok\'f3w, siad\'b3 na samotnej \'b3aweczce, kapelusz zdj\'b9\'b3 i po\'b3o\'bfy\'b3 obok siebie.\par
+\f0\par
+\f1 Wp\'f3\'b3obr\'f3ciwszy si\'ea jednocze\'9cnie, ujrza\'b3 stragan z owocami. Poczu\'b3 nagle pragnienie, i skin\'b9\'b3, kazawszy sobie przynie\'9c\'e6 par\'ea gruszek i brzoskwi\'f1.\par
+\f0\par
+\f1 Gdy us\'b3u\'bfny szwajcar podawa\'b3 mu je, z ugrzecznieniem, Dzier\'bfymirski si\'eagn\'b9\'b3 do kieszeni, a wyj\'eata ruchem szybkim sakiewka jego roztworzy\'b3a si\'ea, i zawarto\'9c\'e6 jej ca\'b3a wysypa\'b3a si\'ea szeroko i z brz\'eakiem na ziemi\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Roman, widz\'b9c to, machinalnie schyla\'b3 si\'ea ju\'bf, by zebra\'e6 le\'bf\'b9ce na \'bfwirze alei kilkaset mo\'bfe frank\'f3w, w z\'b3ocie i srebrze, gdy oto jaka\'9c refleksja nag\'b3a powstrzyma\'b3a go w p\'f3\'b3 ruchu. Wyprostowa\'b3 si\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Rzuciwszy za\'9c oczekuj\'b9cemu na zap\'b3at\'ea przekupniowi po francusku, niedbale: "Ramassez \'c7a.! - odwr\'f3ci\'b3 si\'ea oboj\'eatnie na poz\'f3r w drug\'b9 stron\'ea, i utkwi\'b3 wzrok w jezioro.\par
+\f0\par
+\f1 Po chwili, w p\'f3\'b3obrocie g\'b3owy, z pod oka, spojrzawszy raz jeszcze na zoran\'b9 bruzdami, opalon\'b9 twarz szwajcara, zbieraj\'b9cego ju\'bf rozsypany pieni\'b9dz - zamy\'9cli\'b3 si\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 O, jak\'bfe on pragn\'b9\'b3 w tej chwili, by z gar\'9cci tych oto pieni\'eadzy, kt\'f3re mu wr\'eaczonemi b\'ead\'b9 za par\'ea minut , zabrak\'b3o pi\'eaciofrank\'f3wki cho\'e6 jednej!...\par
+\f0\par
+\f1 Podarowa\'b3by on j\'b9 \'9cmia\'b3kowi temu, a biedakowi zapewne, z pewno\'9cci\'b9!... Bo czy\'bf?... Czy\'bf godzi\'b3oby si\'ea "jemu" rzuca\'e6 na niego kamieniem?...\par
+\f0\par
+\f1 Roman, wpatrzony bezustannie w zadumie przed siebie, gor\'b9czkowo, niecierpliwie oczekiwa\'b3 rezultatu swej pr\'f3by.\par
+\f0\par
+\f1 - We\'9fmie, z pewno\'9cci\'b9 we\'9fmie! - m\'f3wi\'b3 sobie r\'f3wnocze\'9cnie w duszy i g\'b3os jaki\'9c cyniczny, drwi\'b9 co wo\'b3a\'b3 w nim szyderski.\par
+\f0\par
+\f1 - "Uczciwo\'9c\'e6 ludzka!... ha... ha... ha!.. Frazesy, frazesy!.. malowana, wzorzysta zewn\'eatrznie kraszanka, wewn\'b9trz za\'9c skrycie cuchn\'b9ca!..."\par
+\f0\par
+\f1 Przed Dzier\'bfymirskim roztacza\'b3 si\'ea tymczasem krajobraz wdzi\'eaczny nad wyraz. W dr\'bf\'b9cych wi\'eac oto g\'b3\'eabiach jeziora, na prawo, przegl\'b9da\'b3o si\'ea tysi\'b9cem \'9cwiate\'b3ek miasto... p\'b3yn\'b9ce wody, o kilka krok\'f3w od alei, skr\'eaca\'b3y w bok, tocz\'b9c swe ciemne fale, jak rozpi\'eata nad niemi wrze\'9cniowa noc cicha, hen! daleko, ku g\'f3rom; po powierzchni jeziora b\'b3\'b9ka\'b3y si\'ea \'b3\'f3dki i ma\'b3e stateczki, przy ka\'bfdym za\'9c b\'b3yszcza\'b3a czerwona, du\'bfa, okr\'b9g\'b3a latarka, krwawym \'9cladem, \'9ccie\'bfyn\'b9 purpury znacz\'b9c g\'b3\'eaboko swe przej\'9ccie w przezroczej toni.\par
+\f0\par
+\f1 I ogniki owe, \'b3\'b9cznie ze swem odbiciem, dr\'bfa\'b3y tak bezustannie po jeziorze, sun\'ea\'b3y z wolna, zmienia\'b3y miejsce - wreszcie mala\'b3y, uto\'bfsamiaj\'b9c si\'ea jakby w dali lataj\'b9cym gdzie\'9c \'9cwi\'eatoja\'f1skim robaczkom...\par
+\f0\par
+\f1 Na lewo za\'9c, tu\'bf przy brzegu, u przystani statk\'f3w parowych, inne zn\'f3w ognie dotrzymywa\'b3y tamtym towarzystwa. Ku uciesze zapewne spaceruj\'b9cych go\'9cci puszczano tam fajerwerki; kr\'eaci\'b3y si\'ea zatem m\'b3y\'f1ce, p\'eaka\'b3y rzymskie \'9cwiece, strzela\'b3y wysoko barwne rakiety - spada\'b3y snopami iskier, gin\'ea\'b3y w ciemnych falach jeziora.\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski, wpatrzony pocz\'b9tkowo bezmy\'9clnie, pocz\'b9\'b3 si\'ea teraz w\'b3a\'9cnie przygl\'b9da\'e6 uwa\'bfniej, uj\'eaty wdzi\'eakiem widoku, gdy nagle pos\'b3ysza\'b3 g\'b3o\'9cno wyrzeczone ko\'b3o siebie s\'b3owa:\par
+\f0\par
+\lang1033 - S'il vous plait, monsieur!\par
+\par
+\lang1045\f1 Roman odwr\'f3ci\'b3 si\'ea szybko. Szwajcar, pozbierawszy pieni\'b9dze, oddawa\'b3 mu sakiewk\'ea.\par
+\f0\par
+- To dobr\f1 ze, macie za owoce i fatyg\'ea! - po\'9cpiesznie odpar\'b3 Dzier\'bfymirski i wr\'eaczy\'b3 przekupniowi dwa franki, w srebrze.\par
+\f0\par
+\f1 - Merci, monsieur! - akcentuj\'b9c przeci\'b9gle ostatni\'b9 sylab\'ea u wyrazu: pan, odpar\'b3 zadowolony Szwajcar, sk\'b3oni\'b3 si\'ea, bez uni\'bfono\'9cci jednak, i odszed\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski wsta\'b3 i skierowa\'b3 si\'ea ku innej, odleglejszej, skrytej cieniem drzew, a pustej r\'f3wnie\'bf \'b3awce. Wychodz\'b9c z domu, dziwnym trafem okoliczno\'9cci, przerachowa\'b3 w\'b3a\'9cnie pieni\'b9dze i wiedzia\'b3 co do grosza, ile ich znajdowa\'b3o si\'ea w portmonetce. Odtr\'b9ciwszy w my\'9cli wydanych kilkana\'9ccie frank\'f3w, pocz\'b9\'b3 gor\'b9czkowo liczy\'e6 z\'b3oto i srebro.\par
+\f0\par
+\f1 Nie brakowa\'b3o ani jednego centa.\par
+\f0\par
+\f1 Widoczne rozczarowanie odbi\'b3o si\'ea na twarzy Dzier\'bfymirskiego. Pochyli\'b3 si\'ea na siedzeniu, opar\'b3 \'b3okcie na kolanach i ukry\'b3 twarz w d\'b3onie.\par
+\f0\par
+\f1 - Wi\'eac ludzi uczciwych na \'9cwiecie nie brak... Uczciwym by\'e6 potrafi nawet cz\'b3ek prosty, wi\'eac tylko ty... ty!.. - hucza\'b3o mu bezlito\'9cnie w g\'b3owie, i rumieniec wstydu pali\'b3 policzki.\par
+\f0\par
+\f1 Nie mog\'b9c usiedzie\'e6, Roman zerwa\'b3 si\'ea po chwili z \'b3awki i skierowa\'b3 przed siebie nadbrze\'bfn\'b9 alej\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 Min\'b9\'b3 niebawem jeden z pierwszorz\'eadnych hoteli, przed kt\'f3rym co wiecz\'f3r stale grywa\'b3a orkiestra, dotar\'b3 a\'bf do po\'b3o\'bfonego na ko\'f1cu "quai" - kursalu, - zawr\'f3ci\'b3, wci\'b9\'bf opanowany jedn\'b9 i t\'b9 sam\'b9 my\'9cl\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 W oko\'b3o niego roi\'b3o si\'ea teraz od eleganckiej, wytwornej publiczno\'9cci; pi\'eakne kobiety, ubrane bogato i gustownie, wymuskani panowie przechadzali z wolna przed olbrzymim i urz\'b9dzonym z wielkim komfortem hotelem "National", towarzyskie k\'f3\'b3ka siedzia\'b3y grupami na bambusowych fotelach - bawiono si\'ea weso\'b3o; wykwintnych go\'9cci pe\'b3no by\'b3o r\'f3wnie\'bf i wewn\'b9trz hotelu, we wspania\'b3ych salach na dole; przez otwarte na \'9ccie\'bfaj okna dochodzi\'b3y d\'9fwi\'eaki walca - ta\'f1czono.\par
+\f0\par
+\f1 Kosmopolityczny pr\'f3\'bfniaczy high-life, zjechawszy si\'ea tutaj, u\'bfywa\'b3 do woli wywczasu i przyjemno\'9cci, staraj\'b9c si\'ea zarazem opr\'f3\'bfni\'e6 kieszenie z niepotrzebnego z\'b3ota, oraz zabi\'e6 czas mi\'b3o i po\'b3kn\'b9\'e6 trawi\'b9c\'b9 nud\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 - A mo\'bfe mi\'eadzy nimi znajduje si\'ea on "w\'b3a\'9cciciel", "on", w\'f3wczas, przed laty, przez ciebie, kto wie, czy nie skrzywdzony - dra\'bfni\'b9c Romana uporczywie, my\'9cl dziwaczna m\'eaczy\'e6 go nagle pocz\'ea\'b3a. Wstrz\'b9sn\'b9\'b3 si\'ea i skrzywi\'b3 bole\'9cnie... \par
+\f0\par
+\f1 W tej samej chwili jednak, do uszu jego dolecia\'b3 \'9cwie\'bfy, j\'eadrny g\'b3os kobiecy.\par
+\f0\par
+\f1 Pie\'9c\'f1 w\'b3oska, nami\'eatna, jak krew i mi\'b3o\'9c\'e6 dzieci po\'b3udnia, dr\'bf\'b9ca uczuciem, pomkn\'ea\'b3a po dr\'bf\'b9cej fali jeziora, ponad g\'b3owy przechadzaj\'b9cych si\'ea go\'9cci, odbi\'b3a si\'ea o echo g\'f3r... \par
+\f0\par
+\f1 Kto\'9c z p\'b3ci nadobnej \'9cpiewa\'b3 artystycznie i pi\'eaknie w jednej z sal "National'u"; Dzier\'bfymirski podszed\'b3 bli\'bfej i s\'b3ucha\'e6 pocz\'b9\'b3, zniewolony pi\'eakno\'9cci\'b9 g\'b3osu.\par
+\f0\par
+\f1 I powoli, rozp\'eadzona czarem pie\'9cni, w jego duszy r\'f3wnocze\'9cnie uspakaja\'b3a si\'ea burza.\par
+\f0\par
+\f1 Gdy \'9cpiew usta\'b3, Roman ju\'bf my\'9cl\'b9 by\'b3 gdzie indziej; jak wp\'b3yw zewn\'eatrzny \'bfycia przed chwil\'b9 poruszy\'b3 by\'b3 dotkliwie struny duszy jego - tak samo, u\'b3agodziwszy je teraz, przeni\'f3s\'b3 naraz my\'9cl Romana do chwili obecnej.\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski przypomnia\'b3 sobie \'bfon\'ea, spojrza\'b3 na zegarek i skierowa\'b3 si\'ea drog\'b9 powrotn\'b9 do mostu; zaniepokojony raptem, \'bfe dot\'b9d nie ma jeszcze Oli. Id\'b9c za\'9c, przesuwa\'b3 wzrok uwa\'bfny\f0 po twarzach przechodni\'f3w.\par
+\par
+\f1 Nagle brwi zmarszczy\'b3. Bo oto o krok\'f3w kilkana\'9ccie przed sob\'b9 ujrza\'b3 Ol\'ea, ale sam\'b9 i w towarzystwie tylko m\'b3odego Francuza, w ciemnej narzutce na ramionach, sna\'e6 nie swojej, gdy\'bf \'bfadnej podobnej ze sob\'b9 nie mia\'b3a.\par
+\f0\par
+\f1 Roman u\'9cmiechn\'b9\'b3 si\'ea ironicznie:\par
+\f0\par
+\f1 - Zmarz\'b3a, biedaczka! - mrukn\'b9\'b3 z zadowoleniem. - Przy\'9cpieszy\'b3 kroku, a znalaz\'b3szy si\'ea tu\'bf przy id\'b9cej parze, pochylonej z lekka ku sobie, szyderczo odezwa\'b3 si\'ea po francusku:\par
+\f0\par
+\f1 - A, powita\'e6 !. . C\'f3\'bf to, Ola w po\'bfyczanych szatach?...\par
+\f0\par
+\f1 Urwawszy w p\'f3\'b3 zdania rozmow\'ea, id\'b9cy podnie\'9cli jednocze\'9cnie g\'b3owy, Ola za\'9c zarumieni\'b3a si\'ea nieco i odpar\'b3a:\par
+\f0\par
+\f1 - A tak. Po\'bfyczy\'b3am okrycia u panny K... po zachodzie s\'b3o\'f1ca tak ch\'b3odno...\par
+\f0\par
+\f1 - Mo\'bfna si\'ea by\'b3o z g\'f3ry tego spodziewa\'e6; bardzo\'9c \'9fle zrobi\'b3a, wyletniaj\'b9c si\'ea, a z odsy\'b3aniem zn\'f3w owych zarzutek k\'b3opot tylko b\'eadzie! - rzuci\'b3 Roman opryskliwie.\par
+\f0\par
+\f1 - Wiesz przecie, \'bfe jutro raniutko jedziemy! A te panie gdzie\'bf?...\par
+\f0\par
+\f1 Dwa ostatnie zdania wym\'f3wi\'b3 Dzier\'bfymirski po polsku tym samym, niezadowolonym wci\'b9\'bf g\'b3osem.\f0\par
+\par
+\f1 - Wst\'b9pi\'b3y po drodze do znajomych - odpar\'b3a Ola, onie\'9cmielona nieco tonem m\'ea\'bfa.\par
+\f0\par
+\f1 - A... tak. No, to wracamy do domu! - zadecydowa\'b3 Dzier\'bfymirski w tym\'bfe, co poprzednio j\'eazyku, i odwr\'f3ci\'b3 si\'ea szybko, pragn\'b9c w duszy co pr\'eadzej pozby\'e6 si\'ea towarzysza \'bfon\f0 y.\par
+\par
+\f1 - Przecie\'bf ju\'bf Ola nigdy tego cymba\'b3a nie ujrzy! - doda\'b3 w my\'9cli zarazem.\par
+\f0\par
+\f1 - Pa\'f1stwo jad\'b9 jutro? O kt\'f3rej? - pyta\'b3 tymczasem w\'b3a\'9cnie m\'b3odzieniec.\par
+\f0\par
+\f1 Widz\'b9c, i\'bf Ola pragnie poinformowa\'e6 Francuza, Roman rzek\'b3 \'9cpiesznie.\par
+\f0\par
+- O, panie!... nie wiemy jeszcze!\f1 ... Au plaisir - i wyci\'b9gn\'b9\'b3 r\'eak\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 - Ach, wi\'eac ju\'bf mo\'bfe nie b\'ead\'ea mia\'b3 szcz\'ea\'9ccia ogl\'b9da\'e6 pa\'f1stwa? Doprawdy, jak\'bfe mi przykro! - rzek\'b3 m\'b3ody Francuzik, \'9cciskaj\'b9c podan\'b9 d\'b3o\'f1; nie odchodz\'b9c jednak, wci\'b9\'bf szed\'b3 obok Oli.\par
+\f0\par
+\f1 - Pa\'f1stwo w kt\'f3r\'b9 stron\'ea? - zagadn\'b9\'b3 uprzejmie. - Tak ma\'b3o mia\'b3em sposobno\'9cci rozmawia\'e6 dzi\'9c z panem... - s\'b3odziutko ci\'b9gn\'b9\'b3 dalej, zwracaj\'b9c si\'ea do Dzier\'bfymirskiego - umkn\'b9\'b3 nam pan tak pr\'eadko...\par
+\f0 \par
+\f1 Bawidamek z nad Sekwany umilk\'b3 nagle pod drwi\'b9cem spojrzeniem Romana.\par
+\f0\par
+\f1 - Pa\'f1stwo... w roku przysz\'b3ym zapewne przyjad\'b9 tu r\'f3wnie\'bf? - j\'eakn\'b9\'b3 jeszcze, podtrzymuj\'b9c rozmow\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 - A pan ?.... - s\'b3odko i uprzejmie zapyta\'b3 Dzier\'bfymirski.\par
+\f0\par
+\f1 - O, naturalnie, i\'bf b\'ead\'ea! - po\'9cpieszy\'b3 z odpowiedzi\'b9 m\'b3odzieniec.\par
+\f0\par
+\f1 - No, to my - nie! - odpar\'b3 z przyciskiem, ca\'b3kiem seryo Roman, lodowatym g\'b3osem, i uchyliwszy ledwo kapelusza, skin\'b9\'b3 na tramwaj elektryczny, by stan\'b9\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 - Wsiadamy! - rzuci\'b3 kr\'f3tko \'bfonie.\par
+\f0\par
+\f1 - Przecie\'bf ten tramwaj do naszego hotelu nie idzie, a tylko w przeciwn\'b9 stron\'ea?! - zauwa\'bfy\'b3a zdziwiona Ola.\par
+\f0\par
+- \f1 Nic nie szkodzi. Pozb\'eadziemy si\'ea tego kulfona!- odrzek\'b3 po polsku Roman. - No, wsiadaj!... - rzuci\'b3 gniewnie do oci\'b9gaj\'b9cej si\'ea \'bfony, i pchn\'b9\'b3 j\'b9 z lekka do czekaj\'b9cego na nich tramwaju.\par
+\f0\par
+\f1 W sekund\'ea p\'f3\'9fniej Dzier\'bfymirscy ruszyli; wehiku\'b3 elektryczny pomkn\'b9\'b3 i znik\'b3, odprowadzony os\'b3upia\'b3ym wzrokiem Francuza, kt\'f3ry, postawszy na chodniku chwil\'ea, ca\'b3y, jak burak, czerwony, ruszy\'b3 w drog\'ea, i zgin\'b9\'b3 niebawem w r\'f3\'bfnobarwnym t\'b3umie.\par
+\f0\par
+\f1 Gdy w Lucernie odbywa\'b3 si\'ea ten drobny epizod, jednocze\'9cnie prawie, szerokim ukrai\'f1skim traktem, w bezgwiezdn\'b9 i ciemn\'b9 noc wrze\'9cniow\'b9, p\'eadzi\'b3 konno na oklep wyrostek, w burej \'9cwitce, trzymaj\'b9c w r\'eaku smolne \'b3uczywo, tak zwany kaganiec.\par
+\f0\par
+\f1 Krwawy blask jego roz\'9cwietla\'b3 panuj\'b9ce woko\'b3o nieprzejrzane ciemno\'9cci, toruj\'b9c w ten spos\'f3b w \'9clad za je\'9fd\'9fcem drog\'ea ma\'b3emu koczykowi, zaprz\'ea\'bfonemu w cztery bu\'b3ane \'bfwawe koniki. W powoziku siedzia\'b3 Boles\'b3aw Krasnostawski, otulony burk\'b9 i ob\'b3o\'bfony pakunkami. Jecha\'b3 w\'b3a\'9cnie od kolei, a powraca\'b3 z podr\'f3\'bfy swej do miasta.\par
+\f0\par
+Zabawiwszy tam, zamiast t\f1 rzech dni, jak mu polecono, - dziesi\'ea\'e6, dzi\'9c dopiero po\'9cpiesza\'b3 do swoich obowi\'b9zk\'f3w, przez ca\'b3\'b9 drog\'ea \'b3ami\'b9c sobie w\'b3a\'9cnie g\'b3ow\'ea, jak upozorowa\'e6 przed starym Gowartowskim sw\'b9 przyd\'b3u\'bfon\'b9 troch\'ea nieobecno\'9c\'e6.\par
+\f0\par
+\f1 Bo zgo\'b3a nie interesy s\'b3u\'bfby przytrzyma\'b3y pana Boles\'b3awa w wielkim mie\'9ccie; o, bynajmniej! M\'b3ody pan plenipotent wraca\'b3 go\'b3y, jak \'9cwi\'eaty turecki. Ca\'b3kowit\'b9, naturalnie \'bfe tylko w\'b3asn\'b9, zarobion\'b9 gotowizn\'ea przehula\'b3 bowiem tam doszcz\'eatnie.\par
+\f0\par
+\f1 A teraz na ostatek, jad\'b9c w swoim koczyku, rozpami\'eatywa\'b3 on jeszcze mi\'b3o, na odleg\'b3o\'9c\'e6 nawet n\'eac\'b9ce chwile, w weso\'b3ym grodzie sp\'eadzone... My\'9cl\'b9c za\'9c jednocze\'9cnie o swym chlebodawcy, jedna szczeg\'f3lniej rzecz dziwi\'b3a go niepomiernie; mianowicie, dlaczego z Gowartowa nie otrzyma\'b3 on dot\'b9d wcale \'bfadnej, nagl\'b9cej do powrotu, depeszy, lub przynajmniej cho\'e6by jakiego listu ?... Bo \'bfe on nie dawa\'b3 znaku \'bfycia - nie by\'b3o w tem nic dziwnego - ale Gowartowski?... To zaiste, by\'b3o ca\'b3kiem niezrozumia\'b3em...\par
+\f0\par
+\f1 I analizuj\'b9c fakt ten, po raz nie wiadomo ju\'bf kt\'f3ry, Krasnostawski ziewn\'b9\'b3 przeci\'b9gle i roztworzy\'b3 oczy, przymkni\'eate dot\'b9d, usi\'b3owa\'b3 bowiem zdrzemn\'b9\'e6 si\'ea w powozie.\par
+\f0\par
+\f1 Patrza\'b3 teraz woko\'b3o nieco bezmy\'9clnie, do\'9c\'e6 szybko wzgl\'eadnie w\'9cr\'f3d ciemno\'9cci jad\'b9c swym powozikiem. Na tle czarnej nocnej opony czerwony od blask kaga\'f1ca \'9clizga\'b3 si\'ea szerokiem ko\'b3em po obu stronach drogi i zapala\'b3 si\'ea kolejno na z\'bf\'eatych r\'bfyskach, zaoranych polach, lub majaczy\'b3 po grz\'eadach zielonych plantacyj buraczanych, ugorach, stepowych bodjakach - kwiatach i trawach. Czasem zajrza\'b3 do rowu, musn\'b9\'b3 kurhan, z pochylonym krzy\'bfem, o\'9cwietli\'b3 przydro\'bfne samotne drzewo...\par
+\f0\par
+\f1 - \'afeby si\'ea tylko stary na mnie nie zaci\'b9\'b3 i za niepos\'b3usze\'f1stwo nie wym\'f3wi\'b3 miejsca, hm... hm!.. - chrz\'b9kaj\'b9c niespokojnie, wym\'f3wi\'b3 do siebie pan plenipotent, p\'f3\'b3g\'b3osem. - E, chyba \'bfe nie... zanadto mnie potrzebuje! - uspokojony zakonkludowa\'b3 g\'b3o\'9cno.\par
+\f0\par
+\f1 Nagle wyt\'ea\'bfy\'b3 wzrok, bo oto zda\'b3o mu si\'ea, \'bfe w ciemno\'9cciach, w oddali, na prawo, rysuj\'b9 si\'ea jakie\'9c cienie, a tu\'bf, niedaleko, \'9crodkiem pola, jak gdyby drog\'b9, posuwaj\'b9 si\'ea z wolna, zbli\'bfaj\'b9, dwa inne migoc\'b9ce ma\'b3e \'9cwiate\'b3ka, eskortowane z przodu kr\'eagiem, czerwon\'b9 plam\'b9 \'9cwiat\'b3a.\par
+\f0\par
+\f1 - Hej, Stepan, czujesz *) ? ha?... - krzykn\'b9\'b3 na furmana.\par
+[*) S\'b3yszysz.]\par
+\f0\par
+\f1 Cz\'b3owiek, siedz\'b9cy na ko\'9fle, w burce i ceratowej czapce, odwr\'f3ci\'b3 si\'ea leniwie. Krasnostawski wskaza\'b3 r\'eak\'b9 na prawo.\par
+\f0\par
+\f1 - Co to takiego? - zapyta\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 - Kto\'9c z kaha\'f1cem jide od Howartowa, - taj hodi **) - zawyrokowa\'b3 stanowczo wo\'9fnica.\par
+[**)Kto\'9c z kaga\'f1cem jedzie od Gowartowa - i ju\'bf.]\par
+\f0\par
+\f1 - To ju\'bf Gowart\'f3w? - zdziwi\'b3 si\'ea Krasnostawski.\par
+\f0\par
+\f1 Jad\'b9c do folwarku Tomasz\'f3wki, rezydencyi pana plenipotenta, przeje\'bfd\'bfa\'b3o si\'ea pod sam Gowart\'f3w, oddalony ledwo od traktu o p\'f3\'b3 wiorsty.\par
+\f0\par
+\f1 Kocz Krasnostawskiego, podniszczony nieco i roztrz\'easiony, klekota\'b3 po drodze, konie sz\'b3y ra\'9fno, wyci\'b9gni\'eatym k\'b3usem, czuj\'b9c sna\'e6 w pobli\'bfu ju\'bf domow\'b9 stajni\'ea. Krasnostawski zapali\'b3 zapa\'b3k\'ea i spojrza\'b3 na zegarek: dochodzi\'b3a druga po p\'f3\'b3nocy.\par
+\f0\par
+\f1 - Hm... hm!.. Stary zn\'f3w nie \'9cpi, bo widocznie to we dworze si\'ea pali - ponownie mrukn\'b9\'b3, wpatrzony w gorej\'b9ce w oddali pod\'b3u\'bfne wst\'eagi \'9cwiate\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 - Ko\'b3o hresta - stanesz! - rozkaza\'b3, zwracaj\'b9c si\'ea do furmana, zaciekawiony naraz, kto mo\'bfe jecha\'e6 z Gowartowa o tak p\'f3\'9fnej porze? \par
+\f0\par
+\f1 Furman hukni\'eaciem dono\'9cnem zakomunikowa\'b3 rozkaz wyrostkowi z kaga\'f1cem.\par
+\f0\par
+\f1 Na rozdro\'bfu stan\'eali. Ramiona stoj\'b9cego tu, omsza\'b3ego starego krzy\'bfa, zabarwi\'b3y si\'ea od \'b3uczywa purpur\'b9. Czekali.\par
+\f0\par
+\f1 W nocnej ciszy dochodzi\'b3 ju\'bf turkot powozu, t\'eatent koni i d\'9fwi\'eak jazd zbli\'bfa\'b3 si\'ea szybko.\par
+\f0\par
+\f1 - Semen - Howartowskije koni! - nachyliwszy si\'ea ku Krasnostawskiemu z koz\'b3a, furman pospieszy\'b3 z informacy\'b9.\f0\par
+\par
+\f1 Pierwszy pod krzy\'bfem zjawi\'b3 si\'ea na ros\'b3ym stajennym kasztanie parobek, z kaga\'f1cem, a poznawszy gowartowskiego plenipotenta, uchyli\'b3 pokornie czapki.\par
+\f0\par
+\f1 - Kto to jide? - rzuci\'b3 pytanie Krasnostawski.\par
+\f0\par
+\f1 - Pan docht\'f3r! - brzmia\'b3a odpowied\'9f.\par
+\f0\par
+\f1 Pod krzy\'bf nadje\'bfd\'bfa\'b3a zaprz\'ea\'bfona w par\'ea rasowych gniadosz\'f3w nejtyczanka, powo\'bfona przez w\'b9satego i porz\'b9dnie ubranego stangreta.\par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawski wychyli\'b3 si\'ea ze swego kocza, pocz\'b9\'b3 macha\'e6 kapeluszem i krzykn\'b9\'b3 dono\'9cnie: \par
+\f0\par
+\f1 - A!... pan konsyliarz kochany!... Powita\'e6, wita\'e6!\f0 St\'f3j, Semenie!...\par
+\par
+\f1 Nejtyczanka zatrzyma\'b3a si\'ea pos\'b3usznie i w podw\'f3jnem migoc\'b9cem \'9cwietle kaga\'f1c\'f3w u rozstajnego drzemi\'b9cego krzy\'bfa, zesz\'b3o si\'ea dw\'f3ch m\'ea\'bfczyzn.\par
+\f0\par
+\f1 - To pan? - Nie pozna\'b3em... - odezwa\'b3 si\'ea nazwany przez Krasnostawskiego konsyliarzem.\par
+\f0\par
+- Dob\f1 ry wiecz\'f3r, a raczej dzie\'f1 dobry! - pozdrowi\'b3 m\'b3ody cz\'b3owiek przyby\'b3ego - bo to ju\'bf dobrze po p\'f3\'b3nocy - dorzuci\'b3. - Czy szanowny pan z Gowartowa? C\'f3\'bf to tak p\'f3\'9fno, kto\'9c chory, bro\'f1 Bo\'bfe, a mo\'bfe tylko z wincika?....\par
+\f0\par
+\f1 Z pod czapki spojrza\'b3a uwa\'bfnie na Krasnostawskiego zdziwiona twarz doktora, okolona d\'b3ug\'b9 brod\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 - Jak to? To pan nic nie wiesz? - zapyta\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 - Wracam z podr\'f3\'bfy... - obja\'9cni\'b3 Krasnostawski.\par
+\f0\par
+\f1 - Aaa! nic nie wiedzia\'b3em... Pan January, chory od tygodnia, rozwin\'b9\'b3 si\'ea tyfus, o przebiegu silnym bardzo i niebezpiecznym... Poza tem komplikacye inne, nerwy et caetera... Teraz zreszt\'b9 ju\'bf lepiej... mo\'bfe B\'f3g da... dokt\'f3r zatrzyma\'b3 si\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 - Ale, nie m\'f3wi\'ea panu, od czego si\'ea to wszystko zacz\'ea\'b3o - dorzuci\'b3 informuj\'b9co.- Ju\'bf by\'b3 pono niezdr\'f3w, moralnie przynajmniej; wpad\'b3, poluj\'b9c na moczarach, w wod\'ea po szyj\'ea i zazi\'eabi\'b3 si\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 - Nikt mi zna\'e6 nie da\'b3, m\'f3j Bo\'bfe! - szczerze zasmuci\'b3 si\'ea Krasnostawski. - Wi\'eac pan m\'f3wisz, \'bfe dzi\'9c lepiej?...\par
+\f0\par
+\f1 - O tyle, o ile!.. teraz \'9cpi po lekarstwie, gor\'b9czka spad\'b3a nieco, lecz wczoraj by\'b3o \'9fle bardzo; notabene, pr\'f3cz klucznicy - staruszki, w ca\'b3ym domu nikogo nie ma przy sobie...\par
+\f0\par
+\f1 - Mo\'bfebym ja pojecha\'b3 tam teraz, do pana Januarego, na noc, co? - rzek\'b3 Krasnostawski, na dobre zmartwiony.\par
+\f0\par
+\f1 Dokt\'f3r przyja\'9fnie spojrza\'b3 na m\'b3odzie\'f1ca, u\'9cmiechn\'b9\'b3 si\'ea z dobroci\'b9 i rzek\'b3:\par
+\f0\par
+\f1 - No, zm\'eaczony jeste\'9c, kochany panie, podr\'f3\'bf, mo\'9cci dobrodzieju, wspomnienia po niej mi\'b3e zapewne, panie tego - tu poklepa\'b3 Krasnostawskiego po plecach. - Nie, nie potrzeba - ci\'b9gn\'b9\'b3 dalej seryo - wy\'9cpij si\'ea pan i jutro tam pojedziesz, bo zreszt\'b9, m\'f3wi\'b9c mi\'eadzy nami, przeszkadza\'e6 tam tylko b\'eadziesz... Niech \'9cpi sobie, nieborak, klucznica i s\'b3u\'bfba przypilnuj\'b9 go. Ba ! \'bfeby to tylko zawsze tak by\'b3o, jak dzi\'9c....\par
+\f0\par
+\f1 - Jak to? wi\'eac obawa jest jeszcze? - zaniepokojonym zn\'f3w g\'b3osem zapyta\'b3 Krasnostawski.\par
+\f0\par
+\f1 - Obawa jest, jeszcze! - przedrze\'9fni\'b3 szorstko dokt\'f3r i widocznie nadrabiaj\'b9c min\'b9, dorzuci\'b3. - Wam wszystkim si\'ea zdaje, \'bfe dokt\'f3r to prorok!... Naturalnie, \'bfe jest!... Czy ja wiem zreszt\'b9 - wszystko w r\'eaku Najwy\'bfszego - zobaczymy... No, tymczasem dobranoc! - doktor wyci\'b9gn\'b9\'b3 r\'eak\'ea na po\'bfegnanie.\par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawskiemu twarz spochmurnia\'b3a, i niepok\'f3j wyra\'9fny odbi\'b3 si\'ea na niej; odczu\'b3 nerwami, czego nie by\'b3o w s\'b3owach doktora i co on usi\'b3owa\'b3 widocznie pokry\'e6 przed nim na razie, i posmutnia\'b3 jeszcze bardziej.\par
+\f0\par
+\f1 Jednocze\'9cnie jaki\'9c jakby wyrzut sumienia wezbra\'b3 mimo woli w jego duszy, i\'bf on tak d\'b3ugo pozostawi\'b3 starca w samotno\'9cci, bez opieki, sam bawi\'b9c si\'ea weso\'b3o. Po\'bfegnawszy lekarza, pom\'f3g\'b3 mu wsi\'b9\'9c\'e6 do bryczki.\par
+\f0\par
+\f1 - Jak\'bfe tam zdrowie wszystkich u szanownego doktora, \'bfony, dzieci?... - b\'b9kn\'b9\'b3, aby co\'9c powiedzie\'e6.\par
+\f0\par
+\f1 - Dobrze, dobrze, serdecznie, dzi\'eakuj\'ea, dobranoc!\par
+\f0\par
+\f1 - Dobranoc! - powt\'f3rzy\'b3, jak echo, Krasnostawski, i ruszy\'b3 do swego pojazdu.\par
+\f0\par
+\f1 - Czoho\'9c meni ne skaza\'b3, szczo pan s\'b3abujut - rzuci\'b3 wym\'f3wk\'ea furmanowi.\par
+\f0\par
+\f1 Ten\'bfe odpar\'b3 lakonicznie:\par
+\f0\par
+\f1 - Zabu\'b3, pane!\par
+\f0\par
+\f1 - Do Tomasz\'f3wki! - rozkaza\'b3 Krasnostawski. \par
+\f0\par
+\f1 Powozik ruszy\'b3 w dalsz\'b9 drog\'ea. Turkot jego w milczeniu nocy po\'b3\'b9czy\'b3 si\'ea z cichn\'b9cym coraz bardziej odg\'b3osem k\'f3\'b3 i dzwonk\'f3w nejtyczanki lekarza, a dwa kaga\'f1ce, w dwie przeciwne strony, rzuci\'b3y znowu ruchome swe kr\'eagi krwawe w pasmo u\'9cpionych, kirem nocy pokrytych, obszar\'f3w. Oddalaj\'b9c si\'ea od siebie, d\'b3ugo tak na horyzoncie, malej\'b9c coraz bardziej, \'9cwieci\'b3y ich \'b3uczywa, a\'bf wreszcie, zamigotawszy czas jeszcze jaki\'9c purpurowymi punkcikami na niezmierzonych p\'b3aszczyznach - spe\'b3z\'b3y ca\'b3kiem na widnokr\'eagu, znik\'b3szy, zlawszy si\'ea z ciemno\'9cci\'b9, kt\'f3ra wch\'b3on\'ea\'b3a je w siebie.\par
+\f0\par
+\f1 Turkot na trakcie ucich\'b3. Szeroka ta\'9cma ukrai\'f1skiego szlaku, rozja\'9cniona na chwil\'ea, znik\'b3a i czarno\'9c\'e6 jeszcze wi\'eaksza zawis\'b3a nad polami, stepami i krzy\'bfami kurhan\'f3w.\par
+\f0\par
+\f1 W milczeniu nocy, pe\'b3nem zagadek i szept\'f3w tajemniczych, wszystko doko\'b3a zapad\'b3o w sen twardy i cichy.\par
+\f0\par
+\par
+---------\par
+\par
+\par
+\par
+- Bo ty nie wiesz, nie czujesz m\f1 o\'bfe i nie przypuszczasz nawet, jak ja ci\'ea kocham, jak bardzo ub\'f3stwiam, ty skarbie m\'f3j najdro\'bfszy, ty moje \'bfycie, me wszystko!... - szepta\'b3 gor\'b9co Dzier\'bfymirski, nachyliwszy si\'ea ku Oli i tul\'b9c j\'b9 do siebie.\par
+\f0\par
+\f1 - Ty zda\'e6 sobie sprawy nie potrafisz - ci\'b9gn\'b9\'b3 dalej, zapalaj\'b9c si\'ea coraz bardziej do s\'b3\'f3w w\'b3asnych - ile ja got\'f3w jestem rzeczy najdro\'bfszych nawet - po\'9cwi\'eaci\'e6 dla ciebie, co dla ci\'ea zdolnym st\'b3umi\'e6, przecierpie\'e6!... Ja gdybym by\'b3 ci\'ea nie posiad\'b3 - podepta\'b3bym bez namys\'b3u wszelkie prawa ludzkie, je\'9cliby one stan\'b9\'e6 mi \'9cmia\'b3y w\'f3wczas oporem do zdobycia ciebie!... Ty nie wiesz... nie wiesz!...\par
+\f0\par
+\f1 Roman, poblad\'b3szy, umilk\'b3. Chmura osiad\'b3a mu na czole, skrzywienie bolesne zadrga\'b3o w ust k\'b9cikach. Pochyli\'b3 na moment g\'b3ow\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Och, czemu\'bf nie m\'f3g\'b3, czemu\'bf, powiedzie\'e6 jej Oli, wszystkiego?.. Na ustach mu dr\'bfa\'b3o, przemoc\'b9 prawie wyrywa\'b3o si\'ea z nich wyznanie przesz\'b3o\'9cci, zdusi\'b3 je jednak, wt\'b3umi\'b3 w siebie, z obawy, by te pi\'eakne lica ukochane nie odwr\'f3ci\'b3y si\'ea ode\'f1 z pogard\'b9. Po chwili zn\'f3w m\'f3wi\'b3:\par
+\f0\par
+- Tak, ty obsz\f1 aru, ty g\'b3\'eabi uczucia, kt\'f3re wre we mnie, kt\'f3re dla ciebie niejedn\'b9 ju\'bf tam\'ea zerwa\'b3o, nie oceniasz, nie rozumiesz...\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski silniej przycisn\'b9\'b3 do siebie kibi\'e6 \'bfony, a pochwyciwszy jej r\'eace, przywar\'b3 do nich ustami, i poca\'b3unkami okrywa\'e6 je pocz\'b9\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 - Ty... moja... moja! - szepta\'b3 w k\'f3\'b3ko nami\'eatnie, coraz czulej... ciszej...\par
+\f0\par
+\f1 - Ty moja!... Ja za nic w \'9cwiecie nikomu ci\'ea nie oddam, wydrze\'e6 sobie nie pozwol\'ea!...\par
+\f0\par
+\f1 A uspokoiwszy si\'ea stopniowo, ci\'b9gn\'b9\'b3:\par
+\f0\par
+\f1 - I czy\'bf wobec tego zatem dziwi\'e6 si\'ea nawet mo\'bfesz z\'b3emu humorowi memu, owego wieczora, pami\'eatasz, w Lucernie!... To nie by\'b3 gniew, opryskliwo\'9c\'e6, jak to nazwa\'b3a\'9c, dziwactwo! O, wierz mi - nie!... To by\'b3a, wywo\'b3ana cierpieniem tylko - zazdro\'9c\'e6 i \'bfal duszy, \'bfe komu innemu pozwalasz cho\'e6 cz\'ea\'9cci\'b9 wdzi\'eak\'f3w twych si\'ea napawa\'e6, \'bfe na nie patrzy, ro\'9cci\'e6 sobie mo\'bfe jakie\'9c urojone, cho\'e6by imaginacyjne do nich prawa - m\'ea\'bfczyzna inny - ni\'9fli... ja...\par
+\f0\par
+\f1 Roman m\'f3wi\'e6 przesta\'b3 wzburzony i wzruszony. \par
+\f0\par
+\f1 - Rozumiesz wi\'eac teraz, kochanie ty moje? rzek\'b3 znowu po chwili mi\'eakko, \'b3agodnie, i spojrzawszy prosz\'b9co w oczy s\'b3uchaj\'b9cej go w milczeniu Oli, rzuci\'b3 pytaj\'b9co: -Przebaczasz?..\par
+\f0\par
+\f1 - Ale\'bf przebaczam... przebaczam!... - rzek\'b3a, u\'9cmiechem, pieszczotliwie Ola, a \'bfe nikogo pod\'f3wczas w\'b3a\'9cnie w pobli\'bfu nie by\'b3o - siedzieli w cieniu alei nadbrze\'bfnej nad Lemanem - zarzuci\'b3a na szyj\'ea Romana swe d\'b3ugie bia\'b3e r\'eace, i przytuliwszy si\'ea do\'f1, pocz\'ea\'b3a mu z kolei szepta\'e6:\par
+\f0\par
+\f1 - Ty m\'f3j drogi, jedyny!... Od kwadransa patrz\'ea na ciebie i rosn\'ea w duszy, taki\'9c szlachetny, rozumny, pi\'eakny... Pi\'eakny!... - powt\'f3rzy\'b3a z zalotno\'9cci\'b9, nami\'eatnie i przymilaj\'b9co si\'ea musn\'ea\'b3a wargami \'9cniad\'b9 twarz Dzier\'bfymirskiego.\par
+\f0\par
+\f1 - Nie taki, jak w\'f3wczas, zazdrosny, z\'b3y, brzydki!...- przekomarza\'b3a si\'ea z wdzi\'eakiem - ale taki zakochany... wielki!...\par
+\f0\par
+\f1 I Ola czulej jeszcze przycisn\'ea\'b3a si\'ea do Romana, zbli\'bfy\'b3a swe wargi \'9cwie\'bfe do jego ust zmys\'b3owych, i m\'f3wi\'e6 pocz\'ea\'b3a g\'b3uchym szeptem, urywanym od uczucia nadmiaru - przeplatanym pieszczot\'b9, pe\'b3nym t\'eatni\'b9cych w nim m\'b3odych pragnie\'f1:\par
+\f0\par
+\f1 - Kocham ci\'ea!... kocham... kocham!... Jak nikogo dot\'b9d... nigdy, nigdy!... - szept przy tem m\'b3odej kobiety zadr\'bfa\'b3 nami\'eatniej jeszcze. - Nie ja - to ty przeciwnie nie rozumiesz, nie czujesz, jak ci\'ea kocham, uwielbiam !...\par
+\f0\par
+\f1 - Wszak dla ciebie porzuci\'b3am ojca, Gowart\'f3w, rodzin\'ea! St\'b3umi\'b3am, zgniot\'b3am uczucia inne!... Po\'9cpieszy\'b3am na twe wo\'b3anie, pobieg\'b3am za tob\'b9, w twe obj\'eacia, podepta\'b3am wszystko... wszystko!.. O!... Ja bym sobie zar\'f3wno wydrze\'e6 ciebie nie da\'b3a - ty\'9c tak\'bfe m\'f3j!... m\'f3j!...\par
+\f0\par
+\f1 I szept m\'b3odej kobiety \'b3asz\'b9cy si\'ea, pal\'b9cy, zawrotny - skona\'b3...\par
+\f0\par
+Zbl\f1 i\'bfone usta m\'b3odych silnie zwar\'b3y si\'ea w poca\'b3unku. Na chwil\'ea, minut par\'ea, znik\'b3o im z oczu wszystko, przes\'b3oni\'eate mg\'b3\'b9 jakby, z kt\'f3rej jedna jedyna wy\'b3oni\'b3a si\'ea tylko - mi\'b3o\'9c\'e6.\par
+\f0\par
+\f1 Woko\'b3o za\'9c wci\'b9\'bf nie by\'b3o nikogo. W cieniu drzew ton\'b9\'b3 w mroku tajemniczym, cisz zadumanych pe\'b3nym "quai Perdonnet," nadbrze\'bfna aleja w Vevey, wij\'b9c si\'ea brzegiem Lemanu, u st\'f3p rozrzuconego w g\'f3rze szwajcarskiego miasta.\par
+\f0\par
+\f1 Nad "Lac Leman" dr\'bfa\'b3 ksi\'ea\'bfyc w pe\'b3ni; przegl\'b9da\'b3 si\'ea w g\'b3\'eabokich jego toniach, z pieszczot\'b9 \'9clizga\'b3 swe prom\f0 ienie po ciemno-modrych falach...\par
+\par
+\f1 I w blasku miesi\'eacznego \'9cwiat\'b3a tchn\'b9\'b3 krajobraz ca\'b3y jakim\'9c czarem dziwnym...\par
+\f0\par
+\f1 A wi\'eac, poza jeziorem, hen, gdzie\'9c, w perspektywie, niewyra\'9fnie srebrzy\'b3 si\'ea mglisto Alpejski szczyt wynios\'b3y - w tafli Lemanu, ogromnej, szklistej, niby morze, odbija\'b3y si\'ea gwiazdy, topi\'b3 w nich swe wierzcho\'b3ki wieniec pobliskich g\'f3r. Masy ich kad\'b3ub\'f3w miejscami zaciemnia\'b3y jezioro, a w ciemniach tych, odbijaj\'b9cych ra\'bf\'b9co na obszarach w\'f3d od fali, tych o\'9cwietlonych ta\'9cm jasnych, b\'b3\'b9ka\'b3y - si\'ea jakie\'9c mary i cienie, ze \'9cnie\'bfnym \'bfaglem sun\'ea\'b3a cicho zgrabna, wysmuk\'b3a barka...\par
+\f0\par
+\f1 Ksi\'ea\'bfyc tymczasem wzbija\'b3 si\'ea coraz bardziej i wy\'bfej, mala\'b3, stawa\'b3 si\'ea ja\'9cniejszym, przezroczym - milczenie wzrasta\'b3o... Fala u st\'f3p Dzier\'bfymirskich szemra\'b3a teraz cichutko, a tam, z mrok\'f3w, od g\'f3r podn\'f3\'bfa, na przestrzenie w\'f3d Lemanu, skrz\'b9ce si\'ea py\'b3em srebrzystych promieni, marz\'b9co, niepokalana, bia\'b3a, spokojnie wyp\'b3ywa\'b3a z wolna ta sama \'b3\'f3d\'9f \'bfaglista...\par
+\f0\par
+\f1 Oderwawszy usta od gor\'b9cych poca\'b3unk\'f3w, Roman i Ola patrzyli w\f0 zachwycie.\par
+\par
+\f1 Do dusz ich, na pi\'eakno czu\'b3ych, w\'9clizgiwa\'b3 si\'ea czar tej szwajcarskiej, boskiej nocy, studzi\'b3 krew rozigran\'b9 swym bezmiernym, majestatycznym spokojem, poni\'bfa\'b3, r\'f3wna\'b3 z zerem ich troski ziemskie ogromem i pot\'eag\'b9 przyrody - podnosi\'b3, wzmacnia\'b3 ducha, dodawa\'b3 mu skrzyde\'b3, lec\'b9cych w za\'9cwiaty...\par
+\f0\par
+\f1 Pierwszy z nastroju tego ockn\'b9\'b3 si\'ea Dzier\'bfymirski i spojrza\'b3 na zegarek. - O, ju\'bf mija dwunasta! Chod\'9fmy, moje \'bfycie! - odezwa\'b3 si\'ea do Oli. \par
+\f0\par
+Powstali.\par
+\par
+\f1 - Ach, jak\'bfe noc dzisiejsza jest pi\'eakn\'b9 - jak pi\'eakn\'b9!.. - z zachwytem szepn\'ea\'b3a Ola - nie zapomn\'ea jej chyba nigdy.\par
+\f0\par
+\f1 - Ani ja r\'f3wnie\'bf! - potwierdzi\'b3 Roman w zadumie.\par
+\f0\par
+\f1 Wzi\'b9\'b3 pod rami\'ea \'bfon\'ea i ruszyli z miejsca, kieruj\'b9c si\'ea pod g\'f3r\'ea, ku rozsianym willom miasta.\par
+\f0\par
+\f1 Milczeli. W g\'b3owie Romana hucza\'b3 chaos r\'f3\'bfnorodnych my\'9cli. Z nich za\'9c jedna, najuporczywsza, wy\'b3oni\'b3a si\'ea zwyci\'easka.\par
+\f0\par
+\f1 - Mi\'b3o\'9c\'e6, mi\'b3o\'9c\'e6 raz jeszcze, i mi\'b3o\'9c\'e6 tylko, jedyna, wielka! - krzycza\'b3 w nim g\'b3os podnieconego m\'f3zgu - ocali\'e6 ci\'ea jest w stanie! W niej tylko znajdziesz zapomnienie, ni\'b9 si\'ea upijesz, przy jej pomocy zmatujesz bolesn\'b9 ran\'ea przesz\'b3o\'9cci, zdusisz sumienia wyrzuty !..\par
+\f0\par
+\f1 - Bo mi\'b3o\'9c\'e6, to haszysz - wo\'b3a\'b3 ten sam g\'b3os dalej - bo mi\'b3o\'9c\'e6, to szcz\'ea\'9ccie na ziemi - to raj, to jedna rzecz z tych, tak rzadkich na \'9cwiecie, dla kt\'f3rej warto mo\'bfe walczy\'e6 i trudzi\'e6 si\'ea, by j\'b9 zdoby\'e6! - Ona cz\'eastokro\'e6 cierpieniem i rozczarowaniem tylko, lecz ile\'bf razy b\'f3l\'f3w \'bfycia nagrod\'b9 - jego zapomnieniem!..\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski zdj\'b9\'b3 kapelusz z g\'b3owy, pod wp\'b3ywem za\'9c my\'9cli ostatnich, opieku\'f1czo i czule obj\'b9\'b3 silnem ramieniem kibi\'e6 \'bfony.\par
+\f0\par
+\f1 Post\'eapowali krokiem ra\'9fnym, id\'b9c pustemi, cichemi uliczkami bezustannie pod g\'f3r\'ea. Roman odezwa\'b3 si\'ea po chwili:\par
+\f0\par
+\f1 - Zostaniemy d\'b3u\'bfej w Vevey; tu tak cicho, samotnie, tak z dala od ludzi, od \'9cwiata i jego pogwar\'f3w - zostaniemy, Oluniu, c\'f3\'bf ty na to? - pytaj\'b9co nachyli\'b3 si\'ea ku m\'b3odej kobiecie.\par
+\f0\par
+\f1 - Ale\'bf i owszem, m\'f3j ty samotniku - odpar\'b3a z u\'9cmiechem Ola - a zreszt\'b9, wszak nie zwiedzili\'9cmy jeszcze wszystkiego...\par
+\f0\par
+\f1 - Ach tak, prawda... moje \'bfycie, prawda... Koniecznie zobaczy\'e6 musimy wszystko! - m\'f3wi\'b3 Roman. Umilkli znowu, zatopieni w my\'9clach.\par
+\f0\par
+\f1 Od parodniowego pobytu swego w ma\'b3em nadlema\'f1skiem miasteczku, Dzier\'bfymirscy prowadzili \'bfywot pracowity. Wstawali raniutko, odbywali wycieczki i spacery po okolicy; nie dalej, jak dzi\'9c, zwiedzili pobliskie Montreux i s\'b3awny "Chateau Chillon;" obejrzawszy go wewn\'b9trz dok\'b3adnie, jego staro\'bfytne , sale i wie\'bfyce, miejsca ka\'9fni - ponure wi\'eazienia, z zachowan\'b9 dot\'b9d tak zwan\'b9 "oubliette," nad trzystumetrow\'b9 g\'b3\'eabi\'b9 Lemanu.\par
+\f0\par
+\f1 W\'9cr\'f3d narodowych \'9cpiew\'f3w szwajcarskiego ludu, towarzysz\'b9cego im w kolejce, zwiedzili oni r\'f3wnie\'bf przed paru godzinami g\'f3r\'ea "Soim-P\f0\'e8lerin," maj\f1\'b9c \'9cwie\'bfo jeszcze w pami\'eaci cudny z wierzcho\'b3ka jej widok na szafiry jeziora i miasto Vevey, zaciszne, pogodne, rzucone niby na ekran zielonego podn\'f3\'bfa g\'f3r - zadumane, pe\'b3ne melancholyi i cichego smutku...\par
+\f0\par
+\f1 - Wiesz, Oluniu, co ci powiem? - odezwa\'b3 si\'ea nagle do \'bfony Roman, gdy, mijaj\'b9c w\'b3a\'9cnie wysokie, gotyckie wie\'bfyce pi\'eaknego ko\'9ccio\'b3a katolickiego, zag\'b3\'eabiali si\'ea w alej\'ea, poprzez drzew li\'9ccie, rozja\'9cnion\'b9 tajemniczo cieniami ksi\'ea\'bfycowego \'9cwiat\'b3a...\par
+\f0\par
+\f1 - Ot\'f3\'bf - ci\'b9gn\'b9\'b3 po przelotnej chwilce wahania - \'bfe napisa\'b3em do jednego z dawnych znajomych, by donosi\'b3 mi, co si\'ea dzieje z ojcem twoim w Gowartowie...\par
+\f0\par
+\f1 - Ty zrobi\'b3e\'9c to? O, m\'f3j drogi, najdro\'bfszy, jaki\'9c ty dobry, poczciwy, z\'b3oty! - wykrzykn\'ea\'b3a szczerze uradowana Ola i przytuliwszy si\'ea do Romana, u\'9cciska\'b3a go serdecznie.\par
+\f0\par
+\f1 - A tak, ja, we w\'b3asnej osobie, tak cz\'easto bowiem smutn\'b9 bywa\'b3a\'9c... - potwierdzi\'b3 Dzier\'bfymirski, i urwa\'b3 nagle.\par
+\f0\par
+Przyjemneg\f1 o a jednocze\'9cnie i przykrego dozna\'b3 on wra\'bfenia. Mi\'b3\'b9 by\'b3a mu my\'9cl, \'bfe odgad\'b3szy utrapienie \'bfony, ul\'bfy\'b3 jej. Smutno nieco, widz\'b9c bowiem na twarzy \'bfony tak pogodn\'b9 rado\'9c\'e6, poczu\'b3, i\'bf o odebranym ju\'bf li\'9ccie wspomnie\'e6 nie m\'f3g\'b3. Ten, cho\'e6 nie weso\'b3y, nie wi\'f3z\'b3 jednak jeszcze ze sob\'b9 z\'b3ych wiadomo\'9cci, gdy natomiast nast\'eapne - kto wie?\par
+\f0\par
+\f1 - Ha, trudno, - powiedzia\'b3 sobie w duszy Dzier\'bfymirski - niech cieszy si\'ea! Nie zatruj\'ea ja jej tej chwilki zadowolenia.\par
+\f0\par
+\f1 - I dot\'b9d niema \'bfadnej odpowiedzi? - skwapliwie pyta\'b3a t\f0 ymczasem Ola.\par
+\par
+\f1 - Nie, kochanie - sk\'b3ama\'b3 g\'b3adko Roman - ale nadejdzie niebawem, poda\'b3em adres Vevey...\par
+\f0\par
+\f1 - Poda\'b3e\'9c? - ucieszy\'b3a si\'ea zn\'f3w Ola - no, to dobrze, bo ja mimo woli bij\'ea si\'ea z przypuszczeniami nieraz, co tam oni wszyscy my\'9cl\'b9 o mnie, czy pot\'eapiaj\'b9 bardzo, czy gniewaj\'b9 si\'ea, czy smuc\'b9?..\par
+\f0\par
+\f1 Ola ucich\'b3a i cie\'f1 smutku przemkn\'b9\'b3 po jej twarzy.\par
+\f0\par
+\f1 - No, no, c\'f3\'bf to zn\'f3w za niepokoje? - podchwyci\'b3 Roman, korzystaj\'b9c za\'9c, i\'bf na ulicy nikogo nie by\'b3o, po\'9cpieszy\'b3 z pocieszeniem, pieszcz\'b9c czule m\'b3od\'b9 kobiet\'ea.\par
+\f0\par
+I\f1 znowu zagra\'b3a w nim nienasycona mi\'b3o\'9c\'e6 nami\'eatna, ogarn\'ea\'b3a, zdepta\'b3a wspomnienia - zakr\'f3lowa\'b3a sama!..\par
+\f0\par
+\f1 Niebawem Dzier\'bfymirscy odszukali sw\'b9 will\'ea, ju\'bf ciemn\'b9 ca\'b3kiem i u\'9cpion\'b9, a b\'b3\'b9dz\'b9c chwil\'ea po pustych korytarzach, dotarli nareszcie do du\'bfego pokoju z balkonem, kt\'f3ry zajmowali tu na pierwszem pi\'eatrze.\par
+\f0\par
+\f1 Kroki zap\'f3\'9fnionych przybysz\'f3w zm\'b9ci\'b3y cisz\'ea willi, skrzyp drzwi zgrzytn\'b9\'b3 fa\'b3szywym d\'9fwi\'eakiem w og\'f3lnej harmonii powszechnego milczenia.\par
+\f0\par
+\f1 W pokoju okna by\'b3y otwarte, i panowa\'b3o w nim powietrze rze\'9fkie, \'9cwie\'bfe, od g\'f3r p\'b3yn\'b9ce. Wch\'b3aniaj\'b9c je z lubo\'9cci\'b9, Dzier\'bfymirscy pocz\'eali gospodarzy\'e6 u siebie. Roman po chwili wzi\'b9\'b3 si\'ea do zamykania okien, Ola za\'9c, zapaliwszy \'9cwiat\'b3o, zdj\'ea\'b3a kapelusz i wolno pocz\'ea\'b3a si\'ea rozbiera\'e6.\par
+\f0\par
+Lecz oto nagle podskoczyli oboje. W \f1 zupe\'b3nej bowiem ciszy u\'9cpionego domu, tu\'bf po za \'9ccian\'b9 s\'b9siedniego pokoju, rozleg\'b3y si\'ea silne uderzenia. Kto\'9c bez ceremonii wali\'b3 w mur pi\'ea\'9cciami, chc\'b9c widocznie zamanifestowa\'e6 swoj\'b9 tam obecno\'9c\'e6, a zar\'f3wno i fakt \'bfe, ha\'b3asuj\'b9c, spa\'e6 mu przeszkadzano.\par
+\f0\par
+W\f1 kr\'f3tce jednak rozj\'b9trzone uderzenia usta\'b3y i posypa\'b3a si\'ea gar\'9c\'e6 nieestetycznych, wyra\'bfonych g\'b3o\'9cno i ze z\'b3o\'9cci\'b9 epitet\'f3w.\par
+\f0\par
+\f1 Tyle by\'b3o bezwiednego komizmu w stukaniu tem i w poirytowanym g\'b3osie, zaspanym jeszcze, \'bfe Dzier\'bfymirscy roze\'9cmieli si\'ea wsp\'f3lnie i sz\f0 czerze.\par
+\par
+\f1 - To ta s\'b3odziutko-grzeczna rozw\'f3dka, podstarza\'b3a, pseudo - wielka pani, elegantka, wiesz .. co to przy obiedzie, siedzi ko\'b3o nas - obja\'9cni\'b3a p\'f3\'b3g\'b3osem Ola - (w szwajcarskich hotelach-willach, zwanych "pensions," obiaduj\'b9 wszyscy razem).\par
+\f0\par
+- Tak?.\f1 . - zdziwi\'b3 si\'ea Roman - nie wiedzia\'b3em... A to orygina\'b3 baba, naturalnie, nie przypuszcza zapewne, i\'bf my tu mieszkamy... Z\'b3apa\'b3a si\'ea... Jak to jednak i pozory fa\'b3szywej uk\'b3adno\'9cci zdradzaj\'b9 cz\'eastokro\'e6 to zwierz\'ea, ukryte w cz\'b3owieku - filozoficznie dorzuci\'b3. - Ale, ale... - ci\'b9gn\'b9\'b3 dalej, z u\'9cmiechem - wyobra\'9f sobie, Oluniu... Zapomnia\'b3em ci powiedzie\'e6. Tu, na g\'f3rze nad nami - wskaza\'b3 sufit palcem i roze\'9cmia\'b3 si\'ea - mieszka drugie dziwad\'b3o: Pami\'eatasz... ta ma\'b3a, nasze vis-a-vis, \'bf\'f3\'b3ta stara panna... Ot\'f3\'bf wynajmuje ona a\'bf pi\'ea\'e6 pokoi pr\'f3\'bfnych naoko\'b3o siebie, a wiesz dlaczego? - Tu Roman po raz drugi g\'b3o\'9cniej jeszcze parskn\'b9\'b3 \'9cmiechem. - \'afeby jej w nocy nie ha\'b3asowano! M\'b9drzejsza od naszej s\'b9siadki, co?...\par
+\f0\par
+\f1 Ola za\'9cmia\'b3a si\'ea z kolei srebrzy\'9ccie. S\'b3uchaj\'b9c m\'ea\'bfa, zdj\'ea\'b3a w\'b3a\'9cnie przed chwil\'b9 sukni\'ea, i siada\'b3a obecnie przed lustrem, z obna\'bfon\'b9 szyj\'b9 i ramionami. Pragn\'b9c rozczesa\'e6 w\'b3osy, przechyli\'b3a si\'ea w ty\'b3 i pocz\'ea\'b3a rozwi\'b9zywa\'e6 je leniwym ruchem r\'b9k.\par
+\f0\par
+\f1 - Poczekaj - rzuci\'b3 \'bfywo Dzier\'bfymirscy - damy tej babie odpowied\'9f muzyk\'b9 ca\'b3us\'f3w!.. Przypomni sobie mo\'bfe luba rozw\'f3dka ma\'b3\'bfonka!.. Ha-haha, a to si\'ea w\'9ccieka\'e6 dopiero b\'eadzie!..\par
+\f0\par
+\f1 I swawolnie, ze \'9cmiechem, Roman przylgn\'b9\'b3 wargami do ramion Oli, i pocz\'b9\'b3 ca\'b3owa\'e6 je g\'b3o\'9cno, cmokaj\'b9c z lubo\'9cci\'b9.\par
+\f0\par
+\lang1033 - Ohe!.. la - bas!.. \lang1045\f1 On dort ici!.. - rozleg\'b3 si\'ea po chwili za \'9ccian\'b9 gard\'b3owy, \'9cwiszcz\'b9cy glos, pe\'b3en nienawi\'9cci i jadu.\par
+\f0\par
+\f1 - Buch! buch! buch! - rozleg\'b3y si\'ea zn\'f3w w pasyi uderzenia o mur w\'9cciek\'b3e.\par
+\f0\par
+\f1 Ola \'9cmia\'b3a si\'ea serdecznie, Roman nie przestawa\'b3 ca\'b3owa\'e6 zamaszy\'9ccie.\par
+\f0\par
+- Dosy\f1\'e6 ju\'bf, dosy\'e6! - szepn\'ea\'b3a m\'b3oda kobieta, z trudno\'9cci\'b9 hamuj\'b9c weso\'b3o\'9c\'e6, - prosz\'ea mi wynosi\'e6 si\'ea teraz - szepn\'ea\'b3a w \'9clad za tem, z pieszczot\'b9 w g\'b3osie. - Id\'9f na balkon! - doda\'b3a, i przechyliwszy wysoko gi\'eatk\'b9 sw\'b9 szyj\'ea na por\'eacz krzes\'b3a, poda\'b3a Romanowi do poca\'b3unku rozchylone swe wargi zalotnie patrz\'b9c na\'f1 z pod d\'b3ugich rz\'eas...\par
+\f0\par
+\f1 Cudn\'b9 i wdzi\'eaczn\'b9 swych linji harmoni\'b9, biust kobiecy przemkn\'b9\'b3 pon\'eatnie w tym ruchu falistym przed rozkochanym wzrokiem m\'ea\'bfczyzny.\par
+\f0\par
+\f1 Dotkn\'b9\'b3 ustami ust i z wezbran\'b9 mi\'b3o\'9cci\'b9 w sercu wyszed\'b3 na balkon.\par
+\f0\par
+\f1 Tu zapali\'b3 cygaru i znowu wch\'b3on\'b9\'b3 w siebie pe\'b3nym, szerokim oddechem, orze\'9fwiaj\'b9c\'b9 atmosfer\'ea cichej szwajcarskiej nocy. Spojrza\'b3 w d\'f3\'b3. U st\'f3p jego szkli\'b3o si\'ea w dali tam i \'f3wdzie srebrem rozb\'b3\'eakitnione jezioro. Do powierzchni jego pieszczotliwie tuli\'b3y si\'ea jeszcze gdzieniegdzie ostatnie mgie\'b3ki, b\'b3\'b9kaj\'b9ce si\'ea zazwyczaj dzie\'f1 ca\'b3y, od rana, po Lemanie, i wesp\'f3\'b3 z bia\'b3emi mewami muskaj\'b9ce stale grzbiety jego fal.\par
+\f0\par
+\f1 Ksi\'ea\'bfyc ju\'bf by\'b3 bardzo wysoko. Snopami \'9cwiat\'b3a dotyka\'b3 teraz grzbiet\'f3w g\'f3r, mieni\'b3 si\'ea fosforycznie na wierzcho\'b3kach dalekich \'9cnie\'bfnych szczyt\'f3w.\par
+\f0\par
+\f1 A tam, w dole, zadumane, ciche usypia\'b3o miasto... Jedne po drugich, jak iskry dopalaj\'b9cego si\'ea p\'b3omienia, ogniki - gas\'b3y w domostwach Vevey \'9cwiate\'b3ka, kolejno - stopniowo nik\'b3y...\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski, z zadowoleniem, wci\'b9ga\'b3 wci\'b9\'bf w piersi zdrowy powiew, p\'b3yn\'b9cy z dali, wypuszczaj\'b9c zarazem z ust ma\'b3e ob\'b3oczki niebieskawego dymu.\par
+\f0\par
+\f1 Obecnie - chwilowo, by\'b3 on zupe\'b3nie szcz\'ea\'9cliwym! Tu, w zacisznym g\'f3r zak\'b9tku, czu\'b3 on podw\'f3jnie, jako swoj\'b9 wy\'b3\'b9czn\'b9 w\'b3asno\'9c\'e6 ub\'f3stwian\'b9 kobiet\'ea, kocha\'b3 j\'b9 zdwojonym si\'b3 \'bfywotnych zapasem, a czuj\'b9c r\'f3wnocze\'9cnie wzajemno\'9c\'e6 jej ku sobie niek\'b3aman\'b9, nurza\'b3 si\'ea w uczuciu tem, z rozkosz\'b9 p\'b3ywaka, rze\'9fko w\'9cr\'f3d rozs\'b3onecznionych w\'f3d weso\'b3ych p\'b3yn\'b9cego w dal radosnego jutra! Wizye przykre znikn\'ea\'b3y zupe\'b3nie, robak wewn\'eatrzny, tocz\'b9cy ducha Romana, przesta\'b3 go dr\'eaczy\'e6 na chwil\'ea... Dawk\'b9 mi\'b3o\'9cci uko\'b3ysane sumienie - spa\'b3o.\par
+\f0\par
+\f1 - Romciu!.. Romeczku!.. - us\'b3ysza\'b3 naraz Dzier\'bfymirski pieszczot obietnic pe\'b3ny, wo\'b3aj\'b9cy go g\'b3os kobiety.\par
+\f0\par
+\f1 - Id\'ea... id\'ea! - odpar\'b3 po\'9cpiesznie i rzuciwszy cygaro, przest\'b9pi\'b3 pr\'f3g balkonu.\par
+\f0\par
+\f1\'8cwiat\'b3o w pokoju zgaszonem ju\'bf by\'b3o. Tajemnicze natomiast b\'b3\'eakitno-srebrne ksi\'ea\'bfycowe fale zalewa\'b3y komnatk\'ea, a w p\'f3\'b3\'9cwietle tem majaczy\'b3a posta\'e6 Oli i biela\'b3y alabastrowe jej ramiona.\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski, wchodz\'b9c, chcia\'b3 przymkn\'b9\'e6 za sob\'b9 obite szarem suknem balkonowe okiennice.\par
+\f0\par
+\f1 - O, nie... nie zamykaj !.. Tak \'b3adnie ksi\'ea\'bfyc \'9cwieci, tak \'9clicznie!.. - pos\'b3ysza\'b3 w tej\'bfe samej chwili pro\'9cb\'ea Oli. Roman us\'b3ucha\'b3, a zamkn\'b9wszy tylko szczelnie okienne ramy balkonu, skierowa\'b3 si\'ea szybko w g\'b3\'b9b pokoju.\par
+\f0\par
+\pard\qc ***\par
+\pard\par
+\f1 Jeszcze we mg\'b3ach wczesnego poranku drzema\'b3y g\'f3ry, jezioro i niezbudzone, senne miasto Vevey, gdy do drzwi pokoju Dzier\'bfymirskich zapuka\'b3 kto\'9c dyskretnie.\par
+\f0\par
+Ro\f1 man, kt\'f3ry obserwowa\'b3 w\'b3a\'9cnie przez okna mglisty krajobraz, na ten odg\'b3os zerwa\'b3 si\'ea po\'9cpiesznie. Odziawszy si\'ea szybko, nie pytaj\'b9c przez drzwi g\'b3o\'9cno, kto zacz, by nie zbudzi\'e6 Oli, skierowa\'b3 si\'ea ku wyj\'9cciu z komnaty... Otworzy\'b3 drzwi cicho...\par
+\f0\par
+- Bonjour,\f1 monsieur! - pozdrowi\'b3a go, przeci\'b9gaj\'b9c \'9cpiewnie, wp\'f3\'b3ubrana, u\'9cmiechni\'eata wstydliwie, m\'b3oda Szwajcarka, i poda\'b3a jaki\'9c papier.\par
+\f0\par
+\f1 - Co to jest? - z cicha pytaj\'b9co rzuci\'b3 po francusku.\par
+\f0\par
+\f1 - Telegram! - brzmia\'b3a odpowied\'9f.\par
+\f0\par
+\f1 - A... dzi\'eakuj\'ea - odpar\'b3 Roman i zamkn\'b9\'b3 drzwi. Niepok\'f3j wyra\'9fny odbi\'b3 si\'ea na wyrazistem obliczu jego; cichutko podbieg\'b3 na palcach do okna i gor\'b9czkowo rozwin\'b9\'b3 \'e6wiartk\'ea papieru.\par
+\f0\par
+\f1 St\'b3umiony gwa\'b3tem okrzyk zabrzmia\'b3 w pokoju przyciszonem echem, i telegram z r\'eaki Romana upad\'b3 mu na posadzk\'ea. Poprzez szyby balkonu Dzier\'bfymirski spojrza\'b3 b\'b3\'eadnym wzrokiem przed siebie.\par
+\f0\par
+\f1 Tam, gdzie\'9c w oddali, poza wierzcho\'b3kami g\'f3r, zar\'f3\'bfowia\'b3o si\'ea co\'9c niewyra\'9fnie, p\'b3oni\'b3o... W mg\'b3ach tajemniczych znikn\'b9\'b3 ca\'b3y wczorajszy krajobraz, a poza niewidzialnymi tylko szczytami Alp, pokrytymi jakby woalem, gdzie\'9c, daleko, - zakryta wstydliwie, wschodzi\'b3a sna\'e6 jutrzenka...\par
+\f0\par
+\f1 Roman, blady jak p\'b3\'f3tno, przeni\'f3s\'b3 wzrok sw\'f3j w przeciwn\'b9 stron\'ea komnaty. U\'9cmiechni\'eata, cicha spa\'b3a tam Ola... Z pod lekkiej ko\'b3dry wysun\'ea\'b3a si\'ea jej g\'b3\'f3wka urocza, rz\'easy d\'b3ugie k\'b3ad\'b3y swe cienie na rumian\'b9 twarzyczk\'ea, usteczka pon\'eatne z koralu marz\'b9cym, od rzeczywisto\'9cci dalekim, rozchyla\'b3y si\'ea u\'9cmiechem...\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski patrzy\'b3 wci\'b9\'bf na ni\'b9, z czu\'b3o\'9cci\'b9 wsp\'f3\'b3czuciem, b\'f3lem...\par
+\f0\par
+- Biedna!.. biedna!.\f1 . - wyszepta\'b3 - Biedna!.. powt\'f3rzy\'b3 ciszej jeszcze. Bolesne skrzywienie przemkn\'ea\'b3o mu po ustach, i odwr\'f3ciwszy twarz, - nieruchomy, opar\'b3 si\'ea w zadumie o szyby okien balkonu.\par
+\f0\par
+\par
+---------\par
+\par
+\par
+\f1 Babie lato snu\'b3o sw\'b9 prz\'eadz\'ea... Czepia\'b3o si\'ea na zagonach poruszonej \'9cwie\'bfo czarnoziemnej gleby; \'b3askota\'b3o nozdrza siwych wo\'b3\'f3w, w trzy pary leniwie sun\'b9cych u p\'b3ug\'f3w, obmotywa\'b3o si\'ea swawolnie woko\'b3o ich przepysznie rozros\'b3ych rog\'f3w i bieg\'b3o dalej, unoszone wietrzykiem, by przytuli\'e6 si\'ea do rozgorza\'b3ej w s\'b3o\'f1cu czerwieni\'b9 i z\'b3otem \'9cciany bor\'f3w, do samotnych grusz polowych i zgarbionych strzech ukrai\'f1skich chatek, a zagl\'b9daj\'b9c po drodze w uko\'b3ysane jesienn\'b9 cisz\'b9 jary - gin\'ea\'b3o gdzie\'9c w stepie dalekim, splataj\'b9c tam ze sob\'b9 u\'9cciskiem trawy, bodjaki i polne kwiecie - pracowicie prz\'eadz\'b9c wsz\'eady ustawiczn\'b9 ni\'e6 sw\'b9 bia\'b3\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 Drog\'b9 do Gowartowa, galopem, co ko\'f1 wyskoczy, p\'eadzi\'b3a czw\'f3rka koni, unosz\'b9c w tumanie iskrz\'b9cej si\'ea od s\'b3o\'f1ca kurzawy pow\'f3z, a w nim dwie osoby. Pierwsz\'b9 z nich by\'b3 ksi\'b9dz proboszcz, z pobliskiego miasteczka, drug\'b9 - Krasnostawski.\par
+\f0\par
+\f1 Jak huragan, min\'b9wszy pochylon\'b9 garstk\'ea ludzi, kopi\'b9cych w pobli\'bfu \'b3an burak\'f3w, oraz cmentarzyk wiejski, cichy, pe\'b3en uroku - pojazd wpad\'b3 do sio\'b3a. Z zagr\'f3d ch\'b3opskich wyskoczy\'b3y psy i szczeka\'e6 pocz\'ea\'b3y zajadle; wystraszone dzieciaki, o p\'b3owych, prawie bia\'b3ych, w\'b3osach, rzuci\'b3y si\'ea, uciekaj\'b9c w pop\'b3ochu, a prz\'eadz\'b9ce konopie wie\'9cniaczki, w barwnych swych strojach, chustkach i wyszywanych koszulach, stawa\'b3y zdziwione, przeprowadzaj\'b9c migaj\'b9cy p\'eadem pojazd niespokojnem okiem.\par
+\f0\par
+Zzi\f1 ajana, okryta potem czw\'f3rka koni, zwolni\'b3a wreszcie biegu, i st\'eapa, wolniutko, ostro\'bfnie spuszcza\'e6 si\'ea zacz\'ea\'b3a z pag\'f3rka na wiejsk\'b9 grobl\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 - Czy ksi\'eadza dobrodzieja nie znu\'bfy\'b3a nasza tak pr\'eadka jazda?.. C\'f3\'bf robi\'e6 jednak, kiedy inaczej nie zd\'b9\'bfyliby\'9cmy mo\'bfe... - odezwa\'b3 si\'ea Krasnostawski, korzystaj\'b9c z mniejszego p\'eadu powietrza.\par
+\f0\par
+\f1 Barczysty ksi\'b9dz, o inteligentnem wejrzeniu du\'bfych czarnych oczu i brwiach kruczych, odbijaj\'b9cych wyrazi\'9ccie od bia\'b3ych w\'b3os\'f3w, wymykaj\'b9cych mu si\'ea spod kapelusza, obruszy\'b3 si\'ea\f0 na to pytanie.\par
+\par
+\f1 - Ale, c\'f3\'bf znowu!.. - odpar\'b3. - Oby tylko ten zacny pan January do\'bfy\'b3 b\'b3ogos\'b3awionej chwili i m\'f3g\'b3 pojedna\'e6 si\'ea z Bogiem!..\par
+\f0\par
+\f1 Umilk\'b3 ksi\'b9dz, i niebawem z pobo\'bfnem westchnieniem, dorzuci\'b3:\par
+\f0\par
+\f1 - O to ostatnie w\'b3a\'9cnie od czasu, gdy jedziemy, my\'9cl m\'b9 ku Najwy\'bfszemu wznosz\'ea... Mo\'bfe jej us\'b3ucha\'e6 raczy!..\par
+\f0\par
+\f1 - Dokt\'f3r m\'f3wi\'b3, \'bfe z godzin trzy po\'bfyje - odpar\'b3 Krasnostawski, a wyjmuj\'b9c zegarek, rzek\'b3 jeszcze: - Od chwili tej min\'ea\'b3o dwie godziny...\par
+\f0\par
+\f1 - Ach, ci lekarze! - machn\'b9\'b3 r\'eak\'b9 ksi\'b9dz stary - c\'f3\'bf tam ostatecznie wiedzie\'e6 oni mog\'b9 - wszak wszystko w r\'eaku Stw\'f3rcy-Pana! Ja, na przyk\'b3ad, pewnego razu by\'b3em ju\'bf konaj\'b9cym, a jednak, po przyj\'eaciu Przenaj\'9cwi\'eatszego Sakramentu i Olej\'f3w \'8cwi\'eatych - wyzdrowia\'b3em...\par
+\f0\par
+\f1 Umilkli. Ksi\'b9dz za\'9c po chwili, widz\'b9c, \'bfe furman wci\'b9\'bf jedzie st\'eapa, zauwa\'bfy\'b3:\par
+\f0\par
+\f1 - Ale mo\'bfe by\'9cmy zn\'f3w pojechali nieco pr\'eadzej, nieprawda\'bf?\par
+\f0\par
+\f1 - Naturalnie, niech minie tylko most i grobl\'ea - odrzek\'b3 Krasnostawski.\par
+\f0\par
+\f1 U st\'f3p ich szumia\'b3o w tej chwili ko\'b3o u m\'b3yna, pryskaj\'b9ca ode\'f1 wodna piana szeroko rozlewa\'b3a si\'ea na senn\'b9 tafl\'ea du\'bfego stawu, w kt\'f3rej przegl\'b9da\'b3y si\'ea po\'bf\'f3\'b3k\'b3e szczyty gowartowskiego parku.\par
+\f0\par
+\f1 Za grobl\'b9 znowu ruszyli galopem, i niebawem, wymin\'b9wszy jeszcze cz\'ea\'9c\'e6 wsi, zajechali przed ganek pa\'b3acu. Na spotkanie wybieg\'b3 stary lokaj, klucznica\f0 i kilku domownik\'f3w.\par
+\par
+\f1 W ciszy, przerywanej tylko parskaniem i sapaniem spienionej zziajanej czw\'f3rki koni, z l\'eakiem, na stopniach kocza, Krasnostawski zapyta\'b3 g\'b3o\'9cnym szeptem:\par
+\f0\par
+\f1 - \'afyje?..\par
+\f0\par
+\f1 - \'afyje !.. \'afyje !.. - odparli wszyscy ch\'f3rem, lokaj za\'9c natychmiast dorzuci\'b3:\par
+\f0\par
+\f1 - Chwa\'b3a Bogu na wysoko\'9cciach... Pan dokt\'f3r powiedzia\'b3, \'bfe mo\'bfe i do jutra rana...\par
+\par
+- A gdzie\'bf pan dokt\'f3r? - pyta\'b3 dalej Krasnostawski.\par
+\f0\par
+\f1 - A ot, tylko co patrze\'e6, jak odjecha\'b3.. Pono do Karol\'f3wki, bo tam m\'b3odsza ja\'9cnie pani niezdrowa...\par
+\f0\par
+- Ni\f1 ezdrowa!.. - obruszy\'b3 si\'ea plenipotent. - Tu przecie\'bf konaj\'b9cy w domu, m\'f3g\'b3 chyba zosta\'e6 jeszcze! - dorzuci\'b3 gniewnie, z\'b3y na widoczn\'b9 oboj\'eatno\'9c\'e6 wiejskiego eskulapa. Obejrza\'b3 si\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Ksi\'b9dz z nim przyby\'b3y wysiada\'b3 w\'b3a\'9cnie z powozu, poprzedzany towarzysz\'b9cym mu ch\'b3opaczkiem... Rozleg\'b3 si\'ea wkr\'f3tce d\'9fwi\'eak uroczysty ko\'9ccielnego dzwonka - w progi pa\'b3acu wst\'eapowa\'b3 Syn Bo\'bfy, utajony w Przenaj\'9cwi\'eatszym Sakramencie...\par
+\f0\par
+\f1 W par\'ea minut p\'f3\'9fniej, do pokoju chorego ju\'bf wchodzi\'b3 ksi\'b9dz; id\'b9cy w \'9clad za nim Krasnostawski zosta\'b3 na progu i spojrza\'b3 w g\'b3\'b9b sypialni chorego.\par
+\f0\par
+\f1 Na \'b3\'f3\'bfku zamajaczy\'b3a mu blada, ju\'bf nie z tego prawie \'9cwiata, s\'eadziwa twarz pana Januarego. Drzwi zamkni\'eato jednak w tej chwili - Krasnostawski cofn\'b9\'b3 si\'ea dyskretnie i pocz\'b9\'b3 przechadza\'e6 si\'ea wielkiemi k\f0 rokami po pokoju.\par
+\par
+\f1 Od czasu powrotu z podr\'f3\'bfy swej do miasta, na nim jednym prawie spoczywa\'b3o wszystko. Przep\'eadza\'b3 noce ca\'b3e u chorego, dogl\'b9da\'b3 go osobi\'9ccie, wzywa\'b3 lekarzy, konsylia.\par
+\f0\par
+\f1 Dzi\'9c, widz\'b9c, i\'bf ju\'bf koniec nieodwo\'b3alny si\'ea zbli\'bfa, a \'9cmierci widmo b\'b3\'b9ka u prog\'f3w pa\'b3acu, znaglony, pojecha\'b3 po ksi\'eadza, dnia poprzedniego ju\'bf, ci\'eaty przeczuciem, zatelegrafowawszy o nieszcz\'ea\'9cciu do marsza\'b3kowej, \'a3ady\'bfy\'f1skiego oraz do dawnego kolegi swego, Tarnopolskiego.\par
+\f0\par
+\f1 Od tego ostatniego bowiem odebra\'b3 list i\'9ccie enigmatyczny, w kt\'f3rym proszono go usilnie, by doni\'f3s\'b3 szczeg\'f3\'b3owo o wszystkiem, co si\'ea dzieje w Gowartowie.\par
+\f0\par
+\f1 Zanadto przyrodzonego sprytu posiada\'b3 w sobie Krasnostawski, by nie odgadn\'b9\'e6, \'bfe poza koleg\'b9 jego, Tarnopolskim, ukrywa si\'ea kto\'9c inny, zainteresowany bardzo. Domy\'9cli\'b3 si\'ea, i\'bf by\'b3 nim prawdopodobnie dobry znajomy tego\'bf, Dzier\'bfymirski, i dlatego nie omin\'b9\'b3 wy\'bfej wzmiankowanego Tarnopolskiego, r\'f3wnie\'bf donosz\'b9c mu, \'bfe Gowartowski umiera.\par
+\f0\par
+\f1 Smutny i blady, w przechadzce swej po pokoju, przystan\'b9\'b3 nagle Krasnostawski, pos\'b3ysza\'b3 bowiem w tej w\'b3a\'9cnie chwili g\'b3osy i szepty w przyleg\'b3ej komnacie chorego.\par
+\f0\par
+\f1 - Spowiada si\'ea... - rzek\'b3 do siebie, i zbli\'bfywszy si\'ea do okna, spojrza\'b3 w zadumie.\par
+\f0\par
+\f1 Tak samo, jak codzie\'f1, podlewano dzisiaj pod zbli\'bfaj\'b9cy si\'ea wiecz\'f3r klomby kwiat\'f3w, tak samo zni\'bfaj\'b9ce si\'ea ju\'bf s\'b3o\'f1ce s\'b3a\'b3o cienie na aleje parku, na staw, porozrzucane w ogrodzie \'b3awki, na chaty sio\'b3a, i step w perspektywie.\par
+\f0\par
+\f1 - I tak samo b\'eadzie jutro, pojutrze - zawsze! Tak samo s\'b3o\'f1ce i wszystko weseli\'e6 si\'ea b\'eadzie, nic porz\'b9dku swego nie zmieni, cho\'e6 dusza tego zak\'b9tka uleci w za\'9cwiaty!.. - szepta\'b3 Krasnostawski, i rzuciwszy si\'ea na fotel, podpar\'b3 r\'eakami g\'b3ow\'ea, a my\'9cli goni\'b9c si\'ea przelatywa\'b3y mu po g\'b3owie.\par
+\f0\par
+\f1 - O, jak\'bfe okrutn\'b9 jest \'9cmier\'e6! - my\'9cla\'b3. - Jak pe\'b3n\'b9 zagadki niezwalczonej pot\'eagi, przed kt\'f3r\'b9 tylko w pokorze chyli\'e6 musimy milcz\'b9co czo\'b3a!\par
+\f0\par
+\f1 I nic kamiennego jej serca nie wzruszy, nic nie zatrzyma - ona w swej nieub\'b3aganej godzinie przyj\'9c\'e6 musi !..\par
+\f0\par
+\f1 - Straszne, straszne!.. - szepn\'b9\'b3 zn\'f3w do siebie pochylony m\'ea\'bfczyzna. - Tem straszniejsze, i\'bf niezrozumia\'b3e, nieuj\'eate rozumem ludzkim, zawsze, zda si\'ea, nowe, cho\'e6 prawieczne w sobie; zawsze tak samo niedo\'9ccig\'b3e, niezmiennie na wszelkie pytania odpowiadaj\'b9ce sfinksa zagadk\'b9...\par
+\f0\par
+\f1 - I mnie to kiedy\'9c przecie spotka, wszak i ja umr\'ea!.. - rzek\'b3 g\'b3o\'9cno do siebie Krasnostawski. - A potem ?.. - szepn\'b9\'b3 z trwog\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 I z pytaniem tem na ustach utkwi\'b3 wzrok b\'b3\'eadny we drzwi s\'b9siedniego pokoju...\par
+\f0\par
+\f1 Drzwi te tymczasem roztwar\'b3y si\'ea cicho i na progu ukaza\'b3a si\'ea, natchniona w tej chwili jakby twarz ksi\'eadza i posta\'e6 jego wynios\'b3a. Krasnostawski, zbudzony ze swych my\'9cli ponurych, \'bfywo podbieg\'b3 ku niemu.\par
+\f0\par
+\f1 - C\'f3\'bf, ksi\'ea\'bfe proboszczu? - zapyta\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 - Wszystko dobrze... Zbrata\'b3a si\'ea dusza jego z Panem... - odpar\'b3 ten\'bfe z powag\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 - Ale? ale, czy ksi\'b9dz dobrodziej nie uwa\'bfa\'b3 przypadkiem ?... To jest... - pl\'b9ta\'b3 si\'ea Krasnostawski - powiedzie\'e6 chcia\'b3em, czy choremu przypadkiem nie lepiej?...\par
+\f0\par
+\f1 - Ha, B\'f3g wiedzie\'e6 raczy... Nam pozostaje pogodzi\'e6 si\'ea tylko z Jego Najwy\'bfsz\'b9 Wol\'b9!.. - tym samym tonem odrzek\'b3 s\'b3uga Pa\'f1ski.\par
+\f0\par
+\f1 - Zapewne!.. - b\'b9kn\'b9\'b3 Krasnostawski. Zapanowa\'b3o chwil\'ea ci\'ea\'bfkie, o\'b3owiane milczenie. - Ach, ale przepraszam najmocniej ksi\'eadza dobrodzieja - uprzejmie przerwa\'b3 pierwszy m\'b3ody cz\'b3owiek - w tej chwili podwieczorek poda\'e6 ka\'bf\'ea, ksi\'b9dz dobrodziej utrudzony drog\'b9, g\'b3odny zapewne!... - i Krasnostawski ku drzwiom si\'ea skierowa\'b3 po\'9cpiesznie.\par
+\f0\par
+\f1 - Nie, dzi\'eakuj\'ea ci, panie Boles\'b3awie! Jecha\'e6 musz\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 - Ju\'bf? - zdziwi\'b3 si\'ea m\'b3ody plenipotent.\par
+\f0\par
+\f1 - A tak, serce, jutro odpust u mnie, roboty huk!.. Ka\'bf zaprz\'eaga\'e6, je\'9cli \'b3aska, a ja tymczasem w ogrodzie poczekam i modlitwy swe przedwieczorne odm\'f3wi\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 - W tej chwili s\'b3u\'bf\'ea ksi\'eadzu dobrodziejowi... - rzuci\'b3 w p\'f3\'b3uk\'b3onie Krasnostawski i znik\'b3 za drzwiami.\par
+\f0\par
+\f1 Ksi\'b9dz zajrza\'b3 jeszcze do chorego; pozostawiony na opiece staruszki-klucznicy, z pogod\'b9 na obliczu swem dziwn\'b9 le\'bfa\'b3 on spokojnie.\par
+\f0\par
+\f1 Widz\'b9c to, proboszcz wyszed\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 Z dobry kwadrans miga\'b3a wysoka, czarna sylwetka jego na tle zieleni, po wygracowanych starannie alejach parku, poczem w pobli\'bfu modl\'b9cego si\'ea w skupieniu ksi\'eadza pojawi\'b3 si\'ea Krasnostawski.\par
+\f0\par
+\f1 Zaturkota\'b3o jednocze\'9cnie... Z uszanowaniem przez wszystkich odprowadzony, proboszcz wsiad\'b3 niebawem do powozu. W par\'ea minut p\'f3\'9fniej pojazd, unosz\'b9cy go, znik\'b3 za wjazdow\'b9 bram\'b9 pa\'b3acu...\par
+\f0\par
+\f1 Stoj\'b9cy na ganku Krasnostawski poruszy\'b3 si\'ea machinalnie i przez milcz\'b9ce pa\'b3acowe komnaty skierowa\'b3 do pokoju pana Januarego.\par
+\f0\par
+\f1 - C\'f3\'bf? jak\'bfe?.. - zapyta\'b3 zap\'b3akanej staruszki, siedz\'b9cej ko\'b3o \'b3o\'bfa chorego.\par
+\f0\par
+\f1 - Teraz... le\'bfy niby spokojnie - wyj\'b9ka\'b3a cicho.\par
+\f0\par
+\f1 - No, to prosz\'ea i\'9c\'e6 odpocz\'b9\'e6, ja zostan\'ea i dam zna\'e6, gdy zajdzie tego potrzeba - stanowczo odezwa\'b3 si\'ea Krasnostawski.\par
+\f0\par
+\f1 Po opieraniu si\'ea d\'b3u\'bfszem, staruszka, znu\'bfona i senna wysun\'ea\'b3a si\'ea z pokoju, Krasnostawski za\'9c, podszed\'b3szy do fotelu, stoj\'b9cego przy \'b3\'f3\'bfku, usiad\'b3 ci\'ea\'bfko.\par
+\f0\par
+Cisza martwa\f1 zago\'9cci\'b3a w komnacie... Gowartowski, oddychaj\'b9c niepostrze\'bfenie lekko, spokojny, le\'bfa\'b3 wci\'b9\'bf nieruchomo; znu\'bfeni domownicy rozpierzchli si\'ea, ka\'bfdy do swego zak\'b9tka i odg\'b3os \'bfadny nie dochodzi\'b3 tutaj, tylko poprzez zapuszczone firanki oraz story rzuca\'b3o swe jaskrawe blaski zni\'bfaj\'b9ce si\'ea ju\'bf s\'b3o\'f1ce...\par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawski, zm\'eaczony \'bfyciem ostatnich dni kilku, zamy\'9cli\'b3 si\'ea g\'b3\'eaboko, fizycznie wypoczywaj\'b9c zarazem.\par
+\f0\par
+\f1 Od czasu do czasu spojrzenie przenosi\'b3 na starca, poczem zapada\'b3 zn\'f3w w zadum\'ea, po\'b3\'b9czon\'b9 z nieokre\'9clon\'b9 apaty\'b9, gniot\'b9c\'b9 go swym ci\'ea\'bfarem, z poczuciem bezradno\'9cci, w obliczu zbli\'bfaj\'b9cej si\'ea nie odwo\'b3alnie, krocz\'b9cej \'9cmia\'b3o \'9cmierci!\par
+\f0\par
+\f1 Min\'ea\'b3o w ten spos\'f3b dwie godziny.\par
+\f0\par
+\f1 Na ciemne \'bfaluzye u okien pada\'b3y teraz prostopadle dogasaj\'b9c\'b9 czerwon\'b9 \'b3un\'b9 ostatnie zachodu promienie, majaczy\'b3y ognikami krwawymi po posadzce i \'9ccianach, a spoza parku, z oddali, niewyra\'9fnie jakie\'9c dla ucha dochodzi\'b3y odg\'b3osy...\par
+\f0\par
+\f1 To pracowity, znojny ko\'f1czy\'b3 si\'ea gdzie\'9c tam, po polach i sio\'b3ach pogodny dzie\'f1 jesieni; to, \'9cpiewaj\'b9c ch\'f3rem sm\'eatn\'b9 ukrai\'f1sk\'b9 dumk\'ea - wraca\'b3y po pracy dziewcz\'eata i mo\'b3odycye, z buraczanych \'b3an\'f3w, gromad\'b9...\par
+\f0\par
+\f1 Nagle Krasnostawski, z przymkni\'eatymi oczyma w fotelu swym zag\'b3\'eabiony, ockn\'b9\'b3 si\'ea, drgn\'b9wszy na ca\'b3em ciele nerwowo. Spojrza\'b3 na chorego...\par
+\f0\par
+Usta pana Januarego \f1 szepta\'b3y co\'9c niewyra\'9fnie, porusza\'b3y si\'ea szybko - wreszcie uni\'f3s\'b3 si\'ea on na poduszkach i wzrokiem b\'b3\'eadnym spojrza\'b3 woko\'b3o.\par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawski ju\'bf by\'b3 si\'ea zerwa\'b3 i sta\'b3 teraz ko\'b3o \'b3\'f3\'bfka blisko.\par
+\f0\par
+\f1 - Kto to jest?.. Kto to?.. - wyszepta\'b3 chory, z trudno\'9cci\'b9.\par
+\f0\par
+- To j\f1 a, Krasnostawski, Kra-sno-staw-ski - powt\'f3rzy\'b3 dobitnie.\par
+\f0\par
+\f1 - A, a... to dobrze... dobrze... - pan January zaczerpn\'b9\'b3 p\'b3ucami powietrza i po chwili zupe\'b3nie ju\'bf przytomnie przem\'f3wi\'b3 \'b3amanym, cichym g\'b3osem:\par
+\f0\par
+\f1 -M\'f3j panie Boles\'b3awie, ods\'b3o\'f1, prosz\'ea ci\'ea, okno, cho\'e6 jedno... Tak tu ciemno...\par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawski, us\'b3uchawszy natychmiast zlecenia, podni\'f3s\'b3 rolet\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 S\'b3o\'f1ce ju\'bf by\'b3o zasz\'b3o. W pierwszych u\'9cciskach nadchodz\'b9cego zmierzchu sta\'b3y cicho p\'f3\'b3obna\'bfone drzewa parku, przeplatane gdzieniegdzie czerwieni\'b9, s\'b3a\'b3y si\'ea aleje \'bf\'f3\'b3tawym od opad\'b3ych li\'9ccie kobiercem - biela\'b3y niewyra\'9fnie w dali zagrody sio\'b3a, ciemnia\'b3y jego osady, senna i mroczna \'9cwieci\'b3a tafla stawu.\par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawski, odwr\'f3ciwszy si\'ea od okna, spotka\'b3 smutny, pe\'b3en t\'easknoty wzrok starca, utkwiony w roztaczaj\'b9cy si\'ea poza oknem krajobraz.\par
+\f0\par
+\f1 Do \'b3\'f3\'bfka zbli\'bfy\'b3 si\'ea po\'9cpiesznie.\par
+\f0\par
+\f1 - Dzi\'eakuj\'ea ci... m\'f3j kochany... pani Boles\'b3awie... dzi\'eakuj\'ea - odetchn\'b9\'b3 Gowartowski i doko\'f1czy\'b3 ciszej:\par
+\f0\par
+\f1 - Ostatni to raz... ostatni widz\'ea to wszystko! - uczyni\'b3 r\'eak\'b9 ruch s\'b3aby, a wskazuj\'b9cy widok otulonego mrokiem sio\'b3a i p\'f3l szerokich.\par
+\f0\par
+\f1 - Dlaczego? - podchwyci\'b3 szybko Krasnostawski, - uwa\'bfam w\'b3a\'9cnie, \'bfe g\'b3os pa\'f1ski ma dziwnie zdrowe brzmienie - da B\'f3g, b\'eadzie lepiej...\par
+\f0\par
+\f1 - Och... nie! Nie b\'eadzie lepiej - westchn\'b9\'b3 pan January - nie b\'eadzie... to tylko na chwil\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 Zn\'f3w przesta\'b3, i zaczerpn\'b9wszy powietrza, ci\'b9gn\'b9\'b3 dalej, uczyniwszy jednocze\'9cnie praw\'b9 r\'eak\'b9 ruch zniech\'eacenia pe\'b3ny.\par
+\f0\par
+\f1 - Ja czuj\'ea, widz\'ea, \'bfe koniec, \'9cmier\'e6 si\'ea zbli\'bfa... Nic mi ju\'bf nie pomo\'bfe - wola Boska!.. - zn\'f3w przerwa\'b3... w minut\'ea za\'9c m\'f3wi\'b3:\par
+\f0\par
+\f1 - W\'b3a\'9cnie... w\'b3a\'9cnie powiedzie\'e6 co\'9c chcia\'b3em tobie... kochany panie Boles\'b3awie... usi\'b9d\'9f... - i pan January wskaza\'b3 sw\'b9 woskowo - \'bf\'f3\'b3t\'b9 r\'eak\'b9 taborecik.\par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawski us\'b3ucha\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 - Poczekaj chwil\'ea... odpoczn\'ea... - wyszepta\'b3 os\'b3abiony bardzo. Opar\'b3 g\'b3ow\'ea o poduszki i oddycha\'e6 pocz\'b9\'b3 ci\'ea\'bfko, na bladej za\'9c twarzy jego zakwit\'b3 i zgas\'b3 niebawem rumieniec nik\'b3y.\par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawski wyczekiwa\'b3, milcz\'b9c.\par
+\f0\par
+\f1 - Mo\'bfe poda\'e6 panu co do picia? - zapyta\'b3 po chwili.\par
+\f0\par
+\f1 Przecz\'b9cy ruch r\'eaki by\'b3 ca\'b3\'b9 odpowiedzi\'b9 pana Januarego. W dziesi\'ea\'e6 za\'9c mo\'bfe minut p\'f3\'9fniej g\'b3osem s\'b3abym, przerywanym co chwila ci\'ea\'bfkim oddechem, przem\'f3wi\'b3 cicho :\par
+\f0\par
+\f1 - Ty\'9c dobry... ty jeden... tak, jeden, jedyny, co\'9c mnie nie opu\'9cci\'b3... Uczynili to wszyscy: siostra, \'a3ady\'bfy\'f1ski, c\'f3rka... - spu\'9cci\'b3 g\'b3ow\'ea i umilk\'b3, a dwie \'b3zy du\'bfe, perliste zab\'b3ys\'b3y w jego niebieskich, przyblad\'b3ych \'9frenicach i stoczy\'b3y si\'ea z wolna po wychud\'b3ej twarzy. Po chwili ci\'b9gn\'b9\'b3 znowu:\par
+\f0\par
+\f1 - \'8fle uczyni\'b3a Ola, \'9fle bardzo... Nie poniewiera si\'ea tak rodzicem, nie depce si\'ea tak przywi\'b9zania ojca... nie, nie, po stokro\'e6 razy nie!... - powt\'f3rzy\'b3 z moc\'b9 w os\'b3ab\'b3ym g\'b3osie, i z t\'b9 skarg\'b9 na ustach przeciw dziecku ostatni\'b9, upad\'b3 na poduszki w znu\'bfeniu, jak \'9cciana blady.\par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawski, ze wsp\'f3\'b3czuciem, uj\'b9\'b3 r\'eak\'ea starca w d\'b3o\'f1 praw\'b9, a gdy Gowartowski ponownie uni\'f3s\'b3 si\'ea na pos\'b3aniu, opieku\'f1czo i silnie podpar\'b3, podtrzyma\'b3 swem lewem ramieniem jego cia\'b3o wychud\'b3e.\par
+\f0\par
+\f1 - Dzi\'eakuj\'ea ci, bardzo dzi\'eakuj\'ea!.. - wyszepta\'b3 pan January i m\'f3wi\'e6 pocz\'b9\'b3 dalej, g\'b3o\'9cniej nieco, lecz ochryp\'b3ym ju\'bf od zm\'eaczenia i wysi\'b3ku g\'b3osem :\par
+\f0\par
+\f1 - Ale nie o tem m\'f3wi\'e6 chcia\'b3em, nie o tem! Przeciwnie... - zn\'f3w zamilk\'b3 sekund kilka.\par
+\f0\par
+\f1 - Przeciwnie - powt\'f3rzy\'b3 - ja Oli przebaczam, maj\'b9tek ca\'b3y zapisa\'b3em jej wy\'b3\'b9cznie, tylko... tu zatrzyma\'b3 si\'ea starzec d\'b3u\'bfej nieco, jakby w ostatnim wysi\'b3ku trudno mu by\'b3o jasno wyrazi\'e6 my\'9cl swoj\'b9 - tylko - ci\'b9gn\'b9\'b3 - \'bfe testament\'f3w jest dwa: jeden u notaryusza, z\'b3o\'bfony dawno, na korzy\'9c\'e6 Oli... drugi... na jej niekorzy\'9c\'e6...\par
+\f0\par
+\f1 Umilk\'b3 zn\'f3w Gowartowski blady i zm\'eaczony, a po chwili ko\'f1czy\'b3:\par
+\f0\par
+- Ten ostatni, \f1 p\'f3\'9fniejszy, napisa\'b3em w chwili nierozumnego gniewu... Jest w mojem biurku, szuflada lewa, na wierzchu... Podr\'ea go!..\par
+\f0\par
+\f1 Tu pan January, oswobodziwszy si\'ea od podtrzymuj\'b9cego go ramienia Krasnostawskiego, opad\'b3 na poduszki wycie\'f1czony.\par
+\f0\par
+\f1 - Czy przynie\'9c\'e6 mam ten testament? - podda\'b3 Krasnostawski.\par
+\f0\par
+\f1 Ojciec Oli Dzier\'bfymirskiej przyzwalaj\'b9co skin\'b9\'b3 g\'b3ow\'b9 i s\'b3abym ruchem r\'eaki poruszy\'b3 kluczyk od szufladki stoj\'b9cego obok \'b3o\'bfa stoliczka.\par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawski zrozumia\'b3. Wysun\'b9\'b3 szybko szuflad\'ea, wzi\'b9\'b3 stamt\'b9d p\'eak kluczy i oddali\'b3 si\'ea cicho. \par
+\f0\par
+\f1 Blady, oddychaj\'b9c ci\'ea\'bfko, w oczekiwaniu m\'b3odego cz\'b3owieka, odpoczywa\'b3 Gowartowski... W ciszy g\'b3uchej min\'ea\'b3o z dziesi\'ea\'e6 minut. Na progu wreszcie ukaza\'b3 si\'ea Krasnostawski, trzymaj\'b9c w r\'eaku du\'bf\'b9 kopert\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Na jego widok pan January gor\'b9czkowo, o w\'b3asnych si\'b3ach, uni\'f3s\'b3 si\'ea na pos\'b3aniu i wyci\'b9gn\'b9\'b3 r\'eak\'ea po testament.\par
+\f0\par
+\f1 - Dzi\'eakuj\'ea... - wyszepta\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 Odebrawszy za\'9c od Krasnostawskiego kopert\'ea, otworzy\'b3 j\'b9 dr\'bf\'b9c\'b9 r\'eak\'b9, wyj\'b9\'b3 arkusz papieru, znajduj\'b9cy si\'ea tam i rozerwa\'b3 zwolna na cztery cz\'ea\'9cci. Potem w\'b3o\'bfy\'b3 na powr\'f3t do koperty zniszczony test, a zwr\'f3ciwszy si\'ea do Krasnostawskiego, g\'b3osem dziwnie d\'9fwi\'eacznym, stanowczym, wym\'f3wi\'b3:\par
+\f0\par
+\f1 - Oddasz to jej... Oli - i umilk\'b3, opad\'b3szy znowu na poduszki.\par
+\f0\par
+\f1 M\'b3ody plenipotent machinalnie wzi\'b9\'b3 kopert\'ea schowa\'b3 j\'b9 do kieszeni surduta. Wpatrzony w starca, na kt\'f3rego twarzy igra\'b3 w tej chwili jaki\'9c pe\'b3ny dobroci u\'9cmiech, blady, tkliwy - milcza\'b3 wzruszony, a dwie \'b3zy niepos\'b3uszne zakr\'eaci\'b3y mu si\'ea w oczach.\par
+\f0\par
+\f1 G\'b3osem cichym, jakby dogasaj\'b9cym, m\'f3wi\'b3 tymczasem jeszcze pa\f0 n January:\par
+\par
+\f1 - Nie zapomnij odda\'e6... Pami\'eataj!.. - urwa\'b3, a po chwili:\par
+\f0\par
+\f1 - Powiedz... tak\'bfe Oli... \'bfe przebaczam... jej... i... jemu!..- doko\'f1czy\'b3 z trudno\'9cci\'b9, w wysi\'b3ku ostatnim i z wypiekami na twarzy, trupio blady, umilk\'b3...\par
+\f0\par
+\f1 Pal\'b9ca si\'ea u obrazu Matki Boskiej nad \'b3\'f3\'bfkiem, z czerwonego szk\'b3a, lampka rzuci\'b3a w tej chwili promie\'f1 jasny na oblicze starca...\par
+\f0\par
+\f1 W zmierzchu id\'b9cego wieczora twarz Gowartowskiego zaja\'9cnia\'b3a jakim\'9c nadziemskim jakby wyrazem szlachetnej dobroci... Krasnostawski jednocze\'9cnie poprawi\'b3 poduszki u \'b3o\'bfa i pochyli\'b3 si\'ea nad chorym, zda\'b3o mu si\'ea bowiem, i\'bf ten\'bfe porusza ustami.\par
+\f0\par
+\f1 Rzeczywi\'9ccie. Niedos\'b3yszalnym, urywanym szeptem m\'b3ody cz\'b3owiek pos\'b3ysza\'b3 jeszcze:\par
+\f0\par
+\f1 - Dzi\'eakuj\'ea... ty\'9c dobry!.. M\'f3wi\'e6 ju\'bf... wi\'eacej... nie... mog\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 Poruszony s\'b3owami chorego starca, zdenerwowany, wzruszony odst\'b9pi\'b3 od \'b3\'f3\'bfka Krasnostawski i przygn\'eabiony, usiad\'b3 w fotelu.\par
+\f0\par
+\f1 Min\'ea\'b3o z dziesi\'ea\'e6 minut.\par
+\f0\par
+\f1 Widz\'b9c, \'bfe chory le\'bfy teraz zupe\'b3nie ju\'bf cicho, m\'b3ody cz\'b3owiek po chwili powsta\'b3, pos\'b3ucha\'b3 oddechu jego, poczem wysun\'b9\'b3 si\'ea cichutko z pokoju. Dusi\'b3o go co\'9c w gardle...\par
+\f0\par
+\f1 W s\'b9siednich komnatach pusto by\'b3o ca\'b3kiem i szaro ju\'bf zupe\'b3nie. Mrok wieczora wciska\'b3 si\'ea do pa\'b3acu coraz natarczywszy, wsz\'eadzie, samotny, cichy, smutny. Krasnostawski bez ha\'b3asu otworzy\'b3 podwoje balkonu i wyszed\'b3 na werand\'ea, spragniony odetchn\'b9\'e6 \'9cwie\'bfszem powietrzem...\par
+\f0\par
+\f1 Opar\'b3 si\'ea o balustrad\'ea, ch\'b3odzi\'e6 pocz\'b9\'b3 rozpalone czo\'b3o zimnym powiewem jesiennego wieczora i sta\'b3 tak nieruchomy do\'9c\'e6 d\'b3ugo, og\'b3upia\'b3y jakby na razie, bezmy\'9clny...\par
+\f0\par
+Nagle milczenie pogr\f1\'b9\'bfaj\'b9cego si\'ea coraz bardziej w mroki domu i parku, przerwa\'b3 jednostajny dono\'9cny, odg\'b3os dzwonu w pobli\'bfu. To codziennym, panuj\'b9cym w Gowartowie, zwyczajem, zwo\'b3ywana s\'b3u\'bfb\'ea na wieczorn\'b9 kolacy\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawski si\'ea ockn\'b9\'b3, a jednocze\'9cnie poczu\'b3 pragnienie i g\'b3\'f3d.\par
+\f0\par
+\f1 Wr\'f3ci\'b3 do komnaty, zamkn\'b9\'b3 drzwi oszklone od werandy, a napotkawszy po drodze jak\'b9\'9c pozostawion\'b9 \'9cwiec\'ea, zapali\'b3 j\'b9 po\'9cpiesznie i na palcach skierowa\'b3 si\'ea poprzez kilka komnat do jadalnej sali. Dob\'ea ca\'b3\'b9 Krasnostawski nic, pr\'f3cz kilku szklanek herbaty, w ustach nie mia\'b3 - m\'b3ody organizm dopomina\'b3 si\'ea o swoje prawa.\par
+\f0\par
+\f1 W kredensie znalaz\'b3 pochowane zimne mi\'easiwa i chleb razowy; posili\'b3 si\'ea, popi\'b3 wod\'b9 i przez puste komnaty znowu skierowa\'b3 si\'ea do pokoju Gowartowskiego.\par
+\f0\par
+\f1 Tu ju\'bf zupe\'b3ne panowa\'b3y ciemno\'9cci. Krasnostawski zapali\'b3 lampk\'ea, przykry\'b3 j\'b9 aba\'bfurem i spojrza\'b3 na chorego.\par
+\f0\par
+\f1 Le\'bfa\'b3 w tej samej pozycyi, tak samo spokojny, oddychaj\'b9c lekko, cicho, bledszy tylko, \'bf\'f3\'b3tszy jakby... I w jednem r\'f3wnie\'bf zasz\'b3a, zmiana nag\'b3a.\par
+\f0\par
+\f1 Oto r\'eace pana Januarego wykonywa\'b3y po ko\'b3drze jakie\'9c niewyra\'9fne i dziwne ruchy, jakby szuka\'b3y czego\'9c, szczypa\'b3y powierzchni\'ea sukna, zatrzymywaly si\'ea chwil\'ea, i zn\'f3w rytmiczne porusza\'b3y si\'ea zwolna, jednostajnie...\par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawski, postawszy czas jaki\'9c, zbli\'bfy\'b3 si\'ea do stolika, wzi\'b9wszy do r\'eaki machinalnie stoj\'b9ce tam lekarstwo. Spojrza\'b3 na recept\'ea. Przeczytawszy za\'9c, westchn\'b9\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 By\'b3y to leki zwykle, przepisywane dogorywaj\'b9cym...\par
+\f0\par
+\f1 - Czy\'bfby naprawd\'ea tak \'9fle ju\'bf by\'b3o? - szepn\'b9\'b3 do siebie m\'b3odzieniec - tak przytomnym by\'b3 jednak przed chwil\'b9!.. E!.. mo\'bfe B\'f3g da... pocieszaj\'b9c si\'ea - doko\'f1czy\'b3 g\'b3o\'9cno.\par
+\f0\par
+\f1 Tymczasem zm\'eaczenie fizyczne i moralne wali\'b3o wprost z n\'f3g Krasnostawskiego.\par
+\f0\par
+\f1 Zbli\'bfy\'b3 si\'ea chwiejny do fotelu. Usiad\'b3 i po kilkakrotnie ziewn\'b9\'b3 mimo woli nerwowo. Po chwili jednak energicznie wstrz\'b9sn\'b9\'b3 si\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 - Ooo... jak\'bfe mi si\'ea spa\'e6 chce!.. - mrukn\'b9\'b3 i ponownie ziewn\'b9\'b3 przeci\'b9gle z cicha.\par
+\f0\par
+\f1 - Ale nie mo\'bfna... nie mo\'bfna!.. - szepn\'b9\'b3 zn\'f3w do siebie przekonywaj\'b9co i si\'eagn\'b9\'b3 po stoj\'b9c\'b9 opodal flaszk\'ea kolo\'f1skiej wody.\par
+\f0\par
+\f1 Przetar\'b3 sobie skronie, pow\'b9cha\'b3, poczem napi\'b3 si\'ea zimnej wody ze szklanki, i jak mu si\'ea zdawa\'b3o, zupe\'b3nie obecnie rze\'9fki, zag\'b3\'eabi\'b3 si\'ea w fotelu.\par
+\f0\par
+\f1 Tymczasem min\'ea\'b3o minut dziesi\'ea\'e6 zaledwie, gdy m\'b3ody pan plenipotent spa\'b3 ju\'bf na dobre, pochrapuj\'b9c nawet z lekka czasami.\par
+\f0\par
+\f1 Sen zwyci\'ea\'bfy\'b3... Milczenie i spok\'f3j jaki\'9c z\'b3owrogi zapanowa\'b3y w komnacie.\par
+\f0\par
+\f1 A zewn\'b9trz pa\'b3acu tymczasem noc z wolna i stopniowo kr\'f3lowa\'e6 zacz\'ea\'b3a.\par
+\f0\par
+\f1 Na ciemnem tle nieba zamruga\'b3y wkr\'f3tce gwiazdy, od p\'f3l wion\'b9\'b3 wietrzyk i cichym \'bf\'f3\'b3kniej\'b9cych li\'9cci pogwarem zaszumia\'b3 nad domem park stary.\par
+\f0\par
+\f1 Wewn\'b9trz za\'9c dworu usn\'eali wszyscy... Milcza\'b3y tu wszystkie k\'b9ty, a w oddzielonej kilkoma komnatami jadalnej sali dochodzi\'b3 tylko regularny odg\'b3os staro\'9cwieckiego zegara, kt\'f3ry brzd\'b9ka\'b3 i tyka\'b3 i bi\'b3 przeci\'b9gle godziny jedna za drug\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 Nagle w g\'b3uchej ciszy sypialni pana Januarego rozleg\'b3o si\'ea pocz\'b9tkowo s\'b3absze, niebawem coraz silniejsze charczenie. To chory starzec ju\'bf kona\'b3...\par
+\f0\par
+\f1 Za \'b3o\'bfem, w p\'f3\'b3\'9cwietle komnaty, niewidzialna dla oka ludzkiego, stan\'ea\'b3a \'9cmier\'e6, lepu swego chciwa - j\'eaki zg\'b3uszone umieraj\'b9cego dziesi\'eaciokrotnem echem wstrz\'b9sn\'ea\'b3y cisz\'b9 domu...\par
+\f0\par
+\f1 Co\'9c zbudzi\'b3o Krasnostawskiego. Co? - sam nie wiedzia\'b3 na razie. Zerwa\'b3 si\'ea z fotelu, oczy przetar\'b3 i spojrza\'b3 na pogr\'b9\'bfone w cieniu \'b3o\'bfe. Zdr\'eatwia\'b3 nagle i w\'b3osy d\'eabem stan\'ea\'b3y mu na g\'b3owie.\par
+\f0\par
+\f1 Z oczyma, wywr\'f3conemi po bia\'b3ka \'9frenic, postawionemi w s\'b3up, nieprzytomny, z ustami otworzonemi, z\'bf\'f3\'b3k\'b3y, zzielenia\'b3y - straszny, j\'eacza\'b3 starzec, \'b3apa\'b3 powietrze, st\'eaka\'b3 \'bfa\'b3o\'9cnie - charcza\'b3 z\'b3owrogo...\par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawski zrozumia\'b3, lecz znieruchomia\'b3 na razie do tego stopnia, \'bfe nie by\'b3 w stanie poruszy\'e6 si\'ea z miejsca.. Po raz pierwszy w \'bfyciu znajdowa\'b3 si\'ea wobec konaj\'b9cego cz\'b3owieka, patrza\'b3 wi\'eac bezprzytomny prawie i b\'b3\'eadny nieustannie na Gowartowskiego... Dr\'bfa\'b3 przy tem na ca\'b3em ciele, chwyta\'b3o go co\'9c za gard\'b3o, przykuwa\'b3o do miejsca, do ziemi.\par
+\f0\par
+\f1 R\'f3wnocze\'9cnie przygn\'eabiaj\'b9ca cisza gniot\'b3a mu piersi ci\'ea\'bfarem, konaj\'b9ce drgnienia i j\'eaki umieraj\'b9cego, niby ostrzem ze stali kraja\'b3y niemi\'b3osiernie wypr\'ea\'bfone nerwy, a zarazem l\'eak niewyt\'b3umaczony, dziwny, zatrz\'b9s\'b3 nim.\par
+\f0\par
+\f1 Wi\'eac to \'9cmier\'e6!.. \'9cmier\'e6 idzie ju\'bf, przybli\'bfa si\'ea, okropna, bezz\'eabna, oto jej szkielet sunie obok, mija go!.. Zbli\'bfa si\'ea teraz oboj\'eatna do \'b3o\'bfa... nachyla nad konaj\'b9cym...\par
+\f0\par
+\f1 - Ha-ha-ha!.. ha-ha-ha!.. ha-ha-ha!.. - wstrz\'b9sa \'9ccianami pokoju - oto \'9cmiech jej straszny!.. Rz\'ea\'bfenie konaj\'b9cego odpowiada mu echem coraz przera\'9fliwiej, g\'b3o\'9cniej... Ponuro j\'eaczy on, skar\'bfy si\'ea, miota !..\par
+\f0\par
+\f1 - Bo\'bfe!.. Bo\'bfe!.. Co... to? Co... to? - krzykn\'b9\'b3 Krasnostawski, schwyci\'b3 si\'ea za g\'b3ow\'ea, zadygota\'b3 raz jeszcze i porwawszy ze sto\'b3u dzwonek - wybieg\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 W milczeniu powszechnego u\'9cpienia rozleg\'b3 si\'ea niebawem rozpaczliwy d\'9fwi\'eak pokojowego dzwonka, wstrz\'b9sn\'b9\'b3 murami !..\par
+\f0\par
+\f1 Gowartowski tymczasem czyni\'e6 pocz\'b9\'b3 teraz r\'eakami jakie\'9c szalone ruchy, gwa\'b3townie odp\'eadza\'b3 co\'9c, broni\'b3 si\'ea przed kim\'9c, j\'eacza\'b3 jeszcze dono\'9cniej, chwyta\'b3 powietrze, bezustannie charcza\'b3..\par
+\f0\par
+\f1 Bieganie nape\'b3ni\'b3o niebawem dom ca\'b3y. Garstka domownik\'f3w i s\'b3u\'bfby w kilka chwil p\'f3\'9fniej nape\'b3ni\'b3a pok\'f3j dogorywaj\'b9cego cz\'b3owieka. Ostatnia przysz\'b3a staruszka, klucznica, z gromnic\'b9 w r\'eaku.\par
+\f0\par
+\f1\'afa\'b3obn\'b9 \'9cwiec\'ea zapalono po\'9cpiesznie i ukl\'eakli wszyscy. Krasnostawski przy samem \'b3o\'bfu, trzymaj\'b9c w d\'b3oni r\'eak\'ea pana Januarego.\par
+\f0\par
+\f1 Ch\'b3od\'b3a mu ona w palcach coraz bardziej; stopniowo, powoli, charczenie, j\'eaki, r\'f3wnie\'bf ustawa\'b3y, ucich\'b3y\f0 wreszcie...\par
+\par
+\f1 Skupione milczenie komnaty, zamagnetyzowane wyczekiwaniem, trwog\'b9, przerwa\'b3 szelest, dla ucha prawie niedos\'b3yszalny. Ostatnie w tej chwili ziemskie westchnienie cz\'b3owiecze ulatywa\'b3o z piersi starca - mkn\'ea\'b3o w za\'9cwiaty...\par
+\f0\par
+\f1 - Sko\'f1czy\'b3... - szepn\'b9\'b3 Krasnostawski. W\'9cr\'f3d kl\'eacz\'b9cych rozleg\'b3 si\'ea p\'b3acz... Gdzieniegdzie p\'b3omyk zapalonej gromnicy o\'9cwietli\'b3 ponuro \'bf\'f3\'b3taw\'b9 plam\'b9 \'9cciany, sprz\'eaty i szyby komnaty, drga\'e6 zacz\'b9\'b3 b\'b3yskotliwy po twarzach kl\'eacz\'b9cych ludzi.\par
+\f0\par
+\f1 Pocz\'eato si\'ea \'bfegna\'e6 pobo\'bfnie...\par
+\f0\par
+Wsp\'f3l\f1 na, cicha, a pe\'b3na g\'b3\'eabokiej wiary prostych dusz modlitwa, z wol\'b9 Najwy\'bfszego godz\'b9ca si\'ea, pokorna, nape\'b3ni\'b3a mury pokoju, i a\'bf do st\'f3p Stw\'f3rcy-Pana ulecia\'b3a skrzydlata - wznios\'b3a si\'ea tam, gdzie\'9c wysoko, w \'9clad za zagadkow\'b9 drog\'b9 duszy zmar\'b3ego, jakby mu niebo otworzy\'e6 pragn\'ea\'b3a.\par
+\f0\par
+\par
+---------\par
+\par
+\par
+\par
+\f1 Pokra\'9cnia\'b3e, czerwono-z\'b3ote dzikiego wina li\'9ccie, pn\'b9ce si\'ea po bia\'b3ych \'9ccianach gowartowskiego dworu, zagl\'b9daj\'b9 przez otwarte okno do ma\'b3ego gabinetu, obitego kirem, a ruszane z lekka wietrzykiem, ko\'b3ysz\'b9 si\'ea w promieniach jesiennego s\'b3o\'f1ca, powiew za\'9c zefiru delikatnym dreszczem przebiega r\'f3wnie\'bf po rz\'eadzie \'bf\'f3\'b3tawych u \'9cwiec p\'b3omyk\'f3w, pal\'b9cych si\'ea woko\'b3o katafalku, gin\'b9cego w zieleni cieplarnianych kwiat\'f3w.\par
+\f0\par
+\f1 Obci\'9cni\'eaty w ubranie czarne, wytworny - pan, nawet tu, za \'bfycia progiem, na podwy\'bfszeniu le\'bfy January Gowartowski...\par
+\f0\par
+\f1 Zesztywnia\'b3e palce jego trzymaj\'b9 kurczowo w d\'b3oni krucyfiks, zaczesany starannie w\'b9s mlecznosiwy, sumiasty, polski, odbija pi\'eaknie na bia\'b3em, jak marmur, obliczu starca, a twarz ta, zadum pe\'b3na, pogr\'b9\'bfon\'b9 by\'e6 tylko si\'ea zdaje w g\'b3\'eabokim, cichym \'9cnie.\par
+\f0\par
+\f1 Kamienny to sen!.. Sen za\'9cwiat\'f3w, wieczno\'9cci, zagadki bytu i \'9cwiadomo\'9cci prawdopodobnie tego, o co w dumie swej pokorny, rozbi\'e6 si\'ea musi rozum ludzki; sen straszny - oboj\'eatny na wszystko doko\'b3a!..\par
+\f0\par
+I n\f1 iczem ju\'bf s\'b9 dla niego sprawy tego pado\'b3u; niczem troski, cierpienia ziemskie i niepokoje, niczem rado\'9cnie igraj\'b9ce po pokoju s\'b3o\'f1ce - niczem wreszcie bole\'9c\'e6 i smutek kl\'eacz\'b9cej u st\'f3p katafalku, s\'eadziwej kobiety-siostry!..\par
+\f0\par
+\f1 Przyby\'b3a w przeddzie\'f1 marsza\'b3kowa Warnicka, dr\'bf\'b9cemi, zbiela\'b3emi usty szepcze teraz modlitwy, z \'f3cz jej zm\'eaczonych co minut par\'ea upada \'b3za cicha, a wzrok z bole\'9cci\'b9 t\'b3umion\'b9 wpatruje si\'ea w rysy ukochane.\par
+\f0\par
+\f1 I modli si\'ea zn\'f3w pokorna!..\par
+\f0\par
+\f1 Lica Gowartowskiego bowiem nic nie m\'f3wi\'b9 zupe\'b3nie !.. Spok\'f3j i martwota nieziemska wyryte s\'b9 na nich, a pogoda tylko jaka\'9c nieuchwytna, cicha, \'9cwiadczy\'e6 si\'ea zdaje, \'bfe nie czuje on ju\'bf nic, a w ka\'bfdym razie, i\'bf docze\'9cnie na pewno nie cierpi ju\'bf wcale.\par
+\f0\par
+\f1 - M\'f3dlcie si\'ea, p\'b3aczcie... przyjd\'9fcie - odejd\'9fcie... zakopcie w ziemi\'ea... R\'f3bcie, co chcecie - wszystko mi jedno!.. - m\'f3wi\'b9 sob\'b9 wyra\'9fnie zesztywnia\'b3e cz\'b3onki zmar\'b3ego.\par
+\f0\par
+\f1 A tymczasem przez otwarte okno do ciasnego naro\'bfnego pokoju wpadaj\'b9, igraj\'b9 coraz rado\'9cniej promienie s\'b3o\'f1ca, p\'b3yn\'b9 jakie\'9c dalekie z p\'f3l pie\'9cni, pogwary - oddalone \'bfyciowe echa...\par
+\f0\par
+\f1 Babiego lata ni\'e6 wpada tu z wietrzykiem i osiada cicho na bujnej siwej czuprynie zmar\'b3ego... W tej samej chwili drzwi od komnatki odmykaj\'b9 si\'ea ostro\'bfnie i do pokoju wsuwa si\'ea ros\'b3y, siwiej\'b9cy ju\'bf m\'ea\'bfczyzna...\par
+\f0\par
+To \f1\'a3ady\'bfy\'f1ski. I on, przygnany straszn\'b9 wie\'9cci\'b9 choroby gro\'9fnej, pod\'b9\'bfy\'b3 do przyjaciela lat m\'b3odych, przybywszy jednak - za p\'f3\'9fno.\par
+\f0\par
+\f1 Twarz jego, zazwyczaj pogodna, ironiczna, wyra\'bfa w tej chwili b\'f3l niek\'b3amany. Zbli\'bfa si\'ea milcz\'b9co, opatruje p\'b3omyki \'9cwiec, przestawia kwiaty, a poprawiwszy poduszk\'ea - zrzuca z g\'b3owy Gowartowskiego swawoln\'b9 ni\'e6 jesieni, i ukl\'b9k\'b3szy, g\'b3ow\'ea opiera o katafalk, w bolesnej zadumie.\par
+\f0\par
+\f1 Mija tak d\'b3uga chwila.\par
+\f0\par
+\f1 Poczem drzwi skrzypi\'b9 znowu, na progu ukazuje si\'ea dorodna Krasnostawskiego posta\'e6. Obj\'b9wszy wzrokiem pok\'f3j i znajduj\'b9ce si\'ea w nim osoby, wzdycha ci\'ea\'bfko, nast\'eapnie za\'9c zbli\'bfa si\'ea do \'a3ady\'bfy\'f1skiego i opiera lekko sw\'b9 r\'eak\'ea na jego ramieniu. Potrz\'b9sa niem delikatnie raz, drugi...\par
+\f0\par
+\f1 Za trzeciem dopiero dotkni\'eaciem budzi si\'ea \'a3ady\'bfy\'f1ski z bolesnego zamy\'9clenia i unosi g\'b3ow\'ea.. \par
+\f0\par
+\f1 - A, to pan? - pyta cicho - c\'f3\'bf to?... \par
+\f0\par
+\f1 Jakby w odpowiedzi jednocze\'9cnie do pokoju wpada wyra\'9fnie oddalony jeszcze nieco d\'9fwi\'eak dzwonk\'f3w, i zg\'b3uszony gdzie\'9c po sio\'b3a drodze, daleki t\'eatent i turkot k\'f3\'b3 powozu.\par
+\f0\par
+I w \f1\'9clad za tem szeptem na pytanie pana Emila odpowiada Krasnostawski.\par
+\f0\par
+\f1 - Ze stacyi konie wracaj\'b9... O ile wzrok mnie nie myli, kto\'9c jest w faetonie... Zdaje mi si\'ea, \'bfe to - oni...\par
+\f0\par
+\f1\'a3ady\'bfy\'f1ski, s\'b3uchaj\'b9c go uwa\'bfnie, ju\'bf powoli powsta\'b3 by\'b3 z kl\'eaczek.\par
+\f0\par
+\f1 - Mo\'bfe szanowny pan dobrodziej b\'eadzie tak \'b3askaw wyj\'9c\'e6 na ganek - ci\'b9gnie dalej Krasnostawski. - Pani\'b9 marsza\'b3kow\'ea - tu zni\'bfa g\'b3os jeszcze bardziej - fatygowa\'e6 nie wypada... Ja za\'9c pana Dzier\'bfymirskiego nie znam... A tu, do wiadomo\'9cci zgonu...\par
+\f0\par
+- Tak, tak! - prze\f1 rywa pan Emil, - dobrze, m\'f3j panie, id\'ea... Ale prawda - zatrzymuje si\'ea - trzeba uprzedzi\'e6 marsza\'b3kow\'ea, bo si\'ea biedaczka wystraszy.\par
+\f0\par
+\f1\'a3ady\'bfy\'f1ski pochyla si\'ea ku kl\'eacz\'b9cej pani Melanji i szeptem co\'9c jej przek\'b3ada.\par
+\f0\par
+\f1 Wp\'f3\'b3przytomnie s\'b3ucha go marsza\'b3kowa Warnicka, po chwili za\'9c wstaje i ze smutkiem bezbrze\'bfnym, wzdycha kilkakrotnie...\par
+\f0\par
+\f1 Jednocze\'9cnie dwaj m\'ea\'bfczy\'9fni wychodz\'b9 szybko, oddalony bowiem przed chwil\'b9 jeszcze turkot pojazdu wstrz\'b9sa ju\'bf oto murami domu i pow\'f3z sna\'e6 zaje\'bfd\'bfa \'9cpiesznie na dziedziniec. Odg\'b3os dzwonk\'f3w dono\'9cnie przerywa martw\'b9 cisz\'ea... Pow\'f3z staje.\par
+\f0\par
+\f1 A nast\'eapnie, a\'bf tu, popod stopy umar\'b3ego cz\'b3owieka niewyra\'9fne jakie\'9c zg\'b3uszone dochodz\'b9 g\'b3osy i szmery...\par
+\f0\par
+\f1 Nagle, o milcz\'b9ce \'9cciany pa\'b3acu obija si\'ea krzyk kobiecy bolesny, straszny, oraz st\'b3umiony jeszcze oddaleniem j\'eak rozpaczliwy. W \'9clad za tem rozlegaj\'b9 si\'ea kroki, coraz szybsze, bli\'bfsze, a p\'f3\'9fniej ju\'bf ca\'b3kiem dono\'9cnie tym razem, szelest sukni i \'b3kanie. \par
+\f0\par
+Jeszcze chwila...\par
+\par
+\f1 I cisza pokrytego kirem, ton\'b9cego w s\'b3o\'f1cu i gromnic \'9cwietle, zak\'b9tka, sfinksowy, dumny majestat \'9cmierci brutalnie przerywanym zostaje.\par
+\f0\par
+\f1 Drzwi roztwieraj\'b9 si\'ea nerwowo, ruchem gwa\'b3townym, od silniejszego pr\'b9du powietrza ga\'9cnie przy katafalku \'9cwiec kilka, i do pokoju wbiega ubrana w podr\'f3\'bfne szaty, p\'b3acz\'b9ca Ola...\par
+\f0\par
+\f1 Za ni\'b9, ukazuje si\'ea \'9cniade spokojne oblicze Dzier\'bfymirskiego i wytworna sylwetka jego.\par
+\f0\par
+\f1 Jednocze\'9cnie murami komnaty wstrz\'b9sa krzyk b\'f3lu, rozpaczy, a zarazem ha\'b3as drugorz\'eadny jaki\'9c, inny...\par
+\f0\par
+\f1 To Ola ju\'bf na kolanach... Obejmuje ona ramionami zimne, martwe cia\'b3o rodzica, odtr\'b9ciwszy r\'f3wnocze\'9cnie niebacznie przeszkadzaj\'b9ce jej wysokie srebrne lichtarze, z chrz\'eastem padaj\'b9ce w tej samej chwili na ziemi\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 Kto\'9c schyla si\'ea po\'9cpiesznie i opodal ustawia je ponownie...\par
+\f0\par
+Tymczasem krzyk beznadziejnego cierpienia wydziera \f1 si\'ea z ust Oli.\par
+\f0\par
+\f1 - Tato !... tatusiu !.. przebacz!.. - wo\'b3a m\'b3oda kobieta, p\'b3acz\'b9c, wij\'b9c si\'ea z rozpaczy. - Ojcze!.. ojczulku!.. przebacz!.. - ko\'f1czy w \'b3kaniu, szlochaj\'b9c.\par
+\f0\par
+\f1 Na d\'9fwi\'eak s\'b3\'f3w ostatnich chmura osiada na wynios\'b3em czole Romana.\par
+\f0\par
+\f1 - Ty\'9c winien tak\'bfe!.. ty r\'f3wnie\'bf!.. To dzie\'b3o tak\'bfe twoje! - szepce mu co\'9c w duszy w tej chwili i instynktownie blednie, pochyla si\'ea i kl\'eaka po drugiej stronie katafalku.\par
+\f0\par
+\f1 A Ola \'9cciska, ca\'b3uje teraz r\'eace, twarz i zimne czo\'b3o starca, oblewa je \'b3zami, w\'b3osy ojcowskie pie\'9cci i tuli sw\'b9 g\'b3ow\'ea do serca, co bi\'e6 ju\'bf na zawsze przesta\'b3o!..\par
+\f0\par
+\f1 - Ty nie umar\'b3e\'9c - szepce - ty \'9cpisz tylko!.. ty nie umar\'b3e\'9c!.. - powtarza uparcie. - To by\'e6 nie mo\'bfe - nie mo\'bfe!!..\par
+\f0\par
+\f1 Powsta\'b3a z kl\'eaczek marsza\'b3kowa Warnicka podtrzymuje wij\'b9c\'b9 si\'ea w b\'f3lu kobiet\'ea z jednej strony - z drugiej opieku\'f1czo podpiera j\'b9 \'a3ady\'bfy\'f1ski.\par
+\f0\par
+\f1 Wszystkim \'b3zy kr\'eac\'b9 si\'ea w oczach, jeden Roman tylko nieczu\'b3ym by\'e6 si\'ea zdaje pozornie, ale twarz jego kredowo - blada i brwi \'9cci\'b9gni\'eate \'9cwiadcz\'b9, i\'bf i on, w tej chwili przynajmniej - cierpi. Kl\'eaczy wci\'b9\'bf nieruchomo, my\'9cli...\par
+\f0\par
+\f1 Poza nim, \'9cwiadek niemy tej sceny, stoi Krasnostawski, wzruszony, bezradny. Opodal stary lokaj domowy patrzy osowia\'b3y.\par
+\f0\par
+\f1 - Z\'b3oty tatuniu !!.. z\'b3oty !!.. - wo\'b3a zn\'f3w Ola, prosz\'b9co, b\'b3agalnie; z przerwami ma\'b3emi, j\'eakliwy, przeplatany \'b3kaniem, odzywa si\'ea bezustannie g\'b3os c\'f3rki-sieroty, a echo jego p\'b3ynie przez okno w dal, do parku, na step i pola!.. \par
+\f0\par
+\f1 I za g\'b3osem zrozpaczonej jedynaczki, hejna\'b3em wsp\'f3lnym p\'b3aka\'e6, \'b3ka\'e6 oto zdaj\'b9 si\'ea stare drzewa parku; szumem swych li\'9cci drobnych brzoza nad wod\'b9 wie\'9c\'e6 t\'ea powtarza dalej, p\'b3acz\'b9c sama, a j\'eak bole\'9cci, podchwycony akordami przyrody, p\'b3ynie, p\'b3ynie w dal...\par
+\f0\par
+\f1 I wszystko, zda si\'ea teraz, za panem swym boleje !..\par
+\f0\par
+\f1 A wi\'eac i staw, \'9cni\'b9cy fali swej szmerem, i \'b3any, i polne kwiecie, i step, strz\'b9saj\'b9cy z traw swych niby \'b3zy \'bfalu - drobne kropelki rosy...\par
+\f0\par
+\f1 Jeden tylko umar\'b3y, jak g\'b3az nieczu\'b3ym jest na j\'eak, b\'f3l swego dziecka.\par
+\f0\par
+\f1 Lecz czy\'bf to z\'b3udzenie?..\par
+\f0\par
+\f1 Pod poca\'b3unkami przed chwil\'b9 i \'b3z\'b9 jedynaczki, zdawa\'b3o si\'ea, \'bfe oto znika z alabastrowego czo\'b3a starca g\'b3\'eaboka, zastyg\'b3a tam zmarszczka, i ca\'b3kiem ju\'bf teraz pogodne, oboj\'eatne, \'9cni ono dalej bez ko\'f1ca...\par
+\f0\par
+\f1 Mo\'bfe dusza z poza stref \'9cwiata niewidzialna zab\'b3\'b9ka\'b3a si\'ea jeszcze tutaj przed dalsz\'b9 w wieczno\'9c\'e6 zagadkow\'b9 w\'eadr\'f3wk\'b9?.. A mo\'bfe trup s\'b3ysza\'b3 jeszcze ?\par
+\f0\par
+\f1 Kt\'f3\'bf wie? kt\'f3\'bf zgadnie?\par
+\f0\par
+\f1 - Ojcze!.. ty \'bfyjesz!!.. tato... tatusiu!.. Biedna ja... biedna... nieszcz\'ea\'9cliwa... - bezzmiennie; tylko coraz ciszej i ciszej, rozlega si\'ea dalej u st\'f3p starca wo\'b3anie Oli, w spazmach \'b3ka\'f1 bolesnych, bezsilne\f0 , straszne w swej grozie, b\'f3lu - coraz beznadziejniejsze.\par
+\par
+\f1 - Tatuniu!!.. Ta... tu... niu!.. - kona wreszcie krzyk m\'b3odej kokiety... Milknie, oddany echem parku, pogwarami sio\'b3a i p\'f3l szerokich... p\'f3\'b3omdla\'b3\'b9 i s\'b3ab\'b9 \'bfon\'ea wynosi po\'9cpiesznie na r\'eakach Dzier\'bf\f0 ymirski z powleczonej kirem komnaty.\par
+\par
+\f1 Wystraszeni pod\'b9\'bfaj\'b9 za nim wszyscy...\par
+\f0\par
+\f1 To \'bfycie ju\'bf ze \'9cmierci\'b9 walczy\'e6 poczyna\'b3o. Przepot\'ea\'bfne w swej sile, nie lubi\'b9ce, by zapominano o niem, odrywa\'b3o w tej chwili despotycznie od nieboszczyka, w skupieniu otaczaj\'b9cych go dot\'b9d ludzi. Troska o \'bfywym wzi\'ea\'b3a g\'f3r\'ea!..\par
+\f0\par
+\f1 W promieniach radosnych jesiennego s\'b3o\'f1ca, w ciszy, graj\'b9cej tylko powa\'bfnym szumem drzew ogrodu - w chwilowym nie\'b3adzie wp\'f3\'b3 przygas\'b3ych \'9cwiec i poodsuwanych kwiat\'f3w, niewzruszony w swym majestacie \'9cmierci - umar\'b3y pozosta\'b3 sam.\par
+\f0\par
+\par
+***\par
+\par
+\par
+\f1 Od pogrzebu Januarego Gowartowskiego min\'ea\'b3o dni kilka.\par
+\f0\par
+\f1 W pogr\'b9\'bfonym ju\'bf we \'9cnie pa\'b3acu w Gowartowie pali\'b3o si\'ea jeszcze \'9cwiat\'b3o w jednym pokoju, rzucaj\'b9c w noc ciemn\'b9 promie\'f1 jaskrawy przez okienne szyby.\par
+\f0\par
+W kancelaryjnym\f1 gabinecie dawnego pana, a dzi\'9c sypialni nowego dziedzica, Dzier\'bfymirskiego, on sam, znu\'bfony dniem minionym, a nader dla\'f1 obfitym w niezwyk\'b3e zdarzenia, k\'b3ad\'b3 si\'ea do snu i z wolna rozbiera\'b3 leniwie.\par
+\f0\par
+\f1 Na stoliku obok \'b3\'f3\'bfka sta\'b3a odkorkowana butelka szampana i kieliszek wysoki, z kryszta\'b3u, oraz odemkni\'eate pude\'b3ko cygar.\par
+\f0\par
+\f1 Roman po chwili zapali\'b3 jedno z nich, nala\'b3 sobie wina i wypi\'b3 haustem jeden kielich, poczem zm\'eaczony, wsun\'b9wszy si\'ea pod ko\'b3dr\'ea, zgasi\'b3 \'9cwiat\'b3o.\par
+\f0\par
+\f1 Odetchn\'b9\'b3 par\'ea razy g\'b3o\'9cno, z ulg\'b9, przeci\'b9gn\'b9\'b3 si\'ea, a\'bf zatrzeszcza\'b3o staro\'9cwieckie \'b3o\'bfe, ziewn\'b9\'b3 smakowicie, zaci\'b9gn\'b9wszy si\'ea za\'9c wyborowem cygarem, my\'9cle\'e6 pocz\'b9\'b3 o uko\'f1czonym dniu dzisiejszym, a prze\'b3omowym w dotychczasowem \'bfyciu jego.\par
+\f0\par
+\f1 Dzi\'9c to bowiem odby\'b3o si\'ea otwarcie testamentu niebos\f0 zczyka.\par
+\par
+\f1 Stosownie do woli zmar\'b3ego, c\'f3rka jego stawa\'b3a si\'ea jedyn\'b9 spadkobierczyni\'b9 kilkakro\'e6stotysi\'eacznego maj\'b9tku...\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski powt\'f3rnie wyci\'b9gn\'b9\'b3 si\'ea z lubo\'9cci\'b9 w szerokiem, szeleszcz\'b9cem po\'9cciel\'b9 \'b3o\'bfu.\par
+\f0\par
+\f1 - Tak, kilkakro\'e6-stoty-si\'eacz-nego... - szepn\'b9\'b3 do siebie z zadowoleniem. U\'9cmiechn\'b9\'b3 si\'ea... Dwa dni temu jeszcze, jad\'b9c tu, a przeczuwaj\'b9c zgon ojca Oli, - by\'b3 pewnym niemal, i\'bf on c\'f3rk\'ea za niepos\'b3usze\'f1stwo wydziedziczy\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 Ju\'bf dnia nast\'eapnego po przybyciu do Gowartowa przyjemnie bardzo rozwia\'b3y si\'ea jego trwogi; wzruszonej opowiadaniem o ostatnich chwilach pana Januarego c\'f3rce, w obecno\'9cci Romana, wr\'eaczy\'b3 by\'b3 Krasnostawski podarty w\'b3asnor\'eacznie przez umieraj\'b9cego ojca testament.\par
+\f0\par
+\f1 On za\'9c, pomimo to, w\'b9tpi\'b3 jeszcze... Ba\'b3 si\'ea otwarcia ostatniej woli nieboszczyka, z\'b3o\'bfonej oficyalnie u notaryusza; i tutaj zdawa\'b3 si\'ea przeczuwa\'e6 podst\'eap jaki\'9c mo\'bfe i przykr\'b9 niespodziank\'ea. \par
+\f0\par
+\f1 Dzi\'9c wreszcie pierzch\'b3y bezpowrotnie niepokoje ostatnie. Z ni\'b9 ucieka\'b3 r\'f3wnie\'bf strach bliskiego bezpieni\'ea\'bfnego jutra, kt\'f3re czeka\'b3o na\'f1, czyha\'b3o z wydaniem ostatnich paru tysi\'eacy, pozosta\'b3ych z poprzedniej fortunki, \'bfyciem nad stan przez lat trzy lekkomy\'9clnie wydanej.\par
+\f0\par
+\f1 Tu Dzier\'bfymirski u\'9cmiechn\'b9\'b3 si\'ea szydersko. \par
+\f0\par
+\f1 Nie, stanowczo, pieni\'b9dz do niego si\'ea garnie!.. Ten, kt\'f3ry posiada\'b3 dot\'b9d, cho\'e6 wygrany, pali\'b3 go cz\'eastokro\'e6, pomimo wszystko, przypomnieniem przesz\'b3o\'9cci. Sofizmatami wt\'b3umia\'b3 w siebie wspomnienia gryz\'b9ce, lecz jednocze\'9cnie i instynktownie jakby rozrzuca\'b3, pozbawia\'b3 si\'ea grosza, tam, gdzie\'9c na dnie duszy w\'b3asnej, cho\'e6 nie przyznawa\'b3 si\'ea pozornie do tego, rad nawet b\'ead\'b9c, i\'bf z\'b3oto w\'b9tpliwe sz\'b3o - nik\'b3o...\par
+\f0\par
+\f1 Jakby otrz\'b9saj\'b9c si\'ea z tego samopoczucia, Dzier\'bfymirski poruszy\'b3 si\'ea niespokojnie i powr\'f3ci\'b3 my\'9cl\'b9 do tera\'9fniejszo\'9cci mi\'b3ej.\par
+\f0\par
+\f1 On i Ola - wszak to jedno. Dzi\'9c zatem, pomimo praw miejscowych, de facto, stawa\'b3 si\'ea panem okaza\'b3ej i pa\'f1skiej, w\'b3asnej fortuny.\par
+\f0\par
+\f1 I pokryta, st\'b3umiona wa\'bfno\'9cci\'b9 chwili, smutkiem Oli, oraz ca\'b3ego domu - przez dzie\'f1 ca\'b3y - teraz dopiero, w ciszy u\'9cpienia pa\'b3acu, w czterech \'9ccianach sypialni, rozsadza\'e6 pocz\'ea\'b3o Dzier\'bfymirskiemu piersi egoistyczne zadowolenie wewn\'eatrzne.\par
+\f0\par
+\f1 Szczerze \'bfa\'b3owa\'e6 zmar\'b3ego Roman w istocie nie m\'f3g\'b3. Poza innemi cechami charakteru dodatniemu i mi\'b3emi, arystokrata z przekona\'f1, nieprzyst\'eapny i dumny wzgl\'eadem tych, kt\'f3rych pragn\'b9\'b3 trzyma\'e6 od siebie z daleka, takim tylko, a nie innym, okaza\'b3 si\'ea nie\'bfyj\'b9cy pan January, w stosunku do dzisiejszego swego zi\'eacia.\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski nie bola\'b3 wi\'eac wcale nad strat\'b9 te\'9ccia swego... Teraz za\'9c, powoli pal\'b9c cygaro, my\'9cl jego, przesun\'b9wszy si\'ea oboj\'eatnie po wypadkach \'9cmierci pana Januarego i jego pogrzebu, zatrzymuj\'b9c si\'ea przy tych zdarzeniach tylko ze wzgl\'eadu na bole\'9c\'e6 drogiej mu Oli - swobodna, pomyka\'b3a obecnie chy\'bfo w przysz\'b3o\'9c\'e6.\par
+\f0\par
+\f1 Od jutra staje si\'ea panem!.. B\'eadzie administrowa\'b3 dobra, zbiera\'b3 doch\f0 ody...\par
+\par
+\f1 I Romana upaja\'b3o to jutro!..\par
+\f0\par
+\f1 Lat temu par\'ea skromny student, korepetytor bez grosza przy duszy, \'9fle odziany, od\'bfywiany - biedny... P\'f3\'9fniej zrz\'b9dzeniem losu \'9clepego w\'b3a\'9cciciel sumki poka\'9fnej grosza... Dzi\'9c dziedzic, pan ca\'b3\'b9, g\'eab\'b9!..\par
+\f0\par
+- Do dyaska !.\f1 . - mrukn\'b9\'b3 Dzier\'bfymirski i u\'9cmiechn\'b9wszy si\'ea z zadowoleniem, musia\'b3 przyzna\'e6 jednak, \'bfe \'9cwiat nie tak z\'b3y i nic nie wart, jak nazywa\'b3 go ongi, w pesymizmu chwilach, i \'bfe \'bfycie czasami bywa wcale mi\'b3em.\par
+\f0\par
+\f1 - I c\'f3\'bf mog\'b9 o mnie z\'b3ego powiedzie\'e6 ludzie, \'9cwiat ca\'b3y? - rezonowa\'b3 dalej w my\'9clach swych Roman.\par
+\f0\par
+\f1 - Nic zupe\'b3nie. O zgubie niezwr\'f3conej wszak nikt nic nie wie, ka\'bfdy za\'9c znaj\'b9cy mnie przedtem, gdy dzi\'9c mnie spotka, powie tylko z przekonaniem: Zuch, poradzi\'b3 sobie w \'bfyciu!..\par
+\f0\par
+\f1 - A jak? kt\'f3\'bf o to pyta\'e6 b\'eadzie\f0 ...\par
+\par
+\f1 Dzier\'bfymirski, poczuwszy zn\'f3w pragnienie, w p\'f3\'b3\'9cwietle pokoju odnalaz\'b3 kieliszek i butelk\'ea szampana, kt\'f3r\'b9, powodowany jakim\'9c dziecinnym wprost kaprysem, przyni\'f3s\'b3 sam sobie wieczorem z "w\'b3asnej" piwnicy; nalawszy wina, napi\'b3 si\'ea chciwie.\par
+\f0\par
+\f1 Rado\'9c\'e6 za\'9c jego wewn\'eatrzna, poza egoistyczn\'b9 samowiedz\'b9 przysz\'b3ego bytu, mia\'b3a r\'f3wnie\'bf na jego obron\'ea, przyzna\'e6 nale\'bfy, i szlachetniejsz\'b9 podstaw\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 - Teraz b\'ead\'ea mia\'b3 na to, by odda\'e6 to, co znalaz\'b3em - m\'f3wi\'b3 sobie w\'b3a\'9cnie w tej chwili, trzymaj\'b9c machinalnie w r\'eaku wysoki kryszta\'b3owy kielich od wina, a w my\'9clach bezwiednie i niejasno zarazem uk\'b3ada\'b3 ju\'bf wzgl\'eadem tego plany na przysz\'b3o\'9c\'e6.\par
+\f0\par
+\f1 - Ukrytym celem \'bfycia mego b\'eadzie znale\'9f\'e6, odszuka\'e6 koniecznie zagadkowego w\'b3a\'9cciciela zgubionych dwudziestu siedmiu tysi\'eacy - szepta\'b3 cicho Roman do siebie, - a oddawszy mu jego pieni\'b9dze, oczy\'9cci\'e6 si\'ea w ten spos\'f3b z plamy przesz\'b3o\'9cci!..\par
+\f0\par
+\f1 - Musz\'ea j\'b9 zmaza\'e6! Czystym by\'e6 musz\'ea!.. - z si\'b3\'b9 powt\'f3rzy\'b3 g\'b3o\'9cniej. - Cho\'e6bym mia\'b3 \'9cwiat z posad poruszy\'e6! - doko\'f1czy\'b3 z moc\'b9 i umilk\'b3, a r\'f3wnocze\'9cnie w piersiach jego zapala\'b3a si\'ea teraz jaka\'9c gor\'b9czka czynu.\par
+\f0\par
+\f1 Zdawszy za\'9c sobie natychmiast spraw\'ea z tego stanu swego, Dzier\'bfymirski poruszy\'b3 si\'ea w po\'9ccieli swej niespokojnie.\par
+\f0\par
+\f1 - Tak, ja go znajd\'ea! - m\'f3wi\'b3 sobie w my\'9cli dalej. - Znajd\'ea, dla tego cho\'e6by, i\'bf nie unika\'e6 boja\'9fliwie, jak dot\'b9d, ale \'9cmia\'b3o szuka\'e6 go b\'ead\'ea. Ale... - tu Roman zatrzyma\'b3 si\'ea w my\'9clach, - ale, by dopi\'b9\'e6 tego - powt\'f3rzy\'b3 - wszak musz\'ea wyp\'b3yn\'b9\'e6 na aren\'ea szersz\'b9 \'9cwiata!.. Bo przecie\'bf tu, cho\'e6 b\'ead\'ea panem Gowartowa, nic przecie w tym wzgl\'eadzie uczyni\'e6 nie zdo\'b3am!..\par
+\f0\par
+\f1 - A wi\'eac - gdzie ?.. - dr\'eaczy\'e6 go, m\'eaczy\'e6 pocz\'ea\'b3o pytanie. Dzier\'bfymirski brwi zmarszczy\'b3. \par
+\f0\par
+\f1 Powt\'f3rnie, znowu poczu\'b3 w sobie jak\'b9\'9c nieprzepart\'b9 ch\'ea\'e6 czynu, a r\'f3wnocze\'9cnie zrozumia\'b3 nagle, \'bfe rado\'9c\'e6 jego chwilowa, przelotna z odziedziczenia maj\'b9tku by\'b3a s\'b3omianym tylko ogniem!\par
+\f0\par
+\f1 Bo, rzeczywi\'9ccie...\par
+\f0\par
+\f1 Ambicya bowiem, czasem \'9fle umieszczona - poj\'eata, lecz jedna i ta sama zawsze, kt\'f3ra dot\'b9d pcha\'b3a go \'9clepo naprz\'f3d, i teraz, cho\'e6 zosta\'b3 panem i zdoby\'b3, czego pragn\'b9\'b3, uka\'bfe mu niew\'b9tpliwie inne zn\'f3w braki obecnego po\'b3o\'bfenia, "i\'9c\'e6" naprz\'f3d ka\'bfe, wynie\'9c\'e6 si\'ea ponad drugich zach\'eaca\'e6 b\'eadzie - nurtuj\'b9ca, despotyczna - nie pozostawi go w spokoju!\par
+\f0\par
+\f1 Wzi\'b9wszy za\'9c jeszcze pod uwag\'ea u\'9cpiony wyrzut sumienia i ch\'ea\'e6 zmazania plamy z w\'b3asnej uczciwo\'9cci - przysz\'b3o\'9c\'e6 ta, przed chwil\'b9 jeszcze wymarzona, idealna... ju\'bf teraz przed wzrokiem Romana pokrywa\'b3a si\'ea cieniem.\par
+\f0\par
+\f1 Samowiedza powy\'bfsza pokry\'b3a chmur\'b9 na chwil\'ea pi\'eakne rysy Dzier\'bfymirskiego.\par
+\f0\par
+\f1 - Ha!.. zobaczymy!.. - rzek\'b3 zupe\'b3nie g\'b3o\'9cno, a wypiwszy do ko\'f1ca szampa\'f1skie wino, postawi\'b3 kielich na stole tak silnie, \'bfe lejkowaty, delikatny, prys\'b3 on i szcz\'b9tki kryszta\'b3u upad\'b3y z brz\'eakiem na ziemi\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Pierwszym ruchem pana na Gowartowie by\'b3o si\'eagni\'eacie po zapa\'b3ki, my\'9cl za\'9c zapalenia \'9cwiecy, by zebra\'e6 szk\'b3o st\'b3uczone, przemkn\'ea\'b3a mu przez g\'b3ow\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Powstrzyma\'b3 si\'ea jednak i mrukn\'b9\'b3 zcicha:\par
+\f0\par
+\f1 - Po co? Mam przecie na zawo\'b3anie kamerdyra i dw\'f3ch lokai... Sprz\'b9tn\'b9 jutro...\par
+\f0\par
+\f1 Poczem, znu\'bfony my\'9clami, przytuli\'b3 g\'b3ow\'ea do poduszki, usi\'b3uj\'b9c zasn\'b9\'e6.\par
+\f0\par
+--------------\par
+\par
+\f1 CZ\'ca\'8c\'c6 DRUGA\par
+\f0\par
+\par
+\par
+\par
+\f1 By\'b3a wiosna...\par
+\f0\par
+\f1 Od opisanych zdarze\'f1 pi\'b9ta ju\'bf z kolei tak samo urocza zawsze, u\'9cmiechni\'eata i weso\'b3a - nowa wiecznie, w zieleni i blaskach wschodzi\'b3a ona znowu nad \'9cwiatem. Pe\'b3na w przysz\'b3o\'9c\'e6 wiary i nadziei krzepi\'b3a serca, rozja\'9cnia\'b3a umys\'b3y, sia\'b3a po twarzach ludzkich u\'9cmiechy radosne, a rozogniaj\'b9c wyobra\'9fni\'ea, zmys\'b3y - upajaj\'b9c swem tchnieniem, majowem, \'9cwie\'bfem - sz\'b3a zwyci\'easka, kr\'f3lewska, wspania\'b3a...\par
+\f0\par
+\f1 Przez wp\'f3\'b3przymkni\'eate okno powiew jej, \'b3\'b9cznie z g\'b3uchym gwarem ulic wielkiego miasta, wdziera\'b3 si\'ea do umeblowanego powa\'bfnie, obszernego gabinetu, gdzie przy biurku okaza\'b3em, a zarzuconem papierami, listami, ksi\'eagami i pismami, siedzia\'b3 Roman Dzier\'bfymirski i s\'b3ucha\'b3 m\'f3wi\'b9cego co\'9c do niego m\'b3odego m\'ea\'bfczyzny.\par
+\f0\par
+\f1 Po chwili ten\'bfe umilk\'b3, w pokoju zapanowa\'b3a cisza, zamykaj\'b9ca sna\'e6 powa\'bfn\'b9 i czas d\'b3u\'bfszy tocz\'b9c\'b9 si\'ea rozmow\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Roman zamy\'9clony, uj\'b9wszy w dwa palce jaki\'9c papier, z\'b3o\'bfony we czworo, postukiwa\'b3 nim machinalnie o amarantowe sukno biurka, przybysz za\'9c milcza\'b3, wpatrzony w niego - na odpowied\'9f czeka\'b3 cierpliwie, bawi\'b9c si\'ea tymczasowo trzymanem w r\'eaku no\'bfem do rozcinania.\par
+\f0\par
+\f1 Go\'9c\'e6 nieznajomy by\'b3 niskiego wzrostu; twarz mia\'b3 my\'9cl\'b9c\'b9, ruchliw\'b9 i zmienn\'b9, ca\'b3a za\'9c jego powierzchowno\'9c\'e6, wyra\'9fnie zdradza\'e6 si\'ea zdawa\'b3a, kogo\'9c ze sfer finans\'f3w, lub przemys\'b3u.\par
+\f0\par
+\f1 Przeni\'f3s\'b3szy niebawem wzrok z twarzy Dzier\'bfymirskiego na otaczaj\'b9ce go sprz\'eaty w gabinecie, pobie\'bfnie przygl\'b9da\'e6 mu si\'ea zacz\'b9\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 Rzuci\'b3 wi\'eac okiem na stoj\'b9cy opodal st\'f3\'b3 du\'bfy, przykryty zielonem suknem, a przeznaczony zapewne do sesyi i narad, na otaczaj\'b9ce go fotele, sk\'f3r\'b9 kryte, na dwie, szafy ksi\'b9\'bfek, zegar - cacko staro\'bfytne; spojrza\'b3 na par\'ea konsol, stolik\'f3w, i innych zbytkownych gracik\'f3w - wreszcie, zniecierpliwiony d\'b3u\'bfszem milczeniem gospodarza, zagadn\'b9\'b3:\par
+\f0\par
+- Zatem... panie prezesie?\par
+\par
+D\f1 zier\'bfymirski ockn\'b9\'b3 si\'ea, i ju\'bf otwiera\'b3 w\'b3a\'9cnie usta, by co\'9c odrzec, lecz zatrzyma\'b3 si\'ea nagle, drzwi bowiem skrzypn\'ea\'b3y, i wszed\'b3 lokaj, trzymaj\'b9c du\'bfy list na tacy.\par
+\f0\par
+\f1 - Jaki\'9c pan to przyni\'f3s\'b3, czeka\'b3 bardzo d\'b3ugo, - obja\'9cni\'b3, - w ko\'f1cu kaza\'b3 mi list odda\'e6 ja\'9cnie panu, a sam poszed\'b3...\par
+\f0\par
+\f1 - Przepraszam pana!.. - rzuci\'b3 Roman go\'9cciowi swemu - pan pozwoli, nieprawda\'bf? - i rozerwa\'b3 kopert\'ea przyniesionego pisma.\par
+\f0\par
+\f1 Spojrza\'b3 na \'e6wiartk\'ea papieru formatu handlowego, z kilkunastoma tylko wierszami, pisanymi czytelnie\f0 na maszynie, i kilkoma hieroglifami podpis\'f3w.\par
+\par
+\f1 Lokaj znik\'b3 tymczasem, a, jednocze\'9cnie Dzier\'bfymirski, sko\'f1czywszy czytanie, ponownie zwr\'f3ci\'b3 si\'ea do go\'9ccia swego, lecz i tym razem znowu przeszkodzono mu.\par
+\f0\par
+\f1 Kto\'9c puka\'b3 do drzwi dyskretnie.\par
+\f0\par
+\f1 - Prosz\'ea!.. - rzek\'b3 Roman g\'b3o\'9cno.\par
+\f0\par
+\f1 Drzwi roztworzy\'b3y si\'ea szybko. Do gabinetu wszed\'b3 m\'b3odzieniec bardzo wysoki, ubrany modnie, o powierzchowno\'9cci wytwornej i pa\'f1skiej, oraz ruchach naturalnych, swobodnych, nerwowych nieco tylko i zbyt pr\'eadkich.\par
+\f0\par
+\f1 Przeprosiwszy po\'9cpiesznie siedz\'b9cego przemys\'b3owca, Dzier\'bfymirski zerwa\'b3 si\'ea na widok wchodz\'b9cego.\par
+\f0\par
+\lang1033 - Pardon... mille fois... pardon!.. \lang1045\f1 Kochany prezesie, s\'b3\'f3wko tylko jedno - m\'f3wi\'b3 ju\'bf tymczasem przyby\'b3y, a ujrzawszy powstaj\'b9cego instynktownie go\'9ccia, do\'9c\'e6 grzecznie rzuci\'b3 w jego stron\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 - Przepraszam bardzo, stokrotnie... pana... sekund\'ea tylko!.. - uj\'b9wszy za\'9c rami\'ea Dzier\'bfymirskiego, nachyli\'b3 si\'ea ku niemu, odprowadzi\'b3 dalej nieco i p\'f3\'b3g\'b3osem m\'f3wi\'e6 pocz\'b9\'b3 co\'9c, z \'bfywo\'9cci\'b9 i gestykulacy\'b9, stoj\'b9c z nim razem po\'9crodku gabinetu.\par
+\f0\par
+Po c\f1 hwili, odprowadzony a\'bf do drzwi, z atency\'b9 wyra\'9fn\'b9, po\'bfegna\'b3 si\'ea serdecznie z Romanem i znikn\'b9\'b3 za portyer\'b9 i drzwiami.\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski tymczasem powraca\'b3 ju\'bf do go\'9ccia swego, a przeprosiwszy go raz jeszcze, doda\'b3 na poz\'f3r niedbale:\par
+\f0\par
+\f1 - To w\'b3a\'9cnie ksi\'b9\'bf\'ea-ordynat B... nie zna pan?... Mia\'b3 do mnie interes bardzo pilny... Tu zn\'f3w - wskaza\'b3 na otrzyman\'b9 przed chwil\'b9 korespondency\'ea, - zaproszenie na og\'f3lne zebranie akcyonaryusz\'f3w jednej z naszych kolei. Dzi\'9c mam pi\'ea\'e6 sesyj... - ci\'b9gn\'b9\'b3 dalej w tym samym tonie, - tam - uczyni\'b3 g\'b3ow\'b9 niewyra\'9fny ruch ku drzwiom, - czeka masa interesant\'f3w... Wszystkie godziny dnia policzone...\par
+\f0\par
+\f1 - Wobec tego - zatrzyma\'b3 si\'ea znowu Roman - nie wiem doprawdy - m\'f3wi\'b3 zwolna - czy przyj\'b9\'e6 mog\'ea tak zaszczytny wyb\'f3r pan\'f3w... Po prostu nie mam w og\'f3le czasu... Nie, nie mog\'ea !\par
+\f0\par
+\f1 Cie\'f1 przeszed\'b3 po obliczu nieznajomego, chcia\'b3 co\'9c zaprotestowa\'e6, lecz Dzier\'bfymirski ju\'bf m\'f3wi\'b3: \par
+\f0\par
+\f1 - Przykro mi tylko, i\'bf panowie z tego powodu ambaras prawdopodobnie mie\'e6 b\'ead\'b9... - zatrzyma\'b3 si\'ea chwil\'ea i wskaza\'b3 na trzyman\'b9 do niedawna, w r\'eaku odezw\'ea jednego z pierwszorz\'eadnych akcyjnych towarzystw w\'eaglowych, w kt\'f3rej donoszono mu w\'b3a\'9cnie o wyborze go podczas ostatniego zebrania akcyonaryusz\'f3w na przewodnicz\'b9cego w komisyi rewizyjnej.\par
+\f0\par
+\f1 - Lecz wyzna\'e6 musz\'ea - ci\'b9gn\'b9\'b3 dalej i u\'9cmiechn\'b9\'b3 si\'ea przy tem z lekka, - \'bfe nawet czynno\'9c\'e6, proponowana mi przez pan\'f3w, zastaje mnie ca\'b3kiem nie przygotowanym. Po prostu - tu po wargach Romana przemkn\'b9\'b3 powt\'f3rnie u\'9cmiech - dziedzina to rzeczy, dla mnie nie tak dok\'b3adnie i zupe\'b3nie znanych... Terra incognita... - sk\'b3oni\'b3 g\'b3ow\'ea ruchem lekkim - stanowiska podobnego nie mia\'b3em jeszcze dot\'b9d...\par
+\f0\par
+\f1 I Dzier\'bfymirski zamilk\'b3 na chwil\'ea poczem swobodnie dorzuci\'b3:\par
+\f0\par
+\f1 - Ale! prawda... Zapomnia\'b3em jeszcze powiedzie\'e6 szanownemu panu... Za par\'ea dni wyje\'bfd\'bfam na czas d\'b3u\'bfszy za granic\'ea, dla wypoczynku.\par
+\f0\par
+\f1 Roman zatrzyma\'b3 si\'ea i pytaj\'b9co spojrza\'b3 na go\'9ccia swego.\par
+\f0\par
+\f1 - O!.. to najmniejsza... - odpar\'b3 szybko przemys\'b3owiec - czynno\'9c\'e6 komisyi w roku bie\'bf\'b9cym wypada dopiero za miesi\'eacy kilka, a odbywa si\'ea w og\'f31e niecz\'easto... Co za\'9c do pierwszego punktu... rzecz to r\'f3wnie\'bf ma\'b3ej wagi...\par
+\f0\par
+\f1 - Nie chodzi nam bynajmniej o jednostk\'ea tak dalece rutynowan\'b9, - przepraszam za wyra\'bfenie i m\'b3ody cz\'b3owiek u\'9cmiechn\'b9\'b3 si\'ea lekko - lecz o cz\'b3owieka tych wp\'b3yw\'f3w i stanowiska, oraz zaufania szerokich k\'f3\'b3 naszego miasta, jakie pan prezes po paru latach zaledwie zdoby\'e6 sobie potrafi\'b3, i kt\'f3re niew\'b9tpliwie, rzec mo\'bfna, posiada obecnie ju\'bf w zupe\'b3no\'9cci...\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski teraz z kolei u\'9cmiechn\'b9\'b3 si\'ea na tak jasne postawienie kwestyi. \par
+\f0\par
+Rz\f1 eczywi\'9ccie, lat temu kilka, gdy nieznany tu zgo\'b3a jeszcze przyby\'b3 osiedli\'e6 si\'ea w mie\'9ccie, czy\'bfby \'9cni\'b3o si\'ea nawet komu przyj\'9c\'e6 do\'f1 z tego rodzaju propozycy\'b9. B\'b3ysk zadowolenia mi\'b3o\'9cci w\'b3asnej przemkn\'b9\'b3 w tej chwili po licach Dzier\'bfymirskiego.\par
+\f0\par
+\f1 - Nie traci\'b3e\'9c czasu daremnie - m\'f3wi\'b3 mu wewn\'eatrzny g\'b3os i uczucie pychy rozpiera\'b3o piersi. \par
+\f0\par
+\f1 Milczeniu zaleg\'b3e przerwa\'b3 tymczasem g\'b3os przemys\'b3owca.\par
+\f0\par
+\f1 - Zatem - rzecz za\'b3atwiona nieprawda\'bf? Pan prezes - przyjmuje?...\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski zawaha\'b3 si\'ea sekund\'ea jeszcze, pochlebstwo jednak, podane zr\'eacznie, dzia\'b3a\'e6 poczyna\'b3o. Zdecydowa\'b3 si\'ea da\'e6 odpowied\'9f przychyln\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 - No... trudno!.. - wycedzi\'b3 z wolna, oboj\'eatnie i z pozornym przymusem. Pomimo obowi\'b9zk\'f3w i odpowiedzialno\'9cci, kt\'f3re wk\'b3adaj\'b9 na mnie czynno\'9cci i stanowisko przewodnicz\'b9cego w komisyi, przyj\'b9\'e6 ju\'bf chyba musz\'ea!..\par
+\f0\par
+\f1 - Wyb\'f3r pan\'f3w akcyonaryusz\'f3w zreszt\'b9 takiego zwi\'b9zku, jakiem jest Towarzystwo pan\'f3w - tu Roman sk\'b3oni\'b3 si\'ea grzecznie w stron\'ea go\'9ccia swego, a b\'ead\'b9cego - ci\'b9gn\'b9\'b3 dalej - bez pochwa\'b3 i przesady, w rozkwicie obecnym jednem z pierwszorz\'eadnych w kraju - zaszczyt mi tylko przynosi - i Dzier\'bfymirski w tem miejscu przem\'f3wienia swego pochyli\'b3 z lekka g\'b3ow\'ea. - Co za\'9c do czynno\'9cci rewizyjnych, mam nadziej\'ea r\'f3wnie\'bf - ko\'f1czy\'b3 - i\'bf chyba im podo\'b3am, tymbardziej - u\'9cmiechn\'b9\'b3 si\'ea tym razem nieco dumnie - \'bfe zaj\'ea\'e6 bardzo podobnych, cho\'e6 tak r\'f3\'bfnorodnych, piastuj\'ea od pewnego czasu moc niezliczon\'b9...\par
+\f0\par
+\f1 - O, naturalnie! - przy\'9cwiadczy\'b3 go\'9c\'e6 skwapliwie, - zreszt\'b9 przyjemno\'9c\'e6 mia\'b3em powiedzie\'e6 ju\'bf panu prezesowi w toku rozmowy dzisiejszej, \'bfe zdaniem jest jednog\'b3o\'9cnem akcyonaryusz\'f3w naszego Towarzystwa, i\'bf w ca\'b3em mie\'9ccie nie ma formalnie nikogo, kto by lepiej od pana prezesa czynno\'9c\'e6 wzmiankowan\'b9 obj\'b9\'e6 zdo\'b3a\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski na to znowu pochlebstwo nowe w milczeniu nisko pochyli\'b3 tylko g\'b3ow\'ea i powsta\'b3 z siedzenia.\par
+\f0\par
+\f1 Go\'9c\'e6 jednocze\'9cnie z krzes\'b3a zerwa\'b3 si\'ea szybko.\par
+\f0\par
+\f1 - Dzi\'eakuj\'ea i uciekam, panie prezesie, czas - to pieni\'b9dz, a przys\'b3owie to nigdzie chyba lepiej, ni\'bf tutaj, zastosowanem by\'e6 nie mo\'bfe.\par
+\f0\par
+\f1 - Prosz\'ea wyrazi\'e6 tymczasowo moje podzi\'eakowanie panom z Rady Zarz\'b9dzaj\'b9cej,- odpar\'b3 uprzejmie Dzier\'bfymirski. - W sprawie tej zreszt\'b9 wpadn\'ea osobi\'9ccie do biur Towarzystwa, przed mym wyjazdem.\par
+\f0\par
+\f1 - S\'b3uga pa\'f1ski!.. - rzuci\'b3 jeszcze przyby\'b3y w uk\'b3onie i w \'9clad za tem znik\'b3 za drzwiami. Dzier\'bfymirski krokiem miarowym przechadza\'e6 si\'ea pocz\'b9\'b3 po pokoju.\par
+\f0\par
+\f1 - Wi\'eac i ta akcyjna sp\'f3\'b3ka w\'eaglowa - my\'9cla\'b3 - obracaj\'b9ca kapita\'b3ami, najpot\'ea\'bfniejszymi mo\'bfe w kraju, ceniona, znana, wybra\'b3a go r\'f3wnie\'bf! Wi\'eac i oni do\'f1 przyszli! Wpo\'9cr\'f3d siebie nie znale\'9fli nikogo, godniejszego, by piastowa\'e6 urz\'b9d, tak pe\'b3en zaufania!.. - w umy\'9cle Romana bezustannie nad innemi g\'f3rowa\'b3o wra\'bfenie wizyty ostatniej.\par
+\f0\par
+\f1 Duma wci\'b9\'bf rozsadza\'b3a mu piersi, u\'9cmiech zadowolenia b\'b3\'b9ka\'b3 si\'ea po ustach; Roman, zamy\'9clony, przebiega\'b3 ci\'b9gle sw\'f3j g\f0 abinet wielkimi krokami.\par
+\par
+\f1 Nagle rozmy\'9clanie to, tak wielce dla\'f1 mi\'b3e, przerwane zosta\'b3o wej\'9cciem lokaja.\par
+\f0\par
+\f1 - Jaka\'9c nieznajoma pani w \'bfa\'b3obie chce widzie\'e6 si\'ea z ja\'9cnie panem - zaanonsowa\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 - Jak si\'ea nazywa?\par
+\f0\par
+\f1 - Oto bilet, ja\'9cnie panie...\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski wzi\'b9\'b3 z r\'b9k s\'b3ugi kartk\'ea brystolu i przeczyta\'b3 wylitografowane na niej nazwisko; nic jednak nie powiedzia\'b3o mu ono. \par
+\f0\par
+\f1 - Pro\'9c! - rzek\'b3 kr\'f3tko.\par
+\f0\par
+\f1 Lokaj wyszed\'b3, a Dzier\'bfymirski zbli\'bfy\'b3 si\'ea z wolna do swego biurka i usiad\'b3 przed niem, spojrzawszy przy tem mimo woli na le\'bf\'b9ce tam porozrzucane papiery.\par
+\f0\par
+\f1 - A... prawda!.. - mrukn\'b9\'b3 p\'f3\'b3g\'b3osem do siebie i si\'eagn\'b9\'b3 jednocze\'9cnie po papier listowy, oraz kopert\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Przed nim, jako wice - prezesem zak\'b3ad\'f3w dobroczynnych, le\'bfa\'b3 list znanego w mie\'9ccie i wp\'b3ywowego ksi\'eacia S., z pro\'9cb\'b9 o umieszczenie w jednym z przytu\'b3k\'f3w jakiego\'9c schorza\'b3ego biedaka.\par
+\f0\par
+\f1 Odpowiedzi przychylnej w tej sprawie - kt\'f3r\'b9 dnia poprzedniego sam ju\'bf za\'b3atwi\'b3 osobi\'9ccie - nie da\'b3 jeszcze ksi\'eaciu; umoczywszy wi\'eac pi\'f3ro, Roman pocz\'b9\'b3 pisa\'e6 zamaszy\'9ccie.\par
+\f0\par
+W t\f1 ej samej chwili do komnaty wsun\'ea\'b3a si\'ea przysadzista, kr\'eapa posta\'e6 czarno ubranej kobiety. Ma\'b3ymi kroczkami podesz\'b3a natychmiast do biurka i przem\'f3wi\'b3a g\'b3o\'9cno:\par
+\f0\par
+\f1 - Przepraszam bardzo, \'bfe tak natarczywie... \par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski, niezadowolony nieco, \'bfe mu tak z nag\'b3a przerwano w\'b9tek listu, spojrza\'b3 niech\'eatnie z pod oka na nowo przyby\'b3\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 Przed nim sta\'b3a kobieta lat pi\'ea\'e6dziesi\'eaciu mo\'bfe, o zn\'eakanych rysach, ubrana nieco z staro\'9cwiecka, do\'9c\'e6 zreszt\'b9 poza tem uk\'b3adnej powierzchowno\'9cci.\par
+\f0\par
+\f1 - Niech pani spocznie, prosz\'ea... za chwil\'ea s\'b3u\'bf\'ea! - rzek\'b3 uprzejmie i pocz\'b9\'b3 pisa\'e6 znowu.\par
+\f0\par
+\f1 - Doprawdy nie rozumiem sama, jak o\'9cmieli\'b3am si\'ea przyj\'9c\'e6 tutaj, ale szlachetno\'9c\'e6, zacno\'9c\'e6 szanownego prezesa... - us\'b3ysza\'b3 znowu Roman.\par
+\f0\par
+\f1 Niecierpliwie tym razem wzni\'f3s\'b3 na przyby\'b3\'b9 spojrzenie i przerwa\'b3 jej grzecznie, lecz sucho:\par
+\f0\par
+\f1 - Przepraszam. Jak widzi szanowna pani, chwilowo zaj\'eaty jestem... Wszak pani nie pilno?..\par
+\f0\par
+- O, nie... przeciwnie... Tylko...\par
+\par
+\f1 Roman spu\'9cci\'b3 oczy i my\'9cl\'b9ce czo\'b3o, oraz pocz\'b9\'b3 pisa\'e6 dalej, najspokojniej w \'9cwiecie. W pokoju zaleg\'b3o milczenie, przerywane li tylko zgrzytem pi\'f3ra po papierze.\par
+\f0\par
+\f1 Gdy Dzier\'bfymirski list sko\'f1czy\'b3, podni\'f3s\'b3 machinalnie oczy na nieznajom\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 U\'9cmiechn\'b9\'b3 si\'ea mimo woli; spotka\'b3 si\'ea bowiem z dziwnie zabawnym i uszczypliwym wyrazem jej twarzy, oraz wejrzeniem z\'b3em i jakby obra\'bfonem, kt\'f3re pod niespodzianym wzrokiem jego z\'b3agodnia\'b3o jednak natychmiast, przeistoczy\'b3o si\'ea w s\'b3odkie i potulne, jak u baranka.\par
+\f0\par
+\f1 Zaadresowawszy list, Dzier\'bfymirski zadzwoni\'b3 na lokaja. Gdy ten si\'ea zjawi\'b3, poleci\'b3 mu odes\'b3a\'e6 \f0 pismo natychmiast.\par
+\par
+\f1 - Czy jest kto? - zapyta\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 - Pan hrabia z Melsztyna... Czeka w salonie - brzmia\'b3a odpowied\'9f.\par
+\f0\par
+\f1 - Powiedz, \'bfe przepraszam, i za chwil\'ea go prosz\'ea! - rozkaza\'b3 Roman, gdy za\'9c lokaj znik\'b3 za drzwiami, uprzejmie z kolei zwr\'f3ci\'b3 si\'ea do niezna\f0 jomej.\par
+\par
+\f1 - S\'b3ucham pani\'b9... Czem s\'b3u\'bfy\'e6 mog\'ea?\par
+\f0\par
+\f1 Przyby\'b3a poprawi\'b3a si\'ea na krze\'9cle, zrobi\'b3a min\'ea s\'b3odsz\'b9 jeszcze, i zmieszana nieco przem\'f3wi\'b3a: \par
+\f0\par
+\f1 - M\'f3j m\'b9\'bf, znaj\'b9c tak dobrze szanownego pana prezesa, tak cz\'easto wspomina\'b3 mi o jego szlachetno\'9cci, zacno\'9cci, dobrem sercu, \'bfe... - tu przerwa\'b3a na chwil\'ea, widz\'b9c zdumion\'b9 min\'ea Dzier\'bfymirskiego, poczem ci\'b9gn\'ea\'b3a zn\'f3w dalej, straciwszy widocznie w\'b9tek poprzednich my\'9cli, bo nie doko\'f1czy\'b3a ju\'bf poprzedniego zdania:\par
+\f0\par
+\f1 - M\'f3j m\'b9\'bf, Nepomucyn, zawsze mawia\'b3 mi takich ludzi potrzeba nam wi\'eacej, jak prezes Dzier\'bfymirski; ludzi hartu, \'bfelaznej woli, inteligencyi rzutkiej, prawo\'9cci charakteru... O, m\'f3j m\'b9\'bf bardzo, bardzo ceni\'b3 pana prezesa... - i zawik\'b3awszy si\'ea ponownie w wyg\'b3aszane przez si\'ea pochwa\'b3y, nieznajoma zatrzyma\'b3a si\'ea chwil\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski, zniecierpliwiony nieco, skorzysta\'b3 skwapliwie z przerwy.\par
+\f0\par
+\f1 - Przepraszam pani\'b9 - spyta\'b3 grzecznie - jak godno\'9c\'e6 i imi\'ea m\'ea\'bfa pani? Czy \'bfyje?...\par
+\f0\par
+\f1 - Nepomucyn Wygrzywalski - odpar\'b3a zapytana - zmar\'b3 rok temu... \'8cwie\'e6, Panie, nad jego dusz\'b9! - westchn\'ea\'b3a.\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski zmarszczy\'b3 brwi i zamy\'9cli\'b3 si\'ea chwil\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 - Nie przypominam sobie, bym mia\'b3 przyjemno\'9c\'e6 zna\'e6 osob\'ea tego nazwiska... - wycedzi\'b3 z wolna. \par
+\f0\par
+\f1 Z pod u\'9cmiechni\'eatych s\'b3odkawo i mile, si\'b3\'b9 woli u\'b3o\'bfonych rys\'f3w przyby\'b3ej, b\'b3ys\'b3o ku Romanowi ura\'bfone i gro\'9fne spojrzenie.\par
+\f0\par
+\f1 - Jak to ? - odezwa\'b3a si\'ea obra\'bfonym nieco i kwaskowatym jakby tonem. - By\'e6 nie mo\'bfe ?.. Pan prezes chyba przypomnie\'e6 sobie tylko nie raczy...\par
+\f0\par
+\f1 - A jak dawno? - \'b3agodniej nieco przem\'f3wi\'b3 Dzier\'bfymirski. - I ile razy - s\'b3owa ostatnie podkre\'9cli\'b3, u\'9cmiechn\'b9wszy si\'ea ironicznie - widzia\'b3 mnie m\'b9\'bf pani?\par
+\f0\par
+\f1 - O! kilka razy zaledwie mia\'b3 sposobno\'9c\'e6... - po\'9cpieszy\'b3a z odpowiedzi\'b9 przyby\'b3a. - Dwa, trzy mo\'bfe... Ale widzenie si\'ea to by\'b3o dla\'f1 przyjemnem nad wyraz - utkwi\'b3o mu w pami\'eaci...\par
+\f0\par
+\f1 - Ach, m\'b9\'bf m\'f3wi\'b3 mi tyle razy - ci\'b9gn\'ea\'b3a dalej s\'b3odkawo, z wymuszonym okoliczno\'9cciowym u\'9cmiechem, - \'bfe, naturalnie, poza zas\'b3ugami spo\'b3ecznemi, tak przyjemnego, sympatycznego, mi\'b3ego cz\'b3owieka, jak pan, nie zna\'b3 by\'b3 dot\'b9d, i dla tego te\'bf my\'9cla\'b3am, \'bfe i pan prezes... - tu urwa\'b3a swe przem\'f3wienie pani Wygrzywalska, \'9cledz\'b9c na twarzy Romana wra\'bfenie s\'b3\'f3w swoich.\par
+\f0\par
+\f1 Ten jednak\'bfe, zra\'bfony nieco rzucanemi mu w twarz ni przypi\'b9\'b3, ni przy\'b3ata\'b3, pochlebstwami ju\'bf powt\'f3rnie, i ca\'b3kiem notabene, niezr\'eacznie, odrzek\'b3 zimno:\par
+\f0\par
+\f1 - O, prosz\'ea pani... Ja widuj\'ea po trzydzie\'9cci, czterdzie\'9cci interesant\'f3w dziennie... Po\'b3owa z nich nieznan\'b9 mi bywa zazwyczaj - liczbie tych wi\'eac znajdowa\'b3 si\'ea zapewne m\'b9\'bf pani... Dlatego te\'bf nie przypominam go sobie.\par
+\f0\par
+Jak pocisk z\f1 jadliwe tym razem i ca\'b3kiem ju\'bf obra\'bfone uderzy\'b3o w lica Dzier\'bfymirskiego spojrzenie pani Wygrzywalskiej.\par
+\f0\par
+\f1 - Dziwi mnie to niewymownie, \'bfe tak uporczywie pan prezes przypomnie\'e6 sobie mego m\'ea\'bfa nie raczy... - odezwa\'b3a si\'ea uszczypliwie, a w glosie jej czu\'e6 by\'b3o \'9cmierteln\'b9 obraz\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 - Przecie\'bf ostatecznie - m\'f3wi\'b3a w tym samym tonie dalej - jak i mnie, tak i jego, tu w mie\'9ccie zna\'b3o du\'bfo os\'f3b... Nie dalej, jak hrabiowie Olscy, zacno\'9cci i poczciwo\'9cci ludzie, z kt\'f3rymi mnie \'b3\'b9czy nawet stosunek przyja\'9fni... Wyjechali za granic\'ea wczoraj w\'b3a\'9cnie... Nast\'eapnie r\'f3wnie\'bf i nieod\'bfa\'b3owanej pami\'eaci ksi\'b9\'bf\'ea Top\'f3r-Toporski Alfred tak \'b3askaw by\'b3 za \'bfycia opiekowa\'e6 si\'ea nami... - ko\'f1czy\'b3a przyby\'b3a z godno\'9cci\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 - Chce zaimponowa\'e6 mi znajomo\'9cci\'b9 z ksi\'b9\'bf\'eatami, a to orygina\'b3 baba, - przemkn\'ea\'b3o przez my\'9cl Dzier\'bfymirskiemu i u\'9cmiechn\'b9\'b3 si\'ea jednocze\'9cnie, zrobi\'b3 bowiem i inn\'b9 w tej chwili uwag\'ea, a mianowicie, \'bfe jako\'9c za wiele by\'b3o nieboszczyk\'f3w w gronie ludzi, na kt\'f3rych powo\'b3ywa\'b3a si\'ea siedz\'b9ca przed nim jejmo\'9c\'e6.\par
+\f0\par
+\f1 Chc\'b9c przytem przeci\'b9\'e6 zarazem zapowiadaj\'b9c\'b9 si\'ea prawdopodobnie zn\'f3w na d\'b3ugo tyrad\'ea s\'b3\'f3w, pozbawionych, jak i poprzednie, \'9ccis\'b3ej logiki, rzek\'b3 szybko:\par
+\f0\par
+\f1 - Przepraszam bardzo: Nie mog\'b3a by mnie szanowna pani powiadomi\'e6 jednak, czemu w\'b3a\'9cciwie zawdzi\'eaczam jej wizyt\'ea?\par
+\f0\par
+Na t\f1 ak jasno postawione ultimatum zmiesza\'b3a si\'ea przyby\'b3a i wyj\'b9ka\'b3a:\par
+\f0\par
+\f1 - Nie wiem doprawdy, jak ja, wdowa nieszcz\'ea\'9cliwa, zdoby\'b3am si\'ea na tak\'b9 \'9cmia\'b3o\'9c\'e6... Ale, przynaglona materyalnem po\'b3o\'bfeniem bez wyj\'9ccia, ufaj\'b9c w przyja\'9f\'f1, kt\'f3r\'b9 \'bfywi\'b3 m\'f3j m\'b9\'bf nieboszczyk do pana prezesa, chcia\'b3am prosi\'e6 o drobn\'b9 po\'bfyczk\'ea... - urwa\'b3a na chwil\'ea, poczem g\'b3osem \'9cmia\'b3ym ju\'bf teraz i godno\'9cci pe\'b3nym, doda\'b3a:\par
+\f0\par
+\f1 - Co do oddania - nie mo\'bfe by\'e6 obawy \'bfadnej, poniewa\'bf ludzie mnie znaj\'b9... A zreszt\'b9... - tu u\'9cmiechn\'ea\'b3a si\'ea z dumn\'b9 - pochodz\'ea sama z arystokracyi, wi\'eac...\par
+\f0\par
+\f1 To \'84wi\'eac" by\'b3o wypowiedziane takim tonem, i\'bf rozwiewa\'e6 si\'ea zdawa\'b3o wszelkie co do zwr\'f3cenia kwoty w\'b9tpliwo\'9cci; jejmo\'9c\'e6 nie doko\'f1czy\'b3a zdania, a spojrza\'b3a tylko przenikliwie na s\'b3uchacza swego, jakby pragn\'b9c odgadn\'b9\'e6, jakie wra\'bfenie na\'f1 uczyni\'b3o powiedzenie jej ostatnie.\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski za\'9c tymczasem, zdziwiony nieco tym epilogiem, u\'9cmiechn\'b9\'b3 si\'ea pod w\'b9sem nieznacznie.\par
+\f0\par
+\f1 - Czy wolno wiedzie\'e6 - z kt\'f3rej? - z kurtuazy\'b9 zapyta\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 - Rodz\'ea si\'ea z domu kniazi\'f3wna R\'b9rowska - z godno\'9cci\'b9 i namaszczeniem odpar\'b3a dumnie wdowa.\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski ponownie u\'9cmiechn\'b9\'b3 si\'ea z ironi\'b9. Rodzina ta prawie, \'bfe ju\'bf ca\'b3kiem wygas\'b3a, aczkolwiek dawna bardzo, wed\'b3ug heraldycznych i historycznych danych, nigdy nie mia\'b3a praw do \'bfadnych w og\'f3le tytu\'b3\'f3w, \f0 pr\'f3cz kopertowych chyba. \par
+\par
+\f1 S\'b3ysz\'b9c zatem wypowiedziane tak czelne k\'b3amstwo, Roman nie odpowiedzia\'b3 nic, a tylko wpatrzy\'b3 si\'ea badawczo, z uwag\'b9, w twarz siedz\'b9cej przed nim kobiety.\par
+\f0\par
+\f1 Od pocz\'b9tku ju\'bf samego dziwi\'b3y go jej rozmowa i zachowanie ca\'b3e, teraz wi\'eac, gdy wiedzia\'b3 cel wizyty, bystrym wzrokiem rozumnych oczu wpatrywa\'b3 si\'ea wci\'b9\'bf w rysy przyby\'b3ej. Trwa\'b3o tak minut par\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 I pod spojrzeniem tem nagle spu\'9cci\'b3a wzrok kobieta...\par
+\f0\par
+\f1 Po raz pierwszy od kwadransa spad\'b3a z twarzy jej ob\'b3udna, fa\'b3szywa i uk\'b3adna, a przyodziana li tylko w imi\'ea pozor\'f3w, maska. Zorane policzki wdowy okrasi\'b3 lekki rumieniec, a pod wp\'b3ywem jakiej\'9c my\'9cli zapewne, wyraz jej oblicza, prawdziwy i szczery, mign\'b9\'b3 na chwil\'ea przed oczyma obserwuj\'b9cego m\'ea\'bfczyzny.\par
+\f0\par
+\f1 I to ocali\'b3o nieboraczk\'ea. Zniecierpliwiony bowiem dot\'b9d obecno\'9cci\'b9 jej Roman, i zdecydowany ju\'bf prawie wyprosi\'e6 za drzwi kniazi\'f3wn\'ea "de domo", zamy\'9cli\'b3 si\'ea nagle.\par
+\f0\par
+\f1 Po chwili za\'9c, jakby wynik przelotnego egzaminu fizyonomii przyby\'b3ej, by\'b3 dla\'f1 wystarczaj\'b9cym zupe\'b3nie, spu\'9cci\'b3 wzro\f0 k.\par
+\par
+\f1 I sna\'e6 wiele niek\'b3amanego, a tajonego b\'f3lu, oraz nieszcz\'ea\'9ccia prawdziwego mo\'bfe wyczyta\'b3 by\'b3 na tej twarzy go\'9ccia swego; bo po minutach jeszcze paru zastanowienia i wahania, milcz\'b9c, si\'eagn\'b9\'b3 r\'eak\'ea klamki drzwiczek wbitej w \'9ccianie ogniotrwa\'b3ej kasy, i - wyj\'b9wszy stamt\'b9d papierek dziesi\'eaciorublowy, po\'b3o\'bfy\'b3 go na stole.\par
+\f0\par
+\f1 Posun\'b9wszy za\'9c banknot ten z lekka ku siedz\'b9cej, rzek\'b3 tylko:\par
+\f0\par
+\f1 - S\'b3u\'bf\'ea pani!\par
+\f0\par
+\f1 Poczem, gdy pieni\'b9dz \'f3w schowa\'b3a, obsypuj\'b9c ofiarodawc\'ea swego potokiem s\'b3odko przyprawionych komuna\'b3\'f3w, zadzwoni\'b3 na lokaja:\par
+\f0\par
+\f1 Pos\'b3uszny, zjawi\'b3 si\'ea s\'b3uga za chwil\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 - Pro\'9c pana hrabiego! - rozkaza\'b3 Dzier\'bfymirski.\par
+\f0\par
+\f1 - Ju\'bf wyszed\'b3. M\'f3wi\'b3, \'bfe wpadnie kiedy indziej, bo czeka\'e6 wi\'eacej nie mia\'b3 czasu... Kaza\'b3 przeprosi\'e6 ja\'9cnie pana, bardzo i zostawi\'b3 tu bilet sw\'f3j, na kt\'f3rym co\'9c napisa\'b3, - i przy tych s\'b3owach lokaj poda\'b3 bilet.\par
+\f0\par
+\f1 Roman rzuci\'b3 na\'f1 okiem...\par
+\f0\par
+\f1 Pani Wygrzywalska jednak przerwa\'b3a mu czytanie. Do swej roli wraca\'b3a powt\'f3rnie.\par
+\f0\par
+\f1 - Przepraszam bardzo szanownego pana prezesa - pocz\'ea\'b3a m\'f3wi\'e6 swym poprzednim tonikiem - ale wiedzie\'e6 chcia\'b3am w\'b3a\'9cnie, jak adresowa\'e6 mam przy zwrocie tej kwoty, tak wspania\'b3omy\'9clnie, szlachetnie, mi udzielonej... Pan prezes podobno na d\'b3ugo wyje\'bfd\'bfa?..\par
+\f0\par
+\f1 Roman na te s\'b3owa u\'9cmiechn\'b9\'b3 si\'ea z\'b3o\'9cliwie i odpar\'b3:\par
+\f0\par
+\f1 - O, \'b3askawa pani ! Adresem zupe\'b3nie dostatecznym b\'ead\'b9 dwa s\'b3owa : "R. Dzier\'bfymirski." \'afegnam pani\'b9... - tu powsta\'b3 z siedzenia i sk\'b3oni\'b3 si\'ea z daleka.\par
+\f0\par
+\f1 Po\'bfegnany z kolei uk\'b3onem sztywnym nieco odchodz\'b9cej "pseudo-arystokratki", Dzier\'bfymirski zwr\'f3ci\'b3 si\'ea do lokaja:\par
+\f0\par
+- Jest kto? - z\f1 apyta\'b3. \par
+\f0\par
+\f1 - Jaki\'9c pan powiada, \'bfe ja\'9cnie pana zna dawno, chce si\'ea widzie\'e6 koniecznie.\par
+\f0\par
+\f1 - Jak wygl\'b9da?\par
+\f0\par
+\f1 - Taki sobie... nie bardzo poka\'9fny... \par
+\f0\par
+\f1 Codziennie, od dziewi\'b9tej do dwunastej z rana, ka\'bfdy mia\'b3 wst\'eap wolny do "pana prezesa". Dzier\'bfymirski nie odst\'eapowa\'b3 nigdy od powzi\'eatej raz regu\'b3y, tym razem wi\'eac zar\'f3wno rzuci\'b3 oboj\'eatnie:\par
+\f0\par
+\f1 - Pro\'9c!..\par
+\f0\par
+\f1 Sam za\'9c do biurka zasiad\'b3, by sko\'f1czy\'e6 czytanie biletu hrabiego z Melsztyna.\par
+\f0\par
+\f1 Min\'ea\'b3o par\'ea minut.\par
+\f0\par
+\f1 Zaczytany, nie spostrzeg\'b3 by\'b3 Roman, \'bfe na \'9crodku pokoju od pewnego ju\'bf czasu sta\'b3 m\'b3ody cz\'b3owiek, lat oko\'b3o trzydziestu pi\'eaciu, i patrzy\'b3 na\'f1 uporczywie.\par
+\f0\par
+\f1 Pod si\'b3\'b9 tego wzroku podni\'f3s\'b3 oczy Dzier\'bfymirski, a ujrzawszy przybysza zblad\'b3; pozna\'b3 go bowiem od razu, nie da\'b3 jednak pozna\'e6 tego po sobie, nie podni\'f3s\'b3 si\'ea z miejsca nawet, a tylko ruchem r\'eaki oboj\'eatnym wskaza\'b3 krzes\'b3o.\par
+\f0\par
+\f1 - Prosz\'ea pana... Przepraszam... za chwil\'ea... Nieznajomy zarumieni\'b3 si\'ea, nie rzek\'b3szy nic jednak, usiad\'b3 pokornie na koniuszczku sto\'b3ka, Dzier\'bfymirski za\'9c si\'eagn\'b9\'b3 po jakie\'9c ksi\'eagi, le\'bf\'b9ce - opodal i zag\'b3\'eabi\'b3 si\'ea w nich, ze skupieniem.\par
+\f0\par
+\f1 Ale tylko na poz\'f3r... W rzeczywisto\'9cci za\'9c potrzebowa\'b3 czasu, by och\'b3on\'b9\'e6 z doznanego przed chwil\'b9 wra\'bfenia.\par
+\f0\par
+\f1 Przed nim znajdowa\'b3 si\'ea towarzysz, niewidziany ju\'bf od lat siedmiu - jeden z dw\'f3ch pierwszych ludzi, z kt\'f3rymi si\'ea by\'b3 zbrata\'b3, przyjechawszy niegdy\'9c do kraju sam, nieznany i biedny!..\par
+\f0\par
+\f1 I nagle, wywo\'b3ane przypomnieniem, stan\'ea\'b3y mu w my\'9cli jasno te chwile dawne !.. Ukaza\'b3a mu si\'ea \'bfywo w wyobra\'9fni straszna noc moralnego prze\'b3omu jego \'bfycia, noc udr\'eacze\'f1 w izdebce na poddaszu - noc walki z uczciwo\'9cci\'b9 z jednej strony, a n\'eadz\'b9, u\'b3ud\'b9 mi\'b3o\'9cci, pragnieniem \'bfycia - z drugiej!...\par
+\f0\par
+\f1 Wszak siedz\'b9cy oto teraz przed nim m\'b3ody cz\'b3owiek by\'b3 jednym z tych dw\'f3ch w\'b3a\'9cnie, kt\'f3rzy, gdy on nurza\'b3 r\'eace w kusz\'b9cem go sw\'b9 pot\'eag\'b9 z\'b3ocie, stukaniem nag\'b3em we drzwi izdebki wstrz\'b9sn\'eali nim tak silnie...\par
+\f0\par
+\f1 I Roman, przebiegaj\'b9c spojrzeniem w duchu to wszystko, m\'f3wi\'b3 do siebie jednocze\'9cnie:\par
+\f0\par
+\f1 - Dziwnem jednak jest to \'bfycie nasze... O, jak\'bfe dziwnem !.. Gdyby nie to z\'b3oto, a p\'f3\'9fniej Monte Carlo, Ola i \'9cmier\'e6 jej ojca, oraz dziedzictwo po nim, nie by\'b3bym przecie nigdy tem, czem dzi\'9c jestem!..\par
+\f0\par
+\f1 Przepastna ironia - ko\'b3o bez wyj\'9ccia!.. \par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski, pochylony nad grub\'b9 ksi\'eag\'b9, kt\'f3rej cyfr i kolumn ich nie widzia\'b3 zgo\'b3a - pogr\'b9\'bfonym si\'ea ci\'b9gle by\'e6 zdawa\'b3 ca\'b3kowicie, w rachunku i pracy.\par
+\f0\par
+\f1 Milczenie zupe\'b3ne - panowa\'b3o w pokoju, w ciszy zegar wydzwoni\'b3 niebawem godzin\'ea wp\'f3\'b3 do dwunastej. Roman si\'ea ockn\'b9\'b3; zostawa\'b3o mu ju\'bf tylko p\'f3\'b3 godziny czasu. Uczyni\'b3 nad sob\'b9 wysi\'b3ek i g\'b3osem spokojnym zupe\'b3nie przem\'f3wi\'b3 oboj\'eatnie:\par
+\f0\par
+\f1 - Z kim mam przyjemno\'9c\'e6 i czem s\'b3u\'bfy\'e6 mog\'ea?..\par
+\f0\par
+\f1 - Herman Zieli\'f1ski. Czy pan.. prezes naprawd\'ea mnie sobie nie przypomina? - odpar\'b3 m\'b3ody cz\'b3owiek dobitnie.\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski zawaha\'b3 si\'ea chwil\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 - Zieli\'f1skich znam wielu - rzek\'b3 z wolna - nazwisko pa\'f1skie ma przedstawicieli tak licznych... Zreszt\'b9... mo\'bfe... Przykro mi bardzo, lecz doprawdy nie przypominam sobie...\par
+\f0\par
+\f1 - Ja za to - odpowiedzia\'b3 m\'b3odzieniec, akcentuj\'b9c silnie s\'b3owa - przypominam sobie a\'bf nadto dobrze... Poznali\'9cmy si\'ea przed laty siedmiu; ja, pan i Jasio Zboi\'f1ski stanowili\'9cmy przez czas jaki\'9c nierozerwaln\'b9 nawet tr\'f3jk\'ea. Potem... pan przesta\'b3e\'9c stopniowo nas poznawa\'e6... Kolej to zwyk\'b3a rzeczy \'9cwiata tego, prawo ludzkie - by\'e6 mo\'bfe... Pan wznosi\'b3e\'9c si\'ea po drabinie spo\'b3ecznej wysoko, my gin\'eali\'9cmy w cieniu... Pan dosi\'eag\'b3e\'9c jej szczyt\'f3w obecnie, my, to jest ja, zosta\'b3em u jej podn\'f3\'bfa...\par
+\f0\par
+\f1 Zatrzyma\'b3 si\'ea w przem\'f3wieniu swem m\'b3ody cz\'b3owiek, po chwili za\'9c doda\'b3; z gorycz\'b9:\par
+\f0\par
+\f1 - Jednak... my\'9cla\'b3em, \'bfe pan... prezes, pomimo to, raczy mnie sobie przypomnie\'e6. C\'f3\'bf robi\'e6 - omyli\'b3em si\'ea!.. - m\'b3odzieniec powsta\'b3, got\'f3w do wyj\'9ccia.\par
+\f0\par
+\f1 - Ale c\'f3\'bf znowu !.. - wykrzykn\'b9\'b3 s\'b3uchaj\'b9cy go dot\'b9d w milczeniu wahaj\'b9cem si\'ea Dzier\'bfymirski, a zarazem, powstawszy \'9cpiesznie z miejsca, przyja\'9fnie wyci\'b9gn\'b9\'b3 r\'eak\'ea ku przyby\'b3emu.\par
+\f0\par
+\f1 - Witam i przepraszam... Pami\'eatam te czasy doskonale, tylko pan zmieni\'b3e\'9c si\'ea do niepoznania. C\'f3\'bf Zboi\'f1ski, c\'f3\'bf pan - porabiacie teraz?.. Niech\'bfe pan spocznie, prosz\'ea bardzo... - dorzuci\'b3 Roman \'b3askawie i swobodnie, teraz bowiem panowa\'b3 ju\'bf ca\'b3kiem nad sob\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 Zieli\'f1ski, poznany, usiad\'b3 i o\'9cmielony odpar\'b3: \par
+\f0\par
+\f1 - Cieszy mnie niewymownie, \'bfe pan przypominasz sobie lata owe.. Dla mnie, wyzna\'e6 musz\'ea, okres ten ca\'b3y \'bfycia mego stanowi przyjemne nader wspomnienie - urwa\'b3, i u\'9cmiechn\'b9wszy si\'ea ironicznie, zachowuj\'b9c jeszcze sw\'f3j ton sprzed chwili, dorzuci\'b3 dobitnie:\par
+\f0\par
+\f1 - Ba, dawniej przecie my ze Zboi\'f1skim, we tr\'f3jk\'ea, m\'f3wili\'9cmy sobie "ty" nawet!\par
+\f0\par
+\f1 - C\'f3\'bf pana obecnie do mnie sprowadza? - przerwa\'b3 Dzier\'bfymirski po\'9cpiesznie, niechc\'b9cy jakby, puszczaj\'b9c mimo uszu ostatni\'b9 uwag\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 - Rad jestem niezmiernie z widzenia si\'ea naszego, z przyjemno\'9cci\'b9 us\'b3u\'bf\'ea, je\'9cli b\'ead\'ea m\'f3g\'b3 to uczyni\'e6...- doda\'b3 jeszcze, jak m\'f3g\'b3 najprzychylniej.\par
+\f0\par
+\f1 Cho\'e6 zmro\'bfony nieco pocz\'b9tkiem zdania, Zieli\'f1ski spojrza\'b3 przyja\'9fnie na Romana, poczem odezwa\'b3 si\'ea:\par
+\f0\par
+\f1 - Dzi\'eakuj\'ea, i zobowi\'b9zany jestem panu bardzo, bardzo, panie... prezesie!., - u\'9cmiechn\'b9\'b3 si\'ea znowu,\par
+z gorycz\'b9 - pocz\'b9tkowo jednak winienem w kr\'f3tkich s\'b3owach obja\'9cni\'e6 go nieco o po\'b3o\'bfeniu mem obecnem.\par
+\f0\par
+\f1 - S\'b3ucham - przerwa\'b3 szybko Dzier\'bfymirski i spojrza\'b3 na wisz\'b9cy ma\'b3y zegarek, wskazuj\'b9cy w tej chwili trzy kwadranse na dwunast\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 Zieli\'f1ski dostrzeg\'b3 ruch jego.\par
+\f0\par
+\f1 - O! to nied\'b3ugo potrwa! - po\'9cpieszy\'b3 z zapewnieniem.\par
+\f0\par
+\f1 - Nic nie szkodzi, prosz\'ea bardzo... - odpar\'b3 Roman. - O pierwszej mam wa\'bfn\'b9 sesy\'ea, a \'bfe wyje\'bfd\'bfam ju\'bf za dni par\'ea, obecno\'9c\'e6 moja jest tam bez op\'f3\'9fnienia konieczn\'b9. Ale... s\'b3ucham pana... - powt\'f3rzy\'b3 znowu uprzejmie.\par
+\f0\par
+\f1 - Ot\'f3\'bf wi\'eac, streszczam - rzek\'b3 Zieli\'f1ski.\par
+\f0\par
+\f1 - \'afycie moje odmiennem potoczy\'b3o si\'ea korytem od \'bfycia pa\'f1skiego, a nawet Zboi\'f1skiego Jana. Pan - nie ma co m\'f3wi\'e6 o tem ; ca\'b3e miasto godzi si\'ea jednog\'b3o\'9cnie, \'bfe o zdolniejszego i bardziej wp\'b3ywowego zarazem cz\'b3owieka u nas trudno... Zboi\'f1ski jest lekarzem na prowincyi i wiedzie mu si\'ea niezgorzej, a ja... - tu Zieli\'f1ski zatrzyma\'b3 si\'ea chwil\'ea - zosta\'b3em za wami, panowie, w tyle, o, bardzo w tyle nawet!... Dlaczego? kt\'f3\'bf odgadnie ?.. Zdawa\'b3oby si\'ea, \'bfe los nie posk\'b9pi\'b3 mi zdolno\'9cci; szko\'b3y uko\'f1czy\'b3em, z medalem, prawo, z odznaczeniem, ale, niestety, los nie obdarzy\'b3 mnie szcz\'ea\'9cciem do \'bfycia! - M\'b3ody cz\'b3owiek znowu, wzruszony jakby mimowolnie, m\'f3wi\'e6 przesta\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 - Trzy lata temu - ci\'b9gn\'b9\'b3 dalej niebawem - o\'bfeni\'b3em si\'ea z mi\'b3o\'9cci, bez grosza... - rysy, do\'9c\'e6 regularne Zieli\'f1skiego o\'bfywi\'b3y si\'ea promieniem wewn\'eatrznym - kocha\'b3em j\'b9, t\'ea moj\'b9 Maniut\'ea, tak, jak kocham j\'b9 do dzi\'9c dnia jeszcze, cho\'e6 jak nie mia\'b3a, tak i nie ma ani szel\'b9ga posagu!.. Obecnie mam troje drobiazgu... - tu z kolei twarz go\'9ccia Romana zas\'eapi\'b3a si\'ea smutnie, zatrzyma\'b3 si\'ea, jakby trudno mu by\'b3o wykrztusi\'e6 reszt\'ea, czo\'b3o za\'9c bia\'b3e pociemnia\'b3o mu od rumie\'f1ca - jednem s\'b3owem - doko\'f1czy\'b3 - w domu u mnie - n\'eadza!..\par
+\f0\par
+\f1 Umilk\'b3, nie podnosz\'b9c oczu. Po d\'b3u\'bfszej chwili, ci\'b9gn\'b9\'b3:\par
+\f0\par
+\f1 - Pomny naszej dawnej znajomo\'9cci, przyszed\'b3em tu, do pana prezesa, z pokorn\'b9 pro\'9cb\'b9 o posad\'ea, o prac\'ea, cho\'e6 byle jak\'b9, ale - p\'b3atn\'b9, o zarobek, bo ja\'b3mu\'bfny nie zwyk\'b3em przyjmowa\'e6!.. Byle z g\'b3odu nie umrze\'e6... byle os\'b3odzi\'e6 \'bfycie tej kobiecie, kt\'f3ra mnie kocha, a kt\'f3rej doli dot\'b9d w \'bfadny spos\'f3b ul\'bfy\'e6 nie mog\'ea!.. - wyrzuci\'b3 z siebie z moc\'b9.\f0\par
+\par
+\f1 Zamilk\'b3 i wstydz\'b9c si\'ea jakby s\'b3\'f3w w\'b3asnych, nie podnosi\'b3 ju\'bf wcale oczu na Romana. \par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski za\'9c z kolei przez czas ten ca\'b3y \'9cledzi\'b3 s\'b3owa i gr\'ea fizyonomii Zieli\'f1skiego, a w my\'9clach jego r\'f3wnocze\'9cnie stan\'b9\'b3 wyra\'9fnie kontrast ra\'bf\'b9cy, pe\'b3ny ironii, mi\'eadzy \'bfyciem jego, a \'bfyciem tego oto Hermana, znanego mu dobrze, jako najzdolniejszego studenta uniwersytetu - z przed laty... Stanowczo nie pop\'b3aca by\'e6 idealist\'b9!\par
+\f0\par
+\f1 O\'bfeni\'b3 si\'ea bez maj\'b9tku... No, a gdyby tak on, Roman Dzier\'bfymirski, zgrzeszy\'b3 by\'b3 idealizmem, i biedak, ale nieposzlakowany, uczciwy, pozby\'b3 si\'ea przed laty nietkni\'eatych banknot\'f3w i o\'bfeni\'b3 si\'ea nast\'eapnie z jak\'b9 dziewczyn\'b9 zupe\'b3nie biedn\'b9 ?..\par
+\f0\par
+\f1 - No, w ka\'bfdym b\'b9d\'9f razie, jako\'9c da\'b3bym tam sobie rad\'ea! - odpowiedzia\'b3o co\'9c butnie w duchu Roman natychmiast. - Posiadam hart, wol\'ea, rozum, rzutko\'9c\'e6, dar oryentowania si\'ea trafnego, i spryt - to wiele; a on? Szlachetny, zdolny, lecz jednak troch\'ea... g\'b3upi!\par
+\f0\par
+\f1 - Ale czysty ! - uk\'b3u\'b3o co\'9c, jakby \'bf\'b9d\'b3em Romana. Spu\'9cci\'b3 g\'b3ow\'ea i s\'b3uchaj\'b9c dalej los\'f3w kolegi Zieli\'f1skiego, m\'f3wi\'b3 sobie zarazem:\par
+\f0\par
+\f1 - Jednak pom\'f3c trzeba... nale\'bfy. Dla wspomnie\'f1, no, i dla zasady.\par
+\f0\par
+\f1 Gdy za\'9c dawny towarzysz m\'f3wi\'e6 ju\'bf przesta\'b3, odezwa\'b3 si\'ea z kolei:\par
+ - Wi\'eac \'bfyczy\'b3by pan sobie otrzyma\'e6 zapewne miejsce na kolei, gdzie jestem prezesem... Niestety, nie mog\'ea, postanowi\'b3em bowiem podczas ca\'b3ego trwania tam moich rz\'b9d\'f3w, od siebie nie narzuca\'e6 nikogo... Ale m\'f3g\'b3bym pomie\'9cci\'e6 pana gdzie indziej. W Banku Handlowo-Przemys\'b3owym, na przyk\'b3ad, nale\'bf\'ea do zarz\'b9du... Czy znane s\'b9 panu: rachunkowo\'9c\'e6 kupiecka, buchalterya i j\'eazyki obce biegle, jak francuski, niemiecki, a mo\'bfe i angielski`?..\par
+\f0\par
+\f1 - Niestety, nie! - odpar\'b3 Zieli\'f1ski. - Fachowego wykszta\'b3cenia nie posiadam, gimnazya klasyczne za\'9c i wydzia\'b3 prawny uniwersytetu nie wyszkoli\'b3y mnie dostatecznie w \'bfadnym z nowo\'bfytnych j\'eazyk\'f3w europejskich... Co innego grecki i \'b3acina... Co si\'ea za\'9c tyczy rachunkowo\'9cci, poza arytmetyk\'b9 i matematyk\'b9 wy\'bfsz\'b9, t. j. algebr\'b9, geometry\'b9, trygonometry\'b9, inn\'b9 s\'b3u\'bfy\'e6 nie mog\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 I machn\'b9wszy przy tych s\'b3owach r\'eak\'b9, w zniech\'eaceniu, m\'b3odzieniec, westchn\'b9wszy smutnie, doda\'b3. \par
+\f0\par
+\f1 - Zreszt\'b9, panie prezesie, m\'f3wi\'b9c szczerze ca\'b3kiem, przekonywam si\'ea teraz coraz bardziej, i\'bf szko\'b3y nie da\'b3y mi zgo\'b3a \'bfadnej nauki \'bfyciowej i praktycznej.\par
+\f0\par
+\f1 - Ma pan s\'b3uszno\'9c\'e6, zapewne... - potwierdzi\'b3 Roman. - Niedaleko, szczeg\'f3lniej przy obecnej nadprodukcyi w naszem mie\'9ccie ludzi fachowych, zajecha\'b3by\'9c pan ze swym dyplomem, ale nie martw si\'ea pan... Spotka\'b3e\'9c mnie na swej drodze. Ja zaproteguj\'ea pana po pierwsze w imi\'ea lat dawnych, po drugie, \'bfe nale\'bfysz pan, jak widz\'ea, do prawdziwie potrzebuj\'b9cych pracy! - ostatnie s\'b3owa silniej zaakcentowa\'b3 Dzier\'bfymirski. - Czy \'b3adny i czytelny masz pan charakter pisma?\par
+\f0\par
+\f1 - Owszem, staranny i czytelny w zupe\'b3no\'9cci! - po\'9cpieszy\'b3 z odpowiedzi\'b9 Herman.\par
+\f0\par
+- No, to dobrze - \f1 odpar\'b3 Roman, i przy tych s\'b3owach si\'eagn\'b9\'b3 do stoj\'b9cego na biurku pude\'b3eczka po bilet wizytowy. - Napisz\'ea s\'b3\'f3wko do Dyrekcyi Towarzystwa Ogniowego "Esperanza"... Z dyrektorem jestem w \'9ccis\'b3ych bardzo stosunkach, w tych dniach opr\'f3cz tego sam z nim pom\'f3wi\'ea - odm\'f3wi\'e6 mi nie mo\'bfe... Od pierwszego przysz\'b3ego miesi\'b9ca dadz\'b9 panu posad\'ea. Przypuszczam, i\'bf... na pocz\'b9tek z jakie\'9c 500 rubli... B\'eadziesz pan obrachowywa\'b3, sprawdza\'b3, a potem przepisywa\'b3 zapewne ubezpieczeniowe polisy... Jak si\'ea pan za\'9c wprawisz w owem przepisywaniu, wyrobi\'ea, i\'bf dadz\'b9 panu polisy do kopjowania w domu, w ten spos\'f3b zarobisz pan wi\'eacej. Zgoda?...\par
+\f0\par
+\f1 - Ale\'bf naturalnie - dzi\'eakuj\'ea stokrotnie, dzi\'eakuj\'ea po tysi\'b9c razy! Wdzi\'eaczno\'9c\'e6 moja, panie prezesie, nie ma granic!... - i zerwawszy si\'ea z krzes\'b3a, Zieli\'f1ski, wzruszony i uradowany, u\'9ccisn\'b9\'b3 z przej\'eaciem d\'b3o\'f1 Romana.\par
+\f0\par
+\f1 Ten ostatni, napisawszy s\'b3\'f3w kilka, zapiecz\'eatowa\'b3 list i powsta\'b3, a podaj\'b9c go m\'b3odemu cz\'b3owiekowi, rzek\'b3:\par
+\f0\par
+\f1 - \'afycz\'ea szcz\'ea\'9ccia i powodzenia!.. Bardzo kontent r\'f3wnie\'bf jestem, \'bfe pan zwr\'f3ci\'b3e\'9c si\'ea bezpo\'9crednio do mnie, i \'bfe znajomo\'9c\'e6 nasz\'b9 odnowili\'9cmy znowu... Doktorowi Zboi\'f1skiemu moje uk\'b3ony, gdy go pan zobaczysz!..\par
+\f0\par
+\f1 I Roman Zieli\'f1skiemu poda\'b3 r\'eak\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 - Dzi\'eakuj\'ea... Nie zapomn\'ea tego panu nigdy!.. - z serdecznem ciep\'b3em w g\'b3osie odpar\'b3 m\'b3odzieniec, \'9cciskaj\'b9c d\'b3o\'f1 dawnego swego towarzysza.\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski odprowadzi\'b3 go uprzejmie do drzwi, a gdy z Zieli\'f1skim znik\'b3o mu z przed oczu przesz\'b3o\'9cci widmo, odetchn\'b9\'b3 swobodniej, i zadzwoni\'b3 na, lokaja.\par
+\f0\par
+\f1 Ten zjawi\'b3 si\'ea natychmiast, nios\'b9c w r\'eaku tac\'ea z kilkoma biletami.\par
+\f0\par
+\f1 - Czekaj\'b9 jeszcze? - zapyta\'b3 Roman, i spojrza\'b3 pobie\'bfnie na bilety, a r\'f3wnocze\'9cnie wyj\'b9\'b3 z kieszeni zegarek, wskazuj\'b9cy ju\'bf par\'ea minut po dwunastej.\par
+\f0\par
+\f1 - Przepro\'9c tych pan\'f3w i powiedz, \'bfe dzi\'9c za p\'f3\'9fno!.. - rzuci\'b3 czekaj\'b9cemu s\'b3ud\f0 ze.\par
+\par
+\f1 Lokaj wyszed\'b3, a Dzier\'bfymirski przechadza\'e6 si\'ea pocz\'b9\'b3 z wolna po pokoju i cygaro zapali\'b3, wypuszczaj\'b9c od niechcenia z ust ma\'b3e k\'f3\'b3eczka dymu.\par
+\f0\par
+\f1 Ca\'b3y by\'b3 jeszcze pod wra\'bfeniem ostatniej wizyty, oraz tej od\'bfy\'b3ej z ni\'b9 tak nagle \'9cwie\'bfo minionej przesz\'b3o\'9cci.\par
+\f0\par
+\f1 I Dzier\'bfymirskiemu czo\'b3o poora\'b3o si\'ea w drobne bruzdy, zamy\'9clony wci\'b9\'bf tak samo, nerwowym krokiem przebiega\'b3 komnat\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Od lat kilku, gdy o\'bfeni\'b3 si\'ea by\'b3 z Ol\'b9, nie zmieni\'b3 si\'ea Roman prawie \'bfe wcale. Ta sama inteligentna i pi\'eakna twarz po\'b3udniowca, ta\'bf sama m\'b3odzie\'f1cza szybko\'9c\'e6 ruch\'f3w, oraz niezmienna wytworno\'9c\'e6 sylwetki ca\'b3ej - cechowa\'b3y go obecnie tak, jak i przed paru laty.\par
+\f0\par
+\f1 A ile\'bf, ile\'bf zdarze\'f1 przewin\'ea\'b3o si\'ea dot\'b9d w \'bfyciu jego!\par
+\f0\par
+\f1 Po odbyciu \'bfa\'b3oby na wsi, w Gowartowie, przyjecha\'b3 z Ol\'b9 do miasta. Tu, dzi\'eaki dziedzictwu pana Januarego, po\'b3o\'bfeniu towarzyskiemu \'bfony i, odnowionym w\'b3asnym stosunkom, zdoby\'b3 Roman to, co do dzi\'9c dnia posiada\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 Energiczny, rzutki, gi\'eatki, sprytny i pe\'b3en ambicyi zaszed\'b3 wysoko. Ola kocha\'b3a go dot\'b9d niezmiennie, ludzie korzyli si\'ea przed jego rozumem, stosunkami, wp\'b3ywami, a jednak nie by\'b3 on zgo\'b3a szcz\'ea\'9cliwym!..\par
+\f0\par
+\f1 I teraz po twarzy jego odgadn\'b9\'e6 to r\'f3wnie\'bf \'b3atwe by\'b3o. Cierpia\'b3...\par
+\f0\par
+\f1 Rozpami\'eatuj\'b9c w my\'9clach przesz\'b3o\'9c\'e6 w\'b3asn\'b9, zapomnia\'b3 wida\'e6 zupe\'b3nie o tera\'9fniejszo\'9cci. Niby wczorajsze \'9cwie\'bfe, we wspomnieniach \'bfy\'b3y zn\'f3w te lata minione, dawne... Jak fata morgana u\'b3udna mami\'b3y wzrok duszy jego niedo\'9ccig\'b3\'b9, bo bezpowrotn\'b9 ju\'bf dal\'b9, rozpierzcha\'b3y si\'ea, nieuchwytne, to zn\'f3w wraca\'b3y jawne - \'bfywe!\par
+\f0\par
+\f1 Widzia\'b3 si\'ea wi\'eac Roman w po\'9clubnym roku mi\'b3o\'9cci wzajemnej, haszysz\'f3w i upoje\'f1, z dysonansem \'9cmierci te\'9ccia swego na ko\'f1cu i widzia\'b3 siebie potem lata ca\'b3e w ci\'b9g\'b3ych zabiegach, trudach, w prawdziwej, nami\'eatnej energii czynu, w bezustannej gonitwie za popularno\'9cci\'b9, wielko\'9cci\'b9 i znacze\f0 niem.\par
+\par
+\f1 Wznie\'9c\'e6 si\'ea!.. wznie\'9c\'e6 ponad drugich, ponad t\'b3umy - to sta\'b3o si\'ea \'bfycia jego celem!.. Widzie\'e6 kornemi te ludzkie masy u st\'f3p swoich - marzeniem - pomimo samopoznania w g\'b3\'eabi duszy, \'bfe na to wszystko nie zas\'b3uguje si\'ea zgo\'b3a, pomimo gryz\'b9cej go, jak jad, tocz\'b9cej go, jak robak, samowiedzy, \'bfe on moralnie nie godzien mo\'bfe \'bfadnego z tych, kt\'f3rzy go ponad siebie wynosz\'b9!..\par
+\f0\par
+\f1 Bo rzecz zaiste dziwna... Setki zdarze\'f1, tysi\'b9ce ludzi przemkn\'ea\'b3y, jak w kalejdoskopie, w \'bfyciu Romana, a tajemnica jego odleg\'b3ego "wczoraj", pozosta\'b3a nadal - tajemnic\'b9... Nikt jej nie odkry\'b3, nikt nie przypomnia\'b3. O w\'b3a\'9ccicielu dwudziestu siedmiu tysi\'eacy g\'b3ucho i cicho by\'b3o, jakby fakt ten ca\'b3y by\'b3 li tylko snem strasznym, zakl\'eat\'b9 bajk\'b9 z tysi\'b9ca i jednej nocy!\par
+\f0\par
+\f1 A tymczasem \'bfycie, tocz\'b9c si\'ea wartkiem ko\'b3em, poch\'b3ania\'b3o sob\'b9 Romana, poch\'b3ania\'b3o go tak dalece, \'bfe bywa\'b3y chwile, i\'bf zapomina\'b3. Ale, niestety, by\'b3y to tylko... chwile.\par
+\f0\par
+\f1 Sumienie uparcie czuwa\'b3o bezustannie. Nie by\'b3o dnia jednego, by Dzier\'bfymirski w cicho\'9cci ducha nie uchyli\'b3 g\'b3owy przed przypomnieniem strasznem; nie mija\'b3 miesi\'b9c, by godzin kilka, z dala od ludzi, nie by\'b3 zmuszonym przep\'eadzi\'e6 sam na sam ze sob\'b9 i z wyrzutami sumienia.\par
+\f0\par
+\f1 O! jak\'bfe pragn\'b9\'b3 on nieraz odda\'e6 to z\'b3oto cudze, jak pragn\'b9\'b3!..\par
+\f0\par
+\f1 Odda\'e6! Ale komu?.. Zwr\'f3ci\'e6, ale jak, nawet gdyby si\'ea i zna\'b3az\'b3 w\'b3a\'9cciciel zagadkowy, by nie splami\'e6 nieskazitelnego po\'b3ysku czci w\'b3asnej, honoru i opinii cz\'b3owieka, przoduj\'b9cego spo\'b3ecze\'f1stwu ca\'b3emu?..\par
+\f0\par
+\f1 W tym samym, ozdobionym granacikow\'b9 koron\'b9 hrabiowsk\'b9, pugilaresie, le\'bfa\'b3y od\'b3o\'bfone przeze\'f1 na miejsce, owe dwadzie\'9ccia siedem tysi\'eacy, w banknotach i rulonach z\'b3ota, schowane w tajemnej i nikomu nie znanej skrytce. Przeznaczone dla zagadkowego w\'b3a\'9cciciela - czeka\'b3y one na\'f1 tam daremnie.\par
+\f0\par
+\f1 Bo gdyby\'bf przynajmniej, cho\'e6 promykiem ma\'b3ym, rozdar\'b3a si\'ea ta tajemnicza ciemno\'9c\'e6, kryj\'b9ca dot\'b9d w swych czelu\'9cciach bezustannej zagadki prawnego pieni\'eadzy tych pana!\par
+\f0\par
+\f1 Och, wtedy, b\'ead\'b9c cho\'e6 troch\'ea przygotowanym, niew\'b9tpliwie da\'b3by on jako\'9c sobie rad\'ea! Wola\'b3by bowiem zobaczy\'e6 nawet roztwieraj\'b9c\'b9 si\'ea przed nim przepa\'9c\'e6 bez wyj\'9ccia, gdy\'bf ufny w sw\'f3j rozum, znalaz\'b3by je na pewno, ni\'bf widzie\'e6 ci\'b9gle przed sob\'b9 ten pe\'b3ny milczenia sfinksowy spok\'f3j, id\'b9cego przed nim ciemnego, nieodwo\'b3alnego jutra!.. Przestrasza\'b3 go on - przejmowa\'b3 zgroz\'b9...\par
+\f0\par
+Bo\f1 Dzier\'bfymirski poza licznemi zaj\'eaciami swemi spo\'b3ecznej natury, czyni\'b3 dot\'b9d niemal bez skutku wszystko, aby zrzuci\'e6 z siebie, ju\'bf raz na dobre, gniot\'b9cy go skrycie ci\'ea\'bfar wspomnienia!..\par
+\f0\par
+\f1 Podawa\'b3 wi\'eac kilkakrotnie nad wyraz przebiegle i sprytnie og\'b3oszenia w pismach, nie tylko w kraju, ale i za granic\'b9, w nadziei, i\'bf wpadnie na trop w\'b3a\'9cciwy.\par
+\f0\par
+\f1 Sam pozatem odby\'b3 kilka tajnych wycieczek do ludzi, o kt\'f3rych wiedzia\'b3, \'bfe zgubili niegdy\'9c, bez znalezienia, sumy wi\'eaksze...\par
+\f0\par
+\f1 Zbadawszy ich jednak podst\'eapnie, z ostro\'bfna, wraca\'b3 zawsze z niczem. Zagadka trwa\'b3a.\par
+\f0\par
+\f1 Teraz wreszcie r\'f3wnie\'bf, nie dalej, jak za dni ju\'bf kilka, postanowi\'b3 Roman raz jeszcze uczyni\'e6 pr\'f3b\'ea w tym wzgl\'eadzie i wyjazd za granic\'ea, zapowiedziany przeze\'f1, dla wypoczynku, "de facto" by\'b3 zwi\'b9zanym \'9cci\'9cle z t\'b9 tylko sam\'b9, wiecznie jedn\'b9, spraw\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 Przechadzaj\'b9cy si\'ea wci\'b9\'bf szybko po gabinecie Dzier\'bfymirski, w chaosie j\'b9trz\'b9cych go my\'9cli i wspomnie\'f1, schwyci\'b3 si\'ea nagle za g\'b3ow\'ea i szepn\'b9\'b3 do siebie przejmuj\'b9co:\par
+\f0\par
+\f1 - Och, czemu\'bf, czemu\'bf, na Boga, natura obdarzy\'b3a mnie sumieniem tak czujnem, wra\'bfliwem, czemu?.. By\'b3bym po\'b3o\'bfenie moje bra\'b3 filozoficzniej, pro\'9cciej... Wszak z pieni\'eadzy znalezionych w rzeczy samej korzysta\'b3em tak ma\'b3o! Przegra\'b3em je przecie wszystkie w Monaco, do ostatniego grosza, a wygra\'b3em z pieni\'eadzy zupe\'b3nie innych! - sofizmat, niezmiennie ten sam, powraca\'b3 w umy\'9cle Romana.\par
+\f0\par
+\f1 O ile jednak dawniej pociesza\'b3 on go chwilami, teraz, dzi\'9c - nie dzia\'b3a\'b3 ju\'bf bynajmniej.\par
+\f0\par
+\f1 Dojrzalszy obecnie, w niejednem jeszcze przekszta\'b3cony \'bfycia szko\'b3\'b9, patrz\'b9cy z odleg\'b3o\'9cci lat kilku zimniej daleko na uczynek sw\'f3j w\'b3asny "przyw\'b3aszczenia", Dzier\'bfymirski, nie wyzbywszy si\'ea dot\'b9d wcale wszczepionych silnie w dzieci\'f1stwie zasad uczciwo\'9cci, nieprzejednanej, prawej, czystej, - rozumia\'b3, i\'bf, pomimo poch\'b3oni\'eacia cudzego z\'b3ota przez jaskini\'ea gry i dotychczasowej bezkarno\'9cci - zb\'b3\'b9dzi\'b3, i \'bfe wina jego zgo\'b3a nie by\'b3a mniejsz\'b9. Czu\'b3, \'bfe \'bfycie moralne wykolei\'b3o go niemi\'b3osiernie, i cierpia\'b3...\par
+\f0\par
+\f1 Roman przetar\'b3 r\'eak\'b9 rozpalon\'b9 g\'b3ow\'ea; atak apatyi nerwowej pesymizmu, \'bfalu i goryczy, szerok\'b9 fal\'b9 nap\'b3ywa\'b3 znowu do duszy jego.\par
+\f0\par
+\f1 W tej samej chwili na \'9cciennym zegarze wybi\'b3o wp\'f3\'b3 do pierwszej. Roman si\'ea wstrz\'b9sn\'b9\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 Sesya, obowi\'b9zki, przodownictwo spo\'b3eczne - trzeba by\'e6 silnym!.. Odpocznie p\'f3\'9fniej, gdy wyjedzie - za dni par\'ea, ter\f0 az odwagi!.. spokoju!..\par
+\par
+\f1 I uczyniwszy nad nerwami swymi i my\'9cl\'b9 wysi\'b3ek, Dzier\'bfymirski wyprostowa\'b3 si\'ea. Rzuciwszy opodal do po\'b3owy spopiela\'b3e, cygaro, pocz\'b9\'b3 porz\'b9dkowa\'e6 \'9cpiesznie porozrzucane na biurku papiery.\par
+\f0\par
+W tej samej chwili do drzwi zapukano trzy\f1 krotnie. Roman drgn\'b9\'b3 i odwr\'f3ci\'b3 si\'ea. Pozna\'b3 spos\'f3b stukania \'bfony, co dzie\'f1 bowiem, o tej porze, Ola zwyk\'b3a by\'b3a odwiedza\'e6 go po pracy.\par
+\f0\par
+\f1 - Entrez!.. - rzuci\'b3 dono\'9cnie i czo\'b3o jego wypogodzi\'b3o si\'ea natychmiast.\par
+\f0\par
+\f1 Ma j\'b9 przecie\'bf, najdro\'bfsz\'b9 \'bfon\'ea, podpor\'ea-kochank\'ea i przyjaciela ! Wszak wzajemnie nie posiadaj\'b9 przed sob\'b9 \'bfadnych tajemnic, pr\'f3cz jednej - jedynej!\par
+\f0\par
+\f1 Przez pr\'f3g komnaty do gabinetu wchodzi\'b3a ju\'bf Ola, ubrana do wyj\'9ccia, w kapeluszu i sukni, skrojonej elegancko i szeleszcz\'b9cej jedwabiami sp\'f3dnic.\par
+\f0\par
+I\f1 ona od lat tych pi\'eaciu nie zmieni\'b3a si\'ea prawie. Wypi\'eaknia\'b3a tylko jeszcze bardziej, bujniejszemi sta\'b3y si\'ea kszta\'b3ty i linie jej cia\'b3a, pon\'eatniejszemi, w ca\'b3ym swym czerwcowym rozkwicie, lat ju\'bf niespe\'b3na trzydziestu.\par
+\f0\par
+\f1 Z u\'9cmiechem, przywitali si\'ea ma\'b3\'bfonkowie; Roman uca\'b3owa\'b3 \'bfon\'ea w czo\'b3o i zapyta\'b3:\par
+\f0\par
+\f1 - Dok\'b9d\'bfe to tak moja pani?\par
+\f0\par
+\f1 - Na og\'f3lne zebranie pa\'f1 Opieki \'8c-go Franciszka z Assy\'bfu; a ty wychodzisz tak\'bfe?..\par
+\f0\par
+\f1 - A jak\'bfe. Na sesy\'ea Zwi\'b9zku Kredytowego. \par
+\f0\par
+\f1 - Na kt\'f3r\'b9 godzin\'ea?\par
+\f0\par
+\f1 - O pierwszej si\'ea rozpoczyna...\f0\par
+\par
+\f1 - Pysznie!.. - zawo\'b3a\'b3a uradowana Ola.- Kaza\'b3am w\'b3a\'9cnie do powozu zaprz\'b9dz, podwioz\'ea ci\'ea... A \'9cniadanie drugie ju\'bf jad\'b3e\'9c?\par
+\f0\par
+\f1 - Nie, kochanie, czasu mi nie starczy\'b3o. Przek\'b9sz\'ea co\'9c nie co\'9c na mie\'9ccie...\par
+\f0\par
+\f1 - M\'f3j ty biedaku !.. - i pog\'b3askawszy pieszczotliwie m\'ea\'bfa po twarzy, u\'9cciska\'b3a go Ola serdecznie, - taki zaj\'eaty zawsze, \'bfe nawet prawie nie mo\'bfna nigdy pom\'f3wi\'e6 z tob\'b9 swobodnie...\par
+\f0\par
+\f1 - A czyja wina? - przekomarza\'b3 si\'ea weso\'b3o Dzier\'bfymirski.- Gdy ja do domu wpadn\'ea, nigdy pani mej nie ma... To zebranie \'8c-go Antoniego, Kalsantego, Ambro\'bfego, - wszystkich \'9cwi\'eatych jednem s\'b3owem... To zn\'f3w z kolei opatrywaniu chorych, wenta na przytu\'b3ki, obrady na zabawy filantropijne, rozdawnictwa, gwiazdki dla dzieci, rozbieranie ich, ubieranie... Czy ja w ko\'f1cu wiem i pami\'eat\f0 am, wszystkie owe tam wasze damskie pseudo-prace?..\par
+\par
+\f1 - No, no... Bardzo prosz\'ea, nie wy\'9cmiewa\'e6 mi si\'ea z nas... Niby to wy, panowie, robicie co na owych sesyach. A jak\'bfe! Rozmawiacie zgo\'b3a o czem innem, papierosy palicie, k\'b3\'f3cicie si\'ea i rozchodzicie. Ho-ho, ju\'bf ja wiem dobrze, co m\'f3wi\'ea!..- odpar\'b3a z przekonaniem obra\'bfona niby Ola.\par
+\f0\par
+\f1 I w ten sam spos\'f3b d\'b3u\'bfej jeszcze przekomarzaliby si\'ea \'bfartobliwie ma\'b3\'bfonkowie, gdyby nie wej\'9ccie lokaja, kt\'f3ry zaanonsowa\'b3:\par
+\f0\par
+\f1 - Prosz\'ea ja\'9cnie pa\'f1stwa, pow\'f3z ju\'bf czeka... \par
+\f0\par
+- Aaa\f1 ... to dobrze! - rzek\'b3 Roman \'bfwawo, daleki ju\'bf my\'9cl\'b9 od dr\'eacz\'b9cych go do niedawna wspomnie\'f1.\par
+\f0\par
+\f1 - Nie przebierzesz si\'ea Romciu? - zapyta\'b3a Ola.\par
+\f0\par
+\f1 - Ani my\'9cl\'ea, nie mam czasu! Patrz, dochodzi ju\'bf pierwsza... C\'f3\'bf to, moje \'bfycie, uwa\'bfasz mo\'bfe, \'bfe nie po d\'bfentleme\'f1sku wygl\'b9dam?... - zapyta\'b3 lekko.\par
+\f0\par
+\f1 - Ale gdzie\'bf tam... C\'f3\'bf znowu?.. Tego my\'9cle\'e6 si\'ea nie o\'9cmielam - roze\'9cmia\'b3a si\'ea Ola. - tylko tak troch\'ea... nie \'9cwie\'bfo... Czekaj, przeczesz\'ea ci\'ea, poprawimy krawat i oczyszcz\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski podda\'b3 si\'ea pokornie wymaganiom estetycznym \'bfony.\par
+\f0\par
+\f1 - No, fertig! Wygl\'b9dasz zno\'9cnie!.. - zadecydowa\'b3a Ola po chwili.\par
+\f0\par
+\f1 - Phi... tylko? To niezbyt pocieszaj\'b9ce, - odpar\'b3, \'9cmiej\'b9c si\'ea, Roman - i wyszed\'b3 z Ol\'b9 do przedpokoju.\par
+\f0\par
+\f1 W bramie domu czeka\'b3 ju\'bf pow\'f3z odkryty; Dzier\'bfymirscy wsiedli do\'f1 po\'9cpiesznie, lokaj wskoczy\'b3 na koz\'b3y i ruszyli. Znany w ca\'b3em mie\'9ccie pojazd "prezesowstwa", zaprz\'ea\'bfony w dwa ros\'b3e miesza\'f1ce, krwi anglo-arabskiej, wytoczy\'b3 si\'ea na ulic\'ea i pomkn\'b9\'b3 chy\'bfo.\par
+\f0\par
+\f1 Co chwila z po\'9cr\'f3d id\'b9cej po szerokich chodnikach publiczno\'9cci, lub z wymijanych powoz\'f3w, k\'b3ania\'b3 si\'ea kto\'9c uprzejmie Dzier\'bfymirskim, a oni, u\'9cmiechni\'eaci, weseli, tak samo grzecznie oddawali wszystkim uk\'b3ony. Po d\'b3u\'bfszej chwili milczenia, odezwa\'b3 si\'ea Roman:\par
+\f0\par
+\f1 - Ale, a propos, musisz si\'ea tem zaj\'b9\'e6, Oluniu, bo ja, doprawdy, czasu nie mam. Dzi\'9c, lub najdalej jutro, wysy\'b3amy zaproszenia do wszystkich naszych znajomych... W sobot\'ea damy raut po\'bfegnalny... J'espere, \'bfe nic nie masz przeciwko temu, moje \'bfycie ?..\par
+\f0\par
+\f1 - Ale\'bf, naturalnie!.. - po\'9cpieszy\'b3a z zapewnieniem Ola, - lecz musimy przecie\'bf z\'b3o\'bfy\'e6 wizyty... \par
+\f0\par
+\f1 - Nie ja, nie ja, cherie!.. To ty za mnie nieodzownie zrobi\'e6 musisz, kochanie... Kto nie przyjdzie - pal go licho!.. A zreszt\'b9, pas de crainte, stawi\'b9 si\'ea wszyscy...\par
+\f0\par
+\f1 - Dlaczego nie chcesz jecha\'e6 ze mn\'b9?\par
+\f0\par
+- Nie nie\f1 chc\'ea, lecz nie mog\'ea. Mam przed wyjazdem jeszcze zaj\'eacia huk! Nie mo\'bfesz mie\'e6 nawet wyobra\'bfenia, moja droga, co to znaczy wyrwa\'e6 si\'ea na miesi\'eacy kilka, jak tego pragn\'ea, z tego ko\'b3amych rozlicznych obowi\'b9zk\'f3w - c'est un vrai tour de force!.. - Dzier\'bfymirski zamilk\'b3 na chwil\'ea, poczem ko\'f1czy\'b3:\par
+\f0\par
+\f1 - Bo pomy\'9cl tylko... Tu znale\'9f\'e6 na czas ten ca\'b3y zast\'eapc\'ea, tam zn\'f3w wycofa\'e6 si\'ea zr\'eacznie, by nie obrazi\'e6 nikogo i za\'b3atwi\'e6 wszystkie czynno\'9cci ju\'bf z g\'f3ry... Wi\'eac chyba rozumiesz teraz, i\'bf w wizyty \'9cwiatowe bawi\'e6 si\'ea nie mog\'ea, najwy\'bfej do kilkunastu wybitniejszych osobisto\'9cci, i koniec.\par
+\f0\par
+\f1 - Ale\'bf dobrze, ju\'bf dobrze, nie t\'b3umacz si\'ea, nie bro\'f1 - zrobi\'ea wszystko, m\'f3j w\'b3adco i panie! - z u\'9cmiechem, pocieszy\'b3a go Ola. - Pyta\'b3am si\'ea tak tylko... Czy wracasz dzi\'9c na obiad ?..\par
+\f0\par
+\f1 - Pas possible! - odpar\'b3 Dzier\'bfymirski stanowczo. - Akurat o sz\'f3stej zebranie nadzwyczajne akcyonaryusz\'f3w i komitetu nowego przedsi\'eabiorstwa, wiesz, Komercyjno -Agronomiczny Zwi\'b9zek krajowy... Zjem na mie\'9ccie.\par
+\f0\par
+\f1 - A wieczorem? - pyta\'b3a dalej Ola.\par
+\f0\par
+\f1 - Musz\'ea by\'e6 koniecznie u ksi\'eacia Artura, w sprawie budowy nowego ko\'9ccio\'b3a \'8cw. Jana Chrzciciela; zebranie prywatne w jego mieszkaniu - obieca\'b3em.\par
+\f0\par
+\f1 - Niemo\'bfliwym jeste\'9c cz\'b3owiekiem !.. - roze\'9cmia\'b3a si\'ea Ola, - ja ju\'bf o czwartej wracam do domu.\par
+\f0\par
+\f1 Umilkli. Wko\'b3o nich \'9cmia\'b3o si\'ea w s\'b3o\'f1cu miasto; wiosna czarodziejka nawet tu, w ciasne ogrodu mury, sw\'f3j powiew balsamiczny tchn\'b9\'e6 potrafi\'b3a - oddycha\'b3o si\'ea swobodniej, szerzej, \'9cwie\'bfo\'9c\'e6 majowa pie\'9cci\'b3a twarze \'9cpiesz\'b9cych zewsz\'b9d t\'b3um\'f3w, \'9cmiej\'b9cych si\'ea i weso\'b3ych.\par
+\f0\par
+\f1 - Sta\'f1! - rzuci\'b3 nagle i rozkaz Dzier\'bfymirski, dotykaj\'b9c z lekka lask\'b9 liberyjnych plec\'f3w stangreta. Doje\'bfd\'bfali do wspania\'b3ego gmachu Zwi\'b9zku Kredytowego.\par
+\f0\par
+\f1 Pow\'f3z zatrzyma\'b3 si\'ea pos\'b3usznie.\par
+\f0\par
+\f1 - A ce soir! - rzek\'b3 Roman, i lekkiem u\'9cci\'9cnieniem r\'eaki po\'bfegnawszy \'bfon\'ea, wyskoczy\'b3 z ekwipa\'bfu. Po kamiennych stopniach kru\'bfganka skierowa\'b3 si\'ea ku olbrzymim kutym drzwiom, kt\'f3re, w powitalnym, niskim uk\'b3onie, otwiera\'b3 ju\'bf us\'b3u\'bfnie szwajcar miejscowy.\par
+\f0\par
+\f1 Na progu gmachu Dzier\'bfymirski obejrza\'b3 si\'ea i spotka\'b3 ze wzrokiem Oli. Spojrzeniami wzajemnie po\'bfegnali si\'ea jeszcze pieszczotliwie, poczem Ola odwr\'f3ci\'b3a si\'ea pierwsza, Roman za\'9c, \'9ccigaj\'b9c j\'b9 oczyma, zatrzyma\'b3 si\'ea i u\'9cmiechn\'b9\'b3...\par
+\f0\par
+\f1 W oddalaj\'b9cym si\'ea powozie, m\'b3oda kobieta po chwili, instynktownie jakby, raz drugi spojrza\'b3a za siebie. Dzier\'bfymirski jednocze\'9cnie skin\'b9\'b3 g\'b3ow\'b9 i znik\'b3 za drzwiami, Ola za\'9c odwr\'f3ci\'b3a si\'ea i niedbale rozpi\'ea\'b3a bia\'b3\'b9, koronkami obszyt\'b9, parasolk\'ea. Promienie i blaski majowe zal\'9cni\'b3y si\'ea jeszcze na jej postaci chwil\'ea, i pow\'f3z znik\'b3, poch\'b3oni\'eaty wielkomiejskim w\f0 irem.\par
+\par
+------------\par
+\par
+\par
+\f1 Kaskad\'b9 \'9cwiate\'b3 i blask\'f3w p\'b3on\'b9 rz\'easi\'9ccie apartamenty Romanowstwa Dzier\'bfymirskich...\par
+\f0\par
+\f1 Z p\'f3\'b3 otwartych lilii z kryszta\'b3u, zdobi\'b9cych gazowe po bocznych \'9ccianach kinkiety, z \'bfyrandoli i lamp - tu jaskrawo, tam zn\'f3w \'b3agodniej, dr\'bf\'b9 w dusznej atmosferze salon\'f3w p\'eaki promieni, spadaj\'b9 deszczem na t\'b3um weso\'b3y, elegancki i strojny, graj\'b9, za\'b3amuj\'b9c si\'ea w klejnotach kobiet - pieszcz\'b9 ich nagie gorsy i ramiona, g\'b3aszcz\'b9 je swym niewidzialnym dotykiem.\par
+\f0\par
+\f1 Gwar st\'b3umiony prowadzonych z o\'bfywieniem rozm\'f3w, oraz t\'b3ok i ciasnota panuje w kilku obszerych salonach; cz\'ea\'9c\'e6 tylko go\'9cci siedzi, wi\'eakszo\'9c\'e6, wahad\'b3owym ruchem p\'b3yn\'b9cej fali, przechadza si\'ea bezustannie, a raczej dyskretnie przeciska.\par
+\f0\par
+\f1 Nie omyli\'b3 si\'ea bowiem w przewidzeniach swych Dzier\'bfymirski. Ca\'b3e towarzystwo i wszystkie jego sfery stawi\'b3y si\'ea na raut po\'bfegnalny prezesa, wice prezesa, dyrektora i cz\'b3onka licznych instytucyi -rade i poczuwaj\'b9ce si\'ea do obowi\'b9zku obecno\'9cci\'b9 sw\'b9 z\'b3o\'bfy\'e6 danin\'ea grzeczno\'9cci \'9cwiatowej temu, kto trzyma\'b3 obecnie w silnej d\'b3oni w\'b9tek ich spraw i interes\'f3w - natury spo\'b3ecznej, przemys\'b3owej, filantropijnej, a cz\'easto g\'easto i osobistej nawet.\par
+\f0\par
+\f1 Pe\'b3ni uprzejmo\'9cci, dystynkcyi i go\'9ccinno\'9cci szczerej, w\'9cr\'f3d t\'b3umu swych go\'9cci, uwijali si\'ea Dzier\'bfymirscy, zmieniaj\'b9c si\'ea kolejno w pobli\'bfu wej\'9ccia pierwszego salonu, dla witania wchodz\'b9cych co chwila nowych przybysz\'f3w. W ko\'f1cu jednak i ten czasowy posterunek ich okaza\'b3 si\'ea wprost niemo\'bfliwym...\par
+\f0\par
+\f1 Roman i Ola zmuszeni zostali zmiesza\'e6 si\'ea z t\'b3umem rautuj\'b9cych go\'9cci, ust\'eapuj\'b9c sami naporowi \'9ccisku.\par
+\f0\par
+\f1 A kwadranse tymczasem mija\'b3y szybko. Liczba nap\'b3ywaj\'b9cych os\'f3b powi\'eaksza\'b3a si\'ea coraz bardziej, w\'9cr\'f3d szeleszcz\'b9cej za\'9c, barwnej fali go\'9cci, w liberyi i po\'f1czochach, ukazywa\'e6 si\'ea pocz\'eali, posuwaj\'b9c si\'ea z trudem, lokaje, z wielkiemi srebrnemi tacami... U wej\'9ccia za\'9c salon\'f3w, wyparta zwi\'eakszaj\'b9c\'b9 si\'ea fal\'b9 ludzi, stan\'ea\'b3a zwarta gromada m\'ea\'bfczyzn, tamuj\'b9c w ten spos\'f3b po prostu komunikacy\'ea do przepe\'b3nionych nad miar\'ea apartament\'f3w.\par
+\f0\par
+\f1 M\'b3odzieniec, ciemny szatyn, nieposzlakowanie elegancki, o impertynenckiej nieco, cho\'e6 wielko\'9cwiatowej powierzchowno\'9cci, wchodzi\'b3 w tej chwili do mieszkania prezesowstwa Dzier\'bfymirskich.\par
+\f0\par
+\f1 Znalaz\'b3szy si\'ea niebawem poza zbit\'b9 u drzwi garstk\'b9 pan\'f3w, na razie nie m\'f3g\'b3 post\'b9pi\'e6 ani kroku naprz\'f3d. Widz\'b9c to, skrzywi\'b3 swe w\'b9skie usta, i wspi\'b9\'b3 si\'ea dyskretnie na palce.\par
+\f0\par
+\f1 Ponad zbli\'bfonemi, wypomadowanemi g\'b3owami stoj\'b9cych m\'ea\'bfczyzn, ujrza\'b3 dok\'b3adnie ko\'b3ysz\'b9ce si\'ea morze kobiecych biust\'f3w, g\'b3\'f3wek czarownych, pi\'eaknych, r\'f3\'bfnobarwnych tualet, gors\'f3w i frak\'f3w i mrukn\'b9\'b3 do siebie:\par
+\f0\par
+\lang1033 - Ho-ho!.. pas mal...\par
+\par
+\lang1045\f1 Spojrza\'b3 nast\'eapnie na stoj\'b9cych opodal rautowicz\'f3w. Nie zna\'b3 \'bfadnego z nich. \'afachn\'b9\'b3 si\'ea niecierpliwie i szepn\'b9\'b3 zn\'f3w z cicha do siebie, po francuzku:\par
+\f0\par
+- Que diable, je ne suis pas venu ici pour garder l'antichambre...\par
+\par
+\f1 I jednocze\'9cnie posun\'b9\'b3 si\'ea zr\'eacznie naprz\'f3d, potr\'b9ciwszy za\'9c lekko po drodze swej paru s\'b9siad\'f3w, rzuci\'b3, z wytwornym uk\'b3onem, kilka: "Pardon", w rezultacie jednak znalaz\'b3 si\'ea zaledwie o par\'ea krok\'f3w naprz\'f3d.\par
+\f0\par
+\f1 Popatrzy\'b3 znowu przed siebie, wspi\'b9wszy si\'ea na palce.\par
+\f0\par
+- Ach, \f1 przecie\'bf cho\'e6 jeden!.. - szepn\'b9\'b3 z ulg\'b9, tym razem ju\'bf po polsku, dojrza\'b3 bowiem w\'b3a\'9cnie poznanego w przeddzie\'f1 Emila \'a3ady\'bfy\'f1skiego.\par
+\f0\par
+\f1 Rzuciwszy po francusku par\'ea ugrzecznionych przeprosze\'f1, m\'b3odzieniec post\'b9pi\'b3 zn\'f3w krok\'f3w kilka, a\'bf stopniowo, przepraszaj\'b9c dalej bezustannie, zdo\'b3a\'b3 dotrze\'e6 do \'a3ady\'bfy\'f1skiego.\par
+\f0\par
+\f1 Ten ju\'bf go by\'b3 zoczy\'b3. Podali sobie r\'eace, witaj\'b9c si\'ea uprzejmie.\par
+\f0\par
+- Eh bien, ch\'e8r comte - zagadn\f1\'b9\'b3, z u\'9cmiechem pierwszy pan Emil - jakie\'bf wra\'bfenie z rautu "koroniarzy?.." Trudno si\'ea dosta\'e6, co? Et\f0 , ce qui touche, gospodarza, prezesa, vous ne le verrez probablement pas, bo jest akurat pod przeciwnym biegunem.\par
+\par
+\f1 - A ja w\'b3a\'9cnie musz\'ea, bo go nie znam. Pani Dzier\'bfymirska by\'b3a tak bardzo uprzejm\'b9 zaprosi\'e6 mnie, bo z\'b3o\'bfy\'b3em jej wizyt\'ea, lecz prezesa, jako nader zwykle zaj\'eatego podobno, nie widzia\'b3em...\par
+\f0\par
+\f1 - Ba... ba... c'est simple - potwierdzi\'b3 \'a3ady\'bfy\'f1ski - nasz prezesunio jest to cz\'b3owiek, kt\'f3ry jest wsz\'eadzie, ale nigdy u siebie w domu... Voulez - vous, przedstawi\'ea pana. W drog\'ea zatem... P\'b3y\'f1my, p\'b3y\'f1my, p\'f3ki czas!.. - zanuciwszy p\'f3\'b3g\'b3osem wyrazy ostatnie, rzek\'b3 starzej\'b9cy si\'ea kawaler, i prowadz\'b9c za sob\'b9 przybysza, pu\'9cci\'b3 si\'ea naprz\'f3d.\par
+\f0\par
+\f1 Ostro\'bfnie, z wolna, dwaj panowie posuwa\'e6 si\'ea zacz\'eali. Czynno\'9c\'e6 to za\'9c nie\'b3atw\'b9 by\'b3a. Pr\'f3cz obawy niezr\'eacznego potr\'b9cenia kogo\'9c z wytwornego, a \'9ccie\'9cnionego grona - musieli oni pozatem lawirowa\'e6 jeszcze bardzo zr\'eacznie pomi\'eadzy d\'b3ugiemi trenami pa\'f1... \'a3ady\'bfy\'f1ski jednak radzi\'b3 sobie wybornie. Co chwila k\'b3ania\'b3 si\'ea komu\'9c uprzejmie z daleka, lub wita\'b3 z bliska, przystawa\'b3, rzuca\'b3 dowcipnych s\'b3\'f3w par\'ea - rozst\'eapowano si\'ea przed nim. Szed\'b3 dalej.\par
+\f0\par
+- Uf, nous y voil\'e0!..- rzuci\f1\'b3 po niejakim czasie towarzyszowi swemu.\par
+\f0\par
+\f1 - Widz\'ea Romana, jak peroruje, c\f0\'e0 va sans dire, o spo\f1\'b3ecznych sprawach... - Och, i pani Ola jest r\'f3wnie\'bf niedaleko!\f0 .. Quelle chance...\par
+\par
+\f1 I pan Emil, odwr\'f3ciwszy si\'ea, skorzysta\'b3 z wolniejszej nieco oko\'b3o siebie przestrzeni, wzi\'b9\'b3 pod rami\'ea m\'b3odego cz\'b3owieka i zbli\'bfa\'e6 si\'ea pocz\'b9\'b3 wolno, ku otoczonemu kilkoma rozmawiaj\'b9cymi \'bfywo panami, Dzier\'bfymirskiemu. Id\'b9c za\'9c, podrwiwa\'b3 z cicha, cytuj\'b9c dolatuj\'b9ce g\'b3o\'9cniejsze wyrazy i zdania.\par
+\f0\par
+\f1 - A co? nie mia\'b3em racyi ? s\'b3yszy pan ? Cel spo\'b3eczny, - pot\'eaga dzia\'b3alno\'9cci, - punkt kulminacyjny, - przesilenie finansowe - etc. i tak dalej. Jak dowodzi, co? Prawdziwa dystyngowana wie\'bfa Bab\f0 el szumnych frazes\'f3w!\par
+\par
+\f1 M\'b3ody cz\'b3owiek s\'b3ucha\'b3 uwa\'bfnie, u\'9cmiechaj\'b9c si\'ea z lekka, tymczasem za\'9c jednak znale\'9fli si\'ea obaj tu\'bf ko\'b3o grupy rozprawiaj\'b9cych zapalczywie m\'ea\'bfczyzn.\par
+\f0\par
+\f1 - St\'f3j, panie hrabio, skromnie, a\'bf ja zatamuj\'ea, przerw\'ea ten oto rw\'b9cy potok dyskusyi!.. - odezwa\'b3 si\'ea zn\'f3w \'a3ady\'bfy\'f1ski.\par
+\f0\par
+\f1 Nie okaza\'b3o si\'ea to jednak potrzebnem. Dzier\'bfymirski, bierniej od innych bior\'b9cy udzia\'b3 w rozmowie, dojrza\'b3 ju\'bf w\'b3a\'9cnie zbli\'bfaj\'b9cego si\'ea pana Emila. Wyci\'b9gaj\'b9c przyja\'9fnie r\'eak\'ea ku niemu, z serdeczno\'9cci\'b9, przem\'f3wi\'b3:\par
+\f0\par
+- \f1 Emilu? Jak si\'ea masz? c\'f3\'bf tak p\'f3\'9fno? \par
+\f0\par
+\f1 Romana z \'a3ady\'bfy\'f1skim \'b3\'b9czy\'b3y obecnie stosunki przyja\'9fni szczerej. Dzier\'bfymirski polubi\'b3 szczerze tego weso\'b3ego zawsze, patrz\'b9cego na \'bfycie trze\'9fwo bywalca, a przyjaciela rodziny - \'bfony, nie maj\'b9cego mu przytem za z\'b3e - jak wiadomo - post\'eapku ongi z Ol\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 - Bynajmniej nie za p\'f3\'9fno - odrzek\'b3 swobodnie zapytany, - od godziny dzi\'9c tak rojno, niby u ministra... Doj\'9c\'e6 do Jego Ekscelencyi nie mog\'b3em... - z uk\'b3onem, doko\'f1czy\'b3 ironicznie.\par
+\f0\par
+\f1 - A... tak. Rzeczywi\'9ccie. \'afegnaj\'b9 mnie czule, - w tym samym tonie odpar\'b3 z u\'9cmiechem Dzier\'bfymirski.\par
+\f0\par
+\f1 - Czy widzisz, Romanie, - ci\'b9gn\'b9\'b3 \'a3ady\'bfy\'f1ski - tego m\'b3odzie\'f1ca w monoklu, z takiem znawstwem dyskretnem ogl\'b9daj\'b9cego w tej chwili tors hrabiny P ?\par
+\f0\par
+\f1 - Widz\'ea i nie znam!.. - zadziwi\'b3 si\'ea Dzier\'bfymirski.\par
+\f0\par
+\f1 - Co? pas possible!., - zadrwi\'b3 pan Emil. - Nie znasz swoich go\'9cci? O, panie prezesie, wstyd i ha\'f1ba!.. No, ale nic, wybawi\'ea ci\'ea z k\'b3opotu i przedstawi\'ea ci go. Ja go znam!..\par
+\f0\par
+\f1 - Jak si\'ea nazywa? \lang1033\f0 Il a l'air assez bien!..\par
+\par
+\lang1045 - Parbleu, \'e7\'e0 va sans di\f1 re. Potomek znakomitego rodu: hrabia Topola-Topolski - obja\'9cni\'b3 \'a3ady\'bfy\'f1ski, z ironi\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 - No, ju\'bf "Topola", to pewnie dodatek tw\'f3j, Emilu - za\'9cmia\'b3 si\'ea Roman - ale sk\'b9d\'bfe go wyrwa\'b3e\'9c?..\par
+\f0\par
+\f1 - Przyby\'b3 z Galicyi, rodem z Ksi\'eastwa Pozna\'f1skiego - zaprosi\'b3a go twoja \'bfona. Strze\'bf si\'ea, prezesie, pani prezesowa ma swoich protegowanych!..\par
+\f0\par
+\f1 - No, nie gaw\'ead\'9f, przedstaw mi go, bo biedak si\'ea zanudzi, tak czekaj\'b9c - rzek\'b3 Roman, i uj\'b9wszy rami\'ea przyjaciela, skierowa\'b3 si\'ea ku Topolskiemu, id\'b9c za\'9c, nachylony dyskretnie, szepn\'b9\'b3:\par
+\f0\par
+\f1 - Tylko nie przedstawiaj mi go comte Topolski, bo ja zmuszonym b\'ead\'ea wobec drugich uczyni\'e6 to samo... Przecie\'bf to nonsens wierutny tytu\'b3owa\'e6 jakiego\'9c tam Topolskiego hrabi\'b9 tu u nas, gdzie roi si\'ea od autentycznych, historycznych rod\'f3w...\par
+\f0\par
+- E !.. d\f1 aj pok\'f3j, obrazi si\'ea, zreszt\'b9 bogaty i epuzer... - odrzek\'b3 z niech\'eaci\'b9 \'a3ady\'bfy\'f1ski - in faut lui laisser son illustre illusion.\par
+\f0\par
+\f1 - Ale\'bf w\'b3a\'9cnie, przeciwnie! - przerwa\'b3 Dzier\'bfymirski. - "Bez z\'b3udze\'f1", to najlepsza regu\'b3a. Et je t'en prie, zr\'f3b, jak ci\'ea prosz\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 - No, dobrze, dobrze... Uspok\'f3j si\'ea zreszt\'b9... Po\'b3kn\'ea "comte", ale je\'9cli mnie ten dudek wyzwie na pojedynek, to musisz by\'e6 sekundantem! - zawyrokowa\'b3, po swojemu, \'a3ady\'bfy\'f1ski.\par
+\f0\par
+\f1 - Monsieur Topolski... - szybko wyrzuci\'b3 po chwili, gdy znale\'9fli si\'ea ko\'b3o czekaj\'b9cego na nich m\'b3odzie\'f1ca.\par
+\f0\par
+\f1 - Dzier\'bfymirski... \par
+\f0\par
+\f1 Po\'9cpieszy\'b3 osobi\'9ccie przedstawi\'e6 si\'ea Roman uprzejmie i natychmiast zagai\'b3 rozmow\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 - Bardzo mi mi\'b3o widzie\'e6 u siebie go\'9ccia z za Kordonu... Wszak pan przybywa z Galicyi?..\par
+\f0\par
+\f1 - Tak jest. Wczoraj w\'b3a\'9cnie mia\'b3em zaszczyt przedstawi\'e6 si\'ea... i tam dalej - recytowa\'b3 po\'9cpiesznie Topolski banaln\'b9 \'9cwiatow\'b9 odpowied\'9f, wyja\'9cniaj\'b9c\'b9 jego tutaj obecno\'9c\'e6 i dotychczasow\'b9 znajomo\'9c\'e6 z gospodarzem.\par
+\f0\par
+\f1 - Nie zna pan zatem pewnie wiele os\'f3b - wys\'b3uchawszy go cierpliwie do ko\'f1ca, przem\'f3wi\'b3 Dzier\'bfymirski - tymczasem przedstawi\'ea pana par ci, par l\f0\'e0, zgoda?.. Venons! - dorzuci\f1\'b3 przyja\'9fnie.\par
+\f0\par
+\f1 - Bonsoir, monsieur le comte! - w tej samej chwili tu\'bf obok nich rozleg\'b3o si\'ea powitanie zwr\'f3cone do m\'b3odzie\'f1ca, i przed trzema panami stan\'ea\'b3a Ola, w prze\'9clicznej jasnozielonej sukni balowej, mieni\'b9cej si\'ea, przetykanej srebrem, wdzi\'eacznie ubranej kwieciem wodnych nenufar\'f3w.\par
+\f0\par
+\f1 Topolski sk\'b3oni\'b3 si\'ea wytwornie i przywita\'b3 z gospodyni\'b9 domu, oraz, z wpraw\'b9 obytego \'9cwiatowca, rozpocz\'b9\'b3 natychmiast rozmow\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Po twarzy Dzier\'bfymirskiego tymczasem na s\'b3owa powitalne \'bfony przemkn\'ea\'b3o niezadowolenie widoczne i skrzywi\'b3 si\'ea nieznacznie. Posta\'b3 chwil\'ea w niepewno\'9cci, poczem, zrezygnowany, rzuci\'b3 Topolskiemu uprzejmych s\'b3\'f3w par\'ea i znik\'b3 w t\'b3umie go\'9cci.\par
+\f0\par
+Top\f1 olski tymczasem, pomimo powierzchowno\'9cci, na pierwszy rzut oka aroganckiej nieco, okaza\'b3 si\'ea mi\'b3ym i wprawnym "causeur em", a id\'b9c wolno obok Oli, z o\'bfywieniem rozmawia\'e6 z ni\'b9 nie przestawa\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 - Jak to? - m\'f3wi\'b3a Dzier\'bfymirska - wi\'eac to pan odziedziczy\'b3 maj\'b9tek w naszych stronach... Wolno wiedzie\'e6 nazwisko d\'f3br pa\'f1skich?..\par
+\f0\par
+\f1 - Szcz\'easnaja - odpar\'b3 Topolski.\par
+\f0\par
+\f1 - Ale\'bf to zaledwie o pi\'ea\'e6 mil od Gowartowa, gdzie z m\'ea\'bfem mieszkamy - obja\'9cni\'b3a towarzysza Ola. - \'8cliczna rezydencya, znam z widzenia... Nie przypuszcza\'b3am zgo\'b3a, \'bfe b\'ead\'ea mia\'b3a w pana s\'b9siada. Bardzo mi mi\'b3o! - doko\'f1czy\'b3a uprzejmie. Topolski sk\'b3oni\'b3 si\'ea, rzuciwszy jednocze\'9cnie zdawkowo - banaln\'b9 grzeczno\'9c\'e6.\par
+\f0\par
+\f1 - To pan dziedziczy po hrabi Teodorze Irenhauzie? wszak prawda? - pyta\'b3a dalej Ola.\par
+\f0\par
+- Tak, pani;\f1 to by\'b3 m\'f3j dziad stryjeczny... - Tak? no, widzi pan... Zna\'b3am doskonale swego czasu dziadka, pa\'f1skiego, nous sommes donc en pays de connaissance... By\'b3 to bardzo dystyngowany, zacny i mi\'b3y cz\'b3owiek...\par
+\f0\par
+- Oh, vous \'eates bien aimable, madame...- zacz\f1\'b9\'b3 sw\'b9 wytworn\'b9 francuszczyzn\'b9 m\'b3odzieniec, lecz przerwa\'b3a mu, sna\'e6 niedos\'b3yszawszy, Ola:\par
+\f0\par
+\f1 - I obj\'b9\'b3 pan ju\'bf swe dobra ?.. \par
+\f0\par
+\f1 - Nie, pani, jad\'ea tam dopiero za par\'ea tygodni...\par
+\f0\par
+\f1 - Pozna pan zatem Ukrain\'ea, - ci\'b9gn\'ea\'b3a dalej swobodnie m\'b3oda kobieta, - kraj to cudny, \'9cliczny, zobaczy pan... Ja go tak lubi\'ea, tak kocham, z ca\'b3ego serca!.. - ko\'f1czy\'b3a, z o\'bfywieniem.\par
+\f0\par
+\f1 - Ot bynajmniej nie jest mi obc\'b9 Ukraina - po\'9cpieszy\'b3 z odpowiedzi\'b9 Topolski. - Zazna\'b3em ju\'bf jej uroku, bywa\'b3em bowiem u stryja dawniej, et je suis tout \f0\'e0 \f1 fait de votre opinion madame, c'est un pays charmant... Tyle wdzi\'eaku, cichego czaru, w tych drzemi\'b9cych stepach i polach, tyle poezyi, w jej dumkach, a tyle, tyle t\'easknoty we wszystkiem!.. - z zapa\'b3em, wyg\'b3osi\'b3 ostatnie s\'b3owa Topolski.\par
+\f0\par
+Ola, po raz pierwsz\f1 y, spojrza\'b3a na\'f1 uwa\'bfniej. Twarz m\'b3odzie\'f1ca w tej chwili pozby\'b3a si\'ea ca\'b3kiem na\'b3o\'bfonej konwenansowej maski \'9cwiatowca, z\'b3agodnia\'b3a jakby i wypi\'eaknia\'b3a.\par
+\f0\par
+\f1 Przesun\'b9wszy uwa\'bfnie swe rozumne spojrzenie po twarzy swego nowopoznanego s\'b9siada wiejskiego w przysz\'b3o\'9cci, Ola zdziwi\'b3a si\'ea w duszy niepomiernie, tymbardziej, \'bfe nie poza bynajmniej, ale przeciwnie, szczero\'9c\'e6 w ostatnich s\'b3owach jego d\'9fwi\'eacza\'b3a. Nie spodziewa\'b3a si\'ea podobnego zwrotu w rozmowie banalnej przeci\'eatnego salonowca, za jakiego wzi\'ea\'b3a nowego go\'9ccia, zamy\'9cli\'b3a si\'ea zatem chwil\'ea, umilk\'b3a, i dopiero, w par\'ea minut p\'f3\'9fniej, przypomniawszy sna\'e6 sobie obowi\'b9zki gospodyni, uprzejmie bardzo zwr\'f3ci\'b3a si\'ea do Topolskiego.\par
+\f0\par
+\f1 - Gaw\'eadz\'ea z panem, et j'oublie tout \f0\'e0 fait, comte, que vous connaissez ici tr\'e8s peu de \f1 monde... Wszak prawda? Przyjecha\'b3 pan dni temu par\'ea zaledwie... Przedstawi\'ea pana... donnez moi votre bras, s'il vous plait.\par
+\f0\par
+\f1 Z wdzi\'eakiem, Topolski poda\'b3 natychmiast Oli swe rami\'ea, rozp\'b3ywaj\'b9c si\'ea jednocze\'9cnie w podzi\'eakowaniach, grzeczno\'9cciach i zasypuj\'b9c zr\'eacznymi komplementami m\'b3od\'b9 kobiet\'ea... Uprzejma gospodyni tymczasem prowadzi\'b3a go ku grupie siedz\'b9cych starszych dam. Im naprz\'f3d przedstawiwszy go\'9ccia, skin\'ea\'b3a nast\'eapnie na jednego z kr\'eac\'b9cych si\'ea bezczynnie m\'b3odych ludzi, a zapoznawszy z nim swego protegowanego, poleci\'b3a zaprezentowa\'e6 go m\'b3odszym paniom i pannom.\par
+\f0\par
+\f1 - Comte Topolski... hrabia Topolski... monsieur le comte Topolski...- rozleg\'b3o si\'ea po chwili tu i tam po salonach, w milkn\'b9cym w\'b3a\'9cnie rozm\'f3w gwarze, t\'b3o fortepianu bowiem, stoj\'b9cego na zaimprowizowanej estradzie, zbli\'bfa\'b3a si\'ea w tej samej w\'b3a\'9cnie chwili s\'b3awna artystka, \'9cpiewaczka w\'b3oska...\par
+\f0\par
+\f1 Akompaniowa\'e6 jej zamierza\'b3 znany profesor i muzyk.\par
+\f0\par
+\f1 Topolski zacz\'b9\'b3 przyciszonym g\'b3osem zabawia\'e6 grup\'ea pa\'f1 i panien, wesp\'f3\'b3 z wyfraczon\'b9 i wymuskan\'b9 m\'b3odzie\'bf\'b9, uwaga za\'9c powszechna zwr\'f3ci\'b3a si\'ea jednocze\'9cnie na m\'b3od\'b9 i pi\'eakn\'b9 W\'b3oszk\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Coraz ciszej i ciszej, cho\'e6 opornie, umilk\'b3 w ko\'f1cu, niby morze, t\'b3um wytworny i s\'b3ucha\'e6 pocz\'eato, z pozornem zaj\'eaciem...\par
+\f0\par
+\f1 Wreszcie, w ciszy wzgl\'eadnej jeszcze, odezwa\'b3y si\'ea pierwsze akordy, a w \'9clad zatem obi\'b3 si\'ea o \'9cciany salon\'f3w i uszy s\'b3uchaczy melodyjny, o cudnem aksamitnem brzmieniu, kontralt kobiecy. Z\'b3\'b9czona w harmonijn\'b9 ca\'b3o\'9c\'e6 z muzyk\'b9 fortepianu, rozleg\'b3a si\'ea, zadr\'bfa\'b3a uczuciem w\'b3oska pie\'9c\'f1 nami\'eatna i jak \'9cwie\'bfe tchnienie z pod nieba Italii, sp\'b3yn\'ea\'b3a urocza, na rojn\'b9 mas\'ea go\'9cci...\par
+\f0\par
+\f1 Wstrz\'b9sn\'b9wszy za\'9c gam\'b9 ton\'f3w przepe\'b3nione salony, polecia\'b3a pie\'9c\'f1 czysta, skrzydlata, daleko - wyrwa\'b3a si\'ea przez okna na ulice miasta pot\'ea\'bfna, silna, wcisn\'ea\'b3a si\'ea do ka\'bfdego zak\'b9tka mieszkania Dzier\'bfymirskich - zbudzi\'b3a swym czarem dalekim siedz\'b9cego w zadumie w jednym z najbardziej oddalonych fumoir'\'f3w, Romana.\par
+\f0\par
+\f1 Podni\'f3s\'b3 g\'b3ow\'ea instynktownie, ws\'b3ucha\'b3 si\'ea w modulowan\'b9 artystycznie pie\'9c\'f1 i westchn\'b9\'b3 po kilkakrotnie...\par
+\f0\par
+\f1 Korzystaj\'b9c ze zwr\'f3conej og\'f3lnie uwagi na maj\'b9cy si\'ea rozpocz\'b9\'e6 wkr\'f3tce popis koncertowy, Dzier\'bfymirski znu\'bfony schroni\'b3 si\'ea by\'b3 tutaj.\par
+\f0\par
+\f1 My\'9cli d\'b3u\'bfej go przytrzyma\'b3y. Teraz za\'9c, s\'b3ysz\'b9c daleki, cichn\'b9cy stopniowo szmer t\'b3umnego zebrania, a p\'f3\'9fniej wyra\'9fne tony pie\'9cni znakomitej \'9cpiewaczki, z\'b3agodzone oddaleniem, pi\'eakne, marz\'b9ce, drgaj\'b9ce uczuciem i si\'b3\'b9 - Roman, w milczeniu s\'b3ucha\'b3 nieporuszony - jakby zakl\'eaty... I odej\'9c\'e6 st\'b9d nie chcia\'b3o mu si\'ea wcale...\par
+\f0\par
+\f1 Poddaj\'b9c si\'ea bowiem urokowi s\'b3uchanej pie\'9cni, porusza\'b3y si\'ea, tr\'b9cone jakby czyj\'b9\'9c d\'b3oni\'b9 z lekka, jakie\'9c struny w jego duszy, kwili\'b3y cicho, gra\'b3y...\par
+\f0\par
+\f1 Tymczasem nami\'eatny glos W\'b3oszki r\'f3s\'b3, pot\'ea\'bfnia\'b3...\par
+\f0\par
+\f1 Wreszcie w po\'bfegnalnym rytmie ostatnie, dono\'9cne, s\'b3owa pie\'9cni zabrzmia\'b3y - pola\'b3y si\'ea law\'b9 jakby ekstazy, rozkoszy, upojenia, wstrz\'b9sn\'ea\'b3y \'9ccianami cichej komnaty, a dobieg\'b3y a\'bf tu, pod stopy Dzier\'bfymirskiego, i zgas\'b3y...\par
+\f0\par
+\f1 Nasta\'b3a drobna chwilka zupe\'b3nego milczenia, poczem, zg\'b3uszony nieco oddaleniem, zabrzmia\'b3 oklask przeci\'b9g\'b3y, d\'b3ugi, szczery...\par
+\f0\par
+\f1 Roman przetar\'b3 d\'b3oni\'b9 czo\'b3o i powsta\'b3... Trzeba by\'b3o powraca\'e6 do obowi\'b9zk\'f3w niestrudzonego gospodarza domu.\par
+\f0\par
+\f1 A tak dobrze by\'b3o mu tutaj! Dawno nie pami\'eata tak cichej, niczem nie zam\'b9conej chwili, bez zgrzytu \'bfadnego, bez rozterki...\par
+\f0\par
+\f1 Rozterka!.. By\'b3a przecie\'bf ona jego \'bfyciem. Tak. Nie tem zewn\'eatrznem, dla ludzi, dla \'9cwiata, ale tem prawdziwem, wewn\'eatrznem - dla siebie.\par
+\f0\par
+\f1 Cie\'f1 smutku powlek\'b3 pi\'eakne rysy Dzier\'bfymirskiego; rozpami\'eatuj\'b9c co\'9c, zaduma\'b3 si\'ea on znowu.\par
+\f0\par
+\f1 Nagle brwi zmarszczy\'b3, i jakby przypomniawszy co\'9c sobie, si\'eagn\'b9\'b3 szybko do kieszeni fraka, sk\'b9d wyj\'b9\'b3 welinow\'b9 pod\'b3u\'bfn\'b9 kopert\'ea. Rzuciwszy uwa\'bfnem okiem na wypisany, dr\'bf\'b9c\'b9 r\'eak\'b9, dok\'b3adny adres, odczytywa\'e6 go pocz\'b9\'b3. By\'b3 to za\'9c list do niejakiego pana Wiktora Orl\'eackiego w Pary\'bfu. O pismo to chodzi\'b3o Romanowi bardzo od kilku ju\'bf tygodni, to jest od czasu, gdy si\'ea dowiedzia\'b3, \'bfe wzmiankowany powy\'bfej, Wiktor Orl\'eacki, zamieszka\'b3 w stolicy \'9cwiata z oszcz\'eadno\'9cci i musu po stracie -maj\'b9tkowej, wynik\'b3ej, jak m\'f3wiono, ze zguby, przed samym terminem licytacyi maj\'b9tkowej, sumy pieni\'ea\'bf\f0 nej.\par
+\par
+\f1 Opowiadanie to, pos\'b3yszane przypadkiem, uderzy\'b3o Romana Dzier\'bfymirskiego. Rodziny Orl\'eackich nie zna\'b3, szczeg\'f3\'b3\'f3w dowiedzie\'e6 si\'ea nie m\'f3g\'b3... Wiadomo\'9c\'e6 ta jednak niepokoi\'b3a go; ogarnia\'e6 go pocz\'ea\'b3a ch\'ea\'e6 niezbadana stanowczego zobaczenia si\'ea, z owym Wiktorem Orl\'eackim, oraz wybadania go zr\'eacznego.\par
+\f0\par
+\f1 I od chwili tej nie zna\'b3 ju\'bf pragnie\'f1 innych...\par
+\f0\par
+\f1 Wreszcie pozna\'b3 si\'ea umy\'9clnie pewnego dnia z bogaczem, s\'b3awnym odludkiem i dziwakiem, Hugonem Orl\'eackim, jedynym krewnym zamieszka\'b3ego, w Pary\'bfu Wiktora, by w jakikolwiek b\'b9d\'9f spos\'f3b m\'f3c dotrze\'e6 przez niego do nieznanego mu zgo\'b3a cz\'b3owieka, a trzymaj\'b9cego, mo\'bfe, kto wie, ni\'e6 jego w\'b3asnej zagadki! Dzi\'9c dopiero, na kilka godzin przed rautem, uda\'b3o si\'ea zdoby\'e6 list od starego samoluba, dla kt\'f3rego napisanie go nawet by\'b3o ofiar\'b9 niew\'b9tpliwie wielk\'b9, zerwa\'b3 bowiem zupe\'b3nie stosunki ze swym krewnym.\par
+\f0\par
+\f1 Pismo to by\'b3o w kwestyi oderwanej ca\'b3kiem; tre\'9c\'e6, poddana przez samego Romana, poleca\'b3a tylko oddawc\'ea w pewnej sprawie wzgl\'eadem synowca starego bogacza, posiadaj\'b9c jednak list \'f3w w kieszeni, Dzier\'bfymirski odetchn\'b9\'b3. \'a3atwiej mu ju\'bf bowiem by\'b3o, maj\'b9c sposobno\'9c\'e6 poznania owego Orl\'eackiego, potr\'b9ci\'e6 w rozmowie z nim o temat pieni\'ea\'bfnej zguby, kt\'f3rego, jako obcy zupe\'b3nie, prawdopodobnie tkn\'b9\'e6 by nawet z nim nie m\'f3g\'b3.\par
+\f0\par
+- Ba!.. jesz\f1 cze jeden... - westchn\'b9\'b3 Dzier\'bfymirski i skierowa\'b3 si\'ea \'9cpiesznym krokiem ku rozbrzmiewaj\'b9cym ju\'bf wrzaw\'b9 salonom.\par
+\f0\par
+\f1 Tam, po uczcie artystycznej ducha, przechodzono w\'b3a\'9cnie do du\'bfej pustej jadalnej sali, by z kolei przyst\'b9pi\'e6 do uczty cia\'b3a i pokrzepi\'e6 si\'ea jad\'b3em, za stawionem poka\'9fnie i suto, na olbrzymim pod\'b3u\'bfnym, przybranym kwiatami, stole.\par
+\f0\par
+\f1 Roman stan\'b9\'b3 w cieniu portyery, u wej\'9ccia jednego z ustronnych buduar\'f3w, gdzie w tej chwili nie by\'b3o nikogo, i obj\'b9\'b3 spojrzeniem swych go\'9cci.\par
+\f0\par
+W jego ogromnych salo\f1 nach by\'b3o ju\'bf nieco przestronniej; tu i tam siedziano jeszcze, rozmawiano, lub przechadzano si\'ea swobodniej... Wypuklej wyst\'eapowa\'b3y teraz wspania\'b3e toalety kobiet, mieni\'b3y si\'ea t\'eaczowymi kolory.\par
+\f0\par
+\f1 Na alabastrowych szyjach, piersiach i ramionach wachluj\'b9cych si\'ea zalotnie dam, \'b3atwiej mo\'bfna by\'b3o dojrze\'e6 obecnie wspania\'b3e klejnoty, po\'b3yskuj\'b9ce, na r\'f3wni ze spojrzeniami ich oczu...\par
+\f0\par
+\f1 Na lewo za\'9c, ku sali jadalnej, \'9ccisk natomiast panowa\'b3. Wiele os\'f3b dyskretnie w ostatnim, trzecim z rz\'eadu, salonie, oczekiwa\'b3o, rautuj\'b9c tymczasowo, kolei swej, bo przy sto\'b3ach biesiadnych pe\'b3no ju\'bf by\'b3o go\'9cci, posilaj\'b9cych si\'ea, przewa\'bfnie stoj\'b9c, wystawn\'b9, urz\'b9dzon\'b9 na zimno kolacy\'b9. Paniom i pannom us\'b3ugiwali panowie, jedz\'b9c, flirtuj\'b9c, \'9cmiej\'b9c si\'ea i bawi\'b9c weso\'b3o.\par
+\f0\par
+\f1 Obejmuj\'b9c sale wzrokiem, d\'b3u\'bfsz\'b9 ju\'bf chwil\'ea sta\'b3 tak Dzier\'bfymirski, a na twarzy jego, w \'9clad za\par
+pewnym jakby odblaskiem wewn\'eatrznej pr\'f3\'bfno\'9cci, zawita\'b3 teraz melancholijny cie\'f1...\par
+\f0\par
+\f1 - Przyszli tutaj - my\'9cla\'b3 - tak, stawili si\'ea z r\'f3\'bfnych oboz\'f3w, sfer, przybyli i wielcy, i mali, bawi\'b9 si\'ea obecnie swobodnie, weseli, splataj\'b9c zarazem sw\'b9 obecno\'9cci\'b9 d\'b3ug grzeczno\'9cci \'9cwiatowej, zaci\'b9gni\'eaty u niego - po\'bfyczk\'ea moralnych us\'b3ug, czynno\'9cci, zabieg\'f3w...\par
+\f0\par
+\f1 Ha, zapewne! Lecz gdyby tak oto niespodzianie, nagle, dowiedzieli si\'ea tutaj oni wszyscy, co poza jego, Dzier\'bfymirskiego, pow\'b3ok\'b9 si\'ea kryje, gdyby w zawrotn\'b9 g\'b3\'b9b duszy jego zajrzeli!..\par
+\f0\par
+\f1 O, niew\'b9tpliwie! Przeczytawszy ukryt\'b9 tam tajemnic\'ea, odwr\'f3ciliby si\'ea ze wzgard\'b9...\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski nieuczciwy? Jak to?.. Prezes, wiceprezes, cz\'b3owiek czynu, energii, \'bfelaznej woli, nasz najzdolniejszy, znany i powa\'bfany w szerokich ko\'b3ach miasta?..\par
+\f0\par
+\f1 Jaka\'9c pe\'b3na zgrzyt\'f3w, piek\'b9ca ironia roze\'9cmia\'b3a si\'ea na glos w duszy Romana.\par
+\f0\par
+- Ha-ha-ha!.. ha-ha-ha !.. Oszukujesz ich ty!.. Ty, czczony, wielki! Zasypuj\f1 esz im oczy b\'b3yszcz\'b9cym piaskiem, kpisz sobie w duchu z nich wszystkich!..\par
+\f0\par
+\f1 Roman wstrz\'b9sn\'b9\'b3 si\'ea... W przywidzeniu nag\'b3em ujrza\'b3 on te klasy, sfery - tych wszystkich, przechadzaj\'b9cych si\'ea przed nim, strojnych ludzi, unikaj\'b9cych jego wzroku, uk\'b3onu, uchylaj\'b9cych si\'ea od podania mu r\'eaki, ze wzgard\'b9 zimn\'b9, such\'b9 na obliczu...\par
+\f0\par
+\f1 I Dzier\'bfymirski, wzburzony nagle, podni\'f3s\'b3 g\'b3ow\'ea hardo, wstrz\'b9sn\'b9\'b3 bujn\'b9 czupryn\'b9, \'9cniada twarz jego przybra\'b3a wyraz energii, oraz niez\'b3omnej woli, i wyszepta\'b3:\par
+\f0\par
+\f1 - Nie dam si\'ea, nie dam!.. - zacisn\'b9\'b3 instynktownie pi\'ea\'9cci i doko\'f1czy\'b3 ciszej jeszcze: - Korz\'b9 si\'ea oni przede mn\'b9, kornymi zostan\'b9; bo ja tak chc\'ea i tak by\'e6 musi!..\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski bowiem w tej chwili nie ba\'b3 si\'ea rzeczywi\'9ccie ciemnej, nierozwi\'b9zanej jeszcze \'bfycia zagadki - ufa\'b3 w siebie!..\par
+\f0\par
+\f1 W ukryciu swem, niedostrze\'bfony przez nikogo, sta\'b3 d\'b3ugo jeszcze... Uspakaja\'b3 si\'ea stopniowo, a z r\'f3wnowag\'b9 umys\'b3ow\'b9, wywalczan\'b9 zwykle wol\'b9 \'bfelazn\'b9 - codzienny, tajony przed drugimi, smutek, pe\'b3ny samowiedzy, po raz setny znowu wst\'eapowa\'b3 do \f0 duszy jego.\par
+\par
+\f1 - Galernikiem jestem!... - szepn\'b9\'b3 Roman z gorycz\'b9. - Nie tym, z pi\'eatnem ludzkiej sprawiedliwo\'9cci na czole, pot\'eapianym, ale mo\'bfe gorszym jeszcze, bo moralnym - tym, kt\'f3remu honory pod nogi rzucaj\'b9 hojnie, a on je z rumie\'f1cem wstydu ukry\'e6 by rad przed sumieniem, lecz nie mo\'bfe!. W ciemni\'ea zagadki wpatrzony b\'b3\'eadnie, wij\'b9cy si\'ea bezustannie w ducha rozterce, niewolnikiem b\'b3\'eadnego ko\'b3a przeznaczenia w\'b3asnego jestem, bryzgaj\'b9cym \'9cwiatu fa\'b3szem mego "ja", potrafi\'b9cym go odurzy\'e6 komedy\'b9, gran\'b9 znakomicie, nie mog\'b9cym za\'9c, niestety, zag\'b3uszyli tylko - siebie!..\par
+\f0\par
+\f1 (przypis - tu ksi\'b9\'bfk\'b9 jest spalona, elementy wzi\'eate w nawias kwadratowy s\'b9 doko\'f1czeniem wyrazu, b\'b9d\'9f oznaczeniem przerwy w tek\'9ccie)\par
+\f0\par
+\f1 I Dzier\'bfymirski przesun\'b9\'b3 d\'b3o\'f1 po czole, jakby pragn\'b9c zetrze\'e6 z niego ostatecznie my\'9cli niepos\'b3uszne. Stan\'b9\'b3 po chwili przed lustrem, rozczesa\'b3 starannie w\'b3osy i brod\'ea, poprawi\'b3 szczeg\'f3[\'b3y swej] toalety, a przybrawszy zwyk\'b3\'b9 codzie[nn\'b9 poz\'ea] oblicza - przest\'b9pi\'b3 spr\'ea\'bfy\'9ccie pr\'f3g z[ bu]duaru... Rzuci\'b3 znowu ocz\f0 yma po salac[h ].\par
+\par
+\f1 Druga, czy trzecia partya go\'9cci [ ]raz wieczerz\'ea, a tamci, syci, przechad[zali si\'ea po] nim. Nagle ujrza\'b3 w dali sylwetk\'ea w[ ] szukaj\'b9cej uparcie wzrokiem kogo\'9c ws[zak po] chwili oczy ich spotka\'b3y si\'ea, Ola u\'9cmie[chn\'ea\'b3a si\'ea ] i przyzywa\'e6 go pocz\'ea\'b3a skinieniem g\'b3owy. [R\'f3wnocze]\'9cnie kto\'9c szybko uchwyci\'b3 za r\'eak\'ea Romana.\par
+\f0\par
+\f1 - Qua diable, ekscelencyo!.. - zabrzmia\'b3 g\'b3os \'a3ady\'bfy\'f1skiego. - Co z tob\'b9 si\'ea dzieje? Kolacya rozpocz\'eata, pani Ola ci\'ea szuka, go\'9ccie dopytuj\'b9 si\'ea o ciebie bezustannie, a ty\'9c, jak w wod\'ea wpad\'b3... B\'f3j si\'ea Boga, wielki cz\'b3owieku, c\'f3\'bf z ciebie za gospodarz domu!?.. - i pan Emil, wzi\'b9wszy pod r\'eak\'ea Dzier\'bfymirskiego, prowadzi\'e6 go pocz\'b9\'b3 poprzez salony.\par
+\f0\par
+\f1 Roman za\'9c teraz dopiero zda\'b3 sobie sprawy dok\'b3adnie, jak widocznie d\'b3ugo nie by\'b3o go pomi\'eadzy go\'9c\'e6mi.\par
+\f0\par
+\f1 - Telefonowano do mnie, interes bardzo wa\'bfny!.. Napr\'eadce za\'b3atwi\'e6 musia\'b3em korespondency\'ea... - sk\'b3ama\'b3 g\'b3adko.\par
+\f0\par
+\f1 - Ach, zawsze z ciebie ten sam interesoman - za\'9cmia\'b3 si\'ea \'a3ady\'bfy\'f1ski - wiesz co ? Ja my\'9cl\'ea, \'bfe je\'bfeli tak d\'b3u\'bfej potrwa, to i w nocy b\'eadziesz przewodniczy\'b3 sesyom, a niby \'9c. p. Napoleon godzin par\'ea tylko spoczywa\'b3 w obj\'eaciach Morfeusza!..\par
+\f0\par
+(przypis - druga strona spalenizny)\par
+\par
+\f1 [Rom]an na t\'ea uwag\'ea nic nie odpowiedzia\'b3, bo [ ]go. Panowie i panie przyw\'b3aszczali so[bie ]gi nieobecnego tak d\'b3ugo gospodarza do[ ]i\'ea z nim w rozmowy, na kt\'f3rych dnie, [ ]ry\'b3 si\'ea i tu nawet, zr\'eacznie wyzyskuj\'b9cy [ int]eres osobisty.\par
+\f0\par
+\f1 [Dzier\'bfy]mirski za\'9c, ze zwyk\'b3\'b9 sobie pozorn\'b9 po[wag\'b9 ] poddawa\'b3 si\'ea temu wszystkiemu uprzej[mie rozmaw]ia\'b3 z o\'bfywieniem i niebawem znik\'b3 z oczu, [ ] fal\'b9 go\'9cci. W tryby swe, k\'f3\'b3eczka i ko\'b3a [ ]a\'b3a go znowu machina \'bfycia, \'9ccieraj\'b9c walk\'ea [my]\'9cli, wra\'bfenia z przed chwili, barwnym, bawi\'b9cym si\'ea "towarzyskim \'9cwiatem", tak, jak wczoraj czyni\'b3a to interesami, sesyami, prac\'b9 spo\'b3eczn\'b9, lub czem innem wreszcie...\par
+\f0\par
+\f1 To w\'b3a\'9cnie \'bfycie czynne by\'b3o najwi\'eakszem mo\'bfe czasowem lekarstwem Romana - by\'b3o jego morfin\'b9, kt\'f3rej za moraln\'b9 dawk\'b9 zapomina\'b3 chwilowo o wszystkiem.\par
+\f0\par
+Tymczasem czas mkn\f1\'b9\'b3 szybko. Po sko\'f1czonej ju\'bf zupe\'b3nie kolacyi, przez czas kr\'f3tki do kulminacyjnego punktu o\'bfywienia doszed\'b3 raut prezesowstwa Dzier\'bfymirskich... Salony rozbrzmia\'b3y zdwojon\'b9 zabaw\'b9 i rozmow\'b9. Na wszystkich prawie twarzach widnia\'b3o szczere zadowolenie, co w wielkiej mierze zawdzi\'eaczano niezmordowanym, go\'9ccinnej uprzejmo\'9cci pe\'b3nym zabiegom Romana i Oli.\par
+\f0\par
+\f1 Eleganckie ich sylwetki, w\'9cr\'f3d barwnej l\'9cni\'b9cej fali zaproszonych os\'f3b, miga\'b3y szybko, znajdowa\'b3y, zdawa\'b3o si\'ea, wsz\'eadzie, by tylko uprzyjemni\'e6, rozrusza\'e6 i zabawi\'e6 wszystkich, umiej\'eatnem przedstawianiem, dobieraniem wzajemnem k\'f3\'b3 i k\'f3\'b3eczek swych go\'9cci.\par
+\f0\par
+\f1 Wreszcie stopniowo, z wolna, w salonach ukazywa\'e6 si\'ea pocz\'ea\'b3o coraz wi\'eacej swobodnego miejsca...\par
+\f0\par
+\f1 Wybi\'b3a gdzie\'9c godzina wp\'f3\'b3 do trzeciej. High life miejscowy pierwszy da\'b3o has\'b3o do odwrotu, za jego przyk\'b3adem, \'9cladem posz\'b3y i sfery inne... Przed domem, oraz na asfalcie obszernego dziedzi\'f1ca zat\'eatnia\'b3y liczne uderzenia kopyt ko\'f1skich, zamajaczy\'b3y ogniki u latar\'f1 dziesi\'b9tek powoz\'f3w i karet. Rozje\'bfd\'bfa\'b3o si\'ea t\'b3umnie i coraz szybciej.\par
+\f0\par
+\f1 U wej\'9ccia wyludniaj\'b9cych si\'ea coraz bardziej salon\'f3w, znowu stali teraz Dzier\'bfymirscy, \'bfegnaj\'b9c wszystkich serdecznie i grzecznie nad wyraz.\par
+\f0\par
+\f1 - N'est ce pas ? do zahaczenia w Gowartowie?.. - rzuci\'b3a na po\'bfegnanie Ola odchodz\'b9cemu ju\'bf w tej\'bfe chwili Topolskiemu.\par
+\f0\par
+\f1 - Najmilszym to dla mnie b\'eadzie obowi\'b9zkiem!.. - zabrzmia\'b3a, w uk\'b3onie wytwornym skwapliwa jego odpowied\'9f.\par
+\f0\par
+*******************************************\par
+\par
+Noc wiosenna, cicha, przez otwarte wszystkich apartament\'f3w okna, z\f1 ajrza\'b3a w swej gwia\'9fdzistej szacie do salon\'f3w Dzier\'bfymirskich.\par
+\f0\par
+\f1 Ciep\'b3ym, rze\'9fkim powiewem zmiesza\'b3a si\'ea ona z pozosta\'b3\'b9 tu woni\'b9 perfum, potu cia\'b3a i oddech\'f3w ludzkich, - tchnieniem swem dotkn\'ea\'b3a g\'b3\'f3w siedz\'b9cych w zacisznym buduarze Romana i Oli.\par
+\f0\par
+Ola z \f1 lubo\'9cci\'b9 wci\'b9gn\'ea\'b3a w piersi oddech wiosennej nocy, poczem rzek\'b3a:\par
+\f0\par
+\f1 - Ach, jak przyjemnie... czujesz, Romciu? Co za mi\'b3y i \'9cwie\'bfy powiew!..\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski, pal\'b9cy w zamy\'9cleniu papierosa, spojrza\'b3 na wdzi\'eaczn\'b9 posta\'e6 \'bfony, opi\'eat\'b9 zgrabnie w \'9cliczn\'b9 dekoltowan\'b9 sukni\'ea, i d\'b3u\'bfej zatrzymawszy na niej spojrzenie, milcz\'b9c, z u\'9cmiechem skin\'b9\'b3 potakuj\'b9co g\'b3ow\'b9; po chwili za\'9c rzuci\'b3 papierosa precz od siebie i przysun\'b9wszy fotel bli\'bfej do kanapki; gdzie siedzia\'b3a Ola, po\'b3o\'bfy\'b3 mi\'eakk\'b9 d\'b3o\'f1 sw\'b9 na jej ma\'b3ej r\'b9czce.\par
+\f0\par
+- \f1 Wiesz, kochanie - rzek\'b3 \'b3agodnie i z wolna - \'bfe ja ju\'bf jutro do Pary\'bfa jecha\'e6 musz\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 - Ju\'bf jutro?.. - wykrzykn\'ea\'b3a ze zdziwieniem Ola. - Mieli\'9cmy jecha\'e6 razem do Gowartowa - doda\'b3a nast\'eapnie z \'bfalem - a ty za granic\'ea dopiero p\'f3\'9fniej...\par
+\f0\par
+I oczy Oli poci\f1 emnia\'b3y nieco, na twarzy za\'9c odbi\'b3 si\'ea cie\'f1 widocznego jakby rozczarowania. Dzier\'bfymirski u\'9cmiechn\'b9\'b3 si\'ea na t\'ea mink\'ea niezadowolon\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 - Dba jednak o mnie i kocha... - przemkn\'ea\'b3o mu przez my\'9cl, poczem \'b3agodnie, g\'b3aszcz\'b9c d\'b3oni\'b9 r\'b9czk\'ea Oli, m\'f3wi\'b3 pieszczotliwie zn\'f3w dalej, pali\'b3y go ju\'bf bowiem gor\'b9czk\'b9: list schowany w kieszeni i nadzieja wpadni\'eacia mo\'bfe na tak dawno poszukiwany trop.\par
+\f0\par
+\f1 - Wierz mi, zwleka\'e6 nie mog\'ea, musz\'ea jecha\'e6 natychmiast... Zreszt\'b9 przyjad\'ea do Gowartowa p\'f3\'9fniej.\par
+\f0\par
+\f1 - Ale\'bf wczoraj jeszcze - \'bfachn\'ea\'b3a si\'ea Ola - m\'f3wi\'b3e\'9c mi, \'bfe nic tak dalece pilnego nie powo\'b3uje ci\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 - Ho-ho gniewy!.. - zauwa\'bfy\'b3 lekko i \'bfartobliwie Dzier\'bfymirski. - C\'f3\'bf to, mo\'bfe moja pani chcia\'b3aby mnie mie\'e6 tak ci\'b9gle \f0\'e0 ses trousses?.. - I m\'f3wi\f1\'b9c to, powsta\'b3, zbli\'bfy\'b3 si\'ea do \'bfony, a uj\'b9wszy jej obie d\'b3onie, po\'b3o\'bfy\'b3 je u\'9cmiechni\'eaty sobie na twarzy i wargami muska\'e6 pocz\'b9\'b3 delikatnie, bawi\'b9c si\'ea jednocze\'9cnie brz\'eacz\'b9cemi na r\'b9czkach Oli bransoletkami.\par
+\f0\par
+\f1 - Oj, kotku, koteczku ty m\'f3j drogi, kochany! wczoraj... - przedrze\'9fnia\'b3 z kolei - wczoraj nic nie wiedzia\'b3em jeszcze, a dzi\'9c... - tu Roman spu\'9cci\'b3 oczy - na raucie w\'b3a\'9cnie uchwalili\'9cmy razem z cz\'b3onkami nowozak\'b3adaj\'b9cej si\'ea wsp\'f3\'b3ki Przemys\'b3u Fabryczno - Krajowego, \'bfe ja, jako delegowany, musz\'ea, jecha\'e6 czempr\'eadzej do Pary\'bfa, w celu obejrzenia na miejscu udoskonale\'f1 fabrycznych...\par
+\f0\par
+\f1 Roman umilk\'b3, pu\'9cci\'b3 delikatnie d\'b3onie \'bfony i wyj\'b9\'b3 ruchem szybkim zegarek.\par
+\f0\par
+\f1 - Oho - po trzeciej... P\'f3\'9fno, cherie, ju\'bf k\'b3a\'9c\'e6 si\'ea pora - i ko\'f1cz\'b9c jakby poprzedni\'b9 rozmow\'ea, dorzuci\'b3: - No, i c\'f3\'bf, moje \'bfycie, widzisz teraz, i\'bf nie jecha\'e6 jutro nie mog\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 - Zapewne. Ty zawsze nie mo\'bfesz, gdy nie chcesz! No, ale c\'f3\'bf robi\'e6... Jed\'9f... Tylko w takim razie prosz\'ea mi d\'b3ugo tam nie siedzie\'e6 i pisa\'e6 listy codziennie. Koniecznie... By nie zapomnie\'e6 o mnie zupe\'b3nie - tu Ola z u\'9cmiechem pogrozi\'b3a m\'ea\'bfowi palcem i doda\'b3a jeszcze: - bo Pary\'bf - Pary\'bfem, ho, ho, ja znam si\'ea na tem!.. Nie oszukasz mnie tak \'b3atwo...\par
+\f0\par
+\f1 - Ale c\'f3\'bf znowu? - \'bfachn\'b9\'b3 si\'ea Dzier\'bfymirski, ale tym razem zupe\'b3nie szczerze. - C\'f3\'bf za my\'9cli - u\'9cmiechn\'b9\'b3 si\'ea, a potem dorzuci\'b3 ca\'b3kiem powa\'bfnie: - Wiesz przecie, \'bfe pr\'f3cz ciebie, \'bfadna na \'9cwiecie kobieta nie obchodzi mnie zgo\'b3a!..\par
+\f0\par
+\f1 Z wdzi\'eaczno\'9cci\'b9 spojrza\'b3a na\'f1 Ola.\par
+\f0\par
+\f1 - Wiem i wierz\'ea - rzek\'b3a - a poniewa\'bf i mnie t\'easkno bez pana mego b\'eadzie, wi\'eac i ja jutro pojad\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 Zatrzyma\'b3a si\'ea, spojrzawszy filuternie na m\'ea\'bfa, cie\'f1 bowiem mimowolny przebieg\'b3 po twarzy jego...\par
+\f0\par
+\f1 - Nie, nie do Pary\'bfa!.. - roze\'9cmia\'b3a si\'ea szczerze, jakby my\'9cli Romana zgaduj\'b9c - ale do Gowartowa!..\par
+\f0\par
+\f1 U\'9cmiechn\'b9\'b3 si\'ea z kolei Dzier\'bfymirski.\par
+\f0\par
+- \f1 Dobrze! - wykrzykn\'b9\'b3 weso\'b3o. - Zatem jutro - marsz! Poniewa\'bf za\'9c poci\'b9g m\'f3j wychodzi p\'f3\'9fniej od twego, wy\'9cl\'ea pakunki nasze przez s\'b3u\'bfb\'ea i odwioz\'ea ci\'ea na kolej powozem. A teraz - ci\'b9gn\'b9\'b3 dalej - spa\'e6!... Dobranoc, kochanie, zm\'eaczon\'b9 jeste\'9c.\par
+\f0\par
+\f1 Poca\'b3owa\'b3 Ol\'ea serdecznie w obie r\'eace i czo\'b3o - ma\'b3\'bfe\'f1stwo znu\'bfone rozesz\'b3o si\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 Niebawem w apartamentach prezesowstwa Dzier\'bfymirskich pogas\'b3y wszystkie \'9cwiat\'b3a. Cisza i u\'9cpienie, prowadz\'b9c si\'ea za r\'eace, wst\'b9pi\'b3y do roj\'b9cych si\'ea tak niedawno od ludzi salon\'f3w, buduar\'f3w - rozpostar\'b3y si\'ea wsz\'eadzie i mrokiem sennym otuli\'b3y wszystko doko\'b3a.\par
+\f0\par
+\lang1033 --------\par
+\par
+\par
+- Paris!.. Tout le monde descend!.. \lang1045 Paris!..\par
+\par
+\f1 Okrzyk ten j\'eadrny, dono\'9cny, a wyrzeczony najczystszym francuskim akcentem, obi\'b3 si\'ea o s\'b3uch pasa\'bfer\'f3w poci\'b9gu, podje\'bfd\'bfaj\'b9cego pod oszklone arkady paryskiego dworca, i zbudzi\'b3 drzemi\'b9cego w wagonowym przedziale Dzier\'bfymirskiego.\par
+\f0\par
+\f1 - Par... - ris !.. - zabrzmia\'b3o przeci\'b9gle raz jeszcze pod samem oknem wagonu i drzwiczki szybko roztworzono nagle... Roman zerwa\'b3 si\'ea, a pochwyciwszy podr\'f3\'bfn\'b9 torebk\'ea, wyskoczy\'b3 \'9cpiesznie na peron.\par
+\f0\par
+\f1 Bieganina, ruch, zgie\'b3k, ogarn\'ea\'b3y go natychmiast, oszo\'b3omi\'b3y chwilowo ca\'b3kiem; w par\'ea minut dopiero, zoryentowawszy si\'ea, poszed\'b3 Dzier\'bfymirski do rewizyjnej sali, gdzie pobie\'bfn\'b9 z baga\'bfem swym za\'b3atwiwszy formalno\'9c\'e6, w kwadrans p\'f3\'9fniej znalaz\'b3 si\'ea ju\'bf w doro\'bfce, na bulwarach.\par
+\f0\par
+\f1 Zapaliwszy cygaro i rozpar\'b3szy si\'ea wygodnie, z przyjemno\'9cci\'b9 przypatrywa\'b3 si\'ea on teraz od bardzo ju\'bf dawna nie widzianej nadsekwa\'f1skiej stolicy.\par
+\f0\par
+\f1\'8crodkiem bulwaru Sewastopolskiego, ulic\'b9, wymija\'b3y go ogromne, zielone tramwaje elektryczne, r\'f3\'bfnobarwne omnibusy konne, ekwipa\'bfe, samochody; ca\'b3y zast\'eap ruchliwy pojazd\'f3w tamowa\'b3 co chwila wir miasta, na sekund kilka wielokrotnie zatrzymywa\'e6 si\'ea by\'b3a zmuszona wioz\'b9ca Romana doro\'bfka; policyjna w mantylach ciemnych krzykliwie czyni\'b3a porz\'b9dek - poczem ruszano znowu.\par
+\f0\par
+\f1 A pod wynios\'b3emi drzewami, po bokach, snu\'b3y si\'ea po\'9cpiesznie przechodni\'f3w roje; na werandach mnogich kawiarni, zajmuj\'b9cych cz\'ea\'9c\'e6 chodnika, pe\'b3no by\'b3o r\'f3wnie\'bf i gwarno od konsument\'f3w - p\'b3ci obojga oraz r\'f3\'bfnych stan\'f3w.\par
+\f0\par
+\f1 I jaki\'9c pr\'b9d kie\'b3kuj\'b9cego, czynnego bezustannie \'bfycia, lec\'b9cego na o\'9clep jakby przed siebie, niepomnego by\'b3ego, znik\'b3ego ju\'bf "wczoraj", w ci\'b9g\'b3ej, \'9cpiesznej pogoni tera\'9fniejszo\'9cci i jutra - bi\'b3 od tych uganiaj\'b9cych si\'ea mas ludzkich, zawrotn\'b9 si\'b3\'b9 ci\'b9gn\'b9\'b3 jakby ku sobie - poch\'b3ania\'b3 i wabi\'b3...\par
+\f0\par
+\f1 W p\'b3uca swe wci\'b9gaj\'b9c bezwiednie tchnienie tego \'bfycia, tocz\'b9cego si\'ea z \'b3oskotem swego perpetuum mobile, Roman dojecha\'b3 wreszcie do jednego z centralnych hoteli, gdzie rozlokowawszy si\'ea niebawem, znu\'bfony po\'b3o\'bfy\'b3 si\'ea i zasn\'b9\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 Przespawszy w kamiennym \'9cnie zm\'eaczenia dobrych godzin kilka, Dzier\'bfymirski zabra\'b3 si\'ea energicznie do celu swego tutaj przybycia. Wybieg\'b3 na miasto.\par
+\f0\par
+\f1 Dla oryginalno\'9cci i pod wp\'b3ywem przypomnienia u\'bfywanej za studenckich jeszcze czas\'f3w jazdy na "imp\'e9rial'i" omnibus\'f3w, "pan prezes" usadowi\'b3 si\'ea na dachu jednego z nich i z zadowoleniem, rozgl\'b9da\'e6 si\'ea pocz\'b9\'b3 woko\'b3o.\par
+\f0\par
+\f1 U st\'f3p jego, blisko, w granitowem pod\'b3o\'bfu toczy\'b3a sennie swe ciemne, stalowe fale Sekwana. U jej brzeg\'f3w w oddali, na lewo, wznosi\'b3y si\'ea ponure nieco kwadraty wie\'bfyc katedry Notre Dame, w prawo za\'9c majaczy\'b3 Luwr olbrzymi. Dalej zn\'f3w b\'b3yszcza\'b3 ozdobami most Aleksandra III-go, odcina\'b3a si\'ea na tle nieba wie\'bfa Eiffel - w perspektywie, kopu\'b3a pa\'b3acu Inwalid\'f3w z\'b3oci\'b3a si\'ea w promieniach majowego s\'b3o\'f1ca...\par
+\f0\par
+\f1 A po Sekwanie, kr\'b9\'bf\'b9c, uwija\'b3y si\'ea parowe statki, zatrzymywa\'b3y si\'ea u licznych przystani, obs\'b3uguj\'b9c bezustannie mieszka\'f1c\'f3w stolicy.\par
+\f0\par
+\f1 Trz\'eas\'b9c niemi\'b3osiernie, \'bf\'f3\'b3tawy, w trzy siwe konie zaprz\'ea\'bfony, omnibus zatrzymywa\'b3 si\'ea w\'b3a\'9cnie na jednym z przystank\'f3w, gdy obserwuj\'b9cy ci\'b9gle Pary\'bf Dzier\'bfymirski, zda\'b3 sobie nagle spraw\'ea, \'bfe mieszkanie Orl\'eackiego mo\'bfe by\'e6 ju\'bf blisko, i pocz\'b9\'b3 schodzi\'e6 szybko po kr\'eatych schodkach, \'b3\'b9cz\'b9cych pi\'eatnastocentymow\'b9 imp\'e9riale z trzydziestocentymowym pado\'b3em.\par
+\f0\par
+\f1 Znalaz\'b3szy si\'ea na bruku, Roman przy\'9cpieszy\'b3 kroku, i wymin\'b9wszy kilka w\'b9skich zau\'b3k\'f3w, znik\'b3 w bramie jednego z dom\'f3w. W chwil\'ea p\'f3\'9fniej dzwoni\'b3 na kr\'eatych ciemnych schodach starej, jak \'9cwiat, kamienicy - u drzwi pomieszkania Orl\'eackiego. Otworzy\'b3a mu m\'b3oda, fertyczna s\'b3u\'bf\'b9ca, w charakterystycznym bia\'b3ym czepeczku na g\'b3owie.\par
+\f0\par
+\f1 - Monsieur Orl\'eacki? - zapyta\'b3 Dzier\'bfymirski. \par
+\f0\par
+\f1 - Sorti et ne reviendra qu'a dix heures du soir - pos\'b3ysza\'b3 zwi\'eaz\'b3\'b9 odpowied\'9f.\par
+\f0\par
+Zawiedzion\f1 y Roman skrzywi\'b3 si\'ea, z niech\'eaci\'b9 i zagadn\'b9\'b3:\par
+\f0\par
+\f1 - A jutro o kt\'f3rej godzinie zasta\'e6 go b\'eadzie mo\'bfna?\par
+\f0\par
+\f1 - O, jutro zgo\'b3a co innego. W Niedziel\'ea pan przyjmuje od drugiej do obiadu - poinformowa\'b3a przybysza m\'b3oda Francuzka.\par
+\f0\par
+\f1 - A zatem przyjd\'ea jutro o tej\'bfe godzinie - odpar\'b3 Dzier\'bfymirski, i si\'eagn\'b9wszy po bilet wizytowy, oraz list Hugona Orl\'eackiego, wr\'eaczy\'b3 je s\'b3u\'bf\'b9cej,\par
+\f0\par
+\f1 - Prosz\'ea odda\'e6 to panu... Do widzenia!.. - skin\'b9\'b3 g\'b3ow\'b9 uprzejmie.\par
+\f0\par
+\f1 - Bonjour, monsieur!.. - odwzajemniaj\'b9c si\'ea dzie\'f1 dobrym, wed\'b3ug miejscowego zwyczaju, po\'bfegna\'b3a go dziewczyna u\'9cmiechem i zalotnem b\'b3y\'9cni\'eaciem czarnych oczu.\par
+\f0\par
+\f1 Wydostawszy si\'ea na ulic\'ea, Dzier\'bfymirski, niezadowolony ze zw\'b3oki, a ca\'b3y poch\'b3oni\'eaty nadziej\'b9 rozwi\'b9zania za pomoc\'b9 Orl\'eackiego dr\'eacz\'b9cej go zagadki - szed\'b3 naprz\'f3d przed siebie odruchowo czas d\'b3u\'bfszy. Od otoczenia swego daleki jeszcze my\'9clami, nagle zatrzyma\'b3 si\'ea jednak, spojrzawszy uwa\'bfnie doko\'b3a siebie.\par
+\f0\par
+\f1 Znajdowa\'b3 si\'ea obok filar\'f3w wej\'9cciowych Panteonu - przed nim za\'9c w perspektywie ju\'bf bliskiej zielenia\'b3 za krat\'b9 ogr\'f3d\f0 Luksemburski.\par
+\par
+\f1 Pustymi chodnikami skierowa\'b3 si\'ea w t\'b9 stron\'ea; wkr\'f3tce by\'b3 ju\'bf w ogrodzie i i\'9c\'e6 zacz\'b9\'b3 bez celu szerokiemi alejami, niebawem za\'9c znalaz\'b3 si\'ea na obszernym tarasie. Na lewo, w oddali, zamajaczy\'b3y wie\'bfyce Obserwatoryum, przed nim wznosi\'b3o si\'ea m\f0 uzeum Luksemburskie.\par
+ \par
+\f1 - Wpadn\'ea tam i obejrz\'ea, co jest!.. - pomy\'9cla\'b3, zadowolony nagle na widok gmachu, a poniewa\'bf wej\'9ccie do pa\'b3acu nie by\'b3o od ogrodu, lecz od strony bulwaru \'8c-go Micha\'b3a, Dzier\'bfymirski skierowa\'b3 si\'ea boczn\'b9 alej\'b9 parku ku wyj\'9cciu, na prawo. Twarz chmurn\'b9, znudzon\'b9, okrasi\'b3 mu u\'9cmiech; przest\'b9pi\'b3 spr\'ea\'bfy\'9ccie pr\'f3g muzeum i spojrza\'b3 jednocze\'9cnie na zegarek - mija\'b3a czwarta, podwoje pa\'b3acu za\'9c zamykano o pi\'b9tej.\par
+\f0\par
+\f1 - Zd\'b9\'bf\'ea chyba zobaczy\'e6 wszystko!.. - mrukn\'b9\'b3, kontent ju\'bf tym razem zupe\'b3nie, \f0 z przyjemnego zabicia czasu.\par
+\par
+\f1 I rzeczywi\'9ccie.. Pod wp\'b3ywem bowiem pierwszego rzutu oka na salon sztuki, Dzier\'bfymirski zapomnia\'b3 o wszystkiem, co go dr\'eaczy\'b3o.\par
+\f0\par
+\f1 Znajdowa\'b3 si\'ea w otoczeniu, ustawionych w pierwszej sali, licznych rze\'9fb nowo\'bfytnych...\par
+\f0\par
+\f1 Wi\'eac oto najprz\'f3d spojrzenie jego przyku\'b3a ustawiona na ma\'b3em wzniesieniu, w pobli\'bfu wej\'9ccia, rze\'9fba Moreau-Vauthier'a, a by\'b3a ni\'b9 posta\'e6 naga, le\'bf\'b9cej na wznak, w lubie\'bfnej pozie i upojeniu, bachantki, z gronem winogron w lewej d\'b3oni... Naturalno\'9c\'e6 pozy i ruchu, a szczeg\'f3lniej modelowane doskonale cia\'b3o kobiece, t\'eatni\'b9ce po prostu w zimnym bia\'b3ym marmurze, \'bfarem krwi m\'b3odej - zatrzyma\'b3o d\'b3u\'bfej na sobie wzrok Romana.\par
+\f0\par
+\f1 Rozgl\'b9daj\'b9c si\'ea, przystaj\'b9c co chwila, poszed\'b3 dalej!.. I niebawem znowu zapatrzy\'b3 si\'ea d\'b3u\'bfej, tym razem przed przegi\'eat\'b9 w ty\'b3, w stoj\'b9cej postawie, i unosz\'b9c\'b9 si\'ea jakby w przestrzeni, postaci\'b9 nagiej r\'f3wnie\'bf dziewczyny. Oczy jej by\'b3y przymkni\'eatemi, twarz owiana mg\'b3\'b9 u\'9cpienia, w r\'eaku trzymane chwia\'b3o si\'ea kwiecie...\par
+\f0\par
+\f1 By\'b3o to "Z\'b3udzenie" F. Charpentier'a, oddaj\'b9ce subtelnie pochwycon\'b9 nieuchwytno\'9c\'e6 illuzyi, jak sen, jak marzenie, nieuj\'eatej - rozp\'b3ywaj\'b9cej si\'ea jakby w przestrzeniach...\par
+\f0\par
+\f1 Niezr\'f3wnanem bowiem oddaniem czaru u\'9cpionych pi\'eaknych rys\'f3w kobiecych, zdawa\'b3o si\'ea, \'bfe znajduj\'b9cy si\'ea tutaj przedstawiciele rze\'9fby turniej urz\'b9dzili sobie.\par
+\f0\par
+\f1 W\'9cr\'f3d wielu innych w tym\'bfe rodzaju pos\'b9g\'f3w, wyr\'f3\'bfnia\'b3a si\'ea jeszcze rze\'9fba, nader pi\'eakna, zatytu\'b3owana : "Wspomnienie". Tw\'f3rc\'b9 jej by\'b3 Merci\'e9 Autonin.\par
+\f0\par
+\f1 Przedstawia\'b3a ona m\'b3ode dziewcz\'ea, o rysach drobnych, z g\'b3ow\'b9 przechylon\'b9 w ty\'b3 nieco, z obliczem, ton\'b9cem jakby w g\'b3\'eabokim, cichym \'9cnie. Na kolanach jej, na ziemi - wsz\'eadzie, widnia\'b3y rozsypane kwiaty; dwa go\'b3\'b9bki, nios\'b9c w dzi\'f3bkach r\'f3wnie\'bf kwiecie, lecia\'b3y ku niej, rozmarzonej cicho, we wspomnieniu dalekiem...\par
+\f0\par
+\f1 Po\'9cwi\'eaciwszy wzgl\'eadnie do\'9c\'e6 czasu na rze\'9fb\'ea, Dzier\'bfymirski przeszed\'b3 spiesznie do salon\'f3w, zawieszonych obrazami, dochodzi\'b3a ju\'bf bowiem godzina zamkni\'eacia. Szybko, jak m\'f3g\'b3 najuwa\'bfniej, pocz\'b9\'b3 ogl\'b9da\'e6 obrazy wszystkie; w ten spos\'f3b dobieg\'b3 do sali ostatniej. Poczem, wolniej nieco, powraca\'e6 zacz\'b9\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 I teraz w jednym salonie uwag\'ea jego zwr\'f3ci\'b3 nader oryginalnie, bo, jakby ca\'b3kiem po \'9cwiecku traktowany, a mimo to nadziemsko\'9cci\'b9 tchn\'b9cy, obraz: "Naj\'9cwi\'eatsza Marya Pocieszycielka..." Z ram patrzy\'b3a na widza, natchnionego oblicza, o du\'bfych oczach czarnych, siedz\'b9ca posta\'e6 Niebios Kr\'f3lowej... Na kolanach Jej, rzucona na kl\'eaczkach, opar\'b3a si\'ea kobieta, z twarz\'b9 ukryt\'b9, z r\'eakoma za\'b3amanemi, w bezbrze\'bfnym b\'f3lu, szukaj\'b9ca na \'b3onie \'8cwi\'eatej Maryi pocieszenia! U st\'f3p tych dw\'f3ch postaci kobiecych - poni\'bfej, le\'bfa\'b3o wdzi\'eacznie u\'9cpione dzieci\'b9tko, \'9cni\'b3o, osypane ca\'b3e, obrzucone puchem bia\'b3ych r\'f3\'bf \'9cnie\'bfnych, w rozkwicie...\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski, zachwycony wdzi\'eakiem i poezy\'b9, bij\'b9cemi z obrazu tego, p\'eadzla "Bouguereau"; po chwili zn\'f3w pospieszy\'b3 dalej.\par
+\f0\par
+\f1 Naraz zatrzyma\'b3 si\'ea ponownie. Ujrza\'b3 bowiem naprzeciwko siebie obraz do\'9c\'e6 du\'bfy, przez Detaille Edwarda. Nosi\'b3 miano "Le r\f0\'eave (Sen)".\par
+\par
+\f1 Na olbrzymiem oto polu, otuleni p\'b3aszczami, z czapkami nasuni\'eatemi na czo\'b3o, pokotem, jeden obok drugiego, le\'bf\'b9 setki odpoczywaj\'b9cych, pogr\'b9\'bfonych we \'9cnie \'bfo\'b3nierzy... Poranek cichy; niebo hen! daleko zar\'f3\'bfawia si\'ea leniwie jutrzenk\'b9, - w\'9cr\'f3d \'9cpi\'b9cych ludzi b\'b3yszcz\'b9 w szarem \'9cwitaniu rz\'eadem poustawiane, u\'b3o\'bfone w koz\'b3y bronie, a gdzie\'9c z boku, blisko, dogasa ju\'bf ognisko...\par
+\f0\par
+\f1 Lecz c\'f3\'bf to za cienie majacz\'b9 tam, w g\'f3rze, nad nimi?\par
+\f0\par
+\f1 To g\'f3r\'b9, w ob\'b3okach, p\'b3ynie mg\'b3\'b9 przes\'b3oni\'eaty jaki\'9c hufiec inny, zwyci\'eazki - mar i duch\'f3w, nie ludzi!.. Grzmi tam muzyka, b\'eabni\'b9, strzelaj\'b9, proporce si\'ea chwiej\'b9, chor\'b9gwie szumi\'b9... tamci, tam, zwyci\'ea\'bfaj\'b9 niezawodnie!..\par
+\f0\par
+\f1 I ponad g\'b3owy u\'9cpionych \'bfo\'b3nierzy, kt\'f3rych potw\'f3r wojny mo\'bfe ju\'bf jutro poch\'b3onie, przesuwa si\'ea, jak marzenie, u\'b3udne widzenie ostatnie: oni \'9cpi\'b9c, widz\'b9 siebie, jak zwyci\'ea\'bfaj\'b9, pe\'b3ni chwa\'b3y!..\par
+\f0\par
+To sen...\par
+\par
+\f1 Pi\'b9ta wybi\'b3a g\'b3o\'9cno w salonach sztuki, i Dzier\'bfymirski opu\'9cci\'e6 musia\'b3 muzeum. Niebawem znalaz\'b3 si\'ea na bulwarach Pary\'bfa i r\'f3wnocze\'9cnie instynktownie poczu\'b3 g\'b3\'f3d.\par
+\f0\par
+\f1 W\'b3och z matki i dusz\'b9 ca\'b3\'b9 artysta, my\'9cl\'b9 wspomina\'b3 on jeszcze widziane przed chwil\'b9 dzie\'b3a sztuki i pogodnem spojrzeniem ogarnia\'b3 biegn\'b9ce woko\'b3o siebie t\'b3umy, przepe\'b3nione kawiarnie i hucz\'b9ce pojazdy.\par
+\f0\par
+\f1 - La Presse!.. La Patrie... La Pres-se!.. - krzyczano mu nad uchem na wszystkie strony; w restauracyach, na platformach, spo\'bfywano ju\'bf posi\'b3ek, popijano wino, absynt i inne wyskokowe napoje - ca\'b3y Pary\'bf obiadowa\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 Na \'9cwie\'bfem powietrzu, przy jednym z takich stolik\'f3w, zach\'eacony przyk\'b3adem, zasiad\'b3 i Roman, a kazawszy poda\'e6 obiad, zapali\'b3 swobodnie cygaro.\par
+\f0\par
+\f1 Niebawem przyniesiono pierwsz\'b9 potraw\'ea. W\'9cr\'f3d przelewaj\'b9cego si\'ea kaskad\'b9 paryskiego \'bfycia i huku ruchliwej stolicy, Dzier\'bfymirski spokojnie zacz\'b9\'b3 spo\'bfywa\'e6 zup\'ea, s\'b3uchaj\'b9c ciekawie, z u\'9cmiechem, g\'b3o\'9cnych rozm\'f3w swych przerozmaitych s\'b9siad\'f3w i charakterystycznych cz\'eastokro\'e6 ich bulwarowych dowc\f0 ip\'f3w.\par
+\par
+\pard\qc ***\par
+\pard\par
+\f1 Punktualny, pomi\'eadzy drug\'b9, a trzeci\'b9 po po\'b3udniu, wchodzi\'b3 nazajutrz Roman do mieszkania Orl\'eackiego. S\'b3u\'bf\'b9ca wprowadzi\'b3a go natychmiast do saloniku, zaledwie jednak wszed\'b3 tam, roztworzy\'b3y si\'ea ju\'bf zamaszy\'9ccie boczne drzwi komnatki i w ramie ich ukaza\'b3 si\'ea m\'ea\'bfczyzna ros\'b3y, blondyn; \'b3ysawy i do\'9c\'e6 oty\'b3y, o siwiej\'b9cym, z polska podkr\'eaconym, w\'b9sie.\par
+\f0\par
+\f1 - Jak\'bfe mi mi\'b3o... Jak mi\'b3o mie\'e6 w swoich progach tak dostojnego go\'9ccia... rodaka!.. - zacz\'b9\'b3 od proga, z polsk\'b9 szczero\'9cci\'b9 i uprzejmo\'9cci\'b9 w g\'b3osie, roztworzy\'b3 przytem machinalnie ramiona, jakby chcia\'b3 do piersi przycisn\'b9\'e6 niemi przyby\'b3ego, po chwili opami\'eata\'b3 si\'ea jednak i wyci\'b9gaj\'b9c uprzejmie prawic\'ea; czysto ju\'bf tylko salonowym gestem, przedstawi\'b3 si\'ea: Orl\'eacki... Wiktor... - siostrzeniec Hugona.\par
+\f0\par
+- \f1 Nie uwierzy pan - ci\'b9gn\'b9\'b3 natychmiast bardzo grzecznie - jak\'b9 rzetelnie prawdziw\'b9 rado\'9c\'e6 uczyni\'b3 mi list stryja i zapowied\'9f tej pa\'f1skiej wizyty... Prosz\'ea, niech pan prezes siada!... Prosz\'ea bardzo...\par
+\f0\par
+\f1 I Orl\'eacki wskaza\'b3, z grzeczno\'9cci\'b9, fotele, widz\'b9c za\'9c zdziwienie na twarzy Romana, na d\'9fwi\'eak tytu\'b3u "prezesa", u\'9cmiechn\'b9\'b3 si\'ea, odgad\'b3szy my\'9cl go\'9ccia.\par
+\f0\par
+\f1 - Dziwnem si\'ea panu prezesowi, jak widz\'ea, wydaje - przem\'f3wi\'b3, - \'bfe tytu\'b3uje go... C\'f3\'bf to, przypuszcza pan mo\'bfe, - ci\'b9gn\'b9\'b3 dalej, ze swad\'b9, - \'bfe my tu na obczy\'9fnie nic nie wiemy, kto w kraju u nas przoduje? Przeciwnie, przeciwnie! - \'9cledzimy gor\'b9czkowo i z uwag\'b9 ruch naszych ziomk\'f3w, wsp\'f3\'b3braci !.. A jak\'bfe... a jak\'bfe!.. Ja sam osobi\'9ccie trzymam wiele gazet polskich, wiem o wszystkiem, a z nazwiskiem pa\'f1skiem - tu sk\'b3oni\'b3 si\'ea grzecznie w stron\'ea Romana - spotyka\'b3em si\'ea w nich tylokrotnie, ceni\'b9c zawsze ruchliwo\'9c\'e6 pana prezesa i oddaniu si\'ea jego spo\'b3ecze\'f1stwu naszemu...\par
+\f0\par
+\f1 Umilk\'b3, a po chwili\par
+\f0\par
+\f1 - Ale!.. przepraszam bardzo!.. Pan prezes wszak pali zapewne?.. s\'b3u\'bf\'ea natychmiast - i zerwa\'b3 si\'ea miejsca, przynosz\'b9c wkr\'f3tce Dzier\'bfymirskiemu pude\'b3ko papieros\'f3w.\par
+\par
+Roman si\'eagn\'b9\'b3 po jednego z nich i b\'b9kn\'b9\'b3 niewyra\'9fnie:\par
+\f0\par
+\f1 - Dzi\'eakuj\'ea bardzo!..\par
+\f0\par
+\f1 Obserwuj\'b9c wci\'b9\'bf ciekawie, spod oka swego gospodarza, chcia\'b3 przytem ju\'bf przem\'f3wi\'e6, lecz pe\'b3ny bezustannej uprzejmo\'9cci Orl\'eacki przerwa\'b3 mu zanim usta otworzy\'e6 zdo\'b3a\'b3:\par
+\f0\par
+\f1 - A mo\'bfe cygarko?.. Przepraszam stokrotnie... Za chwil\'ea! - i nie czekaj\'b9c odpowiedzi, znik\'b3 za drzwiami przyleg\'b3ego pokoju, Dzier\'bfymirski za\'9c u\'9cmiechn\'b9\'b3 si\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Poczciwy cz\'b3owiek jaki\'9c - pomy\'9cla\'b3 - i cho\'e6, zdaje si\'ea, blagier nieco, lecz szczery i z gatunku nieszkodliwych. Dowiem si\'ea prawdopodobnie, czego chcia\'b3em...\par
+\f0\par
+\f1 Ledwie Roman okre\'9clenie to w umy\'9cle sformu\'b3owa\'e6 zdo\'b3a\'b3, gospodarz domu sta\'b3 ju\'bf przed nim, podaj\'b9c szerokie puzde\f0 rko cygar.\par
+\par
+\f1 - Doskona\'b3e - pochwali\'b3 - prawdziwe pruskie... O, bynajmniej nie tutejsze, kt\'f3re s\'b9 po prostu ohydne - zaopiniowa\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 - Dzi\'eakuj\'ea bardzo. Pan tak \'b3askaw... - poczu\'b3 si\'ea w obowi\'b9zku odrzec Dzier\'bfymirski, powstawszy zarazem z miejsca swego.\par
+\f0\par
+- O, \f1 panie prezesie! - pospieszy\'b3, z odpowiedzi\'b9, Orl\'eacki, - Siada\'e6 prosz\'ea en bons amis... Ot -tutaj... - wskaza\'b3 na kanapk\'ea - wygodniej b\'eadzie! - i zapaliwszy r\'f3wnocze\'9cnie zapa\'b3k\'ea, zbli\'bfy\'b3 p\'b3omie\'f1 do koniuszczka cygara Dzier\'bfymirskiego.\par
+\f0\par
+\f1 - Merci!.. - sk\'b3oni\'b3 si\'ea ten\'bfe raz jeszcze, i wypu\'9cciwszy k\'f3\'b3eczko dymu, odezwa\'b3 si\'ea wreszcie, skorzystawszy z sekundy milczenia go\'9ccinnego gospodarza.\par
+\f0\par
+\f1 - Czyta\'b3 pan list stryja, pana Hugona, wszak prawda?.. Wiadomy panu wi\'eac zatem cel mego tu przybycia... Nie zn\'b9j\'b9c nikogo w Pary\'bfu, zdecydowa\'b3em si\'ea prosi\'e6 stryja pa\'f1skiego, o tarte d'entree do pana...\par
+\f0\par
+\f1 - Och, i bez tego, panie prezesie - przerwa\'b3 Orl\'eacki - ka\'bfdego rodaka witamy tu z ca\'b3ego serca! Tembardziej za\'9c pana prezesa, tak w kraju zas\'b3u\'bfonego...\par
+\f0\par
+\f1 - Ach, tak, nie w\'b9tpi\'ea - z wolna potwierdzi\'b3 Roman - lecz i mnie chodzi\'b3o r\'f3wnie\'bf - tu u\'9cmiechn\'b9\'b3 si\'ea z lekka - o specyaln\'b9 protekcy\'ea do kogo\'9c, by potrafi\'b3 u\'b3atwi\'e6 wiadom\'b9 nam spraw\'ea przemys\'b3ow\'b9...\par
+\f0\par
+\f1 - A tak, tak! - przerwa\'b3 zn\'f3w Orl\'eacki, niezadowolony jakby, \'bfe poruszano t\'ea kwesty\'ea. Pan prezes radby obejrze\'e6 drobiazgowo i gruntownie urz\'b9dzenia fabryk tutejszych, przy mojej pomocy... Owszem, postaram si\'ea, panie prezesie, cho\'e6 uprzedzi\'e6 musz\'ea, \'bfe ja... - zatrzyma\'b3 si\'ea - nie mam tak rozleg\'b3ych stosunk\'f3w ze sfer\'b9 handlowc\'f3w... to jest, chcia\'b3em powiedzie\'e6... ze sfer\'b9 fabrykant\'f3w... przemys\'b3owc\'f3w... Pary\'bfa... panie dobrodzieju... Jednak\'bfe... - tu zaj\'b9kn\'b9\'b3 si\'ea, zapl\'b9ta\'b3 w swem przem\'f3wienia Orl\'eacki i zamilk\'b3, widocznie zmieszany.\par
+\f0\par
+\f1 U\'9cmiech niedostrzegalny okoli\'b3 w\'b9skie usta Rom\f0 ana.\par
+\par
+\f1 - To nic nie szkodzi - odpar\'b3. Mam niep\'b3onn\'b9 nadziej\'ea, i\'bf razem z panem damy sobie z tem wszystkiem rad\'ea... Zreszt\'b9, to chyba drobnostka. Chodzi zaledwie o jakie\'9c dziesi\'ea\'e6 fabryk tylko...\par
+\f0\par
+\f1 Roman zatrzyma\'b3 si\'ea i zapyta\'b3 jeszcze, chc\'b9c konsekwentnie doprowadzi\'e6 do ko\'f1ca zmy\'9clony sw\'f3j interes i misy\'ea:\par
+\f0\par
+\f1 - Wszak fabryki owe wymienione s\'b9 w li\'9ccie pana Hugona...\par
+\f0\par
+\f1 - Tak jest, tak jest... w istocie...- potwierdzi\'b3 Orl\'eacki i zaj\'b9kn\'b9\'b3 si\'ea znowu.\par
+\f0\par
+\f1 - To dobrze, m\'f3g\'b3by mi mo\'bfe szanowny pan powiedzie\'e6, czy w\'b3a\'9cciciele ich znani s\'b9 jemu?.. Gdzie to zak\'b3ady fabryczne znajduj\'b9, w jaki spos\'f3b, oraz kiedy obejrze\'e6 je mo\'bfna by by\'b3o?..\par
+\f0\par
+\f1 - Nic doprawdy nie mog\'ea jeszcze panu prezesowi w tym wzgl\'eadzie powiedzie\'e6 - odrzek\'b3 Orl\'eacki i doda\'b3 natychmiast:\par
+\f0\par
+\f1 - Co si\'ea tyczy, czy znam w\'b3a\'9ccicieli, to... prawdopodobnie... Zreszt\'b9 zna si\'ea tutaj os\'f3b tyle... - zatrzyma\'b3 si\'ea. - Tylko, vous savez, panie prezesie... otrzyma\'b3em list dopiero wczoraj - urwa\'b3, i doko\'f1czy\'b3 po chwili - wi\'eac, vous comprenez, czasu nie mia\'b3em...\par
+\f0\par
+\f1 - Ale\'bf naturalnie!.. - pospieszy\'b3 z uspakajeniem Orl\'eackiego Dzier\'bfymirski. - Ja tylko dlatego si\'ea pytam, i\'bf to jest celem mego tutaj przybycia, i \'bfe to mnie nader interesuje, jako delegata nowa zak\'b3adaj\'b9cej si\'ea u nas w kraju wsp\'f3\'b3ki Handlowo-Przemys\'b3owo-Fabrycznej...\par
+\f0\par
+\f1 - A tak, s\'b3ysza\'b3em,.. Czyta\'b3em nawet o tem gdzie\'9c w gazetach - odpar\'b3, z przekonaniem Orl\'eacki.\par
+\f0\par
+\f1 - K\'b3amie, jak z nut - pomy\'9cla\'b3 Dzier\'bfymirski, i u\'9cmiech dyskretny ponownie przemkn\'b9\'b3 po ustach jego. Zaci\'b9gn\'b9\'b3 si\'ea jednocze\'9cnie cygarem i wpatrzy\'b3 badawczo w Orl\'eackiego. - Bonne p\'e2te d'homme... - my\'9cla\'b3 zarazem - ale jak tu zacz\'b9\'e6 o tych zgubionych pieni\'b9dzach?\par
+\f0\par
+\f1 Tymczasem, nielubi\'b9cy milcze\'e6 Orl\'eacki, widocznie r\'f3wnie\'bf pragn\'b9cy zr\'eacznie odwr\'f3ci\'e6 rozmow\'ea, ju\'bf m\'f3wi\'b3:\par
+\f0\par
+- Pan prezes zapewne nie po raz pierwszy i na\f1 d\'b3u\'bfej przyby\'b3 do Pary\'bfa, nieprawda\'bf?..\par
+\f0\par
+\f1 - Och, tak... - odruchowo potwierdzi\'b3 Roman, nie my\'9cl\'b9c o tem, co m\'f3wi.\par
+\f0\par
+\f1 - No, to mam nadziej\'ea - opowiada\'b3 uprzejmy gospodarz dalej - \'bfe b\'ead\'ea jeszcze mia\'b3 okazy\'ea przedstawi\'e6 panu prezesowi moj\'b9 \'bfon\'ea i c\'f3rk\'ea... Dzi\'9c pojecha\'b3y do Versailles. Panu prezesowi wiadomo zapewne, i\'bf w pierwsz\'b9 niedziel\'ea ka\'bfdego miesi\'b9ca puszczaj\'b9 wod\'ea ze wszystkich fontann w Wersalskim parku... Widok zaiste bywa w\'f3wczas wspania\'b3y. C'est charmant!.. - zatrzyma\'b3 si\'ea chwil\'ea i si\'eagn\'b9\'b3 po zegarek do kieszeni. - O! trzecia ju\'bf dochodzi... Niebawem wr\'f3c\'b9...\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski tymczasem, s\'b3uchaj\'b9c, nie s\'b3ucha\'b3, pogr\'b9\'bfony wci\'b9\'bf w my\'9clach. Naraz twarz \'9cniada jego o\'bfywi\'b3a si\'ea, przelecia\'b3 po niej promie\'f1... Strzepuj\'b9c delikatnie popi\'f3\'b3 z cygara, przem\'f3wi\'b3 z wolna: \par
+\f0\par
+\f1 - Prosz\'ea pana... - zatrzyma\'b3 si\'ea. - Za niedyskrecy\'ea pope\'b3nian\'b9 mo\'bfe, najmocniej przepraszam... Czy\'bfby pan nie by\'b3 rad powr\'f3ci\'e6 do kraju..\par
+\f0\par
+\f1 I Dzier\'bfymirski badawczo spojrza\'b3 w twarz Orl\'eackiemu, czekaj\'b9c odpowiedzi, jednocze\'9cnie my\'9cla\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 - Ka\'bfdy Polak na obczyznie t\'easkni za krajem, pewnik; dlaczegobym ja nie mia\'b3 u\'bfy\'e6 tego sposobu do osi\'b9gni\'eacia mego prywatnego celu? No, zobaczymy...\par
+\f0\par
+\f1 Orl\'eacki za\'9c ju\'bf m\'f3wi\'b3:\par
+\f0\par
+\f1 - Czy ja nie pragn\'b9\'b3bym powr\'f3ci\'e6 do kraju? Ale\'bf, panie prezesie, to moje najgor\'eatsze \'bfyczenie! pragnienie \'bfony mojej, c\'f3rki - codzienne marzenie nas wszystkich! - doko\'f1czy\'b3, z zapa\'b3em.\par
+\f0\par
+\f1 - No, dobrze, mam ci\'ea!.. - przelecia\'b3o przez umys\'b3 Romana.\par
+\f0\par
+\f1 - Czy wolno zapyta\'e6 jeszcze - przem\'f3wi\'b3 - o rzecz jedn\'b9, a mianowicie... Czy \'bfyczenie to pa\'f1stw - marzenie - poprawi\'b3, z u\'9cmiechem - ma ju\'bf dot\'b9d jakie pewne i konkretne podstawy?..\par
+\f0\par
+\f1 Orl\'eacki na te s\'b3owa spu\'9cci\'b3 wzrok ku ziemi. \par
+\f0\par
+\f1 - O, bynajmniej - odpar\'b3... - Tam, w kraju, stosunki zerwa\'b3em wszystkie prawie... tu za\'9c zawi\'b9za\'b3em niekt\'f3re, potrzebne mi. Mam poza tem sta\'b3e zaj\'eacie, przynosz\'b9ce mi doch\'f3d pewny...\par
+\f0\par
+\f1 - Tak, tak, zapewne, rozumiem - przerwa\'b3 szybko Dzier\'bfymirski - wchodz\'ea w po\'b3o\'bfenie i przepraszam bardzo za me pytania... - doko\'f1czy\'b3 grzecznie, a widz\'b9c r\'f3wnocze\'9cnie na twarzy gospodarza zak\'b3op\f0 otanie widoczne...\par
+\par
+\f1 - Nie ma za co jecha\'e6 nieborak - to jasne, i \'bfy\'e6 by z czego nie mia\'b3 -w\'9cr\'f3d swoich - pomy\'9cla\'b3 i w tej\'bfe chwili zapyta\'b3:\par
+\f0\par
+\f1 - Lecz gdyby tak trafi\'b3a si\'ea na przyk\'b3ad szanownemu panu okazya dobra do obj\'eacia w kraju zyskownej posady? Przypuszczam, \'bfe w takim razie przeszkody do wyjazdu nie by\'b3oby \'bfadnej?..\par
+\f0\par
+\f1 - No, zapewne... Lecz o tem i my\'9cle\'e6 niepodobna, nie posiadam bowiem ju\'bf \'bfadnych w kraju stosunk\'f3w - powt\'f3rzy\'b3 Orl\'eacki, ze smutkiem.\par
+\f0\par
+\f1 - A pan Hugo, krewny pa\'f1ski?.. - zagadn\'b9\'b3 Roman.\par
+\f0\par
+- O\f1 ch... ten... - przeci\'b9gle odpar\'b3 gospodarz, z niech\'eaci\'b9 wyra\'9fn\'b9, i z wybuchem szczero\'9cci nag\'b3ej, rzek\'b3 z gorycz\'b9:\par
+\f0\par
+\f1 - Stryj Hugo od czasu, jakem emigrowa\'b3 i wie\'9c\'e6 mi si\'ea w \'bfyciu przesta\'b3o, zna\'e6 mnie ju\'bf nie chce, ani wiedzie\'e6 nic o mnie... Dziwi\'ea si\'ea nawet niewymownie, i\'bf raczy\'b3 napisa\'e6 pod moim adresem, w interesie prezesa, s\'b3\'f3w kilka...\par
+\f0\par
+\f1 Na twarzy Orl\'eackiego, przy tych s\'b3owach, osiad\'b3 cie\'f1, po chwili dorzuci\'b3:\par
+\f0\par
+\f1 - Zwyk\'b3a kolej ludzka... nic dziwnego. \'8cwiat pami\'eata o tych tylko, kt\'f3rym si\'ea powodzi. \par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski wpatrzy\'b3 si\'ea uwa\'bfnie w Orl\'eackiego; ostatnie s\'b3owa, wypowiedziane przez niego, odkry\'b3y mu utajon\'b9 stron\'ea \'bfycia siedz\'b9cego przed nim cz\'b3owieka - nieszcz\'ea\'9ccie, gorycz skryt\'b9, a powod\'f3w jej \'b3acno domy\'9cli\'b3 si\'ea Roman. Pomimo woli, \'bfal mu si\'ea Orl\'eackiego zrobi\'b3o.\par
+\f0\par
+\f1 - To szkoda jednak - przem\'f3wi\'b3 z wolna - \'bfe panowie mieszkaj\'b9 tak od siebie z daleka... Pan Hugo, cho\'e6 odludek i egoista, poza tem jednak cz\'b3owiek nieposzlakowanej opinii i nadzwyczaj przy tem wp\'b3ywowy i bogaty.\par
+\f0\par
+\f1 Orl\'eacki na te s\'b3owa uczyni\'b3 niewyra\'9fny ruch r\'eak\'b9; - nasta\'b3a chwila milczenia.\par
+\f0\par
+\f1 - Wypada mi raz jeszcze przeprosi\'e6 stokrotnie pana - odezwa\'b3 si\'ea zn\'f3w pierwszy Dzier\'bfymirski - \'bfe o\'9cmielam si\'ea wkracza\'e6 w stosunki jego, tak osobiste, lecz po pierwsze wyj\'b9tkowe po\'b3o\'bfenie nasze tu, na obczy\'9fnie, jako rodak\'f3w, sk\'b3ania mnie do tego; po drugie za\'9c, \'bfe w tym wzgl\'eadzie mo\'bfe mog\'ea sta\'e6 panu u\'bfytecznym...\par
+\f0\par
+\f1 Orl\'eacki, zdziwiony, spojrza\'b3 na Romana.\par
+\f0\par
+\f1 - Tak jest - rzek\'b3 Dzier\'bfymirski, z u\'9cmiechem - c\'f3\'bfby szanowny pan bowiem powiedzia\'b3 na to, gdybym... -- tu zatrzyma\'b3 si\'ea sekund\'ea - u\'b3atwi\'b3 mu... - Dzier\'bfymirski przy tem zaakcentowa\'b3 wyra\'9fnie ostatnie wyrazy - powr\'f3t do kraju... Stosunkami za\'9c da\'b3 mu jak\'b9 posad\'ea korzystn\'b9?..\par
+\f0\par
+\f1 - Ale\'bf, panie prezesie! - wykrzykn\'b9\'b3 Orl\'eacki, i zerwawszy si\'ea z fotelu, uchwyci\'b3 d\'b3o\'f1 go\'9ccia swego, \'9cciskaj\'b9c j\'b9 serdecznie.. - Wdzi\'eaczno\'9c\'e6 moja i sercu memu bliskich nie mia\'b3aby granic!.. Lecz doprawdy, nie pojmuj\'ea... nie rozumiem!.. - urwa\'b3 wzruszony... - Sk\'b9d taka \'b3aska pana prezesa dla mnie?... Wszak poznali\'9cmy si\'ea tak niedawno! - doko\'f1czy\'b3 i zamilk\'b3, nie wiedz\'b9c sna\'e6, co powiedzie\'e6, jak si\'ea obr\'f3ci\'e6 i znale\'9f\'e6 w sytuacyi, tak dla\'f1 niespodzianej...\par
+\f0\par
+\f1 Roman tymczasem powsta\'b3 r\'f3wnie\'bf z miejsca, i oddawszy serdecznie u\'9ccisk Orl\'eackiemu, po przyjacielsku uj\'b9\'b3 go za rami\'ea.\par
+\f0\par
+Przeszli po p\f1 okoju tak razem krok\'f3w kilka, poczem Dzier\'bfymirski, wci\'b9\'bf id\'b9c pod r\'eak\'ea z Orl\'eackim, rzek\'b3 ca\'b3kiem swobodnie:\par
+\f0\par
+\f1 - Przyznaj\'ea, poczu\'b3em do szanownego pana szczer\'b9 sympaty\'ea, rozumiem przy tem w zupe\'b3no\'9cci po\'b3\'f3\'bfenie jego tutejsze, i got\'f3w jestem uczyni\'e6 dla nie\f0 go wiele...\par
+\par
+\f1 - Dzi\'eakuj\'ea, po tysi\'b9c razy dzi\'eakuj\'ea! - u\'9ccisn\'b9\'b3 Orl\'eacki serdecznie trzymane rami\'ea Romana, z r\'f3wnowagi ca\'b3y wyprowadzony.\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski m\'f3wi\'b3 tymczasem dalej, pomny celu swego:\par
+\f0\par
+\f1 - Lecz daruje pan rzecz jedn\'b9... Nim przyst\'b9pimy mianowicie do obchodz\'b9cej pana sprawy, wiedzie\'e6 musz\'ea dok\'b3adnie - Roman zatrzyma\'b3 si\'ea - zupe\'b3nie szczeg\'f3\'b3owo - poprawi\'b3 - przebieg dotychczasowego jego \'bfycia. Nic w tem dziwnego z mej strony, wszak prawda?.. Zna\'e6 mam przyjemno\'9c\'e6 szanownego i kochanego pana od tak bardzo niedawna! - doko\'f1czy\'b3, z przyjaznym u\'9cmiechem, i jak najnaturalniej na poz\'f3r.\par
+\f0\par
+\f1 - Ale\'bf, rzecz prosta! Tajemnicy w tem zreszt\'b9 nie ma \'bfadnej! - odpar\'b3 Orl\'eacki szybko, przekonany zupe\'b3nie. - Opowiem prezesowi wszystko natychmiast! - ci\'b9gn\'b9\'b3 dalej rozrad\f0 owany.\par
+\par
+\f1 - No, to siadajmy!.. - rzek\'b3 weso\'b3o Dzier\'bfymirski.\par
+\f0\par
+\f1 Usiedli jeden naprzeciw drugiego. Roman wpatrzy\'b3 si\'ea badawczo w twarz Orl\'eackiego, a w oczekiwaniu zwierzenia, kt\'f3rego w duszy tak bardzo pragn\'b9\'b3, twarz mu poblad\'b3a mimo woli, aksamitne za\'9c spojrzenie ciemnych oczu sta\'b3o si\'ea bardziej jeszcze przenikliwem i rozumnem.\par
+\f0\par
+\f1 - S\'b3ucham pana - rzek\'b3 powa\'bfnie. \par
+\f0\par
+\f1 U\'9cmiechni\'eaty, radosny, poprawi\'b3 si\'ea Orl\'eacki na krze\'9cle, i si\'eagn\'b9wszy po cygara, zapali\'b3 jedno, w roztargnieniu cz\'eastuj\'b9c niemi Romana.\par
+\f0\par
+\f1 - Dzi\'eakuj\'ea, pal\'ea jeszcze - u\'9cmiechn\'b9\'b3 si\'ea niedostrzegalnie Roman, i spojrza\'b3 z pod oka na gospodarza. - R\'f4ti \f0\'e0 point! - zadecydowa\f1\'b3 w my\'9cli sarkastycznie.\par
+\f0\par
+\f1 - A, przepraszam! -odrzek\'b3 Orl\'eacki i m\'f3wi\'b3 dalej:\par
+\f0\par
+\f1 - Ot\'f3\'bf, co do mego, technicznie tak zwanego curriculum vitae, postaram si\'ea opowiedzie\'e6 je prezesowi w kilku s\'b3owach. Rzecz ta przedstawia si\'ea zatem jak nast\'eapuje:\par
+\f0\par
+\f1 - Urodzony lat temu, czterdzie\'9cci i siedem, dobiegam ju\'bf bowiem pi\'ea\'e6dziesi\'b9tki - u\'9cmiechn\'b9\'b3 si\'ea - z ojca Ryszarda i matki J\'f3zefy z Lancjarskich de domo, przepr\'f3\'bfnowa\'b3em, kszta\'b3c\'b9c si\'ea w domu, do lat pi\'eatnastu... Potem oddano mnie do Jezuit\'f3w, nast\'eapnie ko\'f1czy\'b3em uniwersytet w Bonn, nad Renem, i wr\'f3ciwszy do kraju, obj\'b9\'b3em klucz maj\'b9tkowy, dziedziczny Orlin...\par
+\f0\par
+\f1 - Bywaj\'b9c w, \'9cwiecie przez lat kilka, staraj\'b9c si\'ea o pierwsze w kraju partye, \'bfyj\'b9c nieco szeroko, straci\'b3em maj\'b9tek... Nast\'eapnie spotka\'b3em dzisiejsz\'b9 \'bfon\'ea moj\'b9, z domu hrabiank\'ea Bo\'bfkowsk\'b9... Przez \'bf - u\'9cmiechn\'b9\'b3 si\'ea Orl\'eacki, - bo s\'b9 i Borzkowscy przez rz, bez tytu\'b3u i nie pochodz\'b9cy wcale z karmazyn\'f3w - zwyczajne szaraki - obja\'9cni\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski w tem miejscu u\'9cmiechn\'b9\'b3 si\'ea pob\'b3a\'bfliwie - sarkastycznie, lecz s\'b3ucha\'b3 w milczeniu dalej.\par
+\f0\par
+\f1 - Pobrali\'9cmy si\'ea, - ci\'b9gn\'b9\'b3 tymczasem Orl\'eacki - i osiad\'b3em na roli, ju\'bf nie jako pan, ale jako skromny obywatel na kilkudziesi\'eaciu w\'b3\'f3kach ziemi, i naturalnie, z czasem zerwa\'b3em przy tem zupe\'b3nie dawne \'9cwiatowe stosunki... Gospodarowa\'b3em sobie tak cicho lat kilkana\'9ccie, sta\'b3em si\'ea domatorem - przekszta\'b3ca\'b3em stopniowo, o ile mog\'b3em, w czcigodnego pana s\'b9siada... Wreszcie, niestety, jak piorun z nieba, spad\'b3o na mnie zdarzenie pewne... Nie wspomo\'bfony przez nikogo, sprzeda\'e6 musia\'b3em dobra, i przyby\'b3em tu - za chlebem!..\par
+\f0\par
+\f1 Orl\'eacki umilk\'b3 na chwil\'ea, poczem, doda\'b3 nieco smutnie :\par
+\f0\par
+\f1 - Jak najpi\'eakniejsza od s\'b3o\'f1ca p\'b3owieje materya, tak i najbarwniejsze \'bfycie blaknie od nieprzychylnych cios\'f3w \'bfycia. Szarzyzn\'b9 ono dla mnie dzisiaj - trudno! - westchn\'b9\'b3, i zamilk\'b3 znowu.\par
+\f0\par
+\f1 W nadziei, i\'bf dowie si\'ea jeszcze oczekiwanego przeze\'f1 "clou" historyi tej ca\'b3ej, milczenia tego nie przerywa\'b3 Dzier\'bfymirski. Po d\'b3u\'bfszej jednak chwili, widz\'b9c, \'bfe Orl\'eacki, poch\'b3oni\'eaty my\'9clami, zapomina\'e6 zdaje si\'ea nawet o jego obecno\'9cci, zagadn\'b9\'b3 uprzejmie:\par
+\f0\par
+\f1 - I je\'9cli wiedzie\'e6 wolno, c\'f3\'bf dalej?\par
+\f0\par
+\f1 Jakby ze snu jakiego dalekiego zbudzony, Orl\'eacki podni\'f3s\'b3 powoli posmutnia\'b3e oczy na Romana.\par
+\f0\par
+\f1 - Nic! - odrzek\'b3 bezbarwnie, g\'b3osem twardym. \par
+\f0\par
+\f1 - By\'e6 nie mo\'bfe? - zadziwi\'b3 si\'ea Roman, jak m\'f3g\'b3 najszczerzej. - I pomy\'9cle\'e6 - ci\'b9gn\'b9\'b3 swobodnie - \'bfe ja tam w kraju tyle przer\'f3\'bfnych rzeczy o panu s\'b3ysza\'b3em...\par
+\f0\par
+\f1 Ura\'bfony jakby tem, co us\'b3ysza\'b3, Orl\'eacki zapyta\'b3 z kolei sucho:\par
+\f0\par
+\f1 - No, i c\'f3\'bf takiego, ciekawym, wymy\'9cli\'b3a na mnie luba opinia, czy wiedzie\'e6 mog\'ea?\par
+\f0\par
+\f1 Roman niecierpliwie poruszy\'b3 si\'ea na krze\'9cle. \par
+\f0\par
+\f1 - C\'f3\'bf u licha! - pomy\'9cla\'b3 - czyni\'ea dot\'b9d tyle, i prawda wci\'b9\'bf wymyka mi si\'ea \f0 sprzed nosa... \par
+\par
+\f1 Po chwili za\'9c, jak gdyby nagle na co\'9c zupe\'b3nie ju\'bf stanowczo zdecydowany, odpowiedzia\'b3 z wolna, przetar\'b3szy przytem r\'eak\'b9 czo\'b3o:\par
+\f0\par
+\f1 - Och!.. potem o tem... Teraz znowu powr\'f3ci\'e6 musz\'ea do j\'b9dra zajmuj\'b9cej nas kwestyi. Pragn\'ea da\'e6 panu posad\'ea... Czy wolno zapyta\'e6 - jakie s\'b9 jego mocne - zaakcentowa\'b3 - kwalifkacye fachowe?..\par
+\f0\par
+\f1 - Fachowych \'9cci\'9cle \'bfadnych - przerwa\'b3 niezadowolonym troch\'ea g\'b3osem Orl\'eacki. - Posiadam jednak j\'eazyki: angielski, francuski, rosyjski i niemiecki, oraz zdobyte prac\'b9 i praktyk\'b9 obecn\'b9 - rachunkowo\'9c\'e6 i buchaltery\'ea - w banku, gdzie urz\'eaduj\'ea i sk\'b9d w razie potrzeby otrzyma\'e6 mog\'ea \'9cwiadectwo odpowiednie.\par
+\f0\par
+\f1 - A! - zadziwi\'b3 si\'ea mimo woli Roman - to dobrze... to bardzo dobrze...\par
+\f0\par
+\f1 Wzrok jego przy tem, z zadowoleniem obj\'b9\'b3 d\'b3u\'bfsz\'b9 chwil\'ea ca\'b3\'b9 posta\'e6 Orl\'eackiego, m\'f3wi\'b9c do siebie mimo woli wyra\'9fnie; - Patrzcie?.. nie spodziewa\'b3em si\'ea!..\par
+\f0\par
+\f1 - Zatem - odezwa\'b3 si\'ea niebawem - obj\'b9\'e6 mo\'bfe szanowny pan inn\'b9, lepsz\'b9 nawet posad\'ea od tej, kt\'f3r\'b9 przeznacza\'b3em w my\'9cli dla niego.\par
+\f0\par
+\f1 - C\'f3\'bf to za miejsce? - zagadn\'b9\'b3 Orl\'eacki.\par
+\f0\par
+\f1 - Une place de confiance...- wycedzi\'b3 z wolna Dzier\'bfymirski. - Przy tem r\'f3wnocze\'9cnie jedno z wy\'bfszych przy korespondencyi i buchalteryi w Banku Komercyjno-Przemys\'b3owym, otworzy\'e6 si\'ea maj\'b9cym za miesi\'eacy kilka... Do komitetu nale\'bf\'ea, odm\'f3wi\'e6 mi nic nie mog\'b9... Skoro za\'9c pan w tej w\'b3a\'9cnie dziedzinie ju\'bf posiada praktyk\'ea pewn\'b9, tem \'b3acniej wi\'eac wyb\'f3r m\'f3j zatwierdz\'b9...\par
+\f0\par
+\f1 Roman sko\'f1czy\'b3 i spojrza\'b3 zn\'f3w spod oka na obywatela - emigranta.\par
+\f0\par
+\f1 Zdziwienie radosne bi\'b3o z twarzy Orl\'eackiego. \par
+\f0\par
+- No, \f1 teraz chyba wy\'9cpiewasz mi wszystko - pomy\'9cla\'b3 Roman, w duchu.\par
+\f0\par
+\f1 - Pensya znaczna - ci\'b9gn\'b9\'b3 dalej ca\'b3kiem oboj\'eatnie, - ile, nie wiem jeszcze na pewno... W ka\'bfdym razie tysi\'eacy kilka .. - urwa\'b3 niedbale.\par
+\f0\par
+\f1 - Ale\'bf to miejsce idealne! - wykrzykn\'b9\'b3 \'bfywo Orl\'eacki. - Dzi\'eakuj\'ea po raz wt\'f3ry! - u\'9ccisn\'b9\'b3 d\'b3o\'f1 Romana.\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski uczyni\'b3 wysi\'b3ek nad sob\'b9, by nie zdradzi\'e6 si\'ea przypadkowo nerwowem g\'b3osu brzmieniem i przem\'f3wi\'b3:\par
+\f0\par
+\f1 - Tylko zachodzi tu jeszcze kwestya jedna... A mianowicie - zawaha\'b3 si\'ea...\par
+\f0\par
+- Bo to, widzi\f1 szanowny i kochany pan, ci panowie, tam, w Zarz\'b9dzie, s\'b9 bardzo trudni... Czepiaj\'b9 si\'ea byle czego...\par
+\f0\par
+\f1 I zn\'f3w Roman m\'f3wi\'e6 przesta\'b3, poczem za\'9c, poirytowany nagle, \'bfe b\'eadzie zmuszony i\'9c\'e6 prosto do celu i palcami dotyka\'e6 kwestyi, kt\'f3r\'b9 zr\'eacznie obej\'9c\'e6 zamierza\'b3, wyrzuci\'b3 z siebie twardo:\par
+\f0\par
+\f1 - M\'f3wiono mi tam, o jakich\'9c pieni\'b9dzach, zgubionych przez pana, nieodnalezionych, czy co\'9c tam podobnego... Pojmuje pan zatem, \'bfe ja, proteguj\'b9c - zatrzyma\'b3 si\'ea Roman sekund\'ea, i uprzejmie nieco dorzuci\'b3, z wymuszonym u\'9cmiechem. - Powiedzie\'e6 musz\'ea wszystko, wszak pan to rozumie chyba?.. Nic za\'9c o tem dot\'b9d szanowny pan mi nie m\'f3wi\'b3...\par
+\f0\par
+\f1 - Ale\'bf nie powiedzia\'b3em? - obruszy\'b3 si\'ea ura\'bfony widocznie Orl\'eacki. - Bo uwa\'bfa\'b3em to, jak i uwa\'bfam dot\'b9d, za spraw\'ea czysto osobist\'b9...\par
+\f0\par
+- Ma\f1 sz tobie! - omal \'bfe nie wykrzykn\'b9\'b3 Dzier\'bfymirski, ze z\'b3o\'9cci\'b9, lecz opami\'eata\'b3 si\'ea w por\'ea, i zapyta\'b3 w \'9clad za tem spokojnie, wpad\'b3szy zarazem na pomys\'b3 przebieg\'b3y.\par
+\f0\par
+\f1 - No tak, zapewne... Czyje\'bf to jednak pieni\'b9dze by\'b3y?..\par
+\f0\par
+\f1 - Aaa! - wyrwa\'b3o si\'ea z ust Orl\'eackiego natychmiast, i powstawszy gwa\'b3townie z krzes\'b3a, wykrzykn\'b9\'b3:\par
+\f0\par
+\f1 - To prezesowi tak powiedziano!.. Rozumiem teraz i przepraszam... \'a3otry dopiero, infamisy!.. - wyrzuci\'b3 z siebie z oburzeniem.\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski \'9cpiesznie po\'b3o\'bfy\'b3 sw\'b9 kobiec\'b9 mi\'eakk\'b9 d\'b3o\'f1 na \'bfylastej r\'eace szlachcica i pomimo woli rzuci\'b3 niecierpliwie:\par
+\f0\par
+\f1 - Ja r\'f3wnie\'bf bardzo przepraszam! - zawaha\'b3 si\'ea - i s\'b3ucham..: - doko\'f1czy\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 Orl\'eacki usiad\'b3, wzburzony jeszcze odsapn\'b9\'b3 i przem\'f3wi\'b3:\par
+\f0\par
+\f1 Powiesz mi p\'f3\'9fniej, prezesie kochany, kto mnie tak oszkalowa\'b3. Pierwsza rzecz, gdy do kraju powr\'f3c\'ea, wyzw\'ea go na pojedynek, jak mi B\'f3g mi\'b3y, a teraz s\'b3uchaj:\par
+\f0\par
+\f1 - By\'b3o to tak: Posiada\'b3em maj\'b9tek na Litwie, gdzie, jak wiadomo, hipoteki nie ma, ni Towarzystwa Kredytowego... S\'b9 tam tylko tak zwane "Banki Ziemskie", kt\'f3re w razie nie uiszczenia si\'ea z wyp\'b3aty na termin, egzekwuj\'b9 bardzo szybko... Ot\'f3\'bf w jednym z bank\'f3w owych mia\'b3em grub\'b9 po\'bfyczk\'ea... Min\'b9\'b3 termin jeden, drugi, trzeci, p\'b3aci\'b3em ma\'b3o, zebra\'b3y si\'ea zaleg\'b3o\'9cci, wystawiono mi dobra na sprzeda\'bf... Zap\'b3aci\'e6 musia\'b3em zaleg\'b3o\'9cci - razem dwana\'9ccie tysi\'eacy... Nie mia\'b3em ich, po\'bfyczy\'b3em wi\'eac sum\'ea \'bf\'b9dan\'b9 u paru os\'f3b i w drodze, gdym jecha\'b3 p\'b3aci\'e6 na miejsce, w ostatniej niemal chwili pieni\'b9dze te zgubi\'b3em... Maj\'b9tek mi naturalnie sprzedano...\par
+\f0\par
+- To bolesna prawda!.. Ch\f1 yba pan prezes przysi\'eagi \'bf\'b9da\'e6 ode mnie nie b\'eadzie, a zreszt\'b9?.. Gotowym! - i Orl\'eacki powsta\'b3 uroczy\'9ccie...\par
+\f0\par
+\f1 - Ale, c\'f3\'bf znowu?.. - rozleg\'b3 si\'ea w milczeniu suchy g\'b3os Dzier\'bfymirskiego, a s\'b3owa te, wym\'f3wione zimno, zabrzmia\'b3y niemi\'b3ym dla ucha d\'9fwi\'eakiem:\par
+\f0\par
+\f1 Od chwili bowiem, gdy z ust Orl\'eackiego pad\'b3a cyfra "dwana\'9ccie tysi\'eacy", Roman zmieni\'b3 si\'ea ca\'b3kiem. Giestem, pe\'b3nym zniech\'eacenia, wypu\'9cci\'b3 z r\'b9k trzymane cygaro, twarz za\'9c, przybrawszy wyraz oboj\'eatny, ch\'b3odny, poora\'b3a si\'ea w drobne zmarszczki. Wi\'eac ponownie oto rozprys\'b3a mu si\'ea w palcach mydlana ba\'f1ka!.. \'afycie, z przera\'bfaj\'b9c\'b9 logik\'b9 dawa\'b3o mu do zrozumienia, \'bfe kpi\'e6 z usi\'b3owa\'f1 jego nie przestaje... I drwina ta nowa, szydercza, zrani\'b3a go bole\'9cnie, jednocze\'9cnie za\'9c gniew niewyt\'b3umaczony, instynktowny, zawrza\'b3 w Dzier\'bfymirskim.\par
+\f0\par
+\f1 C\'f3\'bf go, zaiste obchodzi\'e6 m\'f3g\'b3 Orl\'eacki, historye i przysi\'eagi jego?\par
+\f0\par
+\f1 - Osio\'b3!.. My\'9cli mo\'bfe - rzuci\'b3 w duchu gniewnie - \'bfe obecnie, kiedy nie dwadzie\'9ccia siedm, a dwana\'9ccie tylko zgubi\'b3 tysi\'eacy, zajmowa\'e6 si\'ea nim b\'ead\'ea!.. Ba, nie g\'b3upim! - i u\'9cmiech z\'b3y, sarkastyczny wykrzywi\'b3 w\'b9skie usta Romana.\par
+\f0\par
+\f1 Powsta\'b3 sztywno, maj\'b9c za\'9c ju\'bf z wieloletniej swej praktyki na ustach gotowy do pozbycia si\'ea ludzi zdawkowy komuna\'b3, wyci\'b9gn\'b9\'b3 r\'eak\'ea na po\'bfegnanie...\par
+\f0\par
+Lecz oto niespodzianie fakt na poz\'f3r drobn\f1 y pomiesza\'b3 mu ca\'b3kiem szyki - zadzwoniono. Gadatliwy Orl\'eacki, rozpoczynaj\'b9cy w\'b3a\'9cnie, ma\'b3o ju\'bf obchodz\'b9cy teraz Romana, dalszy ci\'b9g swych \'bfycia kolei, przeprosiwszy, wybieg\'b3 do przedpokoju, w \'9clad za tem rozleg\'b3y si\'ea dwa g\'b3osy kobiece, szelest okry\'e6 i sukien damskich. Rozbierano si\'ea, potem szepta\'e6 zacz\'eato, po chwili za\'9c zn\'f3w dwa wykrzykniki zdziwienia i rado\'9cci obi\'b3y si\'ea o s\'b3uch Dzier\'bfymirskiego.\par
+\f0\par
+\f1 S\'b3ysz\'b9c je, skrzywi\'b3 si\'ea Roman nieznacznie, chrz\'b9kn\'b9\'b3 i znudzony zbli\'bfy\'b3 si\'ea powoli ku oknu salonika. Nie trudno by\'b3o domy\'9cle\'e6 si\'ea, \'bfe tam, w przedpokoju, ten "poczciwy" Orl\'eacki wygada\'b3 ju\'bf rodzinie swej niemal wszystko.\par
+\f0\par
+\f1 - Wpad\'b3em! - pomy\'9cla\'b3 Roman, i zdenerwowany, stukn\'b9\'b3 palcami w powietrzu.\par
+\f0\par
+\f1 Drzwi za\'9c poza nim roztwiera\'b3y si\'ea ju\'bf spiesznie. Odwr\'f3ci\'b3 si\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Naprzeciwko niego sz\'b3y dwie kobiety, zar\'f3\'bfowione, u\'9cmiechni\'eate. Jedna z nich, starsza, brunetka, pi\'eakna jeszcze, dobrze zakonserwowana, - druga, dziewcz\'ea m\'b3odziutkie, szesnastoletnie zaledwie mo\'bfe, ho\'bfe i \'9cwie\'bfe...\par
+\f0\par
+\f1 - Prezes Roman Dzier\'bfymirski, nasz obecny zbawca, opiekun, a jak ci m\'f3wi\'b3em przed chwil\'b9, najszlachetniejszy z ludzi, kt\'f3rych dot\'b9d w \'bfyciu pozna\'b3em! - przedstawi\'b3 szumnie Orl\'eacki go\'9ccia \'bfonie, g\'b3osem ciep\'b3ym, jakby wzruszonym jeszcze od doznanych z przed chwili wra\'bfe\'f1.\par
+\f0\par
+\f1 Sk\'b3oni\'b3 si\'ea Dzier\'bfymirski, a na d\'9fwi\'eak ostatniego zdania lekki rumieniec pokry\'b3 mu lica. Wstydzi\'b3 si\'ea za swe my\'9cli - za siebie...\par
+\f0\par
+\f1 Tymczasem ruchem wsp\'f3lnym, uprzejmie wyci\'b9gn\'ea\'b3y si\'ea ku niemu dwie ma\'b3e kobiece r\'b9czki. \par
+\f0\par
+\f1 - Bardzo mi mi\'b3o pozna\'e6 pana, bardzo mi\'b3o! - m\'f3wi\'b3a, \'9cciskaj\'b9c d\'b3o\'f1 jego, pani Orl\'eacka. - Tembardziej, \'bfe jak mi w\'b3a\'9cnie m\'b9\'bf powiada, pan prezes staje si\'ea anio\'b3em opieku\'f1czym naszych los\'f3w, przysz\'b3o\'9cci - zwiastunem, i\'bf zobaczymy kraj nasz, za kt\'f3rym ci\'b9gle tak bardzo t\'easknimy! - ko\'f1czy\'b3a wzruszona.\par
+\f0\par
+- Moja\f1 c\'f3rka, Mita - przedstawi\'b3a z kolei Romanowi m\'b3odziutk\'b9 pann\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski trzyma\'b3, \'9cciska\'b3 w\'b3a\'9cnie w d\'b3oniach drobn\'b9 jej r\'b9czk\'ea, a cho\'e6 nie powiedzia\'b3o mu dziewcz\'ea nic zgo\'b3a, z u\'9ccisku jednak przyjaznego, ciep\'b3ego, ze spojrzenia jasnych, niebieskich oczu, w kt\'f3rych czyta\'b3y si\'ea w owej chwili wdzi\'eaczno\'9c\'e6 bez granic, rado\'9c\'e6 i nadzieja - poczu\'b3 Roman, i\'bf okrucie\'f1stwem niemi\'b3osiernem by\'b3oby teraz z jego strony cofni\'eacie obietnicy.\par
+\f0\par
+\f1 I jednocze\'9cnie reakcya nag\'b3a wst\'b9pi\'b3a we\'f1. Jaki\'9c przyp\'b3yw jakby dobroci zala\'b3 mu dusz\'ea, serce; zarazem za\'9c pomy\'9cla\'b3:\par
+\f0\par
+\f1 - Nazwano mnie "najszlachetniejszym", ha-ha-ha!.. Ironii mo\'bfe w tem wiele, ale... jednak... dlaczeg\'f3\'bfbym i ja czasami nie mia\'b3 by\'e6 szlachetnym? A poza tem, c\'f3\'bf de facto winien ten oto Orl\'eacki, \'bfe nie jest tym w\'b3a\'9cnie, kt\'f3rego tak szukam bezowocnie?.. Jestem wp\'b3ywowym, silnym, dlaczeg\'f3\'bf wi\'eac nie dopom\'f3g\'b3bym cz\'b3owiekowi, pokrzywdzonemu b\'b9d\'9f co b\'b9d\'9f przez nieznanego pieni\'eadzy jego znalazc\'ea, tak, jak pokrzywdzonym jest mo\'bfe przeze mnie r\'f3wnie\'bf i ten osobnik nieznany -\f0 "m\'f3j!.."\par
+\par
+\f1 I starczy\'b3o w \'9clad za tem jednej chwili, by w g\'b3owie Dzier\'bfymirskiego powsta\'b3 plan gotowy.\par
+\f0\par
+\f1 - Cieszy mnie niewymownie, \'bfe los pozwala mi sta\'e6 si\'ea - tu zwr\'f3ci\'b3 si\'ea, z u\'9cmiechem, ku pani Orl\'eackiej - Anio\'b3em Str\'f3\'bfem tego domu... Dzi\'9c zaraz zatelegrafuj\'ea do pan\'f3w z komitetu nowego banku o kandydaturze pana - wskaza\'b3 nieznacznie Orl\'eackiego ruchem g\'b3owy.\par
+\f0\par
+\f1 W milczeniu, wzruszony szlachcic u\'9ccisn\'b9\'b3 d\'b3o\'f1 Dzier\'bfymirskiego. Ten ostatni za\'9c zastanowi\'b3 si\'ea chwil\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 Kiedy czyni\'e6 co\'9c, to czyni\'e6 zupe\'b3nie i wszechstronnie, - pomy\'9cla\'b3, a si\'eagn\'b9wszy do kieszeni, dyskretnie pocz\'b9\'b3 d\'b3ugo szuka\'e6 czego\'9c w portfelu... Znalaz\'b3szy wreszcie tam przekaz na okaziciela w "Credit Lyonnais", wskazuj\'b9cy sum\'ea dw\'f3ch tysi\'eacy frank\'f3w, rzek\'b3 swobodnie:\par
+\f0\par
+\f1 - Cho\'e6 to niegrzecznie bardzo z mej strony tak zaraz niemal po poznaniu opuszcza\'e6 panie, - sk\'b3oni\'b3 si\'ea uprzejmie w stron\'ea dw\'f3ch kobiet - jednak panie wybacz\'b9, uczyni\'e6 to b\'ead\'ea zmuszony, i...\par
+\f0\par
+\f1 - Ale\'bf, c\'f3\'bf znowu... - obruszy\'b3a si\'ea Orl\'eacka. - Obiad , podadz\'b9 w tej chwili, prosimy bardzo... Mito! - zwr\'f3ci\'b3a si\'ea do c\'f3rki - ka\'bf dawa\'e6!..\par
+\f0\par
+\f1 - Dzi\'eakuj\'ea serdecznie! - sk\'b3oni\'b3 si\'ea z u\'9cmiechem Dzier\'bfymirski w stron\'ea m\'b3odego dziewcz\'eacia. - Wychodz\'ea natychmiast, a to z powodu nagl\'b9cych spraw, kt\'f3re nieodzownie dzi\'9c jeszcze za\'b3atwi\'e6 musz\'ea...\f0\par
+\par
+\f1 - \'afegnam panie! - wyci\'b9gn\'b9\'b3 uprzejmie r\'eak\'ea do pani domu, a nast\'eapnie do panny.\par
+\f0\par
+\f1 Ta ostatnia poda\'b3a mu j\'b9, z niewys\'b3owionym wdzi\'eakiem i cicho rzek\'b3a:\par
+\f0\par
+\f1 - Przyjm pan, panie prezesie, i ode mnie szczere podzi\'eakowanie za to, co czynisz dla ojca mego... Jeste\'9c szlachetnym, dobrym i wdzi\'eaczno\'9c\'e6 moja nie zapomni panu tego - nigdy!..\par
+\f0\par
+\f1 - Szcz\'ea\'9cciem prawdziwem dla mnie, \'bfe i pani b\'eadzie z tego korzysta\'e6... Bo, o ile zgaduj\'ea, pani tu chyba najwi\'eacej wr\'f3ci\'e6 by rada do rodzinnego kraju?..\par
+\f0\par
+\f1 - O! tak... - przyzna\'b3a, z zapa\'b3em, szczerze: Wyko\'b3ysa\'b3y mnie nasze \'b3any i lasy, wychowa\'b3a ta ziemia nasza, tak pi\'eakna chyba, jak \'bfadna!..\par
+\f0\par
+\f1 Z sympaty\'b9, spojrza\'b3 Roman na dziewcz\'ea, i sk\'b3oniwszy si\'ea raz jeszcze, zwr\'f3ci\'b3 si\'ea z kolei do Orl\'eackiego.\par
+\f0\par
+- A do kochanego pana to mam jeszcze\f1 i interesik drobny... - wzi\'b9\'b3 gospodarza za rami\'ea i poprowadzi\'b3 ku oknu:\par
+\f0\par
+\f1 - Rzecz przedstawia si\'ea, jak nast\'eapuje - rzek\'b3, o ile m\'f3g\'b3, najpowa\'bfniej. - Na zasadzie jednego z paragraf\'f3w ustawy, urz\'eadnikom nowego banku, naturalnie protegowanym, daje si\'ea z g\'f3ry na instalacy\'ea... Kwesty\'ea te jednak obm\'f3wi\'e6 trzeba poprzednio na zebraniu. Ot\'f3\'bf, poniewa\'bf pan, pomimo, \'bfe bank nie funkcyonuje jeszcze, za miesi\'b9c najdalej musisz ju\'bf by\'e6 na miejscu, a to, w celu ulokowania si\'ea i obj\'eacia, de nomine, wakansu ofiarowanej posady, ja za\'9c dopiero za miesi\'eacy kilka tam b\'ead\'ea - zatem...- Roman urwa\'b3, dobieraj\'b9c jakby w umy\'9cle wyraz\'f3w. - Zatem - powt\'f3rzy\'b3 - awansuj\'ea tu kochanemu, panu przekazem, sum\'ea w\'b3a\'9cciw\'b9... Przypuszczam, b\'eadzie ona odpowiada\'e6 mniej wi\'eacej kwocie, kt\'f3r\'b9 w swoim czasie przyznaj\'b9 panu na zebraniu Rady... C\'f3\'bf, zgoda? Dobr\'b9 my\'9cl mia\'b3em? - doko\'f1czy\'b3 Roman.\par
+\f0\par
+\f1 - Ale\'bf z kochanego prezesa anio\'b3 prawdziwy, nie cz\'b3owiek!.. - wykrzykn\'b9\'b3 Orl\'eacki i po staropolsku, u\'9ccisn\'b9wszy go szczerze, podzi\'eakowa\'b3, z zapa\'b3em.\par
+\f0\par
+- Kloc\f1 iu, czy s\'b3yszysz? - zawo\'b3a\'b3 na \'bfon\'ea. Pan prezes na instalacy\'ea awansuje mi, przekazem! - i szlachcic poinformowa\'b3 dobrodusznie, szczeg\'f3\'b3owo ma\'b3\'bfonk\'ea o wspania\'b3omy\'9clno\'9cci Romana. Nast\'b9pi\'b3y w \'9clad za tem ponowne podzi\'eakowania, wykrzykniki...\par
+\f0\par
+Odprowadzony\f1 a\'bf do drzwi, \'bfegnany serdecznie i czule, Dzier\'bfymirski wydosta\'b3 si\'ea nareszcie na schody, a potem na ulic\'ea, sam pomimo woli wzruszony, z g\'b3ow\'b9 pe\'b3n\'b9 najsprzeczniejszych my\'9cli.\par
+\f0\par
+\f1 Gdy po niejakim\'9c czasie, wracaj\'b9c z wolna do rzeczywisto\'9cci, podni\'f3s\'b3 g\'b3ow\'ea, spostrzeg\'b3 w pewnem oddaleniu przed sob\'b9 z\'b3ocon\'b9 kopu\'b3\'ea tumu Inwalid\'f3w. Tkni\'eaty nag\'b3\'b9 my\'9cl\'b9, z miejsca natychmiast skierowa\'b3 si\'ea ku furtce, a wymin\'b9wszy j\'b9 i strzeg\'b9cego wej\'9ccia kulawego inwalid\'ea, znalaz\'b3 si\'ea na obszernym placu tumu, odgrodzonego krat\'b9 o\f0 d ulic miasta.\par
+\par
+\f1 Wkr\'f3tce, po stopniach wschod\'f3w wst\'eapowa\'e6 pocz\'b9\'b3 do wn\'eatrza przybytku, kryj\'b9cego w swych murach grobowiec wielkiego Napoleona.\par
+\f0\par
+\f1 W gmachu milczenie i jakby uroczysty powiew jaki\'9c pot\'eagi niewidzialnej i grozy obj\'b9\'b3 Romana natychmiast.\par
+\f0\par
+Cichym \f1 tylko szmerem rozlega\'b3y si\'ea tu kroki kilkunastu os\'f3b... Na dole, w szerokiem, na kszta\'b3t basenu, pog\'b3\'eabieniu, drzema\'b3 olbrzymi sarkofag, z ceglasto - wi\'9cniowego marmuru...\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski zbli\'bfy\'b3 si\'ea do balustrady grobowca, i stan\'b9\'b3 smutny, cichy...\par
+\f0\par
+Wobe\f1 c proch\'f3w mo\'bfnego w\'b3adcy poczu\'b3 si\'ea r\'f3wnocze\'9cnie drobnym, nik\'b3ym... Hucz\'b9ce jego troki zmala\'b3y r\'f3wnie\'bf - uspakaja\'b3 si\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 I my\'9cli jego nagle wzi\'ea\'b3y r\'f3wnie\'bf obr\'f3t zupe\'b3nie inny.\par
+\f0\par
+\f1 - Wi\'eac to tu - m\'f3wi\'b3 sobie Roman - le\'bfy zwyci\'eazca z pod Marengo, Ulm, Austerlitz, i.t.d., i.t.d. Wi\'eac tu spoczywaj\'b9 snem, nieprzebudzonym, wiecznym, prochy tego, wielkiego duchem - ma\'b3ego imperatora!..\par
+\f0\par
+\f1 Dawno bardzo nie bawi\'b9cy ju\'bf w Pary\'bfu, pami\'eataj\'b9cy go zaledwie w zamglonem tylko wspomnieniu, z minionych lat m\'b3odzie\'f1czych, Dzier\'bfymirski, w skupieniu i z nabo\'bfe\'f1stwem w duszy, wpatrzony, milcz\'b9cy, z g\'b3ow\'b9 pochylon\'b9, zaduma\'b3 si\'ea przed trumn\'b9 cesarza Francyi.\par
+\f0\par
+\f1 Woko\'b3o niego z prawej i lewej strony, w wewn\'eatrznym p\'f3\'b3kr\'eagu tumu, widnia\'b3y wkl\'eas\'b3e pog\'b3\'eabienia, z grobowcami ma\'b3ymi; przed nim za\'9c, poza drzwiami do grobu, wznosi\'b3 si\'ea rozpi\'eaty na krzy\'bfu Syn Bo\'bfy um\'eaczony...\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski po chwili ockn\'b9\'b3 si\'ea z zamy\'9clenia i post\'b9pi\'b3 wzd\'b3u\'bf kolistej baryery grobowca, w kierunku jego wej\'9ccia:\par
+\f0\par
+\f1 Zamkni\'eate szczelnie drzwi pomnikowe po\'b3yskiwa\'b3y hebanem czarnego marmuru; u progu ich i wschod\'f3w, wiod\'b9cych do wn\'eatrza "tombeau", w mundurze granatowym, powa\'bfny, ze wst\'eagami i orderami, brodaty, stary, str\'f3\'bfowa\'b3 inwalida...\par
+\f0\par
+\f1 Na g\'f3rze za\'9c b\'b3yszcza\'b3 wielki napis z\'b3ocisty: "Je d\'e9sire, que mes cendres re\f0 posent sur le bord de la Seine - au milieu de ce peuple francais, que j'avais tant aim\'e9" *).\par
+\f1 [*) "Pragn\'ea, aby me prochy spocz\'ea\'b3y u brzeg\'f3w Sekwany - w\'9cr\'f3d tego ludu francuskiego, kt\'f3ry tak bardzo kocha\'b3em."]\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski patrzy\'b3, przej\'eaty mimowolnie do g\'b3\'eabi powag\'b9, skupienia pe\'b3n\'b9, i jak\'b9\'9c melancholi\'b9 rzewn\'b9, wiej\'b9c\'b9 od tego grobu zmar\'b3ego geniusza despoty, \'9cni\'b9cego tu cicho, zapomnianego jakby w samem sercu republika\'f1skiego dzi\'9c Pary\'bfa.\par
+\f0\par
+\f1 Nagle, gdy poruszony, niemy, sta\'b3 tak, wci\'b9\'bf, zamy\'9clony, drgn\'b9\'b3 gwa\'b3townie.\par
+\f0\par
+\f1 Bo oto w tej\'bfe samej chwili wybi\'b3a w ciszy g\'b3o\'9cno godzina czwarta, a z jej uderzeniem, jako sygna\'b3 zamykania ju\'bf gmachu, raptowny, rozleg\'b3 si\'ea w\'b3a\'9cnie odg\'b3os b\'eabna.\par
+\f0\par
+\f1 Grano bojow\'b9 pobudk\'ea... Dono\'9cnie rozchodzi\'b3 si\'ea w milczeniu uderzenia kr\'f3tkie, wzbija\'b3y si\'ea pod strop wysoki, echem dudni\'b3y w zag\'b3\'eabieniach, arkadach, owalnej kopule wysokiej.\par
+\f0\par
+\lang1031 - Messieurs et dames sortez!.. \lang1045\f1 sortez, s'il vous plait, sortez, sortez!.. - rozleg\'b3 si\'ea jednocze\'9cnie twardy g\'b3os szwajcara, str\'f3\'bfa Napoleonowego grobowca... Postukuj\'b9c grub\'b9 lask\'b9, i\'9c\'e6 pocz\'b9\'b3 on i rozp\'eadza\'e6 energicznie przed sob\'b9, ku wyj\'9cciu rozsypanych po gmachu tam i \'f3wdzie go\'9cci.\par
+\f0\par
+\f1 - Sortez! - rozkazuj\'b9cy, wojskowo - lakoniczny, - bezustanny rozbrzmiewa\'b3 g\'b3os jego i miesza\'b3 si\'ea! z bojow\'b9 fanfar\'b9 b\'eabna\f0 !..\par
+\par
+\f1 Dzier\'bfymirski jednak nie rusza\'b3 si\'ea wcale z miejsca przeciwnie. Wr\'f3s\'b3 jakby w ziemi\'ea; ucho jego \'b3owi\'b3o \'b3apczywie dono\'9cne, j\'eadrne tony pobudki, wyobra\'9fnia, podsycana nerwami, w rozstroju - poruszona, snu\'b3a mu przed oczyma obraz fantasmagoryczny.\par
+\f0\par
+W g\f1 machu panowa\'b3 mrok...\par
+\f0\par
+\f1 Ostatnie d\'9fwi\'eaki surmy bojowej kona\'b3y, a Romanowi zda\'b3o si\'ea, i\'bf z milkn\'b9cem coraz ju\'bf dalszem echem b\'eabna, poczynaj\'b9 oto zaludnia\'e6 tum wspania\'b3y jakie\'9c wyros\'b3e jakby zewsz\'b9d mary i cienie poleg\'b3ej dawno Napoleo\'f1skiej gwardyi starej, i wyra\'9fny o s\'b3uch jego obija si\'ea przy tem stuk ich but\'f3w i ostr\'f3g o kamienie posadzki!..\par
+\f0\par
+\f1 Id\'b9! Ustawieni w szyku, gotowi do walki, stoj\'b9 oto niezliczeni woko\'b3o grobu wodza swego... Przeb\'f3g, c\'f3\'bf to jest?..\par
+\f0\par
+\f1 Huk jaki\'9c rozlega si\'ea w gmachu - to marmur grobowca p\'eaka, unosi si\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 W tr\'f3jgraniasty kapelusz przybrana, z za\'b3o\'bfonemi na piersiach r\'eakoma, staje wyra\'9fnie przed wzrokiem Romana posta\'e6 Napoleona - wodza!..\par
+\f0\par
+\f1 - Paf, paf!.. - w tej samej chwili tu\'bf ko\'b3o Dzier\'bfymirskiego o posadzk\'ea uderza kto\'9c zamaszy\'9ccie\f0 .\par
+\par
+\f1 - Sortez, sortez donc, monsieur!.. Quatre heures... la consigne!.. - rozlega si\'ea g\'b3os twardy i szorstki.\par
+\f0\par
+\f1 Roman budzi si\'ea, rozgl\'b9da... A zirytowany natychmiast, \'bfe tak obcesowo przerwano mu jego widzenie marz\'b9ce, got\'f3w ju\'bf jest a to rzuci\'e6 w twarz staj\'b9cemu nad nim miejscowemu szwajcarowi jak\'b9\'9c ostr\'b9 okoliczno\'9cciow\'b9 uwag\'ea... Otwiera ju\'bf usta, spojrzawszy jednak na twarz wyblad\'b3\'b9, pooran\'b9 zmarszczkami, o wyrazie pe\'b3nym melancholii i smutku, milknie.\par
+\f0\par
+\f1 W tych rysach bowiem czyta wyra\'9fnie gniew t\'b3umiony, lecz nie bezmy\'9clny, - bynajmniej. Nie, przeciwnie. Oburzenie to jakie\'9c inne, szlachetniejszej, podnio\'9clejszej jakby natury, i m\'f3wi\'e6 zda si\'ea:\par
+\f0\par
+\f1 - Ach id\'9fcie, ju\'bf id\'9fcie!.. Odejd\'9fcie wy wszyscy, profanatorzy wstr\'eatni, kalaj\'b9cy te progi ciekawo\'9cci\'b9 banaln\'b9 - nieprzystojnym szumem, ha\'b3asem, gadanin\'b9 i gwarem m\'b9c\'b9cy bezmy\'9clnie spok\'f3j i sen wieczny wielkiego imperatora!..\par
+\f0\par
+\f1 - C\'f3\'bf wy? - m\'f3wi\'b3y z pogard\'b9 te szare smutno oczy starca. - C\'f3\'bf wy, kar\'b3y, nie ludzie dzisiejsi, mali -wiedzie\'e6 mo\'bfecie? Co s\'b9dzi\'e6 o czynach olbrzymich "Jego?" Co odczu\'e6? C\'f3\'bf zrozumie\'e6 jeste\'9ccie zdolni?..\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski z uwag\'b9 wpatrywa\'b3 si\'ea dalej w stoj\'b9cego przed nim niecierpliwie szwajcara - inwalid\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Czy\'bfby istotnie w umy\'9cle tego starca uczucia podobne si\'ea kry\'b3y? - my\'9cla\'b3 i zatopiwszy raz jeszcze, milcz\'b9c, badawcze spojrzenie w m\'eatnych \'9frenicach starca, bez s\'b3owa, skierowa\'b3 si\'ea ku wyj\'9cciu z tumu.\par
+\f0\par
+\f1 Otworzono przed nim, zamkni\'eate przed chwil\'b9: z hukiem drzwi wchodowe, i zatrza\'9cni\'eato je poza nim.\par
+\f0\par
+\f1 Wydostawszy si\'ea na ulic\'ea, Roman, znu\'bfony, wsiad\'b3 do pierwszej doro\'bfki; tu za\'9c, och\'b3on\'b9wszy nieco od wzrusze\'f1 i wra\'bfe\'f1, porz\'b9dkowa\'e6 zacz\'b9\'b3 w g\'b3o\'9cno zdarzenia minionych godzin kilku.\par
+\f0\par
+\f1 - Raz jeszcze zatem, miast rzeczywisto\'9cci, chwyta\'b3em mar\'ea, cie\'f1 u\'b3udny!.. - m\'f3wi\'b3 sobie w duchu, z nag\'b3\'b9 gorycz\'b9. - Poch\'b3oni\'eaty wci\'b9\'bf jedn\'b9 my\'9cl\'b9, przybieg\'b3em tutaj nadziei pe\'b3ny, i znowu nic - zero!..\par
+\f0\par
+\f1 - O, ironio, niezrozumia\'b3a, dziwna!.. - duma\'b3 dalej. - Czy\'bf nigdy nie trafi\'ea na \'9clad pewny? Czy\'bf wiecznie, biczowany sumieniem, dr\'eaczy\'e6 si\'ea tak b\'ead\'ea, zmuszony?\par
+\f0\par
+Dzi\f1 er\'bfymirski opu\'9cci\'b3 r\'eace na kolana, w zniech\'eaceniu i pochyli\'b3 nisko g\'b3ow\'ea. Z chwilow\'b9 samotno\'9cci\'b9, z pog\'b3\'eabieniem si\'ea w siebie, wraca\'b3a bezlitosna samowiedza, b\'b3\'eadne ko\'b3o tajonego w duszy cierpienia zacie\'9cnia\'b3o si\'ea, wirowa\'b3o, rzucaj\'b9c mu jednocze\'9cnie na ekran duszy wizerunek nag\'b3y w\'b3asnego moralnego "ja".\par
+\f0\par
+\f1 Nie kry\'b3y go obs\'b3ony z\'b3ociste, utkane z pozor\'f3w, zdolno\'9cci osobistych, rozumu, energii, czynu, bezinteresownego po\'9cwi\'eacenia dla drugich, szlachetno\'9cci i wielu innych przymiot\'f3w, w kt\'f3re, jak w \'9cnie\'bfn\'b9, lamowan\'b9 purpur\'b9, tog\'ea patrycyusza - przed lud\'9fmi, przed \'9cwiatem, stroi\'b3 si\'ea prezes Dzier\'bfymirski...\par
+\f0\par
+\f1 Nie, by\'b3 to szkielet tylko!.. Otulony w p\'b3acht\'ea jaskraw\'b9 szalonej ambicyi, kry\'b3 on za jej fa\'b3dami bagno moralne pami\'eatnej w \'bfyciu Romana chwili, gdy dla osobistego szcz\'ea\'9ccia, u\'bfycia, pogwa\'b3ci\'b3 on by\'b3 etyk\'ea spo\'b3ecznego prawa!..\par
+\f0\par
+\f1 Z tej ka\'b3u\'bfy jednak brudnej, a pozornie ju\'bf zapomnianej, wyrasta\'b3 kwiat - niby niepokalana bia\'b3a lilia - zasiany ziarnem silnych, cho\'e6 podeptanych zasad, wszczepionych za m\'b3odu - kie\'b3kuj\'b9cy, przy pomocy czujnego zawsze sumienia!..\par
+\f0\par
+\f1 Kwiatem tym - by\'b3a ch\'ea\'e6 szlachetna, instynktowna, konieczna, oddania b\'b9d\'9f co b\'b9d\'9f, prawemu w\'b3a\'9ccicielowi przyw\'b3aszczonych pieni\'eadzy. Ona, wytrwa\'b3a, popycha\'b3a bezustannie Romana naprz\'f3d przed siebie; ona - ze\'9crodkowywuj\'b9ca w sobie r\'f3wnie\'bf najpi\'eakniejsze pierwiastki jego charakteru - zniewala\'b3a go - do czyn\'f3w, tam i \'f3wdzie szlachetnych. Jej to niew\'b9tpliwie zawdzi\'eacza\'b3 Dzier\'bfymirski sw\'f3j post\'eapek z Orl\'eackim!..\par
+\f0\par
+\f1 I Romanowi w tej chwili mign\'b9\'b3 obraz wdzi\'eaczno\'9cci tych trojga ludzi ku niemu.\par
+\f0\par
+\f1 Zn\'f3w tu wi\'eac fa\'b3sz mimowolny - \'bfycia ironia!.. \par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski westchn\'b9\'b3. Pomimo jednak, i\'bf czu\'b3 zgrzyt w duszy, ros\'b3o tam w nim jednocze\'9cnie pewne zadowolenie, zazwyczaj odczuwane przez subtelniejsze natury, po spe\'b3ni\f0 eniu dobrego, lub szlachetnego czynu.\par
+\par
+\f1 Spojrza\'b3 woko\'b3o weselej nieco... Doro\'bfka mija\'b3a w\'b3a\'9cnie bardzo o\'bfywion\'b9 dzielnic\'ea miasta.\par
+\f0\par
+\f1 Na lewo widnia\'b3a wie\'bfa St. Jaeques, a tu\'bf obok ko\'9cci\'f3\'b3 St. Germain -l'Auxerrois; naprzeciw ogromem rozwielmo\'bfy\'b3 si\'ea Luwr wspania\'b3y.\par
+\f0\par
+\f1 Roman, zap\'b3aciwszy wo\'9fnic\'ea, wyskoczy\'b3 z doro\'bfki i skierowa\'b3 si\'ea ku muzeum.\par
+\f0\par
+\f1 Odci\'eaty w podr\'f3\'bfy od zwyk\'b3ego, pe\'b3nego czynu, \'bfycia, poch\'b3aniaj\'b9cego go ca\'b3kowicie - Dzier\'bfymirski poczu\'b3 nagle potrzeb\'ea nieodzown\'b9, konieczn\'b9, odwr\'f3cenia j\'b9trz\'b9cych mu m\'f3zg my\'9cli czemkolwiek, ucieka\'b3 si\'ea wi\'eac znowu do koicielki-sztuki. \par
+\f0\par
+\f1 Niebawem przez jedno z licznych wej\'9c\'e6 wchodzi\'b3 do jej \'9cwi\'b9tyni, pogr\'b9\'bfonej w milczeniu, tchn\'b9cej majestatem zapatrzonych w siebie twor\'f3w ludzkiego geniusza, szybuj\'b9cego na skrzyd\'b3ach artyzmu we wszelakich jego odmianach i fazach - wcielaj\'b9cego pi\'eakno, by sz\'b3o, niby tchnienie \'bfywe, do dusz ludzkich, umiej\'b9cych wznie\'9c\'e6 si\'ea i oderwa\'e6 od poziom\'f3w!\par
+\f0\par
+\f1 Znajdowa\'b3 si\'ea w salach dolnych. Zabytki staro\'bfytnej rze\'9fby roma\'f1skiej, greckiej otacza\'b3y go zewsz\'b9d. Setki ich z epok r\'f3\'bfnych patrzy\'b3y na niego pi\'eakna wyrazem, r\'eak\'b9 mistrz\'f3w zakutym w kamie\'f1 i marmury...\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski, rozgl\'b9daj\'b9c si\'ea woko\'b3o, szed\'b3 wolno, zamy\'9clony.\par
+\f0\par
+\f1 Jak w kalejdoskopie, przesuwa\'b3y si\'ea wci\'b9\'bf kolejno przed nim pos\'b9gi, coraz pi\'eak\f0 niejsze.\par
+\par
+\f1 Tutaj wi\'eac wychyla\'b3y si\'ea oto rz\'eadem ku niemu biusty i srogie oblicza wszystkich prawie imperator\'f3w rzymskich - tam zn\'f3w wykwintnie modelowanem cia\'b3em pochyla\'b3y, gi\'ea\'b3y pos\'b9gi Apollin\'f3w - rzymskiego d\'b3uta, o rysach grubszych, pe\'b3nych m\'easko\'9cci i si\'b3y, - greckiego, traktowane daleko subtelniej z finezy\'b9, o ciele jakby mi\'eakkszem i drobniejszem, przedziwnie wyko\'f1czone w szczeg\'f3\'b3ach i wyrazach twarzy...\par
+\f0\par
+\f1 W oddzielnej sali, naprzeciw siebie, drzema\'b3y, na wz\'f3r orygina\'b3\'f3w w Watykanie, olbrzymie odlewy, z bronzu: \'9cpi\'b9cej Aryadny, Laokoona, Apollina i Dyany; dalej zn\'f3w, z Tripolisu w Afryce sprowadzona, bez ko\'f1ca n\'f3g i g\'b3owy, unosi\'b3a powabnie draperye pi\'eakna Venus, bieli\'b3y si\'ea bez liku dziesi\'b9tki rze\'9fb pomniejszych - sta\'b3 Apollo z Lycyi, oparty o pie\'f1, ko\'b3o kt\'f3rego obwija\'b3 si\'ea w\'b9\'bf zdradliwy... Apollo z Paros, patrzy\'b3 \'b3agodnie na widza; o rysach drobniutkich, w draperyi fa\'b3dach - wdzi\'eaczy\'b3a si\'ea grecka muza...\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski, z powodu braku czasu spieszy\'e6 si\'ea zmuszony, szed\'b3 pomimowolnie szybko, zatrzymuj\'b9c si\'ea jednak co chwila to kr\'f3cej, to d\'b3u\'bfej, zniewolony ku temu pi\'eaknem, hojn\'b9 r\'eak\'b9 i dzi\'eaki niestrudzonym zabiegom, nagromadzonemu, tak obficie woko\'b3o.\par
+\f0\par
+\f1 Tak wi\'eac, pomi\'eadzy wieloma, wieloma innemi zaj\'ea\'b3a go jeszcze rze\'9fba Tyberyusza cesarza, okrytego fa\'b3dami togi, z r\'eak\'b9 wyci\'b9gni\'eat\'b9 przed siebie, w oratorskim ge\'9ccie, tak wymownie, i\'bf zdawa\'b3o si\'ea, \'bfe oto ju\'bf zaraz przem\'f3wi... Tam zn\'f3w uwag\'ea zwr\'f3ci\'b3y dwie postacie kobiece, zabytki, przeniesione z greckich cmentarzy. Jedna z nich, owiana szat\'b9 przejrzyst\'b9, w stoj\'b9cej postawie, zadumana sm\'eatnie, - druga, w takiej\'bfe pozycyi, z wie\'f1cem laurowym na g\'b3owie, w bolesnem pogr\'b9\'bfona skupieniu, z prze\'9clicznie przytem wyrze\'9fbionem obliczem, przybrana w drapery\'ea, kt\'f3rej fa\'b3dy, wyko\'f1czone subtelnie w marmurze, za lada powiewem porusza\'e6 si\'ea w oczach zdawa\'b3y.\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski wpad\'b3 w labirynt sal, salek, i szed\'b3 coraz dalej i dalej... Jednocze\'9cnie poddawa\'b3 si\'ea stopniowo coraz bardziej urokom sztuki, a przypatruj\'b9c si\'ea ci\'b9gle, z uwag\'b9, okazom staro\'bfytnego d\'b3uta - zapomina\'b3 coraz bardziej o dr\'eacz\'b9cych go my\'9clach z przed chwili; czarne i sm\'eatne niepostrze\'bfenie pierzcha\'b3y one cicho...\par
+\f0\par
+\f1 I niebawem Romana znowu zaj\'b9\'b3 marmurowy pos\'b9g z wyspy Paros... Przedstawia\'b3 on Aleksandra Wielkiego, z po\'b3ow\'b9 w\'b3os\'f3w z\'b3aman\'b9 i biustem, bez r\'b9k, z twarz\'b9 natomiast zachowan\'b9 doskonale. P\'f3\'9fniej zachwyci\'b3a go z kolei "Venus accroupie" w marmurze, r\'f3wnie\'bf bez r\'b9k, ze \'9cladem na plecach od\'b3amanej r\'b9czki Amora, potem zn\'f3w dziesi\'b9tki rze\'9fb innych, jedne charakterystyczniejsze, pi\'eakniejsze od drugich...\f0\par
+\par
+\f1 Po chwili, oparty o pie\'f1 drzewa, zatrzyma\'b3 go jeszcze, wzgl\'eadnie do otaczaj\'b9cych male\'f1ki bardzo pos\'b9\'bfek, zatytu\'b3owany "Amor, jako Hercules", nast\'eapnie inny: "Walcz\'b9cy Gladjator", a w ko\'f1cu, cudna w swej prostocie, posta\'e6 muzy poezyi lirycznej: "Polymnie.\f0 .."\par
+\par
+\f1 By\'b3a to rze\'9fba wzi\'eatej z profilu kobiety, opartej, w zadumie, bokiem o kolumn\'ea, w zwojach fa\'b3dzistej draperyi. G\'b3ow\'ea pochylon\'b9 mia\'b3a nieco, a upi\'eaksza\'b3y j\'b9 w\'b3osy, faluj\'b9ce z lekka w marmurze, jedn\'b9 r\'b9czk\'b9 podpiera\'b3a oblicze, natchnione, o rysach drobnych i subtelnych - drug\'b9 dotyka\'b3a niedbale swej sukni, z ujmuj\'b9cym wdzi\'eakiem...\par
+\f0\par
+\f1 Wymijaj\'b9c t\'b3um nieruchomych pos\'b9g\'f3w, gubi\'b9c si\'ea w\'9cr\'f3d tych rze\'9fb, zadumanych, cichych, \'9cni\'b9cych jakby o wielkiej swej przesz\'b3o\'9cci - znalaz\'b3 si\'ea wreszcie Roman niebawem w salce kwadratowej, ma\'b3ej, gdzie, otoczona sznurow\'b9 baryer\'b9 - na wzniesieniu, ubranem bordo tkanin\'b9, sta\'b3a, kr\'f3luj\'b9c, zda si\'ea, nad wszystkiem doko\'b3a, per\'b3a zbior\'f3w pos\'b9gowych Luwru - Venus grecka z Milo.\par
+\f0\par
+\f1 Zm\'eaczony nieco, Dzier\'bfymirski usiad\'b3 na \'b3aweczce, zdj\'b9\'b3 kapelusz i wpatrzy\'b3 si\'ea w stoj\'b9c\'b9, bez r\'b9k, p\'f3\'b3nag\'b9 posta\'e6 z marmuru.\par
+\f0\par
+\f1 Pozornie kroczy\'b3a ona...\par
+\f0\par
+\f1 Wprz\'f3d pochylona niedostrzegalnie, przytrzymuj\'b9c fa\'b3d\'f3w upadaj\'b9cej w pasie draperyi, zdawa\'b3o si\'ea, \'bfe idzie, z szyj\'b9 sw\'b9, wyci\'b9gni\'eat\'b9 nieco naprz\'f3d, z oczyma przymru\'bfonemi jakby, z w\'b3osami, karbowanemi z lekka i uwi\'b9zanemi z ty\'b3u w w\'eaze\'b3, z twarz\'b9 blondynki, anielsk\'b9 - bosk\'b9!..\par
+\f0\par
+\f1 Od twarzy tej i p\'f3\'b3cia\'b3a nagiego do draperyi, Dzier\'bfymirski oczu oderwa\'e6 po prostu nie by\'b3 w stanie...\par
+\f0\par
+\f1 On w oblicza tem czyta\'b3 - a przynajmniej tak mu si\'ea w danej chwili zdawa\'b3o - zapatrzenie si\'ea w siebie i dum\'ea, ale zarazem i s\'b3odycz, zakut\'b9 w przedziwnej regularno\'9cci rysie ka\'bfdym, i cho\'e6 sam osobi\'9ccie nie odczuwa\'b3 w rysach twarzy tej silnego promienia wewn\'eatrznego, jak zadumy lub marzenia - to jednak pi\'eakno linii kr\'f3lowa\'b3o w nich - tak niepodzielnie, \'bfe zachwyt tylko wzbudza\'e6 mog\'b3o... A cia\'b3o?..\par
+\f0\par
+\f1 Po prostu \'bfy\'b3o ono, nie tylko za\'9c nagie, dla oka widoczne... Z przodu, pod fa\'b3dami draperyi - czyni\'b9cej wra\'bfenie, i\'bf spada - w kilka za\'9c zgi\'ea\'e6 karbowanej z ty\'b3u - t\'eatni\'b3o ono, o\'bfy\'b3e jakby, nie martwe, w ruchu krocz\'b9cego, wzniesionego nieco kolana, w odkrytych piersiach i biu\'9ccie bez r\'b9k, przegi\'eatym w prawo z zachowan\'b9 przedziwnie w marmurze, mi\'eakk\'b9, jak w ciele \'bfywem - subteln\'b9 lini\'b9 przegi\'eacia...\par
+\f0\par
+\f1 Czas mija\'b3... Przesiedziawszy na \'b3aweczce do\'9c\'e6 d\'b3ugo, Roman z trudno\'9cci\'b9 powsta\'b3 i oderwa\'b3 si\'ea od arcydzie\'b3a sztuki. Spojrza\'b3 na zegarek - dochodzi\'b3a pi\'b9ta - godzina zamkni\'eacia Luwru. Postanowi\'b3 obejrze\'e6 jeszcze, cho\'e6 pobie\'bfnie, galery\'ea obraz\f0\'f3w...\par
+\par
+\f1 Skierowa\'b3 si\'ea spiesznie na pierwsze pi\'eatro gmachu. Min\'b9wszy sal\'ea pierwsz\'b9, zatrzyma\'b3 si\'ea w drugiej, male\'f1kiej. Dwa, dla\'f1 osobi\'9ccie przepi\'eakne, obrazy zaj\'ea\'b3y ca\'b3kiem jego uwag\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Na jednym z nich, w aureoli blask\'f3w nad g\'b3ow\'b9, umar\'b3a, cicha, po fali sennej p\'b3yn\'ea\'b3a posta\'e6 blada z twarz\'b9 anielsk\'b9 i \'b3agodn\'b9, - to s\'b3awne dzie\'b3o Delaroche'a "La jeune Martyre". Wisia\'b3o ono na prawo, r\'f3wnolegle z wej\'9cciem do salki, na \'9ccianie za\'9c bocznej od tego wej\'9ccia, w lewo, od innych odbija\'b3o wdzi\'eakiem, p\'eadzla "Girodet - Trioson'a" Przebudzenie Apollina, pi\'eaknego, jak marzenie, w postawie le\'bf\'b9cej, pogr\'b9\'bfonego we \'9cnie g\'b3\'eabokim. Na cudne oblicze boga Olimpu i zamkni\'eate jego \'9frenice, z wysoka, prostopad\'b3y pada\'b3 promie\'f1 \'9cwiat\'b3a!.. Roman po chwili ruszy\'b3 dalej...\par
+\f0\par
+\f1 Mija\'b3 te\f0 raz z wolna jedne za drugiemi olbrzymie sale.\par
+\par
+\f1 A w salach tych milcz\'b9cych, wielkich, unosi\'b3 si\'ea jakby nadprzyrodzony jaki\'9c duch idei pi\'eakna, zakl\'eaty, olbrzymi i bra\'b3 despotycznie w posiadanie ka\'bfdego, kto korzy\'b3 si\'ea przed kultem sztuki, czyja dusza, drgnieniem zachwytu, wyci\'b9ga\'b3a w ekstazie ku jej nie\'9cmiertelnemu czarowi pragn\'b9ce swe ramiona!\par
+\f0\par
+\f1 Najpierwsi mistrzowie szko\'b3y w\'b3oskiej, flamandzkiej, francuskiej, hiszpa\'f1skiej i innych - wielcy w swym majestacie, w aureoli wiekopomnej s\'b3awy, wygl\'b9dali z ram dzie\'b3ami, niewidzialn\'b9 d\'b3oni\'b9 zatrzymywali, jakby przed sob\'b9, m\'f3wi\'b9c, zdawa\'b3o si\'ea, do Romana dumnie: - "podziwiaj nas!.."\par
+\f0\par
+\f1 Id\'b9c wci\'b9\'bf przed siebie w ten spos\'f3b, dotar\'b3 wkr\'f3tce Dzier\'bfymirski, do sal ostatnich.\par
+\f0\par
+\f1 By\'b3o ich dwie; w jednej, pod\'b3u\'bfnej, wielkiej, a tak zwanej "Rubensa", pe\'b3no by\'b3o przepysznych obraz\'f3w, wzi\'eatych przewa\'bfnie z \'bfycia kr\'f3lowej Maryi Medici - w drugiej, przedostatniej i mniejszej, nosz\'b9cej miano "Van-Dycka", zwr\'f3ci\'b3y uwag\'ea Romana, w\'9cr\'f3d kilkunastu mo\'bfe dzie\'b3 tego mistrza, portrety: Dzieci Karola I-go; jego samego, stoj\'b9cego na tle krajobrazu, obok giermka, z rumakiem, i kardyna\'b3a Richelieu'go, ca\'b3ego w purpurze.\par
+\f0\par
+\f1 Dotar\'b3szy do ko\'f1ca pa\'b3acowych sal, Dzier\'bfymirski pu\'9cci\'b3 si\'ea w powrotn\'b9 drog\'ea, zagl\'b9daj\'b9c tam i \'f3wdzie, id\'b9c, wracaj\'b9c - b\'b3\'b9dz\'b9c w\'9cr\'f3d tych drzemi\'b9cych w chwale w\'b3asnej, nieprzeliczonych dzie\'b3 p\'eadzla - twor\'f3w talentu ludzi cenionych i wielkich...\par
+\f0\par
+\f1 Setki obraz\'f3w przeoczonych, nowych, zast\'eapowa\'b3y mu drog\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 I Dzier\'bfymirski przystawa\'b3 ci\'b9gle... Zachwyca\'b3 si\'ea niejednym obrazem, ust\'eapuj\'b9cym mo\'bfe innym, pod wzgl\'eadem pi\'eakna, lecz przemawiaj\'b9cym \'bfywiej do indywidualnego jego poczucia i poj\'eacia sztuki.\par
+\f0\par
+\f1 Tak wi\'eac w jednej z sal zatrzyma\'b3 si\'ea d\'b3u\'bfej \'9cliczn\'b9 g\'b3\'f3wk\'b9 szko\'b3y francuskiej, "Greuz'a", z\'b3otaw\'b9blond, z oczyma, wzniesionemi smutnie, w zamy\'9cleniu b\'b3\'b9dz\'b9cemi gdzie\'9c daleko, mo\'bfe w idea\'b3\'f3w niepochwytnych krainie, z wyrazem twarzy, tchn\'b9cym melancholi\'b9 i rozmarzeniem...\par
+\f0\par
+\f1 Tam\'bfe r\'f3wnie\'bf zaj\'ea\'b3y go dwa obrazy tego\'bf mistrza: pierwszy "La laiti\f0\'e8re" przedstawia\f1\'b3 rozwo\'bf\'b9c\'b9 nabia\'b3 m\'b3od\'b9 wiwandyerk\'ea - wspart\'b9, w zadumie cichej, o karego z bia\'b3ym \'b3bem konia; drugi pod tytu\'b3em: "Rozbity dzban", wdzi\'eaczny nad wyraz, wyobra\'bfa\'b3 dziewcz\'b9tko w bieli... W\'b3osy mia\'b3a ona rozczesane skromnie na dwie strony, stroi\'b3o je bia\'b3e kwiecie, - w fartuszku r\'f3\'bfowo - blade r\'f3\'bfe, na r\'eaku zawieszony rozbity niebacznie dzban, a w ca\'b3ej twarzyczce miluchnej niepor\'f3wnany wyraz dziecinnej naiwnej rozpaczy.\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski coraz szybciej wymija\'b3 sale; nie znalaz\'b3 si\'ea w galeryi pod\'b3u\'bfnej i olbrzymiej, w kszta\'b3cie salon\f0 owego korytarza, szerokiego i przestronnego.\par
+\par
+\f1 Na \'9ccianach wisia\'b3o tu wiele pi\'eaknych okaz\'f3w; mi\'eadzy innemi zatem dzie\'b3a Rafaela Sanzio, jak na przyk\'b3ad portret Joanny d'Aragon, w purpurowej sukni, przetkanej z\'b3otem, \'8c-go Jana Chrzciciela, oraz \'9cliczny portrecik m\'b3odego cz\'b3owieka, o w\'b3osach blond, w czapeczce czarnej, podpartego, w zamy\'9cleniu i par\'ea innych tego\'bf mistrza.\par
+\f0\par
+\f1 Patrzy\'b3y tu r\'f3wnie\'bf na Romana rz\'eadem liczne dzie\'b3a Marina, jak Urodzenie Naj\'9cwi\'eatszej Panny Maryi, cud San Diego, czyli anielska kuchnia... Opodal obraz, przypisywany malarzowi hiszpa\'f1skiemu Riberze, wyst\'eapowa\'b3 z ram postaci\'b9 umar\'b3ego Chrystusa, o twarzy przedziwnie spokojnej, w wypoczynku jakby po b\'f3lu pozostaj\'b9cej - z cia\'b3em ran pe\'b3nem, ociekaj\'b9cem, zda si\'ea, krwi\'b9 ciep\'b3\'b9 jeszcze... Bitwa Salvatora Rosy tam\'bfe n\'eaci\'b3a oko realizmem i groz\'b9 - dziesi\'b9tki, setki obraz\'f3w zatrzymywa\'b3y spojrzenie, a wreszcie dwa z nich najbardziej; p\'eadzla Leonarda da Vinci: Jan Chrzciciel i Bachus...\par
+\f0\par
+\f1 Oba przedstawia\'b3y ciemnookich, pi\'eaknych m\'b3odzian\'f3w, o bujnie i naturalnie kr\'eac\'b9cych si\'ea w\'b3osach, cerze \'9cniadej i dziwnie wiele, m\'f3wi\'b9cych twarzy, zbli\'bfonych rysami do siebie...\par
+\f0\par
+\f1 Obrazy te, w og\'f3lnym zarysie, r\'f3wnie\'bf zlewa\'b3y si\'ea ze sob\'b9. Nag\'b3em skojarzeniem my\'9cli, przypomnia\'b3y one Romanowi, podobnie\'bf nieco traktowan\'b9 g\'b3ow\'ea o w\'b3osach, z\'b3otawo - miedzianych, p\'eadzla Ferrari'ego, w Pinakotece Medyola\'f1skiej. Przedstawia\'b3a ona Matk\'ea Bo\'bf\'b9, ca\'b3\'b9 w czerwieni, z przechylon\'b9 w ty\'b3 g\'b3ow\'b9 i przymkni\'eatemi oczyma, z wyrazem nadziemskiego upojenia, gdy Dzieci\'b9tko Jezus r\'f3wnocze\'9cnie wyci\'b9ga przed siebie w przestrze\'f1 swe r\'b9czyny male\'f1kie, jak gdyby niemi pochwyci\'e6 co\'9c w powietrzu pragn\'ea\'b3o...\par
+\f0\par
+\f1 I z przypomnieniem tem nagle do duszy Dzier\'bfymirskiego sp\'b3yn\'ea\'b3a fala wspomnie\'f1...\par
+\f0\par
+\f1 Mign\'b9\'b3 mu wi\'eac przed wewn\'eatrznym wzrokiem duszy Medyolan, rodzinne gniazdo matki i tam "Cimitero Monumentale", gdzie zapomniane przeze\'f1 le\'bfa\'b3y jej prochy, wreszcie rysy matczyne, jak \'bfywe, przesz\'b3emi latami zamglone...\par
+\f0\par
+\f1 Z powiewem za\'9c lat tych minionych, z przesz\'b3o\'9cci tchnieniem, w m\'f3zgu Romana znowu za\'9cwidrowa\'b3y wyrzuty sumienia, dawne - te same. \par
+\f0\par
+\f1 Zadumany, powraca\'b3 Dzier\'bfymirski, kieruj\'b9c si\'ea w olbrzymie sale ku wyj\'9cciu, opanowany na nowo - wewn\'eatrzn\'b9 trosk\'b9 - niezdolny obecnie po prostu patrze\'e6 na dzie\'b3a sztuki.\par
+\f0\par
+\f1 Poza tem zreszt\'b9 i czasu na to nie by\'b3o... Zamykano ju\'bf Luwr.\par
+\f0\par
+\f1 Spieszono si\'ea powszechnie. Rozrzuceni tam i \'f3w tury\'9cci - malarze, dyletanci p\'eadzla, kopiuj\'b9cy tu zapami\'eatale od samego rana na rozstawionych stalugach wsz\'eady, ha\'b3a\'9cliwie sk\'b3adali swe przybory, a odg\'b3os ich rozm\'f3w, zar\'f3wno jak i kroki odchodz\'b9cej t\'b3umnie gromady ludzkiej, przeci\'b9g\'b3em echem odbija\'b3y si\'ea o \'9cciany i pr\'f3\'bfni\'ea olbrzymich sal muzeum.\par
+\f0\par
+\f1 Wyludnia\'b3y si\'ea one nader szybko; niebawem cisza utula\'e6 zacz\'ea\'b3a stopniowo twory cz\'b3owieczego geniusza, a jeden jeszcze samotny i niewidzialny pozosta\'b3 tu tylko, zda si\'ea, kr\'f3l Pi\'eakna - b\'f3g Sztuki!..\par
+\f0\par
+\f1 W dziesi\'ea\'e6 mo\'bfe minut p\'f3\'9fniej Dzier\'bfymirski wychodzi\'b3 na ulic\'ea, gdzie zoczywszy niebawem napis podziemnej kolejki elektrycznej zwanej : "Metropolitain", po schodach spuszcza\'e6 si\'ea zacz\'b9\'b3 ku stacyi.\par
+\f0\par
+\f1 Zag\'b3\'eabiony w my\'9clach, kupi\'b3 Roman machinalnie bilet na prawo jazdy i wyszed\'b3 na peron podziemnej poczekalni. W g\'b3owie jego, w\'9cr\'f3d my\'9cli wielu, nieukszta\'b3towany jeszcze, niewyra\'9fny, zakie\'b3kowa\'b3 projekt opuszczenia Pary\'bfa, nieprzedstawiaj\'b9cego dla\'f1 ju\'bf teraz, jako pobyt, celu \'bfadnego, i udania si\'ea do - Medyolanu...\par
+\f0\par
+\f1 W tej samej chwili, z chrz\'eastem, \'9cwistem, wpad\'b3 na platform\'ea zr\'eaczny, ma\'b3y, elektryczny poci\'b9g miejski.\par
+\f0\par
+\f1 - Louvre!.. Louvre!.. - wrza\'9cni\'eato dono\'9cnie, kilkana\'9ccie drzwiczek u wagon\'f3w otworzy\'b3o si\'ea spiesznie... Wysypa\'b3a si\'ea z nich garstka ludzi, partya druga szybko zaj\'ea\'b3a ich miejsce, Dzier\'bfymirski wskoczy\'b3 za innymi do poci\'b9gu, z wielkim po\'9cpiechem, nie min\'ea\'b3a bowiem minuta, gdy ju\'bf zatrza\'9cni\'eato na powr\'f3t z ha\'b3asem u wagonik\'f3w wszystkie drzwicz\f0 ki.\par
+\par
+\f1 Kolejka ruszy\'b3a z miejsca p\'eadem prawie, zanurzy\'b3a si\'ea i znikn\'ea\'b3a, jak zmyta, w o\'9cwietlonej gdzieniegdzie tylko elektrycznemi lampami czelu\'9cci ciemnej podziemnego tunelu, biegn\'b9cego, jak wiadomo, pod wi\'eaksz\'b9 cz\'ea\'9cci\'b9 nadsekwa\'f1skiej stolicy.\par
+\f0\par
+-----------\par
+\par
+\par
+\f1 Letnie, upalne popo\'b3udnie drzema\'b3o jeszcze nad ziemi\'b9, skwarne jednak s\'b3o\'f1ca promienie zni\'bfa\'e6 si\'ea ju\'bf poczyna\'b3y stopniowo...\par
+\f0\par
+\f1 Ochoczo uwija\'b3y si\'ea po polach dziewcz\'eata robocze, w swych kr\'f3tkich kolorowych sp\'f3dnicach i haftowanych barwnie koszulach - z sierpami w r\'eaku, \'bfn\'b9c zbo\'bfe, uk\'b3adaj\'b9c je w snopy i kopy, a z \'b3\'b9k i \'b3an\'f3w dalszych odzywa\'b3o si\'ea od czasu do czasu rytmiczne ostrze\'bfenie kos i ich chrz\'east w \'9clad za tem, \'9ccinaj\'b9cy trawy, owsy i j\'eaczmienie, rozlega\'b3 si\'ea echem miarowem.\par
+\f0\par
+\f1 W otaczaj\'b9ce go, t\'eatni\'b9ce ruchem i prac\'b9 pola zapatrzony, na ciemnem tle parku nieposzlakowanie bia\'b3y milcz\'b9co ws\'b3uchiwa\'b3 si\'ea dw\'f3r gowartowski w odg\'b3osy, id\'b9ce z \'b3an\'f3w dalekich.\par
+\f0\par
+\f1 Na werandzie, w g\'b3\'eabokim fotelu siedzia\'b3a marsza\'b3kowa Warnicka, pracuj\'b9c z zaj\'eaciem nad rob\'f3tk\'b9 r\'eaczn\'b9; dalej nieco, w parku, poprzez drzewa alei miga\'b3a jasna letnia suknia kobieca i sylwetka siedz\'b9cego obok niej m\'ea\'bfczyzny; przez otwarte na \'9ccie\'bfaj wreszcie tu\'bf ko\'b3o balkonu okno saloniku dolatywa\'b3y dwa m\'easkie g\'b3osy, zmieszane z miarowemi uderzeni\f0 ami kul bilardowych.\par
+\par
+\f1 W saloniku owym grali w karambole \'a3ady\'bfy\'f1ski z Krasnostawskim.\par
+\f0\par
+\f1 - Patrz, m\'b3odzie\'f1cze, i ucz si\'ea! - m\'f3wi\'b3 w tej chwili pan Emil, pochylony nad bilardem.\par
+\f0\par
+\f1 Bia\'b3a bila jego, musn\'b9wszy poprzednio lewy bok czerwonej drugiej kuli, wraca\'b3a w\'b3a\'9cnie teraz pos\'b3uszna, dotykaj\'b9c lekko stoj\'b9cej opodal trzeciej \'bf\'f3\'b3tej bili.\par
+\f0\par
+\f1 - Aha!.. - wykrzykn\'b9\'b3 z tryumfem \'a3ady\'bfy\'f1ski. - Uderzenie znakomite, a rzadkie, jak kruk bia\'b3y!..\par
+\f0\par
+\f1 Spojrza\'b3 na Krasnostawskiego. Ten ostatni, bez ceremonii zwr\'f3cony do okna, sta\'b3 gdzie\'9c zapatrzony, przez grzeczno\'9c\'e6 w ostatniej tylko chwili obr\'f3ciwszy si\'ea szybko ku m\'f3wi\'b9cemu.\par
+\f0\par
+\f1 - Barbarzy\'f1co! - wykrzykn\'b9\'b3 \'a3ady\'bfy\'f1ski, oburzony szczerze.\par
+\f0\par
+\f1 - Jak to? - pyta\'b3 zdziwiony dalej. - Na seryo zatem nie widzia\'b3e\'9c pan wcale ?\par
+\f0\par
+\f1 - Ale c\'f3\'bf znowu, i owszem! - zaprotestowa\'b3 Krasnostawski, zmieszany nieco.\par
+\f0\par
+\f1 Partner z pod oka spojrza\'b3 na m\'b3odzie\'f1ca i mrukn\'b9\'b3 z\'b3o\'9cliwie:\par
+\f0\par
+\f1 - Co pan ciekawego wypatrujesz w\'9cr\'f3d alei? Nikt tam, que je sache, nie spaceruje, pr\'f3cz Oli i kochanego Topolsia, hrabiego na Szcz\'easnojej... A tu tymczasem straci\'b3e\'9c pan coup de ma\'eetre, cug i\'9cci\'ea wspania\'b3y...\par
+\f0\par
+\f1 I wskazuj\'b9c d\'b3oni\'b9 stoj\'b9ce kule, obja\'9cni\'b3 ju\'bf spokojnie:\par
+\f0\par
+\f1 - Przez czerwon\'b9... Zamiast zwyczajno-pospolicie - ty\'b3em, przez pi\'ea\'e6 band, i serya notabene gotowa - pochwali\'b3 si\'ea.\par
+\f0\par
+-\f1 Wiele mam? - zapyta\'b3 po chwili. - A, prawda... - odpowiedzia\'b3 sam sobie pan Emil, - osiemdziesi\'b9t sze\'9c\'e6!... Przepad\'b3e\'9c pan z kretesem. Za chwil\'ea - requiescat in pace!..\par
+\f0\par
+\f1 Przy tych s\'b3owach, \'a3ady\'bfy\'f1ski pochyli\'b3 si\'ea zn\'f3w bilardem. Pod wprawnem uderzeniem jego kija, dotykane, cofane, kierowane zr\'eacznie, posypa\'b3y si\'ea niebawem liczne karambole.\par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawski, od pocz\'b9tku partyi kilkakrotnie do gry zaledwie dopuszczony, ziewn\'b9\'b3 skrycie, znu\'bfony.\par
+\f0\par
+\f1 - Ta zdradzi\'b3a Radziwi\'b3\'b3a!.. - wykrzykn\'b9\'b3 w tej chwili pan Emil. - Chybi\'b3em - graj pan!..\par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawski z kolei zrobi\'b3 kilka do\'9c\'e6 umiej\'eatnych karamboli.\par
+\f0\par
+\f1 - Brawo, bravissimo! - potakiwa\'b3 \'a3ady\'bfy\'f1ski - Z jakim przestajesz, takim si\'ea stajesz, niedarmo tak g\'b3osi przys\'b3owie...\par
+\f0\par
+\f1 A ze znawstwem, \'9cledz\'b9c dalej uwa\'bfnie gr\'ea partnera, dorzuci\'b3 jeszcze, w rodzaju pochwa\'b3y:\par
+\f0\par
+\f1 - Czo\'b3em, czo\'b3em!.. Wst\'eapujesz w me \'9clady.... bardzo dobrze, wcale nie\'9fle!...\par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawski, z przymusem, u\'9cmiechn\'b9\'b3 si\'ea lekko, po paru uderzeniach wreszcie chybi\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 - Przesz\'b3a, min\'ea\'b3a, jak sen jaki z\'b3oty! - zadeklamowa\'b3 \'a3ady\'bfy\'f1ski, z patosem. - zgubiony\'9c m\'b3odzie\'f1cze! - dorzuci\'b3, i pochyli\'b3 si\'ea nad suknem zielonem.\par
+\f0\par
+\f1 - Gram z ty\'b3u - poinformowa\'b3 - ostatni, \'9cmiertelny cios...\par
+\f0\par
+\f1 Pchni\'eata, nakredowan\'b9 poprzednio starannie, muszk\'b9 kija - bia\'b3a kula, obleciawszy szereg band, w skomplikowanej geometrycznej figurze - niebawem pokorna, grzeczna, za jednem uderzeniem, musn\'ea\'b3a cicho dwie pozosta\'b3e bilardowe kule.\par
+\f0\par
+\f1 - N, i... ni - c'est fini !.. - odsapn\'b9\'b3 z ulg\'b9 pan Emil.\par
+\f0\par
+\f1 - No, teraz siadamy! - ci\'b9gn\'b9\'b3 dalej.- Dzi\'eakuj\'ea panu za party\'ea! - poda\'b3 uprzejmie r\'eak\'ea Krasnostawskiemu, poczem wyj\'b9\'b3 papiero\'9cnic\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 - S\'b3u\'bf\'ea panu! - rzek\'b3, wyci\'b9gaj\'b9c j\'b9 w stron\'ea m\'b3odego cz\'b3owieka.\par
+\f0\par
+\f1 - Dzi\'eakuj\'ea bardzo! - odpar\'b3 Krasnostawski, sk\'b3oniwszy si\'ea grzecznie, wzi\'b9\'b3 papierosa, podsuwaj\'b9c jednocze\'9cnie \'a3ady\'bfy\'f1skiemu zapalon\'b9 zapa\'b3k\'ea. - Merci! - mrukn\'b9\'b3 pan Emil. - Ha, zmacha\'b3em si\'ea nie gorzej od mo\'b3odycy, na polu przy burakach! - westchn\'b9\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 Usiedli, i zapanowa\'b3o chwilowe milczenie.\par
+\f0\par
+\f1 W ciszy pokoju s\'b3ycha\'e6 by\'b3o teraz wyra\'9fnie jednostajne brz\'eaczenie much; zni\'bfaj\'b9ce si\'ea s\'b3o\'f1ce \'9ccieli\'b3o swe promienie po zielonej powierzchni bilardowego sukna - salonik ton\'b9\'b3 ca\'b3y w p\'f3\'b3\'9cwiat\'b3ach ko\'f1cz\'b9cego si\'ea letniego popo\'b3udnia.\par
+\f0\par
+\f1 Nagle firanki u okien poruszy\'b3y si\'ea gwa\'b3townie - kto\'9c drzwi otwiera\'b3...\par
+\f0\par
+Na progu, \f1 w szarem sukiennem, liberyjnem ubraniu, stan\'b9\'b3 lokajczyk, m\'b3ode ch\'b3opi\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 - Zamykaj, do kro\'e6set! - zagrzmia\'b3 \'a3ady\'bfy\'f1ski, porzuciwszy silny przeci\'b9g i zwr\'f3ci\'b3 si\'ea r\'f3wnocze\'9cnie do Krasnostawskiego. - Ma pan jeszcze ochot\'ea na partyjk\'ea?... bo ja - to nie!\par
+\f0\par
+\f1 - O, ja r\'f3wnie\'bf! - odpar\'b3 szybko Krasnostawski - Zreszt\'b9 nie mog\'ea, mam dzisiaj pilne zaj\'eacie jeszcze i wraca\'e6 musz\'ea! - \'afegnam pana! - dorzuci\'b3 uprzejmie i powstawszy, wyci\'b9gn\'b9\'b3 r\'eak\'ea do \'a3ady\'bfy\'f1skiego.\par
+\f0\par
+- Adieu!.. - od niechcenia, ale grzecznie, nie ruszaj\f1\'b9c si\'ea z miejsca, odwzajemni\'b3 mu ten\'bfe u\'9ccisk d\'b3oni.\par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawski, niby szukaj\'b9c czego\'9c po pokoju, zbli\'bfy\'b3 si\'ea zr\'eacznie do okna, pos\'b3awszy wywiadowczy wzrok raz jeszcze do ogrodu.\par
+\f0\par
+\f1 Siedz\'b9c wci\'b9\'bf na swem miejscu, \'a3ady\'bfy\'f1ski \'9cledzi\'b3 spod okna, a usta skrzywi\'b3y mu si\'ea przy tem sarkastycznie.\par
+\f0\par
+\f1 - C\'f3\'bf to tak zapami\'eatale pan szukasz? - rzuci\'b3 ironicznie - serca, czy g\'b3owy?\par
+\f0\par
+\f1 - O, nie... tylko kapelusza!.. - odci\'b9\'b3 ch\'b3odno Krasnostawski, i rzuciwszy siedz\'b9cemu powt\'f3rnie po\'bfegnanie uprzejme, wyszed\'b3 z saloniku.\par
+\f0\par
+- \f1 Hm... hm!.. - mrukn\'b9\'b3 do siebie stary kawaler, i powsta\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 - Wyczy\'9c\'e6 bilard szczotk\'b9 tak, jakem ci\'ea nauczy\'b3 na wskos, nicponiu!.. - rozkaza\'b3 kr\'eac\'b9cemu si\'ea po pokoju lokajczykowi, i strzepn\'b9wszy ubranie, opu\'9cci\'b3 bilardow\'b9 salk\'ea, zmierzaj\'b9c ku werandzie.\par
+\f0\par
+- \f1 Zawsze przy pracy, pani marsza\'b3kowo! - powita\'b3 siedz\'b9c\'b9 przy rob\'f3tce pani\'b9 Melanj\'ea i usiad\'b3 wygodnie na bujaj\'b9cym si\'ea fotelu.\par
+\f0\par
+\f1 - No, i pan, panie Emilu, pracowa\'b3e\'9c tak\'bfe - u\'9cmiechn\'ea\'b3a si\'ea \'b3agodnie matrona. - St\'b9d s\'b3ysza\'b3am, jak stuka\'b3y karambole i post\'eapowa\'b3 ra\'9fno wyk\'b3ad gry bilardowej...\par
+\f0\par
+\f1 - Ano, trudno!.. Trzeba poucza\'e6 m\'b3odych! - odpar\'b3 pan Emil i u\'9cmiechn\'b9\'b3 si\'ea swoim zwyczajem. A gdzie\'bf to m\'b3oda para? - rzuci\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 Marsza\'b3kowa nie zrozumia\'b3a pytania. - Jak to? - zdziwi\'b3a si\'ea.\par
+\f0\par
+- No, pani Ola i kochany hra\f1 bicz! - obja\'9cni\'b3 niedbale, ko\'b3ysz\'b9c si\'ea leciutko w fotelu.\par
+\f0\par
+\f1 - Aaa !.. - za\'9cmia\'b3a si\'ea marsza\'b3kowa - s\'b9 w ogrodzie - doda\'b3a spokojnie. - A pan Boles\'b3aw gdzie\'bf si\'ea znajduje? - zapyta\'b3a z kolei.\par
+\f0\par
+\f1 - Przegrawszy party\'ea karamboli i pos\'b3awszy trzydzie\'9cci i jedno spojrze\'f1 t\'easknych w stron\'ea ogrodu i przechadzaj\'b9cych si\'ea tam ludzi, uciek\'b3 do domu - odpowiedzia\'b3 pan Emil.\par
+\f0\par
+\f1 - \'afe te\'bf pan ci\'b9gle tak samo niepoprawny i zawsze musi widzie\'e6 co\'9c niepotrzebnego! - obruszy\'b3a si\'ea, z widocznem niezadowoleniem, marsza\'b3kowa.\par
+\f0\par
+-\f1 To tak tylko dla kontrastu z pani\'b9 marsza\'b3kow\'b9! - odpar\'b3 s\'b3odziutkim tonem, uk\'b3adnie pan Emil i u\'9cmiechn\'b9\'b3 si\'ea szyderczo.\par
+\f0\par
+\f1 - No, no!.. - udobruchana nieco, pokiwa\'b3a g\'b3ow\'b9 staruszka. - \'afeby to tylko tak by\'b3o w istocie ! - Ale\'bf upewniam pani\'b9 marsza\'b3kow\'ea - podchwyci\'b3 \'a3ady\'bfy\'f1ski. - Wracaj\'b9c jednak do poprzedniej prozy \'bfycia, i jego wypadk\'f3w - ci\'b9gn\'b9\'b3 wolno - ciekawym, czemu ten Roman nie wraca?..\par
+\f0\par
+\f1 - A! - \'bfywo odpar\'b3a pani Warnicka. - Zapomnia\'b3am powiedzie\'e6 panu... Wczoraj wieczorem by\'b3 list od niego... Donosi, \'bfe z Ostendy, dok\'b9d uda\'b3 si\'ea prosto z Pary\'bfa, dla odpoczynku, przyby\'b3 ju\'bf do Mediolanu, gdzie zabawi d\'b3u\'bfej...\par
+\f0\par
+\f1 - Hm, hm! - chrz\'b9kn\'b9\'b3 pan Emil. - \'afe te\'bf prezesuniowi kochanemu nie t\'easkno: do \'bfony primo, do mnie - secundo, to si\'ea wydziwi\'e6 temu nie mog\'ea - wyg\'b3osi\'b3 ca\'b3kiem seryo.\par
+\f0\par
+\f1 Marsza\'b3kowa na te s\'b3owa u\'9cmiechn\'ea\'b3a si\'ea do siebie, w milczeniu, \'a3ady\'bfy\'f1ski m\'f3wi\'b3 za\'9c dalej, wydobywszy zegarek z kieszeni:\par
+\f0\par
+\f1 - Patrzcie pa\'f1stwo, ju\'bf wp\'f3\'b3 do \'f3smej!.. O wp\'f3\'b3 do sz\'f3stej zacz\'eali\'9cmy gra\'e6 z Krasnostawskim partyjk\'ea, a pani\'b9 marsza\'b3kow\'ea pozostawili\'9cmy wszyscy tu na balkonie samotn\'b9... Tiens... tiens... jak to czas leci.\par
+\f0\par
+\f1 Pan Emil spojrza\'b3 na ogr\'f3d, szukaj\'b9c co\'9c oczyma i w tej\'bfe samej chwili zerkn\'b9\'b3 na marsza\'b3kow\'ea. Ta ostatnia r\'f3wnie\'bf wys\'b3a\'b3a spojrzenie do parku. Z\'b3o\'9cliwie nieco wykrzywi\'b3 usta pan Emil i wpatrzy\'b3 si\'ea badawczo w twarz staruszki, lecz ta oboj\'eatnie ca\'b3kiem odwr\'f3ci\'b3a po chwili g\'b3ow\'ea i ko\'f1czy\'b3a spokojnie rob\'f3tk\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Zapanowa\'b3o milczenie.\par
+\f0\par
+\f1 - Dziwny aforyzm przychodzi mi do g\'b3owy! - odezwa\'b3 si\'ea \'a3ady\'bfy\'f1ski, w par\'ea minut p\'f3\'9fniej.\par
+\f0\par
+\f1 - Bardzo, ciekawam, co tam znowu przychodzi panu do g\'b3owy?.. - za\'9cmia\'b3a si\'ea staruszka.\par
+\f0\par
+\f1 - Pi\'eakna kobieta - wyg\'b3osi\'b3 z patosem pan Emil - to cz\'eastokro\'e6 wcielenie \'9clepego trafu igraszki!.. Obdarza ona bowiem kr\'f3lewsk\'b9 sw\'b9 \'b3ask\'b9 nie zas\'b3u\'bfonych, lecz szcz\'ea\'9cliwych, cho\'e6 wszyscy, niby gracze, pragn\'ealiby w duchu wygra\'e6 najwy\'bfsz\'b9 tylko stawk\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 Siwe oczy marsza\'b3kowej na chwil\'ea zab\'b3ys\'b3y rozumnie, i odpar\'b3a lekko, w tym samym tonie:\par
+\f0\par
+\f1 - Ho-ho, co za por\'f3wnania, jaka poezya nagle objawi\'b3a si\'ea w panu! - pochwali\'b3a ironicznie i doda\'b3a: - Ja nie wiem, doprawdy, czy potrafi\'ea, skromna, wznie\'9c\'e6 si\'ea na takie wy\'bfyny... Lecz i mnie r\'f3wnie\'bf, dziwnym zbiegiem okoliczno\'9cci, aforyzm \'9cwita w my\'9cli:\par
+\f0\par
+\f1 I po chwili pani Melanja wyg\'b3osi\'b3a z przyciskiem:\par
+\f0\par
+- Pod\f1 ejrzliwo\'9c\'e6 - to wcielenie satanizmu!.. Oczerni\'e6, zbruka\'e6 potrafi najczystsze, \'9cnie\'bfne jagni\'ea, tem gorsze za\'9c ono, \'bfe uwierz\'b9 mu ludzie, goni\'b9cy, z rozkosz\'b9, za obmow\'b9, cho\'e6by ni\'b9 by\'b3 i fa\'b3sz wierutny!..\par
+\f0\par
+\f1 - Les beaux esprits se rencontrent! - wycedzi\'b3 w p\'f3\'b3uk\'b3onie pan Emil, i zamilk\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 - No, \'bfegnam kochanego pana! - odpowiedzia\'b3a marsza\'b3kowa, i powsta\'b3a ci\'ea\'bfko z fotelu. - Id\'ea - ci\'b9gn\'ea\'b3a - wyda\'e6 rozporz\'b9dzenia do wieczerzy, bo gosposia nasza, jak widz\'ea, zapomnia\'b3a si\'ea dzisiaj, a pana - tu uczyni\'b3a r\'eak\'b9 niewyra\'9fny ruch w powietrzu - pozostawiam sam na sam z aforyzmami!.. - za\'9cmia\'b3a si\'ea przy tem staruszka z\'b3o\'9cliwie nieco, i znik\'b3a we drzwiach salonowych.\par
+\f0\par
+\f1\'a3ady\'bfy\'f1ski, po wyj\'9cciu marsza\'b3kowej, zapali\'b3 papierosa i zamaszy\'9ccie pocz\'b9\'b3 ko\'b3ysa\'e6 si\'ea na biegunach f\f0 otelu.\par
+\par
+\f1 - \'8cmiej si\'ea, \'9cmiej, babule\'f1ko! - mrukn\'b9\'b3 z cicha. - Ja mam sw\'f3j rozum i w\'each \'9cwietny. O, co do tego, to zapewni\'e6 mog\'ea, \'bfe nos mam wyborny!.. - dotkn\'b9\'b3 twarzy, za\'9cmia\'b3 si\'ea do siebie, wci\'b9gn\'b9\'b3 powietrze, i powstawszy, zeszed\'b3 po stopniach schod\'f3w ba\f0 lkonu.\par
+\par
+\f1 Spojrza\'b3 znowu na zegarek i mrukn\'b9\'b3:\par
+\f0\par
+\f1 - \'d3sma dochodzi... Sapristi, o czem\'bfe dwie i p\'f3\'b3 godziny sam na sam m\'f3wi\'e6 ze sob\'b9 mog\'b9 dwoje m\'b3odych ludzi, je\'9cli nie o mi\'b3o\'9c... Psst! - sykn\'b9\'b3 g\'b3o\'9cno i po\'b3o\'bfy\'b3 sobie na ustach palce. - Podejrzliwo\'9c\'e6 albowiem jest to wcielenie satanizmu... i tak dalej, - doko\'f1czy\'b3, i za\'9cmia\'b3 si\'ea znowu cicho. - No, zobaczymy! - szepn\'b9\'b3 do siebie jeszcze i skierowa\'b3 si\'ea do ogrodu.\par
+\f0\par
+\f1 S\'b3o\'f1ce zachodzi\'b3o w\'b3a\'9cnie. Bia\'b3e \'9cciany gowartowskiego domu gorza\'b3y czerwieni\'b9, b\'b3yszcza\'b3y, z\'b3oci\'b3y si\'ea okna, dach blaszany \'bfarzy\'b3 si\'ea, jak g\'b3ownia, a tam w parku, w oddali, wstydliwie zar\'f3\'bfowia\'b3y si\'ea, rumieni\'b3y brzozy, mieni\'b3y od gasn\'b9cych promieni, w odblaski polerowanej miedzi, d\'eaby, lipy, topole...\par
+\f0\par
+\f1\'a3ady\'bfy\'f1ski, zag\'b3\'eabia\'b3 si\'ea dalej i dalej w ogr\'f3d, id\'b9c krokiem pewnym, a\'bf znik\'b3, poch\'b3oni\'eaty cieniami ciemnawej ju\'bf, drzew wierzcho\'b3kami zros\'b3ej ze sob\'b9 alei; poszukiwania jego jednak mia\'b3y spe\'b3zn\'b9\'e6 na niczem. M\'b3odej pary, jak j\'b9 pan Emil \'bfartami nazwa\'b3, nie by\'b3o ju\'bf w ogrodzie.\par
+\f0\par
+Topolski i Ola, przed p\'f3\f1\'b3 godzin\'b9, znalaz\'b3szy si\'ea na skraju parku i \'b3an\'f3w szerokich, opu\'9ccili ogrodow\'b9 alej\'ea, poci\'b9gni\'eaci wsp\'f3\'b3wzajemnie czarem przechadzki po zielonej, biegn\'b9cej w\'9cr\'f3d p\'f3l, ugor\'f3w, \'b3\'b9czce, w przedwieczornej \'9cwie\'bfo\'9cci sk\'b9panej ca\'b3ej. \par
+\f0\par
+\f1 Gaw\'eadz\'b9c, \'9cmiej\'b9c si\'ea i przekomarzaj\'b9c na przemian bezustannie, oddalili si\'ea oni nawet ju\'bf do\'9c\'e6 ode dworu, nie spostrzeg\'b3szy tego naturalnie wcale.\par
+\f0\par
+\f1 Wbrew zapowiedzi, danej pani Oli jeszcze na raucie, przy\'9cpieszy\'b3 Topolski sw\'f3j przyjazd do odziedziczonych w pobli\'bfu Gowartowa d\'f3br swoich "Szcz\'easnaja".\par
+\f0\par
+\f1 Bawi\'b3 ju\'bf tu przesz\'b3o od sze\'9cciu tygodni, b\'ead\'b9c nader cz\'eastym go\'9cciem osamotnionej prezesowej Dzier\'bfymirskiej; Ola za\'9c, nie maj\'b9ca prawie tu ni rozrywki, ni towarzystwa \'bfadnego, zazwyczaj niezmiernie mu rada by\'b3a.\par
+\f0\par
+\f1 Topolski za\'9c ze swej strony podoba\'e6 si\'ea m\'f3g\'b3 tylko. Og\'b3adzonych form \'9cwiatowych, przystojny i mi\'b3y, by\'b3 r\'f3wnie\'bf bardzo inteligentnym, a lekki pok\'b3ad idealnego marzycielstwa, w kontra\'9ccie po\'b3\'b9czony ze szczypt\'b9 sceptycyzmu, czyni\'b3 go interesuj\'b9cym bardzo, szczeg\'f3lniej dla kobiet. W kole p\'b3ci pi\'eaknej czu\'b3 si\'ea zawsze panem... Posiadaj\'b9c wra\'bfliwo\'9c\'e6 czu\'b3ostkow\'b9 przyrodzon\'b9, rozumia\'b3 on kobiety przytem stokro\'e6 lepiej od innych m\'ea\'bfczyzn, odczuwa\'b3 je subtelnie, - w podbijaniu za\'9c serc niewie\'9ccich, cierpliwem i umiej\'eatnem, - mistrze\f0 m go nazywano.\par
+\par
+\f1 Pr\'f3\'bfniacze \'bfycie jego, zjadaj\'b9cego dochody "panka", zabarwione tylko z lekka tam i \'f3wdzie dyletanckiem zainteresowaniem si\'ea sztuk\'b9, oraz podr\'f3\'bfowaniem po \'9cwiecie - sk\'b3ada\'b3o si\'ea te\'bf przewa\'bfnie z kr\'f3tszych lub d\'b3u\'bfszych mi\'b3ostek, z \'b3a\'f1cucha: "bonnes fortunes", kt\'f3re, jak ogniwa, ze sob\'b9 bezustannie \'b3\'b9czy\'e6 sie stara\'b3. \par
+\f0\par
+\f1 Poznawszy Ol\'ea Dzier\'bfymirsk\'b9, Topolski postanowi\'b3 zdoby\'e6 j\'b9 nieodzownie. W tym celu wi\'eac dowiedziawszy si\'ea o bytno\'9cci Romana Dzier\'bfymirskiego za granic\'b9, przyspieszy\'b3 wyjazd na Ukrain\'ea, i od dw\'f3ch ju\'bf niespe\'b3na miesi\'eacy pracowa\'b3 wytrwale, powoli, ze znawstwem swej sztuki, cegie\'b3ka za cegie\'b3k\'b9, buduj\'b9c swe przysz\'b3e, jak nazywa\'b3 - szcz\'ea\'9ccie!\par
+\f0\par
+\f1 Z pocz\'b9tku by\'b3o mu niezmiernie trudno skierowa\'e6, pchn\'b9\'e6 Ol\'ea, cho\'e6 nieznacznie tylko, n\f0 a swe tory.\par
+\par
+\f1 Gra ta, z\'b3o\'bfona z setek subtelnych odcieni, opartych na gruntownej znajomo\'9cci "kobiety," parokrotnie srodze zawiod\'b3a go z Ol\'b9 Dzier\'bfymirsk\'b9. Lecz po paru ju\'bf tygodniach uczu\'b3 Topolski wreszcie grunt pod nogami, aczkolwiek jeszcze bardzo niepewny. Tryumfowa\'b3 skrycie - i szed\'b3 dalej...\par
+\f0\par
+\f1 Dzi\'9c za\'9c, po tygodniach sze\'9cciu pobytu, mia\'b3 on ju\'bf za sob\'b9 ma\'b3\'b9 przesz\'b3o\'9c\'e6 w tym wzgl\'eadzie; mi\'eadzy nim, a Ol\'b9 mianowicie bieg\'b3a ni\'e6 trwa\'b3a obcowania wzajemnego, wsp\'f3lnych rozm\'f3w, docieka\'f1, paradoks\'f3w, okre\'9cle\'f1 - gar\'9c\'e6 fakt\'f3w jednak na poz\'f3r nic nie znacz\'b9cych prawie...\par
+\f0\par
+\f1 A wi\'eac, na przyk\'b3ad, gdy w gronie os\'f3b postronnych, trzecich, toczy\'b3a si\'ea rozmowa o temacie, poruszonym ju\'bf przez nich dwojga niegdy\'9c w pogaw\'eadce sam na sam wsp\'f3lnej - czy to w zakresie sztuki, literatury, muzyki, czy wreszcie w dziedzinie wypadk\'f3w pospolitych codziennego \'bfycia - usta ich u\'9cmiecha\'b3y si\'ea nieznacznie, a r\'f3wnocze\'9cnie oczy spotyka\'b3y si\'ea, pos\'b3uszne...\par
+\f0\par
+\f1 To zn\'f3w kiedy indziej, nim jedno z nich zd\'b9\'bfy\'b3o wym\'f3wi\'e6 my\'9cl jak\'b9\'9c, cz\'eastokro\'e6 drugie, chwyta\'b3o j\'b9 szybko ju\'bf w lot i na nie wypowiedziane, a przeczute s\'b3owa, dawa\'b3o trafn\'b9 odpowied\'9f, lub rzuca\'b3o aforyzm dwuznaczny, maj\'b9cy li tylko dla nich dwojga znaczenie, dla innych niezrozumia\'b3y cz\'easto wcale - poruszaj\'b9cy za\'9c sob\'b9 wspomnienie, zda\f0 rzenie osobiste, wsp\'f3lne...\par
+\par
+\f1 Szukali si\'ea wzajemnie r\'f3wnie\'bf, unikaj\'b9c towarzystwa drugich, pragn\'b9c zawsze by\'e6 ze sob\'b9, wy\'b3\'b9cznie sami.\par
+\f0\par
+\f1 A po za tem? Och, okre\'9cli\'e6 nawet trudno. \par
+\f0\par
+\f1 Dziesi\'b9tki, setki, tysi\'b9ce male\'f1kich, nik\'b3ych zdarze\'f1, powik\'b3a\'f1, chwil, chwilek, s\'b3\'f3w, s\'b3\'f3wek, gest\'f3w, drgnie\'f1 twarzy, u\'9cmiech\'f3w, niedom\'f3wionych spojrze\'f1, u\'9cci\'9cnie\'f1 d\'b3oni, przyja\'9fniejszych, czulszych - w niesko\'f1czono\'9c\'e6 biegn\'b9c, zacie\'9cnia\'b3y ich dwie duchowe ja\'9fnie coraz bardziej, mota\'b3y ich ze sob\'b9 i z nitki pocz\'b9tkowo pojedynczej tylko, czas uprz\'b9d\'b3 tkanin\'ea prz\'eadz\'ea niewidzialn\'b9, a nierozerwaln\'b9 ju\'bf jednak, co silnie, a trwale z\'b3\'b9czy\'b3a ich w ko\'f1cu ze sob\'b9!\par
+\f0\par
+\f1 I Topolski, b\'b3\'b9kaj\'b9cy si\'ea z pocz\'b9tku w swej grze trudnej zapl\'b9ta\'b3 si\'ea sam wkr\'f3tce, nie wiedz\'b9c nawet kiedy, w zastawione zr\'eacznie na Ol\'ea sieci.\par
+\f0\par
+\f1 Serce w nim obudzi\'b3o si\'ea po raz pierwszy mo\'bfe w \'bfyciu!.. On, motyl niesta\'b3y, powierzchownie tylko kochliwy, w ka\'bfdej zam\'ea\'bfnej, wdzi\'eacznej buzi - zakocha\'b3 si\'ea na seryo w Oli!\par
+\f0\par
+\f1 Dzi\'9c od dw\'f3ch godzin przesz\'b3o, w s\'b3\'f3w dobieranych szermierce, flirtowa\'b3 z ni\'b9 - teraz ju\'bf dla\'f1 ukochan\'b9, a przez to samo upragnion\'b9 jeszcze bardziej.\par
+\f0\par
+\f1 M\'f3wili dnia tego jak zwykle o literaturze, muzyce i sztuce, to jest o tem, co zajmowa\'b3o ich wsp\'f3lnie najbardziej w krainie, oderwanej od prz\'eadzy codziennego \'bfycia.\f0\par
+\par
+\f1 On wspomina\'b3 i opowiada\'b3 barwnie wra\'bfenia licznych podr\'f3\'bfy, dowcipkowa\'b3, \'9cmia\'b3 si\'ea, przytomny bezustannie gry swojej; Ola s\'b3ucha\'b3a m\'f3wi\'b3a, opowiada\'b3a z kolei wiele sama... Jak w z\'b3ocie \'b3an\'f3w zbo\'bfa, jednostajnem od mak\'f3w purpurowych i b\'b3awatnych chabr\'f3w, roi\'b3o si\'ea w tej ich s\'b3\'f3w gaw\'eadzie od dwuznacznik\'f3w, w lekk\'b9 form\'ea obleczonych ze strony Topolskiego o\'9cwiadczyn i p\'f3\'b3s\'b3\'f3wek - po\'b3owicznem niedom\'f3wieniem wiele m\'f3wi\'b9cych nieraz rzeczy!..\par
+\f0\par
+\f1 Przed chwil\'b9, s\'b3o\'f1ce u\'b3o\'bfy\'b3o si\'ea do snu. Topolski ko\'f1czy\'b3 jednocze\'9cnie wywo\'b3ane faktem tym opowiadanie wspomnienia, tycz\'b9cego si\'ea wschodu s\'b3o\'f1ca obserwowanego z wierzcho\'b3ka g\'f3ry "Mont Blanc," spowiadaj\'b9c si\'ea z wra\'bfenia podnios\'b3ego, doznanego wysoko!..\par
+\f0\par
+\f1 S\'b3owa pe\'b3ne zapa\'b3u, efektowne, zamar\'b3y mu w\'b3a\'9cnie na ustach, na kt\'f3rych spojrzeniem ca\'b3em zawis\'b3a artystyczna dusza id\'b9cej obok niego kobiety. \par
+\f0\par
+\f1 Zapanowa\'b3o pomi\'eadzy niemi chwilowe milczenie: \par
+\f0\par
+\f1 Ze stepu tymczasem, z \'b3an\'f3w, p\'b3yn\'ea\'b3y wonie zb\'f3\'bf, i polnych kwiat\'f3w; \'bfaby i chru\'9cciele odzywa\'b3y si\'ea w moczarach \'b3\'b9czki - czar letniego gasn\'b9cego dnia chwyta\'b3 za dusz\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 - Wie pan, \'bfe\'9cmy porz\'b9dnie od domu daleko! - pierwsza weso\'b3o za\'9cmia\'b3a si\'ea Ola.\par
+\f0\par
+\f1 - A tak? - zadziwi\'b3 si\'ea niby Topolski. - To wracajmy! - rzek\'b3 niech\'eatnie.\par
+\f0\par
+\f1 Zawr\'f3cili. Szli wolno czas jaki\'9c, pomimo woli zamy\'9cleni.\par
+\f0\par
+- Tak\f1 , pani - przem\'f3wi\'b3 Topolski, sna\'e6 b\'b3\'b9dz\'b9c jeszcze my\'9cl\'b9 hen, daleko, na szczytach Alp, w Szwajcaryi - wra\'bfenie to by\'b3o tak silnem, i\'bf nie zapomn\'ea go do ko\'f1ca \'bfycia. - I wie pani? - dorzuci\'b3, z u\'9cmiechem dziwnym i nag\'b3ym - o czem mimo woli pomy\'9cla\'b3em w owej uroczystej chwili, gdy pierwszy promyk s\'b3o\'f1ca oz\'b3oci\'b3 cypl \'9cnie\'bfny "Mont Blanc?" Nigdy pani nie zgadnie.\par
+\f0\par
+\f1 - No, ciekawam bardzo? - zapyta\'b3a Ola i spojrzenie pi\'eakne utkwi\'b3a w twarzy m\'b3odego cz\'b3owieka.\par
+\f0\par
+\f1 - O kobiecie!.. - odrzek\'b3 Topolski, i za\'9cmia\'b3 si\'ea; nie otrzymawszy za\'9c na to \'bfadnej odpowiedzi, spojrza\'b3 po chwili spod oka na Ol\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Z pi\'eaknej twarzy m\'b3odej kobiety, jakby odp\'eadzany umy\'9clnie, pierzcha\'b3 cie\'f1 wyra\'9fnego niezadowolenia; Topolski si\'ea spostrzeg\'b3, i\'bf post\'b9pi\'b3 niezr\'eacznie, wiedzia\'b3 bowiem z wieloletniej praktyki doskonale, \'bfe nie nale\'bfy nigdy wobec kobiety, o kt\'f3rej wzgl\'eady ci chodzi, wspomina\'e6 dobitnie, \'bfe przed ni\'b9 by\'b3a inna. Poprawi\'b3 si\'ea natychmiast.\par
+\f0\par
+\f1 - To jest... \'9fle m\'f3wi\'ea!.. - rzek\'b3 seryo ca\'b3kiem, u\'9cmiechn\'b9wszy si\'ea atoli w duchu do siebie - o kobiecie, nie jednostce, bynajmniej my\'9cla\'b3em w\'f3wczas, ale o og\'f3lnym w niej symbolu kobieco\'9cci!..\par
+\f0\par
+\f1 - Jak to! nie rozumiem dobrze pana... - zdziwi\'b3a si\'ea Ola. - C\'f3\'bf bowiem wsp\'f3lnego ma wsch\'f3d s\'b3o\'f1ca...\par
+\f0\par
+\f1 - O, i bardzo! - przerwa\'b3 Topolski - przynajmniej dla mnie... Bo gdy, stoj\'b9c na wysoko\'9cciach niebotycznych, - ci\'b9gn\'b9\'b3, zapalaj\'b9c si\'ea do s\'b3\'f3w w\'b3asnych - ujrza\'b3em nagle, jak zar\'f3\'bfowiona silnie jutrzenka prys\'b3a snopem promieni, jak ca\'b3uj\'b9c jakby po prostu okoliczne szczyty, niepokalane, \'9cnie\'bfne - obj\'ea\'b3a w ramiona zwyci\'easkie \'9cwiat ca\'b3y, tak rozpromieniony za jej przybyciem, tak wyra\'9fnie szcz\'ea\'9cliwy! - Topolski umilk\'b3 na chwil\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 - Skojarzeniem my\'9cli, mo\'bfe dziwnem w istocie w Chwili danej - ko\'f1czy\'b3 ju\'bf spokojniej - por\'f3wna\'b3em majestatyczne, kr\'f3lewskie s\'b3o\'f1ce do uczucia kobiety - mi\'b3o\'9cci bezbrze\'bfnej, wielkiej, kt\'f3ra r\'f3wnie\'bf sw\'b9 pot\'eag\'b9 i blaskiem rozja\'9cni\'e6, uszcz\'ea\'9cliwi\'e6 mo\'bfe cz\'b3owieka, tak, jak "ono," tam, na wysoko\'9cciach - \'9cwiat ca\'b3y!..\par
+\f0\par
+\f1 - Och, jaki\'bf poeta z pana! - zauwa\'bfy\'b3a, z u\'9cmiechem, Ola i umilk\'b3a, poczem jednak dorzuci\'b3a ca\'b3kiem powa\'bfnie:\par
+\f0\par
+\f1 - Aczkolwiek mnie osobi\'9ccie na razie my\'9cl ta do g\'b3owy nie przysz\'b3aby mo\'bfe, gdybym si\'ea tam znajdowa\'b3a na pa\'f1skiem miejscu, rozumiem j\'b9 jednak i odczuwam doskonale...\par
+\f0\par
+\f1 - Prawda? - uradowany mimo woli podchwyci\'b3 Topolski. - Pani przyznaje - ci\'b9gn\'b9\'b3, - \'bfe egzystuje poniek\'b9d w poj\'eaciach tych analogia pewna... S\'b3uchaj\'b9c pani jednak, przychodzi mi do g\'b3owy jedno spostrze\'bfenie... - zatrzyma\'b3 si\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 - Musia\'b3a pani - i instynktownie Topolski nada\'b3 g\'b3osowi brzmienie \'b3agodne, czu\'b3e - w \'bfyciu swem kocha\'e6 kogo\'9c bardzo...\par
+\f0\par
+\f1 - Dlaczego? - zapyta\'b3a z u\'9cmiechem Ola.\par
+\f0\par
+\f1 - Bo inaczej nie zrozumia\'b3a i nie odczu\'b3aby pani wra\'bfenia mego! - rzuci\'b3 po francusku Topolski.\par
+\f0\par
+\f1 - Kocha\'b3am! - odpar\'b3a stanowczo, w tym\'bfe j\'eazyku, Ola.\par
+\f0\par
+\f1 - Kog\'f3\'bf, je\'9cli spyta\'e6 wolno i je\'9cli to nie jest \'bfadn\'b9 tajemnic\'b9 stanu?\par
+\f0\par
+\f1 - M\'ea\'bfa! - odpar\'b3a po polsku, lakonicznie Ola, patrz\'b9c ironicznie nieco Topolskiemu prosto w twarz. Ten ostatni skrzywi\'b3 si\'ea z lekka.\par
+\f0\par
+\f1 - Ach, ja nie my\'9cla\'b3em o tem zgo\'b3a... M\'ea\'bfa powinno si\'ea kocha\'e6... Zreszt\'b9 - u\'9cmiechn\'b9\'b3 si\'ea z\'b3o\'9cliwie - u\'bfy\'b3a pani czasu przesz\'b3ego... Kocha\'b3am, j'ai aim\'e9 - ci\'b9gn\'b9\'b3 ironicznie, - wszak, o ile mnie pami\'ea\'e6 grammatyki francuzkiej nie zawodzi, to pass\'e9 d\'e9fini... - zaakcentowa\'b3 wyraz ostatni.\par
+\f0\par
+\f1 - Och, jak\'bfe pan \'b3apiesz za s\'b3owa! - za\'9cmia\'b3a si\'ea nieszczerze troch\'ea Ola. - Przy tem zapragn\'b9\'b3e\'9c pan pochwali\'e6 si\'ea znajomo\'9cci\'b9 francuskiej grammatyki, i nie uda\'b3o si\'ea... J'ai aim\'e9 - to pass\'e9, ind\'e9fini - odci\'ea\'b3a.\par
+\f0\par
+\f1 - Ach, alors votre amour, madame... est indefini? - nie pozosta\'b3 d\'b3u\'bfnym Topo\f0 lski.\par
+\par
+\f1 - Ech, niezno\'9cnym si\'ea pan stajesz! - za\'9cmia\'b3a si\'ea m\'b3oda kobieta. - Ot lepiej, niech pan spojrzy na prawo - wskaza\'b3a ruchem r\'eaki niebo, widocznie pragn\'b9c zmieni\'e6 temat rozmowy. - Jakie pi\'eakne chmurki, nieprawda\'bf?..\par
+\f0\par
+\f1 Topolski wolno zwr\'f3ci\'b3 g\'b3ow\'ea, we \f0 wskazanym kierunku.\par
+\par
+\f1 - Prze\'9cliczne! - potwierdzi\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 Niby zar\'f3\'bfowione, zdrowe, w aureoli z\'b3ocistych w\'b3os\'f3w, buziaczki zasypiaj\'b9cych rz\'eadem obok siebie smacznie dorodnych dziatek, uk\'b3ada\'b3y si\'ea do snu na niebieskawo-per\'b3owem tle nieba ob\'b3oczki ma\'b3e, koralowo-z\'b3ote, - zakl\'eate jakby cudownie w ostatnim odblasku \'9cpi\'b9cego ju\'bf s\'b3o\'f1ca.\par
+\f0\par
+\f1 D\'b3u\'bfszy czas stali Topolski z Ol\'b9, zapatrzeni w gr\'ea \'9cwiate\'b3 wieczora; po niejakim\'9c czasie, odwr\'f3ciwszy wzrok od nich, kobieta spojrza\'b3a przed siebie.\par
+\f0\par
+\f1 - Regardez! - przerwa\'b3a milczenie swym mile brzmi\'b9cym g\'b3osem. - Wszak to Krasnostawski, prawda? - zwr\'f3ci\'b3a si\'ea do towarzysza, pokazuj\'b9c mu ruchem g\'b3owy zbli\'bfaj\'b9cego si\'ea p\'eadem ku nim je\'9fd\'9fca.\par
+\f0\par
+\f1 - Tak. Zdaje si\'ea, \'bfe to ja\'9cnie pan plenipotent pomyka - odpar\'b3 z przek\'b9sem Topolski, z zaakcentowan\'b9 rozmy\'9clnie oboj\'eatno\'9cci\'b9 w g\'b3osie. \par
+\f0\par
+\f1 Tymczasem kasztanek z\'b3otawy, parskaj\'b9c cicho, przemkn\'b9\'b3 tu\'bf ko\'b3o nich i ruchem uprzejmym, aczkolwiek ch\'b3odnym nieco, i nie zatrzymuj\'b9c si\'ea wcale, sk\'b3oni\'b3 si\'ea Krasnostawski stoj\'b9cej parze. \par
+\f0\par
+\f1 Topolski i Ola w \'9clad zatem ruszyli powoli miejsca, rozmawiaj\'b9c zn\'f3w \'bfywo ze sob\'b9, je\'9fdziec za\'9c, na wskos przeci\'b9wszy \'b3\'b9czk\'ea, wspina\'e6 si\'ea zacz\'b9\'b3 po pochy\'b3o\'9cci jaru. Z lekkiego pocz\'b9tkowo pod g\'f3r\'ea truchcika, ko\'f1 przeszed\'b3 w wolnego st\'eapa...\par
+\f0\par
+W ciszy wieczornej, do uszu Krasnostaws\f1 kiego dochodzi\'b3y wyra\'9fnie s\'b3owa i \'9cmiechy id\'b9cej \'b3\'b9czk\'b9 pary.\par
+\f0\par
+\f1 M\'b3ody cz\'b3owiek, uderzywszy gniewnie konia butami i spicrut\'b9, pochwyci\'b3 cugle, i pomkn\'b9\'b3 dalej...\par
+\f0\par
+\f1 - \'afe te\'bf im nigdy nie zbraknie tematu do rozmowy! - mrukn\'b9\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 Obecno\'9c\'e6 ci\'b9g\'b3a Topolskiego przy Oli gniewa\'b3a niepomiernie m\'b3odego plenipotenta. Zna\'b3 on, jak wiadomo, dzisiejsz\'b9 dziedziczk\'ea Gowartowa od lat blisko dziesi\'eaciu. Dziewcz\'eaciem jeszcze podoba\'b3a mu si\'ea ona bardzo.\par
+\f0\par
+\f1 A potem?.. Wszak pami\'eata doskonale t\'ea chwil\'ea, gdy dowiedzia\'b3 si\'ea on od starego Gowartowskiego, \'bfe Ola uciek\'b3a z Dzier\'bfymirskim... Dziwnego, och, niepoj\'eatego dla\'f1 nawet, na razie dozna\'b3 w\'f3wczas wra\'bfenia! Po \'9cmierci za\'9c pana Januarego i przyje\'9fdzie m\'b3odych, przypadek bardziej jeszcze zbli\'bfy\'b3 go do niej, a by\'b3o nim powt\'f3rzenie zbola\'b3ej c\'f3rce dos\'b3ownie ostatnich chwil ojca i s\'b3\'f3w jego, pe\'b3nych przebaczenia...\par
+\f0\par
+\f1 Fakt ten, na poz\'f3r drobny, sta\'b3 si\'ea jednak dla Krasnostawskiego wysoce powa\'bfnym, postawi\'b3 go bowiem wobec nowych chlebodawc\'f3w na przyjaznej, poufa\'b3ej niemal stopie, i takim dot\'b9d bez zmiany pozosta\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 Co rok, gdy Dzier\'bfymirscy przyje\'bfd\'bfali do siebie na wie\'9c, pierwszy wita\'b3 ich na progu Krasnostawski, bywaj\'b9c potem zawsze stale co dzie\'f1 niemal w Gowartowie... Dzier\'bfymirscy traktowali go, jak r\'f3wnego im zupe\'b3nie, naturalnie, uprzejmie przyjmowali zawsze - bez r\'f3\'bfnicy, o ka\'bfdej dnia porze, ze wzgl\'eadu za\'9c na dobre wychowanie jego, i wspomnienie, i\'bf do snu wiecznego zamkn\'b9\'b3 by\'b3 Gowartowskiemu powieki, uwa\'bfano go nawet jakby za nale\'bf\'b9cego do rodziny.\par
+\f0\par
+\f1 Czu\'b3 si\'ea zatem m\'b3ody pan plenipotent w pa\'b3acu, jak u siebie w domu, zast\'eapowa\'b3 mu on strzech\'ea rodzinn\'b9, kt\'f3rej nie posiada\'b3 wcale i trwa\'b3o tak rok rocznie przez kilka letnich miesi\'eacy. Potem zn\'f3w nast\'eapowa\'b3a dla\'f1 d\'b3uga przerwa; - gospodarstwo, samotno\'9c\'e6, nuda i wyczekiwanie z upragnieniem chwili przyjazdu Dzier\'bfymirskich! Powtarza\'b3o si\'ea to bezzmiennie przez lat ubieg\'b3ych par\'ea, i przez czas ten ca\'b3y sta\'b3a si\'ea rzecz, kt\'f3rej z \'b3atwo\'9cci\'b9 domy\'9cle\'e6 si\'ea mo\'bfna by\'b3o...\par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawski, dawniej Don-Juan wielkomiejski, jeszcze obecnie na wsi ba\'b3amuc\'b9cy wszystkie \'b3adniejsze dziewczyny w okolicy - niepostrze\'bfenie, pocz\'b9tkowo nie zdaj\'b9c sobie nawet wcale sprawy, zakocha\'b3 si\'ea na zab\'f3j w swej pi\'eaknej, m\'b3odej dziedziczce i pani...\par
+\f0\par
+\f1\'a3atwe sercowe zdobycze pom\'9cci\'b3y si\'ea na lekkomy\'9clnym panu plenipotencie. Mi\'b3o\'9c\'e6 prawdziwa, silno powali\'b3a go ju\'bf w drugim roku pobytu u Dzier\'bfymirskich.\par
+\f0\par
+\f1 Zabra\'b3a mu serce kobieta, dla niego ca\'b3kiem, i rzec mo\'bfna, na zawsze, niezdobyta, niepochwytna nawet, ze wzgl\'eadu warunk\'f3w s\'b3u\'bfebnej r\'f3\'bfnicy po\'b3o\'bfenia jego w og\'f3le z jednej strony, a z drugiej - z powodu charakteru Oli, jak si\'ea zdawa\'b3o, bez skazy, niez\'b3omnych jej zasad, oraz bezgranicznej, niezmiennej, a dot\'b9d jedynej - mi\'b3o\'9cci jej dla m\'ea\'bfa. \par
+\f0\par
+\f1 Przebola\'b3 zatem Krasnostawski wiele, lecz zapanowa\'b3 nad sob\'b9. Nikt nie zbada\'b3 dotychczas tajemn\f0 icy jego serca, nawet "ona."\par
+\par
+\f1 A dzi\'9c, uczucie drzemi\'b9ce i ukryte na dnie duszy przed sarkazmem \'f3cz i j\'eazyk\'f3w ludzkich, przeobrazi\'b3o si\'ea ju\'bf by\'b3o w prawdziwy kult... Codzienny go\'9c\'e6 Gowartowa, Krasnostawski, poza obowi\'b9zkami, \'bfy\'b3 "prawdziwie" w dniu godzin tylko kilka, t.j. tych par\'ea w\'b3a\'9cnie, podczas kt\'f3rych obcowa\'b3 z Ol\'b9, m\'b3oda kobieta za\'9c stan\'ea\'b3a w duszy jego, nie z\'b3o\'bfonej, nieprzesubtelnionej, lecz szczerej, pi\'eaknej i prostej - na piedestale \'9cwi\'eato\'9cci prawdziwej! Krasnostawski modli\'b3 si\'ea niemal do Oli\f0 !..\par
+\par
+\f1 I oto teraz przysz\'b3o mu cierpie\'e6 podw\'f3jnie: dot\'b9d odbiera\'b3a mu ub\'f3stwian\'b9 konieczno\'9c\'e6 \'bfycia, w postaci m\'ea\'bfa... - Dzi\'9c przy boku jej si\'ea zjawi\'b3 inny... Krasnostawski znienawidzi\'b3 pana na Szcz\'easnej...\par
+\f0\par
+\f1 Zazdro\'9c\'e6, ta mi\'b3o\'9cci siostrzyca, pochwyci\'b3a go w swe szpony krogulcze, dr\'eacz\'b9c bez lito\'9cci... M\'eak\'ea t\'ea za\'9c powi\'eaksza\'b3o jeszcze poczucie w\'b3asnej niemocy.\par
+\f0\par
+\f1 My\'9cl\'b9c o tem po raz setny, Krasnostawski p\'eadzi\'b3 wci\'b9\'bf szybko, nagl\'b9c niemi\'b3osiernie spicrut\'b9 wierzchowca.\par
+\f0\par
+\f1 - S\'b3ug\'b9 jestem i na wieki s\'b3ug\'b9 zostan\'ea!.. Psie \'bfycie, psie!.. - rzuci\'b3 g\'b3o\'9cno z gorycz\'b9 obszarom, \'9cni\'b9cym w mroku. - On mi j\'b9 we\'9fmie, pokala, ja to czuj\'ea, przeczuwam!.. Lecz co czyni\'e6 mam, co robi\'e6? - wo\'b3a\'b3 do siebie wzburzony przyjaciel, domownik pa\'b3acowy Dzier\'bfymirskich. - Zastrzeli\'b3bym go, to lisi\'b9tko! - mrukn\'b9\'b3 ciszej.\par
+\f0\par
+\f1 W tej samej chwili ko\'f1 si\'ea potkn\'b9\'b3, Krasnostawski \'9cci\'b9gn\'b9\'b3 instynktownie cugle, i pocz\'b9\'b3 jecha\'e6 wolno.\par
+\f0\par
+\f1 Woko\'b3o niego, otulony szarzyzn\'b9 mroku, ko\'b3ysa\'b3 si\'ea step ma\'b3y, wysoka trawa \'b3echta\'b3a mu opuszczon\'b9 w d\'f3\'b3 siod\'b3a r\'eak\'ea. W oddali rysowa\'b3y si\'ea ju\'bf cienie folwarku Tomasz\'f3wki, tak zwanej ukrai\'f1skiej fermy, z\'b3o\'bfonej tylko z toku, to jest: stod\'f3\'b3, spichlerza, paru jeszcze zabudowa\'f1 gospodarskich, i jego w\'b3asnego, niskiego, mieszkalnego domku - kr\'f3luj\'b9cych w cieniu kilkunastu drzew w\'9cr\'f3d p\'f3l i \'b3an\'f3w szerokich.\par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawski zdj\'b9\'b3 czapk\'ea i przetar\'b3 chustk\'b9 czo\'b3o. W kr\'b9g niego lata\'b3y tysi\'b9ce muszek ma\'b3ych, brz\'eacza\'b3y \'bfa\'b3o\'9cnie roje komar\'f3w; b\'b9k gra\'b3 gdzie\'9c w moczarach, a przepi\'f3rka zab\'b3\'b9kana, w\'eadruj\'b9ca jeszcze po polach, odzywa\'b3a si\'ea gdzie\'9c nie\'9cmia\'b3o samotna...\par
+\f0\par
+\f1 Przejechawszy wolno kawa\'b3ek stepu, Krasnostawski pu\'9cci\'b3 si\'ea zn\'f3w poprzez bodziaki i trawy szybkiego nader, tak zwanego sz\'b3apaka. Prychaj\'b9c nozdrzami, czuj\'b9c stajnie blisko, pomkn\'b9\'b3 kasztan ochoczo. P\'eadem powietrza i ko\'f1skiego biegu, wysokie trawy zako\'b3ysa\'b3y si\'ea trwo\'bfnie - zaszumia\'b3o na stepie...\par
+\f0\par
+\f1 Lecz oto po chwili wierzchowiec skoczy\'b3 w bok gwa\'b3townie: to uk\'b3adaj\'b9cy si\'ea ju\'bf do snu b\'b3ogiego zaj\'b9c pomkn\'b9\'b3 mu chy\'bfo spod n\'f3g i znik\'b3 w wieczornym mroku... Niebawem je\'9fdziec z koniem \f0 wpadli na trakt szeroki.\par
+\par
+\f1 - Zginie mi Ola moja ub\'f3stwiana, najdro\'bfsza!.. A szkoda - szkoda! - szepta\'b3 do siebie podniecony Krasnostawski.\par
+\f0\par
+\f1 - Co czyni\'e6? jak przeszkodzi\'e6 temu? - hucza\'b3o mu dalej w g\'b3owie.\par
+\f0\par
+\f1 Lecieli wci\'b9\'bf... Domostwa Tomasz\'f3wki stawa\'b3y si\'ea coraz wyra\'9fniejsze, bli\'bfsze... Wymin\'b9\'b3 ich w\'f3z; jad\'b9cy w przeciwn\'b9 stron\'ea, ch\'b3op pok\'b3oni\'b3 si\'ea nisko, lec\'b9ce za wozem \'9frebi\'ea przy\'b3\'b9czy\'b3o si\'ea do wierzchowej klaczy Krasnostawskiego.\par
+\f0\par
+\f1 - Ksiou, ksiou, ksiou! - zawo\'b3a\'b3 ch\'b3op przeci\'b9gle: \'9frebczyk zastrzyg\'b3 uszami, prychn\'b9\'b3 i zawr\'f3ci\'b3 galopem.\par
+\f0\par
+\f1 - Ach, czemu\'bf, czemu\'bf nie wolno mi kocha\'e6 ciebie, najdro\'bfsza? - wyrzuci\'b3 z siebie Krasnostawski wym\'f3wk\'ea, pe\'b3n\'b9 goryczy. - Ja bym ci\'ea oz\'b3oci\'b3, kl\'eacza\'b3 przed tob\'b9 - zmiata\'b3 proch u st\'f3p twoich!..\par
+\f0\par
+\f1 Je\'9fdziec z koniem, jak huragan, wpadli we wrota i na dziedziniec ma\'b3ego dworku. Zatrzymali si\'ea... Krasnostawski zeskoczy\'b3 z kasztanka i hukn\'b9\'b3 dono\'9cnie.\par
+\f0\par
+\f1 Niebawem zjawi\'b3 si\'ea wyrostek, w rozchylonej koszuli, boso, odebrawszy wierzchowca, znik\'b3 z nim pomi\'eadzy strzechami pod\'b3u\'bfnych budynk\'f3w; m\'b3ody cz\'b3owiek za\'9c, szepc\'b9c jeszcze smutnie co\'9c z cicha do siebie, schyliwszy g\'b3ow\'ea, wszed\'b3 do wn\'eatrza ma\'b3ego, krytego s\'b3om\'b9 dworku.\par
+\f0\par
+\f1 Odemkn\'b9\'b3 drzwi kluczem, a przest\'b9piwszy pr\'f3g, zatrzasn\'b9\'b3 je z ha\'b3asem. W \'9clad za tem potar\'b3 zapa\'b3k\'ea, a zapaliwszy lamp\'ea, zbli\'bfy\'b3 si\'ea do biurka, stoj\'b9cego pod oknem, w\'9cr\'f3d skromnie umeblowanej izby, wybielonej, z niskim sufitem, o du\'bfych wystaj\'b9cych u pu\'b3apu belkach.\par
+\f0\par
+\f1 - Nie mnie, marnemu pionowi, marzy\'e6 i kocha\'e6, nie mnie!.. Do pracy, s\'b3ugo, p\'b3ac\'b9 ci za to! -szepn\'b9\'b3 Krasnostawski, z bezmiern\'b9 gorycz\'b9. Roz\'b3o\'bfywszy jednocze\'9cnie na stole olbrzymi\'b9 rachunkow\'b9 ksi\'eag\'ea, umoczy\'b3 pi\'f3ro w ka\'b3amarzu i usiad\'b3 ci\'ea\'bfko przed biurkiem.\par
+\f0\par
+\f1 Cisza zaleg\'b3a pokoik. Przerywa\'b3 j\'b9 tylko szelest papieru i zgrzyt dono\'9cny stalki w obsadce - czasami za\'9c akordem w t\'ea muzyk\'ea milczenia i pracy wplot\'b3o si\'ea z rzadka st\'b3umione westchnienie ciche.\par
+\f0\par
+-------------\par
+\par
+\par
+\f1 Ukrai\'f1skie lato upalne dobiega\'b3o ko\'f1ca, zanika\'b3o, wypierane jesieni\'b9 wczesn\'b9, w tym roku pi\'eakn\'b9 bardzo - przezrocz\'b9...\par
+\f0\par
+\f1\'afycie w Gowartowie p\'b3yn\'ea\'b3o cicho, a dnie mija\'b3y tutaj za dniami, wszystkie bez zmiany niemal bardzo do siebie podobne. \'a3ady\'bfy\'f1ski zatem tak samo zawsze szyderczy z marsza\'b3kow\'b9 si\'ea sprzecza\'b3 i rozmy\'9clnie przeszkadza\'b3 flirtowi Oli z Topolskim... Krasnostawski, t\'b3umi\'b9c w sercu b\'f3l, \'bfal, gorycz i zazdro\'9c\'e6, przyje\'bfd\'bfa\'b3 tu jak zwykle, co dzie\'f1, a bawi\'b9c w pa\'b3acu coraz kr\'f3cej, po partyjce bilardu z panem Emilem, ucieka\'b3 do swej w\'9cr\'f3d p\'f3l samotni.\par
+\f0\par
+\f1 Czasem zajrza\'b3 do Gowartowa kto\'9c z dalszych, lub bli\'bfszych s\'b9siad\'f3w, i jak to bywa zazwyczaj na wsi, zje\'bfd\'bfaj\'b9c ca\'b3ym rodzinnym taborem, na godzin kilka rozgaszcza\'b3 si\'ea w pa\'b3acu. Dom ca\'b3y naturalnie zniewolonym by\'b3 by\'e6 na us\'b3ugi go\'9cci, dzia\'b3o si\'ea to jednak zawsze ku wielkiemu zmartwieniu \'a3ady\'bfy\'f1skiego. Bywalec eleganckich miejskich salon\'f3w, z\'b3y chodzi\'b3 w\'f3wczas z k\'b9ta w k\'b9t, ziewaj\'b9c skrycie i pokpiwaj\'b9c nieznacznie z przyby\'b3ych w go\'9ccin\'ea; s\'b9siad\'f3w Gowartowa nie lubia\'b3 bowiem pan Emil i z g\'f3ry stale traktowa\'b3, ochrzciwszy wszystkich rycza\'b3towo mianem "serwatki towarzyskiej"...\par
+\f0\par
+\f1 W niedziel\'ea wszyscy z pa\'b3acu je\'9fdzili do ko\'9ccio\'b3a - w tygodniu, dla ubarwienia jednostajnego sk\'b9din\'b9d \'bfycia, oddawano s\'b9siedzkie wizyty... Pan Emil wtedy zostawa\'b3 zawsze w domu, a namawiaj\'b9c panie, by jecha\'b3y, stara\'b3 si\'ea zwykle wybra\'e6 na to dzie\'f1, w kt\'f3rym spodziewa\'b3 si\'ea odwiedzin Topolskiego.\par
+\f0\par
+\f1 Hrabia ze Szcz\'easnej, przyje\'bfd\'bfaj\'b9cy teraz, regularnie, co drugi dzie\'f1 prawie, stawia\'b3 si\'ea w\'f3wczas niezmiennie. \'a3ady\'bfy\'f1ski, u\'9cmiechni\'eaty z\'b3o\'9cliwie, przyjmowa\'b3 go z otwartemi ramiony, do karamboli natychmiast werbowa\'b3, nic najcz\'ea\'9cciej przy tem nie m\'f3wi\'b9c o wyje\'9fdzie pa\'f1, wymijaj\'b9c zr\'eacznie jego pytania w tym wzgl\'eadzie. Dopiero p\'f3\'9fniej, po partyi, wychodzi\'b3 na chwil\'ea, wraca\'b3, i spokojnie oznajmia\'b3 mu o tem, mniej wi\'eacej w ten spos\'f3b: \'84Wszak hrabia kochany o panie mnie si\'ea pyta\'b3? n'est ce pas? Pardon... na \'9cmier\'e6 zapomnia\'b3em... wyobra\'9f pan sobie, wyjecha\'b3y przed godzin\'b9 na spacer, pewny by\'b3em... A tu, concevez... Dowiaduj\'ea si\'ea w\'b3a\'9cnie, i\'bf paln\'ea\'b3y sobie wizytk\'ea!.."\par
+\f0\par
+\f1 Topolski rad nie rad niebawem odje\'bfd\'bfa\'b3, pan Emil za\'9c, ironiczny, zjadliwej uprzejmo\'9cci pe\'b3ny, odprowadziwszy go do powozu - zaciera\'b3 r\'eace z rado\'9cci.\par
+\f0\par
+\f1 Pomimo jednak usi\'b3owa\'f1 zr\'eacznych \'a3ady\'bfy\'f1skiego, stosunek Topolskiego i Oli zacie\'9cnia\'b3 si\'ea coraz bardziej; przyja\'9f\'f1 fermentowa\'b3a ju\'bf, pot\'eagowa\'b3a za\'9c stosunek ten przed\'b3u\'bfana coraz bardziej nieobecno\'9c\'e6 Dzier\'bfymirskiego, od kt\'f3rego, po li\'9ccie oznajmiaj\'b9cym wyjazd do Medyolanu - nie by\'b3o zgo\'b3a \'bfadnej wiadomo\'9cci.\par
+\f0\par
+\f1 By\'b3 wiecz\'f3r letni, koj\'b9cy, cichy...\par
+\f0\par
+\f1 W pa\'b3acu gowartowskim zgaszono ju\'bf wszystkie \'9cwiat\'b3a, pr\'f3cz jednego - w jadalni, gdzie marsza\'b3kowa przegl\'b9da\'b3a \'9cwie\'bfe gazety. Niebawem od\'b3o\'bfywszy je na bok, ze zm\'eaczonych oczu staruszka zdj\'ea\'b3a okulary, a przetar\'b3szy powieki, powsta\'b3a i skierowa\'b3a si\'ea ku balkonowi.\par
+\f0\par
+\f1 Tam, wzi\'b9wszy w r\'eak\'ea lask\'ea, zesz\'b3a do ogrodu, zag\'b3\'eabiwszy si\'ea w jedn\'b9 z cienistych alei.\par
+\f0\par
+\f1 Ola, Topolski i nieodst\'eapny ich satelita, pan Emil, u\'bfywali przeja\'bfd\'bfki \'b3\'f3dk\'b9 po stawie, w t\'b9 stron\'ea wi\'eac skierowa\'b3a kroki marsza\'b3kowa. Wkr\'f3tce przed ni\'b9 zaszkli\'b3a si\'ea tafla stawu, staruszka usiad\'b3a na \'b3aweczce i pos\'b3a\'b3a spojr\f0 zenie w dal...\par
+\par
+\f1 Do uszu jej jednocze\'9cnie, w wieczornej ciszy wyra\'9fna, dolecia\'b3a pie\'9c\'f1, \'9cpiewana zgodnie silnym m\'easkim tenorem Topolskiego i cieniutkim sopranem Oli, z przeci\'b9g\'b3em do wt\'f3ru gwizdaniem pana Emila. Barka znalaz\'b3a si\'ea niebawem po\'9crodku stawu. Pie\'9c\'f1, urwana nagle, zcich\'b3a, marsza\'b3kowa krzykn\'ea\'b3a, jak tylko mog\'b3a najg\'b3o\'9cniej: - Hop!.. hop!..\par
+\f0\par
+\f1 - By... waj! - odpowiedzia\'b3 natychmiast pan Emil, rozleg\'b3y si\'ea szybsze uderzenia wiose\'b3, plusk wody i \'b3\'f3d\'9f chy\'bfo kierowa\'e6 si\'ea pocz\'ea\'b3y ku brzegowi, \'a3ady\'bfy\'f1ski po chwili przy\'b3o\'bfy\'b3 do oczu r\'eak\'ea i krzykn\'b9\'b3; \par
+\f0\par
+\f1 - Per Bacco! Wszak to pani marsza\'b3kowa!.. \par
+\f0\par
+\f1 - O, ciociu! Czemu\'bf cioteczka przysz\'b3a a\'bf tutaj? Jak\'bfe mo\'bfna... wilgo\'e6 ze stawu, opary niezdrowe! - rozleg\'b3 si\'ea z kolei cieniuchny g\'b3osik Oli.\par
+\f0\par
+- Nic, dziecko, nie \f1 szkodzi... Posiedz\'ea sobie, taki \'9cliczny i ciep\'b3y wiecz\'f3r... Jed\'9fcie, jed\'9fcie, jak si\'ea zm\'eacz\'ea, to powr\'f3c\'ea! - odkrzykn\'ea\'b3a pani Melania.\par
+\f0\par
+\f1 - E, c\'f3\'bf znowu? - zagrzmia\'b3 basem \'a3ady\'bfy\'f1ski. - I my wracamy. Ksi\'ea\'bfyc zreszt\'b9 dzi\'9c niecnota nie dopisuje i chowa si\'ea ci\'b9gle... Naprz\'f3d!.. - zakomenderowa\'b3 dono\'9cnie.\par
+\f0\par
+\f1 - Nieprawda\'bf? - doda\'b3 ciszej, zwracaj\'b9c si\'ea ku siedz\'b9cej w \'b3\'f3dce m\'b3odej parze.\par
+\f0\par
+\f1 - Ale\'bf naturalnie! - potwierdzi\'b3a szybko Ola, widz\'b9c, i\'bf Topolski milczy dyplomatycznie. - Cioteczka zazi\'eabi si\'ea, jak j\'b9 pozostawimy tu d\'b3u\'bfej, a sama do domu tak rych\'b3o nie p\'f3jdzie...\par
+\f0\par
+\f1 Po chwili, \'b3\'f3d\'9f stan\'ea\'b3a u brzegu. - Ciotuniu, jeste\'9cmy.. - \'bfywo krzykn\'ea\'b3a Ola, i wysiedli wszyscy. \par
+\f0\par
+\f1 Topolski z Ol\'b9 poszli naprz\'f3d, pan Emil za\'9c pozosta\'b3, systematycznie u\'b3o\'bfywszy wios\'b3a i zamkn\'b9wszy na klucz k\'b3\'f3dk\'ea u \'b3a\'f1cucha, przytwierdzonego do barki, poczem zapali\'b3 z wolna papierosa.\par
+\par
+- Pa -nie E - mi - lu! Wra -ca - my! - rozleg\'b3 si\'ea z g\'f3ry, na brzegu, wo\'b3aj\'b9cy g\'b3osik Dzier\'bfymirskiej. \par
+\f0\par
+\f1 - Id\'ea, id\'ea! - odpowiedzia\'b3 w ten sam spos\'f3b Emil, nie ruszy\'b3 si\'ea jednak wcale. Po chwili warkn\'b9\'b3 do siebie p\'f3\'b3g\'b3osem:\par
+\f0\par
+\f1 - O, nie podoba mi si\'ea coraz wi\'eacej ten farbowany na hrabicza! Lecz swoj\'b9 drog\'b9 pozycya moja tutaj jest w zupe\'b3no\'9cci idyotyczn\'b9... Marsza\'b3kowa, jak \'9clepa: nic nie widzi; on, w\'9cciek\'b3y, z\'eabami na mnie po cichu zgrzyta ona si\'ea d\'b9sa... Que diable! Nie by\'b3em dot\'b9d nigdy str\'f3\'bfem cn\'f3t m\'b3odych m\'ea\'bfatek!..\par
+\f0\par
+\f1 I \'a3ady\'bfy\'f1ski wzruszy\'b3 ramionami, poczem z wolna skierowa\'b3 si\'ea ku pa\'b3acowi.\par
+\f0\par
+\f1 Pozosta\'b3a za\'9c tr\'f3jka by\'b3a ju\'bf daleko. Topolski podawa\'b3 kornie rami\'ea marsza\'b3kowej, Ola sz\'b3a obok niego - rozmawiali wszyscy \'bfywo i weso\'b3o; niebawem znale\'9fli si\'ea na werandzie i usiedli, zm\'eaczeni nieco przechadzk\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 Topolski, zatrzymany i uproszony przez panie, zostawa\'b3 na noc w Gowartowie, obecnie za\'9c namawia\'b3 Ol\'ea do zagrania na \f0 fortepianie.\par
+\par
+\f1 - Ale kiedy m\'f3wi\'ea panu - broni\'b3a si\'ea, \'9cmiej\'b9c, m\'b3oda kobieta, - \'bfe teraz w\'b3a\'9cnie czuje si\'ea niemo\'bfliwie usposobion\'b9 do muzyki... Upewniam pana, i\'bf go bole\'e6 b\'ead\'b9 uszy!..\par
+\f0\par
+\f1 - O, mnie nigdy! Chyba pana Emila? - odpar\'b3 Topolski.\par
+\f0\par
+\f1\'a3ady\'bfy\'f1ski nie znosi\'b3 muzyki. Nazywa\'b3 j\'b9 zawsze "gn\'eabicielk\'b9 i pierwszym stopniem do histeryi i neurastenii."\par
+\f0\par
+\f1 - Je\'bfeli nie dla mnie - nachyli\'b3 si\'ea w tej chwili Topolski ku siedz\'b9cej obok Oli - to niech zagra pani dla pana Emila za to, \'bfe nam ci\'b9gle swem towarzystwem przeszkadza\'b3...\par
+\f0\par
+\f1 - Przeszkadza\'b3?.. w czem? - spyta\'b3a Ola, z u\'9cmiechem i zalotnem b\'b3y\'9cni\'eaciem oczu.\par
+\f0\par
+\f1 - Powiadaj\'b9, i\'bf przys\'b3owia s\'b9 m\'b9dro\'9cci\'b9 narod\'f3w, a jedno z nich m\'f3wi pono: "m\'b9drej g\'b3owie, do\'9c\'e6..." i.t.d. Pani nie zrozumia\'b3a - to trudno.\par
+\f0\par
+- Ha, ha, ha! - \f1 za\'9cmia\'b3a si\'ea Ola - zdrobnia pan przys\'b3owia, stosownie do okoliczno\'9cci, ale bogi odm\'f3wi\'b3y panu talentu rymowania. Ja szczerze zupe\'b3nie powiadam, i\'bf nie zrozumia\'b3am pana.\par
+\f0\par
+\lang1033 - Honny suit, qui mal y pense. \lang1045\f1 Lecz pozwol\'ea; sobie tymczasem nie wierzy\'e6 pani...\par
+\f0\par
+Rozm\f1 owa ta ca\'b3a prowadzon\'b9 by\'b3a p\'f3\'b3g\'b3osem, tak, i\'bf siedz\'b9ca w przeciwnym rogu balkonu marsza\'b3kowa nie s\'b3ysza\'b3a jej wcale. Odezwa\'b3a si\'ea wi\'eac, przerywaj\'b9c:\par
+\f0\par
+\f1 - Widz\'ea, \'bfe na pr\'f3\'bfno pan Topolski ci\'ea prosi. Zagraj, Oluniu, zagraj, dziecko, w taki cichy wiecz\'f3r \'9clicznie si\'ea wyda g\'b3os fortepianu.\par
+\f0\par
+\f1 - No, jak cioteczka ka\'bfe, to i owszem! - rzek\'b3a z u\'9cmiechem Ola. - Ale czyni\'ea to tylko dla niej; avis au lecteur...\par
+\f0\par
+\f1 Zwr\'f3ci\'b3a si\'ea do Topolskiego, spojrzawszy mu prosto w oczy, poczem przest\'b9pi\'b3a pr\'f3g pokoju. M\'b3ody cz\'b3owiek sk\'b3oni\'b3 si\'ea, i powstawszy, pod\'b9\'bfy\'b3 do salonu w \'9clad za ni\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 - Kt\'f3\'bf zbada\'b3 rzeczywist\'b9 pobudk\'ea czyn\'f3w kobiety? - szepn\'b9\'b3 dyskretnie, pochyliwszy si\'ea ku id\'b9cej. \par
+\f0\par
+\f1 - Przepraszam! - za\'9cmia\'b3a si\'ea weso\'b3o Ola - prosz\'ea wraca\'e6 na balkon dotrzyma\'e6 towarzystwa cioci Melanii, a zreszt\'b9 - tu, siadaj\'b9c do fortepianu, uczyni\'b3a r\'eak\'b9 ruch w stron\'ea werandy - oto pan Emil...\par
+\f0\par
+\f1 - A... wi\'eac pani jednak gra... dla niego - rzek\'b3 z wolna Topolski i pos\'b3uszny zawr\'f3ci\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 Ola nie odpowiedzia\'b3a... Gamma ton\'f3w z pod jej palc\'f3w zabrzmia\'b3a dono\'9cnie... Fantastyczna pie\'9c\'f1 norweska odbi\'b3a si\'ea o echa parku i g\'b3\'eabie \'9cni\'b9ce do stawu - nami\'eatna, burzliwa, pop\'b3yn\'ea\'b3a w dal cich\'b9 p\'f3l i stepu...\par
+\f0\par
+\f1 - \'afe te\'bf pani Ola nie ma lito\'9cci nad ptaszkami, co \'9cpi\'b9 sobie w parku tak cicho. Gdy us\'b3ysz\'b9 bowiem par\'ea podobnych fortepianowych trelik\'f3w, og\'b3uchn\'b9 do rana zupe\'b3nie. - odezwa\'b3 si\'ea w tej\'bfe chwili ironiczny g\'b3os \'a3ady\'bfy\'f1skiego.\par
+\f0\par
+\f1 - C\'f3\'bf to pan, jak widz\'ea, pr\'f3cz ptak\'f3w tylko o sobie nie zapomina, a nas z pani\'b9 marsza\'b3kow\'b9 z \'bfyj\'b9cych wykre\'9cla! - p\'f3\'b3\'bfartem, p\'f3\'b3serjo odci\'b9\'b3 panu Emilowi Topolski.\par
+\f0\par
+\f1\'a3ady\'bfy\'f1ski nie odpowiedzia\'b3; wszed\'b3szy do nieo\'9cwietlonego salonu, gdzie gra\'b3a Ola, odezwa\'b3 si\'ea w uk\'b3onie:\par
+\f0\par
+\f1 - Wszak pani pozwoli, nieprawda\'bf?... Bym zagra\'b3 sobie prozaicznie, terre \f0\'e0 terre, w karambole sam ze sob\f1\'b9... Czy zgrzesz\'ea bardzo?\par
+\f0\par
+\f1 - Mais pas du tout, owszem... Staraj si\'ea pan karambolowa\'e6 w takt gry mojej; mo\'bfe t\'b9 drog\'b9 wreszcie nauczysz si\'ea pan kiedy\'9c odczuwa\'e6 muzyk\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 - O, dzi\'eaki ci, pani! - trzymaj\'b9c si\'ea za serce, sk\'b3oni\'b3 si\'ea pan Emil i zadzwoniwszy na lokaja, kaza\'b3 zapali\'e6 \'9cwiat\'b3a w bilardowej salce, a po chwili, ca\'b3y zatopiony w grze, z pietyzmem wykonywa\'e6 zacz\'b9\'b3 karambole.\par
+\f0\par
+\f1 Pie\'9cni\'b9 Schumana rzewn\'b9 skar\'bfy\'b3 si\'ea cicho teraz fortepian, p\'b3aka\'b3, smuci\'b3 si\'ea \'bfa\'b3o\'9cnie... Ola gra\'b3a pi\'eaknie, z technik\'b9 i uczuciem. Siedz\'b9cy na balkonie Topolski \'b3owi\'b3 tony z lubo\'9cci\'b9, przez grzeczno\'9c\'e6 tylko prowadz\'b9c rozmow\'ea z marsza\'b3kow\'b9 i kln\'b9c zarazem w duszy jej obecno\'9c\'e6, przeszkadzaj\'b9c\'b9 mu we flircie z Ol\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 Niebawem wybi\'b3a w ciszy domu godzina jedenasta. Staruszka, zm\'eaczona sna\'e6 ca\'b3ym dniem, powsta\'b3a ci\'ea\'bfko i rzek\'b3a:\par
+\f0\par
+\f1 - No, s\'b3uchajcie tu sobie muzyki, moi panowie, ja za\'9c id\'ea spa\'e6... A pan Emil gdzie - nie widz\'ea go? - zapyta\'b3a naraz.\par
+\f0\par
+\f1 Topolski zauwa\'bfy\'b3 dawno, \'bfe \'a3ady\'bfy\'f1ski postukuje na bilardzie; nie chc\'b9c jednak informowa\'e6 o tem marsza\'b3kowej, odpar\'b3 szybko:\par
+\f0\par
+\f1 - Och, nie, wiem. Wyszed\'b3 przed chwil\'b9, wr\'f3ci zapewne niebawem! - i na dobranoc - poca\'b3owa\'b3, z uszanowaniem, r\'eak\'ea staruszki.\par
+\f0\par
+\f1 Marsza\'b3kowa, nic nie m\'f3wi\'b9c, wesz\'b3a do salonu i zbli\'bfy\'b3a si\'ea ku fortepianowi.\par
+\f0\par
+- Bonsoir, ch\'e9rie\f1 ! - rzek\'b3a, ca\'b3uj\'b9c Ol\'ea w g\'b3ow\'ea. \par
+\f0\par
+\f1 - Dobranoc, cioteczko! - zerwawszy si\'ea z krzes\'b3a u\'9cciska\'b3a marsza\'b3kow\'ea Dzier\'bfymirska; poczem pani Melania skierowa\'b3a si\'ea wolno do swych pokoj\'f3w.\par
+\f0\par
+\f1 Znik\'b3a... Fortepianem wstrz\'b9sn\'ea\'b3o gwa\'b3towne intermezzo; do pokoju, ton\'b9cego w cieniach, cicho, jak kot, wsun\'b9\'b3 si\'ea Topolski.\par
+\f0\par
+\f1 Usiad\'b3 na niskim foteliku obok Oli: -Nareszcie!.. - szepn\'b9\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 - Nareszcie... Co? - ze spojrzeniem zalotnem, zapyta\'b3a, nie odrywaj\'b9c paluszk\'f3w od klawiszy. \par
+\f0\par
+\f1 - Jeste\'9cmy z pani\'b9 sami...- doko\'f1czy\'b3 Topols\f0 ki zdanie. - I ten satyr, kt\'f3remu tu tak wszystko wolno i uchodzi...\par
+\par
+\f1 Topolski urwa\'b3, a widz\'b9c, \'bfe Ola ju\'bf otwiera usta by co\'9c powiedzie\'e6, wyrzuci\'b3 z siebie szybko, czyni\'b9c nieznaczny ruch r\'eak\'b9:\par
+\f0\par
+\f1 - Och, wiem ju\'bf z g\'f3ry, co pani mi powie... Pan Emil - przyjaciel nieboszczyka ojca pani, druh marsza\'b3kowej, wreszcie zna pani\'b9 od dzieci\'f1stwa. - Wszak to wszystko wiadomem mi jest doskonale... Co nie przeszkadza - ci\'b9gn\'b9\'b3 - i\'bf denerwuje mnie ten pan do niemo\'bfliwo\'9cci... Bo, np. dzisiaj: od rana nie pozwoli\'b3 nam by\'e6\f0 chwilki nawet sam na sam...\par
+\par
+\f1 - Ho, ho, c\'f3\'bf to za gorycz i niezadowolenie! - zdziwi\'b3a si\'ea niby Ola, a usi\'b3uj\'b9c nada\'e6 g\'b3osowi brzmienie twardsze, doda\'b3a: - Nie pojmuj\'ea zreszt\'b9, sk\'b9d te \'bf\'b9dania uporczywe sam na sam i urojone jakby jakie\'9c prawa...\par
+\f0\par
+\f1 Nie doko\'f1czy\'b3a... Trel gwa\'b3towny przebieg\'b3, jak dreszcz, po klawiszach, spojrzenie za\'9c m\'b3odej kobiety, kt\'f3re dojrza\'b3 Topolski w p\'f3\'b3cieniu i blask jego, co, jak pieszczota, przesun\'b9\'b3 mu si\'ea po twarzy, zada\'b3y k\'b3am wyra\'9fny wym\'f3wionym przez Ol\'ea s\'b3owom. Topolski zapomnia\'b3 o nich. Zapami\'eata\'b3 wzrok tylko i pokorny na poz\'f3r pochyli\'b3 si\'ea ku r\'b9czce Oli. \par
+\f0\par
+\f1 - Przepraszam stokrotnie!.. przepraszam!.. - i poca\'b3owa\'b3 biegn\'b9c\'b9 po fortepianie bia\'b3\'b9 r\'b9czk\'ea, wychylaj\'b9c\'b9 si\'ea z fa\'b3dzistego r\'eakawa - wy\'bfej \'b3okcia. - Przeprasza si\'ea ni\'bfej! - rzuci\'b3a \'bfartobliwie Ola.\par
+\f0\par
+\f1 - Ciemno\'9c\'e6 winna temu... -- rzuci\'b3 lekko Topolski.\par
+\f0\par
+\f1 Milczenie parku i domu przerywa\'b3y teraz tylko tony fortepianu, coraz nami\'eatniejsze jakby, gwa\'b3towne, burz\'b9 ognistego zapa\'b3u i pragnie\'f1 wstrz\'b9saj\'b9ce spokojn\'b9 cisz\'b9, oraz nerwami dwojga ludzi, s\'b3uchaj\'b9cych tej orgii d\'9fwi\'eak\'f3w rozpasanych, zamkni\'eatych w z\'b3ocone ramy artyzmu i techniki.\par
+\f0\par
+\f1 G\'b3os Topolskiego wkr\'f3tce przeszed\'b3 w szept przyciszony, pieszczotliwy, mi\'eakki. Z dala odzywa\'b3o si\'ea jednostajnie, co sekund kilka, uderzenie kul na bilardzie zaj\'eatego wci\'b9\'bf karambolami pana Emila... I Topolski, flirtuj\'b9c tak dyskretnie z Ol\'b9, podsycaj\'b9c\'b9 p\'f3\'b3s\'b3\'f3wkami s\'b3\'f3w jego igraszk\'ea, od czasu do czasu wysy\'b3a\'b3 spojrzenie przelotne na wywiady, czy pan Emil przypadkiem nie wraca; lecz ten nie my\'9cla\'b3 o tem\f0 wcale.\par
+\par
+\f1 Widz\'b9c to, Topolski przysun\'b9\'b3 si\'ea bli\'bfej do m\'b3odej kobiety. Ruch ten jednak zauwa\'bfy\'b3a Ola i wida\'e6 ch\'ea\'e6 przekorna sprzeciwienia si\'ea m\'ea\'bfczy\'9fnie przebieg\'b3a jej nagle przez g\'b3\'f3wk\'ea, bo odezwa\'b3a si\'ea w tej chwili:\par
+\f0\par
+\f1 - Chcia\'b3am w\'b3a\'9cnie, oto zagra\'e6 panu co\'9c przepi\'eaknego, i zapomnia\'b3am... Masz tobie! - zatrzyma\'b3a si\'ea. - Trzeba zapali\'e6 \'9cwiec\'ea! - doko\'f1czy\'b3a, z filuternym u\'9cmiechem.\par
+\f0\par
+\f1 - Ale, c\'f3\'bf znowu? - podchwyci\'b3 Topolski. - Po raz pierwszy dostrzegam u pani - ci\'b9gn\'b9\'b3 niezadowolony widocznie - brak odczucia nastroju chwili danej... Tak mi mi\'b3o by\'b3o s\'b3ucha\'e6 gry pani w tym w\'b3a\'9cnie p\'f3\'b3cieniu, tak znakomicie godz\'b9cym si\'ea z muzyk\'b9 i cisz\'b9 wieczorn\'b9.\par
+\f0\par
+\f1\'8cmiech szczery Oli rozleg\'b3 si\'ea w tej chwili. Zapali\'b3a \'9cwiece i rzek\'b3a swobodnie:\par
+\f0\par
+\f1 - C\'f3\'bf robi\'e6! widzi pan teraz, \'bfe wcale nie jestem doskona\'b3o\'9cci\'b9.. Nareszcie pan sam empirycznie przekona\'b3 si\'ea o tem. A m\'f3wi\'b3am tyle razy...\par
+\f0\par
+\f1 Urwa\'b3a, i otworzywszy nuty, dotkn\'ea\'b3a si\'ea r\'eak\'b9 klawiatury.\par
+\f0\par
+\f1 - Niedobra pani... - nadaj\'b9c g\'b3osowi brzmienie poci\'b9gaj\'b9ce, \'b3agodne, przem\'f3wi\'b3 Topolski. - Niedobra! - powt\'f3rzy\'b3 ciszej, i podni\'f3s\'b3 do ust, jej d\'b3o\'f1.\par
+\f0\par
+\f1 - Z okazyi czego - za\'9cmia\'b3a si\'ea Ola. \par
+\f0\par
+\f1 Topolski na pytanie wprost nie odpowiedzia\'b3, lecz m\'f3wi\'b3 dalej:\par
+\f0\par
+\f1 - Rozwia\'b3a mi pani z\'b3udzenie! - umilk\'b3 na chwil\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Pytaj\'b9co spojrza\'b3a na\'f1 Ola.\par
+\f0\par
+- Tak jest - p\f1 owt\'f3rzy\'b3 m\'ea\'bfczyzna - bo uwierzy pani, jak dziwnego dozna\'b3em wra\'bfenia, gdy oto tak przed chwil\'b9 siedzieli\'9cmy w zapomnieniu, ciszy, przy fortepianu d\'9fwi\'eakach - zupe\'b3nie sami... \par
+\f0\par
+\f1 - No, ciekawam? C\'f3\'bf panu si\'ea zdawa\'b3o? - ironicznie nieco rzuci\'b3a Ola, a oderwawszy zarazem r\'eace od klawiatury na chwil\'ea, s\'b3ucha\'b3a, patrz\'b9c mu w oczy przeci\'b9gle:\par
+\f0\par
+\f1 - Po prostu zda\'b3o mi si\'ea, i\'bf jeste\'9cmy m\'ea\'bfem i \'bfon\'b9...\par
+\f0\par
+\f1 - Tylko tyle? - za\'9cmia\'b3a si\'ea Ola z\'b3o\'9cliwie. - No, po prologu spodziewa\'b3am si\'ea czego\'9c nadzwyczajniejszego przyznaj\'ea! - dorzuci\'b3a lekko, a odwr\'f3ciwszy spojrzenie, u\'b3o\'bfy\'b3a zeszyt nut na stalugach fortepianu, i zn\'f3w gra\'e6 pocz\'ea\'b3a, tym razem co\'9c sm\'eatnego, koj\'b9cego jakby - pe\'b3nego cichej t\'easknoty...\par
+\f0\par
+\f1 - Co to jest? - z\'bfymn\'b9\'b3 si\'ea w duchu Topolski, rozgniewany: - \'afe te\'bf ta kobieta zawsze zbije mnie z panta\'b3yku! - Nie wiedzia\'b3 po prostu, co m\'f3wi\'e6 dalej muzyka za\'9c jednocze\'9cnie \'b3agodna, p\'b3yn\'b9ca\par
+mi\'eakko z pod palc\'f3w kobiety, nerwow\'b9, dra\'bfliw\'b9 natur\'ea jego nastraja\'b3a dziwnie na nut\'ea, wr\'eacz przeciwn\'b9 s\'b3owom, jakie same cisn\'ea\'b3y mu si\'ea do ust przed chwil\'b9...\par
+\f0\par
+\f1 - Jednak, jak ona, niecnota, zna mnie, dobrze! - zauwa\'bfy\'b3 jeszcze w my\'9cli, spojrzawszy z pod oka na Ol\'ea, kt\'f3ra, z b\'b3\'b9kaj\'b9cym si\'ea w k\'b9cikach ustek u\'9cmiechem, gra\'b3a w\'b3a\'9cnie, z uczuciem, coraz, subtelniejszem, mi\'eakkszem, a\'bf fortepian martwy skar\'bfy\'e6 i p\'b3aka\'e6 si\'ea zdawa\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 Po chwili, Topolski przem\'f3wi\'b3 znowu, g\'b3osem jednak ju\'bf ca\'b3kiem innym, ni\'bf poprzednio:\par
+\f0\par
+\f1 - Pani si\'ea \'9cmieje, tymczasem to, co m\'f3wi\'ea, wszak takie naturalne...\par
+\f0\par
+\f1 - Na - tu - ral- ne! - przedrze\'9fni\'b3a lekko Ola. - Ha - ha - ha! - za\'9cmia\'b3a si\'ea - vous \f0\'eates incomparable!..\par
+\par
+\f1 - Permettez! - przerwa\'b3 porywczo nieco m\'ea\'bfczyzna - niech sko\'f1cz\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 - Ale\'bf s\'b3ucham, s\'b3ucham od kwadransa, et vous n'en finissez pas. Wi\'eac, jakie\'bf ultimatum? \par
+\f0\par
+\f1 - Bardzo proste. Odczuwamy si\'ea z pani\'b9 wzajemnie, rozumiemy, jak rzadko kto mo\'bfe... Dusze nasze - to jakby niewidzialny kamerton, kt\'f3ry, za uderzeniem my\'9cli, uczu\'e6 nam wsp\'f3lnych, brzmi zawsze jednakowo... A m\'b9\'bf i \'bfona przecie\'bf, poza... \par
+\f0\par
+\f1 - Ha, ha, ha.. .- urwa\'b3a przezornie O1a. - Ot\'f3\'bf mylisz si\'ea pan zupe\'b3nie, bo ja, na przyk\'b3ad teraz, nic, ale to nic pana nie rozumiem...\par
+\f0\par
+\f1 A zreszt\'b9 - ko\'f1czy\'b3a, powstawszy szybko od fortepianu - en voil\f0\'e0 ascez... - zamkn\f1\'ea\'b3a fortepian. - \'afal mi pana Emila, kt\'f3ry pewnie ju\'bf darowa\'e6 mi nie mo\'bfe, \'bfe gram tak d\'b3ugo, bo oto w\'b3a\'9cnie nadchodzi.. \par
+\f0\par
+\f1 - A bodaj\'bfe\'9c! - zgrzytn\'b9\'b3 szeptem Topolski i zerwa\'b3 si\'ea \'9cpiesznie, pocz\'b9wszy odruchowo uk\'b3ada\'e6 niby porz\'b9dnie nuty na eta\'bferce.\par
+\f0\par
+\lang1033 - Silence \'e0 mon approche - quelle galanterie, madame, de votre part!.. \lang1045\f1 Podziwiam, zaiste! - odezwa\'b3 si\'ea na progu pan Emil, w uk\'b3onie, a zwracaj\'b9c si\'ea ku zmieszanemu pomimowolnie Topolskiemu, rzuci\'b3, z ukrytym sarkazmem:\par
+\f0\par
+\f1 - Czy to... mo\'bfe panu zawdzi\'eaczam?..\par
+\f0\par
+\f1 I podtrzymywana przez \'a3ady\'bfy\'f1skiego g\'b3\'f3wnie, pop\'b3yn\'ea\'b3a przez czas kr\'f3tki jeszcze rozmowa og\'f3lna, poczem panowie powiedzieli Oli dobranoc i rozeszli si\'ea, pozostawiaj\'b9c j\'b9 sam\'b9. Zapalone przy fortepianie \'9cwiece rzuca\'b3y teraz na salon migoc\'b9ce \'9cwiat\'b3o, lekki zefirek ko\'b3ysa\'b3 ich p\'b3omie\'f1 z lekka, porusza\'b3 firanki i portyery... Ola skierowali si\'ea ku werandzie, i opar\'b3szy o balustrad\'ea, zaduma\'b3a si\'ea g\'b3\'eaboko.\par
+\f0\par
+\f1 - Co to jest, co si\'ea z ni\'b9 dzieje? - my\'9cla\'b3a. Od wyj\'9ccia za m\'b9\'bf, od lat sze\'9cciu kocha\'b3a dot\'b9d niezmiennie Romana tylko, cho\'e6 bezustannie ociera\'b3a si\'ea o dziesi\'b9tki nadskakuj\'b9cych jej m\'ea\'bfczyzn, na \'bfadnego jednak uwagi nie zwraca\'b3a nawet. I dopiero teraz, teraz!..\par
+\f0\par
+\f1 Uj\'ea\'b3a g\'b3ow\'ea w rozpalone d\'b3onie i \'9ccisn\'ea\'b3a niemi skronie...\par
+\f0\par
+\f1 Ten Topolski dzia\'b3a na ni\'b9 w spos\'f3b i\'9ccie niezwyk\'b3y. Tak j\'b9 odczuwa, tak dobrze rozumie, tak rozzmys\'b3awia po prostu umiej\'eatnie prowadzon\'b9 gr\'b9 intrygi, flirtu - tak poci\'b9ga ku sobie nieprzeparcie!... Ten jego ujmuj\'b9cy, niezwyk\'b3y jaki\'9c i zwodniczy wdzi\'eak osobisty, kt\'f3rym tchn\'b9\'e6 si\'ea zdaje posta\'e6 jego ca\'b3a, zwyci\'ea\'bfa j\'b9 coraz natarczywiej, uparciej... Broni si\'ea przed nim, w \'bfart jego s\'b3owa obraca, a jednak ona, Ola, czuje, \'bfe je\'9cli tak samo potrwa jeszcze d\'b3u\'bfej, kto wie, czy zdo\'b3a oprze\'e6 mu si\'ea?..\par
+\f0\par
+\f1 Och, gdyby\'bf przynajmniej Roman przyby\'b3 ju\'bf pr\'eadzej, gdyby! A tu sama walczy\'e6 musi!.. Jeden \'a3ady\'bfy\'f1ski tylko po swojemu broni j\'b9 przed "nim" i przed ni\'b9 sam\'b9...\par
+\f0\par
+\f1 I Ola przy ostatniej powy\'bfszej my\'9cli podnosi zwolni g\'b3ow\'ea, a poci\'b9gni\'eata koj\'b9c\'b9 cisz\'b9 parku i \'9cwiat\'b3em dr\'bf\'b9cych promieni ksi\'ea\'bfyca, schodzi z balkonu i zapuszcza si\'ea samotna w cienist\'b9 ogrodow\'b9 alej\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Na piasku cie\'f1 jej rysuje si\'ea ma\'b3y i kroki rozlegaj\'b9 si\'ea dono\'9cnie; przez li\'9ccie niebieskawo-srebrne plamy \'9cwiat\'b3a \'9cciel\'b9 si\'ea u jej st\'f3p dyskretnie, ukazuj\'b9 si\'ea, to zn\'f3w nikn\'b9...\par
+\f0\par
+\f1 - Kocham go, kocham,.. i pragn\'ea! - szepce Ola. - A on?\par
+\f0\par
+\f1 - Czy\'bf mo\'bfna nawet w\'b9tpi\'e6 o tem? - odpowiada samej sobie. - Przyleci na jej pierwsze skinienie, gdyby tylko... zechcia\'b3a...\par
+\f0\par
+\f1 Zechcia\'b3a? - Ola przeciera czo\'b3o d\'b3oni\'b9 i czuje, jak krew m\'b3oda igra jej w \'bfy\'b3ach niepos\'b3uszna, jak pragnienie poziome, zmys\'b3owego u\'bfycia, rozkoszy - nieprzeparte, silne j\'b9 sam\'b9 ogarnia wszechpot\'ea\'bfnie.\par
+\f0\par
+\f1 Idzie coraz wolniej, coraz bardziej pogr\'b9\'bfona ca\'b3a w my\'9clach i wewn\'eatrznej walce.\par
+\f0\par
+\f1 Doszed\'b3szy do ko\'f1ca alei, Ola zawraca machinalnie, kieruj\'b9c si\'ea ku domowi.\par
+\f0\par
+\f1 - Romanie!.. Romciu... wybacz mi! - szepce, k\'b3ad\'b9c za\'b3amane r\'b9czki na rozpalone czo\'b3o. - Przyje\'bfd\'bfaj i obro\'f1 mnie!.. Obro\'f1! - wo\'b3a rozpaczliwie, czuj\'b9c burz\'ea w piersi, rozsadzanej uczuciem, pragnieniem i rozterk\'b9!\par
+\f0\par
+\f1 Broni\'b3a si\'ea dot\'b9d, ale teraz czuje, i\'bf si\'b3y jej zbraknie na pewno... Ile\'bf godzin w dniu samotnych, ile nocy bezsennych, przemy\'9cla\'b3a, przecierpia\'b3a w walce z pokus dra\'bfni\'b9c\'b9, z sercem, wyobra\'9fni\'b9, dusz\'b9 ca\'b3\'b9, - rw\'b9cemi si\'ea do ukochanego m\'ea\'bfczyzny - w jego ramiona, kt\'f3re czeka\'b3y tylko jej skinienia, by j\'b9 ople\'9c\'e6 pieszczot\'b9 - unie\'9c\'e6 w krain\'ea mi\'b3o\'9cci i rozkoszy!..\par
+\f0\par
+- Marzenia! Ona nie ulegnie!..\par
+\par
+\f1 - Nigdy, przenigdy! - szepce Ola, spowiada si\'ea przed zas\'b3uchanemi, cichemi drzewami parku. - Tylko ty, Romanie, ty, co po raz pierwszy w \'bfyciu otworzy\'b3e\'9c mi u\'b3ud\'ea mi\'b3o\'9cci, szcz\'ea\'9ccia, ty, kt\'f3rego dot\'b9d ponad \'bfycie kocha\'b3am - przyjed\'9f, ratuj mnie, sw\'b9 obecno\'9cci\'b9 wesprzyj!!!\par
+\f0\par
+\f1 Ola ju\'bf jest w pobli\'bfu pa\'b3acu.\par
+\f0\par
+\f1 - Nigdy ci\'ea nie zdradz\'ea!.. nie zapomn\'ea obowi\'b9zku... nigdy! - szepce po raz wt\'f3ry jeszcze i z \'bfywo bij\'b9ca w arteryach krwi\'b9 - wzburzona ca\'b3a, z ostatnim wyrazem "nigdy" na ustach, wst\'eapuje po schodkach pa\'b3acowego skrzyd\'b3a. Daleka my\'9cli od szczeg\'f3\'b3\'f3w drobiazgowego \'bfycia - zapomina o pozostawionych w salonie \'9cwiat\'b3ach - o wszystkiem i skrzypn\'b9wszy drzwiami, znika za niemi.\par
+\f0\par
+\f1 W ciszy u\'9cpionego ju\'bf domu, gdzie\'9c, w dali, wydzwania tymczasem po chwili godzina dwunasta.. Kwadranse mijaj\'b9 stopniowo, a noc letnia, w milczeniu przyrody ca\'b3ej, woniami swemi miarowo oddycha\'e6 poczyna...\par
+\f0\par
+\f1 W salonie pa\'b3acowym dopalaj\'b9 si\'ea powoli \'9cwiece u fortepianu, p\'b3omienie ich dr\'bf\'b9 bezustannie od nocnych powiew\'f3w, o\'9cwietlaj\'b9c fantastycznie pok\'f3j ca\'b3y; czasem wpadnie tu znienacka ksi\'ea\'bfycowy promie\'f1 - i z\'b3agodzi swym blaskiem \'bf\'f3\'b3te \'9cwiec p\'b3omyki...\par
+\f0\par
+\f1 I trwa to tak do\'9c\'e6 d\'b3ugo jeszcze...\par
+\f0\par
+\f1 Nagle jednak drzewa parku szumie\'e6 poczynaj\'b9 wraz g\'b3o\'9cniej, ksi\'ea\'bfyc gdzie\'9c ginie, przepada, chmurki za\'9c drobne pokrywa\'e6 zaczynaj\'b9 coraz g\'ea\'9cciej niebo dot\'b9d pogodne... I zefirek leciutki, wpad\'b3szy do salonu przez balkonowe drzwi, hula\'e6 po nim zaczyna...\par
+\f0\par
+\f1 Jeden p\'b3omyczek u \'9cwiec ga\'9cnie, drugi w pobli\'bfu okna pali si\'ea wci\'b9\'bf, dygoc\'b9c...\par
+\f0\par
+\f1 Swawolny wietrzyk tymczasem wzdyma teraz firanki, a podrzuciwszy jedn\'b9 z nich, nakrywa ni\'b9 p\'b3omie\'f1 \'9cwiecy przy stoj\'b9cym obok okna fortepianie i jakby pragn\'b9c przypatrze\'e6 si\'ea swej psocie, nagle przestaje powiewem porusza\'e6 wszystko doko\'b3a!.. \par
+\f0\par
+Stopniowo fir\f1 anka zapala si\'ea z wolna; p\'b3omie\'f1 obejmuje j\'b9 pieszczotliwie w sw\'f3j u\'9ccisk gor\'b9cy...\par
+\f0\par
+\f1 Wpada zn\'f3w podmuch zefiru. I p\'b3omie\'f1 idzie w g\'f3r\'ea zwyci\'easki, zapala lambrekin. Minut kilka... Okienne ramy ju\'bf p\'b3on\'b9 z\'b3ocistym ogniem, z trzaskiem prze\'b3amuj\'b9 si\'ea po chwili, szyby p\'eakaj\'b9 znienacka, i wszystko to razem upada na ziemi\'ea. Dywan puszysty kopci\'e6 poczyna... Od firanki zaj\'ea\'b3y si\'ea rozrzucone na pianinie nuty, drobiazgi...\par
+\f0\par
+\f1 Wietrzyk, jak szatan z\'b3o\'9cliwy, dodaje tymczasem animuszu p\'b3omieniom, przyspiesza poch\'f3d ich po \f0 salonie...\par
+\par
+\f1 Ogniste w\'ea\'bfe obejmuj\'b9 ju\'bf niebawem w \'9cmiertelny u\'9ccisk fortepian, skar\'bfy si\'ea on \'bfa\'b3o\'9cnie... Meble p\'eakaj\'b9 od gor\'b9ca - dym, \'bfar, nape\'b3niaj\'b9 pok\'f3j ca\'b3y, kobierzec ju\'bf p\'b3onie - posadzka pod nim trzeszcze\'e6 zaczyna!..\par
+\f0\par
+Wiatr ustaje tymczasem, chmurki\f1 stopniowo rozchodz\'b9 si\'ea jak przysz\'b3y, rozpraszaj\'b9... Sierp ksi\'ea\'bfyca ukazuje si\'ea znowu, i zagl\'b9da ciekawie do wn\'eatrza pa\'b3acu...\par
+\f0\par
+\f1 W\'9cr\'f3d ciszy \'9cpi\'b9cego domu pali si\'ea ju\'bf teraz ca\'b3a prawa strona salonu; drzwi przymkni\'eate od s\'b9siedniej jadalnej sali, pod naporem ognia, wal\'b9 si\'ea, z trzaskiem - w tej\'bfe chwili hufiec p\'b3omieni wsuwa si\'ea podst\'eapnie do innych, przyleg\'b3ych komnat... \par
+\f0\par
+\f1 Nikt nie spostrzeg\'b3 jeszcze w pa\'b3acu ognia. Cicho.\par
+\f0\par
+\f1 W pokoju, na pierwszem pi\'eatrze, \'9cpi smacznie Topolski, a u\'9cmiechni\'eaty, rozmarzony, \'9cni zapewne o Oli.\par
+\f0\par
+\f1 Mija jeszcze z kwadrans. W komnacie rozlega si\'ea nagle trzask silny, w \'9clad za tem pod\'b3oga wstrz\'b9sa si\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 Topolski budzi si\'ea, a ledwo otworzywszy oczy, kaszle\'e6 zaczyna: co\'9c dusi go, w oczy si\'ea w\'bfera... \par
+\f0\par
+\f1 Zrywa si\'ea wystraszony i przytom\f0 nieje natychmiast. Instynktownie otwiera okno...\par
+\par
+\f1 - Co to, na Boga, co to? - przenika mu jednocze\'9cnie m\'f3zg pytanie. Patrzy w d\'f3\'b3 przez okno - ksi\'ea\'bfyc \'9cwieci, \'9cpi wszystko!.. S\'b3ucha... W\'b3osy je\'bf\'b9 mu si\'ea na g\'b3owie, zapala \'9cwiece, i widzi siebie w ob\'b3okach dy\f0 mu.\par
+\par
+\f1 - Po\'bfar!.. - \'9cwita mu w g\'b3owie. Niepewny jeszcze, ubiera si\'ea po\'9cpiesznie, par\'ea chwil za\'9c p\'f3\'9fniej jest ju\'bf na korytarzu - za drzwiami...\par
+\f0\par
+\f1 Dymu wsz\'eadzie pe\'b3no. Echo \'b3oskotu p\'b3omieni na dole dochodzi tu wyra\'9fnie... Poza tem wsz\'eadzie panuje milczenie zupe\'b3ne...\par
+\f0\par
+\f1 - Na Boga, czy Ola \'9cpi? - nikt sna\'e6 o ogniu nic jeszcze nie wie! - przemyka przez umys\'b3 m\'b3odzie\'f1ca. Chce krzykn\'b9\'e6: - Ogie\'f1, gore! - waha si\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 Staje strwo\'bfony... Mo\'bfe jemu tak tylko si\'ea zdaje?.. Po sekundzie namys\'b3u, rzuca si\'ea jednak na lewo, ku schodom, i biedz na d\'f3\'b3 zaczyna..\par
+\f0\par
+\f1 - Ola... Ola!.. - szepce p\'f3\'b3g\'b3osem, pomny i tylko najdro\'bfszej sercu istoty, i znalaz\'b3szy si\'ea na dole, skr\'eaca gwa\'b3townie w prawo, ku pokojom pani domu...\par
+\f0\par
+\f1 Po omacku, przewracaj\'b9c meble, biegnie Topolski przed siebie, jak n\f0 ieprzytomny...\par
+\par
+\f1 We wzgl\'eadnej ciszy, towarzyszy mu tylko coraz wyra\'9fniejszy odg\'b3os pal\'b9cego si\'ea pa\'b3acu...\par
+\f0\par
+\f1 Nagle rozja\'9cnia si\'ea przed nim krwawo-z\'b3ot\'b9 plam\'b9 przestrze\'f1 ciemna pokoi, g\'b3uchy za\'9c \'b3oskot, po\'b3\'b9czony z sykiem i \'9cwistem, odbija si\'ea dono\'9cnie.. \par
+\f0\par
+To \f1 p\'b3omienie wdar\'b3y si\'ea ju\'bf do s\'b9siaduj\'b9cego z sypialni\'b9 Oli buduaru... Odblask ich o\'9cwieca jaskrawo bia\'b3e drzwi, prowadz\'b9ce do\'f1... Topolski na ten widok, korzystaj\'b9c z wolnego jeszcze od ognia, miejsca, rzuca si\'ea gwa\'b3townie ku nim. S\'b3ucha...\par
+\f0\par
+Do uszu jego do\f1 latuj\'b9 jakie\'9c wo\'b3ania, krzyki: \par
+\f0\par
+\f1 "Gore, gore! pali si\'ea... Ratunku! ratowa\'e6!.. Bywaj!" - krzycz\'b9 teraz zewsz\'b9d zapami\'eatale, rozpaczliwie jakie\'9c g\'b3osy, a pod samym domem rozlega si\'ea r\'f3wnocze\'9cnie przyspieszona bieganina, tupot licznych krok\'f3w ludzkich...\par
+\f0\par
+- J\f1 u\'bf alarm dany - to dobrze! - czyni sobie w duchu Topolski uwag\'ea i odruchowo wchodzi do sypialni Oli, zamkn\'b9wszy drzwi za sob\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 Tu jeszcze cicho... Nocna lampka md\'b3em tylko \'9cwiate\'b3kiem o\'9cwieca komnat\'ea; ksi\'ea\'bfycowy promie\'f1 dr\'bf\'b9cy \'9cciele si\'ea po \'9ccianie i \'b3o\'bfu, na kt\'f3rem le\'bfy Ola, pogr\'b9\'bfona we \'9cnie spokojnym.\par
+\f0\par
+\f1 Z pod kapy lekko narzuconej, unosi si\'ea jednostajnie pier\'9c m\'b3odej kobiety i rysuj\'b9 wdzi\'eacznie kszta\'b3ty cia\'b3a...\par
+\f0\par
+\f1 Pomimo grozy po\'b3o\'bfenia, Topolski zachwytu powstrzyma\'e6 nie mo\'bfe. Chwil\'ea stoi nieruchomy...\par
+\f0\par
+\f1 Huk tymczasem jakiego\'9c mebla, p\'eakaj\'b9cego, pod naporem ognia, odg\'b3osem swym budzi Ol\'ea... Strwo\'bfona, zrywa si\'ea, zrzuca kap\'ea, i w bieli\'9fnie n\'f3\'bfkami bosymi, dotyka ziemi...\par
+\f0\par
+\f1 Jednocze\'9cnie dym nape\'b3nia\'e6 sypialni\'ea poczyna, a przez doln\'b9 szpar\'ea u drzwi wciska si\'ea przemoc\'b9, niby w\'b9\'bf jadowity, krwawe pasemko ognia... Ola rzuca okrzyk strasznej trwogi, i wcale nie widz\'b9c jeszcze Topolskiego, porywa stoj\'b9cy na ma\'b3ym stoliczka dzwonek i rozpaczliwie dzwoni\'e6 poczyna...\par
+\f0\par
+\f1 Topolski, widz\'b9c i s\'b3ysz\'b9c to wszystko, szybko otwiera na \'9ccie\'bfaj okno i rzuca si\'ea ku Oli... Ona spostrzeg\'b3a go w\'b3a\'9cnie...\par
+\f0\par
+\f1 - Co to?.. Pan tu?.. O, jak\'bfe\'bf mo\'bfna!.. i Ola zarumieniona milknie, a wstyd zarazem staje si\'ea silniejszym od trwogi, bo ruchem nag\'b3ym obwija si\'ea fa\'b3dami porzuconego obok na krze\'9cle \f0 szlafroczka...\par
+\par
+\f1 Huk ponowny tymczasem wstrz\'b9sa murami pokoju. Ogie\'f1 zwyci\'eazca wkracza jednocze\'9cnie w komnaty, drzwi p\'eakaj\'b9 i p\'b3on\'b9! Topolski porywa dr\'bf\'b9c\'b9 ze strachu i wstydu m\'b3od\'b9 kobiet\'ea w swe silne ramiona.\par
+\f0\par
+- Co... to?.. Co... to?.. - szepcze Ola jes\f1 zcze, z l\'eakiem... M\'ea\'bfczyzna pragnie co\'9c odpowiedzie\'e6, lecz w tej\'bfe chwili, z \'b3oskotem i chrz\'eastem, wpadaj\'b9 do sypialni drzwi roztrzaskane, a ziej\'b9ca paszcza p\'b3on\'b9cych komnat pa\'b3acu ukazuje si\'ea, jak na d\'b3oni, w ca\'b3ej swej grozie i majestacie...\par
+\f0\par
+\f1 Jednocze\'9cnie rozlega si\'ea przera\'9fliwy krzyk kobiecy!..\par
+\f0\par
+\f1 To zbudzona dzwonieniem swej pani, \'9cpi\'b9ca w s\'b9siednim pokoju s\'b3u\'bf\'b9ca, wo\'b3aniem, b\'b3aga o pomoc! \par
+\f0\par
+\f1 W sypialni za\'9c ju\'bf nie ma nikogo. Wyskoczywszy zr\'eacznie oknem, Topolski stoi teraz w parku i obrzuca spojrzeniem p\'b3on\'b9cy pa\'b3ac. Widzi w oddali ludzi kilkana\'9ccie, ekonoma, parobk\'f3w i s\'b3u\'bfb\'ea dworsk\'b9, a w dali zapomnian\'b9 przeze\'f1 ca\'b3kiem sylwetk\'ea marsza\'b3kowej...\par
+\f0\par
+\f1 W \'9cr\'f3d gwaru s\'b3yszy zarazem dono\'9cny g\'b3os pana Emila: "Hej! hej! ludzie, tu! do mnie!! - wo\'b3a energicznie. - Ratowa\'e6 m\'b3od\'b9 pani\'b9!!.. W rogu dworu!! pr\'eadzej!!!"\par
+\f0\par
+\f1 S\'b3uchaj\'b9c tego rozkazu, kilku ludzi natychmiast odrywa si\'ea do og\'f3lnej gromadki s\'b3ug i lecie\'e6 poczyna ku pokojom m\'b3odej dziedziczki - ku niemu!..\par
+\f0\par
+\f1 Wystraszona p\'b3omieniem i krzykiem Ola zarzuca r\'f3wnocze\'9cnie Topolskiemu na szyj\'ea swe nagie ramiona! On, wstrz\'b9sn\'b9wszy si\'ea pod tem dotkni\'eaciem, porywa si\'ea nagle z miejsca, jak szalony, i mknie chy\'bfo w ogr\'f3d... Krew gor\'b9ca, m\'b3oda, gra\'e6 w nim poczyna... Zapomina o wszystkiem, pr\'f3cz tul\'b9cej si\'ea do jego piersi \f0 kobiety i ucieka dalej i dalej...\par
+\par
+\f1 Do uszu jego dolatuj\'b9 wo\'b3ania coraz cichsze, okrzyki!.. Topolski biedz nie przestaje ku znanej sobie altanie, po\'b3o\'bfonej na ko\'f1cu ogrodu.\par
+\f0\par
+\f1 Prowadz\'b9ca do niej aleja parku rozbrzmiewa echem gwa\'b3townego jego biegu, szele\'9cci mu nad g\'b3ow\'b9 li\'9cci pogwarem.\par
+\f0\par
+\f1 Z zarzuconemi na szyj\'ea m\'ea\'bfczyzny ramionami, tuli si\'ea wci\'b9\'bf ku niemu, jak pow\'f3j wiotkie cia\'b3o Oli... Topolski, dot\'b9d zapatrzony wci\'b9\'bf w przestrze\'f1, opuszcza naraz g\'b3ow\'ea i wzrokiem pie\'9cci chwil\'ea trzyman\'b9 w u\'9ccisku kobiet\'ea...\par
+\f0\par
+Oc\f1 zy jej przymkni\'eate - zemdla\'b3a!..\par
+\f0\par
+\f1 Topolski zatrzymuje si\'ea. Z mi\'b3o\'9cci\'b9 bezbrze\'bfn\'b9, pragnieniem, spogl\'b9da ci\'b9gle na Ol\'ea... Krew uderza mu nagle do g\'b3owy!..\par
+\f0\par
+\f1 - M\'f3j ty skarbie najdro\'bfszy!.. moje ty wszystko!.. - szepce dr\'bf\'b9cemi usty, i jak szalony, ca\'b3owa\'e6, pie\'9cci\'e6 poczyna jej wargi, oczy i cia\'b3o!..\par
+\f0\par
+\f1 W kilka minut p\'f3\'9fniej, dopada cienistej altany i niknie, ginie w jej g\'b3\'eabiach... Niedyskretny, ciekawy wsuwa si\'ea za nim ksi\'ea\'bfyc blady, a kopu\'b3a altany, mieni\'b9c si\'ea od jego promieni, dr\'bfy leciutko - tajemnicza...\f0\par
+\par
+\f1 W dalekim zak\'b9tku parku zn\'f3w cicho...\par
+\f0\par
+. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . \par
+\par
+\f1 Ko\'b3o p\'b3on\'b9cego pa\'b3acu natomiast ruch panuje nie do opisania.\par
+\f0\par
+\f1 Co chwila od pobliskiego stawu i z powrotem p\'eadz\'b9 galopem konie, wioz\'b9ce beczki z wod\'b9; wszystkie miejscowe sikawki s\'b9 w ruchu, dyryguj\'b9cy za\'9c parobkami i s\'b3u\'bfb\'b9 ekonom Gowartowa kr\'eaci si\'ea, jak mucha w ukropie, krzyczy, gniewa si\'ea, rozkazuje...\par
+\f0\par
+\f1 M\'ea\'bfczy\'9fni zalewaj\'b9 wod\'b9 dach, p\'b3on\'b9ce belki, wdrapuj\'b9 si\'ea na pi\'eatra, wyrzucaj\'b9 oknami nietkni\'eate jeszcze przez ogie\'f1 pa\'b3acowe meble. Zbudzone wiejskie kobiety, w ponarzucanych p\'b3achtach i koszulach, przypatruj\'b9 si\'ea bezmy\'9clnie po\'bfarowi, gwarz\'b9c z cicha pomi\'eadzy sob\'b9, lamentuj\'b9c, z\'b3orzecz\'b9c...\par
+\f0\par
+\f1 Grupa ich wystraszona rzuca si\'ea nagle w bok, z okrzykiem.\f0 ..\par
+\par
+\f1 To przel\'eakniony ha\'b3asem i p\'b3omienist\'b9 \'b3un\'b9, p\'eadzi wprost na nie kary, p\'f3\'b3krwi arabskiej, ogier, wyrwawszy si\'ea z pozostawionej bez opieki stajni.\par
+\f0\par
+\f1 Ucieka strwo\'bfony, b\'b3\'eadny... Wymin\'b9wszy za\'9c rozpierzch\'b3\'b9 gromadk\'ea, umyka przed ogniem i lud\'9fmi do parku, budz\'b9c jego drzemi\'b9ce cisze przera\'bfonem r\'bfeniem.\par
+\f0\par
+\f1 Jednocze\'9cnie na czele kilkunastu tomaszowieckich fornali, wpada przez bram\'ea, z impetem, Krasnostawski, a z przybyciem jego wszystko wre doko\'b3a, ze zdwojon\'b9 energi\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 I oto niebawem krwawa \'9cciana ognia, wzbijaj\'b9ca si\'ea ku niebu, miejscami z\'b3ocista, tam zn\'f3w, niby krep\'b9, przes\'b3oni\'eata czarnym gryz\'b9cym dymem, zaczyna zni\'bfa\'e6 si\'ea, zmniejsza\'e6 powoli... Ju\'bf obecnie huk po\'bfaru coraz cz\'ea\'9cciej przerywaj\'b9 syki gasn\'b9cych p\'b3omieni - opanowany nieco \'bfywio\'b3 mniej gro\'9fnym si\'ea staje, pokornieje, cichnie...\par
+\f0\par
+\f1 Lewe pod\'b3u\'bfne i najwi\'eaksze pa\'b3acowe skrzyd\'b3o pali si\'ea jeszcze, p\'b3omie\'f1 nadal zwyci\'easko sieje tam zniszczenie, praw\'b9 stron\'ea jednak domu ugaszono ju\'bf zupe\'b3nie. Z p\'b3aszcz\'b9cego si\'ea tu dymu wy\'b3aniaj\'b9 si\'ea teraz bia\'b3awe, osmalone mury; w\'9cr\'f3d zgliszcz, ju\'bf zw\'eaglonych, pe\'b3zaj\'b9 jeszcze tam i \'f3wdzie ogniste w\'ea\'bfe, ca\'b3uj\'b9c lubie\'bfnie, li\'bf\'b9c \'9ccian poczernia\'b3ych podn\'f3\'bfe.\par
+\f0\par
+\f1 I w por\'f3wnaniu gwaru, zgie\'b3ku, kt\'f3re panuj\'b9 u p\'b3on\'b9cego w dali pa\'b3acowego skrzyd\'b3a - cisza kr\'f3luje tu wzgl\'eadna...\par
+\f0\par
+Tam r\f1 uch, krzyki, krzy\'bfuj\'b9ce si\'ea rozkazy, \'b3una ognia, huk jego, syk, oraz zupe\'b3ne oddanie si\'ea wszystkich ca\'b3kowicie d\'b3awieniu i walce z \'bfywio\'b3em...\par
+\f0\par
+\f1 Tu - srebrz\'b9ce si\'ea, czyste promienie ja\'9cniej\'b9cego wysoko na niebie niepokalanie miesi\'b9ca, co b\'b3yszcz\'b9 na okopconych \'9ccianach, stanowi\'b9c dziwny w sobie, a pe\'b3en spokoju, kontrast, z wrzaw\'b9 i krwawo-z\'b3ocist\'b9 po\'bfog\'b9...\par
+\f0\par
+\f1 Szelest krok\'f3w tymczasem przerywa nagle milczenie. Za w\'eag\'b3em stercz\'b9cego samotnie od\'b3amu mur\'f3w pogorzeliska, pojawia si\'ea Krasnostawski, i stan\'b9wszy w zamy\'9cleniu, \'9cle wzrok badawczy w stron\'ea parku.\par
+\f0\par
+\f1 - Tam pu\'9cci\'b3em ju\'bf w ruch wszystko!.. - m\'f3wi g\'b3o\'9cno do siebie. - Doko\'f1cz\'b9 gasi\'e6 i dadz\'b9 sobie rad\'ea beze mnie... - mruczy dalej. - Ja za\'9c ich musz\'ea znale\'9f\'e6 - musz\'ea!..\par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawski milknie, i rozgl\'b9gaj\'b9c si\'ea bacznie doko\'b3a, kieruje si\'ea w g\'b3\'b9b parku, idzie z wolna zamy\'9clony, a trzyman\'b9 w r\'eaku d\'b3ug\'b9 nahajk\'b9 co chwila uderza si\'ea machinalnie po wysokich, okopconych butach...\par
+\f0\par
+\f1 Od czasu, jak tu przyby\'b3 na ratunek i pi\'b9te przez dziesi\'b9te zdo\'b3a\'b3 rozpyta\'e6 si\'ea o pocz\'b9tek i przebieg po\'bfaru, my\'9cl jedna i ta sama dr\'eaczy\'b3a go bezustannie: gdzie s\'b9 Topolski i Ola?.. \'afe nic z\'b3ego im si\'ea nie sta\'b3o - wiedzia\'b3... Co robi\'b9 zatem sami tak d\'b3ugo?..\par
+\f0\par
+\f1 Kochaj\'b9c Ol\'ea i odczuwaj\'b9c przez to podw\'f3jnie zacie\'9cniaj\'b9cy si\'ea stosunek jej z Topolskim, m\'b3ody cz\'b3owiek przeczuwa\'b3 wi\'eacej od marsza\'b3kowej i \'a3ady\'bfy\'f1skiego... Oni, poch\'b3oni\'eaci po\'bfarem, jak wszyscy zreszt\'b9, potracili g\'b3owy!.. A on?..\par
+\f0\par
+\f1 My\'9cle\'e6 o Topolskim i Oli nie przestawa\'b3, jak szalony przy tem si\'b3y odp\'eadza\'b3 od siebie my\'9cli niekt\'f3r\f0 e.\par
+\par
+\f1 Obecnie, tkni\'eaty przeczuciem jakby, szed\'b3 w\'b3a\'9cnie alej\'b9, prowadz\'b9c\'b9 do ustronnej altany...\par
+\f0\par
+\f1 Dusz\'b9 Krasnostawskiego miota\'b3 niepok\'f3j. Zazdro\'9c\'e6 szarpa\'b3a nim bez mi\'b3osierdzia, s\'b9czy\'b3a sw\'f3j jad zatruty, niepewno\'9c\'e6 m\'eaczy\'b3a - obawa, \'bfe sprawdz\'b9 si\'ea skryte jego podejrzenia, tamowa\'b3a mu oddech w gardle i zniewala\'b3a w bezsilnej w\'9cciek\'b3o\'9cci zaciska\'e6 d\'b3onie.\par
+\f0\par
+\f1 Poza dziedzin\'b9 przeczu\'e6 bowiem, \'f3w niepok\'f3j Krasnostawskiego mia\'b3 r\'f3wnie\'bf \'9fr\'f3d\'b3o i w nast\'eapuj\'b9cym, konkretnym fakcie.\par
+\f0\par
+\f1 Komenderuj\'b9c i uwijaj\'b9c si\'ea przy po\'bfarze, spotka\'b3 Krasnostawski pomagaj\'b9c\'b9 r\'f3wnie\'bf innym, znosz\'b9c\'b9 wod\'ea, dziewczyn\'ea s\'b3u\'bfebn\'b9, ulubienic\'ea Oli...\par
+\f0\par
+\f1 Ta za\'9c, gdy j\'b9 zapyta\'b3 o pani\'b9, opowiedzia\'b3a mu bez\'b3adnie: - Powiadam paniczowi... Bo\'bfe, Bo\'bfe, jakie to by\'b3o straszne! Ja\'9cnie m\'b3odsza pani dzwoni, i si\'ea budz\'ea, ubieram pr\'eadziutko, s\'b3ysz\'ea jaki\'9c szum... Otwieram drzwi, a tu - ogie\'f1, ogie\'f1 jak daleko spojrze\'e6 na pa\'f1skie pokoje... Tylko po\'9cciel m\'b3odej pani pusta i okno otwarte!..\par
+\f0\par
+\f1 Kto\'9c rozdzieli\'b3 ich i dalsz\'b9 indagacy\'ea przerwa\'b3 Krasnostawskiemu szerz\'b9cy si\'ea po\'bfar, zam\'eat i wrzask. Poprzesta\'e6 musia\'b3 tylko na tem.\par
+\f0\par
+\f1 Teraz szed\'b3 coraz pr\'eadzej. Nagle zatrzyma\'b3 si\'ea, jak wryty.\par
+\f0\par
+\f1 Ju\'bf od minut paru zauwa\'bfy\'b3 na wilgotnym piasku alei \'9clad krok\'f3w m\'easkich, obutych w zgrabny trzewik, teraz za\'9c le\'bfa\'b3a przed nim dobrze mu znana papiero\'9cnica Topolskiego, a opodal widziany cz\'easto we w\'b3osach Oli grzebie\'f1, z szyldkretu.\par
+\f0\par
+\f1 W\'b9tpliwo\'9cci ju\'bf by\'e6 nie mog\'b3o... Krasnostawski pochwyci\'b3 machinalnie oba le\'bf\'b9ce przedmioty i biedz pocz\'b9\'b3...\par
+\f0\par
+\f1 Szala\'b3a w nim burza.. Nienawi\'9c\'e6 m\'ea\'bfczyzny, pogardzonego przez ub\'f3stwian\'b9 kobiet\'ea na korzy\'9c\'e6 rywala rozpali\'b3a mu krew, nape\'b3ni\'b3a jak\'b9\'9c niepohamowan\'b9 \'bf\'b9dz\'b9 pastwienia si\'ea i zemsty!..\par
+\f0\par
+\f1 Spocony, blady, stan\'b9\'b3 wkr\'f3tce u wej\'9ccia do altany, i pocz\'b9\'b3 nads\'b3uchiwa\'e6, z zapartym oddechem. Pot kroplisty wyst\'b9pi\'b3 mu na czo\'b3o, usta zacisn\'ea\'b3y si\'ea bole\'9cnie, oczy zamigota\'b3y dzikim ogniem.\par
+\f0\par
+\f1 Z cichej, sennej altany dochodzi\'b3y wyra\'9fnie dwa g\'b3osy - dwa szepty...\par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawski rozchyli\'b3 ga\'b3\'eazie... Na szelest ten w ciemno\'9cciach zerwa\'b3 si\'ea kto\'9c \'9cpiesznie i u progu stan\'b9\'b3 Topolski. W p\'f3\'b3mroku nocy zamajaczy\'b3a jego twarz bia\'b3a, rasowa, i dwaj m\'ea\'bfczy\'9fni spojrzeli sobie, milcz\'b9c, prosto w oczy.\par
+\f0\par
+\f1 Trwa\'b3o to sekund\'ea, lecz wystarczy\'b3o Krasnostawskiemu, bo to, co wyczyta\'b3 na wzburzonem obliczu Topolskiego, a\'bf nadto uzasadni\'b3o jego o\f0 bawy. \par
+\par
+\f1 Wysi\'b3kiem woli, och\'b3on\'b9wszy z wra\'bfenia, przem\'f3wi\'b3 pierwszy Topolski, wskazuj\'b9c swobodnie na poz\'f3r ruchem r\'eaki widnokr\'b9g, gdzie dogorywa\'b3a ju\'bf \'b3una ognia:\par
+\f0\par
+\f1 - A zatem, chwa\'b3a Bogu, ju\'bf po po\'bfarze!.. My w\'b3a\'9cnie...\par
+\f0\par
+\f1 - Nikczemny! - zabrzmia\'b3o w ciszy s\'b3owo jedno. \par
+\f0\par
+\f1 Wym\'f3wi\'b3 je g\'b3osem dr\'bf\'b9cym Krasnostawski, i niepomny niczego, rozszala\'b3y, schwyciwszy Topolskiego za gard\'b3o, drug\'b9 r\'eak\'b9 przerzuci\'b3 go poprzez siebie i z pasy\'b9 ok\'b3ada\'e6 pocz\'b9\'b3 trzyman\'b9 w r\'eaku nahajk\'b9...\par
+\f0\par
+\f1 W milczeniu zak\'b9tka rozleg\'b3 si\'ea krzyk bitego i w \'9clad za tem okrzyk inny - kobiecy!..\par
+\f0\par
+\f1 Ku dwom m\'ea\'bfczyznom wypad\'b3a Ola... Jak lwica, rzuci\'b3a si\'ea natychmiast pomi\'eadzy nich, a obroniwszy Topolskiego, gwa\'b3townie, szybko, wymierzy\'b3a Krasnostawskiemu dwukrotny policzek...\par
+\f0\par
+\f1 Jak ra\'bfony obuchem, zachwia\'b3 si\'ea pod tem uderzeniem m\'ea\'bfczyzna, cofn\'b9\'b3 si\'ea wstecz, blady, jak \'9cciana, oszala\'b3y, straszny.\par
+\f0\par
+\f1 Zaleg\'b3a chwila milczenia...\par
+\f0\par
+\f1 Oswobodzony Topolski znik\'b3 we wn\'eatrzu altany, a z ust stoj\'b9cej na wprost Krasnostawskiego kobiety wybieg\'b3o dr\'bf\'b9cym, urywanym szeptem, pe\'b3nym oburzenia i zimnej - gorszej od policzka, pogardy:\par
+\f0\par
+\f1 - Pod\'b3y... s\'b3ugo!.. Jak \'9cmia\'b3e\'9c? - Precz!..\par
+\f0\par
+\f1 Ze wzruszenia umilk\'b3a Ola, po chwili dopiero i powt\'f3rzy\'b3a raz jeszcze, przejmuj\'b9co - ciszej:\par
+\f0\par
+- Precz!..\par
+\par
+\f1 Tego nadto ju\'bf by\'b3o dla rozbola\'b3ego zazdro\'9cci\'b9 i b\'f3lem m\'easkiego serca! Nie czynnie, lecz moralnie spoliczkowany po raz drugi, Krasnostawski zachwia\'b3 si\'ea powt\'f3rnie, jak nieprzytomny, w oczach pociemnia\'b3o mu - zawirowa\'b3y altana i drzewa parku...\par
+\f0\par
+\f1 - Kocham ci\'ea! - szepn\'ea\'b3y w oddechu cichutko, jak skarga, usta jego i omdla\'b3y run\'b9\'b3 u st\'f3p kobiety, zdeptany jej post\'eapkiem...\par
+\f0\par
+. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .\par
+\par
+\par
+\par
+\f1\'8cwit zorzy wyjrza\'b3 nie\'9cmia\'b3o spoza stepu, p\'f3l szerokich, orze\'9fwi\'b3 si\'ea w toni sennego jeszcze stawu i w\'9clizn\'b9\'b3 do al\f0 tany ciekawy...\par
+\par
+\f1 Nie by\'b3o w niej ju\'bf jednak nikogo, zar\'f3wno jak i nigdzie, w pobli\'bfu:\par
+\f0\par
+\f1 Niebo zar\'f3\'bfawia\'b3o si\'ea stopniowo, pocz\'b9tkowo ledwo dostrzegalnie, boja\'9fliwie, p\'f3\'9fniej za\'9c coraz silniej i \'9cmielej.\par
+\f0\par
+\f1 Przeci\'b9gaj\'b9c si\'ea lubie\'bfnie, wstawa\'b3a jutrzenka z ob\'b3ok\'f3w puszystych po\'9ccieli.\par
+\f0\par
+\f1 Na powitanie jej tryumfaln\'b9 fanfar\'b9 rozbrzmia\'b3 park ca\'b3y \'9cwiergotem ptasz\'b9t; zbudzone, zrywa\'b3y si\'ea one do lotu, otrzepywa\'b3y zamaszy\'9ccie skrzyde\'b3ka z porannej rosy, rozlatywa\'b3y si\'ea na wsze strony, siada\'b3y na zczernia\'b3ych ruinach spalonego pa\'b3acu. Dym jeszcze \'9ccieli\'b3 si\'ea tu gdzieniegdzie... Na pogorzelisku, jak karbunku\'b3y, b\'b3yszcza\'b3y tam i \'f3wdzie, dopalaj\'b9c si\'ea, belki i inne szcz\'b9tki pa\'b3acu, tli\'b3y si\'ea w zgliszczach - tuli\'b3y do okopconych zwalisk...\par
+\f0\par
+\f1 A woko\'b3o drzema\'b3o, spa\'b3o wszystko!.\f0 .\par
+\par
+\f1 Ze spuszczonemi \'bfaluzyami, spoczywa\'b3y zatem pa\'b3acowa oficyna, stajnie i gumna, \'9cni\'b3y tak\'bfe liczne, rozsiane za pa\'b3acow\'b9 bram\'b9, bia\'b3e wie\'9cniacze chatki... \par
+\f0\par
+\f1 Pot\'ea\'bfny, wspania\'b3y zab\'b3ys\'b3 pierwszy promie\'f1 s\'b3o\'f1ca i oboj\'eatny zaja\'9cnia\'b3 nad wszystkiem doko\'b3a... \f0\par
+\par
+\f1 Nie zbudzi\'b3 jednak nikogo... Na gazonie tylko, pod g\'f3r\'b9 wyrzuconych z pa\'b3acu, le\'bf\'b9cych na kupie mebli, du\'bfy pies podw\'f3rzowy otworzy\'b3 oczy, mlasn\'b9\'b3 j\'eazykiem, przeci\'b9gn\'b9\'b3 si\'ea i zasn\'b9\'b3...\par
+\f0\par
+\f1 Zadumanej ciszy nie przerywa\'b3o nadal nic zgo\'b3a.\par
+\f0\par
+---------------\par
+\par
+\par
+P\f1 omimo, i\'bf przez szpary okiennic Tomaszowieckiego dworku w\'9clizgiwa\'b3o si\'ea ju\'bf s\'b3o\'f1ce, w tak zwanym kancelaryjnym pokoju pali\'b3a si\'ea jeszcze du\'bfa lampa, o\'9cwietlaj\'b9c biurko, przy kt\'f3rym Krasnostawski pisa\'b3 co\'9c szybko i zamaszy\'9ccie. Obok niego sta\'b3a szklanka z herbat\'b9 i le\'bfa\'b3y porzucone na ziemi, niedopa\'b3ki od papieros\'f3w... Nagle m\'b3ody cz\'b3owiek porzuci\'b3 pi\'f3ro, z ha\'b3asem odsun\'b9\'b3 krzes\'b3o od biurka i zamkn\'b9wszy ksi\'eag\'ea, powsta\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 - Nareszcie! - westchn\'b9\'b3 g\'b3o\'9cno z ulg\'b9 i zbli\'bfywszy si\'ea do okna, odemkn\'b9\'b3 je, odczepiwszy zarazem wewn\'eatrzne haczyki okiennic.\par
+\f0\par
+\f1 Fala s\'b3onecznego \'9cwiat\'b3a, wraz z powietrzem letniego poranka, wp\'b3yn\'ea\'b3a do pokoju. Krasnostawski zgasi\'b3 lamp\'ea i spojrza\'b3 przed siebie...\par
+\f0\par
+\f1 Od po\'bfaru min\'ea\'b3a doba tylko, patrz\'b9c jednak na m\'b3odego plenipotenta, pomy\'9cle\'e6 mo\'bfna by\'b3o, i\'bf od tej chwili oddziela\'b3y go lata; nie m\'b3odzieniec bowiem obecnie, pe\'b3ny hartu i \'bfycia patrzy\'b3 przez otwarte okno, ale m\'ea\'bfczyzna, na poz\'f3r wi\'eacej, ni\'bf dojrza\'b3y, kt\'f3ry zapomina\'b3 ju\'bf jakby, \'bfe m\'b3odym by\'b3 tak niedawno.\par
+\f0\par
+\f1 Jak burza, przesz\'b3a po nim pami\'eatna noc rozterki, cierpie\'f1, upokorzenia i b\'f3lu, \'9clad wiecznotrwa\'b3y zostawiwszy po sobie...\par
+\f0\par
+\f1 Twarz Krasnostawskiego blad\'b9 by\'b3a, oczy przymglone i podkr\'b9\'bfone, a na skroniach gdzieniegdzie, w\'9cr\'f3d czarnych pukli w\'b3os\'f3w, biela\'b3a nitka przedwcze\'9cnie siwa.\par
+\f0\par
+\f1 I kontrast przykry prawdziwie stanowi\'b3 ten cz\'b3owiek, stoj\'b9c tak w owej chwili w ramie okna... Przed nim, w perspektywie, jak okiem si\'eagn\'b9\'e6, kraina ca\'b3a z\'b3oci\'b3a si\'ea od z\'bf\'eatych k\'f3p zbo\'bfowych, zieleni\'b3a od niw i step\'f3w, \'9cpiewa\'b3a setkami g\'b3os\'f3w: u\'9cmiecha\'b3a si\'ea rozkosznie!..\par
+\f0\par
+\par
+\f1 - \'afycia!.. \'afycia!.. Mi\'b3o\'9cci, szcz\'ea\'9ccia!.. - wielkim g\'b3osem wo\'b3a\'b3o wszystko, a on jedyny tylko, nieczu\'b3y na nic zgo\'b3a, sta\'b3 wci\'b9\'bf tak samo nieruchomy, zapatrzony nie w dal jasn\'b9, lecz w cienie cierpi\'b9cej duszy w\'b3asnej..\par
+\f0\par
+Po no\f1 cy po\'bfaru do Tomasz\'f3wki uciek\'b3 Krasnostawski piechot\'b9, obudziwszy si\'ea z omdlenia, sam jeden w\'9cr\'f3d szumi\'b9cego mu \'b3agodnie nad g\'b3ow\'b9 parku.\par
+\f0\par
+\f1 Tu, u siebie, przem\'eaczy\'b3 si\'ea, jak nieprzytomny, w b\'f3lu - do rana. W ko\'f1cu jednak zm\'eaczenie fizyczne zabi\'b3o moraln\'b9 trosk\'ea. Snem kamiennym, a zbawczym dla\'f1, przespa\'b3 Krasnostawski wi\'eakszo\'9c\'e6 dnia, bo a\'bf do godziny sz\'f3stej po po\'b3udniu. Zbudzi\'b3 si\'ea za\'9c ju\'bf nieco innym...\par
+\f0\par
+\f1 Zebrawszy my\'9cli i wspomnienia, przede wszystkim postanowi\'b3 uciec co rychlej z tych miejsc, rzuci\'e6 si\'ea w wir pracy w warunkach ca\'b3kiem odmiennych.. Powietrze dusi\'e6 go pocz\'ea\'b3o, ziemia parzy\'e6 stopy!.. Chcia\'b3 ju\'bf wskoczy\'e6 na konia i opu\'9cci\'e6 wszystko na zawsze.\par
+\f0\par
+\f1 W por\'ea jednak zastanowienie i zimna logika trze\'9fwego rozumu powstrzyma\'b3a go na szcz\'ea\'9ccie od tego k\f0 roku...\par
+\par
+\f1 Wszak, poza dziedzin\'b9 moralnych jego cierpie\'f1, sta\'b3 przecie\'bf jeszcze mur rzeczywistego \'bfycia, kt\'f3re chleb mu dot\'b9d dawa\'b3o - istnia\'b3 \'9cwiat obowi\'b9zk\'f3w dotychczasowego jego stanowiska tutaj.\par
+\f0\par
+\f1 Rzuca\'e6 tak wszystko by\'b3oby lekkomy\'9clno\'9cci\'b9 i\'9ccie ch\'b3opi\'eac\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 - Nie, ja tego nie uczyni\'ea! - zadecydowa\'b3. - W jak naj\'9cci\'9clejszym porz\'b9dku przeka\'bf\'ea na odjezdnem wszystkie gospodarskie ksi\'eagi, rachunki, kas\'ea i.t.d.\par
+\f0\par
+\f1 Po skromnym posi\'b3ku, zabra\'b3 si\'ea Krasnostawski do wyczerpuj\'b9cej pracy, ca\'b3ych nieledwie dziewi\'eatna\'9ccie godzin pisa\'b3, rachowa\'b3 bezustannie. Wreszcie wyczerpany sko\'f1czy\'b3 przed chwil\'b9...\par
+\f0\par
+\f1 By\'b3 wolnym!.. Za godzin par\'ea b\'eadzie m\'f3g\'b3 opu\'9cci\'e6 te strony - na zawsze...\par
+\f0\par
+\f1 Zadumany smutnie, sta\'b3 Krasnostawski wci\'b9\'bf pod oknem; zapatrzony, nie zauwa\'bfy\'b3 on wcale zbli\'bfaj\'b9cego si\'ea ku niemu wyrostka.\par
+\f0\par
+\f1 D\'9fwi\'eak jego g\'b3osu zbudzi\'b3 m\'b3odego cz\'b3owieka. Spu\'9cci\'b3 wzrok i zapyta\'b3 g\'b3o\'9cno:\par
+\f0\par
+\f1 - Ha!.. szczo ka\'bfesz?..\par
+\f0\par
+\f1 Wyrostek, by\'b3 to ch\'b3opiec stajenny, wys\'b3any przeze\'f1 do Gowartowa, by sprowadzi\'e6 tamtejszego starego i zaufanego rz\'b9dc\'ea, kt\'f3remu chcia\'b3 Krasnostawski zda\'e6 klucze kasy, ksi\'eagi, i przekaza\'e6 ostatnie rozporz\'b9dzenia. Z relacyi ch\'b3opca okaza\'b3o si\'ea, \'bfe rz\'b9dca wyjecha\'b3 do miasteczka.\par
+\f0\par
+\f1 - A pany? - spyta\'b3 machinalnie Krasnostawski, u\'bfywszy utartego pomi\'eadzy ludem miejscowym wyra\'bfenia, oznaczaj\'b9cego w liczbie mnogiej, w\'b3a\'9cciciela danej wioski.\par
+\f0\par
+\f1 - Nykoho ne baczy\'b3! - odrzek\'b3 zapytany i doda\'b3 zarazem, \'bfe Szmul, \'bfyd z karczmy wiejskiej, powiedzia\'b3 mu, \'bfe pa\'f1stwo na dobre wyjechali. - Ka\'bfut, szczo do Szczesnoi, do jasnoho grafa Topolskoho! - poinformowa\'b3 znowu wyrostek.\par
+\f0\par
+\f1 Na wyblad\'b3em licu s\'b3uchaj\'b9cego tych nowin m\'b3odzie\'f1ca zakwit\'b3 rumieniec oburzenia.\par
+\f0\par
+\f1 - \'a3otr!.. - zgrzytn\'b9\'b3 cicho, niedos\'b3yszalnie przez z\'eaby. - Sna\'e6 potrafi\'b3 ka\'bfdego z osobna podej\'9c\'e6, oszuka\'e6! Prawdy nie domy\'9cli\'b3 si\'ea nikt, wido\f0 cznie...\par
+\par
+\f1 Wi\'eac teraz ugaszcza wszystkich u siebie... Co za ironia prawdziwa! - doko\'f1czy\'b3 w my\'9cli, i w\'9cciek\'b3o\'9c\'e6 nag\'b3a opanowa\'b3a go...\par
+\f0\par
+\f1 - Czego, durniu, stoisz! - hukn\'b9\'b3 w twarz parobczakowi, a\'bf zatrz\'eas\'b3y si\'ea szyby dworku.\par
+\f0\par
+\f1 - Osiod\'b3aj mi zaraz konia! - doko\'f1czy\'b3 spokojniej nieco.\par
+\f0\par
+\f1 Niebawem z\'b3otawy kasztan, z bia\'b3\'b9 gwiazdk\'b9 na czole, parska\'b3 ochoczo pod Krasnostawskim, jad\'b9cym na prze\'b3aj przez pola do Gowartowa.\par
+\f0\par
+\f1 Woko\'b3o niego praca wrza\'b3a. Krz\'b9taj\'b9cy si\'ea lud roboczy: parobcy i gospodarze k\'b3aniali si\'ea nisko czapkami panu plenipotentowi; czarnookie, czarno brewe mo\'b3odyce i dziewcz\'eata, w jaskrawych sp\'f3dnicach i chustkach, pozdrawia\'b3y, r\'f3wnie\'bf \'bfyczliwie m\'b3odzie\'f1ca zerkaj\'b9c z u\'9cmiechem i lubo\'9cci\'b9 na "harnoho ch\'b3opcia*)". \par
+[*) Pi\'eaknego ch\'b3opca.]\par
+\f0\par
+\f1 W kwadrans p\'f3\'9fniej, Krasnostawski zje\'bfd\'bfa\'b3 ju\'bf st\'eapa na grobl\'ea gowartowsk\'b9...\par
+\f0\par
+\f1 W g\'b3\'eabiach stawu, otoczonego zieleni\'b9 parku, odbija\'b3y si\'ea dawniej, jak w lustrze, mleczn\'b9 bia\'b3o\'9cci\'b9 \'9cciany dworu. Teraz czernia\'b3y zarysy pogorzeliska, a tam - na g\'f3rze, zgliszcza, zakopconem pa\'b3acowem skrzyd\'b3em, kr\'f3lowa\'b3y smutnie nad le\'bf\'b9cem doko\'b3a sio\'b3em...\par
+\f0\par
+\f1 Je\'9fdziec odwr\'f3ci\'b3 oczy i wspi\'b9\'b3 konia. Jak strza\'b3a, przelecia\'b3 przez grobl\'ea i stan\'b9\'b3 niebawem przed zamkni\'eat\'b9 wjazdow\'b9 bram\'b9 pa\'b3acu; tu huka\'e6 pocz\'b9\'b3, by mu j\'b9 otworzono.\par
+\f0\par
+\f1 Nadbieg\'b3o kilku stajennych; oddawszy im spienionego konia pocz\'b9\'b3 Krasnostawski wypytywa\'e6 si\'ea o mieszka\'f1c\'f3w pa\'b3acu. Okaza\'b3o si\'ea, i\'bf dom ca\'b3y wyjecha\'b3 nazajutrz po po\'bfarze, rankiem i bawi\'b3 teraz w go\'9ccinie u Topolskiego, w Szcz\'easnojej.\par
+\f0\par
+\f1 - A to co? - zapyta\'b3 nagle, furmana zdziwiony Krasnostawski, wskazuj\'b9c spicrut\'b9, na ca\'b3e stosy czego\'9c, ponakrywanego p\'b3achtami.\par
+\f0\par
+\f1 - To, paniczu, meble z pa\'b3acu; pan ekonom kaza\'b3 poprzykrywa\'e6 tymczasem! - odpowiedzia\'b3 zapytany.\par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawskiego zirytowa\'b3o to niedbalstwo, wzgl\'eadem ocala\'b3ych, i cennych, a tak dobrze mu znanych, mebli pa\'b3acowych. Zdecydowa\'b3 g\'b3o\'9cno.\par
+\f0\par
+\f1 - To tak zosta\'e6 nie mo\'bfe! - i ruszy\'b3 spiesznie ku \'9crodkowi gazonu, gdzie le\'bfa\'b3y meble. Kazawszy pozdejmowa\'e6 w \'9clad za tem wszystkie przykrycia i opony, ujrza\'b3, i\'bf mebli uratowanych by\'b3o s\f0 poro.\par
+\par
+\f1 - S\'b9 parobcy na toku? - zapyta\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 - S\'b9... s\'b9! - po\'9cwiadczy\'b3a krz\'b9taj\'b9ca si\'ea woko\'b3o niego s\'b3u\'bfba.\par
+\f0\par
+\f1 - Siergieju! - rozkaza\'b3 Krasnostawski po ma\'b3orusku starszemu furmanowi, - id\'9fcie powiedzie\'e6, niech zaprz\'eagaj\'b9 do woz\'f3w, ile si\'ea da i zaje\'bfd\'bfaj\'b9 tutaj, a gumienny, niech da klucze od pustej stodo\'b3y!.. Trzeba to wszystko - wskaza\'b3 ruchem r\'eaki meble - tam zaraz zawie\'9f\'e6 tymczasem i zamkn\'b9\'e6!..\par
+\f0\par
+\f1 Plenipotenta d\'f3br gowartowskich lubiano powszechnie i s\'b3uchano ch\'eatnie.\par
+\f0\par
+\f1 Natychmiast zatem furman skierowa\'b3 si\'ea do gumien; wyprzedzi\'b3 go ch\'b3opiec stajenny, by rozg\'b3osi\'e6 pierwej rozkazy "panycza."\par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawski pozosta\'b3 sam i uwa\'bfnie zacz\'b9\'b3 przegl\'b9da\'e6 nagromadzone meble. Tam i \'f3wdzie rozpoznawa\'b3 na wp\'f3\'b3 uszkodzony sprz\'eat i przypomina\'b3 sobie miejsce, gdzie on sta\'b3 dot\'b9d w pa\'b3acu...\par
+\f0\par
+\f1 Spojrza\'b3 na pogorzelisko... Groz\'b9 i bolesnym smutkiem wia\'b3o od tego zak\'b9tka - ruina zwyci\'easko szczerzy\'b3a trupi\'b9 paszcz\'eak\'ea - \'9cmia\'b3\'b9 si\'ea jakby szyderczo...\par
+\f0\par
+\f1 Z mimowolnym wstr\'eatem, odwr\'f3ci\'b3 si\'ea Krasnostawski i na nowo pocz\'b9\'b3 przygl\'b9da\'e6 si\'ea, z uwag\'b9, pa\'b3acowym sprz\'eatom. U\'9cmiechn\'b9\'b3 si\'ea smutnie...\par
+\f0\par
+\f1 Obok na wp\'f3\'b3 p\'eakni\'eatego du\'bfego salonowego zwierciad\'b3a, z\'b3amane tuli\'b3o si\'ea \'b3o\'bfe poz\'b3acane, w stylu "empire," z pokoju Oli Dzier\'bfymirskiej. Tam zn\'f3w jej szafa odemkni\'eata, z kilkoma pozostawionemi w po\'9cpiechu sukniami - wala\'b3a si\'ea obok szcz\'b9tk\'f3w pianina...\par
+\f0\par
+\f1 Dziwna rzecz jednak - pomy\'9cla\'b3 w tej chwili - jak sprz\'eat przypomina cz\'b3owieka!.. Ola, Ola i jeszcze Ola!.. Widzia\'b3 on j\'b9 tu - wsz\'eadzie, te od\'b3amy zachowa\'b3y jakby cz\'ea\'9c\'e6 jej osoby - dusza ukochanej przeze\'f1 kobiety b\'b3\'b9ka\'b3a si\'ea w nich, martwych i oboj\'eatnych...\par
+\f0\par
+\f1 M\'b3ody cz\'b3owiek znalaz\'b3 wiele rzeczy nieuszkodzonych prawie; niekt\'f3re z nich sam odsuwa\'b3 od innych, segregowa\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 - Ooo!.. - wyrwa\'b3o mu si\'ea nagle z ust, z ubolewaniem.\par
+\f0\par
+Przed nim, zdruzgotane, prze\f1 palone nielito\'9cciwie do po\'b3owy, le\'bfa\'b3o w pyle pi\'eakne, ulubione biurko Romana, antyk pami\'b9tkowy, z mahoniowego drzewa, wyk\'b3adany bogato srebrem, subtelnie inkrustowany per\'b3ow\'b9 mas\'b9. Krasnostawski zacz\'b9\'b3 maca\'e6 uwa\'bfnie doko\'b3a przepalony sprz\'eat drogocenny. Obejrzawszy go dok\'b3adnie, zajrza\'b3 do kilku szufladek i skrytek.\par
+\f0\par
+\f1 Lecz nagle ko\'b3o pobliskich gumien zat\'eatnia\'b3o... Wykonywaj\'b9c rozkaz, nadje\'bfd\'bfa\'b3y ju\'bf wozy. Turkot przybli\'bfa\'b3 si\'ea coraz wyra\'9fniejszy, dono\'9cniejszy, bli\'bfszy. Krasnostawski, zaj\'eaty biurem, drgn\'b9\'b3, lecz nie na odg\'b3os woz\'f3w bynajmniej.\par
+\f0\par
+\f1 To ruszona w tej chwili bezwiednie d\'b3oni\'b9 jego zgrzytn\'ea\'b3a niebawem jaka\'9c spr\'ea\'bfyna i szufladka, dot\'b9d dla oka niewidzialna - roztworzy\'b3a si\'ea przed nim, a w niej, o, dziwo... le\'bfa\'b3 oto spokojnie portfel niewielki, z eleganckiej, brunatno - wi\'9cniowej sk\'f3ry. W rogu pugilaresu po\'b3yskiwa\'b3a granat\'f3w korona hrabiowska, - b\'b3yszcz\'b9c m\'eatno - czerwonym ogniem. Och\'b3on\'b9wszy ze zdziwienia, Krasnostawski roz\'9cmia\'b3 si\'ea swobodnie i wzi\'b9\'b3 portfel w r\'eace.\par
+\f0\par
+\f1 W tej\'bfe chwili jednak na dziedzi\'f1cu zadudni\'b3y drabiniaste wozy, parobcy, zdejmuj\'b9c czapki, witali go weso\'b3o i dziarsko, a zeskoczywszy na ziemi\'ea, bra\'e6 si\'ea zacz\'eali do roboty.\par
+\f0\par
+\f1 Chc\'b9c nie chc\'b9c, musia\'b3 Krasnostawski st\'b3umi\'e6 na razie ciekawo\'9c\'e6, i schowawszy tajemniczy pugilares do kieszeni, pocz\'b9\'b3 energicznie wydawa\'e6 rozkazy.\par
+\f0\par
+\f1 Woz\'f3w by\'b3o kilkana\'9ccie. W p\'f3\'b3 godziny, plac przed zgliszczami pa\'b3acu opustosza\'b3; wozy, jeden za drugim, skierowa\'b3y si\'ea powoli ku tokowi.\par
+\f0\par
+\f1 Do gumien przyjechano niebawem; przed otwart\'b9 pust\'b9 stodo\'b3\'b9 zawrza\'b3 ruch; wkr\'f3tce u\'b3o\'bfono porz\'b9dnie pa\'b3acowe meble, przykryto je, drzwi zamkni\'eato szczelnie i Krasnostawski, rad z ostatniego na s\'b3u\'bfbie spe\'b3nionego obowi\'b9zku - wyjecha\'b3 z wioski.\par
+\f0\par
+\f1 Pu\'9cciwszy konia luzem, zamy\'9clony, znalaz\'b3 si\'ea w kwadrans p\'f3\'9fniej w lesie, gdzie, znu\'bfony, zsiad\'b3 z konia i roz\'b3o\'bfy\'b3 si\'ea swobodnie na murawie. Zdj\'b9wszy kapelusz z g\'b3owy i wci\'b9gn\'b9wszy w siebie \'9cwie\'bf\'b9, aromatyczn\'b9 wo\'f1 boru, si\'eagn\'b9\'b3 on do kieszeni po pugilares, roztworzy\'b3 go i pocz\'b9\'b3 szpera\'e6 ciekawie.\par
+\f0\par
+\f1 W portfelu le\'bfa\'b3y u\'b3o\'bfone porz\'b9dnie banknoty, w osobnych przedzia\'b3kach rulony z\'b3ota.\par
+\f0\par
+\f1 - No, no! - mrukn\'b9\'b3 parokrotnie Krasnostawski i z coraz wzrastaj\'b9cem zdziwieniem, pieni\'b9dze zacz\'b9\'b3 liczy\'e6 sumiennie.\par
+\f0\par
+\f1 Wszystkich razem by\'b3o dwadzie\'9ccia siedm tysi\'eacy kilkaset. U\'b3o\'bfywszy na powr\'f3t banknoty i z\'b3oto, Krasnostawski portfel zamkn\'b9\'b3 i spojrzawszy raz jeszcze na koron\'ea z granacik\'f3w, potrzyma\'b3 go jaki\'9c czas w d\'b3oni, poczem wpu\'9cci\'b3 do kieszeni. Widoczne zak\'b3opotanie malowa\'b3o si\'ea na jego twarzy. Czu\'b3 si\'ea zaambarasowanym, co czyni\'e6 z tym fantem?..\par
+\f0\par
+Wypada\f1\'b3o go zwr\'f3ci\'e6 niezw\'b3ocznie, w zast\'eapstwie prawego w\'b3a\'9cciciela, jego \'bfonie - Oli. Zatem jecha\'e6 do Szcz\'easnej osobi\'9ccie?..\par
+\f0\par
+\f1 - Nigdy w \'bfyciu! - rzek\'b3 g\'b3o\'9cno do siebie m\'b3odzieniec. Zas\'eapi\'b3 si\'ea. Nagle my\'9cl jaka\'9c nowa zrodzi\'b3a mu si\'ea widocznie w g\'b3owie, bo zerwa\'b3 si\'ea \'bfywo i wskoczywszy na konia, wjecha\'b3 w las dro\'bfyn\'b9. Wkr\'f3tce w borze rozleg\'b3y si\'ea g\'b3o\'9cne ujadania ps\'f3w, i Krasnostawski, op\'eadzaj\'b9c si\'ea od natarczywych kundli, wchodzi\'b3 do ma\'b3ej chatki le\'9cniczego...\par
+\f0\par
+\f1 W cha\'b3upie panowa\'b3a cisza. Rozci\'b9gni\'eaty na \'b3awie, spa\'b3 snem sprawiedliwego m\'ea\'bfczyzna, w sile wieku, barczysty, ubrany w kurt\'ea my\'9cliwsk\'b9; dubelt\'f3wka le\'bfa\'b3a opodal, w k\'b9cie drzema\'b3 pies legawy.\par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawski potrz\'b9sn\'b9\'b3 energicznie ramieniem \'9cpi\'b9cego le\'9cnika. Ten ostatni zerwa\'b3 si\'ea, a ujrzawszy plenipotenta, zawstydzony pocz\'b9\'b3 b\'b9ka\'e6...\par
+\f0\par
+\f1 - S\'b3ucham panicza, s\'b3ucham... Padam do n\'f3g... Tak mnie jako\'9c zmroczy\'b3o... Zasn\'b9\'b3em, ale to, jak Boga kocham, nigdy mi si\'ea nie zdarza...\par
+\f0\par
+\f1 - Nic nie szkodzi, m\'f3j Rzemi\'eacki! - uspokoi\'b3 go natychmiast Krasnostawski, klepi\'b9c poufale po ramieniu. - Potrzebuj\'ea was, i to natychmiast... Pojedziecie z pieni\'eadzmi i z listem do Szcz\'easnojej, gdzie s\'b9 teraz pa\'f1stwo... Ja oto teraz sam jad\'ea konno do domu, a wy w \'9clad za mn\'b9 id\'9fcie do Tomasz\'f3wki piechot\'b9. Tylko id\'9fcie\'bf zaraz!\par
+\f0\par
+- Duchem, p\f1 rosz\'ea panicza, duchem! - odpar\'b3 \'bfwawo le\'9cniczy w \'9clad za odje\'bfd\'bfaj\'b9cym.\par
+\f0\par
+\f1 W p\'f3\'b3 godziny p\'f3\'9fniej, m\'b3ody plenipotent siedzia\'b3 ju\'bf przy biurku w Tomasz\'f3wce i kre\'9cli\'b3 s\'b3\'f3w par\'ea do pana Emila.\par
+\f0\par
+\f1 Jako nic niewiedz\'b9cemu o zaj\'9cciu z Topolskim i Ol\'b9, napisa\'b3 \'a3ady\'bfy\'f1skiemu tylko, i\'bf musi niezw\'b3ocznie jecha\'e6 do miasta rodzinnego na wakuj\'b9c\'b9 intratn\'b9 posad\'ea, nie chc\'b9c zamyka\'e6 karyery tutaj, bez widok\'f3w na przysz\'b3o\'9c\'e6...\par
+\f0\par
+\f1 Nadziej\'b9 otrzymania miejsca natychmiast motywowa\'b3 tak\'bfe wyjazd bez po\'bfegnania, jak i przesy\'b3k\'ea r\'f3wnie\'bf kluczy od kasy, ksi\'b9g rachunkowych, oraz znalezionego pugilaresu. W ko\'f1cu listu, Krasnostawski przeprasza\'b3 pana Emila za trud i dodawa\'b3 sucho, \'bfe pensyi nic mu si\'ea nie nale\'bfy, bo czyni niespodziany zaw\'f3d swym dotychczasowym chlebodawcom.\par
+\f0\par
+We wrotach \f1 dziedzi\'f1ca tymczasem majaczy\'b3a ju\'bf barczyst\'b9 posta\'e6 Rzemi\'eackiego, pies legawy, poszczekuj\'b9c rado\'9cnie, wyprzedza\'b3 go...\par
+\f0\par
+\f1 U\'9cwiadomiwszy o czem nale\'bfa\'b3o starego s\'b3ug\'ea, wr\'eaczy\'b3 mu Krasnostawski: papiery, ksi\'eagi i klucze, oraz portfel znaleziony, z nadmienieniem zawarto\'9cci jego, a przerwawszy szereg utyskiwa\'f1 i szczerych \'bfal\'f3w tycz\'b9cych si\'ea jego st\'b9d odjazdu, - wyprawi\'b3 do Szcz\'easnej. \par
+\f0\par
+\f1 Sam za\'9c do kancelaryi powr\'f3ci\'b3 i znu\'bfony pad\'b3 na otoman\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 Widocznem by\'b3o przy tem, i\'bf w m\'f3zgu jego odbywa\'b3a si\'ea jaka\'9c wal\f0 ka...\par
+\par
+\f1 - Nie, nie daruj\'ea!... To ponad si\'b3y moje! - rzek\'b3 wreszcie kilkakrotnie, urywanym szeptem, porywczo.\par
+\f0\par
+\f1 - Nie daruj\'ea! - powt\'f3rzy\'b3: - On o wszystkiem wiedzie\'e6 musi! Tak ka\'bfe sprawiedliwo\'9c\'e6, tak by\'e6 musi, tak b\'eadzie! - g\'b3o\'9cno ju\'bf zupe\'b3nie wyrzuci\'b3 z siebie wzburzony, a przysun\'b9wszy fotel do biurka, si\'eagn\'b9\'b3 ponownie po papier listowy, i umoczy\'b3 pi\'f3ro w atramencie.\par
+\f0\par
+\f1 Zatrzyma\'b3 si\'ea... Po chwili cisn\'b9\'b3 pi\'f3ro, wsta\'b3 i zn\'f3w zacz\'b9\'b3 chodzi\'e6 gor\'b9czkowo po pokoju.\par
+\f0\par
+\f1 - Jak to? - szepta\'e6 zacz\'b9\'b3. - Ja mia\'b3bym, niby pies sponiewierany, odej\'9c\'e6 st\'b9d, usun\'b9\'e6 si\'ea, znikn\'b9\'e6?.. Ja mia\'b3bym zamkn\'b9\'e6 w sercu ich wsp\'f3ln\'b9 tajemnic\'ea, i tem samem ocali\'e6 tego ch\'b3ystka!.. Prawda, jednak, \'bfe i o ni\'b9 tu chodzi, najdro\'bf... - nie doko\'f1czy\'b3, sponsowia\'b3...\par
+\f0\par
+\f1 Nie! W nim tli\'b3a jeszcze mi\'b3o\'9c\'e6 dla niej, ale policzek kobiety i poniewierka - zdeptana mi\'b3o\'9c\'e6 w\'b3asna, - wszystko by\'b3o od iskry tej silniejszem.\par
+\f0\par
+\f1 W dziesi\'ea\'e6 minut, m\'b3ody cz\'b3owiek uspokoi\'b3 si\'ea zupe\'b3nie; zna\'e6 z gotowym ju\'bf w g\'b3owie planem, list pisa\'e6 pocz\'b9\'b3 szybko, zamaszy\'9ccie...\par
+\f0\par
+W ciszy p\f1 okoju rozleg\'b3 si\'ea nerwowy zgrzyt pi\'f3ra i d\'b3ugo, d\'b3ugo nie ustawa\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 Ca\'b3y \'bfal, ca\'b3\'b9 gorycz na papier przelewa\'b3 z duszy swej Krasnostawski.\par
+\f0\par
+\f1 Opisa\'b3 szczerze \'bfycie w\'b3asne... I sw\'b9 mi\'b3o\'9c\'e6 ku Oli, tajon\'b9 od lat pi\'eaciu, idealn\'b9, czyst\'b9!.. W\'b3asne b\'f3le cierpienia przez czas ten ca\'b3y, i ostatnie podejrzenia, co do Topolskiego oraz zachowanie si\'ea tych dwojga, i po\'bfar pa\'b3acu wreszcie, i zdrad\'ea i noc straszn\'b9 - wszystko!..\par
+\f0\par
+\f1 List sko\'f1czy\'b3, podpisa\'b3, z\'b3o\'bfy\'b3, i si\'eagn\'b9wszy po kopert\'ea, zaadresowa\'b3: Italia, Milano, Signor Roman Dzier\'bfymirski, Hotel "Europa," Corso Vittorio Emanuele 9.\par
+\f0\par
+\f1 Odrzuciwszy pi\'f3ro, uj\'b9\'b3 Krasnostawski g\'b3ow\'ea w d\'b3onie.\par
+\f0\par
+\f1 - Sta\'b3o si\'ea!.. - szepn\'b9\'b3 po chwili i powsta\'b3. \par
+\f0\par
+\par
+\f1 - Nic ci\'ea ju\'bf tu nie wi\'b9\'bfe!.. - Jecha\'e6, jecha\'e6 st\'b9d czem pr\'eadzej! Obszaru, \'9cwiata i ludzi, byle nie Ukrainy i Gowartowa!..- zawrza\'b3o w nim i odemkn\'b9wszy drzwi, huka\'e6 pocz\'b9\'b3 na s\'b3u\'bfb\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 W p\'f3\'b3 godziny potem na ca\'b3ym folwarku wrza\'b3o... Jak grom, spad\'b3a na wszystkich wie\'9c\'e6, \'bfe pan plenipotent, "panycz," wyje\'bfd\'bfa na zawsze. Zlecieli si\'ea wszyscy. W domu pakowano na gwa\'b3t rzeczy, daleko bowiem by\'b3o do kolei, a Krasnostawski - koniecznie chcia\'b3 zd\'b9\'bfy\'e6 jeszcze na wieczorny poci\'b9g.\par
+\f0\par
+\f1 Promienie zni\'bfaj\'b9cego si\'ea s\'b3o\'f1ca ca\'b3owa\'b3y ju\'bf strzech\'ea i rumieni\'b3y bia\'b3e \'9cciany domu, gdy odprowadzany, otoczony, ca\'b3owany po r\'eakach przez czelad\'9f i s\'b3u\'bfb\'ea, \'bfegna\'b3 si\'ea ze wszystkimi Krasnostawski, rozdawa\'b3 tam i \'f3wdzie sprz\'eaty w\'b3asne, rzeczy i pieni\'b9dze, sam wzruszony, smutny... \par
+\f0\par
+\f1 Wreszcie ulokowa\'b3 si\'ea na bryczce, konie ruszy\'b3y, przed oczyma mign\'ea\'b3y mu ogorza\'b3e twarze \'bfegnaj\'b9cego go tak serdecznie ukrai\'f1skiego ludu - wrota skrzypn\'ea\'b3y \'bfa\'b3o\'9cnie po raz ostatni, i bryczka potoczy\'b3a si\'ea, brz\'eacz\'b9c, po g\'b3adkim drogowym szlaku, zgin\'b9wszy wkr\'f3tce w\'9cr\'f3d roztoczy \'b3an\'f3w z\'bf\'eatego zbo\'bfa, ugor\'f3w i kurhan\'f3w.\par
+\f0\par
+\par
+\par
+\f1 Do stacyi kolejowej by\'b3o ju\'bf tylko wiorst par\'ea... Czw\'f3rka Krasnostawskiego spuszcza\'b3a si\'ea w\'b3a\'9cnie z pochy\'b3o\'9cci jaru na niepewny dziurawy drewniany mostek, gdy konie, z l\'eakiem pocz\'ea\'b3y si\'ea nagle wspina\'e6 cofa\'e6, nie chc\'b9c przejecha\'e6 przez grobelk\'ea. Furman zakl\'b9\'b3 po ma\'b3orusku, i parokrotnie uderzy\'b3 biczem konie...\par
+\f0\par
+\f1 - Sta\'f1! - rzuci\'b3 naraz kr\'f3tko Krasnostawski i zeskoczy\'b3 z bryczki.\par
+\f0\par
+\f1 - Kto tam jide! Baczysz? - zaciekawiony zwr\'f3ci\'b3 si\'ea nagle do mrucz\'b9cego wci\'b9\'bf furmana, wskazuj\'b9c r\'eak\'b9 zbli\'bfaj\'b9cy si\'ea na bocznym trakcie ob\'b3ok kurzawy.\par
+\f0\par
+- \f1 A kto ich znaje!.. Pewno zwitki\'9c *) pany! - odburkn\'b9\'b3 furman, kt\'f3ry zlaz\'b3szy tak\'bfe z koz\'b3a i poprawiaj\'b9c uprz\'b9\'bf u koni, cz\'eastowa\'b3 w\'b3a\'9cnie jednego z nich energicznem w pysk uderzeniem.\par
+[*) Sk\'b9dsi\'9c.]\par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawski nie zauwa\'bfy\'b3 tego zn\'eacania si\'ea nad ulubionymi dot\'b9d przeze\'f1 ko\'f1mi...\par
+\f0\par
+\f1 - Dlaczego pany? - spyta\'b3 z roztargnieniem, a p\'f3\'9fniej zaraz w tym samym j\'eazyku dorzuci\'b3: - A, prawda, poznajesz po turkocie...\par
+\f0\par
+\f1 Odmienny bowiem rzeczywi\'9ccie od furkotu k\'f3\'b3 bryki, czy te\'bf innego poja\'9fdziku, st\'b3umiony, jednostajny i nieco g\'b3uchy przerywa\'b3 cisz\'ea przestrzeni turkot powozowy, regularny. Niebawem te\'bf zgrabny faeton wy\'b3oni\'b3 si\'ea z ob\'b3ok\'f3w py\'b3u; konie siwe, w angielskich szorach, zaprz\'ea\'bfone w leje, i dwoje ludzi siedz\'b9cych na ko\'9fle, ubranych w libery\'ea granatow\'b9, ze z\'b3oty\f0 mi guzikami.\par
+\par
+\f1 Zaprz\'b9g w par\'ea minut stan\'b9\'b3 przy mo\'9ccie. Krasnostawski wyda\'b3 okrzyk zdziwienia, taki sam drugi podpowiedzia\'b3 mu z zewn\'b9trz powozu i odemkn\'b9wszy z ha\'b3asem drzwiczki, wyskoczy\'b3 z niego zapylony \'a3ady\'bfy\'f1ski.\par
+\f0\par
+\f1 - No, goni\'b3em pana, ale nie spodziewa\'b3em si\'ea, \'bfe go z\'b3api\'ea! - za\'9cmia\'b3 si\'ea weso\'b3o pan Emil i u\'9ccisn\'b9\'b3 wyci\'b9gni\'eat\'b9 d\'b3o\'f1 Krasnostawskiego.\par
+\f0\par
+\f1 - Witam, witam!.. - ci\'b9gn\'b9\'b3 dalej. - C\'f3\'bf to, bu\'b3anki kaprysz\'b9 i przez most nie chc\'b9 przej\'9c\'e6? Obserwowa\'b3em... no, siadaj pan ze mn\'b9; zobaczysz, jak hrabiowskie angliki przejd\'b9 spokojnie.\par
+\f0\par
+\f1\'a3ady\'bfy\'f1ski poci\'b9gn\'b9\'b3 Krasnostawskiego do powozu.\par
+\f0\par
+\f1 - C\'f3\'bf to, pan tak\'bfe na kolej, czy tylko po mnie? - u\'9cmiechn\'b9\'b3 si\'ea Krasnostawski, nieco zmieszany i zaskoczony widokiem pana Emila.\par
+\f0\par
+\f1 - Wyje\'bfd\'bfam - odrzek\'b3 ten\'bfe kr\'f3tko, i dorzuci\'b3 swobodnie, zauwa\'bfywszy wyraz twarzy m\'b3odego cz\'b3owieka: - Nie b\'f3j si\'ea pan, nie trw\'f3\'bf!.. Nie my\'9cl\'ea wcale i nie mam polecenia zawraca\'e6 pana z drogi do dawnych obowi\'b9zk\'f3w... Przeciwnie, mojem zdaniem czynisz pan bardzo dobrze, i\'bf rzucasz te k\'b9ty...\par
+\f0\par
+\f1 W Gowartowie nie doszed\'b3by\'9c nigdy do niczego, a szkoda m\'b3odo\'9c\'e6 swoj\'b9 zamyka\'e6 tu i traci\'e6!..\par
+\f0\par
+\f1 I \'a3ady\'bfy\'f1ski wyci\'b9gn\'b9\'b3, przy tych s\'b3owach, r\'eak\'ea do Krasnostawskiego, a \'9ccisn\'b9wszy j\'b9 silnie, rzek\'b3 jeszcze.\par
+\f0\par
+\f1 - Powinszowa\'e6 mog\'ea tylko, \'bfe\'9c si\'ea pan otrz\'b9s\'b3 ze skrupu\'b3\'f3w, i \'bfyczy\'e6 powodzenia na przysz\'b3o\'9c\'e6!.. \par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawski sk\'b3oni\'b3 si\'ea, milcz\'b9c. Pan Emil za\'9c, przechodz\'b9c natychmiast na inny temat, ju\'bf m\'f3wi\'b3:\par
+\f0\par
+\f1 - Wiesz pan co?.. Siadaj pan ze mn\'b9!.. Mam panu X rzeczy ciekawych do opowiedzenia. C\'f3\'bf, zgoda?\par
+\f0\par
+Krasnostawsk\f1 i us\'b3ucha\'b3; bryka cofn\'ea\'b3a si\'ea nieco, a pow\'f3z, przejechawszy spokojnie przez mostek, potoczy\'b3 si\'ea zn\'f3w r\'f3wno i szybko dalej.\par
+\f0\par
+\f1 - S\'b3u\'bf\'ea panu! - rzeki \'a3ady\'bfy\'f1ski, cz\'eastuj\'b9c Krasnostawskiego cygarem. Zapalili...\par
+\f0\par
+\f1 Opar\'b3szy si\'ea wygodnie o poduszki i zaci\'b9gn\'b9wszy cygarem, pan Emil rzek\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 - Nadstawiaj pan uszu!... Tandem t\'eady, zaczynam...\par
+\f0\par
+\f1 - S\'b3ucham, s\'b3ucham! - potwierdzi\'b3 m\'b3odzieniec, kontent w duszy, \'bfe go co\'9c, cho\'e6 na chwil\'ea, odrywa od smutnych my\'9cli.\par
+\f0\par
+\f1 - Przedstaw pan sobie zatem, panie kochany, \'bfe jeste\'9c w teatrze na jednoaktowej szaradzie. Uwa\'bfa pan: sza - ra - dzie...\par
+\f0\par
+\f1 Rzecz dzieje si\'ea, m\'f3wi\'b9c w\'b3a\'9cciwym stylem, za naszych czas\'f3w, na Ukrainie, w Szcz\'easnojej, maj\'b9tku grafa Topola - Topolskiego. Popo\'b3udniowa, przedobiednia godzina - cisza... Pa\'b3ac pogr\'b9\'bfony w milczeniu... W tej samej jednak chwili stoj\'b9cy na ganku strzelec, w pokornym zgi\'eaty uk\'b3onie, podaje co\'9c m\'ea\'bfczy\'9fnie, ubranemu w smoking. M\'f3wi\'b9c nawiasem to ja - u\'9cmiechn\'b9\'b3 si\'ea pan Emil, po chwili ci\'b9gn\'b9\'b3 dalej:\par
+\f0\par
+\f1 - Kurtyna spada, nast\'eapuje ods\'b3ona druga: Sala portretowa jadalna, do sto\'b3u zasiada ze trzydzie\'9cci eleganckich os\'f3b... Jedno tylko krzes\'b3o wolne... Wchodzi ten sam m\'ea\'bfczyzna w smokingu, trzymaj\'b9c co\'9c w r\'eaku. Wita tam i \'f3wdzie os\'f3b par\'ea, zbli\'bfa si\'ea do m\'b3odej nadobnej damy i wr\'eacza jej z uk\'b3onem portfel, m\'f3wi\'b9c co\'9c obja\'9cniaj\'b9co... Nagle siedz\'b9cy obok sam "graf" zrywa si\'ea od sto\'b3u, jak oparzony, i robi\'b9c arcyg\'b3upi\'b9 min\'ea, wpatruje si\'ea w portfel... Zaintrygowanie og\'f3lne, sytuacya jednak wyja\'9cnia si\'ea wkr\'f3tce...\par
+\f0\par
+\f1 W tej chwili spojrzawszy na zas\'b3uchanego towarzysza, pan Emil roz\'9cmia\'b3 si\'ea serdecznie.\par
+\f0\par
+\f1 - No, dosy\'e6 ma ju\'bf pan tych efekt\'f3w scenicznych, doko\'f1cz\'ea panu zatem t\'ea szarad\'ea zwyczajnemi tylko s\'b3owy...\par
+\f0\par
+\f1 - Dziwi pana zapewne - m\'f3wi\'b3 dalej, - arcyg\'b3upia mina Topolsia, gdy ujrza\'b3 portfel, z po\'b3yskuj\'b9c\'b9 koron\'b9, symbolem jego wielko\'9cci!..\par
+\f0\par
+\f1 - Ot\'f3\'bf w tem ma si\'ea rzecz ca\'b3a, \'bfe portfel ten nie Dzier\'bfymirskiego, i nie jego pieni\'b9dze, ani pani Oli, lecz, ni plus ni minus, tylko Topolskiego...\par
+\f0\par
+\f1 - Nie mo\'bfe by\'e6! - wykrzykn\'b9\'b3 Krasnostawski, szczerze zdziwiony.\par
+\f0\par
+- N\f1 o, c\'f3\'bf! szarada dobra... co? - rzuci\'b3 weso\'b3o \'a3ady\'bfy\'f1ski.\par
+\f0\par
+\f1 - Niez\'b3a - u\'9cmiechn\'b9\'b3 si\'ea z kolei m\'b3odzieniec - bo dot\'b9d przynajmniej nic a nic jej nie rozumiem. \par
+\f0\par
+\f1 - Cierpliwo\'9cci! Zaraz pan pojmiesz wszystko - uspakaja\'e6 zacz\'b9\'b3 pan Emil swego s\'b3uchacza.\par
+\f0\par
+- Zapal\f1 i\'e6 musimy poprzednio cygara, bo i pa\'f1skie zgas\'b3o, nieprawda\'bf? - rzek\'b3 w \'9clad za tem, a wydobywszy zapa\'b3ki, zapali\'e6 jedn\'b9 z nich usi\'b3owa\'b3, lecz wietrzyk swawolny zgasi\'b3 mu j\'b9 i nast\'eapnych kilka. - Sapristi! - zakl\'b9\'b3 z cicha. - Sta\'f1cie-no, hej! tam! - krzykn\'b9\'b3 na furmana.\par
+\f0\par
+\f1 Konie zatrzymane stan\'ea\'b3y; wspomagany przez m\'b3odego plenipotenta, \'a3ady\'bfy\'f1ski zapali\'b3 wreszcie cygaro, a podni\'f3s\'b3szy g\'b3ow\'ea, spojrza\'b3 przed siebie.\par
+\f0\par
+\f1 - C\'f3\'bf to? Wy\'bfyczpol? - zapyta\'b3 s\'b3u\'bfby.\par
+\f0\par
+\f1 - A tak, prosz\'ea ja\'9cnie pana! - potwierdzi\'b3 lokaj, zdejmuj\'b9c liberyjn\'b9 czapk\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 - Tiens, tiens, widzi pan jak to czas leci - zwr\'f3ci\'b3 si\'ea do Krasnostawskiego; - za jakie p\'f3\'b3 godziny b\'eadziemy na stacyi, patrz pan, - i wskaza\'b3 r\'eak\'b9 krajobraz.\par
+\f0\par
+\f1 B\'b3yszcz\'b9c w mroku, l\'9cni\'b3a si\'ea opodal wst\'eaga rzeki, na g\'f3rze malowniczo rozrzucone do\'9c\'e6 du\'bfe miasteczko mruga\'b3o dziesi\'b9tkami \'9cwiate\'b3ek...\par
+\f0\par
+\f1 - Jecha\'e6! - rozkaza\'b3 \'a3ady\'bfy\'f1ski.\par
+\f0\par
+\f1 Pow\'f3z ruszy\'b3; pan Emil, po chwili milczenia, przem\'f3wi\'b3 nagle:\par
+\f0\par
+\f1 - Przepraszam stokrotnie, \'bfe widz\'b9c ciekawo\'9c\'e6 w oczach pa\'f1skich, nie ko\'f1cz\'ea opowiadania... Pozwolisz pan, \'bfe mu zadam dwa pytania: czy masz pan dobr\'b9 pami\'ea\'e6 i dok\'b9d pan jedziesz?\par
+\f0\par
+\f1 - Jad\'ea do rodzinnego miasta, a pami\'ea\'e6 mam wyborn\'b9! - u\'9cmiechn\'b9\'b3 si\'ea Krasnostawski.\par
+\f0\par
+\f1 - Ot\'f3\'bf to - bardzo dobrze. Napisa\'b3em, bo widzi pan, list do Romana, ze szczeg\'f3\'b3owym opisem tego, co teraz tu opowiadam. Mam pami\'ea\'e6 jednak fataln\'b9... Zapomn\'ea listu wrzuci\'e6 na pewno! M\'f3j panie kochany, we\'9f go i wrzu\'e6 na dworcu... C\'f3\'bf, dobrze? Przy tych s\'b3owach, \'a3ady\'bfy\'f1ski wyj\'b9\'b3 pospiesznie z surduta gruby list i poda\'b3 go Krasnostawskiemu. Ten machinalnie schowa\'b3 go do kieszeni, gdzie spoczywa\'b3o i jego do Romana pismo.\par
+\f0\par
+\f1 - No, wi\'eac ko\'f1cz\'ea!.. - zaci\'b9gaj\'b9c si\'ea dymem, rzek\'b3 pan Emil.\par
+\f0\par
+\f1 - S\'b3ucham i to bardzo ciekawie - przerwa\'b3 z zainteresowaniem Krasnostawski.\par
+\f0\par
+\f1 - Dziwi\'b3 wi\'eac pana fakt, - ci\'b9gn\'b9\'b3 \'a3ady\'bfy\'f1ski - \'bfe pugilares i tysi\'b9czki s\'b9 w\'b3asno\'9cci\'b9 hrabicza, cho\'e6 znalaz\'b3y si\'ea w szufladzie Romka?.. W tem s\'eak w\'b3a\'9cnie, \'bfe Topolski dzi\'9c dopiero przekona\'b3 si\'ea, i\'bf s\'b9 one w innem, ni\'bf przypuszcza\'b3, r\'eaku.\par
+\f0\par
+\f1 Wyobra\'9f pan sobie bowiem, jaki by\'b3 przebieg zguby tych pieni\'eadzy...\par
+\f0\par
+\f1 - Temu lat sze\'9c\'e6, czy o\'9cm, Topolski mia\'b3 przyjaci\'f3\'b3k\'ea w teatralnych sferach.. Ot\'f3\'bf pewnego wieczora, zaprzysi\'eagaj\'b9c sobie w duszy uroczy\'9ccie, \'bfe pu\'9cci w tr\'b9b\'ea swoj\'b9 magnifik\'ea, idzie Topolski do niej na ostatnie randez vous... Naturalnie w kieszeni kilka tysi\'b9czk\'f3w maj\'b9c w zapasie - \'a3ady\'bfy\'f1ski urwa\'b3, za\'9cmia\'b3 si\'ea i pu\'9cciwszy z ust k\'f3\'b3ko dymu, m\'f3wi\'b3 dalej.\par
+\f0\par
+\f1 - Lecz i tym razem spotyka pana na Szcz\'easnojej niepowodzenie... Nadobna c\'f3ra Melpomeny nie chce nawet s\'b3ysze\'e6 o rozstaniu... Scena wi\'eac z tego naturalnie, p\'b3acze! On przeprasza - ona w ko\'f1cu daje si\'ea przeb\'b3aga\'e6 - amor vincens tuszuje wreszcie wszystko!..\par
+\f0\par
+\f1 Pan Emil odsapn\'b9\'b3 - i swobodnie po chwili ci\'b9gn\'b9\'b3 dalej:\par
+\f0\par
+\f1 - Nad ranem, z mi\'b3o\'9cci\'b9 gruntownie odegrzan\'b9 w sercu, przysi\'eagaj\'b9c sobie, i\'bf przyjaci\'f3\'b3ki nie porzuci nigdy, powraca Topolski do siebie... Nagle, dotkn\'b9wszy si\'ea kieszeni surduta, nie znajduje tam - pugilaresu! Ona, ta nieprzejednana, zagra\'b3a z nim komedy\'ea; za ma\'b3o jej by\'b3o dziewi\'eaciu tysi\'eacy, kt\'f3re jej pono dawa\'b3, najbezczelniej okrad\'b3a go wi\'eac, po prostu na ca\'b3e dwadzie\'9ccia i siedm, znajduj\'b9ce si\'ea w portfelu.\par
+\f0\par
+\f1 Topolski jednak wobec powy\'bfszego faktu, po g\'b3\'eabszem wnikni\'eaciu w siebie, decyduje, \'bfe b\'b9d\'9f co b\'b9d\'9f pozby\'b3 si\'ea baby...\par
+\f0\par
+\f1 Oddychaj\'b9c zatem pe\'b3n\'b9 piersi\'b9 - swobodny wyje\'bfd\'bfa do d\'f3br swych "krzy\'bfyk na \'9cwi\'9cni\'eatym pugilaresie postawiwszy" - jak powiedzieliby bracia nasi, Litwini...\par
+\f0\par
+\f1 Tu pan Emil przerwa\'b3 opowie\'9c\'e6 raz jeszcze, zapali\'b3 na nowo zgas\'b3e cygaro i ko\'f1czy\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 - Od tej chwili min\'ea\'b3o lat o\'9cm, a tych dwoje nie widzia\'b3o si\'ea wcale.\par
+\f0\par
+\f1 Sko\'f1czy\'b3em...\par
+\f0\par
+\f1\'a3ady\'bfy\'f1ski odetchn\'b9\'b3 i umilk\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 - Dzi\'eakuj\'ea panu za opowiadanie - po\'9cpieszy\'b3 z odpowiedzi\'b9, Krasnostawski. - Rzeczywi\'9ccie, szarada prawdziwa... Ale w Szcz\'easnojej zdziwienie by\'b3o wielkie?\par
+\f0\par
+\f1 - Ogromne! - odpar\'b3 pan Emil. - Notabene, wyobra\'9f pan sobie, w Szcz\'easnojej pe\'b3no go\'9cci... Mieszka tam wi\'eac stale: primo jaka\'9c powa\'bfna wielce krewna Topolskiego, zapewne dlatego, by do kawalerskiej siedziby pana na Szcz\'easnojej mog\'b3y przybywa\'e6 i damy; secundo, pr\'f3cz m\'easkiego towarzystwa, przyby\'b3ego niespodzianie z kolei dzi\'9c z rana - a w kt\'f3rych to gronie nie brakowa\'b3o i jednego prezesa, spo\'b3ecznego kole\'bfki Romana - znajdowa\'b3o si\'ea te\'bf w siedzibie Topolska kilka os\'f3b, kt\'f3re przyjecha\'b3y specyalnie do naszych: pa\'f1, z kondolency\'b9 po po\'bfarze.\par
+\f0\par
+\f1 Wi\'eac powiadam panu! - m\'f3wi\'b3 weso\'b3o dalej \'a3ady\'bfy\'f1ski - gdy to co m\'f3wi\'b3em, nam, m\'ea\'bfczyznom, opowiedzia\'b3 Topolski po kolacyi przy cygarze, i kiedy wiadomo\'9c\'e6 ta do pa\'f1 si\'ea przedosta\'b3a, Topolski zosta\'b3 bohaterem dnia!..\par
+\f0\par
+- No, a pani Ola nic o istnieniu tego portf\f1 elu nie wiedzia\'b3a?\par
+\f0\par
+\f1 - Ale\'bf, nic zupe\'b3nie! - podchwyci\'b3 \'a3ady\'bfy\'f1ski. Tem wi\'eaksze zaintrygowanie, domys\'b3y!.. Wszyscy, a szczeg\'f3lniej panie, wsiad\'b3y na mnie, bym natychmiast opisa\'b3 to wszystko Romanowi, chcia\'b3y nawet, bym specyalnie w tej sprawie pojecha\'b3 do niego... Prezes za\'9c, ksi\'b9\'bfe Szyd\'b3owiecki, zrobi\'b3 nawet w li\'9ccie moim dopisek, \'bfeby Romek powiadomi\'b3 go telegraficznie o swym przyje\'9fdzie, to on wyprawi w\'f3wczas raut na cze\'9c\'e6 jego i Topolskiego, jako bohater\'f3w tej zagadkowej sprawy... Jednem s\'b3owem, powiada\f0 m panu - komedya...\par
+\par
+\f1\'a3ady\'bfy\'f1ski m\'f3wi\'e6 przesta\'b3, strzepuj\'b9c popi\'f3\'b3 z cygara. Lecz trwa\'b3o to kr\'f3tko...\par
+\f0\par
+\f1 Rozmowa wkr\'f3tce potoczy\'b3a si\'ea znowu b\'b3yskotliwa, lekka...\par
+\f0\par
+\f1 A pow\'f3z tymczasem dudni\'b3 w\'b3a\'9cnie teraz po mo\'9ccie, rzuconym przez rzek\'ea, i wtoczy\'b3 si\'ea w w\'b9skie brudne uliczki \'bfydowskiego miasteczka; niebawem wymin\'b9\'b3 je i znalaz\'b3 si\'ea na szerokim trakcie, prowadz\'b9cym do kolejowego dworca.\par
+\f0\par
+\f1 Jednocze\'9cnie w oddali ukaza\'b3y si\'ea trzy gorej\'b9ce \'9cwiat\'b3a: - to poci\'b9g zbli\'bfa\'b3 si\'ea ju\'bf do stacyi. Pierwszy dojrza\'b3 go Krasnostawski. Si\'eagn\'b9\'b3 szybko po zegarek i spojrza\'b3:\par
+\f0\par
+\f1 - Oho, ju\'bf po dziewi\'b9tej! to pa\'f1ski poci\'b9g... \par
+\f0\par
+\f1 - Do djaska! - z\'bfymn\'b9\'b3 si\'ea pan Emil i - wyt\'ea\'bfy\'b3 wzrok w kierunku poci\'b9gu.\par
+\f0\par
+\f1 - Janie! galopem! - krzykn\'b9\'b3, zwracaj\'b9c si\'ea energicznie do furmana... Dam ci na mohorycz... nocowa\'e6 tu ani my\'9cl\'ea!.. Mo\'bfe zd\'b9\'bfymy! Jazda, a ostro!..\par
+\f0\par
+\f1 Stangret trzasn\'b9\'b3 z bicza, czw\'f3rka pu\'9cci\'b3a si\'ea p\'eadem po g\'b3adkim szlaku.\par
+\f0\par
+\f1 Zziajane ju\'bf konie, galopuj\'b9c, sapa\'b3y i tak dojechano a\'bf pod sztachety drewniane, okalaj\'b9ce stacy\'ea... Tu pe\'b3no ju\'bf by\'b3o woz\'f3w, bryk, obywatelskich czw\'f3rek, oczekuj\'b9cych na swych pan\'f3w.\par
+\f0\par
+\f1 Gdy elegancki ekwipa\'bf pana Emila wtoczy\'b3 si\'ea na brukowany placyk przed stacy\'b9, jednocze\'9cnie na platformie rozleg\'b3 si\'ea dzwonek i wpad\'b3 tam, z hukiem poci\'b9g, zatrzymuj\'b9cy si\'ea tu tylko par\'ea \f0 minut. \par
+\par
+\f1 - Zuch z ciebie! - pochwali\'b3 \'a3ady\'bfy\'f1ski furmana, i rzuciwszy mu p\'f3\'b3imperya\'b3a, wyskoczy\'b3 szybko. Rzeczy, przytwierdzone za powozem, odwi\'b9zywano ju\'bf; dwaj panowie, zarz\'b9dziwszy po\'9cpiech, pobiegli do sali.\par
+\f0\par
+\f1 Tu ruch panowa\'b3 nielada..\par
+\f0\par
+\f1 Pasa\'bferowie przyjezdni wysypywali si\'ea z wagon\'f3w i t\'b3oczyli do wn\'eatrza dworca; jad\'b9cy kupowali bilety, s\'b3u\'bfba kolejowa nosi\'b3a r\'eaczne baga\'bfe, zdawa\'b3a kufry, biega\'b3a gor\'b9czkowo, kr\'eaci\'b3a si\'ea, jak w ukropie.\par
+\f0\par
+\f1 Przecisn\'b9wszy si\'ea energicznie przez t\'b3um, pan Emil zdoby\'b3 bilet pierwszej klasy i w minut\'ea potem, wychylony z wagonowego okna, rozmawia\'b3 z \'bfegnaj\'b9cym go Krasnostawskim.\par
+\f0\par
+\f1 Uderzy\'b3 trzykrotnie dzwonek, konduktor gwizdn\'b9\'b3, lokomotywa odpowiedzia\'b3a mu przeci\'b9gle - poci\'b9g ruszy\'b3 powoli z miejsca.\par
+\f0\par
+- Do widzenia!... Powodz\f1 enia na nowej drodze \'bfycia!..- m\'f3wi\'b3 pan Emil, u\'9cmiechaj\'b9c si\'ea przyja\'9fnie, serdecznie \'9cciskaj\'b9c d\'b3o\'f1 Krasnostawskiego.\par
+\f0\par
+\f1 Ten ostatni za\'9c, widocznie pod wp\'b3ywem jakiej\'9c nag\'b3ej my\'9cli, pu\'9cci\'b3 szybko r\'eak\'ea \'a3ady\'bfy\'f1skiego, sk\'b3oni\'b3 si\'ea, i wydobywszy szybko z kieszeni dwa listy, podbieg\'b3 ku uchodz\'b9cemu wagonowi pocztowemu. Dogoni\'b3 go i zr\'eacznie wrzuci\'b3 w otw\'f3r w\'b3a\'9cciwy oba pisma.\par
+\f0\par
+\f1 - Addio... dzi\'eakuj\'ea! - pos\'b3ysza\'b3 jeszcze g\'b3os pana Emila, i poci\'b9g znik\'b3 niebawem. \par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawski pozosta\'b3 sam. Nast\'eapny poci\'b9g mia\'b3 przyj\'9c\'e6 ju\'bf wkr\'f3tce, poszed\'b3 wi\'eac do kasy, kupi\'b3 bilet, a wr\'f3ciwszy na platform\'ea, usiad\'b3 na \'b3aweczce samotny.\par
+\f0\par
+\f1 Zamy\'9cli\'b3 si\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 Poza nim zamyka\'b3 si\'ea teraz na zawsze jeden okres dotychczasowego jego \'bfycia.\par
+\f0\par
+\f1 P\'b3atny s\'b3uga bogatszych od siebie ludzi z\'bfy\'b3 si\'ea on jednak, zbrata\'b3 z ich \'bfyciem - z nimi... I po co?.. Po to, by obrachunek ten po\'bfycia wsp\'f3lnego zako\'f1czy\'e6 tak marnie?.. \par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawski pochyli\'b3 g\'b3ow\'ea, uj\'b9wszy j\'b9 w d\'b3onie. Jaki\'9c bunt mimowolny podnosi\'b3 si\'ea w nim przeciwko \'bfyciu, losowi i ironii jego.\f0\par
+\par
+\f1 Po co tu przyby\'b3 lat temu kilka, po co przywi\'b9za\'b3 si\'ea do tego cudzego k\'b9tka ziemi, po co tak gor\'b9co ukocha\'b3 Ol\'ea?\par
+\f0\par
+\f1 Dlaczego to wcielenie wdzi\'eaku, czaru, wiosny, mi\'b3o\'9cci i pi\'eakna, w osobie tej kobiety, stan\'ea\'b3o, jak cie\'f1 niepochwytne, na drodze jego \'bfyci\f0 a?..\par
+\par
+\f1 Krasnostawski pochyli\'b3 si\'ea bardziej jeszcze i d\'b3ugi czas pozosta\'b3 nieruchomy.\par
+\f0\par
+\f1 Nagle drgn\'b9\'b3 ca\'b3em cia\'b3em i podni\'f3s\'b3 g\'b3ow\'ea. Gwizd dono\'9cny przeszy\'b3 powietrze, na dworzec z hukiem, szumem, w k\'b3\'eabach pary wpad\'b3 poci\'b9g kuryerski.\par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawski pocz\'b9\'b3 szuka\'e6 miejsca w wagonach. Ulokowawszy si\'ea wreszcie, zbli\'bfy\'b3 si\'ea do okna wagonu i wyjrza\'b3.\par
+\f0\par
+\f1 Zamykano ju\'bf w\'b3a\'9cnie z po\'9cpiechem drzwiczki, w\'9cr\'f3d zgie\'b3ku rozlega\'b3 si\'ea trzeci dzwonek. \par
+\f0\par
+\f1 Krasnostawski ostatniem spojrzeniem smutnem obj\'b9\'b3 raz jeszcze wszystko i cofn\'b9\'b3 si\'ea w g\'b3\'b9b wagonu...\par
+\f0\par
+\f1 Zagra\'b3a w tej\'bfe chwili tr\'b9bka dro\'bfnika, mign\'ea\'b3y latarnie sygna\'b3\'f3w i poci\'b9g kuryerski znik\'b3, poch\'b3oni\'eaty cieniami nocy.\par
+\f0\par
+\f1 Na dworcu zago\'9cci\'b3 znowu spok\'f3j. Wszyscy rozeszli si\'ea teraz na dobre, pogaszono latarnie, a w oknach stacyi niebawem r\'f3wnie\'bf znik\'b3y \'9cwiat\'b3a.\par
+\f0\par
+\f1 Na bagnach ch\'f3r \'bfabi gra\'b3 tylko sw\'b9 pie\'9c\'f1 jednostajn\'b9 gdzie\'9c w dali, w pobliskim lesie s\'b3ysze\'e6 si\'ea dawa\'b3y jakie\'9c, szmery i senna noc cicha, zasiad\'b3szy, jak kr\'f3lowa, na tronie z tkanego z\'b3otem szafiru - rozpostar\'b3a panowanie nad \'9cwiatem...\par
+\f0\par
+\f1 Cisza zupe\'b3na zaw\'b3adn\'ea\'b3a okolic\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 Mierz\'b9c tylko mkn\'b9cy chy\'bfo czas, olbrzymi zegar stacyjny wydzwania\'b3 godziny miarowo...\par
+\f0\par
+\f1 W milczeniu og\'f3lnem, jak szept cz\'b3owieka, g\'b3os jego odzywa\'b3 si\'ea bezustannie:\par
+\f0\par
+Tik - tak! tik - tak! tik - tak!..\par
+\par
+-------------\par
+\par
+\f1 W centrum Medyolanu, na placu "Del Duomo," w powodzi jaskrawych promieni upalnego, ko\'f1cz\'b9cego si\'ea ju\'bf popo\'b3udnia, leniwie snu\'b3y si\'ea po chodnikach sylwetki niezbyt licznych przechodni\'f3w, kryj\'b9c si\'ea od s\'b3o\'f1ca pod kolumny frontowe i oszklon\'b9 galery\'ea "Vittorio Emanuele."\par
+\f0\par
+\f1 Woko\'b3o klomb\'f3w, zajmuj\'b9cych \'9crodek placu, i otaczaj\'b9cych stoj\'b9cy tam pomnik, kr\'eaci\'b3y si\'ea jednostajnie elektryczne tramwaje, dzwoni\'b9c co chwila, rozbiegaj\'b9c si\'ea i gin\'b9c w sieci ulic miasta, sam za\'9c na koniu majestatyczny Wiktor Emanuel II, z br\'b9zu, z piedesta\'b3u pomnika, wpatrywa\'e6 si\'ea zdawa\'b3 ciekawie w otwarte drzwi kr\'f3luj\'b9cego tu na placu katedralnego tumu, poci\'b9gaj\'b9cego z oddali tajemnicz\'b9 wej\'9ccia g\'b3\'eabin\'b9... Koronkowej roboty marmurowe jego \'9cciany, dach, kilkadziesi\'b9t wie\'bfyc i zdobi\'b9ce go statuy, w liczbie oko\'b3o dw\'f3ch tysi\'eacy, wznosi\'b3y si\'ea dumnie, i wystrzela\'b3y wysoko w niebo w\'b3oskie, szafirowe, czyste, zadziwiaj\'b9c misternem wyko\'f1czeniem, daj\'b9c sob\'b9 najlepsze nie\'9cmiertelne \'9cwiadectwo genialnej pracy cz\'b3owieka.\par
+\f0\par
+Po marmurow\f1 ych stopniach schod\'f3w tej okaza\'b3ej, gotyckiej katedry, mog\'b9cej w swojem wn\'eatrzu pomie\'9cci\'e6 do 40,000 ludzi, co chwila wchodzi\'b3 kto\'9c do jej \'9crodka, lub wychodzi\'b3 na ulic\'ea - z koj\'b9cej ciszy \'9cwi\'b9tyni wpadaj\'b9c nagle w ha\'b3a\'9cliwy wir miasta, i natr\'eactwo jego mieszka\'f1c\'f3w, w osobie spaceruj\'b9cego po trotuarze tu\'bf ko\'b3o tumu przekupnia, cisn\'b9cego w r\'eace ka\'bfdemu gwa\'b3tem mozaikowe wyroby weneckie.\par
+\f0\par
+\f1 - Uno liro, signore, solamente uno liro! - na p\'f3\'b3 rozpaczliwym, na p\'f3\'b3 przekonywaj\'b9cym g\'b3osem napiera\'b3 si\'ea w\'b3a\'9cnie ten ostatni, \'9cniady W\'b3och, o przebieg\'b3em spojrzeniu, i trzymaj\'b9c w r\'eaku jak\'b9\'9c podejrzanej roboty broszk\'ea, zagradza\'b3 drog\'ea m\'b3odemu m\'ea\'bfczy\'9fnie, wst\'eapuj\'b9cemu, w zamy\'9cleniu; po stopniach katedry.\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski przystan\'b9\'b3; podni\'f3s\'b3 g\'b3ow\'ea, i spojrza\'b3 w oczy natr\'eatowi, a \'bfachn\'b9wszy si\'ea niecierpliwie, rzuci\'b3 mu co\'9c energicznie po w\'b3osku. Przest\'b9piwszy pr\'f3g ko\'9ccio\'b3a, zdj\'b9\'b3 kapelusz i odetchn\'b9\'b3 z ulg\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 Przyjemnym ch\'b3odem w przeciwstawieniu do panuj\'b9cego na dworze upa\'b3u; powia\'b3o na\'f1 z wn\'eatrza tumu i milczeniem skupionem, powagi i - majestatu pe\'b3nem... Cie\'f1, pustka i tajemniczo\'9c\'e6 niewyt\'b3umaczona obj\'ea\'b3y go zarazem niepodzielnie. W ciszy; po mozaykowej posadzce, z marmuru, dono\'9cnie, rozleg\'b3y si\'ea kroki Romana.\par
+\f0\par
+\f1 Poza amfilad\'b9 52 kolumn olbrzymich, kolos\'f3w, szesna\'9ccie krok\'f3w ka\'bfda obchodu maj\'b9cych - w perspektywie, daleko, widnia\'b3 wielki o\'b3tarz, ch\'f3r i rz\'eady plecionych krzese\'b3ek \'9cwieci\'b3y przy\'e6mionym blaskiem kolorowe szk\'b3a okien, ponad g\'b3ow\'b9 za\'9c Dzier\'bfymirskiego, opieku\'f1czo jakby, wznosi\'b3y si\'ea marmurowo wynios\'b3e gotyckie arkady; z wierzcho\'b3k\'f3w kolumn, zdobi\'b9c je grupami ka\'bfd\'b9 z osobna, patrzy\'b3y na niego dziesi\'b9tki statuetek ma\'b3ych...\par
+\f0\par
+\f1 Odblask s\'b3oneczny dotkn\'b9\'b3 delikatnie pi\'eaknych rys\'f3w przybysza, jego smag\'b3ych policzk\'f3w, wypuk\'b3ego czo\'b3a, i o\'9cwietli\'b3 je przelotnie.. Ra\'bfony \'9cwiat\'b3em w oczy, Roman usun\'b9\'b3 si\'ea w cie\'f1, i spu\'9cciwszy g\'b3ow\'ea na piersi, zaduma\'b3 si\'ea g\'b3\'eaboko.\par
+\f0\par
+\f1 Godzin temu dwie zaledwie odebra\'b3 jednocze\'9cnie dwa listy...\par
+\f0\par
+\f1 Pierwszy od Emila \'a3ady\'bfy\'f1skiego, sarkastyczno - szyderski, opisuj\'b9cy mu szczeg\'f3\'b3owo i swobodnie fakt znalezienia pugilaresu, - powali\'b3 go w pierwszej chwili, niby uderzenie obucha.\par
+\f0\par
+\f1 Drugi, przepe\'b3ni\'b3 miar\'ea jeszcze!..\par
+\f0\par
+\f1 Ze s\'b3\'f3w tak szczerych, i\'bf nie mog\'b3y nasun\'b9\'e6 nawet momentalnej w\'b9tpliwo\'9cci, wyrwanych prosto z bolej\'b9cej duszy ludzkiej, dowiedzia\'b3 si\'ea Dzier\'bfymirski o zdradzie Oli...\par
+\f0\par
+Chwili tej nie zapomni do grobu!..\par
+\par
+\f1 Otch\'b3a\'f1, zda si\'ea, g\'b3\'eaboka i bezdenna rozwar\'b3a mu si\'ea pod stopami, dusi\'e6 go w gardle pocz\'ea\'b3o, w g\'b3owie powsta\'b3 zam\'eat - w piersiach dotkliwy b\'f3l!.. Wybieg\'b3 jak nieprzytomny na ulic\'ea... P\'f3\'b3ob\'b3\'b9kany prawie przyby\'b3 pod stopnie marmur\'f3w katedry po ukojenie...\par
+\f0\par
+\f1 Za progiem \'9cwi\'b9tyni, rzeczywi\'9ccie cudem po prostu jakim\'9c, powr\'f3ci\'b3a mu samowiedza i wzgl\'eadna r\'f3wnowaga umys\'b3owa..\par
+\f0\par
+\f1 I oto teraz Roman porz\'b9dkowa\'e6 zaczyna uci\'b9\'bfliwie my\'9cli. Wzrok jego machinalnie b\'b3\'b9dzi po wspania\'b3ych freskach, z dzie\'b3ami mistrz\'f3w, o\'b3tarzach, marmurowych rze\'9fbach i pomnikach, zatrzymuje si\'ea instynktownie na siedmioramiennym kandelabrze olbrzymim, kosztownej roboty, w kszta\'b3cie drzewa... Potem oczy jego spoczywaj\'b9 bezmy\'9clnie na kopule, przed ch\'f3rem i znajduj\'b9cej si\'ea pod ni\'b9 podziemnej kaplicy \'9cwi\'eatego Karola Boromeusza, ozdobionej bogato drogimi kamieniami i z\'b3otem...\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski si\'eaga nagle do kieszeni i wyjmuje otrzymane listy... usi\'b3uje przeczyta\'e6 je po raz wt\'f3ry..\f0 .\par
+\par
+\f1 Przed nim, prze\'9cwiecane b\'b3y\'9cni\'eaciem s\'b3o\'f1ca, zmatowanym blaskiem \'b3agodnie \'9cwiec\'b9 w zmierzchach katedry wspania\'b3e trzy okna ch\'f3ru, jak m\'f3wi\'b9, najwi\'eaksze na \'9cwiecie ca\'b3ym.\par
+\f0\par
+\f1 Niby \'bfywe, patrz\'b9 na Romana z okiennych witryn miniaturowe postacie \'9cwi\'eatych; malowane barwnie na szkle, na ma\'b3ych kwadratowych tafelkach - 350 obok siebie reprodukcyj scen religijnych, wzorowanych na najs\'b3awniejszych mistrzach wychyla si\'ea, p\'b3onie setkami kolor\'f3w i cieni...\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski wypuszcza listy z r\'eaki i ukrywa twarz w d\'b3onie\f0 ...\par
+\par
+\f1 Pod wp\'b3ywem bowiem jednego rzutu oka tylko na pisma, cierpienie bezbrze\'bfne i rozpacz t\'b3ocz\'b9c\'b9 fal\'b9 zalewaj\'b9 mu dusz\'ea...\par
+\f0\par
+\f1 Wi\'eac zdradzi\'b3a go!.. Zdradzi\'b3a nikczemnie, dla zmys\'b3owego upojenia - dla sza\'b3u!.. Zdepta\'b3a jego mi\'b3o\'9c\'e6, uczucia, oszuka\'b3a go - zapomnia\'b3a!..\par
+\f0\par
+\f1 Wi\'eac takim ironii zgrzytem nagradza jego los szyderca, za to, co dla kobiety tej niegdy\'9c uczyni\'b3!..\par
+\f0\par
+\f1 Ale\'bf on dla niej przecie\'bf po\'9cwi\'eaci\'b3 wszystko!.. Siebie odda\'b3!.. Sw\'b9 cze\'9c\'e6, uczciwo\'9c\'e6 - sumienie!.. \par
+\f0\par
+\f1 - Przez ciebie wszystko tom uczyni\'b3, przez ciebie! - g\'b3uchy j\'eak unosi pier\'9c m\'ea\'bfczyzny. - O, Olu!.. Olu!.. przez ciebie!..\par
+\f0\par
+I milknie skarga...\par
+\par
+\f1 A potem niezrozumia\'b3ego ju\'bf co\'9c co\'9c tylko, niedos\'b3yszalnego poczynaj\'b9 naraz szepta\'e6 cicho do siebie Dzier\'bfymirskiego usta.\par
+\f0\par
+\f1 Kl\'eaka i jakie\'9c b\'f3le i \'bfale p\'b3yn\'b9\'e6 si\'ea zdaj\'b9 pod strop milcz\'b9cego tumu, biegn\'b9 trwo\'bfnie pod wynios\'b3e jego arkady, odbijaj\'b9 si\'ea o statuy, rze\'9fby i pomniki - na kolana padaj\'b9 u o\'b3tarzy - lec\'b9, tam, gdzie\'9c wysoko... do Boga!..\par
+\f0\par
+\f1 Lecz oto nagle spok\'f3j \'9cwi\'b9tyni brutalnie przerwanym zostaj\f0 e...\par
+\par
+\f1 - Yes, yes, yes!.. - odzywa si\'ea co chwila i dowcipy francuskie wt\'f3ruj\'b9 angielszczy\'9fnie, - z przewodnikami Baedeker'a w r\'eaku przesuwa si\'ea tu\'bf ko\'b3o Romana garstka os\'f3b, z udanem znawstwem ogl\'b9daj\'b9c wszystkie zabytki tumu.\par
+\f0\par
+\f1 Gwarz\'b9c weso\'b3o, dziel\'b9 si\'ea tury\'9cci na dwie po\'b3owy. Jedna z nich zmierza zobaczy\'e6 wn\'eatrze kaplicy \'9cw. Karola Boromeusza, druga, pobrz\'eakuj\'b9c pieni\'eadzmi, kupuje niebawem prawo obejrzenia dachu katedry, przy stoliku, postawionym we wn\'eatrzu \'9cwi\'b9tyni, na prawo, w g\'b3\'eabi, u wej\'9ccia do prowadz\'b9cych tam\'bfe schod\'f3w.\par
+\f0\par
+\f1 Roman powstaje i z ko\'9ccio\'b3a uchodzi po\'9cpiesznie. Na ulicy wskakuje do doro\'bfki, i rzuca g\'b3o\'9cno jaki\'9c rozkaz wo\'9fnicy.\par
+\f0\par
+\f1 Powozik rusza... Stopniowo, coraz szybciej wymija ulice, uliczki, place targowe; staro\'bfytne ko\'9ccio\'b3y i pa\'b3ace... Ruch miejski woko\'b3o zmniejsza\'e6 si\'ea poczyna i pow\'f3z wje\'bfd\'bfa niebawem w szerok\'b9 alej\'ea, gdzie, opr\'f3cz biegn\'b9cych gdzieniegdzie tramwai, nie ma zgo\'b3a nikogo.\par
+\f0\par
+\f1 W \'9clad za tem r\'f3wnie\'bf roztwiera si\'ea perspektywa...\par
+\f0\par
+Poza obszernym placem, bieleje kwadrat wielkie\f1 j kolumnady, ziele\'f1 \'9cwie\'bfa ramuje j\'b9 wdzi\'eacznie. To ju\'bf miasto umar\'b3ych, - jeden z najpi\'eakniejszych w\'b3oskich pomnikowych cmentarzy, medyola\'f1skie "Cimitero Monumentale."\par
+\f0\par
+\f1 Pow\'f3z podje\'bfd\'bfa bli\'bfej nieco, Dzier\'bfymirski wysiada i id\'b9c piechot\'b9, kieruje si\'ea ku rysuj\'b9cej si\'ea teraz ca\'b3kiem ju\'bf wyra\'9fnie i okazale, cmentarnej kolumnadzie wej\'9cciowej. Krocz\'b9c za\'9c tak powoli, my\'9cli: Nareszcie... tu, u grobu matki, dadz\'b9 mi spok\'f3j przynajmniej ludzie!.. Tu zdob\'ead\'ea samotno\'9cci chwil\'ea z jej prochami tylko i z samym sob\'b9!..\f0\par
+\par
+\f1 Wst\'eapuj\'b9c po stopniach schod\'f3w, Dzier\'bfymirski znajduje si\'ea niebawem pod dachem kolumnady, kwadratowym frantom, ozdobionym wie\'bfycami, zamykaj\'b9cej z zewn\'b9trz widok i wej\'9ccie na cmentarz.\par
+\f0\par
+\f1 U st\'f3p Romana obecnie, w potokach s\'b3onecznych promieni, na tle zieleni gaju, bielej\'b9 setki marmur\'f3w, wystrzelaj\'b9 w niebo dziesi\'b9tki gotyckich wie\'bfyczek, mauzole\'f3w i pomnik\'f3w...\par
+\f0\par
+\f1 Nie patrz\'b9c nawet na nie, oboj\'eatny, Dzier\'bfymirski, skr\'eaca w lewo, a wzrok jego przesuwa si\'ea machinalnie po ma\'b3ych zadrukowanych tabliczkach marmurowych wprawionych g\'easto obok siebie w \'9ccian\'ea kolumnady, a oznaczaj\'b9cych miejsce trumienek, z popio\'b3ami nieboszczyk\'f3w.\par
+\f0\par
+\f1 I Roman w ten spos\'f3b dochodzi do k\'b9ta frontowego czworoboku, widz\'b9c za\'9c naprzeciw siebie mur, skr\'eaca, id\'b9c wci\'b9\'bf jeszcze pod dachem kolumnady, pos\'b3usznie, na prawo...\par
+\f0\par
+\f1 Zadumany, mija wprawiony w \'9ccian\'ea pomnik rodziny Volonte, pe\'b3ny artyzmu, pi\'eakny bardzo w oddaniu grozy i b\'f3lu...\par
+\f0\par
+\f1 Na cia\'b3o ju\'bf oto martwe pi\'eaknego m\'ea\'bfczyzny i le\'bf\'b9ce w po\'9ccieli na \'b3o\'bfu z kamienia, w zgi\'eaciu bolesnem postaci ca\'b3ej, rzucona w szale rozpaczy, kl\'eaczy m\'b3oda kobieta i ca\'b3uje drog\'b9 dla si\'ea twarz zmar\'b3ego... Ca\'b3uje, pie\'9cci w zapami\'eataniu \'9clepem, upojeniu strasznem, bo ostatniego, a nieodwo\'b3alnego ju\'bf po\'bfegnania!..\par
+\f0\par
+\f1 Roman, wszed\'b3szy po schodach bocznego skrzyd\'b3a kolumnady, jest ju\'bf na cmentarzu.\par
+\f0\par
+\f1 Idzie wolno, kieruj\'b9c si\'ea bezwiednie alej\'b9 znan\'b9, wiod\'b9c\'b9 ku mogile matczynej.\par
+\f0\par
+\f1 Wko\'b3o niego wznosz\'b9 si\'ea zewsz\'b9d wspania\'b3e grobowce: Verazzich, Sonzognich, Nasonich, Turatich, Brambillich, Pagnonich i innych w\'b3oskich rodzin i rod\'f3w. Pie\'9ccide\'b3ka kamieniarskiej, rze\'9fbiarskiej i budowlanej roboty, mauzolea, w kszta\'b3cie gotyckich kapliczek, z pi\'eaknymi o\'b3tarzykami, mozayk\'b9, obrazami i innemi ozdobami wewn\'b9trz \'9cliczne, odcinaj\'b9 si\'ea licznie na tle zieleni drzew cmentarza... Po wsze strony za\'9c, gdzie okiem rzuci\'e6 tylko, w tych wszystkich bia\'b3ych grobowych sylwetach pochwycony artystycznie, w kamie\'f1 martwy i marmury rze\'9fbiarskim d\'b3utem zakuty, dr\'bfy, zdawa\'b3o by si\'ea wsz\'eadzie... b\'f3l!..\par
+\f0\par
+\f1 S\'b3o\'f1ce, zni\'bfaj\'b9ce si\'ea ju\'bf stopniowo coraz bardziej, z\'b3oci teraz rz\'easi\'9ccie r\'f3j bia\'b3ych postaci... W pobli\'bfu Dzier\'bfymirskiego, z kraw\'eadzi od\'b3amu - na wp\'f3\'b3 obros\'b3ego zieleni\'b9, a doskonale imitowanej ska\'b3y g\'f3rskiej - z jej szczytu, iskrz\'b9cy si\'ea w blaskach s\'b3o\'f1ca, spogl\'b9da wynio\'9cle doko\'b3a wspania\'b3y orze\'b3 \f0 z bromu.\par
+\par
+\f1 To odznaczaj\'b9cy si\'ea od drugich oryginalno\'9cci\'b9 pomys\'b3u, grobowiec Poggich...\par
+\f0\par
+\f1 Dalej za\'9c nieco pomnik rodziny Rusconi; rze\'9fba kobiety, o oczach, pe\'b3nych wyrazu, wpatrzonej smutnie w dal, z testamentem nieboszczyka w r\'eaku, na kt\'f3rym wyryte widniej\'b9\f0 zapisy..\par
+\par
+\f1 W innej zn\'f3w stronie, wdowa w p\'f3\'b3le\'bf\'b9cej pozycyi, zap\'b3akana; twarzy jej nie wida\'e6 wcale - ukryta w d\'b3onie. Ca\'b3a posta\'e6 wyra\'bfa b\'f3l niezmierny.\par
+\f0\par
+\f1 W swej w\'9cr\'f3d grobowc\'f3w w\'eadr\'f3wce, Dzier\'bfymirski przystaje nagle... W zamy\'9cleniu - zb\'b3\'b9dzi\'b3... Oryentuj\'b9c si\'ea, zawraca, i ponownie mija mn\'f3stwo grobowc\'f3w, okazalszych, skromniejszych - przechodzi mimo pi\'eaknego nader pomnika.\par
+\f0\par
+\f1 Na gr\'f3b z marmuru rzucona du\'bfa kotwica; pod krzy\'bfem siedzi na mogile anio\'b3-kobieta, o prze\'9clicznym wyrazie twarzy, pogr\'b9\'bfona w smutnem zamy\'9cleniu, z wie\'f1cem w d\'b3oni...\par
+\f0\par
+\f1 Niebawem, tu\'bf obok id\'b9cego wci\'b9\'bf Romana, wyrasta zn\'f3w pomnik z kamienia. Na wierzcho\'b3ku jego, z r\'eakoma wzniesionemi do g\'f3ry, modli si\'ea wielki Anio\'b3, z pi\'eaknymi bardzo rysami twarzy, u st\'f3p grobu kl\'eaczy kobieta, ze wzrokiem spuszczonym wdzi\'eacznie, w ekstazie jakby b\'f3lu, odziana ca\'b3a w zwoje subtelnie odrze\'9fbionych koronek.\par
+\f0\par
+\f1 Wkr\'f3tce przed grobowcem, banalnym nieco, a w por\'f3wnaniu z innymi nader skromnym, Dzier\'bfymirski pochyla si\'ea, zdejmuje kapelusz i kl\'eaka, opar\'b3szy g\'b3ow\'ea o zimny kamie\'f1 pomnika Na grobie wyrze\'9fbiony subtelnie w bia\'b3ym marmurze biust pi\'eaknej kobiety, oczyma wielkiemi, pe\'b3nemi wyrazu, z odcieniem lito\'9cci, czy b\'f3lu, patrze\'e6 si\'ea zdaje badawczo na pochylon\'b9 posta\'e6 i g\'b3ow\'ea m\'ea\'bfczyzny...\par
+\f0\par
+Tymczasem rozsiana dok\f1 o\'b3a cisza, tchn\'b9ca spokojem, momentalnie ukaja\'e6 poczyna Romana. Z chaosu, dotychczas panuj\'b9cego mu w m\'f3zgu, jedna po drugiej wy\'b3aniaj\'b9 si\'ea doniesione mu fakta, ustawiaj\'b9 rz\'eadem w symetryczn\'b9 ca\'b3o\'9c\'e6 i niby ogniwa, logik\'b9, rozumu spojone, wi\'b9\'bf\'b9 si\'ea ze sob\'b9, grupuj\'b9...\par
+\f0\par
+\f1 I kara \'bfycia, nieub\'b3agana, zimna, cho\'e6 moralna tylko, staje Dzier\'bfymirskiemu teraz przed oczyma wyra\'9fnie...\par
+\f0\par
+\f1 Pozornie otrzyma\'b3 on wszystko: W obliczu \'9cwiata pozosta\'b3 bezkarnym; by\'b3 bogatym, wp\'b3ywowym i wielkim, k\'b3aniano mu si\'ea, \'bfebrano jego \'b3aski, protekcyi.\par
+\f0\par
+\f1\'afycie ca\'b3e dot\'b9d opromienia\'b3a mu Ola mi\'b3o\'9cci\'b9 sw\'b9, bez granic...\par
+\f0\par
+\f1 Posiada\'b3 skarb najwi\'eakszy - kocha\'b3 i by\'b3 kochanym...\par
+\f0\par
+\f1 To by\'b3o wczoraj jeszcze, a dzi\'9c?.. Dzier\'bfymirski, pod ci\'ea\'bfarem cierpienia, pochyli\'b3 si\'ea w tej chwili bardziej jeszcze, skuli\'b3 si\'ea, zmala\'b3...\par
+\f0\par
+\f1 I w jasnowidzeniu jakby nag\'b3em, ujrza\'b3 on r\'f3wnocze\'9cnie, co innego jeszcze...\par
+\f0\par
+\f1 Przysz\'b3o\'9c\'e6 w\'b3asn\'b9!..\par
+\f0\par
+\f1 On wi\'eac, w spo\'b3ecze\'f1stwie swem jeden z pierwszych niemal; on, stoj\'b9cy na jego \'9cwieczniku, nie ska\'bfony moralnie, "na zewn\'b9trz" - niczem, sponiewierany mo\'bfe, zbrukany pos\'b9dzeniem, lub domys\'b3ami, a wreszcie, - kto wie, czy nie stoj\'b9cy w obliczu t\'b3um\'f3w, pod pr\'eagierzem prawdy, tajonej skrycie do dzi\'9c dnia na dnie duszy?\par
+\f0\par
+\f1 - O Bo\'bfe!.. Bo\'bfe! - j\'eak mimowolny wydobywa si\'ea z piersi Romana, oczy za\'9c jego wznosz\'b9 si\'ea jednocze\'9cnie i spotykaj\'b9 na grobie, z wizerunkiem matczynym. Oblicze rodzicielki patrzy teraz na niego, z wyra\'9fnem wsp\'f3\'b3czuciem, wsp\'f3\'b3boleje z nim jakby. Jak \'bfywa, spogl\'b9da na Romana matczyna, twarz smutna; kilka kropelek rosy, czy deszczu, ukrytych dot\'b9d w za\'b3omach kamienia, sp\'b3ywa nagle po wykutem obliczu pi\'eaknej kobiety...\par
+\f0\par
+\f1 Zachodz\'b9ce s\'b3o\'f1ce zakrwawia je swym blaskiem... \par
+\f0\par
+\f1 I krwi\'b9 oto serdeczn\'b9, zdaje si\'ea matka p\'b3aka\'e6 nad synem - \'b3zami lito\'9cci i b\'f3lu.\par
+\f0\par
+\f1 A Roman jednocze\'9cnie, w porywie cierpienia, wyci\'b9ga ramiona do rze\'9fby twarzy drogiej, obejmuje niemi g\'b3ow\'ea z marmuru i krzy\'bf pomnika, a dotkn\'b9wszy czo\'b3em czo\'b3a matki, szepce co\'9c jak dziecko, kwili...\par
+\f0\par
+\f1 - Matko... mate\'f1ko! - s\'b3ycha\'e6 dok\'b3adnie, i cicha skarga z piersi mu si\'ea wyrywa! Z b\'f3lem jutra, \'b3\'b9czy si\'ea w nim zarazem jaki\'9c bunt niewyt\'b3umaczony do \'9cwiata, do ludzi - do \'bfycia!... I w szepcie s\'b3\'f3w urywanych, zmieszanych, wym\'f3wka wnet cierpka s\'b3ysze\'e6 si\'ea daje.\par
+\f0\par
+\f1 - Matko! - szepcze Roman, z wyrzutem. - Dlaczego\'bf \'bfe po tobie odziedziczy\'b3em gor\'b9c\'b9 krew tej ziemi? Czemu, ach, czemu, z mlekiem twem wyssa\'b3em zapalczywy ogie\'f1 pragnie\'f1, zmys\'b3owego sza\'b3u, kt\'f3ry zniweczy\'b3 we mnie wszystko, kt\'f3remu oprze\'e6 si\'ea nie zdo\'b3a\'b3em, i upad\'b3em tak nisko... tak... nisko!\par
+\f0\par
+\f1 Nie mog\'b3em odm\'f3wi\'e6 sobie posiadania kobiety, kt\'f3r\'b9 ukocha\'b3em, bo w \'bfy\'b3ach mych p\'b3on\'ea\'b3a, jak lawa twych, matko, ojczystych wulkan\'f3w, krew dzieci po\'b3udnia, bo natura ich gwa\'b3towna, przewrotna, bez niez\'b3omnych uczciwo\'9cci zasad, zakorzeni\'b3a si\'ea w mej istocie... Podepta\'b3em wszystko... wsz\f0 ystko...\par
+\par
+\f1 - Matko, ty\'9c temu niewinna, ja wiem, ty\'9c niewinna! - skar\'bfy\'b3 si\'ea dalej Roman, przepraszaj\'b9c jakby, - ale, czemu\'bf twym wp\'b3ywem, kiedy ojca straci\'b3em tak wcze\'9cnie, nie stara\'b3a\'9c si\'ea z\'b3agodzi\'e6 we mnie tej natury narodu twego? Dlaczego nie mog\'b3a\'9c wyt\'eapi\'e6 ze mnie z\'b3ego ziarna? Czemu?.. czemu?.. czemu?..\par
+\f0\par
+\f1 I pytanie to Dzier\'bfymirskiego ostatnie, rozpaczliwe, ulecia\'b3o, p\'f3\'b3pokorne, p\'f3\'b3gro\'9fne jakby i zamar\'b3o w ciszy!\par
+\f0\par
+\f1 A rodzicielka Romana m\'f3wi\'b3a pi\'eaknym, wyrazistym w bia\'b3ej rze\'9fbie wzrokiem - odpowiada\'b3a mu, zda si\'ea r\'f3wnie\'bf:\par
+\f0\par
+\f1 - Nie blu\'9fnij, synu, nie rozpaczaj!.. Nie ja tu winnam!.. Wierz mi!.. Czyni\'b3am, co mog\'b3am... Wpaja\'b3am w tw\'b9 dusz\'ea niez\'b3omne zasady, wzmacnia\'b3am tw\'f3j umys\'b3, twe serce! Nie miej \'bfalu do mnie, me dzieci\'ea!.. Popsu\'b3 si\'ea \'9cwiat, co skala, zbruka niejedno swem b\'b3otem!.. Zb\'b3\'b9dzi\'b3e\'9c...\par
+\f0\par
+\f1 A tymczasem zbiela\'b3e usta Dzier\'bfymirskiego, wij\'b9cego si\'ea wci\'b9\'bf u st\'f3p grobowca, w b\'f3lu i niepewno\'9cci jutra, zaszepta\'b3y zn\'f3w rozpaczliwie, z cicha...\par
+\f0\par
+\f1 - Co czyni\'e6? co czyni\'e6? - Wszak tam wszyscy czekaj\'b9 teraz ode mnie wyja\'9cnienia o pieni\'ea\'bfnej zgubie, kt\'f3rego da\'e6 im, niestety, nie potrafi\'ea. C\'f3\'bf im powiem? co wymy\'9cl\'ea, a zreszt\'b9, c\'f3\'bf mi po tem? Gdybym po wysi\'b3ku m\'f3zgowym i znalaz\'b3 mo\'bfe przem\'b9dre nawet rozwi\'b9zanie jakie, czy\'bf nie takiem samem, nie do zniesienia piek\'b3em, sta\'b3oby si\'ea to moje jutro! - odpowiada\'b3y w duchu Romana: bezmierne zniech\'eacenie i gorycz.\par
+\f0\par
+\f1 - W ci\'b9g\'b3ej, podw\'f3jnej jeszcze, ni\'bf dot\'b9d, obawie skandalu, z tajon\'b9, t\'b3umion\'b9 w duszy tajemnic\'b9, bez mi\'b3o\'9cci, bez niej, bez Oli, sam, opuszczony, z widmem wyrzutu sumienia?.. - Nie! - wyrzuci\'b3 z siebie Dzier\'bfymirski, z moc\'b9. - Ja tak \'bfy\'e6 nie potrafi\'ea!.. \par
+\f0\par
+\f1 Szept urywany Romana usta\'b3. Tul\'b9c wci\'b9\'bf w ramionach ciemny marmur grobowca, milcz\'b9c\'b9 sna\'e6 ju\'bf teraz z rodzicielk\'b9 sw\'b9, a mo\'bfe i z Panem Wszechrzeczy, prowadzi\'b3 on rozmow\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Nagle jednak w st\'b3oczonej piersi Romana cierpienia d\'b3u\'bfej nie zdo\'b3a\'b3o ju\'bf si\'ea ukry\'e6 - spazmem \'b3kania wydoby\'b3o si\'ea na zewn\'b9trz!\par
+\f0\par
+\f1 Milczenie cmentarnego zacisza wstrz\'b9sn\'b9\'b3 p\'b3acz m\'easki, przejmuj\'b9cy, g\'b3\'eaboki i przykrem nader echem rozleg\'b3 si\'ea doko\'b3a.\par
+\f0\par
+\par
+**********************************************************\par
+\par
+\par
+\f1 A tymczasem nad Medyola\'f1skiom przepi\'eaknem "Campo Santo," w ca\'b3em swym majestacie zachodzi\'b3o s\'b3o\'f1ce...\par
+\f0\par
+\f1 Mieni\'b3y si\'ea w odblaskach jego dachy i wie\'bfyczki licznych kapliczek, mauzole\'f3w; przez kolorowe w\'b9skie szyby okienek, drzwi i kraty w\'9clizgiwa\'b3a si\'ea wewn\'b9trz ich cicho czerwie\'f1 promieni, pe\'b3za\'b3a po mozayce posadzek, muska\'b3a ubrane wdzi\'eacznie kwiatami o\'b3tarzyki, kandelabry, pos\'b9gi i pi\'eakne \'9cwi\'eatych obrazy...\par
+\f0\par
+\f1 Wspania\'b3a wej\'9cciowa kolumnada iskrzy\'b3a si\'ea r\'f3wnie\'bf t\'eacz\'b9 blask\'f3w; \'9cciany, dach i wie\'bfyczki po\'b3o\'bfonego na drugim ko\'f1cu cmentarza "Tempio di Crematione" gorza\'b3y p\'b9sow\'b9 gr\'b9 \'9cwiat\'b3a...\par
+\f0\par
+\f1 A mleczno-bia\'b3e, ciche i zadumane dot\'b9d sennie pos\'b9gi pomnik\'f3w ockn\'ea\'b3y si\'ea po prostu jakby o\'bfy\'b3y..\f0 . \par
+\par
+\f1 Kszta\'b3ty ich, misternie w kamieniu wykute, rysy, odrze\'9fbione, przebudzi\'b3y si\'ea niby z martwoty dotychczasowej na drobn\'b9, przelotn\'b9 chwilk\'ea - na mgnienie!..\par
+\f0\par
+\f1 I nie s\'b9 to ju\'bf allegoryczne postacie, ni podobizny zmar\'b3ych dawno - nie, to wszak \'bfywi ludzie, z krwi i ko\'9cci! Cia\'b3o ich przecie\'bf, zar\'f3\'bfowione leciutko, dr\'bfe\'e6 oto zda si\'ea, porusza\'e6, w \'bfy\'b3ach krew p\'b3ynie, usta co\'9c m\'f3wi\'b9, a oczy ich, rysy, wyrazu pe\'b3ne, bolej\'b9, p\'b3acz\'b9, smuc\'b9 si\'ea - my\'9cl\'b9!..\par
+\f0\par
+Patrzcie... patrzcie!..\par
+\par
+\f1 Tam, na, wspania\'b3ym grobowcu, po obu stronach siedz\'b9cej na szczycie, zadumanej symbolicznej postaci kobiecej, dwaj anio\'b3owie zalewaj\'b9 si\'ea gorzkiemi \'b3zami, szlochaj\'b9!.. Tu zn\'f3w, przy innym pomniku, po stopniach jego porusza si\'ea, kroczy wzwy\'bf niewiasta m\'b3oda, - ku dw\'f3m pos\'b9gom, stoj\'b9cym na g\'f3rze grobowca, prowadzi ch\'b3opczyka, \'9clicznot\'ea, w kt\'f3rego d\'b3oni zaci\'9cni\'eaty kwiatuszek si\'ea chwieje... A tam, zn\'f3w dalej, w innej stronie...\par
+\f0\par
+\f1 W otwarte drzwi ma\'b3ego mauzoleum, po stopniach schod\'f3w wchodzi wolno, szeleszcz\'b9c jakby fa\'b3dami swej sukni, ze spuszczonym wzrokiem - w trzymany w d\'b3oni r\'f3\'bfaniec wpatrzona, cudnej pi\'eakno\'9cci kobieta...\par
+\f0\par
+I tak dalej, i tak dalej...\par
+\par
+\f1 Dziesi\'b9tki bia\'b3oskrzyd\'b3ych anio\'b3\'f3w, wd\'f3w bolej\'b9cych, za\'b3amuj\'b9cych d\'b3onie, tarzaj\'b9cych si\'ea gwa\'b3townie, czy te\'bf pogr\'b9\'bfonych w martwocie rozpaczy, - setki biust\'f3w, postaci - zda si\'ea, w cmentarnej ciszy nuc\'b9 oto hymn b\'f3lu, w zgodnym akordzie z piersi jakby wyrzucaj\'b9 wszechog\'f3lny krzyk cierpienia!..\par
+\f0\par
+\f1 A promienie zachodu zni\'bfaj\'b9 si\'ea tymczasem coraz bardziej... \par
+\f0\par
+\f1 Purpura ich ciemnieje w ko\'f1cu, niebawem nikn\'b9\'e6 powoli zaczyna tam i \'f3wdzie. Zak\'b9tki cmentarza dalsze, pod murem, stoj\'b9 ju\'bf w cieniach - \'9crodkowe k\'b9pi\'b9 si\'ea jeszcze w ostatnich po\'bfegnalnych drgnieniach czerwieni i z\'b3ota...\par
+\f0\par
+\f1 Woko\'b3o kl\'eacz\'b9cego Romana, i obejmuj\'b9cego wci\'b9\'bf w jednej i tej samej pozycyi pomnik, z pos\'b9giem matczynym, pal\'b9 si\'ea w ca\'b3ej pe\'b3ni jeszcze dogasaj\'b9co s\'b3o\'f1ca blaski.\par
+\f0\par
+\f1 Dzier\'bfymirski, szukaj\'b9c dalej ulgi w cierpieniu, jak nieprzytomny, wci\'b9\'bf szepcze co\'9c niezrozumia\'b3ego do sk\'b9panej w purpurze promieni rze\'9fby z marmuru... I niebawem, w ciszy, przerywanej tylko \'b3agodnym szmerem poruszanych u drzew li\'9cci, dr\'bfe\'e6 g\'b3o\'9cniej zn\'f3w skarga poczyna.\par
+\f0\par
+\f1 - Nie, matko! - szepce Roman - nie, matko! zrozum mnie, nie ga\'f1!.. Ja tam, do nich wr\'f3ci\'e6 nie mog\'ea, to przechodzi si\'b3y moje!.. Wszak ja jego, kochanka Oli - t\'b3umaczy si\'ea dalej Dzier\'bfymirski - jego, mego wroga, zabi\'e6 powinienem! A jak\'bfe ja to uczyni\'ea? Przecie\'bf oczyszcza\'e6 pojedynkiem nawet mego honoru nie mog\'ea! - z gorycz\'b9 w g\'b3osie, niby \'bfywej osobie, perswaduje Roman, coraz ciszej, z\'b3amanym szeptem... - Zrozum, mate\'f1ko!.. Nie... mog\'ea!..\par
+\f0\par
+\f1 Milknie na chwil\'ea, poczem urywanym g\'b3osem, z beznadziejn\'b9 rozpacz\'b9, m\'f3wi, zwierza si\'ea jeszcze... - Tak, mate\'f1ko! bo honoru wszak ja... sam... nie... posiadam!..\par
+\f0\par
+\f1 I Dzier\'bfymirski ko\'f1czy g\'b3ucho: - On w twarz mi to rzuci\'e6 mo\'bfe, je\'9cli si\'ea dowie o wszystkiem, a wtedy?.. Nie, matko! - powtarza g\'b3o\'9cniej Roman nie \'bf\'b9daj tego ode mnie! - Ja, z pi\'eatnem pogardy na czole, bez czci tych t\'b3um\'f3w, kt\'f3re ujarzmi\'b3em - \'bfy\'e6 nie potrafi\'ea!..\par
+\f0\par
+\f1 A szczeg\'f3lniej z jej... Oli mo\'bfliw\'b9 pogard\'b9 - bez jej uczucia \'bfy\'e6 - nie mog\'ea!..\par
+\f0\par
+\f1 I tem ko\'f1czy spowied\'9f przed rodzicielk\'b9 syn zbola\'b3y, a po chwili dorzuca, z moc\'b9. - I... nie chc\'ea!!!\par
+\f0\par
+\f1 Milknie Dzier\'bfymirski, twarzy nie odrywa jednak od marmuru grobowca, pogr\'b9\'bfywszy si\'ea w jakiem\'9c p\'f3\'b3odr\'eatwieniu g\'b3\'eabokiem.\par
+\f0\par
+\f1 A wko\'b3o niego tymczasem ga\'9cnie ju\'bf ca\'b3kiem \'b3una zachodu... Jak przed chwil\'b9, niby dotkni\'eate czarown\'b9 r\'f3\'bfd\'bfk\'b9, o\'bfywia\'b3y si\'ea pos\'b9gi z marmur\'f3w, tak teraz kolejno do martwoty swej powracaj\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 Po\'b3o\'bfony tylko tu\'bf obok Dzier\'bfymirskiego symboliczny grobowiec ja\'9cnieje jeszcze... Na wp\'f3\'b3 r\'f3\'bfowy od blask\'f3w czerwonych, blednie\'e6 oto w\'b3a\'9cnie coraz bardziej poczyna w ty\'b3 przegi\'eaty, eteryczny i wielki na grobie tym anio\'b3 z marmuru, o rysach przecudnych, o rysach kobiecych, dziwnie nadziemsko zadumanych, a postaci ca\'b3ej wiotkiej i ustawionej na piedestale w ten spos\'f3b w powietrzu unosi\'b3 si\'ea, lecia\'b3...\par
+\f0\par
+\f1 Anio\'b3 patrze\'e6 si\'ea zdaje na Romana, ze wsp\'f3\'b3czuciem, spod rz\'eas spuszczonych, oczyma \'bfyj\'b9cego jakby ducha. Nad urn\'b9, kt\'f3r\'b9 trzyma w d\'b3oniach i tuli do piersi i unie\'9c\'e6 z sob\'b9 jakby pragnie w za\'9cwiaty, odrze\'9fbiony, pal\'b9cy si\'ea ognik p\'b3onie rzeczywistem \'9cwiat\'b3em, pieszczony ostatnim promyczkiem s\'b3o\'f1ca!..\par
+\f0\par
+\f1 Wreszcie i on zupe\'b3nie ga\'9cnie.\par
+\f0\par
+\f1 Korow\'f3d wieczornych cieni z mrokiem, wodzem na czele, wsuwa si\'ea teraz cicho na "Campo-Santo" i welonem szarym wkr\'f3tce przes\'b3ania z wolna wszystko... W oczekiwaniu jutrzenki r\'f3\'bfanej, kt\'f3ra ich znowu przebudzi - zasypiaj\'b9, symbole snu wiecznego, marmurowe rze\'9fby bia\'b3e, doczesn\'b9 zda si\'ea tylko drzemk\'b9...\par
+\f0\par
+\f1 Stopniowo \'9ccieraj\'b9 si\'ea zarysy pos\'b9g\'f3\f0 w, kapliczek, mauzole\'f3w...\par
+\par
+\f1 Zmierzch ciemnieje. \'8cwi\'eac\'b9c sw\'f3j tryumf, a \'9cmier\'e6 s\'b3o\'f1ca po coraz bardziej mrocznych zak\'b9tkach "Cimitero" cienie wieczoru pl\'b9saj\'b9 ju\'bf obecnie swobodnie ca\'b3kiem - dru\'bfyna ich weseli si\'ea, ta\'f1czy, pusta, skracaj\'b9c godziny do przyj\'9ccia nocy-w\'b3adczyni.\par
+\f0\par
+\f1 Po pewnym czasie jednak staje si\'ea w\'9cr\'f3d tego grona jej pazi\'f3w co\'9c niew\'b9tpliwie szczeg\'f3lnego bardzo... Wszystkie sylwety bowiem bawi\'b9cych si\'ea cieni \'b3\'b9cz\'b9 si\'ea oto w jedn\'b9 grup\'ea, zwartem ko\'b3em otaczaj\'b9c kt\'f3ry\'9c z licznych grobowc\'f3w.\par
+\f0\par
+O\f1 bejmuj\'b9c ramionami krzy\'bf i pos\'b9g marmurowy, kl\'eaczy tu nieruchomo, zlewaj\'b9ca si\'ea prawie z pomnikiem, pochylona, bia\'b3a sylwetka m\'ea\'bfczyzny... Cienie pochylaj\'b9 si\'ea ciekawie nad ni\'b9, dotykaj\'b9 jej cia\'b3a, zagl\'b9daj\'b9 w twarz, dziwnie blad\'b9. \par
+\f0\par
+I raptownie szept j\f1 aki\'9c trwo\'bfny przelatuje po szeregu pazi\'f3w nocy... Bezradni stoj\'b9 wci\'b9\'bf gromadk\'b9, przel\'eaknieni czem\'9c jakby, przej\'eaci, cisi... Niekt\'f3rzy z nich nawet za\'b3amuj\'b9 r\'eace, drudzy kr\'eac\'b9 z niedowierzaniem g\'b3owami - inni wpatruj\'b9 si\'ea smutnie w majacz\'b9c\'b9 posta\'e6 ludzk\'b9\f0 .\par
+\par
+\f1 Nagle ko\'b3o ich rozprz\'eaga si\'ea gwa\'b3townie, milkn\'b9 - pozostawiaj\'b9 w zapomnieniu zupe\'b3nem pomnik i znajduj\'b9cego si\'ea u st\'f3p jego cz\'b3owieka. Momentalnie, szybko, ustawiaj\'b9 si\'ea sk\'b3adnie w dwa szeregi, pochylaj\'b9 z gracy\'b9 i pokor\'b9, szacunku pe\'b3n\'b9, w powitalnym uk\'b3onie...\par
+\f0\par
+\f1 To pani ich i kr\'f3lowa - Noc, strojna, wspania\'b3a z wy\'bfyn na ziemi\'ea zest\'b9pi\'b3a w\'b3a\'9cnie w tej chwili, w czarnym swym p\'b3aszczu i w gwiazd aureoli.\par
+\f0\par
+--------------\par
+\par
+\f1 Poranek sierpniowy u\'9cmiecha\'b3 si\'ea tego dnia rado\'9cnie do t\'eatni\'b9cego zwyk\'b3ym ruchem wielkiego miasta. Pogodny, jasny, ni\'f3s\'b3 on jednak w powiewach swych, ch\'b3odniejszych ju\'bf nieco i \'9cwie\'bfszych, zapowied\'9f id\'b9cej wczesnej jesieni, tej czarownej, pi\'eaknej jesieni polskiej, tak zadumanej zda si\'ea i marz\'b9cej cicho, po otulonych mg\'b3ami p\'b3aszczyznach i tak pe\'b3nej porywaj\'b9cej sob\'b9 t\'easknoty.\par
+\f0\par
+\f1 Na jednej z g\'b3\'f3wnych ulic miasta uwijano si\'ea \'bfwawo. Przechodnie, wszyscy skwapliwie spiesz\'b9cy w jedn\'b9 stron\'ea, wymijali si\'ea gor\'b9czkowo, dzwoni\'b3y tramwaje, doro\'bfki turkota\'b3y g\'b3o\'9cno - lekko, z cicha przesuwa\'b3y si\'ea liczne, na gumowych ko\'b3ach, ekwipa\'bfe i karety, d\'b9\'bf\'b9c r\'f3wnie\'bf w tym\'bfe, co i piesi, kierunku.\par
+\f0\par
+\f1 Niebawem jednak liczba jad\'b9cych powoz\'f3w pocz\'ea\'b3a si\'ea zmniejsza\'e6 stopniowo coraz bardziej, w ko\'f1cu za\'9c usta\'b3a zupe\'b3nie.\par
+\f0\par
+\f1 Ulic\'ea ruchu ko\'b3owego zamkni\'eato. Ostatnie, zab\'b3\'b9kane doro\'bfki zawracano, zmuszaj\'b9c do natychmiastowego skr\'eacania w pierwsz\'b9 lepsz\'b9 boczn\'b9 ulic\'ea, a we wzgl\'eadnej, panuj\'b9cej obecnie, uroczystej ciszy rozlega\'b3 si\'ea tylko zg\'b3uszony szmer licznych st\'f3p id\'b9cej po trotuarach gromady ludzkiej.\par
+\f0\par
+\f1 P\'f3\'b3-milczenie to dyskretne trwa\'b3o dobre p\'f3\'b3 godziny.\par
+\f0\par
+\f1 Wreszcie z wie\'bfyc jednego z pobliskich ko\'9ccio\'b3\'f3w odezwa\'b3y si\'ea powa\'bfnie i rzewnie \'bfa\'b3obne dzwony i smutne - zabrzmia\'b3y dono\'9cnie.\par
+\f0\par
+\f1 Ruch powsta\'b3 na chodnikach... Zbierano si\'ea grupami, przystawano, policya i \'bfandarmi na koniach pocz\'eali czyni\'e6 porz\'b9dek, niebawem za\'9c w perspektywie wielkomiejskiej, opustosza\'b3ej \'9crodkiem ulicy, ukaza\'b3 si\'ea kondukt pogrzebowy. Na progach magazyn\'f3w, balkonach i w oknach dom\'f3w zaroi\'b3o si\'ea od widz\'f3w ciekawych...\par
+\f0\par
+\f1 Z kilkunastoma ksi\'ea\'bfmi i licznym klerem, \'bfa\'b3obny korow\'f3d przesuwa\'e6 si\'ea zacz\'b9\'b3 z wolna alej\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 Ramowa\'b3y go wdzi\'eacznie niewinne g\'b3\'f3wki id\'b9cych regularnie rz\'eadami ch\'b3opaczk\'f3w i dziewczynek - a wychowa\'f1c\'f3w z licznych miejscowych ochronek, zak\'b3ad\'f3w dobroczynnych - za trumn\'b9 za\'9c okaza\'b3\'b9, z\'b3o\'bfon\'b9 na bogatym sze\'9cciokonnym karawanie i jad\'b9cymi w \'9clad za tem, uginaj\'b9cymi si\'ea od wie\'f1c\'f3w, \'bfa\'b3obnymi wozami, post\'eapowa\'b3 t\'b3um niezliczony - ko\'b3ysa\'b3o si\'ea morze g\'b3\'f3w ludzkich...\par
+\f0\par
+\f1 Hen! daleko za\'9c, poza ci\'bfb\'b9, gin\'b9c gdzie\'9c w perspektywie ulic miasta, l\'9cni\'b3 si\'ea w promieniach s\'b3o\'f1ca sznur powoz\'f3w i karet.\par
+\f0\par
+\f1 W\'9cr\'f3d uczestnicz\'b9cej w pogrzebie rzeszy rozlega si\'ea st\'b3umiony gwar og\'f3lnie prowadzonych rozm\'f3w. Na wszystkich za\'9c ustach by\'b3o teraz jedno tylko imi\'ea!\par
+\f0\par
+\f1 Bez zmazy i skazy wobec \'9cwiata zeszed\'b3 do grobu - Roman Dzier\'bfymirski.\par
+\f0\par
+\f1 W ostatnich dniach lipca spo\'b3ecze\'f1stwem miasta, w kt\'f3rem \'bfy\'b3, pracowa\'b3, kt\'f3remu na r\'f3\'bfnych polach dzia\'b3alno\'9cci przewodzi\'b3, wstrz\'b9sn\'ea\'b3a wiadomo\'9c\'e6 niespodziana, zakomunikowana przez gazety. Telegramem mianowicie doniesiono lakonicznie o \'9cmierci prezesa Dzier\'bfymirskiego, we W\'b3oszech, w Medyolanie, na grobie matki, z anewryzmu serca. Powodem nag\'b3ego zgonu by\'b3o, jak m\'f3wili jedni, silne wstrz\'b9\'9cnienie moralne i bolesna wiadomo\'9c\'e6 z kraju, jak utrzymywali po cichu inni - straty powa\'bfne, czysto finansowej natury i po\'b3o\'bfenie bez wyj\'9ccia!..\par
+\f0\par
+\f1 Cia\'b3o sprowadzono do kraju i dzi\'9c oto to same miasto, kt\'f3remu Dzier\'bfymirski tak wiele zas\'b3u\'bfy\'b3 si\'ea za \'bfycia, oddawa\'b3o by\'b3emu przodownikowi ostatni\'b9 pos\'b3ug\'ea.\par
+\f0\par
+\f1 Stawi\'b3y si\'ea wszystkie sfery i stany - wszyscy za\'9c z niek\'b3amanym \'bfalem, szli obecnie za trumn\'b9 cz\'b3owieka, z kt\'f3rego \'9cmierci\'b9, zdaniem og\'f3lnem, ubywa\'b3a miastu i krajowi nawet powa\'bfna spo\'b3eczna si\'b3a...\par
+\f0\par
+\f1 A do\'9c\'e6 by\'b3o pos\'b3ucha\'e6 tylko uwa\'bfnie tam i \'f3wdzie co m\'f3wiono o zmar\'b3ym, by przekona\'e6 si\'ea, jak szczerym, jak powszechnym prawdziwie by\'b3 ten \'bfal po nim!\par
+\f0\par
+\f1 Jednog\'b3o\'9cnie bowiem i wszechog\'f3lnie wynoszono po niebiosa czyny prezesa Dzier\'bfymirskiego, po\'9cwi\'eacenie dla og\'f3\'b3u, zdolno\'9cci, rozum, szlachetno\'9c\'e6 i energi\'ea - jednobrzmi\'b9co ubolewano nad strat\'b9 jego niepowetowan\'b9! Czasami, naturalnie, wpl\'b9ta\'b3a si\'ea i tu fa\'b3szywa gdzieniegdzie nuta, lecz gin\'ea\'b3a natychmiast w akordzie powszechnego uwielbienia i \'bfalu z przedwczesnego zgonu, tak zas\'b3u\'bfonego spo\'b3ecze\'f1stwu cz\'b3owieka...\par
+\f0\par
+\f1 Z trudno\'9cci\'b9 przeciskaj\'b9c si\'ea pomi\'eadzy dwoma sznurami ciekawych na chodnikach, wspania\'b3y pogrzebowy korow\'f3d oddala\'b3 si\'ea tymczasem stopniowo w perspektywie ulicy, - wreszcie ksi\'ea\'bfa, karawani i d\'b9\'bf\'b9ce za trumn\'b9 t\'b3umy skr\'eaci\'b3y w lewo, i po pewnym czasie znik\'b3y...\par
+\f0\par
+\f1 Na pierwszorz\'eadnej ulicy w mie\'9ccie przywr\'f3cono ruch natychmiast. Z bocznych ulic wysypa\'b3y si\'ea dziesi\'b9tki zatrzymanych dot\'b9d pojazd\'f3w, potoczy\'b3y si\'ea, dzwoni\'b9c, ponownie tramwaje, zadudni\'b3y doro\'bfki, omnibusy - do spowodowanych \'9cciskiem wypadk\'f3w kilku, wpad\'b3o na ruchliw\'b9 artery\'ea grodu wezwane Pogotowie Ratunkowe, dono\'9cn\'b9 na tr\'b9bce pobudk\'b9 toruj\'b9c sobie drog\'ea!\par
+\f0\par
+\f1 Uroczysty nastr\'f3j sprzed chwili pierzch\'b3 bezpowrotnie. Szerokiem korytem \'bfycie brutalnie depta\'b3o \'9cmierci widmo - w codzienn\'b9 szat\'ea gor\'b9czka codziennego bytu przyoblek\'b3o si\'ea wszystko doko\'b3a\f0 .\par
+\par
+\f1 Na ustach tylko, snuj\'b9cych si\'ea po trotuarach przechodni\'f3w, biernych widz\'f3w \'bfa\'b3obnego konduktu, b\'b3\'b9ka\'b3o si\'ea jeszcze nazwisko Dzier\'bfymirskiego, roznosiciele za\'9c dziennik\'f3w zaroili si\'ea niebawem, a korzystaj\'b9c z chwilowego nastroju publiczno\'9cci, sprzedawa\'e6 pocz\'eali z powodzeniem nadzwyczajne dodatki do gazet, z portretem i \'bfyciorysem zmar\'b3ego.\par
+\f0\par
+\par
+*************************************************\par
+\par
+\par
+\par
+\f1 Min\'b9\'b3 rok czasu...\par
+\f0\par
+\f1 Powodzi\'b9 \'9cwiate\'b3 w mglisty wiecz\'f3r pierwszego Listopada gorza\'b3 cmentarz miejski rozleg\'b3y, i roje ludzi t\'b3oczy\'b3y si\'ea na nim. Pouk\'b3adane wzorzy\'9ccie pali\'b3y si\'ea na bogatych grobach i ubogich mogi\'b3kach kolorowe lampiony, kwiaty i wie\'f1ce stroi\'b3y umar\'b3ych zak\'b9tek...\par
+\f0\par
+\f1 Przy grobowcach niekt\'f3rych, ubranych wspania\'b3a, nie by\'b3o \'bfywej duszy. Przy innych formalne odbywa\'b3y si\'ea zebrania. \'8crodkiem za\'9c ulicy wystrojony, "szykowny", a przewa\'bfnie bezmy\'9clny, w\'9cr\'f3d dowcip\'f3w brukowych, wyg\'b3aszanych dono\'9cnie, spacerowa\'b3 t\'b3um ciekawskich oboj\'eatny.\par
+\f0\par
+\f1 Tu i tam z rzadka czernia\'b3a przy \'9cwie\'bfym pomniku posta\'e6 schylona, zadumana t\'easknie, cierpi\'b9ca... Tam i \'f3wdzie na skromnej mogi\'b3ce, w bardziej oddalonej cmentarnej alei, szlocha\'b3a cicho jaka\'9c kobiecina, gdzie indziej zn\'f3w kl\'eacz\'b9cy syn, czy m\'b9\'bf, samotny, modli\'b3 si\'ea, lub nie widz\'b9c nic zgo\'b3a, nie s\'b3ysz\'b9c, zapatrzony w b\'f3l w\'b3asny - po\'b3yka\'b3 \'b3zy.\par
+\f0\par
+\f1 W samotnej bocznej alei cmentarza weso\'b3a m\'b3oda para, pochylona wzajemnie, szepta\'b3a sobie czu\'b3e czule s\'b3\'f3wka mijaj\'b9c oboj\'eatnie groby, a pomi\'eadzy innymi i mogi\'b3k\'ea jedn\'b9 darniow\'b9, skromniutk\'b9... Zap\'b3akana dziewczynina kilkunastoletnia, ze z\'b3o\'bfonemi pobo\'bfnie r\'b9czkami, kl\'eacza\'b3a na niej i sama jedna, biedzi\'b3a si\'ea w tej chwili z jedyn\'b9 zapalon\'b9, a gasn\'b9c\'b9 za ka\'bfdym podmuchem wiatru, \'9cwieczk\'b9, kt\'f3r\'b9, wesp\'f3\'b3 z dziesi\'eaciogroszowym z choiny wianuszkiem, i bia\'b3ym wielkanocnym barankiem - ustroi\'b3a g\f0 robek matuli.\par
+\par
+\f1 Od \'bfebrak\'f3w, bab i dziad\'f3w, mrucz\'b9cych mod\'b3y, zawodz\'b9cych \'bfa\'b3o\'9cnie, roi\'b3o si\'ea na cmentarzu.\par
+\f0\par
+\f1 Co chwila kto\'9c z publiczno\'9cci zbli\'bfa\'b3 si\'ea do nich i daj\'b9c ja\'b3mu\'bfn\'ea, dodawa\'b3: - Za dusz\'ea nie\'bfyj\'b9cego Piotra, Maryi i.t.d.\par
+\f0\par
+\f1 - Lito\'9cci godna osobo! - skar\'bfy\'b3 si\'ea g\'b3o\'9cno \'bfebrak stary, wyci\'b9gaj\'b9c d\'b3o\'f1 ko\'9ccist\'b9 do przechodz\'b9cych w\'b3a\'9cnie alej\'b9 trzech \'b3adniutkich podlotk\'f3w, rozmawiaj\'b9cych weso\'b3o.\par
+\f0\par
+\f1 - Czekajcie! - do r\'f3wie\'9cnic odezwa\'b3a si\'ea \'bfywo jedna z panienek, zatrzymuj\'b9c si\'ea przed dziadem. - Dam mu, niech si\'ea pomodli za dusz\'ea mego pana Stanis\'b3awa...\par
+\f0\par
+\f1 - Ale\'bf kiedy on \'bfyje! po co? - zadziwi\'b3a si\'ea naiwnie najm\'b3odsza z tr\'f3jki.\par
+\f0\par
+\f1 - Ha-ha-ha! - za\'9cmia\'b3a si\'ea pierwsza serdecznie, - a c\'f3\'bf to szkodzi, niech si\'ea tam za niego, grzesznika, pomodli!..\par
+\f0\par
+\f1 I wr\'eaczaj\'b9c nast\'eapnie dziadowi sz\'f3staka, rzek\'b3a: - Macie, dziadku, za Stanis\'b3awa!..\par
+\f0\par
+\f1 - Wieczny odpoczynek racz mu da\'e6 Panie, a \'9cwiat\'b3o\'9c\'e6 wiekuista niechaj mu \'9cwieci! - zaintonowa\'b3 \'bfebrak uroczy\'9ccie.\par
+\f0\par
+\f1\'8cmiech rozleg\'b3 si\'ea w alei; koncept podoba\'b3 si\'ea figlarnej tr\'f3jce, a kilka babek i dziad\'f3w, znajduj\'b9cych si\'ea w pobli\'bfu, skorzysta\'b3o na tem, bo obdzielono ich groszakami na t\'b9\'bf sam\'b9 intency\'ea. Pan Stanis\'b3aw zosta\'b3 za \'bfycia pogrzebanym, modlono si\'ea ju\'bf z g\'f3ry za niego, a pusta, niefrasobliwa m\'b3odo\'9c\'e6, nie znaj\'b9ca zapewne jeszcze, co to b\'f3l prawdziwy i \'bfal po drogiej sercu stracie - posz\'b3a dalej, \'9cmiech za\'9c jej srebrzysty odbi\'b3 si\'ea raz jeszcze na zakr\'eacie alei o ukryty w drzew cieniu pomnik okaza\'b3y.\par
+\f0\par
+\f1 Na wysokiej kolumnie z po\'b3yskuj\'b9cego marmuru widnia\'b3 jaki\'9c pos\'b9g stoj\'b9cej osoby... Na grobowcu nie by\'b3o \'bfadnego kwiatka i \'bfadnych \'9cwiate\'b3... Zapatrzony jakby smutnie sam w siebie, sta\'b3 on ciemny na uboczu, opuszczony i widocznie zapomniany. Jarz\'b9cy si\'ea tylko blask lampek czerwonych, kt\'f3remi ozdobiono gr\'f3b s\'b9siedni, rzuca\'b3 na\'f1 niepewne, dalekie \'9cwiat\'b3o. W p\'f3\'b3\'9cwietle tem, kto zna\'b3 za \'bfycia Romana Dzier\'bfymirskiego, z \'b3atwo\'9cci\'b9 m\'f3g\'b3 go pozna\'e6 teraz w stoj\'b9cej rze\'9fbie z marmuru.\par
+\f0\par
+\f1 I id\'b9cego przechodnia przykuwa\'b3o do miejsca zdziwienie nag\'b3e.\par
+\f0\par
+\f1 - Jak to? - zadawa\'b3 sobie mimowolnie pytanie. - W powodzi \'9cwiate\'b3, blask\'f3w tysi\'b9ca, daj\'b9cych tak wymowne i chlubne \'9cwiadectwo, \'bfe \'bfywi pami\'eataj\'b9 jednak o umar\'b3ych, dzisiaj o Dzier\'bfymirskim ju\'bf zapomniano?.. Czy\'bf to mo\'bfliwe, by \'9cwiat by\'b3 tak niewdzi\'eacznym, \'bfeby wykre\'9cla\'b3 z pami\'eaci jednostki, tak g\'b3o\'9cne za \'bfycia - tak mo\'bfnow\'b3adne!...\par
+\f0\par
+\f1 I dziwi\'b3 si\'ea przechodzie\'f1... Dziwi\'b3 si\'ea w dalszym ci\'b9gu naiwnie, nie zdaj\'b9c sobie sprawy z tego pewnika \'bfyciowej ironii, kt\'f3ra prawem "tera\'9fniejszo\'9cci" si\'ea zowie, a kt\'f3ra, z ma\'b3ymi wyj\'b9tkami, uwielbia tylko \'bfyj\'b9cych i na widowni obecnych, umar\'b3ych zasypuj\'b9c py\'b3em zapomnienia.\par
+\f0\par
+\f1 I spaceruj\'b9cy po cmentarzu widz ciekawy przybli\'bfa\'b3 si\'ea do grobowca, z trudno\'9cci\'b9 odczytywa\'b3 napisy, a p\'f3\'9fniej szed\'b3 dalej, zamy\'9clony mimo woli nad nietrwa\'b3o\'9cci\'b9 doczesnego bytu.\par
+\f0\par
+\f1 Lecz o niewdzi\'eaczno\'9c\'e6 tym razem pos\'b9dza\'b3 ludzi nies\'b3usznie. Bo los szyderca, kt\'f3ryby mo\'bfe i rzeczywi\'9ccie star\'b3 u \'9cwiata wspomnienie innego, prawdziwie i wszechstronnie zas\'b3u\'bfonego cz\'b3owieka, niezbrukanego \'bfyciem, czystego - okaza\'b3 si\'ea \'b3askawszym jednak, dla ubranego w tog\'ea pozor\'f3w moralnego wykoleje\'f1ca!\par
+\f0\par
+\f1 W kwadrans p\'f3\'9fniej, trzy osoby, ogl\'b9daj\'b9ce si\'ea woko\'b3o, skupi\'b3y si\'ea przed grobem Dzier\'bfymirskiego. Wkr\'f3tce, tam\'bfe zjawi\'b3 si\'ea r\'f3wnie\'bf m\'ea\'bfczyzna, z kobiet\'b9 m\'b3od\'b9 do\'9c\'e6 jeszcze i garstk\'b9 dziatek.\par
+\f0\par
+\f1 Przed gin\'b9cym w cieniach wieczora pomnikiem Romana, pokl\'eakli oni niebawem wszyscy...\par
+\f0\par
+\f1 Byli to Orl\'eaccy: ojciec, matka i c\'f3rka, oraz Zieli\'f1ski Herman, z rodzin\'b9.\par
+\f0\par
+\f1 M\'b3ody g\'b3osik dziewcz\'eacy pierwszy przerwa\'b3 nie\'9cmia\'b3o milczenie cmentarnego zak\'b9tka. Silny, j\'eadrny zawt\'f3rowa\'b3 mu g\'b3os m\'easki i szept otaczaj\'b9cych...\par
+\f0\par
+\f1 W\'9cr\'f3d dalekiego echa krok\'f3w gromady ludzkiej, ich rozm\'f3w, \'9cmiechu i p\'b3aczu - pop\'b3yn\'ea\'b3a z serc wdzi\'eacznych za dusz\'ea zmar\'b3ego modlitwa!..\par
+\f0\par
+. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . \par
+\par
+Nazajutrz osamotnienia i \f1 zapomnienia \'bfywych wstydzi\'e6 si\'ea ju\'bf nie potrzebowa\'b3 przed innymi - wspania\'b3y grobowiec prezesa Dzier\'bfymirskiego.\par
+\f0\par
+\f1 Czyja\'9c troskliwa r\'eaka ustawi\'b3a na grobie palmy i \'9cwie\'bfe kwiaty... W krzy\'bf u\'b3o\'bfonych r\'f3\'bfnokolorowych lampion\'f3w kilkana\'9ccie n\'eaci\'b3y tu oko i skromny, aczkolwiek gustowny wieniec zielony u pomnikowego tuli\'b3 si\'ea podn\'f3\'bfa. Tam\'bfe b\'b3yszcza\'b3 o nieboszczyku napis z\'b3ocisty, z\'b3o\'bfony z samych tytu\'b3\'f3w i godno\'9cci...\par
+\f0\par
+\f1 I w blask\'f3w powodzi, na szczycie kolumny ja\'9cnia\'b3a zar\'f3wno teraz wdzi\'eacznie odrze\'9fbiona sylweta pi\'eaknego, m\'b3odego jeszcze m\'ea\'bfczyzny.\par
+\f0\par
+\f1 Kr\'f3luj\'b9c nad wszystkiem doko\'b3a, niepokalanie bia\'b3y, sta\'b3 on i patrzy\'b3 zamy\'9clony! Na ustach z kamienia b\'b3\'b9ka\'e6 si\'ea zdawa\'b3 dyskretny u\'9cmiech zwyci\'easkiej ironii...\par
+\f0\par
+\f1 A poni\'bfej - u st\'f3p pos\'b9gu, na czarnem tle marmuru, wielkiemi literami, rzuca\'b3y si\'ea w oczy te oto wyryte s\'b3owa:\par
+\f0\par
+\par
+Uczciwy, szlachetny i prawy,\par
+\f1 Ukocha\'b3 bli\'9fnich i spo\'b3ecze\'f1stwu oddal \'bfycie ca\'b3e - \par
+Nagrod\'9f go, Panie!..\par
+\f0\par
+\par
+End of the Project Gutenberg EBook of Ironia Pozorow, by Maciej hr. Lubienski\par
+\par
+*** END OF THE PROJECT GUTENBERG EBOOK IRONIA POZOROW ***\par
+\par
+This file should be named rnpz10d.doc or rnpz10d.zip\par
+Corrected EDITIONS of our eBooks get a new NUMBER, rnpz11d.doc\par
+VERSIONS based on separate sources get new LETTER, rnpz10ad.doc\par
+\par
+Etext produced by Michalina Makowska, Szczecin, Poland, \par
+Eve Sobol, South Bend, IN, USA, and Julia Jezierska, Stawiszyn, Poland.\par
+\par
+Project Gutenberg eBooks are often created from several printed\par
+editions, all of which are confirmed as Public Domain in the US\par
+unless a copyright notice is included. Thus, we usually do not\par
+keep eBooks in compliance with any particular paper edition.\par
+\par
+We are now trying to release all our eBooks one year in advance\par
+of the official release dates, leaving time for better editing.\par
+Please be encouraged to tell us about any error or corrections,\par
+even years after the official publication date.\par
+\par
+Please note neither this listing nor its contents are final til\par
+midnight of the last day of the month of any such announcement.\par
+The official release date of all Project Gutenberg eBooks is at\par
+Midnight, Central Time, of the last day of the stated month. A\par
+preliminary version may often be posted for suggestion, comment\par
+and editing by those who wish to do so.\par
+\par
+Most people start at our Web sites at:\par
+http://gutenberg.net or\par
+http://promo.net/pg\par
+\par
+These Web sites include award-winning information about Project\par
+Gutenberg, including how to donate, how to help produce our new\par
+eBooks, and how to subscribe to our email newsletter (free!).\par
+\par
+\par
+Those of you who want to download any eBook before announcement\par
+can get to them as follows, and just download by date. This is\par
+also a good way to get them instantly upon announcement, as the\par
+indexes our cataloguers produce obviously take a while after an\par
+announcement goes out in the Project Gutenberg Newsletter.\par
+\par
+http://www.ibiblio.org/gutenberg/etext03 or\par
+ftp://ftp.ibiblio.org/pub/docs/books/gutenberg/etext03\par
+\par
+Or /etext02, 01, 00, 99, 98, 97, 96, 95, 94, 93, 92, 92, 91 or 90\par
+\par
+Just search by the first five letters of the filename you want,\par
+as it appears in our Newsletters.\par
+\par
+\par
+Information about Project Gutenberg (one page)\par
+\par
+We produce about two million dollars for each hour we work. The\par
+time it takes us, a rather conservative estimate, is fifty hours\par
+to get any eBook selected, entered, proofread, edited, copyright\par
+searched and analyzed, the copyright letters written, etc. Our\par
+projected audience is one hundred million readers. If the value\par
+per text is nominally estimated at one dollar then we produce $2\par
+million dollars per hour in 2002 as we release over 100 new text\par
+files per month: 1240 more eBooks in 2001 for a total of 4000+\par
+We are already on our way to trying for 2000 more eBooks in 2002\par
+If they reach just 1-2% of the world's population then the total\par
+will reach over half a trillion eBooks given away by year's end.\par
+\par
+The Goal of Project Gutenberg is to Give Away 1 Trillion eBooks!\par
+This is ten thousand titles each to one hundred million readers,\par
+which is only about 4% of the present number of computer users.\par
+\par
+Here is the briefest record of our progress (* means estimated):\par
+\par
+eBooks Year Month\par
+\par
+ 1 1971 July\par
+ 10 1991 January\par
+ 100 1994 January\par
+ 1000 1997 August\par
+ 1500 1998 October\par
+ 2000 1999 December\par
+ 2500 2000 December\par
+ 3000 2001 November\par
+ 4000 2001 October/November\par
+ 6000 2002 December*\par
+ 9000 2003 November*\par
+10000 2004 January*\par
+\par
+\par
+The Project Gutenberg Literary Archive Foundation has been created\par
+to secure a future for Project Gutenberg into the next millennium.\par
+\par
+We need your donations more than ever!\par
+\par
+As of February, 2002, contributions are being solicited from people\par
+and organizations in: Alabama, Alaska, Arkansas, Connecticut,\par
+Delaware, District of Columbia, Florida, Georgia, Hawaii, Illinois,\par
+Indiana, Iowa, Kansas, Kentucky, Louisiana, Maine, Massachusetts,\par
+Michigan, Mississippi, Missouri, Montana, Nebraska, Nevada, New\par
+Hampshire, New Jersey, New Mexico, New York, North Carolina, Ohio,\par
+Oklahoma, Oregon, Pennsylvania, Rhode Island, South Carolina, South\par
+Dakota, Tennessee, Texas, Utah, Vermont, Virginia, Washington, West\par
+Virginia, Wisconsin, and Wyoming.\par
+\par
+We have filed in all 50 states now, but these are the only ones\par
+that have responded.\par
+\par
+As the requirements for other states are met, additions to this list\par
+will be made and fund raising will begin in the additional states.\par
+Please feel free to ask to check the status of your state.\par
+\par
+In answer to various questions we have received on this:\par
+\par
+We are constantly working on finishing the paperwork to legally\par
+request donations in all 50 states. If your state is not listed and\par
+you would like to know if we have added it since the list you have,\par
+just ask.\par
+\par
+While we cannot solicit donations from people in states where we are\par
+not yet registered, we know of no prohibition against accepting\par
+donations from donors in these states who approach us with an offer to\par
+donate.\par
+\par
+International donations are accepted, but we don't know ANYTHING about\par
+how to make them tax-deductible, or even if they CAN be made\par
+deductible, and don't have the staff to handle it even if there are\par
+ways.\par
+\par
+Donations by check or money order may be sent to:\par
+\par
+Project Gutenberg Literary Archive Foundation\par
+PMB 113\par
+1739 University Ave.\par
+Oxford, MS 38655-4109\par
+\par
+Contact us if you want to arrange for a wire transfer or payment\par
+method other than by check or money order.\par
+\par
+The Project Gutenberg Literary Archive Foundation has been approved by\par
+the US Internal Revenue Service as a 501(c)(3) organization with EIN\par
+[Employee Identification Number] 64-622154. Donations are\par
+tax-deductible to the maximum extent permitted by law. As fund-raising\par
+requirements for other states are met, additions to this list will be\par
+made and fund-raising will begin in the additional states.\par
+\par
+We need your donations more than ever!\par
+\par
+You can get up to date donation information online at:\par
+\par
+http://www.gutenberg.net/donation.html\par
+\par
+\par
+***\par
+\par
+If you can't reach Project Gutenberg,\par
+you can always email directly to:\par
+\par
+Michael S. Hart <hart@pobox.com>\par
+\par
+Prof. Hart will answer or forward your message.\par
+\par
+We would prefer to send you information by email.\par
+\par
+\par
+**The Legal Small Print**\par
+\par
+\par
+(Three Pages)\par
+\par
+***START**THE SMALL PRINT!**FOR PUBLIC DOMAIN EBOOKS**START***\par
+Why is this "Small Print!" statement here? You know: lawyers.\par
+They tell us you might sue us if there is something wrong with\par
+your copy of this eBook, even if you got it for free from\par
+someone other than us, and even if what's wrong is not our\par
+fault. So, among other things, this "Small Print!" statement\par
+disclaims most of our liability to you. It also tells you how\par
+you may distribute copies of this eBook if you want to.\par
+\par
+*BEFORE!* YOU USE OR READ THIS EBOOK\par
+By using or reading any part of this PROJECT GUTENBERG-tm\par
+eBook, you indicate that you understand, agree to and accept\par
+this "Small Print!" statement. If you do not, you can receive\par
+a refund of the money (if any) you paid for this eBook by\par
+sending a request within 30 days of receiving it to the person\par
+you got it from. If you received this eBook on a physical\par
+medium (such as a disk), you must return it with your request.\par
+\par
+ABOUT PROJECT GUTENBERG-TM EBOOKS\par
+This PROJECT GUTENBERG-tm eBook, like most PROJECT GUTENBERG-tm eBooks,\par
+is a "public domain" work distributed by Professor Michael S. Hart\par
+through the Project Gutenberg Association (the "Project").\par
+Among other things, this means that no one owns a United States copyright\par
+on or for this work, so the Project (and you!) can copy and\par
+distribute it in the United States without permission and\par
+without paying copyright royalties. Special rules, set forth\par
+below, apply if you wish to copy and distribute this eBook\par
+under the "PROJECT GUTENBERG" trademark.\par
+\par
+Please do not use the "PROJECT GUTENBERG" trademark to market\par
+any commercial products without permission.\par
+\par
+To create these eBooks, the Project expends considerable\par
+efforts to identify, transcribe and proofread public domain\par
+works. Despite these efforts, the Project's eBooks and any\par
+medium they may be on may contain "Defects". Among other\par
+things, Defects may take the form of incomplete, inaccurate or\par
+corrupt data, transcription errors, a copyright or other\par
+intellectual property infringement, a defective or damaged\par
+disk or other eBook medium, a computer virus, or computer\par
+codes that damage or cannot be read by your equipment.\par
+\par
+LIMITED WARRANTY; DISCLAIMER OF DAMAGES\par
+But for the "Right of Replacement or Refund" described below,\par
+[1] Michael Hart and the Foundation (and any other party you may\par
+receive this eBook from as a PROJECT GUTENBERG-tm eBook) disclaims\par
+all liability to you for damages, costs and expenses, including\par
+legal fees, and [2] YOU HAVE NO REMEDIES FOR NEGLIGENCE OR\par
+UNDER STRICT LIABILITY, OR FOR BREACH OF WARRANTY OR CONTRACT,\par
+INCLUDING BUT NOT LIMITED TO INDIRECT, CONSEQUENTIAL, PUNITIVE\par
+OR INCIDENTAL DAMAGES, EVEN IF YOU GIVE NOTICE OF THE\par
+POSSIBILITY OF SUCH DAMAGES.\par
+\par
+If you discover a Defect in this eBook within 90 days of\par
+receiving it, you can receive a refund of the money (if any)\par
+you paid for it by sending an explanatory note within that\par
+time to the person you received it from. If you received it\par
+on a physical medium, you must return it with your note, and\par
+such person may choose to alternatively give you a replacement\par
+copy. If you received it electronically, such person may\par
+choose to alternatively give you a second opportunity to\par
+receive it electronically.\par
+\par
+THIS EBOOK IS OTHERWISE PROVIDED TO YOU "AS-IS". NO OTHER\par
+WARRANTIES OF ANY KIND, EXPRESS OR IMPLIED, ARE MADE TO YOU AS\par
+TO THE EBOOK OR ANY MEDIUM IT MAY BE ON, INCLUDING BUT NOT\par
+LIMITED TO WARRANTIES OF MERCHANTABILITY OR FITNESS FOR A\par
+PARTICULAR PURPOSE.\par
+\par
+Some states do not allow disclaimers of implied warranties or\par
+the exclusion or limitation of consequential damages, so the\par
+above disclaimers and exclusions may not apply to you, and you\par
+may have other legal rights.\par
+\par
+INDEMNITY\par
+You will indemnify and hold Michael Hart, the Foundation,\par
+and its trustees and agents, and any volunteers associated\par
+with the production and distribution of Project Gutenberg-tm\par
+texts harmless, from all liability, cost and expense, including\par
+legal fees, that arise directly or indirectly from any of the\par
+following that you do or cause: [1] distribution of this eBook,\par
+[2] alteration, modification, or addition to the eBook,\par
+or [3] any Defect.\par
+\par
+DISTRIBUTION UNDER "PROJECT GUTENBERG-tm"\par
+You may distribute copies of this eBook electronically, or by\par
+disk, book or any other medium if you either delete this\par
+"Small Print!" and all other references to Project Gutenberg,\par
+or:\par
+\par
+[1] Only give exact copies of it. Among other things, this\par
+ requires that you do not remove, alter or modify the\par
+ eBook or this "small print!" statement. You may however,\par
+ if you wish, distribute this eBook in machine readable\par
+ binary, compressed, mark-up, or proprietary form,\par
+ including any form resulting from conversion by word\par
+ processing or hypertext software, but only so long as\par
+ *EITHER*:\par
+\par
+ [*] The eBook, when displayed, is clearly readable, and\par
+ does *not* contain characters other than those\par
+ intended by the author of the work, although tilde\par
+ (~), asterisk (*) and underline (_) characters may\par
+ be used to convey punctuation intended by the\par
+ author, and additional characters may be used to\par
+ indicate hypertext links; OR\par
+\par
+ [*] The eBook may be readily converted by the reader at\par
+ no expense into plain ASCII, EBCDIC or equivalent\par
+ form by the program that displays the eBook (as is\par
+ the case, for instance, with most word processors);\par
+ OR\par
+\par
+ [*] You provide, or agree to also provide on request at\par
+ no additional cost, fee or expense, a copy of the\par
+ eBook in its original plain ASCII form (or in EBCDIC\par
+ or other equivalent proprietary form).\par
+\par
+[2] Honor the eBook refund and replacement provisions of this\par
+ "Small Print!" statement.\par
+\par
+[3] Pay a trademark license fee to the Foundation of 20% of the\par
+ gross profits you derive calculated using the method you\par
+ already use to calculate your applicable taxes. If you\par
+ don't derive profits, no royalty is due. Royalties are\par
+ payable to "Project Gutenberg Literary Archive Foundation"\par
+ the 60 days following each date you prepare (or were\par
+ legally required to prepare) your annual (or equivalent\par
+ periodic) tax return. Please contact us beforehand to\par
+ let us know your plans and to work out the details.\par
+\par
+WHAT IF YOU *WANT* TO SEND MONEY EVEN IF YOU DON'T HAVE TO?\par
+Project Gutenberg is dedicated to increasing the number of\par
+public domain and licensed works that can be freely distributed\par
+in machine readable form.\par
+\par
+The Project gratefully accepts contributions of money, time,\par
+public domain materials, or royalty free copyright licenses.\par
+Money should be paid to the:\par
+"Project Gutenberg Literary Archive Foundation."\par
+\par
+If you are interested in contributing scanning equipment or\par
+software or other items, please contact Michael Hart at:\par
+hart@pobox.com\par
+\par
+[Portions of this eBook's header and trailer may be reprinted only\par
+when distributed free of all fees. Copyright (C) 2001, 2002 by\par
+Michael S. Hart. Project Gutenberg is a TradeMark and may not be\par
+used in any sales of Project Gutenberg eBooks or other materials be\par
+they hardware or software or any other related product without\par
+express permission.]\par
+\par
+*END THE SMALL PRINT! FOR PUBLIC DOMAIN EBOOKS*Ver.02/11/02*END*\par
+\par
+}
+
diff --git a/old/rnpz10r.zip b/old/rnpz10r.zip
new file mode 100644
index 0000000..3ea1849
--- /dev/null
+++ b/old/rnpz10r.zip
Binary files differ
diff --git a/old/rnpz10u.txt b/old/rnpz10u.txt
new file mode 100644
index 0000000..9510076
--- /dev/null
+++ b/old/rnpz10u.txt
@@ -0,0 +1,13204 @@
+The Project Gutenberg EBook of Ironia Pozorow, by Maciej hr. Lubienski
+
+Copyright laws are changing all over the world. Be sure to check the
+copyright laws for your country before downloading or redistributing
+this or any other Project Gutenberg eBook.
+
+This header should be the first thing seen when viewing this Project
+Gutenberg file. Please do not remove it. Do not change or edit the
+header without written permission.
+
+Please read the "legal small print," and other information about the
+eBook and Project Gutenberg at the bottom of this file. Included is
+important information about your specific rights and restrictions in
+how the file may be used. You can also find out about how to make a
+donation to Project Gutenberg, and how to get involved.
+
+
+**Welcome To The World of Free Plain Vanilla Electronic Texts**
+
+**eBooks Readable By Both Humans and By Computers, Since 1971**
+
+*****These eBooks Were Prepared By Thousands of Volunteers!*****
+
+
+Title: Ironia Pozorow
+
+Author: Maciej hr. Lubienski
+
+Release Date: June, 2004 [EBook #6000]
+[Yes, we are more than one year ahead of schedule]
+[This file was first posted on September 22, 2002]
+
+Edition: 10
+
+Language: Polish
+
+Character set encoding: Unicode UTF-8
+
+*** START OF THE PROJECT GUTENBERG EBOOK IRONIA POZOROW ***
+
+
+
+
+Etext produced by Michalina Makowska, Szczecin, Poland,
+Eve Sobol, South Bend, IN, USA, and Julia Jezierska, Stawiszyn, Poland.
+
+
+
+
+
+
+
+
+"Ironia PozorĂłw"
+
+Maciej hr. Łubieński
+
+
+
+PROLOG
+
+
+Dniało...
+
+Leniwo, sennie pierzchały mgły przezrocze, tulące się dotąd w
+niemej pieszczocie do ścian wielkiego grodu i wodnej, płynącej u
+stĂłp jego fali.
+
+Wreszcie - znikły...
+
+Na wzgórzu ukazało się miasto. Z wysoka, iglicami katedry, licznymi
+gmachami i zżółkłą zielenią ogrodów przejrzało się dumnie w
+nurtach szarych rzeki, a po szybach okien domów jego zamigotał
+równocześnie pierwszy bladawy promyk chmurnego jesiennego świtu.
+
+Na poddaszach krytego cegłą staromiejskiego domku nieprzesłonięte
+niczem okno jedno zaśmiało się weselej od innych do matowego
+porannego światła. Ciekawie do wnętrza facyatki wśliznął się
+brzask smętny.
+
+W pokoiku, o paru najniezbędniejszych tylko sprzętach, na razie nie
+było nikogo.
+
+Pościel nienaruszona bieliła się dość schludnie, wszystko wokoło
+zaś wskazywało wyraźnie, iż właściciela siedziby tej od wczoraj
+już nie było, puls bowiem kiełkującej tu jakiegoś jednego życia,
+zastygły w panującym wszędzie nieporządku, wyraźnie oczekiwać się
+zdawał cierpliwie na swego pana i władcę.
+
+Tymczasem zaś tylko po niezamiecionych kątach błąkały się pustka i
+nuda, a nietrudno było domyśleć się, że bieda w swej ziemskiej
+wędrówce zaglądać tu nieraz musiała...
+
+Gościnę jej bowiem zdradzało tutaj - wszystko. A więc i ubożyzna
+mebli i atmosfera jakaś duszna, wreszcie to coś niewidzialnego,
+nieokreślonego, z kątów, ze ścian, zewsząd, wyzierającego, co, jak
+widma cień, szeptem jakby, mówi wciąż o sobie i łzawo się skarży.
+
+W przedziwnie zgodnej, panującej tu ogólnie harmonii szarzyzny,
+melancholii i smutku, dźwięczała jednak, drgała, niby uśmieszek
+radosny, jasny, nuta weselsza. Była zaś nią stojąca w rogu pokoju,
+na komódce staroświeckiej, zniszczonej, w inkrustowane, wykwintne ramy
+oprawna fotografia gabinetowa młodej dziewczyny, ku której z obok
+stojącej szklaneczki małej wychylała się pieszczotliwie w rozkwicie
+swym śliczna aksamitna pąsowa świeża róża.
+
+Dziewczę i róża patrzyły na siebie, lecz królowa kwiatów z
+sąsiedztwa swego dumną być tylko mogła.
+
+Z martwej bowiem kartki kartonu, spoglądała na świat dużemi oczyma
+cudna twarz dziewczyny, a zaklęty w rysach i układzie całej postaci
+nieujęty jakiś wdzięk - ta siła największa kobiety, oporna na lata
+i burze życia, świeża zawsze, jak kwiecie wiosny - szła na widza i
+chwytała go za serce, czarując natychmiast swem słabem bądź co
+bądź tylko artyzmu ludzkiego odbiciem.
+
+Odosobnienie zaś wyraźne rogu izdebki, gdzie stała fotografia, od
+otaczających i rozrzuconych po pokoju sprzętów, oraz pewna czystość
+staranna, cechująca to miejsce - świadczyły sobą również aż
+nadto, że nieobecny właściciel mieszkanka tego dbał wielce o ten
+zakątek, zdradzając przytem, że i on w biedzie swej miał może
+jakąś chwilkę jasną, jakieś swoje marzenie!...
+
+Tak, niewątpliwie!...
+
+Siła bowiem jakby ukryta, a nieujęta jednocześnie i dziwna, biła od
+tego kącika pamiątek; zdawał się być on jedynym uśmiechem smutnego
+zkądinąd tu bytu i jedyna również kapliczka, nikłego złudnego
+zapewne jakiegoś szczęścia, ale zawsze - szczęścia.
+
+W szarą nędzę istnienia "pana", zamkniętej w tych ścianach biedy,
+życie wplątało widać jakąś nić złotą, rzuciło na osłodę
+hojnie i litościwie pęk duchowych promieni!...
+
+Tymczasem w ciszy izdebki nie przerywało nic zgoła... Przez małe
+okienko widać tu było spiętrzone dachy z czerwonej cegły, kominy;
+dalej, w dole, srebrzyła się rzeka, a środkiem niej cicho sunęła
+właśnie berlinka, zdążając ku miejskiej przystani.
+
+Z wieży którejś z poblizkich świątyń w ogólnem milczeniu
+melodyjnie rozległ się niebawem dźwięk sygnaturki porannej.
+Monotonne nieco popłynęło w dal echo z dzwonu, a zawtórowały mu
+wkrótce świstawki licznych fabryk, turkot wozów z mlekiem i
+pieczywem, oraz inne, płynące zewsząd odgłosy.
+
+Powolnie budziło się już miasto.
+
+Krętymi uliczkami staromiejskiej dzielnicy zdążał krokiem równym i
+szybkim ku opisanej powyżej siedziby swojej młody mężczyzna, rosły
+i gibki, ubrany w jesienne palto i pognieciony miękki kastrowy
+kapelusz, nadający śniademu obliczu jego i bujnemu zarostowi wyraźny
+typ jakby południowca z Zachodu. Szedł on, pogwizdując z cicha, z
+rękami w kieszeniach, zamyślony, a po wyminięciu kilku przechodniów,
+skręciwszy w uliczkę wązką i głuchą, znalazł się na niej sam
+zupełnie.
+
+Po chwili jednak z poza węgła staroświeckiego domu, tworzącego róg
+tej ulicy, wysunęła się pewna postać i poczęła iść w ślad za
+nim.
+
+Była to biedna jakaś babina, a snać nieco podpita, bo zataczając
+się z lekka, krzykliwie podśpiewywała coś sobie. Mała, krępa,
+okręcona czerwoną wełnianą chustką i w takiejże spódnicy,
+kołysała się ona zabawnie, przystając co kroków kilka, i niby
+baletnica szybko wykręcając się na jednej nodze.
+
+W swe kościste ręce spódnicę ujmowała przytem pociesznym ruchem, a
+z pełną komizmu gracyą unosząc ją wyraźniej i głośniej
+powtarzała ostatnią piosenki zwrotkę, i szła dalej, aby w parę
+minut ponownie wykonać też same identycznie produkcye.
+
+Idący ulicą mężczyzna przystanął i patrzał ciekawie na babinę,
+wkrótce jednak, znudzony, obojętnie odwrócił się i począł iść
+dalej.
+
+W tej samej chwili posłyszał za sobą wołanie:
+
+- Hej, panoczku, panoczku! StĂłjcie-no ino tam, stĂłjcie!...
+
+Młody człowiek odwrócił się i ujrzał zmierzającą ku niemu
+kobiecinę; trzymała coś w ręku i kiwała nań. Zdziwiony podszedł
+bliżej i zapytał:
+
+- Cóş to, czegóş ode mnie chcecie?
+
+Babina zaś, podając mu jakiś przedmiot, objaśniła:
+
+- A dyć zgubiliśta to panoczku!... Przez mała psewróciłabym se bez
+tę torbę...
+
+Nieznajomy machinalnie ujął w rękę, co mu dawano.
+
+Trzymał pugilares duży, ciężki i elegancki; był on ze skóry koloru
+wiśniowego i mile dotknięciem swem pieścił.
+
+Na ten widok zarumienione od porannego chłodu oblicze młodzieńca
+zbladło, ręka mu zadrżała nerwowo, a na ustach, które z lekka
+poruszyły się niedostrzegalnie, zamarły, jakby niewypowiedziane
+jakieś słowa.
+
+Jednocześnie spojrzenie jego dużych ciemnych oczu obrzuciło badawczo
+uliczkę: wokół nie było nikogo, tylko zapuszczone story licznych
+okien u domów patrzyły przed siebie martwem okiem - w ciszy uśpienia
+jeszcze drzemało tu miasto.
+
+Przenikliwy, rozumny wzrok nieznajomego spoczął z kolei na twarzy
+stojącej przed nim kobieciny, i zatrzymał się na niej długą
+chwilę...
+
+Zdawała się ona być ze wsi, a Bogu duszę winna, ucierała w tej
+chwili swój nos zamaszyście, nieestetycznym i prymitywnym, ludowi
+naszemu właściwym sposobem, mrugając równocześnie małemi,
+zaszłemi krwią, jak u królika, oczkami. Niewątpliwie była przytem
+poweselałą od trunku, a nie pijaną przed chwilą widać śpiewającą
+tylko - tak sobie, gwoli zadośćuczynienia nastrojowi swemu, czy też
+moĹźe zbytkowi przyrodzonego temperamentu.
+
+- Dziękuję wam! - Lakonicznie rzucił nagle nieznajomy, prosto w
+piegowatą i czerwoną twarz babiny i odwróciwszy się z pośpiechem,
+podniósł kołnierz paltota, wtulił w niego głowę, nasunął na oczy
+kapelusz i począł iść bardzo szybko, wkrótce zaś puścił się
+prawie Ĺźe biegiem.
+
+- A to ci leci!... Niby ta elektryka, zrozumienia nijakiego niemająca,
+- zawyrokowała głośno do siebie, wzruszając ramionami, kobiecina.
+
+Raźno z miejsca ruszyła i śpiewać znowu poczęła, echo zaś jej
+piosenki, odbiwszy się o mury charakterystycznych, przygarbionych
+wiekiem kamienic Starego Miasta - pognało za niknącym już w głębi
+uliczki mężczyzną, ostatnią swą, dwukrotnie powtórzoną, zwrotką:
+
+ "A kto kocha, ten jest zdrĂłw,
+ A kto kocha - ten jest zdrĂłw..."
+
+
+
+Zgrzytnął klucz w zamku cichej facyatki, otworzyły się gwałtownie
+drzwiczki, i na progu stanął właściciel tego mieszkanka. Od powiewu,
+wywołanego prądem powietrza, zadrżały firanki u małego okienka, ze
+szklanego zaś kielicha pochyliła się ku fotografii młodej dziewczyny
+róża aksamitna, jakby pragnąc z nią wspólnie powitać pana swego.
+
+- Nareszcie!... - wyszeptały z ulgą usta przybyłego i ruchem
+nerwowym, zamknąwszy cicho drzwi za sobą, przekręcił klucz w zamku.
+
+Rzecz dziwna - natychmiast w czterech ścianach smutnej dotąd izdebki
+zrobiło się jakoś weselej i jaśniej!...
+
+Młodość bowiem i siła szły, biły od młodego mieszkańca facyatki,
+i niby brakujący promień światła, ożywiły, zda się, wnętrze
+poddasza.
+
+Rzuciwszy kapelusz i paltot na krzesło, młodzieniec bacznie rozejrzał
+się po swym pokoiku, a zmarszczywszy brwi i jakby coś rozważając,
+pozostał w pozycyi stojącej dłuższą chwilę.
+
+Poruszył się jednak niebawem i podszedł do drzwi, nadsłuchując
+równocześnie. Postawszy zaś tam minut parę, zbliżył się
+następnie do okna, a wpatrzywszy się w nie przez sekundę może, po
+krótkiem wahaniu, powolnym ruchem spuścił roletę.
+
+Szarawa ciemność zaległa izdebkę.
+
+Młodzieniec podszedł do kanapy, przed którą stał stoliczek
+mahoniowy, i usiadł. Wkrótce w ciszy rozległ się zgrzyt zapałki. Po
+chwili mała lampka oświetlała już poddasze, młody człowiek zaś,
+raz jeszcze obejrzawszy się wkoło, szybko, sięgnął do kieszeni
+swego ubrania.
+
+Nerwowo, śpiesznie wydobył stamtąd wręczony niedawno portfel
+skórzany i, z błyskiem ciekawości w oczach roztworzywszy go,
+położył na stole.
+
+Z sześciu, zapiętych małemi klapkami, przedziałów złożony, z
+wielką spodnią, idącą przez całą długość jego kieszenią, w
+oczekiwaniu, cicho, pugilares patrzeć się zdawał na siedzącego
+mężczyznę...
+
+Ręce jego jednak, dotknąwszy się tylko pobieżnie wypełnionych
+kryjówek, zatrzymały się chwilę bezczynnie, a na nerwowej twarzy
+odbiło zdumienie, połączone jakby z przestrachem.
+
+- Jak to, więc tak dużo tu czegoś? -mówiły wyraźnie wielkie,
+wyrazu pełne oczy młodzieńca, i jednocześnie pytać się zdawały
+niepewne: - Czy tylko to aby pieniądze?..
+
+I dziwna reakcya odbywała się w duszy jego.
+
+Gdy krętemi uliczkami leciał do swego mieszkanka, paliła go chęć
+ujrzenia, co zawiera portfel, a obecnie?... Lęk oto jakiś
+niewytłumaczony zawładnął nim nagle.
+
+Przeczucie mówiło mu wyraźnie, że tu, przed nim, w pugilaresie tym,
+ukryty na razie od oczu ludzkich, mieścił się majątek może, tkwił
+pieniądz - ten talizman ludzkiego dobrobytu i szczęścia, drzemała
+świata tego potęga - złoto...
+
+A jednak nie poruszył on dotąd wcale portfelu... Dlaczego?
+
+Bo z przeczuciem bogactw, które czekać się zdawały tylko dotknięcia
+jego, czuł dobrze, zdawał sobie on sprawę z czegoś innego również.
+
+To była własność cudza!...
+
+Upomną się o nią niewątpliwie; on zaś, nie wiedząc, co się tam
+znajduje, możeby mógł jeszcze, pomimo swej nędzy, zwrócić
+właścicielowi ten oto przedmiot, czy uczyni to jednak, unurzawszy
+ręce w zawartości jego?
+
+Z ręką na portfelu opartą mężczyzna zamyślił się bardziej
+jeszcze.
+
+Wszak, choć z pozoru wesół i syty, nie posiadał on w istocie na
+razie złamanego szeląga przy duszy. Ostatnie pieniądze wydał na
+bilet kolejowy, który pozwolił mu wrócić w ściany poddasza z
+wczorajszej zamiejskiej wycieczki, związanej z nadzieją otrzymania
+posady.
+
+Nie otrzymał jej - wracał z niczem; głodne dzisiaj już teraz
+pytająco zaglądało mu w oczy zimnem nieubłaganem spojrzeniem.
+
+A tu, przed nim!...
+
+Młodzieniec zerwał się z kanapki i przebiegł pokój kilka razy.
+Nagle, wytrzymać snadź już nie mogąc, pochwycił w drżące ręce
+leżący portfel i rozpiął ruchem gwałtownym po kolei wszystkie jego
+kieszonki...
+
+I oto z jednego przedziału natychmiast z przyciszonym brzękiem
+posypały się na wyszarzałą serwetę stolika rulony złota,
+błyszczące, nowe - zamigotały w niepewnem świetle lampy i ułożyły
+się cicho... W ślad za nimi z innych kieszonek portfelu z szelestem
+wypadły pliki storublówek, w opaskach, a z kryjówki jego spodniej
+wysunęły się do połowy wielkie kwadraty pięćsetrublówek!...
+
+Więc nie było to urojeniem, marzeniem, mrzonką!.. Rzeczywiście zatem
+drzemał tu pieniądz w swym majestacie!..
+
+Młody człowiek odskoczył od stołu i wpatrzył się w nagromadzoną
+kupę grosza.
+
+Na twarz jego wystąpił wyraz chciwości i oszpecił ją, oczy
+głębokie, duże, przybrały połysk koci i wpiły się uporczywie w
+banknoty i złoto.
+
+Po chwili zbliżył się ponownie do stolika. Lubieżnym ruchem swej
+delikatnej ręki przesunął po nagromadzonych pieniądzach, a po ciele
+jego równocześnie przeleciał dreszcz.
+
+Jak włosy pięknej kobiety, jak ciało jej zmysłowe, aksamitne,
+pieściły go banknoty... Zanurzył rękę głębiej i dotknął się
+złota.
+
+Z cichym brzękiem rozsypało się ono w strumyk błyszczący, a nim do
+głębi ponownie wstrząsnął dreszcz.
+
+Nigdy w życiu swem nie miał tyle pieniędzy u siebie. Fortuna zawsze
+impertynencko odwracała się od niego, szczęście dotychczas uciekało
+odeń również, jak od zapowietrzonego, pieniądz zaś, drwiąco
+unosząc się w niedostępnych dlań wyżynach, niepochwytny, szyderczy
+- stronił od niego stale.
+
+Młodzieniec przesuwał wciąż machinalnie ręką po storublówkach.
+Przed oczyma migały mu wizerunki, podpisy na banknotach, złote
+imperyały zimnym dotykiem głaskały jego dłoń...
+
+Wyrwawszy rękę wreszcie z pieszczotliwego uścisku złota, mężczyzna
+pochwycił nagle pliki storublówek i liczyć począł.
+
+Drżące ręce jego brały i porzucały co chwila zwitki banknotów;
+szelest papieru, zduszony dźwięk monety zagrały w ciszy izdebki,
+zdziwiły te biedne ściany, tak zdawna odwykłe od brzęku pieniędzy,
+wyganiając, zdawało się, biedę, przykucłą gdzieś w kącie, z
+legowiska swego. I widmo jej w łachmanach zniknęło przestraszone,
+wygnane szmerem poddanych Złotego Cielca - umknęło, szukając gdzie
+indziej schronienia.
+
+A młody człowiek wciąż liczył... Teraz dłoń jego dotykała zwitka
+pięćsetrublówek. Było ich dwadzieścia.
+
+Ciemny rumieniec powoli występował na śniadą twarz młodzieńca,
+oczy zaś jego paliły się bezustannie chciwości niezdrowym blaskiem.
+
+W papierach i złocie, z pewną, drobną tylko różnicą, było
+wszystkiego dwadzieścia siedem tysięcy.
+
+Młodzieniec odstąpił od stołu i wolno z rozmysłem począł
+przechadzać się po izdebce.
+
+- Dwadzieścia i siedem tysięcy!.. Dwadzieścia i siedem...
+
+Powtarzając się bezustanku, w głowie jego huczała i wracała myśl
+jedna, a dziesiątki innych ginęły, topiły się tylko w niej, jak w
+chaosie, zanikały - milkły...
+
+On zatem, ktĂłry prĂłcz jedynego na sobie odzienia i tych paru
+sprzętów wokoło, nie posiadał nic na świecie, on - za jednym
+zamachem mógł stać się oto właścicielem owych, rozsypanych przed
+nim pieniędzy?..
+
+Młodzieniec zadrżał.
+
+- A moralność? a etyka? To własność nie twoja, to zguba czyjaś
+tylko, ty powinieneś pieniądz ten zwrócić, zwrócić, zwrócić!..
+jak rój owadów nagle zabrzmiały w uszach mężczyzny jakieś szepty i
+głosy.
+
+- Oddać? ha-ha-ha!.. A to dlaczego? ciekawym? - zadrwił rozsądek
+zimny natychmiast. - "On prend son bien, ou on le trouve." - Znalazłeś
+- to twoje! A zresztą, gdyby to samo, co ty, znalazł był kto inny,
+czy myślisz, że postąpiłby on inaczej?
+
+- Oddałby, oddał na pewno, bo chciałby pozostać uczciwym!.. - silny
+głos prawości rozległ się śmiało w duszy mężczyzny.
+
+Wstrząsnął się młody mieszkaniec facyatki i przetarł ręką
+czoło, po chwili zaś zmęczony usiadł na jednym z koszlawych
+fotelików i, podparłszy głowę dłonią, zadumał się głęboko.
+
+A rozum drwił dalej bezlitośnie, zjadliwie, sącząc się kroplami
+ironii:
+
+- Nie słuchaj bredni i sentymentalnych mrzonek! - szeptał. -
+Uczciwość - frazesa!.. Któż naprawdę uczciwym jest w czasach
+obecnych? Obejrzyj się tylko i wpatrz uważnie w ludzi, walczących o
+byt obok ciebie. Czyń wreszcie, jak chcesz... odtrąć łaskawy
+uśmiech fortuny!..
+
+Los, odbierając może naumyślnie drugiemu, co miał zanadto w swym
+trzosie, pragnie dobrotliwy, obdarzyć ciebie, nie chcesz-li?
+
+- Ha, to bądź sobie zatem wspaniałomyślnym, szlachetnym, wielkim!
+Umieraj z głodu, bądź głupim!.. Ale pamiętaj, że gorzkiemi łzami
+żałować kiedyś będziesz chwili swojego szału - pamiętaj, żeś
+biednym!
+
+Zaśmiał się jeszcze rozum szyderczo i umilkł, mężczyzna zaś,
+zadumany, pochylił się na krześle, jakby przygnieciony do ziemi,
+oparłszy przytem łokcie na kolanach, ukrył twarz w dłonie.
+
+Tak, niestety, był on biednym!..
+
+Straciwszy matkę lat temu parę, uczył się następnie za granicą: w
+Niemczech i we Francyi. odebrawszy kosztem bogatego stryja
+wykształcenie nie fachowe, lecz ogólne i staranne, zdecydował się
+rok temu właśnie powrócić do miasta, gdzie ujrzał był światło
+dzienne, by zbliżyć się do dotychczasowego opiekuna swego, a brata
+rodzonego nieżyjącego już ojca.
+
+W młodzieńczej wyobraźni studenta roiła się nawet podówczas
+nadzieja śmiała owładnięcia sercem starego bogacza, aby po
+najdłuższem życiu zapisał mu mienie.
+
+Tembardziej zatem śpieszył się z swoim wyjazdem, lecz przybył za
+późno niestety; stryja swego już nie zastał.
+
+Łożący tylko z obowiązku na studya bratanka, a nie przywiązany doń
+zgoła innym, serdeczniejszym węzłem, parę tygodni temu właśnie
+starzec przeniósł się był do wieczności, zapisawszy cały majątek
+na dobroczynne cele.
+
+Nie zastawszy więc w mieście nikogo na razie, kto by go znał lub
+pamiętał, odważnie z biedą wziął się on wówczas za bary.
+
+Przepisywał referaty, polisy ubezpieczeniowe, dawał lekcye, czynił,
+co tylko mógł i zdobywał miejsce przy biesiadnym, ogólno ludzkim, a
+tak zazwyczaj niegościnnym stole...
+
+0 chłodzie i głodzie mijały mu w ten sposób dnie całe, gorycz
+jednak do życia, w walce o byt ciągłej, nie rozgaszczała się w
+duszy jego, nie mającego po prostu czasu w bezbarwnej swej biedzie i
+gorączce zarobku analizować ciemnych stron swego żywota. Miesięcy
+parę temu dopiero siła okoliczności i ludzi, o których ocierać się
+począł, żal wykluł mu się w duszy do świata, sącząc z niej
+niezadowolenie i gorycz.
+
+Traf ślepy zrządził pewnego dnia, iż spotkał rówieśnika swego z
+lat dawnych.
+
+Przy wspomnieniu tem ostatniem, młody mieszkaniec poddasza zmarszczył
+brwi i zamyślił się jeszcze głębiej, niż przedtem.
+
+Dawny jego kolega szkolny z kraju i zagranicy, Edmund R-ski, potrosze
+nawet kuzyn i towarzysz zabaw dziecinnych - dziś bywalec stolicznych
+salonów, chłopiec zamożny, zbliżył się do niego pierwszy wówczas.
+Było to podczas karnawału, w zimie, w jednej z kawiarń, bardziej
+uczęszczanych w mieście.
+
+Po dłuższej gawędzie i rozpamiętywaniu młodzieńczych lat
+ubiegłych, Edumund R-ski rzekł mu wtedy:
+
+- Wiesz co, mój drogi? Dobrze się nazywasz, ładne masz maniery,
+które pozostały ci po rodzicach i wychowaniu starannem, notabene wcale
+dobrze i z akcentem mówisz po francusku, tandem tedy zaproponowałbym
+ci coś... tylko nie obraź się na mnie przypadkiem... Gdyby cię tak
+ubrać elegancko, bardzo dobry i okazały byłby z ciebie tancerz... He,
+cóż ty na to? Proszony właśnie jestem o młodzież do państwa W. na
+bal, pojutrze, chodź ze mną... Siedzisz i marnujesz się gdzieś w
+kącie, qui lo sa, przystojnym jesteś, a nuż podobasz się komu?.. Ja
+ci pomogę i ułatwię wszystko...
+
+Od słowa do słowa, dał się namówić wtedy. Otrzymawszy od bogatego
+i hojnego, oraz uprzejmego kuzyna pożyczkę, wyekwipował się i
+poszedł na bal z nim razem.
+
+Edmund R. przeprowadził rzecz całą bardzo zręcznie. Przedstawiwszy
+protegowanego swego, nie omieszkał przypomnieć wszystkim z osobna o
+stryju jego, filantropijnym zapisodawcy, a takĹźe o rodzicach, ongi,
+przed laty, zamożnych i wpływowych. Dobrze wychowanego, eleganckiego i
+miłego tancerza zapraszać poczęto chętnie, tembardziej, iż
+powszechnie wiedziano o przyjaĹşni jego z Edmundem R., znanym i cenionym
+bywalcem.
+
+Młody mieszkaniec skromnego poddasza poruszył się niespokojnie na
+krześle i spojrzał przed siebie wzrokiem zamglonym, zapatrzonym we
+wspomnienia własne.
+
+Wówczas to, po owym pierwszym balu, przestąpił on zaczarowany dlań
+dotąd próg salonów i zapamiętale bawić się począł. Życie,
+które prowadził, upajało go. Niepomny jutra - szalał.
+
+Trwało to tygodni parę, i nagle skończyło się wszystko... Edmund
+R-ski, wezwany telegraficznie do umierającej siostry za granicę,
+wyjechał, pieniądze wyczerpały się równocześnie, a zaniedbana
+czasowo jego własna zarobkowa praca wysunęła mu się z rąk; ktoś
+inny, także potrzebujący biedak, zastąpił go.
+
+W okienko facyatki karnawałowicza zajrzał głód; po wizytach i balach
+pozostał w pamięci jego tylko chaos ogólny - wrażenie chwil
+rozkosznie jakby prześnionych, i jedno wspomnienie trwałe.
+
+Oczy młodego mężczyzny zadumane, w tej chwili błyszczące i jakby
+tkliwe, skierowały się w róg izdebki, gdzie w półświetle lampy
+majaczyła fotografia.
+
+Nabył ją u fotografa i niemal codziennie stroił w kwiaty;
+przedstawiała zaś ona elegancką pannę z towarzystwa, córkę
+ukraińskiego magnata, błyszczącą ubiegłego karnawału w salonach
+pięknością, dowcipem, otoczona rojem wielbicieli, a którą pokochał
+uczuciem miłości pierwszej - prawdziwej.
+
+Dla niej rzucił się w wir czczych zabaw bez środków po temu, bez
+pamięci...
+
+Odepchniętemu twardą ręką biedy od rydwanu bawiącego się świata -
+przesłoniętego w pamięci jego gazą ułudną, mieniącego się
+setkami odcieni i blasków - pozostały tylko wspomnienia dręczące,
+rozkoszne, kilkunastu rozmów, tańców, uścisków dłoni, spojrzeń...
+i - nabyta za pieniądz własny fotografia pięknej dziewczyny.
+
+Mydlana bańka złudna - marzenie!..
+
+Siedzący wciąż w zamyśleniu przed stolikiem młodzieniec głowę
+pochylił i ponownie ukrył ją w dłonie. Niby na jawie, przed oczyma
+żywo stanął mu bal ostatni... W jarzącej się świateł powodzi,
+wśród kołyszących się w takt melodyjnego walca par, sunęli oni
+wĂłwczas po szklistej posadzce salonĂłw...
+
+Ona miała spuszczoną główkę cudną i opierała się z wdziękiem na
+jego ramieniu, on zaś, tuląc nieznacznie tancerkę swą do piersi,
+pożerał wzrokiem jej twarz, nagie ramiona i szyję kształtną, a
+długą i giętka, jak kwiat, o łodydze wysokiej.
+
+Od czasu do czasu piękna panna wznosiła na niego swoje głębokie,
+mieniące się źrenice, i spojrzenia ich spotykały się na chwilę...
+
+Potem śliczne dziewczę przykrywało znów oczy długiemi rzęsami; on
+rzucał słówko, przyciskał machinalnie kibić jej do siebie,
+czekając ponownie niemej źrenic rozmowy. Nagle uciszyło się w
+balowej sali...
+
+To muzyka ustała była, a oni walcowali jeszcze, ciągle przytuleni do
+siebie - zrośli skrytem jakby pragnieniem.
+
+Później odprowadził znużoną swą tancerkę, a ona leciuteńko,
+dziękczynnie paluszkami drobnemi ścisnęła jego dłoń...
+
+Młodzieniec zerwał się z krzesła, potrącił je gwałtownie, i
+dużymi krokami zaczął przebiegać szybko swój pokoik. Jednocześnie
+z wyrazem miłości bezgranicznej spojrzenie jego pobiegło do komódki
+małej, gdzie stała fotografia z różą.
+
+Z kryształowego kielicha delikatnie wychylał się kwiat purpurowy,
+dotykając warg prawie dziewczyny. Usteczka jej małe uśmiechały się
+rozkosznie, pocałunku zda się spragnione...
+
+Młody człowiek pozostawał chwilę w niemej kontemplacyi ubóstwianego
+przez się kącika izdebki, aż wreszcie powoli wzrok swój przeniósł
+w stronę stolika, gdzie leżały cicho banknoty i złoto.
+
+Wyraz marzenia, ekstazy błyskawicznie znikł z jego oblicza -
+przypomniał sobie chwilę obecną.
+
+Zwolna do stolika zbliżać się począł; utkwiwszy spojrzenie w
+rozsypanych pieniądzach, jednocześnie myślał:
+
+- Niemi tylko może zdobyć bym mógł swe marzenie, one pozwolą mi i
+ułatwią zbliżenie do ukochanej! A potem...
+
+I mimo woli znowu spojrzał młodzieniec w róg pokoiku.
+
+Oczy dziewczyny kuszące patrzyły zalotnie, paliły go, obiecywać się
+zdawały rozkoszy ułudę, miłość - szczęście!.. Rumieniec oblał
+twarz mężczyzny.
+
+- Ach, mieć ją, posiadać, i żyć jej życiem, zlać się z nią
+istnieniem i duszą!.. - zawirowała mu w głowie myśl uporczywa.
+
+- Przecież to córka magnata; książęta, hrabiowie ubiegają się o
+nią, czemże ty jesteś dla niej? - zerem, nie otrzymasz jej nigdy, -
+uspakajała mózg, nerwy wzburzone, trzeźwa, zimna logika. - Chyba, że
+pieniędzy tych oto posiądziesz wiele... wiele...
+
+- Z małych strumieni tworzą się rzeki; weź to, a może ci więcej
+przybędzie!.. - szepnął rozum podstępnie.
+
+Młody mieszkaniec facyatki schwycił się nagle za głowę.
+
+Boże, Boże! - wyszeptał - cóż jednak uczyniło ze mnie to, tak
+krótkie zetknięcie się z światem zbytku, to zbratanie się, otarcie
+z ludźmi szychu i złota! Jakże innym byłem dawniej! Jakże -
+lepszym!..
+
+Mężczyzna smutnie zwiesił głowę.
+
+Teraz, przyjrzawszy się niedawno ludziom bogatym, ich trybowi życia,
+czuł w sobie, poza uczuciem miłości, dziesiątki związanych z niem
+pragnień. Złoto, ten bożek dumny i wspaniały, przed którym korzyły
+się miliony, olśniewał go, mamił... Przedsmak zaś możliwych w
+dalekiej przyszłości bogactw, użycia, a kto wie, może znaczenia i
+wpływów, wespół z osiągnięciem najprzód ukochanej kobiety, za
+pomocą tego oto, rozsypanego przed nim grosza - odbierał mu
+równowagę duchową, mieszał myśli.
+
+Porwał się znowu z miejsca i po pokoju biegać począł, niebawem
+jednak rzucił się na krzesło, wyczerpany, uporczywie, ponownie
+wpatrzywszy się w fotografie ukochanej.
+
+Od czasu do czasu odrywał wzrok od drogich rysów kobiety i przenosił
+go z wolna na stos banknotów i złota. Później spojrzenie jego,
+wewnętrznej pracy myśli jakby posłuszne, wracało powtórnie do
+lubego wizerunku.
+
+Przy samych wargach dziewczyny drżał kwiat purpurowy obecnie -
+dziewczę i róża całowały się teraz lubieżnie...
+
+A w izdebce tymczasem lampa powoli dogasać poczęła stopniowo,
+niepewnem, migocącem światłem kłócąc się jakby z rąbkiem
+radosnego słońca, poprzez rolety zaglądającego co chwila do wnętrza
+facyaty.
+
+I półcienie jakieś, tajemnicze, mgliste wsunęły się równocześnie
+na poddasze - zaludniły cicho puste, zakurzone kąty jego...
+
+Siedzący młody człowiek zrywa się nagle z krzesła swego.
+
+Bo oto niespodzianie dwoić mu się w oczach zaczyna...
+
+Rozsypane na stole złoto zalewa izdebkę całą, a z komódki starej
+zstępować zaczyna z wolna ona sama, zamglona i powiewna postać...
+Dotykając stopkami drobnemi złota, idzie ku niemu ona, z zalotnym
+uśmiechem, piękna niewinna - chyli się rozkosznie w jego ramiona!..
+
+Mężczyzna ku zjawisku temu wyciąga instynktownie ręce, na wpół
+przytomnie naprzĂłd pochyla...
+
+Lecz oto nagle czar pryska...
+
+Wypełniająca wnętrze izdebki złocista przestrzeń znika, zjawisko
+eteryczne zaś zaczyna oddalać się coraz bardziej, unosi w górę,
+niepochwytne, a za niem tylko na ciemnawem tle facyatki, jak wąż
+ognisty, wije się struga błyszcząca ścieżka, dotyka stóp jego -
+pomostem złota łącząc go w ten sposób z uchodzącym cieniem
+ubóstwianej przezeń kobiety.
+
+Wreszcie znika wszystko.
+
+Młody mężczyzna przeciera dłonią czoło, rozgląda się...
+
+Niema nikogo!
+
+Cóż to więc było?
+
+Hallucynacya zapewne naprężonych nerwów i rozigranej wyobraźni,
+rzucająca mu na ekran półcieniów izdebki fantasmagoryczny obraz
+noszonego ciągle w duszy dziewczęcia! Wpływ to rozprzężonych
+wrażeń i myśli, skutkiem wysiłku, szumiącego jak potok, nawałem
+zwątpień i pytań mózgu. Zapewne...
+
+I młodzieniec powtórnie przeciera dłonią zmęczone czoło, a
+jednocześnie żałuje jakby, że widzenie już pierzchło. Przed oczyma
+stoi mu ciągle, jak żywy, obraz jej, ukochanej - chłonie w siebie jej
+postać wdzięczną, całuje myślą oczy jej i usta.
+
+W przelocie zarazem, po raz nie wiadomo juĹź ktĂłry, wzrok jego dotyka
+banknotów i złota, a w duszy bunt mu się zrywa.
+
+- Jak to?.. On miałby odtrącić od siebie ten grosz, i w ten sposób
+stracić, na zawsze może, środki ku zdobyciu drogiej sercu kobiety?..
+Zniszczyć bezpowrotnie pomost złocisty, łączący go z nią jakby w
+widzeniu proroczem?
+
+Nie, przenigdy. Tak naiwnym nie będzie...
+
+Pieniądz ten potroi, majątek zrobi, fortunę - złotem przełamie,
+zwalczy przeszkody wszelkie.
+
+- Zrobić majątek, czyż to tak łatwo? - na dnie duszy gdzieś
+zatajone zwątpienie nagle ironicznie pyta, jakby ostudzić pragnąc
+przedwczesną radość.
+
+Chmura niezadowolenia przelatuje po czole mężczyzny.
+
+- Tak, zaiste, prawda, to nie tak łatwo. Lecz z potęgą pieniędzy w
+dłoni tak, czy też inaczej, do wszystkiego zawsze dojść łacniej w
+życiu; - klucz złoty otwiera wszystkie bramy!..
+
+I ostateczna, przełomowa walka odbywać się w tej chwili zdaje w duszy
+mężczyzny. Na wysokiem czole naprężają mu się żyły, oczy
+ciemnieją, a twarz bledszą się staje... Z nęcącą pokusą
+zawładnięcia cudzem mieniem, po raz ostatni stają do boju wpojone w
+młodocianych latach jeszcze zasady.
+
+Powrotną falą z daleka cicho płyną i płyną coraz potężniejsze,
+bliższe i zalewają stopniowo umysł młodzieńca. Szemrzą coraz
+donośniej, silniej...
+
+A z przypływem ich jednocześnie mięknąć poczyna coś w duchu
+młodego mężczyzny, bo oblicze jego wzburzone uspakaja się stopniowo.
+Co myśli, z rysów twarzy odgadnąć jeszcze trudno, domyśleć się
+jednak można, że poryw jakiś, szlachetniejszy od poprzednich,
+czystszy, opanowywać go - w swoje posiadanie bierze.
+
+Po chwili machinalnie ujmuje on w ręce porzucony na stoliku obok
+pieniędzy pugilares i milcząc, zgarniać poczyna rozsypany stos
+banknotĂłw i rulonĂłw monety.
+
+Przy czynności zaś tej, zagadkowej jeszcze, bezustannie tak samo
+zamyślony młodzieniec odwraca niebawem w dłoni trzymany portfel, a
+równocześnie spojrzenie jego pada na coś, czego nie zauważył dotąd
+wcale.
+
+W rogu pugilaresu, u góry, maleńka, dziewięciopałkowa rzuca mu się
+w oczy korona hrabiowska; wdzięcznie granacikami oprawionemi w złoto
+mieni się ona, szyderczo zda się patrzy... Na ten widok poprzedni
+spokój i wyraz pierzchają nagle z rysów mężczyzny, i rzuca się w
+tył gwałtownie.
+
+Źrenice jego, zmatowane dotychczas cichem zamyśleniem, złowrogim
+teraz błyszczą ogniem, a jednocześnie w duszy następuje momentalnie
+przewrót nagły.
+
+Znowu poczyna biegać po pokoju wzdłuż i wszerz...
+
+I jak kępa drzew gdzieś w polu samotna, co ugina się pod gwałtownym
+naporem wichru ku ziemi, zwyciężona, pokorna - tak duch młodzieńca,
+miotany ponownie burzą myśli, kołysać i giąć się poczyna.
+
+Gdy ujrzał on bowiem emblement ludzi utytułowanych, żywo stanęły mu
+przed oczyma salony, których miesięcy temu parę był gościem i
+sylwetki hrabiczów, kręcących się koło jego ukochanej.
+
+Widzi ich jak na dłoni, wszystkich, niby na jawie!..
+
+Widzi dumnego ojca pięknej dziewczyny, zazwyczaj traktującego go z
+góry - dla nich, potomków starożytnych rodów, chociaż częstokroć
+biednych - pełnym uprzejmości wyrafinowanej i uniżonej niemal
+grzeczności. Widzi wreszcie siebie samego bezkarnie i dotkliwie
+obrażanym przez tychże arystokratów, lecz tak zręcznie, że na
+pozór nieraz nie można zda się było winić ich, czynili to bowiem
+oni, z tą subtelnością, oraz jubilerskiem jakby wykończeniem, jak
+dotknąć potrafią tylko ludzie "bardzo dobrze wychowani."
+
+I przy tem wspomnieniu ostatniem, jakby zraniony, mieszkaniec małej
+izdebki, wzdryga się i wyrzuca szeptem:
+
+- Jak to? te dwadzieścia parę tysięcy należy do jakiegoś hrabiego?
+Zatem los ślepy i ironiczny zarazem wsuwa mi w ręce część mienia
+jednego z tych właśnie, którym tak często zazdrościłem bogactwa,
+znaczenia i tytułów!..
+
+I ja, wobec jednostki takiej, miałbym grać rolę szlachetnego,
+zwracać mu to, co dlań może kropla w morzu tylko, fundusikiem,
+przeznaczonym zapewne na hulanki nocne i zabawę?
+
+- Ha-ha-ha!.. - rozlega się po pokoiku szyderczy, szatański prawie
+śmiech mężczyzny, i odbija od ścian niemiłem dla ucha brzmieniem.
+
+- Ha-ha-ha, niedoczekanie twoje, panie hrabio!.. - szepcze dalej
+półgłosem, a krew w żyłach kipi mu nieustannie - wre niespokojna,
+burzliwa.
+
+I z duszy jego jednocześnie pierzchają bezpowrotnie, zda się, nikną,
+jak ułuda i marzenie, wszelkie dobre zamiary, wszystkie, tak niedawne
+jeszcze, wahania pomiędzy prawami uczciwości i ich pogwałceniem.
+
+Zwycięzka, jedyna, jedna rozgaszcza się tam nienawiść tylko do kasty
+uprzywilejowanej i wyróżnianej w społeczeństwie. Wypielęgnowana
+cierpieniem i biedą, wysubtelniona wykształceniem, a szczególniej
+przestawaniem jeszcze za granicą w kołach różnych zapalonych głów,
+o przekonaniach skrajnie demokratycznych - rozogniona wreszcie
+nadczułością nerwową w zbliżeniu się i czasowem powierzchownem
+zżyciu z przedstawicielami tej sfery - buchała obecnie gorącym
+płomieniem, wszystko sobą przewyższając i tłumiąc.
+
+- Za moje upokorzenia, tak niedawne - zaszeptały znów cicho usta
+mężczyzny - za moje cierpienia i biedę - za to, że ja nie mam takich
+przodków, jak ty, panie hrabio, ani twych bogactw, blasku i złota -
+mam życie całe w nędzy cierpieć, i to, gdy los sprawiedliwie bez
+wątpienia, odbiera ci cząstkę mienia, przypadkiem, i mnie nią w
+zamian obdarza?.. 0, nie, panie hrabio!.. Ĺťydowi, cyganowi, wrogowi -
+każdemu bym zwrócił może, lecz tobie - nigdy!..
+
+Ostatnie słowa mieszkaniec poddasza wymówił w zapamiętaniu głośno
+całkiem i z mocą jakąś dziwną. Twarz zaś jego dziko po prostu
+wyglądała w tej chwili; pociemniawszy, jakby od wewnętrznego ognia,
+demonicznie piękna i straszną zarazem była ona, a zajadły płomień
+szczerej nienawiści do tak zwanych powszechnie "arystokratów"
+zajaśniał na niej pełnym blaskiem.
+
+Odruchem nagłym zbliżył się do stołu i obie dłonie położył na
+plikach banknotów i złocie. Czego nie zdołały stanowczo uczynić
+okoliczności inne, sprawiła chęć dokuczenia w czemkolwiek wyżej
+postawionej społecznej jednostce, jedna chwilka nienawiści i szału.
+
+- Moje, moje!.. - wyszeptały usta mężczyzny zwycięzko, jakby z
+mimowolną, ukrytą w sobie radości nutą, a echo słów tych,
+urywanych, cichych, dziwną mocą rozbrzmiało w martwem milczeniu
+facyatki.
+
+Cisza nastała znowu.
+
+Tylko w piersiach mieszkańca poddasza przelęknione jakby swym czynem
+serce poczęło bić przyciszonym tętnem, a szelest ten miarowy, jak
+zegaru wahadło, mierzyć się zdawało te chwile przełomową w duszy
+człowieka, depczącego uczciwość prawą dla miłości, nienawiści i
+złota!..
+
+Nagle martwotę pokoju przerwało coś gwałtownie. Były to czyjeś
+kroki silne, przyśpieszone, idące po schodach, a coraz wyraźniejsze,
+bliższe... Niebawem rozległy się tuż za drzwiami, ucichły, i jakaś
+ręka wstrząsnęła lekko klamką, w ślad zatem zaś rozległo się
+trzykrotne pukanie.
+
+Gdyby w kataklizmie niespodzianym runęła ziemia, zapadając się gdzie
+w niezmierzone głębie wszechświata - mniejsze to chyba uczyniłoby
+wrażenie na stojącym przed stołem mężczyźnie, niż chwila
+obecna...
+
+Nogi zadrżały mu, a bojaźliwa trwoga ścięła krew w żyłach, coś
+zaś, niby gad obślizły, przemknęło po krzyżach i za kark chwyciło
+despotycznie, zaparłszy dech w piersiach.
+
+W półświatłach dogorywającego właśnie płomyka lampy twarz
+pochylonego nad pieniędzmi młodzieńca nabrała strasznego, a zarazem
+dojmująco trupio-bladego wyrazu, ręce zaś, jak kleszcze, wpiły się
+w leżące pod niemi banknoty.
+
+- Nie oddam was, nie zwrócę za nic w świecie! - mówić się zdawały
+wyraźnie kurczowo zaciśnięte palce, drżące w zwojach papierów i
+złocie.
+
+Z ekranu izdebki, majaczącego coraz bledszymi cieniami, światło w tej
+samej chwili znikło; zapanowała tu szarawa ciemność, a w ślad zatem
+rozległo się powtórne, tym razem silniejsze pukanie, poza drzwiami
+zaś jednocześnie dały się słyszeć słowa, wyrzeczone głosem
+męskim, dźwięcznym i młodym.
+
+- Widać, że śpi, lub go nie ma...
+
+- Ale to oryginalne - zauważył ktoś drugi, ciszej nieco. - Zaręczam
+ci, iż przed chwilą paliła się wewnątrz pokoju lampa, przez szpary
+u drzwi ślizgało się światło! - słowo!
+
+- Ha, jeśli tak, to może Romanek ma u siebie jakąś dyskretną, a
+wesołą wizytkę - snać z rozmysłem donośnie rozległ się głos
+pierwszy. - Nie przeszkadzajmy mu. ChodĹş, Hermanie!..
+
+- Wesołej zabawy! - krzyknął ironicznie nazwany Hermanem, nachyliwszy
+się do drzwi, zapewne blizko, bo echo głosu jego wstrząsnęło
+ścianami poddasza, poczem kroki przybyłych oddalać się zaczęły.
+
+Westchnienie ulgi podniosło pierś mężczyzny.
+
+Kilka kropel zimnego potu upadło mu na rozpostarte dłonie; zbudzony
+tem jakby, odstąpił od stołu i rzucił się w wycieńczeniu na
+kanapkę.
+
+Poznał po głosie tych dwóch, dobijających się doń przed chwilą,
+poczciwych studentów uniwersytetu - widział w wyobraźni swej teraz
+niemal obok siebie wyraĹşne postacie ich, w wytartych mundurach i
+spłowiałych od słót i słońca czapkach, pokrzywionych butach...
+Biedni chłopcy!
+
+Przypadkowo zaprzyjaźnił się z nimi, jak tylko przybył tu, do miasta
+- oni, zacne serca, pierwsi uczynnie nastręczyli mu zarobkową
+pracę...
+
+Dawno już nie widział ich. Ba, parę razy nawet w epoce owego
+kilkutygodniowego światowego szału, spotykając ich na ulicy, a
+będąc w towarzystwie eleganckich karnawałowiczów, mimo woli
+powstydził się ich i udał, że nie dostrzega. Nie pamiętali mu tego
+- przyszli.
+
+Mieszkaniec poddasza w zamyśleniu przesunął dłonią po jedwabistych
+swych włosach.
+
+- Gdybyż oni wiedzieli i czytać mogli w duszy jego?
+
+Rumieniec palącego wstydu i upokorzenia zakwitł na twarzy
+młodzieńca, a wyraz cierpienia i wewnętrznego bólu rylcem swym
+żłobić mu począł rysy wyrazistego oblicza.
+
+Długo jeszcze przesiedział tak w zadumie...
+
+A gdy po niejakim czasie słońce zajrzało znów do poddasza, nie było
+już złota na stole; schowane - znikło, młody zaś człowiek,
+śmiertelnie znużony moralną walką, na wpół ubrany, cicho zdawał
+się drzemać na łóżku.
+
+Niebawem zasnął.....
+
+I sen oto, przed wewnętrznym wzrokiem duszy młodzieńca, w tem
+tajemniczem jej życiu marzeń i rojeń, snuć mu zaczął przedziwne
+obrazy...
+
+A więc najprzód zdało się śpiącemu, iż leci on w przestrzeń bez
+końca, ciemną i mroczną, unoszony niewidzialną jakąś siłą...
+
+Tuli w objęciach swych przytem jakąś powiewną kobiecą postać...
+Podobną, choć nie identycznie i całkiem, jest ona do ukochanej
+przezeń dziewczyny, a objąwszy pieszczotliwie szyje jego nagiemi
+ramiony, tak zawisła, ustami lgnie do jego ust rozkosznie - on zaś,
+jak z kielicha pieniące się, musujące wino, pije nektar warg tych
+wilgotnych, tonąc w pocałunku ciągłym, nieustannym, zda się -
+wiecznym.
+
+Upajający wreszcie jednak zawrót głowy i osłabienie omdlewające
+jakieś i dziwne z wolna poczyna go ogarniać.
+
+Za wiele, zanadto upajającej, oszałamiającej słodyczy dają mu już
+te kobiece usta, jak pieczęć do warg jego bez końca przylgnięte.
+
+Lecz oto nagle ciemnieje mu w oczach wszystko dokoła i sił swoich nie
+czuje juĹź prawie. Przymyka wiec powieki i leci znĂłw tak samo dalej w
+przestrzeń, niczego niepomny i nic zgoła w okrąg siebie nie widząc.
+
+Trwa tak dość długo...
+
+Wreszcie, wypocząwszy w ten sposób po swem wyczerpaniu, nie czując
+już ani ciężaru zwisłej na jego szyi kobiety, ani zawrotnego czasu
+jej tchnienia... otwiera oczy...
+
+Tamte, widziane przed chwila obrazy, bezpowrotnie pierzchły; obecnie
+znajduje się zupełnie sam. Stoi teraz na ziemi, a stopy jego dotykają
+jakiejś kamienistej płaszczyzny, szarej, bezludnej i smutnej.
+Promienie zachodzącego słońca złocą ją i krwawią swym
+dogasającym, zamierającym blaskiem...
+
+On zaś nieporuszony stoi i bezustannie patrzy.
+
+Nagle promienie gasną... Mrok szary pokrywa płaszczem swym wszystko
+dokoła, a w cieniach tych tajemniczych, cichych, szeptać i ruszać
+się coś poczyna.
+
+Z rumowisk i kamienistych szczelin podstępnie wypełzły oto jakieś
+postacie, mary, i jak duchy nie z tej jakby ziemi, skrzydlate -
+rozpierzchają się po równinie, z przytłumionym szelestem. Nad
+głowami ich lecą wielkie czarne złowróżbne ptaki, szumem swych
+skrzydeł mącąc martwotę rozlanej wokoło pustki i ciszy.
+
+On, nic zgoła nie pojmując, spogląda wciąż, przelękły,
+zdziwiony... Po chwili dopiero zdaje się rozumieć...
+
+To - posłuszne niewidzialnemu, a nadprzyrodzonemu skinieniu - lecą tak
+zapewne żerować na padół ziemski - wyrzuty sumienia!...
+
+Tymczasem szmer lotu ptaków - olbrzymów cichnie, zmierzch pochłania
+ich postacie - nikną.
+
+On z ulgą oddycha i instynktownie postępuje parę kroków naprzód.
+
+Nagle wyrywa mu się z piersi przenikliwy krzyk!... Nad jego głową
+wisząc, chwieje się ptak czarnopióry, a zniżywszy lotu swego,
+wkrótce siada mu na ramionach, niemiłosiernie wpiwszy w nie swe
+szpony, równocześnie zaś w głowie uczuwa uderzenia miarowe.
+
+To ptak ów straszny i wielki, niby dzięcioł w pień drzewa, stuka
+jemu tak w czaszkę jednostajnie...
+
+W ślad za tem jedna z pierzchających wokoło postaci zjawia się przed
+nim blizko. Ubrana w łachmany, czarna i brudna, przyskakuje doń
+obcesowo, drapieżna, i utkwiwszy w oblicze ofiary swej palące żarem,
+płomienne, dzikie źrenice, nachyla się bardziej jeszcze i plwać mu w
+samą twarz poczyna.
+
+Z ust jej, wykrzywionych, wstrętnych, leją się strumienie lawy
+złotej i palą, bolą...
+
+A jednocześnie tańczą oto w krąg, z szelestem widziane niedawno w
+portfelu zwitki storublówek i innych banknotów. Dwojąc się, trojąc
+w oczach, przybierają one fantastyczne kształty, a niektóre,
+przedzierzgnięte jakby w jakieś karły złowrogie, szponami drobnemi
+rwą mu ciało bez litości. Inne znowu, z głowami wężów
+obrzydliwych, sycząc, kąsają go zewsząd.
+
+Napastowany, nieprzytomny, opędzając się rozpaczliwie, rękami,
+nogami - ciągle, tarzając się nawet od jakiegoś czasu po
+kamienistych zrębach - uciekać w końcu zaczyna równiną, jak
+szalony. Potyka się co chwila, pada i ucieka znowu, gnany czeredą
+karłów i olbrzymików, o głowach, szyjach gadów, z błyszczącemi
+żądłami ze złota.
+
+Nad głową, z ramion przemocą spędzony, wisi wciąż ptak olbrzymi, a
+postać główna, mglista, leci z nim wespół w mroczną dal...
+
+Nagle, niewiadomo jak, skąd i kiedy zjawia się znowu poprzednia
+kobieca postać.
+
+Śpiący, w swem majaczeniu sennem - odczuwa niewysłowioną radość; a
+ona, podawszy swą rączkę drobną, z uśmiechem zalotnym na ślicznie
+wykrojonych usteczkach, towarzyszyć mu zaczyna.
+
+Razem bezustannie biegną teraz po kamienistej równinie. Czarowna
+towarzyszka jednak nie czuje, jakoby, co dolega mężczyźnie, i nie
+widzi roju prześladowców jego.
+
+Dziewczę to, czy kobieta, ubrana cała w bieli, zasypana kwieciem róż
+i konwalii - cudna, lecz lekko, dotykając się zaledwie stopkami swemi
+ostrych kamieni. Nad główką jej, jakby w przeciwieństwie ptakiem
+czarnym, lecącym obok - chwieje się duży ptak biały...
+
+Zjawisko śnieżnego ptaka trwa jednak bardzo krótko, bo oto jemu,
+wpatrzonemu uporczywie w swą towarzyszkę, zdaje się nagle, że pióra
+u skrzydeł tych mlecznych z lekka szarzeć poczynają, stopniowo
+ciemniejszą przybierając barwę...
+
+Wytęża wzrok coraz bardziej, ale niebawem nic wokoło, nawet
+prześladujących go mar, rozpoznać nie jest w stanie.
+
+Noc czarna, despotyczna, rozpinać właśnie poczyna nad płaszczyzna
+ponurą swą oponę.
+
+Naraz znika wszystko...
+
+On równocześnie czuje, że leci w przepaść bez dna, treści, oraz w
+chaos, z którego ocuca go dopiero uderzenie silne o coś całem
+ciałem.
+
+Spogląda...
+
+Przed nim obecnie wznosi się sfinks olbrzymi; o niego to w rozpędzie
+uderzył się przed chwila. W jasnościach aureoli gorzeje fosforycznym
+blaskiem, uśmiechając się zagadkowo. Na olbrzymich barkach jego, na
+tułowiu - obliczu, wszędzie, niedostrzegalne zrazu dla ludzkiego oka,
+wiją się, ruszają miryady drobnych lilipucich postaci.
+
+Jedne z nich rodzą się tu z uśmiechem na ustach i piskiem, innych do
+grobu zanoszą; ci walczą, depczą po sobie, zabijają się, wzajem w
+przepaście spychają - tamci w ramionach drugich piją miłości
+rozkosze, a tam znów inni jeszcze głodne twarze i ręce wynędzniałe
+wyciągają po datek, sąsiadując z blizka z takimi, co w bogactwie i
+zbytkach nurzają się po uszy, lub grzęzną ciałem w rozpuście, jak
+w błocie.
+
+A środkiem - rozbite na tysiące strumieni, na kropel miliony
+rozprysłe, płynie, faluje złoto...
+
+I przed promienistymi jego potoki, jak przed świętością - korzy się
+pokornie, służalczo, wszystko dokoła.
+
+Czołem lilipucie biją przed nim miryady - to też ono nadaje owemu
+sfinksowi tajemniczemu blask fosforyczny - ono krĂłluje tu,
+bezpodzielnie panuje.
+
+Lecz oto nagle olbrzymia głowa sfinksa ujrzała snać nowego przybysza.
+
+Usta jego, wyniosłe i dumne, rozchylają się szerzej, i miast
+zwykłego uśmiechu zagadki, sardoniczny, szyderczy, wstrząsa
+przestrzeniami śmiech.
+
+Ha-ha-ha!... Ha-ha-ha!... sfinks śmieje się - śmieje szatańsko i
+zwycięzko jakby - wyniośle - strasznie!...
+
+............................................
+
+Głuchy jęk wyrwał się z piersi uśpionego człowieka. Wstrząsnął
+on murami pogrążonej w ciszy izdebki, krając zali serce swem echem
+smutnem, cichł i gasł, zamierając powoli...
+
+............................................
+
+Obudził się śpiący.
+
+Wylękłym, zamglonym jeszcze wzrokiem szklanym popatrzył zaspany
+wokoło siebie bezprzytomnie i niebawem przymknął na powrót
+ociężałe powieki, obróciwszy się równocześnie do ściany.
+
+W kilka zaś minut później, blada twarz mieszkańca facyatki,
+spokojna, nieruchomo spoczywała na poduszce, pogrążona w twardem
+uśpieniu. Dusza tym razem zdrzemnęła się w nim zapewne również,
+oddech bowiem śpiącego miarowy rozlegał się już swobodnie całkiem
+w samotnej, cichej izdebce.
+
+
+
+CZĘŚĆ PIERWSZA.
+
+
+Zdążając do poblizkiej Wenecyi, wpadł pociąg kuryerski w morze, i
+hucząc, leciał, płynął niby po powierzchni fali. W przedziale
+wagonu drugiej klasy było tylko dwoje ludzi. Kobieta młoda, ubrana w
+strój lekki, dystyngowany, z szarego materyału, drzemała, czy spała,
+wciśnięta w głąb, z główką opartą o poduszkę boczną -
+mężczyzna zaś, siedzący naprzeciw, trzymał delikatnie w dłoniach
+pozostawioną w uścisku jej rączkę drobną, i pochylony z lekka,
+patrzył z miłością w znużone rysy i bladą twarzyczkę kobiety.
+
+Od czasu do czasu wzrok jego odrywał się od oblicza towarzyszki,
+biegł poprzez otwarte okno, ścigając, zda się, pogrążone w
+ciemnościach bezgwiezdnej nocy, niewidzialne tuż poza mknącym
+pociągiem Adryatyku fale.
+
+I wtedy, za każdym razem przesuwała się chmurka jakby po czole jego,
+osiadał tam jakiś cień niepochwytny, a usta jednocześnie drgały
+skrzywieniem goryczy, czy bólu pełnem.
+
+Gdy jednak wzrok zniżał ponownie, to w zetknięciu się z obliczem
+młodej kobiety, pogrążonem w cichem uśpieniu - oczy smutkiem
+zamglone łagodniały mu prawie natychmiast, a choć pomimo woli i
+bezustannie myśl rozpamiętywać się coś zdawała - z ust momentalnie
+znikało zagięcie cierpienia i powoli przeistaczało się w uśmiech,
+oraz zapatrzenie się w ukochane rysy.
+
+Siedzący tak w zamyśleniu nieruchomo - a w widocznej obawie zbudzenia
+towarzyszki - podróżny posiadał cechy zewnętrzne dość
+interesujące.
+
+Był to przede wszystkiem mężczyzna piękny bardzo; ciemny brunet, o
+wytwornej powierzchowności i układzie, charakterystycznej owalnej
+głowie i czole wypukłem, upiększonem łukiem brwi czarnych,
+wąziutkich i regularnych, miał on pociągłą, śniadą twarz,
+okoloną średniej wielkości brodą. Nerwowe, wyraziste rysy oblicza
+tego wyraźnie zdradzały przytem pochodzenie południowe, zarówno jak
+i piękne, duże oczy, patrzące na świat gorąco, z rozmarzeniem
+nieokreślonem, aksamitnem spojrzeniem dziecka Italii.
+
+Do drugiej ojczyzny swej poniekąd rzeczywiście dążył tak lat
+trzydzieści zaledwie mający młody człowiek.
+
+Noszący jedno ze staroszlacheckich nazwisk, Roman Dzierżymirski, był
+synem nieżyjącego już, a dawniej bogatego bardzo i znanego w
+szerokich kołach własnego kraju, Oskara Dzierżymirskiego, oraz żony
+jego, rodem Włoszki, a byłej przed swoim ślubem śpiewaczki.
+
+Pochodzenia pono wątpliwego bardzo, choć niezwykłej urody i wdzięku,
+była ta matka Dzierżymirskiego Romana, będąca, jak mówili jedni,
+dzieckiem miłości wolnej pewnego dorobkiewicza rzymskiego - jak
+twierdzili drudzy, podrzutkiem tylko, z mętów społecznych dzisiejszej
+Romy, wychowanem i uposażonem przez tegoż przemysłowca włoskiego.
+
+Po niej piękność odziedziczył syn, po ojcu zaś niewątpliwie tę
+wytworność, która cechowała najmniejsze nawet poruszenie siedzącego
+podróżnika, i postawę jakby pańską, mimo woli nieco wyniosłą.
+
+Roman Dzierżymirski jechał właśnie z małżonką swą w podróż
+poślubną, a raczej z kraju uciekał, ojciec bowiem śpiącej cicho
+naprzeciwko niego kobiety, szatynki, o ślicznych rysach, January
+Gowartowski, bogaty i dumny magnat kresowy, odmówił był jemu jej
+ręki...
+
+Lecz miłość namiętna nie pyta, gdy idzie o posiadanie kobiety!
+
+Roman zdobył swą żonę dzisiejszą, porwawszy ją za jej zgodą.
+Ślub ich tajemny, w małej wioseczce, w zaciszu Karpat - odbył się
+właśnie dwa dni temu...
+
+Przyszło mu to wszystko z łatwością. Ola kochała go, ubóstwiała,
+nic zgoła nie widząc poza nim, na stronę materyalna zaś i koszta,
+wynikłe z takiego niespodzianego obrotu rzeczy, zwracać on uwagi nie
+miał potrzeby.
+
+W rodzinnem mieście wiadomem było powszechnie, iż rok, czy dwa lata
+temu odziedziczył Roman Dzierżymirski fortunkę w kapitale, po dalekim
+krewnym, osiadłym i zmarłym w Stanach Zjednoczonych.
+
+Jechał zatem dziś młody i ostatni potomek dogasającej już w nim
+rodziny Dzierżymirskich, ze skarbem swym, drogą sercu małżonką, do
+Włoch, ojczyzny matczynej. Wzrok jego, błąkający się bezustannie
+pomiędzy twarzą żony, a skrytym cieniami nocy krajobrazem, zamglony,
+myślący, w dalszym ciągu wspominać się coś zdawał.
+
+Poza oknami wagonu fale morza nieustannie szemrały wciąż cicho, w
+dali zaś, na czarnem tle widnokręgu, stopniowo, coraz bliższe,
+błyszczały już światełka Wenecyi.
+
+- Oto tam - mówiły niejako marzące oczy mężczyzny - za godzin kilka
+czekają mnie uśmiechy pierwsze i rozkosze ziemskiego szczęścia w
+objęciach ukochanej ponad wszystko kobiety! Oto tam, wymarzony od tak
+dawna, oczekuje na mnie raj własny ułudnego podziału wzajemnego
+uczucia, w zupełnem oddaniu się niepokalanego niczem dotąd kwiatu -
+niewinnego dziewczęcia...
+
+Wzrok Romana z zachwytem spoczął na twarzy śpiącej kobiety.
+Równocześnie pociąg, pozostawiwszy morze za sobą, wpadł w jakieś
+gaje, brzęczące rojem owadów. Jednostajna, monotonna ich muzyka
+wpadała uporczywie w uszy podróżnego, a on, cały zasłuchany,
+spojrzeniem swem znowu ogarnął ciemną przestrzeń poza oknem wagonu.
+
+- Co, zagadkowa przyszłości, niesiesz mi w darze?.. Czy zapłacisz mi
+za to, com przebył dotąd, przecierpiał, dla zdobycia drogiego
+dzisiaj? Czy wynagrodzisz, czy skarzesz? - pytać się zdawały czarnej
+nocnej dali posmutniałe nagle chwilowo oczy mężczyzny.
+
+I ponownie w kąciku warg jego pojawiło się bolesne, przelotne
+zagięcie ust, a snać usiłując odpędzić myśl przykrą,
+Dzierżymirski powstał ostrożnie, nie wypuszczając wciąż z dłoni
+rączki uśpionej swej towarzyszki. Wychylił przez otwarte okno
+głowę... Na tle ciemności połyskiwały już teraz rzęsiście
+światła - pociąg wjeżdżał właśnie na stacyę. W sekundę, z
+nagła szarpnięte, gwałtownie zatrzymały się wagony.
+
+Dzierżymirski o mało nie upadł, straciwszy na razie równowagę, i
+pociągnął za sobą rączkę żony, ściskającą jego dłoń lewą -
+prawa zaś oparł się silnie o ramę okna.
+
+- Ach!.. ach!.. - z trwogą, wyrwało się z ust młodej kobiety, i
+otworzyła szeroko oczy, zdziwiona.
+
+Szybko Roman pochylił się ku niej i przemówił miękko:
+
+- Przepraszam cię, kochanie, przestraszyłaś się, prawda?.. Ale to
+wina nie moja - wagony szarpnęły tak silnie...
+
+- To ty... Romanie!.. - szepnęła kobieta i zarzuciwszy w ślad za tem,
+z niewysłowionym wdziękiem, obie ręce na szyję mężczyzny,
+przytuliła się doń czule, składając równocześnie pocałunek na
+pięknem czole.
+
+- Wysiądziemy, złotko, już Wenecya! - rzekł Roman, wysuwając się
+delikatnie z objęć młodej żony uniósłszy ją w ramionach,
+postawił na równe nogi.
+
+- Nareszcie!... - wykrzyknęła Ola radośnie, oprzytomniawszy całkiem
+na widok jaśniejącego dworca.
+
+- We-ne-cya! - zabrzmiało donośnie pod samem oknem wagonu, gdzie
+ukazała się kędzierzawa głowa i śmiejąca twarz konduktora.
+
+- Statione Ve-ne-tia!.. - przeciągle, śpiewnie odpowiedział głosowi
+pierwszego konduktora okrzyk drugi, dalszy, i zginął.
+
+Pociąg, którym jechali Dzierżymirscy, zatrzymujac się tylko kilka
+minut, jechal dalej wprost do Medyolanu - należało się śpieszyć...
+
+Roman pobiegł do przeciwległego okna, otworzył gwałtownie drzwiczki
+od wagonu, i począł wołać donośnie:
+
+- Facchino!.. facchino!.. *)
+[*) Po włosku tragarz.]
+
+Za mężem zręcznie wyskoczyła z wagonu Ola Dzierżymirska. Niebawem
+zjawił się pożądany tragarz i ruszono z bagażem do dworca. Tu
+obstąpiono przyjezdnych.
+
+Cały rój przeróżnych figur hałaśliwie ofiarowywać im począł
+swoje usługi, rząd zaś służby hotelowej, w galonach, z ożywieniem
+i gestykulacyą namawiał ich każdy z osobna do siebie. Gadatliwość
+Włochów oszołomiła na razie Dzierżymirskich.
+
+Po chwili dopiero Roman, znający kilka włoskich wyrazów, zdołał
+się porozumieć i wybrawszy hotel, kazał się prowadzić do przystani.
+
+Niebawem młoda para podróżnych sadowiła się już w wygodnej, na
+czarno pomalowanej gondoli, obsługiwana z natarczywością przez
+różnorodnych oberwańców i gapiów, stojących w pobliżu.
+
+- Pysznie się siedzi! - zawyrokowała głośno Ola, wyciągnąwszy się
+na miękkiem, czarną skórą obitem, siedzeniu.
+
+Roman usiadł przy niej - gondola zakołysała się lekko...
+
+Powoli odpychano już ją od brzegu, gdy oto z kilkunastu stron naraz
+wyciągnęły się ku mającym odjeżdżać proszące dłonie z
+kapeluszami, i chórem zabrzmiała prośba o datek. "Soldo, soldo!"
+choć uniżenie, lecz z odcieniem lekkiej jakby groźby, rozlegało się
+dokoła ustawicznie powtarzane na wszystkie tony.
+
+- A to złodzieje!.. - mruknął Dzierżymirski; zmuszony jednak wyjąć
+z kieszeni portmonetkę, rzucił tam i ówdzie z humorem drobne monety.
+
+Gondola ruszyła już - płynęli...
+
+Młodą kobietę zabawiła ta scena. Perlisty śmieszek jej, wesoły,
+rozlegał się wokoło, gdy oto nagle, jakby czemś zmrożony, ucichł.
+I Ola, objąwszy wzrokiem roztaczający się przed nią krajobraz,
+ruchem wdzięcznym przytuliła się do męża.
+
+- Jak tu czarno, Romanie, nieprawdaż? - szepnęła.
+
+Dzierżymirski, milcząc, opiekuńczo objął ramieniem kibić żony i
+przycisnął ją miękko do piersi, rozejrzawszy się zarazem.
+
+Rzeczywiście, czarno tu było.
+
+Wenecya już spała. Skłębione chmurami niebo odbijało się w mętnej
+wodzie kanałów i powlekało je kirem ciemności, po którym tylko
+błędnym ognikiem przeświecało, wiło się czerwone światełko
+latarni, umieszczonej u spiczastego, zębatego końca gondoli.
+
+Płynęli przez Canale Grande*).
+[*) Po włosku : Kanał Wielki.]
+
+Jak gdyby śniąc o swej dawnej potędze i chwale, wokoło nich
+zadumane, ciche stały wyniośle rzędem weneckie pałace. W żadnem
+oknie nie paliło się już światło, otulało je milczenie zupełne.
+
+Gondola, kołysząc się z lekka, unosząc co chwila swe przednie i
+tylne dzioby, płynęła spokojnie, z jednostajnym pluskiem wioseł i
+szmerem rozstępującej się pod nią fali.
+
+Przytuleni do siebie, dłuższą chwilę z ciekawością patrzyli
+Dzierżymirscy wokoło. Z ustek pierwszej Oli niebawem posypały się
+rozliczne uwagi.
+
+- Patrz, patrz, Romanie! - wołała ona co chwila, wskazując z
+zajęciem na wznoszące się zewsząd budowle.
+
+Dzierżymirski potakiwał żonie, objaśniał, i półgłosem prowadzona
+swobodna pomiędzy jadącymi rozmowa zbudziła milczenie śniące -
+rozniosła się echem wyraźnem po grodzie weneckim, o tej porze tak
+bardzo cichym.
+
+Tymczasem po obu stronach kanału kolejno przesuwały się, jak w
+kalejdoskopie, cudne swą archaiczną strukturą pałace.
+
+A więc, najpiękniejszy może z prywatnych siedzib Wenecyi, własność
+książąt della Grazia, wychylał się z cieni "Palazzo
+Vendramin-Calergi", z roku 1841 w stylu początkowego odrodzenia; z nim
+sąsiadował skromny, sięgający XV wieku, pałac "Erizzo" - dalej
+zwracał znów uwagę inny, z pozłacanym niegdyś frontem, do dziś
+dnia zwany "Ca Doro".
+
+Opodal bardzo piękny wznosił się majestatycznie dzisiejszy lombard
+miejski, pałac "Corner della Regina", wzniesiony w r. 1724 na tem samem
+miejscu, gdzie ujrzała świat królowa Cypru, wenecyanka, Katarzyna
+Cornaro.
+
+Wkrótce, tuż poza dzisiejszą pocztą w Wenecyi, zajmującą
+dawniejszy niemiecki magazyn towarów "Fondaco de Tedeschi", zamajaczył
+olbrzymi most "Ponte di Rialto", w kształcie murowanego łuku
+wzniesiony.
+
+Wsunąwszy się pod jego arkady, gondola Dzierżymirskich cichutko
+prześliznęła się tamtędy i skręciła wkrótce na lewo, w wązki
+kanalik, stanowiący arteryę boczną "Canale Grando". Szeroka taśma
+wielkiego kanału znikła wkrótce z oczu i jadąca barka,
+zagłębiając się coraz bardziej w szyję wodnej uliczki, wymijać
+poczęła coraz ciaśniejsze i węższe zaułki. Ściany domów
+odrapane, ponure, szły, zdawało się, na płynących w gondoli, a
+ścieśniając się coraz bardziej, pragnęły pochłonąć, gubić ją
+niejako w swym labiryncie.
+
+Ciemności nocne panowały tu jeszcze większe. Gdzieniegdzie tylko
+lśniła zółtawo mdłym światłem latarnia - żywego ducha zaś
+nigdzie dopatrzeć się nie można było.
+
+Umilkła od paru minut Ola trwożnie przylgnęła główką do ramienia
+Romana.
+
+- Brr! straszno tu jakoś... - szepnęła.
+
+- Nic, kochanie - odparł Dzierżymirski, musnąwszy pocałunkiem jej
+włosy - zaraz dojeżdżamy.
+
+Nieprawdaż, że już blizko? - zwrócił się do gondoliera łamanem
+włoskiem narzeczem.
+
+- Si, signore. - odparł żywo zapytany, a nudząc się znać, bo z
+cudzoziemcem gawędzić nie mógł, zanucił półgłosem jakąś
+smętną piosenkę.
+
+Ubrany całkiem biało, wahadłowym ruchem przechylając się
+bezustannie przy wiosłowaniu w prawo i lewo, na tle otaczających
+ciemności, czynił on wrażenie fantastycznego zjawiska, głos zaś
+jego monotonny błąkał się po kątach i odbijał dziwnem echem o
+mury, oraz zakratowane okna w swym śnie zaklętych jakby domów. Roman
+milczał.
+
+Ujmując dłoń i tuląc miękko w objęciu Olę, wsłuchiwał się w
+ten śpiew jednostajny, mrukliwy, i dziwnego doznawał wrażenia.
+Zdawało mu się mianowicie, że on nie do cywilizowanego, dzisiejszego,
+ale jakiegoś zbójeckiego z zamierzchłej przeszłości dojeżdża
+grodu; że ucieka, kryje się tu ze swym porwanym, czy też skradzionym
+łupem... Oto z ciemnych zaułków i kątów śpiącej Wenecyi wysuwają
+się po prostu jakby wyraźne jakieś cienie, mary, czy odbicie dawnych
+zbrodni, mordu i gwałtów, tak licznych w historyi krwawej tego
+dziwnego miasta...
+
+- A òel! *) - rozległ się nagle tuż za Dzierżymirskim krzykliwy
+głos gondoliera, i łódź jednocześnie zboczyła w zaułek ciemny.
+[*) Uwaga!]
+
+- Sia-stali! *) - przeciągle odpowiedział ktoś z innej gondoli.
+[*) Na prawo!]
+Roman i Ola spojrzeli ciekawie.
+
+W nadpływającej weneckiej barce siedział mężczyzna czarno ubrany, w
+białym kapeluszu, brunet, o ponurem wejrzeniu.
+
+Gondola, otarłszy się prawie o napotkaną łódkę, prześliznęła
+się cicho - znowu byli sami.
+
+- Patrz, tam się świeci, co się stało?... - rzekła półgłosem
+Ola, kręcąc główką i wskazując piętro jednego z domów.
+
+Roman spojrzał.
+
+- A, rzeczywiście - odparł - przecież choć jeden jakiś znak
+Ĺźycia...
+
+Na brudną wodę kanału, porysowaną ścianę i kołyszący się
+kadłub pustej gondoli, przywiązanej u stopni marmurowych wielkich
+kutych drzwi, kładło się cieniem przyćmione czerwonawe światło,
+idące z okna oświetlonej komnaty. Jednocześnie płynęły melodyjne,
+ciche akordy fortepianu, wydobywane znać miękka kobiecą rączką.
+Wtórował im nieśmiały brzęk mandoliny.
+
+Rozpływając się powoli, w milczeniu, muzyczne tony łączyły się
+zgodnie co parę minut ze śpiewem, męskim, silnym tenorem, i szły
+ponad dachy, kanały, leciały daleko, drżące...
+
+Poruszony muzyką i śpiewem, Dzierżymirski silniej przycisnął do
+siebie Olę. Wsłuchani w melodyę miłosnej pieśni południa,
+zbliżyli się oni instynktownie, a twarze ich, parte ku sobie,
+pochyliły się.
+
+Pocałunek gorący złączył usta mężczyzny i kobiety; nie odrywając
+warg, w dreszczu wzajemnej rozkoszy, wśród deszczu spadających, jak
+drobne krople rosy, dźwięków - przepłynęli Dzierżymirscy pod
+oknami domu. Coraz cichsze fale granej melodyi goniły ich, powodzią
+zalewały jeszcze czas jakiś, aż umilkły.
+
+Gondola w tej samej właśnie chwili wjechała na kanał ś-go Marka;
+plac tejże nazwy, gdzie w całej pełni ogniskowało się jeszcze
+życie miasta, zamigotał rzęsiście w oddali dziesiątkami
+niebieskawych i żółtych świateł - przewoźnik oznajmił głośno
+podróżnym, że są już na miejscu.
+
+- Dojeżdżamy, Oluniu! - poinformował Roman i z uśmiechem wpatrzył
+się namiętnie i czule w twarz swej towarzyszki.
+
+W ciemnościach nawet nocy, widoczny rumieniec objął płomieniem twarz
+kobiety, i wzrok w zawstydzeniu spuściła przed palącem spojrzeniem
+mężczyzny, które zapewne swym blaskiem mówiło coś nad wyraz
+śmiałego.
+
+W tej chwili właśnie przedni dziób gondoli stuknął o marmurowe
+stopnie hotelowego balkonu, a w parę minut później Roman i Ola
+znajdowali się już w obszernym, o marmurowych ścianach i posadzce
+pokoju, rozbrzmiewającym w ciszy stłumionem, głuchem brzęczeniem
+mustykĂłw.
+
+Odprawiwszy natarczywego sługę, proponującego im przysłać
+natychmiast przewodnika, w celu obejrzenia powierzchownego na
+przechadzce placu San Marco, bazyliki i pałacu Dożów -Dzierżymirscy
+wkrótce pozostali zupełnie sami.....
+
+
+
+W Wenecyi wszędzie pogasły już światła. Noc zupełna, czarna,
+zawisła chwilowo nad grodem. Nie trwało to jednak długo; stopniowo
+chmury na niebie rozstępować się poczęły i rąbek księżyca
+nieśmiało wychylił się z poza nich.
+
+Zamigotał na wieżycach kościoła ś-go Marka, złotawym brązie
+czterech rumaków, królujących na szczycie tej katedry - musnął swym
+blaskiem ściany pałacu Dożów, a przeszedłszy się po jego galeryach
+ponurych, zajrzał w zakratowane okna wiszącego mostu, łączącego
+pałac z dawnem więzieniem, a znanego powszechnie pod nazwą "Mostu
+Westchnień".
+
+Wyjrzawszy zaś już odważniej nieco, trącił srebrzysty lśniącą
+taflę laguny, zadrgał siecią światła na powierzchni wód, a
+niebieskawą ścieżyną dotknąwszy się ich pieszczotliwie, otworzył
+nagle perspektywę daleką, hen! aż ku Lido-na morze...
+
+W niezamąconej niczem ciszy, starożytne zegary licznych kościelnych i
+klasztornych wieżycach wybijać poczęły rytmicznie którąś
+godzinę. Jedne z nich brzmiały basem, inne kwiliły wiolinem, lub
+brzęczały melodyjnie, łącząc w sobie te dwa melodyjne klucze, a
+bijąc w ten sposób, zdawały się mierzyć w milczeniu chwile
+czyjegoś może szczęścia...
+
+Niedyskretne, ciekawe, promienie księżyca zaszkliły się jasnem
+światłem na taflach szyb hotelowych, dawnego pałacu Dandolo.
+Zatrzymały zda się dłużej przy jednem oknie i pomknęły znowu
+obojętne w dal...
+
+A posągowo uśmiechnięte, wiecznie tak samo szerokie oblicze
+księżyca nie zmieniło wcale wyrazu.
+
+Bo cóż go zaiste, obchodzić mogło tych dwoje ludzi, którzy przybyli
+aż tutaj po ułudę rozkoszy? Cóż znaczyły dlań dwa serca,
+zrywające wspólnie kwiat miłości i zapomnienia?
+
+On, filozof, wszak w swem życiu prawiecznem widział podobnych zdarzeń
+aż nadto wiele; on znał nicość tych chwil, umiał na pamięć
+kochanków zaklęcia i ich nieraz słomiane zapały, gasnące za życia
+podmuchem - pod rzeczywistości bezlitosną ręką. Wiedział również,
+że zapały te same, odegrzane częstokroć i ożyłe, kiedyś, w
+przyszłości, obosiecznem cięciem ranić może będą tych samych
+ludzi, skierowane do jednostek innych, zarówno łaknących uczucia i
+uĹźycia...
+
+Powiewna chmurka pieszczotliwie przytuliła się do twarzy księżyca i
+przesłoniła go leciutko, kaskada zaś miesięcznych promieni,
+zbladłszy, niepewnym, migotliwym blaskiem zalała uśpioną Wenecyę.
+
+W tej samej chwili dwie jakieś postacie, zbliżone do siebie,
+zamajaczyły poza taflą jednego z okien hotelowych, i dwie głowy,
+dotykając się wzajemnie, zapatrzyły się we wdzięczny krajobraz
+laguny i morza, zamglonych chwilowo półświatłem, oraz cieniami
+księżyca.
+
+I postawszy tak długą chwilę, jakby rozmarzone, znikły niebawem,
+splecione w uścisku, niezdolne napawać się długo poza sobą niczem,
+nawet pięknem przyrody...
+
+W ślad prawie zatem nastała ciemność nieprzejrzana i zapanowała nad
+miastem pamiątek.
+
+---------
+
+
+Zadumany i jakby tęskny tulił się zmierzch szary do ścian kamienic
+wielkiego miasta, do witryn wspaniałych sklepów jego, pełzał u
+podnóży pomników, ścierał kontury gmachów kościołów - wszystko
+dokoła pogrążał w mroki i cienie.
+
+W wykwintnie umeblowanem swem pomieszkaniu siedziała na fotelu Melania,
+marszałkowa Warnicka, rodzona siostra ojca dzisiejszej Oli
+Dzierżymirskiej, a dotychczasowa od dzieciństwa prawie opiekunka tej
+ostatniej.
+
+Przez otwarte okno, łącznie z echami wielkomiejskiego gwaru, wciskał
+się tutaj wolno zmrok, a ściemniając się stopniowo coraz bardziej,
+pocieszająco jakby wygładzać się starał zmarszczone wysokie czoło
+wiekowej już matrony, łagodnie muskał jej siwe włosy, i zaglądając
+jednocześnie nieśmiało w oczy rozumne, wyraźnie zdawał się
+współczuć smutnemu jej zamyśleniu.
+
+Na małym stoliku przed marszałkową leżał otwarty telegram. Opiewał
+on zaś lakonicznie: "Przewidzenia słuszne. Ola już po ślubie z
+Dzierżymirskim. Przyjeżdżam. Ładyżyński."
+
+Już może pół godziny po przeczytaniu powyższej wiadomości,
+nieruchomo w swym fotelu siedziała pani Melania.
+
+Od trzech dni - to jest od czasu gdy Ola zniknęła z domu swej ciotki,
+by więcej nie wrócić - marszałkowa Warnicka z niepokoju postarzała
+się była o lat co najmniej kilkanaście.
+
+Początkowo nie mogła zrozumieć postępku swej siostrzenicy; tak
+dobrze było jej u niej, może zatem powróci ona lada chwila -
+niewątpliwie.
+
+Musiała wyjechać z miasta na parę godzin, znaglona interesem
+ważnym... mówiła sobie, perswadowała staruszka.
+
+Nazajutrz jednak wieczorem, gdy żadnej o Oli nie było wieści, obawa
+kochającej dziewczę ciotki wzrosła o nią do tego stopnia, iż
+myślała, że zwaryuje. Dom cały był przerażony, latano, szukano
+rozpaczliwie nieobecnej po mieście, na chybił trafił - wszędzie,
+oczekując zarazem z trwogą wiszącej zda się w powietrzu katastrofy -
+wiadomości jakiej strasznej, o nieszczęściu, lub nawet o śmierci.
+
+Zbawcą pełnej niepokoju marszałkowej okazał się wówczas Emil
+Ładyżyński, przyjaciel całego domu Gowartowskich, stary kawaler,
+sprytny wyga wielkomiejski, a poza tem człowiek rozumny i bystry
+bardzo. Zebrawszy naprędce wskazówek tu i ówdzie, wpadł od razu na
+trop właściwy. Domysły jego były trafne.
+
+- A ja powiadam pani marszałkowej, że panna Ola używa już miodowych
+miesięcy! Młodość nie żartuje, gdy kocha... były to ostatnie
+słowa jego i sprawdziły się, niestety...
+
+Przez samego ojca panny, Januarego Gowartowskiego, pogardliwie odrzucony
+konkurent, inaczej poradził sobie.
+
+Marszałkowa w zadumie westchnęła cicho, ciężkie bowiem, zaiste,
+czekały ją niebawem przejścia. Brat jej, January, którego, o niczem
+jeszcze nie wiedząc, powiadomiła, wzywając go, natychmiast po
+zniknięciu Oli, lada oto chwila nadjedzie...
+
+Cóż ona, na Boga, powie ubóstwiającemu córkę ojcu, jak się
+potrafi wytłumaczyć przed nim ze wszystkiego? Wszak to na jej opiece
+pozostawił on był, wyjeżdżając, jedyne swe dziecię...
+
+Lecz czyż mogła przewidzieć podobne rozwiązanie sprawy?
+
+Przenigdy!...
+
+I marszałkowa Warnicka niżej jeszcze pochyliła na piersi głowę swą
+siwą, a czoło jej poorały zmarszczki, znacząc jakby ślad
+męczących ścigających się myśli.
+
+- A ją, Olę, to dziecię, które wespół z bratem i ona kochała
+całą siłą swej duszy, czyż tak znów dalece winić można było?...
+
+Zapewne...
+
+Nie porzuca się od razu wszystkiego, nie ucieka chyłkiem, choćby
+nawet w ramiona ukochanego mężczyzny, gdy sprzeciwia się temu wola
+rodzica, gdy...
+
+Pani Melania przetarła czoło pomarszczoną dłonią. "Młodość nie
+żartuje, gdy kocha!" zabrzmiały jej w uszach słowa Emila
+Ładyżyńskiego. Miał słuszność...
+
+I nagle, z początku nieokreślone, później coraz głośniejsze,
+śmielsze, zakiełkowały w duszy staruszki wyrzuty sumienia. Bo czyż
+doprawdy, Ola nieszczęśliwa tak bardzo była winna?... Miłość
+oszołomiła ją, porwała, a reszty niewątpliwie dokonało wychowanie
+młodej panny, kapryśnej pieszczotki ojca, ulubienicy również jej,
+marszałkowej, zawsze dlań pobłażliwej i słabej.
+
+I pani Melania znów zadawała sobie dalej w myśli pytania...
+
+- Czy Ola posiadała w duszy swej to, coby ją od popełnionego kroku
+wstrzymać mogło? Czy wpajano w nią te zasady młodych, takie na
+przykład, jakiemi ją karmiono lat temu wiele, w których pokolenie jej
+podobnych wyrosło?... Marszałkowa w zadumie spuściła nisko głowę.
+
+- Nie, nie! - odpowiadało coś skrycie na dnie jej duszy.
+
+Ola zasad takich nie miała, a z czyjejże to było winy?
+
+Najprzód, naturalnie, ojca, Januarego, lecz następnie i jej przecie,
+zastępującą Oli odeszłą z tej ziemi matkę.
+
+I z szarą godziną, coraz bardziej rozgaszczają się po buduarze - z
+mrokiem, pełnym cichej melancholii lipcowego wieczora, wkradające się
+do duszy marszałkowej wyrzuty potężniały, rosły... Samokrytyka zaś
+własnego postępowania zgryźliwie szarpać poczęła jej mózg, coraz
+to nowemi pytaniami ją zasypując:
+
+- Czy starałaś się wniknąć do duszy młodego dziewczęcia, a potem,
+zbadawszy ją, formować i ukształcać? - mówiła ona. - Czy wtedy -
+pytała dalej - gdy po niewinnem dzieciństwie i młodocianych leciech
+po raz pierwszy wstąpiła Ola, już jako dorosła panna, na śliską
+arenę salonów i światowego życia, dałaś ty jej, prócz wskazówek
+powierzchownych, banalnych, jakie przestrogi inne, głębszej,
+powaĹźniejszej natury?...
+
+A później - gdy rozbawiona, rozmarzona zabawą, flirtami i tańcem, z
+pobudzonymi zmysłami i wyobraźnią, wracała ona do domu z
+towarzyskich balów i zebrań - czy zastanowiliście się wy kiedyś, ty
+i brat twój, January nad tem, co przechodziło tam przez ową młodą
+główkę, co zapalało wyobraźnię jej i w bezsennych nocach może
+marzeniem ułudnem na skrzydłach niezdrowych fantazyj nie pozwalało
+zamknąć źrenic do snu cichego?...
+
+Uczyniliście wy to wszystko? Zastąpiliścież dziewczęciu temu
+matkę, wykonywując wspólnie ten nałożony na was obowiązek, z tą
+konieczną drobiazgowością, z którą w istocie częstokroć nie
+rachują się rodzicielki same?...
+
+Oblicze zadumanej marszałkowej wyrażało teraz ciche cierpienie, żal
+jakby i skruchę, w tym bowiem wewnętrznym, milczącym rachunku
+sumienia coraz cięższe odczuwała winy po swojej i brata stronie.
+
+A raz poruszone sumienie znów pytało dalej nielitościwie: - Czy
+pochwyciłaś ty również te chwile, gdy do krysztalnej młodej dotąd
+jeszcze duszy zapukała miłość, wkradła się tam, i rozkwitła
+bujnie? Czuwałażeś razem z ojcem Oli nad sercem swej pieszczotki?
+Rozumnem słowem, uwagą głęboką, kształciliścież je? hodowali,
+strzegąc to serce, niby kwiat cieplarniany, od temperatury niezdrowej?
+Myśleliścież wy o tem, iż tam, zamiast skromnego, pięknego pączka,
+o barwie łagodnej, może wzrość ukrycie i bezkształtną zajaśnieć
+purpurą kwiat namiętności cichy, wszystko dokoła duszący swą
+wonią?..
+
+Czy uczyniliście wy to wszystko? - powtórnie, jako konkluzya
+wątpliwości wszelkich, szarpnęło pytanie ostatnie duszą
+marszałkowej.
+
+Przygnębiona oparła znużoną głowę o poduszkę staroświeckiego
+mebla.
+
+Odpowiedzieć nie mogła obroną na zarzuty, powstałe w jej myślach za
+podszeptem sumienia - milczała zatem.
+
+- Nie! - szyderczo odpowiedział z kolei rozum!... Wypieściliście
+tylko ulubione swe dziecko, nie odmawialiście mu niczego -
+osypywaliście wszystkiem, czego zapragnęło, znosząc nawet kaprysy,
+zachcianki i urojenia; ustępując woli, którą rozumnie powinniście
+byli kształcić; słuchając - a nie rozkazując!
+
+- O, wy! wychowawcy młodego pokolenia, jakże daleko jesteście od
+powinności swoich!.. zaśmiał się w końcu rozum z goryczą.
+
+Marszałkowa Warnicka, nie ruszając się z miejsca, przymknęła
+powieki, chwilę dłuższą w jednej i tej samej zostawszy pozycyi,
+wreszcie wstała ociężale z miejsca swego i powoli zbliżyła się ku
+oknu.
+
+Zapalono już latarnie w mieście. Po szerokich - trotuarach
+pierwszorzędnej ulicy snuły się tłumy. Pani Melania wpatrzyła się
+w nie, a w jej myślach jednocześnie szumiało:
+
+- Uderz się w piersi!... Mea culpa, mea culpa! - boś winna, bardzo
+winna!
+
+Zamigotał, zabłysł snopem promieni i iskier miłości płomyk, i
+dziewczyna wyciągnęła ku niemu pragnące ramiona, jak łódź bez
+steru na morzu rozhukanem - dziewczyna, którą wychowałaś -
+zdeptawszy uczucia drogich sobie osób, nie oglądając się nawet za
+ich błogosławieństwem!
+
+- Zbieracie, coście zasiali! - głos jakiś w uszach marszałkowej
+rozbrzmiewał i rósł, pełen potęgi.
+
+Nagle staruszka cofnęła się wstecz całem ciałem i drgnęła
+nerwowo. W ciszy apartamentów rozległ się w tej chwili pokilkakroć
+silnie dzwonek.
+
+To był January Gowartowski. Marszałkowa przeczuciem już zgadywała
+przybycie brata, a przetarłszy czoło ręką, z głębokiem
+westchnieniem odstąpiła od okna.
+
+
+W sąsiednim salonie, na odgłos dzwonka, zapalał właśnie mały
+lokajczyk światło, w przedpokoju rozbierał się ktoś i rozmawiał ze
+służącym.
+
+Pani Melania, wsłuchawszy się pilnie, poznała głos brata. Wysiłkiem
+woli rozpogodziwszy, jak umiała, oblicze, przestąpiła próg buduaru,
+i weszła powolnym krokiem do salonu. W tej samej chwili we drzwiach
+ukazał się przybyły.
+
+Był to mężczyzna, lat koło sześćdziesięciu może, chudy, wysoki,
+i pomimo wieku, trzymający się jeszcze bardzo prosto, oraz gibki, jak
+trzcina, o wyglądzie i układzie delikatnym, zręcznym i dystyngowanym.
+Twarz January Gowartowski miał wygoloną starannie, głowę piękną, z
+przyprószonym nieco włosem, a wąs sumiasty, biały, okalał mu wargi,
+wygięte nieco dumnie - oblicze zaś jego, nacechowane jakby wyrazem
+wyniosłości, nerwowe, zmienne, znamionowało człowieka, na. pierwszy
+rzut oka, nader wrażliwego i uczuciowego może nad miarę.
+
+Ujrzawszy siostrę, podbiegł ku niej szybko i złożył w milczeniu na
+jej ręce pełen uszanowania pocałunek. Przytem spojrzenie
+Gowartowskiego spoczęło na jej twarzy pytająco, i dopiero po
+przelotnej chwili oczekiwania jakby, widząc marszałkową nieco
+zmieszaną, odezwał się pierwszy:
+
+- Odebrałem telegram twój, pani siostro, niepokój przygnał mię tu
+natychmiast... Ola wyjechała podobno, gdzie? po co? na co?.. Czy tylko
+jej co złego się nie stało? może ona chora, groźnie, broń Boże?..
+Powiedz, Melanio, szczerą prawdę, mów prędzej, bo wytrzymać z
+niepokoju nie mogę!.. - drżąco wymówił pan January słowa ostatnie,
+z akcentem prośby, głosem pełnym obawy, i z troską na wyrazistej
+twarzy czekał na odpowiedź.
+
+Tymczasem zmieszanie marszałkowej rosło. Unikając spojrzenia brata,
+rzekła:
+
+- Ależ uspokój się, mój drogi, cóż znowu?.. Upewniam cię, iż Ola
+najzdrowsza się czuje i że zgoła nic złego jej nie grozi...
+
+Twarz Gowartowskiego natychmiast rozpogodziła się i westchnienie ulgi
+podniosło pierś jego, odczuł bowiem szczerość w słowach siostry.
+
+Rzuciwszy opodal kapelusz i podróżna torebkę, usiadł wygodnie na
+fotelu i spokojnym już zupełnie głosem zapytał:
+
+- No, więc cóż, na Boga, stało się z Olą? wyjechała - dokąd?...
+
+- Zmęczonym pewnie jesteś i głodnym - przerwała bratu Melania -
+może kazać dać ci herbaty, przekąski?... - i mówiąc to,
+przycisnęła guzik elektrycznego dzwonka.
+
+- Ależ, ma chère, - żachnął się trochę niecierpliwie Gowartowski
+- to wszystko zrobimy później, po cóż te ze mną ceremonie; co ci
+się dzisiaj stało, taka nienaturalna jakaś jesteś? - zatrzymał się
+pan January i spojrzał siostrze badawczo w oczy.
+
+- Nakarmisz mnie potem - dorzucił po chwili, z uśmiechem - lecz
+opowiedz mi najprzód, co się tutaj stało?...
+
+Marszałkowa i na to nic zupełnie nie odpowiedziała, bo w tej
+właśnie chwili na progu salonu ukazał się przywołany lokaj.
+Wszystko, co dotąd czyniła, miało za cel zyskać tylko na czasie, po
+prostu bowiem nie wiedziała, w jaki sposób podać bratu smutną i
+wstrząsającą odpowiedź i w jakiej uczynić to formie. Zwróciła
+się do służącego.
+
+- Zapal lampę w buduarze, a gdyby kto tam przyszedł, to powiedz, żem
+cierpiąca, i nie przyjmuję...
+
+- Wszak prawda - z kolei pytająco na pozór skierowała się do brata -
+i ty zapewne nie masz dziś ochoty widzieć gości?...
+
+Za całą odpowiedź Gowartowski wzruszył z lekka ramionami,
+jednocześnie jednak z pod oka kilkakrotnie spojrzał na siostrę, a z
+twarzy jego pierzchła pogoda.
+
+Coś poza kulisami działo się w tym domu niedobrego, czul to pan
+January nerwami, więc czoło zasępiło mu się i brwi przelotnie
+zmarszczyły. Powstał gorączkowo z siedzenia, nieobecny myślą,
+szukający zagadki, nie rozumiejąc słów siostry, znajdującej się
+już w oświetlonym buduarze i mówiącej coś do niego.
+
+- Co mówisz? nie słyszę... - rzucił po chwili. - Może tu
+przejdziesz, będzie nam wygodniej rozmawiać... - powtórzyła
+głośniej tym razem marszałkowa.
+
+Gowartowski posłusznie podszedł ku drzwiom i przestąpił próg
+buduaru.
+
+Zamknij drzwi za sobą, mój kochany, i siadaj, proszę cię! -
+bezdźwięcznym głosem odezwała się pani Melania, sama zaś
+skierowała się, by przymknąć drzwi do pokoju jeszcze jedne.
+
+Pan January tymczasem usiadł i ze wzrastającym coraz bardziej
+niepokojem śledził ruchy swej siostry. Teraz był już pewnym, że
+czeka go coś niezwykłego, i złego, tak bowiem ostrożnej i dziwnie
+postępującej siostry dawno już nie oglądał.
+
+Marszałkowa zbliżała się właśnie ku niemu, a usadowiwszy się
+obok, na kanapie, ujęła w obie dłonie ręce brata. Postanowiła w
+myśli zaraz od razu przeciąć drażniące pęta wstępnej rozmowy,
+rzekła zatem łagodnie i serdecznie, wpatrzywszy się rozumnemi i
+dobremi oczami w twarz brata.
+
+- Przyrzeknij mi przede wszystkiem, mĂłj drogi, Ĺźe nie zanadto
+zmartwisz się tem, co ci powiem, i zniesiesz wiadomość bardzo
+smutną, co ci zakomunikować muszę - prawdziwie po męsku...
+
+- AleĹź dobrze, dobrze, moja kochana... Lecz powiedz-Ĺźe mi nareszcie, o
+co chodzi, bo siedzę, jak na rozżarzonych węglach, i po głowie
+latają mi wprost niemożliwe przypuszczenia!.. Mów prędzej, błagam -
+cóż z Olą się stało?.. - wybuchnął Gowartowski, ostatnie zaś
+słowa jego drgały wymówką i prośbą.
+
+Wyraz współczucia przemknął po twarzy matrony siwej, i objąwszy
+rękami głowę brata, ucałowała ją czule.
+
+- Ola... już po ślubie... - rzekła równocześnie szeptem.
+
+Gowartowski, jak podrzucony, zerwał się z fotelu, i wzrokiem błędnym
+na marszałkową spojrzał. - Kiedy? jak? co? gdzie? - wykrzyknął w
+pierwszej chwili. - To być nie może!... - dorzucił i urwał...
+Wpatrzywszy się bowiem uważniej w twarz siostry, poznał, iż ona
+mówi prawdę, po chwili jęknął więc tylko cicho:
+
+- Z kim?... i cały, zdawało się, zawisł na ustach pani Melanii...
+Głos zadrżał marszałkowej, gdy, jak mogła najspokojniej, panując
+nad własnem wzruszeniem, odpowiedziała wolno:
+
+- Z Romanem DzierĹźymirskim...
+
+- Z Dzierżymirskim... z tym hołyszem... synem tej... tej Włoszki,
+śpiewaczki!... - głos załamał się panu Januaremu, i schwycił się
+on obiema rękami za głowę. - I bez... bez... - tu głos
+Gowartowskiego przeszedł w chrypkę, snać wstrząsająca nowina
+zatamowała mu dech w piersiach - bez mego... pozwolenia...
+błogosławieństwa!... - wykrztusił; dokończył nareszcie, z bólem i
+gniewem... Twarz przytem znękanego otrzymaną wiadomością ojca,
+dotąd blada bardzo, zakwitła nagle ceglastym rumieńcem, nogi zaś
+widocznie zachwiały się pod nim, gdyż ciężko, bezsilnie, upadł na
+pobliski głęboki fotel.
+
+Powtórnie, z macierzyńską iście troskliwością, objęła głowę
+stroskanego brata marszałkowa Warnicka, jakby ta czuła pieszczota
+siostrzana ukoić pragnęła, choć chwilowo, cios, przed chwilą
+słowami przez nią zadany.
+
+Lecz Gowartowski odtrącił ją prawie że brutalnie, niepomny niczego,
+a chwyciwszy w dłoni rękę siostry, przemówił zapalczywie, urywanym
+głosem.
+
+- Jak to? I ty, Melanio, pozwoliłaś na to? ty, na opiece której, niby
+matki rodzonej, zostawiłem moje dziecię? Ty dałaś zezwolenie, nie
+zawiadomiwszy mnie o niczem?
+
+I pan January ponownie z miejsca swego się zerwał, i wykrzyknął
+wzburzony:
+
+- Wiedząc, że temu młokosowi, awanturnikowi odmówiłem dawniej,
+naumyślnie usypialiście czujność moją, by mnie podejść, oszukać,
+i myśleliście może, iż ja to przyjmę post factum, "tak sobie!"
+
+- Ależ zmiłuj się, uspokój ! - pospiesznie przerwała marszałkowa.
+- Nic jeszcze nie wiesz dokładnie, a już obwiniasz innych na
+chybił-trafił. Proszę cię, bardzo proszę, cierpliwości trochę,
+spokoju, aż opowiem ci wszystko, - dodała błagalnie.
+
+Pan January mimo woli ucichł i spojrzał pytająco na siostrę.
+
+- Serce-ż ty moje, posłuchaj, a nie martw się tak okrutnie -
+drżącym od wzruszenia głosem, ze współczuciem, przemówiła znowu
+pani Melania, w nagłem rozczuleniu zatrącając przytem wyraźnie
+rodzonym ukraińskim akcentem, od którego odzwyczaiła się była swą
+ciągłą bytnością w mieście. - Posłuchaj, jak się rzecz miała -
+zaczęła marszałkowa, i ciągnęła tak dalej : - Przede wszystkiem,
+kiedy już tak boleśnie dotknąłeś mię przypuszczeniem, że byłam w
+zmowie przeciwko tobie, wytłumaczyć się winnam... Tak nie było
+wcale, jak sądzisz; przeciwnie do ostatniej chwili ja o niczem zgoła
+nie wiedziałam...
+
+Jak to? - przerwał siostrze zdumiony Gowartowski.
+
+- Tak, serce, tak, Januarku, ja nic zupełnie nie wiedziałam -
+powtórzyła marszałkowa, z widocznym żalem w głosie - a dlaczego?
+Dlatego, że oni poradzili sobie bez nas... Roman porwał Olę i
+natychmiast wyjechali razem za granicę.
+
+I pani Melania umilkła, wszystko najgorsze już było bratu wiadomem.
+Pod nowym ciosem pochyliła się głowa mężczyzny, i odbiło się na
+niej jeszcze boleśniejsze cierpienie.
+
+- Olu!... Olu!... dziecko moje!.. Jakże zawiodłem się na, tobie! - z
+ciężkiem westchnieniem wymknęło się z ust biednego ojca.
+
+Marszałkowa spoglądała wzruszona na brata. Gniewu jego nie bała się
+ona; uniesienie przechodzi. Lecz czego lękała się dotąd najbardziej,
+to tej rany właśnie, zadanej kochającemu sercu ojcowskiemu przez
+córkę, depczącą przywiązanie do niej silne i bez upamiętania - dla
+ułudnej fatamorgany zmysłowych rozkoszy, dla miłości kwiatów i
+ponęt...
+
+Pan January, z głową na piersi schyloną, milczał teraz, ukrywszy
+twarz w dłonie. Ze wzrastającem coraz bardziej współczuciem
+patrzyła wciąż pani Melania na brata i myślała:
+
+- 0, dzieci, dzieci, pokolenia młode, jakże wy często i okrutnie
+ranicie serca starych! Przywiązuje się ich jesień smutna do waszych
+wiosen, pełnych wesela, a wy, jak te ptaki, szukające wciąż ciepła
+i słońca, lekkomyślnie rzucacie te serca, tratujecie miłość,
+zaparcia siebie pełną, a pogardzając dogasającemi, popielejącemi
+iskrami - szukacie, garniecie się do ognia, do młodych!..
+
+Przecież i dla mnie pieszczotka Ola była dotąd wszystkiem, lube
+dziecię!
+
+Tak, lecz od genezy uczucia jej i brata nie biło słońce miłości
+młodej, ptaszyna zerwała jedwabne pęta przywiązań domowych, bo w
+mroki cichych, dotychczasowych jej uczuć, do serduszka dziewczęcego,
+wdarł się promienisty blask potężniejszy, silniejszy! Zwykła kolej
+rzeczy tego świata...
+
+Chcąc przerwać milczenie, pełne dla obojga rozmyślań przykrych,
+pani Melania poczęła mówić znowu przyciszonym głosem:
+
+- Podziękujmy Bogu jeszcze, mój drogi January, że ślubem skończyło
+się to wszystko. Teraz z wolą Bożą pogodzić się należy, i z
+przeznaczeniem, to trudno... - ciągnęła dalej, widząc, że na jej
+słowa wyrwany z głębokiej zadumy brat podniósł głowę i słucha -
+Nie uwierzysz, ile ja przecierpiałam, nim doniesiono mi o tem, że oni
+gdzieś w pobliżu austryackiej granicy, w jakiejś tam wioszczynie
+ślub wzięli.
+
+- Zkądże masz tę wiadomość? - złamanym i cichym głosem spytał
+Gowartowski.
+
+- Marszałkowa ze smutkiem spojrzała na brata. Serce zabolało ją,
+jakże bowiem innym, odmiennym całkiem, stał się on nagle teraz, po
+odebraniu wiadomości, tak dlań wszechstronnie bolesnej. Powoli,
+miękko, opowiadać mu ona poczęła stopniowo wszystko.
+
+A więc, o ucieczce Oli, o własnych cierpieniach, o tem, że z tak
+licznych znajomych prawdy nie domyśla się dotąd nikt jeszcze, o
+Ładyżyńskim...
+
+Pan January, przybity, słuchał teraz słów siostry pokornie, jak
+dziecko, nie odzywał się już wcale, trudno zaś było zaręczyć, czy
+w myślach bezustannie zatopiony - słyszał.
+
+Skończywszy swą opowieść, marszałkowa rzekła:
+
+- Bóg mi świadkiem, iż nic winną nie jestem... Po wyjeździe twoim i
+odmowie, którą dałeś Dzierżymirskiemu, gdy oświadczył się o Olę
+przed paru tygodniami, nie przyjmowałam go wcale. Gdzie widywał się z
+Olą, jak i kiedy ułożyli ze sobą wszystko? Dotychczas żadnego o tem
+nie mam pojęcia. Cóż robić - wola Boska!..
+
+Gdy marszałkowa wymawiała te ostatnie wyrazy, instynktownie
+przysunęła się do brata, chcąc pocieszyć go zapewne, lecz w tej
+samej chwili spojrzenie jej padło na drzwi od salonu, i drgnęła
+nerwowo. Zdało jej się, że ktoś dotyka właśnie klamki...
+
+Rzeczywiście, w sekundę później rozległo się trzykrotne pukanie, w
+ślad za tem zaś służący zawiadomił, że podano kolacyę i
+herbatę.
+
+- Czy masz ochotę jeść teraz? - spytała łagodnie brata pani
+Melania.
+
+Pan January, machnąwszy poprzednio ręką, zrobił głową ruch
+negatywy, pełny obojętności i zniechęcenia.
+
+Marszałkowa westchnęła cicho.
+
+-Będziemy jedli później! - rzuciła głośno.
+
+Po drugiej stronie drzwi buduaru zaintrygowany lokaj schylił się i
+spojrzał przez dziurkę od klucza, poczem jeszcze bardziej zaciekawiony
+przyciszoną rozmową, której wątka schwycić nie mógł, postawszy
+chwilę, oddalił się na palcach by zakomunikować wiadomość tę
+pozostałej służbie.
+
+Z dobrą godzinę, a może i więcej jeszcze, minęło nim roztworzyły
+się owe drzwi buduaru, i wyszło z niego rodzeństwo. Jakież jednak
+było zdumienie domowników, gdy zamiast spożyć wieczerzę, oboje
+rozeszli się do swoich komnat, nie tknąwszy jej wcale.
+
+I późno potem w apartamentach marszałkowej Warnickiej paliły się
+dwa światła.
+
+Długo, bardzo długo, na klęczkach przed zapaloną lampką i
+wizerunkiem Matki Bożej modliła się gorąco polska matrona, zanosząc
+prośby do nieba. Ukrywszy głowę w dłonie, rozmyślała ona o
+ulubienicy swej, Oli, modliła się za nią, za brata wreszcie, by mu
+los przyszłość osłodził. W końcu światło u niej zgasło.
+Zmęczona wrażeniami ciężkich trzech dni ostatnich, staruszka
+zasnęła twardo, pojednana z przeznaczeniem - wzmocniona modlitwą...
+
+Inaczej się działo w komnacie Gowartowskiego. I on po niejakim czasie,
+zmęczony jednostajną po pokoju wędrówką, zgasił lampę,
+ułożywszy się do snu.
+
+Lecz sen - ukoiciel daleko odleciał od znękanego starca.
+
+Przez wielkie okno wkradało się półświatło usianej gwiazdami nocy
+letniej, sennej i cichej; mrugające na niebie gwiazdy zaglądały do
+wnętrza - komnaty, położonej na dole i zwróconej ku ogrodowi, a
+zawisłszy nad łożem, wpatrywały się błyszczące, pytań
+niedyskretnych pełne, w pobladłe lica bolejącego tu człowieka.
+
+0! jakże noc ta polska, swobodna, zadumana i jasna była inną dla
+zapomnianego ojca, a jak inna, choć ta sama, rozpięta na włoskiem
+niebie, dla dwojga młodych w Wenecyi!...
+
+Tam, w upojeniu, w miłosnej ekstazie, dwie dusze, dwa młode istnienia
+zlewały się w jedno!... Na zegarach ich przeznaczeń teraz właśnie
+biła może zgodnie aksamitnymi cichymi tony, ziemska ułudna
+szczęścia godzina...
+
+A tu?...
+
+Z cierpieniem i bólem sam na sam borykał się starzec, tłumiąc łzy,
+cisnące mu się gwałtem do oczu...
+
+Bo czyż, zaiste, to dziecię własne, drogie, nie sponiewierało go
+bezlitośnie? Czyż za tyle lat ojcowskich trudów, miłości i zaparcia
+się siebie, on, rodzic kochający, jak rzadko który może, zasłużył
+tego ostatecznego, pogardliwego zdeptania?
+
+Więc on wobec córki własnej nic nie znaczył? Błogosławieństwo
+jego jest niczem, pozwolenie - zerem! On sam zaś, jego własne "ja,"
+którego odzwierciedlenie niezatartem, zdawało mu się piętnem, odbite
+było na duszy Oli, także okazało się tak słabem tylko? 0! do
+jakiego stopnia słabem nawet, kiedy nie potrafiło oprzeć się nowemu
+uczuciu - intruzowi!...
+
+Uśmiech gorzki, boleści pełny, przemknął się po ustach
+Gowartowskiego.
+
+- Więc nic trwałego na tym padole! - myślał - wszystko
+marnością... rozwiewającym puchem!... Więc drogie kamienie, perły
+uczucia, powstałe w ojcowskiej duszy z tysiącznych życia
+szczegółów, cicho wyrosłe tam kwiaty trwałego rodzicielskiego
+przywiązania, z góry już skazane być muszą niemiłosiernie, by
+zwiędnąć zapoznane...
+
+Ach, jakże on, naiwny, dalekim był myślą od tego! Jakiemże przykrem
+rozczarowaniem była dlań ta naga rzeczywistość, brutalna, bez
+zasłon, choćby konwencyonalnych tylko!
+
+Gowartowski ścisnął głowę rękami, zdawało mu się bowiem, iż ona
+pęknie od myśli, cisnących się, jak nieproszone tłumy... Subtelny
+umysł jego giął się pod ich naporem, szumiał, niby rój
+brzęczących, dokuczliwych owadów.
+
+Nagle, jakby dziwnym wpływem reakcyi, w głowie leżącego zapanowała
+próşnia...
+
+Gowartowski na małą sekundę tylko przestał myśleć...
+
+I natychmiast zręcznie z chwili tej skorzystała samowiedza.
+
+- Przypomnij sobie własną przeszłość - szepnęła - bądź
+wyrozumiałym!... Poszukaj dobrze, a niewątpliwie znajdziesz tam
+moment, analogiczny z chwilą obecną!...
+
+Wszak młodość ma swoje silne prawa, każdy w tym czasie korzysta z
+nich, a starość, ubrana w pożółkłe, lecące liście jesieni
+życia, swą głowę srebrną pochylić zawsze musi przed jej
+oślepiającym blaskiem, pomna, że i ona kiedyś taka sama była.
+
+I pan January wysiłkiem woli uprzytomnił sobie nagle minione lata
+swoje, wpatrzył się w nie na chwilę...
+
+- Nie, nie!... - wołać poczęło we wzburzeniu całe jego jestestwo.
+
+Tego, co go dzisiaj spotykało, nie było tam zgoła. On szanował
+sędziwy wiek, przywiązania starych nie tratował; choć kochał i
+szalał, jednak zawsze godził jedno z drugiem.
+
+Tu zaś obecnie działo się zupełnie co innego. I Gowartowski w tej
+samej chwili odwrócił się do ściany, a przymknąwszy machinalnie
+powieki, i jakby chroniąc słuch od jakichś odgłosów, jak dziecię
+wcisnął w poduszki głowę swą siwą. Bo nagle zdało mu się
+wyraźnie, że czyn Oli przyoblekł się w słowa i w pustych, cichych
+ścianach pokoju krzyczy wielkim głosem:
+
+- Idź w kąt, stary niedołęgo! Czyż ja potrzebuję ciebie się
+pytać? Ja chcę żyć, kochać! Pragnę za męża mężczyzny drogiego
+sercu, a tu ty myślisz mi przeszkodzić?...
+
+W ciszy pokoju, w uśpieniu letniej nocy, rozległo się bolesne,
+stłumione łkanie - starzec płakał...
+
+Dawno niezmoczone łzą sędziwe męskie powieki, zaszkliły się rosą
+- stroskanego ojca uniósł ból począł rozsadzać piersi.
+
+A jednocześnie przywidziało mu się, jakby w halucynacyi nagłej, że
+oto skądsiś nagle, do ciasnych ram sypialni wpada, jak huragan, dziwny
+rydwan złocisty... Przytuleni, zrośli jakoby ze sobą, siedzą na nim
+Roman i Ola, zapatrzeni w siebie, nie widząc nic dokoła.
+
+Rydwan zaś wspaniały zbliża się coraz bardziej...
+
+Ciągną go ogniste piękne rumaki białe, a po jego stopniach, ozdobach
+i kobiercach, wszędzie sypią się kwiaty; zasypują go,
+pochłaniają...
+
+Muzyka wesoła, skoczna, zagłusza tymczasem tętent koni - nad
+zakochaną parą młodych roje cherubów unoszą się w górze,
+skrzydełka ich szumią radośnie, a czarowna miłość toruje im
+drogę!...
+
+I Gowartowskiemu zdaje się równocześnie, że pojazd ten wprost na
+niego wpada.
+
+Tak jest, wyraĹşnie, wyraĹşnie!...
+
+Czuje bo oto na piersiach swych bolesne grubijańskie uderzenia kopyt
+końskich...
+
+Ach!...
+
+To koła rydwanu przemknęły po nim zwycięsko!...
+
+Zaszumiało... Posypały się znowu wonnym deszczem kwiaty, muzyka
+głośniej zabrzmiała.
+
+Minęła chwila...
+
+Ucichło wszystko, znikło i tylko jeszcze w milczeniu echem ostatnim
+zadrżał miłośnie pocałunku szmer...
+
+Pojechali.
+
+Zimny pot zaperlił się na czole Gowartowskiego. - Przez myśl
+przemknęło mu słowo: Waryuję?...
+
+Lecz niebawem znowu powróciła myśl zbłąkana.
+
+I cierpienie natychmiast ukłuciami drobnemi ranić go ponownie
+zaczęło.
+
+Powtórnie, umilkłe na drobną chwilę, jak przypływ morza,
+niepowstrzymany, powrotny, rozległo się w cichym spokoju komnaty
+zduszone łkanie...
+
+Szerokiem korytem rozlewała się boleść upokorzonego, zranionego
+ojcowskiego serca, i przez otwarte okno cicho płynęła eterami, w
+dal...
+
+Na dworze ściemniło się tymczasem; gdzieniegdzie na czystem niebie
+pojawiły się małe chmurki, przesłoniły zaglądające ciekawie do
+pokoju gwiazdy...
+
+Cienie rozkładały się obecnie w sypialni, a z nimi powoli,
+zmęczeniem snać zwyciężane i wyczerpaniem, milkło bolesne łkanie
+starca, przechodząc stopniowo w płacz cichy. Cóż stało się powodem
+tego ukojenia, działającego łagodnie, jak balsam, na znękaną
+cierpieniami duszę stroskanego ojca?
+
+Może to było przywidzeniem tylko, jednak w majaczących, coraz więcej
+zasiedlających pokój półcieniach, na ich tle widoczna zarysowała
+się niewyraźna jakaś postać, nachylona ze współczuciem...
+
+Któż to był tak niepochwytny, z eterów zaledwie złożony cały?
+Mara, czy złudzenie?
+
+Jednocześnie jakiś dziwny szelest jakby rozległ się również po
+pokoju... Z przytłumionym szelestem, jednostajnie, kropla po kropelce
+spadało coś w pewnych od siebie odstępach, za spadnięciem zaś
+każdej kropli rozlegał się w cichej komnacie jakiś pełny,
+oddzielny, harmonijny ton stłumiony - grała jednolita, oderwana,
+melodyjna nuta.
+
+Cichła - i znów to samo czyniła druga, trzecia, czwarta...
+
+Cóż to było na Boga? Czary, czy też tylko igraszka cieni i
+słuchu?.. Nie. To niewidzialny dla ludzkiego oka, przywołany ze sfer
+niebieskich prawdziwem cierpieniem, spłynął był Anioł pocieszenia,
+a siadłszy cicho przy łożu szarpiącego się z hydrą bólu starca,
+niósł mu ukojenie - od Boga!...
+
+Ściany pokoju tymczasem coraz ciszej grały swą muzykę dziwną...
+
+To ostatnie, do czary konchowej w dłoniach Pocieszyciela, zmieniając
+się tam w piękne drogocenne perły, spadały z oczu człowieka-ojca -
+łzy...
+
+
+
+
+------------
+
+
+Nad lekko zmarszczoną, a mieniącą się jeszcze w zielonkawe blaski
+powierzchnia Adryatyckiego morza, daleko na widnokręgu, łagodniała
+coraz bardziej czerwona wstęga zachodu, aż znikła, spełzła
+zupełnie, wyparta mrokiem idącego wieczoru.
+
+W zakładzie kąpielowym, na Lido, zapóźnieni, w rozmaitych kostyumach
+goście, powoli, stopniowo, zdążali do kabin swych, aż objęta palami
+i sznurem ogromna przestrzeń morza, przeznaczona na kąpiel, zupełnie
+opustoszała niebawem.
+
+Natomiast na werandzie pośrodku zakładu, na rubieży kąpieli,
+zaroiło się od gości, spragnionych wypoczynku.
+
+Odcinając się od innych wysoką, smukłą swą postawą i dystynkcyą,
+zmierzający do wolnego miejsca tuż pod balustradą, nad morzem,
+przeciskał się pomiędzy licznymi zajętymi już stolikami, Roman
+Dzierżymirski, w ubraniu całem białem, licującem bardzo korzystnie z
+piękną śniadą twarzą jego i czarnym zarostem. Znalazłszy w korku
+wolne miejsce, usiadł i kazał podać sobie napój odświeżający, a
+zdjąwszy zarazem biały kapelusz - z tegoż materyału, co odzienie
+zrobiony - spojrzał wokoło...
+
+Przytłumionym szmerem rozmów, prowadzonych w przeróżnych językach,
+brzęczał w jego uszach, jak rój owadów, zebrany tłum; na pięknego,
+a samotnego cudzoziemca spoglądało ciekawie i zalotnie kilka
+siedzących opodal, przystojnych Włoszek o grubych zmysłowych wargach
+i dużych, błyszczących, czarnych, jak węgiel, oczach.
+
+Dzierżymirski przetarł czoło ręką, i popatrzył z kolei przed
+siebie. Otulone już mgłami zmierzchu morze marzyło jakby zadumane.
+Przyciszonym łoskotem uderzało o brzeg falą, mówiło coś,
+szeptało...
+
+Na pokarbowanej, coraz bardziej ciemniejącej jego fali ścigały się
+teraz mroki, jakieś cienie tajemniczo pływały po niem, gwarzyły ze
+sobą gdzieś w oddali, a tłumione ich głosy niósł echem łagodny
+szmer fali...
+
+Tęsknym wzrokiem wpatrzył się Dzierżymirski w bezmiar wód
+Adryatyku, zdało mu się bowiem, że wśród tych otaczających go,
+obcych ludzi, ono jedno brata się z nim obecnie, i przyjacielskiem
+uchem myśli jego słucha.
+
+A Roman całkiem swobodnie poddać się im mógł po raz pierwszy od
+bardzo dawna; nie oczekiwał bowiem na nikogo, był sam zupełnie;
+żonę, cierpiącą na migrenę, pozostawił w hotelu na własne jej
+żądanie.
+
+Dotąd zaś po prostu nie miał czasu pomyśleć, wniknąć w siebie.
+
+Od chwili przyjazdu Romana do Wenecyi mijało dwa tygodnie, a w całym
+tym okresie, upojony haszyszem miłości dzielonej, przykuty do Oli
+złotymi łańcuchy uczucia, wprzągnięty w oszałamiające, ułudne
+jarzmo chwil miodowych - śnił on, spał, żyjąc życiem nie
+rzeczywistem, ale jakiemś innem, oderwanem, lśniącem się li tylko
+jasnością, promieniami i blaskiem.
+
+Prócz tego, jednocześnie doznawał on i wrażeń innych,
+subtelniejszych. Były zaś niemi: po pierwsze, wrażenia czysto
+zewnętrzne, a więc ciągłe, bezustanne pobudzenie poczucia piękna,
+wyzwane zetknięciem się z sztuką tego zakątka pamiątek Italii; -
+wewnętrzne, a tym razem również w ścisłej pozostające łączności
+z osią wszystkiego dlań teraz - z Olą.
+
+Dzierżymirski z licznych dotąd miłostek obeznany był dobrze z
+kobietami, po raz jednak pierwszy odczuwał to, co dziś...
+
+Bo dotąd tak zwykle zdarzało się zazwyczaj; że on był w miłości
+zawsze prawie nastrojonym na silniejszy diapazon, a kobieta bierniejszą
+była - poddawała się tylko sile jego uczucia.
+
+Teraz zaś działo się wręcz przeciwnie: to on czuł się więcej
+pragnionym i kochanym - to on poddawał się sile szałów,
+pożądań...
+
+Po stronie kobiety była widoczna przewaga, Roman zaś nurzał się w
+tej czystej toni niepokalanego dotąd niczem uczucia, jak w źródle
+świeżem, krynicznem nowego złotego życia, odmładzał się w niem,
+orzeźwiał, i upojony, odurzony - zasypiał życie, marzył i śnił,
+wchłaniając w siebie całą moc i potęgę skierowanej ku niemu
+miłości.
+
+A jednak, wszak i on kochał Olę: Któż by wątpił o tem, gdyby tylko
+mógł spojrzeć na ukrytą, starannie od ludzkiego oka, a zapisaną
+kartę jego tak niedawnej jeszcze przeszłości.
+
+W tej chwili Roman, przeżywając jakby w myślach swych, poza
+teraźniejszością i lata minione, wzdrygnął się, brwi zmarszczył,
+i machinalnie spojrzał przed siebie.
+
+Zupełnie spowił już morze mrok ciemny. Hen, daleko, błyszczały
+światła, pozapalane na niewidzialnych prawie gołem okiem parowcach.
+Trzy z nich mrugały już na kołyszącym się wodnym obszarze, po
+chwili zabłysło czwarte, piąte...
+
+Lekki wietrzyk wionął po fali, poruszył się zadumany wód olbrzym,
+zakołysał, zaszumiał tajemniczo głośniejszym, niż dotąd, chórem
+podszeptów, szelestów i szmerów - melodyjnie zagrał...
+
+U stóp Romana silniej zapluskały fale.
+
+W uderzeniach zaś ich, teraz już zupełnie bliskich, wyraźnych,
+powtarzających się co chwila, jakiś ukryty, szyderczy, szemrzący
+jakby głos wołał, zda się, gdzieś z głębin dalekich:
+
+- No, i cóż, przywłaszczycielu cudzego złota, dobrze ci z niem, co,
+nieprawdaż? Ubóstwiają cię, grasz rolę milionera!
+
+Ha-ha!-ha-ha!.. z kolei zaśmiały się nagle wody.
+
+- Myślisz może, że teraz, dotykając się już pieniędzy innych,
+wytłumaczonym przez to jesteś? Że zapomniano, zagrzebano twą
+tajemnicę?
+
+- Ha-ha!-ha-ha!.. - śmiało się morze ironicznie, i dalej znowu
+szydziło:
+
+- A widzisz - zbladłeś! Ty dotychczas pewnym byłeś, że nikt nic nie
+wie o tem!..
+
+- A ja wiem, dobrze wiem!... - szyderczo zaśmiało się morze, a
+śmiech ten wód ogromy coraz głośniej przedrzeźniać poczęły.
+
+Teraz już całe morze bezlitośnie drwiło.
+
+Naraz głos Adryatyku ustał i cichym szeptem zaszemrała fala:
+
+- Nie bój się! ja żartuję tylko... nie trwóż się, ja cię nie
+zdradzę...
+
+- Patrz, jakie głębie kryją się w mem łonie jak wielkiem jestem
+ja!..
+
+- Tajemnicę twą zachowam, zginie ona w obszarach, w bezdnach utonie...
+
+- Nie powiem, ci... cho będę... ci... cho... - zaszeptała znów fala,
+i szept ten powtórzyły fal miliony...
+
+I jak śmiech szyderczy, tak i teraz ten półszept cichy, stłumiony,
+drżący, szedł znowu po łuskach fal, tajemniczy, straszny...
+
+Nie... po... wiem!.. ci-cho będę, ccci-cho...
+
+Nerwy Romana zadrgały; podrażniły go te dziwne głosy Adryatyku,
+odsunął krzesło na drugi koniec stolika, podparł rękami głowę, a
+zatkawszy uszy przed pomrukiem wód, wzburzony jeszcze, blady, zadumał
+się głęboko.
+
+Przeszłość, wywołana chwilą samotności, i dziwnymi morza pogwary,
+świeża i żywa, niby wczorajsza, stanęła mu przed oczyma, jak widmo.
+
+Na ubogiem poddaszu, ujrzał zatem siebie budzącym się po śnie
+strasznym!
+
+Dwa już lata od tej chwili mijały. A co on od owego czasu
+przecierpiał, przeżył, przewalczył! - nie zliczyć!..
+
+Długo nie tknął wówczas cudzych pieniędzy; tajemniczy portfel
+leżał pod kluczem, pozornie zapomniany.
+
+A on ciągle walczył ze sobą!..
+
+Nie zanosił jednak zguby do biura policyjnego, sam osobiście
+właściciela nie szukał. Czekał...
+
+Pod tym względem niepokojąca, tłocząca swą zagadką, głucha
+panowała cisza.
+
+W żadnem piśmie nie było wzmianki o zgubionym pugilaresie - nikt o
+tem władzom nie doniósł...
+
+A on wciąż szalał.
+
+Wreszcie wyczerpały się wszystkie jego własne fundusze, parę
+ostatnich lekcyi stracił bezpowrotnie; głód zajrzał do jego
+izdebki... Nie było rady, napoczął wówczas cudzego złota.
+
+Jakby to było wczoraj, dziś zaledwie, pamięta wyraźnie te tygodnie
+męczarni, bojaźni, wyrzutów, gdy siłą okoliczności zmuszonym
+został "żyć" z mienia przywłaszczonego... Pamięta swą trwogę
+dziecinną przy zmianie pierwszej sztuki znalezionych pieniędzy, i
+innych, następnych... Widzi siebie, jak naumyślnie zmieniał je na
+drugim końcu miasta, jak bał się wtedy własnego cienia, i tak dalej,
+tak dalej!..
+
+KaĹźda drobnostka Ĺźywo, jawnie staje mu przed wzrokiem.
+
+A później znowu w murach rodzinnego miasta wytrzymać już nie
+mógł!..
+
+Wyjechał. Błąkał się za granicą długo, bezmyślnie, aż dotarł
+do Monte-Carlo.
+
+Tam, opanowany gorączką złota, widząc, jak strumienie jego, rzeki
+całe, płyną hojnie wokoło - do gry w ruletę rzucił się z
+zapałem.
+
+Początkowo miał szczęście szalone. Cudzy pieniądz dwoił się,
+troił cudownie, pewnego poranku jednak przegrał wszystko co do grosza.
+Nie stracił jednak odwagi. Dawszy się już poznać w domu gry, jako
+człowiek bogaty i nierachujący się wcale z groszem, oraz
+rozpowszechniwszy fałszywą pogłoskę o olbrzymich swych jakoby
+dobrach, pożyczył u poznanego amerykańskiego miliardera trzykroć sto
+tysięcy franków.
+
+Poręczył za niego pewien lord angielski, z którym się on, Roman,
+poprzyjaźnił bardzo. Począł grać... Pieniądze Amerykanina,
+(który, mówiąc nawiasem, wygrywał w tym sezonie sumy olbrzymie),
+przyniosły mu szczęście.
+
+Dzięki parokrotnym, a nader rzadkim i nieprawdopodobnej długości
+seryom "rouge", oraz kilku wygranym "en plein", pewnego dnia ujrzał
+się panem miliona franków. Uśmiech fortuny oszołomił go na razie.
+Począł grać ze zdwojoną energią i ryzykiem.
+
+Znowu wygrał kilkakrotnie, lecz z kolei niebawem począł znowu
+przegrywać, z przerażającą szybkością. Opamiętał się. Przyszła
+chwila rozwagi; oddał dług milionerowi zza oceanu i wyjechał.
+Względnie był jeszcze wygranym, i to dostatecznie. Przywoził z sobą
+do kraju blizko sześćdziesiąt tysięcy, a wyjeżdżając miał tylko
+dwadzieścia kilka.
+
+Wówczas rozpoczęło się dlań nowe życie...
+
+Przede wszystkiem wracał spokojny. Niezrozumiały na razie, subtelny
+bardzo, posiadający jednak pewną podstawę ściśle logiczną,
+owładnął nim wtedy w duszy proces dedukcyjny, i zwyciężył.
+
+Roman Dzierżymirski, cały pogrążony w swych wspomnieniach,
+odsłonił twarz, machinalnie powstał, i oparłszy się o balustradę,
+wpatrzył w bezmiar morza, coraz ciemniejszy i cichszy.
+
+- Tak, zwyciężył! - myślał Roman dalej. Zdawało mu się bowiem
+wĂłwczas, Ĺźe nie jest tak bardzo winnym.
+
+- Te pieniądze są teraz moje, "prawdziwie" moje - powiedział sobie
+wtedy, doszedłszy do tej pewności całem poprzedniem skojarzeniem
+wywodzeń. A mianowicie: Złoto znalezione wszak przegrał; stopiło
+się ono, znikło, zlało w całość jedną z morzem przegrywanych w
+jaskini gry pieniędzy. Mienie zaś jego obecne - to była tylko wygrana
+z pożyczki Amerykanina, a zatem suma grosza, niemająca już
+bezpośredniego, dotykalnego związku ze znalezionym portfelem.
+
+Jemu, Dzierżymirskiemu, w dziedzinie sumienia wyrzutów, dociekań,
+zwątpień, ubywał jeden szkopuł poważny - nie dotykał się on już
+wyjętego z "cudzego" pugilaresu grosza. Niezaprzeczenie przytem
+należał do niego ten pieniądz, ślepą igraszką losu nabyty;
+podwaliną zaś, przeszłością tylko fortunki tej było
+przywłaszczenie.
+
+Pozostawał fakt, wprawdzie już daleki, znalezienia i nieoddania -
+pozostawało niezmienne przekroczenie etyki ludzkiej, i uczciwości ze
+strony jego, jako jednostki społecznej - niczem niestarta, wieczna tego
+plama, ale w Ăłwczesnem przynajmniej przekonaniu jego, to wszystko
+znośniejszem, nie tak piekącem, lżejszem bez porównania było od
+odległego strasznego wczoraj.
+
+Z głową podniesioną zatem do góry, pokrzepiony powyższymi w swoim
+rodzaju sofizmatami, rozejrzał się wówczas po świecie i począł
+działać. Rozpowszechniwszy, za pomocą ponownie odnalezionego
+przyjaciela i dawnego kolegi-światowca, pogłoskę o dziedzictwie
+niespodzianem, a dość pokaźnem, po stryju, zmarłym w Stanach
+Zjednoczonych, rzucił się w wir zabaw eleganckiego świata, w celu
+zbliżenia się do Oli. Dopiął togo, zawładnąć jej sercem
+potrafił, oświadczył się o jej rękę, odrzuconym został, i...
+
+Powierzchnia morza spokojną już była. Obojętna całkiem
+równomiernie i łagodnie uderzała fala o podnóże werandy - milczała
+cicha...
+
+Dzierżymirski obudził się ze swych myśli, zanurzył ręce w bujnej
+czuprynie, głową wstrząsnął, jakby pragnąc odpędzić roje
+wspomnień, i odwrócił się od wodnej toni.
+
+Publiczności nie było już prawie, po platformie kawiarni, ziewając,
+przechadzała się służba. Zawoławszy kelnera, Roman rzucił mu
+dużą srebrną monetę, i odprowadzony głębokim jego ukłonem,
+opuścił zakład kąpielowy.
+
+Niebawem znalazł się na drodze szerokiej, ocienionej drzewami, z
+szerokiemi po bokach alejami dla pieszych.
+
+W umyśle jego cichł szept przeszłości, niepostrzeżenie, stopniowo,
+obrazy jej niknęły - teraźniejszość wracała... Przed wzrokiem
+mężczyzny mignęła naraz rozkosznie sylwetka Oli; pragnienie
+miłości, życia, silnie nim owładnęło.
+
+Śpieszył się.
+
+Odpędził natrętnego wyrostka, zachwalającego mu świeże ostrygi i
+jakieś ślimaczki nadzwyczajne; niebawem żachnął się znowu
+niecierpliwie, ujrzawszy zastępującego mu drogę rozczochranego
+starego Włocha, z maneżkami, pełnemi pieczonych homarów i drobnych
+raczkĂłw.
+
+Po bokach drogi, w licznie rozsypanych restauracyach, roiło się od
+spożywających i zapijających wino ludzi, z oddali dolatywało echo
+muzyki. Roman, przyśpieszając bezustannie kroku, wyrzucać teraz
+począł sobie, że zostawił żonę samą; niepokoiła go myśl
+uporczywa, iż nie cierpi ona może na migrenę, lecz, że to początek
+zapewne słabości zupełnie innej; wszak wszystkie choroby zazwyczaj
+rozpoczynają się bólem głowy.
+
+Po co tu przyszedł?... By bezużytecznie odgrzebywać minione chwile?
+Ależ to nonsens zupełny. A tam ona, Ola, sama zupełnie - niewątpliwe
+chora!..
+
+Miłość pani, z całem bogactwem bezpodstawnych swych wzruszeń i
+niepokojów, zawładnęła niepodzielnie Dzierżymirskim.
+
+Spojrzał na zegarek - dochodziła dziewiąta. Przed nim już bardzo
+blisko widniały dwie małe platformy przystani; pełne były ludzi,
+przed jedną z nich stał parowiec, gotowy do odejścia. Dzierżymirski
+w obawie, że się spóźni, puścił się pędem, i spotniały dobiegł
+do przystani w tej samej właśnie chwili, gdy na pokład odrzucano już
+sznur gruby, przytrzymujący parowiec. Wskoczywszy nań szybko, Roman
+znalazł się pomiędzy natłoczoną ciżbą ludzi, jak głośny rój
+pszczół gwarzącą pomiędzy sobą, ze śmiechem i giestykulacyą.
+
+Otarłszy pot z czoła, Dzierżymirski wsparł się o poręcz balustrady
+pokładu. Boki statku łagodnie pruły fale; oddzielona ciemną tonią,
+w bliskiej już odległości mrugała kręgiem świateł rzucona na wód
+obszary Wenecya.
+
+Podniósłszy do oczu dalekonośną lunetę, wpatrzył się Roman w
+rząd domów, położonych nad brzegiem, ku któremu szybko płynący
+parowiec zbliżał się coraz bardziej. Szukał hotelu swego, i okna
+pokoju, gdzie pozostawił Olę.
+
+Okno komnaty tej właśnie otwartem było szeroko. W ramie zaś jego
+stała kobieta, szatynka, smukła, o jasnem, habrowem spojrzeniu
+podłużnych, mieniących się oczu, o piersiach wypukłych,
+wznoszących się jak fala, a kształtach ponętnych, pełnych, jakby
+pragnących gwałtem wydostać się z ciasnych ram opiętej, białej,
+pikowej sukni. Małe wklęśnięcia po obu stronach wązkich usteczek
+zdradzały przy uśmiechu rozkoszne dołeczki, rączka maleńka i
+dystyngowana całość postaci mówiły wyraźnie o rasie młodej
+osĂłbki.
+
+Ola, wypocząwszy w łóżku godzin kilka, wstała właśnie przed
+chwilą, czując, że nerwowy, spowodowany upałem i zmęczeniem ból
+głowy ustaje. Pragnęła po za tem rozerwać trochę myśli, z
+wyjściem bowiem Romana zasnęła i śnił jej się rodzinny Gowartów i
+ojciec, jak żywy, tylko jakiś smutny i zbolały.
+
+I po przebudzeniu myśl Oli pobiegła stąd daleko... Mimo woli sama
+uleciała do ojczystych obszarów i jarów. Powonienie jej podrażnił
+wyraźny zapach polnego kwiecia, ziół i bodjaków, w uszach
+zabrzmiała melodya cicha szumiących borów, kołyszącego się miarowo
+stepu - smętna rodzinna Ukraina, z poza setek mil, ogarnęła ją tu,
+pod włoskiem niebem, poczuła, zda się, powiew jej, tęsknoty pełny,
+do uszu zaś doleciało jakby ginące echo żałosnej dumki, śpiewanej
+nieuczonym głosem mołodycy...
+
+I smutek ogarnął Olę... Czy wróci tam kiedy, czy wróci?
+
+Wszak podeptała wszystko - jednem szarpnięciem się zerwała wszelkie
+więzy - sama otworzyła sobie przemocą bramę do wymarzonego
+szczęścia. Tak jest. Bo Ola czuła się przecież rzeczywiście
+szczęśliwą.
+
+- Biedny ten ojciec jednak, który po swojemu, jak umiał, tak ją
+kochał - myślała dalej. - A droga ciotka Melania i przyjaciel ich,
+Ładyżyński? Gdzie Gowartów, z którym zrosła się jej dusza cała?
+Co się tam dzieje? Gdzie oni teraz, ci wszyscy, tak dotychczas sercu
+drodzy?..
+
+Rozpamiętując w ten sposób przeszłość, przepędziła Ola z
+godzinę.
+
+Moc upajającej rzeczywistości tak silną była, jednak, że stopniowo
+ścierać poczęła wrażenie snu i ożyłe chwilowo wspomnienia.
+Obecnie stojąca w oknie młoda kobieta myślą daleką już była od
+tego wszystkiego. Obejmując wzrokiem panoramę portu i morza -
+oświetloną Wenecyę, wysepkę z kościołem S-to Giorgio Maggiore,
+oraz kanały z mknącemi cicho po nich licznemi gondolami, - Ola z
+niecierpliwością wypatrywała Romana.
+
+Pragnęła już bowiem widoku męża. Przedłużona nieobecność
+Dzierżymirskiego i w jej duszy zasiała ziarnka niepokoju; tęskniła
+już za jego pieszczotą, zapragnęła czułości i pocałunków...
+
+Wziąwszy lornetkę, przyłożyła ją Ola do swych oczu, ścigając po
+chwili widnokrąg spojrzeniem. Pierś jej przytem unosić się poczęła
+miarowo, usteczka zaś zdawały się całować przestrzeń, rozchylone,
+proszące...
+
+Zniechęcona, odjęła niebawem lornetkę od oczu. Jakiś statek w
+kierunku Lido zbliżał się wprawdzie, lecz znajdował się jeszcze tak
+daleko...
+
+Ola odstąpiła od okna, i szeleszcząc jedwabiami swych spódniczek,
+poczęła niecierpliwie przechadzać się po pokoju, pytając sama
+siebie:
+
+- Któż widział spóźniać się tak dalece? Widocznie zobojętniała
+już ona Romanowi, czyż to jednak możliwe? Wszak tak niedługo trwa
+ich szczęście...
+
+Myśli ostatnie i wątpliwości śmiesznemi widocznie zdały się
+młodej kobiecie, bo po zastanowieniu się twarz jej poweselała, a w
+ciszy pokoju rozległ się śmieszek srebrzysty. W ślad za tem
+zapaliła dwie świece i przystąpiła do dużego lustra. Długo, z
+lubością, wpatrywała się w nadobne własne oblicze. Przymknąwszy z
+lekka powieki, lecz tak, by mogła widzieć siebie, przegięła swą
+ładną główkę i kibić nieco w tył, oraz rozchyliła usteczka...
+
+Kształty postaci jej całej uwypukliły się ponętnie; w pozycyi tej
+zatrzymała się chwilę... Uśmieszek zwycięski przewinął się
+niebawem po drobnych wargach pięknej kobiety; podniosła do góry
+ręce, łasząco, jak kocię, wyprężyła naprzód swe ciało, i
+uczyniwszy gest, podobny do przeciągającego się po śnie człowieka,
+wymówiła głośne: Aaaa...
+
+Po chwili zaś, poprawiwszy poprzednio zalotnie tualetę swą i włosy,
+stanęła znowu w pierwotnej pozycyi u okna, w ciemnym tak samo i tym
+razem pokoju, z lornetką przy oczach.
+
+Zbliżający się tymczasem od strony morza parowiec stawał właśnie
+już w przystani. Po drewnianych pomostach wysypał się na ulicę tłum
+różnolity i barwny; światła, pozapalane w pobliżu padały nań
+skośnie, oświetlając wyraźnie ruszających się ludzi. Ola wśród
+nich starała się odnaleźć sylwetkę męża, niebawem dojrzała go
+rzeczywiście i z radością wykrzyknęła do siebie:
+
+- Jest! jest!..
+
+W oka mgnieniu odskoczyła od okna, zapaliła świecę, odnalazła
+szybko kapelusz i parasolkę, i wybiegła z hotelu. Zdążała na
+spotkanie Romana, śmiejąc się z góry na myśl, jak on się zdziwi,
+ujrzawszy ją na nogach.
+
+Na Riva degli Schiavoni, spacerowem miejscu Wenecyi, roiło się od
+publiczności. W pobliżu hotelu, zamieszkiwanego przez
+Dzierżymirskich, muzyka grająca zazwyczaj na placu Świętego Marka,
+rozbrzmiewała kaskadą ochoczych tonów przed kawiarnią,
+przepełnioną ludźmi, snującymi się również wszędzie, gdzie tylko
+było rzucić okiem. Ola, zdążając ku przystani, wymijała ich
+szybko, w oddali widziała już wśród idących sylwetkę Romana,
+całą białą, górującą wzrostem nad innymi.
+
+Dzierżymirski, niespokojny snać dotąd jeszcze, szedł krokiem
+raźnym, z cygarem zapalonem w ustach, a kroczył tak zamyślony, że
+byłby, nie widząc wyminął Olę niewątpliwie, gdyby ta, ubawiona,
+nie roześmiała się wesoło i nie pochwyciła go za ramię. Na
+dźwięk znajomego srebrnego śmiechu podniósł Roman głowę i twarz,
+chmurna dotychczas nieco, rozpogodziła mu się natychmiast.
+
+- Ty tu, filutko?.. - wykrzyknął radośnie, i ująwszy obie rączki
+Oli w swe dłonie, obsypywać je zaczął pocałunkami, a następnie
+pociągnął ją ku sobie, i nie zwracając zgoła uwagi na kilka
+mijających ich osób, ucałował w twarz serdecznie.
+
+- A tak, Romeczku! - odparła żywo Ola - wybiegłam, bo zobaczyłam
+przez lornetkę, jak wysiadałeś! Fe! któż widział siedzieć tak
+długo, gdy się ma tak ładną, jak ja żoneczkę... - dorzuciła,
+przymilając się, z lekką wymówką w głosie, i dodała jeszcze:
+
+- Myślałam już, że ci się co złego stało!
+
+ Promień przebiegł po twarzy mężczyzny, ujął ramię Oli, i
+ odparł:
+
+- A wiesz, moje życie, że i ja miałem co do ciebie myśl podobną?..
+- uśmiechnął się i dodał - ale z mej strony to usprawiedliwione,
+zostawiłem cię przecie bowiem w łóżku...
+
+Idąc wciąż szybko przed siebie, zamilkli oboje. Miłość odczuta,
+taka sama, drobną swą powyższą oznaką zamknęła im usta na
+chwilę.
+
+- Skądsiś od Wielkiego Kanału, w pewnych od siebie, odstępach,
+dolatywało właśnie echo silnego męskiego głosu, przy
+akompaniamencie chĂłru innych.
+
+- Pojedziemy może gondolą, jak myślisz? - zapytała Ola - słyszysz
+jak ładnie śpiewają?..
+
+- Dobrze, moje życie, jedziemy!.. - odparł wesoło Roman.
+
+Jak na zawołanie, w tej samej chwili Dzierżymirscy usłyszeli za sobą
+kilka okrzykĂłw, silnie akcentowanych na pierwszej sylabie: "GĂłn-dola,.
+gĂłn-dola signore... gĂłn-dola!.."
+
+Na lewo, obok idących, znajdowała się "Piazzeta", a naprzeciw
+wznoszącego się majestatycznie pałacu Dożów, największa przystań
+gondolierĂłw.
+
+Dzierżymirski, wybrawszy jednego z licznych" napraszających się
+przewoźników, podszedł ku przystani, gdzie wespół z Olą usadowił
+się niebawem w gondoli.
+
+- Serenada, Canale Grande! - rzucił ubranemu biało Włochowi.
+
+"Rematore"*) uderzył w wiosła, i gondola z wolna, cicha, wysunęła
+się z pomiędzy dziesiątek innych, a kołysząc się na, czarnej fali
+kanału, pomknęła we wskazanym kierunku. Roman objął kibić żony i
+począł muskać delikatnie ustami jej oczy, czoło, szyję i usta. Ona
+zaś uchylała się wciąż figlarnie, szepcząc:
+[*) Wioślarz.]
+
+- Wstydź się... gondolier patrzy...
+
+Lecz mężczyzna nie przestawał. Kilkakrotnie usta ich złączyły się
+w pocałunku gorącym, długim, od którego zadrżeli oboje, z ust
+Romana sypały się ciche i urywane, dyszące uczuciem i
+namiętnością, pieszczotliwe wyrazy...
+
+A wkoło nich, szeleszcząc uderzeniami wioseł, sunąc również, jak i
+oni cicho, mknęły, migocząc kolorowemi światełkami, gondole,
+zmierzając wszystkie w jednym kierunku - ku Wielkiemu Kanałowi,
+całemu rozbrzmiewającemu w tej chwili, jak harfa ruszona śpiewem i
+muzyką. Oświetlone, ubrane kolorowemi, papierowemi latarniami, migały
+w oddali wielkie gondole, a raczej statki małe, tak zwane "serenady",
+na których orkiestry cale grajków i śpiewaków-samouków popisywały
+się ze swym wrodzonym, a rzetelnym nawet częstokroć artyzmem.
+
+Kilka podobnych serenad, rozrzuconych po kanale; wabiło światłami i
+stłumionym śpiewu odgłosem, koło nich zaś, w pobliżu, grupowały
+się kręgiem dziesiątki czarnych gondoli, z rozpostartymi w nich
+niedbale i wygodnie słuchaczami. Niektóre z rozbrzmiewających
+śpiewem i muzyką bark podjeżdżały pod okna dawnych dworców, a
+dzisiejszych pierwszorzędnych hoteli i koncertując tam wyłącznie dla
+hotelowych gości, zbierali od nich dla siebie datki, sunąc
+różnobarwnemi światłami i gorejącym kadłubem stateczku zwolna u
+marmurowych stopni pałacowych balkonów.
+
+Naprzeciwko dwóch podobnych serenad, śpiewających wprost kościoła
+S-ta Maria della Salute, pod oknami pałaców Ferro i Zucchelli,
+(dzisiejsze Grand-Hotel i hotel Britania) dalej nieco, poza kościołem,
+zabrzmiała właśnie nagle pieśń solowa ..
+
+Zagłuszając inne głosy śpiewaków bliższych i dalszych, zadrgała
+ona uczuciem, i zręcznie modulowana przyjemnie pieściła słuch, coraz
+donioślejsza, bliższa...
+
+- Pojedziemy tam! dobrze, Romciu?.. - zaproponowała Ola, ujęta głosem
+śpiewaka.
+
+- Bene, carissima! - odparł Roman, i skinął na wiosłującego.
+Gondola ich, kierowana umiejętną ręką, wymijać zaczęła łodzie,
+coraz liczniejsze.
+
+Roman i Ola, widząc się coraz bardziej otoczonymi, przestali
+pocałunków i pieszczot, chwilowo poddawszy się zupełnie czarowi
+pieśni, płynącej ku nim w ciszy wieczoru.
+
+Oboje milczeli...
+
+Gondola tymczasem skręciła powoli w lewo, ku rozśpiewanej barce, i
+wśliznąwszy się swym wysokim przednim dziobem, jak wąż, pomiędzy
+kołyszące się dziesiątki innych gondol - stanęła wreszcie,
+zatrzymana zręcznie. Gondolier przymocował sznurem swój pojazd do
+sąsiednich i założywszy na krzyż ręce, w skupieniu wespół z
+innymi zasłuchał w pieśń...
+
+Szerokiem półkolem, ciche, kołysały się wszędy inne gondole;
+wsparci w nich słuchacze poddawali się niewytłumaczonemu czarowi tej
+weneckiej, cichej nocy, tej pieśni szczerej, niewykwintnej,
+chwytającej jednak mimo woli niejednego za serce, zapadającej w duszę
+głęboko.
+
+Po smętnych pieśniach następowały skoczne, i tak dalej, bez zmiany.
+Co kilka "numerów" z barki "serenady" schodził włoch, rozczochrany,
+od śpiewu wzruszony jeszcze, i z czapką w ręku zbierał "co łaska",
+przestępując ostrożnie z jednej gondoli na drugą.
+
+W ciszy zaś względnej, a spowodowanej tym swego rodzaju antraktem,
+ruszały się z miejsc swoich niektóre łodzie, wracając, lub
+zdążając dalej do innych serenad; na puste miejsce wsuwała się
+milcząco nowoprzybyła gondola, a publiczność, zebrana w tych
+zaimprowizowanych wodnych lożach, natychmiast spoglądała ciekawie na
+swego sąsiada, półgłosem komunikowała sobie uwagi, w rozmaitych
+językach.
+
+I w cichości powoli milkły, to znów z kolei rozbrzmiewały dalsze i
+bliższe rozśpiewane barki, wreszcie antrakt się kończył, po wodach
+kanału mknęła znów ze "sceny" serenady pieśń namiętna...
+
+Słuchały jej echa zdawało się, pobłażliwie i ciekawie gwiazdki,
+licznie rozsiane po gwiaździstem niebie południa - słuchały krzyże,
+i wieżyce licznych świątyni, i zadumane marmury wiekopomnych
+dworcĂłw.
+
+Od czasu do czasu komunikując sobie przyciszoną uwagę, Roman i Ola
+słuchali również uważnie włoskich pieśni, nastrój zaś
+dzisiejszego wieczora rozmarzająco działał na nich. Myśli ich daleko
+ulatywały, pod wpływem tej nocy, tego krajobrazu niezwykłego, a
+pełnego czaru, i tej niewymuszonej, tchnącej uczuciem pieśni,
+wyrzucanej z ust ludzi prostych, dziwnie jednak atoli przejmujących
+się melodyą słów swoich, kochających tak wyraźnie pieśni owe,
+narodowe - własne!
+
+Wywołana zatem świeżemi, tak niedawnemi wspomnieniami dzisiejszego
+popołudnia, myśl Oli biegła nieprzeparcie do stron ojczystych -
+przymrużała oczy, i widziała ogród Gowartowski... wyniosłe oblicze
+ojca...
+
+Romana zaś trapiły z kolei te same, co i nad morzem myśli... Fałsz
+obecnego położenia, przyszłość niejasna, zakryta, ciemna, z
+tajemnicą na dnie duszy ukrywać się zmuszoną, przed okiem
+najdroższej nawet teraz dlań na świecie istoty, zaciemniały chmurą
+troski czoło Dzierżymirskiego, mgłą smutku matowały spojrzenie
+czarnych, rozumnych oczu.
+
+I żal jakiś niezmierny, żal do życia, rozpierał mu piersi, do losu,
+że, postawił go na tak śliskim i kołyszącym się gruncie, że tylko
+za cenę tego fałszu i wyrzutów sumienia, pozwolił mu zdobyć to jego
+dzisiejsze nieograniczone szczęście!
+
+Zatopiony w swem skrytem cierpieniu, Roman od czasu do czasu spoglądał
+na Olę. Ta, ze spuszczonemi oczami, oparta niedbale na skórzanych
+poduszkach gondoli, zadumana, również marzyła cicho... Cienie
+przechodziły, przemykały się po jej wdzięcznem, zamyślonem obliczu,
+czasem na usteczkach zagaszczał błąkający się uśmieszek.
+
+Roman wtedy z miłością bezgraniczną zatrzymywał dłuższą chwilę
+spojrzenie na ukochanych rysach, i znowu popadał w zadumę, lub
+słówkiem pieszczoty, albo spostrzeżeniem jakiem przerywał milczenie.
+Ola odpowiadała mu skinieniem główki - zamieniali pomiędzy sobą
+zdań urywanych kilkanaście, i znowu milkli, poddając się nastrojowi
+zewnętrznemu otoczenia i wewnętrznemu dusz własnych. W ten sposób
+czas mijał.
+
+Powoli, stopniowo rozluźniło się ścieśnione gondol półkole... Z
+cichym wioseł szelestem i pluskiem ruszonej wody odpływały one jedne
+po drugich - duże barki sąsiednich serenad ginęły również w
+oddali, śpiewy ich cichły...
+
+Kilka tylko z nich jeszcze rozbrzmiewało po kanale ostatnimi tony, a
+między innemi i barka, koło której kołysała się gondola
+Dzierżymirskich. Z okien i balkonów hoteli poznikały już także
+liczne sylwetki i twarze gości, w pobliżu, na wieży kościelnej,
+wybiła rytmicznie godzina jedenasta...
+
+Roman ocknął się pierwszy, dotknął delikatnie dłonią rączki Oli
+i rzekł:
+
+- Pora juĹź nam, kochanie... prawdaĹź?..
+
+- Która? - zapytała Ola, zbudzona.
+
+- Jedenasta, moje życie - odparł Roman.
+
+- Już?.. - zdziwiła się Ola, westchnąwszy. To jedźmy, nie
+sądziłam nigdy, by już tyle czasu minęło...
+
+- O czemże tak dumała moja pani? - zapytał Roman, z uśmiechem.
+
+- A ty? - odpowiedziała pytaniem Ola.
+
+- 0... ja?.. nic ciekawego - odparł pośpiesznie Roman, i jakby
+pragnąc, by powtórnie nie pytano go o to samo, odwrócił się szybko
+do gondoliera, informując go, dokąd ma ich zawieźć.
+
+Gondola, wycofana z łatwością z przerzedzonego już kręgu,
+zawróciła i pomknęła ku oświetlonemu niebieskawym światłem
+latarni elektrycznych placowi San Marco. Na wieżach odległych
+kościołów, układającej się do snu Wenecyi, w milczeniu, różnymi
+tony dzwoniła godzina jedenasta, zdała dochodził jeszcze przyciszony
+odgłos muzyki...
+
+Wyciągnąwszy się wygodnie w gondoli, Roman ujął znów kibić żony,
+i pieszcząc wargami jej szyję, począł mówić cicho, długo,
+ciągle.
+
+Czuł potrzebę mówienia; chciał zagłuszyć, odpędzić natrętne
+myśli, wspomnienia, przechodził z tematu na temat, śmiał się,
+dowcipkował, całował Olę co chwila. A ona szczebiotała również...
+
+Pełne wesela głosy dwojga młodych złączonym akordem przerywały co
+chwila milczenie i spokój "Canale Grande", padały i ślizgały się
+echem po ciemnej tafli jego wód, w których z kolei pławiły się
+cienie pałaców, złotym deszczem igrały gwiazdy i swawolił powiew
+wietrzyka, idącego z morza, pokrytego ciemnością, śniącego w
+oddali...
+
+Dostawszy się na pełnię wód kanału św. Marka gondola pomknęła
+chyżo, a niebawem po falistej tafli włoskiej laguny rozległa się
+śpiewana zgodnym liórem męskiego barytonu i kobiecego sopranu pieśń
+polska: "Szumią jodły"...
+
+- A co, nie mówiłem, że to nasi, choć on taki czarny, jak Włoch -
+odezwał się po polsku, z gondoli, którą mijali Dzierżymirscy,
+rubaszny trochę głos mężczyzny.
+
+- No, tak dziobać się, jak gołąbki, to i inni potrafią...
+odpowiedział ironicznie ktoś drugi.
+
+- Ba, ale, panie dobrodzieju, z takim humorom - to nie!... z
+przekonaniem, stanowcza, rozległa się odpowiedź szlagona.
+
+Tymczasem gondola Dzierżymirskich malała już coraz bardziej, na tle
+nocy tylko czerwonawem światełkiem migocąc z oddali. Wkrótce,
+zaleciała jeszcze ostatnia zwrotka ,znanej Moniuszkowskiej melodyi: Oj,
+Halino, oj, je - dy - no, dzie - wczy - no mooo - ja!...
+
+- Moo - ja!... oddało echo lagun morza i zmilkło, cały zaś kadłub
+czarnej gondoli znikł gdzieś niebawem, ustępując miejsca innym,
+nadciągającym coraz gęściej od strony Wielkiego Kanału, coraz
+cichszego, coraz bardziej pogrążającego się w czerni bezbarwną,
+głuchą, zapadającego tam uśpienia - Nocy!
+
+
+* *
+*
+
+- Patrz, patrz! jakież to piękne!..
+
+Słowa te, półgłosem, z akcentem zachwytu, wymówiła Ola, i oboje
+wraz z Romanem stanęli na miejscu, jak przykuci. Nad ich głowami
+wznosiła swe dumne gotyckie arkady jedna z najpiękniejszych, po
+bazylice San Marco, świątyń w Wenecyi, Santa Maria Gloriosa dei Frari
+- stali zaś przed mauzoleum Canovy.
+
+- Prawda! - szepnął w odpowiedzi żonie Dzierżymirski. - Zdawałoby
+się, iż ten oto anioł, czy geniusz uśpiony, żyje, oddycha, stróż
+czujny... urwał, studjując dalej pomnik z uwagą.
+
+- A te postacie, nieprawdaż, iż rzeczywiście idą, ruszają się
+wolno, pogrążone w cichej boleści i smutku! - podchwyciła żywo Ola,
+podniecona widokiem, oraz wyrazem zakutego w marmurze piękna.
+
+Oboje umilkli, z niekłamanym zachwytem wpatrując się w rzeźbę.
+
+Od grobowca bowiem, przez samego Canovę modelowanego niegdyś na pomnik
+dla Tycyana, biło rzeczywiste, szczere piękno i chwytało za serce -
+mówiło...
+
+Przyparty do ściany, cały z białego marmuru, a trójkątnym
+kształtem w minjaturze przypominający, piramidy Egiptu, stał sarkofag
+otworem...
+
+Na lewo, jakby strzegąc doń wchodu, olbrzymi lew marmurowy leżał, z
+obwisłemi łapami, potężny, srogi, i jakby smętnie zadumany, a na
+nim, z rozpostartemi skrzydły, opierał się wielki Anioł uśpiony...
+
+I tchnące łagodnością, cudne oblicze Anioła zda się być
+rzeczywiście nie z tego nędz padołu!..
+
+Z ludzką twarzą, to prawda, spoglądać się zdaje na widza, lecz oczy
+jego przymknięte nieco, skupienia i zadum pełne - znieruchomione w
+nadziemskim spokoju, ciszą zaświatów, wieczności milczeniem i bytu
+zagadką, nęcą oto wyraźnie, wzrok ciągną za sobą, unoszą duszę,
+myśl... gdzieś w strefy nadziemskie do nieba!...
+
+A z prawej znów strony grobowca, jakby z ziemi, ze świata, wolno suną
+jakieś postacie, zmierzając do otwartych na ścieżaj wrót
+sarkofagu...
+
+Pierwsza z nich, proporcyonalnie do innych, większa, kobieta młoda,
+jest już tuż blizko, u grobu prawie, w ślad za nią, z girlandami
+kwiatów, postępują postacie mniejsze - to dziatki.
+
+Idą... Kroczą, z pochyloną głową, przygnębieni, smutni, niebawem
+już cisi przestąpią oni próg grobowca...
+
+- Chodźmy! - szepnęła Ola pociągając lekko Romana za rękę.
+
+Z widoczną niechęcią, jakby nie mogąc oderwać wzroku od pięknego
+pomnika, poruszył się Dzierżymirski, i wyrzekł półgłosem:
+
+- Czy już obejrzeliśmy tutaj wszystko?
+
+- Zdaje mi się, że wszystko - odpowiedziała Ola.
+
+
+W pustej i cichej świątyni rozlegały się wyraźnie ich kroki, prócz
+nich bowiem obecnie nie było tu nikogo.
+
+Dzierżymirski wyjął zegarek.
+
+- Szósta! Wracajmy, musimy pożegnać jeszcze Wenecyę z Campanili -
+rzucił żywo, i ująwszy ramię żony, skierował się ku wyjściu z
+kościoła.
+
+Na progu Dzierżymirscy stanęli, obrzucając ostatniem spojrzeniem
+kościół; wzrok ich przesunął się raz jeszcze po wspaniałych
+grobowcach doşów, Tycyana i wyszli.
+
+Upalny spokój włoskiego popołudnia objął ich natychmiast. Słońce
+paliło jeszcze, na uliczkach Wenecyi było pusto.
+
+Dzierżymirscy szli przyśpieszonym krokiem, zmierzając ku mostowi "di
+Rialto." Był to ostatni już dzień pobytu ich w Wenecyi, wyjeżdżali
+nazajutrz, żegnając dziś po raz ostatni urocze miasto pamiątek.
+
+A Ĺźegnali je sumiennie. Zwiedziwszy bowiem kilka nieznanych sobie
+jeszcze kościołów, po raz wtóry obeszli wszystkie miejsca, dokąd
+zachęcało ich do powrotu wspomnienie zoczonego tam piękna.
+
+A więc pałac Dożów, jego archeologiczne muzeum i liczne przepiękne
+sale i ponure więzienia, pałac królewski, bazylikę, a także
+zarówno arcydzieła pędzla Tycyana, Tintoretta, Pawła Veronese,
+Belliniego, i innych, w Akademii "delle belle Arti."
+
+- Wiesz, kochanie? musimy spieszyć się porządnie, gdyż o siódmej
+podobno zamykają już Campanillię*)-odezwał się Roman po dłuższem
+milczeniu idąc z Olą bezustannie tak sarno szybko i słuchając
+zarazem szczebiotu jej, wciąż jeszcze znajdującej się pod wrażeniem
+pysznego dzieła Canovy.
+[*)Znana powszechnie pod tą nazwą dzwonnica Świętego Marka w
+Wenecyi, siegająca budową i stylem X wieku, dziś, jak wiadomo, już
+nie istnieje. Runęła dnia 14-go Lipca 1902 roku.]
+
+- Co za świetną doprawdy miałeś myśl, Romciu, zestawić to
+obejrzenie Wenecyi z wyżyn na zakończenie! - rzekła Ola, i dorzuciła
+z ożywieniem: - Bo ostateczne owe wrażenie nie zużyte dotąd jeszcze,
+nowe, idealnie zamknie nasz pobyt tutaj...
+
+- A widzisz, me Ĺźycie, Ĺźe nietylko moja pani miewa genialne koncepty -
+z uśmiechem odparł Roman, miłą mu bowiem była myśl, że ich
+wzajemne zapatrywania estetyczne zgadzają się tak dobrze.
+
+W tem bo ostatniem los rzeczywiście nie był poskąpił zadowolenia
+Romanowi. Ola, była to dusza obdarzona zarówno, jak i on, wykwintnem
+poczuciem piękna i niezmierną wrażliwością na dzieła sztuki,
+zgrzytów pod tym względem pomiędzy nimi nie było wcale - dopełniali
+się wzajemnie.
+
+- Poczekaj, kochanie - odezwał się znów Roman - spożyjemy sobie
+parę brzoskwiń... Mam ogromne pragnienie, a ty?...
+
+- O! ja także!.. wykrzyknęła potwierdzająco i wesoło Ola, poczem
+oboje zbliżyli się do charakterystycznego, szerokiego, pod
+płóciennem okryciem od słońca, weneckiego straganu, przepełnionego
+róşnemi owocami i jarzynami.
+
+Minęli już byli waśnie "ponte di Rialto", znajdując się obecnie w
+okolicy i punkcie targu, oraz ożywionego ruchu. Wokoło nich szwendali
+się liczni przechodnie, przekupnie wychwalali głośno swój towar, t.
+j. drobiazgi, owoce, lub rzadkość w Wenecyi - zimną wodę do picia,
+mówiąc nawiasem, nadzwyczaj niezdrową.
+
+Wybrawszy kilka przepysznych, wielkich brzoskwiń, i spożywając je,
+Dzierżymirscy puścili się znowu w dalszą drogę. Szli obecnie
+najbardziej ożywioną i handlową ulicą w Wenecyi, tak zwaną "la
+Merceria", wijącą się w kształcie szerokiego trotuaru pomiędzy
+domami i szeregiem ciasno jeden przy drugim położonych sklepów, a
+wiodącej zygzakiem od mostu di Rialto do wieży zegarowej na placu San
+Marco.
+
+Zaczepiani co chwila przez natrętnych właścicieli magazynów,
+przekupniów mozaiki i małych bosonogich chłopaków, narzucających
+się im co chwila, z pytającem słowem i spojrzeniem ładnych, czarnych
+ocząt: "Accompagnare, signore?...", Dzierżymirscy szli szybko,
+wygodną, choć krętą ulicą, rozmawiając wciąż ze sobą.
+
+Niedosłyszane wzajemnie często w gwarliwym hałasie "Mercerii" słowa
+ich ginęły bez echa, gdy naraz i tym razem zupełnie głośno, po
+niewiele znaczących uwagach, odezwał się pierwszy Dzierżymirski.
+
+-Czy wiesz, moje Ĺźycie, iĹź to juĹź trzy tygodnie blisko, jak
+wyjechaliśmy z kraju? Czas leci, kto by pomyślał, że niebawem już
+minie miesiąc, jak porwałem ciebie, szczęście moje, z łona
+rodziny?..
+
+Choć w ostatnich słowach brzmiał ton żartobliwo-dobroduszny, jednak
+Roman niespokojnie spojrzał na żonę, pierwszy to bowiem raz tak
+wyraźną czynił alluzyę do niedawnej, a przełomowej chwili ich
+życia; dorzucił zaraz:
+
+- Ciekawy jestem, co o tem wszystkiem myśli i co czyni w tej chwili
+twój ojciec... przytem wahająco spojrzał z pod oka na Olę, uważnie,
+jakby zbadać pragnąc, do jakiego stopnia odczuwa ona to wspomnienie.
+
+
+Lekka mgła jakby przemknęła po twarzy młodej kobiety, a brewki jej
+zmarszczyły się przelotnie, jednakże odpowiedziała natychmiast.
+
+- Wiesz co, mój drogi? ja.... - i tu spuściła oczy, zarumieniwszy
+się lekko - bardzo często... podkreśliła akcentem te słowa, -
+myślę o tem...
+
+I Ola z kolei podniosła swe przymglone oczy na Dzierżymirskiego, a
+jemu zdało się jednocześnie, że wilgotnemi były one...
+
+W tej samej chwili młoda kobieta ruchem łagodnym, a wdzięku pełnym,
+położyła swą rączkę drobną na ręku męża.
+
+- Nie gniewaj się, mój drogi, że ci to mówię - rzekła miękko -
+ale... ale wierz mi, że ja nieraz lękam się jakby po prostu, by ta
+przeszłość nasza, a w szczególności gwałtowna chwila ucieczki
+mojej, nie przyniosła nam nieszczęścia... Biedny ojciec! - cicho
+westchnęła Ola i umilkła, spuściwszy nieśmiało wzrok ku ziemi, jak
+gdyby przestraszywszy się słów ostatnich.
+
+Teraz Roman z kolei pochwycił rękę żony i uścisnąwszy ją
+serdecznie kilka razy, wzruszony, począł pocieszać Olę z cicha, w
+końcu zmienił zupełnie temat rozmowy, przeszedłszy pośpiesznie na
+przyszłe zamiary wspólnej podróży. Równocześnie jednak
+sposępniał, i, choć drobna, mała chmurka, co niby cień,
+wśliznęła się pomiędzy ich dusze - względnie rozwiała się dość
+prędko, zostawiła jednak w umyśle Dzierżymirskiego ślad trwały.
+Teraz zatem, gdy znowu zamieniał z Olą banalne nieco frazesy, myśl
+jego pracowała uparcie w dalszym ciągu.
+
+Więc on nie mylił się, będąc częstokroć niespokojnym, gdy
+widział przychodzącą na czoło żony nagłą zadumę, na pozór
+niewytłumaczoną zgoła niczem.
+
+Więc w główce tej, w której, prócz miłości dla niego, długo nie
+przypuszczał innego uczucia - tkwił jednak w swoim rodzaju wyrzut
+sumienia?.. Odmiennemi zatem krocząc drogami, dusze ich - ze źródła
+tylko innego całkiem płynące - obie jednocześnie miały swoje skryte
+zgryzoty i cierpienia. Zarówno, jak i on, tylko inaczej, Ola więc
+także cierpiała...
+
+- Dziwne, to życie, dziwne! - omal że nie głośno wymówił Roman.
+
+- 0! patrz, już plac św. Marka - wesoło wykrzyknęła Ola w tej samej
+chwili, i wydobywszy miniaturowy zegarek, jednocześnie dodała:
+
+- Wpół do siódmej! - Zdążymy!..
+
+Dzierżymirski nie podniósł uwagi żony, przelotnie spojrzał tylko w
+jej twarz, a widząc Olę uśmiechniętą, poweselał sam również.
+
+Wydostawszy się z wąskiej szyi ruchliwej ulicy, znajdowali się już
+oni na kwadratowym placu, obszernym, z trzech stron ramowanym wokoło
+kolumnami pałacu królewskiego. Pod temi kolumnami, w pierwszorzędnych
+kawiarniach Wenecyi, roiło się od ludzi; na mozajkach, krzyżach,
+brązowych koniach i kopułach bazyliki św. Marka grały promienie
+słońca, u stóp zaś Campanili, dokąd zmierzali Dzierżymirscy, i
+przed kościołem, pośrodku placu, gruchały i latały setki gołębi,
+karmionych ręką publiczności. Zapłaciwszy za wejście, Roman i Ola
+powoli zaczęli wstępować na górę.
+
+Na szczyt dzwonnicy San Marco, oddzielonej od katedry, a strzelającej w
+górę wysoko i samotnie, szło się nie po schodach, lecz po lekko
+pochylonej płaszczyźnie spiralnej, nader wygodnej, choć krętej,
+wchodzącego wcale nie męczącej.
+
+Co kilka minut postępującym na szczyt dzwonnicy Dzierżymirskim
+migały z prawej strony małe okienka, pozwalające im pochwycić rąbek
+krajobrazu, ściany zaś wieży przepełnione były licznymi podpisami
+turystĂłw.
+
+Względnie dość długo, bo powoli, zmęczeni poprzednim pośpiechem,
+szli pod górę Roman i Ola, zanim dostali się wreszcie na obszerną
+szczytową platformę dzwonnicy. Prócz sprzedającego w
+zaimprowizowanym sklepie fotografie i albumiki: "ricordo di Venetia,"
+kilka zaledwie osób znajdowało się tutaj. Dzierżymirscy zbliżyli
+się do balustrady, obrzuciwszy spojrzeniem cały widok, u stóp ich i
+henhen, daleko!...
+
+- Śliczne, prześliczne! - rzekła po chwili Ola półgłosem, z
+przejęciem, Roman zaś, potakując żonie, wyjął noszoną stale ze
+sobą lunetę i regulować ją począł.
+
+Słońce właśnie zniżało się ku zachodowi. Z jednej strony
+krajobrazu, na prawo, tarcza jego, ziejąc purpurą, kąpała się
+promienistymi blaskami w morzu, rozświetlała jego tajemniczą
+głębię, rozżarzała, na kształt głowni, czerwonawym ogniem
+zmarszczone grzbiety fal, złotym prostopadłym gościńcem zanurzając
+się stopniowo coraz bardziej w iskrzącą się światłami toń. I
+zielonkawe, łagodne Adryatyku fale, rozchylały się przyjacielsko i
+gościnnie - roztwierały swe nurty do idącego na spoczynek słońca,
+wód szmerem kołysać się je zdając do snu cichego...
+
+Po bokach fal tymczasem coraz dalej i dalej biegły ostatnie promienie
+jego; rozlewały się wkoło pożegnalnym odblaskiem - pieściły już
+morze całe, zapalały na niem miljony barw i odcieni, skośne leciały
+w lewo ku Lido, "giardini publici," słały się krwawiące na dachach i
+wieżach leżącej w dole Wenecyi - i ginęły nareszcie w zamglonej
+gdzieś dali, tuląc się do majaczących hen, hen, w perspektywie
+gĂłrskich alpejskich szczytĂłw...
+
+Roman i Ola, zapatrzeni, stali nieruchomo, w milczeniu.
+
+Otulony ciszą bezmiarów, tchnący spokojem idącego wieczora,
+zachwycał ich ten krajobraz.
+
+- Spojrzyj-no, jak smacznie zajadają sobie nasi brudni włosi swoje
+"pranzo" - rzekła nagle do męża Ola, wskazując ręką spiętrzoną u
+stóp ich, wśród wąskich kanałów, Wenecyę, i ścieśnione dachy
+jej domów, gdzie na werandach spożywano właśnie posiłek.
+
+- A, prawda! - potwierdził Roman.
+
+- Zabawnie wyglądają na swoich daszkach, jak liliputy... - zauważył
+jeszcze i ująwszy ramię żony, zbliżył się znów ku balustradzie od
+strony morza.
+
+- Patrz! - rzekł przyciszonym głosem, wskazując na prawo ląd stały
+- widzisz te otulone mgłami sylwety miast i gór?..
+
+- Widzę - potwierdziła Ola.
+
+- Oto Fusina - objaśniać począł żonie Roman - tam znów głębiej,
+to Padwa i Treviso...
+
+Tu, na zachodzie - to otaczające Weronę szczyty górskie, a tam -
+wskazując ruchem ręki kolistym krajobraz, mówił dalej Dzierżymirski
+- to Monte Baldo, i u stĂłp jego jezioro Garda.
+
+I Roman manewrując równocześnie lunetą odkrywał coraz to inne
+odległe góry i miasta, a użyczając lornety swej żonie, objaśniał
+ją, tłumaczył.
+
+Tymczasem zaś platforma dzwonnicy opustoszała stopniowo. Prócz
+przekupniów, zalecających swe "ricorda," i miejscowych ludzi, nie
+było tu już prócz Dzierżymirskich, nikogo. Roman i Ola gotowali się
+do odejścia, gdy oto nagle przystanęli znowu, zasłuchani.
+
+Z weneckiego starego grodu szła muzyka dziwna... Jak orkiestrą
+dobraną grana, wędrowała przez otulone milczeniem przestworza melodya
+kościelnych dzwonów...
+
+Rozpoczęły ją, na wprost Campanili dzwony kościołów: Redentore, na
+wysepce Giudecca, i Santo Giorgio Maggiore, opodal, a w ślad za niemi
+powtórzyły inne świątynie. Z Santa Maria della Salute na czele
+rozbrzmiały kolejno po całej Wenecyi, wstrząsnęły ciszą "królowej
+Adryatyku" - tu donośnie bijąc basem, tam znów skarżąc się
+łagodnie, kwiląc - wspólnie zagrały chórem swą pieśń
+wieczorną...
+
+Dobranymi jakby akordy popłynęły dźwięcznie tony poprzez laguny i
+kanały, morzem, po grzbietach fal, uleciały w dal siną, zda się,
+niosąc swe echa aż do podnóży gór.
+
+Roman, nachyliwszy się ku żonie, rzucił półgłosem:
+
+ - Co za wspaniałe i silne wrażenie, nieprawdaż?...
+
+Chciał powiedzieć coś jeszcze, lecz w tej samej chwili instynktownie
+urwał...
+
+Dzierżymirscy zadrżeli oboje. Kobieta przytuliła się, jak powój, do
+mężczyzny, on zaś objął opiekuńczym ruchem jej kibić i silnem
+ramieniem przycisnął wylękłą do siebie.
+
+To z dzwonnicy św. Marka, tu, na szczycie jej, o parę zaledwie kroków
+od nich, zagrzmiał właśnie do wtóru innym, zadudnił, głusząc
+wszystko swą siłą, dzwon olbrzymi i potężny - "San Marco."
+
+Głos jego tubalny, huczący, zmieszał się z ogólną aryą dzwonów,
+napełniając echami grzmotów, trzęsąc platformą wieżycy.
+
+A jednocześnie Roman i Ola dziwnego doznawali wrażenia. Zdało się im
+bowiem, jakby ich tutaj nie było już zupełnie.
+
+Nie, oni stanowczo znikli, a znajdował się tu jeno jeden jedyny
+olbrzymi dźwięk, z którym istnienia wspólne zlały się,
+złączyły. Glos dzwonu przenikał ich do głębi, szedł aż do dna
+dusz, grał na fibrach nerwów; trząsł nimi, potężny w swej mocy -
+wielki...
+
+Ola jeszcze bardziej przytuliła się do męża, jakby szukając obrony
+przed czemś, czy przed kimś, Dzierżymirski silniej przygarnął ją
+do siebie. Równocześnie, jakby kierowane wzajemnym odruchem
+jednomyślnym i uczuciem wzajemnem, twarze ich zbliżyły się i
+złączyły usta!...
+
+Ostatni z ostatnich promień zachodu zapalił na sekundę jedną
+gwiazdę na czołach mężczyzny i kobiety, skojarzył się z ich
+pieszczotą i znikł. Słońce zgasło... Roman i Ola jednak nie
+odrywali ust od pocałunku, a trwali w nim jeszcze...
+
+Jakaś bowiem niewytłumaczona niczem chęć przedłużenia jakby tej
+chwili ogarnęła Dzierżymirskich.
+
+W zapomnieniu pieszczoty jestestwa ich drgały uczuciem, a huczący
+głos dzwonu zdawał się bardziej jeszcze kojarzyć ich ze sobą...
+Łączył się sam niby z ekstazą ich pocałunku, a usuwając z niego
+zarazem pierwiastek zmysłów poziomy - wznosił dusze Romana i Oli w
+nadziemskie gdzieś strefy, uszlachetniał, budził w nich jakieś
+chęci i pragnienia i przypinał skrzydła do lotu i rozszerzał piersi
+i kazał się modlić pokornie...
+
+Z ekstazy pierwsza zbudziła się kobieta.
+
+Przybladła nieco, oderwała drobne wargi od ust Romana i szepnęła
+cichutko: - ChodĹşmy juĹź!..
+
+- Dobrze, złoto moje, kochanie najmilsze! - odparł pieszczotliwie
+Dzierżymirski, i oboje w ślad za tem skierowali się ku wyjściu.
+
+Nic nie mówili teraz do siebie. Zamyśleni, pogrążeni w swój dziwny
+stan duchowy, zapatrzeni w swe dusze, schodzili powoli, schodzili w
+dół ciągle.
+
+I stopniowo, nieznacznie, reakcya nastroju wślizgiwać się poczęła w
+ich dusze, mĂłzgi i serca...
+
+Przy dźwiękach bo oto grającego obecnie nad nimi dzwonu-olbrzyma,
+jakieś zwątpienia obsiadły nagle ich dusze, a czar, tam, na górze,
+odczuty - niknął, wewnętrzne zadowolenie i napięcie duchowe
+słabło!..
+
+Lecz czyż to złudzenie? Wszak głos tegoż samego dzwonu jest teraz
+jakimś całkiem innym, odrębnym; to nie ten na górze, wysoko!
+
+Tamten, pełen otuchy, dodawał odwagi, wzmacniał. A ten, wstrząsając
+murami wyniosłej wieżycy, błąka się gdzieś tylko po jej
+zakamarkach, szczelinach, taki odmienny, ponury, smutny...
+
+I pod jego wpływem, jakby pod działaniem czarodziejskiej siły, w
+myślach Dzierżymirskich, każdemu z osobna, zaszumiały znowu wyrzuty
+sumienia.
+
+Jej, Oli, stanęła przed oczami, jak żywa, marsowa twarz ojca, i jego
+spojrzenie smutne, wyrzutów pełne. Źrenice rodzica wyraźnie przytem
+zdawały się skarżyć, mówić: Ja cię kochałem, drogie dziecię, a
+ty tak pogardziłaś mną, zraniłaś tak dotkliwie i boleśnie!
+
+Romanowi zaś tak żywo przypomniała się z przed laty chwila pewna,
+iż zdziwił się sam niepomiernie. Swą ubogą izdebką z przed laty,
+straszną noc walki ze sobą samym, i zwycięstwo złota ujrzał tu w
+Campanili-wszystko!..
+
+A dzwon tymczasem huczał coraz bardziej, i przytem coraz jakby sroższy
+i bezwzględniejszy, surowszy... Dzierżymirscy bezwiednie, w mimowolnej
+po prostu obawie przed tym głosem karcącym z wysoka, pospieszniej w
+dół schodzić poczęli.
+
+Cienie wieczorne kładły się już po pustych zakątkach starej, jak
+świat, wieżycy, mroki tajemnicze pełzały tu swobodnie. Przy
+dźwiękach dzwonu, który wciąż trząsł jej ścianami, wśród
+ciemniejącej stopniowo, a zamkniętej w nich pustki, schodziła,
+spuszczając się coraz szybciej, zniżała się para młodych.
+
+Wreszcie zmierzch szary pochłonął zgrabne postacie, i zapanował
+bezpodzielnie w Campanili. Jednocześnie o jej mury odbiło się echo
+ostatniego uderzenia dzwonu, niby ostatnie dla DzierĹźymirskich
+przypomnienie przeszłości...
+
+W ślad za tem uspokoiło się wkrótce wszystko.
+
+Wiekopomna wieżyca, zasłuchana jakby jeszcze w końcowy zamierający
+dźwięk dzwonu, przycichła; szarość, smutek i głusza rozsiadły
+się tu wokoło... W milczącą senną zadumę, we wspomnienia
+przebrzmiałe, zapadała powoli Campanile.
+
+
+
+---------------
+
+
+
+- Rojno i gwarno było dziś u marszałkowej nieprawdaż? Ha-ha-ha,
+wiedziałem doskonale, że się stawią wszyscy... Poczciwa jednak ta
+nasza światowa menażerya.... No, i cóż? Uwierzyli?
+
+Pytanie to, zwrócone do pani Melanii Warnickiej w jej dużym, pięknym
+salonie, wygłosił, sadowiąc się wygodnie na fotelu, Emil
+Ładyżyński. Był to mężczyzna lat przeszło pięćdziesięciu,
+wysoki, szczupły, od stóp do głów drobiazgowo wytworny, o wyrazie
+twarzy szyderczym, przyrosłym jakby do rysów jego, świeżych i
+żywych jeszcze, oraz pięknych oczu podłużnych, zielonkawych, z pod
+pincenez patrzących rozumnie.
+
+- Uwierzyli. To jest, może udali tylko, że wierzą... odpowiedziała
+marszałkowa rozpartemu z gracyą w krześle gościowi swemu.
+
+- No, c'est tout ce qu'il faut, na razie; teraz damy sobie wielkiego i
+dystyngowanego nura n'est ce pas?.. A niech tam wszyscy myślą sobie,
+co im się żywnie podoba!- zawyrokował tenże głosem stanowczym.
+
+- C'est ce qui me tranquillise, iż zamknęłam zupełnie dziś już
+rachunki z towarzystwem tutejszem - odparła z westchnieniem ulgi pani
+Melania.
+
+Rozmowa potoczyła się dalej; treścią jej był przebieg dzisiejszego,
+a ostatniego czwartkowego przyjęcia u Marszałkowej.
+
+Zniknięcie Oli, choć trzymane pilnie w tajemnicy, jak to zwykle bywa w
+takich razach, nagle, pewnego poranku przedostało się niewiadomo przez
+kogo, jak i kiedy, do miasta, a wieść ta, podawana z początku
+ostrożnie, cicho i pod wielkim sekretem, wkrótce była już na
+wszystkich ustach, komentowana, przeinaczona, a plotką i skrzydlatym
+ptakiem obmowy obleciała niebawem wszystkie niemal salony towarzyskiego
+świata w mieście. Pomimo to, nikt nie wiedział nic jeszcze
+dokładnie. Zaalarmowany pierwszy Ładyżyński, który, jako przyjaciel
+domu Gowartowskich, a zarazem bywający wszędzie światowiec, osaczonym
+był ciągle pytaniami, odbył dni temu parę istną sessyjną
+konferencyę z marszałkową: Co czynić, by ocalić pozory?.. I
+wówczas to postanowiono, co następuje:
+
+Puścić natychmiast w świat niejasną pogłoskę o ślubie Oli z
+Dzierżymirskim, i opowiedzieć wyjazd marszałkowej, która,
+postanowiwszy już poprzednio przenieść się całkiem na wieś, teraz,
+po naradzie z Ładyżyńskim, zgadzała się tę chwilę odjazdu swego
+przyśpieszyć. Za parę dni właśnie przypadał czwartek, jour fixe
+pani Melanii; łatwo było przewidzieć, iż towarzystwo cale, wobec
+rozsiewanych zręcznie półsłówek o wielkiej powyższej nowinie, nie
+omieszka, przywiedzione ciekawością i chęcią pożegnania czcigodnej
+matrony, zawitać na jej salony...
+
+ - WĂłwczas to wszystkim i kaĹźdemu z osobna damy do spoĹźycia
+ następującą pigułkę! - zadecydował wesoło na owej konferencyi
+ pan Emil:
+
+- Powiemy, że Ola i Dzierżymirski są już po ślubie, uznanym przez
+rodzinę najbliższą i przez nią urządzonym, lecz cichym i bez
+rozgłosu, a to na własne i wyraźne żądanie państwa młodych...
+
+- Co się zaś tyczy dotychczasowej o tem wszystkiem tajemnicy,
+wytłumaczymy ją tem, iż dzisiejsi państwo Dzierżymirscy kochali
+się w sobie na zabój od dawna, od lat, przypuśćmy, ośmiu... że
+ojciec srogi nie chciał o związku tym słyszeć nawet, iż zmiękczony
+wreszcie zgodził się nań... Pani marszałkowa nie była na ślubie,
+no... bo jest słabego zdrowia, January zaś, w ostatniej chwili, gdy
+jechał na kolej, zachorował... Państwo młodzi obecnie bawią
+zagranicą. Gdzie? - nie wiemy. Pour dérouter - powiemy na przykład,
+że w Szwecyi... Całą tę historyjkę, pani marszałkowa na przyjęciu
+u siebie, a ja u innych, tegoĹź samego dnia i w tychĹźe godzinach
+ukoloryzujemy jeszcze naleĹźycie kilkoma pseudo-autentycznymi
+szczegółami, no... et il faut espérer, że nam chyba uwierzą!..
+
+Tak ostatecznie uradził Ładyżyński, a do ultimatum owego, uznawszy
+jego słuszność, marszałkowa Warnicka zastosowała się ściśle
+przez cały dzień dzisiejszego czwartkowego u siebie przyjęcia.
+Obecnie zaś w dalszym ciągu informowała przybyłego swego wspólnika
+o wywiązaniu się z zadania i roli własnych, opowiadając mu zarazem,
+jak wiele dnia tego odwiedziło ją osób ze świata, do tego stopnia
+licznych, iż chwilami w ogromnym jej salonie brakło po prostu dla nich
+miejsca.
+
+- Każdy niemal po banalnym wstępie grzecznostek, pytał mnie o Olę,
+nie przeoczył tego nikt -mówiła pani Melania, kończąc opowiadanie
+swoje - aż w duchu sama śmiałam się z tego...
+
+- Więc któż był? któż był? - pytał ciekawie Ładyżyński.
+
+- Wszyscy, powiadam panu, towarzystwo całe, nie zawiódł nikt -
+opowiadała dalej marszałkowa - szli wielcy i mali, sympatyczni i
+niemili, oraz nawet, którym się zdaje, że obecnością swoją czynią
+mi łaskę najwyższą, raz na rok zaledwie bywając u mnie... i
+lekceważąco na pozór przy tych wyrazach pani Melania machnęła
+ręką...
+
+Pan Emil zaś słuchał i nieznacznie uśmiechał się pod wąsem, znał
+bowiem dobrze słabą stronę staruszki, którą gniewało zawsze, gdy
+ktoś ze "świata," mieszkający stale w mieście, omijał jej dom w
+wizytach.
+
+- Par exemple... - odezwał się - ręczyłbym, że księżna Marya i
+hrabiowie Doliwscy...
+
+- Oh! pas seulement, oni naturalnie, ale i książe Jerzy, hrabia
+Alfred, księstwo Staniccy, hrabina Manfredowa z córką i jej
+narzeczonym... Vous savez, ona wychodzi za tego księcia Ryszarda S. z
+Poznańskiego... A także Otoccy, Daworowscy, Igelhausenowie... już nie
+pamiętam wszystkich nawet... kończyła pani Melania, zadowolona w
+duszy z szumnej nomenklatury.
+
+- Oh! mais, sapristi, c'est la fine fleur, śmietaneczka ze śmietanki
+naszej... Powinszować marszałkowej, powinszować... - rzekł z lekka
+drwiąco pan Emil. -L'essentiel - ciągnął dalej, - że wszyscy, jak
+przewidywałem, połknęli przygotowaną przez nas wiadomostkę.
+
+- Wszyscy, bez wyjątku; robiłam przecież, co tylko mogłam -
+potwierdziła pani Melania.
+
+- A więc n... i-ni-c'est fini; nie pokażemy się my im tu tak prędko
+na oczy; by sprawdzić to, co posłyszeli, Dzierżymirskich również
+mieć nie będą, a zresztą - pan Emil niedbale poruszył ręką - tout
+passe, tout casse, tout lasse... Niebawem wszyscy zawieszą sobie nowe
+sitko na kołek i... zapomną. Ainsi va le monde - dokończył, i
+wyjmując srebrną z monogramem papierośnicę, ujął w palce
+delikatnej swej ręki cienki papieros, uprzejmie pytając zarazem pani
+domu: - Vous permettez?..
+
+Marszałkowa, z uśmiechem, przyzwalająco kiwnęła głową.
+Ładyżyński zapalił, i wypuściwszy z ust mały obłoczek dymu,
+pogładził wytwornym ruchem ręki swe siwiejące już nieco, a
+starannie wyczesane, bokobrody.
+
+- Ja także, według programu, nie próżnowałem, - odezwał się po
+chwili swobodnym tonem. - Wyszedłszy stąd temu godzin parę, byłem na
+jour fixe u Leliwów, hr. Dezydery Otockiej, u księstwa Pilanich...
+Zastałem tam wiele bardzo osób i wszędzie opowiadałem, naturalnie en
+long et en large la nouvelle du jour, co naleĹźy, o Romanie i Oli -
+bref, Januarek powinien być kontent ze mnie: wykryłem, jak, co i
+dokąd wyfrunęła mu jedynaczka, teraz znów my z panią marszałkową
+tuszujemy za młodą parą ślady, z kunsztem prawdziwie artystycznym...
+
+- Że też pan wszystko z wesołej tylko strony bierze - nieco smutnie i
+pobłażliwie jakby uśmiechnęła się pani Melania.
+
+- Que voulez vous, pani marszałkowo, świat pełen dramatów i tragedyj
+w teatrze i w życiu, że cóżby wartem było ono, gdybyśmy się
+czasem starali przynajmniej komizmu choć trochę zeń wycisnąć -
+odparł pan Emil, poczem zaś dodał: - Więc pani marszałkowa jutro na
+Podole, do UlanĂłwki?
+
+- Tak - potwierdziła pani Melania - do siebie jadę na dni kilka, potem
+zaś natychmiast do Januarego, a pan wyjeżdża?.. Il faudrait.
+
+- Comme de raison, prawdopodobnie do Szwajcaryi, na sześć tygodni...
+Ale, a propos, cóş January?..
+
+- Niespokojną jestem o niego - odpowiedziała marszałkowa - jak panu
+wiadomo, bawił tu u mnie tylko dzień jeden; nazajutrz po otrzymaniu
+smutnej wiadomości odjechał, pożegnawszy się ze mną, notabene,
+bardzo chłodno, i odtąd żadnej odeń z Gowartowa nie mam wiadomości.
+MoĹźe chory...
+
+- Eee! cóż znowu!.. - okrzyczał się Ładyżyński - pani
+marszałkowa niech będzie spokojną, poluje sobie na kaczki, i
+jedynaczkę swą wydziedzicza. Dobrze robi zresztą, bardzo dobrze...
+Wydziedziczać młodych! Niech nie lekceważą woli starszego
+pokolenia!.. Wydziedziczać!.. dokończył pan Emil z patosem, i
+powstawszy z fotelu, jednocześnie z panią Melanią żegnać się
+począł.
+
+- Uciekam już, bo mam jeszcze parę wizyt, ale... Ładyżyński urwał
+- Wszak pani marszałkowa jedzie jutro dopiero o 3-ej, nieprawdaż? -
+mówił, całując z wdziękiem rękę staruszki - nie żegnam się
+więc, będę na dworcu, może wypadnie coś ułatwić, dopomóc...
+
+- Dziękuję panu, dziękuję bardzo - odparła z uśmiechem pani
+Warnicka - do miłego zobaczenia się. .
+
+Pan Emil, z cylindrem w ręku, ukłonił się u drzwi raz jeszcze,
+poczem jego elegancka, opięta w tużurek, zgrabna sylweta zniknęła za
+portyerą salonu.
+
+Znalazłszy się zaś przed domem, na ulicy, Ładyżyński wskoczył
+pośpiesznie do oczekującej nań dorożki na gumach, i rzuciwszy
+niedbale adres, kazał się wieźć dalej.
+
+Już na ulicach i w magazynach jaśniały rzęsiście światła, gdy w
+dwie godziny później wysiadał z tegoż pojazdu przed piękną
+kamienicą w śródmieściu, a odprawiwszy swój kawalerski ekwipaż,
+skierował się w bramę czteropiętrowego domu, gdzie na pierwszem
+piętrze zajmował eleganckie, z trzech pokoi, mieszkanie.
+
+Mały, zwinny chłopczyna, ubrany w liberyjną, ze złotemi guziczkami,
+granatową kurtkę, przekomarzał się właśnie na dziedzińcu, z
+którąś chichoczącą młodszą, gdy pan jego zjawił się nagle w
+bramie, a ujrzawszy śmiejącą się dwójkę, pogroził jej laską, z
+uśmiechem. Służąca zaśmiała się zalotnie i głośno, lokajczyk
+zaś pędem porwał się z miejsca i poleciał na górę, w parę minut
+później, z pokorną miną, otwierając drzwi Ładyżyńskiemu.
+
+- Ej, malutki!.. pogroził mu znów palcem pan Emil, poczem, zdjąwszy
+paltot, zapytał: - Był tu kto?
+
+- Owszem, proszę jaśnie pana, oto bilety odparł chłopak
+pośpiesznie, podając małą tackę ze stołu.
+
+Pan Emil obojętnie przerzucił kilka biletów.
+
+- Aaa!.. zadziwił się głośno przy jednym z nich, poczem odłożył
+wszystko na bok.
+
+- Frak od krawca przynieśli? - zapytał jeszcze - wyprasowany?
+
+- W sypialni u jaśnie pana powiesiłem - objaśnił mały lokajczyk.
+
+- Dobrze. Siedź tu, smyku, i nie łobuzuj się!.. rzekł Ładyżyński,
+a minąwszy przedpokój, zatrzasnął za sobą drzwi od gabinetu,
+prowadzącego do sypialni i ubieralni, gwiżdżąc jednocześnie pod
+nosem aryę z modnej podówczas operetkowej premiery.
+
+Jako szanujący się kawaler, pan Emil, stale żadnego wieczoru nie
+przepędzał u siebie w domu. Dziś zatem również wybierał się na
+raut artystyczno-wokalno-literacki, punktualnie rozpoczynający się
+już o dziesiątej.
+
+Dziewiąta właśnie biła na kilku zegarach w mieszkaniu, pan Emil
+więc, znalazłszy się w gustownie umeblowanej sypialni, przystąpił
+natychmiast do tualety swej wieczorowej.
+
+W tym celu wygodnie zasiadł na foteliku przed małą gotowalnią,
+przepełnioną wytwornymi, w srebrnych pudełkach i przykrywkach,
+przyborami tualetowymi.
+
+Gdy tak stoliczny bywalec drobiazgowo i systematycznie stroił się na
+raut, marszałkowa, po wyjściu ostatnich, zapóźnionych, gości,
+przykazawszy pogasić światła, odpoczywała na kanapce znużona, po
+dniu tak pełnym dla niej zmęczenia i wysiłków. Oparłszy głowę o
+poduszki mebla, pani Melania, położyła się, i wyciągnąwszy
+wygodnie swe członki, przymknęła powieki, stan zaś błogi nie
+krępowanego niczem spoczynku owładnął nią bezpodzielnie.
+
+Jak szum niknący, daleki, w uszach jej tylko brzmiał jeszcze gwar
+prowadzonych do niedawna rozmów, dolatywały urywki z dali, a przed
+oczyma majaczyły, zmieniając się kolejno, postacie, zaludniające w
+ciągu kilku godzin jej salony...
+
+Ponownie zatem widziała przed sobą staruszka w sąsiednim pokoju tłum
+elegancki, rozbawiony...
+
+Mile pieścił on wzrok wytwornym wdziękiem kobiecych tualet,
+szeleszczących łagodnie, a zgoła nie krzyczących barwą i gustownych
+- nęcił powabem na jedną modłę elegancko skrojonych ubiorów
+męskich, pławił się cały w estetyce ogólnej manier, ukłonów, w
+szablonie światowej salonowej komedyi, a poprawny - nie raził niczem
+harmonii, w całości swej nie wywołując również wcale fałszywo
+brzmiących zgrzytów. I uśmiech pół gorzki, pół smutny, w
+zamyśleniu okolił wąskie usta marszałkowej Warnickiej.
+
+Jak nicości pełnem bowiem wydało jej się teraz, w oświetleniu
+dzisiejszej złośliwej ciekawości, to całe towarzyskie stado,
+kryjące swą przewrotność pod blichtrem i szychem zewnętrznych
+pozorów, jak mało godnem żalu i marnem!
+
+Ach, bo ileż schowanej zręcznie złości, tłumionych chęci
+sponiewierania rodziny jej i Oli, jej samej, ile wreszcie jadowitego
+fałszu kryło się w duszach tych wszystkich oto dzisiejszych jej
+światowych pseudo-przyjaciół i gości!..
+
+Marszałkowa czyniła dalej w myśli przegląd galeryi osobników,
+widzianych na dzisiejszem przyjęciu; we wspomnieniu ich słów,
+wyrazów twarzy i gestów powtórnie czytała, zda się, ukryte myśli
+przybyłych; moralnie obnażała ich wszystkich, starając się zarazem
+znaleźć, przypomnieć choć jeden kwiatek prawdziwie przyjaznego
+uczucia, wykwitły wśród tych chwastów obłudy!..
+
+Nie znalazła nic podobnego jednak. Były tam tylko same śmiecie.
+
+Pani Melania, dumając w ten sposób, miała oczy wciąż przymknięte,
+niebawem znużenie wzięło górę nad jej myślami, głowa staruszki
+pochyliła się na piersi, cichy mrok wieczoru otulił postać
+marszałkowej. Zdrzemnęła się.
+
+W kwandrans może później, w milczeniu wypoczywających po najściu
+gości apartamentów, rozległ się; silny odgłos dzwonka... Staruszka
+rzuciła się z lekka na kanapie, a otworzywszy swe rozumne szare oczy,
+poczęła wsłuchiwać się w mącący ciszę odgłos.
+
+W drzwiach buduaru po chwili stanął lokaj i zaanonsował:
+
+- Pan plenipotent z Gowartowa; mówi, że chciałby koniecznie widzieć
+się z jaśnie panią.
+
+- Proś, proś natychmiast tutaj! - rzekła żywa marszałkowa i
+równocześnie powstała z kanapki. Lokaj wyszedł.
+
+Zadowolenie, połączone z ciekawością osiadło na twarzy staruszki.
+
+Bolesław Krasnostawski, syn szkolnego kolegi nieboszczyka marszałka,
+a zaprotegowany ongi przez nią samą na zajmowaną dotąd posadę
+ogólnego i głównego zarządcy dóbr pana Januarego, nareszcie więc
+przynosił jej wiadomość o bracie!..
+
+Młodzieniec, lat dwudziestu ośmiu, ciemny brunet, ogorzały i
+przystojny, z dziarsko do góry podkręconym wąsem, stanął na progu.
+
+- Sługa pani marszałkowej, moje uszanowanie - przemówił swobodnie, i
+podbiegłszy, ucałował z szacunkiem rękę staruszki.
+
+Ubrany był niewykwintnie, ale starannie i czysto, ruchy zaś jego, oraz
+sposób mówienia, zdradzały człowieka, choć nie obytego może
+zupełnie z wytworniejszem towarzystwem, lecz dobrze wychowanego.
+
+- Kochany mój panie Bolesławie, - zaczęła staruszka, zwracając się
+dobrotliwie ku przybyłemu - siadaj, proszę, i mów, mów jak
+najprędzej, co słychać?..
+
+Młody człowiek, widząc zaniepokojenie w oczach matrony, wyrzekł
+pośpiesznie:
+
+- O, nic złego... zupełnie nic złego, pani marszałkowo, ale... i nic
+również dobrego - dokończył wahająco i ostrożnie.
+
+- Jak to?.. -- zapytała pani Melania. Krasnostawski oczy spuścił, i
+ukrywszy je po za swemi, jak u kobiety, długiemi rzęsami, mówić
+czął zwolna:
+
+- Pani marszałkowej wiadomo, zarówno jak i mnie, co za cios dotknął
+pana Gowartowskiego, z powodu panny Oli...
+
+- Więc pan już wiesz?.. Skąd? - z okrzykiem niepohamowanego
+zdziwienia, wyrwało się staruszce, pytanie.
+
+Coś niemiłego snać dla ucha młodzieńca zabrzmiało nagle w tych
+kilku słowach, bo nie podnosząc oczu, jakby nie chcąc onieśmielać
+marszałkowej swym wzrokiem, spokojnie i poważnie odrzekł:
+
+- Wiem wszystko, bo mi pan January, nie mając nikogo, zwierzył się z
+troski własnej, naturalnie pod słowem honoru z mojej strony, że
+słówkiem nawet o tem nikomu nie wspomnę...
+
+Krasnostawski zatrzymał się chwilkę, i ciągnął dalej:
+
+- Obowiązki, jakie mam dla całej rodziny państwa, szacunek i
+poważanie me osobiste wzglem pana Gowartowskiego, stanowią, chyba
+dość trwałą rękojmię, iż słowa dotrzymam... I... o tem... nikt z
+państwa, przypuszczam, nie wątpi... - dokończył młody człowiek,
+podnosząc tym razem wzrok, jasny i pytający na marszałkową.
+
+- Ależ naturalnie, panie Bolesławie, naturalnie! - skwapliwie
+pośpieszyła z odpowiedzią staruszka. - Lecz mówże mi pan, co się
+tam w Gowartowie tak niedobrego dzieje? - zapytała niespokojnie.
+
+- To, pani marszałkowo, że z panem Gowartowskim jest źle... - i
+Krasnostawski, spuściwszy znów wzrok, ciągnął dalej:
+
+- Pannę Olę, jak pani marszałkowej wiadomo, ojciec kochał bardzo,
+prawie, że bałwochwalczo; otóż skutki wypadków ostatnich bardzo,
+bardzo silnie odbiły się na nim. Nic go już prawie teraz nie zajmuje,
+ani gospodarstwo, ni wieś, ni inne zajęcia, do sąsiadów nie jeździ,
+u siebie nikogo nie przyjmuje - słowem obecnie z niego zupełnie inny
+człowiek...
+
+Krasnostawski przerwał opowiadanie, jakby namyślając się, co mówić
+dalej. Staruszka, w zadumie, ze wzrokiem na dół spuszczonym,
+milczała.
+
+Po chwili wahająco ciągnął dalej:
+
+- Wobec tego samotność dla pana Gowartowskiego jest wprost zabójczą,
+koniecznie potrzebuje on nieustającego towarzystwa, jednem słowem -
+potrzebuje obok siebie przyjaciela.
+
+Krasnostawski ponownie zatrzymał się na sekundę.
+
+- Moja osoba nie wystarcza - mówił dalej - zajęcia liczne, mieszkanie
+nie w samym Gowartowie, lecz gdzie indziej, stanowisko wreszcie moje...
+tu po twarzy młodego człowieka przemknął lekki cień - wszystko
+składa się na to, iż pan Gowartowski, choć zawsze dla mnie tak samo
+łaskaw, jest obecnie moralnie bezustannie - sam...
+
+Z pod oka, przelotnie, spojrzał Krasnostawski na marszałkową. Z
+misyą nader delikatną i przykrą przybył on tutaj; w kieszeni surduta
+palił go własnoręczny list pana Januarego, w którym ten ostatni,
+żywiący jeszcze do siostry bardzo głęboką urazę za spełnione
+wypadki, pomimo wszystko, w głębi duszy posądzający nawet
+staruszkę, iż była, może w tajnej zmowie z jego córką -
+delikatnie, lecz stanowczo, odmawiał jej gościnności u siebie, wobec
+zapowiedzianego przez nią przyjazdu do Gowartowa.
+
+Krasnostawski o zawartości listu wiedział, w chwili żalu bowiem
+Gowartowski wypowiedział mu wszystko, ba, polecił jemu nawet, jako
+protegowanemu i lubianemu przez marszałkowę, napomknąć jej o tem
+przed wręczeniem listu.
+
+Przerwawszy na chwilę opowiadanie, Krasnostawski ostatecznie
+zastanawiał się właśnie, czy poruszyć w rozmowie, lub nie, temat
+drażliwy. Postanowił jednak nie czynić tego wcale, a natomiast,
+czując, że na ustach domyślającej się już czegoś: marszałkowej,
+zawisa jakby jakieś pytanie, by powstrzymać je, odezwał się
+pośpiesznie:
+
+- I dlatego, pani marszałkowo, polecił mi pan January, łącznie z
+innymi interesami, powoływującymi mnie tutaj, zaprosić do Gowartowa
+na czas dłuższy pana Ładyżyńskiego, jego bowiem obecności tylko
+pragnie, jako prawdziwego swego przyjaciela... Muszę zatem być dzisiaj
+u niego w tej sprawie, nie wiem jednak, gdzie mieszka... Adres pana
+Ładyżyńskiego niewątpliwie znanym jest pani marszałkowej?..
+
+Słowa powyższe i pytanie ostatnie zabrzmiały w ustach młodzieńca
+pomimo woli zimniej nieco. Nerwami uczuł chłód jakby w zachowaniu
+się staruszki, milczącej wciąż od chwili, gdy jej powiedział, iż:
+wie o wszystkiem. Gniewało go to spostrzeżenie i raniło dotkliwie
+dumę jego.
+
+Wypowiedziana głosem miarowym, a wskazująca ulicę i numer domu,
+zamieszkałego przez pana Emila, zabrzmiała odpowiedź marszałkowej.
+
+Krasnostawski zerwał się natychmiast i rzekł szybko:
+
+- Dziękuję stokrotnie pani marszałkowej...
+
+Z udaną zaś swobodą, powodowany silnem życzeniem wycofania się
+stąd co prędzej, ciągnął żywo dalej:
+
+- Nie zajmuję już więcej czasu pani marszałkowej, zapomniałem
+zupełnie, wszak to dzisiaj czwartek, dzień przyjęć - uciekam...
+
+- Ach, tak... - z uśmiechem protekcyjnym nieco rzekła sędziwa
+matrona. - Ale juĹź po wszystkiem, wszak wieczĂłr nadchodzi...
+
+- Tak... tak, prawda, zapomniałem - bąknął Krasnostawski, sięgając
+jednocześnie ręką do kieszeni. - Przepraszam najmocniej panią
+marszałkową dobrodziejkę, cóż za roztrzepaniec ze mnie, doprawdy!
+Byłbym zapomniał... Mam list od pana Gowartowskiego, służę pani
+marszałkowej.
+
+Pani Warnicka schwyciła list, Krasnostawski jednak równocześnie
+pochylił się do ręki jej, w ukłonie.
+
+- Do widzenia, mój panie Bolesławie, do widzenia! - z roztargnieniem
+pożegnała go staruszka, podając mu rękę do ucałowania, poczem zaś
+gorączkowo rozerwała kopertę.
+
+Młody człowiek już był na progu, ale, spojrzawszy z pod oka na
+marszałkową, zdążył był jeszcze dojrzeć na jej twarzy rumieniec
+oburzenia, zakwitły tam, po przeczytaniu pierwszych kilku wierszy.
+Dostrzegłszy to, młody plenipotent, jak szczupak w wodę, rzucił się
+całem ciałem w ciemności sąsiedniego salonu, pobiegłszy zaś na
+palcach do przedpokoju, chwycił paltot swój i umknął z mieszkania.
+Na schodach dopiero odetchnął.
+
+- Uf! wyrwałem się wreszcie... - szepnął. - Ładniebym się ubrał,
+gdyby tak przy mnie list czytała!..
+
+W ślad zatem wypadł na miasto, a mijając ulice jednocześnie
+pogrążał się w myślach.
+
+Wywołana wspomnieniem apartamentów marszałkowej, stanęła mu nagle
+przed oczyma powabna sylwetka Oli, zamajaczyło jej głębokie i zalotne
+spojrzenie, którem, jak wielu innych zresztą, witała i jego, gdy
+przypadek łączył ich kiedy na chwilę.
+
+Krasnostawski od kilku już lat znał córkę pana Januarego;
+etykietalne utrzymując stosunki z pałacem Gowartowskim na wsi,
+widywał ją rzadko, najczęściej z daleka, na spacerze, w kościele,
+lub przelotnie w powozie - kilka razy u marszałkowej w mieście.
+Podobała mu się piękna panna, bo komuż zresztą nie potrafiła ona
+się przypodobać, pełna wdzięku, uprzejma i zalotna?.. Przedstawiała
+poza tem typ kobiecy Krasnostawskiego... Nie kochał się w niej jednak
+bynajmniej, za trzeźwym był na to; choć z upokorzeniem dumy własnej,
+stanowisko swe podrzędne oceniać potrafił, a jednak...
+
+Ździwiony analizą duszy własnej, przyznać się sam przed sobą
+musiał, że wieść o ucieczce i ślubie Oli zabolała go, a raczej,
+bezpodstawnie na pozór, po prostu rozgniewała.
+
+Rozmyślając w ten sposób, Krasnostawski wszedł do kamienicy,
+wskazanej przez marszałkową. Za parę chwil znalazł się już na
+pierwszem piętrze, ledwie jednak zadzwonił u drzwi apartamentów
+Ładyżyńskiego, w ramie ich, natychmiast prawie, w cylindrze i
+paltocie, ukazał się pan Emil, jak zwykle uśmiechnięty ironicznie i
+z pogodą na czole.
+
+- A!.. pan Bolesław, herbu Rawita, powitać, prawico Januarego de
+Gowartów-Gowartowskiego, powitać!.. - i uścisnął serdecznie
+wyciągniętą rękę młodzieńca.
+
+- Przepraszam, że nie proszę pana kochanego do siebie, lecz postacią
+swoją do odejścia gotową wypędzam go raczej, lecz powody ważne... -
+tu pan Emil uczynił obydwiema rękami ruch półokrągły, -
+skłaniają mnie do tego! - dokończył, i mówiąc to, elegancko
+zamknął drzwi przed nosem Krasnostawskiemu, a uśmiechnąwszy się pod
+wąsem ciągnął dalej wesoło, poufale wsunąwszy zarazem rękę pod
+ramię Krasnostawskiego.
+
+- Nie gniewasz się na mnie, kochany panie Bolesławie, wszak prawda?..
+Spieszę na raut; no, mówże tam, co słychać?.. Kochany Januarek
+cóż tam porabia, poluje; weseli się, czy smuci?
+
+Krasnostawski już chciał wypowiedzieć, z czem przyszedł, gdy
+Ładyżyński znowu odezwał się żartobliwie:
+
+- Ale, zaiste, pysznie pan wyglądasz, jak rydz w maśle, powinszować!
+Nadobne grodu naszego mieszkanki lgnąć będą do pana, jak pszczółki
+do miodu! Słyszałem o pańskich sprawkach za studenckich czasów, za
+młodu! - tu poklepał z lekka młodzieńca poufale po plecach -
+słyszałem - powtórzył - nie będę więc wzajemnie nudził pana
+swoją osobą, opowiesz mi pan en règle, lecz szybko, co cię do mnie
+sprowadza, a posiedzenie to odbędziemy w dorożce. Podwiozę pana...
+Zgoda?
+
+- Ależ i owszem, dziękuję bardzo! - odparł Krasnostawski, z
+pośpiechem.
+
+Znajdowali się już na ulicy, pan Emil skinął na stangreta parokonnej
+dorożki, rzucił adres, i pojechali.
+
+Ruchem codziennym wrzało wkoło nich strojne wesołe miasto:
+
+- Słucham pana - rzekł Ładyżyński.
+
+Młody człowiek w krótkich słowach opowiedział mu o niepomyślnym
+stanie zdrowia i moralnego usposobienia pana Januarego, zamilczawszy
+zaś tylko o liście do marszałkowej, zakomunikował zaproszenie do
+Gowartowa.
+
+Skrzywił się lekko przy ostatnich słowach pan Emil i odrzekł:
+
+- Zapewne, zapewne, bardzo bym rad pocieszyć drogiego Januarka, ale
+właśnie wyjeżdżam za granicę i przyznać muszę, że na razie
+wybrał on się z zaproszeniem wcale nie na czasie! No, zobaczymy
+zresztą... Co pan wiesz, - tu spojrzał uważnie na Krasnostawskiego -
+o pani Oli i DzierĹźymirskim?..
+
+Zapytanie to postawionem było bardzo zręcznie mówiło nic, a pytało
+wiele. Krasnostawski natychmiast poinformował krótko i zwięźle pana
+Emila, iĹź wiadomem mu jest wszystko.
+
+- Aaa!.. - wyrwało się tylko z ust Ładyżyńskiego, i dodał
+ironicznie:
+
+- No, to w takim razie wiesz pan nie tylko o płaszczu gronostajowym
+przywiązania dziecinnego, szalonej miłości młodzieńczej, weselu pod
+niebem Italii, et caetera i t. d. ale i o odzieĹźy codziennej, ukrytej
+przez nas starannie przed plotką, jedną - purpurą drugiej; zatem
+wobec tego, możemy mówić szczerze...
+
+- Widzi pan - tu Ładyżyński spojrzał znów na Krasnostawskiego,
+jakby pragnąc się przekonać, czy warto wywnętrzać się przed nim -
+ta cała rozpacz "górna chmurna" Januarka, ta dobrowolna wiwisekcya
+przywiązania do córki i ów od początku do końca poemat "zbolałego
+ojcowskiego serca" - bref ten wielki w duszy jego ostatniemi czasy
+fajerwerk romantyzmu... entre nous soit dit - jest tylko od początku do
+końca jednym nonsensem. Czy nie miała racyi?
+
+Krasnostawski milczał.
+
+- Pieścili dziewczynę - ciągnął w tym samym tonie Ładyżyński -
+upodobała sobie Dzierżymirskiego - wara! Tego, owego - odmówili... To
+trudno, panie, kobiety także mają serca i temperament... Zachciało
+się Oli ładnego chłopca - nie dali jej go - wzięła go sobie sama, a
+raczej wziąć się pozwoliła... Niech Januarek lepiej dziękuje i
+śpiewa Hosannę na wysokościach, że bez plebana się nie obeszło!
+Lub niechże nawet gniewa się, i wydziedziczy córunię, lecz nie
+lamentuje, bo to i nie po męsku, i wcale nie ma sensu! Dixi. To moje
+zdanie. Cóż na to pan, panie Bolesławie, herbu Rawita?..
+
+Krasnostawski zżymnął się niecierpliwie; denerwował go zwykle ton
+rozmowy Ładyżyńskiego, dziś jeszcze bardziej rozgniewał go
+przycinek "herbu Rawita", będący widoczną alluzyą do używanych
+niegdyś przez niego biletów wizytowych: Rawita-Krasnowstawski. .
+
+Podrażniony zatem, siląc się na spokój, odparł zimno:
+
+- Przepraszam, ale całkiem inaczej i zupełnie przeciwnie zapatruję
+się na tę sprawę, oraz rozumiem doskonale pana Januarego.
+
+- Ha-ha-ha-! nie masz pan za co przepraszać, wiedziałem tylko, że i z
+kochanego pana także romantyk; w takim razie w korcu maku dobraliście
+się razem z Januarym... Wobec tego, ja w Gowartowie zgoła potrzebny
+nie jestem, doskonale się tam obadwa rozumiecie...
+
+- Ale, cóż znowu! - przerwał żywo Krasnostawski, bojąc się, czy
+czasem mimo woli nieostrożnem słowem nie zepsuł danego sobie
+polecenia. - Mogę być tych samych zapatrywań na tę sprawę, co i pan
+Gowartowski i odczuwać jego charakter, lecz przecież w żadnym razie
+nie potrafię zastąpić szanownego pana, który jest tak dobrym jego
+przyjacielem...
+
+- No tak, tak..., - urwał z kolei pan Emil - "Wszystko ginie bez
+litości, nic stałego na tej ziemi, prócz przyjaźni i miłości;" to
+wszystko nader pięknie brzmi i wygląda, lecz mego zdania, ja
+osobiście nawet dla przyjaźni zmieniać, niestety, nie uważam za
+stosowne. Czy zaś ono Januarciowi się spodoba - grubo wątpię..
+
+Dorożka w tej samej chwili zatrzymała się.
+
+- No, kochany mój panie Bolesławie, addio!.. - odezwał się
+protekcyjnym nieco tonem Ładyżyński podając Krasnostawskiemu rękę.
+
+- Zakomunikuj pan z łaski swojej mój sposób widzenia rzeczy panu na
+Gowartowie, a jeśli potem jeszcze znać mnie będzie chciał - niechże
+mi napisze, a może przyjadę...
+
+Wysiedli obaj. Pan Emil uchylił cylindra i skierował się ku bramie,
+na progu zaś jej rzucił jeszcze młodemu człowiekowi, tym razem
+jednak przyjaĹşniej nieco:
+
+- A trzymaj się tam pan dzielnie, ba płeć nadobna ma tu na
+wieśniaków wilczy apetyt!.. Au revoir...
+
+Ładyżyński znikł, Krasnostawski pozostał sam ulicy. Rozejrzał
+się...
+
+Był w jednym z najruchliwszych punktów miasta; wieczór już
+rozpoczynał swe panowanie, nadchodziła noc, wielki gród żarzył się
+setkami świateł; środkiem ulicy pędziły pojazdy, po chodnikach
+szerokich zwartą gromadą wymijał go pośpiesznie tłum ludzi.
+
+Piękne, zgrabne mieszczanki prawie że ocierały się o niego,
+rzucając co chwila zalotne spojrzenia na ładnego chłopca. Niewiele
+jednak z nich szło samych, większość miała już przy sobie
+czulących się towarzyszy, szepczących im z uśmiechem słodkie
+słówka.
+
+Pod wpływem ostatniej uwagi pana Emila, Krasnostawski mimo woli
+przejrzał się uważniej w witrynie jednego z okazalszych magazynów, a
+zadowolony z przeglądu własnej osoby, spojrzał wesoło przed siebie.
+Jakieś puste pragnienie zabawienia się, oszołomienia, podobnie tym
+wszystkim, snującym się parom, owładnęło nim.
+
+Przekształcony okolicznościami życia w wieśniaka mieszczuch
+przypomniał sobie naraz lata dawne, studenckie, pełne niefrasobliwego
+jutra i wesołych kawałów, a choć przeplatane często biedą i
+głodem, bogate jednak w miłość i swobodę!
+
+Bawiąc przelotnie w murach miasta, którego każdy zaułek znał na
+pamięć, a mijających go mieszkańców, szczególniej kobiety, jednym
+rzutem oka nieomylnie segregował, jak znawca, - zapragnął nagle
+Krasnostawski napić się koniecznie z musującego uciech miłosnych
+kielicha.
+
+I mimo woli młody człowiek począł uważniej przyglądać się
+kobietom. Ubrane "szykownie", cienkie w talii, wysmukłe i zgrabne,
+mijały go one, śmiejące się i wesołe, uprawiając z zamiłowaniem
+flirt uliczny, skrzący się miejscowym brukowym dowcipem, czujne jednak
+poza nim na każde spojrzenie przystojniejszego mężczyzny,
+odwzajemniające mu się zalotnem źrenic błyśnięciem - "oczkiem" i
+obiecującym nieraz wiele uśmiechem.
+
+A rozmaitość dzisiaj była wielka. Wieczór przedświąteczny,
+pogodny, lwią część właścicielek nadobnych twarzyczek wywabił na
+pierwszorzędne ulice - na wspólną arenę letniego jakby "demisalonu"
+pewnych, a szerokich warstw miasta. Brunetki zatem, śniade,
+czarnobrewe, blondynki, powiewne - białe, szatynki, o ruchach
+omdlewających, a wszystkie prawie ubrane elegancko i z pewnym,
+właściwym tylko Polce naszej, gustem, wystrojone, żwawe - sunęły
+przed zachwyconym wzrokiem wieśniaka.
+
+I od tego rozpędzonego, barwnego, poruszanego jakby tajną jakąś
+sprężyną tłumu, bił na Krasnostawskiego świeży, bo odzwyczajeniem
+dłuższem starty, urok; nozdrza grać mu poczęły, wchłaniał w
+siebie niewyraźny, niepochwytny powiew, sunący jakby ponad głowami
+publiczności, gorętszem okiem patrzył w twarz kobietom, swawolnie i
+niechcący, na pozór, zaglądał im prosto w oczy...
+
+Co zaś przeważnie czytał w owych czarnych, szarawych, fijołkowych i
+modrych oczach, z natury już swej, zalotnych, bynajmniej nie zrażało
+go do tej; czynności.
+
+- Pójdź, pójdź, nie zrażaj się pozornie skromną minką, bądź
+odważnym, śmiałym, a może... może... - szeptały, zda się, cicho
+wejrzenia nieśmialsze, gorejąc ogniem, nieprzeparcie ciągnąc ku
+sobie; daleko więcej jeszcze mówiły spojrzenia inne, a wszystkie
+razem, wyzywane śmiałym wzrokiem mężczyzny, całować go jakby się
+zdawały, obiecując miłość-pieszczotę!...
+
+Ruchliwą falą w pewnych godzinach przelewający się przez ulice
+miasta, a obejmujący sobą oddzielną warstwę wracających z zajęcia
+pracownic różnej kategoryi, na wylot znany Krasnostawskiemu, roił
+się dalej przed oczyma jego kobieco-dziewczęcy światek, i coraz
+bardziej liczny, barwniejszy - obejmował go swym ruchomym uściskiem. I
+młody człowiek, ulegając stopniowo nastrojowi chwili, wspomnieniom
+dawnym, a związanym ściśle z tymże samym światkiem, zapomniał o
+wszystkiem.
+
+Znikły mu z pamięci Gowartów, pan January, marszałkowa,
+Ładyżyński, Ola, a odżył w nim tylko dawny łobuz i bałamut,
+żądny swawoli i użycia.
+
+Z szelestem spódniczek, zgrabnie ujętych małą rączką, a
+odkrywających modelowaną ślicznie, zgrabnie obutą, w ażurowej
+pończoszce, nóżkę, otarła się prawie o Krasnostawskiego wysoka
+dziewczyna, smukła, jak gazella, czarnowłosa, i rzuciła
+młodzieńcowi przelotne spojrzenie. Spotkawszy wzrok jego, palący ,
+śmiały, rzuciła mu takie same drugie, uważniejniejsze jednak,
+gorętsze. Z dwojga par młodych oczu posypały się iskry, a panu
+Bolesławowi stanęło w tej chwili w mózgu, nieodwołalne ultimatum:
+Ta, lub Ĺźadna!
+
+Puścił się w pogoń za piękną dziewczyną. Dognał ją niebawem,
+zajrzał w oczy raz, drugi, trzeci, i począł iść w ślad za nią.
+Przy zbiegu jednak ulic kilku, dziewczę skręciło nagle w bok i
+znikło w bramie domu.
+
+Zawiedziony i zły, Krasnostawski obrócił się na pięcie, a
+włożywszy rękę w kieszenie od palta, z humorem przystanął. W
+oddali zachęcająco zieleniał ogród śródmiejski, jakby zapraszając
+gościnnie.
+
+Młodzieniec skierował się w tę stronę, i w dziesięć minut potem
+wchodził już w bramę ogrodu.
+
+O tej wieczornej i spóźnionej juş porze cienie jago, tajemnicze i
+ciche, pochłonęły Krasnostawskiego natychmiast, a do uszu jego
+doleciały jednocześnie, z pogwarem drzew szumiących splecione,
+jakieś szelesty, i szepty, i przyciszone gwary...
+
+To przytulone do siebie, tam i ówdzie po ławkach siedząc samotnych,
+gruchające przeróżne "pary" fabrykowały najczęściej udaną, rzadko
+szczerą miłość... Miejscami nieestetyczny, czasami wprost brutalny,
+tam znów, w kontraście subtelniejszy, miękkszy, ten sam flirt
+brukowy, rdzennie miejscowy, musował, kipiał po kątach ogrodu,
+przyczajony do tego stopnia, iĹź w niektĂłrych alejach dla uwaĹźnego
+słuchacza grała po prostu, zda się, powszechna jakby i wspólnie
+harmonijna nuta, złożona ze szmeru pocałunków, głośniejszych
+półsłówek, namiętnych protestów, zgody cichej, lub srebrzystego
+śmiechu...
+
+Odgłosy te, drgając w powietrzu, leciały cicho ku wierzchołkom
+drzew, z których co chwila gdzieniegdzie spadał wolno pożółkły
+liść wczesnej jesieni, - jakby pragnąc przypomnieć bawiącym się tu
+ludziom, o końcu wszystkiego na świecie.
+
+Przeszedłszy się po ogrodzie, Krasnostawski usiadł na jednej z
+ławek. Zmęczonym był nieco... Przyjechał kilka godzin temu zaledwie.
+Marszałkowa, Ładyżyński, piękna nieznajoma, gwar miasta - wszystko
+to znużyło młodzieńca, przywykłego od lat paru do ciszy i
+regularnego wiejskiego Ĺźycia.
+
+Wyjąwszy papierośnicę, zapalił papierosa, ziewnął, a spojrzawszy
+obojętnie na siedzących obok na ławce sąsiadów, wpadł w mimowolną
+zadumę.
+
+W myślach stanęła mu nagle własna przeszłość w tem samem mieście
+i przed oczyma migać poczęły przeróżne minionych lat obrazy.
+
+Ujrzał zatem siebie maleńkim, u rodziców jeszcze, chłopcem, potem
+gimnazistą, a następnie akademikiem. Oblicza rozpierzchłych gdzieś
+po świecie, a dawno niewidzianych kolegów zamajaczyły mu żywo,
+wspomniał ich przywary, zalety charaktery i serca...
+
+W kalejdoskopie wspomnień odbiło się, przesunęło również, kilka
+twarzyczek kobiecych, parę szałów, niepomnych jutra, gorączkowych,
+pieniących się wówczas rozkoszą, płomieniem uczucia, a dziś
+spopielałych już i zagasłych zupełnie.
+
+A wszystko w tem mieście, z którego murami zżyła się, zrosła jego
+dusza. Dla chleba porzucił kolebkę dzieciństwa - młodości...
+
+- Cha!... - westchnął głośno młody plenipotent gowartowski, poczem
+instynktownie obejrzał się wokoło, i jakby nieco zawstydzony swem
+westchnieniem, z pod oka uważnie popatrzył na swoich sąsiadów.
+
+Obok niego, w wytartej czapce, z daszkiem, nasuniętym na oczy, w
+wyszarzałej kapocie i z rękami w kieszeniach, drzemała jakaś męska
+figura, z głową, wciśniętą w ramiona, zgarbiona, o nędznej
+powierzchowności; był to zapewne pijak jaki ululany, lub może biedak
+bezdomny; z przeciwległego zaś krańca ławki jakiś staruszek
+zbierał się do odejścia...
+
+- Przepraszam pana, która godzina? - zapytał go Krasnostawski,
+pamiętając, iż zegarek zostawił przez roztargnienie w hotelu.
+
+Staruszek malutki, siwiuteńki, o jowialnym wyrazie twarzy, zerknął
+przyjaźnie na młodego człowieka, oczy przymrużył i roześmiał się
+głośno i dobrotliwie.
+
+- Ha-ha ha.., a widzisz... - dorzucił w ślad za tem - nie przyszła...
+Ba!... la donna è mobile... - szczerze zaśmiał się jeszcze do siebie
+i podreptał dalej, nie odpowiadając na pytanie młodzieńca.
+
+- A to ci mantyka jakiś ! - uśmiechnął się Krasnostawski i
+wzruszył ramionami, a zapaliwszy papierosa, instynktownie zamyślił
+się znowu.
+
+Tymczasem w tej samej właśnie chwili siadała obok niego wysoka,
+zgrabna, przystojna brunetka. Gdy odchodzący staruszek wygłaszał swą
+sentencyę, pośpiesznie przechodziła ona drogą, a usłyszawszy
+głośno wyrzeczono słowa, zwróciła uwagę na siedzącego
+młodzieńca i uważnie spojrzała nań; poczem zwolniła kroku, a po
+przelotnej wahania chwilce usiadła na ławce. Teraz zaś, uporczywie z
+pod oka, patrzyła na Krasnostawskiego.
+
+Ten zaś poczuł snać na swojej twarzy magnetyczny wzrok kobiety, bo po
+chwili machinalnie obrócił głowę w jej stronę.
+
+Na widok nowej sąsiadki, wyraz przyjemnego zdziwienia odbił się na
+jego twarzy, w towarzyszce obecnej bowiem poznawać się zdawał
+piękną nieznajomą sprzed półgodziny. Spojrzenia młodych
+skrzyżowały się. Z czarnych źrenic ładnej dziewczyny posypały się
+iskry, poczem opuściła na oczy powieki, z rzęsami długiemi.
+
+Krasnostawski jednak milczał w niepewności.
+
+- Nie, to nie ona - myślał - tamta, smukła gazella, piękniejszą
+była, lecz ta znów... tu spojrzał przeciągle na dziewczę - kto wie,
+czy nie ponętniejsza, milsza?... Bez wątpienia... co za oczy!... -
+dopowiedział sobie w duchu.
+
+Nie ruszał się jednak z miejsca, nieznajoma bowiem wydała mu się
+dziwnie nieprzystępną - przynajmniej z powierzchowności. Ubrana była
+z miejskim szykiem, przeciętnym wprawdzie, ale nie rażąco bynajmniej,
+całkiem ciemno, z pewnym gustem, ba... nawet jakąś nieujętą jakby
+dystynkcyą.
+
+Tak się zdało Krasnostawskiemu.
+
+W tej samej chwili nieznajoma podniosła nań znowu oczy. Powoli
+zdjęła woalkę, wciąż paląc spojrzeniem pięknych, dużych źrenic
+i westchnęła cicho...
+
+Krasnostawski instynktownie przysunął się do dziewczęcia bliżej. W
+parę jednak sekund później, raz jeszcze przyjrzawszy się delikatnemu
+profilowi nieznajomej i przywoławszy w pamięci całe swe znawstwo
+dawnego "don-juana", zawyrokował w myśli: - "szyk facetka, ale szkoda
+czasu," i obojętnie zgasłego zapalił papierosa.
+
+Poza tem, przed godziną pełen werwy i animuszu, teraz czuł się
+zmęczonym i spać mu się po prostu chciało, rój myśli zaś,
+poruszonych niedawno, bezustannie mącił mu się w głowie. Ziewnął
+więc przeciągle i zamierzał już powstać, gdy oto nagle, prosząco,
+posłyszał wyrzeczone głosikiem dźwięcznym swej sąsiadki:
+
+- Przepraszam pana... ale.... nie mogę dać sobie sama rady... Czy...
+nie byłby pan tak uprzejmym i grzecznym zwinąć mi parasolkę?...
+
+Słowom tym towarzyszył wyraz twarzy, pełny milutkiego wdzięku i
+przybranej okolicznościowo zaambarasowanej niby nieśmiałości;
+zatrzymała się pytająco...
+
+Widząc jednak na obliczu młodego człowieka uśmiech i wyciągniętą
+już rękę po parasolkę, dokończyła zalotnie, podając mu ją:
+
+- Tylko... tak ładnie... cieniutko...
+
+- Pan się dziwi, zapewne - dygnęła już śmiało, lecz z tym samym
+nieokreślonym nieco twarzy wyrazem, - że ja, nie znając pana,
+ośmielam się, pomimo to, trudzić go... ale...
+
+- Boli rączka? - podchwycił Krasnostawski śpiesznie i pochylił się
+ku dziewczęciu, z uśmiechem.
+
+W oczach dziewczyny zapaliły się skry, nerwowo zadrżały jej
+wiśniowe usta i rozchyliły się kusząco... Zaśmiała się...
+
+- Tak, mam reumatyzm w prawej dłoni... - odparła z powłóczystem
+spojrzeniem.
+
+I rozmowa w ślad zatem potoczyła się gładko... Krasnostawski poczuł
+się w swoim żywiole, wpadł w zapał, dowcipkował, śmiał się,
+opowiadał. Towarzyszka zaimprowizowanego flirtu odcinała mu się
+dowcipnie, podtrzymywała rozmowę...
+
+Gwar dwojga młodych odbijał się echem po coraz to pustszym ogrodzie;
+śpiący dotąd spokojnie na ławce sąsiad ich, bezdomny biedak,
+zbudzony, zaklął z cicha i bez ceremonyi położył się na ławce,
+jak długi.
+
+Wespół z towarzyszem roześmiało się piękne dziewczę. Powstali.
+
+Pobłądziwszy zaś samotnie po alejach ogrodu, w pół godziny
+później wychodzili z niego, ochoczo i żwawo, na pustą ulicę,
+trzymając się pod ręce, po przyjacielsku już zupełnie. Młody pan
+plenipotent gowartowski skinął na stojące opodal "gumy", kazał
+stangretowi podnieść budę, wsiadł do powozu razem z piękną nową
+znajomą, rzucił adres - i pojechali...
+
+Gdy w ten sposób odżyły w wieśniaku łobuz zabawiał się swobodnie
+w wesołym grodzie - na Ukrainie, w pałacu gowartowskim, który
+zaledwie opuścił był dwa dni temu, w tą samą noc wrześniową,
+pomimo spóźnionej już wielce pory, paliły się, jeszcze światła.
+
+Po obszernych komnatach dużego piętrowego domu, otoczonego cienistym
+parkiem, przechadzał się, zamyślony, pan January Gowartowski, z
+rękami założonemi na piersiach. Kłaść się na spoczynek wcale nie
+miał ochoty, od czasu bowiem powrotu z miasta i otrzymania wiadomości
+o ślubie Oli, sen, wypłoszony cierpieniem i myślami, bezpowrotnie,
+zda się, uleciał od powiek starca.
+
+Pan January juĹź od kilku tygodni, ku wielkiemu zdziwieniu domownikĂłw,
+nie sypiał wcale. Chodził po pustych komnatach, myślał, czytał,
+czasami wychodził na przechadzkę, błąkał się po polach, z rzadka
+bardzo polując do świta na kaczki - ulubionej tej swej rozrywce,
+oddając się teraz tylko odruchowo, machinalnie, nawet z pewnem jakby
+zniechęceniem.
+
+By sobie zaś te nudne bezsenne noce czemkolwiek urozmaicić, pan
+January wziął się do pisania własnych pamiętników, a sunąc
+piórem po papierze i godzinami zapełniając go swem drobnem pismem,
+nieraz potem, znużony, zasypiał przy biurku, i tak go nazajutrz nad
+ranem zastawał lokaj. W ciągu dnia zaś wyraźnie nudził się coraz
+bardziej; czasami odwetował sobie długie białe noce ciężkim snem po
+obiedzie; poza tem nie wyjeżdżał nigdzie, ani do sąsiadów, ani
+nawet do kościoła, nikogo również nie przyjmując.
+
+W pałacu wszyscy po cichu niepomiernie ubolewali nad panem, dziwiąc
+się stanowi jego, kontrast bowiem dzisiejszego pana na Gowartowie był
+iście rażącym. Poprzednio, wesoły, uśmiechnięty, rzeźki, nad wiek
+swój żywy, biorący udział we wszystkich sprawach wiejskich,
+interesujący się najdrobniejszym niemal szczegółem, obecnie zmienił
+się rzeczywiście do niepoznania.
+
+Wróciwszy do Gowartowa, po kilku dniach popadł pan January w trwający
+dotąd stan apatyi, zniechęcenia i nudy, a powiększający się ciągle
+i coraz bardziej. Z małżeństwem Oli pogodził się, bo zgodzić się
+na nie musiał, rana jednak, zadana nieopatrznie lekkomyślną ręką
+córki, w ojcowskiem sercu, nie zagoiła się bynajmniej. Pan January
+zamknął się w sobie i przeżuwał cierpienie własne, nie mogąc o
+niem zapomnieć.
+
+I czyż nawet można było dziwić się temu? Każdy kąt, każda
+ścieżka i sprzęt w pałacu nasuwały biednemu ojcu na pamięć
+jedynaczkę, martwota zaś i cisza komnat, oraz ich głucha pustka
+przypominały stale nieobecność jej bezpowrotną.
+
+Gdy Krasnostawski, zamieszkały w pobliskim folwarku, Tomaszówce,
+wpadał tu czasem w interesach i sprawach majątkowych, - ożywiał
+nieco obecnością swą te mury, teraz jednak, od czasu jego wyjazdu,
+dnie jeszcze bardziej dłużyły się panu Januaremu.
+
+Na stole w jadalni gowartowskiego pałacu leżało kilka książek, obok
+w salonie i buduarze widniały porzucone pisma świeże - na biurku w
+gabinecie przyległym bielały rozłożone arkusze, zapełnionego pismem
+papieru. Pan January przed chwilą przestał był czytać, oraz pisać
+teraz zamierzał, a przechadzając się tymczasem poprzez szereg
+czterech leżących obok siebie, otwartych, pooświetlanych pokoi,
+myślał.
+
+W ciszy uśpionego już od dawna domu wybiła godzina druga...
+
+Monotonny odgłos zegara zbudził Gowartowskiego z zadumy. Poruszył
+się szybciej, sam pogasił światła w czterech sąsiednich komnatach,
+poczem, westchnąwszy cicho, przetarł dłonią czoło i usiadł przy
+biurku przed rozłożonemi ćwiartkami papieru.
+
+Nie wziął jednak pióra do ręki... Myśl leniwa odbiec na rozkaz nie
+chciała, podparł więc pan January dłońmi głowę i zamyślił się
+znowu.
+
+Wokoło, z umilkłem echem jego miarowych kroków, zapanowała
+niezamącona niczem cisza, i trwale dość długo, nie przerywana zgoła
+niczem.
+
+Wreszcie, zbudzony z swej zadumy, podniósł głowę dziedzic Gowartowa,
+sięgnął po pióro i zaczął pisać szybko. Jedne po drugich
+wypełniały się jego drobnem pismem arkusiki papieru, rozrzucone na
+biurku, zgrzyt zaś stalki w milczeniu głuchem donośnie rozbrzmiewał
+po pokoju. W ten sposób minęła godzina, a może i więcej...
+
+Przestał wreszcie pisać ojciec Oli, odłożył pióro i schowawszy
+starannie papiery do szuflady biurka - powstał.
+
+Wywołany zazwyczaj umysłowem znużeniem, sen nie kleił jednak dzisiaj
+powiek jego.
+
+Przeciwnie. Zmuszony przed chwilą jeszcze, oderwawszy się od
+teraźniejszości, zanurzyć w przeszłość własnego życia, którą
+opisywał - pan January orzeźwionym był jakby, a wyraz melancholyi
+smutnej znikł z oblicza jego, oczy patrzały jaśniej jakoś,
+zapatrzone, zda się, w odległe dawne wspomnienia...
+
+I wyparte tą chwilą obecną, cierpienie pierzchło na chwilę, ojciec
+Oli zaś, spragniony snać powietrza, otworzył okno, wychodzące na
+ogrĂłd.
+
+Dotykając szyb, zaszeleściły cicho gałęzie pnącego się wysoko po
+murze winogradu, i powiew balsamiczny, świeży, wpłynął do pokoju.
+
+Pałac gowartowski górował nad okolicą. Do stóp jego, poza parkiem i
+stawem, w półkole, tuliła się wioska, a dalej widniały uprawne
+pola, odcinał się na widnokręgu sinawy pas lasów, wśród
+rozległych zaś, jak okiem sięgnąć, płaskich obszarów - majaczyło
+kilka dalekich siół i futorów...
+
+W chwili, gdy pan January stanął w oknie gabinetu, z którego
+krajobraz ten cały, jak na dłoni, można było objąć okiem - nad
+otaczającemi Gowartów wkoło równinami, pełnemi nieujętego jakby
+smutku i niewysłowionej dziwnej tęsknoty - nad zadumanymi jarami,
+sennymi łanami i bielejącymi szerokimi traktami - z wolna gasła
+właśnie jesienna noc, pogodna, a z nieba, stopniowo niknąc,
+pierzchały ostatnie gwiazdy... Jeszcze tylko mgły przedporanne
+błąkały się tam i ówdzie, półmrok zaś szarawy przedświtu,
+walczący z cieniami nocy, coraz bardziej zwycięski, hardy, panoszył
+się już dokoła.
+
+Gowartowski stał nieruchomo w oknie, a odczuwając głęboko nieujęty
+czar, płynący ku niemu senną falą z ziemi rodzinnej, jednocześnie
+uczuwał w duszy chęć konieczną wyrwania się, choć na krótko z
+tych ciasnych ram pokoju.
+
+W tej samej chwili ciszę drzemiącą przerwał nagle pojedynczy
+dźwięk, rytmiczny i daleki. Wplótłszy się melodyjnym akordem w
+ogólne milczenie, szedł coraz donioślejszy... bliższy...
+
+Przez perlące się jeszcze nocną rosą łany zboża i łąki, zagony
+buraków i jary, leciało monotonne echo dzwonka, żałosne sobą i
+jakby smętne, błąkając się po uśpionych jeszcze obszarach, budząc
+drzemiące ptactwo, leniwo i niechętnie zrywające się gdzieniegdzie
+do lotu.
+
+- Telegram! Może do mnie, pójdę i zobaczę... mruknął do siebie
+półgłosem pan January, i odstąpiwszy od okna, sięgnął kapelusz.
+
+W tej samej chwili wzrok jego przesunął się po ścianie, na której
+wisiała strzelba i przybory myśliwskie. Gowartowski spojrzał mimo
+woli na swĂłj ubiĂłr.
+
+Był w butach wysokich z cholewami, których dobę całą nie zmienił,
+pełen apatyi.
+
+Po przelotnej chwilce wahania, pan January wziął strzelbę, torbę,
+naboje i wyszedł przez balkon do ogrodu. Czuł potrzebę ruchu,
+powietrza i postanowił zapolować na dzikie kaczki. Drzemiąca żyłka
+myśliwska przebudziła się w Gowartowskim, a odnalazłszy ulubieńca
+swego, legawca, śpiącego w ładnej budce, wyruszył przez park na
+pola.
+
+Myśl jego była jakby wolniejsza, wzrok zaś uporczywie ścigał
+krajobraz, niejako wsłuchując się w bliski już teraz zupełnie
+odgłos dzwonka. Nadzieja zwodnicza podsunęła mu bezpodstawne
+przypuszczenie, iż może ten oto znajomy dźwięk, zwiastujący
+telegraficznego posłańca, przyniesie mu jakąś dobrą, a
+niespodzianą od Oli wiadomość.
+
+Rzeczywistość, jak zwykle, rozwiała chwilowe złudzenie. Spokojnie i
+rĂłwnomiernie, u rozstajnych drĂłg, przy krzyĹźu drewnianym,
+przesunęła się sennie, w jednego konia, dwukołowa bida, z siedzącą
+na niej skuloną postacią, i brzęcząc dzwonkiem, zginęła w mgłach
+porannych.
+
+Dziedzic Gowartowa westchnął, i minąwszy park oraz wioskę, boczną
+ścieżyną skierował się ku polom. Poprzedzany kręcącym się
+wesoło, całym czarnym, z białemi łapami, legawcem, w pól godziny
+potem spuszczał się w jar głęboki.
+
+Otulony ciszą przedświtu, drzemał tu staw obszerny, cały zarosły
+sitowiem - siedziba kaczek dzikich; mały młynek drewniany, cichutko
+szemrząc przelewającą się wodą, odpoczywał, przyparty do wązkiej
+grobelki; w jej pobliża maleńka, garbata chatynka młynarza
+dopełniała krajobrazu.
+
+Po raz pierwszy od bardzo dawna poddał się pan January obecnej chwili
+tylko, zapomniawszy momentalnie o dręczącem go cierpieniu. Stąpając
+ostrożnie i cicho po zroszonej trawie, szedł wzdłuż stawu, nad jego
+brzegiem, rozglądając się bystro dokoła.
+
+Milczenie i spokój panowały niepodzielnie w tym zakątku. Czasem tylko
+załopotało coś w sitowiach i zaraz zcichło; tuż ponad senną taflą
+wód przeleciał wolno koło idącego myśliwca jastrząb wodny, kulik,
+zniknąwszy niebawem z oczu...
+
+I melancholijna szarość, jeszcze na wpół pogrążona we śnie,
+cicha, królowała dalej znowu, skupiona w sobie, niezamącona niczem,
+chyba tylko szelestem krokĂłw ludzkich i biegiem legawca.
+
+Nagle pan January przystanął:
+
+- Wara! do nogi! - syknął cicho na psa. Legawiec, podniósłszy lewą
+łapę i wyprostowawszy ogon sprężyście, znieruchomiał.
+
+Na czystą taflę wód stawu, rzecz rzadka, wypływały poważnie dwie
+kaczki dzikie i kołysząc się niedostrzegalnie, zbliżały się, ufne,
+z wolna płynąc, na odległość strzału. Myśliwiec odwiódł kurka u
+strzelby, jak mógł najciszej, i przyłożył broń do ramienia.
+
+Przeczekał chwilę jeszcze, i pociągnął za cyngiel...
+
+Odbity w milczeniu dziesięciokrotnem echem huknął w ciszy pierwszy
+strzał!... Dosiągł on jednocześnie obie kaczki, położył je
+trupem, i zbudził zarazem śpiącą w sitowiach zwierzynę.
+
+Zagotowało się tam teraz wszędzie; tłumione szelesty rozległy się
+na wsze strony; kurki wodne, kaczęta, kaczki nawoływały się
+wzajemnie, kilka z tych ostatnich poderwało się nawet hen, w
+perspektywie, na drugim krańcu stawu... daleko. Jedna zaś, wynurzywszy
+skądś, z charakterystycznym poświstem skrzydeł, przeleciała: wysoko
+prostopadle ponad głową myśliwego.
+
+Posłuszny legawiec jednocześnie przynosił panu w zębach zabitą
+zwierzynę; Gowartowski, odebrawszy psu kaczki, zawiesił je u torby i
+poszedł dalej.
+
+Powoli, stopniowo, rozjaśniało się tymczasem.. Na wschodzie, gdzieś
+w oddali, widnokrąg zaróżawiał się, niedostrzegalnie, leciutko...
+
+Ojciec Oli Dzierżymirskiej, ze spuszczoną głową, postępował
+wciąż brzegiem stawu. Kilka kaczek po drodze jego zerwało się
+trwożliwie, myśliwiec jednak nie zadawał sobie trudu strzelać do
+nich, bo oto znowu, wywołane na pozór drobnostką, pochłonęły
+bezpodzielnie pana Januarego wspomnienia smutne.
+
+Rok temu, podobnie jak dziś, polował on tutaj.
+
+Razem z Olą wyjechali o drugiej, nocą, i przybyli nad staw przy
+księżycu jeszcze. Tak samo cisza uśpienia panowała dokoła, tak
+samo, jak przed chwilą, na toń czystą, lśniącą się tylko w
+dogorywających, drżących promieniach miesiąca - wypłynęła
+zwierzyna...
+
+Pamięta, jak dziś, ową chwilę, radość córki z tej przejażdżki i
+jej ciekawość asystowania przy polowaniu. Stoi mu żywo przed oczyma
+twarzyczka jej zarumieniona, ładniutka, wzruszona, ciekawie śledząca
+wzrokiem kaczki, płynące po wodach...
+
+Pamięta doskonale, jak w ostatniej chwili, gdy już cyngla dłonią
+dotykał, szczebiot jej wesoły spłoszył zwierzynę, i jak wówczas
+Ola tego sobie darować nie mogła...
+
+Westchnienie ciche podniosło pierś Gowartowskiego, brwi zmarszczył i
+zatopił się w myślach niepomny zupełnie otoczenia swego.
+
+Tymczasem zwierzyna co chwila podrywała się tam i ówdzie,
+przelatując blisko idącego machinalnie naprzód myśliwego.
+
+Legawiec, kręcąc ogonem, wiercił się na wszystkie strony, skamlał
+nieśmiało, z cicha, gonił uciekające kaczki i powracał, podnosząc
+rozumny swój wzrok na zamyślonego pana, z wyrazem zdziwienia, iż nie
+słyszy już strzałów - wyraźnie zgorszony postępowaniem jego.
+
+Staw tymczasem już się kończył..
+
+W pobliĹźu, nieco dalej, oddzielony od pierwszego stawu pasmem
+błotnistych moczarów, widniał taki sam prawie drugi, mniejszy tylko i
+sitowiem zarośnięty cały.
+
+Znając snać dobrze drogę ku niemu, pan January nie zatrzymał się, a
+tylko ciągle tak samo zadumany, ruszył w drogę dalej, prosto przez
+bagno, stawiając powoli stopy na trzęsących się kępkach zielonych.
+
+Pod ciężarem ciała idącego myśliwca grunt uginał sie, kołysał
+niedostrzegalnie, a pod nim chlupotała woda i poruszał się krąg
+cały wodnistej ziemi.
+
+Pan January nie zwracał jednak na to żadnej uwagi; w myślach
+rozpamiętywał coś ciągle, w oczach zaś uporczywie majaczyła mu
+wywołana przypomnieniem twarz i postać Oli, przesłaniając sylwetką
+swą wzrok jego zamglony.
+
+Roztargniony jakby, tu, gdzie się znajdował, zgoła nieobecny,
+Gowartowski szedł przez moczary, coraz dalej, a raz nawet noga
+niespodzianie obsunęła mu się na małej kępce, i mało, mało, że
+nie stracił równowagi...
+
+Tymczasem poza nim, w dal roztwierały się niby widnokręgu podwoje...
+
+Stopniowo, wąskie pasmo skrytego jeszcze słonecznego światła, rosło
+na niebiosach. Z pod białych puchów posłania i spuszczonych
+dyskretnie jakby gazowych u łoża zasłon - zarumieniona, wstydliwa
+wychylać się poczęła jutrzenka różana, przeciągając się
+lubieżnie jeszcze poza przejrzystą oponą obłoków bladych...
+
+Ponad stawem latały teraz ciągle kuliki; w dali na horyzoncie, z
+innego snać legowiska, wysoko na pogodnem niebie, ciągnęło tutaj
+całe stado dzikich kaczek - prostopadle pod niemi ogromny jastrząb
+krążył majestatycznie nad łanem zboża...
+
+Ostatnie wreszcie cienie przedświtu pierzchły nagle... Pierwszy
+promień słońca wyjrzał nieśmiało, błysnął po białych ścianach
+chatynki i blaszanym dachu starego młyna, dotknął się tafli stawu,
+zamigotał w mętnych błotach moczarów i musnął pieszczotliwie
+odwróconą sylwetę idącego mężczyzny.
+
+Na błyszczącej lufie przełożonej przez plecy strzelby zapalił się
+blaskiem. Minęła chwila... i już tryumfalnie zajaśniał on,
+objąwszy płomieniem świateł liście kilkunastu drzew, rosnących
+wśród bagien. Postać kroczącego miarowo po moczarach człowieka na
+zakręcie, czy też w drzew cieniu, znikła nagle w mgnieniu oka...
+
+Po chwili w dali rozległo się tylko głośne szczekanie psa.
+
+Umilkło...
+
+Nad ziemią w tej samej chwili wstał dzień nowy, pełen nadziei, z
+radością na promienistem czole.
+
+---------
+
+
+Na platformie kawiarni, położonej na szczycie góry "Gűtsch,"
+wznoszącej swój cypel wyniosły ponad wdzięcznie rozrzuconą u jej
+stóp Lucerną, roiło się od turystów, siedzących przy stolikach.
+
+Szmery prowadzonych rozmów łączyły się w akord wspólny z grającą
+smętnie i cicho orkiestrą, wzrok zaś wypoczywających gości
+pieścił widok cudny i wspaniały na miasto, tulące się zacisznie do
+brzegów jeziora, zapatrzone w jego ciemnoszafirowe głębie, w których
+lustrzanej toni milcząco przyglądały się również zadumane
+wierzchołki gór.
+
+Zamykały one łańcuchem swym cały widnokrąg naprzeciw miasta, po
+drugiej stronie jeziora, i ramowały na prawo krętą szyję wód jego,
+płynących cicho w dal...
+
+Ozłociwszy purpurą i złotem śnieżne szczyty ginących we mgle Alp,
+zamigotawszy krwawo na białych frontach nadbrzeżnych hoteli,
+spiczastych wieĹźach "Hofkirche" i szybach pomniejszych domostw,
+właśnie przed chwilą zgasł ostatni promyk słońca...
+
+Natomiast zmierzch szary już obecnie wychylał się skądś
+nieśmiało, ślizgał się po gładkiej tafli jeziora, przechadzał po
+dwóch, krytych daszkiem, drewnianych mostach, starożytnych i wąskich,
+a omraczając sześciokątny czubek, położonej tuż przy jednym z
+nich, oryginalnej wodnej wieżycy, swawolnie zdawał się zatapiać ją,
+jedynaczkę, sterczącą zabawnie pośród wód szafiru.
+
+A tymczasem, pod wpływem idącego wieczora, cichło jakby jeszcze
+bardziej wszystko dokoła... Senny spokój płynąć się zdawał od
+Lucerny, która, choć przepełniona gośćmi z całego świata,
+tętnić poczynająca właśnie o tej porze muzyką i gwarem -
+obserwowana jednak stąd, z "Gűtsch" wierzchołka, wydawała się tak
+spokojną - tak cichą, jakby nie była zgoła punktem zbornym
+kosmopolitycznej towarzystw śmietanki, ale tylko - oazą wytchnienia i
+swobody.
+
+W jednym z najlepszych punktĂłw obserwacyjnych kawiarnianej platformy,
+przy stoliku, siedziało pięć osób.
+
+Towarzystwo to składali: starsza wiekiem osoba, Polka, z córką i
+poważnym jegomościem, ojcem zapewne rodziny - młody, żwawy,
+przystojny Francuz i DzierĹźymirscy.
+
+Ożywiona, niemilknąca rozmowa, podtrzymywana głównie przez Olę i
+młodego Francuza, panowała przy tym, odosobnionym od innych, stoliku.
+Stary jegomość śmiał się co chwila serdecznie i jowialnie z
+dowcipów młodzieńca, panienka również rozmawiała wesoło i jeden
+tylko Dzierżymirski stanowił w tym akordzie dobranym kontrast aż
+nadto wyraźny, zachowanie się zaś jego milczące i bierny, li tylko
+konieczny, udział w rozmowie, świadczyły dobitnie, że to wszystko
+nudzi go nad wyraz.
+
+Oczy Dzierżymirskiego, pełne zamyślenia, prawie bezustannie
+spoczywały na krajobrazie u podnóża góry, z rzadka przenosząc się,
+obojętne, na towarzystwo. Wzrok jego wtedy zatrzymywał się głównie
+na Oli. Zaduma smętna, od otoczenia daleka, znikała wówczas na
+chwilę z jego oblicza, źrenice zaś czarne Romana, ciemniejszemi
+stawały się, badawcze... Nader korzystnie zaś dnia tego wyglądała
+pani Ola. Ubrana w zgrabną suknię, z jasnej materyi, czyniła
+wrażenie wytworne i eleganckie; obnażone zaś dość głęboko, z
+okazyi niby gorąca, pierś, szyja i ramiona, przykryte tylko ażurową
+koronką, stanowiącą całość z suknią - podnosiły jeszcze wdzięk
+jej postaci. Siedząc obok młodego Francuza, rozmawiali z nim
+przeważnie, śmiejąc się, dowcipkując, i bezwiednie zapewne tylko,
+rzucając mu od czasu do czasu rozbawione, zalotne jakby spojrzenia.
+
+Trwało tak dosyć długo. Po niejakim czasie jednak Ola zauważyła
+snać dziwne trochę zachowanie się męża, bo, skorzystawszy z
+ogólnego powstania, spowodowanego czyjąś uwagą o krajobrazie,
+zbliżyła się do Dzierżymirskiego, i przytuliwszy się, otarłszy,
+jak kocię, swą rozkwitłą kibicią o niego, miękko i czule
+zapytała:
+
+- Coś taki smutny, Romciu, co ci?
+
+-Nic, kochanie! - odparł krótko Dzierżymirski i dorzucił po chwili:
+
+- Ale, a propos, ja cię tu zostawię, bo sam wpaść jeszcze muszę na
+pocztę, tam, na dole...
+
+- Koniecznie chcesz tam iść? To może jedźmy już razem?..
+
+Dzierżymirski odczuł niechęć lekką w głosie żony; cień ledwie
+dostrzegalnego niezadowolenia, przemknął mu po twarzy, odezwał się
+jednak szybko:
+
+- Nie, nie, zostań, ma chère, proszę cię... Spotkamy się później
+w alei nadbrzeżnej, będę czekał na ciebie... au revoir...
+
+Dzierżymirski ścisnął zlekka rączkę żony i zręcznie wycofał
+się z platformy, zdążając po schodkach na dół, do stacyi kolejki
+zębatej, zwanej "funiculaire," a łączącej w pięciu minutach czasu
+górę z miastem.
+
+Zajęte lornetowaniem krajobrazu - którego wdzięk teraz dopiero, po
+chwilowem wyczerpaniu tematu rozmowy, zdołał przemówić do ich
+poczucia piękna. Towarzystwo nie zauważyło nawet odejścia Romana.
+Ten ostatni spuszczał się powoli po schodkach i zasiadł niebawem w
+wagoniku kolejki, wkrótce ruszyć mającej do Lucerny.
+
+- A to mnie znudzili - mruknął - zakazane towarzystwo...
+
+W tej samej chwili rozległ się sygnał odjazdowy, wagoniki poruszyły
+się z chrzęstem, i hamowane, powoli w dół spuszczać się zaczęły.
+
+Roman obejrzał się; w wagonie, dziwnym zbiegiem okoliczności,
+znajdował się zupełnie sam.
+
+Wygodnie wyciągnął nogi, rozparł się i patrzył w dół.
+
+Przed nim czerniała stromo idąca para szyn kolei, z położonym
+pośrodku trzecim, dziurkowatym relsem; w dole, otulone mrokiem,
+drzemało jezioro - wierzchołki gór stopiły się w zmierzchu, zlały
+jakby z chmurami niebios, w ciemnościach zaś, coraz to większych,
+występowały teraz szaro domy miasta, w których, jak ogniki błędne,
+zapalały się co chwila tu i tam światełka.
+
+Roman nagle przymknął oczy.
+
+Bo oto jemu - wpatrzonemu ciągle w dół, w stromą pochyłość i
+powietrzną próżnię, dzielącą jeszcze kolejkę od jeziora i, miasta
+- zakręciło się w głowie, w wirze zaś tym wyłoniła nagle się
+jedyna szalona myśl, spowodowana jakimś jednoczesnym, nic nie
+znaczącym wagonów hałasem. Mianowicie zdało mu się po prostu, że
+oberwany pociąg leci w dół, coraz szybciej, i... że już... już oto
+w katastrofie, chaosie impetycznym - dotknie się on niebawem szklistej
+toni wĂłd...
+
+Po krótkiej atoli chwilce Dzierżymirski otworzył oczy i roześmiał
+się głośno.
+
+Nic wokoło nie zmieniło poprzedniego wyglądu. Wolno i ostrożnie
+staczała się kolejka dalej, jezioro byłe już tylko znacznie bliżej,
+u brzegu jego mrugała, iskrząca się dziesiątkami światełek,
+Lucerna; wagony, brzęcząc, spuszczały się ciągle, zawieszone nad
+miastem.
+
+Roman wzruszył ramionami.
+
+- Co mi dziś jest! sarn nie wiem! - mruknął.
+
+W istocie był nie swój od samego rana. W silnej mierze niewątpliwie
+przyczyniło się do tego postępowanie żony.
+
+Zapoznawszy się sama z kilkoma osobami, o natrętnej manji
+zaznajamiania się, zanudzała go od kilku dni pobytu w Lucernie ich
+obecnością bezustanną, bawiąc się wszakże sama znakomicie. I to
+właśnie ostatnie najbardziej irytowało Romana. Tak unikał dotąd
+ludzi, tak uciekał od nich, by być samym tylko z Olą, by bez
+zamącenia niczem pić szczęście chwili i tą miłością w sobie
+wszystko zagłuszyć!..
+
+Ominął wszak nawet dobrowolnie Medyolan, rodzinne miasto swej matki,
+gdzie pochowaną była na miejscowem "Cimitero Monumentale," gdzie poza
+tem posiadał jeszcze krewnych nieboszczki - uczyniwszy to w jedynym
+celu uniknięcia musu obcowania z ludźmi, innymi, prócz niej, Oli...
+
+A tu tymczasem ona sama wyszukiwała sobie jakieś zakazane figury!..
+
+Roman przy tej ostatniej myśli, wyrzuciwszy z ust dogasającego
+papierosa, żachnął się niecierpliwie.
+
+Bo na przykład ten Francuz, czyż nie wzbudzał w nim słusznego
+gniewu? Młodzik nieznośny, z bezmyślnym, banalnym wiecznie na ustach
+uśmiechem, z którego jednak Ola bezustannie tak szczerze się
+śmiała...
+
+- Albo ta jej tualeta dzisiejsza, - mówił sobie dalej Roman, - w
+Wenecyi przecież było daleko goręcej, nie ubierała ona jednak gorsu
+swego tak przejrzyście, a tu chłód w porównaniu...
+
+- Dla tego osła z Paryża niewątpliwie, by mógł cynicznie i
+lubieżnie napawać się kształtem i ciałem jej kibici! - półgłosem
+dopowiedział podrażniony Dzierżymirski.
+
+- Że też te kobiety bez wabienia mężczyzny po prostu żyć nie
+mogą!.. - wyrwało mu, się jeszcze.
+
+Spostrzeżenie powyższe, a tyczące się w danym wypadku własnej
+żony, gniewało go niepomiernie.. Od pewnego czasu bowiem, obserwując
+Olę, dostrzegł cechę w charakterze jej, nieznaną mu dotąd: chęć
+zalotną przypodobania się innemu mężczyźnie - nie jemu...
+Jątrzyło go to bardzo, choć pragnął pozornie traktować fakt ów
+lekko.
+
+Wagoniki stanęły właśnie. Roman wyskoczył szybko i skierował się
+ku gmachowi poczty, położonemu koło głównego mostu, tuż przy
+dworcu kolejowym. Przed paru dniami wysłał list do kraju, do jednego
+ze swych dobrych znajomych. Powiadamiał go o swoim ślubie i zarazem
+prosił usilnie o napisanie mu, co w rodzinnem mieście mówią o jego
+małżeństwie i co porabia January Gowartowski.
+
+Dzierżymirski najbardziej był ciekawym tej ostatniej wiadomości, ze
+względu na Olę i smutek, od niedawna, stopniowo żłobiący, coraz
+częściej jej twarzyczkę.
+
+Podał adres: "Poste-restante, Lucerna," teraz zatem, wyskoczywszy
+raźno z wagonu kolejki, w kilka sekund znalazł się już przy
+właściwem okienku, w obszernej sali gmachu szwajcarskiej poczty.
+Śpiesznie powiedział urzędnikowi swe imię i nazwisko.
+
+Grymas pocieszny wykrzywił twarz tego ostatniego, i wykrztusił z
+trudnością:
+
+- Dziez-Dzier... Cornment? Ècrivez, monsieur, sil vous plait! - podał
+kartkę Dzierżymirskiemu.
+
+Roman posłusznie napisał swe nazwisko.
+
+Urzędnik wziął papier do ręki, skrzywił się raz jeszcze, poczem
+wzruszył wymownie ramionami, a po chwili dopiero podał cudzoziemcowi
+list.
+
+Roman chwycił go śpiesznie i wybiegł na ulicę.
+
+Przy świetle latarni rozerwał kopertę i czytać począł zapełnioną
+bitem pismem ćwiartkę. Twarz jego wyrażała niepokój i zaciekawienie
+widoczne, które po chwili dopiero ustąpiły wrażeniom, otrzymanym
+bezpośrednio z lektury pisma.
+
+List ten, donoszący o towarzyskiem życiu w rodzinnem mieście, o
+ostatniem przyjęciu u marszałkowej, i pogłoskach o stanie
+Gowartowskiego, nic w sobie zatrważającego nie miał.
+
+"Znam pana Krasnostawskiego, plenipotenta gowartowskiego; jeśli chcesz
+koniecznie mieć dokładne wiadomości o wszystkiem, tyczącem się
+Gowartowa, napisz mi i podaj adres, a doniosę ci szczegółowo.."
+opiewał koniec listu szkolnego kolegi Romana, w postscriptum...
+
+Uspokojony, Dzierżymirski złożył list i schował go do kieszeni; pod
+wpływem jednak ostatnich słów pisma, zawrócił, przestąpił raz
+jeszcze próg gmachu poczty, i kupiwszy pocztówkę z widokiem, napisał
+szybko, odręcznie, przyjacielowi swemu kilka słów szczerego
+podziękowania, z prośbą o dalsze wiadomości, podawszy adres "Vevey",
+dokąd zamierzał z Olą udać się nazajutrz. Poczem wyszedł
+śpiesznie i wrzuciwszy kartę, skierował się przez szeroki most ku
+nadbrzeĹźnej, ocienionej drzewami, szerokiej alei, spacerowemu miejscu
+Lucerny, pełnemu w obecnej chwili publiczności, rozbrzmiewającemu
+muzyką, wesołością i gwarem.
+
+Minąwszy most, Roman wkrótce znalazł się w cieniu drzew i uszedłszy
+paręset kroków, siadł na samotnej ławeczce, kapelusz zdjął i
+położył obok siebie.
+
+Wpółobróciwszy się jednocześnie, ujrzał stragan z owocami. Poczuł
+nagle pragnienie, i skinął, kazawszy sobie przynieść parę gruszek i
+brzoskwiń.
+
+Gdy usłużny szwajcar podawał mu je, z ugrzecznieniem, Dzierżymirski
+sięgnął do kieszeni, a wyjęta ruchem szybkim sakiewka jego
+roztworzyła się, i zawartość jej cała wysypała się szeroko i z
+brzękiem na ziemię.
+
+Roman, widząc to, machinalnie schylał się już, by zebrać leżące
+na żwirze alei kilkaset może franków, w złocie i srebrze, gdy oto
+jakaś refleksja nagła powstrzymała go w pół ruchu. Wyprostował
+się.
+
+Rzuciwszy zaś oczekującemu na zapłatę przekupniowi po francusku,
+niedbale: "Ramassez Ça.! - odwrócił się obojętnie na pozór w
+drugą stronę, i utkwił wzrok w jezioro.
+
+Po chwili, w półobrocie głowy, z pod oka, spojrzawszy raz jeszcze na
+zoraną bruzdami, opaloną twarz szwajcara, zbierającego już rozsypany
+pieniądz - zamyślił się...
+
+O, jakże on pragnął w tej chwili, by z garści tych oto pieniędzy,
+które mu wręczonemi będą za parę minut , zabrakło
+pięciofrankówki choć jednej!...
+
+Podarowałby on ją śmiałkowi temu, a biedakowi zapewne, z
+pewnością!... Bo czyż?... Czyż godziłoby się "jemu" rzucać na
+niego kamieniem?...
+
+Roman, wpatrzony bezustannie w zadumie przed siebie, gorączkowo,
+niecierpliwie oczekiwał rezultatu swej próby.
+
+- Weźmie, z pewnością weźmie! - mówił sobie równocześnie w duszy
+i głos jakiś cyniczny, drwią co wołał w nim szyderski.
+
+- "Uczciwość ludzka!... ha... ha... ha!.. Frazesy, frazesy!..
+malowana, wzorzysta zewnętrznie kraszanka, wewnątrz zaś skrycie
+cuchnąca!..."
+
+Przed Dzierżymirskim roztaczał się tymczasem krajobraz wdzięczny nad
+wyraz. W drżących więc oto głębiach jeziora, na prawo,
+przeglądało się tysiącem światełek miasto... płynące wody, o
+kilka kroków od alei, skręcały w bok, tocząc swe ciemne fale, jak
+rozpięta nad niemi wrześniowa noc cicha, hen! daleko, ku górom; po
+powierzchni jeziora błąkały się łódki i małe stateczki, przy
+każdym zaś błyszczała czerwona, duża, okrągła latarka, krwawym
+śladem, ścieżyną purpury znacząc głęboko swe przejście w
+przezroczej toni.
+
+I ogniki owe, łącznie ze swem odbiciem, drżały tak bezustannie po
+jeziorze, sunęły z wolna, zmieniały miejsce - wreszcie malały,
+utożsamiając się jakby w dali latającym gdzieś świętojańskim
+robaczkom...
+
+Na lewo zaś, tuż przy brzegu, u przystani statków parowych, inne
+znów ognie dotrzymywały tamtym towarzystwa. Ku uciesze zapewne
+spacerujących gości puszczano tam fajerwerki; kręciły się zatem
+młyńce, pękały rzymskie świece, strzelały wysoko barwne rakiety -
+spadały snopami iskier, ginęły w ciemnych falach jeziora.
+
+Dzierżymirski, wpatrzony początkowo bezmyślnie, począł się teraz
+właśnie przyglądać uważniej, ujęty wdziękiem widoku, gdy nagle
+posłyszał głośno wyrzeczone koło siebie słowa:
+
+- S'il vous plait, monsieur!
+
+Roman odwrócił się szybko. Szwajcar, pozbierawszy pieniądze,
+oddawał mu sakiewkę.
+
+- To dobrze, macie za owoce i fatygę! - pośpiesznie odparł
+Dzierżymirski i wręczył przekupniowi dwa franki, w srebrze.
+
+- Merci, monsieur! - akcentując przeciągle ostatnią sylabę u wyrazu:
+pan, odparł zadowolony Szwajcar, skłonił się, bez uniżoności
+jednak, i odszedł.
+
+Dzierżymirski wstał i skierował się ku innej, odleglejszej, skrytej
+cieniem drzew, a pustej również ławce. Wychodząc z domu, dziwnym
+trafem okoliczności, przerachował właśnie pieniądze i wiedział co
+do grosza, ile ich znajdowało się w portmonetce. Odtrąciwszy w myśli
+wydanych kilkanaście franków, począł gorączkowo liczyć złoto i
+srebro.
+
+Nie brakowało ani jednego centa.
+
+Widoczne rozczarowanie odbiło się na twarzy Dzierżymirskiego.
+Pochylił się na siedzeniu, oparł łokcie na kolanach i ukrył twarz w
+dłonie.
+
+- Więc ludzi uczciwych na świecie nie brak... Uczciwym być potrafi
+nawet człek prosty, więc tylko ty... ty!.. - huczało mu bezlitośnie
+w głowie, i rumieniec wstydu palił policzki.
+
+Nie mogąc usiedzieć, Roman zerwał się po chwili z ławki i
+skierował przed siebie nadbrzeżną aleją.
+
+Minął niebawem jeden z pierwszorzędnych hoteli, przed którym co
+wieczór stale grywała orkiestra, dotarł aż do położonego na końcu
+"quai" - kursalu, - zawrócił, wciąż opanowany jedną i tą samą
+myślą.
+
+W około niego roiło się teraz od eleganckiej, wytwornej
+publiczności; piękne kobiety, ubrane bogato i gustownie, wymuskani
+panowie przechadzali z wolna przed olbrzymim i urządzonym z wielkim
+komfortem hotelem "National", towarzyskie kółka siedziały grupami na
+bambusowych fotelach - bawiono się wesoło; wykwintnych gości pełno
+było również i wewnątrz hotelu, we wspaniałych salach na dole;
+przez otwarte na ścieżaj okna dochodziły dźwięki walca - tańczono.
+
+Kosmopolityczny próżniaczy high-life, zjechawszy się tutaj, używał
+do woli wywczasu i przyjemności, starając się zarazem opróżnić
+kieszenie z niepotrzebnego złota, oraz zabić czas miło i połknąć
+trawiącą nudę.
+
+- A może między nimi znajduje się on "właściciel", "on", wówczas,
+przed laty, przez ciebie, kto wie, czy nie skrzywdzony - drażniąc
+Romana uporczywie, myśl dziwaczna męczyć go nagle poczęła.
+Wstrząsnął się i skrzywił boleśnie...
+
+W tej samej chwili jednak, do uszu jego doleciał świeży, jędrny
+głos kobiecy.
+
+Pieśń włoska, namiętna, jak krew i miłość dzieci południa,
+drżąca uczuciem, pomknęła po drżącej fali jeziora, ponad głowy
+przechadzających się gości, odbiła się o echo gór...
+
+Ktoś z płci nadobnej śpiewał artystycznie i pięknie w jednej z sal
+"National'u"; Dzierżymirski podszedł bliżej i słuchać począł,
+zniewolony pięknością głosu.
+
+I powoli, rozpędzona czarem pieśni, w jego duszy równocześnie
+uspakajała się burza.
+
+Gdy śpiew ustał, Roman już myślą był gdzie indziej; jak wpływ
+zewnętrzny życia przed chwilą poruszył był dotkliwie struny duszy
+jego - tak samo, ułagodziwszy je teraz, przeniósł naraz myśl Romana
+do chwili obecnej.
+
+Dzierżymirski przypomniał sobie żonę, spojrzał na zegarek i
+skierował się drogą powrotną do mostu; zaniepokojony raptem, że
+dotąd nie ma jeszcze Oli. Idąc zaś, przesuwał wzrok uważny po
+twarzach przechodniĂłw.
+
+Nagle brwi zmarszczył. Bo oto o kroków kilkanaście przed sobą
+ujrzał Olę, ale samą i w towarzystwie tylko młodego Francuza, w
+ciemnej narzutce na ramionach, snać nie swojej, gdyż żadnej podobnej
+ze sobą nie miała.
+
+Roman uśmiechnął się ironicznie:
+
+- Zmarzła, biedaczka! - mruknął z zadowoleniem. - Przyśpieszył
+kroku, a znalazłszy się tuż przy idącej parze, pochylonej z lekka ku
+sobie, szyderczo odezwał się po francusku:
+
+- A, powitać !. . Cóż to, Ola w pożyczanych szatach?...
+
+Urwawszy w pół zdania rozmowę, idący podnieśli jednocześnie
+głowy, Ola zaś zarumieniła się nieco i odparła:
+
+- A tak. Pożyczyłam okrycia u panny K... po zachodzie słońca tak
+chłodno...
+
+- Można się było z góry tego spodziewać; bardzoś źle zrobiła,
+wyletniając się, a z odsyłaniem znów owych zarzutek kłopot tylko
+będzie! - rzucił Roman opryskliwie.
+
+- Wiesz przecie, Ĺźe jutro raniutko jedziemy! A te panie gdzieĹź?...
+
+Dwa ostatnie zdania wymówił Dzierżymirski po polsku tym samym,
+niezadowolonym wciąż głosem.
+
+- Wstąpiły po drodze do znajomych - odparła Ola, onieśmielona nieco
+tonem męża.
+
+- A... tak. No, to wracamy do domu! - zadecydował Dzierżymirski w
+tymże, co poprzednio języku, i odwrócił się szybko, pragnąc w
+duszy co prędzej pozbyć się towarzysza żony.
+
+- Przecież już Ola nigdy tego cymbała nie ujrzy! - dodał w myśli
+zarazem.
+
+- Państwo jadą jutro? O której? - pytał tymczasem właśnie
+młodzieniec.
+
+Widząc, iż Ola pragnie poinformować Francuza, Roman rzekł
+śpiesznie.
+
+- O, panie!... nie wiemy jeszcze!... Au plaisir - i wyciągnął
+rękę...
+
+- Ach, więc już może nie będę miał szczęścia oglądać państwa?
+Doprawdy, jakże mi przykro! - rzekł młody Francuzik, ściskając
+podaną dłoń; nie odchodząc jednak, wciąż szedł obok Oli.
+
+- Państwo w którą stronę? - zagadnął uprzejmie. - Tak mało
+miałem sposobności rozmawiać dziś z panem... - słodziutko
+ciągnął dalej, zwracając się do Dzierżymirskiego - umknął nam
+pan tak prędko...
+
+Bawidamek z nad Sekwany umilkł nagle pod drwiącem spojrzeniem Romana.
+
+- Państwo... w roku przyszłym zapewne przyjadą tu również? -
+jęknął jeszcze, podtrzymując rozmowę.
+
+- A pan ?.... - słodko i uprzejmie zapytał Dzierżymirski.
+
+- O, naturalnie, iż będę! - pośpieszył z odpowiedzią młodzieniec.
+
+- No, to my - nie! - odparł z przyciskiem, całkiem seryo Roman,
+lodowatym głosem, i uchyliwszy ledwo kapelusza, skinął na tramwaj
+elektryczny, by stanął.
+
+- Wsiadamy! - rzucił krótko żonie.
+
+- PrzecieĹź ten tramwaj do naszego hotelu nie idzie, a tylko w
+przeciwną stronę?! - zauważyła zdziwiona Ola.
+
+- Nic nie szkodzi. Pozbędziemy się tego kulfona!- odrzekł po polsku
+Roman. - No, wsiadaj!... - rzucił gniewnie do ociągającej się żony,
+i pchnął ją z lekka do czekającego na nich tramwaju.
+
+W sekundę później Dzierżymirscy ruszyli; wehikuł elektryczny
+pomknął i znikł, odprowadzony osłupiałym wzrokiem Francuza, który,
+postawszy na chodniku chwilę, cały, jak burak, czerwony, ruszył w
+drogę, i zginął niebawem w różnobarwnym tłumie.
+
+Gdy w Lucernie odbywał się ten drobny epizod, jednocześnie prawie,
+szerokim ukraińskim traktem, w bezgwiezdną i ciemną noc wrześniową,
+pędził konno na oklep wyrostek, w burej świtce, trzymając w ręku
+smolne łuczywo, tak zwany kaganiec.
+
+Krwawy blask jego rozświetlał panujące wokoło nieprzejrzane
+ciemności, torując w ten sposób w ślad za jeźdźcem drogę małemu
+koczykowi, zaprzężonemu w cztery bułane żwawe koniki. W powoziku
+siedział Bolesław Krasnostawski, otulony burką i obłożony
+pakunkami. Jechał właśnie od kolei, a powracał z podróży swej do
+miasta.
+
+Zabawiwszy tam, zamiast trzech dni, jak mu polecono, - dziesięć, dziś
+dopiero pośpieszał do swoich obowiązków, przez całą drogę
+łamiąc sobie właśnie głowę, jak upozorować przed starym
+Gowartowskim swą przydłużoną trochę nieobecność.
+
+Bo zgoła nie interesy służby przytrzymały pana Bolesława w wielkim
+mieście; o, bynajmniej! Młody pan plenipotent wracał goły, jak
+święty turecki. Całkowitą, naturalnie że tylko własną, zarobioną
+gotowiznę przehulał bowiem tam doszczętnie.
+
+A teraz na ostatek, jadąc w swoim koczyku, rozpamiętywał on jeszcze
+miło, na odległość nawet nęcące chwile, w wesołym grodzie
+spędzone... Myśląc zaś jednocześnie o swym chlebodawcy, jedna
+szczególniej rzecz dziwiła go niepomiernie; mianowicie, dlaczego z
+Gowartowa nie otrzymał on dotąd wcale żadnej, naglącej do powrotu,
+depeszy, lub przynajmniej choćby jakiego listu ?... Bo że on nie
+dawał znaku życia - nie było w tem nic dziwnego - ale Gowartowski?...
+To zaiste, było całkiem niezrozumiałem...
+
+I analizując fakt ten, po raz nie wiadomo już który, Krasnostawski
+ziewnął przeciągle i roztworzył oczy, przymknięte dotąd,
+usiłował bowiem zdrzemnąć się w powozie.
+
+Patrzał teraz wokoło nieco bezmyślnie, dość szybko względnie
+wśród ciemności jadąc swym powozikiem. Na tle czarnej nocnej opony
+czerwony od blask kagańca ślizgał się szerokiem kołem po obu
+stronach drogi i zapalał się kolejno na zżętych rżyskach, zaoranych
+polach, lub majaczył po grzędach zielonych plantacyj buraczanych,
+ugorach, stepowych bodjakach - kwiatach i trawach. Czasem zajrzał do
+rowu, musnął kurhan, z pochylonym krzyżem, oświetlił przydrożne
+samotne drzewo...
+
+- Żeby się tylko stary na mnie nie zaciął i za nieposłuszeństwo
+nie wymówił miejsca, hm... hm!.. - chrząkając niespokojnie,
+wymówił do siebie pan plenipotent, półgłosem. - E, chyba że nie...
+zanadto mnie potrzebuje! - uspokojony zakonkludował głośno.
+
+Nagle wytężył wzrok, bo oto zdało mu się, że w ciemnościach, w
+oddali, na prawo, rysują się jakieś cienie, a tuż, niedaleko,
+środkiem pola, jak gdyby drogą, posuwają się z wolna, zbliżają,
+dwa inne migocące małe światełka, eskortowane z przodu kręgiem,
+czerwoną plamą światła.
+
+- Hej, Stepan, czujesz *) ? ha?... - krzyknął na furmana.
+[*) Słyszysz.]
+
+Człowiek, siedzący na koźle, w burce i ceratowej czapce, odwrócił
+się leniwie. Krasnostawski wskazał ręką na prawo.
+
+- Co to takiego? - zapytał.
+
+- Ktoś z kahańcem jide od Howartowa, - taj hodi **) - zawyrokował
+stanowczo woĹşnica.
+[**)Ktoś z kagańcem jedzie od Gowartowa - i już.]
+
+- To już Gowartów? - zdziwił się Krasnostawski.
+
+Jadąc do folwarku Tomaszówki, rezydencyi pana plenipotenta,
+przejeżdżało się pod sam Gowartów, oddalony ledwo od traktu o pół
+wiorsty.
+
+Kocz Krasnostawskiego, podniszczony nieco i roztrzęsiony, klekotał po
+drodze, konie szły raźno, wyciągniętym kłusem, czując snać w
+pobliżu już domową stajnię. Krasnostawski zapalił zapałkę i
+spojrzał na zegarek: dochodziła druga po północy.
+
+- Hm... hm!.. Stary znów nie śpi, bo widocznie to we dworze się pali
+- ponownie mruknął, wpatrzony w gorejące w oddali podłużne wstęgi
+świateł.
+
+- Koło hresta - stanesz! - rozkazał, zwracając się do furmana,
+zaciekawiony naraz, kto może jechać z Gowartowa o tak późnej porze?
+
+Furman huknięciem donośnem zakomunikował rozkaz wyrostkowi z
+kagańcem.
+
+Na rozdrożu stanęli. Ramiona stojącego tu, omszałego starego
+krzyża, zabarwiły się od łuczywa purpurą. Czekali.
+
+W nocnej ciszy dochodził już turkot powozu, tętent koni i dźwięk
+jazd zbliżał się szybko.
+
+- Semen - Howartowskije koni! - nachyliwszy się ku Krasnostawskiemu z
+kozła, furman pospieszył z informacyą.
+
+Pierwszy pod krzyżem zjawił się na rosłym stajennym kasztanie
+parobek, z kagańcem, a poznawszy gowartowskiego plenipotenta, uchylił
+pokornie czapki.
+
+- Kto to jide? - rzucił pytanie Krasnostawski.
+
+- Pan dochtór! - brzmiała odpowiedź.
+
+Pod krzyż nadjeżdżała zaprzężona w parę rasowych gniadoszów
+nejtyczanka, powożona przez wąsatego i porządnie ubranego stangreta.
+
+Krasnostawski wychylił się ze swego kocza, począł machać kapeluszem
+i krzyknął donośnie:
+
+- A!... pan konsyliarz kochany!... Powitać, witać! Stój, Semenie!...
+
+Nejtyczanka zatrzymała się posłusznie i w podwójnem migocącem
+świetle kagańców u rozstajnego drzemiącego krzyża, zeszło się
+dwóch mężczyzn.
+
+- To pan? - Nie poznałem... - odezwał się nazwany przez
+Krasnostawskiego konsyliarzem.
+
+- Dobry wieczór, a raczej dzień dobry! - pozdrowił młody człowiek
+przybyłego - bo to już dobrze po północy - dorzucił. - Czy szanowny
+pan z Gowartowa? Cóż to tak późno, ktoś chory, broń Boże, a może
+tylko z wincika?....
+
+Z pod czapki spojrzała uważnie na Krasnostawskiego zdziwiona twarz
+doktora, okolona długą brodą.
+
+- Jak to? To pan nic nie wiesz? - zapytał.
+
+- Wracam z podróży... - objaśnił Krasnostawski.
+
+- Aaa! nic nie wiedziałem... Pan January, chory od tygodnia, rozwinął
+się tyfus, o przebiegu silnym bardzo i niebezpiecznym... Poza tem
+komplikacye inne, nerwy et caetera... Teraz zresztą już lepiej...
+może Bóg da... doktór zatrzymał się.
+
+- Ale, nie mówię panu, od czego się to wszystko zaczęło - dorzucił
+informująco.- Już był pono niezdrów, moralnie przynajmniej; wpadł,
+polując na moczarach, w wodę po szyję i zaziębił się...
+
+- Nikt mi znać nie dał, mój Boże! - szczerze zasmucił się
+Krasnostawski. - Więc pan mówisz, że dziś lepiej?...
+
+- O tyle, o ile!.. teraz śpi po lekarstwie, gorączka spadła nieco,
+lecz wczoraj było źle bardzo; notabene, prócz klucznicy - staruszki,
+w całym domu nikogo nie ma przy sobie...
+
+- Możebym ja pojechał tam teraz, do pana Januarego, na noc, co? -
+rzekł Krasnostawski, na dobre zmartwiony.
+
+Doktór przyjaźnie spojrzał na młodzieńca, uśmiechnął się z
+dobrocią i rzekł:
+
+- No, zmęczony jesteś, kochany panie, podróż, mości dobrodzieju,
+wspomnienia po niej miłe zapewne, panie tego - tu poklepał
+Krasnostawskiego po plecach. - Nie, nie potrzeba - ciągnął dalej
+seryo - wyśpij się pan i jutro tam pojedziesz, bo zresztą, mówiąc
+między nami, przeszkadzać tam tylko będziesz... Niech śpi sobie,
+nieborak, klucznica i służba przypilnują go. Ba ! żeby to tylko
+zawsze tak było, jak dziś....
+
+- Jak to? więc obawa jest jeszcze? - zaniepokojonym znów głosem
+zapytał Krasnostawski.
+
+- Obawa jest, jeszcze! - przedrzeźnił szorstko doktór i widocznie
+nadrabiając miną, dorzucił. - Wam wszystkim się zdaje, że doktór
+to prorok!... Naturalnie, że jest!... Czy ja wiem zresztą - wszystko w
+ręku Najwyższego - zobaczymy... No, tymczasem dobranoc! - doktor
+wyciągnął rękę na pożegnanie.
+
+Krasnostawskiemu twarz spochmurniała, i niepokój wyraźny odbił się
+na niej; odczuł nerwami, czego nie było w słowach doktora i co on
+usiłował widocznie pokryć przed nim na razie, i posmutniał jeszcze
+bardziej.
+
+Jednocześnie jakiś jakby wyrzut sumienia wezbrał mimo woli w jego
+duszy, iż on tak długo pozostawił starca w samotności, bez opieki,
+sam bawiąc się wesoło. Pożegnawszy lekarza, pomógł mu wsiąść do
+bryczki.
+
+- JakĹźe tam zdrowie wszystkich u szanownego doktora, Ĺźony, dzieci?...
+- bąknął, aby coś powiedzieć.
+
+- Dobrze, dobrze, serdecznie, dziękuję, dobranoc!
+
+- Dobranoc! - powtórzył, jak echo, Krasnostawski, i ruszył do swego
+pojazdu.
+
+- Czohoś meni ne skazał, szczo pan słabujut - rzucił wymówkę
+furmanowi.
+
+Tenże odparł lakonicznie:
+
+- Zabuł, pane!
+
+- Do Tomaszówki! - rozkazał Krasnostawski.
+
+Powozik ruszył w dalszą drogę. Turkot jego w milczeniu nocy
+połączył się z cichnącym coraz bardziej odgłosem kół i dzwonków
+nejtyczanki lekarza, a dwa kagańce, w dwie przeciwne strony, rzuciły
+znowu ruchome swe kręgi krwawe w pasmo uśpionych, kirem nocy
+pokrytych, obszarów. Oddalając się od siebie, długo tak na
+horyzoncie, malejąc coraz bardziej, świeciły ich łuczywa, aż
+wreszcie, zamigotawszy czas jeszcze jakiś purpurowymi punkcikami na
+niezmierzonych płaszczyznach - spełzły całkiem na widnokręgu,
+znikłszy, zlawszy się z ciemnością, która wchłonęła je w siebie.
+
+Turkot na trakcie ucichł. Szeroka taśma ukraińskiego szlaku,
+rozjaśniona na chwilę, znikła i czarność jeszcze większa zawisła
+nad polami, stepami i krzyĹźami kurhanĂłw.
+
+W milczeniu nocy, pełnem zagadek i szeptów tajemniczych, wszystko
+dokoła zapadło w sen twardy i cichy.
+
+
+---------
+
+
+
+- Bo ty nie wiesz, nie czujesz moĹźe i nie przypuszczasz nawet, jak ja
+cię kocham, jak bardzo ubóstwiam, ty skarbie mój najdroższy, ty moje
+życie, me wszystko!... - szeptał gorąco Dzierżymirski, nachyliwszy
+się ku Oli i tuląc ją do siebie.
+
+- Ty zdać sobie sprawy nie potrafisz - ciągnął dalej, zapalając
+się coraz bardziej do słów własnych - ile ja gotów jestem rzeczy
+najdroższych nawet - poświęcić dla ciebie, co dla cię zdolnym
+stłumić, przecierpieć!... Ja gdybym był cię nie posiadł -
+podeptałbym bez namysłu wszelkie prawa ludzkie, jeśliby one stanąć
+mi śmiały wówczas oporem do zdobycia ciebie!... Ty nie wiesz... nie
+wiesz!...
+
+Roman, pobladłszy, umilkł. Chmura osiadła mu na czole, skrzywienie
+bolesne zadrgało w ust kącikach. Pochylił na moment głowę.
+
+Och, czemuż nie mógł, czemuż, powiedzieć jej Oli, wszystkiego?.. Na
+ustach mu drżało, przemocą prawie wyrywało się z nich wyznanie
+przeszłości, zdusił je jednak, wtłumił w siebie, z obawy, by te
+piękne lica ukochane nie odwróciły się odeń z pogardą. Po chwili
+znów mówił:
+
+- Tak, ty obszaru, ty głębi uczucia, które wre we mnie, które dla
+ciebie niejedną już tamę zerwało, nie oceniasz, nie rozumiesz...
+
+Dzierżymirski silniej przycisnął do siebie kibić żony, a
+pochwyciwszy jej ręce, przywarł do nich ustami, i pocałunkami
+okrywać je począł.
+
+- Ty... moja... moja! - szeptał w kółko namiętnie, coraz czulej...
+ciszej...
+
+- Ty moja!... Ja za nic w świecie nikomu cię nie oddam, wydrzeć sobie
+nie pozwolę!...
+
+A uspokoiwszy się stopniowo, ciągnął:
+
+- I czyż wobec tego zatem dziwić się nawet możesz złemu humorowi
+memu, owego wieczora, pamiętasz, w Lucernie!... To nie był gniew,
+opryskliwość, jak to nazwałaś, dziwactwo! O, wierz mi - nie!... To
+była, wywołana cierpieniem tylko - zazdrość i żal duszy, że komu
+innemu pozwalasz choć częścią wdzięków twych się napawać, że na
+nie patrzy, rościć sobie może jakieś urojone, choćby imaginacyjne
+do nich prawa - mężczyzna inny - niźli... ja...
+
+Roman mówić przestał wzburzony i wzruszony.
+
+- Rozumiesz więc teraz, kochanie ty moje? rzekł znowu po chwili
+miękko, łagodnie, i spojrzawszy prosząco w oczy słuchającej go w
+milczeniu Oli, rzucił pytająco: -Przebaczasz?..
+
+- Ależ przebaczam... przebaczam!... - rzekła, uśmiechem,
+pieszczotliwie Ola, a że nikogo podówczas właśnie w pobliżu nie
+było - siedzieli w cieniu alei nadbrzeżnej nad Lemanem - zarzuciła na
+szyję Romana swe długie białe ręce, i przytuliwszy się doń,
+poczęła mu z kolei szeptać:
+
+- Ty mój drogi, jedyny!... Od kwadransa patrzę na ciebie i rosnę w
+duszy, takiś szlachetny, rozumny, piękny... Piękny!... - powtórzyła
+z zalotnością, namiętnie i przymilająco się musnęła wargami
+śniadą twarz Dzierżymirskiego.
+
+- Nie taki, jak wówczas, zazdrosny, zły, brzydki!...- przekomarzała
+się z wdziękiem - ale taki zakochany... wielki!...
+
+I Ola czulej jeszcze przycisnęła się do Romana, zbliżyła swe wargi
+świeże do jego ust zmysłowych, i mówić poczęła głuchym szeptem,
+urywanym od uczucia nadmiaru - przeplatanym pieszczotą, pełnym
+tętniących w nim młodych pragnień:
+
+- Kocham cię!... kocham... kocham!... Jak nikogo dotąd... nigdy,
+nigdy!... - szept przy tem młodej kobiety zadrżał namiętniej
+jeszcze. - Nie ja - to ty przeciwnie nie rozumiesz, nie czujesz, jak
+cię kocham, uwielbiam !...
+
+- Wszak dla ciebie porzuciłam ojca, Gowartów, rodzinę! Stłumiłam,
+zgniotłam uczucia inne!... Pośpieszyłam na twe wołanie, pobiegłam
+za tobą, w twe objęcia, podeptałam wszystko... wszystko!.. O!... Ja
+bym sobie zarówno wydrzeć ciebie nie dała - tyś także mój!...
+mĂłj!...
+
+I szept młodej kobiety łaszący się, palący, zawrotny - skonał...
+
+Zbliżone usta młodych silnie zwarły się w pocałunku. Na chwilę,
+minut parę, znikło im z oczu wszystko, przesłonięte mgłą jakby, z
+której jedna jedyna wyłoniła się tylko - miłość.
+
+Wokoło zaś wciąż nie było nikogo. W cieniu drzew tonął w mroku
+tajemniczym, cisz zadumanych pełnym "quai Perdonnet," nadbrzeżna aleja
+w Vevey, wijąc się brzegiem Lemanu, u stóp rozrzuconego w górze
+szwajcarskiego miasta.
+
+Nad "Lac Leman" drżał księżyc w pełni; przeglądał się w
+głębokich jego toniach, z pieszczotą ślizgał swe promienie po
+ciemno-modrych falach...
+
+I w blasku miesięcznego światła tchnął krajobraz cały jakimś
+czarem dziwnym...
+
+A więc, poza jeziorem, hen, gdzieś, w perspektywie, niewyraźnie
+srebrzył się mglisto Alpejski szczyt wyniosły - w tafli Lemanu,
+ogromnej, szklistej, niby morze, odbijały się gwiazdy, topił w nich
+swe wierzchołki wieniec pobliskich gór. Masy ich kadłubów miejscami
+zaciemniały jezioro, a w ciemniach tych, odbijających rażąco na
+obszarach wód od fali, tych oświetlonych taśm jasnych, błąkały -
+się jakieś mary i cienie, ze śnieżnym żaglem sunęła cicho
+zgrabna, wysmukła barka...
+
+Księżyc tymczasem wzbijał się coraz bardziej i wyżej, malał,
+stawał się jaśniejszym, przezroczym - milczenie wzrastało... Fala u
+stóp Dzierżymirskich szemrała teraz cichutko, a tam, z mroków, od
+gór podnóża, na przestrzenie wód Lemanu, skrzące się pyłem
+srebrzystych promieni, marząco, niepokalana, biała, spokojnie
+wypływała z wolna ta sama łódź żaglista...
+
+Oderwawszy usta od gorących pocałunków, Roman i Ola patrzyli w
+zachwycie.
+
+Do dusz ich, na piękno czułych, wślizgiwał się czar tej
+szwajcarskiej, boskiej nocy, studził krew rozigraną swym bezmiernym,
+majestatycznym spokojem, poniżał, równał z zerem ich troski ziemskie
+ogromem i potęgą przyrody - podnosił, wzmacniał ducha, dodawał mu
+skrzydeł, lecących w zaświaty...
+
+Pierwszy z nastroju tego ocknął się Dzierżymirski i spojrzał na
+zegarek. - O, już mija dwunasta! Chodźmy, moje życie! - odezwał się
+do Oli.
+
+Powstali.
+
+- Ach, jakże noc dzisiejsza jest piękną - jak piękną!.. - z
+zachwytem szepnęła Ola - nie zapomnę jej chyba nigdy.
+
+- Ani ja również! - potwierdził Roman w zadumie.
+
+Wziął pod ramię żonę i ruszyli z miejsca, kierując się pod
+górę, ku rozsianym willom miasta.
+
+Milczeli. W głowie Romana huczał chaos różnorodnych myśli. Z nich
+zaś jedna, najuporczywsza, wyłoniła się zwycięska.
+
+- Miłość, miłość raz jeszcze, i miłość tylko, jedyna, wielka! -
+krzyczał w nim głos podnieconego mózgu - ocalić cię jest w stanie!
+W niej tylko znajdziesz zapomnienie, nią się upijesz, przy jej pomocy
+zmatujesz bolesną ranę przeszłości, zdusisz sumienia wyrzuty !..
+
+- Bo miłość, to haszysz - wołał ten sam głos dalej - bo miłość,
+to szczęście na ziemi - to raj, to jedna rzecz z tych, tak rzadkich na
+świecie, dla której warto może walczyć i trudzić się, by ją
+zdobyć! - Ona częstokroć cierpieniem i rozczarowaniem tylko, lecz
+ileż razy bólów życia nagrodą - jego zapomnieniem!..
+
+Dzierżymirski zdjął kapelusz z głowy, pod wpływem zaś myśli
+ostatnich, opiekuńczo i czule objął silnem ramieniem kibić żony.
+
+Postępowali krokiem raźnym, idąc pustemi, cichemi uliczkami
+bezustannie pod górę. Roman odezwał się po chwili:
+
+- Zostaniemy dłużej w Vevey; tu tak cicho, samotnie, tak z dala od
+ludzi, od świata i jego pogwarów - zostaniemy, Oluniu, cóż ty na to?
+- pytająco nachylił się ku młodej kobiecie.
+
+- Ależ i owszem, mój ty samotniku - odparła z uśmiechem Ola - a
+zresztą, wszak nie zwiedziliśmy jeszcze wszystkiego...
+
+- Ach tak, prawda... moje życie, prawda... Koniecznie zobaczyć musimy
+wszystko! - mówił Roman. Umilkli znowu, zatopieni w myślach.
+
+Od parodniowego pobytu swego w małem nadlemańskiem miasteczku,
+DzierĹźymirscy prowadzili Ĺźywot pracowity. Wstawali raniutko, odbywali
+wycieczki i spacery po okolicy; nie dalej, jak dziś, zwiedzili
+pobliskie Montreux i sławny "Chateau Chillon;" obejrzawszy go wewnątrz
+dokładnie, jego starożytne , sale i wieżyce, miejsca kaźni - ponure
+więzienia, z zachowaną dotąd tak zwaną "oubliette," nad
+trzystumetrową głębią Lemanu.
+
+Wśród narodowych śpiewów szwajcarskiego ludu, towarzyszącego im w
+kolejce, zwiedzili oni również przed paru godzinami górę
+"Soim-Pèlerin," mając świeżo jeszcze w pamięci cudny z wierzchołka
+jej widok na szafiry jeziora i miasto Vevey, zaciszne, pogodne, rzucone
+niby na ekran zielonego podnóża gór - zadumane, pełne melancholyi i
+cichego smutku...
+
+- Wiesz, Oluniu, co ci powiem? - odezwał się nagle do żony Roman,
+gdy, mijając właśnie wysokie, gotyckie wieżyce pięknego kościoła
+katolickiego, zagłębiali się w aleję, poprzez drzew liście,
+rozjaśnioną tajemniczo cieniami księżycowego światła...
+
+- Otóż - ciągnął po przelotnej chwilce wahania - że napisałem do
+jednego z dawnych znajomych, by donosił mi, co się dzieje z ojcem
+twoim w Gowartowie...
+
+- Ty zrobiłeś to? O, mój drogi, najdroższy, jakiś ty dobry,
+poczciwy, złoty! - wykrzyknęła szczerze uradowana Ola i przytuliwszy
+się do Romana, uściskała go serdecznie.
+
+- A tak, ja, we własnej osobie, tak często bowiem smutną bywałaś...
+- potwierdził Dzierżymirski, i urwał nagle.
+
+Przyjemnego a jednocześnie i przykrego doznał on wrażenia. Miłą
+była mu myśl, że odgadłszy utrapienie żony, ulżył jej. Smutno
+nieco, widząc bowiem na twarzy żony tak pogodną radość, poczuł,
+iż o odebranym już liście wspomnieć nie mógł. Ten, choć nie
+wesoły, nie wiózł jednak jeszcze ze sobą złych wiadomości, gdy
+natomiast następne - kto wie?
+
+- Ha, trudno, - powiedział sobie w duszy Dzierżymirski - niech cieszy
+się! Nie zatruję ja jej tej chwilki zadowolenia.
+
+- I dotąd niema żadnej odpowiedzi? - skwapliwie pytała tymczasem Ola.
+
+- Nie, kochanie - skłamał gładko Roman - ale nadejdzie niebawem,
+podałem adres Vevey...
+
+- Podałeś? - ucieszyła się znów Ola - no, to dobrze, bo ja mimo
+woli biję się z przypuszczeniami nieraz, co tam oni wszyscy myślą o
+mnie, czy potępiają bardzo, czy gniewają się, czy smucą?..
+
+Ola ucichła i cień smutku przemknął po jej twarzy.
+
+- No, no, cóż to znów za niepokoje? - podchwycił Roman, korzystając
+zaś, iż na ulicy nikogo nie było, pośpieszył z pocieszeniem,
+pieszcząc czule młodą kobietę.
+
+I znowu zagrała w nim nienasycona miłość namiętna, ogarnęła,
+zdeptała wspomnienia - zakrólowała sama!..
+
+Niebawem Dzierżymirscy odszukali swą willę, już ciemną całkiem i
+uśpioną, a błądząc chwilę po pustych korytarzach, dotarli
+nareszcie do duĹźego pokoju z balkonem, ktĂłry zajmowali tu na pierwszem
+piętrze.
+
+Kroki zapóźnionych przybyszów zmąciły ciszę willi, skrzyp drzwi
+zgrzytnął fałszywym dźwiękiem w ogólnej harmonii powszechnego
+milczenia.
+
+W pokoju okna były otwarte, i panowało w nim powietrze rzeźkie,
+świeże, od gór płynące. Wchłaniając je z lubością,
+Dzierżymirscy poczęli gospodarzyć u siebie. Roman po chwili wziął
+się do zamykania okien, Ola zaś, zapaliwszy światło, zdjęła
+kapelusz i wolno poczęła się rozbierać.
+
+Lecz oto nagle podskoczyli oboje. W zupełnej bowiem ciszy uśpionego
+domu, tuż po za ścianą sąsiedniego pokoju, rozległy się silne
+uderzenia. Ktoś bez ceremonii walił w mur pięściami, chcąc
+widocznie zamanifestować swoją tam obecność, a zarówno i fakt że,
+hałasując, spać mu przeszkadzano.
+
+Wkrótce jednak rozjątrzone uderzenia ustały i posypała się garść
+nieestetycznych, wyrażonych głośno i ze złością epitetów.
+
+Tyle było bezwiednego komizmu w stukaniu tem i w poirytowanym głosie,
+zaspanym jeszcze, że Dzierżymirscy roześmieli się wspólnie i
+szczerze.
+
+- To ta słodziutko-grzeczna rozwódka, podstarzała, pseudo - wielka
+pani, elegantka, wiesz .. co to przy obiedzie, siedzi koło nas -
+objaśniła półgłosem Ola - (w szwajcarskich hotelach-willach,
+zwanych "pensions," obiadują wszyscy razem).
+
+- Tak?.. - zdziwił się Roman - nie wiedziałem... A to oryginał baba,
+naturalnie, nie przypuszcza zapewne, iż my tu mieszkamy... Złapała
+się... Jak to jednak i pozory fałszywej układności zdradzają
+częstokroć to zwierzę, ukryte w człowieku - filozoficznie dorzucił.
+- Ale, ale... - ciągnął dalej, z uśmiechem - wyobraź sobie,
+Oluniu... Zapomniałem ci powiedzieć. Tu, na górze nad nami - wskazał
+sufit palcem i roześmiał się - mieszka drugie dziwadło:
+Pamiętasz... ta mała, nasze vis-a-vis, żółta stara panna... Otóż
+wynajmuje ona aż pięć pokoi próżnych naokoło siebie, a wiesz
+dlaczego? - Tu Roman po raz drugi głośniej jeszcze parsknął
+śmiechem. - Żeby jej w nocy nie hałasowano! Mądrzejsza od naszej
+sąsiadki, co?...
+
+Ola zaśmiała się z kolei srebrzyście. Słuchając męża, zdjęła
+właśnie przed chwilą suknię, i siadała obecnie przed lustrem, z
+obnażoną szyją i ramionami. Pragnąc rozczesać włosy, przechyliła
+się w tył i poczęła rozwiązywać je leniwym ruchem rąk.
+
+- Poczekaj - rzucił żywo Dzierżymirscy - damy tej babie odpowiedź
+muzyką całusów!.. Przypomni sobie może luba rozwódka małżonka!..
+Ha-haha, a to się wściekać dopiero będzie!..
+
+I swawolnie, ze śmiechem, Roman przylgnął wargami do ramion Oli, i
+począł całować je głośno, cmokając z lubością.
+
+- Ohe!.. la - bas!.. On dort ici!.. - rozległ się po chwili za
+ścianą gardłowy, świszczący glos, pełen nienawiści i jadu.
+
+- Buch! buch! buch! - rozległy się znów w pasyi uderzenia o mur
+wściekłe.
+
+Ola śmiała się serdecznie, Roman nie przestawał całować
+zamaszyście.
+
+- Dosyć już, dosyć! - szepnęła młoda kobieta, z trudnością
+hamując wesołość, - proszę mi wynosić się teraz - szepnęła w
+ślad za tem, z pieszczotą w głosie. - Idź na balkon! - dodała, i
+przechyliwszy wysoko giętką swą szyję na poręcz krzesła, podała
+Romanowi do pocałunku rozchylone swe wargi zalotnie patrząc nań z pod
+długich rzęs...
+
+Cudną i wdzięczną swych linji harmonią, biust kobiecy przemknął
+ponętnie w tym ruchu falistym przed rozkochanym wzrokiem mężczyzny.
+
+Dotknął ustami ust i z wezbraną miłością w sercu wyszedł na
+balkon.
+
+Tu zapalił cygaru i znowu wchłonął w siebie pełnym, szerokim
+oddechem, orzeźwiającą atmosferę cichej szwajcarskiej nocy.
+Spojrzał w dół. U stóp jego szkliło się w dali tam i ówdzie
+srebrem rozbłękitnione jezioro. Do powierzchni jego pieszczotliwie
+tuliły się jeszcze gdzieniegdzie ostatnie mgiełki, błąkające się
+zazwyczaj dzień cały, od rana, po Lemanie, i wespół z białemi
+mewami muskające stale grzbiety jego fal.
+
+Księżyc już był bardzo wysoko. Snopami światła dotykał teraz
+grzbietów gór, mienił się fosforycznie na wierzchołkach dalekich
+śnieżnych szczytów.
+
+A tam, w dole, zadumane, ciche usypiało miasto... Jedne po drugich, jak
+iskry dopalającego się płomienia, ogniki - gasły w domostwach Vevey
+światełka, kolejno - stopniowo nikły...
+
+Dzierżymirski, z zadowoleniem, wciągał wciąż w piersi zdrowy
+powiew, płynący z dali, wypuszczając zarazem z ust małe obłoczki
+niebieskawego dymu.
+
+Obecnie - chwilowo, był on zupełnie szczęśliwym! Tu, w zacisznym
+gór zakątku, czuł on podwójnie, jako swoją wyłączną własność
+ubóstwianą kobietę, kochał ją zdwojonym sił żywotnych zapasem, a
+czując równocześnie wzajemność jej ku sobie niekłamaną, nurzał
+się w uczuciu tem, z rozkoszą pływaka, rzeźko wśród
+rozsłonecznionych wód wesołych płynącego w dal radosnego jutra!
+Wizye przykre zniknęły zupełnie, robak wewnętrzny, toczący ducha
+Romana, przestał go dręczyć na chwilę... Dawką miłości ukołysane
+sumienie - spało.
+
+- Romciu!.. Romeczku!.. - usłyszał naraz Dzierżymirski pieszczot
+obietnic pełny, wołający go głos kobiety.
+
+- Idę... idę! - odparł pośpiesznie i rzuciwszy cygaro, przestąpił
+prĂłg balkonu.
+
+Światło w pokoju zgaszonem już było. Tajemnicze natomiast
+błękitno-srebrne księżycowe fale zalewały komnatkę, a w
+półświetle tem majaczyła postać Oli i bielały alabastrowe jej
+ramiona.
+
+Dzierżymirski, wchodząc, chciał przymknąć za sobą obite szarem
+suknem balkonowe okiennice.
+
+- O, nie... nie zamykaj !.. Tak ładnie księżyc świeci, tak
+ślicznie!.. - posłyszał w tejże samej chwili prośbę Oli. Roman
+usłuchał, a zamknąwszy tylko szczelnie okienne ramy balkonu,
+skierował się szybko w głąb pokoju.
+
+***
+
+Jeszcze we mgłach wczesnego poranku drzemały góry, jezioro i
+niezbudzone, senne miasto Vevey, gdy do drzwi pokoju DzierĹźymirskich
+zapukał ktoś dyskretnie.
+
+Roman, który obserwował właśnie przez okna mglisty krajobraz, na ten
+odgłos zerwał się pośpiesznie. Odziawszy się szybko, nie pytając
+przez drzwi głośno, kto zacz, by nie zbudzić Oli, skierował się ku
+wyjściu z komnaty... Otworzył drzwi cicho...
+
+- Bonjour, monsieur! - pozdrowiła go, przeciągając śpiewnie,
+wpółubrana, uśmiechnięta wstydliwie, młoda Szwajcarka, i podała
+jakiś papier.
+
+- Co to jest? - z cicha pytająco rzucił po francusku.
+
+- Telegram! - brzmiała odpowiedź.
+
+- A... dziękuję - odparł Roman i zamknął drzwi. Niepokój wyraźny
+odbił się na wyrazistem obliczu jego; cichutko podbiegł na palcach do
+okna i gorączkowo rozwinął ćwiartkę papieru.
+
+Stłumiony gwałtem okrzyk zabrzmiał w pokoju przyciszonem echem, i
+telegram z ręki Romana upadł mu na posadzkę. Poprzez szyby balkonu
+Dzierżymirski spojrzał błędnym wzrokiem przed siebie.
+
+Tam, gdzieś w oddali, poza wierzchołkami gór, zaróżowiało się
+coś niewyraźnie, płoniło... W mgłach tajemniczych zniknął cały
+wczorajszy krajobraz, a poza niewidzialnymi tylko szczytami Alp,
+pokrytymi jakby woalem, gdzieś, daleko, - zakryta wstydliwie,
+wschodziła snać jutrzenka...
+
+Roman, blady jak płótno, przeniósł wzrok swój w przeciwną stronę
+komnaty. Uśmiechnięta, cicha spała tam Ola... Z pod lekkiej kołdry
+wysunęła się jej główka urocza, rzęsy długie kładły swe cienie
+na rumianą twarzyczkę, usteczka ponętne z koralu marzącym, od
+rzeczywistości dalekim, rozchylały się uśmiechem...
+
+Dzierżymirski patrzył wciąż na nią, z czułością współczuciem,
+bĂłlem...
+
+- Biedna!.. biedna!.. - wyszeptał - Biedna!.. powtórzył ciszej
+jeszcze. Bolesne skrzywienie przemknęło mu po ustach, i odwróciwszy
+twarz, - nieruchomy, oparł się w zadumie o szyby okien balkonu.
+
+
+---------
+
+
+Babie lato snuło swą przędzę... Czepiało się na zagonach
+poruszonej świeżo czarnoziemnej gleby; łaskotało nozdrza siwych
+wołów, w trzy pary leniwie sunących u pługów, obmotywało się
+swawolnie wokoło ich przepysznie rozrosłych rogów i biegło dalej,
+unoszone wietrzykiem, by przytulić się do rozgorzałej w słońcu
+czerwienią i złotem ściany borów, do samotnych grusz polowych i
+zgarbionych strzech ukraińskich chatek, a zaglądając po drodze w
+ukołysane jesienną ciszą jary - ginęło gdzieś w stepie dalekim,
+splatając tam ze sobą uściskiem trawy, bodjaki i polne kwiecie -
+pracowicie przędząc wszędy ustawiczną nić swą białą.
+
+Drogą do Gowartowa, galopem, co koń wyskoczy, pędziła czwórka koni,
+unosząc w tumanie iskrzącej się od słońca kurzawy powóz, a w nim
+dwie osoby. Pierwszą z nich był ksiądz proboszcz, z pobliskiego
+miasteczka, drugą - Krasnostawski.
+
+Jak huragan, minąwszy pochyloną garstkę ludzi, kopiących w pobliżu
+łan buraków, oraz cmentarzyk wiejski, cichy, pełen uroku - pojazd
+wpadł do sioła. Z zagród chłopskich wyskoczyły psy i szczekać
+poczęły zajadle; wystraszone dzieciaki, o płowych, prawie białych,
+włosach, rzuciły się, uciekając w popłochu, a przędzące konopie
+wieśniaczki, w barwnych swych strojach, chustkach i wyszywanych
+koszulach, stawały zdziwione, przeprowadzając migający pędem pojazd
+niespokojnem okiem.
+
+Zziajana, okryta potem czwórka koni, zwolniła wreszcie biegu, i
+stępa, wolniutko, ostrożnie spuszczać się zaczęła z pagórka na
+wiejską groblę.
+
+- Czy księdza dobrodzieja nie znużyła nasza tak prędka jazda?..
+Cóż robić jednak, kiedy inaczej nie zdążylibyśmy może... -
+odezwał się Krasnostawski, korzystając z mniejszego pędu powietrza.
+
+Barczysty ksiądz, o inteligentnem wejrzeniu dużych czarnych oczu i
+brwiach kruczych, odbijających wyraziście od białych włosów,
+wymykających mu się spod kapelusza, obruszył się na to pytanie.
+
+- Ale, cóż znowu!.. - odparł. - Oby tylko ten zacny pan January
+dożył błogosławionej chwili i mógł pojednać się z Bogiem!..
+
+Umilkł ksiądz, i niebawem z pobożnem westchnieniem, dorzucił:
+
+- O to ostatnie właśnie od czasu, gdy jedziemy, myśl mą ku
+Najwyższemu wznoszę... Może jej usłuchać raczy!..
+
+- Doktór mówił, że z godzin trzy pożyje - odparł Krasnostawski, a
+wyjmując zegarek, rzekł jeszcze: - Od chwili tej minęło dwie
+godziny...
+
+- Ach, ci lekarze! - machnął ręką ksiądz stary - cóż tam
+ostatecznie wiedzieć oni mogą - wszak wszystko w ręku Stwórcy-Pana!
+Ja, na przykład, pewnego razu byłem już konającym, a jednak, po
+przyjęciu Przenajświętszego Sakramentu i Olejów Świętych -
+wyzdrowiałem...
+
+Umilkli. Ksiądz zaś po chwili, widząc, że furman wciąż jedzie
+stępa, zauważył:
+
+- Ale może byśmy znów pojechali nieco prędzej, nieprawdaż?
+
+- Naturalnie, niech minie tylko most i groblę - odrzekł Krasnostawski.
+
+U stóp ich szumiało w tej chwili koło u młyna, pryskająca odeń
+wodna piana szeroko rozlewała się na senną taflę dużego stawu, w
+której przeglądały się pożółkłe szczyty gowartowskiego parku.
+
+Za groblą znowu ruszyli galopem, i niebawem, wyminąwszy jeszcze
+część wsi, zajechali przed ganek pałacu. Na spotkanie wybiegł stary
+lokaj, klucznica i kilku domownikĂłw.
+
+W ciszy, przerywanej tylko parskaniem i sapaniem spienionej zziajanej
+czwórki koni, z lękiem, na stopniach kocza, Krasnostawski zapytał
+głośnym szeptem:
+
+- Ĺťyje?..
+
+- Żyje !.. Żyje !.. - odparli wszyscy chórem, lokaj zaś natychmiast
+dorzucił:
+
+- Chwała Bogu na wysokościach... Pan doktór powiedział, że może i
+do jutra rana...
+
+- A gdzież pan doktór? - pytał dalej Krasnostawski.
+
+- A ot, tylko co patrzeć, jak odjechał.. Pono do Karolówki, bo tam
+młodsza jaśnie pani niezdrowa...
+
+- Niezdrowa!.. - obruszył się plenipotent. - Tu przecież konający w
+domu, mógł chyba zostać jeszcze! - dorzucił gniewnie, zły na
+widoczną obojętność wiejskiego eskulapa. Obejrzał się.
+
+Ksiądz z nim przybyły wysiadał właśnie z powozu, poprzedzany
+towarzyszącym mu chłopaczkiem... Rozległ się wkrótce dźwięk
+uroczysty kościelnego dzwonka - w progi pałacu wstępował Syn Boży,
+utajony w Przenajświętszym Sakramencie...
+
+W parę minut później, do pokoju chorego już wchodził ksiądz;
+idący w ślad za nim Krasnostawski został na progu i spojrzał w
+głąb sypialni chorego.
+
+Na łóżku zamajaczyła mu blada, już nie z tego prawie świata,
+sędziwa twarz pana Januarego. Drzwi zamknięto jednak w tej chwili -
+Krasnostawski cofnął się dyskretnie i począł przechadzać się
+wielkiemi krokami po pokoju.
+
+Od czasu powrotu z podróşy swej do miasta, na nim jednym prawie
+spoczywało wszystko. Przepędzał noce całe u chorego, doglądał go
+osobiście, wzywał lekarzy, konsylia.
+
+Dziś, widząc, iż już koniec nieodwołalny się zbliża, a śmierci
+widmo błąka u progów pałacu, znaglony, pojechał po księdza, dnia
+poprzedniego już, cięty przeczuciem, zatelegrafowawszy o
+nieszczęściu do marszałkowej, Ładyżyńskiego oraz do dawnego kolegi
+swego, Tarnopolskiego.
+
+Od tego ostatniego bowiem odebrał list iście enigmatyczny, w którym
+proszono go usilnie, by doniósł szczegółowo o wszystkiem, co się
+dzieje w Gowartowie.
+
+Zanadto przyrodzonego sprytu posiadał w sobie Krasnostawski, by nie
+odgadnąć, że poza kolegą jego, Tarnopolskim, ukrywa się ktoś inny,
+zainteresowany bardzo. Domyślił się, iż był nim prawdopodobnie
+dobry znajomy tegoż, Dzierżymirski, i dlatego nie ominął wyżej
+wzmiankowanego Tarnopolskiego, również donosząc mu, że Gowartowski
+umiera.
+
+Smutny i blady, w przechadzce swej po pokoju, przystanął nagle
+Krasnostawski, posłyszał bowiem w tej właśnie chwili głosy i szepty
+w przyległej komnacie chorego.
+
+- Spowiada się... - rzekł do siebie, i zbliżywszy się do okna,
+spojrzał w zadumie.
+
+Tak samo, jak codzień, podlewano dzisiaj pod zbliżający się wieczór
+klomby kwiatów, tak samo zniżające się już słońce słało cienie
+na aleje parku, na staw, porozrzucane w ogrodzie ławki, na chaty
+sioła, i step w perspektywie.
+
+- I tak samo będzie jutro, pojutrze - zawsze! Tak samo słońce i
+wszystko weselić się będzie, nic porządku swego nie zmieni, choć
+dusza tego zakątka uleci w zaświaty!.. - szeptał Krasnostawski, i
+rzuciwszy się na fotel, podparł rękami głowę, a myśli goniąc się
+przelatywały mu po głowie.
+
+- O, jakże okrutną jest śmierć! - myślał. - Jak pełną zagadki
+niezwalczonej potęgi, przed którą tylko w pokorze chylić musimy
+milcząco czoła!
+
+I nic kamiennego jej serca nie wzruszy, nic nie zatrzyma - ona w swej
+nieubłaganej godzinie przyjść musi !..
+
+- Straszne, straszne!.. - szepnął znów do siebie pochylony
+mężczyzna. - Tem straszniejsze, iż niezrozumiałe, nieujęte rozumem
+ludzkim, zawsze, zda się, nowe, choć prawieczne w sobie; zawsze tak
+samo niedościgłe, niezmiennie na wszelkie pytania odpowiadające
+sfinksa zagadką...
+
+- I mnie to kiedyś przecie spotka, wszak i ja umrę!.. - rzekł
+głośno do siebie Krasnostawski. - A potem ?.. - szepnął z trwogą.
+
+I z pytaniem tem na ustach utkwił wzrok błędny we drzwi sąsiedniego
+pokoju...
+
+Drzwi te tymczasem roztwarły się cicho i na progu ukazała się,
+natchniona w tej chwili jakby twarz księdza i postać jego wyniosła.
+Krasnostawski, zbudzony ze swych myśli ponurych, żywo podbiegł ku
+niemu.
+
+- Cóż, księże proboszczu? - zapytał.
+
+- Wszystko dobrze... Zbratała się dusza jego z Panem... - odparł
+tenże z powagą.
+
+- Ale? ale, czy ksiądz dobrodziej nie uważał przypadkiem ?... To
+jest... - plątał się Krasnostawski - powiedzieć chciałem, czy
+choremu przypadkiem nie lepiej?...
+
+- Ha, Bóg wiedzieć raczy... Nam pozostaje pogodzić się tylko z Jego
+Najwyższą Wolą!.. - tym samym tonem odrzekł sługa Pański.
+
+- Zapewne!.. - bąknął Krasnostawski. Zapanowało chwilę ciężkie,
+ołowiane milczenie. - Ach, ale przepraszam najmocniej księdza
+dobrodzieja - uprzejmie przerwał pierwszy młody człowiek - w tej
+chwili podwieczorek podać każę, ksiądz dobrodziej utrudzony drogą,
+głodny zapewne!... - i Krasnostawski ku drzwiom się skierował
+pośpiesznie.
+
+- Nie, dziękuję ci, panie Bolesławie! Jechać muszę...
+
+- Już? - zdziwił się młody plenipotent.
+
+- A tak, serce, jutro odpust u mnie, roboty huk!.. Każ zaprzęgać,
+jeśli łaska, a ja tymczasem w ogrodzie poczekam i modlitwy swe
+przedwieczorne odmówię.
+
+- W tej chwili służę księdzu dobrodziejowi... - rzucił w
+półukłonie Krasnostawski i znikł za drzwiami.
+
+Ksiądz zajrzał jeszcze do chorego; pozostawiony na opiece
+staruszki-klucznicy, z pogodą na obliczu swem dziwną leżał on
+spokojnie.
+
+Widząc to, proboszcz wyszedł.
+
+Z dobry kwadrans migała wysoka, czarna sylwetka jego na tle zieleni, po
+wygracowanych starannie alejach parku, poczem w pobliżu modlącego się
+w skupieniu księdza pojawił się Krasnostawski.
+
+Zaturkotało jednocześnie... Z uszanowaniem przez wszystkich
+odprowadzony, proboszcz wsiadł niebawem do powozu. W parę minut
+później pojazd, unoszący go, znikł za wjazdową bramą pałacu...
+
+Stojący na ganku Krasnostawski poruszył się machinalnie i przez
+milczące pałacowe komnaty skierował do pokoju pana Januarego.
+
+- Cóż? jakże?.. - zapytał zapłakanej staruszki, siedzącej koło
+łoża chorego.
+
+- Teraz... leży niby spokojnie - wyjąkała cicho.
+
+- No, to proszę iść odpocząć, ja zostanę i dam znać, gdy zajdzie
+tego potrzeba - stanowczo odezwał się Krasnostawski.
+
+Po opieraniu się dłuższem, staruszka, znużona i senna wysunęła
+się z pokoju, Krasnostawski zaś, podszedłszy do fotelu, stojącego
+przy łóżku, usiadł ciężko.
+
+Cisza martwa zagościła w komnacie... Gowartowski, oddychając
+niepostrzeżenie lekko, spokojny, leżał wciąż nieruchomo; znużeni
+domownicy rozpierzchli się, każdy do swego zakątka i odgłos żadny
+nie dochodził tutaj, tylko poprzez zapuszczone firanki oraz story
+rzucało swe jaskrawe blaski zniżające się już słońce...
+
+Krasnostawski, zmęczony życiem ostatnich dni kilku, zamyślił się
+głęboko, fizycznie wypoczywając zarazem.
+
+Od czasu do czasu spojrzenie przenosił na starca, poczem zapadał znów
+w zadumę, połączoną z nieokreśloną apatyą, gniotącą go swym
+ciężarem, z poczuciem bezradności, w obliczu zbliżającej się nie
+odwołalnie, kroczącej śmiało śmierci!
+
+Minęło w ten sposób dwie godziny.
+
+Na ciemne żaluzye u okien padały teraz prostopadle dogasającą
+czerwoną łuną ostatnie zachodu promienie, majaczyły ognikami
+krwawymi po posadzce i ścianach, a spoza parku, z oddali, niewyraźnie
+jakieś dla ucha dochodziły odgłosy...
+
+To pracowity, znojny kończył się gdzieś tam, po polach i siołach
+pogodny dzień jesieni; to, śpiewając chórem smętną ukraińską
+dumkę - wracały po pracy dziewczęta i mołodycye, z buraczanych
+łanów, gromadą...
+
+Nagle Krasnostawski, z przymkniętymi oczyma w fotelu swym zagłębiony,
+ocknął się, drgnąwszy na całem ciele nerwowo. Spojrzał na
+chorego...
+
+Usta pana Januarego szeptały coś niewyraźnie, poruszały się szybko
+- wreszcie uniósł się on na poduszkach i wzrokiem błędnym spojrzał
+wokoło.
+
+Krasnostawski już był się zerwał i stał teraz koło łóżka
+blisko.
+
+- Kto to jest?.. Kto to?.. - wyszeptał chory, z trudnością.
+
+- To ja, Krasnostawski, Kra-sno-staw-ski - powtórzył dobitnie.
+
+- A, a... to dobrze... dobrze... - pan January zaczerpnął płucami
+powietrza i po chwili zupełnie już przytomnie przemówił łamanym,
+cichym głosem:
+
+-Mój panie Bolesławie, odsłoń, proszę cię, okno, choć jedno...
+Tak tu ciemno...
+
+Krasnostawski, usłuchawszy natychmiast zlecenia, podniósł roletę.
+
+Słońce już było zaszło. W pierwszych uściskach nadchodzącego
+zmierzchu stały cicho półobnażone drzewa parku, przeplatane
+gdzieniegdzie czerwienią, słały się aleje żółtawym od opadłych
+liście kobiercem - bielały niewyraźnie w dali zagrody sioła,
+ciemniały jego osady, senna i mroczna świeciła tafla stawu.
+
+Krasnostawski, odwróciwszy się od okna, spotkał smutny, pełen
+tęsknoty wzrok starca, utkwiony w roztaczający się poza oknem
+krajobraz.
+
+Do łóżka zbliżył się pośpiesznie.
+
+- Dziękuję ci... mój kochany... pani Bolesławie... dziękuję -
+odetchnął Gowartowski i dokończył ciszej:
+
+- Ostatni to raz... ostatni widzę to wszystko! - uczynił ręką ruch
+słaby, a wskazujący widok otulonego mrokiem sioła i pól szerokich.
+
+- Dlaczego? - podchwycił szybko Krasnostawski, - uważam właśnie, że
+głos pański ma dziwnie zdrowe brzmienie - da Bóg, będzie lepiej...
+
+- Och... nie! Nie będzie lepiej - westchnął pan January - nie
+będzie... to tylko na chwilę...
+
+Znów przestał, i zaczerpnąwszy powietrza, ciągnął dalej,
+uczyniwszy jednocześnie prawą ręką ruch zniechęcenia pełny.
+
+- Ja czuję, widzę, że koniec, śmierć się zbliża... Nic mi już
+nie pomoże - wola Boska!.. - znów przerwał... w minutę zaś mówił:
+
+- Właśnie... właśnie powiedzieć coś chciałem tobie... kochany
+panie Bolesławie... usiądź... - i pan January wskazał swą woskowo -
+żółtą ręką taborecik.
+
+Krasnostawski usłuchał.
+
+- Poczekaj chwilę... odpocznę... - wyszeptał osłabiony bardzo.
+Oparł głowę o poduszki i oddychać począł ciężko, na bladej zaś
+twarzy jego zakwitł i zgasł niebawem rumieniec nikły.
+
+Krasnostawski wyczekiwał, milcząc.
+
+- Może podać panu co do picia? - zapytał po chwili.
+
+Przeczący ruch ręki był całą odpowiedzią pana Januarego. W
+dziesięć zaś może minut później głosem słabym, przerywanym co
+chwila ciężkim oddechem, przemówił cicho :
+
+- Tyś dobry... ty jeden... tak, jeden, jedyny, coś mnie nie
+opuścił... Uczynili to wszyscy: siostra, Ładyżyński, córka... -
+spuścił głowę i umilkł, a dwie łzy duże, perliste zabłysły w
+jego niebieskich, przybladłych źrenicach i stoczyły się z wolna po
+wychudłej twarzy. Po chwili ciągnął znowu:
+
+- Źle uczyniła Ola, źle bardzo... Nie poniewiera się tak rodzicem,
+nie depce się tak przywiązania ojca... nie, nie, po stokroć razy
+nie!... - powtórzył z mocą w osłabłym głosie, i z tą skargą na
+ustach przeciw dziecku ostatnią, upadł na poduszki w znużeniu, jak
+ściana blady.
+
+Krasnostawski, ze współczuciem, ujął rękę starca w dłoń prawą,
+a gdy Gowartowski ponownie uniósł się na posłaniu, opiekuńczo i
+silnie podparł, podtrzymał swem lewem ramieniem jego ciało wychudłe.
+
+- Dziękuję ci, bardzo dziękuję!.. - wyszeptał pan January i mówić
+począł dalej, głośniej nieco, lecz ochrypłym już od zmęczenia i
+wysiłku głosem :
+
+- Ale nie o tem mówić chciałem, nie o tem! Przeciwnie... - znów
+zamilkł sekund kilka.
+
+- Przeciwnie - powtórzył - ja Oli przebaczam, majątek cały
+zapisałem jej wyłącznie, tylko... tu zatrzymał się starzec dłużej
+nieco, jakby w ostatnim wysiłku trudno mu było jasno wyrazić myśl
+swoją - tylko - ciągnął - że testamentów jest dwa: jeden u
+notaryusza, złożony dawno, na korzyść Oli... drugi... na jej
+niekorzyść...
+
+Umilkł znów Gowartowski blady i zmęczony, a po chwili kończył:
+
+- Ten ostatni, późniejszy, napisałem w chwili nierozumnego gniewu...
+Jest w mojem biurku, szuflada lewa, na wierzchu... Podrę go!..
+
+Tu pan January, oswobodziwszy się od podtrzymującego go ramienia
+Krasnostawskiego, opadł na poduszki wycieńczony.
+
+- Czy przynieść mam ten testament? - poddał Krasnostawski.
+
+Ojciec Oli Dzierżymirskiej przyzwalająco skinął głową i słabym
+ruchem ręki poruszył kluczyk od szufladki stojącego obok łoża
+stoliczka.
+
+Krasnostawski zrozumiał. Wysunął szybko szufladę, wziął stamtąd
+pęk kluczy i oddalił się cicho.
+
+Blady, oddychając ciężko, w oczekiwaniu młodego człowieka,
+odpoczywał Gowartowski... W ciszy głuchej minęło z dziesięć minut.
+Na progu wreszcie ukazał się Krasnostawski, trzymając w ręku dużą
+kopertę.
+
+Na jego widok pan January gorączkowo, o własnych siłach, uniósł
+się na posłaniu i wyciągnął rękę po testament.
+
+- Dziękuję... - wyszeptał.
+
+Odebrawszy zaś od Krasnostawskiego kopertę, otworzył ją drżącą
+ręką, wyjął arkusz papieru, znajdujący się tam i rozerwał zwolna
+na cztery części. Potem włożył na powrót do koperty zniszczony
+test, a zwróciwszy się do Krasnostawskiego, głosem dziwnie
+dźwięcznym, stanowczym, wymówił:
+
+- Oddasz to jej... Oli - i umilkł, opadłszy znowu na poduszki.
+
+Młody plenipotent machinalnie wziął kopertę schował ją do kieszeni
+surduta. Wpatrzony w starca, na którego twarzy igrał w tej chwili
+jakiś pełny dobroci uśmiech, blady, tkliwy - milczał wzruszony, a
+dwie łzy nieposłuszne zakręciły mu się w oczach.
+
+Głosem cichym, jakby dogasającym, mówił tymczasem jeszcze pan
+January:
+
+- Nie zapomnij oddać... Pamiętaj!.. - urwał, a po chwili:
+
+- Powiedz... takĹźe Oli... Ĺźe przebaczam... jej... i... jemu!..-
+dokończył z trudnością, w wysiłku ostatnim i z wypiekami na twarzy,
+trupio blady, umilkł...
+
+Paląca się u obrazu Matki Boskiej nad łóżkiem, z czerwonego szkła,
+lampka rzuciła w tej chwili promień jasny na oblicze starca...
+
+W zmierzchu idącego wieczora twarz Gowartowskiego zajaśniała jakimś
+nadziemskim jakby wyrazem szlachetnej dobroci... Krasnostawski
+jednocześnie poprawił poduszki u łoża i pochylił się nad chorym,
+zdało mu się bowiem, iż tenże porusza ustami.
+
+Rzeczywiście. Niedosłyszalnym, urywanym szeptem młody człowiek
+posłyszał jeszcze:
+
+- Dziękuję... tyś dobry!.. Mówić już... więcej... nie... mogę...
+
+Poruszony słowami chorego starca, zdenerwowany, wzruszony odstąpił od
+łóżka Krasnostawski i przygnębiony, usiadł w fotelu.
+
+Minęło z dziesięć minut.
+
+Widząc, że chory leży teraz zupełnie już cicho, młody człowiek po
+chwili powstał, posłuchał oddechu jego, poczem wysunął się
+cichutko z pokoju. Dusiło go coś w gardle...
+
+W sąsiednich komnatach pusto było całkiem i szaro już zupełnie.
+Mrok wieczora wciskał się do pałacu coraz natarczywszy, wszędzie,
+samotny, cichy, smutny. Krasnostawski bez hałasu otworzył podwoje
+balkonu i wyszedł na werandę, spragniony odetchnąć świeższem
+powietrzem...
+
+Oparł się o balustradę, chłodzić począł rozpalone czoło zimnym
+powiewem jesiennego wieczora i stał tak nieruchomy dość długo,
+ogłupiały jakby na razie, bezmyślny...
+
+Nagle milczenie pogrążającego się coraz bardziej w mroki domu i
+parku, przerwał jednostajny donośny, odgłos dzwonu w pobliżu. To
+codziennym, panującym w Gowartowie, zwyczajem, zwoływana służbę na
+wieczorną kolacyę.
+
+Krasnostawski się ocknął, a jednocześnie poczuł pragnienie i
+głód.
+
+Wrócił do komnaty, zamknął drzwi oszklone od werandy, a napotkawszy
+po drodze jakąś pozostawioną świecę, zapalił ją pośpiesznie i na
+palcach skierował się poprzez kilka komnat do jadalnej sali. Dobę
+całą Krasnostawski nic, prócz kilku szklanek herbaty, w ustach nie
+miał - młody organizm dopominał się o swoje prawa.
+
+W kredensie znalazł pochowane zimne mięsiwa i chleb razowy; posilił
+się, popił wodą i przez puste komnaty znowu skierował się do pokoju
+Gowartowskiego.
+
+Tu już zupełne panowały ciemności. Krasnostawski zapalił lampkę,
+przykrył ją abażurem i spojrzał na chorego.
+
+Leżał w tej samej pozycyi, tak samo spokojny, oddychając lekko,
+cicho, bledszy tylko, żółtszy jakby... I w jednem również zaszła,
+zmiana nagła.
+
+Oto ręce pana Januarego wykonywały po kołdrze jakieś niewyraźne i
+dziwne ruchy, jakby szukały czegoś, szczypały powierzchnię sukna,
+zatrzymywaly się chwilę, i znów rytmiczne poruszały się zwolna,
+jednostajnie...
+
+Krasnostawski, postawszy czas jakiś, zbliżył się do stolika,
+wziąwszy do ręki machinalnie stojące tam lekarstwo. Spojrzał na
+receptę. Przeczytawszy zaś, westchnął.
+
+Były to leki zwykle, przepisywane dogorywającym...
+
+- Czyżby naprawdę tak źle już było? - szepnął do siebie
+młodzieniec - tak przytomnym był jednak przed chwilą!.. E!.. może
+Bóg da... pocieszając się - dokończył głośno.
+
+Tymczasem zmęczenie fizyczne i moralne waliło wprost z nóg
+Krasnostawskiego.
+
+Zbliżył się chwiejny do fotelu. Usiadł i po kilkakrotnie ziewnął
+mimo woli nerwowo. Po chwili jednak energicznie wstrząsnął się...
+
+- Ooo... jakże mi się spać chce!.. - mruknął i ponownie ziewnął
+przeciągle z cicha.
+
+- Ale nie można... nie można!.. - szepnął znów do siebie
+przekonywająco i sięgnął po stojącą opodal flaszkę kolońskiej
+wody.
+
+Przetarł sobie skronie, powąchał, poczem napił się zimnej wody ze
+szklanki, i jak mu się zdawało, zupełnie obecnie rzeźki, zagłębił
+się w fotelu.
+
+Tymczasem minęło minut dziesięć zaledwie, gdy młody pan plenipotent
+spał już na dobre, pochrapując nawet z lekka czasami.
+
+Sen zwyciężył... Milczenie i spokój jakiś złowrogi zapanowały w
+komnacie.
+
+A zewnątrz pałacu tymczasem noc z wolna i stopniowo królować
+zaczęła.
+
+Na ciemnem tle nieba zamrugały wkrótce gwiazdy, od pól wionął
+wietrzyk i cichym żółkniejących liści pogwarem zaszumiał nad domem
+park stary.
+
+Wewnątrz zaś dworu usnęli wszyscy... Milczały tu wszystkie kąty, a
+w oddzielonej kilkoma komnatami jadalnej sali dochodził tylko regularny
+odgłos staroświeckiego zegara, który brzdąkał i tykał i bił
+przeciągle godziny jedna za drugą.
+
+Nagle w głuchej ciszy sypialni pana Januarego rozległo się
+początkowo słabsze, niebawem coraz silniejsze charczenie. To chory
+starzec już konał...
+
+Za łożem, w półświetle komnaty, niewidzialna dla oka ludzkiego,
+stanęła śmierć, lepu swego chciwa - jęki zgłuszone umierającego
+dziesięciokrotnem echem wstrząsnęły ciszą domu...
+
+Coś zbudziło Krasnostawskiego. Co? - sam nie wiedział na razie.
+Zerwał się z fotelu, oczy przetarł i spojrzał na pogrążone w
+cieniu łoże. Zdrętwiał nagle i włosy dębem stanęły mu na
+głowie.
+
+Z oczyma, wywróconemi po białka źrenic, postawionemi w słup,
+nieprzytomny, z ustami otworzonemi, zżółkły, zzieleniały -
+straszny, jęczał starzec, łapał powietrze, stękał żałośnie -
+charczał złowrogo...
+
+Krasnostawski zrozumiał, lecz znieruchomiał na razie do tego stopnia,
+że nie był w stanie poruszyć się z miejsca.. Po raz pierwszy w
+życiu znajdował się wobec konającego człowieka, patrzał więc
+bezprzytomny prawie i błędny nieustannie na Gowartowskiego... Drżał
+przy tem na całem ciele, chwytało go coś za gardło, przykuwało do
+miejsca, do ziemi.
+
+Równocześnie przygnębiająca cisza gniotła mu piersi ciężarem,
+konające drgnienia i jęki umierającego, niby ostrzem ze stali
+krajały niemiłosiernie wyprężone nerwy, a zarazem lęk
+niewytłumaczony, dziwny, zatrząsł nim.
+
+Więc to śmierć!.. śmierć idzie już, przybliża się, okropna,
+bezzębna, oto jej szkielet sunie obok, mija go!.. Zbliża się teraz
+obojętna do łoża... nachyla nad konającym...
+
+- Ha-ha-ha!.. ha-ha-ha!.. ha-ha-ha!.. - wstrząsa ścianami pokoju - oto
+śmiech jej straszny!.. Rzężenie konającego odpowiada mu echem coraz
+przeraźliwiej, głośniej... Ponuro jęczy on, skarży się, miota !..
+
+- Boże!.. Boże!.. Co... to? Co... to? - krzyknął Krasnostawski,
+schwycił się za głowę, zadygotał raz jeszcze i porwawszy ze stołu
+dzwonek - wybiegł.
+
+W milczeniu powszechnego uśpienia rozległ się niebawem rozpaczliwy
+dźwięk pokojowego dzwonka, wstrząsnął murami !..
+
+Gowartowski tymczasem czynić począł teraz rękami jakieś szalone
+ruchy, gwałtownie odpędzał coś, bronił się przed kimś, jęczał
+jeszcze donośniej, chwytał powietrze, bezustannie charczał..
+
+Bieganie napełniło niebawem dom cały. Garstka domowników i służby
+w kilka chwil później napełniła pokój dogorywającego człowieka.
+Ostatnia przyszła staruszka, klucznica, z gromnicą w ręku.
+
+Żałobną świecę zapalono pośpiesznie i uklękli wszyscy.
+Krasnostawski przy samem łożu, trzymając w dłoni rękę pana
+Januarego.
+
+Chłodła mu ona w palcach coraz bardziej; stopniowo, powoli,
+charczenie, jęki, również ustawały, ucichły wreszcie...
+
+Skupione milczenie komnaty, zamagnetyzowane wyczekiwaniem, trwogą,
+przerwał szelest, dla ucha prawie niedosłyszalny. Ostatnie w tej
+chwili ziemskie westchnienie człowiecze ulatywało z piersi starca -
+mknęło w zaświaty...
+
+- Skończył... - szepnął Krasnostawski. Wśród klęczących rozległ
+się płacz... Gdzieniegdzie płomyk zapalonej gromnicy oświetlił
+ponuro żółtawą plamą ściany, sprzęty i szyby komnaty, drgać
+zaczął błyskotliwy po twarzach klęczących ludzi.
+
+Poczęto się żegnać pobożnie...
+
+Wspólna, cicha, a pełna głębokiej wiary prostych dusz modlitwa, z
+wolą Najwyższego godząca się, pokorna, napełniła mury pokoju, i
+aż do stóp Stwórcy-Pana uleciała skrzydlata - wzniosła się tam,
+gdzieś wysoko, w ślad za zagadkową drogą duszy zmarłego, jakby mu
+niebo otworzyć pragnęła.
+
+
+---------
+
+
+
+Pokraśniałe, czerwono-złote dzikiego wina liście, pnące się po
+białych ścianach gowartowskiego dworu, zaglądają przez otwarte okno
+do małego gabinetu, obitego kirem, a ruszane z lekka wietrzykiem,
+kołyszą się w promieniach jesiennego słońca, powiew zaś zefiru
+delikatnym dreszczem przebiega również po rzędzie żółtawych u
+świec płomyków, palących się wokoło katafalku, ginącego w zieleni
+cieplarnianych kwiatĂłw.
+
+Obciśnięty w ubranie czarne, wytworny - pan, nawet tu, za życia
+progiem, na podwyĹźszeniu leĹźy January Gowartowski...
+
+Zesztywniałe palce jego trzymają kurczowo w dłoni krucyfiks,
+zaczesany starannie wąs mlecznosiwy, sumiasty, polski, odbija pięknie
+na białem, jak marmur, obliczu starca, a twarz ta, zadum pełna,
+pogrążoną być tylko się zdaje w głębokim, cichym śnie.
+
+Kamienny to sen!.. Sen zaświatów, wieczności, zagadki bytu i
+świadomości prawdopodobnie tego, o co w dumie swej pokorny, rozbić
+się musi rozum ludzki; sen straszny - obojętny na wszystko dokoła!..
+
+I niczem już są dla niego sprawy tego padołu; niczem troski,
+cierpienia ziemskie i niepokoje, niczem radośnie igrające po pokoju
+słońce - niczem wreszcie boleść i smutek klęczącej u stóp
+katafalku, sędziwej kobiety-siostry!..
+
+Przybyła w przeddzień marszałkowa Warnicka, drżącemi, zbielałemi
+usty szepcze teraz modlitwy, z ócz jej zmęczonych co minut parę upada
+łza cicha, a wzrok z boleścią tłumioną wpatruje się w rysy
+ukochane.
+
+I modli się znów pokorna!..
+
+Lica Gowartowskiego bowiem nic nie mówią zupełnie !.. Spokój i
+martwota nieziemska wyryte są na nich, a pogoda tylko jakaś
+nieuchwytna, cicha, świadczyć się zdaje, że nie czuje on już nic, a
+w każdym razie, iż docześnie na pewno nie cierpi już wcale.
+
+- Módlcie się, płaczcie... przyjdźcie - odejdźcie... zakopcie w
+ziemię... Róbcie, co chcecie - wszystko mi jedno!.. - mówią sobą
+wyraźnie zesztywniałe członki zmarłego.
+
+A tymczasem przez otwarte okno do ciasnego narożnego pokoju wpadają,
+igrają coraz radośniej promienie słońca, płyną jakieś dalekie z
+pól pieśni, pogwary - oddalone życiowe echa...
+
+Babiego lata nić wpada tu z wietrzykiem i osiada cicho na bujnej siwej
+czuprynie zmarłego... W tej samej chwili drzwi od komnatki odmykają
+się ostrożnie i do pokoju wsuwa się rosły, siwiejący już
+mężczyzna...
+
+To Ładyżyński. I on, przygnany straszną wieścią choroby groźnej,
+podążył do przyjaciela lat młodych, przybywszy jednak - za późno.
+
+Twarz jego, zazwyczaj pogodna, ironiczna, wyraĹźa w tej chwili bĂłl
+niekłamany. Zbliża się milcząco, opatruje płomyki świec,
+przestawia kwiaty, a poprawiwszy poduszkę - zrzuca z głowy
+Gowartowskiego swawolną nić jesieni, i ukląkłszy, głowę opiera o
+katafalk, w bolesnej zadumie.
+
+Mija tak długa chwila.
+
+Poczem drzwi skrzypią znowu, na progu ukazuje się dorodna
+Krasnostawskiego postać. Objąwszy wzrokiem pokój i znajdujące się w
+nim osoby, wzdycha ciężko, następnie zaś zbliża się do
+Ładyżyńskiego i opiera lekko swą rękę na jego ramieniu. Potrząsa
+niem delikatnie raz, drugi...
+
+Za trzeciem dopiero dotknięciem budzi się Ładyżyński z bolesnego
+zamyślenia i unosi głowę..
+
+- A, to pan? - pyta cicho - cóş to?...
+
+Jakby w odpowiedzi jednocześnie do pokoju wpada wyraźnie oddalony
+jeszcze nieco dźwięk dzwonków, i zgłuszony gdzieś po sioła drodze,
+daleki tętent i turkot kół powozu.
+
+I w ślad za tem szeptem na pytanie pana Emila odpowiada Krasnostawski.
+
+- Ze stacyi konie wracają... O ile wzrok mnie nie myli, ktoś jest w
+faetonie... Zdaje mi się, że to - oni...
+
+Ładyżyński, słuchając go uważnie, już powoli powstał był z
+klęczek.
+
+- Może szanowny pan dobrodziej będzie tak łaskaw wyjść na ganek -
+ciągnie dalej Krasnostawski. - Panią marszałkowę - tu zniża głos
+jeszcze bardziej - fatygować nie wypada... Ja zaś pana
+Dzierżymirskiego nie znam... A tu, do wiadomości zgonu...
+
+- Tak, tak! - przerywa pan Emil, - dobrze, mój panie, idę... Ale
+prawda - zatrzymuje się - trzeba uprzedzić marszałkowę, bo się
+biedaczka wystraszy.
+
+Ładyżyński pochyla się ku klęczącej pani Melanji i szeptem coś
+jej przekłada.
+
+Wpółprzytomnie słucha go marszałkowa Warnicka, po chwili zaś wstaje
+i ze smutkiem bezbrzeĹźnym, wzdycha kilkakrotnie...
+
+Jednocześnie dwaj mężczyźni wychodzą szybko, oddalony bowiem przed
+chwilą jeszcze turkot pojazdu wstrząsa już oto murami domu i powóz
+snać zajeżdża śpiesznie na dziedziniec. Odgłos dzwonków donośnie
+przerywa martwą ciszę... Powóz staje.
+
+A następnie, aż tu, popod stopy umarłego człowieka niewyraźne
+jakieś zgłuszone dochodzą głosy i szmery...
+
+Nagle, o milczące ściany pałacu obija się krzyk kobiecy bolesny,
+straszny, oraz stłumiony jeszcze oddaleniem jęk rozpaczliwy. W ślad
+za tem rozlegają się kroki, coraz szybsze, bliższe, a później już
+całkiem donośnie tym razem, szelest sukni i łkanie.
+
+Jeszcze chwila...
+
+I cisza pokrytego kirem, tonącego w słońcu i gromnic świetle,
+zakątka, sfinksowy, dumny majestat śmierci brutalnie przerywanym
+zostaje.
+
+Drzwi roztwierają się nerwowo, ruchem gwałtownym, od silniejszego
+prądu powietrza gaśnie przy katafalku świec kilka, i do pokoju wbiega
+ubrana w podróżne szaty, płacząca Ola...
+
+Za nią, ukazuje się śniade spokojne oblicze Dzierżymirskiego i
+wytworna sylwetka jego.
+
+Jednocześnie murami komnaty wstrząsa krzyk bólu, rozpaczy, a zarazem
+hałas drugorzędny jakiś, inny...
+
+To Ola już na kolanach... Obejmuje ona ramionami zimne, martwe ciało
+rodzica, odtrąciwszy równocześnie niebacznie przeszkadzające jej
+wysokie srebrne lichtarze, z chrzęstem padające w tej samej chwili na
+ziemię...
+
+Ktoś schyla się pośpiesznie i opodal ustawia je ponownie...
+
+Tymczasem krzyk beznadziejnego cierpienia wydziera się z ust Oli.
+
+- Tato !... tatusiu !.. przebacz!.. - woła młoda kobieta, płacząc,
+wijąc się z rozpaczy. - Ojcze!.. ojczulku!.. przebacz!.. - kończy w
+łkaniu, szlochając.
+
+Na dźwięk słów ostatnich chmura osiada na wyniosłem czole Romana.
+
+- Tyś winien także!.. ty również!.. To dzieło także twoje! -
+szepce mu coś w duszy w tej chwili i instynktownie blednie, pochyla
+się i klęka po drugiej stronie katafalku.
+
+A Ola ściska, całuje teraz ręce, twarz i zimne czoło starca, oblewa
+je łzami, włosy ojcowskie pieści i tuli swą głowę do serca, co
+bić już na zawsze przestało!..
+
+- Ty nie umarłeś - szepce - ty śpisz tylko!.. ty nie umarłeś!.. -
+powtarza uparcie. - To być nie może - nie może!!..
+
+Powstała z klęczek marszałkowa Warnicka podtrzymuje wijącą się w
+bólu kobietę z jednej strony - z drugiej opiekuńczo podpiera ją
+Ładyżyński.
+
+Wszystkim łzy kręcą się w oczach, jeden Roman tylko nieczułym być
+się zdaje pozornie, ale twarz jego kredowo - blada i brwi ściągnięte
+świadczą, iż i on, w tej chwili przynajmniej - cierpi. Klęczy
+wciąż nieruchomo, myśli...
+
+Poza nim, świadek niemy tej sceny, stoi Krasnostawski, wzruszony,
+bezradny. Opodal stary lokaj domowy patrzy osowiały.
+
+- Złoty tatuniu !!.. złoty !!.. - woła znów Ola, prosząco,
+błagalnie; z przerwami małemi, jękliwy, przeplatany łkaniem, odzywa
+się bezustannie głos córki-sieroty, a echo jego płynie przez okno w
+dal, do parku, na step i pola!..
+
+I za głosem zrozpaczonej jedynaczki, hejnałem wspólnym płakać,
+łkać oto zdają się stare drzewa parku; szumem swych liści drobnych
+brzoza nad wodą wieść tę powtarza dalej, płacząc sama, a jęk
+boleści, podchwycony akordami przyrody, płynie, płynie w dal...
+
+I wszystko, zda się teraz, za panem swym boleje !..
+
+A więc i staw, śniący fali swej szmerem, i łany, i polne kwiecie, i
+step, strząsający z traw swych niby łzy żalu - drobne kropelki
+rosy...
+
+Jeden tylko umarły, jak głaz nieczułym jest na jęk, ból swego
+dziecka.
+
+Lecz czyż to złudzenie?..
+
+Pod pocałunkami przed chwilą i łzą jedynaczki, zdawało się, że
+oto znika z alabastrowego czoła starca głęboka, zastygła tam
+zmarszczka, i całkiem już teraz pogodne, obojętne, śni ono dalej bez
+końca...
+
+Może dusza z poza stref świata niewidzialna zabłąkała się jeszcze
+tutaj przed dalszą w wieczność zagadkową wędrówką?.. A może trup
+słyszał jeszcze ?
+
+Któş wie? któş zgadnie?
+
+- Ojcze!.. ty Ĺźyjesz!!.. tato... tatusiu!.. Biedna ja... biedna...
+nieszczęśliwa... - bezzmiennie; tylko coraz ciszej i ciszej, rozlega
+się dalej u stóp starca wołanie Oli, w spazmach łkań bolesnych,
+bezsilne, straszne w swej grozie, bĂłlu - coraz beznadziejniejsze.
+
+- Tatuniu!!.. Ta... tu... niu!.. - kona wreszcie krzyk młodej
+kokiety... Milknie, oddany echem parku, pogwarami sioła i pól
+szerokich... półomdlałą i słabą żonę wynosi pośpiesznie na
+rękach Dzierżymirski z powleczonej kirem komnaty.
+
+Wystraszeni podążają za nim wszyscy...
+
+To życie już ze śmiercią walczyć poczynało. Przepotężne w swej
+sile, nie lubiące, by zapominano o niem, odrywało w tej chwili
+despotycznie od nieboszczyka, w skupieniu otaczających go dotąd ludzi.
+Troska o żywym wzięła górę!..
+
+W promieniach radosnych jesiennego słońca, w ciszy, grającej tylko
+poważnym szumem drzew ogrodu - w chwilowym nieładzie wpół
+przygasłych świec i poodsuwanych kwiatów, niewzruszony w swym
+majestacie śmierci - umarły pozostał sam.
+
+
+***
+
+
+Od pogrzebu Januarego Gowartowskiego minęło dni kilka.
+
+W pogrążonym już we śnie pałacu w Gowartowie paliło się jeszcze
+światło w jednym pokoju, rzucając w noc ciemną promień jaskrawy
+przez okienne szyby.
+
+W kancelaryjnym gabinecie dawnego pana, a dziś sypialni nowego
+dziedzica, DzierĹźymirskiego, on sam, znuĹźony dniem minionym, a nader
+dlań obfitym w niezwykłe zdarzenia, kładł się do snu i z wolna
+rozbierał leniwie.
+
+Na stoliku obok łóżka stała odkorkowana butelka szampana i kieliszek
+wysoki, z kryształu, oraz odemknięte pudełko cygar.
+
+Roman po chwili zapalił jedno z nich, nalał sobie wina i wypił
+haustem jeden kielich, poczem zmęczony, wsunąwszy się pod kołdrę,
+zgasił światło.
+
+Odetchnął parę razy głośno, z ulgą, przeciągnął się, aż
+zatrzeszczało staroświeckie łoże, ziewnął smakowicie,
+zaciągnąwszy się zaś wyborowem cygarem, myśleć począł o
+ukończonym dniu dzisiejszym, a przełomowym w dotychczasowem życiu
+jego.
+
+Dziś to bowiem odbyło się otwarcie testamentu nieboszczyka.
+
+Stosownie do woli zmarłego, córka jego stawała się jedyną
+spadkobierczynią kilkakroćstotysięcznego majątku...
+
+Dzierżymirski powtórnie wyciągnął się z lubością w szerokiem,
+szeleszczącem pościelą łożu.
+
+- Tak, kilkakroć-stoty-sięcz-nego... - szepnął do siebie z
+zadowoleniem. Uśmiechnął się... Dwa dni temu jeszcze, jadąc tu, a
+przeczuwając zgon ojca Oli, - był pewnym niemal, iż on córkę za
+nieposłuszeństwo wydziedziczył.
+
+Już dnia następnego po przybyciu do Gowartowa przyjemnie bardzo
+rozwiały się jego trwogi; wzruszonej opowiadaniem o ostatnich chwilach
+pana Januarego córce, w obecności Romana, wręczył był Krasnostawski
+podarty własnoręcznie przez umierającego ojca testament.
+
+On zaś, pomimo to, wątpił jeszcze... Bał się otwarcia ostatniej
+woli nieboszczyka, złożonej oficyalnie u notaryusza; i tutaj zdawał
+się przeczuwać podstęp jakiś może i przykrą niespodziankę.
+
+Dziś wreszcie pierzchły bezpowrotnie niepokoje ostatnie. Z nią
+uciekał również strach bliskiego bezpieniężnego jutra, które
+czekało nań, czyhało z wydaniem ostatnich paru tysięcy, pozostałych
+z poprzedniej fortunki, życiem nad stan przez lat trzy lekkomyślnie
+wydanej.
+
+Tu Dzierżymirski uśmiechnął się szydersko.
+
+Nie, stanowczo, pieniądz do niego się garnie!.. Ten, który posiadał
+dotąd, choć wygrany, palił go częstokroć, pomimo wszystko,
+przypomnieniem przeszłości. Sofizmatami wtłumiał w siebie
+wspomnienia gryzące, lecz jednocześnie i instynktownie jakby
+rozrzucał, pozbawiał się grosza, tam, gdzieś na dnie duszy własnej,
+choć nie przyznawał się pozornie do tego, rad nawet będąc, iż
+złoto wątpliwe szło - nikło...
+
+Jakby otrząsając się z tego samopoczucia, Dzierżymirski poruszył
+się niespokojnie i powrócił myślą do teraźniejszości miłej.
+
+On i Ola - wszak to jedno. Dziś zatem, pomimo praw miejscowych, de
+facto, stawał się panem okazałej i pańskiej, własnej fortuny.
+
+I pokryta, stłumiona ważnością chwili, smutkiem Oli, oraz całego
+domu - przez dzień cały - teraz dopiero, w ciszy uśpienia pałacu, w
+czterech ścianach sypialni, rozsadzać poczęło Dzierżymirskiemu
+piersi egoistyczne zadowolenie wewnętrzne.
+
+Szczerze żałować zmarłego Roman w istocie nie mógł. Poza innemi
+cechami charakteru dodatniemu i miłemi, arystokrata z przekonań,
+nieprzystępny i dumny względem tych, których pragnął trzymać od
+siebie z daleka, takim tylko, a nie innym, okazał się nieżyjący pan
+January, w stosunku do dzisiejszego swego zięcia.
+
+Dzierżymirski nie bolał więc wcale nad stratą teścia swego... Teraz
+zaś, powoli paląc cygaro, myśl jego, przesunąwszy się obojętnie po
+wypadkach śmierci pana Januarego i jego pogrzebu, zatrzymując się
+przy tych zdarzeniach tylko ze względu na boleść drogiej mu Oli -
+swobodna, pomykała obecnie chyżo w przyszłość.
+
+Od jutra staje się panem!.. Będzie administrował dobra, zbierał
+dochody...
+
+I Romana upajało to jutro!..
+
+Lat temu parę skromny student, korepetytor bez grosza przy duszy, źle
+odziany, odżywiany - biedny... Później zrządzeniem losu ślepego
+właściciel sumki pokaźnej grosza... Dziś dziedzic, pan całą,
+gębą!..
+
+- Do dyaska !.. - mruknął Dzierżymirski i uśmiechnąwszy się z
+zadowoleniem, musiał przyznać jednak, że świat nie tak zły i nic
+nie wart, jak nazywał go ongi, w pesymizmu chwilach, i że życie
+czasami bywa wcale miłem.
+
+- I cóż mogą o mnie złego powiedzieć ludzie, świat cały? -
+rezonował dalej w myślach swych Roman.
+
+- Nic zupełnie. O zgubie niezwróconej wszak nikt nic nie wie, każdy
+zaś znający mnie przedtem, gdy dziś mnie spotka, powie tylko z
+przekonaniem: Zuch, poradził sobie w życiu!..
+
+- A jak? któż o to pytać będzie...
+
+Dzierżymirski, poczuwszy znów pragnienie, w półświetle pokoju
+odnalazł kieliszek i butelkę szampana, którą, powodowany jakimś
+dziecinnym wprost kaprysem, przyniósł sam sobie wieczorem z "własnej"
+piwnicy; nalawszy wina, napił się chciwie.
+
+Radość zaś jego wewnętrzna, poza egoistyczną samowiedzą
+przyszłego bytu, miała również na jego obronę, przyznać należy, i
+szlachetniejszą podstawę.
+
+- Teraz będę miał na to, by oddać to, co znalazłem - mówił sobie
+właśnie w tej chwili, trzymając machinalnie w ręku wysoki
+kryształowy kielich od wina, a w myślach bezwiednie i niejasno zarazem
+układał już względem tego plany na przyszłość.
+
+- Ukrytym celem życia mego będzie znaleźć, odszukać koniecznie
+zagadkowego właściciela zgubionych dwudziestu siedmiu tysięcy -
+szeptał cicho Roman do siebie, - a oddawszy mu jego pieniądze,
+oczyścić się w ten sposób z plamy przeszłości!..
+
+- Muszę ją zmazać! Czystym być muszę!.. - z siłą powtórzył
+głośniej. - Choćbym miał świat z posad poruszyć! - dokończył z
+mocą i umilkł, a równocześnie w piersiach jego zapalała się teraz
+jakaś gorączka czynu.
+
+Zdawszy zaś sobie natychmiast sprawę z tego stanu swego,
+Dzierżymirski poruszył się w pościeli swej niespokojnie.
+
+- Tak, ja go znajdę! - mówił sobie w myśli dalej. - Znajdę, dla
+tego choćby, iż nie unikać bojaźliwie, jak dotąd, ale śmiało
+szukać go będę. Ale... - tu Roman zatrzymał się w myślach, - ale,
+by dopiąć tego - powtórzył - wszak muszę wypłynąć na arenę
+szerszą świata!.. Bo przecież tu, choć będę panem Gowartowa, nic
+przecie w tym względzie uczynić nie zdołam!..
+
+- A więc - gdzie ?.. - dręczyć go, męczyć poczęło pytanie.
+Dzierżymirski brwi zmarszczył.
+
+Powtórnie, znowu poczuł w sobie jakąś nieprzepartą chęć czynu, a
+równocześnie zrozumiał nagle, że radość jego chwilowa, przelotna z
+odziedziczenia majątku była słomianym tylko ogniem!
+
+Bo, rzeczywiście...
+
+Ambicya bowiem, czasem źle umieszczona - pojęta, lecz jedna i ta sama
+zawsze, która dotąd pchała go ślepo naprzód, i teraz, choć został
+panem i zdobył, czego pragnął, ukaże mu niewątpliwie inne znów
+braki obecnego położenia, "iść" naprzód każe, wynieść się ponad
+drugich zachęcać będzie - nurtująca, despotyczna - nie pozostawi go
+w spokoju!
+
+Wziąwszy zaś jeszcze pod uwagę uśpiony wyrzut sumienia i chęć
+zmazania plamy z własnej uczciwości - przyszłość ta, przed chwilą
+jeszcze wymarzona, idealna... juĹź teraz przed wzrokiem Romana
+pokrywała się cieniem.
+
+Samowiedza powyższa pokryła chmurą na chwilę piękne rysy
+DzierĹźymirskiego.
+
+- Ha!.. zobaczymy!.. - rzekł zupełnie głośno, a wypiwszy do końca
+szampańskie wino, postawił kielich na stole tak silnie, że lejkowaty,
+delikatny, prysł on i szczątki kryształu upadły z brzękiem na
+ziemię.
+
+Pierwszym ruchem pana na Gowartowie było sięgnięcie po zapałki,
+myśl zaś zapalenia świecy, by zebrać szkło stłuczone, przemknęła
+mu przez głowę.
+
+Powstrzymał się jednak i mruknął zcicha:
+
+- Po co? Mam przecie na zawołanie kamerdyra i dwóch lokai...
+Sprzątną jutro...
+
+Poczem, znużony myślami, przytulił głowę do poduszki, usiłując
+zasnąć.
+
+--------------
+
+CZĘŚĆ DRUGA
+
+
+
+
+Była wiosna...
+
+Od opisanych zdarzeń piąta już z kolei tak samo urocza zawsze,
+uśmiechnięta i wesoła - nowa wiecznie, w zieleni i blaskach
+wschodziła ona znowu nad światem. Pełna w przyszłość wiary i
+nadziei krzepiła serca, rozjaśniała umysły, siała po twarzach
+ludzkich uśmiechy radosne, a rozogniając wyobraźnię, zmysły -
+upajając swem tchnieniem, majowem, świeżem - szła zwycięska,
+królewska, wspaniała...
+
+Przez wpółprzymknięte okno powiew jej, łącznie z głuchym gwarem
+ulic wielkiego miasta, wdzierał się do umeblowanego poważnie,
+obszernego gabinetu, gdzie przy biurku okazałem, a zarzuconem
+papierami, listami, księgami i pismami, siedział Roman Dzierżymirski
+i słuchał mówiącego coś do niego młodego mężczyzny.
+
+Po chwili tenże umilkł, w pokoju zapanowała cisza, zamykająca snać
+poważną i czas dłuższy toczącą się rozmowę.
+
+Roman zamyślony, ująwszy w dwa palce jakiś papier, złożony we
+czworo, postukiwał nim machinalnie o amarantowe sukno biurka, przybysz
+zaś milczał, wpatrzony w niego - na odpowiedź czekał cierpliwie,
+bawiąc się tymczasowo trzymanem w ręku nożem do rozcinania.
+
+Gość nieznajomy był niskiego wzrostu; twarz miał myślącą,
+ruchliwą i zmienną, cała zaś jego powierzchowność, wyraźnie
+zdradzać się zdawała, kogoś ze sfer finansów, lub przemysłu.
+
+Przeniósłszy niebawem wzrok z twarzy Dzierżymirskiego na otaczające
+go sprzęty w gabinecie, pobieżnie przyglądać mu się zaczął.
+
+Rzucił więc okiem na stojący opodal stół duży, przykryty zielonem
+suknem, a przeznaczony zapewne do sesyi i narad, na otaczające go
+fotele, skórą kryte, na dwie, szafy książek, zegar - cacko
+starożytne; spojrzał na parę konsol, stolików, i innych zbytkownych
+gracików - wreszcie, zniecierpliwiony dłuższem milczeniem gospodarza,
+zagadnął:
+
+- Zatem... panie prezesie?
+
+Dzierżymirski ocknął się, i już otwierał właśnie usta, by coś
+odrzec, lecz zatrzymał się nagle, drzwi bowiem skrzypnęły, i wszedł
+lokaj, trzymając duży list na tacy.
+
+- Jakiś pan to przyniósł, czekał bardzo długo, - objaśnił, - w
+końcu kazał mi list oddać jaśnie panu, a sam poszedł...
+
+- Przepraszam pana!.. - rzucił Roman gościowi swemu - pan pozwoli,
+nieprawdaż? - i rozerwał kopertę przyniesionego pisma.
+
+Spojrzał na ćwiartkę papieru formatu handlowego, z kilkunastoma tylko
+wierszami, pisanymi czytelnie na maszynie, i kilkoma hieroglifami
+podpisĂłw.
+
+Lokaj znikł tymczasem, a, jednocześnie Dzierżymirski, skończywszy
+czytanie, ponownie zwrócił się do gościa swego, lecz i tym razem
+znowu przeszkodzono mu.
+
+Ktoś pukał do drzwi dyskretnie.
+
+- Proszę!.. - rzekł Roman głośno.
+
+Drzwi roztworzyły się szybko. Do gabinetu wszedł młodzieniec bardzo
+wysoki, ubrany modnie, o powierzchowności wytwornej i pańskiej, oraz
+ruchach naturalnych, swobodnych, nerwowych nieco tylko i zbyt prędkich.
+
+Przeprosiwszy pośpiesznie siedzącego przemysłowca, Dzierżymirski
+zerwał się na widok wchodzącego.
+
+- Pardon... mille fois... pardon!.. Kochany prezesie, słówko tylko
+jedno - mówił już tymczasem przybyły, a ujrzawszy powstającego
+instynktownie gościa, dość grzecznie rzucił w jego stronę.
+
+- Przepraszam bardzo, stokrotnie... pana... sekundę tylko!.. - ująwszy
+zaś ramię Dzierżymirskiego, nachylił się ku niemu, odprowadził
+dalej nieco i półgłosem mówić począł coś, z żywością i
+gestykulacyą, stojąc z nim razem pośrodku gabinetu.
+
+Po chwili, odprowadzony aż do drzwi, z atencyą wyraźną, pożegnał
+się serdecznie z Romanem i zniknął za portyerą i drzwiami.
+
+Dzierżymirski tymczasem powracał już do gościa swego, a
+przeprosiwszy go raz jeszcze, dodał na pozór niedbale:
+
+- To właśnie książę-ordynat B... nie zna pan?... Miał do mnie
+interes bardzo pilny... Tu znów - wskazał na otrzymaną przed chwilą
+korespondencyę, - zaproszenie na ogólne zebranie akcyonaryuszów
+jednej z naszych kolei. Dziś mam pięć sesyj... - ciągnął dalej w
+tym samym tonie, - tam - uczynił głową niewyraźny ruch ku drzwiom, -
+czeka masa interesantĂłw... Wszystkie godziny dnia policzone...
+
+- Wobec tego - zatrzymał się znowu Roman - nie wiem doprawdy - mówił
+zwolna - czy przyjąć mogę tak zaszczytny wybór panów... Po prostu
+nie mam w ogóle czasu... Nie, nie mogę !
+
+Cień przeszedł po obliczu nieznajomego, chciał coś zaprotestować,
+lecz Dzierżymirski już mówił:
+
+- Przykro mi tylko, iĹź panowie z tego powodu ambaras prawdopodobnie
+mieć będą... - zatrzymał się chwilę i wskazał na trzymaną do
+niedawna, w ręku odezwę jednego z pierwszorzędnych akcyjnych
+towarzystw węglowych, w której donoszono mu właśnie o wyborze go
+podczas ostatniego zebrania akcyonaryuszów na przewodniczącego w
+komisyi rewizyjnej.
+
+- Lecz wyznać muszę - ciągnął dalej i uśmiechnął się przy tem z
+lekka, - że nawet czynność, proponowana mi przez panów, zastaje mnie
+całkiem nie przygotowanym. Po prostu - tu po wargach Romana przemknął
+powtórnie uśmiech - dziedzina to rzeczy, dla mnie nie tak dokładnie i
+zupełnie znanych... Terra incognita... - skłonił głowę ruchem
+lekkim - stanowiska podobnego nie miałem jeszcze dotąd...
+
+I Dzierżymirski zamilkł na chwilę poczem swobodnie dorzucił:
+
+- Ale! prawda... Zapomniałem jeszcze powiedzieć szanownemu panu... Za
+parę dni wyjeżdżam na czas dłuższy za granicę, dla wypoczynku.
+
+Roman zatrzymał się i pytająco spojrzał na gościa swego.
+
+- O!.. to najmniejsza... - odparł szybko przemysłowiec - czynność
+komisyi w roku bieżącym wypada dopiero za miesięcy kilka, a odbywa
+się w ogó1e nieczęsto... Co zaś do pierwszego punktu... rzecz to
+również małej wagi...
+
+- Nie chodzi nam bynajmniej o jednostkę tak dalece rutynowaną, -
+przepraszam za wyrażenie i młody człowiek uśmiechnął się lekko -
+lecz o człowieka tych wpływów i stanowiska, oraz zaufania szerokich
+kół naszego miasta, jakie pan prezes po paru latach zaledwie zdobyć
+sobie potrafił, i które niewątpliwie, rzec można, posiada obecnie
+już w zupełności...
+
+Dzierżymirski teraz z kolei uśmiechnął się na tak jasne postawienie
+kwestyi.
+
+Rzeczywiście, lat temu kilka, gdy nieznany tu zgoła jeszcze przybył
+osiedlić się w mieście, czyżby śniło się nawet komu przyjść
+doń z tego rodzaju propozycyą. Błysk zadowolenia miłości własnej
+przemknął w tej chwili po licach Dzierżymirskiego.
+
+- Nie traciłeś czasu daremnie - mówił mu wewnętrzny głos i uczucie
+pychy rozpierało piersi.
+
+Milczeniu zaległe przerwał tymczasem głos przemysłowca.
+
+- Zatem - rzecz załatwiona nieprawdaż? Pan prezes - przyjmuje?...
+
+Dzierżymirski zawahał się sekundę jeszcze, pochlebstwo jednak,
+podane zręcznie, działać poczynało. Zdecydował się dać odpowiedź
+przychylną.
+
+- No... trudno!.. - wycedził z wolna, obojętnie i z pozornym
+przymusem. Pomimo obowiązków i odpowiedzialności, które wkładają
+na mnie czynności i stanowisko przewodniczącego w komisyi, przyjąć
+już chyba muszę!..
+
+- Wybór panów akcyonaryuszów zresztą takiego związku, jakiem jest
+Towarzystwo panów - tu Roman skłonił się grzecznie w stronę gościa
+swego, a będącego - ciągnął dalej - bez pochwał i przesady, w
+rozkwicie obecnym jednem z pierwszorzędnych w kraju - zaszczyt mi tylko
+przynosi - i Dzierżymirski w tem miejscu przemówienia swego pochylił
+z lekka głowę. - Co zaś do czynności rewizyjnych, mam nadzieję
+również - kończył - iż chyba im podołam, tymbardziej -
+uśmiechnął się tym razem nieco dumnie - że zajęć bardzo
+podobnych, choć tak różnorodnych, piastuję od pewnego czasu moc
+niezliczoną...
+
+- O, naturalnie! - przyświadczył gość skwapliwie, - zresztą
+przyjemność miałem powiedzieć już panu prezesowi w toku rozmowy
+dzisiejszej, że zdaniem jest jednogłośnem akcyonaryuszów naszego
+Towarzystwa, iż w całem mieście nie ma formalnie nikogo, kto by
+lepiej od pana prezesa czynność wzmiankowaną objąć zdołał.
+
+Dzierżymirski na to znowu pochlebstwo nowe w milczeniu nisko pochylił
+tylko głowę i powstał z siedzenia.
+
+Gość jednocześnie z krzesła zerwał się szybko.
+
+- Dziękuję i uciekam, panie prezesie, czas - to pieniądz, a
+przysłowie to nigdzie chyba lepiej, niż tutaj, zastosowanem być nie
+moĹźe.
+
+- Proszę wyrazić tymczasowo moje podziękowanie panom z Rady
+Zarządzającej,- odparł uprzejmie Dzierżymirski. - W sprawie tej
+zresztą wpadnę osobiście do biur Towarzystwa, przed mym wyjazdem.
+
+- Sługa pański!.. - rzucił jeszcze przybyły w ukłonie i w ślad za
+tem znikł za drzwiami. Dzierżymirski krokiem miarowym przechadzać
+się począł po pokoju.
+
+- Więc i ta akcyjna spółka węglowa - myślał - obracająca
+kapitałami, najpotężniejszymi może w kraju, ceniona, znana, wybrała
+go również! Więc i oni doń przyszli! Wpośród siebie nie znaleźli
+nikogo, godniejszego, by piastować urząd, tak pełen zaufania!.. - w
+umyśle Romana bezustannie nad innemi górowało wrażenie wizyty
+ostatniej.
+
+Duma wciąż rozsadzała mu piersi, uśmiech zadowolenia błąkał się
+po ustach; Roman, zamyślony, przebiegał ciągle swój gabinet wielkimi
+krokami.
+
+Nagle rozmyślanie to, tak wielce dlań miłe, przerwane zostało
+wejściem lokaja.
+
+- Jakaś nieznajoma pani w żałobie chce widzieć się z jaśnie panem
+- zaanonsował.
+
+- Jak się nazywa?
+
+- Oto bilet, jaśnie panie...
+
+Dzierżymirski wziął z rąk sługi kartkę brystolu i przeczytał
+wylitografowane na niej nazwisko; nic jednak nie powiedziało mu ono.
+
+- Proś! - rzekł krótko.
+
+Lokaj wyszedł, a Dzierżymirski zbliżył się z wolna do swego biurka
+i usiadł przed niem, spojrzawszy przy tem mimo woli na leżące tam
+porozrzucane papiery.
+
+- A... prawda!.. - mruknął półgłosem do siebie i sięgnął
+jednocześnie po papier listowy, oraz kopertę.
+
+Przed nim, jako wice - prezesem zakładów dobroczynnych, leżał list
+znanego w mieście i wpływowego księcia S., z prośbą o umieszczenie
+w jednym z przytułków jakiegoś schorzałego biedaka.
+
+Odpowiedzi przychylnej w tej sprawie - którą dnia poprzedniego sam
+już załatwił osobiście - nie dał jeszcze księciu; umoczywszy więc
+pióro, Roman począł pisać zamaszyście.
+
+W tej samej chwili do komnaty wsunęła się przysadzista, krępa
+postać czarno ubranej kobiety. Małymi kroczkami podeszła natychmiast
+do biurka i przemówiła głośno:
+
+- Przepraszam bardzo, Ĺźe tak natarczywie...
+
+Dzierżymirski, niezadowolony nieco, że mu tak z nagła przerwano
+wątek listu, spojrzał niechętnie z pod oka na nowo przybyłą.
+
+Przed nim stała kobieta lat pięćdziesięciu może, o znękanych
+rysach, ubrana nieco z staroświecka, dość zresztą poza tem układnej
+powierzchowności.
+
+- Niech pani spocznie, proszę... za chwilę służę! - rzekł
+uprzejmie i począł pisać znowu.
+
+- Doprawdy nie rozumiem sama, jak ośmieliłam się przyjść tutaj, ale
+szlachetność, zacność szanownego prezesa... - usłyszał znowu
+Roman.
+
+Niecierpliwie tym razem wzniósł na przybyłą spojrzenie i przerwał
+jej grzecznie, lecz sucho:
+
+- Przepraszam. Jak widzi szanowna pani, chwilowo zajęty jestem... Wszak
+pani nie pilno?..
+
+- O, nie... przeciwnie... Tylko...
+
+Roman spuścił oczy i myślące czoło, oraz począł pisać dalej,
+najspokojniej w świecie. W pokoju zaległo milczenie, przerywane li
+tylko zgrzytem piĂłra po papierze.
+
+Gdy Dzierżymirski list skończył, podniósł machinalnie oczy na
+nieznajomą.
+
+Uśmiechnął się mimo woli; spotkał się bowiem z dziwnie zabawnym i
+uszczypliwym wyrazem jej twarzy, oraz wejrzeniem złem i jakby
+obrażonem, które pod niespodzianym wzrokiem jego złagodniało jednak
+natychmiast, przeistoczyło się w słodkie i potulne, jak u baranka.
+
+Zaadresowawszy list, Dzierżymirski zadzwonił na lokaja. Gdy ten się
+zjawił, polecił mu odesłać pismo natychmiast.
+
+- Czy jest kto? - zapytał.
+
+- Pan hrabia z Melsztyna... Czeka w salonie - brzmiała odpowiedź.
+
+- Powiedz, że przepraszam, i za chwilę go proszę! - rozkazał Roman,
+gdy zaś lokaj znikł za drzwiami, uprzejmie z kolei zwrócił się do
+nieznajomej.
+
+- Słucham panią... Czem służyć mogę?
+
+Przybyła poprawiła się na krześle, zrobiła minę słodszą jeszcze,
+i zmieszana nieco przemówiła:
+
+- Mój mąż, znając tak dobrze szanownego pana prezesa, tak często
+wspominał mi o jego szlachetności, zacności, dobrem sercu, że... -
+tu przerwała na chwilę, widząc zdumioną minę Dzierżymirskiego,
+poczem ciągnęła znów dalej, straciwszy widocznie wątek poprzednich
+myśli, bo nie dokończyła już poprzedniego zdania:
+
+- Mój mąż, Nepomucyn, zawsze mawiał mi takich ludzi potrzeba nam
+więcej, jak prezes Dzierżymirski; ludzi hartu, żelaznej woli,
+inteligencyi rzutkiej, prawości charakteru... O, mój mąż bardzo,
+bardzo cenił pana prezesa... - i zawikławszy się ponownie w
+wygłaszane przez się pochwały, nieznajoma zatrzymała się chwilę.
+
+Dzierżymirski, zniecierpliwiony nieco, skorzystał skwapliwie z
+przerwy.
+
+- Przepraszam panią - spytał grzecznie - jak godność i imię męża
+pani? Czy Ĺźyje?...
+
+- Nepomucyn Wygrzywalski - odparła zapytana - zmarł rok temu...
+Świeć, Panie, nad jego duszą! - westchnęła.
+
+Dzierżymirski zmarszczył brwi i zamyślił się chwilę.
+
+- Nie przypominam sobie, bym miał przyjemność znać osobę tego
+nazwiska... - wycedził z wolna.
+
+Z pod uśmiechniętych słodkawo i mile, siłą woli ułożonych rysów
+przybyłej, błysło ku Romanowi urażone i groźne spojrzenie.
+
+- Jak to ? - odezwała się obrażonym nieco i kwaskowatym jakby tonem.
+- Być nie może ?.. Pan prezes chyba przypomnieć sobie tylko nie
+raczy...
+
+- A jak dawno? - łagodniej nieco przemówił Dzierżymirski. - I ile
+razy - słowa ostatnie podkreślił, uśmiechnąwszy się ironicznie -
+widział mnie mąż pani?
+
+- O! kilka razy zaledwie miał sposobność... - pośpieszyła z
+odpowiedzią przybyła. - Dwa, trzy może... Ale widzenie się to było
+dlań przyjemnem nad wyraz - utkwiło mu w pamięci...
+
+- Ach, mąż mówił mi tyle razy - ciągnęła dalej słodkawo, z
+wymuszonym okolicznościowym uśmiechem, - że, naturalnie, poza
+zasługami społecznemi, tak przyjemnego, sympatycznego, miłego
+człowieka, jak pan, nie znał był dotąd, i dla tego też myślałam,
+że i pan prezes... - tu urwała swe przemówienie pani Wygrzywalska,
+śledząc na twarzy Romana wrażenie słów swoich.
+
+Ten jednakże, zrażony nieco rzucanemi mu w twarz ni przypiął, ni
+przyłatał, pochlebstwami już powtórnie, i całkiem notabene,
+niezręcznie, odrzekł zimno:
+
+- O, proszę pani... Ja widuję po trzydzieści, czterdzieści
+interesantów dziennie... Połowa z nich nieznaną mi bywa zazwyczaj -
+liczbie tych więc znajdował się zapewne mąż pani... Dlatego też
+nie przypominam go sobie.
+
+Jak pocisk zjadliwe tym razem i całkiem już obrażone uderzyło w lica
+DzierĹźymirskiego spojrzenie pani Wygrzywalskiej.
+
+- Dziwi mnie to niewymownie, że tak uporczywie pan prezes przypomnieć
+sobie mego męża nie raczy... - odezwała się uszczypliwie, a w glosie
+jej czuć było śmiertelną obrazę.
+
+- Przecież ostatecznie - mówiła w tym samym tonie dalej - jak i mnie,
+tak i jego, tu w mieście znało dużo osób... Nie dalej, jak hrabiowie
+Olscy, zacności i poczciwości ludzie, z którymi mnie łączy nawet
+stosunek przyjaźni... Wyjechali za granicę wczoraj właśnie...
+Następnie również i nieodżałowanej pamięci książę
+Topór-Toporski Alfred tak łaskaw był za życia opiekować się
+nami... - kończyła przybyła z godnością.
+
+- Chce zaimponować mi znajomością z książętami, a to oryginał
+baba, - przemknęło przez myśl Dzierżymirskiemu i uśmiechnął się
+jednocześnie, zrobił bowiem i inną w tej chwili uwagę, a mianowicie,
+że jakoś za wiele było nieboszczyków w gronie ludzi, na których
+powoływała się siedząca przed nim jejmość.
+
+Chcąc przytem przeciąć zarazem zapowiadającą się prawdopodobnie
+znów na długo tyradę słów, pozbawionych, jak i poprzednie,
+ścisłej logiki, rzekł szybko:
+
+- Przepraszam bardzo: Nie mogła by mnie szanowna pani powiadomić
+jednak, czemu właściwie zawdzięczam jej wizytę?
+
+Na tak jasno postawione ultimatum zmieszała się przybyła i
+wyjąkała:
+
+- Nie wiem doprawdy, jak ja, wdowa nieszczęśliwa, zdobyłam się na
+taką śmiałość... Ale, przynaglona materyalnem położeniem bez
+wyjścia, ufając w przyjaźń, którą żywił mój mąż nieboszczyk
+do pana prezesa, chciałam prosić o drobną pożyczkę... - urwała na
+chwilę, poczem głosem śmiałym już teraz i godności pełnym,
+dodała:
+
+- Co do oddania - nie może być obawy żadnej, ponieważ ludzie mnie
+znają... A zresztą... - tu uśmiechnęła się z dumną - pochodzę
+sama z arystokracyi, więc...
+
+To "więc" było wypowiedziane takim tonem, iż rozwiewać się zdawało
+wszelkie co do zwrócenia kwoty wątpliwości; jejmość nie
+dokończyła zdania, a spojrzała tylko przenikliwie na słuchacza
+swego, jakby pragnąc odgadnąć, jakie wrażenie nań uczyniło
+powiedzenie jej ostatnie.
+
+Dzierżymirski zaś tymczasem, zdziwiony nieco tym epilogiem,
+uśmiechnął się pod wąsem nieznacznie.
+
+- Czy wolno wiedzieć - z której? - z kurtuazyą zapytał.
+
+- Rodzę się z domu kniaziówna Rąrowska - z godnością i
+namaszczeniem odparła dumnie wdowa.
+
+Dzierżymirski ponownie uśmiechnął się z ironią. Rodzina ta prawie,
+że już całkiem wygasła, aczkolwiek dawna bardzo, według
+heraldycznych i historycznych danych, nigdy nie miała praw do żadnych
+w ogóle tytułów, prócz kopertowych chyba.
+
+Słysząc zatem wypowiedziane tak czelne kłamstwo, Roman nie
+odpowiedział nic, a tylko wpatrzył się badawczo, z uwagą, w twarz
+siedzącej przed nim kobiety.
+
+Od początku już samego dziwiły go jej rozmowa i zachowanie całe,
+teraz więc, gdy wiedział cel wizyty, bystrym wzrokiem rozumnych oczu
+wpatrywał się wciąż w rysy przybyłej. Trwało tak minut parę.
+
+I pod spojrzeniem tem nagle spuściła wzrok kobieta...
+
+Po raz pierwszy od kwadransa spadła z twarzy jej obłudna, fałszywa i
+układna, a przyodziana li tylko w imię pozorów, maska. Zorane
+policzki wdowy okrasił lekki rumieniec, a pod wpływem jakiejś myśli
+zapewne, wyraz jej oblicza, prawdziwy i szczery, mignął na chwilę
+przed oczyma obserwującego mężczyzny.
+
+I to ocaliło nieboraczkę. Zniecierpliwiony bowiem dotąd obecnością
+jej Roman, i zdecydowany już prawie wyprosić za drzwi kniaziównę "de
+domo", zamyślił się nagle.
+
+Po chwili zaś, jakby wynik przelotnego egzaminu fizyonomii przybyłej,
+był dlań wystarczającym zupełnie, spuścił wzrok.
+
+I snać wiele niekłamanego, a tajonego bólu, oraz nieszczęścia
+prawdziwego może wyczytał był na tej twarzy gościa swego; bo po
+minutach jeszcze paru zastanowienia i wahania, milcząc, sięgnął
+rękę klamki drzwiczek wbitej w ścianie ogniotrwałej kasy, i -
+wyjąwszy stamtąd papierek dziesięciorublowy, położył go na stole.
+
+Posunąwszy zaś banknot ten z lekka ku siedzącej, rzekł tylko:
+
+- Służę pani!
+
+Poczem, gdy pieniądz ów schowała, obsypując ofiarodawcę swego
+potokiem słodko przyprawionych komunałów, zadzwonił na lokaja:
+
+Posłuszny, zjawił się sługa za chwilę.
+
+- Proś pana hrabiego! - rozkazał Dzierżymirski.
+
+- Już wyszedł. Mówił, że wpadnie kiedy indziej, bo czekać więcej
+nie miał czasu... Kazał przeprosić jaśnie pana, bardzo i zostawił
+tu bilet swój, na którym coś napisał, - i przy tych słowach lokaj
+podał bilet.
+
+Roman rzucił nań okiem...
+
+Pani Wygrzywalska jednak przerwała mu czytanie. Do swej roli wracała
+powtĂłrnie.
+
+- Przepraszam bardzo szanownego pana prezesa - poczęła mówić swym
+poprzednim tonikiem - ale wiedzieć chciałam właśnie, jak adresować
+mam przy zwrocie tej kwoty, tak wspaniałomyślnie, szlachetnie, mi
+udzielonej... Pan prezes podobno na długo wyjeżdża?..
+
+Roman na te słowa uśmiechnął się złośliwie i odparł:
+
+- O, łaskawa pani ! Adresem zupełnie dostatecznym będą dwa słowa :
+"R. Dzierżymirski." Żegnam panią... - tu powstał z siedzenia i
+skłonił się z daleka.
+
+Pożegnany z kolei ukłonem sztywnym nieco odchodzącej
+"pseudo-arystokratki", Dzierżymirski zwrócił się do lokaja:
+
+- Jest kto? - zapytał.
+
+- Jakiś pan powiada, że jaśnie pana zna dawno, chce się widzieć
+koniecznie.
+
+- Jak wygląda?
+
+- Taki sobie... nie bardzo pokaĹşny...
+
+Codziennie, od dziewiątej do dwunastej z rana, każdy miał wstęp
+wolny do "pana prezesa". Dzierżymirski nie odstępował nigdy od
+powziętej raz reguły, tym razem więc zarówno rzucił obojętnie:
+
+- Proś!..
+
+Sam zaś do biurka zasiadł, by skończyć czytanie biletu hrabiego z
+Melsztyna.
+
+Minęło parę minut.
+
+Zaczytany, nie spostrzegł był Roman, że na środku pokoju od pewnego
+już czasu stał młody człowiek, lat około trzydziestu pięciu, i
+patrzył nań uporczywie.
+
+Pod siłą tego wzroku podniósł oczy Dzierżymirski, a ujrzawszy
+przybysza zbladł; poznał go bowiem od razu, nie dał jednak poznać
+tego po sobie, nie podniósł się z miejsca nawet, a tylko ruchem ręki
+obojętnym wskazał krzesło.
+
+- Proszę pana... Przepraszam... za chwilę... Nieznajomy zarumienił
+się, nie rzekłszy nic jednak, usiadł pokornie na koniuszczku stołka,
+Dzierżymirski zaś sięgnął po jakieś księgi, leżące - opodal i
+zagłębił się w nich, ze skupieniem.
+
+Ale tylko na pozór... W rzeczywistości zaś potrzebował czasu, by
+ochłonąć z doznanego przed chwilą wrażenia.
+
+Przed nim znajdował się towarzysz, niewidziany już od lat siedmiu -
+jeden z dwóch pierwszych ludzi, z którymi się był zbratał,
+przyjechawszy niegdyś do kraju sam, nieznany i biedny!..
+
+I nagle, wywołane przypomnieniem, stanęły mu w myśli jasno te chwile
+dawne !.. Ukazała mu się żywo w wyobraźni straszna noc moralnego
+przełomu jego życia, noc udręczeń w izdebce na poddaszu - noc walki
+z uczciwością z jednej strony, a nędzą, ułudą miłości,
+pragnieniem Ĺźycia - z drugiej!...
+
+Wszak siedzący oto teraz przed nim młody człowiek był jednym z tych
+dwóch właśnie, którzy, gdy on nurzał ręce w kuszącem go swą
+potęgą złocie, stukaniem nagłem we drzwi izdebki wstrząsnęli nim
+tak silnie...
+
+I Roman, przebiegając spojrzeniem w duchu to wszystko, mówił do
+siebie jednocześnie:
+
+- Dziwnem jednak jest to Ĺźycie nasze... O, jakĹźe dziwnem !.. Gdyby nie
+to złoto, a później Monte Carlo, Ola i śmierć jej ojca, oraz
+dziedzictwo po nim, nie byłbym przecie nigdy tem, czem dziś jestem!..
+
+Przepastna ironia - koło bez wyjścia!..
+
+Dzierżymirski, pochylony nad grubą księgą, której cyfr i kolumn ich
+nie widział zgoła - pogrążonym się ciągle być zdawał
+całkowicie, w rachunku i pracy.
+
+Milczenie zupełne - panowało w pokoju, w ciszy zegar wydzwonił
+niebawem godzinę wpół do dwunastej. Roman się ocknął; zostawało
+mu już tylko pół godziny czasu. Uczynił nad sobą wysiłek i głosem
+spokojnym zupełnie przemówił obojętnie:
+
+- Z kim mam przyjemność i czem służyć mogę?..
+
+- Herman Zieliński. Czy pan.. prezes naprawdę mnie sobie nie
+przypomina? - odparł młody człowiek dobitnie.
+
+Dzierżymirski zawahał się chwilę.
+
+- Zielińskich znam wielu - rzekł z wolna - nazwisko pańskie ma
+przedstawicieli tak licznych... Zresztą... może... Przykro mi bardzo,
+lecz doprawdy nie przypominam sobie...
+
+- Ja za to - odpowiedział młodzieniec, akcentując silnie słowa -
+przypominam sobie aż nadto dobrze... Poznaliśmy się przed laty
+siedmiu; ja, pan i Jasio Zboiński stanowiliśmy przez czas jakiś
+nierozerwalną nawet trójkę. Potem... pan przestałeś stopniowo nas
+poznawać... Kolej to zwykła rzeczy świata tego, prawo ludzkie - być
+może... Pan wznosiłeś się po drabinie społecznej wysoko, my
+ginęliśmy w cieniu... Pan dosięgłeś jej szczytów obecnie, my, to
+jest ja, zostałem u jej podnóża...
+
+Zatrzymał się w przemówieniu swem młody człowiek, po chwili zaś
+dodał; z goryczą:
+
+- Jednak... myślałem, że pan... prezes, pomimo to, raczy mnie sobie
+przypomnieć. Cóż robić - omyliłem się!.. - młodzieniec powstał,
+gotów do wyjścia.
+
+- Ale cóż znowu !.. - wykrzyknął słuchający go dotąd w milczeniu
+wahającem się Dzierżymirski, a zarazem, powstawszy śpiesznie z
+miejsca, przyjaźnie wyciągnął rękę ku przybyłemu.
+
+- Witam i przepraszam... Pamiętam te czasy doskonale, tylko pan
+zmieniłeś się do niepoznania. Cóż Zboiński, cóż pan - porabiacie
+teraz?.. Niechże pan spocznie, proszę bardzo... - dorzucił Roman
+łaskawie i swobodnie, teraz bowiem panował już całkiem nad sobą.
+
+Zieliński, poznany, usiadł i ośmielony odparł:
+
+- Cieszy mnie niewymownie, Ĺźe pan przypominasz sobie lata owe.. Dla
+mnie, wyznać muszę, okres ten cały życia mego stanowi przyjemne
+nader wspomnienie - urwał, i uśmiechnąwszy się ironicznie,
+zachowując jeszcze swój ton sprzed chwili, dorzucił dobitnie:
+
+- Ba, dawniej przecie my ze Zboińskim, we trójkę, mówiliśmy sobie
+"ty" nawet!
+
+- Cóż pana obecnie do mnie sprowadza? - przerwał Dzierżymirski
+pośpiesznie, niechcący jakby, puszczając mimo uszu ostatnią uwagę.
+
+- Rad jestem niezmiernie z widzenia się naszego, z przyjemnością
+usłużę, jeśli będę mógł to uczynić...- dodał jeszcze, jak
+mógł najprzychylniej.
+
+Choć zmrożony nieco początkiem zdania, Zieliński spojrzał
+przyjaźnie na Romana, poczem odezwał się:
+
+- Dziękuję, i zobowiązany jestem panu bardzo, bardzo, panie...
+prezesie!., - uśmiechnął się znowu,
+z goryczą - początkowo jednak winienem w krótkich słowach objaśnić
+go nieco o położeniu mem obecnem.
+
+- Słucham - przerwał szybko Dzierżymirski i spojrzał na wiszący
+mały zegarek, wskazujący w tej chwili trzy kwadranse na dwunastą.
+
+Zieliński dostrzegł ruch jego.
+
+- O! to niedługo potrwa! - pośpieszył z zapewnieniem.
+
+- Nic nie szkodzi, proszę bardzo... - odparł Roman. - O pierwszej mam
+ważną sesyę, a że wyjeżdżam już za dni parę, obecność moja
+jest tam bez opóźnienia konieczną. Ale... słucham pana... -
+powtórzył znowu uprzejmie.
+
+- Otóż więc, streszczam - rzekł Zieliński.
+
+- Życie moje odmiennem potoczyło się korytem od życia pańskiego, a
+nawet Zboińskiego Jana. Pan - nie ma co mówić o tem ; całe miasto
+godzi się jednogłośnie, że o zdolniejszego i bardziej wpływowego
+zarazem człowieka u nas trudno... Zboiński jest lekarzem na prowincyi
+i wiedzie mu się niezgorzej, a ja... - tu Zieliński zatrzymał się
+chwilę - zostałem za wami, panowie, w tyle, o, bardzo w tyle nawet!...
+Dlaczego? któż odgadnie ?.. Zdawałoby się, że los nie poskąpił mi
+zdolności; szkoły ukończyłem, z medalem, prawo, z odznaczeniem, ale,
+niestety, los nie obdarzył mnie szczęściem do życia! - Młody
+człowiek znowu, wzruszony jakby mimowolnie, mówić przestał.
+
+- Trzy lata temu - ciągnął dalej niebawem - ożeniłem się z
+miłości, bez grosza... - rysy, dość regularne Zielińskiego
+ożywiły się promieniem wewnętrznym - kochałem ją, tę moją
+Maniutę, tak, jak kocham ją do dziś dnia jeszcze, choć jak nie
+miała, tak i nie ma ani szeląga posagu!.. Obecnie mam troje
+drobiazgu... - tu z kolei twarz gościa Romana zasępiła się smutnie,
+zatrzymał się, jakby trudno mu było wykrztusić resztę, czoło zaś
+białe pociemniało mu od rumieńca - jednem słowem - dokończył - w
+domu u mnie - nędza!..
+
+Umilkł, nie podnosząc oczu. Po dłuższej chwili, ciągnął:
+
+- Pomny naszej dawnej znajomości, przyszedłem tu, do pana prezesa, z
+pokorną prośbą o posadę, o pracę, choć byle jaką, ale - płatną,
+o zarobek, bo jałmużny nie zwykłem przyjmować!.. Byle z głodu nie
+umrzeć... byle osłodzić życie tej kobiecie, która mnie kocha, a
+której doli dotąd w żadny sposób ulżyć nie mogę!.. - wyrzucił z
+siebie z mocą.
+
+Zamilkł i wstydząc się jakby słów własnych, nie podnosił już
+wcale oczu na Romana.
+
+Dzierżymirski zaś z kolei przez czas ten cały śledził słowa i grę
+fizyonomii Zielińskiego, a w myślach jego równocześnie stanął
+wyraźnie kontrast rażący, pełny ironii, między życiem jego, a
+Ĺźyciem tego oto Hermana, znanego mu dobrze, jako najzdolniejszego
+studenta uniwersytetu - z przed laty... Stanowczo nie popłaca być
+idealistą!
+
+Ożenił się bez majątku... No, a gdyby tak on, Roman Dzierżymirski,
+zgrzeszył był idealizmem, i biedak, ale nieposzlakowany, uczciwy,
+pozbył się przed laty nietkniętych banknotów i ożenił się
+następnie z jaką dziewczyną zupełnie biedną ?..
+
+- No, w każdym bądź razie, jakoś dałbym tam sobie radę! -
+odpowiedziało coś butnie w duchu Roman natychmiast. - Posiadam hart,
+wolę, rozum, rzutkość, dar oryentowania się trafnego, i spryt - to
+wiele; a on? Szlachetny, zdolny, lecz jednak trochę... głupi!
+
+- Ale czysty ! - ukłuło coś, jakby żądłem Romana. Spuścił
+głowę i słuchając dalej losów kolegi Zielińskiego, mówił sobie
+zarazem:
+
+- Jednak pomóc trzeba... należy. Dla wspomnień, no, i dla zasady.
+
+Gdy zaś dawny towarzysz mówić już przestał, odezwał się z kolei:
+ - Więc życzyłby pan sobie otrzymać zapewne miejsce na kolei, gdzie
+ jestem prezesem... Niestety, nie mogę, postanowiłem bowiem podczas
+ całego trwania tam moich rządów, od siebie nie narzucać nikogo...
+ Ale mógłbym pomieścić pana gdzie indziej. W Banku
+ Handlowo-Przemysłowym, na przykład, należę do zarządu... Czy znane
+ są panu: rachunkowość kupiecka, buchalterya i języki obce biegle,
+ jak francuski, niemiecki, a moĹźe i angielski`?..
+
+- Niestety, nie! - odparł Zieliński. - Fachowego wykształcenia nie
+posiadam, gimnazya klasyczne zaś i wydział prawny uniwersytetu nie
+wyszkoliły mnie dostatecznie w żadnym z nowożytnych języków
+europejskich... Co innego grecki i łacina... Co się zaś tyczy
+rachunkowości, poza arytmetyką i matematyką wyższą, t. j. algebrą,
+geometryą, trygonometryą, inną służyć nie mogę...
+
+I machnąwszy przy tych słowach ręką, w zniechęceniu, młodzieniec,
+westchnąwszy smutnie, dodał.
+
+- Zresztą, panie prezesie, mówiąc szczerze całkiem, przekonywam się
+teraz coraz bardziej, iż szkoły nie dały mi zgoła żadnej nauki
+Ĺźyciowej i praktycznej.
+
+- Ma pan słuszność, zapewne... - potwierdził Roman. - Niedaleko,
+szczególniej przy obecnej nadprodukcyi w naszem mieście ludzi
+fachowych, zajechałbyś pan ze swym dyplomem, ale nie martw się pan...
+Spotkałeś mnie na swej drodze. Ja zaproteguję pana po pierwsze w
+imię lat dawnych, po drugie, że należysz pan, jak widzę, do
+prawdziwie potrzebujących pracy! - ostatnie słowa silniej
+zaakcentował Dzierżymirski. - Czy ładny i czytelny masz pan charakter
+pisma?
+
+- Owszem, staranny i czytelny w zupełności! - pośpieszył z
+odpowiedzią Herman.
+
+- No, to dobrze - odparł Roman, i przy tych słowach sięgnął do
+stojącego na biurku pudełeczka po bilet wizytowy. - Napiszę słówko
+do Dyrekcyi Towarzystwa Ogniowego "Esperanza"... Z dyrektorem jestem w
+ścisłych bardzo stosunkach, w tych dniach oprócz tego sam z nim
+pomówię - odmówić mi nie może... Od pierwszego przyszłego
+miesiąca dadzą panu posadę. Przypuszczam, iż... na początek z
+jakieś 500 rubli... Będziesz pan obrachowywał, sprawdzał, a potem
+przepisywał zapewne ubezpieczeniowe polisy... Jak się pan zaś
+wprawisz w owem przepisywaniu, wyrobię, iż dadzą panu polisy do
+kopjowania w domu, w ten sposób zarobisz pan więcej. Zgoda?...
+
+- Ależ naturalnie - dziękuję stokrotnie, dziękuję po tysiąc razy!
+Wdzięczność moja, panie prezesie, nie ma granic!... - i zerwawszy
+się z krzesła, Zieliński, wzruszony i uradowany, uścisnął z
+przejęciem dłoń Romana.
+
+Ten ostatni, napisawszy słów kilka, zapieczętował list i powstał, a
+podając go młodemu człowiekowi, rzekł:
+
+- Życzę szczęścia i powodzenia!.. Bardzo kontent również jestem,
+że pan zwróciłeś się bezpośrednio do mnie, i że znajomość
+naszą odnowiliśmy znowu... Doktorowi Zboińskiemu moje ukłony, gdy go
+pan zobaczysz!..
+
+I Roman Zielińskiemu podał rękę.
+
+- Dziękuję... Nie zapomnę tego panu nigdy!.. - z serdecznem ciepłem
+w głosie odparł młodzieniec, ściskając dłoń dawnego swego
+towarzysza.
+
+Dzierżymirski odprowadził go uprzejmie do drzwi, a gdy z Zielińskim
+znikło mu z przed oczu przeszłości widmo, odetchnął swobodniej, i
+zadzwonił na, lokaja.
+
+Ten zjawił się natychmiast, niosąc w ręku tacę z kilkoma biletami.
+
+- Czekają jeszcze? - zapytał Roman, i spojrzał pobieżnie na bilety,
+a równocześnie wyjął z kieszeni zegarek, wskazujący już parę
+minut po dwunastej.
+
+- Przeproś tych panów i powiedz, że dziś za późno!.. - rzucił
+czekającemu słudze.
+
+Lokaj wyszedł, a Dzierżymirski przechadzać się począł z wolna po
+pokoju i cygaro zapalił, wypuszczając od niechcenia z ust małe
+kółeczka dymu.
+
+Cały był jeszcze pod wrażeniem ostatniej wizyty, oraz tej odżyłej z
+nią tak nagle świeżo minionej przeszłości.
+
+I Dzierżymirskiemu czoło poorało się w drobne bruzdy, zamyślony
+wciąż tak samo, nerwowym krokiem przebiegał komnatę.
+
+Od lat kilku, gdy ożenił się był z Olą, nie zmienił się Roman
+prawie że wcale. Ta sama inteligentna i piękna twarz południowca,
+taż sama młodzieńcza szybkość ruchów, oraz niezmienna wytworność
+sylwetki całej - cechowały go obecnie tak, jak i przed paru laty.
+
+A ileż, ileż zdarzeń przewinęło się dotąd w życiu jego!
+
+Po odbyciu żałoby na wsi, w Gowartowie, przyjechał z Olą do miasta.
+Tu, dzięki dziedzictwu pana Januarego, położeniu towarzyskiemu żony
+i, odnowionym własnym stosunkom, zdobył Roman to, co do dziś dnia
+posiadał.
+
+Energiczny, rzutki, giętki, sprytny i pełen ambicyi zaszedł wysoko.
+Ola kochała go dotąd niezmiennie, ludzie korzyli się przed jego
+rozumem, stosunkami, wpływami, a jednak nie był on zgoła
+szczęśliwym!..
+
+I teraz po twarzy jego odgadnąć to również łatwe było.
+Cierpiał...
+
+Rozpamiętując w myślach przeszłość własną, zapomniał widać
+zupełnie o teraźniejszości. Niby wczorajsze świeże, we
+wspomnieniach żyły znów te lata minione, dawne... Jak fata morgana
+ułudna mamiły wzrok duszy jego niedościgłą, bo bezpowrotną już
+dalą, rozpierzchały się, nieuchwytne, to znów wracały jawne -
+Ĺźywe!
+
+Widział się więc Roman w poślubnym roku miłości wzajemnej,
+haszyszów i upojeń, z dysonansem śmierci teścia swego na końcu i
+widział siebie potem lata całe w ciągłych zabiegach, trudach, w
+prawdziwej, namiętnej energii czynu, w bezustannej gonitwie za
+popularnością, wielkością i znaczeniem.
+
+Wznieść się!.. wznieść ponad drugich, ponad tłumy - to stało się
+życia jego celem!.. Widzieć kornemi te ludzkie masy u stóp swoich -
+marzeniem - pomimo samopoznania w głębi duszy, że na to wszystko nie
+zasługuje się zgoła, pomimo gryzącej go, jak jad, toczącej go, jak
+robak, samowiedzy, Ĺźe on moralnie nie godzien moĹźe Ĺźadnego z tych,
+którzy go ponad siebie wynoszą!..
+
+Bo rzecz zaiste dziwna... Setki zdarzeń, tysiące ludzi przemknęły,
+jak w kalejdoskopie, w życiu Romana, a tajemnica jego odległego
+"wczoraj", pozostała nadal - tajemnicą... Nikt jej nie odkrył, nikt
+nie przypomniał. O właścicielu dwudziestu siedmiu tysięcy głucho i
+cicho było, jakby fakt ten cały był li tylko snem strasznym,
+zaklętą bajką z tysiąca i jednej nocy!
+
+A tymczasem życie, tocząc się wartkiem kołem, pochłaniało sobą
+Romana, pochłaniało go tak dalece, że bywały chwile, iż zapominał.
+Ale, niestety, były to tylko... chwile.
+
+Sumienie uparcie czuwało bezustannie. Nie było dnia jednego, by
+Dzierżymirski w cichości ducha nie uchylił głowy przed
+przypomnieniem strasznem; nie mijał miesiąc, by godzin kilka, z dala
+od ludzi, nie był zmuszonym przepędzić sam na sam ze sobą i z
+wyrzutami sumienia.
+
+O! jakże pragnął on nieraz oddać to złoto cudze, jak pragnął!..
+
+Oddać! Ale komu?.. Zwrócić, ale jak, nawet gdyby się i znałazł
+właściciel zagadkowy, by nie splamić nieskazitelnego połysku czci
+własnej, honoru i opinii człowieka, przodującego społeczeństwu
+całemu?..
+
+W tym samym, ozdobionym granacikową koroną hrabiowską, pugilaresie,
+leżały odłożone przezeń na miejsce, owe dwadzieścia siedem
+tysięcy, w banknotach i rulonach złota, schowane w tajemnej i nikomu
+nie znanej skrytce. Przeznaczone dla zagadkowego właściciela -
+czekały one nań tam daremnie.
+
+Bo gdybyż przynajmniej, choć promykiem małym, rozdarła się ta
+tajemnicza ciemność, kryjąca dotąd w swych czeluściach bezustannej
+zagadki prawnego pieniędzy tych pana!
+
+Och, wtedy, będąc choć trochę przygotowanym, niewątpliwie dałby on
+jakoś sobie radę! Wolałby bowiem zobaczyć nawet roztwierającą się
+przed nim przepaść bez wyjścia, gdyż ufny w swój rozum, znalazłby
+je na pewno, niż widzieć ciągle przed sobą ten pełny milczenia
+sfinksowy spokój, idącego przed nim ciemnego, nieodwołalnego jutra!..
+Przestraszał go on - przejmował zgrozą...
+
+Bo Dzierżymirski poza licznemi zajęciami swemi społecznej natury,
+czynił dotąd niemal bez skutku wszystko, aby zrzucić z siebie, już
+raz na dobre, gniotący go skrycie ciężar wspomnienia!..
+
+Podawał więc kilkakrotnie nad wyraz przebiegle i sprytnie ogłoszenia
+w pismach, nie tylko w kraju, ale i za granicą, w nadziei, iż wpadnie
+na trop właściwy.
+
+Sam pozatem odbył kilka tajnych wycieczek do ludzi, o których
+wiedział, że zgubili niegdyś, bez znalezienia, sumy większe...
+
+Zbadawszy ich jednak podstępnie, z ostrożna, wracał zawsze z niczem.
+Zagadka trwała.
+
+Teraz wreszcie również, nie dalej, jak za dni już kilka, postanowił
+Roman raz jeszcze uczynić próbę w tym względzie i wyjazd za
+granicę, zapowiedziany przezeń, dla wypoczynku, "de facto" był
+związanym ściśle z tą tylko samą, wiecznie jedną, sprawą.
+
+Przechadzający się wciąż szybko po gabinecie Dzierżymirski, w
+chaosie jątrzących go myśli i wspomnień, schwycił się nagle za
+głowę i szepnął do siebie przejmująco:
+
+- Och, czemuż, czemuż, na Boga, natura obdarzyła mnie sumieniem tak
+czujnem, wrażliwem, czemu?.. Byłbym położenie moje brał
+filozoficzniej, prościej... Wszak z pieniędzy znalezionych w rzeczy
+samej korzystałem tak mało! Przegrałem je przecie wszystkie w Monaco,
+do ostatniego grosza, a wygrałem z pieniędzy zupełnie innych! -
+sofizmat, niezmiennie ten sam, powracał w umyśle Romana.
+
+O ile jednak dawniej pocieszał on go chwilami, teraz, dziś - nie
+działał już bynajmniej.
+
+Dojrzalszy obecnie, w niejednem jeszcze przekształcony życia szkołą,
+patrzący z odległości lat kilku zimniej daleko na uczynek swój
+własny "przywłaszczenia", Dzierżymirski, nie wyzbywszy się dotąd
+wcale wszczepionych silnie w dzieciństwie zasad uczciwości,
+nieprzejednanej, prawej, czystej, - rozumiał, iż, pomimo
+pochłonięcia cudzego złota przez jaskinię gry i dotychczasowej
+bezkarności - zbłądził, i że wina jego zgoła nie była mniejszą.
+Czuł, że życie moralne wykoleiło go niemiłosiernie, i cierpiał...
+
+Roman przetarł ręką rozpaloną głowę; atak apatyi nerwowej
+pesymizmu, żalu i goryczy, szeroką falą napływał znowu do duszy
+jego.
+
+W tej samej chwili na ściennym zegarze wybiło wpół do pierwszej.
+Roman się wstrząsnął.
+
+Sesya, obowiązki, przodownictwo społeczne - trzeba być silnym!..
+Odpocznie później, gdy wyjedzie - za dni parę, teraz odwagi!..
+spokoju!..
+
+I uczyniwszy nad nerwami swymi i myślą wysiłek, Dzierżymirski
+wyprostował się. Rzuciwszy opodal do połowy spopielałe, cygaro,
+począł porządkować śpiesznie porozrzucane na biurku papiery.
+
+W tej samej chwili do drzwi zapukano trzykrotnie. Roman drgnął i
+odwrócił się. Poznał sposób stukania żony, co dzień bowiem, o tej
+porze, Ola zwykła była odwiedzać go po pracy.
+
+- Entrez!.. - rzucił donośnie i czoło jego wypogodziło się
+natychmiast.
+
+Ma ją przecież, najdroższą żonę, podporę-kochankę i przyjaciela
+! Wszak wzajemnie nie posiadają przed sobą żadnych tajemnic, prócz
+jednej - jedynej!
+
+Przez próg komnaty do gabinetu wchodziła już Ola, ubrana do wyjścia,
+w kapeluszu i sukni, skrojonej elegancko i szeleszczącej jedwabiami
+spĂłdnic.
+
+I ona od lat tych pięciu nie zmieniła się prawie. Wypiękniała tylko
+jeszcze bardziej, bujniejszemi stały się kształty i linie jej ciała,
+ponętniejszemi, w całym swym czerwcowym rozkwicie, lat już niespełna
+trzydziestu.
+
+Z uśmiechem, przywitali się małżonkowie; Roman ucałował żonę w
+czoło i zapytał:
+
+- Dokądże to tak moja pani?
+
+- Na ogólne zebranie pań Opieki Ś-go Franciszka z Assyżu; a ty
+wychodzisz takĹźe?..
+
+- A jakże. Na sesyę Związku Kredytowego.
+
+- Na którą godzinę?
+
+- O pierwszej się rozpoczyna...
+
+- Pysznie!.. - zawołała uradowana Ola.- Kazałam właśnie do powozu
+zaprządz, podwiozę cię... A śniadanie drugie już jadłeś?
+
+- Nie, kochanie, czasu mi nie starczyło. Przekąszę coś nie coś na
+mieście...
+
+- Mój ty biedaku !.. - i pogłaskawszy pieszczotliwie męża po twarzy,
+uściskała go Ola serdecznie, - taki zajęty zawsze, że nawet prawie
+nie można nigdy pomówić z tobą swobodnie...
+
+- A czyja wina? - przekomarzał się wesoło Dzierżymirski.- Gdy ja do
+domu wpadnę, nigdy pani mej nie ma... To zebranie Ś-go Antoniego,
+Kalsantego, Ambrożego, - wszystkich świętych jednem słowem... To
+znów z kolei opatrywaniu chorych, wenta na przytułki, obrady na zabawy
+filantropijne, rozdawnictwa, gwiazdki dla dzieci, rozbieranie ich,
+ubieranie... Czy ja w końcu wiem i pamiętam, wszystkie owe tam wasze
+damskie pseudo-prace?..
+
+- No, no... Bardzo proszę, nie wyśmiewać mi się z nas... Niby to wy,
+panowie, robicie co na owych sesyach. A jakże! Rozmawiacie zgoła o
+czem innem, papierosy palicie, kłócicie się i rozchodzicie. Ho-ho,
+już ja wiem dobrze, co mówię!..- odparła z przekonaniem obrażona
+niby Ola.
+
+I w ten sam sposób dłużej jeszcze przekomarzaliby się żartobliwie
+małżonkowie, gdyby nie wejście lokaja, który zaanonsował:
+
+- Proszę jaśnie państwa, powóz już czeka...
+
+- Aaa... to dobrze! - rzekł Roman żwawo, daleki już myślą od
+dręczących go do niedawna wspomnień.
+
+- Nie przebierzesz się Romciu? - zapytała Ola.
+
+- Ani myślę, nie mam czasu! Patrz, dochodzi już pierwsza... Cóż to,
+moje życie, uważasz może, że nie po dżentlemeńsku wyglądam?... -
+zapytał lekko.
+
+- Ale gdzież tam... Cóż znowu?.. Tego myśleć się nie ośmielam -
+roześmiała się Ola. - tylko tak trochę... nie świeżo... Czekaj,
+przeczeszę cię, poprawimy krawat i oczyszczę...
+
+Dzierżymirski poddał się pokornie wymaganiom estetycznym żony.
+
+- No, fertig! Wyglądasz znośnie!.. - zadecydowała Ola po chwili.
+
+- Phi... tylko? To niezbyt pocieszające, - odparł, śmiejąc się,
+Roman - i wyszedł z Olą do przedpokoju.
+
+W bramie domu czekał już powóz odkryty; Dzierżymirscy wsiedli doń
+pośpiesznie, lokaj wskoczył na kozły i ruszyli. Znany w całem
+mieście pojazd "prezesowstwa", zaprzężony w dwa rosłe mieszańce,
+krwi anglo-arabskiej, wytoczył się na ulicę i pomknął chyżo.
+
+Co chwila z pośród idącej po szerokich chodnikach publiczności, lub
+z wymijanych powozów, kłaniał się ktoś uprzejmie Dzierżymirskim, a
+oni, uśmiechnięci, weseli, tak samo grzecznie oddawali wszystkim
+ukłony. Po dłuższej chwili milczenia, odezwał się Roman:
+
+- Ale, a propos, musisz się tem zająć, Oluniu, bo ja, doprawdy, czasu
+nie mam. Dziś, lub najdalej jutro, wysyłamy zaproszenia do wszystkich
+naszych znajomych... W sobotę damy raut pożegnalny... J'espere, że
+nic nie masz przeciwko temu, moje Ĺźycie ?..
+
+- Ależ, naturalnie!.. - pośpieszyła z zapewnieniem Ola, - lecz musimy
+przecież złożyć wizyty...
+
+- Nie ja, nie ja, cherie!.. To ty za mnie nieodzownie zrobić musisz,
+kochanie... Kto nie przyjdzie - pal go licho!.. A zresztą, pas de
+crainte, stawią się wszyscy...
+
+- Dlaczego nie chcesz jechać ze mną?
+
+- Nie nie chcę, lecz nie mogę. Mam przed wyjazdem jeszcze zajęcia
+huk! Nie możesz mieć nawet wyobrażenia, moja droga, co to znaczy
+wyrwać się na miesięcy kilka, jak tego pragnę, z tego kołamych
+rozlicznych obowiązków - c'est un vrai tour de force!.. -
+Dzierżymirski zamilkł na chwilę, poczem kończył:
+
+- Bo pomyśl tylko... Tu znaleźć na czas ten cały zastępcę, tam
+znów wycofać się zręcznie, by nie obrazić nikogo i załatwić
+wszystkie czynności już z góry... Więc chyba rozumiesz teraz, iż w
+wizyty światowe bawić się nie mogę, najwyżej do kilkunastu
+wybitniejszych osobistości, i koniec.
+
+- Ależ dobrze, już dobrze, nie tłumacz się, nie broń - zrobię
+wszystko, mój władco i panie! - z uśmiechem, pocieszyła go Ola. -
+Pytałam się tak tylko... Czy wracasz dziś na obiad ?..
+
+- Pas possible! - odparł Dzierżymirski stanowczo. - Akurat o szóstej
+zebranie nadzwyczajne akcyonaryuszĂłw i komitetu nowego
+przedsiębiorstwa, wiesz, Komercyjno -Agronomiczny Związek krajowy...
+Zjem na mieście.
+
+- A wieczorem? - pytała dalej Ola.
+
+- Muszę być koniecznie u księcia Artura, w sprawie budowy nowego
+kościoła Św. Jana Chrzciciela; zebranie prywatne w jego mieszkaniu -
+obiecałem.
+
+- Niemożliwym jesteś człowiekiem !.. - roześmiała się Ola, - ja
+juĹź o czwartej wracam do domu.
+
+Umilkli. Wkoło nich śmiało się w słońcu miasto; wiosna
+czarodziejka nawet tu, w ciasne ogrodu mury, swĂłj powiew balsamiczny
+tchnąć potrafiła - oddychało się swobodniej, szerzej, świeżość
+majowa pieściła twarze śpieszących zewsząd tłumów, śmiejących
+się i wesołych.
+
+- Stań! - rzucił nagle i rozkaz Dzierżymirski, dotykając z lekka
+laską liberyjnych pleców stangreta. Dojeżdżali do wspaniałego
+gmachu Związku Kredytowego.
+
+Powóz zatrzymał się posłusznie.
+
+- A ce soir! - rzekł Roman, i lekkiem uściśnieniem ręki pożegnawszy
+żonę, wyskoczył z ekwipażu. Po kamiennych stopniach krużganka
+skierował się ku olbrzymim kutym drzwiom, które, w powitalnym, niskim
+ukłonie, otwierał już usłużnie szwajcar miejscowy.
+
+Na progu gmachu Dzierżymirski obejrzał się i spotkał ze wzrokiem
+Oli. Spojrzeniami wzajemnie pożegnali się jeszcze pieszczotliwie,
+poczem Ola odwróciła się pierwsza, Roman zaś, ścigając ją oczyma,
+zatrzymał się i uśmiechnął...
+
+W oddalającym się powozie, młoda kobieta po chwili, instynktownie
+jakby, raz drugi spojrzała za siebie. Dzierżymirski jednocześnie
+skinął głową i znikł za drzwiami, Ola zaś odwróciła się i
+niedbale rozpięła białą, koronkami obszytą, parasolkę. Promienie i
+blaski majowe zalśniły się jeszcze na jej postaci chwilę, i powóz
+znikł, pochłonięty wielkomiejskim wirem.
+
+------------
+
+
+Kaskadą świateł i blasków płoną rzęsiście apartamenty
+Romanowstwa DzierĹźymirskich...
+
+Z pół otwartych lilii z kryształu, zdobiących gazowe po bocznych
+ścianach kinkiety, z żyrandoli i lamp - tu jaskrawo, tam znów
+łagodniej, drżą w dusznej atmosferze salonów pęki promieni,
+spadają deszczem na tłum wesoły, elegancki i strojny, grają,
+załamując się w klejnotach kobiet - pieszczą ich nagie gorsy i
+ramiona, głaszczą je swym niewidzialnym dotykiem.
+
+Gwar stłumiony prowadzonych z ożywieniem rozmów, oraz tłok i
+ciasnota panuje w kilku obszerych salonach; część tylko gości
+siedzi, większość, wahadłowym ruchem płynącej fali, przechadza
+się bezustannie, a raczej dyskretnie przeciska.
+
+Nie omylił się bowiem w przewidzeniach swych Dzierżymirski. Całe
+towarzystwo i wszystkie jego sfery stawiły się na raut pożegnalny
+prezesa, wice prezesa, dyrektora i członka licznych instytucyi -rade i
+poczuwające się do obowiązku obecnością swą złożyć daninę
+grzeczności światowej temu, kto trzymał obecnie w silnej dłoni
+wątek ich spraw i interesów - natury społecznej, przemysłowej,
+filantropijnej, a często gęsto i osobistej nawet.
+
+Pełni uprzejmości, dystynkcyi i gościnności szczerej, wśród tłumu
+swych gości, uwijali się Dzierżymirscy, zmieniając się kolejno w
+pobliżu wejścia pierwszego salonu, dla witania wchodzących co chwila
+nowych przybyszów. W końcu jednak i ten czasowy posterunek ich okazał
+się wprost niemożliwym...
+
+Roman i Ola zmuszeni zostali zmieszać się z tłumem rautujących
+gości, ustępując sami naporowi ścisku.
+
+A kwadranse tymczasem mijały szybko. Liczba napływających osób
+powiększała się coraz bardziej, wśród szeleszczącej zaś, barwnej
+fali gości, w liberyi i pończochach, ukazywać się poczęli,
+posuwając się z trudem, lokaje, z wielkiemi srebrnemi tacami... U
+wejścia zaś salonów, wyparta zwiększającą się falą ludzi,
+stanęła zwarta gromada mężczyzn, tamując w ten sposób po prostu
+komunikacyę do przepełnionych nad miarę apartamentów.
+
+Młodzieniec, ciemny szatyn, nieposzlakowanie elegancki, o
+impertynenckiej nieco, choć wielkoświatowej powierzchowności,
+wchodził w tej chwili do mieszkania prezesowstwa Dzierżymirskich.
+
+Znalazłszy się niebawem poza zbitą u drzwi garstką panów, na razie
+nie mógł postąpić ani kroku naprzód. Widząc to, skrzywił swe
+wąskie usta, i wspiął się dyskretnie na palce.
+
+Ponad zbliżonemi, wypomadowanemi głowami stojących mężczyzn,
+ujrzał dokładnie kołyszące się morze kobiecych biustów, główek
+czarownych, pięknych, różnobarwnych tualet, gorsów i fraków i
+mruknął do siebie:
+
+- Ho-ho!.. pas mal...
+
+Spojrzał następnie na stojących opodal rautowiczów. Nie znał
+żadnego z nich. Żachnął się niecierpliwie i szepnął znów z cicha
+do siebie, po francuzku:
+
+- Que diable, je ne suis pas venu ici pour garder l'antichambre...
+
+I jednocześnie posunął się zręcznie naprzód, potrąciwszy zaś
+lekko po drodze swej paru sąsiadów, rzucił, z wytwornym ukłonem,
+kilka: "Pardon", w rezultacie jednak znalazł się zaledwie o parę
+krokĂłw naprzĂłd.
+
+Popatrzył znowu przed siebie, wspiąwszy się na palce.
+
+- Ach, przecież choć jeden!.. - szepnął z ulgą, tym razem już po
+polsku, dojrzał bowiem właśnie poznanego w przeddzień Emila
+Ładyżyńskiego.
+
+Rzuciwszy po francusku parę ugrzecznionych przeproszeń, młodzieniec
+postąpił znów kroków kilka, aż stopniowo, przepraszając dalej
+bezustannie, zdołał dotrzeć do Ładyżyńskiego.
+
+Ten już go był zoczył. Podali sobie ręce, witając się uprzejmie.
+
+- Eh bien, chèr comte - zagadnął, z uśmiechem pierwszy pan Emil -
+jakież wrażenie z rautu "koroniarzy?.." Trudno się dostać, co? Et,
+ce qui touche, gospodarza, prezesa, vous ne le verrez probablement pas,
+bo jest akurat pod przeciwnym biegunem.
+
+- A ja właśnie muszę, bo go nie znam. Pani Dzierżymirska była tak
+bardzo uprzejmą zaprosić mnie, bo złożyłem jej wizytę, lecz
+prezesa, jako nader zwykle zajętego podobno, nie widziałem...
+
+- Ba... ba... c'est simple - potwierdził Ładyżyński - nasz
+prezesunio jest to człowiek, który jest wszędzie, ale nigdy u siebie
+w domu... Voulez - vous, przedstawię pana. W drogę zatem... Płyńmy,
+płyńmy, póki czas!.. - zanuciwszy półgłosem wyrazy ostatnie,
+rzekł starzejący się kawaler, i prowadząc za sobą przybysza,
+puścił się naprzód.
+
+Ostrożnie, z wolna, dwaj panowie posuwać się zaczęli. Czynność to
+zaś niełatwą była. Prócz obawy niezręcznego potrącenia kogoś z
+wytwornego, a ścieśnionego grona - musieli oni pozatem lawirować
+jeszcze bardzo zręcznie pomiędzy długiemi trenami pań...
+Ładyżyński jednak radził sobie wybornie. Co chwila kłaniał się
+komuś uprzejmie z daleka, lub witał z bliska, przystawał, rzucał
+dowcipnych słów parę - rozstępowano się przed nim. Szedł dalej.
+
+- Uf, nous y voilà!..- rzucił po niejakim czasie towarzyszowi swemu.
+
+- Widzę Romana, jak peroruje, cà va sans dire, o społecznych
+sprawach... - Och, i pani Ola jest rĂłwnieĹź niedaleko!.. Quelle
+chance...
+
+I pan Emil, odwróciwszy się, skorzystał z wolniejszej nieco około
+siebie przestrzeni, wziął pod ramię młodego człowieka i zbliżać
+się począł wolno, ku otoczonemu kilkoma rozmawiającymi żywo panami,
+Dzierżymirskiemu. Idąc zaś, podrwiwał z cicha, cytując dolatujące
+głośniejsze wyrazy i zdania.
+
+- A co? nie miałem racyi ? słyszy pan ? Cel społeczny, - potęga
+działalności, - punkt kulminacyjny, - przesilenie finansowe - etc. i
+tak dalej. Jak dowodzi, co? Prawdziwa dystyngowana wieĹźa Babel szumnych
+frazesĂłw!
+
+Młody człowiek słuchał uważnie, uśmiechając się z lekka,
+tymczasem zaś jednak znaleźli się obaj tuż koło grupy
+rozprawiających zapalczywie mężczyzn.
+
+- Stój, panie hrabio, skromnie, aż ja zatamuję, przerwę ten oto
+rwący potok dyskusyi!.. - odezwał się znów Ładyżyński.
+
+Nie okazało się to jednak potrzebnem. Dzierżymirski, bierniej od
+innych biorący udział w rozmowie, dojrzał już właśnie
+zbliżającego się pana Emila. Wyciągając przyjaźnie rękę ku
+niemu, z serdecznością, przemówił:
+
+- Emilu? Jak się masz? cóż tak późno?
+
+Romana z Ładyżyńskim łączyły obecnie stosunki przyjaźni szczerej.
+Dzierżymirski polubił szczerze tego wesołego zawsze, patrzącego na
+życie trzeźwo bywalca, a przyjaciela rodziny - żony, nie mającego mu
+przytem za złe - jak wiadomo - postępku ongi z Olą.
+
+- Bynajmniej nie za późno - odrzekł swobodnie zapytany, - od godziny
+dziś tak rojno, niby u ministra... Dojść do Jego Ekscelencyi nie
+mogłem... - z ukłonem, dokończył ironicznie.
+
+- A... tak. Rzeczywiście. Żegnają mnie czule, - w tym samym tonie
+odparł z uśmiechem Dzierżymirski.
+
+- Czy widzisz, Romanie, - ciągnął Ładyżyński - tego młodzieńca w
+monoklu, z takiem znawstwem dyskretnem oglądającego w tej chwili tors
+hrabiny P ?
+
+- Widzę i nie znam!.. - zadziwił się Dzierżymirski.
+
+- Co? pas possible!., - zadrwił pan Emil. - Nie znasz swoich gości? O,
+panie prezesie, wstyd i hańba!.. No, ale nic, wybawię cię z kłopotu
+i przedstawię ci go. Ja go znam!..
+
+- Jak się nazywa? Il a l'air assez bien!..
+
+- Parbleu, çà va sans dire. Potomek znakomitego rodu: hrabia
+Topola-Topolski - objaśnił Ładyżyński, z ironią.
+
+- No, już "Topola", to pewnie dodatek twój, Emilu - zaśmiał się
+Roman - ale skądże go wyrwałeś?..
+
+- Przybył z Galicyi, rodem z Księstwa Poznańskiego - zaprosiła go
+twoja żona. Strzeż się, prezesie, pani prezesowa ma swoich
+protegowanych!..
+
+- No, nie gawędź, przedstaw mi go, bo biedak się zanudzi, tak
+czekając - rzekł Roman, i ująwszy ramię przyjaciela, skierował się
+ku Topolskiemu, idąc zaś, nachylony dyskretnie, szepnął:
+
+- Tylko nie przedstawiaj mi go comte Topolski, bo ja zmuszonym będę
+wobec drugich uczynić to samo... Przecież to nonsens wierutny
+tytułować jakiegoś tam Topolskiego hrabią tu u nas, gdzie roi się
+od autentycznych, historycznych rodĂłw...
+
+- E !.. daj pokój, obrazi się, zresztą bogaty i epuzer... - odrzekł
+z niechęcią Ładyżyński - in faut lui laisser son illustre illusion.
+
+- Ależ właśnie, przeciwnie! - przerwał Dzierżymirski. - "Bez
+złudzeń", to najlepsza reguła. Et je t'en prie, zrób, jak cię
+proszę...
+
+- No, dobrze, dobrze... Uspokój się zresztą... Połknę "comte", ale
+jeśli mnie ten dudek wyzwie na pojedynek, to musisz być sekundantem! -
+zawyrokował, po swojemu, Ładyżyński.
+
+- Monsieur Topolski... - szybko wyrzucił po chwili, gdy znaleźli się
+koło czekającego na nich młodzieńca.
+
+- DzierĹźymirski...
+
+Pośpieszył osobiście przedstawić się Roman uprzejmie i natychmiast
+zagaił rozmowę.
+
+- Bardzo mi miło widzieć u siebie gościa z za Kordonu... Wszak pan
+przybywa z Galicyi?..
+
+- Tak jest. Wczoraj właśnie miałem zaszczyt przedstawić się... i
+tam dalej - recytował pośpiesznie Topolski banalną światową
+odpowiedź, wyjaśniającą jego tutaj obecność i dotychczasową
+znajomość z gospodarzem.
+
+- Nie zna pan zatem pewnie wiele osób - wysłuchawszy go cierpliwie do
+końca, przemówił Dzierżymirski - tymczasem przedstawię pana par ci,
+par là, zgoda?.. Venons! - dorzucił przyjaźnie.
+
+- Bonsoir, monsieur le comte! - w tej samej chwili tuĹź obok nich
+rozległo się powitanie zwrócone do młodzieńca, i przed trzema
+panami stanęła Ola, w prześlicznej jasnozielonej sukni balowej,
+mieniącej się, przetykanej srebrem, wdzięcznie ubranej kwieciem
+wodnych nenufarĂłw.
+
+Topolski skłonił się wytwornie i przywitał z gospodynią domu, oraz,
+z wprawą obytego światowca, rozpoczął natychmiast rozmowę.
+
+Po twarzy Dzierżymirskiego tymczasem na słowa powitalne żony
+przemknęło niezadowolenie widoczne i skrzywił się nieznacznie.
+Postał chwilę w niepewności, poczem, zrezygnowany, rzucił
+Topolskiemu uprzejmych słów parę i znikł w tłumie gości.
+
+Topolski tymczasem, pomimo powierzchowności, na pierwszy rzut oka
+aroganckiej nieco, okazał się miłym i wprawnym "causeur em", a idąc
+wolno obok Oli, z ożywieniem rozmawiać z nią nie przestawał.
+
+- Jak to? - mówiła Dzierżymirska - więc to pan odziedziczył
+majątek w naszych stronach... Wolno wiedzieć nazwisko dóbr
+pańskich?..
+
+- Szczęsnaja - odparł Topolski.
+
+- Ależ to zaledwie o pięć mil od Gowartowa, gdzie z mężem mieszkamy
+- objaśniła towarzysza Ola. - Śliczna rezydencya, znam z widzenia...
+Nie przypuszczałam zgoła, że będę miała w pana sąsiada. Bardzo mi
+miło! - dokończyła uprzejmie. Topolski skłonił się, rzuciwszy
+jednocześnie zdawkowo - banalną grzeczność.
+
+- To pan dziedziczy po hrabi Teodorze Irenhauzie? wszak prawda? -
+pytała dalej Ola.
+
+- Tak, pani; to był mój dziad stryjeczny... - Tak? no, widzi pan...
+Znałam doskonale swego czasu dziadka, pańskiego, nous sommes donc en
+pays de connaissance... Był to bardzo dystyngowany, zacny i miły
+człowiek...
+
+- Oh, vous êtes bien aimable, madame...- zaczął swą wytworną
+francuszczyzną młodzieniec, lecz przerwała mu, snać
+niedosłyszawszy, Ola:
+
+- I objął pan już swe dobra ?..
+
+- Nie, pani, jadę tam dopiero za parę tygodni...
+
+- Pozna pan zatem Ukrainę, - ciągnęła dalej swobodnie młoda
+kobieta, - kraj to cudny, śliczny, zobaczy pan... Ja go tak lubię, tak
+kocham, z całego serca!.. - kończyła, z ożywieniem.
+
+- Ot bynajmniej nie jest mi obcą Ukraina - pośpieszył z odpowiedzią
+Topolski. - Zaznałem już jej uroku, bywałem bowiem u stryja dawniej,
+et je suis tout Ă  fait de votre opinion madame, c'est un pays
+charmant... Tyle wdzięku, cichego czaru, w tych drzemiących stepach i
+polach, tyle poezyi, w jej dumkach, a tyle, tyle tęsknoty we
+wszystkiem!.. - z zapałem, wygłosił ostatnie słowa Topolski.
+
+Ola, po raz pierwszy, spojrzała nań uważniej. Twarz młodzieńca w
+tej chwili pozbyła się całkiem nałożonej konwenansowej maski
+światowca, złagodniała jakby i wypiękniała.
+
+Przesunąwszy uważnie swe rozumne spojrzenie po twarzy swego
+nowopoznanego sąsiada wiejskiego w przyszłości, Ola zdziwiła się w
+duszy niepomiernie, tymbardziej, Ĺźe nie poza bynajmniej, ale
+przeciwnie, szczerość w ostatnich słowach jego dźwięczała. Nie
+spodziewała się podobnego zwrotu w rozmowie banalnej przeciętnego
+salonowca, za jakiego wzięła nowego gościa, zamyśliła się zatem
+chwilę, umilkła, i dopiero, w parę minut później, przypomniawszy
+snać sobie obowiązki gospodyni, uprzejmie bardzo zwróciła się do
+Topolskiego.
+
+- Gawędzę z panem, et j'oublie tout à fait, comte, que vous
+connaissez ici très peu de monde... Wszak prawda? Przyjechał pan dni
+temu parę zaledwie... Przedstawię pana... donnez moi votre bras, s'il
+vous plait.
+
+Z wdziękiem, Topolski podał natychmiast Oli swe ramię, rozpływając
+się jednocześnie w podziękowaniach, grzecznościach i zasypując
+zręcznymi komplementami młodą kobietę... Uprzejma gospodyni
+tymczasem prowadziła go ku grupie siedzących starszych dam. Im
+naprzód przedstawiwszy gościa, skinęła następnie na jednego z
+kręcących się bezczynnie młodych ludzi, a zapoznawszy z nim swego
+protegowanego, poleciła zaprezentować go młodszym paniom i pannom.
+
+- Comte Topolski... hrabia Topolski... monsieur le comte Topolski...-
+rozległo się po chwili tu i tam po salonach, w milknącym właśnie
+rozmów gwarze, tło fortepianu bowiem, stojącego na zaimprowizowanej
+estradzie, zbliżała się w tej samej właśnie chwili sławna
+artystka, śpiewaczka włoska...
+
+Akompaniować jej zamierzał znany profesor i muzyk.
+
+Topolski zaczął przyciszonym głosem zabawiać grupę pań i panien,
+wespół z wyfraczoną i wymuskaną młodzieżą, uwaga zaś powszechna
+zwróciła się jednocześnie na młodą i piękną Włoszkę.
+
+Coraz ciszej i ciszej, choć opornie, umilkł w końcu, niby morze,
+tłum wytworny i słuchać poczęto, z pozornem zajęciem...
+
+Wreszcie, w ciszy względnej jeszcze, odezwały się pierwsze akordy, a
+w ślad zatem obił się o ściany salonów i uszy słuchaczy melodyjny,
+o cudnem aksamitnem brzmieniu, kontralt kobiecy. Złączona w
+harmonijną całość z muzyką fortepianu, rozległa się, zadrżała
+uczuciem włoska pieśń namiętna i jak świeże tchnienie z pod nieba
+Italii, spłynęła urocza, na rojną masę gości...
+
+Wstrząsnąwszy zaś gamą tonów przepełnione salony, poleciała
+pieśń czysta, skrzydlata, daleko - wyrwała się przez okna na ulice
+miasta potężna, silna, wcisnęła się do każdego zakątka mieszkania
+Dzierżymirskich - zbudziła swym czarem dalekim siedzącego w zadumie w
+jednym z najbardziej oddalonych fumoir'Ăłw, Romana.
+
+Podniósł głowę instynktownie, wsłuchał się w modulowaną
+artystycznie pieśń i westchnął po kilkakrotnie...
+
+Korzystając ze zwróconej ogólnie uwagi na mający się rozpocząć
+wkrótce popis koncertowy, Dzierżymirski znużony schronił się był
+tutaj.
+
+Myśli dłużej go przytrzymały. Teraz zaś, słysząc daleki,
+cichnący stopniowo szmer tłumnego zebrania, a później wyraźne tony
+pieśni znakomitej śpiewaczki, złagodzone oddaleniem, piękne,
+marzące, drgające uczuciem i siłą - Roman, w milczeniu słuchał
+nieporuszony - jakby zaklęty... I odejść stąd nie chciało mu się
+wcale...
+
+Poddając się bowiem urokowi słuchanej pieśni, poruszały się,
+trącone jakby czyjąś dłonią z lekka, jakieś struny w jego duszy,
+kwiliły cicho, grały...
+
+Tymczasem namiętny glos Włoszki rósł, potężniał...
+
+Wreszcie w pożegnalnym rytmie ostatnie, donośne, słowa pieśni
+zabrzmiały - polały się lawą jakby ekstazy, rozkoszy, upojenia,
+wstrząsnęły ścianami cichej komnaty, a dobiegły aż tu, pod stopy
+Dzierżymirskiego, i zgasły...
+
+Nastała drobna chwilka zupełnego milczenia, poczem, zgłuszony nieco
+oddaleniem, zabrzmiał oklask przeciągły, długi, szczery...
+
+Roman przetarł dłonią czoło i powstał... Trzeba było powracać do
+obowiązków niestrudzonego gospodarza domu.
+
+A tak dobrze było mu tutaj! Dawno nie pamięta tak cichej, niczem nie
+zamąconej chwili, bez zgrzytu żadnego, bez rozterki...
+
+Rozterka!.. Była przecież ona jego życiem. Tak. Nie tem zewnętrznem,
+dla ludzi, dla świata, ale tem prawdziwem, wewnętrznem - dla siebie.
+
+Cień smutku powlekł piękne rysy Dzierżymirskiego; rozpamiętując
+coś, zadumał się on znowu.
+
+Nagle brwi zmarszczył, i jakby przypomniawszy coś sobie, sięgnął
+szybko do kieszeni fraka, skąd wyjął welinową podłużną kopertę.
+Rzuciwszy uważnem okiem na wypisany, drżącą ręką, dokładny adres,
+odczytywać go począł. Był to zaś list do niejakiego pana Wiktora
+Orlęckiego w Paryżu. O pismo to chodziło Romanowi bardzo od kilku
+już tygodni, to jest od czasu, gdy się dowiedział, że wzmiankowany
+powyżej, Wiktor Orlęcki, zamieszkał w stolicy świata z
+oszczędności i musu po stracie -majątkowej, wynikłej, jak mówiono,
+ze zguby, przed samym terminem licytacyi majątkowej, sumy pieniężnej.
+
+Opowiadanie to, posłyszane przypadkiem, uderzyło Romana
+Dzierżymirskiego. Rodziny Orlęckich nie znał, szczegółów
+dowiedzieć się nie mógł... Wiadomość ta jednak niepokoiła go;
+ogarniać go poczęła chęć niezbadana stanowczego zobaczenia się, z
+owym Wiktorem Orlęckim, oraz wybadania go zręcznego.
+
+I od chwili tej nie znał już pragnień innych...
+
+Wreszcie poznał się umyślnie pewnego dnia z bogaczem, sławnym
+odludkiem i dziwakiem, Hugonem Orlęckim, jedynym krewnym
+zamieszkałego, w Paryżu Wiktora, by w jakikolwiek bądź sposób móc
+dotrzeć przez niego do nieznanego mu zgoła człowieka, a
+trzymającego, może, kto wie, nić jego własnej zagadki! Dziś
+dopiero, na kilka godzin przed rautem, udało się zdobyć list od
+starego samoluba, dla którego napisanie go nawet było ofiarą
+niewątpliwie wielką, zerwał bowiem zupełnie stosunki ze swym
+krewnym.
+
+Pismo to było w kwestyi oderwanej całkiem; treść, poddana przez
+samego Romana, polecała tylko oddawcę w pewnej sprawie względem
+synowca starego bogacza, posiadając jednak list ów w kieszeni,
+Dzierżymirski odetchnął. Łatwiej mu już bowiem było, mając
+sposobność poznania owego Orlęckiego, potrącić w rozmowie z nim o
+temat pieniężnej zguby, którego, jako obcy zupełnie, prawdopodobnie
+tknąć by nawet z nim nie mógł.
+
+- Ba!.. jeszcze jeden... - westchnął Dzierżymirski i skierował się
+śpiesznym krokiem ku rozbrzmiewającym już wrzawą salonom.
+
+Tam, po uczcie artystycznej ducha, przechodzono właśnie do dużej
+pustej jadalnej sali, by z kolei przystąpić do uczty ciała i
+pokrzepić się jadłem, za stawionem pokaźnie i suto, na olbrzymim
+podłużnym, przybranym kwiatami, stole.
+
+Roman stanął w cieniu portyery, u wejścia jednego z ustronnych
+buduarów, gdzie w tej chwili nie było nikogo, i objął spojrzeniem
+swych gości.
+
+W jego ogromnych salonach było już nieco przestronniej; tu i tam
+siedziano jeszcze, rozmawiano, lub przechadzano się swobodniej...
+Wypuklej występowały teraz wspaniałe toalety kobiet, mieniły się
+tęczowymi kolory.
+
+Na alabastrowych szyjach, piersiach i ramionach wachlujących się
+zalotnie dam, łatwiej można było dojrzeć obecnie wspaniałe
+klejnoty, połyskujące, na równi ze spojrzeniami ich oczu...
+
+Na lewo zaś, ku sali jadalnej, ścisk natomiast panował. Wiele osób
+dyskretnie w ostatnim, trzecim z rzędu, salonie, oczekiwało, rautując
+tymczasowo, kolei swej, bo przy stołach biesiadnych pełno już było
+gości, posilających się, przeważnie stojąc, wystawną, urządzoną
+na zimno kolacyą. Paniom i pannom usługiwali panowie, jedząc,
+flirtując, śmiejąc się i bawiąc wesoło.
+
+Obejmując sale wzrokiem, dłuższą już chwilę stał tak
+Dzierżymirski, a na twarzy jego, w ślad za
+pewnym jakby odblaskiem wewnętrznej próżności, zawitał teraz
+melancholijny cień...
+
+- Przyszli tutaj - myślał - tak, stawili się z różnych obozów,
+sfer, przybyli i wielcy, i mali, bawią się obecnie swobodnie, weseli,
+splatając zarazem swą obecnością dług grzeczności światowej,
+zaciągnięty u niego - pożyczkę moralnych usług, czynności,
+zabiegĂłw...
+
+Ha, zapewne! Lecz gdyby tak oto niespodzianie, nagle, dowiedzieli się
+tutaj oni wszyscy, co poza jego, Dzierżymirskiego, powłoką się
+kryje, gdyby w zawrotną głąb duszy jego zajrzeli!..
+
+O, niewątpliwie! Przeczytawszy ukrytą tam tajemnicę, odwróciliby
+się ze wzgardą...
+
+Dzierżymirski nieuczciwy? Jak to?.. Prezes, wiceprezes, człowiek
+czynu, energii, Ĺźelaznej woli, nasz najzdolniejszy, znany i powaĹźany w
+szerokich kołach miasta?..
+
+Jakaś pełna zgrzytów, piekąca ironia roześmiała się na glos w
+duszy Romana.
+
+- Ha-ha-ha!.. ha-ha-ha !.. Oszukujesz ich ty!.. Ty, czczony, wielki!
+Zasypujesz im oczy błyszczącym piaskiem, kpisz sobie w duchu z nich
+wszystkich!..
+
+Roman wstrząsnął się... W przywidzeniu nagłem ujrzał on te klasy,
+sfery - tych wszystkich, przechadzających się przed nim, strojnych
+ludzi, unikających jego wzroku, ukłonu, uchylających się od podania
+mu ręki, ze wzgardą zimną, suchą na obliczu...
+
+I Dzierżymirski, wzburzony nagle, podniósł głowę hardo,
+wstrząsnął bujną czupryną, śniada twarz jego przybrała wyraz
+energii, oraz niezłomnej woli, i wyszeptał:
+
+- Nie dam się, nie dam!.. - zacisnął instynktownie pięści i
+dokończył ciszej jeszcze: - Korzą się oni przede mną, kornymi
+zostaną; bo ja tak chcę i tak być musi!..
+
+Dzierżymirski bowiem w tej chwili nie bał się rzeczywiście ciemnej,
+nierozwiązanej jeszcze życia zagadki - ufał w siebie!..
+
+W ukryciu swem, niedostrzeżony przez nikogo, stał długo jeszcze...
+Uspakajał się stopniowo, a z równowagą umysłową, wywalczaną
+zwykle wolą żelazną - codzienny, tajony przed drugimi, smutek, pełny
+samowiedzy, po raz setny znowu wstępował do duszy jego.
+
+- Galernikiem jestem!... - szepnął Roman z goryczą. - Nie tym, z
+piętnem ludzkiej sprawiedliwości na czole, potępianym, ale może
+gorszym jeszcze, bo moralnym - tym, któremu honory pod nogi rzucają
+hojnie, a on je z rumieńcem wstydu ukryć by rad przed sumieniem, lecz
+nie może!. W ciemnię zagadki wpatrzony błędnie, wijący się
+bezustannie w ducha rozterce, niewolnikiem błędnego koła
+przeznaczenia własnego jestem, bryzgającym światu fałszem mego "ja",
+potrafiącym go odurzyć komedyą, graną znakomicie, nie mogącym zaś,
+niestety, zagłuszyli tylko - siebie!..
+
+(przypis - tu książką jest spalona, elementy wzięte w nawias
+kwadratowy są dokończeniem wyrazu, bądź oznaczeniem przerwy w
+tekście)
+
+I Dzierżymirski przesunął dłoń po czole, jakby pragnąc zetrzeć z
+niego ostatecznie myśli nieposłuszne. Stanął po chwili przed
+lustrem, rozczesał starannie włosy i brodę, poprawił szczegó[ły
+swej] toalety, a przybrawszy zwykłą codzie[nną pozę] oblicza -
+przestąpił sprężyście próg z[ bu]duaru... Rzucił znowu oczyma po
+salac[h ].
+
+Druga, czy trzecia partya gości [ ]raz wieczerzę, a tamci, syci,
+przechad[zali się po] nim. Nagle ujrzał w dali sylwetkę w[ ]
+szukającej uparcie wzrokiem kogoś ws[zak po] chwili oczy ich spotkały
+się, Ola uśmie[chnęła się ] i przyzywać go poczęła skinieniem
+głowy. [Równocze]śnie ktoś szybko uchwycił za rękę Romana.
+
+- Qua diable, ekscelencyo!.. - zabrzmiał głos Ładyżyńskiego. - Co z
+tobą się dzieje? Kolacya rozpoczęta, pani Ola cię szuka, goście
+dopytują się o ciebie bezustannie, a tyś, jak w wodę wpadł... Bój
+się Boga, wielki człowieku, cóż z ciebie za gospodarz domu!?.. - i
+pan Emil, wziąwszy pod rękę Dzierżymirskiego, prowadzić go począł
+poprzez salony.
+
+Roman zaś teraz dopiero zdał sobie sprawy dokładnie, jak widocznie
+długo nie było go pomiędzy gośćmi.
+
+- Telefonowano do mnie, interes bardzo ważny!.. Naprędce załatwić
+musiałem korespondencyę... - skłamał gładko.
+
+- Ach, zawsze z ciebie ten sam interesoman - zaśmiał się
+Ładyżyński - wiesz co ? Ja myślę, że jeżeli tak dłużej potrwa,
+to i w nocy będziesz przewodniczył sesyom, a niby ś. p. Napoleon
+godzin parę tylko spoczywał w objęciach Morfeusza!..
+
+(przypis - druga strona spalenizny)
+
+[Rom]an na tę uwagę nic nie odpowiedział, bo [ ]go. Panowie i
+panie przywłaszczali so[bie ]gi nieobecnego tak długo gospodarza do[
+]ię z nim w rozmowy, na których dnie, [ ]rył się i tu nawet,
+zręcznie wyzyskujący [ int]eres osobisty.
+
+[Dzierży]mirski zaś, ze zwykłą sobie pozorną po[wagą ] poddawał
+się temu wszystkiemu uprzej[mie rozmaw]iał z ożywieniem i niebawem
+znikł z oczu, [ ] falą gości. W tryby swe, kółeczka i koła [ ]ała
+go znowu machina życia, ścierając walkę [my]śli, wrażenia z przed
+chwili, barwnym, bawiącym się "towarzyskim światem", tak, jak wczoraj
+czyniła to interesami, sesyami, pracą społeczną, lub czem innem
+wreszcie...
+
+To właśnie życie czynne było największem może czasowem lekarstwem
+Romana - było jego morfiną, której za moralną dawką zapominał
+chwilowo o wszystkiem.
+
+Tymczasem czas mknął szybko. Po skończonej już zupełnie kolacyi,
+przez czas krótki do kulminacyjnego punktu ożywienia doszedł raut
+prezesowstwa Dzierżymirskich... Salony rozbrzmiały zdwojoną zabawą i
+rozmową. Na wszystkich prawie twarzach widniało szczere zadowolenie,
+co w wielkiej mierze zawdzięczano niezmordowanym, gościnnej
+uprzejmości pełnym zabiegom Romana i Oli.
+
+Eleganckie ich sylwetki, wśród barwnej lśniącej fali zaproszonych
+osób, migały szybko, znajdowały, zdawało się, wszędzie, by tylko
+uprzyjemnić, rozruszać i zabawić wszystkich, umiejętnem
+przedstawianiem, dobieraniem wzajemnem kół i kółeczek swych gości.
+
+Wreszcie stopniowo, z wolna, w salonach ukazywać się poczęło coraz
+więcej swobodnego miejsca...
+
+Wybiła gdzieś godzina wpół do trzeciej. High life miejscowy pierwszy
+dało hasło do odwrotu, za jego przykładem, śladem poszły i sfery
+inne... Przed domem, oraz na asfalcie obszernego dziedzińca
+zatętniały liczne uderzenia kopyt końskich, zamajaczyły ogniki u
+latarń dziesiątek powozów i karet. Rozjeżdżało się tłumnie i
+coraz szybciej.
+
+U wejścia wyludniających się coraz bardziej salonów, znowu stali
+teraz Dzierżymirscy, żegnając wszystkich serdecznie i grzecznie nad
+wyraz.
+
+- N'est ce pas ? do zahaczenia w Gowartowie?.. - rzuciła na pożegnanie
+Ola odchodzącemu już w tejże chwili Topolskiemu.
+
+- Najmilszym to dla mnie będzie obowiązkiem!.. - zabrzmiała, w
+ukłonie wytwornym skwapliwa jego odpowiedź.
+
+*******************************************
+
+Noc wiosenna, cicha, przez otwarte wszystkich apartamentĂłw okna,
+zajrzała w swej gwiaździstej szacie do salonów Dzierżymirskich.
+
+Ciepłym, rzeźkim powiewem zmieszała się ona z pozostałą tu wonią
+perfum, potu ciała i oddechów ludzkich, - tchnieniem swem dotknęła
+głów siedzących w zacisznym buduarze Romana i Oli.
+
+Ola z lubością wciągnęła w piersi oddech wiosennej nocy, poczem
+rzekła:
+
+- Ach, jak przyjemnie... czujesz, Romciu? Co za miły i świeży
+powiew!..
+
+Dzierżymirski, palący w zamyśleniu papierosa, spojrzał na
+wdzięczną postać żony, opiętą zgrabnie w śliczną dekoltowaną
+suknię, i dłużej zatrzymawszy na niej spojrzenie, milcząc, z
+uśmiechem skinął potakująco głową; po chwili zaś rzucił
+papierosa precz od siebie i przysunąwszy fotel bliżej do kanapki;
+gdzie siedziała Ola, położył miękką dłoń swą na jej małej
+rączce.
+
+- Wiesz, kochanie - rzekł łagodnie i z wolna - że ja już jutro do
+Paryża jechać muszę...
+
+- Już jutro?.. - wykrzyknęła ze zdziwieniem Ola. - Mieliśmy jechać
+razem do Gowartowa - dodała następnie z żalem - a ty za granicę
+dopiero później...
+
+I oczy Oli pociemniały nieco, na twarzy zaś odbił się cień
+widocznego jakby rozczarowania. Dzierżymirski uśmiechnął się na tę
+minkę niezadowoloną.
+
+- Dba jednak o mnie i kocha... - przemknęło mu przez myśl, poczem
+łagodnie, głaszcząc dłonią rączkę Oli, mówił pieszczotliwie
+znów dalej, paliły go już bowiem gorączką: list schowany w kieszeni
+i nadzieja wpadnięcia może na tak dawno poszukiwany trop.
+
+- Wierz mi, zwlekać nie mogę, muszę jechać natychmiast... Zresztą
+przyjadę do Gowartowa później.
+
+- Ależ wczoraj jeszcze - żachnęła się Ola - mówiłeś mi, że nic
+tak dalece pilnego nie powołuje cię...
+
+- Ho-ho gniewy!.. - zauważył lekko i żartobliwie Dzierżymirski. -
+Cóż to, może moja pani chciałaby mnie mieć tak ciągle à ses
+trousses?.. - I mówiąc to, powstał, zbliżył się do żony, a
+ująwszy jej obie dłonie, położył je uśmiechnięty sobie na twarzy
+i wargami muskać począł delikatnie, bawiąc się jednocześnie
+brzęczącemi na rączkach Oli bransoletkami.
+
+- Oj, kotku, koteczku ty mĂłj drogi, kochany! wczoraj... -
+przedrzeźniał z kolei - wczoraj nic nie wiedziałem jeszcze, a
+dziś... - tu Roman spuścił oczy - na raucie właśnie uchwaliliśmy
+razem z członkami nowozakładającej się współki Przemysłu
+Fabryczno - Krajowego, że ja, jako delegowany, muszę, jechać
+czemprędzej do Paryża, w celu obejrzenia na miejscu udoskonaleń
+fabrycznych...
+
+Roman umilkł, puścił delikatnie dłonie żony i wyjął ruchem
+szybkim zegarek.
+
+- Oho - po trzeciej... Późno, cherie, już kłaść się pora - i
+kończąc jakby poprzednią rozmowę, dorzucił: - No, i cóż, moje
+życie, widzisz teraz, iż nie jechać jutro nie mogę...
+
+- Zapewne. Ty zawsze nie moşesz, gdy nie chcesz! No, ale cóş
+robić... Jedź... Tylko w takim razie proszę mi długo tam nie
+siedzieć i pisać listy codziennie. Koniecznie... By nie zapomnieć o
+mnie zupełnie - tu Ola z uśmiechem pogroziła mężowi palcem i
+dodała jeszcze: - bo Paryż - Paryżem, ho, ho, ja znam się na tem!..
+Nie oszukasz mnie tak łatwo...
+
+- Ale cóż znowu? - żachnął się Dzierżymirski, ale tym razem
+zupełnie szczerze. - Cóż za myśli - uśmiechnął się, a potem
+dorzucił całkiem poważnie: - Wiesz przecie, że prócz ciebie, żadna
+na świecie kobieta nie obchodzi mnie zgoła!..
+
+Z wdzięcznością spojrzała nań Ola.
+
+- Wiem i wierzę - rzekła - a ponieważ i mnie tęskno bez pana mego
+będzie, więc i ja jutro pojadę...
+
+Zatrzymała się, spojrzawszy filuternie na męża, cień bowiem
+mimowolny przebiegł po twarzy jego...
+
+- Nie, nie do Paryża!.. - roześmiała się szczerze, jakby myśli
+Romana zgadując - ale do Gowartowa!..
+
+Uśmiechnął się z kolei Dzierżymirski.
+
+- Dobrze! - wykrzyknął wesoło. - Zatem jutro - marsz! Ponieważ zaś
+pociąg mój wychodzi później od twego, wyślę pakunki nasze przez
+służbę i odwiozę cię na kolej powozem. A teraz - ciągnął dalej -
+spać!... Dobranoc, kochanie, zmęczoną jesteś.
+
+Pocałował Olę serdecznie w obie ręce i czoło - małżeństwo
+znużone rozeszło się...
+
+Niebawem w apartamentach prezesowstwa Dzierżymirskich pogasły
+wszystkie światła. Cisza i uśpienie, prowadząc się za ręce,
+wstąpiły do rojących się tak niedawno od ludzi salonów, buduarów -
+rozpostarły się wszędzie i mrokiem sennym otuliły wszystko dokoła.
+
+--------
+
+
+- Paris!.. Tout le monde descend!.. Paris!..
+
+ Okrzyk ten jędrny, donośny, a wyrzeczony najczystszym francuskim
+ akcentem, obił się o słuch pasażerów pociągu, podjeżdżającego
+ pod oszklone arkady paryskiego dworca, i zbudził drzemiącego w
+ wagonowym przedziale DzierĹźymirskiego.
+
+- Par... - ris !.. - zabrzmiało przeciągle raz jeszcze pod samem oknem
+wagonu i drzwiczki szybko roztworzono nagle... Roman zerwał się, a
+pochwyciwszy podróżną torebkę, wyskoczył śpiesznie na peron.
+
+Bieganina, ruch, zgiełk, ogarnęły go natychmiast, oszołomiły
+chwilowo całkiem; w parę minut dopiero, zoryentowawszy się, poszedł
+Dzierżymirski do rewizyjnej sali, gdzie pobieżną z bagażem swym
+załatwiwszy formalność, w kwadrans później znalazł się już w
+doroĹźce, na bulwarach.
+
+Zapaliwszy cygaro i rozparłszy się wygodnie, z przyjemnością
+przypatrywał się on teraz od bardzo już dawna nie widzianej
+nadsekwańskiej stolicy.
+
+Środkiem bulwaru Sewastopolskiego, ulicą, wymijały go ogromne,
+zielone tramwaje elektryczne, róşnobarwne omnibusy konne, ekwipaşe,
+samochody; cały zastęp ruchliwy pojazdów tamował co chwila wir
+miasta, na sekund kilka wielokrotnie zatrzymywać się była zmuszona
+wioząca Romana dorożka; policyjna w mantylach ciemnych krzykliwie
+czyniła porządek - poczem ruszano znowu.
+
+A pod wyniosłemi drzewami, po bokach, snuły się pośpiesznie
+przechodniów roje; na werandach mnogich kawiarni, zajmujących część
+chodnika, pełno było również i gwarno od konsumentów - płci obojga
+oraz róşnych stanów.
+
+I jakiś prąd kiełkującego, czynnego bezustannie życia, lecącego na
+oślep jakby przed siebie, niepomnego byłego, znikłego już "wczoraj",
+w ciągłej, śpiesznej pogoni teraźniejszości i jutra - bił od tych
+uganiających się mas ludzkich, zawrotną siłą ciągnął jakby ku
+sobie - pochłaniał i wabił...
+
+W płuca swe wciągając bezwiednie tchnienie tego życia, toczącego
+się z łoskotem swego perpetuum mobile, Roman dojechał wreszcie do
+jednego z centralnych hoteli, gdzie rozlokowawszy się niebawem,
+znużony położył się i zasnął.
+
+Przespawszy w kamiennym śnie zmęczenia dobrych godzin kilka,
+Dzierżymirski zabrał się energicznie do celu swego tutaj przybycia.
+Wybiegł na miasto.
+
+Dla oryginalności i pod wpływem przypomnienia używanej za studenckich
+jeszcze czasĂłw jazdy na "impĂŠrial'i" omnibusĂłw, "pan prezes"
+usadowił się na dachu jednego z nich i z zadowoleniem, rozglądać
+się począł wokoło.
+
+U stóp jego, blisko, w granitowem podłożu toczyła sennie swe ciemne,
+stalowe fale Sekwana. U jej brzegów w oddali, na lewo, wznosiły się
+ponure nieco kwadraty wieżyc katedry Notre Dame, w prawo zaś majaczył
+Luwr olbrzymi. Dalej znów błyszczał ozdobami most Aleksandra III-go,
+odcinała się na tle nieba wieża Eiffel - w perspektywie, kopuła
+pałacu Inwalidów złociła się w promieniach majowego słońca...
+
+A po Sekwanie, krążąc, uwijały się parowe statki, zatrzymywały
+się u licznych przystani, obsługując bezustannie mieszkańców
+stolicy.
+
+Trzęsąc niemiłosiernie, żółtawy, w trzy siwe konie zaprzężony,
+omnibus zatrzymywał się właśnie na jednym z przystanków, gdy
+obserwujący ciągle Paryż Dzierżymirski, zdał sobie nagle sprawę,
+że mieszkanie Orlęckiego może być już blisko, i począł schodzić
+szybko po krętych schodkach, łączących piętnastocentymową
+impériale z trzydziestocentymowym padołem.
+
+Znalazłszy się na bruku, Roman przyśpieszył kroku, i wyminąwszy
+kilka wąskich zaułków, znikł w bramie jednego z domów. W chwilę
+później dzwonił na krętych ciemnych schodach starej, jak świat,
+kamienicy - u drzwi pomieszkania Orlęckiego. Otworzyła mu młoda,
+fertyczna służąca, w charakterystycznym białym czepeczku na głowie.
+
+- Monsieur Orlęcki? - zapytał Dzierżymirski.
+
+- Sorti et ne reviendra qu'a dix heures du soir - posłyszał zwięzłą
+odpowiedĹş.
+
+Zawiedziony Roman skrzywił się, z niechęcią i zagadnął:
+
+- A jutro o której godzinie zastać go będzie można?
+
+- O, jutro zgoła co innego. W Niedzielę pan przyjmuje od drugiej do
+obiadu - poinformowała przybysza młoda Francuzka.
+
+- A zatem przyjdę jutro o tejże godzinie - odparł Dzierżymirski, i
+sięgnąwszy po bilet wizytowy, oraz list Hugona Orlęckiego, wręczył
+je służącej,
+
+- Proszę oddać to panu... Do widzenia!.. - skinął głową uprzejmie.
+
+- Bonjour, monsieur!.. - odwzajemniając się dzień dobrym, według
+miejscowego zwyczaju, pożegnała go dziewczyna uśmiechem i zalotnem
+błyśnięciem czarnych oczu.
+
+Wydostawszy się na ulicę, Dzierżymirski, niezadowolony ze zwłoki, a
+cały pochłonięty nadzieją rozwiązania za pomocą Orlęckiego
+dręczącej go zagadki - szedł naprzód przed siebie odruchowo czas
+dłuższy. Od otoczenia swego daleki jeszcze myślami, nagle zatrzymał
+się jednak, spojrzawszy uważnie dokoła siebie.
+
+Znajdował się obok filarów wejściowych Panteonu - przed nim zaś w
+perspektywie już bliskiej zieleniał za kratą ogród Luksemburski.
+
+Pustymi chodnikami skierował się w tą stronę; wkrótce był już w
+ogrodzie i iść zaczął bez celu szerokiemi alejami, niebawem zaś
+znalazł się na obszernym tarasie. Na lewo, w oddali, zamajaczyły
+wieżyce Obserwatoryum, przed nim wznosiło się muzeum Luksemburskie.
+
+- Wpadnę tam i obejrzę, co jest!.. - pomyślał, zadowolony nagle na
+widok gmachu, a ponieważ wejście do pałacu nie było od ogrodu, lecz
+od strony bulwaru Ś-go Michała, Dzierżymirski skierował się boczną
+aleją parku ku wyjściu, na prawo. Twarz chmurną, znudzoną, okrasił
+mu uśmiech; przestąpił sprężyście próg muzeum i spojrzał
+jednocześnie na zegarek - mijała czwarta, podwoje pałacu zaś
+zamykano o piątej.
+
+- Zdążę chyba zobaczyć wszystko!.. - mruknął, kontent już tym
+razem zupełnie, z przyjemnego zabicia czasu.
+
+I rzeczywiście.. Pod wpływem bowiem pierwszego rzutu oka na salon
+sztuki, Dzierżymirski zapomniał o wszystkiem, co go dręczyło.
+
+Znajdował się w otoczeniu, ustawionych w pierwszej sali, licznych
+rzeĹşb nowoĹźytnych...
+
+Więc oto najprzód spojrzenie jego przykuła ustawiona na małem
+wzniesieniu, w pobliżu wejścia, rzeźba Moreau-Vauthier'a, a była
+nią postać naga, leżącej na wznak, w lubieżnej pozie i upojeniu,
+bachantki, z gronem winogron w lewej dłoni... Naturalność pozy i
+ruchu, a szczególniej modelowane doskonale ciało kobiece, tętniące
+po prostu w zimnym białym marmurze, żarem krwi młodej - zatrzymało
+dłużej na sobie wzrok Romana.
+
+Rozglądając się, przystając co chwila, poszedł dalej!.. I niebawem
+znowu zapatrzył się dłużej, tym razem przed przegiętą w tył, w
+stojącej postawie, i unoszącą się jakby w przestrzeni, postacią
+nagiej również dziewczyny. Oczy jej były przymkniętemi, twarz owiana
+mgłą uśpienia, w ręku trzymane chwiało się kwiecie...
+
+Było to "Złudzenie" F. Charpentier'a, oddające subtelnie pochwyconą
+nieuchwytność illuzyi, jak sen, jak marzenie, nieujętej -
+rozpływającej się jakby w przestrzeniach...
+
+Niezrównanem bowiem oddaniem czaru uśpionych pięknych rysów
+kobiecych, zdawało się, że znajdujący się tutaj przedstawiciele
+rzeźby turniej urządzili sobie.
+
+Wśród wielu innych w tymże rodzaju posągów, wyróżniała się
+jeszcze rzeźba, nader piękna, zatytułowana : "Wspomnienie". Twórcą
+jej był Mercié Autonin.
+
+Przedstawiała ona młode dziewczę, o rysach drobnych, z głową
+przechyloną w tył nieco, z obliczem, tonącem jakby w głębokim,
+cichym śnie. Na kolanach jej, na ziemi - wszędzie, widniały rozsypane
+kwiaty; dwa gołąbki, niosąc w dzióbkach również kwiecie, leciały
+ku niej, rozmarzonej cicho, we wspomnieniu dalekiem...
+
+Poświęciwszy względnie dość czasu na rzeźbę, Dzierżymirski
+przeszedł spiesznie do salonów, zawieszonych obrazami, dochodziła
+już bowiem godzina zamknięcia. Szybko, jak mógł najuważniej,
+począł oglądać obrazy wszystkie; w ten sposób dobiegł do sali
+ostatniej. Poczem, wolniej nieco, powracać zaczął.
+
+I teraz w jednym salonie uwagę jego zwrócił nader oryginalnie, bo,
+jakby całkiem po świecku traktowany, a mimo to nadziemskością
+tchnący, obraz: "Najświętsza Marya Pocieszycielka..." Z ram patrzyła
+na widza, natchnionego oblicza, o dużych oczach czarnych, siedząca
+postać Niebios Królowej... Na kolanach Jej, rzucona na klęczkach,
+oparła się kobieta, z twarzą ukrytą, z rękoma załamanemi, w
+bezbrzeżnym bólu, szukająca na łonie Świętej Maryi pocieszenia! U
+stóp tych dwóch postaci kobiecych - poniżej, leżało wdzięcznie
+uśpione dzieciątko, śniło, osypane całe, obrzucone puchem białych
+róż śnieżnych, w rozkwicie...
+
+Dzierżymirski, zachwycony wdziękiem i poezyą, bijącemi z obrazu
+tego, pędzla "Bouguereau"; po chwili znów pospieszył dalej.
+
+Naraz zatrzymał się ponownie. Ujrzał bowiem naprzeciwko siebie obraz
+dość duży, przez Detaille Edwarda. Nosił miano "Le rêve (Sen)".
+
+Na olbrzymiem oto polu, otuleni płaszczami, z czapkami nasuniętemi na
+czoło, pokotem, jeden obok drugiego, leżą setki odpoczywających,
+pogrążonych we śnie żołnierzy... Poranek cichy; niebo hen! daleko
+zaróżawia się leniwie jutrzenką, - wśród śpiących ludzi
+błyszczą w szarem świtaniu rzędem poustawiane, ułożone w kozły
+bronie, a gdzieś z boku, blisko, dogasa już ognisko...
+
+Lecz cóż to za cienie majaczą tam, w górze, nad nimi?
+
+To górą, w obłokach, płynie mgłą przesłonięty jakiś hufiec
+inny, zwycięzki - mar i duchów, nie ludzi!.. Grzmi tam muzyka,
+bębnią, strzelają, proporce się chwieją, chorągwie szumią...
+tamci, tam, zwyciężają niezawodnie!..
+
+I ponad głowy uśpionych żołnierzy, których potwór wojny może już
+jutro pochłonie, przesuwa się, jak marzenie, ułudne widzenie
+ostatnie: oni śpiąc, widzą siebie, jak zwyciężają, pełni
+chwały!..
+
+To sen...
+
+Piąta wybiła głośno w salonach sztuki, i Dzierżymirski opuścić
+musiał muzeum. Niebawem znalazł się na bulwarach Paryża i
+równocześnie instynktownie poczuł głód.
+
+Włoch z matki i duszą całą artysta, myślą wspominał on jeszcze
+widziane przed chwilą dzieła sztuki i pogodnem spojrzeniem ogarniał
+biegnące wokoło siebie tłumy, przepełnione kawiarnie i huczące
+pojazdy.
+
+- La Presse!.. La Patrie... La Pres-se!.. - krzyczano mu nad uchem na
+wszystkie strony; w restauracyach, na platformach, spoĹźywano juĹź
+posiłek, popijano wino, absynt i inne wyskokowe napoje - cały Paryż
+obiadował.
+
+Na świeżem powietrzu, przy jednym z takich stolików, zachęcony
+przykładem, zasiadł i Roman, a kazawszy podać obiad, zapalił
+swobodnie cygaro.
+
+Niebawem przyniesiono pierwszą potrawę. Wśród przelewającego się
+kaskadą paryskiego życia i huku ruchliwej stolicy, Dzierżymirski
+spokojnie zaczął spożywać zupę, słuchając ciekawie, z uśmiechem,
+głośnych rozmów swych przerozmaitych sąsiadów i charakterystycznych
+częstokroć ich bulwarowych dowcipów.
+
+***
+
+Punktualny, pomiędzy drugą, a trzecią po południu, wchodził
+nazajutrz Roman do mieszkania Orlęckiego. Służąca wprowadziła go
+natychmiast do saloniku, zaledwie jednak wszedł tam, roztworzyły się
+już zamaszyście boczne drzwi komnatki i w ramie ich ukazał się
+mężczyzna rosły, blondyn; łysawy i dość otyły, o siwiejącym, z
+polska podkręconym, wąsie.
+
+- Jakże mi miło... Jak miło mieć w swoich progach tak dostojnego
+gościa... rodaka!.. - zaczął od proga, z polską szczerością i
+uprzejmością w głosie, roztworzył przytem machinalnie ramiona, jakby
+chciał do piersi przycisnąć niemi przybyłego, po chwili opamiętał
+się jednak i wyciągając uprzejmie prawicę; czysto już tylko
+salonowym gestem, przedstawił się: Orlęcki... Wiktor... -
+siostrzeniec Hugona.
+
+- Nie uwierzy pan - ciągnął natychmiast bardzo grzecznie - jaką
+rzetelnie prawdziwą radość uczynił mi list stryja i zapowiedź tej
+pańskiej wizyty... Proszę, niech pan prezes siada!... Proszę
+bardzo...
+
+I Orlęcki wskazał, z grzecznością, fotele, widząc zaś zdziwienie
+na twarzy Romana, na dźwięk tytułu "prezesa", uśmiechnął się,
+odgadłszy myśl gościa.
+
+- Dziwnem się panu prezesowi, jak widzę, wydaje - przemówił, - że
+tytułuje go... Cóż to, przypuszcza pan może, - ciągnął dalej, ze
+swadą, - że my tu na obczyźnie nic nie wiemy, kto w kraju u nas
+przoduje? Przeciwnie, przeciwnie! - śledzimy gorączkowo i z uwagą
+ruch naszych ziomków, współbraci !.. A jakże... a jakże!.. Ja sam
+osobiście trzymam wiele gazet polskich, wiem o wszystkiem, a z
+nazwiskiem pańskiem - tu skłonił się grzecznie w stronę Romana -
+spotykałem się w nich tylokrotnie, ceniąc zawsze ruchliwość pana
+prezesa i oddaniu się jego społeczeństwu naszemu...
+
+Umilkł, a po chwili
+
+- Ale!.. przepraszam bardzo!.. Pan prezes wszak pali zapewne?.. służę
+natychmiast - i zerwał się miejsca, przynosząc wkrótce
+Dzierżymirskiemu pudełko papierosów.
+
+Roman sięgnął po jednego z nich i bąknął niewyraźnie:
+
+- Dziękuję bardzo!..
+
+Obserwując wciąż ciekawie, spod oka swego gospodarza, chciał przytem
+już przemówić, lecz pełny bezustannej uprzejmości Orlęcki
+przerwał mu zanim usta otworzyć zdołał:
+
+- A może cygarko?.. Przepraszam stokrotnie... Za chwilę! - i nie
+czekając odpowiedzi, znikł za drzwiami przyległego pokoju,
+Dzierżymirski zaś uśmiechnął się.
+
+Poczciwy człowiek jakiś - pomyślał - i choć, zdaje się, blagier
+nieco, lecz szczery i z gatunku nieszkodliwych. Dowiem się
+prawdopodobnie, czego chciałem...
+
+Ledwie Roman określenie to w umyśle sformułować zdołał, gospodarz
+domu stał już przed nim, podając szerokie puzderko cygar.
+
+- Doskonałe - pochwalił - prawdziwe pruskie... O, bynajmniej nie
+tutejsze, które są po prostu ohydne - zaopiniował.
+
+- Dziękuję bardzo. Pan tak łaskaw... - poczuł się w obowiązku
+odrzec DzierĹźymirski, powstawszy zarazem z miejsca swego.
+
+- O, panie prezesie! - pospieszył, z odpowiedzią, Orlęcki, - Siadać
+proszę en bons amis... Ot -tutaj... - wskazał na kanapkę - wygodniej
+będzie! - i zapaliwszy równocześnie zapałkę, zbliżył płomień do
+koniuszczka cygara DzierĹźymirskiego.
+
+- Merci!.. - skłonił się tenże raz jeszcze, i wypuściwszy
+kółeczko dymu, odezwał się wreszcie, skorzystawszy z sekundy
+milczenia gościnnego gospodarza.
+
+- Czytał pan list stryja, pana Hugona, wszak prawda?.. Wiadomy panu
+więc zatem cel mego tu przybycia... Nie znąjąc nikogo w Paryżu,
+zdecydowałem się prosić stryja pańskiego, o tarte d'entree do
+pana...
+
+- Och, i bez tego, panie prezesie - przerwał Orlęcki - każdego rodaka
+witamy tu z całego serca! Tembardziej zaś pana prezesa, tak w kraju
+zasłużonego...
+
+- Ach, tak, nie wątpię - z wolna potwierdził Roman - lecz i mnie
+chodziło również - tu uśmiechnął się z lekka - o specyalną
+protekcyę do kogoś, by potrafił ułatwić wiadomą nam sprawę
+przemysłową...
+
+- A tak, tak! - przerwał znów Orlęcki, niezadowolony jakby, że
+poruszano tę kwestyę. Pan prezes radby obejrzeć drobiazgowo i
+gruntownie urządzenia fabryk tutejszych, przy mojej pomocy... Owszem,
+postaram się, panie prezesie, choć uprzedzić muszę, że ja... -
+zatrzymał się - nie mam tak rozległych stosunków ze sferą
+handlowców... to jest, chciałem powiedzieć... ze sferą
+fabrykantów... przemysłowców... Paryża... panie dobrodzieju...
+Jednakże... - tu zająknął się, zaplątał w swem przemówienia
+Orlęcki i zamilkł, widocznie zmieszany.
+
+Uśmiech niedostrzegalny okolił wąskie usta Romana.
+
+- To nic nie szkodzi - odparł. Mam niepłonną nadzieję, iż razem z
+panem damy sobie z tem wszystkiem radę... Zresztą, to chyba
+drobnostka. Chodzi zaledwie o jakieś dziesięć fabryk tylko...
+
+Roman zatrzymał się i zapytał jeszcze, chcąc konsekwentnie
+doprowadzić do końca zmyślony swój interes i misyę:
+
+- Wszak fabryki owe wymienione są w liście pana Hugona...
+
+- Tak jest, tak jest... w istocie...- potwierdził Orlęcki i
+zająknął się znowu.
+
+- To dobrze, mógłby mi może szanowny pan powiedzieć, czy
+właściciele ich znani są jemu?.. Gdzie to zakłady fabryczne
+znajdują, w jaki sposób, oraz kiedy obejrzeć je można by było?..
+
+- Nic doprawdy nie mogę jeszcze panu prezesowi w tym względzie
+powiedzieć - odrzekł Orlęcki i dodał natychmiast:
+
+- Co się tyczy, czy znam właścicieli, to... prawdopodobnie...
+Zresztą zna się tutaj osób tyle... - zatrzymał się. - Tylko, vous
+savez, panie prezesie... otrzymałem list dopiero wczoraj - urwał, i
+dokończył po chwili - więc, vous comprenez, czasu nie miałem...
+
+- Ależ naturalnie!.. - pospieszył z uspakajeniem Orlęckiego
+Dzierżymirski. - Ja tylko dlatego się pytam, iż to jest celem mego
+tutaj przybycia, i Ĺźe to mnie nader interesuje, jako delegata nowa
+zakładającej się u nas w kraju współki
+Handlowo-Przemysłowo-Fabrycznej...
+
+- A tak, słyszałem,.. Czytałem nawet o tem gdzieś w gazetach -
+odparł, z przekonaniem Orlęcki.
+
+- Kłamie, jak z nut - pomyślał Dzierżymirski, i uśmiech dyskretny
+ponownie przemknął po ustach jego. Zaciągnął się jednocześnie
+cygarem i wpatrzył badawczo w Orlęckiego. - Bonne pâte d'homme... -
+myślał zarazem - ale jak tu zacząć o tych zgubionych pieniądzach?
+
+Tymczasem, nielubiący milczeć Orlęcki, widocznie również pragnący
+zręcznie odwrócić rozmowę, już mówił:
+
+- Pan prezes zapewne nie po raz pierwszy i na dłużej przybył do
+ParyĹźa, nieprawdaĹź?..
+
+- Och, tak... - odruchowo potwierdził Roman, nie myśląc o tem, co
+mĂłwi.
+
+- No, to mam nadzieję - opowiadał uprzejmy gospodarz dalej - że
+będę jeszcze miał okazyę przedstawić panu prezesowi moją żonę i
+córkę... Dziś pojechały do Versailles. Panu prezesowi wiadomo
+zapewne, iż w pierwszą niedzielę każdego miesiąca puszczają wodę
+ze wszystkich fontann w Wersalskim parku... Widok zaiste bywa wĂłwczas
+wspaniały. C'est charmant!.. - zatrzymał się chwilę i sięgnął po
+zegarek do kieszeni. - O! trzecia już dochodzi... Niebawem wrócą...
+
+Dzierżymirski tymczasem, słuchając, nie słuchał, pogrążony
+wciąż w myślach. Naraz twarz śniada jego ożywiła się, przeleciał
+po niej promień... Strzepując delikatnie popiół z cygara,
+przemówił z wolna:
+
+- Proszę pana... - zatrzymał się. - Za niedyskrecyę popełnianą
+może, najmocniej przepraszam... Czyżby pan nie był rad powrócić do
+kraju..
+
+I Dzierżymirski badawczo spojrzał w twarz Orlęckiemu, czekając
+odpowiedzi, jednocześnie myślał.
+
+- Każdy Polak na obczyznie tęskni za krajem, pewnik; dlaczegobym ja
+nie miał użyć tego sposobu do osiągnięcia mego prywatnego celu? No,
+zobaczymy...
+
+Orlęcki zaś już mówił:
+
+- Czy ja nie pragnąłbym powrócić do kraju? Ależ, panie prezesie, to
+moje najgorętsze życzenie! pragnienie żony mojej, córki - codzienne
+marzenie nas wszystkich! - dokończył, z zapałem.
+
+- No, dobrze, mam cię!.. - przeleciało przez umysł Romana.
+
+- Czy wolno zapytać jeszcze - przemówił - o rzecz jedną, a
+mianowicie... Czy życzenie to państw - marzenie - poprawił, z
+uśmiechem - ma już dotąd jakie pewne i konkretne podstawy?..
+
+Orlęcki na te słowa spuścił wzrok ku ziemi.
+
+- O, bynajmniej - odparł... - Tam, w kraju, stosunki zerwałem
+wszystkie prawie... tu zaś zawiązałem niektóre, potrzebne mi. Mam
+poza tem stałe zajęcie, przynoszące mi dochód pewny...
+
+- Tak, tak, zapewne, rozumiem - przerwał szybko Dzierżymirski -
+wchodzę w położenie i przepraszam bardzo za me pytania... -
+dokończył grzecznie, a widząc równocześnie na twarzy gospodarza
+zakłopotanie widoczne...
+
+- Nie ma za co jechać nieborak - to jasne, i żyć by z czego nie miał
+-wśród swoich - pomyślał i w tejże chwili zapytał:
+
+- Lecz gdyby tak trafiła się na przykład szanownemu panu okazya dobra
+do objęcia w kraju zyskownej posady? Przypuszczam, że w takim razie
+przeszkody do wyjazdu nie byłoby żadnej?..
+
+- No, zapewne... Lecz o tem i myśleć niepodobna, nie posiadam bowiem
+już żadnych w kraju stosunków - powtórzył Orlęcki, ze smutkiem.
+
+- A pan Hugo, krewny pański?.. - zagadnął Roman.
+
+- Och... ten... - przeciągle odparł gospodarz, z niechęcią
+wyraźną, i z wybuchem szczerości nagłej, rzekł z goryczą:
+
+- Stryj Hugo od czasu, jakem emigrował i wieść mi się w życiu
+przestało, znać mnie już nie chce, ani wiedzieć nic o mnie...
+Dziwię się nawet niewymownie, iż raczył napisać pod moim adresem, w
+interesie prezesa, słów kilka...
+
+Na twarzy Orlęckiego, przy tych słowach, osiadł cień, po chwili
+dorzucił:
+
+- Zwykła kolej ludzka... nic dziwnego. Świat pamięta o tych tylko,
+którym się powodzi.
+
+Dzierżymirski wpatrzył się uważnie w Orlęckiego; ostatnie słowa,
+wypowiedziane przez niego, odkryły mu utajoną stronę życia
+siedzącego przed nim człowieka - nieszczęście, gorycz skrytą, a
+powodów jej łacno domyślił się Roman. Pomimo woli, żal mu się
+Orlęckiego zrobiło.
+
+- To szkoda jednak - przemówił z wolna - że panowie mieszkają tak od
+siebie z daleka... Pan Hugo, choć odludek i egoista, poza tem jednak
+człowiek nieposzlakowanej opinii i nadzwyczaj przy tem wpływowy i
+bogaty.
+
+Orlęcki na te słowa uczynił niewyraźny ruch ręką; - nastała
+chwila milczenia.
+
+- Wypada mi raz jeszcze przeprosić stokrotnie pana - odezwał się
+znów pierwszy Dzierżymirski - że ośmielam się wkraczać w stosunki
+jego, tak osobiste, lecz po pierwsze wyjątkowe położenie nasze tu, na
+obczyźnie, jako rodaków, skłania mnie do tego; po drugie zaś, że w
+tym względzie może mogę stać panu użytecznym...
+
+Orlęcki, zdziwiony, spojrzał na Romana.
+
+- Tak jest - rzekł Dzierżymirski, z uśmiechem - cóżby szanowny pan
+bowiem powiedział na to, gdybym... -- tu zatrzymał się sekundę -
+ułatwił mu... - Dzierżymirski przy tem zaakcentował wyraźnie
+ostatnie wyrazy - powrót do kraju... Stosunkami zaś dał mu jaką
+posadę korzystną?..
+
+- Ależ, panie prezesie! - wykrzyknął Orlęcki, i zerwawszy się z
+fotelu, uchwycił dłoń gościa swego, ściskając ją serdecznie.. -
+Wdzięczność moja i sercu memu bliskich nie miałaby granic!.. Lecz
+doprawdy, nie pojmuję... nie rozumiem!.. - urwał wzruszony... - Skąd
+taka łaska pana prezesa dla mnie?... Wszak poznaliśmy się tak
+niedawno! - dokończył i zamilkł, nie wiedząc snać, co powiedzieć,
+jak się obrócić i znaleźć w sytuacyi, tak dlań niespodzianej...
+
+Roman tymczasem powstał również z miejsca, i oddawszy serdecznie
+uścisk Orlęckiemu, po przyjacielsku ujął go za ramię.
+
+Przeszli po pokoju tak razem krokĂłw kilka, poczem DzierĹźymirski,
+wciąż idąc pod rękę z Orlęckim, rzekł całkiem swobodnie:
+
+- Przyznaję, poczułem do szanownego pana szczerą sympatyę, rozumiem
+przy tem w zupełności połóżenie jego tutejsze, i gotów jestem
+uczynić dla niego wiele...
+
+- Dziękuję, po tysiąc razy dziękuję! - uścisnął Orlęcki
+serdecznie trzymane ramię Romana, z równowagi cały wyprowadzony.
+
+Dzierżymirski mówił tymczasem dalej, pomny celu swego:
+
+- Lecz daruje pan rzecz jedną... Nim przystąpimy mianowicie do
+obchodzącej pana sprawy, wiedzieć muszę dokładnie - Roman zatrzymał
+się - zupełnie szczegółowo - poprawił - przebieg dotychczasowego
+jego życia. Nic w tem dziwnego z mej strony, wszak prawda?.. Znać mam
+przyjemność szanownego i kochanego pana od tak bardzo niedawna! -
+dokończył, z przyjaznym uśmiechem, i jak najnaturalniej na pozór.
+
+- Ależ, rzecz prosta! Tajemnicy w tem zresztą nie ma żadnej! -
+odparł Orlęcki szybko, przekonany zupełnie. - Opowiem prezesowi
+wszystko natychmiast! - ciągnął dalej rozradowany.
+
+- No, to siadajmy!.. - rzekł wesoło Dzierżymirski.
+
+Usiedli jeden naprzeciw drugiego. Roman wpatrzył się badawczo w twarz
+Orlęckiego, a w oczekiwaniu zwierzenia, którego w duszy tak bardzo
+pragnął, twarz mu pobladła mimo woli, aksamitne zaś spojrzenie
+ciemnych oczu stało się bardziej jeszcze przenikliwem i rozumnem.
+
+- Słucham pana - rzekł poważnie.
+
+Uśmiechnięty, radosny, poprawił się Orlęcki na krześle, i
+sięgnąwszy po cygara, zapalił jedno, w roztargnieniu częstując
+niemi Romana.
+
+- Dziękuję, palę jeszcze - uśmiechnął się niedostrzegalnie Roman,
+i spojrzał z pod oka na gospodarza. - Rôti à point! - zadecydował w
+myśli sarkastycznie.
+
+- A, przepraszam! -odrzekł Orlęcki i mówił dalej:
+
+- Otóş, co do mego, technicznie tak zwanego curriculum vitae, postaram
+się opowiedzieć je prezesowi w kilku słowach. Rzecz ta przedstawia
+się zatem jak następuje:
+
+- Urodzony lat temu, czterdzieści i siedem, dobiegam już bowiem
+pięćdziesiątki - uśmiechnął się - z ojca Ryszarda i matki Józefy
+z Lancjarskich de domo, przepróżnowałem, kształcąc się w domu, do
+lat piętnastu... Potem oddano mnie do Jezuitów, następnie kończyłem
+uniwersytet w Bonn, nad Renem, i wróciwszy do kraju, objąłem klucz
+majątkowy, dziedziczny Orlin...
+
+- Bywając w, świecie przez lat kilka, starając się o pierwsze w
+kraju partye, żyjąc nieco szeroko, straciłem majątek... Następnie
+spotkałem dzisiejszą żonę moją, z domu hrabiankę Bożkowską...
+Przez ż - uśmiechnął się Orlęcki, - bo są i Borzkowscy przez rz,
+bez tytułu i nie pochodzący wcale z karmazynów - zwyczajne szaraki -
+objaśnił.
+
+Dzierżymirski w tem miejscu uśmiechnął się pobłażliwie -
+sarkastycznie, lecz słuchał w milczeniu dalej.
+
+- Pobraliśmy się, - ciągnął tymczasem Orlęcki - i osiadłem na
+roli, już nie jako pan, ale jako skromny obywatel na kilkudziesięciu
+włókach ziemi, i naturalnie, z czasem zerwałem przy tem zupełnie
+dawne światowe stosunki... Gospodarowałem sobie tak cicho lat
+kilkanaście, stałem się domatorem - przekształcałem stopniowo, o
+ile mogłem, w czcigodnego pana sąsiada... Wreszcie, niestety, jak
+piorun z nieba, spadło na mnie zdarzenie pewne... Nie wspomożony przez
+nikogo, sprzedać musiałem dobra, i przybyłem tu - za chlebem!..
+
+Orlęcki umilkł na chwilę, poczem, dodał nieco smutnie :
+
+- Jak najpiękniejsza od słońca płowieje materya, tak i
+najbarwniejsze Ĺźycie blaknie od nieprzychylnych ciosĂłw Ĺźycia.
+Szarzyzną ono dla mnie dzisiaj - trudno! - westchnął, i zamilkł
+znowu.
+
+W nadziei, iż dowie się jeszcze oczekiwanego przezeń "clou" historyi
+tej całej, milczenia tego nie przerywał Dzierżymirski. Po dłuższej
+jednak chwili, widząc, że Orlęcki, pochłonięty myślami, zapominać
+zdaje się nawet o jego obecności, zagadnął uprzejmie:
+
+- I jeśli wiedzieć wolno, cóż dalej?
+
+Jakby ze snu jakiego dalekiego zbudzony, Orlęcki podniósł powoli
+posmutniałe oczy na Romana.
+
+- Nic! - odrzekł bezbarwnie, głosem twardym.
+
+- Być nie może? - zadziwił się Roman, jak mógł najszczerzej. - I
+pomyśleć - ciągnął swobodnie - że ja tam w kraju tyle
+przeróżnych rzeczy o panu słyszałem...
+
+Urażony jakby tem, co usłyszał, Orlęcki zapytał z kolei sucho:
+
+- No, i cóż takiego, ciekawym, wymyśliła na mnie luba opinia, czy
+wiedzieć mogę?
+
+Roman niecierpliwie poruszył się na krześle.
+
+- Cóż u licha! - pomyślał - czynię dotąd tyle, i prawda wciąż
+wymyka mi się sprzed nosa...
+
+Po chwili zaś, jak gdyby nagle na coś zupełnie już stanowczo
+zdecydowany, odpowiedział z wolna, przetarłszy przytem ręką czoło:
+
+- Och!.. potem o tem... Teraz znowu powrócić muszę do jądra
+zajmującej nas kwestyi. Pragnę dać panu posadę... Czy wolno zapytać
+- jakie są jego mocne - zaakcentował - kwalifkacye fachowe?..
+
+- Fachowych ściśle żadnych - przerwał niezadowolonym trochę głosem
+Orlęcki. - Posiadam jednak języki: angielski, francuski, rosyjski i
+niemiecki, oraz zdobyte pracą i praktyką obecną - rachunkowość i
+buchalteryę - w banku, gdzie urzęduję i skąd w razie potrzeby
+otrzymać mogę świadectwo odpowiednie.
+
+- A! - zadziwił się mimo woli Roman - to dobrze... to bardzo dobrze...
+
+Wzrok jego przy tem, z zadowoleniem objął dłuższą chwilę całą
+postać Orlęckiego, mówiąc do siebie mimo woli wyraźnie; -
+Patrzcie?.. nie spodziewałem się!..
+
+- Zatem - odezwał się niebawem - objąć może szanowny pan inną,
+lepszą nawet posadę od tej, którą przeznaczałem w myśli dla niego.
+
+- Cóż to za miejsce? - zagadnął Orlęcki.
+
+- Une place de confiance...- wycedził z wolna Dzierżymirski. - Przy
+tem równocześnie jedno z wyższych przy korespondencyi i buchalteryi w
+Banku Komercyjno-Przemysłowym, otworzyć się mającym za miesięcy
+kilka... Do komitetu należę, odmówić mi nic nie mogą... Skoro zaś
+pan w tej właśnie dziedzinie już posiada praktykę pewną, tem
+łacniej więc wybór mój zatwierdzą...
+
+Roman skończył i spojrzał znów spod oka na obywatela - emigranta.
+
+Zdziwienie radosne biło z twarzy Orlęckiego.
+
+- No, teraz chyba wyśpiewasz mi wszystko - pomyślał Roman, w duchu.
+
+- Pensya znaczna - ciągnął dalej całkiem obojętnie, - ile, nie wiem
+jeszcze na pewno... W każdym razie tysięcy kilka .. - urwał niedbale.
+
+- Ależ to miejsce idealne! - wykrzyknął żywo Orlęcki. - Dziękuję
+po raz wtóry! - uścisnął dłoń Romana.
+
+Dzierżymirski uczynił wysiłek nad sobą, by nie zdradzić się
+przypadkowo nerwowem głosu brzmieniem i przemówił:
+
+- Tylko zachodzi tu jeszcze kwestya jedna... A mianowicie - zawahał
+się...
+
+- Bo to, widzi szanowny i kochany pan, ci panowie, tam, w Zarządzie,
+są bardzo trudni... Czepiają się byle czego...
+
+I znów Roman mówić przestał, poczem zaś, poirytowany nagle, że
+będzie zmuszony iść prosto do celu i palcami dotykać kwestyi,
+którą zręcznie obejść zamierzał, wyrzucił z siebie twardo:
+
+- Mówiono mi tam, o jakichś pieniądzach, zgubionych przez pana,
+nieodnalezionych, czy coś tam podobnego... Pojmuje pan zatem, że ja,
+protegując - zatrzymał się Roman sekundę, i uprzejmie nieco
+dorzucił, z wymuszonym uśmiechem. - Powiedzieć muszę wszystko, wszak
+pan to rozumie chyba?.. Nic zaś o tem dotąd szanowny pan mi nie
+mówił...
+
+- Ależ nie powiedziałem? - obruszył się urażony widocznie Orlęcki.
+- Bo uważałem to, jak i uważam dotąd, za sprawę czysto osobistą...
+
+- Masz tobie! - omal że nie wykrzyknął Dzierżymirski, ze złością,
+lecz opamiętał się w porę, i zapytał w ślad za tem spokojnie,
+wpadłszy zarazem na pomysł przebiegły.
+
+- No tak, zapewne... Czyjeż to jednak pieniądze były?..
+
+- Aaa! - wyrwało się z ust Orlęckiego natychmiast, i powstawszy
+gwałtownie z krzesła, wykrzyknął:
+
+- To prezesowi tak powiedziano!.. Rozumiem teraz i przepraszam... Łotry
+dopiero, infamisy!.. - wyrzucił z siebie z oburzeniem.
+
+Dzierżymirski śpiesznie położył swą kobiecą miękką dłoń na
+żylastej ręce szlachcica i pomimo woli rzucił niecierpliwie:
+
+- Ja również bardzo przepraszam! - zawahał się - i słucham..: -
+dokończył.
+
+Orlęcki usiadł, wzburzony jeszcze odsapnął i przemówił:
+
+Powiesz mi później, prezesie kochany, kto mnie tak oszkalował.
+Pierwsza rzecz, gdy do kraju powrócę, wyzwę go na pojedynek, jak mi
+Bóg miły, a teraz słuchaj:
+
+- Było to tak: Posiadałem majątek na Litwie, gdzie, jak wiadomo,
+hipoteki nie ma, ni Towarzystwa Kredytowego... Są tam tylko tak zwane
+"Banki Ziemskie", które w razie nie uiszczenia się z wypłaty na
+termin, egzekwują bardzo szybko... Otóż w jednym z banków owych
+miałem grubą pożyczkę... Minął termin jeden, drugi, trzeci,
+płaciłem mało, zebrały się zaległości, wystawiono mi dobra na
+sprzedaż... Zapłacić musiałem zaległości - razem dwanaście
+tysięcy... Nie miałem ich, pożyczyłem więc sumę żądaną u paru
+osób i w drodze, gdym jechał płacić na miejsce, w ostatniej niemal
+chwili pieniądze te zgubiłem... Majątek mi naturalnie sprzedano...
+
+- To bolesna prawda!.. Chyba pan prezes przysięgi żądać ode mnie nie
+będzie, a zresztą?.. Gotowym! - i Orlęcki powstał uroczyście...
+
+- Ale, cóż znowu?.. - rozległ się w milczeniu suchy głos
+Dzierżymirskiego, a słowa te, wymówione zimno, zabrzmiały niemiłym
+dla ucha dźwiękiem:
+
+Od chwili bowiem, gdy z ust Orlęckiego padła cyfra "dwanaście
+tysięcy", Roman zmienił się całkiem. Giestem, pełnym zniechęcenia,
+wypuścił z rąk trzymane cygaro, twarz zaś, przybrawszy wyraz
+obojętny, chłodny, poorała się w drobne zmarszczki. Więc ponownie
+oto rozprysła mu się w palcach mydlana bańka!.. Życie, z
+przerażającą logiką dawało mu do zrozumienia, że kpić z
+usiłowań jego nie przestaje... I drwina ta nowa, szydercza, zraniła
+go boleśnie, jednocześnie zaś gniew niewytłumaczony, instynktowny,
+zawrzał w Dzierżymirskim.
+
+Cóż go, zaiste obchodzić mógł Orlęcki, historye i przysięgi jego?
+
+- Osioł!.. Myśli może - rzucił w duchu gniewnie - że obecnie, kiedy
+nie dwadzieścia siedm, a dwanaście tylko zgubił tysięcy, zajmować
+się nim będę!.. Ba, nie głupim! - i uśmiech zły, sarkastyczny
+wykrzywił wąskie usta Romana.
+
+Powstał sztywno, mając zaś już z wieloletniej swej praktyki na
+ustach gotowy do pozbycia się ludzi zdawkowy komunał, wyciągnął
+rękę na pożegnanie...
+
+Lecz oto niespodzianie fakt na pozór drobny pomieszał mu całkiem
+szyki - zadzwoniono. Gadatliwy Orlęcki, rozpoczynający właśnie,
+mało już obchodzący teraz Romana, dalszy ciąg swych życia kolei,
+przeprosiwszy, wybiegł do przedpokoju, w ślad za tem rozległy się
+dwa głosy kobiece, szelest okryć i sukien damskich. Rozbierano się,
+potem szeptać zaczęto, po chwili zaś znów dwa wykrzykniki zdziwienia
+i radości obiły się o słuch Dzierżymirskiego.
+
+Słysząc je, skrzywił się Roman nieznacznie, chrząknął i znudzony
+zbliżył się powoli ku oknu salonika. Nie trudno było domyśleć
+się, że tam, w przedpokoju, ten "poczciwy" Orlęcki wygadał już
+rodzinie swej niemal wszystko.
+
+- Wpadłem! - pomyślał Roman, i zdenerwowany, stuknął palcami w
+powietrzu.
+
+Drzwi zaś poza nim roztwierały się już spiesznie. Odwrócił się.
+
+Naprzeciwko niego szły dwie kobiety, zaróżowione, uśmiechnięte.
+Jedna z nich, starsza, brunetka, piękna jeszcze, dobrze zakonserwowana,
+- druga, dziewczę młodziutkie, szesnastoletnie zaledwie może, hoże i
+świeże...
+
+- Prezes Roman DzierĹźymirski, nasz obecny zbawca, opiekun, a jak ci
+mówiłem przed chwilą, najszlachetniejszy z ludzi, których dotąd w
+życiu poznałem! - przedstawił szumnie Orlęcki gościa żonie,
+głosem ciepłym, jakby wzruszonym jeszcze od doznanych z przed chwili
+wrażeń.
+
+Skłonił się Dzierżymirski, a na dźwięk ostatniego zdania lekki
+rumieniec pokrył mu lica. Wstydził się za swe myśli - za siebie...
+
+Tymczasem ruchem wspólnym, uprzejmie wyciągnęły się ku niemu dwie
+małe kobiece rączki.
+
+- Bardzo mi miło poznać pana, bardzo miło! - mówiła, ściskając
+dłoń jego, pani Orlęcka. - Tembardziej, że jak mi właśnie mąż
+powiada, pan prezes staje się aniołem opiekuńczym naszych losów,
+przyszłości - zwiastunem, iż zobaczymy kraj nasz, za którym ciągle
+tak bardzo tęsknimy! - kończyła wzruszona.
+
+- Moja córka, Mita - przedstawiła z kolei Romanowi młodziutką
+pannę.
+
+Dzierżymirski trzymał, ściskał właśnie w dłoniach drobną jej
+rączkę, a choć nie powiedziało mu dziewczę nic zgoła, z uścisku
+jednak przyjaznego, ciepłego, ze spojrzenia jasnych, niebieskich oczu,
+w których czytały się w owej chwili wdzięczność bez granic,
+radość i nadzieja - poczuł Roman, iż okrucieństwem niemiłosiernem
+byłoby teraz z jego strony cofnięcie obietnicy.
+
+I jednocześnie reakcya nagła wstąpiła weń. Jakiś przypływ jakby
+dobroci zalał mu duszę, serce; zarazem zaś pomyślał:
+
+- Nazwano mnie "najszlachetniejszym", ha-ha-ha!.. Ironii moĹźe w tem
+wiele, ale... jednak... dlaczegóżbym i ja czasami nie miał być
+szlachetnym? A poza tem, cóż de facto winien ten oto Orlęcki, że nie
+jest tym właśnie, którego tak szukam bezowocnie?.. Jestem wpływowym,
+silnym, dlaczegóż więc nie dopomógłbym człowiekowi, pokrzywdzonemu
+bądź co bądź przez nieznanego pieniędzy jego znalazcę, tak, jak
+pokrzywdzonym jest moĹźe przeze mnie rĂłwnieĹź i ten osobnik nieznany -
+"mĂłj!.."
+
+I starczyło w ślad za tem jednej chwili, by w głowie
+Dzierżymirskiego powstał plan gotowy.
+
+- Cieszy mnie niewymownie, że los pozwala mi stać się - tu zwrócił
+się, z uśmiechem, ku pani Orlęckiej - Aniołem Stróżem tego domu...
+Dziś zaraz zatelegrafuję do panów z komitetu nowego banku o
+kandydaturze pana - wskazał nieznacznie Orlęckiego ruchem głowy.
+
+W milczeniu, wzruszony szlachcic uścisnął dłoń Dzierżymirskiego.
+Ten ostatni zaś zastanowił się chwilę...
+
+Kiedy czynić coś, to czynić zupełnie i wszechstronnie, - pomyślał,
+a sięgnąwszy do kieszeni, dyskretnie począł długo szukać czegoś w
+portfelu... Znalazłszy wreszcie tam przekaz na okaziciela w "Credit
+Lyonnais", wskazujący sumę dwóch tysięcy franków, rzekł swobodnie:
+
+- Choć to niegrzecznie bardzo z mej strony tak zaraz niemal po poznaniu
+opuszczać panie, - skłonił się uprzejmie w stronę dwóch kobiet -
+jednak panie wybaczą, uczynić to będę zmuszony, i...
+
+- Ależ, cóż znowu... - obruszyła się Orlęcka. - Obiad , podadzą w
+tej chwili, prosimy bardzo... Mito! - zwróciła się do córki - każ
+dawać!..
+
+- Dziękuję serdecznie! - skłonił się z uśmiechem Dzierżymirski w
+stronę młodego dziewczęcia. - Wychodzę natychmiast, a to z powodu
+naglących spraw, które nieodzownie dziś jeszcze załatwić muszę...
+
+- Żegnam panie! - wyciągnął uprzejmie rękę do pani domu, a
+następnie do panny.
+
+Ta ostatnia podała mu ją, z niewysłowionym wdziękiem i cicho
+rzekła:
+
+- Przyjm pan, panie prezesie, i ode mnie szczere podziękowanie za to,
+co czynisz dla ojca mego... Jesteś szlachetnym, dobrym i wdzięczność
+moja nie zapomni panu tego - nigdy!..
+
+- Szczęściem prawdziwem dla mnie, że i pani będzie z tego
+korzystać... Bo, o ile zgaduję, pani tu chyba najwięcej wrócić by
+rada do rodzinnego kraju?..
+
+- O! tak... - przyznała, z zapałem, szczerze: Wykołysały mnie nasze
+łany i lasy, wychowała ta ziemia nasza, tak piękna chyba, jak
+Ĺźadna!..
+
+Z sympatyą, spojrzał Roman na dziewczę, i skłoniwszy się raz
+jeszcze, zwrócił się z kolei do Orlęckiego.
+
+- A do kochanego pana to mam jeszcze i interesik drobny... - wziął
+gospodarza za ramię i poprowadził ku oknu:
+
+- Rzecz przedstawia się, jak następuje - rzekł, o ile mógł,
+najpoważniej. - Na zasadzie jednego z paragrafów ustawy, urzędnikom
+nowego banku, naturalnie protegowanym, daje się z góry na
+instalacyę... Kwestyę te jednak obmówić trzeba poprzednio na
+zebraniu. Otóş, poniewaş pan, pomimo, şe bank nie funkcyonuje
+jeszcze, za miesiąc najdalej musisz już być na miejscu, a to, w celu
+ulokowania się i objęcia, de nomine, wakansu ofiarowanej posady, ja
+zaś dopiero za miesięcy kilka tam będę - zatem...- Roman urwał,
+dobierając jakby w umyśle wyrazów. - Zatem - powtórzył - awansuję
+tu kochanemu, panu przekazem, sumę właściwą... Przypuszczam, będzie
+ona odpowiadać mniej więcej kwocie, którą w swoim czasie przyznają
+panu na zebraniu Rady... Cóż, zgoda? Dobrą myśl miałem? -
+dokończył Roman.
+
+- Ależ z kochanego prezesa anioł prawdziwy, nie człowiek!.. -
+wykrzyknął Orlęcki i po staropolsku, uścisnąwszy go szczerze,
+podziękował, z zapałem.
+
+- Klociu, czy słyszysz? - zawołał na żonę. Pan prezes na
+instalacyę awansuje mi, przekazem! - i szlachcic poinformował
+dobrodusznie, szczegółowo małżonkę o wspaniałomyślności Romana.
+Nastąpiły w ślad za tem ponowne podziękowania, wykrzykniki...
+
+Odprowadzony aĹź do drzwi, Ĺźegnany serdecznie i czule, DzierĹźymirski
+wydostał się nareszcie na schody, a potem na ulicę, sam pomimo woli
+wzruszony, z głową pełną najsprzeczniejszych myśli.
+
+Gdy po niejakimś czasie, wracając z wolna do rzeczywistości,
+podniósł głowę, spostrzegł w pewnem oddaleniu przed sobą złoconą
+kopułę tumu Inwalidów. Tknięty nagłą myślą, z miejsca
+natychmiast skierował się ku furtce, a wyminąwszy ją i strzegącego
+wejścia kulawego inwalidę, znalazł się na obszernym placu tumu,
+odgrodzonego kratą od ulic miasta.
+
+Wkrótce, po stopniach wschodów wstępować począł do wnętrza
+przybytku, kryjącego w swych murach grobowiec wielkiego Napoleona.
+
+W gmachu milczenie i jakby uroczysty powiew jakiś potęgi niewidzialnej
+i grozy objął Romana natychmiast.
+
+Cichym tylko szmerem rozlegały się tu kroki kilkunastu osób... Na
+dole, w szerokiem, na kształt basenu, pogłębieniu, drzemał olbrzymi
+sarkofag, z ceglasto - wiśniowego marmuru...
+
+Dzierżymirski zbliżył się do balustrady grobowca, i stanął smutny,
+cichy...
+
+Wobec prochów możnego władcy poczuł się równocześnie drobnym,
+nikłym... Huczące jego troki zmalały również - uspakajał się...
+
+I myśli jego nagle wzięły również obrót zupełnie inny.
+
+- Więc to tu - mówił sobie Roman - leży zwycięzca z pod Marengo,
+Ulm, Austerlitz, i.t.d., i.t.d. Więc tu spoczywają snem,
+nieprzebudzonym, wiecznym, prochy tego, wielkiego duchem - małego
+imperatora!..
+
+Dawno bardzo nie bawiący już w Paryżu, pamiętający go zaledwie w
+zamglonem tylko wspomnieniu, z minionych lat młodzieńczych,
+Dzierżymirski, w skupieniu i z nabożeństwem w duszy, wpatrzony,
+milczący, z głową pochyloną, zadumał się przed trumną cesarza
+Francyi.
+
+Wokoło niego z prawej i lewej strony, w wewnętrznym półkręgu tumu,
+widniały wklęsłe pogłębienia, z grobowcami małymi; przed nim zaś,
+poza drzwiami do grobu, wznosił się rozpięty na krzyżu Syn Boży
+umęczony...
+
+Dzierżymirski po chwili ocknął się z zamyślenia i postąpił
+wzdłuż kolistej baryery grobowca, w kierunku jego wejścia:
+
+Zamknięte szczelnie drzwi pomnikowe połyskiwały hebanem czarnego
+marmuru; u progu ich i wschodów, wiodących do wnętrza "tombeau", w
+mundurze granatowym, poważny, ze wstęgami i orderami, brodaty, stary,
+stróżował inwalida...
+
+Na górze zaś błyszczał wielki napis złocisty: "Je désire, que mes
+cendres reposent sur le bord de la Seine - au milieu de ce peuple
+francais, que j'avais tant aimĂŠ" *).
+[*) "Pragnę, aby me prochy spoczęły u brzegów Sekwany - wśród tego
+ludu francuskiego, który tak bardzo kochałem."]
+
+Dzierżymirski patrzył, przejęty mimowolnie do głębi powagą,
+skupienia pełną, i jakąś melancholią rzewną, wiejącą od tego
+grobu zmarłego geniusza despoty, śniącego tu cicho, zapomnianego
+jakby w samem sercu republikańskiego dziś Paryża.
+
+Nagle, gdy poruszony, niemy, stał tak, wciąż, zamyślony, drgnął
+gwałtownie.
+
+Bo oto w tejże samej chwili wybiła w ciszy głośno godzina czwarta, a
+z jej uderzeniem, jako sygnał zamykania już gmachu, raptowny, rozległ
+się właśnie odgłos bębna.
+
+Grano bojową pobudkę... Donośnie rozchodził się w milczeniu
+uderzenia krótkie, wzbijały się pod strop wysoki, echem dudniły w
+zagłębieniach, arkadach, owalnej kopule wysokiej.
+
+- Messieurs et dames sortez!.. sortez, s'il vous plait, sortez,
+sortez!.. - rozległ się jednocześnie twardy głos szwajcara, stróża
+Napoleonowego grobowca... Postukując grubą laską, iść począł on i
+rozpędzać energicznie przed sobą, ku wyjściu rozsypanych po gmachu
+tam i ówdzie gości.
+
+- Sortez! - rozkazujący, wojskowo - lakoniczny, - bezustanny
+rozbrzmiewał głos jego i mieszał się! z bojową fanfarą bębna!..
+
+Dzierżymirski jednak nie ruszał się wcale z miejsca przeciwnie.
+Wrósł jakby w ziemię; ucho jego łowiło łapczywie donośne, jędrne
+tony pobudki, wyobraĹşnia, podsycana nerwami, w rozstroju - poruszona,
+snuła mu przed oczyma obraz fantasmagoryczny.
+
+W gmachu panował mrok...
+
+Ostatnie dźwięki surmy bojowej konały, a Romanowi zdało się, iż z
+milknącem coraz już dalszem echem bębna, poczynają oto zaludniać
+tum wspaniały jakieś wyrosłe jakby zewsząd mary i cienie poległej
+dawno Napoleońskiej gwardyi starej, i wyraźny o słuch jego obija się
+przy tem stuk ich butĂłw i ostrĂłg o kamienie posadzki!..
+
+Idą! Ustawieni w szyku, gotowi do walki, stoją oto niezliczeni wokoło
+grobu wodza swego... Przebóg, cóş to jest?..
+
+Huk jakiś rozlega się w gmachu - to marmur grobowca pęka, unosi
+się...
+
+W trójgraniasty kapelusz przybrana, z założonemi na piersiach
+rękoma, staje wyraźnie przed wzrokiem Romana postać Napoleona -
+wodza!..
+
+- Paf, paf!.. - w tej samej chwili tuż koło Dzierżymirskiego o
+posadzkę uderza ktoś zamaszyście.
+
+- Sortez, sortez donc, monsieur!.. Quatre heures... la consigne!.. -
+rozlega się głos twardy i szorstki.
+
+Roman budzi się, rozgląda... A zirytowany natychmiast, że tak
+obcesowo przerwano mu jego widzenie marzące, gotów już jest a to
+rzucić w twarz stającemu nad nim miejscowemu szwajcarowi jakąś
+ostrą okolicznościową uwagę... Otwiera już usta, spojrzawszy jednak
+na twarz wybladłą, pooraną zmarszczkami, o wyrazie pełnym
+melancholii i smutku, milknie.
+
+W tych rysach bowiem czyta wyraźnie gniew tłumiony, lecz nie
+bezmyślny, - bynajmniej. Nie, przeciwnie. Oburzenie to jakieś inne,
+szlachetniejszej, podnioślejszej jakby natury, i mówić zda się:
+
+- Ach idĹşcie, juĹź idĹşcie!.. OdejdĹşcie wy wszyscy, profanatorzy
+wstrętni, kalający te progi ciekawością banalną - nieprzystojnym
+szumem, hałasem, gadaniną i gwarem mącący bezmyślnie spokój i sen
+wieczny wielkiego imperatora!..
+
+- Cóż wy? - mówiły z pogardą te szare smutno oczy starca. - Cóż
+wy, karły, nie ludzie dzisiejsi, mali -wiedzieć możecie? Co sądzić
+o czynach olbrzymich "Jego?" Co odczuć? Cóż zrozumieć jesteście
+zdolni?..
+
+Dzierżymirski z uwagą wpatrywał się dalej w stojącego przed nim
+niecierpliwie szwajcara - inwalidę.
+
+Czyżby istotnie w umyśle tego starca uczucia podobne się kryły? -
+myślał i zatopiwszy raz jeszcze, milcząc, badawcze spojrzenie w
+mętnych źrenicach starca, bez słowa, skierował się ku wyjściu z
+tumu.
+
+Otworzono przed nim, zamknięte przed chwilą: z hukiem drzwi wchodowe,
+i zatrzaśnięto je poza nim.
+
+Wydostawszy się na ulicę, Roman, znużony, wsiadł do pierwszej
+dorożki; tu zaś, ochłonąwszy nieco od wzruszeń i wrażeń,
+porządkować zaczął w głośno zdarzenia minionych godzin kilku.
+
+- Raz jeszcze zatem, miast rzeczywistości, chwytałem marę, cień
+ułudny!.. - mówił sobie w duchu, z nagłą goryczą. - Pochłonięty
+wciąż jedną myślą, przybiegłem tutaj nadziei pełny, i znowu nic -
+zero!..
+
+- O, ironio, niezrozumiała, dziwna!.. - dumał dalej. - Czyż nigdy nie
+trafię na ślad pewny? Czyż wiecznie, biczowany sumieniem, dręczyć
+się tak będę, zmuszony?
+
+Dzierżymirski opuścił ręce na kolana, w zniechęceniu i pochylił
+nisko głowę. Z chwilową samotnością, z pogłębieniem się w
+siebie, wracała bezlitosna samowiedza, błędne koło tajonego w duszy
+cierpienia zacieśniało się, wirowało, rzucając mu jednocześnie na
+ekran duszy wizerunek nagły własnego moralnego "ja".
+
+Nie kryły go obsłony złociste, utkane z pozorów, zdolności
+osobistych, rozumu, energii, czynu, bezinteresownego poświęcenia dla
+drugich, szlachetności i wielu innych przymiotów, w które, jak w
+śnieżną, lamowaną purpurą, togę patrycyusza - przed ludźmi, przed
+światem, stroił się prezes Dzierżymirski...
+
+Nie, był to szkielet tylko!.. Otulony w płachtę jaskrawą szalonej
+ambicyi, krył on za jej fałdami bagno moralne pamiętnej w życiu
+Romana chwili, gdy dla osobistego szczęścia, użycia, pogwałcił on
+był etykę społecznego prawa!..
+
+Z tej kałuży jednak brudnej, a pozornie już zapomnianej, wyrastał
+kwiat - niby niepokalana biała lilia - zasiany ziarnem silnych, choć
+podeptanych zasad, wszczepionych za młodu - kiełkujący, przy pomocy
+czujnego zawsze sumienia!..
+
+Kwiatem tym - była chęć szlachetna, instynktowna, konieczna, oddania
+bądź co bądź, prawemu właścicielowi przywłaszczonych pieniędzy.
+Ona, wytrwała, popychała bezustannie Romana naprzód przed siebie; ona
+- ześrodkowywująca w sobie również najpiękniejsze pierwiastki jego
+charakteru - zniewalała go - do czynów, tam i ówdzie szlachetnych.
+Jej to niewątpliwie zawdzięczał Dzierżymirski swój postępek z
+Orlęckim!..
+
+I Romanowi w tej chwili mignął obraz wdzięczności tych trojga ludzi
+ku niemu.
+
+Znów tu więc fałsz mimowolny - życia ironia!..
+
+Dzierżymirski westchnął. Pomimo jednak, iż czuł zgrzyt w duszy,
+rosło tam w nim jednocześnie pewne zadowolenie, zazwyczaj odczuwane
+przez subtelniejsze natury, po spełnieniu dobrego, lub szlachetnego
+czynu.
+
+Spojrzał wokoło weselej nieco... Dorożka mijała właśnie bardzo
+ożywioną dzielnicę miasta.
+
+Na lewo widniała wieża St. Jaeques, a tuż obok kościół St. Germain
+-l'Auxerrois; naprzeciw ogromem rozwielmożył się Luwr wspaniały.
+
+Roman, zapłaciwszy woźnicę, wyskoczył z dorożki i skierował się
+ku muzeum.
+
+Odcięty w podróży od zwykłego, pełnego czynu, życia,
+pochłaniającego go całkowicie - Dzierżymirski poczuł nagle
+potrzebę nieodzowną, konieczną, odwrócenia jątrzących mu mózg
+myśli czemkolwiek, uciekał się więc znowu do koicielki-sztuki.
+
+Niebawem przez jedno z licznych wejść wchodził do jej świątyni,
+pogrążonej w milczeniu, tchnącej majestatem zapatrzonych w siebie
+tworów ludzkiego geniusza, szybującego na skrzydłach artyzmu we
+wszelakich jego odmianach i fazach - wcielającego piękno, by szło,
+niby tchnienie żywe, do dusz ludzkich, umiejących wznieść się i
+oderwać od poziomów!
+
+Znajdował się w salach dolnych. Zabytki starożytnej rzeźby
+romańskiej, greckiej otaczały go zewsząd. Setki ich z epok różnych
+patrzyły na niego piękna wyrazem, ręką mistrzów zakutym w kamień i
+marmury...
+
+Dzierżymirski, rozglądając się wokoło, szedł wolno, zamyślony.
+
+Jak w kalejdoskopie, przesuwały się wciąż kolejno przed nim posągi,
+coraz piękniejsze.
+
+Tutaj więc wychylały się oto rzędem ku niemu biusty i srogie oblicza
+wszystkich prawie imperatorĂłw rzymskich - tam znĂłw wykwintnie
+modelowanem ciałem pochylały, gięły posągi Apollinów - rzymskiego
+dłuta, o rysach grubszych, pełnych męskości i siły, - greckiego,
+traktowane daleko subtelniej z finezyą, o ciele jakby miękkszem i
+drobniejszem, przedziwnie wykończone w szczegółach i wyrazach
+twarzy...
+
+W oddzielnej sali, naprzeciw siebie, drzemały, na wzór oryginałów w
+Watykanie, olbrzymie odlewy, z bronzu: śpiącej Aryadny, Laokoona,
+Apollina i Dyany; dalej znĂłw, z Tripolisu w Afryce sprowadzona, bez
+końca nóg i głowy, unosiła powabnie draperye piękna Venus, bieliły
+się bez liku dziesiątki rzeźb pomniejszych - stał Apollo z Lycyi,
+oparty o pień, koło którego obwijał się wąż zdradliwy... Apollo z
+Paros, patrzył łagodnie na widza; o rysach drobniutkich, w draperyi
+fałdach - wdzięczyła się grecka muza...
+
+Dzierżymirski, z powodu braku czasu spieszyć się zmuszony, szedł
+pomimowolnie szybko, zatrzymując się jednak co chwila to krócej, to
+dłużej, zniewolony ku temu pięknem, hojną ręką i dzięki
+niestrudzonym zabiegom, nagromadzonemu, tak obficie wokoło.
+
+Tak więc, pomiędzy wieloma, wieloma innemi zajęła go jeszcze rzeźba
+Tyberyusza cesarza, okrytego fałdami togi, z ręką wyciągniętą
+przed siebie, w oratorskim geście, tak wymownie, iż zdawało się, że
+oto już zaraz przemówi... Tam znów uwagę zwróciły dwie postacie
+kobiece, zabytki, przeniesione z greckich cmentarzy. Jedna z nich,
+owiana szatą przejrzystą, w stojącej postawie, zadumana smętnie, -
+druga, w takiejże pozycyi, z wieńcem laurowym na głowie, w bolesnem
+pogrążona skupieniu, z prześlicznie przytem wyrzeźbionem obliczem,
+przybrana w draperyę, której fałdy, wykończone subtelnie w marmurze,
+za lada powiewem poruszać się w oczach zdawały.
+
+Dzierżymirski wpadł w labirynt sal, salek, i szedł coraz dalej i
+dalej... Jednocześnie poddawał się stopniowo coraz bardziej urokom
+sztuki, a przypatrując się ciągle, z uwagą, okazom starożytnego
+dłuta - zapominał coraz bardziej o dręczących go myślach z przed
+chwili; czarne i smętne niepostrzeżenie pierzchały one cicho...
+
+I niebawem Romana znowu zajął marmurowy posąg z wyspy Paros...
+Przedstawiał on Aleksandra Wielkiego, z połową włosów złamaną i
+biustem, bez rąk, z twarzą natomiast zachowaną doskonale. Później
+zachwyciła go z kolei "Venus accroupie" w marmurze, również bez rąk,
+ze śladem na plecach odłamanej rączki Amora, potem znów dziesiątki
+rzeźb innych, jedne charakterystyczniejsze, piękniejsze od drugich...
+
+Po chwili, oparty o pień drzewa, zatrzymał go jeszcze, względnie do
+otaczających maleńki bardzo posążek, zatytułowany "Amor, jako
+Hercules", następnie inny: "Walczący Gladjator", a w końcu, cudna w
+swej prostocie, postać muzy poezyi lirycznej: "Polymnie..."
+
+Była to rzeźba wziętej z profilu kobiety, opartej, w zadumie, bokiem
+o kolumnę, w zwojach fałdzistej draperyi. Głowę pochyloną miała
+nieco, a upiększały ją włosy, falujące z lekka w marmurze, jedną
+rączką podpierała oblicze, natchnione, o rysach drobnych i subtelnych
+- drugą dotykała niedbale swej sukni, z ujmującym wdziękiem...
+
+Wymijając tłum nieruchomych posągów, gubiąc się wśród tych
+rzeźb, zadumanych, cichych, śniących jakby o wielkiej swej
+przeszłości - znalazł się wreszcie Roman niebawem w salce
+kwadratowej, małej, gdzie, otoczona sznurową baryerą - na
+wzniesieniu, ubranem bordo tkaniną, stała, królując, zda się, nad
+wszystkiem dokoła, perła zbiorów posągowych Luwru - Venus grecka z
+Milo.
+
+Zmęczony nieco, Dzierżymirski usiadł na ławeczce, zdjął kapelusz i
+wpatrzył się w stojącą, bez rąk, półnagą postać z marmuru.
+
+Pozornie kroczyła ona...
+
+Wprzód pochylona niedostrzegalnie, przytrzymując fałdów upadającej
+w pasie draperyi, zdawało się, że idzie, z szyją swą,
+wyciągniętą nieco naprzód, z oczyma przymrużonemi jakby, z
+włosami, karbowanemi z lekka i uwiązanemi z tyłu w węzeł, z twarzą
+blondynki, anielską - boską!..
+
+Od twarzy tej i półciała nagiego do draperyi, Dzierżymirski oczu
+oderwać po prostu nie był w stanie...
+
+On w oblicza tem czytał - a przynajmniej tak mu się w danej chwili
+zdawało - zapatrzenie się w siebie i dumę, ale zarazem i słodycz,
+zakutą w przedziwnej regularności rysie każdym, i choć sam
+osobiście nie odczuwał w rysach twarzy tej silnego promienia
+wewnętrznego, jak zadumy lub marzenia - to jednak piękno linii
+królowało w nich - tak niepodzielnie, że zachwyt tylko wzbudzać
+mogło... A ciało?..
+
+Po prostu żyło ono, nie tylko zaś nagie, dla oka widoczne... Z
+przodu, pod fałdami draperyi - czyniącej wrażenie, iż spada - w
+kilka zaś zgięć karbowanej z tyłu - tętniło ono, ożyłe jakby,
+nie martwe, w ruchu kroczącego, wzniesionego nieco kolana, w odkrytych
+piersiach i biuście bez rąk, przegiętym w prawo z zachowaną
+przedziwnie w marmurze, miękką, jak w ciele żywem - subtelną linią
+przegięcia...
+
+Czas mijał... Przesiedziawszy na ławeczce dość długo, Roman z
+trudnością powstał i oderwał się od arcydzieła sztuki. Spojrzał
+na zegarek - dochodziła piąta - godzina zamknięcia Luwru. Postanowił
+obejrzeć jeszcze, choć pobieżnie, galeryę obrazów...
+
+Skierował się spiesznie na pierwsze piętro gmachu. Minąwszy salę
+pierwszą, zatrzymał się w drugiej, maleńkiej. Dwa, dlań osobiście
+przepiękne, obrazy zajęły całkiem jego uwagę.
+
+Na jednym z nich, w aureoli blasków nad głową, umarła, cicha, po
+fali sennej płynęła postać blada z twarzą anielską i łagodną, -
+to sławne dzieło Delaroche'a "La jeune Martyre". Wisiało ono na
+prawo, równolegle z wejściem do salki, na ścianie zaś bocznej od
+tego wejścia, w lewo, od innych odbijało wdziękiem, pędzla "Girodet
+- Trioson'a" Przebudzenie Apollina, pięknego, jak marzenie, w postawie
+leżącej, pogrążonego we śnie głębokim. Na cudne oblicze boga
+Olimpu i zamknięte jego źrenice, z wysoka, prostopadły padał
+promień światła!.. Roman po chwili ruszył dalej...
+
+Mijał teraz z wolna jedne za drugiemi olbrzymie sale.
+
+A w salach tych milczących, wielkich, unosił się jakby nadprzyrodzony
+jakiś duch idei piękna, zaklęty, olbrzymi i brał despotycznie w
+posiadanie każdego, kto korzył się przed kultem sztuki, czyja dusza,
+drgnieniem zachwytu, wyciągała w ekstazie ku jej nieśmiertelnemu
+czarowi pragnące swe ramiona!
+
+Najpierwsi mistrzowie szkoły włoskiej, flamandzkiej, francuskiej,
+hiszpańskiej i innych - wielcy w swym majestacie, w aureoli wiekopomnej
+sławy, wyglądali z ram dziełami, niewidzialną dłonią zatrzymywali,
+jakby przed sobą, mówiąc, zdawało się, do Romana dumnie: -
+"podziwiaj nas!.."
+
+Idąc wciąż przed siebie w ten sposób, dotarł wkrótce
+DzierĹźymirski, do sal ostatnich.
+
+Było ich dwie; w jednej, podłużnej, wielkiej, a tak zwanej "Rubensa",
+pełno było przepysznych obrazów, wziętych przeważnie z życia
+krĂłlowej Maryi Medici - w drugiej, przedostatniej i mniejszej,
+noszącej miano "Van-Dycka", zwróciły uwagę Romana, wśród
+kilkunastu może dzieł tego mistrza, portrety: Dzieci Karola I-go; jego
+samego, stojącego na tle krajobrazu, obok giermka, z rumakiem, i
+kardynała Richelieu'go, całego w purpurze.
+
+Dotarłszy do końca pałacowych sal, Dzierżymirski puścił się w
+powrotną drogę, zaglądając tam i ówdzie, idąc, wracając -
+błądząc wśród tych drzemiących w chwale własnej, nieprzeliczonych
+dzieł pędzla - tworów talentu ludzi cenionych i wielkich...
+
+Setki obrazów przeoczonych, nowych, zastępowały mu drogę...
+
+I Dzierżymirski przystawał ciągle... Zachwycał się niejednym
+obrazem, ustępującym może innym, pod względem piękna, lecz
+przemawiającym żywiej do indywidualnego jego poczucia i pojęcia
+sztuki.
+
+Tak więc w jednej z sal zatrzymał się dłużej śliczną główką
+szkoły francuskiej, "Greuz'a", złotawąblond, z oczyma, wzniesionemi
+smutnie, w zamyśleniu błądzącemi gdzieś daleko, może w ideałów
+niepochwytnych krainie, z wyrazem twarzy, tchnącym melancholią i
+rozmarzeniem...
+
+Tamże również zajęły go dwa obrazy tegoż mistrza: pierwszy "La
+laitière" przedstawiał rozwożącą nabiał młodą wiwandyerkę -
+wspartą, w zadumie cichej, o karego z białym łbem konia; drugi pod
+tytułem: "Rozbity dzban", wdzięczny nad wyraz, wyobrażał
+dziewczątko w bieli... Włosy miała ona rozczesane skromnie na dwie
+strony, stroiło je białe kwiecie, - w fartuszku różowo - blade
+róże, na ręku zawieszony rozbity niebacznie dzban, a w całej
+twarzyczce miluchnej nieporĂłwnany wyraz dziecinnej naiwnej rozpaczy.
+
+Dzierżymirski coraz szybciej wymijał sale; nie znalazł się w galeryi
+podłużnej i olbrzymiej, w kształcie salonowego korytarza, szerokiego
+i przestronnego.
+
+Na ścianach wisiało tu wiele pięknych okazów; między innemi zatem
+dzieła Rafaela Sanzio, jak na przykład portret Joanny d'Aragon, w
+purpurowej sukni, przetkanej złotem, Ś-go Jana Chrzciciela, oraz
+śliczny portrecik młodego człowieka, o włosach blond, w czapeczce
+czarnej, podpartego, w zamyśleniu i parę innych tegoż mistrza.
+
+Patrzyły tu również na Romana rzędem liczne dzieła Marina, jak
+Urodzenie Najświętszej Panny Maryi, cud San Diego, czyli anielska
+kuchnia... Opodal obraz, przypisywany malarzowi hiszpańskiemu Riberze,
+występował z ram postacią umarłego Chrystusa, o twarzy przedziwnie
+spokojnej, w wypoczynku jakby po bólu pozostającej - z ciałem ran
+pełnem, ociekającem, zda się, krwią ciepłą jeszcze... Bitwa
+Salvatora Rosy tamże nęciła oko realizmem i grozą - dziesiątki,
+setki obrazów zatrzymywały spojrzenie, a wreszcie dwa z nich
+najbardziej; pędzla Leonarda da Vinci: Jan Chrzciciel i Bachus...
+
+Oba przedstawiały ciemnookich, pięknych młodzianów, o bujnie i
+naturalnie kręcących się włosach, cerze śniadej i dziwnie wiele,
+mówiących twarzy, zbliżonych rysami do siebie...
+
+Obrazy te, w ogólnym zarysie, również zlewały się ze sobą. Nagłem
+skojarzeniem myśli, przypomniały one Romanowi, podobnież nieco
+traktowaną głowę o włosach, złotawo - miedzianych, pędzla
+Ferrari'ego, w Pinakotece Medyolańskiej. Przedstawiała ona Matkę
+Bożą, całą w czerwieni, z przechyloną w tył głową i
+przymkniętemi oczyma, z wyrazem nadziemskiego upojenia, gdy Dzieciątko
+Jezus równocześnie wyciąga przed siebie w przestrzeń swe rączyny
+maleńkie, jak gdyby niemi pochwycić coś w powietrzu pragnęło...
+
+I z przypomnieniem tem nagle do duszy Dzierżymirskiego spłynęła fala
+wspomnień...
+
+Mignął mu więc przed wewnętrznym wzrokiem duszy Medyolan, rodzinne
+gniazdo matki i tam "Cimitero Monumentale", gdzie zapomniane przezeń
+leżały jej prochy, wreszcie rysy matczyne, jak żywe, przeszłemi
+latami zamglone...
+
+Z powiewem zaś lat tych minionych, z przeszłości tchnieniem, w mózgu
+Romana znowu zaświdrowały wyrzuty sumienia, dawne - te same.
+
+Zadumany, powracał Dzierżymirski, kierując się w olbrzymie sale ku
+wyjściu, opanowany na nowo - wewnętrzną troską - niezdolny obecnie
+po prostu patrzeć na dzieła sztuki.
+
+Poza tem zresztą i czasu na to nie było... Zamykano już Luwr.
+
+Spieszono się powszechnie. Rozrzuceni tam i ów turyści - malarze,
+dyletanci pędzla, kopiujący tu zapamiętale od samego rana na
+rozstawionych stalugach wszędy, hałaśliwie składali swe przybory, a
+odgłos ich rozmów, zarówno jak i kroki odchodzącej tłumnie gromady
+ludzkiej, przeciągłem echem odbijały się o ściany i próżnię
+olbrzymich sal muzeum.
+
+Wyludniały się one nader szybko; niebawem cisza utulać zaczęła
+stopniowo twory człowieczego geniusza, a jeden jeszcze samotny i
+niewidzialny pozostał tu tylko, zda się, król Piękna - bóg
+Sztuki!..
+
+W dziesięć może minut później Dzierżymirski wychodził na ulicę,
+gdzie zoczywszy niebawem napis podziemnej kolejki elektrycznej zwanej :
+"Metropolitain", po schodach spuszczać się zaczął ku stacyi.
+
+Zagłębiony w myślach, kupił Roman machinalnie bilet na prawo jazdy i
+wyszedł na peron podziemnej poczekalni. W głowie jego, wśród myśli
+wielu, nieukształtowany jeszcze, niewyraźny, zakiełkował projekt
+opuszczenia Paryża, nieprzedstawiającego dlań już teraz, jako pobyt,
+celu żadnego, i udania się do - Medyolanu...
+
+W tej samej chwili, z chrzęstem, świstem, wpadł na platformę
+zręczny, mały, elektryczny pociąg miejski.
+
+- Louvre!.. Louvre!.. - wrzaśnięto donośnie, kilkanaście drzwiczek u
+wagonów otworzyło się spiesznie... Wysypała się z nich garstka
+ludzi, partya druga szybko zajęła ich miejsce, Dzierżymirski
+wskoczył za innymi do pociągu, z wielkim pośpiechem, nie minęła
+bowiem minuta, gdy już zatrzaśnięto na powrót z hałasem u
+wagonikĂłw wszystkie drzwiczki.
+
+Kolejka ruszyła z miejsca pędem prawie, zanurzyła się i zniknęła,
+jak zmyta, w oświetlonej gdzieniegdzie tylko elektrycznemi lampami
+czeluści ciemnej podziemnego tunelu, biegnącego, jak wiadomo, pod
+większą częścią nadsekwańskiej stolicy.
+
+-----------
+
+
+Letnie, upalne popołudnie drzemało jeszcze nad ziemią, skwarne jednak
+słońca promienie zniżać się już poczynały stopniowo...
+
+Ochoczo uwijały się po polach dziewczęta robocze, w swych krótkich
+kolorowych spĂłdnicach i haftowanych barwnie koszulach - z sierpami w
+ręku, żnąc zboże, układając je w snopy i kopy, a z łąk i łanów
+dalszych odzywało się od czasu do czasu rytmiczne ostrzeżenie kos i
+ich chrzęst w ślad za tem, ścinający trawy, owsy i jęczmienie,
+rozlegał się echem miarowem.
+
+W otaczające go, tętniące ruchem i pracą pola zapatrzony, na ciemnem
+tle parku nieposzlakowanie biały milcząco wsłuchiwał się dwór
+gowartowski w odgłosy, idące z łanów dalekich.
+
+Na werandzie, w głębokim fotelu siedziała marszałkowa Warnicka,
+pracując z zajęciem nad robótką ręczną; dalej nieco, w parku,
+poprzez drzewa alei migała jasna letnia suknia kobieca i sylwetka
+siedzącego obok niej mężczyzny; przez otwarte na ścieżaj wreszcie
+tuż koło balkonu okno saloniku dolatywały dwa męskie głosy,
+zmieszane z miarowemi uderzeniami kul bilardowych.
+
+W saloniku owym grali w karambole Ładyżyński z Krasnostawskim.
+
+- Patrz, młodzieńcze, i ucz się! - mówił w tej chwili pan Emil,
+pochylony nad bilardem.
+
+Biała bila jego, musnąwszy poprzednio lewy bok czerwonej drugiej kuli,
+wracała właśnie teraz posłuszna, dotykając lekko stojącej opodal
+trzeciej żółtej bili.
+
+- Aha!.. - wykrzyknął z tryumfem Ładyżyński. - Uderzenie znakomite,
+a rzadkie, jak kruk biały!..
+
+Spojrzał na Krasnostawskiego. Ten ostatni, bez ceremonii zwrócony do
+okna, stał gdzieś zapatrzony, przez grzeczność w ostatniej tylko
+chwili obróciwszy się szybko ku mówiącemu.
+
+- Barbarzyńco! - wykrzyknął Ładyżyński, oburzony szczerze.
+
+- Jak to? - pytał zdziwiony dalej. - Na seryo zatem nie widziałeś pan
+wcale ?
+
+- Ale cóż znowu, i owszem! - zaprotestował Krasnostawski, zmieszany
+nieco.
+
+Partner z pod oka spojrzał na młodzieńca i mruknął złośliwie:
+
+- Co pan ciekawego wypatrujesz wśród alei? Nikt tam, que je sache, nie
+spaceruje, prócz Oli i kochanego Topolsia, hrabiego na Szczęsnojej...
+A tu tymczasem straciłeś pan coup de maître, cug iścię
+wspaniały...
+
+I wskazując dłonią stojące kule, objaśnił już spokojnie:
+
+- Przez czerwoną... Zamiast zwyczajno-pospolicie - tyłem, przez pięć
+band, i serya notabene gotowa - pochwalił się.
+
+- Wiele mam? - zapytał po chwili. - A, prawda... - odpowiedział sam
+sobie pan Emil, - osiemdziesiąt sześć!... Przepadłeś pan z
+kretesem. Za chwilę - requiescat in pace!..
+
+Przy tych słowach, Ładyżyński pochylił się znów bilardem. Pod
+wprawnem uderzeniem jego kija, dotykane, cofane, kierowane zręcznie,
+posypały się niebawem liczne karambole.
+
+Krasnostawski, od początku partyi kilkakrotnie do gry zaledwie
+dopuszczony, ziewnął skrycie, znużony.
+
+- Ta zdradziła Radziwiłła!.. - wykrzyknął w tej chwili pan Emil. -
+Chybiłem - graj pan!..
+
+Krasnostawski z kolei zrobił kilka dość umiejętnych karamboli.
+
+- Brawo, bravissimo! - potakiwał Ładyżyński - Z jakim przestajesz,
+takim się stajesz, niedarmo tak głosi przysłowie...
+
+A ze znawstwem, śledząc dalej uważnie grę partnera, dorzucił
+jeszcze, w rodzaju pochwały:
+
+- Czołem, czołem!.. Wstępujesz w me ślady.... bardzo dobrze, wcale
+nieĹşle!...
+
+Krasnostawski, z przymusem, uśmiechnął się lekko, po paru
+uderzeniach wreszcie chybił.
+
+- Przeszła, minęła, jak sen jaki złoty! - zadeklamował
+Ładyżyński, z patosem. - zgubionyś młodzieńcze! - dorzucił, i
+pochylił się nad suknem zielonem.
+
+- Gram z tyłu - poinformował - ostatni, śmiertelny cios...
+
+Pchnięta, nakredowaną poprzednio starannie, muszką kija - biała
+kula, obleciawszy szereg band, w skomplikowanej geometrycznej figurze -
+niebawem pokorna, grzeczna, za jednem uderzeniem, musnęła cicho dwie
+pozostałe bilardowe kule.
+
+- N, i... ni - c'est fini !.. - odsapnął z ulgą pan Emil.
+
+- No, teraz siadamy! - ciągnął dalej.- Dziękuję panu za partyę! -
+podał uprzejmie rękę Krasnostawskiemu, poczem wyjął papierośnicę.
+
+- Służę panu! - rzekł, wyciągając ją w stronę młodego
+człowieka.
+
+- Dziękuję bardzo! - odparł Krasnostawski, skłoniwszy się
+grzecznie, wziął papierosa, podsuwając jednocześnie Ładyżyńskiemu
+zapaloną zapałkę. - Merci! - mruknął pan Emil. - Ha, zmachałem
+się nie gorzej od mołodycy, na polu przy burakach! - westchnął.
+
+Usiedli, i zapanowało chwilowe milczenie.
+
+W ciszy pokoju słychać było teraz wyraźnie jednostajne brzęczenie
+much; zniżające się słońce ścieliło swe promienie po zielonej
+powierzchni bilardowego sukna - salonik tonął cały w półświatłach
+kończącego się letniego popołudnia.
+
+Nagle firanki u okien poruszyły się gwałtownie - ktoś drzwi
+otwierał...
+
+Na progu, w szarem sukiennem, liberyjnem ubraniu, stanął lokajczyk,
+młode chłopię...
+
+- Zamykaj, do kroćset! - zagrzmiał Ładyżyński, porzuciwszy silny
+przeciąg i zwrócił się równocześnie do Krasnostawskiego. - Ma pan
+jeszcze ochotę na partyjkę?... bo ja - to nie!
+
+- O, ja również! - odparł szybko Krasnostawski - Zresztą nie mogę,
+mam dzisiaj pilne zajęcie jeszcze i wracać muszę! - Żegnam pana! -
+dorzucił uprzejmie i powstawszy, wyciągnął rękę do
+Ładyżyńskiego.
+
+- Adieu!.. - od niechcenia, ale grzecznie, nie ruszając się z miejsca,
+odwzajemnił mu tenże uścisk dłoni.
+
+Krasnostawski, niby szukając czegoś po pokoju, zbliżył się
+zręcznie do okna, posławszy wywiadowczy wzrok raz jeszcze do ogrodu.
+
+Siedząc wciąż na swem miejscu, Ładyżyński śledził spod okna, a
+usta skrzywiły mu się przy tem sarkastycznie.
+
+- Cóż to tak zapamiętale pan szukasz? - rzucił ironicznie - serca,
+czy głowy?
+
+- O, nie... tylko kapelusza!.. - odciął chłodno Krasnostawski, i
+rzuciwszy siedzącemu powtórnie pożegnanie uprzejme, wyszedł z
+saloniku.
+
+- Hm... hm!.. - mruknął do siebie stary kawaler, i powstał.
+
+- Wyczyść bilard szczotką tak, jakem cię nauczył na wskos,
+nicponiu!.. - rozkazał kręcącemu się po pokoju lokajczykowi, i
+strzepnąwszy ubranie, opuścił bilardową salkę, zmierzając ku
+werandzie.
+
+- Zawsze przy pracy, pani marszałkowo! - powitał siedzącą przy
+robótce panią Melanję i usiadł wygodnie na bujającym się fotelu.
+
+- No, i pan, panie Emilu, pracowałeś także - uśmiechnęła się
+łagodnie matrona. - Stąd słyszałam, jak stukały karambole i
+postępował raźno wykład gry bilardowej...
+
+- Ano, trudno!.. Trzeba pouczać młodych! - odparł pan Emil i
+uśmiechnął się swoim zwyczajem. A gdzież to młoda para? - rzucił.
+
+Marszałkowa nie zrozumiała pytania. - Jak to? - zdziwiła się.
+
+- No, pani Ola i kochany hrabicz! - objaśnił niedbale, kołysząc się
+leciutko w fotelu.
+
+- Aaa !.. - zaśmiała się marszałkowa - są w ogrodzie - dodała
+spokojnie. - A pan Bolesław gdzież się znajduje? - zapytała z kolei.
+
+- Przegrawszy partyę karamboli i posławszy trzydzieści i jedno
+spojrzeń tęsknych w stronę ogrodu i przechadzających się tam ludzi,
+uciekł do domu - odpowiedział pan Emil.
+
+- Że też pan ciągle tak samo niepoprawny i zawsze musi widzieć coś
+niepotrzebnego! - obruszyła się, z widocznem niezadowoleniem,
+marszałkowa.
+
+- To tak tylko dla kontrastu z panią marszałkową! - odparł
+słodziutkim tonem, układnie pan Emil i uśmiechnął się szyderczo.
+
+- No, no!.. - udobruchana nieco, pokiwała głową staruszka. - Żeby to
+tylko tak było w istocie ! - Ależ upewniam panią marszałkowę -
+podchwycił Ładyżyński. - Wracając jednak do poprzedniej prozy
+życia, i jego wypadków - ciągnął wolno - ciekawym, czemu ten Roman
+nie wraca?..
+
+- A! - żywo odparła pani Warnicka. - Zapomniałam powiedzieć panu...
+Wczoraj wieczorem był list od niego... Donosi, że z Ostendy, dokąd
+udał się prosto z Paryża, dla odpoczynku, przybył już do Mediolanu,
+gdzie zabawi dłużej...
+
+- Hm, hm! - chrząknął pan Emil. - Że też prezesuniowi kochanemu nie
+tęskno: do żony primo, do mnie - secundo, to się wydziwić temu nie
+mogę - wygłosił całkiem seryo.
+
+Marszałkowa na te słowa uśmiechnęła się do siebie, w milczeniu,
+Ładyżyński mówił zaś dalej, wydobywszy zegarek z kieszeni:
+
+- Patrzcie państwo, już wpół do ósmej!.. O wpół do szóstej
+zaczęliśmy grać z Krasnostawskim partyjkę, a panią marszałkowę
+pozostawiliśmy wszyscy tu na balkonie samotną... Tiens... tiens... jak
+to czas leci.
+
+Pan Emil spojrzał na ogród, szukając coś oczyma i w tejże samej
+chwili zerknął na marszałkowę. Ta ostatnia również wysłała
+spojrzenie do parku. Złośliwie nieco wykrzywił usta pan Emil i
+wpatrzył się badawczo w twarz staruszki, lecz ta obojętnie całkiem
+odwróciła po chwili głowę i kończyła spokojnie robótkę.
+
+Zapanowało milczenie.
+
+- Dziwny aforyzm przychodzi mi do głowy! - odezwał się Ładyżyński,
+w parę minut później.
+
+- Bardzo, ciekawam, co tam znowu przychodzi panu do głowy?.. -
+zaśmiała się staruszka.
+
+- Piękna kobieta - wygłosił z patosem pan Emil - to częstokroć
+wcielenie ślepego trafu igraszki!.. Obdarza ona bowiem królewską swą
+łaską nie zasłużonych, lecz szczęśliwych, choć wszyscy, niby
+gracze, pragnęliby w duchu wygrać najwyższą tylko stawkę...
+
+Siwe oczy marszałkowej na chwilę zabłysły rozumnie, i odparła
+lekko, w tym samym tonie:
+
+- Ho-ho, co za porównania, jaka poezya nagle objawiła się w panu! -
+pochwaliła ironicznie i dodała: - Ja nie wiem, doprawdy, czy
+potrafię, skromna, wznieść się na takie wyżyny... Lecz i mnie
+również, dziwnym zbiegiem okoliczności, aforyzm świta w myśli:
+
+I po chwili pani Melanja wygłosiła z przyciskiem:
+
+- Podejrzliwość - to wcielenie satanizmu!.. Oczernić, zbrukać
+potrafi najczystsze, śnieżne jagnię, tem gorsze zaś ono, że
+uwierzą mu ludzie, goniący, z rozkoszą, za obmową, choćby nią był
+i fałsz wierutny!..
+
+- Les beaux esprits se rencontrent! - wycedził w półukłonie pan
+Emil, i zamilkł.
+
+- No, żegnam kochanego pana! - odpowiedziała marszałkowa, i powstała
+ciężko z fotelu. - Idę - ciągnęła - wydać rozporządzenia do
+wieczerzy, bo gosposia nasza, jak widzę, zapomniała się dzisiaj, a
+pana - tu uczyniła ręką niewyraźny ruch w powietrzu - pozostawiam
+sam na sam z aforyzmami!.. - zaśmiała się przy tem staruszka
+złośliwie nieco, i znikła we drzwiach salonowych.
+
+Ładyżyński, po wyjściu marszałkowej, zapalił papierosa i
+zamaszyście począł kołysać się na biegunach fotelu.
+
+- Śmiej się, śmiej, babuleńko! - mruknął z cicha. - Ja mam swój
+rozum i węch świetny. O, co do tego, to zapewnić mogę, że nos mam
+wyborny!.. - dotknął twarzy, zaśmiał się do siebie, wciągnął
+powietrze, i powstawszy, zeszedł po stopniach schodów balkonu.
+
+Spojrzał znowu na zegarek i mruknął:
+
+- Ósma dochodzi... Sapristi, o czemże dwie i pół godziny sam na sam
+mówić ze sobą mogą dwoje młodych ludzi, jeśli nie o miłoś...
+Psst! - syknął głośno i położył sobie na ustach palce. -
+Podejrzliwość albowiem jest to wcielenie satanizmu... i tak dalej, -
+dokończył, i zaśmiał się znowu cicho. - No, zobaczymy! - szepnął
+do siebie jeszcze i skierował się do ogrodu.
+
+Słońce zachodziło właśnie. Białe ściany gowartowskiego domu
+gorzały czerwienią, błyszczały, złociły się okna, dach blaszany
+żarzył się, jak głownia, a tam w parku, w oddali, wstydliwie
+zaróżowiały się, rumieniły brzozy, mieniły od gasnących promieni,
+w odblaski polerowanej miedzi, dęby, lipy, topole...
+
+Ładyżyński, zagłębiał się dalej i dalej w ogród, idąc krokiem
+pewnym, aż znikł, pochłonięty cieniami ciemnawej już, drzew
+wierzchołkami zrosłej ze sobą alei; poszukiwania jego jednak miały
+spełznąć na niczem. Młodej pary, jak ją pan Emil żartami nazwał,
+nie było już w ogrodzie.
+
+Topolski i Ola, przed pół godziną, znalazłszy się na skraju parku i
+łanów szerokich, opuścili ogrodową aleję, pociągnięci
+współwzajemnie czarem przechadzki po zielonej, biegnącej wśród
+pól, ugorów, łączce, w przedwieczornej świeżości skąpanej
+całej.
+
+Gawędząc, śmiejąc się i przekomarzając na przemian bezustannie,
+oddalili się oni nawet już dość ode dworu, nie spostrzegłszy tego
+naturalnie wcale.
+
+Wbrew zapowiedzi, danej pani Oli jeszcze na raucie, przyśpieszył
+Topolski swĂłj przyjazd do odziedziczonych w pobliĹźu Gowartowa dĂłbr
+swoich "Szczęsnaja".
+
+Bawił już tu przeszło od sześciu tygodni, będąc nader częstym
+gościem osamotnionej prezesowej Dzierżymirskiej; Ola zaś, nie mająca
+prawie tu ni rozrywki, ni towarzystwa Ĺźadnego, zazwyczaj niezmiernie mu
+rada była.
+
+Topolski zaś ze swej strony podobać się mógł tylko. Ogładzonych
+form światowych, przystojny i miły, był również bardzo
+inteligentnym, a lekki pokład idealnego marzycielstwa, w kontraście
+połączony ze szczyptą sceptycyzmu, czynił go interesującym bardzo,
+szczególniej dla kobiet. W kole płci pięknej czuł się zawsze
+panem... Posiadając wrażliwość czułostkową przyrodzoną, rozumiał
+on kobiety przytem stokroć lepiej od innych mężczyzn, odczuwał je
+subtelnie, - w podbijaniu zaś serc niewieścich, cierpliwem i
+umiejętnem, - mistrzem go nazywano.
+
+Próżniacze życie jego, zjadającego dochody "panka", zabarwione tylko
+z lekka tam i ówdzie dyletanckiem zainteresowaniem się sztuką, oraz
+podróżowaniem po świecie - składało się też przeważnie z
+krótszych lub dłuższych miłostek, z łańcucha: "bonnes fortunes",
+które, jak ogniwa, ze sobą bezustannie łączyć sie starał.
+
+Poznawszy Olę Dzierżymirską, Topolski postanowił zdobyć ją
+nieodzownie. W tym celu więc dowiedziawszy się o bytności Romana
+Dzierżymirskiego za granicą, przyspieszył wyjazd na Ukrainę, i od
+dwóch już niespełna miesięcy pracował wytrwale, powoli, ze
+znawstwem swej sztuki, cegiełka za cegiełką, budując swe przyszłe,
+jak nazywał - szczęście!
+
+Z początku było mu niezmiernie trudno skierować, pchnąć Olę, choć
+nieznacznie tylko, na swe tory.
+
+Gra ta, złożona z setek subtelnych odcieni, opartych na gruntownej
+znajomości "kobiety," parokrotnie srodze zawiodła go z Olą
+Dzierżymirską. Lecz po paru już tygodniach uczuł Topolski wreszcie
+grunt pod nogami, aczkolwiek jeszcze bardzo niepewny. Tryumfował
+skrycie - i szedł dalej...
+
+Dziś zaś, po tygodniach sześciu pobytu, miał on już za sobą małą
+przeszłość w tym względzie; między nim, a Olą mianowicie biegła
+nić trwała obcowania wzajemnego, wspólnych rozmów, dociekań,
+paradoksów, określeń - garść faktów jednak na pozór nic nie
+znaczących prawie...
+
+A więc, na przykład, gdy w gronie osób postronnych, trzecich,
+toczyła się rozmowa o temacie, poruszonym już przez nich dwojga
+niegdyś w pogawędce sam na sam wspólnej - czy to w zakresie sztuki,
+literatury, muzyki, czy wreszcie w dziedzinie wypadkĂłw pospolitych
+codziennego życia - usta ich uśmiechały się nieznacznie, a
+równocześnie oczy spotykały się, posłuszne...
+
+To znów kiedy indziej, nim jedno z nich zdążyło wymówić myśl
+jakąś, częstokroć drugie, chwytało ją szybko już w lot i na nie
+wypowiedziane, a przeczute słowa, dawało trafną odpowiedź, lub
+rzucało aforyzm dwuznaczny, mający li tylko dla nich dwojga znaczenie,
+dla innych niezrozumiały często wcale - poruszający zaś sobą
+wspomnienie, zdarzenie osobiste, wspĂłlne...
+
+Szukali się wzajemnie również, unikając towarzystwa drugich,
+pragnąc zawsze być ze sobą, wyłącznie sami.
+
+A po za tem? Och, określić nawet trudno.
+
+Dziesiątki, setki, tysiące maleńkich, nikłych zdarzeń, powikłań,
+chwil, chwilek, słów, słówek, gestów, drgnień twarzy, uśmiechów,
+niedomówionych spojrzeń, uściśnień dłoni, przyjaźniejszych,
+czulszych - w nieskończoność biegnąc, zacieśniały ich dwie duchowe
+jaźnie coraz bardziej, motały ich ze sobą i z nitki początkowo
+pojedynczej tylko, czas uprządł tkaninę przędzę niewidzialną, a
+nierozerwalną już jednak, co silnie, a trwale złączyła ich w końcu
+ze sobą!
+
+I Topolski, błąkający się z początku w swej grze trudnej zaplątał
+się sam wkrótce, nie wiedząc nawet kiedy, w zastawione zręcznie na
+Olę sieci.
+
+Serce w nim obudziło się po raz pierwszy może w życiu!.. On, motyl
+niestały, powierzchownie tylko kochliwy, w każdej zamężnej,
+wdzięcznej buzi - zakochał się na seryo w Oli!
+
+Dziś od dwóch godzin przeszło, w słów dobieranych szermierce,
+flirtował z nią - teraz już dlań ukochaną, a przez to samo
+upragnioną jeszcze bardziej.
+
+MĂłwili dnia tego jak zwykle o literaturze, muzyce i sztuce, to jest o
+tem, co zajmowało ich wspólnie najbardziej w krainie, oderwanej od
+przędzy codziennego życia.
+
+On wspominał i opowiadał barwnie wrażenia licznych podróży,
+dowcipkował, śmiał się, przytomny bezustannie gry swojej; Ola
+słuchała mówiła, opowiadała z kolei wiele sama... Jak w złocie
+łanów zboża, jednostajnem od maków purpurowych i bławatnych
+chabrów, roiło się w tej ich słów gawędzie od dwuznaczników, w
+lekką formę obleczonych ze strony Topolskiego oświadczyn i
+półsłówek - połowicznem niedomówieniem wiele mówiących nieraz
+rzeczy!..
+
+Przed chwilą, słońce ułożyło się do snu. Topolski kończył
+jednocześnie wywołane faktem tym opowiadanie wspomnienia, tyczącego
+się wschodu słońca obserwowanego z wierzchołka góry "Mont Blanc,"
+spowiadając się z wrażenia podniosłego, doznanego wysoko!..
+
+Słowa pełne zapału, efektowne, zamarły mu właśnie na ustach, na
+których spojrzeniem całem zawisła artystyczna dusza idącej obok
+niego kobiety.
+
+Zapanowało pomiędzy niemi chwilowe milczenie:
+
+Ze stepu tymczasem, z łanów, płynęły wonie zbóż, i polnych
+kwiatów; żaby i chruściele odzywały się w moczarach łączki - czar
+letniego gasnącego dnia chwytał za duszę...
+
+- Wie pan, żeśmy porządnie od domu daleko! - pierwsza wesoło
+zaśmiała się Ola.
+
+- A tak? - zadziwił się niby Topolski. - To wracajmy! - rzekł
+niechętnie.
+
+Zawrócili. Szli wolno czas jakiś, pomimo woli zamyśleni.
+
+- Tak, pani - przemówił Topolski, snać błądząc jeszcze myślą
+hen, daleko, na szczytach Alp, w Szwajcaryi - wrażenie to było tak
+silnem, iż nie zapomnę go do końca życia. - I wie pani? - dorzucił,
+z uśmiechem dziwnym i nagłym - o czem mimo woli pomyślałem w owej
+uroczystej chwili, gdy pierwszy promyk słońca ozłocił cypl śnieżny
+"Mont Blanc?" Nigdy pani nie zgadnie.
+
+- No, ciekawam bardzo? - zapytała Ola i spojrzenie piękne utkwiła w
+twarzy młodego człowieka.
+
+- O kobiecie!.. - odrzekł Topolski, i zaśmiał się; nie otrzymawszy
+zaś na to żadnej odpowiedzi, spojrzał po chwili spod oka na Olę.
+
+Z pięknej twarzy młodej kobiety, jakby odpędzany umyślnie,
+pierzchał cień wyraźnego niezadowolenia; Topolski się spostrzegł,
+iż postąpił niezręcznie, wiedział bowiem z wieloletniej praktyki
+doskonale, że nie należy nigdy wobec kobiety, o której względy ci
+chodzi, wspominać dobitnie, że przed nią była inna. Poprawił się
+natychmiast.
+
+- To jest... źle mówię!.. - rzekł seryo całkiem, uśmiechnąwszy
+się atoli w duchu do siebie - o kobiecie, nie jednostce, bynajmniej
+myślałem wówczas, ale o ogólnym w niej symbolu kobiecości!..
+
+- Jak to! nie rozumiem dobrze pana... - zdziwiła się Ola. - Cóż
+bowiem wspólnego ma wschód słońca...
+
+- O, i bardzo! - przerwał Topolski - przynajmniej dla mnie... Bo gdy,
+stojąc na wysokościach niebotycznych, - ciągnął, zapalając się do
+słów własnych - ujrzałem nagle, jak zaróżowiona silnie jutrzenka
+prysła snopem promieni, jak całując jakby po prostu okoliczne
+szczyty, niepokalane, śnieżne - objęła w ramiona zwycięskie świat
+cały, tak rozpromieniony za jej przybyciem, tak wyraźnie szczęśliwy!
+- Topolski umilkł na chwilę...
+
+- Skojarzeniem myśli, może dziwnem w istocie w Chwili danej -
+kończył już spokojniej - porównałem majestatyczne, królewskie
+słońce do uczucia kobiety - miłości bezbrzeżnej, wielkiej, która
+również swą potęgą i blaskiem rozjaśnić, uszczęśliwić może
+człowieka, tak, jak "ono," tam, na wysokościach - świat cały!..
+
+- Och, jakiż poeta z pana! - zauważyła, z uśmiechem, Ola i umilkła,
+poczem jednak dorzuciła całkiem poważnie:
+
+- Aczkolwiek mnie osobiście na razie myśl ta do głowy nie przyszłaby
+może, gdybym się tam znajdowała na pańskiem miejscu, rozumiem ją
+jednak i odczuwam doskonale...
+
+- Prawda? - uradowany mimo woli podchwycił Topolski. - Pani przyznaje -
+ciągnął, - że egzystuje poniekąd w pojęciach tych analogia
+pewna... Słuchając pani jednak, przychodzi mi do głowy jedno
+spostrzeżenie... - zatrzymał się...
+
+- Musiała pani - i instynktownie Topolski nadał głosowi brzmienie
+łagodne, czułe - w życiu swem kochać kogoś bardzo...
+
+- Dlaczego? - zapytała z uśmiechem Ola.
+
+- Bo inaczej nie zrozumiała i nie odczułaby pani wrażenia mego! -
+rzucił po francusku Topolski.
+
+- Kochałam! - odparła stanowczo, w tymże języku, Ola.
+
+- Kogóż, jeśli spytać wolno i jeśli to nie jest żadną tajemnicą
+stanu?
+
+- Męża! - odparła po polsku, lakonicznie Ola, patrząc ironicznie
+nieco Topolskiemu prosto w twarz. Ten ostatni skrzywił się z lekka.
+
+- Ach, ja nie myślałem o tem zgoła... Męża powinno się kochać...
+Zresztą - uśmiechnął się złośliwie - użyła pani czasu
+przeszłego... Kochałam, j'ai aimé - ciągnął ironicznie, - wszak, o
+ile mnie pamięć grammatyki francuzkiej nie zawodzi, to passé
+défini... - zaakcentował wyraz ostatni.
+
+- Och, jakże pan łapiesz za słowa! - zaśmiała się nieszczerze
+trochę Ola. - Przy tem zapragnąłeś pan pochwalić się znajomością
+francuskiej grammatyki, i nie udało się... J'ai aimé - to passé,
+indéfini - odcięła.
+
+- Ach, alors votre amour, madame... est indefini? - nie pozostał
+dłużnym Topolski.
+
+- Ech, nieznośnym się pan stajesz! - zaśmiała się młoda kobieta. -
+Ot lepiej, niech pan spojrzy na prawo - wskazała ruchem ręki niebo,
+widocznie pragnąc zmienić temat rozmowy. - Jakie piękne chmurki,
+nieprawdaĹź?..
+
+Topolski wolno zwrócił głowę, we wskazanym kierunku.
+
+- Prześliczne! - potwierdził.
+
+Niby zaróżowione, zdrowe, w aureoli złocistych włosów, buziaczki
+zasypiających rzędem obok siebie smacznie dorodnych dziatek,
+układały się do snu na niebieskawo-perłowem tle nieba obłoczki
+małe, koralowo-złote, - zaklęte jakby cudownie w ostatnim odblasku
+śpiącego już słońca.
+
+Dłuższy czas stali Topolski z Olą, zapatrzeni w grę świateł
+wieczora; po niejakimś czasie, odwróciwszy wzrok od nich, kobieta
+spojrzała przed siebie.
+
+- Regardez! - przerwała milczenie swym mile brzmiącym głosem. - Wszak
+to Krasnostawski, prawda? - zwróciła się do towarzysza, pokazując mu
+ruchem głowy zbliżającego się pędem ku nim jeźdźca.
+
+- Tak. Zdaje się, że to jaśnie pan plenipotent pomyka - odparł z
+przekąsem Topolski, z zaakcentowaną rozmyślnie obojętnością w
+głosie.
+
+Tymczasem kasztanek złotawy, parskając cicho, przemknął tuż koło
+nich i ruchem uprzejmym, aczkolwiek chłodnym nieco, i nie zatrzymując
+się wcale, skłonił się Krasnostawski stojącej parze.
+
+Topolski i Ola w ślad zatem ruszyli powoli miejsca, rozmawiając znów
+żywo ze sobą, jeździec zaś, na wskos przeciąwszy łączkę,
+wspinać się zaczął po pochyłości jaru. Z lekkiego początkowo pod
+górę truchcika, koń przeszedł w wolnego stępa...
+
+W ciszy wieczornej, do uszu Krasnostawskiego dochodziły wyraźnie
+słowa i śmiechy idącej łączką pary.
+
+Młody człowiek, uderzywszy gniewnie konia butami i spicrutą,
+pochwycił cugle, i pomknął dalej...
+
+- Że też im nigdy nie zbraknie tematu do rozmowy! - mruknął.
+
+Obecność ciągła Topolskiego przy Oli gniewała niepomiernie młodego
+plenipotenta. Znał on, jak wiadomo, dzisiejszą dziedziczkę Gowartowa
+od lat blisko dziesięciu. Dziewczęciem jeszcze podobała mu się ona
+bardzo.
+
+A potem?.. Wszak pamięta doskonale tę chwilę, gdy dowiedział się on
+od starego Gowartowskiego, że Ola uciekła z Dzierżymirskim...
+Dziwnego, och, niepojętego dlań nawet, na razie doznał wówczas
+wrażenia! Po śmierci zaś pana Januarego i przyjeździe młodych,
+przypadek bardziej jeszcze zbliżył go do niej, a było nim
+powtórzenie zbolałej córce dosłownie ostatnich chwil ojca i słów
+jego, pełnych przebaczenia...
+
+Fakt ten, na pozór drobny, stał się jednak dla Krasnostawskiego
+wysoce poważnym, postawił go bowiem wobec nowych chlebodawców na
+przyjaznej, poufałej niemal stopie, i takim dotąd bez zmiany
+pozostał.
+
+Co rok, gdy Dzierżymirscy przyjeżdżali do siebie na wieś, pierwszy
+witał ich na progu Krasnostawski, bywając potem zawsze stale co dzień
+niemal w Gowartowie... DzierĹźymirscy traktowali go, jak rĂłwnego im
+zupełnie, naturalnie, uprzejmie przyjmowali zawsze - bez różnicy, o
+każdej dnia porze, ze względu zaś na dobre wychowanie jego, i
+wspomnienie, iż do snu wiecznego zamknął był Gowartowskiemu powieki,
+uważano go nawet jakby za należącego do rodziny.
+
+Czuł się zatem młody pan plenipotent w pałacu, jak u siebie w domu,
+zastępował mu on strzechę rodzinną, której nie posiadał wcale i
+trwało tak rok rocznie przez kilka letnich miesięcy. Potem znów
+następowała dlań długa przerwa; - gospodarstwo, samotność, nuda i
+wyczekiwanie z upragnieniem chwili przyjazdu DzierĹźymirskich!
+Powtarzało się to bezzmiennie przez lat ubiegłych parę, i przez czas
+ten cały stała się rzecz, której z łatwością domyśleć się
+można było...
+
+Krasnostawski, dawniej Don-Juan wielkomiejski, jeszcze obecnie na wsi
+bałamucący wszystkie ładniejsze dziewczyny w okolicy -
+niepostrzeżenie, początkowo nie zdając sobie nawet wcale sprawy,
+zakochał się na zabój w swej pięknej, młodej dziedziczce i pani...
+
+Łatwe sercowe zdobycze pomściły się na lekkomyślnym panu
+plenipotencie. Miłość prawdziwa, silno powaliła go już w drugim
+roku pobytu u DzierĹźymirskich.
+
+Zabrała mu serce kobieta, dla niego całkiem, i rzec można, na zawsze,
+niezdobyta, niepochwytna nawet, ze względu warunków służebnej
+różnicy położenia jego w ogóle z jednej strony, a z drugiej - z
+powodu charakteru Oli, jak się zdawało, bez skazy, niezłomnych jej
+zasad, oraz bezgranicznej, niezmiennej, a dotąd jedynej - miłości jej
+dla męża.
+
+Przebolał zatem Krasnostawski wiele, lecz zapanował nad sobą. Nikt
+nie zbadał dotychczas tajemnicy jego serca, nawet "ona."
+
+A dziś, uczucie drzemiące i ukryte na dnie duszy przed sarkazmem ócz
+i języków ludzkich, przeobraziło się już było w prawdziwy kult...
+Codzienny gość Gowartowa, Krasnostawski, poza obowiązkami, żył
+"prawdziwie" w dniu godzin tylko kilka, t.j. tych parę właśnie,
+podczas których obcował z Olą, młoda kobieta zaś stanęła w duszy
+jego, nie złożonej, nieprzesubtelnionej, lecz szczerej, pięknej i
+prostej - na piedestale świętości prawdziwej! Krasnostawski modlił
+się niemal do Oli!..
+
+I oto teraz przyszło mu cierpieć podwójnie: dotąd odbierała mu
+ubóstwianą konieczność życia, w postaci męża... - Dziś przy boku
+jej się zjawił inny... Krasnostawski znienawidził pana na
+Szczęsnej...
+
+Zazdrość, ta miłości siostrzyca, pochwyciła go w swe szpony
+krogulcze, dręcząc bez litości... Mękę tę zaś powiększało
+jeszcze poczucie własnej niemocy.
+
+Myśląc o tem po raz setny, Krasnostawski pędził wciąż szybko,
+nagląc niemiłosiernie spicrutą wierzchowca.
+
+- Sługą jestem i na wieki sługą zostanę!.. Psie życie, psie!.. -
+rzucił głośno z goryczą obszarom, śniącym w mroku. - On mi ją
+weźmie, pokala, ja to czuję, przeczuwam!.. Lecz co czynić mam, co
+robić? - wołał do siebie wzburzony przyjaciel, domownik pałacowy
+Dzierżymirskich. - Zastrzeliłbym go, to lisiątko! - mruknął ciszej.
+
+W tej samej chwili koń się potknął, Krasnostawski ściągnął
+instynktownie cugle, i począł jechać wolno.
+
+Wokoło niego, otulony szarzyzną mroku, kołysał się step mały,
+wysoka trawa łechtała mu opuszczoną w dół siodła rękę. W oddali
+rysowały się już cienie folwarku Tomaszówki, tak zwanej ukraińskiej
+fermy, złożonej tylko z toku, to jest: stodół, spichlerza, paru
+jeszcze zabudowań gospodarskich, i jego własnego, niskiego,
+mieszkalnego domku - królujących w cieniu kilkunastu drzew wśród
+pól i łanów szerokich.
+
+Krasnostawski zdjął czapkę i przetarł chustką czoło. W krąg niego
+latały tysiące muszek małych, brzęczały żałośnie roje komarów;
+bąk grał gdzieś w moczarach, a przepiórka zabłąkana, wędrująca
+jeszcze po polach, odzywała się gdzieś nieśmiało samotna...
+
+Przejechawszy wolno kawałek stepu, Krasnostawski puścił się znów
+poprzez bodziaki i trawy szybkiego nader, tak zwanego szłapaka.
+Prychając nozdrzami, czując stajnie blisko, pomknął kasztan ochoczo.
+Pędem powietrza i końskiego biegu, wysokie trawy zakołysały się
+trwożnie - zaszumiało na stepie...
+
+Lecz oto po chwili wierzchowiec skoczył w bok gwałtownie: to
+układający się już do snu błogiego zając pomknął mu chyżo spod
+nóg i znikł w wieczornym mroku... Niebawem jeździec z koniem wpadli
+na trakt szeroki.
+
+- Zginie mi Ola moja ubĂłstwiana, najdroĹźsza!.. A szkoda - szkoda! -
+szeptał do siebie podniecony Krasnostawski.
+
+- Co czynić? jak przeszkodzić temu? - huczało mu dalej w głowie.
+
+Lecieli wciąż... Domostwa Tomaszówki stawały się coraz
+wyraźniejsze, bliższe... Wyminął ich wóz; jadący w przeciwną
+stronę, chłop pokłonił się nisko, lecące za wozem źrebię
+przyłączyło się do wierzchowej klaczy Krasnostawskiego.
+
+- Ksiou, ksiou, ksiou! - zawołał chłop przeciągle: źrebczyk
+zastrzygł uszami, prychnął i zawrócił galopem.
+
+- Ach, czemuż, czemuż nie wolno mi kochać ciebie, najdroższa? -
+wyrzucił z siebie Krasnostawski wymówkę, pełną goryczy. - Ja bym
+cię ozłocił, klęczał przed tobą - zmiatał proch u stóp twoich!..
+
+JeĹşdziec z koniem, jak huragan, wpadli we wrota i na dziedziniec
+małego dworku. Zatrzymali się... Krasnostawski zeskoczył z kasztanka
+i huknął donośnie.
+
+Niebawem zjawił się wyrostek, w rozchylonej koszuli, boso, odebrawszy
+wierzchowca, znikł z nim pomiędzy strzechami podłużnych budynków;
+młody człowiek zaś, szepcąc jeszcze smutnie coś z cicha do siebie,
+schyliwszy głowę, wszedł do wnętrza małego, krytego słomą dworku.
+
+Odemknął drzwi kluczem, a przestąpiwszy próg, zatrzasnął je z
+hałasem. W ślad za tem potarł zapałkę, a zapaliwszy lampę,
+zbliżył się do biurka, stojącego pod oknem, wśród skromnie
+umeblowanej izby, wybielonej, z niskim sufitem, o dużych wystających u
+pułapu belkach.
+
+- Nie mnie, marnemu pionowi, marzyć i kochać, nie mnie!.. Do pracy,
+sługo, płacą ci za to! -szepnął Krasnostawski, z bezmierną
+goryczą. Rozłożywszy jednocześnie na stole olbrzymią rachunkową
+księgę, umoczył pióro w kałamarzu i usiadł ciężko przed
+biurkiem.
+
+Cisza zaległa pokoik. Przerywał ją tylko szelest papieru i zgrzyt
+donośny stalki w obsadce - czasami zaś akordem w tę muzykę milczenia
+i pracy wplotło się z rzadka stłumione westchnienie ciche.
+
+-------------
+
+
+Ukraińskie lato upalne dobiegało końca, zanikało, wypierane
+jesienią wczesną, w tym roku piękną bardzo - przezroczą...
+
+Życie w Gowartowie płynęło cicho, a dnie mijały tutaj za dniami,
+wszystkie bez zmiany niemal bardzo do siebie podobne. Ładyżyński
+zatem tak samo zawsze szyderczy z marszałkową się sprzeczał i
+rozmyślnie przeszkadzał flirtowi Oli z Topolskim... Krasnostawski,
+tłumiąc w sercu ból, żal, gorycz i zazdrość, przyjeżdżał tu jak
+zwykle, co dzień, a bawiąc w pałacu coraz krócej, po partyjce
+bilardu z panem Emilem, uciekał do swej wśród pól samotni.
+
+Czasem zajrzał do Gowartowa ktoś z dalszych, lub bliższych
+sąsiadów, i jak to bywa zazwyczaj na wsi, zjeżdżając całym
+rodzinnym taborem, na godzin kilka rozgaszczał się w pałacu. Dom
+cały naturalnie zniewolonym był być na usługi gości, działo się
+to jednak zawsze ku wielkiemu zmartwieniu Ładyżyńskiego. Bywalec
+eleganckich miejskich salonów, zły chodził wówczas z kąta w kąt,
+ziewając skrycie i pokpiwając nieznacznie z przybyłych w gościnę;
+sąsiadów Gowartowa nie lubiał bowiem pan Emil i z góry stale
+traktował, ochrzciwszy wszystkich ryczałtowo mianem "serwatki
+towarzyskiej"...
+
+W niedzielę wszyscy z pałacu jeździli do kościoła - w tygodniu, dla
+ubarwienia jednostajnego skądinąd życia, oddawano sąsiedzkie
+wizyty... Pan Emil wtedy zostawał zawsze w domu, a namawiając panie,
+by jechały, starał się zwykle wybrać na to dzień, w którym
+spodziewał się odwiedzin Topolskiego.
+
+Hrabia ze Szczęsnej, przyjeżdżający teraz, regularnie, co drugi
+dzień prawie, stawiał się wówczas niezmiennie. Ładyżyński,
+uśmiechnięty złośliwie, przyjmował go z otwartemi ramiony, do
+karamboli natychmiast werbował, nic najczęściej przy tem nie mówiąc
+o wyjeździe pań, wymijając zręcznie jego pytania w tym względzie.
+Dopiero później, po partyi, wychodził na chwilę, wracał, i
+spokojnie oznajmiał mu o tem, mniej więcej w ten sposób: "Wszak
+hrabia kochany o panie mnie się pytał? n'est ce pas? Pardon... na
+śmierć zapomniałem... wyobraź pan sobie, wyjechały przed godziną
+na spacer, pewny byłem... A tu, concevez... Dowiaduję się właśnie,
+iż palnęły sobie wizytkę!.."
+
+Topolski rad nie rad niebawem odjeżdżał, pan Emil zaś, ironiczny,
+zjadliwej uprzejmości pełny, odprowadziwszy go do powozu - zacierał
+ręce z radości.
+
+Pomimo jednak usiłowań zręcznych Ładyżyńskiego, stosunek
+Topolskiego i Oli zacieśniał się coraz bardziej; przyjaźń
+fermentowała już, potęgowała zaś stosunek ten przedłużana coraz
+bardziej nieobecność Dzierżymirskiego, od którego, po liście
+oznajmiającym wyjazd do Medyolanu - nie było zgoła żadnej
+wiadomości.
+
+Był wieczór letni, kojący, cichy...
+
+W pałacu gowartowskim zgaszono już wszystkie światła, prócz jednego
+- w jadalni, gdzie marszałkowa przeglądała świeże gazety. Niebawem
+odłożywszy je na bok, ze zmęczonych oczu staruszka zdjęła okulary,
+a przetarłszy powieki, powstała i skierowała się ku balkonowi.
+
+Tam, wziąwszy w rękę laskę, zeszła do ogrodu, zagłębiwszy się w
+jedną z cienistych alei.
+
+Ola, Topolski i nieodstępny ich satelita, pan Emil, używali
+przejażdżki łódką po stawie, w tą stronę więc skierowała kroki
+marszałkowa. Wkrótce przed nią zaszkliła się tafla stawu, staruszka
+usiadła na ławeczce i posłała spojrzenie w dal...
+
+Do uszu jej jednocześnie, w wieczornej ciszy wyraźna, doleciała
+pieśń, śpiewana zgodnie silnym męskim tenorem Topolskiego i
+cieniutkim sopranem Oli, z przeciągłem do wtóru gwizdaniem pana
+Emila. Barka znalazła się niebawem pośrodku stawu. Pieśń, urwana
+nagle, zcichła, marszałkowa krzyknęła, jak tylko mogła
+najgłośniej: - Hop!.. hop!..
+
+- By... waj! - odpowiedział natychmiast pan Emil, rozległy się
+szybsze uderzenia wioseł, plusk wody i łódź chyżo kierować się
+poczęły ku brzegowi, Ładyżyński po chwili przyłożył do oczu
+rękę i krzyknął;
+
+- Per Bacco! Wszak to pani marszałkowa!..
+
+- O, ciociu! Czemuż cioteczka przyszła aż tutaj? Jakże można...
+wilgoć ze stawu, opary niezdrowe! - rozległ się z kolei cieniuchny
+głosik Oli.
+
+- Nic, dziecko, nie szkodzi... Posiedzę sobie, taki śliczny i ciepły
+wieczór... Jedźcie, jedźcie, jak się zmęczę, to powrócę! -
+odkrzyknęła pani Melania.
+
+- E, cóż znowu? - zagrzmiał basem Ładyżyński. - I my wracamy.
+Księżyc zresztą dziś niecnota nie dopisuje i chowa się ciągle...
+Naprzód!.. - zakomenderował donośnie.
+
+- Nieprawdaż? - dodał ciszej, zwracając się ku siedzącej w łódce
+młodej parze.
+
+- Ależ naturalnie! - potwierdziła szybko Ola, widząc, iż Topolski
+milczy dyplomatycznie. - Cioteczka zaziębi się, jak ją pozostawimy tu
+dłużej, a sama do domu tak rychło nie pójdzie...
+
+Po chwili, łódź stanęła u brzegu. - Ciotuniu, jesteśmy.. - żywo
+krzyknęła Ola, i wysiedli wszyscy.
+
+Topolski z Olą poszli naprzód, pan Emil zaś pozostał, systematycznie
+ułożywszy wiosła i zamknąwszy na klucz kłódkę u łańcucha,
+przytwierdzonego do barki, poczem zapalił z wolna papierosa.
+
+- Pa -nie E - mi - lu! Wra -ca - my! - rozległ się z góry, na brzegu,
+wołający głosik Dzierżymirskiej.
+
+- Idę, idę! - odpowiedział w ten sam sposób Emil, nie ruszył się
+jednak wcale. Po chwili warknął do siebie półgłosem:
+
+- O, nie podoba mi się coraz więcej ten farbowany na hrabicza! Lecz
+swoją drogą pozycya moja tutaj jest w zupełności idyotyczną...
+Marszałkowa, jak ślepa: nic nie widzi; on, wściekły, zębami na mnie
+po cichu zgrzyta ona się dąsa... Que diable! Nie byłem dotąd nigdy
+stróżem cnót młodych mężatek!..
+
+I Ładyżyński wzruszył ramionami, poczem z wolna skierował się ku
+pałacowi.
+
+Pozostała zaś trójka była już daleko. Topolski podawał kornie
+ramię marszałkowej, Ola szła obok niego - rozmawiali wszyscy żywo i
+wesoło; niebawem znaleźli się na werandzie i usiedli, zmęczeni nieco
+przechadzką.
+
+Topolski, zatrzymany i uproszony przez panie, zostawał na noc w
+Gowartowie, obecnie zaś namawiał Olę do zagrania na fortepianie.
+
+- Ale kiedy mówię panu - broniła się, śmiejąc, młoda kobieta, -
+że teraz właśnie czuje się niemożliwie usposobioną do muzyki...
+Upewniam pana, iż go boleć będą uszy!..
+
+- O, mnie nigdy! Chyba pana Emila? - odparł Topolski.
+
+Ładyżyński nie znosił muzyki. Nazywał ją zawsze "gnębicielką i
+pierwszym stopniem do histeryi i neurastenii."
+
+- Jeżeli nie dla mnie - nachylił się w tej chwili Topolski ku
+siedzącej obok Oli - to niech zagra pani dla pana Emila za to, że nam
+ciągle swem towarzystwem przeszkadzał...
+
+- Przeszkadzał?.. w czem? - spytała Ola, z uśmiechem i zalotnem
+błyśnięciem oczu.
+
+- Powiadają, iż przysłowia są mądrością narodów, a jedno z nich
+mówi pono: "mądrej głowie, dość..." i.t.d. Pani nie zrozumiała -
+to trudno.
+
+- Ha, ha, ha! - zaśmiała się Ola - zdrobnia pan przysłowia,
+stosownie do okoliczności, ale bogi odmówiły panu talentu rymowania.
+Ja szczerze zupełnie powiadam, iż nie zrozumiałam pana.
+
+- Honny suit, qui mal y pense. Lecz pozwolę; sobie tymczasem nie
+wierzyć pani...
+
+Rozmowa ta cała prowadzoną była półgłosem, tak, iż siedząca w
+przeciwnym rogu balkonu marszałkowa nie słyszała jej wcale. Odezwała
+się więc, przerywając:
+
+- Widzę, że na próżno pan Topolski cię prosi. Zagraj, Oluniu,
+zagraj, dziecko, w taki cichy wieczór ślicznie się wyda głos
+fortepianu.
+
+- No, jak cioteczka każe, to i owszem! - rzekła z uśmiechem Ola. -
+Ale czynię to tylko dla niej; avis au lecteur...
+
+Zwróciła się do Topolskiego, spojrzawszy mu prosto w oczy, poczem
+przestąpiła próg pokoju. Młody człowiek skłonił się, i
+powstawszy, podążył do salonu w ślad za nią.
+
+- Któż zbadał rzeczywistą pobudkę czynów kobiety? - szepnął
+dyskretnie, pochyliwszy się ku idącej.
+
+- Przepraszam! - zaśmiała się wesoło Ola - proszę wracać na balkon
+dotrzymać towarzystwa cioci Melanii, a zresztą - tu, siadając do
+fortepianu, uczyniła ręką ruch w stronę werandy - oto pan Emil...
+
+- A... więc pani jednak gra... dla niego - rzekł z wolna Topolski i
+posłuszny zawrócił.
+
+Ola nie odpowiedziała... Gamma tonów z pod jej palców zabrzmiała
+donośnie... Fantastyczna pieśń norweska odbiła się o echa parku i
+głębie śniące do stawu - namiętna, burzliwa, popłynęła w dal
+cichą pól i stepu...
+
+- Że też pani Ola nie ma litości nad ptaszkami, co śpią sobie w
+parku tak cicho. Gdy usłyszą bowiem parę podobnych fortepianowych
+trelików, ogłuchną do rana zupełnie. - odezwał się w tejże chwili
+ironiczny głos Ładyżyńskiego.
+
+- Cóż to pan, jak widzę, prócz ptaków tylko o sobie nie zapomina, a
+nas z panią marszałkową z żyjących wykreśla! - półżartem,
+półserjo odciął panu Emilowi Topolski.
+
+Ładyżyński nie odpowiedział; wszedłszy do nieoświetlonego salonu,
+gdzie grała Ola, odezwał się w ukłonie:
+
+- Wszak pani pozwoli, nieprawdaż?... Bym zagrał sobie prozaicznie,
+terre à terre, w karambole sam ze sobą... Czy zgrzeszę bardzo?
+
+- Mais pas du tout, owszem... Staraj się pan karambolować w takt gry
+mojej; może tą drogą wreszcie nauczysz się pan kiedyś odczuwać
+muzykę...
+
+- O, dzięki ci, pani! - trzymając się za serce, skłonił się pan
+Emil i zadzwoniwszy na lokaja, kazał zapalić światła w bilardowej
+salce, a po chwili, cały zatopiony w grze, z pietyzmem wykonywać
+zaczął karambole.
+
+Pieśnią Schumana rzewną skarżył się cicho teraz fortepian,
+płakał, smucił się żałośnie... Ola grała pięknie, z techniką i
+uczuciem. Siedzący na balkonie Topolski łowił tony z lubością,
+przez grzeczność tylko prowadząc rozmowę z marszałkową i klnąc
+zarazem w duszy jej obecność, przeszkadzającą mu we flircie z Olą.
+
+Niebawem wybiła w ciszy domu godzina jedenasta. Staruszka, zmęczona
+snać całym dniem, powstała ciężko i rzekła:
+
+- No, słuchajcie tu sobie muzyki, moi panowie, ja zaś idę spać... A
+pan Emil gdzie - nie widzę go? - zapytała naraz.
+
+Topolski zauważył dawno, że Ładyżyński postukuje na bilardzie; nie
+chcąc jednak informować o tem marszałkowej, odparł szybko:
+
+- Och, nie, wiem. Wyszedł przed chwilą, wróci zapewne niebawem! - i
+na dobranoc - pocałował, z uszanowaniem, rękę staruszki.
+
+Marszałkowa, nic nie mówiąc, weszła do salonu i zbliżyła się ku
+fortepianowi.
+
+- Bonsoir, chérie! - rzekła, całując Olę w głowę.
+
+- Dobranoc, cioteczko! - zerwawszy się z krzesła uściskała
+marszałkowę Dzierżymirska; poczem pani Melania skierowała się wolno
+do swych pokojĂłw.
+
+Znikła... Fortepianem wstrząsnęło gwałtowne intermezzo; do pokoju,
+tonącego w cieniach, cicho, jak kot, wsunął się Topolski.
+
+Usiadł na niskim foteliku obok Oli: -Nareszcie!.. - szepnął.
+
+- Nareszcie... Co? - ze spojrzeniem zalotnem, zapytała, nie odrywając
+paluszkĂłw od klawiszy.
+
+- Jesteśmy z panią sami...- dokończył Topolski zdanie. - I ten
+satyr, ktĂłremu tu tak wszystko wolno i uchodzi...
+
+Topolski urwał, a widząc, że Ola już otwiera usta by coś
+powiedzieć, wyrzucił z siebie szybko, czyniąc nieznaczny ruch ręką:
+
+- Och, wiem juĹź z gĂłry, co pani mi powie... Pan Emil - przyjaciel
+nieboszczyka ojca pani, druh marszałkowej, wreszcie zna panią od
+dzieciństwa. - Wszak to wszystko wiadomem mi jest doskonale... Co nie
+przeszkadza - ciągnął - iż denerwuje mnie ten pan do
+niemożliwości... Bo, np. dzisiaj: od rana nie pozwolił nam być
+chwilki nawet sam na sam...
+
+- Ho, ho, cóż to za gorycz i niezadowolenie! - zdziwiła się niby
+Ola, a usiłując nadać głosowi brzmienie twardsze, dodała: - Nie
+pojmuję zresztą, skąd te żądania uporczywe sam na sam i urojone
+jakby jakieś prawa...
+
+Nie dokończyła... Trel gwałtowny przebiegł, jak dreszcz, po
+klawiszach, spojrzenie zaś młodej kobiety, które dojrzał Topolski w
+półcieniu i blask jego, co, jak pieszczota, przesunął mu się po
+twarzy, zadały kłam wyraźny wymówionym przez Olę słowom. Topolski
+zapomniał o nich. Zapamiętał wzrok tylko i pokorny na pozór
+pochylił się ku rączce Oli.
+
+- Przepraszam stokrotnie!.. przepraszam!.. - i pocałował biegnącą po
+fortepianie białą rączkę, wychylającą się z fałdzistego rękawa
+- wyżej łokcia. - Przeprasza się niżej! - rzuciła żartobliwie Ola.
+
+- Ciemność winna temu... -- rzucił lekko Topolski.
+
+Milczenie parku i domu przerywały teraz tylko tony fortepianu, coraz
+namiętniejsze jakby, gwałtowne, burzą ognistego zapału i pragnień
+wstrząsające spokojną ciszą, oraz nerwami dwojga ludzi,
+słuchających tej orgii dźwięków rozpasanych, zamkniętych w
+złocone ramy artyzmu i techniki.
+
+Głos Topolskiego wkrótce przeszedł w szept przyciszony,
+pieszczotliwy, miękki. Z dala odzywało się jednostajnie, co sekund
+kilka, uderzenie kul na bilardzie zajętego wciąż karambolami pana
+Emila... I Topolski, flirtując tak dyskretnie z Olą, podsycającą
+półsłówkami słów jego igraszkę, od czasu do czasu wysyłał
+spojrzenie przelotne na wywiady, czy pan Emil przypadkiem nie wraca;
+lecz ten nie myślał o tem wcale.
+
+Widząc to, Topolski przysunął się bliżej do młodej kobiety. Ruch
+ten jednak zauważyła Ola i widać chęć przekorna sprzeciwienia się
+mężczyźnie przebiegła jej nagle przez główkę, bo odezwała się w
+tej chwili:
+
+- Chciałam właśnie, oto zagrać panu coś przepięknego, i
+zapomniałam... Masz tobie! - zatrzymała się. - Trzeba zapalić
+świecę! - dokończyła, z filuternym uśmiechem.
+
+- Ale, cóż znowu? - podchwycił Topolski. - Po raz pierwszy dostrzegam
+u pani - ciągnął niezadowolony widocznie - brak odczucia nastroju
+chwili danej... Tak mi miło było słuchać gry pani w tym właśnie
+półcieniu, tak znakomicie godzącym się z muzyką i ciszą
+wieczorną.
+
+Śmiech szczery Oli rozległ się w tej chwili. Zapaliła świece i
+rzekła swobodnie:
+
+- Cóż robić! widzi pan teraz, że wcale nie jestem doskonałością..
+Nareszcie pan sam empirycznie przekonał się o tem. A mówiłam tyle
+razy...
+
+Urwała, i otworzywszy nuty, dotknęła się ręką klawiatury.
+
+- Niedobra pani... - nadając głosowi brzmienie pociągające,
+łagodne, przemówił Topolski. - Niedobra! - powtórzył ciszej, i
+podniósł do ust, jej dłoń.
+
+- Z okazyi czego - zaśmiała się Ola.
+
+Topolski na pytanie wprost nie odpowiedział, lecz mówił dalej:
+
+- Rozwiała mi pani złudzenie! - umilkł na chwilę.
+
+Pytająco spojrzała nań Ola.
+
+- Tak jest - powtórzył mężczyzna - bo uwierzy pani, jak dziwnego
+doznałem wrażenia, gdy oto tak przed chwilą siedzieliśmy w
+zapomnieniu, ciszy, przy fortepianu dźwiękach - zupełnie sami...
+
+- No, ciekawam? Cóż panu się zdawało? - ironicznie nieco rzuciła
+Ola, a oderwawszy zarazem ręce od klawiatury na chwilę, słuchała,
+patrząc mu w oczy przeciągle:
+
+- Po prostu zdało mi się, iż jesteśmy mężem i żoną...
+
+- Tylko tyle? - zaśmiała się Ola złośliwie. - No, po prologu
+spodziewałam się czegoś nadzwyczajniejszego przyznaję! - dorzuciła
+lekko, a odwróciwszy spojrzenie, ułożyła zeszyt nut na stalugach
+fortepianu, i znów grać poczęła, tym razem coś smętnego, kojącego
+jakby - pełnego cichej tęsknoty...
+
+- Co to jest? - zżymnął się w duchu Topolski, rozgniewany: - Że
+też ta kobieta zawsze zbije mnie z pantałyku! - Nie wiedział po
+prostu, co mówić dalej muzyka zaś jednocześnie łagodna, płynąca
+miękko z pod palców kobiety, nerwową, drażliwą naturę jego
+nastrajała dziwnie na nutę, wręcz przeciwną słowom, jakie same
+cisnęły mu się do ust przed chwilą...
+
+- Jednak, jak ona, niecnota, zna mnie, dobrze! - zauważył jeszcze w
+myśli, spojrzawszy z pod oka na Olę, która, z błąkającym się w
+kącikach ustek uśmiechem, grała właśnie, z uczuciem, coraz,
+subtelniejszem, miękkszem, aż fortepian martwy skarżyć i płakać
+się zdawał.
+
+Po chwili, Topolski przemówił znowu, głosem jednak już całkiem
+innym, niĹź poprzednio:
+
+- Pani się śmieje, tymczasem to, co mówię, wszak takie naturalne...
+
+- Na - tu - ral- ne! - przedrzeźniła lekko Ola. - Ha - ha - ha! -
+zaśmiała się - vous êtes incomparable!..
+
+- Permettez! - przerwał porywczo nieco mężczyzna - niech skończę...
+
+- Ależ słucham, słucham od kwadransa, et vous n'en finissez pas.
+Więc, jakież ultimatum?
+
+- Bardzo proste. Odczuwamy się z panią wzajemnie, rozumiemy, jak
+rzadko kto moĹźe... Dusze nasze - to jakby niewidzialny kamerton,
+który, za uderzeniem myśli, uczuć nam wspólnych, brzmi zawsze
+jednakowo... A mąż i żona przecież, poza...
+
+- Ha, ha, ha.. .- urwała przezornie O1a. - Otóż mylisz się pan
+zupełnie, bo ja, na przykład teraz, nic, ale to nic pana nie
+rozumiem...
+
+A zresztą - kończyła, powstawszy szybko od fortepianu - en voilà
+ascez... - zamknęła fortepian. - Żal mi pana Emila, który pewnie
+już darować mi nie może, że gram tak długo, bo oto właśnie
+nadchodzi..
+
+- A bodajżeś! - zgrzytnął szeptem Topolski i zerwał się
+śpiesznie, począwszy odruchowo układać niby porządnie nuty na
+etaĹźerce.
+
+- Silence Ă  mon approche - quelle galanterie, madame, de votre part!..
+Podziwiam, zaiste! - odezwał się na progu pan Emil, w ukłonie, a
+zwracając się ku zmieszanemu pomimowolnie Topolskiemu, rzucił, z
+ukrytym sarkazmem:
+
+- Czy to... może panu zawdzięczam?..
+
+I podtrzymywana przez Ładyżyńskiego głównie, popłynęła przez
+czas krĂłtki jeszcze rozmowa ogĂłlna, poczem panowie powiedzieli Oli
+dobranoc i rozeszli się, pozostawiając ją samą. Zapalone przy
+fortepianie świece rzucały teraz na salon migocące światło, lekki
+zefirek kołysał ich płomień z lekka, poruszał firanki i portyery...
+Ola skierowali się ku werandzie, i oparłszy o balustradę, zadumała
+się głęboko.
+
+- Co to jest, co się z nią dzieje? - myślała. Od wyjścia za mąż,
+od lat sześciu kochała dotąd niezmiennie Romana tylko, choć
+bezustannie ocierała się o dziesiątki nadskakujących jej mężczyzn,
+na żadnego jednak uwagi nie zwracała nawet. I dopiero teraz, teraz!..
+
+Ujęła głowę w rozpalone dłonie i ścisnęła niemi skronie...
+
+Ten Topolski działa na nią w sposób iście niezwykły. Tak ją
+odczuwa, tak dobrze rozumie, tak rozzmysławia po prostu umiejętnie
+prowadzoną grą intrygi, flirtu - tak pociąga ku sobie
+nieprzeparcie!... Ten jego ujmujący, niezwykły jakiś i zwodniczy
+wdzięk osobisty, którym tchnąć się zdaje postać jego cała,
+zwycięża ją coraz natarczywiej, uparciej... Broni się przed nim, w
+żart jego słowa obraca, a jednak ona, Ola, czuje, że jeśli tak samo
+potrwa jeszcze dłużej, kto wie, czy zdoła oprzeć mu się?..
+
+Och, gdybyż przynajmniej Roman przybył już prędzej, gdyby! A tu sama
+walczyć musi!.. Jeden Ładyżyński tylko po swojemu broni ją przed
+"nim" i przed nią samą...
+
+I Ola przy ostatniej powyższej myśli podnosi zwolni głowę, a
+pociągnięta kojącą ciszą parku i światłem drżących promieni
+księżyca, schodzi z balkonu i zapuszcza się samotna w cienistą
+ogrodową aleję.
+
+Na piasku cień jej rysuje się mały i kroki rozlegają się donośnie;
+przez liście niebieskawo-srebrne plamy światła ścielą się u jej
+stóp dyskretnie, ukazują się, to znów nikną...
+
+- Kocham go, kocham,.. i pragnę! - szepce Ola. - A on?
+
+- Czyż można nawet wątpić o tem? - odpowiada samej sobie. - Przyleci
+na jej pierwsze skinienie, gdyby tylko... zechciała...
+
+Zechciała? - Ola przeciera czoło dłonią i czuje, jak krew młoda
+igra jej w żyłach nieposłuszna, jak pragnienie poziome, zmysłowego
+użycia, rozkoszy - nieprzeparte, silne ją samą ogarnia
+wszechpotężnie.
+
+Idzie coraz wolniej, coraz bardziej pogrążona cała w myślach i
+wewnętrznej walce.
+
+Doszedłszy do końca alei, Ola zawraca machinalnie, kierując się ku
+domowi.
+
+- Romanie!.. Romciu... wybacz mi! - szepce, kładąc załamane rączki
+na rozpalone czoło. - Przyjeżdżaj i obroń mnie!.. Obroń! - woła
+rozpaczliwie, czując burzę w piersi, rozsadzanej uczuciem, pragnieniem
+i rozterką!
+
+Broniła się dotąd, ale teraz czuje, iż siły jej zbraknie na
+pewno... IleĹź godzin w dniu samotnych, ile nocy bezsennych,
+przemyślała, przecierpiała w walce z pokus drażniącą, z sercem,
+wyobraźnią, duszą całą, - rwącemi się do ukochanego mężczyzny -
+w jego ramiona, które czekały tylko jej skinienia, by ją opleść
+pieszczotą - unieść w krainę miłości i rozkoszy!..
+
+- Marzenia! Ona nie ulegnie!..
+
+- Nigdy, przenigdy! - szepce Ola, spowiada się przed zasłuchanemi,
+cichemi drzewami parku. - Tylko ty, Romanie, ty, co po raz pierwszy w
+życiu otworzyłeś mi ułudę miłości, szczęścia, ty, którego
+dotąd ponad życie kochałam - przyjedź, ratuj mnie, swą obecnością
+wesprzyj!!!
+
+Ola już jest w pobliżu pałacu.
+
+- Nigdy cię nie zdradzę!.. nie zapomnę obowiązku... nigdy! - szepce
+po raz wtóry jeszcze i z żywo bijąca w arteryach krwią - wzburzona
+cała, z ostatnim wyrazem "nigdy" na ustach, wstępuje po schodkach
+pałacowego skrzydła. Daleka myśli od szczegółów drobiazgowego
+życia - zapomina o pozostawionych w salonie światłach - o wszystkiem
+i skrzypnąwszy drzwiami, znika za niemi.
+
+W ciszy uśpionego już domu, gdzieś, w dali, wydzwania tymczasem po
+chwili godzina dwunasta.. Kwadranse mijają stopniowo, a noc letnia, w
+milczeniu przyrody całej, woniami swemi miarowo oddychać poczyna...
+
+W salonie pałacowym dopalają się powoli świece u fortepianu,
+płomienie ich drżą bezustannie od nocnych powiewów, oświetlając
+fantastycznie pokój cały; czasem wpadnie tu znienacka księżycowy
+promień - i złagodzi swym blaskiem żółte świec płomyki...
+
+I trwa to tak dość długo jeszcze...
+
+Nagle jednak drzewa parku szumieć poczynają wraz głośniej, księżyc
+gdzieś ginie, przepada, chmurki zaś drobne pokrywać zaczynają coraz
+gęściej niebo dotąd pogodne... I zefirek leciutki, wpadłszy do
+salonu przez balkonowe drzwi, hulać po nim zaczyna...
+
+Jeden płomyczek u świec gaśnie, drugi w pobliżu okna pali się
+wciąż, dygocąc...
+
+Swawolny wietrzyk tymczasem wzdyma teraz firanki, a podrzuciwszy jedną
+z nich, nakrywa nią płomień świecy przy stojącym obok okna
+fortepianie i jakby pragnąc przypatrzeć się swej psocie, nagle
+przestaje powiewem poruszać wszystko dokoła!..
+
+Stopniowo firanka zapala się z wolna; płomień obejmuje ją
+pieszczotliwie w swój uścisk gorący...
+
+Wpada znów podmuch zefiru. I płomień idzie w górę zwycięski,
+zapala lambrekin. Minut kilka... Okienne ramy już płoną złocistym
+ogniem, z trzaskiem przełamują się po chwili, szyby pękają
+znienacka, i wszystko to razem upada na ziemię. Dywan puszysty kopcić
+poczyna... Od firanki zajęły się rozrzucone na pianinie nuty,
+drobiazgi...
+
+Wietrzyk, jak szatan złośliwy, dodaje tymczasem animuszu płomieniom,
+przyspiesza pochĂłd ich po salonie...
+
+Ogniste węże obejmują już niebawem w śmiertelny uścisk fortepian,
+skarży się on żałośnie... Meble pękają od gorąca - dym, żar,
+napełniają pokój cały, kobierzec już płonie - posadzka pod nim
+trzeszczeć zaczyna!..
+
+Wiatr ustaje tymczasem, chmurki stopniowo rozchodzą się jak przyszły,
+rozpraszają... Sierp księżyca ukazuje się znowu, i zagląda ciekawie
+do wnętrza pałacu...
+
+Wśród ciszy śpiącego domu pali się już teraz cała prawa strona
+salonu; drzwi przymknięte od sąsiedniej jadalnej sali, pod naporem
+ognia, walą się, z trzaskiem - w tejże chwili hufiec płomieni wsuwa
+się podstępnie do innych, przyległych komnat...
+
+Nikt nie spostrzegł jeszcze w pałacu ognia. Cicho.
+
+W pokoju, na pierwszem piętrze, śpi smacznie Topolski, a
+uśmiechnięty, rozmarzony, śni zapewne o Oli.
+
+Mija jeszcze z kwadrans. W komnacie rozlega się nagle trzask silny, w
+ślad za tem podłoga wstrząsa się...
+
+Topolski budzi się, a ledwo otworzywszy oczy, kaszleć zaczyna: coś
+dusi go, w oczy się wżera...
+
+Zrywa się wystraszony i przytomnieje natychmiast. Instynktownie otwiera
+okno...
+
+- Co to, na Boga, co to? - przenika mu jednocześnie mózg pytanie.
+Patrzy w dół przez okno - księżyc świeci, śpi wszystko!..
+Słucha... Włosy jeżą mu się na głowie, zapala świece, i widzi
+siebie w obłokach dymu.
+
+- Pożar!.. - świta mu w głowie. Niepewny jeszcze, ubiera się
+pośpiesznie, parę chwil zaś później jest już na korytarzu - za
+drzwiami...
+
+Dymu wszędzie pełno. Echo łoskotu płomieni na dole dochodzi tu
+wyraźnie... Poza tem wszędzie panuje milczenie zupełne...
+
+- Na Boga, czy Ola śpi? - nikt snać o ogniu nic jeszcze nie wie! -
+przemyka przez umysł młodzieńca. Chce krzyknąć: - Ogień, gore! -
+waha się...
+
+Staje strwożony... Może jemu tak tylko się zdaje?.. Po sekundzie
+namysłu, rzuca się jednak na lewo, ku schodom, i biedz na dół
+zaczyna..
+
+- Ola... Ola!.. - szepce półgłosem, pomny i tylko najdroższej sercu
+istoty, i znalazłszy się na dole, skręca gwałtownie w prawo, ku
+pokojom pani domu...
+
+Po omacku, przewracając meble, biegnie Topolski przed siebie, jak
+nieprzytomny...
+
+We względnej ciszy, towarzyszy mu tylko coraz wyraźniejszy odgłos
+palącego się pałacu...
+
+Nagle rozjaśnia się przed nim krwawo-złotą plamą przestrzeń ciemna
+pokoi, głuchy zaś łoskot, połączony z sykiem i świstem, odbija
+się donośnie..
+
+To płomienie wdarły się już do sąsiadującego z sypialnią Oli
+buduaru... Odblask ich oświeca jaskrawo białe drzwi, prowadzące
+doń... Topolski na ten widok, korzystając z wolnego jeszcze od ognia,
+miejsca, rzuca się gwałtownie ku nim. Słucha...
+
+Do uszu jego dolatują jakieś wołania, krzyki:
+
+"Gore, gore! pali się... Ratunku! ratować!.. Bywaj!" - krzyczą teraz
+zewsząd zapamiętale, rozpaczliwie jakieś głosy, a pod samym domem
+rozlega się równocześnie przyspieszona bieganina, tupot licznych
+krokĂłw ludzkich...
+
+- Już alarm dany - to dobrze! - czyni sobie w duchu Topolski uwagę i
+odruchowo wchodzi do sypialni Oli, zamknąwszy drzwi za sobą.
+
+Tu jeszcze cicho... Nocna lampka mdłem tylko światełkiem oświeca
+komnatę; księżycowy promień drżący ściele się po ścianie i
+łożu, na którem leży Ola, pogrążona we śnie spokojnym.
+
+Z pod kapy lekko narzuconej, unosi się jednostajnie pierś młodej
+kobiety i rysują wdzięcznie kształty ciała...
+
+Pomimo grozy położenia, Topolski zachwytu powstrzymać nie może.
+Chwilę stoi nieruchomy...
+
+Huk tymczasem jakiegoś mebla, pękającego, pod naporem ognia,
+odgłosem swym budzi Olę... Strwożona, zrywa się, zrzuca kapę, i w
+bieliźnie nóşkami bosymi, dotyka ziemi...
+
+Jednocześnie dym napełniać sypialnię poczyna, a przez dolną szparę
+u drzwi wciska się przemocą, niby wąż jadowity, krwawe pasemko
+ognia... Ola rzuca okrzyk strasznej trwogi, i wcale nie widząc jeszcze
+Topolskiego, porywa stojący na małym stoliczka dzwonek i rozpaczliwie
+dzwonić poczyna...
+
+Topolski, widząc i słysząc to wszystko, szybko otwiera na ścieżaj
+okno i rzuca się ku Oli... Ona spostrzegła go właśnie...
+
+- Co to?.. Pan tu?.. O, jakĹźeĹź moĹźna!.. i Ola zarumieniona milknie, a
+wstyd zarazem staje się silniejszym od trwogi, bo ruchem nagłym obwija
+się fałdami porzuconego obok na krześle szlafroczka...
+
+Huk ponowny tymczasem wstrząsa murami pokoju. Ogień zwycięzca wkracza
+jednocześnie w komnaty, drzwi pękają i płoną! Topolski porywa
+drżącą ze strachu i wstydu młodą kobietę w swe silne ramiona.
+
+- Co... to?.. Co... to?.. - szepcze Ola jeszcze, z lękiem...
+Mężczyzna pragnie coś odpowiedzieć, lecz w tejże chwili, z
+łoskotem i chrzęstem, wpadają do sypialni drzwi roztrzaskane, a
+ziejąca paszcza płonących komnat pałacu ukazuje się, jak na dłoni,
+w całej swej grozie i majestacie...
+
+Jednocześnie rozlega się przeraźliwy krzyk kobiecy!..
+
+To zbudzona dzwonieniem swej pani, śpiąca w sąsiednim pokoju
+służąca, wołaniem, błaga o pomoc!
+
+W sypialni zaś już nie ma nikogo. Wyskoczywszy zręcznie oknem,
+Topolski stoi teraz w parku i obrzuca spojrzeniem płonący pałac.
+Widzi w oddali ludzi kilkanaście, ekonoma, parobków i służbę
+dworską, a w dali zapomnianą przezeń całkiem sylwetkę
+marszałkowej...
+
+W śród gwaru słyszy zarazem donośny głos pana Emila: "Hej! hej!
+ludzie, tu! do mnie!! - woła energicznie. - Ratować młodą panią!!..
+W rogu dworu!! prędzej!!!"
+
+Słuchając tego rozkazu, kilku ludzi natychmiast odrywa się do
+ogólnej gromadki sług i lecieć poczyna ku pokojom młodej dziedziczki
+- ku niemu!..
+
+Wystraszona płomieniem i krzykiem Ola zarzuca równocześnie
+Topolskiemu na szyję swe nagie ramiona! On, wstrząsnąwszy się pod
+tem dotknięciem, porywa się nagle z miejsca, jak szalony, i mknie
+chyżo w ogród... Krew gorąca, młoda, grać w nim poczyna... Zapomina
+o wszystkiem, prócz tulącej się do jego piersi kobiety i ucieka dalej
+i dalej...
+
+Do uszu jego dolatują wołania coraz cichsze, okrzyki!.. Topolski biedz
+nie przestaje ku znanej sobie altanie, położonej na końcu ogrodu.
+
+Prowadząca do niej aleja parku rozbrzmiewa echem gwałtownego jego
+biegu, szeleści mu nad głową liści pogwarem.
+
+Z zarzuconemi na szyję mężczyzny ramionami, tuli się wciąż ku
+niemu, jak powój wiotkie ciało Oli... Topolski, dotąd zapatrzony
+wciąż w przestrzeń, opuszcza naraz głowę i wzrokiem pieści chwilę
+trzymaną w uścisku kobietę...
+
+Oczy jej przymknięte - zemdlała!..
+
+Topolski zatrzymuje się. Z miłością bezbrzeżną, pragnieniem,
+spogląda ciągle na Olę... Krew uderza mu nagle do głowy!..
+
+- Mój ty skarbie najdroższy!.. moje ty wszystko!.. - szepce drżącemi
+usty, i jak szalony, całować, pieścić poczyna jej wargi, oczy i
+ciało!..
+
+W kilka minut później, dopada cienistej altany i niknie, ginie w jej
+głębiach... Niedyskretny, ciekawy wsuwa się za nim księżyc blady, a
+kopuła altany, mieniąc się od jego promieni, drży leciutko -
+tajemnicza...
+
+W dalekim zakątku parku znów cicho...
+
+. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
+
+Koło płonącego pałacu natomiast ruch panuje nie do opisania.
+
+Co chwila od pobliskiego stawu i z powrotem pędzą galopem konie,
+wiozące beczki z wodą; wszystkie miejscowe sikawki są w ruchu,
+dyrygujący zaś parobkami i służbą ekonom Gowartowa kręci się, jak
+mucha w ukropie, krzyczy, gniewa się, rozkazuje...
+
+Mężczyźni zalewają wodą dach, płonące belki, wdrapują się na
+piętra, wyrzucają oknami nietknięte jeszcze przez ogień pałacowe
+meble. Zbudzone wiejskie kobiety, w ponarzucanych płachtach i
+koszulach, przypatrują się bezmyślnie pożarowi, gwarząc z cicha
+pomiędzy sobą, lamentując, złorzecząc...
+
+Grupa ich wystraszona rzuca się nagle w bok, z okrzykiem...
+
+To przelękniony hałasem i płomienistą łuną, pędzi wprost na nie
+kary, półkrwi arabskiej, ogier, wyrwawszy się z pozostawionej bez
+opieki stajni.
+
+Ucieka strwożony, błędny... Wyminąwszy zaś rozpierzchłą
+gromadkę, umyka przed ogniem i ludźmi do parku, budząc jego
+drzemiące cisze przerażonem rżeniem.
+
+Jednocześnie na czele kilkunastu tomaszowieckich fornali, wpada przez
+bramę, z impetem, Krasnostawski, a z przybyciem jego wszystko wre
+dokoła, ze zdwojoną energią.
+
+I oto niebawem krwawa ściana ognia, wzbijająca się ku niebu,
+miejscami złocista, tam znów, niby krepą, przesłonięta czarnym
+gryzącym dymem, zaczyna zniżać się, zmniejszać powoli... Już
+obecnie huk pożaru coraz częściej przerywają syki gasnących
+płomieni - opanowany nieco żywioł mniej groźnym się staje,
+pokornieje, cichnie...
+
+Lewe podłużne i największe pałacowe skrzydło pali się jeszcze,
+płomień nadal zwycięsko sieje tam zniszczenie, prawą stronę jednak
+domu ugaszono już zupełnie. Z płaszczącego się tu dymu wyłaniają
+się teraz białawe, osmalone mury; wśród zgliszcz, już zwęglonych,
+pełzają jeszcze tam i ówdzie ogniste węże, całując lubieżnie,
+liżąc ścian poczerniałych podnóże.
+
+I w porównaniu gwaru, zgiełku, które panują u płonącego w dali
+pałacowego skrzydła - cisza króluje tu względna...
+
+Tam ruch, krzyki, krzyżujące się rozkazy, łuna ognia, huk jego, syk,
+oraz zupełne oddanie się wszystkich całkowicie dławieniu i walce z
+żywiołem...
+
+Tu - srebrzące się, czyste promienie jaśniejącego wysoko na niebie
+niepokalanie miesiąca, co błyszczą na okopconych ścianach,
+stanowiąc dziwny w sobie, a pełen spokoju, kontrast, z wrzawą i
+krwawo-złocistą pożogą...
+
+Szelest kroków tymczasem przerywa nagle milczenie. Za węgłem
+sterczącego samotnie odłamu murów pogorzeliska, pojawia się
+Krasnostawski, i stanąwszy w zamyśleniu, śle wzrok badawczy w stronę
+parku.
+
+- Tam puściłem już w ruch wszystko!.. - mówi głośno do siebie. -
+Dokończą gasić i dadzą sobie radę beze mnie... - mruczy dalej. - Ja
+zaś ich muszę znaleźć - muszę!..
+
+Krasnostawski milknie, i rozglągając się bacznie dokoła, kieruje
+się w głąb parku, idzie z wolna zamyślony, a trzymaną w ręku
+długą nahajką co chwila uderza się machinalnie po wysokich,
+okopconych butach...
+
+Od czasu, jak tu przybył na ratunek i piąte przez dziesiąte zdołał
+rozpytać się o początek i przebieg pożaru, myśl jedna i ta sama
+dręczyła go bezustannie: gdzie są Topolski i Ola?.. Że nic złego im
+się nie stało - wiedział... Co robią zatem sami tak długo?..
+
+Kochając Olę i odczuwając przez to podwójnie zacieśniający się
+stosunek jej z Topolskim, młody człowiek przeczuwał więcej od
+marszałkowej i Ładyżyńskiego... Oni, pochłonięci pożarem, jak
+wszyscy zresztą, potracili głowy!.. A on?..
+
+Myśleć o Topolskim i Oli nie przestawał, jak szalony przy tem siły
+odpędzał od siebie myśli niektóre.
+
+Obecnie, tknięty przeczuciem jakby, szedł właśnie aleją,
+prowadzącą do ustronnej altany...
+
+Duszą Krasnostawskiego miotał niepokój. Zazdrość szarpała nim bez
+miłosierdzia, sączyła swój jad zatruty, niepewność męczyła -
+obawa, że sprawdzą się skryte jego podejrzenia, tamowała mu oddech w
+gardle i zniewalała w bezsilnej wściekłości zaciskać dłonie.
+
+Poza dziedziną przeczuć bowiem, ów niepokój Krasnostawskiego miał
+również źródło i w następującym, konkretnym fakcie.
+
+Komenderując i uwijając się przy pożarze, spotkał Krasnostawski
+pomagającą również innym, znoszącą wodę, dziewczynę służebną,
+ulubienicę Oli...
+
+Ta zaś, gdy ją zapytał o panią, opowiedziała mu bezładnie: -
+Powiadam paniczowi... Boże, Boże, jakie to było straszne! Jaśnie
+młodsza pani dzwoni, i się budzę, ubieram prędziutko, słyszę
+jakiś szum... Otwieram drzwi, a tu - ogień, ogień jak daleko
+spojrzeć na pańskie pokoje... Tylko pościel młodej pani pusta i okno
+otwarte!..
+
+Ktoś rozdzielił ich i dalszą indagacyę przerwał Krasnostawskiemu
+szerzący się pożar, zamęt i wrzask. Poprzestać musiał tylko na
+tem.
+
+Teraz szedł coraz prędzej. Nagle zatrzymał się, jak wryty.
+
+Już od minut paru zauważył na wilgotnym piasku alei ślad kroków
+męskich, obutych w zgrabny trzewik, teraz zaś leżała przed nim
+dobrze mu znana papierośnica Topolskiego, a opodal widziany często we
+włosach Oli grzebień, z szyldkretu.
+
+Wątpliwości już być nie mogło... Krasnostawski pochwycił
+machinalnie oba leżące przedmioty i biedz począł...
+
+Szalała w nim burza.. Nienawiść mężczyzny, pogardzonego przez
+ubóstwianą kobietę na korzyść rywala rozpaliła mu krew,
+napełniła jakąś niepohamowaną żądzą pastwienia się i zemsty!..
+
+Spocony, blady, stanął wkrótce u wejścia do altany, i począł
+nadsłuchiwać, z zapartym oddechem. Pot kroplisty wystąpił mu na
+czoło, usta zacisnęły się boleśnie, oczy zamigotały dzikim ogniem.
+
+Z cichej, sennej altany dochodziły wyraźnie dwa głosy - dwa szepty...
+
+Krasnostawski rozchylił gałęzie... Na szelest ten w ciemnościach
+zerwał się ktoś śpiesznie i u progu stanął Topolski. W półmroku
+nocy zamajaczyła jego twarz biała, rasowa, i dwaj mężczyźni
+spojrzeli sobie, milcząc, prosto w oczy.
+
+Trwało to sekundę, lecz wystarczyło Krasnostawskiemu, bo to, co
+wyczytał na wzburzonem obliczu Topolskiego, aż nadto uzasadniło jego
+obawy.
+
+Wysiłkiem woli, ochłonąwszy z wrażenia, przemówił pierwszy
+Topolski, wskazując swobodnie na pozór ruchem ręki widnokrąg, gdzie
+dogorywała już łuna ognia:
+
+- A zatem, chwała Bogu, już po pożarze!.. My właśnie...
+
+- Nikczemny! - zabrzmiało w ciszy słowo jedno.
+
+Wymówił je głosem drżącym Krasnostawski, i niepomny niczego,
+rozszalały, schwyciwszy Topolskiego za gardło, drugą ręką
+przerzucił go poprzez siebie i z pasyą okładać począł trzymaną w
+ręku nahajką...
+
+W milczeniu zakątka rozległ się krzyk bitego i w ślad za tem okrzyk
+inny - kobiecy!..
+
+Ku dwom mężczyznom wypadła Ola... Jak lwica, rzuciła się
+natychmiast pomiędzy nich, a obroniwszy Topolskiego, gwałtownie,
+szybko, wymierzyła Krasnostawskiemu dwukrotny policzek...
+
+Jak rażony obuchem, zachwiał się pod tem uderzeniem mężczyzna,
+cofnął się wstecz, blady, jak ściana, oszalały, straszny.
+
+Zaległa chwila milczenia...
+
+Oswobodzony Topolski znikł we wnętrzu altany, a z ust stojącej na
+wprost Krasnostawskiego kobiety wybiegło drżącym, urywanym szeptem,
+pełnym oburzenia i zimnej - gorszej od policzka, pogardy:
+
+- Podły... sługo!.. Jak śmiałeś? - Precz!..
+
+Ze wzruszenia umilkła Ola, po chwili dopiero i powtórzyła raz
+jeszcze, przejmująco - ciszej:
+
+- Precz!..
+
+Tego nadto już było dla rozbolałego zazdrością i bólem męskiego
+serca! Nie czynnie, lecz moralnie spoliczkowany po raz drugi,
+Krasnostawski zachwiał się powtórnie, jak nieprzytomny, w oczach
+pociemniało mu - zawirowały altana i drzewa parku...
+
+- Kocham cię! - szepnęły w oddechu cichutko, jak skarga, usta jego i
+omdlały runął u stóp kobiety, zdeptany jej postępkiem...
+
+. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
+
+
+
+Świt zorzy wyjrzał nieśmiało spoza stepu, pól szerokich, orzeźwił
+się w toni sennego jeszcze stawu i wśliznął do altany ciekawy...
+
+Nie było w niej już jednak nikogo, zarówno jak i nigdzie, w pobliżu:
+
+Niebo zaróżawiało się stopniowo, początkowo ledwo dostrzegalnie,
+bojaźliwie, później zaś coraz silniej i śmielej.
+
+Przeciągając się lubieżnie, wstawała jutrzenka z obłoków
+puszystych pościeli.
+
+Na powitanie jej tryumfalną fanfarą rozbrzmiał park cały świergotem
+ptasząt; zbudzone, zrywały się one do lotu, otrzepywały zamaszyście
+skrzydełka z porannej rosy, rozlatywały się na wsze strony, siadały
+na zczerniałych ruinach spalonego pałacu. Dym jeszcze ścielił się
+tu gdzieniegdzie... Na pogorzelisku, jak karbunkuły, błyszczały tam i
+ówdzie, dopalając się, belki i inne szczątki pałacu, tliły się w
+zgliszczach - tuliły do okopconych zwalisk...
+
+A wokoło drzemało, spało wszystko!..
+
+Ze spuszczonemi żaluzyami, spoczywały zatem pałacowa oficyna, stajnie
+i gumna, śniły także liczne, rozsiane za pałacową bramą, białe
+wieśniacze chatki...
+
+Potężny, wspaniały zabłysł pierwszy promień słońca i obojętny
+zajaśniał nad wszystkiem dokoła...
+
+Nie zbudził jednak nikogo... Na gazonie tylko, pod górą wyrzuconych z
+pałacu, leżących na kupie mebli, duży pies podwórzowy otworzył
+oczy, mlasnął językiem, przeciągnął się i zasnął...
+
+Zadumanej ciszy nie przerywało nadal nic zgoła.
+
+---------------
+
+
+Pomimo, iż przez szpary okiennic Tomaszowieckiego dworku wślizgiwało
+się już słońce, w tak zwanym kancelaryjnym pokoju paliła się
+jeszcze duża lampa, oświetlając biurko, przy którym Krasnostawski
+pisał coś szybko i zamaszyście. Obok niego stała szklanka z herbatą
+i leżały porzucone na ziemi, niedopałki od papierosów... Nagle
+młody człowiek porzucił pióro, z hałasem odsunął krzesło od
+biurka i zamknąwszy księgę, powstał.
+
+- Nareszcie! - westchnął głośno z ulgą i zbliżywszy się do okna,
+odemknął je, odczepiwszy zarazem wewnętrzne haczyki okiennic.
+
+Fala słonecznego światła, wraz z powietrzem letniego poranka,
+wpłynęła do pokoju. Krasnostawski zgasił lampę i spojrzał przed
+siebie...
+
+Od pożaru minęła doba tylko, patrząc jednak na młodego
+plenipotenta, pomyśleć można było, iż od tej chwili oddzielały go
+lata; nie młodzieniec bowiem obecnie, pełny hartu i życia patrzył
+przez otwarte okno, ale mężczyzna, na pozór więcej, niż dojrzały,
+który zapominał już jakby, że młodym był tak niedawno.
+
+Jak burza, przeszła po nim pamiętna noc rozterki, cierpień,
+upokorzenia i bólu, ślad wiecznotrwały zostawiwszy po sobie...
+
+Twarz Krasnostawskiego bladą była, oczy przymglone i podkrążone, a
+na skroniach gdzieniegdzie, wśród czarnych pukli włosów, bielała
+nitka przedwcześnie siwa.
+
+I kontrast przykry prawdziwie stanowił ten człowiek, stojąc tak w
+owej chwili w ramie okna... Przed nim, w perspektywie, jak okiem
+sięgnąć, kraina cała złociła się od zżętych kóp zbożowych,
+zieleniła od niw i stepów, śpiewała setkami głosów: uśmiechała
+się rozkosznie!..
+
+
+- Życia!.. Życia!.. Miłości, szczęścia!.. - wielkim głosem
+wołało wszystko, a on jedyny tylko, nieczuły na nic zgoła, stał
+wciąż tak samo nieruchomy, zapatrzony nie w dal jasną, lecz w cienie
+cierpiącej duszy własnej..
+
+Po nocy pożaru do Tomaszówki uciekł Krasnostawski piechotą,
+obudziwszy się z omdlenia, sam jeden wśród szumiącego mu łagodnie
+nad głową parku.
+
+Tu, u siebie, przemęczył się, jak nieprzytomny, w bólu - do rana. W
+końcu jednak zmęczenie fizyczne zabiło moralną troskę. Snem
+kamiennym, a zbawczym dlań, przespał Krasnostawski większość dnia,
+bo aż do godziny szóstej po południu. Zbudził się zaś już nieco
+innym...
+
+Zebrawszy myśli i wspomnienia, przede wszystkim postanowił uciec co
+rychlej z tych miejsc, rzucić się w wir pracy w warunkach całkiem
+odmiennych.. Powietrze dusić go poczęło, ziemia parzyć stopy!..
+Chciał już wskoczyć na konia i opuścić wszystko na zawsze.
+
+W porę jednak zastanowienie i zimna logika trzeźwego rozumu
+powstrzymała go na szczęście od tego kroku...
+
+Wszak, poza dziedziną moralnych jego cierpień, stał przecież jeszcze
+mur rzeczywistego życia, które chleb mu dotąd dawało - istniał
+świat obowiązków dotychczasowego jego stanowiska tutaj.
+
+Rzucać tak wszystko byłoby lekkomyślnością iście chłopięcą.
+
+- Nie, ja tego nie uczynię! - zadecydował. - W jak najściślejszym
+porządku przekażę na odjezdnem wszystkie gospodarskie księgi,
+rachunki, kasę i.t.d.
+
+Po skromnym posiłku, zabrał się Krasnostawski do wyczerpującej
+pracy, całych nieledwie dziewiętnaście godzin pisał, rachował
+bezustannie. Wreszcie wyczerpany skończył przed chwilą...
+
+Był wolnym!.. Za godzin parę będzie mógł opuścić te strony - na
+zawsze...
+
+Zadumany smutnie, stał Krasnostawski wciąż pod oknem; zapatrzony, nie
+zauważył on wcale zbliżającego się ku niemu wyrostka.
+
+Dźwięk jego głosu zbudził młodego człowieka. Spuścił wzrok i
+zapytał głośno:
+
+- Ha!.. szczo kaĹźesz?..
+
+Wyrostek, był to chłopiec stajenny, wysłany przezeń do Gowartowa, by
+sprowadzić tamtejszego starego i zaufanego rządcę, któremu chciał
+Krasnostawski zdać klucze kasy, księgi, i przekazać ostatnie
+rozporządzenia. Z relacyi chłopca okazało się, że rządca wyjechał
+do miasteczka.
+
+- A pany? - spytał machinalnie Krasnostawski, używszy utartego
+pomiędzy ludem miejscowym wyrażenia, oznaczającego w liczbie mnogiej,
+właściciela danej wioski.
+
+- Nykoho ne baczył! - odrzekł zapytany i dodał zarazem, że Szmul,
+żyd z karczmy wiejskiej, powiedział mu, że państwo na dobre
+wyjechali. - KaĹźut, szczo do Szczesnoi, do jasnoho grafa Topolskoho! -
+poinformował znowu wyrostek.
+
+Na wybladłem licu słuchającego tych nowin młodzieńca zakwitł
+rumieniec oburzenia.
+
+- Łotr!.. - zgrzytnął cicho, niedosłyszalnie przez zęby. - Snać
+potrafił każdego z osobna podejść, oszukać! Prawdy nie domyślił
+się nikt, widocznie...
+
+Więc teraz ugaszcza wszystkich u siebie... Co za ironia prawdziwa! -
+dokończył w myśli, i wściekłość nagła opanowała go...
+
+- Czego, durniu, stoisz! - huknął w twarz parobczakowi, aż
+zatrzęsły się szyby dworku.
+
+- Osiodłaj mi zaraz konia! - dokończył spokojniej nieco.
+
+Niebawem złotawy kasztan, z białą gwiazdką na czole, parskał
+ochoczo pod Krasnostawskim, jadącym na przełaj przez pola do
+Gowartowa.
+
+Wokoło niego praca wrzała. Krzątający się lud roboczy: parobcy i
+gospodarze kłaniali się nisko czapkami panu plenipotentowi;
+czarnookie, czarno brewe mołodyce i dziewczęta, w jaskrawych
+spódnicach i chustkach, pozdrawiały, również życzliwie młodzieńca
+zerkając z uśmiechem i lubością na "harnoho chłopcia*)".
+[*) Pięknego chłopca.]
+
+W kwadrans później, Krasnostawski zjeżdżał już stępa na groblę
+gowartowską...
+
+W głębiach stawu, otoczonego zielenią parku, odbijały się dawniej,
+jak w lustrze, mleczną białością ściany dworu. Teraz czerniały
+zarysy pogorzeliska, a tam - na górze, zgliszcza, zakopconem pałacowem
+skrzydłem, królowały smutnie nad leżącem dokoła siołem...
+
+Jeździec odwrócił oczy i wspiął konia. Jak strzała, przeleciał
+przez groblę i stanął niebawem przed zamkniętą wjazdową bramą
+pałacu; tu hukać począł, by mu ją otworzono.
+
+Nadbiegło kilku stajennych; oddawszy im spienionego konia począł
+Krasnostawski wypytywać się o mieszkańców pałacu. Okazało się,
+iż dom cały wyjechał nazajutrz po pożarze, rankiem i bawił teraz w
+gościnie u Topolskiego, w Szczęsnojej.
+
+- A to co? - zapytał nagle, furmana zdziwiony Krasnostawski, wskazując
+spicrutą, na całe stosy czegoś, ponakrywanego płachtami.
+
+- To, paniczu, meble z pałacu; pan ekonom kazał poprzykrywać
+tymczasem! - odpowiedział zapytany.
+
+Krasnostawskiego zirytowało to niedbalstwo, względem ocalałych, i
+cennych, a tak dobrze mu znanych, mebli pałacowych. Zdecydował
+głośno.
+
+- To tak zostać nie może! - i ruszył spiesznie ku środkowi gazonu,
+gdzie leżały meble. Kazawszy pozdejmować w ślad za tem wszystkie
+przykrycia i opony, ujrzał, iż mebli uratowanych było sporo.
+
+- Są parobcy na toku? - zapytał.
+
+- Są... są! - poświadczyła krzątająca się wokoło niego służba.
+
+- Siergieju! - rozkazał Krasnostawski po małorusku starszemu
+furmanowi, - idźcie powiedzieć, niech zaprzęgają do wozów, ile się
+da i zajeżdżają tutaj, a gumienny, niech da klucze od pustej
+stodoły!.. Trzeba to wszystko - wskazał ruchem ręki meble - tam zaraz
+zawieźć tymczasem i zamknąć!..
+
+Plenipotenta dóbr gowartowskich lubiano powszechnie i słuchano
+chętnie.
+
+Natychmiast zatem furman skierował się do gumien; wyprzedził go
+chłopiec stajenny, by rozgłosić pierwej rozkazy "panycza."
+
+Krasnostawski pozostał sam i uważnie zaczął przeglądać
+nagromadzone meble. Tam i ówdzie rozpoznawał na wpół uszkodzony
+sprzęt i przypominał sobie miejsce, gdzie on stał dotąd w pałacu...
+
+Spojrzał na pogorzelisko... Grozą i bolesnym smutkiem wiało od tego
+zakątka - ruina zwycięsko szczerzyła trupią paszczękę - śmiałą
+się jakby szyderczo...
+
+Z mimowolnym wstrętem, odwrócił się Krasnostawski i na nowo począł
+przyglądać się, z uwagą, pałacowym sprzętom. Uśmiechnął się
+smutnie...
+
+Obok na wpół pękniętego dużego salonowego zwierciadła, złamane
+tuliło się łoże pozłacane, w stylu "empire," z pokoju Oli
+Dzierżymirskiej. Tam znów jej szafa odemknięta, z kilkoma
+pozostawionemi w pośpiechu sukniami - walała się obok szczątków
+pianina...
+
+Dziwna rzecz jednak - pomyślał w tej chwili - jak sprzęt przypomina
+człowieka!.. Ola, Ola i jeszcze Ola!.. Widział on ją tu - wszędzie,
+te odłamy zachowały jakby część jej osoby - dusza ukochanej
+przezeń kobiety błąkała się w nich, martwych i obojętnych...
+
+Młody człowiek znalazł wiele rzeczy nieuszkodzonych prawie; niektóre
+z nich sam odsuwał od innych, segregował.
+
+- Ooo!.. - wyrwało mu się nagle z ust, z ubolewaniem.
+
+Przed nim, zdruzgotane, przepalone nielitościwie do połowy, leżało w
+pyle piękne, ulubione biurko Romana, antyk pamiątkowy, z mahoniowego
+drzewa, wykładany bogato srebrem, subtelnie inkrustowany perłową
+masą. Krasnostawski zaczął macać uważnie dokoła przepalony sprzęt
+drogocenny. Obejrzawszy go dokładnie, zajrzał do kilku szufladek i
+skrytek.
+
+Lecz nagle koło pobliskich gumien zatętniało... Wykonywając rozkaz,
+nadjeżdżały już wozy. Turkot przybliżał się coraz wyraźniejszy,
+donośniejszy, bliższy. Krasnostawski, zajęty biurem, drgnął, lecz
+nie na odgłos wozów bynajmniej.
+
+To ruszona w tej chwili bezwiednie dłonią jego zgrzytnęła niebawem
+jakaś sprężyna i szufladka, dotąd dla oka niewidzialna -
+roztworzyła się przed nim, a w niej, o, dziwo... leżał oto spokojnie
+portfel niewielki, z eleganckiej, brunatno - wiśniowej skóry. W rogu
+pugilaresu połyskiwała granatów korona hrabiowska, - błyszcząc
+mętno - czerwonym ogniem. Ochłonąwszy ze zdziwienia, Krasnostawski
+rozśmiał się swobodnie i wziął portfel w ręce.
+
+W tejże chwili jednak na dziedzińcu zadudniły drabiniaste wozy,
+parobcy, zdejmując czapki, witali go wesoło i dziarsko, a zeskoczywszy
+na ziemię, brać się zaczęli do roboty.
+
+Chcąc nie chcąc, musiał Krasnostawski stłumić na razie ciekawość,
+i schowawszy tajemniczy pugilares do kieszeni, począł energicznie
+wydawać rozkazy.
+
+Wozów było kilkanaście. W pół godziny, plac przed zgliszczami
+pałacu opustoszał; wozy, jeden za drugim, skierowały się powoli ku
+tokowi.
+
+Do gumien przyjechano niebawem; przed otwartą pustą stodołą zawrzał
+ruch; wkrótce ułożono porządnie pałacowe meble, przykryto je, drzwi
+zamknięto szczelnie i Krasnostawski, rad z ostatniego na służbie
+spełnionego obowiązku - wyjechał z wioski.
+
+Puściwszy konia luzem, zamyślony, znalazł się w kwadrans później w
+lesie, gdzie, znużony, zsiadł z konia i rozłożył się swobodnie na
+murawie. Zdjąwszy kapelusz z głowy i wciągnąwszy w siebie świeżą,
+aromatyczną woń boru, sięgnął on do kieszeni po pugilares,
+roztworzył go i począł szperać ciekawie.
+
+W portfelu leżały ułożone porządnie banknoty, w osobnych
+przedziałkach rulony złota.
+
+- No, no! - mruknął parokrotnie Krasnostawski i z coraz wzrastającem
+zdziwieniem, pieniądze zaczął liczyć sumiennie.
+
+Wszystkich razem było dwadzieścia siedm tysięcy kilkaset. Ułożywszy
+na powrót banknoty i złoto, Krasnostawski portfel zamknął i
+spojrzawszy raz jeszcze na koronę z granacików, potrzymał go jakiś
+czas w dłoni, poczem wpuścił do kieszeni. Widoczne zakłopotanie
+malowało się na jego twarzy. Czuł się zaambarasowanym, co czynić z
+tym fantem?..
+
+Wypadało go zwrócić niezwłocznie, w zastępstwie prawego
+właściciela, jego żonie - Oli. Zatem jechać do Szczęsnej
+osobiście?..
+
+- Nigdy w życiu! - rzekł głośno do siebie młodzieniec. Zasępił
+się. Nagle myśl jakaś nowa zrodziła mu się widocznie w głowie, bo
+zerwał się żywo i wskoczywszy na konia, wjechał w las drożyną.
+Wkrótce w borze rozległy się głośne ujadania psów, i
+Krasnostawski, opędzając się od natarczywych kundli, wchodził do
+małej chatki leśniczego...
+
+W chałupie panowała cisza. Rozciągnięty na ławie, spał snem
+sprawiedliwego mężczyzna, w sile wieku, barczysty, ubrany w kurtę
+myśliwską; dubeltówka leżała opodal, w kącie drzemał pies legawy.
+
+Krasnostawski potrząsnął energicznie ramieniem śpiącego leśnika.
+Ten ostatni zerwał się, a ujrzawszy plenipotenta, zawstydzony począł
+bąkać...
+
+- Słucham panicza, słucham... Padam do nóg... Tak mnie jakoś
+zmroczyło... Zasnąłem, ale to, jak Boga kocham, nigdy mi się nie
+zdarza...
+
+- Nic nie szkodzi, mój Rzemięcki! - uspokoił go natychmiast
+Krasnostawski, klepiąc poufale po ramieniu. - Potrzebuję was, i to
+natychmiast... Pojedziecie z pieniędzmi i z listem do Szczęsnojej,
+gdzie są teraz państwo... Ja oto teraz sam jadę konno do domu, a wy w
+ślad za mną idźcie do Tomaszówki piechotą. Tylko idźcież zaraz!
+
+- Duchem, proszę panicza, duchem! - odparł żwawo leśniczy w ślad za
+odjeżdżającym.
+
+W pół godziny później, młody plenipotent siedział już przy biurku
+w Tomaszówce i kreślił słów parę do pana Emila.
+
+Jako nic niewiedzącemu o zajściu z Topolskim i Olą, napisał
+Ładyżyńskiemu tylko, iż musi niezwłocznie jechać do miasta
+rodzinnego na wakującą intratną posadę, nie chcąc zamykać karyery
+tutaj, bez widoków na przyszłość...
+
+Nadzieją otrzymania miejsca natychmiast motywował także wyjazd bez
+pożegnania, jak i przesyłkę również kluczy od kasy, ksiąg
+rachunkowych, oraz znalezionego pugilaresu. W końcu listu,
+Krasnostawski przepraszał pana Emila za trud i dodawał sucho, że
+pensyi nic mu się nie należy, bo czyni niespodziany zawód swym
+dotychczasowym chlebodawcom.
+
+We wrotach dziedzińca tymczasem majaczyła już barczystą postać
+Rzemięckiego, pies legawy, poszczekując radośnie, wyprzedzał go...
+
+Uświadomiwszy o czem należało starego sługę, wręczył mu
+Krasnostawski: papiery, księgi i klucze, oraz portfel znaleziony, z
+nadmienieniem zawartości jego, a przerwawszy szereg utyskiwań i
+szczerych żalów tyczących się jego stąd odjazdu, - wyprawił do
+Szczęsnej.
+
+Sam zaś do kancelaryi powrócił i znużony padł na otomanę...
+
+Widocznem było przy tem, iż w mózgu jego odbywała się jakaś
+walka...
+
+- Nie, nie daruję!... To ponad siły moje! - rzekł wreszcie
+kilkakrotnie, urywanym szeptem, porywczo.
+
+- Nie daruję! - powtórzył: - On o wszystkiem wiedzieć musi! Tak
+każe sprawiedliwość, tak być musi, tak będzie! - głośno już
+zupełnie wyrzucił z siebie wzburzony, a przysunąwszy fotel do biurka,
+sięgnął ponownie po papier listowy, i umoczył pióro w atramencie.
+
+Zatrzymał się... Po chwili cisnął pióro, wstał i znów zaczął
+chodzić gorączkowo po pokoju.
+
+- Jak to? - szeptać zaczął. - Ja miałbym, niby pies sponiewierany,
+odejść stąd, usunąć się, zniknąć?.. Ja miałbym zamknąć w
+sercu ich wspólną tajemnicę, i tem samem ocalić tego chłystka!..
+Prawda, jednak, że i o nią tu chodzi, najdroż... - nie dokończył,
+sponsowiał...
+
+Nie! W nim tliła jeszcze miłość dla niej, ale policzek kobiety i
+poniewierka - zdeptana miłość własna, - wszystko było od iskry tej
+silniejszem.
+
+W dziesięć minut, młody człowiek uspokoił się zupełnie; znać z
+gotowym już w głowie planem, list pisać począł szybko,
+zamaszyście...
+
+W ciszy pokoju rozległ się nerwowy zgrzyt pióra i długo, długo nie
+ustawał.
+
+Cały żal, całą gorycz na papier przelewał z duszy swej
+Krasnostawski.
+
+Opisał szczerze życie własne... I swą miłość ku Oli, tajoną od
+lat pięciu, idealną, czystą!.. Własne bóle cierpienia przez czas
+ten cały, i ostatnie podejrzenia, co do Topolskiego oraz zachowanie
+się tych dwojga, i pożar pałacu wreszcie, i zdradę i noc straszną -
+wszystko!..
+
+List skończył, podpisał, złożył, i sięgnąwszy po kopertę,
+zaadresował: Italia, Milano, Signor Roman Dzierżymirski, Hotel
+"Europa," Corso Vittorio Emanuele 9.
+
+Odrzuciwszy pióro, ujął Krasnostawski głowę w dłonie.
+
+- Stało się!.. - szepnął po chwili i powstał.
+
+
+- Nic cię już tu nie wiąże!.. - Jechać, jechać stąd czem
+prędzej! Obszaru, świata i ludzi, byle nie Ukrainy i Gowartowa!..-
+zawrzało w nim i odemknąwszy drzwi, hukać począł na służbę.
+
+W pół godziny potem na całym folwarku wrzało... Jak grom, spadła na
+wszystkich wieść, że pan plenipotent, "panycz," wyjeżdża na zawsze.
+Zlecieli się wszyscy. W domu pakowano na gwałt rzeczy, daleko bowiem
+było do kolei, a Krasnostawski - koniecznie chciał zdążyć jeszcze
+na wieczorny pociąg.
+
+Promienie zniżającego się słońca całowały już strzechę i
+rumieniły białe ściany domu, gdy odprowadzany, otoczony, całowany po
+rękach przez czeladź i służbę, żegnał się ze wszystkimi
+Krasnostawski, rozdawał tam i ówdzie sprzęty własne, rzeczy i
+pieniądze, sam wzruszony, smutny...
+
+Wreszcie ulokował się na bryczce, konie ruszyły, przed oczyma
+mignęły mu ogorzałe twarze żegnającego go tak serdecznie
+ukraińskiego ludu - wrota skrzypnęły żałośnie po raz ostatni, i
+bryczka potoczyła się, brzęcząc, po gładkim drogowym szlaku,
+zginąwszy wkrótce wśród roztoczy łanów zżętego zboża, ugorów i
+kurhanĂłw.
+
+
+
+Do stacyi kolejowej było już tylko wiorst parę... Czwórka
+Krasnostawskiego spuszczała się właśnie z pochyłości jaru na
+niepewny dziurawy drewniany mostek, gdy konie, z lękiem poczęły się
+nagle wspinać cofać, nie chcąc przejechać przez grobelkę. Furman
+zaklął po małorusku, i parokrotnie uderzył biczem konie...
+
+- Stań! - rzucił naraz krótko Krasnostawski i zeskoczył z bryczki.
+
+- Kto tam jide! Baczysz? - zaciekawiony zwrócił się nagle do
+mruczącego wciąż furmana, wskazując ręką zbliżający się na
+bocznym trakcie obłok kurzawy.
+
+- A kto ich znaje!.. Pewno zwitkiś *) pany! - odburknął furman,
+który zlazłszy także z kozła i poprawiając uprząż u koni,
+częstował właśnie jednego z nich energicznem w pysk uderzeniem.
+[*) Skądsiś.]
+
+Krasnostawski nie zauważył tego znęcania się nad ulubionymi dotąd
+przezeń końmi...
+
+- Dlaczego pany? - spytał z roztargnieniem, a później zaraz w tym
+samym języku dorzucił: - A, prawda, poznajesz po turkocie...
+
+Odmienny bowiem rzeczywiście od furkotu kół bryki, czy też innego
+pojaździku, stłumiony, jednostajny i nieco głuchy przerywał ciszę
+przestrzeni turkot powozowy, regularny. Niebawem teĹź zgrabny faeton
+wyłonił się z obłoków pyłu; konie siwe, w angielskich szorach,
+zaprzężone w leje, i dwoje ludzi siedzących na koźle, ubranych w
+liberyę granatową, ze złotymi guzikami.
+
+Zaprząg w parę minut stanął przy moście. Krasnostawski wydał
+okrzyk zdziwienia, taki sam drugi podpowiedział mu z zewnątrz powozu i
+odemknąwszy z hałasem drzwiczki, wyskoczył z niego zapylony
+Ładyżyński.
+
+- No, goniłem pana, ale nie spodziewałem się, że go złapię! -
+zaśmiał się wesoło pan Emil i uścisnął wyciągniętą dłoń
+Krasnostawskiego.
+
+- Witam, witam!.. - ciągnął dalej. - Cóż to, bułanki kapryszą i
+przez most nie chcą przejść? Obserwowałem... no, siadaj pan ze mną;
+zobaczysz, jak hrabiowskie angliki przejdą spokojnie.
+
+Ładyżyński pociągnął Krasnostawskiego do powozu.
+
+- Cóż to, pan także na kolej, czy tylko po mnie? - uśmiechnął się
+Krasnostawski, nieco zmieszany i zaskoczony widokiem pana Emila.
+
+- Wyjeżdżam - odrzekł tenże krótko, i dorzucił swobodnie,
+zauważywszy wyraz twarzy młodego człowieka: - Nie bój się pan, nie
+trwóż!.. Nie myślę wcale i nie mam polecenia zawracać pana z drogi
+do dawnych obowiązków... Przeciwnie, mojem zdaniem czynisz pan bardzo
+dobrze, iż rzucasz te kąty...
+
+W Gowartowie nie doszedłbyś nigdy do niczego, a szkoda młodość
+swoją zamykać tu i tracić!..
+
+I Ładyżyński wyciągnął, przy tych słowach, rękę do
+Krasnostawskiego, a ścisnąwszy ją silnie, rzekł jeszcze.
+
+- Powinszować mogę tylko, żeś się pan otrząsł ze skrupułów, i
+życzyć powodzenia na przyszłość!..
+
+Krasnostawski skłonił się, milcząc. Pan Emil zaś, przechodząc
+natychmiast na inny temat, już mówił:
+
+- Wiesz pan co?.. Siadaj pan ze mną!.. Mam panu X rzeczy ciekawych do
+opowiedzenia. Cóş, zgoda?
+
+Krasnostawski usłuchał; bryka cofnęła się nieco, a powóz,
+przejechawszy spokojnie przez mostek, potoczył się znów równo i
+szybko dalej.
+
+- Służę panu! - rzeki Ładyżyński, częstując Krasnostawskiego
+cygarem. Zapalili...
+
+Oparłszy się wygodnie o poduszki i zaciągnąwszy cygarem, pan Emil
+rzekł.
+
+- Nadstawiaj pan uszu!... Tandem tędy, zaczynam...
+
+- Słucham, słucham! - potwierdził młodzieniec, kontent w duszy, że
+go coś, choć na chwilę, odrywa od smutnych myśli.
+
+- Przedstaw pan sobie zatem, panie kochany, że jesteś w teatrze na
+jednoaktowej szaradzie. UwaĹźa pan: sza - ra - dzie...
+
+Rzecz dzieje się, mówiąc właściwym stylem, za naszych czasów, na
+Ukrainie, w Szczęsnojej, majątku grafa Topola - Topolskiego.
+Popołudniowa, przedobiednia godzina - cisza... Pałac pogrążony w
+milczeniu... W tej samej jednak chwili stojący na ganku strzelec, w
+pokornym zgięty ukłonie, podaje coś mężczyźnie, ubranemu w
+smoking. Mówiąc nawiasem to ja - uśmiechnął się pan Emil, po
+chwili ciągnął dalej:
+
+- Kurtyna spada, następuje odsłona druga: Sala portretowa jadalna, do
+stołu zasiada ze trzydzieści eleganckich osób... Jedno tylko krzesło
+wolne... Wchodzi ten sam mężczyzna w smokingu, trzymając coś w
+ręku. Wita tam i ówdzie osób parę, zbliża się do młodej nadobnej
+damy i wręcza jej z ukłonem portfel, mówiąc coś objaśniająco...
+Nagle siedzący obok sam "graf" zrywa się od stołu, jak oparzony, i
+robiąc arcygłupią minę, wpatruje się w portfel... Zaintrygowanie
+ogólne, sytuacya jednak wyjaśnia się wkrótce...
+
+W tej chwili spojrzawszy na zasłuchanego towarzysza, pan Emil
+rozśmiał się serdecznie.
+
+- No, dosyć ma już pan tych efektów scenicznych, dokończę panu
+zatem tę szaradę zwyczajnemi tylko słowy...
+
+- Dziwi pana zapewne - mówił dalej, - arcygłupia mina Topolsia, gdy
+ujrzał portfel, z połyskującą koroną, symbolem jego wielkości!..
+
+- Otóż w tem ma się rzecz cała, że portfel ten nie
+Dzierżymirskiego, i nie jego pieniądze, ani pani Oli, lecz, ni plus ni
+minus, tylko Topolskiego...
+
+- Nie może być! - wykrzyknął Krasnostawski, szczerze zdziwiony.
+
+- No, cóż! szarada dobra... co? - rzucił wesoło Ładyżyński.
+
+- Niezła - uśmiechnął się z kolei młodzieniec - bo dotąd
+przynajmniej nic a nic jej nie rozumiem.
+
+- Cierpliwości! Zaraz pan pojmiesz wszystko - uspakajać zaczął pan
+Emil swego słuchacza.
+
+- Zapalić musimy poprzednio cygara, bo i pańskie zgasło, nieprawdaż?
+- rzekł w ślad za tem, a wydobywszy zapałki, zapalić jedną z nich
+usiłował, lecz wietrzyk swawolny zgasił mu ją i następnych kilka. -
+Sapristi! - zaklął z cicha. - Stańcie-no, hej! tam! - krzyknął na
+furmana.
+
+Konie zatrzymane stanęły; wspomagany przez młodego plenipotenta,
+Ładyżyński zapalił wreszcie cygaro, a podniósłszy głowę,
+spojrzał przed siebie.
+
+- Cóż to? Wyżyczpol? - zapytał służby.
+
+- A tak, proszę jaśnie pana! - potwierdził lokaj, zdejmując
+liberyjną czapkę.
+
+- Tiens, tiens, widzi pan jak to czas leci - zwrócił się do
+Krasnostawskiego; - za jakie pół godziny będziemy na stacyi, patrz
+pan, - i wskazał ręką krajobraz.
+
+Błyszcząc w mroku, lśniła się opodal wstęga rzeki, na górze
+malowniczo rozrzucone dość duże miasteczko mrugało dziesiątkami
+światełek...
+
+- Jechać! - rozkazał Ładyżyński.
+
+Powóz ruszył; pan Emil, po chwili milczenia, przemówił nagle:
+
+- Przepraszam stokrotnie, że widząc ciekawość w oczach pańskich,
+nie kończę opowiadania... Pozwolisz pan, że mu zadam dwa pytania: czy
+masz pan dobrą pamięć i dokąd pan jedziesz?
+
+- Jadę do rodzinnego miasta, a pamięć mam wyborną! - uśmiechnął
+się Krasnostawski.
+
+- Otóż to - bardzo dobrze. Napisałem, bo widzi pan, list do Romana,
+ze szczegółowym opisem tego, co teraz tu opowiadam. Mam pamięć
+jednak fatalną... Zapomnę listu wrzucić na pewno! Mój panie kochany,
+weź go i wrzuć na dworcu... Cóż, dobrze? Przy tych słowach,
+Ładyżyński wyjął pospiesznie z surduta gruby list i podał go
+Krasnostawskiemu. Ten machinalnie schował go do kieszeni, gdzie
+spoczywało i jego do Romana pismo.
+
+- No, więc kończę!.. - zaciągając się dymem, rzekł pan Emil.
+
+- Słucham i to bardzo ciekawie - przerwał z zainteresowaniem
+Krasnostawski.
+
+- Dziwił więc pana fakt, - ciągnął Ładyżyński - że pugilares i
+tysiączki są własnością hrabicza, choć znalazły się w szufladzie
+Romka?.. W tem sęk właśnie, że Topolski dziś dopiero przekonał
+się, iż są one w innem, niż przypuszczał, ręku.
+
+Wyobraź pan sobie bowiem, jaki był przebieg zguby tych pieniędzy...
+
+- Temu lat sześć, czy ośm, Topolski miał przyjaciółkę w
+teatralnych sferach.. Otóż pewnego wieczora, zaprzysięgając sobie w
+duszy uroczyście, że puści w trąbę swoją magnifikę, idzie
+Topolski do niej na ostatnie randez vous... Naturalnie w kieszeni kilka
+tysiączków mając w zapasie - Ładyżyński urwał, zaśmiał się i
+puściwszy z ust kółko dymu, mówił dalej.
+
+- Lecz i tym razem spotyka pana na Szczęsnojej niepowodzenie... Nadobna
+córa Melpomeny nie chce nawet słyszeć o rozstaniu... Scena więc z
+tego naturalnie, płacze! On przeprasza - ona w końcu daje się
+przebłagać - amor vincens tuszuje wreszcie wszystko!..
+
+Pan Emil odsapnął - i swobodnie po chwili ciągnął dalej:
+
+- Nad ranem, z miłością gruntownie odegrzaną w sercu, przysięgając
+sobie, iż przyjaciółki nie porzuci nigdy, powraca Topolski do
+siebie... Nagle, dotknąwszy się kieszeni surduta, nie znajduje tam -
+pugilaresu! Ona, ta nieprzejednana, zagrała z nim komedyę; za mało
+jej było dziewięciu tysięcy, które jej pono dawał, najbezczelniej
+okradła go więc, po prostu na całe dwadzieścia i siedm, znajdujące
+się w portfelu.
+
+Topolski jednak wobec powyższego faktu, po głębszem wniknięciu w
+siebie, decyduje, że bądź co bądź pozbył się baby...
+
+Oddychając zatem pełną piersią - swobodny wyjeżdża do dóbr swych
+"krzyżyk na świśniętym pugilaresie postawiwszy" - jak powiedzieliby
+bracia nasi, Litwini...
+
+Tu pan Emil przerwał opowieść raz jeszcze, zapalił na nowo zgasłe
+cygaro i kończył.
+
+- Od tej chwili minęło lat ośm, a tych dwoje nie widziało się
+wcale.
+
+Skończyłem...
+
+Ładyżyński odetchnął i umilkł.
+
+- Dziękuję panu za opowiadanie - pośpieszył z odpowiedzią,
+Krasnostawski. - Rzeczywiście, szarada prawdziwa... Ale w Szczęsnojej
+zdziwienie było wielkie?
+
+- Ogromne! - odparł pan Emil. - Notabene, wyobraź pan sobie, w
+Szczęsnojej pełno gości... Mieszka tam więc stale: primo jakaś
+powaĹźna wielce krewna Topolskiego, zapewne dlatego, by do kawalerskiej
+siedziby pana na Szczęsnojej mogły przybywać i damy; secundo, prócz
+męskiego towarzystwa, przybyłego niespodzianie z kolei dziś z rana -
+a w których to gronie nie brakowało i jednego prezesa, społecznego
+koleżki Romana - znajdowało się też w siedzibie Topolska kilka
+osób, które przyjechały specyalnie do naszych: pań, z kondolencyą
+po poĹźarze.
+
+Więc powiadam panu! - mówił wesoło dalej Ładyżyński - gdy to co
+mówiłem, nam, mężczyznom, opowiedział Topolski po kolacyi przy
+cygarze, i kiedy wiadomość ta do pań się przedostała, Topolski
+został bohaterem dnia!..
+
+- No, a pani Ola nic o istnieniu tego portfelu nie wiedziała?
+
+- Ależ, nic zupełnie! - podchwycił Ładyżyński. Tem większe
+zaintrygowanie, domysły!.. Wszyscy, a szczególniej panie, wsiadły na
+mnie, bym natychmiast opisał to wszystko Romanowi, chciały nawet, bym
+specyalnie w tej sprawie pojechał do niego... Prezes zaś, książe
+Szydłowiecki, zrobił nawet w liście moim dopisek, żeby Romek
+powiadomił go telegraficznie o swym przyjeździe, to on wyprawi
+wówczas raut na cześć jego i Topolskiego, jako bohaterów tej
+zagadkowej sprawy... Jednem słowem, powiadam panu - komedya...
+
+Ładyżyński mówić przestał, strzepując popiół z cygara. Lecz
+trwało to krótko...
+
+Rozmowa wkrótce potoczyła się znowu błyskotliwa, lekka...
+
+A powóz tymczasem dudnił właśnie teraz po moście, rzuconym przez
+rzekę, i wtoczył się w wąskie brudne uliczki żydowskiego
+miasteczka; niebawem wyminął je i znalazł się na szerokim trakcie,
+prowadzącym do kolejowego dworca.
+
+Jednocześnie w oddali ukazały się trzy gorejące światła: - to
+pociąg zbliżał się już do stacyi. Pierwszy dojrzał go
+Krasnostawski. Sięgnął szybko po zegarek i spojrzał:
+
+- Oho, już po dziewiątej! to pański pociąg...
+
+- Do djaska! - zżymnął się pan Emil i - wytężył wzrok w kierunku
+pociągu.
+
+- Janie! galopem! - krzyknął, zwracając się energicznie do
+furmana... Dam ci na mohorycz... nocować tu ani myślę!.. Może
+zdążymy! Jazda, a ostro!..
+
+Stangret trzasnął z bicza, czwórka puściła się pędem po gładkim
+szlaku.
+
+Zziajane już konie, galopując, sapały i tak dojechano aż pod
+sztachety drewniane, okalające stacyę... Tu pełno już było wozów,
+bryk, obywatelskich czwórek, oczekujących na swych panów.
+
+Gdy elegancki ekwipaż pana Emila wtoczył się na brukowany placyk
+przed stacyą, jednocześnie na platformie rozległ się dzwonek i
+wpadł tam, z hukiem pociąg, zatrzymujący się tu tylko parę minut.
+
+- Zuch z ciebie! - pochwalił Ładyżyński furmana, i rzuciwszy mu
+półimperyała, wyskoczył szybko. Rzeczy, przytwierdzone za powozem,
+odwiązywano już; dwaj panowie, zarządziwszy pośpiech, pobiegli do
+sali.
+
+Tu ruch panował nielada..
+
+Pasażerowie przyjezdni wysypywali się z wagonów i tłoczyli do
+wnętrza dworca; jadący kupowali bilety, służba kolejowa nosiła
+ręczne bagaże, zdawała kufry, biegała gorączkowo, kręciła się,
+jak w ukropie.
+
+Przecisnąwszy się energicznie przez tłum, pan Emil zdobył bilet
+pierwszej klasy i w minutę potem, wychylony z wagonowego okna,
+rozmawiał z żegnającym go Krasnostawskim.
+
+Uderzył trzykrotnie dzwonek, konduktor gwizdnął, lokomotywa
+odpowiedziała mu przeciągle - pociąg ruszył powoli z miejsca.
+
+- Do widzenia!... Powodzenia na nowej drodze życia!..- mówił pan
+Emil, uśmiechając się przyjaźnie, serdecznie ściskając dłoń
+Krasnostawskiego.
+
+Ten ostatni zaś, widocznie pod wpływem jakiejś nagłej myśli,
+puścił szybko rękę Ładyżyńskiego, skłonił się, i wydobywszy
+szybko z kieszeni dwa listy, podbiegł ku uchodzącemu wagonowi
+pocztowemu. Dogonił go i zręcznie wrzucił w otwór właściwy oba
+pisma.
+
+- Addio... dziękuję! - posłyszał jeszcze głos pana Emila, i pociąg
+znikł niebawem.
+
+Krasnostawski pozostał sam. Następny pociąg miał przyjść już
+wkrótce, poszedł więc do kasy, kupił bilet, a wróciwszy na
+platformę, usiadł na ławeczce samotny.
+
+Zamyślił się...
+
+Poza nim zamykał się teraz na zawsze jeden okres dotychczasowego jego
+Ĺźycia.
+
+Płatny sługa bogatszych od siebie ludzi zżył się on jednak,
+zbratał z ich życiem - z nimi... I po co?.. Po to, by obrachunek ten
+pożycia wspólnego zakończyć tak marnie?..
+
+Krasnostawski pochylił głowę, ująwszy ją w dłonie. Jakiś bunt
+mimowolny podnosił się w nim przeciwko życiu, losowi i ironii jego.
+
+Po co tu przybył lat temu kilka, po co przywiązał się do tego
+cudzego kątka ziemi, po co tak gorąco ukochał Olę?
+
+Dlaczego to wcielenie wdzięku, czaru, wiosny, miłości i piękna, w
+osobie tej kobiety, stanęło, jak cień niepochwytne, na drodze jego
+Ĺźycia?..
+
+Krasnostawski pochylił się bardziej jeszcze i długi czas pozostał
+nieruchomy.
+
+Nagle drgnął całem ciałem i podniósł głowę. Gwizd donośny
+przeszył powietrze, na dworzec z hukiem, szumem, w kłębach pary
+wpadł pociąg kuryerski.
+
+Krasnostawski począł szukać miejsca w wagonach. Ulokowawszy się
+wreszcie, zbliżył się do okna wagonu i wyjrzał.
+
+Zamykano już właśnie z pośpiechem drzwiczki, wśród zgiełku
+rozlegał się trzeci dzwonek.
+
+Krasnostawski ostatniem spojrzeniem smutnem objął raz jeszcze wszystko
+i cofnął się w głąb wagonu...
+
+Zagrała w tejże chwili trąbka drożnika, mignęły latarnie
+sygnałów i pociąg kuryerski znikł, pochłonięty cieniami nocy.
+
+Na dworcu zagościł znowu spokój. Wszyscy rozeszli się teraz na
+dobre, pogaszono latarnie, a w oknach stacyi niebawem również znikły
+światła.
+
+Na bagnach chór żabi grał tylko swą pieśń jednostajną gdzieś w
+dali, w pobliskim lesie słyszeć się dawały jakieś, szmery i senna
+noc cicha, zasiadłszy, jak królowa, na tronie z tkanego złotem
+szafiru - rozpostarła panowanie nad światem...
+
+Cisza zupełna zawładnęła okolicą.
+
+Mierząc tylko mknący chyżo czas, olbrzymi zegar stacyjny wydzwaniał
+godziny miarowo...
+
+W milczeniu ogólnem, jak szept człowieka, głos jego odzywał się
+bezustannie:
+
+Tik - tak! tik - tak! tik - tak!..
+
+-------------
+
+W centrum Medyolanu, na placu "Del Duomo," w powodzi jaskrawych promieni
+upalnego, kończącego się już popołudnia, leniwie snuły się po
+chodnikach sylwetki niezbyt licznych przechodniów, kryjąc się od
+słońca pod kolumny frontowe i oszkloną galeryę "Vittorio Emanuele."
+
+Wokoło klombów, zajmujących środek placu, i otaczających stojący
+tam pomnik, kręciły się jednostajnie elektryczne tramwaje, dzwoniąc
+co chwila, rozbiegając się i ginąc w sieci ulic miasta, sam zaś na
+koniu majestatyczny Wiktor Emanuel II, z brązu, z piedestału pomnika,
+wpatrywać się zdawał ciekawie w otwarte drzwi królującego tu na
+placu katedralnego tumu, pociągającego z oddali tajemniczą wejścia
+głębiną... Koronkowej roboty marmurowe jego ściany, dach,
+kilkadziesiąt wieżyc i zdobiące go statuy, w liczbie około dwóch
+tysięcy, wznosiły się dumnie, i wystrzelały wysoko w niebo włoskie,
+szafirowe, czyste, zadziwiając misternem wykończeniem, dając sobą
+najlepsze nieśmiertelne świadectwo genialnej pracy człowieka.
+
+Po marmurowych stopniach schodów tej okazałej, gotyckiej katedry,
+mogącej w swojem wnętrzu pomieścić do 40,000 ludzi, co chwila
+wchodził ktoś do jej środka, lub wychodził na ulicę - z kojącej
+ciszy świątyni wpadając nagle w hałaśliwy wir miasta, i natręctwo
+jego mieszkańców, w osobie spacerującego po trotuarze tuż koło tumu
+przekupnia, cisnącego w ręce każdemu gwałtem mozaikowe wyroby
+weneckie.
+
+- Uno liro, signore, solamente uno liro! - na pół rozpaczliwym, na
+pół przekonywającym głosem napierał się właśnie ten ostatni,
+śniady Włoch, o przebiegłem spojrzeniu, i trzymając w ręku jakąś
+podejrzanej roboty broszkę, zagradzał drogę młodemu mężczyźnie,
+wstępującemu, w zamyśleniu; po stopniach katedry.
+
+Dzierżymirski przystanął; podniósł głowę, i spojrzał w oczy
+natrętowi, a żachnąwszy się niecierpliwie, rzucił mu coś
+energicznie po włosku. Przestąpiwszy próg kościoła, zdjął
+kapelusz i odetchnął z ulgą.
+
+Przyjemnym chłodem w przeciwstawieniu do panującego na dworze upału;
+powiało nań z wnętrza tumu i milczeniem skupionem, powagi i -
+majestatu pełnem... Cień, pustka i tajemniczość niewytłumaczona
+objęły go zarazem niepodzielnie. W ciszy; po mozaykowej posadzce, z
+marmuru, donośnie, rozległy się kroki Romana.
+
+Poza amfiladą 52 kolumn olbrzymich, kolosów, szesnaście kroków
+każda obchodu mających - w perspektywie, daleko, widniał wielki
+ołtarz, chór i rzędy plecionych krzesełek świeciły przyćmionym
+blaskiem kolorowe szkła okien, ponad głową zaś Dzierżymirskiego,
+opiekuńczo jakby, wznosiły się marmurowo wyniosłe gotyckie arkady; z
+wierzchołków kolumn, zdobiąc je grupami każdą z osobna, patrzyły
+na niego dziesiątki statuetek małych...
+
+Odblask słoneczny dotknął delikatnie pięknych rysów przybysza, jego
+smagłych policzków, wypukłego czoła, i oświetlił je przelotnie..
+Rażony światłem w oczy, Roman usunął się w cień, i spuściwszy
+głowę na piersi, zadumał się głęboko.
+
+Godzin temu dwie zaledwie odebrał jednocześnie dwa listy...
+
+Pierwszy od Emila Ładyżyńskiego, sarkastyczno - szyderski, opisujący
+mu szczegółowo i swobodnie fakt znalezienia pugilaresu, - powalił go
+w pierwszej chwili, niby uderzenie obucha.
+
+Drugi, przepełnił miarę jeszcze!..
+
+Ze słów tak szczerych, iż nie mogły nasunąć nawet momentalnej
+wątpliwości, wyrwanych prosto z bolejącej duszy ludzkiej, dowiedział
+się Dzierżymirski o zdradzie Oli...
+
+Chwili tej nie zapomni do grobu!..
+
+Otchłań, zda się, głęboka i bezdenna rozwarła mu się pod stopami,
+dusić go w gardle poczęło, w głowie powstał zamęt - w piersiach
+dotkliwy ból!.. Wybiegł jak nieprzytomny na ulicę... Półobłąkany
+prawie przybył pod stopnie marmurów katedry po ukojenie...
+
+Za progiem świątyni, rzeczywiście cudem po prostu jakimś,
+powróciła mu samowiedza i względna równowaga umysłowa..
+
+I oto teraz Roman porządkować zaczyna uciążliwie myśli. Wzrok jego
+machinalnie błądzi po wspaniałych freskach, z dziełami mistrzów,
+ołtarzach, marmurowych rzeźbach i pomnikach, zatrzymuje się
+instynktownie na siedmioramiennym kandelabrze olbrzymim, kosztownej
+roboty, w kształcie drzewa... Potem oczy jego spoczywają bezmyślnie
+na kopule, przed chórem i znajdującej się pod nią podziemnej kaplicy
+świętego Karola Boromeusza, ozdobionej bogato drogimi kamieniami i
+złotem...
+
+Dzierżymirski sięga nagle do kieszeni i wyjmuje otrzymane listy...
+usiłuje przeczytać je po raz wtóry...
+
+Przed nim, przeświecane błyśnięciem słońca, zmatowanym blaskiem
+łagodnie świecą w zmierzchach katedry wspaniałe trzy okna chóru,
+jak mówią, największe na świecie całym.
+
+Niby żywe, patrzą na Romana z okiennych witryn miniaturowe postacie
+świętych; malowane barwnie na szkle, na małych kwadratowych tafelkach
+- 350 obok siebie reprodukcyj scen religijnych, wzorowanych na
+najsławniejszych mistrzach wychyla się, płonie setkami kolorów i
+cieni...
+
+Dzierżymirski wypuszcza listy z ręki i ukrywa twarz w dłonie...
+
+Pod wpływem bowiem jednego rzutu oka tylko na pisma, cierpienie
+bezbrzeżne i rozpacz tłoczącą falą zalewają mu duszę...
+
+Więc zdradziła go!.. Zdradziła nikczemnie, dla zmysłowego upojenia -
+dla szału!.. Zdeptała jego miłość, uczucia, oszukała go -
+zapomniała!..
+
+Więc takim ironii zgrzytem nagradza jego los szyderca, za to, co dla
+kobiety tej niegdyś uczynił!..
+
+Ależ on dla niej przecież poświęcił wszystko!.. Siebie oddał!..
+Swą cześć, uczciwość - sumienie!..
+
+- Przez ciebie wszystko tom uczynił, przez ciebie! - głuchy jęk unosi
+pierś mężczyzny. - O, Olu!.. Olu!.. przez ciebie!..
+
+I milknie skarga...
+
+A potem niezrozumiałego już coś coś tylko, niedosłyszalnego
+poczynają naraz szeptać cicho do siebie Dzierżymirskiego usta.
+
+Klęka i jakieś bóle i żale płynąć się zdają pod strop
+milczącego tumu, biegną trwożnie pod wyniosłe jego arkady, odbijają
+się o statuy, rzeźby i pomniki - na kolana padają u ołtarzy - lecą,
+tam, gdzieś wysoko... do Boga!..
+
+Lecz oto nagle spokój świątyni brutalnie przerwanym zostaje...
+
+- Yes, yes, yes!.. - odzywa się co chwila i dowcipy francuskie
+wtórują angielszczyźnie, - z przewodnikami Baedeker'a w ręku
+przesuwa się tuż koło Romana garstka osób, z udanem znawstwem
+oglądając wszystkie zabytki tumu.
+
+Gwarząc wesoło, dzielą się turyści na dwie połowy. Jedna z nich
+zmierza zobaczyć wnętrze kaplicy św. Karola Boromeusza, druga,
+pobrzękując pieniędzmi, kupuje niebawem prawo obejrzenia dachu
+katedry, przy stoliku, postawionym we wnętrzu świątyni, na prawo, w
+głębi, u wejścia do prowadzących tamże schodów.
+
+Roman powstaje i z kościoła uchodzi pośpiesznie. Na ulicy wskakuje do
+dorożki, i rzuca głośno jakiś rozkaz woźnicy.
+
+Powozik rusza... Stopniowo, coraz szybciej wymija ulice, uliczki, place
+targowe; starożytne kościoły i pałace... Ruch miejski wokoło
+zmniejszać się poczyna i powóz wjeżdża niebawem w szeroką aleję,
+gdzie, oprócz biegnących gdzieniegdzie tramwai, nie ma zgoła nikogo.
+
+W ślad za tem również roztwiera się perspektywa...
+
+Poza obszernym placem, bieleje kwadrat wielkiej kolumnady, zieleń
+świeża ramuje ją wdzięcznie. To już miasto umarłych, - jeden z
+najpiękniejszych włoskich pomnikowych cmentarzy, medyolańskie
+"Cimitero Monumentale."
+
+Powóz podjeżdża bliżej nieco, Dzierżymirski wysiada i idąc
+piechotą, kieruje się ku rysującej się teraz całkiem już wyraźnie
+i okazale, cmentarnej kolumnadzie wejściowej. Krocząc zaś tak powoli,
+myśli: Nareszcie... tu, u grobu matki, dadzą mi spokój przynajmniej
+ludzie!.. Tu zdobędę samotności chwilę z jej prochami tylko i z
+samym sobą!..
+
+Wstępując po stopniach schodów, Dzierżymirski znajduje się niebawem
+pod dachem kolumnady, kwadratowym frantom, ozdobionym wieĹźycami,
+zamykającej z zewnątrz widok i wejście na cmentarz.
+
+U stóp Romana obecnie, w potokach słonecznych promieni, na tle zieleni
+gaju, bieleją setki marmurów, wystrzelają w niebo dziesiątki
+gotyckich wieĹźyczek, mauzoleĂłw i pomnikĂłw...
+
+Nie patrząc nawet na nie, obojętny, Dzierżymirski, skręca w lewo, a
+wzrok jego przesuwa się machinalnie po małych zadrukowanych
+tabliczkach marmurowych wprawionych gęsto obok siebie w ścianę
+kolumnady, a oznaczających miejsce trumienek, z popiołami
+nieboszczykĂłw.
+
+I Roman w ten sposób dochodzi do kąta frontowego czworoboku, widząc
+zaś naprzeciw siebie mur, skręca, idąc wciąż jeszcze pod dachem
+kolumnady, posłusznie, na prawo...
+
+Zadumany, mija wprawiony w ścianę pomnik rodziny Volonte, pełny
+artyzmu, piękny bardzo w oddaniu grozy i bólu...
+
+Na ciało już oto martwe pięknego mężczyzny i leżące w pościeli
+na łożu z kamienia, w zgięciu bolesnem postaci całej, rzucona w
+szale rozpaczy, klęczy młoda kobieta i całuje drogą dla się twarz
+zmarłego... Całuje, pieści w zapamiętaniu ślepem, upojeniu
+strasznem, bo ostatniego, a nieodwołalnego już pożegnania!..
+
+Roman, wszedłszy po schodach bocznego skrzydła kolumnady, jest już na
+cmentarzu.
+
+Idzie wolno, kierując się bezwiednie aleją znaną, wiodącą ku
+mogile matczynej.
+
+Wkoło niego wznoszą się zewsząd wspaniałe grobowce: Verazzich,
+Sonzognich, Nasonich, Turatich, Brambillich, Pagnonich i innych
+włoskich rodzin i rodów. Pieścidełka kamieniarskiej, rzeźbiarskiej
+i budowlanej roboty, mauzolea, w kształcie gotyckich kapliczek, z
+pięknymi ołtarzykami, mozayką, obrazami i innemi ozdobami wewnątrz
+śliczne, odcinają się licznie na tle zieleni drzew cmentarza... Po
+wsze strony zaś, gdzie okiem rzucić tylko, w tych wszystkich białych
+grobowych sylwetach pochwycony artystycznie, w kamień martwy i marmury
+rzeźbiarskim dłutem zakuty, drży, zdawało by się wszędzie...
+bĂłl!..
+
+Słońce, zniżające się już stopniowo coraz bardziej, złoci teraz
+rzęsiście rój białych postaci... W pobliżu Dzierżymirskiego, z
+krawędzi odłamu - na wpół obrosłego zielenią, a doskonale
+imitowanej skały górskiej - z jej szczytu, iskrzący się w blaskach
+słońca, spogląda wyniośle dokoła wspaniały orzeł z bromu.
+
+To odznaczający się od drugich oryginalnością pomysłu, grobowiec
+Poggich...
+
+Dalej zaś nieco pomnik rodziny Rusconi; rzeźba kobiety, o oczach,
+pełnych wyrazu, wpatrzonej smutnie w dal, z testamentem nieboszczyka w
+ręku, na którym wyryte widnieją zapisy..
+
+W innej znów stronie, wdowa w półleżącej pozycyi, zapłakana;
+twarzy jej nie widać wcale - ukryta w dłonie. Cała postać wyraża
+bĂłl niezmierny.
+
+W swej wśród grobowców wędrówce, Dzierżymirski przystaje nagle...
+W zamyśleniu - zbłądził... Oryentując się, zawraca, i ponownie
+mija mnĂłstwo grobowcĂłw, okazalszych, skromniejszych - przechodzi mimo
+pięknego nader pomnika.
+
+Na grĂłb z marmuru rzucona duĹźa kotwica; pod krzyĹźem siedzi na mogile
+anioł-kobieta, o prześlicznym wyrazie twarzy, pogrążona w smutnem
+zamyśleniu, z wieńcem w dłoni...
+
+Niebawem, tuż obok idącego wciąż Romana, wyrasta znów pomnik z
+kamienia. Na wierzchołku jego, z rękoma wzniesionemi do góry, modli
+się wielki Anioł, z pięknymi bardzo rysami twarzy, u stóp grobu
+klęczy kobieta, ze wzrokiem spuszczonym wdzięcznie, w ekstazie jakby
+bólu, odziana cała w zwoje subtelnie odrzeźbionych koronek.
+
+WkrĂłtce przed grobowcem, banalnym nieco, a w porĂłwnaniu z innymi nader
+skromnym, Dzierżymirski pochyla się, zdejmuje kapelusz i klęka,
+oparłszy głowę o zimny kamień pomnika Na grobie wyrzeźbiony
+subtelnie w białym marmurze biust pięknej kobiety, oczyma wielkiemi,
+pełnemi wyrazu, z odcieniem litości, czy bólu, patrzeć się zdaje
+badawczo na pochyloną postać i głowę mężczyzny...
+
+Tymczasem rozsiana dokoła cisza, tchnąca spokojem, momentalnie ukajać
+poczyna Romana. Z chaosu, dotychczas panującego mu w mózgu, jedna po
+drugiej wyłaniają się doniesione mu fakta, ustawiają rzędem w
+symetryczną całość i niby ogniwa, logiką, rozumu spojone, wiążą
+się ze sobą, grupują...
+
+I kara życia, nieubłagana, zimna, choć moralna tylko, staje
+DzierĹźymirskiemu teraz przed oczyma wyraĹşnie...
+
+Pozornie otrzymał on wszystko: W obliczu świata pozostał bezkarnym;
+był bogatym, wpływowym i wielkim, kłaniano mu się, żebrano jego
+łaski, protekcyi.
+
+Życie całe dotąd opromieniała mu Ola miłością swą, bez granic...
+
+Posiadał skarb największy - kochał i był kochanym...
+
+To było wczoraj jeszcze, a dziś?.. Dzierżymirski, pod ciężarem
+cierpienia, pochylił się w tej chwili bardziej jeszcze, skulił się,
+zmalał...
+
+I w jasnowidzeniu jakby nagłem, ujrzał on równocześnie, co innego
+jeszcze...
+
+Przyszłość własną!..
+
+On więc, w społeczeństwie swem jeden z pierwszych niemal; on,
+stojący na jego świeczniku, nie skażony moralnie, "na zewnątrz" -
+niczem, sponiewierany może, zbrukany posądzeniem, lub domysłami, a
+wreszcie, - kto wie, czy nie stojący w obliczu tłumów, pod
+pręgierzem prawdy, tajonej skrycie do dziś dnia na dnie duszy?
+
+- O Boże!.. Boże! - jęk mimowolny wydobywa się z piersi Romana, oczy
+zaś jego wznoszą się jednocześnie i spotykają na grobie, z
+wizerunkiem matczynym. Oblicze rodzicielki patrzy teraz na niego, z
+wyraźnem współczuciem, współboleje z nim jakby. Jak żywa,
+spogląda na Romana matczyna, twarz smutna; kilka kropelek rosy, czy
+deszczu, ukrytych dotąd w załomach kamienia, spływa nagle po wykutem
+obliczu pięknej kobiety...
+
+Zachodzące słońce zakrwawia je swym blaskiem...
+
+I krwią oto serdeczną, zdaje się matka płakać nad synem - łzami
+litości i bólu.
+
+A Roman jednocześnie, w porywie cierpienia, wyciąga ramiona do rzeźby
+twarzy drogiej, obejmuje niemi głowę z marmuru i krzyż pomnika, a
+dotknąwszy czołem czoła matki, szepce coś jak dziecko, kwili...
+
+- Matko... mateńko! - słychać dokładnie, i cicha skarga z piersi mu
+się wyrywa! Z bólem jutra, łączy się w nim zarazem jakiś bunt
+niewytłumaczony do świata, do ludzi - do życia!... I w szepcie słów
+urywanych, zmieszanych, wymówka wnet cierpka słyszeć się daje.
+
+- Matko! - szepcze Roman, z wyrzutem. - DlaczegoĹź Ĺźe po tobie
+odziedziczyłem gorącą krew tej ziemi? Czemu, ach, czemu, z mlekiem
+twem wyssałem zapalczywy ogień pragnień, zmysłowego szału, który
+zniweczył we mnie wszystko, któremu oprzeć się nie zdołałem, i
+upadłem tak nisko... tak... nisko!
+
+Nie mogłem odmówić sobie posiadania kobiety, którą ukochałem, bo w
+żyłach mych płonęła, jak lawa twych, matko, ojczystych wulkanów,
+krew dzieci południa, bo natura ich gwałtowna, przewrotna, bez
+niezłomnych uczciwości zasad, zakorzeniła się w mej istocie...
+Podeptałem wszystko... wszystko...
+
+- Matko, tyś temu niewinna, ja wiem, tyś niewinna! - skarżył się
+dalej Roman, przepraszając jakby, - ale, czemuż twym wpływem, kiedy
+ojca straciłem tak wcześnie, nie starałaś się złagodzić we mnie
+tej natury narodu twego? Dlaczego nie mogłaś wytępić ze mnie złego
+ziarna? Czemu?.. czemu?.. czemu?..
+
+I pytanie to Dzierżymirskiego ostatnie, rozpaczliwe, uleciało,
+półpokorne, półgroźne jakby i zamarło w ciszy!
+
+A rodzicielka Romana mówiła pięknym, wyrazistym w białej rzeźbie
+wzrokiem - odpowiadała mu, zda się również:
+
+- Nie bluĹşnij, synu, nie rozpaczaj!.. Nie ja tu winnam!.. Wierz mi!..
+Czyniłam, co mogłam... Wpajałam w twą duszę niezłomne zasady,
+wzmacniałam twój umysł, twe serce! Nie miej żalu do mnie, me
+dziecię!.. Popsuł się świat, co skala, zbruka niejedno swem
+błotem!.. Zbłądziłeś...
+
+A tymczasem zbielałe usta Dzierżymirskiego, wijącego się wciąż u
+stóp grobowca, w bólu i niepewności jutra, zaszeptały znów
+rozpaczliwie, z cicha...
+
+- Co czynić? co czynić? - Wszak tam wszyscy czekają teraz ode mnie
+wyjaśnienia o pieniężnej zgubie, którego dać im, niestety, nie
+potrafię. Cóż im powiem? co wymyślę, a zresztą, cóż mi po tem?
+Gdybym po wysiłku mózgowym i znalazł może przemądre nawet
+rozwiązanie jakie, czyż nie takiem samem, nie do zniesienia piekłem,
+stałoby się to moje jutro! - odpowiadały w duchu Romana: bezmierne
+zniechęcenie i gorycz.
+
+- W ciągłej, podwójnej jeszcze, niż dotąd, obawie skandalu, z
+tajoną, tłumioną w duszy tajemnicą, bez miłości, bez niej, bez
+Oli, sam, opuszczony, z widmem wyrzutu sumienia?.. - Nie! - wyrzucił z
+siebie Dzierżymirski, z mocą. - Ja tak żyć nie potrafię!..
+
+Szept urywany Romana ustał. Tuląc wciąż w ramionach ciemny marmur
+grobowca, milczącą snać już teraz z rodzicielką swą, a może i z
+Panem Wszechrzeczy, prowadził on rozmowę.
+
+Nagle jednak w stłoczonej piersi Romana cierpienia dłużej nie
+zdołało już się ukryć - spazmem łkania wydobyło się na
+zewnątrz!
+
+Milczenie cmentarnego zacisza wstrząsnął płacz męski, przejmujący,
+głęboki i przykrem nader echem rozległ się dokoła.
+
+
+**********************************************************
+
+
+A tymczasem nad Medyolańskiom przepięknem "Campo Santo," w całem swym
+majestacie zachodziło słońce...
+
+Mieniły się w odblaskach jego dachy i wieżyczki licznych kapliczek,
+mauzoleów; przez kolorowe wąskie szyby okienek, drzwi i kraty
+wślizgiwała się wewnątrz ich cicho czerwień promieni, pełzała po
+mozayce posadzek, muskała ubrane wdzięcznie kwiatami ołtarzyki,
+kandelabry, posągi i piękne świętych obrazy...
+
+Wspaniała wejściowa kolumnada iskrzyła się również tęczą
+blasków; ściany, dach i wieżyczki położonego na drugim końcu
+cmentarza "Tempio di Crematione" gorzały pąsową grą światła...
+
+A mleczno-białe, ciche i zadumane dotąd sennie posągi pomników
+ocknęły się po prostu jakby ożyły...
+
+Kształty ich, misternie w kamieniu wykute, rysy, odrzeźbione,
+przebudziły się niby z martwoty dotychczasowej na drobną, przelotną
+chwilkę - na mgnienie!..
+
+I nie są to już allegoryczne postacie, ni podobizny zmarłych dawno -
+nie, to wszak żywi ludzie, z krwi i kości! Ciało ich przecież,
+zaróżowione leciutko, drżeć oto zda się, poruszać, w żyłach krew
+płynie, usta coś mówią, a oczy ich, rysy, wyrazu pełne, boleją,
+płaczą, smucą się - myślą!..
+
+Patrzcie... patrzcie!..
+
+Tam, na, wspaniałym grobowcu, po obu stronach siedzącej na szczycie,
+zadumanej symbolicznej postaci kobiecej, dwaj aniołowie zalewają się
+gorzkiemi łzami, szlochają!.. Tu znów, przy innym pomniku, po
+stopniach jego porusza się, kroczy wzwyż niewiasta młoda, - ku dwóm
+posągom, stojącym na górze grobowca, prowadzi chłopczyka,
+ślicznotę, w którego dłoni zaciśnięty kwiatuszek się chwieje... A
+tam, znĂłw dalej, w innej stronie...
+
+W otwarte drzwi małego mauzoleum, po stopniach schodów wchodzi wolno,
+szeleszcząc jakby fałdami swej sukni, ze spuszczonym wzrokiem - w
+trzymany w dłoni różaniec wpatrzona, cudnej piękności kobieta...
+
+I tak dalej, i tak dalej...
+
+Dziesiątki białoskrzydłych aniołów, wdów bolejących,
+załamujących dłonie, tarzających się gwałtownie, czy też
+pogrążonych w martwocie rozpaczy, - setki biustów, postaci - zda
+się, w cmentarnej ciszy nucą oto hymn bólu, w zgodnym akordzie z
+piersi jakby wyrzucają wszechogólny krzyk cierpienia!..
+
+A promienie zachodu zniżają się tymczasem coraz bardziej...
+
+Purpura ich ciemnieje w końcu, niebawem niknąć powoli zaczyna tam i
+ówdzie. Zakątki cmentarza dalsze, pod murem, stoją już w cieniach -
+środkowe kąpią się jeszcze w ostatnich pożegnalnych drgnieniach
+czerwieni i złota...
+
+Wokoło klęczącego Romana, i obejmującego wciąż w jednej i tej
+samej pozycyi pomnik, z posągiem matczynym, palą się w całej pełni
+jeszcze dogasająco słońca blaski.
+
+Dzierżymirski, szukając dalej ulgi w cierpieniu, jak nieprzytomny,
+wciąż szepcze coś niezrozumiałego do skąpanej w purpurze promieni
+rzeźby z marmuru... I niebawem, w ciszy, przerywanej tylko łagodnym
+szmerem poruszanych u drzew liści, drżeć głośniej znów skarga
+poczyna.
+
+- Nie, matko! - szepce Roman - nie, matko! zrozum mnie, nie gań!.. Ja
+tam, do nich wrócić nie mogę, to przechodzi siły moje!.. Wszak ja
+jego, kochanka Oli - tłumaczy się dalej Dzierżymirski - jego, mego
+wroga, zabić powinienem! A jakże ja to uczynię? Przecież oczyszczać
+pojedynkiem nawet mego honoru nie mogę! - z goryczą w głosie, niby
+żywej osobie, perswaduje Roman, coraz ciszej, złamanym szeptem... -
+Zrozum, mateńko!.. Nie... mogę!..
+
+Milknie na chwilę, poczem urywanym głosem, z beznadziejną rozpaczą,
+mówi, zwierza się jeszcze... - Tak, mateńko! bo honoru wszak ja...
+sam... nie... posiadam!..
+
+I Dzierżymirski kończy głucho: - On w twarz mi to rzucić może,
+jeśli się dowie o wszystkiem, a wtedy?.. Nie, matko! - powtarza
+głośniej Roman nie żądaj tego ode mnie! - Ja, z piętnem pogardy na
+czole, bez czci tych tłumów, które ujarzmiłem - żyć nie
+potrafię!..
+
+A szczególniej z jej... Oli możliwą pogardą - bez jej uczucia żyć
+- nie mogę!..
+
+I tem kończy spowiedź przed rodzicielką syn zbolały, a po chwili
+dorzuca, z mocą. - I... nie chcę!!!
+
+Milknie DzierĹźymirski, twarzy nie odrywa jednak od marmuru grobowca,
+pogrążywszy się w jakiemś półodrętwieniu głębokiem.
+
+A wkoło niego tymczasem gaśnie już całkiem łuna zachodu... Jak
+przed chwilą, niby dotknięte czarowną różdżką, ożywiały się
+posągi z marmurów, tak teraz kolejno do martwoty swej powracają.
+
+Położony tylko tuż obok Dzierżymirskiego symboliczny grobowiec
+jaśnieje jeszcze... Na wpół różowy od blasków czerwonych,
+blednieć oto właśnie coraz bardziej poczyna w tył przegięty,
+eteryczny i wielki na grobie tym anioł z marmuru, o rysach przecudnych,
+o rysach kobiecych, dziwnie nadziemsko zadumanych, a postaci całej
+wiotkiej i ustawionej na piedestale w ten sposób w powietrzu unosił
+się, leciał...
+
+Anioł patrzeć się zdaje na Romana, ze współczuciem, spod rzęs
+spuszczonych, oczyma żyjącego jakby ducha. Nad urną, którą trzyma w
+dłoniach i tuli do piersi i unieść z sobą jakby pragnie w zaświaty,
+odrzeźbiony, palący się ognik płonie rzeczywistem światłem,
+pieszczony ostatnim promyczkiem słońca!..
+
+Wreszcie i on zupełnie gaśnie.
+
+Korowód wieczornych cieni z mrokiem, wodzem na czele, wsuwa się teraz
+cicho na "Campo-Santo" i welonem szarym wkrótce przesłania z wolna
+wszystko... W oczekiwaniu jutrzenki róşanej, która ich znowu
+przebudzi - zasypiają, symbole snu wiecznego, marmurowe rzeźby białe,
+doczesną zda się tylko drzemką...
+
+Stopniowo ścierają się zarysy posągów, kapliczek, mauzoleów...
+
+Zmierzch ciemnieje. Święcąc swój tryumf, a śmierć słońca po
+coraz bardziej mrocznych zakątkach "Cimitero" cienie wieczoru pląsają
+już obecnie swobodnie całkiem - drużyna ich weseli się, tańczy,
+pusta, skracając godziny do przyjścia nocy-władczyni.
+
+ Po pewnym czasie jednak staje się wśród tego grona jej paziów coś
+ niewątpliwie szczególnego bardzo... Wszystkie sylwety bowiem
+ bawiących się cieni łączą się oto w jedną grupę, zwartem kołem
+ otaczając któryś z licznych grobowców.
+
+Obejmując ramionami krzyż i posąg marmurowy, klęczy tu nieruchomo,
+zlewająca się prawie z pomnikiem, pochylona, biała sylwetka
+mężczyzny... Cienie pochylają się ciekawie nad nią, dotykają jej
+ciała, zaglądają w twarz, dziwnie bladą.
+
+I raptownie szept jakiś trwożny przelatuje po szeregu paziów nocy...
+Bezradni stoją wciąż gromadką, przelęknieni czemś jakby,
+przejęci, cisi... Niektórzy z nich nawet załamują ręce, drudzy
+kręcą z niedowierzaniem głowami - inni wpatrują się smutnie w
+majaczącą postać ludzką.
+
+Nagle koło ich rozprzęga się gwałtownie, milkną - pozostawiają w
+zapomnieniu zupełnem pomnik i znajdującego się u stóp jego
+człowieka. Momentalnie, szybko, ustawiają się składnie w dwa
+szeregi, pochylają z gracyą i pokorą, szacunku pełną, w powitalnym
+ukłonie...
+
+To pani ich i królowa - Noc, strojna, wspaniała z wyżyn na ziemię
+zestąpiła właśnie w tej chwili, w czarnym swym płaszczu i w gwiazd
+aureoli.
+
+--------------
+
+Poranek sierpniowy uśmiechał się tego dnia radośnie do tętniącego
+zwykłym ruchem wielkiego miasta. Pogodny, jasny, niósł on jednak w
+powiewach swych, chłodniejszych już nieco i świeższych, zapowiedź
+idącej wczesnej jesieni, tej czarownej, pięknej jesieni polskiej, tak
+zadumanej zda się i marzącej cicho, po otulonych mgłami
+płaszczyznach i tak pełnej porywającej sobą tęsknoty.
+
+Na jednej z głównych ulic miasta uwijano się żwawo. Przechodnie,
+wszyscy skwapliwie spieszący w jedną stronę, wymijali się
+gorączkowo, dzwoniły tramwaje, dorożki turkotały głośno - lekko, z
+cicha przesuwały się liczne, na gumowych kołach, ekwipaże i karety,
+dążąc również w tymże, co i piesi, kierunku.
+
+Niebawem jednak liczba jadących powozów poczęła się zmniejszać
+stopniowo coraz bardziej, w końcu zaś ustała zupełnie.
+
+Ulicę ruchu kołowego zamknięto. Ostatnie, zabłąkane dorożki
+zawracano, zmuszając do natychmiastowego skręcania w pierwszą lepszą
+boczną ulicę, a we względnej, panującej obecnie, uroczystej ciszy
+rozlegał się tylko zgłuszony szmer licznych stóp idącej po
+trotuarach gromady ludzkiej.
+
+Pół-milczenie to dyskretne trwało dobre pół godziny.
+
+Wreszcie z wieżyc jednego z pobliskich kościołów odezwały się
+poważnie i rzewnie żałobne dzwony i smutne - zabrzmiały donośnie.
+
+Ruch powstał na chodnikach... Zbierano się grupami, przystawano,
+policya i żandarmi na koniach poczęli czynić porządek, niebawem zaś
+w perspektywie wielkomiejskiej, opustoszałej środkiem ulicy, ukazał
+się kondukt pogrzebowy. Na progach magazynów, balkonach i w oknach
+domów zaroiło się od widzów ciekawych...
+
+Z kilkunastoma księżmi i licznym klerem, żałobny korowód przesuwać
+się zaczął z wolna aleją.
+
+Ramowały go wdzięcznie niewinne główki idących regularnie rzędami
+chłopaczków i dziewczynek - a wychowańców z licznych miejscowych
+ochronek, zakładów dobroczynnych - za trumną zaś okazałą,
+złożoną na bogatym sześciokonnym karawanie i jadącymi w ślad za
+tem, uginającymi się od wieńców, żałobnymi wozami, postępował
+tłum niezliczony - kołysało się morze głów ludzkich...
+
+Hen! daleko zaś, poza ciżbą, ginąc gdzieś w perspektywie ulic
+miasta, lśnił się w promieniach słońca sznur powozów i karet.
+
+Wśród uczestniczącej w pogrzebie rzeszy rozlega się stłumiony gwar
+ogólnie prowadzonych rozmów. Na wszystkich zaś ustach było teraz
+jedno tylko imię!
+
+Bez zmazy i skazy wobec świata zeszedł do grobu - Roman
+DzierĹźymirski.
+
+W ostatnich dniach lipca społeczeństwem miasta, w którem żył,
+pracował, któremu na różnych polach działalności przewodził,
+wstrząsnęła wiadomość niespodziana, zakomunikowana przez gazety.
+Telegramem mianowicie doniesiono lakonicznie o śmierci prezesa
+Dzierżymirskiego, we Włoszech, w Medyolanie, na grobie matki, z
+anewryzmu serca. Powodem nagłego zgonu było, jak mówili jedni, silne
+wstrząśnienie moralne i bolesna wiadomość z kraju, jak utrzymywali
+po cichu inni - straty poważne, czysto finansowej natury i położenie
+bez wyjścia!..
+
+Ciało sprowadzono do kraju i dziś oto to same miasto, któremu
+Dzierżymirski tak wiele zasłużył się za życia, oddawało byłemu
+przodownikowi ostatnią posługę.
+
+Stawiły się wszystkie sfery i stany - wszyscy zaś z niekłamanym
+żalem, szli obecnie za trumną człowieka, z którego śmiercią,
+zdaniem ogólnem, ubywała miastu i krajowi nawet poważna społeczna
+siła...
+
+A dość było posłuchać tylko uważnie tam i ówdzie co mówiono o
+zmarłym, by przekonać się, jak szczerym, jak powszechnym prawdziwie
+był ten żal po nim!
+
+Jednogłośnie bowiem i wszechogólnie wynoszono po niebiosa czyny
+prezesa Dzierżymirskiego, poświęcenie dla ogółu, zdolności, rozum,
+szlachetność i energię - jednobrzmiąco ubolewano nad stratą jego
+niepowetowaną! Czasami, naturalnie, wplątała się i tu fałszywa
+gdzieniegdzie nuta, lecz ginęła natychmiast w akordzie powszechnego
+uwielbienia i żalu z przedwczesnego zgonu, tak zasłużonego
+społeczeństwu człowieka...
+
+Z trudnością przeciskając się pomiędzy dwoma sznurami ciekawych na
+chodnikach, wspaniały pogrzebowy korowód oddalał się tymczasem
+stopniowo w perspektywie ulicy, - wreszcie księża, karawani i
+dążące za trumną tłumy skręciły w lewo, i po pewnym czasie
+znikły...
+
+Na pierwszorzędnej ulicy w mieście przywrócono ruch natychmiast. Z
+bocznych ulic wysypały się dziesiątki zatrzymanych dotąd pojazdów,
+potoczyły się, dzwoniąc, ponownie tramwaje, zadudniły dorożki,
+omnibusy - do spowodowanych ściskiem wypadków kilku, wpadło na
+ruchliwą arteryę grodu wezwane Pogotowie Ratunkowe, donośną na
+trąbce pobudką torując sobie drogę!
+
+Uroczysty nastrój sprzed chwili pierzchł bezpowrotnie. Szerokiem
+korytem życie brutalnie deptało śmierci widmo - w codzienną szatę
+gorączka codziennego bytu przyoblekło się wszystko dokoła.
+
+Na ustach tylko, snujących się po trotuarach przechodniów, biernych
+widzów żałobnego konduktu, błąkało się jeszcze nazwisko
+Dzierżymirskiego, roznosiciele zaś dzienników zaroili się niebawem,
+a korzystając z chwilowego nastroju publiczności, sprzedawać poczęli
+z powodzeniem nadzwyczajne dodatki do gazet, z portretem i Ĺźyciorysem
+zmarłego.
+
+
+*************************************************
+
+
+
+Minął rok czasu...
+
+Powodzią świateł w mglisty wieczór pierwszego Listopada gorzał
+cmentarz miejski rozległy, i roje ludzi tłoczyły się na nim.
+Poukładane wzorzyście paliły się na bogatych grobach i ubogich
+mogiłkach kolorowe lampiony, kwiaty i wieńce stroiły umarłych
+zakątek...
+
+Przy grobowcach niektórych, ubranych wspaniała, nie było żywej
+duszy. Przy innych formalne odbywały się zebrania. Środkiem zaś
+ulicy wystrojony, "szykowny", a przeważnie bezmyślny, wśród
+dowcipów brukowych, wygłaszanych donośnie, spacerował tłum
+ciekawskich obojętny.
+
+Tu i tam z rzadka czerniała przy świeżym pomniku postać schylona,
+zadumana tęsknie, cierpiąca... Tam i ówdzie na skromnej mogiłce, w
+bardziej oddalonej cmentarnej alei, szlochała cicho jakaś kobiecina,
+gdzie indziej znów klęczący syn, czy mąż, samotny, modlił się,
+lub nie widząc nic zgoła, nie słysząc, zapatrzony w ból własny -
+połykał łzy.
+
+W samotnej bocznej alei cmentarza wesoła młoda para, pochylona
+wzajemnie, szeptała sobie czułe czule słówka mijając obojętnie
+groby, a pomiędzy innymi i mogiłkę jedną darniową, skromniutką...
+Zapłakana dziewczynina kilkunastoletnia, ze złożonemi pobożnie
+rączkami, klęczała na niej i sama jedna, biedziła się w tej chwili
+z jedyną zapaloną, a gasnącą za każdym podmuchem wiatru,
+świeczką, którą, wespół z dziesięciogroszowym z choiny
+wianuszkiem, i białym wielkanocnym barankiem - ustroiła grobek matuli.
+
+Od żebraków, bab i dziadów, mruczących modły, zawodzących
+żałośnie, roiło się na cmentarzu.
+
+Co chwila ktoś z publiczności zbliżał się do nich i dając
+jałmużnę, dodawał: - Za duszę nieżyjącego Piotra, Maryi i.t.d.
+
+- Litości godna osobo! - skarżył się głośno żebrak stary,
+wyciągając dłoń kościstą do przechodzących właśnie aleją
+trzech ładniutkich podlotków, rozmawiających wesoło.
+
+- Czekajcie! - do rówieśnic odezwała się żywo jedna z panienek,
+zatrzymując się przed dziadem. - Dam mu, niech się pomodli za duszę
+mego pana Stanisława...
+
+- Ależ kiedy on żyje! po co? - zadziwiła się naiwnie najmłodsza z
+trĂłjki.
+
+- Ha-ha-ha! - zaśmiała się pierwsza serdecznie, - a cóż to szkodzi,
+niech się tam za niego, grzesznika, pomodli!..
+
+I wręczając następnie dziadowi szóstaka, rzekła: - Macie, dziadku,
+za Stanisława!..
+
+- Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie, a światłość wiekuista
+niechaj mu świeci! - zaintonował żebrak uroczyście.
+
+Śmiech rozległ się w alei; koncept podobał się figlarnej trójce, a
+kilka babek i dziadów, znajdujących się w pobliżu, skorzystało na
+tem, bo obdzielono ich groszakami na tąż samą intencyę. Pan
+Stanisław został za życia pogrzebanym, modlono się już z góry za
+niego, a pusta, niefrasobliwa młodość, nie znająca zapewne jeszcze,
+co to ból prawdziwy i żal po drogiej sercu stracie - poszła dalej,
+śmiech zaś jej srebrzysty odbił się raz jeszcze na zakręcie alei o
+ukryty w drzew cieniu pomnik okazały.
+
+Na wysokiej kolumnie z połyskującego marmuru widniał jakiś posąg
+stojącej osoby... Na grobowcu nie było żadnego kwiatka i żadnych
+świateł... Zapatrzony jakby smutnie sam w siebie, stał on ciemny na
+uboczu, opuszczony i widocznie zapomniany. Jarzący się tylko blask
+lampek czerwonych, któremi ozdobiono grób sąsiedni, rzucał nań
+niepewne, dalekie światło. W półświetle tem, kto znał za życia
+Romana Dzierżymirskiego, z łatwością mógł go poznać teraz w
+stojącej rzeźbie z marmuru.
+
+I idącego przechodnia przykuwało do miejsca zdziwienie nagłe.
+
+- Jak to? - zadawał sobie mimowolnie pytanie. - W powodzi świateł,
+blasków tysiąca, dających tak wymowne i chlubne świadectwo, że
+żywi pamiętają jednak o umarłych, dzisiaj o Dzierżymirskim już
+zapomniano?.. Czyż to możliwe, by świat był tak niewdzięcznym,
+żeby wykreślał z pamięci jednostki, tak głośne za życia - tak
+możnowładne!...
+
+I dziwił się przechodzień... Dziwił się w dalszym ciągu naiwnie,
+nie zdając sobie sprawy z tego pewnika życiowej ironii, która prawem
+"teraźniejszości" się zowie, a która, z małymi wyjątkami, uwielbia
+tylko żyjących i na widowni obecnych, umarłych zasypując pyłem
+zapomnienia.
+
+I spacerujący po cmentarzu widz ciekawy przybliżał się do grobowca,
+z trudnością odczytywał napisy, a później szedł dalej, zamyślony
+mimo woli nad nietrwałością doczesnego bytu.
+
+Lecz o niewdzięczność tym razem posądzał ludzi niesłusznie. Bo los
+szyderca, któryby może i rzeczywiście starł u świata wspomnienie
+innego, prawdziwie i wszechstronnie zasłużonego człowieka,
+niezbrukanego życiem, czystego - okazał się łaskawszym jednak, dla
+ubranego w togę pozorów moralnego wykolejeńca!
+
+W kwadrans później, trzy osoby, oglądające się wokoło, skupiły
+się przed grobem Dzierżymirskiego. Wkrótce, tamże zjawił się
+również mężczyzna, z kobietą młodą dość jeszcze i garstką
+dziatek.
+
+Przed ginącym w cieniach wieczora pomnikiem Romana, poklękli oni
+niebawem wszyscy...
+
+Byli to Orlęccy: ojciec, matka i córka, oraz Zieliński Herman, z
+rodziną.
+
+Młody głosik dziewczęcy pierwszy przerwał nieśmiało milczenie
+cmentarnego zakątka. Silny, jędrny zawtórował mu głos męski i
+szept otaczających...
+
+Wśród dalekiego echa kroków gromady ludzkiej, ich rozmów, śmiechu i
+płaczu - popłynęła z serc wdzięcznych za duszę zmarłego
+modlitwa!..
+
+. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
+
+Nazajutrz osamotnienia i zapomnienia żywych wstydzić się już nie
+potrzebował przed innymi - wspaniały grobowiec prezesa
+DzierĹźymirskiego.
+
+Czyjaś troskliwa ręka ustawiła na grobie palmy i świeże kwiaty... W
+krzyż ułożonych różnokolorowych lampionów kilkanaście nęciły tu
+oko i skromny, aczkolwiek gustowny wieniec zielony u pomnikowego tulił
+się podnóża. Tamże błyszczał o nieboszczyku napis złocisty,
+złożony z samych tytułów i godności...
+
+I w blasków powodzi, na szczycie kolumny jaśniała zarówno teraz
+wdzięcznie odrzeźbiona sylweta pięknego, młodego jeszcze
+mężczyzny.
+
+Królując nad wszystkiem dokoła, niepokalanie biały, stał on i
+patrzył zamyślony! Na ustach z kamienia błąkać się zdawał
+dyskretny uśmiech zwycięskiej ironii...
+
+A poniżej - u stóp posągu, na czarnem tle marmuru, wielkiemi
+literami, rzucały się w oczy te oto wyryte słowa:
+
+
+Uczciwy, szlachetny i prawy,
+Ukochał bliźnich i społeczeństwu oddal życie całe -
+NagrodĹş go, Panie!..
+
+
+
+
+
+End of the Project Gutenberg EBook of Ironia Pozorow, by Maciej hr. Lubienski
+
+*** END OF THE PROJECT GUTENBERG EBOOK IRONIA POZOROW ***
+
+This file should be named rnpz10u.txt or rnpz10u.zip
+Corrected EDITIONS of our eBooks get a new NUMBER, rnpz11u.txt
+VERSIONS based on separate sources get new LETTER, rnpz10au.txt
+
+Etext produced by Michalina Makowska, Szczecin, Poland,
+Eve Sobol, South Bend, IN, USA, and Julia Jezierska, Stawiszyn, Poland.
+
+Project Gutenberg eBooks are often created from several printed
+editions, all of which are confirmed as Public Domain in the US
+unless a copyright notice is included. Thus, we usually do not
+keep eBooks in compliance with any particular paper edition.
+
+We are now trying to release all our eBooks one year in advance
+of the official release dates, leaving time for better editing.
+Please be encouraged to tell us about any error or corrections,
+even years after the official publication date.
+
+Please note neither this listing nor its contents are final til
+midnight of the last day of the month of any such announcement.
+The official release date of all Project Gutenberg eBooks is at
+Midnight, Central Time, of the last day of the stated month. A
+preliminary version may often be posted for suggestion, comment
+and editing by those who wish to do so.
+
+Most people start at our Web sites at:
+http://gutenberg.net or
+http://promo.net/pg
+
+These Web sites include award-winning information about Project
+Gutenberg, including how to donate, how to help produce our new
+eBooks, and how to subscribe to our email newsletter (free!).
+
+
+Those of you who want to download any eBook before announcement
+can get to them as follows, and just download by date. This is
+also a good way to get them instantly upon announcement, as the
+indexes our cataloguers produce obviously take a while after an
+announcement goes out in the Project Gutenberg Newsletter.
+
+http://www.ibiblio.org/gutenberg/etext03 or
+ftp://ftp.ibiblio.org/pub/docs/books/gutenberg/etext03
+
+Or /etext02, 01, 00, 99, 98, 97, 96, 95, 94, 93, 92, 92, 91 or 90
+
+Just search by the first five letters of the filename you want,
+as it appears in our Newsletters.
+
+
+Information about Project Gutenberg (one page)
+
+We produce about two million dollars for each hour we work. The
+time it takes us, a rather conservative estimate, is fifty hours
+to get any eBook selected, entered, proofread, edited, copyright
+searched and analyzed, the copyright letters written, etc. Our
+projected audience is one hundred million readers. If the value
+per text is nominally estimated at one dollar then we produce $2
+million dollars per hour in 2002 as we release over 100 new text
+files per month: 1240 more eBooks in 2001 for a total of 4000+
+We are already on our way to trying for 2000 more eBooks in 2002
+If they reach just 1-2% of the world's population then the total
+will reach over half a trillion eBooks given away by year's end.
+
+The Goal of Project Gutenberg is to Give Away 1 Trillion eBooks!
+This is ten thousand titles each to one hundred million readers,
+which is only about 4% of the present number of computer users.
+
+Here is the briefest record of our progress (* means estimated):
+
+eBooks Year Month
+
+ 1 1971 July
+ 10 1991 January
+ 100 1994 January
+ 1000 1997 August
+ 1500 1998 October
+ 2000 1999 December
+ 2500 2000 December
+ 3000 2001 November
+ 4000 2001 October/November
+ 6000 2002 December*
+ 9000 2003 November*
+10000 2004 January*
+
+
+The Project Gutenberg Literary Archive Foundation has been created
+to secure a future for Project Gutenberg into the next millennium.
+
+We need your donations more than ever!
+
+As of February, 2002, contributions are being solicited from people
+and organizations in: Alabama, Alaska, Arkansas, Connecticut,
+Delaware, District of Columbia, Florida, Georgia, Hawaii, Illinois,
+Indiana, Iowa, Kansas, Kentucky, Louisiana, Maine, Massachusetts,
+Michigan, Mississippi, Missouri, Montana, Nebraska, Nevada, New
+Hampshire, New Jersey, New Mexico, New York, North Carolina, Ohio,
+Oklahoma, Oregon, Pennsylvania, Rhode Island, South Carolina, South
+Dakota, Tennessee, Texas, Utah, Vermont, Virginia, Washington, West
+Virginia, Wisconsin, and Wyoming.
+
+We have filed in all 50 states now, but these are the only ones
+that have responded.
+
+As the requirements for other states are met, additions to this list
+will be made and fund raising will begin in the additional states.
+Please feel free to ask to check the status of your state.
+
+In answer to various questions we have received on this:
+
+We are constantly working on finishing the paperwork to legally
+request donations in all 50 states. If your state is not listed and
+you would like to know if we have added it since the list you have,
+just ask.
+
+While we cannot solicit donations from people in states where we are
+not yet registered, we know of no prohibition against accepting
+donations from donors in these states who approach us with an offer to
+donate.
+
+International donations are accepted, but we don't know ANYTHING about
+how to make them tax-deductible, or even if they CAN be made
+deductible, and don't have the staff to handle it even if there are
+ways.
+
+Donations by check or money order may be sent to:
+
+Project Gutenberg Literary Archive Foundation
+PMB 113
+1739 University Ave.
+Oxford, MS 38655-4109
+
+Contact us if you want to arrange for a wire transfer or payment
+method other than by check or money order.
+
+The Project Gutenberg Literary Archive Foundation has been approved by
+the US Internal Revenue Service as a 501(c)(3) organization with EIN
+[Employee Identification Number] 64-622154. Donations are
+tax-deductible to the maximum extent permitted by law. As fund-raising
+requirements for other states are met, additions to this list will be
+made and fund-raising will begin in the additional states.
+
+We need your donations more than ever!
+
+You can get up to date donation information online at:
+
+http://www.gutenberg.net/donation.html
+
+
+***
+
+If you can't reach Project Gutenberg,
+you can always email directly to:
+
+Michael S. Hart <hart@pobox.com>
+
+Prof. Hart will answer or forward your message.
+
+We would prefer to send you information by email.
+
+
+**The Legal Small Print**
+
+
+(Three Pages)
+
+***START**THE SMALL PRINT!**FOR PUBLIC DOMAIN EBOOKS**START***
+Why is this "Small Print!" statement here? You know: lawyers.
+They tell us you might sue us if there is something wrong with
+your copy of this eBook, even if you got it for free from
+someone other than us, and even if what's wrong is not our
+fault. So, among other things, this "Small Print!" statement
+disclaims most of our liability to you. It also tells you how
+you may distribute copies of this eBook if you want to.
+
+*BEFORE!* YOU USE OR READ THIS EBOOK
+By using or reading any part of this PROJECT GUTENBERG-tm
+eBook, you indicate that you understand, agree to and accept
+this "Small Print!" statement. If you do not, you can receive
+a refund of the money (if any) you paid for this eBook by
+sending a request within 30 days of receiving it to the person
+you got it from. If you received this eBook on a physical
+medium (such as a disk), you must return it with your request.
+
+ABOUT PROJECT GUTENBERG-TM EBOOKS
+This PROJECT GUTENBERG-tm eBook, like most PROJECT GUTENBERG-tm eBooks,
+is a "public domain" work distributed by Professor Michael S. Hart
+through the Project Gutenberg Association (the "Project").
+Among other things, this means that no one owns a United States copyright
+on or for this work, so the Project (and you!) can copy and
+distribute it in the United States without permission and
+without paying copyright royalties. Special rules, set forth
+below, apply if you wish to copy and distribute this eBook
+under the "PROJECT GUTENBERG" trademark.
+
+Please do not use the "PROJECT GUTENBERG" trademark to market
+any commercial products without permission.
+
+To create these eBooks, the Project expends considerable
+efforts to identify, transcribe and proofread public domain
+works. Despite these efforts, the Project's eBooks and any
+medium they may be on may contain "Defects". Among other
+things, Defects may take the form of incomplete, inaccurate or
+corrupt data, transcription errors, a copyright or other
+intellectual property infringement, a defective or damaged
+disk or other eBook medium, a computer virus, or computer
+codes that damage or cannot be read by your equipment.
+
+LIMITED WARRANTY; DISCLAIMER OF DAMAGES
+But for the "Right of Replacement or Refund" described below,
+[1] Michael Hart and the Foundation (and any other party you may
+receive this eBook from as a PROJECT GUTENBERG-tm eBook) disclaims
+all liability to you for damages, costs and expenses, including
+legal fees, and [2] YOU HAVE NO REMEDIES FOR NEGLIGENCE OR
+UNDER STRICT LIABILITY, OR FOR BREACH OF WARRANTY OR CONTRACT,
+INCLUDING BUT NOT LIMITED TO INDIRECT, CONSEQUENTIAL, PUNITIVE
+OR INCIDENTAL DAMAGES, EVEN IF YOU GIVE NOTICE OF THE
+POSSIBILITY OF SUCH DAMAGES.
+
+If you discover a Defect in this eBook within 90 days of
+receiving it, you can receive a refund of the money (if any)
+you paid for it by sending an explanatory note within that
+time to the person you received it from. If you received it
+on a physical medium, you must return it with your note, and
+such person may choose to alternatively give you a replacement
+copy. If you received it electronically, such person may
+choose to alternatively give you a second opportunity to
+receive it electronically.
+
+THIS EBOOK IS OTHERWISE PROVIDED TO YOU "AS-IS". NO OTHER
+WARRANTIES OF ANY KIND, EXPRESS OR IMPLIED, ARE MADE TO YOU AS
+TO THE EBOOK OR ANY MEDIUM IT MAY BE ON, INCLUDING BUT NOT
+LIMITED TO WARRANTIES OF MERCHANTABILITY OR FITNESS FOR A
+PARTICULAR PURPOSE.
+
+Some states do not allow disclaimers of implied warranties or
+the exclusion or limitation of consequential damages, so the
+above disclaimers and exclusions may not apply to you, and you
+may have other legal rights.
+
+INDEMNITY
+You will indemnify and hold Michael Hart, the Foundation,
+and its trustees and agents, and any volunteers associated
+with the production and distribution of Project Gutenberg-tm
+texts harmless, from all liability, cost and expense, including
+legal fees, that arise directly or indirectly from any of the
+following that you do or cause: [1] distribution of this eBook,
+[2] alteration, modification, or addition to the eBook,
+or [3] any Defect.
+
+DISTRIBUTION UNDER "PROJECT GUTENBERG-tm"
+You may distribute copies of this eBook electronically, or by
+disk, book or any other medium if you either delete this
+"Small Print!" and all other references to Project Gutenberg,
+or:
+
+[1] Only give exact copies of it. Among other things, this
+ requires that you do not remove, alter or modify the
+ eBook or this "small print!" statement. You may however,
+ if you wish, distribute this eBook in machine readable
+ binary, compressed, mark-up, or proprietary form,
+ including any form resulting from conversion by word
+ processing or hypertext software, but only so long as
+ *EITHER*:
+
+ [*] The eBook, when displayed, is clearly readable, and
+ does *not* contain characters other than those
+ intended by the author of the work, although tilde
+ (~), asterisk (*) and underline (_) characters may
+ be used to convey punctuation intended by the
+ author, and additional characters may be used to
+ indicate hypertext links; OR
+
+ [*] The eBook may be readily converted by the reader at
+ no expense into plain ASCII, EBCDIC or equivalent
+ form by the program that displays the eBook (as is
+ the case, for instance, with most word processors);
+ OR
+
+ [*] You provide, or agree to also provide on request at
+ no additional cost, fee or expense, a copy of the
+ eBook in its original plain ASCII form (or in EBCDIC
+ or other equivalent proprietary form).
+
+[2] Honor the eBook refund and replacement provisions of this
+ "Small Print!" statement.
+
+[3] Pay a trademark license fee to the Foundation of 20% of the
+ gross profits you derive calculated using the method you
+ already use to calculate your applicable taxes. If you
+ don't derive profits, no royalty is due. Royalties are
+ payable to "Project Gutenberg Literary Archive Foundation"
+ the 60 days following each date you prepare (or were
+ legally required to prepare) your annual (or equivalent
+ periodic) tax return. Please contact us beforehand to
+ let us know your plans and to work out the details.
+
+WHAT IF YOU *WANT* TO SEND MONEY EVEN IF YOU DON'T HAVE TO?
+Project Gutenberg is dedicated to increasing the number of
+public domain and licensed works that can be freely distributed
+in machine readable form.
+
+The Project gratefully accepts contributions of money, time,
+public domain materials, or royalty free copyright licenses.
+Money should be paid to the:
+"Project Gutenberg Literary Archive Foundation."
+
+If you are interested in contributing scanning equipment or
+software or other items, please contact Michael Hart at:
+hart@pobox.com
+
+[Portions of this eBook's header and trailer may be reprinted only
+when distributed free of all fees. Copyright (C) 2001, 2002 by
+Michael S. Hart. Project Gutenberg is a TradeMark and may not be
+used in any sales of Project Gutenberg eBooks or other materials be
+they hardware or software or any other related product without
+express permission.]
+
+*END THE SMALL PRINT! FOR PUBLIC DOMAIN EBOOKS*Ver.02/11/02*END*
+
diff --git a/old/rnpz10u.zip b/old/rnpz10u.zip
new file mode 100644
index 0000000..efa39ee
--- /dev/null
+++ b/old/rnpz10u.zip
Binary files differ
diff --git a/old/rnpz810.txt b/old/rnpz810.txt
new file mode 100644
index 0000000..752f002
--- /dev/null
+++ b/old/rnpz810.txt
@@ -0,0 +1,12609 @@
+The Project Gutenberg EBook of Ironia Pozorow, by Maciej hr. Lubienski
+
+Copyright laws are changing all over the world. Be sure to check the
+copyright laws for your country before downloading or redistributing
+this or any other Project Gutenberg eBook.
+
+This header should be the first thing seen when viewing this Project
+Gutenberg file. Please do not remove it. Do not change or edit the
+header without written permission.
+
+Please read the "legal small print," and other information about the
+eBook and Project Gutenberg at the bottom of this file. Included is
+important information about your specific rights and restrictions in
+how the file may be used. You can also find out about how to make a
+donation to Project Gutenberg, and how to get involved.
+
+
+**Welcome To The World of Free Plain Vanilla Electronic Texts**
+
+**eBooks Readable By Both Humans and By Computers, Since 1971**
+
+*****These eBooks Were Prepared By Thousands of Volunteers!*****
+
+
+Title: Ironia Pozorow
+
+Author: Maciej hr. Lubienski
+
+Release Date: June, 2004 [EBook #6000]
+[Yes, we are more than one year ahead of schedule]
+[This file was first posted on September 22, 2002]
+
+Edition: 10
+
+Language: Polish
+
+Character set encoding: ISO-8859-2
+
+*** START OF THE PROJECT GUTENBERG EBOOK IRONIA POZOROW ***
+
+
+
+
+Etext produced by Michalina Makowska, Szczecin, Poland,
+Eve Sobol, South Bend, IN, USA, and Julia Jezierska, Stawiszyn, Poland.
+
+
+
+
+
+
+Title: "Ironia Pozorów"
+
+Author: Maciej hr. Łubieński
+
+
+
+PROLOG
+
+
+Dniało...
+
+Leniwo, sennie pierzchały mgły przezrocze, tulące się dotąd w niemej
+pieszczocie do ścian wielkiego grodu i wodnej, płynącej u stóp jego
+fali.
+
+Wreszcie - znikły...
+
+Na wzgórzu ukazało się miasto. Z wysoka, iglicami katedry, licznymi
+gmachami i zżółkłą zielenią ogrodów przejrzało się dumnie w nurtach
+szarych rzeki, a po szybach okien domów jego zamigotał równocześnie
+pierwszy bladawy promyk chmurnego jesiennego świtu.
+
+Na poddaszach krytego cegłą staromiejskiego domku nieprzesłonięte niczem
+okno jedno zaśmiało się weselej od innych do matowego porannego światła.
+Ciekawie do wnętrza facyatki wśliznął się brzask smętny.
+
+W pokoiku, o paru najniezbędniejszych tylko sprzętach, na razie nie było
+nikogo.
+
+Pościel nienaruszona bieliła się dość schludnie, wszystko wokoło zaś
+wskazywało wyraźnie, iż właściciela siedziby tej od wczoraj już nie
+było, puls bowiem kiełkującej tu jakiegoś jednego życia, zastygły w
+panującym wszędzie nieporządku, wyraźnie oczekiwać się zdawał cierpliwie
+na swego pana i władcę.
+
+Tymczasem zaś tylko po niezamiecionych kątach błąkały się pustka i nuda,
+a nietrudno było domyśleć się, że bieda w swej ziemskiej wędrówce
+zaglądać tu nieraz musiała...
+
+Gościnę jej bowiem zdradzało tutaj - wszystko. A więc i ubożyzna mebli i
+atmosfera jakaś duszna, wreszcie to coś niewidzialnego, nieokreślonego,
+z kątów, ze ścian, zewsząd, wyzierającego, co, jak widma cień, szeptem
+jakby, mówi wciąż o sobie i łzawo się skarży.
+
+W przedziwnie zgodnej, panującej tu ogólnie harmonii szarzyzny,
+melancholii i smutku, dźwięczała jednak, drgała, niby uśmieszek radosny,
+jasny, nuta weselsza. Była zaś nią stojąca w rogu pokoju, na komódce
+staroświeckiej, zniszczonej, w inkrustowane, wykwintne ramy oprawna
+fotografia gabinetowa młodej dziewczyny, ku której z obok stojącej
+szklaneczki małej wychylała się pieszczotliwie w rozkwicie swym śliczna
+aksamitna pąsowa świeża róża.
+
+Dziewczę i róża patrzyły na siebie, lecz królowa kwiatów z sąsiedztwa
+swego dumną być tylko mogła.
+
+Z martwej bowiem kartki kartonu, spoglądała na świat dużemi oczyma cudna
+twarz dziewczyny, a zaklęty w rysach i układzie całej postaci nieujęty
+jakiś wdzięk - ta siła największa kobiety, oporna na lata i burze życia,
+świeża zawsze, jak kwiecie wiosny - szła na widza i chwytała go za
+serce, czarując natychmiast swem słabem bądź co bądź tylko artyzmu
+ludzkiego odbiciem.
+
+Odosobnienie zaś wyraźne rogu izdebki, gdzie stała fotografia, od
+otaczających i rozrzuconych po pokoju sprzętów, oraz pewna czystość
+staranna, cechująca to miejsce - świadczyły sobą również aż nadto, że
+nieobecny właściciel mieszkanka tego dbał wielce o ten zakątek,
+zdradzając przytem, że i on w biedzie swej miał może jakąś chwilkę
+jasną, jakieś swoje marzenie!...
+
+Tak, niewątpliwie!...
+
+Siła bowiem jakby ukryta, a nieujęta jednocześnie i dziwna, biła od tego
+kącika pamiątek; zdawał się być on jedynym uśmiechem smutnego zkądinąd
+tu bytu i jedyna również kapliczka, nikłego złudnego zapewne jakiegoś
+szczęścia, ale zawsze - szczęścia.
+
+W szarą nędzę istnienia "pana", zamkniętej w tych ścianach biedy, życie
+wplątało widać jakąś nić złotą, rzuciło na osłodę hojnie i litościwie
+pęk duchowych promieni!...
+
+Tymczasem w ciszy izdebki nie przerywało nic zgoła... Przez małe okienko
+widać tu było spiętrzone dachy z czerwonej cegły, kominy; dalej, w dole,
+srebrzyła się rzeka, a środkiem niej cicho sunęła właśnie berlinka,
+zdążając ku miejskiej przystani.
+
+Z wieży którejś z poblizkich świątyń w ogólnem milczeniu melodyjnie
+rozległ się niebawem dźwięk sygnaturki porannej. Monotonne nieco
+popłynęło w dal echo z dzwonu, a zawtórowały mu wkrótce świstawki
+licznych fabryk, turkot wozów z mlekiem i pieczywem, oraz inne, płynące
+zewsząd odgłosy.
+
+Powolnie budziło się już miasto.
+
+Krętymi uliczkami staromiejskiej dzielnicy zdążał krokiem równym i
+szybkim ku opisanej powyżej siedziby swojej młody mężczyzna, rosły i
+gibki, ubrany w jesienne palto i pognieciony miękki kastrowy kapelusz,
+nadający śniademu obliczu jego i bujnemu zarostowi wyraźny typ jakby
+południowca z Zachodu. Szedł on, pogwizdując z cicha, z rękami w
+kieszeniach, zamyślony, a po wyminięciu kilku przechodniów, skręciwszy w
+uliczkę wązką i głuchą, znalazł się na niej sam zupełnie.
+
+Po chwili jednak z poza węgła staroświeckiego domu, tworzącego róg tej
+ulicy, wysunęła się pewna postać i poczęła iść w ślad za nim.
+
+Była to biedna jakaś babina, a snać nieco podpita, bo zataczając się z
+lekka, krzykliwie podśpiewywała coś sobie. Mała, krępa, okręcona
+czerwoną wełnianą chustką i w takiejże spódnicy, kołysała się ona
+zabawnie, przystając co kroków kilka, i niby baletnica szybko wykręcając
+się na jednej nodze.
+
+W swe kościste ręce spódnicę ujmowała przytem pociesznym ruchem, a z
+pełną komizmu gracyą unosząc ją wyraźniej i głośniej powtarzała ostatnią
+piosenki zwrotkę, i szła dalej, aby w parę minut ponownie wykonać też
+same identycznie produkcye.
+
+Idący ulicą mężczyzna przystanął i patrzał ciekawie na babinę, wkrótce
+jednak, znudzony, obojętnie odwrócił się i począł iść dalej.
+
+W tej samej chwili posłyszał za sobą wołanie:
+
+- Hej, panoczku, panoczku! Stójcie-no ino tam, stójcie!...
+
+Młody człowiek odwrócił się i ujrzał zmierzającą ku niemu kobiecinę;
+trzymała coś w ręku i kiwała nań. Zdziwiony podszedł bliżej i zapytał:
+
+- Cóż to, czegóż ode mnie chcecie?
+
+Babina zaś, podając mu jakiś przedmiot, objaśniła:
+
+- A dyć zgubiliśta to panoczku!... Przez mała psewróciłabym se bez tę
+torbę...
+
+Nieznajomy machinalnie ujął w rękę, co mu dawano.
+
+Trzymał pugilares duży, ciężki i elegancki; był on ze skóry koloru
+wiśniowego i mile dotknięciem swem pieścił.
+
+Na ten widok zarumienione od porannego chłodu oblicze młodzieńca
+zbladło, ręka mu zadrżała nerwowo, a na ustach, które z lekka poruszyły
+się niedostrzegalnie, zamarły, jakby niewypowiedziane jakieś słowa.
+
+Jednocześnie spojrzenie jego dużych ciemnych oczu obrzuciło badawczo
+uliczkę: wokół nie było nikogo, tylko zapuszczone story licznych okien u
+domów patrzyły przed siebie martwem okiem - w ciszy uśpienia jeszcze
+drzemało tu miasto.
+
+Przenikliwy, rozumny wzrok nieznajomego spoczął z kolei na twarzy
+stojącej przed nim kobieciny, i zatrzymał się na niej długą chwilę...
+
+Zdawała się ona być ze wsi, a Bogu duszę winna, ucierała w tej chwili
+swój nos zamaszyście, nieestetycznym i prymitywnym, ludowi naszemu
+właściwym sposobem, mrugając równocześnie małemi, zaszłemi krwią, jak u
+królika, oczkami. Niewątpliwie była przytem poweselałą od trunku, a nie
+pijaną przed chwilą widać śpiewającą tylko - tak sobie, gwoli
+zadośćuczynienia nastrojowi swemu, czy też może zbytkowi przyrodzonego
+temperamentu.
+
+- Dziękuję wam! - Lakonicznie rzucił nagle nieznajomy, prosto w
+piegowatą i czerwoną twarz babiny i odwróciwszy się z pośpiechem,
+podniósł kołnierz paltota, wtulił w niego głowę, nasunął na oczy
+kapelusz i począł iść bardzo szybko, wkrótce zaś puścił się prawie że
+biegiem.
+
+- A to ci leci!... Niby ta elektryka, zrozumienia nijakiego niemająca, -
+zawyrokowała głośno do siebie, wzruszając ramionami, kobiecina.
+
+Raźno z miejsca ruszyła i śpiewać znowu poczęła, echo zaś jej piosenki,
+odbiwszy się o mury charakterystycznych, przygarbionych wiekiem kamienic
+Starego Miasta - pognało za niknącym już w głębi uliczki mężczyzną,
+ostatnią swą, dwukrotnie powtórzoną, zwrotką:
+
+ "A kto kocha, ten jest zdrów,
+ A kto kocha - ten jest zdrów..."
+
+Zgrzytnął klucz w zamku cichej facyatki, otworzyły się gwałtownie
+drzwiczki, i na progu stanął właściciel tego mieszkanka. Od powiewu,
+wywołanego prądem powietrza, zadrżały firanki u małego okienka, ze
+szklanego zaś kielicha pochyliła się ku fotografii młodej dziewczyny
+róża aksamitna, jakby pragnąc z nią wspólnie powitać pana swego.
+
+- Nareszcie!... - wyszeptały z ulgą usta przybyłego i ruchem nerwowym,
+zamknąwszy cicho drzwi za sobą, przekręcił klucz w zamku.
+
+Rzecz dziwna - natychmiast w czterech ścianach smutnej dotąd izdebki
+zrobiło się jakoś weselej i jaśniej!...
+
+Młodość bowiem i siła szły, biły od młodego mieszkańca facyatki, i niby
+brakujący promień światła, ożywiły, zda się, wnętrze poddasza.
+
+Rzuciwszy kapelusz i paltot na krzesło, młodzieniec bacznie rozejrzał
+się po swym pokoiku, a zmarszczywszy brwi i jakby coś rozważając,
+pozostał w pozycyi stojącej dłuższą chwilę.
+
+Poruszył się jednak niebawem i podszedł do drzwi, nadsłuchując
+równocześnie. Postawszy zaś tam minut parę, zbliżył się następnie do
+okna, a wpatrzywszy się w nie przez sekundę może, po krótkiem wahaniu,
+powolnym ruchem spuścił roletę.
+
+Szarawa ciemność zaległa izdebkę.
+
+Młodzieniec podszedł do kanapy, przed którą stał stoliczek mahoniowy, i
+usiadł. Wkrótce w ciszy rozległ się zgrzyt zapałki. Po chwili mała
+lampka oświetlała już poddasze, młody człowiek zaś, raz jeszcze
+obejrzawszy się wkoło, szybko, sięgnął do kieszeni swego ubrania.
+
+Nerwowo, śpiesznie wydobył stamtąd wręczony niedawno portfel skórzany i,
+z błyskiem ciekawości w oczach roztworzywszy go, położył na stole.
+
+Z sześciu, zapiętych małemi klapkami, przedziałów złożony, z wielką
+spodnią, idącą przez całą długość jego kieszenią, w oczekiwaniu, cicho,
+pugilares patrzeć się zdawał na siedzącego mężczyznę...
+
+Ręce jego jednak, dotknąwszy się tylko pobieżnie wypełnionych kryjówek,
+zatrzymały się chwilę bezczynnie, a na nerwowej twarzy odbiło zdumienie,
+połączone jakby z przestrachem.
+
+- Jak to, więc tak dużo tu czegoś? -mówiły wyraźnie wielkie, wyrazu
+pełne oczy młodzieńca, i jednocześnie pytać się zdawały niepewne: - Czy
+tylko to aby pieniądze?..
+
+I dziwna reakcya odbywała się w duszy jego.
+
+Gdy krętemi uliczkami leciał do swego mieszkanka, paliła go chęć
+ujrzenia, co zawiera portfel, a obecnie?... Lęk oto jakiś
+niewytłumaczony zawładnął nim nagle.
+
+Przeczucie mówiło mu wyraźnie, że tu, przed nim, w pugilaresie tym,
+ukryty na razie od oczu ludzkich, mieścił się majątek może, tkwił
+pieniądz - ten talizman ludzkiego dobrobytu i szczęścia, drzemała świata
+tego potęga - złoto...
+
+A jednak nie poruszył on dotąd wcale portfelu... Dlaczego?
+
+Bo z przeczuciem bogactw, które czekać się zdawały tylko dotknięcia
+jego, czuł dobrze, zdawał sobie on sprawę z czegoś innego również.
+
+To była własność cudza!...
+
+Upomną się o nią niewątpliwie; on zaś, nie wiedząc, co się tam znajduje,
+możeby mógł jeszcze, pomimo swej nędzy, zwrócić właścicielowi ten oto
+przedmiot, czy uczyni to jednak, unurzawszy ręce w zawartości jego?
+
+Z ręką na portfelu opartą mężczyzna zamyślił się bardziej jeszcze.
+
+Wszak, choć z pozoru wesół i syty, nie posiadał on w istocie na razie
+złamanego szeląga przy duszy. Ostatnie pieniądze wydał na bilet
+kolejowy, który pozwolił mu wrócić w ściany poddasza z wczorajszej
+zamiejskiej wycieczki, związanej z nadzieją otrzymania posady.
+
+Nie otrzymał jej - wracał z niczem; głodne dzisiaj już teraz pytająco
+zaglądało mu w oczy zimnem nieubłaganem spojrzeniem.
+
+A tu, przed nim!...
+
+Młodzieniec zerwał się z kanapki i przebiegł pokój kilka razy. Nagle,
+wytrzymać snadź już nie mogąc, pochwycił w drżące ręce leżący portfel i
+rozpiął ruchem gwałtownym po kolei wszystkie jego kieszonki...
+
+I oto z jednego przedziału natychmiast z przyciszonym brzękiem posypały
+się na wyszarzałą serwetę stolika rulony złota, błyszczące, nowe -
+zamigotały w niepewnem świetle lampy i ułożyły się cicho... W ślad za
+nimi z innych kieszonek portfelu z szelestem wypadły pliki storublówek,
+w opaskach, a z kryjówki jego spodniej wysunęły się do połowy wielkie
+kwadraty pięćsetrublówek!...
+
+Więc nie było to urojeniem, marzeniem, mrzonką!.. Rzeczywiście zatem
+drzemał tu pieniądz w swym majestacie!..
+
+Młody człowiek odskoczył od stołu i wpatrzył się w nagromadzoną kupę
+grosza.
+
+Na twarz jego wystąpił wyraz chciwości i oszpecił ją, oczy głębokie,
+duże, przybrały połysk koci i wpiły się uporczywie w banknoty i złoto.
+
+Po chwili zbliżył się ponownie do stolika. Lubieżnym ruchem swej
+delikatnej ręki przesunął po nagromadzonych pieniądzach, a po ciele jego
+równocześnie przeleciał dreszcz.
+
+Jak włosy pięknej kobiety, jak ciało jej zmysłowe, aksamitne, pieściły
+go banknoty... Zanurzył rękę głębiej i dotknął się złota.
+
+Z cichym brzękiem rozsypało się ono w strumyk błyszczący, a nim do głębi
+ponownie wstrząsnął dreszcz.
+
+Nigdy w życiu swem nie miał tyle pieniędzy u siebie. Fortuna zawsze
+impertynencko odwracała się od niego, szczęście dotychczas uciekało odeń
+również, jak od zapowietrzonego, pieniądz zaś, drwiąco unosząc się w
+niedostępnych dlań wyżynach, niepochwytny, szyderczy - stronił od niego
+stale.
+
+Młodzieniec przesuwał wciąż machinalnie ręką po storublówkach. Przed
+oczyma migały mu wizerunki, podpisy na banknotach, złote imperyały
+zimnym dotykiem głaskały jego dłoń...
+
+Wyrwawszy rękę wreszcie z pieszczotliwego uścisku złota, mężczyzna
+pochwycił nagle pliki storublówek i liczyć począł.
+
+Drżące ręce jego brały i porzucały co chwila zwitki banknotów; szelest
+papieru, zduszony dźwięk monety zagrały w ciszy izdebki, zdziwiły te
+biedne ściany, tak zdawna odwykłe od brzęku pieniędzy, wyganiając,
+zdawało się, biedę, przykucłą gdzieś w kącie, z legowiska swego. I widmo
+jej w łachmanach zniknęło przestraszone, wygnane szmerem poddanych
+Złotego Cielca - umknęło, szukając gdzie indziej schronienia.
+
+A młody człowiek wciąż liczył... Teraz dłoń jego dotykała zwitka
+pięćsetrublówek. Było ich dwadzieścia.
+
+Ciemny rumieniec powoli występował na śniadą twarz młodzieńca, oczy zaś
+jego paliły się bezustannie chciwości niezdrowym blaskiem.
+
+W papierach i złocie, z pewną, drobną tylko różnicą, było wszystkiego
+dwadzieścia siedem tysięcy.
+
+Młodzieniec odstąpił od stołu i wolno z rozmysłem począł przechadzać się
+po izdebce.
+
+- Dwadzieścia i siedem tysięcy!.. Dwadzieścia i siedem...
+
+Powtarzając się bezustanku, w głowie jego huczała i wracała myśl jedna,
+a dziesiątki innych ginęły, topiły się tylko w niej, jak w chaosie,
+zanikały - milkły...
+
+On zatem, który prócz jedynego na sobie odzienia i tych paru sprzętów
+wokoło, nie posiadał nic na świecie, on - za jednym zamachem mógł stać
+się oto właścicielem owych, rozsypanych przed nim pieniędzy?..
+
+Młodzieniec zadrżał.
+
+- A moralność? a etyka? To własność nie twoja, to zguba czyjaś tylko, ty
+powinieneś pieniądz ten zwrócić, zwrócić, zwrócić!.. jak rój owadów
+nagle zabrzmiały w uszach mężczyzny jakieś szepty i głosy.
+
+- Oddać? ha-ha-ha!.. A to dlaczego? ciekawym? - zadrwił rozsądek zimny
+natychmiast. - "On prend son bien, ou on le trouve." - Znalazłeś - to
+twoje! A zresztą, gdyby to samo, co ty, znalazł był kto inny, czy
+myślisz, że postąpiłby on inaczej?
+
+- Oddałby, oddał na pewno, bo chciałby pozostać uczciwym!.. - silny głos
+prawości rozległ się śmiało w duszy mężczyzny.
+
+Wstrząsnął się młody mieszkaniec facyatki i przetarł ręką czoło, po
+chwili zaś zmęczony usiadł na jednym z koszlawych fotelików i,
+podparłszy głowę dłonią, zadumał się głęboko.
+
+A rozum drwił dalej bezlitośnie, zjadliwie, sącząc się kroplami ironii:
+
+- Nie słuchaj bredni i sentymentalnych mrzonek! - szeptał. - Uczciwość -
+frazesa!.. Któż naprawdę uczciwym jest w czasach obecnych? Obejrzyj się
+tylko i wpatrz uważnie w ludzi, walczących o byt obok ciebie. Czyń
+wreszcie, jak chcesz... odtrąć łaskawy uśmiech fortuny!..
+
+Los, odbierając może naumyślnie drugiemu, co miał zanadto w swym
+trzosie, pragnie dobrotliwy, obdarzyć ciebie, nie chcesz-li?
+
+- Ha, to bądź sobie zatem wspaniałomyślnym, szlachetnym, wielkim!
+Umieraj z głodu, bądź głupim!.. Ale pamiętaj, że gorzkiemi łzami żałować
+kiedyś będziesz chwili swojego szału - pamiętaj, żeś biednym!
+
+Zaśmiał się jeszcze rozum szyderczo i umilkł, mężczyzna zaś, zadumany,
+pochylił się na krześle, jakby przygnieciony do ziemi, oparłszy przytem
+łokcie na kolanach, ukrył twarz w dłonie.
+
+Tak, niestety, był on biednym!..
+
+Straciwszy matkę lat temu parę, uczył się następnie za granicą: w
+Niemczech i we Francyi. odebrawszy kosztem bogatego stryja wykształcenie
+nie fachowe, lecz ogólne i staranne, zdecydował się rok temu właśnie
+powrócić do miasta, gdzie ujrzał był światło dzienne, by zbliżyć się do
+dotychczasowego opiekuna swego, a brata rodzonego nieżyjącego już ojca.
+
+W młodzieńczej wyobraźni studenta roiła się nawet podówczas nadzieja
+śmiała owładnięcia sercem starego bogacza, aby po najdłuższem życiu
+zapisał mu mienie.
+
+Tembardziej zatem śpieszył się z swoim wyjazdem, lecz przybył za późno
+niestety; stryja swego już nie zastał.
+
+Łożący tylko z obowiązku na studya bratanka, a nie przywiązany doń zgoła
+innym, serdeczniejszym węzłem, parę tygodni temu właśnie starzec
+przeniósł się był do wieczności, zapisawszy cały majątek na dobroczynne
+cele.
+
+Nie zastawszy więc w mieście nikogo na razie, kto by go znał lub
+pamiętał, odważnie z biedą wziął się on wówczas za bary.
+
+Przepisywał referaty, polisy ubezpieczeniowe, dawał lekcye, czynił, co
+tylko mógł i zdobywał miejsce przy biesiadnym, ogólno ludzkim, a tak
+zazwyczaj niegościnnym stole...
+
+0 chłodzie i głodzie mijały mu w ten sposób dnie całe, gorycz jednak do
+życia, w walce o byt ciągłej, nie rozgaszczała się w duszy jego, nie
+mającego po prostu czasu w bezbarwnej swej biedzie i gorączce zarobku
+analizować ciemnych stron swego żywota. Miesięcy parę temu dopiero siła
+okoliczności i ludzi, o których ocierać się począł, żal wykluł mu się w
+duszy do świata, sącząc z niej niezadowolenie i gorycz.
+
+Traf ślepy zrządził pewnego dnia, iż spotkał rówieśnika swego z lat
+dawnych.
+
+Przy wspomnieniu tem ostatniem, młody mieszkaniec poddasza zmarszczył
+brwi i zamyślił się jeszcze głębiej, niż przedtem.
+
+Dawny jego kolega szkolny z kraju i zagranicy, Edmund R-ski, potrosze
+nawet kuzyn i towarzysz zabaw dziecinnych - dziś bywalec stolicznych
+salonów, chłopiec zamożny, zbliżył się do niego pierwszy wówczas. Było
+to podczas karnawału, w zimie, w jednej z kawiarń, bardziej
+uczęszczanych w mieście.
+
+Po dłuższej gawędzie i rozpamiętywaniu młodzieńczych lat ubiegłych,
+Edumund R-ski rzekł mu wtedy:
+
+- Wiesz co, mój drogi? Dobrze się nazywasz, ładne masz maniery, które
+pozostały ci po rodzicach i wychowaniu starannem, notabene wcale dobrze
+i z akcentem mówisz po francusku, tandem tedy zaproponowałbym ci coś...
+tylko nie obraź się na mnie przypadkiem... Gdyby cię tak ubrać
+elegancko, bardzo dobry i okazały byłby z ciebie tancerz... He, cóż ty
+na to? Proszony właśnie jestem o młodzież do państwa W. na bal,
+pojutrze, chodź ze mną... Siedzisz i marnujesz się gdzieś w kącie, qui
+lo sa, przystojnym jesteś, a nuż podobasz się komu?.. Ja ci pomogę i
+ułatwię wszystko...
+
+Od słowa do słowa, dał się namówić wtedy. Otrzymawszy od bogatego i
+hojnego, oraz uprzejmego kuzyna pożyczkę, wyekwipował się i poszedł na
+bal z nim razem.
+
+Edmund R. przeprowadził rzecz całą bardzo zręcznie. Przedstawiwszy
+protegowanego swego, nie omieszkał przypomnieć wszystkim z osobna o
+stryju jego, filantropijnym zapisodawcy, a także o rodzicach, ongi,
+przed laty, zamożnych i wpływowych. Dobrze wychowanego, eleganckiego i
+miłego tancerza zapraszać poczęto chętnie, tembardziej, iż powszechnie
+wiedziano o przyjaźni jego z Edmundem R., znanym i cenionym bywalcem.
+
+Młody mieszkaniec skromnego poddasza poruszył się niespokojnie na
+krześle i spojrzał przed siebie wzrokiem zamglonym, zapatrzonym we
+wspomnienia własne.
+
+Wówczas to, po owym pierwszym balu, przestąpił on zaczarowany dlań dotąd
+próg salonów i zapamiętale bawić się począł. Życie, które prowadził,
+upajało go. Niepomny jutra - szalał.
+
+Trwało to tygodni parę, i nagle skończyło się wszystko... Edmund R-ski,
+wezwany telegraficznie do umierającej siostry za granicę, wyjechał,
+pieniądze wyczerpały się równocześnie, a zaniedbana czasowo jego własna
+zarobkowa praca wysunęła mu się z rąk; ktoś inny, także potrzebujący
+biedak, zastąpił go.
+
+W okienko facyatki karnawałowicza zajrzał głód; po wizytach i balach
+pozostał w pamięci jego tylko chaos ogólny - wrażenie chwil rozkosznie
+jakby prześnionych, i jedno wspomnienie trwałe.
+
+Oczy młodego mężczyzny zadumane, w tej chwili błyszczące i jakby tkliwe,
+skierowały się w róg izdebki, gdzie w półświetle lampy majaczyła
+fotografia.
+
+Nabył ją u fotografa i niemal codziennie stroił w kwiaty; przedstawiała
+zaś ona elegancką pannę z towarzystwa, córkę ukraińskiego magnata,
+błyszczącą ubiegłego karnawału w salonach pięknością, dowcipem, otoczona
+rojem wielbicieli, a którą pokochał uczuciem miłości pierwszej -
+prawdziwej.
+
+Dla niej rzucił się w wir czczych zabaw bez środków po temu, bez
+pamięci...
+
+Odepchniętemu twardą ręką biedy od rydwanu bawiącego się świata -
+przesłoniętego w pamięci jego gazą ułudną, mieniącego się setkami
+odcieni i blasków - pozostały tylko wspomnienia dręczące, rozkoszne,
+kilkunastu rozmów, tańców, uścisków dłoni, spojrzeń... i - nabyta za
+pieniądz własny fotografia pięknej dziewczyny.
+
+Mydlana bańka złudna - marzenie!..
+
+Siedzący wciąż w zamyśleniu przed stolikiem młodzieniec głowę pochylił i
+ponownie ukrył ją w dłonie. Niby na jawie, przed oczyma żywo stanął mu
+bal ostatni... W jarzącej się świateł powodzi, wśród kołyszących się w
+takt melodyjnego walca par, sunęli oni wówczas po szklistej posadzce
+salonów...
+
+Ona miała spuszczoną główkę cudną i opierała się z wdziękiem na jego
+ramieniu, on zaś, tuląc nieznacznie tancerkę swą do piersi, pożerał
+wzrokiem jej twarz, nagie ramiona i szyję kształtną, a długą i giętka,
+jak kwiat, o łodydze wysokiej.
+
+Od czasu do czasu piękna panna wznosiła na niego swoje głębokie,
+mieniące się źrenice, i spojrzenia ich spotykały się na chwilę...
+
+Potem śliczne dziewczę przykrywało znów oczy długiemi rzęsami; on rzucał
+słówko, przyciskał machinalnie kibić jej do siebie, czekając ponownie
+niemej źrenic rozmowy. Nagle uciszyło się w balowej sali...
+
+To muzyka ustała była, a oni walcowali jeszcze, ciągle przytuleni do
+siebie - zrośli skrytem jakby pragnieniem.
+
+Później odprowadził znużoną swą tancerkę, a ona leciuteńko, dziękczynnie
+paluszkami drobnemi ścisnęła jego dłoń...
+
+Młodzieniec zerwał się z krzesła, potrącił je gwałtownie, i dużymi
+krokami zaczął przebiegać szybko swój pokoik. Jednocześnie z wyrazem
+miłości bezgranicznej spojrzenie jego pobiegło do komódki małej, gdzie
+stała fotografia z różą.
+
+Z kryształowego kielicha delikatnie wychylał się kwiat purpurowy,
+dotykając warg prawie dziewczyny. Usteczka jej małe uśmiechały się
+rozkosznie, pocałunku zda się spragnione...
+
+Młody człowiek pozostawał chwilę w niemej kontemplacyi ubóstwianego
+przez się kącika izdebki, aż wreszcie powoli wzrok swój przeniósł w
+stronę stolika, gdzie leżały cicho banknoty i złoto.
+
+Wyraz marzenia, ekstazy błyskawicznie znikł z jego oblicza - przypomniał
+sobie chwilę obecną.
+
+Zwolna do stolika zbliżać się począł; utkwiwszy spojrzenie w rozsypanych
+pieniądzach, jednocześnie myślał:
+
+- Niemi tylko może zdobyć bym mógł swe marzenie, one pozwolą mi i
+ułatwią zbliżenie do ukochanej! A potem...
+
+I mimo woli znowu spojrzał młodzieniec w róg pokoiku.
+
+Oczy dziewczyny kuszące patrzyły zalotnie, paliły go, obiecywać się
+zdawały rozkoszy ułudę, miłość - szczęście!.. Rumieniec oblał twarz
+mężczyzny.
+
+- Ach, mieć ją, posiadać, i żyć jej życiem, zlać się z nią istnieniem i
+duszą!.. - zawirowała mu w głowie myśl uporczywa.
+
+- Przecież to córka magnata; książęta, hrabiowie ubiegają się o nią,
+czemże ty jesteś dla niej? - zerem, nie otrzymasz jej nigdy, -
+uspakajała mózg, nerwy wzburzone, trzeźwa, zimna logika. - Chyba, że
+pieniędzy tych oto posiądziesz wiele... wiele...
+
+- Z małych strumieni tworzą się rzeki; weź to, a może ci więcej
+przybędzie!.. - szepnął rozum podstępnie.
+
+Młody mieszkaniec facyatki schwycił się nagle za głowę.
+
+Boże, Boże! - wyszeptał - cóż jednak uczyniło ze mnie to, tak krótkie
+zetknięcie się z światem zbytku, to zbratanie się, otarcie z ludźmi
+szychu i złota! Jakże innym byłem dawniej! Jakże - lepszym!..
+
+Mężczyzna smutnie zwiesił głowę.
+
+Teraz, przyjrzawszy się niedawno ludziom bogatym, ich trybowi życia,
+czuł w sobie, poza uczuciem miłości, dziesiątki związanych z niem
+pragnień. Złoto, ten bożek dumny i wspaniały, przed którym korzyły się
+miliony, olśniewał go, mamił... Przedsmak zaś możliwych w dalekiej
+przyszłości bogactw, użycia, a kto wie, może znaczenia i wpływów, wespół
+z osiągnięciem najprzód ukochanej kobiety, za pomocą tego oto,
+rozsypanego przed nim grosza - odbierał mu równowagę duchową, mieszał
+myśli.
+
+Porwał się znowu z miejsca i po pokoju biegać począł, niebawem jednak
+rzucił się na krzesło, wyczerpany, uporczywie, ponownie wpatrzywszy się
+w fotografie ukochanej.
+
+Od czasu do czasu odrywał wzrok od drogich rysów kobiety i przenosił go
+z wolna na stos banknotów i złota. Później spojrzenie jego, wewnętrznej
+pracy myśli jakby posłuszne, wracało powtórnie do lubego wizerunku.
+
+Przy samych wargach dziewczyny drżał kwiat purpurowy obecnie - dziewczę
+i róża całowały się teraz lubieżnie...
+
+A w izdebce tymczasem lampa powoli dogasać poczęła stopniowo, niepewnem,
+migocącem światłem kłócąc się jakby z rąbkiem radosnego słońca, poprzez
+rolety zaglądającego co chwila do wnętrza facyaty.
+
+I półcienie jakieś, tajemnicze, mgliste wsunęły się równocześnie na
+poddasze - zaludniły cicho puste, zakurzone kąty jego...
+
+Siedzący młody człowiek zrywa się nagle z krzesła swego.
+
+Bo oto niespodzianie dwoić mu się w oczach zaczyna...
+
+Rozsypane na stole złoto zalewa izdebkę całą, a z komódki starej
+zstępować zaczyna z wolna ona sama, zamglona i powiewna postać...
+Dotykając stopkami drobnemi złota, idzie ku niemu ona, z zalotnym
+uśmiechem, piękna niewinna - chyli się rozkosznie w jego ramiona!..
+
+Mężczyzna ku zjawisku temu wyciąga instynktownie ręce, na wpół
+przytomnie naprzód pochyla...
+
+Lecz oto nagle czar pryska...
+
+Wypełniająca wnętrze izdebki złocista przestrzeń znika, zjawisko
+eteryczne zaś zaczyna oddalać się coraz bardziej, unosi w górę,
+niepochwytne, a za niem tylko na ciemnawem tle facyatki, jak wąż
+ognisty, wije się struga błyszcząca ścieżka, dotyka stóp jego - pomostem
+złota łącząc go w ten sposób z uchodzącym cieniem ubóstwianej przezeń
+kobiety.
+
+Wreszcie znika wszystko.
+
+Młody mężczyzna przeciera dłonią czoło, rozgląda się...
+
+Niema nikogo!
+
+Cóż to więc było?
+
+Hallucynacya zapewne naprężonych nerwów i rozigranej wyobraźni,
+rzucająca mu na ekran półcieniów izdebki fantasmagoryczny obraz
+noszonego ciągle w duszy dziewczęcia! Wpływ to rozprzężonych wrażeń i
+myśli, skutkiem wysiłku, szumiącego jak potok, nawałem zwątpień i pytań
+mózgu. Zapewne...
+
+I młodzieniec powtórnie przeciera dłonią zmęczone czoło, a jednocześnie
+żałuje jakby, że widzenie już pierzchło. Przed oczyma stoi mu ciągle,
+jak żywy, obraz jej, ukochanej - chłonie w siebie jej postać wdzięczną,
+całuje myślą oczy jej i usta.
+
+W przelocie zarazem, po raz nie wiadomo już który, wzrok jego dotyka
+banknotów i złota, a w duszy bunt mu się zrywa.
+
+- Jak to?.. On miałby odtrącić od siebie ten grosz, i w ten sposób
+stracić, na zawsze może, środki ku zdobyciu drogiej sercu kobiety?..
+Zniszczyć bezpowrotnie pomost złocisty, łączący go z nią jakby w
+widzeniu proroczem?
+
+Nie, przenigdy. Tak naiwnym nie będzie...
+
+Pieniądz ten potroi, majątek zrobi, fortunę - złotem przełamie, zwalczy
+przeszkody wszelkie.
+
+- Zrobić majątek, czyż to tak łatwo? - na dnie duszy gdzieś zatajone
+zwątpienie nagle ironicznie pyta, jakby ostudzić pragnąc przedwczesną
+radość.
+
+Chmura niezadowolenia przelatuje po czole mężczyzny.
+
+- Tak, zaiste, prawda, to nie tak łatwo. Lecz z potęgą pieniędzy w dłoni
+tak, czy też inaczej, do wszystkiego zawsze dojść łacniej w życiu; -
+klucz złoty otwiera wszystkie bramy!..
+
+I ostateczna, przełomowa walka odbywać się w tej chwili zdaje w duszy
+mężczyzny. Na wysokiem czole naprężają mu się żyły, oczy ciemnieją, a
+twarz bledszą się staje... Z nęcącą pokusą zawładnięcia cudzem mieniem,
+po raz ostatni stają do boju wpojone w młodocianych latach jeszcze
+zasady.
+
+Powrotną falą z daleka cicho płyną i płyną coraz potężniejsze, bliższe i
+zalewają stopniowo umysł młodzieńca. Szemrzą coraz donośniej, silniej...
+
+A z przypływem ich jednocześnie mięknąć poczyna coś w duchu młodego
+mężczyzny, bo oblicze jego wzburzone uspakaja się stopniowo. Co myśli, z
+rysów twarzy odgadnąć jeszcze trudno, domyśleć się jednak można, że
+poryw jakiś, szlachetniejszy od poprzednich, czystszy, opanowywać go - w
+swoje posiadanie bierze.
+
+Po chwili machinalnie ujmuje on w ręce porzucony na stoliku obok
+pieniędzy pugilares i milcząc, zgarniać poczyna rozsypany stos banknotów
+i rulonów monety.
+
+Przy czynności zaś tej, zagadkowej jeszcze, bezustannie tak samo
+zamyślony młodzieniec odwraca niebawem w dłoni trzymany portfel, a
+równocześnie spojrzenie jego pada na coś, czego nie zauważył dotąd
+wcale.
+
+W rogu pugilaresu, u góry, maleńka, dziewięciopałkowa rzuca mu się w
+oczy korona hrabiowska; wdzięcznie granacikami oprawionemi w złoto mieni
+się ona, szyderczo zda się patrzy... Na ten widok poprzedni spokój i
+wyraz pierzchają nagle z rysów mężczyzny, i rzuca się w tył gwałtownie.
+
+Źrenice jego, zmatowane dotychczas cichem zamyśleniem, złowrogim teraz
+błyszczą ogniem, a jednocześnie w duszy następuje momentalnie przewrót
+nagły.
+
+Znowu poczyna biegać po pokoju wzdłuż i wszerz...
+
+I jak kępa drzew gdzieś w polu samotna, co ugina się pod gwałtownym
+naporem wichru ku ziemi, zwyciężona, pokorna - tak duch młodzieńca,
+miotany ponownie burzą myśli, kołysać i giąć się poczyna.
+
+Gdy ujrzał on bowiem emblement ludzi utytułowanych, żywo stanęły mu
+przed oczyma salony, których miesięcy temu parę był gościem i sylwetki
+hrabiczów, kręcących się koło jego ukochanej.
+
+Widzi ich jak na dłoni, wszystkich, niby na jawie!..
+
+Widzi dumnego ojca pięknej dziewczyny, zazwyczaj traktującego go z góry
+- dla nich, potomków starożytnych rodów, chociaż częstokroć biednych -
+pełnym uprzejmości wyrafinowanej i uniżonej niemal grzeczności. Widzi
+wreszcie siebie samego bezkarnie i dotkliwie obrażanym przez tychże
+arystokratów, lecz tak zręcznie, że na pozór nieraz nie można zda się
+było winić ich, czynili to bowiem oni, z tą subtelnością, oraz
+jubilerskiem jakby wykończeniem, jak dotknąć potrafią tylko ludzie
+"bardzo dobrze wychowani."
+
+I przy tem wspomnieniu ostatniem, jakby zraniony, mieszkaniec małej
+izdebki, wzdryga się i wyrzuca szeptem:
+
+- Jak to? te dwadzieścia parę tysięcy należy do jakiegoś hrabiego? Zatem
+los ślepy i ironiczny zarazem wsuwa mi w ręce część mienia jednego z
+tych właśnie, którym tak często zazdrościłem bogactwa, znaczenia i
+tytułów!..
+
+I ja, wobec jednostki takiej, miałbym grać rolę szlachetnego, zwracać mu
+to, co dlań może kropla w morzu tylko, fundusikiem, przeznaczonym
+zapewne na hulanki nocne i zabawę?
+
+- Ha-ha-ha!.. - rozlega się po pokoiku szyderczy, szatański prawie
+śmiech mężczyzny, i odbija od ścian niemiłem dla ucha brzmieniem.
+
+- Ha-ha-ha, niedoczekanie twoje, panie hrabio!.. - szepcze dalej
+półgłosem, a krew w żyłach kipi mu nieustannie - wre niespokojna,
+burzliwa.
+
+I z duszy jego jednocześnie pierzchają bezpowrotnie, zda się, nikną, jak
+ułuda i marzenie, wszelkie dobre zamiary, wszystkie, tak niedawne
+jeszcze, wahania pomiędzy prawami uczciwości i ich pogwałceniem.
+
+Zwycięzka, jedyna, jedna rozgaszcza się tam nienawiść tylko do kasty
+uprzywilejowanej i wyróżnianej w społeczeństwie. Wypielęgnowana
+cierpieniem i biedą, wysubtelniona wykształceniem, a szczególniej
+przestawaniem jeszcze za granicą w kołach różnych zapalonych głów, o
+przekonaniach skrajnie demokratycznych - rozogniona wreszcie
+nadczułością nerwową w zbliżeniu się i czasowem powierzchownem zżyciu z
+przedstawicielami tej sfery - buchała obecnie gorącym płomieniem,
+wszystko sobą przewyższając i tłumiąc.
+
+- Za moje upokorzenia, tak niedawne - zaszeptały znów cicho usta
+mężczyzny - za moje cierpienia i biedę - za to, że ja nie mam takich
+przodków, jak ty, panie hrabio, ani twych bogactw, blasku i złota - mam
+życie całe w nędzy cierpieć, i to, gdy los sprawiedliwie bez wątpienia,
+odbiera ci cząstkę mienia, przypadkiem, i mnie nią w zamian obdarza?..
+0, nie, panie hrabio!.. Żydowi, cyganowi, wrogowi - każdemu bym zwrócił
+może, lecz tobie - nigdy!..
+
+Ostatnie słowa mieszkaniec poddasza wymówił w zapamiętaniu głośno
+całkiem i z mocą jakąś dziwną. Twarz zaś jego dziko po prostu wyglądała
+w tej chwili; pociemniawszy, jakby od wewnętrznego ognia, demonicznie
+piękna i straszną zarazem była ona, a zajadły płomień szczerej
+nienawiści do tak zwanych powszechnie "arystokratów" zajaśniał na niej
+pełnym blaskiem.
+
+Odruchem nagłym zbliżył się do stołu i obie dłonie położył na plikach
+banknotów i złocie. Czego nie zdołały stanowczo uczynić okoliczności
+inne, sprawiła chęć dokuczenia w czemkolwiek wyżej postawionej
+społecznej jednostce, jedna chwilka nienawiści i szału.
+
+- Moje, moje!.. - wyszeptały usta mężczyzny zwycięzko, jakby z
+mimowolną, ukrytą w sobie radości nutą, a echo słów tych, urywanych,
+cichych, dziwną mocą rozbrzmiało w martwem milczeniu facyatki.
+
+Cisza nastała znowu.
+
+Tylko w piersiach mieszkańca poddasza przelęknione jakby swym czynem
+serce poczęło bić przyciszonym tętnem, a szelest ten miarowy, jak zegaru
+wahadło, mierzyć się zdawało te chwile przełomową w duszy człowieka,
+depczącego uczciwość prawą dla miłości, nienawiści i złota!..
+
+Nagle martwotę pokoju przerwało coś gwałtownie. Były to czyjeś kroki
+silne, przyśpieszone, idące po schodach, a coraz wyraźniejsze,
+bliższe... Niebawem rozległy się tuż za drzwiami, ucichły, i jakaś ręka
+wstrząsnęła lekko klamką, w ślad zatem zaś rozległo się trzykrotne
+pukanie.
+
+Gdyby w kataklizmie niespodzianym runęła ziemia, zapadając się gdzie w
+niezmierzone głębie wszechświata - mniejsze to chyba uczyniłoby wrażenie
+na stojącym przed stołem mężczyźnie, niż chwila obecna...
+
+Nogi zadrżały mu, a bojaźliwa trwoga ścięła krew w żyłach, coś zaś, niby
+gad obślizły, przemknęło po krzyżach i za kark chwyciło despotycznie,
+zaparłszy dech w piersiach.
+
+W półświatłach dogorywającego właśnie płomyka lampy twarz pochylonego
+nad pieniędzmi młodzieńca nabrała strasznego, a zarazem dojmująco
+trupio-bladego wyrazu, ręce zaś, jak kleszcze, wpiły się w leżące pod
+niemi banknoty.
+
+- Nie oddam was, nie zwrócę za nic w świecie! - mówić się zdawały
+wyraźnie kurczowo zaciśnięte palce, drżące w zwojach papierów i złocie.
+
+Z ekranu izdebki, majaczącego coraz bledszymi cieniami, światło w tej
+samej chwili znikło; zapanowała tu szarawa ciemność, a w ślad zatem
+rozległo się powtórne, tym razem silniejsze pukanie, poza drzwiami zaś
+jednocześnie dały się słyszeć słowa, wyrzeczone głosem męskim,
+dźwięcznym i młodym.
+
+- Widać, że śpi, lub go nie ma...
+
+- Ale to oryginalne - zauważył ktoś drugi, ciszej nieco. - Zaręczam ci,
+iż przed chwilą paliła się wewnątrz pokoju lampa, przez szpary u drzwi
+ślizgało się światło! - słowo!
+
+- Ha, jeśli tak, to może Romanek ma u siebie jakąś dyskretną, a wesołą
+wizytkę - snać z rozmysłem donośnie rozległ się głos pierwszy. - Nie
+przeszkadzajmy mu. Chodź, Hermanie!..
+
+- Wesołej zabawy! - krzyknął ironicznie nazwany Hermanem, nachyliwszy
+się do drzwi, zapewne blizko, bo echo głosu jego wstrząsnęło ścianami
+poddasza, poczem kroki przybyłych oddalać się zaczęły.
+
+Westchnienie ulgi podniosło pierś mężczyzny.
+
+Kilka kropel zimnego potu upadło mu na rozpostarte dłonie; zbudzony tem
+jakby, odstąpił od stołu i rzucił się w wycieńczeniu na kanapkę.
+
+Poznał po głosie tych dwóch, dobijających się doń przed chwilą,
+poczciwych studentów uniwersytetu - widział w wyobraźni swej teraz
+niemal obok siebie wyraźne postacie ich, w wytartych mundurach i
+spłowiałych od słót i słońca czapkach, pokrzywionych butach... Biedni
+chłopcy!
+
+Przypadkowo zaprzyjaźnił się z nimi, jak tylko przybył tu, do miasta -
+oni, zacne serca, pierwsi uczynnie nastręczyli mu zarobkową pracę...
+
+Dawno już nie widział ich. Ba, parę razy nawet w epoce owego
+kilkutygodniowego światowego szału, spotykając ich na ulicy, a będąc w
+towarzystwie eleganckich karnawałowiczów, mimo woli powstydził się ich i
+udał, że nie dostrzega. Nie pamiętali mu tego - przyszli.
+
+Mieszkaniec poddasza w zamyśleniu przesunął dłonią po jedwabistych swych
+włosach.
+
+- Gdybyż oni wiedzieli i czytać mogli w duszy jego?
+
+Rumieniec palącego wstydu i upokorzenia zakwitł na twarzy młodzieńca, a
+wyraz cierpienia i wewnętrznego bólu rylcem swym żłobić mu począł rysy
+wyrazistego oblicza.
+
+Długo jeszcze przesiedział tak w zadumie...
+
+A gdy po niejakim czasie słońce zajrzało znów do poddasza, nie było już
+złota na stole; schowane - znikło, młody zaś człowiek, śmiertelnie
+znużony moralną walką, na wpół ubrany, cicho zdawał się drzemać na
+łóżku.
+
+Niebawem zasnął.....
+
+I sen oto, przed wewnętrznym wzrokiem duszy młodzieńca, w tem
+tajemniczem jej życiu marzeń i rojeń, snuć mu zaczął przedziwne
+obrazy...
+
+A więc najprzód zdało się śpiącemu, iż leci on w przestrzeń bez końca,
+ciemną i mroczną, unoszony niewidzialną jakąś siłą...
+
+Tuli w objęciach swych przytem jakąś powiewną kobiecą postać... Podobną,
+choć nie identycznie i całkiem, jest ona do ukochanej przezeń
+dziewczyny, a objąwszy pieszczotliwie szyje jego nagiemi ramiony, tak
+zawisła, ustami lgnie do jego ust rozkosznie - on zaś, jak z kielicha
+pieniące się, musujące wino, pije nektar warg tych wilgotnych, tonąc w
+pocałunku ciągłym, nieustannym, zda się - wiecznym.
+
+Upajający wreszcie jednak zawrót głowy i osłabienie omdlewające jakieś i
+dziwne z wolna poczyna go ogarniać.
+
+Za wiele, zanadto upajającej, oszałamiającej słodyczy dają mu już te
+kobiece usta, jak pieczęć do warg jego bez końca przylgnięte.
+
+Lecz oto nagle ciemnieje mu w oczach wszystko dokoła i sił swoich nie
+czuje już prawie. Przymyka wiec powieki i leci znów tak samo dalej w
+przestrzeń, niczego niepomny i nic zgoła w okrąg siebie nie widząc.
+
+Trwa tak dość długo...
+
+Wreszcie, wypocząwszy w ten sposób po swem wyczerpaniu, nie czując już
+ani ciężaru zwisłej na jego szyi kobiety, ani zawrotnego czasu jej
+tchnienia... otwiera oczy...
+
+Tamte, widziane przed chwila obrazy, bezpowrotnie pierzchły; obecnie
+znajduje się zupełnie sam. Stoi teraz na ziemi, a stopy jego dotykają
+jakiejś kamienistej płaszczyzny, szarej, bezludnej i smutnej. Promienie
+zachodzącego słońca złocą ją i krwawią swym dogasającym, zamierającym
+blaskiem...
+
+On zaś nieporuszony stoi i bezustannie patrzy.
+
+Nagle promienie gasną... Mrok szary pokrywa płaszczem swym wszystko
+dokoła, a w cieniach tych tajemniczych, cichych, szeptać i ruszać się
+coś poczyna.
+
+Z rumowisk i kamienistych szczelin podstępnie wypełzły oto jakieś
+postacie, mary, i jak duchy nie z tej jakby ziemi, skrzydlate -
+rozpierzchają się po równinie, z przytłumionym szelestem. Nad głowami
+ich lecą wielkie czarne złowróżbne ptaki, szumem swych skrzydeł mącąc
+martwotę rozlanej wokoło pustki i ciszy.
+
+On, nic zgoła nie pojmując, spogląda wciąż, przelękły, zdziwiony... Po
+chwili dopiero zdaje się rozumieć...
+
+To - posłuszne niewidzialnemu, a nadprzyrodzonemu skinieniu - lecą tak
+zapewne żerować na padół ziemski - wyrzuty sumienia!...
+
+Tymczasem szmer lotu ptaków - olbrzymów cichnie, zmierzch pochłania ich
+postacie - nikną.
+
+On z ulgą oddycha i instynktownie postępuje parę kroków naprzód.
+
+Nagle wyrywa mu się z piersi przenikliwy krzyk!... Nad jego głową
+wisząc, chwieje się ptak czarnopióry, a zniżywszy lotu swego, wkrótce
+siada mu na ramionach, niemiłosiernie wpiwszy w nie swe szpony,
+równocześnie zaś w głowie uczuwa uderzenia miarowe.
+
+To ptak ów straszny i wielki, niby dzięcioł w pień drzewa, stuka jemu
+tak w czaszkę jednostajnie...
+
+W ślad za tem jedna z pierzchających wokoło postaci zjawia się przed nim
+blizko. Ubrana w łachmany, czarna i brudna, przyskakuje doń obcesowo,
+drapieżna, i utkwiwszy w oblicze ofiary swej palące żarem, płomienne,
+dzikie źrenice, nachyla się bardziej jeszcze i plwać mu w samą twarz
+poczyna.
+
+Z ust jej, wykrzywionych, wstrętnych, leją się strumienie lawy złotej i
+palą, bolą...
+
+A jednocześnie tańczą oto w krąg, z szelestem widziane niedawno w
+portfelu zwitki storublówek i innych banknotów. Dwojąc się, trojąc w
+oczach, przybierają one fantastyczne kształty, a niektóre,
+przedzierzgnięte jakby w jakieś karły złowrogie, szponami drobnemi rwą
+mu ciało bez litości. Inne znowu, z głowami wężów obrzydliwych, sycząc,
+kąsają go zewsząd.
+
+Napastowany, nieprzytomny, opędzając się rozpaczliwie, rękami, nogami -
+ciągle, tarzając się nawet od jakiegoś czasu po kamienistych zrębach -
+uciekać w końcu zaczyna równiną, jak szalony. Potyka się co chwila, pada
+i ucieka znowu, gnany czeredą karłów i olbrzymików, o głowach, szyjach
+gadów, z błyszczącemi żądłami ze złota.
+
+Nad głową, z ramion przemocą spędzony, wisi wciąż ptak olbrzymi, a
+postać główna, mglista, leci z nim wespół w mroczną dal...
+
+Nagle, niewiadomo jak, skąd i kiedy zjawia się znowu poprzednia kobieca
+postać.
+
+Śpiący, w swem majaczeniu sennem - odczuwa niewysłowioną radość; a ona,
+podawszy swą rączkę drobną, z uśmiechem zalotnym na ślicznie wykrojonych
+usteczkach, towarzyszyć mu zaczyna.
+
+Razem bezustannie biegną teraz po kamienistej równinie. Czarowna
+towarzyszka jednak nie czuje, jakoby, co dolega mężczyźnie, i nie widzi
+roju prześladowców jego.
+
+Dziewczę to, czy kobieta, ubrana cała w bieli, zasypana kwieciem róż i
+konwalii - cudna, lecz lekko, dotykając się zaledwie stopkami swemi
+ostrych kamieni. Nad główką jej, jakby w przeciwieństwie ptakiem
+czarnym, lecącym obok - chwieje się duży ptak biały...
+
+Zjawisko śnieżnego ptaka trwa jednak bardzo krótko, bo oto jemu,
+wpatrzonemu uporczywie w swą towarzyszkę, zdaje się nagle, że pióra u
+skrzydeł tych mlecznych z lekka szarzeć poczynają, stopniowo ciemniejszą
+przybierając barwę...
+
+Wytęża wzrok coraz bardziej, ale niebawem nic wokoło, nawet
+prześladujących go mar, rozpoznać nie jest w stanie.
+
+Noc czarna, despotyczna, rozpinać właśnie poczyna nad płaszczyzna ponurą
+swą oponę.
+
+Naraz znika wszystko...
+
+On równocześnie czuje, że leci w przepaść bez dna, treści, oraz w chaos,
+z którego ocuca go dopiero uderzenie silne o coś całem ciałem.
+
+Spogląda...
+
+Przed nim obecnie wznosi się sfinks olbrzymi; o niego to w rozpędzie
+uderzył się przed chwila. W jasnościach aureoli gorzeje fosforycznym
+blaskiem, uśmiechając się zagadkowo. Na olbrzymich barkach jego, na
+tułowiu - obliczu, wszędzie, niedostrzegalne zrazu dla ludzkiego oka,
+wiją się, ruszają miryady drobnych lilipucich postaci.
+
+Jedne z nich rodzą się tu z uśmiechem na ustach i piskiem, innych do
+grobu zanoszą; ci walczą, depczą po sobie, zabijają się, wzajem w
+przepaście spychają - tamci w ramionach drugich piją miłości rozkosze, a
+tam znów inni jeszcze głodne twarze i ręce wynędzniałe wyciągają po
+datek, sąsiadując z blizka z takimi, co w bogactwie i zbytkach nurzają
+się po uszy, lub grzęzną ciałem w rozpuście, jak w błocie.
+
+A środkiem - rozbite na tysiące strumieni, na kropel miliony rozprysłe,
+płynie, faluje złoto...
+
+I przed promienistymi jego potoki, jak przed świętością - korzy się
+pokornie, służalczo, wszystko dokoła.
+
+Czołem lilipucie biją przed nim miryady - to też ono nadaje owemu
+sfinksowi tajemniczemu blask fosforyczny - ono króluje tu, bezpodzielnie
+panuje.
+
+Lecz oto nagle olbrzymia głowa sfinksa ujrzała snać nowego przybysza.
+
+Usta jego, wyniosłe i dumne, rozchylają się szerzej, i miast zwykłego
+uśmiechu zagadki, sardoniczny, szyderczy, wstrząsa przestrzeniami
+śmiech.
+
+Ha-ha-ha!... Ha-ha-ha!... sfinks śmieje się - śmieje szatańsko i
+zwycięzko jakby - wyniośle - strasznie!...
+
+............................................
+
+Głuchy jęk wyrwał się z piersi uśpionego człowieka. Wstrząsnął on murami
+pogrążonej w ciszy izdebki, krając zali serce swem echem smutnem, cichł
+i gasł, zamierając powoli...
+
+............................................
+
+Obudził się śpiący.
+
+Wylękłym, zamglonym jeszcze wzrokiem szklanym popatrzył zaspany wokoło
+siebie bezprzytomnie i niebawem przymknął na powrót ociężałe powieki,
+obróciwszy się równocześnie do ściany.
+
+W kilka zaś minut później, blada twarz mieszkańca facyatki, spokojna,
+nieruchomo spoczywała na poduszce, pogrążona w twardem uśpieniu. Dusza
+tym razem zdrzemnęła się w nim zapewne również, oddech bowiem śpiącego
+miarowy rozlegał się już swobodnie całkiem w samotnej, cichej izdebce.
+
+
+
+CZĘŚĆ PIERWSZA.
+
+
+Zdążając do poblizkiej Wenecyi, wpadł pociąg kuryerski w morze, i
+hucząc, leciał, płynął niby po powierzchni fali. W przedziale wagonu
+drugiej klasy było tylko dwoje ludzi. Kobieta młoda, ubrana w strój
+lekki, dystyngowany, z szarego materyału, drzemała, czy spała, wciśnięta
+w głąb, z główką opartą o poduszkę boczną - mężczyzna zaś, siedzący
+naprzeciw, trzymał delikatnie w dłoniach pozostawioną w uścisku jej
+rączkę drobną, i pochylony z lekka, patrzył z miłością w znużone rysy i
+bladą twarzyczkę kobiety.
+
+Od czasu do czasu wzrok jego odrywał się od oblicza towarzyszki, biegł
+poprzez otwarte okno, ścigając, zda się, pogrążone w ciemnościach
+bezgwiezdnej nocy, niewidzialne tuż poza mknącym pociągiem Adryatyku
+fale.
+
+I wtedy, za każdym razem przesuwała się chmurka jakby po czole jego,
+osiadał tam jakiś cień niepochwytny, a usta jednocześnie drgały
+skrzywieniem goryczy, czy bólu pełnem.
+
+Gdy jednak wzrok zniżał ponownie, to w zetknięciu się z obliczem młodej
+kobiety, pogrążonem w cichem uśpieniu - oczy smutkiem zamglone
+łagodniały mu prawie natychmiast, a choć pomimo woli i bezustannie myśl
+rozpamiętywać się coś zdawała - z ust momentalnie znikało zagięcie
+cierpienia i powoli przeistaczało się w uśmiech, oraz zapatrzenie się w
+ukochane rysy.
+
+Siedzący tak w zamyśleniu nieruchomo - a w widocznej obawie zbudzenia
+towarzyszki - podróżny posiadał cechy zewnętrzne dość interesujące.
+
+Był to przede wszystkiem mężczyzna piękny bardzo; ciemny brunet, o
+wytwornej powierzchowności i układzie, charakterystycznej owalnej głowie
+i czole wypukłem, upiększonem łukiem brwi czarnych, wąziutkich i
+regularnych, miał on pociągłą, śniadą twarz, okoloną średniej wielkości
+brodą. Nerwowe, wyraziste rysy oblicza tego wyraźnie zdradzały przytem
+pochodzenie południowe, zarówno jak i piękne, duże oczy, patrzące na
+świat gorąco, z rozmarzeniem nieokreślonem, aksamitnem spojrzeniem
+dziecka Italii.
+
+Do drugiej ojczyzny swej poniekąd rzeczywiście dążył tak lat trzydzieści
+zaledwie mający młody człowiek.
+
+Noszący jedno ze staroszlacheckich nazwisk, Roman Dzierżymirski, był
+synem nieżyjącego już, a dawniej bogatego bardzo i znanego w szerokich
+kołach własnego kraju, Oskara Dzierżymirskiego, oraz żony jego, rodem
+Włoszki, a byłej przed swoim ślubem śpiewaczki.
+
+Pochodzenia pono wątpliwego bardzo, choć niezwykłej urody i wdzięku,
+była ta matka Dzierżymirskiego Romana, będąca, jak mówili jedni,
+dzieckiem miłości wolnej pewnego dorobkiewicza rzymskiego - jak
+twierdzili drudzy, podrzutkiem tylko, z mętów społecznych dzisiejszej
+Romy, wychowanem i uposażonem przez tegoż przemysłowca włoskiego.
+
+Po niej piękność odziedziczył syn, po ojcu zaś niewątpliwie tę
+wytworność, która cechowała najmniejsze nawet poruszenie siedzącego
+podróżnika, i postawę jakby pańską, mimo woli nieco wyniosłą.
+
+Roman Dzierżymirski jechał właśnie z małżonką swą w podróż poślubną, a
+raczej z kraju uciekał, ojciec bowiem śpiącej cicho naprzeciwko niego
+kobiety, szatynki, o ślicznych rysach, January Gowartowski, bogaty i
+dumny magnat kresowy, odmówił był jemu jej ręki...
+
+Lecz miłość namiętna nie pyta, gdy idzie o posiadanie kobiety!
+
+Roman zdobył swą żonę dzisiejszą, porwawszy ją za jej zgodą. Ślub ich
+tajemny, w małej wioseczce, w zaciszu Karpat - odbył się właśnie dwa dni
+temu...
+
+Przyszło mu to wszystko z łatwością. Ola kochała go, ubóstwiała, nic
+zgoła nie widząc poza nim, na stronę materyalna zaś i koszta, wynikłe z
+takiego niespodzianego obrotu rzeczy, zwracać on uwagi nie miał
+potrzeby.
+
+W rodzinnem mieście wiadomem było powszechnie, iż rok, czy dwa lata temu
+odziedziczył Roman Dzierżymirski fortunkę w kapitale, po dalekim
+krewnym, osiadłym i zmarłym w Stanach Zjednoczonych.
+
+Jechał zatem dziś młody i ostatni potomek dogasającej już w nim rodziny
+Dzierżymirskich, ze skarbem swym, drogą sercu małżonką, do Włoch,
+ojczyzny matczynej. Wzrok jego, błąkający się bezustannie pomiędzy
+twarzą żony, a skrytym cieniami nocy krajobrazem, zamglony, myślący, w
+dalszym ciągu wspominać się coś zdawał.
+
+Poza oknami wagonu fale morza nieustannie szemrały wciąż cicho, w dali
+zaś, na czarnem tle widnokręgu, stopniowo, coraz bliższe, błyszczały już
+światełka Wenecyi.
+
+- Oto tam - mówiły niejako marzące oczy mężczyzny - za godzin kilka
+czekają mnie uśmiechy pierwsze i rozkosze ziemskiego szczęścia w
+objęciach ukochanej ponad wszystko kobiety! Oto tam, wymarzony od tak
+dawna, oczekuje na mnie raj własny ułudnego podziału wzajemnego uczucia,
+w zupełnem oddaniu się niepokalanego niczem dotąd kwiatu - niewinnego
+dziewczęcia...
+
+Wzrok Romana z zachwytem spoczął na twarzy śpiącej kobiety. Równocześnie
+pociąg, pozostawiwszy morze za sobą, wpadł w jakieś gaje, brzęczące
+rojem owadów. Jednostajna, monotonna ich muzyka wpadała uporczywie w
+uszy podróżnego, a on, cały zasłuchany, spojrzeniem swem znowu ogarnął
+ciemną przestrzeń poza oknem wagonu.
+
+- Co, zagadkowa przyszłości, niesiesz mi w darze?.. Czy zapłacisz mi za
+to, com przebył dotąd, przecierpiał, dla zdobycia drogiego dzisiaj? Czy
+wynagrodzisz, czy skarzesz? - pytać się zdawały czarnej nocnej dali
+posmutniałe nagle chwilowo oczy mężczyzny.
+
+I ponownie w kąciku warg jego pojawiło się bolesne, przelotne zagięcie
+ust, a snać usiłując odpędzić myśl przykrą, Dzierżymirski powstał
+ostrożnie, nie wypuszczając wciąż z dłoni rączki uśpionej swej
+towarzyszki. Wychylił przez otwarte okno głowę... Na tle ciemności
+połyskiwały już teraz rzęsiście światła - pociąg wjeżdżał właśnie na
+stacyę. W sekundę, z nagła szarpnięte, gwałtownie zatrzymały się wagony.
+
+Dzierżymirski o mało nie upadł, straciwszy na razie równowagę, i
+pociągnął za sobą rączkę żony, ściskającą jego dłoń lewą - prawa zaś
+oparł się silnie o ramę okna.
+
+- Ach!.. ach!.. - z trwogą, wyrwało się z ust młodej kobiety, i
+otworzyła szeroko oczy, zdziwiona.
+
+Szybko Roman pochylił się ku niej i przemówił miękko:
+
+- Przepraszam cię, kochanie, przestraszyłaś się, prawda?.. Ale to wina
+nie moja - wagony szarpnęły tak silnie...
+
+- To ty... Romanie!.. - szepnęła kobieta i zarzuciwszy w ślad za tem, z
+niewysłowionym wdziękiem, obie ręce na szyję mężczyzny, przytuliła się
+doń czule, składając równocześnie pocałunek na pięknem czole.
+
+- Wysiądziemy, złotko, już Wenecya! - rzekł Roman, wysuwając się
+delikatnie z objęć młodej żony uniósłszy ją w ramionach, postawił na
+równe nogi.
+
+- Nareszcie!... - wykrzyknęła Ola radośnie, oprzytomniawszy całkiem na
+widok jaśniejącego dworca.
+
+- We-ne-cya! - zabrzmiało donośnie pod samem oknem wagonu, gdzie ukazała
+się kędzierzawa głowa i śmiejąca twarz konduktora.
+
+- Statione Ve-ne-tia!.. - przeciągle, śpiewnie odpowiedział głosowi
+pierwszego konduktora okrzyk drugi, dalszy, i zginął.
+
+Pociąg, którym jechali Dzierżymirscy, zatrzymujac się tylko kilka minut,
+jechal dalej wprost do Medyolanu - należało się śpieszyć...
+
+Roman pobiegł do przeciwległego okna, otworzył gwałtownie drzwiczki od
+wagonu, i począł wołać donośnie:
+
+- Facchino!.. facchino!.. *)
+[*) Po włosku tragarz.]
+
+Za mężem zręcznie wyskoczyła z wagonu Ola Dzierżymirska. Niebawem zjawił
+się pożądany tragarz i ruszono z bagażem do dworca. Tu obstąpiono
+przyjezdnych.
+
+Cały rój przeróżnych figur hałaśliwie ofiarowywać im począł swoje
+usługi, rząd zaś służby hotelowej, w galonach, z ożywieniem i
+gestykulacyą namawiał ich każdy z osobna do siebie. Gadatliwość Włochów
+oszołomiła na razie Dzierżymirskich.
+
+Po chwili dopiero Roman, znający kilka włoskich wyrazów, zdołał się
+porozumieć i wybrawszy hotel, kazał się prowadzić do przystani.
+
+Niebawem młoda para podróżnych sadowiła się już w wygodnej, na czarno
+pomalowanej gondoli, obsługiwana z natarczywością przez różnorodnych
+oberwańców i gapiów, stojących w pobliżu.
+
+- Pysznie się siedzi! - zawyrokowała głośno Ola, wyciągnąwszy się na
+miękkiem, czarną skórą obitem, siedzeniu.
+
+Roman usiadł przy niej - gondola zakołysała się lekko...
+
+Powoli odpychano już ją od brzegu, gdy oto z kilkunastu stron naraz
+wyciągnęły się ku mającym odjeżdżać proszące dłonie z kapeluszami, i
+chórem zabrzmiała prośba o datek. "Soldo, soldo!" choć uniżenie, lecz z
+odcieniem lekkiej jakby groźby, rozlegało się dokoła ustawicznie
+powtarzane na wszystkie tony.
+
+- A to złodzieje!.. - mruknął Dzierżymirski; zmuszony jednak wyjąć z
+kieszeni portmonetkę, rzucił tam i ówdzie z humorem drobne monety.
+
+Gondola ruszyła już - płynęli...
+
+Młodą kobietę zabawiła ta scena. Perlisty śmieszek jej, wesoły, rozlegał
+się wokoło, gdy oto nagle, jakby czemś zmrożony, ucichł. I Ola, objąwszy
+wzrokiem roztaczający się przed nią krajobraz, ruchem wdzięcznym
+przytuliła się do męża.
+
+- Jak tu czarno, Romanie, nieprawdaż? - szepnęła.
+
+Dzierżymirski, milcząc, opiekuńczo objął ramieniem kibić żony i
+przycisnął ją miękko do piersi, rozejrzawszy się zarazem.
+
+Rzeczywiście, czarno tu było.
+
+Wenecya już spała. Skłębione chmurami niebo odbijało się w mętnej wodzie
+kanałów i powlekało je kirem ciemności, po którym tylko błędnym ognikiem
+przeświecało, wiło się czerwone światełko latarni, umieszczonej u
+spiczastego, zębatego końca gondoli.
+
+Płynęli przez Canale Grande*).
+[*) Po włosku : Kanał Wielki.]
+
+Jak gdyby śniąc o swej dawnej potędze i chwale, wokoło nich zadumane,
+ciche stały wyniośle rzędem weneckie pałace. W żadnem oknie nie paliło
+się już światło, otulało je milczenie zupełne.
+
+Gondola, kołysząc się z lekka, unosząc co chwila swe przednie i tylne
+dzioby, płynęła spokojnie, z jednostajnym pluskiem wioseł i szmerem
+rozstępującej się pod nią fali.
+
+Przytuleni do siebie, dłuższą chwilę z ciekawością patrzyli
+Dzierżymirscy wokoło. Z ustek pierwszej Oli niebawem posypały się
+rozliczne uwagi.
+
+- Patrz, patrz, Romanie! - wołała ona co chwila, wskazując z zajęciem na
+wznoszące się zewsząd budowle.
+
+Dzierżymirski potakiwał żonie, objaśniał, i półgłosem prowadzona
+swobodna pomiędzy jadącymi rozmowa zbudziła milczenie śniące - rozniosła
+się echem wyraźnem po grodzie weneckim, o tej porze tak bardzo cichym.
+
+Tymczasem po obu stronach kanału kolejno przesuwały się, jak w
+kalejdoskopie, cudne swą archaiczną strukturą pałace.
+
+A więc, najpiękniejszy może z prywatnych siedzib Wenecyi, własność
+książąt della Grazia, wychylał się z cieni "Palazzo Vendramin-Calergi",
+z roku 1841 w stylu początkowego odrodzenia; z nim sąsiadował skromny,
+sięgający XV wieku, pałac "Erizzo" - dalej zwracał znów uwagę inny, z
+pozłacanym niegdyś frontem, do dziś dnia zwany "Ca Doro".
+
+Opodal bardzo piękny wznosił się majestatycznie dzisiejszy lombard
+miejski, pałac "Corner della Regina", wzniesiony w r. 1724 na tem samem
+miejscu, gdzie ujrzała świat królowa Cypru, wenecyanka, Katarzyna
+Cornaro.
+
+Wkrótce, tuż poza dzisiejszą pocztą w Wenecyi, zajmującą dawniejszy
+niemiecki magazyn towarów "Fondaco de Tedeschi", zamajaczył olbrzymi
+most "Ponte di Rialto", w kształcie murowanego łuku wzniesiony.
+
+Wsunąwszy się pod jego arkady, gondola Dzierżymirskich cichutko
+prześliznęła się tamtędy i skręciła wkrótce na lewo, w wązki kanalik,
+stanowiący arteryę boczną "Canale Grando". Szeroka taśma wielkiego
+kanału znikła wkrótce z oczu i jadąca barka, zagłębiając się coraz
+bardziej w szyję wodnej uliczki, wymijać poczęła coraz ciaśniejsze i
+węższe zaułki. Ściany domów odrapane, ponure, szły, zdawało się, na
+płynących w gondoli, a ścieśniając się coraz bardziej, pragnęły
+pochłonąć, gubić ją niejako w swym labiryncie.
+
+Ciemności nocne panowały tu jeszcze większe. Gdzieniegdzie tylko lśniła
+zółtawo mdłym światłem latarnia - żywego ducha zaś nigdzie dopatrzeć się
+nie można było.
+
+Umilkła od paru minut Ola trwożnie przylgnęła główką do ramienia Romana.
+
+- Brr! straszno tu jakoś... - szepnęła.
+
+- Nic, kochanie - odparł Dzierżymirski, musnąwszy pocałunkiem jej włosy
+- zaraz dojeżdżamy.
+
+Nieprawdaż, że już blizko? - zwrócił się do gondoliera łamanem włoskiem
+narzeczem.
+
+- Si, signore. - odparł żywo zapytany, a nudząc się znać, bo z
+cudzoziemcem gawędzić nie mógł, zanucił półgłosem jakąś smętną piosenkę.
+
+Ubrany całkiem biało, wahadłowym ruchem przechylając się bezustannie
+przy wiosłowaniu w prawo i lewo, na tle otaczających ciemności, czynił
+on wrażenie fantastycznego zjawiska, głos zaś jego monotonny błąkał się
+po kątach i odbijał dziwnem echem o mury, oraz zakratowane okna w swym
+śnie zaklętych jakby domów. Roman milczał.
+
+Ujmując dłoń i tuląc miękko w objęciu Olę, wsłuchiwał się w ten śpiew
+jednostajny, mrukliwy, i dziwnego doznawał wrażenia. Zdawało mu się
+mianowicie, że on nie do cywilizowanego, dzisiejszego, ale jakiegoś
+zbójeckiego z zamierzchłej przeszłości dojeżdża grodu; że ucieka, kryje
+się tu ze swym porwanym, czy też skradzionym łupem... Oto z ciemnych
+zaułków i kątów śpiącej Wenecyi wysuwają się po prostu jakby wyraźne
+jakieś cienie, mary, czy odbicie dawnych zbrodni, mordu i gwałtów, tak
+licznych w historyi krwawej tego dziwnego miasta...
+
+- A ňel! *) - rozległ się nagle tuż za Dzierżymirskim krzykliwy głos
+gondoliera, i łódź jednocześnie zboczyła w zaułek ciemny.
+[*) Uwaga!]
+
+- Sia-stali! *) - przeciągle odpowiedział ktoś z innej gondoli.
+[*) Na prawo!]
+Roman i Ola spojrzeli ciekawie.
+
+W nadpływającej weneckiej barce siedział mężczyzna czarno ubrany, w
+białym kapeluszu, brunet, o ponurem wejrzeniu.
+
+Gondola, otarłszy się prawie o napotkaną łódkę, prześliznęła się cicho -
+znowu byli sami.
+
+- Patrz, tam się świeci, co się stało?... - rzekła półgłosem Ola, kręcąc
+główką i wskazując piętro jednego z domów.
+
+Roman spojrzał.
+
+- A, rzeczywiście - odparł - przecież choć jeden jakiś znak życia...
+
+Na brudną wodę kanału, porysowaną ścianę i kołyszący się kadłub pustej
+gondoli, przywiązanej u stopni marmurowych wielkich kutych drzwi, kładło
+się cieniem przyćmione czerwonawe światło, idące z okna oświetlonej
+komnaty. Jednocześnie płynęły melodyjne, ciche akordy fortepianu,
+wydobywane znać miękka kobiecą rączką. Wtórował im nieśmiały brzęk
+mandoliny.
+
+Rozpływając się powoli, w milczeniu, muzyczne tony łączyły się zgodnie
+co parę minut ze śpiewem, męskim, silnym tenorem, i szły ponad dachy,
+kanały, leciały daleko, drżące...
+
+Poruszony muzyką i śpiewem, Dzierżymirski silniej przycisnął do siebie
+Olę. Wsłuchani w melodyę miłosnej pieśni południa, zbliżyli się oni
+instynktownie, a twarze ich, parte ku sobie, pochyliły się.
+
+Pocałunek gorący złączył usta mężczyzny i kobiety; nie odrywając warg, w
+dreszczu wzajemnej rozkoszy, wśród deszczu spadających, jak drobne
+krople rosy, dźwięków - przepłynęli Dzierżymirscy pod oknami domu. Coraz
+cichsze fale granej melodyi goniły ich, powodzią zalewały jeszcze czas
+jakiś, aż umilkły.
+
+Gondola w tej samej właśnie chwili wjechała na kanał ś-go Marka; plac
+tejże nazwy, gdzie w całej pełni ogniskowało się jeszcze życie miasta,
+zamigotał rzęsiście w oddali dziesiątkami niebieskawych i żółtych
+świateł - przewoźnik oznajmił głośno podróżnym, że są już na miejscu.
+
+- Dojeżdżamy, Oluniu! - poinformował Roman i z uśmiechem wpatrzył się
+namiętnie i czule w twarz swej towarzyszki.
+
+W ciemnościach nawet nocy, widoczny rumieniec objął płomieniem twarz
+kobiety, i wzrok w zawstydzeniu spuściła przed palącem spojrzeniem
+mężczyzny, które zapewne swym blaskiem mówiło coś nad wyraz śmiałego.
+
+W tej chwili właśnie przedni dziób gondoli stuknął o marmurowe stopnie
+hotelowego balkonu, a w parę minut później Roman i Ola znajdowali się
+już w obszernym, o marmurowych ścianach i posadzce pokoju,
+rozbrzmiewającym w ciszy stłumionem, głuchem brzęczeniem mustyków.
+
+Odprawiwszy natarczywego sługę, proponującego im przysłać natychmiast
+przewodnika, w celu obejrzenia powierzchownego na przechadzce placu San
+Marco, bazyliki i pałacu Dożów -Dzierżymirscy wkrótce pozostali zupełnie
+sami.....
+
+
+
+W Wenecyi wszędzie pogasły już światła. Noc zupełna, czarna, zawisła
+chwilowo nad grodem. Nie trwało to jednak długo; stopniowo chmury na
+niebie rozstępować się poczęły i rąbek księżyca nieśmiało wychylił się z
+poza nich.
+
+Zamigotał na wieżycach kościoła ś-go Marka, złotawym brązie czterech
+rumaków, królujących na szczycie tej katedry - musnął swym blaskiem
+ściany pałacu Dożów, a przeszedłszy się po jego galeryach ponurych,
+zajrzał w zakratowane okna wiszącego mostu, łączącego pałac z dawnem
+więzieniem, a znanego powszechnie pod nazwą "Mostu Westchnień".
+
+Wyjrzawszy zaś już odważniej nieco, trącił srebrzysty lśniącą taflę
+laguny, zadrgał siecią światła na powierzchni wód, a niebieskawą
+ścieżyną dotknąwszy się ich pieszczotliwie, otworzył nagle perspektywę
+daleką, hen! aż ku Lido-na morze...
+
+W niezamąconej niczem ciszy, starożytne zegary licznych kościelnych i
+klasztornych wieżycach wybijać poczęły rytmicznie którąś godzinę. Jedne
+z nich brzmiały basem, inne kwiliły wiolinem, lub brzęczały melodyjnie,
+łącząc w sobie te dwa melodyjne klucze, a bijąc w ten sposób, zdawały
+się mierzyć w milczeniu chwile czyjegoś może szczęścia...
+
+Niedyskretne, ciekawe, promienie księżyca zaszkliły się jasnem światłem
+na taflach szyb hotelowych, dawnego pałacu Dandolo. Zatrzymały zda się
+dłużej przy jednem oknie i pomknęły znowu obojętne w dal...
+
+A posągowo uśmiechnięte, wiecznie tak samo szerokie oblicze księżyca nie
+zmieniło wcale wyrazu.
+
+Bo cóż go zaiste, obchodzić mogło tych dwoje ludzi, którzy przybyli aż
+tutaj po ułudę rozkoszy? Cóż znaczyły dlań dwa serca, zrywające wspólnie
+kwiat miłości i zapomnienia?
+
+On, filozof, wszak w swem życiu prawiecznem widział podobnych zdarzeń aż
+nadto wiele; on znał nicość tych chwil, umiał na pamięć kochanków
+zaklęcia i ich nieraz słomiane zapały, gasnące za życia podmuchem - pod
+rzeczywistości bezlitosną ręką. Wiedział również, że zapały te same,
+odegrzane częstokroć i ożyłe, kiedyś, w przyszłości, obosiecznem cięciem
+ranić może będą tych samych ludzi, skierowane do jednostek innych,
+zarówno łaknących uczucia i użycia...
+
+Powiewna chmurka pieszczotliwie przytuliła się do twarzy księżyca i
+przesłoniła go leciutko, kaskada zaś miesięcznych promieni, zbladłszy,
+niepewnym, migotliwym blaskiem zalała uśpioną Wenecyę.
+
+W tej samej chwili dwie jakieś postacie, zbliżone do siebie, zamajaczyły
+poza taflą jednego z okien hotelowych, i dwie głowy, dotykając się
+wzajemnie, zapatrzyły się we wdzięczny krajobraz laguny i morza,
+zamglonych chwilowo półświatłem, oraz cieniami księżyca.
+
+I postawszy tak długą chwilę, jakby rozmarzone, znikły niebawem,
+splecione w uścisku, niezdolne napawać się długo poza sobą niczem, nawet
+pięknem przyrody...
+
+W ślad prawie zatem nastała ciemność nieprzejrzana i zapanowała nad
+miastem pamiątek.
+
+---------
+
+
+Zadumany i jakby tęskny tulił się zmierzch szary do ścian kamienic
+wielkiego miasta, do witryn wspaniałych sklepów jego, pełzał u podnóży
+pomników, ścierał kontury gmachów kościołów - wszystko dokoła pogrążał w
+mroki i cienie.
+
+W wykwintnie umeblowanem swem pomieszkaniu siedziała na fotelu Melania,
+marszałkowa Warnicka, rodzona siostra ojca dzisiejszej Oli
+Dzierżymirskiej, a dotychczasowa od dzieciństwa prawie opiekunka tej
+ostatniej.
+
+Przez otwarte okno, łącznie z echami wielkomiejskiego gwaru, wciskał się
+tutaj wolno zmrok, a ściemniając się stopniowo coraz bardziej,
+pocieszająco jakby wygładzać się starał zmarszczone wysokie czoło
+wiekowej już matrony, łagodnie muskał jej siwe włosy, i zaglądając
+jednocześnie nieśmiało w oczy rozumne, wyraźnie zdawał się współczuć
+smutnemu jej zamyśleniu.
+
+Na małym stoliku przed marszałkową leżał otwarty telegram. Opiewał on
+zaś lakonicznie: "Przewidzenia słuszne. Ola już po ślubie z
+Dzierżymirskim. Przyjeżdżam. Ładyżyński."
+
+Już może pół godziny po przeczytaniu powyższej wiadomości, nieruchomo w
+swym fotelu siedziała pani Melania.
+
+Od trzech dni - to jest od czasu gdy Ola zniknęła z domu swej ciotki, by
+więcej nie wrócić - marszałkowa Warnicka z niepokoju postarzała się była
+o lat co najmniej kilkanaście.
+
+Początkowo nie mogła zrozumieć postępku swej siostrzenicy; tak dobrze
+było jej u niej, może zatem powróci ona lada chwila - niewątpliwie.
+
+Musiała wyjechać z miasta na parę godzin, znaglona interesem ważnym...
+mówiła sobie, perswadowała staruszka.
+
+Nazajutrz jednak wieczorem, gdy żadnej o Oli nie było wieści, obawa
+kochającej dziewczę ciotki wzrosła o nią do tego stopnia, iż myślała, że
+zwaryuje. Dom cały był przerażony, latano, szukano rozpaczliwie
+nieobecnej po mieście, na chybił trafił - wszędzie, oczekując zarazem z
+trwogą wiszącej zda się w powietrzu katastrofy - wiadomości jakiej
+strasznej, o nieszczęściu, lub nawet o śmierci.
+
+Zbawcą pełnej niepokoju marszałkowej okazał się wówczas Emil Ładyżyński,
+przyjaciel całego domu Gowartowskich, stary kawaler, sprytny wyga
+wielkomiejski, a poza tem człowiek rozumny i bystry bardzo. Zebrawszy
+naprędce wskazówek tu i ówdzie, wpadł od razu na trop właściwy. Domysły
+jego były trafne.
+
+- A ja powiadam pani marszałkowej, że panna Ola używa już miodowych
+miesięcy! Młodość nie żartuje, gdy kocha... były to ostatnie słowa jego
+i sprawdziły się, niestety...
+
+Przez samego ojca panny, Januarego Gowartowskiego, pogardliwie odrzucony
+konkurent, inaczej poradził sobie.
+
+Marszałkowa w zadumie westchnęła cicho, ciężkie bowiem, zaiste, czekały
+ją niebawem przejścia. Brat jej, January, którego, o niczem jeszcze nie
+wiedząc, powiadomiła, wzywając go, natychmiast po zniknięciu Oli, lada
+oto chwila nadjedzie...
+
+Cóż ona, na Boga, powie ubóstwiającemu córkę ojcu, jak się potrafi
+wytłumaczyć przed nim ze wszystkiego? Wszak to na jej opiece pozostawił
+on był, wyjeżdżając, jedyne swe dziecię...
+
+Lecz czyż mogła przewidzieć podobne rozwiązanie sprawy?
+
+Przenigdy!...
+
+I marszałkowa Warnicka niżej jeszcze pochyliła na piersi głowę swą siwą,
+a czoło jej poorały zmarszczki, znacząc jakby ślad męczących ścigających
+się myśli.
+
+- A ją, Olę, to dziecię, które wespół z bratem i ona kochała całą siłą
+swej duszy, czyż tak znów dalece winić można było?...
+
+Zapewne...
+
+Nie porzuca się od razu wszystkiego, nie ucieka chyłkiem, choćby nawet w
+ramiona ukochanego mężczyzny, gdy sprzeciwia się temu wola rodzica,
+gdy...
+
+Pani Melania przetarła czoło pomarszczoną dłonią. "Młodość nie żartuje,
+gdy kocha!" zabrzmiały jej w uszach słowa Emila Ładyżyńskiego. Miał
+słuszność...
+
+I nagle, z początku nieokreślone, później coraz głośniejsze, śmielsze,
+zakiełkowały w duszy staruszki wyrzuty sumienia. Bo czyż doprawdy, Ola
+nieszczęśliwa tak bardzo była winna?... Miłość oszołomiła ją, porwała, a
+reszty niewątpliwie dokonało wychowanie młodej panny, kapryśnej
+pieszczotki ojca, ulubienicy również jej, marszałkowej, zawsze dlań
+pobłażliwej i słabej.
+
+I pani Melania znów zadawała sobie dalej w myśli pytania...
+
+- Czy Ola posiadała w duszy swej to, coby ją od popełnionego kroku
+wstrzymać mogło? Czy wpajano w nią te zasady młodych, takie na przykład,
+jakiemi ją karmiono lat temu wiele, w których pokolenie jej podobnych
+wyrosło?... Marszałkowa w zadumie spuściła nisko głowę.
+
+- Nie, nie! - odpowiadało coś skrycie na dnie jej duszy.
+
+Ola zasad takich nie miała, a z czyjejże to było winy?
+
+Najprzód, naturalnie, ojca, Januarego, lecz następnie i jej przecie,
+zastępującą Oli odeszłą z tej ziemi matkę.
+
+I z szarą godziną, coraz bardziej rozgaszczają się po buduarze - z
+mrokiem, pełnym cichej melancholii lipcowego wieczora, wkradające się do
+duszy marszałkowej wyrzuty potężniały, rosły... Samokrytyka zaś własnego
+postępowania zgryźliwie szarpać poczęła jej mózg, coraz to nowemi
+pytaniami ją zasypując:
+
+- Czy starałaś się wniknąć do duszy młodego dziewczęcia, a potem,
+zbadawszy ją, formować i ukształcać? - mówiła ona. - Czy wtedy - pytała
+dalej - gdy po niewinnem dzieciństwie i młodocianych leciech po raz
+pierwszy wstąpiła Ola, już jako dorosła panna, na śliską arenę salonów i
+światowego życia, dałaś ty jej, prócz wskazówek powierzchownych,
+banalnych, jakie przestrogi inne, głębszej, poważniejszej natury?...
+
+A później - gdy rozbawiona, rozmarzona zabawą, flirtami i tańcem, z
+pobudzonymi zmysłami i wyobraźnią, wracała ona do domu z towarzyskich
+balów i zebrań - czy zastanowiliście się wy kiedyś, ty i brat twój,
+January nad tem, co przechodziło tam przez ową młodą główkę, co zapalało
+wyobraźnię jej i w bezsennych nocach może marzeniem ułudnem na
+skrzydłach niezdrowych fantazyj nie pozwalało zamknąć źrenic do snu
+cichego?...
+
+Uczyniliście wy to wszystko? Zastąpiliścież dziewczęciu temu matkę,
+wykonywując wspólnie ten nałożony na was obowiązek, z tą konieczną
+drobiazgowością, z którą w istocie częstokroć nie rachują się
+rodzicielki same?...
+
+Oblicze zadumanej marszałkowej wyrażało teraz ciche cierpienie, żal
+jakby i skruchę, w tym bowiem wewnętrznym, milczącym rachunku sumienia
+coraz cięższe odczuwała winy po swojej i brata stronie.
+
+A raz poruszone sumienie znów pytało dalej nielitościwie: - Czy
+pochwyciłaś ty również te chwile, gdy do krysztalnej młodej dotąd
+jeszcze duszy zapukała miłość, wkradła się tam, i rozkwitła bujnie?
+Czuwałażeś razem z ojcem Oli nad sercem swej pieszczotki? Rozumnem
+słowem, uwagą głęboką, kształciliścież je? hodowali, strzegąc to serce,
+niby kwiat cieplarniany, od temperatury niezdrowej? Myśleliścież wy o
+tem, iż tam, zamiast skromnego, pięknego pączka, o barwie łagodnej, może
+wzrość ukrycie i bezkształtną zajaśnieć purpurą kwiat namiętności cichy,
+wszystko dokoła duszący swą wonią?..
+
+Czy uczyniliście wy to wszystko? - powtórnie, jako konkluzya wątpliwości
+wszelkich, szarpnęło pytanie ostatnie duszą marszałkowej.
+
+Przygnębiona oparła znużoną głowę o poduszkę staroświeckiego mebla.
+
+Odpowiedzieć nie mogła obroną na zarzuty, powstałe w jej myślach za
+podszeptem sumienia - milczała zatem.
+
+- Nie! - szyderczo odpowiedział z kolei rozum!... Wypieściliście tylko
+ulubione swe dziecko, nie odmawialiście mu niczego - osypywaliście
+wszystkiem, czego zapragnęło, znosząc nawet kaprysy, zachcianki i
+urojenia; ustępując woli, którą rozumnie powinniście byli kształcić;
+słuchając - a nie rozkazując!
+
+- O, wy! wychowawcy młodego pokolenia, jakże daleko jesteście od
+powinności swoich!.. zaśmiał się w końcu rozum z goryczą.
+
+Marszałkowa Warnicka, nie ruszając się z miejsca, przymknęła powieki,
+chwilę dłuższą w jednej i tej samej zostawszy pozycyi, wreszcie wstała
+ociężale z miejsca swego i powoli zbliżyła się ku oknu.
+
+Zapalono już latarnie w mieście. Po szerokich - trotuarach
+pierwszorzędnej ulicy snuły się tłumy. Pani Melania wpatrzyła się w nie,
+a w jej myślach jednocześnie szumiało:
+
+- Uderz się w piersi!... Mea culpa, mea culpa! - boś winna, bardzo
+winna!
+
+Zamigotał, zabłysł snopem promieni i iskier miłości płomyk, i dziewczyna
+wyciągnęła ku niemu pragnące ramiona, jak łódź bez steru na morzu
+rozhukanem - dziewczyna, którą wychowałaś - zdeptawszy uczucia drogich
+sobie osób, nie oglądając się nawet za ich błogosławieństwem!
+
+- Zbieracie, coście zasiali! - głos jakiś w uszach marszałkowej
+rozbrzmiewał i rósł, pełen potęgi.
+
+Nagle staruszka cofnęła się wstecz całem ciałem i drgnęła nerwowo. W
+ciszy apartamentów rozległ się w tej chwili pokilkakroć silnie dzwonek.
+
+To był January Gowartowski. Marszałkowa przeczuciem już zgadywała
+przybycie brata, a przetarłszy czoło ręką, z głębokiem westchnieniem
+odstąpiła od okna.
+
+
+W sąsiednim salonie, na odgłos dzwonka, zapalał właśnie mały lokajczyk
+światło, w przedpokoju rozbierał się ktoś i rozmawiał ze służącym.
+
+Pani Melania, wsłuchawszy się pilnie, poznała głos brata. Wysiłkiem woli
+rozpogodziwszy, jak umiała, oblicze, przestąpiła próg buduaru, i weszła
+powolnym krokiem do salonu. W tej samej chwili we drzwiach ukazał się
+przybyły.
+
+Był to mężczyzna, lat koło sześćdziesięciu może, chudy, wysoki, i pomimo
+wieku, trzymający się jeszcze bardzo prosto, oraz gibki, jak trzcina, o
+wyglądzie i układzie delikatnym, zręcznym i dystyngowanym. Twarz January
+Gowartowski miał wygoloną starannie, głowę piękną, z przyprószonym nieco
+włosem, a wąs sumiasty, biały, okalał mu wargi, wygięte nieco dumnie -
+oblicze zaś jego, nacechowane jakby wyrazem wyniosłości, nerwowe,
+zmienne, znamionowało człowieka, na. pierwszy rzut oka, nader wrażliwego
+i uczuciowego może nad miarę.
+
+Ujrzawszy siostrę, podbiegł ku niej szybko i złożył w milczeniu na jej
+ręce pełen uszanowania pocałunek. Przytem spojrzenie Gowartowskiego
+spoczęło na jej twarzy pytająco, i dopiero po przelotnej chwili
+oczekiwania jakby, widząc marszałkową nieco zmieszaną, odezwał się
+pierwszy:
+
+- Odebrałem telegram twój, pani siostro, niepokój przygnał mię tu
+natychmiast... Ola wyjechała podobno, gdzie? po co? na co?.. Czy tylko
+jej co złego się nie stało? może ona chora, groźnie, broń Boże?..
+Powiedz, Melanio, szczerą prawdę, mów prędzej, bo wytrzymać z niepokoju
+nie mogę!.. - drżąco wymówił pan January słowa ostatnie, z akcentem
+prośby, głosem pełnym obawy, i z troską na wyrazistej twarzy czekał na
+odpowiedź.
+
+Tymczasem zmieszanie marszałkowej rosło. Unikając spojrzenia brata,
+rzekła:
+
+- Ależ uspokój się, mój drogi, cóż znowu?.. Upewniam cię, iż Ola
+najzdrowsza się czuje i że zgoła nic złego jej nie grozi...
+
+Twarz Gowartowskiego natychmiast rozpogodziła się i westchnienie ulgi
+podniosło pierś jego, odczuł bowiem szczerość w słowach siostry.
+
+Rzuciwszy opodal kapelusz i podróżna torebkę, usiadł wygodnie na fotelu
+i spokojnym już zupełnie głosem zapytał:
+
+- No, więc cóż, na Boga, stało się z Olą? wyjechała - dokąd?...
+
+- Zmęczonym pewnie jesteś i głodnym - przerwała bratu Melania - może
+kazać dać ci herbaty, przekąski?... - i mówiąc to, przycisnęła guzik
+elektrycznego dzwonka.
+
+- Ależ, ma chčre, - żachnął się trochę niecierpliwie Gowartowski - to
+wszystko zrobimy później, po cóż te ze mną ceremonie; co ci się dzisiaj
+stało, taka nienaturalna jakaś jesteś? - zatrzymał się pan January i
+spojrzał siostrze badawczo w oczy.
+
+- Nakarmisz mnie potem - dorzucił po chwili, z uśmiechem - lecz opowiedz
+mi najprzód, co się tutaj stało?...
+
+Marszałkowa i na to nic zupełnie nie odpowiedziała, bo w tej właśnie
+chwili na progu salonu ukazał się przywołany lokaj. Wszystko, co dotąd
+czyniła, miało za cel zyskać tylko na czasie, po prostu bowiem nie
+wiedziała, w jaki sposób podać bratu smutną i wstrząsającą odpowiedź i w
+jakiej uczynić to formie. Zwróciła się do służącego.
+
+- Zapal lampę w buduarze, a gdyby kto tam przyszedł, to powiedz, żem
+cierpiąca, i nie przyjmuję...
+
+- Wszak prawda - z kolei pytająco na pozór skierowała się do brata - i
+ty zapewne nie masz dziś ochoty widzieć gości?...
+
+Za całą odpowiedź Gowartowski wzruszył z lekka ramionami, jednocześnie
+jednak z pod oka kilkakrotnie spojrzał na siostrę, a z twarzy jego
+pierzchła pogoda.
+
+Coś poza kulisami działo się w tym domu niedobrego, czul to pan January
+nerwami, więc czoło zasępiło mu się i brwi przelotnie zmarszczyły.
+Powstał gorączkowo z siedzenia, nieobecny myślą, szukający zagadki, nie
+rozumiejąc słów siostry, znajdującej się już w oświetlonym buduarze i
+mówiącej coś do niego.
+
+- Co mówisz? nie słyszę... - rzucił po chwili. - Może tu przejdziesz,
+będzie nam wygodniej rozmawiać... - powtórzyła głośniej tym razem
+marszałkowa.
+
+Gowartowski posłusznie podszedł ku drzwiom i przestąpił próg buduaru.
+
+Zamknij drzwi za sobą, mój kochany, i siadaj, proszę cię! -
+bezdźwięcznym głosem odezwała się pani Melania, sama zaś skierowała się,
+by przymknąć drzwi do pokoju jeszcze jedne.
+
+Pan January tymczasem usiadł i ze wzrastającym coraz bardziej niepokojem
+śledził ruchy swej siostry. Teraz był już pewnym, że czeka go coś
+niezwykłego, i złego, tak bowiem ostrożnej i dziwnie postępującej
+siostry dawno już nie oglądał.
+
+Marszałkowa zbliżała się właśnie ku niemu, a usadowiwszy się obok, na
+kanapie, ujęła w obie dłonie ręce brata. Postanowiła w myśli zaraz od
+razu przeciąć drażniące pęta wstępnej rozmowy, rzekła zatem łagodnie i
+serdecznie, wpatrzywszy się rozumnemi i dobremi oczami w twarz brata.
+
+- Przyrzeknij mi przede wszystkiem, mój drogi, że nie zanadto zmartwisz
+się tem, co ci powiem, i zniesiesz wiadomość bardzo smutną, co ci
+zakomunikować muszę - prawdziwie po męsku...
+
+- Ależ dobrze, dobrze, moja kochana... Lecz powiedz-że mi nareszcie, o
+co chodzi, bo siedzę, jak na rozżarzonych węglach, i po głowie latają mi
+wprost niemożliwe przypuszczenia!.. Mów prędzej, błagam - cóż z Olą się
+stało?.. - wybuchnął Gowartowski, ostatnie zaś słowa jego drgały wymówką
+i prośbą.
+
+Wyraz współczucia przemknął po twarzy matrony siwej, i objąwszy rękami
+głowę brata, ucałowała ją czule.
+
+- Ola... już po ślubie... - rzekła równocześnie szeptem.
+
+Gowartowski, jak podrzucony, zerwał się z fotelu, i wzrokiem błędnym na
+marszałkową spojrzał. - Kiedy? jak? co? gdzie? - wykrzyknął w pierwszej
+chwili. - To być nie może!... - dorzucił i urwał... Wpatrzywszy się
+bowiem uważniej w twarz siostry, poznał, iż ona mówi prawdę, po chwili
+jęknął więc tylko cicho:
+
+- Z kim?... i cały, zdawało się, zawisł na ustach pani Melanii... Głos
+zadrżał marszałkowej, gdy, jak mogła najspokojniej, panując nad własnem
+wzruszeniem, odpowiedziała wolno:
+
+- Z Romanem Dzierżymirskim...
+
+- Z Dzierżymirskim... z tym hołyszem... synem tej... tej Włoszki,
+śpiewaczki!... - głos załamał się panu Januaremu, i schwycił się on
+obiema rękami za głowę. - I bez... bez... - tu głos Gowartowskiego
+przeszedł w chrypkę, snać wstrząsająca nowina zatamowała mu dech w
+piersiach - bez mego... pozwolenia... błogosławieństwa!... - wykrztusił;
+dokończył nareszcie, z bólem i gniewem... Twarz przytem znękanego
+otrzymaną wiadomością ojca, dotąd blada bardzo, zakwitła nagle ceglastym
+rumieńcem, nogi zaś widocznie zachwiały się pod nim, gdyż ciężko,
+bezsilnie, upadł na pobliski głęboki fotel.
+
+Powtórnie, z macierzyńską iście troskliwością, objęła głowę stroskanego
+brata marszałkowa Warnicka, jakby ta czuła pieszczota siostrzana ukoić
+pragnęła, choć chwilowo, cios, przed chwilą słowami przez nią zadany.
+
+Lecz Gowartowski odtrącił ją prawie że brutalnie, niepomny niczego, a
+chwyciwszy w dłoni rękę siostry, przemówił zapalczywie, urywanym głosem.
+
+- Jak to? I ty, Melanio, pozwoliłaś na to? ty, na opiece której, niby
+matki rodzonej, zostawiłem moje dziecię? Ty dałaś zezwolenie, nie
+zawiadomiwszy mnie o niczem?
+
+I pan January ponownie z miejsca swego się zerwał, i wykrzyknął
+wzburzony:
+
+- Wiedząc, że temu młokosowi, awanturnikowi odmówiłem dawniej,
+naumyślnie usypialiście czujność moją, by mnie podejść, oszukać, i
+myśleliście może, iż ja to przyjmę post factum, "tak sobie!"
+
+- Ależ zmiłuj się, uspokój ! - pospiesznie przerwała marszałkowa. - Nic
+jeszcze nie wiesz dokładnie, a już obwiniasz innych na chybił-trafił.
+Proszę cię, bardzo proszę, cierpliwości trochę, spokoju, aż opowiem ci
+wszystko, - dodała błagalnie.
+
+Pan January mimo woli ucichł i spojrzał pytająco na siostrę.
+
+- Serce-ż ty moje, posłuchaj, a nie martw się tak okrutnie - drżącym od
+wzruszenia głosem, ze współczuciem, przemówiła znowu pani Melania, w
+nagłem rozczuleniu zatrącając przytem wyraźnie rodzonym ukraińskim
+akcentem, od którego odzwyczaiła się była swą ciągłą bytnością w
+mieście. - Posłuchaj, jak się rzecz miała - zaczęła marszałkowa, i
+ciągnęła tak dalej : - Przede wszystkiem, kiedy już tak boleśnie
+dotknąłeś mię przypuszczeniem, że byłam w zmowie przeciwko tobie,
+wytłumaczyć się winnam... Tak nie było wcale, jak sądzisz; przeciwnie do
+ostatniej chwili ja o niczem zgoła nie wiedziałam...
+
+Jak to? - przerwał siostrze zdumiony Gowartowski.
+
+- Tak, serce, tak, Januarku, ja nic zupełnie nie wiedziałam - powtórzyła
+marszałkowa, z widocznym żalem w głosie - a dlaczego? Dlatego, że oni
+poradzili sobie bez nas... Roman porwał Olę i natychmiast wyjechali
+razem za granicę.
+
+I pani Melania umilkła, wszystko najgorsze już było bratu wiadomem. Pod
+nowym ciosem pochyliła się głowa mężczyzny, i odbiło się na niej jeszcze
+boleśniejsze cierpienie.
+
+- Olu!... Olu!... dziecko moje!.. Jakże zawiodłem się na, tobie! - z
+ciężkiem westchnieniem wymknęło się z ust biednego ojca.
+
+Marszałkowa spoglądała wzruszona na brata. Gniewu jego nie bała się ona;
+uniesienie przechodzi. Lecz czego lękała się dotąd najbardziej, to tej
+rany właśnie, zadanej kochającemu sercu ojcowskiemu przez córkę,
+depczącą przywiązanie do niej silne i bez upamiętania - dla ułudnej
+fatamorgany zmysłowych rozkoszy, dla miłości kwiatów i ponęt...
+
+Pan January, z głową na piersi schyloną, milczał teraz, ukrywszy twarz w
+dłonie. Ze wzrastającem coraz bardziej współczuciem patrzyła wciąż pani
+Melania na brata i myślała:
+
+- 0, dzieci, dzieci, pokolenia młode, jakże wy często i okrutnie ranicie
+serca starych! Przywiązuje się ich jesień smutna do waszych wiosen,
+pełnych wesela, a wy, jak te ptaki, szukające wciąż ciepła i słońca,
+lekkomyślnie rzucacie te serca, tratujecie miłość, zaparcia siebie
+pełną, a pogardzając dogasającemi, popielejącemi iskrami - szukacie,
+garniecie się do ognia, do młodych!..
+
+Przecież i dla mnie pieszczotka Ola była dotąd wszystkiem, lube dziecię!
+
+Tak, lecz od genezy uczucia jej i brata nie biło słońce miłości młodej,
+ptaszyna zerwała jedwabne pęta przywiązań domowych, bo w mroki cichych,
+dotychczasowych jej uczuć, do serduszka dziewczęcego, wdarł się
+promienisty blask potężniejszy, silniejszy! Zwykła kolej rzeczy tego
+świata...
+
+Chcąc przerwać milczenie, pełne dla obojga rozmyślań przykrych, pani
+Melania poczęła mówić znowu przyciszonym głosem:
+
+- Podziękujmy Bogu jeszcze, mój drogi January, że ślubem skończyło się
+to wszystko. Teraz z wolą Bożą pogodzić się należy, i z przeznaczeniem,
+to trudno... - ciągnęła dalej, widząc, że na jej słowa wyrwany z
+głębokiej zadumy brat podniósł głowę i słucha - Nie uwierzysz, ile ja
+przecierpiałam, nim doniesiono mi o tem, że oni gdzieś w pobliżu
+austryackiej granicy, w jakiejś tam wioszczynie ślub wzięli.
+
+- Zkądże masz tę wiadomość? - złamanym i cichym głosem spytał
+Gowartowski.
+
+- Marszałkowa ze smutkiem spojrzała na brata. Serce zabolało ją, jakże
+bowiem innym, odmiennym całkiem, stał się on nagle teraz, po odebraniu
+wiadomości, tak dlań wszechstronnie bolesnej. Powoli, miękko, opowiadać
+mu ona poczęła stopniowo wszystko.
+
+A więc, o ucieczce Oli, o własnych cierpieniach, o tem, że z tak
+licznych znajomych prawdy nie domyśla się dotąd nikt jeszcze, o
+Ładyżyńskim...
+
+Pan January, przybity, słuchał teraz słów siostry pokornie, jak dziecko,
+nie odzywał się już wcale, trudno zaś było zaręczyć, czy w myślach
+bezustannie zatopiony - słyszał.
+
+Skończywszy swą opowieść, marszałkowa rzekła:
+
+- Bóg mi świadkiem, iż nic winną nie jestem... Po wyjeździe twoim i
+odmowie, którą dałeś Dzierżymirskiemu, gdy oświadczył się o Olę przed
+paru tygodniami, nie przyjmowałam go wcale. Gdzie widywał się z Olą, jak
+i kiedy ułożyli ze sobą wszystko? Dotychczas żadnego o tem nie mam
+pojęcia. Cóż robić - wola Boska!..
+
+Gdy marszałkowa wymawiała te ostatnie wyrazy, instynktownie przysunęła
+się do brata, chcąc pocieszyć go zapewne, lecz w tej samej chwili
+spojrzenie jej padło na drzwi od salonu, i drgnęła nerwowo. Zdało jej
+się, że ktoś dotyka właśnie klamki...
+
+Rzeczywiście, w sekundę później rozległo się trzykrotne pukanie, w ślad
+za tem zaś służący zawiadomił, że podano kolacyę i herbatę.
+
+- Czy masz ochotę jeść teraz? - spytała łagodnie brata pani Melania.
+
+Pan January, machnąwszy poprzednio ręką, zrobił głową ruch negatywy,
+pełny obojętności i zniechęcenia.
+
+Marszałkowa westchnęła cicho.
+
+-Będziemy jedli później! - rzuciła głośno.
+
+Po drugiej stronie drzwi buduaru zaintrygowany lokaj schylił się i
+spojrzał przez dziurkę od klucza, poczem jeszcze bardziej zaciekawiony
+przyciszoną rozmową, której wątka schwycić nie mógł, postawszy chwilę,
+oddalił się na palcach by zakomunikować wiadomość tę pozostałej służbie.
+
+Z dobrą godzinę, a może i więcej jeszcze, minęło nim roztworzyły się owe
+drzwi buduaru, i wyszło z niego rodzeństwo. Jakież jednak było zdumienie
+domowników, gdy zamiast spożyć wieczerzę, oboje rozeszli się do swoich
+komnat, nie tknąwszy jej wcale.
+
+I późno potem w apartamentach marszałkowej Warnickiej paliły się dwa
+światła.
+
+Długo, bardzo długo, na klęczkach przed zapaloną lampką i wizerunkiem
+Matki Bożej modliła się gorąco polska matrona, zanosząc prośby do nieba.
+Ukrywszy głowę w dłonie, rozmyślała ona o ulubienicy swej, Oli, modliła
+się za nią, za brata wreszcie, by mu los przyszłość osłodził. W końcu
+światło u niej zgasło. Zmęczona wrażeniami ciężkich trzech dni
+ostatnich, staruszka zasnęła twardo, pojednana z przeznaczeniem -
+wzmocniona modlitwą...
+
+Inaczej się działo w komnacie Gowartowskiego. I on po niejakim czasie,
+zmęczony jednostajną po pokoju wędrówką, zgasił lampę, ułożywszy się do
+snu.
+
+Lecz sen - ukoiciel daleko odleciał od znękanego starca.
+
+Przez wielkie okno wkradało się półświatło usianej gwiazdami nocy
+letniej, sennej i cichej; mrugające na niebie gwiazdy zaglądały do
+wnętrza - komnaty, położonej na dole i zwróconej ku ogrodowi, a
+zawisłszy nad łożem, wpatrywały się błyszczące, pytań niedyskretnych
+pełne, w pobladłe lica bolejącego tu człowieka.
+
+0! jakże noc ta polska, swobodna, zadumana i jasna była inną dla
+zapomnianego ojca, a jak inna, choć ta sama, rozpięta na włoskiem
+niebie, dla dwojga młodych w Wenecyi!...
+
+Tam, w upojeniu, w miłosnej ekstazie, dwie dusze, dwa młode istnienia
+zlewały się w jedno!... Na zegarach ich przeznaczeń teraz właśnie biła
+może zgodnie aksamitnymi cichymi tony, ziemska ułudna szczęścia
+godzina...
+
+A tu?...
+
+Z cierpieniem i bólem sam na sam borykał się starzec, tłumiąc łzy,
+cisnące mu się gwałtem do oczu...
+
+Bo czyż, zaiste, to dziecię własne, drogie, nie sponiewierało go
+bezlitośnie? Czyż za tyle lat ojcowskich trudów, miłości i zaparcia się
+siebie, on, rodzic kochający, jak rzadko który może, zasłużył tego
+ostatecznego, pogardliwego zdeptania?
+
+Więc on wobec córki własnej nic nie znaczył? Błogosławieństwo jego jest
+niczem, pozwolenie - zerem! On sam zaś, jego własne "ja," którego
+odzwierciedlenie niezatartem, zdawało mu się piętnem, odbite było na
+duszy Oli, także okazało się tak słabem tylko? 0! do jakiego stopnia
+słabem nawet, kiedy nie potrafiło oprzeć się nowemu uczuciu -
+intruzowi!...
+
+Uśmiech gorzki, boleści pełny, przemknął się po ustach Gowartowskiego.
+
+- Więc nic trwałego na tym padole! - myślał - wszystko marnością...
+rozwiewającym puchem!... Więc drogie kamienie, perły uczucia, powstałe w
+ojcowskiej duszy z tysiącznych życia szczegółów, cicho wyrosłe tam
+kwiaty trwałego rodzicielskiego przywiązania, z góry już skazane być
+muszą niemiłosiernie, by zwiędnąć zapoznane...
+
+Ach, jakże on, naiwny, dalekim był myślą od tego! Jakiemże przykrem
+rozczarowaniem była dlań ta naga rzeczywistość, brutalna, bez zasłon,
+choćby konwencyonalnych tylko!
+
+Gowartowski ścisnął głowę rękami, zdawało mu się bowiem, iż ona pęknie
+od myśli, cisnących się, jak nieproszone tłumy... Subtelny umysł jego
+giął się pod ich naporem, szumiał, niby rój brzęczących, dokuczliwych
+owadów.
+
+Nagle, jakby dziwnym wpływem reakcyi, w głowie leżącego zapanowała
+próżnia...
+
+Gowartowski na małą sekundę tylko przestał myśleć...
+
+I natychmiast zręcznie z chwili tej skorzystała samowiedza.
+
+- Przypomnij sobie własną przeszłość - szepnęła - bądź wyrozumiałym!...
+Poszukaj dobrze, a niewątpliwie znajdziesz tam moment, analogiczny z
+chwilą obecną!...
+
+Wszak młodość ma swoje silne prawa, każdy w tym czasie korzysta z nich,
+a starość, ubrana w pożółkłe, lecące liście jesieni życia, swą głowę
+srebrną pochylić zawsze musi przed jej oślepiającym blaskiem, pomna, że
+i ona kiedyś taka sama była.
+
+I pan January wysiłkiem woli uprzytomnił sobie nagle minione lata swoje,
+wpatrzył się w nie na chwilę...
+
+- Nie, nie!... - wołać poczęło we wzburzeniu całe jego jestestwo.
+
+Tego, co go dzisiaj spotykało, nie było tam zgoła. On szanował sędziwy
+wiek, przywiązania starych nie tratował; choć kochał i szalał, jednak
+zawsze godził jedno z drugiem.
+
+Tu zaś obecnie działo się zupełnie co innego. I Gowartowski w tej samej
+chwili odwrócił się do ściany, a przymknąwszy machinalnie powieki, i
+jakby chroniąc słuch od jakichś odgłosów, jak dziecię wcisnął w poduszki
+głowę swą siwą. Bo nagle zdało mu się wyraźnie, że czyn Oli przyoblekł
+się w słowa i w pustych, cichych ścianach pokoju krzyczy wielkim głosem:
+
+- Idź w kąt, stary niedołęgo! Czyż ja potrzebuję ciebie się pytać? Ja
+chcę żyć, kochać! Pragnę za męża mężczyzny drogiego sercu, a tu ty
+myślisz mi przeszkodzić?...
+
+W ciszy pokoju, w uśpieniu letniej nocy, rozległo się bolesne, stłumione
+łkanie - starzec płakał...
+
+Dawno niezmoczone łzą sędziwe męskie powieki, zaszkliły się rosą -
+stroskanego ojca uniósł ból począł rozsadzać piersi.
+
+A jednocześnie przywidziało mu się, jakby w halucynacyi nagłej, że oto
+skądsiś nagle, do ciasnych ram sypialni wpada, jak huragan, dziwny
+rydwan złocisty... Przytuleni, zrośli jakoby ze sobą, siedzą na nim
+Roman i Ola, zapatrzeni w siebie, nie widząc nic dokoła.
+
+Rydwan zaś wspaniały zbliża się coraz bardziej...
+
+Ciągną go ogniste piękne rumaki białe, a po jego stopniach, ozdobach i
+kobiercach, wszędzie sypią się kwiaty; zasypują go, pochłaniają...
+
+Muzyka wesoła, skoczna, zagłusza tymczasem tętent koni - nad zakochaną
+parą młodych roje cherubów unoszą się w górze, skrzydełka ich szumią
+radośnie, a czarowna miłość toruje im
+drogę!...
+
+I Gowartowskiemu zdaje się równocześnie, że pojazd ten wprost na niego
+wpada.
+
+Tak jest, wyraźnie, wyraźnie!...
+
+Czuje bo oto na piersiach swych bolesne grubijańskie uderzenia kopyt
+końskich...
+
+Ach!...
+
+To koła rydwanu przemknęły po nim zwycięsko!...
+
+Zaszumiało... Posypały się znowu wonnym deszczem kwiaty, muzyka głośniej
+zabrzmiała.
+
+Minęła chwila...
+
+Ucichło wszystko, znikło i tylko jeszcze w milczeniu echem ostatnim
+zadrżał miłośnie pocałunku szmer...
+
+Pojechali.
+
+Zimny pot zaperlił się na czole Gowartowskiego. - Przez myśl przemknęło
+mu słowo: Waryuję?...
+
+Lecz niebawem znowu powróciła myśl zbłąkana.
+
+I cierpienie natychmiast ukłuciami drobnemi ranić go ponownie zaczęło.
+
+Powtórnie, umilkłe na drobną chwilę, jak przypływ morza,
+niepowstrzymany, powrotny, rozległo się w cichym spokoju komnaty
+zduszone łkanie...
+
+Szerokiem korytem rozlewała się boleść upokorzonego, zranionego
+ojcowskiego serca, i przez otwarte okno cicho płynęła eterami, w dal...
+
+Na dworze ściemniło się tymczasem; gdzieniegdzie na czystem niebie
+pojawiły się małe chmurki, przesłoniły zaglądające ciekawie do pokoju
+gwiazdy...
+
+Cienie rozkładały się obecnie w sypialni, a z nimi powoli, zmęczeniem
+snać zwyciężane i wyczerpaniem, milkło bolesne łkanie starca,
+przechodząc stopniowo w płacz cichy. Cóż stało się powodem tego
+ukojenia, działającego łagodnie, jak balsam, na znękaną cierpieniami
+duszę stroskanego ojca?
+
+Może to było przywidzeniem tylko, jednak w majaczących, coraz więcej
+zasiedlających pokój półcieniach, na ich tle widoczna zarysowała się
+niewyraźna jakaś postać, nachylona ze współczuciem...
+
+Któż to był tak niepochwytny, z eterów zaledwie złożony cały? Mara, czy
+złudzenie?
+
+Jednocześnie jakiś dziwny szelest jakby rozległ się również po pokoju...
+Z przytłumionym szelestem, jednostajnie, kropla po kropelce spadało coś
+w pewnych od siebie odstępach, za spadnięciem zaś każdej kropli rozlegał
+się w cichej komnacie jakiś pełny, oddzielny, harmonijny ton stłumiony -
+grała jednolita, oderwana, melodyjna nuta.
+
+Cichła - i znów to samo czyniła druga, trzecia, czwarta...
+
+Cóż to było na Boga? Czary, czy też tylko igraszka cieni i słuchu?..
+Nie. To niewidzialny dla ludzkiego oka, przywołany ze sfer niebieskich
+prawdziwem cierpieniem, spłynął był Anioł pocieszenia, a siadłszy cicho
+przy łożu szarpiącego się z hydrą bólu starca, niósł mu ukojenie - od
+Boga!...
+
+Ściany pokoju tymczasem coraz ciszej grały swą muzykę dziwną...
+
+To ostatnie, do czary konchowej w dłoniach Pocieszyciela, zmieniając się
+tam w piękne drogocenne perły, spadały z oczu człowieka-ojca - łzy...
+
+
+
+
+------------
+
+
+Nad lekko zmarszczoną, a mieniącą się jeszcze w zielonkawe blaski
+powierzchnia Adryatyckiego morza, daleko na widnokręgu, łagodniała coraz
+bardziej czerwona wstęga zachodu, aż znikła, spełzła zupełnie, wyparta
+mrokiem idącego wieczoru.
+
+W zakładzie kąpielowym, na Lido, zapóźnieni, w rozmaitych kostyumach
+goście, powoli, stopniowo, zdążali do kabin swych, aż objęta palami i
+sznurem ogromna przestrzeń morza, przeznaczona na kąpiel, zupełnie
+opustoszała niebawem.
+
+Natomiast na werandzie pośrodku zakładu, na rubieży kąpieli, zaroiło się
+od gości, spragnionych wypoczynku.
+
+Odcinając się od innych wysoką, smukłą swą postawą i dystynkcyą,
+zmierzający do wolnego miejsca tuż pod balustradą, nad morzem,
+przeciskał się pomiędzy licznymi zajętymi już stolikami, Roman
+Dzierżymirski, w ubraniu całem białem, licującem bardzo korzystnie z
+piękną śniadą twarzą jego i czarnym zarostem. Znalazłszy w korku wolne
+miejsce, usiadł i kazał podać sobie napój odświeżający, a zdjąwszy
+zarazem biały kapelusz - z tegoż materyału, co odzienie zrobiony -
+spojrzał wokoło...
+
+Przytłumionym szmerem rozmów, prowadzonych w przeróżnych językach,
+brzęczał w jego uszach, jak rój owadów, zebrany tłum; na pięknego, a
+samotnego cudzoziemca spoglądało ciekawie i zalotnie kilka siedzących
+opodal, przystojnych Włoszek o grubych zmysłowych wargach i dużych,
+błyszczących, czarnych, jak węgiel, oczach.
+
+Dzierżymirski przetarł czoło ręką, i popatrzył z kolei przed siebie.
+Otulone już mgłami zmierzchu morze marzyło jakby zadumane. Przyciszonym
+łoskotem uderzało o brzeg falą, mówiło coś, szeptało...
+
+Na pokarbowanej, coraz bardziej ciemniejącej jego fali ścigały się teraz
+mroki, jakieś cienie tajemniczo pływały po niem, gwarzyły ze sobą gdzieś
+w oddali, a tłumione ich głosy niósł echem łagodny szmer fali...
+
+Tęsknym wzrokiem wpatrzył się Dzierżymirski w bezmiar wód Adryatyku,
+zdało mu się bowiem, że wśród tych otaczających go, obcych ludzi, ono
+jedno brata się z nim obecnie, i przyjacielskiem uchem myśli jego
+słucha.
+
+A Roman całkiem swobodnie poddać się im mógł po raz pierwszy od bardzo
+dawna; nie oczekiwał bowiem na nikogo, był sam zupełnie; żonę, cierpiącą
+na migrenę, pozostawił w hotelu na własne jej żądanie.
+
+Dotąd zaś po prostu nie miał czasu pomyśleć, wniknąć w siebie.
+
+Od chwili przyjazdu Romana do Wenecyi mijało dwa tygodnie, a w całym tym
+okresie, upojony haszyszem miłości dzielonej, przykuty do Oli złotymi
+łańcuchy uczucia, wprzągnięty w oszałamiające, ułudne jarzmo chwil
+miodowych - śnił on, spał, żyjąc życiem nie rzeczywistem, ale jakiemś
+innem, oderwanem, lśniącem się li tylko jasnością, promieniami i
+blaskiem.
+
+Prócz tego, jednocześnie doznawał on i wrażeń innych, subtelniejszych.
+Były zaś niemi: po pierwsze, wrażenia czysto zewnętrzne, a więc ciągłe,
+bezustanne pobudzenie poczucia piękna, wyzwane zetknięciem się z sztuką
+tego zakątka pamiątek Italii; - wewnętrzne, a tym razem również w
+ścisłej pozostające łączności z osią wszystkiego dlań teraz - z Olą.
+
+Dzierżymirski z licznych dotąd miłostek obeznany był dobrze z kobietami,
+po raz jednak pierwszy odczuwał to, co dziś...
+
+Bo dotąd tak zwykle zdarzało się zazwyczaj; że on był w miłości zawsze
+prawie nastrojonym na silniejszy diapazon, a kobieta bierniejszą była -
+poddawała się tylko sile jego uczucia.
+
+Teraz zaś działo się wręcz przeciwnie: to on czuł się więcej pragnionym
+i kochanym - to on poddawał się sile szałów, pożądań...
+
+Po stronie kobiety była widoczna przewaga, Roman zaś nurzał się w tej
+czystej toni niepokalanego dotąd niczem uczucia, jak w źródle świeżem,
+krynicznem nowego złotego życia, odmładzał się w niem, orzeźwiał, i
+upojony, odurzony - zasypiał życie, marzył i śnił, wchłaniając w siebie
+całą moc i potęgę skierowanej ku niemu miłości.
+
+A jednak, wszak i on kochał Olę: Któż by wątpił o tem, gdyby tylko mógł
+spojrzeć na ukrytą, starannie od ludzkiego oka, a zapisaną kartę jego
+tak niedawnej jeszcze przeszłości.
+
+W tej chwili Roman, przeżywając jakby w myślach swych, poza
+teraźniejszością i lata minione, wzdrygnął się, brwi zmarszczył, i
+machinalnie spojrzał przed siebie.
+
+Zupełnie spowił już morze mrok ciemny. Hen, daleko, błyszczały światła,
+pozapalane na niewidzialnych prawie gołem okiem parowcach. Trzy z nich
+mrugały już na kołyszącym się wodnym obszarze, po chwili zabłysło
+czwarte, piąte...
+
+Lekki wietrzyk wionął po fali, poruszył się zadumany wód olbrzym,
+zakołysał, zaszumiał tajemniczo głośniejszym, niż dotąd, chórem
+podszeptów, szelestów i szmerów - melodyjnie zagrał...
+
+U stóp Romana silniej zapluskały fale.
+
+W uderzeniach zaś ich, teraz już zupełnie bliskich, wyraźnych,
+powtarzających się co chwila, jakiś ukryty, szyderczy, szemrzący jakby
+głos wołał, zda się, gdzieś z głębin dalekich:
+
+- No, i cóż, przywłaszczycielu cudzego złota, dobrze ci z niem, co,
+nieprawdaż? Ubóstwiają cię, grasz rolę milionera!
+
+Ha-ha!-ha-ha!.. z kolei zaśmiały się nagle wody.
+
+- Myślisz może, że teraz, dotykając się już pieniędzy innych,
+wytłumaczonym przez to jesteś? Że zapomniano, zagrzebano twą tajemnicę?
+
+- Ha-ha!-ha-ha!.. - śmiało się morze ironicznie, i dalej znowu szydziło:
+
+- A widzisz - zbladłeś! Ty dotychczas pewnym byłeś, że nikt nic nie wie
+o tem!..
+
+- A ja wiem, dobrze wiem!... - szyderczo zaśmiało się morze, a śmiech
+ten wód ogromy coraz głośniej przedrzeźniać poczęły.
+
+Teraz już całe morze bezlitośnie drwiło.
+
+Naraz głos Adryatyku ustał i cichym szeptem zaszemrała fala:
+
+- Nie bój się! ja żartuję tylko... nie trwóż się, ja cię nie zdradzę...
+
+- Patrz, jakie głębie kryją się w mem łonie jak wielkiem jestem ja!..
+
+- Tajemnicę twą zachowam, zginie ona w obszarach, w bezdnach utonie...
+
+- Nie powiem, ci... cho będę... ci... cho... - zaszeptała znów fala, i
+szept ten powtórzyły fal miliony...
+
+I jak śmiech szyderczy, tak i teraz ten półszept cichy, stłumiony,
+drżący, szedł znowu po łuskach fal, tajemniczy, straszny...
+
+Nie... po... wiem!.. ci-cho będę, ccci-cho...
+
+Nerwy Romana zadrgały; podrażniły go te dziwne głosy Adryatyku, odsunął
+krzesło na drugi koniec stolika, podparł rękami głowę, a zatkawszy uszy
+przed pomrukiem wód, wzburzony jeszcze, blady, zadumał się głęboko.
+
+Przeszłość, wywołana chwilą samotności, i dziwnymi morza pogwary, świeża
+i żywa, niby wczorajsza, stanęła mu przed oczyma, jak widmo.
+
+Na ubogiem poddaszu, ujrzał zatem siebie budzącym się po śnie strasznym!
+
+Dwa już lata od tej chwili mijały. A co on od owego czasu przecierpiał,
+przeżył, przewalczył! - nie zliczyć!..
+
+Długo nie tknął wówczas cudzych pieniędzy; tajemniczy portfel leżał pod
+kluczem, pozornie zapomniany.
+
+A on ciągle walczył ze sobą!..
+
+Nie zanosił jednak zguby do biura policyjnego, sam osobiście właściciela
+nie szukał. Czekał...
+
+Pod tym względem niepokojąca, tłocząca swą zagadką, głucha panowała
+cisza.
+
+W żadnem piśmie nie było wzmianki o zgubionym pugilaresie - nikt o tem
+władzom nie doniósł...
+
+A on wciąż szalał.
+
+Wreszcie wyczerpały się wszystkie jego własne fundusze, parę ostatnich
+lekcyi stracił bezpowrotnie; głód zajrzał do jego izdebki... Nie było
+rady, napoczął wówczas cudzego złota.
+
+Jakby to było wczoraj, dziś zaledwie, pamięta wyraźnie te tygodnie
+męczarni, bojaźni, wyrzutów, gdy siłą okoliczności zmuszonym został
+"żyć" z mienia przywłaszczonego... Pamięta swą trwogę dziecinną przy
+zmianie pierwszej sztuki znalezionych pieniędzy, i innych, następnych...
+Widzi siebie, jak naumyślnie zmieniał je na drugim końcu miasta, jak bał
+się wtedy własnego cienia, i tak dalej, tak dalej!..
+
+Każda drobnostka żywo, jawnie staje mu przed wzrokiem.
+
+A później znowu w murach rodzinnego miasta wytrzymać już nie mógł!..
+
+Wyjechał. Błąkał się za granicą długo, bezmyślnie, aż dotarł do
+Monte-Carlo.
+
+Tam, opanowany gorączką złota, widząc, jak strumienie jego, rzeki całe,
+płyną hojnie wokoło - do gry w ruletę rzucił się z zapałem.
+
+Początkowo miał szczęście szalone. Cudzy pieniądz dwoił się, troił
+cudownie, pewnego poranku jednak przegrał wszystko co do grosza. Nie
+stracił jednak odwagi. Dawszy się już poznać w domu gry, jako człowiek
+bogaty i nierachujący się wcale z groszem, oraz rozpowszechniwszy
+fałszywą pogłoskę o olbrzymich swych jakoby dobrach, pożyczył u
+poznanego amerykańskiego miliardera trzykroć sto tysięcy franków.
+
+Poręczył za niego pewien lord angielski, z którym się on, Roman,
+poprzyjaźnił bardzo. Począł grać... Pieniądze Amerykanina, (który,
+mówiąc nawiasem, wygrywał w tym sezonie sumy olbrzymie), przyniosły mu
+szczęście.
+
+Dzięki parokrotnym, a nader rzadkim i nieprawdopodobnej długości seryom
+"rouge", oraz kilku wygranym "en plein", pewnego dnia ujrzał się panem
+miliona franków. Uśmiech fortuny oszołomił go na razie. Począł grać ze
+zdwojoną energią i ryzykiem.
+
+Znowu wygrał kilkakrotnie, lecz z kolei niebawem począł znowu
+przegrywać, z przerażającą szybkością. Opamiętał się. Przyszła chwila
+rozwagi; oddał dług milionerowi zza oceanu i wyjechał. Względnie był
+jeszcze wygranym, i to dostatecznie. Przywoził z sobą do kraju blizko
+sześćdziesiąt tysięcy, a wyjeżdżając miał tylko dwadzieścia kilka.
+
+Wówczas rozpoczęło się dlań nowe życie...
+
+Przede wszystkiem wracał spokojny. Niezrozumiały na razie, subtelny
+bardzo, posiadający jednak pewną podstawę ściśle logiczną, owładnął nim
+wtedy w duszy proces dedukcyjny, i zwyciężył.
+
+Roman Dzierżymirski, cały pogrążony w swych wspomnieniach, odsłonił
+twarz, machinalnie powstał, i oparłszy się o balustradę, wpatrzył w
+bezmiar morza, coraz ciemniejszy i cichszy.
+
+- Tak, zwyciężył! - myślał Roman dalej. Zdawało mu się bowiem wówczas,
+że nie jest tak bardzo winnym.
+
+- Te pieniądze są teraz moje, "prawdziwie" moje - powiedział sobie
+wtedy, doszedłszy do tej pewności całem poprzedniem skojarzeniem
+wywodzeń. A mianowicie: Złoto znalezione wszak przegrał; stopiło się
+ono, znikło, zlało w całość jedną z morzem przegrywanych w jaskini gry
+pieniędzy. Mienie zaś jego obecne - to była tylko wygrana z pożyczki
+Amerykanina, a zatem suma grosza, niemająca już bezpośredniego,
+dotykalnego związku ze znalezionym portfelem.
+
+Jemu, Dzierżymirskiemu, w dziedzinie sumienia wyrzutów, dociekań,
+zwątpień, ubywał jeden szkopuł poważny - nie dotykał się on już wyjętego
+z "cudzego" pugilaresu grosza. Niezaprzeczenie przytem należał do niego
+ten pieniądz, ślepą igraszką losu nabyty; podwaliną zaś, przeszłością
+tylko fortunki tej było przywłaszczenie.
+
+Pozostawał fakt, wprawdzie już daleki, znalezienia i nieoddania -
+pozostawało niezmienne przekroczenie etyki ludzkiej, i uczciwości ze
+strony jego, jako jednostki społecznej - niczem niestarta, wieczna tego
+plama, ale w ówczesnem przynajmniej przekonaniu jego, to wszystko
+znośniejszem, nie tak piekącem, lżejszem bez porównania było od
+odległego strasznego wczoraj.
+
+Z głową podniesioną zatem do góry, pokrzepiony powyższymi w swoim
+rodzaju sofizmatami, rozejrzał się wówczas po świecie i począł działać.
+Rozpowszechniwszy, za pomocą ponownie odnalezionego przyjaciela i
+dawnego kolegi-światowca, pogłoskę o dziedzictwie niespodzianem, a dość
+pokaźnem, po stryju, zmarłym w Stanach Zjednoczonych, rzucił się w wir
+zabaw eleganckiego świata, w celu zbliżenia się do Oli. Dopiął togo,
+zawładnąć jej sercem potrafił, oświadczył się o jej rękę, odrzuconym
+został, i...
+
+Powierzchnia morza spokojną już była. Obojętna całkiem równomiernie i
+łagodnie uderzała fala o podnóże werandy - milczała cicha...
+
+Dzierżymirski obudził się ze swych myśli, zanurzył ręce w bujnej
+czuprynie, głową wstrząsnął, jakby pragnąc odpędzić roje wspomnień, i
+odwrócił się od wodnej toni.
+
+Publiczności nie było już prawie, po platformie kawiarni, ziewając,
+przechadzała się służba. Zawoławszy kelnera, Roman rzucił mu dużą
+srebrną monetę, i odprowadzony głębokim jego ukłonem, opuścił zakład
+kąpielowy.
+
+Niebawem znalazł się na drodze szerokiej, ocienionej drzewami, z
+szerokiemi po bokach alejami dla pieszych.
+
+W umyśle jego cichł szept przeszłości, niepostrzeżenie, stopniowo,
+obrazy jej niknęły - teraźniejszość wracała... Przed wzrokiem mężczyzny
+mignęła naraz rozkosznie sylwetka Oli; pragnienie miłości, życia, silnie
+nim owładnęło.
+
+Śpieszył się.
+
+Odpędził natrętnego wyrostka, zachwalającego mu świeże ostrygi i jakieś
+ślimaczki nadzwyczajne; niebawem żachnął się znowu niecierpliwie,
+ujrzawszy zastępującego mu drogę rozczochranego starego Włocha, z
+maneżkami, pełnemi pieczonych homarów i drobnych raczków.
+
+Po bokach drogi, w licznie rozsypanych restauracyach, roiło się od
+spożywających i zapijających wino ludzi, z oddali dolatywało echo
+muzyki. Roman, przyśpieszając bezustannie kroku, wyrzucać teraz począł
+sobie, że zostawił żonę samą; niepokoiła go myśl uporczywa, iż nie
+cierpi ona może na migrenę, lecz, że to początek zapewne słabości
+zupełnie innej; wszak wszystkie choroby zazwyczaj rozpoczynają się bólem
+głowy.
+
+Po co tu przyszedł?... By bezużytecznie odgrzebywać minione chwile? Ależ
+to nonsens zupełny. A tam ona, Ola, sama zupełnie - niewątpliwe chora!..
+
+Miłość pani, z całem bogactwem bezpodstawnych swych wzruszeń i
+niepokojów, zawładnęła niepodzielnie Dzierżymirskim.
+
+Spojrzał na zegarek - dochodziła dziewiąta. Przed nim już bardzo blisko
+widniały dwie małe platformy przystani; pełne były ludzi, przed jedną z
+nich stał parowiec, gotowy do odejścia. Dzierżymirski w obawie, że się
+spóźni, puścił się pędem, i spotniały dobiegł do przystani w tej samej
+właśnie chwili, gdy na pokład odrzucano już sznur gruby, przytrzymujący
+parowiec. Wskoczywszy nań szybko, Roman znalazł się pomiędzy natłoczoną
+ciżbą ludzi, jak głośny rój pszczół gwarzącą pomiędzy sobą, ze śmiechem
+i giestykulacyą.
+
+Otarłszy pot z czoła, Dzierżymirski wsparł się o poręcz balustrady
+pokładu. Boki statku łagodnie pruły fale; oddzielona ciemną tonią, w
+bliskiej już odległości mrugała kręgiem świateł rzucona na wód obszary
+Wenecya.
+
+Podniósłszy do oczu dalekonośną lunetę, wpatrzył się Roman w rząd domów,
+położonych nad brzegiem, ku któremu szybko płynący parowiec zbliżał się
+coraz bardziej. Szukał hotelu swego, i okna pokoju, gdzie pozostawił
+Olę.
+
+Okno komnaty tej właśnie otwartem było szeroko. W ramie zaś jego stała
+kobieta, szatynka, smukła, o jasnem, habrowem spojrzeniu podłużnych,
+mieniących się oczu, o piersiach wypukłych, wznoszących się jak fala, a
+kształtach ponętnych, pełnych, jakby pragnących gwałtem wydostać się z
+ciasnych ram opiętej, białej, pikowej sukni. Małe wklęśnięcia po obu
+stronach wązkich usteczek zdradzały przy uśmiechu rozkoszne dołeczki,
+rączka maleńka i dystyngowana całość postaci mówiły wyraźnie o rasie
+młodej osóbki.
+
+Ola, wypocząwszy w łóżku godzin kilka, wstała właśnie przed chwilą,
+czując, że nerwowy, spowodowany upałem i zmęczeniem ból głowy ustaje.
+Pragnęła po za tem rozerwać trochę myśli, z wyjściem bowiem Romana
+zasnęła i śnił jej się rodzinny Gowartów i ojciec, jak żywy, tylko jakiś
+smutny i zbolały.
+
+I po przebudzeniu myśl Oli pobiegła stąd daleko... Mimo woli sama
+uleciała do ojczystych obszarów i jarów. Powonienie jej podrażnił
+wyraźny zapach polnego kwiecia, ziół i bodjaków, w uszach zabrzmiała
+melodya cicha szumiących borów, kołyszącego się miarowo stepu - smętna
+rodzinna Ukraina, z poza setek mil, ogarnęła ją tu, pod włoskiem niebem,
+poczuła, zda się, powiew jej, tęsknoty pełny, do uszu zaś doleciało
+jakby ginące echo żałosnej dumki, śpiewanej nieuczonym głosem
+mołodycy...
+
+I smutek ogarnął Olę... Czy wróci tam kiedy, czy wróci?
+
+Wszak podeptała wszystko - jednem szarpnięciem się zerwała wszelkie
+więzy - sama otworzyła sobie przemocą bramę do wymarzonego szczęścia.
+Tak jest. Bo Ola czuła się przecież rzeczywiście szczęśliwą.
+
+- Biedny ten ojciec jednak, który po swojemu, jak umiał, tak ją kochał
+- myślała dalej. - A droga ciotka Melania i przyjaciel ich, Ładyżyński?
+Gdzie Gowartów, z którym zrosła się jej dusza cała? Co się tam dzieje?
+Gdzie oni teraz, ci wszyscy, tak dotychczas sercu drodzy?..
+
+Rozpamiętując w ten sposób przeszłość, przepędziła Ola z godzinę.
+
+Moc upajającej rzeczywistości tak silną była, jednak, że stopniowo
+ścierać poczęła wrażenie snu i ożyłe chwilowo wspomnienia. Obecnie
+stojąca w oknie młoda kobieta myślą daleką już była od tego wszystkiego.
+Obejmując wzrokiem panoramę portu i morza - oświetloną Wenecyę, wysepkę
+z kościołem S-to Giorgio Maggiore, oraz kanały z mknącemi cicho po nich
+licznemi gondolami, - Ola z niecierpliwością wypatrywała Romana.
+
+Pragnęła już bowiem widoku męża. Przedłużona nieobecność
+Dzierżymirskiego i w jej duszy zasiała ziarnka niepokoju; tęskniła już
+za jego pieszczotą, zapragnęła czułości i pocałunków...
+
+Wziąwszy lornetkę, przyłożyła ją Ola do swych oczu, ścigając po chwili
+widnokrąg spojrzeniem. Pierś jej przytem unosić się poczęła miarowo,
+usteczka zaś zdawały się całować przestrzeń, rozchylone, proszące...
+
+Zniechęcona, odjęła niebawem lornetkę od oczu. Jakiś statek w kierunku
+Lido zbliżał się wprawdzie, lecz znajdował się jeszcze tak daleko...
+
+Ola odstąpiła od okna, i szeleszcząc jedwabiami swych spódniczek,
+poczęła niecierpliwie przechadzać się po pokoju, pytając sama siebie:
+
+- Któż widział spóźniać się tak dalece? Widocznie zobojętniała już ona
+Romanowi, czyż to jednak możliwe? Wszak tak niedługo trwa ich
+szczęście...
+
+Myśli ostatnie i wątpliwości śmiesznemi widocznie zdały się młodej
+kobiecie, bo po zastanowieniu się twarz jej poweselała, a w ciszy pokoju
+rozległ się śmieszek srebrzysty. W ślad za tem zapaliła dwie świece i
+przystąpiła do dużego lustra. Długo, z lubością, wpatrywała się w
+nadobne własne oblicze. Przymknąwszy z lekka powieki, lecz tak, by mogła
+widzieć siebie, przegięła swą ładną główkę i kibić nieco w tył, oraz
+rozchyliła usteczka...
+
+Kształty postaci jej całej uwypukliły się ponętnie; w pozycyi tej
+zatrzymała się chwilę... Uśmieszek zwycięski przewinął się niebawem po
+drobnych wargach pięknej kobiety; podniosła do góry ręce, łasząco, jak
+kocię, wyprężyła naprzód swe ciało, i uczyniwszy gest, podobny do
+przeciągającego się po śnie człowieka, wymówiła głośne: Aaaa...
+
+Po chwili zaś, poprawiwszy poprzednio zalotnie tualetę swą i włosy,
+stanęła znowu w pierwotnej pozycyi u okna, w ciemnym tak samo i tym
+razem pokoju, z lornetką przy oczach.
+
+Zbliżający się tymczasem od strony morza parowiec stawał właśnie już w
+przystani. Po drewnianych pomostach wysypał się na ulicę tłum różnolity
+i barwny; światła, pozapalane w pobliżu padały nań skośnie, oświetlając
+wyraźnie ruszających się ludzi. Ola wśród nich starała się odnaleźć
+sylwetkę męża, niebawem dojrzała go rzeczywiście i z radością
+wykrzyknęła do siebie:
+
+- Jest! jest!..
+
+W oka mgnieniu odskoczyła od okna, zapaliła świecę, odnalazła szybko
+kapelusz i parasolkę, i wybiegła z hotelu. Zdążała na spotkanie Romana,
+śmiejąc się z góry na myśl, jak on się zdziwi, ujrzawszy ją na nogach.
+
+Na Riva degli Schiavoni, spacerowem miejscu Wenecyi, roiło się od
+publiczności. W pobliżu hotelu, zamieszkiwanego przez Dzierżymirskich,
+muzyka grająca zazwyczaj na placu Świętego Marka, rozbrzmiewała kaskadą
+ochoczych tonów przed kawiarnią, przepełnioną ludźmi, snującymi się
+również wszędzie, gdzie tylko było rzucić okiem. Ola, zdążając ku
+przystani, wymijała ich szybko, w oddali widziała już wśród idących
+sylwetkę Romana, całą białą, górującą wzrostem nad innymi.
+
+Dzierżymirski, niespokojny snać dotąd jeszcze, szedł krokiem raźnym, z
+cygarem zapalonem w ustach, a kroczył tak zamyślony, że byłby, nie
+widząc wyminął Olę niewątpliwie, gdyby ta, ubawiona, nie roześmiała się
+wesoło i nie pochwyciła go za ramię. Na dźwięk znajomego srebrnego
+śmiechu podniósł Roman głowę i twarz, chmurna dotychczas nieco,
+rozpogodziła mu się natychmiast.
+
+- Ty tu, filutko?.. - wykrzyknął radośnie, i ująwszy obie rączki Oli w
+swe dłonie, obsypywać je zaczął pocałunkami, a następnie pociągnął ją ku
+sobie, i nie zwracając zgoła uwagi na kilka mijających ich osób,
+ucałował w twarz serdecznie.
+
+- A tak, Romeczku! - odparła żywo Ola - wybiegłam, bo zobaczyłam przez
+lornetkę, jak wysiadałeś! Fe! któż widział siedzieć tak długo, gdy się
+ma tak ładną, jak ja żoneczkę... - dorzuciła, przymilając się, z lekką
+wymówką w głosie, i dodała jeszcze:
+
+- Myślałam już, że ci się co złego stało!
+
+ Promień przebiegł po twarzy mężczyzny, ujął ramię Oli, i odparł:
+
+- A wiesz, moje życie, że i ja miałem co do ciebie myśl podobną?.. -
+uśmiechnął się i dodał - ale z mej strony to usprawiedliwione,
+zostawiłem cię przecie bowiem w łóżku...
+
+Idąc wciąż szybko przed siebie, zamilkli oboje. Miłość odczuta, taka
+sama, drobną swą powyższą oznaką zamknęła im usta na chwilę.
+
+- Skądsiś od Wielkiego Kanału, w pewnych od siebie, odstępach,
+dolatywało właśnie echo silnego męskiego głosu, przy akompaniamencie
+chóru innych.
+
+- Pojedziemy może gondolą, jak myślisz? - zapytała Ola - słyszysz jak
+ładnie śpiewają?..
+
+- Dobrze, moje życie, jedziemy!.. - odparł wesoło Roman.
+
+Jak na zawołanie, w tej samej chwili Dzierżymirscy usłyszeli za sobą
+kilka okrzyków, silnie akcentowanych na pierwszej sylabie: "Gón-dola,.
+gón-dola signore... gón-dola!.."
+
+Na lewo, obok idących, znajdowała się "Piazzeta", a naprzeciw
+wznoszącego się majestatycznie pałacu Dożów, największa przystań
+gondolierów.
+
+Dzierżymirski, wybrawszy jednego z licznych" napraszających się
+przewoźników, podszedł ku przystani, gdzie wespół z Olą usadowił się
+niebawem w gondoli.
+
+- Serenada, Canale Grande! - rzucił ubranemu biało Włochowi.
+
+"Rematore"*) uderzył w wiosła, i gondola z wolna, cicha, wysunęła się z
+pomiędzy dziesiątek innych, a kołysząc się na, czarnej fali kanału,
+pomknęła we wskazanym kierunku. Roman objął kibić żony i począł muskać
+delikatnie ustami jej oczy, czoło, szyję i usta. Ona zaś uchylała się
+wciąż figlarnie, szepcząc:
+[*) Wioślarz.]
+
+- Wstydź się... gondolier patrzy...
+
+Lecz mężczyzna nie przestawał. Kilkakrotnie usta ich złączyły się w
+pocałunku gorącym, długim, od którego zadrżeli oboje, z ust Romana
+sypały się ciche i urywane, dyszące uczuciem i namiętnością,
+pieszczotliwe wyrazy...
+
+A wkoło nich, szeleszcząc uderzeniami wioseł, sunąc również, jak i oni
+cicho, mknęły, migocząc kolorowemi światełkami, gondole, zmierzając
+wszystkie w jednym kierunku - ku Wielkiemu Kanałowi, całemu
+rozbrzmiewającemu w tej chwili, jak harfa ruszona śpiewem i muzyką.
+Oświetlone, ubrane kolorowemi, papierowemi latarniami, migały w oddali
+wielkie gondole, a raczej statki małe, tak zwane "serenady", na których
+orkiestry cale grajków i śpiewaków-samouków popisywały się ze swym
+wrodzonym, a rzetelnym nawet częstokroć artyzmem.
+
+Kilka podobnych serenad, rozrzuconych po kanale; wabiło światłami i
+stłumionym śpiewu odgłosem, koło nich zaś, w pobliżu, grupowały się
+kręgiem dziesiątki czarnych gondoli, z rozpostartymi w nich niedbale i
+wygodnie słuchaczami. Niektóre z rozbrzmiewających śpiewem i muzyką bark
+podjeżdżały pod okna dawnych dworców, a dzisiejszych pierwszorzędnych
+hoteli i koncertując tam wyłącznie dla hotelowych gości, zbierali od
+nich dla siebie datki, sunąc różnobarwnemi światłami i gorejącym
+kadłubem stateczku zwolna u marmurowych stopni pałacowych balkonów.
+
+Naprzeciwko dwóch podobnych serenad, śpiewających wprost kościoła S-ta
+Maria della Salute, pod oknami pałaców Ferro i Zucchelli, (dzisiejsze
+Grand-Hotel i hotel Britania) dalej nieco, poza kościołem, zabrzmiała
+właśnie nagle pieśń solowa ..
+
+Zagłuszając inne głosy śpiewaków bliższych i dalszych, zadrgała ona
+uczuciem, i zręcznie modulowana przyjemnie pieściła słuch, coraz
+donioślejsza, bliższa...
+
+- Pojedziemy tam! dobrze, Romciu?.. - zaproponowała Ola, ujęta głosem
+śpiewaka.
+
+- Bene, carissima! - odparł Roman, i skinął na wiosłującego. Gondola
+ich, kierowana umiejętną ręką, wymijać zaczęła łodzie, coraz
+liczniejsze.
+
+Roman i Ola, widząc się coraz bardziej otoczonymi, przestali pocałunków
+i pieszczot, chwilowo poddawszy się zupełnie czarowi pieśni, płynącej ku
+nim w ciszy wieczoru.
+
+Oboje milczeli...
+
+Gondola tymczasem skręciła powoli w lewo, ku rozśpiewanej barce, i
+wśliznąwszy się swym wysokim przednim dziobem, jak wąż, pomiędzy
+kołyszące się dziesiątki innych gondol - stanęła wreszcie, zatrzymana
+zręcznie. Gondolier przymocował sznurem swój pojazd do sąsiednich i
+założywszy na krzyż ręce, w skupieniu wespół z innymi zasłuchał w
+pieśń...
+
+Szerokiem półkolem, ciche, kołysały się wszędy inne gondole; wsparci w
+nich słuchacze poddawali się niewytłumaczonemu czarowi tej weneckiej,
+cichej nocy, tej pieśni szczerej, niewykwintnej, chwytającej jednak mimo
+woli niejednego za serce, zapadającej w duszę głęboko.
+
+Po smętnych pieśniach następowały skoczne, i tak dalej, bez zmiany. Co
+kilka "numerów" z barki "serenady" schodził włoch, rozczochrany, od
+śpiewu wzruszony jeszcze, i z czapką w ręku zbierał "co łaska",
+przestępując ostrożnie z jednej gondoli na drugą.
+
+W ciszy zaś względnej, a spowodowanej tym swego rodzaju antraktem,
+ruszały się z miejsc swoich niektóre łodzie, wracając, lub zdążając
+dalej do innych serenad; na puste miejsce wsuwała się milcząco
+nowoprzybyła gondola, a publiczność, zebrana w tych zaimprowizowanych
+wodnych lożach, natychmiast spoglądała ciekawie na swego sąsiada,
+półgłosem komunikowała sobie uwagi, w rozmaitych językach.
+
+I w cichości powoli milkły, to znów z kolei rozbrzmiewały dalsze i
+bliższe rozśpiewane barki, wreszcie antrakt się kończył, po wodach
+kanału mknęła znów ze "sceny" serenady pieśń namiętna...
+
+Słuchały jej echa zdawało się, pobłażliwie i ciekawie gwiazdki, licznie
+rozsiane po gwiaździstem niebie południa - słuchały krzyże, i wieżyce
+licznych świątyni, i zadumane marmury wiekopomnych dworców.
+
+Od czasu do czasu komunikując sobie przyciszoną uwagę, Roman i Ola
+słuchali również uważnie włoskich pieśni, nastrój zaś dzisiejszego
+wieczora rozmarzająco działał na nich. Myśli ich daleko ulatywały, pod
+wpływem tej nocy, tego krajobrazu niezwykłego, a pełnego czaru, i tej
+niewymuszonej, tchnącej uczuciem pieśni, wyrzucanej z ust ludzi
+prostych, dziwnie jednak atoli przejmujących się melodyą słów swoich,
+kochających tak wyraźnie pieśni owe, narodowe - własne!
+
+Wywołana zatem świeżemi, tak niedawnemi wspomnieniami dzisiejszego
+popołudnia, myśl Oli biegła nieprzeparcie do stron ojczystych -
+przymrużała oczy, i widziała ogród Gowartowski... wyniosłe oblicze
+ojca...
+
+Romana zaś trapiły z kolei te same, co i nad morzem myśli... Fałsz
+obecnego położenia, przyszłość niejasna, zakryta, ciemna, z tajemnicą na
+dnie duszy ukrywać się zmuszoną, przed okiem najdroższej nawet teraz
+dlań na świecie istoty, zaciemniały chmurą troski czoło
+Dzierżymirskiego, mgłą smutku matowały spojrzenie czarnych, rozumnych
+oczu.
+
+I żal jakiś niezmierny, żal do życia, rozpierał mu piersi, do losu, że,
+postawił go na tak śliskim i kołyszącym się gruncie, że tylko za cenę
+tego fałszu i wyrzutów sumienia, pozwolił mu zdobyć to jego dzisiejsze
+nieograniczone szczęście!
+
+Zatopiony w swem skrytem cierpieniu, Roman od czasu do czasu spoglądał
+na Olę. Ta, ze spuszczonemi oczami, oparta niedbale na skórzanych
+poduszkach gondoli, zadumana, również marzyła cicho... Cienie
+przechodziły, przemykały się po jej wdzięcznem, zamyślonem obliczu,
+czasem na usteczkach zagaszczał błąkający się uśmieszek.
+
+Roman wtedy z miłością bezgraniczną zatrzymywał dłuższą chwilę
+spojrzenie na ukochanych rysach, i znowu popadał w zadumę, lub słówkiem
+pieszczoty, albo spostrzeżeniem jakiem przerywał milczenie. Ola
+odpowiadała mu skinieniem główki - zamieniali pomiędzy sobą zdań
+urywanych kilkanaście, i znowu milkli, poddając się nastrojowi
+zewnętrznemu otoczenia i wewnętrznemu dusz własnych. W ten sposób czas
+mijał.
+
+Powoli, stopniowo rozluźniło się ścieśnione gondol półkole... Z cichym
+wioseł szelestem i pluskiem ruszonej wody odpływały one jedne po drugich
+- duże barki sąsiednich serenad ginęły również w oddali, śpiewy ich
+cichły...
+
+Kilka tylko z nich jeszcze rozbrzmiewało po kanale ostatnimi tony, a
+między innemi i barka, koło której kołysała się gondola Dzierżymirskich.
+Z okien i balkonów hoteli poznikały już także liczne sylwetki i twarze
+gości, w pobliżu, na wieży kościelnej, wybiła rytmicznie godzina
+jedenasta...
+
+Roman ocknął się pierwszy, dotknął delikatnie dłonią rączki Oli i rzekł:
+
+- Pora już nam, kochanie... prawdaż?..
+
+- Która? - zapytała Ola, zbudzona.
+
+- Jedenasta, moje życie - odparł Roman.
+
+- Już?.. - zdziwiła się Ola, westchnąwszy. To jedźmy, nie sądziłam
+nigdy, by już tyle czasu minęło...
+
+- O czemże tak dumała moja pani? - zapytał Roman, z uśmiechem.
+
+- A ty? - odpowiedziała pytaniem Ola.
+
+- 0... ja?.. nic ciekawego - odparł pośpiesznie Roman, i jakby pragnąc,
+by powtórnie nie pytano go o to samo, odwrócił się szybko do gondoliera,
+informując go, dokąd ma ich zawieźć.
+
+Gondola, wycofana z łatwością z przerzedzonego już kręgu, zawróciła i
+pomknęła ku oświetlonemu niebieskawym światłem latarni elektrycznych
+placowi San Marco. Na wieżach odległych kościołów, układającej się do
+snu Wenecyi, w milczeniu, różnymi tony dzwoniła godzina jedenasta, zdała
+dochodził jeszcze przyciszony odgłos muzyki...
+
+Wyciągnąwszy się wygodnie w gondoli, Roman ujął znów kibić żony, i
+pieszcząc wargami jej szyję, począł mówić cicho, długo, ciągle.
+
+Czuł potrzebę mówienia; chciał zagłuszyć, odpędzić natrętne myśli,
+wspomnienia, przechodził z tematu na temat, śmiał się, dowcipkował,
+całował Olę co chwila. A ona szczebiotała również...
+
+Pełne wesela głosy dwojga młodych złączonym akordem przerywały co chwila
+milczenie i spokój "Canale Grande", padały i ślizgały się echem po
+ciemnej tafli jego wód, w których z kolei pławiły się cienie pałaców,
+złotym deszczem igrały gwiazdy i swawolił powiew wietrzyka, idącego z
+morza, pokrytego ciemnością, śniącego w oddali...
+
+Dostawszy się na pełnię wód kanału św. Marka gondola pomknęła chyżo, a
+niebawem po falistej tafli włoskiej laguny rozległa się śpiewana zgodnym
+liórem męskiego barytonu i kobiecego sopranu pieśń polska: "Szumią
+jodły"...
+
+- A co, nie mówiłem, że to nasi, choć on taki czarny, jak Włoch -
+odezwał się po polsku, z gondoli, którą mijali Dzierżymirscy, rubaszny
+trochę głos mężczyzny.
+
+- No, tak dziobać się, jak gołąbki, to i inni potrafią... odpowiedział
+ironicznie ktoś drugi.
+
+- Ba, ale, panie dobrodzieju, z takim humorom - to nie!... z
+przekonaniem, stanowcza, rozległa się odpowiedź szlagona.
+
+Tymczasem gondola Dzierżymirskich malała już coraz bardziej, na tle nocy
+tylko czerwonawem światełkiem migocąc z oddali. Wkrótce, zaleciała
+jeszcze ostatnia zwrotka ,znanej Moniuszkowskiej melodyi: Oj, Halino,
+oj, je - dy - no, dzie - wczy - no mooo - ja!...
+
+- Moo - ja!... oddało echo lagun morza i zmilkło, cały zaś kadłub
+czarnej gondoli znikł gdzieś niebawem, ustępując miejsca innym,
+nadciągającym coraz gęściej od strony Wielkiego Kanału, coraz cichszego,
+coraz bardziej pogrążającego się w czerni bezbarwną, głuchą,
+zapadającego tam uśpienia - Nocy!
+
+
+* *
+*
+
+- Patrz, patrz! jakież to piękne!..
+
+Słowa te, półgłosem, z akcentem zachwytu, wymówiła Ola, i oboje wraz z
+Romanem stanęli na miejscu, jak przykuci. Nad ich głowami wznosiła swe
+dumne gotyckie arkady jedna z najpiękniejszych, po bazylice San Marco,
+świątyń w Wenecyi, Santa Maria Gloriosa dei Frari - stali zaś przed
+mauzoleum Canovy.
+
+- Prawda! - szepnął w odpowiedzi żonie Dzierżymirski. - Zdawałoby się,
+iż ten oto anioł, czy geniusz uśpiony, żyje, oddycha, stróż czujny...
+urwał, studjując dalej pomnik z uwagą.
+
+- A te postacie, nieprawdaż, iż rzeczywiście idą, ruszają się wolno,
+pogrążone w cichej boleści i smutku! - podchwyciła żywo Ola, podniecona
+widokiem, oraz wyrazem zakutego w marmurze piękna.
+
+Oboje umilkli, z niekłamanym zachwytem wpatrując się w rzeźbę.
+
+Od grobowca bowiem, przez samego Canovę modelowanego niegdyś na pomnik
+dla Tycyana, biło rzeczywiste, szczere piękno i chwytało za serce -
+mówiło...
+
+Przyparty do ściany, cały z białego marmuru, a trójkątnym kształtem w
+minjaturze przypominający, piramidy Egiptu, stał sarkofag otworem...
+
+Na lewo, jakby strzegąc doń wchodu, olbrzymi lew marmurowy leżał, z
+obwisłemi łapami, potężny, srogi, i jakby smętnie zadumany, a na nim, z
+rozpostartemi skrzydły, opierał się wielki Anioł uśpiony...
+
+I tchnące łagodnością, cudne oblicze Anioła zda się być rzeczywiście nie
+z tego nędz padołu!..
+
+Z ludzką twarzą, to prawda, spoglądać się zdaje na widza, lecz oczy jego
+przymknięte nieco, skupienia i zadum pełne - znieruchomione w
+nadziemskim spokoju, ciszą zaświatów, wieczności milczeniem i bytu
+zagadką, nęcą oto wyraźnie, wzrok ciągną za sobą, unoszą duszę, myśl...
+gdzieś w strefy nadziemskie do nieba!...
+
+A z prawej znów strony grobowca, jakby z ziemi, ze świata, wolno suną
+jakieś postacie, zmierzając do otwartych na ścieżaj wrót sarkofagu...
+
+Pierwsza z nich, proporcyonalnie do innych, większa, kobieta młoda, jest
+już tuż blizko, u grobu prawie, w ślad za nią, z girlandami kwiatów,
+postępują postacie mniejsze - to dziatki.
+
+Idą... Kroczą, z pochyloną głową, przygnębieni, smutni, niebawem już
+cisi przestąpią oni próg grobowca...
+
+- Chodźmy! - szepnęła Ola pociągając lekko Romana za rękę.
+
+Z widoczną niechęcią, jakby nie mogąc oderwać wzroku od pięknego
+pomnika, poruszył się Dzierżymirski, i wyrzekł półgłosem:
+
+- Czy już obejrzeliśmy tutaj wszystko?
+
+- Zdaje mi się, że wszystko - odpowiedziała Ola.
+
+
+W pustej i cichej świątyni rozlegały się wyraźnie ich kroki, prócz nich
+bowiem obecnie nie było tu nikogo.
+
+Dzierżymirski wyjął zegarek.
+
+- Szósta! Wracajmy, musimy pożegnać jeszcze Wenecyę z Campanili -
+rzucił żywo, i ująwszy ramię żony, skierował się ku wyjściu z kościoła.
+
+Na progu Dzierżymirscy stanęli, obrzucając ostatniem spojrzeniem
+kościół; wzrok ich przesunął się raz jeszcze po wspaniałych grobowcach
+dożów, Tycyana i wyszli.
+
+Upalny spokój włoskiego popołudnia objął ich natychmiast. Słońce paliło
+jeszcze, na uliczkach Wenecyi było pusto.
+
+Dzierżymirscy szli przyśpieszonym krokiem, zmierzając ku mostowi "di
+Rialto." Był to ostatni już dzień pobytu ich w Wenecyi, wyjeżdżali
+nazajutrz, żegnając dziś po raz ostatni urocze miasto pamiątek.
+
+A żegnali je sumiennie. Zwiedziwszy bowiem kilka nieznanych sobie
+jeszcze kościołów, po raz wtóry obeszli wszystkie miejsca, dokąd
+zachęcało ich do powrotu wspomnienie zoczonego tam piękna.
+
+A więc pałac Dożów, jego archeologiczne muzeum i liczne przepiękne sale
+i ponure więzienia, pałac królewski, bazylikę, a także zarówno
+arcydzieła pędzla Tycyana, Tintoretta, Pawła Veronese, Belliniego, i
+innych, w Akademii "delle belle Arti."
+
+- Wiesz, kochanie? musimy spieszyć się porządnie, gdyż o siódmej podobno
+zamykają już Campanillię*)-odezwał się Roman po dłuższem milczeniu idąc
+z Olą bezustannie tak sarno szybko i słuchając zarazem szczebiotu jej,
+wciąż jeszcze znajdującej się pod wrażeniem pysznego dzieła Canovy.
+[*)Znana powszechnie pod tą nazwą dzwonnica Świętego Marka w Wenecyi,
+siegająca budową i stylem X wieku, dziś, jak wiadomo, już nie istnieje.
+Runęła dnia 14-go Lipca 1902 roku.]
+
+- Co za świetną doprawdy miałeś myśl, Romciu, zestawić to obejrzenie
+Wenecyi z wyżyn na zakończenie! - rzekła Ola, i dorzuciła z ożywieniem:
+- Bo ostateczne owe wrażenie nie zużyte dotąd jeszcze, nowe, idealnie
+zamknie nasz pobyt tutaj...
+
+- A widzisz, me życie, że nietylko moja pani miewa genialne koncepty - z
+uśmiechem odparł Roman, miłą mu bowiem była myśl, że ich wzajemne
+zapatrywania estetyczne zgadzają się tak dobrze.
+
+W tem bo ostatniem los rzeczywiście nie był poskąpił zadowolenia
+Romanowi. Ola, była to dusza obdarzona zarówno, jak i on, wykwintnem
+poczuciem piękna i niezmierną wrażliwością na dzieła sztuki, zgrzytów
+pod tym względem pomiędzy nimi nie było wcale - dopełniali się
+wzajemnie.
+
+- Poczekaj, kochanie - odezwał się znów Roman - spożyjemy sobie parę
+brzoskwiń... Mam ogromne pragnienie, a ty?...
+
+- O! ja także!.. wykrzyknęła potwierdzająco i wesoło Ola, poczem oboje
+zbliżyli się do charakterystycznego, szerokiego, pod płóciennem okryciem
+od słońca, weneckiego straganu, przepełnionego różnemi owocami i
+jarzynami.
+
+Minęli już byli waśnie "ponte di Rialto", znajdując się obecnie w
+okolicy i punkcie targu, oraz ożywionego ruchu. Wokoło nich szwendali
+się liczni przechodnie, przekupnie wychwalali głośno swój towar, t. j.
+drobiazgi, owoce, lub rzadkość w Wenecyi - zimną wodę do picia, mówiąc
+nawiasem, nadzwyczaj niezdrową.
+
+Wybrawszy kilka przepysznych, wielkich brzoskwiń, i spożywając je,
+Dzierżymirscy puścili się znowu w dalszą drogę. Szli obecnie najbardziej
+ożywioną i handlową ulicą w Wenecyi, tak zwaną "la Merceria", wijącą się
+w kształcie szerokiego trotuaru pomiędzy domami i szeregiem ciasno jeden
+przy drugim położonych sklepów, a wiodącej zygzakiem od mostu di Rialto
+do wieży zegarowej na placu San Marco.
+
+Zaczepiani co chwila przez natrętnych właścicieli magazynów, przekupniów
+mozaiki i małych bosonogich chłopaków, narzucających się im co chwila, z
+pytającem słowem i spojrzeniem ładnych, czarnych ocząt: "Accompagnare,
+signore?...", Dzierżymirscy szli szybko, wygodną, choć krętą ulicą,
+rozmawiając wciąż ze sobą.
+
+Niedosłyszane wzajemnie często w gwarliwym hałasie "Mercerii" słowa ich
+ginęły bez echa, gdy naraz i tym razem zupełnie głośno, po niewiele
+znaczących uwagach, odezwał się pierwszy Dzierżymirski.
+
+-Czy wiesz, moje życie, iż to już trzy tygodnie blisko, jak wyjechaliśmy
+z kraju? Czas leci, kto by pomyślał, że niebawem już minie miesiąc, jak
+porwałem ciebie, szczęście moje, z łona rodziny?..
+
+Choć w ostatnich słowach brzmiał ton żartobliwo-dobroduszny, jednak
+Roman niespokojnie spojrzał na żonę, pierwszy to bowiem raz tak wyraźną
+czynił alluzyę do niedawnej, a przełomowej chwili ich życia; dorzucił
+zaraz:
+
+- Ciekawy jestem, co o tem wszystkiem myśli i co czyni w tej chwili twój
+ojciec... przytem wahająco spojrzał z pod oka na Olę, uważnie, jakby
+zbadać pragnąc, do jakiego stopnia odczuwa ona to wspomnienie.
+
+
+Lekka mgła jakby przemknęła po twarzy młodej kobiety, a brewki jej
+zmarszczyły się przelotnie, jednakże odpowiedziała natychmiast.
+
+- Wiesz co, mój drogi? ja.... - i tu spuściła oczy, zarumieniwszy się
+lekko - bardzo często... podkreśliła akcentem te słowa, - myślę o tem...
+
+I Ola z kolei podniosła swe przymglone oczy na Dzierżymirskiego, a jemu
+zdało się jednocześnie, że wilgotnemi były one...
+
+W tej samej chwili młoda kobieta ruchem łagodnym, a wdzięku pełnym,
+położyła swą rączkę drobną na ręku męża.
+
+- Nie gniewaj się, mój drogi, że ci to mówię - rzekła miękko - ale...
+ale wierz mi, że ja nieraz lękam się jakby po prostu, by ta przeszłość
+nasza, a w szczególności gwałtowna chwila ucieczki mojej, nie przyniosła
+nam nieszczęścia... Biedny ojciec! - cicho westchnęła Ola i umilkła,
+spuściwszy nieśmiało wzrok ku ziemi, jak gdyby przestraszywszy się słów
+ostatnich.
+
+Teraz Roman z kolei pochwycił rękę żony i uścisnąwszy ją serdecznie
+kilka razy, wzruszony, począł pocieszać Olę z cicha, w końcu zmienił
+zupełnie temat rozmowy, przeszedłszy pośpiesznie na przyszłe zamiary
+wspólnej podróży. Równocześnie jednak sposępniał, i, choć drobna, mała
+chmurka, co niby cień, wśliznęła się pomiędzy ich dusze - względnie
+rozwiała się dość prędko, zostawiła jednak w umyśle Dzierżymirskiego
+ślad trwały. Teraz zatem, gdy znowu zamieniał z Olą banalne nieco
+frazesy, myśl jego pracowała uparcie w dalszym ciągu.
+
+Więc on nie mylił się, będąc częstokroć niespokojnym, gdy widział
+przychodzącą na czoło żony nagłą zadumę, na pozór niewytłumaczoną zgoła
+niczem.
+
+Więc w główce tej, w której, prócz miłości dla niego, długo nie
+przypuszczał innego uczucia - tkwił jednak w swoim rodzaju wyrzut
+sumienia?.. Odmiennemi zatem krocząc drogami, dusze ich - ze źródła
+tylko innego całkiem płynące - obie jednocześnie miały swoje skryte
+zgryzoty i cierpienia. Zarówno, jak i on, tylko inaczej, Ola więc także
+cierpiała...
+
+- Dziwne, to życie, dziwne! - omal że nie głośno wymówił Roman.
+
+- 0! patrz, już plac św. Marka - wesoło wykrzyknęła Ola w tej samej
+chwili, i wydobywszy miniaturowy zegarek, jednocześnie dodała:
+
+- Wpół do siódmej! - Zdążymy!..
+
+Dzierżymirski nie podniósł uwagi żony, przelotnie spojrzał tylko w jej
+twarz, a widząc Olę uśmiechniętą, poweselał sam również.
+
+Wydostawszy się z wąskiej szyi ruchliwej ulicy, znajdowali się już oni
+na kwadratowym placu, obszernym, z trzech stron ramowanym wokoło
+kolumnami pałacu królewskiego. Pod temi kolumnami, w pierwszorzędnych
+kawiarniach Wenecyi, roiło się od ludzi; na mozajkach, krzyżach,
+brązowych koniach i kopułach bazyliki św. Marka grały promienie słońca,
+u stóp zaś Campanili, dokąd zmierzali Dzierżymirscy, i przed kościołem,
+pośrodku placu, gruchały i latały setki gołębi, karmionych ręką
+publiczności. Zapłaciwszy za wejście, Roman i Ola powoli zaczęli
+wstępować na górę.
+
+Na szczyt dzwonnicy San Marco, oddzielonej od katedry, a strzelającej w
+górę wysoko i samotnie, szło się nie po schodach, lecz po lekko
+pochylonej płaszczyźnie spiralnej, nader wygodnej, choć krętej,
+wchodzącego wcale nie męczącej.
+
+Co kilka minut postępującym na szczyt dzwonnicy Dzierżymirskim migały z
+prawej strony małe okienka, pozwalające im pochwycić rąbek krajobrazu,
+ściany zaś wieży przepełnione były licznymi podpisami turystów.
+
+Względnie dość długo, bo powoli, zmęczeni poprzednim pośpiechem, szli
+pod górę Roman i Ola, zanim dostali się wreszcie na obszerną szczytową
+platformę dzwonnicy. Prócz sprzedającego w zaimprowizowanym sklepie
+fotografie i albumiki: "ricordo di Venetia," kilka zaledwie osób
+znajdowało się tutaj. Dzierżymirscy zbliżyli się do balustrady,
+obrzuciwszy spojrzeniem cały widok, u stóp ich i henhen, daleko!...
+
+- Śliczne, prześliczne! - rzekła po chwili Ola półgłosem, z przejęciem,
+Roman zaś, potakując żonie, wyjął noszoną stale ze sobą lunetę i
+regulować ją począł.
+
+Słońce właśnie zniżało się ku zachodowi. Z jednej strony krajobrazu, na
+prawo, tarcza jego, ziejąc purpurą, kąpała się promienistymi blaskami w
+morzu, rozświetlała jego tajemniczą głębię, rozżarzała, na kształt
+głowni, czerwonawym ogniem zmarszczone grzbiety fal, złotym prostopadłym
+gościńcem zanurzając się stopniowo coraz bardziej w iskrzącą się
+światłami toń. I zielonkawe, łagodne Adryatyku fale, rozchylały się
+przyjacielsko i gościnnie - roztwierały swe nurty do idącego na
+spoczynek słońca, wód szmerem kołysać się je zdając do snu cichego...
+
+Po bokach fal tymczasem coraz dalej i dalej biegły ostatnie promienie
+jego; rozlewały się wkoło pożegnalnym odblaskiem - pieściły już morze
+całe, zapalały na niem miljony barw i odcieni, skośne leciały w lewo ku
+Lido, "giardini publici," słały się krwawiące na dachach i wieżach
+leżącej w dole Wenecyi - i ginęły nareszcie w zamglonej gdzieś dali,
+tuląc się do majaczących hen, hen, w perspektywie górskich alpejskich
+szczytów...
+
+Roman i Ola, zapatrzeni, stali nieruchomo, w milczeniu.
+
+Otulony ciszą bezmiarów, tchnący spokojem idącego wieczora, zachwycał
+ich ten krajobraz.
+
+- Spojrzyj-no, jak smacznie zajadają sobie nasi brudni włosi swoje
+"pranzo" - rzekła nagle do męża Ola, wskazując ręką spiętrzoną u stóp
+ich, wśród wąskich kanałów, Wenecyę, i ścieśnione dachy jej domów, gdzie
+na werandach spożywano właśnie posiłek.
+
+- A, prawda! - potwierdził Roman.
+
+- Zabawnie wyglądają na swoich daszkach, jak liliputy... - zauważył
+jeszcze i ująwszy ramię żony, zbliżył się znów ku balustradzie od strony
+morza.
+
+- Patrz! - rzekł przyciszonym głosem, wskazując na prawo ląd stały -
+widzisz te otulone mgłami sylwety miast i gór?..
+
+- Widzę - potwierdziła Ola.
+
+- Oto Fusina - objaśniać począł żonie Roman - tam znów głębiej, to Padwa
+i Treviso...
+
+Tu, na zachodzie - to otaczające Weronę szczyty górskie, a tam -
+wskazując ruchem ręki kolistym krajobraz, mówił dalej Dzierżymirski - to
+Monte Baldo, i u stóp jego jezioro Garda.
+
+I Roman manewrując równocześnie lunetą odkrywał coraz to inne odległe
+góry i miasta, a użyczając lornety swej żonie, objaśniał ją, tłumaczył.
+
+Tymczasem zaś platforma dzwonnicy opustoszała stopniowo. Prócz
+przekupniów, zalecających swe "ricorda," i miejscowych ludzi, nie było
+tu już prócz Dzierżymirskich, nikogo. Roman i Ola gotowali się do
+odejścia, gdy oto nagle przystanęli znowu, zasłuchani.
+
+Z weneckiego starego grodu szła muzyka dziwna... Jak orkiestrą dobraną
+grana, wędrowała przez otulone milczeniem przestworza melodya
+kościelnych dzwonów...
+
+Rozpoczęły ją, na wprost Campanili dzwony kościołów: Redentore, na
+wysepce Giudecca, i Santo Giorgio Maggiore, opodal, a w ślad za niemi
+powtórzyły inne świątynie. Z Santa Maria della Salute na czele
+rozbrzmiały kolejno po całej Wenecyi, wstrząsnęły ciszą "królowej
+Adryatyku" - tu donośnie bijąc basem, tam znów skarżąc się łagodnie,
+kwiląc - wspólnie zagrały chórem swą pieśń wieczorną...
+
+Dobranymi jakby akordy popłynęły dźwięcznie tony poprzez laguny i
+kanały, morzem, po grzbietach fal, uleciały w dal siną, zda się, niosąc
+swe echa aż do podnóży gór.
+
+Roman, nachyliwszy się ku żonie, rzucił półgłosem:
+
+ - Co za wspaniałe i silne wrażenie, nieprawdaż?...
+
+Chciał powiedzieć coś jeszcze, lecz w tej samej chwili instynktownie
+urwał...
+
+Dzierżymirscy zadrżeli oboje. Kobieta przytuliła się, jak powój, do
+mężczyzny, on zaś objął opiekuńczym ruchem jej kibić i silnem ramieniem
+przycisnął wylękłą do siebie.
+
+To z dzwonnicy św. Marka, tu, na szczycie jej, o parę zaledwie kroków od
+nich, zagrzmiał właśnie do wtóru innym, zadudnił, głusząc wszystko swą
+siłą, dzwon olbrzymi i potężny - "San Marco."
+
+Głos jego tubalny, huczący, zmieszał się z ogólną aryą dzwonów,
+napełniając echami grzmotów, trzęsąc platformą wieżycy.
+
+A jednocześnie Roman i Ola dziwnego doznawali wrażenia. Zdało się im
+bowiem, jakby ich tutaj nie było już zupełnie.
+
+Nie, oni stanowczo znikli, a znajdował się tu jeno jeden jedyny olbrzymi
+dźwięk, z którym istnienia wspólne zlały się, złączyły. Glos dzwonu
+przenikał ich do głębi, szedł aż do dna dusz, grał na fibrach nerwów;
+trząsł nimi, potężny w swej mocy - wielki...
+
+Ola jeszcze bardziej przytuliła się do męża, jakby szukając obrony przed
+czemś, czy przed kimś, Dzierżymirski silniej przygarnął ją do siebie.
+Równocześnie, jakby kierowane wzajemnym odruchem jednomyślnym i uczuciem
+wzajemnem, twarze ich zbliżyły się i złączyły usta!...
+
+Ostatni z ostatnich promień zachodu zapalił na sekundę jedną gwiazdę na
+czołach mężczyzny i kobiety, skojarzył się z ich pieszczotą i znikł.
+Słońce zgasło... Roman i Ola jednak nie odrywali ust od pocałunku, a
+trwali w nim jeszcze...
+
+Jakaś bowiem niewytłumaczona niczem chęć przedłużenia jakby tej chwili
+ogarnęła Dzierżymirskich.
+
+W zapomnieniu pieszczoty jestestwa ich drgały uczuciem, a huczący głos
+dzwonu zdawał się bardziej jeszcze kojarzyć ich ze sobą... Łączył się
+sam niby z ekstazą ich pocałunku, a usuwając z niego zarazem pierwiastek
+zmysłów poziomy - wznosił dusze Romana i Oli w nadziemskie gdzieś
+strefy, uszlachetniał, budził w nich jakieś chęci i pragnienia i
+przypinał skrzydła do lotu i rozszerzał piersi i kazał się modlić
+pokornie...
+
+Z ekstazy pierwsza zbudziła się kobieta.
+
+Przybladła nieco, oderwała drobne wargi od ust Romana i szepnęła
+cichutko: - Chodźmy już!..
+
+- Dobrze, złoto moje, kochanie najmilsze! - odparł pieszczotliwie
+Dzierżymirski, i oboje w ślad za tem skierowali się ku wyjściu.
+
+Nic nie mówili teraz do siebie. Zamyśleni, pogrążeni w swój dziwny stan
+duchowy, zapatrzeni w swe dusze, schodzili powoli, schodzili w dół
+ciągle.
+
+I stopniowo, nieznacznie, reakcya nastroju wślizgiwać się poczęła w ich
+dusze, mózgi i serca...
+
+Przy dźwiękach bo oto grającego obecnie nad nimi dzwonu-olbrzyma, jakieś
+zwątpienia obsiadły nagle ich dusze, a czar, tam, na górze, odczuty -
+niknął, wewnętrzne zadowolenie i napięcie duchowe słabło!..
+
+Lecz czyż to złudzenie? Wszak głos tegoż samego dzwonu jest teraz jakimś
+całkiem innym, odrębnym; to nie ten na górze, wysoko!
+
+Tamten, pełen otuchy, dodawał odwagi, wzmacniał. A ten, wstrząsając
+murami wyniosłej wieżycy, błąka się gdzieś tylko po jej zakamarkach,
+szczelinach, taki odmienny, ponury, smutny...
+
+I pod jego wpływem, jakby pod działaniem czarodziejskiej siły, w myślach
+Dzierżymirskich, każdemu z osobna, zaszumiały znowu wyrzuty sumienia.
+
+Jej, Oli, stanęła przed oczami, jak żywa, marsowa twarz ojca, i jego
+spojrzenie smutne, wyrzutów pełne. Źrenice rodzica wyraźnie przytem
+zdawały się skarżyć, mówić: Ja cię kochałem, drogie dziecię, a ty tak
+pogardziłaś mną, zraniłaś tak dotkliwie i boleśnie!
+
+Romanowi zaś tak żywo przypomniała się z przed laty chwila pewna, iż
+zdziwił się sam niepomiernie. Swą ubogą izdebką z przed laty, straszną
+noc walki ze sobą samym, i zwycięstwo złota ujrzał tu w
+Campanili-wszystko!..
+
+A dzwon tymczasem huczał coraz bardziej, i przytem coraz jakby sroższy i
+bezwzględniejszy, surowszy... Dzierżymirscy bezwiednie, w mimowolnej po
+prostu obawie przed tym głosem karcącym z wysoka, pospieszniej w dół
+schodzić poczęli.
+
+Cienie wieczorne kładły się już po pustych zakątkach starej, jak świat,
+wieżycy, mroki tajemnicze pełzały tu swobodnie. Przy dźwiękach dzwonu,
+który wciąż trząsł jej ścianami, wśród ciemniejącej stopniowo, a
+zamkniętej w nich pustki, schodziła, spuszczając się coraz szybciej,
+zniżała się para młodych.
+
+Wreszcie zmierzch szary pochłonął zgrabne postacie, i zapanował
+bezpodzielnie w Campanili. Jednocześnie o jej mury odbiło się echo
+ostatniego uderzenia dzwonu, niby ostatnie dla Dzierżymirskich
+przypomnienie przeszłości...
+
+W ślad za tem uspokoiło się wkrótce wszystko.
+
+Wiekopomna wieżyca, zasłuchana jakby jeszcze w końcowy zamierający
+dźwięk dzwonu, przycichła; szarość, smutek i głusza rozsiadły się tu
+wokoło... W milczącą senną zadumę, we wspomnienia przebrzmiałe, zapadała
+powoli Campanile.
+
+
+
+---------------
+
+
+
+- Rojno i gwarno było dziś u marszałkowej nieprawdaż? Ha-ha-ha,
+wiedziałem doskonale, że się stawią wszyscy... Poczciwa jednak ta nasza
+światowa menażerya.... No, i cóż? Uwierzyli?
+
+Pytanie to, zwrócone do pani Melanii Warnickiej w jej dużym, pięknym
+salonie, wygłosił, sadowiąc się wygodnie na fotelu, Emil Ładyżyński. Był
+to mężczyzna lat przeszło pięćdziesięciu, wysoki, szczupły, od stóp do
+głów drobiazgowo wytworny, o wyrazie twarzy szyderczym, przyrosłym jakby
+do rysów jego, świeżych i żywych jeszcze, oraz pięknych oczu podłużnych,
+zielonkawych, z pod pincenez patrzących rozumnie.
+
+- Uwierzyli. To jest, może udali tylko, że wierzą... odpowiedziała
+marszałkowa rozpartemu z gracyą w krześle gościowi swemu.
+
+- No, c'est tout ce qu'il faut, na razie; teraz damy sobie wielkiego i
+dystyngowanego nura n'est ce pas?.. A niech tam wszyscy myślą sobie, co
+im się żywnie podoba!- zawyrokował tenże głosem stanowczym.
+
+- C'est ce qui me tranquillise, iż zamknęłam zupełnie dziś już rachunki
+z towarzystwem tutejszem - odparła z westchnieniem ulgi pani Melania.
+
+Rozmowa potoczyła się dalej; treścią jej był przebieg dzisiejszego, a
+ostatniego czwartkowego przyjęcia u Marszałkowej.
+
+Zniknięcie Oli, choć trzymane pilnie w tajemnicy, jak to zwykle bywa w
+takich razach, nagle, pewnego poranku przedostało się niewiadomo przez
+kogo, jak i kiedy, do miasta, a wieść ta, podawana z początku ostrożnie,
+cicho i pod wielkim sekretem, wkrótce była już na wszystkich ustach,
+komentowana, przeinaczona, a plotką i skrzydlatym ptakiem obmowy
+obleciała niebawem wszystkie niemal salony towarzyskiego świata w
+mieście. Pomimo to, nikt nie wiedział nic jeszcze dokładnie.
+Zaalarmowany pierwszy Ładyżyński, który, jako przyjaciel domu
+Gowartowskich, a zarazem bywający wszędzie światowiec, osaczonym był
+ciągle pytaniami, odbył dni temu parę istną sessyjną konferencyę z
+marszałkową: Co czynić, by ocalić pozory?.. I wówczas to postanowiono,
+co następuje:
+
+Puścić natychmiast w świat niejasną pogłoskę o ślubie Oli z
+Dzierżymirskim, i opowiedzieć wyjazd marszałkowej, która, postanowiwszy
+już poprzednio przenieść się całkiem na wieś, teraz, po naradzie z
+Ładyżyńskim, zgadzała się tę chwilę odjazdu swego przyśpieszyć. Za parę
+dni właśnie przypadał czwartek, jour fixe pani Melanii; łatwo było
+przewidzieć, iż towarzystwo cale, wobec rozsiewanych zręcznie półsłówek
+o wielkiej powyższej nowinie, nie omieszka, przywiedzione ciekawością i
+chęcią pożegnania czcigodnej matrony, zawitać na jej salony...
+
+ - Wówczas to wszystkim i każdemu z osobna damy do spożycia następującą
+ pigułkę! - zadecydował wesoło na owej konferencyi pan Emil:
+
+- Powiemy, że Ola i Dzierżymirski są już po ślubie, uznanym przez
+rodzinę najbliższą i przez nią urządzonym, lecz cichym i bez rozgłosu, a
+to na własne i wyraźne żądanie państwa młodych...
+
+- Co się zaś tyczy dotychczasowej o tem wszystkiem tajemnicy,
+wytłumaczymy ją tem, iż dzisiejsi państwo Dzierżymirscy kochali się w
+sobie na zabój od dawna, od lat, przypuśćmy, ośmiu... że ojciec srogi
+nie chciał o związku tym słyszeć nawet, iż zmiękczony wreszcie zgodził
+się nań... Pani marszałkowa nie była na ślubie, no... bo jest słabego
+zdrowia, January zaś, w ostatniej chwili, gdy jechał na kolej,
+zachorował... Państwo młodzi obecnie bawią zagranicą. Gdzie? - nie
+wiemy. Pour dérouter - powiemy na przykład, że w Szwecyi... Całą tę
+historyjkę, pani marszałkowa na przyjęciu u siebie, a ja u innych, tegoż
+samego dnia i w tychże godzinach ukoloryzujemy jeszcze należycie kilkoma
+pseudo-autentycznymi szczegółami, no... et il faut espérer, że nam chyba
+uwierzą!..
+
+Tak ostatecznie uradził Ładyżyński, a do ultimatum owego, uznawszy jego
+słuszność, marszałkowa Warnicka zastosowała się ściśle przez cały dzień
+dzisiejszego czwartkowego u siebie przyjęcia. Obecnie zaś w dalszym
+ciągu informowała przybyłego swego wspólnika o wywiązaniu się z zadania
+i roli własnych, opowiadając mu zarazem, jak wiele dnia tego odwiedziło
+ją osób ze świata, do tego stopnia licznych, iż chwilami w ogromnym jej
+salonie brakło po prostu dla nich miejsca.
+
+- Każdy niemal po banalnym wstępie grzecznostek, pytał mnie o Olę, nie
+przeoczył tego nikt -mówiła pani Melania, kończąc opowiadanie swoje - aż
+w duchu sama śmiałam się z tego...
+
+- Więc któż był? któż był? - pytał ciekawie Ładyżyński.
+
+- Wszyscy, powiadam panu, towarzystwo całe, nie zawiódł nikt -
+opowiadała dalej marszałkowa - szli wielcy i mali, sympatyczni i
+niemili, oraz nawet, którym się zdaje, że obecnością swoją czynią mi
+łaskę najwyższą, raz na rok zaledwie bywając u mnie... i lekceważąco na
+pozór przy tych wyrazach pani Melania machnęła ręką...
+
+Pan Emil zaś słuchał i nieznacznie uśmiechał się pod wąsem, znał bowiem
+dobrze słabą stronę staruszki, którą gniewało zawsze, gdy ktoś ze
+"świata," mieszkający stale w mieście, omijał jej dom w wizytach.
+
+- Par exemple... - odezwał się - ręczyłbym, że księżna Marya i hrabiowie
+Doliwscy...
+
+- Oh! pas seulement, oni naturalnie, ale i książe Jerzy, hrabia Alfred,
+księstwo Staniccy, hrabina Manfredowa z córką i jej narzeczonym... Vous
+savez, ona wychodzi za tego księcia Ryszarda S. z Poznańskiego... A
+także Otoccy, Daworowscy, Igelhausenowie... już nie pamiętam wszystkich
+nawet... kończyła pani Melania, zadowolona w duszy z szumnej
+nomenklatury.
+
+- Oh! mais, sapristi, c'est la fine fleur, śmietaneczka ze śmietanki
+naszej... Powinszować marszałkowej, powinszować... - rzekł z lekka
+drwiąco pan Emil. -L'essentiel - ciągnął dalej, - że wszyscy, jak
+przewidywałem, połknęli przygotowaną przez nas wiadomostkę.
+
+- Wszyscy, bez wyjątku; robiłam przecież, co tylko mogłam - potwierdziła
+pani Melania.
+
+- A więc n... i-ni-c'est fini; nie pokażemy się my im tu tak prędko na
+oczy; by sprawdzić to, co posłyszeli, Dzierżymirskich również mieć nie
+będą, a zresztą - pan Emil niedbale poruszył ręką - tout passe, tout
+casse, tout lasse... Niebawem wszyscy zawieszą sobie nowe sitko na kołek
+i... zapomną. Ainsi va le monde - dokończył, i wyjmując srebrną z
+monogramem papierośnicę, ujął w palce delikatnej swej ręki cienki
+papieros, uprzejmie pytając zarazem pani domu: - Vous permettez?..
+
+Marszałkowa, z uśmiechem, przyzwalająco kiwnęła głową. Ładyżyński
+zapalił, i wypuściwszy z ust mały obłoczek dymu, pogładził wytwornym
+ruchem ręki swe siwiejące już nieco, a starannie wyczesane, bokobrody.
+
+- Ja także, według programu, nie próżnowałem, - odezwał się po chwili
+swobodnym tonem. - Wyszedłszy stąd temu godzin parę, byłem na jour fixe
+u Leliwów, hr. Dezydery Otockiej, u księstwa Pilanich... Zastałem tam
+wiele bardzo osób i wszędzie opowiadałem, naturalnie en long et en large
+la nouvelle du jour, co należy, o Romanie i Oli - bref, Januarek
+powinien być kontent ze mnie: wykryłem, jak, co i dokąd wyfrunęła mu
+jedynaczka, teraz znów my z panią marszałkową tuszujemy za młodą parą
+ślady, z kunsztem prawdziwie artystycznym...
+
+- Że też pan wszystko z wesołej tylko strony bierze - nieco smutnie i
+pobłażliwie jakby uśmiechnęła się pani Melania.
+
+- Que voulez vous, pani marszałkowo, świat pełen dramatów i tragedyj w
+teatrze i w życiu, że cóżby wartem było ono, gdybyśmy się czasem starali
+przynajmniej komizmu choć trochę zeń wycisnąć - odparł pan Emil, poczem
+zaś dodał: - Więc pani marszałkowa jutro na Podole, do Ulanówki?
+
+- Tak - potwierdziła pani Melania - do siebie jadę na dni kilka, potem
+zaś natychmiast do Januarego, a pan wyjeżdża?.. Il faudrait.
+
+- Comme de raison, prawdopodobnie do Szwajcaryi, na sześć tygodni...
+Ale, a propos, cóż January?..
+
+- Niespokojną jestem o niego - odpowiedziała marszałkowa - jak panu
+wiadomo, bawił tu u mnie tylko dzień jeden; nazajutrz po otrzymaniu
+smutnej wiadomości odjechał, pożegnawszy się ze mną, notabene, bardzo
+chłodno, i odtąd żadnej odeń z Gowartowa nie mam wiadomości. Może
+chory...
+
+- Eee! cóż znowu!.. - okrzyczał się Ładyżyński - pani marszałkowa niech
+będzie spokojną, poluje sobie na kaczki, i jedynaczkę swą wydziedzicza.
+Dobrze robi zresztą, bardzo dobrze... Wydziedziczać młodych! Niech nie
+lekceważą woli starszego pokolenia!.. Wydziedziczać!.. dokończył pan
+Emil z patosem, i powstawszy z fotelu, jednocześnie z panią Melanią
+żegnać się począł.
+
+- Uciekam już, bo mam jeszcze parę wizyt, ale... Ładyżyński urwał -
+Wszak pani marszałkowa jedzie jutro dopiero o 3-ej, nieprawdaż? - mówił,
+całując z wdziękiem rękę staruszki - nie żegnam się więc, będę na
+dworcu, może wypadnie coś ułatwić, dopomóc...
+
+- Dziękuję panu, dziękuję bardzo - odparła z uśmiechem pani Warnicka -
+do miłego zobaczenia się. .
+
+Pan Emil, z cylindrem w ręku, ukłonił się u drzwi raz jeszcze, poczem
+jego elegancka, opięta w tużurek, zgrabna sylweta zniknęła za portyerą
+salonu.
+
+Znalazłszy się zaś przed domem, na ulicy, Ładyżyński wskoczył
+pośpiesznie do oczekującej nań dorożki na gumach, i rzuciwszy niedbale
+adres, kazał się wieźć dalej.
+
+Już na ulicach i w magazynach jaśniały rzęsiście światła, gdy w dwie
+godziny później wysiadał z tegoż pojazdu przed piękną kamienicą w
+śródmieściu, a odprawiwszy swój kawalerski ekwipaż, skierował się w
+bramę czteropiętrowego domu, gdzie na pierwszem piętrze zajmował
+eleganckie, z trzech pokoi, mieszkanie.
+
+Mały, zwinny chłopczyna, ubrany w liberyjną, ze złotemi guziczkami,
+granatową kurtkę, przekomarzał się właśnie na dziedzińcu, z którąś
+chichoczącą młodszą, gdy pan jego zjawił się nagle w bramie, a ujrzawszy
+śmiejącą się dwójkę, pogroził jej laską, z uśmiechem. Służąca zaśmiała
+się zalotnie i głośno, lokajczyk zaś pędem porwał się z miejsca i
+poleciał na górę, w parę minut później, z pokorną miną, otwierając drzwi
+Ładyżyńskiemu.
+
+- Ej, malutki!.. pogroził mu znów palcem pan Emil, poczem, zdjąwszy
+paltot, zapytał: - Był tu kto?
+
+- Owszem, proszę jaśnie pana, oto bilety odparł chłopak pośpiesznie,
+podając małą tackę ze stołu.
+
+Pan Emil obojętnie przerzucił kilka biletów.
+
+- Aaa!.. zadziwił się głośno przy jednym z nich, poczem odłożył wszystko
+na bok.
+
+- Frak od krawca przynieśli? - zapytał jeszcze - wyprasowany?
+
+- W sypialni u jaśnie pana powiesiłem - objaśnił mały lokajczyk.
+
+- Dobrze. Siedź tu, smyku, i nie łobuzuj się!.. rzekł Ładyżyński, a
+minąwszy przedpokój, zatrzasnął za sobą drzwi od gabinetu, prowadzącego
+do sypialni i ubieralni, gwiżdżąc jednocześnie pod nosem aryę z modnej
+podówczas operetkowej premiery.
+
+Jako szanujący się kawaler, pan Emil, stale żadnego wieczoru nie
+przepędzał u siebie w domu. Dziś zatem również wybierał się na raut
+artystyczno-wokalno-literacki, punktualnie rozpoczynający się już o
+dziesiątej.
+
+Dziewiąta właśnie biła na kilku zegarach w mieszkaniu, pan Emil więc,
+znalazłszy się w gustownie umeblowanej sypialni, przystąpił natychmiast
+do tualety swej wieczorowej.
+
+W tym celu wygodnie zasiadł na foteliku przed małą gotowalnią,
+przepełnioną wytwornymi, w srebrnych pudełkach i przykrywkach,
+przyborami tualetowymi.
+
+Gdy tak stoliczny bywalec drobiazgowo i systematycznie stroił się na
+raut, marszałkowa, po wyjściu ostatnich, zapóźnionych, gości,
+przykazawszy pogasić światła, odpoczywała na kanapce znużona, po dniu
+tak pełnym dla niej zmęczenia i wysiłków. Oparłszy głowę o poduszki
+mebla, pani Melania, położyła się, i wyciągnąwszy wygodnie swe członki,
+przymknęła powieki, stan zaś błogi nie krępowanego niczem spoczynku
+owładnął nią bezpodzielnie.
+
+Jak szum niknący, daleki, w uszach jej tylko brzmiał jeszcze gwar
+prowadzonych do niedawna rozmów, dolatywały urywki z dali, a przed
+oczyma majaczyły, zmieniając się kolejno, postacie, zaludniające w ciągu
+kilku godzin jej salony...
+
+Ponownie zatem widziała przed sobą staruszka w sąsiednim pokoju tłum
+elegancki, rozbawiony...
+
+Mile pieścił on wzrok wytwornym wdziękiem kobiecych tualet,
+szeleszczących łagodnie, a zgoła nie krzyczących barwą i gustownych -
+nęcił powabem na jedną modłę elegancko skrojonych ubiorów męskich,
+pławił się cały w estetyce ogólnej manier, ukłonów, w szablonie
+światowej salonowej komedyi, a poprawny - nie raził niczem harmonii, w
+całości swej nie wywołując również wcale fałszywo brzmiących zgrzytów. I
+uśmiech pół gorzki, pół smutny, w zamyśleniu okolił wąskie usta
+marszałkowej Warnickiej.
+
+Jak nicości pełnem bowiem wydało jej się teraz, w oświetleniu
+dzisiejszej złośliwej ciekawości, to całe towarzyskie stado, kryjące swą
+przewrotność pod blichtrem i szychem zewnętrznych pozorów, jak mało
+godnem żalu i marnem!
+
+Ach, bo ileż schowanej zręcznie złości, tłumionych chęci sponiewierania
+rodziny jej i Oli, jej samej, ile wreszcie jadowitego fałszu kryło się w
+duszach tych wszystkich oto dzisiejszych jej światowych
+pseudo-przyjaciół i gości!..
+
+Marszałkowa czyniła dalej w myśli przegląd galeryi osobników, widzianych
+na dzisiejszem przyjęciu; we wspomnieniu ich słów, wyrazów twarzy i
+gestów powtórnie czytała, zda się, ukryte myśli przybyłych; moralnie
+obnażała ich wszystkich, starając się zarazem znaleźć, przypomnieć choć
+jeden kwiatek prawdziwie przyjaznego uczucia, wykwitły wśród tych
+chwastów obłudy!..
+
+Nie znalazła nic podobnego jednak. Były tam tylko same śmiecie.
+
+Pani Melania, dumając w ten sposób, miała oczy wciąż przymknięte,
+niebawem znużenie wzięło górę nad jej myślami, głowa staruszki pochyliła
+się na piersi, cichy mrok wieczoru otulił postać marszałkowej.
+Zdrzemnęła się.
+
+W kwandrans może później, w milczeniu wypoczywających po najściu gości
+apartamentów, rozległ się; silny odgłos dzwonka... Staruszka rzuciła się
+z lekka na kanapie, a otworzywszy swe rozumne szare oczy, poczęła
+wsłuchiwać się w mącący ciszę odgłos.
+
+W drzwiach buduaru po chwili stanął lokaj i zaanonsował:
+
+- Pan plenipotent z Gowartowa; mówi, że chciałby koniecznie widzieć się
+z jaśnie panią.
+
+- Proś, proś natychmiast tutaj! - rzekła żywa marszałkowa i równocześnie
+powstała z kanapki. Lokaj wyszedł.
+
+Zadowolenie, połączone z ciekawością osiadło na twarzy staruszki.
+
+Bolesław Krasnostawski, syn szkolnego kolegi nieboszczyka marszałka, a
+zaprotegowany ongi przez nią samą na zajmowaną dotąd posadę ogólnego i
+głównego zarządcy dóbr pana Januarego, nareszcie więc przynosił jej
+wiadomość o bracie!..
+
+Młodzieniec, lat dwudziestu ośmiu, ciemny brunet, ogorzały i przystojny,
+z dziarsko do góry podkręconym wąsem, stanął na progu.
+
+- Sługa pani marszałkowej, moje uszanowanie - przemówił swobodnie, i
+podbiegłszy, ucałował z szacunkiem rękę staruszki.
+
+Ubrany był niewykwintnie, ale starannie i czysto, ruchy zaś jego, oraz
+sposób mówienia, zdradzały człowieka, choć nie obytego może zupełnie z
+wytworniejszem towarzystwem, lecz dobrze wychowanego.
+
+- Kochany mój panie Bolesławie, - zaczęła staruszka, zwracając się
+dobrotliwie ku przybyłemu - siadaj, proszę, i mów, mów jak najprędzej,
+co słychać?..
+
+Młody człowiek, widząc zaniepokojenie w oczach matrony, wyrzekł
+pośpiesznie:
+
+- O, nic złego... zupełnie nic złego, pani marszałkowo, ale... i nic
+również dobrego - dokończył wahająco i ostrożnie.
+
+- Jak to?.. -- zapytała pani Melania. Krasnostawski oczy spuścił, i
+ukrywszy je po za swemi, jak u kobiety, długiemi rzęsami, mówić czął
+zwolna:
+
+- Pani marszałkowej wiadomo, zarówno jak i mnie, co za cios dotknął pana
+Gowartowskiego, z powodu panny Oli...
+
+- Więc pan już wiesz?.. Skąd? - z okrzykiem niepohamowanego zdziwienia,
+wyrwało się staruszce, pytanie.
+
+Coś niemiłego snać dla ucha młodzieńca zabrzmiało nagle w tych kilku
+słowach, bo nie podnosząc oczu, jakby nie chcąc onieśmielać marszałkowej
+swym wzrokiem, spokojnie i poważnie odrzekł:
+
+- Wiem wszystko, bo mi pan January, nie mając nikogo, zwierzył się z
+troski własnej, naturalnie pod słowem honoru z mojej strony, że słówkiem
+nawet o tem nikomu nie wspomnę...
+
+Krasnostawski zatrzymał się chwilkę, i ciągnął dalej:
+
+- Obowiązki, jakie mam dla całej rodziny państwa, szacunek i poważanie
+me osobiste wzglem pana Gowartowskiego, stanowią, chyba dość trwałą
+rękojmię, iż słowa dotrzymam... I... o tem... nikt z państwa,
+przypuszczam, nie wątpi... - dokończył młody człowiek, podnosząc tym
+razem wzrok, jasny i pytający na marszałkową.
+
+- Ależ naturalnie, panie Bolesławie, naturalnie! - skwapliwie
+pośpieszyła z odpowiedzią staruszka. - Lecz mówże mi pan, co się tam w
+Gowartowie tak niedobrego dzieje? - zapytała niespokojnie.
+
+- To, pani marszałkowo, że z panem Gowartowskim jest źle... - i
+Krasnostawski, spuściwszy znów wzrok, ciągnął dalej:
+
+- Pannę Olę, jak pani marszałkowej wiadomo, ojciec kochał bardzo,
+prawie, że bałwochwalczo; otóż skutki wypadków ostatnich bardzo, bardzo
+silnie odbiły się na nim. Nic go już prawie teraz nie zajmuje, ani
+gospodarstwo, ni wieś, ni inne zajęcia, do sąsiadów nie jeździ, u siebie
+nikogo nie przyjmuje - słowem obecnie z niego zupełnie inny człowiek...
+
+Krasnostawski przerwał opowiadanie, jakby namyślając się, co mówić
+dalej. Staruszka, w zadumie, ze wzrokiem na dół spuszczonym, milczała.
+
+Po chwili wahająco ciągnął dalej:
+
+- Wobec tego samotność dla pana Gowartowskiego jest wprost zabójczą,
+koniecznie potrzebuje on nieustającego towarzystwa, jednem słowem -
+potrzebuje obok siebie przyjaciela.
+
+Krasnostawski ponownie zatrzymał się na sekundę.
+
+- Moja osoba nie wystarcza - mówił dalej - zajęcia liczne, mieszkanie
+nie w samym Gowartowie, lecz gdzie indziej, stanowisko wreszcie moje...
+tu po twarzy młodego człowieka przemknął lekki cień - wszystko składa
+się na to, iż pan Gowartowski, choć zawsze dla mnie tak samo łaskaw,
+jest obecnie moralnie bezustannie - sam...
+
+Z pod oka, przelotnie, spojrzał Krasnostawski na marszałkową. Z misyą
+nader delikatną i przykrą przybył on tutaj; w kieszeni surduta palił go
+własnoręczny list pana Januarego, w którym ten ostatni, żywiący jeszcze
+do siostry bardzo głęboką urazę za spełnione wypadki, pomimo wszystko, w
+głębi duszy posądzający nawet staruszkę, iż była, może w tajnej zmowie z
+jego córką - delikatnie, lecz stanowczo, odmawiał jej gościnności u
+siebie, wobec zapowiedzianego przez nią przyjazdu do Gowartowa.
+
+Krasnostawski o zawartości listu wiedział, w chwili żalu bowiem
+Gowartowski wypowiedział mu wszystko, ba, polecił jemu nawet, jako
+protegowanemu i lubianemu przez marszałkowę, napomknąć jej o tem przed
+wręczeniem listu.
+
+Przerwawszy na chwilę opowiadanie, Krasnostawski ostatecznie zastanawiał
+się właśnie, czy poruszyć w rozmowie, lub nie, temat drażliwy.
+Postanowił jednak nie czynić tego wcale, a natomiast, czując, że na
+ustach domyślającej się już czegoś: marszałkowej, zawisa jakby jakieś
+pytanie, by powstrzymać je, odezwał się pośpiesznie:
+
+- I dlatego, pani marszałkowo, polecił mi pan January, łącznie z innymi
+interesami, powoływującymi mnie tutaj, zaprosić do Gowartowa na czas
+dłuższy pana Ładyżyńskiego, jego bowiem obecności tylko pragnie, jako
+prawdziwego swego przyjaciela... Muszę zatem być dzisiaj u niego w tej
+sprawie, nie wiem jednak, gdzie mieszka... Adres pana Ładyżyńskiego
+niewątpliwie znanym jest pani marszałkowej?..
+
+Słowa powyższe i pytanie ostatnie zabrzmiały w ustach młodzieńca pomimo
+woli zimniej nieco. Nerwami uczuł chłód jakby w zachowaniu się
+staruszki, milczącej wciąż od chwili, gdy jej powiedział, iż: wie o
+wszystkiem. Gniewało go to spostrzeżenie i raniło dotkliwie dumę jego.
+
+Wypowiedziana głosem miarowym, a wskazująca ulicę i numer domu,
+zamieszkałego przez pana Emila, zabrzmiała odpowiedź marszałkowej.
+
+Krasnostawski zerwał się natychmiast i rzekł szybko:
+
+- Dziękuję stokrotnie pani marszałkowej...
+
+Z udaną zaś swobodą, powodowany silnem życzeniem wycofania się stąd co
+prędzej, ciągnął żywo dalej:
+
+- Nie zajmuję już więcej czasu pani marszałkowej, zapomniałem zupełnie,
+wszak to dzisiaj czwartek, dzień przyjęć - uciekam...
+
+- Ach, tak... - z uśmiechem protekcyjnym nieco rzekła sędziwa matrona. -
+Ale już po wszystkiem, wszak wieczór nadchodzi...
+
+- Tak... tak, prawda, zapomniałem - bąknął Krasnostawski, sięgając
+jednocześnie ręką do kieszeni. - Przepraszam najmocniej panią
+marszałkową dobrodziejkę, cóż za roztrzepaniec ze mnie, doprawdy! Byłbym
+zapomniał... Mam list od pana Gowartowskiego, służę pani marszałkowej.
+
+Pani Warnicka schwyciła list, Krasnostawski jednak równocześnie pochylił
+się do ręki jej, w ukłonie.
+
+- Do widzenia, mój panie Bolesławie, do widzenia! - z roztargnieniem
+pożegnała go staruszka, podając mu rękę do ucałowania, poczem zaś
+gorączkowo rozerwała kopertę.
+
+Młody człowiek już był na progu, ale, spojrzawszy z pod oka na
+marszałkową, zdążył był jeszcze dojrzeć na jej twarzy rumieniec
+oburzenia, zakwitły tam, po przeczytaniu pierwszych kilku wierszy.
+Dostrzegłszy to, młody plenipotent, jak szczupak w wodę, rzucił się
+całem ciałem w ciemności sąsiedniego salonu, pobiegłszy zaś na palcach
+do przedpokoju, chwycił paltot swój i umknął z mieszkania. Na schodach
+dopiero odetchnął.
+
+- Uf! wyrwałem się wreszcie... - szepnął. - Ładniebym się ubrał, gdyby
+tak przy mnie list czytała!..
+
+W ślad zatem wypadł na miasto, a mijając ulice jednocześnie pogrążał się
+w myślach.
+
+Wywołana wspomnieniem apartamentów marszałkowej, stanęła mu nagle przed
+oczyma powabna sylwetka Oli, zamajaczyło jej głębokie i zalotne
+spojrzenie, którem, jak wielu innych zresztą, witała i jego, gdy
+przypadek łączył ich kiedy na chwilę.
+
+Krasnostawski od kilku już lat znał córkę pana Januarego; etykietalne
+utrzymując stosunki z pałacem Gowartowskim na wsi, widywał ją rzadko,
+najczęściej z daleka, na spacerze, w kościele, lub przelotnie w powozie
+- kilka razy u marszałkowej w mieście. Podobała mu się piękna panna, bo
+komuż zresztą nie potrafiła ona się przypodobać, pełna wdzięku, uprzejma
+i zalotna?.. Przedstawiała poza tem typ kobiecy Krasnostawskiego... Nie
+kochał się w niej jednak bynajmniej, za trzeźwym był na to; choć z
+upokorzeniem dumy własnej, stanowisko swe podrzędne oceniać potrafił, a
+jednak...
+
+Ździwiony analizą duszy własnej, przyznać się sam przed sobą musiał, że
+wieść o ucieczce i ślubie Oli zabolała go, a raczej, bezpodstawnie na
+pozór, po prostu rozgniewała.
+
+Rozmyślając w ten sposób, Krasnostawski wszedł do kamienicy, wskazanej
+przez marszałkową. Za parę chwil znalazł się już na pierwszem piętrze,
+ledwie jednak zadzwonił u drzwi apartamentów Ładyżyńskiego, w ramie ich,
+natychmiast prawie, w cylindrze i paltocie, ukazał się pan Emil, jak
+zwykle uśmiechnięty ironicznie i z pogodą na czole.
+
+- A!.. pan Bolesław, herbu Rawita, powitać, prawico Januarego de
+Gowartów-Gowartowskiego, powitać!.. - i uścisnął serdecznie wyciągniętą
+rękę młodzieńca.
+
+- Przepraszam, że nie proszę pana kochanego do siebie, lecz postacią
+swoją do odejścia gotową wypędzam go raczej, lecz powody ważne... - tu
+pan Emil uczynił obydwiema rękami ruch półokrągły, - skłaniają mnie do
+tego! - dokończył, i mówiąc to, elegancko zamknął drzwi przed nosem
+Krasnostawskiemu, a uśmiechnąwszy się pod wąsem ciągnął dalej wesoło,
+poufale wsunąwszy zarazem rękę pod ramię Krasnostawskiego.
+
+- Nie gniewasz się na mnie, kochany panie Bolesławie, wszak prawda?..
+Spieszę na raut; no, mówże tam, co słychać?.. Kochany Januarek cóż tam
+porabia, poluje; weseli się, czy smuci?
+
+Krasnostawski już chciał wypowiedzieć, z czem przyszedł, gdy Ładyżyński
+znowu odezwał się żartobliwie:
+
+- Ale, zaiste, pysznie pan wyglądasz, jak rydz w maśle, powinszować!
+Nadobne grodu naszego mieszkanki lgnąć będą do pana, jak pszczółki do
+miodu! Słyszałem o pańskich sprawkach za studenckich czasów, za młodu! -
+tu poklepał z lekka młodzieńca poufale po plecach - słyszałem -
+powtórzył - nie będę więc wzajemnie nudził pana swoją osobą, opowiesz mi
+pan en rčgle, lecz szybko, co cię do mnie sprowadza, a posiedzenie to
+odbędziemy w dorożce. Podwiozę pana... Zgoda?
+
+- Ależ i owszem, dziękuję bardzo! - odparł Krasnostawski, z pośpiechem.
+
+Znajdowali się już na ulicy, pan Emil skinął na stangreta parokonnej
+dorożki, rzucił adres, i pojechali.
+
+Ruchem codziennym wrzało wkoło nich strojne wesołe miasto:
+
+- Słucham pana - rzekł Ładyżyński.
+
+Młody człowiek w krótkich słowach opowiedział mu o niepomyślnym stanie
+zdrowia i moralnego usposobienia pana Januarego, zamilczawszy zaś tylko
+o liście do marszałkowej, zakomunikował zaproszenie do Gowartowa.
+
+Skrzywił się lekko przy ostatnich słowach pan Emil i odrzekł:
+
+- Zapewne, zapewne, bardzo bym rad pocieszyć drogiego Januarka, ale
+właśnie wyjeżdżam za granicę i przyznać muszę, że na razie wybrał on się
+z zaproszeniem wcale nie na czasie! No, zobaczymy zresztą... Co pan
+wiesz, - tu spojrzał uważnie na Krasnostawskiego - o pani Oli i
+Dzierżymirskim?..
+
+Zapytanie to postawionem było bardzo zręcznie mówiło nic, a pytało
+wiele. Krasnostawski natychmiast poinformował krótko i zwięźle pana
+Emila, iż wiadomem mu jest wszystko.
+
+- Aaa!.. - wyrwało się tylko z ust Ładyżyńskiego, i dodał ironicznie:
+
+- No, to w takim razie wiesz pan nie tylko o płaszczu gronostajowym
+przywiązania dziecinnego, szalonej miłości młodzieńczej, weselu pod
+niebem Italii, et caetera i t. d. ale i o odzieży codziennej, ukrytej
+przez nas starannie przed plotką, jedną - purpurą drugiej; zatem wobec
+tego, możemy mówić szczerze...
+
+- Widzi pan - tu Ładyżyński spojrzał znów na Krasnostawskiego, jakby
+pragnąc się przekonać, czy warto wywnętrzać się przed nim - ta cała
+rozpacz "górna chmurna" Januarka, ta dobrowolna wiwisekcya przywiązania
+do córki i ów od początku do końca poemat "zbolałego ojcowskiego serca"
+- bref ten wielki w duszy jego ostatniemi czasy fajerwerk romantyzmu...
+entre nous soit dit - jest tylko od początku do końca jednym nonsensem.
+Czy nie miała racyi?
+
+Krasnostawski milczał.
+
+- Pieścili dziewczynę - ciągnął w tym samym tonie Ładyżyński - upodobała
+sobie Dzierżymirskiego - wara! Tego, owego - odmówili... To trudno,
+panie, kobiety także mają serca i temperament... Zachciało się Oli
+ładnego chłopca - nie dali jej go - wzięła go sobie sama, a raczej wziąć
+się pozwoliła... Niech Januarek lepiej dziękuje i śpiewa Hosannę na
+wysokościach, że bez plebana się nie obeszło! Lub niechże nawet gniewa
+się, i wydziedziczy córunię, lecz nie lamentuje, bo to i nie po męsku, i
+wcale nie ma sensu! Dixi. To moje zdanie. Cóż na to pan, panie
+Bolesławie, herbu Rawita?..
+
+Krasnostawski zżymnął się niecierpliwie; denerwował go zwykle ton
+rozmowy Ładyżyńskiego, dziś jeszcze bardziej rozgniewał go przycinek
+"herbu Rawita", będący widoczną alluzyą do używanych niegdyś przez niego
+biletów wizytowych: Rawita-Krasnowstawski. .
+
+Podrażniony zatem, siląc się na spokój, odparł zimno:
+
+- Przepraszam, ale całkiem inaczej i zupełnie przeciwnie zapatruję się
+na tę sprawę, oraz rozumiem doskonale pana Januarego.
+
+- Ha-ha-ha-! nie masz pan za co przepraszać, wiedziałem tylko, że i z
+kochanego pana także romantyk; w takim razie w korcu maku dobraliście
+się razem z Januarym... Wobec tego, ja w Gowartowie zgoła potrzebny nie
+jestem, doskonale się tam obadwa rozumiecie...
+
+- Ale, cóż znowu! - przerwał żywo Krasnostawski, bojąc się, czy czasem
+mimo woli nieostrożnem słowem nie zepsuł danego sobie polecenia. - Mogę
+być tych samych zapatrywań na tę sprawę, co i pan Gowartowski i odczuwać
+jego charakter, lecz przecież w żadnym razie nie potrafię zastąpić
+szanownego pana, który jest tak dobrym jego przyjacielem...
+
+- No tak, tak..., - urwał z kolei pan Emil - "Wszystko ginie bez
+litości, nic stałego na tej ziemi, prócz przyjaźni i miłości;" to
+wszystko nader pięknie brzmi i wygląda, lecz mego zdania, ja osobiście
+nawet dla przyjaźni zmieniać, niestety, nie uważam za stosowne. Czy zaś
+ono Januarciowi się spodoba - grubo wątpię..
+
+Dorożka w tej samej chwili zatrzymała się.
+
+- No, kochany mój panie Bolesławie, addio!.. - odezwał się protekcyjnym
+nieco tonem Ładyżyński podając Krasnostawskiemu rękę.
+
+- Zakomunikuj pan z łaski swojej mój sposób widzenia rzeczy panu na
+Gowartowie, a jeśli potem jeszcze znać mnie będzie chciał - niechże mi
+napisze, a może przyjadę...
+
+Wysiedli obaj. Pan Emil uchylił cylindra i skierował się ku bramie, na
+progu zaś jej rzucił jeszcze młodemu człowiekowi, tym razem jednak
+przyjaźniej nieco:
+
+- A trzymaj się tam pan dzielnie, ba płeć nadobna ma tu na wieśniaków
+wilczy apetyt!.. Au revoir...
+
+Ładyżyński znikł, Krasnostawski pozostał sam ulicy. Rozejrzał się...
+
+Był w jednym z najruchliwszych punktów miasta; wieczór już rozpoczynał
+swe panowanie, nadchodziła noc, wielki gród żarzył się setkami świateł;
+środkiem ulicy pędziły pojazdy, po chodnikach szerokich zwartą gromadą
+wymijał go pośpiesznie tłum ludzi.
+
+Piękne, zgrabne mieszczanki prawie że ocierały się o niego, rzucając co
+chwila zalotne spojrzenia na ładnego chłopca. Niewiele jednak z nich
+szło samych, większość miała już przy sobie czulących się towarzyszy,
+szepczących im z uśmiechem słodkie słówka.
+
+Pod wpływem ostatniej uwagi pana Emila, Krasnostawski mimo woli
+przejrzał się uważniej w witrynie jednego z okazalszych magazynów, a
+zadowolony z przeglądu własnej osoby, spojrzał wesoło przed siebie.
+Jakieś puste pragnienie zabawienia się, oszołomienia, podobnie tym
+wszystkim, snującym się parom, owładnęło nim.
+
+Przekształcony okolicznościami życia w wieśniaka mieszczuch przypomniał
+sobie naraz lata dawne, studenckie, pełne niefrasobliwego jutra i
+wesołych kawałów, a choć przeplatane często biedą i głodem, bogate
+jednak w miłość i swobodę!
+
+Bawiąc przelotnie w murach miasta, którego każdy zaułek znał na pamięć,
+a mijających go mieszkańców, szczególniej kobiety, jednym rzutem oka
+nieomylnie segregował, jak znawca, - zapragnął nagle Krasnostawski napić
+się koniecznie z musującego uciech miłosnych kielicha.
+
+I mimo woli młody człowiek począł uważniej przyglądać się kobietom.
+Ubrane "szykownie", cienkie w talii, wysmukłe i zgrabne, mijały go one,
+śmiejące się i wesołe, uprawiając z zamiłowaniem flirt uliczny, skrzący
+się miejscowym brukowym dowcipem, czujne jednak poza nim na każde
+spojrzenie przystojniejszego mężczyzny, odwzajemniające mu się zalotnem
+źrenic błyśnięciem - "oczkiem" i obiecującym nieraz wiele uśmiechem.
+
+A rozmaitość dzisiaj była wielka. Wieczór przedświąteczny, pogodny, lwią
+część właścicielek nadobnych twarzyczek wywabił na pierwszorzędne ulice
+- na wspólną arenę letniego jakby "demisalonu" pewnych, a szerokich
+warstw miasta. Brunetki zatem, śniade, czarnobrewe, blondynki, powiewne
+- białe, szatynki, o ruchach omdlewających, a wszystkie prawie ubrane
+elegancko i z pewnym, właściwym tylko Polce naszej, gustem, wystrojone,
+żwawe - sunęły przed zachwyconym wzrokiem wieśniaka.
+
+I od tego rozpędzonego, barwnego, poruszanego jakby tajną jakąś sprężyną
+tłumu, bił na Krasnostawskiego świeży, bo odzwyczajeniem dłuższem
+starty, urok; nozdrza grać mu poczęły, wchłaniał w siebie niewyraźny,
+niepochwytny powiew, sunący jakby ponad głowami publiczności, gorętszem
+okiem patrzył w twarz kobietom, swawolnie i niechcący, na pozór,
+zaglądał im prosto w oczy...
+
+Co zaś przeważnie czytał w owych czarnych, szarawych, fijołkowych i
+modrych oczach, z natury już swej, zalotnych, bynajmniej nie zrażało go
+do tej; czynności.
+
+- Pójdź, pójdź, nie zrażaj się pozornie skromną minką, bądź odważnym,
+śmiałym, a może... może... - szeptały, zda się, cicho wejrzenia
+nieśmialsze, gorejąc ogniem, nieprzeparcie ciągnąc ku sobie; daleko
+więcej jeszcze mówiły spojrzenia inne, a wszystkie razem, wyzywane
+śmiałym wzrokiem mężczyzny, całować go jakby się zdawały, obiecując
+miłość-pieszczotę!...
+
+Ruchliwą falą w pewnych godzinach przelewający się przez ulice miasta, a
+obejmujący sobą oddzielną warstwę wracających z zajęcia pracownic różnej
+kategoryi, na wylot znany Krasnostawskiemu, roił się dalej przed oczyma
+jego kobieco-dziewczęcy światek, i coraz bardziej liczny, barwniejszy -
+obejmował go swym ruchomym uściskiem. I młody człowiek, ulegając
+stopniowo nastrojowi chwili, wspomnieniom dawnym, a związanym ściśle z
+tymże samym światkiem, zapomniał o wszystkiem.
+
+Znikły mu z pamięci Gowartów, pan January, marszałkowa, Ładyżyński, Ola,
+a odżył w nim tylko dawny łobuz i bałamut, żądny swawoli i użycia.
+
+Z szelestem spódniczek, zgrabnie ujętych małą rączką, a odkrywających
+modelowaną ślicznie, zgrabnie obutą, w ażurowej pończoszce, nóżkę,
+otarła się prawie o Krasnostawskiego wysoka dziewczyna, smukła, jak
+gazella, czarnowłosa, i rzuciła młodzieńcowi przelotne spojrzenie.
+Spotkawszy wzrok jego, palący , śmiały, rzuciła mu takie same drugie,
+uważniejniejsze jednak, gorętsze. Z dwojga par młodych oczu posypały się
+iskry, a panu Bolesławowi stanęło w tej chwili w mózgu, nieodwołalne
+ultimatum: Ta, lub żadna!
+
+Puścił się w pogoń za piękną dziewczyną. Dognał ją niebawem, zajrzał w
+oczy raz, drugi, trzeci, i począł iść w ślad za nią. Przy zbiegu jednak
+ulic kilku, dziewczę skręciło nagle w bok i znikło w bramie domu.
+
+Zawiedziony i zły, Krasnostawski obrócił się na pięcie, a włożywszy rękę
+w kieszenie od palta, z humorem przystanął. W oddali zachęcająco
+zieleniał ogród śródmiejski, jakby zapraszając gościnnie.
+
+Młodzieniec skierował się w tę stronę, i w dziesięć minut potem wchodził
+już w bramę ogrodu.
+
+O tej wieczornej i spóźnionej już porze cienie jago, tajemnicze i ciche,
+pochłonęły Krasnostawskiego natychmiast, a do uszu jego doleciały
+jednocześnie, z pogwarem drzew szumiących splecione, jakieś szelesty, i
+szepty, i przyciszone gwary...
+
+To przytulone do siebie, tam i ówdzie po ławkach siedząc samotnych,
+gruchające przeróżne "pary" fabrykowały najczęściej udaną, rzadko
+szczerą miłość... Miejscami nieestetyczny, czasami wprost brutalny, tam
+znów, w kontraście subtelniejszy, miękkszy, ten sam flirt brukowy,
+rdzennie miejscowy, musował, kipiał po kątach ogrodu, przyczajony do
+tego stopnia, iż w niektórych alejach dla uważnego słuchacza grała po
+prostu, zda się, powszechna jakby i wspólnie harmonijna nuta, złożona ze
+szmeru pocałunków, głośniejszych półsłówek, namiętnych protestów, zgody
+cichej, lub srebrzystego śmiechu...
+
+Odgłosy te, drgając w powietrzu, leciały cicho ku wierzchołkom drzew, z
+których co chwila gdzieniegdzie spadał wolno pożółkły liść wczesnej
+jesieni, - jakby pragnąc przypomnieć bawiącym się tu ludziom, o końcu
+wszystkiego na świecie.
+
+Przeszedłszy się po ogrodzie, Krasnostawski usiadł na jednej z ławek.
+Zmęczonym był nieco... Przyjechał kilka godzin temu zaledwie.
+Marszałkowa, Ładyżyński, piękna nieznajoma, gwar miasta - wszystko to
+znużyło młodzieńca, przywykłego od lat paru do ciszy i regularnego
+wiejskiego życia.
+
+Wyjąwszy papierośnicę, zapalił papierosa, ziewnął, a spojrzawszy
+obojętnie na siedzących obok na ławce sąsiadów, wpadł w mimowolną
+zadumę.
+
+W myślach stanęła mu nagle własna przeszłość w tem samem mieście i przed
+oczyma migać poczęły przeróżne minionych lat obrazy.
+
+Ujrzał zatem siebie maleńkim, u rodziców jeszcze, chłopcem, potem
+gimnazistą, a następnie akademikiem. Oblicza rozpierzchłych gdzieś po
+świecie, a dawno niewidzianych kolegów zamajaczyły mu żywo, wspomniał
+ich przywary, zalety charaktery i serca...
+
+W kalejdoskopie wspomnień odbiło się, przesunęło również, kilka
+twarzyczek kobiecych, parę szałów, niepomnych jutra, gorączkowych,
+pieniących się wówczas rozkoszą, płomieniem uczucia, a dziś spopielałych
+już i zagasłych zupełnie.
+
+A wszystko w tem mieście, z którego murami zżyła się, zrosła jego dusza.
+Dla chleba porzucił kolebkę dzieciństwa - młodości...
+
+- Cha!... - westchnął głośno młody plenipotent gowartowski, poczem
+instynktownie obejrzał się wokoło, i jakby nieco zawstydzony swem
+westchnieniem, z pod oka uważnie popatrzył na swoich sąsiadów.
+
+Obok niego, w wytartej czapce, z daszkiem, nasuniętym na oczy, w
+wyszarzałej kapocie i z rękami w kieszeniach, drzemała jakaś męska
+figura, z głową, wciśniętą w ramiona, zgarbiona, o nędznej
+powierzchowności; był to zapewne pijak jaki ululany, lub może biedak
+bezdomny; z przeciwległego zaś krańca ławki jakiś staruszek zbierał się
+do odejścia...
+
+- Przepraszam pana, która godzina? - zapytał go Krasnostawski,
+pamiętając, iż zegarek zostawił przez roztargnienie w hotelu.
+
+Staruszek malutki, siwiuteńki, o jowialnym wyrazie twarzy, zerknął
+przyjaźnie na młodego człowieka, oczy przymrużył i roześmiał się głośno
+i dobrotliwie.
+
+- Ha-ha ha.., a widzisz... - dorzucił w ślad za tem - nie przyszła...
+Ba!... la donna č mobile... - szczerze zaśmiał się jeszcze do siebie i
+podreptał dalej, nie odpowiadając na pytanie młodzieńca.
+
+- A to ci mantyka jakiś ! - uśmiechnął się Krasnostawski i wzruszył
+ramionami, a zapaliwszy papierosa, instynktownie zamyślił się znowu.
+
+Tymczasem w tej samej właśnie chwili siadała obok niego wysoka, zgrabna,
+przystojna brunetka. Gdy odchodzący staruszek wygłaszał swą sentencyę,
+pośpiesznie przechodziła ona drogą, a usłyszawszy głośno wyrzeczono
+słowa, zwróciła uwagę na siedzącego młodzieńca i uważnie spojrzała nań;
+poczem zwolniła kroku, a po przelotnej wahania chwilce usiadła na ławce.
+Teraz zaś, uporczywie z pod oka, patrzyła na Krasnostawskiego.
+
+Ten zaś poczuł snać na swojej twarzy magnetyczny wzrok kobiety, bo po
+chwili machinalnie obrócił głowę w jej stronę.
+
+Na widok nowej sąsiadki, wyraz przyjemnego zdziwienia odbił się na jego
+twarzy, w towarzyszce obecnej bowiem poznawać się zdawał piękną
+nieznajomą sprzed półgodziny. Spojrzenia młodych skrzyżowały się. Z
+czarnych źrenic ładnej dziewczyny posypały się iskry, poczem opuściła na
+oczy powieki, z rzęsami długiemi.
+
+Krasnostawski jednak milczał w niepewności.
+
+- Nie, to nie ona - myślał - tamta, smukła gazella, piękniejszą była,
+lecz ta znów... tu spojrzał przeciągle na dziewczę - kto wie, czy nie
+ponętniejsza, milsza?... Bez wątpienia... co za oczy!... - dopowiedział
+sobie w duchu.
+
+Nie ruszał się jednak z miejsca, nieznajoma bowiem wydała mu się dziwnie
+nieprzystępną - przynajmniej z powierzchowności. Ubrana była z miejskim
+szykiem, przeciętnym wprawdzie, ale nie rażąco bynajmniej, całkiem
+ciemno, z pewnym gustem, ba... nawet jakąś nieujętą jakby dystynkcyą.
+
+Tak się zdało Krasnostawskiemu.
+
+W tej samej chwili nieznajoma podniosła nań znowu oczy. Powoli zdjęła
+woalkę, wciąż paląc spojrzeniem pięknych, dużych źrenic i westchnęła
+cicho...
+
+Krasnostawski instynktownie przysunął się do dziewczęcia bliżej. W parę
+jednak sekund później, raz jeszcze przyjrzawszy się delikatnemu
+profilowi nieznajomej i przywoławszy w pamięci całe swe znawstwo dawnego
+"don-juana", zawyrokował w myśli: - "szyk facetka, ale szkoda czasu," i
+obojętnie zgasłego zapalił papierosa.
+
+Poza tem, przed godziną pełen werwy i animuszu, teraz czuł się zmęczonym
+i spać mu się po prostu chciało, rój myśli zaś, poruszonych niedawno,
+bezustannie mącił mu się w głowie. Ziewnął więc przeciągle i zamierzał
+już powstać, gdy oto nagle, prosząco, posłyszał wyrzeczone głosikiem
+dźwięcznym swej sąsiadki:
+
+- Przepraszam pana... ale.... nie mogę dać sobie sama rady... Czy... nie
+byłby pan tak uprzejmym i grzecznym zwinąć mi parasolkę?...
+
+Słowom tym towarzyszył wyraz twarzy, pełny milutkiego wdzięku i
+przybranej okolicznościowo zaambarasowanej niby nieśmiałości; zatrzymała
+się pytająco...
+
+Widząc jednak na obliczu młodego człowieka uśmiech i wyciągniętą już
+rękę po parasolkę, dokończyła zalotnie, podając mu ją:
+
+- Tylko... tak ładnie... cieniutko...
+
+- Pan się dziwi, zapewne - dygnęła już śmiało, lecz z tym samym
+nieokreślonym nieco twarzy wyrazem, - że ja, nie znając pana, ośmielam
+się, pomimo to, trudzić go... ale...
+
+- Boli rączka? - podchwycił Krasnostawski śpiesznie i pochylił się ku
+dziewczęciu, z uśmiechem.
+
+W oczach dziewczyny zapaliły się skry, nerwowo zadrżały jej wiśniowe
+usta i rozchyliły się kusząco... Zaśmiała się...
+
+- Tak, mam reumatyzm w prawej dłoni... - odparła z powłóczystem
+spojrzeniem.
+
+I rozmowa w ślad zatem potoczyła się gładko... Krasnostawski poczuł się
+w swoim żywiole, wpadł w zapał, dowcipkował, śmiał się, opowiadał.
+Towarzyszka zaimprowizowanego flirtu odcinała mu się dowcipnie,
+podtrzymywała rozmowę...
+
+Gwar dwojga młodych odbijał się echem po coraz to pustszym ogrodzie;
+śpiący dotąd spokojnie na ławce sąsiad ich, bezdomny biedak, zbudzony,
+zaklął z cicha i bez ceremonyi położył się na ławce, jak długi.
+
+Wespół z towarzyszem roześmiało się piękne dziewczę. Powstali.
+
+Pobłądziwszy zaś samotnie po alejach ogrodu, w pół godziny później
+wychodzili z niego, ochoczo i żwawo, na pustą ulicę, trzymając się pod
+ręce, po przyjacielsku już zupełnie. Młody pan plenipotent gowartowski
+skinął na stojące opodal "gumy", kazał stangretowi podnieść budę, wsiadł
+do powozu razem z piękną nową znajomą, rzucił adres - i pojechali...
+
+Gdy w ten sposób odżyły w wieśniaku łobuz zabawiał się swobodnie w
+wesołym grodzie - na Ukrainie, w pałacu gowartowskim, który zaledwie
+opuścił był dwa dni temu, w tą samą noc wrześniową, pomimo spóźnionej
+już wielce pory, paliły się, jeszcze światła.
+
+Po obszernych komnatach dużego piętrowego domu, otoczonego cienistym
+parkiem, przechadzał się, zamyślony, pan January Gowartowski, z rękami
+założonemi na piersiach. Kłaść się na spoczynek wcale nie miał ochoty,
+od czasu bowiem powrotu z miasta i otrzymania wiadomości o ślubie Oli,
+sen, wypłoszony cierpieniem i myślami, bezpowrotnie, zda się, uleciał od
+powiek starca.
+
+Pan January już od kilku tygodni, ku wielkiemu zdziwieniu domowników,
+nie sypiał wcale. Chodził po pustych komnatach, myślał, czytał, czasami
+wychodził na przechadzkę, błąkał się po polach, z rzadka bardzo polując
+do świta na kaczki - ulubionej tej swej rozrywce, oddając się teraz
+tylko odruchowo, machinalnie, nawet z pewnem jakby zniechęceniem.
+
+By sobie zaś te nudne bezsenne noce czemkolwiek urozmaicić, pan January
+wziął się do pisania własnych pamiętników, a sunąc piórem po papierze i
+godzinami zapełniając go swem drobnem pismem, nieraz potem, znużony,
+zasypiał przy biurku, i tak go nazajutrz nad ranem zastawał lokaj. W
+ciągu dnia zaś wyraźnie nudził się coraz bardziej; czasami odwetował
+sobie długie białe noce ciężkim snem po obiedzie; poza tem nie wyjeżdżał
+nigdzie, ani do sąsiadów, ani nawet do kościoła, nikogo również nie
+przyjmując.
+
+W pałacu wszyscy po cichu niepomiernie ubolewali nad panem, dziwiąc się
+stanowi jego, kontrast bowiem dzisiejszego pana na Gowartowie był iście
+rażącym. Poprzednio, wesoły, uśmiechnięty, rzeźki, nad wiek swój żywy,
+biorący udział we wszystkich sprawach wiejskich, interesujący się
+najdrobniejszym niemal szczegółem, obecnie zmienił się rzeczywiście do
+niepoznania.
+
+Wróciwszy do Gowartowa, po kilku dniach popadł pan January w trwający
+dotąd stan apatyi, zniechęcenia i nudy, a powiększający się ciągle i
+coraz bardziej. Z małżeństwem Oli pogodził się, bo zgodzić się na nie
+musiał, rana jednak, zadana nieopatrznie lekkomyślną ręką córki, w
+ojcowskiem sercu, nie zagoiła się bynajmniej. Pan January zamknął się w
+sobie i przeżuwał cierpienie własne, nie mogąc o niem zapomnieć.
+
+I czyż nawet można było dziwić się temu? Każdy kąt, każda ścieżka i
+sprzęt w pałacu nasuwały biednemu ojcu na pamięć jedynaczkę, martwota
+zaś i cisza komnat, oraz ich głucha pustka przypominały stale
+nieobecność jej bezpowrotną.
+
+Gdy Krasnostawski, zamieszkały w pobliskim folwarku, Tomaszówce, wpadał
+tu czasem w interesach i sprawach majątkowych, - ożywiał nieco
+obecnością swą te mury, teraz jednak, od czasu jego wyjazdu, dnie
+jeszcze bardziej dłużyły się panu Januaremu.
+
+Na stole w jadalni gowartowskiego pałacu leżało kilka książek, obok w
+salonie i buduarze widniały porzucone pisma świeże - na biurku w
+gabinecie przyległym bielały rozłożone arkusze, zapełnionego pismem
+papieru. Pan January przed chwilą przestał był czytać, oraz pisać teraz
+zamierzał, a przechadzając się tymczasem poprzez szereg czterech
+leżących obok siebie, otwartych, pooświetlanych pokoi, myślał.
+
+W ciszy uśpionego już od dawna domu wybiła godzina druga...
+
+Monotonny odgłos zegara zbudził Gowartowskiego z zadumy. Poruszył się
+szybciej, sam pogasił światła w czterech sąsiednich komnatach, poczem,
+westchnąwszy cicho, przetarł dłonią czoło i usiadł przy biurku przed
+rozłożonemi ćwiartkami papieru.
+
+Nie wziął jednak pióra do ręki... Myśl leniwa odbiec na rozkaz nie
+chciała, podparł więc pan January dłońmi głowę i zamyślił się znowu.
+
+Wokoło, z umilkłem echem jego miarowych kroków, zapanowała niezamącona
+niczem cisza, i trwale dość długo, nie przerywana zgoła niczem.
+
+Wreszcie, zbudzony z swej zadumy, podniósł głowę dziedzic Gowartowa,
+sięgnął po pióro i zaczął pisać szybko. Jedne po drugich wypełniały się
+jego drobnem pismem arkusiki papieru, rozrzucone na biurku, zgrzyt zaś
+stalki w milczeniu głuchem donośnie rozbrzmiewał po pokoju. W ten sposób
+minęła godzina, a może i więcej...
+
+Przestał wreszcie pisać ojciec Oli, odłożył pióro i schowawszy starannie
+papiery do szuflady biurka - powstał.
+
+Wywołany zazwyczaj umysłowem znużeniem, sen nie kleił jednak dzisiaj
+powiek jego.
+
+Przeciwnie. Zmuszony przed chwilą jeszcze, oderwawszy się od
+teraźniejszości, zanurzyć w przeszłość własnego życia, którą opisywał -
+pan January orzeźwionym był jakby, a wyraz melancholyi smutnej znikł z
+oblicza jego, oczy patrzały jaśniej jakoś, zapatrzone, zda się, w
+odległe dawne wspomnienia...
+
+I wyparte tą chwilą obecną, cierpienie pierzchło na chwilę, ojciec Oli
+zaś, spragniony snać powietrza, otworzył okno, wychodzące na ogród.
+
+Dotykając szyb, zaszeleściły cicho gałęzie pnącego się wysoko po murze
+winogradu, i powiew balsamiczny, świeży, wpłynął do pokoju.
+
+Pałac gowartowski górował nad okolicą. Do stóp jego, poza parkiem i
+stawem, w półkole, tuliła się wioska, a dalej widniały uprawne pola,
+odcinał się na widnokręgu sinawy pas lasów, wśród rozległych zaś, jak
+okiem sięgnąć, płaskich obszarów - majaczyło kilka dalekich siół i
+futorów...
+
+W chwili, gdy pan January stanął w oknie gabinetu, z którego krajobraz
+ten cały, jak na dłoni, można było objąć okiem - nad otaczającemi
+Gowartów wkoło równinami, pełnemi nieujętego jakby smutku i
+niewysłowionej dziwnej tęsknoty - nad zadumanymi jarami, sennymi łanami
+i bielejącymi szerokimi traktami - z wolna gasła właśnie jesienna noc,
+pogodna, a z nieba, stopniowo niknąc, pierzchały ostatnie gwiazdy...
+Jeszcze tylko mgły przedporanne błąkały się tam i ówdzie, półmrok zaś
+szarawy przedświtu, walczący z cieniami nocy, coraz bardziej zwycięski,
+hardy, panoszył się już dokoła.
+
+Gowartowski stał nieruchomo w oknie, a odczuwając głęboko nieujęty czar,
+płynący ku niemu senną falą z ziemi rodzinnej, jednocześnie uczuwał w
+duszy chęć konieczną wyrwania się, choć na krótko z tych ciasnych ram
+pokoju.
+
+W tej samej chwili ciszę drzemiącą przerwał nagle pojedynczy dźwięk,
+rytmiczny i daleki. Wplótłszy się melodyjnym akordem w ogólne milczenie,
+szedł coraz donioślejszy... bliższy...
+
+Przez perlące się jeszcze nocną rosą łany zboża i łąki, zagony buraków i
+jary, leciało monotonne echo dzwonka, żałosne sobą i jakby smętne,
+błąkając się po uśpionych jeszcze obszarach, budząc drzemiące ptactwo,
+leniwo i niechętnie zrywające się gdzieniegdzie do lotu.
+
+- Telegram! Może do mnie, pójdę i zobaczę... mruknął do siebie półgłosem
+pan January, i odstąpiwszy od okna, sięgnął kapelusz.
+
+W tej samej chwili wzrok jego przesunął się po ścianie, na której
+wisiała strzelba i przybory myśliwskie. Gowartowski spojrzał mimo woli
+na swój ubiór.
+
+Był w butach wysokich z cholewami, których dobę całą nie zmienił, pełen
+apatyi.
+
+Po przelotnej chwilce wahania, pan January wziął strzelbę, torbę, naboje
+i wyszedł przez balkon do ogrodu. Czuł potrzebę ruchu, powietrza i
+postanowił zapolować na dzikie kaczki. Drzemiąca żyłka myśliwska
+przebudziła się w Gowartowskim, a odnalazłszy ulubieńca swego, legawca,
+śpiącego w ładnej budce, wyruszył przez park na pola.
+
+Myśl jego była jakby wolniejsza, wzrok zaś uporczywie ścigał krajobraz,
+niejako wsłuchując się w bliski już teraz zupełnie odgłos dzwonka.
+Nadzieja zwodnicza podsunęła mu bezpodstawne przypuszczenie, iż może ten
+oto znajomy dźwięk, zwiastujący telegraficznego posłańca, przyniesie mu
+jakąś dobrą, a niespodzianą od Oli wiadomość.
+
+Rzeczywistość, jak zwykle, rozwiała chwilowe złudzenie. Spokojnie i
+równomiernie, u rozstajnych dróg, przy krzyżu drewnianym, przesunęła się
+sennie, w jednego konia, dwukołowa bida, z siedzącą na niej skuloną
+postacią, i brzęcząc dzwonkiem, zginęła w mgłach porannych.
+
+Dziedzic Gowartowa westchnął, i minąwszy park oraz wioskę, boczną
+ścieżyną skierował się ku polom. Poprzedzany kręcącym się wesoło, całym
+czarnym, z białemi łapami, legawcem, w pól godziny potem spuszczał się w
+jar głęboki.
+
+Otulony ciszą przedświtu, drzemał tu staw obszerny, cały zarosły
+sitowiem - siedziba kaczek dzikich; mały młynek drewniany, cichutko
+szemrząc przelewającą się wodą, odpoczywał, przyparty do wązkiej
+grobelki; w jej pobliża maleńka, garbata chatynka młynarza dopełniała
+krajobrazu.
+
+Po raz pierwszy od bardzo dawna poddał się pan January obecnej chwili
+tylko, zapomniawszy momentalnie o dręczącem go cierpieniu. Stąpając
+ostrożnie i cicho po zroszonej trawie, szedł wzdłuż stawu, nad jego
+brzegiem, rozglądając się bystro dokoła.
+
+Milczenie i spokój panowały niepodzielnie w tym zakątku. Czasem tylko
+załopotało coś w sitowiach i zaraz zcichło; tuż ponad senną taflą wód
+przeleciał wolno koło idącego myśliwca jastrząb wodny, kulik, zniknąwszy
+niebawem z oczu...
+
+I melancholijna szarość, jeszcze na wpół pogrążona we śnie, cicha,
+królowała dalej znowu, skupiona w sobie, niezamącona niczem, chyba tylko
+szelestem kroków ludzkich i biegiem legawca.
+
+Nagle pan January przystanął:
+
+- Wara! do nogi! - syknął cicho na psa. Legawiec, podniósłszy lewą łapę
+i wyprostowawszy ogon sprężyście, znieruchomiał.
+
+Na czystą taflę wód stawu, rzecz rzadka, wypływały poważnie dwie kaczki
+dzikie i kołysząc się niedostrzegalnie, zbliżały się, ufne, z wolna
+płynąc, na odległość strzału. Myśliwiec odwiódł kurka u strzelby, jak
+mógł najciszej, i przyłożył broń do ramienia.
+
+Przeczekał chwilę jeszcze, i pociągnął za cyngiel...
+
+Odbity w milczeniu dziesięciokrotnem echem huknął w ciszy pierwszy
+strzał!... Dosiągł on jednocześnie obie kaczki, położył je trupem, i
+zbudził zarazem śpiącą w sitowiach zwierzynę.
+
+Zagotowało się tam teraz wszędzie; tłumione szelesty rozległy się na
+wsze strony; kurki wodne, kaczęta, kaczki nawoływały się wzajemnie,
+kilka z tych ostatnich poderwało się nawet hen, w perspektywie, na
+drugim krańcu stawu... daleko. Jedna zaś, wynurzywszy skądś, z
+charakterystycznym poświstem skrzydeł, przeleciała: wysoko prostopadle
+ponad głową myśliwego.
+
+Posłuszny legawiec jednocześnie przynosił panu w zębach zabitą
+zwierzynę; Gowartowski, odebrawszy psu kaczki, zawiesił je u torby i
+poszedł dalej.
+
+Powoli, stopniowo, rozjaśniało się tymczasem.. Na wschodzie, gdzieś w
+oddali, widnokrąg zaróżawiał się, niedostrzegalnie, leciutko...
+
+Ojciec Oli Dzierżymirskiej, ze spuszczoną głową, postępował wciąż
+brzegiem stawu. Kilka kaczek po drodze jego zerwało się trwożliwie,
+myśliwiec jednak nie zadawał sobie trudu strzelać do nich, bo oto znowu,
+wywołane na pozór drobnostką, pochłonęły bezpodzielnie pana Januarego
+wspomnienia smutne.
+
+Rok temu, podobnie jak dziś, polował on tutaj.
+
+Razem z Olą wyjechali o drugiej, nocą, i przybyli nad staw przy księżycu
+jeszcze. Tak samo cisza uśpienia panowała dokoła, tak samo, jak przed
+chwilą, na toń czystą, lśniącą się tylko w dogorywających, drżących
+promieniach miesiąca - wypłynęła zwierzyna...
+
+Pamięta, jak dziś, ową chwilę, radość córki z tej przejażdżki i jej
+ciekawość asystowania przy polowaniu. Stoi mu żywo przed oczyma
+twarzyczka jej zarumieniona, ładniutka, wzruszona, ciekawie śledząca
+wzrokiem kaczki, płynące po wodach...
+
+Pamięta doskonale, jak w ostatniej chwili, gdy już cyngla dłonią
+dotykał, szczebiot jej wesoły spłoszył zwierzynę, i jak wówczas Ola tego
+sobie darować nie mogła...
+
+Westchnienie ciche podniosło pierś Gowartowskiego, brwi zmarszczył i
+zatopił się w myślach niepomny zupełnie otoczenia swego.
+
+Tymczasem zwierzyna co chwila podrywała się tam i ówdzie, przelatując
+blisko idącego machinalnie naprzód myśliwego.
+
+Legawiec, kręcąc ogonem, wiercił się na wszystkie strony, skamlał
+nieśmiało, z cicha, gonił uciekające kaczki i powracał, podnosząc
+rozumny swój wzrok na zamyślonego pana, z wyrazem zdziwienia, iż nie
+słyszy już strzałów - wyraźnie zgorszony postępowaniem jego.
+
+Staw tymczasem już się kończył..
+
+W pobliżu, nieco dalej, oddzielony od pierwszego stawu pasmem
+błotnistych moczarów, widniał taki sam prawie drugi, mniejszy tylko i
+sitowiem zarośnięty cały.
+
+Znając snać dobrze drogę ku niemu, pan January nie zatrzymał się, a
+tylko ciągle tak samo zadumany, ruszył w drogę dalej, prosto przez
+bagno, stawiając powoli stopy na trzęsących się kępkach zielonych.
+
+Pod ciężarem ciała idącego myśliwca grunt uginał sie, kołysał
+niedostrzegalnie, a pod nim chlupotała woda i poruszał się krąg cały
+wodnistej ziemi.
+
+Pan January nie zwracał jednak na to żadnej uwagi; w myślach
+rozpamiętywał coś ciągle, w oczach zaś uporczywie majaczyła mu wywołana
+przypomnieniem twarz i postać Oli, przesłaniając sylwetką swą wzrok jego
+zamglony.
+
+Roztargniony jakby, tu, gdzie się znajdował, zgoła nieobecny,
+Gowartowski szedł przez moczary, coraz dalej, a raz nawet noga
+niespodzianie obsunęła mu się na małej kępce, i mało, mało, że nie
+stracił równowagi...
+
+Tymczasem poza nim, w dal roztwierały się niby widnokręgu podwoje...
+
+Stopniowo, wąskie pasmo skrytego jeszcze słonecznego światła, rosło na
+niebiosach. Z pod białych puchów posłania i spuszczonych dyskretnie
+jakby gazowych u łoża zasłon - zarumieniona, wstydliwa wychylać się
+poczęła jutrzenka różana, przeciągając się lubieżnie jeszcze poza
+przejrzystą oponą obłoków bladych...
+
+Ponad stawem latały teraz ciągle kuliki; w dali na horyzoncie, z innego
+snać legowiska, wysoko na pogodnem niebie, ciągnęło tutaj całe stado
+dzikich kaczek - prostopadle pod niemi ogromny jastrząb krążył
+majestatycznie nad łanem zboża...
+
+Ostatnie wreszcie cienie przedświtu pierzchły nagle... Pierwszy promień
+słońca wyjrzał nieśmiało, błysnął po białych ścianach chatynki i
+blaszanym dachu starego młyna, dotknął się tafli stawu, zamigotał w
+mętnych błotach moczarów i musnął pieszczotliwie odwróconą sylwetę
+idącego mężczyzny.
+
+Na błyszczącej lufie przełożonej przez plecy strzelby zapalił się
+blaskiem. Minęła chwila... i już tryumfalnie zajaśniał on, objąwszy
+płomieniem świateł liście kilkunastu drzew, rosnących wśród bagien.
+Postać kroczącego miarowo po moczarach człowieka na zakręcie, czy też w
+drzew cieniu, znikła nagle w mgnieniu oka...
+
+Po chwili w dali rozległo się tylko głośne szczekanie psa.
+
+Umilkło...
+
+Nad ziemią w tej samej chwili wstał dzień nowy, pełen nadziei, z
+radością na promienistem czole.
+
+---------
+
+
+Na platformie kawiarni, położonej na szczycie góry "Gűtsch," wznoszącej
+swój cypel wyniosły ponad wdzięcznie rozrzuconą u jej stóp Lucerną,
+roiło się od turystów, siedzących przy stolikach.
+
+Szmery prowadzonych rozmów łączyły się w akord wspólny z grającą smętnie
+i cicho orkiestrą, wzrok zaś wypoczywających gości pieścił widok cudny i
+wspaniały na miasto, tulące się zacisznie do brzegów jeziora, zapatrzone
+w jego ciemnoszafirowe głębie, w których lustrzanej toni milcząco
+przyglądały się również zadumane wierzchołki gór.
+
+Zamykały one łańcuchem swym cały widnokrąg naprzeciw miasta, po drugiej
+stronie jeziora, i ramowały na prawo krętą szyję wód jego, płynących
+cicho w dal...
+
+Ozłociwszy purpurą i złotem śnieżne szczyty ginących we mgle Alp,
+zamigotawszy krwawo na białych frontach nadbrzeżnych hoteli, spiczastych
+wieżach "Hofkirche" i szybach pomniejszych domostw, właśnie przed chwilą
+zgasł ostatni promyk słońca...
+
+Natomiast zmierzch szary już obecnie wychylał się skądś nieśmiało,
+ślizgał się po gładkiej tafli jeziora, przechadzał po dwóch, krytych
+daszkiem, drewnianych mostach, starożytnych i wąskich, a omraczając
+sześciokątny czubek, położonej tuż przy jednym z nich, oryginalnej
+wodnej wieżycy, swawolnie zdawał się zatapiać ją, jedynaczkę, sterczącą
+zabawnie pośród wód szafiru.
+
+A tymczasem, pod wpływem idącego wieczora, cichło jakby jeszcze bardziej
+wszystko dokoła... Senny spokój płynąć się zdawał od Lucerny, która,
+choć przepełniona gośćmi z całego świata, tętnić poczynająca właśnie o
+tej porze muzyką i gwarem - obserwowana jednak stąd, z "Gűtsch"
+wierzchołka, wydawała się tak spokojną - tak cichą, jakby nie była zgoła
+punktem zbornym kosmopolitycznej towarzystw śmietanki, ale tylko - oazą
+wytchnienia i swobody.
+
+W jednym z najlepszych punktów obserwacyjnych kawiarnianej platformy,
+przy stoliku, siedziało pięć osób.
+
+Towarzystwo to składali: starsza wiekiem osoba, Polka, z córką i
+poważnym jegomościem, ojcem zapewne rodziny - młody, żwawy, przystojny
+Francuz i Dzierżymirscy.
+
+Ożywiona, niemilknąca rozmowa, podtrzymywana głównie przez Olę i młodego
+Francuza, panowała przy tym, odosobnionym od innych, stoliku. Stary
+jegomość śmiał się co chwila serdecznie i jowialnie z dowcipów
+młodzieńca, panienka również rozmawiała wesoło i jeden tylko
+Dzierżymirski stanowił w tym akordzie dobranym kontrast aż nadto
+wyraźny, zachowanie się zaś jego milczące i bierny, li tylko konieczny,
+udział w rozmowie, świadczyły dobitnie, że to wszystko nudzi go nad
+wyraz.
+
+Oczy Dzierżymirskiego, pełne zamyślenia, prawie bezustannie spoczywały
+na krajobrazie u podnóża góry, z rzadka przenosząc się, obojętne, na
+towarzystwo. Wzrok jego wtedy zatrzymywał się głównie na Oli. Zaduma
+smętna, od otoczenia daleka, znikała wówczas na chwilę z jego oblicza,
+źrenice zaś czarne Romana, ciemniejszemi stawały się, badawcze... Nader
+korzystnie zaś dnia tego wyglądała pani Ola. Ubrana w zgrabną suknię, z
+jasnej materyi, czyniła wrażenie wytworne i eleganckie; obnażone zaś
+dość głęboko, z okazyi niby gorąca, pierś, szyja i ramiona, przykryte
+tylko ażurową koronką, stanowiącą całość z suknią - podnosiły jeszcze
+wdzięk jej postaci. Siedząc obok młodego Francuza, rozmawiali z nim
+przeważnie, śmiejąc się, dowcipkując, i bezwiednie zapewne tylko,
+rzucając mu od czasu do czasu rozbawione, zalotne jakby spojrzenia.
+
+Trwało tak dosyć długo. Po niejakim czasie jednak Ola zauważyła snać
+dziwne trochę zachowanie się męża, bo, skorzystawszy z ogólnego
+powstania, spowodowanego czyjąś uwagą o krajobrazie, zbliżyła się do
+Dzierżymirskiego, i przytuliwszy się, otarłszy, jak kocię, swą rozkwitłą
+kibicią o niego, miękko i czule zapytała:
+
+- Coś taki smutny, Romciu, co ci?
+
+-Nic, kochanie! - odparł krótko Dzierżymirski i dorzucił po chwili:
+
+- Ale, a propos, ja cię tu zostawię, bo sam wpaść jeszcze muszę na
+pocztę, tam, na dole...
+
+- Koniecznie chcesz tam iść? To może jedźmy już razem?..
+
+Dzierżymirski odczuł niechęć lekką w głosie żony; cień ledwie
+dostrzegalnego niezadowolenia, przemknął mu po twarzy, odezwał się
+jednak szybko:
+
+- Nie, nie, zostań, ma chčre, proszę cię... Spotkamy się później w alei
+nadbrzeżnej, będę czekał na ciebie... au revoir...
+
+Dzierżymirski ścisnął zlekka rączkę żony i zręcznie wycofał się z
+platformy, zdążając po schodkach na dół, do stacyi kolejki zębatej,
+zwanej "funiculaire," a łączącej w pięciu minutach czasu górę z miastem.
+
+Zajęte lornetowaniem krajobrazu - którego wdzięk teraz dopiero, po
+chwilowem wyczerpaniu tematu rozmowy, zdołał przemówić do ich poczucia
+piękna. Towarzystwo nie zauważyło nawet odejścia Romana. Ten ostatni
+spuszczał się powoli po schodkach i zasiadł niebawem w wagoniku kolejki,
+wkrótce ruszyć mającej do Lucerny.
+
+- A to mnie znudzili - mruknął - zakazane towarzystwo...
+
+W tej samej chwili rozległ się sygnał odjazdowy, wagoniki poruszyły się
+z chrzęstem, i hamowane, powoli w dół spuszczać się zaczęły.
+
+Roman obejrzał się; w wagonie, dziwnym zbiegiem okoliczności, znajdował
+się zupełnie sam.
+
+Wygodnie wyciągnął nogi, rozparł się i patrzył w dół.
+
+Przed nim czerniała stromo idąca para szyn kolei, z położonym pośrodku
+trzecim, dziurkowatym relsem; w dole, otulone mrokiem, drzemało jezioro
+- wierzchołki gór stopiły się w zmierzchu, zlały jakby z chmurami
+niebios, w ciemnościach zaś, coraz to większych, występowały teraz szaro
+domy miasta, w których, jak ogniki błędne, zapalały się co chwila tu i
+tam światełka.
+
+Roman nagle przymknął oczy.
+
+Bo oto jemu - wpatrzonemu ciągle w dół, w stromą pochyłość i powietrzną
+próżnię, dzielącą jeszcze kolejkę od jeziora i, miasta - zakręciło się w
+głowie, w wirze zaś tym wyłoniła nagle się jedyna szalona myśl,
+spowodowana jakimś jednoczesnym, nic nie znaczącym wagonów hałasem.
+Mianowicie zdało mu się po prostu, że oberwany pociąg leci w dół, coraz
+szybciej, i... że już... już oto w katastrofie, chaosie impetycznym -
+dotknie się on niebawem szklistej toni wód...
+
+Po krótkiej atoli chwilce Dzierżymirski otworzył oczy i roześmiał się
+głośno.
+
+Nic wokoło nie zmieniło poprzedniego wyglądu. Wolno i ostrożnie staczała
+się kolejka dalej, jezioro byłe już tylko znacznie bliżej, u brzegu jego
+mrugała, iskrząca się dziesiątkami światełek, Lucerna; wagony, brzęcząc,
+spuszczały się ciągle, zawieszone nad miastem.
+
+Roman wzruszył ramionami.
+
+- Co mi dziś jest! sarn nie wiem! - mruknął.
+
+W istocie był nie swój od samego rana. W silnej mierze niewątpliwie
+przyczyniło się do tego postępowanie żony.
+
+Zapoznawszy się sama z kilkoma osobami, o natrętnej manji zaznajamiania
+się, zanudzała go od kilku dni pobytu w Lucernie ich obecnością
+bezustanną, bawiąc się wszakże sama znakomicie. I to właśnie ostatnie
+najbardziej irytowało Romana. Tak unikał dotąd ludzi, tak uciekał od
+nich, by być samym tylko z Olą, by bez zamącenia niczem pić szczęście
+chwili i tą miłością w sobie wszystko zagłuszyć!..
+
+Ominął wszak nawet dobrowolnie Medyolan, rodzinne miasto swej matki,
+gdzie pochowaną była na miejscowem "Cimitero Monumentale," gdzie poza
+tem posiadał jeszcze krewnych nieboszczki - uczyniwszy to w jedynym celu
+uniknięcia musu obcowania z ludźmi, innymi, prócz niej, Oli...
+
+A tu tymczasem ona sama wyszukiwała sobie jakieś zakazane figury!..
+
+Roman przy tej ostatniej myśli, wyrzuciwszy z ust dogasającego
+papierosa, żachnął się niecierpliwie.
+
+Bo na przykład ten Francuz, czyż nie wzbudzał w nim słusznego gniewu?
+Młodzik nieznośny, z bezmyślnym, banalnym wiecznie na ustach uśmiechem,
+z którego jednak Ola bezustannie tak szczerze się śmiała...
+
+- Albo ta jej tualeta dzisiejsza, - mówił sobie dalej Roman, - w Wenecyi
+przecież było daleko goręcej, nie ubierała ona jednak gorsu swego tak
+przejrzyście, a tu chłód w porównaniu...
+
+- Dla tego osła z Paryża niewątpliwie, by mógł cynicznie i lubieżnie
+napawać się kształtem i ciałem jej kibici! - półgłosem dopowiedział
+podrażniony Dzierżymirski.
+
+- Że też te kobiety bez wabienia mężczyzny po prostu żyć nie mogą!.. -
+wyrwało mu, się jeszcze.
+
+Spostrzeżenie powyższe, a tyczące się w danym wypadku własnej żony,
+gniewało go niepomiernie.. Od pewnego czasu bowiem, obserwując Olę,
+dostrzegł cechę w charakterze jej, nieznaną mu dotąd: chęć zalotną
+przypodobania się innemu mężczyźnie - nie jemu... Jątrzyło go to bardzo,
+choć pragnął pozornie traktować fakt ów lekko.
+
+Wagoniki stanęły właśnie. Roman wyskoczył szybko i skierował się ku
+gmachowi poczty, położonemu koło głównego mostu, tuż przy dworcu
+kolejowym. Przed paru dniami wysłał list do kraju, do jednego ze swych
+dobrych znajomych. Powiadamiał go o swoim ślubie i zarazem prosił
+usilnie o napisanie mu, co w rodzinnem mieście mówią o jego małżeństwie
+i co porabia January Gowartowski.
+
+Dzierżymirski najbardziej był ciekawym tej ostatniej wiadomości, ze
+względu na Olę i smutek, od niedawna, stopniowo żłobiący, coraz częściej
+jej twarzyczkę.
+
+Podał adres: "Poste-restante, Lucerna," teraz zatem, wyskoczywszy raźno
+z wagonu kolejki, w kilka sekund znalazł się już przy właściwem okienku,
+w obszernej sali gmachu szwajcarskiej poczty. Śpiesznie powiedział
+urzędnikowi swe imię i nazwisko.
+
+Grymas pocieszny wykrzywił twarz tego ostatniego, i wykrztusił z
+trudnością:
+
+- Dziez-Dzier... Cornment? Čcrivez, monsieur, sil vous plait! - podał
+kartkę Dzierżymirskiemu.
+
+Roman posłusznie napisał swe nazwisko.
+
+Urzędnik wziął papier do ręki, skrzywił się raz jeszcze, poczem wzruszył
+wymownie ramionami, a po chwili dopiero podał cudzoziemcowi list.
+
+Roman chwycił go śpiesznie i wybiegł na ulicę.
+
+Przy świetle latarni rozerwał kopertę i czytać począł zapełnioną bitem
+pismem ćwiartkę. Twarz jego wyrażała niepokój i zaciekawienie widoczne,
+które po chwili dopiero ustąpiły wrażeniom, otrzymanym bezpośrednio z
+lektury pisma.
+
+List ten, donoszący o towarzyskiem życiu w rodzinnem mieście, o
+ostatniem przyjęciu u marszałkowej, i pogłoskach o stanie
+Gowartowskiego, nic w sobie zatrważającego nie miał.
+
+"Znam pana Krasnostawskiego, plenipotenta gowartowskiego; jeśli chcesz
+koniecznie mieć dokładne wiadomości o wszystkiem, tyczącem się
+Gowartowa, napisz mi i podaj adres, a doniosę ci szczegółowo.." opiewał
+koniec listu szkolnego kolegi Romana, w postscriptum...
+
+Uspokojony, Dzierżymirski złożył list i schował go do kieszeni; pod
+wpływem jednak ostatnich słów pisma, zawrócił, przestąpił raz jeszcze
+próg gmachu poczty, i kupiwszy pocztówkę z widokiem, napisał szybko,
+odręcznie, przyjacielowi swemu kilka słów szczerego podziękowania, z
+prośbą o dalsze wiadomości, podawszy adres "Vevey", dokąd zamierzał z
+Olą udać się nazajutrz. Poczem wyszedł śpiesznie i wrzuciwszy kartę,
+skierował się przez szeroki most ku nadbrzeżnej, ocienionej drzewami,
+szerokiej alei, spacerowemu miejscu Lucerny, pełnemu w obecnej chwili
+publiczności, rozbrzmiewającemu muzyką, wesołością i gwarem.
+
+Minąwszy most, Roman wkrótce znalazł się w cieniu drzew i uszedłszy
+paręset kroków, siadł na samotnej ławeczce, kapelusz zdjął i położył
+obok siebie.
+
+Wpółobróciwszy się jednocześnie, ujrzał stragan z owocami. Poczuł nagle
+pragnienie, i skinął, kazawszy sobie przynieść parę gruszek i brzoskwiń.
+
+Gdy usłużny szwajcar podawał mu je, z ugrzecznieniem, Dzierżymirski
+sięgnął do kieszeni, a wyjęta ruchem szybkim sakiewka jego roztworzyła
+się, i zawartość jej cała wysypała się szeroko i z brzękiem na ziemię.
+
+Roman, widząc to, machinalnie schylał się już, by zebrać leżące na
+żwirze alei kilkaset może franków, w złocie i srebrze, gdy oto jakaś
+refleksja nagła powstrzymała go w pół ruchu. Wyprostował się.
+
+Rzuciwszy zaś oczekującemu na zapłatę przekupniowi po francusku,
+niedbale: "Ramassez Ça.! - odwrócił się obojętnie na pozór w drugą
+stronę, i utkwił wzrok w jezioro.
+
+Po chwili, w półobrocie głowy, z pod oka, spojrzawszy raz jeszcze na
+zoraną bruzdami, opaloną twarz szwajcara, zbierającego już rozsypany
+pieniądz - zamyślił się...
+
+O, jakże on pragnął w tej chwili, by z garści tych oto pieniędzy, które
+mu wręczonemi będą za parę minut , zabrakło pięciofrankówki choć
+jednej!...
+
+Podarowałby on ją śmiałkowi temu, a biedakowi zapewne, z pewnością!...
+Bo czyż?... Czyż godziłoby się "jemu" rzucać na niego kamieniem?...
+
+Roman, wpatrzony bezustannie w zadumie przed siebie, gorączkowo,
+niecierpliwie oczekiwał rezultatu swej próby.
+
+- Weźmie, z pewnością weźmie! - mówił sobie równocześnie w duszy i głos
+jakiś cyniczny, drwią co wołał w nim szyderski.
+
+- "Uczciwość ludzka!... ha... ha... ha!.. Frazesy, frazesy!.. malowana,
+wzorzysta zewnętrznie kraszanka, wewnątrz zaś skrycie cuchnąca!..."
+
+Przed Dzierżymirskim roztaczał się tymczasem krajobraz wdzięczny nad
+wyraz. W drżących więc oto głębiach jeziora, na prawo, przeglądało się
+tysiącem światełek miasto... płynące wody, o kilka kroków od alei,
+skręcały w bok, tocząc swe ciemne fale, jak rozpięta nad niemi
+wrześniowa noc cicha, hen! daleko, ku górom; po powierzchni jeziora
+błąkały się łódki i małe stateczki, przy każdym zaś błyszczała czerwona,
+duża, okrągła latarka, krwawym śladem, ścieżyną purpury znacząc głęboko
+swe przejście w przezroczej toni.
+
+I ogniki owe, łącznie ze swem odbiciem, drżały tak bezustannie po
+jeziorze, sunęły z wolna, zmieniały miejsce - wreszcie malały,
+utożsamiając się jakby w dali latającym gdzieś świętojańskim
+robaczkom...
+
+Na lewo zaś, tuż przy brzegu, u przystani statków parowych, inne znów
+ognie dotrzymywały tamtym towarzystwa. Ku uciesze zapewne spacerujących
+gości puszczano tam fajerwerki; kręciły się zatem młyńce, pękały
+rzymskie świece, strzelały wysoko barwne rakiety - spadały snopami
+iskier, ginęły w ciemnych falach jeziora.
+
+Dzierżymirski, wpatrzony początkowo bezmyślnie, począł się teraz właśnie
+przyglądać uważniej, ujęty wdziękiem widoku, gdy nagle posłyszał głośno
+wyrzeczone koło siebie słowa:
+
+- S'il vous plait, monsieur!
+
+Roman odwrócił się szybko. Szwajcar, pozbierawszy pieniądze, oddawał mu
+sakiewkę.
+
+- To dobrze, macie za owoce i fatygę! - pośpiesznie odparł Dzierżymirski
+i wręczył przekupniowi dwa franki, w srebrze.
+
+- Merci, monsieur! - akcentując przeciągle ostatnią sylabę u wyrazu:
+pan, odparł zadowolony Szwajcar, skłonił się, bez uniżoności jednak, i
+odszedł.
+
+Dzierżymirski wstał i skierował się ku innej, odleglejszej, skrytej
+cieniem drzew, a pustej również ławce. Wychodząc z domu, dziwnym trafem
+okoliczności, przerachował właśnie pieniądze i wiedział co do grosza,
+ile ich znajdowało się w portmonetce. Odtrąciwszy w myśli wydanych
+kilkanaście franków, począł gorączkowo liczyć złoto i srebro.
+
+Nie brakowało ani jednego centa.
+
+Widoczne rozczarowanie odbiło się na twarzy Dzierżymirskiego. Pochylił
+się na siedzeniu, oparł łokcie na kolanach i ukrył twarz w dłonie.
+
+- Więc ludzi uczciwych na świecie nie brak... Uczciwym być potrafi nawet
+człek prosty, więc tylko ty... ty!.. - huczało mu bezlitośnie w głowie,
+i rumieniec wstydu palił policzki.
+
+Nie mogąc usiedzieć, Roman zerwał się po chwili z ławki i skierował
+przed siebie nadbrzeżną aleją.
+
+Minął niebawem jeden z pierwszorzędnych hoteli, przed którym co wieczór
+stale grywała orkiestra, dotarł aż do położonego na końcu "quai" -
+kursalu, - zawrócił, wciąż opanowany jedną i tą samą myślą.
+
+W około niego roiło się teraz od eleganckiej, wytwornej publiczności;
+piękne kobiety, ubrane bogato i gustownie, wymuskani panowie
+przechadzali z wolna przed olbrzymim i urządzonym z wielkim komfortem
+hotelem "National", towarzyskie kółka siedziały grupami na bambusowych
+fotelach - bawiono się wesoło; wykwintnych gości pełno było również i
+wewnątrz hotelu, we wspaniałych salach na dole; przez otwarte na ścieżaj
+okna dochodziły dźwięki walca - tańczono.
+
+Kosmopolityczny próżniaczy high-life, zjechawszy się tutaj, używał do
+woli wywczasu i przyjemności, starając się zarazem opróżnić kieszenie z
+niepotrzebnego złota, oraz zabić czas miło i połknąć trawiącą nudę.
+
+- A może między nimi znajduje się on "właściciel", "on", wówczas, przed
+laty, przez ciebie, kto wie, czy nie skrzywdzony - drażniąc Romana
+uporczywie, myśl dziwaczna męczyć go nagle poczęła. Wstrząsnął się i
+skrzywił boleśnie...
+
+W tej samej chwili jednak, do uszu jego doleciał świeży, jędrny głos
+kobiecy.
+
+Pieśń włoska, namiętna, jak krew i miłość dzieci południa, drżąca
+uczuciem, pomknęła po drżącej fali jeziora, ponad głowy przechadzających
+się gości, odbiła się o echo gór...
+
+Ktoś z płci nadobnej śpiewał artystycznie i pięknie w jednej z sal
+"National'u"; Dzierżymirski podszedł bliżej i słuchać począł, zniewolony
+pięknością głosu.
+
+I powoli, rozpędzona czarem pieśni, w jego duszy równocześnie uspakajała
+się burza.
+
+Gdy śpiew ustał, Roman już myślą był gdzie indziej; jak wpływ zewnętrzny
+życia przed chwilą poruszył był dotkliwie struny duszy jego - tak samo,
+ułagodziwszy je teraz, przeniósł naraz myśl Romana do chwili obecnej.
+
+Dzierżymirski przypomniał sobie żonę, spojrzał na zegarek i skierował
+się drogą powrotną do mostu; zaniepokojony raptem, że dotąd nie ma
+jeszcze Oli. Idąc zaś, przesuwał wzrok uważny po twarzach przechodniów.
+
+Nagle brwi zmarszczył. Bo oto o kroków kilkanaście przed sobą ujrzał
+Olę, ale samą i w towarzystwie tylko młodego Francuza, w ciemnej
+narzutce na ramionach, snać nie swojej, gdyż żadnej podobnej ze sobą nie
+miała.
+
+Roman uśmiechnął się ironicznie:
+
+- Zmarzła, biedaczka! - mruknął z zadowoleniem. - Przyśpieszył kroku, a
+znalazłszy się tuż przy idącej parze, pochylonej z lekka ku sobie,
+szyderczo odezwał się po francusku:
+
+- A, powitać !. . Cóż to, Ola w pożyczanych szatach?...
+
+Urwawszy w pół zdania rozmowę, idący podnieśli jednocześnie głowy, Ola
+zaś zarumieniła się nieco i odparła:
+
+- A tak. Pożyczyłam okrycia u panny K... po zachodzie słońca tak
+chłodno...
+
+- Można się było z góry tego spodziewać; bardzoś źle zrobiła,
+wyletniając się, a z odsyłaniem znów owych zarzutek kłopot tylko będzie!
+- rzucił Roman opryskliwie.
+
+- Wiesz przecie, że jutro raniutko jedziemy! A te panie gdzież?...
+
+Dwa ostatnie zdania wymówił Dzierżymirski po polsku tym samym,
+niezadowolonym wciąż głosem.
+
+- Wstąpiły po drodze do znajomych - odparła Ola, onieśmielona nieco
+tonem męża.
+
+- A... tak. No, to wracamy do domu! - zadecydował Dzierżymirski w tymże,
+co poprzednio języku, i odwrócił się szybko, pragnąc w duszy co prędzej
+pozbyć się towarzysza żony.
+
+- Przecież już Ola nigdy tego cymbała nie ujrzy! - dodał w myśli
+zarazem.
+
+- Państwo jadą jutro? O której? - pytał tymczasem właśnie młodzieniec.
+
+Widząc, iż Ola pragnie poinformować Francuza, Roman rzekł śpiesznie.
+
+- O, panie!... nie wiemy jeszcze!... Au plaisir - i wyciągnął rękę...
+
+- Ach, więc już może nie będę miał szczęścia oglądać państwa? Doprawdy,
+jakże mi przykro! - rzekł młody Francuzik, ściskając podaną dłoń; nie
+odchodząc jednak, wciąż szedł obok Oli.
+
+- Państwo w którą stronę? - zagadnął uprzejmie. - Tak mało miałem
+sposobności rozmawiać dziś z panem... - słodziutko ciągnął dalej,
+zwracając się do Dzierżymirskiego - umknął nam pan tak prędko...
+
+Bawidamek z nad Sekwany umilkł nagle pod drwiącem spojrzeniem Romana.
+
+- Państwo... w roku przyszłym zapewne przyjadą tu również? - jęknął
+jeszcze, podtrzymując rozmowę.
+
+- A pan ?.... - słodko i uprzejmie zapytał Dzierżymirski.
+
+- O, naturalnie, iż będę! - pośpieszył z odpowiedzią młodzieniec.
+
+- No, to my - nie! - odparł z przyciskiem, całkiem seryo Roman,
+lodowatym głosem, i uchyliwszy ledwo kapelusza, skinął na tramwaj
+elektryczny, by stanął.
+
+- Wsiadamy! - rzucił krótko żonie.
+
+- Przecież ten tramwaj do naszego hotelu nie idzie, a tylko w przeciwną
+stronę?! - zauważyła zdziwiona Ola.
+
+- Nic nie szkodzi. Pozbędziemy się tego kulfona!- odrzekł po polsku
+Roman. - No, wsiadaj!... - rzucił gniewnie do ociągającej się żony, i
+pchnął ją z lekka do czekającego na nich tramwaju.
+
+W sekundę później Dzierżymirscy ruszyli; wehikuł elektryczny pomknął i
+znikł, odprowadzony osłupiałym wzrokiem Francuza, który, postawszy na
+chodniku chwilę, cały, jak burak, czerwony, ruszył w drogę, i zginął
+niebawem w różnobarwnym tłumie.
+
+Gdy w Lucernie odbywał się ten drobny epizod, jednocześnie prawie,
+szerokim ukraińskim traktem, w bezgwiezdną i ciemną noc wrześniową,
+pędził konno na oklep wyrostek, w burej świtce, trzymając w ręku smolne
+łuczywo, tak zwany kaganiec.
+
+Krwawy blask jego rozświetlał panujące wokoło nieprzejrzane ciemności,
+torując w ten sposób w ślad za jeźdźcem drogę małemu koczykowi,
+zaprzężonemu w cztery bułane żwawe koniki. W powoziku siedział Bolesław
+Krasnostawski, otulony burką i obłożony pakunkami. Jechał właśnie od
+kolei, a powracał z podróży swej do miasta.
+
+Zabawiwszy tam, zamiast trzech dni, jak mu polecono, - dziesięć, dziś
+dopiero pośpieszał do swoich obowiązków, przez całą drogę łamiąc sobie
+właśnie głowę, jak upozorować przed starym Gowartowskim swą przydłużoną
+trochę nieobecność.
+
+Bo zgoła nie interesy służby przytrzymały pana Bolesława w wielkim
+mieście; o, bynajmniej! Młody pan plenipotent wracał goły, jak święty
+turecki. Całkowitą, naturalnie że tylko własną, zarobioną gotowiznę
+przehulał bowiem tam doszczętnie.
+
+A teraz na ostatek, jadąc w swoim koczyku, rozpamiętywał on jeszcze
+miło, na odległość nawet nęcące chwile, w wesołym grodzie spędzone...
+Myśląc zaś jednocześnie o swym chlebodawcy, jedna szczególniej rzecz
+dziwiła go niepomiernie; mianowicie, dlaczego z Gowartowa nie otrzymał
+on dotąd wcale żadnej, naglącej do powrotu, depeszy, lub przynajmniej
+choćby jakiego listu ?... Bo że on nie dawał znaku życia - nie było w
+tem nic dziwnego - ale Gowartowski?... To zaiste, było całkiem
+niezrozumiałem...
+
+I analizując fakt ten, po raz nie wiadomo już który, Krasnostawski
+ziewnął przeciągle i roztworzył oczy, przymknięte dotąd, usiłował bowiem
+zdrzemnąć się w powozie.
+
+Patrzał teraz wokoło nieco bezmyślnie, dość szybko względnie wśród
+ciemności jadąc swym powozikiem. Na tle czarnej nocnej opony czerwony od
+blask kagańca ślizgał się szerokiem kołem po obu stronach drogi i
+zapalał się kolejno na zżętych rżyskach, zaoranych polach, lub majaczył
+po grzędach zielonych plantacyj buraczanych, ugorach, stepowych
+bodjakach - kwiatach i trawach. Czasem zajrzał do rowu, musnął kurhan, z
+pochylonym krzyżem, oświetlił przydrożne samotne drzewo...
+
+- Żeby się tylko stary na mnie nie zaciął i za nieposłuszeństwo nie
+wymówił miejsca, hm... hm!.. - chrząkając niespokojnie, wymówił do
+siebie pan plenipotent, półgłosem. - E, chyba że nie... zanadto mnie
+potrzebuje! - uspokojony zakonkludował głośno.
+
+Nagle wytężył wzrok, bo oto zdało mu się, że w ciemnościach, w oddali,
+na prawo, rysują się jakieś cienie, a tuż, niedaleko, środkiem pola, jak
+gdyby drogą, posuwają się z wolna, zbliżają, dwa inne migocące małe
+światełka, eskortowane z przodu kręgiem, czerwoną plamą światła.
+
+- Hej, Stepan, czujesz *) ? ha?... - krzyknął na furmana.
+[*) Słyszysz.]
+
+Człowiek, siedzący na koźle, w burce i ceratowej czapce, odwrócił się
+leniwie. Krasnostawski wskazał ręką na prawo.
+
+- Co to takiego? - zapytał.
+
+- Ktoś z kahańcem jide od Howartowa, - taj hodi **) - zawyrokował
+stanowczo woźnica.
+[**)Ktoś z kagańcem jedzie od Gowartowa - i już.]
+
+- To już Gowartów? - zdziwił się Krasnostawski.
+
+Jadąc do folwarku Tomaszówki, rezydencyi pana plenipotenta, przejeżdżało
+się pod sam Gowartów, oddalony ledwo od traktu o pół wiorsty.
+
+Kocz Krasnostawskiego, podniszczony nieco i roztrzęsiony, klekotał po
+drodze, konie szły raźno, wyciągniętym kłusem, czując snać w pobliżu już
+domową stajnię. Krasnostawski zapalił zapałkę i spojrzał na zegarek:
+dochodziła druga po północy.
+
+- Hm... hm!.. Stary znów nie śpi, bo widocznie to we dworze się pali -
+ponownie mruknął, wpatrzony w gorejące w oddali podłużne wstęgi świateł.
+
+- Koło hresta - stanesz! - rozkazał, zwracając się do furmana,
+zaciekawiony naraz, kto może jechać z Gowartowa o tak późnej porze?
+
+Furman huknięciem donośnem zakomunikował rozkaz wyrostkowi z kagańcem.
+
+Na rozdrożu stanęli. Ramiona stojącego tu, omszałego starego krzyża,
+zabarwiły się od łuczywa purpurą. Czekali.
+
+W nocnej ciszy dochodził już turkot powozu, tętent koni i dźwięk jazd
+zbliżał się szybko.
+
+- Semen - Howartowskije koni! - nachyliwszy się ku Krasnostawskiemu z
+kozła, furman pospieszył z informacyą.
+
+Pierwszy pod krzyżem zjawił się na rosłym stajennym kasztanie parobek, z
+kagańcem, a poznawszy gowartowskiego plenipotenta, uchylił pokornie
+czapki.
+
+- Kto to jide? - rzucił pytanie Krasnostawski.
+
+- Pan dochtór! - brzmiała odpowiedź.
+
+Pod krzyż nadjeżdżała zaprzężona w parę rasowych gniadoszów nejtyczanka,
+powożona przez wąsatego i porządnie ubranego stangreta.
+
+Krasnostawski wychylił się ze swego kocza, począł machać kapeluszem i
+krzyknął donośnie:
+
+- A!... pan konsyliarz kochany!... Powitać, witać! Stój, Semenie!...
+
+Nejtyczanka zatrzymała się posłusznie i w podwójnem migocącem świetle
+kagańców u rozstajnego drzemiącego krzyża, zeszło się dwóch mężczyzn.
+
+- To pan? - Nie poznałem... - odezwał się nazwany przez Krasnostawskiego
+konsyliarzem.
+
+- Dobry wieczór, a raczej dzień dobry! - pozdrowił młody człowiek
+przybyłego - bo to już dobrze po północy - dorzucił. - Czy szanowny pan
+z Gowartowa? Cóż to tak późno, ktoś chory, broń Boże, a może tylko z
+wincika?....
+
+Z pod czapki spojrzała uważnie na Krasnostawskiego zdziwiona twarz
+doktora, okolona długą brodą.
+
+- Jak to? To pan nic nie wiesz? - zapytał.
+
+- Wracam z podróży... - objaśnił Krasnostawski.
+
+- Aaa! nic nie wiedziałem... Pan January, chory od tygodnia, rozwinął
+się tyfus, o przebiegu silnym bardzo i niebezpiecznym... Poza tem
+komplikacye inne, nerwy et caetera... Teraz zresztą już lepiej... może
+Bóg da... doktór zatrzymał się.
+
+- Ale, nie mówię panu, od czego się to wszystko zaczęło - dorzucił
+informująco.- Już był pono niezdrów, moralnie przynajmniej; wpadł,
+polując na moczarach, w wodę po szyję i zaziębił się...
+
+- Nikt mi znać nie dał, mój Boże! - szczerze zasmucił się Krasnostawski.
+- Więc pan mówisz, że dziś lepiej?...
+
+- O tyle, o ile!.. teraz śpi po lekarstwie, gorączka spadła nieco, lecz
+wczoraj było źle bardzo; notabene, prócz klucznicy - staruszki, w całym
+domu nikogo nie ma przy sobie...
+
+- Możebym ja pojechał tam teraz, do pana Januarego, na noc, co? - rzekł
+Krasnostawski, na dobre zmartwiony.
+
+Doktór przyjaźnie spojrzał na młodzieńca, uśmiechnął się z dobrocią i
+rzekł:
+
+- No, zmęczony jesteś, kochany panie, podróż, mości dobrodzieju,
+wspomnienia po niej miłe zapewne, panie tego - tu poklepał
+Krasnostawskiego po plecach. - Nie, nie potrzeba - ciągnął dalej seryo -
+wyśpij się pan i jutro tam pojedziesz, bo zresztą, mówiąc między nami,
+przeszkadzać tam tylko będziesz... Niech śpi sobie, nieborak, klucznica
+i służba przypilnują go. Ba ! żeby to tylko zawsze tak było, jak
+dziś....
+
+- Jak to? więc obawa jest jeszcze? - zaniepokojonym znów głosem zapytał
+Krasnostawski.
+
+- Obawa jest, jeszcze! - przedrzeźnił szorstko doktór i widocznie
+nadrabiając miną, dorzucił. - Wam wszystkim się zdaje, że doktór to
+prorok!... Naturalnie, że jest!... Czy ja wiem zresztą - wszystko w ręku
+Najwyższego - zobaczymy... No, tymczasem dobranoc! - doktor wyciągnął
+rękę na pożegnanie.
+
+Krasnostawskiemu twarz spochmurniała, i niepokój wyraźny odbił się na
+niej; odczuł nerwami, czego nie było w słowach doktora i co on usiłował
+widocznie pokryć przed nim na razie, i posmutniał jeszcze bardziej.
+
+Jednocześnie jakiś jakby wyrzut sumienia wezbrał mimo woli w jego duszy,
+iż on tak długo pozostawił starca w samotności, bez opieki, sam bawiąc
+się wesoło. Pożegnawszy lekarza, pomógł mu wsiąść do bryczki.
+
+- Jakże tam zdrowie wszystkich u szanownego doktora, żony, dzieci?... -
+bąknął, aby coś powiedzieć.
+
+- Dobrze, dobrze, serdecznie, dziękuję, dobranoc!
+
+- Dobranoc! - powtórzył, jak echo, Krasnostawski, i ruszył do swego
+pojazdu.
+
+- Czohoś meni ne skazał, szczo pan słabujut - rzucił wymówkę furmanowi.
+
+Tenże odparł lakonicznie:
+
+- Zabuł, pane!
+
+- Do Tomaszówki! - rozkazał Krasnostawski.
+
+Powozik ruszył w dalszą drogę. Turkot jego w milczeniu nocy połączył się
+z cichnącym coraz bardziej odgłosem kół i dzwonków nejtyczanki lekarza,
+a dwa kagańce, w dwie przeciwne strony, rzuciły znowu ruchome swe kręgi
+krwawe w pasmo uśpionych, kirem nocy pokrytych, obszarów. Oddalając się
+od siebie, długo tak na horyzoncie, malejąc coraz bardziej, świeciły ich
+łuczywa, aż wreszcie, zamigotawszy czas jeszcze jakiś purpurowymi
+punkcikami na niezmierzonych płaszczyznach - spełzły całkiem na
+widnokręgu, znikłszy, zlawszy się z ciemnością, która wchłonęła je w
+siebie.
+
+Turkot na trakcie ucichł. Szeroka taśma ukraińskiego szlaku, rozjaśniona
+na chwilę, znikła i czarność jeszcze większa zawisła nad polami, stepami
+i krzyżami kurhanów.
+
+W milczeniu nocy, pełnem zagadek i szeptów tajemniczych, wszystko dokoła
+zapadło w sen twardy i cichy.
+
+
+---------
+
+
+
+- Bo ty nie wiesz, nie czujesz może i nie przypuszczasz nawet, jak ja
+cię kocham, jak bardzo ubóstwiam, ty skarbie mój najdroższy, ty moje
+życie, me wszystko!... - szeptał gorąco Dzierżymirski, nachyliwszy się
+ku Oli i tuląc ją do siebie.
+
+- Ty zdać sobie sprawy nie potrafisz - ciągnął dalej, zapalając się
+coraz bardziej do słów własnych - ile ja gotów jestem rzeczy
+najdroższych nawet - poświęcić dla ciebie, co dla cię zdolnym stłumić,
+przecierpieć!... Ja gdybym był cię nie posiadł - podeptałbym bez namysłu
+wszelkie prawa ludzkie, jeśliby one stanąć mi śmiały wówczas oporem do
+zdobycia ciebie!... Ty nie wiesz... nie wiesz!...
+
+Roman, pobladłszy, umilkł. Chmura osiadła mu na czole, skrzywienie
+bolesne zadrgało w ust kącikach. Pochylił na moment głowę.
+
+Och, czemuż nie mógł, czemuż, powiedzieć jej Oli, wszystkiego?.. Na
+ustach mu drżało, przemocą prawie wyrywało się z nich wyznanie
+przeszłości, zdusił je jednak, wtłumił w siebie, z obawy, by te piękne
+lica ukochane nie odwróciły się odeń z pogardą. Po chwili znów mówił:
+
+- Tak, ty obszaru, ty głębi uczucia, które wre we mnie, które dla ciebie
+niejedną już tamę zerwało, nie oceniasz, nie rozumiesz...
+
+Dzierżymirski silniej przycisnął do siebie kibić żony, a pochwyciwszy
+jej ręce, przywarł do nich ustami, i pocałunkami okrywać je począł.
+
+- Ty... moja... moja! - szeptał w kółko namiętnie, coraz czulej...
+ciszej...
+
+- Ty moja!... Ja za nic w świecie nikomu cię nie oddam, wydrzeć sobie
+nie pozwolę!...
+
+A uspokoiwszy się stopniowo, ciągnął:
+
+- I czyż wobec tego zatem dziwić się nawet możesz złemu humorowi memu,
+owego wieczora, pamiętasz, w Lucernie!... To nie był gniew,
+opryskliwość, jak to nazwałaś, dziwactwo! O, wierz mi - nie!... To była,
+wywołana cierpieniem tylko - zazdrość i żal duszy, że komu innemu
+pozwalasz choć częścią wdzięków twych się napawać, że na nie patrzy,
+rościć sobie może jakieś urojone, choćby imaginacyjne do nich prawa -
+mężczyzna inny - niźli... ja...
+
+Roman mówić przestał wzburzony i wzruszony.
+
+- Rozumiesz więc teraz, kochanie ty moje? rzekł znowu po chwili miękko,
+łagodnie, i spojrzawszy prosząco w oczy słuchającej go w milczeniu Oli,
+rzucił pytająco: -Przebaczasz?..
+
+- Ależ przebaczam... przebaczam!... - rzekła, uśmiechem, pieszczotliwie
+Ola, a że nikogo podówczas właśnie w pobliżu nie było - siedzieli w
+cieniu alei nadbrzeżnej nad Lemanem - zarzuciła na szyję Romana swe
+długie białe ręce, i przytuliwszy się doń, poczęła mu z kolei szeptać:
+
+- Ty mój drogi, jedyny!... Od kwadransa patrzę na ciebie i rosnę w
+duszy, takiś szlachetny, rozumny, piękny... Piękny!... - powtórzyła z
+zalotnością, namiętnie i przymilająco się musnęła wargami śniadą twarz
+Dzierżymirskiego.
+
+- Nie taki, jak wówczas, zazdrosny, zły, brzydki!...- przekomarzała się
+z wdziękiem - ale taki zakochany... wielki!...
+
+I Ola czulej jeszcze przycisnęła się do Romana, zbliżyła swe wargi
+świeże do jego ust zmysłowych, i mówić poczęła głuchym szeptem, urywanym
+od uczucia nadmiaru - przeplatanym pieszczotą, pełnym tętniących w nim
+młodych pragnień:
+
+- Kocham cię!... kocham... kocham!... Jak nikogo dotąd... nigdy,
+nigdy!... - szept przy tem młodej kobiety zadrżał namiętniej jeszcze. -
+Nie ja - to ty przeciwnie nie rozumiesz, nie czujesz, jak cię kocham,
+uwielbiam !...
+
+- Wszak dla ciebie porzuciłam ojca, Gowartów, rodzinę! Stłumiłam,
+zgniotłam uczucia inne!... Pośpieszyłam na twe wołanie, pobiegłam za
+tobą, w twe objęcia, podeptałam wszystko... wszystko!.. O!... Ja bym
+sobie zarówno wydrzeć ciebie nie dała - tyś także mój!... mój!...
+
+I szept młodej kobiety łaszący się, palący, zawrotny - skonał...
+
+Zbliżone usta młodych silnie zwarły się w pocałunku. Na chwilę, minut
+parę, znikło im z oczu wszystko, przesłonięte mgłą jakby, z której jedna
+jedyna wyłoniła się tylko - miłość.
+
+Wokoło zaś wciąż nie było nikogo. W cieniu drzew tonął w mroku
+tajemniczym, cisz zadumanych pełnym "quai Perdonnet," nadbrzeżna aleja w
+Vevey, wijąc się brzegiem Lemanu, u stóp rozrzuconego w górze
+szwajcarskiego miasta.
+
+Nad "Lac Leman" drżał księżyc w pełni; przeglądał się w głębokich jego
+toniach, z pieszczotą ślizgał swe promienie po ciemno-modrych falach...
+
+I w blasku miesięcznego światła tchnął krajobraz cały jakimś czarem
+dziwnym...
+
+A więc, poza jeziorem, hen, gdzieś, w perspektywie, niewyraźnie srebrzył
+się mglisto Alpejski szczyt wyniosły - w tafli Lemanu, ogromnej,
+szklistej, niby morze, odbijały się gwiazdy, topił w nich swe
+wierzchołki wieniec pobliskich gór. Masy ich kadłubów miejscami
+zaciemniały jezioro, a w ciemniach tych, odbijających rażąco na
+obszarach wód od fali, tych oświetlonych taśm jasnych, błąkały - się
+jakieś mary i cienie, ze śnieżnym żaglem sunęła cicho zgrabna, wysmukła
+barka...
+
+Księżyc tymczasem wzbijał się coraz bardziej i wyżej, malał, stawał się
+jaśniejszym, przezroczym - milczenie wzrastało... Fala u stóp
+Dzierżymirskich szemrała teraz cichutko, a tam, z mroków, od gór
+podnóża, na przestrzenie wód Lemanu, skrzące się pyłem srebrzystych
+promieni, marząco, niepokalana, biała, spokojnie wypływała z wolna ta
+sama łódź żaglista...
+
+Oderwawszy usta od gorących pocałunków, Roman i Ola patrzyli w
+zachwycie.
+
+Do dusz ich, na piękno czułych, wślizgiwał się czar tej szwajcarskiej,
+boskiej nocy, studził krew rozigraną swym bezmiernym, majestatycznym
+spokojem, poniżał, równał z zerem ich troski ziemskie ogromem i potęgą
+przyrody - podnosił, wzmacniał ducha, dodawał mu skrzydeł, lecących w
+zaświaty...
+
+Pierwszy z nastroju tego ocknął się Dzierżymirski i spojrzał na zegarek.
+- O, już mija dwunasta! Chodźmy, moje życie! - odezwał się do Oli.
+
+Powstali.
+
+- Ach, jakże noc dzisiejsza jest piękną - jak piękną!.. - z zachwytem
+szepnęła Ola - nie zapomnę jej chyba nigdy.
+
+- Ani ja również! - potwierdził Roman w zadumie.
+
+Wziął pod ramię żonę i ruszyli z miejsca, kierując się pod górę, ku
+rozsianym willom miasta.
+
+Milczeli. W głowie Romana huczał chaos różnorodnych myśli. Z nich zaś
+jedna, najuporczywsza, wyłoniła się zwycięska.
+
+- Miłość, miłość raz jeszcze, i miłość tylko, jedyna, wielka! - krzyczał
+w nim głos podnieconego mózgu - ocalić cię jest w stanie! W niej tylko
+znajdziesz zapomnienie, nią się upijesz, przy jej pomocy zmatujesz
+bolesną ranę przeszłości, zdusisz sumienia wyrzuty !..
+
+- Bo miłość, to haszysz - wołał ten sam głos dalej - bo miłość, to
+szczęście na ziemi - to raj, to jedna rzecz z tych, tak rzadkich na
+świecie, dla której warto może walczyć i trudzić się, by ją zdobyć! -
+Ona częstokroć cierpieniem i rozczarowaniem tylko, lecz ileż razy bólów
+życia nagrodą - jego zapomnieniem!..
+
+Dzierżymirski zdjął kapelusz z głowy, pod wpływem zaś myśli ostatnich,
+opiekuńczo i czule objął silnem ramieniem kibić żony.
+
+Postępowali krokiem raźnym, idąc pustemi, cichemi uliczkami bezustannie
+pod górę. Roman odezwał się po chwili:
+
+- Zostaniemy dłużej w Vevey; tu tak cicho, samotnie, tak z dala od
+ludzi, od świata i jego pogwarów - zostaniemy, Oluniu, cóż ty na to? -
+pytająco nachylił się ku młodej kobiecie.
+
+- Ależ i owszem, mój ty samotniku - odparła z uśmiechem Ola - a zresztą,
+wszak nie zwiedziliśmy jeszcze wszystkiego...
+
+- Ach tak, prawda... moje życie, prawda... Koniecznie zobaczyć musimy
+wszystko! - mówił Roman. Umilkli znowu, zatopieni w myślach.
+
+Od parodniowego pobytu swego w małem nadlemańskiem miasteczku,
+Dzierżymirscy prowadzili żywot pracowity. Wstawali raniutko, odbywali
+wycieczki i spacery po okolicy; nie dalej, jak dziś, zwiedzili pobliskie
+Montreux i sławny "Chateau Chillon;" obejrzawszy go wewnątrz dokładnie,
+jego starożytne , sale i wieżyce, miejsca kaźni - ponure więzienia, z
+zachowaną dotąd tak zwaną "oubliette," nad trzystumetrową głębią Lemanu.
+
+Wśród narodowych śpiewów szwajcarskiego ludu, towarzyszącego im w
+kolejce, zwiedzili oni również przed paru godzinami górę "Soim-Pčlerin,"
+mając świeżo jeszcze w pamięci cudny z wierzchołka jej widok na szafiry
+jeziora i miasto Vevey, zaciszne, pogodne, rzucone niby na ekran
+zielonego podnóża gór - zadumane, pełne melancholyi i cichego smutku...
+
+- Wiesz, Oluniu, co ci powiem? - odezwał się nagle do żony Roman, gdy,
+mijając właśnie wysokie, gotyckie wieżyce pięknego kościoła
+katolickiego, zagłębiali się w aleję, poprzez drzew liście, rozjaśnioną
+tajemniczo cieniami księżycowego światła...
+
+- Otóż - ciągnął po przelotnej chwilce wahania - że napisałem do jednego
+z dawnych znajomych, by donosił mi, co się dzieje z ojcem twoim w
+Gowartowie...
+
+- Ty zrobiłeś to? O, mój drogi, najdroższy, jakiś ty dobry, poczciwy,
+złoty! - wykrzyknęła szczerze uradowana Ola i przytuliwszy się do
+Romana, uściskała go serdecznie.
+
+- A tak, ja, we własnej osobie, tak często bowiem smutną bywałaś... -
+potwierdził Dzierżymirski, i urwał nagle.
+
+Przyjemnego a jednocześnie i przykrego doznał on wrażenia. Miłą była mu
+myśl, że odgadłszy utrapienie żony, ulżył jej. Smutno nieco, widząc
+bowiem na twarzy żony tak pogodną radość, poczuł, iż o odebranym już
+liście wspomnieć nie mógł. Ten, choć nie wesoły, nie wiózł jednak
+jeszcze ze sobą złych wiadomości, gdy natomiast następne - kto wie?
+
+- Ha, trudno, - powiedział sobie w duszy Dzierżymirski - niech cieszy
+się! Nie zatruję ja jej tej chwilki zadowolenia.
+
+- I dotąd niema żadnej odpowiedzi? - skwapliwie pytała tymczasem Ola.
+
+- Nie, kochanie - skłamał gładko Roman - ale nadejdzie niebawem, podałem
+adres Vevey...
+
+- Podałeś? - ucieszyła się znów Ola - no, to dobrze, bo ja mimo woli
+biję się z przypuszczeniami nieraz, co tam oni wszyscy myślą o mnie, czy
+potępiają bardzo, czy gniewają się, czy smucą?..
+
+Ola ucichła i cień smutku przemknął po jej twarzy.
+
+- No, no, cóż to znów za niepokoje? - podchwycił Roman, korzystając zaś,
+iż na ulicy nikogo nie było, pośpieszył z pocieszeniem, pieszcząc czule
+młodą kobietę.
+
+I znowu zagrała w nim nienasycona miłość namiętna, ogarnęła, zdeptała
+wspomnienia - zakrólowała sama!..
+
+Niebawem Dzierżymirscy odszukali swą willę, już ciemną całkiem i
+uśpioną, a błądząc chwilę po pustych korytarzach, dotarli nareszcie do
+dużego pokoju z balkonem, który zajmowali tu na pierwszem piętrze.
+
+Kroki zapóźnionych przybyszów zmąciły ciszę willi, skrzyp drzwi
+zgrzytnął fałszywym dźwiękiem w ogólnej harmonii powszechnego milczenia.
+
+W pokoju okna były otwarte, i panowało w nim powietrze rzeźkie, świeże,
+od gór płynące. Wchłaniając je z lubością, Dzierżymirscy poczęli
+gospodarzyć u siebie. Roman po chwili wziął się do zamykania okien, Ola
+zaś, zapaliwszy światło, zdjęła kapelusz i wolno poczęła się rozbierać.
+
+Lecz oto nagle podskoczyli oboje. W zupełnej bowiem ciszy uśpionego
+domu, tuż po za ścianą sąsiedniego pokoju, rozległy się silne uderzenia.
+Ktoś bez ceremonii walił w mur pięściami, chcąc widocznie zamanifestować
+swoją tam obecność, a zarówno i fakt że, hałasując, spać mu
+przeszkadzano.
+
+Wkrótce jednak rozjątrzone uderzenia ustały i posypała się garść
+nieestetycznych, wyrażonych głośno i ze złością epitetów.
+
+Tyle było bezwiednego komizmu w stukaniu tem i w poirytowanym głosie,
+zaspanym jeszcze, że Dzierżymirscy roześmieli się wspólnie i szczerze.
+
+- To ta słodziutko-grzeczna rozwódka, podstarzała, pseudo - wielka pani,
+elegantka, wiesz .. co to przy obiedzie, siedzi koło nas - objaśniła
+półgłosem Ola - (w szwajcarskich hotelach-willach, zwanych "pensions,"
+obiadują wszyscy razem).
+
+- Tak?.. - zdziwił się Roman - nie wiedziałem... A to oryginał baba,
+naturalnie, nie przypuszcza zapewne, iż my tu mieszkamy... Złapała
+się... Jak to jednak i pozory fałszywej układności zdradzają częstokroć
+to zwierzę, ukryte w człowieku - filozoficznie dorzucił. - Ale, ale... -
+ciągnął dalej, z uśmiechem - wyobraź sobie, Oluniu... Zapomniałem ci
+powiedzieć. Tu, na górze nad nami - wskazał sufit palcem i roześmiał się
+- mieszka drugie dziwadło: Pamiętasz... ta mała, nasze vis-a-vis, żółta
+stara panna... Otóż wynajmuje ona aż pięć pokoi próżnych naokoło siebie,
+a wiesz dlaczego? - Tu Roman po raz drugi głośniej jeszcze parsknął
+śmiechem. - Żeby jej w nocy nie hałasowano! Mądrzejsza od naszej
+sąsiadki, co?...
+
+Ola zaśmiała się z kolei srebrzyście. Słuchając męża, zdjęła właśnie
+przed chwilą suknię, i siadała obecnie przed lustrem, z obnażoną szyją i
+ramionami. Pragnąc rozczesać włosy, przechyliła się w tył i poczęła
+rozwiązywać je leniwym ruchem rąk.
+
+- Poczekaj - rzucił żywo Dzierżymirscy - damy tej babie odpowiedź muzyką
+całusów!.. Przypomni sobie może luba rozwódka małżonka!.. Ha-haha, a to
+się wściekać dopiero będzie!..
+
+I swawolnie, ze śmiechem, Roman przylgnął wargami do ramion Oli, i
+począł całować je głośno, cmokając z lubością.
+
+- Ohe!.. la - bas!.. On dort ici!.. - rozległ się po chwili za ścianą
+gardłowy, świszczący glos, pełen nienawiści i jadu.
+
+- Buch! buch! buch! - rozległy się znów w pasyi uderzenia o mur
+wściekłe.
+
+Ola śmiała się serdecznie, Roman nie przestawał całować zamaszyście.
+
+- Dosyć już, dosyć! - szepnęła młoda kobieta, z trudnością hamując
+wesołość, - proszę mi wynosić się teraz - szepnęła w ślad za tem, z
+pieszczotą w głosie. - Idź na balkon! - dodała, i przechyliwszy wysoko
+giętką swą szyję na poręcz krzesła, podała Romanowi do pocałunku
+rozchylone swe wargi zalotnie patrząc nań z pod długich rzęs...
+
+Cudną i wdzięczną swych linji harmonią, biust kobiecy przemknął ponętnie
+w tym ruchu falistym przed rozkochanym wzrokiem mężczyzny.
+
+Dotknął ustami ust i z wezbraną miłością w sercu wyszedł na balkon.
+
+Tu zapalił cygaru i znowu wchłonął w siebie pełnym, szerokim oddechem,
+orzeźwiającą atmosferę cichej szwajcarskiej nocy. Spojrzał w dół. U stóp
+jego szkliło się w dali tam i ówdzie srebrem rozbłękitnione jezioro. Do
+powierzchni jego pieszczotliwie tuliły się jeszcze gdzieniegdzie
+ostatnie mgiełki, błąkające się zazwyczaj dzień cały, od rana, po
+Lemanie, i wespół z białemi mewami muskające stale grzbiety jego fal.
+
+Księżyc już był bardzo wysoko. Snopami światła dotykał teraz grzbietów
+gór, mienił się fosforycznie na wierzchołkach dalekich śnieżnych
+szczytów.
+
+A tam, w dole, zadumane, ciche usypiało miasto... Jedne po drugich, jak
+iskry dopalającego się płomienia, ogniki - gasły w domostwach Vevey
+światełka, kolejno - stopniowo nikły...
+
+Dzierżymirski, z zadowoleniem, wciągał wciąż w piersi zdrowy powiew,
+płynący z dali, wypuszczając zarazem z ust małe obłoczki niebieskawego
+dymu.
+
+Obecnie - chwilowo, był on zupełnie szczęśliwym! Tu, w zacisznym gór
+zakątku, czuł on podwójnie, jako swoją wyłączną własność ubóstwianą
+kobietę, kochał ją zdwojonym sił żywotnych zapasem, a czując
+równocześnie wzajemność jej ku sobie niekłamaną, nurzał się w uczuciu
+tem, z rozkoszą pływaka, rzeźko wśród rozsłonecznionych wód wesołych
+płynącego w dal radosnego jutra! Wizye przykre zniknęły zupełnie, robak
+wewnętrzny, toczący ducha Romana, przestał go dręczyć na chwilę... Dawką
+miłości ukołysane sumienie - spało.
+
+- Romciu!.. Romeczku!.. - usłyszał naraz Dzierżymirski pieszczot
+obietnic pełny, wołający go głos kobiety.
+
+- Idę... idę! - odparł pośpiesznie i rzuciwszy cygaro, przestąpił próg
+balkonu.
+
+Światło w pokoju zgaszonem już było. Tajemnicze natomiast
+błękitno-srebrne księżycowe fale zalewały komnatkę, a w półświetle tem
+majaczyła postać Oli i bielały alabastrowe jej ramiona.
+
+Dzierżymirski, wchodząc, chciał przymknąć za sobą obite szarem suknem
+balkonowe okiennice.
+
+- O, nie... nie zamykaj !.. Tak ładnie księżyc świeci, tak ślicznie!.. -
+posłyszał w tejże samej chwili prośbę Oli. Roman usłuchał, a zamknąwszy
+tylko szczelnie okienne ramy balkonu, skierował się szybko w głąb
+pokoju.
+
+***
+
+Jeszcze we mgłach wczesnego poranku drzemały góry, jezioro i
+niezbudzone, senne miasto Vevey, gdy do drzwi pokoju Dzierżymirskich
+zapukał ktoś dyskretnie.
+
+Roman, który obserwował właśnie przez okna mglisty krajobraz, na ten
+odgłos zerwał się pośpiesznie. Odziawszy się szybko, nie pytając przez
+drzwi głośno, kto zacz, by nie zbudzić Oli, skierował się ku wyjściu z
+komnaty... Otworzył drzwi cicho...
+
+- Bonjour, monsieur! - pozdrowiła go, przeciągając śpiewnie, wpółubrana,
+uśmiechnięta wstydliwie, młoda Szwajcarka, i podała jakiś papier.
+
+- Co to jest? - z cicha pytająco rzucił po francusku.
+
+- Telegram! - brzmiała odpowiedź.
+
+- A... dziękuję - odparł Roman i zamknął drzwi. Niepokój wyraźny odbił
+się na wyrazistem obliczu jego; cichutko podbiegł na palcach do okna i
+gorączkowo rozwinął ćwiartkę papieru.
+
+Stłumiony gwałtem okrzyk zabrzmiał w pokoju przyciszonem echem, i
+telegram z ręki Romana upadł mu na posadzkę. Poprzez szyby balkonu
+Dzierżymirski spojrzał błędnym wzrokiem przed siebie.
+
+Tam, gdzieś w oddali, poza wierzchołkami gór, zaróżowiało się coś
+niewyraźnie, płoniło... W mgłach tajemniczych zniknął cały wczorajszy
+krajobraz, a poza niewidzialnymi tylko szczytami Alp, pokrytymi jakby
+woalem, gdzieś, daleko, - zakryta wstydliwie, wschodziła snać
+jutrzenka...
+
+Roman, blady jak płótno, przeniósł wzrok swój w przeciwną stronę
+komnaty. Uśmiechnięta, cicha spała tam Ola... Z pod lekkiej kołdry
+wysunęła się jej główka urocza, rzęsy długie kładły swe cienie na
+rumianą twarzyczkę, usteczka ponętne z koralu marzącym, od
+rzeczywistości dalekim, rozchylały się uśmiechem...
+
+Dzierżymirski patrzył wciąż na nią, z czułością współczuciem, bólem...
+
+- Biedna!.. biedna!.. - wyszeptał - Biedna!.. powtórzył ciszej jeszcze.
+Bolesne skrzywienie przemknęło mu po ustach, i odwróciwszy twarz, -
+nieruchomy, oparł się w zadumie o szyby okien balkonu.
+
+
+---------
+
+
+Babie lato snuło swą przędzę... Czepiało się na zagonach poruszonej
+świeżo czarnoziemnej gleby; łaskotało nozdrza siwych wołów, w trzy pary
+leniwie sunących u pługów, obmotywało się swawolnie wokoło ich
+przepysznie rozrosłych rogów i biegło dalej, unoszone wietrzykiem, by
+przytulić się do rozgorzałej w słońcu czerwienią i złotem ściany borów,
+do samotnych grusz polowych i zgarbionych strzech ukraińskich chatek, a
+zaglądając po drodze w ukołysane jesienną ciszą jary - ginęło gdzieś w
+stepie dalekim, splatając tam ze sobą uściskiem trawy, bodjaki i polne
+kwiecie - pracowicie przędząc wszędy ustawiczną nić swą białą.
+
+Drogą do Gowartowa, galopem, co koń wyskoczy, pędziła czwórka koni,
+unosząc w tumanie iskrzącej się od słońca kurzawy powóz, a w nim dwie
+osoby. Pierwszą z nich był ksiądz proboszcz, z pobliskiego miasteczka,
+drugą - Krasnostawski.
+
+Jak huragan, minąwszy pochyloną garstkę ludzi, kopiących w pobliżu łan
+buraków, oraz cmentarzyk wiejski, cichy, pełen uroku - pojazd wpadł do
+sioła. Z zagród chłopskich wyskoczyły psy i szczekać poczęły zajadle;
+wystraszone dzieciaki, o płowych, prawie białych, włosach, rzuciły się,
+uciekając w popłochu, a przędzące konopie wieśniaczki, w barwnych swych
+strojach, chustkach i wyszywanych koszulach, stawały zdziwione,
+przeprowadzając migający pędem pojazd niespokojnem okiem.
+
+Zziajana, okryta potem czwórka koni, zwolniła wreszcie biegu, i stępa,
+wolniutko, ostrożnie spuszczać się zaczęła z pagórka na wiejską groblę.
+
+- Czy księdza dobrodzieja nie znużyła nasza tak prędka jazda?.. Cóż
+robić jednak, kiedy inaczej nie zdążylibyśmy może... - odezwał się
+Krasnostawski, korzystając z mniejszego pędu powietrza.
+
+Barczysty ksiądz, o inteligentnem wejrzeniu dużych czarnych oczu i
+brwiach kruczych, odbijających wyraziście od białych włosów,
+wymykających mu się spod kapelusza, obruszył się na to pytanie.
+
+- Ale, cóż znowu!.. - odparł. - Oby tylko ten zacny pan January dożył
+błogosławionej chwili i mógł pojednać się z Bogiem!..
+
+Umilkł ksiądz, i niebawem z pobożnem westchnieniem, dorzucił:
+
+- O to ostatnie właśnie od czasu, gdy jedziemy, myśl mą ku Najwyższemu
+wznoszę... Może jej usłuchać raczy!..
+
+- Doktór mówił, że z godzin trzy pożyje - odparł Krasnostawski, a
+wyjmując zegarek, rzekł jeszcze: - Od chwili tej minęło dwie godziny...
+
+- Ach, ci lekarze! - machnął ręką ksiądz stary - cóż tam ostatecznie
+wiedzieć oni mogą - wszak wszystko w ręku Stwórcy-Pana! Ja, na przykład,
+pewnego razu byłem już konającym, a jednak, po przyjęciu
+Przenajświętszego Sakramentu i Olejów Świętych - wyzdrowiałem...
+
+Umilkli. Ksiądz zaś po chwili, widząc, że furman wciąż jedzie stępa,
+zauważył:
+
+- Ale może byśmy znów pojechali nieco prędzej, nieprawdaż?
+
+- Naturalnie, niech minie tylko most i groblę - odrzekł Krasnostawski.
+
+U stóp ich szumiało w tej chwili koło u młyna, pryskająca odeń wodna
+piana szeroko rozlewała się na senną taflę dużego stawu, w której
+przeglądały się pożółkłe szczyty gowartowskiego parku.
+
+Za groblą znowu ruszyli galopem, i niebawem, wyminąwszy jeszcze część
+wsi, zajechali przed ganek pałacu. Na spotkanie wybiegł stary lokaj,
+klucznica i kilku domowników.
+
+W ciszy, przerywanej tylko parskaniem i sapaniem spienionej zziajanej
+czwórki koni, z lękiem, na stopniach kocza, Krasnostawski zapytał
+głośnym szeptem:
+
+- Żyje?..
+
+- Żyje !.. Żyje !.. - odparli wszyscy chórem, lokaj zaś natychmiast
+dorzucił:
+
+- Chwała Bogu na wysokościach... Pan doktór powiedział, że może i do
+jutra rana...
+
+- A gdzież pan doktór? - pytał dalej Krasnostawski.
+
+- A ot, tylko co patrzeć, jak odjechał.. Pono do Karolówki, bo tam
+młodsza jaśnie pani niezdrowa...
+
+- Niezdrowa!.. - obruszył się plenipotent. - Tu przecież konający w
+domu, mógł chyba zostać jeszcze! - dorzucił gniewnie, zły na widoczną
+obojętność wiejskiego eskulapa. Obejrzał się.
+
+Ksiądz z nim przybyły wysiadał właśnie z powozu, poprzedzany
+towarzyszącym mu chłopaczkiem... Rozległ się wkrótce dźwięk uroczysty
+kościelnego dzwonka - w progi pałacu wstępował Syn Boży, utajony w
+Przenajświętszym Sakramencie...
+
+W parę minut później, do pokoju chorego już wchodził ksiądz; idący w
+ślad za nim Krasnostawski został na progu i spojrzał w głąb sypialni
+chorego.
+
+Na łóżku zamajaczyła mu blada, już nie z tego prawie świata, sędziwa
+twarz pana Januarego. Drzwi zamknięto jednak w tej chwili -
+Krasnostawski cofnął się dyskretnie i począł przechadzać się wielkiemi
+krokami po pokoju.
+
+Od czasu powrotu z podróży swej do miasta, na nim jednym prawie
+spoczywało wszystko. Przepędzał noce całe u chorego, doglądał go
+osobiście, wzywał lekarzy, konsylia.
+
+Dziś, widząc, iż już koniec nieodwołalny się zbliża, a śmierci widmo
+błąka u progów pałacu, znaglony, pojechał po księdza, dnia poprzedniego
+już, cięty przeczuciem, zatelegrafowawszy o nieszczęściu do
+marszałkowej, Ładyżyńskiego oraz do dawnego kolegi swego,
+Tarnopolskiego.
+
+Od tego ostatniego bowiem odebrał list iście enigmatyczny, w którym
+proszono go usilnie, by doniósł szczegółowo o wszystkiem, co się dzieje
+w Gowartowie.
+
+Zanadto przyrodzonego sprytu posiadał w sobie Krasnostawski, by nie
+odgadnąć, że poza kolegą jego, Tarnopolskim, ukrywa się ktoś inny,
+zainteresowany bardzo. Domyślił się, iż był nim prawdopodobnie dobry
+znajomy tegoż, Dzierżymirski, i dlatego nie ominął wyżej wzmiankowanego
+Tarnopolskiego, również donosząc mu, że Gowartowski umiera.
+
+Smutny i blady, w przechadzce swej po pokoju, przystanął nagle
+Krasnostawski, posłyszał bowiem w tej właśnie chwili głosy i szepty w
+przyległej komnacie chorego.
+
+- Spowiada się... - rzekł do siebie, i zbliżywszy się do okna, spojrzał
+w zadumie.
+
+Tak samo, jak codzień, podlewano dzisiaj pod zbliżający się wieczór
+klomby kwiatów, tak samo zniżające się już słońce słało cienie na aleje
+parku, na staw, porozrzucane w ogrodzie ławki, na chaty sioła, i step w
+perspektywie.
+
+- I tak samo będzie jutro, pojutrze - zawsze! Tak samo słońce i wszystko
+weselić się będzie, nic porządku swego nie zmieni, choć dusza tego
+zakątka uleci w zaświaty!.. - szeptał Krasnostawski, i rzuciwszy się na
+fotel, podparł rękami głowę, a myśli goniąc się przelatywały mu po
+głowie.
+
+- O, jakże okrutną jest śmierć! - myślał. - Jak pełną zagadki
+niezwalczonej potęgi, przed którą tylko w pokorze chylić musimy milcząco
+czoła!
+
+I nic kamiennego jej serca nie wzruszy, nic nie zatrzyma - ona w swej
+nieubłaganej godzinie przyjść musi !..
+
+- Straszne, straszne!.. - szepnął znów do siebie pochylony mężczyzna. -
+Tem straszniejsze, iż niezrozumiałe, nieujęte rozumem ludzkim, zawsze,
+zda się, nowe, choć prawieczne w sobie; zawsze tak samo niedościgłe,
+niezmiennie na wszelkie pytania odpowiadające sfinksa zagadką...
+
+- I mnie to kiedyś przecie spotka, wszak i ja umrę!.. - rzekł głośno do
+siebie Krasnostawski. - A potem ?.. - szepnął z trwogą.
+
+I z pytaniem tem na ustach utkwił wzrok błędny we drzwi sąsiedniego
+pokoju...
+
+Drzwi te tymczasem roztwarły się cicho i na progu ukazała się,
+natchniona w tej chwili jakby twarz księdza i postać jego wyniosła.
+Krasnostawski, zbudzony ze swych myśli ponurych, żywo podbiegł ku niemu.
+
+- Cóż, księże proboszczu? - zapytał.
+
+- Wszystko dobrze... Zbratała się dusza jego z Panem... - odparł tenże z
+powagą.
+
+- Ale? ale, czy ksiądz dobrodziej nie uważał przypadkiem ?... To jest...
+- plątał się Krasnostawski - powiedzieć chciałem, czy choremu
+przypadkiem nie lepiej?...
+
+- Ha, Bóg wiedzieć raczy... Nam pozostaje pogodzić się tylko z Jego
+Najwyższą Wolą!.. - tym samym tonem odrzekł sługa Pański.
+
+- Zapewne!.. - bąknął Krasnostawski. Zapanowało chwilę ciężkie, ołowiane
+milczenie. - Ach, ale przepraszam najmocniej księdza dobrodzieja -
+uprzejmie przerwał pierwszy młody człowiek - w tej chwili podwieczorek
+podać każę, ksiądz dobrodziej utrudzony drogą, głodny zapewne!... - i
+Krasnostawski ku drzwiom się skierował pośpiesznie.
+
+- Nie, dziękuję ci, panie Bolesławie! Jechać muszę...
+
+- Już? - zdziwił się młody plenipotent.
+
+- A tak, serce, jutro odpust u mnie, roboty huk!.. Każ zaprzęgać, jeśli
+łaska, a ja tymczasem w ogrodzie poczekam i modlitwy swe przedwieczorne
+odmówię.
+
+- W tej chwili służę księdzu dobrodziejowi... - rzucił w półukłonie
+Krasnostawski i znikł za drzwiami.
+
+Ksiądz zajrzał jeszcze do chorego; pozostawiony na opiece
+staruszki-klucznicy, z pogodą na obliczu swem dziwną leżał on spokojnie.
+
+Widząc to, proboszcz wyszedł.
+
+Z dobry kwadrans migała wysoka, czarna sylwetka jego na tle zieleni, po
+wygracowanych starannie alejach parku, poczem w pobliżu modlącego się w
+skupieniu księdza pojawił się Krasnostawski.
+
+Zaturkotało jednocześnie... Z uszanowaniem przez wszystkich
+odprowadzony, proboszcz wsiadł niebawem do powozu. W parę minut później
+pojazd, unoszący go, znikł za wjazdową bramą pałacu...
+
+Stojący na ganku Krasnostawski poruszył się machinalnie i przez milczące
+pałacowe komnaty skierował do pokoju pana Januarego.
+
+- Cóż? jakże?.. - zapytał zapłakanej staruszki, siedzącej koło łoża
+chorego.
+
+- Teraz... leży niby spokojnie - wyjąkała cicho.
+
+- No, to proszę iść odpocząć, ja zostanę i dam znać, gdy zajdzie tego
+potrzeba - stanowczo odezwał się Krasnostawski.
+
+Po opieraniu się dłuższem, staruszka, znużona i senna wysunęła się z
+pokoju, Krasnostawski zaś, podszedłszy do fotelu, stojącego przy łóżku,
+usiadł ciężko.
+
+Cisza martwa zagościła w komnacie... Gowartowski, oddychając
+niepostrzeżenie lekko, spokojny, leżał wciąż nieruchomo; znużeni
+domownicy rozpierzchli się, każdy do swego zakątka i odgłos żadny nie
+dochodził tutaj, tylko poprzez zapuszczone firanki oraz story rzucało
+swe jaskrawe blaski zniżające się już słońce...
+
+Krasnostawski, zmęczony życiem ostatnich dni kilku, zamyślił się
+głęboko, fizycznie wypoczywając zarazem.
+
+Od czasu do czasu spojrzenie przenosił na starca, poczem zapadał znów w
+zadumę, połączoną z nieokreśloną apatyą, gniotącą go swym ciężarem, z
+poczuciem bezradności, w obliczu zbliżającej się nie odwołalnie,
+kroczącej śmiało śmierci!
+
+Minęło w ten sposób dwie godziny.
+
+Na ciemne żaluzye u okien padały teraz prostopadle dogasającą czerwoną
+łuną ostatnie zachodu promienie, majaczyły ognikami krwawymi po posadzce
+i ścianach, a spoza parku, z oddali, niewyraźnie jakieś dla ucha
+dochodziły odgłosy...
+
+To pracowity, znojny kończył się gdzieś tam, po polach i siołach pogodny
+dzień jesieni; to, śpiewając chórem smętną ukraińską dumkę - wracały po
+pracy dziewczęta i mołodycye, z buraczanych łanów, gromadą...
+
+Nagle Krasnostawski, z przymkniętymi oczyma w fotelu swym zagłębiony,
+ocknął się, drgnąwszy na całem ciele nerwowo. Spojrzał na chorego...
+
+Usta pana Januarego szeptały coś niewyraźnie, poruszały się szybko -
+wreszcie uniósł się on na poduszkach i wzrokiem błędnym spojrzał wokoło.
+
+Krasnostawski już był się zerwał i stał teraz koło łóżka blisko.
+
+- Kto to jest?.. Kto to?.. - wyszeptał chory, z trudnością.
+
+- To ja, Krasnostawski, Kra-sno-staw-ski - powtórzył dobitnie.
+
+- A, a... to dobrze... dobrze... - pan January zaczerpnął płucami
+powietrza i po chwili zupełnie już przytomnie przemówił łamanym, cichym
+głosem:
+
+-Mój panie Bolesławie, odsłoń, proszę cię, okno, choć jedno... Tak tu
+ciemno...
+
+Krasnostawski, usłuchawszy natychmiast zlecenia, podniósł roletę.
+
+Słońce już było zaszło. W pierwszych uściskach nadchodzącego zmierzchu
+stały cicho półobnażone drzewa parku, przeplatane gdzieniegdzie
+czerwienią, słały się aleje żółtawym od opadłych liście kobiercem -
+bielały niewyraźnie w dali zagrody sioła, ciemniały jego osady, senna i
+mroczna świeciła tafla stawu.
+
+Krasnostawski, odwróciwszy się od okna, spotkał smutny, pełen tęsknoty
+wzrok starca, utkwiony w roztaczający się poza oknem krajobraz.
+
+Do łóżka zbliżył się pośpiesznie.
+
+- Dziękuję ci... mój kochany... pani Bolesławie... dziękuję - odetchnął
+Gowartowski i dokończył ciszej:
+
+- Ostatni to raz... ostatni widzę to wszystko! - uczynił ręką ruch
+słaby, a wskazujący widok otulonego mrokiem sioła i pól szerokich.
+
+- Dlaczego? - podchwycił szybko Krasnostawski, - uważam właśnie, że głos
+pański ma dziwnie zdrowe brzmienie - da Bóg, będzie lepiej...
+
+- Och... nie! Nie będzie lepiej - westchnął pan January - nie będzie...
+to tylko na chwilę...
+
+Znów przestał, i zaczerpnąwszy powietrza, ciągnął dalej, uczyniwszy
+jednocześnie prawą ręką ruch zniechęcenia pełny.
+
+- Ja czuję, widzę, że koniec, śmierć się zbliża... Nic mi już nie pomoże
+- wola Boska!.. - znów przerwał... w minutę zaś mówił:
+
+- Właśnie... właśnie powiedzieć coś chciałem tobie... kochany panie
+Bolesławie... usiądź... - i pan January wskazał swą woskowo - żółtą ręką
+taborecik.
+
+Krasnostawski usłuchał.
+
+- Poczekaj chwilę... odpocznę... - wyszeptał osłabiony bardzo. Oparł
+głowę o poduszki i oddychać począł ciężko, na bladej zaś twarzy jego
+zakwitł i zgasł niebawem rumieniec nikły.
+
+Krasnostawski wyczekiwał, milcząc.
+
+- Może podać panu co do picia? - zapytał po chwili.
+
+Przeczący ruch ręki był całą odpowiedzią pana Januarego. W dziesięć zaś
+może minut później głosem słabym, przerywanym co chwila ciężkim
+oddechem, przemówił cicho :
+
+- Tyś dobry... ty jeden... tak, jeden, jedyny, coś mnie nie opuścił...
+Uczynili to wszyscy: siostra, Ładyżyński, córka... - spuścił głowę i
+umilkł, a dwie łzy duże, perliste zabłysły w jego niebieskich,
+przybladłych źrenicach i stoczyły się z wolna po wychudłej twarzy. Po
+chwili ciągnął znowu:
+
+- Źle uczyniła Ola, źle bardzo... Nie poniewiera się tak rodzicem, nie
+depce się tak przywiązania ojca... nie, nie, po stokroć razy nie!... -
+powtórzył z mocą w osłabłym głosie, i z tą skargą na ustach przeciw
+dziecku ostatnią, upadł na poduszki w znużeniu, jak ściana blady.
+
+Krasnostawski, ze współczuciem, ujął rękę starca w dłoń prawą, a gdy
+Gowartowski ponownie uniósł się na posłaniu, opiekuńczo i silnie
+podparł, podtrzymał swem lewem ramieniem jego ciało wychudłe.
+
+- Dziękuję ci, bardzo dziękuję!.. - wyszeptał pan January i mówić począł
+dalej, głośniej nieco, lecz ochrypłym już od zmęczenia i wysiłku głosem
+:
+
+- Ale nie o tem mówić chciałem, nie o tem! Przeciwnie... - znów zamilkł
+sekund kilka.
+
+- Przeciwnie - powtórzył - ja Oli przebaczam, majątek cały zapisałem jej
+wyłącznie, tylko... tu zatrzymał się starzec dłużej nieco, jakby w
+ostatnim wysiłku trudno mu było jasno wyrazić myśl swoją - tylko -
+ciągnął - że testamentów jest dwa: jeden u notaryusza, złożony dawno, na
+korzyść Oli... drugi... na jej niekorzyść...
+
+Umilkł znów Gowartowski blady i zmęczony, a po chwili kończył:
+
+- Ten ostatni, późniejszy, napisałem w chwili nierozumnego gniewu...
+Jest w mojem biurku, szuflada lewa, na wierzchu... Podrę go!..
+
+Tu pan January, oswobodziwszy się od podtrzymującego go ramienia
+Krasnostawskiego, opadł na poduszki wycieńczony.
+
+- Czy przynieść mam ten testament? - poddał Krasnostawski.
+
+Ojciec Oli Dzierżymirskiej przyzwalająco skinął głową i słabym ruchem
+ręki poruszył kluczyk od szufladki stojącego obok łoża stoliczka.
+
+Krasnostawski zrozumiał. Wysunął szybko szufladę, wziął stamtąd pęk
+kluczy i oddalił się cicho.
+
+Blady, oddychając ciężko, w oczekiwaniu młodego człowieka, odpoczywał
+Gowartowski... W ciszy głuchej minęło z dziesięć minut. Na progu
+wreszcie ukazał się Krasnostawski, trzymając w ręku dużą kopertę.
+
+Na jego widok pan January gorączkowo, o własnych siłach, uniósł się na
+posłaniu i wyciągnął rękę po testament.
+
+- Dziękuję... - wyszeptał.
+
+Odebrawszy zaś od Krasnostawskiego kopertę, otworzył ją drżącą ręką,
+wyjął arkusz papieru, znajdujący się tam i rozerwał zwolna na cztery
+części. Potem włożył na powrót do koperty zniszczony test, a zwróciwszy
+się do Krasnostawskiego, głosem dziwnie dźwięcznym, stanowczym, wymówił:
+
+- Oddasz to jej... Oli - i umilkł, opadłszy znowu na poduszki.
+
+Młody plenipotent machinalnie wziął kopertę schował ją do kieszeni
+surduta. Wpatrzony w starca, na którego twarzy igrał w tej chwili jakiś
+pełny dobroci uśmiech, blady, tkliwy - milczał wzruszony, a dwie łzy
+nieposłuszne zakręciły mu się w oczach.
+
+Głosem cichym, jakby dogasającym, mówił tymczasem jeszcze pan January:
+
+- Nie zapomnij oddać... Pamiętaj!.. - urwał, a po chwili:
+
+- Powiedz... także Oli... że przebaczam... jej... i... jemu!..-
+dokończył z trudnością, w wysiłku ostatnim i z wypiekami na twarzy,
+trupio blady, umilkł...
+
+Paląca się u obrazu Matki Boskiej nad łóżkiem, z czerwonego szkła,
+lampka rzuciła w tej chwili promień jasny na oblicze starca...
+
+W zmierzchu idącego wieczora twarz Gowartowskiego zajaśniała jakimś
+nadziemskim jakby wyrazem szlachetnej dobroci... Krasnostawski
+jednocześnie poprawił poduszki u łoża i pochylił się nad chorym, zdało
+mu się bowiem, iż tenże porusza ustami.
+
+Rzeczywiście. Niedosłyszalnym, urywanym szeptem młody człowiek posłyszał
+jeszcze:
+
+- Dziękuję... tyś dobry!.. Mówić już... więcej... nie... mogę...
+
+Poruszony słowami chorego starca, zdenerwowany, wzruszony odstąpił od
+łóżka Krasnostawski i przygnębiony, usiadł w fotelu.
+
+Minęło z dziesięć minut.
+
+Widząc, że chory leży teraz zupełnie już cicho, młody człowiek po chwili
+powstał, posłuchał oddechu jego, poczem wysunął się cichutko z pokoju.
+Dusiło go coś w gardle...
+
+W sąsiednich komnatach pusto było całkiem i szaro już zupełnie. Mrok
+wieczora wciskał się do pałacu coraz natarczywszy, wszędzie, samotny,
+cichy, smutny. Krasnostawski bez hałasu otworzył podwoje balkonu i
+wyszedł na werandę, spragniony odetchnąć świeższem powietrzem...
+
+Oparł się o balustradę, chłodzić począł rozpalone czoło zimnym powiewem
+jesiennego wieczora i stał tak nieruchomy dość długo, ogłupiały jakby na
+razie, bezmyślny...
+
+Nagle milczenie pogrążającego się coraz bardziej w mroki domu i parku,
+przerwał jednostajny donośny, odgłos dzwonu w pobliżu. To codziennym,
+panującym w Gowartowie, zwyczajem, zwoływana służbę na wieczorną
+kolacyę.
+
+Krasnostawski się ocknął, a jednocześnie poczuł pragnienie i głód.
+
+Wrócił do komnaty, zamknął drzwi oszklone od werandy, a napotkawszy po
+drodze jakąś pozostawioną świecę, zapalił ją pośpiesznie i na palcach
+skierował się poprzez kilka komnat do jadalnej sali. Dobę całą
+Krasnostawski nic, prócz kilku szklanek herbaty, w ustach nie miał -
+młody organizm dopominał się o swoje prawa.
+
+W kredensie znalazł pochowane zimne mięsiwa i chleb razowy; posilił się,
+popił wodą i przez puste komnaty znowu skierował się do pokoju
+Gowartowskiego.
+
+Tu już zupełne panowały ciemności. Krasnostawski zapalił lampkę,
+przykrył ją abażurem i spojrzał na chorego.
+
+Leżał w tej samej pozycyi, tak samo spokojny, oddychając lekko, cicho,
+bledszy tylko, żółtszy jakby... I w jednem również zaszła, zmiana nagła.
+
+Oto ręce pana Januarego wykonywały po kołdrze jakieś niewyraźne i dziwne
+ruchy, jakby szukały czegoś, szczypały powierzchnię sukna, zatrzymywaly
+się chwilę, i znów rytmiczne poruszały się zwolna, jednostajnie...
+
+Krasnostawski, postawszy czas jakiś, zbliżył się do stolika, wziąwszy do
+ręki machinalnie stojące tam lekarstwo. Spojrzał na receptę.
+Przeczytawszy zaś, westchnął.
+
+Były to leki zwykle, przepisywane dogorywającym...
+
+- Czyżby naprawdę tak źle już było? - szepnął do siebie młodzieniec -
+tak przytomnym był jednak przed chwilą!.. E!.. może Bóg da...
+pocieszając się - dokończył głośno.
+
+Tymczasem zmęczenie fizyczne i moralne waliło wprost z nóg
+Krasnostawskiego.
+
+Zbliżył się chwiejny do fotelu. Usiadł i po kilkakrotnie ziewnął mimo
+woli nerwowo. Po chwili jednak energicznie wstrząsnął się...
+
+- Ooo... jakże mi się spać chce!.. - mruknął i ponownie ziewnął
+przeciągle z cicha.
+
+- Ale nie można... nie można!.. - szepnął znów do siebie przekonywająco
+i sięgnął po stojącą opodal flaszkę kolońskiej wody.
+
+Przetarł sobie skronie, powąchał, poczem napił się zimnej wody ze
+szklanki, i jak mu się zdawało, zupełnie obecnie rzeźki, zagłębił się w
+fotelu.
+
+Tymczasem minęło minut dziesięć zaledwie, gdy młody pan plenipotent spał
+już na dobre, pochrapując nawet z lekka czasami.
+
+Sen zwyciężył... Milczenie i spokój jakiś złowrogi zapanowały w
+komnacie.
+
+A zewnątrz pałacu tymczasem noc z wolna i stopniowo królować zaczęła.
+
+Na ciemnem tle nieba zamrugały wkrótce gwiazdy, od pól wionął wietrzyk i
+cichym żółkniejących liści pogwarem zaszumiał nad domem park stary.
+
+Wewnątrz zaś dworu usnęli wszyscy... Milczały tu wszystkie kąty, a w
+oddzielonej kilkoma komnatami jadalnej sali dochodził tylko regularny
+odgłos staroświeckiego zegara, który brzdąkał i tykał i bił przeciągle
+godziny jedna za drugą.
+
+Nagle w głuchej ciszy sypialni pana Januarego rozległo się początkowo
+słabsze, niebawem coraz silniejsze charczenie. To chory starzec już
+konał...
+
+Za łożem, w półświetle komnaty, niewidzialna dla oka ludzkiego, stanęła
+śmierć, lepu swego chciwa - jęki zgłuszone umierającego
+dziesięciokrotnem echem wstrząsnęły ciszą domu...
+
+Coś zbudziło Krasnostawskiego. Co? - sam nie wiedział na razie. Zerwał
+się z fotelu, oczy przetarł i spojrzał na pogrążone w cieniu łoże.
+Zdrętwiał nagle i włosy dębem stanęły mu na głowie.
+
+Z oczyma, wywróconemi po białka źrenic, postawionemi w słup,
+nieprzytomny, z ustami otworzonemi, zżółkły, zzieleniały - straszny,
+jęczał starzec, łapał powietrze, stękał żałośnie - charczał złowrogo...
+
+Krasnostawski zrozumiał, lecz znieruchomiał na razie do tego stopnia, że
+nie był w stanie poruszyć się z miejsca.. Po raz pierwszy w życiu
+znajdował się wobec konającego człowieka, patrzał więc bezprzytomny
+prawie i błędny nieustannie na Gowartowskiego... Drżał przy tem na całem
+ciele, chwytało go coś za gardło, przykuwało do miejsca, do ziemi.
+
+Równocześnie przygnębiająca cisza gniotła mu piersi ciężarem, konające
+drgnienia i jęki umierającego, niby ostrzem ze stali krajały
+niemiłosiernie wyprężone nerwy, a zarazem lęk niewytłumaczony, dziwny,
+zatrząsł nim.
+
+Więc to śmierć!.. śmierć idzie już, przybliża się, okropna, bezzębna,
+oto jej szkielet sunie obok, mija go!.. Zbliża się teraz obojętna do
+łoża... nachyla nad konającym...
+
+- Ha-ha-ha!.. ha-ha-ha!.. ha-ha-ha!.. - wstrząsa ścianami pokoju - oto
+śmiech jej straszny!.. Rzężenie konającego odpowiada mu echem coraz
+przeraźliwiej, głośniej... Ponuro jęczy on, skarży się, miota !..
+
+- Boże!.. Boże!.. Co... to? Co... to? - krzyknął Krasnostawski, schwycił
+się za głowę, zadygotał raz jeszcze i porwawszy ze stołu dzwonek -
+wybiegł.
+
+W milczeniu powszechnego uśpienia rozległ się niebawem rozpaczliwy
+dźwięk pokojowego dzwonka, wstrząsnął murami !..
+
+Gowartowski tymczasem czynić począł teraz rękami jakieś szalone ruchy,
+gwałtownie odpędzał coś, bronił się przed kimś, jęczał jeszcze
+donośniej, chwytał powietrze, bezustannie charczał..
+
+Bieganie napełniło niebawem dom cały. Garstka domowników i służby w
+kilka chwil później napełniła pokój dogorywającego człowieka. Ostatnia
+przyszła staruszka, klucznica, z gromnicą w ręku.
+
+Żałobną świecę zapalono pośpiesznie i uklękli wszyscy. Krasnostawski
+przy samem łożu, trzymając w dłoni rękę pana Januarego.
+
+Chłodła mu ona w palcach coraz bardziej; stopniowo, powoli, charczenie,
+jęki, również ustawały, ucichły wreszcie...
+
+Skupione milczenie komnaty, zamagnetyzowane wyczekiwaniem, trwogą,
+przerwał szelest, dla ucha prawie niedosłyszalny. Ostatnie w tej chwili
+ziemskie westchnienie człowiecze ulatywało z piersi starca - mknęło w
+zaświaty...
+
+- Skończył... - szepnął Krasnostawski. Wśród klęczących rozległ się
+płacz... Gdzieniegdzie płomyk zapalonej gromnicy oświetlił ponuro
+żółtawą plamą ściany, sprzęty i szyby komnaty, drgać zaczął błyskotliwy
+po twarzach klęczących ludzi.
+
+Poczęto się żegnać pobożnie...
+
+Wspólna, cicha, a pełna głębokiej wiary prostych dusz modlitwa, z wolą
+Najwyższego godząca się, pokorna, napełniła mury pokoju, i aż do stóp
+Stwórcy-Pana uleciała skrzydlata - wzniosła się tam, gdzieś wysoko, w
+ślad za zagadkową drogą duszy zmarłego, jakby mu niebo otworzyć
+pragnęła.
+
+
+---------
+
+
+
+Pokraśniałe, czerwono-złote dzikiego wina liście, pnące się po białych
+ścianach gowartowskiego dworu, zaglądają przez otwarte okno do małego
+gabinetu, obitego kirem, a ruszane z lekka wietrzykiem, kołyszą się w
+promieniach jesiennego słońca, powiew zaś zefiru delikatnym dreszczem
+przebiega również po rzędzie żółtawych u świec płomyków, palących się
+wokoło katafalku, ginącego w zieleni cieplarnianych kwiatów.
+
+Obciśnięty w ubranie czarne, wytworny - pan, nawet tu, za życia progiem,
+na podwyższeniu leży January Gowartowski...
+
+Zesztywniałe palce jego trzymają kurczowo w dłoni krucyfiks, zaczesany
+starannie wąs mlecznosiwy, sumiasty, polski, odbija pięknie na białem,
+jak marmur, obliczu starca, a twarz ta, zadum pełna, pogrążoną być tylko
+się zdaje w głębokim, cichym śnie.
+
+Kamienny to sen!.. Sen zaświatów, wieczności, zagadki bytu i świadomości
+prawdopodobnie tego, o co w dumie swej pokorny, rozbić się musi rozum
+ludzki; sen straszny - obojętny na wszystko dokoła!..
+
+I niczem już są dla niego sprawy tego padołu; niczem troski, cierpienia
+ziemskie i niepokoje, niczem radośnie igrające po pokoju słońce - niczem
+wreszcie boleść i smutek klęczącej u stóp katafalku, sędziwej
+kobiety-siostry!..
+
+Przybyła w przeddzień marszałkowa Warnicka, drżącemi, zbielałemi usty
+szepcze teraz modlitwy, z ócz jej zmęczonych co minut parę upada łza
+cicha, a wzrok z boleścią tłumioną wpatruje się w rysy ukochane.
+
+I modli się znów pokorna!..
+
+Lica Gowartowskiego bowiem nic nie mówią zupełnie !.. Spokój i martwota
+nieziemska wyryte są na nich, a pogoda tylko jakaś nieuchwytna, cicha,
+świadczyć się zdaje, że nie czuje on już nic, a w każdym razie, iż
+docześnie na pewno nie cierpi już wcale.
+
+- Módlcie się, płaczcie... przyjdźcie - odejdźcie... zakopcie w
+ziemię... Róbcie, co chcecie - wszystko mi jedno!.. - mówią sobą
+wyraźnie zesztywniałe członki zmarłego.
+
+A tymczasem przez otwarte okno do ciasnego narożnego pokoju wpadają,
+igrają coraz radośniej promienie słońca, płyną jakieś dalekie z pól
+pieśni, pogwary - oddalone życiowe echa...
+
+Babiego lata nić wpada tu z wietrzykiem i osiada cicho na bujnej siwej
+czuprynie zmarłego... W tej samej chwili drzwi od komnatki odmykają się
+ostrożnie i do pokoju wsuwa się rosły, siwiejący już mężczyzna...
+
+To Ładyżyński. I on, przygnany straszną wieścią choroby groźnej, podążył
+do przyjaciela lat młodych, przybywszy jednak - za późno.
+
+Twarz jego, zazwyczaj pogodna, ironiczna, wyraża w tej chwili ból
+niekłamany. Zbliża się milcząco, opatruje płomyki świec, przestawia
+kwiaty, a poprawiwszy poduszkę - zrzuca z głowy Gowartowskiego swawolną
+nić jesieni, i ukląkłszy, głowę opiera o katafalk, w bolesnej zadumie.
+
+Mija tak długa chwila.
+
+Poczem drzwi skrzypią znowu, na progu ukazuje się dorodna
+Krasnostawskiego postać. Objąwszy wzrokiem pokój i znajdujące się w nim
+osoby, wzdycha ciężko, następnie zaś zbliża się do Ładyżyńskiego i
+opiera lekko swą rękę na jego ramieniu. Potrząsa niem delikatnie raz,
+drugi...
+
+Za trzeciem dopiero dotknięciem budzi się Ładyżyński z bolesnego
+zamyślenia i unosi głowę..
+
+- A, to pan? - pyta cicho - cóż to?...
+
+Jakby w odpowiedzi jednocześnie do pokoju wpada wyraźnie oddalony
+jeszcze nieco dźwięk dzwonków, i zgłuszony gdzieś po sioła drodze,
+daleki tętent i turkot kół powozu.
+
+I w ślad za tem szeptem na pytanie pana Emila odpowiada Krasnostawski.
+
+- Ze stacyi konie wracają... O ile wzrok mnie nie myli, ktoś jest w
+faetonie... Zdaje mi się, że to - oni...
+
+Ładyżyński, słuchając go uważnie, już powoli powstał był z klęczek.
+
+- Może szanowny pan dobrodziej będzie tak łaskaw wyjść na ganek -
+ciągnie dalej Krasnostawski. - Panią marszałkowę - tu zniża głos jeszcze
+bardziej - fatygować nie wypada... Ja zaś pana Dzierżymirskiego nie
+znam... A tu, do wiadomości zgonu...
+
+- Tak, tak! - przerywa pan Emil, - dobrze, mój panie, idę... Ale prawda
+- zatrzymuje się - trzeba uprzedzić marszałkowę, bo się biedaczka
+wystraszy.
+
+Ładyżyński pochyla się ku klęczącej pani Melanji i szeptem coś jej
+przekłada.
+
+Wpółprzytomnie słucha go marszałkowa Warnicka, po chwili zaś wstaje i ze
+smutkiem bezbrzeżnym, wzdycha kilkakrotnie...
+
+Jednocześnie dwaj mężczyźni wychodzą szybko, oddalony bowiem przed
+chwilą jeszcze turkot pojazdu wstrząsa już oto murami domu i powóz snać
+zajeżdża śpiesznie na dziedziniec. Odgłos dzwonków donośnie przerywa
+martwą ciszę... Powóz staje.
+
+A następnie, aż tu, popod stopy umarłego człowieka niewyraźne jakieś
+zgłuszone dochodzą głosy i szmery...
+
+Nagle, o milczące ściany pałacu obija się krzyk kobiecy bolesny,
+straszny, oraz stłumiony jeszcze oddaleniem jęk rozpaczliwy. W ślad za
+tem rozlegają się kroki, coraz szybsze, bliższe, a później już całkiem
+donośnie tym razem, szelest sukni i łkanie.
+
+Jeszcze chwila...
+
+I cisza pokrytego kirem, tonącego w słońcu i gromnic świetle, zakątka,
+sfinksowy, dumny majestat śmierci brutalnie przerywanym zostaje.
+
+Drzwi roztwierają się nerwowo, ruchem gwałtownym, od silniejszego prądu
+powietrza gaśnie przy katafalku świec kilka, i do pokoju wbiega ubrana w
+podróżne szaty, płacząca Ola...
+
+Za nią, ukazuje się śniade spokojne oblicze Dzierżymirskiego i wytworna
+sylwetka jego.
+
+Jednocześnie murami komnaty wstrząsa krzyk bólu, rozpaczy, a zarazem
+hałas drugorzędny jakiś, inny...
+
+To Ola już na kolanach... Obejmuje ona ramionami zimne, martwe ciało
+rodzica, odtrąciwszy równocześnie niebacznie przeszkadzające jej wysokie
+srebrne lichtarze, z chrzęstem padające w tej samej chwili na ziemię...
+
+Ktoś schyla się pośpiesznie i opodal ustawia je ponownie...
+
+Tymczasem krzyk beznadziejnego cierpienia wydziera się z ust Oli.
+
+- Tato !... tatusiu !.. przebacz!.. - woła młoda kobieta, płacząc, wijąc
+się z rozpaczy. - Ojcze!.. ojczulku!.. przebacz!.. - kończy w łkaniu,
+szlochając.
+
+Na dźwięk słów ostatnich chmura osiada na wyniosłem czole Romana.
+
+- Tyś winien także!.. ty również!.. To dzieło także twoje! - szepce mu
+coś w duszy w tej chwili i instynktownie blednie, pochyla się i klęka po
+drugiej stronie katafalku.
+
+A Ola ściska, całuje teraz ręce, twarz i zimne czoło starca, oblewa je
+łzami, włosy ojcowskie pieści i tuli swą głowę do serca, co bić już na
+zawsze przestało!..
+
+- Ty nie umarłeś - szepce - ty śpisz tylko!.. ty nie umarłeś!.. -
+powtarza uparcie. - To być nie może - nie może!!..
+
+Powstała z klęczek marszałkowa Warnicka podtrzymuje wijącą się w bólu
+kobietę z jednej strony - z drugiej opiekuńczo podpiera ją Ładyżyński.
+
+Wszystkim łzy kręcą się w oczach, jeden Roman tylko nieczułym być się
+zdaje pozornie, ale twarz jego kredowo - blada i brwi ściągnięte
+świadczą, iż i on, w tej chwili przynajmniej - cierpi. Klęczy wciąż
+nieruchomo, myśli...
+
+Poza nim, świadek niemy tej sceny, stoi Krasnostawski, wzruszony,
+bezradny. Opodal stary lokaj domowy patrzy osowiały.
+
+- Złoty tatuniu !!.. złoty !!.. - woła znów Ola, prosząco, błagalnie; z
+przerwami małemi, jękliwy, przeplatany łkaniem, odzywa się bezustannie
+głos córki-sieroty, a echo jego płynie przez okno w dal, do parku, na
+step i pola!..
+
+I za głosem zrozpaczonej jedynaczki, hejnałem wspólnym płakać, łkać oto
+zdają się stare drzewa parku; szumem swych liści drobnych brzoza nad
+wodą wieść tę powtarza dalej, płacząc sama, a jęk boleści, podchwycony
+akordami przyrody, płynie, płynie w dal...
+
+I wszystko, zda się teraz, za panem swym boleje !..
+
+A więc i staw, śniący fali swej szmerem, i łany, i polne kwiecie, i
+step, strząsający z traw swych niby łzy żalu - drobne kropelki rosy...
+
+Jeden tylko umarły, jak głaz nieczułym jest na jęk, ból swego dziecka.
+
+Lecz czyż to złudzenie?..
+
+Pod pocałunkami przed chwilą i łzą jedynaczki, zdawało się, że oto znika
+z alabastrowego czoła starca głęboka, zastygła tam zmarszczka, i całkiem
+już teraz pogodne, obojętne, śni ono dalej bez końca...
+
+Może dusza z poza stref świata niewidzialna zabłąkała się jeszcze tutaj
+przed dalszą w wieczność zagadkową wędrówką?.. A może trup słyszał
+jeszcze ?
+
+Któż wie? któż zgadnie?
+
+- Ojcze!.. ty żyjesz!!.. tato... tatusiu!.. Biedna ja... biedna...
+nieszczęśliwa... - bezzmiennie; tylko coraz ciszej i ciszej, rozlega się
+dalej u stóp starca wołanie Oli, w spazmach łkań bolesnych, bezsilne,
+straszne w swej grozie, bólu - coraz beznadziejniejsze.
+
+- Tatuniu!!.. Ta... tu... niu!.. - kona wreszcie krzyk młodej kokiety...
+Milknie, oddany echem parku, pogwarami sioła i pól szerokich...
+półomdlałą i słabą żonę wynosi pośpiesznie na rękach Dzierżymirski z
+powleczonej kirem komnaty.
+
+Wystraszeni podążają za nim wszyscy...
+
+To życie już ze śmiercią walczyć poczynało. Przepotężne w swej sile, nie
+lubiące, by zapominano o niem, odrywało w tej chwili despotycznie od
+nieboszczyka, w skupieniu otaczających go dotąd ludzi. Troska o żywym
+wzięła górę!..
+
+W promieniach radosnych jesiennego słońca, w ciszy, grającej tylko
+poważnym szumem drzew ogrodu - w chwilowym nieładzie wpół przygasłych
+świec i poodsuwanych kwiatów, niewzruszony w swym majestacie śmierci -
+umarły pozostał sam.
+
+
+***
+
+
+Od pogrzebu Januarego Gowartowskiego minęło dni kilka.
+
+W pogrążonym już we śnie pałacu w Gowartowie paliło się jeszcze światło
+w jednym pokoju, rzucając w noc ciemną promień jaskrawy przez okienne
+szyby.
+
+W kancelaryjnym gabinecie dawnego pana, a dziś sypialni nowego
+dziedzica, Dzierżymirskiego, on sam, znużony dniem minionym, a nader
+dlań obfitym w niezwykłe zdarzenia, kładł się do snu i z wolna rozbierał
+leniwie.
+
+Na stoliku obok łóżka stała odkorkowana butelka szampana i kieliszek
+wysoki, z kryształu, oraz odemknięte pudełko cygar.
+
+Roman po chwili zapalił jedno z nich, nalał sobie wina i wypił haustem
+jeden kielich, poczem zmęczony, wsunąwszy się pod kołdrę, zgasił
+światło.
+
+Odetchnął parę razy głośno, z ulgą, przeciągnął się, aż zatrzeszczało
+staroświeckie łoże, ziewnął smakowicie, zaciągnąwszy się zaś wyborowem
+cygarem, myśleć począł o ukończonym dniu dzisiejszym, a przełomowym w
+dotychczasowem życiu jego.
+
+Dziś to bowiem odbyło się otwarcie testamentu nieboszczyka.
+
+Stosownie do woli zmarłego, córka jego stawała się jedyną
+spadkobierczynią kilkakroćstotysięcznego majątku...
+
+Dzierżymirski powtórnie wyciągnął się z lubością w szerokiem,
+szeleszczącem pościelą łożu.
+
+- Tak, kilkakroć-stoty-sięcz-nego... - szepnął do siebie z zadowoleniem.
+Uśmiechnął się... Dwa dni temu jeszcze, jadąc tu, a przeczuwając zgon
+ojca Oli, - był pewnym niemal, iż on córkę za nieposłuszeństwo
+wydziedziczył.
+
+Już dnia następnego po przybyciu do Gowartowa przyjemnie bardzo rozwiały
+się jego trwogi; wzruszonej opowiadaniem o ostatnich chwilach pana
+Januarego córce, w obecności Romana, wręczył był Krasnostawski podarty
+własnoręcznie przez umierającego ojca testament.
+
+On zaś, pomimo to, wątpił jeszcze... Bał się otwarcia ostatniej woli
+nieboszczyka, złożonej oficyalnie u notaryusza; i tutaj zdawał się
+przeczuwać podstęp jakiś może i przykrą niespodziankę.
+
+Dziś wreszcie pierzchły bezpowrotnie niepokoje ostatnie. Z nią uciekał
+również strach bliskiego bezpieniężnego jutra, które czekało nań,
+czyhało z wydaniem ostatnich paru tysięcy, pozostałych z poprzedniej
+fortunki, życiem nad stan przez lat trzy lekkomyślnie wydanej.
+
+Tu Dzierżymirski uśmiechnął się szydersko.
+
+Nie, stanowczo, pieniądz do niego się garnie!.. Ten, który posiadał
+dotąd, choć wygrany, palił go częstokroć, pomimo wszystko,
+przypomnieniem przeszłości. Sofizmatami wtłumiał w siebie wspomnienia
+gryzące, lecz jednocześnie i instynktownie jakby rozrzucał, pozbawiał
+się grosza, tam, gdzieś na dnie duszy własnej, choć nie przyznawał się
+pozornie do tego, rad nawet będąc, iż złoto wątpliwe szło - nikło...
+
+Jakby otrząsając się z tego samopoczucia, Dzierżymirski poruszył się
+niespokojnie i powrócił myślą do teraźniejszości miłej.
+
+On i Ola - wszak to jedno. Dziś zatem, pomimo praw miejscowych, de
+facto, stawał się panem okazałej i pańskiej, własnej fortuny.
+
+I pokryta, stłumiona ważnością chwili, smutkiem Oli, oraz całego domu -
+przez dzień cały - teraz dopiero, w ciszy uśpienia pałacu, w czterech
+ścianach sypialni, rozsadzać poczęło Dzierżymirskiemu piersi egoistyczne
+zadowolenie wewnętrzne.
+
+Szczerze żałować zmarłego Roman w istocie nie mógł. Poza innemi cechami
+charakteru dodatniemu i miłemi, arystokrata z przekonań, nieprzystępny i
+dumny względem tych, których pragnął trzymać od siebie z daleka, takim
+tylko, a nie innym, okazał się nieżyjący pan January, w stosunku do
+dzisiejszego swego zięcia.
+
+Dzierżymirski nie bolał więc wcale nad stratą teścia swego... Teraz zaś,
+powoli paląc cygaro, myśl jego, przesunąwszy się obojętnie po wypadkach
+śmierci pana Januarego i jego pogrzebu, zatrzymując się przy tych
+zdarzeniach tylko ze względu na boleść drogiej mu Oli - swobodna,
+pomykała obecnie chyżo w przyszłość.
+
+Od jutra staje się panem!.. Będzie administrował dobra, zbierał
+dochody...
+
+I Romana upajało to jutro!..
+
+Lat temu parę skromny student, korepetytor bez grosza przy duszy, źle
+odziany, odżywiany - biedny... Później zrządzeniem losu ślepego
+właściciel sumki pokaźnej grosza... Dziś dziedzic, pan całą, gębą!..
+
+- Do dyaska !.. - mruknął Dzierżymirski i uśmiechnąwszy się z
+zadowoleniem, musiał przyznać jednak, że świat nie tak zły i nic nie
+wart, jak nazywał go ongi, w pesymizmu chwilach, i że życie czasami bywa
+wcale miłem.
+
+- I cóż mogą o mnie złego powiedzieć ludzie, świat cały? - rezonował
+dalej w myślach swych Roman.
+
+- Nic zupełnie. O zgubie niezwróconej wszak nikt nic nie wie, każdy zaś
+znający mnie przedtem, gdy dziś mnie spotka, powie tylko z przekonaniem:
+Zuch, poradził sobie w życiu!..
+
+- A jak? któż o to pytać będzie...
+
+Dzierżymirski, poczuwszy znów pragnienie, w półświetle pokoju odnalazł
+kieliszek i butelkę szampana, którą, powodowany jakimś dziecinnym wprost
+kaprysem, przyniósł sam sobie wieczorem z "własnej" piwnicy; nalawszy
+wina, napił się chciwie.
+
+Radość zaś jego wewnętrzna, poza egoistyczną samowiedzą przyszłego bytu,
+miała również na jego obronę, przyznać należy, i szlachetniejszą
+podstawę.
+
+- Teraz będę miał na to, by oddać to, co znalazłem - mówił sobie właśnie
+w tej chwili, trzymając machinalnie w ręku wysoki kryształowy kielich od
+wina, a w myślach bezwiednie i niejasno zarazem układał już względem
+tego plany na przyszłość.
+
+- Ukrytym celem życia mego będzie znaleźć, odszukać koniecznie
+zagadkowego właściciela zgubionych dwudziestu siedmiu tysięcy - szeptał
+cicho Roman do siebie, - a oddawszy mu jego pieniądze, oczyścić się w
+ten sposób z plamy przeszłości!..
+
+- Muszę ją zmazać! Czystym być muszę!.. - z siłą powtórzył głośniej. -
+Choćbym miał świat z posad poruszyć! - dokończył z mocą i umilkł, a
+równocześnie w piersiach jego zapalała się teraz jakaś gorączka czynu.
+
+Zdawszy zaś sobie natychmiast sprawę z tego stanu swego, Dzierżymirski
+poruszył się w pościeli swej niespokojnie.
+
+- Tak, ja go znajdę! - mówił sobie w myśli dalej. - Znajdę, dla tego
+choćby, iż nie unikać bojaźliwie, jak dotąd, ale śmiało szukać go będę.
+Ale... - tu Roman zatrzymał się w myślach, - ale, by dopiąć tego -
+powtórzył - wszak muszę wypłynąć na arenę szerszą świata!.. Bo przecież
+tu, choć będę panem Gowartowa, nic przecie w tym względzie uczynić nie
+zdołam!..
+
+- A więc - gdzie ?.. - dręczyć go, męczyć poczęło pytanie. Dzierżymirski
+brwi zmarszczył.
+
+Powtórnie, znowu poczuł w sobie jakąś nieprzepartą chęć czynu, a
+równocześnie zrozumiał nagle, że radość jego chwilowa, przelotna z
+odziedziczenia majątku była słomianym tylko ogniem!
+
+Bo, rzeczywiście...
+
+Ambicya bowiem, czasem źle umieszczona - pojęta, lecz jedna i ta sama
+zawsze, która dotąd pchała go ślepo naprzód, i teraz, choć został panem
+i zdobył, czego pragnął, ukaże mu niewątpliwie inne znów braki obecnego
+położenia, "iść" naprzód każe, wynieść się ponad drugich zachęcać będzie
+- nurtująca, despotyczna - nie pozostawi go w spokoju!
+
+Wziąwszy zaś jeszcze pod uwagę uśpiony wyrzut sumienia i chęć zmazania
+plamy z własnej uczciwości - przyszłość ta, przed chwilą jeszcze
+wymarzona, idealna... już teraz przed wzrokiem Romana pokrywała się
+cieniem.
+
+Samowiedza powyższa pokryła chmurą na chwilę piękne rysy
+Dzierżymirskiego.
+
+- Ha!.. zobaczymy!.. - rzekł zupełnie głośno, a wypiwszy do końca
+szampańskie wino, postawił kielich na stole tak silnie, że lejkowaty,
+delikatny, prysł on i szczątki kryształu upadły z brzękiem na ziemię.
+
+Pierwszym ruchem pana na Gowartowie było sięgnięcie po zapałki, myśl zaś
+zapalenia świecy, by zebrać szkło stłuczone, przemknęła mu przez głowę.
+
+Powstrzymał się jednak i mruknął zcicha:
+
+- Po co? Mam przecie na zawołanie kamerdyra i dwóch lokai... Sprzątną
+jutro...
+
+Poczem, znużony myślami, przytulił głowę do poduszki, usiłując zasnąć.
+
+--------------
+
+CZĘŚĆ DRUGA
+
+
+
+
+Była wiosna...
+
+Od opisanych zdarzeń piąta już z kolei tak samo urocza zawsze,
+uśmiechnięta i wesoła - nowa wiecznie, w zieleni i blaskach wschodziła
+ona znowu nad światem. Pełna w przyszłość wiary i nadziei krzepiła
+serca, rozjaśniała umysły, siała po twarzach ludzkich uśmiechy radosne,
+a rozogniając wyobraźnię, zmysły - upajając swem tchnieniem, majowem,
+świeżem - szła zwycięska, królewska, wspaniała...
+
+Przez wpółprzymknięte okno powiew jej, łącznie z głuchym gwarem ulic
+wielkiego miasta, wdzierał się do umeblowanego poważnie, obszernego
+gabinetu, gdzie przy biurku okazałem, a zarzuconem papierami, listami,
+księgami i pismami, siedział Roman Dzierżymirski i słuchał mówiącego coś
+do niego młodego mężczyzny.
+
+Po chwili tenże umilkł, w pokoju zapanowała cisza, zamykająca snać
+poważną i czas dłuższy toczącą się rozmowę.
+
+Roman zamyślony, ująwszy w dwa palce jakiś papier, złożony we czworo,
+postukiwał nim machinalnie o amarantowe sukno biurka, przybysz zaś
+milczał, wpatrzony w niego - na odpowiedź czekał cierpliwie, bawiąc się
+tymczasowo trzymanem w ręku nożem do rozcinania.
+
+Gość nieznajomy był niskiego wzrostu; twarz miał myślącą, ruchliwą i
+zmienną, cała zaś jego powierzchowność, wyraźnie zdradzać się zdawała,
+kogoś ze sfer finansów, lub przemysłu.
+
+Przeniósłszy niebawem wzrok z twarzy Dzierżymirskiego na otaczające go
+sprzęty w gabinecie, pobieżnie przyglądać mu się zaczął.
+
+Rzucił więc okiem na stojący opodal stół duży, przykryty zielonem
+suknem, a przeznaczony zapewne do sesyi i narad, na otaczające go
+fotele, skórą kryte, na dwie, szafy książek, zegar - cacko starożytne;
+spojrzał na parę konsol, stolików, i innych zbytkownych gracików -
+wreszcie, zniecierpliwiony dłuższem milczeniem gospodarza, zagadnął:
+
+- Zatem... panie prezesie?
+
+Dzierżymirski ocknął się, i już otwierał właśnie usta, by coś odrzec,
+lecz zatrzymał się nagle, drzwi bowiem skrzypnęły, i wszedł lokaj,
+trzymając duży list na tacy.
+
+- Jakiś pan to przyniósł, czekał bardzo długo, - objaśnił, - w końcu
+kazał mi list oddać jaśnie panu, a sam poszedł...
+
+- Przepraszam pana!.. - rzucił Roman gościowi swemu - pan pozwoli,
+nieprawdaż? - i rozerwał kopertę przyniesionego pisma.
+
+Spojrzał na ćwiartkę papieru formatu handlowego, z kilkunastoma tylko
+wierszami, pisanymi czytelnie na maszynie, i kilkoma hieroglifami
+podpisów.
+
+Lokaj znikł tymczasem, a, jednocześnie Dzierżymirski, skończywszy
+czytanie, ponownie zwrócił się do gościa swego, lecz i tym razem znowu
+przeszkodzono mu.
+
+Ktoś pukał do drzwi dyskretnie.
+
+- Proszę!.. - rzekł Roman głośno.
+
+Drzwi roztworzyły się szybko. Do gabinetu wszedł młodzieniec bardzo
+wysoki, ubrany modnie, o powierzchowności wytwornej i pańskiej, oraz
+ruchach naturalnych, swobodnych, nerwowych nieco tylko i zbyt prędkich.
+
+Przeprosiwszy pośpiesznie siedzącego przemysłowca, Dzierżymirski zerwał
+się na widok wchodzącego.
+
+- Pardon... mille fois... pardon!.. Kochany prezesie, słówko tylko jedno
+- mówił już tymczasem przybyły, a ujrzawszy powstającego instynktownie
+gościa, dość grzecznie rzucił w jego stronę.
+
+- Przepraszam bardzo, stokrotnie... pana... sekundę tylko!.. - ująwszy
+zaś ramię Dzierżymirskiego, nachylił się ku niemu, odprowadził dalej
+nieco i półgłosem mówić począł coś, z żywością i gestykulacyą, stojąc z
+nim razem pośrodku gabinetu.
+
+Po chwili, odprowadzony aż do drzwi, z atencyą wyraźną, pożegnał się
+serdecznie z Romanem i zniknął za portyerą i drzwiami.
+
+Dzierżymirski tymczasem powracał już do gościa swego, a przeprosiwszy go
+raz jeszcze, dodał na pozór niedbale:
+
+- To właśnie książę-ordynat B... nie zna pan?... Miał do mnie interes
+bardzo pilny... Tu znów - wskazał na otrzymaną przed chwilą
+korespondencyę, - zaproszenie na ogólne zebranie akcyonaryuszów jednej z
+naszych kolei. Dziś mam pięć sesyj... - ciągnął dalej w tym samym tonie,
+- tam - uczynił głową niewyraźny ruch ku drzwiom, - czeka masa
+interesantów... Wszystkie godziny dnia policzone...
+
+- Wobec tego - zatrzymał się znowu Roman - nie wiem doprawdy - mówił
+zwolna - czy przyjąć mogę tak zaszczytny wybór panów... Po prostu nie
+mam w ogóle czasu... Nie, nie mogę !
+
+Cień przeszedł po obliczu nieznajomego, chciał coś zaprotestować, lecz
+Dzierżymirski już mówił:
+
+- Przykro mi tylko, iż panowie z tego powodu ambaras prawdopodobnie mieć
+będą... - zatrzymał się chwilę i wskazał na trzymaną do niedawna, w ręku
+odezwę jednego z pierwszorzędnych akcyjnych towarzystw węglowych, w
+której donoszono mu właśnie o wyborze go podczas ostatniego zebrania
+akcyonaryuszów na przewodniczącego w komisyi rewizyjnej.
+
+- Lecz wyznać muszę - ciągnął dalej i uśmiechnął się przy tem z lekka, -
+że nawet czynność, proponowana mi przez panów, zastaje mnie całkiem nie
+przygotowanym. Po prostu - tu po wargach Romana przemknął powtórnie
+uśmiech - dziedzina to rzeczy, dla mnie nie tak dokładnie i zupełnie
+znanych... Terra incognita... - skłonił głowę ruchem lekkim - stanowiska
+podobnego nie miałem jeszcze dotąd...
+
+I Dzierżymirski zamilkł na chwilę poczem swobodnie dorzucił:
+
+- Ale! prawda... Zapomniałem jeszcze powiedzieć szanownemu panu... Za
+parę dni wyjeżdżam na czas dłuższy za granicę, dla wypoczynku.
+
+Roman zatrzymał się i pytająco spojrzał na gościa swego.
+
+- O!.. to najmniejsza... - odparł szybko przemysłowiec - czynność
+komisyi w roku bieżącym wypada dopiero za miesięcy kilka, a odbywa się w
+ogó1e nieczęsto... Co zaś do pierwszego punktu... rzecz to również małej
+wagi...
+
+- Nie chodzi nam bynajmniej o jednostkę tak dalece rutynowaną, -
+przepraszam za wyrażenie i młody człowiek uśmiechnął się lekko - lecz o
+człowieka tych wpływów i stanowiska, oraz zaufania szerokich kół naszego
+miasta, jakie pan prezes po paru latach zaledwie zdobyć sobie potrafił,
+i które niewątpliwie, rzec można, posiada obecnie już w zupełności...
+
+Dzierżymirski teraz z kolei uśmiechnął się na tak jasne postawienie
+kwestyi.
+
+Rzeczywiście, lat temu kilka, gdy nieznany tu zgoła jeszcze przybył
+osiedlić się w mieście, czyżby śniło się nawet komu przyjść doń z tego
+rodzaju propozycyą. Błysk zadowolenia miłości własnej przemknął w tej
+chwili po licach Dzierżymirskiego.
+
+- Nie traciłeś czasu daremnie - mówił mu wewnętrzny głos i uczucie pychy
+rozpierało piersi.
+
+Milczeniu zaległe przerwał tymczasem głos przemysłowca.
+
+- Zatem - rzecz załatwiona nieprawdaż? Pan prezes - przyjmuje?...
+
+Dzierżymirski zawahał się sekundę jeszcze, pochlebstwo jednak, podane
+zręcznie, działać poczynało. Zdecydował się dać odpowiedź przychylną.
+
+- No... trudno!.. - wycedził z wolna, obojętnie i z pozornym przymusem.
+Pomimo obowiązków i odpowiedzialności, które wkładają na mnie czynności
+i stanowisko przewodniczącego w komisyi, przyjąć już chyba muszę!..
+
+- Wybór panów akcyonaryuszów zresztą takiego związku, jakiem jest
+Towarzystwo panów - tu Roman skłonił się grzecznie w stronę gościa
+swego, a będącego - ciągnął dalej - bez pochwał i przesady, w rozkwicie
+obecnym jednem z pierwszorzędnych w kraju - zaszczyt mi tylko przynosi -
+i Dzierżymirski w tem miejscu przemówienia swego pochylił z lekka głowę.
+- Co zaś do czynności rewizyjnych, mam nadzieję również - kończył - iż
+chyba im podołam, tymbardziej - uśmiechnął się tym razem nieco dumnie -
+że zajęć bardzo podobnych, choć tak różnorodnych, piastuję od pewnego
+czasu moc niezliczoną...
+
+- O, naturalnie! - przyświadczył gość skwapliwie, - zresztą przyjemność
+miałem powiedzieć już panu prezesowi w toku rozmowy dzisiejszej, że
+zdaniem jest jednogłośnem akcyonaryuszów naszego Towarzystwa, iż w całem
+mieście nie ma formalnie nikogo, kto by lepiej od pana prezesa czynność
+wzmiankowaną objąć zdołał.
+
+Dzierżymirski na to znowu pochlebstwo nowe w milczeniu nisko pochylił
+tylko głowę i powstał z siedzenia.
+
+Gość jednocześnie z krzesła zerwał się szybko.
+
+- Dziękuję i uciekam, panie prezesie, czas - to pieniądz, a przysłowie
+to nigdzie chyba lepiej, niż tutaj, zastosowanem być nie może.
+
+- Proszę wyrazić tymczasowo moje podziękowanie panom z Rady
+Zarządzającej,- odparł uprzejmie Dzierżymirski. - W sprawie tej zresztą
+wpadnę osobiście do biur Towarzystwa, przed mym wyjazdem.
+
+- Sługa pański!.. - rzucił jeszcze przybyły w ukłonie i w ślad za tem
+znikł za drzwiami. Dzierżymirski krokiem miarowym przechadzać się począł
+po pokoju.
+
+- Więc i ta akcyjna spółka węglowa - myślał - obracająca kapitałami,
+najpotężniejszymi może w kraju, ceniona, znana, wybrała go również! Więc
+i oni doń przyszli! Wpośród siebie nie znaleźli nikogo, godniejszego, by
+piastować urząd, tak pełen zaufania!.. - w umyśle Romana bezustannie nad
+innemi górowało wrażenie wizyty ostatniej.
+
+Duma wciąż rozsadzała mu piersi, uśmiech zadowolenia błąkał się po
+ustach; Roman, zamyślony, przebiegał ciągle swój gabinet wielkimi
+krokami.
+
+Nagle rozmyślanie to, tak wielce dlań miłe, przerwane zostało wejściem
+lokaja.
+
+- Jakaś nieznajoma pani w żałobie chce widzieć się z jaśnie panem -
+zaanonsował.
+
+- Jak się nazywa?
+
+- Oto bilet, jaśnie panie...
+
+Dzierżymirski wziął z rąk sługi kartkę brystolu i przeczytał
+wylitografowane na niej nazwisko; nic jednak nie powiedziało mu ono.
+
+- Proś! - rzekł krótko.
+
+Lokaj wyszedł, a Dzierżymirski zbliżył się z wolna do swego biurka i
+usiadł przed niem, spojrzawszy przy tem mimo woli na leżące tam
+porozrzucane papiery.
+
+- A... prawda!.. - mruknął półgłosem do siebie i sięgnął jednocześnie po
+papier listowy, oraz kopertę.
+
+Przed nim, jako wice - prezesem zakładów dobroczynnych, leżał list
+znanego w mieście i wpływowego księcia S., z prośbą o umieszczenie w
+jednym z przytułków jakiegoś schorzałego biedaka.
+
+Odpowiedzi przychylnej w tej sprawie - którą dnia poprzedniego sam już
+załatwił osobiście - nie dał jeszcze księciu; umoczywszy więc pióro,
+Roman począł pisać zamaszyście.
+
+W tej samej chwili do komnaty wsunęła się przysadzista, krępa postać
+czarno ubranej kobiety. Małymi kroczkami podeszła natychmiast do biurka
+i przemówiła głośno:
+
+- Przepraszam bardzo, że tak natarczywie...
+
+Dzierżymirski, niezadowolony nieco, że mu tak z nagła przerwano wątek
+listu, spojrzał niechętnie z pod oka na nowo przybyłą.
+
+Przed nim stała kobieta lat pięćdziesięciu może, o znękanych rysach,
+ubrana nieco z staroświecka, dość zresztą poza tem układnej
+powierzchowności.
+
+- Niech pani spocznie, proszę... za chwilę służę! - rzekł uprzejmie i
+począł pisać znowu.
+
+- Doprawdy nie rozumiem sama, jak ośmieliłam się przyjść tutaj, ale
+szlachetność, zacność szanownego prezesa... - usłyszał znowu Roman.
+
+Niecierpliwie tym razem wzniósł na przybyłą spojrzenie i przerwał jej
+grzecznie, lecz sucho:
+
+- Przepraszam. Jak widzi szanowna pani, chwilowo zajęty jestem... Wszak
+pani nie pilno?..
+
+- O, nie... przeciwnie... Tylko...
+
+Roman spuścił oczy i myślące czoło, oraz począł pisać dalej,
+najspokojniej w świecie. W pokoju zaległo milczenie, przerywane li tylko
+zgrzytem pióra po papierze.
+
+Gdy Dzierżymirski list skończył, podniósł machinalnie oczy na
+nieznajomą.
+
+Uśmiechnął się mimo woli; spotkał się bowiem z dziwnie zabawnym i
+uszczypliwym wyrazem jej twarzy, oraz wejrzeniem złem i jakby obrażonem,
+które pod niespodzianym wzrokiem jego złagodniało jednak natychmiast,
+przeistoczyło się w słodkie i potulne, jak u baranka.
+
+Zaadresowawszy list, Dzierżymirski zadzwonił na lokaja. Gdy ten się
+zjawił, polecił mu odesłać pismo natychmiast.
+
+- Czy jest kto? - zapytał.
+
+- Pan hrabia z Melsztyna... Czeka w salonie - brzmiała odpowiedź.
+
+- Powiedz, że przepraszam, i za chwilę go proszę! - rozkazał Roman, gdy
+zaś lokaj znikł za drzwiami, uprzejmie z kolei zwrócił się do
+nieznajomej.
+
+- Słucham panią... Czem służyć mogę?
+
+Przybyła poprawiła się na krześle, zrobiła minę słodszą jeszcze, i
+zmieszana nieco przemówiła:
+
+- Mój mąż, znając tak dobrze szanownego pana prezesa, tak często
+wspominał mi o jego szlachetności, zacności, dobrem sercu, że... - tu
+przerwała na chwilę, widząc zdumioną minę Dzierżymirskiego, poczem
+ciągnęła znów dalej, straciwszy widocznie wątek poprzednich myśli, bo
+nie dokończyła już poprzedniego zdania:
+
+- Mój mąż, Nepomucyn, zawsze mawiał mi takich ludzi potrzeba nam więcej,
+jak prezes Dzierżymirski; ludzi hartu, żelaznej woli, inteligencyi
+rzutkiej, prawości charakteru... O, mój mąż bardzo, bardzo cenił pana
+prezesa... - i zawikławszy się ponownie w wygłaszane przez się pochwały,
+nieznajoma zatrzymała się chwilę.
+
+Dzierżymirski, zniecierpliwiony nieco, skorzystał skwapliwie z przerwy.
+
+- Przepraszam panią - spytał grzecznie - jak godność i imię męża pani?
+Czy żyje?...
+
+- Nepomucyn Wygrzywalski - odparła zapytana - zmarł rok temu... Świeć,
+Panie, nad jego duszą! - westchnęła.
+
+Dzierżymirski zmarszczył brwi i zamyślił się chwilę.
+
+- Nie przypominam sobie, bym miał przyjemność znać osobę tego
+nazwiska... - wycedził z wolna.
+
+Z pod uśmiechniętych słodkawo i mile, siłą woli ułożonych rysów
+przybyłej, błysło ku Romanowi urażone i groźne spojrzenie.
+
+- Jak to ? - odezwała się obrażonym nieco i kwaskowatym jakby tonem. -
+Być nie może ?.. Pan prezes chyba przypomnieć sobie tylko nie raczy...
+
+- A jak dawno? - łagodniej nieco przemówił Dzierżymirski. - I ile razy -
+słowa ostatnie podkreślił, uśmiechnąwszy się ironicznie - widział mnie
+mąż pani?
+
+- O! kilka razy zaledwie miał sposobność... - pośpieszyła z odpowiedzią
+przybyła. - Dwa, trzy może... Ale widzenie się to było dlań przyjemnem
+nad wyraz - utkwiło mu w pamięci...
+
+- Ach, mąż mówił mi tyle razy - ciągnęła dalej słodkawo, z wymuszonym
+okolicznościowym uśmiechem, - że, naturalnie, poza zasługami
+społecznemi, tak przyjemnego, sympatycznego, miłego człowieka, jak pan,
+nie znał był dotąd, i dla tego też myślałam, że i pan prezes... - tu
+urwała swe przemówienie pani Wygrzywalska, śledząc na twarzy Romana
+wrażenie słów swoich.
+
+Ten jednakże, zrażony nieco rzucanemi mu w twarz ni przypiął, ni
+przyłatał, pochlebstwami już powtórnie, i całkiem notabene, niezręcznie,
+odrzekł zimno:
+
+- O, proszę pani... Ja widuję po trzydzieści, czterdzieści interesantów
+dziennie... Połowa z nich nieznaną mi bywa zazwyczaj - liczbie tych więc
+znajdował się zapewne mąż pani... Dlatego też nie przypominam go sobie.
+
+Jak pocisk zjadliwe tym razem i całkiem już obrażone uderzyło w lica
+Dzierżymirskiego spojrzenie pani Wygrzywalskiej.
+
+- Dziwi mnie to niewymownie, że tak uporczywie pan prezes przypomnieć
+sobie mego męża nie raczy... - odezwała się uszczypliwie, a w glosie jej
+czuć było śmiertelną obrazę.
+
+- Przecież ostatecznie - mówiła w tym samym tonie dalej - jak i mnie,
+tak i jego, tu w mieście znało dużo osób... Nie dalej, jak hrabiowie
+Olscy, zacności i poczciwości ludzie, z którymi mnie łączy nawet
+stosunek przyjaźni... Wyjechali za granicę wczoraj właśnie... Następnie
+również i nieodżałowanej pamięci książę Topór-Toporski Alfred tak łaskaw
+był za życia opiekować się nami... - kończyła przybyła z godnością.
+
+- Chce zaimponować mi znajomością z książętami, a to oryginał baba, -
+przemknęło przez myśl Dzierżymirskiemu i uśmiechnął się jednocześnie,
+zrobił bowiem i inną w tej chwili uwagę, a mianowicie, że jakoś za wiele
+było nieboszczyków w gronie ludzi, na których powoływała się siedząca
+przed nim jejmość.
+
+Chcąc przytem przeciąć zarazem zapowiadającą się prawdopodobnie znów na
+długo tyradę słów, pozbawionych, jak i poprzednie, ścisłej logiki, rzekł
+szybko:
+
+- Przepraszam bardzo: Nie mogła by mnie szanowna pani powiadomić jednak,
+czemu właściwie zawdzięczam jej wizytę?
+
+Na tak jasno postawione ultimatum zmieszała się przybyła i wyjąkała:
+
+- Nie wiem doprawdy, jak ja, wdowa nieszczęśliwa, zdobyłam się na taką
+śmiałość... Ale, przynaglona materyalnem położeniem bez wyjścia, ufając
+w przyjaźń, którą żywił mój mąż nieboszczyk do pana prezesa, chciałam
+prosić o drobną pożyczkę... - urwała na chwilę, poczem głosem śmiałym
+już teraz i godności pełnym, dodała:
+
+- Co do oddania - nie może być obawy żadnej, ponieważ ludzie mnie
+znają... A zresztą... - tu uśmiechnęła się z dumną - pochodzę sama z
+arystokracyi, więc...
+
+To "więc" było wypowiedziane takim tonem, iż rozwiewać się zdawało
+wszelkie co do zwrócenia kwoty wątpliwości; jejmość nie dokończyła
+zdania, a spojrzała tylko przenikliwie na słuchacza swego, jakby pragnąc
+odgadnąć, jakie wrażenie nań uczyniło powiedzenie jej ostatnie.
+
+Dzierżymirski zaś tymczasem, zdziwiony nieco tym epilogiem, uśmiechnął
+się pod wąsem nieznacznie.
+
+- Czy wolno wiedzieć - z której? - z kurtuazyą zapytał.
+
+- Rodzę się z domu kniaziówna Rąrowska - z godnością i namaszczeniem
+odparła dumnie wdowa.
+
+Dzierżymirski ponownie uśmiechnął się z ironią. Rodzina ta prawie, że
+już całkiem wygasła, aczkolwiek dawna bardzo, według heraldycznych i
+historycznych danych, nigdy nie miała praw do żadnych w ogóle tytułów,
+prócz kopertowych chyba.
+
+Słysząc zatem wypowiedziane tak czelne kłamstwo, Roman nie odpowiedział
+nic, a tylko wpatrzył się badawczo, z uwagą, w twarz siedzącej przed nim
+kobiety.
+
+Od początku już samego dziwiły go jej rozmowa i zachowanie całe, teraz
+więc, gdy wiedział cel wizyty, bystrym wzrokiem rozumnych oczu wpatrywał
+się wciąż w rysy przybyłej. Trwało tak minut parę.
+
+I pod spojrzeniem tem nagle spuściła wzrok kobieta...
+
+Po raz pierwszy od kwadransa spadła z twarzy jej obłudna, fałszywa i
+układna, a przyodziana li tylko w imię pozorów, maska. Zorane policzki
+wdowy okrasił lekki rumieniec, a pod wpływem jakiejś myśli zapewne,
+wyraz jej oblicza, prawdziwy i szczery, mignął na chwilę przed oczyma
+obserwującego mężczyzny.
+
+I to ocaliło nieboraczkę. Zniecierpliwiony bowiem dotąd obecnością jej
+Roman, i zdecydowany już prawie wyprosić za drzwi kniaziównę "de domo",
+zamyślił się nagle.
+
+Po chwili zaś, jakby wynik przelotnego egzaminu fizyonomii przybyłej,
+był dlań wystarczającym zupełnie, spuścił wzrok.
+
+I snać wiele niekłamanego, a tajonego bólu, oraz nieszczęścia
+prawdziwego może wyczytał był na tej twarzy gościa swego; bo po minutach
+jeszcze paru zastanowienia i wahania, milcząc, sięgnął rękę klamki
+drzwiczek wbitej w ścianie ogniotrwałej kasy, i - wyjąwszy stamtąd
+papierek dziesięciorublowy, położył go na stole.
+
+Posunąwszy zaś banknot ten z lekka ku siedzącej, rzekł tylko:
+
+- Służę pani!
+
+Poczem, gdy pieniądz ów schowała, obsypując ofiarodawcę swego potokiem
+słodko przyprawionych komunałów, zadzwonił na lokaja:
+
+Posłuszny, zjawił się sługa za chwilę.
+
+- Proś pana hrabiego! - rozkazał Dzierżymirski.
+
+- Już wyszedł. Mówił, że wpadnie kiedy indziej, bo czekać więcej nie
+miał czasu... Kazał przeprosić jaśnie pana, bardzo i zostawił tu bilet
+swój, na którym coś napisał, - i przy tych słowach lokaj podał bilet.
+
+Roman rzucił nań okiem...
+
+Pani Wygrzywalska jednak przerwała mu czytanie. Do swej roli wracała
+powtórnie.
+
+- Przepraszam bardzo szanownego pana prezesa - poczęła mówić swym
+poprzednim tonikiem - ale wiedzieć chciałam właśnie, jak adresować mam
+przy zwrocie tej kwoty, tak wspaniałomyślnie, szlachetnie, mi
+udzielonej... Pan prezes podobno na długo wyjeżdża?..
+
+Roman na te słowa uśmiechnął się złośliwie i odparł:
+
+- O, łaskawa pani ! Adresem zupełnie dostatecznym będą dwa słowa : "R.
+Dzierżymirski." Żegnam panią... - tu powstał z siedzenia i skłonił się z
+daleka.
+
+Pożegnany z kolei ukłonem sztywnym nieco odchodzącej
+"pseudo-arystokratki", Dzierżymirski zwrócił się do lokaja:
+
+- Jest kto? - zapytał.
+
+- Jakiś pan powiada, że jaśnie pana zna dawno, chce się widzieć
+koniecznie.
+
+- Jak wygląda?
+
+- Taki sobie... nie bardzo pokaźny...
+
+Codziennie, od dziewiątej do dwunastej z rana, każdy miał wstęp wolny do
+"pana prezesa". Dzierżymirski nie odstępował nigdy od powziętej raz
+reguły, tym razem więc zarówno rzucił obojętnie:
+
+- Proś!..
+
+Sam zaś do biurka zasiadł, by skończyć czytanie biletu hrabiego z
+Melsztyna.
+
+Minęło parę minut.
+
+Zaczytany, nie spostrzegł był Roman, że na środku pokoju od pewnego już
+czasu stał młody człowiek, lat około trzydziestu pięciu, i patrzył nań
+uporczywie.
+
+Pod siłą tego wzroku podniósł oczy Dzierżymirski, a ujrzawszy przybysza
+zbladł; poznał go bowiem od razu, nie dał jednak poznać tego po sobie,
+nie podniósł się z miejsca nawet, a tylko ruchem ręki obojętnym wskazał
+krzesło.
+
+- Proszę pana... Przepraszam... za chwilę... Nieznajomy zarumienił się,
+nie rzekłszy nic jednak, usiadł pokornie na koniuszczku stołka,
+Dzierżymirski zaś sięgnął po jakieś księgi, leżące - opodal i zagłębił
+się w nich, ze skupieniem.
+
+Ale tylko na pozór... W rzeczywistości zaś potrzebował czasu, by
+ochłonąć z doznanego przed chwilą wrażenia.
+
+Przed nim znajdował się towarzysz, niewidziany już od lat siedmiu -
+jeden z dwóch pierwszych ludzi, z którymi się był zbratał, przyjechawszy
+niegdyś do kraju sam, nieznany i biedny!..
+
+I nagle, wywołane przypomnieniem, stanęły mu w myśli jasno te chwile
+dawne !.. Ukazała mu się żywo w wyobraźni straszna noc moralnego
+przełomu jego życia, noc udręczeń w izdebce na poddaszu - noc walki z
+uczciwością z jednej strony, a nędzą, ułudą miłości, pragnieniem życia -
+z drugiej!...
+
+Wszak siedzący oto teraz przed nim młody człowiek był jednym z tych
+dwóch właśnie, którzy, gdy on nurzał ręce w kuszącem go swą potęgą
+złocie, stukaniem nagłem we drzwi izdebki wstrząsnęli nim tak silnie...
+
+I Roman, przebiegając spojrzeniem w duchu to wszystko, mówił do siebie
+jednocześnie:
+
+- Dziwnem jednak jest to życie nasze... O, jakże dziwnem !.. Gdyby nie
+to złoto, a później Monte Carlo, Ola i śmierć jej ojca, oraz dziedzictwo
+po nim, nie byłbym przecie nigdy tem, czem dziś jestem!..
+
+Przepastna ironia - koło bez wyjścia!..
+
+Dzierżymirski, pochylony nad grubą księgą, której cyfr i kolumn ich nie
+widział zgoła - pogrążonym się ciągle być zdawał całkowicie, w rachunku
+i pracy.
+
+Milczenie zupełne - panowało w pokoju, w ciszy zegar wydzwonił niebawem
+godzinę wpół do dwunastej. Roman się ocknął; zostawało mu już tylko pół
+godziny czasu. Uczynił nad sobą wysiłek i głosem spokojnym zupełnie
+przemówił obojętnie:
+
+- Z kim mam przyjemność i czem służyć mogę?..
+
+- Herman Zieliński. Czy pan.. prezes naprawdę mnie sobie nie przypomina?
+- odparł młody człowiek dobitnie.
+
+Dzierżymirski zawahał się chwilę.
+
+- Zielińskich znam wielu - rzekł z wolna - nazwisko pańskie ma
+przedstawicieli tak licznych... Zresztą... może... Przykro mi bardzo,
+lecz doprawdy nie przypominam sobie...
+
+- Ja za to - odpowiedział młodzieniec, akcentując silnie słowa -
+przypominam sobie aż nadto dobrze... Poznaliśmy się przed laty siedmiu;
+ja, pan i Jasio Zboiński stanowiliśmy przez czas jakiś nierozerwalną
+nawet trójkę. Potem... pan przestałeś stopniowo nas poznawać... Kolej to
+zwykła rzeczy świata tego, prawo ludzkie - być może... Pan wznosiłeś się
+po drabinie społecznej wysoko, my ginęliśmy w cieniu... Pan dosięgłeś
+jej szczytów obecnie, my, to jest ja, zostałem u jej podnóża...
+
+Zatrzymał się w przemówieniu swem młody człowiek, po chwili zaś dodał; z
+goryczą:
+
+- Jednak... myślałem, że pan... prezes, pomimo to, raczy mnie sobie
+przypomnieć. Cóż robić - omyliłem się!.. - młodzieniec powstał, gotów do
+wyjścia.
+
+- Ale cóż znowu !.. - wykrzyknął słuchający go dotąd w milczeniu
+wahającem się Dzierżymirski, a zarazem, powstawszy śpiesznie z miejsca,
+przyjaźnie wyciągnął rękę ku przybyłemu.
+
+- Witam i przepraszam... Pamiętam te czasy doskonale, tylko pan
+zmieniłeś się do niepoznania. Cóż Zboiński, cóż pan - porabiacie
+teraz?.. Niechże pan spocznie, proszę bardzo... - dorzucił Roman
+łaskawie i swobodnie, teraz bowiem panował już całkiem nad sobą.
+
+Zieliński, poznany, usiadł i ośmielony odparł:
+
+- Cieszy mnie niewymownie, że pan przypominasz sobie lata owe.. Dla
+mnie, wyznać muszę, okres ten cały życia mego stanowi przyjemne nader
+wspomnienie - urwał, i uśmiechnąwszy się ironicznie, zachowując jeszcze
+swój ton sprzed chwili, dorzucił dobitnie:
+
+- Ba, dawniej przecie my ze Zboińskim, we trójkę, mówiliśmy sobie "ty"
+nawet!
+
+- Cóż pana obecnie do mnie sprowadza? - przerwał Dzierżymirski
+pośpiesznie, niechcący jakby, puszczając mimo uszu ostatnią uwagę.
+
+- Rad jestem niezmiernie z widzenia się naszego, z przyjemnością usłużę,
+jeśli będę mógł to uczynić...- dodał jeszcze, jak mógł najprzychylniej.
+
+Choć zmrożony nieco początkiem zdania, Zieliński spojrzał przyjaźnie na
+Romana, poczem odezwał się:
+
+- Dziękuję, i zobowiązany jestem panu bardzo, bardzo, panie...
+prezesie!., - uśmiechnął się znowu,
+z goryczą - początkowo jednak winienem w krótkich słowach objaśnić go
+nieco o położeniu mem obecnem.
+
+- Słucham - przerwał szybko Dzierżymirski i spojrzał na wiszący mały
+zegarek, wskazujący w tej chwili trzy kwadranse na dwunastą.
+
+Zieliński dostrzegł ruch jego.
+
+- O! to niedługo potrwa! - pośpieszył z zapewnieniem.
+
+- Nic nie szkodzi, proszę bardzo... - odparł Roman. - O pierwszej mam
+ważną sesyę, a że wyjeżdżam już za dni parę, obecność moja jest tam bez
+opóźnienia konieczną. Ale... słucham pana... - powtórzył znowu
+uprzejmie.
+
+- Otóż więc, streszczam - rzekł Zieliński.
+
+- Życie moje odmiennem potoczyło się korytem od życia pańskiego, a nawet
+Zboińskiego Jana. Pan - nie ma co mówić o tem ; całe miasto godzi się
+jednogłośnie, że o zdolniejszego i bardziej wpływowego zarazem człowieka
+u nas trudno... Zboiński jest lekarzem na prowincyi i wiedzie mu się
+niezgorzej, a ja... - tu Zieliński zatrzymał się chwilę - zostałem za
+wami, panowie, w tyle, o, bardzo w tyle nawet!... Dlaczego? któż
+odgadnie ?.. Zdawałoby się, że los nie poskąpił mi zdolności; szkoły
+ukończyłem, z medalem, prawo, z odznaczeniem, ale, niestety, los nie
+obdarzył mnie szczęściem do życia! - Młody człowiek znowu, wzruszony
+jakby mimowolnie, mówić przestał.
+
+- Trzy lata temu - ciągnął dalej niebawem - ożeniłem się z miłości, bez
+grosza... - rysy, dość regularne Zielińskiego ożywiły się promieniem
+wewnętrznym - kochałem ją, tę moją Maniutę, tak, jak kocham ją do dziś
+dnia jeszcze, choć jak nie miała, tak i nie ma ani szeląga posagu!..
+Obecnie mam troje drobiazgu... - tu z kolei twarz gościa Romana zasępiła
+się smutnie, zatrzymał się, jakby trudno mu było wykrztusić resztę,
+czoło zaś białe pociemniało mu od rumieńca - jednem słowem - dokończył -
+w domu u mnie - nędza!..
+
+Umilkł, nie podnosząc oczu. Po dłuższej chwili, ciągnął:
+
+- Pomny naszej dawnej znajomości, przyszedłem tu, do pana prezesa, z
+pokorną prośbą o posadę, o pracę, choć byle jaką, ale - płatną, o
+zarobek, bo jałmużny nie zwykłem przyjmować!.. Byle z głodu nie
+umrzeć... byle osłodzić życie tej kobiecie, która mnie kocha, a której
+doli dotąd w żadny sposób ulżyć nie mogę!.. - wyrzucił z siebie z mocą.
+
+Zamilkł i wstydząc się jakby słów własnych, nie podnosił już wcale oczu
+na Romana.
+
+Dzierżymirski zaś z kolei przez czas ten cały śledził słowa i grę
+fizyonomii Zielińskiego, a w myślach jego równocześnie stanął wyraźnie
+kontrast rażący, pełny ironii, między życiem jego, a życiem tego oto
+Hermana, znanego mu dobrze, jako najzdolniejszego studenta uniwersytetu
+- z przed laty... Stanowczo nie popłaca być idealistą!
+
+Ożenił się bez majątku... No, a gdyby tak on, Roman Dzierżymirski,
+zgrzeszył był idealizmem, i biedak, ale nieposzlakowany, uczciwy, pozbył
+się przed laty nietkniętych banknotów i ożenił się następnie z jaką
+dziewczyną zupełnie biedną ?..
+
+- No, w każdym bądź razie, jakoś dałbym tam sobie radę! - odpowiedziało
+coś butnie w duchu Roman natychmiast. - Posiadam hart, wolę, rozum,
+rzutkość, dar oryentowania się trafnego, i spryt - to wiele; a on?
+Szlachetny, zdolny, lecz jednak trochę... głupi!
+
+- Ale czysty ! - ukłuło coś, jakby żądłem Romana. Spuścił głowę i
+słuchając dalej losów kolegi Zielińskiego, mówił sobie zarazem:
+
+- Jednak pomóc trzeba... należy. Dla wspomnień, no, i dla zasady.
+
+Gdy zaś dawny towarzysz mówić już przestał, odezwał się z kolei:
+ - Więc życzyłby pan sobie otrzymać zapewne miejsce na kolei, gdzie
+ jestem prezesem... Niestety, nie mogę, postanowiłem bowiem podczas
+ całego trwania tam moich rządów, od siebie nie narzucać nikogo... Ale
+ mógłbym pomieścić pana gdzie indziej. W Banku Handlowo-Przemysłowym, na
+ przykład, należę do zarządu... Czy znane są panu: rachunkowość
+ kupiecka, buchalterya i języki obce biegle, jak francuski, niemiecki, a
+ może i angielski`?..
+
+- Niestety, nie! - odparł Zieliński. - Fachowego wykształcenia nie
+posiadam, gimnazya klasyczne zaś i wydział prawny uniwersytetu nie
+wyszkoliły mnie dostatecznie w żadnym z nowożytnych języków
+europejskich... Co innego grecki i łacina... Co się zaś tyczy
+rachunkowości, poza arytmetyką i matematyką wyższą, t. j. algebrą,
+geometryą, trygonometryą, inną służyć nie mogę...
+
+I machnąwszy przy tych słowach ręką, w zniechęceniu, młodzieniec,
+westchnąwszy smutnie, dodał.
+
+- Zresztą, panie prezesie, mówiąc szczerze całkiem, przekonywam się
+teraz coraz bardziej, iż szkoły nie dały mi zgoła żadnej nauki życiowej
+i praktycznej.
+
+- Ma pan słuszność, zapewne... - potwierdził Roman. - Niedaleko,
+szczególniej przy obecnej nadprodukcyi w naszem mieście ludzi fachowych,
+zajechałbyś pan ze swym dyplomem, ale nie martw się pan... Spotkałeś
+mnie na swej drodze. Ja zaproteguję pana po pierwsze w imię lat dawnych,
+po drugie, że należysz pan, jak widzę, do prawdziwie potrzebujących
+pracy! - ostatnie słowa silniej zaakcentował Dzierżymirski. - Czy ładny
+i czytelny masz pan charakter pisma?
+
+- Owszem, staranny i czytelny w zupełności! - pośpieszył z odpowiedzią
+Herman.
+
+- No, to dobrze - odparł Roman, i przy tych słowach sięgnął do stojącego
+na biurku pudełeczka po bilet wizytowy. - Napiszę słówko do Dyrekcyi
+Towarzystwa Ogniowego "Esperanza"... Z dyrektorem jestem w ścisłych
+bardzo stosunkach, w tych dniach oprócz tego sam z nim pomówię - odmówić
+mi nie może... Od pierwszego przyszłego miesiąca dadzą panu posadę.
+Przypuszczam, iż... na początek z jakieś 500 rubli... Będziesz pan
+obrachowywał, sprawdzał, a potem przepisywał zapewne ubezpieczeniowe
+polisy... Jak się pan zaś wprawisz w owem przepisywaniu, wyrobię, iż
+dadzą panu polisy do kopjowania w domu, w ten sposób zarobisz pan
+więcej. Zgoda?...
+
+- Ależ naturalnie - dziękuję stokrotnie, dziękuję po tysiąc razy!
+Wdzięczność moja, panie prezesie, nie ma granic!... - i zerwawszy się z
+krzesła, Zieliński, wzruszony i uradowany, uścisnął z przejęciem dłoń
+Romana.
+
+Ten ostatni, napisawszy słów kilka, zapieczętował list i powstał, a
+podając go młodemu człowiekowi, rzekł:
+
+- Życzę szczęścia i powodzenia!.. Bardzo kontent również jestem, że pan
+zwróciłeś się bezpośrednio do mnie, i że znajomość naszą odnowiliśmy
+znowu... Doktorowi Zboińskiemu moje ukłony, gdy go pan zobaczysz!..
+
+I Roman Zielińskiemu podał rękę.
+
+- Dziękuję... Nie zapomnę tego panu nigdy!.. - z serdecznem ciepłem w
+głosie odparł młodzieniec, ściskając dłoń dawnego swego towarzysza.
+
+Dzierżymirski odprowadził go uprzejmie do drzwi, a gdy z Zielińskim
+znikło mu z przed oczu przeszłości widmo, odetchnął swobodniej, i
+zadzwonił na, lokaja.
+
+Ten zjawił się natychmiast, niosąc w ręku tacę z kilkoma biletami.
+
+- Czekają jeszcze? - zapytał Roman, i spojrzał pobieżnie na bilety, a
+równocześnie wyjął z kieszeni zegarek, wskazujący już parę minut po
+dwunastej.
+
+- Przeproś tych panów i powiedz, że dziś za późno!.. - rzucił
+czekającemu słudze.
+
+Lokaj wyszedł, a Dzierżymirski przechadzać się począł z wolna po pokoju
+i cygaro zapalił, wypuszczając od niechcenia z ust małe kółeczka dymu.
+
+Cały był jeszcze pod wrażeniem ostatniej wizyty, oraz tej odżyłej z nią
+tak nagle świeżo minionej przeszłości.
+
+I Dzierżymirskiemu czoło poorało się w drobne bruzdy, zamyślony wciąż
+tak samo, nerwowym krokiem przebiegał komnatę.
+
+Od lat kilku, gdy ożenił się był z Olą, nie zmienił się Roman prawie że
+wcale. Ta sama inteligentna i piękna twarz południowca, taż sama
+młodzieńcza szybkość ruchów, oraz niezmienna wytworność sylwetki całej -
+cechowały go obecnie tak, jak i przed paru laty.
+
+A ileż, ileż zdarzeń przewinęło się dotąd w życiu jego!
+
+Po odbyciu żałoby na wsi, w Gowartowie, przyjechał z Olą do miasta. Tu,
+dzięki dziedzictwu pana Januarego, położeniu towarzyskiemu żony i,
+odnowionym własnym stosunkom, zdobył Roman to, co do dziś dnia posiadał.
+
+Energiczny, rzutki, giętki, sprytny i pełen ambicyi zaszedł wysoko. Ola
+kochała go dotąd niezmiennie, ludzie korzyli się przed jego rozumem,
+stosunkami, wpływami, a jednak nie był on zgoła szczęśliwym!..
+
+I teraz po twarzy jego odgadnąć to również łatwe było. Cierpiał...
+
+Rozpamiętując w myślach przeszłość własną, zapomniał widać zupełnie o
+teraźniejszości. Niby wczorajsze świeże, we wspomnieniach żyły znów te
+lata minione, dawne... Jak fata morgana ułudna mamiły wzrok duszy jego
+niedościgłą, bo bezpowrotną już dalą, rozpierzchały się, nieuchwytne, to
+znów wracały jawne - żywe!
+
+Widział się więc Roman w poślubnym roku miłości wzajemnej, haszyszów i
+upojeń, z dysonansem śmierci teścia swego na końcu i widział siebie
+potem lata całe w ciągłych zabiegach, trudach, w prawdziwej, namiętnej
+energii czynu, w bezustannej gonitwie za popularnością, wielkością i
+znaczeniem.
+
+Wznieść się!.. wznieść ponad drugich, ponad tłumy - to stało się życia
+jego celem!.. Widzieć kornemi te ludzkie masy u stóp swoich - marzeniem
+- pomimo samopoznania w głębi duszy, że na to wszystko nie zasługuje się
+zgoła, pomimo gryzącej go, jak jad, toczącej go, jak robak, samowiedzy,
+że on moralnie nie godzien może żadnego z tych, którzy go ponad siebie
+wynoszą!..
+
+Bo rzecz zaiste dziwna... Setki zdarzeń, tysiące ludzi przemknęły, jak w
+kalejdoskopie, w życiu Romana, a tajemnica jego odległego "wczoraj",
+pozostała nadal - tajemnicą... Nikt jej nie odkrył, nikt nie
+przypomniał. O właścicielu dwudziestu siedmiu tysięcy głucho i cicho
+było, jakby fakt ten cały był li tylko snem strasznym, zaklętą bajką z
+tysiąca i jednej nocy!
+
+A tymczasem życie, tocząc się wartkiem kołem, pochłaniało sobą Romana,
+pochłaniało go tak dalece, że bywały chwile, iż zapominał. Ale,
+niestety, były to tylko... chwile.
+
+Sumienie uparcie czuwało bezustannie. Nie było dnia jednego, by
+Dzierżymirski w cichości ducha nie uchylił głowy przed przypomnieniem
+strasznem; nie mijał miesiąc, by godzin kilka, z dala od ludzi, nie był
+zmuszonym przepędzić sam na sam ze sobą i z wyrzutami sumienia.
+
+O! jakże pragnął on nieraz oddać to złoto cudze, jak pragnął!..
+
+Oddać! Ale komu?.. Zwrócić, ale jak, nawet gdyby się i znałazł
+właściciel zagadkowy, by nie splamić nieskazitelnego połysku czci
+własnej, honoru i opinii człowieka, przodującego społeczeństwu całemu?..
+
+W tym samym, ozdobionym granacikową koroną hrabiowską, pugilaresie,
+leżały odłożone przezeń na miejsce, owe dwadzieścia siedem tysięcy, w
+banknotach i rulonach złota, schowane w tajemnej i nikomu nie znanej
+skrytce. Przeznaczone dla zagadkowego właściciela - czekały one nań tam
+daremnie.
+
+Bo gdybyż przynajmniej, choć promykiem małym, rozdarła się ta tajemnicza
+ciemność, kryjąca dotąd w swych czeluściach bezustannej zagadki prawnego
+pieniędzy tych pana!
+
+Och, wtedy, będąc choć trochę przygotowanym, niewątpliwie dałby on jakoś
+sobie radę! Wolałby bowiem zobaczyć nawet roztwierającą się przed nim
+przepaść bez wyjścia, gdyż ufny w swój rozum, znalazłby je na pewno, niż
+widzieć ciągle przed sobą ten pełny milczenia sfinksowy spokój, idącego
+przed nim ciemnego, nieodwołalnego jutra!.. Przestraszał go on -
+przejmował zgrozą...
+
+Bo Dzierżymirski poza licznemi zajęciami swemi społecznej natury, czynił
+dotąd niemal bez skutku wszystko, aby zrzucić z siebie, już raz na
+dobre, gniotący go skrycie ciężar wspomnienia!..
+
+Podawał więc kilkakrotnie nad wyraz przebiegle i sprytnie ogłoszenia w
+pismach, nie tylko w kraju, ale i za granicą, w nadziei, iż wpadnie na
+trop właściwy.
+
+Sam pozatem odbył kilka tajnych wycieczek do ludzi, o których wiedział,
+że zgubili niegdyś, bez znalezienia, sumy większe...
+
+Zbadawszy ich jednak podstępnie, z ostrożna, wracał zawsze z niczem.
+Zagadka trwała.
+
+Teraz wreszcie również, nie dalej, jak za dni już kilka, postanowił
+Roman raz jeszcze uczynić próbę w tym względzie i wyjazd za granicę,
+zapowiedziany przezeń, dla wypoczynku, "de facto" był związanym ściśle z
+tą tylko samą, wiecznie jedną, sprawą.
+
+Przechadzający się wciąż szybko po gabinecie Dzierżymirski, w chaosie
+jątrzących go myśli i wspomnień, schwycił się nagle za głowę i szepnął
+do siebie przejmująco:
+
+- Och, czemuż, czemuż, na Boga, natura obdarzyła mnie sumieniem tak
+czujnem, wrażliwem, czemu?.. Byłbym położenie moje brał filozoficzniej,
+prościej... Wszak z pieniędzy znalezionych w rzeczy samej korzystałem
+tak mało! Przegrałem je przecie wszystkie w Monaco, do ostatniego
+grosza, a wygrałem z pieniędzy zupełnie innych! - sofizmat, niezmiennie
+ten sam, powracał w umyśle Romana.
+
+O ile jednak dawniej pocieszał on go chwilami, teraz, dziś - nie działał
+już bynajmniej.
+
+Dojrzalszy obecnie, w niejednem jeszcze przekształcony życia szkołą,
+patrzący z odległości lat kilku zimniej daleko na uczynek swój własny
+"przywłaszczenia", Dzierżymirski, nie wyzbywszy się dotąd wcale
+wszczepionych silnie w dzieciństwie zasad uczciwości, nieprzejednanej,
+prawej, czystej, - rozumiał, iż, pomimo pochłonięcia cudzego złota przez
+jaskinię gry i dotychczasowej bezkarności - zbłądził, i że wina jego
+zgoła nie była mniejszą. Czuł, że życie moralne wykoleiło go
+niemiłosiernie, i cierpiał...
+
+Roman przetarł ręką rozpaloną głowę; atak apatyi nerwowej pesymizmu,
+żalu i goryczy, szeroką falą napływał znowu do duszy jego.
+
+W tej samej chwili na ściennym zegarze wybiło wpół do pierwszej. Roman
+się wstrząsnął.
+
+Sesya, obowiązki, przodownictwo społeczne - trzeba być silnym!..
+Odpocznie później, gdy wyjedzie - za dni parę, teraz odwagi!..
+spokoju!..
+
+I uczyniwszy nad nerwami swymi i myślą wysiłek, Dzierżymirski
+wyprostował się. Rzuciwszy opodal do połowy spopielałe, cygaro, począł
+porządkować śpiesznie porozrzucane na biurku papiery.
+
+W tej samej chwili do drzwi zapukano trzykrotnie. Roman drgnął i
+odwrócił się. Poznał sposób stukania żony, co dzień bowiem, o tej porze,
+Ola zwykła była odwiedzać go po pracy.
+
+- Entrez!.. - rzucił donośnie i czoło jego wypogodziło się natychmiast.
+
+Ma ją przecież, najdroższą żonę, podporę-kochankę i przyjaciela ! Wszak
+wzajemnie nie posiadają przed sobą żadnych tajemnic, prócz jednej -
+jedynej!
+
+Przez próg komnaty do gabinetu wchodziła już Ola, ubrana do wyjścia, w
+kapeluszu i sukni, skrojonej elegancko i szeleszczącej jedwabiami
+spódnic.
+
+I ona od lat tych pięciu nie zmieniła się prawie. Wypiękniała tylko
+jeszcze bardziej, bujniejszemi stały się kształty i linie jej ciała,
+ponętniejszemi, w całym swym czerwcowym rozkwicie, lat już niespełna
+trzydziestu.
+
+Z uśmiechem, przywitali się małżonkowie; Roman ucałował żonę w czoło i
+zapytał:
+
+- Dokądże to tak moja pani?
+
+- Na ogólne zebranie pań Opieki Ś-go Franciszka z Assyżu; a ty
+wychodzisz także?..
+
+- A jakże. Na sesyę Związku Kredytowego.
+
+- Na którą godzinę?
+
+- O pierwszej się rozpoczyna...
+
+- Pysznie!.. - zawołała uradowana Ola.- Kazałam właśnie do powozu
+zaprządz, podwiozę cię... A śniadanie drugie już jadłeś?
+
+- Nie, kochanie, czasu mi nie starczyło. Przekąszę coś nie coś na
+mieście...
+
+- Mój ty biedaku !.. - i pogłaskawszy pieszczotliwie męża po twarzy,
+uściskała go Ola serdecznie, - taki zajęty zawsze, że nawet prawie nie
+można nigdy pomówić z tobą swobodnie...
+
+- A czyja wina? - przekomarzał się wesoło Dzierżymirski.- Gdy ja do domu
+wpadnę, nigdy pani mej nie ma... To zebranie Ś-go Antoniego, Kalsantego,
+Ambrożego, - wszystkich świętych jednem słowem... To znów z kolei
+opatrywaniu chorych, wenta na przytułki, obrady na zabawy filantropijne,
+rozdawnictwa, gwiazdki dla dzieci, rozbieranie ich, ubieranie... Czy ja
+w końcu wiem i pamiętam, wszystkie owe tam wasze damskie pseudo-prace?..
+
+- No, no... Bardzo proszę, nie wyśmiewać mi się z nas... Niby to wy,
+panowie, robicie co na owych sesyach. A jakże! Rozmawiacie zgoła o czem
+innem, papierosy palicie, kłócicie się i rozchodzicie. Ho-ho, już ja
+wiem dobrze, co mówię!..- odparła z przekonaniem obrażona niby Ola.
+
+I w ten sam sposób dłużej jeszcze przekomarzaliby się żartobliwie
+małżonkowie, gdyby nie wejście lokaja, który zaanonsował:
+
+- Proszę jaśnie państwa, powóz już czeka...
+
+- Aaa... to dobrze! - rzekł Roman żwawo, daleki już myślą od dręczących
+go do niedawna wspomnień.
+
+- Nie przebierzesz się Romciu? - zapytała Ola.
+
+- Ani myślę, nie mam czasu! Patrz, dochodzi już pierwsza... Cóż to, moje
+życie, uważasz może, że nie po dżentlemeńsku wyglądam?... - zapytał
+lekko.
+
+- Ale gdzież tam... Cóż znowu?.. Tego myśleć się nie ośmielam -
+roześmiała się Ola. - tylko tak trochę... nie świeżo... Czekaj,
+przeczeszę cię, poprawimy krawat i oczyszczę...
+
+Dzierżymirski poddał się pokornie wymaganiom estetycznym żony.
+
+- No, fertig! Wyglądasz znośnie!.. - zadecydowała Ola po chwili.
+
+- Phi... tylko? To niezbyt pocieszające, - odparł, śmiejąc się, Roman -
+i wyszedł z Olą do przedpokoju.
+
+W bramie domu czekał już powóz odkryty; Dzierżymirscy wsiedli doń
+pośpiesznie, lokaj wskoczył na kozły i ruszyli. Znany w całem mieście
+pojazd "prezesowstwa", zaprzężony w dwa rosłe mieszańce, krwi
+anglo-arabskiej, wytoczył się na ulicę i pomknął chyżo.
+
+Co chwila z pośród idącej po szerokich chodnikach publiczności, lub z
+wymijanych powozów, kłaniał się ktoś uprzejmie Dzierżymirskim, a oni,
+uśmiechnięci, weseli, tak samo grzecznie oddawali wszystkim ukłony. Po
+dłuższej chwili milczenia, odezwał się Roman:
+
+- Ale, a propos, musisz się tem zająć, Oluniu, bo ja, doprawdy, czasu
+nie mam. Dziś, lub najdalej jutro, wysyłamy zaproszenia do wszystkich
+naszych znajomych... W sobotę damy raut pożegnalny... J'espere, że nic
+nie masz przeciwko temu, moje życie ?..
+
+- Ależ, naturalnie!.. - pośpieszyła z zapewnieniem Ola, - lecz musimy
+przecież złożyć wizyty...
+
+- Nie ja, nie ja, cherie!.. To ty za mnie nieodzownie zrobić musisz,
+kochanie... Kto nie przyjdzie - pal go licho!.. A zresztą, pas de
+crainte, stawią się wszyscy...
+
+- Dlaczego nie chcesz jechać ze mną?
+
+- Nie nie chcę, lecz nie mogę. Mam przed wyjazdem jeszcze zajęcia huk!
+Nie możesz mieć nawet wyobrażenia, moja droga, co to znaczy wyrwać się
+na miesięcy kilka, jak tego pragnę, z tego kołamych rozlicznych
+obowiązków - c'est un vrai tour de force!.. - Dzierżymirski zamilkł na
+chwilę, poczem kończył:
+
+- Bo pomyśl tylko... Tu znaleźć na czas ten cały zastępcę, tam znów
+wycofać się zręcznie, by nie obrazić nikogo i załatwić wszystkie
+czynności już z góry... Więc chyba rozumiesz teraz, iż w wizyty światowe
+bawić się nie mogę, najwyżej do kilkunastu wybitniejszych osobistości, i
+koniec.
+
+- Ależ dobrze, już dobrze, nie tłumacz się, nie broń - zrobię wszystko,
+mój władco i panie! - z uśmiechem, pocieszyła go Ola. - Pytałam się tak
+tylko... Czy wracasz dziś na obiad ?..
+
+- Pas possible! - odparł Dzierżymirski stanowczo. - Akurat o szóstej
+zebranie nadzwyczajne akcyonaryuszów i komitetu nowego przedsiębiorstwa,
+wiesz, Komercyjno -Agronomiczny Związek krajowy... Zjem na mieście.
+
+- A wieczorem? - pytała dalej Ola.
+
+- Muszę być koniecznie u księcia Artura, w sprawie budowy nowego
+kościoła Św. Jana Chrzciciela; zebranie prywatne w jego mieszkaniu -
+obiecałem.
+
+- Niemożliwym jesteś człowiekiem !.. - roześmiała się Ola, - ja już o
+czwartej wracam do domu.
+
+Umilkli. Wkoło nich śmiało się w słońcu miasto; wiosna czarodziejka
+nawet tu, w ciasne ogrodu mury, swój powiew balsamiczny tchnąć potrafiła
+- oddychało się swobodniej, szerzej, świeżość majowa pieściła twarze
+śpieszących zewsząd tłumów, śmiejących się i wesołych.
+
+- Stań! - rzucił nagle i rozkaz Dzierżymirski, dotykając z lekka laską
+liberyjnych pleców stangreta. Dojeżdżali do wspaniałego gmachu Związku
+Kredytowego.
+
+Powóz zatrzymał się posłusznie.
+
+- A ce soir! - rzekł Roman, i lekkiem uściśnieniem ręki pożegnawszy
+żonę, wyskoczył z ekwipażu. Po kamiennych stopniach krużganka skierował
+się ku olbrzymim kutym drzwiom, które, w powitalnym, niskim ukłonie,
+otwierał już usłużnie szwajcar miejscowy.
+
+Na progu gmachu Dzierżymirski obejrzał się i spotkał ze wzrokiem Oli.
+Spojrzeniami wzajemnie pożegnali się jeszcze pieszczotliwie, poczem Ola
+odwróciła się pierwsza, Roman zaś, ścigając ją oczyma, zatrzymał się i
+uśmiechnął...
+
+W oddalającym się powozie, młoda kobieta po chwili, instynktownie jakby,
+raz drugi spojrzała za siebie. Dzierżymirski jednocześnie skinął głową i
+znikł za drzwiami, Ola zaś odwróciła się i niedbale rozpięła białą,
+koronkami obszytą, parasolkę. Promienie i blaski majowe zalśniły się
+jeszcze na jej postaci chwilę, i powóz znikł, pochłonięty wielkomiejskim
+wirem.
+
+------------
+
+
+Kaskadą świateł i blasków płoną rzęsiście apartamenty Romanowstwa
+Dzierżymirskich...
+
+Z pół otwartych lilii z kryształu, zdobiących gazowe po bocznych
+ścianach kinkiety, z żyrandoli i lamp - tu jaskrawo, tam znów łagodniej,
+drżą w dusznej atmosferze salonów pęki promieni, spadają deszczem na
+tłum wesoły, elegancki i strojny, grają, załamując się w klejnotach
+kobiet - pieszczą ich nagie gorsy i ramiona, głaszczą je swym
+niewidzialnym dotykiem.
+
+Gwar stłumiony prowadzonych z ożywieniem rozmów, oraz tłok i ciasnota
+panuje w kilku obszerych salonach; część tylko gości siedzi, większość,
+wahadłowym ruchem płynącej fali, przechadza się bezustannie, a raczej
+dyskretnie przeciska.
+
+Nie omylił się bowiem w przewidzeniach swych Dzierżymirski. Całe
+towarzystwo i wszystkie jego sfery stawiły się na raut pożegnalny
+prezesa, wice prezesa, dyrektora i członka licznych instytucyi -rade i
+poczuwające się do obowiązku obecnością swą złożyć daninę grzeczności
+światowej temu, kto trzymał obecnie w silnej dłoni wątek ich spraw i
+interesów - natury społecznej, przemysłowej, filantropijnej, a często
+gęsto i osobistej nawet.
+
+Pełni uprzejmości, dystynkcyi i gościnności szczerej, wśród tłumu swych
+gości, uwijali się Dzierżymirscy, zmieniając się kolejno w pobliżu
+wejścia pierwszego salonu, dla witania wchodzących co chwila nowych
+przybyszów. W końcu jednak i ten czasowy posterunek ich okazał się
+wprost niemożliwym...
+
+Roman i Ola zmuszeni zostali zmieszać się z tłumem rautujących gości,
+ustępując sami naporowi ścisku.
+
+A kwadranse tymczasem mijały szybko. Liczba napływających osób
+powiększała się coraz bardziej, wśród szeleszczącej zaś, barwnej fali
+gości, w liberyi i pończochach, ukazywać się poczęli, posuwając się z
+trudem, lokaje, z wielkiemi srebrnemi tacami... U wejścia zaś salonów,
+wyparta zwiększającą się falą ludzi, stanęła zwarta gromada mężczyzn,
+tamując w ten sposób po prostu komunikacyę do przepełnionych nad miarę
+apartamentów.
+
+Młodzieniec, ciemny szatyn, nieposzlakowanie elegancki, o
+impertynenckiej nieco, choć wielkoświatowej powierzchowności, wchodził w
+tej chwili do mieszkania prezesowstwa Dzierżymirskich.
+
+Znalazłszy się niebawem poza zbitą u drzwi garstką panów, na razie nie
+mógł postąpić ani kroku naprzód. Widząc to, skrzywił swe wąskie usta, i
+wspiął się dyskretnie na palce.
+
+Ponad zbliżonemi, wypomadowanemi głowami stojących mężczyzn, ujrzał
+dokładnie kołyszące się morze kobiecych biustów, główek czarownych,
+pięknych, różnobarwnych tualet, gorsów i fraków i mruknął do siebie:
+
+- Ho-ho!.. pas mal...
+
+Spojrzał następnie na stojących opodal rautowiczów. Nie znał żadnego z
+nich. Żachnął się niecierpliwie i szepnął znów z cicha do siebie, po
+francuzku:
+
+- Que diable, je ne suis pas venu ici pour garder l'antichambre...
+
+I jednocześnie posunął się zręcznie naprzód, potrąciwszy zaś lekko po
+drodze swej paru sąsiadów, rzucił, z wytwornym ukłonem, kilka: "Pardon",
+w rezultacie jednak znalazł się zaledwie o parę kroków naprzód.
+
+Popatrzył znowu przed siebie, wspiąwszy się na palce.
+
+- Ach, przecież choć jeden!.. - szepnął z ulgą, tym razem już po polsku,
+dojrzał bowiem właśnie poznanego w przeddzień Emila Ładyżyńskiego.
+
+Rzuciwszy po francusku parę ugrzecznionych przeproszeń, młodzieniec
+postąpił znów kroków kilka, aż stopniowo, przepraszając dalej
+bezustannie, zdołał dotrzeć do Ładyżyńskiego.
+
+Ten już go był zoczył. Podali sobie ręce, witając się uprzejmie.
+
+- Eh bien, chčr comte - zagadnął, z uśmiechem pierwszy pan Emil - jakież
+wrażenie z rautu "koroniarzy?.." Trudno się dostać, co? Et, ce qui
+touche, gospodarza, prezesa, vous ne le verrez probablement pas, bo jest
+akurat pod przeciwnym biegunem.
+
+- A ja właśnie muszę, bo go nie znam. Pani Dzierżymirska była tak bardzo
+uprzejmą zaprosić mnie, bo złożyłem jej wizytę, lecz prezesa, jako nader
+zwykle zajętego podobno, nie widziałem...
+
+- Ba... ba... c'est simple - potwierdził Ładyżyński - nasz prezesunio
+jest to człowiek, który jest wszędzie, ale nigdy u siebie w domu...
+Voulez - vous, przedstawię pana. W drogę zatem... Płyńmy, płyńmy, póki
+czas!.. - zanuciwszy półgłosem wyrazy ostatnie, rzekł starzejący się
+kawaler, i prowadząc za sobą przybysza, puścił się naprzód.
+
+Ostrożnie, z wolna, dwaj panowie posuwać się zaczęli. Czynność to zaś
+niełatwą była. Prócz obawy niezręcznego potrącenia kogoś z wytwornego, a
+ścieśnionego grona - musieli oni pozatem lawirować jeszcze bardzo
+zręcznie pomiędzy długiemi trenami pań... Ładyżyński jednak radził sobie
+wybornie. Co chwila kłaniał się komuś uprzejmie z daleka, lub witał z
+bliska, przystawał, rzucał dowcipnych słów parę - rozstępowano się przed
+nim. Szedł dalej.
+
+- Uf, nous y voilŕ!..- rzucił po niejakim czasie towarzyszowi swemu.
+
+- Widzę Romana, jak peroruje, cŕ va sans dire, o społecznych sprawach...
+- Och, i pani Ola jest również niedaleko!.. Quelle chance...
+
+I pan Emil, odwróciwszy się, skorzystał z wolniejszej nieco około siebie
+przestrzeni, wziął pod ramię młodego człowieka i zbliżać się począł
+wolno, ku otoczonemu kilkoma rozmawiającymi żywo panami,
+Dzierżymirskiemu. Idąc zaś, podrwiwał z cicha, cytując dolatujące
+głośniejsze wyrazy i zdania.
+
+- A co? nie miałem racyi ? słyszy pan ? Cel społeczny, - potęga
+działalności, - punkt kulminacyjny, - przesilenie finansowe - etc. i tak
+dalej. Jak dowodzi, co? Prawdziwa dystyngowana wieża Babel szumnych
+frazesów!
+
+Młody człowiek słuchał uważnie, uśmiechając się z lekka, tymczasem zaś
+jednak znaleźli się obaj tuż koło grupy rozprawiających zapalczywie
+mężczyzn.
+
+- Stój, panie hrabio, skromnie, aż ja zatamuję, przerwę ten oto rwący
+potok dyskusyi!.. - odezwał się znów Ładyżyński.
+
+Nie okazało się to jednak potrzebnem. Dzierżymirski, bierniej od innych
+biorący udział w rozmowie, dojrzał już właśnie zbliżającego się pana
+Emila. Wyciągając przyjaźnie rękę ku niemu, z serdecznością, przemówił:
+
+- Emilu? Jak się masz? cóż tak późno?
+
+Romana z Ładyżyńskim łączyły obecnie stosunki przyjaźni szczerej.
+Dzierżymirski polubił szczerze tego wesołego zawsze, patrzącego na życie
+trzeźwo bywalca, a przyjaciela rodziny - żony, nie mającego mu przytem
+za złe - jak wiadomo - postępku ongi z Olą.
+
+- Bynajmniej nie za późno - odrzekł swobodnie zapytany, - od godziny
+dziś tak rojno, niby u ministra... Dojść do Jego Ekscelencyi nie
+mogłem... - z ukłonem, dokończył ironicznie.
+
+- A... tak. Rzeczywiście. Żegnają mnie czule, - w tym samym tonie odparł
+z uśmiechem Dzierżymirski.
+
+- Czy widzisz, Romanie, - ciągnął Ładyżyński - tego młodzieńca w
+monoklu, z takiem znawstwem dyskretnem oglądającego w tej chwili tors
+hrabiny P ?
+
+- Widzę i nie znam!.. - zadziwił się Dzierżymirski.
+
+- Co? pas possible!., - zadrwił pan Emil. - Nie znasz swoich gości? O,
+panie prezesie, wstyd i hańba!.. No, ale nic, wybawię cię z kłopotu i
+przedstawię ci go. Ja go znam!..
+
+- Jak się nazywa? Il a l'air assez bien!..
+
+- Parbleu, çŕ va sans dire. Potomek znakomitego rodu: hrabia
+Topola-Topolski - objaśnił Ładyżyński, z ironią.
+
+- No, już "Topola", to pewnie dodatek twój, Emilu - zaśmiał się Roman -
+ale skądże go wyrwałeś?..
+
+- Przybył z Galicyi, rodem z Księstwa Poznańskiego - zaprosiła go twoja
+żona. Strzeż się, prezesie, pani prezesowa ma swoich protegowanych!..
+
+- No, nie gawędź, przedstaw mi go, bo biedak się zanudzi, tak czekając -
+rzekł Roman, i ująwszy ramię przyjaciela, skierował się ku Topolskiemu,
+idąc zaś, nachylony dyskretnie, szepnął:
+
+- Tylko nie przedstawiaj mi go comte Topolski, bo ja zmuszonym będę
+wobec drugich uczynić to samo... Przecież to nonsens wierutny tytułować
+jakiegoś tam Topolskiego hrabią tu u nas, gdzie roi się od
+autentycznych, historycznych rodów...
+
+- E !.. daj pokój, obrazi się, zresztą bogaty i epuzer... - odrzekł z
+niechęcią Ładyżyński - in faut lui laisser son illustre illusion.
+
+- Ależ właśnie, przeciwnie! - przerwał Dzierżymirski. - "Bez złudzeń",
+to najlepsza reguła. Et je t'en prie, zrób, jak cię proszę...
+
+- No, dobrze, dobrze... Uspokój się zresztą... Połknę "comte", ale jeśli
+mnie ten dudek wyzwie na pojedynek, to musisz być sekundantem! -
+zawyrokował, po swojemu, Ładyżyński.
+
+- Monsieur Topolski... - szybko wyrzucił po chwili, gdy znaleźli się
+koło czekającego na nich młodzieńca.
+
+- Dzierżymirski...
+
+Pośpieszył osobiście przedstawić się Roman uprzejmie i natychmiast
+zagaił rozmowę.
+
+- Bardzo mi miło widzieć u siebie gościa z za Kordonu... Wszak pan
+przybywa z Galicyi?..
+
+- Tak jest. Wczoraj właśnie miałem zaszczyt przedstawić się... i tam
+dalej - recytował pośpiesznie Topolski banalną światową odpowiedź,
+wyjaśniającą jego tutaj obecność i dotychczasową znajomość z
+gospodarzem.
+
+- Nie zna pan zatem pewnie wiele osób - wysłuchawszy go cierpliwie do
+końca, przemówił Dzierżymirski - tymczasem przedstawię pana par ci, par
+lŕ, zgoda?.. Venons! - dorzucił przyjaźnie.
+
+- Bonsoir, monsieur le comte! - w tej samej chwili tuż obok nich
+rozległo się powitanie zwrócone do młodzieńca, i przed trzema panami
+stanęła Ola, w prześlicznej jasnozielonej sukni balowej, mieniącej się,
+przetykanej srebrem, wdzięcznie ubranej kwieciem wodnych nenufarów.
+
+Topolski skłonił się wytwornie i przywitał z gospodynią domu, oraz, z
+wprawą obytego światowca, rozpoczął natychmiast rozmowę.
+
+Po twarzy Dzierżymirskiego tymczasem na słowa powitalne żony przemknęło
+niezadowolenie widoczne i skrzywił się nieznacznie. Postał chwilę w
+niepewności, poczem, zrezygnowany, rzucił Topolskiemu uprzejmych słów
+parę i znikł w tłumie gości.
+
+Topolski tymczasem, pomimo powierzchowności, na pierwszy rzut oka
+aroganckiej nieco, okazał się miłym i wprawnym "causeur em", a idąc
+wolno obok Oli, z ożywieniem rozmawiać z nią nie przestawał.
+
+- Jak to? - mówiła Dzierżymirska - więc to pan odziedziczył majątek w
+naszych stronach... Wolno wiedzieć nazwisko dóbr pańskich?..
+
+- Szczęsnaja - odparł Topolski.
+
+- Ależ to zaledwie o pięć mil od Gowartowa, gdzie z mężem mieszkamy -
+objaśniła towarzysza Ola. - Śliczna rezydencya, znam z widzenia... Nie
+przypuszczałam zgoła, że będę miała w pana sąsiada. Bardzo mi miło! -
+dokończyła uprzejmie. Topolski skłonił się, rzuciwszy jednocześnie
+zdawkowo - banalną grzeczność.
+
+- To pan dziedziczy po hrabi Teodorze Irenhauzie? wszak prawda? - pytała
+dalej Ola.
+
+- Tak, pani; to był mój dziad stryjeczny... - Tak? no, widzi pan...
+Znałam doskonale swego czasu dziadka, pańskiego, nous sommes donc en
+pays de connaissance... Był to bardzo dystyngowany, zacny i miły
+człowiek...
+
+- Oh, vous ętes bien aimable, madame...- zaczął swą wytworną
+francuszczyzną młodzieniec, lecz przerwała mu, snać niedosłyszawszy,
+Ola:
+
+- I objął pan już swe dobra ?..
+
+- Nie, pani, jadę tam dopiero za parę tygodni...
+
+- Pozna pan zatem Ukrainę, - ciągnęła dalej swobodnie młoda kobieta, -
+kraj to cudny, śliczny, zobaczy pan... Ja go tak lubię, tak kocham, z
+całego serca!.. - kończyła, z ożywieniem.
+
+- Ot bynajmniej nie jest mi obcą Ukraina - pośpieszył z odpowiedzią
+Topolski. - Zaznałem już jej uroku, bywałem bowiem u stryja dawniej, et
+je suis tout ŕ fait de votre opinion madame, c'est un pays charmant...
+Tyle wdzięku, cichego czaru, w tych drzemiących stepach i polach, tyle
+poezyi, w jej dumkach, a tyle, tyle tęsknoty we wszystkiem!.. - z
+zapałem, wygłosił ostatnie słowa Topolski.
+
+Ola, po raz pierwszy, spojrzała nań uważniej. Twarz młodzieńca w tej
+chwili pozbyła się całkiem nałożonej konwenansowej maski światowca,
+złagodniała jakby i wypiękniała.
+
+Przesunąwszy uważnie swe rozumne spojrzenie po twarzy swego
+nowopoznanego sąsiada wiejskiego w przyszłości, Ola zdziwiła się w duszy
+niepomiernie, tymbardziej, że nie poza bynajmniej, ale przeciwnie,
+szczerość w ostatnich słowach jego dźwięczała. Nie spodziewała się
+podobnego zwrotu w rozmowie banalnej przeciętnego salonowca, za jakiego
+wzięła nowego gościa, zamyśliła się zatem chwilę, umilkła, i dopiero, w
+parę minut później, przypomniawszy snać sobie obowiązki gospodyni,
+uprzejmie bardzo zwróciła się do Topolskiego.
+
+- Gawędzę z panem, et j'oublie tout ŕ fait, comte, que vous connaissez
+ici trčs peu de monde... Wszak prawda? Przyjechał pan dni temu parę
+zaledwie... Przedstawię pana... donnez moi votre bras, s'il vous plait.
+
+Z wdziękiem, Topolski podał natychmiast Oli swe ramię, rozpływając się
+jednocześnie w podziękowaniach, grzecznościach i zasypując zręcznymi
+komplementami młodą kobietę... Uprzejma gospodyni tymczasem prowadziła
+go ku grupie siedzących starszych dam. Im naprzód przedstawiwszy gościa,
+skinęła następnie na jednego z kręcących się bezczynnie młodych ludzi, a
+zapoznawszy z nim swego protegowanego, poleciła zaprezentować go
+młodszym paniom i pannom.
+
+- Comte Topolski... hrabia Topolski... monsieur le comte Topolski...-
+rozległo się po chwili tu i tam po salonach, w milknącym właśnie rozmów
+gwarze, tło fortepianu bowiem, stojącego na zaimprowizowanej estradzie,
+zbliżała się w tej samej właśnie chwili sławna artystka, śpiewaczka
+włoska...
+
+Akompaniować jej zamierzał znany profesor i muzyk.
+
+Topolski zaczął przyciszonym głosem zabawiać grupę pań i panien, wespół
+z wyfraczoną i wymuskaną młodzieżą, uwaga zaś powszechna zwróciła się
+jednocześnie na młodą i piękną Włoszkę.
+
+Coraz ciszej i ciszej, choć opornie, umilkł w końcu, niby morze, tłum
+wytworny i słuchać poczęto, z pozornem zajęciem...
+
+Wreszcie, w ciszy względnej jeszcze, odezwały się pierwsze akordy, a w
+ślad zatem obił się o ściany salonów i uszy słuchaczy melodyjny, o
+cudnem aksamitnem brzmieniu, kontralt kobiecy. Złączona w harmonijną
+całość z muzyką fortepianu, rozległa się, zadrżała uczuciem włoska pieśń
+namiętna i jak świeże tchnienie z pod nieba Italii, spłynęła urocza, na
+rojną masę gości...
+
+Wstrząsnąwszy zaś gamą tonów przepełnione salony, poleciała pieśń
+czysta, skrzydlata, daleko - wyrwała się przez okna na ulice miasta
+potężna, silna, wcisnęła się do każdego zakątka mieszkania
+Dzierżymirskich - zbudziła swym czarem dalekim siedzącego w zadumie w
+jednym z najbardziej oddalonych fumoir'ów, Romana.
+
+Podniósł głowę instynktownie, wsłuchał się w modulowaną artystycznie
+pieśń i westchnął po kilkakrotnie...
+
+Korzystając ze zwróconej ogólnie uwagi na mający się rozpocząć wkrótce
+popis koncertowy, Dzierżymirski znużony schronił się był tutaj.
+
+Myśli dłużej go przytrzymały. Teraz zaś, słysząc daleki, cichnący
+stopniowo szmer tłumnego zebrania, a później wyraźne tony pieśni
+znakomitej śpiewaczki, złagodzone oddaleniem, piękne, marzące, drgające
+uczuciem i siłą - Roman, w milczeniu słuchał nieporuszony - jakby
+zaklęty... I odejść stąd nie chciało mu się wcale...
+
+Poddając się bowiem urokowi słuchanej pieśni, poruszały się, trącone
+jakby czyjąś dłonią z lekka, jakieś struny w jego duszy, kwiliły cicho,
+grały...
+
+Tymczasem namiętny glos Włoszki rósł, potężniał...
+
+Wreszcie w pożegnalnym rytmie ostatnie, donośne, słowa pieśni zabrzmiały
+- polały się lawą jakby ekstazy, rozkoszy, upojenia, wstrząsnęły
+ścianami cichej komnaty, a dobiegły aż tu, pod stopy Dzierżymirskiego, i
+zgasły...
+
+Nastała drobna chwilka zupełnego milczenia, poczem, zgłuszony nieco
+oddaleniem, zabrzmiał oklask przeciągły, długi, szczery...
+
+Roman przetarł dłonią czoło i powstał... Trzeba było powracać do
+obowiązków niestrudzonego gospodarza domu.
+
+A tak dobrze było mu tutaj! Dawno nie pamięta tak cichej, niczem nie
+zamąconej chwili, bez zgrzytu żadnego, bez rozterki...
+
+Rozterka!.. Była przecież ona jego życiem. Tak. Nie tem zewnętrznem, dla
+ludzi, dla świata, ale tem prawdziwem, wewnętrznem - dla siebie.
+
+Cień smutku powlekł piękne rysy Dzierżymirskiego; rozpamiętując coś,
+zadumał się on znowu.
+
+Nagle brwi zmarszczył, i jakby przypomniawszy coś sobie, sięgnął szybko
+do kieszeni fraka, skąd wyjął welinową podłużną kopertę. Rzuciwszy
+uważnem okiem na wypisany, drżącą ręką, dokładny adres, odczytywać go
+począł. Był to zaś list do niejakiego pana Wiktora Orlęckiego w Paryżu.
+O pismo to chodziło Romanowi bardzo od kilku już tygodni, to jest od
+czasu, gdy się dowiedział, że wzmiankowany powyżej, Wiktor Orlęcki,
+zamieszkał w stolicy świata z oszczędności i musu po stracie
+-majątkowej, wynikłej, jak mówiono, ze zguby, przed samym terminem
+licytacyi majątkowej, sumy pieniężnej.
+
+Opowiadanie to, posłyszane przypadkiem, uderzyło Romana
+Dzierżymirskiego. Rodziny Orlęckich nie znał, szczegółów dowiedzieć się
+nie mógł... Wiadomość ta jednak niepokoiła go; ogarniać go poczęła chęć
+niezbadana stanowczego zobaczenia się, z owym Wiktorem Orlęckim, oraz
+wybadania go zręcznego.
+
+I od chwili tej nie znał już pragnień innych...
+
+Wreszcie poznał się umyślnie pewnego dnia z bogaczem, sławnym odludkiem
+i dziwakiem, Hugonem Orlęckim, jedynym krewnym zamieszkałego, w Paryżu
+Wiktora, by w jakikolwiek bądź sposób móc dotrzeć przez niego do
+nieznanego mu zgoła człowieka, a trzymającego, może, kto wie, nić jego
+własnej zagadki! Dziś dopiero, na kilka godzin przed rautem, udało się
+zdobyć list od starego samoluba, dla którego napisanie go nawet było
+ofiarą niewątpliwie wielką, zerwał bowiem zupełnie stosunki ze swym
+krewnym.
+
+Pismo to było w kwestyi oderwanej całkiem; treść, poddana przez samego
+Romana, polecała tylko oddawcę w pewnej sprawie względem synowca starego
+bogacza, posiadając jednak list ów w kieszeni, Dzierżymirski odetchnął.
+Łatwiej mu już bowiem było, mając sposobność poznania owego Orlęckiego,
+potrącić w rozmowie z nim o temat pieniężnej zguby, którego, jako obcy
+zupełnie, prawdopodobnie tknąć by nawet z nim nie mógł.
+
+- Ba!.. jeszcze jeden... - westchnął Dzierżymirski i skierował się
+śpiesznym krokiem ku rozbrzmiewającym już wrzawą salonom.
+
+Tam, po uczcie artystycznej ducha, przechodzono właśnie do dużej pustej
+jadalnej sali, by z kolei przystąpić do uczty ciała i pokrzepić się
+jadłem, za stawionem pokaźnie i suto, na olbrzymim podłużnym, przybranym
+kwiatami, stole.
+
+Roman stanął w cieniu portyery, u wejścia jednego z ustronnych buduarów,
+gdzie w tej chwili nie było nikogo, i objął spojrzeniem swych gości.
+
+W jego ogromnych salonach było już nieco przestronniej; tu i tam
+siedziano jeszcze, rozmawiano, lub przechadzano się swobodniej...
+Wypuklej występowały teraz wspaniałe toalety kobiet, mieniły się
+tęczowymi kolory.
+
+Na alabastrowych szyjach, piersiach i ramionach wachlujących się
+zalotnie dam, łatwiej można było dojrzeć obecnie wspaniałe klejnoty,
+połyskujące, na równi ze spojrzeniami ich oczu...
+
+Na lewo zaś, ku sali jadalnej, ścisk natomiast panował. Wiele osób
+dyskretnie w ostatnim, trzecim z rzędu, salonie, oczekiwało, rautując
+tymczasowo, kolei swej, bo przy stołach biesiadnych pełno już było
+gości, posilających się, przeważnie stojąc, wystawną, urządzoną na zimno
+kolacyą. Paniom i pannom usługiwali panowie, jedząc, flirtując, śmiejąc
+się i bawiąc wesoło.
+
+Obejmując sale wzrokiem, dłuższą już chwilę stał tak Dzierżymirski, a na
+twarzy jego, w ślad za
+pewnym jakby odblaskiem wewnętrznej próżności, zawitał teraz
+melancholijny cień...
+
+- Przyszli tutaj - myślał - tak, stawili się z różnych obozów, sfer,
+przybyli i wielcy, i mali, bawią się obecnie swobodnie, weseli,
+splatając zarazem swą obecnością dług grzeczności światowej, zaciągnięty
+u niego - pożyczkę moralnych usług, czynności, zabiegów...
+
+Ha, zapewne! Lecz gdyby tak oto niespodzianie, nagle, dowiedzieli się
+tutaj oni wszyscy, co poza jego, Dzierżymirskiego, powłoką się kryje,
+gdyby w zawrotną głąb duszy jego zajrzeli!..
+
+O, niewątpliwie! Przeczytawszy ukrytą tam tajemnicę, odwróciliby się ze
+wzgardą...
+
+Dzierżymirski nieuczciwy? Jak to?.. Prezes, wiceprezes, człowiek czynu,
+energii, żelaznej woli, nasz najzdolniejszy, znany i poważany w
+szerokich kołach miasta?..
+
+Jakaś pełna zgrzytów, piekąca ironia roześmiała się na glos w duszy
+Romana.
+
+- Ha-ha-ha!.. ha-ha-ha !.. Oszukujesz ich ty!.. Ty, czczony, wielki!
+Zasypujesz im oczy błyszczącym piaskiem, kpisz sobie w duchu z nich
+wszystkich!..
+
+Roman wstrząsnął się... W przywidzeniu nagłem ujrzał on te klasy, sfery
+- tych wszystkich, przechadzających się przed nim, strojnych ludzi,
+unikających jego wzroku, ukłonu, uchylających się od podania mu ręki, ze
+wzgardą zimną, suchą na obliczu...
+
+I Dzierżymirski, wzburzony nagle, podniósł głowę hardo, wstrząsnął bujną
+czupryną, śniada twarz jego przybrała wyraz energii, oraz niezłomnej
+woli, i wyszeptał:
+
+- Nie dam się, nie dam!.. - zacisnął instynktownie pięści i dokończył
+ciszej jeszcze: - Korzą się oni przede mną, kornymi zostaną; bo ja tak
+chcę i tak być musi!..
+
+Dzierżymirski bowiem w tej chwili nie bał się rzeczywiście ciemnej,
+nierozwiązanej jeszcze życia zagadki - ufał w siebie!..
+
+W ukryciu swem, niedostrzeżony przez nikogo, stał długo jeszcze...
+Uspakajał się stopniowo, a z równowagą umysłową, wywalczaną zwykle wolą
+żelazną - codzienny, tajony przed drugimi, smutek, pełny samowiedzy, po
+raz setny znowu wstępował do duszy jego.
+
+- Galernikiem jestem!... - szepnął Roman z goryczą. - Nie tym, z piętnem
+ludzkiej sprawiedliwości na czole, potępianym, ale może gorszym jeszcze,
+bo moralnym - tym, któremu honory pod nogi rzucają hojnie, a on je z
+rumieńcem wstydu ukryć by rad przed sumieniem, lecz nie może!. W ciemnię
+zagadki wpatrzony błędnie, wijący się bezustannie w ducha rozterce,
+niewolnikiem błędnego koła przeznaczenia własnego jestem, bryzgającym
+światu fałszem mego "ja", potrafiącym go odurzyć komedyą, graną
+znakomicie, nie mogącym zaś, niestety, zagłuszyli tylko - siebie!..
+
+(przypis - tu książką jest spalona, elementy wzięte w nawias kwadratowy
+są dokończeniem wyrazu, bądź oznaczeniem przerwy w tekście)
+
+I Dzierżymirski przesunął dłoń po czole, jakby pragnąc zetrzeć z niego
+ostatecznie myśli nieposłuszne. Stanął po chwili przed lustrem,
+rozczesał starannie włosy i brodę, poprawił szczegó[ły swej] toalety, a
+przybrawszy zwykłą codzie[nną pozę] oblicza - przestąpił sprężyście próg
+z[ bu]duaru... Rzucił znowu oczyma po salac[h ].
+
+Druga, czy trzecia partya gości [ ]raz wieczerzę, a tamci, syci,
+przechad[zali się po] nim. Nagle ujrzał w dali sylwetkę w[ ] szukającej
+uparcie wzrokiem kogoś ws[zak po] chwili oczy ich spotkały się, Ola
+uśmie[chnęła się ] i przyzywać go poczęła skinieniem głowy.
+[Równocze]śnie ktoś szybko uchwycił za rękę Romana.
+
+- Qua diable, ekscelencyo!.. - zabrzmiał głos Ładyżyńskiego. - Co z tobą
+się dzieje? Kolacya rozpoczęta, pani Ola cię szuka, goście dopytują się
+o ciebie bezustannie, a tyś, jak w wodę wpadł... Bój się Boga, wielki
+człowieku, cóż z ciebie za gospodarz domu!?.. - i pan Emil, wziąwszy pod
+rękę Dzierżymirskiego, prowadzić go począł poprzez salony.
+
+Roman zaś teraz dopiero zdał sobie sprawy dokładnie, jak widocznie długo
+nie było go pomiędzy gośćmi.
+
+- Telefonowano do mnie, interes bardzo ważny!.. Naprędce załatwić
+musiałem korespondencyę... - skłamał gładko.
+
+- Ach, zawsze z ciebie ten sam interesoman - zaśmiał się Ładyżyński -
+wiesz co ? Ja myślę, że jeżeli tak dłużej potrwa, to i w nocy będziesz
+przewodniczył sesyom, a niby ś. p. Napoleon godzin parę tylko spoczywał
+w objęciach Morfeusza!..
+
+(przypis - druga strona spalenizny)
+
+[Rom]an na tę uwagę nic nie odpowiedział, bo [ ]go. Panowie i panie
+przywłaszczali so[bie ]gi nieobecnego tak długo gospodarza do[ ]ię z nim
+w rozmowy, na których dnie, [ ]rył się i tu nawet, zręcznie wyzyskujący
+[ int]eres osobisty.
+
+[Dzierży]mirski zaś, ze zwykłą sobie pozorną po[wagą ] poddawał się
+temu wszystkiemu uprzej[mie rozmaw]iał z ożywieniem i niebawem znikł z
+oczu, [ ] falą gości. W tryby swe, kółeczka i koła [ ]ała go znowu
+machina życia, ścierając walkę [my]śli, wrażenia z przed chwili,
+barwnym, bawiącym się "towarzyskim światem", tak, jak wczoraj czyniła to
+interesami, sesyami, pracą społeczną, lub czem innem wreszcie...
+
+To właśnie życie czynne było największem może czasowem lekarstwem
+Romana - było jego morfiną, której za moralną dawką zapominał chwilowo o
+wszystkiem.
+
+Tymczasem czas mknął szybko. Po skończonej już zupełnie kolacyi, przez
+czas krótki do kulminacyjnego punktu ożywienia doszedł raut prezesowstwa
+Dzierżymirskich... Salony rozbrzmiały zdwojoną zabawą i rozmową. Na
+wszystkich prawie twarzach widniało szczere zadowolenie, co w wielkiej
+mierze zawdzięczano niezmordowanym, gościnnej uprzejmości pełnym
+zabiegom Romana i Oli.
+
+Eleganckie ich sylwetki, wśród barwnej lśniącej fali zaproszonych osób,
+migały szybko, znajdowały, zdawało się, wszędzie, by tylko uprzyjemnić,
+rozruszać i zabawić wszystkich, umiejętnem przedstawianiem, dobieraniem
+wzajemnem kół i kółeczek swych gości.
+
+Wreszcie stopniowo, z wolna, w salonach ukazywać się poczęło coraz
+więcej swobodnego miejsca...
+
+Wybiła gdzieś godzina wpół do trzeciej. High life miejscowy pierwszy
+dało hasło do odwrotu, za jego przykładem, śladem poszły i sfery inne...
+Przed domem, oraz na asfalcie obszernego dziedzińca zatętniały liczne
+uderzenia kopyt końskich, zamajaczyły ogniki u latarń dziesiątek powozów
+i karet. Rozjeżdżało się tłumnie i coraz szybciej.
+
+U wejścia wyludniających się coraz bardziej salonów, znowu stali teraz
+Dzierżymirscy, żegnając wszystkich serdecznie i grzecznie nad wyraz.
+
+- N'est ce pas ? do zahaczenia w Gowartowie?.. - rzuciła na pożegnanie
+Ola odchodzącemu już w tejże chwili Topolskiemu.
+
+- Najmilszym to dla mnie będzie obowiązkiem!.. - zabrzmiała, w ukłonie
+wytwornym skwapliwa jego odpowiedź.
+
+*******************************************
+
+Noc wiosenna, cicha, przez otwarte wszystkich apartamentów okna,
+zajrzała w swej gwiaździstej szacie do salonów Dzierżymirskich.
+
+Ciepłym, rzeźkim powiewem zmieszała się ona z pozostałą tu wonią perfum,
+potu ciała i oddechów ludzkich, - tchnieniem swem dotknęła głów
+siedzących w zacisznym buduarze Romana i Oli.
+
+Ola z lubością wciągnęła w piersi oddech wiosennej nocy, poczem rzekła:
+
+- Ach, jak przyjemnie... czujesz, Romciu? Co za miły i świeży powiew!..
+
+Dzierżymirski, palący w zamyśleniu papierosa, spojrzał na wdzięczną
+postać żony, opiętą zgrabnie w śliczną dekoltowaną suknię, i dłużej
+zatrzymawszy na niej spojrzenie, milcząc, z uśmiechem skinął potakująco
+głową; po chwili zaś rzucił papierosa precz od siebie i przysunąwszy
+fotel bliżej do kanapki; gdzie siedziała Ola, położył miękką dłoń swą na
+jej małej rączce.
+
+- Wiesz, kochanie - rzekł łagodnie i z wolna - że ja już jutro do Paryża
+jechać muszę...
+
+- Już jutro?.. - wykrzyknęła ze zdziwieniem Ola. - Mieliśmy jechać razem
+do Gowartowa - dodała następnie z żalem - a ty za granicę dopiero
+później...
+
+I oczy Oli pociemniały nieco, na twarzy zaś odbił się cień widocznego
+jakby rozczarowania. Dzierżymirski uśmiechnął się na tę minkę
+niezadowoloną.
+
+- Dba jednak o mnie i kocha... - przemknęło mu przez myśl, poczem
+łagodnie, głaszcząc dłonią rączkę Oli, mówił pieszczotliwie znów dalej,
+paliły go już bowiem gorączką: list schowany w kieszeni i nadzieja
+wpadnięcia może na tak dawno poszukiwany trop.
+
+- Wierz mi, zwlekać nie mogę, muszę jechać natychmiast... Zresztą
+przyjadę do Gowartowa później.
+
+- Ależ wczoraj jeszcze - żachnęła się Ola - mówiłeś mi, że nic tak
+dalece pilnego nie powołuje cię...
+
+- Ho-ho gniewy!.. - zauważył lekko i żartobliwie Dzierżymirski. - Cóż
+to, może moja pani chciałaby mnie mieć tak ciągle ŕ ses trousses?.. - I
+mówiąc to, powstał, zbliżył się do żony, a ująwszy jej obie dłonie,
+położył je uśmiechnięty sobie na twarzy i wargami muskać począł
+delikatnie, bawiąc się jednocześnie brzęczącemi na rączkach Oli
+bransoletkami.
+
+- Oj, kotku, koteczku ty mój drogi, kochany! wczoraj... - przedrzeźniał
+z kolei - wczoraj nic nie wiedziałem jeszcze, a dziś... - tu Roman
+spuścił oczy - na raucie właśnie uchwaliliśmy razem z członkami
+nowozakładającej się współki Przemysłu Fabryczno - Krajowego, że ja,
+jako delegowany, muszę, jechać czemprędzej do Paryża, w celu obejrzenia
+na miejscu udoskonaleń fabrycznych...
+
+Roman umilkł, puścił delikatnie dłonie żony i wyjął ruchem szybkim
+zegarek.
+
+- Oho - po trzeciej... Późno, cherie, już kłaść się pora - i kończąc
+jakby poprzednią rozmowę, dorzucił: - No, i cóż, moje życie, widzisz
+teraz, iż nie jechać jutro nie mogę...
+
+- Zapewne. Ty zawsze nie możesz, gdy nie chcesz! No, ale cóż robić...
+Jedź... Tylko w takim razie proszę mi długo tam nie siedzieć i pisać
+listy codziennie. Koniecznie... By nie zapomnieć o mnie zupełnie - tu
+Ola z uśmiechem pogroziła mężowi palcem i dodała jeszcze: - bo Paryż -
+Paryżem, ho, ho, ja znam się na tem!.. Nie oszukasz mnie tak łatwo...
+
+- Ale cóż znowu? - żachnął się Dzierżymirski, ale tym razem zupełnie
+szczerze. - Cóż za myśli - uśmiechnął się, a potem dorzucił całkiem
+poważnie: - Wiesz przecie, że prócz ciebie, żadna na świecie kobieta nie
+obchodzi mnie zgoła!..
+
+Z wdzięcznością spojrzała nań Ola.
+
+- Wiem i wierzę - rzekła - a ponieważ i mnie tęskno bez pana mego
+będzie, więc i ja jutro pojadę...
+
+Zatrzymała się, spojrzawszy filuternie na męża, cień bowiem mimowolny
+przebiegł po twarzy jego...
+
+- Nie, nie do Paryża!.. - roześmiała się szczerze, jakby myśli Romana
+zgadując - ale do Gowartowa!..
+
+Uśmiechnął się z kolei Dzierżymirski.
+
+- Dobrze! - wykrzyknął wesoło. - Zatem jutro - marsz! Ponieważ zaś
+pociąg mój wychodzi później od twego, wyślę pakunki nasze przez służbę i
+odwiozę cię na kolej powozem. A teraz - ciągnął dalej - spać!...
+Dobranoc, kochanie, zmęczoną jesteś.
+
+Pocałował Olę serdecznie w obie ręce i czoło - małżeństwo znużone
+rozeszło się...
+
+Niebawem w apartamentach prezesowstwa Dzierżymirskich pogasły wszystkie
+światła. Cisza i uśpienie, prowadząc się za ręce, wstąpiły do rojących
+się tak niedawno od ludzi salonów, buduarów - rozpostarły się wszędzie i
+mrokiem sennym otuliły wszystko dokoła.
+
+--------
+
+
+- Paris!.. Tout le monde descend!.. Paris!..
+
+ Okrzyk ten jędrny, donośny, a wyrzeczony najczystszym francuskim
+ akcentem, obił się o słuch pasażerów pociągu, podjeżdżającego pod
+ oszklone arkady paryskiego dworca, i zbudził drzemiącego w wagonowym
+ przedziale Dzierżymirskiego.
+
+- Par... - ris !.. - zabrzmiało przeciągle raz jeszcze pod samem oknem
+wagonu i drzwiczki szybko roztworzono nagle... Roman zerwał się, a
+pochwyciwszy podróżną torebkę, wyskoczył śpiesznie na peron.
+
+Bieganina, ruch, zgiełk, ogarnęły go natychmiast, oszołomiły chwilowo
+całkiem; w parę minut dopiero, zoryentowawszy się, poszedł Dzierżymirski
+do rewizyjnej sali, gdzie pobieżną z bagażem swym załatwiwszy
+formalność, w kwadrans później znalazł się już w dorożce, na bulwarach.
+
+Zapaliwszy cygaro i rozparłszy się wygodnie, z przyjemnością
+przypatrywał się on teraz od bardzo już dawna nie widzianej
+nadsekwańskiej stolicy.
+
+Środkiem bulwaru Sewastopolskiego, ulicą, wymijały go ogromne, zielone
+tramwaje elektryczne, różnobarwne omnibusy konne, ekwipaże, samochody;
+cały zastęp ruchliwy pojazdów tamował co chwila wir miasta, na sekund
+kilka wielokrotnie zatrzymywać się była zmuszona wioząca Romana dorożka;
+policyjna w mantylach ciemnych krzykliwie czyniła porządek - poczem
+ruszano znowu.
+
+A pod wyniosłemi drzewami, po bokach, snuły się pośpiesznie przechodniów
+roje; na werandach mnogich kawiarni, zajmujących część chodnika, pełno
+było również i gwarno od konsumentów - płci obojga oraz różnych stanów.
+
+I jakiś prąd kiełkującego, czynnego bezustannie życia, lecącego na oślep
+jakby przed siebie, niepomnego byłego, znikłego już "wczoraj", w
+ciągłej, śpiesznej pogoni teraźniejszości i jutra - bił od tych
+uganiających się mas ludzkich, zawrotną siłą ciągnął jakby ku sobie -
+pochłaniał i wabił...
+
+W płuca swe wciągając bezwiednie tchnienie tego życia, toczącego się z
+łoskotem swego perpetuum mobile, Roman dojechał wreszcie do jednego z
+centralnych hoteli, gdzie rozlokowawszy się niebawem, znużony położył
+się i zasnął.
+
+Przespawszy w kamiennym śnie zmęczenia dobrych godzin kilka,
+Dzierżymirski zabrał się energicznie do celu swego tutaj przybycia.
+Wybiegł na miasto.
+
+Dla oryginalności i pod wpływem przypomnienia używanej za studenckich
+jeszcze czasów jazdy na "impérial'i" omnibusów, "pan prezes" usadowił
+się na dachu jednego z nich i z zadowoleniem, rozglądać się począł
+wokoło.
+
+U stóp jego, blisko, w granitowem podłożu toczyła sennie swe ciemne,
+stalowe fale Sekwana. U jej brzegów w oddali, na lewo, wznosiły się
+ponure nieco kwadraty wieżyc katedry Notre Dame, w prawo zaś majaczył
+Luwr olbrzymi. Dalej znów błyszczał ozdobami most Aleksandra III-go,
+odcinała się na tle nieba wieża Eiffel - w perspektywie, kopuła pałacu
+Inwalidów złociła się w promieniach majowego słońca...
+
+A po Sekwanie, krążąc, uwijały się parowe statki, zatrzymywały się u
+licznych przystani, obsługując bezustannie mieszkańców stolicy.
+
+Trzęsąc niemiłosiernie, żółtawy, w trzy siwe konie zaprzężony, omnibus
+zatrzymywał się właśnie na jednym z przystanków, gdy obserwujący ciągle
+Paryż Dzierżymirski, zdał sobie nagle sprawę, że mieszkanie Orlęckiego
+może być już blisko, i począł schodzić szybko po krętych schodkach,
+łączących piętnastocentymową impériale z trzydziestocentymowym padołem.
+
+Znalazłszy się na bruku, Roman przyśpieszył kroku, i wyminąwszy kilka
+wąskich zaułków, znikł w bramie jednego z domów. W chwilę później
+dzwonił na krętych ciemnych schodach starej, jak świat, kamienicy - u
+drzwi pomieszkania Orlęckiego. Otworzyła mu młoda, fertyczna służąca, w
+charakterystycznym białym czepeczku na głowie.
+
+- Monsieur Orlęcki? - zapytał Dzierżymirski.
+
+- Sorti et ne reviendra qu'a dix heures du soir - posłyszał zwięzłą
+odpowiedź.
+
+Zawiedziony Roman skrzywił się, z niechęcią i zagadnął:
+
+- A jutro o której godzinie zastać go będzie można?
+
+- O, jutro zgoła co innego. W Niedzielę pan przyjmuje od drugiej do
+obiadu - poinformowała przybysza młoda Francuzka.
+
+- A zatem przyjdę jutro o tejże godzinie - odparł Dzierżymirski, i
+sięgnąwszy po bilet wizytowy, oraz list Hugona Orlęckiego, wręczył je
+służącej,
+
+- Proszę oddać to panu... Do widzenia!.. - skinął głową uprzejmie.
+
+- Bonjour, monsieur!.. - odwzajemniając się dzień dobrym, według
+miejscowego zwyczaju, pożegnała go dziewczyna uśmiechem i zalotnem
+błyśnięciem czarnych oczu.
+
+Wydostawszy się na ulicę, Dzierżymirski, niezadowolony ze zwłoki, a cały
+pochłonięty nadzieją rozwiązania za pomocą Orlęckiego dręczącej go
+zagadki - szedł naprzód przed siebie odruchowo czas dłuższy. Od
+otoczenia swego daleki jeszcze myślami, nagle zatrzymał się jednak,
+spojrzawszy uważnie dokoła siebie.
+
+Znajdował się obok filarów wejściowych Panteonu - przed nim zaś w
+perspektywie już bliskiej zieleniał za kratą ogród Luksemburski.
+
+Pustymi chodnikami skierował się w tą stronę; wkrótce był już w ogrodzie
+i iść zaczął bez celu szerokiemi alejami, niebawem zaś znalazł się na
+obszernym tarasie. Na lewo, w oddali, zamajaczyły wieżyce Obserwatoryum,
+przed nim wznosiło się muzeum Luksemburskie.
+
+- Wpadnę tam i obejrzę, co jest!.. - pomyślał, zadowolony nagle na widok
+gmachu, a ponieważ wejście do pałacu nie było od ogrodu, lecz od strony
+bulwaru Ś-go Michała, Dzierżymirski skierował się boczną aleją parku ku
+wyjściu, na prawo. Twarz chmurną, znudzoną, okrasił mu uśmiech;
+przestąpił sprężyście próg muzeum i spojrzał jednocześnie na zegarek -
+mijała czwarta, podwoje pałacu zaś zamykano o piątej.
+
+- Zdążę chyba zobaczyć wszystko!.. - mruknął, kontent już tym razem
+zupełnie, z przyjemnego zabicia czasu.
+
+I rzeczywiście.. Pod wpływem bowiem pierwszego rzutu oka na salon
+sztuki, Dzierżymirski zapomniał o wszystkiem, co go dręczyło.
+
+Znajdował się w otoczeniu, ustawionych w pierwszej sali, licznych rzeźb
+nowożytnych...
+
+Więc oto najprzód spojrzenie jego przykuła ustawiona na małem
+wzniesieniu, w pobliżu wejścia, rzeźba Moreau-Vauthier'a, a była nią
+postać naga, leżącej na wznak, w lubieżnej pozie i upojeniu, bachantki,
+z gronem winogron w lewej dłoni... Naturalność pozy i ruchu, a
+szczególniej modelowane doskonale ciało kobiece, tętniące po prostu w
+zimnym białym marmurze, żarem krwi młodej - zatrzymało dłużej na sobie
+wzrok Romana.
+
+Rozglądając się, przystając co chwila, poszedł dalej!.. I niebawem znowu
+zapatrzył się dłużej, tym razem przed przegiętą w tył, w stojącej
+postawie, i unoszącą się jakby w przestrzeni, postacią nagiej również
+dziewczyny. Oczy jej były przymkniętemi, twarz owiana mgłą uśpienia, w
+ręku trzymane chwiało się kwiecie...
+
+Było to "Złudzenie" F. Charpentier'a, oddające subtelnie pochwyconą
+nieuchwytność illuzyi, jak sen, jak marzenie, nieujętej - rozpływającej
+się jakby w przestrzeniach...
+
+Niezrównanem bowiem oddaniem czaru uśpionych pięknych rysów kobiecych,
+zdawało się, że znajdujący się tutaj przedstawiciele rzeźby turniej
+urządzili sobie.
+
+Wśród wielu innych w tymże rodzaju posągów, wyróżniała się jeszcze
+rzeźba, nader piękna, zatytułowana : "Wspomnienie". Twórcą jej był
+Mercié Autonin.
+
+Przedstawiała ona młode dziewczę, o rysach drobnych, z głową przechyloną
+w tył nieco, z obliczem, tonącem jakby w głębokim, cichym śnie. Na
+kolanach jej, na ziemi - wszędzie, widniały rozsypane kwiaty; dwa
+gołąbki, niosąc w dzióbkach również kwiecie, leciały ku niej,
+rozmarzonej cicho, we wspomnieniu dalekiem...
+
+Poświęciwszy względnie dość czasu na rzeźbę, Dzierżymirski przeszedł
+spiesznie do salonów, zawieszonych obrazami, dochodziła już bowiem
+godzina zamknięcia. Szybko, jak mógł najuważniej, począł oglądać obrazy
+wszystkie; w ten sposób dobiegł do sali ostatniej. Poczem, wolniej
+nieco, powracać zaczął.
+
+I teraz w jednym salonie uwagę jego zwrócił nader oryginalnie, bo, jakby
+całkiem po świecku traktowany, a mimo to nadziemskością tchnący, obraz:
+"Najświętsza Marya Pocieszycielka..." Z ram patrzyła na widza,
+natchnionego oblicza, o dużych oczach czarnych, siedząca postać Niebios
+Królowej... Na kolanach Jej, rzucona na klęczkach, oparła się kobieta, z
+twarzą ukrytą, z rękoma załamanemi, w bezbrzeżnym bólu, szukająca na
+łonie Świętej Maryi pocieszenia! U stóp tych dwóch postaci kobiecych -
+poniżej, leżało wdzięcznie uśpione dzieciątko, śniło, osypane całe,
+obrzucone puchem białych róż śnieżnych, w rozkwicie...
+
+Dzierżymirski, zachwycony wdziękiem i poezyą, bijącemi z obrazu tego,
+pędzla "Bouguereau"; po chwili znów pospieszył dalej.
+
+Naraz zatrzymał się ponownie. Ujrzał bowiem naprzeciwko siebie obraz
+dość duży, przez Detaille Edwarda. Nosił miano "Le ręve (Sen)".
+
+Na olbrzymiem oto polu, otuleni płaszczami, z czapkami nasuniętemi na
+czoło, pokotem, jeden obok drugiego, leżą setki odpoczywających,
+pogrążonych we śnie żołnierzy... Poranek cichy; niebo hen! daleko
+zaróżawia się leniwie jutrzenką, - wśród śpiących ludzi błyszczą w
+szarem świtaniu rzędem poustawiane, ułożone w kozły bronie, a gdzieś z
+boku, blisko, dogasa już ognisko...
+
+Lecz cóż to za cienie majaczą tam, w górze, nad nimi?
+
+To górą, w obłokach, płynie mgłą przesłonięty jakiś hufiec inny,
+zwycięzki - mar i duchów, nie ludzi!.. Grzmi tam muzyka, bębnią,
+strzelają, proporce się chwieją, chorągwie szumią... tamci, tam,
+zwyciężają niezawodnie!..
+
+I ponad głowy uśpionych żołnierzy, których potwór wojny może już jutro
+pochłonie, przesuwa się, jak marzenie, ułudne widzenie ostatnie: oni
+śpiąc, widzą siebie, jak zwyciężają, pełni chwały!..
+
+To sen...
+
+Piąta wybiła głośno w salonach sztuki, i Dzierżymirski opuścić musiał
+muzeum. Niebawem znalazł się na bulwarach Paryża i równocześnie
+instynktownie poczuł głód.
+
+Włoch z matki i duszą całą artysta, myślą wspominał on jeszcze widziane
+przed chwilą dzieła sztuki i pogodnem spojrzeniem ogarniał biegnące
+wokoło siebie tłumy, przepełnione kawiarnie i huczące pojazdy.
+
+- La Presse!.. La Patrie... La Pres-se!.. - krzyczano mu nad uchem na
+wszystkie strony; w restauracyach, na platformach, spożywano już
+posiłek, popijano wino, absynt i inne wyskokowe napoje - cały Paryż
+obiadował.
+
+Na świeżem powietrzu, przy jednym z takich stolików, zachęcony
+przykładem, zasiadł i Roman, a kazawszy podać obiad, zapalił swobodnie
+cygaro.
+
+Niebawem przyniesiono pierwszą potrawę. Wśród przelewającego się kaskadą
+paryskiego życia i huku ruchliwej stolicy, Dzierżymirski spokojnie
+zaczął spożywać zupę, słuchając ciekawie, z uśmiechem, głośnych rozmów
+swych przerozmaitych sąsiadów i charakterystycznych częstokroć ich
+bulwarowych dowcipów.
+
+***
+
+Punktualny, pomiędzy drugą, a trzecią po południu, wchodził nazajutrz
+Roman do mieszkania Orlęckiego. Służąca wprowadziła go natychmiast do
+saloniku, zaledwie jednak wszedł tam, roztworzyły się już zamaszyście
+boczne drzwi komnatki i w ramie ich ukazał się mężczyzna rosły, blondyn;
+łysawy i dość otyły, o siwiejącym, z polska podkręconym, wąsie.
+
+- Jakże mi miło... Jak miło mieć w swoich progach tak dostojnego
+gościa... rodaka!.. - zaczął od proga, z polską szczerością i
+uprzejmością w głosie, roztworzył przytem machinalnie ramiona, jakby
+chciał do piersi przycisnąć niemi przybyłego, po chwili opamiętał się
+jednak i wyciągając uprzejmie prawicę; czysto już tylko salonowym
+gestem, przedstawił się: Orlęcki... Wiktor... - siostrzeniec Hugona.
+
+- Nie uwierzy pan - ciągnął natychmiast bardzo grzecznie - jaką
+rzetelnie prawdziwą radość uczynił mi list stryja i zapowiedź tej
+pańskiej wizyty... Proszę, niech pan prezes siada!... Proszę bardzo...
+
+I Orlęcki wskazał, z grzecznością, fotele, widząc zaś zdziwienie na
+twarzy Romana, na dźwięk tytułu "prezesa", uśmiechnął się, odgadłszy
+myśl gościa.
+
+- Dziwnem się panu prezesowi, jak widzę, wydaje - przemówił, - że
+tytułuje go... Cóż to, przypuszcza pan może, - ciągnął dalej, ze swadą,
+- że my tu na obczyźnie nic nie wiemy, kto w kraju u nas przoduje?
+Przeciwnie, przeciwnie! - śledzimy gorączkowo i z uwagą ruch naszych
+ziomków, współbraci !.. A jakże... a jakże!.. Ja sam osobiście trzymam
+wiele gazet polskich, wiem o wszystkiem, a z nazwiskiem pańskiem - tu
+skłonił się grzecznie w stronę Romana - spotykałem się w nich
+tylokrotnie, ceniąc zawsze ruchliwość pana prezesa i oddaniu się jego
+społeczeństwu naszemu...
+
+Umilkł, a po chwili
+
+- Ale!.. przepraszam bardzo!.. Pan prezes wszak pali zapewne?.. służę
+natychmiast - i zerwał się miejsca, przynosząc wkrótce Dzierżymirskiemu
+pudełko papierosów.
+
+Roman sięgnął po jednego z nich i bąknął niewyraźnie:
+
+- Dziękuję bardzo!..
+
+Obserwując wciąż ciekawie, spod oka swego gospodarza, chciał przytem już
+przemówić, lecz pełny bezustannej uprzejmości Orlęcki przerwał mu zanim
+usta otworzyć zdołał:
+
+- A może cygarko?.. Przepraszam stokrotnie... Za chwilę! - i nie
+czekając odpowiedzi, znikł za drzwiami przyległego pokoju, Dzierżymirski
+zaś uśmiechnął się.
+
+Poczciwy człowiek jakiś - pomyślał - i choć, zdaje się, blagier nieco,
+lecz szczery i z gatunku nieszkodliwych. Dowiem się prawdopodobnie,
+czego chciałem...
+
+Ledwie Roman określenie to w umyśle sformułować zdołał, gospodarz domu
+stał już przed nim, podając szerokie puzderko cygar.
+
+- Doskonałe - pochwalił - prawdziwe pruskie... O, bynajmniej nie
+tutejsze, które są po prostu ohydne - zaopiniował.
+
+- Dziękuję bardzo. Pan tak łaskaw... - poczuł się w obowiązku odrzec
+Dzierżymirski, powstawszy zarazem z miejsca swego.
+
+- O, panie prezesie! - pospieszył, z odpowiedzią, Orlęcki, - Siadać
+proszę en bons amis... Ot -tutaj... - wskazał na kanapkę - wygodniej
+będzie! - i zapaliwszy równocześnie zapałkę, zbliżył płomień do
+koniuszczka cygara Dzierżymirskiego.
+
+- Merci!.. - skłonił się tenże raz jeszcze, i wypuściwszy kółeczko dymu,
+odezwał się wreszcie, skorzystawszy z sekundy milczenia gościnnego
+gospodarza.
+
+- Czytał pan list stryja, pana Hugona, wszak prawda?.. Wiadomy panu więc
+zatem cel mego tu przybycia... Nie znąjąc nikogo w Paryżu, zdecydowałem
+się prosić stryja pańskiego, o tarte d'entree do pana...
+
+- Och, i bez tego, panie prezesie - przerwał Orlęcki - każdego rodaka
+witamy tu z całego serca! Tembardziej zaś pana prezesa, tak w kraju
+zasłużonego...
+
+- Ach, tak, nie wątpię - z wolna potwierdził Roman - lecz i mnie
+chodziło również - tu uśmiechnął się z lekka - o specyalną protekcyę do
+kogoś, by potrafił ułatwić wiadomą nam sprawę przemysłową...
+
+- A tak, tak! - przerwał znów Orlęcki, niezadowolony jakby, że poruszano
+tę kwestyę. Pan prezes radby obejrzeć drobiazgowo i gruntownie
+urządzenia fabryk tutejszych, przy mojej pomocy... Owszem, postaram się,
+panie prezesie, choć uprzedzić muszę, że ja... - zatrzymał się - nie mam
+tak rozległych stosunków ze sferą handlowców... to jest, chciałem
+powiedzieć... ze sferą fabrykantów... przemysłowców... Paryża... panie
+dobrodzieju... Jednakże... - tu zająknął się, zaplątał w swem
+przemówienia Orlęcki i zamilkł, widocznie zmieszany.
+
+Uśmiech niedostrzegalny okolił wąskie usta Romana.
+
+- To nic nie szkodzi - odparł. Mam niepłonną nadzieję, iż razem z panem
+damy sobie z tem wszystkiem radę... Zresztą, to chyba drobnostka. Chodzi
+zaledwie o jakieś dziesięć fabryk tylko...
+
+Roman zatrzymał się i zapytał jeszcze, chcąc konsekwentnie doprowadzić
+do końca zmyślony swój interes i misyę:
+
+- Wszak fabryki owe wymienione są w liście pana Hugona...
+
+- Tak jest, tak jest... w istocie...- potwierdził Orlęcki i zająknął się
+znowu.
+
+- To dobrze, mógłby mi może szanowny pan powiedzieć, czy właściciele ich
+znani są jemu?.. Gdzie to zakłady fabryczne znajdują, w jaki sposób,
+oraz kiedy obejrzeć je można by było?..
+
+- Nic doprawdy nie mogę jeszcze panu prezesowi w tym względzie
+powiedzieć - odrzekł Orlęcki i dodał natychmiast:
+
+- Co się tyczy, czy znam właścicieli, to... prawdopodobnie... Zresztą
+zna się tutaj osób tyle... - zatrzymał się. - Tylko, vous savez, panie
+prezesie... otrzymałem list dopiero wczoraj - urwał, i dokończył po
+chwili - więc, vous comprenez, czasu nie miałem...
+
+- Ależ naturalnie!.. - pospieszył z uspakajeniem Orlęckiego
+Dzierżymirski. - Ja tylko dlatego się pytam, iż to jest celem mego tutaj
+przybycia, i że to mnie nader interesuje, jako delegata nowa
+zakładającej się u nas w kraju współki
+Handlowo-Przemysłowo-Fabrycznej...
+
+- A tak, słyszałem,.. Czytałem nawet o tem gdzieś w gazetach - odparł, z
+przekonaniem Orlęcki.
+
+- Kłamie, jak z nut - pomyślał Dzierżymirski, i uśmiech dyskretny
+ponownie przemknął po ustach jego. Zaciągnął się jednocześnie cygarem i
+wpatrzył badawczo w Orlęckiego. - Bonne pâte d'homme... - myślał zarazem
+- ale jak tu zacząć o tych zgubionych pieniądzach?
+
+Tymczasem, nielubiący milczeć Orlęcki, widocznie również pragnący
+zręcznie odwrócić rozmowę, już mówił:
+
+- Pan prezes zapewne nie po raz pierwszy i na dłużej przybył do Paryża,
+nieprawdaż?..
+
+- Och, tak... - odruchowo potwierdził Roman, nie myśląc o tem, co mówi.
+
+- No, to mam nadzieję - opowiadał uprzejmy gospodarz dalej - że będę
+jeszcze miał okazyę przedstawić panu prezesowi moją żonę i córkę... Dziś
+pojechały do Versailles. Panu prezesowi wiadomo zapewne, iż w pierwszą
+niedzielę każdego miesiąca puszczają wodę ze wszystkich fontann w
+Wersalskim parku... Widok zaiste bywa wówczas wspaniały. C'est
+charmant!.. - zatrzymał się chwilę i sięgnął po zegarek do kieszeni. -
+O! trzecia już dochodzi... Niebawem wrócą...
+
+Dzierżymirski tymczasem, słuchając, nie słuchał, pogrążony wciąż w
+myślach. Naraz twarz śniada jego ożywiła się, przeleciał po niej
+promień... Strzepując delikatnie popiół z cygara, przemówił z wolna:
+
+- Proszę pana... - zatrzymał się. - Za niedyskrecyę popełnianą może,
+najmocniej przepraszam... Czyżby pan nie był rad powrócić do kraju..
+
+I Dzierżymirski badawczo spojrzał w twarz Orlęckiemu, czekając
+odpowiedzi, jednocześnie myślał.
+
+- Każdy Polak na obczyznie tęskni za krajem, pewnik; dlaczegobym ja nie
+miał użyć tego sposobu do osiągnięcia mego prywatnego celu? No,
+zobaczymy...
+
+Orlęcki zaś już mówił:
+
+- Czy ja nie pragnąłbym powrócić do kraju? Ależ, panie prezesie, to moje
+najgorętsze życzenie! pragnienie żony mojej, córki - codzienne marzenie
+nas wszystkich! - dokończył, z zapałem.
+
+- No, dobrze, mam cię!.. - przeleciało przez umysł Romana.
+
+- Czy wolno zapytać jeszcze - przemówił - o rzecz jedną, a mianowicie...
+Czy życzenie to państw - marzenie - poprawił, z uśmiechem - ma już dotąd
+jakie pewne i konkretne podstawy?..
+
+Orlęcki na te słowa spuścił wzrok ku ziemi.
+
+- O, bynajmniej - odparł... - Tam, w kraju, stosunki zerwałem wszystkie
+prawie... tu zaś zawiązałem niektóre, potrzebne mi. Mam poza tem stałe
+zajęcie, przynoszące mi dochód pewny...
+
+- Tak, tak, zapewne, rozumiem - przerwał szybko Dzierżymirski - wchodzę
+w położenie i przepraszam bardzo za me pytania... - dokończył grzecznie,
+a widząc równocześnie na twarzy gospodarza zakłopotanie widoczne...
+
+- Nie ma za co jechać nieborak - to jasne, i żyć by z czego nie miał
+-wśród swoich - pomyślał i w tejże chwili zapytał:
+
+- Lecz gdyby tak trafiła się na przykład szanownemu panu okazya dobra do
+objęcia w kraju zyskownej posady? Przypuszczam, że w takim razie
+przeszkody do wyjazdu nie byłoby żadnej?..
+
+- No, zapewne... Lecz o tem i myśleć niepodobna, nie posiadam bowiem już
+żadnych w kraju stosunków - powtórzył Orlęcki, ze smutkiem.
+
+- A pan Hugo, krewny pański?.. - zagadnął Roman.
+
+- Och... ten... - przeciągle odparł gospodarz, z niechęcią wyraźną, i z
+wybuchem szczerości nagłej, rzekł z goryczą:
+
+- Stryj Hugo od czasu, jakem emigrował i wieść mi się w życiu przestało,
+znać mnie już nie chce, ani wiedzieć nic o mnie... Dziwię się nawet
+niewymownie, iż raczył napisać pod moim adresem, w interesie prezesa,
+słów kilka...
+
+Na twarzy Orlęckiego, przy tych słowach, osiadł cień, po chwili
+dorzucił:
+
+- Zwykła kolej ludzka... nic dziwnego. Świat pamięta o tych tylko,
+którym się powodzi.
+
+Dzierżymirski wpatrzył się uważnie w Orlęckiego; ostatnie słowa,
+wypowiedziane przez niego, odkryły mu utajoną stronę życia siedzącego
+przed nim człowieka - nieszczęście, gorycz skrytą, a powodów jej łacno
+domyślił się Roman. Pomimo woli, żal mu się Orlęckiego zrobiło.
+
+- To szkoda jednak - przemówił z wolna - że panowie mieszkają tak od
+siebie z daleka... Pan Hugo, choć odludek i egoista, poza tem jednak
+człowiek nieposzlakowanej opinii i nadzwyczaj przy tem wpływowy i
+bogaty.
+
+Orlęcki na te słowa uczynił niewyraźny ruch ręką; - nastała chwila
+milczenia.
+
+- Wypada mi raz jeszcze przeprosić stokrotnie pana - odezwał się znów
+pierwszy Dzierżymirski - że ośmielam się wkraczać w stosunki jego, tak
+osobiste, lecz po pierwsze wyjątkowe położenie nasze tu, na obczyźnie,
+jako rodaków, skłania mnie do tego; po drugie zaś, że w tym względzie
+może mogę stać panu użytecznym...
+
+Orlęcki, zdziwiony, spojrzał na Romana.
+
+- Tak jest - rzekł Dzierżymirski, z uśmiechem - cóżby szanowny pan
+bowiem powiedział na to, gdybym... -- tu zatrzymał się sekundę - ułatwił
+mu... - Dzierżymirski przy tem zaakcentował wyraźnie ostatnie wyrazy -
+powrót do kraju... Stosunkami zaś dał mu jaką posadę korzystną?..
+
+- Ależ, panie prezesie! - wykrzyknął Orlęcki, i zerwawszy się z fotelu,
+uchwycił dłoń gościa swego, ściskając ją serdecznie.. - Wdzięczność moja
+i sercu memu bliskich nie miałaby granic!.. Lecz doprawdy, nie
+pojmuję... nie rozumiem!.. - urwał wzruszony... - Skąd taka łaska pana
+prezesa dla mnie?... Wszak poznaliśmy się tak niedawno! - dokończył i
+zamilkł, nie wiedząc snać, co powiedzieć, jak się obrócić i znaleźć w
+sytuacyi, tak dlań niespodzianej...
+
+Roman tymczasem powstał również z miejsca, i oddawszy serdecznie uścisk
+Orlęckiemu, po przyjacielsku ujął go za ramię.
+
+Przeszli po pokoju tak razem kroków kilka, poczem Dzierżymirski, wciąż
+idąc pod rękę z Orlęckim, rzekł całkiem swobodnie:
+
+- Przyznaję, poczułem do szanownego pana szczerą sympatyę, rozumiem przy
+tem w zupełności połóżenie jego tutejsze, i gotów jestem uczynić dla
+niego wiele...
+
+- Dziękuję, po tysiąc razy dziękuję! - uścisnął Orlęcki serdecznie
+trzymane ramię Romana, z równowagi cały wyprowadzony.
+
+Dzierżymirski mówił tymczasem dalej, pomny celu swego:
+
+- Lecz daruje pan rzecz jedną... Nim przystąpimy mianowicie do
+obchodzącej pana sprawy, wiedzieć muszę dokładnie - Roman zatrzymał się
+- zupełnie szczegółowo - poprawił - przebieg dotychczasowego jego życia.
+Nic w tem dziwnego z mej strony, wszak prawda?.. Znać mam przyjemność
+szanownego i kochanego pana od tak bardzo niedawna! - dokończył, z
+przyjaznym uśmiechem, i jak najnaturalniej na pozór.
+
+- Ależ, rzecz prosta! Tajemnicy w tem zresztą nie ma żadnej! - odparł
+Orlęcki szybko, przekonany zupełnie. - Opowiem prezesowi wszystko
+natychmiast! - ciągnął dalej rozradowany.
+
+- No, to siadajmy!.. - rzekł wesoło Dzierżymirski.
+
+Usiedli jeden naprzeciw drugiego. Roman wpatrzył się badawczo w twarz
+Orlęckiego, a w oczekiwaniu zwierzenia, którego w duszy tak bardzo
+pragnął, twarz mu pobladła mimo woli, aksamitne zaś spojrzenie ciemnych
+oczu stało się bardziej jeszcze przenikliwem i rozumnem.
+
+- Słucham pana - rzekł poważnie.
+
+Uśmiechnięty, radosny, poprawił się Orlęcki na krześle, i sięgnąwszy po
+cygara, zapalił jedno, w roztargnieniu częstując niemi Romana.
+
+- Dziękuję, palę jeszcze - uśmiechnął się niedostrzegalnie Roman, i
+spojrzał z pod oka na gospodarza. - Rôti ŕ point! - zadecydował w myśli
+sarkastycznie.
+
+- A, przepraszam! -odrzekł Orlęcki i mówił dalej:
+
+- Otóż, co do mego, technicznie tak zwanego curriculum vitae, postaram
+się opowiedzieć je prezesowi w kilku słowach. Rzecz ta przedstawia się
+zatem jak następuje:
+
+- Urodzony lat temu, czterdzieści i siedem, dobiegam już bowiem
+pięćdziesiątki - uśmiechnął się - z ojca Ryszarda i matki Józefy z
+Lancjarskich de domo, przepróżnowałem, kształcąc się w domu, do lat
+piętnastu... Potem oddano mnie do Jezuitów, następnie kończyłem
+uniwersytet w Bonn, nad Renem, i wróciwszy do kraju, objąłem klucz
+majątkowy, dziedziczny Orlin...
+
+- Bywając w, świecie przez lat kilka, starając się o pierwsze w kraju
+partye, żyjąc nieco szeroko, straciłem majątek... Następnie spotkałem
+dzisiejszą żonę moją, z domu hrabiankę Bożkowską... Przez ż - uśmiechnął
+się Orlęcki, - bo są i Borzkowscy przez rz, bez tytułu i nie pochodzący
+wcale z karmazynów - zwyczajne szaraki - objaśnił.
+
+Dzierżymirski w tem miejscu uśmiechnął się pobłażliwie - sarkastycznie,
+lecz słuchał w milczeniu dalej.
+
+- Pobraliśmy się, - ciągnął tymczasem Orlęcki - i osiadłem na roli, już
+nie jako pan, ale jako skromny obywatel na kilkudziesięciu włókach
+ziemi, i naturalnie, z czasem zerwałem przy tem zupełnie dawne światowe
+stosunki... Gospodarowałem sobie tak cicho lat kilkanaście, stałem się
+domatorem - przekształcałem stopniowo, o ile mogłem, w czcigodnego pana
+sąsiada... Wreszcie, niestety, jak piorun z nieba, spadło na mnie
+zdarzenie pewne... Nie wspomożony przez nikogo, sprzedać musiałem dobra,
+i przybyłem tu - za chlebem!..
+
+Orlęcki umilkł na chwilę, poczem, dodał nieco smutnie :
+
+- Jak najpiękniejsza od słońca płowieje materya, tak i najbarwniejsze
+życie blaknie od nieprzychylnych ciosów życia. Szarzyzną ono dla mnie
+dzisiaj - trudno! - westchnął, i zamilkł znowu.
+
+W nadziei, iż dowie się jeszcze oczekiwanego przezeń "clou" historyi tej
+całej, milczenia tego nie przerywał Dzierżymirski. Po dłuższej jednak
+chwili, widząc, że Orlęcki, pochłonięty myślami, zapominać zdaje się
+nawet o jego obecności, zagadnął uprzejmie:
+
+- I jeśli wiedzieć wolno, cóż dalej?
+
+Jakby ze snu jakiego dalekiego zbudzony, Orlęcki podniósł powoli
+posmutniałe oczy na Romana.
+
+- Nic! - odrzekł bezbarwnie, głosem twardym.
+
+- Być nie może? - zadziwił się Roman, jak mógł najszczerzej. - I
+pomyśleć - ciągnął swobodnie - że ja tam w kraju tyle przeróżnych rzeczy
+o panu słyszałem...
+
+Urażony jakby tem, co usłyszał, Orlęcki zapytał z kolei sucho:
+
+- No, i cóż takiego, ciekawym, wymyśliła na mnie luba opinia, czy
+wiedzieć mogę?
+
+Roman niecierpliwie poruszył się na krześle.
+
+- Cóż u licha! - pomyślał - czynię dotąd tyle, i prawda wciąż wymyka mi
+się sprzed nosa...
+
+Po chwili zaś, jak gdyby nagle na coś zupełnie już stanowczo
+zdecydowany, odpowiedział z wolna, przetarłszy przytem ręką czoło:
+
+- Och!.. potem o tem... Teraz znowu powrócić muszę do jądra zajmującej
+nas kwestyi. Pragnę dać panu posadę... Czy wolno zapytać - jakie są jego
+mocne - zaakcentował - kwalifkacye fachowe?..
+
+- Fachowych ściśle żadnych - przerwał niezadowolonym trochę głosem
+Orlęcki. - Posiadam jednak języki: angielski, francuski, rosyjski i
+niemiecki, oraz zdobyte pracą i praktyką obecną - rachunkowość i
+buchalteryę - w banku, gdzie urzęduję i skąd w razie potrzeby otrzymać
+mogę świadectwo odpowiednie.
+
+- A! - zadziwił się mimo woli Roman - to dobrze... to bardzo dobrze...
+
+Wzrok jego przy tem, z zadowoleniem objął dłuższą chwilę całą postać
+Orlęckiego, mówiąc do siebie mimo woli wyraźnie; - Patrzcie?.. nie
+spodziewałem się!..
+
+- Zatem - odezwał się niebawem - objąć może szanowny pan inną, lepszą
+nawet posadę od tej, którą przeznaczałem w myśli dla niego.
+
+- Cóż to za miejsce? - zagadnął Orlęcki.
+
+- Une place de confiance...- wycedził z wolna Dzierżymirski. - Przy tem
+równocześnie jedno z wyższych przy korespondencyi i buchalteryi w Banku
+Komercyjno-Przemysłowym, otworzyć się mającym za miesięcy kilka... Do
+komitetu należę, odmówić mi nic nie mogą... Skoro zaś pan w tej właśnie
+dziedzinie już posiada praktykę pewną, tem łacniej więc wybór mój
+zatwierdzą...
+
+Roman skończył i spojrzał znów spod oka na obywatela - emigranta.
+
+Zdziwienie radosne biło z twarzy Orlęckiego.
+
+- No, teraz chyba wyśpiewasz mi wszystko - pomyślał Roman, w duchu.
+
+- Pensya znaczna - ciągnął dalej całkiem obojętnie, - ile, nie wiem
+jeszcze na pewno... W każdym razie tysięcy kilka .. - urwał niedbale.
+
+- Ależ to miejsce idealne! - wykrzyknął żywo Orlęcki. - Dziękuję po raz
+wtóry! - uścisnął dłoń Romana.
+
+Dzierżymirski uczynił wysiłek nad sobą, by nie zdradzić się przypadkowo
+nerwowem głosu brzmieniem i przemówił:
+
+- Tylko zachodzi tu jeszcze kwestya jedna... A mianowicie - zawahał
+się...
+
+- Bo to, widzi szanowny i kochany pan, ci panowie, tam, w Zarządzie, są
+bardzo trudni... Czepiają się byle czego...
+
+I znów Roman mówić przestał, poczem zaś, poirytowany nagle, że będzie
+zmuszony iść prosto do celu i palcami dotykać kwestyi, którą zręcznie
+obejść zamierzał, wyrzucił z siebie twardo:
+
+- Mówiono mi tam, o jakichś pieniądzach, zgubionych przez pana,
+nieodnalezionych, czy coś tam podobnego... Pojmuje pan zatem, że ja,
+protegując - zatrzymał się Roman sekundę, i uprzejmie nieco dorzucił, z
+wymuszonym uśmiechem. - Powiedzieć muszę wszystko, wszak pan to rozumie
+chyba?.. Nic zaś o tem dotąd szanowny pan mi nie mówił...
+
+- Ależ nie powiedziałem? - obruszył się urażony widocznie Orlęcki. - Bo
+uważałem to, jak i uważam dotąd, za sprawę czysto osobistą...
+
+- Masz tobie! - omal że nie wykrzyknął Dzierżymirski, ze złością, lecz
+opamiętał się w porę, i zapytał w ślad za tem spokojnie, wpadłszy
+zarazem na pomysł przebiegły.
+
+- No tak, zapewne... Czyjeż to jednak pieniądze były?..
+
+- Aaa! - wyrwało się z ust Orlęckiego natychmiast, i powstawszy
+gwałtownie z krzesła, wykrzyknął:
+
+- To prezesowi tak powiedziano!.. Rozumiem teraz i przepraszam... Łotry
+dopiero, infamisy!.. - wyrzucił z siebie z oburzeniem.
+
+Dzierżymirski śpiesznie położył swą kobiecą miękką dłoń na żylastej ręce
+szlachcica i pomimo woli rzucił niecierpliwie:
+
+- Ja również bardzo przepraszam! - zawahał się - i słucham..: -
+dokończył.
+
+Orlęcki usiadł, wzburzony jeszcze odsapnął i przemówił:
+
+Powiesz mi później, prezesie kochany, kto mnie tak oszkalował. Pierwsza
+rzecz, gdy do kraju powrócę, wyzwę go na pojedynek, jak mi Bóg miły, a
+teraz słuchaj:
+
+- Było to tak: Posiadałem majątek na Litwie, gdzie, jak wiadomo,
+hipoteki nie ma, ni Towarzystwa Kredytowego... Są tam tylko tak zwane
+"Banki Ziemskie", które w razie nie uiszczenia się z wypłaty na termin,
+egzekwują bardzo szybko... Otóż w jednym z banków owych miałem grubą
+pożyczkę... Minął termin jeden, drugi, trzeci, płaciłem mało, zebrały
+się zaległości, wystawiono mi dobra na sprzedaż... Zapłacić musiałem
+zaległości - razem dwanaście tysięcy... Nie miałem ich, pożyczyłem więc
+sumę żądaną u paru osób i w drodze, gdym jechał płacić na miejsce, w
+ostatniej niemal chwili pieniądze te zgubiłem... Majątek mi naturalnie
+sprzedano...
+
+- To bolesna prawda!.. Chyba pan prezes przysięgi żądać ode mnie nie
+będzie, a zresztą?.. Gotowym! - i Orlęcki powstał uroczyście...
+
+- Ale, cóż znowu?.. - rozległ się w milczeniu suchy głos
+Dzierżymirskiego, a słowa te, wymówione zimno, zabrzmiały niemiłym dla
+ucha dźwiękiem:
+
+Od chwili bowiem, gdy z ust Orlęckiego padła cyfra "dwanaście tysięcy",
+Roman zmienił się całkiem. Giestem, pełnym zniechęcenia, wypuścił z rąk
+trzymane cygaro, twarz zaś, przybrawszy wyraz obojętny, chłodny, poorała
+się w drobne zmarszczki. Więc ponownie oto rozprysła mu się w palcach
+mydlana bańka!.. Życie, z przerażającą logiką dawało mu do zrozumienia,
+że kpić z usiłowań jego nie przestaje... I drwina ta nowa, szydercza,
+zraniła go boleśnie, jednocześnie zaś gniew niewytłumaczony,
+instynktowny, zawrzał w Dzierżymirskim.
+
+Cóż go, zaiste obchodzić mógł Orlęcki, historye i przysięgi jego?
+
+- Osioł!.. Myśli może - rzucił w duchu gniewnie - że obecnie, kiedy nie
+dwadzieścia siedm, a dwanaście tylko zgubił tysięcy, zajmować się nim
+będę!.. Ba, nie głupim! - i uśmiech zły, sarkastyczny wykrzywił wąskie
+usta Romana.
+
+Powstał sztywno, mając zaś już z wieloletniej swej praktyki na ustach
+gotowy do pozbycia się ludzi zdawkowy komunał, wyciągnął rękę na
+pożegnanie...
+
+Lecz oto niespodzianie fakt na pozór drobny pomieszał mu całkiem szyki -
+zadzwoniono. Gadatliwy Orlęcki, rozpoczynający właśnie, mało już
+obchodzący teraz Romana, dalszy ciąg swych życia kolei, przeprosiwszy,
+wybiegł do przedpokoju, w ślad za tem rozległy się dwa głosy kobiece,
+szelest okryć i sukien damskich. Rozbierano się, potem szeptać zaczęto,
+po chwili zaś znów dwa wykrzykniki zdziwienia i radości obiły się o
+słuch Dzierżymirskiego.
+
+Słysząc je, skrzywił się Roman nieznacznie, chrząknął i znudzony zbliżył
+się powoli ku oknu salonika. Nie trudno było domyśleć się, że tam, w
+przedpokoju, ten "poczciwy" Orlęcki wygadał już rodzinie swej niemal
+wszystko.
+
+- Wpadłem! - pomyślał Roman, i zdenerwowany, stuknął palcami w
+powietrzu.
+
+Drzwi zaś poza nim roztwierały się już spiesznie. Odwrócił się.
+
+Naprzeciwko niego szły dwie kobiety, zaróżowione, uśmiechnięte. Jedna z
+nich, starsza, brunetka, piękna jeszcze, dobrze zakonserwowana, - druga,
+dziewczę młodziutkie, szesnastoletnie zaledwie może, hoże i świeże...
+
+- Prezes Roman Dzierżymirski, nasz obecny zbawca, opiekun, a jak ci
+mówiłem przed chwilą, najszlachetniejszy z ludzi, których dotąd w życiu
+poznałem! - przedstawił szumnie Orlęcki gościa żonie, głosem ciepłym,
+jakby wzruszonym jeszcze od doznanych z przed chwili wrażeń.
+
+Skłonił się Dzierżymirski, a na dźwięk ostatniego zdania lekki rumieniec
+pokrył mu lica. Wstydził się za swe myśli - za siebie...
+
+Tymczasem ruchem wspólnym, uprzejmie wyciągnęły się ku niemu dwie małe
+kobiece rączki.
+
+- Bardzo mi miło poznać pana, bardzo miło! - mówiła, ściskając dłoń
+jego, pani Orlęcka. - Tembardziej, że jak mi właśnie mąż powiada, pan
+prezes staje się aniołem opiekuńczym naszych losów, przyszłości -
+zwiastunem, iż zobaczymy kraj nasz, za którym ciągle tak bardzo
+tęsknimy! - kończyła wzruszona.
+
+- Moja córka, Mita - przedstawiła z kolei Romanowi młodziutką pannę.
+
+Dzierżymirski trzymał, ściskał właśnie w dłoniach drobną jej rączkę, a
+choć nie powiedziało mu dziewczę nic zgoła, z uścisku jednak
+przyjaznego, ciepłego, ze spojrzenia jasnych, niebieskich oczu, w
+których czytały się w owej chwili wdzięczność bez granic, radość i
+nadzieja - poczuł Roman, iż okrucieństwem niemiłosiernem byłoby teraz z
+jego strony cofnięcie obietnicy.
+
+I jednocześnie reakcya nagła wstąpiła weń. Jakiś przypływ jakby dobroci
+zalał mu duszę, serce; zarazem zaś pomyślał:
+
+- Nazwano mnie "najszlachetniejszym", ha-ha-ha!.. Ironii może w tem
+wiele, ale... jednak... dlaczegóżbym i ja czasami nie miał być
+szlachetnym? A poza tem, cóż de facto winien ten oto Orlęcki, że nie
+jest tym właśnie, którego tak szukam bezowocnie?.. Jestem wpływowym,
+silnym, dlaczegóż więc nie dopomógłbym człowiekowi, pokrzywdzonemu bądź
+co bądź przez nieznanego pieniędzy jego znalazcę, tak, jak pokrzywdzonym
+jest może przeze mnie również i ten osobnik nieznany - "mój!.."
+
+I starczyło w ślad za tem jednej chwili, by w głowie Dzierżymirskiego
+powstał plan gotowy.
+
+- Cieszy mnie niewymownie, że los pozwala mi stać się - tu zwrócił się,
+z uśmiechem, ku pani Orlęckiej - Aniołem Stróżem tego domu... Dziś zaraz
+zatelegrafuję do panów z komitetu nowego banku o kandydaturze pana -
+wskazał nieznacznie Orlęckiego ruchem głowy.
+
+W milczeniu, wzruszony szlachcic uścisnął dłoń Dzierżymirskiego. Ten
+ostatni zaś zastanowił się chwilę...
+
+Kiedy czynić coś, to czynić zupełnie i wszechstronnie, - pomyślał, a
+sięgnąwszy do kieszeni, dyskretnie począł długo szukać czegoś w
+portfelu... Znalazłszy wreszcie tam przekaz na okaziciela w "Credit
+Lyonnais", wskazujący sumę dwóch tysięcy franków, rzekł swobodnie:
+
+- Choć to niegrzecznie bardzo z mej strony tak zaraz niemal po poznaniu
+opuszczać panie, - skłonił się uprzejmie w stronę dwóch kobiet - jednak
+panie wybaczą, uczynić to będę zmuszony, i...
+
+- Ależ, cóż znowu... - obruszyła się Orlęcka. - Obiad , podadzą w tej
+chwili, prosimy bardzo... Mito! - zwróciła się do córki - każ dawać!..
+
+- Dziękuję serdecznie! - skłonił się z uśmiechem Dzierżymirski w stronę
+młodego dziewczęcia. - Wychodzę natychmiast, a to z powodu naglących
+spraw, które nieodzownie dziś jeszcze załatwić muszę...
+
+- Żegnam panie! - wyciągnął uprzejmie rękę do pani domu, a następnie do
+panny.
+
+Ta ostatnia podała mu ją, z niewysłowionym wdziękiem i cicho rzekła:
+
+- Przyjm pan, panie prezesie, i ode mnie szczere podziękowanie za to, co
+czynisz dla ojca mego... Jesteś szlachetnym, dobrym i wdzięczność moja
+nie zapomni panu tego - nigdy!..
+
+- Szczęściem prawdziwem dla mnie, że i pani będzie z tego korzystać...
+Bo, o ile zgaduję, pani tu chyba najwięcej wrócić by rada do rodzinnego
+kraju?..
+
+- O! tak... - przyznała, z zapałem, szczerze: Wykołysały mnie nasze łany
+i lasy, wychowała ta ziemia nasza, tak piękna chyba, jak żadna!..
+
+Z sympatyą, spojrzał Roman na dziewczę, i skłoniwszy się raz jeszcze,
+zwrócił się z kolei do Orlęckiego.
+
+- A do kochanego pana to mam jeszcze i interesik drobny... - wziął
+gospodarza za ramię i poprowadził ku oknu:
+
+- Rzecz przedstawia się, jak następuje - rzekł, o ile mógł,
+najpoważniej. - Na zasadzie jednego z paragrafów ustawy, urzędnikom
+nowego banku, naturalnie protegowanym, daje się z góry na instalacyę...
+Kwestyę te jednak obmówić trzeba poprzednio na zebraniu. Otóż, ponieważ
+pan, pomimo, że bank nie funkcyonuje jeszcze, za miesiąc najdalej musisz
+już być na miejscu, a to, w celu ulokowania się i objęcia, de nomine,
+wakansu ofiarowanej posady, ja zaś dopiero za miesięcy kilka tam będę -
+zatem...- Roman urwał, dobierając jakby w umyśle wyrazów. - Zatem -
+powtórzył - awansuję tu kochanemu, panu przekazem, sumę właściwą...
+Przypuszczam, będzie ona odpowiadać mniej więcej kwocie, którą w swoim
+czasie przyznają panu na zebraniu Rady... Cóż, zgoda? Dobrą myśl miałem?
+- dokończył Roman.
+
+- Ależ z kochanego prezesa anioł prawdziwy, nie człowiek!.. - wykrzyknął
+Orlęcki i po staropolsku, uścisnąwszy go szczerze, podziękował, z
+zapałem.
+
+- Klociu, czy słyszysz? - zawołał na żonę. Pan prezes na instalacyę
+awansuje mi, przekazem! - i szlachcic poinformował dobrodusznie,
+szczegółowo małżonkę o wspaniałomyślności Romana. Nastąpiły w ślad za
+tem ponowne podziękowania, wykrzykniki...
+
+Odprowadzony aż do drzwi, żegnany serdecznie i czule, Dzierżymirski
+wydostał się nareszcie na schody, a potem na ulicę, sam pomimo woli
+wzruszony, z głową pełną najsprzeczniejszych myśli.
+
+Gdy po niejakimś czasie, wracając z wolna do rzeczywistości, podniósł
+głowę, spostrzegł w pewnem oddaleniu przed sobą złoconą kopułę tumu
+Inwalidów. Tknięty nagłą myślą, z miejsca natychmiast skierował się ku
+furtce, a wyminąwszy ją i strzegącego wejścia kulawego inwalidę, znalazł
+się na obszernym placu tumu, odgrodzonego kratą od ulic miasta.
+
+Wkrótce, po stopniach wschodów wstępować począł do wnętrza przybytku,
+kryjącego w swych murach grobowiec wielkiego Napoleona.
+
+W gmachu milczenie i jakby uroczysty powiew jakiś potęgi niewidzialnej i
+grozy objął Romana natychmiast.
+
+Cichym tylko szmerem rozlegały się tu kroki kilkunastu osób... Na dole,
+w szerokiem, na kształt basenu, pogłębieniu, drzemał olbrzymi sarkofag,
+z ceglasto - wiśniowego marmuru...
+
+Dzierżymirski zbliżył się do balustrady grobowca, i stanął smutny,
+cichy...
+
+Wobec prochów możnego władcy poczuł się równocześnie drobnym, nikłym...
+Huczące jego troki zmalały również - uspakajał się...
+
+I myśli jego nagle wzięły również obrót zupełnie inny.
+
+- Więc to tu - mówił sobie Roman - leży zwycięzca z pod Marengo, Ulm,
+Austerlitz, i.t.d., i.t.d. Więc tu spoczywają snem, nieprzebudzonym,
+wiecznym, prochy tego, wielkiego duchem - małego imperatora!..
+
+Dawno bardzo nie bawiący już w Paryżu, pamiętający go zaledwie w
+zamglonem tylko wspomnieniu, z minionych lat młodzieńczych,
+Dzierżymirski, w skupieniu i z nabożeństwem w duszy, wpatrzony,
+milczący, z głową pochyloną, zadumał się przed trumną cesarza Francyi.
+
+Wokoło niego z prawej i lewej strony, w wewnętrznym półkręgu tumu,
+widniały wklęsłe pogłębienia, z grobowcami małymi; przed nim zaś, poza
+drzwiami do grobu, wznosił się rozpięty na krzyżu Syn Boży umęczony...
+
+Dzierżymirski po chwili ocknął się z zamyślenia i postąpił wzdłuż
+kolistej baryery grobowca, w kierunku jego wejścia:
+
+Zamknięte szczelnie drzwi pomnikowe połyskiwały hebanem czarnego
+marmuru; u progu ich i wschodów, wiodących do wnętrza "tombeau", w
+mundurze granatowym, poważny, ze wstęgami i orderami, brodaty, stary,
+stróżował inwalida...
+
+Na górze zaś błyszczał wielki napis złocisty: "Je désire, que mes
+cendres reposent sur le bord de la Seine - au milieu de ce peuple
+francais, que j'avais tant aimé" *).
+[*) "Pragnę, aby me prochy spoczęły u brzegów Sekwany - wśród tego ludu
+francuskiego, który tak bardzo kochałem."]
+
+Dzierżymirski patrzył, przejęty mimowolnie do głębi powagą, skupienia
+pełną, i jakąś melancholią rzewną, wiejącą od tego grobu zmarłego
+geniusza despoty, śniącego tu cicho, zapomnianego jakby w samem sercu
+republikańskiego dziś Paryża.
+
+Nagle, gdy poruszony, niemy, stał tak, wciąż, zamyślony, drgnął
+gwałtownie.
+
+Bo oto w tejże samej chwili wybiła w ciszy głośno godzina czwarta, a z
+jej uderzeniem, jako sygnał zamykania już gmachu, raptowny, rozległ się
+właśnie odgłos bębna.
+
+Grano bojową pobudkę... Donośnie rozchodził się w milczeniu uderzenia
+krótkie, wzbijały się pod strop wysoki, echem dudniły w zagłębieniach,
+arkadach, owalnej kopule wysokiej.
+
+- Messieurs et dames sortez!.. sortez, s'il vous plait, sortez,
+sortez!.. - rozległ się jednocześnie twardy głos szwajcara, stróża
+Napoleonowego grobowca... Postukując grubą laską, iść począł on i
+rozpędzać energicznie przed sobą, ku wyjściu rozsypanych po gmachu tam i
+ówdzie gości.
+
+- Sortez! - rozkazujący, wojskowo - lakoniczny, - bezustanny
+rozbrzmiewał głos jego i mieszał się! z bojową fanfarą bębna!..
+
+Dzierżymirski jednak nie ruszał się wcale z miejsca przeciwnie. Wrósł
+jakby w ziemię; ucho jego łowiło łapczywie donośne, jędrne tony pobudki,
+wyobraźnia, podsycana nerwami, w rozstroju - poruszona, snuła mu przed
+oczyma obraz fantasmagoryczny.
+
+W gmachu panował mrok...
+
+Ostatnie dźwięki surmy bojowej konały, a Romanowi zdało się, iż z
+milknącem coraz już dalszem echem bębna, poczynają oto zaludniać tum
+wspaniały jakieś wyrosłe jakby zewsząd mary i cienie poległej dawno
+Napoleońskiej gwardyi starej, i wyraźny o słuch jego obija się przy tem
+stuk ich butów i ostróg o kamienie posadzki!..
+
+Idą! Ustawieni w szyku, gotowi do walki, stoją oto niezliczeni wokoło
+grobu wodza swego... Przebóg, cóż to jest?..
+
+Huk jakiś rozlega się w gmachu - to marmur grobowca pęka, unosi się...
+
+W trójgraniasty kapelusz przybrana, z założonemi na piersiach rękoma,
+staje wyraźnie przed wzrokiem Romana postać Napoleona - wodza!..
+
+- Paf, paf!.. - w tej samej chwili tuż koło Dzierżymirskiego o posadzkę
+uderza ktoś zamaszyście.
+
+- Sortez, sortez donc, monsieur!.. Quatre heures... la consigne!.. -
+rozlega się głos twardy i szorstki.
+
+Roman budzi się, rozgląda... A zirytowany natychmiast, że tak obcesowo
+przerwano mu jego widzenie marzące, gotów już jest a to rzucić w twarz
+stającemu nad nim miejscowemu szwajcarowi jakąś ostrą okolicznościową
+uwagę... Otwiera już usta, spojrzawszy jednak na twarz wybladłą, pooraną
+zmarszczkami, o wyrazie pełnym melancholii i smutku, milknie.
+
+W tych rysach bowiem czyta wyraźnie gniew tłumiony, lecz nie bezmyślny,
+- bynajmniej. Nie, przeciwnie. Oburzenie to jakieś inne,
+szlachetniejszej, podnioślejszej jakby natury, i mówić zda się:
+
+- Ach idźcie, już idźcie!.. Odejdźcie wy wszyscy, profanatorzy wstrętni,
+kalający te progi ciekawością banalną - nieprzystojnym szumem, hałasem,
+gadaniną i gwarem mącący bezmyślnie spokój i sen wieczny wielkiego
+imperatora!..
+
+- Cóż wy? - mówiły z pogardą te szare smutno oczy starca. - Cóż wy,
+karły, nie ludzie dzisiejsi, mali -wiedzieć możecie? Co sądzić o czynach
+olbrzymich "Jego?" Co odczuć? Cóż zrozumieć jesteście zdolni?..
+
+Dzierżymirski z uwagą wpatrywał się dalej w stojącego przed nim
+niecierpliwie szwajcara - inwalidę.
+
+Czyżby istotnie w umyśle tego starca uczucia podobne się kryły? - myślał
+i zatopiwszy raz jeszcze, milcząc, badawcze spojrzenie w mętnych
+źrenicach starca, bez słowa, skierował się ku wyjściu z tumu.
+
+Otworzono przed nim, zamknięte przed chwilą: z hukiem drzwi wchodowe, i
+zatrzaśnięto je poza nim.
+
+Wydostawszy się na ulicę, Roman, znużony, wsiadł do pierwszej dorożki;
+tu zaś, ochłonąwszy nieco od wzruszeń i wrażeń, porządkować zaczął w
+głośno zdarzenia minionych godzin kilku.
+
+- Raz jeszcze zatem, miast rzeczywistości, chwytałem marę, cień
+ułudny!.. - mówił sobie w duchu, z nagłą goryczą. - Pochłonięty wciąż
+jedną myślą, przybiegłem tutaj nadziei pełny, i znowu nic - zero!..
+
+- O, ironio, niezrozumiała, dziwna!.. - dumał dalej. - Czyż nigdy nie
+trafię na ślad pewny? Czyż wiecznie, biczowany sumieniem, dręczyć się
+tak będę, zmuszony?
+
+Dzierżymirski opuścił ręce na kolana, w zniechęceniu i pochylił nisko
+głowę. Z chwilową samotnością, z pogłębieniem się w siebie, wracała
+bezlitosna samowiedza, błędne koło tajonego w duszy cierpienia
+zacieśniało się, wirowało, rzucając mu jednocześnie na ekran duszy
+wizerunek nagły własnego moralnego "ja".
+
+Nie kryły go obsłony złociste, utkane z pozorów, zdolności osobistych,
+rozumu, energii, czynu, bezinteresownego poświęcenia dla drugich,
+szlachetności i wielu innych przymiotów, w które, jak w śnieżną,
+lamowaną purpurą, togę patrycyusza - przed ludźmi, przed światem, stroił
+się prezes Dzierżymirski...
+
+Nie, był to szkielet tylko!.. Otulony w płachtę jaskrawą szalonej
+ambicyi, krył on za jej fałdami bagno moralne pamiętnej w życiu Romana
+chwili, gdy dla osobistego szczęścia, użycia, pogwałcił on był etykę
+społecznego prawa!..
+
+Z tej kałuży jednak brudnej, a pozornie już zapomnianej, wyrastał kwiat
+- niby niepokalana biała lilia - zasiany ziarnem silnych, choć
+podeptanych zasad, wszczepionych za młodu - kiełkujący, przy pomocy
+czujnego zawsze sumienia!..
+
+Kwiatem tym - była chęć szlachetna, instynktowna, konieczna, oddania
+bądź co bądź, prawemu właścicielowi przywłaszczonych pieniędzy. Ona,
+wytrwała, popychała bezustannie Romana naprzód przed siebie; ona -
+ześrodkowywująca w sobie również najpiękniejsze pierwiastki jego
+charakteru - zniewalała go - do czynów, tam i ówdzie szlachetnych. Jej
+to niewątpliwie zawdzięczał Dzierżymirski swój postępek z Orlęckim!..
+
+I Romanowi w tej chwili mignął obraz wdzięczności tych trojga ludzi ku
+niemu.
+
+Znów tu więc fałsz mimowolny - życia ironia!..
+
+Dzierżymirski westchnął. Pomimo jednak, iż czuł zgrzyt w duszy, rosło
+tam w nim jednocześnie pewne zadowolenie, zazwyczaj odczuwane przez
+subtelniejsze natury, po spełnieniu dobrego, lub szlachetnego czynu.
+
+Spojrzał wokoło weselej nieco... Dorożka mijała właśnie bardzo ożywioną
+dzielnicę miasta.
+
+Na lewo widniała wieża St. Jaeques, a tuż obok kościół St. Germain
+-l'Auxerrois; naprzeciw ogromem rozwielmożył się Luwr wspaniały.
+
+Roman, zapłaciwszy woźnicę, wyskoczył z dorożki i skierował się ku
+muzeum.
+
+Odcięty w podróży od zwykłego, pełnego czynu, życia, pochłaniającego go
+całkowicie - Dzierżymirski poczuł nagle potrzebę nieodzowną, konieczną,
+odwrócenia jątrzących mu mózg myśli czemkolwiek, uciekał się więc znowu
+do koicielki-sztuki.
+
+Niebawem przez jedno z licznych wejść wchodził do jej świątyni,
+pogrążonej w milczeniu, tchnącej majestatem zapatrzonych w siebie tworów
+ludzkiego geniusza, szybującego na skrzydłach artyzmu we wszelakich jego
+odmianach i fazach - wcielającego piękno, by szło, niby tchnienie żywe,
+do dusz ludzkich, umiejących wznieść się i oderwać od poziomów!
+
+Znajdował się w salach dolnych. Zabytki starożytnej rzeźby romańskiej,
+greckiej otaczały go zewsząd. Setki ich z epok różnych patrzyły na niego
+piękna wyrazem, ręką mistrzów zakutym w kamień i marmury...
+
+Dzierżymirski, rozglądając się wokoło, szedł wolno, zamyślony.
+
+Jak w kalejdoskopie, przesuwały się wciąż kolejno przed nim posągi,
+coraz piękniejsze.
+
+Tutaj więc wychylały się oto rzędem ku niemu biusty i srogie oblicza
+wszystkich prawie imperatorów rzymskich - tam znów wykwintnie
+modelowanem ciałem pochylały, gięły posągi Apollinów - rzymskiego dłuta,
+o rysach grubszych, pełnych męskości i siły, - greckiego, traktowane
+daleko subtelniej z finezyą, o ciele jakby miękkszem i drobniejszem,
+przedziwnie wykończone w szczegółach i wyrazach twarzy...
+
+W oddzielnej sali, naprzeciw siebie, drzemały, na wzór oryginałów w
+Watykanie, olbrzymie odlewy, z bronzu: śpiącej Aryadny, Laokoona,
+Apollina i Dyany; dalej znów, z Tripolisu w Afryce sprowadzona, bez
+końca nóg i głowy, unosiła powabnie draperye piękna Venus, bieliły się
+bez liku dziesiątki rzeźb pomniejszych - stał Apollo z Lycyi, oparty o
+pień, koło którego obwijał się wąż zdradliwy... Apollo z Paros, patrzył
+łagodnie na widza; o rysach drobniutkich, w draperyi fałdach -
+wdzięczyła się grecka muza...
+
+Dzierżymirski, z powodu braku czasu spieszyć się zmuszony, szedł
+pomimowolnie szybko, zatrzymując się jednak co chwila to krócej, to
+dłużej, zniewolony ku temu pięknem, hojną ręką i dzięki niestrudzonym
+zabiegom, nagromadzonemu, tak obficie wokoło.
+
+Tak więc, pomiędzy wieloma, wieloma innemi zajęła go jeszcze rzeźba
+Tyberyusza cesarza, okrytego fałdami togi, z ręką wyciągniętą przed
+siebie, w oratorskim geście, tak wymownie, iż zdawało się, że oto już
+zaraz przemówi... Tam znów uwagę zwróciły dwie postacie kobiece,
+zabytki, przeniesione z greckich cmentarzy. Jedna z nich, owiana szatą
+przejrzystą, w stojącej postawie, zadumana smętnie, - druga, w takiejże
+pozycyi, z wieńcem laurowym na głowie, w bolesnem pogrążona skupieniu, z
+prześlicznie przytem wyrzeźbionem obliczem, przybrana w draperyę, której
+fałdy, wykończone subtelnie w marmurze, za lada powiewem poruszać się w
+oczach zdawały.
+
+Dzierżymirski wpadł w labirynt sal, salek, i szedł coraz dalej i
+dalej... Jednocześnie poddawał się stopniowo coraz bardziej urokom
+sztuki, a przypatrując się ciągle, z uwagą, okazom starożytnego dłuta -
+zapominał coraz bardziej o dręczących go myślach z przed chwili; czarne
+i smętne niepostrzeżenie pierzchały one cicho...
+
+I niebawem Romana znowu zajął marmurowy posąg z wyspy Paros...
+Przedstawiał on Aleksandra Wielkiego, z połową włosów złamaną i biustem,
+bez rąk, z twarzą natomiast zachowaną doskonale. Później zachwyciła go z
+kolei "Venus accroupie" w marmurze, również bez rąk, ze śladem na
+plecach odłamanej rączki Amora, potem znów dziesiątki rzeźb innych,
+jedne charakterystyczniejsze, piękniejsze od drugich...
+
+Po chwili, oparty o pień drzewa, zatrzymał go jeszcze, względnie do
+otaczających maleńki bardzo posążek, zatytułowany "Amor, jako Hercules",
+następnie inny: "Walczący Gladjator", a w końcu, cudna w swej prostocie,
+postać muzy poezyi lirycznej: "Polymnie..."
+
+Była to rzeźba wziętej z profilu kobiety, opartej, w zadumie, bokiem o
+kolumnę, w zwojach fałdzistej draperyi. Głowę pochyloną miała nieco, a
+upiększały ją włosy, falujące z lekka w marmurze, jedną rączką
+podpierała oblicze, natchnione, o rysach drobnych i subtelnych - drugą
+dotykała niedbale swej sukni, z ujmującym wdziękiem...
+
+Wymijając tłum nieruchomych posągów, gubiąc się wśród tych rzeźb,
+zadumanych, cichych, śniących jakby o wielkiej swej przeszłości -
+znalazł się wreszcie Roman niebawem w salce kwadratowej, małej, gdzie,
+otoczona sznurową baryerą - na wzniesieniu, ubranem bordo tkaniną,
+stała, królując, zda się, nad wszystkiem dokoła, perła zbiorów
+posągowych Luwru - Venus grecka z Milo.
+
+Zmęczony nieco, Dzierżymirski usiadł na ławeczce, zdjął kapelusz i
+wpatrzył się w stojącą, bez rąk, półnagą postać z marmuru.
+
+Pozornie kroczyła ona...
+
+Wprzód pochylona niedostrzegalnie, przytrzymując fałdów upadającej w
+pasie draperyi, zdawało się, że idzie, z szyją swą, wyciągniętą nieco
+naprzód, z oczyma przymrużonemi jakby, z włosami, karbowanemi z lekka i
+uwiązanemi z tyłu w węzeł, z twarzą blondynki, anielską - boską!..
+
+Od twarzy tej i półciała nagiego do draperyi, Dzierżymirski oczu oderwać
+po prostu nie był w stanie...
+
+On w oblicza tem czytał - a przynajmniej tak mu się w danej chwili
+zdawało - zapatrzenie się w siebie i dumę, ale zarazem i słodycz, zakutą
+w przedziwnej regularności rysie każdym, i choć sam osobiście nie
+odczuwał w rysach twarzy tej silnego promienia wewnętrznego, jak zadumy
+lub marzenia - to jednak piękno linii królowało w nich - tak
+niepodzielnie, że zachwyt tylko wzbudzać mogło... A ciało?..
+
+Po prostu żyło ono, nie tylko zaś nagie, dla oka widoczne... Z przodu,
+pod fałdami draperyi - czyniącej wrażenie, iż spada - w kilka zaś zgięć
+karbowanej z tyłu - tętniło ono, ożyłe jakby, nie martwe, w ruchu
+kroczącego, wzniesionego nieco kolana, w odkrytych piersiach i biuście
+bez rąk, przegiętym w prawo z zachowaną przedziwnie w marmurze, miękką,
+jak w ciele żywem - subtelną linią przegięcia...
+
+Czas mijał... Przesiedziawszy na ławeczce dość długo, Roman z trudnością
+powstał i oderwał się od arcydzieła sztuki. Spojrzał na zegarek -
+dochodziła piąta - godzina zamknięcia Luwru. Postanowił obejrzeć
+jeszcze, choć pobieżnie, galeryę obrazów...
+
+Skierował się spiesznie na pierwsze piętro gmachu. Minąwszy salę
+pierwszą, zatrzymał się w drugiej, maleńkiej. Dwa, dlań osobiście
+przepiękne, obrazy zajęły całkiem jego uwagę.
+
+Na jednym z nich, w aureoli blasków nad głową, umarła, cicha, po fali
+sennej płynęła postać blada z twarzą anielską i łagodną, - to sławne
+dzieło Delaroche'a "La jeune Martyre". Wisiało ono na prawo, równolegle
+z wejściem do salki, na ścianie zaś bocznej od tego wejścia, w lewo, od
+innych odbijało wdziękiem, pędzla "Girodet - Trioson'a" Przebudzenie
+Apollina, pięknego, jak marzenie, w postawie leżącej, pogrążonego we
+śnie głębokim. Na cudne oblicze boga Olimpu i zamknięte jego źrenice, z
+wysoka, prostopadły padał promień światła!.. Roman po chwili ruszył
+dalej...
+
+Mijał teraz z wolna jedne za drugiemi olbrzymie sale.
+
+A w salach tych milczących, wielkich, unosił się jakby nadprzyrodzony
+jakiś duch idei piękna, zaklęty, olbrzymi i brał despotycznie w
+posiadanie każdego, kto korzył się przed kultem sztuki, czyja dusza,
+drgnieniem zachwytu, wyciągała w ekstazie ku jej nieśmiertelnemu czarowi
+pragnące swe ramiona!
+
+Najpierwsi mistrzowie szkoły włoskiej, flamandzkiej, francuskiej,
+hiszpańskiej i innych - wielcy w swym majestacie, w aureoli wiekopomnej
+sławy, wyglądali z ram dziełami, niewidzialną dłonią zatrzymywali, jakby
+przed sobą, mówiąc, zdawało się, do Romana dumnie: - "podziwiaj nas!.."
+
+Idąc wciąż przed siebie w ten sposób, dotarł wkrótce Dzierżymirski, do
+sal ostatnich.
+
+Było ich dwie; w jednej, podłużnej, wielkiej, a tak zwanej "Rubensa",
+pełno było przepysznych obrazów, wziętych przeważnie z życia królowej
+Maryi Medici - w drugiej, przedostatniej i mniejszej, noszącej miano
+"Van-Dycka", zwróciły uwagę Romana, wśród kilkunastu może dzieł tego
+mistrza, portrety: Dzieci Karola I-go; jego samego, stojącego na tle
+krajobrazu, obok giermka, z rumakiem, i kardynała Richelieu'go, całego w
+purpurze.
+
+Dotarłszy do końca pałacowych sal, Dzierżymirski puścił się w powrotną
+drogę, zaglądając tam i ówdzie, idąc, wracając - błądząc wśród tych
+drzemiących w chwale własnej, nieprzeliczonych dzieł pędzla - tworów
+talentu ludzi cenionych i wielkich...
+
+Setki obrazów przeoczonych, nowych, zastępowały mu drogę...
+
+I Dzierżymirski przystawał ciągle... Zachwycał się niejednym obrazem,
+ustępującym może innym, pod względem piękna, lecz przemawiającym żywiej
+do indywidualnego jego poczucia i pojęcia sztuki.
+
+Tak więc w jednej z sal zatrzymał się dłużej śliczną główką szkoły
+francuskiej, "Greuz'a", złotawąblond, z oczyma, wzniesionemi smutnie, w
+zamyśleniu błądzącemi gdzieś daleko, może w ideałów niepochwytnych
+krainie, z wyrazem twarzy, tchnącym melancholią i rozmarzeniem...
+
+Tamże również zajęły go dwa obrazy tegoż mistrza: pierwszy "La laitičre"
+przedstawiał rozwożącą nabiał młodą wiwandyerkę - wspartą, w zadumie
+cichej, o karego z białym łbem konia; drugi pod tytułem: "Rozbity
+dzban", wdzięczny nad wyraz, wyobrażał dziewczątko w bieli... Włosy
+miała ona rozczesane skromnie na dwie strony, stroiło je białe kwiecie,
+- w fartuszku różowo - blade róże, na ręku zawieszony rozbity niebacznie
+dzban, a w całej twarzyczce miluchnej nieporównany wyraz dziecinnej
+naiwnej rozpaczy.
+
+Dzierżymirski coraz szybciej wymijał sale; nie znalazł się w galeryi
+podłużnej i olbrzymiej, w kształcie salonowego korytarza, szerokiego i
+przestronnego.
+
+Na ścianach wisiało tu wiele pięknych okazów; między innemi zatem dzieła
+Rafaela Sanzio, jak na przykład portret Joanny d'Aragon, w purpurowej
+sukni, przetkanej złotem, Ś-go Jana Chrzciciela, oraz śliczny portrecik
+młodego człowieka, o włosach blond, w czapeczce czarnej, podpartego, w
+zamyśleniu i parę innych tegoż mistrza.
+
+Patrzyły tu również na Romana rzędem liczne dzieła Marina, jak Urodzenie
+Najświętszej Panny Maryi, cud San Diego, czyli anielska kuchnia...
+Opodal obraz, przypisywany malarzowi hiszpańskiemu Riberze, występował z
+ram postacią umarłego Chrystusa, o twarzy przedziwnie spokojnej, w
+wypoczynku jakby po bólu pozostającej - z ciałem ran pełnem,
+ociekającem, zda się, krwią ciepłą jeszcze... Bitwa Salvatora Rosy tamże
+nęciła oko realizmem i grozą - dziesiątki, setki obrazów zatrzymywały
+spojrzenie, a wreszcie dwa z nich najbardziej; pędzla Leonarda da Vinci:
+Jan Chrzciciel i Bachus...
+
+Oba przedstawiały ciemnookich, pięknych młodzianów, o bujnie i
+naturalnie kręcących się włosach, cerze śniadej i dziwnie wiele,
+mówiących twarzy, zbliżonych rysami do siebie...
+
+Obrazy te, w ogólnym zarysie, również zlewały się ze sobą. Nagłem
+skojarzeniem myśli, przypomniały one Romanowi, podobnież nieco
+traktowaną głowę o włosach, złotawo - miedzianych, pędzla Ferrari'ego, w
+Pinakotece Medyolańskiej. Przedstawiała ona Matkę Bożą, całą w
+czerwieni, z przechyloną w tył głową i przymkniętemi oczyma, z wyrazem
+nadziemskiego upojenia, gdy Dzieciątko Jezus równocześnie wyciąga przed
+siebie w przestrzeń swe rączyny maleńkie, jak gdyby niemi pochwycić coś
+w powietrzu pragnęło...
+
+I z przypomnieniem tem nagle do duszy Dzierżymirskiego spłynęła fala
+wspomnień...
+
+Mignął mu więc przed wewnętrznym wzrokiem duszy Medyolan, rodzinne
+gniazdo matki i tam "Cimitero Monumentale", gdzie zapomniane przezeń
+leżały jej prochy, wreszcie rysy matczyne, jak żywe, przeszłemi latami
+zamglone...
+
+Z powiewem zaś lat tych minionych, z przeszłości tchnieniem, w mózgu
+Romana znowu zaświdrowały wyrzuty sumienia, dawne - te same.
+
+Zadumany, powracał Dzierżymirski, kierując się w olbrzymie sale ku
+wyjściu, opanowany na nowo - wewnętrzną troską - niezdolny obecnie po
+prostu patrzeć na dzieła sztuki.
+
+Poza tem zresztą i czasu na to nie było... Zamykano już Luwr.
+
+Spieszono się powszechnie. Rozrzuceni tam i ów turyści - malarze,
+dyletanci pędzla, kopiujący tu zapamiętale od samego rana na
+rozstawionych stalugach wszędy, hałaśliwie składali swe przybory, a
+odgłos ich rozmów, zarówno jak i kroki odchodzącej tłumnie gromady
+ludzkiej, przeciągłem echem odbijały się o ściany i próżnię olbrzymich
+sal muzeum.
+
+Wyludniały się one nader szybko; niebawem cisza utulać zaczęła stopniowo
+twory człowieczego geniusza, a jeden jeszcze samotny i niewidzialny
+pozostał tu tylko, zda się, król Piękna - bóg Sztuki!..
+
+W dziesięć może minut później Dzierżymirski wychodził na ulicę, gdzie
+zoczywszy niebawem napis podziemnej kolejki elektrycznej zwanej :
+"Metropolitain", po schodach spuszczać się zaczął ku stacyi.
+
+Zagłębiony w myślach, kupił Roman machinalnie bilet na prawo jazdy i
+wyszedł na peron podziemnej poczekalni. W głowie jego, wśród myśli
+wielu, nieukształtowany jeszcze, niewyraźny, zakiełkował projekt
+opuszczenia Paryża, nieprzedstawiającego dlań już teraz, jako pobyt,
+celu żadnego, i udania się do - Medyolanu...
+
+W tej samej chwili, z chrzęstem, świstem, wpadł na platformę zręczny,
+mały, elektryczny pociąg miejski.
+
+- Louvre!.. Louvre!.. - wrzaśnięto donośnie, kilkanaście drzwiczek u
+wagonów otworzyło się spiesznie... Wysypała się z nich garstka ludzi,
+partya druga szybko zajęła ich miejsce, Dzierżymirski wskoczył za innymi
+do pociągu, z wielkim pośpiechem, nie minęła bowiem minuta, gdy już
+zatrzaśnięto na powrót z hałasem u wagoników wszystkie drzwiczki.
+
+Kolejka ruszyła z miejsca pędem prawie, zanurzyła się i zniknęła, jak
+zmyta, w oświetlonej gdzieniegdzie tylko elektrycznemi lampami czeluści
+ciemnej podziemnego tunelu, biegnącego, jak wiadomo, pod większą częścią
+nadsekwańskiej stolicy.
+
+-----------
+
+
+Letnie, upalne popołudnie drzemało jeszcze nad ziemią, skwarne jednak
+słońca promienie zniżać się już poczynały stopniowo...
+
+Ochoczo uwijały się po polach dziewczęta robocze, w swych krótkich
+kolorowych spódnicach i haftowanych barwnie koszulach - z sierpami w
+ręku, żnąc zboże, układając je w snopy i kopy, a z łąk i łanów dalszych
+odzywało się od czasu do czasu rytmiczne ostrzeżenie kos i ich chrzęst w
+ślad za tem, ścinający trawy, owsy i jęczmienie, rozlegał się echem
+miarowem.
+
+W otaczające go, tętniące ruchem i pracą pola zapatrzony, na ciemnem tle
+parku nieposzlakowanie biały milcząco wsłuchiwał się dwór gowartowski w
+odgłosy, idące z łanów dalekich.
+
+Na werandzie, w głębokim fotelu siedziała marszałkowa Warnicka, pracując
+z zajęciem nad robótką ręczną; dalej nieco, w parku, poprzez drzewa alei
+migała jasna letnia suknia kobieca i sylwetka siedzącego obok niej
+mężczyzny; przez otwarte na ścieżaj wreszcie tuż koło balkonu okno
+saloniku dolatywały dwa męskie głosy, zmieszane z miarowemi uderzeniami
+kul bilardowych.
+
+W saloniku owym grali w karambole Ładyżyński z Krasnostawskim.
+
+- Patrz, młodzieńcze, i ucz się! - mówił w tej chwili pan Emil,
+pochylony nad bilardem.
+
+Biała bila jego, musnąwszy poprzednio lewy bok czerwonej drugiej kuli,
+wracała właśnie teraz posłuszna, dotykając lekko stojącej opodal
+trzeciej żółtej bili.
+
+- Aha!.. - wykrzyknął z tryumfem Ładyżyński. - Uderzenie znakomite, a
+rzadkie, jak kruk biały!..
+
+Spojrzał na Krasnostawskiego. Ten ostatni, bez ceremonii zwrócony do
+okna, stał gdzieś zapatrzony, przez grzeczność w ostatniej tylko chwili
+obróciwszy się szybko ku mówiącemu.
+
+- Barbarzyńco! - wykrzyknął Ładyżyński, oburzony szczerze.
+
+- Jak to? - pytał zdziwiony dalej. - Na seryo zatem nie widziałeś pan
+wcale ?
+
+- Ale cóż znowu, i owszem! - zaprotestował Krasnostawski, zmieszany
+nieco.
+
+Partner z pod oka spojrzał na młodzieńca i mruknął złośliwie:
+
+- Co pan ciekawego wypatrujesz wśród alei? Nikt tam, que je sache, nie
+spaceruje, prócz Oli i kochanego Topolsia, hrabiego na Szczęsnojej... A
+tu tymczasem straciłeś pan coup de maître, cug iścię wspaniały...
+
+I wskazując dłonią stojące kule, objaśnił już spokojnie:
+
+- Przez czerwoną... Zamiast zwyczajno-pospolicie - tyłem, przez pięć
+band, i serya notabene gotowa - pochwalił się.
+
+- Wiele mam? - zapytał po chwili. - A, prawda... - odpowiedział sam
+sobie pan Emil, - osiemdziesiąt sześć!... Przepadłeś pan z kretesem. Za
+chwilę - requiescat in pace!..
+
+Przy tych słowach, Ładyżyński pochylił się znów bilardem. Pod wprawnem
+uderzeniem jego kija, dotykane, cofane, kierowane zręcznie, posypały się
+niebawem liczne karambole.
+
+Krasnostawski, od początku partyi kilkakrotnie do gry zaledwie
+dopuszczony, ziewnął skrycie, znużony.
+
+- Ta zdradziła Radziwiłła!.. - wykrzyknął w tej chwili pan Emil. -
+Chybiłem - graj pan!..
+
+Krasnostawski z kolei zrobił kilka dość umiejętnych karamboli.
+
+- Brawo, bravissimo! - potakiwał Ładyżyński - Z jakim przestajesz, takim
+się stajesz, niedarmo tak głosi przysłowie...
+
+A ze znawstwem, śledząc dalej uważnie grę partnera, dorzucił jeszcze, w
+rodzaju pochwały:
+
+- Czołem, czołem!.. Wstępujesz w me ślady.... bardzo dobrze, wcale
+nieźle!...
+
+Krasnostawski, z przymusem, uśmiechnął się lekko, po paru uderzeniach
+wreszcie chybił.
+
+- Przeszła, minęła, jak sen jaki złoty! - zadeklamował Ładyżyński, z
+patosem. - zgubionyś młodzieńcze! - dorzucił, i pochylił się nad suknem
+zielonem.
+
+- Gram z tyłu - poinformował - ostatni, śmiertelny cios...
+
+Pchnięta, nakredowaną poprzednio starannie, muszką kija - biała kula,
+obleciawszy szereg band, w skomplikowanej geometrycznej figurze -
+niebawem pokorna, grzeczna, za jednem uderzeniem, musnęła cicho dwie
+pozostałe bilardowe kule.
+
+- N, i... ni - c'est fini !.. - odsapnął z ulgą pan Emil.
+
+- No, teraz siadamy! - ciągnął dalej.- Dziękuję panu za partyę! - podał
+uprzejmie rękę Krasnostawskiemu, poczem wyjął papierośnicę.
+
+- Służę panu! - rzekł, wyciągając ją w stronę młodego człowieka.
+
+- Dziękuję bardzo! - odparł Krasnostawski, skłoniwszy się grzecznie,
+wziął papierosa, podsuwając jednocześnie Ładyżyńskiemu zapaloną zapałkę.
+- Merci! - mruknął pan Emil. - Ha, zmachałem się nie gorzej od mołodycy,
+na polu przy burakach! - westchnął.
+
+Usiedli, i zapanowało chwilowe milczenie.
+
+W ciszy pokoju słychać było teraz wyraźnie jednostajne brzęczenie much;
+zniżające się słońce ścieliło swe promienie po zielonej powierzchni
+bilardowego sukna - salonik tonął cały w półświatłach kończącego się
+letniego popołudnia.
+
+Nagle firanki u okien poruszyły się gwałtownie - ktoś drzwi otwierał...
+
+Na progu, w szarem sukiennem, liberyjnem ubraniu, stanął lokajczyk,
+młode chłopię...
+
+- Zamykaj, do kroćset! - zagrzmiał Ładyżyński, porzuciwszy silny
+przeciąg i zwrócił się równocześnie do Krasnostawskiego. - Ma pan
+jeszcze ochotę na partyjkę?... bo ja - to nie!
+
+- O, ja również! - odparł szybko Krasnostawski - Zresztą nie mogę, mam
+dzisiaj pilne zajęcie jeszcze i wracać muszę! - Żegnam pana! - dorzucił
+uprzejmie i powstawszy, wyciągnął rękę do Ładyżyńskiego.
+
+- Adieu!.. - od niechcenia, ale grzecznie, nie ruszając się z miejsca,
+odwzajemnił mu tenże uścisk dłoni.
+
+Krasnostawski, niby szukając czegoś po pokoju, zbliżył się zręcznie do
+okna, posławszy wywiadowczy wzrok raz jeszcze do ogrodu.
+
+Siedząc wciąż na swem miejscu, Ładyżyński śledził spod okna, a usta
+skrzywiły mu się przy tem sarkastycznie.
+
+- Cóż to tak zapamiętale pan szukasz? - rzucił ironicznie - serca, czy
+głowy?
+
+- O, nie... tylko kapelusza!.. - odciął chłodno Krasnostawski, i
+rzuciwszy siedzącemu powtórnie pożegnanie uprzejme, wyszedł z saloniku.
+
+- Hm... hm!.. - mruknął do siebie stary kawaler, i powstał.
+
+- Wyczyść bilard szczotką tak, jakem cię nauczył na wskos, nicponiu!.. -
+rozkazał kręcącemu się po pokoju lokajczykowi, i strzepnąwszy ubranie,
+opuścił bilardową salkę, zmierzając ku werandzie.
+
+- Zawsze przy pracy, pani marszałkowo! - powitał siedzącą przy robótce
+panią Melanję i usiadł wygodnie na bujającym się fotelu.
+
+- No, i pan, panie Emilu, pracowałeś także - uśmiechnęła się łagodnie
+matrona. - Stąd słyszałam, jak stukały karambole i postępował raźno
+wykład gry bilardowej...
+
+- Ano, trudno!.. Trzeba pouczać młodych! - odparł pan Emil i uśmiechnął
+się swoim zwyczajem. A gdzież to młoda para? - rzucił.
+
+Marszałkowa nie zrozumiała pytania. - Jak to? - zdziwiła się.
+
+- No, pani Ola i kochany hrabicz! - objaśnił niedbale, kołysząc się
+leciutko w fotelu.
+
+- Aaa !.. - zaśmiała się marszałkowa - są w ogrodzie - dodała spokojnie.
+- A pan Bolesław gdzież się znajduje? - zapytała z kolei.
+
+- Przegrawszy partyę karamboli i posławszy trzydzieści i jedno spojrzeń
+tęsknych w stronę ogrodu i przechadzających się tam ludzi, uciekł do
+domu - odpowiedział pan Emil.
+
+- Że też pan ciągle tak samo niepoprawny i zawsze musi widzieć coś
+niepotrzebnego! - obruszyła się, z widocznem niezadowoleniem,
+marszałkowa.
+
+- To tak tylko dla kontrastu z panią marszałkową! - odparł słodziutkim
+tonem, układnie pan Emil i uśmiechnął się szyderczo.
+
+- No, no!.. - udobruchana nieco, pokiwała głową staruszka. - Żeby to
+tylko tak było w istocie ! - Ależ upewniam panią marszałkowę -
+podchwycił Ładyżyński. - Wracając jednak do poprzedniej prozy życia, i
+jego wypadków - ciągnął wolno - ciekawym, czemu ten Roman nie wraca?..
+
+- A! - żywo odparła pani Warnicka. - Zapomniałam powiedzieć panu...
+Wczoraj wieczorem był list od niego... Donosi, że z Ostendy, dokąd udał
+się prosto z Paryża, dla odpoczynku, przybył już do Mediolanu, gdzie
+zabawi dłużej...
+
+- Hm, hm! - chrząknął pan Emil. - Że też prezesuniowi kochanemu nie
+tęskno: do żony primo, do mnie - secundo, to się wydziwić temu nie mogę
+- wygłosił całkiem seryo.
+
+Marszałkowa na te słowa uśmiechnęła się do siebie, w milczeniu,
+Ładyżyński mówił zaś dalej, wydobywszy zegarek z kieszeni:
+
+- Patrzcie państwo, już wpół do ósmej!.. O wpół do szóstej zaczęliśmy
+grać z Krasnostawskim partyjkę, a panią marszałkowę pozostawiliśmy
+wszyscy tu na balkonie samotną... Tiens... tiens... jak to czas leci.
+
+Pan Emil spojrzał na ogród, szukając coś oczyma i w tejże samej chwili
+zerknął na marszałkowę. Ta ostatnia również wysłała spojrzenie do parku.
+Złośliwie nieco wykrzywił usta pan Emil i wpatrzył się badawczo w twarz
+staruszki, lecz ta obojętnie całkiem odwróciła po chwili głowę i
+kończyła spokojnie robótkę.
+
+Zapanowało milczenie.
+
+- Dziwny aforyzm przychodzi mi do głowy! - odezwał się Ładyżyński, w
+parę minut później.
+
+- Bardzo, ciekawam, co tam znowu przychodzi panu do głowy?.. - zaśmiała
+się staruszka.
+
+- Piękna kobieta - wygłosił z patosem pan Emil - to częstokroć wcielenie
+ślepego trafu igraszki!.. Obdarza ona bowiem królewską swą łaską nie
+zasłużonych, lecz szczęśliwych, choć wszyscy, niby gracze, pragnęliby w
+duchu wygrać najwyższą tylko stawkę...
+
+Siwe oczy marszałkowej na chwilę zabłysły rozumnie, i odparła lekko, w
+tym samym tonie:
+
+- Ho-ho, co za porównania, jaka poezya nagle objawiła się w panu! -
+pochwaliła ironicznie i dodała: - Ja nie wiem, doprawdy, czy potrafię,
+skromna, wznieść się na takie wyżyny... Lecz i mnie również, dziwnym
+zbiegiem okoliczności, aforyzm świta w myśli:
+
+I po chwili pani Melanja wygłosiła z przyciskiem:
+
+- Podejrzliwość - to wcielenie satanizmu!.. Oczernić, zbrukać potrafi
+najczystsze, śnieżne jagnię, tem gorsze zaś ono, że uwierzą mu ludzie,
+goniący, z rozkoszą, za obmową, choćby nią był i fałsz wierutny!..
+
+- Les beaux esprits se rencontrent! - wycedził w półukłonie pan Emil, i
+zamilkł.
+
+- No, żegnam kochanego pana! - odpowiedziała marszałkowa, i powstała
+ciężko z fotelu. - Idę - ciągnęła - wydać rozporządzenia do wieczerzy,
+bo gosposia nasza, jak widzę, zapomniała się dzisiaj, a pana - tu
+uczyniła ręką niewyraźny ruch w powietrzu - pozostawiam sam na sam z
+aforyzmami!.. - zaśmiała się przy tem staruszka złośliwie nieco, i
+znikła we drzwiach salonowych.
+
+Ładyżyński, po wyjściu marszałkowej, zapalił papierosa i zamaszyście
+począł kołysać się na biegunach fotelu.
+
+- Śmiej się, śmiej, babuleńko! - mruknął z cicha. - Ja mam swój rozum i
+węch świetny. O, co do tego, to zapewnić mogę, że nos mam wyborny!.. -
+dotknął twarzy, zaśmiał się do siebie, wciągnął powietrze, i powstawszy,
+zeszedł po stopniach schodów balkonu.
+
+Spojrzał znowu na zegarek i mruknął:
+
+- Ósma dochodzi... Sapristi, o czemże dwie i pół godziny sam na sam
+mówić ze sobą mogą dwoje młodych ludzi, jeśli nie o miłoś... Psst! -
+syknął głośno i położył sobie na ustach palce. - Podejrzliwość albowiem
+jest to wcielenie satanizmu... i tak dalej, - dokończył, i zaśmiał się
+znowu cicho. - No, zobaczymy! - szepnął do siebie jeszcze i skierował
+się do ogrodu.
+
+Słońce zachodziło właśnie. Białe ściany gowartowskiego domu gorzały
+czerwienią, błyszczały, złociły się okna, dach blaszany żarzył się, jak
+głownia, a tam w parku, w oddali, wstydliwie zaróżowiały się, rumieniły
+brzozy, mieniły od gasnących promieni, w odblaski polerowanej miedzi,
+dęby, lipy, topole...
+
+Ładyżyński, zagłębiał się dalej i dalej w ogród, idąc krokiem pewnym, aż
+znikł, pochłonięty cieniami ciemnawej już, drzew wierzchołkami zrosłej
+ze sobą alei; poszukiwania jego jednak miały spełznąć na niczem. Młodej
+pary, jak ją pan Emil żartami nazwał, nie było już w ogrodzie.
+
+Topolski i Ola, przed pół godziną, znalazłszy się na skraju parku i
+łanów szerokich, opuścili ogrodową aleję, pociągnięci współwzajemnie
+czarem przechadzki po zielonej, biegnącej wśród pól, ugorów, łączce, w
+przedwieczornej świeżości skąpanej całej.
+
+Gawędząc, śmiejąc się i przekomarzając na przemian bezustannie, oddalili
+się oni nawet już dość ode dworu, nie spostrzegłszy tego naturalnie
+wcale.
+
+Wbrew zapowiedzi, danej pani Oli jeszcze na raucie, przyśpieszył
+Topolski swój przyjazd do odziedziczonych w pobliżu Gowartowa dóbr
+swoich "Szczęsnaja".
+
+Bawił już tu przeszło od sześciu tygodni, będąc nader częstym gościem
+osamotnionej prezesowej Dzierżymirskiej; Ola zaś, nie mająca prawie tu
+ni rozrywki, ni towarzystwa żadnego, zazwyczaj niezmiernie mu rada była.
+
+Topolski zaś ze swej strony podobać się mógł tylko. Ogładzonych form
+światowych, przystojny i miły, był również bardzo inteligentnym, a lekki
+pokład idealnego marzycielstwa, w kontraście połączony ze szczyptą
+sceptycyzmu, czynił go interesującym bardzo, szczególniej dla kobiet. W
+kole płci pięknej czuł się zawsze panem... Posiadając wrażliwość
+czułostkową przyrodzoną, rozumiał on kobiety przytem stokroć lepiej od
+innych mężczyzn, odczuwał je subtelnie, - w podbijaniu zaś serc
+niewieścich, cierpliwem i umiejętnem, - mistrzem go nazywano.
+
+Próżniacze życie jego, zjadającego dochody "panka", zabarwione tylko z
+lekka tam i ówdzie dyletanckiem zainteresowaniem się sztuką, oraz
+podróżowaniem po świecie - składało się też przeważnie z krótszych lub
+dłuższych miłostek, z łańcucha: "bonnes fortunes", które, jak ogniwa, ze
+sobą bezustannie łączyć sie starał.
+
+Poznawszy Olę Dzierżymirską, Topolski postanowił zdobyć ją nieodzownie.
+W tym celu więc dowiedziawszy się o bytności Romana Dzierżymirskiego za
+granicą, przyspieszył wyjazd na Ukrainę, i od dwóch już niespełna
+miesięcy pracował wytrwale, powoli, ze znawstwem swej sztuki, cegiełka
+za cegiełką, budując swe przyszłe, jak nazywał - szczęście!
+
+Z początku było mu niezmiernie trudno skierować, pchnąć Olę, choć
+nieznacznie tylko, na swe tory.
+
+Gra ta, złożona z setek subtelnych odcieni, opartych na gruntownej
+znajomości "kobiety," parokrotnie srodze zawiodła go z Olą
+Dzierżymirską. Lecz po paru już tygodniach uczuł Topolski wreszcie grunt
+pod nogami, aczkolwiek jeszcze bardzo niepewny. Tryumfował skrycie - i
+szedł dalej...
+
+Dziś zaś, po tygodniach sześciu pobytu, miał on już za sobą małą
+przeszłość w tym względzie; między nim, a Olą mianowicie biegła nić
+trwała obcowania wzajemnego, wspólnych rozmów, dociekań, paradoksów,
+określeń - garść faktów jednak na pozór nic nie znaczących prawie...
+
+A więc, na przykład, gdy w gronie osób postronnych, trzecich, toczyła
+się rozmowa o temacie, poruszonym już przez nich dwojga niegdyś w
+pogawędce sam na sam wspólnej - czy to w zakresie sztuki, literatury,
+muzyki, czy wreszcie w dziedzinie wypadków pospolitych codziennego życia
+- usta ich uśmiechały się nieznacznie, a równocześnie oczy spotykały
+się, posłuszne...
+
+To znów kiedy indziej, nim jedno z nich zdążyło wymówić myśl jakąś,
+częstokroć drugie, chwytało ją szybko już w lot i na nie wypowiedziane,
+a przeczute słowa, dawało trafną odpowiedź, lub rzucało aforyzm
+dwuznaczny, mający li tylko dla nich dwojga znaczenie, dla innych
+niezrozumiały często wcale - poruszający zaś sobą wspomnienie, zdarzenie
+osobiste, wspólne...
+
+Szukali się wzajemnie również, unikając towarzystwa drugich, pragnąc
+zawsze być ze sobą, wyłącznie sami.
+
+A po za tem? Och, określić nawet trudno.
+
+Dziesiątki, setki, tysiące maleńkich, nikłych zdarzeń, powikłań, chwil,
+chwilek, słów, słówek, gestów, drgnień twarzy, uśmiechów, niedomówionych
+spojrzeń, uściśnień dłoni, przyjaźniejszych, czulszych - w
+nieskończoność biegnąc, zacieśniały ich dwie duchowe jaźnie coraz
+bardziej, motały ich ze sobą i z nitki początkowo pojedynczej tylko,
+czas uprządł tkaninę przędzę niewidzialną, a nierozerwalną już jednak,
+co silnie, a trwale złączyła ich w końcu ze sobą!
+
+I Topolski, błąkający się z początku w swej grze trudnej zaplątał się
+sam wkrótce, nie wiedząc nawet kiedy, w zastawione zręcznie na Olę
+sieci.
+
+Serce w nim obudziło się po raz pierwszy może w życiu!.. On, motyl
+niestały, powierzchownie tylko kochliwy, w każdej zamężnej, wdzięcznej
+buzi - zakochał się na seryo w Oli!
+
+Dziś od dwóch godzin przeszło, w słów dobieranych szermierce, flirtował
+z nią - teraz już dlań ukochaną, a przez to samo upragnioną jeszcze
+bardziej.
+
+Mówili dnia tego jak zwykle o literaturze, muzyce i sztuce, to jest o
+tem, co zajmowało ich wspólnie najbardziej w krainie, oderwanej od
+przędzy codziennego życia.
+
+On wspominał i opowiadał barwnie wrażenia licznych podróży, dowcipkował,
+śmiał się, przytomny bezustannie gry swojej; Ola słuchała mówiła,
+opowiadała z kolei wiele sama... Jak w złocie łanów zboża, jednostajnem
+od maków purpurowych i bławatnych chabrów, roiło się w tej ich słów
+gawędzie od dwuznaczników, w lekką formę obleczonych ze strony
+Topolskiego oświadczyn i półsłówek - połowicznem niedomówieniem wiele
+mówiących nieraz rzeczy!..
+
+Przed chwilą, słońce ułożyło się do snu. Topolski kończył jednocześnie
+wywołane faktem tym opowiadanie wspomnienia, tyczącego się wschodu
+słońca obserwowanego z wierzchołka góry "Mont Blanc," spowiadając się z
+wrażenia podniosłego, doznanego wysoko!..
+
+Słowa pełne zapału, efektowne, zamarły mu właśnie na ustach, na których
+spojrzeniem całem zawisła artystyczna dusza idącej obok niego kobiety.
+
+Zapanowało pomiędzy niemi chwilowe milczenie:
+
+Ze stepu tymczasem, z łanów, płynęły wonie zbóż, i polnych kwiatów; żaby
+i chruściele odzywały się w moczarach łączki - czar letniego gasnącego
+dnia chwytał za duszę...
+
+- Wie pan, żeśmy porządnie od domu daleko! - pierwsza wesoło zaśmiała
+się Ola.
+
+- A tak? - zadziwił się niby Topolski. - To wracajmy! - rzekł
+niechętnie.
+
+Zawrócili. Szli wolno czas jakiś, pomimo woli zamyśleni.
+
+- Tak, pani - przemówił Topolski, snać błądząc jeszcze myślą hen,
+daleko, na szczytach Alp, w Szwajcaryi - wrażenie to było tak silnem, iż
+nie zapomnę go do końca życia. - I wie pani? - dorzucił, z uśmiechem
+dziwnym i nagłym - o czem mimo woli pomyślałem w owej uroczystej chwili,
+gdy pierwszy promyk słońca ozłocił cypl śnieżny "Mont Blanc?" Nigdy pani
+nie zgadnie.
+
+- No, ciekawam bardzo? - zapytała Ola i spojrzenie piękne utkwiła w
+twarzy młodego człowieka.
+
+- O kobiecie!.. - odrzekł Topolski, i zaśmiał się; nie otrzymawszy zaś
+na to żadnej odpowiedzi, spojrzał po chwili spod oka na Olę.
+
+Z pięknej twarzy młodej kobiety, jakby odpędzany umyślnie, pierzchał
+cień wyraźnego niezadowolenia; Topolski się spostrzegł, iż postąpił
+niezręcznie, wiedział bowiem z wieloletniej praktyki doskonale, że nie
+należy nigdy wobec kobiety, o której względy ci chodzi, wspominać
+dobitnie, że przed nią była inna. Poprawił się natychmiast.
+
+- To jest... źle mówię!.. - rzekł seryo całkiem, uśmiechnąwszy się atoli
+w duchu do siebie - o kobiecie, nie jednostce, bynajmniej myślałem
+wówczas, ale o ogólnym w niej symbolu kobiecości!..
+
+- Jak to! nie rozumiem dobrze pana... - zdziwiła się Ola. - Cóż bowiem
+wspólnego ma wschód słońca...
+
+- O, i bardzo! - przerwał Topolski - przynajmniej dla mnie... Bo gdy,
+stojąc na wysokościach niebotycznych, - ciągnął, zapalając się do słów
+własnych - ujrzałem nagle, jak zaróżowiona silnie jutrzenka prysła
+snopem promieni, jak całując jakby po prostu okoliczne szczyty,
+niepokalane, śnieżne - objęła w ramiona zwycięskie świat cały, tak
+rozpromieniony za jej przybyciem, tak wyraźnie szczęśliwy! - Topolski
+umilkł na chwilę...
+
+- Skojarzeniem myśli, może dziwnem w istocie w Chwili danej - kończył
+już spokojniej - porównałem majestatyczne, królewskie słońce do uczucia
+kobiety - miłości bezbrzeżnej, wielkiej, która również swą potęgą i
+blaskiem rozjaśnić, uszczęśliwić może człowieka, tak, jak "ono," tam, na
+wysokościach - świat cały!..
+
+- Och, jakiż poeta z pana! - zauważyła, z uśmiechem, Ola i umilkła,
+poczem jednak dorzuciła całkiem poważnie:
+
+- Aczkolwiek mnie osobiście na razie myśl ta do głowy nie przyszłaby
+może, gdybym się tam znajdowała na pańskiem miejscu, rozumiem ją jednak
+i odczuwam doskonale...
+
+- Prawda? - uradowany mimo woli podchwycił Topolski. - Pani przyznaje -
+ciągnął, - że egzystuje poniekąd w pojęciach tych analogia pewna...
+Słuchając pani jednak, przychodzi mi do głowy jedno spostrzeżenie... -
+zatrzymał się...
+
+- Musiała pani - i instynktownie Topolski nadał głosowi brzmienie
+łagodne, czułe - w życiu swem kochać kogoś bardzo...
+
+- Dlaczego? - zapytała z uśmiechem Ola.
+
+- Bo inaczej nie zrozumiała i nie odczułaby pani wrażenia mego! - rzucił
+po francusku Topolski.
+
+- Kochałam! - odparła stanowczo, w tymże języku, Ola.
+
+- Kogóż, jeśli spytać wolno i jeśli to nie jest żadną tajemnicą stanu?
+
+- Męża! - odparła po polsku, lakonicznie Ola, patrząc ironicznie nieco
+Topolskiemu prosto w twarz. Ten ostatni skrzywił się z lekka.
+
+- Ach, ja nie myślałem o tem zgoła... Męża powinno się kochać... Zresztą
+- uśmiechnął się złośliwie - użyła pani czasu przeszłego... Kochałam,
+j'ai aimé - ciągnął ironicznie, - wszak, o ile mnie pamięć grammatyki
+francuzkiej nie zawodzi, to passé défini... - zaakcentował wyraz
+ostatni.
+
+- Och, jakże pan łapiesz za słowa! - zaśmiała się nieszczerze trochę
+Ola. - Przy tem zapragnąłeś pan pochwalić się znajomością francuskiej
+grammatyki, i nie udało się... J'ai aimé - to passé, indéfini - odcięła.
+
+- Ach, alors votre amour, madame... est indefini? - nie pozostał dłużnym
+Topolski.
+
+- Ech, nieznośnym się pan stajesz! - zaśmiała się młoda kobieta. - Ot
+lepiej, niech pan spojrzy na prawo - wskazała ruchem ręki niebo,
+widocznie pragnąc zmienić temat rozmowy. - Jakie piękne chmurki,
+nieprawdaż?..
+
+Topolski wolno zwrócił głowę, we wskazanym kierunku.
+
+- Prześliczne! - potwierdził.
+
+Niby zaróżowione, zdrowe, w aureoli złocistych włosów, buziaczki
+zasypiających rzędem obok siebie smacznie dorodnych dziatek, układały
+się do snu na niebieskawo-perłowem tle nieba obłoczki małe,
+koralowo-złote, - zaklęte jakby cudownie w ostatnim odblasku śpiącego
+już słońca.
+
+Dłuższy czas stali Topolski z Olą, zapatrzeni w grę świateł wieczora; po
+niejakimś czasie, odwróciwszy wzrok od nich, kobieta spojrzała przed
+siebie.
+
+- Regardez! - przerwała milczenie swym mile brzmiącym głosem. - Wszak to
+Krasnostawski, prawda? - zwróciła się do towarzysza, pokazując mu ruchem
+głowy zbliżającego się pędem ku nim jeźdźca.
+
+- Tak. Zdaje się, że to jaśnie pan plenipotent pomyka - odparł z
+przekąsem Topolski, z zaakcentowaną rozmyślnie obojętnością w głosie.
+
+Tymczasem kasztanek złotawy, parskając cicho, przemknął tuż koło nich i
+ruchem uprzejmym, aczkolwiek chłodnym nieco, i nie zatrzymując się
+wcale, skłonił się Krasnostawski stojącej parze.
+
+Topolski i Ola w ślad zatem ruszyli powoli miejsca, rozmawiając znów
+żywo ze sobą, jeździec zaś, na wskos przeciąwszy łączkę, wspinać się
+zaczął po pochyłości jaru. Z lekkiego początkowo pod górę truchcika, koń
+przeszedł w wolnego stępa...
+
+W ciszy wieczornej, do uszu Krasnostawskiego dochodziły wyraźnie słowa i
+śmiechy idącej łączką pary.
+
+Młody człowiek, uderzywszy gniewnie konia butami i spicrutą, pochwycił
+cugle, i pomknął dalej...
+
+- Że też im nigdy nie zbraknie tematu do rozmowy! - mruknął.
+
+Obecność ciągła Topolskiego przy Oli gniewała niepomiernie młodego
+plenipotenta. Znał on, jak wiadomo, dzisiejszą dziedziczkę Gowartowa od
+lat blisko dziesięciu. Dziewczęciem jeszcze podobała mu się ona bardzo.
+
+A potem?.. Wszak pamięta doskonale tę chwilę, gdy dowiedział się on od
+starego Gowartowskiego, że Ola uciekła z Dzierżymirskim... Dziwnego,
+och, niepojętego dlań nawet, na razie doznał wówczas wrażenia! Po
+śmierci zaś pana Januarego i przyjeździe młodych, przypadek bardziej
+jeszcze zbliżył go do niej, a było nim powtórzenie zbolałej córce
+dosłownie ostatnich chwil ojca i słów jego, pełnych przebaczenia...
+
+Fakt ten, na pozór drobny, stał się jednak dla Krasnostawskiego wysoce
+poważnym, postawił go bowiem wobec nowych chlebodawców na przyjaznej,
+poufałej niemal stopie, i takim dotąd bez zmiany pozostał.
+
+Co rok, gdy Dzierżymirscy przyjeżdżali do siebie na wieś, pierwszy witał
+ich na progu Krasnostawski, bywając potem zawsze stale co dzień niemal w
+Gowartowie... Dzierżymirscy traktowali go, jak równego im zupełnie,
+naturalnie, uprzejmie przyjmowali zawsze - bez różnicy, o każdej dnia
+porze, ze względu zaś na dobre wychowanie jego, i wspomnienie, iż do snu
+wiecznego zamknął był Gowartowskiemu powieki, uważano go nawet jakby za
+należącego do rodziny.
+
+Czuł się zatem młody pan plenipotent w pałacu, jak u siebie w domu,
+zastępował mu on strzechę rodzinną, której nie posiadał wcale i trwało
+tak rok rocznie przez kilka letnich miesięcy. Potem znów następowała
+dlań długa przerwa; - gospodarstwo, samotność, nuda i wyczekiwanie z
+upragnieniem chwili przyjazdu Dzierżymirskich! Powtarzało się to
+bezzmiennie przez lat ubiegłych parę, i przez czas ten cały stała się
+rzecz, której z łatwością domyśleć się można było...
+
+Krasnostawski, dawniej Don-Juan wielkomiejski, jeszcze obecnie na wsi
+bałamucący wszystkie ładniejsze dziewczyny w okolicy - niepostrzeżenie,
+początkowo nie zdając sobie nawet wcale sprawy, zakochał się na zabój w
+swej pięknej, młodej dziedziczce i pani...
+
+Łatwe sercowe zdobycze pomściły się na lekkomyślnym panu plenipotencie.
+Miłość prawdziwa, silno powaliła go już w drugim roku pobytu u
+Dzierżymirskich.
+
+Zabrała mu serce kobieta, dla niego całkiem, i rzec można, na zawsze,
+niezdobyta, niepochwytna nawet, ze względu warunków służebnej różnicy
+położenia jego w ogóle z jednej strony, a z drugiej - z powodu
+charakteru Oli, jak się zdawało, bez skazy, niezłomnych jej zasad, oraz
+bezgranicznej, niezmiennej, a dotąd jedynej - miłości jej dla męża.
+
+Przebolał zatem Krasnostawski wiele, lecz zapanował nad sobą. Nikt nie
+zbadał dotychczas tajemnicy jego serca, nawet "ona."
+
+A dziś, uczucie drzemiące i ukryte na dnie duszy przed sarkazmem ócz i
+języków ludzkich, przeobraziło się już było w prawdziwy kult...
+Codzienny gość Gowartowa, Krasnostawski, poza obowiązkami, żył
+"prawdziwie" w dniu godzin tylko kilka, t.j. tych parę właśnie, podczas
+których obcował z Olą, młoda kobieta zaś stanęła w duszy jego, nie
+złożonej, nieprzesubtelnionej, lecz szczerej, pięknej i prostej - na
+piedestale świętości prawdziwej! Krasnostawski modlił się niemal do
+Oli!..
+
+I oto teraz przyszło mu cierpieć podwójnie: dotąd odbierała mu
+ubóstwianą konieczność życia, w postaci męża... - Dziś przy boku jej się
+zjawił inny... Krasnostawski znienawidził pana na Szczęsnej...
+
+Zazdrość, ta miłości siostrzyca, pochwyciła go w swe szpony krogulcze,
+dręcząc bez litości... Mękę tę zaś powiększało jeszcze poczucie własnej
+niemocy.
+
+Myśląc o tem po raz setny, Krasnostawski pędził wciąż szybko, nagląc
+niemiłosiernie spicrutą wierzchowca.
+
+- Sługą jestem i na wieki sługą zostanę!.. Psie życie, psie!.. - rzucił
+głośno z goryczą obszarom, śniącym w mroku. - On mi ją weźmie, pokala,
+ja to czuję, przeczuwam!.. Lecz co czynić mam, co robić? - wołał do
+siebie wzburzony przyjaciel, domownik pałacowy Dzierżymirskich. -
+Zastrzeliłbym go, to lisiątko! - mruknął ciszej.
+
+W tej samej chwili koń się potknął, Krasnostawski ściągnął instynktownie
+cugle, i począł jechać wolno.
+
+Wokoło niego, otulony szarzyzną mroku, kołysał się step mały, wysoka
+trawa łechtała mu opuszczoną w dół siodła rękę. W oddali rysowały się
+już cienie folwarku Tomaszówki, tak zwanej ukraińskiej fermy, złożonej
+tylko z toku, to jest: stodół, spichlerza, paru jeszcze zabudowań
+gospodarskich, i jego własnego, niskiego, mieszkalnego domku -
+królujących w cieniu kilkunastu drzew wśród pól i łanów szerokich.
+
+Krasnostawski zdjął czapkę i przetarł chustką czoło. W krąg niego latały
+tysiące muszek małych, brzęczały żałośnie roje komarów; bąk grał gdzieś
+w moczarach, a przepiórka zabłąkana, wędrująca jeszcze po polach,
+odzywała się gdzieś nieśmiało samotna...
+
+Przejechawszy wolno kawałek stepu, Krasnostawski puścił się znów poprzez
+bodziaki i trawy szybkiego nader, tak zwanego szłapaka. Prychając
+nozdrzami, czując stajnie blisko, pomknął kasztan ochoczo. Pędem
+powietrza i końskiego biegu, wysokie trawy zakołysały się trwożnie -
+zaszumiało na stepie...
+
+Lecz oto po chwili wierzchowiec skoczył w bok gwałtownie: to układający
+się już do snu błogiego zając pomknął mu chyżo spod nóg i znikł w
+wieczornym mroku... Niebawem jeździec z koniem wpadli na trakt szeroki.
+
+- Zginie mi Ola moja ubóstwiana, najdroższa!.. A szkoda - szkoda! -
+szeptał do siebie podniecony Krasnostawski.
+
+- Co czynić? jak przeszkodzić temu? - huczało mu dalej w głowie.
+
+Lecieli wciąż... Domostwa Tomaszówki stawały się coraz wyraźniejsze,
+bliższe... Wyminął ich wóz; jadący w przeciwną stronę, chłop pokłonił
+się nisko, lecące za wozem źrebię przyłączyło się do wierzchowej klaczy
+Krasnostawskiego.
+
+- Ksiou, ksiou, ksiou! - zawołał chłop przeciągle: źrebczyk zastrzygł
+uszami, prychnął i zawrócił galopem.
+
+- Ach, czemuż, czemuż nie wolno mi kochać ciebie, najdroższa? - wyrzucił
+z siebie Krasnostawski wymówkę, pełną goryczy. - Ja bym cię ozłocił,
+klęczał przed tobą - zmiatał proch u stóp twoich!..
+
+Jeździec z koniem, jak huragan, wpadli we wrota i na dziedziniec małego
+dworku. Zatrzymali się... Krasnostawski zeskoczył z kasztanka i huknął
+donośnie.
+
+Niebawem zjawił się wyrostek, w rozchylonej koszuli, boso, odebrawszy
+wierzchowca, znikł z nim pomiędzy strzechami podłużnych budynków; młody
+człowiek zaś, szepcąc jeszcze smutnie coś z cicha do siebie, schyliwszy
+głowę, wszedł do wnętrza małego, krytego słomą dworku.
+
+Odemknął drzwi kluczem, a przestąpiwszy próg, zatrzasnął je z hałasem. W
+ślad za tem potarł zapałkę, a zapaliwszy lampę, zbliżył się do biurka,
+stojącego pod oknem, wśród skromnie umeblowanej izby, wybielonej, z
+niskim sufitem, o dużych wystających u pułapu belkach.
+
+- Nie mnie, marnemu pionowi, marzyć i kochać, nie mnie!.. Do pracy,
+sługo, płacą ci za to! -szepnął Krasnostawski, z bezmierną goryczą.
+Rozłożywszy jednocześnie na stole olbrzymią rachunkową księgę, umoczył
+pióro w kałamarzu i usiadł ciężko przed biurkiem.
+
+Cisza zaległa pokoik. Przerywał ją tylko szelest papieru i zgrzyt
+donośny stalki w obsadce - czasami zaś akordem w tę muzykę milczenia i
+pracy wplotło się z rzadka stłumione westchnienie ciche.
+
+-------------
+
+
+Ukraińskie lato upalne dobiegało końca, zanikało, wypierane jesienią
+wczesną, w tym roku piękną bardzo - przezroczą...
+
+Życie w Gowartowie płynęło cicho, a dnie mijały tutaj za dniami,
+wszystkie bez zmiany niemal bardzo do siebie podobne. Ładyżyński zatem
+tak samo zawsze szyderczy z marszałkową się sprzeczał i rozmyślnie
+przeszkadzał flirtowi Oli z Topolskim... Krasnostawski, tłumiąc w sercu
+ból, żal, gorycz i zazdrość, przyjeżdżał tu jak zwykle, co dzień, a
+bawiąc w pałacu coraz krócej, po partyjce bilardu z panem Emilem,
+uciekał do swej wśród pól samotni.
+
+Czasem zajrzał do Gowartowa ktoś z dalszych, lub bliższych sąsiadów, i
+jak to bywa zazwyczaj na wsi, zjeżdżając całym rodzinnym taborem, na
+godzin kilka rozgaszczał się w pałacu. Dom cały naturalnie zniewolonym
+był być na usługi gości, działo się to jednak zawsze ku wielkiemu
+zmartwieniu Ładyżyńskiego. Bywalec eleganckich miejskich salonów, zły
+chodził wówczas z kąta w kąt, ziewając skrycie i pokpiwając nieznacznie
+z przybyłych w gościnę; sąsiadów Gowartowa nie lubiał bowiem pan Emil i
+z góry stale traktował, ochrzciwszy wszystkich ryczałtowo mianem
+"serwatki towarzyskiej"...
+
+W niedzielę wszyscy z pałacu jeździli do kościoła - w tygodniu, dla
+ubarwienia jednostajnego skądinąd życia, oddawano sąsiedzkie wizyty...
+Pan Emil wtedy zostawał zawsze w domu, a namawiając panie, by jechały,
+starał się zwykle wybrać na to dzień, w którym spodziewał się odwiedzin
+Topolskiego.
+
+Hrabia ze Szczęsnej, przyjeżdżający teraz, regularnie, co drugi dzień
+prawie, stawiał się wówczas niezmiennie. Ładyżyński, uśmiechnięty
+złośliwie, przyjmował go z otwartemi ramiony, do karamboli natychmiast
+werbował, nic najczęściej przy tem nie mówiąc o wyjeździe pań, wymijając
+zręcznie jego pytania w tym względzie. Dopiero później, po partyi,
+wychodził na chwilę, wracał, i spokojnie oznajmiał mu o tem, mniej
+więcej w ten sposób: "Wszak hrabia kochany o panie mnie się pytał? n'est
+ce pas? Pardon... na śmierć zapomniałem... wyobraź pan sobie, wyjechały
+przed godziną na spacer, pewny byłem... A tu, concevez... Dowiaduję się
+właśnie, iż palnęły sobie wizytkę!.."
+
+Topolski rad nie rad niebawem odjeżdżał, pan Emil zaś, ironiczny,
+zjadliwej uprzejmości pełny, odprowadziwszy go do powozu - zacierał ręce
+z radości.
+
+Pomimo jednak usiłowań zręcznych Ładyżyńskiego, stosunek Topolskiego i
+Oli zacieśniał się coraz bardziej; przyjaźń fermentowała już, potęgowała
+zaś stosunek ten przedłużana coraz bardziej nieobecność
+Dzierżymirskiego, od którego, po liście oznajmiającym wyjazd do
+Medyolanu - nie było zgoła żadnej wiadomości.
+
+Był wieczór letni, kojący, cichy...
+
+W pałacu gowartowskim zgaszono już wszystkie światła, prócz jednego - w
+jadalni, gdzie marszałkowa przeglądała świeże gazety. Niebawem
+odłożywszy je na bok, ze zmęczonych oczu staruszka zdjęła okulary, a
+przetarłszy powieki, powstała i skierowała się ku balkonowi.
+
+Tam, wziąwszy w rękę laskę, zeszła do ogrodu, zagłębiwszy się w jedną z
+cienistych alei.
+
+Ola, Topolski i nieodstępny ich satelita, pan Emil, używali przejażdżki
+łódką po stawie, w tą stronę więc skierowała kroki marszałkowa. Wkrótce
+przed nią zaszkliła się tafla stawu, staruszka usiadła na ławeczce i
+posłała spojrzenie w dal...
+
+Do uszu jej jednocześnie, w wieczornej ciszy wyraźna, doleciała pieśń,
+śpiewana zgodnie silnym męskim tenorem Topolskiego i cieniutkim sopranem
+Oli, z przeciągłem do wtóru gwizdaniem pana Emila. Barka znalazła się
+niebawem pośrodku stawu. Pieśń, urwana nagle, zcichła, marszałkowa
+krzyknęła, jak tylko mogła najgłośniej: - Hop!.. hop!..
+
+- By... waj! - odpowiedział natychmiast pan Emil, rozległy się szybsze
+uderzenia wioseł, plusk wody i łódź chyżo kierować się poczęły ku
+brzegowi, Ładyżyński po chwili przyłożył do oczu rękę i krzyknął;
+
+- Per Bacco! Wszak to pani marszałkowa!..
+
+- O, ciociu! Czemuż cioteczka przyszła aż tutaj? Jakże można... wilgoć
+ze stawu, opary niezdrowe! - rozległ się z kolei cieniuchny głosik Oli.
+
+- Nic, dziecko, nie szkodzi... Posiedzę sobie, taki śliczny i ciepły
+wieczór... Jedźcie, jedźcie, jak się zmęczę, to powrócę! - odkrzyknęła
+pani Melania.
+
+- E, cóż znowu? - zagrzmiał basem Ładyżyński. - I my wracamy. Księżyc
+zresztą dziś niecnota nie dopisuje i chowa się ciągle... Naprzód!.. -
+zakomenderował donośnie.
+
+- Nieprawdaż? - dodał ciszej, zwracając się ku siedzącej w łódce młodej
+parze.
+
+- Ależ naturalnie! - potwierdziła szybko Ola, widząc, iż Topolski milczy
+dyplomatycznie. - Cioteczka zaziębi się, jak ją pozostawimy tu dłużej, a
+sama do domu tak rychło nie pójdzie...
+
+Po chwili, łódź stanęła u brzegu. - Ciotuniu, jesteśmy.. - żywo
+krzyknęła Ola, i wysiedli wszyscy.
+
+Topolski z Olą poszli naprzód, pan Emil zaś pozostał, systematycznie
+ułożywszy wiosła i zamknąwszy na klucz kłódkę u łańcucha,
+przytwierdzonego do barki, poczem zapalił z wolna papierosa.
+
+- Pa -nie E - mi - lu! Wra -ca - my! - rozległ się z góry, na brzegu,
+wołający głosik Dzierżymirskiej.
+
+- Idę, idę! - odpowiedział w ten sam sposób Emil, nie ruszył się jednak
+wcale. Po chwili warknął do siebie półgłosem:
+
+- O, nie podoba mi się coraz więcej ten farbowany na hrabicza! Lecz
+swoją drogą pozycya moja tutaj jest w zupełności idyotyczną...
+Marszałkowa, jak ślepa: nic nie widzi; on, wściekły, zębami na mnie po
+cichu zgrzyta ona się dąsa... Que diable! Nie byłem dotąd nigdy stróżem
+cnót młodych mężatek!..
+
+I Ładyżyński wzruszył ramionami, poczem z wolna skierował się ku
+pałacowi.
+
+Pozostała zaś trójka była już daleko. Topolski podawał kornie ramię
+marszałkowej, Ola szła obok niego - rozmawiali wszyscy żywo i wesoło;
+niebawem znaleźli się na werandzie i usiedli, zmęczeni nieco
+przechadzką.
+
+Topolski, zatrzymany i uproszony przez panie, zostawał na noc w
+Gowartowie, obecnie zaś namawiał Olę do zagrania na fortepianie.
+
+- Ale kiedy mówię panu - broniła się, śmiejąc, młoda kobieta, - że teraz
+właśnie czuje się niemożliwie usposobioną do muzyki... Upewniam pana, iż
+go boleć będą uszy!..
+
+- O, mnie nigdy! Chyba pana Emila? - odparł Topolski.
+
+Ładyżyński nie znosił muzyki. Nazywał ją zawsze "gnębicielką i pierwszym
+stopniem do histeryi i neurastenii."
+
+- Jeżeli nie dla mnie - nachylił się w tej chwili Topolski ku siedzącej
+obok Oli - to niech zagra pani dla pana Emila za to, że nam ciągle swem
+towarzystwem przeszkadzał...
+
+- Przeszkadzał?.. w czem? - spytała Ola, z uśmiechem i zalotnem
+błyśnięciem oczu.
+
+- Powiadają, iż przysłowia są mądrością narodów, a jedno z nich mówi
+pono: "mądrej głowie, dość..." i.t.d. Pani nie zrozumiała - to trudno.
+
+- Ha, ha, ha! - zaśmiała się Ola - zdrobnia pan przysłowia, stosownie do
+okoliczności, ale bogi odmówiły panu talentu rymowania. Ja szczerze
+zupełnie powiadam, iż nie zrozumiałam pana.
+
+- Honny suit, qui mal y pense. Lecz pozwolę; sobie tymczasem nie wierzyć
+pani...
+
+Rozmowa ta cała prowadzoną była półgłosem, tak, iż siedząca w przeciwnym
+rogu balkonu marszałkowa nie słyszała jej wcale. Odezwała się więc,
+przerywając:
+
+- Widzę, że na próżno pan Topolski cię prosi. Zagraj, Oluniu, zagraj,
+dziecko, w taki cichy wieczór ślicznie się wyda głos fortepianu.
+
+- No, jak cioteczka każe, to i owszem! - rzekła z uśmiechem Ola. - Ale
+czynię to tylko dla niej; avis au lecteur...
+
+Zwróciła się do Topolskiego, spojrzawszy mu prosto w oczy, poczem
+przestąpiła próg pokoju. Młody człowiek skłonił się, i powstawszy,
+podążył do salonu w ślad za nią.
+
+- Któż zbadał rzeczywistą pobudkę czynów kobiety? - szepnął dyskretnie,
+pochyliwszy się ku idącej.
+
+- Przepraszam! - zaśmiała się wesoło Ola - proszę wracać na balkon
+dotrzymać towarzystwa cioci Melanii, a zresztą - tu, siadając do
+fortepianu, uczyniła ręką ruch w stronę werandy - oto pan Emil...
+
+- A... więc pani jednak gra... dla niego - rzekł z wolna Topolski i
+posłuszny zawrócił.
+
+Ola nie odpowiedziała... Gamma tonów z pod jej palców zabrzmiała
+donośnie... Fantastyczna pieśń norweska odbiła się o echa parku i głębie
+śniące do stawu - namiętna, burzliwa, popłynęła w dal cichą pól i
+stepu...
+
+- Że też pani Ola nie ma litości nad ptaszkami, co śpią sobie w parku
+tak cicho. Gdy usłyszą bowiem parę podobnych fortepianowych trelików,
+ogłuchną do rana zupełnie. - odezwał się w tejże chwili ironiczny głos
+Ładyżyńskiego.
+
+- Cóż to pan, jak widzę, prócz ptaków tylko o sobie nie zapomina, a nas
+z panią marszałkową z żyjących wykreśla! - półżartem, półserjo odciął
+panu Emilowi Topolski.
+
+Ładyżyński nie odpowiedział; wszedłszy do nieoświetlonego salonu, gdzie
+grała Ola, odezwał się w ukłonie:
+
+- Wszak pani pozwoli, nieprawdaż?... Bym zagrał sobie prozaicznie, terre
+ŕ terre, w karambole sam ze sobą... Czy zgrzeszę bardzo?
+
+- Mais pas du tout, owszem... Staraj się pan karambolować w takt gry
+mojej; może tą drogą wreszcie nauczysz się pan kiedyś odczuwać muzykę...
+
+- O, dzięki ci, pani! - trzymając się za serce, skłonił się pan Emil i
+zadzwoniwszy na lokaja, kazał zapalić światła w bilardowej salce, a po
+chwili, cały zatopiony w grze, z pietyzmem wykonywać zaczął karambole.
+
+Pieśnią Schumana rzewną skarżył się cicho teraz fortepian, płakał,
+smucił się żałośnie... Ola grała pięknie, z techniką i uczuciem.
+Siedzący na balkonie Topolski łowił tony z lubością, przez grzeczność
+tylko prowadząc rozmowę z marszałkową i klnąc zarazem w duszy jej
+obecność, przeszkadzającą mu we flircie z Olą.
+
+Niebawem wybiła w ciszy domu godzina jedenasta. Staruszka, zmęczona snać
+całym dniem, powstała ciężko i rzekła:
+
+- No, słuchajcie tu sobie muzyki, moi panowie, ja zaś idę spać... A pan
+Emil gdzie - nie widzę go? - zapytała naraz.
+
+Topolski zauważył dawno, że Ładyżyński postukuje na bilardzie; nie chcąc
+jednak informować o tem marszałkowej, odparł szybko:
+
+- Och, nie, wiem. Wyszedł przed chwilą, wróci zapewne niebawem! - i na
+dobranoc - pocałował, z uszanowaniem, rękę staruszki.
+
+Marszałkowa, nic nie mówiąc, weszła do salonu i zbliżyła się ku
+fortepianowi.
+
+- Bonsoir, chérie! - rzekła, całując Olę w głowę.
+
+- Dobranoc, cioteczko! - zerwawszy się z krzesła uściskała marszałkowę
+Dzierżymirska; poczem pani Melania skierowała się wolno do swych
+pokojów.
+
+Znikła... Fortepianem wstrząsnęło gwałtowne intermezzo; do pokoju,
+tonącego w cieniach, cicho, jak kot, wsunął się Topolski.
+
+Usiadł na niskim foteliku obok Oli: -Nareszcie!.. - szepnął.
+
+- Nareszcie... Co? - ze spojrzeniem zalotnem, zapytała, nie odrywając
+paluszków od klawiszy.
+
+- Jesteśmy z panią sami...- dokończył Topolski zdanie. - I ten satyr,
+któremu tu tak wszystko wolno i uchodzi...
+
+Topolski urwał, a widząc, że Ola już otwiera usta by coś powiedzieć,
+wyrzucił z siebie szybko, czyniąc nieznaczny ruch ręką:
+
+- Och, wiem już z góry, co pani mi powie... Pan Emil - przyjaciel
+nieboszczyka ojca pani, druh marszałkowej, wreszcie zna panią od
+dzieciństwa. - Wszak to wszystko wiadomem mi jest doskonale... Co nie
+przeszkadza - ciągnął - iż denerwuje mnie ten pan do niemożliwości...
+Bo, np. dzisiaj: od rana nie pozwolił nam być chwilki nawet sam na
+sam...
+
+- Ho, ho, cóż to za gorycz i niezadowolenie! - zdziwiła się niby Ola, a
+usiłując nadać głosowi brzmienie twardsze, dodała: - Nie pojmuję
+zresztą, skąd te żądania uporczywe sam na sam i urojone jakby jakieś
+prawa...
+
+Nie dokończyła... Trel gwałtowny przebiegł, jak dreszcz, po klawiszach,
+spojrzenie zaś młodej kobiety, które dojrzał Topolski w półcieniu i
+blask jego, co, jak pieszczota, przesunął mu się po twarzy, zadały kłam
+wyraźny wymówionym przez Olę słowom. Topolski zapomniał o nich.
+Zapamiętał wzrok tylko i pokorny na pozór pochylił się ku rączce Oli.
+
+- Przepraszam stokrotnie!.. przepraszam!.. - i pocałował biegnącą po
+fortepianie białą rączkę, wychylającą się z fałdzistego rękawa - wyżej
+łokcia. - Przeprasza się niżej! - rzuciła żartobliwie Ola.
+
+- Ciemność winna temu... -- rzucił lekko Topolski.
+
+Milczenie parku i domu przerywały teraz tylko tony fortepianu, coraz
+namiętniejsze jakby, gwałtowne, burzą ognistego zapału i pragnień
+wstrząsające spokojną ciszą, oraz nerwami dwojga ludzi, słuchających tej
+orgii dźwięków rozpasanych, zamkniętych w złocone ramy artyzmu i
+techniki.
+
+Głos Topolskiego wkrótce przeszedł w szept przyciszony, pieszczotliwy,
+miękki. Z dala odzywało się jednostajnie, co sekund kilka, uderzenie kul
+na bilardzie zajętego wciąż karambolami pana Emila... I Topolski,
+flirtując tak dyskretnie z Olą, podsycającą półsłówkami słów jego
+igraszkę, od czasu do czasu wysyłał spojrzenie przelotne na wywiady, czy
+pan Emil przypadkiem nie wraca; lecz ten nie myślał o tem wcale.
+
+Widząc to, Topolski przysunął się bliżej do młodej kobiety. Ruch ten
+jednak zauważyła Ola i widać chęć przekorna sprzeciwienia się mężczyźnie
+przebiegła jej nagle przez główkę, bo odezwała się w tej chwili:
+
+- Chciałam właśnie, oto zagrać panu coś przepięknego, i zapomniałam...
+Masz tobie! - zatrzymała się. - Trzeba zapalić świecę! - dokończyła, z
+filuternym uśmiechem.
+
+- Ale, cóż znowu? - podchwycił Topolski. - Po raz pierwszy dostrzegam u
+pani - ciągnął niezadowolony widocznie - brak odczucia nastroju chwili
+danej... Tak mi miło było słuchać gry pani w tym właśnie półcieniu, tak
+znakomicie godzącym się z muzyką i ciszą wieczorną.
+
+Śmiech szczery Oli rozległ się w tej chwili. Zapaliła świece i rzekła
+swobodnie:
+
+- Cóż robić! widzi pan teraz, że wcale nie jestem doskonałością..
+Nareszcie pan sam empirycznie przekonał się o tem. A mówiłam tyle
+razy...
+
+Urwała, i otworzywszy nuty, dotknęła się ręką klawiatury.
+
+- Niedobra pani... - nadając głosowi brzmienie pociągające, łagodne,
+przemówił Topolski. - Niedobra! - powtórzył ciszej, i podniósł do ust,
+jej dłoń.
+
+- Z okazyi czego - zaśmiała się Ola.
+
+Topolski na pytanie wprost nie odpowiedział, lecz mówił dalej:
+
+- Rozwiała mi pani złudzenie! - umilkł na chwilę.
+
+Pytająco spojrzała nań Ola.
+
+- Tak jest - powtórzył mężczyzna - bo uwierzy pani, jak dziwnego
+doznałem wrażenia, gdy oto tak przed chwilą siedzieliśmy w zapomnieniu,
+ciszy, przy fortepianu dźwiękach - zupełnie sami...
+
+- No, ciekawam? Cóż panu się zdawało? - ironicznie nieco rzuciła Ola, a
+oderwawszy zarazem ręce od klawiatury na chwilę, słuchała, patrząc mu w
+oczy przeciągle:
+
+- Po prostu zdało mi się, iż jesteśmy mężem i żoną...
+
+- Tylko tyle? - zaśmiała się Ola złośliwie. - No, po prologu
+spodziewałam się czegoś nadzwyczajniejszego przyznaję! - dorzuciła
+lekko, a odwróciwszy spojrzenie, ułożyła zeszyt nut na stalugach
+fortepianu, i znów grać poczęła, tym razem coś smętnego, kojącego jakby
+- pełnego cichej tęsknoty...
+
+- Co to jest? - zżymnął się w duchu Topolski, rozgniewany: - Że też ta
+kobieta zawsze zbije mnie z pantałyku! - Nie wiedział po prostu, co
+mówić dalej muzyka zaś jednocześnie łagodna, płynąca
+miękko z pod palców kobiety, nerwową, drażliwą naturę jego nastrajała
+dziwnie na nutę, wręcz przeciwną słowom, jakie same cisnęły mu się do
+ust przed chwilą...
+
+- Jednak, jak ona, niecnota, zna mnie, dobrze! - zauważył jeszcze w
+myśli, spojrzawszy z pod oka na Olę, która, z błąkającym się w kącikach
+ustek uśmiechem, grała właśnie, z uczuciem, coraz, subtelniejszem,
+miękkszem, aż fortepian martwy skarżyć i płakać się zdawał.
+
+Po chwili, Topolski przemówił znowu, głosem jednak już całkiem innym,
+niż poprzednio:
+
+- Pani się śmieje, tymczasem to, co mówię, wszak takie naturalne...
+
+- Na - tu - ral- ne! - przedrzeźniła lekko Ola. - Ha - ha - ha! -
+zaśmiała się - vous ętes incomparable!..
+
+- Permettez! - przerwał porywczo nieco mężczyzna - niech skończę...
+
+- Ależ słucham, słucham od kwadransa, et vous n'en finissez pas. Więc,
+jakież ultimatum?
+
+- Bardzo proste. Odczuwamy się z panią wzajemnie, rozumiemy, jak rzadko
+kto może... Dusze nasze - to jakby niewidzialny kamerton, który, za
+uderzeniem myśli, uczuć nam wspólnych, brzmi zawsze jednakowo... A mąż i
+żona przecież, poza...
+
+- Ha, ha, ha.. .- urwała przezornie O1a. - Otóż mylisz się pan zupełnie,
+bo ja, na przykład teraz, nic, ale to nic pana nie rozumiem...
+
+A zresztą - kończyła, powstawszy szybko od fortepianu - en voilŕ
+ascez... - zamknęła fortepian. - Żal mi pana Emila, który pewnie już
+darować mi nie może, że gram tak długo, bo oto właśnie nadchodzi..
+
+- A bodajżeś! - zgrzytnął szeptem Topolski i zerwał się śpiesznie,
+począwszy odruchowo układać niby porządnie nuty na etażerce.
+
+- Silence a mon approche - quelle galanterie, madame, de votre part!..
+Podziwiam, zaiste! - odezwał się na progu pan Emil, w ukłonie, a
+zwracając się ku zmieszanemu pomimowolnie Topolskiemu, rzucił, z ukrytym
+sarkazmem:
+
+- Czy to... może panu zawdzięczam?..
+
+I podtrzymywana przez Ładyżyńskiego głównie, popłynęła przez czas krótki
+jeszcze rozmowa ogólna, poczem panowie powiedzieli Oli dobranoc i
+rozeszli się, pozostawiając ją samą. Zapalone przy fortepianie świece
+rzucały teraz na salon migocące światło, lekki zefirek kołysał ich
+płomień z lekka, poruszał firanki i portyery... Ola skierowali się ku
+werandzie, i oparłszy o balustradę, zadumała się głęboko.
+
+- Co to jest, co się z nią dzieje? - myślała. Od wyjścia za mąż, od lat
+sześciu kochała dotąd niezmiennie Romana tylko, choć bezustannie
+ocierała się o dziesiątki nadskakujących jej mężczyzn, na żadnego jednak
+uwagi nie zwracała nawet. I dopiero teraz, teraz!..
+
+Ujęła głowę w rozpalone dłonie i ścisnęła niemi skronie...
+
+Ten Topolski działa na nią w sposób iście niezwykły. Tak ją odczuwa, tak
+dobrze rozumie, tak rozzmysławia po prostu umiejętnie prowadzoną grą
+intrygi, flirtu - tak pociąga ku sobie nieprzeparcie!... Ten jego
+ujmujący, niezwykły jakiś i zwodniczy wdzięk osobisty, którym tchnąć się
+zdaje postać jego cała, zwycięża ją coraz natarczywiej, uparciej...
+Broni się przed nim, w żart jego słowa obraca, a jednak ona, Ola, czuje,
+że jeśli tak samo potrwa jeszcze dłużej, kto wie, czy zdoła oprzeć mu
+się?..
+
+Och, gdybyż przynajmniej Roman przybył już prędzej, gdyby! A tu sama
+walczyć musi!.. Jeden Ładyżyński tylko po swojemu broni ją przed "nim" i
+przed nią samą...
+
+I Ola przy ostatniej powyższej myśli podnosi zwolni głowę, a pociągnięta
+kojącą ciszą parku i światłem drżących promieni księżyca, schodzi z
+balkonu i zapuszcza się samotna w cienistą ogrodową aleję.
+
+Na piasku cień jej rysuje się mały i kroki rozlegają się donośnie; przez
+liście niebieskawo-srebrne plamy światła ścielą się u jej stóp
+dyskretnie, ukazują się, to znów nikną...
+
+- Kocham go, kocham,.. i pragnę! - szepce Ola. - A on?
+
+- Czyż można nawet wątpić o tem? - odpowiada samej sobie. - Przyleci na
+jej pierwsze skinienie, gdyby tylko... zechciała...
+
+Zechciała? - Ola przeciera czoło dłonią i czuje, jak krew młoda igra jej
+w żyłach nieposłuszna, jak pragnienie poziome, zmysłowego użycia,
+rozkoszy - nieprzeparte, silne ją samą ogarnia wszechpotężnie.
+
+Idzie coraz wolniej, coraz bardziej pogrążona cała w myślach i
+wewnętrznej walce.
+
+Doszedłszy do końca alei, Ola zawraca machinalnie, kierując się ku
+domowi.
+
+- Romanie!.. Romciu... wybacz mi! - szepce, kładąc załamane rączki na
+rozpalone czoło. - Przyjeżdżaj i obroń mnie!.. Obroń! - woła
+rozpaczliwie, czując burzę w piersi, rozsadzanej uczuciem, pragnieniem i
+rozterką!
+
+Broniła się dotąd, ale teraz czuje, iż siły jej zbraknie na pewno...
+Ileż godzin w dniu samotnych, ile nocy bezsennych, przemyślała,
+przecierpiała w walce z pokus drażniącą, z sercem, wyobraźnią, duszą
+całą, - rwącemi się do ukochanego mężczyzny - w jego ramiona, które
+czekały tylko jej skinienia, by ją opleść pieszczotą - unieść w krainę
+miłości i rozkoszy!..
+
+- Marzenia! Ona nie ulegnie!..
+
+- Nigdy, przenigdy! - szepce Ola, spowiada się przed zasłuchanemi,
+cichemi drzewami parku. - Tylko ty, Romanie, ty, co po raz pierwszy w
+życiu otworzyłeś mi ułudę miłości, szczęścia, ty, którego dotąd ponad
+życie kochałam - przyjedź, ratuj mnie, swą obecnością wesprzyj!!!
+
+Ola już jest w pobliżu pałacu.
+
+- Nigdy cię nie zdradzę!.. nie zapomnę obowiązku... nigdy! - szepce po
+raz wtóry jeszcze i z żywo bijąca w arteryach krwią - wzburzona cała, z
+ostatnim wyrazem "nigdy" na ustach, wstępuje po schodkach pałacowego
+skrzydła. Daleka myśli od szczegółów drobiazgowego życia - zapomina o
+pozostawionych w salonie światłach - o wszystkiem i skrzypnąwszy
+drzwiami, znika za niemi.
+
+W ciszy uśpionego już domu, gdzieś, w dali, wydzwania tymczasem po
+chwili godzina dwunasta.. Kwadranse mijają stopniowo, a noc letnia, w
+milczeniu przyrody całej, woniami swemi miarowo oddychać poczyna...
+
+W salonie pałacowym dopalają się powoli świece u fortepianu, płomienie
+ich drżą bezustannie od nocnych powiewów, oświetlając fantastycznie
+pokój cały; czasem wpadnie tu znienacka księżycowy promień - i złagodzi
+swym blaskiem żółte świec płomyki...
+
+I trwa to tak dość długo jeszcze...
+
+Nagle jednak drzewa parku szumieć poczynają wraz głośniej, księżyc
+gdzieś ginie, przepada, chmurki zaś drobne pokrywać zaczynają coraz
+gęściej niebo dotąd pogodne... I zefirek leciutki, wpadłszy do salonu
+przez balkonowe drzwi, hulać po nim zaczyna...
+
+Jeden płomyczek u świec gaśnie, drugi w pobliżu okna pali się wciąż,
+dygocąc...
+
+Swawolny wietrzyk tymczasem wzdyma teraz firanki, a podrzuciwszy jedną z
+nich, nakrywa nią płomień świecy przy stojącym obok okna fortepianie i
+jakby pragnąc przypatrzeć się swej psocie, nagle przestaje powiewem
+poruszać wszystko dokoła!..
+
+Stopniowo firanka zapala się z wolna; płomień obejmuje ją pieszczotliwie
+w swój uścisk gorący...
+
+Wpada znów podmuch zefiru. I płomień idzie w górę zwycięski, zapala
+lambrekin. Minut kilka... Okienne ramy już płoną złocistym ogniem, z
+trzaskiem przełamują się po chwili, szyby pękają znienacka, i wszystko
+to razem upada na ziemię. Dywan puszysty kopcić poczyna... Od firanki
+zajęły się rozrzucone na pianinie nuty, drobiazgi...
+
+Wietrzyk, jak szatan złośliwy, dodaje tymczasem animuszu płomieniom,
+przyspiesza pochód ich po salonie...
+
+Ogniste węże obejmują już niebawem w śmiertelny uścisk fortepian, skarży
+się on żałośnie... Meble pękają od gorąca - dym, żar, napełniają pokój
+cały, kobierzec już płonie - posadzka pod nim trzeszczeć zaczyna!..
+
+Wiatr ustaje tymczasem, chmurki stopniowo rozchodzą się jak przyszły,
+rozpraszają... Sierp księżyca ukazuje się znowu, i zagląda ciekawie do
+wnętrza pałacu...
+
+Wśród ciszy śpiącego domu pali się już teraz cała prawa strona salonu;
+drzwi przymknięte od sąsiedniej jadalnej sali, pod naporem ognia, walą
+się, z trzaskiem - w tejże chwili hufiec płomieni wsuwa się podstępnie
+do innych, przyległych komnat...
+
+Nikt nie spostrzegł jeszcze w pałacu ognia. Cicho.
+
+W pokoju, na pierwszem piętrze, śpi smacznie Topolski, a uśmiechnięty,
+rozmarzony, śni zapewne o Oli.
+
+Mija jeszcze z kwadrans. W komnacie rozlega się nagle trzask silny, w
+ślad za tem podłoga wstrząsa się...
+
+Topolski budzi się, a ledwo otworzywszy oczy, kaszleć zaczyna: coś dusi
+go, w oczy się wżera...
+
+Zrywa się wystraszony i przytomnieje natychmiast. Instynktownie otwiera
+okno...
+
+- Co to, na Boga, co to? - przenika mu jednocześnie mózg pytanie. Patrzy
+w dół przez okno - księżyc świeci, śpi wszystko!.. Słucha... Włosy jeżą
+mu się na głowie, zapala świece, i widzi siebie w obłokach dymu.
+
+- Pożar!.. - świta mu w głowie. Niepewny jeszcze, ubiera się
+pośpiesznie, parę chwil zaś później jest już na korytarzu - za
+drzwiami...
+
+Dymu wszędzie pełno. Echo łoskotu płomieni na dole dochodzi tu
+wyraźnie... Poza tem wszędzie panuje milczenie zupełne...
+
+- Na Boga, czy Ola śpi? - nikt snać o ogniu nic jeszcze nie wie! -
+przemyka przez umysł młodzieńca. Chce krzyknąć: - Ogień, gore! - waha
+się...
+
+Staje strwożony... Może jemu tak tylko się zdaje?.. Po sekundzie
+namysłu, rzuca się jednak na lewo, ku schodom, i biedz na dół zaczyna..
+
+- Ola... Ola!.. - szepce półgłosem, pomny i tylko najdroższej sercu
+istoty, i znalazłszy się na dole, skręca gwałtownie w prawo, ku pokojom
+pani domu...
+
+Po omacku, przewracając meble, biegnie Topolski przed siebie, jak
+nieprzytomny...
+
+We względnej ciszy, towarzyszy mu tylko coraz wyraźniejszy odgłos
+palącego się pałacu...
+
+Nagle rozjaśnia się przed nim krwawo-złotą plamą przestrzeń ciemna
+pokoi, głuchy zaś łoskot, połączony z sykiem i świstem, odbija się
+donośnie..
+
+To płomienie wdarły się już do sąsiadującego z sypialnią Oli buduaru...
+Odblask ich oświeca jaskrawo białe drzwi, prowadzące doń... Topolski na
+ten widok, korzystając z wolnego jeszcze od ognia, miejsca, rzuca się
+gwałtownie ku nim. Słucha...
+
+Do uszu jego dolatują jakieś wołania, krzyki:
+
+"Gore, gore! pali się... Ratunku! ratować!.. Bywaj!" - krzyczą teraz
+zewsząd zapamiętale, rozpaczliwie jakieś głosy, a pod samym domem
+rozlega się równocześnie przyspieszona bieganina, tupot licznych kroków
+ludzkich...
+
+- Już alarm dany - to dobrze! - czyni sobie w duchu Topolski uwagę i
+odruchowo wchodzi do sypialni Oli, zamknąwszy drzwi za sobą.
+
+Tu jeszcze cicho... Nocna lampka mdłem tylko światełkiem oświeca
+komnatę; księżycowy promień drżący ściele się po ścianie i łożu, na
+którem leży Ola, pogrążona we śnie spokojnym.
+
+Z pod kapy lekko narzuconej, unosi się jednostajnie pierś młodej kobiety
+i rysują wdzięcznie kształty ciała...
+
+Pomimo grozy położenia, Topolski zachwytu powstrzymać nie może. Chwilę
+stoi nieruchomy...
+
+Huk tymczasem jakiegoś mebla, pękającego, pod naporem ognia, odgłosem
+swym budzi Olę... Strwożona, zrywa się, zrzuca kapę, i w bieliźnie
+nóżkami bosymi, dotyka ziemi...
+
+Jednocześnie dym napełniać sypialnię poczyna, a przez dolną szparę u
+drzwi wciska się przemocą, niby wąż jadowity, krwawe pasemko ognia...
+Ola rzuca okrzyk strasznej trwogi, i wcale nie widząc jeszcze
+Topolskiego, porywa stojący na małym stoliczka dzwonek i rozpaczliwie
+dzwonić poczyna...
+
+Topolski, widząc i słysząc to wszystko, szybko otwiera na ścieżaj okno i
+rzuca się ku Oli... Ona spostrzegła go właśnie...
+
+- Co to?.. Pan tu?.. O, jakżeż można!.. i Ola zarumieniona milknie, a
+wstyd zarazem staje się silniejszym od trwogi, bo ruchem nagłym obwija
+się fałdami porzuconego obok na krześle szlafroczka...
+
+Huk ponowny tymczasem wstrząsa murami pokoju. Ogień zwycięzca wkracza
+jednocześnie w komnaty, drzwi pękają i płoną! Topolski porywa drżącą ze
+strachu i wstydu młodą kobietę w swe silne ramiona.
+
+- Co... to?.. Co... to?.. - szepcze Ola jeszcze, z lękiem... Mężczyzna
+pragnie coś odpowiedzieć, lecz w tejże chwili, z łoskotem i chrzęstem,
+wpadają do sypialni drzwi roztrzaskane, a ziejąca paszcza płonących
+komnat pałacu ukazuje się, jak na dłoni, w całej swej grozie i
+majestacie...
+
+Jednocześnie rozlega się przeraźliwy krzyk kobiecy!..
+
+To zbudzona dzwonieniem swej pani, śpiąca w sąsiednim pokoju służąca,
+wołaniem, błaga o pomoc!
+
+W sypialni zaś już nie ma nikogo. Wyskoczywszy zręcznie oknem, Topolski
+stoi teraz w parku i obrzuca spojrzeniem płonący pałac. Widzi w oddali
+ludzi kilkanaście, ekonoma, parobków i służbę dworską, a w dali
+zapomnianą przezeń całkiem sylwetkę marszałkowej...
+
+W śród gwaru słyszy zarazem donośny głos pana Emila: "Hej! hej! ludzie,
+tu! do mnie!! - woła energicznie. - Ratować młodą panią!!.. W rogu
+dworu!! prędzej!!!"
+
+Słuchając tego rozkazu, kilku ludzi natychmiast odrywa się do ogólnej
+gromadki sług i lecieć poczyna ku pokojom młodej dziedziczki - ku
+niemu!..
+
+Wystraszona płomieniem i krzykiem Ola zarzuca równocześnie Topolskiemu
+na szyję swe nagie ramiona! On, wstrząsnąwszy się pod tem dotknięciem,
+porywa się nagle z miejsca, jak szalony, i mknie chyżo w ogród... Krew
+gorąca, młoda, grać w nim poczyna... Zapomina o wszystkiem, prócz
+tulącej się do jego piersi kobiety i ucieka dalej i dalej...
+
+Do uszu jego dolatują wołania coraz cichsze, okrzyki!.. Topolski biedz
+nie przestaje ku znanej sobie altanie, położonej na końcu ogrodu.
+
+Prowadząca do niej aleja parku rozbrzmiewa echem gwałtownego jego biegu,
+szeleści mu nad głową liści pogwarem.
+
+Z zarzuconemi na szyję mężczyzny ramionami, tuli się wciąż ku niemu, jak
+powój wiotkie ciało Oli... Topolski, dotąd zapatrzony wciąż w
+przestrzeń, opuszcza naraz głowę i wzrokiem pieści chwilę trzymaną w
+uścisku kobietę...
+
+Oczy jej przymknięte - zemdlała!..
+
+Topolski zatrzymuje się. Z miłością bezbrzeżną, pragnieniem, spogląda
+ciągle na Olę... Krew uderza mu nagle do głowy!..
+
+- Mój ty skarbie najdroższy!.. moje ty wszystko!.. - szepce drżącemi
+usty, i jak szalony, całować, pieścić poczyna jej wargi, oczy i ciało!..
+
+W kilka minut później, dopada cienistej altany i niknie, ginie w jej
+głębiach... Niedyskretny, ciekawy wsuwa się za nim księżyc blady, a
+kopuła altany, mieniąc się od jego promieni, drży leciutko -
+tajemnicza...
+
+W dalekim zakątku parku znów cicho...
+
+. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
+
+Koło płonącego pałacu natomiast ruch panuje nie do opisania.
+
+Co chwila od pobliskiego stawu i z powrotem pędzą galopem konie, wiozące
+beczki z wodą; wszystkie miejscowe sikawki są w ruchu, dyrygujący zaś
+parobkami i służbą ekonom Gowartowa kręci się, jak mucha w ukropie,
+krzyczy, gniewa się, rozkazuje...
+
+Mężczyźni zalewają wodą dach, płonące belki, wdrapują się na piętra,
+wyrzucają oknami nietknięte jeszcze przez ogień pałacowe meble. Zbudzone
+wiejskie kobiety, w ponarzucanych płachtach i koszulach, przypatrują się
+bezmyślnie pożarowi, gwarząc z cicha pomiędzy sobą, lamentując,
+złorzecząc...
+
+Grupa ich wystraszona rzuca się nagle w bok, z okrzykiem...
+
+To przelękniony hałasem i płomienistą łuną, pędzi wprost na nie kary,
+półkrwi arabskiej, ogier, wyrwawszy się z pozostawionej bez opieki
+stajni.
+
+Ucieka strwożony, błędny... Wyminąwszy zaś rozpierzchłą gromadkę, umyka
+przed ogniem i ludźmi do parku, budząc jego drzemiące cisze przerażonem
+rżeniem.
+
+Jednocześnie na czele kilkunastu tomaszowieckich fornali, wpada przez
+bramę, z impetem, Krasnostawski, a z przybyciem jego wszystko wre
+dokoła, ze zdwojoną energią.
+
+I oto niebawem krwawa ściana ognia, wzbijająca się ku niebu, miejscami
+złocista, tam znów, niby krepą, przesłonięta czarnym gryzącym dymem,
+zaczyna zniżać się, zmniejszać powoli... Już obecnie huk pożaru coraz
+częściej przerywają syki gasnących płomieni - opanowany nieco żywioł
+mniej groźnym się staje, pokornieje, cichnie...
+
+Lewe podłużne i największe pałacowe skrzydło pali się jeszcze, płomień
+nadal zwycięsko sieje tam zniszczenie, prawą stronę jednak domu ugaszono
+już zupełnie. Z płaszczącego się tu dymu wyłaniają się teraz białawe,
+osmalone mury; wśród zgliszcz, już zwęglonych, pełzają jeszcze tam i
+ówdzie ogniste węże, całując lubieżnie, liżąc ścian poczerniałych
+podnóże.
+
+I w porównaniu gwaru, zgiełku, które panują u płonącego w dali
+pałacowego skrzydła - cisza króluje tu względna...
+
+Tam ruch, krzyki, krzyżujące się rozkazy, łuna ognia, huk jego, syk,
+oraz zupełne oddanie się wszystkich całkowicie dławieniu i walce z
+żywiołem...
+
+Tu - srebrzące się, czyste promienie jaśniejącego wysoko na niebie
+niepokalanie miesiąca, co błyszczą na okopconych ścianach, stanowiąc
+dziwny w sobie, a pełen spokoju, kontrast, z wrzawą i krwawo-złocistą
+pożogą...
+
+Szelest kroków tymczasem przerywa nagle milczenie. Za węgłem sterczącego
+samotnie odłamu murów pogorzeliska, pojawia się Krasnostawski, i
+stanąwszy w zamyśleniu, śle wzrok badawczy w stronę parku.
+
+- Tam puściłem już w ruch wszystko!.. - mówi głośno do siebie. -
+Dokończą gasić i dadzą sobie radę beze mnie... - mruczy dalej. - Ja zaś
+ich muszę znaleźć - muszę!..
+
+Krasnostawski milknie, i rozglągając się bacznie dokoła, kieruje się w
+głąb parku, idzie z wolna zamyślony, a trzymaną w ręku długą nahajką co
+chwila uderza się machinalnie po wysokich, okopconych butach...
+
+Od czasu, jak tu przybył na ratunek i piąte przez dziesiąte zdołał
+rozpytać się o początek i przebieg pożaru, myśl jedna i ta sama dręczyła
+go bezustannie: gdzie są Topolski i Ola?.. Że nic złego im się nie stało
+- wiedział... Co robią zatem sami tak długo?..
+
+Kochając Olę i odczuwając przez to podwójnie zacieśniający się stosunek
+jej z Topolskim, młody człowiek przeczuwał więcej od marszałkowej i
+Ładyżyńskiego... Oni, pochłonięci pożarem, jak wszyscy zresztą,
+potracili głowy!.. A on?..
+
+Myśleć o Topolskim i Oli nie przestawał, jak szalony przy tem siły
+odpędzał od siebie myśli niektóre.
+
+Obecnie, tknięty przeczuciem jakby, szedł właśnie aleją, prowadzącą do
+ustronnej altany...
+
+Duszą Krasnostawskiego miotał niepokój. Zazdrość szarpała nim bez
+miłosierdzia, sączyła swój jad zatruty, niepewność męczyła - obawa, że
+sprawdzą się skryte jego podejrzenia, tamowała mu oddech w gardle i
+zniewalała w bezsilnej wściekłości zaciskać dłonie.
+
+Poza dziedziną przeczuć bowiem, ów niepokój Krasnostawskiego miał
+również źródło i w następującym, konkretnym fakcie.
+
+Komenderując i uwijając się przy pożarze, spotkał Krasnostawski
+pomagającą również innym, znoszącą wodę, dziewczynę służebną, ulubienicę
+Oli...
+
+Ta zaś, gdy ją zapytał o panią, opowiedziała mu bezładnie: - Powiadam
+paniczowi... Boże, Boże, jakie to było straszne! Jaśnie młodsza pani
+dzwoni, i się budzę, ubieram prędziutko, słyszę jakiś szum... Otwieram
+drzwi, a tu - ogień, ogień jak daleko spojrzeć na pańskie pokoje...
+Tylko pościel młodej pani pusta i okno otwarte!..
+
+Ktoś rozdzielił ich i dalszą indagacyę przerwał Krasnostawskiemu
+szerzący się pożar, zamęt i wrzask. Poprzestać musiał tylko na tem.
+
+Teraz szedł coraz prędzej. Nagle zatrzymał się, jak wryty.
+
+Już od minut paru zauważył na wilgotnym piasku alei ślad kroków męskich,
+obutych w zgrabny trzewik, teraz zaś leżała przed nim dobrze mu znana
+papierośnica Topolskiego, a opodal widziany często we włosach Oli
+grzebień, z szyldkretu.
+
+Wątpliwości już być nie mogło... Krasnostawski pochwycił machinalnie oba
+leżące przedmioty i biedz począł...
+
+Szalała w nim burza.. Nienawiść mężczyzny, pogardzonego przez ubóstwianą
+kobietę na korzyść rywala rozpaliła mu krew, napełniła jakąś
+niepohamowaną żądzą pastwienia się i zemsty!..
+
+Spocony, blady, stanął wkrótce u wejścia do altany, i począł
+nadsłuchiwać, z zapartym oddechem. Pot kroplisty wystąpił mu na czoło,
+usta zacisnęły się boleśnie, oczy zamigotały dzikim ogniem.
+
+Z cichej, sennej altany dochodziły wyraźnie dwa głosy - dwa szepty...
+
+Krasnostawski rozchylił gałęzie... Na szelest ten w ciemnościach zerwał
+się ktoś śpiesznie i u progu stanął Topolski. W półmroku nocy
+zamajaczyła jego twarz biała, rasowa, i dwaj mężczyźni spojrzeli sobie,
+milcząc, prosto w oczy.
+
+Trwało to sekundę, lecz wystarczyło Krasnostawskiemu, bo to, co wyczytał
+na wzburzonem obliczu Topolskiego, aż nadto uzasadniło jego obawy.
+
+Wysiłkiem woli, ochłonąwszy z wrażenia, przemówił pierwszy Topolski,
+wskazując swobodnie na pozór ruchem ręki widnokrąg, gdzie dogorywała już
+łuna ognia:
+
+- A zatem, chwała Bogu, już po pożarze!.. My właśnie...
+
+- Nikczemny! - zabrzmiało w ciszy słowo jedno.
+
+Wymówił je głosem drżącym Krasnostawski, i niepomny niczego, rozszalały,
+schwyciwszy Topolskiego za gardło, drugą ręką przerzucił go poprzez
+siebie i z pasyą okładać począł trzymaną w ręku nahajką...
+
+W milczeniu zakątka rozległ się krzyk bitego i w ślad za tem okrzyk inny
+- kobiecy!..
+
+Ku dwom mężczyznom wypadła Ola... Jak lwica, rzuciła się natychmiast
+pomiędzy nich, a obroniwszy Topolskiego, gwałtownie, szybko, wymierzyła
+Krasnostawskiemu dwukrotny policzek...
+
+Jak rażony obuchem, zachwiał się pod tem uderzeniem mężczyzna, cofnął
+się wstecz, blady, jak ściana, oszalały, straszny.
+
+Zaległa chwila milczenia...
+
+Oswobodzony Topolski znikł we wnętrzu altany, a z ust stojącej na wprost
+Krasnostawskiego kobiety wybiegło drżącym, urywanym szeptem, pełnym
+oburzenia i zimnej - gorszej od policzka, pogardy:
+
+- Podły... sługo!.. Jak śmiałeś? - Precz!..
+
+Ze wzruszenia umilkła Ola, po chwili dopiero i powtórzyła raz jeszcze,
+przejmująco - ciszej:
+
+- Precz!..
+
+Tego nadto już było dla rozbolałego zazdrością i bólem męskiego serca!
+Nie czynnie, lecz moralnie spoliczkowany po raz drugi, Krasnostawski
+zachwiał się powtórnie, jak nieprzytomny, w oczach pociemniało mu -
+zawirowały altana i drzewa parku...
+
+- Kocham cię! - szepnęły w oddechu cichutko, jak skarga, usta jego i
+omdlały runął u stóp kobiety, zdeptany jej postępkiem...
+
+. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
+
+
+
+Świt zorzy wyjrzał nieśmiało spoza stepu, pól szerokich, orzeźwił się w
+toni sennego jeszcze stawu i wśliznął do altany ciekawy...
+
+Nie było w niej już jednak nikogo, zarówno jak i nigdzie, w pobliżu:
+
+Niebo zaróżawiało się stopniowo, początkowo ledwo dostrzegalnie,
+bojaźliwie, później zaś coraz silniej i śmielej.
+
+Przeciągając się lubieżnie, wstawała jutrzenka z obłoków puszystych
+pościeli.
+
+Na powitanie jej tryumfalną fanfarą rozbrzmiał park cały świergotem
+ptasząt; zbudzone, zrywały się one do lotu, otrzepywały zamaszyście
+skrzydełka z porannej rosy, rozlatywały się na wsze strony, siadały na
+zczerniałych ruinach spalonego pałacu. Dym jeszcze ścielił się tu
+gdzieniegdzie... Na pogorzelisku, jak karbunkuły, błyszczały tam i
+ówdzie, dopalając się, belki i inne szczątki pałacu, tliły się w
+zgliszczach - tuliły do okopconych zwalisk...
+
+A wokoło drzemało, spało wszystko!..
+
+Ze spuszczonemi żaluzyami, spoczywały zatem pałacowa oficyna, stajnie i
+gumna, śniły także liczne, rozsiane za pałacową bramą, białe wieśniacze
+chatki...
+
+Potężny, wspaniały zabłysł pierwszy promień słońca i obojętny zajaśniał
+nad wszystkiem dokoła...
+
+Nie zbudził jednak nikogo... Na gazonie tylko, pod górą wyrzuconych z
+pałacu, leżących na kupie mebli, duży pies podwórzowy otworzył oczy,
+mlasnął językiem, przeciągnął się i zasnął...
+
+Zadumanej ciszy nie przerywało nadal nic zgoła.
+
+---------------
+
+
+Pomimo, iż przez szpary okiennic Tomaszowieckiego dworku wślizgiwało się
+już słońce, w tak zwanym kancelaryjnym pokoju paliła się jeszcze duża
+lampa, oświetlając biurko, przy którym Krasnostawski pisał coś szybko i
+zamaszyście. Obok niego stała szklanka z herbatą i leżały porzucone na
+ziemi, niedopałki od papierosów... Nagle młody człowiek porzucił pióro,
+z hałasem odsunął krzesło od biurka i zamknąwszy księgę, powstał.
+
+- Nareszcie! - westchnął głośno z ulgą i zbliżywszy się do okna,
+odemknął je, odczepiwszy zarazem wewnętrzne haczyki okiennic.
+
+Fala słonecznego światła, wraz z powietrzem letniego poranka, wpłynęła
+do pokoju. Krasnostawski zgasił lampę i spojrzał przed siebie...
+
+Od pożaru minęła doba tylko, patrząc jednak na młodego plenipotenta,
+pomyśleć można było, iż od tej chwili oddzielały go lata; nie
+młodzieniec bowiem obecnie, pełny hartu i życia patrzył przez otwarte
+okno, ale mężczyzna, na pozór więcej, niż dojrzały, który zapominał już
+jakby, że młodym był tak niedawno.
+
+Jak burza, przeszła po nim pamiętna noc rozterki, cierpień, upokorzenia
+i bólu, ślad wiecznotrwały zostawiwszy po sobie...
+
+Twarz Krasnostawskiego bladą była, oczy przymglone i podkrążone, a na
+skroniach gdzieniegdzie, wśród czarnych pukli włosów, bielała nitka
+przedwcześnie siwa.
+
+I kontrast przykry prawdziwie stanowił ten człowiek, stojąc tak w owej
+chwili w ramie okna... Przed nim, w perspektywie, jak okiem sięgnąć,
+kraina cała złociła się od zżętych kóp zbożowych, zieleniła od niw i
+stepów, śpiewała setkami głosów: uśmiechała się rozkosznie!..
+
+
+- Życia!.. Życia!.. Miłości, szczęścia!.. - wielkim głosem wołało
+wszystko, a on jedyny tylko, nieczuły na nic zgoła, stał wciąż tak samo
+nieruchomy, zapatrzony nie w dal jasną, lecz w cienie cierpiącej duszy
+własnej..
+
+Po nocy pożaru do Tomaszówki uciekł Krasnostawski piechotą, obudziwszy
+się z omdlenia, sam jeden wśród szumiącego mu łagodnie nad głową parku.
+
+Tu, u siebie, przemęczył się, jak nieprzytomny, w bólu - do rana. W
+końcu jednak zmęczenie fizyczne zabiło moralną troskę. Snem kamiennym, a
+zbawczym dlań, przespał Krasnostawski większość dnia, bo aż do godziny
+szóstej po południu. Zbudził się zaś już nieco innym...
+
+Zebrawszy myśli i wspomnienia, przede wszystkim postanowił uciec co
+rychlej z tych miejsc, rzucić się w wir pracy w warunkach całkiem
+odmiennych.. Powietrze dusić go poczęło, ziemia parzyć stopy!.. Chciał
+już wskoczyć na konia i opuścić wszystko na zawsze.
+
+W porę jednak zastanowienie i zimna logika trzeźwego rozumu powstrzymała
+go na szczęście od tego kroku...
+
+Wszak, poza dziedziną moralnych jego cierpień, stał przecież jeszcze mur
+rzeczywistego życia, które chleb mu dotąd dawało - istniał świat
+obowiązków dotychczasowego jego stanowiska tutaj.
+
+Rzucać tak wszystko byłoby lekkomyślnością iście chłopięcą.
+
+- Nie, ja tego nie uczynię! - zadecydował. - W jak najściślejszym
+porządku przekażę na odjezdnem wszystkie gospodarskie księgi, rachunki,
+kasę i.t.d.
+
+Po skromnym posiłku, zabrał się Krasnostawski do wyczerpującej pracy,
+całych nieledwie dziewiętnaście godzin pisał, rachował bezustannie.
+Wreszcie wyczerpany skończył przed chwilą...
+
+Był wolnym!.. Za godzin parę będzie mógł opuścić te strony - na
+zawsze...
+
+Zadumany smutnie, stał Krasnostawski wciąż pod oknem; zapatrzony, nie
+zauważył on wcale zbliżającego się ku niemu wyrostka.
+
+Dźwięk jego głosu zbudził młodego człowieka. Spuścił wzrok i zapytał
+głośno:
+
+- Ha!.. szczo każesz?..
+
+Wyrostek, był to chłopiec stajenny, wysłany przezeń do Gowartowa, by
+sprowadzić tamtejszego starego i zaufanego rządcę, któremu chciał
+Krasnostawski zdać klucze kasy, księgi, i przekazać ostatnie
+rozporządzenia. Z relacyi chłopca okazało się, że rządca wyjechał do
+miasteczka.
+
+- A pany? - spytał machinalnie Krasnostawski, używszy utartego pomiędzy
+ludem miejscowym wyrażenia, oznaczającego w liczbie mnogiej, właściciela
+danej wioski.
+
+- Nykoho ne baczył! - odrzekł zapytany i dodał zarazem, że Szmul, żyd z
+karczmy wiejskiej, powiedział mu, że państwo na dobre wyjechali. -
+Każut, szczo do Szczesnoi, do jasnoho grafa Topolskoho! - poinformował
+znowu wyrostek.
+
+Na wybladłem licu słuchającego tych nowin młodzieńca zakwitł rumieniec
+oburzenia.
+
+- Łotr!.. - zgrzytnął cicho, niedosłyszalnie przez zęby. - Snać potrafił
+każdego z osobna podejść, oszukać! Prawdy nie domyślił się nikt,
+widocznie...
+
+Więc teraz ugaszcza wszystkich u siebie... Co za ironia prawdziwa! -
+dokończył w myśli, i wściekłość nagła opanowała go...
+
+- Czego, durniu, stoisz! - huknął w twarz parobczakowi, aż zatrzęsły się
+szyby dworku.
+
+- Osiodłaj mi zaraz konia! - dokończył spokojniej nieco.
+
+Niebawem złotawy kasztan, z białą gwiazdką na czole, parskał ochoczo pod
+Krasnostawskim, jadącym na przełaj przez pola do Gowartowa.
+
+Wokoło niego praca wrzała. Krzątający się lud roboczy: parobcy i
+gospodarze kłaniali się nisko czapkami panu plenipotentowi; czarnookie,
+czarno brewe mołodyce i dziewczęta, w jaskrawych spódnicach i chustkach,
+pozdrawiały, również życzliwie młodzieńca zerkając z uśmiechem i
+lubością na "harnoho chłopcia*)".
+[*) Pięknego chłopca.]
+
+W kwadrans później, Krasnostawski zjeżdżał już stępa na groblę
+gowartowską...
+
+W głębiach stawu, otoczonego zielenią parku, odbijały się dawniej, jak w
+lustrze, mleczną białością ściany dworu. Teraz czerniały zarysy
+pogorzeliska, a tam - na górze, zgliszcza, zakopconem pałacowem
+skrzydłem, królowały smutnie nad leżącem dokoła siołem...
+
+Jeździec odwrócił oczy i wspiął konia. Jak strzała, przeleciał przez
+groblę i stanął niebawem przed zamkniętą wjazdową bramą pałacu; tu hukać
+począł, by mu ją otworzono.
+
+Nadbiegło kilku stajennych; oddawszy im spienionego konia począł
+Krasnostawski wypytywać się o mieszkańców pałacu. Okazało się, iż dom
+cały wyjechał nazajutrz po pożarze, rankiem i bawił teraz w gościnie u
+Topolskiego, w Szczęsnojej.
+
+- A to co? - zapytał nagle, furmana zdziwiony Krasnostawski, wskazując
+spicrutą, na całe stosy czegoś, ponakrywanego płachtami.
+
+- To, paniczu, meble z pałacu; pan ekonom kazał poprzykrywać tymczasem!
+- odpowiedział zapytany.
+
+Krasnostawskiego zirytowało to niedbalstwo, względem ocalałych, i
+cennych, a tak dobrze mu znanych, mebli pałacowych. Zdecydował głośno.
+
+- To tak zostać nie może! - i ruszył spiesznie ku środkowi gazonu, gdzie
+leżały meble. Kazawszy pozdejmować w ślad za tem wszystkie przykrycia i
+opony, ujrzał, iż mebli uratowanych było sporo.
+
+- Są parobcy na toku? - zapytał.
+
+- Są... są! - poświadczyła krzątająca się wokoło niego służba.
+
+- Siergieju! - rozkazał Krasnostawski po małorusku starszemu furmanowi,
+- idźcie powiedzieć, niech zaprzęgają do wozów, ile się da i zajeżdżają
+tutaj, a gumienny, niech da klucze od pustej stodoły!.. Trzeba to
+wszystko - wskazał ruchem ręki meble - tam zaraz zawieźć tymczasem i
+zamknąć!..
+
+Plenipotenta dóbr gowartowskich lubiano powszechnie i słuchano chętnie.
+
+Natychmiast zatem furman skierował się do gumien; wyprzedził go chłopiec
+stajenny, by rozgłosić pierwej rozkazy "panycza."
+
+Krasnostawski pozostał sam i uważnie zaczął przeglądać nagromadzone
+meble. Tam i ówdzie rozpoznawał na wpół uszkodzony sprzęt i przypominał
+sobie miejsce, gdzie on stał dotąd w pałacu...
+
+Spojrzał na pogorzelisko... Grozą i bolesnym smutkiem wiało od tego
+zakątka - ruina zwycięsko szczerzyła trupią paszczękę - śmiałą się jakby
+szyderczo...
+
+Z mimowolnym wstrętem, odwrócił się Krasnostawski i na nowo począł
+przyglądać się, z uwagą, pałacowym sprzętom. Uśmiechnął się smutnie...
+
+Obok na wpół pękniętego dużego salonowego zwierciadła, złamane tuliło
+się łoże pozłacane, w stylu "empire," z pokoju Oli Dzierżymirskiej. Tam
+znów jej szafa odemknięta, z kilkoma pozostawionemi w pośpiechu sukniami
+- walała się obok szczątków pianina...
+
+Dziwna rzecz jednak - pomyślał w tej chwili - jak sprzęt przypomina
+człowieka!.. Ola, Ola i jeszcze Ola!.. Widział on ją tu - wszędzie, te
+odłamy zachowały jakby część jej osoby - dusza ukochanej przezeń kobiety
+błąkała się w nich, martwych i obojętnych...
+
+Młody człowiek znalazł wiele rzeczy nieuszkodzonych prawie; niektóre z
+nich sam odsuwał od innych, segregował.
+
+- Ooo!.. - wyrwało mu się nagle z ust, z ubolewaniem.
+
+Przed nim, zdruzgotane, przepalone nielitościwie do połowy, leżało w
+pyle piękne, ulubione biurko Romana, antyk pamiątkowy, z mahoniowego
+drzewa, wykładany bogato srebrem, subtelnie inkrustowany perłową masą.
+Krasnostawski zaczął macać uważnie dokoła przepalony sprzęt drogocenny.
+Obejrzawszy go dokładnie, zajrzał do kilku szufladek i skrytek.
+
+Lecz nagle koło pobliskich gumien zatętniało... Wykonywając rozkaz,
+nadjeżdżały już wozy. Turkot przybliżał się coraz wyraźniejszy,
+donośniejszy, bliższy. Krasnostawski, zajęty biurem, drgnął, lecz nie na
+odgłos wozów bynajmniej.
+
+To ruszona w tej chwili bezwiednie dłonią jego zgrzytnęła niebawem jakaś
+sprężyna i szufladka, dotąd dla oka niewidzialna - roztworzyła się przed
+nim, a w niej, o, dziwo... leżał oto spokojnie portfel niewielki, z
+eleganckiej, brunatno - wiśniowej skóry. W rogu pugilaresu połyskiwała
+granatów korona hrabiowska, - błyszcząc mętno - czerwonym ogniem.
+Ochłonąwszy ze zdziwienia, Krasnostawski rozśmiał się swobodnie i wziął
+portfel w ręce.
+
+W tejże chwili jednak na dziedzińcu zadudniły drabiniaste wozy, parobcy,
+zdejmując czapki, witali go wesoło i dziarsko, a zeskoczywszy na ziemię,
+brać się zaczęli do roboty.
+
+Chcąc nie chcąc, musiał Krasnostawski stłumić na razie ciekawość, i
+schowawszy tajemniczy pugilares do kieszeni, począł energicznie wydawać
+rozkazy.
+
+Wozów było kilkanaście. W pół godziny, plac przed zgliszczami pałacu
+opustoszał; wozy, jeden za drugim, skierowały się powoli ku tokowi.
+
+Do gumien przyjechano niebawem; przed otwartą pustą stodołą zawrzał
+ruch; wkrótce ułożono porządnie pałacowe meble, przykryto je, drzwi
+zamknięto szczelnie i Krasnostawski, rad z ostatniego na służbie
+spełnionego obowiązku - wyjechał z wioski.
+
+Puściwszy konia luzem, zamyślony, znalazł się w kwadrans później w
+lesie, gdzie, znużony, zsiadł z konia i rozłożył się swobodnie na
+murawie. Zdjąwszy kapelusz z głowy i wciągnąwszy w siebie świeżą,
+aromatyczną woń boru, sięgnął on do kieszeni po pugilares, roztworzył go
+i począł szperać ciekawie.
+
+W portfelu leżały ułożone porządnie banknoty, w osobnych przedziałkach
+rulony złota.
+
+- No, no! - mruknął parokrotnie Krasnostawski i z coraz wzrastającem
+zdziwieniem, pieniądze zaczął liczyć sumiennie.
+
+Wszystkich razem było dwadzieścia siedm tysięcy kilkaset. Ułożywszy na
+powrót banknoty i złoto, Krasnostawski portfel zamknął i spojrzawszy raz
+jeszcze na koronę z granacików, potrzymał go jakiś czas w dłoni, poczem
+wpuścił do kieszeni. Widoczne zakłopotanie malowało się na jego twarzy.
+Czuł się zaambarasowanym, co czynić z tym fantem?..
+
+Wypadało go zwrócić niezwłocznie, w zastępstwie prawego właściciela,
+jego żonie - Oli. Zatem jechać do Szczęsnej osobiście?..
+
+- Nigdy w życiu! - rzekł głośno do siebie młodzieniec. Zasępił się.
+Nagle myśl jakaś nowa zrodziła mu się widocznie w głowie, bo zerwał się
+żywo i wskoczywszy na konia, wjechał w las drożyną. Wkrótce w borze
+rozległy się głośne ujadania psów, i Krasnostawski, opędzając się od
+natarczywych kundli, wchodził do małej chatki leśniczego...
+
+W chałupie panowała cisza. Rozciągnięty na ławie, spał snem
+sprawiedliwego mężczyzna, w sile wieku, barczysty, ubrany w kurtę
+myśliwską; dubeltówka leżała opodal, w kącie drzemał pies legawy.
+
+Krasnostawski potrząsnął energicznie ramieniem śpiącego leśnika. Ten
+ostatni zerwał się, a ujrzawszy plenipotenta, zawstydzony począł
+bąkać...
+
+- Słucham panicza, słucham... Padam do nóg... Tak mnie jakoś
+zmroczyło... Zasnąłem, ale to, jak Boga kocham, nigdy mi się nie
+zdarza...
+
+- Nic nie szkodzi, mój Rzemięcki! - uspokoił go natychmiast
+Krasnostawski, klepiąc poufale po ramieniu. - Potrzebuję was, i to
+natychmiast... Pojedziecie z pieniędzmi i z listem do Szczęsnojej, gdzie
+są teraz państwo... Ja oto teraz sam jadę konno do domu, a wy w ślad za
+mną idźcie do Tomaszówki piechotą. Tylko idźcież zaraz!
+
+- Duchem, proszę panicza, duchem! - odparł żwawo leśniczy w ślad za
+odjeżdżającym.
+
+W pół godziny później, młody plenipotent siedział już przy biurku w
+Tomaszówce i kreślił słów parę do pana Emila.
+
+Jako nic niewiedzącemu o zajściu z Topolskim i Olą, napisał
+Ładyżyńskiemu tylko, iż musi niezwłocznie jechać do miasta rodzinnego na
+wakującą intratną posadę, nie chcąc zamykać karyery tutaj, bez widoków
+na przyszłość...
+
+Nadzieją otrzymania miejsca natychmiast motywował także wyjazd bez
+pożegnania, jak i przesyłkę również kluczy od kasy, ksiąg rachunkowych,
+oraz znalezionego pugilaresu. W końcu listu, Krasnostawski przepraszał
+pana Emila za trud i dodawał sucho, że pensyi nic mu się nie należy, bo
+czyni niespodziany zawód swym dotychczasowym chlebodawcom.
+
+We wrotach dziedzińca tymczasem majaczyła już barczystą postać
+Rzemięckiego, pies legawy, poszczekując radośnie, wyprzedzał go...
+
+Uświadomiwszy o czem należało starego sługę, wręczył mu Krasnostawski:
+papiery, księgi i klucze, oraz portfel znaleziony, z nadmienieniem
+zawartości jego, a przerwawszy szereg utyskiwań i szczerych żalów
+tyczących się jego stąd odjazdu, - wyprawił do Szczęsnej.
+
+Sam zaś do kancelaryi powrócił i znużony padł na otomanę...
+
+Widocznem było przy tem, iż w mózgu jego odbywała się jakaś walka...
+
+- Nie, nie daruję!... To ponad siły moje! - rzekł wreszcie kilkakrotnie,
+urywanym szeptem, porywczo.
+
+- Nie daruję! - powtórzył: - On o wszystkiem wiedzieć musi! Tak każe
+sprawiedliwość, tak być musi, tak będzie! - głośno już zupełnie wyrzucił
+z siebie wzburzony, a przysunąwszy fotel do biurka, sięgnął ponownie po
+papier listowy, i umoczył pióro w atramencie.
+
+Zatrzymał się... Po chwili cisnął pióro, wstał i znów zaczął chodzić
+gorączkowo po pokoju.
+
+- Jak to? - szeptać zaczął. - Ja miałbym, niby pies sponiewierany,
+odejść stąd, usunąć się, zniknąć?.. Ja miałbym zamknąć w sercu ich
+wspólną tajemnicę, i tem samem ocalić tego chłystka!.. Prawda, jednak,
+że i o nią tu chodzi, najdroż... - nie dokończył, sponsowiał...
+
+Nie! W nim tliła jeszcze miłość dla niej, ale policzek kobiety i
+poniewierka - zdeptana miłość własna, - wszystko było od iskry tej
+silniejszem.
+
+W dziesięć minut, młody człowiek uspokoił się zupełnie; znać z gotowym
+już w głowie planem, list pisać począł szybko, zamaszyście...
+
+W ciszy pokoju rozległ się nerwowy zgrzyt pióra i długo, długo nie
+ustawał.
+
+Cały żal, całą gorycz na papier przelewał z duszy swej Krasnostawski.
+
+Opisał szczerze życie własne... I swą miłość ku Oli, tajoną od lat
+pięciu, idealną, czystą!.. Własne bóle cierpienia przez czas ten cały, i
+ostatnie podejrzenia, co do Topolskiego oraz zachowanie się tych dwojga,
+i pożar pałacu wreszcie, i zdradę i noc straszną - wszystko!..
+
+List skończył, podpisał, złożył, i sięgnąwszy po kopertę, zaadresował:
+Italia, Milano, Signor Roman Dzierżymirski, Hotel "Europa," Corso
+Vittorio Emanuele 9.
+
+Odrzuciwszy pióro, ujął Krasnostawski głowę w dłonie.
+
+- Stało się!.. - szepnął po chwili i powstał.
+
+
+- Nic cię już tu nie wiąże!.. - Jechać, jechać stąd czem prędzej!
+Obszaru, świata i ludzi, byle nie Ukrainy i Gowartowa!..- zawrzało w nim
+i odemknąwszy drzwi, hukać począł na służbę.
+
+W pół godziny potem na całym folwarku wrzało... Jak grom, spadła na
+wszystkich wieść, że pan plenipotent, "panycz," wyjeżdża na zawsze.
+Zlecieli się wszyscy. W domu pakowano na gwałt rzeczy, daleko bowiem
+było do kolei, a Krasnostawski - koniecznie chciał zdążyć jeszcze na
+wieczorny pociąg.
+
+Promienie zniżającego się słońca całowały już strzechę i rumieniły białe
+ściany domu, gdy odprowadzany, otoczony, całowany po rękach przez
+czeladź i służbę, żegnał się ze wszystkimi Krasnostawski, rozdawał tam i
+ówdzie sprzęty własne, rzeczy i pieniądze, sam wzruszony, smutny...
+
+Wreszcie ulokował się na bryczce, konie ruszyły, przed oczyma mignęły mu
+ogorzałe twarze żegnającego go tak serdecznie ukraińskiego ludu - wrota
+skrzypnęły żałośnie po raz ostatni, i bryczka potoczyła się, brzęcząc,
+po gładkim drogowym szlaku, zginąwszy wkrótce wśród roztoczy łanów
+zżętego zboża, ugorów i kurhanów.
+
+
+
+Do stacyi kolejowej było już tylko wiorst parę... Czwórka
+Krasnostawskiego spuszczała się właśnie z pochyłości jaru na niepewny
+dziurawy drewniany mostek, gdy konie, z lękiem poczęły się nagle wspinać
+cofać, nie chcąc przejechać przez grobelkę. Furman zaklął po małorusku,
+i parokrotnie uderzył biczem konie...
+
+- Stań! - rzucił naraz krótko Krasnostawski i zeskoczył z bryczki.
+
+- Kto tam jide! Baczysz? - zaciekawiony zwrócił się nagle do mruczącego
+wciąż furmana, wskazując ręką zbliżający się na bocznym trakcie obłok
+kurzawy.
+
+- A kto ich znaje!.. Pewno zwitkiś *) pany! - odburknął furman, który
+zlazłszy także z kozła i poprawiając uprząż u koni, częstował właśnie
+jednego z nich energicznem w pysk uderzeniem.
+[*) Skądsiś.]
+
+Krasnostawski nie zauważył tego znęcania się nad ulubionymi dotąd
+przezeń końmi...
+
+- Dlaczego pany? - spytał z roztargnieniem, a później zaraz w tym samym
+języku dorzucił: - A, prawda, poznajesz po turkocie...
+
+Odmienny bowiem rzeczywiście od furkotu kół bryki, czy też innego
+pojaździku, stłumiony, jednostajny i nieco głuchy przerywał ciszę
+przestrzeni turkot powozowy, regularny. Niebawem też zgrabny faeton
+wyłonił się z obłoków pyłu; konie siwe, w angielskich szorach,
+zaprzężone w leje, i dwoje ludzi siedzących na koźle, ubranych w liberyę
+granatową, ze złotymi guzikami.
+
+Zaprząg w parę minut stanął przy moście. Krasnostawski wydał okrzyk
+zdziwienia, taki sam drugi podpowiedział mu z zewnątrz powozu i
+odemknąwszy z hałasem drzwiczki, wyskoczył z niego zapylony Ładyżyński.
+
+- No, goniłem pana, ale nie spodziewałem się, że go złapię! - zaśmiał
+się wesoło pan Emil i uścisnął wyciągniętą dłoń Krasnostawskiego.
+
+- Witam, witam!.. - ciągnął dalej. - Cóż to, bułanki kapryszą i przez
+most nie chcą przejść? Obserwowałem... no, siadaj pan ze mną; zobaczysz,
+jak hrabiowskie angliki przejdą spokojnie.
+
+Ładyżyński pociągnął Krasnostawskiego do powozu.
+
+- Cóż to, pan także na kolej, czy tylko po mnie? - uśmiechnął się
+Krasnostawski, nieco zmieszany i zaskoczony widokiem pana Emila.
+
+- Wyjeżdżam - odrzekł tenże krótko, i dorzucił swobodnie, zauważywszy
+wyraz twarzy młodego człowieka: - Nie bój się pan, nie trwóż!.. Nie
+myślę wcale i nie mam polecenia zawracać pana z drogi do dawnych
+obowiązków... Przeciwnie, mojem zdaniem czynisz pan bardzo dobrze, iż
+rzucasz te kąty...
+
+W Gowartowie nie doszedłbyś nigdy do niczego, a szkoda młodość swoją
+zamykać tu i tracić!..
+
+I Ładyżyński wyciągnął, przy tych słowach, rękę do Krasnostawskiego, a
+ścisnąwszy ją silnie, rzekł jeszcze.
+
+- Powinszować mogę tylko, żeś się pan otrząsł ze skrupułów, i życzyć
+powodzenia na przyszłość!..
+
+Krasnostawski skłonił się, milcząc. Pan Emil zaś, przechodząc
+natychmiast na inny temat, już mówił:
+
+- Wiesz pan co?.. Siadaj pan ze mną!.. Mam panu X rzeczy ciekawych do
+opowiedzenia. Cóż, zgoda?
+
+Krasnostawski usłuchał; bryka cofnęła się nieco, a powóz, przejechawszy
+spokojnie przez mostek, potoczył się znów równo i szybko dalej.
+
+- Służę panu! - rzeki Ładyżyński, częstując Krasnostawskiego cygarem.
+Zapalili...
+
+Oparłszy się wygodnie o poduszki i zaciągnąwszy cygarem, pan Emil rzekł.
+
+- Nadstawiaj pan uszu!... Tandem tędy, zaczynam...
+
+- Słucham, słucham! - potwierdził młodzieniec, kontent w duszy, że go
+coś, choć na chwilę, odrywa od smutnych myśli.
+
+- Przedstaw pan sobie zatem, panie kochany, że jesteś w teatrze na
+jednoaktowej szaradzie. Uważa pan: sza - ra - dzie...
+
+Rzecz dzieje się, mówiąc właściwym stylem, za naszych czasów, na
+Ukrainie, w Szczęsnojej, majątku grafa Topola - Topolskiego.
+Popołudniowa, przedobiednia godzina - cisza... Pałac pogrążony w
+milczeniu... W tej samej jednak chwili stojący na ganku strzelec, w
+pokornym zgięty ukłonie, podaje coś mężczyźnie, ubranemu w smoking.
+Mówiąc nawiasem to ja - uśmiechnął się pan Emil, po chwili ciągnął
+dalej:
+
+- Kurtyna spada, następuje odsłona druga: Sala portretowa jadalna, do
+stołu zasiada ze trzydzieści eleganckich osób... Jedno tylko krzesło
+wolne... Wchodzi ten sam mężczyzna w smokingu, trzymając coś w ręku.
+Wita tam i ówdzie osób parę, zbliża się do młodej nadobnej damy i wręcza
+jej z ukłonem portfel, mówiąc coś objaśniająco... Nagle siedzący obok
+sam "graf" zrywa się od stołu, jak oparzony, i robiąc arcygłupią minę,
+wpatruje się w portfel... Zaintrygowanie ogólne, sytuacya jednak
+wyjaśnia się wkrótce...
+
+W tej chwili spojrzawszy na zasłuchanego towarzysza, pan Emil rozśmiał
+się serdecznie.
+
+- No, dosyć ma już pan tych efektów scenicznych, dokończę panu zatem tę
+szaradę zwyczajnemi tylko słowy...
+
+- Dziwi pana zapewne - mówił dalej, - arcygłupia mina Topolsia, gdy
+ujrzał portfel, z połyskującą koroną, symbolem jego wielkości!..
+
+- Otóż w tem ma się rzecz cała, że portfel ten nie Dzierżymirskiego, i
+nie jego pieniądze, ani pani Oli, lecz, ni plus ni minus, tylko
+Topolskiego...
+
+- Nie może być! - wykrzyknął Krasnostawski, szczerze zdziwiony.
+
+- No, cóż! szarada dobra... co? - rzucił wesoło Ładyżyński.
+
+- Niezła - uśmiechnął się z kolei młodzieniec - bo dotąd przynajmniej
+nic a nic jej nie rozumiem.
+
+- Cierpliwości! Zaraz pan pojmiesz wszystko - uspakajać zaczął pan Emil
+swego słuchacza.
+
+- Zapalić musimy poprzednio cygara, bo i pańskie zgasło, nieprawdaż? -
+rzekł w ślad za tem, a wydobywszy zapałki, zapalić jedną z nich
+usiłował, lecz wietrzyk swawolny zgasił mu ją i następnych kilka. -
+Sapristi! - zaklął z cicha. - Stańcie-no, hej! tam! - krzyknął na
+furmana.
+
+Konie zatrzymane stanęły; wspomagany przez młodego plenipotenta,
+Ładyżyński zapalił wreszcie cygaro, a podniósłszy głowę, spojrzał przed
+siebie.
+
+- Cóż to? Wyżyczpol? - zapytał służby.
+
+- A tak, proszę jaśnie pana! - potwierdził lokaj, zdejmując liberyjną
+czapkę.
+
+- Tiens, tiens, widzi pan jak to czas leci - zwrócił się do
+Krasnostawskiego; - za jakie pół godziny będziemy na stacyi, patrz pan,
+- i wskazał ręką krajobraz.
+
+Błyszcząc w mroku, lśniła się opodal wstęga rzeki, na górze malowniczo
+rozrzucone dość duże miasteczko mrugało dziesiątkami światełek...
+
+- Jechać! - rozkazał Ładyżyński.
+
+Powóz ruszył; pan Emil, po chwili milczenia, przemówił nagle:
+
+- Przepraszam stokrotnie, że widząc ciekawość w oczach pańskich, nie
+kończę opowiadania... Pozwolisz pan, że mu zadam dwa pytania: czy masz
+pan dobrą pamięć i dokąd pan jedziesz?
+
+- Jadę do rodzinnego miasta, a pamięć mam wyborną! - uśmiechnął się
+Krasnostawski.
+
+- Otóż to - bardzo dobrze. Napisałem, bo widzi pan, list do Romana, ze
+szczegółowym opisem tego, co teraz tu opowiadam. Mam pamięć jednak
+fatalną... Zapomnę listu wrzucić na pewno! Mój panie kochany, weź go i
+wrzuć na dworcu... Cóż, dobrze? Przy tych słowach, Ładyżyński wyjął
+pospiesznie z surduta gruby list i podał go Krasnostawskiemu. Ten
+machinalnie schował go do kieszeni, gdzie spoczywało i jego do Romana
+pismo.
+
+- No, więc kończę!.. - zaciągając się dymem, rzekł pan Emil.
+
+- Słucham i to bardzo ciekawie - przerwał z zainteresowaniem
+Krasnostawski.
+
+- Dziwił więc pana fakt, - ciągnął Ładyżyński - że pugilares i tysiączki
+są własnością hrabicza, choć znalazły się w szufladzie Romka?.. W tem
+sęk właśnie, że Topolski dziś dopiero przekonał się, iż są one w innem,
+niż przypuszczał, ręku.
+
+Wyobraź pan sobie bowiem, jaki był przebieg zguby tych pieniędzy...
+
+- Temu lat sześć, czy ośm, Topolski miał przyjaciółkę w teatralnych
+sferach.. Otóż pewnego wieczora, zaprzysięgając sobie w duszy
+uroczyście, że puści w trąbę swoją magnifikę, idzie Topolski do niej na
+ostatnie randez vous... Naturalnie w kieszeni kilka tysiączków mając w
+zapasie - Ładyżyński urwał, zaśmiał się i puściwszy z ust kółko dymu,
+mówił dalej.
+
+- Lecz i tym razem spotyka pana na Szczęsnojej niepowodzenie... Nadobna
+córa Melpomeny nie chce nawet słyszeć o rozstaniu... Scena więc z tego
+naturalnie, płacze! On przeprasza - ona w końcu daje się przebłagać -
+amor vincens tuszuje wreszcie wszystko!..
+
+Pan Emil odsapnął - i swobodnie po chwili ciągnął dalej:
+
+- Nad ranem, z miłością gruntownie odegrzaną w sercu, przysięgając
+sobie, iż przyjaciółki nie porzuci nigdy, powraca Topolski do siebie...
+Nagle, dotknąwszy się kieszeni surduta, nie znajduje tam - pugilaresu!
+Ona, ta nieprzejednana, zagrała z nim komedyę; za mało jej było
+dziewięciu tysięcy, które jej pono dawał, najbezczelniej okradła go
+więc, po prostu na całe dwadzieścia i siedm, znajdujące się w portfelu.
+
+Topolski jednak wobec powyższego faktu, po głębszem wniknięciu w siebie,
+decyduje, że bądź co bądź pozbył się baby...
+
+Oddychając zatem pełną piersią - swobodny wyjeżdża do dóbr swych
+"krzyżyk na świśniętym pugilaresie postawiwszy" - jak powiedzieliby
+bracia nasi, Litwini...
+
+Tu pan Emil przerwał opowieść raz jeszcze, zapalił na nowo zgasłe cygaro
+i kończył.
+
+- Od tej chwili minęło lat ośm, a tych dwoje nie widziało się wcale.
+
+Skończyłem...
+
+Ładyżyński odetchnął i umilkł.
+
+- Dziękuję panu za opowiadanie - pośpieszył z odpowiedzią,
+Krasnostawski. - Rzeczywiście, szarada prawdziwa... Ale w Szczęsnojej
+zdziwienie było wielkie?
+
+- Ogromne! - odparł pan Emil. - Notabene, wyobraź pan sobie, w
+Szczęsnojej pełno gości... Mieszka tam więc stale: primo jakaś poważna
+wielce krewna Topolskiego, zapewne dlatego, by do kawalerskiej siedziby
+pana na Szczęsnojej mogły przybywać i damy; secundo, prócz męskiego
+towarzystwa, przybyłego niespodzianie z kolei dziś z rana - a w których
+to gronie nie brakowało i jednego prezesa, społecznego koleżki Romana -
+znajdowało się też w siedzibie Topolska kilka osób, które przyjechały
+specyalnie do naszych: pań, z kondolencyą po pożarze.
+
+Więc powiadam panu! - mówił wesoło dalej Ładyżyński - gdy to co mówiłem,
+nam, mężczyznom, opowiedział Topolski po kolacyi przy cygarze, i kiedy
+wiadomość ta do pań się przedostała, Topolski został bohaterem dnia!..
+
+- No, a pani Ola nic o istnieniu tego portfelu nie wiedziała?
+
+- Ależ, nic zupełnie! - podchwycił Ładyżyński. Tem większe
+zaintrygowanie, domysły!.. Wszyscy, a szczególniej panie, wsiadły na
+mnie, bym natychmiast opisał to wszystko Romanowi, chciały nawet, bym
+specyalnie w tej sprawie pojechał do niego... Prezes zaś, książe
+Szydłowiecki, zrobił nawet w liście moim dopisek, żeby Romek powiadomił
+go telegraficznie o swym przyjeździe, to on wyprawi wówczas raut na
+cześć jego i Topolskiego, jako bohaterów tej zagadkowej sprawy... Jednem
+słowem, powiadam panu - komedya...
+
+Ładyżyński mówić przestał, strzepując popiół z cygara. Lecz trwało to
+krótko...
+
+Rozmowa wkrótce potoczyła się znowu błyskotliwa, lekka...
+
+A powóz tymczasem dudnił właśnie teraz po moście, rzuconym przez rzekę,
+i wtoczył się w wąskie brudne uliczki żydowskiego miasteczka; niebawem
+wyminął je i znalazł się na szerokim trakcie, prowadzącym do kolejowego
+dworca.
+
+Jednocześnie w oddali ukazały się trzy gorejące światła: - to pociąg
+zbliżał się już do stacyi. Pierwszy dojrzał go Krasnostawski. Sięgnął
+szybko po zegarek i spojrzał:
+
+- Oho, już po dziewiątej! to pański pociąg...
+
+- Do djaska! - zżymnął się pan Emil i - wytężył wzrok w kierunku
+pociągu.
+
+- Janie! galopem! - krzyknął, zwracając się energicznie do furmana...
+Dam ci na mohorycz... nocować tu ani myślę!.. Może zdążymy! Jazda, a
+ostro!..
+
+Stangret trzasnął z bicza, czwórka puściła się pędem po gładkim szlaku.
+
+Zziajane już konie, galopując, sapały i tak dojechano aż pod sztachety
+drewniane, okalające stacyę... Tu pełno już było wozów, bryk,
+obywatelskich czwórek, oczekujących na swych panów.
+
+Gdy elegancki ekwipaż pana Emila wtoczył się na brukowany placyk przed
+stacyą, jednocześnie na platformie rozległ się dzwonek i wpadł tam, z
+hukiem pociąg, zatrzymujący się tu tylko parę minut.
+
+- Zuch z ciebie! - pochwalił Ładyżyński furmana, i rzuciwszy mu
+półimperyała, wyskoczył szybko. Rzeczy, przytwierdzone za powozem,
+odwiązywano już; dwaj panowie, zarządziwszy pośpiech, pobiegli do sali.
+
+Tu ruch panował nielada..
+
+Pasażerowie przyjezdni wysypywali się z wagonów i tłoczyli do wnętrza
+dworca; jadący kupowali bilety, służba kolejowa nosiła ręczne bagaże,
+zdawała kufry, biegała gorączkowo, kręciła się, jak w ukropie.
+
+Przecisnąwszy się energicznie przez tłum, pan Emil zdobył bilet
+pierwszej klasy i w minutę potem, wychylony z wagonowego okna, rozmawiał
+z żegnającym go Krasnostawskim.
+
+Uderzył trzykrotnie dzwonek, konduktor gwizdnął, lokomotywa
+odpowiedziała mu przeciągle - pociąg ruszył powoli z miejsca.
+
+- Do widzenia!... Powodzenia na nowej drodze życia!..- mówił pan Emil,
+uśmiechając się przyjaźnie, serdecznie ściskając dłoń Krasnostawskiego.
+
+Ten ostatni zaś, widocznie pod wpływem jakiejś nagłej myśli, puścił
+szybko rękę Ładyżyńskiego, skłonił się, i wydobywszy szybko z kieszeni
+dwa listy, podbiegł ku uchodzącemu wagonowi pocztowemu. Dogonił go i
+zręcznie wrzucił w otwór właściwy oba pisma.
+
+- Addio... dziękuję! - posłyszał jeszcze głos pana Emila, i pociąg znikł
+niebawem.
+
+Krasnostawski pozostał sam. Następny pociąg miał przyjść już wkrótce,
+poszedł więc do kasy, kupił bilet, a wróciwszy na platformę, usiadł na
+ławeczce samotny.
+
+Zamyślił się...
+
+Poza nim zamykał się teraz na zawsze jeden okres dotychczasowego jego
+życia.
+
+Płatny sługa bogatszych od siebie ludzi zżył się on jednak, zbratał z
+ich życiem - z nimi... I po co?.. Po to, by obrachunek ten pożycia
+wspólnego zakończyć tak marnie?..
+
+Krasnostawski pochylił głowę, ująwszy ją w dłonie. Jakiś bunt mimowolny
+podnosił się w nim przeciwko życiu, losowi i ironii jego.
+
+Po co tu przybył lat temu kilka, po co przywiązał się do tego cudzego
+kątka ziemi, po co tak gorąco ukochał Olę?
+
+Dlaczego to wcielenie wdzięku, czaru, wiosny, miłości i piękna, w osobie
+tej kobiety, stanęło, jak cień niepochwytne, na drodze jego życia?..
+
+Krasnostawski pochylił się bardziej jeszcze i długi czas pozostał
+nieruchomy.
+
+Nagle drgnął całem ciałem i podniósł głowę. Gwizd donośny przeszył
+powietrze, na dworzec z hukiem, szumem, w kłębach pary wpadł pociąg
+kuryerski.
+
+Krasnostawski począł szukać miejsca w wagonach. Ulokowawszy się
+wreszcie, zbliżył się do okna wagonu i wyjrzał.
+
+Zamykano już właśnie z pośpiechem drzwiczki, wśród zgiełku rozlegał się
+trzeci dzwonek.
+
+Krasnostawski ostatniem spojrzeniem smutnem objął raz jeszcze wszystko i
+cofnął się w głąb wagonu...
+
+Zagrała w tejże chwili trąbka drożnika, mignęły latarnie sygnałów i
+pociąg kuryerski znikł, pochłonięty cieniami nocy.
+
+Na dworcu zagościł znowu spokój. Wszyscy rozeszli się teraz na dobre,
+pogaszono latarnie, a w oknach stacyi niebawem również znikły światła.
+
+Na bagnach chór żabi grał tylko swą pieśń jednostajną gdzieś w dali, w
+pobliskim lesie słyszeć się dawały jakieś, szmery i senna noc cicha,
+zasiadłszy, jak królowa, na tronie z tkanego złotem szafiru -
+rozpostarła panowanie nad światem...
+
+Cisza zupełna zawładnęła okolicą.
+
+Mierząc tylko mknący chyżo czas, olbrzymi zegar stacyjny wydzwaniał
+godziny miarowo...
+
+W milczeniu ogólnem, jak szept człowieka, głos jego odzywał się
+bezustannie:
+
+Tik - tak! tik - tak! tik - tak!..
+
+-------------
+
+W centrum Medyolanu, na placu "Del Duomo," w powodzi jaskrawych promieni
+upalnego, kończącego się już popołudnia, leniwie snuły się po chodnikach
+sylwetki niezbyt licznych przechodniów, kryjąc się od słońca pod kolumny
+frontowe i oszkloną galeryę "Vittorio Emanuele."
+
+Wokoło klombów, zajmujących środek placu, i otaczających stojący tam
+pomnik, kręciły się jednostajnie elektryczne tramwaje, dzwoniąc co
+chwila, rozbiegając się i ginąc w sieci ulic miasta, sam zaś na koniu
+majestatyczny Wiktor Emanuel II, z brązu, z piedestału pomnika,
+wpatrywać się zdawał ciekawie w otwarte drzwi królującego tu na placu
+katedralnego tumu, pociągającego z oddali tajemniczą wejścia głębiną...
+Koronkowej roboty marmurowe jego ściany, dach, kilkadziesiąt wieżyc i
+zdobiące go statuy, w liczbie około dwóch tysięcy, wznosiły się dumnie,
+i wystrzelały wysoko w niebo włoskie, szafirowe, czyste, zadziwiając
+misternem wykończeniem, dając sobą najlepsze nieśmiertelne świadectwo
+genialnej pracy człowieka.
+
+Po marmurowych stopniach schodów tej okazałej, gotyckiej katedry,
+mogącej w swojem wnętrzu pomieścić do 40,000 ludzi, co chwila wchodził
+ktoś do jej środka, lub wychodził na ulicę - z kojącej ciszy świątyni
+wpadając nagle w hałaśliwy wir miasta, i natręctwo jego mieszkańców, w
+osobie spacerującego po trotuarze tuż koło tumu przekupnia, cisnącego w
+ręce każdemu gwałtem mozaikowe wyroby weneckie.
+
+- Uno liro, signore, solamente uno liro! - na pół rozpaczliwym, na pół
+przekonywającym głosem napierał się właśnie ten ostatni, śniady Włoch, o
+przebiegłem spojrzeniu, i trzymając w ręku jakąś podejrzanej roboty
+broszkę, zagradzał drogę młodemu mężczyźnie, wstępującemu, w zamyśleniu;
+po stopniach katedry.
+
+Dzierżymirski przystanął; podniósł głowę, i spojrzał w oczy natrętowi, a
+żachnąwszy się niecierpliwie, rzucił mu coś energicznie po włosku.
+Przestąpiwszy próg kościoła, zdjął kapelusz i odetchnął z ulgą.
+
+Przyjemnym chłodem w przeciwstawieniu do panującego na dworze upału;
+powiało nań z wnętrza tumu i milczeniem skupionem, powagi i - majestatu
+pełnem... Cień, pustka i tajemniczość niewytłumaczona objęły go zarazem
+niepodzielnie. W ciszy; po mozaykowej posadzce, z marmuru, donośnie,
+rozległy się kroki Romana.
+
+Poza amfiladą 52 kolumn olbrzymich, kolosów, szesnaście kroków każda
+obchodu mających - w perspektywie, daleko, widniał wielki ołtarz, chór i
+rzędy plecionych krzesełek świeciły przyćmionym blaskiem kolorowe szkła
+okien, ponad głową zaś Dzierżymirskiego, opiekuńczo jakby, wznosiły się
+marmurowo wyniosłe gotyckie arkady; z wierzchołków kolumn, zdobiąc je
+grupami każdą z osobna, patrzyły na niego dziesiątki statuetek małych...
+
+Odblask słoneczny dotknął delikatnie pięknych rysów przybysza, jego
+smagłych policzków, wypukłego czoła, i oświetlił je przelotnie.. Rażony
+światłem w oczy, Roman usunął się w cień, i spuściwszy głowę na piersi,
+zadumał się głęboko.
+
+Godzin temu dwie zaledwie odebrał jednocześnie dwa listy...
+
+Pierwszy od Emila Ładyżyńskiego, sarkastyczno - szyderski, opisujący mu
+szczegółowo i swobodnie fakt znalezienia pugilaresu, - powalił go w
+pierwszej chwili, niby uderzenie obucha.
+
+Drugi, przepełnił miarę jeszcze!..
+
+Ze słów tak szczerych, iż nie mogły nasunąć nawet momentalnej
+wątpliwości, wyrwanych prosto z bolejącej duszy ludzkiej, dowiedział się
+Dzierżymirski o zdradzie Oli...
+
+Chwili tej nie zapomni do grobu!..
+
+Otchłań, zda się, głęboka i bezdenna rozwarła mu się pod stopami, dusić
+go w gardle poczęło, w głowie powstał zamęt - w piersiach dotkliwy
+ból!.. Wybiegł jak nieprzytomny na ulicę... Półobłąkany prawie przybył
+pod stopnie marmurów katedry po ukojenie...
+
+Za progiem świątyni, rzeczywiście cudem po prostu jakimś, powróciła mu
+samowiedza i względna równowaga umysłowa..
+
+I oto teraz Roman porządkować zaczyna uciążliwie myśli. Wzrok jego
+machinalnie błądzi po wspaniałych freskach, z dziełami mistrzów,
+ołtarzach, marmurowych rzeźbach i pomnikach, zatrzymuje się
+instynktownie na siedmioramiennym kandelabrze olbrzymim, kosztownej
+roboty, w kształcie drzewa... Potem oczy jego spoczywają bezmyślnie na
+kopule, przed chórem i znajdującej się pod nią podziemnej kaplicy
+świętego Karola Boromeusza, ozdobionej bogato drogimi kamieniami i
+złotem...
+
+Dzierżymirski sięga nagle do kieszeni i wyjmuje otrzymane listy...
+usiłuje przeczytać je po raz wtóry...
+
+Przed nim, przeświecane błyśnięciem słońca, zmatowanym blaskiem łagodnie
+świecą w zmierzchach katedry wspaniałe trzy okna chóru, jak mówią,
+największe na świecie całym.
+
+Niby żywe, patrzą na Romana z okiennych witryn miniaturowe postacie
+świętych; malowane barwnie na szkle, na małych kwadratowych tafelkach -
+350 obok siebie reprodukcyj scen religijnych, wzorowanych na
+najsławniejszych mistrzach wychyla się, płonie setkami kolorów i
+cieni...
+
+Dzierżymirski wypuszcza listy z ręki i ukrywa twarz w dłonie...
+
+Pod wpływem bowiem jednego rzutu oka tylko na pisma, cierpienie
+bezbrzeżne i rozpacz tłoczącą falą zalewają mu duszę...
+
+Więc zdradziła go!.. Zdradziła nikczemnie, dla zmysłowego upojenia - dla
+szału!.. Zdeptała jego miłość, uczucia, oszukała go - zapomniała!..
+
+Więc takim ironii zgrzytem nagradza jego los szyderca, za to, co dla
+kobiety tej niegdyś uczynił!..
+
+Ależ on dla niej przecież poświęcił wszystko!.. Siebie oddał!.. Swą
+cześć, uczciwość - sumienie!..
+
+- Przez ciebie wszystko tom uczynił, przez ciebie! - głuchy jęk unosi
+pierś mężczyzny. - O, Olu!.. Olu!.. przez ciebie!..
+
+I milknie skarga...
+
+A potem niezrozumiałego już coś coś tylko, niedosłyszalnego poczynają
+naraz szeptać cicho do siebie Dzierżymirskiego usta.
+
+Klęka i jakieś bóle i żale płynąć się zdają pod strop milczącego tumu,
+biegną trwożnie pod wyniosłe jego arkady, odbijają się o statuy, rzeźby
+i pomniki - na kolana padają u ołtarzy - lecą, tam, gdzieś wysoko... do
+Boga!..
+
+Lecz oto nagle spokój świątyni brutalnie przerwanym zostaje...
+
+- Yes, yes, yes!.. - odzywa się co chwila i dowcipy francuskie wtórują
+angielszczyźnie, - z przewodnikami Baedeker'a w ręku przesuwa się tuż
+koło Romana garstka osób, z udanem znawstwem oglądając wszystkie zabytki
+tumu.
+
+Gwarząc wesoło, dzielą się turyści na dwie połowy. Jedna z nich zmierza
+zobaczyć wnętrze kaplicy św. Karola Boromeusza, druga, pobrzękując
+pieniędzmi, kupuje niebawem prawo obejrzenia dachu katedry, przy
+stoliku, postawionym we wnętrzu świątyni, na prawo, w głębi, u wejścia
+do prowadzących tamże schodów.
+
+Roman powstaje i z kościoła uchodzi pośpiesznie. Na ulicy wskakuje do
+dorożki, i rzuca głośno jakiś rozkaz woźnicy.
+
+Powozik rusza... Stopniowo, coraz szybciej wymija ulice, uliczki, place
+targowe; starożytne kościoły i pałace... Ruch miejski wokoło zmniejszać
+się poczyna i powóz wjeżdża niebawem w szeroką aleję, gdzie, oprócz
+biegnących gdzieniegdzie tramwai, nie ma zgoła nikogo.
+
+W ślad za tem również roztwiera się perspektywa...
+
+Poza obszernym placem, bieleje kwadrat wielkiej kolumnady, zieleń świeża
+ramuje ją wdzięcznie. To już miasto umarłych, - jeden z najpiękniejszych
+włoskich pomnikowych cmentarzy, medyolańskie "Cimitero Monumentale."
+
+Powóz podjeżdża bliżej nieco, Dzierżymirski wysiada i idąc piechotą,
+kieruje się ku rysującej się teraz całkiem już wyraźnie i okazale,
+cmentarnej kolumnadzie wejściowej. Krocząc zaś tak powoli, myśli:
+Nareszcie... tu, u grobu matki, dadzą mi spokój przynajmniej ludzie!..
+Tu zdobędę samotności chwilę z jej prochami tylko i z samym sobą!..
+
+Wstępując po stopniach schodów, Dzierżymirski znajduje się niebawem pod
+dachem kolumnady, kwadratowym frantom, ozdobionym wieżycami, zamykającej
+z zewnątrz widok i wejście na cmentarz.
+
+U stóp Romana obecnie, w potokach słonecznych promieni, na tle zieleni
+gaju, bieleją setki marmurów, wystrzelają w niebo dziesiątki gotyckich
+wieżyczek, mauzoleów i pomników...
+
+Nie patrząc nawet na nie, obojętny, Dzierżymirski, skręca w lewo, a
+wzrok jego przesuwa się machinalnie po małych zadrukowanych tabliczkach
+marmurowych wprawionych gęsto obok siebie w ścianę kolumnady, a
+oznaczających miejsce trumienek, z popiołami nieboszczyków.
+
+I Roman w ten sposób dochodzi do kąta frontowego czworoboku, widząc zaś
+naprzeciw siebie mur, skręca, idąc wciąż jeszcze pod dachem kolumnady,
+posłusznie, na prawo...
+
+Zadumany, mija wprawiony w ścianę pomnik rodziny Volonte, pełny artyzmu,
+piękny bardzo w oddaniu grozy i bólu...
+
+Na ciało już oto martwe pięknego mężczyzny i leżące w pościeli na łożu z
+kamienia, w zgięciu bolesnem postaci całej, rzucona w szale rozpaczy,
+klęczy młoda kobieta i całuje drogą dla się twarz zmarłego... Całuje,
+pieści w zapamiętaniu ślepem, upojeniu strasznem, bo ostatniego, a
+nieodwołalnego już pożegnania!..
+
+Roman, wszedłszy po schodach bocznego skrzydła kolumnady, jest już na
+cmentarzu.
+
+Idzie wolno, kierując się bezwiednie aleją znaną, wiodącą ku mogile
+matczynej.
+
+Wkoło niego wznoszą się zewsząd wspaniałe grobowce: Verazzich,
+Sonzognich, Nasonich, Turatich, Brambillich, Pagnonich i innych włoskich
+rodzin i rodów. Pieścidełka kamieniarskiej, rzeźbiarskiej i budowlanej
+roboty, mauzolea, w kształcie gotyckich kapliczek, z pięknymi
+ołtarzykami, mozayką, obrazami i innemi ozdobami wewnątrz śliczne,
+odcinają się licznie na tle zieleni drzew cmentarza... Po wsze strony
+zaś, gdzie okiem rzucić tylko, w tych wszystkich białych grobowych
+sylwetach pochwycony artystycznie, w kamień martwy i marmury
+rzeźbiarskim dłutem zakuty, drży, zdawało by się wszędzie... ból!..
+
+Słońce, zniżające się już stopniowo coraz bardziej, złoci teraz
+rzęsiście rój białych postaci... W pobliżu Dzierżymirskiego, z krawędzi
+odłamu - na wpół obrosłego zielenią, a doskonale imitowanej skały
+górskiej - z jej szczytu, iskrzący się w blaskach słońca, spogląda
+wyniośle dokoła wspaniały orzeł z bromu.
+
+To odznaczający się od drugich oryginalnością pomysłu, grobowiec
+Poggich...
+
+Dalej zaś nieco pomnik rodziny Rusconi; rzeźba kobiety, o oczach,
+pełnych wyrazu, wpatrzonej smutnie w dal, z testamentem nieboszczyka w
+ręku, na którym wyryte widnieją zapisy..
+
+W innej znów stronie, wdowa w półleżącej pozycyi, zapłakana; twarzy jej
+nie widać wcale - ukryta w dłonie. Cała postać wyraża ból niezmierny.
+
+W swej wśród grobowców wędrówce, Dzierżymirski przystaje nagle... W
+zamyśleniu - zbłądził... Oryentując się, zawraca, i ponownie mija
+mnóstwo grobowców, okazalszych, skromniejszych - przechodzi mimo
+pięknego nader pomnika.
+
+Na grób z marmuru rzucona duża kotwica; pod krzyżem siedzi na mogile
+anioł-kobieta, o prześlicznym wyrazie twarzy, pogrążona w smutnem
+zamyśleniu, z wieńcem w dłoni...
+
+Niebawem, tuż obok idącego wciąż Romana, wyrasta znów pomnik z kamienia.
+Na wierzchołku jego, z rękoma wzniesionemi do góry, modli się wielki
+Anioł, z pięknymi bardzo rysami twarzy, u stóp grobu klęczy kobieta, ze
+wzrokiem spuszczonym wdzięcznie, w ekstazie jakby bólu, odziana cała w
+zwoje subtelnie odrzeźbionych koronek.
+
+Wkrótce przed grobowcem, banalnym nieco, a w porównaniu z innymi nader
+skromnym, Dzierżymirski pochyla się, zdejmuje kapelusz i klęka, oparłszy
+głowę o zimny kamień pomnika Na grobie wyrzeźbiony subtelnie w białym
+marmurze biust pięknej kobiety, oczyma wielkiemi, pełnemi wyrazu, z
+odcieniem litości, czy bólu, patrzeć się zdaje badawczo na pochyloną
+postać i głowę mężczyzny...
+
+Tymczasem rozsiana dokoła cisza, tchnąca spokojem, momentalnie ukajać
+poczyna Romana. Z chaosu, dotychczas panującego mu w mózgu, jedna po
+drugiej wyłaniają się doniesione mu fakta, ustawiają rzędem w
+symetryczną całość i niby ogniwa, logiką, rozumu spojone, wiążą się ze
+sobą, grupują...
+
+I kara życia, nieubłagana, zimna, choć moralna tylko, staje
+Dzierżymirskiemu teraz przed oczyma wyraźnie...
+
+Pozornie otrzymał on wszystko: W obliczu świata pozostał bezkarnym; był
+bogatym, wpływowym i wielkim, kłaniano mu się, żebrano jego łaski,
+protekcyi.
+
+Życie całe dotąd opromieniała mu Ola miłością swą, bez granic...
+
+Posiadał skarb największy - kochał i był kochanym...
+
+To było wczoraj jeszcze, a dziś?.. Dzierżymirski, pod ciężarem
+cierpienia, pochylił się w tej chwili bardziej jeszcze, skulił się,
+zmalał...
+
+I w jasnowidzeniu jakby nagłem, ujrzał on równocześnie, co innego
+jeszcze...
+
+Przyszłość własną!..
+
+On więc, w społeczeństwie swem jeden z pierwszych niemal; on, stojący na
+jego świeczniku, nie skażony moralnie, "na zewnątrz" - niczem,
+sponiewierany może, zbrukany posądzeniem, lub domysłami, a wreszcie, -
+kto wie, czy nie stojący w obliczu tłumów, pod pręgierzem prawdy,
+tajonej skrycie do dziś dnia na dnie duszy?
+
+- O Boże!.. Boże! - jęk mimowolny wydobywa się z piersi Romana, oczy zaś
+jego wznoszą się jednocześnie i spotykają na grobie, z wizerunkiem
+matczynym. Oblicze rodzicielki patrzy teraz na niego, z wyraźnem
+współczuciem, współboleje z nim jakby. Jak żywa, spogląda na Romana
+matczyna, twarz smutna; kilka kropelek rosy, czy deszczu, ukrytych dotąd
+w załomach kamienia, spływa nagle po wykutem obliczu pięknej kobiety...
+
+Zachodzące słońce zakrwawia je swym blaskiem...
+
+I krwią oto serdeczną, zdaje się matka płakać nad synem - łzami litości
+i bólu.
+
+A Roman jednocześnie, w porywie cierpienia, wyciąga ramiona do rzeźby
+twarzy drogiej, obejmuje niemi głowę z marmuru i krzyż pomnika, a
+dotknąwszy czołem czoła matki, szepce coś jak dziecko, kwili...
+
+- Matko... mateńko! - słychać dokładnie, i cicha skarga z piersi mu się
+wyrywa! Z bólem jutra, łączy się w nim zarazem jakiś bunt
+niewytłumaczony do świata, do ludzi - do życia!... I w szepcie słów
+urywanych, zmieszanych, wymówka wnet cierpka słyszeć się daje.
+
+- Matko! - szepcze Roman, z wyrzutem. - Dlaczegoż że po tobie
+odziedziczyłem gorącą krew tej ziemi? Czemu, ach, czemu, z mlekiem twem
+wyssałem zapalczywy ogień pragnień, zmysłowego szału, który zniweczył we
+mnie wszystko, któremu oprzeć się nie zdołałem, i upadłem tak nisko...
+tak... nisko!
+
+Nie mogłem odmówić sobie posiadania kobiety, którą ukochałem, bo w
+żyłach mych płonęła, jak lawa twych, matko, ojczystych wulkanów, krew
+dzieci południa, bo natura ich gwałtowna, przewrotna, bez niezłomnych
+uczciwości zasad, zakorzeniła się w mej istocie... Podeptałem
+wszystko... wszystko...
+
+- Matko, tyś temu niewinna, ja wiem, tyś niewinna! - skarżył się dalej
+Roman, przepraszając jakby, - ale, czemuż twym wpływem, kiedy ojca
+straciłem tak wcześnie, nie starałaś się złagodzić we mnie tej natury
+narodu twego? Dlaczego nie mogłaś wytępić ze mnie złego ziarna? Czemu?..
+czemu?.. czemu?..
+
+I pytanie to Dzierżymirskiego ostatnie, rozpaczliwe, uleciało,
+półpokorne, półgroźne jakby i zamarło w ciszy!
+
+A rodzicielka Romana mówiła pięknym, wyrazistym w białej rzeźbie
+wzrokiem - odpowiadała mu, zda się również:
+
+- Nie bluźnij, synu, nie rozpaczaj!.. Nie ja tu winnam!.. Wierz mi!..
+Czyniłam, co mogłam... Wpajałam w twą duszę niezłomne zasady,
+wzmacniałam twój umysł, twe serce! Nie miej żalu do mnie, me dziecię!..
+Popsuł się świat, co skala, zbruka niejedno swem błotem!.. Zbłądziłeś...
+
+A tymczasem zbielałe usta Dzierżymirskiego, wijącego się wciąż u stóp
+grobowca, w bólu i niepewności jutra, zaszeptały znów rozpaczliwie, z
+cicha...
+
+- Co czynić? co czynić? - Wszak tam wszyscy czekają teraz ode mnie
+wyjaśnienia o pieniężnej zgubie, którego dać im, niestety, nie potrafię.
+Cóż im powiem? co wymyślę, a zresztą, cóż mi po tem? Gdybym po wysiłku
+mózgowym i znalazł może przemądre nawet rozwiązanie jakie, czyż nie
+takiem samem, nie do zniesienia piekłem, stałoby się to moje jutro! -
+odpowiadały w duchu Romana: bezmierne zniechęcenie i gorycz.
+
+- W ciągłej, podwójnej jeszcze, niż dotąd, obawie skandalu, z tajoną,
+tłumioną w duszy tajemnicą, bez miłości, bez niej, bez Oli, sam,
+opuszczony, z widmem wyrzutu sumienia?.. - Nie! - wyrzucił z siebie
+Dzierżymirski, z mocą. - Ja tak żyć nie potrafię!..
+
+Szept urywany Romana ustał. Tuląc wciąż w ramionach ciemny marmur
+grobowca, milczącą snać już teraz z rodzicielką swą, a może i z Panem
+Wszechrzeczy, prowadził on rozmowę.
+
+Nagle jednak w stłoczonej piersi Romana cierpienia dłużej nie zdołało
+już się ukryć - spazmem łkania wydobyło się na zewnątrz!
+
+Milczenie cmentarnego zacisza wstrząsnął płacz męski, przejmujący,
+głęboki i przykrem nader echem rozległ się dokoła.
+
+
+**********************************************************
+
+
+A tymczasem nad Medyolańskiom przepięknem "Campo Santo," w całem swym
+majestacie zachodziło słońce...
+
+Mieniły się w odblaskach jego dachy i wieżyczki licznych kapliczek,
+mauzoleów; przez kolorowe wąskie szyby okienek, drzwi i kraty
+wślizgiwała się wewnątrz ich cicho czerwień promieni, pełzała po mozayce
+posadzek, muskała ubrane wdzięcznie kwiatami ołtarzyki, kandelabry,
+posągi i piękne świętych obrazy...
+
+Wspaniała wejściowa kolumnada iskrzyła się również tęczą blasków;
+ściany, dach i wieżyczki położonego na drugim końcu cmentarza "Tempio di
+Crematione" gorzały pąsową grą światła...
+
+A mleczno-białe, ciche i zadumane dotąd sennie posągi pomników ocknęły
+się po prostu jakby ożyły...
+
+Kształty ich, misternie w kamieniu wykute, rysy, odrzeźbione,
+przebudziły się niby z martwoty dotychczasowej na drobną, przelotną
+chwilkę - na mgnienie!..
+
+I nie są to już allegoryczne postacie, ni podobizny zmarłych dawno -
+nie, to wszak żywi ludzie, z krwi i kości! Ciało ich przecież,
+zaróżowione leciutko, drżeć oto zda się, poruszać, w żyłach krew płynie,
+usta coś mówią, a oczy ich, rysy, wyrazu pełne, boleją, płaczą, smucą
+się - myślą!..
+
+Patrzcie... patrzcie!..
+
+Tam, na, wspaniałym grobowcu, po obu stronach siedzącej na szczycie,
+zadumanej symbolicznej postaci kobiecej, dwaj aniołowie zalewają się
+gorzkiemi łzami, szlochają!.. Tu znów, przy innym pomniku, po stopniach
+jego porusza się, kroczy wzwyż niewiasta młoda, - ku dwóm posągom,
+stojącym na górze grobowca, prowadzi chłopczyka, ślicznotę, w którego
+dłoni zaciśnięty kwiatuszek się chwieje... A tam, znów dalej, w innej
+stronie...
+
+W otwarte drzwi małego mauzoleum, po stopniach schodów wchodzi wolno,
+szeleszcząc jakby fałdami swej sukni, ze spuszczonym wzrokiem - w
+trzymany w dłoni różaniec wpatrzona, cudnej piękności kobieta...
+
+I tak dalej, i tak dalej...
+
+Dziesiątki białoskrzydłych aniołów, wdów bolejących, załamujących
+dłonie, tarzających się gwałtownie, czy też pogrążonych w martwocie
+rozpaczy, - setki biustów, postaci - zda się, w cmentarnej ciszy nucą
+oto hymn bólu, w zgodnym akordzie z piersi jakby wyrzucają wszechogólny
+krzyk cierpienia!..
+
+A promienie zachodu zniżają się tymczasem coraz bardziej...
+
+Purpura ich ciemnieje w końcu, niebawem niknąć powoli zaczyna tam i
+ówdzie. Zakątki cmentarza dalsze, pod murem, stoją już w cieniach -
+środkowe kąpią się jeszcze w ostatnich pożegnalnych drgnieniach
+czerwieni i złota...
+
+Wokoło klęczącego Romana, i obejmującego wciąż w jednej i tej samej
+pozycyi pomnik, z posągiem matczynym, palą się w całej pełni jeszcze
+dogasająco słońca blaski.
+
+Dzierżymirski, szukając dalej ulgi w cierpieniu, jak nieprzytomny, wciąż
+szepcze coś niezrozumiałego do skąpanej w purpurze promieni rzeźby z
+marmuru... I niebawem, w ciszy, przerywanej tylko łagodnym szmerem
+poruszanych u drzew liści, drżeć głośniej znów skarga poczyna.
+
+- Nie, matko! - szepce Roman - nie, matko! zrozum mnie, nie gań!.. Ja
+tam, do nich wrócić nie mogę, to przechodzi siły moje!.. Wszak ja jego,
+kochanka Oli - tłumaczy się dalej Dzierżymirski - jego, mego wroga,
+zabić powinienem! A jakże ja to uczynię? Przecież oczyszczać pojedynkiem
+nawet mego honoru nie mogę! - z goryczą w głosie, niby żywej osobie,
+perswaduje Roman, coraz ciszej, złamanym szeptem... - Zrozum, mateńko!..
+Nie... mogę!..
+
+Milknie na chwilę, poczem urywanym głosem, z beznadziejną rozpaczą,
+mówi, zwierza się jeszcze... - Tak, mateńko! bo honoru wszak ja...
+sam... nie... posiadam!..
+
+I Dzierżymirski kończy głucho: - On w twarz mi to rzucić może, jeśli się
+dowie o wszystkiem, a wtedy?.. Nie, matko! - powtarza głośniej Roman nie
+żądaj tego ode mnie! - Ja, z piętnem pogardy na czole, bez czci tych
+tłumów, które ujarzmiłem - żyć nie potrafię!..
+
+A szczególniej z jej... Oli możliwą pogardą - bez jej uczucia żyć - nie
+mogę!..
+
+I tem kończy spowiedź przed rodzicielką syn zbolały, a po chwili
+dorzuca, z mocą. - I... nie chcę!!!
+
+Milknie Dzierżymirski, twarzy nie odrywa jednak od marmuru grobowca,
+pogrążywszy się w jakiemś półodrętwieniu głębokiem.
+
+A wkoło niego tymczasem gaśnie już całkiem łuna zachodu... Jak przed
+chwilą, niby dotknięte czarowną różdżką, ożywiały się posągi z marmurów,
+tak teraz kolejno do martwoty swej powracają.
+
+Położony tylko tuż obok Dzierżymirskiego symboliczny grobowiec jaśnieje
+jeszcze... Na wpół różowy od blasków czerwonych, blednieć oto właśnie
+coraz bardziej poczyna w tył przegięty, eteryczny i wielki na grobie tym
+anioł z marmuru, o rysach przecudnych, o rysach kobiecych, dziwnie
+nadziemsko zadumanych, a postaci całej wiotkiej i ustawionej na
+piedestale w ten sposób w powietrzu unosił się, leciał...
+
+Anioł patrzeć się zdaje na Romana, ze współczuciem, spod rzęs
+spuszczonych, oczyma żyjącego jakby ducha. Nad urną, którą trzyma w
+dłoniach i tuli do piersi i unieść z sobą jakby pragnie w zaświaty,
+odrzeźbiony, palący się ognik płonie rzeczywistem światłem, pieszczony
+ostatnim promyczkiem słońca!..
+
+Wreszcie i on zupełnie gaśnie.
+
+Korowód wieczornych cieni z mrokiem, wodzem na czele, wsuwa się teraz
+cicho na "Campo-Santo" i welonem szarym wkrótce przesłania z wolna
+wszystko... W oczekiwaniu jutrzenki różanej, która ich znowu przebudzi -
+zasypiają, symbole snu wiecznego, marmurowe rzeźby białe, doczesną zda
+się tylko drzemką...
+
+Stopniowo ścierają się zarysy posągów, kapliczek, mauzoleów...
+
+Zmierzch ciemnieje. Święcąc swój tryumf, a śmierć słońca po coraz
+bardziej mrocznych zakątkach "Cimitero" cienie wieczoru pląsają już
+obecnie swobodnie całkiem - drużyna ich weseli się, tańczy, pusta,
+skracając godziny do przyjścia nocy-władczyni.
+
+ Po pewnym czasie jednak staje się wśród tego grona jej paziów coś
+ niewątpliwie szczególnego bardzo... Wszystkie sylwety bowiem bawiących
+ się cieni łączą się oto w jedną grupę, zwartem kołem otaczając któryś z
+ licznych grobowców.
+
+Obejmując ramionami krzyż i posąg marmurowy, klęczy tu nieruchomo,
+zlewająca się prawie z pomnikiem, pochylona, biała sylwetka mężczyzny...
+Cienie pochylają się ciekawie nad nią, dotykają jej ciała, zaglądają w
+twarz, dziwnie bladą.
+
+I raptownie szept jakiś trwożny przelatuje po szeregu paziów nocy...
+Bezradni stoją wciąż gromadką, przelęknieni czemś jakby, przejęci,
+cisi... Niektórzy z nich nawet załamują ręce, drudzy kręcą z
+niedowierzaniem głowami - inni wpatrują się smutnie w majaczącą postać
+ludzką.
+
+Nagle koło ich rozprzęga się gwałtownie, milkną - pozostawiają w
+zapomnieniu zupełnem pomnik i znajdującego się u stóp jego człowieka.
+Momentalnie, szybko, ustawiają się składnie w dwa szeregi, pochylają z
+gracyą i pokorą, szacunku pełną, w powitalnym ukłonie...
+
+To pani ich i królowa - Noc, strojna, wspaniała z wyżyn na ziemię
+zestąpiła właśnie w tej chwili, w czarnym swym płaszczu i w gwiazd
+aureoli.
+
+--------------
+
+Poranek sierpniowy uśmiechał się tego dnia radośnie do tętniącego
+zwykłym ruchem wielkiego miasta. Pogodny, jasny, niósł on jednak w
+powiewach swych, chłodniejszych już nieco i świeższych, zapowiedź idącej
+wczesnej jesieni, tej czarownej, pięknej jesieni polskiej, tak zadumanej
+zda się i marzącej cicho, po otulonych mgłami płaszczyznach i tak pełnej
+porywającej sobą tęsknoty.
+
+Na jednej z głównych ulic miasta uwijano się żwawo. Przechodnie, wszyscy
+skwapliwie spieszący w jedną stronę, wymijali się gorączkowo, dzwoniły
+tramwaje, dorożki turkotały głośno - lekko, z cicha przesuwały się
+liczne, na gumowych kołach, ekwipaże i karety, dążąc również w tymże, co
+i piesi, kierunku.
+
+Niebawem jednak liczba jadących powozów poczęła się zmniejszać stopniowo
+coraz bardziej, w końcu zaś ustała zupełnie.
+
+Ulicę ruchu kołowego zamknięto. Ostatnie, zabłąkane dorożki zawracano,
+zmuszając do natychmiastowego skręcania w pierwszą lepszą boczną ulicę,
+a we względnej, panującej obecnie, uroczystej ciszy rozlegał się tylko
+zgłuszony szmer licznych stóp idącej po trotuarach gromady ludzkiej.
+
+Pół-milczenie to dyskretne trwało dobre pół godziny.
+
+Wreszcie z wieżyc jednego z pobliskich kościołów odezwały się poważnie i
+rzewnie żałobne dzwony i smutne - zabrzmiały donośnie.
+
+Ruch powstał na chodnikach... Zbierano się grupami, przystawano, policya
+i żandarmi na koniach poczęli czynić porządek, niebawem zaś w
+perspektywie wielkomiejskiej, opustoszałej środkiem ulicy, ukazał się
+kondukt pogrzebowy. Na progach magazynów, balkonach i w oknach domów
+zaroiło się od widzów ciekawych...
+
+Z kilkunastoma księżmi i licznym klerem, żałobny korowód przesuwać się
+zaczął z wolna aleją.
+
+Ramowały go wdzięcznie niewinne główki idących regularnie rzędami
+chłopaczków i dziewczynek - a wychowańców z licznych miejscowych
+ochronek, zakładów dobroczynnych - za trumną zaś okazałą, złożoną na
+bogatym sześciokonnym karawanie i jadącymi w ślad za tem, uginającymi
+się od wieńców, żałobnymi wozami, postępował tłum niezliczony - kołysało
+się morze głów ludzkich...
+
+Hen! daleko zaś, poza ciżbą, ginąc gdzieś w perspektywie ulic miasta,
+lśnił się w promieniach słońca sznur powozów i karet.
+
+Wśród uczestniczącej w pogrzebie rzeszy rozlega się stłumiony gwar
+ogólnie prowadzonych rozmów. Na wszystkich zaś ustach było teraz jedno
+tylko imię!
+
+Bez zmazy i skazy wobec świata zeszedł do grobu - Roman Dzierżymirski.
+
+W ostatnich dniach lipca społeczeństwem miasta, w którem żył, pracował,
+któremu na różnych polach działalności przewodził, wstrząsnęła wiadomość
+niespodziana, zakomunikowana przez gazety. Telegramem mianowicie
+doniesiono lakonicznie o śmierci prezesa Dzierżymirskiego, we Włoszech,
+w Medyolanie, na grobie matki, z anewryzmu serca. Powodem nagłego zgonu
+było, jak mówili jedni, silne wstrząśnienie moralne i bolesna wiadomość
+z kraju, jak utrzymywali po cichu inni - straty poważne, czysto
+finansowej natury i położenie bez wyjścia!..
+
+Ciało sprowadzono do kraju i dziś oto to same miasto, któremu
+Dzierżymirski tak wiele zasłużył się za życia, oddawało byłemu
+przodownikowi ostatnią posługę.
+
+Stawiły się wszystkie sfery i stany - wszyscy zaś z niekłamanym żalem,
+szli obecnie za trumną człowieka, z którego śmiercią, zdaniem ogólnem,
+ubywała miastu i krajowi nawet poważna społeczna siła...
+
+A dość było posłuchać tylko uważnie tam i ówdzie co mówiono o zmarłym,
+by przekonać się, jak szczerym, jak powszechnym prawdziwie był ten żal
+po nim!
+
+Jednogłośnie bowiem i wszechogólnie wynoszono po niebiosa czyny prezesa
+Dzierżymirskiego, poświęcenie dla ogółu, zdolności, rozum, szlachetność
+i energię - jednobrzmiąco ubolewano nad stratą jego niepowetowaną!
+Czasami, naturalnie, wplątała się i tu fałszywa gdzieniegdzie nuta, lecz
+ginęła natychmiast w akordzie powszechnego uwielbienia i żalu z
+przedwczesnego zgonu, tak zasłużonego społeczeństwu człowieka...
+
+Z trudnością przeciskając się pomiędzy dwoma sznurami ciekawych na
+chodnikach, wspaniały pogrzebowy korowód oddalał się tymczasem stopniowo
+w perspektywie ulicy, - wreszcie księża, karawani i dążące za trumną
+tłumy skręciły w lewo, i po pewnym czasie znikły...
+
+Na pierwszorzędnej ulicy w mieście przywrócono ruch natychmiast. Z
+bocznych ulic wysypały się dziesiątki zatrzymanych dotąd pojazdów,
+potoczyły się, dzwoniąc, ponownie tramwaje, zadudniły dorożki, omnibusy
+- do spowodowanych ściskiem wypadków kilku, wpadło na ruchliwą arteryę
+grodu wezwane Pogotowie Ratunkowe, donośną na trąbce pobudką torując
+sobie drogę!
+
+Uroczysty nastrój sprzed chwili pierzchł bezpowrotnie. Szerokiem korytem
+życie brutalnie deptało śmierci widmo - w codzienną szatę gorączka
+codziennego bytu przyoblekło się wszystko dokoła.
+
+Na ustach tylko, snujących się po trotuarach przechodniów, biernych
+widzów żałobnego konduktu, błąkało się jeszcze nazwisko
+Dzierżymirskiego, roznosiciele zaś dzienników zaroili się niebawem, a
+korzystając z chwilowego nastroju publiczności, sprzedawać poczęli z
+powodzeniem nadzwyczajne dodatki do gazet, z portretem i życiorysem
+zmarłego.
+
+
+*************************************************
+
+
+
+Minął rok czasu...
+
+Powodzią świateł w mglisty wieczór pierwszego Listopada gorzał cmentarz
+miejski rozległy, i roje ludzi tłoczyły się na nim. Poukładane
+wzorzyście paliły się na bogatych grobach i ubogich mogiłkach kolorowe
+lampiony, kwiaty i wieńce stroiły umarłych zakątek...
+
+Przy grobowcach niektórych, ubranych wspaniała, nie było żywej duszy.
+Przy innych formalne odbywały się zebrania. Środkiem zaś ulicy
+wystrojony, "szykowny", a przeważnie bezmyślny, wśród dowcipów
+brukowych, wygłaszanych donośnie, spacerował tłum ciekawskich obojętny.
+
+Tu i tam z rzadka czerniała przy świeżym pomniku postać schylona,
+zadumana tęsknie, cierpiąca... Tam i ówdzie na skromnej mogiłce, w
+bardziej oddalonej cmentarnej alei, szlochała cicho jakaś kobiecina,
+gdzie indziej znów klęczący syn, czy mąż, samotny, modlił się, lub nie
+widząc nic zgoła, nie słysząc, zapatrzony w ból własny - połykał łzy.
+
+W samotnej bocznej alei cmentarza wesoła młoda para, pochylona
+wzajemnie, szeptała sobie czułe czule słówka mijając obojętnie groby, a
+pomiędzy innymi i mogiłkę jedną darniową, skromniutką... Zapłakana
+dziewczynina kilkunastoletnia, ze złożonemi pobożnie rączkami, klęczała
+na niej i sama jedna, biedziła się w tej chwili z jedyną zapaloną, a
+gasnącą za każdym podmuchem wiatru, świeczką, którą, wespół z
+dziesięciogroszowym z choiny wianuszkiem, i białym wielkanocnym
+barankiem - ustroiła grobek matuli.
+
+Od żebraków, bab i dziadów, mruczących modły, zawodzących żałośnie,
+roiło się na cmentarzu.
+
+Co chwila ktoś z publiczności zbliżał się do nich i dając jałmużnę,
+dodawał: - Za duszę nieżyjącego Piotra, Maryi i.t.d.
+
+- Litości godna osobo! - skarżył się głośno żebrak stary, wyciągając
+dłoń kościstą do przechodzących właśnie aleją trzech ładniutkich
+podlotków, rozmawiających wesoło.
+
+- Czekajcie! - do rówieśnic odezwała się żywo jedna z panienek,
+zatrzymując się przed dziadem. - Dam mu, niech się pomodli za duszę mego
+pana Stanisława...
+
+- Ależ kiedy on żyje! po co? - zadziwiła się naiwnie najmłodsza z
+trójki.
+
+- Ha-ha-ha! - zaśmiała się pierwsza serdecznie, - a cóż to szkodzi,
+niech się tam za niego, grzesznika, pomodli!..
+
+I wręczając następnie dziadowi szóstaka, rzekła: - Macie, dziadku, za
+Stanisława!..
+
+- Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie, a światłość wiekuista niechaj mu
+świeci! - zaintonował żebrak uroczyście.
+
+Śmiech rozległ się w alei; koncept podobał się figlarnej trójce, a kilka
+babek i dziadów, znajdujących się w pobliżu, skorzystało na tem, bo
+obdzielono ich groszakami na tąż samą intencyę. Pan Stanisław został za
+życia pogrzebanym, modlono się już z góry za niego, a pusta,
+niefrasobliwa młodość, nie znająca zapewne jeszcze, co to ból prawdziwy
+i żal po drogiej sercu stracie - poszła dalej, śmiech zaś jej srebrzysty
+odbił się raz jeszcze na zakręcie alei o ukryty w drzew cieniu pomnik
+okazały.
+
+Na wysokiej kolumnie z połyskującego marmuru widniał jakiś posąg
+stojącej osoby... Na grobowcu nie było żadnego kwiatka i żadnych
+świateł... Zapatrzony jakby smutnie sam w siebie, stał on ciemny na
+uboczu, opuszczony i widocznie zapomniany. Jarzący się tylko blask
+lampek czerwonych, któremi ozdobiono grób sąsiedni, rzucał nań niepewne,
+dalekie światło. W półświetle tem, kto znał za życia Romana
+Dzierżymirskiego, z łatwością mógł go poznać teraz w stojącej rzeźbie z
+marmuru.
+
+I idącego przechodnia przykuwało do miejsca zdziwienie nagłe.
+
+- Jak to? - zadawał sobie mimowolnie pytanie. - W powodzi świateł,
+blasków tysiąca, dających tak wymowne i chlubne świadectwo, że żywi
+pamiętają jednak o umarłych, dzisiaj o Dzierżymirskim już zapomniano?..
+Czyż to możliwe, by świat był tak niewdzięcznym, żeby wykreślał z
+pamięci jednostki, tak głośne za życia - tak możnowładne!...
+
+I dziwił się przechodzień... Dziwił się w dalszym ciągu naiwnie, nie
+zdając sobie sprawy z tego pewnika życiowej ironii, która prawem
+"teraźniejszości" się zowie, a która, z małymi wyjątkami, uwielbia tylko
+żyjących i na widowni obecnych, umarłych zasypując pyłem zapomnienia.
+
+I spacerujący po cmentarzu widz ciekawy przybliżał się do grobowca, z
+trudnością odczytywał napisy, a później szedł dalej, zamyślony mimo woli
+nad nietrwałością doczesnego bytu.
+
+Lecz o niewdzięczność tym razem posądzał ludzi niesłusznie. Bo los
+szyderca, któryby może i rzeczywiście starł u świata wspomnienie innego,
+prawdziwie i wszechstronnie zasłużonego człowieka, niezbrukanego życiem,
+czystego - okazał się łaskawszym jednak, dla ubranego w togę pozorów
+moralnego wykolejeńca!
+
+W kwadrans później, trzy osoby, oglądające się wokoło, skupiły się przed
+grobem Dzierżymirskiego. Wkrótce, tamże zjawił się również mężczyzna, z
+kobietą młodą dość jeszcze i garstką dziatek.
+
+Przed ginącym w cieniach wieczora pomnikiem Romana, poklękli oni
+niebawem wszyscy...
+
+Byli to Orlęccy: ojciec, matka i córka, oraz Zieliński Herman, z
+rodziną.
+
+Młody głosik dziewczęcy pierwszy przerwał nieśmiało milczenie
+cmentarnego zakątka. Silny, jędrny zawtórował mu głos męski i szept
+otaczających...
+
+Wśród dalekiego echa kroków gromady ludzkiej, ich rozmów, śmiechu i
+płaczu - popłynęła z serc wdzięcznych za duszę zmarłego modlitwa!..
+
+. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
+
+Nazajutrz osamotnienia i zapomnienia żywych wstydzić się już nie
+potrzebował przed innymi - wspaniały grobowiec prezesa Dzierżymirskiego.
+
+Czyjaś troskliwa ręka ustawiła na grobie palmy i świeże kwiaty... W
+krzyż ułożonych różnokolorowych lampionów kilkanaście nęciły tu oko i
+skromny, aczkolwiek gustowny wieniec zielony u pomnikowego tulił się
+podnóża. Tamże błyszczał o nieboszczyku napis złocisty, złożony z samych
+tytułów i godności...
+
+I w blasków powodzi, na szczycie kolumny jaśniała zarówno teraz
+wdzięcznie odrzeźbiona sylweta pięknego, młodego jeszcze mężczyzny.
+
+Królując nad wszystkiem dokoła, niepokalanie biały, stał on i patrzył
+zamyślony! Na ustach z kamienia błąkać się zdawał dyskretny uśmiech
+zwycięskiej ironii...
+
+A poniżej - u stóp posągu, na czarnem tle marmuru, wielkiemi literami,
+rzucały się w oczy te oto wyryte słowa:
+
+
+Uczciwy, szlachetny i prawy,
+Ukochał bliźnich i społeczeństwu oddal życie całe -
+Nagrodź go, Panie!..
+
+
+End of the Project Gutenberg EBook of Ironia Pozorow, by Maciej hr.
+Lubienski
+
+*** END OF THE PROJECT GUTENBERG EBOOK IRONIA POZOROW ***
+
+This file should be named rnpz108.txt or rnpz108.zip
+Corrected EDITIONS of our eBooks get a new NUMBER, rnpz118.txt
+VERSIONS based on separate sources get new LETTER, rnpz108a.txt
+
+Etext produced by Michalina Makowska, Szczecin, Poland,
+Eve Sobol, South Bend, IN, USA, and Julia Jezierska, Stawiszyn, Poland.
+
+Project Gutenberg eBooks are often created from several printed
+editions, all of which are confirmed as Public Domain in the US
+unless a copyright notice is included. Thus, we usually do not
+keep eBooks in compliance with any particular paper edition.
+
+We are now trying to release all our eBooks one year in advance
+of the official release dates, leaving time for better editing.
+Please be encouraged to tell us about any error or corrections,
+even years after the official publication date.
+
+Please note neither this listing nor its contents are final til
+midnight of the last day of the month of any such announcement.
+The official release date of all Project Gutenberg eBooks is at
+Midnight, Central Time, of the last day of the stated month. A
+preliminary version may often be posted for suggestion, comment
+and editing by those who wish to do so.
+
+Most people start at our Web sites at:
+http://gutenberg.net or
+http://promo.net/pg
+
+These Web sites include award-winning information about Project
+Gutenberg, including how to donate, how to help produce our new
+eBooks, and how to subscribe to our email newsletter (free!).
+
+
+Those of you who want to download any eBook before announcement
+can get to them as follows, and just download by date. This is
+also a good way to get them instantly upon announcement, as the
+indexes our cataloguers produce obviously take a while after an
+announcement goes out in the Project Gutenberg Newsletter.
+
+http://www.ibiblio.org/gutenberg/etext03 or
+ftp://ftp.ibiblio.org/pub/docs/books/gutenberg/etext03
+
+Or /etext02, 01, 00, 99, 98, 97, 96, 95, 94, 93, 92, 92, 91 or 90
+
+Just search by the first five letters of the filename you want,
+as it appears in our Newsletters.
+
+
+Information about Project Gutenberg (one page)
+
+We produce about two million dollars for each hour we work. The
+time it takes us, a rather conservative estimate, is fifty hours
+to get any eBook selected, entered, proofread, edited, copyright
+searched and analyzed, the copyright letters written, etc. Our
+projected audience is one hundred million readers. If the value
+per text is nominally estimated at one dollar then we produce $2
+million dollars per hour in 2002 as we release over 100 new text
+files per month: 1240 more eBooks in 2001 for a total of 4000+
+We are already on our way to trying for 2000 more eBooks in 2002
+If they reach just 1-2% of the world's population then the total
+will reach over half a trillion eBooks given away by year's end.
+
+The Goal of Project Gutenberg is to Give Away 1 Trillion eBooks!
+This is ten thousand titles each to one hundred million readers,
+which is only about 4% of the present number of computer users.
+
+Here is the briefest record of our progress (* means estimated):
+
+eBooks Year Month
+
+ 1 1971 July
+ 10 1991 January
+ 100 1994 January
+ 1000 1997 August
+ 1500 1998 October
+ 2000 1999 December
+ 2500 2000 December
+ 3000 2001 November
+ 4000 2001 October/November
+ 6000 2002 December*
+ 9000 2003 November*
+10000 2004 January*
+
+
+The Project Gutenberg Literary Archive Foundation has been created
+to secure a future for Project Gutenberg into the next millennium.
+
+We need your donations more than ever!
+
+As of February, 2002, contributions are being solicited from people
+and organizations in: Alabama, Alaska, Arkansas, Connecticut,
+Delaware, District of Columbia, Florida, Georgia, Hawaii, Illinois,
+Indiana, Iowa, Kansas, Kentucky, Louisiana, Maine, Massachusetts,
+Michigan, Mississippi, Missouri, Montana, Nebraska, Nevada, New
+Hampshire, New Jersey, New Mexico, New York, North Carolina, Ohio,
+Oklahoma, Oregon, Pennsylvania, Rhode Island, South Carolina, South
+Dakota, Tennessee, Texas, Utah, Vermont, Virginia, Washington, West
+Virginia, Wisconsin, and Wyoming.
+
+We have filed in all 50 states now, but these are the only ones
+that have responded.
+
+As the requirements for other states are met, additions to this list
+will be made and fund raising will begin in the additional states.
+Please feel free to ask to check the status of your state.
+
+In answer to various questions we have received on this:
+
+We are constantly working on finishing the paperwork to legally
+request donations in all 50 states. If your state is not listed and
+you would like to know if we have added it since the list you have,
+just ask.
+
+While we cannot solicit donations from people in states where we are
+not yet registered, we know of no prohibition against accepting
+donations from donors in these states who approach us with an offer to
+donate.
+
+International donations are accepted, but we don't know ANYTHING about
+how to make them tax-deductible, or even if they CAN be made
+deductible, and don't have the staff to handle it even if there are
+ways.
+
+Donations by check or money order may be sent to:
+
+Project Gutenberg Literary Archive Foundation
+PMB 113
+1739 University Ave.
+Oxford, MS 38655-4109
+
+Contact us if you want to arrange for a wire transfer or payment
+method other than by check or money order.
+
+The Project Gutenberg Literary Archive Foundation has been approved by
+the US Internal Revenue Service as a 501(c)(3) organization with EIN
+[Employee Identification Number] 64-622154. Donations are
+tax-deductible to the maximum extent permitted by law. As fund-raising
+requirements for other states are met, additions to this list will be
+made and fund-raising will begin in the additional states.
+
+We need your donations more than ever!
+
+You can get up to date donation information online at:
+
+http://www.gutenberg.net/donation.html
+
+
+***
+
+If you can't reach Project Gutenberg,
+you can always email directly to:
+
+Michael S. Hart <hart@pobox.com>
+
+Prof. Hart will answer or forward your message.
+
+We would prefer to send you information by email.
+
+
+**The Legal Small Print**
+
+
+(Three Pages)
+
+***START**THE SMALL PRINT!**FOR PUBLIC DOMAIN EBOOKS**START***
+Why is this "Small Print!" statement here? You know: lawyers.
+They tell us you might sue us if there is something wrong with
+your copy of this eBook, even if you got it for free from
+someone other than us, and even if what's wrong is not our
+fault. So, among other things, this "Small Print!" statement
+disclaims most of our liability to you. It also tells you how
+you may distribute copies of this eBook if you want to.
+
+*BEFORE!* YOU USE OR READ THIS EBOOK
+By using or reading any part of this PROJECT GUTENBERG-tm
+eBook, you indicate that you understand, agree to and accept
+this "Small Print!" statement. If you do not, you can receive
+a refund of the money (if any) you paid for this eBook by
+sending a request within 30 days of receiving it to the person
+you got it from. If you received this eBook on a physical
+medium (such as a disk), you must return it with your request.
+
+ABOUT PROJECT GUTENBERG-TM EBOOKS
+This PROJECT GUTENBERG-tm eBook, like most PROJECT GUTENBERG-tm eBooks,
+is a "public domain" work distributed by Professor Michael S. Hart
+through the Project Gutenberg Association (the "Project").
+Among other things, this means that no one owns a United States copyright
+on or for this work, so the Project (and you!) can copy and
+distribute it in the United States without permission and
+without paying copyright royalties. Special rules, set forth
+below, apply if you wish to copy and distribute this eBook
+under the "PROJECT GUTENBERG" trademark.
+
+Please do not use the "PROJECT GUTENBERG" trademark to market
+any commercial products without permission.
+
+To create these eBooks, the Project expends considerable
+efforts to identify, transcribe and proofread public domain
+works. Despite these efforts, the Project's eBooks and any
+medium they may be on may contain "Defects". Among other
+things, Defects may take the form of incomplete, inaccurate or
+corrupt data, transcription errors, a copyright or other
+intellectual property infringement, a defective or damaged
+disk or other eBook medium, a computer virus, or computer
+codes that damage or cannot be read by your equipment.
+
+LIMITED WARRANTY; DISCLAIMER OF DAMAGES
+But for the "Right of Replacement or Refund" described below,
+[1] Michael Hart and the Foundation (and any other party you may
+receive this eBook from as a PROJECT GUTENBERG-tm eBook) disclaims
+all liability to you for damages, costs and expenses, including
+legal fees, and [2] YOU HAVE NO REMEDIES FOR NEGLIGENCE OR
+UNDER STRICT LIABILITY, OR FOR BREACH OF WARRANTY OR CONTRACT,
+INCLUDING BUT NOT LIMITED TO INDIRECT, CONSEQUENTIAL, PUNITIVE
+OR INCIDENTAL DAMAGES, EVEN IF YOU GIVE NOTICE OF THE
+POSSIBILITY OF SUCH DAMAGES.
+
+If you discover a Defect in this eBook within 90 days of
+receiving it, you can receive a refund of the money (if any)
+you paid for it by sending an explanatory note within that
+time to the person you received it from. If you received it
+on a physical medium, you must return it with your note, and
+such person may choose to alternatively give you a replacement
+copy. If you received it electronically, such person may
+choose to alternatively give you a second opportunity to
+receive it electronically.
+
+THIS EBOOK IS OTHERWISE PROVIDED TO YOU "AS-IS". NO OTHER
+WARRANTIES OF ANY KIND, EXPRESS OR IMPLIED, ARE MADE TO YOU AS
+TO THE EBOOK OR ANY MEDIUM IT MAY BE ON, INCLUDING BUT NOT
+LIMITED TO WARRANTIES OF MERCHANTABILITY OR FITNESS FOR A
+PARTICULAR PURPOSE.
+
+Some states do not allow disclaimers of implied warranties or
+the exclusion or limitation of consequential damages, so the
+above disclaimers and exclusions may not apply to you, and you
+may have other legal rights.
+
+INDEMNITY
+You will indemnify and hold Michael Hart, the Foundation,
+and its trustees and agents, and any volunteers associated
+with the production and distribution of Project Gutenberg-tm
+texts harmless, from all liability, cost and expense, including
+legal fees, that arise directly or indirectly from any of the
+following that you do or cause: [1] distribution of this eBook,
+[2] alteration, modification, or addition to the eBook,
+or [3] any Defect.
+
+DISTRIBUTION UNDER "PROJECT GUTENBERG-tm"
+You may distribute copies of this eBook electronically, or by
+disk, book or any other medium if you either delete this
+"Small Print!" and all other references to Project Gutenberg,
+or:
+
+[1] Only give exact copies of it. Among other things, this
+ requires that you do not remove, alter or modify the
+ eBook or this "small print!" statement. You may however,
+ if you wish, distribute this eBook in machine readable
+ binary, compressed, mark-up, or proprietary form,
+ including any form resulting from conversion by word
+ processing or hypertext software, but only so long as
+ *EITHER*:
+
+ [*] The eBook, when displayed, is clearly readable, and
+ does *not* contain characters other than those
+ intended by the author of the work, although tilde
+ (~), asterisk (*) and underline (_) characters may
+ be used to convey punctuation intended by the
+ author, and additional characters may be used to
+ indicate hypertext links; OR
+
+ [*] The eBook may be readily converted by the reader at
+ no expense into plain ASCII, EBCDIC or equivalent
+ form by the program that displays the eBook (as is
+ the case, for instance, with most word processors);
+ OR
+
+ [*] You provide, or agree to also provide on request at
+ no additional cost, fee or expense, a copy of the
+ eBook in its original plain ASCII form (or in EBCDIC
+ or other equivalent proprietary form).
+
+[2] Honor the eBook refund and replacement provisions of this
+ "Small Print!" statement.
+
+[3] Pay a trademark license fee to the Foundation of 20% of the
+ gross profits you derive calculated using the method you
+ already use to calculate your applicable taxes. If you
+ don't derive profits, no royalty is due. Royalties are
+ payable to "Project Gutenberg Literary Archive Foundation"
+ the 60 days following each date you prepare (or were
+ legally required to prepare) your annual (or equivalent
+ periodic) tax return. Please contact us beforehand to
+ let us know your plans and to work out the details.
+
+WHAT IF YOU *WANT* TO SEND MONEY EVEN IF YOU DON'T HAVE TO?
+Project Gutenberg is dedicated to increasing the number of
+public domain and licensed works that can be freely distributed
+in machine readable form.
+
+The Project gratefully accepts contributions of money, time,
+public domain materials, or royalty free copyright licenses.
+Money should be paid to the:
+"Project Gutenberg Literary Archive Foundation."
+
+If you are interested in contributing scanning equipment or
+software or other items, please contact Michael Hart at:
+hart@pobox.com
+
+[Portions of this eBook's header and trailer may be reprinted only
+when distributed free of all fees. Copyright (C) 2001, 2002 by
+Michael S. Hart. Project Gutenberg is a TradeMark and may not be
+used in any sales of Project Gutenberg eBooks or other materials be
+they hardware or software or any other related product without
+express permission.]
+
+*END THE SMALL PRINT! FOR PUBLIC DOMAIN EBOOKS*Ver.02/11/02*END*
+
diff --git a/old/rnpz810.zip b/old/rnpz810.zip
new file mode 100644
index 0000000..50f3db3
--- /dev/null
+++ b/old/rnpz810.zip
Binary files differ