summaryrefslogtreecommitdiff
path: root/34635-0.txt
diff options
context:
space:
mode:
authorRoger Frank <rfrank@pglaf.org>2025-10-14 20:02:01 -0700
committerRoger Frank <rfrank@pglaf.org>2025-10-14 20:02:01 -0700
commit8c85bbca68539cb06dca79c03de4a5470749ada0 (patch)
tree742b1fa9149818ea5f1a840457aeedbba902fe90 /34635-0.txt
initial commit of ebook 34635HEADmain
Diffstat (limited to '34635-0.txt')
-rw-r--r--34635-0.txt8499
1 files changed, 8499 insertions, 0 deletions
diff --git a/34635-0.txt b/34635-0.txt
new file mode 100644
index 0000000..bc4d949
--- /dev/null
+++ b/34635-0.txt
@@ -0,0 +1,8499 @@
+The Project Gutenberg EBook of Menazerya ludzka, by Gabriela Zapolska
+
+This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with
+almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or
+re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included
+with this eBook or online at www.gutenberg.org
+
+
+Title: Menazerya ludzka
+
+Author: Gabriela Zapolska
+
+Release Date: December 13, 2010 [EBook #34635]
+
+Language: Polish
+
+Character set encoding: UTF-8
+
+*** START OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK MENAZERYA LUDZKA ***
+
+
+
+
+Produced by Ewa "czupirek" Jaros and the Online Distributed
+Proofreading Team at http://dp.rastko.net (this file was
+created from images generously made available by CBN Polona
+- http://www.polona.pl).
+
+
+
+
+
++------------------------------------------------------------+
+| UWAGI DO WYDANIA ELEKTRONICZNEGO |
+| |
+| Zachowano oryginalną ortografię i interpunkcję, również |
+| w wypadkach, gdy odbiegały one od współcześnie przyjętych. |
+| Poprawiono natomiast omyłki, które wyglądały na błędy |
+| drukarskie. Pełna lista wprowadzonych zmian znajduje |
+| się na końcu pliku. |
++------------------------------------------------------------+
+
+
+
+
+
+
+ Gabryela Zapolska.
+
+ MENAŻERYA
+ LUDZKA.
+
+ _Żabusia_; _Koteczek_; _Kozioł ofiarny_; _Kundel_;
+ _Oślica_; _Kukułka_; _Lewek_; _Małpa_; _Szakale_;
+ _Papuzia_; _Bydlę_; _Gołąbki._
+
+
+ WARSZAWA.
+ Wydawnictwo „Przeglądu Tygodniowego”.
+ 1893.
+
+
+
+
+
+
+ Дозволено Цензурою.
+ Варшава, 28 Aвгуста 1892 г.
+
+ W Drukarni „Przeglądu Tygodniowego”,
+ Warszawa, Czysta No 4.
+
+
+
+
+
+
+ =MENAŻERYA LUDZKA.=
+
+
+
+
+I.
+
+=Żabusia.=
+
+
+Była jasną blondynką, jasną jak słońce promienne...
+
+Drobna jej, maluchna buzia różowa i biała -- śmiała się jakimś
+dziecinnym, naiwnym śmiechem, żłobiącym w pulchnych policzkach dwa
+rozkoszne dołki.
+
+Z całej jej postaci zdawała się wydzielać woń, właściwa różowym
+hyacyntom, a gdy ubrana w różowe „matinée”, przesuwała się ze
+śmiechem z pokoju do pokoju -- jakaś srebrna smuga znaczyła jej
+przejście, smuga, którą pozostawia po sobie wschodząca jutrzenka.
+
+Śmiała się ona zawsze, ta rozkoszna, jasnowłosa kobietka -- śmiała
+się leżąc jeszcze w kołysce, potem u kratek konfesyonału -- wreszcie
+u stopni ołtarza, gdy wlokła za sobą szumiący tren jedwabnej białej
+szaty.
+
+Śmiech powitał nawet krzyk jej córki -- bo nawet w cierpieniach
+umiała coś zabawnego wynaleźć.
+
+Była bardzo pobożną i codzień prawie biegała do kościoła.
+
+Miała ładną książeczkę, oprawną w kość słoniową i zbrudzoną na
+kartkach, które czerniły się modlitwą „Za męża i rodzinę”.
+
+To była jej świąteczna książka -- na codzień miała wielkiego
+„Dunina”, którego czytała, strzelając oczkami na lewo i prawo,
+lub przechylając główkę na atłasową kołdrę swego eleganckiego
+łóżka.
+
+Lubiła łakocie i miała pod poduszką kilka daktyli, które jadła,
+przebudziwszy się w nocy, chichocząc się jak szalona.
+
+Przepadała za wanilią i miała jej zawsze pełne kieszenie, lubiła
+grać w loteryjkę -- przytem szachrowała dość zręcznie.
+
+Córkę swoją -- małą, pucołowatą dziewczynkę, przezwała
+„Nabuchodonozorem” a męża „Rakiem”. Siebie samą, jakkolwiek
+miała na chrzcie św. imię Zofii, nazywała „Żabusią”. Często
+siadywała na dywanie i bawiła się z córką, przyczem następowała
+zwykle kłótnia o zabawki, które matka z córką wydzierały sobie
+wzajemnie...
+
+Mąż, dobry, poczciwy filister, urzędnik w jakiemś towarzystwie
+asekuracyjnem, podkręcał wąsa i uśmiechał się z zadowoleniem.
+
+-- Dziecinna! ach! jaka dziecinna ta moja Żabusia!
+
+Ona, z krzykiem zrywała się z ziemi, siadała na kolanach męża
+i rozpoczynała śpiewać...
+
+ Jechał pan
+ Za nim chłop
+ A za nimi żydóweczki
+ Pogubiły patyneczki...
+
+Śpiewając, wyciągała z mężowskich kieszeni pieniądze i z powagą
+dawała mu dziesięć groszy.
+
+-- Masz, Raku, na czarną kawę!...
+
+Resztę pieniędzy chowała do tualetki.
+
+I Rak poddawał się tej tyranii, jakkolwiek dziesięć groszy dziennie,
+nawet dla urzędnika w towarzystwie ubezpieczeń, chyba za mało!...
+
+Jakże się jednak sprzeciwić tej rozkosznej istocie, która z całą
+naiwnością patrzy mu w oczy i biały, pachnący karczek do pocałunków
+nadstawia? Brał Rak ową wytartą dziesiątkę i całował Żabusię,
+znajdując w tem wiele rozkoszy.
+
+Była więc bożyszczem całego domu.
+
+Kochał ją mąż, pomimo że tyranizowała go nieznacznie.
+
+Kochało dziecko, pomimo że wydzierała mu zabawki i wyrywała włosy,
+czesząc dwuletnią dziewczynkę à la Mikado.
+
+Kochały sługi, pomimo że grymasiła bezustannie i czasem całe ranki
+siedziała w kuchni.
+
+Nad wszystko jednak ubóstwiali ją rodzice.
+
+Tych dwoje starych ludzi w Żabusi swej widziało uosobienie cnót
+i doskonałości wszelakich.
+
+Żabusia -- jedyne, wypieszczone dziecko, za wzór była wszystkim
+kobietom stawiana....
+
+I gdy co wieczór zgromadzano się dokoła stołu, oświeconego wiszącą
+lampą, Żabusia, wycinająca lalki z tektury lub lepiąca abażury,
+była punktem koncentrującym wszystkie spojrzenia.
+
+Ku niej zwracano się, uśmiechano, przesyłano pieszczotliwe słowa.
+
+Ona, różowa, biała, wesoła -- poddawała się tym pieszczotom, tej
+wielkiej miłości, jaka ją otaczała, kąpiąc się niejako w cieple
+przywiązania i rozsiewając dokoła promienie szczęścia rodzinnego.
+Każdemu odwzajemniała się dobrem słowem, uśmiechem -- a drażniąc
+Nabuchodonozora, głaskała dziecko po głowie; potrąciwszy sługę,
+uśmiechała się do niej, nazywając „poczciwą idyotką”....
+
+Nie -- stanowczo, nikt nie mógł się na Żabusię gniewać, lecz
+przeciwnie, każdy musiał ją uwielbiać jak wcielenie dobroci, wdzięku
+i prostoty....
+
+Była ona uosobieniem kobiecości.
+
+Miała tyle tkliwości w spojrzeniu, w głosie, w ruchach łaszącej się
+kotki, że rozkosz było patrzeć, gdy na paluszkach skradała się, aby
+uszczypać drzemiącego męża, lub nasypać pieprzu w otwartą buzię
+córki...
+
+Śmiała się potem rozkosznie i wdzięcznie przeginając, zasypywała
+pieszczotami przerażonego męża, lub skrzywioną dziecinę... mówiła
+przytem cieniuchnym głosikiem:
+
+-- Nie gniewać się na Żabusię!...
+
+Więc mąż uśmiechał się do tego biało-różowego zjawiska,
+dziękując Bogu, że dziecinne usposobienie żony pozwoli mu
+nie lękać się o naruszenie z jej strony wierności małżeńskiej...
+
+I rzeczywiście -- kręcąca się po domu z wesołą piosenką na ustach,
+ubijająca piankę w kuchni, przyszywająca guziki do mężowskiego
+palta lub nicująca krawaty, była uosobieniem kochającej żony
+i „milutkiej” kobiety.
+
+Miewała jednak chwile, w których przychodziły jej na myśl
+poważniejsze refleksye.
+
+Naprzykład po przeczytaniu „Pani Bovary” -- zamknąwszy książkę,
+usiadła u nóg męża.
+
+W ręku trzymała kawałek newchatelu, lecz nie gryzła go, ale
+pogrążyła się w zadumie.
+
+Mąż, czytając „Kuryera”, nie przerywał ciszy.
+
+-- Wiesz, Raku -- wyrzekła nareszcie -- ta kobieta to zdradzała
+męża... niegodziwa, prawda?
+
+-- Hm -- odparł zagadnięty -- jeżeli mąż był niedołęga...
+
+Lecz nie mógł dokończyć.
+
+Żabusia porwała się nagle jak szalona.
+
+-- To nie upoważnia! -- wołała -- i ty, Raku, jesteś niedołęgą
+a przecież cię nie zdradzam!...
+
+-- O -- protestował mąż.
+
+-- Niema... o! -- upiec na rożnie taką kobietę... nic ją nie
+usprawiedliwia!... to potworne!... w dodatku pani Bovary miała
+dziecko, o takiego Nabuchodonozora!...
+
+I tu Żabusia, porzuciwszy ser, chwyciła w objęcia córkę, która
+głośnym krzykiem zaprotestowała przeciw temu gwałtowi.
+
+Rodzice tymczasem spoglądali po sobie.
+
+O! tak! -- oni wychowali Żabusię w świętych, tradycyjnych przepisach
+cnoty i surowości. Ona wie, czem się brzydzić na świecie, co jest
+nikczemnością, fałszem i podłością...
+
+To anioł!
+
+Anioł domowego ogniska, który śmiechem swym troskę z czoła męża
+spędza, jest chlubą i podporą rodziców, troskliwą i czułą matką!...
+
+To anioł ta Żabusia, kręcąca się w tej chwili po pokoju z szelestem
+jedwabnego szlafroczka...
+
+Uosobienie wdzięku, miłości, niewinności, cnoty!...
+
+Nagle Żabusia zatrzymuje się w tańcu.
+
+Spogląda na zegar i, kołysząc się zwolna, podchodzi ku mężowi.
+
+-- Żabusię głowa boli! -- mówi, sadzając córkę na kolanach
+męża. -- Żabusia pójdzie na spacer...
+
+-- Będę ci towarzyszył... -- woła mąż.
+
+-- Niechcę! -- protestuje z miluchnym dąsem -- pójdę sama! Rak tu
+zostanie i będzie Nabuchodonozorowi cacka ustawiał!...
+
+-- Ależ!...
+
+-- No! sprzeciwiasz się?
+
+-- Nie... tylko kawa!...
+
+-- Pójdziesz jak wrócę... wtenczas dam ci dziesiątkę, inaczej, z czem
+Rak do cukierni pójdzie?...
+
+Mąż jeszcze próbuje opozycyi.
+
+-- Żabusia tak chce! -- woła młoda kobieta, uśmiechając się zalotnie.
+-- Żabusia bardzo prosi, główka ją tak boli!...
+
+Rodzice uważają za stosowne interweniować.
+
+-- Ależ idź, drogie dziecię!... przejdź się! -- mówi ojciec.
+
+-- Pobladłaś, cierpisz widocznie -- dodaje matka.
+
+I za chwilę przez pokój, w którym jest zgromadzona cała rodzina,
+przesuwa się Żabusia w nowym, sukiennym kostiumiku, okładanym
+szenszylami.
+
+Wygląda jak młodziuchne dziewczątko w tym obcisłym żakieciku, a nowe
+buciki skrzypią za każdym krokiem.
+
+Całuje ręce rodziców, mężowi nadstawia usta do pocałunku, córkę
+głaszcze po głowie i żegnana, obdarzona pieszczotami, staje jeszcze na
+progu, przesyłając pocałunki końcami palców, ubranych w duńską
+rękawiczkę.
+
+-- Pa!... pa!... -- woła -- pa, Raku! pa, Nabuchodonozorze!... pa,
+mamusi i ojczusiowi... a niech Rózia za pół godziny samowar nastawi
+i po sucharki pójdzie!... pa!...
+
+I cicho znika we drzwiach, pozostawiając po sobie gamę srebrzystego
+śmiechu i wspomnienie uosobienia niewinnego wdzięku kobiecego.
+
+ * * * * *
+
+Przeciągły pocałunek przerwał ciszę.
+
+Wśród bladego światła przyciemnionej lampy, zamajaczyła nagle drobna
+postać kobieca, powstająca z otomany.
+
+Kaskada jasnych włosów rozsypana na zarumienione ramiona, drżała
+złotawym blaskiem; oczy, błyszczące fosforycznym ogniem, migotały
+u tej kobiety jak dwa błędne ogniki, usta namiętnie rozchylone,
+zgniecione w świeżym pocałunku miłosnym, zachowały jeszcze wilgoć
+zmysłowej ekstazy.
+
+Wszystko w tej postaci tchnęło zmysłowością, szałem bachantki,
+poddającej swą pierś pod uściski satyra.
+
+Stanęła, wyciągając ręce wysoko nad głową, przechylając się
+w tył, wciągając jakby w siebie cząstkę miłosnego dreszczu.
+
+Stojący przed nią mężczyzna zapalał właśnie papierosa.
+
+-- Mogłabyś zostać chwilę.
+
+-- O! nie, nie -- odparła kobieta -- muszę wracać, aby podejrzeń
+nie ściągać...
+
+I zaczęła szybko nakładać żakiecik i resztę ubrania. On jej pomagał,
+szukając po całej pracowni porozrzucanych drobiazgów, które przed
+chwilą zrywali oboje drżącemi od namiętności rękami.
+
+Kapelusz zapadł gdzieś po za wielkie sztalugi, trzeba było go
+szukać... odsuwać draperye.
+
+Oczy ich spotkały się, ręce splotły w uścisku. Cała bezgraniczna,
+zmysłowa potęga zadrgała w tem jednem spojrzeniu. Gorąco aż biło od
+tych dwojga młodych ludzi, ukrytych w cieniu odosobnionej pracowni
+malarskiej na ustronnej ulicy.
+
+-- Kiedy cię zobaczę?... -- zapytał mężczyzna, cały drżący pod
+wpływem dotknięcia jej rąk rozpalonych.
+
+Ona wzruszyła ramionami.
+
+-- Niewiem kiedy się wyrwę, niełatwo mi to przychodzi...
+
+On wstrzymywał ją jeszcze, obejmując miłosną pieszczotą.
+
+-- O! ale... niedługo!
+
+Kobieta spojrzała mu znów w oczy.
+
+Zielone błyski strzeliły z pod jasnych rzęs.
+
+-- Szaleńcze! -- wyszeptała zdławionym od wzruszenia głosem -- czyż
+ja mogę istnieć, nie widząc cię dni kilka?...
+
+A do progu już zwrócona, dodała pieszczotliwie:
+
+-- Kochaj twoją... Żabusię!...
+
+Portyera zapadła, kobieta znikła, pozostawiając po sobie całą smugę
+płomiennej namiętności, drgającej w powietrzu.
+
+Mężczyzna postał chwilkę, uśmiechając się jakoś ironicznie.
+
+Poczem otrząsnął się, położył na otomanie i gwiżdżąc walca,
+zapalał zgasłego papierosa.
+
+ * * * * *
+
+Nabuchodonozor tęsknił bardzo do mamy. Tęsknił i Rak, tęsknili
+i rodzice, siedząc dokoła stołu, na którym nakrywano do herbaty.
+
+Na białym obrusie rozstawiono filiżanki a stary ojciec upominał
+pokojówkę:
+
+-- A uważaj, aby samowar gotował się dobrze, bo pani pewno
+zmarznięta powróci...
+
+A matka układała sucharki, chowając lepiej lukrowane na spód, aby
+tylko dla Żabusi się zostały.
+
+-- Zimno jest, gdzie też ona tak długo bawić może? -- wyrzekł
+wreszcie mąż.
+
+-- Wstąpiła pewnie do kościoła -- w adwent lubi przecież tam
+chodzić wieczorem -- odrzekła matka.
+
+-- Jeszcze się zaziębi.
+
+-- Bóg ją od złego uchroni!...
+
+Nastało milczenie.
+
+Tylko Nabuchodonozor podciągał noskiem, bo cierpiał katar okropny.
+
+Nagle drzwi się otwarły z trzaskiem.
+
+We drzwiach stanęła... Żabusia.
+
+Cała była jeszcze różowa, w oczach grały dogasające namiętne
+blaski.
+
+Wszyscy rzucili się do niej z krzykiem:
+
+-- Żabusia!...
+
+Ona witała kolejno każdego, rozsypując całusy jak grad cukierków.
+Opowiadała przytem wiele o zimnie i o modlących się ludziach po
+kościołach.
+
+-- Organy pięknie grają, świec masy płoną a Żabusia siedziała
+w kąciku a potem na spacer pięknie poszła...
+
+Zrzuciła żakiecik i przygładziła rozrzucone włosy.
+
+-- Herbatki! prędzej -- wołał ojciec.
+
+-- Ja naleję!... -- dodawała matka -- biedactwo przeziębło, gotowa
+zachorować...
+
+Ale Żabusia siedziała już na kolanach męża i śpiewała:
+
+ Jechał pan
+ Za nim chłop...
+
+Nabuchodonozor uszczęśliwiony, opierał swą główkę o suknię,
+patrząc w oczy matki, w której gasły kolejno zmysłowe ogniki.
+
+-- Masz dziesięć groszy -- wołała Żabusia, dając mężowi
+monetę -- idź, zabaw się ty teraz... biedny... Raku!
+
+
+
+
+II.
+
+=Koteczek.=
+
+
+-- Co chcesz do herbatki, koteczku?
+
+-- Cokolwiek!...
+
+-- Ale przecież!...
+
+-- Coś taniego!...
+
+-- Może szynki?...
+
+-- Hm!... zaraz trzeba brać pół funta.
+
+-- Poco?... dla mnie nie trzeba, ja mam jeszcze pieczeń z obiadu!
+
+-- Tak?... ale zawsze to już duży wydatek, nie! -- nie potrzeba.
+Zjem bułeczkę z masłem, mnie to wystarczy zupełnie. Zresztą,
+oszczędzać musimy, daleko jeszcze do końca miesiąca...
+
+Młoda kobieta spojrzała z uwielbieniem na męża.
+
+Jej koteczek byłby w stanie się zagłodzić z oszczędności, gdyby ona
+na to pozwoliła. Prawda, że pensyjka bardzo szczupła, gratyfikacyj
+niema podobno żadnych a procent z jej posagu zaledwie piąty...
+
+Przynajmniej tak koteczek powiada.
+
+A co kotuchno powie -- to święte. Żona ślepo ufać mężowi powinna.
+Tak ją od dziecka uczono.
+
+Tymczasem koteczek przeczytał „Kuryera” i, ziewając, powstał
+z krzesła.
+
+Był to wielki, rosły mężczyzna, szeroki w plecach, szeroki
+w karku, szeroki w czole. Zdrowie, siła biły aż odurzającym zapachem
+z tych wspaniale rozwiniętych członków dobrze odżywianego
+człowieka, twarz mieniła się niemal różową cerą. Jasne, delikatne
+włosy uczesane dość starannie, zakrywały niewielką łysinkę, usta
+foremnie wykrojone miały w sobie zmysłową wilgoć, jakby od świeżych
+jeszcze pocałunków, łub połykanych ostryg, oczy senne, o namiętnem
+przywarciu powiek, patrzyły z pod jasnych rzęs na wpół łagodnie, na
+wpół złośliwie.
+
+Ręka biała, zgrabna, o długich, kształtnych palcach, gładziła
+starannie uczesaną brodę, od której zdaleka rozchodziła się woń
+ateńskiej wody.
+
+Ubranie letnie, jasne, zdrowa cera, wreszcie cała postać
+wyprostowana, niezgarbiona, nieskurczona bynajmniej, nie miały cech
+charakteryzujących zwykłego biuralistę, spleśniałego w cuchnącej
+atmosferze wilgotnego biura.
+
+Koteczek był wprawdzie urzędnikiem, ale jednym z tych pomocników
+buchaltera, którzy po biurach kolejowych śpią na ceratowych
+kanapkach, lub zadają tłuste szarady do rozwiązywania swym kolegom,
+za co pobierają pensye a nawet i gratyfikacye.
+
+Dziś -- koteczek wrócił wcześniej trochę z biura, zjadł skromny
+obiadek, który sam zadysponował, ze smakiem, przespał się dwie
+godzinki wśród kościelnej ciszy na swej ulubionej sofie, a teraz,
+ubrawszy się, czytał „Kuryera” i czekał na herbatkę, którą mu
+żońcia poda.
+
+Później pójdzie przejść się trochę.
+
+Ona -- zostanie w domu -- jutro pranie, bieliznę policzyć trzeba
+-- wreszcie koteczek zwykle sam wychodzi.
+
+Żoncia zostaje, już się do tego przyzwyczaiła. Teraz do herbaty
+przygotowuje, chodząc jak cień w swych biednych przydeptanych
+pantofelkach, taka chuda, mizerna, znędzniała przed czasem. Ma
+zaledwie dwadzieścia pięć lat a trudno byłoby oznaczyć jej wiek,
+patrząc na zapadłe piersi, na żółte plamy do koła oczów, na nos
+wązki, wydłużony, na całą postać schyloną tem bolesnem pochyleniem,
+właściwem chronicznie cierpiącym kobietom, które zasypiają obłożone
+mokremi płatami, a melisę pochłaniają garncami prawie.
+
+I teraz, gdy zdejmuje z półek kredensowych filiżanki i wyciera je
+czyściuchną serwetką, krzywi się boleśnie, tłumiąc jęk, który jej
+się na usta wydobywa.
+
+Lekarz mówił, że cierpienie jej pochodzi głównie z braku sił
+i zalecił buliony, stare wino, surowe mięso... ba! nawet wyjazd do
+Krynicy... ale lekarzowi łatwo mówić. Zkądże ona wziąśćby mogła na
+takie zbytkowne rzeczy, ona, której koteczek z najwyższą trudnością
+zaledwie jest w stanie tę skromną kwotę co pierwszego, na
+utrzymanie domu wręczyć?...
+
+A potem, gdy zabraknie... a! niech Bóg zachowa! koteczek nie doda
+ani grosza, choćby głodem zamrzeć przyszło. Pójdzie na spacer bez
+obiadu, bez herbaty a nie doda nic, nawet z przyszłego miesiąca nie
+zaawansuje paru rubli...
+
+Zapewne nie może.
+
+Ona mu tego za złe niema. O! gdzieżby znowu. Gdyby miał, toby
+dał... Koteczek ma przecież anielskie serce... Niedawno kupił jej
+skórzaną broszeczkę za dwa złote; kiedyś znów pozwolił jej...
+natrzeć włosy wodą ateńską.
+
+O! gdyby on miał, dodałby jej nieraz do miesięcznej pensyi... raz
+nawet dał jej na to -- słowo honoru, choć ona bynajmniej nie żądała
+takiego dowodu, ona wierzy mu we wszystkiem.
+
+Tylko -- jakże to można pozwolić, aby koteczek -- jadł do herbaty
+samą bułeczkę?!...
+
+Trzeba posłać po szynkę koniecznie, choćby się miał rozgniewać,
+zresztą, ona wie, że koteczek pokrzepić się musi, wszak większe pół
+dnia w biurze pracuje!
+
+A, wiadomo, biuro strasznie zdrowie niszczy. Podobno nawet suchoty
+sprowadza...
+
+-- Nie!... Bóg by nie był tak nielitościwy i nie zabrałby jej
+koteczka -- nie nawiedziłby go tak strasznem cierpieniem.
+
+Tak! tak! trzeba, żeby się mężuś lepiej odżywiał, trzeba, po szynkę
+posłać koniecznie.
+
+Biegnie do komody, odsuwa szufladę, wyjmuje ostatniego rubla
+i chwilkę stoi zafrasowana. Cóż będzie z jutrzejszym obiadem?
+
+E! -- poradzi sobie, już wie w jaki sposób. I uśmiechnięta,
+pokasłując trochę, wychodzi do kuchni. Tymczasem, stojący przy
+oknie mężczyzna odwrócił się i skrzypiąc butami przeszedł przez
+pokój. Dobył z kieszonki od kamizelki kluczyk, otworzył małą szafkę
+i z pomiędzy porządnie poukładanego ubrania, wydostał niewielki
+pugilares. W pugilaresiku tym szeleściły banknoty. Otworzył go
+i śpiesznie przerachował. Było tam około pięćdziesięciu rubli.
+Pugilares schował do kieszeni, wyjął cieniuchną chusteczkę,
+z baletniczkami po rogach zamiast monogramu, zmienił szpilkę
+u krawata, poczem zamknąwszy szafkę podszedł do tualetki.
+
+Systematycznie zaczął czesać rzadkie włosy; przyciskając je lekko
+do różowej skóry, poczem wyjąwszy z szufladki puszkę z pudrem,
+pudrował się lekko, starannie ścierając veloutinę z brwi, rzęsów
+i wąsów. Puder osiadał na lekkim meszku pokrywającym policzki
+koteczka, tworząc w ten sposób na twarzy mężczyzny, jakby krepową
+zasłonę. Poczem, lekkim a wprawnym ruchem, koteczek przyczernił
+sobie brwi i rzęsy za pomocą ołówka i odsunąwszy się od lustra,
+począł rozmaite podbójcze miny próbować.
+
+Od kilku chwil otworzyły się cicho drzwi od kuchni i do pokoju
+wsunęła się żoncia.
+
+W ręce trzymała szynkę zawiniętą w papier, i w niemem uwielbieniu
+spojrzawszy na męża, stanęła, przyciskając szynkę do piersi.
+
+Wydawał się jej w tej chwili tak piękny, tak elegancki, tyle od
+niej wyższy i dystynkcyą i rozumem i pięknością -- że wciąż stała
+zapatrzona w swoje bóstwo, fryzujące sobie teraz wąsy maluchnem
+rozgrzanem żelazkiem.
+
+On, spojrzawszy przypadkowo na nią, dojrzał to uwielbienie malujące
+się w jej spłowiałych oczach.
+
+-- Hm, patrz! jakiego masz męża -- wyrzekł z zadowoleniem..
+
+Ona nie odpowiedziała nic.
+
+Uśmiechała się tylko, prostując się także, jakby z dumy... urosnąć
+chciała.
+
+-- Możesz mnie pocałować -- dodał z pobłażliwością -- ale tu
+w szyję... o!...
+
+Wyciągnął swą tłustą szyję dobrze zbudowanego blondyna i przymknął
+oczy z dobrotliwym uśmiechem.
+
+Ona -- zbliżyła się szybko, zmieszana, niezgrabna,
+nieprzyzwyczajona do częstych tego rodzaju pieszczot. Gdy znalazła
+się tuż przy nim, taka nędzna, mała, chuda, zmieszała się jeszcze
+więcej. W lustrze widziała odbicie postaci swej i stojącego wciąż
+z zamrużonemi oczami męża.
+
+Zawstydziła się samej siebie, swego wyniszczenia, swego skromnego
+szlafroka i stała niezdecydowana, cisnąc wciąż papier z szynką do
+zapadłej piersi.
+
+Lecz on zniecierpliwił się wreszcie.
+
+-- No, korzystaj, kiedy pozwalam...
+
+Podniosła się więc na palce i cała spłoniona, pocałowała go w klapę
+od jasnego żakietu, a silna woń white rose, wydzielająca się
+z ubrania męża, odurzyła ją do reszty.
+
+Jak pijana zwróciła się do stołu, na którym zaczęła ustawiać
+talerzyk i rozkładać na nim szynkę.
+
+Ręce jej drżały, widelca utrzymać nie mogła.
+
+Była w tej chwili bardzo szczęśliwa.
+
+Łzy jej oczy osłaniały mgłą wilgotną, serce biło w piersi bardzo
+żywo.
+
+Tymczasem koteczek nałożył w eleganckie etui całą masę papierosów
+i z małej doniczki niezapominajek, stojącej przed obrazkiem Matki
+Boskiej, uszczknął gałązkę.
+
+Gałązkę tę zatknął sobie w butonierkę i zasiadł do herbaty.
+
+Żona podała mu filiżankę i nasmarowaną bułeczkę. Poczem, jeszcze
+cała zmieszana, z uśmiechem na pobladłych wargach, podsunęła mu
+talerzyk z szynką.
+
+On -- ze zdziwieniem poruszył umalowanymi brwiami.
+
+-- Szynka? -- zapytał.
+
+-- Tak, kotku -- proszę cię, jedz! -- odpowiedziała nieśmiało.
+
+-- Zbytki! zbytki!... -- dodał, biorąc na talerz największy różowy
+płatek -- ale pamiętaj! gdy zabraknie -- nie dodam ani grosza!...
+ani grosza!...
+
+Lecz ona zaprotestowała.
+
+-- Nie bój się, wystarczy!... jedz tylko!... proszę cię!
+
+Krzątała się koło niego, podsuwając mu cukier, masło, śmietankę.
+
+On -- nawet nie zważał na tę usłużność, snać przyzwyczajony do tej
+troskliwości i niewolniczej czci, jaką go zwykle otaczała.
+
+Jadł powoli -- nie śpiesząc się, odsuwając zdaleka talerz --
+z gracyą i manierami aktorki, o której gazety piszą ciągle, że jest
+„dystyngowana”. Wreszcie zapytał, nie podnosząc głowy:
+
+-- A ty?
+
+-- O! ja mam co innego -- odpowiedziała kobieta.
+
+Nastała znów chwila milczenia.
+
+Jakże chętnie pragnęła żoncia -- zacząć jakąś dłuższą z swym
+koteczkiem rozmowę.
+
+Lecz o czem? -- o czem ona mówić mogła, pogrążona cała w drobnych
+kłopotach swego nędznego gospodarstwa, pomiędzy imbrykiem melisy
+a wiązką rzodkiewki. Instynktem zgadywała, że podobne przedmioty nie
+są odpowiednie dla jej eleganckiego koteczka, który w tej chwili
+tak delikatnie, tak ślicznie mieszał łyżeczką herbatę...
+
+I w głowie tej kobiety powstała myśl bardzo zuchwała.
+
+Gdyby tak koteczek zechciał dziś cały wieczór poświęcić dla niej,
+dla niej wyłącznie -- pozostać w domu!
+
+Gorąco jej bije do głowy na samą tę myśl... Jakże to byłby miły dla
+niej wieczór! jakże jej szczęście byłoby zupełne!...
+
+Ma wprawdzie liczyć brudną bieliznę -- ale może to odłożyć do
+jutra...
+
+Siedzi więc pochylona nad swoją filiżanką i w biednej głowie szuka
+zawzięcie sposobu, aby stać się miłą, rozmowną.
+
+Wzrok jej pada na leżący na ziemi Kuryerek.
+
+-- Co tam w Kuryerku -- zapytuje niepewnym głosem.
+
+-- Przeczytasz sama -- odpowiada mąż.
+
+I znów nastaje milczenie.
+
+Kobieta prawie rozpaczliwie wodzi wzrokiem dokoła.
+
+Tak mają mało spójni moralnej, że wszystkie jej wysiłki pozostają
+bez skutku. Wreszcie on wstaje, ociera starannie wąsy i raz jeszcze
+podchodzi do lustra.
+
+Ona wie dobrze, co to znaczy.
+
+Za chwilę koteczek wyjdzie a ona, ona, zostanie sama! na cały
+wieczór, na długi, smutny wieczór!
+
+Zapewne -- jest do tego przyzwyczajona. Ale dziś szczególnie jej
+smutno. Wszak to dziś rocznica ich ślubu...
+
+On o tem zapomniał zupełnie...
+
+Lecz ona niezapomniała i chce mu to powiedzieć, wszak dzień taki to
+prawie uroczyste święto... Lecz on wziął już kapelusz i elegancką
+laseczkę, teraz naciąga rękawiczki, pogwizdując lekko. Żona zbliża
+się ku niemu, przełykając z trudnością ślinę.
+
+-- Wychodzisz -- pyta, patrząc mu błagalnie w oczy, jak pies świeżo
+obity.
+
+-- Naturalnie!...
+
+Ona przestępuje z nogi na nogę, ręce jej machinalnie wyciągają
+bryty szlafroka.
+
+-- Zostań w domu! -- prosi cichutko.
+
+On odwraca ze zdziwieniem głowę:
+
+-- Poco?
+
+Tem jednem pytaniem przybija ją do miejsca.
+
+Tak! -- prawda! -- poco?
+
+Taki strojny, mądry, piękny mężczyzna, ma siedzieć w tych trzech
+klatkach, których okna wychodzą na odludną ulicę...
+
+Ona -- ach! ona to co innego!
+
+Pragnie go jednak zatrzymać choćby chwilkę jeszcze.
+
+-- A... co chcesz jutro na obiad? -- pyta śpiesznie, wciskając
+głowę pomiędzy ramiona.
+
+-- A!... co chcesz, byle tanie -- odpowiada koteczek, otwierając
+drzwi do przedpokoju -- najlepiej barszczyk, bo może późno wrócę...
+
+Ona już nic nie odpowiada, tylko stoi na środku pokoju, smutna,
+zgnębiona -- ujawniając w ostatnich blaskach zachodzącego słońca
+swą nędzę opuszczonej i oszukiwanej kobiety.
+
+Nagle -- porywa się i biegnie do okna.
+
+On -- będzie przechodził przez dziedziniec, zobaczy go jeszcze,
+może się uśmiechnie do niej, głowę odwróci...
+
+-- Nie!
+
+Przeszedł przez dziedziniec, pewnym i śmiałym krokiem, wywijając
+laseczką i pogwizdując lekko.
+
+Dwie dziewczyny stojące koło pompy, obejrzały się za nim ze
+znaczącym uśmiechem. Zniknął w ciemnej bramie, nie myśląc wcale
+o tem, że na drugiem piętrze z po za białych, pocerowanych firanek
+śledzą go oczy pełne łez i miłości, biedne oczy schorowanej kobiety
+a zżółkłe i spieczone usta, szepczą z dumą i niewysłowionem
+uczuciem:
+
+-- Koteczek! koteczek!
+
+ * * * * *
+
+Siedziała tak w oknie z pół godziny. Była to jedyna chwila dnia,
+w której oddawała się próżnowaniu.
+
+Wciągała zgniłe powietrze podwórka pełnemi piersiami i wpatrywała
+się w szmat nieba, który zarysowywał się ostro pomiędzy szczytami
+dachów.
+
+W trakcie robiła myślą rachunek wydatków dnia całego i układała
+budżet na dzień następny.
+
+A wszystkie jej myśli kręciły się tylko około jednego punktu.
+
+Punktem tym był naturalnie... koteczek.
+
+Od pierwszej chwili poznania, rosły ten blondyn zaimponował jej
+i oczarował jej dziewiczą istotę.
+
+Gdy się oświadczył o nią a właściwie o jej skromny posażek, nie
+mogła szczęściu swemu dać wiary.
+
+Gdy odchodziła od ołtarza, już patrzyła na niego tym pokornym,
+błagającym wzrokiem jak pies, którego po raz pierwszy na łańcuchu
+prowadzą.
+
+Oddała mu się z pokorą i wdzięcznością, kryjąc rumieniec w dłoniach
+i szepcząc. „Kto się w opiekę”.
+
+On -- wspaniale, jak dobry książę z bajki, przyjął klejnot jej
+dziewictwa i pięć tysięcy rubli, które jako sierota złożone miała
+w kasie oszczędności.
+
+Od tej chwili Józia o pieniądzach tych nie wiedziała nic.
+
+Należały do niego, rozporządzał niemi według upodobania.
+
+Ona, welon oblubienicy zamieniła na fartuch ceratowy i rozpoczęła
+swą domową krzątaninę. Powoli on oddalał się coraz więcej z domu --
+wracał późno w noc, często podpity, włócząc na drugi dzień po
+kątach mieszkania ten „Katzenjammer”, w zamiejskich knajpach
+nabyty. Ona -- kochała go ciągle, tem psiem przywiązaniem kobiety,
+dla której pierwszy mężczyzna chwytający ją w objęcia jest zarazem
+jedynym przedmiotem uwielbienia.
+
+Koteczek nie miał błędów, koteczek był najlepszym, najmilszym,
+najpiękniejszym... Dzień, w którym koteczek kładł nowy garnitur,
+był dniem prawdziwego święta.
+
+Wzruszona, zarumieniona, drżąca, okrążała go w kółko, patrząc na
+niego z podziwem. Jakże piękny! jak zgrabny był jej koteczek! Ona
+sama, mój Boże!... ona nie potrzebowała się stroić. Ot byle co na
+siebie włożyć. Zresztą, nigdzie przecież nie wychodziła
+z koteczkiem nigdy -- gdzież znowu!... Zawsze jej coś do stroju
+brakowało. To kapelusza, to bucika, to znów rękawiczki. I tak dzień
+za dniem schodził. Zresztą, nie miała czasu, ani zdrowia. Ciągle
+stękała, chorując już od lat czterech, zaraz po urodzeniu nieżywej
+dziewczynki. Doktór mówił, że to anemia, ale ona nawet w części nie
+powiedziała doktorowi, co i gdzie ją boli. Poco? -- lekarstwa
+drogie a ledwo koniec z końcem ściągnąć można...
+
+Wprawdzie koteczek jest niewybredny, je, co mu podadzą -- nawet ją
+samą do oszczędności zachęca.
+
+Ona nieraz dziwi się, jak mało jada w domu ten rosły, wielki
+mężczyzna i frasuje się, że widocznie jadło mu nie smakuje.
+
+Mój Boże! robi co można przecież. Ona i sługa jadają
+„plecówkę”, dla koteczka bierze się na rosół pierwsza
+krzyżowa, masło także kupuje dla niego osobno...
+
+Mimo to, on je tak mało!
+
+Byleby nie zachorował z tego braku apetytu... jutro trzeba upiec
+parę kurczątek i zrobić trochę sałaty...
+
+Ostatni rubel wprawdzie wyszedł, ale Józia ma jeszcze dwa
+pierścioneczki z pozostałych po rodzicach drobiazgów.
+
+Zastawi je u znajomej fanciarki i dociągnie w ten sposób do końca
+miesiąca.
+
+Mój Boże!... ile tam już rzeczy Józi spoczywa u tej fanciarki!...
+i srebrne łyżeczki, i bransoletki po matce, i medalion z perełką,
+ba, nawet medal od chrztu i srebrna maluchna portmonetka, złoty
+zegarek! łańcuszek! wszystko! Wszystko wyniosła tak wieczorami,
+gdyż mąż wyszedł z domu „przejść się trochę” -- jak mówił,
+a wracał późno w noc, gwiżdżąc i śpiewając jakieś nieznane Józi
+piosenki.
+
+Z początku przykro jej było rozstawać się z temi drobiazgami,
+później oswoiła się z tą myślą.
+
+-- Wszak to dla... koteczka.
+
+Kochała go bardzo, bardzo, miłością schorowanej i zamkniętej
+w domu kobiety. Gdy słyszała jego kroki na schodach, serce jej biło
+bardzo silnie -- w nocy, nie kładła się nigdy, dopóki nie wrócił.
+Rozbierała się wprawdzie, ale bosa i w koszuli siedziała na oknie,
+patrząc w ciemną jamę bramy, czy nie dojrzy wysuwającej się
+z ciemności eleganckiej postaci męża. Gdy nie powracał długo,
+z najwyższym niepokojem śledziła godziny i przyciskając ręce do
+piersi, szeptała:
+
+-- Boże mój! niech on już wróci!...
+
+Zdawaćby się mogło, że to namiętna kochanka oczekuje swego
+wybranego na pierwszą schadzkę miłosną -- a jednak!... jakże
+dalekie od namiętności było uczucie kładące w spieczone od gorączki
+wargi tej kobiety modlitwę szczerą, prawie dziecięcą.
+
+-- Niech... koteczek wróci!...
+
+A przecież ten powrót koteczka nie dawał jej żadnej pieszczoty
+miłosnej, żadnej chwili tej rozpaczliwej rozkoszy, która jęk prawie
+z piersi kobiety wydziera.
+
+Koteczek wchodził wolno, systematycznie, nakręcał zegarek, zapalał
+papierosa, zmieniał obuwie, wystawiając je za drzwi pokoiku,
+wyciągał z krawata elegancką szpilkę i chował ją w étui.
+
+Wszystko to robił z właściwą sobie gracyą, nie spojrzawszy nawet na
+żonę, która z po za przymkniętych powiek śledziła jego czynności,
+cała w ciągłem wyczekiwaniu jakiegoś dobrego słowa, przyjaznego
+spojrzenia ze strony męża. Nic -- nic!
+
+Koteczek zasypiał, uśmiechając się do wrażeń w ciągu wieczora
+otrzymanych, do jakichś wspomnień... na myśl których -- przeciągał
+się rozkosznie.
+
+Ona śledziła go ciągle, śledziła uważnie.
+
+Słabe światełko lampki płonącej przed Matką Boską oświecało
+w zupełności różową twarz mężczyzny, lubieżny wyraz ust, tęgą
+szyję wychylającą się z pod ukraińskich haftów nocnej koszuli.
+
+Instynkt samicy ostrzegał ją, że nie o niej, nie o jej uległości
+i zżółkłej twarzy myśli w tej chwili ten człowiek.
+
+Lecz tak wierzyła mu, tak bardzo ufała w jego „małżeńską
+uczciwość”, że myśl zdrady nie postała nigdy w jej głowie.
+
+Myśli pewnie o gratyfikacyi a może... może o niej!
+
+Wszak wczoraj jeszcze, wychodząc, powiedział:
+
+-- Dla kogóż się zapracowuję, jeśli nie dla ciebie? -- Biedny!
+drogi koteczek!...
+
+Ach! ona by życie swoje dla niego oddała!
+
+I leżała tak cicho, nieśmiejąc się poruszyć, drętwiejąc w jednej
+pozycyi, aby nie zbudzić koteczka, który w tej chwili uśmiechał się
+tak, jak tylko nasyceni mężczyźni uśmiechać się umieją.
+
+ * * * * *
+
+Kareta ruszyła wreszcie z miejsca.
+
+Lecz pani Lena była dnia tego w złym humorze.
+
+Napróżno siedzący obok niej mężczyzna uśmiechał się i usiłował
+umieścić dogodnie jej kapelusz, cały z pąsowego tiulu, istne
+pieścidełko wydmuchane z purpurowego obłoczka. Napróżno, zdjąwszy
+jej rękawiczki, zwijał je starannie i wsuwał pomiędzy poduszki
+powozu, napróżno chwalił jej nowy dolman, na który wyszło z pięćset
+łokci koronki, ona siedziała ciągle chmurna, z brwiami
+ściągniętemi, z twarzą gniewnie wykrzywioną.
+
+-- Dlaczego tak późno przyjechałeś? -- zapytała wreszcie, zwracając
+się twarzą do swego towarzysza.
+
+-- Nie mogłem! wierz mi! -- tłomaczył się mężczyzna.
+
+-- Dlaczego?
+
+-- Bo!... bo!... mieliśmy gości!... -- odparł, udając nonszalancyę
+i oglądając sobie paznogcie.
+
+Znać było że blaguje, lecz ona nie poznała się na tem.
+
+-- Kto był? -- nalegała już trochę udobruchana -- kobiety?
+
+-- O, zaledwie kilka! kuzynka Eszerghazy z córką -- wiesz... ta
+hrabina!
+
+Ona potwierdziła śpiesznie.
+
+-- Tak! tak! mówiłeś mi już o niej, a z mężczyzn?
+
+-- Zwykli goście czwartkowi.
+
+-- Więc to jour fixe?
+
+-- Tak!... five o clook thea.
+
+Rzucił wyraz angielski, posłyszany kiedyś ze sceny, w teatrze --
+który zapamiętał i używał w razie potrzeby, co nigdy nie chybiało
+efektu. I teraz dosięgnął celu.
+
+Kobieta siedząca obok niego zdawała się na chwilę przybita
+posłyszanem słowem.
+
+Lecz prędko odzyskała równowagę.
+
+-- Nie wiem czy to wygodne -- wyrzekła -- wolę już urządzać
+„receptions matinales”...
+
+Spojrzała na niego tryumfująco.
+
+On wzruszył ramionami.
+
+-- Zapewne, lecz już cały dzień jest zderanżowany...
+
+Pochylił się teraz po nad podbitą już kobietą.
+
+-- No, cóż?... darujesz mi to opóźnienie? -- szeptał miękim
+głosem -- wierz mi, tylko obowiązki światowe mogły powstrzymać
+twego koteczka, wierzysz mi? no... Leno!...
+
+I objął ją ostrożnie, cofając się w tył, gdyż kareta skręcała
+w ciaśniejszą ulicę a na chodnikach kręciło się sporo przechodniów.
+
+Lena potrząsnęła wspaniałomyślnie głową. Dobrze! -- przebacza mu,
+ale pod warunkiem, że to będzie raz ostatni... zapewne nie wie, że
+i ona ma obowiązki światowe, które trzymają ją poniekąd na uwięzi;
+jeśli on ma żonę prowadzącą dom otwarty, ona -- nawzajem ma męża,
+który od niej pewnych ustępstw światowych wymaga, a przecież...
+
+On przyznaje jej racyę, cały rozpłomieniony tak blizką obecnością
+tej kobiety, której pełny gors i błyszczące oczy działają na niego,
+jak rozpalający trunek -- ostrożnie, delikatnie, szuka jej ręki
+w całych falach koronek i rękę tę znalazłszy całuje długo,
+wysysając paluszki o krogulczo zagiętych paznogciach...
+
+Ona poddaje się tej pieszczocie, jak kobieta przyzwyczajona do
+podobnego rodzaju objawów powstrzymywanej namiętności -- drugą ręką
+zasłania tylko twarz, gdy kareta nadto się zbliży do chodników.
+
+Czyni to z wprawą wielką, w ogóle czuje się zupełnie swobodnie
+w tej ciasnej atmosferze powozu, w której cudzołożne szepty, śmiechy,
+pocałunki zdają się drzemać wśród zagięć zniszczonego sukna
+okrywającego poduszki.
+
+-- Gdzie dziś pojedziemy? -- pyta koteczek.
+
+-- Gdzie chcesz... -- odpowiada Lena -- byle nie do Marcelina...
+
+-- Masz racyę, kuchnia tam wcale nieszczególna...
+
+-- O, tak! bordeaux niepodobne do picia...
+
+I znów zaczyna grać ze sobą komedyę, tych dwoje ludzi, którzy się
+poznali pod cieniem drzew Saskiego ogrodu i nic prawie nie
+wiedzieli o sobie ani o swej pozycyi socyalnej.
+
+Ona -- miała w sobie przewrotnie popsutą krew semitki, wiecznie
+niezadowolonej ze swego otoczenia, obnoszącej w czarnych oczach
+i pełnych kształtach trzydziestoletniej kobiety -- chęć nieprawych
+rozkoszy i zakazanych wycieczek. Pozowała jednak przed nim na
+„damę” -- wykwintną i wytworną -- pragnęła mu imponować koronkami
+wziętemi na kredyt i francuzczyzną zapożyczoną z „Rozmówek” pani
+Bocquel.
+
+On -- dokładał wszelkich usiłowań, aby ujść w oczach tej wykwintnej
+damy za człowieka bogatego, prowadzącego dom na wielką skalę.
+Olśniewał ją szpilkami u krawatów, opoponaxem, jasnemi garniturami
+i znajomością gabinetów restauracyjnych, po których włóczyli się
+często, siedząc do późnej nocy i rozstając się pełni niesmaku
+i chęci ponownego zejścia się, aby nawzajem udawać przed sobą
+wytworne maniery i... namiętne porywy.
+
+Kareta wjechała teraz w ulicę Mokotowską i powoli skręcała na lewo.
+
+Wozy z beczkami zastąpiły jej drogę, woźnica wstrzymał konie na
+chwilę.
+
+Koteczek wychylił głowę.
+
+-- Cóż tam? dlaczego stajesz?
+
+Nagle cofnął się w głąb powozu.
+
+Towarzyszka mimowoli spojrzała w otwarte okienko.
+
+Na chodniku pomiędzy gromadką bosych dzieci czekających na
+opróżnienie ulicy, stała ciemno, ubogo ubrana kobieta w zniszczonym
+kapelusiku na pochylonej głowie.
+
+W tej chwili kobieta ta z wyrazem zdumienia na pożółkłej twarzy
+wpatrywała się w okienko karety, a z nawpół otwartych ust zdawał
+się ulatywać jakiś głos stłumiony.
+
+Pani Lena odwróciła się i spytała szybko:
+
+-- Patrz!... ta kobieta dziwnie tu spogląda, czy może znasz ją?
+
+Lecz mężczyzna nie ruszył się nawet, przytulony do kąta karety,
+nikczemny, nędzny w tej trwodze, jaka zwykle ogarnia każdego z nich
+na widok zdradzanej kobiety.
+
+-- Siedź spokojnie! -- wyrzekł -- to... szwaczka mojej żony!...
+
+Kareta ruszyła wreszcie z miejsca, obryzgując błotem stojącą wciąż
+na chodniku kobietę.
+
+Ona patrzyła jeszcze długą chwilę, zdumiona, przerażona --
+powtarzając cichutko:
+
+-- Koteczek? koteczek?
+
+ * * * * *
+
+Lampka przed Matką Boską dopalała się prawie, a nikt nie myślał
+o dolaniu oliwy.
+
+Cicho było bardzo w sypialnym pokoiku. Obadwa łóżka małżeńskie były
+próżne, choć już druga wybiła na kuchennym zegarze.
+
+Józia, bosa i w koszuli, siedziała skulona na oknie, czekając na
+powrót męża.
+
+Była bardzo wzburzona, niespokojna, smutna. Wszakże to wracając od
+fanciarki dostrzegła w karecie obok jakiejś ładnej kobiety
+mężczyznę -- tak bardzo podobnego do koteczka!
+
+Lecz cóżby jej koteczek robił w karecie, o tej porze, i to jeszcze
+z jakąś damą?... A może to dyrektorowa biura spotkała go i wzięła
+na przechadzkę...
+
+Szukała teraz w swej biednej głowie rozmaitych kombinacyj,
+potykając się co chwila o jakąś myśl zbyt trudną...
+
+Nie -- stanowczo, zrozumieć tego nie mogła.
+
+By mąż ją zdradzał -- nie przyszło jej nawet przez głowę, jej
+koteczek, zkądże znowu?
+
+Zanadto czystą, niewinną była w swym zastoju moralnym;
+zdradzać? -- tak!... tak! to istnieje w książkach, na
+scenie -- ale w życiu!...
+
+Gdy wróciła od fanciarki, policzyła bieliznę, pocerowała skarpetki,
+zrobiła rachunek ze służącą, zadysponowała obiad, a teraz,
+posławszy łóżka, usiadła w oknie, czekając na męża.
+
+Noc zapadła, noc ciemna, wietrzna, chłodna. Z zacienionego
+dziedzińca, po zamknięciu bramy, wzbił się w górę silny zaduch
+wylewanych przez dzień cały nieczystości.
+
+Ona -- otworzyła lufcik i przechyliła swą biedną, znękaną głowę.
+Smrodliwe powietrze owiało ją. Ona -- nie czuła tego zaduchu,
+przyzwyczajona do tej atmosfery, którą wciągała w siebie nocami
+całemi. Przechyliła głowę i patrzyła wciąż w czarną przepaść
+podwórka.
+
+Czekała.
+
+Lecz on nie powracał, rozkoszując się w tej chwili wonią
+rozkwitłego bzu w podmiejskim ogrodzie i ciepłemi wargami kochanki,
+z których zbierał krople wina i słodycz kompotowego syropu.
+
+Siedzącej w lufciku kobiecie wiatr rozwiewał rzadkie włosy i ziębił
+plecy. Ona -- skurczyła się jeszcze bardziej, podsuwając pod siebie
+chude, zżółkłe nogi.
+
+Jeść się jej chciało, obejrzała się na kredensową szafkę
+majaczącą w półcieniu. Była tam wprawdzie pieczeń pozostała
+z obiadu, ale koteczek dysponował barszczyk na jutrzejszy obiad,
+z pieczeni będą uszka... nie można więc poruszyć, nie można!...
+
+Józia zwinęła się teraz prawie w kłębek i głowę smutnie zwiesiła.
+
+Jakoś jej tak smutno! tak bardzo, bardzo smutno, jak nigdy nie
+było!
+
+Dlaczego?
+
+Wszak on wraca tak codziennie, wraca późno a ona czeka nań i zimą
+i latem skurczona przy szybie, pełna niewytłomaczonej chęci ujrzenia
+go powracającego.
+
+Zegary miejskie biją w pół do trzeciej.
+
+Na twarzy Józi płyną dwie wielkie, gorące łzy -- zamiast serca,
+czuje że jej się otwiera rana... rana ta piecze, boli, pali jakby
+zarzewie... A wynędzniałe usta szepczą:
+
+-- Boże!... niech koteczek wróci!...
+
+Jej koteczek.
+
+
+
+
+III.
+
+=Kozioł ofiarny.=
+
+
+Pan Wentzel zmarszczył brwi i położył kanciastą linię obok siebie.
+
+-- Proszę o spokój! -- wyrzekł ochrypłym głosem.
+
+-- Oko brandeburskie! -- odpowiedział natychmiast Julusiek.
+
+-- Z perską źrenicą! -- dorzucił Maryan, pakując ręce w kieszenie
+od spodni.
+
+Pan Wentzel podniósł swą spiczastą głowę, pokrytą najeżonym włosem
+i spojrzał na porozkładane na krzesłach dzieci.
+
+-- Proszę o spokój! -- powtórzył a wargi wybladłych ust drżały mu
+jak w febrze.
+
+-- Patrzcie!... panu „Wentzlemu” spuchła z lewej strony
+twarz -- zawołał Julusiek, mrużąc powieki.
+
+-- To od tych papierosów, które pokryjemu pali a nam nawet
+zaciągnąć się nie da -- odparł flegmatycznie Maryan, obserwując
+z ironią wychudłe policzki nauczyciela.
+
+Panu Wentzlowi krew uderzyła do głowy.
+
+-- Nie palę papierosów -- wyrzekł energicznie -- nie wmawiajcie we
+mnie złych czynów, które sami spełniacie.
+
+Julusiek wzruszył ramionami. Maryan wpakował ręce jeszcze głębiej
+w kieszenie.
+
+-- Nie palisz pan? -- zapytał, wydymając czerwone i pełne
+policzki -- phi!... to taka prawda, jak to, że pan atramentem
+dziur w butach sobie nie czernisz... Zaprzecz pan temu!
+
+-- Zaprzecz pan temu! -- zaskrzeczał jak mały psiak Julusiek
+i w ekstazie tryumfu usiadł na stole, gdy tymczasem Maryan wciąż
+kołysał się na krześle, patrząc z pod oka na nauczyciela.
+
+Pan Wentzel był przybity.
+
+Rzeczywiście, nie dalej jak wczoraj, smarował rano bielące się
+wśród czarnej skóry butów skarpetki... smarował atramentem, aby nie
+przeświecały zanadto, gdy wejdzie do sali jadalnej lub salonu.
+
+Milcząc, ujął w rękę jedną z ciemno oprawnych książek, których
+stosy leżały na stole.
+
+-- Zacznijmy wykłady od „Historyi świętej” -- wyrzekł cichym
+głosem.
+
+Lecz Julusiek pragnął nasycić się swym tryumfem i cały wlazł na
+stół, strącając zabłoconemi nogami książki i zeszyty na ziemię.
+
+-- Wziąłeś pan patyk... o! taki... umaczałeś pan w atramencie
+i smarowałeś pan buty...
+
+Pan Wentzel pobladł jeszcze bardziej.
+
+-- Proszę zleźć ze stołu i usiąść przyzwoicie, inaczej przerwę
+lekcyę...
+
+-- Wielka będzie szkoda... -- mruknął Maryan.
+
+Julusiek odsunął się trochę i podwinął nogi pod siebie.
+
+-- Jedź pan -- wyrzekł -- mnie to nie przeszkadza, ja i tak mogę
+pańskiego bajdurzenia słuchać.
+
+Pan Wentzel otworzył książkę i powoli zaczął przewracać kartki
+ozdobione rycinami.
+
+-- Skończyliśmy na Samsonie i ucięciu włosów -- zaczął połykając
+ślinę -- wiecie, że uczyniła to Dalila i...
+
+Na twarzach chłopców pojawił się dziwny wyraz.
+
+-- Musiała to być szykowna kobieta -- mruknął Julusiek, uśmiechając
+się rozkosznie. -- Prawda, Maryan?
+
+Lecz Maryan zwrócił się teraz ku panu Wentzlowi i patrząc wprost na
+twarz nauczyciela zapytał:
+
+-- Jak pan sądzi? brunetka była? co?...
+
+-- Nie wiem! -- odparł nauczyciel.
+
+-- Daj pokój, Maryanie! -- wrzasnął Julusiek -- albo on się zna na
+tem.
+
+-- Hm!... -- odrzekł Maryan -- jest przecież mężczyzną.
+
+-- E! taki tam! -- Boże się zmiłuj!....
+
+Pan Wentzel zerwał się z miejsca.
+
+-- Cicho! -- krzyknął, uderzając książką o stół -- cicho!... bo....
+
+Głos mu uwiązł w gardle.
+
+Maryan i Julusiek, mrużąc oczy, przypatrywali mu się impertynencko.
+
+Tyle ironii mieściło się w wyrazie twarzy tych przedwcześnie
+rozwiniętych dzieci że nauczyciel najczęściej czuł swą sztuczną
+energię jakby zmrożoną i w głębi serca doznawał dziwnego
+ściśnienia, które mu dotkliwy ból sprawiało. Czuł swą bezsilność
+i milknął, połykając łzy i upokorzenie.
+
+Tych dwóch malców w kraciastych kurtkach, nie dorastających mu do
+pasa, tyranizowało go i kark mu do ziemi chyliło.
+
+Cóż począć miał?
+
+Podszedł do okna i machinalnie otworzył lufcik. Świeże, wiosenne
+powietrze wpłynęło nagle do pokoju...
+
+Wentzel cofnął się od okna, jakby nagle upojony.
+
+Przymknął oczy i stał tak blady, nędzny w smudze świetlanej, która
+kładła żółte i białe tony na twarz jego znędzniałą.
+
+-- Moźebyś pan kończył lekcyę!... -- odezwał się nagle Maryan,
+znudzony milczeniem nauczyciela.
+
+-- To się wie -- dorzucił Julusiek -- pan zbijasz bąki jak jaki
+radca. Nic pan w lufciku nie wystoisz! Jeszcze panu oko spuchnie!
+
+Pan Wentzel powoli odwrócił się i zbliżył do stołu. Na twarzy jego
+malowała się smutna rezygnacya. Usiadł na krześle i unikając
+spojrzenia w twarze chłopców, rozpoczął wykład:
+
+-- Wiecie, że Samson był bardzo silny, wiecie, że gdy oparł się
+o kolumny świątyni, ramionami wstrząsnął, kolumny w gruzy się
+rozsypały i dach cały runął....
+
+-- Albo to prawda -- przerwał Julusiek, uśmiechając się
+sceptycznie.
+
+Maryan poprzestał na ironicznem wzruszeniu ramionami.
+
+Pan Wentzel ciągnął dalej:
+
+-- Dach cały runął, przygniatając zgromadzone tłumy. W ten sposób
+więc nieprzyjaciele Samsona...
+
+-- E! to taka prawda jak to, że Ewa jabłko zjadła... -- przerwał
+znów Julusiek.
+
+-- Pokonani zostali... -- brzmiał głos nauczyciela.
+
+Teraz Maryan poruszył się na krześle.
+
+-- A Adam ogryzkiem się udławił.... -- wyrzekł śpiewającym głosem.
+
+I gdyby nie Dalila, która...
+
+Lecz już słowa pana Wentzla brzmiały jedynie chyba dla niego
+samego. Dzieci podbudzone w swej przekornej wesołości, jak piłkę
+odrzucały sobie wzajemnie, legendy podawane im przez nauczycieli za
+fakta. Dla nich, dla tych rozbudzonych przedwcześnie umysłów nie
+istniał już żaden urok naiwnej wiary -- ze śmiechem i drwinami
+szarpali treść Pisma, nie mogąc jeszcze zrozumieć przenośni.
+
+Pod gradem tych słów wyziewanych przez drobne dziecięce usta, które
+zda się stworzone były do szeptania modlitwy -- pan Wentzel
+siedział przybity, bezsilny -- z głową na piersi zwieszoną.
+Codziennie powtarzało się to samo.
+
+Codziennie nauczyciel i jego słowa były przedmiotem szyderstw,
+żartów i śmiechu.
+
+Julusiek leżał teraz już na stole, wywijając z radości nogami,
+Maryan napawał się spokojnym tryumfem i pełen nieopisanej błogości
+wydymał usta do niebywałych rozmiarów.
+
+-- Jak tam było z tym Noem? Opowiedz pan, panie Wentzel!
+
+-- Albo z tym Dawidem!
+
+-- A Zuzanna? co?...
+
+Płomienie przebiegły zmysłową twarz Maryana.
+
+-- Tak! tak!... Zuzanna!... to pyszny kawał!...
+
+I nagle, ni ztąd ni zowąd, rozlega się z piersi dzieci wrzaskliwy
+śpiew:
+
+ „Hopsztynder!.. Madaliński
+ Fiuta!... Z kopyta!...
+ Szara ciuch, ciuch! tańczy sobie
+ Z Barabaszem mazura!...”
+
+-- Proszę o spokój!... -- jęczy błagalnie pan Wentzel.
+
+ „Hej kolęda!... kolęda!...
+ Podobał się Jewie! jeździ na cholewie
+ A boso go znać!... znać!... znać!...”
+
+Pan Wentzel głowę ukrył w dłonie.
+
+ „A boso go znać!...”
+
+Lecz nagle drzwi się otwierają, i dwie postacie kobiece ukazują się
+w progu.
+
+-- Co się to dzieje? -- pyta pani domu, chuda, płaska
+blondynka -- nosząca na schylonych ramionach fałdziste
+szaty wdowie.
+
+-- C'est atroce! -- odzywa się druga, odpinająca żwawo guziki
+zniszczonego płaszczyka.
+
+-- Panie Wentzel, jak pan możesz pozwolić na coś podobnego?!
+
+Pan Wentzel powstał już z krzesła i w milczeniu układa książki
+i zeszyty. Czuje, że wszystko, co powie na swoje usprawiedliwienie,
+na nic się nie przyda.
+
+W przekonaniu matki -- „dzieci” są trochę rozpuszczone... ale
+ostatecznie można na nich lekarstwo znaleźć i do posłuszeństwa
+doprowadzić.
+
+Wprawdzie ona sama nigdy dokazać tej sztuki nie mogła, ale...
+przecież... pan Wentzel jest mężczyzną! Powinien umieć nakazać
+szacunek dla swoich słów i osoby.
+
+Więc -- słodko-kwaśnym głosem mówi to wszystko a słowa jej jak
+uderzenia bicza smagają zbolałą głowę nauczyciela.
+
+Tak! tak!... pani ma zapewne racyę -- każdy inny na jego miejscu
+poradziłby sobie z pewnością, tylko on! on! nie wie, nie umie
+poskromić swych uczniów, nakazać ciszę i potrzebny spokój.
+
+-- Uważasz pan... -- ciągnie dalej pani Szymczyńska a głos jej
+płynie łagodnie, jak szmer strumyka -- Julusiek i Maryan są dzieci
+wyjątkowe, należy więc z niemi postępować w wyjątkowy sposób.
+Tymczasem pan!
+
+Wyjątkowe dzieci z niezrównaną ironią spoglądają na pana Wentzla,
+który zmieszany, drżący, spłoniony -- szorując nogami po podłodze,
+ustępuje przy stole miejsca guwernantce, która, wytarty płaszczyk
+ostrożnie na łóżku Julusia złożywszy, przystępuje do krzesła
+z bardzo wojowniczą miną.
+
+Matka tymczasem zachwyconym wzrokiem ogarnia pełne policzki
+Maryana i żółtą głowę Juluśka, który zdecydował się wreszcie
+zsunąć ze stołu i usiąść na poręczy krzesła.
+
+-- Tak! tak! wyjątkowe dzieci! -- powtarza machinalnie a po
+bladych jej ustach przebiega uśmiech zadowolonej macierzyńskiej
+próżności.
+
+Pan Wentzel pochyla pokornie głowę i odwróciwszy się, drżącemi
+rękami szuka w pudełku zastępującem mu szafę, czystej chustki
+i swej wytartej portmonetki. Pudełko to stoi pod jego łóżkiem,
+biednem, smutnem posłaniem opuszczonego wyrobnika, narzuconem dla
+decorum szafirową kapą, stanowiącą własność pani domu, którą
+skromny kocyk biednego chłopca raził i harmonię przyzwoitego
+umeblowania dziecinnego pokoju psuł zupełnie.
+
+W pudełku, pan Wentzel -- nie znajduje chustki, ale za to
+wydostaje zdechłą mysz, uczepioną przy zameczku portmonetki,
+w której kilka miedziaków się kołacze. Jest to sprawka
+„wyjątkowych” dzieci, które duszą się ze śmiechu na widok
+bladości, pokrywającej nagle twarz pana Wentzla.
+
+Wiedzą o tem, że p. Wentzel boi się konwulsyjnie myszy i udanie się
+rozkosznego figla -- uczuciem błogości napełnia ich serduszka.
+
+Lecz siedząca przy stole francuzka marszczy brwi i groźnie
+podniósłszy rękę do góry, woła ochrypłym głosem:
+
+-- Attention, sales gamins! ou je vais vous ficher des claques!
+
+Chłopcy milkną i kołyszą się na krzesłach z mniejszym niż zwykle
+zapałem. Matka zaś przesyła dyskretny półuśmiech w stronę
+francuzki, która prześlicznym żargonem z Montmartre -- rozpoczyna
+wykład greckiej mitologii.
+
+I powoli fałdzista suknia matki -- wdowy znika we drzwiach, z po za
+których dolatuje wystukiwane na fortepianie jakieś „Réverie”
+Aschera.
+
+Pan Wentzel tymczasem szamocze się ze zdechłą myszą, starając się
+odczepić ją od portmonetki. Pot pokrywa mu skronie, wyraz wstrętu
+maluje się w jego smutnych, wielkich oczach.
+
+Trwa to długą chwilę -- dzieci ciągle z pod oka obserwują
+nauczyciela, tryumfując wewnętrznie.
+
+Wreszcie Julusiek dłużej wytrzymać nie jest w stanie.
+
+-- To ci pan Wentzel zdeseniał!... -- woła, podrywając się na
+krześle.
+
+-- Jak karaluch w tataraku!... -- dorzuca śpiewająco Maryan.
+
+Lecz francuzka uderzeniem pięści w stół, przerywa wybuchy radości
+miłych chłopczyków.
+
+-- Taisez vous tas des salauds! -- I nagle, sięgając do bocznej
+kieszeni sukni, wydobywa dość duży rewolwer, którego otwory
+pozaklejane są umiejętnie kulkami z chleba.
+
+-- Na! -- mówi, kładąc rewolwer na stole -- j'espère, que vous
+allez vous tenir tranquilles... autrement -- je tire!...
+
+I dalej ciągnęła wykład przy wzorowej ciszy ze strony obu chłopców,
+po których twarzach przemknął nawet cień szacunku.
+
+Pan Wentzel tymczasem uporał się z myszą i wziąwszy ze stolika
+wytarty i zrudziały kapelusz, gotował się do wyjścia. Z rodzajem
+zazdrości spojrzał na zniszczoną twarz francuzki i na leżący na
+stole rewolwer.
+
+Tak! widocznie inni ludzie posiadali dar wpływania dodatnio na
+te... wyjątkowe dzieci -- on, jeden tylko nie, on jeden!...
+
+Stłumiwszy westchnienie, ujął cicho za klamkę i wysunął się
+z pokoju.
+
+-- Junon dévorée par la jalousie, épiait Jupiter... -- mówiła
+francuzka, wykrzywiając przytem swą twarz nakształt maski
+klowna -- et Jupiter aimait Jo... -- ochrypłym głosem.
+
+Zagłębiła się teraz w miłostki Jowisza z całą lubością
+bulwarówki; po jej ustach igrał od czasu do czasu uśmiech
+a ręka machinalnie poprawiała rzadką na czole grzywkę.
+
+Julusiek, trochę znudzony, gonił czasami migające po suficie
+słoneczne plamy i usiłował zwinąć język w łuk, zwany „klops”.
+Tylko Maryan, zasłuchany w słowa francuzki, ślizgał się wzrokiem
+po jej piersi rysującej się dość wyraźnie pod opiętym stanikiem.
+
+Patrzył, oczy mrużył i usta wydymał...
+
+ * * * * *
+
+-- Chwilkę, panie Wentzel, proszę tylko o krótką chwilkę!...
+
+I Ewelinka, powstawszy od fortepianu, potrząsnęła głową ubraną
+w całe pęki loków.
+
+-- Gdzie pan uciekasz? Nigdy niemasz czasu... a ja tu sama tak
+siedzę!...
+
+Ostatnie słowa podkreśliła znacząco powłóczystem spojrzeniem.
+
+Pod wpływem tego spojrzenia pan Wentzel pobladł jeszcze bardziej,
+niż na widok myszy.
+
+O! gdyby wiedział, że Ewelinka obecnie „marzy” w salonie
+i fortepian... „gniecie”, jak mówił Julusiek -- byłby z pewnością
+umknął przez kuchnię, choć i tam kucharka witała go niedwuznacznem
+mruczeniem i dowodzeniem, że „rosół się jej utrzęsie w garnku,
+skoro choroba pana Wentzla _bez_ kuchnię niesie”...
+
+Lecz pan Wentzel stokroć wolałby już narazić się na gniew kucharki,
+niż poddać się magnetycznym spojrzeniom Ewelinki, dopełniającej
+w ten sposób pensyjnej edukacyi i probującej siły swych wdzięków na
+nieszczęsnym nauczycielu swych braci.
+
+-- Zagram panu Aschera... -- wyrzekła, sznurując dość duże
+usta -- przewracaj mi pan kartki...
+
+Pan Wentzel rozpaczliwie zaczął przestępować z nogi na nogę.
+
+-- Chcę iść... na pocztę -- wyjąkał cichym głosem.
+
+-- Poczta nie ucieknie -- szeptała panna, przechylając się w łuk,
+dla uwydatnienia wypukłości bioder -- a wreszcie, ja proszę!...
+
+Ostatniemu słowu towarzyszyło znów wymowne spojrzenie.
+
+W chorej piersi pana Wentzla serce zabiło gwałtownie, krew uderzyła
+mu do głowy i czerwonym płomieniem oczy zasłoniła.
+
+Ewelinka uśmiechała się zadowolona. Chciała doświadczyć czy
+„powłóczyste” spojrzenie „działa” i przekonała się, że
+istotnie jest to dobry lep i niekosztujący zbyt wiele zachodu.
+
+Lecz podbudzona w swych doświadczeniach kokieteryjnych, pragnie
+dalej prowadzić rozpoczęte dzieło.
+
+-- Pan mnie unika, panie Wentzel -- zaczyna znowu, grając dość
+fałszywie „nokturno” -- pan mnie unika, o! ja to czuję!...
+
+Pan Wentzel nie śmie zaprzeczyć. Stoi jak słup soli, zaciskając
+konwulsyjnie pięści. W gardle czuje dławienie, usta mu drżą
+nerwowo.
+
+Tymczasem dziewczyna przechyla głowę i mrużąc lekko oczy, wpatruje
+się w swą ofiarę.
+
+-- Pan odemnie ucieka, a ja cierpię!...
+
+„Nokturn” rozpływa się w przyciszonym akordzie. Ewelinka
+z wdziękiem opiera głowę o pulpit i pozostaje w tej pozie chwil
+kilka, żałując, że nie może widzieć samej siebie i ocenić w całej
+malowniczości sytuacyę, w której się znajduje.
+
+Pan Wentzel tymczasem mieni się na twarzy wszystkiemi kolorami
+tęczy.
+
+Boże mój! ona... przez niego cierpi, a on stoi jak wkuty w dywan,
+nie mając siły, aby powiedzieć słowo na swoje usprawiedliwienie!...
+
+Ewelinka obserwuje go z pod oka.
+
+Cieszy się serdecznie rozpaczą wyrytą na chudej twarzy chłopaka.
+
+Cierpi! mężczyzna cierpi z jej powodu!
+
+O radości!
+
+Nie wie jednak jak wybrnąć z tej sytuacyi. Czy, podawszy rękę,
+zmusić go do uklęknięcia, czy oddalić się, jak „senne zjawisko”,
+pozostawiając po sobie „szmer jedwabnej szaty”...
+
+Wybiera to drugie, odkładając tryumf zupełny na później i zerwawszy
+się z wdziękiem z taburetu, przebiega salon z szelestem świeżych
+spódniczek a odwróciwszy się na progu rzuca osłupiałemu Wentzlowi
+dwa słowa:
+
+-- Do wieczora!...
+
+Lecz scena ta ma świadka w osobie matki-wdowy, która suwa się jak
+cień po całem mieszkaniu, udając gorliwe wypełnianie swych
+obowiązków.
+
+Przed wrytym w ziemię Wentzlem zjawia się teraz nagle surowa,
+sztywna, pełna godności.
+
+-- Co pan tu robisz, panie Wentzel? -- pyta majestatycznie --
+proszę się nie zapominać! nie za-po-mi-nać!....
+
+I odwraca się, jakby z jednej sztuki wykuta, owijając nogi
+nieszczęsnego nauczyciela w fałdy swej długiej szaty.
+
+Pan Wentzel skłania się nizko i cofa się tyłem w stronę
+przedpokoju. Otwierając drzwi, słyszy brzęk szkła i odwróciwszy
+się, dostrzega Justysię, pokojówkę, strącającą szczotką
+pogruchotane kinkiety.
+
+-- Wszystko przez pana -- mruczy pokojówka -- szarpnąłeś pan
+drzwiami, że się we mnie wszystko zatrzęsło...
+
+Pan Wentzel na palcach sunie przez przedpokój.
+
+-- Czysto jak zmora, albo hałasuje, albo milczkiem lezie...
+
+Pan Wentzel przy drzwiach prowadzących na schody podnosi zasuwkę
+i ujmuje klamkę.
+
+Justysia oparta na szczotce, patrzy z pogardą na jego wytarty
+surducik i wązkie ramiona.
+
+-- To ci mężczyzna! -- szepcze, pociągając nosem. -- Ni do Boga ni
+do ludzi...
+
+Pan Wentzel gorączkowo zaczyna zbiegać po schodach.
+
+Tymczasem w pokoju Ewelinki cicho odbywa się scena. Pani
+Szymczyńska uznaje za stosowne przestrzedz córkę przed
+niebezpieczeństwem, na jakie się naraża, pozostając sam na sam
+z mężczyzną.
+
+Lecz Ewelinka smaruje sobie nos kremem Simona i pogardliwie wzrusza
+ramionami.
+
+-- Z jakim mężczyzną mnie widziałaś? -- pyta, odymając usta.
+
+-- Z panem Wentzlem!...
+
+-- A!...
+
+-- No... zaprzeczysz temu, że nie byłaś z nim przed chwilą...
+w salonie -- mówi, jąkając się matka, której zimna krew Ewelinki
+i jej wzgardliwe miny prawie od chwili urodzenia córki imponują
+i pewność siebie odbierają.
+
+Ewelinka teraz pudrem Simona bieli się na potęgę.
+
+-- Byłam... -- odpowiada wreszcie -- byłam, ale taki p. Wentzel
+przecież się nie liczy...
+
+-- Przecież jest mężczyzną...
+
+Ewelinka spojrzała na matkę z litością.
+
+-- Mężczyzną?... to nędzna imitacya -- nie żaden mężczyzna!...
+
+I poszła odwijać z cienkich obsłonek mydło Simona, mające własność
+„udelikatnienia naskórka”.
+
+ * * * * *
+
+„I ftobie jednym czała nasza nadzieja, synu najmilszy, com cię
+własnemi piersiami wy karmiła i sboleniem sercowem wyhodowała”...
+
+Pan Wentzel rękę przesunął po oczach, bo jakaś mgła wilgotna
+źrenice mu przysłaniać poczęła. Ten kawałek grubego, ordynarnego
+papieru, zakreślony krzywem i niewprawnem pismem, szarpie mu duszę
+na kawałki.
+
+Odebrał przed chwilą z poczty ten list od matki, ubogiej
+sklepikarki w małej podgórskiej mieścinie, gdzie i on spędził swe
+dziecinne lata. Gdy listy przychodziły dawniej do domu pani
+Szymczyńskiej -- „wyjątkowe” dzieci na dobrze bawiły się
+„koszlonami”, z jakich złożony był adres.
+
+Od pewnego więc czasu pan Wentzel odbiera listy matki z biura
+pocztowego i siada w małym ogródku, otaczającym gmach pocztowy, dla
+odczytania i odcyfrowania hieroglifów, z jakich się zwykle listy te
+składają.
+
+I teraz siedzi na wilgotnej ławce, tuż pod krzakiem bzu, który
+dopiero pączki wypuszczać zaczyna. Dokoła, kilka chudych drzewek
+wznosi swe bezlistne gałęzie, pies jakiś błąka się po trawnikach,
+grzebiąc łapami w czarnej ziemi, poprzecinanej wązkiemi paskami
+zieloności.
+
+W powietrzu unosi się ciepła wilgoć, która piersi smutkiem tłoczy
+i moc wspomnień nasuwa. Pan Wentzel raz jeszcze powoli list
+przeczytał, poczem pochyliwszy na piersi głowę myśleć począł.
+
+W nim jednym cała nadzieja!
+
+Cała nadzieja tych dwojga starców zgiętych od pracy, nędzy
+i smutku! Jak w tęczę, tak patrzą w niego ci rodzice, którzy,
+odmawiając sobie kawałka mięsa, chwili spoczynku -- do szkół go
+wysłali i teraz czekają plonów z tej mozolnej, ciężkiej pracy.
+
+On wie, on to czuje, że jemu ustawać w pracy niewolno, że wszystko,
+co znosi w domu pani Szymczyńskiej nadal znosić powinien, bo kąt,
+w którym stoi łóżko jego, ma dach nad głową, bo łyżka strawy,
+która mu nieraz przez ściśnięte gardło przejść nie może -- trzyma
+go przy życiu -- jego i tamtych dwoje!...
+
+I widzi ich w czarnej jamie sklepika pomiędzy workami kartofli,
+beczką nafty, pękami drzazg, widzi ich schylone postacie, słyszy
+kaszel ojca, stękanie matki; woń stęchlizny i wilgoci owiewa do
+koła...
+
+Biedni! biedni starzy!...
+
+Lecz on? On sam, czyż nie cierpi, czyż te upokorzenia, te tortury,
+które codziennie z Julusiem i Maryanem przebywa, te noce spędzane
+bezsennie nad książką, te ranki, wśród których znużone ciało domaga
+się chwilki snu, te zaparcia się wszelkich uciech młodości,
+uśmiechów, swobodniejszej myśli!... czyż to się zliczyć daje?
+
+Zresztą, dość spojrzeć na niego, gdy tak siedzi nędzny i blady,
+w jasnych promieniach wiosennego słońca. Twarz ma żółtawą
+z zielonawym, prawie trupim na skroniach odcieniem, piersi wklęsłe,
+plecy wypukłe, nogi wychudłe.
+
+Jest brzydki, nędzny, śmieszny -- wie o tem, czuje to i jest bardzo
+nieszczęśliwym.
+
+A jeszcze w dodatku serce mu bije gwałtownie i coś się przed nim
+majaczy, jakiś uśmiech dziewczyny, jakiś akord „nokturna”
+zasłyszanego przed chwilą...
+
+Wszystko to gnębi go i dręczy nad wyraz.
+
+Ciasna klatka piersiowa niemoże pomieścić tylu wrażeń, które razem
+z ciepłą wonią wiosenną do jego piersi się cisną.
+
+Coś go dławi w gardle, oddech mu tamuje. O! ta wiosna!... czyż ona
+istnieć powinna dla takich, jak pan Wentzel, nędzarzy?!...
+
+Pies, plączący się po trawniku, zbliżył się teraz do ławki i przed
+nogami Wentzla przesuwać się począł.
+
+Był tak jak i Wentzel nędzny, wychudły i oddychał ciężko.
+
+Chłopiec nachylił się nad zwierzęciem i brudne jego kudły
+delikatnie gładzić począł.
+
+Bezdomne zwierzę oparło łeb o kolana człowieka, wpatrzyło się
+w bladą twarz, pochyloną nad niem i nagle, przeciągle zawyło.
+
+Wówczas z ciemnych, smutnych oczów pana Wentzla stoczyły się dwie,
+wielkie łzy...
+
+ * * * * *
+
+Gdy „wyjątkowe” dzieci weszły do salonu wraz ze swoim nauczycielem,
+kilkanaście osób na wzór manekinów zapełniało fotele i kozetki. Był
+to jour fixe i pani Szymczyńska uważałaby sobie za straszne
+uchybienie, gdyby przynajmniej ze sześć brzydkich, jak noc, panien,
+takaż ilość wychudłych mężczyzn i odpowiednia liczba mam, nie
+wynudziła się wśród ścian jej salonu.
+
+Pan Wentzel wprowadzał zwykle swych uczniów, drżąc na myśl
+wystawienia na światło licznych kandelabrów, wyplamionego tużurka
+i gumowych kołnierzyków.
+
+Była to dla niego najcięższa chwila w całym tygodniu.
+
+Zwykle Maryan i Julusiek, ukłoniwszy się gościom, zwracali się
+z dowcipnemi uwagami w stronę swego kozła ofiarnego.
+
+Lecz dziś pan Wentzel był stokroć więcej zmieszany niż zwykle.
+List matki, poranne przejście z panią domu a wreszcie scena
+z Ewelinką -- odbierały mu resztę przytomności.
+
+Ewelinka w gronie panien rozpoczęła właśnie zajmującą rozmowę
+o emancypacyi kobiet, pragnąc ją oprzeć na całkiem nowym gruncie, bo
+na darwinowskiej przemianie gatunków. Ewelinka lubiła popisywać się
+ze swą „głęboką wiedzą”, nie zaniedbując przytem powłóczystych
+spojrzeń.
+
+Wypróbowała je rano na panu Wentzlu, była więc pewną swego i gradem
+ognistych spojrzeń obsypywała młodziuchnego blondynka, który jak
+wiśnia rumienił się i obrywał guziki u rękawiczek. Pan Wentzel,
+wciśnięty w kąt, stał, opierając się plecami o ścianę.
+
+Po nad nim, płonęły świece kinkietu i oblewały go złotawym blaskiem
+i kroplami stearyny. Maryan zajął jedno z lepszych miejsc, tuż obok
+dobrze wydekoltowanej mężatki i włożywszy ręce w kieszenie, patrzył
+i usta wydymał.
+
+Julusiek zatrzymał się chwilę przed panem Wentzlem.
+
+-- Cóż pan tak tkwi koło ściany? -- Niemoże pan usiąść?...
+
+Pan Wentzel obejrzał się za fotelem, czując, że parę osób zwraca na
+niego uwagę.
+
+W pobliżu właśnie stał wspaniały fotel obrzucony makatą.
+
+Pan Wentzel osunął się na niego machinalnie.
+
+Julusiek wzruszył ramionami.
+
+-- Na fotelu? -- zaskrzeczał, podskakując na jednej nodze -- jak
+jaki obywatel?... niemożesz pan na krześle?...
+
+Osoby siedzące bliżej zaczęły się uśmiechać.
+
+Julusiek uczuł, że odnosi sukces i podniósł głowę z prawdziwym
+tryumfem.
+
+Pan Wentzel zacisnął usta i nie śmiał oczów oderwać od ziemi.
+
+Wniesiono herbatę.
+
+Julusiek porwał z tacy filiżankę i zbliżył się z nią do
+nauczyciela.
+
+-- Napij się pan herbaty! -- mówił, pakując się na kolana
+Wentzlowi -- wyglądasz pan jak śmierć angielska... pij pan...
+
+I potrącił filiżankę, wylewając gorący płyn na ręce i tużurek
+Wentzla.
+
+-- Potem powiedzą, żeś się pan u nas zagłodził... -- dodał,
+wykrzywiając się jak stary pajac.
+
+Pan Wentzel ujął filiżankę i oglądał się za łyżeczką.
+
+-- Czego pan szuka?...
+
+-- Łyżeczki!
+
+-- A to po co?
+
+-- Zamieszać!
+
+-- A niemożesz pan palcem?...
+
+I zlazłszy z kolan nauczyciela, „wyjątkowe” dziecię zmieszało się
+z tłumem gości, depcząc po jedwabnych trenach dam i lakierkach
+mężczyzn.
+
+Pan Wentzel pozostał w swoim kąciku z filiżanką herbaty w ręku.
+
+Przed nim jakaś tęga brunetka prezentowała swą pełną szyję
+w oświetleniu płynącem z góry. Jej obnażone ramiona, fałda ciała na
+karku, fałda pełna tajemniczego cienia, mieszała pana Wentzla
+i napełniała jakąś bojaźnią. Sam nędzny i chudy lękał się dobrze
+rozwiniętego kobiecego ciała.
+
+Zapach, wydzielający się z sukien brunetki, odurzał go do reszty.
+
+Przytem głos Ewelinki, donośny, trochę nosowy, jej śmiech nerwowy,
+nadto dobrze „ułożonej” panny, wstrząsał mu serce.
+
+Uczuł się blizkim zemdlenia.
+
+Nagle, z tego pół snu zbudził go skrzeczący głos Juluśka.
+
+-- Czyś się pan kiedy kochał?
+
+To wyjątkowe chłopię w ten sposób interpelowało rumianego
+blondynka, siedzącego obok Ewelinki. Mimowoli, rozmowy ucichły.
+Julusiek miał własność śmieszenia całego towarzystwa, oczekiwano
+więc na coś bardzo dowcipnego.
+
+Malec uczuł się panem sytuacyi.
+
+Potrząsnął żółtą czupryną i rozstawił szeroko nogi.
+
+-- No! powiedz pan, czyś już się kochał?...
+
+-- Nie... -- wybąknął blondynek -- jestem jeszcze zamłody...
+
+Julusiek szeroko otworzył oczy.
+
+-- Phi!... -- skrzeknął -- a pan Wentzel młodszy od pana a już się
+kocha...
+
+Wszystkie oczy zwróciły się teraz ku nauczycielowi, który otworzył
+usta, jakby chcąc coś powiedzieć, lecz głosu mu zabrakło.
+
+-- Jabym panu powiedział w kim -- ciągnął dalej Julusiek -- ale
+uprzedzam pana, że oni mnie zaraz za drzwi wyrzucą, bo ja prawdę
+powiem! O! Jewelinka i pan Wentzel, to się mają ku sobie...
+
+Purpurą oblała się twarz Ewelinki.
+
+-- Panie Wentzel! -- zawołała, drżąc cała ze złości -- proszę Julka
+wyprowadzić i zamknąć się z nim w dziecinnym pokoju...
+
+Pan Wentzel podniósł się, czepiając poręczy fotela.
+
+Żyły mu na skroniach nabiegły, wyglądał jak pijany.
+
+Chciał podejść do Juluśka, lecz malec szedł już ku drzwiom, dumny,
+zadowolony z uczynionego wrażenia, mrucząc ciągle:
+
+-- A co? Niemówiłem, że gdy powiem prawdę, to mnie za drzwi
+wyrzucą?!
+
+ * * * * *
+
+W dziecinnym pokoju pali się niewielka lampa, przysłonięta zielonym
+abażurem. Julusiek i Maryan zdaje się śpią spokojnie w swych
+łóżkach, ponakrywani stosem kołder i kołderek.
+
+Koło stołu siedzi pan Wentzel, kurcząc pod krzesło nogi
+w zaplamionych atramentem skarpetkach. Przed nim leżą nożyczki, gruba
+igła, motek nici i kilka guzików. Pan Wentzel zabrał się do łatania
+swej codziennej kurtki i jakoś mu idzie niesporo. Kłuje się
+w palce, ściegi daje monstrualnych rozmiarów. Miał zamiar sprawić
+sobie nową kurtkę na wiosnę, ale namyślił się -- zrobi inaczej.
+Pieniądze te pośle rodzicom, właśnie matka pisała, że sklepik nic
+nie przynosi, ojciec coraz słabszy...
+
+Pan Wentzel matce odpisał, guldeny w list włożył i teraz, szyjąc,
+spogląda z rozrzewnieniem na kopertę, która za dni parę
+w zczerniałych od pracy rękach matki będzie.
+
+I wśród tej ciszy nocnej, w wyobraźni swej widzi pomarszczoną twarz
+ojca, wybladłe lica matki, którzy z radością nad listem się pochylą
+i sylabizować literę po literze będą.
+
+Biedni! biedni starzy!...
+
+Pan Wentzel prawie uśmiechać się zaczyna. Na chwilę zapomina o swej
+nędzy, ciesząc się, że radość innym sprawia.
+
+Nagle, jakby na komendę, z dziecinnych łóżek podnoszą się dwie
+rozczochrane głowy i rozlega się wrzask, od którego pan Wentzel
+drżeć i blednąć poczyna.
+
+ „Hopsatynder Madaliński
+ Fiuta! z kopyta.
+ Szara ciach, ciach!.. tańczy sobie
+ Z Barabaszem mazura!
+ Ej kolęda!... kolęda!...”
+
+
+
+
+IV.
+
+=Kundel.=
+
+
+-- Cóż u dyabła starego? Dlaczegóż nie mam i ja zrobić
+karyery? -- zawołała Resia, ciskając obszarpaną książkę na ziemię.
+
+Zerwała się z obdartej sofy a pociągnąwszy falbaną szlafroka kawał
+sprężyny i pęk siana, poskoczyła ku oknu.
+
+Ładnie tam było na dworze, choć trochę jeszcze chłodno. Resia
+nieuczesaną głowę wytknęła przez okno a wiatr wiosenny rozwiewał
+jej kręte, czarne włosy. Ona od czasu do czasu dmucha silnie, chcąc
+odpędzić natrętne kosmyki, które kręciły się koło jej wybladłych
+warg lub czepiały się długich rzęs i wzrok zasłaniały.
+
+Była to jeszcze młoda dziewczyna, pysznie zbudowana, brudna
+i pokryta piegami. Stanowiła najwytworniejszy okaz wesołych cór
+miasta -- i odznaczała się szczytną głupotą, dobrem sercem
+i zamiłowaniem do pieczonej gęsi.
+
+Lubiła przytem pieniądze (była żydówką), nowe buciki, karmelki
+i zwykle w zimie, o szarej godzinie, piekła sobie na trzech
+patyczkach jabłka, kiwając się i mrucząc jakąś monotonną piosenkę.
+Umiała czytać, lecz za to nie umiała pisać, jadła chleb ze szmalcem
+na obiad a potem, nie umywszy rąk, nacierała się „chyprem”.
+
+Paliła papierosy i czesała się raz na tydzień, była antisemitką
+w całem słowa znaczeniu a na kwestyę emancypacyi kobiet nie
+zapatrywała się wcale.
+
+Dnie całe leżała na swej sofie, paląc papierosy, dopiero
+z nadejściem zmroku budziła się ze swej bezczynności.
+
+Wstawała wtedy, mrucząc i plując po kątach i szczoteczką od
+zębów czyściła buciki a bieliła twarz kredą w braku pudru.
+Potem -- usiadłszy przy oknie, czekała na... Kundla.
+
+ * * * * *
+
+Kundel ten był obecnie jej wielką miłością. Był to mały, potwornej
+brzydoty chłopak, syn jednego ze znaczniejszych urzędników miasta.
+Przysłowiowo brzydki, był dziwnym okazem jakiejś brutalnej
+zuchwałości i bezczelnej arogancyi, któremi w domowem zaciszu
+uzyskał słodkie miano... Kundla. Wielka jego głowa, pokryta
+rozwichrzoną, olbrzymią czupryną, miała kształt prawie
+czworograniasty; wyraz małych oczek i ust wydętych, obrosłych
+sterczącym, rudawym włosem, znamionował upór, przewrotny spryt
+i jakieś niczem nieukrócone zuchwalstwo. Trzymał zwykle ręce
+w kieszeniach od spodni i nosił małoruskie koszule, najczęściej
+rozpięte na piersiach. Mówił powoli, zacinając się na syczących
+spółgłoskach i miał zupełnie odrębny sposób wyrażania się, który
+trwogą przejmował słuchaczów.
+
+W domu był postrachem matki i sióstr, dwóch młodych dziewczynek
+słodkich i nieśmiałych, tulących się do kątów, gdy Kundel --
+podczas nieobecności ojca -- zjawiał się w salonie lub jadalni.
+Matka sama podnosiła ku niemu błagalnie oczy, w których nierzadko
+przewijała się łza..
+
+Lecz Kundel urągał wszystkiemu. Mówił że jest „wyższy nad świat
+cały” i rozwalając się na kanapie przetrawiał, ziewając, resztę
+nocnych pochulanek i pochłoniętego piwa. Zrodzony z rodziców
+szczytnie „bürgerskich” -- według jego słów własnych, niewiadomo
+zkąd rozwinął w sobie naturę nocnego włóczęgi i junakieryę bursza.
+Całe dnie włóczył się w przydeptanych pantoflach po czyściuchnych
+pokojach, wytrząsając popiół z fajki na dywany lub fotele. Gdy mu
+ktokolwiek zrobił jaką uwagę, odpowiadał chrapliwym głosem:
+
+-- Odsuń się, bo cię psom oddam na pożarcie a krwią twoją drzwi
+mego przedpokoju pomalować każę!
+
+Miał lat dwadzieścia i skończył dwie klasy. Nie było siły
+ludzkiej, któraby go skłoniła do powrotu do szkół. Uczył się
+„prywatnie” -- doprowadzając zwykle nauczycieli do rozpaczy, lub do
+dzielenia z nim nocnej rozpusty.
+
+Życie nie miało dlań już żadnych tajemnic, zakosztował wszystkiego
+i od lat pięciu czepiał się spódnic kobiecych, pełen przewrotnej
+żądzy, z której sobie doskonałą zdawał sprawę.
+
+Doszedłszy do lat piętnastu, był przeżytym i znudzonym starcem, gdy
+wracał do domu nad ranem, twarz jego miała odcień ziemisty a oczy
+czerwone i spuchłe.
+
+Ręce mu drżały, kąciki ust miał wiecznie zaślinione. Gdy siadał do
+obiadu, nieumyty, nieuczesany i wyciągał trzęsące się palce po wino
+lub cytrynę, cieszył się widocznie z nerwowego drżenia, które mu
+ramię targało.
+
+-- Łapcie mi się trzęsą! co? -- pytał, spoglądając tryumfalnie po
+obecnych, którzy, wzruszając ramionami, zdawali się zapominać
+o jego obecności.
+
+Przyzwyczajono się bowiem w domu do tego Kundla -- na wpół
+pijanego, uważającego jadalnię rodziców za przedłużenie lokalu
+knajpowego. Jeden tylko ojciec umiał poskromić tę ohydną
+zuchwałość. Przy nim Kundel zapinał na piersiach koszulę, schodził
+do obiadu o właściwej porze i zamieniał tradycyonalne pantofle na
+głębokie kalosze. Gdy spodziewano się gości, Kundel obcinał
+paznogcie u lewej ręki i usiłował zaprowadzić porządek we włosach.
+Był to rozkaz ojca, rozkaz wypowiedziany dobitnie, urywanym suchym
+głosem.
+
+Głos ten oddziaływał na chłopca przynajmniej drobiazgowo
+i pozornie.
+
+-- Stary ma fajgle, trzeba go nabrać!
+
+A „nabierania” tego, więcej aniżeli zwykłej zuchwałości bała się
+szczególniej matka.
+
+Kundel bowiem, znając słabą stronę ojca, gdy zbyt wiele narobił
+długów i za często był proszony do cyrkułu -- stawał się nagle
+melancholijny i uczuwał potrzebę poprawy. Pragnął wtedy czystej
+bielizny, mydła, książek naukowych i trochę szacunku ludzkiego.
+
+Wchodził do pokoju ojca na palcach, ucierał nos chustką, sługom
+pozwalał przejść spokojnie a siostry głaskał po głowach, nazywając
+je pieszczotliwie „małpiszonami”.
+
+Dozwalał sprzątać w swoim pokoju i przewracać materace na drugą
+stronę, fajkę ostentacyjnie zawieszał na gwoździku i palił damskie
+papierosy, mówił cieniuchnym głosem, dobierając słów a oglądając
+lampę, deklarował, że „już się wszystko skończyło i on, Dyńdzio,
+zabiera się do pracy...”
+
+Ojciec zwykle, z początku, sceptycznym wzrokiem śledził zmianę
+w postępowaniu syna. Powoli jednak dawał się łudzić nadziei. Kto
+wie -- może wreszcie coś się zbudziło w tej głowie mózgu pozbawionej,
+w tem sercu zda się zatopionem w kale rozpustnych uciech.
+
+-- Patrz, duszko -- mówił do żony, która z robótką w ręku
+dozorowała zabawy dwóch dziewczynek, -- ot zdaje się, że tam na
+górze jakiś porządek panować zaczyna...
+
+Dyńdzio zajmował dwie facyatki położone na drugiem piętrze,
+i domowi, chcąc unikać wymówienia imienia najstarszego z rodu,
+nazywali locum Kundla „górą”.
+
+Matka jednak wzruszała ramionami.
+
+-- Pewnie coś nabroił lub chce coś uzyskać -- mówiła smutnym
+głosem.
+
+-- No!... kto wie! kto wie! -- protestował ojciec, -- może się
+wreszcie upamięta i przestanie zatruwać nam życie.
+
+Matce łzy stawały w oczach.
+
+-- Daj Boże! -- odpowiadała wzdychając.
+
+Lecz nie łudziła się wcale.
+
+Wiedziała co znaczy to „upamiętanie”. Wszakże i ona
+niejednokrotnie została w ten sposób przez syna zwiedziona.
+Nawskróś religijna, mająca w sobie ślepą wiarę i poszanowanie
+praktyk religijnych, konfesyonałem, kazaniem chciała wpłynąć na
+rozhukanego chłopca. Kundel odrazu zrozumiał, że z tej naiwnej
+i pełnej adoracyi duszy -- może wyciągnąć dla siebie korzyści.
+
+I powoli wprowadził system dziwny a przyjęty przez matkę, która
+w żarliwości swojej stała się źródłem wyzysku.
+
+Każdą wysłuchaną mszę, każdą spowiedź, otrzymane rozgrzeszenie,
+odprawioną pokutę, każdą bytność na kazaniu -- opłacała pewną
+umówioną kwotą pieniędzy.
+
+Gdy Kundel zanurzył swój rozczochrany łeb w cienie konfesyonału,
+biedna kobieta padała na kolana, modląc się żarliwie o „oświecenie
+nieszczęśliwego”.
+
+Lecz ten „nieszczęśliwy”, plotąc księdzu niestworzone brednie,
+wyjawiając wątpliwości, od których włosy spowiednikowi stawały po
+prostu na głowie, obliczał w myśli, ile to nocy bezsennych za
+otrzymane od matki pieniądze w murach knajpy przepędzi.
+
+I długo włóczył się tak po kościołach, będąc postrachem księży,
+którzy zobaczywszy przystępującego do kratek Kundla, czuli krew
+bijącą im do głowy. Na mszach porannych widzieć go można było
+drzemiącego obok rozmodlonej matki z oczyma zaczerwienionemi jak
+u królika, z rękami brudnemi i koszulą pomiętą.
+
+Czasem, wpadłszy w dobry humor, „fiksował” jaką „zamodloną”
+dewotkę, lub gasił świece defilującemu bractwu.
+
+Wreszcie matka zrozumiała, że każda spowiedź Kundla, każda msza
+jest tylko dla chłopca źródłem wyzysku a pieniądze otrzymywane dają
+mu możność do pogrążania się w coraz większej rozpuście. Zamknęła
+kieszeń i od tej chwili, gdy Kundel zapowiadał poprawę, wiedziała
+czego się trzymać w takich razach.
+
+Ojciec łudził się jeszcze. Gdy Dyńdzio z wielką pompą wchodził do
+jego kancelaryi i zabierał librę papieru, kilka piór i pakę bibuły,
+ojciec pytał go, w jakim celu bierze te foliały.
+
+-- Idę pracować -- będę robić notatki z „Naukowych podstaw
+krytyki literackiej” Hennequina, lub ocenię którą z tragedyj
+Sofoklesa -- odpowiadał Kundel, stawiając ostrożnie nogi obute w stare
+kalosze, które jak dwie plamy rozlewały się na jasnem tle dywanu.
+
+-- Sofoklesa? -- pytał ojciec.
+
+-- Hm!... tak, jeśli będą tego warte. Nie wiem jeszcze. Być może,
+iż sam coś napiszę, bo coś mi się w głowie... kiełbasi! Zresztą,
+pracować będę do rana. Dobranoc ojcu!
+
+I wychodził powłócząc nogami, a zamknąwszy drzwi za sobą, uśmiechał
+się złośliwie:
+
+-- Stary jest wzięty... pojutrze można się lansować -- a beknie
+i to dobrze!
+
+ * * * * *
+
+Lecz Kundel miał także w głębi duszy swojej kącik poetyczny,
+w którym rosła błękitna niezabudka sentymentalizmu. Kundel był
+kochliwy i jak wszyscy „przeżyci” -- w miłościach swoich dążył do
+ideału. Ideał to był zupełnie odrębny od ideału Danta i Petrarki,
+lecz mimo to nie przestał być ideałem, w którym Dyńdzio czerpał
+natchnienie i siłę do życia. Dyńdzio cieszył się takim wstrętem
+mieszkanek miasteczka, że dość było dla kobiety ujrzeć na ulicy
+Kundla, aby mieć humor popsuty na dzień cały.
+
+Kundel nie martwił się tem wcale. Nienawidził kobiet dobrze
+ubranych i jako tako wychowanych. W knajpie, po opiciu się
+odpowiednią ilością piwa -- brutalnie zdzierał z każdej „damy”
+kryjące obsłony i z cynizmem najwyższym obrzucał ją wyrazami
+pogardy i szyderstwa. Dla niego istniała tylko „natura” w postaci
+rozczochranych dziewczyn, którym jego małoruska haftowana koszula
+imponowała a plugawy żargon przypominał ciemne zaułki, wśród jakich
+młodość spędziły.
+
+Do takich więc „ideałów” Dyńdzio pisywał ody, maczając palec
+w piwie i kreśląc słowa na marmurze stołu. Gdy blady świt kładł im
+wszystkim na czoła zielonawe, trupie tony -- Kundel deklamował:
+
+ Niekiedy blada Wenus z mdławym blaskiem w oku
+ Schodzi tu na ziemię w latarnianym zmroku.
+
+Dziewczyny zanosiły się od śmiechu.
+
+Ten Kundel! a niechże go! a to je wyzywał. Lecz on przygasłemi
+oczami spoglądał na nie, jakby ze smutkiem i sącząc z kufla
+resztki piwa, bełkotał:
+
+ I uniesioną suknię wpół rozmyślnie szasta,
+ Ukazując światu brudnych pończoch parę...
+
+Zwykle Dyńdzio kochał którąkolwiek z tych dziewczyn, kochał po
+swojemu, tyranizując i maltretując bez litości. Gdy przyszła kolej
+na Resię, Kundel odmienił swój system postępowania. Resia przypadła
+mu do gustu i cygańska natura kobiety zlała się wybornie
+z brutalnem usposobieniem chłopca. Podbita jego trywialną a chwilami
+znów sentymentalną namiętnością, Resia zachwycała się Dyńdziem
+i dozwalała mu na wszelkie wybryki.
+
+Były chwile, w których Kundel nazywał Resię „nikczemną żydówką”
+-- po to, aby po kwadransie nadawać jej miano Fryny i wycinać
+z jej wykoszlawionych bucików greckie sandały. Poczem mówił jej
+wiele o potrzebie kształcenia umysłu i obiecywał dać jej nauczyciela
+angielskiego, gimnastyki i gry na cytrze. Najczęściej następowała
+później mała nauczka moralna, w której „Kundel” wykładał
+zdziwionej i drapiącej się w łydkę Resi, że są pewne warunki,
+z któremi szanująca swą godność kobieta liczyć się powinna
+a właśnie ona zdaje się urągać społeczeństwu i w skutek tego
+może doznać w przyszłości zmartwień i upokorzeń. On, Dyńdzio
+-- jest wprawdzie wolny od przesądów i bez kwestyi „szanuje”
+w niej kobietę, ale właśnie dla tego pragnie, aby cały świat
+ją szanował. Gdy Resia opornie przyjmowała podobne słowa
+i w trakcie podobnej perory oddawała się sportowi dłubania
+szpilką w uchu, Kundel dla poparcia swych argumentów uderzał
+ją pięścią w głowę, co wywoływało oczekiwany skutek.
+
+Kundel obdarzał Resię prezentami i od czasu do czasu znosił do
+mieszkania swej ulubionej najdziwaczniejsze przedmioty pochwytane
+na kredyt po sklepach, w których przez wzgląd na rodziców kupcy nie
+śmieli Dyńdziowi czegokolwiek odmówić. W ten sposób Resia posiadała
+siedem par szelek, cztery pary kaloszy, trzy spluwaczki, cztery
+brzytwy, jedenaście pędzli do rozrabiania mydła i olbrzymi
+teleskop. Żywiła się przeważnie sardynkami, rodzynkami, paloną
+kawą, pieprzem tureckim i musztardą. Nauczyła się palić papierosy
+a nawet żuła tytoń jak stary turkos.
+
+Tego rodzaju wspaniałe „utrzymanie” zaczęło jednak powoli
+niewystarczać Resi. Kundel imponował jej ciągle -- zapewne --
+a nawet teraz kiedy wymyślał światłocienie i opowiadał, że użyje
+ją do „plein-air'u”, od którego świat „zdesenieje”, Resia
+zapominała o pieczeniu jabłek i cała zasłuchana kucała u kolan
+Dyńdzia wyciągniętego niedbale na koszlawem krzesełku. Ale...
+Dyńdzio od pewnego czasu przynosił już same słoiki musztardy,
+a w dzień urodzin Resi obdarzył ją męzkiem siodłem, więc dziewczyna
+powoli zaczynała się niecierpliwić. W dodatku Dyńdzio, w celu
+rozświetlenia umysłu swej Fryne i uczynienia z niej Lais miasta --
+przynosił znudzonej dziewczynie tłomaczenia rozmaitych francuzkich
+romansów, w których imaginacya autorów wraz z potwornością fabuły
+walczyła o lepsze. Resia czytała te opisy wonnych buduarów
+wypikowanych atłasem, tonących w półcieniu sypialni, nocnych lamp
+kryształowych migocących w przestrzeni.
+
+Dyńdzio dopełniał reszty. Wieczorem puszczał wodze swej
+sentymentalności i tak we dwoje wśród brudu, porozlewanej wody,
+połamanych grzebieni i dziurawych krzeseł, galopowali myślą w sferę
+woni, połysku jedwabiu i bladych barw abażurów.
+
+Wreszcie doszło do takiego naprężenia sytuacyi, iż Resia, zjadłszy
+dwa słoiki musztardy i trzy stare bułki, włożywszy spódnicę praną
+przed pięcioma miesiącami -- zeskoczyła z sofy i stanąwszy
+w lufciku powiedziała z mocą:
+
+-- Muszę zrobić karyerę!...
+
+ * * * * *
+
+Kiedy te słowa posłyszał wieczorem, Kundel roztworzył szeroko oczy
+i wydął wargi.
+
+-- Tego ci się zachciewa? -- zapytał.
+
+Lecz Resia dnia tego nie była usposobioną do żartów.
+
+Zmarszczyła brwi, zatopiła popękane z odmrożenia ręce
+w rozczochrane włosy i nie odpowiedziała ani słowa.
+
+-- Cóżeś się tak nadęła jak pluskwa w maśle? -- pytał Dyńdzio.
+
+Milczenie.
+
+Dyńdzio począł się niecierpliwić.
+
+-- Chcesz zrobić karyerę, a cóż to... mała karyera, jaką masz
+teraz?
+
+Resia wykrzywiła usta.
+
+-- O jej!... -- wyrzekła wreszcie, -- co mi z tego. Mieszkam jak
+śledziarka... a czem żyję, to już wstyd powiedzieć...
+
+Dyńdzio machnął ręką.
+
+-- To wszystko marność, widzisz serce to grunt...
+
+Resia zamilkła i znów kiwała się długą chwilę, wpatrzona w odrapane
+ściany swego pokoju.
+
+-- Chciałabym -- zaczęła znów powoli -- chciałabym mieć dywan na
+podłodze i atłasową kołdrę, i samowar na szafie, i komodę,
+i firanki, i taką lampę u sufitu z kolorowem szkiełkiem. Aj, aj!
+o!... tobym chciała mieć!...
+
+Cmoknęła ustami i znów zakołysała się, obejmując nagiemi ramiony
+swe kolana ledwo okryte cienką spódnicą.
+
+Słaby blask płonącej na stoliku świeczki żółtawą linią oznaczał
+jej kontury. Miała w tej niedbałej pozie, w tym skurczu całej
+postaci, coś z owych żydówek tkwiących w piasku pustynnym.
+
+-- Och ty puchu marny! -- wyrzekł wreszcie z pogardą.
+
+Resia wzruszyła ramionami.
+
+-- Żebym ja puchem była -- to dawnobym z siebie pierzynę
+zrobiła -- wyrzekła sentymentalnie.
+
+-- Więc bogactw ci się zachciewa, ty kruku żydowski? -- ciągnął
+Dyńdzio, -- bogactw? Wschodniego zbytku? Nie wystarcza ci skromny
+dobrobyt, jakim cię otoczyłem? Dobrze -- poznasz więc udrękę
+bogactwa! Pęknę w czternaście kawałków, jeśli od dziś za miesiąc,
+ty cholero azjatycka, nie będziesz mieć tu dywanów... dzieł sztuki
+i twego samowara bydlęcego na szafie!...
+
+Resia spojrzała na Dyńdzia z niedowierzaniem.
+
+-- Dyabeł wie czy to będzie, a tymczasem możebyś jutro mi coś
+przysłał do zjedzenia, bo ta musztarda już mi łokciem wyłazi!...
+
+-- Cicho, córo Izraela! jutro ci przyślę trzy funty mydła, bo
+ojciec mi kredę na mydło otwiera. Pojutrze u nas goście, więc
+powiadają, że się umyć trzeba...
+
+Resia przysunęła się do krzesła Dyńdzia, nie wstając z klęczek.
+
+-- Ty i tak ładny, Kundlu! -- wyrzekła, mrużąc oczy i przeginając
+się jak kotka.
+
+-- To się wie! -- odparł Kundel, wyciągając swe brudne ręce
+i kładąc je na wspaniałych ramionach klęczącej u stóp jego żydówki.
+
+ * * * * *
+
+W miesiąc później rodzice Kundla wyjeżdżali na letnie mieszkanie.
+
+W domu pozostawał Dyńdzio i stary stróż.
+
+Ojciec po dwutygodniowym na wsi odpoczynku miał powrócić do miasta
+i objąć nadal swe zajęcia biurowe.
+
+Rano odjechali wszyscy, odprowadzeni nawet na pociąg przez Dyńdzia,
+który od tygodnia zachowywał się przyzwoicie, prawie bez zarzutu.
+
+Nawet matka zaczęła się łudzić możliwością poprawy. Chciała mu na
+samem wyjezdnem zaproponować spowiedź, ale cofnęła się
+i postanowiła czekać.
+
+Kto wie, co się w tej mózgownicy gnieździło.
+
+Za to ojciec dał się unieść złudzeniu. Przestał nazywać syna
+„Kundlem” a natomiast mówił mu dobitnie „Dyonizy”! -- lub
+„Synu”! Dał mu trochę pieniędzy, otworzył kredyt u krawca na
+dwa garnitury letnie i na wyraźne żądanie Dyńdzia sprawił mu
+pół tuzina koszul z poczwórnemi gorsami. Lecz zdziwienie całego
+domu dobiegło szczytu, gdy Dyńdzio zażądał fularowych chustek
+do nosa, szkockich skarpetek, „Encyklopedyi” Orgelbranda
+i pasty do zębów. Czemprędzej udzielono mu żądanych przedmiotów
+i Kundel ostentacyjnie wycierał teraz nos w olbrzymie kolorowe
+fulary, które zawsze wyglądały mu ze wszystkich kieszeni ubrania.
+
+Skarpetki nosił także -- wprawdzie w kieszeni, ale był to już
+stanowczy zwrot ku lepszemu, i gdy pociąg ruszył, ojciec wychylił
+się raz jeszcze, aby spojrzeć na Kundla stojącego przykładnie na
+peronie pomiędzy posługaczami i urzędnikami kolejowymi.
+
+-- Stoi a nawet zdjął kapelusz i ku nam powiewał... O!... teraz,
+wyciągnął chustkę i ciągle macha!... -- mówił biedny ojciec do
+cisnącej się gromadki, -- doprawdy, wygląda jak porządny człowiek.
+
+-- Kto wie! -- szepnęła matka, -- może Bóg go wreszcie
+raczy... -- i ręką opiętą w ciemną rękawiczkę, kreśliła
+w powietrzu znak krzyża... ot... matka!
+
+Tymczasem Dyńdzio, postawszy jeszcze chwilę na dworcu, schował
+płachtę do kieszeni i szybko skierował się ku domowi.
+
+Wszedłszy do mieszkania, zamknął drzwi na klucz i zaczął
+systematycznie zdejmować ze ścian obrazy. Zdjęte składał na ziemi
+jedne na drugich, nie zważając, że ramy wpijają się kantami swemi
+w płótna i kaleczą, cenne oryginały i dobre kopie skrzętnie przez
+ojca zbierane.
+
+Potem przyszła kolej na dywany.
+
+W gabinecie ojca było kilka wschodnich makat, miękich, o wytwornych
+gustownych odcieniach. Makaty te Dyńdzio zerwał ze ścian i nie
+składając zwalił na obrazy. Poczem rzucił się ku portyerom. Oberwał
+je wraz ze strzałami, na których były zawieszone. Jedna ze strzał,
+spadając, uderzyła go boleśnie w głowę, lecz on potarł tylko
+czuprynę i rzucił się do łóżek zdzierać kołdry i poduszki.
+
+Z tualetki matki porwał dwa kryształowe flakony, weneckie lustro,
+z małego saloniku japońskie maski, sztylety i dwa wypchane ibisy. Z
+kuchni zwlókł durszlak, patelnię, wałek do ciasta, samowar
+olbrzymi, mogący pomieścić do czterdziestu filiżanek, worek do
+piasku, kawał wosku od podłóg i dwie żelazne dusze. Pomieszał to
+wszystko z fajkami ojca, poduszką haftowaną, dziełem rąk sióstr,
+z koszykiem do robót matki, gustowną szyfonierką, zerwaną ze ściany
+i malowaną paterą na bilety wizytowe.
+
+Dopełniwszy tego dzieła, zwaliwszy jeszcze na całą kupę tych
+przedmiotów cztery wyzłacane krzesełka, wschodnie lustro, dwa pufy
+fortepianowe, prześliczną lampę, biuścik śmiejącego się dziecka,
+świecznik mosiężny żydowski i kilkanaście sztuk srebra stołowego,
+usiadł Dyńdzio na tem wszystkiem i pogwizdując oczekiwał zmroku.
+
+ * * * * *
+
+Gdy zmrok nadszedł, dwóch wynajętych posłańców przeniosło na
+tragach wszystkie te przedmioty do mieszkania Resi. Tragi
+eskortował Kundel, kroczący z dumą i spoglądający z góry na
+przechodzących. Wszyscy usuwali mu się z drogi, tylko stary stróż
+mruczał, otwierając bramę, lecz przed podniesioną laską panicza
+schował się czemprędzej do swej izdebki.
+
+Posłańcy śmieli się, dochodząc do mieszkania żydówki. Znali oni
+dobrze Kundla i wiedzieli, że „panicz znów coś ukuł”.
+
+Zapłaceni z góry, wrzucili wszystkie sprzęty do pokoju i życząc
+„dobrej nocy” -- odeszli, śmiejąc się bezustannie.
+
+Kundel zabrał się teraz do urządzenia pokoju Resi, która
+otworzywszy szeroko oczy, przykucnęła na ziemi, oszołomiona
+widokiem tylu nieznanych dla niej przedmiotów.
+
+Wreszcie, ośmielając się powoli, wyciągnęła z pomiędzy portyer
+poduszki i oszalała z radości, poczęła je ciskać po pokoju.
+
+-- Z puchu! aj, aj!... z puchu! -- wołała, gniotąc je w ręku
+i zanurzając twarz w szeleszczącą jedwabiem pościel.
+
+Na widok samowaru chwilę zamilkła, poczem podszedłszy ku niemu,
+z szacunkiem przyklękła i twarz swą rozpaloną do chłodnej blachy
+przykładać poczęła.
+
+-- Same księżne takiego nie mają! -- szeptała drżącym ze wzruszenia
+głosem.
+
+Tymczasem Dyńdzio na brudnych odrapanych ścianach rozwieszał
+obrazy, wbijając z energią przyniesione w kieszeni haki. W braku
+młotka posługiwał się marmurowym przyciskiem przedstawiającym
+uśpioną Dyanę. W mdłym blasku świecy zamajaczyła „Elegia”
+Siemiradzkiego, energiczna „Głowa starca” Kotsisa i zabieliło się
+ciało „Najady” Hennera.
+
+Ostatni obraz zwrócił uwagę Resi.
+
+-- Goła! -- wyszeptała, chichocząc się cicho.
+
+Lecz Dyńdzio pracował ciągle.
+
+Portyery wisiały krzywo, zakrywając drzwi wejściowe. Połowa tkaniny
+leżała na ziemi, maczając się w strudze wody, płynącej z rozbitego
+dzbanka.
+
+Na podłodze Kundel porozrzucał makaty, a rozsypane pod niemi
+węgle trzeszczały za każdym krokiem. Stara sofa została nakryta
+gobelinem, przedstawiającym Pallas Atenę, a złocone krzesełka
+stanęły dokoła stołu pokrytego batystową kapą ściągniętą
+z łóżka jednej z siostrzyczek.
+
+Durszlak, patelnię, wałek do ciasta -- Resia poustawiała na
+komodzie wraz z flakonami kryształowemi i weneckiem lustrem.
+
+Zbytkowne wydanie „Pana Tadeusza” poszło dla braku miejsca pod
+szafę. Ten sam los spotkał wyborną kopię z Ary Scheffera i śliczną
+broń gallo-romańską.
+
+Wreszcie na łóżko Resi, rzucono poduszki oszyte cienką, nicianą
+koronką i na ciemnem z brudu prześcieradle rozłożono atlasową
+pąsową kołdrę -- jeszcze wyprawną matczyną.
+
+Wreszcie Kundel zatarł ręce i czując się znużony, zasiadł z nogami
+na sofce, znacząc ślady błota na twarzy Pallady.
+
+-- Masz... coś chciała -- wyrzekł dobywając z kieszeni fajkę
+i zapalając ją ze smakiem.
+
+A Resia, leżąc na ziemi, z włosami rozczochranemi, z policzkami
+rozpalonemi tarzała się wśród makat, dotykając co chwila ręką
+samowaru i żydowskiego świecznika, który o mało ją nie wprawił
+w szaleństwo.
+
+-- Aj! aj!... takie bogactwa!... -- mruczała cmokając.
+
+ * * * * *
+
+W trzy tygodnie później, inna odbywała się scena.
+
+Ojciec Dyńdzia, powróciwszy do miasta, z najwyższem przerażeniem
+dostrzegł spustoszenia poczynione w mieszkaniu. Co więcej -- Kundel
+od chwili powrotu ojca wcale się w domu nie pokazał. Zawezwana
+telegraficznie matka przyjechała i z pomocą stróża i owych
+posłańców odkryła miejsce, w którem mieściły się wyniesione
+z mieszkania przedmioty. Również domyślono się, że tam a nie
+gdzieindziej kryje się zapewne Kundel, obawiając się skutków swego
+zuchwalstwa.
+
+Rozpoczęło się parlamentowanie.
+
+Kundel, zaatakowany listem ojca, zagroził w razie użycia środków
+represyjnych, strzeleniem sobie w łeb.
+
+Serce rodziców zadygotało, postanowiono obniżyć kamerton i matka
+zaproponowała listownie ugodę pokojową.
+
+Kundel odpowiedział zimno i spokojnie, że po głębokim namyśle
+przychodzi do przekonania, iż rodzice nigdy nie zechcą go uważać za
+dojrzałego mężczyznę, który wie co robi i za każdy swój krok przed
+Bogiem i honorem odpowie. Że znudzony bezczynnością, powróciłby
+może na łono rodziny, ale tylko w tym razie, jeśli zapewniona mu
+zostanie stała miesięczna renta i za zwrócenie zabranych
+przedmiotów pewna suma pieniężna.
+
+Kilku dni ciągnęły się te pertraktacye pokojowe, a w miarę czasu
+rosły pretensye i zuchwalstwa Kundla. Matka płakała po kątach
+a ojciec targał wąsy, patrząc na opustoszałe ściany, w których
+tkwiły gdzieniegdzie haki lub zwieszały się porwane liny.
+
+Wreszcie dnia jednego zajechała z hukiem przed dom dorożka
+i wysiadł z niej Kundel, rozczochrany, obdarty, wychudły. Na samym
+wstępie uderzył w głowę stróża, który go zdradził i wyjąwszy
+z dorożki „Elegię”, niebieską, szklaną miednicę i potrząsając
+włosami, które w przeciągu tych tygodni paru doszły do potwornych
+rozmiarów, wyrzekł:
+
+-- Jestem! zrobiłem co mi nakazano. Ponieważ jednak na tem
+wszystkiem ucierpiała najwięcej szacunku godna kobieta -- muszę
+wynagrodzić jej krzywdę i prawdopodobnie się z nią... ożenię!
+
+A spojrzawszy tryumfalnie na zgnębionych temi słowy rodziców,
+wyszedł, powłócząc nogami i pakując ręce w kieszenie.
+
+
+
+
+V.
+
+=Oślica.=
+
+
+Gorączkowo Honorka zaczęła spowijać kwilące cichutko dziecko.
+
+A wyciągając długi -- na trzy łokcie powijak, mówiła ochrypłym
+głosem:
+
+-- Chodzi! chodzi! synulku!... pójdziemy na wesele twojego
+ojcaszka! Chodzi synulku, pójdziemy mu drużbować, ale nie ołtarz mu
+sprawimy, ni jakie weselenie, jeno łaźnię gorącą, że aż mu
+w piętach postygnie!
+
+Stojąca obok barłogu, na którym leżało dziecko -- kuma Kazimierzowa
+zaczęła nagle szlochać.
+
+-- A bezbożnik! wydziwiacz, rozbijaka! taką ci uczciwą dziewczynę
+z dobrej drogi sprowadził i teraz nijakiej pamięci o niej niema!...
+
+Honorka szarpnęła silnie powijak.
+
+-- On ci pamięci o mnie niema, ale ja go za to w pamięci mam
+i niech mi Pan Jezus i Matka Najświętsza ręce i nogi poułamuje, jeśli
+ja go do ołtarza dopuszczę!... Bezemnie i bez tę dziecinę przejść
+musi!...
+
+-- Prawdę masz! -- przytakiwała kuma, obcierając łzy płynące gradem
+po tłustej i czerwonej twarzy -- już ci takiej krzywdeczki to
+i Trójca Święta nie daruje. Ty się o swoje upomnij, Honorka, w twarz
+mu napluj -- od młodej odciągnij a swego nie daruj!
+
+-- I nie daruję! -- powtórzyła, zacinając zęby dziewczyna.
+
+Wzięła duży szmat barchanowy, który się suszył koło pieca
+i przytrzymawszy jeden koniec w zębach, dziecko nim owijać poczęła.
+
+Obracane jak piłka chłopię, żałośnie płakać poczęło.
+
+-- Cicho, psiakrew, chorobo jedna! a bodajżeś się zadławił własnym
+ozorem, ty kundlu zatracony! A bodaj cię mór wydusił! -- wybuchnęła
+Honorka, drżąc prawie cała od wewnątrz tłumionej rozpaczy. I
+wstrząsnęła dzieckiem tak silnio, że aż jęknęło, jak dławione
+szczenię.
+
+Wówczas kobieta przypadła twarzą do barłogu i gryząc koc
+w nadmiarze rozpaczy wołała:
+
+-- A nie jęcz ty nad moją biedną głową -- sieroto nieszczęśliwa...
+bo jeszcze mnie w zbrodnię jaką zepchniesz.
+
+Kuma Kazimierzowa pochyliła się nad klęczącą kobietą.
+
+-- A dajże spokój, Honorko, dziecku i nie wydziwiaj się nad tym
+robakiem!
+
+-- Bez niego to wszystko, bez niego!
+
+Kazimierzowa wzruszyła ramionami.
+
+-- Oj ty oślico! -- wyrzekła z powagą -- jakto: bez niego te rzeczy
+się dzieją? Czy to on ci się kazał z tym pędziwiatrem wdawać? A toć
+jego robaka na świecie wtedy nie było, jakeście się złazili to
+w piwnicy, to w komórkach!
+
+I odebrawszy dziecko z rąk Honorki, sama je spowijać i ubierać
+zaczęła.
+
+-- Nie w tem rzecz, aby nad niewiniątkiem pomstować -- ciągnęła
+nosowym, monotonnym głosem -- ale w tem, rzecz, ażeby na czas do
+kościoła trafić i panu młodemu drogę mądrze zajść. -- Słyszysz?
+
+Honorka klęczała wciąż koło tapczana, mnąc w wychudłych rękach
+potargany i zniszczony kocyk. Z małego okienka umieszczonego wysoko
+w ścianie, tuż po nad posłaniem, płynęła jasna struga światła
+i biła wprost na twarz dziewczyny zniszczonej słabością i zgryzotą,
+która jej duszę szarpała.
+
+Nie odpowiedziała wprost na zapytanie kumy lecz ściągając brwi,
+przez ściśnięte zęby wyszeptała:
+
+-- Nie daruję! nie daruję!...
+
+Kazimierzowa skończyła ubieranie dziecka i zdjąwszy z kołka ciemną
+chustkę na plecy Honorki narzuciła.
+
+-- Chodzi! -- wyrzekła -- chodzi, już czas!
+
+Po twarzy dziewczyny przemknął, jakby cień przestrachu. Przymknęła
+oczy i pozostała chwilę nieruchoma, jakby do tapczanu przykuta.
+Kuma już stała owinięta w chustkę, gotowa do drogi, huśtając lekko
+kwilące dziecko.
+
+-- Honorko! cóżeś tak przykucła? Jak chcesz szkandał zrobić -- to
+duchem nam iść trza. Już czas!
+
+-- Chwilę jeszcze, kumo! -- prosiła Honorka -- czegosić mnie teraz
+lęk ogarnia!
+
+Kazimierzowa żachnęła się z gniewu.
+
+-- A ty oślico cholerna! -- zawołała, kładąc dziecko na tapczan --
+ty nad tym robaczątkiem nijakiego „litosierdzia” niemasz! Toć na
+całe już życie przepadła ci wszystko, boć „hunor” i cnotę
+w oczach ludzkich ten zgniłek ci odebrał a dzieciaka na rękę
+ci rzucił i troskać się o niego kazał. Jak się „obżeni” tyle
+już prawa do niego nie masz! Już ci ni Bóg, ni ksiądz żadnej
+sprawiedliwości nie da. Jak żeniaty, to od wszystkiego ochronny!
+Ale ty od pędraka byłaś oślicą i słusznie cię nieboszczka matka
+tak przezwała! No! czy to nie oślica? -- kiedy jeszcze może co
+na swą stronę wyciągnąć... to kuca i mówi, że boja ma! Oj oślica
+ty! oślica!..
+
+Honorka podniosła się z ziemi i, schwyciwszy dziecko na rękę, ku
+drzwiom szybko posunęła.
+
+-- Chodźmy! -- wyrzekła krótko, drzwi od stancyi kopnięciem nogi
+otwierając.
+
+Oczy jej się świeciły, usta miała znów zaciśnięte i zębami
+przygryzione.
+
+-- Nareszcie! -- zamruczała kuma, zamykając drzwi na kłódkę -- aby
+go tylko dobrze po mordzie sprała i publikę zrobiła!...
+
+ * * * * *
+
+Nieszpory się skończyły, lecz świece przy wielkim ołtarzu gorzały
+wciąż, oblewając żółtym, migocącym blaskiem zczerniałe płótno,
+z którego bieliło się ciało Jezusa zawieszonego na krzyżu.
+
+Pomiędzy „wiernymi”, przepełniającymi lakierowane ławki, zapanował
+ruch i ożywienie wielkie.
+
+Jedna „siostra” -- zapytywała drugą -- dlaczego nie gaszą świec,
+skoro już wszystkie piękne pieśni zostały wyśpiewane.
+
+-- Zdaje się ślub jeszcze będzie -- doszedł szept z ławek
+zajmowanych przez mężczyzn.
+
+Kobiety wdzięcznie pochyliły głowy.
+
+-- Dziękujemy! dziękujemy! -- a czyj!
+
+-- Subiekta z cukierni i córki kolejnika!
+
+Wszyscy zaszemrali zadowoleni.
+
+Warto zostać, taki ślub, to już parada. Kolejarze wiadomo, lubią
+wszystko z pompą -- a taki subiekt z cukierni to „osoba”.
+
+Tymczasem kościelny wyniósł dwie poduszki i przykląkłszy, układać
+je począł na stopniach.
+
+-- Poduszki! -- zaszemrano na ławkach.
+
+Lecz znów mężczyźni udzielają informacyj bliższych co do osoby pana
+młodego.
+
+Kobiety składają z westchnieniem książki i owijając na rękach
+długie różańce, wyciągają szyje -- ciekawe, żądne wiadomości
+o tych ludziach, którzy za chwil kilka, jak papugi, powtarzać
+będą słowa sakramentalnej przysięgi.
+
+-- Więc cóż? cóż -- pyta jedna przez drugą.
+
+Pan młody -- tak! -- zapewne, człowiek bardzo uczciwy, porządny,
+uczony nawet -- zdolny, ma jakieś oszczędności. Kto wie! może
+niedługo założy i cukiernię. Z takiemi jak on „głowaczami” to
+wszystkiego spodziewać się można.
+
+Kobiety kiwają głowami, nagle spoważniałe, jakby ta dobra opinia,
+którą się cieszy ów subiekt, przejęła je szacunkiem i powagą.
+Kościelny wnosi kropidło i naczynie z wodą święconą.
+
+W ławkach powstaje znów szmer.
+
+-- Kropidło!... patrzcie kropidło!..
+
+Ale już dwa ścieśnione szeregi ustawiają się wzdłuż ławek, tworząc
+rodzaj alei bramowanej ludźmi. Aleja ta, od balustrady przeciąga
+się aż ku drzwiom głównym, które zakrystyan w tej chwili na oścież
+otwiera. Turkot powozów, hałas uliczny, cały szum letniego,
+niedzielnego popołudnia wpada nagle w wilgotną ciszę kościoła.
+
+Przez kolorowe szyby wpadające promienie słońca kładą kolorowe
+plamy na głowach i grzbietach ludzi.
+
+-- Przyjechali! przyjechali! -- dochodzi wołanie z tłumów
+zalegających stopnie perystylu.
+
+Jest to jednak fałszywy alarm.
+
+W progu kościelnym ukazuje się drużba w świecącym cylindrze
+i jasnem palcie narzuconem na ramiona. Dumny jest i wąsy ma
+podfryzowane żelazkiem fryzyerskiem. Stojąc w progu kościoła
+ogarnia jednym rzutem oka całą przestrzeń. Mrużąc oczy, zda się
+chce policzyć świece płonące na ołtarzu, poczem szybko,
+zaaferowanym krokiem przebiega wązkie przejścia pozostawione wśród
+tłumu.
+
+-- Drużba! drużba! -- szemrze tłum, popychając się i wyciągając
+szyje za znikającym we drzwiach zakrystyi mężczyzną.
+
+Znów nowy napływ ciekawych tłoczy się pomiędzy bocznemi filarami
+kościelnej nawy. Pełno już jest i gwarno, kobiety półgłosem
+powtarzają sobie plotki o rodzinie panny młodej. Plotki te
+wyrastają z pod ziemi; służą do zabicia czasu i skracają nudy
+oczekiwania.
+
+Koło drzwi wchodowych słychać przyciszone uśmiechy. Jakiś żartowniś
+opowiada dziwy o samej pannie młodej. Ależ tak -- podobno jakiś
+hrabia dołożył do posagu kilka tysięcy -- ot! z przyjaźni dla ojca.
+
+-- Hrabia dla konduktora?
+
+-- Co pan chcesz, dziś takie czasy...
+
+I śmiechy zaczynają się w najlepsze, starsze kobiety sznurują usta
+i spuszczają oczy.
+
+Takie nieskromności w świętem miejscu, nie! -- ci mężczyźni już
+żadnej wiary w sercach nie mają!
+
+Lecz śmiechy milkną, bo w progu pojawia się nagle Honorka
+z dzieckiem na ręku, w asystencyi Kazimierzowej.
+
+Pojawienie się dwóch kobiet nie byłoby rzeczą niezwykłą, lecz
+Honorka, z której głowy spadła chustka, z twarzą pokrytą
+purpurowemi plamami z pasmami włosów potarganych nad czołem,
+i z konwulsyjnie zaciśniętemi wargami, wnosi z sobą jakąś ponurą
+grozę, która wydzielając się z jej całej postaci, każe zwrócić na
+dziewczynę oczy tłumu.
+
+Kazimierzowa oddała jej przed kościołem dziecko -- uznając za
+stosowne, aby matka z dzieckiem pojawiła się przed wszystkimi,
+i tak stoi teraz Honorka, cisnąc gorączkowo milczące dziecko do
+piersi, stoi jak przykuta w progu, podniecając się w energii
+i rozpaczy, która jej biedną duszę szarpie.
+
+Oczy ma suche, bez łez, podsiniałe i z osłabienia prawie zezem
+patrzące.
+
+Stoi i zda się niedostrzegać tłumu, który zbitą masą dokoła niej
+szemrze, z zwierzęcą ciekawością rzucając się na nową zdobycz. Lecz
+Kazimierzowa nie zasypia sprawy. Na widok oświeconego ołtarza oczy
+kumy nabiegają łzami. Poprawia chustkę i kiwa głową żałośnie.
+
+-- Tak! tak! -- zaczyna z początku stłumionym głosem -- przyszliśmy
+do Pana Jezusa po sprawiedliwość i sąd Jego najświętszy! A niechże
+On naszą sprawę rozsądzi i nad sierotami zmiłowanie okaże!
+
+Tłum węchem przeczuwa skandal.
+
+Ten i ów przysuwa się do Honorki, stojącej ciągle w progu
+z dzieckiem na ręku.
+
+-- A cóż to się wam krzywda jaka stała?
+
+Kazimierzowa znów głos zabiera:
+
+-- Stała nam się krzywda ciężka, bo oto tę sierotę, co tu stoi, ten
+dzisiejszy pan młody sposponował, cnotę jej wydarł, żenić się
+przyrzekał i oto teraz z pędrakiem porzucił jak psa na rozstaju!...
+
+W tłumie zaszemrano i uciszono się nagle. Jakieś zimno smutku
+i kobiecej niedoli powiało nagle nad głowami obecnych.
+
+Mężczyźni instynktownie kurczyli się i pochylali głowy, kobiety
+otwierały szeroko oczy, wpatrując się w dziewczynę i w dziecko,
+które zdawało się być umarłem, tak leżało cicho wśród szmat
+i fałd chustki matczynej.
+
+Lecz kuma nabierała coraz większej śmiałości i pewności siebie.
+
+-- A ino... nie po co my innego przyszły, ino po to, aby pannie
+młodej się sprezentować, publikę zrobić i nie dopuścić, aby ten
+wyrwipięta obżenił się na uczciwą wiarę.
+
+-- Dobrze robicie! -- podparła jakaś podeszła jejmość -- dobrze
+robicie, takiemu się przepuścić nie godzi.
+
+-- Tak! tak! -- dorzucił siwy mieszczanin -- zasługuje lekkomyślny
+człowiek na karę. Powinna go spotkać!
+
+-- I spotka -- wołała kumcia, składając palce -- jako ta dziewczyna
+przysięgała sobie, że go spierze i do ołtarza mu dostępu nie da.
+Co, Honorka? nie darujesz?
+
+-- Nie daruję! -- powtórzyła zdławionym głosem dziewczyna.
+
+Lecz tu i owdzie przyciszone śmiechy odzywać się zaczęły. Już
+i u ołtarza wiedziano, że będzie „publika” i jakaś dziewczyna
+z dzieckiem ślub „aresztować” będzie.
+
+Uciecha więc wśród tłumu wzrosła i objawiła się dość głośno.
+Jakiś zmysłowy prąd przebiegł nagle zgromadzonych ludzi i usta
+im do uśmiechu rozchylał. Kobiety patrzyły z pod oka, sznurując
+usta, lecz na odsłoniętych karkach czuły wzrastającą w mężczyznach
+gorączkę zmysłową. Rzec można, że od stojącej na progu dziewczyny
+z owocem swych nieuświęconych miłostek na ręku, biegły prądy ciepła
+i przenikały ciała cisnącego się tłumu. W ciszę i powagę
+kościelnych murów, jak tony miłosnej pieśni, wpadła ta cała
+gama cielesnych pożądań i zdała się burzyć spokój świątyni.
+Siedzące w kruchcie baby pozwijały różańce w drżących dłoniach.
+Święty Panie! taki „szkandał” w kościele! Tu i owdzie dowcipnisie
+żartować zaczynają.
+
+Tak! tak! orszak weselny już przybył. Nawet ten rak się troszkę
+pośpieszył... niewiadomo czy go prosili -- ot! gość nieoczekiwany
+dla pana młodego!
+
+Kto wie! może młodzi będą kontenci, że przyszli ot tak -- do
+gotowego, a może... i panna młoda ze swej strony chowa jaką
+niespodziankę...
+
+Ten i ów ciśnie się przyjrzeć bliżej Honorce. Hm!... wychudła, źle
+zbudowana, głowa roztargana...
+
+Kobiety szepczą między sobą:
+
+-- Mogła się choć uczesać uczciwie, kiedy szła na publikę między
+ludzi.
+
+Jakiś pan podszedł do niej i zajrzawszy jej w oczy, wyjmuje
+z kieszeni małą notatkę. Półgłosem zadaje dziewczynie zapytania, na
+które ona nie odpowiada wcale, patrząc ciągle w przestrzeń z pod
+brwi ostro ściągniętych. Pan ów, niezrażony milczeniem,
+nieodstępuje wszakże, tylko z kieszonki dobywszy ołówek, ślini go
+i coś w książeczce zapisuje.
+
+-- Gazetnik!... gazetnik! -- szemrze tłum dokoła.
+
+Kazimierzowa uznaje za stosowne przemówić:
+
+-- Nie w gazecie, ale tu na tablicy winna być wyryta opowieść
+o takim włóczydrągu, co uczciwe dziewczyny z dobrej drogi zmania!
+
+-- Nikt ją ta znów za łeb nie trzymał -- wtrąca jakiś młody
+chłopak.
+
+Kazimierzowa obraca się jak na sprężynach.
+
+-- Za łeb! za łeb!... takie niewolenie słodką mową i przysięganiem
+to gorsza, niż za łeb trzymanie!...
+
+Chłopak mlasnął językiem.
+
+-- Nie trza było wierzyć!
+
+W tłumie powstał szmer.
+
+Nie wierzyć przysięganiu? A to coś nowego! Odkąd świat światem --
+Bóg przysięgania postanowił, a tych co krzywoprzysięgają ciężko
+karze.
+
+-- A jeszcze przysięganie sierocie? -- woła tryumfująco
+Kazimierzowa -- sierotę ukrzywdzić, to jak obrus z ołtarza
+ściągnąć!
+
+Wymowa jej i łzy kapiące po twarzy podbijają powoli wszystkich.
+Teraz -- miejsce przed wielkim ołtarzem opustoszało zupełnie,
+wszyscy cisną się do drzwi wchodowych, zgorączkowani, podnieceni
+tą sceną, jaka wybuchnie za przybyciem państwa młodych. Tu
+i owdzie stają na ławkach, zwłóczą z kątów krzesła, czepiają
+się chorągwi. Jasna, rozczochrana głowa Honorki stanowi teraz
+punkt świetlany, ściągający oczy całego tłumu żądnego widowiska,
+łaknącego skandalu, choćby zań kobieta łzami zapłacić miała!
+
+Honorka tymczasem stoi ciągle milcząca, niezdając się zwracać uwagi
+na zaciekawienie i wzruszenie, którego jest przyczyną. Wpatruje się
+w świece migoczące na ołtarzu i jak błyskawica tak przed nią
+przesuwa się rok ubiegły, w którym tyle bólu i smutku zaznała.
+
+Widzi pana Teodora, jak z za kontuaru rzuca na nią spojrzenia które
+niby ukrop w jej żyły wlewają. Gdy ją państwo, u których za młodszą
+służyła, posyłali po sucharki do herbaty, biegła z radością a przed
+drzwiami cukierni stała długo, nie mogąc ośmielić się wejść
+i przemówić do pana Teodora, który jak święty z obrazka wydawał jej
+się na tle błyszczących luster zdobiących półki bufetów. Imponował
+jej niezmiernie, pomimo że Honorka do nieśmiałych dziewczyn nie
+należała wcale i niejednego „chłopa odstawiła” wcale tęgo, gdy na
+udry pomiędzy nimi poszło. Lecz wobec Teodora zapominała języka
+w gębie i stała tak przed kontuarem, cała w płomieniach, bełkocząc
+i siejąc po ziemi miedziaki trzymane w garści. On mrużył oczy,
+uśmiechał się, żartował -- przyzwyczajony do dominowania nad
+kobietami, z niedbałością pięknego samca. I nawet później, gdy już
+posiadał ją o szarej godzinie wśród stęchlizny piwnicy lub duszącej
+atmosfery strychu, -- Honorka -- zawsze pozostawała nieśmiałą,
+przerażoną jego pięknością, zdławioną -- z oczyma łez pełnemi, nie
+śmiejąc poruszyć się, uczynić jednego giestu, odetchnąć głośniej.
+A gdy wreszcie -- porzucona, zapomniana przez swego uwodziciela,
+któremu oddała z jakąś pokorą klejnot swego dziewictwa, uczuła się
+matką -- doznawała głuchej nienawiści, gniewu na samą myśl o tym
+człowieku. Nie napastowała go, nie chodziła za nim, urodziła
+dziecko, zacisnąwszy zęby -- i w duszy swej zaczęła gromadzić całe
+morze jadu, które groziło lada chwila wylaniem.
+
+Kuma zawiadomiła go przecież o urodzeniu dziecka, lecz piękny
+subjekt mruknął coś tylko i wzruszył ramionami.
+
+Gdy Kazimierzowa scenę tę przed barłogiem położnicy odtwarzała,
+Honorka wlepiła w nią oczy od gorączki błyszczące.
+
+-- Łajdak! -- wyrzekła przez zaciśnięte zęby.
+
+Pierwszy to raz głośno wymówiła na niego obelgę.
+
+Umilkła, przerażona.
+
+Lecz powoli, podniecana przez Kazimierzową, dawała folgę swemu
+żalowi. Zapominała jak wyglądał sprawca jej nieszczęścia, niewidząc
+go tak dawno, nieodczuwała już przygniatającego wpływu, jaki
+wyższością swą, elegancyą i całem obejściem na nią wywierał.
+Rozpacz przepełniała jej serce i wstrząsała nią całą. Widok dziecka
+podniecał ją. Chwilami zdawało jej się, że jest zdolna zamordować
+mężczyznę, który rzucał ją brutalnie o ziemię, aby później na
+wiadomość o jej nędzy i cierpieniu wzruszać ramionami z pogardą.
+„Ścierwo sobacze!” -- mówiła, szarpiąc pazurami aż do krwi pierś
+swoją od pokarmu wzdętą -- „zgiń! przepadnij! oślepnij! zgnij do
+kości!” Zdawało się jej, że miłość, jaką miała dla Teodora,
+wymarła w niej oddawna, że nic, prócz żalu, gniewu i nienawiści,
+nic już w głębi swej duszy nie chowa.
+
+Na wiadomość o ślubie subiekta, wybuchnęła wreszcie całą
+wściekłością, na jaką tylko cierpliwe i nieśmiałe istoty zdobyć
+się umieją.
+
+Kazimierzowa podsunęła jej myśl wstrzymania ślubu i zrobienia
+publicznego skandalu. Uczepiła się tego projektu natychmiast,
+gorączkując się, podniecając -- przeklinając bezustannie. Ani
+jednej łzy nie miały jej oczy, chwilami zdawała się być obłąkaną.
+
+Teodor, którego kontury w jej wyobraźni zatarły się zupełnie,
+przedstawiał jej się jako zwierzę znienawidzone, wstrętne, plugawe,
+któremu chciała skoczyć do oczów i zdeptać za krzywdę jej
+uczynioną. Niewidząc go -- czuła się silną, mocną, jakkolwiek coś
+w jej wnętrzu szarpnęło się trwożliwie, gdy kuma zawołała jeszcze
+w stancyi „już czas!...”
+
+Lecz tu -- w kościele, przed ołtarzem oświetlonym jarząco,
+w chłodnej atmosferze świątyni -- jakaś moc wstępuje w nią powoli,
+lecz moc to jakaś dziwna, jakby boleść jej umniejszająca. Nie modli
+się a przecież zda jej się, że ktoś dokoła niej szepcze modlitwy,
+pacierze...
+
+Nie modlitwy to jednak szepczą dokoła, tylko żarty, uwagi, słowa
+ciekawości.
+
+Tłum cały aż drży z pragnienia takiego „grubego skandalu”.
+
+Taka rzecz nieczęsto się trafia.
+
+Nareszcie turkot zajeżdżających kół oznajmia przybycie gości
+weselnych.
+
+Nie dorożki to -- ale karety przywożą państwa młodych i liczną
+drużynę, karety z białemi lejcami, umyte i lśniące w promieniach
+słońca.
+
+-- Przyjechali! przyjechali!
+
+W tłumie powstaje nie szmer, lecz jakiś krzyk ciekawości ludzkiej.
+
+Krzykiem tym publiczność zda się chce podniecić Honorkę do
+zrobienia skandalu. Jak zwierzę wygłodniałe rzuca się na padlinę,
+tak tłum ten chciwy wrażeń drży z radości i nieszczęśliwą do
+ukazania swej zranionej duszy popycha.
+
+Wolno -- z szumem jedwabiu wchodzi orszak weselny do kruchty.
+
+Przodem idzie panna młoda, wysoka blondynka o płaskiej twarzy
+i kręconych włosach. Z bezczelnością niemal dźwiga koronę dziewiczą
+tonącą w obłokach białej iluzyi. Idzie, pewna siebie, uśmiechnięta,
+wysuwając naprzód watowany biust jedwabnego stanika. Prowadzą ją
+drużbowie we frakach i glansowanych rękawiczkach. Przed tem białem
+zjawiskiem, tłum usuwa się instynktownie, pozostawiając opartą
+plecami o filar Honorkę. Panna młoda przechodzi próg i wolno,
+poprzedzana przez dziadka kościelnego, sunie do ołtarza a tren jej
+sukni wlokący się po ziemi pozostawia za sobą jakby smugę
+świetlaną...
+
+Lecz Honorka zda się niespostrzegać nawet przejścia panny młodej.
+Teraz drży cała i blada jest jak opłatek. Gdy karety zajechały
+przed kościół, doznała nagle jakby silnego uderzenia z tyłu głowy.
+Tchu jej zabrakło, serce jej młotem wali...
+
+Nagle -- wśród jasności słonecznej ukazuje się sam pan młody.
+
+Jest dziś piękniejszym niż kiedykolwiek.
+
+Frak nowy leży na nim jak ulany, włosy zafryzowane, twarz starannie
+wygolona, spinki u koszuli złote i wielkie jak złotówki.
+
+Z tryumfem spogląda w głąb kościoła na ołtarz jasno oświetlony
+i bawi się brelokami u zegarka.
+
+Dwie drużki, w lekkich sukniach, z wachlarzami i włóczkowemi
+pelerynkami, prowadzą go, śmiejąc się ochotnie.
+
+Oczy wszystkich zwracają się teraz w stronę Honorki...
+
+Co to będzie! co to będzie!... czy da mu w papę? Czy po prostu
+nawymyśla i w oczy napluje!
+
+Lecz -- o dziwo... dziewczyna na sam widok Teodora blednie jeszcze
+więcej i oczy przymyka. On -- nie widzi jej wcale, zajęty teraz
+jedną z drużek, która upuściła na ziemię koronkową chusteczkę.
+
+I nagle -- Honorka, kurcząc się i starając zniknąć z przed oczu
+wszystkich, zasuwa się powoli za filar -- wybuchając cichym,
+zdławionym płaczem.
+
+Napróżno kuma stara się ją popchnąć naprzód, napróżno osoby
+otaczające ją dokoła pochylają się ku niej i szepczą słowa zachęty.
+Ona jedną ręką ciśnie do piersi dziecko, drugą czepia się filaru,
+a z oczów jej płyną dwa strumienie łez gorących.
+
+-- Niemogę! niemogę! -- szepcze, łkając cicho.
+
+Organy tymczasem huczą przeraźliwie, pan młody przechodzi kruchtę
+i idzie pewnym, śmiałym krokiem, kłaniając się lekko znajomym, wśród
+tłumu.
+
+Kuma próbuje raz jeszcze podburzyć Honorkę.
+
+-- Bój się Boga! nie bądź oślicą! despekt sobie robisz
+nadaremny!... wstań, leć! jeszcze czas! tyle ludzi czeka!...
+Honorka, nie bądźże oślicą!...
+
+Lecz Honorka nie rusza się z miejsca. Na widok Teodora dawny lęk ją
+ogarnął.
+
+Gdy stanął tak teraz przed nią piękny, uśmiechnięty, zdrów,
+wystrojony -- gdy go poczuła znów od siebie o kilka kroków -- nie!
+-- ona nie mogła rzucić się na niego, krzycząc tak, jak to sobie
+ułożyła i pluć mu w twarz i dziecko pokazać. Nie! nie! raczej woli
+umrzeć, niż taką rzecz zrobić.
+
+Tłum, zawiedziony w swych nadziejach, szybko zwrócił się do
+ołtarza, gdzie już ceremonia ślubu się zaczynała. Złocista kapa
+księdza migała po nad głowami ludzi. Głuchy szmer niechęci i gniewu
+przebiegał szeregi. Jakto? nie będzie skandalu? cóż sobie myśli ta
+głupia dziewczyna, zwodząc ludzi w ten sposób?... e! -- kto wie --
+to pewnie jakaś ulicznica, to dziecko, kto wie, czy to pana
+młodego, skoro ona nie śmie do oczów mu stanąć...
+
+Tak! tak!... taki porządny mężczyzna wie, co robi, jeśli porzuca.
+Już musiał mieć wtem swoją racyę...
+
+Niektórzy wszakże usiłują bronić Honorkę.
+
+-- Stchórzyła!
+
+-- Rozbeczała się!
+
+-- A to głupia!
+
+-- Idyotka!
+
+-- Oślica!
+
+-- Wszystko jedno, dość, że stanąć do oczów nie śmiała. Chodźmy
+lepiej do ołtarza.
+
+-- Ślub szykantny!
+
+Teraz wszyscy cisną się do ołtarza, przed którym ksiądz zamienia
+młodej parze obrączki. Wśród ciszy kościelnej słychać skrzeczący
+głos panny młodej i basowy głos księdza, mówiących na przemiany
+przysięgę małżeńską:
+
+-- Ja -- ja, Stanisława, Stanisława, biorę -- sobie -- sobie...
+
+Koło filara, po za który ukryła się Honorka, zrobiła się pustka.
+Dziewczyna klęczała sama, szlochając cicho. Kuma Kazimierzowa,
+czując się obrażoną, wyszła z kościoła, czerwona z doznanego
+wstydu.
+
+Schodząc ze wschodów, poprzysięgła sobie szmaty Honorki wyrzucić na
+cztery wiatry.
+
+O! nie -- mogła mieć litość nad nędzą tej idyotki, ale tolerować
+jej głupotę i brak odwagi w dopominaniu się o swoje prawa,
+a wreszcie na narażenie Kazimierzowej na pośmiewisko i podejrzenia
+ludzkie, że broniła nieczystej sprawy -- na to Kazimierzowa
+przystać nie chce i nie może.
+
+Tymczasem ceremonia ślubna szła dalej nieprzerwanie. Pan młody
+przysięgał czystym, dźwięcznym głosem i z podniesionem czołem
+odpowiadał wyraźnie na zapytanie księdza:
+
+-- Nie ślubowałeś komu innemu wiary małżeńskiej?
+
+-- Nie.
+
+Powoli zaczął podbijać i ujmować tłum cały i przeciągać na swoją
+stronę. Jego jasne spojrzenie, kark dobrze wymyty, frak wpadający
+do stanu -- imponowały ciżbie. W ogóle ślub cały, orszak weselny
+szeleszczący jedwabiem, srebrna tkanina sukni panny młodej i jej
+biust obciągnięty materyą -- wszystko to podbijało zgromadzenie
+i sprawiało jak najlepsze wrażenie.
+
+Honorka ze swą rozczochraną głową, obtarganą chustką i dzieciakiem
+spowitym w szmaty, traciła sympatyę, i ci, którzy usiłowali przez
+chwilę trzymać jej stronę, umilkli -- zwyciężeni.
+
+Tymczasem ona klęczała ciągle kolo filara, płacząc i płacząc bez
+końca. Zdawało się, że jakiś strumień nieprzebrany z oczów jej
+spływa. Cała jej rozpacz, gniew, uraza, boleść w łzach tych
+topniała i jeno dziecko tuliła do twarzy, mocząc szmaty, któremi
+owinięte było. Organy jęczały, wstrząsając jej duszą do głębi. Jak
+robak zdeptany, wiła się na zimnych flizach świątyni, cała drżąca
+od bólu, którego określić nie była w stanie. Czuła dobrze swą
+krzywdę, ale kryła się z nią w cieniu, i choć on tam był, o kilka
+kroków -- nie chciała mu się już narzucać z nędzą swoją.
+
+Gdy go zobaczyła, gdy ta mara jej nocy bezsennych znów stała się
+ciałem, stanęła przed jej oczami w pełni życia i majestatu
+wszechpotęgi męzkiej -- ona upadła na kolana, zwyciężona, bezsilna,
+drżąc z bólu i w poczuciu swej nędzy.
+
+-- A was wszystkich tu obecnych biorę za świadków, jako to
+małżeństwo zostało prawnie i przykładnie zawarte.
+
+Poczem ksiądz zaczął żegnać i kropić obecnych, którzy czynili znaki
+krzyża i obcierali z nosów i policzków krople święconej wody.
+
+Organy zabrzmiały wesołym marszem.
+
+Koło ołtarza ruch się zrobił niemały, poczęto znów się tłoczyć,
+zaglądać w oczy pannie młodej i drużkom. Wreszcie cały orszak
+z szumem, szelestem i śmiechem posunął ku wyjściu.
+
+Karety jedna po drugiej podjeżdżać zaczęły. Przechodnie
+zatrzymywali się na chodnikach, grupy dzieci cisnęły się do
+drzwiczek powozów.
+
+Tren panny młodej pokrył się cały kurzem i szare smugi ciemniały na
+fałdach jedwabiu. Pani Teodorowa pociemniała ze złości pod obłokami
+dziewiczego welonu.
+
+-- Psiakrew cholera! -- wymówiła wsiadając z furyą do karety.
+
+Za nią wskoczył Teodor, naciągając na plecy zielonkawe, króciutkie
+palto, podbite żółtawym jedwabiem.
+
+ * * * * *
+
+W kościele Honorka pozostała sama. Kościelny sprzątał poduszki,
+zaginał rogi dywanu.
+
+Honorka płakała ciągle, czując jakby ogień pod czaszką. Piersi
+i plecy bolały ją jakby od silnych uderzeń pięścią. Czuła dobrze,
+iż wszystko się dla niej skończyło, że teraz już nawet żyć nie
+może nadzieją jakąkolwiek. Zrozumiała, że nigdy nie będzie miała
+dość odwagi, aby stanąć przed człowiekiem, któremu wszakże oddawała
+się z uległością suki i powiedzieć mu w oczy:
+
+-- Uczyń cokolwiek dla mnie, którą zaprzepaściłeś i dla dziecka,
+które spłodziłeś!...
+
+Kościelny przeszedł kilkakrotnie koło niej, dzwoniąc kluczami.
+
+Wiedział, co ją sprowadziło do kościoła, dostrzegł ją wśród tłumu
+jeszcze przed ślubem, gdy stała groźna u progu i mówiła przez
+zaciśnięte zęby:
+
+-- Nie daruję!
+
+Widząc, że płacze ciągle, nie poruszając się z miejsca, podszedł do
+niej i potrącił ją lekko.
+
+-- Wstawać i iść do domu... nic tu już nie wyklęczycie.
+
+Ona podniosła głowę i przez łzy zalewające jej oczy, spojrzała
+w ciemną przestrzeń kościoła. Spojrzała i naraz cała przyszłość
+stanęła jej przed oczami.
+
+Dziecko drzemiące u jej piersi zaciężyło jej bez miary.
+
+-- O Jezu! -- szepnęła, przymykając oczy.
+
+Lecz kościelny niecierpliwił się naprawdę.
+
+-- Idźcie sobie -- cóż to, myślicie tu nocować?
+
+Powoli, z wysiłkiem, dziewczyna podniosła się z klęczek i ku
+drzwiom kierować się poczęła. Łzy dwiema strugami płynęły jej znowu
+z oczu zbolałych.
+
+Potknęła się o krzesło, wreszcie odnalazła drzwi i wysunęła się na
+ulicę.
+
+Gdy drzwi się za nią zawarły, kościelny chwilkę się zamyślił, cień
+smutku przemknął po jego starej, zawiędłej twarzy.
+
+Nagle ramionami wzruszył i podnosząc przewrócone krzesło, wyrzekł
+krótko:
+
+-- Oślica!
+
+Tymczasem Honorka zagłębiała się wolno w ulicę, po której sunęły
+świątecznie przystrojone tłumy, szła, kołysząc lekko kwilące cicho
+dziecko i idąc ocierała łzy płynące z oczu strumieniem.
+
+
+
+
+VI.
+
+=Kukułka.=
+
+
+-- Tiens! tiens! c'est du propre! -- mruknął przez zęby pan
+Seweryn, gdy rządca wyszedł już z pokoju.
+
+-- Wyprowadzać się? tak! tout d'un coup... ni ztąd ni zowąd,
+wyprowadzać się z tego mieszkanka, urządzonego z takiem staraniem,
+opuścić te kąty, w których meble stoją jakby przyrośnięte do
+lśniącej posadzki! Wyprowadzić się i to dla tej błahej przyczyny,
+że gospodarz żeni się i pragnie połączyć dwa sąsiadujące z sobą
+lokale i sprowadzić się do nich z żoną!
+
+Seweryn wzruszył ramionami.
+
+Żenić się!
+
+Także mądra instytucya! Żenić się? po co? na co? -- wszakże o wiele
+wygodniej można urządzić życie en garçon wygodniej i weselej...
+
+Żenić się!
+
+Dzika myśl; Sewerynowi nie powstała nigdy w głowie, choć
+trzydzieści pięć lat skończył przed miesiącem. I dobrze mu w tym
+brankonierskim stanie, w tej włóczędze po cudzych zagonach, które
+zwiedza z ciekawością dobrze rozwiniętego samca, poszukującego
+zaspokojenia swych chęci. Wstaje rano bez troski o życie całej
+rodziny, bez pisku dzieci, swarów mamki z kucharką i braku guziczka
+z tyłu koszuli. Wszystko jest w porządku, buty wyczyszczone, woda
+przegotowana, zmieszana z tinkturą benzoesową do umycia twarzy,
+mydło Houbigana odwinięte z obsłonek, krem migdałowy tuż obok
+flakonu gliceryny a ocet Bully'ego świeżo przyniesiony ma już markę
+oderwaną i koreczek lekko uchylony.
+
+Koło łóżka, na małym stoliczku przygotowana filiżanka ziółek
+Jambard; obok -- leży ręczne lusterko znacznie powiększające
+i fiszbin do języka. Zmaczana w letniej wodzie i napojona esencją
+werweny serweta wisi na poręczy łóżka, tuż obok pary jedwabnych
+przewróconych na lewą stronę i opylonych lekko proszkiem Viguiera
+skarpetek. W całym pokoju cisza i półcień dyskretny. Portyery
+ciemne brązowe, łóżko szerokie francuzkie na podwyższeniu pokrytem
+ciemnym dywanem.
+
+W kącie tualetka, cała gra szczotek z kości słoniowej, wielkie
+flaszki z ekstraktem cordalisu i bzu białego. Tychże zapachów woda
+do włosów i niezliczona moc małych pudełeczek brylantowego proszku
+do paznogci. Pomiędzy niemi -- pilniczki, siodełka, nożyczki
+spiczaste i zagięte. W kącie -- tuż przy poduszeczce pełnej
+szpilek, pudełko z velontiną ambrę, puszek łabędzi i jakby ze
+wstydem wciśnięte kilka wideł szyldkretowych kobiecych, do spinania
+greckich fryzur. Oprócz tych „wideł” -- wszystko zresztą
+w najwyższym porządku poukładane, świecące, błyszczące jak samowary
+żydówki. Wielka lampa w stylu bizantyjskim, wysadzana kamieniami
+zwiesza się od sufitu, nadając tej sypialni fałszywy ton kaplicy.
+W lustrzanej szybie szafy odbija się stojący pod ścianą nizki
+szezląg Marie Antoinette -- pokryty aksamitną draperyą. Na
+aksamicie, jak wąż mikroskopijny, leży w łuk skręcony kawałek
+błękitnego, jedwabnego sznurowadła, zerwanego silną a nerwową
+ręką...
+
+Opodal -- na dywanie, niedojedzone maluchne ciasteczko z wygryzioną
+konfiturą i zlizanym lukrem...
+
+Seweryn podniósł się na łóżku i sięgnąwszy ręką po filiżankę
+ziółek, zrzucił na ziemię pudełko „pate des prelats”, którą
+nadawał alabastrowy ton rękom.
+
+Był zdenerwowany i silnie podrażniony przez tę niespodziewaną
+wizytę rządcy, wypowiadającego mu mieszkanie.
+
+Trzeba szukać nowego lokalu.
+
+Hm! ale czy to tak łatwo....
+
+Wreszcie tu -- kamienica dyskretna, lokatorowie nie zajmują się
+plotkami, zdają się nieżywi po za uroczyście zamkniętemi drzwiami
+głównego wejścia. Kto wie -- na co trafi Seweryn i czy nie
+wyniknie z tego cały szereg przykrych zajść i kolizyj.
+
+Sięgnął ręką po skarpetki i wolno wstawać zaczął.
+
+Spojrzał w okno.
+
+Dzień był jesienny, ciepły jeszcze, ale trochę pochmurny. Jakieś
+szare, smutne światło płynęło przez szyby przysłonięte japońską
+siatką, po której latały z podniesionemi skrzydłami dziwaczne
+ptaki.
+
+Seweryn skrzywił się i trochę przygasłemi oczami powlókł dokoła.
+Jakkolwiek szarawe cienie włóczyły się po kątach, mieszkanie to
+wydało mu się po prosta rajem. Taka cisza, taki spokój panujący
+nawet po za oknami! Nieledwie słychać było kroki rzadkiego
+przechodnia idącego wzdłuż domów.
+
+Od czasu do czasu zaskrzeczała papuga siedząca na balkonie
+przeciwległego domu.
+
+To było wszystko.
+
+Seweryn kładł teraz na siebie komplet z białej flaneli w niebieskie
+paski. Stanął przed lustrem i włożywszy ręce w kieszenie od kurtki,
+przyglądać się sobie począł.
+
+Pomimo lekkiego znużenia w oczach, miał cerę zdrową i świeżą.
+Wyciągnął język, potem przyjrzał się uważnie gałkom ocznym,
+wreszcie, wyciągnąwszy muskularne ramiona, stał tak chwilę, patrząc
+zmrużonemi oczami w lustro. W tej białej, puszystej flaneli wydawał
+się o wiele tęższym i bardziej rozrośniętym niż był
+w rzeczywistości. Uderzył się po piersiach rękami i klatkę naprzód
+wysunął w niezwykły sposób.. Poczem kurtkę na sznury zapiął
+i obróciwszy się profilem, wygiął się jak panna na wydaniu.
+Przyglądał się rysunkowi łydek, które pod mięką tkaniną flaneli
+wyraźnie się zaznaczały. Pomacał się po udach, syknął lekko
+i poruszając torsem począł próbować solidności bioder...
+
+Tak! tak -- był w całym rozwoju siły i zdrowia. Herbata Jambart
+utrzymywała mu żołądek wybornie, a brak wszelkich ekscesów nie
+wyczerpywał go ani na jotę. Odłożył sobie właśnie tyle, ile mógł
+zużyć bez naruszenia zdrowia... Używał bez wstrząśnień i wzruszeń
+niepotrzebnych, a czytając Catul Mendeza, wzruszał ramionami przy
+opisie wyczerpujących walk miłosnych.
+
+-- C'est idiot! -- decydował, zamykając książkę. On systematycznie
+wypijał rozkosz pocałunku, tak jak swą przeczyszczającą herbatę.
+Gdy nadchodziła chwila miłosnej schadzki, wyjmował z szafy
+koszyczek z drobnemi ciasteczkami i butelkę, przygotowywał ocet
+Bully'ego, szpilki, puder i najspokojniej usiadłszy w saloniku,
+oczekiwał zjawienia się kobiety. Gdy spóźniła się cokolwiek
+i wpadała zdyszana, zmęczona, szepcząc słowa usprawiedliwienia, on
+spokojny, uśmiechnięty, zdejmował z jej twarzy woalkę, którą się
+szczelnie osłaniała i mówił trochę ironicznym głosem:
+
+-- Cóż wielkiego! spóźniłaś się -- to rzecz bardzo naturalna.
+
+Poczem szedł ku drzwiom i uchyliwszy je, rzucał do przedpokoju
+zawsze jedno i to samo zdanie:
+
+-- Karol! niema mnie w domu!
+
+Z przedpokoju wydobywał się bezdźwięczny głos:
+
+-- Dobrze, jaśnie panie! -- i zasówka drzwi wchodowych opadała
+z suchym łoskotem.
+
+W ten spokojny sposób rozpoczynała się każda schadzka, w równie
+spokojny kończyła się cała miłostka.
+
+Seweryn bowiem zawiązywał stosunki jedynie z... mężatkami, mając
+w tem stały system, od którego nigdy nie odstępował. Były to
+najczęściej żony przyjaciół, dobrych znajomych, którzy, rozmarzeni
+chartreuse'ą lub koniakiem w czarnej kawie, z łokciami opartemi na
+stole, roztaczali tajemnice alkowy małżeńskiej na wzór króla
+Candaula, i w zamian za swą wiarę otrzymywali, wprawdzie nie
+pchnięcie śmiertelne, lecz szczerbę w honorze i miłości żony.
+Seweryn bowiem skwapliwie chwytał za włosy każdą okazyę
+i umiejętnie czynił legion kochanek z tych mężatek spragnionych
+nowości, ciekawych występku a kryjących dyskretnie łzy i rozpacz
+w chwili zerwania. Wybór jego padał zwykle na kobiety dbające
+o pozycyę zajmowaną w świecie i miejsce w domu męża; wiedział, że
+tego rodzaju kochanka nie odważy się na sceny, na ucieczki, na
+opowiedzenie w chwili podrażnienia wszystkiego mężowi... Wiedział,
+że gdy chwila stanowcza nadejdzie, chwila nieuniknionego zerwania,
+po chwilowej burzy przywitają się znów z uśmiechem i spokojem,
+wobec zwróconych na nich czujnych oczów towarzystwa.
+Wspaniałomyślnie -- podczas trwania miłostki -- pozostawiał wolność
+kobiecie, nie kontrolując jej stosunków z mężem -- owszem,
+popychając ją nieledwie w objęcia smutnego rywala.
+
+-- Trzeba mieć furtkę w razie wypadku...
+
+Kilkakrotnie „furtka” ta okazała się deską ocalenia. Kobiety
+z uśmiechem wdzięczności przyznawały Sewerynowi słuszność, dziecko
+miało nazwisko i prawo do majątku, matka nie traciła względów
+i szacunku świata a prawdziwy ojciec usuwał się w cień, zacierając
+ręce!...
+
+Jedna tylko żona urzędnika kolejowego stawiła mu się opornie
+i wprawiła go przez pewien czas w kłopot niemały swem głupiem
+sentymentalnem postępowaniem. Ale była też to kobieta nie
+z towarzystwa, spotkana przez Seweryna w Alejach, w chwili nerwowego
+rozdrażnienia. Podbiła go od razu dziwnem spojrzeniem bladych
+błękitnych oczów i twarzyczką Madonny. Gdy, wbrew swemu zwyczajowi,
+poszedł za nią, i przemówił przyciszonym głosem -- stanęła,
+spojrzała mu w oczy i wyciągnęła doń rękę obnażoną, na której
+błyszczała obrączka.
+
+Seweryn rękę podaną ujął, nie mogąc zrozumieć, co go ciągnęło
+w ten wieczór wiosenny do tej źle ubranej i trochę pochylonej
+kobiety, narzucającej mu się nieledwie pod cieniem szumiących
+drzew.
+
+Stosunek ich trwał parę miesięcy. Seweryn nie był nigdy w domu
+Anny, znał tylko jej życie z opowiadań kochanki. Wprędce znudziła
+go brakiem elegancyi i cienkiej bielizny a zraziła zbytkiem
+uczucia, w którem dopatrywał się przesady.
+
+Ona, zakochana do szaleństwa w tym wspaniałym mężczyźnie, którego
+każde zbliżenie mieszało ją i słodką rozkoszą przejmowało, była
+niezręczną jak każda zakochana kobieta. Przynosiła mu za gorsetem
+z grubej szarej dymy pęki fiołków, lub skrapiała włosy olejkiem
+peruwiańskim. Nosiła nizkie buciki z powyciąganą gumą i podwiązki
+pod kolanami.
+
+W dodatku uparła się być mu wierną, wierną do głupoty i mówiła mu
+o tem bezustannie, kładąc głowę na piersi.
+
+On, zdenerwowany, powtarzał słowo „furtka” po raz setny
+i przemyślał o sposobie zerwania z tą niewygodną kochanką, cichą
+i uległą, przysięgając sobie nigdy nie wykraczać z przepisanych
+granic postępowania. Pewnego letniego wieczora, Anna, rumieniąc się
+i jąkając, wyszeptała Sewerynowi do ucha tajemnicę, która ją
+radością przejmowała.
+
+On drgnął cały i porwał się z miejsca.
+
+-- Co teraz zrobisz?
+
+Ona spojrzała na niego słodko i uśmiechnęła się spokojnie.
+
+-- Będę twoją do śmierci. Jutro dom męża opuszczę!
+
+Na czoło Seweryna wystąpiły krople potu.
+
+-- Dla czego?
+
+-- Przecież teraz, jako matka twego dziecka, mieszkać z nim nie
+mogę...
+
+-- Dla czego?
+
+Nastąpiła chwila milczenia.
+
+Głos nagle zamarł w piersiach kobiety, klęczała ciągle obok
+szezlągu, na którym leżały porozrzucane szpilki wypadłe z jej
+włosów, kapelusz i rękawiczki; twarz nagle pobladłą zwróciła ku
+Sewerynowi, który przebiegał pokój wzdłuż i wszerz, potrącając
+meble.
+
+-- A mówiłem o furtce, mówiłem tyle razy -- ale cóż, pani chciałaś
+się bawić w sentymentalizm, w wierność! Tiens... c'est du propre!
+c'est mignon!...
+
+Z okrucieństwem mężczyzny, który widzi nagle porządek swego życia
+zakłócony niepotrzebnem zdarzeniem, wyrzucał z siebie Seweryn cały
+potok słów, które jak chłosta spadały na pochyloną głowę kobiety.
+
+-- Czyż to nie czyste szaleństwo było z mej strony -- mówił dalej
+tonem, na jaki tylko niekochający mężczyzna zdobyć się może -- czyż
+to nie była demencya brnąć dalej i nie przewidzieć do czego mnie
+pani doprowadzić możesz! Teraz jesteśmy w ładnej sytuacyi! Ale ja
+umywam od wszystkiego ręce... to nie moja wina!... Tirez vous de
+cette affaire vous méme!... Voila!...
+
+Stał tuż przed nią, pochylając nad nią swą maskę rozłoszczonego
+„viveura”, mając wielką ochotę kopnięcia tej kobiety, która,
+dawszy mu tak słabą i niewyraźną rozkosz, miała śmiałość
+wkraczania w wygodnie urządzone życie, z dzieckiem w dodatku!
+
+Nie, tego było za wiele! -- wszystkie inne, te, które miał
+poprzednio, oznajmiały mu podobny wypadek z dyskretnym uśmieszkiem,
+a on -- przybierał minę rozczulonego papy, wiedząc że nic nie
+ryzykuje, i szeroko otwartą furtką może wyjechać, nietylko wyjść
+najspokojniej; ta jedna! -- ta -- głupia mieszczka uparła się przy
+swej wierności, jakby on tego wymagał!...
+
+Bizantyjska lampa zawieszona u sufitu rzucała różnokolorowe,
+pokrajane światła. Przez zielone kamienie trupie prawie padały
+blaski.
+
+W blaskach tych podniosła się nagle Anna, blada, z szeroko
+rozwartemi oczyma. I z włosami rozwianemi, z rękami naprzód
+wyciągniętemu, ku drzwiom kierować się poczęła.
+
+Seweryn postąpił za nią kilka kroków.
+
+-- Tirez vous de l'affaire!... -- powtórzył, lecz ona, nie
+odwracając nawet głowy, otworzyła drzwi i zniknęła w ciemnej głębi
+salonu.
+
+Po chwili trzask zamykającej się bramy doleciał przez wpół uchylone
+okno.
+
+Seweryn chciał biedz za tą kobietą, której bladość i milczenie
+dziwnie nań podziałały, lecz... egoizm przemógł.
+
+Z uczuciem niewysłowionej błogości usiadł na fotelu, oddychając
+ciężko.
+
+Ach!... uniknął nielada niebezpieczeństwa, kobieta wykręci się
+z tej matni, a on, poprzysięga sobie nigdy nie bawić się
+w sentymenty, lecz czerpać dalej rozkosze w cudzych a dobrze
+znajomych mu gniazdach...
+
+Czekał jeszcze dni kilka, sądząc że Anna powróci, lub parę słów
+napisze.
+
+Nic -- milczenie zupełne.
+
+Teraz Seweryn odetchnął pełną piersią. Uczuł się ocalonym
+rzeczywiście i na dobre.
+
+Od tego zdarzenia upłynęło lat siedem. Przez te lata Seweryn miał
+znów kilka intryg, a przechodząc przez ogród Saski, uśmiechał się
+na widok małej dziewczynki bawiącej się kamyczkami i kasztanami
+zbieranemi wśród żwiru.
+
+Dziewczynka miała ciemne oczy i kręcone włosy Seweryna a linia jej
+łydek, ubranych w jedwabne pończoszki, wyginała się
+w charakterystyczny sposób.
+
+Niańka, zapytywana o nazwisko rodziców malutkiej, odpowiadała
+uprzejmie:
+
+-- Państwo Wanderkraft -- a dziewczynka uśmiechała się do
+przechodniów uśmiechem, który przypominał chwile najwyższej
+kokieteryi podbójczej Seweryna.
+
+Czasem sama pani Wanderkraft siadała obok niańki i prezentując swe
+silnie rozwinięte biodra w obcisłej fularowej sukni, dozorowała
+zabawy dziewczynki.
+
+Gdy Seweryn zbliżał się do ławki, kobieta uśmiechała się
+przyjaźnie, pod purpurową osłoną rozpiętej parasolki, i głośno
+przywoływała córeczkę.
+
+-- Sewerciu! przywitaj się z... panem!
+
+Dziecko dygało, wyciągając tłustą łapkę a kobieta spoglądała
+pogodnie w twarz mężczyzny, który odpowiadał jej również tym
+spokojnym, prawdziwie męzkim uśmiechem. Cudzołożna żona i jej
+wspólnik, jak dobrze wychowani ludzie, załatwili całą sprawę!
+
+Furtka była otwarta.
+
+Furtką tą wsuwało się kukułcze pisklę do obcego gniazda.
+
+Ainsi va le monde!
+
+Pani Wanderkraft postąpiła w tym wypadku jak każda światowa
+i dobrze wychowana kobieta postąpić powinna. Dała dowód taktu
+i uszanowania własnej godności.
+
+Dla tego Seweryn przeciągał ten stosunek i czuł się zupełnie
+zadowolnionym.
+
+I dziś -- dziś -- właśnie, kiedy wczorajsza schadzka powiodła mu
+się znakomicie, żołądek funkcyonuje wybornie, a żółte plamki pod
+lewem okiem znikają pod działaniem „Anti-Bolbosu” -- dziś właśnie,
+wymówiono mu mieszkanie...
+
+-- Nie! -- c'est du guignon! rien de plus.
+
+I nachmurzony odrywa się Seweryn od kontemplacyi własnej osoby
+a przegiąwszy się w tył woła:
+
+-- Paul!
+
+Z po za przymkniętych drzwi salonu, odzywa się ochrypły głos:
+
+-- Słucham, jaśnie panie!
+
+I oto na progu, w szarawem oświetleniu, ukazuje się
+Paweł -- w pantoflach i białym fartuchu sięgającym mu
+aż pod brodę.
+
+Jest to mężczyzna lat trzydziestu, wybladły i wychudły, obnoszący
+swą, twarz zniszczonego rozpustą ulicznika w obramowaniu rudych
+rzadkich faworytów.
+
+Seweryn w tej chwili przegląda się w lustrze, wyszczerzając zęby.
+
+Paweł czeka na progu, zimny, spokojny, utkwiwszy wzrok przygasły
+w przeciwległą ścianę.
+
+Wreszcie Seweryn zmienia pozycyę i usiłuje dojrzeć maluchną plamkę
+czerwieniącą się pod lewem uchem.
+
+-- Nic innego, tylko to Klara... a prosiłem... prosiłem. -- Paul!
+
+-- Słucham, jaśnie panie.
+
+-- Zobacz! co ja mam pod lewem uchem?
+
+-- Plamkę, jaśnie panie.
+
+-- Plamkę?
+
+-- Plamkę.
+
+-- Pewnie mnie... coś ukąsiło!
+
+-- Pewnie jaśnie pana coś ukąsiło?
+
+-- Daj kremu ogórkowego, może zniknie!
+
+-- Może zniknie, jaśnie panie.
+
+Nastąpiła chwila milczenia.
+
+Seweryn wycierał szyję białą, tłustą masą, odchyliwszy dobrze
+kołnierz kartki i flanelowej bleu de France koszuli.
+
+Blady promień słońca przebił się w tej chwili przez chmury
+i przyciemniony gazą rozpiętą w oknach, oblał żółtawym blaskiem
+tęgi i potężny kark Seweryna, kark niezwalczony, prawdziwy kark
+zwycięzcy, tryumfatora w zapasach miłosnych.
+
+-- Paul!
+
+-- Słucham, jaśnie panie.
+
+-- Musimy się wynosić!
+
+-- Musimy, jaśnie panie.
+
+-- Trzeba szukać mieszkania!
+
+-- Trzeba, jaśnie panie.
+
+Seweryn ujął powiększające lusterko i, postąpiwszy do okna, bacznie
+się szyi przyglądał.
+
+-- Znika? -- co?
+
+Paweł zbliżył się także.
+
+-- Znika, jaśnie panie.
+
+-- Przygotuj wodę!
+
+-- Dobrze, jaśnie panie.
+
+Seweryn położył lusterko i rozpinać począł kurtkę.
+
+Paweł rozesłał na podłodze ceratę, poczem rozwinął i ustawił
+gumową balię a przy niej rodzaj polewaczki z kauczukowym wężem.
+
+-- Peniuar wygrzany?
+
+-- Wygrzany, jaśnie panie!
+
+Seweryn powoli zdjął kurtkę i za chwilę tors jego muskularny,
+wspaniały, lśniący zabłysnął w półcieniu pokoju.
+
+Promień słońca ślizgał się po tem różowem ciele o ciemnawych,
+sinawych tonach.
+
+Wąska ścieżka kręconych włosów przecinała tors na równe dwie
+połowy.
+
+Wtedy oczy Seweryna padły na leżące na ziemi i na wpół rozgniecione
+ciastko. Zmarszczył brwi, jakby dojrzał coś nieprzyjemnego.
+
+-- Paul!
+
+-- Słucham, jaśnie panie.
+
+-- Patrz!
+
+Nagiem ramieniem wskazywał dywan klęczącemu na ceracie sługusowi.
+
+-- Sprzątnij!
+
+Paweł na klęczkach posunął się po dywanie i podniósłszy ciastko,
+drugą ręką sięgnął po zostawione na sofie błękitne sznurowadło.
+
+Poczem wstał i ciągle spokojny i niewzruszony, plecionkę dyskretnie
+położył obok szyldkretowych szpilek w kącie tualety, a ciastko
+cisnął zręcznie skrzeczącej na balkonie papudze.
+
+ * * * * *
+
+Od dwóch tygodni poszukiwał Seweryn mieszkania.
+
+Zrobił pięćset osiemnaście pięter i -- nie mógł zdecydować się na
+wybór.
+
+Wszędzie bramy były zanadto widne, za wiele drzwi wychodziło na
+klatkę wschodową, lokatorowie zdawali się zanadto ruchliwi.
+
+W dwuznacznej pozycyi, jaką Seweryn sobie w życiu obrał -- były to
+rzeczy nadzwyczaj ważne. Do tej chwili lawirował szczęśliwie
+w pośród znieważanych mężów, którym ściskał uprzejmie ręce
+i oddawał drobne przysługi.
+
+Nie miał ochoty poznać tragicznej strony medalu.
+
+Wesoła wystarczała mu zupełnie.
+
+To też szukał i szukał odpowiedniej bramy, w której cieniu mogłaby
+jak w przepaści zginąć biegnąca do niego kochanka.
+
+Paul ze swej strony dokładał starań niemało. Obadwaj wieczorem
+schodzili się w sypialni, zniechęceni, pożółkli, ze skórą dziwnie
+na twarzy wyciągniętą.
+
+Snać podobne forsowne przechadzki obu tym viveurom nie dodawały
+zdrowia.
+
+I gdy Seweryn, kładąc się, owiązywał głowę fularem, twarz nacierał
+magnoliną a ręce pastą kardynalską, spoglądał żałośnie na Paula
+skraplającego mieszaniną octu tualetowego i wody kolońskiej firanki
+otaczające łóżko.
+
+-- Nic nie znalazłem -- mówił jęczącym głosem.
+
+-- I ja także, jaśnie panie. -- odpowiadał lokaj.
+
+-- Rozpacz!
+
+-- Rozpacz, jaśnie panie.
+
+I Seweryn, jęcząc, zakładał na twarz rodzaj maski irszanej,
+napojonej coldcreamem, a faworyty podwiązywał długim kawałkiem
+fularu, skropionym wodą portugalską.
+
+-- Może... jutro -- bełkotał przez wązki otwór, wykrajany w szmacie
+irchowej.
+
+-- Może... jutro, jaśnie panie. -- odpowiadał lokaj.
+
+Tymczasem przechodziło jutro bez żadnego rezultatu i tak samo dni
+następne.
+
+Pewnego jesiennego popołudnia, Seweryn, zdenerwowany, wlókł się
+wzdłuż kamienic, zatrzymując się przed każdą wywieszoną kartą.
+
+Wstąpił już do dwóch domów, pomimo że ulica nie przypadała mu do
+gustu.
+
+Ruchliwa była, co chwila przeleciała przez nią dorożka, to znów
+o kilka kroków grała katarynka wyjątki z „Carmen”.
+
+Jakiś mały piesek usiadł na trotuarze i wył, podnosząc do góry
+spiczastą mordkę.
+
+Seweryn dnia tego czuł się w dziwnem usposobieniu.
+
+Obudził się z niesmakiem w ustach i w duszy.
+
+Cała skóra go bolała na ciele i czuł nieledwie każdy włosek swych
+faworytów, które dziś sterczały suche i bez żadnego połysku.
+
+Usposobienie jego wewnętrzne było szare i znużone. Czuł mimowoli
+jakiś przesyt i wspomnienie ciała Klary, które go prześladowało,
+było mu wstrętne nad wyraz wszelki.
+
+Spotkał ją w Saskim ogrodzie przechodzącą z córeczką. Nie rozumiał
+dla czego coś go popchnęło ku dziecku, które było krwią jego krwi,
+jego własnym płodem.
+
+Lecz -- mała -- rozkapryszona, zdenerwowana, odwróciła się, nie
+chcąc się przywitać z „panem”. Chciał nalegać, schylił się, aby
+ją ująć za rączkę, pragnąc dotknięciem się tego świeżego,
+dziecięcego ramienia -- obronić przeciw jakiejś tęsknocie,
+która go trawiła.
+
+Lecz niańka ujęła dziecko, wołając:
+
+-- Sewerciu! patrz... Tata idzie!...
+
+Dziecko odwróciło główkę i wyciągnęło ręce w stronę
+nadchodzącego mężczyzny.
+
+Seweryn cofnął się i przeszedł szybko, zamieniając lekki
+ukłon z przyjacielem.
+
+Zaczął znów szukać mieszkania.
+
+Szedł, prostując się z całej siły woli i przybierając obojętną
+minę.
+
+Lecz piosenka „Carmeny” i wycie psa -- wstrząsnęły nim do głębi.
+
+-- Ach, te nerwy! -- pomyślał.
+
+Szybko wszedł do bramy, przy której widniała karta.
+
+Za chwilę dzwonił do drzwi parterowych, przed któremi leżała zużyta
+słomianka.
+
+Drzwi otworzył mały chłopiec, najwyżej lat sześciu, dobrze
+rozwinięty, szeroki w ramionach, z karkiem doskonale osadzonym.
+
+Otworzywszy drzwi, przechylił główkę, jakby oczekując
+wytłomaczenia.
+
+-- O mieszkanie... -- wycedził Seweryn.
+
+Chłopiec, stukając gwałtownie obcasami, zniknął w ciemni
+przedpokoju.
+
+Za chwilę słychać było donośny głos dziecięcy:
+
+-- Mamo!... jakiś o mieszkanie!
+
+-- To pokaż! -- odezwał się głos kobiecy z głębi mieszkania
+wychodzący.
+
+Seweryn wszedł do przedpokoju i zamknął za sobą drzwi wchodowe.
+
+Zapach gotującej się brukwi i topionego masła uderzył go na
+wstępie.
+
+-- Kuchnia musi być blisko -- wyszeptał z niezadowoleniem.
+
+Lecz nie miał już czasu oddawać się dłuższym uwagom nad rozkładem
+mieszkania, bo drzwi prowadzące do saloniku otworzyły się
+z impetem -- i w jednej smudze światła ukazał się chłopiec
+a potrząsając energicznie głową, zawołał:
+
+-- Proszę pana za mną. Mamcia nieubrana a tatki niema. Dzieci mają
+lekcyę i nie ma nikogo starszego tylko ja jeden.
+
+Mówiąc to, wydymał w dziwny sposób klatkę piersiową i uderzał się
+po niej z zadowoleniem.
+
+-- Salon! o! -- wyrzekł, wyciągając szyję -- niech pan wejdzie,
+choć pan zabłoci, nic nie szkodzi, jutro będą froterować!
+
+Seweryn spojrzał dokoła.
+
+Dziwnym mu się wydawał ten „salon”, pełen szydełkowych kap
+i serwetek. Wszędzie czepiały się, jak rój nocnych czepków
+mieszczanki, opadłych na ciemną wełnę mebli; na jesionowe
+stoliczki, na trzcinę etażerek, na pudło nędznego fortepianu. Przed
+kanapą, na płaszczyźnie stołu pokrytego siatkową szarą serwetą,
+sterczała lampa, której podstawa tonęła w patarafce ze strzyżonej
+włóczki i szklanych owoców.
+
+Mała czworograniasta czapeczka okrywała szkiełko.
+
+Chłopiec stał teraz na środku pokoju, rozstawiając nogi. Małe,
+szare oczy o stalowych błyskach utkwił w twarzy Seweryna, który
+z pustych ścian saloniku wzrok swój mimowoli przeniósł na źrenice
+dziecka. I przez krótką chwilę te dwie pary oczu o jednakowym,
+ciemnym a przejmującym połysku tonęły w sobie, jakby zlewając swe
+stalowe promienie, w jedną chłodną, szarawą smugę.
+
+Wreszcie Seweryn ocknął się pierwszy.
+
+-- Czy jest jeszcze co więcej? -- zapytał.
+
+-- Jest proszę pana, pokój mamy i taty, dziecinny, jadalny,
+kuchnia, pasaż i schowanko -- recytował mały.
+
+Przez uchylone drzwi prowadzące do dalszych pokojów, wyjrzała mała
+dziewczynka.
+
+Chłopiec przybrał poważną minę.
+
+-- Niech Maryś idzie do kuchni, do Magdaleny -- wyrzekł mrużąc
+oczy, a odwróciwszy się w stronę Seweryna, dodał ze śmiechem: --
+moja siostrzyczka!
+
+Malutka schowała się czemprędzej, nie omieszkawszy pokazać
+nieznajomemu końca różowego języka.
+
+Chłopiec wzruszył ramionami.
+
+-- Pan daruje, ale to jeszcze małe! -- wyrzekł, otwierając drzwi na
+rozcierz -- proszę pana, jadalnia!...
+
+Seweryn przestąpił próg i stanął koło ściany, opierając się o nią
+plecami.
+
+Przed nim, na sosnowym dość dużym stole, okrytym ceratą, stały
+talerze z grubego fajansu o żółtawych, gliniastych cieniach, grube
+szklanki zieleniły się w odstępach, serwetki starannie
+wyprostowane i pozwijane, wsunięte były w czarne, blaszane kółka.
+
+Pod ścianą kredens, na wpół otwarty, z wysuniętym blatem, ukazywał
+ubogie wnętrze zapełnione blaszanemi puszkami cukru, kawy
+i herbaty. Wielki bochenek chleba świeżo napoczęty, rozkładał wśród
+masy okruchów swe ciemnawe wnętrze, okolone brunatną spieczoną
+skórą.
+
+Pod oknem maszyna do szycia, na wpół przykryta sztywną merlą
+zszywanej spódnicy, i krzesełko wyplatane odsunięte na środek
+pokoju.
+
+Dokoła stołu kilka krzeseł wyplatanych i dwa wysokie foteliki
+dziecinni: z zasuwanemi linijkami. Na jednym poduszeczka czerwona
+perkalowa i przewieszony przez poręcz śliniaczek szydełkowy,
+nawleczony czerwoną tasiemką. Wszystko to jednym rzutem oka objął
+Seweryn. Jakieś dziwne przygnębienie ogarniało go wśród tych ścian
+pustych, przed tym ubogim stołem, pośród tej duszącej woni
+kuchennej i stukotu tasaka o stolnicę, dolatującego z po za drzwi
+źle przymkniętych.
+
+Cała nędza rodzinnego życia, smutnego, pełnego poświęceń, prywacyj
+i obowiązków -- zdawała się spływać tu z trywialnością trosk
+codziennych. Tylko różowa i uśmiechnięta twarzyczka chłopca miała
+w sobie świeżość małego egoisty, zabierającego w swe płuca
+najzdrowsze cząstki powietrza, a w usta najlepszy kęs mięsa
+i największy kawał chleba.
+
+I znów oczy Seweryna spoczywały na drobnej a dobrze rozwiniętej
+postaci dziecka, które, pogwizdując lekko, wyszarpywało z bochenka
+chleba kawałek ośrodka i, maczając go w solniczce, zajadało ze
+smakiem.
+
+Seweryn przypomniał sobie, że, dzieckiem będąc, lubił namiętnie
+chleb z solą i zakradał się przed obiadem do sali jadalnej, aby
+wyprosić u lokaja kawałek ośrodka.
+
+Wspomnienie to sprawiło mu pewien rodzaj przyjemności.
+
+Mimowoli uśmiechnął się do chłopca uśmiechem koleżeńskim,
+przyjemnym, porozumiawczym.
+
+Malec nie został mu dłużnym.
+
+Jakby w zwierciadle odbił się na różanych ustach dziecka uśmiech
+mężczyzny.
+
+Te same zadrganie nerwowe kącików, te same zmarszczenie brody.
+
+-- To dobre przed obiadem -- bełkotał chłopiec i uderzył się znów
+po klatce piersiowej, smarując przód flanelowej białej bluzki
+tłustemi rękami.
+
+Seweryn stał ciągle przy ścianie, obserwując dziecko. Poddał się
+bezwiednie pociągowi ku tej małej, kędzierzawej główce, kręcącej
+się przed nim w mgławem świetle dnia jesiennego. Chłopiec ten
+zaciekawiał go i śledzić wzrokiem za sobą kazał. Szare źrenice
+z pod długich rzęs błyskały mu pożądliwie, gdy skubał ośrodek
+chleba... tęgi kark odsłaniał się z szeroko rozwartego kołnierza
+bluzy, kark o zarysach wspaniałego w przyszłości samca,
+podbijającego kobiety siłą sprawianej rozkoszy.
+
+Na karku tym zatrzymał się dłużej wzrok Seweryna, zdawało mu się,
+ze gdzieś już widział podobny szmat ciała, tylko większy, grubszy,
+porosły krótkiemi włosami, majaczący we mgle zestawionych
+umiejętnie luster... i osłonięty draperyą białej flaneli.
+
+-- Teraz pokażę panu dziecinny pokój, później mamci i kuchnię!
+
+Z łoskotem malec szarpnął drzwiami i przed oczyma Seweryna ukazał
+się pokój podłużny, zastawiony pod ścianami małemi łóżeczkami,
+okrytemi kołderkami z pąsowego, wytartego kaszmiru. Duży stół
+zarzucony książkami i zabawkami czernił się na środku.
+
+Koło pieca suszyło się prześcieradełko, na ziemi leżała naga lalka,
+z której sypały się trociny.
+
+Jakieś gorąco wilgotne panowało tu, wyziew mokrej bielizny
+i rozlanych na podłodze mydlin.
+
+Pod stołem siedziała malutka dziewczynka, wydzierająca kartki
+z wielkiej książki.
+
+Pod oknem, na obdartym skórzanym koniu huśtał się czteroletni
+chłopczyk, chudy, anemiczny, wybladły.
+
+Chłopiec oprowadzający Seweryna, jak szalony rzucił się ku dziecku
+kołyszącemu się na koniu.
+
+-- Złaź! to mój koń! złaź natychmiast!
+
+I silny, z pasyą wyrytą na drobnej twarzyczce, strącał młodszego
+brata, który z pokorą dziwną złaził z siodła, zaczepiając się
+o powiązane sznurkami strzemiona.
+
+Chłopiec, cały purpurowy, z krwią nabiegłą do oczów, rzucił się
+teraz pod stół i wyrwał dziewczynce książkę.
+
+-- Ty, oddaj, to moje!
+
+Książkę rzucił na łóżko, poczem porwawszy za łeb konia, wsunął go
+w kąt tuż przy łóżku, które zapewne było jego miejscem spoczynku.
+
+Dzieci -- milczące, przytuliły się do siebie, nędzne, drobne,
+małe -- poddając się brutalnej przemocy, jaką wywierał nad niemi ten
+chłopak, zdający się rządzić tu bezpodzielnie, brać pod swe
+panowanie wszystko, co było jeszcze do wzięcia w tej nędzy
+urzędniczej, w tych ubogich sprzętach powleczonych kurzem
+trywialności.
+
+Seweryn znów oparł się o ścianę i śledził wzrokiem drobną postać
+chłopca, który z wysiłkiem pakował konia na łóżko.
+
+I zdawało mu się, że dziecko to jest mu doskonale znajome, że
+widywał je codziennie dawniej i teraz odnalazł nagle wraz ze
+wszystkiemi ruchami, tonacyą głosu, karnacyą skóry...
+
+Wreszcie -- rzecz dziwna, Seweryn odczuwał jakby z jego wnętrza coś
+się oderwało i poruszało się teraz w małych a silnych członkach tej
+istoty, nurtowało tę kędzierzawą głowę, objawiało się w suchych,
+urywanych zdaniach, wyrzuconych z tej klatki dziwnie wydętej pod
+cienką tkaniną białej flaneli.
+
+Nagle -- drzwi w przeciwległej ścianie otworzyły się na rozcierz
+i stanęła w nich kobieta okryta ciemnym, flanelowym szlafrokiem,
+wiszącym luźno na wychudłem jej ciele.
+
+Stanąwszy w ramie drzwi, które po za nią rozwarły się szeroko,
+ukazując profil łóżek okrytych brązowemi kapami i przedzielonych
+małą ciemną szafką, wyciągnęła rękę ku hałasującemu dziecku.
+
+-- Maniek! -- wyrzekła suchym, bezdźwięcznym głosem -- nie hałasuj,
+wiesz że mnie głowa bo...
+
+Reszta słów uwięzła jej w gardle.
+
+Dostrzegła Seweryna i obiema rękami schwyciła się za piersi.
+
+Pobladła jak ściana i na chwilę oczy przymknąwszy, oparcia ciałem
+szukała.
+
+On -- poznał ją także, poznał odrazu, jakkolwiek straszną zmianą te
+lat siedem naznaczyły się na jej twarzy.
+
+Był to szkielet Anny -- tej Anny, która podniosła się wśród blasków
+bizantyjskiej lampy, milcząca i blada -- i odeszła z płodem
+cudzołożnym w łonie, nie wymówiwszy ani słowa do swego wspólnika.
+
+Teraz stali przed sobą, oboje bledzi -- mając pomiędzy swemi
+ciałami całą przeszłość pieszczot, zmysłowych porywów i chwilę
+rozstania gorzką i gwałtowną, z początkiem brzemienności kobiety.
+
+Wreszcie -- ona odzyskała przytomność i podniosła głowę.
+
+W wyblakłych jej oczach, otoczonych sinawemi cieniami, zadrgała
+cała gama nienawiści głuchej, tajonej wśród nocy bezsennych, na
+szafocie małżeńskiego łoża, wśród których do krwi gryząc wargi,
+taiła wyznanie prawdy, rwące się na usta w porywie bezdennej
+rozpaczy i cielesnego obrzydzenia.
+
+Wszystko to mignęło w jej oczach i padło na twarz Seweryna, jak
+uderzenie biczem cienkim a wiązanym w silnie zadzierzgnięte węzły.
+
+-- Czego? -- zapytała.
+
+Mężczyzna milczał, nie mogąc zdobyć się na odpowiedź.
+
+Ta kobieta wydała mu się w tej chwili straszną, tragiczną, wielką
+w swym gniewie.
+
+-- Czego? -- powtórzyła.
+
+Czuł, że odezwać się musi.
+
+-- O... mieszkanie -- wyjąkał, pocierając jedną łydkę o drugą.
+
+Kobieta uśmiechnęła się ironicznie.
+
+-- To mieszkanie nieodpowiednie dla pana, wyjść proszę!...
+
+Wyciągnęła drżącą rękę w kierunku drzwi.
+
+Seweryn stał jednak ciągle, zmieszany, z oczyma spuszczonemi
+w ziemię.
+
+-- Wyjść proszę! -- powtórzyła kobieta.
+
+Lecz on, powoli, nieśmiało wzrok swój od ziemi oderwał i na chłopca
+stojącego koło łóżeczka przeniósł.
+
+-- To... on? -- zapytał cichym, ledwie dosłyszalnym głosem.
+
+Na twarz kobiety wystąpił rumieniec.
+
+-- Wyjść... proszę! -- powtórzyła przyciszonym głosem.
+
+Seweryn patrzał wprost już w twarz chłopca, który, odstąpiwszy
+od łóżka, znalazł się pomiędzy nim i matką, a wsadziwszy ręce
+w kieszenie od kurtki, łydki wygiąć pierś naprzód podał
+i z uśmiechem na Seweryna spoglądał.
+
+I był to on! on sam w zmniejszonym formacie, on -- egoista,
+on -- samolub, on -- brutalny samiec tyranizujący wszystko!
+Kukułcze pisklę zagarnęło gniazdo dla siebie, rozpierając się
+w niem z zuchwałością bękarta...
+
+W oczach kobiety szkliły się łzy, głowę oparła o ramę drzwi
+i ponuro patrzyła przed siebie.
+
+Seweryn machinalnie rękę ku dziecku wyciągnął.
+
+Sięgnął jak po swoją własność, zapominając, że w nikczemnym
+egoizmie swoim stracił prawo do istoty spłodzonej przez siebie
+i podrzuconej nieznanemu człowiekowi.
+
+Lecz Anna nagle, jak hyena, porwała się ode drzwi i schwyciwszy
+dziecko jedną ręką, drugą chudą i drżącą wyciągnęła
+z wspaniałym gestem silnej w swem prawie kobiety.
+
+Z po zaciśniętych zębów wybiegło jedno jedyne słowo:
+
+-- Precz!...
+
+I słowo to było tak silne, tak tętniące obietnicą niecofnięcia
+się przed niczem, iż Seweryn po raz pierwszy w życiu ustąpił
+nędznie przed wzrokiem kobiety, kurcząc się i cofając ku wyjściu,
+jak znikczemniałe wypędzone z cudzego legowiska zwierzę...
+
+
+
+
+VII.
+
+=Lewek.=
+
+
+Małe to było, brzydkie, krępe, na krzywych nogach osadzone, z głową
+kudłatą i z bezczelnem spojrzeniem w zielonawych, świdrowatych
+oczach, których usiłowaniem najgorętszem było rzucać piekielne
+podbójcze błyski.
+
+„Demoniczny jestem”, mawiał, pukając się w wypukłe piersi, okryte
+wykrochmaloną koszulą, „demoniczny bestya, jak chyba nikt na
+świecie”. I pakował gałkę od laski w szerokie usta, które oblizywał
+ciągle, grubym, sinawym językiem. Nogi obute w płytkie lakierowane
+pantofle wyciągał przed siebie, ohydny, trywialny, śmieszny pod
+jasnym blaskiem porannego słońca filtrującego złotawe światło
+przez liście kasztanów nad ławkami się zwieszających.
+
+Spoglądał na przechodzące kobiety z lekceważeniem pozornem
+a z utajoną lubieżnością. Kiwaniem nogi, wydęciem ust, zdawał
+się mówić jak sułtan rozparty na sofie w haremie.
+
+„No! któraż tam!... Pan czeka!...”
+
+Lecz w myśli powtarzał sobie:
+
+„Ach!... żeby też która!...”
+
+Lecz kobiety mijały go szybko, nie zwracając nań najmniejszej
+uwagi. Czasem zasłaniały się parasolkami, aby uniknąć jego
+natrętnego i bezczelnego spojrzenia, które on uważał za szczyt
+demoniczności. Często -- gdy zniecierpliwiony, rozdrażniony,
+wstawał z ławki i z arogancyą zaglądał pod ronda kapeluszy mężatek
+pilnujących dzieci, lub następował na pięty dziewcząt
+uśmiechających się w promieniach słonecznych -- ta i owa mruknęła
+przez zaciśnięte zęby:
+
+-- Błazen!
+
+On wtedy zaciskał zęby z wściekłością, przybierając pozornie
+rozpromieniony wyraz twarzy. Siedzący bowiem na ławie przyjaciele
+śledzili go z uwielbieniem, patrząc, jak „zachodzi” -- i jak
+kobiety rzucają mu w przelocie jakieś słowa, które on,
+szczęśliwiec! z uśmiechem niedbałym przyjmuje. Gdy powracał do
+ławki, kołysząc się na swych krótkich, kaczych nogach, gołowąsy
+młodzieniaszek w świat podbojów wchodzący, zapytywał:
+
+-- I cóż? i cóż? co one powiedziały?...
+
+Ireneusz wydymał dolną wargę:
+
+-- Ha! lecą na mnie!
+
+Po ławce rozchodził się szmer uwielbienia.
+
+Wiadomo bowiem, że Ireneusz należy do tych wybrańców, którzy mają
+szczęście do kobiet! Już w czwartej klasie miał taką reputacyę, gdy
+za brązowemi spódniczkami pensyonarek gonił, spocony, czerwony,
+kroplami potu na krótkiej, niekształtnej szyi okryty.
+
+Pensyonarki pluły, złościły się, obrzucały go rozmaitemi epitetami,
+on to wszystko ze stoicyzmem znosił -- wiedząc, że w oczach kolegów
+rośnie na zjadacza serc panieńskich, na don Żuana, na kobieciarza!
+Podtrzymując reputacyę swoją, pracował i nadal w tym kierunku,
+zamieniwszy tylko teren swych manewrów, wiecznie w pogoni za
+kobietą, zawsze głodny a udający przesyconego, drżący na szelest
+krochmalnej spódnicy pokojówki a ziewający na widok koronek
+wyłaniających się z pod sukni szykownej strojnisi.
+
+Szlachectwo zobowiązuje!
+
+Reputacya Irka była ustalona.
+
+Demoniczny i szczęśliwy do kobiet!...
+
+Tylko tyle.
+
+Godność tę trzeba było dźwigać na swej kwadratowej głowie pod grozą
+śmieszności i odstąpienia podbójczego berła komu innemu.
+
+Tego Irek byłby nie przeżył.
+
+Chował więc „błazna” -- do kieszeni i mówił zapalając papierosa:
+
+-- Lecą na mnie!
+
+Lecą! och!...
+
+ * * * * *
+
+Akuszerka odbierająca Irka zaopiniowała w dwie minuty po urodzeniu
+się tego rozkosznego dziwotworu w następujących wyrazach:
+
+-- Chłoptaś szelma śliczny jak lalka, do mamy podobny jak dwie
+krople wody. Będzie miał szczęście do kobiet!
+
+Ojciec -- suchy, biedny, zawiędły urzędnik -- stojący pod piecem
+z pieluszkami w ręku, uśmiechnął się blado.
+
+-- Jak Boga szczerze kocham -- przyświadczała akuszerka, wodę na
+kąpiel szykując -- będą za nim hrabiny latały, już ja się znam na
+tem!
+
+Słowa pani Malinkiewicz, powtarzane często w obecności już
+podrastającego Irka, głębokie nań wywarły wrażenie.
+
+-- Powiedziała -- o! powiedziała!... musiała coś przecież wiedzieć,
+z palca sobie tego nie wyssała.
+
+Uczył się, ale za to był bezustannie w fałdach kobiecych spódnic,
+wcześnie roznamiętniony i ofiarowujący się z miną znudzonej
+przymusowem dziewictwem kobiety. Odpychano go jednak, tak był
+wstrętny, z oczyma zielonawemi, powleczonemi mgłą namiętności,
+z ustami wpół otwartemi o zaślimaczonych kącikach. Przez grzeczność,
+w obecności rodziców dziewczęta znosiły go pomiędzy sobą, unikając
+dotknięcia jego rąk zimnych i wiecznie spoconych. On -- połykał
+upokorzenia, znosił przycinki, znajdując dziwną rozkosz w słowach
+obcych, widzących go w gronie dziewczyn.
+
+-- Irek ma szczęście do kobiet! patrzcie!... zawsze jest pomiędzy
+niemi!...
+
+Gdy podrósł, zaczął się zastanawiać, czem właściwie można
+podbijać kobiety.
+
+Czytał wiele, zatrzymując się zawsze nad opisami bohaterów, którzy,
+szczególnie obdarzeni od natury, uwodzili po sześć kobiet dziennie,
+porzucając je później na pastwę tęsknoty i rozpaczy...
+
+Bohaterowie ci mieli przeważnie -- „czoło wyniosłe, otoczone
+kruczemi kędziorami, twarze pociągłe, blade -- nozdrza namiętne,
+rozdęte”. Jeden z bohaterów Balzaka, uwodziciel urzędowy, miał
+wargę dolną lekko obwisłą „świadczącą o zmysłowości”...
+
+Zaczęły się więc tortury ciała Irkowego.
+
+Włosy smażyły się i piekły na żelazku od rurkowania spódnic,
+nieruchome i mięsiste nozdrza rozciągane palcami, nabrały pewnych
+ruchów przy wciąganiu powietrza, warga zaś dolna -- ta nieszczęsna
+warga, miała rzeczywiście pozory zmysłowości „szalonej”.
+
+-- Irek, co robisz z ustami? -- wołała matka, cicha, potulna
+kobiecina, niemogąca pojąć jak zaszczytne stanowisko zająć ma jej
+syn w społeczeństwie.
+
+Projekt na „lwa” -- tymczasem wargę ciągnął i nozdrzami ruszał,
+tworząc sobie w ten sposób maskę podbójczą, niezwalczoną...
+
+Wzrósłszy w lata i ciało, krępy i nabity, rozsadzający pełnością
+kształtów jasne garnitury, aplikował u jednego z adwokatów,
+zapełniając ciasną kancelaryę trywialną, ostrą wonią chypru.
+Lokował się przy drzwiach salonu, aby za każdem ich otwarciem,
+rzucić w głębię przenikliwe spojrzenie, samą adwokatowę mające na
+względzie.
+
+Pani ta jednak -- jakkolwiek w niebezpieczną trzydziestkę wkroczyła
+i miała lekki puszek na wierzchniej wardze posiadała tylko jedną
+namiętność, to jest... rurki czekoladowe napełnione kremem.
+Pochłaniała ich ilość obfitą, zmysłowe rozkosze na bok odkładając,
+namiętne przeto drżenie nozdrzy Irka zostawiało ją zimną, nawet
+nieździwioną w jej łakomem, kremowem rozleniwieniu.
+
+Demoniczny natomiast młodzian, obserwowany, popychany przez
+kolegów, widząc, iż nic nie zyska, przybrał... minę zwycięzcy
+i często w pustą głębię salonu rzucał porozumiewawcze spojrzenia
+i uśmiechy, ku wielkiej radości całej dependenckiej rzeszy.
+
+-- Wzięła się! wzięła! -- szeptali do siebie, głowy z plik papierów
+wyściubiając.
+
+Irek brwi marszczył i rękę patetycznie wyciągał.
+
+-- Proszę was -- mówił -- zaprzestańcie tych żartów. Podobnemi
+podejrzeniami obrażacie mnie i kobietę, która obdarza mnie sercem
+zaufanem!
+
+Milknął na chwilę, poczem dodawał z wysiłkiem:
+
+-- ...I której honor jest mi drogim!
+
+Było w tym głosie to „coś”, które drga zawsze w głosie
+mężczyzny, ile razy zapiera się miłostek z jakąś kobietą. Mówi
+„nie!” -- a słyszy się najwyraźniej „tak!”
+
+Wreszcie -- następował teraz -- bukiet, wieńczący zwykłe podobnego
+rodzaju rozmowy.
+
+-- Daję wam na to... słowo honoru!
+
+Wszystko tam było -- i honor (och ten nieszczęsny!), i ręka na
+kamizelce położona, i przymrużanie oczów, słowem -- cała lira.
+
+Mimo to, a właściwie mówiąc, dlatego -- dependenci mówili w kilka
+dni później w gronie swych zaufanych przyjaciół:
+
+-- Irek poleciał teraz na grandę, mężatka, szyk kobieta! Nie -- on
+ma dziwne szczęście do kobiet!...
+
+A zapytywani przez rodzinę o panią adwokatowę, odpowiadali:
+
+-- Phi!... kobieta nieszczególnego prowadzenia się! Podobno Irek...
+i to nie sam!... nie on jeden!
+
+Adwokatowa tymczasem kremem cała ubielona, ani przypuszczała jak
+czernieje jej dobre imię, jaka smutna przyszłość gotuje się dla jej
+córek -- których matka, niedługo w opinii całego miasta zostanie
+„taką, co przez całą kancelaryę męża przeszła!”
+
+Powoli -- Irek rozzuchwalał się coraz więcej.
+
+Tu i owdzie, jakaś pokojówka rozuzdana, sklepikarka lub
+dystrybutorka spragniona miłosnych wrażeń -- zsuwała mu się
+w objęcia. On -- wygłodzony, miłostki te skwapliwie przyjmował,
+dekorując je później w wytworne barwy, w opowiadaniach swych, wśród
+kilku przyjaciół. Franusia z drugiego piętra, cuchnąca mydlinami,
+była w tych opowieściach -- panną „z bardzo przyzwoitej rodziny” --
+odwiedzającą go o szarej godzinie z panną służącą. Biedactwo!
+przybywało zawsze spłonione i drżące. Narzuciło mu się prawie samo
+a teraz on -- z litości nad biedną, stosunek ten przeciągał, który,
+nawiasem mówiąc, nużył go niewypowiedzianie. Czuł bowiem do czego
+to zmierza, panna chce koniecznie doprowadzić go do ołtarza -- lecz
+on, Ircio -- bynajmniej tego nie pragnie!
+
+Tembardziej -- że... niedawno zaplątał się jeszcze w znajomość
+z pewną wdową, majętną, posiadającą handel na jednej z pryncypalnych
+ulic, o!... wiecie! -- sklep wspaniały -- jubilerski, pełen
+brylantów, turkusów, rubinów...
+
+On -- uległ także temu kaprysowi, pociągnięty wielką pięknością
+wdowy, lecz teraz radby się wywinąć uczciwie, jak na przyzwoitego
+człowieka przystoi.
+
+Wdową tą tymczasem -- była dystrybutorka, rozlana w czterdziestce,
+którą przekroczyła, żółta i nędzna za skromnym kontuarem ubogiego
+sklepiku, na jednej z najbardziej oddalonych ulic miasta.
+
+Przyjaciele Irka cisnęli się teraz do niego, pełni tej dziwnej
+łatwowierności, jaką mają mężczyźni, wobec miłosnych blag
+patentowanego przez nich samych bezczelnika.
+
+-- Irek!... Irek!... powiedz -- jak się nazywa?
+
+Irek łyżeczką kawę mieszał z tajemniczą miną.
+
+-- Nie wymagajcie! honor kobiety!...
+
+Lecz oni nacierali, pełni niezdrowej ciekawości starych plotkarek.
+
+-- Czy znamy ją? powiedz?
+
+Irek ramionami ruszał.
+
+-- Może... -- rzucał z niechcenią.
+
+-- Pani Strzelecka?
+
+-- A... cóż znowu!
+
+-- Pani Jacksohn?
+
+-- Ależ...
+
+Uśmiechał się dwuznacznie, oczami demonicznie błyskając.
+
+-- Ależ tak -- ona -- ona -- nikt inny!...
+
+Lecz on porywał się nagle, godności pełen:
+
+-- Proszę, zaprzestańcie tych domysłów. Gdyby nawet tak było...
+honor milczeć mi nakazuje!
+
+I nagle wdowa po jubilerze zostawała kobietą „kompromitującą się
+z jakimś dependentem”, istotą zgubioną, nieumiejącą nawet uszanować
+pozorów... Ta i owa, w chwili oburzenia, wróciwszy z „pod Raka”,
+gdzie grywa rozstrojona orkiestra, a gabinety zbudowane są
+z dziurawych desek -- mówiła:
+
+-- Wszystko przecież można... ale zachować trzeba pozory!...
+
+Koło kobiety robiła się pustka, której ona wytłomaczyć sobie nie
+umiała i nie mogła -- a lewek Irek powtarzał tymczasem:
+
+-- Gdyby nawet tak było -- honor mi milczeć nakazuje!
+
+Och!... ten honor mężczyzn, lwów broniących czci kobiety, którą
+sami zszargali, ten honor dzwoniący, jak fałszywa moneta --
+„qu'allait-il faire donc, dans cette galère?”
+
+Powoli, Irek rozzuchwalał się jeszcze więcej.
+
+Trzeba było słyszeć tę potworę mówiącą o kobietach w ogóle,
+zwłaszcza gdy wypił filiżankę czarnej kawy z figową cykoryą, pod
+werendą dystyngowanej cukierni.
+
+-- Kobiety!... hm -- wiedział on dobrze co znaczy to słowo! Trzysta
+czterdzieści siedem razy grał komedyę miłości... tak!... tak!...
+trzysta czterdzieści siedem! ani mniej ani więcej! Zna więc do
+gruntu te istoty, które bez wielkich wysiłków przykuć do siebie na
+zawsze można. Gorący pocałunek, w ucho naprzykład, zupełnie
+wystarcza! On to próbował nieraz i żadna mu się nie oparła! a ileż
+ich przez ręce mu się przewinęło! Blondynki, brunetki, rude, ba!...
+nawet jedna siwa, lecz młoda i piękna! Wybierał zawsze bowiem
+piękne i dobrze zbudowane... wszak tyle jest tego na świecie!...
+mój Boże -- ręką tylko siegnąć... już jest i to nie byle co, szyk,
+elegancya, inteligencya! wszystko!
+
+Cóż? -- kobieta? -- istotnie słaba, bez woli -- lgnąca do trochę
+przystojniejszego mężczyzny na oślep. Tak zwanych „uczciwych”
+-- phii!... to okazy do wypchania, niema ich poprostu. Irek takich
+nie znał, wreszcie... on za nikogo, za żadnąby nie ręczył!...
+
+Podkreślał te słowa, przybijając tem słuchaczy. A wreszcie -- gdyby
+oni byli na jego miejscu i przeszli to, co on przeszedł -- widzieli
+kobiety napozór zacne, święte, nieskalane... szalejące w chwili
+ekstazy miłosnej w jego objęciach jak kurtyzany! -- a!... tak! tak,
+jak proste kurtyzany!
+
+Od pewnego czasu upodobał sobie wyraz „kurtyzana” -- i szastał nim
+na prawo i lewo, wsłuchując się w dźwięk tego teatralnego słowa.
+
+-- Zresztą -- ciągnął dalej, paznogcie sobie oglądając -- życie
+trzeba brać jak jest! Kobieta jest przyjemnem narzędziem rozkoszy
+i miłą rozrywką. Tylko...
+
+Tu składał ręce jak do modlitwy.
+
+-- Na Boga, panowie, nie żądajcie niemożliwego! nie chciejcie
+widzieć w kobiecie istoty na wieki do was przykutej, bo w ten
+sposób -- życie będzie dla was męczarnią. W młodości mej...
+wiedziałem coś o tem!
+
+Pozował się melancholijnie, głowę na dłoni wspierając.
+
+-- Tak!... tak!... -- kończył cichym, przytłumionym
+głosem -- początkowo brałem komedyę miłości na seryo.
+To mnie zabijało! Dziś, nie kocham! pozwalam się kochać...
+i czuję się o wiele szczęśliwszym.
+
+Uśmiechał się, usta oblizując -- w kącikach mu kawa pomieszana ze
+śliną czerniała.
+
+-- Teraz, już trzysta czterdzieste ósme przedstawienie nie kosztuje
+mnie nic i bez najmniejszego wzruszenia o schadzce wieczornej
+myślę. Ot -- spędzić wieczór z kobietą, jest dla mnie to samo,
+co... filiżankę kawy wypić!
+
+Pełen dezinwoltury, wspaniały, nadzwyczajny, sączył resztę fusów
+osiadłych na dnie filiżanki. Słuchano go z religijnem skupieniem.
+
+Swadę miał i widoczną gruntowną znajomość przedmiotu.
+
+Czasem miał odpowiedzi, które po prostu historycznemi się stały,
+rywalizując ze słowem Cambronne'owi przypisywanem.
+
+Przykład:
+
+Jeden z młodzieży -- wkraczający dopiero w dziedzinę galanteryi,
+zauważył nieśmiało, że pomiędzy „szwaczkami” wiele się znajduje
+dowodów szczerego przywiązania i miłości.
+
+Dyskutowano trochę, ten i ów opozycyę zakładał, wreszcie zwrócono
+się do Irka, który ostentacyjnie jakiś list na różowym papierze
+nabazgrany czytał.
+
+-- Jak pan sądzisz?... szwaczki? co?
+
+Irek oczy zmrużył.
+
+-- Szwaczki? -- odpowiedział po chwili z niezrównanem
+roztargnieniem -- szwaczki?... je n'en sais rien?... nie znam!...
+
+Od pewnego czasu używał francuzczyzny, ucząc się zdań pojedynczych
+i rozmówek pani Bocquel.
+
+-- Nieznasz pan szwaczek? -- pytano ze zdziwieniem. On, demoniczny
+wzrok wokoło ciskał:
+
+-- A, od czegóż... damy? -- zapytał.
+
+ * * * * *
+
+Razem z latami, wzrosła w tym mężczyźnie dziwna zaciekłość udawania
+kochanka każdej choć trochę wybitniejszej lub bardziej znanej
+kobiety.
+
+Zwrócił się przedewszystkiem do -- teatru.
+
+Poznał jakąś nędzarkę, chórzystkę -- obarczoną kilkorgiem dzieci,
+zaglądał często do jej biednego mieszkania, i teraz, nagle zaczął
+pastwić się nad aktorkami.
+
+Od owej chórzystki -- wyciągał niektóre szczegóły co do artystek
+stojących na stanowisku i szargał je w błocie rozpusty, obmawiając
+w najcyniczniejszy sposób.
+
+Pisywały do niego! o! tak -- nawet bardzo często, cierpiąc po
+prostu na manię listów! Lecz on -- jakkolwiek chwilami znajdował
+pewne upodobanie w towarzystwie „tych pań” -- umiał postawić się na
+odpowiedniej stopie. Mój Boże!... wiadomo bowiem jak przewrotną
+jest kobieta -- a cóż dopiero aktorka! Tej ostatniej głównie chodzi
+o świecidełka, błyskotki. Rzuca się więc jej ten okup i flirtuje
+wesoło w jej buduarze. Co jeszcze mają najlepszego w sobie aktorki
+-- to umiejętność urządzania buduarów.
+
+I dyskretnie dawał rozmaite szczegóły.
+
+U tej naprzykład buduar cały różowy ma na szezlongu rzuconą białą
+niedźwiedzią skórę, u tamtej buduar w kształcie oryentalnego
+namiotu, u innej znowu lustra, lustra i lustra.
+
+Jeszcze inna nie miała buduaru, przyjmowała zwykle w saloniku,
+w którym była zaciszna alkowa, wybita liliową draperyą. Aktorka miała
+jasne złociste włosy, zwykle rozpuszczone i wielkie koronkowe
+rękawy, któremi zamiatała ziemię.
+
+Nawet na nim, na Irku robiło to pewien efekt, dlatego przesiadywał
+tam często, powtarzając z „tą panią” -- jej role.
+
+Ależ tak -- tylko role, a wreszcie...
+
+Tu -- był już dyskretnym.
+
+Dobra wiara, którą zaszczycano go od lat kilku, wyrobiła w nim
+bezczelność, posuniętą do niemożliwych granic.
+
+Opinia aktorek, szarpana zwykle przez wszystkich, dla tego lwa była
+prawdziwym kęskiem królewskim, na który rzucał się s całą
+zajadłością.
+
+Aktorki!... fiu!.. wszystko -- kurtyzany!...
+
+Rzecz ceny -- nic więcej!
+
+Ramionami wzruszał, usta wydymał -- pełen szlachetnej pogardy dla
+tych istot ujrzanych zaledwie zdaleka, wśród blasku gazu,
+w szeleście jedwabnych spódnic i całej fali koronek.
+
+Serce mu biło gwałtownie, gdy ujrzał którą przechodzącą ulicą.
+
+Jeśli nie był sam -- pociągał gwałtownie swego towarzysza
+i przechodził na drugą stronę ulicy.
+
+-- Dlaczego to robisz? -- pytał towarzysz -- patrz, idzie Morelka,
+przywitasz się z nią... może mnie przedstawisz?
+
+Irek brwi marszczył, głowę odwracając.
+
+-- Dziwny jesteś -- odpowiadał -- nie wiesz, że oddawna nie znam
+tej pani?
+
+Lub zapuszczał się dalej w efronteryę, mówiąc junacko:
+
+-- Witać się z nią? cóż znowu, przecież ja nie mogę się tak
+kompromitować!
+
+Przechodził szybko, głowę do góry niosąc, z ustami wydętemi
+pogardliwie, ironicznie -- pogwizdując jakąś urywaną melodyę.
+
+Aktorka tymczasem szła powoli, nie przypuszczając, że po drugiej
+stronie chodnika szedł człowiek -- rzucający na nią błotem, dający
+jej miano „kurtyzany” i mówiący z pogardą:
+
+-- Ta pani, to rzecz... ceny.
+
+ * * * * *
+
+Niezrównaną miał fantazyę, ten kreowany przez akuszerkę pożeracz
+serc kobiecych. Wyjeżdżał raz do Wiednia i zawadził o Wenecyę. Było
+to już po śmierci matki i trochę klejnotów przez nią pozostawionych
+przeszło w ręce żydów, dla opłacenia kosztownej dla Irka w świat
+wycieczki.
+
+Lecz za to z powrotem, ileż legend opromieniło demoniczną postać
+lewka!...
+
+Wiedenki -- hm... cóż! Wiedenki -- namiętne, rozmarzone,
+wysiadające na ławkach Stadtparku podczas księżycowych nocy.
+
+Sentymentalizm straszny... samobójstwo w perspektywie!
+zapewne -- sensacye nowe i dość miłe, lecz dla człowieka,
+który trzysta czterdzieści siedem razy grał komedyę miłości
+-- zanadto wstrząsające.
+
+Wspanialsze o wiele włoszki, wenecyanki, tajemnicze, pełne ognia
+i nieopisanej zmysłowości... A gondole! ach!...
+
+Irek głową w takt wioseł kiwał i oczy przymykał uśmiechnięty, pełen
+rozkosznych wspomnień. Czasem... barkarollę Troschla nucił
+fałszywie i powtarzał jak papuga:
+
+„T'amo!”
+
+Raz -- w chwili zwierzeń wyznał, iż przechodzącego placem Św.
+Marka, dojrzała go pewna księżna karmiąca gołębie i wieczorem --
+w gondoli swej uwiozła.
+
+Na Canale grande nauczyła go słowa -- „t'amo!”
+
+W rzeczywistości Irek mieszkał w Wiedniu na Leopoldstadt, został
+w Stadtparku zwymyślany przez jakąś mäderl -- wracającą
+z „Waschanstallt” -- a w Wenecyi, wynudziwszy się nad cuchnącym
+kanałem, napróżno usiłował pozyskać względy dziewczyny
+posługującej w hotelu, grubej trywialnej włoszki, czeszącej
+się raz na trzy tygodnie...
+
+W kilka miesięcy później, Irek kupił sobie wąskie porte-bonheur
+i kazał je zakuć na ręku.
+
+Było to szczytem elegancyi i szyku.
+
+Wysuwał teraz rękę z pod mankietu i błyskał złotem bransoletki,
+drażniąc ciekawych niezwykłem tem zjawiskiem.
+
+Gdy go pytano -- wymijał zręcznie odpowiedzi, honorem się znów
+zastawiając...
+
+Szczególniej w teatrze imponował bezustannie, bransoletkę na rękę
+naciągał i pod oczy nią siedzącym w krzesłach kobietom świecił.
+
+Niektóre mówiły:
+
+-- Patrz! to monstrum ma bransoletkę!
+
+Inne, zaciekawione istotnie, rzucały badawcze spojrzenia.
+
+Irek, uszczęśliwiony, nadymał się jak żaba, porte bonheurem
+o szpinki dzwonił i przeginał się z nonszalancyą przez baryerę
+krzeseł.
+
+W tym czasie przeczytał „Siostry Rondoli” i „Safo”. Mówił przeto
+wiele o francuzkiej literaturze i o głębokości studyów nad kobietą,
+dokonanych przez Maupassanta i Daudeta.
+
+Rozmarzywszy się raz fałszowaną chartreuse'ą, ułożył nagle cały
+romans o jakiejś tajemniczej, czarnoubranej kobiecie, która od dni
+kilku przychodziła do niego o zmroku wieczornym.
+
+Miało to być „coś z arystokracji” -- spowitego w batyst
+i blondyny(!) i pragnącego u stóp Irka pozostać do śmierci.
+
+Słuchacze zainteresowali się tą opowieścią i przez kilka tygodni,
+tajemnicza dama unosiła się, jak mistyczne zjawisko po nad głowami
+mężczyzn. Powoli -- zapomniano o niej. Irek -- przestał mówić,
+znużony własnem kłamstwem.
+
+Minęło kilka miesięcy.
+
+Nagle przypomniano sobie tajemniczą damę i rzecz naturalna,
+zapytano o nią Lewka. On przez chwilę stał osłupiały, niemogąc
+przypomnieć sobie -- o co tu właściwie chodzi.
+
+Wreszcie pamięć mu wróciła.
+
+Do dyabła! cóż teraz zrobić z tą całą historyą! Plątać ją
+dalej -- jak? -- konceptu mu zabrakło.
+
+Nagle wspaniała myśl zaświtała mu jak gwiazda zbawienia.
+
+Uśmierci ją!
+
+Tajemnicza dama umrze...
+
+I z ponurą twarzą, grubym głosem, opowiedział pochylony nad swoją
+kawą -- że -- czarna dama umarła w Nicei... na suchoty, miesiąc
+temu, a ostatnie jej słowo było „Ireneusz”...
+
+Powiedziawszy to -- zamyślił się głęboko, smutny i znękany.
+
+Słuchacze uszanowali jego boleść -- ogólnem milczeniem. Od tej
+chwili, aureola cierpienia otoczyła czoło Irka; zaczął chodzić
+zgarbiony, jakby smutkiem do ziemi przyciśnięty.
+
+Pluł wzgardą na wszystkie kobiety tęskniąc do tej jednej, szacunku
+i miłości godnej -- która „odeszła w dal ciemną -- pod błękitnem
+niebem Italii”.
+
+-- Cóż znowu! -- pocieszali go przyjaciele -- trudno ginąć
+z tęsknoty dla trupa. Miej siłę! oprzytomniej, Irku!
+
+Lecz Irek pozował teraz coraz więcej, drapując się w szatę
+tragiczną. Fikcyjna kochanka zaczęła dlań przybierać kształty. Po
+upływie pewnego czasu nabrał przekonania, że -- -- czarna dama,
+rzeczywiście istniała.
+
+Teraz w węzeł krawatu wpinał szpilki w formie trupich główek,
+ubierał się ciemno, cały żałobny jak karawaniarz.
+
+Chwilami miał chęć sprawienia sobie krepy przy kapeluszu.
+
+Słowem, był to wdowiec, wdowiec opłakujący istotę, która, nie
+istniejąc, śmiercią swą pogrążyła go w bezmiarze boleści.
+
+I często z zamglonemi oczyma siadał w gronie swych przyjaciół, aby
+wywnętrzyć ból swój drżącym od wzruszenia głosem.
+
+Jeśli go kto w życiu kochał, o! to pewno ta jedna!... Była mu cała
+oddana, pomimo odpychającego chłodu, z jakim miłość jej przyjmował!
+
+Uderzał się w czoło z rozpaczą.
+
+-- Byłem względem niej niegodziwy -- wołał -- lecz czyż to była
+moja wina! Popsuły mnie te wszystkie inne, popsuły, bo trzysta
+czterdzieści siedem razy musiałem grać z niemi komedyę miłości. A
+czy która z nich była warta tego?...
+
+-- Przecież adwokatowa... -- przerywano mu półgłosem.
+
+-- Och!... ona!... -- i tu Irek mścił się za lekceważenie okazywane
+mu przez amatorkę kremu. Och, ona szczególniej!... głupia, zła,
+gadatliwa, narzucająca się, nudna i chuda!... o tak, chuda
+w przerażający sposób. Stanikiem dobrze zrobionym okłamywała ludzi...
+lecz, on -- Irek, wiedział czego się ma trzymać...
+
+Nie krępował się już teraz w słowach, rozbierając brutalnie
+kobiety, o których istnieniu wiedział zaledwie. Podniecony,
+wściekły -- mścił się za każdą obelgę, każde odepchnięcie,
+wyrzuceniem z siebie całej masy kłamliwych szczegółów piętnujących
+kobietę jak rozpalonem żelazem, na dowód przytaczając tajemnice
+alkowy, sekreta ciała, ukryte wady lub wdzięki.
+
+I tylko dla nadania sobie pozy i uroku powracał ciągle do zmarłej,
+wysławiając ją jako ideał piękności i wdzięku.
+
+-- Włosy miała czarne jak kruk i do pięt sięgające -- mówił,
+potrząsając głową -- oczy szafirowe, twarz bladą... nie! -- opisać
+jej niepodobna, a wreszcie, chcecie? -- pokażę wam jej fotografię?
+
+Radość w tłumie powstała ogólna.
+
+-- Ale, przysięgnijcie mi na honor, iż nigdy żaden nie da poznać po
+sobie, że widział ten portret w rękach moich!
+
+Słuchacze, powstawszy, na honor przysięgli.
+
+ * * * * *
+
+Gdy Irek do domu powrócił, uczuł kłopot niemały.
+
+Przyrzekł pokazać fotografię zmarłej -- hm!... dobrze, ale zkąd
+fotografię tę dostać?
+
+Niewypada nic innego tylko kupić jakiś „gabinet” -- i przyjaciołom
+przed oczyma błysnąć. Nazajutrz, wczesnym rankiem, pobiegł Irek do
+ateliers fotograficznych.
+
+Podał się za heliominiaturzystę amatora, chcącego nabyć kilka
+fotografij, celem robienia studyów.
+
+Podano mu całe stosy wybiórków, portretów osób, które nie
+zastrzegły sobie sprzedaży publicznej.
+
+Irek szukał długo, wreszcie -- wybór jego padł na silną brunetkę,
+o wielkich ciemnych oczach, owiniętą masą białej gazy.
+
+Wydała mu się nadziemską w tym jasnym obłoku. A -- zjawisko, widmo
+zmarłej a nieznanej kochanki.
+
+-- Kto jest ta dama? -- zapytał.
+
+Fotograf pokręcił głową.
+
+-- Nie pamiętam prawdziwie -- odparł -- fotografia ta zdejmowana
+już lat kilka temu. Zdaje mi się jednak, że ktoś z prowincyi.
+
+-- Nietutejsza?
+
+-- O! za to ręczyć mogę!
+
+-- Tem lepiej!
+
+Zapłacił, fotografię zabrał i cały przejęty ważnością chwili,
+dzień spędził w gorączce i oczekiwaniu.
+
+Co chwila fotografię wyjmował i przyglądał się rysom brunetki.
+Była przystojną, choć cokolwiek mało miała dystynkcyi. Jakiś
+uśmieszek w kącikach ust się błąkał, za wiele widać było piersi.
+
+Gaza ratowała jednak wszystko.
+
+Z nadejściem wieczoru, Irek do cukierni pędził -- i pomiędzy
+zebranych już mężczyzn wpadł.
+
+Porwali się wszyscy, zaciekawieni jak stare baby, wyciągając ręce.
+
+-- Fotografia? o! pokaż! pokaż!
+
+On -- stał teraz boleśnie wykrzywiony i powoli kopertę odchylał.
+
+Portret wyjąwszy, spojrzał i westchnął.
+
+-- Tak!... to ona!... moja święta -- jakby przemówić miała!
+
+I fotografię najbliżej stojącemu podał a sam, jakby boleścią
+przybity, na krzesło się usunął.
+
+Lecz nagle, serdeczny, wesoły śmiech rozległ się w powietrzu.
+
+Jeden z grona mężczyzn, świeżo z Łodzi przybyły, machał w ręku
+trzymaną fotografią „świętej -- zmarłej”, zanosząc się ze
+śmiechu.
+
+-- Ależ to Wikcia! -- wołał -- Wikcia z Grand hotelu w Łodzi --
+ta... co się tu w Warszawie teraz puszcza!
+
+Lewek głowę podniósł i ogłupiałym wzrokiem na śmiejącego się
+patrzał.
+
+
+
+
+VIII.
+
+=Małpa.=
+
+
+Że Olka była małpą w całem słowa tego znaczeniu, o tem wiedziało
+nietylko całe Żółkiewskie, ale nawet i het daleko aż po za
+rogatkami znano jej rudy, wiecznie rozczochrany warkocz i kaftanik
+w kratki, wydarty na łokciach a aksamitem u szyi ubrany.
+
+Szczególniej wieczorami, o zmroku -- pełno jej było po wązkich
+uliczkach przedmieścia.
+
+Wiadomo było po co się po cieniu słania, od czasu do czasu tylko
+pod latarnię podchodząc; dzieci małe znały ją nawet i palcem
+wskazywały, mówiąc z przedwcześnie rozwiniętą złośliwością:
+
+-- Małpa! idzie małpa!...
+
+Ona wygrażała im tłustą czerwoną pięścią i rzucała gradem łupin
+od orzechów, których miała zawsze pełne kieszenie.
+
+Urodzona na przedmieściu, wychowana w cieniu kamienic, córka
+stróża, gnieżdżącego się w zatęchłej suterynie, podlotkiem zaledwie
+uciekła, pozostawiając po za sobą ojca, młodszego brata, wiecznie
+zamorusanego Wicka i kij, którym ojciec zwykł był dzieciom na
+dobranoc kości łamać. Nie był to jednak zły człowiek, pracowity,
+przeważnie trzeźwy i zupełnie uczciwy. Ucieczkę córki odcierpiał
+ciężko i do samego zgonu widząc ćmy nocne, czerniące się w głębi
+wązkich uliczek, dławił się z wściekłości na samą myśl o losie
+Olki.
+
+Ona przeniosła się w inne strony miasta i tam, wiążąc zatłuszczone
+wstążki na głowę, z szelestem świeżo wykrochmalonych spódnic,
+spadała na ulicę o szarym zmroku, razem z całem stadem szarańczy po
+kątach ciemnych czatującej.
+
+Znały ją stawy Pełczyńskie i szumiące dokoła nich brzozy, znał ją
+Węgliński lasek, cały w zieleń aksamitu spowity; -- powoli całe
+terytoryum miasta na wschód się pchającego Olka zajęła w swe
+posiadanie, prezentując wszędzie swą twarz płaską, ospą znaczoną
+i z nosem zadartym, z wargami mięsistemi, w obramowaniu ostro
+najeżonych włosów o rudawym, niepewnym połysku.
+
+Lecz dziewczyna ta wiecznie tęskniła za swą kolebką, za tem
+Żółkiewskiem, które bieleje jasną szeroką strugą głównej ulicy
+i rozlewa się potem w drobne, małe, ciemne zaułki, pomiędzy domami
+zapchanemi żydostwem, płynące.
+
+Olka miała nostalgię tych wielkich kamienic, rozweselonych
+purpurową barwą pierzyn z ganków i z okien zwieszonych, tych
+dziedzińców nagle, brutalnie roztwierających się na zielony plac
+mustry, lub cały szereg fortyfikacyj w mgłę błękitną spowitych.
+Tęskniła za gwizdem pociągów, przelatujących wesoło po nasypie
+żółcącym się w oddali, pragnęła odetchnąć wonią kasztanów,
+płynącą z bukietu drzew ogrodu Inwalidów, z pośród których
+wystrzelał w górę biały, czysty gmach o harmonijnie pięknych
+liniach.
+
+Pod drzewami temi Olka przesypiała nieraz całe popołudnia, gdy
+zamiast iść do szkoły, wolała podchodzić pod łokcie przechodniom i,
+skomląc, wyżebrać parę centów. Najadłszy się owoców lub pierników,
+cała zamorusana, rzucała się w trawę, tuż około fontanny, z której
+płynął wązki srebrny bicz wody.
+
+Dziewczyna zasypiała, zaciskając mocno powieki, cała czerwona,
+zdenerwowana, podniecona bezczynnością i dniem upalnym.
+
+Usta jej szemrały słowa bez związku, ręce otwierały się kurczowo.
+
+A tymczasem kasztany szumiały, ciało jej przeświecające przez
+łachmany spódnic wachlując swemi szerokiemi liśćmi, przez które
+spływało słoneczne światło, wielkiemi zielonymi plamami się
+znacząc.
+
+Olka chwile te pamiętała dokładnie.
+
+Gdy po nocy, spędzonej w knajpie, z głową ciężką i ustami
+spieczonemi, wracała do swej nory -- cieplejszy powiew wiatru
+budził w niej myśl jedną.
+
+A gdyby tak wrócić na Żółkiewskie!
+
+Ba -- lecz ojciec!
+
+Ojca bała się jak ognia.
+
+Wiedziała, iż szukać jej nie będzie, lecz -- gdyby mu pod oczy
+podlazła!...
+
+Snuła się więc znów po „Rurach” -- omijając starannie czerniącą
+się sylwetkę policyanta.
+
+Czasem przemknął się koło niej terminator bosy, obdarty, zasmolony.
+
+Podskoczył, gwizdnął i zajrzał w oczy rozczochranej dziewczynie,
+mknącej wzdłuż kamienic.
+
+Czasem, gdy już był po śniadaniu, zaskrzeczał przeraźliwym głosem:
+
+ „Spadła małpa z pudła
+ Stłukła sobie łeb”.
+
+Ona szła dalej, z głową opuszczoną na piersi, plując śliny, które
+jej napływały wciąż do ust -- prześladowana jedną i tą samą
+myślą:
+
+A gdyby wrócić na Żółkiewskie!
+
+..................................................................
+
+I wróciła!
+
+Wróciła po śmierci ojca, ukradkiem, po ciemku dziedziniec i znajome
+bramy obchodząc...
+
+Tak! tak! nic się nie zmieniło!
+
+Te same rynny, pod któremi w deszcz roztargany swój łeb moczyła,
+włosami poplątanemi kamienie zamiatając.
+
+Tu -- koło tego mostku, cała gromada jej przyjaciół robiła groble
+z piasku i kamieni, tamując odpływ kolorowej wody, którą farbiarz
+całemi cebrami nieraz wylewał.
+
+Tu -- Wicek, pierwszy raz przez nią namówiony, ukradł makagigę
+starej, może stuletniej żydówce, która drzemała nad deską, pełną
+łakoci, w cieniu oddrzwi bramy.
+
+A tu -- tatlo nieboszczyk kazał jej polewaczki wody z dziedzińca
+sobie znosić i podawać. Nie było to rozkoszne, owe dźwiganie
+ciężkich konewek w skwarne popołudnie, tembardziej, iż tatlo ręki
+nie żałował, gdy się nie pośpieszyła.
+
+Dźwigała też, dźwigała, przechylona na lewy bok z ręką
+wygiętą -- mocząc spódnicę plączącą się jej wzdłuż nóg chudych
+i nierozwiniętych; tatlo tymczasem wodą ulicę polewał, rysując esy
+floresy na szarych, półokrągłych grzbietach kamieni. Życie było
+ciężkie -- prawda!... choć i teraz!... pożal się Boże!... ot!...
+
+Olka stała teraz przed kamienicą, w której wraz z tatlem i Wickiem
+tyle lat spędziła i pochyliwszy się do okienka suteryny zaglądać
+zaczęła. Inni ludzie tam mieszkali, inna pościel, inne łóżko stało
+już w kącie, którego ściany nawpół pleśnią były zasnute.
+
+Świeczka „centówka”, oprawna w blaszany lichtarz, słabo ćmiła się
+na stole, do połowy garnkami zastawionym.
+
+Koło komina kręciła się mała dziewczyna, bosa, podkasana, z długim
+a cienkim warkoczem spadającym na wypukłe plecy.
+
+W kolebce, koło łóżka -- dzieciak z brudnych łachmanów kostropatą
+głowę wytykał i wyciągał rękę, w której tkwiła drewniana łyżka,
+obmazana resztką przyschniętych kartofli.
+
+Olka teraz już zupełnie do ziemi przysiadła, a obie ręce o bruk
+wsparłszy, ciągle w okno suteryny patrzyła.
+
+Taki tak!... ta dziewczyna rozczochrana włócząca swe bose nogi po
+ubitej ziemi izby -- to ona, ona sama, lat temu piętnaście!
+
+A ten chłopak z kołyski łeb wytykający -- toć to czysty Wicek,
+który krzykiem swym zdawało się nieraz, iż mury rozsadzi.
+
+Biła go za to po łbie, po pysku -- ile się zmieściło, a czasem znów
+porywała go i do piersi cisnąć zaczynała, z rozrzewnieniem nagłem.
+
+Sieroty bo oboje byli... sieroty, bez matki, która zmarła
+w szpitalu bez uczciwego nawet pochówku na zaraźliwe choróbsko, co
+się w suterynach na Żółkiewskiem rozpanoszyło.
+
+Olka -- w dziecko ruszające się wśród łachmanów wpatrywała się
+upornie, jakby przykuta widokiem tej małej głowy, pokrytej
+sierścią jasnych włosów. Dzieciak w kołysce się gmerał i łyżką
+o brzeg kołyski uderzał.
+
+Olka dzieciństwo swe całe, z nędzą i troską, przed oczami miała
+teraz, objęte w ciasną ramę zaledwie przymkniętego okienka.
+
+Z wnętrza suteryn płynął ku niej chłód piwniczny z wyziewami ciała
+ludzkiego i gnijących odpadków połączony.
+
+Ona chłonęła w siebie to powietrze, w którem wzrosła, cała prawie
+pijana wonią nędzy brutalnie z wnętrza ziemi się wydzierającej.
+
+Razem z tą wonią budziło się w niej wspomnienie tatli, Wicka...
+
+Ulicznica kurczyła się przy ziemi, chcąc zniknąć prawie, wkopać się
+pod suterynę i znaleźć się nagle na środku tej izby, z której
+uciekała cichaczem, w nocy, na rozpustę pomiędzy „kanonierów” się
+przebierając.
+
+W naprężeniu nerwowem, w jakiem była, zaczęła nagle majaczyć;
+zdawało się jej teraz, że Wicek chce wyleźć z kołyski a ona
+uspakaja go i leżeć mu każe.
+
+-- Leż, hyclu, robaku, sieroto! bo cię uśmiercę!...
+
+Nagle poczuła się kopnięta silną, męzką nogą w gruby but zbrojną.
+
+-- Ha frajla! wie gehts? -- zaśmiał się rozbawiony żołnierz,
+błyskający w świetle latarni rzędem złotych guzików -- chodź panna
+z nami, wypijemy paar śnaps zum andenken!
+
+Olka ocknęła się z zadumy i porwała się z ziemi.
+
+-- Gut, Herr Leitnant! -- wyrzekła, rzędem białych zębów
+błyskając -- ja na to jak na lato!
+
+-- Fesches Mäderl...
+
+Poklepał ją po ramieniu i oboje powlekli się w stronę szynku,
+z którego dobywały się ostre, zawrotne tony katarynki.
+
+..................................................................
+
+Spotkała się pierwszy raz z Wickiem, nagle na zakręcie Piaskowej
+uliczki.
+
+Poznała go odrazu, choć urósł i zmienił się dla obcych ludzi.
+
+Ona jednak -- siostra, poznała w nim brata, którego biła
+i kołysała, targała za włosy, lub tuliła, mrucząc uliczne piosenki.
+
+Szedł ubrany przyzwoicie, w wysokiej czapce z daszkiem, w długim
+surducie i w butach dobrze wyszuwaksowanych.
+
+W ręku pod chusteczką, niósł kilka świeżo zerwanych róż, a pod
+pachą dużą harmonię; niebieski krawat związany w kokardę podnosił
+świeżość jego cery.
+
+Chłopiec to był dobrze odżywiony, silny, jeszcze pracą ani rozpustą
+niezniszczony.
+
+Stolarzem bo był -- i to już czeladnikiem, a wiadomo, stolarka to
+praca na Bożem powietrzu i najczęściej pod gołem niebem, więc soków
+z krwi nie wyciąga i płucom rozróść się pozwala...
+
+Dziś Wicek szedł w zaloty do córki Jana Burby, także stolarza,
+który za panną Kazią daje trzysta papierków a po śmierci warsztat
+cały na zięcia przeleje.
+
+Wicek ma wszelkie szanse dostania stolarzówny, bo ojciec przyjmuje
+i jego, i harmonię łaskawie w niedzielne popołudnie, a Kazia
+czerwieni się jak burak i firanki siatkowe u okien „szalonu”
+niemiłosiernie skręca.
+
+Wicek idzie więc -- przez Piaskowy zaułek, pogwizdując lekko. Szary
+bo już zapada zmrok z pogodnego nieba, nieszpór skończony. Pani
+majstrowa kawę z babką na czerwonej serwecie zastawia. Śpieszyć się
+trzeba, bo panna Kazia pewnie już przy oknie stoi i przez siatkę
+firanki patrzy a czeka...
+
+Z małych okienek zaułka, tu i owdzie błyskają światełka, na progach
+domów bawią się dzieci, na środku ulicy mały piesek w piasku się
+kręci.
+
+Nagle Wicek czuje się pociągnięty nieśmiało za rękaw.
+
+Ogląda się.
+
+Obok niego, kryjąc twarz dłonią, stoi tęga, wysoka dziewczyna
+w kratkowanym kaftaniku i w spódnicy z falbanami.
+
+Wicek odpycha ją łokciem.
+
+-- Poszła, małpo!...
+
+Lecz ona nie ustępuje.
+
+Trzyma go mocno za rękaw surduta.
+
+-- Wicek... taże spojrzyj! to ja!...
+
+Chłopak szeroko oczy otwiera.
+
+-- Olka!
+
+I purpura oblewa twarz młodą, wesołego i zdrowego chłopca.
+
+Słyszał często o siostrze, lecz powoli zaczęła być dlań po prostu
+mityczną postacią. Wiedział, że się „puściła” -- ale co robi,
+jak wygląda, czy jeszcze istnieje -- nie przeszło mu to nawet po
+głowie.
+
+Nagle zjawia się żywa, zdrowa, hańbą okryta, niosąca na swem czole
+widmo jawnej rozpusty, tolerowanej swawoli.
+
+Pragnie się od niej odczepić za jakąkolwiek cenę, drżąc, aby go
+z dworku Burbów nie zobaczyli z „ładacznicą”, rozmawiającego
+pośrodku ulicy.
+
+Wyrywa jej rękaw i uciekać szybko zaczyna, nieoglądając się nawet
+po za siebie.
+
+Olka stoi jak przykuta na środku ulicy, nie śmiejąc gonić niknącego
+w cieniu brata. U stóp jej, mały piesek szczeka teraz groźnie,
+poszczuty przez dzieci które z przekorną ciekawością przypatrują
+się ulicznej włóczędze, w zmroku się słaniającej.
+
+..................................................................
+
+Czatowała na niego teraz po nocy, pod parkanami, gdy wracał
+z roboty lub od Burbów, z czapką przechyloną na bakier i miną junacką
+rozwiniętego prawidłowo mężczyzny.
+
+Nieraz przechodził mimo niej, nie widząc wśród stosu desek
+przyczajonej postaci, która śledziła go smutnym, przygasłym
+wzrokiem.
+
+Nie spotykając siostry na drodze, uspokoił się powoli.
+
+Wiedział, że jest na przedmieściu i krąży po szynkach, lecz do
+niego nie zbliża się już więcej, pewnie dumą zdjęta.
+
+I myśląc o niej, czuł jakąś litość nad jej osamotnieniem, litość,
+do której przyznać się sam przed sobą wstydził, cały przejęty
+pogardą dla rozpusty ulicznej, dla sprzedaży ciała i targu
+o miłosną pieszczotę.
+
+Ona tymczasem, gryzła się i truła tą pogardą brata i jego ucieczką
+w chwili gdy w niej serce kołatało jak dzwon i piersi mało nie
+rozsadziło...
+
+Wiedziała, że była bardzo nędzną istotą, lecz on, brat jej --
+powinien mieć dla niej więcej pobłażania, aniżeli inni.
+
+Nieraz w szynku biła pięściami w stół krzycząc, iż dożyje chwili,
+w której ci, co jej znać nie chcą, do nóg upadną!... lub kułakiem
+groziła w stronę miasta spowitego w ciszę, jakby zaprzysięgając
+zemstę tym, którzy ją pierwsi w kał ten wepchnęli.
+
+Powoli jednak myśli jej zaczęły przybierać jakieś wyraźniejsze
+kształty.
+
+Wicek się od niej odwraca, bo jest biedna i obszarpana.
+
+Gdyby miała dobrze nabity worek, kto wie, coby było!...
+
+I od tej chwili zrobiła się chciwą, wyrachowaną, ceniąc każdą
+chwilę, słaniając się ze znużenia, lecz licząc oszczędzane
+pieniądze.
+
+Wicek tymczasem dzień ślubu przyśpieszył i w kościele Panny
+Maryi Śnieżnej, wypomadowany, wyświeżony wieczną „uczciwość
+małżeńską” -- spoconej i ściśniętej gorsetem Kazi zaprzysiągł.
+
+W wilię jednak ślubu, gdy po raz ostatni do swego kawalerskiego
+mieszkanka wracał, rozmarzony libacyami swych przyjaciół
+i towarzyszy, potknął się o jakąś masę do desek przytuloną.
+
+-- Ki dyabeł?
+
+Olka głos brata poznała, lecz, drżąc cała, nie odpowiadała nic.
+
+On pochylił się nad nią, sądząc, że to ktoś zemdlony.
+
+-- Któż to?
+
+Dziewczyna zebrała się na odwagę.
+
+-- Ja... Olka!...
+
+Krew uderzyła do głowy Wiekowi.
+
+-- Czego ty się tu przywłóczysz? -- zasyczał wściekły
+i groźny -- czego?
+
+Ona dźwignęła się na klęczki i za rękę go pochwycić pragnęła.
+
+-- Wicek!... ta my rodzeni!
+
+-- Nijaki ja tobie rodzony, małpo jedna!
+
+Popchnął ją silnie, aż głową o parkan uderzyła.
+
+-- Ta za co ty mnie walisz? Wicek, za co?
+
+-- Za twoje łajdactwo!
+
+-- Ta cóż robić?... kiedy już tak jest! teraz już nikt tego nie
+odmieni!
+
+Milczeli chwilę oboje.
+
+Wiatr drzewami za parkanem kołysał.
+
+Latarnia naftowa, na słupach za pomocą sznura zawieszona, pośrodku
+uliczki się chwiała, cała żółta, smutna, jakby mgłą przysłonięta.
+
+-- Ty się jutro żenisz? -- zapytała wreszcie dziewczyna.
+
+-- Żenię, abo co?
+
+-- Nic!... daj ci Boże jak najlepiej!
+
+Przekleństwo uwięzło w gardle Wicka.
+
+-- A w którym ty kościele ślub będziesz brał?
+
+Wicek ramionami wzruszył.
+
+-- U Śnieżnej... ale, co ci do tego, ty mi czasem do kościoła
+nie przychodź! Słyszysz?
+
+Dziewczyna głowę podniosła.
+
+-- Bo to... widzisz Wicek, ja sobie pieniędzy trochę
+złożyłam -- zaczęła prędko -- mogłabym porządną jaką kieckę
+przywdziać i wstydu byś ty nie miał!...
+
+Wicek cały się wstrząsnął.
+
+-- Nie o kieckę tu chodzi -- krzyknął -- ale o ciebie samą,
+słyszysz!
+
+Głowa ulicznicy pochyliła się jeszcze niżej.
+
+-- Słyszę, Wicku, słyszę!...
+
+Pokora drgała wielka w jej głosie.
+
+Małą i nędzną zdawała się, klęcząc tak u stóp brata, do desek
+parkanu przytulona.
+
+Wicek chwilę stał niezdecydowany, czując znów litość budzącą się
+w sercu.
+
+-- Bądź zdrowa! -- wyrzekł nieco łagodniejszym głosem i odwróciwszy
+się szybko iść zaczął.
+
+Lecz ona wyciągnęła ręce i powlekła się za nim na środek ulicy,
+w żółtą strugę światła z latarni płynącego.
+
+-- Wicku!
+
+Chłopiec stanął.
+
+-- Co?
+
+-- Kiedy ty niechcesz mnie na ślubie mieć... -- podjęła gorączkowo
+-- to choć ty mi jedną łaskę zrób! Niewiele ja pieniędzy mam, ale
+to co jest!... weź!.. zda ci się na jutro!... weź!...
+
+Ręce wyciągnięte trzymała wciąż, błagalną linią wśród światła
+się znacząc.
+
+Wicek uczuł w piersiach dziwne ściśnienie.
+
+-- Nie! -- odpowiedział -- nie... pieniędzy twoich nie chcę!
+
+Ona targnęła się, jakby uderzona biczem.
+
+-- A!... tak!... masz recht!... łajdackie pieniądze...
+
+Lecz w nim, w tym brutalnym chłopie, zbudził się cień delikatności.
+
+-- Nie, nie dlatego! -- odparł szybko -- lecz ja mam dosyć, schowaj
+je dla siebie!
+
+Ona uśmiechnęła się teraz radośnie.
+
+-- Schowam je dla... ciebie, Wicek!
+
+On, oddalając się i malejąc coraz więcej w przestrzeni, powtórzył
+prawie bezwiednie:
+
+-- Schowaj, Olka!
+
+..................................................................
+
+Trzy lata upłynęło, a Olka ciągle włóczyła się po przedmieściu
+zdobywszy sobie powoli nawet sympatyę ogółu.
+
+Nazywano ją ogólnem mianem „małpy” -- lecz, że zachowywała się
+względnie przyzwoiciej, „grajzlerówki” mówiły o niej:
+
+-- Choć małpa, ale porządna dziewczyna!
+
+Zaokrągliła się, wypełniała i tylko twarz miała niezdrową bladość
+strawionej bezsennością i trunkami kobiety.
+
+Ręce jej drżały, a oczy często mgła zasłaniała.
+
+Zrobiła się dumną i nieraz w szynku chwaliła się „uczciwą”
+rodziną, z której pochodziła.
+
+Pieniądze Wicka chowała święcie i od czasu do czasu drogę bratu
+zabiegała, zapytując, czy oddać ma złożone w kącie swej izby
+papierki?
+
+On, według usposobienia, usuwał ją przekleństwem lub dobrem słowem,
+cały teraz przejęty ważnością swego stanowiska -- ważnością zięcia
+Burby, który, choć w grosze nie tak bardzo zasobny, cieszył się
+poważaniem całego cechu stolarzy.
+
+Olka nie podchodziła nigdy w stronę ulicy Piaskowej, gdzie teraz
+mieszkał Wicek wraz z żoną i teściem.
+
+Znów spotykała go ukradkiem, czyhając nieraz miesiącami całemi,
+zanim go w bramie lub w jakiem przejściu spotkała.
+
+Powoli dowiedziała się z boku, że trzysta papierków posagu Wickowej
+były bajką i tylko przynętą na lep dla złapania męża.
+
+Wicek więc pracował teraz na troje, bo stary Burba, odpoczywając na
+respekcie ludzkim, hebla się więcej nie imał, na zięcia się
+oglądając.
+
+Nareszcie Wickowa, chodząca w ciąży -- porodziła córkę, lecz ciężko
+zaniemogła i akuszerka doktorów wezwać kazała.
+
+Zaczęły się ciężkie dni we dworku na Piaskowej ulicy.
+
+Olka wszelkiemi siłami teraz brata spotkać chciała.
+
+Wychodził często, biegał bez pamięci, do aptek, do doktorów, ale po
+ludnych ulicach i w dzień, kiedy ona po świetle doń przystępu mieć
+nie mogła.
+
+Nareszcie Kazia podniosła się z łóżka i do sił wracać poczęła,
+dziecko chowało się zdrowo, Wicek odetchnął i roboty się chwycił.
+
+Czas bo był niemały.
+
+Wszystkie zasoby wyczerpały się i poszły na lekarstwa i doktorów.
+
+Dziecko chrztu się domagało.
+
+Znajomi o sute chrzciny się domawiali, stary Burba pragnął ludzi
+fetą zadziwić i zły stan swoich interesów w ten sposób ozłocić.
+
+Pieniędzy ani centa nie było.
+
+Wicek nie sypiał nocami, drażniony przez teścia, przez żonę, która
+także chciała sąsiadkom proch w oczy rzucić i dać im powód do
+zazdrości najmniej na tydzień.
+
+Nareszcie w bramie domu, gdzie Wicek blejtramy zamówione odnosił,
+spotkała go Olka, zmęczona dnia tego czatowaniem na brata od samego
+świtu.
+
+-- Wicek -- szepnęła, w kąt bramy go pociągając -- powiedzże, co
+się tam u was dzieje?
+
+On oparł się o ścianę, znękany, przybity walką o byt.
+
+-- A cóż ma być. Córkę mam!
+
+Olka ręce na piersiach złożyła.
+
+-- Córkę?
+
+-- A jakże!
+
+-- Ładna?
+
+-- E!... czerwona jak rak... Gadają, że ładna!
+
+-- Do ciebie podobna?
+
+-- Albo ja wiem?
+
+-- Ale przecieć!...
+
+Badała go gorączkowo, cała podniecona tą myślą o noworodku,
+o dziecku śpiącem w białych pieluszkach we wnętrzu kołyski.
+
+-- Najgorsze... że chrzciny wyprawić trza -- podjął Wicek --
+a ja...
+
+Urwał nagle, przypomniawszy sobie do kogo mówi.
+
+Lecz Olka podchwyciła jego słowa i porwawszy go za ręce, gorąco
+prosić zaczęła:
+
+-- Taże ja właśnie o to za tobą łażę... weźże ty odemnie te
+_swoje_ pieniądze, bo jeszcze mi je jaka psiakrew ukradnie.
+
+On bronił się mięko:
+
+-- Nie mogę, Olka, nie mogę!...
+
+Lecz kobieta nacierała coraz gwałtowniej.
+
+-- Taże to są twoje pieniądze! Twoje rodzone, schować mi je
+kazałeś...
+
+-- Bogać tam!
+
+-- Ale tak! tak! sprawiedliwie... niepamiętasz jeno!
+
+Z za pazuchy wyjęła szmatę, w której szeleściło kilkadziesiąt
+papierków.
+
+-- Ja je mam przy sobie już od tygodnia, lecz nigdzie cię dopaść
+nie mogłam! Masz, na chrzciny ci starczy!...
+
+On odsuwał się jeszcze, cały zmieszany myślą dotknięcia się w ten
+sposób zarobionych pieniędzy.
+
+Lecz kobieta instynktem odczuła myśl brata.
+
+-- Weź, Wicek, weź!... to pieniądze z uczciwego zarobku! Jak Boga
+kocham! Koszule po nocach szyłam!... weź... to nie z „tego”!...
+
+Kłamała, cała potem oblana, pełna wysiłku nerwowego.
+
+Wreszcie, udało się jej pieniądze w rękę brata wcisnąć.
+
+-- A! Nareszcie!
+
+Odetchnęła pełną piersią, jakby się ciężaru zbyła.
+
+Lecz on stał przybity i upokorzony, ściskając w ręku szmatę
+z pieniędzmi.
+
+Czuł, iż biorąc od Olki pieniądze, czyni krok pojednawczy i że
+powinien siostrę przychodzącą mu z pomocą na owe chrzciny
+zaprosić.
+
+-- Olka!... możeby ty... -- wykrztusił wreszcie przez nerwowo
+ściśnięte gardło -- możeby... ty... przyszła....
+
+Lecz ona otworzyła szeroko oczy.
+
+To, co zdawało się jej naturalnem lat temu kilka, teraz wydało się
+jej po prostu... potwornem. Przygryzła drżące usta i ręce kurczowo
+dokoła szyi zacisnęła.
+
+-- Dziękuję ci, Wicek!... nie przyjdę!... a widząc niepokój
+drgający na twarzy brata, dodała stanowczo:
+
+-- Przyjść nie mogę... nie mam uczciwej kiecki!
+
+..................................................................
+
+Chrzciny wnuczki Burby sute były i wspaniałe.
+
+W wieczór majowy, przy nawpół otwartych okienkach weselili się
+dobrani goście naokoło dobrze zastawionych stołów.
+
+Była więc cielęcina z czerwoną kapustą, kotlety z sosem pikantnym,
+kawa, babka i tort z cyfrą nowonarodzonej.
+
+Kazia, blada, lecz zdrowa, kręciła się pomiędzy gośćmi, wesoła,
+uśmiechnięta, pełna macierzyńskiego wdzięku.
+
+Wicek, trochę chmurny, dolewał gościom wina, rozsypywał po kolanach
+kobiet bakalie z jakąś dziwną rozrzutnością, jakby chcąc cały ten
+częstunek jaknajprędzej załatwić.
+
+Pod okna oświetlone ściągali ci i owi, aby się owemu traktamentowi
+przyjrzeć, lecz powoli pustoszało dokoła dworku, ludzie wracali do
+swych legowisk i do snu się kładli.
+
+W cieniu spowite jaśminy ogródka całe kłęby woni w wilgotną noc
+wyrzucały, szumiąc zlekka.
+
+Zdaleka majaczyły naftowe latarnie ubogie i smutne wśród dzikiego
+bzu zawieszone. Pod parkanami mknął biały kot, czając się
+i odskakując co chwila.
+
+Z dworku Burby dolatywały głosy harmonijki, grał na niej Wicek,
+siedzący teraz na stole, z którego nawpół ściągnięty obrus opadał
+na ziemię. Dokoła niego kręciło się kilka par w takt polki a stary
+Burba z dzbanka szklanego piwo do szklanek dolewał.
+
+Na oknach ledwo przymkniętych powiewały muślinowe firanki.
+
+Pod jednem z nich, wychodzącem na ogród siedziała Kazia, trzymająca
+w poduszce kokardami upstrzone dziecko.
+
+Matka patrzyła na tańczących machinalnie, poruszając poduszką,
+z której długa, lekka spadała sukienka.
+
+Nagle zdawało się jej, że ktoś za oknem westchnął. Nieporuszyła się
+nawet, pogrążona w słodkiej ekstazie na widok tak dobrze bawiących
+się gości.
+
+Tymczasem za oknem uczepiona prawie o ramę stała Olka, z oczyma
+szeroko rozwartemi, z których dwie strugi płynęły.
+
+Wiatr, wiewając muślinową zasłoną, ukazywał jej wnętrze wesołej,
+widnej izby, napełnionej rozbawionymi ludźmi.
+
+Dźwięki harmonijki serce jej szarpały na strzępy -- z piersi
+wydzierało się westchnienie, w jęk prawie psi przechodzące.
+
+Widok brata, żyjącego pomiędzy inną sferą ludzi, inną niż
+ona -- wyklęta i wydziedziczona, napełniał ją dojmującym bólem,
+a drobna główka dziecka w tiule i muśliny spowitego, zbudziła
+w niej samicę.
+
+Wyciągnęła rękę z jękiem ku tej drobnej istocie, której stóp nawet
+ucałować nie miała prawa.
+
+Westchnęła!...
+
+Od okna porwała się Kazia i szybko podjęła firankę.
+
+Olka nie zdążyła się cofnąć, bratowa przeszyła ją oczami.
+
+-- Wicek! -- zawołała -- Wicek a pójdzi tu ino!
+
+Mąż zlazł ze stołu i, nie przestając grać, do okna poszedł.
+
+-- Co chcesz? -- zapytał.
+
+-- Odpędź-no jakąś małpę, co się pod oknami słania!
+
+Przytrzymując dziecko prawą ręką, lewą odkręciła rygiel
+i otworzywszy na oścież okno, miejsca mężowi ustąpiła.
+
+On, grając ciągle, bokiem przez parapet się przechylił i wśród
+smugi światła dojrzał w oddaleniu bladą i spłakaną twarz siostry.
+
+Przez chwilę milczał, grając machinalnie polkę, nie mogąc słów
+znaleźć dla oddalenia tej, za której pieniądze zdołał ochrzcić swe
+dziecko i uraczyć gości.
+
+Żona tymczasem ciągnęła go za surdut.
+
+-- Zamknij okno, dziecko się zaziębi!
+
+Teraz on przechylił się jeszcze silniej i nizkim, wzruszonym głosem
+rzucił:
+
+-- Odejdź... siostro!...
+
+Ona wyciągnęła ku niemu ręce drżące, jakby rzucając pocałunek
+i odwróciwszy się wolno, odeszła w głąb ciemnej ulicy, po której
+kłęby woni jaśminów płynęły.
+
+
+
+
+IX.
+
+=Szakale.=
+
+
+Przez dziedziniec zajazdu jak strzała przemknął numerowy, siejąc po
+drodze świeże deszczułki, które przywiązywał do kluczy.
+
+Wpadł do mieszkania właścicielki, i prawie bez tchu zatrzymał się
+w progu saloniku.
+
+-- Z pod siedemnastego „sie” powiesiła! -- zawołał, łapiąc
+z wysiłkiem powietrze.
+
+Właścicielka, tłusta, żółta, cała rozlana w swej włóczkowej halce,
+która wydymała się jej na brzuchu i biodrach a zapadała pod
+kolanami, otworzyła szeroko oczy.
+
+-- Co to za paskudne gadanie! Po co się miała powiesić, kiedy
+jeszcze rachunku nie zapłaciła!
+
+Lecz kelner powtarzał uparcie:
+
+-- „Sie” powiesiła!
+
+Żydówka cmoknęła niecierpliwie:
+
+-- Zkąd Marciński wie?
+
+-- Widać ją „bez” okno. Ma nogi o deskę oparte!
+
+-- Może sobie tylko tak w oknie stoi?
+
+-- Ale!... wisi, wisi jak mi Bóg miły, ot nogi się jej zgięły
+w kolanach a ręce dyndają po bokach. Wedle głowy już dojrzeć nie
+mogłem, bo bez okiennice wszeteczne ciemności w numerze.
+
+Żydówka pod boki się ujęła i stała chwilkę zamyślona.
+
+-- Trzeba drzwi otworzyć, podjął znów kelner -- może jeszcze dycha.
+
+-- Aj! aj! niech pan Marciński tak sobie nie śpieszy. Po co to
+głosić takie rzeczy? To interes psuje... Goście się odstraszą.
+
+Żydówka podreptała do sypialni.
+
+Za chwilę wyszła w perkalowym szlafroku, który się jej roztwierał
+na brzuchu i piersiach. Na perukę zarzuciła wełnianę chustkę.
+
+Przez uchylone drzwi weszła kilkunastoletnia dziewczyna, chuda
+i czarna, w opiętej bardzo sukience. Włosy miała ściągnięte po
+chińsku i przepasane żółtą tasiemką.
+
+Podeszła do matki.
+
+-- Gdzie mama idziesz?
+
+-- Do numerów. Kanapa się zawaliła w piętnastym! aj, co ja z tem
+mam!... Ty sobie Salcia pograj trochę gamy.
+
+Roztwierała fortepian, ścierając pył połą szlafroka.
+
+-- Nie chcę gamy! -- grymasiła Salcia.
+
+-- Aj Salcia! co z tobą!... ty gorzej „kaprysujesz”, niż te całe
+numera i wszystkie goście! Graj sobie gamy, albo jakie kawałki.
+Graj głośno a okna otwórz, niech goście słuchają!
+
+Znów do okien dreptała, lecz kelner jej drogę zastąpił.
+
+-- Chodźmy pod siedemnasty!
+
+-- Chodźmy!
+
+Na dziedziniec wyszli i okrążali furę z sianem, która na środku
+drogę barykadowała. Kilka kur kręciło się pod wozem, dziobiąc
+w żółtawej, lepkiej cieczy, co cuchnącym wężem pod kołami się
+kręciła. Przez otwartą wjazdową bramę widać było szary bruk uliczny
+i nagłe podniesienie się ścian kamienic przeciętych ciemnemi jamami
+otwartych okien. Z góry płynęło szarawe światło chmurnego dnia
+letniego, deszcz mżył od świtu, tnąc powietrze cieniuchnemi
+podłużnemi nitki. Pomiędzy kamieniami tworzyły się czarniawe
+strumyki, które zdawały się zastygać jak ciemne pokręcone robaki.
+
+W środkowym korpusie hotelu, cofniętym w tył, pomalowanym na
+jasnoróżowy kolor, prawie wszystkie okna były otwarte. Tylko na
+dole jedno okno miało przymknięte szaro brudne okiennice, krzywe
+i popaczone. Okiennice te były od wewnątrz śrubą ujęte.
+
+Kelner palcem na okno wskazał:
+
+-- O!
+
+Lecz żydówka wykrzywiła się ze złością.
+
+-- Ty, panie Marciński, palcem nie pokazuj! Ty mi policyę jeszcze
+naprowadzisz tym palcem!
+
+Do sionki wchodowej zwróciła się, lecz stanęła nagle jak wryta, na
+widok myszurysa drzemiącego na klocku wśród porozrzucanych wiórów.
+
+-- Jojne! Jojne!
+
+Jojne, rudy, mały, pokręcony, z sześcioma palcami u lewej ręki,
+prawdziwy „rarytas” hotelowy, porwał się na równe nogi.
+
+-- Schlufst du?
+
+-- Naaa! schlaf i nit!...
+
+Lecz właścicielka napadła nań, sypiąc gradem obelżywych wyrazów.
+Leniwiec, próżniak, drogę gościom zawala i nie wie nigdy co się
+w numerach dzieje.
+
+Kelner zniecierpliwiony wszedł do sieni.
+
+-- Niech pani idzie.
+
+-- Zaraz! zaraz!
+
+Jojne uciekł, teraz właścicielka przypatrywała się zsypanym w kąt
+dachówkom, któremi miano kryć oficynę. Nagle z lewego skrzydła
+zajazdu wypłynęła tryumfalnie „Ostatnia myśl” Webera, kaleczona
+przez Salcię.
+
+Żydówka chwilkę jeszcze słuchała, uśmiechając się radośnie:
+
+-- O!
+
+Poczem dopiero z trudnością na trzy wschodki wlazłszy, w ciemną
+szyję sionki zagłębiła się.
+
+Cały zaduch źle utrzymywanych numerów zacieśniał się tu, w tej
+ciemnej przestrzeni. Podłoga, ściany, zdawały się być przesiąkłe
+wonią potu, brudnej bielizny i piwniczej wilgoci. W kącie bielały
+skorupy rozbitej miski, przed drzwiami numerów porzucono buty,
+z których jeden w niepewnem świetle płynącem z wysoko umieszczonego
+okienka, miał świeżą zelówkę jasno na czarnem tle podłogi się
+znaczącą. Cały ten zakąt, w którym nędza, występek, rozpusta,
+często wykwintne nawet cudzołóztwo, odwiedzało w przelocie, całe to
+schronienie dla smutnych, wydziedziczonych, bezimiennych, czasem
+jeszcze wilgoć więzienia w swem ubraniu ze sobą wnoszących,
+koncentrował się głównie w tym pawilonie, w dolnych numerach, gdzie
+stawali najczęściej ludzie wybladli, wychudli, mówiący cicho, nie
+domagający się nigdy świeżych prześcieradeł, szuwaksu na buty, lub
+wody do karafki. Jakaś tajemniczość włóczyła się wzdłuż tych
+ścian rzędem drzwiczek przeciętych, jakiś podejrzany handel,
+przywodzący na myśl połączenia potworne, kurcze głodu przed światem
+tajone, łzy dziewczyny schańbionej i oczy starca powleczone mgłą
+rozpusty.
+
+Lecz już kelner stał koło drzwi siedemnastego numeru, dzwoniąc
+kluczami.
+
+Żydówka doń dopadła.
+
+-- Cicho! cicho! niechaj nie słyszą!
+
+Spojrzała przez dziurkę od klucza, ciemno było zupełnie, wyjęła
+z peruki szpilkę podwójną i zanurzyła w głębię.
+
+-- Nie ma klucza! -- wyszeptała.
+
+Numerowy od pasa kółko odpiął, na którem brzęczały klucze.
+
+-- Poszukam!
+
+Z wielką wprawą klucz znalazł, w zamek go włożył i dwa razy
+przekręcił.
+
+Drzwi otwarły się, skrzypiąc.
+
+ * * * * *
+
+Łóżko stało zasłane, nietknięte, wyciągające swe brudno czerwone
+fałdy kołdry i biały kwadrat poduszki w półcieniu, jaki panował
+dokoła.
+
+Od okna płynęły jaśniejsze smugi a przez wycięty otwór
+w okiennicach padał snop światła przecinający brutalnie ciasną
+przestrzeń numeru. Snop ten, biegnąc ukośnie, padał na stół pokryty
+różową bawełnianą serwetą, na której stała szklanka do połowy
+wypitej wody, karafka, kawałek sznura ciemno czerwonego,
+odpalonego na jednym końcu i trochę kwiatów sztucznych,
+pogniecionych i zwiniętych w kłębek. Bliżej okna leżało przewrócone
+krzesełko, z którego materac wypadł na środek pokoju.
+
+Reszta przedmiotów tonęła po kątach w cieniu.
+
+I tylko jeszcze piec występował masą ciężką, białą, jak zwierz
+uśpiony w kącie ciasnej klatki z paszczą szeroko otwartą, z której
+jak język czarny wisiały na jednej złamanej zawiasie zardzewiałe
+drzwiczki.
+
+Lecz u okna jakaś czarna, nieruchoma zwieszała się postać, smutna
+i nędzna. Źle dopasowane okiennice właśnie tam filtrowały szeroką
+szparą światło. W szparze tej najdokładniej dostrzedz można było
+ciemną głowę kobiety, obramowaną jaśniejszym paskiem światła
+i dalej korpus zwieszający się ciężko z rękami opuszczonemi
+i wykręconemi konwulsyjnie ku ciału, z nogami podkurczonemi na desce
+okna.
+
+Marciński rękę wyciągnął.
+
+-- Wisi! o tam w oknie!
+
+Żydówka oczy zmrużyła.
+
+-- Niechno Marciński poczeka! Może to takie udawanie, bo to z...
+takiemi to różnie się trafia. Panno! panno! zleź panna z okna!...
+zleź zaraz!...
+
+Lecz postać czarna nie drgnęła nawet, wciąż nieruchoma w swej
+strudze jasnej w ramę ją obejmującej.
+
+Żydówka podsunęła się bliżej.
+
+-- Niech Marciński okiennicę jedną uchyli, a ostrożnie coby
+z „dworza” widać jej nie było.
+
+Marciński szybko podstąpił, na okno się wspiął i rękę po za trupa
+wyciągnął. Okiennice powoli się uchyliły. Szeroka szczerba światła
+doskonale teraz oblała straszną, zsiniałą twarz samobójczyni.
+
+Numerowy w pierwszej chwili oczy przymknął, znalazłszy się tak
+blizko z trupem w ciasnej niszy okna. Powoli jednak powieki
+podniósł i ręką policzka zmarłej dotknął.
+
+-- Jak lód -- wyrzekł.
+
+Z okna zeskoczył i stał teraz bezczynnie z opuszczonemi rękami,
+patrząc ciągle w wiszącą.
+
+Nagle żydówka wybuchnęła:
+
+-- A niech ją dyabeł porwie! Pięć dni numer trzymała i teraz
+jeszcze go zapaskudziła! aj! aj!... kto to teraz tu stanie! A
+policya! a gwałty!... a stancya niezapłacona!
+
+Kelner milczał, jakby zahypnotyzowany widokiem martwej dziewczyny.
+Była przecież ohydna; cała sina, z oczyma szeroko rozwartemi,
+prawie czerwonemi od krwi nabiegu, z masą bezkształtną języka
+wysuwającego się z jej ust granatowych i spuchniętych. Tylko od
+tyłu głowy zwieszały się przepyszne wspaniałe warkocze, czarne
+i lśniące, na wpół splecione. Jeden z tych warkoczy zsunął się
+naprzód i wisiał w przestrzeni a lekko przez wejście na okno
+numerowego poruszony, chwiał się jak warkocz płaczącej brzozy,
+z czarnej kolumny spadający.
+
+-- To ci włosy -- wyrzekł nareszcie.
+
+Lecz żydówka lamentowała.
+
+-- Ny, kto mi teraz zapłaci? Kto? Co ja mam za moje dobre serce,
+żeby taką włóczęgę z końca świata do numeru brać! A młoda jeszcze
+była, zdrowa, po co jej było taki koniec ze sobą robić? aj! aj!...
+
+Do stołu się zbliżyła.
+
+-- Lichtarz mi popsuła, o!... świeca się wtopiła, niech ją choroba
+ciśnie!...
+
+Na stole stał lichtarz mosiężny, cały zielony, ze stearyną świecy
+szeroką po brzegach rozlaną. Widocznie samobójczyni pozostawiła na
+stole płonącą świecę. Przepalony sznur, którego druga połowa
+posłużyła za śmiertelny stryczek, należał kiedyś do szlafroka lub
+bluzki. Na blasze przed piecem walały się popalone kawałki listów
+i papierów.
+
+-- Marciński! co ona jadła? -- spytała nagle żydówka.
+
+-- Kawę; codzień dwie szklanki jej nosiłem!
+
+-- I bułki?
+
+-- A jakże!...
+
+-- Ny co ja tera pocznę, kto mi za tę kawę zapłaci?
+
+W kącie ciemnym dostrzegła małą skrzynkę.
+
+-- Może tam co jest. Niech Marciński posunie!
+
+-- Nie wolno ruszać!
+
+-- Głupi Marciński jest! Mnie wszystko wolno, bo mnie się należy
+i ja pierwsza do długu jestem!
+
+Marciński kuferek pod światło przysunął.
+
+ * * * * *
+
+A w kuferku tym był cały dramat ciężki i bolesny, cały dramat życia
+kobiety wykolejonej, rzuconej jednem przyśpieszonem tętnem krwi
+w falę życia straszną i nielitościwą.
+
+Dziewczyna ta musiała być statystką w jakimś teatrzyku, bo jeszcze
+„krakowianka” brudna i kawałkami glasy naszyta, mieniła się wśród
+reszty szmat i szmatek. Atłasowe pantofle baletowa jak dwa opadłe
+i martwe motyle, różowiły się wśród fałd połatanych koszul. Trochę
+paciorków brzęczało na dnie kufra, a pomiędzy niemi rozkładał się
+nagle krawat męzki atłasowy, jasny-lila z czarną przetartą dziurą
+od wkładania tombakowych szpilek.
+
+Krawat ten zdradzał wiele, jakąś miłostkę łatwą do zawiązania
+w cieniu kulis, w tem bezustannem zbliżeniu mężczyzn i kobiet, w tym
+kodeksie moralności przenicowanym i ułatwiającym nieuprawnione
+związki. Krawat ten był tani, podszyty perkalem, kupiony z wystawy
+ubogiego sklepu na jakiejś oddalonej uliczce. Mężczyzna, który go
+nosił, był biedny i był bezwątpienia aktorem, bo na atłasowym węzie
+świeciły się żółtawo-różowo plamy szminki. Był trywialny
+i niewybredny w swych gustach, dowodził tego kolor krawatu
+a brutalny i pełen namiętności, gdyż tkanina cała porwana była
+gwałtownie wyszarpywaną szpilką.
+
+Lecz żydówka, mrucząc gniewnie, zanurzyła dalej rękę. Z powodzi
+lichych szmat wydostała kilka fartuchów płóciennych, dużych,
+ordynarnemi nićmi widocznie na wsi uszytych. Na jednym z nich
+wisiała jeszcze gałązka uczepionego chmielu zeschła i zczerniała.
+Inny miał na sobie kilka uczepionych bodiaków. Nagle coś
+zaszumiało. Z jednej kieszonki wysypało się trochę pośladu dla kur.
+Widocznie dziewczyna, zerwawszy z życiem teatralnem, przyjęła
+służbę w jakimś wiejskim domu. Lecz niedługo tam była, może
+dowiedziano się, że dawniej „pokazywała komedyę” i wypędzono ją
+od razu. Tak często bywa. Panie ze wsi nie lubią aktorek...
+
+Jeszcze kilka par pończoch sztucznie pocerowanych wyrzuciła
+z kuferka żydówka, jakiś stanik ciemno granatowy przerobiony pod
+szyję, ze śladami huzarskich galonów na plecach i na piersiach,
+wreszcie waporyzator rozbity z pękniętą gumą i zerwaną siatką,
+obrazek Matki Boskiej oprawny w blaszane ramki, kłębuszek włóczki
+z zaczętą szydełkową rozetką, patelkę całą czarną i spaloną od
+ognia, wreszcie pustą, wytłuszczoną portmonetkę. To było wszystko,
+lecz z tych smutnych gałganów trup cały odżywał i opowiadał gorzkie
+dzieje kobiecej doli. Dziewczyna ta żyła widocznie z jednym ze swych
+kolegów, była pracowitą i oszczędną. Pełniła przy mężczyźnie
+obowiązki kucharki i posługaczki.
+
+Miała jeszcze trochę wiary, którą musiano wpoić w nią w domu. Była
+nerwową i lubiła denerwować się sztucznemi zapachami. Miała grunt
+najuczciwszy i starała się po rozstaniu ze swym kochankiem,
+wywalczyć sobie jakieś stanowisko wśród ludzi. Pracowała i musiała
+czuć się bardzo szczęśliwą. Wypędzona, wpadła w nędzę i rozpacz
+bezdenną. Głód, opuszczenie, smutek, pchnęły ją w otchłań
+zwątpienia, które kończy jedynie... śmierć.
+
+Młoda, lecz z ciałem zniszczonem nędzą i przedwczesną miłością --
+nie umiała iść dalej.
+
+Wśród nocy, w zaduchu i ochydzie żydowskiego zajazdu postanowiła
+skończyć to, co się nazywało życiem.
+
+Przepaliła sznur, bo przeciąć go czem nie miała, i bez łzy, bez
+żalu, z ustami nerwowo zaciśniętemi założyła go sobie na szyję.
+
+Ostatnie wrażenie, jakie ze sobą w dal ciemną uniosła, był żółty,
+drgający płomień dogasającej na środku izby świecy.
+
+ * * * * *
+
+Żydówka kopnęła nogą kuferek.
+
+-- Ani gałgana nawet wybrać! Tego nawet handlarz za dwa grosze nie
+zechce!...
+
+Powstała powoli i do trupa się zbliżyła, oglądając zniszczoną
+sukienkę, w jaką dziewczyna była ubrana.
+
+-- Może ona w kieszeni co ma?
+
+Rękę wyciągnęła, ale prędko cofnęła ją i po za plecy ukryła.
+
+-- Niech Marciński zobaczy!
+
+-- Nie wolno!
+
+-- Głupi Marciński jest.. jak się co znajdzie, to i Marcińskiemu
+się dostanie za usługę. Przecież Marciński na piwo nic nie dostał.
+
+Kelner pokręcił głową.
+
+-- A no racya jest, zobaczę!
+
+Do kieszeni trupa sięgnął, lecz pustą była prawie zupełnie. Trup
+się zakołysał. Żydówka z rękami złożonemi na brzuchu przyglądała
+się niecierpliwie.
+
+-- A nie „stłuknij ją”, Marciński.
+
+-- Wisi mocno! niech się pani nie stracha!
+
+Oswajali się powoli z tym trupem smutnym i stygnącym w zaduchu źle
+utrzymanej izby.
+
+-- Niema nic?
+
+-- Nie.. ino blaszany naparstek.
+
+Żydówka znów zaklęła.
+
+-- Daj pan Marciński naparstek! Salcia swój zgubiła, nie potrzeba
+kupić.
+
+Nagle zamilkła i bliżej do okna postąpiła.
+
+Trup, kołysząc się, odsłonił nogi.
+
+Nowe porządne buciki, zapięte na guziczki, ukazały się oczom
+właścicielki hotelu.
+
+-- Niech pan Marciński zlezie!
+
+Lecz Marciński dotykał wiszącego warkocza i mlaskał językiem.
+
+-- Aj! aj! co za włosy!
+
+-- Marciński musi zleść!...
+
+Kelner warkocz z żalem z ręki wypuścił.
+
+-- Niech pan Marciński pójdzie cicho do mojego mieszkania
+i przyniesie duże nożyce. Trzeba ją oderżnąć, może jeszcze żyje, to
+się ją potrze!
+
+Kelner spojrzał w oczy żydówki.
+
+Przez kilka chwil mierzyli się wzrokiem, a oboje mieli w źrenicach
+jakieś płowe, migocące światełka.
+
+Wreszcie, kelner ku wyjściu się skierował i, skrzypiąc drzwiami,
+znikł w głębi sieni.
+
+Żydówka, pozostawszy sama, obejrzała się kilkakrotnie, poczem
+wyciągnąwszy jaknajdalej ręce, na palcach do trupa podeszła
+i szybko guziki bucików rozpinać poczęła. Nos jej się zwęził ze
+strachu, usta zagięły się w półkole. Na czoło pot wystąpił. Ona,
+sapiąc, przechylona, ciągnęła dalej swą pracę, zdzierając ze
+zmarłej obówie, szarpiąc trupa, nie czując prawie chłodu nóg
+zesztywniałych, które pozbawione osłony, zabielały nagle jasną
+barwą szarych, pocerowanych ciemną bawełną -- pończoch.
+
+Dokonawszy swego dzieła, właścicielka cofnęła się szybko, otworzyła
+drzwi i z siłą cisnęła daleko, w głąb korytarza buciki. Stuknęły
+o podłogę, jak uderzenie młotka o wieko trumny. Czas jednak był już
+wielki. Marciński powracał, kryjąc pod połami kartki duże nożyce.
+
+Żydówka pot z czoła otarła.
+
+-- Panna Salcia gra?
+
+-- Panna się bije z kucharką!
+
+Weszli znów do numeru i teraz już sam Marciński podszedł do okna.
+
+-- Niech się pani nie zbliża, ja ją sam obetnę.
+
+Wlazł na okno, posunął trupa i zasłonił sobą prawie całą postać
+zmarłej.
+
+Żydówka o drzwi oparta nie patrzyła, cała zajęta myślą, czy buciki
+samobójczyni będą dobre na nogi jej córki.
+
+Tymczasem nożyczki zgrzytnęły. Z cichym chrzęstem obsunął się
+wzdłuż pleców trupa obcięty warkocz. Marciński zwinął go zręcznie
+i schował do kieszeni kurtki.
+
+I znów niby chrzęst -- i głowa dziewczyny ukazała się teraz
+ostatecznie zeszpecona, z krótką nierówną linią rozsypujących się
+na karku włosów.
+
+Lecz Marciński ku drzwiom się zwrócił.
+
+-- Lepiej nie ruszać, policya się wda i będzie kram, że my ją
+poruszyli. Jaką naszli, taką zostawmy!
+
+Żydówka skinęła głową.
+
+-- Ma Marciński „słusznie”! Teraz musi iść po strażnika! Aj aj!...
+jakie to zmartwienie!...
+
+Kelner z okna zeskoczył i ku drzwiom podążył.
+
+Wyszli oboje na korytarz i Marciński zaczął dobierać klacze.
+
+Żydówka, buciki niewidocznie podniósłszy, za chustkę ukryła.
+
+-- Czego Marciński ją zamyka? -- zapytała kierując się do wyjścia.
+
+-- Prawda! -- odrzekł kelner -- przecież nie ucieknie!
+
+I roześmieli się oboje.
+
+
+
+
+X.
+
+=Papuzia.=
+
+
+-- Zagwizdaj, Papuziu!...
+
+Minuśka porwała się z jego kolan i nagle w półcieniu, już z okien
+płynącem, zabieliła się jak zjawisko w swej masie białych
+zwiędniętych koronek i pomiętego batystu.
+
+-- Nie!... nie!... nie chcę!
+
+Ale on, nieubłagany -- wyciągnął rękę i ujął nagie ramię
+dziewczyny w swe suche palce nerwowego blondyna.
+
+-- Zagwizdaj, Papuziu!...
+
+-- Ty wiesz, to dla mnie cholera to gwizdanie!
+
+-- Zagwizdaj, Papuziu!...
+
+Ton jego mowy był rozkazujący, powolny, mięki a przecież siekący
+jak uderzenie szpicruty.
+
+Dziewczyna próbowała się jeszcze opierać.
+
+-- Nie!... wolę z tobą rozmawiać!
+
+On nieznacznie ramionami ruszył.
+
+-- Zagwizdaj, Papuziu! -- powtórzył po raz czwarty.
+
+Stalowo niebieskiemi oczami spojrzał w drobną twarz Minuśki, która
+ledwie przeświecała przez całe kłęby pokręconych czarnych włosów.
+
+Oczy te, jakby wieczną łzawą mgłą pociągnięte, zużyte były
+i dziwnie rozwiązłe.
+
+Jakaś nabożna, dystyngowana rozpusta gnieździła się w tych
+źrenicach koloru dziewczęcej sukienki.
+
+Były to oczy westalki, powracającej ze schadzki do swej świątyni.
+
+Teraz już Minuśka, pod wpływem tego spojrzenia układała się powoli
+na kolanach mężczyzny, pochylając w tył głowę, tak że cała kaskada
+czarnych włosów spłynęła ku ziemi i kwiatów dywanu dosięgła.
+
+I tylko biust jej biały, foremny, jakkolwiek trochę w górze
+spłaszczony, rozciągał silnie cienki batyst szlafroka, związanego
+lekko białą w pasie wstążką.
+
+Reszta ciała zaznaczała się silnie wyraźnemi konturami i dobrze
+wygiętą linią od bioder odcinała się jasno od ciemnego obicia
+nizkiej tureckiej sofy.
+
+Z bosych stóp dziewczyny spadły małe pantofle z różowego atłasu,
+trochę brudne i zgniecione.
+
+Nogi te wyciągnięte z nieruchomością trupią, żółte były, wygięte
+silnie jak nogi tancerki, przecięte błękitnemi żyłami i cieniem
+czarnych włosów rosnących na zgięciu palców.
+
+W niewyraźnym mroku szarej godziny -- objawiały się jak nogi
+kobiety zmęczonej, głupiej, nerwowej, kobiety bez silnego punktu
+oparcia a mimo to dobrej, miękiej, uległej -- idącej ślepo za
+podmuchem losu.
+
+Cała wreszcie postać Minuśki, wyciągniętej na strzyżonej tkaninie
+oryentalnego mebla, miała w sobie to bierne poddanie się
+fatalizmowi, to opuszczenie rąk w walce z życiem, to zagaśnięcie
+poczucia rozkoszy, temperamentu i kaprysów kobiecych.
+
+W nieruchomości swojej, w tej ulubionej pozie wyciągniętego
+w trumnie trupa -- znać było dążenie bezwiedne ciała do spoczynku,
+a z pod długich rzęs przymkniętych migały tylko białka oczu. Wszystko
+w niej dążyło i rwało się ku ziemi razem z kaskadą czarnych włosów,
+razem z fałdami białego trenu, który ją obwijał zimną draperyą
+grobowego całunu.
+
+Siedzący w kącie sofy mężczyzna, smukły, correct, silnie
+wyczesany -- z brodą okrągłą zmysłowego samca opartą na
+sztywnych rogach lśniącego kołnierzyka, w kanciastych liniach
+ciała, w kolanach silnie złożonych, przypominał pozę Ozirysa
+wciśniętego w szeroki stalowo-granatowy garnitur angielskiego
+kroju. Nawet kurtka szczelnie na dwa rzędy zapięta, opinała
+silnie pierś zapadłą jak mogiłę wszystkich pragnień i porywów...
+
+Całe ciało, długie, złożone, jakby na zawiasach, przylegało
+doskonale do linij i zagięć sofy prostej, twardej, równej -- pomimo
+banalnego kształtu naśladującego wschodnie stosy poduszek.
+
+Tylko kolana ostrym kantem wystawały brutalnie, podnosząc silnie
+szewiot spodni, które opinały długie, ledwo zaznaczone łydki,
+niekształtne, gubiące się bez silniejszego spadku, łydki kamiennego
+bożka cisnącego się do twardej swego tronu podstawy. Całe ciało
+-- zakończone wydłużonemi a płaskiemi stopami, obutemi zimno
+w angielskie matowe obuwie równe było -- ostro skrajane, kańciaste,
+podobne do wybornie spreparowane go szkieletu, osadzonego na
+doskonałych zawiasach.
+
+Tylko głowa okrągła i twarz pokryta mięsem, kłóciły doskonałą
+harmonię dalszego rusztowania.
+
+Był to kadłub angielskiego charta ze łbem obwisłego buldoga.
+
+Dolna warga trochę wilgotna i jakby niepewna, zwieszała się ku
+dołowi, odsłaniając dolny rząd zębów żółtych i od tytoniu
+sczerniałych. Była to warga „viveura”, który lata całe musiał
+powoli nasycać namiętność swych podrażnionych zmysłów, zamykając
+oczy i otwierając usta. Maska jego nieruchomej twarzy urobiła się
+już w takie rozprzężenie bezwiedne muskułów, że choć młodość
+walczyła jeszcze z nałogiem, ściągając skórę ze skroni, to już
+cały dół twarzy a nawet skóra pod oczami fałdowała się w bezsilne
+bruzdy, zmysłowe, zwierzęco-apatyczne.
+
+Leżąca na jego kolanach kobieta miała w swej twarzy przyschnięty
+znów wyraz namiętności, nagle spieczonej i w ogniu strawionej.
+I u niej, tak jak i u niego ciało nie harmonizowało z głową. Tors
+jej miał pełne i doskonałe rozwinięcie kobiety doszłej do szczytu
+siły, biodra rozłożyste i podatne miały w sobie mięsistość
+hiszpanek, lecz już od silnych jeszcze ud począwszy, linia nóg
+zwężała się nagle, schła, drobniała brutalnie. Kończyny były
+słabe, anemiczne, wyschłe, obciągnięte trupią skórą.
+
+Tę samą anomalię przedstawiały i ręce.
+
+Przedramię wspaniałe, doskonale piękne, już od łokcia miało
+ważkość dziwną, niepewną, nieusprawiedliwioną a same dłonie
+i palce, długie i kościste, z pofałdowaną na zgięciach palców
+skórą; zwieszały się ku ziemi jak ręce rozpaczliwie smutnego
+szkieletu.
+
+Z karnacyą skóry przeświecającej przez oczka koronek i pajęczą
+tkaninę batystu, było to samo. Twarz blada, żółta -- jakby
+pocentkowana sinemi podkowami, podkreślającemi przymknięte oczy
+i rozciągającemi się aż na silnie wyciągniętą skórę nosa, nie
+miała ani śladu purpury warg, które białe, wązkie, postrzępione,
+niknęły prawie w bladej masce.
+
+Lecz już szyja, tracąc zżółkłe tony, rozpływała się w różowawo
+lśniącej barwie piersi lekkiej, wiosennej, młodej -- mającej
+w sobie doskonałą miękość pastelu.
+
+Pod bielą batystu, różowa ta barwa ciemniała coraz dalej,
+zagłębiała się, to znów tryumfalnie przechodziła w atłasową
+białość na wypukłościach bioder.
+
+To przeświecanie jutrzenkowej barwy przez delikatny deseń koronki,
+miało w sobie czar dziwnie ponętny, niepewny, pełen tajemniczej
+siły doskonałej piękności kobiecego ciała.
+
+Jakby pod cienką warstwą śniegu, rozsypane liście blado różowej
+kamelii, tak migotały szmaty ciała Minuśki w obramowaniu
+delikatnego desenia cienkich walansyenek.
+
+Lecz już -- coraz dalej się posuwając -- różowy ton bladł, siniał,
+zieleniał, żółkł na kolanach dwoma plamami i do stóp się zsuwając,
+w trupią barwę przechodził.
+
+Jedynie jeszcze podeszwy jakąś dziwną anomalią różowiły się lekko,
+trochę starte zbyt ciasnem obuwiem, zaznaczając się w przestrzeni
+barwniej lekką kroplą krwi, roztartą zdaje się na ich powierzchni.
+
+Cisza była dokoła.
+
+Cisza wielkiego miasta, które huczy w oddali a przecież do mieszkań
+ludzkich hukiem tym nie wpada, pozostawiając niemal grobowy spokój
+tym -- którzy spokoju tego pragną.
+
+Przez białe zasłony okien słaniała się blado-błękitna, równa
+-- nieprzecięta niczem barwa zachodzącego nad dachami domów
+wiosennego słońca.
+
+Barwa ta -- wsuwając się do pokoju -- jak elektryczny blask
+wykrawała kontury banalnych mebli, porozstawianych po kątach
+mieszkania. Oryentalna tkani na mebli mieniła się jaskrawemi
+plamami i żółtą pstrocizną frendzli. Duże, weneckie lustro --
+pochylone nad sofą -- prezentowało się matowo szarym kwadratem, na
+tle trywialnego ciemnego obicia kryjącego ściany. Po kątach, na
+etażerkach wykrzywiały się japońskie lalki pod parasolami, które
+roztaczały ciemno szafirowe lub czarne koła, prawie pod samemi
+rogami trochę przybrudzonego sufitu.
+
+Po środku, jak ptak nagle nieruchomy, krwawiła się czerwonością
+szyb i stalowemi pokręconemi liniami obwodów wenecka latarnia,
+okapana stearyną, bielącą się na matowej płaszczyźnie podstawy.
+
+W jednym z kątów żółcił się duży makartowski bukiet, smutny,
+przypruszony pyłem, z lasem aksamitnych szyszek, sterczących wśród
+pęku traw połamanych.
+
+Niefroterowana, trochę brudna podłoga, pokryta zniszczonym dywanem,
+wystawała jasnemi plamami koło progów i okien, które krzywo
+zagłębiając znaczyły się wystającemi z po za białych zasłon
+blaszanemi rynienkami do zbierania rosy.
+
+I w tej banalności zimnej, bazarowej, pretensyonalnej, wciśniętej
+nagle w mieszczańską klatkę ciasnych, taniem obiciem oblepionych
+ścian starej, żydowskiej kamienicy -- nie było nic z duszy kobiety
+zamieszkującej te ściany.
+
+Minuśka była ptakiem wędrownym i o klatkę nie dbała.
+
+Przez uchylone drzwi dostrzedz można było nieposłane łóżko
+-- rozkopane, rozrzucone, w nieładzie jeszcze nocnym, ciemniejące
+pod stosem zrzuconych sukien i kołder.
+
+Okno, przysłonięte szczelnie szafirową zasłoną, nadawało całemu
+pokojowi pozór grobowej kaplicy.
+
+Reszta tonęła w cieniu.
+
+Tymczasem w saloniku błękitne światło okien zaczęło stopniowo
+szarzeć i bielić, jakby przez matowe a brudne szkło przepuszczone.
+
+Dwie białe takie smugi -- jak charty potworne przypadły do podłogi,
+słały się po dywanie i ginęły w oddali, tuż pod stopami nieruchomie
+siedzącego mężczyzny.
+
+Końce palców u ręki Minuśki zwieszającej się z sofy, maczały się
+w tej martwej jasności i zżółkłe paznogcie, pocentkowane białemi
+plamkami, zdawały się być płatami tajemniczych nenufarów z tafli
+stygnącej wody wyzierających.
+
+Dziewczyna przymykała powieki i z przechyloną w tył głową zdawała
+się tężyć w jakiemś odtrętwieniu.
+
+Lecz młody mężczyzna szarpnął ją znów za ramię.
+
+-- Zagwizdaj, Papuziu!
+
+Dziewczyna westchnęła i cicho -- powoli, jakby płynąc z oddali,
+rozległ się drżący menuet, gwizdany jakby dziobem papugi, niepewnie
+w dal rzucającej nuty.
+
+To Minuśka gwizdała, leżąc ciągle przechylona, nieruchoma
+w obramowaniu swych czarnych włosów, które się z przepychem po
+dywanie walały.
+
+Mężczyzna, zmrużywszy oczy, w gwizd ten się wsłuchiwał z dziwnym
+wyrazem koło ust obwisłych. Nareszcie rękę wyciągnął i zimnemi
+palcami po oczach Minuśki przesunął.
+
+-- Nie płaczesz? -- zapytał.
+
+Ona gwizdać przestała, brwi marszcząc.
+
+-- Cóż u dyabła, codzień nie mogę!
+
+-- Postaraj się!...
+
+ * * * * *
+
+Poznał ją w Łodzi, w sali Selina, gdy złym akcentem francuzkim
+śpiewała jakąś piosnkę.
+
+W podrabianej tej francuzce odczuł odrazu łatwą i tanią zabawę
+i gdy otulona płaszczykiem zeszła z estrady do pustej i białej od
+gazu sali, zbliżył się, wiecznie nienasycony w tej pogoni za
+kobietą, jakkolwiek oddawna już niedoświadczał nic w dotknięciu
+nagich ramion, lub rozwianych włosów.
+
+Przez nałóg, przez przyzwyczajenie szedł już teraz, zaczepiał,
+wyciągał rękę, ciągle spragniony gorętszego wrażenia, czegoś, coby
+nim targnęło, coby zamieranie w nim rozkoszy wstrzymało choćby na
+krótką chwilę.
+
+Minuśka nie zajęła go więcej od innych.
+
+Była zepsutą, wesołą, pustą i trywialną.
+
+Mówiła „psia krew”, biła się po biodrach, pokazywała żydom na
+ulicach język i kłóciła się w restauracyi z kelnerami.
+
+Nie różniła się niczem od innych kobiet i drażniła w nim
+zamierającego trupa, lecz drażniła niemile, w bolesny, dokuczliwy
+sposób.
+
+Przez kilka dni, które bawił w Łodzi, widywał ją codziennie, coraz
+więcej zniechęcony i pół senny.
+
+Dziewczyna, sądząc że śmiechem i żartami zdoła rozchmurzyć to
+znużone czoło, roztrząsała przed nim całą torbę swych dowcipów,
+pozbieranych w chwilowych miłostkach, które prowadziła w swem
+życiu.
+
+Lecz on -- ciągle milczący, zimny, kanciasty, siedział przed nią,
+wpatrzony w przestrzeń szklannemi oczyma trupa.
+
+Chwilami ramionami wzruszał i mówił jedno tylko słowo:
+
+-- Cicho!
+
+Dziewczyna milkła, zdjęta nagłą jakąś trwogą przed tą ciszą
+nakazaną jej w ciasnej przestrzeni zasłoniętej lożki, po za której
+czerwonemi firankami widać było jasną przestrzeń sali i ciemny
+otwór sceny.
+
+Raz jeden ośmieliła się powiedzieć:
+
+-- To głupie takie postępowanie!
+
+I uzbrajając się w odwagę, dodała:
+
+-- Funta kłaków niewarte!
+
+On tymczasem patrzał na nią, skąpaną w jasnej powodzi gazu,
+płonącego w stłuczonej bani, zawieszonej u sufitu lożki.
+
+Klęczała przed nim na małej sofce obitej ciemną brokatelą,
+i podniósłszy obnażone ręce, wiązała swe czarne włosy długą
+białą wstążką.
+
+Była dnia tego ubrana już do pantominy, mającej kończyć
+przedstawienie, a w której grać miała rolę panny młodej.
+
+Długa, biała muślinowa suknia natykana kwieciem pomarańczowem
+dawała jej pozór umarłej dziewicy, którą lada chwila złożą na
+śmiertelnej pościeli. Twarz jeszcze nieubielona, żółta była
+i martwa w tej białej koronek powodzi.
+
+Opierała się biodrem o stół nakryty białym obrusem, na którym
+walały się resztki kanapek i kieliszki koniaku.
+
+Związała włosy i powoli, z pewnym leniwym wdziękiem na poduszki
+sofy upadła.
+
+-- Funta kłaków niewarte! -- powtórzyła przez zaciśnięte zęby.
+
+Z po za uchylającej się firanki dolatywał przenikliwy głos
+dziewczyny, śpiewającej na scenie drżącym sopranem:
+
+/#
+ „Demande aux lys, s'ils aiment la rosée”.
+#/
+
+On ciągle patrzył na nią, dziwiąc się i zazdroszcząc tej żywotnej
+sile, która kazała jej poruszać się, śmiać, denerwować i wyrzucać
+z siebie całą kaskadę słów i chęci.
+
+Wiecznie i ciągle od pewnego czasu obserwował tak wszystkich, sam
+ciągle bezsilny, pełen przewidzeń, halucynacyj, widząc koniec
+wszystkiego, nie mogąc zbudzić się z odrętwienia zmysłów, w jakie
+popadał z dniem każdym.
+
+Ogarniał go smutek bezdenny, z którego sobie sprawy zdać nie umiał,
+szukając w złem trawieniu przyczyny głównej tej zmiany, podniecając
+się fizycznie i moralnie, pragnąc rozpaczliwie wyjścia z tej
+nicości, w którą powoli zapadał.
+
+Spełniał automatycznie funkcye swego urzędowania w jednem
+z towarzystw kredytowych, lecz nocami, wybladły i z gałką swej laski
+przy ustach, zjawiał się jak mara blada i milcząca, z niemą skargą
+na swój zgon duchowy, w zadymionych lokalach restauracyjnych,
+w ochrypłych salach koncertowych, w zaułkach nocnej rozpusty --
+goniąc coś ciągle w milczenia szukając, trawiąc się, stygnąc od
+wnętrza.
+
+Bezwiednie lgnął do kobiet, jakby w nich szukając odrodzenia, lecz
+-- te, do których miał przystęp łatwy i z góry zapewniony --
+wstrząsały nim swym śmiechem, banalną pieszczotą i coraz
+ciemniejsze koło tworzyły dokoła jego osoby.
+
+Od czasu do czasu, opowiadały mu historyę swego życia, zaczynającą
+się niezmiennie od tych słów:
+
+„Nie miałam jeszcze piętnastu lat i byłam zupełnie głupia, a tu..
+
+Słuchał chwilę, sądząc że coś się tam przewinie, co mu rysę w jego
+lodowej powłoce uczyni -- lecz prędko myśl w inną stronę odwracał.
+
+Zawsze to samo!
+
+Jedna historya w milionowem wydaniu!
+
+Minuśka przecież nie opowiedziała mu swej „historyi”.
+
+Była banalną, trywialną jak inne -- mówiła mu „mój kiziu” --
+i jadła rybę nożem, ale „historyi” swej nie opowiedziała do tej
+chwili.
+
+Nie opowiedziała i nie opowie -- bo, oto on wyjeżdża jutro i ma jej
+właśnie to powiedzieć za chwilę, skoro tylko tamta z po za zasłony
+śpiewać przestanie.
+
+Doszedł już do tego stopnia osłabienia i rozdrażnienia, że nie lubi
+i nie umie mówić, gdy kto śpiewa.
+
+Tymczasem Minuśka nalewa sobie kieliszek koniaku.
+
+-- Wiecznie pan jesteś smutny jak sum -- mówi, pijąc fałszowaną
+ohydę powoli, jakby z rozkoszą -- dobrze że masz na smucenie się,
+to jeszcze pół szczęścia!
+
+Odstawia kieliszek i znów wciska się w poduszki sofki.
+
+-- Może to i taka moda być na smutno -- ciągnie dalej, rurkując
+falbanki sukni na palcach -- znałam jednego pana od wyścigów,
+także się tak wiecznie gryzł i dręczył. Podobno coś kiedyś tam
+komuś ukradł, to go jadło!..
+
+Roześmiała się głośno i zastanowiła chwilkę.
+
+-- No, to już było przez sumienie. Prawda? Ale pan? Co ci to
+brak!... Mój Boże! Żeby to mnie panem być! czybym ja kiedy się
+zasępiła, co?
+
+Po za zasłoną śpiewaczka umilkła i z sali dolatywał szmer
+pomieszanych głosów, odsuwanie krzeseł i szczęk kufli rozstawionych
+na stołach.
+
+-- Masz pan co jeść, gdzie mieszkać, masz pewnie rodzinę, ojca,
+matkę a może i żonę -- a takiś pan skwaszony ciągle. Nie powiem,
+żeby to ja, co to jak ten psiak bez gniazda po świecie się tyram
+i już z rozpaczy do francuzów przystałam i oto się Falfandierowej
+wysługuję. Psia krew! dobrze że mnie trochę po francuzku nauczyli,
+to i co zarobię na to marne życie... oj! marne!
+
+Znów po kieliszek sięgnęła, z butelki nalała, wypiła.
+
+W pół drogi ręka jej w fałdy sukni opadła.
+
+Była już na wpół pijaną.
+
+-- Psia krew! -- powtórzyła raz jeszcze i głowę w tył przechyliła.
+
+Ktoś drzwi w sali otworzył.
+
+Gaz w kuli zaczął migotać, chyląc się na obie strony.
+
+Rozpaczliwy jakiś smutek wypełnił małą przestrzeń lożki, jakaś
+grobowa pustka, pomimo tłumu poruszającego się po za firanką.
+
+Mężczyzna w swej automatycznej sztywności zastygły, siedział
+nieporuszony w kącie sofy, zdając się wydzielać z siebie ten chłód
+trupi i mrozić nim ożywioną jeszcze niedawno dziewczynę.
+
+Teraz było już ich dwoje smutnych, niemających dachu po nad duszą.
+
+I Minuśka czerniała, żółkła, pozbywając się swej maski sztucznego
+uśmiechu, odsłaniając nagle swój szkielet już pruchniejący
+nieszczęśliwej, walczącej z życiem istoty.
+
+Leżała nieruchoma, z rękami obwisłemi, z ustami opuszczonemi
+w kącikach bolesnym skrzywieniem. Nagle wargi ściągnęła nerwowym
+skurczem i lekko, cicho gwizdać zaczęła.
+
+Był to gawot popularny, łatwy do pochwycenia i ciągnący się cicho
+jak srebrna nitka pajęcza.
+
+W rozkołysaniu się gazu, gwizd ten leciuchny motał się
+z przejrzystością dokładną, wznosił się, opadał i znów
+rozpoczynał.
+
+Nagle umilkł, rozpływając się w urywanej nutce. Chwileczkę
+trwało milczenie.
+
+Przerwał je ochrypły nieco głos Minuśki:
+
+-- Pan wiesz, ja miałam dziecko!
+
+Mężczyzna nie drgnął nawet, nie odpowiedział ani słowa.
+
+Przygasłe oczy skierował jednak na leżącą kobietę, bo czuł że
+ma w niej trochę odbicia swego smutku, swego zniechęcenia.
+
+Widział, że się nie krzywi uśmiechem.
+
+Oddychał.
+
+-- Miałam dziecko! a jakże! jak anioła taką dziewczynkę! Żebyś ją
+pan był widział no -- co to opowiadać! Królewna! Włosy czarne, oczy
+szafirowe -- buzia maluchna. A mądra, a ucieszna. W dziesięcioro
+się krajałam, aby jej nic nie brakło! Pan nie ma dzieci?
+
+Nie było odpowiedzi.
+
+-- Nie ma pan? Dobrze pan robi. Dzieci to wielka radość, ale co też
+to za smutek! Serce ledwo nie trzaśnie jak to ginie! Psia krew...
+co to za urządzenie na świecie!... Miała na imię Maryśka! Ja ją
+nazywałam Marychna. To ładnie, prawda? Mówiła już, chodziła, łydki
+miała grube, tak że ją tylko w skarpetki ubierać można było! I co
+pan powie! W trzy dni -- ani się obejrzałam, już było po niej!
+słyszy pan!... po niej!...
+
+Oboje siedzieli ciągle nieruchomo w obu kątach sofy, ona
+przechylona, z twarzą ginącą w tem skróceniu. Tylko podbródek drgał
+jej nerwowo, jak u kobiet blizkich płaczu.
+
+-- Nazywała mnie... Papuzią. A to ztąd widzi pan poszło: Posłyszała
+kiedyś pod balkonem na ulicy gwiżdżącą papugę. Odejść nie chciała.
+Wzięłam ją na ręce i gwizdałam jej w uszko przez całą drogę.
+Później... ciągle prosiła -- gwizdaj, Papuziu! ja gwizdałam! Ach
+Boże!... ja gwizdałam!
+
+Porwała się nagle, jakby ocucona.
+
+-- Ja pana nudzę, co? Pan i tak smutny!
+
+Lecz on rękę wyciągnął.
+
+Jakiś cień uśmiechu przewinął się nawet koło jego warg pobladłych.
+
+Od tej nagle otwierającej się przed nim rany macierzyństwa,
+w rozpustnem otoczeniu zamkniętej lożki tingel-tanglu, płynęło ku
+niemu powolne uspokojenie i łagodne uczucie ledwo dostrzegalnego
+ciepła.
+
+-- Bo to widzi pan, mężczyźni nie lubią skoro się im o takich
+rzeczach mówi. Tylko pan jakiś inny od wszystkich. Może to pana
+i bawi.
+
+Westchnęła, znów głowę przechyliła na poręcz sofki i oczy
+zmrużyła.
+
+-- Widzi pan, to było dziecko takie... no, pan wie! ot takie, bez
+ojca. Więc to się chowało nie u mnie, ale ja zawsze co dnia
+przybiegałam, na ręce schwyciłam, wycałowałam gdzie mogłam. Jak już
+nic jej przynieść nie miałam, to choć pogwizdać przyszłam, a mała
+się już od progu rwała i piszczała: „gwizdaj, Papuziu! gwizdaj!...”
+Było to uciechy! Cholera muzykalna była! W dziadka się wdała!...
+
+Urwała, jakby przerażona zdradzeniem cienia tajemnic swego
+pochodzenia.
+
+-- No, i kiedy przyszła ta ciężka godzina, że ją śmiertelna choroba
+schwyciła -- ja po doktorów z gołą głową latałam po nocy,
+w aptekach dzwonki urywałam. Raz mnie stójkowy mało do cyrkułu nie
+zwlókł... Co pan chce! Dla dziecka to się w ogień skoczy! Nie
+pomogło! Chudła, sztywniała -- i już tylko na rękach nosić ją
+trzeba było dniem i nocą. Ja też nosiłam i jeszcze tylko to
+gwizdanie mogło ją uspokoić na trochę, na krótko! I ja też
+gwizdałam! Łzy mi jak groch leciały!... ale nosiłam i gwizdałam!
+
+Umilkła, i z pod przysłoniętych rzęs zamigotały nagle dwie lśniące
+krople łez, poczem z pochylonej w tył głowy spływały po skroniach,
+mocząc silnie pęki fryzowanej grzywy.
+
+-- I wiesz pan co? Umarła mi na rękach wtedy, kiedy chodziłam z nią
+po pokoju i gwizdałam jej cichutko, cichuteńko -- prawie w samo
+uszko. Późno było, świeca się dopalała, w kącie chrapała kobieta,
+u której się ona chowała. Ja chodziłam boso, żeby nie wstrząsać
+rękami, gwiżdżę -- ona oddycha, raz drugi oczki otworzyła -- sina
+obrączka naokoło ust się rysuje. Jezus Marya! myślę sobie,
+dziecko!... gwiżdżę wciąż -- ona już nie oddycha, ja głowę
+tracę... i ludzie mnie znaleźli z dzieckiem na ręku ciągle po
+pokoju chodzącą. Podobno nawet jeszcze gwizdałam!... Co pan
+chcesz!... Dostałam bzika. Niemiałam nic mego... ją jedną!...
+Oprzytomniałam później i czasem, kiedy sama jestem, mówię sobie:
+zagwizdaj, Papuziu!... gwiżdżę!... i płaczę!
+
+Rozpuszczoną masą włosów otarła strumień łez płynący jej z oczów.
+
+-- Przepraszam pana -- wykrztusiła wśród łkań -- ja zaraz przestanę
+beczyć, to już... taki cholerny narów... ja zaraz będę...
+wesoła!...
+
+Lecz on -- zbliżył się ku niej teraz i wyciągając ręce przyciągnął
+ją ku sobie.
+
+W gieście tym nie było śladu współczucia dla jej cierpienia, był
+tylko jakiś sybarytyzm dziwny, rozsmakowanie się w gorącości łez
+i w spazmatycznym skurczu wstrząsającym piersi kobiety.
+
+Melancholiczne zwierzę zbudziło się w nim i brutalnie, bezczelnie
+domagało się praw swoich.
+
+Sentymentalny samiec wyciągnął trupią rękę i na ranie serca
+kobiety-matki położył.
+
+Obwisła warga zadrgała mu rozkosznie.
+
+Oczy pokryła biała, wilgotna mgła.
+
+ * * * * *
+
+I od tej chwili żyli razem, we dwoje -- schowani w kącie oddalonej
+ulicy, w mieszkaniu, które on urządził z banalnym komfortem
+biurowego parweniusza. Wszystko naokoło nich było martwe, trupie,
+wystygłe.
+
+Dziewczyna z początku rwała się jeszcze do życia, walcząc
+z resztkami temperamentu.
+
+Wprędce jednak ciało zniszczone latami przymusowej rozpusty
+-- zapragnęło grobowego spoczynku.
+
+Za ciałem poszedł duch.
+
+Minuśka zamierała wśród strzyżonej tkaniny mebli i zakurzonych
+parasoli, włócząc po otomanie swe bezsilne członki anemicznej
+kobiety.
+
+On -- tryumfował, kąpiąc się teraz w tej cmentarnej atmosferze,
+którą włóczył w fałdach swej kurtki, ciągle milczący, ponury,
+ziejący niczem nieusprawiedliwioną rozpaczą, zwłaszcza w chwilach
+wiosennego rozkwitu.
+
+Czasem tylko dziewczyna wyrzuciła jeszcze z siebie „psia krew”
+-- zebrane z ust towarzyszek łatwej zabawy i ciężkiej pracy,
+i słowo to jak uderzenie szpicruty przecinało powietrze.
+
+Lecz on, nie ruszając się z miejsca, przez zaciśnięte usta szeptał:
+
+-- Cicho!...
+
+Kobieta milkła i siedzieli tak oboje w milczeniu, w rozpaczliwej
+melancholii dwojga zamierających organizmów, skutych ze sobą --
+ona, rozpamiętywając swą przeszłość, on -- pławiąc się
+w lubieżności smutku i o trumny potrącającego wspomnienia.
+
+I gdy jasno błękitne światło od okien płynące z szarego tonu
+zmieniało się w złoto-rudy blask wycinający kontury mebli a coraz
+dalej ku głębi pokoju rozpływało się w czarniawo-szafirowym cieniu
+-- on pochylał się nad martwiejącą w trupiej pozie dziewczyną.
+
+-- Zagwizdaj, Papuziu!...
+
+Ona gwizdała, z początku niechętnie, potem coraz więcej zatapiając
+się w cichej nutce melodyi.
+
+Trup dziecka wyschły, zżółkły, biedny -- zjawiał się przed nią
+w przepotędze swego nieprawego pochodzenia, wspaniały bezimiennością
+swoją, doskonały w zrodzeniu z miłosnego tchnienia. Trup ten
+zimniał, sztywniał -- tuż przy jej piersi -- przy jej łonie, które
+go stworzyło i gniótł jej ciało strasznym ciężarem nieżyjącego
+potwora.
+
+I wtedy cała fala łez lała się z czarnych oczów kobiety i po
+przechylonej w tył głowie ku masie pokręconej grzywy spływała.
+
+Tymczasem mężczyzna trupie swe palce w kaskadzie tych łez maczał
+i leniwym głosem sentymentalnie powtarzał:
+
+-- Zagwizdaj, Papuziu!...
+
+
+
+
+XI.
+
+=Bydlę.=
+
+
+Zaturkotało i na drodze od miasta wiodącej podniósł się tuman
+kurzu.
+
+Niewielki koczyk zielony, ciągniony przez czwórkę w poręcz
+sprzężonych koni, stuknął silnie o belkę, położoną na poprzek, tuż
+przed chatą Hieronima i ku bramie dworskiej podążał.
+
+Na koźle, w szaraczkowy surdut ubrany stangret i lokaj w długim
+czarnym anglezie, zetknęli się gwałtownie ramionami, zaklęli i do
+równowagi wrócili.
+
+Z koczyka tymczasem, na obie strony, jak drogowskazy, sterczały dwa
+olbrzymie cybuchy, ciemne, z fajkami wypchanemi silnie tytoniem.
+
+Pan hrabia i pani hrabina palili w milczeniu, rzucając w jasność
+liliową wołyńskiej przestrzeni całe kłęby białego dymu.
+
+Pudełko z tytoniem stało na przedniem siedzeniu.
+
+Pani hrabina miała żółty płaszczyk i twarz lśniącą od nadużycia
+gliceryny.
+
+Pan hrabia miał prześliczne turkusowe oczy, wprawione w pożółkłą
+maskę zgryzionego wątrobiarza.
+
+Koczyk stanął przed bramą.
+
+Lokaj zlazł powoli i za wrota pociągnął, pasące się obok stado gęsi
+uciekło z przerażającym wrzaskiem.
+
+Koczyk próg bramy przestąpił, wstrząsając woźnicą, pudłem, panią
+hrabiną, panem hrabią i obydwoma cybuchami.
+
+Gęsi, ciągle drąc się, leciały wśród masy traw, łopocząc
+skrzydłami, i hen aż pod tajemnicze gąszcze ożyn się dostawszy,
+przypadły do ziemi, zdyszane i srodze zmęczone. Lecz już na ganku
+dworu powstał ruch i w kredensie Janek czytający „Resurecturi”
+w „Tygodniku ilustrowanym”, otarł nos w znaczący sposób.
+
+-- Czort dyabła niesie! -- wyrzekł półgłosem.
+
+Z nad tapczana surdut zdjął, poślinił welwetowy kołnierz, na którym
+łupież silnie przylgnął, surdut nadział i powłócząc nogami na ganek
+podążył.
+
+Już pani sędzina pędziła od strony garderoby, pokrzykując cienko:
+
+-- Z Hati! hrabstwo z Hati!
+
+I szybko odwróciła się do Janka, który melancholijnie z pod
+spadającej hyry na swą panią spoglądał.
+
+-- A ty mi się nie upij, bo jak Boga kocham, tak już z tobą koniec
+zrobię! Słyszysz?
+
+Janek brwi zmarszczył i za poły surduta obydwoma rękami się
+schwycił.
+
+-- Słyszę, jaśnie pani! -- odparł.
+
+Koczyk z głuchym szumem już przed ganek zajechał.
+
+Sędzina wpadła we drzwi prowadzące do głębi dworku, a Janek ze
+specyalnym giestem ze stopni ganku schodząc, drzwi wchodowe
+hrabstwu ukazywał.
+
+-- Państwo w domu? -- zapytał hrabia.
+
+-- Jaśnie państwo są! -- odpowiedział lokaj.
+
+Cybuchy i tytoń na rękach lokaja wędrowały już w głąb domu.
+
+-- A uważaj, kanalio, abyś cybucha nie przetrącił! -- dodał
+w formie uwagi hrabia.
+
+ * * * * *
+
+Nie, to było nad jego siły!
+
+Musi pójść do karczmy.
+
+Chodzi, chodzi naokoło stołu, pociąga obrus, karbuje sól
+w solniczkach, ustawia garnuszeczki ze śmietanką. Na środku piramida
+z poziomek krwawi się plamą purpury wśród zielonych liści. Po obu
+stronach na złoconych, porcelanowych koszyczkach rudym tonem znaczą
+się świeże obwarzanki, cukier miałki piętrzy się piramidką prawie
+skrzącą w promieniach zachodzącego słońca.
+
+Po przez okno na wpół otwarte płynie cała taka struga ognista,
+przecięta smukłością topoli, sterczących dokoła dworu.
+
+Jeszcze bydło z pola nie wraca.
+
+Nie słychać kołatek, ani hukania pastuchów po za wodą, hen po za
+stawem.
+
+Janek ręce po napoleońsku na piersiach założył i stanął koło okna.
+
+Włożył liliowy atłasowy krawat i włosy jasno blond, w których
+srebrne nici się bielą, olejkiem zlał i z czoła odgarnął.
+
+Czeka, aż kucharz kurczęta z przypadłej opodal dwora kuchenki do
+kredensu przyniesie.
+
+Wtedy samowar syczący w kredensie do jadalni wniesie, na stolika
+obok ustawi -- otworzy drzwi do salonu i zaanonsuje niskim głosem:
+
+-- Podano do stołu!
+
+Tymczasem przecież coś go we wnętrzu ssie jak wąż a ślin w ustach
+pełno.
+
+Janek wie dobrze, co to znaczy...
+
+Czczo mu; do karczmy go ciągnie.
+
+A jest ona tam po drugiej stronie stawu, ta karczma cała czarna,
+mimo czerwonej jasności słońca.
+
+Janek drogę tę od lat trzydziestu zna.
+
+Zmienił ją tylko od chwili ożenienia. Trzeba bowiem było ze dworu
+do karczmy właśnie koło chaty iść, chaty, którą mu jaśnie pani
+dała, kiedy Warkę z garderoby wziął i z „werczem” do dworu
+przyszedł.
+
+Pani chatę i Warkę dała, ale Warka darła się o wódkę z Jankiem
+i zaraz na próg chaty wypadała, za poły surduta chwytała i zawodziła
+het jak suka, gdy jej szczenię odbierają.
+
+Wiedziała Warka, że jaśnie pani ma tego pijaństwa Jankowego dosyć
+i lada chwila go z kredensu wygna precz.
+
+Tembardziej, że Janek nie pił całe miesiące i tylko gdy gość się
+zjawił, wnet do karczmy pędził i za siwuchę chwytał.
+
+A przecież trzydzieści lat już w Horodyszczu przetrwał, służąc
+wiernie, nieposzlakowanie uczciwy, pełen arystokratycznych
+przesądów, właściwych wołyńskiemu chłopu, cerując dywany
+i szlafroki pana sędziego -- obijając sofy w buduarze panny sędzianki
+-- obszywając gościnne kołdry na trawie dziedzińca -- kolekcyonując
+„Tygodnik ilustrowany”, bijąc Warkę i najstarszą córkę Paraskę,
+tyranizując chłopaków kredensowych i leżąc bez pamięci, od czasu do
+czasu w krzakach berberysu, które bukietem blaszanych liści
+i delikatnych jagód wznosiły się na środku dziedzińca.
+
+Pani sędzina nazywała go wtedy „bydlę”. Była to nazwa mniej
+wykwintna niż dosadna.
+
+Pani sędzina jednak była córką ekonoma. Ztąd miała dużo poczuć
+arystokratycznych wrodzonych...
+
+Lokaj -- a zwłaszcza pijany lokaj, był dla niej bydlęciem!
+
+Hrabia mówił na swoją służbę: „kanalia”.
+
+Pani sędzina mówiła: „bydlę”.
+
+Pani sędzina nie lubiła chłopów i nie wdawała się z nimi w bliższe
+stosunki. Tolerowała tylko chłopki, gdy jej przynosiły kury, albo
+jaja, związane w szmaty.
+
+Pan sędzia ciągnął namiętnie starkę rano i wieczorem a czasem
+i w nocy.
+
+Pani sędzina znajdowała to naturalnem.
+
+Co innego było z pijaństwem Janka!...
+
+Co wolno panu -- niewolno bydlęciu...
+
+Pani sędzina mówiąc o pijaństwie męża, mówiła „słabość mego
+męża”.
+
+Pijaństwo Janka było zbrodnią, nie chorobą.
+
+Lokaj nie mógł być chory!
+
+Organizm jego nie mógł żądać alkoholu.
+
+Janek pijany -- był bydlęciem.
+
+Pan sędzia pijany -- był... słabym!
+
+Przekonanie to wpoiła pani sędzina w Warkę.
+
+Dlatego teraz Janek miał schowane w oczerecie czółno i drąg i po
+przez staw się do karczmy Szmula dobijał.
+
+Kiedy bowiem szedł przez wieś -- a Warka broń Boże „cupała”
+w ogrodzie, za chruściakiem przy burakach, albo tytoniu, to porywała
+się z wrzaskiem aż jej medaliki po piersiach dzwoniły.
+
+-- A doloć moja, dolo zatracona!... Krzyczała przez płot przełażąc,
+rozdzierając spódnicę, zapaskę, z „dolami” najeżonemi dokoła
+twarzy jak faworyty pana sędziego.
+
+I był to lament tak wielki, że wszystkie baby, jakie były w chacie,
+wypadały na drogę z koszulami zawiniętemi po kolana, z zapaskami
+ubielonemi mąką, ta od łatania świty, ta od przewijania dziecka.
+Wszystkie otaczały Janka i Warkę -- łamały ręce, kiwały głowami
+-- a dokoła podskakiwały dzieci w zgrzebnych koszulach, czasem
+zupełnie nagie z masą jasnych włosów na szpiczastych głowach,
+i kwiczały prosięta zbiegłe ze źle domkniętych chlewików...
+
+Teraz -- Janek potrafił już unikać tej gorącej łaźni. Wprost do
+stawu szedł, w czółno wskakiwał i wodę pruł aż szumiało. Potem do
+drugiego brzegu, gdy się dobił to już do Szmula było tylko
+kilkadziesiąt kroków -- i łatwo było się dobrać. Wracał jednak
+wolniej, nawpół przytomny -- potrzebując mało do zupełnego upojenia,
+roztrojony zupełnie nerwowo -- mając dziwną naturę wtłoczoną
+w smutne ciało dworskiego służalca, z fantazyą przepełnioną wizyami
+powieści i artykułów, których nie rozumiał setnej części,
+z tęsknotą straszną, wrodzoną wołyniakom, z tą tęsknotą, co serce
+z piersi wyrywa za czemś, czego określić na razie niepodobna, co szum
+sosen, zapach poziomek, krzyk spłoszonej gęsi, skrzyp wrót nagle
+budzi i potem jak druga dusza w ciele pokutuje, rwie, szarpie, nęka
+o zachodzie słońca i życia...
+
+Bydlę miało to wszystko w sobie, to wycie rozpaczliwe w pustkę,
+która się powiększa z dniem każdym. Jak duch pokutujący, jak trup,
+któremu nie dano mogiły i domowinki uskąpiono -- tak błąkał się
+Janek od karczmy do dworu z „Tygodnikiem” sterczącym brudną bielą
+druku z obciągniętej kieszeni surduta. Włosy mu posiwiały, twarz
+o delikatnych rysach nerwowego blondyna nabrzękła, oczy zmalały
+i z jasno błękitnych zrobiły się żółte. Plecy wygięły się
+w kabłąk, ręce jedne pozostały nerwowe, silne, suche, jakby
+cała siła woli lokaja skoncentrowała się w tych rękach, w których
+była potęga jego pracy. Gdy z krzaków berberysu podnosił się po
+peryodzie pijaństwa -- zaciskał silnie pięści, jakby probując,
+czy cała wola pozostała w nim jeszcze, czy nie spływa razem
+z umysłem w ten cień niepochwytny, który go otoczył i do karczmy
+iść kazał.
+
+I -- z pięściami jeszcze zaciśniętemi szedł prosto do kredensu, do
+swego tapczana, na którym wylegiwał się w czasie jego nieobecności
+Józiek.
+
+-- Won bydlę! -- mówił, chwytając chłopca za kołnierz, -- „won! pan
+wrócił!”
+
+..................................................................
+
+Kucharz nie dawał znaku życia i tylko z kuchenki dobywał się wązki
+pasek dymu, który się aż nad drzewa owocowe wznosił.
+
+Janek na lipę przed oknami patrzał, i przypominał sobie, którego to
+było roku, gdy piorun w nią uderzył.
+
+Pan sędzia wtedy do Żytomierza na wybory pojechał.
+
+Ale który to był rok, za nic przypomnieć sobie nie może.
+
+Nagle zakołatało na drodze.
+
+Ha! ha! a! a!...
+
+Bydło wraca do obór, pastuchy do chat.
+
+Nie widać ich z okna, tylko duża smuga po za stawem się ściele,
+biała, jak wielki kłęb nagle powstającej pary.
+
+I razem z tym jękiem chłopców goniących bydło, jakaś nieokreślona
+tęsknota spada na całą wieś.
+
+Słońce nie świeci jaskrawo.
+
+Żółte i jakby gasnące, zapada coraz niżej.
+
+Coś się nad ziemią snuje, coś, jakby widma z grobów wstające,
+szepczące tajemnicę mogił, trupich czaszek rozhowory.
+
+Janek określić tego nie umie, rwie się w nim tylko coś i w przepaść
+dąży.
+
+Obejrzał się jeszcze raz ku kuchni.
+
+Niewidzi nikogo.
+
+Zanim kurczęta podadzą, on przez staw przepłynie i powróci.
+
+Wypije tylko jeden kieliszek, jeden tylko, aby lepiej służyć do
+stołu...
+
+Czuje bowiem, że jest cały z waty i na nogach się nie utrzyma.
+
+Wyskoczył przez okno, wpadł w grządkę nasturcyj, zaklął i jak zając
+po przez trawniki pomykać zaczął.
+
+Do stawu dopadł, do oczeretu, w którym drzemało płaskie, z trochą
+lśniącej wody na dnie -- czółno.
+
+W czółno wskoczył, za drąg porwał, splunął w garść i od brzegu
+się odepchnął.
+
+W tej chwili ciemny pas, jakby od żałobnego całunu na wodę padł.
+
+Janek w pas ten wpłynął i nawet białe smugi, które zwykle czółno
+po sobie zostawia, krepy tej rozjaśnić nie mogły.
+
+Od strony wsi kołatały wciąż drewniane dzwonki i wlokło się
+jękliwe zawodzenie.
+
+Ha!... a! a!...
+
+Janek w głosy te wsłuchiwał się i czuł, że pod dworskim surdutem,
+z którego numer „Tygodnika” wystawał, w piersi rwały mu się całe
+przepaście ech na dźwięk tych chłopskich nut.
+
+Ha!... a! a!...
+
+W tej samej chwili, z kuchenki Józik z półmiskiem kurcząt wypadł
+i ku dworowi dążył.
+
+Idąc, mimowoli dziecinnym głosikiem powtarzał:
+
+Ha!... a! a!...
+
+Bose zastępy ku sobie się rwały, ręce łączyły w tęsknocie
+nieokreślonej, co ku nim z pod ziemi płynęła.
+
+ * * * * *
+
+Gdy Janek wreszcie z krzaków berberysu powstał i do kredensu się
+powlókł, zastał tam, oprócz Józika, jakiegoś młokosa ubranego
+w szary surdut, bez wąsów -- i z miną wyćwiczonego złodzieja,
+nastawiającego samowar.
+
+Janek do intruza podszedł i ręce wyciągnął.
+
+-- Czego to pan się do samowara miesza? -- zapytał zaspanym
+i powolnym głosem.
+
+Lecz nowy lokaj zmierzył go od stóp do głów.
+
+-- Jaśnie pani kazała nastawić samowar! -- wyrzekł i znów za stary
+but z cholewą schwyciwszy, koło samowara się krzątać zaczął.
+
+Janek odsunął się w kąt i na swym tapczanie przysiadł. Powoli
+jednak ręce jego namacały inną derkę, nie jego własną. Pochylił
+się i w ukośnym promieniu, idącym z okna, które lipy zaciemniały
+zupełnie -- dostrzegł całą obcą pościel na swem łóżku. Poduszka
+była z irchy, druga gumowa, wypchana powietrzem, widocznie
+skradziona, lub otrzymana w prezencie. Tylko nad tapczanem
+rozkładał się jeszcze szmat gobelinu, na którym widać było
+zczerniałe, jak nogi topielca, nogi jakiegoś mitologicznego
+bohatera i plamę kobiecej, purpurowej sukni.
+
+Za obrębem gobelinu zatknięty obrazek wycięty z „Tygodnika”, kilka
+palm, fotografia pana sędziego, stara strzelba, profitka z różowych
+paciorek, służąca za pantofelek do zegarka -- wszystko jeszcze było
+na swojem miejscu, nieruszone i jakby uszanowane.
+
+Janek podniósł się i do okna podszedł.
+
+Tam był zawsze szuwaks i szczotki do butów, ustawione we framudze
+razem z kałamarzem i gęsiemi piórami, które Janek dla pana sędziego
+temperował.
+
+Pióra znikły, kałamarz także, pomimo tego, że lat dwadzieścia stały
+na tem miejscu.
+
+Janka ogarnęło złe przeczucie. Powoli z podełba spojrzał na
+młokosa, który samowar już z ziemi podniósł i do pokoju podać się
+gotował.
+
+Janek kilka kroków postąpił.
+
+-- Ja zaniosę!
+
+-- Nie trza -- wyrzekł ten drugi, nogą drzwi otwierając.
+
+Janek pozostał na środku kredensu, w którym zaczynał zapadać powoli
+zmrok, przez abażur lipowych gałęzi koło okien rozpostartych.
+
+Nagle, w bocznych drzwiach ukazała się pani sędzina.
+
+Miała usta silnie zaciśnięte i oczy zmrużone.
+
+-- Niech Janek zabiera swoje rzeczy i idzie precz, zaraz... od
+dzisiaj!... Jaśnie pan za dwa dni wróci, to się z Jankiem obliczy!
+Trzeba się mi dzisiaj wynosić, mam już dosyć pijaków w kredensie!
+
+Ręką tłustą i żółtą drzwi ukazywała.
+
+Ręka ta w ciemności kredensu majaczyła przed Jankiem, jak plama
+jasna, obwiedziona dokoła błękitną obwódką.
+
+-- Jaśnie pani!... -- wybełkotał wreszcie -- ja... ostatni raz!...
+
+-- Ta, ta, ta!... przerwała sędzina -- już mam dosyć trzydzieści
+lat takich skandali!... Janek niech się wynosi, bo wyrzucić każę!
+
+Janek się wyprostował.
+
+-- Jaśnie pani wyrzucać niema potrzeby. Ja sam pójdę, choć
+trzydzieści lat wierniem przy służbie warował!
+
+Sędzina parsknęła śmiechem.
+
+-- Bo to psi wasz obowiązek! Za pensyę i ordynaryę jeszcze, każdy
+wierny będzie.
+
+Janek drżał cały, włosy mu na czoło spadły. Cofnął się w cień
+kredensu i milczał chwilę, wreszcie, jakby chcąc upokorzyć
+sędzinę:
+
+-- W konduktory pójdę!... -- wyrzekł zdławionym głosem.
+
+Sędzina ku drzwiom zmierzała.
+
+-- Z Panem Bogiem! Właśnie tam na pijaków czekają! A wynosić mi się
+dziś jeszcze!... won!... won!...
+
+Wyszła.
+
+Janek pozostał sam.
+
+Obejrzał się dokoła i nagle uczuł w sercu ból straszny.
+
+Trzydzieści lat przeżył w tych ciemnych ścianach kredensu, w którym
+zapach razowego chleba miesza się z wonią stygnących na półmiskach
+tłuszczów. W ciemnicy tej przeszedł życie całe, waląc się w nocy na
+tapczan, jak kłoda, smutny, wiecznie znękany, zniechęcony do życia,
+a mimo to bałwochwalczo do tych miejsc przywiązany.
+
+Chata, w której mieszkała jego żona, nie była mu domem, chodził tam
+w gościnę, w chwilach wolnych, nie pamiętając i nie wiedząc nawet,
+jakie imiona miały jego dzieci.
+
+Od grzebania się w ziemi i mieszkania w izbie z uklepaną z gliny
+podłogą odwykł i tylko w kredensie żyć już mógł, w _tym_ kredensie,
+pomiędzy szafą z ubraniami pana sędziego i kantorkiem, w którym
+chował roczniki „Tygodnika ilustrowanego”. Dziś mu każą iść
+precz, nie pamiętając, że on, Janek, ma religię ścian, wspomnień
+i sprzętów, że on się tu przekołatał całe lata, całe noce, całe
+jesienne wieczory obrębiając ścierki, wsłuchany w tony fortepianu,
+na którym uczyła się panna sędzianka i który dzwonił jak szklanna
+kołatka z po za stawu w smudze białej płynąca...
+
+Kazano mu iść „won” a przecież tam, przez ścianę, jest szafa,
+w której jest _jego_ porcelana, _jego_ srebro, _jego_ szkło.
+
+Trzydzieści lat myje, ociera, czyści tę całą zastawę... to więc
+wszystko mu poprostu w duszę wrosło i on tego z siebie wyrwać nie
+może! nie może!...
+
+A piece? Te wielkie piece wszystkie schodzące się w jednej wielkiej
+izbie, w którą szedł wczesnym zimowym rankiem, za Józikiem,
+niosącym całe naręcze polan grubych, jak ludzkie nogi. On, Janek,
+niósł świecę. Stearyna kapała mu po rękach, a on przez trzydzieści
+lat nie oprawił nigdy świecy w lichtarz. Miał takich przyzwyczajeń
+mnóstwo, teraz wszystkie jak mary otoczyły go i za gardło chwytały.
+
+Nawet ta pani sędzina, która wygnała go tak bezlitośnie, nawet ten
+pan sędzia, który nieraz uderzył go w kark i „wysobaczył” po
+swojemu, nawet ta panna sędzianka, zatykająca nos, gdy przechodziła
+przez kredens, wszyscy oni byli mu teraz drodzy w chwili utraty.
+
+Kochał ich przywiązaniem psa, który niedość, że dobytku pana
+strzeże, jeszcze pana tego kocha i po rękach liże.
+
+Powiedział pani -- „pójdę w konduktory”, ale teraz, w tej chwili,
+myśleć o tem nie mógł. Dławił się własną żałością.
+
+Nerwy tego chłopa zalkoholizowanego tańczyły piekielną sarabandę
+bezsilnej rozpaczy.
+
+Gdyby mógł się rozpłakać, byłoby ma lżej. Lecz nie, łzy go piekły,
+były w nim całym, rwały ma serce, paliły powieki, płynąć jednak nie
+chciały.
+
+Bydlę... cierpiało.
+
+..................................................................
+
+Po chwili przecież Janek ocknął się, zbliżył się do tapczanu
+i szalonym ruchem zdarł ze ściany gobelin. Profitka, fotografie
+upadły na ziemię. On schylił się, podniósł je, wetknął za pazuchę,
+potem -- podszedł do kantorka, wyjął całą masę gazet i w gobelin
+zawinął. Czynił to machinalnie, gryząc wargi. Zwrócił się po
+ubranie, które wisiało na gwoździach wbitych w ścianę, lecz machnął
+ręką i tylko tłomok z gazetami pod pachę wziął, czapkę na głowę
+nasadził.
+
+Wreszcie z kredensu wyszedł.
+
+Przeszedł pod lipami i wydostał się na trawniki. Słońce znów
+zachodziło całe krwawe, na wiatr się znacząc. Staw w ciszy
+i obramowaniu oczeretu drzemał a nad jego brzegiem, na pagórku,
+brzoza, dziwaczna i pokręcona, długie gałęzie w wodzie rozpaczliwie
+moczyła.
+
+Janek machinalnie do stawu się skierował i, czółno odszukawszy,
+gobelin z książkami na dno czółna cisnął. Poczem sam w łódź wlazł
+i drąg schwycił. Zdawało mu się, że idzie gdzieś w daleką drogę
+a ten drugi brzeg nigdy nie trąci o drzewo czółna. Drżącemi rękami
+drąg pchnął i na staw wypłynął...
+
+Cisza była dokoła prawie kościelna.
+
+Janek szmer wody tylko słyszał, która się skarżyła cicho na ciężar,
+jaki jej nieść kazano.
+
+I nagle, z daleka, delikatny, jakby krepą przysłonięty, dał się
+słyszeć głos kołatek i przeciągły jęk pastuchów.
+
+Serce Janka, które było w tej chwili jedną raną, targnęło się
+jeszcze silniej i codzienna melancholia, tłocząca go ku ziemi,
+wżarła się w boleść rozstania z tem, co już za swoje przywykł
+uważać, co się z nim zrosło, z czem umrzeć miał...
+
+Przed nim bielił się dwór, nieduży, silny, dobrze rozłożony na tle
+masy drzew. Z boku widać było ganeczek i wejście do kredensu. Do
+kredensu!...
+
+I nagle porwał Janka szał.
+
+Schwycił gobelin i cisnął go w wodę.
+
+-- Szczeźnij! -- zasyczał przez zęby.
+
+Gobelin zakołysał się na wodzie i pozostał tak rozciągnięty,
+prezentując w świetle krwawego słońca wypłowiałą barwę delikatnych
+linij.
+
+Janek drągiem gobelin w wodę zanurzać zaczął.
+
+-- Szczeźnij!... -- syczał.
+
+Był cały teraz czerwony, z sinemi pręgami żył po obu stronach
+skroni. Z serca krew mu płynęła na mózg zatruty siwachą. Pijany był
+w tej chwili, pijany rozpaczą.
+
+Za nim wciąż kołatki grały.
+
+Teraz, pochylił się, porwał cały stos „Tygodnika” i w wodę
+wrzucił. Woda prysnęła białą masą, łódka zachybotała, Janek
+nogą w ścianę czółna kopnął.
+
+-- Na pohybel ci! -- zaklął.
+
+Nie dokończył, bo czółno się gwałtownie przechyliło a on z dziką
+radością, po raz pierwszy w życiu roześmiany serdecznym, gorącym
+śmiechem, w wodę skoczył, waląc się głową naprzód, tak jak
+zwyczajnie na swój tapczan w kredensie się walił.
+
+..................................................................
+
+Teraz kołatki tryumfalnie wypłynęły nad brzeg stawu i dzwoniły
+ciągle mistyczną litanię w obłoku białym, z ziemi się wznoszącym.
+
+Na stawie była cisza zupełna i kołysało się tylko próżne czółno,
+które powoli wróciło do swej równowagi...
+
+
+
+
+XII.
+
+=Gołąbki.=
+
+
+Gwarno było w „gołębniku” podczas tego _fixu_.
+
+Rozgruchotały się „gołąbki”, rozchichotały, aż wstążki fruwały
+naokoło ramion i szyi, jak prawdziwe skrzydła gołębie.
+
+I wszystkie, jakby się umówiły -- ubrały się biało, popielato,
+perłowo lub blado lila...
+
+Cała gama niepewnych barw, jak plama jasna lekko pocieniowana,
+rozkładała się tryumfalnie pod zielonemi liśćmi w kąt zbitych
+oleandrów.
+
+Pani domu, księżna... ukraińska -- cztery kąty swego salonu
+ozdobiła oleandrami.
+
+Było to niekosztowne i dawało złudzenie szyku.
+
+Książę wzruszył ramionami, pociągnął zakrótką kamizelkę
+i poszedł do drzwi „robić honory”, chórem wchodzącym
+konceps-praktykantom z Namiestnictwa.
+
+„Księztwo” przybyli niedawno z dalekiej podróży i przywieźli
+z sobą spory zapas konfitur i czternaścioro dzieci, z których
+dwie dorosłe panny miały zamiar wydać się zamąż.
+
+Arystokracya lwowska, złożona z galicyjskich hrabiów i baronów,
+podejrzliwie patrzyła na ten tabor książęcy, rozbijający swe
+namioty w szerokich salonach żydowskiej kamienicy; powoli wszakże
+przekonano się do sumiastych wąsów księcia, nadzwyczajnych mantyl
+księżnej, długich warkoczy księżniczek i ich kurhanowego tytułu.
+
+_Fixy_ bywały liczne, księżna promieniała, księżniczki zdążyły
+zakochać się w dwóch „golcach”, o szerokich barach i wspaniałych
+frakach. Książę umierał z nudów, stojąc pod żyrandolem, z którego
+kapała stearyna. Ciągnął kamizelkę i wzdychał do śniegu, który się
+białemi błamami, jak królewska szata wlókł daleko po wiejskich
+rozłogach.
+
+Dnia tego, _fix_ miał niezwykłe ożywienie.
+
+Gołębnik aż dygotał od panieńskiego chichotu.
+
+Gołębnikiem nazywał się kąt pod piecem, pomiędzy pianinem,
+a czwartem oknem okrytem czerwonemi jak krew adamaszkowemu
+firankami.
+
+W kącie tym gromadziły się zwykle panienki i panny.
+
+W żółto-białem blasku lamp i świec, ta powódź jasnych sukien
+i biało-różowych plastrów twarzy, znaczyła się z jakąś
+impertynecką chęcią rzucania się w oczy każdemu, wchodzącemu
+do salonu.
+
+Były to trzy Minuśki, pięć Muszek, dwie Lole, jedna Gilda,
+jedna Lili, jedna Nini, dwie czy trzy Niusie.
+
+Całe Sacré Coeur lwowskie nagle wypuszczone z po za krat
+klasztoru i wrzucone w gorącą atmosferę niewyraźnego salonu
+książęcego.
+
+„Gołąbki”, tak słusznie nazwane od gołębiej niewinności
+okrągłych twarzyczek i białych fałd sukien, zdawały się
+być wykute z jednej sztuki marmuru, dłutem jednego rzeźbiarza.
+
+Wszystkie miały jedne i te same długie, płaskie z przodu
+i silnie w pasie ściśnięte figury.
+
+Wszystkie miały zanik bioder i piersi.
+
+Ręce obciśnięte w długie duńskie rękawiczki, przytrzymane po za
+łokciami podwiązkami z wstążek, podnosiły automatycznie do czoła,
+nagarniając grzywkę, pociągając rzęsy, aż do brwi uparcie
+sięgające.
+
+Każda z nich miała na wpół wycięty stanik i tuż pod szyją dwie
+głębokie „_solniczki_”, znaczące się ciemnawemi plamami, na
+żółtem tle skóry.
+
+Jedna Nini, córka wdowy po generale, panna bez posagu, ale za to
+zuchwale piękna i wspaniale zbudowana, prezentowała ze spokojem
+niezmąconym, przepyszny biust pełny, okrągły, z niewielką fałdą
+tuż pod pachami, dyskretnie wysuwającą się z obramowania
+blado-liliowego tiulu.
+
+-- C'est convenu! n'est ce pas? -- pytały „gołąbki”, jedna drugą.
+
+-- C'est convenu! -- odpowiadała zapytana.
+
+Panienki te mówiły przeważnie po francuzku akcentem przerażającym,
+niemniej przeto dziwnie aroganckim. Gdy się rozszczebiotały,
+tworzyła się silna wrzawa, a chichot ich miał wszystko, oprócz
+inteligencyi. Każda z nich jednak była très bien, i miała się za
+partyę. Każda wyobrażała sobie, że czyni _raważe_ pomiędzy czarną
+kohortą mężczyzn, którzy w swych frakach, jak stado nagle
+spłodzonych karawaniarzy, stali w przeciwnym kącie salonu, lub
+włóczyli się po przyległych pokojach, obmawiając panny lub
+stambułki księcia pana, za olbrzymie podkowy drewniane, zamiast
+szpicrut i rajtpejczów zatknięte.
+
+„Gołąbki” jednak były niespokojne. Spoglądały ciągle ku drzwiom
+wchodowym, jakby oczekując na wejście.
+
+-- Może nieprzyjdą?
+
+-- Przyjdą, przyjdą -- uspokajały księżniczki.
+
+Powoli, salon napełniał się i już wysuwały się niewielkie grupy do
+przyległego małego pokoju, nazwanego salonikiem księżnej. --
+Atmosfera stawała się ciężką i przesyconą całą masą różnorodnych
+perfum. Był to jakby bukiet najwonniejszych kwiatów, nagle
+rozdeptany i rozgnieciony w gorącej masie powietrza, leniwie
+ciążącego ku ziemi. Szczególniej z sukien starych kobiet płynęły
+całe smugi delikatnych zapachów, upartych jak wspomnienie, które
+zdawały się być wplątane pomiędzy oczka sinawych koronek. -- Z
+gołębnika biła delikatna woń muguet'u i świeżego, dziewczęcego
+ciała. Była to jeszcze niezdecydowana nuta, coś błądzącego
+w przestrzeni nakształt płatków lipowego kwiatu. Płatek lipy na
+żelazo pada i powiewny a biały -- rdzy plamę na sztabie wygryza...
+
+Nagle u drzwi wchodowych zrobił się szmerek leciuchny i gospodyni
+domu, porwawszy się z fotela, posunęła naprzód. Książę podciągnął
+znów kamizelkę i przekręcił na bakier siwe, długie wąsy.
+
+Gołąbki zatrzepotały, zaszczebiotały radośnie: Les voila!... les
+voila!...
+
+Odedrzwi bramowanych czerwienią portyer, ku środkowi salonu
+w jasność płonącego żyrandola, szła grupa ludzi z trzech istot
+złożona.
+
+Przodem sunęła kobieta lat średnich, sur le retour, drobna, chuda,
+nadwiędnięta, trzymała się pochyło i ręce miała jakby wsparte na
+brykli silnie ściśniętego gorsetu. Za nią wlókł się tren jasno
+zielonej sukni, obrysowanej na dole wałkiem ciemno-miedzianego
+aksamitu. Olbrzymie stylowe rękawy, bufiaste, aksamitne wznosiły
+się po obu stronach głowy, małej, brzydkiej, nieforemnej,
+nastroszonej rzadką kępą, silnie przyczernionych włosów. Włosy te
+ściągnięte mocno na skroniach, rwały ku tyłowi głowy skórę skroni
+i podnosiły w ten sposób łuk brwi i wykrój dołów ocznych na wzór
+japońskiej czaszki. Suknia głęboko wycięta, zapadała na piersiach
+smutnym całunem nicości. Szyję pokrywała szeroka aksamitka
+miedzianego koloru, na której rozkładały się cztery rzędy cudnych
+pereł, prawie różowawych w kontraście skóry żółtej, siatką
+drobnych zmarszczek pokrytej.
+
+Kobieta szła wolno, jak istota anemiczna, z pochyloną głową
+skończonej neurasteniczki. Oczy ciemno-szafirowe, spłowiałe, dobrze
+podkreślone tuszem, utkwiła w idącą ku niej księżnę i wyciągnęła
+rękę chudą, drewnianą, obciągniętą lapisową rękawiczką.
+
+Po za nią i za obramowaniem trenu, szło dwóch mężczyzn, niemal
+równym, sztywnym krokiem, jak dwóch na sznureczkach prowadzonych
+automatów. Jeden z nich -- mąż, wysoki, prawie olbrzym, o szerokich
+barach i olbrzymich stopach, baron Mak von Maken, dźwigał na sobie
+mundur, cały błękitny, sznurami opleciony.
+
+Siwy, hałaśliwy z twarzą purpurową wiecznie grożącą kongestyą,
+z szyją wysuwającą się różowym wałkiem dokoła kołnierza munduru,
+szedł po za pochyloną i jakby przełamaną postacią żony, chrząkając
+i hałasując, jak w koszarach. Książę z uwielbieniem patrzył na tę
+postać c. k. Zagłoby, i z wytężeniem ścieżki sznurów na plecach Mak
+von Makena śledził. Lecz już druga postać, mężczyzna obok generała
+idący, rzucał długi jezuicki cień czarnego fraka, na jasną plamę
+mundura. Ten drugi szedł cicho, choć kroki jego stosowały się do
+szerokości kroków Mak von Makena. Był to wysoki, bardzo chudy
+mężczyzna, na którym frak wisiał jak na wieszadle a kamizelka,
+jakkolwiek starannie ściągnięta, ukazywała jeszcze pustkę pod
+klatką piersiową. Trzymał się pochyło, jak idąca przed nim kobieta,
+wyciągał spiczastą brodę silnie ogoloną i wytartą pudrem. Włosy
+siwe, przyklepane, otulały długą głowę angielskiego wyścigowca,
+oczy blado-błękitne, zmrużone, tonęły w setkach zmarszczek, któremi
+twarz była pokrajana. Małe ciemnawe faworyty tworzyły ramę,
+z której wystawał nos silnie garbaty, duży, opuszczony na opadłe
+w podkowę wargi.
+
+Towarzystwo zebrane w salonie powitało „tych troje”, wesołym
+uśmiechem. Od lat piętnastu zaadoptowano milczącą ugodą ten ménage
+Maken-Helding. Z początku, trochę szeptano po kątach, powoli,
+utarło się przecież; Makenowa z taką pokorną nieśmiałością
+zdawała się prosić o przebaczenie, Helding był tak nieznaczącym
+i już wysortowanym z liczby epuzerów, Mac von Maken tak wspaniały
+w swej bucie i dobrym humorze dobrze odżywianego generała, że
+szepty powoli ustały i z pewnem rozrzewnieniem zaczęto śledzić
+przebieg tego romansu. _Cette pauvre barronne_ mogła rzeczywiście
+pragnąć więcej subtelności i delikatności w pożyciu, Mak von Maken,
+był _un homme charmant_, ale chwilami trywialność jego miała skrzyp
+drzwi stajennych a dowcipy -- zapach koszarowej zupy. Makenowa, była
+_une mignonne_, delikatna, chuda i pełna niezwykłych aspiracyj, było
+to małe bóstwo, które potrzebowało być adorowane cicho i dyskretnie.
+Helding z delikatnością starego kawalera, celibatora jadającego
+w domu i mającego pokój sypialny blado-błękitny, w którym niebyło
+ani jednego rejtpejcza, nadawał się szczególniej do roli takiego
+„uwielbiacza”. Że się później podobno z platonizmu wyrodził inny,
+mniej platoniczny stosunek, ha! to już rzecz Makenowej i Heldinga.
+Enfin, après tout, nie można żądać od ludzi nadzwyczajności
+i wymagać, aby byli aniołami. Mak Maken zdawał się niedostrzegać
+nic i akceptował Heldinga jako przyjaciela domu. Skoro sam mąż
+przyjmował „uwielbiacza” -- i niejako sankcyonował go przed
+światem, mówiąc mu „mon ami”, to nie było rolą „towarzystwa”
+mieszać się w podobne rzeczy i czynić tej biednej Makenowej
+jakąkolwiek przykrość. I powoli ta trójka wsuwała się wszędzie,
+z początku nieśmiało, jakby macając grunt, śledząc wrażenie na
+twarzach, słuchając dźwięku głosów, witających ją na progu
+salonów. Lecz wkrótce, uprzejmością ośmielone, ménage Maken-Helding
+nabrało pewności siebie i wchodziło spokojnie, coraz więcej
+zabierając miejsca, rozdając uśmiechy, w których znajdowano nawet
+quelque chose de piquant. Deprawacya ta jawna, cudzołóztwo to
+wleczone w trenie jedwabnej sukni, w listkach gardenij Heldinga,
+w lazurowych barwach munduru Mak-Makena, drażniła nerwy i zmysły
+otaczających. W jasności świec kandelabrowych, posyłano sobie
+wzajemne uśmiechy i spostrzeżenia. Makenowa miała chwilami rumieńce
+nowozaślubionej, pod deszczem niedyskretnych spojrzeń, Helding
+lekkie uśmiechy zwycięzcy, Mak-Maken -- dobroduszną pobłażliwość
+siwowłosego ojca oprowadzającego zięcia i córkę, pełnych zbyt
+jawnej miłości. I powoli, trójka Maken-Helding stała się ogniskiem,
+do którego zwracano się coraz chętniej po miłosne wrażenia, śledząc
+każde bardziej burzliwe widzenie się baronowej i Heldinga, każdą
+„scenę”, każde przeproszenie się w cieniu dyskretnej alkowy.
+
+I z latami razem, weszło zupełne zuchwalstwo w ujawnianiu tej
+miłości baronowej i Heldinga. Teraz, Makenowa wchodziła pewna
+siebie, tryumfalna -- czując, że potęgą swej wielkiej miłości
+zwalczyła tę hydrę, pełną jadu, którą „światem” zowią. Czuła
+się w pełni urody i miłość dodawała jej blasku. Miała w gruncie
+serca wiele szlachetności i nie kłamała teraz, zwracając się
+otwarcie i śmiało do Heldinga. Nie przyznawała się jednak głośno,
+bo to było niepodobnem, ale w każdem jej spojrzeniu, ruchu,
+słowie -- przebijała się bezgraniczna miłość i przywiązanie.
+Helding mimowoli zajął stanowisko męża kochanego i czuł się
+dobrze w tej roli. Nie zrozumiał jednak, jak w straszną grę
+grała Makenowa, narzucając tak światu swego kochanka. Nie czuł,
+ile istotnej potęgi miłości musiała mieć w sobie, aby tak dać
+„przełknąć” światu ten stosunek, kazać mu go przyjąć i niejako
+usankcyonować.
+
+Nie zastanawiał się nad tem, szedł zadowolony z tej roli jaką grał,
+podbudzony w swej próżności, człowiek któremu żona generała,
+kobieta stanowiąca ozdobę salonów lwowskich, na szyję się rzuca.
+W kasynie mówił o Makenowej z rozrzewnieniem dobrego męża, jakkolwiek
+nigdy po za kadry gentelmańskiej przyzwoitości nie wyszedł. Inni
+„koniarze” nie blagowali nawet, poważni i pełni szacunku dla tej
+cudzołożnej żony.
+
+Powoli wszakże ta faza tryumfu zmieniła się w cichy i spokojny stan
+zaadoptowanego przez świat związku. Makenowa? Helding? -- ależ to
+stare małżeństwo! Nie pojmowano jednego bez drugiego i tylko przy
+wejściu jeszcze witano ich uprzejmym uśmiechem. Później ginęli
+w tłumie. Inne pary potworzyły się, połączyły i promieniowały
+miłością i szczęściem wśród pragnących wrażeń tłumów.
+
+Makenowa starzała się i brzydła powoli. Jej maska japońskiej
+laleczki z latami ciemniała i osuwała się w głębokie bruzdy.
+Helding chylił się ku ziemi, oczy mu gasły powoli, tracąc barwę
+i płowiejąc w gorącu miłosnej ekstazy. Czuli, że byli złączeni na
+zawsze, do śmierci i mieli w sobie spokój dobrze zawarowanego
+kontraktem małżeństwa. Skoro znaleźli się w salonie, pod rzęsistem
+światłem kandelabrów, szukali wygodnego miejsca, gdzie siadali we
+dwoje, zamieniając od czasu do czasu jakąś uwagę półgłosem. On
+trzymał jej wachlarz spokojnie, rozsuwając sennym ruchem koronki,
+lub gładząc delikatnie marabuty. Nikt już nie zwracał na nich
+uwagi, chyba ktoś świeżo przybyły i nieobznajmiony z istotnym
+stanem rzeczy. Często brano ich za małżeństwo wzorowe, przywiązane
+do siebie równem, nienerwowem uczuciem. Maken hałasował
+w fumoirach, nie psując jasnym swym mundurem i swą siwizną ciemnych
+i mistycznych sylwetek tych dwojga, którzy siedzieli prawie
+nieruchomo obok siebie z oczami wlepionemi w przestrzeń, jak
+widzowie na przedstawieniu znanej już dobrze sztuki. Oboje oni
+stanowili jedną całość. Jakiś krąg niewidzialny, a mimo to
+istniejący, otaczał ich i bramował, odsuwając od reszty
+towarzystwa. Było to zapewne ich kilkunastoletnie uczucie, które
+z burzy miłosnej przeszło w mocne i zda się nierozerwalne
+przywiązanie.
+
+Kobieta szczególniej miała w swej zestarzałej postaci upór miłosny
+kobiety tryumfującej nad zmiennością męzką.
+
+Mężczyzna był już obojętny, trochę zawsze zalękniony i jakby
+uśpiony w tej stałości, w którą się sam spowinął przed tyloma laty!
+
+Ale „gołąbki” były innego zdania: Odebrać Makenowej Heldinga?
+
+-- Co?... jak myślicie!
+
+Projekt ten powstał w głowie jasno włosej Lili. Minuśki, Nuśki
+i Muszki zaadoptowały go w jednej chwili.
+
+-- Tak! tak!... trzeba to zrobić. To ożywi _fix_ i zabawi
+wszystkich dokoła. Trzeba Heldinga _zaakaparować_ i patrzeć, jaką
+Makenowa będzie miała minę.
+
+-- Przecież go reklamować nie będzie przez konwenanse.
+
+Rauty bywały nudne. Mężczyźni młodzi nie umieli poprowadzić
+porządnie rozmowy. Panienki nudziły się w swym gołębniku. Oglądały
+się za rozrywką.
+
+Błękitne oczy Lili padły nagle na dwie mistyczne sylwetki, siedzące
+nieruchomo obok siebie. Panienka skrzywiła się nagle. Stanowczo ta
+para działa jej na nerwy. Już trzeci karnawał przyjeżdża ze wsi do
+Lwowa i trzeci karnawał widzi tych dwoje „starych”, siedzących
+jedno obok drugiego w wierności chińskich bałwanów. I pochyliwszy
+się ku swym towarzyszkom, podsuwa im projekt flirtu z Heldingiem,
+tym samym tonem, jakim w Sacré-Coeur podsuwała myśl przeciągania
+palcem po wywoskowanych brzegach pulpitu.
+
+Znudzone jednostajnością rautów, panienki przyjmują projekt
+z entuzyazmem, obierają dzień i miejsce i dziś zeszły się wszystkie
+u księżnej, z zamiarem wprowadzenia swych zamysłów w czyn, z okrutną
+energią istot, które nie wiedzą nawet, czy serce boleć może
+naprawdę i czy są łzy, które palą.
+
+Kampanię rozpoczyna księżniczka, młodsza, szatynka, o twarzy
+schorowanego anioła i długich warkoczach ukraińskiej dziewki.
+Siada do fortepianu i rozkłada zeszyt nocturnów Chopina
+z najniewinniejszą pod słońcem minką.
+
+Chwilę ogląda się po salonie, jakby szukając kogoś.
+
+-- Panie Helding!... proszę mi kartki przewracać!... -- prosi
+wreszcie z czarownym uśmiechem.
+
+Helding otwiera szeroko spłowiałe źrenice.
+
+-- Pan taki muzykalny... -- dodaje panienka.
+
+Stary kawaler wstaje z pośpiechem, pełen kurtuazyi i śpieszy do
+fortepianu.
+
+„Gołąbki”, śledzące tę scenę z niepokojem, oddychają swobodniej.
+Helding jest tuż, obok nich, na progu „gołębnika”. Wciągnąć go
+łatwo potrafią.
+
+Wciągną... i nie puszczą...
+
+Cicho i spokojnie płynie jeden z nocturnów Chopina.
+
+Helding przewraca kartki trochę zaniepokojony, zdenerwowany tą
+„rolą”, jaką odegrywa obok siedzącej przy fortepianie dziewczyny.
+Zeszedł już do rzędu „widzów”, przyzwyczajony, że to inni
+defilowali przed nim, podczas gdy on spokojnie siedział obok
+Makenowej, bawiąc się jej wachlarzem. Długie, suche palce mężczyzny
+z pośpiechem przewracają kartki, klekocząc jak kastaniety.
+
+Księżniczka za każdą przegraną stronnicą spogląda na Heldinga
+i uśmiecha się łagodnie, Helding mimowoli dostrzega koło ust
+dziewczyny dwa ładne dołki..
+
+Wreszcie ostatni akord przecina powietrze. Helding pragnie wrócić
+na swe miejsce, lecz „gołąbki” otaczają dokoła księżniczkę
+i dziękując jej gorąco, posuwają go mimowoli w stronę
+„gołębnika”. Lili mówi coś do niego, śmieje się, szczebiocze;
+z drugiej strony Nini prezentuje swój przepyszny profil greckiej
+bogini. Śmiech, chichot, srebro głosu, woń konwalij i młodego
+ciała, jakiś szum jakby skrzydeł gołębich -- i Helding znajduje
+się nagle w gołębniku, uwięziony ładnemi giestami drobnych rączek,
+giętkich figurek i młodych twarzyczek.
+
+Zmieszany, prawie pociągnięty, siada na taburecie i wszystkie
+panienki z szelestem opadają nagle ku ziemi. Całe stadko blado
+liliowe, różowe, białe, popielate przypadło do purpury dywanu
+i zaczajone, uśmiechnięte, wyciąga ożywione nagie dziobki.
+
+Helding doznaje ekstazy, olśnienia, wysadzony z siodła tą brutalną,
+a przecież na pozór delikatną taktyką panieńską. On, mężczyzna,
+siwiejący i zdeprawowany, czuje się przerażony, wyrwany ze snu,
+niepewny i jakby poszarpany nagle na strzępy.
+
+Pragnie się wydostać, czyni nieśmiałe usiłowanie, wyciąga
+kilkakrotnie szyję, ma oczy topielca zapadającego w bagno
+szmaragdowe, perłami wody lśniące...
+
+Lecz „gołąbki” zwartym szeregiem otaczają go coraz silniej jak
+„wodnice” o spłowiałych barwach, w niepewnym blasku księżyca się
+kąpiące. Jedwab szatni, iluzya pnie się pajęczą siecią, wstążki
+warkoczy mają zapach orzechów cokolwiek wilgotnych a młodość
+i ożywienie zapala w oczach całe różańce iskierek. Aż szumi od
+chichotu, aż srebrzy się od białych zębów. Dziewczyny, pochylając
+się, mają giesta pokornych kotek. Nini wilgotnemi oczami patrzy
+prosto w twarz Heldinga. Atłas jej ciała mieni się podskórnemi
+róźowemi pręgami mory. Helding, osłupiały, wpatruje się w to
+bogactwo kształtów i śledzi wstążkę, wiążącą stanik na ramieniu
+okrągłem i doskonale pięknem.
+
+Nini wzrok ten czuje i prostuje się cała, dumna ze swej dziewiczej
+krasy, nieskalanej jeszcze dreszczem miłosnej chęci. Podnosi wysoko
+brodę i ukazuje cudną szyję o delikatnych, przezroczystych tonach
+ambry...
+
+Helding przymyka na chwilę oczy i osuwa się osłabły, ocierając pot
+z czoła...
+
+ * * * * *
+
+W kącie Makenowa widzi ten cały manewr i dostrzegłszy Heldinga
+pomiędzy panienkami, doznaje nagłego ściśnięcia serca. Zwalcza
+jednak ten ból przelotny i uśmiecha się jakby zadowolniona
+z tego powodzenia kochanka. Ma bowiem przeświadczenie, że
+Helding z grzeczności usiadł na chwilę w „gołębniku” i wprędce,
+znudziwszy panienki, powróci do niej, na dawne swe miejsce.
+Spokojnie więc śledzi ruchy dziewcząt, ot, jak żona uśmiechająca
+się pobłażliwie na niewinny żart ze strony męża.
+
+Wydarza się to wprawdzie pierwszy raz, bo zwykle panienki nie
+zwracały uwagi na Heldinga, jako na „starego kawalera”,
+niezabawnego i nie liczyły się z nim wcale. Pozostawała mu tylko
+ona, ona jedna i tak miało już być nazawsze. Tymczasem dziś nagle
+zmienia się dawny porządek rzeczy...
+
+To śmieszne a jednak te kilka minut zaczynają się jej wydawać
+wiekiem.
+
+Tem bardziej, że Helding nie zdaje się nudzić panienek, ani być
+znudzonym. Owszem, ożywienie panuje tam wielkie, całe snopy śmiechu
+wybiegają w przestrzeń salonu. Makenowa doskonale pomiędzy tym
+chichotem rozróżnia głos Heldinga. Mówi coś, powoli, ot tak jak on
+zwykle, ale z trochą więcej energii i ożywienia. Słów Makenowa
+dosłyszeć nie może, dźwięk głosu dobiega do niej dokładnie.
+
+To dziwne, wydaje się jej, że ten głos, że sam Helding jest od niej
+bardzo, bardzo daleko i że niknie nagle w całym tumanie ironicznych
+akordów...
+
+Zagryza usta i doznaje wrażenia zupełnego osamotnienia.
+
+Czuje chłód przejmujący dokoła nóg i wsuwa je szybko pod suknię.
+Traci pewność siebie i staje się niezgrabną i jakby związaną.
+Przeczuwa... śmieszność i kurczy się przed tem ohydnem widmem.
+Nagle zaczynają jej dolegać rękawy sukni. Są zbyt ciasne w łokciu,
+a za wolne w ramieniu. Włosy ma zanadto ściągnięte i dreszcze
+przebiegają ją wzdłuż krzyża. Obronić się nie może, nie potrafi.
+Śmieszność jest tuż przy niej. Helding nie wraca.
+
+..................................................................
+
+Powoli w salonie zaczynają dostrzegać, co się dzieje
+w „gołębniku”. Po za wachlarzami, flirtujące pary z uśmiechem
+pokazują sobie szpiczastą głowę Heldinga pomiędzy jasnemi
+i ciemnemi fryzurami dziewczyn. Powoli od gołębnika oczy
+zaczynają się zwracać ku Makenowej. Wygląda ona tak, jak
+człowiek, który zgubił swój cień. Mruga szybko oczami
+i połyka ślinę. Wszyscy znajdują ją trochę śmieszną. _Au fond_
+musi być zazdrosną... Z bocznych salonów zaczynają schodzić
+się goście, i wszyscy z najobojętniejszemi napozór minami
+śledzą rozłączoną tak nagle i niespodziewanie parę. Tiens!
+tiens!... Helding pomiędzy panienkami? Flirtuje nie na żarty!
+A Makenowa? Siedzi i patrzy. Enfin... Helding zdobył się na
+trochę własnej woli. Bardzo naturalne! Mężczyzna!... powinien już
+skończyć tę śmieszną awanturę. Stary?... e! cóż znowu. To Makenowa
+stara -- Helding jest niemłody, ale jeszcze nie stary. Zestarzał
+się przy niej. Ileż to lat już trwa ich romans? To nie ma sensu,
+to powinno się raz skończyć!...
+
+I nagle, razem z chichotem dziewczyn, w tę nudę rautową wpada
+brutalna chęć tłumu szarpania tej miłości adoptowanej, przyjętej,
+tolerowanej. I ci sami, którzy niedawno jeszcze z uśmiechem
+sympatyi spoglądali na dwie ciemne sylwetki, siedzące w tym nimbie
+nieugiętej wierności, ci sami teraz odsłaniali tajemnice tego
+stosunku, który przed laty promieniał i ogrzewał chłód konwenansem
+mrożonych salonów. Jakaś głucha niechęć zaczynała nurtować dokoła,
+coś nakształt zemsty za ten tryumf uczucia i doskonałej miłości,
+która lata całe przetrwała nienaruszona, skończona, nad wszystko
+silniejsza. Ludzka nędza, niemogąca znieść doskonałej harmonii,
+radowała się tym niespodziewanym dysonansem wśród zastygłego już
+w przestrzeni akordu. I ciepły, sympatyczny prąd szedł ku
+„gołębnikowi”, w którym widać już było tylko plecy dziewcząt,
+obciągnięte jedwabiem staników i połyskujące drabinkami silnie
+ściągniętych sznurowadeł. Dziewczyny pochylone ku Heldingowi, całe
+rozweselone dobrą farsą, jaką baronowej robiły, bawiły się
+serdecznie, wpatrując w pomarszczoną twarz kochanka Makenowej. Jego
+długa szyja, po której przesuwało się owe „jabłko Adamowe”, była
+przedmiotem ich szczególnej obserwacji. Trącały się łokciami,
+dusząc się ze śmiechu. Ten stary był wspaniały! Usta miał w podkowę
+i rzadkie włosy, od lewego ucha nagarnięte ku prawemu. Teraz kosmyk
+jeden odczepił mu się nagle i powiewał jak siwiejące pióro
+tryumfalnie ponad uchem. Tego było nadto. Nusia Dobrojewska
+schowała się za plecy Nusi Małowiejskiej.
+
+Jeszcze chwila, a byłaby na głos parsknęła śmiechem.
+
+Tymczasem Helding, na wpół pijany tym zapachem blondynek, brunetek
+naokoło niego zebranych, cały zgorączkowany widokiem biustu Nini,
+błękitnych oczów Lili, i dołków naokoło ust księżniczki,
+odmładzał się w tej atmosferze młodości i niezwiędniętego
+ciała, jaką nagle poczuł dokoła siebie.
+
+Starzejąc się razem z Makenową, zapomniał niemal, że są jeszcze na
+świecie pełne ramiona, długie warkocze i lśniące oczy. Nagle
+otoczyła go orgia młodości, dziewczęcego wdzięku, dziecinnego
+prawie szczebiotu. Długi post w zeschniętych ramionach jednej
+kobiety, wyrobił w nim ascetę pozornego, pod którym drzemał
+wiecznie błądzący za nowością mężczyzna. Ręce mu drżały, uszy
+paliły go, całe czerwone na tle żółtej skóry i resztki włosów. Był
+śmieszny, nędzny, biedny, w obec tego flirtu, który zdawał się
+przedłużać w nieskończoność. Z początku nieśmiały, powoli
+rozzuchwalał się i jak zbudzony ze snu kilkunastoletniego
+królewicz, dobywał ze swej pamięci przestarzałych komplementów
+i dowcipów. Panienki znajdowały go zajmującym, widział to po ich
+ożywieniu, wymawiały mu jego odosobnienie się i widoczne unikanie
+„gołębnika”. Tłomaczył się powagą wieku, lękając się, aby nie
+zostawiły tej wzmianki bez zaprzeczenia. Lecz one protestowały
+gorąco.
+
+-- Wiek? cóż to? czy jest starcem, aby się wiekiem przed niemi
+zastawiał? I coraz milsze, coraz weselsze, nacierały, otaczały go,
+rzucając od czasu do czasu przelotne wejrzenie na Makenową...
+
+-- Oh! ma chère... co za mina!... spojrzyj na Makenową! elle est
+verte!...
+
+..................................................................
+
+Teraz już Makenowa uczuła, że pomiędzy Heldingiem i nią otwiera się
+przepaść. Całe lata wielkiej i gorącej miłości zapadały
+w przestrzeń, spychane szelestem gołębich skrzydeł i chichotów
+dziewczęcych. Makenowa instynktem kobiecym odgadywała cały proces
+obudzenia się Heldinga i zamierała sama z bólu, porównywając swój
+biust zapadły z przepysznym gorsem Niny, którą widziała dokładnie
+na tle ciemno czerwonego obicia, tryumfującą i całą różową w blasku
+płonących kandelabrów. Te głowy dziewczęce, pochylone, bogate
+w masy ciemnych lub jasnych warkoczy, te plecy giętkie, proste,
+impertynenckie, zwartym murem otaczające Heldinga, przedstawiały
+się w jej oczach jak mur silny, straszny, wznoszący się nagle
+pomiędzy nią i jej kochankiem. Teraz już nie był od niej daleki,
+ale ten, który niedawno jeszcze był nią samą, oddzielał się od
+niej, odchodził, stawał się obcym, ciągnąc za sobą jej potłuczone
+i obolałe serce. Przez chwilę chciała powstać, podejść do fortepianu
+pod pretekstem przejrzenia nut i wmieszać się w to całe grono, ale
+czuła na sobie setki spojrzeń i pozostała na miejscu, zdjęta
+nieśmiałością, gładząc tylko powolnym ruchem pióra swego wachlarza.
+Nagle jednak zatrzymała rękę, sparaliżowana, z gardłem ściśniętem,
+z oczyma łez pełnemi, jak zwierzę tropione w legowisku, osaczone
+psiarnią, grającą przyszły tryumf i krwawą radość. Uczuła się
+starą, brzydką, śmieszną, spodloną. Była przedmiotem szyderstwa tej
+całej bandy, której przez lat tyle imponowała spokojem swego
+cudzołóztwa. Miała nóż w sercu i kamień wstydu nad głową. Po raz
+pierwszy może poczuła, że Helding był tylko jej kochankiem, do
+którego nie miała żadnego prawa... Uciekał od niej, szedł pomiędzy
+młodsze, weselsze istoty...
+
+I bez kropli krwi na ustach siedziała zgarbiona, straszna,
+zmieniona, niemal zgrzybiała w tej niemej rozpaczy, którą się
+dławić zaczynała.
+
+ * * * * *
+
+W kilka godzin później Helding w ciszy swego błękitnego pokoju stał
+przed lustrem i z uśmiechem zadowolnienia spoglądał na swą twarz
+rozjaśnioną.
+
+Tak... bezwątpienia, nie jest jeszcze starym i byłoby szaleństwem
+z jego strony nie korzystać z tych warunków, które pozwalają mu
+spędzać od czasu do czasu tak miłe chwile, jak te dzisiejsze.
+
+Zapalił kandelabr na kominku i przyglądał się uważnie swej twarzy,
+oczom, zębom, włosom. Nucił coś pod nosem i postanowił myć się od
+jutra w benzoesie, oraz wprawić sobie trzy przednie zęby.
+
+Przymknął na chwilę oczy i uśmiechnął się radośnie, przypomniawszy
+sobie biust Niny, oczy Lili i dołki księżniczki. Co za
+dziewczyny!... seperlipopette!... gdzie on miał oczy, że do tej
+chwili nie dostrzegł, jakie to cacka są obok niego! Prawda, że
+wiecznie siedział obok Makenowej. Skrzywił się i wzruszył
+ramionami. Ta Makenowa zanadto go więzi i przy sobie trzyma!... To
+dobre było dawniej, ale dziś?... Przytem zauważył, że się bardzo
+posunęła i dziś, gdy wychodziła z rautu, miała minę zupełnie
+niemłodej kobiety. Chciała coś do niego przemówić, ale właśnie Nini
+i Lili podsunęły się i musiał im wyszukać ich zarzutek. Podając
+rotundę Nini, dotknął niechcący jej ramienia. Jeszcze teraz ukrop
+przebiega jego żyły. Myślał, że już jest niezdolny do podobnych
+wzruszeń... Przy Makenowej nie doznawał nic podobnego.
+Prawdopodobnie dawniej i ona tak na niego działała... Z latami
+wszakże przyszło przyzwyczajenie!...
+
+Zaczął rozbierać się powoli, wpatrując w płomienie świec, które
+odbijały się żółtemi gwiazdami w gładkiem tle lustra.
+
+Figlarne są te dziewczęta, miłe i młode! Bodaj-to młodość...
+ożywiła go! Czuje się sam odmłodniałym, odrodzonym!.. Nie widzi
+swej brzydoty, chudości i siwych włosów. Zdaje mu się, że gdyby
+miał taką młodość świeżą i zdrową ciągle obok siebie, wróciłby
+do lat dawnych, do gorących namiętności trzydziestoletniego
+mężczyzny.
+
+I z zagadkowym uśmiechem wciąga na nogi pantofle, dar i pracę
+Makenowej.
+
+Kto wie jeszcze jak będzie. Jest niezależny, wolny, jeszcze młody,
+powodzenie ma u panien niemałe, może się zdecyduje... ożeni...
+
+..................................................................
+
+W panieńskich łóżeczkach, pod niebieskiemi, różowemi i białemi
+kołderkami, leżą „gołąbki” otulone, z włosami gładko splecionemi
+z tyłu, z przodu zakręconemi w papiloty. Niebieskie, różowe lub
+zielone veilleuzy palą się blado przed obrazkami albo statuetkami
+Dziewicy. Panienki zasypiają spokojnie, wesołe, rozbawione jeszcze
+tą farsą, jaką urządziły Makenowej i staremu Heldingowi. Uśmiech
+rozjaśnia ich wpółsenne buzie, gdy myślą o kosmyku chwiejącym się
+nad uchem i o tem, że Helding wziął ten flirt zbiorowy na seryo
+a Makenowa z przestrachu i zazdrości pozieleniała.
+
+I doskonałe w swem okrucieństwie, spokojne w tej zbrodni, jaką
+wyrządziły, rozrywając silne jak śmierć uczucie, zasypiają jedne po
+drugiej, gołąbki białe niewinne, łagodne w mdławych światełkach,
+składając na piersiach ręce giestem pensyonarek śpiących
+w dortoirach Sacré-Coeur, giestem aniołów otaczających fałdy
+błękitnego płaszcza przezroczystej wśród chmur Madonny.
+
+
+ = K O N I E C. =
+
+
+
+
+UWAGI DO WYDANIA ELEKTRONICZNEGO
+
+
+_Kursywę_ w oryginale w wersji tekstowej oznaczono _podkreśleniami_.
+
+Zachowano oryginalną ortografię i interpunkcję, również w wypadkach,
+gdy odbiegały one od współcześnie przyjętych. W szczególności
+pozostawiono bez zmian _wstawki obcojęzyczne_ (również w wypadkach,
+gdy nie były one poprawne gramatycznie, co zresztą zapewne nie jest
+bez znaczenia dla fabuły) oraz wielokropki (nie ujednolicano
+ich do postaci mającej jednakową liczbe kropek).
+
+Poprawiono natomiast omyłki, które wyglądały na błędy drukarskie.
+Pełna lista zmian wprowadzonych przy tworzeniu elektronicznej
+wersji tekstu znajduje się poniżej.
+
+
+POPRAWKI wprowadzone do tekstu
+
+-- s. 3:
+ „pokręcał wąsa” poprawiono na „podkręcał wąsa”
+
+-- s. 9:
+ „córkę na kolanach męża. Żabusia pójdzie”
+ poprawiono na:
+ „córkę na kolanach męża. -- Żabusia pójdzie”
+
+-- s. 9:
+ „kobieta, uśmiechając się zalotnie -- Żabusia”
+ poprawiono na:
+ „kobieta, uśmiechając się zalotnie. -- Żabusia”
+
+-- s. 11, w: „postać kobieca, powstająca z otomany.”
+ „bobieca” poprawiono na „kobieca”
+
+-- s. 12, w: „Kapelusz zapadł gdzieś po za wielkie sztalugi”
+ „stalugi” poprawiono na „sztalugi”
+
+-- s. 16, w: „daleko jeszcze do końca miesiąca...”
+ „daleleko” poprawiono na „daleko”
+
+-- s. 22, w: „Było tam około pięćdziesięciu rubli.”
+ „piędziesięciu” poprawiono na „pięćdziesięciu”
+
+-- s. 25, w: „serce biło w piersi bardzo żywo”
+ „derce” poprawiono na „serce”
+
+-- s. 34:
+ „z perełką, ba nawet medal od chrztu”
+ poprawiono na:
+ „z perełką, ba, nawet medal od chrztu”
+ (dodano przecinek)
+
+-- s. 34:
+ „mówił a wracał późno w noc, gwiżdżąc”
+ poprawiono na:
+ „mówił, a wracał późno w noc, gwiżdżąc”
+ (dodano przecinek)
+
+-- s. 41:
+ „O, tak! bordeaux niepodobne do picia...”
+ poprawiono na:
+ „ -- O, tak! bordeaux niepodobne do picia...”
+ (dodano pauzę otwierajacą dialog)
+
+-- s. 51, w: „Wentzlowi i patrząc wprost na twarz nauczyciela”
+ „nauciela” poprawiono na „nauczyciela”
+
+-- s. 67, w: „-- To ci mężczyzna! -- szepcze, podciągając”
+ „podciągając” poprawiono na „pociągając”
+
+-- s. 70, w: „znosić powinien, bo kąt, w którym stoi”
+ „powien” poprawiono na „powinien”
+
+-- s. 73, w: „straszne uchybienie, gdyby przynajmniej”
+ „przynajmiej” poprawiono na „przynajmniej”
+
+-- s. 79, w: „szedł już ku drzwiom, dumny, zadowolony”
+ „dumy” poprawiono na „dumny”
+
+-- s. 86:
+ „-- Łapcie mi się trzęsą! co -- pytał,”
+ poprawiono na:
+ „-- Łapcie mi się trzęsą! co? -- pytał,”
+ (dodano znak zapytania)
+
+-- s. 105, w: „odeszli, śmiejąc się bezustannie.”
+ „bezutannie” poprawiono na „bezustannie”
+
+-- s. 114:
+ „-- A dajże spokój, Honorko dziecku”
+ poprawiono na:
+ „-- A dajże spokój, Honorko, dziecku”
+ (dodano przecinek)
+
+-- s. 129, w: „stała długo, nie mogąc ośmielić się wejść”
+ „słała” poprawiono na „stała”
+
+-- s. 135, w: „usuwa się instynktownie, pozostawiając”
+ „pozostawiają” poprawiono na „pozostawiając”
+
+-- s. 135:
+ „Jest dziś piękniejszym niż kiedykolwiek”
+ poprawiono na:
+ „Jest dziś piękniejszym niż kiedykolwiek.”
+ (dodano kropkę na końcu zdania)
+
+-- s. 135, w: „zafryzowane, twarz starannie wygolona,”
+ „wygololona” poprawiono na „wygolona”
+
+-- s. 148:
+ „pudełko „pate des prelats”. którą nadawał”
+ poprawiono na:
+ „pudełko „pate des prelats”, którą nadawał”
+ (poprawiono kropkę na przecinek)
+
+-- s. 168:
+ „szare i znużone: Czuł mimowoli jakiś”
+ poprawiono na:
+ „szare i znużone. Czuł mimowoli jakiś”
+ (poprawiono dwukropek na kropkę)
+
+-- s. 181, w: „nie wymówiwszy ani słowa do swego wspólnika.”
+ „wymówiszy” poprawiono na „wymówiwszy”
+
+-- s. 182, w: „To mieszkanie nieodpowiednie dla”
+ „nieodpowienie” poprawiono na „nieodpowiednie”
+
+-- s. 189:
+ „w ręku, uśmiechnął się blado:”
+ poprawiono na:
+ „w ręku, uśmiechnął się blado.”
+
+-- s. 203, w: „włosy, zwykle rozpuszczone”:
+ „zwykłe” poprawiono na „zwykle?”
+
+- s. 204:
+ „Ależ tak -- tylko role. a wreszcie...”
+ poprawiono na:
+ „Ależ tak -- tylko role, a wreszcie...”
+ (poprawiono kropkę na przecinek)
+
+-- s. 206:
+ „nowe i dość miłe lecz dla człowieka,”
+ poprawiono na:
+ „nowe i dość miłe, lecz dla człowieka,”
+ (dodano przecinek)
+
+-- s. 211, w: „ubierał się ciemno,”
+ „ciemmno” poprawiono na „ciemno”
+
+-- s. 234:
+ „-- Bo to... widzisz Wicek ja”
+ poprawiono na:
+ „-- Bo to... widzisz Wicek, ja”
+
+-- s. 240, w: „i porwawszy go za ręce”
+ „porwawszzy” poprawiono na „porwawszy”
+
+-- s. 290, w: „Żebyś ją pan był widział”:
+ „Zebyś” poprawiono na „Żebyś”
+
+-- s. 294:
+ „-- Przepraszam pana, wykrztusiła”
+ poprawiono na:
+ „-- Przepraszam pana -- wykrztusiła”
+ (poprawiono przecinek na pauzę)
+
+-- s. 316:
+ „Chata, w której mieszkał jego żona,”
+ poprawiono na:
+ „Chata, w której mieszkała jego żona,”
+
+-- s. 327, w: „tuż pod pachami”
+ „po pachami” poprawiono na „pod pachami”
+
+-- s. 328:
+ „-- Powoli, salon napełniał się”
+ poprawiono na:
+ „Powoli, salon napełniał się”
+ (usunięto początkową pauzę)
+
+-- s. 328:
+ „księżnej: -- Atmosfera stawała się”
+ poprawiono na:
+ „księżnej. -- Atmosfera stawała się”
+ (poprawiono dwukropek na kropkę)
+
+
+
+
+
+End of the Project Gutenberg EBook of Menazerya ludzka, by Gabriela Zapolska
+
+*** END OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK MENAZERYA LUDZKA ***
+
+***** This file should be named 34635-0.txt or 34635-0.zip *****
+This and all associated files of various formats will be found in:
+ https://www.gutenberg.org/3/4/6/3/34635/
+
+Produced by Ewa "czupirek" Jaros and the Online Distributed
+Proofreading Team at http://dp.rastko.net (this file was
+created from images generously made available by CBN Polona
+- http://www.polona.pl).
+
+
+Updated editions will replace the previous one--the old editions
+will be renamed.
+
+Creating the works from public domain print editions means that no
+one owns a United States copyright in these works, so the Foundation
+(and you!) can copy and distribute it in the United States without
+permission and without paying copyright royalties. Special rules,
+set forth in the General Terms of Use part of this license, apply to
+copying and distributing Project Gutenberg-tm electronic works to
+protect the PROJECT GUTENBERG-tm concept and trademark. Project
+Gutenberg is a registered trademark, and may not be used if you
+charge for the eBooks, unless you receive specific permission. If you
+do not charge anything for copies of this eBook, complying with the
+rules is very easy. You may use this eBook for nearly any purpose
+such as creation of derivative works, reports, performances and
+research. They may be modified and printed and given away--you may do
+practically ANYTHING with public domain eBooks. Redistribution is
+subject to the trademark license, especially commercial
+redistribution.
+
+
+
+*** START: FULL LICENSE ***
+
+THE FULL PROJECT GUTENBERG LICENSE
+PLEASE READ THIS BEFORE YOU DISTRIBUTE OR USE THIS WORK
+
+To protect the Project Gutenberg-tm mission of promoting the free
+distribution of electronic works, by using or distributing this work
+(or any other work associated in any way with the phrase "Project
+Gutenberg"), you agree to comply with all the terms of the Full Project
+Gutenberg-tm License (available with this file or online at
+https://gutenberg.org/license).
+
+
+Section 1. General Terms of Use and Redistributing Project Gutenberg-tm
+electronic works
+
+1.A. By reading or using any part of this Project Gutenberg-tm
+electronic work, you indicate that you have read, understand, agree to
+and accept all the terms of this license and intellectual property
+(trademark/copyright) agreement. If you do not agree to abide by all
+the terms of this agreement, you must cease using and return or destroy
+all copies of Project Gutenberg-tm electronic works in your possession.
+If you paid a fee for obtaining a copy of or access to a Project
+Gutenberg-tm electronic work and you do not agree to be bound by the
+terms of this agreement, you may obtain a refund from the person or
+entity to whom you paid the fee as set forth in paragraph 1.E.8.
+
+1.B. "Project Gutenberg" is a registered trademark. It may only be
+used on or associated in any way with an electronic work by people who
+agree to be bound by the terms of this agreement. There are a few
+things that you can do with most Project Gutenberg-tm electronic works
+even without complying with the full terms of this agreement. See
+paragraph 1.C below. There are a lot of things you can do with Project
+Gutenberg-tm electronic works if you follow the terms of this agreement
+and help preserve free future access to Project Gutenberg-tm electronic
+works. See paragraph 1.E below.
+
+1.C. The Project Gutenberg Literary Archive Foundation ("the Foundation"
+or PGLAF), owns a compilation copyright in the collection of Project
+Gutenberg-tm electronic works. Nearly all the individual works in the
+collection are in the public domain in the United States. If an
+individual work is in the public domain in the United States and you are
+located in the United States, we do not claim a right to prevent you from
+copying, distributing, performing, displaying or creating derivative
+works based on the work as long as all references to Project Gutenberg
+are removed. Of course, we hope that you will support the Project
+Gutenberg-tm mission of promoting free access to electronic works by
+freely sharing Project Gutenberg-tm works in compliance with the terms of
+this agreement for keeping the Project Gutenberg-tm name associated with
+the work. You can easily comply with the terms of this agreement by
+keeping this work in the same format with its attached full Project
+Gutenberg-tm License when you share it without charge with others.
+
+1.D. The copyright laws of the place where you are located also govern
+what you can do with this work. Copyright laws in most countries are in
+a constant state of change. If you are outside the United States, check
+the laws of your country in addition to the terms of this agreement
+before downloading, copying, displaying, performing, distributing or
+creating derivative works based on this work or any other Project
+Gutenberg-tm work. The Foundation makes no representations concerning
+the copyright status of any work in any country outside the United
+States.
+
+1.E. Unless you have removed all references to Project Gutenberg:
+
+1.E.1. The following sentence, with active links to, or other immediate
+access to, the full Project Gutenberg-tm License must appear prominently
+whenever any copy of a Project Gutenberg-tm work (any work on which the
+phrase "Project Gutenberg" appears, or with which the phrase "Project
+Gutenberg" is associated) is accessed, displayed, performed, viewed,
+copied or distributed:
+
+This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with
+almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or
+re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included
+with this eBook or online at www.gutenberg.org
+
+1.E.2. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is derived
+from the public domain (does not contain a notice indicating that it is
+posted with permission of the copyright holder), the work can be copied
+and distributed to anyone in the United States without paying any fees
+or charges. If you are redistributing or providing access to a work
+with the phrase "Project Gutenberg" associated with or appearing on the
+work, you must comply either with the requirements of paragraphs 1.E.1
+through 1.E.7 or obtain permission for the use of the work and the
+Project Gutenberg-tm trademark as set forth in paragraphs 1.E.8 or
+1.E.9.
+
+1.E.3. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is posted
+with the permission of the copyright holder, your use and distribution
+must comply with both paragraphs 1.E.1 through 1.E.7 and any additional
+terms imposed by the copyright holder. Additional terms will be linked
+to the Project Gutenberg-tm License for all works posted with the
+permission of the copyright holder found at the beginning of this work.
+
+1.E.4. Do not unlink or detach or remove the full Project Gutenberg-tm
+License terms from this work, or any files containing a part of this
+work or any other work associated with Project Gutenberg-tm.
+
+1.E.5. Do not copy, display, perform, distribute or redistribute this
+electronic work, or any part of this electronic work, without
+prominently displaying the sentence set forth in paragraph 1.E.1 with
+active links or immediate access to the full terms of the Project
+Gutenberg-tm License.
+
+1.E.6. You may convert to and distribute this work in any binary,
+compressed, marked up, nonproprietary or proprietary form, including any
+word processing or hypertext form. However, if you provide access to or
+distribute copies of a Project Gutenberg-tm work in a format other than
+"Plain Vanilla ASCII" or other format used in the official version
+posted on the official Project Gutenberg-tm web site (www.gutenberg.org),
+you must, at no additional cost, fee or expense to the user, provide a
+copy, a means of exporting a copy, or a means of obtaining a copy upon
+request, of the work in its original "Plain Vanilla ASCII" or other
+form. Any alternate format must include the full Project Gutenberg-tm
+License as specified in paragraph 1.E.1.
+
+1.E.7. Do not charge a fee for access to, viewing, displaying,
+performing, copying or distributing any Project Gutenberg-tm works
+unless you comply with paragraph 1.E.8 or 1.E.9.
+
+1.E.8. You may charge a reasonable fee for copies of or providing
+access to or distributing Project Gutenberg-tm electronic works provided
+that
+
+- You pay a royalty fee of 20% of the gross profits you derive from
+ the use of Project Gutenberg-tm works calculated using the method
+ you already use to calculate your applicable taxes. The fee is
+ owed to the owner of the Project Gutenberg-tm trademark, but he
+ has agreed to donate royalties under this paragraph to the
+ Project Gutenberg Literary Archive Foundation. Royalty payments
+ must be paid within 60 days following each date on which you
+ prepare (or are legally required to prepare) your periodic tax
+ returns. Royalty payments should be clearly marked as such and
+ sent to the Project Gutenberg Literary Archive Foundation at the
+ address specified in Section 4, "Information about donations to
+ the Project Gutenberg Literary Archive Foundation."
+
+- You provide a full refund of any money paid by a user who notifies
+ you in writing (or by e-mail) within 30 days of receipt that s/he
+ does not agree to the terms of the full Project Gutenberg-tm
+ License. You must require such a user to return or
+ destroy all copies of the works possessed in a physical medium
+ and discontinue all use of and all access to other copies of
+ Project Gutenberg-tm works.
+
+- You provide, in accordance with paragraph 1.F.3, a full refund of any
+ money paid for a work or a replacement copy, if a defect in the
+ electronic work is discovered and reported to you within 90 days
+ of receipt of the work.
+
+- You comply with all other terms of this agreement for free
+ distribution of Project Gutenberg-tm works.
+
+1.E.9. If you wish to charge a fee or distribute a Project Gutenberg-tm
+electronic work or group of works on different terms than are set
+forth in this agreement, you must obtain permission in writing from
+both the Project Gutenberg Literary Archive Foundation and Michael
+Hart, the owner of the Project Gutenberg-tm trademark. Contact the
+Foundation as set forth in Section 3 below.
+
+1.F.
+
+1.F.1. Project Gutenberg volunteers and employees expend considerable
+effort to identify, do copyright research on, transcribe and proofread
+public domain works in creating the Project Gutenberg-tm
+collection. Despite these efforts, Project Gutenberg-tm electronic
+works, and the medium on which they may be stored, may contain
+"Defects," such as, but not limited to, incomplete, inaccurate or
+corrupt data, transcription errors, a copyright or other intellectual
+property infringement, a defective or damaged disk or other medium, a
+computer virus, or computer codes that damage or cannot be read by
+your equipment.
+
+1.F.2. LIMITED WARRANTY, DISCLAIMER OF DAMAGES - Except for the "Right
+of Replacement or Refund" described in paragraph 1.F.3, the Project
+Gutenberg Literary Archive Foundation, the owner of the Project
+Gutenberg-tm trademark, and any other party distributing a Project
+Gutenberg-tm electronic work under this agreement, disclaim all
+liability to you for damages, costs and expenses, including legal
+fees. YOU AGREE THAT YOU HAVE NO REMEDIES FOR NEGLIGENCE, STRICT
+LIABILITY, BREACH OF WARRANTY OR BREACH OF CONTRACT EXCEPT THOSE
+PROVIDED IN PARAGRAPH 1.F.3. YOU AGREE THAT THE FOUNDATION, THE
+TRADEMARK OWNER, AND ANY DISTRIBUTOR UNDER THIS AGREEMENT WILL NOT BE
+LIABLE TO YOU FOR ACTUAL, DIRECT, INDIRECT, CONSEQUENTIAL, PUNITIVE OR
+INCIDENTAL DAMAGES EVEN IF YOU GIVE NOTICE OF THE POSSIBILITY OF SUCH
+DAMAGE.
+
+1.F.3. LIMITED RIGHT OF REPLACEMENT OR REFUND - If you discover a
+defect in this electronic work within 90 days of receiving it, you can
+receive a refund of the money (if any) you paid for it by sending a
+written explanation to the person you received the work from. If you
+received the work on a physical medium, you must return the medium with
+your written explanation. The person or entity that provided you with
+the defective work may elect to provide a replacement copy in lieu of a
+refund. If you received the work electronically, the person or entity
+providing it to you may choose to give you a second opportunity to
+receive the work electronically in lieu of a refund. If the second copy
+is also defective, you may demand a refund in writing without further
+opportunities to fix the problem.
+
+1.F.4. Except for the limited right of replacement or refund set forth
+in paragraph 1.F.3, this work is provided to you 'AS-IS' WITH NO OTHER
+WARRANTIES OF ANY KIND, EXPRESS OR IMPLIED, INCLUDING BUT NOT LIMITED TO
+WARRANTIES OF MERCHANTIBILITY OR FITNESS FOR ANY PURPOSE.
+
+1.F.5. Some states do not allow disclaimers of certain implied
+warranties or the exclusion or limitation of certain types of damages.
+If any disclaimer or limitation set forth in this agreement violates the
+law of the state applicable to this agreement, the agreement shall be
+interpreted to make the maximum disclaimer or limitation permitted by
+the applicable state law. The invalidity or unenforceability of any
+provision of this agreement shall not void the remaining provisions.
+
+1.F.6. INDEMNITY - You agree to indemnify and hold the Foundation, the
+trademark owner, any agent or employee of the Foundation, anyone
+providing copies of Project Gutenberg-tm electronic works in accordance
+with this agreement, and any volunteers associated with the production,
+promotion and distribution of Project Gutenberg-tm electronic works,
+harmless from all liability, costs and expenses, including legal fees,
+that arise directly or indirectly from any of the following which you do
+or cause to occur: (a) distribution of this or any Project Gutenberg-tm
+work, (b) alteration, modification, or additions or deletions to any
+Project Gutenberg-tm work, and (c) any Defect you cause.
+
+
+Section 2. Information about the Mission of Project Gutenberg-tm
+
+Project Gutenberg-tm is synonymous with the free distribution of
+electronic works in formats readable by the widest variety of computers
+including obsolete, old, middle-aged and new computers. It exists
+because of the efforts of hundreds of volunteers and donations from
+people in all walks of life.
+
+Volunteers and financial support to provide volunteers with the
+assistance they need are critical to reaching Project Gutenberg-tm's
+goals and ensuring that the Project Gutenberg-tm collection will
+remain freely available for generations to come. In 2001, the Project
+Gutenberg Literary Archive Foundation was created to provide a secure
+and permanent future for Project Gutenberg-tm and future generations.
+To learn more about the Project Gutenberg Literary Archive Foundation
+and how your efforts and donations can help, see Sections 3 and 4
+and the Foundation web page at https://www.pglaf.org.
+
+
+Section 3. Information about the Project Gutenberg Literary Archive
+Foundation
+
+The Project Gutenberg Literary Archive Foundation is a non profit
+501(c)(3) educational corporation organized under the laws of the
+state of Mississippi and granted tax exempt status by the Internal
+Revenue Service. The Foundation's EIN or federal tax identification
+number is 64-6221541. Its 501(c)(3) letter is posted at
+https://pglaf.org/fundraising. Contributions to the Project Gutenberg
+Literary Archive Foundation are tax deductible to the full extent
+permitted by U.S. federal laws and your state's laws.
+
+The Foundation's principal office is located at 4557 Melan Dr. S.
+Fairbanks, AK, 99712., but its volunteers and employees are scattered
+throughout numerous locations. Its business office is located at
+809 North 1500 West, Salt Lake City, UT 84116, (801) 596-1887, email
+business@pglaf.org. Email contact links and up to date contact
+information can be found at the Foundation's web site and official
+page at https://pglaf.org
+
+For additional contact information:
+ Dr. Gregory B. Newby
+ Chief Executive and Director
+ gbnewby@pglaf.org
+
+
+Section 4. Information about Donations to the Project Gutenberg
+Literary Archive Foundation
+
+Project Gutenberg-tm depends upon and cannot survive without wide
+spread public support and donations to carry out its mission of
+increasing the number of public domain and licensed works that can be
+freely distributed in machine readable form accessible by the widest
+array of equipment including outdated equipment. Many small donations
+($1 to $5,000) are particularly important to maintaining tax exempt
+status with the IRS.
+
+The Foundation is committed to complying with the laws regulating
+charities and charitable donations in all 50 states of the United
+States. Compliance requirements are not uniform and it takes a
+considerable effort, much paperwork and many fees to meet and keep up
+with these requirements. We do not solicit donations in locations
+where we have not received written confirmation of compliance. To
+SEND DONATIONS or determine the status of compliance for any
+particular state visit https://pglaf.org
+
+While we cannot and do not solicit contributions from states where we
+have not met the solicitation requirements, we know of no prohibition
+against accepting unsolicited donations from donors in such states who
+approach us with offers to donate.
+
+International donations are gratefully accepted, but we cannot make
+any statements concerning tax treatment of donations received from
+outside the United States. U.S. laws alone swamp our small staff.
+
+Please check the Project Gutenberg Web pages for current donation
+methods and addresses. Donations are accepted in a number of other
+ways including including checks, online payments and credit card
+donations. To donate, please visit: https://pglaf.org/donate
+
+
+Section 5. General Information About Project Gutenberg-tm electronic
+works.
+
+Professor Michael S. Hart was the originator of the Project Gutenberg-tm
+concept of a library of electronic works that could be freely shared
+with anyone. For thirty years, he produced and distributed Project
+Gutenberg-tm eBooks with only a loose network of volunteer support.
+
+
+Project Gutenberg-tm eBooks are often created from several printed
+editions, all of which are confirmed as Public Domain in the U.S.
+unless a copyright notice is included. Thus, we do not necessarily
+keep eBooks in compliance with any particular paper edition.
+
+
+Most people start at our Web site which has the main PG search facility:
+
+ https://www.gutenberg.org
+
+This Web site includes information about Project Gutenberg-tm,
+including how to make donations to the Project Gutenberg Literary
+Archive Foundation, how to help produce our new eBooks, and how to
+subscribe to our email newsletter to hear about new eBooks.