diff options
| author | Roger Frank <rfrank@pglaf.org> | 2025-10-14 20:02:01 -0700 |
|---|---|---|
| committer | Roger Frank <rfrank@pglaf.org> | 2025-10-14 20:02:01 -0700 |
| commit | 8c85bbca68539cb06dca79c03de4a5470749ada0 (patch) | |
| tree | 742b1fa9149818ea5f1a840457aeedbba902fe90 /34635-0.txt | |
Diffstat (limited to '34635-0.txt')
| -rw-r--r-- | 34635-0.txt | 8499 |
1 files changed, 8499 insertions, 0 deletions
diff --git a/34635-0.txt b/34635-0.txt new file mode 100644 index 0000000..bc4d949 --- /dev/null +++ b/34635-0.txt @@ -0,0 +1,8499 @@ +The Project Gutenberg EBook of Menazerya ludzka, by Gabriela Zapolska + +This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with +almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or +re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included +with this eBook or online at www.gutenberg.org + + +Title: Menazerya ludzka + +Author: Gabriela Zapolska + +Release Date: December 13, 2010 [EBook #34635] + +Language: Polish + +Character set encoding: UTF-8 + +*** START OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK MENAZERYA LUDZKA *** + + + + +Produced by Ewa "czupirek" Jaros and the Online Distributed +Proofreading Team at http://dp.rastko.net (this file was +created from images generously made available by CBN Polona +- http://www.polona.pl). + + + + + ++------------------------------------------------------------+ +| UWAGI DO WYDANIA ELEKTRONICZNEGO | +| | +| Zachowano oryginalną ortografię i interpunkcję, również | +| w wypadkach, gdy odbiegały one od współcześnie przyjętych. | +| Poprawiono natomiast omyłki, które wyglądały na błędy | +| drukarskie. Pełna lista wprowadzonych zmian znajduje | +| się na końcu pliku. | ++------------------------------------------------------------+ + + + + + + + Gabryela Zapolska. + + MENAŻERYA + LUDZKA. + + _Żabusia_; _Koteczek_; _Kozioł ofiarny_; _Kundel_; + _Oślica_; _Kukułka_; _Lewek_; _Małpa_; _Szakale_; + _Papuzia_; _Bydlę_; _Gołąbki._ + + + WARSZAWA. + Wydawnictwo „Przeglądu Tygodniowego”. + 1893. + + + + + + + Дозволено Цензурою. + Варшава, 28 Aвгуста 1892 г. + + W Drukarni „Przeglądu Tygodniowego”, + Warszawa, Czysta No 4. + + + + + + + =MENAŻERYA LUDZKA.= + + + + +I. + +=Żabusia.= + + +Była jasną blondynką, jasną jak słońce promienne... + +Drobna jej, maluchna buzia różowa i biała -- śmiała się jakimś +dziecinnym, naiwnym śmiechem, żłobiącym w pulchnych policzkach dwa +rozkoszne dołki. + +Z całej jej postaci zdawała się wydzielać woń, właściwa różowym +hyacyntom, a gdy ubrana w różowe „matinée”, przesuwała się ze +śmiechem z pokoju do pokoju -- jakaś srebrna smuga znaczyła jej +przejście, smuga, którą pozostawia po sobie wschodząca jutrzenka. + +Śmiała się ona zawsze, ta rozkoszna, jasnowłosa kobietka -- śmiała +się leżąc jeszcze w kołysce, potem u kratek konfesyonału -- wreszcie +u stopni ołtarza, gdy wlokła za sobą szumiący tren jedwabnej białej +szaty. + +Śmiech powitał nawet krzyk jej córki -- bo nawet w cierpieniach +umiała coś zabawnego wynaleźć. + +Była bardzo pobożną i codzień prawie biegała do kościoła. + +Miała ładną książeczkę, oprawną w kość słoniową i zbrudzoną na +kartkach, które czerniły się modlitwą „Za męża i rodzinę”. + +To była jej świąteczna książka -- na codzień miała wielkiego +„Dunina”, którego czytała, strzelając oczkami na lewo i prawo, +lub przechylając główkę na atłasową kołdrę swego eleganckiego +łóżka. + +Lubiła łakocie i miała pod poduszką kilka daktyli, które jadła, +przebudziwszy się w nocy, chichocząc się jak szalona. + +Przepadała za wanilią i miała jej zawsze pełne kieszenie, lubiła +grać w loteryjkę -- przytem szachrowała dość zręcznie. + +Córkę swoją -- małą, pucołowatą dziewczynkę, przezwała +„Nabuchodonozorem” a męża „Rakiem”. Siebie samą, jakkolwiek +miała na chrzcie św. imię Zofii, nazywała „Żabusią”. Często +siadywała na dywanie i bawiła się z córką, przyczem następowała +zwykle kłótnia o zabawki, które matka z córką wydzierały sobie +wzajemnie... + +Mąż, dobry, poczciwy filister, urzędnik w jakiemś towarzystwie +asekuracyjnem, podkręcał wąsa i uśmiechał się z zadowoleniem. + +-- Dziecinna! ach! jaka dziecinna ta moja Żabusia! + +Ona, z krzykiem zrywała się z ziemi, siadała na kolanach męża +i rozpoczynała śpiewać... + + Jechał pan + Za nim chłop + A za nimi żydóweczki + Pogubiły patyneczki... + +Śpiewając, wyciągała z mężowskich kieszeni pieniądze i z powagą +dawała mu dziesięć groszy. + +-- Masz, Raku, na czarną kawę!... + +Resztę pieniędzy chowała do tualetki. + +I Rak poddawał się tej tyranii, jakkolwiek dziesięć groszy dziennie, +nawet dla urzędnika w towarzystwie ubezpieczeń, chyba za mało!... + +Jakże się jednak sprzeciwić tej rozkosznej istocie, która z całą +naiwnością patrzy mu w oczy i biały, pachnący karczek do pocałunków +nadstawia? Brał Rak ową wytartą dziesiątkę i całował Żabusię, +znajdując w tem wiele rozkoszy. + +Była więc bożyszczem całego domu. + +Kochał ją mąż, pomimo że tyranizowała go nieznacznie. + +Kochało dziecko, pomimo że wydzierała mu zabawki i wyrywała włosy, +czesząc dwuletnią dziewczynkę à la Mikado. + +Kochały sługi, pomimo że grymasiła bezustannie i czasem całe ranki +siedziała w kuchni. + +Nad wszystko jednak ubóstwiali ją rodzice. + +Tych dwoje starych ludzi w Żabusi swej widziało uosobienie cnót +i doskonałości wszelakich. + +Żabusia -- jedyne, wypieszczone dziecko, za wzór była wszystkim +kobietom stawiana.... + +I gdy co wieczór zgromadzano się dokoła stołu, oświeconego wiszącą +lampą, Żabusia, wycinająca lalki z tektury lub lepiąca abażury, +była punktem koncentrującym wszystkie spojrzenia. + +Ku niej zwracano się, uśmiechano, przesyłano pieszczotliwe słowa. + +Ona, różowa, biała, wesoła -- poddawała się tym pieszczotom, tej +wielkiej miłości, jaka ją otaczała, kąpiąc się niejako w cieple +przywiązania i rozsiewając dokoła promienie szczęścia rodzinnego. +Każdemu odwzajemniała się dobrem słowem, uśmiechem -- a drażniąc +Nabuchodonozora, głaskała dziecko po głowie; potrąciwszy sługę, +uśmiechała się do niej, nazywając „poczciwą idyotką”.... + +Nie -- stanowczo, nikt nie mógł się na Żabusię gniewać, lecz +przeciwnie, każdy musiał ją uwielbiać jak wcielenie dobroci, wdzięku +i prostoty.... + +Była ona uosobieniem kobiecości. + +Miała tyle tkliwości w spojrzeniu, w głosie, w ruchach łaszącej się +kotki, że rozkosz było patrzeć, gdy na paluszkach skradała się, aby +uszczypać drzemiącego męża, lub nasypać pieprzu w otwartą buzię +córki... + +Śmiała się potem rozkosznie i wdzięcznie przeginając, zasypywała +pieszczotami przerażonego męża, lub skrzywioną dziecinę... mówiła +przytem cieniuchnym głosikiem: + +-- Nie gniewać się na Żabusię!... + +Więc mąż uśmiechał się do tego biało-różowego zjawiska, +dziękując Bogu, że dziecinne usposobienie żony pozwoli mu +nie lękać się o naruszenie z jej strony wierności małżeńskiej... + +I rzeczywiście -- kręcąca się po domu z wesołą piosenką na ustach, +ubijająca piankę w kuchni, przyszywająca guziki do mężowskiego +palta lub nicująca krawaty, była uosobieniem kochającej żony +i „milutkiej” kobiety. + +Miewała jednak chwile, w których przychodziły jej na myśl +poważniejsze refleksye. + +Naprzykład po przeczytaniu „Pani Bovary” -- zamknąwszy książkę, +usiadła u nóg męża. + +W ręku trzymała kawałek newchatelu, lecz nie gryzła go, ale +pogrążyła się w zadumie. + +Mąż, czytając „Kuryera”, nie przerywał ciszy. + +-- Wiesz, Raku -- wyrzekła nareszcie -- ta kobieta to zdradzała +męża... niegodziwa, prawda? + +-- Hm -- odparł zagadnięty -- jeżeli mąż był niedołęga... + +Lecz nie mógł dokończyć. + +Żabusia porwała się nagle jak szalona. + +-- To nie upoważnia! -- wołała -- i ty, Raku, jesteś niedołęgą +a przecież cię nie zdradzam!... + +-- O -- protestował mąż. + +-- Niema... o! -- upiec na rożnie taką kobietę... nic ją nie +usprawiedliwia!... to potworne!... w dodatku pani Bovary miała +dziecko, o takiego Nabuchodonozora!... + +I tu Żabusia, porzuciwszy ser, chwyciła w objęcia córkę, która +głośnym krzykiem zaprotestowała przeciw temu gwałtowi. + +Rodzice tymczasem spoglądali po sobie. + +O! tak! -- oni wychowali Żabusię w świętych, tradycyjnych przepisach +cnoty i surowości. Ona wie, czem się brzydzić na świecie, co jest +nikczemnością, fałszem i podłością... + +To anioł! + +Anioł domowego ogniska, który śmiechem swym troskę z czoła męża +spędza, jest chlubą i podporą rodziców, troskliwą i czułą matką!... + +To anioł ta Żabusia, kręcąca się w tej chwili po pokoju z szelestem +jedwabnego szlafroczka... + +Uosobienie wdzięku, miłości, niewinności, cnoty!... + +Nagle Żabusia zatrzymuje się w tańcu. + +Spogląda na zegar i, kołysząc się zwolna, podchodzi ku mężowi. + +-- Żabusię głowa boli! -- mówi, sadzając córkę na kolanach +męża. -- Żabusia pójdzie na spacer... + +-- Będę ci towarzyszył... -- woła mąż. + +-- Niechcę! -- protestuje z miluchnym dąsem -- pójdę sama! Rak tu +zostanie i będzie Nabuchodonozorowi cacka ustawiał!... + +-- Ależ!... + +-- No! sprzeciwiasz się? + +-- Nie... tylko kawa!... + +-- Pójdziesz jak wrócę... wtenczas dam ci dziesiątkę, inaczej, z czem +Rak do cukierni pójdzie?... + +Mąż jeszcze próbuje opozycyi. + +-- Żabusia tak chce! -- woła młoda kobieta, uśmiechając się zalotnie. +-- Żabusia bardzo prosi, główka ją tak boli!... + +Rodzice uważają za stosowne interweniować. + +-- Ależ idź, drogie dziecię!... przejdź się! -- mówi ojciec. + +-- Pobladłaś, cierpisz widocznie -- dodaje matka. + +I za chwilę przez pokój, w którym jest zgromadzona cała rodzina, +przesuwa się Żabusia w nowym, sukiennym kostiumiku, okładanym +szenszylami. + +Wygląda jak młodziuchne dziewczątko w tym obcisłym żakieciku, a nowe +buciki skrzypią za każdym krokiem. + +Całuje ręce rodziców, mężowi nadstawia usta do pocałunku, córkę +głaszcze po głowie i żegnana, obdarzona pieszczotami, staje jeszcze na +progu, przesyłając pocałunki końcami palców, ubranych w duńską +rękawiczkę. + +-- Pa!... pa!... -- woła -- pa, Raku! pa, Nabuchodonozorze!... pa, +mamusi i ojczusiowi... a niech Rózia za pół godziny samowar nastawi +i po sucharki pójdzie!... pa!... + +I cicho znika we drzwiach, pozostawiając po sobie gamę srebrzystego +śmiechu i wspomnienie uosobienia niewinnego wdzięku kobiecego. + + * * * * * + +Przeciągły pocałunek przerwał ciszę. + +Wśród bladego światła przyciemnionej lampy, zamajaczyła nagle drobna +postać kobieca, powstająca z otomany. + +Kaskada jasnych włosów rozsypana na zarumienione ramiona, drżała +złotawym blaskiem; oczy, błyszczące fosforycznym ogniem, migotały +u tej kobiety jak dwa błędne ogniki, usta namiętnie rozchylone, +zgniecione w świeżym pocałunku miłosnym, zachowały jeszcze wilgoć +zmysłowej ekstazy. + +Wszystko w tej postaci tchnęło zmysłowością, szałem bachantki, +poddającej swą pierś pod uściski satyra. + +Stanęła, wyciągając ręce wysoko nad głową, przechylając się +w tył, wciągając jakby w siebie cząstkę miłosnego dreszczu. + +Stojący przed nią mężczyzna zapalał właśnie papierosa. + +-- Mogłabyś zostać chwilę. + +-- O! nie, nie -- odparła kobieta -- muszę wracać, aby podejrzeń +nie ściągać... + +I zaczęła szybko nakładać żakiecik i resztę ubrania. On jej pomagał, +szukając po całej pracowni porozrzucanych drobiazgów, które przed +chwilą zrywali oboje drżącemi od namiętności rękami. + +Kapelusz zapadł gdzieś po za wielkie sztalugi, trzeba było go +szukać... odsuwać draperye. + +Oczy ich spotkały się, ręce splotły w uścisku. Cała bezgraniczna, +zmysłowa potęga zadrgała w tem jednem spojrzeniu. Gorąco aż biło od +tych dwojga młodych ludzi, ukrytych w cieniu odosobnionej pracowni +malarskiej na ustronnej ulicy. + +-- Kiedy cię zobaczę?... -- zapytał mężczyzna, cały drżący pod +wpływem dotknięcia jej rąk rozpalonych. + +Ona wzruszyła ramionami. + +-- Niewiem kiedy się wyrwę, niełatwo mi to przychodzi... + +On wstrzymywał ją jeszcze, obejmując miłosną pieszczotą. + +-- O! ale... niedługo! + +Kobieta spojrzała mu znów w oczy. + +Zielone błyski strzeliły z pod jasnych rzęs. + +-- Szaleńcze! -- wyszeptała zdławionym od wzruszenia głosem -- czyż +ja mogę istnieć, nie widząc cię dni kilka?... + +A do progu już zwrócona, dodała pieszczotliwie: + +-- Kochaj twoją... Żabusię!... + +Portyera zapadła, kobieta znikła, pozostawiając po sobie całą smugę +płomiennej namiętności, drgającej w powietrzu. + +Mężczyzna postał chwilkę, uśmiechając się jakoś ironicznie. + +Poczem otrząsnął się, położył na otomanie i gwiżdżąc walca, +zapalał zgasłego papierosa. + + * * * * * + +Nabuchodonozor tęsknił bardzo do mamy. Tęsknił i Rak, tęsknili +i rodzice, siedząc dokoła stołu, na którym nakrywano do herbaty. + +Na białym obrusie rozstawiono filiżanki a stary ojciec upominał +pokojówkę: + +-- A uważaj, aby samowar gotował się dobrze, bo pani pewno +zmarznięta powróci... + +A matka układała sucharki, chowając lepiej lukrowane na spód, aby +tylko dla Żabusi się zostały. + +-- Zimno jest, gdzie też ona tak długo bawić może? -- wyrzekł +wreszcie mąż. + +-- Wstąpiła pewnie do kościoła -- w adwent lubi przecież tam +chodzić wieczorem -- odrzekła matka. + +-- Jeszcze się zaziębi. + +-- Bóg ją od złego uchroni!... + +Nastało milczenie. + +Tylko Nabuchodonozor podciągał noskiem, bo cierpiał katar okropny. + +Nagle drzwi się otwarły z trzaskiem. + +We drzwiach stanęła... Żabusia. + +Cała była jeszcze różowa, w oczach grały dogasające namiętne +blaski. + +Wszyscy rzucili się do niej z krzykiem: + +-- Żabusia!... + +Ona witała kolejno każdego, rozsypując całusy jak grad cukierków. +Opowiadała przytem wiele o zimnie i o modlących się ludziach po +kościołach. + +-- Organy pięknie grają, świec masy płoną a Żabusia siedziała +w kąciku a potem na spacer pięknie poszła... + +Zrzuciła żakiecik i przygładziła rozrzucone włosy. + +-- Herbatki! prędzej -- wołał ojciec. + +-- Ja naleję!... -- dodawała matka -- biedactwo przeziębło, gotowa +zachorować... + +Ale Żabusia siedziała już na kolanach męża i śpiewała: + + Jechał pan + Za nim chłop... + +Nabuchodonozor uszczęśliwiony, opierał swą główkę o suknię, +patrząc w oczy matki, w której gasły kolejno zmysłowe ogniki. + +-- Masz dziesięć groszy -- wołała Żabusia, dając mężowi +monetę -- idź, zabaw się ty teraz... biedny... Raku! + + + + +II. + +=Koteczek.= + + +-- Co chcesz do herbatki, koteczku? + +-- Cokolwiek!... + +-- Ale przecież!... + +-- Coś taniego!... + +-- Może szynki?... + +-- Hm!... zaraz trzeba brać pół funta. + +-- Poco?... dla mnie nie trzeba, ja mam jeszcze pieczeń z obiadu! + +-- Tak?... ale zawsze to już duży wydatek, nie! -- nie potrzeba. +Zjem bułeczkę z masłem, mnie to wystarczy zupełnie. Zresztą, +oszczędzać musimy, daleko jeszcze do końca miesiąca... + +Młoda kobieta spojrzała z uwielbieniem na męża. + +Jej koteczek byłby w stanie się zagłodzić z oszczędności, gdyby ona +na to pozwoliła. Prawda, że pensyjka bardzo szczupła, gratyfikacyj +niema podobno żadnych a procent z jej posagu zaledwie piąty... + +Przynajmniej tak koteczek powiada. + +A co kotuchno powie -- to święte. Żona ślepo ufać mężowi powinna. +Tak ją od dziecka uczono. + +Tymczasem koteczek przeczytał „Kuryera” i, ziewając, powstał +z krzesła. + +Był to wielki, rosły mężczyzna, szeroki w plecach, szeroki +w karku, szeroki w czole. Zdrowie, siła biły aż odurzającym zapachem +z tych wspaniale rozwiniętych członków dobrze odżywianego +człowieka, twarz mieniła się niemal różową cerą. Jasne, delikatne +włosy uczesane dość starannie, zakrywały niewielką łysinkę, usta +foremnie wykrojone miały w sobie zmysłową wilgoć, jakby od świeżych +jeszcze pocałunków, łub połykanych ostryg, oczy senne, o namiętnem +przywarciu powiek, patrzyły z pod jasnych rzęs na wpół łagodnie, na +wpół złośliwie. + +Ręka biała, zgrabna, o długich, kształtnych palcach, gładziła +starannie uczesaną brodę, od której zdaleka rozchodziła się woń +ateńskiej wody. + +Ubranie letnie, jasne, zdrowa cera, wreszcie cała postać +wyprostowana, niezgarbiona, nieskurczona bynajmniej, nie miały cech +charakteryzujących zwykłego biuralistę, spleśniałego w cuchnącej +atmosferze wilgotnego biura. + +Koteczek był wprawdzie urzędnikiem, ale jednym z tych pomocników +buchaltera, którzy po biurach kolejowych śpią na ceratowych +kanapkach, lub zadają tłuste szarady do rozwiązywania swym kolegom, +za co pobierają pensye a nawet i gratyfikacye. + +Dziś -- koteczek wrócił wcześniej trochę z biura, zjadł skromny +obiadek, który sam zadysponował, ze smakiem, przespał się dwie +godzinki wśród kościelnej ciszy na swej ulubionej sofie, a teraz, +ubrawszy się, czytał „Kuryera” i czekał na herbatkę, którą mu +żońcia poda. + +Później pójdzie przejść się trochę. + +Ona -- zostanie w domu -- jutro pranie, bieliznę policzyć trzeba +-- wreszcie koteczek zwykle sam wychodzi. + +Żoncia zostaje, już się do tego przyzwyczaiła. Teraz do herbaty +przygotowuje, chodząc jak cień w swych biednych przydeptanych +pantofelkach, taka chuda, mizerna, znędzniała przed czasem. Ma +zaledwie dwadzieścia pięć lat a trudno byłoby oznaczyć jej wiek, +patrząc na zapadłe piersi, na żółte plamy do koła oczów, na nos +wązki, wydłużony, na całą postać schyloną tem bolesnem pochyleniem, +właściwem chronicznie cierpiącym kobietom, które zasypiają obłożone +mokremi płatami, a melisę pochłaniają garncami prawie. + +I teraz, gdy zdejmuje z półek kredensowych filiżanki i wyciera je +czyściuchną serwetką, krzywi się boleśnie, tłumiąc jęk, który jej +się na usta wydobywa. + +Lekarz mówił, że cierpienie jej pochodzi głównie z braku sił +i zalecił buliony, stare wino, surowe mięso... ba! nawet wyjazd do +Krynicy... ale lekarzowi łatwo mówić. Zkądże ona wziąśćby mogła na +takie zbytkowne rzeczy, ona, której koteczek z najwyższą trudnością +zaledwie jest w stanie tę skromną kwotę co pierwszego, na +utrzymanie domu wręczyć?... + +A potem, gdy zabraknie... a! niech Bóg zachowa! koteczek nie doda +ani grosza, choćby głodem zamrzeć przyszło. Pójdzie na spacer bez +obiadu, bez herbaty a nie doda nic, nawet z przyszłego miesiąca nie +zaawansuje paru rubli... + +Zapewne nie może. + +Ona mu tego za złe niema. O! gdzieżby znowu. Gdyby miał, toby +dał... Koteczek ma przecież anielskie serce... Niedawno kupił jej +skórzaną broszeczkę za dwa złote; kiedyś znów pozwolił jej... +natrzeć włosy wodą ateńską. + +O! gdyby on miał, dodałby jej nieraz do miesięcznej pensyi... raz +nawet dał jej na to -- słowo honoru, choć ona bynajmniej nie żądała +takiego dowodu, ona wierzy mu we wszystkiem. + +Tylko -- jakże to można pozwolić, aby koteczek -- jadł do herbaty +samą bułeczkę?!... + +Trzeba posłać po szynkę koniecznie, choćby się miał rozgniewać, +zresztą, ona wie, że koteczek pokrzepić się musi, wszak większe pół +dnia w biurze pracuje! + +A, wiadomo, biuro strasznie zdrowie niszczy. Podobno nawet suchoty +sprowadza... + +-- Nie!... Bóg by nie był tak nielitościwy i nie zabrałby jej +koteczka -- nie nawiedziłby go tak strasznem cierpieniem. + +Tak! tak! trzeba, żeby się mężuś lepiej odżywiał, trzeba, po szynkę +posłać koniecznie. + +Biegnie do komody, odsuwa szufladę, wyjmuje ostatniego rubla +i chwilkę stoi zafrasowana. Cóż będzie z jutrzejszym obiadem? + +E! -- poradzi sobie, już wie w jaki sposób. I uśmiechnięta, +pokasłując trochę, wychodzi do kuchni. Tymczasem, stojący przy +oknie mężczyzna odwrócił się i skrzypiąc butami przeszedł przez +pokój. Dobył z kieszonki od kamizelki kluczyk, otworzył małą szafkę +i z pomiędzy porządnie poukładanego ubrania, wydostał niewielki +pugilares. W pugilaresiku tym szeleściły banknoty. Otworzył go +i śpiesznie przerachował. Było tam około pięćdziesięciu rubli. +Pugilares schował do kieszeni, wyjął cieniuchną chusteczkę, +z baletniczkami po rogach zamiast monogramu, zmienił szpilkę +u krawata, poczem zamknąwszy szafkę podszedł do tualetki. + +Systematycznie zaczął czesać rzadkie włosy; przyciskając je lekko +do różowej skóry, poczem wyjąwszy z szufladki puszkę z pudrem, +pudrował się lekko, starannie ścierając veloutinę z brwi, rzęsów +i wąsów. Puder osiadał na lekkim meszku pokrywającym policzki +koteczka, tworząc w ten sposób na twarzy mężczyzny, jakby krepową +zasłonę. Poczem, lekkim a wprawnym ruchem, koteczek przyczernił +sobie brwi i rzęsy za pomocą ołówka i odsunąwszy się od lustra, +począł rozmaite podbójcze miny próbować. + +Od kilku chwil otworzyły się cicho drzwi od kuchni i do pokoju +wsunęła się żoncia. + +W ręce trzymała szynkę zawiniętą w papier, i w niemem uwielbieniu +spojrzawszy na męża, stanęła, przyciskając szynkę do piersi. + +Wydawał się jej w tej chwili tak piękny, tak elegancki, tyle od +niej wyższy i dystynkcyą i rozumem i pięknością -- że wciąż stała +zapatrzona w swoje bóstwo, fryzujące sobie teraz wąsy maluchnem +rozgrzanem żelazkiem. + +On, spojrzawszy przypadkowo na nią, dojrzał to uwielbienie malujące +się w jej spłowiałych oczach. + +-- Hm, patrz! jakiego masz męża -- wyrzekł z zadowoleniem.. + +Ona nie odpowiedziała nic. + +Uśmiechała się tylko, prostując się także, jakby z dumy... urosnąć +chciała. + +-- Możesz mnie pocałować -- dodał z pobłażliwością -- ale tu +w szyję... o!... + +Wyciągnął swą tłustą szyję dobrze zbudowanego blondyna i przymknął +oczy z dobrotliwym uśmiechem. + +Ona -- zbliżyła się szybko, zmieszana, niezgrabna, +nieprzyzwyczajona do częstych tego rodzaju pieszczot. Gdy znalazła +się tuż przy nim, taka nędzna, mała, chuda, zmieszała się jeszcze +więcej. W lustrze widziała odbicie postaci swej i stojącego wciąż +z zamrużonemi oczami męża. + +Zawstydziła się samej siebie, swego wyniszczenia, swego skromnego +szlafroka i stała niezdecydowana, cisnąc wciąż papier z szynką do +zapadłej piersi. + +Lecz on zniecierpliwił się wreszcie. + +-- No, korzystaj, kiedy pozwalam... + +Podniosła się więc na palce i cała spłoniona, pocałowała go w klapę +od jasnego żakietu, a silna woń white rose, wydzielająca się +z ubrania męża, odurzyła ją do reszty. + +Jak pijana zwróciła się do stołu, na którym zaczęła ustawiać +talerzyk i rozkładać na nim szynkę. + +Ręce jej drżały, widelca utrzymać nie mogła. + +Była w tej chwili bardzo szczęśliwa. + +Łzy jej oczy osłaniały mgłą wilgotną, serce biło w piersi bardzo +żywo. + +Tymczasem koteczek nałożył w eleganckie etui całą masę papierosów +i z małej doniczki niezapominajek, stojącej przed obrazkiem Matki +Boskiej, uszczknął gałązkę. + +Gałązkę tę zatknął sobie w butonierkę i zasiadł do herbaty. + +Żona podała mu filiżankę i nasmarowaną bułeczkę. Poczem, jeszcze +cała zmieszana, z uśmiechem na pobladłych wargach, podsunęła mu +talerzyk z szynką. + +On -- ze zdziwieniem poruszył umalowanymi brwiami. + +-- Szynka? -- zapytał. + +-- Tak, kotku -- proszę cię, jedz! -- odpowiedziała nieśmiało. + +-- Zbytki! zbytki!... -- dodał, biorąc na talerz największy różowy +płatek -- ale pamiętaj! gdy zabraknie -- nie dodam ani grosza!... +ani grosza!... + +Lecz ona zaprotestowała. + +-- Nie bój się, wystarczy!... jedz tylko!... proszę cię! + +Krzątała się koło niego, podsuwając mu cukier, masło, śmietankę. + +On -- nawet nie zważał na tę usłużność, snać przyzwyczajony do tej +troskliwości i niewolniczej czci, jaką go zwykle otaczała. + +Jadł powoli -- nie śpiesząc się, odsuwając zdaleka talerz -- +z gracyą i manierami aktorki, o której gazety piszą ciągle, że jest +„dystyngowana”. Wreszcie zapytał, nie podnosząc głowy: + +-- A ty? + +-- O! ja mam co innego -- odpowiedziała kobieta. + +Nastała znów chwila milczenia. + +Jakże chętnie pragnęła żoncia -- zacząć jakąś dłuższą z swym +koteczkiem rozmowę. + +Lecz o czem? -- o czem ona mówić mogła, pogrążona cała w drobnych +kłopotach swego nędznego gospodarstwa, pomiędzy imbrykiem melisy +a wiązką rzodkiewki. Instynktem zgadywała, że podobne przedmioty nie +są odpowiednie dla jej eleganckiego koteczka, który w tej chwili +tak delikatnie, tak ślicznie mieszał łyżeczką herbatę... + +I w głowie tej kobiety powstała myśl bardzo zuchwała. + +Gdyby tak koteczek zechciał dziś cały wieczór poświęcić dla niej, +dla niej wyłącznie -- pozostać w domu! + +Gorąco jej bije do głowy na samą tę myśl... Jakże to byłby miły dla +niej wieczór! jakże jej szczęście byłoby zupełne!... + +Ma wprawdzie liczyć brudną bieliznę -- ale może to odłożyć do +jutra... + +Siedzi więc pochylona nad swoją filiżanką i w biednej głowie szuka +zawzięcie sposobu, aby stać się miłą, rozmowną. + +Wzrok jej pada na leżący na ziemi Kuryerek. + +-- Co tam w Kuryerku -- zapytuje niepewnym głosem. + +-- Przeczytasz sama -- odpowiada mąż. + +I znów nastaje milczenie. + +Kobieta prawie rozpaczliwie wodzi wzrokiem dokoła. + +Tak mają mało spójni moralnej, że wszystkie jej wysiłki pozostają +bez skutku. Wreszcie on wstaje, ociera starannie wąsy i raz jeszcze +podchodzi do lustra. + +Ona wie dobrze, co to znaczy. + +Za chwilę koteczek wyjdzie a ona, ona, zostanie sama! na cały +wieczór, na długi, smutny wieczór! + +Zapewne -- jest do tego przyzwyczajona. Ale dziś szczególnie jej +smutno. Wszak to dziś rocznica ich ślubu... + +On o tem zapomniał zupełnie... + +Lecz ona niezapomniała i chce mu to powiedzieć, wszak dzień taki to +prawie uroczyste święto... Lecz on wziął już kapelusz i elegancką +laseczkę, teraz naciąga rękawiczki, pogwizdując lekko. Żona zbliża +się ku niemu, przełykając z trudnością ślinę. + +-- Wychodzisz -- pyta, patrząc mu błagalnie w oczy, jak pies świeżo +obity. + +-- Naturalnie!... + +Ona przestępuje z nogi na nogę, ręce jej machinalnie wyciągają +bryty szlafroka. + +-- Zostań w domu! -- prosi cichutko. + +On odwraca ze zdziwieniem głowę: + +-- Poco? + +Tem jednem pytaniem przybija ją do miejsca. + +Tak! -- prawda! -- poco? + +Taki strojny, mądry, piękny mężczyzna, ma siedzieć w tych trzech +klatkach, których okna wychodzą na odludną ulicę... + +Ona -- ach! ona to co innego! + +Pragnie go jednak zatrzymać choćby chwilkę jeszcze. + +-- A... co chcesz jutro na obiad? -- pyta śpiesznie, wciskając +głowę pomiędzy ramiona. + +-- A!... co chcesz, byle tanie -- odpowiada koteczek, otwierając +drzwi do przedpokoju -- najlepiej barszczyk, bo może późno wrócę... + +Ona już nic nie odpowiada, tylko stoi na środku pokoju, smutna, +zgnębiona -- ujawniając w ostatnich blaskach zachodzącego słońca +swą nędzę opuszczonej i oszukiwanej kobiety. + +Nagle -- porywa się i biegnie do okna. + +On -- będzie przechodził przez dziedziniec, zobaczy go jeszcze, +może się uśmiechnie do niej, głowę odwróci... + +-- Nie! + +Przeszedł przez dziedziniec, pewnym i śmiałym krokiem, wywijając +laseczką i pogwizdując lekko. + +Dwie dziewczyny stojące koło pompy, obejrzały się za nim ze +znaczącym uśmiechem. Zniknął w ciemnej bramie, nie myśląc wcale +o tem, że na drugiem piętrze z po za białych, pocerowanych firanek +śledzą go oczy pełne łez i miłości, biedne oczy schorowanej kobiety +a zżółkłe i spieczone usta, szepczą z dumą i niewysłowionem +uczuciem: + +-- Koteczek! koteczek! + + * * * * * + +Siedziała tak w oknie z pół godziny. Była to jedyna chwila dnia, +w której oddawała się próżnowaniu. + +Wciągała zgniłe powietrze podwórka pełnemi piersiami i wpatrywała +się w szmat nieba, który zarysowywał się ostro pomiędzy szczytami +dachów. + +W trakcie robiła myślą rachunek wydatków dnia całego i układała +budżet na dzień następny. + +A wszystkie jej myśli kręciły się tylko około jednego punktu. + +Punktem tym był naturalnie... koteczek. + +Od pierwszej chwili poznania, rosły ten blondyn zaimponował jej +i oczarował jej dziewiczą istotę. + +Gdy się oświadczył o nią a właściwie o jej skromny posażek, nie +mogła szczęściu swemu dać wiary. + +Gdy odchodziła od ołtarza, już patrzyła na niego tym pokornym, +błagającym wzrokiem jak pies, którego po raz pierwszy na łańcuchu +prowadzą. + +Oddała mu się z pokorą i wdzięcznością, kryjąc rumieniec w dłoniach +i szepcząc. „Kto się w opiekę”. + +On -- wspaniale, jak dobry książę z bajki, przyjął klejnot jej +dziewictwa i pięć tysięcy rubli, które jako sierota złożone miała +w kasie oszczędności. + +Od tej chwili Józia o pieniądzach tych nie wiedziała nic. + +Należały do niego, rozporządzał niemi według upodobania. + +Ona, welon oblubienicy zamieniła na fartuch ceratowy i rozpoczęła +swą domową krzątaninę. Powoli on oddalał się coraz więcej z domu -- +wracał późno w noc, często podpity, włócząc na drugi dzień po +kątach mieszkania ten „Katzenjammer”, w zamiejskich knajpach +nabyty. Ona -- kochała go ciągle, tem psiem przywiązaniem kobiety, +dla której pierwszy mężczyzna chwytający ją w objęcia jest zarazem +jedynym przedmiotem uwielbienia. + +Koteczek nie miał błędów, koteczek był najlepszym, najmilszym, +najpiękniejszym... Dzień, w którym koteczek kładł nowy garnitur, +był dniem prawdziwego święta. + +Wzruszona, zarumieniona, drżąca, okrążała go w kółko, patrząc na +niego z podziwem. Jakże piękny! jak zgrabny był jej koteczek! Ona +sama, mój Boże!... ona nie potrzebowała się stroić. Ot byle co na +siebie włożyć. Zresztą, nigdzie przecież nie wychodziła +z koteczkiem nigdy -- gdzież znowu!... Zawsze jej coś do stroju +brakowało. To kapelusza, to bucika, to znów rękawiczki. I tak dzień +za dniem schodził. Zresztą, nie miała czasu, ani zdrowia. Ciągle +stękała, chorując już od lat czterech, zaraz po urodzeniu nieżywej +dziewczynki. Doktór mówił, że to anemia, ale ona nawet w części nie +powiedziała doktorowi, co i gdzie ją boli. Poco? -- lekarstwa +drogie a ledwo koniec z końcem ściągnąć można... + +Wprawdzie koteczek jest niewybredny, je, co mu podadzą -- nawet ją +samą do oszczędności zachęca. + +Ona nieraz dziwi się, jak mało jada w domu ten rosły, wielki +mężczyzna i frasuje się, że widocznie jadło mu nie smakuje. + +Mój Boże! robi co można przecież. Ona i sługa jadają +„plecówkę”, dla koteczka bierze się na rosół pierwsza +krzyżowa, masło także kupuje dla niego osobno... + +Mimo to, on je tak mało! + +Byleby nie zachorował z tego braku apetytu... jutro trzeba upiec +parę kurczątek i zrobić trochę sałaty... + +Ostatni rubel wprawdzie wyszedł, ale Józia ma jeszcze dwa +pierścioneczki z pozostałych po rodzicach drobiazgów. + +Zastawi je u znajomej fanciarki i dociągnie w ten sposób do końca +miesiąca. + +Mój Boże!... ile tam już rzeczy Józi spoczywa u tej fanciarki!... +i srebrne łyżeczki, i bransoletki po matce, i medalion z perełką, +ba, nawet medal od chrztu i srebrna maluchna portmonetka, złoty +zegarek! łańcuszek! wszystko! Wszystko wyniosła tak wieczorami, +gdyż mąż wyszedł z domu „przejść się trochę” -- jak mówił, +a wracał późno w noc, gwiżdżąc i śpiewając jakieś nieznane Józi +piosenki. + +Z początku przykro jej było rozstawać się z temi drobiazgami, +później oswoiła się z tą myślą. + +-- Wszak to dla... koteczka. + +Kochała go bardzo, bardzo, miłością schorowanej i zamkniętej +w domu kobiety. Gdy słyszała jego kroki na schodach, serce jej biło +bardzo silnie -- w nocy, nie kładła się nigdy, dopóki nie wrócił. +Rozbierała się wprawdzie, ale bosa i w koszuli siedziała na oknie, +patrząc w ciemną jamę bramy, czy nie dojrzy wysuwającej się +z ciemności eleganckiej postaci męża. Gdy nie powracał długo, +z najwyższym niepokojem śledziła godziny i przyciskając ręce do +piersi, szeptała: + +-- Boże mój! niech on już wróci!... + +Zdawaćby się mogło, że to namiętna kochanka oczekuje swego +wybranego na pierwszą schadzkę miłosną -- a jednak!... jakże +dalekie od namiętności było uczucie kładące w spieczone od gorączki +wargi tej kobiety modlitwę szczerą, prawie dziecięcą. + +-- Niech... koteczek wróci!... + +A przecież ten powrót koteczka nie dawał jej żadnej pieszczoty +miłosnej, żadnej chwili tej rozpaczliwej rozkoszy, która jęk prawie +z piersi kobiety wydziera. + +Koteczek wchodził wolno, systematycznie, nakręcał zegarek, zapalał +papierosa, zmieniał obuwie, wystawiając je za drzwi pokoiku, +wyciągał z krawata elegancką szpilkę i chował ją w étui. + +Wszystko to robił z właściwą sobie gracyą, nie spojrzawszy nawet na +żonę, która z po za przymkniętych powiek śledziła jego czynności, +cała w ciągłem wyczekiwaniu jakiegoś dobrego słowa, przyjaznego +spojrzenia ze strony męża. Nic -- nic! + +Koteczek zasypiał, uśmiechając się do wrażeń w ciągu wieczora +otrzymanych, do jakichś wspomnień... na myśl których -- przeciągał +się rozkosznie. + +Ona śledziła go ciągle, śledziła uważnie. + +Słabe światełko lampki płonącej przed Matką Boską oświecało +w zupełności różową twarz mężczyzny, lubieżny wyraz ust, tęgą +szyję wychylającą się z pod ukraińskich haftów nocnej koszuli. + +Instynkt samicy ostrzegał ją, że nie o niej, nie o jej uległości +i zżółkłej twarzy myśli w tej chwili ten człowiek. + +Lecz tak wierzyła mu, tak bardzo ufała w jego „małżeńską +uczciwość”, że myśl zdrady nie postała nigdy w jej głowie. + +Myśli pewnie o gratyfikacyi a może... może o niej! + +Wszak wczoraj jeszcze, wychodząc, powiedział: + +-- Dla kogóż się zapracowuję, jeśli nie dla ciebie? -- Biedny! +drogi koteczek!... + +Ach! ona by życie swoje dla niego oddała! + +I leżała tak cicho, nieśmiejąc się poruszyć, drętwiejąc w jednej +pozycyi, aby nie zbudzić koteczka, który w tej chwili uśmiechał się +tak, jak tylko nasyceni mężczyźni uśmiechać się umieją. + + * * * * * + +Kareta ruszyła wreszcie z miejsca. + +Lecz pani Lena była dnia tego w złym humorze. + +Napróżno siedzący obok niej mężczyzna uśmiechał się i usiłował +umieścić dogodnie jej kapelusz, cały z pąsowego tiulu, istne +pieścidełko wydmuchane z purpurowego obłoczka. Napróżno, zdjąwszy +jej rękawiczki, zwijał je starannie i wsuwał pomiędzy poduszki +powozu, napróżno chwalił jej nowy dolman, na który wyszło z pięćset +łokci koronki, ona siedziała ciągle chmurna, z brwiami +ściągniętemi, z twarzą gniewnie wykrzywioną. + +-- Dlaczego tak późno przyjechałeś? -- zapytała wreszcie, zwracając +się twarzą do swego towarzysza. + +-- Nie mogłem! wierz mi! -- tłomaczył się mężczyzna. + +-- Dlaczego? + +-- Bo!... bo!... mieliśmy gości!... -- odparł, udając nonszalancyę +i oglądając sobie paznogcie. + +Znać było że blaguje, lecz ona nie poznała się na tem. + +-- Kto był? -- nalegała już trochę udobruchana -- kobiety? + +-- O, zaledwie kilka! kuzynka Eszerghazy z córką -- wiesz... ta +hrabina! + +Ona potwierdziła śpiesznie. + +-- Tak! tak! mówiłeś mi już o niej, a z mężczyzn? + +-- Zwykli goście czwartkowi. + +-- Więc to jour fixe? + +-- Tak!... five o clook thea. + +Rzucił wyraz angielski, posłyszany kiedyś ze sceny, w teatrze -- +który zapamiętał i używał w razie potrzeby, co nigdy nie chybiało +efektu. I teraz dosięgnął celu. + +Kobieta siedząca obok niego zdawała się na chwilę przybita +posłyszanem słowem. + +Lecz prędko odzyskała równowagę. + +-- Nie wiem czy to wygodne -- wyrzekła -- wolę już urządzać +„receptions matinales”... + +Spojrzała na niego tryumfująco. + +On wzruszył ramionami. + +-- Zapewne, lecz już cały dzień jest zderanżowany... + +Pochylił się teraz po nad podbitą już kobietą. + +-- No, cóż?... darujesz mi to opóźnienie? -- szeptał miękim +głosem -- wierz mi, tylko obowiązki światowe mogły powstrzymać +twego koteczka, wierzysz mi? no... Leno!... + +I objął ją ostrożnie, cofając się w tył, gdyż kareta skręcała +w ciaśniejszą ulicę a na chodnikach kręciło się sporo przechodniów. + +Lena potrząsnęła wspaniałomyślnie głową. Dobrze! -- przebacza mu, +ale pod warunkiem, że to będzie raz ostatni... zapewne nie wie, że +i ona ma obowiązki światowe, które trzymają ją poniekąd na uwięzi; +jeśli on ma żonę prowadzącą dom otwarty, ona -- nawzajem ma męża, +który od niej pewnych ustępstw światowych wymaga, a przecież... + +On przyznaje jej racyę, cały rozpłomieniony tak blizką obecnością +tej kobiety, której pełny gors i błyszczące oczy działają na niego, +jak rozpalający trunek -- ostrożnie, delikatnie, szuka jej ręki +w całych falach koronek i rękę tę znalazłszy całuje długo, +wysysając paluszki o krogulczo zagiętych paznogciach... + +Ona poddaje się tej pieszczocie, jak kobieta przyzwyczajona do +podobnego rodzaju objawów powstrzymywanej namiętności -- drugą ręką +zasłania tylko twarz, gdy kareta nadto się zbliży do chodników. + +Czyni to z wprawą wielką, w ogóle czuje się zupełnie swobodnie +w tej ciasnej atmosferze powozu, w której cudzołożne szepty, śmiechy, +pocałunki zdają się drzemać wśród zagięć zniszczonego sukna +okrywającego poduszki. + +-- Gdzie dziś pojedziemy? -- pyta koteczek. + +-- Gdzie chcesz... -- odpowiada Lena -- byle nie do Marcelina... + +-- Masz racyę, kuchnia tam wcale nieszczególna... + +-- O, tak! bordeaux niepodobne do picia... + +I znów zaczyna grać ze sobą komedyę, tych dwoje ludzi, którzy się +poznali pod cieniem drzew Saskiego ogrodu i nic prawie nie +wiedzieli o sobie ani o swej pozycyi socyalnej. + +Ona -- miała w sobie przewrotnie popsutą krew semitki, wiecznie +niezadowolonej ze swego otoczenia, obnoszącej w czarnych oczach +i pełnych kształtach trzydziestoletniej kobiety -- chęć nieprawych +rozkoszy i zakazanych wycieczek. Pozowała jednak przed nim na +„damę” -- wykwintną i wytworną -- pragnęła mu imponować koronkami +wziętemi na kredyt i francuzczyzną zapożyczoną z „Rozmówek” pani +Bocquel. + +On -- dokładał wszelkich usiłowań, aby ujść w oczach tej wykwintnej +damy za człowieka bogatego, prowadzącego dom na wielką skalę. +Olśniewał ją szpilkami u krawatów, opoponaxem, jasnemi garniturami +i znajomością gabinetów restauracyjnych, po których włóczyli się +często, siedząc do późnej nocy i rozstając się pełni niesmaku +i chęci ponownego zejścia się, aby nawzajem udawać przed sobą +wytworne maniery i... namiętne porywy. + +Kareta wjechała teraz w ulicę Mokotowską i powoli skręcała na lewo. + +Wozy z beczkami zastąpiły jej drogę, woźnica wstrzymał konie na +chwilę. + +Koteczek wychylił głowę. + +-- Cóż tam? dlaczego stajesz? + +Nagle cofnął się w głąb powozu. + +Towarzyszka mimowoli spojrzała w otwarte okienko. + +Na chodniku pomiędzy gromadką bosych dzieci czekających na +opróżnienie ulicy, stała ciemno, ubogo ubrana kobieta w zniszczonym +kapelusiku na pochylonej głowie. + +W tej chwili kobieta ta z wyrazem zdumienia na pożółkłej twarzy +wpatrywała się w okienko karety, a z nawpół otwartych ust zdawał +się ulatywać jakiś głos stłumiony. + +Pani Lena odwróciła się i spytała szybko: + +-- Patrz!... ta kobieta dziwnie tu spogląda, czy może znasz ją? + +Lecz mężczyzna nie ruszył się nawet, przytulony do kąta karety, +nikczemny, nędzny w tej trwodze, jaka zwykle ogarnia każdego z nich +na widok zdradzanej kobiety. + +-- Siedź spokojnie! -- wyrzekł -- to... szwaczka mojej żony!... + +Kareta ruszyła wreszcie z miejsca, obryzgując błotem stojącą wciąż +na chodniku kobietę. + +Ona patrzyła jeszcze długą chwilę, zdumiona, przerażona -- +powtarzając cichutko: + +-- Koteczek? koteczek? + + * * * * * + +Lampka przed Matką Boską dopalała się prawie, a nikt nie myślał +o dolaniu oliwy. + +Cicho było bardzo w sypialnym pokoiku. Obadwa łóżka małżeńskie były +próżne, choć już druga wybiła na kuchennym zegarze. + +Józia, bosa i w koszuli, siedziała skulona na oknie, czekając na +powrót męża. + +Była bardzo wzburzona, niespokojna, smutna. Wszakże to wracając od +fanciarki dostrzegła w karecie obok jakiejś ładnej kobiety +mężczyznę -- tak bardzo podobnego do koteczka! + +Lecz cóżby jej koteczek robił w karecie, o tej porze, i to jeszcze +z jakąś damą?... A może to dyrektorowa biura spotkała go i wzięła +na przechadzkę... + +Szukała teraz w swej biednej głowie rozmaitych kombinacyj, +potykając się co chwila o jakąś myśl zbyt trudną... + +Nie -- stanowczo, zrozumieć tego nie mogła. + +By mąż ją zdradzał -- nie przyszło jej nawet przez głowę, jej +koteczek, zkądże znowu? + +Zanadto czystą, niewinną była w swym zastoju moralnym; +zdradzać? -- tak!... tak! to istnieje w książkach, na +scenie -- ale w życiu!... + +Gdy wróciła od fanciarki, policzyła bieliznę, pocerowała skarpetki, +zrobiła rachunek ze służącą, zadysponowała obiad, a teraz, +posławszy łóżka, usiadła w oknie, czekając na męża. + +Noc zapadła, noc ciemna, wietrzna, chłodna. Z zacienionego +dziedzińca, po zamknięciu bramy, wzbił się w górę silny zaduch +wylewanych przez dzień cały nieczystości. + +Ona -- otworzyła lufcik i przechyliła swą biedną, znękaną głowę. +Smrodliwe powietrze owiało ją. Ona -- nie czuła tego zaduchu, +przyzwyczajona do tej atmosfery, którą wciągała w siebie nocami +całemi. Przechyliła głowę i patrzyła wciąż w czarną przepaść +podwórka. + +Czekała. + +Lecz on nie powracał, rozkoszując się w tej chwili wonią +rozkwitłego bzu w podmiejskim ogrodzie i ciepłemi wargami kochanki, +z których zbierał krople wina i słodycz kompotowego syropu. + +Siedzącej w lufciku kobiecie wiatr rozwiewał rzadkie włosy i ziębił +plecy. Ona -- skurczyła się jeszcze bardziej, podsuwając pod siebie +chude, zżółkłe nogi. + +Jeść się jej chciało, obejrzała się na kredensową szafkę +majaczącą w półcieniu. Była tam wprawdzie pieczeń pozostała +z obiadu, ale koteczek dysponował barszczyk na jutrzejszy obiad, +z pieczeni będą uszka... nie można więc poruszyć, nie można!... + +Józia zwinęła się teraz prawie w kłębek i głowę smutnie zwiesiła. + +Jakoś jej tak smutno! tak bardzo, bardzo smutno, jak nigdy nie +było! + +Dlaczego? + +Wszak on wraca tak codziennie, wraca późno a ona czeka nań i zimą +i latem skurczona przy szybie, pełna niewytłomaczonej chęci ujrzenia +go powracającego. + +Zegary miejskie biją w pół do trzeciej. + +Na twarzy Józi płyną dwie wielkie, gorące łzy -- zamiast serca, +czuje że jej się otwiera rana... rana ta piecze, boli, pali jakby +zarzewie... A wynędzniałe usta szepczą: + +-- Boże!... niech koteczek wróci!... + +Jej koteczek. + + + + +III. + +=Kozioł ofiarny.= + + +Pan Wentzel zmarszczył brwi i położył kanciastą linię obok siebie. + +-- Proszę o spokój! -- wyrzekł ochrypłym głosem. + +-- Oko brandeburskie! -- odpowiedział natychmiast Julusiek. + +-- Z perską źrenicą! -- dorzucił Maryan, pakując ręce w kieszenie +od spodni. + +Pan Wentzel podniósł swą spiczastą głowę, pokrytą najeżonym włosem +i spojrzał na porozkładane na krzesłach dzieci. + +-- Proszę o spokój! -- powtórzył a wargi wybladłych ust drżały mu +jak w febrze. + +-- Patrzcie!... panu „Wentzlemu” spuchła z lewej strony +twarz -- zawołał Julusiek, mrużąc powieki. + +-- To od tych papierosów, które pokryjemu pali a nam nawet +zaciągnąć się nie da -- odparł flegmatycznie Maryan, obserwując +z ironią wychudłe policzki nauczyciela. + +Panu Wentzlowi krew uderzyła do głowy. + +-- Nie palę papierosów -- wyrzekł energicznie -- nie wmawiajcie we +mnie złych czynów, które sami spełniacie. + +Julusiek wzruszył ramionami. Maryan wpakował ręce jeszcze głębiej +w kieszenie. + +-- Nie palisz pan? -- zapytał, wydymając czerwone i pełne +policzki -- phi!... to taka prawda, jak to, że pan atramentem +dziur w butach sobie nie czernisz... Zaprzecz pan temu! + +-- Zaprzecz pan temu! -- zaskrzeczał jak mały psiak Julusiek +i w ekstazie tryumfu usiadł na stole, gdy tymczasem Maryan wciąż +kołysał się na krześle, patrząc z pod oka na nauczyciela. + +Pan Wentzel był przybity. + +Rzeczywiście, nie dalej jak wczoraj, smarował rano bielące się +wśród czarnej skóry butów skarpetki... smarował atramentem, aby nie +przeświecały zanadto, gdy wejdzie do sali jadalnej lub salonu. + +Milcząc, ujął w rękę jedną z ciemno oprawnych książek, których +stosy leżały na stole. + +-- Zacznijmy wykłady od „Historyi świętej” -- wyrzekł cichym +głosem. + +Lecz Julusiek pragnął nasycić się swym tryumfem i cały wlazł na +stół, strącając zabłoconemi nogami książki i zeszyty na ziemię. + +-- Wziąłeś pan patyk... o! taki... umaczałeś pan w atramencie +i smarowałeś pan buty... + +Pan Wentzel pobladł jeszcze bardziej. + +-- Proszę zleźć ze stołu i usiąść przyzwoicie, inaczej przerwę +lekcyę... + +-- Wielka będzie szkoda... -- mruknął Maryan. + +Julusiek odsunął się trochę i podwinął nogi pod siebie. + +-- Jedź pan -- wyrzekł -- mnie to nie przeszkadza, ja i tak mogę +pańskiego bajdurzenia słuchać. + +Pan Wentzel otworzył książkę i powoli zaczął przewracać kartki +ozdobione rycinami. + +-- Skończyliśmy na Samsonie i ucięciu włosów -- zaczął połykając +ślinę -- wiecie, że uczyniła to Dalila i... + +Na twarzach chłopców pojawił się dziwny wyraz. + +-- Musiała to być szykowna kobieta -- mruknął Julusiek, uśmiechając +się rozkosznie. -- Prawda, Maryan? + +Lecz Maryan zwrócił się teraz ku panu Wentzlowi i patrząc wprost na +twarz nauczyciela zapytał: + +-- Jak pan sądzi? brunetka była? co?... + +-- Nie wiem! -- odparł nauczyciel. + +-- Daj pokój, Maryanie! -- wrzasnął Julusiek -- albo on się zna na +tem. + +-- Hm!... -- odrzekł Maryan -- jest przecież mężczyzną. + +-- E! taki tam! -- Boże się zmiłuj!.... + +Pan Wentzel zerwał się z miejsca. + +-- Cicho! -- krzyknął, uderzając książką o stół -- cicho!... bo.... + +Głos mu uwiązł w gardle. + +Maryan i Julusiek, mrużąc oczy, przypatrywali mu się impertynencko. + +Tyle ironii mieściło się w wyrazie twarzy tych przedwcześnie +rozwiniętych dzieci że nauczyciel najczęściej czuł swą sztuczną +energię jakby zmrożoną i w głębi serca doznawał dziwnego +ściśnienia, które mu dotkliwy ból sprawiało. Czuł swą bezsilność +i milknął, połykając łzy i upokorzenie. + +Tych dwóch malców w kraciastych kurtkach, nie dorastających mu do +pasa, tyranizowało go i kark mu do ziemi chyliło. + +Cóż począć miał? + +Podszedł do okna i machinalnie otworzył lufcik. Świeże, wiosenne +powietrze wpłynęło nagle do pokoju... + +Wentzel cofnął się od okna, jakby nagle upojony. + +Przymknął oczy i stał tak blady, nędzny w smudze świetlanej, która +kładła żółte i białe tony na twarz jego znędzniałą. + +-- Moźebyś pan kończył lekcyę!... -- odezwał się nagle Maryan, +znudzony milczeniem nauczyciela. + +-- To się wie -- dorzucił Julusiek -- pan zbijasz bąki jak jaki +radca. Nic pan w lufciku nie wystoisz! Jeszcze panu oko spuchnie! + +Pan Wentzel powoli odwrócił się i zbliżył do stołu. Na twarzy jego +malowała się smutna rezygnacya. Usiadł na krześle i unikając +spojrzenia w twarze chłopców, rozpoczął wykład: + +-- Wiecie, że Samson był bardzo silny, wiecie, że gdy oparł się +o kolumny świątyni, ramionami wstrząsnął, kolumny w gruzy się +rozsypały i dach cały runął.... + +-- Albo to prawda -- przerwał Julusiek, uśmiechając się +sceptycznie. + +Maryan poprzestał na ironicznem wzruszeniu ramionami. + +Pan Wentzel ciągnął dalej: + +-- Dach cały runął, przygniatając zgromadzone tłumy. W ten sposób +więc nieprzyjaciele Samsona... + +-- E! to taka prawda jak to, że Ewa jabłko zjadła... -- przerwał +znów Julusiek. + +-- Pokonani zostali... -- brzmiał głos nauczyciela. + +Teraz Maryan poruszył się na krześle. + +-- A Adam ogryzkiem się udławił.... -- wyrzekł śpiewającym głosem. + +I gdyby nie Dalila, która... + +Lecz już słowa pana Wentzla brzmiały jedynie chyba dla niego +samego. Dzieci podbudzone w swej przekornej wesołości, jak piłkę +odrzucały sobie wzajemnie, legendy podawane im przez nauczycieli za +fakta. Dla nich, dla tych rozbudzonych przedwcześnie umysłów nie +istniał już żaden urok naiwnej wiary -- ze śmiechem i drwinami +szarpali treść Pisma, nie mogąc jeszcze zrozumieć przenośni. + +Pod gradem tych słów wyziewanych przez drobne dziecięce usta, które +zda się stworzone były do szeptania modlitwy -- pan Wentzel +siedział przybity, bezsilny -- z głową na piersi zwieszoną. +Codziennie powtarzało się to samo. + +Codziennie nauczyciel i jego słowa były przedmiotem szyderstw, +żartów i śmiechu. + +Julusiek leżał teraz już na stole, wywijając z radości nogami, +Maryan napawał się spokojnym tryumfem i pełen nieopisanej błogości +wydymał usta do niebywałych rozmiarów. + +-- Jak tam było z tym Noem? Opowiedz pan, panie Wentzel! + +-- Albo z tym Dawidem! + +-- A Zuzanna? co?... + +Płomienie przebiegły zmysłową twarz Maryana. + +-- Tak! tak!... Zuzanna!... to pyszny kawał!... + +I nagle, ni ztąd ni zowąd, rozlega się z piersi dzieci wrzaskliwy +śpiew: + + „Hopsztynder!.. Madaliński + Fiuta!... Z kopyta!... + Szara ciuch, ciuch! tańczy sobie + Z Barabaszem mazura!...” + +-- Proszę o spokój!... -- jęczy błagalnie pan Wentzel. + + „Hej kolęda!... kolęda!... + Podobał się Jewie! jeździ na cholewie + A boso go znać!... znać!... znać!...” + +Pan Wentzel głowę ukrył w dłonie. + + „A boso go znać!...” + +Lecz nagle drzwi się otwierają, i dwie postacie kobiece ukazują się +w progu. + +-- Co się to dzieje? -- pyta pani domu, chuda, płaska +blondynka -- nosząca na schylonych ramionach fałdziste +szaty wdowie. + +-- C'est atroce! -- odzywa się druga, odpinająca żwawo guziki +zniszczonego płaszczyka. + +-- Panie Wentzel, jak pan możesz pozwolić na coś podobnego?! + +Pan Wentzel powstał już z krzesła i w milczeniu układa książki +i zeszyty. Czuje, że wszystko, co powie na swoje usprawiedliwienie, +na nic się nie przyda. + +W przekonaniu matki -- „dzieci” są trochę rozpuszczone... ale +ostatecznie można na nich lekarstwo znaleźć i do posłuszeństwa +doprowadzić. + +Wprawdzie ona sama nigdy dokazać tej sztuki nie mogła, ale... +przecież... pan Wentzel jest mężczyzną! Powinien umieć nakazać +szacunek dla swoich słów i osoby. + +Więc -- słodko-kwaśnym głosem mówi to wszystko a słowa jej jak +uderzenia bicza smagają zbolałą głowę nauczyciela. + +Tak! tak!... pani ma zapewne racyę -- każdy inny na jego miejscu +poradziłby sobie z pewnością, tylko on! on! nie wie, nie umie +poskromić swych uczniów, nakazać ciszę i potrzebny spokój. + +-- Uważasz pan... -- ciągnie dalej pani Szymczyńska a głos jej +płynie łagodnie, jak szmer strumyka -- Julusiek i Maryan są dzieci +wyjątkowe, należy więc z niemi postępować w wyjątkowy sposób. +Tymczasem pan! + +Wyjątkowe dzieci z niezrównaną ironią spoglądają na pana Wentzla, +który zmieszany, drżący, spłoniony -- szorując nogami po podłodze, +ustępuje przy stole miejsca guwernantce, która, wytarty płaszczyk +ostrożnie na łóżku Julusia złożywszy, przystępuje do krzesła +z bardzo wojowniczą miną. + +Matka tymczasem zachwyconym wzrokiem ogarnia pełne policzki +Maryana i żółtą głowę Juluśka, który zdecydował się wreszcie +zsunąć ze stołu i usiąść na poręczy krzesła. + +-- Tak! tak! wyjątkowe dzieci! -- powtarza machinalnie a po +bladych jej ustach przebiega uśmiech zadowolonej macierzyńskiej +próżności. + +Pan Wentzel pochyla pokornie głowę i odwróciwszy się, drżącemi +rękami szuka w pudełku zastępującem mu szafę, czystej chustki +i swej wytartej portmonetki. Pudełko to stoi pod jego łóżkiem, +biednem, smutnem posłaniem opuszczonego wyrobnika, narzuconem dla +decorum szafirową kapą, stanowiącą własność pani domu, którą +skromny kocyk biednego chłopca raził i harmonię przyzwoitego +umeblowania dziecinnego pokoju psuł zupełnie. + +W pudełku, pan Wentzel -- nie znajduje chustki, ale za to +wydostaje zdechłą mysz, uczepioną przy zameczku portmonetki, +w której kilka miedziaków się kołacze. Jest to sprawka +„wyjątkowych” dzieci, które duszą się ze śmiechu na widok +bladości, pokrywającej nagle twarz pana Wentzla. + +Wiedzą o tem, że p. Wentzel boi się konwulsyjnie myszy i udanie się +rozkosznego figla -- uczuciem błogości napełnia ich serduszka. + +Lecz siedząca przy stole francuzka marszczy brwi i groźnie +podniósłszy rękę do góry, woła ochrypłym głosem: + +-- Attention, sales gamins! ou je vais vous ficher des claques! + +Chłopcy milkną i kołyszą się na krzesłach z mniejszym niż zwykle +zapałem. Matka zaś przesyła dyskretny półuśmiech w stronę +francuzki, która prześlicznym żargonem z Montmartre -- rozpoczyna +wykład greckiej mitologii. + +I powoli fałdzista suknia matki -- wdowy znika we drzwiach, z po za +których dolatuje wystukiwane na fortepianie jakieś „Réverie” +Aschera. + +Pan Wentzel tymczasem szamocze się ze zdechłą myszą, starając się +odczepić ją od portmonetki. Pot pokrywa mu skronie, wyraz wstrętu +maluje się w jego smutnych, wielkich oczach. + +Trwa to długą chwilę -- dzieci ciągle z pod oka obserwują +nauczyciela, tryumfując wewnętrznie. + +Wreszcie Julusiek dłużej wytrzymać nie jest w stanie. + +-- To ci pan Wentzel zdeseniał!... -- woła, podrywając się na +krześle. + +-- Jak karaluch w tataraku!... -- dorzuca śpiewająco Maryan. + +Lecz francuzka uderzeniem pięści w stół, przerywa wybuchy radości +miłych chłopczyków. + +-- Taisez vous tas des salauds! -- I nagle, sięgając do bocznej +kieszeni sukni, wydobywa dość duży rewolwer, którego otwory +pozaklejane są umiejętnie kulkami z chleba. + +-- Na! -- mówi, kładąc rewolwer na stole -- j'espère, que vous +allez vous tenir tranquilles... autrement -- je tire!... + +I dalej ciągnęła wykład przy wzorowej ciszy ze strony obu chłopców, +po których twarzach przemknął nawet cień szacunku. + +Pan Wentzel tymczasem uporał się z myszą i wziąwszy ze stolika +wytarty i zrudziały kapelusz, gotował się do wyjścia. Z rodzajem +zazdrości spojrzał na zniszczoną twarz francuzki i na leżący na +stole rewolwer. + +Tak! widocznie inni ludzie posiadali dar wpływania dodatnio na +te... wyjątkowe dzieci -- on, jeden tylko nie, on jeden!... + +Stłumiwszy westchnienie, ujął cicho za klamkę i wysunął się +z pokoju. + +-- Junon dévorée par la jalousie, épiait Jupiter... -- mówiła +francuzka, wykrzywiając przytem swą twarz nakształt maski +klowna -- et Jupiter aimait Jo... -- ochrypłym głosem. + +Zagłębiła się teraz w miłostki Jowisza z całą lubością +bulwarówki; po jej ustach igrał od czasu do czasu uśmiech +a ręka machinalnie poprawiała rzadką na czole grzywkę. + +Julusiek, trochę znudzony, gonił czasami migające po suficie +słoneczne plamy i usiłował zwinąć język w łuk, zwany „klops”. +Tylko Maryan, zasłuchany w słowa francuzki, ślizgał się wzrokiem +po jej piersi rysującej się dość wyraźnie pod opiętym stanikiem. + +Patrzył, oczy mrużył i usta wydymał... + + * * * * * + +-- Chwilkę, panie Wentzel, proszę tylko o krótką chwilkę!... + +I Ewelinka, powstawszy od fortepianu, potrząsnęła głową ubraną +w całe pęki loków. + +-- Gdzie pan uciekasz? Nigdy niemasz czasu... a ja tu sama tak +siedzę!... + +Ostatnie słowa podkreśliła znacząco powłóczystem spojrzeniem. + +Pod wpływem tego spojrzenia pan Wentzel pobladł jeszcze bardziej, +niż na widok myszy. + +O! gdyby wiedział, że Ewelinka obecnie „marzy” w salonie +i fortepian... „gniecie”, jak mówił Julusiek -- byłby z pewnością +umknął przez kuchnię, choć i tam kucharka witała go niedwuznacznem +mruczeniem i dowodzeniem, że „rosół się jej utrzęsie w garnku, +skoro choroba pana Wentzla _bez_ kuchnię niesie”... + +Lecz pan Wentzel stokroć wolałby już narazić się na gniew kucharki, +niż poddać się magnetycznym spojrzeniom Ewelinki, dopełniającej +w ten sposób pensyjnej edukacyi i probującej siły swych wdzięków na +nieszczęsnym nauczycielu swych braci. + +-- Zagram panu Aschera... -- wyrzekła, sznurując dość duże +usta -- przewracaj mi pan kartki... + +Pan Wentzel rozpaczliwie zaczął przestępować z nogi na nogę. + +-- Chcę iść... na pocztę -- wyjąkał cichym głosem. + +-- Poczta nie ucieknie -- szeptała panna, przechylając się w łuk, +dla uwydatnienia wypukłości bioder -- a wreszcie, ja proszę!... + +Ostatniemu słowu towarzyszyło znów wymowne spojrzenie. + +W chorej piersi pana Wentzla serce zabiło gwałtownie, krew uderzyła +mu do głowy i czerwonym płomieniem oczy zasłoniła. + +Ewelinka uśmiechała się zadowolona. Chciała doświadczyć czy +„powłóczyste” spojrzenie „działa” i przekonała się, że +istotnie jest to dobry lep i niekosztujący zbyt wiele zachodu. + +Lecz podbudzona w swych doświadczeniach kokieteryjnych, pragnie +dalej prowadzić rozpoczęte dzieło. + +-- Pan mnie unika, panie Wentzel -- zaczyna znowu, grając dość +fałszywie „nokturno” -- pan mnie unika, o! ja to czuję!... + +Pan Wentzel nie śmie zaprzeczyć. Stoi jak słup soli, zaciskając +konwulsyjnie pięści. W gardle czuje dławienie, usta mu drżą +nerwowo. + +Tymczasem dziewczyna przechyla głowę i mrużąc lekko oczy, wpatruje +się w swą ofiarę. + +-- Pan odemnie ucieka, a ja cierpię!... + +„Nokturn” rozpływa się w przyciszonym akordzie. Ewelinka +z wdziękiem opiera głowę o pulpit i pozostaje w tej pozie chwil +kilka, żałując, że nie może widzieć samej siebie i ocenić w całej +malowniczości sytuacyę, w której się znajduje. + +Pan Wentzel tymczasem mieni się na twarzy wszystkiemi kolorami +tęczy. + +Boże mój! ona... przez niego cierpi, a on stoi jak wkuty w dywan, +nie mając siły, aby powiedzieć słowo na swoje usprawiedliwienie!... + +Ewelinka obserwuje go z pod oka. + +Cieszy się serdecznie rozpaczą wyrytą na chudej twarzy chłopaka. + +Cierpi! mężczyzna cierpi z jej powodu! + +O radości! + +Nie wie jednak jak wybrnąć z tej sytuacyi. Czy, podawszy rękę, +zmusić go do uklęknięcia, czy oddalić się, jak „senne zjawisko”, +pozostawiając po sobie „szmer jedwabnej szaty”... + +Wybiera to drugie, odkładając tryumf zupełny na później i zerwawszy +się z wdziękiem z taburetu, przebiega salon z szelestem świeżych +spódniczek a odwróciwszy się na progu rzuca osłupiałemu Wentzlowi +dwa słowa: + +-- Do wieczora!... + +Lecz scena ta ma świadka w osobie matki-wdowy, która suwa się jak +cień po całem mieszkaniu, udając gorliwe wypełnianie swych +obowiązków. + +Przed wrytym w ziemię Wentzlem zjawia się teraz nagle surowa, +sztywna, pełna godności. + +-- Co pan tu robisz, panie Wentzel? -- pyta majestatycznie -- +proszę się nie zapominać! nie za-po-mi-nać!.... + +I odwraca się, jakby z jednej sztuki wykuta, owijając nogi +nieszczęsnego nauczyciela w fałdy swej długiej szaty. + +Pan Wentzel skłania się nizko i cofa się tyłem w stronę +przedpokoju. Otwierając drzwi, słyszy brzęk szkła i odwróciwszy +się, dostrzega Justysię, pokojówkę, strącającą szczotką +pogruchotane kinkiety. + +-- Wszystko przez pana -- mruczy pokojówka -- szarpnąłeś pan +drzwiami, że się we mnie wszystko zatrzęsło... + +Pan Wentzel na palcach sunie przez przedpokój. + +-- Czysto jak zmora, albo hałasuje, albo milczkiem lezie... + +Pan Wentzel przy drzwiach prowadzących na schody podnosi zasuwkę +i ujmuje klamkę. + +Justysia oparta na szczotce, patrzy z pogardą na jego wytarty +surducik i wązkie ramiona. + +-- To ci mężczyzna! -- szepcze, pociągając nosem. -- Ni do Boga ni +do ludzi... + +Pan Wentzel gorączkowo zaczyna zbiegać po schodach. + +Tymczasem w pokoju Ewelinki cicho odbywa się scena. Pani +Szymczyńska uznaje za stosowne przestrzedz córkę przed +niebezpieczeństwem, na jakie się naraża, pozostając sam na sam +z mężczyzną. + +Lecz Ewelinka smaruje sobie nos kremem Simona i pogardliwie wzrusza +ramionami. + +-- Z jakim mężczyzną mnie widziałaś? -- pyta, odymając usta. + +-- Z panem Wentzlem!... + +-- A!... + +-- No... zaprzeczysz temu, że nie byłaś z nim przed chwilą... +w salonie -- mówi, jąkając się matka, której zimna krew Ewelinki +i jej wzgardliwe miny prawie od chwili urodzenia córki imponują +i pewność siebie odbierają. + +Ewelinka teraz pudrem Simona bieli się na potęgę. + +-- Byłam... -- odpowiada wreszcie -- byłam, ale taki p. Wentzel +przecież się nie liczy... + +-- Przecież jest mężczyzną... + +Ewelinka spojrzała na matkę z litością. + +-- Mężczyzną?... to nędzna imitacya -- nie żaden mężczyzna!... + +I poszła odwijać z cienkich obsłonek mydło Simona, mające własność +„udelikatnienia naskórka”. + + * * * * * + +„I ftobie jednym czała nasza nadzieja, synu najmilszy, com cię +własnemi piersiami wy karmiła i sboleniem sercowem wyhodowała”... + +Pan Wentzel rękę przesunął po oczach, bo jakaś mgła wilgotna +źrenice mu przysłaniać poczęła. Ten kawałek grubego, ordynarnego +papieru, zakreślony krzywem i niewprawnem pismem, szarpie mu duszę +na kawałki. + +Odebrał przed chwilą z poczty ten list od matki, ubogiej +sklepikarki w małej podgórskiej mieścinie, gdzie i on spędził swe +dziecinne lata. Gdy listy przychodziły dawniej do domu pani +Szymczyńskiej -- „wyjątkowe” dzieci na dobrze bawiły się +„koszlonami”, z jakich złożony był adres. + +Od pewnego więc czasu pan Wentzel odbiera listy matki z biura +pocztowego i siada w małym ogródku, otaczającym gmach pocztowy, dla +odczytania i odcyfrowania hieroglifów, z jakich się zwykle listy te +składają. + +I teraz siedzi na wilgotnej ławce, tuż pod krzakiem bzu, który +dopiero pączki wypuszczać zaczyna. Dokoła, kilka chudych drzewek +wznosi swe bezlistne gałęzie, pies jakiś błąka się po trawnikach, +grzebiąc łapami w czarnej ziemi, poprzecinanej wązkiemi paskami +zieloności. + +W powietrzu unosi się ciepła wilgoć, która piersi smutkiem tłoczy +i moc wspomnień nasuwa. Pan Wentzel raz jeszcze powoli list +przeczytał, poczem pochyliwszy na piersi głowę myśleć począł. + +W nim jednym cała nadzieja! + +Cała nadzieja tych dwojga starców zgiętych od pracy, nędzy +i smutku! Jak w tęczę, tak patrzą w niego ci rodzice, którzy, +odmawiając sobie kawałka mięsa, chwili spoczynku -- do szkół go +wysłali i teraz czekają plonów z tej mozolnej, ciężkiej pracy. + +On wie, on to czuje, że jemu ustawać w pracy niewolno, że wszystko, +co znosi w domu pani Szymczyńskiej nadal znosić powinien, bo kąt, +w którym stoi łóżko jego, ma dach nad głową, bo łyżka strawy, +która mu nieraz przez ściśnięte gardło przejść nie może -- trzyma +go przy życiu -- jego i tamtych dwoje!... + +I widzi ich w czarnej jamie sklepika pomiędzy workami kartofli, +beczką nafty, pękami drzazg, widzi ich schylone postacie, słyszy +kaszel ojca, stękanie matki; woń stęchlizny i wilgoci owiewa do +koła... + +Biedni! biedni starzy!... + +Lecz on? On sam, czyż nie cierpi, czyż te upokorzenia, te tortury, +które codziennie z Julusiem i Maryanem przebywa, te noce spędzane +bezsennie nad książką, te ranki, wśród których znużone ciało domaga +się chwilki snu, te zaparcia się wszelkich uciech młodości, +uśmiechów, swobodniejszej myśli!... czyż to się zliczyć daje? + +Zresztą, dość spojrzeć na niego, gdy tak siedzi nędzny i blady, +w jasnych promieniach wiosennego słońca. Twarz ma żółtawą +z zielonawym, prawie trupim na skroniach odcieniem, piersi wklęsłe, +plecy wypukłe, nogi wychudłe. + +Jest brzydki, nędzny, śmieszny -- wie o tem, czuje to i jest bardzo +nieszczęśliwym. + +A jeszcze w dodatku serce mu bije gwałtownie i coś się przed nim +majaczy, jakiś uśmiech dziewczyny, jakiś akord „nokturna” +zasłyszanego przed chwilą... + +Wszystko to gnębi go i dręczy nad wyraz. + +Ciasna klatka piersiowa niemoże pomieścić tylu wrażeń, które razem +z ciepłą wonią wiosenną do jego piersi się cisną. + +Coś go dławi w gardle, oddech mu tamuje. O! ta wiosna!... czyż ona +istnieć powinna dla takich, jak pan Wentzel, nędzarzy?!... + +Pies, plączący się po trawniku, zbliżył się teraz do ławki i przed +nogami Wentzla przesuwać się począł. + +Był tak jak i Wentzel nędzny, wychudły i oddychał ciężko. + +Chłopiec nachylił się nad zwierzęciem i brudne jego kudły +delikatnie gładzić począł. + +Bezdomne zwierzę oparło łeb o kolana człowieka, wpatrzyło się +w bladą twarz, pochyloną nad niem i nagle, przeciągle zawyło. + +Wówczas z ciemnych, smutnych oczów pana Wentzla stoczyły się dwie, +wielkie łzy... + + * * * * * + +Gdy „wyjątkowe” dzieci weszły do salonu wraz ze swoim nauczycielem, +kilkanaście osób na wzór manekinów zapełniało fotele i kozetki. Był +to jour fixe i pani Szymczyńska uważałaby sobie za straszne +uchybienie, gdyby przynajmniej ze sześć brzydkich, jak noc, panien, +takaż ilość wychudłych mężczyzn i odpowiednia liczba mam, nie +wynudziła się wśród ścian jej salonu. + +Pan Wentzel wprowadzał zwykle swych uczniów, drżąc na myśl +wystawienia na światło licznych kandelabrów, wyplamionego tużurka +i gumowych kołnierzyków. + +Była to dla niego najcięższa chwila w całym tygodniu. + +Zwykle Maryan i Julusiek, ukłoniwszy się gościom, zwracali się +z dowcipnemi uwagami w stronę swego kozła ofiarnego. + +Lecz dziś pan Wentzel był stokroć więcej zmieszany niż zwykle. +List matki, poranne przejście z panią domu a wreszcie scena +z Ewelinką -- odbierały mu resztę przytomności. + +Ewelinka w gronie panien rozpoczęła właśnie zajmującą rozmowę +o emancypacyi kobiet, pragnąc ją oprzeć na całkiem nowym gruncie, bo +na darwinowskiej przemianie gatunków. Ewelinka lubiła popisywać się +ze swą „głęboką wiedzą”, nie zaniedbując przytem powłóczystych +spojrzeń. + +Wypróbowała je rano na panu Wentzlu, była więc pewną swego i gradem +ognistych spojrzeń obsypywała młodziuchnego blondynka, który jak +wiśnia rumienił się i obrywał guziki u rękawiczek. Pan Wentzel, +wciśnięty w kąt, stał, opierając się plecami o ścianę. + +Po nad nim, płonęły świece kinkietu i oblewały go złotawym blaskiem +i kroplami stearyny. Maryan zajął jedno z lepszych miejsc, tuż obok +dobrze wydekoltowanej mężatki i włożywszy ręce w kieszenie, patrzył +i usta wydymał. + +Julusiek zatrzymał się chwilę przed panem Wentzlem. + +-- Cóż pan tak tkwi koło ściany? -- Niemoże pan usiąść?... + +Pan Wentzel obejrzał się za fotelem, czując, że parę osób zwraca na +niego uwagę. + +W pobliżu właśnie stał wspaniały fotel obrzucony makatą. + +Pan Wentzel osunął się na niego machinalnie. + +Julusiek wzruszył ramionami. + +-- Na fotelu? -- zaskrzeczał, podskakując na jednej nodze -- jak +jaki obywatel?... niemożesz pan na krześle?... + +Osoby siedzące bliżej zaczęły się uśmiechać. + +Julusiek uczuł, że odnosi sukces i podniósł głowę z prawdziwym +tryumfem. + +Pan Wentzel zacisnął usta i nie śmiał oczów oderwać od ziemi. + +Wniesiono herbatę. + +Julusiek porwał z tacy filiżankę i zbliżył się z nią do +nauczyciela. + +-- Napij się pan herbaty! -- mówił, pakując się na kolana +Wentzlowi -- wyglądasz pan jak śmierć angielska... pij pan... + +I potrącił filiżankę, wylewając gorący płyn na ręce i tużurek +Wentzla. + +-- Potem powiedzą, żeś się pan u nas zagłodził... -- dodał, +wykrzywiając się jak stary pajac. + +Pan Wentzel ujął filiżankę i oglądał się za łyżeczką. + +-- Czego pan szuka?... + +-- Łyżeczki! + +-- A to po co? + +-- Zamieszać! + +-- A niemożesz pan palcem?... + +I zlazłszy z kolan nauczyciela, „wyjątkowe” dziecię zmieszało się +z tłumem gości, depcząc po jedwabnych trenach dam i lakierkach +mężczyzn. + +Pan Wentzel pozostał w swoim kąciku z filiżanką herbaty w ręku. + +Przed nim jakaś tęga brunetka prezentowała swą pełną szyję +w oświetleniu płynącem z góry. Jej obnażone ramiona, fałda ciała na +karku, fałda pełna tajemniczego cienia, mieszała pana Wentzla +i napełniała jakąś bojaźnią. Sam nędzny i chudy lękał się dobrze +rozwiniętego kobiecego ciała. + +Zapach, wydzielający się z sukien brunetki, odurzał go do reszty. + +Przytem głos Ewelinki, donośny, trochę nosowy, jej śmiech nerwowy, +nadto dobrze „ułożonej” panny, wstrząsał mu serce. + +Uczuł się blizkim zemdlenia. + +Nagle, z tego pół snu zbudził go skrzeczący głos Juluśka. + +-- Czyś się pan kiedy kochał? + +To wyjątkowe chłopię w ten sposób interpelowało rumianego +blondynka, siedzącego obok Ewelinki. Mimowoli, rozmowy ucichły. +Julusiek miał własność śmieszenia całego towarzystwa, oczekiwano +więc na coś bardzo dowcipnego. + +Malec uczuł się panem sytuacyi. + +Potrząsnął żółtą czupryną i rozstawił szeroko nogi. + +-- No! powiedz pan, czyś już się kochał?... + +-- Nie... -- wybąknął blondynek -- jestem jeszcze zamłody... + +Julusiek szeroko otworzył oczy. + +-- Phi!... -- skrzeknął -- a pan Wentzel młodszy od pana a już się +kocha... + +Wszystkie oczy zwróciły się teraz ku nauczycielowi, który otworzył +usta, jakby chcąc coś powiedzieć, lecz głosu mu zabrakło. + +-- Jabym panu powiedział w kim -- ciągnął dalej Julusiek -- ale +uprzedzam pana, że oni mnie zaraz za drzwi wyrzucą, bo ja prawdę +powiem! O! Jewelinka i pan Wentzel, to się mają ku sobie... + +Purpurą oblała się twarz Ewelinki. + +-- Panie Wentzel! -- zawołała, drżąc cała ze złości -- proszę Julka +wyprowadzić i zamknąć się z nim w dziecinnym pokoju... + +Pan Wentzel podniósł się, czepiając poręczy fotela. + +Żyły mu na skroniach nabiegły, wyglądał jak pijany. + +Chciał podejść do Juluśka, lecz malec szedł już ku drzwiom, dumny, +zadowolony z uczynionego wrażenia, mrucząc ciągle: + +-- A co? Niemówiłem, że gdy powiem prawdę, to mnie za drzwi +wyrzucą?! + + * * * * * + +W dziecinnym pokoju pali się niewielka lampa, przysłonięta zielonym +abażurem. Julusiek i Maryan zdaje się śpią spokojnie w swych +łóżkach, ponakrywani stosem kołder i kołderek. + +Koło stołu siedzi pan Wentzel, kurcząc pod krzesło nogi +w zaplamionych atramentem skarpetkach. Przed nim leżą nożyczki, gruba +igła, motek nici i kilka guzików. Pan Wentzel zabrał się do łatania +swej codziennej kurtki i jakoś mu idzie niesporo. Kłuje się +w palce, ściegi daje monstrualnych rozmiarów. Miał zamiar sprawić +sobie nową kurtkę na wiosnę, ale namyślił się -- zrobi inaczej. +Pieniądze te pośle rodzicom, właśnie matka pisała, że sklepik nic +nie przynosi, ojciec coraz słabszy... + +Pan Wentzel matce odpisał, guldeny w list włożył i teraz, szyjąc, +spogląda z rozrzewnieniem na kopertę, która za dni parę +w zczerniałych od pracy rękach matki będzie. + +I wśród tej ciszy nocnej, w wyobraźni swej widzi pomarszczoną twarz +ojca, wybladłe lica matki, którzy z radością nad listem się pochylą +i sylabizować literę po literze będą. + +Biedni! biedni starzy!... + +Pan Wentzel prawie uśmiechać się zaczyna. Na chwilę zapomina o swej +nędzy, ciesząc się, że radość innym sprawia. + +Nagle, jakby na komendę, z dziecinnych łóżek podnoszą się dwie +rozczochrane głowy i rozlega się wrzask, od którego pan Wentzel +drżeć i blednąć poczyna. + + „Hopsatynder Madaliński + Fiuta! z kopyta. + Szara ciach, ciach!.. tańczy sobie + Z Barabaszem mazura! + Ej kolęda!... kolęda!...” + + + + +IV. + +=Kundel.= + + +-- Cóż u dyabła starego? Dlaczegóż nie mam i ja zrobić +karyery? -- zawołała Resia, ciskając obszarpaną książkę na ziemię. + +Zerwała się z obdartej sofy a pociągnąwszy falbaną szlafroka kawał +sprężyny i pęk siana, poskoczyła ku oknu. + +Ładnie tam było na dworze, choć trochę jeszcze chłodno. Resia +nieuczesaną głowę wytknęła przez okno a wiatr wiosenny rozwiewał +jej kręte, czarne włosy. Ona od czasu do czasu dmucha silnie, chcąc +odpędzić natrętne kosmyki, które kręciły się koło jej wybladłych +warg lub czepiały się długich rzęs i wzrok zasłaniały. + +Była to jeszcze młoda dziewczyna, pysznie zbudowana, brudna +i pokryta piegami. Stanowiła najwytworniejszy okaz wesołych cór +miasta -- i odznaczała się szczytną głupotą, dobrem sercem +i zamiłowaniem do pieczonej gęsi. + +Lubiła przytem pieniądze (była żydówką), nowe buciki, karmelki +i zwykle w zimie, o szarej godzinie, piekła sobie na trzech +patyczkach jabłka, kiwając się i mrucząc jakąś monotonną piosenkę. +Umiała czytać, lecz za to nie umiała pisać, jadła chleb ze szmalcem +na obiad a potem, nie umywszy rąk, nacierała się „chyprem”. + +Paliła papierosy i czesała się raz na tydzień, była antisemitką +w całem słowa znaczeniu a na kwestyę emancypacyi kobiet nie +zapatrywała się wcale. + +Dnie całe leżała na swej sofie, paląc papierosy, dopiero +z nadejściem zmroku budziła się ze swej bezczynności. + +Wstawała wtedy, mrucząc i plując po kątach i szczoteczką od +zębów czyściła buciki a bieliła twarz kredą w braku pudru. +Potem -- usiadłszy przy oknie, czekała na... Kundla. + + * * * * * + +Kundel ten był obecnie jej wielką miłością. Był to mały, potwornej +brzydoty chłopak, syn jednego ze znaczniejszych urzędników miasta. +Przysłowiowo brzydki, był dziwnym okazem jakiejś brutalnej +zuchwałości i bezczelnej arogancyi, któremi w domowem zaciszu +uzyskał słodkie miano... Kundla. Wielka jego głowa, pokryta +rozwichrzoną, olbrzymią czupryną, miała kształt prawie +czworograniasty; wyraz małych oczek i ust wydętych, obrosłych +sterczącym, rudawym włosem, znamionował upór, przewrotny spryt +i jakieś niczem nieukrócone zuchwalstwo. Trzymał zwykle ręce +w kieszeniach od spodni i nosił małoruskie koszule, najczęściej +rozpięte na piersiach. Mówił powoli, zacinając się na syczących +spółgłoskach i miał zupełnie odrębny sposób wyrażania się, który +trwogą przejmował słuchaczów. + +W domu był postrachem matki i sióstr, dwóch młodych dziewczynek +słodkich i nieśmiałych, tulących się do kątów, gdy Kundel -- +podczas nieobecności ojca -- zjawiał się w salonie lub jadalni. +Matka sama podnosiła ku niemu błagalnie oczy, w których nierzadko +przewijała się łza.. + +Lecz Kundel urągał wszystkiemu. Mówił że jest „wyższy nad świat +cały” i rozwalając się na kanapie przetrawiał, ziewając, resztę +nocnych pochulanek i pochłoniętego piwa. Zrodzony z rodziców +szczytnie „bürgerskich” -- według jego słów własnych, niewiadomo +zkąd rozwinął w sobie naturę nocnego włóczęgi i junakieryę bursza. +Całe dnie włóczył się w przydeptanych pantoflach po czyściuchnych +pokojach, wytrząsając popiół z fajki na dywany lub fotele. Gdy mu +ktokolwiek zrobił jaką uwagę, odpowiadał chrapliwym głosem: + +-- Odsuń się, bo cię psom oddam na pożarcie a krwią twoją drzwi +mego przedpokoju pomalować każę! + +Miał lat dwadzieścia i skończył dwie klasy. Nie było siły +ludzkiej, któraby go skłoniła do powrotu do szkół. Uczył się +„prywatnie” -- doprowadzając zwykle nauczycieli do rozpaczy, lub do +dzielenia z nim nocnej rozpusty. + +Życie nie miało dlań już żadnych tajemnic, zakosztował wszystkiego +i od lat pięciu czepiał się spódnic kobiecych, pełen przewrotnej +żądzy, z której sobie doskonałą zdawał sprawę. + +Doszedłszy do lat piętnastu, był przeżytym i znudzonym starcem, gdy +wracał do domu nad ranem, twarz jego miała odcień ziemisty a oczy +czerwone i spuchłe. + +Ręce mu drżały, kąciki ust miał wiecznie zaślinione. Gdy siadał do +obiadu, nieumyty, nieuczesany i wyciągał trzęsące się palce po wino +lub cytrynę, cieszył się widocznie z nerwowego drżenia, które mu +ramię targało. + +-- Łapcie mi się trzęsą! co? -- pytał, spoglądając tryumfalnie po +obecnych, którzy, wzruszając ramionami, zdawali się zapominać +o jego obecności. + +Przyzwyczajono się bowiem w domu do tego Kundla -- na wpół +pijanego, uważającego jadalnię rodziców za przedłużenie lokalu +knajpowego. Jeden tylko ojciec umiał poskromić tę ohydną +zuchwałość. Przy nim Kundel zapinał na piersiach koszulę, schodził +do obiadu o właściwej porze i zamieniał tradycyonalne pantofle na +głębokie kalosze. Gdy spodziewano się gości, Kundel obcinał +paznogcie u lewej ręki i usiłował zaprowadzić porządek we włosach. +Był to rozkaz ojca, rozkaz wypowiedziany dobitnie, urywanym suchym +głosem. + +Głos ten oddziaływał na chłopca przynajmniej drobiazgowo +i pozornie. + +-- Stary ma fajgle, trzeba go nabrać! + +A „nabierania” tego, więcej aniżeli zwykłej zuchwałości bała się +szczególniej matka. + +Kundel bowiem, znając słabą stronę ojca, gdy zbyt wiele narobił +długów i za często był proszony do cyrkułu -- stawał się nagle +melancholijny i uczuwał potrzebę poprawy. Pragnął wtedy czystej +bielizny, mydła, książek naukowych i trochę szacunku ludzkiego. + +Wchodził do pokoju ojca na palcach, ucierał nos chustką, sługom +pozwalał przejść spokojnie a siostry głaskał po głowach, nazywając +je pieszczotliwie „małpiszonami”. + +Dozwalał sprzątać w swoim pokoju i przewracać materace na drugą +stronę, fajkę ostentacyjnie zawieszał na gwoździku i palił damskie +papierosy, mówił cieniuchnym głosem, dobierając słów a oglądając +lampę, deklarował, że „już się wszystko skończyło i on, Dyńdzio, +zabiera się do pracy...” + +Ojciec zwykle, z początku, sceptycznym wzrokiem śledził zmianę +w postępowaniu syna. Powoli jednak dawał się łudzić nadziei. Kto +wie -- może wreszcie coś się zbudziło w tej głowie mózgu pozbawionej, +w tem sercu zda się zatopionem w kale rozpustnych uciech. + +-- Patrz, duszko -- mówił do żony, która z robótką w ręku +dozorowała zabawy dwóch dziewczynek, -- ot zdaje się, że tam na +górze jakiś porządek panować zaczyna... + +Dyńdzio zajmował dwie facyatki położone na drugiem piętrze, +i domowi, chcąc unikać wymówienia imienia najstarszego z rodu, +nazywali locum Kundla „górą”. + +Matka jednak wzruszała ramionami. + +-- Pewnie coś nabroił lub chce coś uzyskać -- mówiła smutnym +głosem. + +-- No!... kto wie! kto wie! -- protestował ojciec, -- może się +wreszcie upamięta i przestanie zatruwać nam życie. + +Matce łzy stawały w oczach. + +-- Daj Boże! -- odpowiadała wzdychając. + +Lecz nie łudziła się wcale. + +Wiedziała co znaczy to „upamiętanie”. Wszakże i ona +niejednokrotnie została w ten sposób przez syna zwiedziona. +Nawskróś religijna, mająca w sobie ślepą wiarę i poszanowanie +praktyk religijnych, konfesyonałem, kazaniem chciała wpłynąć na +rozhukanego chłopca. Kundel odrazu zrozumiał, że z tej naiwnej +i pełnej adoracyi duszy -- może wyciągnąć dla siebie korzyści. + +I powoli wprowadził system dziwny a przyjęty przez matkę, która +w żarliwości swojej stała się źródłem wyzysku. + +Każdą wysłuchaną mszę, każdą spowiedź, otrzymane rozgrzeszenie, +odprawioną pokutę, każdą bytność na kazaniu -- opłacała pewną +umówioną kwotą pieniędzy. + +Gdy Kundel zanurzył swój rozczochrany łeb w cienie konfesyonału, +biedna kobieta padała na kolana, modląc się żarliwie o „oświecenie +nieszczęśliwego”. + +Lecz ten „nieszczęśliwy”, plotąc księdzu niestworzone brednie, +wyjawiając wątpliwości, od których włosy spowiednikowi stawały po +prostu na głowie, obliczał w myśli, ile to nocy bezsennych za +otrzymane od matki pieniądze w murach knajpy przepędzi. + +I długo włóczył się tak po kościołach, będąc postrachem księży, +którzy zobaczywszy przystępującego do kratek Kundla, czuli krew +bijącą im do głowy. Na mszach porannych widzieć go można było +drzemiącego obok rozmodlonej matki z oczyma zaczerwienionemi jak +u królika, z rękami brudnemi i koszulą pomiętą. + +Czasem, wpadłszy w dobry humor, „fiksował” jaką „zamodloną” +dewotkę, lub gasił świece defilującemu bractwu. + +Wreszcie matka zrozumiała, że każda spowiedź Kundla, każda msza +jest tylko dla chłopca źródłem wyzysku a pieniądze otrzymywane dają +mu możność do pogrążania się w coraz większej rozpuście. Zamknęła +kieszeń i od tej chwili, gdy Kundel zapowiadał poprawę, wiedziała +czego się trzymać w takich razach. + +Ojciec łudził się jeszcze. Gdy Dyńdzio z wielką pompą wchodził do +jego kancelaryi i zabierał librę papieru, kilka piór i pakę bibuły, +ojciec pytał go, w jakim celu bierze te foliały. + +-- Idę pracować -- będę robić notatki z „Naukowych podstaw +krytyki literackiej” Hennequina, lub ocenię którą z tragedyj +Sofoklesa -- odpowiadał Kundel, stawiając ostrożnie nogi obute w stare +kalosze, które jak dwie plamy rozlewały się na jasnem tle dywanu. + +-- Sofoklesa? -- pytał ojciec. + +-- Hm!... tak, jeśli będą tego warte. Nie wiem jeszcze. Być może, +iż sam coś napiszę, bo coś mi się w głowie... kiełbasi! Zresztą, +pracować będę do rana. Dobranoc ojcu! + +I wychodził powłócząc nogami, a zamknąwszy drzwi za sobą, uśmiechał +się złośliwie: + +-- Stary jest wzięty... pojutrze można się lansować -- a beknie +i to dobrze! + + * * * * * + +Lecz Kundel miał także w głębi duszy swojej kącik poetyczny, +w którym rosła błękitna niezabudka sentymentalizmu. Kundel był +kochliwy i jak wszyscy „przeżyci” -- w miłościach swoich dążył do +ideału. Ideał to był zupełnie odrębny od ideału Danta i Petrarki, +lecz mimo to nie przestał być ideałem, w którym Dyńdzio czerpał +natchnienie i siłę do życia. Dyńdzio cieszył się takim wstrętem +mieszkanek miasteczka, że dość było dla kobiety ujrzeć na ulicy +Kundla, aby mieć humor popsuty na dzień cały. + +Kundel nie martwił się tem wcale. Nienawidził kobiet dobrze +ubranych i jako tako wychowanych. W knajpie, po opiciu się +odpowiednią ilością piwa -- brutalnie zdzierał z każdej „damy” +kryjące obsłony i z cynizmem najwyższym obrzucał ją wyrazami +pogardy i szyderstwa. Dla niego istniała tylko „natura” w postaci +rozczochranych dziewczyn, którym jego małoruska haftowana koszula +imponowała a plugawy żargon przypominał ciemne zaułki, wśród jakich +młodość spędziły. + +Do takich więc „ideałów” Dyńdzio pisywał ody, maczając palec +w piwie i kreśląc słowa na marmurze stołu. Gdy blady świt kładł im +wszystkim na czoła zielonawe, trupie tony -- Kundel deklamował: + + Niekiedy blada Wenus z mdławym blaskiem w oku + Schodzi tu na ziemię w latarnianym zmroku. + +Dziewczyny zanosiły się od śmiechu. + +Ten Kundel! a niechże go! a to je wyzywał. Lecz on przygasłemi +oczami spoglądał na nie, jakby ze smutkiem i sącząc z kufla +resztki piwa, bełkotał: + + I uniesioną suknię wpół rozmyślnie szasta, + Ukazując światu brudnych pończoch parę... + +Zwykle Dyńdzio kochał którąkolwiek z tych dziewczyn, kochał po +swojemu, tyranizując i maltretując bez litości. Gdy przyszła kolej +na Resię, Kundel odmienił swój system postępowania. Resia przypadła +mu do gustu i cygańska natura kobiety zlała się wybornie +z brutalnem usposobieniem chłopca. Podbita jego trywialną a chwilami +znów sentymentalną namiętnością, Resia zachwycała się Dyńdziem +i dozwalała mu na wszelkie wybryki. + +Były chwile, w których Kundel nazywał Resię „nikczemną żydówką” +-- po to, aby po kwadransie nadawać jej miano Fryny i wycinać +z jej wykoszlawionych bucików greckie sandały. Poczem mówił jej +wiele o potrzebie kształcenia umysłu i obiecywał dać jej nauczyciela +angielskiego, gimnastyki i gry na cytrze. Najczęściej następowała +później mała nauczka moralna, w której „Kundel” wykładał +zdziwionej i drapiącej się w łydkę Resi, że są pewne warunki, +z któremi szanująca swą godność kobieta liczyć się powinna +a właśnie ona zdaje się urągać społeczeństwu i w skutek tego +może doznać w przyszłości zmartwień i upokorzeń. On, Dyńdzio +-- jest wprawdzie wolny od przesądów i bez kwestyi „szanuje” +w niej kobietę, ale właśnie dla tego pragnie, aby cały świat +ją szanował. Gdy Resia opornie przyjmowała podobne słowa +i w trakcie podobnej perory oddawała się sportowi dłubania +szpilką w uchu, Kundel dla poparcia swych argumentów uderzał +ją pięścią w głowę, co wywoływało oczekiwany skutek. + +Kundel obdarzał Resię prezentami i od czasu do czasu znosił do +mieszkania swej ulubionej najdziwaczniejsze przedmioty pochwytane +na kredyt po sklepach, w których przez wzgląd na rodziców kupcy nie +śmieli Dyńdziowi czegokolwiek odmówić. W ten sposób Resia posiadała +siedem par szelek, cztery pary kaloszy, trzy spluwaczki, cztery +brzytwy, jedenaście pędzli do rozrabiania mydła i olbrzymi +teleskop. Żywiła się przeważnie sardynkami, rodzynkami, paloną +kawą, pieprzem tureckim i musztardą. Nauczyła się palić papierosy +a nawet żuła tytoń jak stary turkos. + +Tego rodzaju wspaniałe „utrzymanie” zaczęło jednak powoli +niewystarczać Resi. Kundel imponował jej ciągle -- zapewne -- +a nawet teraz kiedy wymyślał światłocienie i opowiadał, że użyje +ją do „plein-air'u”, od którego świat „zdesenieje”, Resia +zapominała o pieczeniu jabłek i cała zasłuchana kucała u kolan +Dyńdzia wyciągniętego niedbale na koszlawem krzesełku. Ale... +Dyńdzio od pewnego czasu przynosił już same słoiki musztardy, +a w dzień urodzin Resi obdarzył ją męzkiem siodłem, więc dziewczyna +powoli zaczynała się niecierpliwić. W dodatku Dyńdzio, w celu +rozświetlenia umysłu swej Fryne i uczynienia z niej Lais miasta -- +przynosił znudzonej dziewczynie tłomaczenia rozmaitych francuzkich +romansów, w których imaginacya autorów wraz z potwornością fabuły +walczyła o lepsze. Resia czytała te opisy wonnych buduarów +wypikowanych atłasem, tonących w półcieniu sypialni, nocnych lamp +kryształowych migocących w przestrzeni. + +Dyńdzio dopełniał reszty. Wieczorem puszczał wodze swej +sentymentalności i tak we dwoje wśród brudu, porozlewanej wody, +połamanych grzebieni i dziurawych krzeseł, galopowali myślą w sferę +woni, połysku jedwabiu i bladych barw abażurów. + +Wreszcie doszło do takiego naprężenia sytuacyi, iż Resia, zjadłszy +dwa słoiki musztardy i trzy stare bułki, włożywszy spódnicę praną +przed pięcioma miesiącami -- zeskoczyła z sofy i stanąwszy +w lufciku powiedziała z mocą: + +-- Muszę zrobić karyerę!... + + * * * * * + +Kiedy te słowa posłyszał wieczorem, Kundel roztworzył szeroko oczy +i wydął wargi. + +-- Tego ci się zachciewa? -- zapytał. + +Lecz Resia dnia tego nie była usposobioną do żartów. + +Zmarszczyła brwi, zatopiła popękane z odmrożenia ręce +w rozczochrane włosy i nie odpowiedziała ani słowa. + +-- Cóżeś się tak nadęła jak pluskwa w maśle? -- pytał Dyńdzio. + +Milczenie. + +Dyńdzio począł się niecierpliwić. + +-- Chcesz zrobić karyerę, a cóż to... mała karyera, jaką masz +teraz? + +Resia wykrzywiła usta. + +-- O jej!... -- wyrzekła wreszcie, -- co mi z tego. Mieszkam jak +śledziarka... a czem żyję, to już wstyd powiedzieć... + +Dyńdzio machnął ręką. + +-- To wszystko marność, widzisz serce to grunt... + +Resia zamilkła i znów kiwała się długą chwilę, wpatrzona w odrapane +ściany swego pokoju. + +-- Chciałabym -- zaczęła znów powoli -- chciałabym mieć dywan na +podłodze i atłasową kołdrę, i samowar na szafie, i komodę, +i firanki, i taką lampę u sufitu z kolorowem szkiełkiem. Aj, aj! +o!... tobym chciała mieć!... + +Cmoknęła ustami i znów zakołysała się, obejmując nagiemi ramiony +swe kolana ledwo okryte cienką spódnicą. + +Słaby blask płonącej na stoliku świeczki żółtawą linią oznaczał +jej kontury. Miała w tej niedbałej pozie, w tym skurczu całej +postaci, coś z owych żydówek tkwiących w piasku pustynnym. + +-- Och ty puchu marny! -- wyrzekł wreszcie z pogardą. + +Resia wzruszyła ramionami. + +-- Żebym ja puchem była -- to dawnobym z siebie pierzynę +zrobiła -- wyrzekła sentymentalnie. + +-- Więc bogactw ci się zachciewa, ty kruku żydowski? -- ciągnął +Dyńdzio, -- bogactw? Wschodniego zbytku? Nie wystarcza ci skromny +dobrobyt, jakim cię otoczyłem? Dobrze -- poznasz więc udrękę +bogactwa! Pęknę w czternaście kawałków, jeśli od dziś za miesiąc, +ty cholero azjatycka, nie będziesz mieć tu dywanów... dzieł sztuki +i twego samowara bydlęcego na szafie!... + +Resia spojrzała na Dyńdzia z niedowierzaniem. + +-- Dyabeł wie czy to będzie, a tymczasem możebyś jutro mi coś +przysłał do zjedzenia, bo ta musztarda już mi łokciem wyłazi!... + +-- Cicho, córo Izraela! jutro ci przyślę trzy funty mydła, bo +ojciec mi kredę na mydło otwiera. Pojutrze u nas goście, więc +powiadają, że się umyć trzeba... + +Resia przysunęła się do krzesła Dyńdzia, nie wstając z klęczek. + +-- Ty i tak ładny, Kundlu! -- wyrzekła, mrużąc oczy i przeginając +się jak kotka. + +-- To się wie! -- odparł Kundel, wyciągając swe brudne ręce +i kładąc je na wspaniałych ramionach klęczącej u stóp jego żydówki. + + * * * * * + +W miesiąc później rodzice Kundla wyjeżdżali na letnie mieszkanie. + +W domu pozostawał Dyńdzio i stary stróż. + +Ojciec po dwutygodniowym na wsi odpoczynku miał powrócić do miasta +i objąć nadal swe zajęcia biurowe. + +Rano odjechali wszyscy, odprowadzeni nawet na pociąg przez Dyńdzia, +który od tygodnia zachowywał się przyzwoicie, prawie bez zarzutu. + +Nawet matka zaczęła się łudzić możliwością poprawy. Chciała mu na +samem wyjezdnem zaproponować spowiedź, ale cofnęła się +i postanowiła czekać. + +Kto wie, co się w tej mózgownicy gnieździło. + +Za to ojciec dał się unieść złudzeniu. Przestał nazywać syna +„Kundlem” a natomiast mówił mu dobitnie „Dyonizy”! -- lub +„Synu”! Dał mu trochę pieniędzy, otworzył kredyt u krawca na +dwa garnitury letnie i na wyraźne żądanie Dyńdzia sprawił mu +pół tuzina koszul z poczwórnemi gorsami. Lecz zdziwienie całego +domu dobiegło szczytu, gdy Dyńdzio zażądał fularowych chustek +do nosa, szkockich skarpetek, „Encyklopedyi” Orgelbranda +i pasty do zębów. Czemprędzej udzielono mu żądanych przedmiotów +i Kundel ostentacyjnie wycierał teraz nos w olbrzymie kolorowe +fulary, które zawsze wyglądały mu ze wszystkich kieszeni ubrania. + +Skarpetki nosił także -- wprawdzie w kieszeni, ale był to już +stanowczy zwrot ku lepszemu, i gdy pociąg ruszył, ojciec wychylił +się raz jeszcze, aby spojrzeć na Kundla stojącego przykładnie na +peronie pomiędzy posługaczami i urzędnikami kolejowymi. + +-- Stoi a nawet zdjął kapelusz i ku nam powiewał... O!... teraz, +wyciągnął chustkę i ciągle macha!... -- mówił biedny ojciec do +cisnącej się gromadki, -- doprawdy, wygląda jak porządny człowiek. + +-- Kto wie! -- szepnęła matka, -- może Bóg go wreszcie +raczy... -- i ręką opiętą w ciemną rękawiczkę, kreśliła +w powietrzu znak krzyża... ot... matka! + +Tymczasem Dyńdzio, postawszy jeszcze chwilę na dworcu, schował +płachtę do kieszeni i szybko skierował się ku domowi. + +Wszedłszy do mieszkania, zamknął drzwi na klucz i zaczął +systematycznie zdejmować ze ścian obrazy. Zdjęte składał na ziemi +jedne na drugich, nie zważając, że ramy wpijają się kantami swemi +w płótna i kaleczą, cenne oryginały i dobre kopie skrzętnie przez +ojca zbierane. + +Potem przyszła kolej na dywany. + +W gabinecie ojca było kilka wschodnich makat, miękich, o wytwornych +gustownych odcieniach. Makaty te Dyńdzio zerwał ze ścian i nie +składając zwalił na obrazy. Poczem rzucił się ku portyerom. Oberwał +je wraz ze strzałami, na których były zawieszone. Jedna ze strzał, +spadając, uderzyła go boleśnie w głowę, lecz on potarł tylko +czuprynę i rzucił się do łóżek zdzierać kołdry i poduszki. + +Z tualetki matki porwał dwa kryształowe flakony, weneckie lustro, +z małego saloniku japońskie maski, sztylety i dwa wypchane ibisy. Z +kuchni zwlókł durszlak, patelnię, wałek do ciasta, samowar +olbrzymi, mogący pomieścić do czterdziestu filiżanek, worek do +piasku, kawał wosku od podłóg i dwie żelazne dusze. Pomieszał to +wszystko z fajkami ojca, poduszką haftowaną, dziełem rąk sióstr, +z koszykiem do robót matki, gustowną szyfonierką, zerwaną ze ściany +i malowaną paterą na bilety wizytowe. + +Dopełniwszy tego dzieła, zwaliwszy jeszcze na całą kupę tych +przedmiotów cztery wyzłacane krzesełka, wschodnie lustro, dwa pufy +fortepianowe, prześliczną lampę, biuścik śmiejącego się dziecka, +świecznik mosiężny żydowski i kilkanaście sztuk srebra stołowego, +usiadł Dyńdzio na tem wszystkiem i pogwizdując oczekiwał zmroku. + + * * * * * + +Gdy zmrok nadszedł, dwóch wynajętych posłańców przeniosło na +tragach wszystkie te przedmioty do mieszkania Resi. Tragi +eskortował Kundel, kroczący z dumą i spoglądający z góry na +przechodzących. Wszyscy usuwali mu się z drogi, tylko stary stróż +mruczał, otwierając bramę, lecz przed podniesioną laską panicza +schował się czemprędzej do swej izdebki. + +Posłańcy śmieli się, dochodząc do mieszkania żydówki. Znali oni +dobrze Kundla i wiedzieli, że „panicz znów coś ukuł”. + +Zapłaceni z góry, wrzucili wszystkie sprzęty do pokoju i życząc +„dobrej nocy” -- odeszli, śmiejąc się bezustannie. + +Kundel zabrał się teraz do urządzenia pokoju Resi, która +otworzywszy szeroko oczy, przykucnęła na ziemi, oszołomiona +widokiem tylu nieznanych dla niej przedmiotów. + +Wreszcie, ośmielając się powoli, wyciągnęła z pomiędzy portyer +poduszki i oszalała z radości, poczęła je ciskać po pokoju. + +-- Z puchu! aj, aj!... z puchu! -- wołała, gniotąc je w ręku +i zanurzając twarz w szeleszczącą jedwabiem pościel. + +Na widok samowaru chwilę zamilkła, poczem podszedłszy ku niemu, +z szacunkiem przyklękła i twarz swą rozpaloną do chłodnej blachy +przykładać poczęła. + +-- Same księżne takiego nie mają! -- szeptała drżącym ze wzruszenia +głosem. + +Tymczasem Dyńdzio na brudnych odrapanych ścianach rozwieszał +obrazy, wbijając z energią przyniesione w kieszeni haki. W braku +młotka posługiwał się marmurowym przyciskiem przedstawiającym +uśpioną Dyanę. W mdłym blasku świecy zamajaczyła „Elegia” +Siemiradzkiego, energiczna „Głowa starca” Kotsisa i zabieliło się +ciało „Najady” Hennera. + +Ostatni obraz zwrócił uwagę Resi. + +-- Goła! -- wyszeptała, chichocząc się cicho. + +Lecz Dyńdzio pracował ciągle. + +Portyery wisiały krzywo, zakrywając drzwi wejściowe. Połowa tkaniny +leżała na ziemi, maczając się w strudze wody, płynącej z rozbitego +dzbanka. + +Na podłodze Kundel porozrzucał makaty, a rozsypane pod niemi +węgle trzeszczały za każdym krokiem. Stara sofa została nakryta +gobelinem, przedstawiającym Pallas Atenę, a złocone krzesełka +stanęły dokoła stołu pokrytego batystową kapą ściągniętą +z łóżka jednej z siostrzyczek. + +Durszlak, patelnię, wałek do ciasta -- Resia poustawiała na +komodzie wraz z flakonami kryształowemi i weneckiem lustrem. + +Zbytkowne wydanie „Pana Tadeusza” poszło dla braku miejsca pod +szafę. Ten sam los spotkał wyborną kopię z Ary Scheffera i śliczną +broń gallo-romańską. + +Wreszcie na łóżko Resi, rzucono poduszki oszyte cienką, nicianą +koronką i na ciemnem z brudu prześcieradle rozłożono atlasową +pąsową kołdrę -- jeszcze wyprawną matczyną. + +Wreszcie Kundel zatarł ręce i czując się znużony, zasiadł z nogami +na sofce, znacząc ślady błota na twarzy Pallady. + +-- Masz... coś chciała -- wyrzekł dobywając z kieszeni fajkę +i zapalając ją ze smakiem. + +A Resia, leżąc na ziemi, z włosami rozczochranemi, z policzkami +rozpalonemi tarzała się wśród makat, dotykając co chwila ręką +samowaru i żydowskiego świecznika, który o mało ją nie wprawił +w szaleństwo. + +-- Aj! aj!... takie bogactwa!... -- mruczała cmokając. + + * * * * * + +W trzy tygodnie później, inna odbywała się scena. + +Ojciec Dyńdzia, powróciwszy do miasta, z najwyższem przerażeniem +dostrzegł spustoszenia poczynione w mieszkaniu. Co więcej -- Kundel +od chwili powrotu ojca wcale się w domu nie pokazał. Zawezwana +telegraficznie matka przyjechała i z pomocą stróża i owych +posłańców odkryła miejsce, w którem mieściły się wyniesione +z mieszkania przedmioty. Również domyślono się, że tam a nie +gdzieindziej kryje się zapewne Kundel, obawiając się skutków swego +zuchwalstwa. + +Rozpoczęło się parlamentowanie. + +Kundel, zaatakowany listem ojca, zagroził w razie użycia środków +represyjnych, strzeleniem sobie w łeb. + +Serce rodziców zadygotało, postanowiono obniżyć kamerton i matka +zaproponowała listownie ugodę pokojową. + +Kundel odpowiedział zimno i spokojnie, że po głębokim namyśle +przychodzi do przekonania, iż rodzice nigdy nie zechcą go uważać za +dojrzałego mężczyznę, który wie co robi i za każdy swój krok przed +Bogiem i honorem odpowie. Że znudzony bezczynnością, powróciłby +może na łono rodziny, ale tylko w tym razie, jeśli zapewniona mu +zostanie stała miesięczna renta i za zwrócenie zabranych +przedmiotów pewna suma pieniężna. + +Kilku dni ciągnęły się te pertraktacye pokojowe, a w miarę czasu +rosły pretensye i zuchwalstwa Kundla. Matka płakała po kątach +a ojciec targał wąsy, patrząc na opustoszałe ściany, w których +tkwiły gdzieniegdzie haki lub zwieszały się porwane liny. + +Wreszcie dnia jednego zajechała z hukiem przed dom dorożka +i wysiadł z niej Kundel, rozczochrany, obdarty, wychudły. Na samym +wstępie uderzył w głowę stróża, który go zdradził i wyjąwszy +z dorożki „Elegię”, niebieską, szklaną miednicę i potrząsając +włosami, które w przeciągu tych tygodni paru doszły do potwornych +rozmiarów, wyrzekł: + +-- Jestem! zrobiłem co mi nakazano. Ponieważ jednak na tem +wszystkiem ucierpiała najwięcej szacunku godna kobieta -- muszę +wynagrodzić jej krzywdę i prawdopodobnie się z nią... ożenię! + +A spojrzawszy tryumfalnie na zgnębionych temi słowy rodziców, +wyszedł, powłócząc nogami i pakując ręce w kieszenie. + + + + +V. + +=Oślica.= + + +Gorączkowo Honorka zaczęła spowijać kwilące cichutko dziecko. + +A wyciągając długi -- na trzy łokcie powijak, mówiła ochrypłym +głosem: + +-- Chodzi! chodzi! synulku!... pójdziemy na wesele twojego +ojcaszka! Chodzi synulku, pójdziemy mu drużbować, ale nie ołtarz mu +sprawimy, ni jakie weselenie, jeno łaźnię gorącą, że aż mu +w piętach postygnie! + +Stojąca obok barłogu, na którym leżało dziecko -- kuma Kazimierzowa +zaczęła nagle szlochać. + +-- A bezbożnik! wydziwiacz, rozbijaka! taką ci uczciwą dziewczynę +z dobrej drogi sprowadził i teraz nijakiej pamięci o niej niema!... + +Honorka szarpnęła silnie powijak. + +-- On ci pamięci o mnie niema, ale ja go za to w pamięci mam +i niech mi Pan Jezus i Matka Najświętsza ręce i nogi poułamuje, jeśli +ja go do ołtarza dopuszczę!... Bezemnie i bez tę dziecinę przejść +musi!... + +-- Prawdę masz! -- przytakiwała kuma, obcierając łzy płynące gradem +po tłustej i czerwonej twarzy -- już ci takiej krzywdeczki to +i Trójca Święta nie daruje. Ty się o swoje upomnij, Honorka, w twarz +mu napluj -- od młodej odciągnij a swego nie daruj! + +-- I nie daruję! -- powtórzyła, zacinając zęby dziewczyna. + +Wzięła duży szmat barchanowy, który się suszył koło pieca +i przytrzymawszy jeden koniec w zębach, dziecko nim owijać poczęła. + +Obracane jak piłka chłopię, żałośnie płakać poczęło. + +-- Cicho, psiakrew, chorobo jedna! a bodajżeś się zadławił własnym +ozorem, ty kundlu zatracony! A bodaj cię mór wydusił! -- wybuchnęła +Honorka, drżąc prawie cała od wewnątrz tłumionej rozpaczy. I +wstrząsnęła dzieckiem tak silnio, że aż jęknęło, jak dławione +szczenię. + +Wówczas kobieta przypadła twarzą do barłogu i gryząc koc +w nadmiarze rozpaczy wołała: + +-- A nie jęcz ty nad moją biedną głową -- sieroto nieszczęśliwa... +bo jeszcze mnie w zbrodnię jaką zepchniesz. + +Kuma Kazimierzowa pochyliła się nad klęczącą kobietą. + +-- A dajże spokój, Honorko, dziecku i nie wydziwiaj się nad tym +robakiem! + +-- Bez niego to wszystko, bez niego! + +Kazimierzowa wzruszyła ramionami. + +-- Oj ty oślico! -- wyrzekła z powagą -- jakto: bez niego te rzeczy +się dzieją? Czy to on ci się kazał z tym pędziwiatrem wdawać? A toć +jego robaka na świecie wtedy nie było, jakeście się złazili to +w piwnicy, to w komórkach! + +I odebrawszy dziecko z rąk Honorki, sama je spowijać i ubierać +zaczęła. + +-- Nie w tem rzecz, aby nad niewiniątkiem pomstować -- ciągnęła +nosowym, monotonnym głosem -- ale w tem, rzecz, ażeby na czas do +kościoła trafić i panu młodemu drogę mądrze zajść. -- Słyszysz? + +Honorka klęczała wciąż koło tapczana, mnąc w wychudłych rękach +potargany i zniszczony kocyk. Z małego okienka umieszczonego wysoko +w ścianie, tuż po nad posłaniem, płynęła jasna struga światła +i biła wprost na twarz dziewczyny zniszczonej słabością i zgryzotą, +która jej duszę szarpała. + +Nie odpowiedziała wprost na zapytanie kumy lecz ściągając brwi, +przez ściśnięte zęby wyszeptała: + +-- Nie daruję! nie daruję!... + +Kazimierzowa skończyła ubieranie dziecka i zdjąwszy z kołka ciemną +chustkę na plecy Honorki narzuciła. + +-- Chodzi! -- wyrzekła -- chodzi, już czas! + +Po twarzy dziewczyny przemknął, jakby cień przestrachu. Przymknęła +oczy i pozostała chwilę nieruchoma, jakby do tapczanu przykuta. +Kuma już stała owinięta w chustkę, gotowa do drogi, huśtając lekko +kwilące dziecko. + +-- Honorko! cóżeś tak przykucła? Jak chcesz szkandał zrobić -- to +duchem nam iść trza. Już czas! + +-- Chwilę jeszcze, kumo! -- prosiła Honorka -- czegosić mnie teraz +lęk ogarnia! + +Kazimierzowa żachnęła się z gniewu. + +-- A ty oślico cholerna! -- zawołała, kładąc dziecko na tapczan -- +ty nad tym robaczątkiem nijakiego „litosierdzia” niemasz! Toć na +całe już życie przepadła ci wszystko, boć „hunor” i cnotę +w oczach ludzkich ten zgniłek ci odebrał a dzieciaka na rękę +ci rzucił i troskać się o niego kazał. Jak się „obżeni” tyle +już prawa do niego nie masz! Już ci ni Bóg, ni ksiądz żadnej +sprawiedliwości nie da. Jak żeniaty, to od wszystkiego ochronny! +Ale ty od pędraka byłaś oślicą i słusznie cię nieboszczka matka +tak przezwała! No! czy to nie oślica? -- kiedy jeszcze może co +na swą stronę wyciągnąć... to kuca i mówi, że boja ma! Oj oślica +ty! oślica!.. + +Honorka podniosła się z ziemi i, schwyciwszy dziecko na rękę, ku +drzwiom szybko posunęła. + +-- Chodźmy! -- wyrzekła krótko, drzwi od stancyi kopnięciem nogi +otwierając. + +Oczy jej się świeciły, usta miała znów zaciśnięte i zębami +przygryzione. + +-- Nareszcie! -- zamruczała kuma, zamykając drzwi na kłódkę -- aby +go tylko dobrze po mordzie sprała i publikę zrobiła!... + + * * * * * + +Nieszpory się skończyły, lecz świece przy wielkim ołtarzu gorzały +wciąż, oblewając żółtym, migocącym blaskiem zczerniałe płótno, +z którego bieliło się ciało Jezusa zawieszonego na krzyżu. + +Pomiędzy „wiernymi”, przepełniającymi lakierowane ławki, zapanował +ruch i ożywienie wielkie. + +Jedna „siostra” -- zapytywała drugą -- dlaczego nie gaszą świec, +skoro już wszystkie piękne pieśni zostały wyśpiewane. + +-- Zdaje się ślub jeszcze będzie -- doszedł szept z ławek +zajmowanych przez mężczyzn. + +Kobiety wdzięcznie pochyliły głowy. + +-- Dziękujemy! dziękujemy! -- a czyj! + +-- Subiekta z cukierni i córki kolejnika! + +Wszyscy zaszemrali zadowoleni. + +Warto zostać, taki ślub, to już parada. Kolejarze wiadomo, lubią +wszystko z pompą -- a taki subiekt z cukierni to „osoba”. + +Tymczasem kościelny wyniósł dwie poduszki i przykląkłszy, układać +je począł na stopniach. + +-- Poduszki! -- zaszemrano na ławkach. + +Lecz znów mężczyźni udzielają informacyj bliższych co do osoby pana +młodego. + +Kobiety składają z westchnieniem książki i owijając na rękach +długie różańce, wyciągają szyje -- ciekawe, żądne wiadomości +o tych ludziach, którzy za chwil kilka, jak papugi, powtarzać +będą słowa sakramentalnej przysięgi. + +-- Więc cóż? cóż -- pyta jedna przez drugą. + +Pan młody -- tak! -- zapewne, człowiek bardzo uczciwy, porządny, +uczony nawet -- zdolny, ma jakieś oszczędności. Kto wie! może +niedługo założy i cukiernię. Z takiemi jak on „głowaczami” to +wszystkiego spodziewać się można. + +Kobiety kiwają głowami, nagle spoważniałe, jakby ta dobra opinia, +którą się cieszy ów subiekt, przejęła je szacunkiem i powagą. +Kościelny wnosi kropidło i naczynie z wodą święconą. + +W ławkach powstaje znów szmer. + +-- Kropidło!... patrzcie kropidło!.. + +Ale już dwa ścieśnione szeregi ustawiają się wzdłuż ławek, tworząc +rodzaj alei bramowanej ludźmi. Aleja ta, od balustrady przeciąga +się aż ku drzwiom głównym, które zakrystyan w tej chwili na oścież +otwiera. Turkot powozów, hałas uliczny, cały szum letniego, +niedzielnego popołudnia wpada nagle w wilgotną ciszę kościoła. + +Przez kolorowe szyby wpadające promienie słońca kładą kolorowe +plamy na głowach i grzbietach ludzi. + +-- Przyjechali! przyjechali! -- dochodzi wołanie z tłumów +zalegających stopnie perystylu. + +Jest to jednak fałszywy alarm. + +W progu kościelnym ukazuje się drużba w świecącym cylindrze +i jasnem palcie narzuconem na ramiona. Dumny jest i wąsy ma +podfryzowane żelazkiem fryzyerskiem. Stojąc w progu kościoła +ogarnia jednym rzutem oka całą przestrzeń. Mrużąc oczy, zda się +chce policzyć świece płonące na ołtarzu, poczem szybko, +zaaferowanym krokiem przebiega wązkie przejścia pozostawione wśród +tłumu. + +-- Drużba! drużba! -- szemrze tłum, popychając się i wyciągając +szyje za znikającym we drzwiach zakrystyi mężczyzną. + +Znów nowy napływ ciekawych tłoczy się pomiędzy bocznemi filarami +kościelnej nawy. Pełno już jest i gwarno, kobiety półgłosem +powtarzają sobie plotki o rodzinie panny młodej. Plotki te +wyrastają z pod ziemi; służą do zabicia czasu i skracają nudy +oczekiwania. + +Koło drzwi wchodowych słychać przyciszone uśmiechy. Jakiś żartowniś +opowiada dziwy o samej pannie młodej. Ależ tak -- podobno jakiś +hrabia dołożył do posagu kilka tysięcy -- ot! z przyjaźni dla ojca. + +-- Hrabia dla konduktora? + +-- Co pan chcesz, dziś takie czasy... + +I śmiechy zaczynają się w najlepsze, starsze kobiety sznurują usta +i spuszczają oczy. + +Takie nieskromności w świętem miejscu, nie! -- ci mężczyźni już +żadnej wiary w sercach nie mają! + +Lecz śmiechy milkną, bo w progu pojawia się nagle Honorka +z dzieckiem na ręku, w asystencyi Kazimierzowej. + +Pojawienie się dwóch kobiet nie byłoby rzeczą niezwykłą, lecz +Honorka, z której głowy spadła chustka, z twarzą pokrytą +purpurowemi plamami z pasmami włosów potarganych nad czołem, +i z konwulsyjnie zaciśniętemi wargami, wnosi z sobą jakąś ponurą +grozę, która wydzielając się z jej całej postaci, każe zwrócić na +dziewczynę oczy tłumu. + +Kazimierzowa oddała jej przed kościołem dziecko -- uznając za +stosowne, aby matka z dzieckiem pojawiła się przed wszystkimi, +i tak stoi teraz Honorka, cisnąc gorączkowo milczące dziecko do +piersi, stoi jak przykuta w progu, podniecając się w energii +i rozpaczy, która jej biedną duszę szarpie. + +Oczy ma suche, bez łez, podsiniałe i z osłabienia prawie zezem +patrzące. + +Stoi i zda się niedostrzegać tłumu, który zbitą masą dokoła niej +szemrze, z zwierzęcą ciekawością rzucając się na nową zdobycz. Lecz +Kazimierzowa nie zasypia sprawy. Na widok oświeconego ołtarza oczy +kumy nabiegają łzami. Poprawia chustkę i kiwa głową żałośnie. + +-- Tak! tak! -- zaczyna z początku stłumionym głosem -- przyszliśmy +do Pana Jezusa po sprawiedliwość i sąd Jego najświętszy! A niechże +On naszą sprawę rozsądzi i nad sierotami zmiłowanie okaże! + +Tłum węchem przeczuwa skandal. + +Ten i ów przysuwa się do Honorki, stojącej ciągle w progu +z dzieckiem na ręku. + +-- A cóż to się wam krzywda jaka stała? + +Kazimierzowa znów głos zabiera: + +-- Stała nam się krzywda ciężka, bo oto tę sierotę, co tu stoi, ten +dzisiejszy pan młody sposponował, cnotę jej wydarł, żenić się +przyrzekał i oto teraz z pędrakiem porzucił jak psa na rozstaju!... + +W tłumie zaszemrano i uciszono się nagle. Jakieś zimno smutku +i kobiecej niedoli powiało nagle nad głowami obecnych. + +Mężczyźni instynktownie kurczyli się i pochylali głowy, kobiety +otwierały szeroko oczy, wpatrując się w dziewczynę i w dziecko, +które zdawało się być umarłem, tak leżało cicho wśród szmat +i fałd chustki matczynej. + +Lecz kuma nabierała coraz większej śmiałości i pewności siebie. + +-- A ino... nie po co my innego przyszły, ino po to, aby pannie +młodej się sprezentować, publikę zrobić i nie dopuścić, aby ten +wyrwipięta obżenił się na uczciwą wiarę. + +-- Dobrze robicie! -- podparła jakaś podeszła jejmość -- dobrze +robicie, takiemu się przepuścić nie godzi. + +-- Tak! tak! -- dorzucił siwy mieszczanin -- zasługuje lekkomyślny +człowiek na karę. Powinna go spotkać! + +-- I spotka -- wołała kumcia, składając palce -- jako ta dziewczyna +przysięgała sobie, że go spierze i do ołtarza mu dostępu nie da. +Co, Honorka? nie darujesz? + +-- Nie daruję! -- powtórzyła zdławionym głosem dziewczyna. + +Lecz tu i owdzie przyciszone śmiechy odzywać się zaczęły. Już +i u ołtarza wiedziano, że będzie „publika” i jakaś dziewczyna +z dzieckiem ślub „aresztować” będzie. + +Uciecha więc wśród tłumu wzrosła i objawiła się dość głośno. +Jakiś zmysłowy prąd przebiegł nagle zgromadzonych ludzi i usta +im do uśmiechu rozchylał. Kobiety patrzyły z pod oka, sznurując +usta, lecz na odsłoniętych karkach czuły wzrastającą w mężczyznach +gorączkę zmysłową. Rzec można, że od stojącej na progu dziewczyny +z owocem swych nieuświęconych miłostek na ręku, biegły prądy ciepła +i przenikały ciała cisnącego się tłumu. W ciszę i powagę +kościelnych murów, jak tony miłosnej pieśni, wpadła ta cała +gama cielesnych pożądań i zdała się burzyć spokój świątyni. +Siedzące w kruchcie baby pozwijały różańce w drżących dłoniach. +Święty Panie! taki „szkandał” w kościele! Tu i owdzie dowcipnisie +żartować zaczynają. + +Tak! tak! orszak weselny już przybył. Nawet ten rak się troszkę +pośpieszył... niewiadomo czy go prosili -- ot! gość nieoczekiwany +dla pana młodego! + +Kto wie! może młodzi będą kontenci, że przyszli ot tak -- do +gotowego, a może... i panna młoda ze swej strony chowa jaką +niespodziankę... + +Ten i ów ciśnie się przyjrzeć bliżej Honorce. Hm!... wychudła, źle +zbudowana, głowa roztargana... + +Kobiety szepczą między sobą: + +-- Mogła się choć uczesać uczciwie, kiedy szła na publikę między +ludzi. + +Jakiś pan podszedł do niej i zajrzawszy jej w oczy, wyjmuje +z kieszeni małą notatkę. Półgłosem zadaje dziewczynie zapytania, na +które ona nie odpowiada wcale, patrząc ciągle w przestrzeń z pod +brwi ostro ściągniętych. Pan ów, niezrażony milczeniem, +nieodstępuje wszakże, tylko z kieszonki dobywszy ołówek, ślini go +i coś w książeczce zapisuje. + +-- Gazetnik!... gazetnik! -- szemrze tłum dokoła. + +Kazimierzowa uznaje za stosowne przemówić: + +-- Nie w gazecie, ale tu na tablicy winna być wyryta opowieść +o takim włóczydrągu, co uczciwe dziewczyny z dobrej drogi zmania! + +-- Nikt ją ta znów za łeb nie trzymał -- wtrąca jakiś młody +chłopak. + +Kazimierzowa obraca się jak na sprężynach. + +-- Za łeb! za łeb!... takie niewolenie słodką mową i przysięganiem +to gorsza, niż za łeb trzymanie!... + +Chłopak mlasnął językiem. + +-- Nie trza było wierzyć! + +W tłumie powstał szmer. + +Nie wierzyć przysięganiu? A to coś nowego! Odkąd świat światem -- +Bóg przysięgania postanowił, a tych co krzywoprzysięgają ciężko +karze. + +-- A jeszcze przysięganie sierocie? -- woła tryumfująco +Kazimierzowa -- sierotę ukrzywdzić, to jak obrus z ołtarza +ściągnąć! + +Wymowa jej i łzy kapiące po twarzy podbijają powoli wszystkich. +Teraz -- miejsce przed wielkim ołtarzem opustoszało zupełnie, +wszyscy cisną się do drzwi wchodowych, zgorączkowani, podnieceni +tą sceną, jaka wybuchnie za przybyciem państwa młodych. Tu +i owdzie stają na ławkach, zwłóczą z kątów krzesła, czepiają +się chorągwi. Jasna, rozczochrana głowa Honorki stanowi teraz +punkt świetlany, ściągający oczy całego tłumu żądnego widowiska, +łaknącego skandalu, choćby zań kobieta łzami zapłacić miała! + +Honorka tymczasem stoi ciągle milcząca, niezdając się zwracać uwagi +na zaciekawienie i wzruszenie, którego jest przyczyną. Wpatruje się +w świece migoczące na ołtarzu i jak błyskawica tak przed nią +przesuwa się rok ubiegły, w którym tyle bólu i smutku zaznała. + +Widzi pana Teodora, jak z za kontuaru rzuca na nią spojrzenia które +niby ukrop w jej żyły wlewają. Gdy ją państwo, u których za młodszą +służyła, posyłali po sucharki do herbaty, biegła z radością a przed +drzwiami cukierni stała długo, nie mogąc ośmielić się wejść +i przemówić do pana Teodora, który jak święty z obrazka wydawał jej +się na tle błyszczących luster zdobiących półki bufetów. Imponował +jej niezmiernie, pomimo że Honorka do nieśmiałych dziewczyn nie +należała wcale i niejednego „chłopa odstawiła” wcale tęgo, gdy na +udry pomiędzy nimi poszło. Lecz wobec Teodora zapominała języka +w gębie i stała tak przed kontuarem, cała w płomieniach, bełkocząc +i siejąc po ziemi miedziaki trzymane w garści. On mrużył oczy, +uśmiechał się, żartował -- przyzwyczajony do dominowania nad +kobietami, z niedbałością pięknego samca. I nawet później, gdy już +posiadał ją o szarej godzinie wśród stęchlizny piwnicy lub duszącej +atmosfery strychu, -- Honorka -- zawsze pozostawała nieśmiałą, +przerażoną jego pięknością, zdławioną -- z oczyma łez pełnemi, nie +śmiejąc poruszyć się, uczynić jednego giestu, odetchnąć głośniej. +A gdy wreszcie -- porzucona, zapomniana przez swego uwodziciela, +któremu oddała z jakąś pokorą klejnot swego dziewictwa, uczuła się +matką -- doznawała głuchej nienawiści, gniewu na samą myśl o tym +człowieku. Nie napastowała go, nie chodziła za nim, urodziła +dziecko, zacisnąwszy zęby -- i w duszy swej zaczęła gromadzić całe +morze jadu, które groziło lada chwila wylaniem. + +Kuma zawiadomiła go przecież o urodzeniu dziecka, lecz piękny +subjekt mruknął coś tylko i wzruszył ramionami. + +Gdy Kazimierzowa scenę tę przed barłogiem położnicy odtwarzała, +Honorka wlepiła w nią oczy od gorączki błyszczące. + +-- Łajdak! -- wyrzekła przez zaciśnięte zęby. + +Pierwszy to raz głośno wymówiła na niego obelgę. + +Umilkła, przerażona. + +Lecz powoli, podniecana przez Kazimierzową, dawała folgę swemu +żalowi. Zapominała jak wyglądał sprawca jej nieszczęścia, niewidząc +go tak dawno, nieodczuwała już przygniatającego wpływu, jaki +wyższością swą, elegancyą i całem obejściem na nią wywierał. +Rozpacz przepełniała jej serce i wstrząsała nią całą. Widok dziecka +podniecał ją. Chwilami zdawało jej się, że jest zdolna zamordować +mężczyznę, który rzucał ją brutalnie o ziemię, aby później na +wiadomość o jej nędzy i cierpieniu wzruszać ramionami z pogardą. +„Ścierwo sobacze!” -- mówiła, szarpiąc pazurami aż do krwi pierś +swoją od pokarmu wzdętą -- „zgiń! przepadnij! oślepnij! zgnij do +kości!” Zdawało się jej, że miłość, jaką miała dla Teodora, +wymarła w niej oddawna, że nic, prócz żalu, gniewu i nienawiści, +nic już w głębi swej duszy nie chowa. + +Na wiadomość o ślubie subiekta, wybuchnęła wreszcie całą +wściekłością, na jaką tylko cierpliwe i nieśmiałe istoty zdobyć +się umieją. + +Kazimierzowa podsunęła jej myśl wstrzymania ślubu i zrobienia +publicznego skandalu. Uczepiła się tego projektu natychmiast, +gorączkując się, podniecając -- przeklinając bezustannie. Ani +jednej łzy nie miały jej oczy, chwilami zdawała się być obłąkaną. + +Teodor, którego kontury w jej wyobraźni zatarły się zupełnie, +przedstawiał jej się jako zwierzę znienawidzone, wstrętne, plugawe, +któremu chciała skoczyć do oczów i zdeptać za krzywdę jej +uczynioną. Niewidząc go -- czuła się silną, mocną, jakkolwiek coś +w jej wnętrzu szarpnęło się trwożliwie, gdy kuma zawołała jeszcze +w stancyi „już czas!...” + +Lecz tu -- w kościele, przed ołtarzem oświetlonym jarząco, +w chłodnej atmosferze świątyni -- jakaś moc wstępuje w nią powoli, +lecz moc to jakaś dziwna, jakby boleść jej umniejszająca. Nie modli +się a przecież zda jej się, że ktoś dokoła niej szepcze modlitwy, +pacierze... + +Nie modlitwy to jednak szepczą dokoła, tylko żarty, uwagi, słowa +ciekawości. + +Tłum cały aż drży z pragnienia takiego „grubego skandalu”. + +Taka rzecz nieczęsto się trafia. + +Nareszcie turkot zajeżdżających kół oznajmia przybycie gości +weselnych. + +Nie dorożki to -- ale karety przywożą państwa młodych i liczną +drużynę, karety z białemi lejcami, umyte i lśniące w promieniach +słońca. + +-- Przyjechali! przyjechali! + +W tłumie powstaje nie szmer, lecz jakiś krzyk ciekawości ludzkiej. + +Krzykiem tym publiczność zda się chce podniecić Honorkę do +zrobienia skandalu. Jak zwierzę wygłodniałe rzuca się na padlinę, +tak tłum ten chciwy wrażeń drży z radości i nieszczęśliwą do +ukazania swej zranionej duszy popycha. + +Wolno -- z szumem jedwabiu wchodzi orszak weselny do kruchty. + +Przodem idzie panna młoda, wysoka blondynka o płaskiej twarzy +i kręconych włosach. Z bezczelnością niemal dźwiga koronę dziewiczą +tonącą w obłokach białej iluzyi. Idzie, pewna siebie, uśmiechnięta, +wysuwając naprzód watowany biust jedwabnego stanika. Prowadzą ją +drużbowie we frakach i glansowanych rękawiczkach. Przed tem białem +zjawiskiem, tłum usuwa się instynktownie, pozostawiając opartą +plecami o filar Honorkę. Panna młoda przechodzi próg i wolno, +poprzedzana przez dziadka kościelnego, sunie do ołtarza a tren jej +sukni wlokący się po ziemi pozostawia za sobą jakby smugę +świetlaną... + +Lecz Honorka zda się niespostrzegać nawet przejścia panny młodej. +Teraz drży cała i blada jest jak opłatek. Gdy karety zajechały +przed kościół, doznała nagle jakby silnego uderzenia z tyłu głowy. +Tchu jej zabrakło, serce jej młotem wali... + +Nagle -- wśród jasności słonecznej ukazuje się sam pan młody. + +Jest dziś piękniejszym niż kiedykolwiek. + +Frak nowy leży na nim jak ulany, włosy zafryzowane, twarz starannie +wygolona, spinki u koszuli złote i wielkie jak złotówki. + +Z tryumfem spogląda w głąb kościoła na ołtarz jasno oświetlony +i bawi się brelokami u zegarka. + +Dwie drużki, w lekkich sukniach, z wachlarzami i włóczkowemi +pelerynkami, prowadzą go, śmiejąc się ochotnie. + +Oczy wszystkich zwracają się teraz w stronę Honorki... + +Co to będzie! co to będzie!... czy da mu w papę? Czy po prostu +nawymyśla i w oczy napluje! + +Lecz -- o dziwo... dziewczyna na sam widok Teodora blednie jeszcze +więcej i oczy przymyka. On -- nie widzi jej wcale, zajęty teraz +jedną z drużek, która upuściła na ziemię koronkową chusteczkę. + +I nagle -- Honorka, kurcząc się i starając zniknąć z przed oczu +wszystkich, zasuwa się powoli za filar -- wybuchając cichym, +zdławionym płaczem. + +Napróżno kuma stara się ją popchnąć naprzód, napróżno osoby +otaczające ją dokoła pochylają się ku niej i szepczą słowa zachęty. +Ona jedną ręką ciśnie do piersi dziecko, drugą czepia się filaru, +a z oczów jej płyną dwa strumienie łez gorących. + +-- Niemogę! niemogę! -- szepcze, łkając cicho. + +Organy tymczasem huczą przeraźliwie, pan młody przechodzi kruchtę +i idzie pewnym, śmiałym krokiem, kłaniając się lekko znajomym, wśród +tłumu. + +Kuma próbuje raz jeszcze podburzyć Honorkę. + +-- Bój się Boga! nie bądź oślicą! despekt sobie robisz +nadaremny!... wstań, leć! jeszcze czas! tyle ludzi czeka!... +Honorka, nie bądźże oślicą!... + +Lecz Honorka nie rusza się z miejsca. Na widok Teodora dawny lęk ją +ogarnął. + +Gdy stanął tak teraz przed nią piękny, uśmiechnięty, zdrów, +wystrojony -- gdy go poczuła znów od siebie o kilka kroków -- nie! +-- ona nie mogła rzucić się na niego, krzycząc tak, jak to sobie +ułożyła i pluć mu w twarz i dziecko pokazać. Nie! nie! raczej woli +umrzeć, niż taką rzecz zrobić. + +Tłum, zawiedziony w swych nadziejach, szybko zwrócił się do +ołtarza, gdzie już ceremonia ślubu się zaczynała. Złocista kapa +księdza migała po nad głowami ludzi. Głuchy szmer niechęci i gniewu +przebiegał szeregi. Jakto? nie będzie skandalu? cóż sobie myśli ta +głupia dziewczyna, zwodząc ludzi w ten sposób?... e! -- kto wie -- +to pewnie jakaś ulicznica, to dziecko, kto wie, czy to pana +młodego, skoro ona nie śmie do oczów mu stanąć... + +Tak! tak!... taki porządny mężczyzna wie, co robi, jeśli porzuca. +Już musiał mieć wtem swoją racyę... + +Niektórzy wszakże usiłują bronić Honorkę. + +-- Stchórzyła! + +-- Rozbeczała się! + +-- A to głupia! + +-- Idyotka! + +-- Oślica! + +-- Wszystko jedno, dość, że stanąć do oczów nie śmiała. Chodźmy +lepiej do ołtarza. + +-- Ślub szykantny! + +Teraz wszyscy cisną się do ołtarza, przed którym ksiądz zamienia +młodej parze obrączki. Wśród ciszy kościelnej słychać skrzeczący +głos panny młodej i basowy głos księdza, mówiących na przemiany +przysięgę małżeńską: + +-- Ja -- ja, Stanisława, Stanisława, biorę -- sobie -- sobie... + +Koło filara, po za który ukryła się Honorka, zrobiła się pustka. +Dziewczyna klęczała sama, szlochając cicho. Kuma Kazimierzowa, +czując się obrażoną, wyszła z kościoła, czerwona z doznanego +wstydu. + +Schodząc ze wschodów, poprzysięgła sobie szmaty Honorki wyrzucić na +cztery wiatry. + +O! nie -- mogła mieć litość nad nędzą tej idyotki, ale tolerować +jej głupotę i brak odwagi w dopominaniu się o swoje prawa, +a wreszcie na narażenie Kazimierzowej na pośmiewisko i podejrzenia +ludzkie, że broniła nieczystej sprawy -- na to Kazimierzowa +przystać nie chce i nie może. + +Tymczasem ceremonia ślubna szła dalej nieprzerwanie. Pan młody +przysięgał czystym, dźwięcznym głosem i z podniesionem czołem +odpowiadał wyraźnie na zapytanie księdza: + +-- Nie ślubowałeś komu innemu wiary małżeńskiej? + +-- Nie. + +Powoli zaczął podbijać i ujmować tłum cały i przeciągać na swoją +stronę. Jego jasne spojrzenie, kark dobrze wymyty, frak wpadający +do stanu -- imponowały ciżbie. W ogóle ślub cały, orszak weselny +szeleszczący jedwabiem, srebrna tkanina sukni panny młodej i jej +biust obciągnięty materyą -- wszystko to podbijało zgromadzenie +i sprawiało jak najlepsze wrażenie. + +Honorka ze swą rozczochraną głową, obtarganą chustką i dzieciakiem +spowitym w szmaty, traciła sympatyę, i ci, którzy usiłowali przez +chwilę trzymać jej stronę, umilkli -- zwyciężeni. + +Tymczasem ona klęczała ciągle kolo filara, płacząc i płacząc bez +końca. Zdawało się, że jakiś strumień nieprzebrany z oczów jej +spływa. Cała jej rozpacz, gniew, uraza, boleść w łzach tych +topniała i jeno dziecko tuliła do twarzy, mocząc szmaty, któremi +owinięte było. Organy jęczały, wstrząsając jej duszą do głębi. Jak +robak zdeptany, wiła się na zimnych flizach świątyni, cała drżąca +od bólu, którego określić nie była w stanie. Czuła dobrze swą +krzywdę, ale kryła się z nią w cieniu, i choć on tam był, o kilka +kroków -- nie chciała mu się już narzucać z nędzą swoją. + +Gdy go zobaczyła, gdy ta mara jej nocy bezsennych znów stała się +ciałem, stanęła przed jej oczami w pełni życia i majestatu +wszechpotęgi męzkiej -- ona upadła na kolana, zwyciężona, bezsilna, +drżąc z bólu i w poczuciu swej nędzy. + +-- A was wszystkich tu obecnych biorę za świadków, jako to +małżeństwo zostało prawnie i przykładnie zawarte. + +Poczem ksiądz zaczął żegnać i kropić obecnych, którzy czynili znaki +krzyża i obcierali z nosów i policzków krople święconej wody. + +Organy zabrzmiały wesołym marszem. + +Koło ołtarza ruch się zrobił niemały, poczęto znów się tłoczyć, +zaglądać w oczy pannie młodej i drużkom. Wreszcie cały orszak +z szumem, szelestem i śmiechem posunął ku wyjściu. + +Karety jedna po drugiej podjeżdżać zaczęły. Przechodnie +zatrzymywali się na chodnikach, grupy dzieci cisnęły się do +drzwiczek powozów. + +Tren panny młodej pokrył się cały kurzem i szare smugi ciemniały na +fałdach jedwabiu. Pani Teodorowa pociemniała ze złości pod obłokami +dziewiczego welonu. + +-- Psiakrew cholera! -- wymówiła wsiadając z furyą do karety. + +Za nią wskoczył Teodor, naciągając na plecy zielonkawe, króciutkie +palto, podbite żółtawym jedwabiem. + + * * * * * + +W kościele Honorka pozostała sama. Kościelny sprzątał poduszki, +zaginał rogi dywanu. + +Honorka płakała ciągle, czując jakby ogień pod czaszką. Piersi +i plecy bolały ją jakby od silnych uderzeń pięścią. Czuła dobrze, +iż wszystko się dla niej skończyło, że teraz już nawet żyć nie +może nadzieją jakąkolwiek. Zrozumiała, że nigdy nie będzie miała +dość odwagi, aby stanąć przed człowiekiem, któremu wszakże oddawała +się z uległością suki i powiedzieć mu w oczy: + +-- Uczyń cokolwiek dla mnie, którą zaprzepaściłeś i dla dziecka, +które spłodziłeś!... + +Kościelny przeszedł kilkakrotnie koło niej, dzwoniąc kluczami. + +Wiedział, co ją sprowadziło do kościoła, dostrzegł ją wśród tłumu +jeszcze przed ślubem, gdy stała groźna u progu i mówiła przez +zaciśnięte zęby: + +-- Nie daruję! + +Widząc, że płacze ciągle, nie poruszając się z miejsca, podszedł do +niej i potrącił ją lekko. + +-- Wstawać i iść do domu... nic tu już nie wyklęczycie. + +Ona podniosła głowę i przez łzy zalewające jej oczy, spojrzała +w ciemną przestrzeń kościoła. Spojrzała i naraz cała przyszłość +stanęła jej przed oczami. + +Dziecko drzemiące u jej piersi zaciężyło jej bez miary. + +-- O Jezu! -- szepnęła, przymykając oczy. + +Lecz kościelny niecierpliwił się naprawdę. + +-- Idźcie sobie -- cóż to, myślicie tu nocować? + +Powoli, z wysiłkiem, dziewczyna podniosła się z klęczek i ku +drzwiom kierować się poczęła. Łzy dwiema strugami płynęły jej znowu +z oczu zbolałych. + +Potknęła się o krzesło, wreszcie odnalazła drzwi i wysunęła się na +ulicę. + +Gdy drzwi się za nią zawarły, kościelny chwilkę się zamyślił, cień +smutku przemknął po jego starej, zawiędłej twarzy. + +Nagle ramionami wzruszył i podnosząc przewrócone krzesło, wyrzekł +krótko: + +-- Oślica! + +Tymczasem Honorka zagłębiała się wolno w ulicę, po której sunęły +świątecznie przystrojone tłumy, szła, kołysząc lekko kwilące cicho +dziecko i idąc ocierała łzy płynące z oczu strumieniem. + + + + +VI. + +=Kukułka.= + + +-- Tiens! tiens! c'est du propre! -- mruknął przez zęby pan +Seweryn, gdy rządca wyszedł już z pokoju. + +-- Wyprowadzać się? tak! tout d'un coup... ni ztąd ni zowąd, +wyprowadzać się z tego mieszkanka, urządzonego z takiem staraniem, +opuścić te kąty, w których meble stoją jakby przyrośnięte do +lśniącej posadzki! Wyprowadzić się i to dla tej błahej przyczyny, +że gospodarz żeni się i pragnie połączyć dwa sąsiadujące z sobą +lokale i sprowadzić się do nich z żoną! + +Seweryn wzruszył ramionami. + +Żenić się! + +Także mądra instytucya! Żenić się? po co? na co? -- wszakże o wiele +wygodniej można urządzić życie en garçon wygodniej i weselej... + +Żenić się! + +Dzika myśl; Sewerynowi nie powstała nigdy w głowie, choć +trzydzieści pięć lat skończył przed miesiącem. I dobrze mu w tym +brankonierskim stanie, w tej włóczędze po cudzych zagonach, które +zwiedza z ciekawością dobrze rozwiniętego samca, poszukującego +zaspokojenia swych chęci. Wstaje rano bez troski o życie całej +rodziny, bez pisku dzieci, swarów mamki z kucharką i braku guziczka +z tyłu koszuli. Wszystko jest w porządku, buty wyczyszczone, woda +przegotowana, zmieszana z tinkturą benzoesową do umycia twarzy, +mydło Houbigana odwinięte z obsłonek, krem migdałowy tuż obok +flakonu gliceryny a ocet Bully'ego świeżo przyniesiony ma już markę +oderwaną i koreczek lekko uchylony. + +Koło łóżka, na małym stoliczku przygotowana filiżanka ziółek +Jambard; obok -- leży ręczne lusterko znacznie powiększające +i fiszbin do języka. Zmaczana w letniej wodzie i napojona esencją +werweny serweta wisi na poręczy łóżka, tuż obok pary jedwabnych +przewróconych na lewą stronę i opylonych lekko proszkiem Viguiera +skarpetek. W całym pokoju cisza i półcień dyskretny. Portyery +ciemne brązowe, łóżko szerokie francuzkie na podwyższeniu pokrytem +ciemnym dywanem. + +W kącie tualetka, cała gra szczotek z kości słoniowej, wielkie +flaszki z ekstraktem cordalisu i bzu białego. Tychże zapachów woda +do włosów i niezliczona moc małych pudełeczek brylantowego proszku +do paznogci. Pomiędzy niemi -- pilniczki, siodełka, nożyczki +spiczaste i zagięte. W kącie -- tuż przy poduszeczce pełnej +szpilek, pudełko z velontiną ambrę, puszek łabędzi i jakby ze +wstydem wciśnięte kilka wideł szyldkretowych kobiecych, do spinania +greckich fryzur. Oprócz tych „wideł” -- wszystko zresztą +w najwyższym porządku poukładane, świecące, błyszczące jak samowary +żydówki. Wielka lampa w stylu bizantyjskim, wysadzana kamieniami +zwiesza się od sufitu, nadając tej sypialni fałszywy ton kaplicy. +W lustrzanej szybie szafy odbija się stojący pod ścianą nizki +szezląg Marie Antoinette -- pokryty aksamitną draperyą. Na +aksamicie, jak wąż mikroskopijny, leży w łuk skręcony kawałek +błękitnego, jedwabnego sznurowadła, zerwanego silną a nerwową +ręką... + +Opodal -- na dywanie, niedojedzone maluchne ciasteczko z wygryzioną +konfiturą i zlizanym lukrem... + +Seweryn podniósł się na łóżku i sięgnąwszy ręką po filiżankę +ziółek, zrzucił na ziemię pudełko „pate des prelats”, którą +nadawał alabastrowy ton rękom. + +Był zdenerwowany i silnie podrażniony przez tę niespodziewaną +wizytę rządcy, wypowiadającego mu mieszkanie. + +Trzeba szukać nowego lokalu. + +Hm! ale czy to tak łatwo.... + +Wreszcie tu -- kamienica dyskretna, lokatorowie nie zajmują się +plotkami, zdają się nieżywi po za uroczyście zamkniętemi drzwiami +głównego wejścia. Kto wie -- na co trafi Seweryn i czy nie +wyniknie z tego cały szereg przykrych zajść i kolizyj. + +Sięgnął ręką po skarpetki i wolno wstawać zaczął. + +Spojrzał w okno. + +Dzień był jesienny, ciepły jeszcze, ale trochę pochmurny. Jakieś +szare, smutne światło płynęło przez szyby przysłonięte japońską +siatką, po której latały z podniesionemi skrzydłami dziwaczne +ptaki. + +Seweryn skrzywił się i trochę przygasłemi oczami powlókł dokoła. +Jakkolwiek szarawe cienie włóczyły się po kątach, mieszkanie to +wydało mu się po prosta rajem. Taka cisza, taki spokój panujący +nawet po za oknami! Nieledwie słychać było kroki rzadkiego +przechodnia idącego wzdłuż domów. + +Od czasu do czasu zaskrzeczała papuga siedząca na balkonie +przeciwległego domu. + +To było wszystko. + +Seweryn kładł teraz na siebie komplet z białej flaneli w niebieskie +paski. Stanął przed lustrem i włożywszy ręce w kieszenie od kurtki, +przyglądać się sobie począł. + +Pomimo lekkiego znużenia w oczach, miał cerę zdrową i świeżą. +Wyciągnął język, potem przyjrzał się uważnie gałkom ocznym, +wreszcie, wyciągnąwszy muskularne ramiona, stał tak chwilę, patrząc +zmrużonemi oczami w lustro. W tej białej, puszystej flaneli wydawał +się o wiele tęższym i bardziej rozrośniętym niż był +w rzeczywistości. Uderzył się po piersiach rękami i klatkę naprzód +wysunął w niezwykły sposób.. Poczem kurtkę na sznury zapiął +i obróciwszy się profilem, wygiął się jak panna na wydaniu. +Przyglądał się rysunkowi łydek, które pod mięką tkaniną flaneli +wyraźnie się zaznaczały. Pomacał się po udach, syknął lekko +i poruszając torsem począł próbować solidności bioder... + +Tak! tak -- był w całym rozwoju siły i zdrowia. Herbata Jambart +utrzymywała mu żołądek wybornie, a brak wszelkich ekscesów nie +wyczerpywał go ani na jotę. Odłożył sobie właśnie tyle, ile mógł +zużyć bez naruszenia zdrowia... Używał bez wstrząśnień i wzruszeń +niepotrzebnych, a czytając Catul Mendeza, wzruszał ramionami przy +opisie wyczerpujących walk miłosnych. + +-- C'est idiot! -- decydował, zamykając książkę. On systematycznie +wypijał rozkosz pocałunku, tak jak swą przeczyszczającą herbatę. +Gdy nadchodziła chwila miłosnej schadzki, wyjmował z szafy +koszyczek z drobnemi ciasteczkami i butelkę, przygotowywał ocet +Bully'ego, szpilki, puder i najspokojniej usiadłszy w saloniku, +oczekiwał zjawienia się kobiety. Gdy spóźniła się cokolwiek +i wpadała zdyszana, zmęczona, szepcząc słowa usprawiedliwienia, on +spokojny, uśmiechnięty, zdejmował z jej twarzy woalkę, którą się +szczelnie osłaniała i mówił trochę ironicznym głosem: + +-- Cóż wielkiego! spóźniłaś się -- to rzecz bardzo naturalna. + +Poczem szedł ku drzwiom i uchyliwszy je, rzucał do przedpokoju +zawsze jedno i to samo zdanie: + +-- Karol! niema mnie w domu! + +Z przedpokoju wydobywał się bezdźwięczny głos: + +-- Dobrze, jaśnie panie! -- i zasówka drzwi wchodowych opadała +z suchym łoskotem. + +W ten spokojny sposób rozpoczynała się każda schadzka, w równie +spokojny kończyła się cała miłostka. + +Seweryn bowiem zawiązywał stosunki jedynie z... mężatkami, mając +w tem stały system, od którego nigdy nie odstępował. Były to +najczęściej żony przyjaciół, dobrych znajomych, którzy, rozmarzeni +chartreuse'ą lub koniakiem w czarnej kawie, z łokciami opartemi na +stole, roztaczali tajemnice alkowy małżeńskiej na wzór króla +Candaula, i w zamian za swą wiarę otrzymywali, wprawdzie nie +pchnięcie śmiertelne, lecz szczerbę w honorze i miłości żony. +Seweryn bowiem skwapliwie chwytał za włosy każdą okazyę +i umiejętnie czynił legion kochanek z tych mężatek spragnionych +nowości, ciekawych występku a kryjących dyskretnie łzy i rozpacz +w chwili zerwania. Wybór jego padał zwykle na kobiety dbające +o pozycyę zajmowaną w świecie i miejsce w domu męża; wiedział, że +tego rodzaju kochanka nie odważy się na sceny, na ucieczki, na +opowiedzenie w chwili podrażnienia wszystkiego mężowi... Wiedział, +że gdy chwila stanowcza nadejdzie, chwila nieuniknionego zerwania, +po chwilowej burzy przywitają się znów z uśmiechem i spokojem, +wobec zwróconych na nich czujnych oczów towarzystwa. +Wspaniałomyślnie -- podczas trwania miłostki -- pozostawiał wolność +kobiecie, nie kontrolując jej stosunków z mężem -- owszem, +popychając ją nieledwie w objęcia smutnego rywala. + +-- Trzeba mieć furtkę w razie wypadku... + +Kilkakrotnie „furtka” ta okazała się deską ocalenia. Kobiety +z uśmiechem wdzięczności przyznawały Sewerynowi słuszność, dziecko +miało nazwisko i prawo do majątku, matka nie traciła względów +i szacunku świata a prawdziwy ojciec usuwał się w cień, zacierając +ręce!... + +Jedna tylko żona urzędnika kolejowego stawiła mu się opornie +i wprawiła go przez pewien czas w kłopot niemały swem głupiem +sentymentalnem postępowaniem. Ale była też to kobieta nie +z towarzystwa, spotkana przez Seweryna w Alejach, w chwili nerwowego +rozdrażnienia. Podbiła go od razu dziwnem spojrzeniem bladych +błękitnych oczów i twarzyczką Madonny. Gdy, wbrew swemu zwyczajowi, +poszedł za nią, i przemówił przyciszonym głosem -- stanęła, +spojrzała mu w oczy i wyciągnęła doń rękę obnażoną, na której +błyszczała obrączka. + +Seweryn rękę podaną ujął, nie mogąc zrozumieć, co go ciągnęło +w ten wieczór wiosenny do tej źle ubranej i trochę pochylonej +kobiety, narzucającej mu się nieledwie pod cieniem szumiących +drzew. + +Stosunek ich trwał parę miesięcy. Seweryn nie był nigdy w domu +Anny, znał tylko jej życie z opowiadań kochanki. Wprędce znudziła +go brakiem elegancyi i cienkiej bielizny a zraziła zbytkiem +uczucia, w którem dopatrywał się przesady. + +Ona, zakochana do szaleństwa w tym wspaniałym mężczyźnie, którego +każde zbliżenie mieszało ją i słodką rozkoszą przejmowało, była +niezręczną jak każda zakochana kobieta. Przynosiła mu za gorsetem +z grubej szarej dymy pęki fiołków, lub skrapiała włosy olejkiem +peruwiańskim. Nosiła nizkie buciki z powyciąganą gumą i podwiązki +pod kolanami. + +W dodatku uparła się być mu wierną, wierną do głupoty i mówiła mu +o tem bezustannie, kładąc głowę na piersi. + +On, zdenerwowany, powtarzał słowo „furtka” po raz setny +i przemyślał o sposobie zerwania z tą niewygodną kochanką, cichą +i uległą, przysięgając sobie nigdy nie wykraczać z przepisanych +granic postępowania. Pewnego letniego wieczora, Anna, rumieniąc się +i jąkając, wyszeptała Sewerynowi do ucha tajemnicę, która ją +radością przejmowała. + +On drgnął cały i porwał się z miejsca. + +-- Co teraz zrobisz? + +Ona spojrzała na niego słodko i uśmiechnęła się spokojnie. + +-- Będę twoją do śmierci. Jutro dom męża opuszczę! + +Na czoło Seweryna wystąpiły krople potu. + +-- Dla czego? + +-- Przecież teraz, jako matka twego dziecka, mieszkać z nim nie +mogę... + +-- Dla czego? + +Nastąpiła chwila milczenia. + +Głos nagle zamarł w piersiach kobiety, klęczała ciągle obok +szezlągu, na którym leżały porozrzucane szpilki wypadłe z jej +włosów, kapelusz i rękawiczki; twarz nagle pobladłą zwróciła ku +Sewerynowi, który przebiegał pokój wzdłuż i wszerz, potrącając +meble. + +-- A mówiłem o furtce, mówiłem tyle razy -- ale cóż, pani chciałaś +się bawić w sentymentalizm, w wierność! Tiens... c'est du propre! +c'est mignon!... + +Z okrucieństwem mężczyzny, który widzi nagle porządek swego życia +zakłócony niepotrzebnem zdarzeniem, wyrzucał z siebie Seweryn cały +potok słów, które jak chłosta spadały na pochyloną głowę kobiety. + +-- Czyż to nie czyste szaleństwo było z mej strony -- mówił dalej +tonem, na jaki tylko niekochający mężczyzna zdobyć się może -- czyż +to nie była demencya brnąć dalej i nie przewidzieć do czego mnie +pani doprowadzić możesz! Teraz jesteśmy w ładnej sytuacyi! Ale ja +umywam od wszystkiego ręce... to nie moja wina!... Tirez vous de +cette affaire vous méme!... Voila!... + +Stał tuż przed nią, pochylając nad nią swą maskę rozłoszczonego +„viveura”, mając wielką ochotę kopnięcia tej kobiety, która, +dawszy mu tak słabą i niewyraźną rozkosz, miała śmiałość +wkraczania w wygodnie urządzone życie, z dzieckiem w dodatku! + +Nie, tego było za wiele! -- wszystkie inne, te, które miał +poprzednio, oznajmiały mu podobny wypadek z dyskretnym uśmieszkiem, +a on -- przybierał minę rozczulonego papy, wiedząc że nic nie +ryzykuje, i szeroko otwartą furtką może wyjechać, nietylko wyjść +najspokojniej; ta jedna! -- ta -- głupia mieszczka uparła się przy +swej wierności, jakby on tego wymagał!... + +Bizantyjska lampa zawieszona u sufitu rzucała różnokolorowe, +pokrajane światła. Przez zielone kamienie trupie prawie padały +blaski. + +W blaskach tych podniosła się nagle Anna, blada, z szeroko +rozwartemi oczyma. I z włosami rozwianemi, z rękami naprzód +wyciągniętemu, ku drzwiom kierować się poczęła. + +Seweryn postąpił za nią kilka kroków. + +-- Tirez vous de l'affaire!... -- powtórzył, lecz ona, nie +odwracając nawet głowy, otworzyła drzwi i zniknęła w ciemnej głębi +salonu. + +Po chwili trzask zamykającej się bramy doleciał przez wpół uchylone +okno. + +Seweryn chciał biedz za tą kobietą, której bladość i milczenie +dziwnie nań podziałały, lecz... egoizm przemógł. + +Z uczuciem niewysłowionej błogości usiadł na fotelu, oddychając +ciężko. + +Ach!... uniknął nielada niebezpieczeństwa, kobieta wykręci się +z tej matni, a on, poprzysięga sobie nigdy nie bawić się +w sentymenty, lecz czerpać dalej rozkosze w cudzych a dobrze +znajomych mu gniazdach... + +Czekał jeszcze dni kilka, sądząc że Anna powróci, lub parę słów +napisze. + +Nic -- milczenie zupełne. + +Teraz Seweryn odetchnął pełną piersią. Uczuł się ocalonym +rzeczywiście i na dobre. + +Od tego zdarzenia upłynęło lat siedem. Przez te lata Seweryn miał +znów kilka intryg, a przechodząc przez ogród Saski, uśmiechał się +na widok małej dziewczynki bawiącej się kamyczkami i kasztanami +zbieranemi wśród żwiru. + +Dziewczynka miała ciemne oczy i kręcone włosy Seweryna a linia jej +łydek, ubranych w jedwabne pończoszki, wyginała się +w charakterystyczny sposób. + +Niańka, zapytywana o nazwisko rodziców malutkiej, odpowiadała +uprzejmie: + +-- Państwo Wanderkraft -- a dziewczynka uśmiechała się do +przechodniów uśmiechem, który przypominał chwile najwyższej +kokieteryi podbójczej Seweryna. + +Czasem sama pani Wanderkraft siadała obok niańki i prezentując swe +silnie rozwinięte biodra w obcisłej fularowej sukni, dozorowała +zabawy dziewczynki. + +Gdy Seweryn zbliżał się do ławki, kobieta uśmiechała się +przyjaźnie, pod purpurową osłoną rozpiętej parasolki, i głośno +przywoływała córeczkę. + +-- Sewerciu! przywitaj się z... panem! + +Dziecko dygało, wyciągając tłustą łapkę a kobieta spoglądała +pogodnie w twarz mężczyzny, który odpowiadał jej również tym +spokojnym, prawdziwie męzkim uśmiechem. Cudzołożna żona i jej +wspólnik, jak dobrze wychowani ludzie, załatwili całą sprawę! + +Furtka była otwarta. + +Furtką tą wsuwało się kukułcze pisklę do obcego gniazda. + +Ainsi va le monde! + +Pani Wanderkraft postąpiła w tym wypadku jak każda światowa +i dobrze wychowana kobieta postąpić powinna. Dała dowód taktu +i uszanowania własnej godności. + +Dla tego Seweryn przeciągał ten stosunek i czuł się zupełnie +zadowolnionym. + +I dziś -- dziś -- właśnie, kiedy wczorajsza schadzka powiodła mu +się znakomicie, żołądek funkcyonuje wybornie, a żółte plamki pod +lewem okiem znikają pod działaniem „Anti-Bolbosu” -- dziś właśnie, +wymówiono mu mieszkanie... + +-- Nie! -- c'est du guignon! rien de plus. + +I nachmurzony odrywa się Seweryn od kontemplacyi własnej osoby +a przegiąwszy się w tył woła: + +-- Paul! + +Z po za przymkniętych drzwi salonu, odzywa się ochrypły głos: + +-- Słucham, jaśnie panie! + +I oto na progu, w szarawem oświetleniu, ukazuje się +Paweł -- w pantoflach i białym fartuchu sięgającym mu +aż pod brodę. + +Jest to mężczyzna lat trzydziestu, wybladły i wychudły, obnoszący +swą, twarz zniszczonego rozpustą ulicznika w obramowaniu rudych +rzadkich faworytów. + +Seweryn w tej chwili przegląda się w lustrze, wyszczerzając zęby. + +Paweł czeka na progu, zimny, spokojny, utkwiwszy wzrok przygasły +w przeciwległą ścianę. + +Wreszcie Seweryn zmienia pozycyę i usiłuje dojrzeć maluchną plamkę +czerwieniącą się pod lewem uchem. + +-- Nic innego, tylko to Klara... a prosiłem... prosiłem. -- Paul! + +-- Słucham, jaśnie panie. + +-- Zobacz! co ja mam pod lewem uchem? + +-- Plamkę, jaśnie panie. + +-- Plamkę? + +-- Plamkę. + +-- Pewnie mnie... coś ukąsiło! + +-- Pewnie jaśnie pana coś ukąsiło? + +-- Daj kremu ogórkowego, może zniknie! + +-- Może zniknie, jaśnie panie. + +Nastąpiła chwila milczenia. + +Seweryn wycierał szyję białą, tłustą masą, odchyliwszy dobrze +kołnierz kartki i flanelowej bleu de France koszuli. + +Blady promień słońca przebił się w tej chwili przez chmury +i przyciemniony gazą rozpiętą w oknach, oblał żółtawym blaskiem +tęgi i potężny kark Seweryna, kark niezwalczony, prawdziwy kark +zwycięzcy, tryumfatora w zapasach miłosnych. + +-- Paul! + +-- Słucham, jaśnie panie. + +-- Musimy się wynosić! + +-- Musimy, jaśnie panie. + +-- Trzeba szukać mieszkania! + +-- Trzeba, jaśnie panie. + +Seweryn ujął powiększające lusterko i, postąpiwszy do okna, bacznie +się szyi przyglądał. + +-- Znika? -- co? + +Paweł zbliżył się także. + +-- Znika, jaśnie panie. + +-- Przygotuj wodę! + +-- Dobrze, jaśnie panie. + +Seweryn położył lusterko i rozpinać począł kurtkę. + +Paweł rozesłał na podłodze ceratę, poczem rozwinął i ustawił +gumową balię a przy niej rodzaj polewaczki z kauczukowym wężem. + +-- Peniuar wygrzany? + +-- Wygrzany, jaśnie panie! + +Seweryn powoli zdjął kurtkę i za chwilę tors jego muskularny, +wspaniały, lśniący zabłysnął w półcieniu pokoju. + +Promień słońca ślizgał się po tem różowem ciele o ciemnawych, +sinawych tonach. + +Wąska ścieżka kręconych włosów przecinała tors na równe dwie +połowy. + +Wtedy oczy Seweryna padły na leżące na ziemi i na wpół rozgniecione +ciastko. Zmarszczył brwi, jakby dojrzał coś nieprzyjemnego. + +-- Paul! + +-- Słucham, jaśnie panie. + +-- Patrz! + +Nagiem ramieniem wskazywał dywan klęczącemu na ceracie sługusowi. + +-- Sprzątnij! + +Paweł na klęczkach posunął się po dywanie i podniósłszy ciastko, +drugą ręką sięgnął po zostawione na sofie błękitne sznurowadło. + +Poczem wstał i ciągle spokojny i niewzruszony, plecionkę dyskretnie +położył obok szyldkretowych szpilek w kącie tualety, a ciastko +cisnął zręcznie skrzeczącej na balkonie papudze. + + * * * * * + +Od dwóch tygodni poszukiwał Seweryn mieszkania. + +Zrobił pięćset osiemnaście pięter i -- nie mógł zdecydować się na +wybór. + +Wszędzie bramy były zanadto widne, za wiele drzwi wychodziło na +klatkę wschodową, lokatorowie zdawali się zanadto ruchliwi. + +W dwuznacznej pozycyi, jaką Seweryn sobie w życiu obrał -- były to +rzeczy nadzwyczaj ważne. Do tej chwili lawirował szczęśliwie +w pośród znieważanych mężów, którym ściskał uprzejmie ręce +i oddawał drobne przysługi. + +Nie miał ochoty poznać tragicznej strony medalu. + +Wesoła wystarczała mu zupełnie. + +To też szukał i szukał odpowiedniej bramy, w której cieniu mogłaby +jak w przepaści zginąć biegnąca do niego kochanka. + +Paul ze swej strony dokładał starań niemało. Obadwaj wieczorem +schodzili się w sypialni, zniechęceni, pożółkli, ze skórą dziwnie +na twarzy wyciągniętą. + +Snać podobne forsowne przechadzki obu tym viveurom nie dodawały +zdrowia. + +I gdy Seweryn, kładąc się, owiązywał głowę fularem, twarz nacierał +magnoliną a ręce pastą kardynalską, spoglądał żałośnie na Paula +skraplającego mieszaniną octu tualetowego i wody kolońskiej firanki +otaczające łóżko. + +-- Nic nie znalazłem -- mówił jęczącym głosem. + +-- I ja także, jaśnie panie. -- odpowiadał lokaj. + +-- Rozpacz! + +-- Rozpacz, jaśnie panie. + +I Seweryn, jęcząc, zakładał na twarz rodzaj maski irszanej, +napojonej coldcreamem, a faworyty podwiązywał długim kawałkiem +fularu, skropionym wodą portugalską. + +-- Może... jutro -- bełkotał przez wązki otwór, wykrajany w szmacie +irchowej. + +-- Może... jutro, jaśnie panie. -- odpowiadał lokaj. + +Tymczasem przechodziło jutro bez żadnego rezultatu i tak samo dni +następne. + +Pewnego jesiennego popołudnia, Seweryn, zdenerwowany, wlókł się +wzdłuż kamienic, zatrzymując się przed każdą wywieszoną kartą. + +Wstąpił już do dwóch domów, pomimo że ulica nie przypadała mu do +gustu. + +Ruchliwa była, co chwila przeleciała przez nią dorożka, to znów +o kilka kroków grała katarynka wyjątki z „Carmen”. + +Jakiś mały piesek usiadł na trotuarze i wył, podnosząc do góry +spiczastą mordkę. + +Seweryn dnia tego czuł się w dziwnem usposobieniu. + +Obudził się z niesmakiem w ustach i w duszy. + +Cała skóra go bolała na ciele i czuł nieledwie każdy włosek swych +faworytów, które dziś sterczały suche i bez żadnego połysku. + +Usposobienie jego wewnętrzne było szare i znużone. Czuł mimowoli +jakiś przesyt i wspomnienie ciała Klary, które go prześladowało, +było mu wstrętne nad wyraz wszelki. + +Spotkał ją w Saskim ogrodzie przechodzącą z córeczką. Nie rozumiał +dla czego coś go popchnęło ku dziecku, które było krwią jego krwi, +jego własnym płodem. + +Lecz -- mała -- rozkapryszona, zdenerwowana, odwróciła się, nie +chcąc się przywitać z „panem”. Chciał nalegać, schylił się, aby +ją ująć za rączkę, pragnąc dotknięciem się tego świeżego, +dziecięcego ramienia -- obronić przeciw jakiejś tęsknocie, +która go trawiła. + +Lecz niańka ujęła dziecko, wołając: + +-- Sewerciu! patrz... Tata idzie!... + +Dziecko odwróciło główkę i wyciągnęło ręce w stronę +nadchodzącego mężczyzny. + +Seweryn cofnął się i przeszedł szybko, zamieniając lekki +ukłon z przyjacielem. + +Zaczął znów szukać mieszkania. + +Szedł, prostując się z całej siły woli i przybierając obojętną +minę. + +Lecz piosenka „Carmeny” i wycie psa -- wstrząsnęły nim do głębi. + +-- Ach, te nerwy! -- pomyślał. + +Szybko wszedł do bramy, przy której widniała karta. + +Za chwilę dzwonił do drzwi parterowych, przed któremi leżała zużyta +słomianka. + +Drzwi otworzył mały chłopiec, najwyżej lat sześciu, dobrze +rozwinięty, szeroki w ramionach, z karkiem doskonale osadzonym. + +Otworzywszy drzwi, przechylił główkę, jakby oczekując +wytłomaczenia. + +-- O mieszkanie... -- wycedził Seweryn. + +Chłopiec, stukając gwałtownie obcasami, zniknął w ciemni +przedpokoju. + +Za chwilę słychać było donośny głos dziecięcy: + +-- Mamo!... jakiś o mieszkanie! + +-- To pokaż! -- odezwał się głos kobiecy z głębi mieszkania +wychodzący. + +Seweryn wszedł do przedpokoju i zamknął za sobą drzwi wchodowe. + +Zapach gotującej się brukwi i topionego masła uderzył go na +wstępie. + +-- Kuchnia musi być blisko -- wyszeptał z niezadowoleniem. + +Lecz nie miał już czasu oddawać się dłuższym uwagom nad rozkładem +mieszkania, bo drzwi prowadzące do saloniku otworzyły się +z impetem -- i w jednej smudze światła ukazał się chłopiec +a potrząsając energicznie głową, zawołał: + +-- Proszę pana za mną. Mamcia nieubrana a tatki niema. Dzieci mają +lekcyę i nie ma nikogo starszego tylko ja jeden. + +Mówiąc to, wydymał w dziwny sposób klatkę piersiową i uderzał się +po niej z zadowoleniem. + +-- Salon! o! -- wyrzekł, wyciągając szyję -- niech pan wejdzie, +choć pan zabłoci, nic nie szkodzi, jutro będą froterować! + +Seweryn spojrzał dokoła. + +Dziwnym mu się wydawał ten „salon”, pełen szydełkowych kap +i serwetek. Wszędzie czepiały się, jak rój nocnych czepków +mieszczanki, opadłych na ciemną wełnę mebli; na jesionowe +stoliczki, na trzcinę etażerek, na pudło nędznego fortepianu. Przed +kanapą, na płaszczyźnie stołu pokrytego siatkową szarą serwetą, +sterczała lampa, której podstawa tonęła w patarafce ze strzyżonej +włóczki i szklanych owoców. + +Mała czworograniasta czapeczka okrywała szkiełko. + +Chłopiec stał teraz na środku pokoju, rozstawiając nogi. Małe, +szare oczy o stalowych błyskach utkwił w twarzy Seweryna, który +z pustych ścian saloniku wzrok swój mimowoli przeniósł na źrenice +dziecka. I przez krótką chwilę te dwie pary oczu o jednakowym, +ciemnym a przejmującym połysku tonęły w sobie, jakby zlewając swe +stalowe promienie, w jedną chłodną, szarawą smugę. + +Wreszcie Seweryn ocknął się pierwszy. + +-- Czy jest jeszcze co więcej? -- zapytał. + +-- Jest proszę pana, pokój mamy i taty, dziecinny, jadalny, +kuchnia, pasaż i schowanko -- recytował mały. + +Przez uchylone drzwi prowadzące do dalszych pokojów, wyjrzała mała +dziewczynka. + +Chłopiec przybrał poważną minę. + +-- Niech Maryś idzie do kuchni, do Magdaleny -- wyrzekł mrużąc +oczy, a odwróciwszy się w stronę Seweryna, dodał ze śmiechem: -- +moja siostrzyczka! + +Malutka schowała się czemprędzej, nie omieszkawszy pokazać +nieznajomemu końca różowego języka. + +Chłopiec wzruszył ramionami. + +-- Pan daruje, ale to jeszcze małe! -- wyrzekł, otwierając drzwi na +rozcierz -- proszę pana, jadalnia!... + +Seweryn przestąpił próg i stanął koło ściany, opierając się o nią +plecami. + +Przed nim, na sosnowym dość dużym stole, okrytym ceratą, stały +talerze z grubego fajansu o żółtawych, gliniastych cieniach, grube +szklanki zieleniły się w odstępach, serwetki starannie +wyprostowane i pozwijane, wsunięte były w czarne, blaszane kółka. + +Pod ścianą kredens, na wpół otwarty, z wysuniętym blatem, ukazywał +ubogie wnętrze zapełnione blaszanemi puszkami cukru, kawy +i herbaty. Wielki bochenek chleba świeżo napoczęty, rozkładał wśród +masy okruchów swe ciemnawe wnętrze, okolone brunatną spieczoną +skórą. + +Pod oknem maszyna do szycia, na wpół przykryta sztywną merlą +zszywanej spódnicy, i krzesełko wyplatane odsunięte na środek +pokoju. + +Dokoła stołu kilka krzeseł wyplatanych i dwa wysokie foteliki +dziecinni: z zasuwanemi linijkami. Na jednym poduszeczka czerwona +perkalowa i przewieszony przez poręcz śliniaczek szydełkowy, +nawleczony czerwoną tasiemką. Wszystko to jednym rzutem oka objął +Seweryn. Jakieś dziwne przygnębienie ogarniało go wśród tych ścian +pustych, przed tym ubogim stołem, pośród tej duszącej woni +kuchennej i stukotu tasaka o stolnicę, dolatującego z po za drzwi +źle przymkniętych. + +Cała nędza rodzinnego życia, smutnego, pełnego poświęceń, prywacyj +i obowiązków -- zdawała się spływać tu z trywialnością trosk +codziennych. Tylko różowa i uśmiechnięta twarzyczka chłopca miała +w sobie świeżość małego egoisty, zabierającego w swe płuca +najzdrowsze cząstki powietrza, a w usta najlepszy kęs mięsa +i największy kawał chleba. + +I znów oczy Seweryna spoczywały na drobnej a dobrze rozwiniętej +postaci dziecka, które, pogwizdując lekko, wyszarpywało z bochenka +chleba kawałek ośrodka i, maczając go w solniczce, zajadało ze +smakiem. + +Seweryn przypomniał sobie, że, dzieckiem będąc, lubił namiętnie +chleb z solą i zakradał się przed obiadem do sali jadalnej, aby +wyprosić u lokaja kawałek ośrodka. + +Wspomnienie to sprawiło mu pewien rodzaj przyjemności. + +Mimowoli uśmiechnął się do chłopca uśmiechem koleżeńskim, +przyjemnym, porozumiawczym. + +Malec nie został mu dłużnym. + +Jakby w zwierciadle odbił się na różanych ustach dziecka uśmiech +mężczyzny. + +Te same zadrganie nerwowe kącików, te same zmarszczenie brody. + +-- To dobre przed obiadem -- bełkotał chłopiec i uderzył się znów +po klatce piersiowej, smarując przód flanelowej białej bluzki +tłustemi rękami. + +Seweryn stał ciągle przy ścianie, obserwując dziecko. Poddał się +bezwiednie pociągowi ku tej małej, kędzierzawej główce, kręcącej +się przed nim w mgławem świetle dnia jesiennego. Chłopiec ten +zaciekawiał go i śledzić wzrokiem za sobą kazał. Szare źrenice +z pod długich rzęs błyskały mu pożądliwie, gdy skubał ośrodek +chleba... tęgi kark odsłaniał się z szeroko rozwartego kołnierza +bluzy, kark o zarysach wspaniałego w przyszłości samca, +podbijającego kobiety siłą sprawianej rozkoszy. + +Na karku tym zatrzymał się dłużej wzrok Seweryna, zdawało mu się, +ze gdzieś już widział podobny szmat ciała, tylko większy, grubszy, +porosły krótkiemi włosami, majaczący we mgle zestawionych +umiejętnie luster... i osłonięty draperyą białej flaneli. + +-- Teraz pokażę panu dziecinny pokój, później mamci i kuchnię! + +Z łoskotem malec szarpnął drzwiami i przed oczyma Seweryna ukazał +się pokój podłużny, zastawiony pod ścianami małemi łóżeczkami, +okrytemi kołderkami z pąsowego, wytartego kaszmiru. Duży stół +zarzucony książkami i zabawkami czernił się na środku. + +Koło pieca suszyło się prześcieradełko, na ziemi leżała naga lalka, +z której sypały się trociny. + +Jakieś gorąco wilgotne panowało tu, wyziew mokrej bielizny +i rozlanych na podłodze mydlin. + +Pod stołem siedziała malutka dziewczynka, wydzierająca kartki +z wielkiej książki. + +Pod oknem, na obdartym skórzanym koniu huśtał się czteroletni +chłopczyk, chudy, anemiczny, wybladły. + +Chłopiec oprowadzający Seweryna, jak szalony rzucił się ku dziecku +kołyszącemu się na koniu. + +-- Złaź! to mój koń! złaź natychmiast! + +I silny, z pasyą wyrytą na drobnej twarzyczce, strącał młodszego +brata, który z pokorą dziwną złaził z siodła, zaczepiając się +o powiązane sznurkami strzemiona. + +Chłopiec, cały purpurowy, z krwią nabiegłą do oczów, rzucił się +teraz pod stół i wyrwał dziewczynce książkę. + +-- Ty, oddaj, to moje! + +Książkę rzucił na łóżko, poczem porwawszy za łeb konia, wsunął go +w kąt tuż przy łóżku, które zapewne było jego miejscem spoczynku. + +Dzieci -- milczące, przytuliły się do siebie, nędzne, drobne, +małe -- poddając się brutalnej przemocy, jaką wywierał nad niemi ten +chłopak, zdający się rządzić tu bezpodzielnie, brać pod swe +panowanie wszystko, co było jeszcze do wzięcia w tej nędzy +urzędniczej, w tych ubogich sprzętach powleczonych kurzem +trywialności. + +Seweryn znów oparł się o ścianę i śledził wzrokiem drobną postać +chłopca, który z wysiłkiem pakował konia na łóżko. + +I zdawało mu się, że dziecko to jest mu doskonale znajome, że +widywał je codziennie dawniej i teraz odnalazł nagle wraz ze +wszystkiemi ruchami, tonacyą głosu, karnacyą skóry... + +Wreszcie -- rzecz dziwna, Seweryn odczuwał jakby z jego wnętrza coś +się oderwało i poruszało się teraz w małych a silnych członkach tej +istoty, nurtowało tę kędzierzawą głowę, objawiało się w suchych, +urywanych zdaniach, wyrzuconych z tej klatki dziwnie wydętej pod +cienką tkaniną białej flaneli. + +Nagle -- drzwi w przeciwległej ścianie otworzyły się na rozcierz +i stanęła w nich kobieta okryta ciemnym, flanelowym szlafrokiem, +wiszącym luźno na wychudłem jej ciele. + +Stanąwszy w ramie drzwi, które po za nią rozwarły się szeroko, +ukazując profil łóżek okrytych brązowemi kapami i przedzielonych +małą ciemną szafką, wyciągnęła rękę ku hałasującemu dziecku. + +-- Maniek! -- wyrzekła suchym, bezdźwięcznym głosem -- nie hałasuj, +wiesz że mnie głowa bo... + +Reszta słów uwięzła jej w gardle. + +Dostrzegła Seweryna i obiema rękami schwyciła się za piersi. + +Pobladła jak ściana i na chwilę oczy przymknąwszy, oparcia ciałem +szukała. + +On -- poznał ją także, poznał odrazu, jakkolwiek straszną zmianą te +lat siedem naznaczyły się na jej twarzy. + +Był to szkielet Anny -- tej Anny, która podniosła się wśród blasków +bizantyjskiej lampy, milcząca i blada -- i odeszła z płodem +cudzołożnym w łonie, nie wymówiwszy ani słowa do swego wspólnika. + +Teraz stali przed sobą, oboje bledzi -- mając pomiędzy swemi +ciałami całą przeszłość pieszczot, zmysłowych porywów i chwilę +rozstania gorzką i gwałtowną, z początkiem brzemienności kobiety. + +Wreszcie -- ona odzyskała przytomność i podniosła głowę. + +W wyblakłych jej oczach, otoczonych sinawemi cieniami, zadrgała +cała gama nienawiści głuchej, tajonej wśród nocy bezsennych, na +szafocie małżeńskiego łoża, wśród których do krwi gryząc wargi, +taiła wyznanie prawdy, rwące się na usta w porywie bezdennej +rozpaczy i cielesnego obrzydzenia. + +Wszystko to mignęło w jej oczach i padło na twarz Seweryna, jak +uderzenie biczem cienkim a wiązanym w silnie zadzierzgnięte węzły. + +-- Czego? -- zapytała. + +Mężczyzna milczał, nie mogąc zdobyć się na odpowiedź. + +Ta kobieta wydała mu się w tej chwili straszną, tragiczną, wielką +w swym gniewie. + +-- Czego? -- powtórzyła. + +Czuł, że odezwać się musi. + +-- O... mieszkanie -- wyjąkał, pocierając jedną łydkę o drugą. + +Kobieta uśmiechnęła się ironicznie. + +-- To mieszkanie nieodpowiednie dla pana, wyjść proszę!... + +Wyciągnęła drżącą rękę w kierunku drzwi. + +Seweryn stał jednak ciągle, zmieszany, z oczyma spuszczonemi +w ziemię. + +-- Wyjść proszę! -- powtórzyła kobieta. + +Lecz on, powoli, nieśmiało wzrok swój od ziemi oderwał i na chłopca +stojącego koło łóżeczka przeniósł. + +-- To... on? -- zapytał cichym, ledwie dosłyszalnym głosem. + +Na twarz kobiety wystąpił rumieniec. + +-- Wyjść... proszę! -- powtórzyła przyciszonym głosem. + +Seweryn patrzał wprost już w twarz chłopca, który, odstąpiwszy +od łóżka, znalazł się pomiędzy nim i matką, a wsadziwszy ręce +w kieszenie od kurtki, łydki wygiąć pierś naprzód podał +i z uśmiechem na Seweryna spoglądał. + +I był to on! on sam w zmniejszonym formacie, on -- egoista, +on -- samolub, on -- brutalny samiec tyranizujący wszystko! +Kukułcze pisklę zagarnęło gniazdo dla siebie, rozpierając się +w niem z zuchwałością bękarta... + +W oczach kobiety szkliły się łzy, głowę oparła o ramę drzwi +i ponuro patrzyła przed siebie. + +Seweryn machinalnie rękę ku dziecku wyciągnął. + +Sięgnął jak po swoją własność, zapominając, że w nikczemnym +egoizmie swoim stracił prawo do istoty spłodzonej przez siebie +i podrzuconej nieznanemu człowiekowi. + +Lecz Anna nagle, jak hyena, porwała się ode drzwi i schwyciwszy +dziecko jedną ręką, drugą chudą i drżącą wyciągnęła +z wspaniałym gestem silnej w swem prawie kobiety. + +Z po zaciśniętych zębów wybiegło jedno jedyne słowo: + +-- Precz!... + +I słowo to było tak silne, tak tętniące obietnicą niecofnięcia +się przed niczem, iż Seweryn po raz pierwszy w życiu ustąpił +nędznie przed wzrokiem kobiety, kurcząc się i cofając ku wyjściu, +jak znikczemniałe wypędzone z cudzego legowiska zwierzę... + + + + +VII. + +=Lewek.= + + +Małe to było, brzydkie, krępe, na krzywych nogach osadzone, z głową +kudłatą i z bezczelnem spojrzeniem w zielonawych, świdrowatych +oczach, których usiłowaniem najgorętszem było rzucać piekielne +podbójcze błyski. + +„Demoniczny jestem”, mawiał, pukając się w wypukłe piersi, okryte +wykrochmaloną koszulą, „demoniczny bestya, jak chyba nikt na +świecie”. I pakował gałkę od laski w szerokie usta, które oblizywał +ciągle, grubym, sinawym językiem. Nogi obute w płytkie lakierowane +pantofle wyciągał przed siebie, ohydny, trywialny, śmieszny pod +jasnym blaskiem porannego słońca filtrującego złotawe światło +przez liście kasztanów nad ławkami się zwieszających. + +Spoglądał na przechodzące kobiety z lekceważeniem pozornem +a z utajoną lubieżnością. Kiwaniem nogi, wydęciem ust, zdawał +się mówić jak sułtan rozparty na sofie w haremie. + +„No! któraż tam!... Pan czeka!...” + +Lecz w myśli powtarzał sobie: + +„Ach!... żeby też która!...” + +Lecz kobiety mijały go szybko, nie zwracając nań najmniejszej +uwagi. Czasem zasłaniały się parasolkami, aby uniknąć jego +natrętnego i bezczelnego spojrzenia, które on uważał za szczyt +demoniczności. Często -- gdy zniecierpliwiony, rozdrażniony, +wstawał z ławki i z arogancyą zaglądał pod ronda kapeluszy mężatek +pilnujących dzieci, lub następował na pięty dziewcząt +uśmiechających się w promieniach słonecznych -- ta i owa mruknęła +przez zaciśnięte zęby: + +-- Błazen! + +On wtedy zaciskał zęby z wściekłością, przybierając pozornie +rozpromieniony wyraz twarzy. Siedzący bowiem na ławie przyjaciele +śledzili go z uwielbieniem, patrząc, jak „zachodzi” -- i jak +kobiety rzucają mu w przelocie jakieś słowa, które on, +szczęśliwiec! z uśmiechem niedbałym przyjmuje. Gdy powracał do +ławki, kołysząc się na swych krótkich, kaczych nogach, gołowąsy +młodzieniaszek w świat podbojów wchodzący, zapytywał: + +-- I cóż? i cóż? co one powiedziały?... + +Ireneusz wydymał dolną wargę: + +-- Ha! lecą na mnie! + +Po ławce rozchodził się szmer uwielbienia. + +Wiadomo bowiem, że Ireneusz należy do tych wybrańców, którzy mają +szczęście do kobiet! Już w czwartej klasie miał taką reputacyę, gdy +za brązowemi spódniczkami pensyonarek gonił, spocony, czerwony, +kroplami potu na krótkiej, niekształtnej szyi okryty. + +Pensyonarki pluły, złościły się, obrzucały go rozmaitemi epitetami, +on to wszystko ze stoicyzmem znosił -- wiedząc, że w oczach kolegów +rośnie na zjadacza serc panieńskich, na don Żuana, na kobieciarza! +Podtrzymując reputacyę swoją, pracował i nadal w tym kierunku, +zamieniwszy tylko teren swych manewrów, wiecznie w pogoni za +kobietą, zawsze głodny a udający przesyconego, drżący na szelest +krochmalnej spódnicy pokojówki a ziewający na widok koronek +wyłaniających się z pod sukni szykownej strojnisi. + +Szlachectwo zobowiązuje! + +Reputacya Irka była ustalona. + +Demoniczny i szczęśliwy do kobiet!... + +Tylko tyle. + +Godność tę trzeba było dźwigać na swej kwadratowej głowie pod grozą +śmieszności i odstąpienia podbójczego berła komu innemu. + +Tego Irek byłby nie przeżył. + +Chował więc „błazna” -- do kieszeni i mówił zapalając papierosa: + +-- Lecą na mnie! + +Lecą! och!... + + * * * * * + +Akuszerka odbierająca Irka zaopiniowała w dwie minuty po urodzeniu +się tego rozkosznego dziwotworu w następujących wyrazach: + +-- Chłoptaś szelma śliczny jak lalka, do mamy podobny jak dwie +krople wody. Będzie miał szczęście do kobiet! + +Ojciec -- suchy, biedny, zawiędły urzędnik -- stojący pod piecem +z pieluszkami w ręku, uśmiechnął się blado. + +-- Jak Boga szczerze kocham -- przyświadczała akuszerka, wodę na +kąpiel szykując -- będą za nim hrabiny latały, już ja się znam na +tem! + +Słowa pani Malinkiewicz, powtarzane często w obecności już +podrastającego Irka, głębokie nań wywarły wrażenie. + +-- Powiedziała -- o! powiedziała!... musiała coś przecież wiedzieć, +z palca sobie tego nie wyssała. + +Uczył się, ale za to był bezustannie w fałdach kobiecych spódnic, +wcześnie roznamiętniony i ofiarowujący się z miną znudzonej +przymusowem dziewictwem kobiety. Odpychano go jednak, tak był +wstrętny, z oczyma zielonawemi, powleczonemi mgłą namiętności, +z ustami wpół otwartemi o zaślimaczonych kącikach. Przez grzeczność, +w obecności rodziców dziewczęta znosiły go pomiędzy sobą, unikając +dotknięcia jego rąk zimnych i wiecznie spoconych. On -- połykał +upokorzenia, znosił przycinki, znajdując dziwną rozkosz w słowach +obcych, widzących go w gronie dziewczyn. + +-- Irek ma szczęście do kobiet! patrzcie!... zawsze jest pomiędzy +niemi!... + +Gdy podrósł, zaczął się zastanawiać, czem właściwie można +podbijać kobiety. + +Czytał wiele, zatrzymując się zawsze nad opisami bohaterów, którzy, +szczególnie obdarzeni od natury, uwodzili po sześć kobiet dziennie, +porzucając je później na pastwę tęsknoty i rozpaczy... + +Bohaterowie ci mieli przeważnie -- „czoło wyniosłe, otoczone +kruczemi kędziorami, twarze pociągłe, blade -- nozdrza namiętne, +rozdęte”. Jeden z bohaterów Balzaka, uwodziciel urzędowy, miał +wargę dolną lekko obwisłą „świadczącą o zmysłowości”... + +Zaczęły się więc tortury ciała Irkowego. + +Włosy smażyły się i piekły na żelazku od rurkowania spódnic, +nieruchome i mięsiste nozdrza rozciągane palcami, nabrały pewnych +ruchów przy wciąganiu powietrza, warga zaś dolna -- ta nieszczęsna +warga, miała rzeczywiście pozory zmysłowości „szalonej”. + +-- Irek, co robisz z ustami? -- wołała matka, cicha, potulna +kobiecina, niemogąca pojąć jak zaszczytne stanowisko zająć ma jej +syn w społeczeństwie. + +Projekt na „lwa” -- tymczasem wargę ciągnął i nozdrzami ruszał, +tworząc sobie w ten sposób maskę podbójczą, niezwalczoną... + +Wzrósłszy w lata i ciało, krępy i nabity, rozsadzający pełnością +kształtów jasne garnitury, aplikował u jednego z adwokatów, +zapełniając ciasną kancelaryę trywialną, ostrą wonią chypru. +Lokował się przy drzwiach salonu, aby za każdem ich otwarciem, +rzucić w głębię przenikliwe spojrzenie, samą adwokatowę mające na +względzie. + +Pani ta jednak -- jakkolwiek w niebezpieczną trzydziestkę wkroczyła +i miała lekki puszek na wierzchniej wardze posiadała tylko jedną +namiętność, to jest... rurki czekoladowe napełnione kremem. +Pochłaniała ich ilość obfitą, zmysłowe rozkosze na bok odkładając, +namiętne przeto drżenie nozdrzy Irka zostawiało ją zimną, nawet +nieździwioną w jej łakomem, kremowem rozleniwieniu. + +Demoniczny natomiast młodzian, obserwowany, popychany przez +kolegów, widząc, iż nic nie zyska, przybrał... minę zwycięzcy +i często w pustą głębię salonu rzucał porozumiewawcze spojrzenia +i uśmiechy, ku wielkiej radości całej dependenckiej rzeszy. + +-- Wzięła się! wzięła! -- szeptali do siebie, głowy z plik papierów +wyściubiając. + +Irek brwi marszczył i rękę patetycznie wyciągał. + +-- Proszę was -- mówił -- zaprzestańcie tych żartów. Podobnemi +podejrzeniami obrażacie mnie i kobietę, która obdarza mnie sercem +zaufanem! + +Milknął na chwilę, poczem dodawał z wysiłkiem: + +-- ...I której honor jest mi drogim! + +Było w tym głosie to „coś”, które drga zawsze w głosie +mężczyzny, ile razy zapiera się miłostek z jakąś kobietą. Mówi +„nie!” -- a słyszy się najwyraźniej „tak!” + +Wreszcie -- następował teraz -- bukiet, wieńczący zwykłe podobnego +rodzaju rozmowy. + +-- Daję wam na to... słowo honoru! + +Wszystko tam było -- i honor (och ten nieszczęsny!), i ręka na +kamizelce położona, i przymrużanie oczów, słowem -- cała lira. + +Mimo to, a właściwie mówiąc, dlatego -- dependenci mówili w kilka +dni później w gronie swych zaufanych przyjaciół: + +-- Irek poleciał teraz na grandę, mężatka, szyk kobieta! Nie -- on +ma dziwne szczęście do kobiet!... + +A zapytywani przez rodzinę o panią adwokatowę, odpowiadali: + +-- Phi!... kobieta nieszczególnego prowadzenia się! Podobno Irek... +i to nie sam!... nie on jeden! + +Adwokatowa tymczasem kremem cała ubielona, ani przypuszczała jak +czernieje jej dobre imię, jaka smutna przyszłość gotuje się dla jej +córek -- których matka, niedługo w opinii całego miasta zostanie +„taką, co przez całą kancelaryę męża przeszła!” + +Powoli -- Irek rozzuchwalał się coraz więcej. + +Tu i owdzie, jakaś pokojówka rozuzdana, sklepikarka lub +dystrybutorka spragniona miłosnych wrażeń -- zsuwała mu się +w objęcia. On -- wygłodzony, miłostki te skwapliwie przyjmował, +dekorując je później w wytworne barwy, w opowiadaniach swych, wśród +kilku przyjaciół. Franusia z drugiego piętra, cuchnąca mydlinami, +była w tych opowieściach -- panną „z bardzo przyzwoitej rodziny” -- +odwiedzającą go o szarej godzinie z panną służącą. Biedactwo! +przybywało zawsze spłonione i drżące. Narzuciło mu się prawie samo +a teraz on -- z litości nad biedną, stosunek ten przeciągał, który, +nawiasem mówiąc, nużył go niewypowiedzianie. Czuł bowiem do czego +to zmierza, panna chce koniecznie doprowadzić go do ołtarza -- lecz +on, Ircio -- bynajmniej tego nie pragnie! + +Tembardziej -- że... niedawno zaplątał się jeszcze w znajomość +z pewną wdową, majętną, posiadającą handel na jednej z pryncypalnych +ulic, o!... wiecie! -- sklep wspaniały -- jubilerski, pełen +brylantów, turkusów, rubinów... + +On -- uległ także temu kaprysowi, pociągnięty wielką pięknością +wdowy, lecz teraz radby się wywinąć uczciwie, jak na przyzwoitego +człowieka przystoi. + +Wdową tą tymczasem -- była dystrybutorka, rozlana w czterdziestce, +którą przekroczyła, żółta i nędzna za skromnym kontuarem ubogiego +sklepiku, na jednej z najbardziej oddalonych ulic miasta. + +Przyjaciele Irka cisnęli się teraz do niego, pełni tej dziwnej +łatwowierności, jaką mają mężczyźni, wobec miłosnych blag +patentowanego przez nich samych bezczelnika. + +-- Irek!... Irek!... powiedz -- jak się nazywa? + +Irek łyżeczką kawę mieszał z tajemniczą miną. + +-- Nie wymagajcie! honor kobiety!... + +Lecz oni nacierali, pełni niezdrowej ciekawości starych plotkarek. + +-- Czy znamy ją? powiedz? + +Irek ramionami ruszał. + +-- Może... -- rzucał z niechcenią. + +-- Pani Strzelecka? + +-- A... cóż znowu! + +-- Pani Jacksohn? + +-- Ależ... + +Uśmiechał się dwuznacznie, oczami demonicznie błyskając. + +-- Ależ tak -- ona -- ona -- nikt inny!... + +Lecz on porywał się nagle, godności pełen: + +-- Proszę, zaprzestańcie tych domysłów. Gdyby nawet tak było... +honor milczeć mi nakazuje! + +I nagle wdowa po jubilerze zostawała kobietą „kompromitującą się +z jakimś dependentem”, istotą zgubioną, nieumiejącą nawet uszanować +pozorów... Ta i owa, w chwili oburzenia, wróciwszy z „pod Raka”, +gdzie grywa rozstrojona orkiestra, a gabinety zbudowane są +z dziurawych desek -- mówiła: + +-- Wszystko przecież można... ale zachować trzeba pozory!... + +Koło kobiety robiła się pustka, której ona wytłomaczyć sobie nie +umiała i nie mogła -- a lewek Irek powtarzał tymczasem: + +-- Gdyby nawet tak było -- honor mi milczeć nakazuje! + +Och!... ten honor mężczyzn, lwów broniących czci kobiety, którą +sami zszargali, ten honor dzwoniący, jak fałszywa moneta -- +„qu'allait-il faire donc, dans cette galère?” + +Powoli, Irek rozzuchwalał się jeszcze więcej. + +Trzeba było słyszeć tę potworę mówiącą o kobietach w ogóle, +zwłaszcza gdy wypił filiżankę czarnej kawy z figową cykoryą, pod +werendą dystyngowanej cukierni. + +-- Kobiety!... hm -- wiedział on dobrze co znaczy to słowo! Trzysta +czterdzieści siedem razy grał komedyę miłości... tak!... tak!... +trzysta czterdzieści siedem! ani mniej ani więcej! Zna więc do +gruntu te istoty, które bez wielkich wysiłków przykuć do siebie na +zawsze można. Gorący pocałunek, w ucho naprzykład, zupełnie +wystarcza! On to próbował nieraz i żadna mu się nie oparła! a ileż +ich przez ręce mu się przewinęło! Blondynki, brunetki, rude, ba!... +nawet jedna siwa, lecz młoda i piękna! Wybierał zawsze bowiem +piękne i dobrze zbudowane... wszak tyle jest tego na świecie!... +mój Boże -- ręką tylko siegnąć... już jest i to nie byle co, szyk, +elegancya, inteligencya! wszystko! + +Cóż? -- kobieta? -- istotnie słaba, bez woli -- lgnąca do trochę +przystojniejszego mężczyzny na oślep. Tak zwanych „uczciwych” +-- phii!... to okazy do wypchania, niema ich poprostu. Irek takich +nie znał, wreszcie... on za nikogo, za żadnąby nie ręczył!... + +Podkreślał te słowa, przybijając tem słuchaczy. A wreszcie -- gdyby +oni byli na jego miejscu i przeszli to, co on przeszedł -- widzieli +kobiety napozór zacne, święte, nieskalane... szalejące w chwili +ekstazy miłosnej w jego objęciach jak kurtyzany! -- a!... tak! tak, +jak proste kurtyzany! + +Od pewnego czasu upodobał sobie wyraz „kurtyzana” -- i szastał nim +na prawo i lewo, wsłuchując się w dźwięk tego teatralnego słowa. + +-- Zresztą -- ciągnął dalej, paznogcie sobie oglądając -- życie +trzeba brać jak jest! Kobieta jest przyjemnem narzędziem rozkoszy +i miłą rozrywką. Tylko... + +Tu składał ręce jak do modlitwy. + +-- Na Boga, panowie, nie żądajcie niemożliwego! nie chciejcie +widzieć w kobiecie istoty na wieki do was przykutej, bo w ten +sposób -- życie będzie dla was męczarnią. W młodości mej... +wiedziałem coś o tem! + +Pozował się melancholijnie, głowę na dłoni wspierając. + +-- Tak!... tak!... -- kończył cichym, przytłumionym +głosem -- początkowo brałem komedyę miłości na seryo. +To mnie zabijało! Dziś, nie kocham! pozwalam się kochać... +i czuję się o wiele szczęśliwszym. + +Uśmiechał się, usta oblizując -- w kącikach mu kawa pomieszana ze +śliną czerniała. + +-- Teraz, już trzysta czterdzieste ósme przedstawienie nie kosztuje +mnie nic i bez najmniejszego wzruszenia o schadzce wieczornej +myślę. Ot -- spędzić wieczór z kobietą, jest dla mnie to samo, +co... filiżankę kawy wypić! + +Pełen dezinwoltury, wspaniały, nadzwyczajny, sączył resztę fusów +osiadłych na dnie filiżanki. Słuchano go z religijnem skupieniem. + +Swadę miał i widoczną gruntowną znajomość przedmiotu. + +Czasem miał odpowiedzi, które po prostu historycznemi się stały, +rywalizując ze słowem Cambronne'owi przypisywanem. + +Przykład: + +Jeden z młodzieży -- wkraczający dopiero w dziedzinę galanteryi, +zauważył nieśmiało, że pomiędzy „szwaczkami” wiele się znajduje +dowodów szczerego przywiązania i miłości. + +Dyskutowano trochę, ten i ów opozycyę zakładał, wreszcie zwrócono +się do Irka, który ostentacyjnie jakiś list na różowym papierze +nabazgrany czytał. + +-- Jak pan sądzisz?... szwaczki? co? + +Irek oczy zmrużył. + +-- Szwaczki? -- odpowiedział po chwili z niezrównanem +roztargnieniem -- szwaczki?... je n'en sais rien?... nie znam!... + +Od pewnego czasu używał francuzczyzny, ucząc się zdań pojedynczych +i rozmówek pani Bocquel. + +-- Nieznasz pan szwaczek? -- pytano ze zdziwieniem. On, demoniczny +wzrok wokoło ciskał: + +-- A, od czegóż... damy? -- zapytał. + + * * * * * + +Razem z latami, wzrosła w tym mężczyźnie dziwna zaciekłość udawania +kochanka każdej choć trochę wybitniejszej lub bardziej znanej +kobiety. + +Zwrócił się przedewszystkiem do -- teatru. + +Poznał jakąś nędzarkę, chórzystkę -- obarczoną kilkorgiem dzieci, +zaglądał często do jej biednego mieszkania, i teraz, nagle zaczął +pastwić się nad aktorkami. + +Od owej chórzystki -- wyciągał niektóre szczegóły co do artystek +stojących na stanowisku i szargał je w błocie rozpusty, obmawiając +w najcyniczniejszy sposób. + +Pisywały do niego! o! tak -- nawet bardzo często, cierpiąc po +prostu na manię listów! Lecz on -- jakkolwiek chwilami znajdował +pewne upodobanie w towarzystwie „tych pań” -- umiał postawić się na +odpowiedniej stopie. Mój Boże!... wiadomo bowiem jak przewrotną +jest kobieta -- a cóż dopiero aktorka! Tej ostatniej głównie chodzi +o świecidełka, błyskotki. Rzuca się więc jej ten okup i flirtuje +wesoło w jej buduarze. Co jeszcze mają najlepszego w sobie aktorki +-- to umiejętność urządzania buduarów. + +I dyskretnie dawał rozmaite szczegóły. + +U tej naprzykład buduar cały różowy ma na szezlongu rzuconą białą +niedźwiedzią skórę, u tamtej buduar w kształcie oryentalnego +namiotu, u innej znowu lustra, lustra i lustra. + +Jeszcze inna nie miała buduaru, przyjmowała zwykle w saloniku, +w którym była zaciszna alkowa, wybita liliową draperyą. Aktorka miała +jasne złociste włosy, zwykle rozpuszczone i wielkie koronkowe +rękawy, któremi zamiatała ziemię. + +Nawet na nim, na Irku robiło to pewien efekt, dlatego przesiadywał +tam często, powtarzając z „tą panią” -- jej role. + +Ależ tak -- tylko role, a wreszcie... + +Tu -- był już dyskretnym. + +Dobra wiara, którą zaszczycano go od lat kilku, wyrobiła w nim +bezczelność, posuniętą do niemożliwych granic. + +Opinia aktorek, szarpana zwykle przez wszystkich, dla tego lwa była +prawdziwym kęskiem królewskim, na który rzucał się s całą +zajadłością. + +Aktorki!... fiu!.. wszystko -- kurtyzany!... + +Rzecz ceny -- nic więcej! + +Ramionami wzruszał, usta wydymał -- pełen szlachetnej pogardy dla +tych istot ujrzanych zaledwie zdaleka, wśród blasku gazu, +w szeleście jedwabnych spódnic i całej fali koronek. + +Serce mu biło gwałtownie, gdy ujrzał którą przechodzącą ulicą. + +Jeśli nie był sam -- pociągał gwałtownie swego towarzysza +i przechodził na drugą stronę ulicy. + +-- Dlaczego to robisz? -- pytał towarzysz -- patrz, idzie Morelka, +przywitasz się z nią... może mnie przedstawisz? + +Irek brwi marszczył, głowę odwracając. + +-- Dziwny jesteś -- odpowiadał -- nie wiesz, że oddawna nie znam +tej pani? + +Lub zapuszczał się dalej w efronteryę, mówiąc junacko: + +-- Witać się z nią? cóż znowu, przecież ja nie mogę się tak +kompromitować! + +Przechodził szybko, głowę do góry niosąc, z ustami wydętemi +pogardliwie, ironicznie -- pogwizdując jakąś urywaną melodyę. + +Aktorka tymczasem szła powoli, nie przypuszczając, że po drugiej +stronie chodnika szedł człowiek -- rzucający na nią błotem, dający +jej miano „kurtyzany” i mówiący z pogardą: + +-- Ta pani, to rzecz... ceny. + + * * * * * + +Niezrównaną miał fantazyę, ten kreowany przez akuszerkę pożeracz +serc kobiecych. Wyjeżdżał raz do Wiednia i zawadził o Wenecyę. Było +to już po śmierci matki i trochę klejnotów przez nią pozostawionych +przeszło w ręce żydów, dla opłacenia kosztownej dla Irka w świat +wycieczki. + +Lecz za to z powrotem, ileż legend opromieniło demoniczną postać +lewka!... + +Wiedenki -- hm... cóż! Wiedenki -- namiętne, rozmarzone, +wysiadające na ławkach Stadtparku podczas księżycowych nocy. + +Sentymentalizm straszny... samobójstwo w perspektywie! +zapewne -- sensacye nowe i dość miłe, lecz dla człowieka, +który trzysta czterdzieści siedem razy grał komedyę miłości +-- zanadto wstrząsające. + +Wspanialsze o wiele włoszki, wenecyanki, tajemnicze, pełne ognia +i nieopisanej zmysłowości... A gondole! ach!... + +Irek głową w takt wioseł kiwał i oczy przymykał uśmiechnięty, pełen +rozkosznych wspomnień. Czasem... barkarollę Troschla nucił +fałszywie i powtarzał jak papuga: + +„T'amo!” + +Raz -- w chwili zwierzeń wyznał, iż przechodzącego placem Św. +Marka, dojrzała go pewna księżna karmiąca gołębie i wieczorem -- +w gondoli swej uwiozła. + +Na Canale grande nauczyła go słowa -- „t'amo!” + +W rzeczywistości Irek mieszkał w Wiedniu na Leopoldstadt, został +w Stadtparku zwymyślany przez jakąś mäderl -- wracającą +z „Waschanstallt” -- a w Wenecyi, wynudziwszy się nad cuchnącym +kanałem, napróżno usiłował pozyskać względy dziewczyny +posługującej w hotelu, grubej trywialnej włoszki, czeszącej +się raz na trzy tygodnie... + +W kilka miesięcy później, Irek kupił sobie wąskie porte-bonheur +i kazał je zakuć na ręku. + +Było to szczytem elegancyi i szyku. + +Wysuwał teraz rękę z pod mankietu i błyskał złotem bransoletki, +drażniąc ciekawych niezwykłem tem zjawiskiem. + +Gdy go pytano -- wymijał zręcznie odpowiedzi, honorem się znów +zastawiając... + +Szczególniej w teatrze imponował bezustannie, bransoletkę na rękę +naciągał i pod oczy nią siedzącym w krzesłach kobietom świecił. + +Niektóre mówiły: + +-- Patrz! to monstrum ma bransoletkę! + +Inne, zaciekawione istotnie, rzucały badawcze spojrzenia. + +Irek, uszczęśliwiony, nadymał się jak żaba, porte bonheurem +o szpinki dzwonił i przeginał się z nonszalancyą przez baryerę +krzeseł. + +W tym czasie przeczytał „Siostry Rondoli” i „Safo”. Mówił przeto +wiele o francuzkiej literaturze i o głębokości studyów nad kobietą, +dokonanych przez Maupassanta i Daudeta. + +Rozmarzywszy się raz fałszowaną chartreuse'ą, ułożył nagle cały +romans o jakiejś tajemniczej, czarnoubranej kobiecie, która od dni +kilku przychodziła do niego o zmroku wieczornym. + +Miało to być „coś z arystokracji” -- spowitego w batyst +i blondyny(!) i pragnącego u stóp Irka pozostać do śmierci. + +Słuchacze zainteresowali się tą opowieścią i przez kilka tygodni, +tajemnicza dama unosiła się, jak mistyczne zjawisko po nad głowami +mężczyzn. Powoli -- zapomniano o niej. Irek -- przestał mówić, +znużony własnem kłamstwem. + +Minęło kilka miesięcy. + +Nagle przypomniano sobie tajemniczą damę i rzecz naturalna, +zapytano o nią Lewka. On przez chwilę stał osłupiały, niemogąc +przypomnieć sobie -- o co tu właściwie chodzi. + +Wreszcie pamięć mu wróciła. + +Do dyabła! cóż teraz zrobić z tą całą historyą! Plątać ją +dalej -- jak? -- konceptu mu zabrakło. + +Nagle wspaniała myśl zaświtała mu jak gwiazda zbawienia. + +Uśmierci ją! + +Tajemnicza dama umrze... + +I z ponurą twarzą, grubym głosem, opowiedział pochylony nad swoją +kawą -- że -- czarna dama umarła w Nicei... na suchoty, miesiąc +temu, a ostatnie jej słowo było „Ireneusz”... + +Powiedziawszy to -- zamyślił się głęboko, smutny i znękany. + +Słuchacze uszanowali jego boleść -- ogólnem milczeniem. Od tej +chwili, aureola cierpienia otoczyła czoło Irka; zaczął chodzić +zgarbiony, jakby smutkiem do ziemi przyciśnięty. + +Pluł wzgardą na wszystkie kobiety tęskniąc do tej jednej, szacunku +i miłości godnej -- która „odeszła w dal ciemną -- pod błękitnem +niebem Italii”. + +-- Cóż znowu! -- pocieszali go przyjaciele -- trudno ginąć +z tęsknoty dla trupa. Miej siłę! oprzytomniej, Irku! + +Lecz Irek pozował teraz coraz więcej, drapując się w szatę +tragiczną. Fikcyjna kochanka zaczęła dlań przybierać kształty. Po +upływie pewnego czasu nabrał przekonania, że -- -- czarna dama, +rzeczywiście istniała. + +Teraz w węzeł krawatu wpinał szpilki w formie trupich główek, +ubierał się ciemno, cały żałobny jak karawaniarz. + +Chwilami miał chęć sprawienia sobie krepy przy kapeluszu. + +Słowem, był to wdowiec, wdowiec opłakujący istotę, która, nie +istniejąc, śmiercią swą pogrążyła go w bezmiarze boleści. + +I często z zamglonemi oczyma siadał w gronie swych przyjaciół, aby +wywnętrzyć ból swój drżącym od wzruszenia głosem. + +Jeśli go kto w życiu kochał, o! to pewno ta jedna!... Była mu cała +oddana, pomimo odpychającego chłodu, z jakim miłość jej przyjmował! + +Uderzał się w czoło z rozpaczą. + +-- Byłem względem niej niegodziwy -- wołał -- lecz czyż to była +moja wina! Popsuły mnie te wszystkie inne, popsuły, bo trzysta +czterdzieści siedem razy musiałem grać z niemi komedyę miłości. A +czy która z nich była warta tego?... + +-- Przecież adwokatowa... -- przerywano mu półgłosem. + +-- Och!... ona!... -- i tu Irek mścił się za lekceważenie okazywane +mu przez amatorkę kremu. Och, ona szczególniej!... głupia, zła, +gadatliwa, narzucająca się, nudna i chuda!... o tak, chuda +w przerażający sposób. Stanikiem dobrze zrobionym okłamywała ludzi... +lecz, on -- Irek, wiedział czego się ma trzymać... + +Nie krępował się już teraz w słowach, rozbierając brutalnie +kobiety, o których istnieniu wiedział zaledwie. Podniecony, +wściekły -- mścił się za każdą obelgę, każde odepchnięcie, +wyrzuceniem z siebie całej masy kłamliwych szczegółów piętnujących +kobietę jak rozpalonem żelazem, na dowód przytaczając tajemnice +alkowy, sekreta ciała, ukryte wady lub wdzięki. + +I tylko dla nadania sobie pozy i uroku powracał ciągle do zmarłej, +wysławiając ją jako ideał piękności i wdzięku. + +-- Włosy miała czarne jak kruk i do pięt sięgające -- mówił, +potrząsając głową -- oczy szafirowe, twarz bladą... nie! -- opisać +jej niepodobna, a wreszcie, chcecie? -- pokażę wam jej fotografię? + +Radość w tłumie powstała ogólna. + +-- Ale, przysięgnijcie mi na honor, iż nigdy żaden nie da poznać po +sobie, że widział ten portret w rękach moich! + +Słuchacze, powstawszy, na honor przysięgli. + + * * * * * + +Gdy Irek do domu powrócił, uczuł kłopot niemały. + +Przyrzekł pokazać fotografię zmarłej -- hm!... dobrze, ale zkąd +fotografię tę dostać? + +Niewypada nic innego tylko kupić jakiś „gabinet” -- i przyjaciołom +przed oczyma błysnąć. Nazajutrz, wczesnym rankiem, pobiegł Irek do +ateliers fotograficznych. + +Podał się za heliominiaturzystę amatora, chcącego nabyć kilka +fotografij, celem robienia studyów. + +Podano mu całe stosy wybiórków, portretów osób, które nie +zastrzegły sobie sprzedaży publicznej. + +Irek szukał długo, wreszcie -- wybór jego padł na silną brunetkę, +o wielkich ciemnych oczach, owiniętą masą białej gazy. + +Wydała mu się nadziemską w tym jasnym obłoku. A -- zjawisko, widmo +zmarłej a nieznanej kochanki. + +-- Kto jest ta dama? -- zapytał. + +Fotograf pokręcił głową. + +-- Nie pamiętam prawdziwie -- odparł -- fotografia ta zdejmowana +już lat kilka temu. Zdaje mi się jednak, że ktoś z prowincyi. + +-- Nietutejsza? + +-- O! za to ręczyć mogę! + +-- Tem lepiej! + +Zapłacił, fotografię zabrał i cały przejęty ważnością chwili, +dzień spędził w gorączce i oczekiwaniu. + +Co chwila fotografię wyjmował i przyglądał się rysom brunetki. +Była przystojną, choć cokolwiek mało miała dystynkcyi. Jakiś +uśmieszek w kącikach ust się błąkał, za wiele widać było piersi. + +Gaza ratowała jednak wszystko. + +Z nadejściem wieczoru, Irek do cukierni pędził -- i pomiędzy +zebranych już mężczyzn wpadł. + +Porwali się wszyscy, zaciekawieni jak stare baby, wyciągając ręce. + +-- Fotografia? o! pokaż! pokaż! + +On -- stał teraz boleśnie wykrzywiony i powoli kopertę odchylał. + +Portret wyjąwszy, spojrzał i westchnął. + +-- Tak!... to ona!... moja święta -- jakby przemówić miała! + +I fotografię najbliżej stojącemu podał a sam, jakby boleścią +przybity, na krzesło się usunął. + +Lecz nagle, serdeczny, wesoły śmiech rozległ się w powietrzu. + +Jeden z grona mężczyzn, świeżo z Łodzi przybyły, machał w ręku +trzymaną fotografią „świętej -- zmarłej”, zanosząc się ze +śmiechu. + +-- Ależ to Wikcia! -- wołał -- Wikcia z Grand hotelu w Łodzi -- +ta... co się tu w Warszawie teraz puszcza! + +Lewek głowę podniósł i ogłupiałym wzrokiem na śmiejącego się +patrzał. + + + + +VIII. + +=Małpa.= + + +Że Olka była małpą w całem słowa tego znaczeniu, o tem wiedziało +nietylko całe Żółkiewskie, ale nawet i het daleko aż po za +rogatkami znano jej rudy, wiecznie rozczochrany warkocz i kaftanik +w kratki, wydarty na łokciach a aksamitem u szyi ubrany. + +Szczególniej wieczorami, o zmroku -- pełno jej było po wązkich +uliczkach przedmieścia. + +Wiadomo było po co się po cieniu słania, od czasu do czasu tylko +pod latarnię podchodząc; dzieci małe znały ją nawet i palcem +wskazywały, mówiąc z przedwcześnie rozwiniętą złośliwością: + +-- Małpa! idzie małpa!... + +Ona wygrażała im tłustą czerwoną pięścią i rzucała gradem łupin +od orzechów, których miała zawsze pełne kieszenie. + +Urodzona na przedmieściu, wychowana w cieniu kamienic, córka +stróża, gnieżdżącego się w zatęchłej suterynie, podlotkiem zaledwie +uciekła, pozostawiając po za sobą ojca, młodszego brata, wiecznie +zamorusanego Wicka i kij, którym ojciec zwykł był dzieciom na +dobranoc kości łamać. Nie był to jednak zły człowiek, pracowity, +przeważnie trzeźwy i zupełnie uczciwy. Ucieczkę córki odcierpiał +ciężko i do samego zgonu widząc ćmy nocne, czerniące się w głębi +wązkich uliczek, dławił się z wściekłości na samą myśl o losie +Olki. + +Ona przeniosła się w inne strony miasta i tam, wiążąc zatłuszczone +wstążki na głowę, z szelestem świeżo wykrochmalonych spódnic, +spadała na ulicę o szarym zmroku, razem z całem stadem szarańczy po +kątach ciemnych czatującej. + +Znały ją stawy Pełczyńskie i szumiące dokoła nich brzozy, znał ją +Węgliński lasek, cały w zieleń aksamitu spowity; -- powoli całe +terytoryum miasta na wschód się pchającego Olka zajęła w swe +posiadanie, prezentując wszędzie swą twarz płaską, ospą znaczoną +i z nosem zadartym, z wargami mięsistemi, w obramowaniu ostro +najeżonych włosów o rudawym, niepewnym połysku. + +Lecz dziewczyna ta wiecznie tęskniła za swą kolebką, za tem +Żółkiewskiem, które bieleje jasną szeroką strugą głównej ulicy +i rozlewa się potem w drobne, małe, ciemne zaułki, pomiędzy domami +zapchanemi żydostwem, płynące. + +Olka miała nostalgię tych wielkich kamienic, rozweselonych +purpurową barwą pierzyn z ganków i z okien zwieszonych, tych +dziedzińców nagle, brutalnie roztwierających się na zielony plac +mustry, lub cały szereg fortyfikacyj w mgłę błękitną spowitych. +Tęskniła za gwizdem pociągów, przelatujących wesoło po nasypie +żółcącym się w oddali, pragnęła odetchnąć wonią kasztanów, +płynącą z bukietu drzew ogrodu Inwalidów, z pośród których +wystrzelał w górę biały, czysty gmach o harmonijnie pięknych +liniach. + +Pod drzewami temi Olka przesypiała nieraz całe popołudnia, gdy +zamiast iść do szkoły, wolała podchodzić pod łokcie przechodniom i, +skomląc, wyżebrać parę centów. Najadłszy się owoców lub pierników, +cała zamorusana, rzucała się w trawę, tuż około fontanny, z której +płynął wązki srebrny bicz wody. + +Dziewczyna zasypiała, zaciskając mocno powieki, cała czerwona, +zdenerwowana, podniecona bezczynnością i dniem upalnym. + +Usta jej szemrały słowa bez związku, ręce otwierały się kurczowo. + +A tymczasem kasztany szumiały, ciało jej przeświecające przez +łachmany spódnic wachlując swemi szerokiemi liśćmi, przez które +spływało słoneczne światło, wielkiemi zielonymi plamami się +znacząc. + +Olka chwile te pamiętała dokładnie. + +Gdy po nocy, spędzonej w knajpie, z głową ciężką i ustami +spieczonemi, wracała do swej nory -- cieplejszy powiew wiatru +budził w niej myśl jedną. + +A gdyby tak wrócić na Żółkiewskie! + +Ba -- lecz ojciec! + +Ojca bała się jak ognia. + +Wiedziała, iż szukać jej nie będzie, lecz -- gdyby mu pod oczy +podlazła!... + +Snuła się więc znów po „Rurach” -- omijając starannie czerniącą +się sylwetkę policyanta. + +Czasem przemknął się koło niej terminator bosy, obdarty, zasmolony. + +Podskoczył, gwizdnął i zajrzał w oczy rozczochranej dziewczynie, +mknącej wzdłuż kamienic. + +Czasem, gdy już był po śniadaniu, zaskrzeczał przeraźliwym głosem: + + „Spadła małpa z pudła + Stłukła sobie łeb”. + +Ona szła dalej, z głową opuszczoną na piersi, plując śliny, które +jej napływały wciąż do ust -- prześladowana jedną i tą samą +myślą: + +A gdyby wrócić na Żółkiewskie! + +.................................................................. + +I wróciła! + +Wróciła po śmierci ojca, ukradkiem, po ciemku dziedziniec i znajome +bramy obchodząc... + +Tak! tak! nic się nie zmieniło! + +Te same rynny, pod któremi w deszcz roztargany swój łeb moczyła, +włosami poplątanemi kamienie zamiatając. + +Tu -- koło tego mostku, cała gromada jej przyjaciół robiła groble +z piasku i kamieni, tamując odpływ kolorowej wody, którą farbiarz +całemi cebrami nieraz wylewał. + +Tu -- Wicek, pierwszy raz przez nią namówiony, ukradł makagigę +starej, może stuletniej żydówce, która drzemała nad deską, pełną +łakoci, w cieniu oddrzwi bramy. + +A tu -- tatlo nieboszczyk kazał jej polewaczki wody z dziedzińca +sobie znosić i podawać. Nie było to rozkoszne, owe dźwiganie +ciężkich konewek w skwarne popołudnie, tembardziej, iż tatlo ręki +nie żałował, gdy się nie pośpieszyła. + +Dźwigała też, dźwigała, przechylona na lewy bok z ręką +wygiętą -- mocząc spódnicę plączącą się jej wzdłuż nóg chudych +i nierozwiniętych; tatlo tymczasem wodą ulicę polewał, rysując esy +floresy na szarych, półokrągłych grzbietach kamieni. Życie było +ciężkie -- prawda!... choć i teraz!... pożal się Boże!... ot!... + +Olka stała teraz przed kamienicą, w której wraz z tatlem i Wickiem +tyle lat spędziła i pochyliwszy się do okienka suteryny zaglądać +zaczęła. Inni ludzie tam mieszkali, inna pościel, inne łóżko stało +już w kącie, którego ściany nawpół pleśnią były zasnute. + +Świeczka „centówka”, oprawna w blaszany lichtarz, słabo ćmiła się +na stole, do połowy garnkami zastawionym. + +Koło komina kręciła się mała dziewczyna, bosa, podkasana, z długim +a cienkim warkoczem spadającym na wypukłe plecy. + +W kolebce, koło łóżka -- dzieciak z brudnych łachmanów kostropatą +głowę wytykał i wyciągał rękę, w której tkwiła drewniana łyżka, +obmazana resztką przyschniętych kartofli. + +Olka teraz już zupełnie do ziemi przysiadła, a obie ręce o bruk +wsparłszy, ciągle w okno suteryny patrzyła. + +Taki tak!... ta dziewczyna rozczochrana włócząca swe bose nogi po +ubitej ziemi izby -- to ona, ona sama, lat temu piętnaście! + +A ten chłopak z kołyski łeb wytykający -- toć to czysty Wicek, +który krzykiem swym zdawało się nieraz, iż mury rozsadzi. + +Biła go za to po łbie, po pysku -- ile się zmieściło, a czasem znów +porywała go i do piersi cisnąć zaczynała, z rozrzewnieniem nagłem. + +Sieroty bo oboje byli... sieroty, bez matki, która zmarła +w szpitalu bez uczciwego nawet pochówku na zaraźliwe choróbsko, co +się w suterynach na Żółkiewskiem rozpanoszyło. + +Olka -- w dziecko ruszające się wśród łachmanów wpatrywała się +upornie, jakby przykuta widokiem tej małej głowy, pokrytej +sierścią jasnych włosów. Dzieciak w kołysce się gmerał i łyżką +o brzeg kołyski uderzał. + +Olka dzieciństwo swe całe, z nędzą i troską, przed oczami miała +teraz, objęte w ciasną ramę zaledwie przymkniętego okienka. + +Z wnętrza suteryn płynął ku niej chłód piwniczny z wyziewami ciała +ludzkiego i gnijących odpadków połączony. + +Ona chłonęła w siebie to powietrze, w którem wzrosła, cała prawie +pijana wonią nędzy brutalnie z wnętrza ziemi się wydzierającej. + +Razem z tą wonią budziło się w niej wspomnienie tatli, Wicka... + +Ulicznica kurczyła się przy ziemi, chcąc zniknąć prawie, wkopać się +pod suterynę i znaleźć się nagle na środku tej izby, z której +uciekała cichaczem, w nocy, na rozpustę pomiędzy „kanonierów” się +przebierając. + +W naprężeniu nerwowem, w jakiem była, zaczęła nagle majaczyć; +zdawało się jej teraz, że Wicek chce wyleźć z kołyski a ona +uspakaja go i leżeć mu każe. + +-- Leż, hyclu, robaku, sieroto! bo cię uśmiercę!... + +Nagle poczuła się kopnięta silną, męzką nogą w gruby but zbrojną. + +-- Ha frajla! wie gehts? -- zaśmiał się rozbawiony żołnierz, +błyskający w świetle latarni rzędem złotych guzików -- chodź panna +z nami, wypijemy paar śnaps zum andenken! + +Olka ocknęła się z zadumy i porwała się z ziemi. + +-- Gut, Herr Leitnant! -- wyrzekła, rzędem białych zębów +błyskając -- ja na to jak na lato! + +-- Fesches Mäderl... + +Poklepał ją po ramieniu i oboje powlekli się w stronę szynku, +z którego dobywały się ostre, zawrotne tony katarynki. + +.................................................................. + +Spotkała się pierwszy raz z Wickiem, nagle na zakręcie Piaskowej +uliczki. + +Poznała go odrazu, choć urósł i zmienił się dla obcych ludzi. + +Ona jednak -- siostra, poznała w nim brata, którego biła +i kołysała, targała za włosy, lub tuliła, mrucząc uliczne piosenki. + +Szedł ubrany przyzwoicie, w wysokiej czapce z daszkiem, w długim +surducie i w butach dobrze wyszuwaksowanych. + +W ręku pod chusteczką, niósł kilka świeżo zerwanych róż, a pod +pachą dużą harmonię; niebieski krawat związany w kokardę podnosił +świeżość jego cery. + +Chłopiec to był dobrze odżywiony, silny, jeszcze pracą ani rozpustą +niezniszczony. + +Stolarzem bo był -- i to już czeladnikiem, a wiadomo, stolarka to +praca na Bożem powietrzu i najczęściej pod gołem niebem, więc soków +z krwi nie wyciąga i płucom rozróść się pozwala... + +Dziś Wicek szedł w zaloty do córki Jana Burby, także stolarza, +który za panną Kazią daje trzysta papierków a po śmierci warsztat +cały na zięcia przeleje. + +Wicek ma wszelkie szanse dostania stolarzówny, bo ojciec przyjmuje +i jego, i harmonię łaskawie w niedzielne popołudnie, a Kazia +czerwieni się jak burak i firanki siatkowe u okien „szalonu” +niemiłosiernie skręca. + +Wicek idzie więc -- przez Piaskowy zaułek, pogwizdując lekko. Szary +bo już zapada zmrok z pogodnego nieba, nieszpór skończony. Pani +majstrowa kawę z babką na czerwonej serwecie zastawia. Śpieszyć się +trzeba, bo panna Kazia pewnie już przy oknie stoi i przez siatkę +firanki patrzy a czeka... + +Z małych okienek zaułka, tu i owdzie błyskają światełka, na progach +domów bawią się dzieci, na środku ulicy mały piesek w piasku się +kręci. + +Nagle Wicek czuje się pociągnięty nieśmiało za rękaw. + +Ogląda się. + +Obok niego, kryjąc twarz dłonią, stoi tęga, wysoka dziewczyna +w kratkowanym kaftaniku i w spódnicy z falbanami. + +Wicek odpycha ją łokciem. + +-- Poszła, małpo!... + +Lecz ona nie ustępuje. + +Trzyma go mocno za rękaw surduta. + +-- Wicek... taże spojrzyj! to ja!... + +Chłopak szeroko oczy otwiera. + +-- Olka! + +I purpura oblewa twarz młodą, wesołego i zdrowego chłopca. + +Słyszał często o siostrze, lecz powoli zaczęła być dlań po prostu +mityczną postacią. Wiedział, że się „puściła” -- ale co robi, +jak wygląda, czy jeszcze istnieje -- nie przeszło mu to nawet po +głowie. + +Nagle zjawia się żywa, zdrowa, hańbą okryta, niosąca na swem czole +widmo jawnej rozpusty, tolerowanej swawoli. + +Pragnie się od niej odczepić za jakąkolwiek cenę, drżąc, aby go +z dworku Burbów nie zobaczyli z „ładacznicą”, rozmawiającego +pośrodku ulicy. + +Wyrywa jej rękaw i uciekać szybko zaczyna, nieoglądając się nawet +po za siebie. + +Olka stoi jak przykuta na środku ulicy, nie śmiejąc gonić niknącego +w cieniu brata. U stóp jej, mały piesek szczeka teraz groźnie, +poszczuty przez dzieci które z przekorną ciekawością przypatrują +się ulicznej włóczędze, w zmroku się słaniającej. + +.................................................................. + +Czatowała na niego teraz po nocy, pod parkanami, gdy wracał +z roboty lub od Burbów, z czapką przechyloną na bakier i miną junacką +rozwiniętego prawidłowo mężczyzny. + +Nieraz przechodził mimo niej, nie widząc wśród stosu desek +przyczajonej postaci, która śledziła go smutnym, przygasłym +wzrokiem. + +Nie spotykając siostry na drodze, uspokoił się powoli. + +Wiedział, że jest na przedmieściu i krąży po szynkach, lecz do +niego nie zbliża się już więcej, pewnie dumą zdjęta. + +I myśląc o niej, czuł jakąś litość nad jej osamotnieniem, litość, +do której przyznać się sam przed sobą wstydził, cały przejęty +pogardą dla rozpusty ulicznej, dla sprzedaży ciała i targu +o miłosną pieszczotę. + +Ona tymczasem, gryzła się i truła tą pogardą brata i jego ucieczką +w chwili gdy w niej serce kołatało jak dzwon i piersi mało nie +rozsadziło... + +Wiedziała, że była bardzo nędzną istotą, lecz on, brat jej -- +powinien mieć dla niej więcej pobłażania, aniżeli inni. + +Nieraz w szynku biła pięściami w stół krzycząc, iż dożyje chwili, +w której ci, co jej znać nie chcą, do nóg upadną!... lub kułakiem +groziła w stronę miasta spowitego w ciszę, jakby zaprzysięgając +zemstę tym, którzy ją pierwsi w kał ten wepchnęli. + +Powoli jednak myśli jej zaczęły przybierać jakieś wyraźniejsze +kształty. + +Wicek się od niej odwraca, bo jest biedna i obszarpana. + +Gdyby miała dobrze nabity worek, kto wie, coby było!... + +I od tej chwili zrobiła się chciwą, wyrachowaną, ceniąc każdą +chwilę, słaniając się ze znużenia, lecz licząc oszczędzane +pieniądze. + +Wicek tymczasem dzień ślubu przyśpieszył i w kościele Panny +Maryi Śnieżnej, wypomadowany, wyświeżony wieczną „uczciwość +małżeńską” -- spoconej i ściśniętej gorsetem Kazi zaprzysiągł. + +W wilię jednak ślubu, gdy po raz ostatni do swego kawalerskiego +mieszkanka wracał, rozmarzony libacyami swych przyjaciół +i towarzyszy, potknął się o jakąś masę do desek przytuloną. + +-- Ki dyabeł? + +Olka głos brata poznała, lecz, drżąc cała, nie odpowiadała nic. + +On pochylił się nad nią, sądząc, że to ktoś zemdlony. + +-- Któż to? + +Dziewczyna zebrała się na odwagę. + +-- Ja... Olka!... + +Krew uderzyła do głowy Wiekowi. + +-- Czego ty się tu przywłóczysz? -- zasyczał wściekły +i groźny -- czego? + +Ona dźwignęła się na klęczki i za rękę go pochwycić pragnęła. + +-- Wicek!... ta my rodzeni! + +-- Nijaki ja tobie rodzony, małpo jedna! + +Popchnął ją silnie, aż głową o parkan uderzyła. + +-- Ta za co ty mnie walisz? Wicek, za co? + +-- Za twoje łajdactwo! + +-- Ta cóż robić?... kiedy już tak jest! teraz już nikt tego nie +odmieni! + +Milczeli chwilę oboje. + +Wiatr drzewami za parkanem kołysał. + +Latarnia naftowa, na słupach za pomocą sznura zawieszona, pośrodku +uliczki się chwiała, cała żółta, smutna, jakby mgłą przysłonięta. + +-- Ty się jutro żenisz? -- zapytała wreszcie dziewczyna. + +-- Żenię, abo co? + +-- Nic!... daj ci Boże jak najlepiej! + +Przekleństwo uwięzło w gardle Wicka. + +-- A w którym ty kościele ślub będziesz brał? + +Wicek ramionami wzruszył. + +-- U Śnieżnej... ale, co ci do tego, ty mi czasem do kościoła +nie przychodź! Słyszysz? + +Dziewczyna głowę podniosła. + +-- Bo to... widzisz Wicek, ja sobie pieniędzy trochę +złożyłam -- zaczęła prędko -- mogłabym porządną jaką kieckę +przywdziać i wstydu byś ty nie miał!... + +Wicek cały się wstrząsnął. + +-- Nie o kieckę tu chodzi -- krzyknął -- ale o ciebie samą, +słyszysz! + +Głowa ulicznicy pochyliła się jeszcze niżej. + +-- Słyszę, Wicku, słyszę!... + +Pokora drgała wielka w jej głosie. + +Małą i nędzną zdawała się, klęcząc tak u stóp brata, do desek +parkanu przytulona. + +Wicek chwilę stał niezdecydowany, czując znów litość budzącą się +w sercu. + +-- Bądź zdrowa! -- wyrzekł nieco łagodniejszym głosem i odwróciwszy +się szybko iść zaczął. + +Lecz ona wyciągnęła ręce i powlekła się za nim na środek ulicy, +w żółtą strugę światła z latarni płynącego. + +-- Wicku! + +Chłopiec stanął. + +-- Co? + +-- Kiedy ty niechcesz mnie na ślubie mieć... -- podjęła gorączkowo +-- to choć ty mi jedną łaskę zrób! Niewiele ja pieniędzy mam, ale +to co jest!... weź!.. zda ci się na jutro!... weź!... + +Ręce wyciągnięte trzymała wciąż, błagalną linią wśród światła +się znacząc. + +Wicek uczuł w piersiach dziwne ściśnienie. + +-- Nie! -- odpowiedział -- nie... pieniędzy twoich nie chcę! + +Ona targnęła się, jakby uderzona biczem. + +-- A!... tak!... masz recht!... łajdackie pieniądze... + +Lecz w nim, w tym brutalnym chłopie, zbudził się cień delikatności. + +-- Nie, nie dlatego! -- odparł szybko -- lecz ja mam dosyć, schowaj +je dla siebie! + +Ona uśmiechnęła się teraz radośnie. + +-- Schowam je dla... ciebie, Wicek! + +On, oddalając się i malejąc coraz więcej w przestrzeni, powtórzył +prawie bezwiednie: + +-- Schowaj, Olka! + +.................................................................. + +Trzy lata upłynęło, a Olka ciągle włóczyła się po przedmieściu +zdobywszy sobie powoli nawet sympatyę ogółu. + +Nazywano ją ogólnem mianem „małpy” -- lecz, że zachowywała się +względnie przyzwoiciej, „grajzlerówki” mówiły o niej: + +-- Choć małpa, ale porządna dziewczyna! + +Zaokrągliła się, wypełniała i tylko twarz miała niezdrową bladość +strawionej bezsennością i trunkami kobiety. + +Ręce jej drżały, a oczy często mgła zasłaniała. + +Zrobiła się dumną i nieraz w szynku chwaliła się „uczciwą” +rodziną, z której pochodziła. + +Pieniądze Wicka chowała święcie i od czasu do czasu drogę bratu +zabiegała, zapytując, czy oddać ma złożone w kącie swej izby +papierki? + +On, według usposobienia, usuwał ją przekleństwem lub dobrem słowem, +cały teraz przejęty ważnością swego stanowiska -- ważnością zięcia +Burby, który, choć w grosze nie tak bardzo zasobny, cieszył się +poważaniem całego cechu stolarzy. + +Olka nie podchodziła nigdy w stronę ulicy Piaskowej, gdzie teraz +mieszkał Wicek wraz z żoną i teściem. + +Znów spotykała go ukradkiem, czyhając nieraz miesiącami całemi, +zanim go w bramie lub w jakiem przejściu spotkała. + +Powoli dowiedziała się z boku, że trzysta papierków posagu Wickowej +były bajką i tylko przynętą na lep dla złapania męża. + +Wicek więc pracował teraz na troje, bo stary Burba, odpoczywając na +respekcie ludzkim, hebla się więcej nie imał, na zięcia się +oglądając. + +Nareszcie Wickowa, chodząca w ciąży -- porodziła córkę, lecz ciężko +zaniemogła i akuszerka doktorów wezwać kazała. + +Zaczęły się ciężkie dni we dworku na Piaskowej ulicy. + +Olka wszelkiemi siłami teraz brata spotkać chciała. + +Wychodził często, biegał bez pamięci, do aptek, do doktorów, ale po +ludnych ulicach i w dzień, kiedy ona po świetle doń przystępu mieć +nie mogła. + +Nareszcie Kazia podniosła się z łóżka i do sił wracać poczęła, +dziecko chowało się zdrowo, Wicek odetchnął i roboty się chwycił. + +Czas bo był niemały. + +Wszystkie zasoby wyczerpały się i poszły na lekarstwa i doktorów. + +Dziecko chrztu się domagało. + +Znajomi o sute chrzciny się domawiali, stary Burba pragnął ludzi +fetą zadziwić i zły stan swoich interesów w ten sposób ozłocić. + +Pieniędzy ani centa nie było. + +Wicek nie sypiał nocami, drażniony przez teścia, przez żonę, która +także chciała sąsiadkom proch w oczy rzucić i dać im powód do +zazdrości najmniej na tydzień. + +Nareszcie w bramie domu, gdzie Wicek blejtramy zamówione odnosił, +spotkała go Olka, zmęczona dnia tego czatowaniem na brata od samego +świtu. + +-- Wicek -- szepnęła, w kąt bramy go pociągając -- powiedzże, co +się tam u was dzieje? + +On oparł się o ścianę, znękany, przybity walką o byt. + +-- A cóż ma być. Córkę mam! + +Olka ręce na piersiach złożyła. + +-- Córkę? + +-- A jakże! + +-- Ładna? + +-- E!... czerwona jak rak... Gadają, że ładna! + +-- Do ciebie podobna? + +-- Albo ja wiem? + +-- Ale przecieć!... + +Badała go gorączkowo, cała podniecona tą myślą o noworodku, +o dziecku śpiącem w białych pieluszkach we wnętrzu kołyski. + +-- Najgorsze... że chrzciny wyprawić trza -- podjął Wicek -- +a ja... + +Urwał nagle, przypomniawszy sobie do kogo mówi. + +Lecz Olka podchwyciła jego słowa i porwawszy go za ręce, gorąco +prosić zaczęła: + +-- Taże ja właśnie o to za tobą łażę... weźże ty odemnie te +_swoje_ pieniądze, bo jeszcze mi je jaka psiakrew ukradnie. + +On bronił się mięko: + +-- Nie mogę, Olka, nie mogę!... + +Lecz kobieta nacierała coraz gwałtowniej. + +-- Taże to są twoje pieniądze! Twoje rodzone, schować mi je +kazałeś... + +-- Bogać tam! + +-- Ale tak! tak! sprawiedliwie... niepamiętasz jeno! + +Z za pazuchy wyjęła szmatę, w której szeleściło kilkadziesiąt +papierków. + +-- Ja je mam przy sobie już od tygodnia, lecz nigdzie cię dopaść +nie mogłam! Masz, na chrzciny ci starczy!... + +On odsuwał się jeszcze, cały zmieszany myślą dotknięcia się w ten +sposób zarobionych pieniędzy. + +Lecz kobieta instynktem odczuła myśl brata. + +-- Weź, Wicek, weź!... to pieniądze z uczciwego zarobku! Jak Boga +kocham! Koszule po nocach szyłam!... weź... to nie z „tego”!... + +Kłamała, cała potem oblana, pełna wysiłku nerwowego. + +Wreszcie, udało się jej pieniądze w rękę brata wcisnąć. + +-- A! Nareszcie! + +Odetchnęła pełną piersią, jakby się ciężaru zbyła. + +Lecz on stał przybity i upokorzony, ściskając w ręku szmatę +z pieniędzmi. + +Czuł, iż biorąc od Olki pieniądze, czyni krok pojednawczy i że +powinien siostrę przychodzącą mu z pomocą na owe chrzciny +zaprosić. + +-- Olka!... możeby ty... -- wykrztusił wreszcie przez nerwowo +ściśnięte gardło -- możeby... ty... przyszła.... + +Lecz ona otworzyła szeroko oczy. + +To, co zdawało się jej naturalnem lat temu kilka, teraz wydało się +jej po prostu... potwornem. Przygryzła drżące usta i ręce kurczowo +dokoła szyi zacisnęła. + +-- Dziękuję ci, Wicek!... nie przyjdę!... a widząc niepokój +drgający na twarzy brata, dodała stanowczo: + +-- Przyjść nie mogę... nie mam uczciwej kiecki! + +.................................................................. + +Chrzciny wnuczki Burby sute były i wspaniałe. + +W wieczór majowy, przy nawpół otwartych okienkach weselili się +dobrani goście naokoło dobrze zastawionych stołów. + +Była więc cielęcina z czerwoną kapustą, kotlety z sosem pikantnym, +kawa, babka i tort z cyfrą nowonarodzonej. + +Kazia, blada, lecz zdrowa, kręciła się pomiędzy gośćmi, wesoła, +uśmiechnięta, pełna macierzyńskiego wdzięku. + +Wicek, trochę chmurny, dolewał gościom wina, rozsypywał po kolanach +kobiet bakalie z jakąś dziwną rozrzutnością, jakby chcąc cały ten +częstunek jaknajprędzej załatwić. + +Pod okna oświetlone ściągali ci i owi, aby się owemu traktamentowi +przyjrzeć, lecz powoli pustoszało dokoła dworku, ludzie wracali do +swych legowisk i do snu się kładli. + +W cieniu spowite jaśminy ogródka całe kłęby woni w wilgotną noc +wyrzucały, szumiąc zlekka. + +Zdaleka majaczyły naftowe latarnie ubogie i smutne wśród dzikiego +bzu zawieszone. Pod parkanami mknął biały kot, czając się +i odskakując co chwila. + +Z dworku Burby dolatywały głosy harmonijki, grał na niej Wicek, +siedzący teraz na stole, z którego nawpół ściągnięty obrus opadał +na ziemię. Dokoła niego kręciło się kilka par w takt polki a stary +Burba z dzbanka szklanego piwo do szklanek dolewał. + +Na oknach ledwo przymkniętych powiewały muślinowe firanki. + +Pod jednem z nich, wychodzącem na ogród siedziała Kazia, trzymająca +w poduszce kokardami upstrzone dziecko. + +Matka patrzyła na tańczących machinalnie, poruszając poduszką, +z której długa, lekka spadała sukienka. + +Nagle zdawało się jej, że ktoś za oknem westchnął. Nieporuszyła się +nawet, pogrążona w słodkiej ekstazie na widok tak dobrze bawiących +się gości. + +Tymczasem za oknem uczepiona prawie o ramę stała Olka, z oczyma +szeroko rozwartemi, z których dwie strugi płynęły. + +Wiatr, wiewając muślinową zasłoną, ukazywał jej wnętrze wesołej, +widnej izby, napełnionej rozbawionymi ludźmi. + +Dźwięki harmonijki serce jej szarpały na strzępy -- z piersi +wydzierało się westchnienie, w jęk prawie psi przechodzące. + +Widok brata, żyjącego pomiędzy inną sferą ludzi, inną niż +ona -- wyklęta i wydziedziczona, napełniał ją dojmującym bólem, +a drobna główka dziecka w tiule i muśliny spowitego, zbudziła +w niej samicę. + +Wyciągnęła rękę z jękiem ku tej drobnej istocie, której stóp nawet +ucałować nie miała prawa. + +Westchnęła!... + +Od okna porwała się Kazia i szybko podjęła firankę. + +Olka nie zdążyła się cofnąć, bratowa przeszyła ją oczami. + +-- Wicek! -- zawołała -- Wicek a pójdzi tu ino! + +Mąż zlazł ze stołu i, nie przestając grać, do okna poszedł. + +-- Co chcesz? -- zapytał. + +-- Odpędź-no jakąś małpę, co się pod oknami słania! + +Przytrzymując dziecko prawą ręką, lewą odkręciła rygiel +i otworzywszy na oścież okno, miejsca mężowi ustąpiła. + +On, grając ciągle, bokiem przez parapet się przechylił i wśród +smugi światła dojrzał w oddaleniu bladą i spłakaną twarz siostry. + +Przez chwilę milczał, grając machinalnie polkę, nie mogąc słów +znaleźć dla oddalenia tej, za której pieniądze zdołał ochrzcić swe +dziecko i uraczyć gości. + +Żona tymczasem ciągnęła go za surdut. + +-- Zamknij okno, dziecko się zaziębi! + +Teraz on przechylił się jeszcze silniej i nizkim, wzruszonym głosem +rzucił: + +-- Odejdź... siostro!... + +Ona wyciągnęła ku niemu ręce drżące, jakby rzucając pocałunek +i odwróciwszy się wolno, odeszła w głąb ciemnej ulicy, po której +kłęby woni jaśminów płynęły. + + + + +IX. + +=Szakale.= + + +Przez dziedziniec zajazdu jak strzała przemknął numerowy, siejąc po +drodze świeże deszczułki, które przywiązywał do kluczy. + +Wpadł do mieszkania właścicielki, i prawie bez tchu zatrzymał się +w progu saloniku. + +-- Z pod siedemnastego „sie” powiesiła! -- zawołał, łapiąc +z wysiłkiem powietrze. + +Właścicielka, tłusta, żółta, cała rozlana w swej włóczkowej halce, +która wydymała się jej na brzuchu i biodrach a zapadała pod +kolanami, otworzyła szeroko oczy. + +-- Co to za paskudne gadanie! Po co się miała powiesić, kiedy +jeszcze rachunku nie zapłaciła! + +Lecz kelner powtarzał uparcie: + +-- „Sie” powiesiła! + +Żydówka cmoknęła niecierpliwie: + +-- Zkąd Marciński wie? + +-- Widać ją „bez” okno. Ma nogi o deskę oparte! + +-- Może sobie tylko tak w oknie stoi? + +-- Ale!... wisi, wisi jak mi Bóg miły, ot nogi się jej zgięły +w kolanach a ręce dyndają po bokach. Wedle głowy już dojrzeć nie +mogłem, bo bez okiennice wszeteczne ciemności w numerze. + +Żydówka pod boki się ujęła i stała chwilkę zamyślona. + +-- Trzeba drzwi otworzyć, podjął znów kelner -- może jeszcze dycha. + +-- Aj! aj! niech pan Marciński tak sobie nie śpieszy. Po co to +głosić takie rzeczy? To interes psuje... Goście się odstraszą. + +Żydówka podreptała do sypialni. + +Za chwilę wyszła w perkalowym szlafroku, który się jej roztwierał +na brzuchu i piersiach. Na perukę zarzuciła wełnianę chustkę. + +Przez uchylone drzwi weszła kilkunastoletnia dziewczyna, chuda +i czarna, w opiętej bardzo sukience. Włosy miała ściągnięte po +chińsku i przepasane żółtą tasiemką. + +Podeszła do matki. + +-- Gdzie mama idziesz? + +-- Do numerów. Kanapa się zawaliła w piętnastym! aj, co ja z tem +mam!... Ty sobie Salcia pograj trochę gamy. + +Roztwierała fortepian, ścierając pył połą szlafroka. + +-- Nie chcę gamy! -- grymasiła Salcia. + +-- Aj Salcia! co z tobą!... ty gorzej „kaprysujesz”, niż te całe +numera i wszystkie goście! Graj sobie gamy, albo jakie kawałki. +Graj głośno a okna otwórz, niech goście słuchają! + +Znów do okien dreptała, lecz kelner jej drogę zastąpił. + +-- Chodźmy pod siedemnasty! + +-- Chodźmy! + +Na dziedziniec wyszli i okrążali furę z sianem, która na środku +drogę barykadowała. Kilka kur kręciło się pod wozem, dziobiąc +w żółtawej, lepkiej cieczy, co cuchnącym wężem pod kołami się +kręciła. Przez otwartą wjazdową bramę widać było szary bruk uliczny +i nagłe podniesienie się ścian kamienic przeciętych ciemnemi jamami +otwartych okien. Z góry płynęło szarawe światło chmurnego dnia +letniego, deszcz mżył od świtu, tnąc powietrze cieniuchnemi +podłużnemi nitki. Pomiędzy kamieniami tworzyły się czarniawe +strumyki, które zdawały się zastygać jak ciemne pokręcone robaki. + +W środkowym korpusie hotelu, cofniętym w tył, pomalowanym na +jasnoróżowy kolor, prawie wszystkie okna były otwarte. Tylko na +dole jedno okno miało przymknięte szaro brudne okiennice, krzywe +i popaczone. Okiennice te były od wewnątrz śrubą ujęte. + +Kelner palcem na okno wskazał: + +-- O! + +Lecz żydówka wykrzywiła się ze złością. + +-- Ty, panie Marciński, palcem nie pokazuj! Ty mi policyę jeszcze +naprowadzisz tym palcem! + +Do sionki wchodowej zwróciła się, lecz stanęła nagle jak wryta, na +widok myszurysa drzemiącego na klocku wśród porozrzucanych wiórów. + +-- Jojne! Jojne! + +Jojne, rudy, mały, pokręcony, z sześcioma palcami u lewej ręki, +prawdziwy „rarytas” hotelowy, porwał się na równe nogi. + +-- Schlufst du? + +-- Naaa! schlaf i nit!... + +Lecz właścicielka napadła nań, sypiąc gradem obelżywych wyrazów. +Leniwiec, próżniak, drogę gościom zawala i nie wie nigdy co się +w numerach dzieje. + +Kelner zniecierpliwiony wszedł do sieni. + +-- Niech pani idzie. + +-- Zaraz! zaraz! + +Jojne uciekł, teraz właścicielka przypatrywała się zsypanym w kąt +dachówkom, któremi miano kryć oficynę. Nagle z lewego skrzydła +zajazdu wypłynęła tryumfalnie „Ostatnia myśl” Webera, kaleczona +przez Salcię. + +Żydówka chwilkę jeszcze słuchała, uśmiechając się radośnie: + +-- O! + +Poczem dopiero z trudnością na trzy wschodki wlazłszy, w ciemną +szyję sionki zagłębiła się. + +Cały zaduch źle utrzymywanych numerów zacieśniał się tu, w tej +ciemnej przestrzeni. Podłoga, ściany, zdawały się być przesiąkłe +wonią potu, brudnej bielizny i piwniczej wilgoci. W kącie bielały +skorupy rozbitej miski, przed drzwiami numerów porzucono buty, +z których jeden w niepewnem świetle płynącem z wysoko umieszczonego +okienka, miał świeżą zelówkę jasno na czarnem tle podłogi się +znaczącą. Cały ten zakąt, w którym nędza, występek, rozpusta, +często wykwintne nawet cudzołóztwo, odwiedzało w przelocie, całe to +schronienie dla smutnych, wydziedziczonych, bezimiennych, czasem +jeszcze wilgoć więzienia w swem ubraniu ze sobą wnoszących, +koncentrował się głównie w tym pawilonie, w dolnych numerach, gdzie +stawali najczęściej ludzie wybladli, wychudli, mówiący cicho, nie +domagający się nigdy świeżych prześcieradeł, szuwaksu na buty, lub +wody do karafki. Jakaś tajemniczość włóczyła się wzdłuż tych +ścian rzędem drzwiczek przeciętych, jakiś podejrzany handel, +przywodzący na myśl połączenia potworne, kurcze głodu przed światem +tajone, łzy dziewczyny schańbionej i oczy starca powleczone mgłą +rozpusty. + +Lecz już kelner stał koło drzwi siedemnastego numeru, dzwoniąc +kluczami. + +Żydówka doń dopadła. + +-- Cicho! cicho! niechaj nie słyszą! + +Spojrzała przez dziurkę od klucza, ciemno było zupełnie, wyjęła +z peruki szpilkę podwójną i zanurzyła w głębię. + +-- Nie ma klucza! -- wyszeptała. + +Numerowy od pasa kółko odpiął, na którem brzęczały klucze. + +-- Poszukam! + +Z wielką wprawą klucz znalazł, w zamek go włożył i dwa razy +przekręcił. + +Drzwi otwarły się, skrzypiąc. + + * * * * * + +Łóżko stało zasłane, nietknięte, wyciągające swe brudno czerwone +fałdy kołdry i biały kwadrat poduszki w półcieniu, jaki panował +dokoła. + +Od okna płynęły jaśniejsze smugi a przez wycięty otwór +w okiennicach padał snop światła przecinający brutalnie ciasną +przestrzeń numeru. Snop ten, biegnąc ukośnie, padał na stół pokryty +różową bawełnianą serwetą, na której stała szklanka do połowy +wypitej wody, karafka, kawałek sznura ciemno czerwonego, +odpalonego na jednym końcu i trochę kwiatów sztucznych, +pogniecionych i zwiniętych w kłębek. Bliżej okna leżało przewrócone +krzesełko, z którego materac wypadł na środek pokoju. + +Reszta przedmiotów tonęła po kątach w cieniu. + +I tylko jeszcze piec występował masą ciężką, białą, jak zwierz +uśpiony w kącie ciasnej klatki z paszczą szeroko otwartą, z której +jak język czarny wisiały na jednej złamanej zawiasie zardzewiałe +drzwiczki. + +Lecz u okna jakaś czarna, nieruchoma zwieszała się postać, smutna +i nędzna. Źle dopasowane okiennice właśnie tam filtrowały szeroką +szparą światło. W szparze tej najdokładniej dostrzedz można było +ciemną głowę kobiety, obramowaną jaśniejszym paskiem światła +i dalej korpus zwieszający się ciężko z rękami opuszczonemi +i wykręconemi konwulsyjnie ku ciału, z nogami podkurczonemi na desce +okna. + +Marciński rękę wyciągnął. + +-- Wisi! o tam w oknie! + +Żydówka oczy zmrużyła. + +-- Niechno Marciński poczeka! Może to takie udawanie, bo to z... +takiemi to różnie się trafia. Panno! panno! zleź panna z okna!... +zleź zaraz!... + +Lecz postać czarna nie drgnęła nawet, wciąż nieruchoma w swej +strudze jasnej w ramę ją obejmującej. + +Żydówka podsunęła się bliżej. + +-- Niech Marciński okiennicę jedną uchyli, a ostrożnie coby +z „dworza” widać jej nie było. + +Marciński szybko podstąpił, na okno się wspiął i rękę po za trupa +wyciągnął. Okiennice powoli się uchyliły. Szeroka szczerba światła +doskonale teraz oblała straszną, zsiniałą twarz samobójczyni. + +Numerowy w pierwszej chwili oczy przymknął, znalazłszy się tak +blizko z trupem w ciasnej niszy okna. Powoli jednak powieki +podniósł i ręką policzka zmarłej dotknął. + +-- Jak lód -- wyrzekł. + +Z okna zeskoczył i stał teraz bezczynnie z opuszczonemi rękami, +patrząc ciągle w wiszącą. + +Nagle żydówka wybuchnęła: + +-- A niech ją dyabeł porwie! Pięć dni numer trzymała i teraz +jeszcze go zapaskudziła! aj! aj!... kto to teraz tu stanie! A +policya! a gwałty!... a stancya niezapłacona! + +Kelner milczał, jakby zahypnotyzowany widokiem martwej dziewczyny. +Była przecież ohydna; cała sina, z oczyma szeroko rozwartemi, +prawie czerwonemi od krwi nabiegu, z masą bezkształtną języka +wysuwającego się z jej ust granatowych i spuchniętych. Tylko od +tyłu głowy zwieszały się przepyszne wspaniałe warkocze, czarne +i lśniące, na wpół splecione. Jeden z tych warkoczy zsunął się +naprzód i wisiał w przestrzeni a lekko przez wejście na okno +numerowego poruszony, chwiał się jak warkocz płaczącej brzozy, +z czarnej kolumny spadający. + +-- To ci włosy -- wyrzekł nareszcie. + +Lecz żydówka lamentowała. + +-- Ny, kto mi teraz zapłaci? Kto? Co ja mam za moje dobre serce, +żeby taką włóczęgę z końca świata do numeru brać! A młoda jeszcze +była, zdrowa, po co jej było taki koniec ze sobą robić? aj! aj!... + +Do stołu się zbliżyła. + +-- Lichtarz mi popsuła, o!... świeca się wtopiła, niech ją choroba +ciśnie!... + +Na stole stał lichtarz mosiężny, cały zielony, ze stearyną świecy +szeroką po brzegach rozlaną. Widocznie samobójczyni pozostawiła na +stole płonącą świecę. Przepalony sznur, którego druga połowa +posłużyła za śmiertelny stryczek, należał kiedyś do szlafroka lub +bluzki. Na blasze przed piecem walały się popalone kawałki listów +i papierów. + +-- Marciński! co ona jadła? -- spytała nagle żydówka. + +-- Kawę; codzień dwie szklanki jej nosiłem! + +-- I bułki? + +-- A jakże!... + +-- Ny co ja tera pocznę, kto mi za tę kawę zapłaci? + +W kącie ciemnym dostrzegła małą skrzynkę. + +-- Może tam co jest. Niech Marciński posunie! + +-- Nie wolno ruszać! + +-- Głupi Marciński jest! Mnie wszystko wolno, bo mnie się należy +i ja pierwsza do długu jestem! + +Marciński kuferek pod światło przysunął. + + * * * * * + +A w kuferku tym był cały dramat ciężki i bolesny, cały dramat życia +kobiety wykolejonej, rzuconej jednem przyśpieszonem tętnem krwi +w falę życia straszną i nielitościwą. + +Dziewczyna ta musiała być statystką w jakimś teatrzyku, bo jeszcze +„krakowianka” brudna i kawałkami glasy naszyta, mieniła się wśród +reszty szmat i szmatek. Atłasowe pantofle baletowa jak dwa opadłe +i martwe motyle, różowiły się wśród fałd połatanych koszul. Trochę +paciorków brzęczało na dnie kufra, a pomiędzy niemi rozkładał się +nagle krawat męzki atłasowy, jasny-lila z czarną przetartą dziurą +od wkładania tombakowych szpilek. + +Krawat ten zdradzał wiele, jakąś miłostkę łatwą do zawiązania +w cieniu kulis, w tem bezustannem zbliżeniu mężczyzn i kobiet, w tym +kodeksie moralności przenicowanym i ułatwiającym nieuprawnione +związki. Krawat ten był tani, podszyty perkalem, kupiony z wystawy +ubogiego sklepu na jakiejś oddalonej uliczce. Mężczyzna, który go +nosił, był biedny i był bezwątpienia aktorem, bo na atłasowym węzie +świeciły się żółtawo-różowo plamy szminki. Był trywialny +i niewybredny w swych gustach, dowodził tego kolor krawatu +a brutalny i pełen namiętności, gdyż tkanina cała porwana była +gwałtownie wyszarpywaną szpilką. + +Lecz żydówka, mrucząc gniewnie, zanurzyła dalej rękę. Z powodzi +lichych szmat wydostała kilka fartuchów płóciennych, dużych, +ordynarnemi nićmi widocznie na wsi uszytych. Na jednym z nich +wisiała jeszcze gałązka uczepionego chmielu zeschła i zczerniała. +Inny miał na sobie kilka uczepionych bodiaków. Nagle coś +zaszumiało. Z jednej kieszonki wysypało się trochę pośladu dla kur. +Widocznie dziewczyna, zerwawszy z życiem teatralnem, przyjęła +służbę w jakimś wiejskim domu. Lecz niedługo tam była, może +dowiedziano się, że dawniej „pokazywała komedyę” i wypędzono ją +od razu. Tak często bywa. Panie ze wsi nie lubią aktorek... + +Jeszcze kilka par pończoch sztucznie pocerowanych wyrzuciła +z kuferka żydówka, jakiś stanik ciemno granatowy przerobiony pod +szyję, ze śladami huzarskich galonów na plecach i na piersiach, +wreszcie waporyzator rozbity z pękniętą gumą i zerwaną siatką, +obrazek Matki Boskiej oprawny w blaszane ramki, kłębuszek włóczki +z zaczętą szydełkową rozetką, patelkę całą czarną i spaloną od +ognia, wreszcie pustą, wytłuszczoną portmonetkę. To było wszystko, +lecz z tych smutnych gałganów trup cały odżywał i opowiadał gorzkie +dzieje kobiecej doli. Dziewczyna ta żyła widocznie z jednym ze swych +kolegów, była pracowitą i oszczędną. Pełniła przy mężczyźnie +obowiązki kucharki i posługaczki. + +Miała jeszcze trochę wiary, którą musiano wpoić w nią w domu. Była +nerwową i lubiła denerwować się sztucznemi zapachami. Miała grunt +najuczciwszy i starała się po rozstaniu ze swym kochankiem, +wywalczyć sobie jakieś stanowisko wśród ludzi. Pracowała i musiała +czuć się bardzo szczęśliwą. Wypędzona, wpadła w nędzę i rozpacz +bezdenną. Głód, opuszczenie, smutek, pchnęły ją w otchłań +zwątpienia, które kończy jedynie... śmierć. + +Młoda, lecz z ciałem zniszczonem nędzą i przedwczesną miłością -- +nie umiała iść dalej. + +Wśród nocy, w zaduchu i ochydzie żydowskiego zajazdu postanowiła +skończyć to, co się nazywało życiem. + +Przepaliła sznur, bo przeciąć go czem nie miała, i bez łzy, bez +żalu, z ustami nerwowo zaciśniętemi założyła go sobie na szyję. + +Ostatnie wrażenie, jakie ze sobą w dal ciemną uniosła, był żółty, +drgający płomień dogasającej na środku izby świecy. + + * * * * * + +Żydówka kopnęła nogą kuferek. + +-- Ani gałgana nawet wybrać! Tego nawet handlarz za dwa grosze nie +zechce!... + +Powstała powoli i do trupa się zbliżyła, oglądając zniszczoną +sukienkę, w jaką dziewczyna była ubrana. + +-- Może ona w kieszeni co ma? + +Rękę wyciągnęła, ale prędko cofnęła ją i po za plecy ukryła. + +-- Niech Marciński zobaczy! + +-- Nie wolno! + +-- Głupi Marciński jest.. jak się co znajdzie, to i Marcińskiemu +się dostanie za usługę. Przecież Marciński na piwo nic nie dostał. + +Kelner pokręcił głową. + +-- A no racya jest, zobaczę! + +Do kieszeni trupa sięgnął, lecz pustą była prawie zupełnie. Trup +się zakołysał. Żydówka z rękami złożonemi na brzuchu przyglądała +się niecierpliwie. + +-- A nie „stłuknij ją”, Marciński. + +-- Wisi mocno! niech się pani nie stracha! + +Oswajali się powoli z tym trupem smutnym i stygnącym w zaduchu źle +utrzymanej izby. + +-- Niema nic? + +-- Nie.. ino blaszany naparstek. + +Żydówka znów zaklęła. + +-- Daj pan Marciński naparstek! Salcia swój zgubiła, nie potrzeba +kupić. + +Nagle zamilkła i bliżej do okna postąpiła. + +Trup, kołysząc się, odsłonił nogi. + +Nowe porządne buciki, zapięte na guziczki, ukazały się oczom +właścicielki hotelu. + +-- Niech pan Marciński zlezie! + +Lecz Marciński dotykał wiszącego warkocza i mlaskał językiem. + +-- Aj! aj! co za włosy! + +-- Marciński musi zleść!... + +Kelner warkocz z żalem z ręki wypuścił. + +-- Niech pan Marciński pójdzie cicho do mojego mieszkania +i przyniesie duże nożyce. Trzeba ją oderżnąć, może jeszcze żyje, to +się ją potrze! + +Kelner spojrzał w oczy żydówki. + +Przez kilka chwil mierzyli się wzrokiem, a oboje mieli w źrenicach +jakieś płowe, migocące światełka. + +Wreszcie, kelner ku wyjściu się skierował i, skrzypiąc drzwiami, +znikł w głębi sieni. + +Żydówka, pozostawszy sama, obejrzała się kilkakrotnie, poczem +wyciągnąwszy jaknajdalej ręce, na palcach do trupa podeszła +i szybko guziki bucików rozpinać poczęła. Nos jej się zwęził ze +strachu, usta zagięły się w półkole. Na czoło pot wystąpił. Ona, +sapiąc, przechylona, ciągnęła dalej swą pracę, zdzierając ze +zmarłej obówie, szarpiąc trupa, nie czując prawie chłodu nóg +zesztywniałych, które pozbawione osłony, zabielały nagle jasną +barwą szarych, pocerowanych ciemną bawełną -- pończoch. + +Dokonawszy swego dzieła, właścicielka cofnęła się szybko, otworzyła +drzwi i z siłą cisnęła daleko, w głąb korytarza buciki. Stuknęły +o podłogę, jak uderzenie młotka o wieko trumny. Czas jednak był już +wielki. Marciński powracał, kryjąc pod połami kartki duże nożyce. + +Żydówka pot z czoła otarła. + +-- Panna Salcia gra? + +-- Panna się bije z kucharką! + +Weszli znów do numeru i teraz już sam Marciński podszedł do okna. + +-- Niech się pani nie zbliża, ja ją sam obetnę. + +Wlazł na okno, posunął trupa i zasłonił sobą prawie całą postać +zmarłej. + +Żydówka o drzwi oparta nie patrzyła, cała zajęta myślą, czy buciki +samobójczyni będą dobre na nogi jej córki. + +Tymczasem nożyczki zgrzytnęły. Z cichym chrzęstem obsunął się +wzdłuż pleców trupa obcięty warkocz. Marciński zwinął go zręcznie +i schował do kieszeni kurtki. + +I znów niby chrzęst -- i głowa dziewczyny ukazała się teraz +ostatecznie zeszpecona, z krótką nierówną linią rozsypujących się +na karku włosów. + +Lecz Marciński ku drzwiom się zwrócił. + +-- Lepiej nie ruszać, policya się wda i będzie kram, że my ją +poruszyli. Jaką naszli, taką zostawmy! + +Żydówka skinęła głową. + +-- Ma Marciński „słusznie”! Teraz musi iść po strażnika! Aj aj!... +jakie to zmartwienie!... + +Kelner z okna zeskoczył i ku drzwiom podążył. + +Wyszli oboje na korytarz i Marciński zaczął dobierać klacze. + +Żydówka, buciki niewidocznie podniósłszy, za chustkę ukryła. + +-- Czego Marciński ją zamyka? -- zapytała kierując się do wyjścia. + +-- Prawda! -- odrzekł kelner -- przecież nie ucieknie! + +I roześmieli się oboje. + + + + +X. + +=Papuzia.= + + +-- Zagwizdaj, Papuziu!... + +Minuśka porwała się z jego kolan i nagle w półcieniu, już z okien +płynącem, zabieliła się jak zjawisko w swej masie białych +zwiędniętych koronek i pomiętego batystu. + +-- Nie!... nie!... nie chcę! + +Ale on, nieubłagany -- wyciągnął rękę i ujął nagie ramię +dziewczyny w swe suche palce nerwowego blondyna. + +-- Zagwizdaj, Papuziu!... + +-- Ty wiesz, to dla mnie cholera to gwizdanie! + +-- Zagwizdaj, Papuziu!... + +Ton jego mowy był rozkazujący, powolny, mięki a przecież siekący +jak uderzenie szpicruty. + +Dziewczyna próbowała się jeszcze opierać. + +-- Nie!... wolę z tobą rozmawiać! + +On nieznacznie ramionami ruszył. + +-- Zagwizdaj, Papuziu! -- powtórzył po raz czwarty. + +Stalowo niebieskiemi oczami spojrzał w drobną twarz Minuśki, która +ledwie przeświecała przez całe kłęby pokręconych czarnych włosów. + +Oczy te, jakby wieczną łzawą mgłą pociągnięte, zużyte były +i dziwnie rozwiązłe. + +Jakaś nabożna, dystyngowana rozpusta gnieździła się w tych +źrenicach koloru dziewczęcej sukienki. + +Były to oczy westalki, powracającej ze schadzki do swej świątyni. + +Teraz już Minuśka, pod wpływem tego spojrzenia układała się powoli +na kolanach mężczyzny, pochylając w tył głowę, tak że cała kaskada +czarnych włosów spłynęła ku ziemi i kwiatów dywanu dosięgła. + +I tylko biust jej biały, foremny, jakkolwiek trochę w górze +spłaszczony, rozciągał silnie cienki batyst szlafroka, związanego +lekko białą w pasie wstążką. + +Reszta ciała zaznaczała się silnie wyraźnemi konturami i dobrze +wygiętą linią od bioder odcinała się jasno od ciemnego obicia +nizkiej tureckiej sofy. + +Z bosych stóp dziewczyny spadły małe pantofle z różowego atłasu, +trochę brudne i zgniecione. + +Nogi te wyciągnięte z nieruchomością trupią, żółte były, wygięte +silnie jak nogi tancerki, przecięte błękitnemi żyłami i cieniem +czarnych włosów rosnących na zgięciu palców. + +W niewyraźnym mroku szarej godziny -- objawiały się jak nogi +kobiety zmęczonej, głupiej, nerwowej, kobiety bez silnego punktu +oparcia a mimo to dobrej, miękiej, uległej -- idącej ślepo za +podmuchem losu. + +Cała wreszcie postać Minuśki, wyciągniętej na strzyżonej tkaninie +oryentalnego mebla, miała w sobie to bierne poddanie się +fatalizmowi, to opuszczenie rąk w walce z życiem, to zagaśnięcie +poczucia rozkoszy, temperamentu i kaprysów kobiecych. + +W nieruchomości swojej, w tej ulubionej pozie wyciągniętego +w trumnie trupa -- znać było dążenie bezwiedne ciała do spoczynku, +a z pod długich rzęs przymkniętych migały tylko białka oczu. Wszystko +w niej dążyło i rwało się ku ziemi razem z kaskadą czarnych włosów, +razem z fałdami białego trenu, który ją obwijał zimną draperyą +grobowego całunu. + +Siedzący w kącie sofy mężczyzna, smukły, correct, silnie +wyczesany -- z brodą okrągłą zmysłowego samca opartą na +sztywnych rogach lśniącego kołnierzyka, w kanciastych liniach +ciała, w kolanach silnie złożonych, przypominał pozę Ozirysa +wciśniętego w szeroki stalowo-granatowy garnitur angielskiego +kroju. Nawet kurtka szczelnie na dwa rzędy zapięta, opinała +silnie pierś zapadłą jak mogiłę wszystkich pragnień i porywów... + +Całe ciało, długie, złożone, jakby na zawiasach, przylegało +doskonale do linij i zagięć sofy prostej, twardej, równej -- pomimo +banalnego kształtu naśladującego wschodnie stosy poduszek. + +Tylko kolana ostrym kantem wystawały brutalnie, podnosząc silnie +szewiot spodni, które opinały długie, ledwo zaznaczone łydki, +niekształtne, gubiące się bez silniejszego spadku, łydki kamiennego +bożka cisnącego się do twardej swego tronu podstawy. Całe ciało +-- zakończone wydłużonemi a płaskiemi stopami, obutemi zimno +w angielskie matowe obuwie równe było -- ostro skrajane, kańciaste, +podobne do wybornie spreparowane go szkieletu, osadzonego na +doskonałych zawiasach. + +Tylko głowa okrągła i twarz pokryta mięsem, kłóciły doskonałą +harmonię dalszego rusztowania. + +Był to kadłub angielskiego charta ze łbem obwisłego buldoga. + +Dolna warga trochę wilgotna i jakby niepewna, zwieszała się ku +dołowi, odsłaniając dolny rząd zębów żółtych i od tytoniu +sczerniałych. Była to warga „viveura”, który lata całe musiał +powoli nasycać namiętność swych podrażnionych zmysłów, zamykając +oczy i otwierając usta. Maska jego nieruchomej twarzy urobiła się +już w takie rozprzężenie bezwiedne muskułów, że choć młodość +walczyła jeszcze z nałogiem, ściągając skórę ze skroni, to już +cały dół twarzy a nawet skóra pod oczami fałdowała się w bezsilne +bruzdy, zmysłowe, zwierzęco-apatyczne. + +Leżąca na jego kolanach kobieta miała w swej twarzy przyschnięty +znów wyraz namiętności, nagle spieczonej i w ogniu strawionej. +I u niej, tak jak i u niego ciało nie harmonizowało z głową. Tors +jej miał pełne i doskonałe rozwinięcie kobiety doszłej do szczytu +siły, biodra rozłożyste i podatne miały w sobie mięsistość +hiszpanek, lecz już od silnych jeszcze ud począwszy, linia nóg +zwężała się nagle, schła, drobniała brutalnie. Kończyny były +słabe, anemiczne, wyschłe, obciągnięte trupią skórą. + +Tę samą anomalię przedstawiały i ręce. + +Przedramię wspaniałe, doskonale piękne, już od łokcia miało +ważkość dziwną, niepewną, nieusprawiedliwioną a same dłonie +i palce, długie i kościste, z pofałdowaną na zgięciach palców +skórą; zwieszały się ku ziemi jak ręce rozpaczliwie smutnego +szkieletu. + +Z karnacyą skóry przeświecającej przez oczka koronek i pajęczą +tkaninę batystu, było to samo. Twarz blada, żółta -- jakby +pocentkowana sinemi podkowami, podkreślającemi przymknięte oczy +i rozciągającemi się aż na silnie wyciągniętą skórę nosa, nie +miała ani śladu purpury warg, które białe, wązkie, postrzępione, +niknęły prawie w bladej masce. + +Lecz już szyja, tracąc zżółkłe tony, rozpływała się w różowawo +lśniącej barwie piersi lekkiej, wiosennej, młodej -- mającej +w sobie doskonałą miękość pastelu. + +Pod bielą batystu, różowa ta barwa ciemniała coraz dalej, +zagłębiała się, to znów tryumfalnie przechodziła w atłasową +białość na wypukłościach bioder. + +To przeświecanie jutrzenkowej barwy przez delikatny deseń koronki, +miało w sobie czar dziwnie ponętny, niepewny, pełen tajemniczej +siły doskonałej piękności kobiecego ciała. + +Jakby pod cienką warstwą śniegu, rozsypane liście blado różowej +kamelii, tak migotały szmaty ciała Minuśki w obramowaniu +delikatnego desenia cienkich walansyenek. + +Lecz już -- coraz dalej się posuwając -- różowy ton bladł, siniał, +zieleniał, żółkł na kolanach dwoma plamami i do stóp się zsuwając, +w trupią barwę przechodził. + +Jedynie jeszcze podeszwy jakąś dziwną anomalią różowiły się lekko, +trochę starte zbyt ciasnem obuwiem, zaznaczając się w przestrzeni +barwniej lekką kroplą krwi, roztartą zdaje się na ich powierzchni. + +Cisza była dokoła. + +Cisza wielkiego miasta, które huczy w oddali a przecież do mieszkań +ludzkich hukiem tym nie wpada, pozostawiając niemal grobowy spokój +tym -- którzy spokoju tego pragną. + +Przez białe zasłony okien słaniała się blado-błękitna, równa +-- nieprzecięta niczem barwa zachodzącego nad dachami domów +wiosennego słońca. + +Barwa ta -- wsuwając się do pokoju -- jak elektryczny blask +wykrawała kontury banalnych mebli, porozstawianych po kątach +mieszkania. Oryentalna tkani na mebli mieniła się jaskrawemi +plamami i żółtą pstrocizną frendzli. Duże, weneckie lustro -- +pochylone nad sofą -- prezentowało się matowo szarym kwadratem, na +tle trywialnego ciemnego obicia kryjącego ściany. Po kątach, na +etażerkach wykrzywiały się japońskie lalki pod parasolami, które +roztaczały ciemno szafirowe lub czarne koła, prawie pod samemi +rogami trochę przybrudzonego sufitu. + +Po środku, jak ptak nagle nieruchomy, krwawiła się czerwonością +szyb i stalowemi pokręconemi liniami obwodów wenecka latarnia, +okapana stearyną, bielącą się na matowej płaszczyźnie podstawy. + +W jednym z kątów żółcił się duży makartowski bukiet, smutny, +przypruszony pyłem, z lasem aksamitnych szyszek, sterczących wśród +pęku traw połamanych. + +Niefroterowana, trochę brudna podłoga, pokryta zniszczonym dywanem, +wystawała jasnemi plamami koło progów i okien, które krzywo +zagłębiając znaczyły się wystającemi z po za białych zasłon +blaszanemi rynienkami do zbierania rosy. + +I w tej banalności zimnej, bazarowej, pretensyonalnej, wciśniętej +nagle w mieszczańską klatkę ciasnych, taniem obiciem oblepionych +ścian starej, żydowskiej kamienicy -- nie było nic z duszy kobiety +zamieszkującej te ściany. + +Minuśka była ptakiem wędrownym i o klatkę nie dbała. + +Przez uchylone drzwi dostrzedz można było nieposłane łóżko +-- rozkopane, rozrzucone, w nieładzie jeszcze nocnym, ciemniejące +pod stosem zrzuconych sukien i kołder. + +Okno, przysłonięte szczelnie szafirową zasłoną, nadawało całemu +pokojowi pozór grobowej kaplicy. + +Reszta tonęła w cieniu. + +Tymczasem w saloniku błękitne światło okien zaczęło stopniowo +szarzeć i bielić, jakby przez matowe a brudne szkło przepuszczone. + +Dwie białe takie smugi -- jak charty potworne przypadły do podłogi, +słały się po dywanie i ginęły w oddali, tuż pod stopami nieruchomie +siedzącego mężczyzny. + +Końce palców u ręki Minuśki zwieszającej się z sofy, maczały się +w tej martwej jasności i zżółkłe paznogcie, pocentkowane białemi +plamkami, zdawały się być płatami tajemniczych nenufarów z tafli +stygnącej wody wyzierających. + +Dziewczyna przymykała powieki i z przechyloną w tył głową zdawała +się tężyć w jakiemś odtrętwieniu. + +Lecz młody mężczyzna szarpnął ją znów za ramię. + +-- Zagwizdaj, Papuziu! + +Dziewczyna westchnęła i cicho -- powoli, jakby płynąc z oddali, +rozległ się drżący menuet, gwizdany jakby dziobem papugi, niepewnie +w dal rzucającej nuty. + +To Minuśka gwizdała, leżąc ciągle przechylona, nieruchoma +w obramowaniu swych czarnych włosów, które się z przepychem po +dywanie walały. + +Mężczyzna, zmrużywszy oczy, w gwizd ten się wsłuchiwał z dziwnym +wyrazem koło ust obwisłych. Nareszcie rękę wyciągnął i zimnemi +palcami po oczach Minuśki przesunął. + +-- Nie płaczesz? -- zapytał. + +Ona gwizdać przestała, brwi marszcząc. + +-- Cóż u dyabła, codzień nie mogę! + +-- Postaraj się!... + + * * * * * + +Poznał ją w Łodzi, w sali Selina, gdy złym akcentem francuzkim +śpiewała jakąś piosnkę. + +W podrabianej tej francuzce odczuł odrazu łatwą i tanią zabawę +i gdy otulona płaszczykiem zeszła z estrady do pustej i białej od +gazu sali, zbliżył się, wiecznie nienasycony w tej pogoni za +kobietą, jakkolwiek oddawna już niedoświadczał nic w dotknięciu +nagich ramion, lub rozwianych włosów. + +Przez nałóg, przez przyzwyczajenie szedł już teraz, zaczepiał, +wyciągał rękę, ciągle spragniony gorętszego wrażenia, czegoś, coby +nim targnęło, coby zamieranie w nim rozkoszy wstrzymało choćby na +krótką chwilę. + +Minuśka nie zajęła go więcej od innych. + +Była zepsutą, wesołą, pustą i trywialną. + +Mówiła „psia krew”, biła się po biodrach, pokazywała żydom na +ulicach język i kłóciła się w restauracyi z kelnerami. + +Nie różniła się niczem od innych kobiet i drażniła w nim +zamierającego trupa, lecz drażniła niemile, w bolesny, dokuczliwy +sposób. + +Przez kilka dni, które bawił w Łodzi, widywał ją codziennie, coraz +więcej zniechęcony i pół senny. + +Dziewczyna, sądząc że śmiechem i żartami zdoła rozchmurzyć to +znużone czoło, roztrząsała przed nim całą torbę swych dowcipów, +pozbieranych w chwilowych miłostkach, które prowadziła w swem +życiu. + +Lecz on -- ciągle milczący, zimny, kanciasty, siedział przed nią, +wpatrzony w przestrzeń szklannemi oczyma trupa. + +Chwilami ramionami wzruszał i mówił jedno tylko słowo: + +-- Cicho! + +Dziewczyna milkła, zdjęta nagłą jakąś trwogą przed tą ciszą +nakazaną jej w ciasnej przestrzeni zasłoniętej lożki, po za której +czerwonemi firankami widać było jasną przestrzeń sali i ciemny +otwór sceny. + +Raz jeden ośmieliła się powiedzieć: + +-- To głupie takie postępowanie! + +I uzbrajając się w odwagę, dodała: + +-- Funta kłaków niewarte! + +On tymczasem patrzał na nią, skąpaną w jasnej powodzi gazu, +płonącego w stłuczonej bani, zawieszonej u sufitu lożki. + +Klęczała przed nim na małej sofce obitej ciemną brokatelą, +i podniósłszy obnażone ręce, wiązała swe czarne włosy długą +białą wstążką. + +Była dnia tego ubrana już do pantominy, mającej kończyć +przedstawienie, a w której grać miała rolę panny młodej. + +Długa, biała muślinowa suknia natykana kwieciem pomarańczowem +dawała jej pozór umarłej dziewicy, którą lada chwila złożą na +śmiertelnej pościeli. Twarz jeszcze nieubielona, żółta była +i martwa w tej białej koronek powodzi. + +Opierała się biodrem o stół nakryty białym obrusem, na którym +walały się resztki kanapek i kieliszki koniaku. + +Związała włosy i powoli, z pewnym leniwym wdziękiem na poduszki +sofy upadła. + +-- Funta kłaków niewarte! -- powtórzyła przez zaciśnięte zęby. + +Z po za uchylającej się firanki dolatywał przenikliwy głos +dziewczyny, śpiewającej na scenie drżącym sopranem: + +/# + „Demande aux lys, s'ils aiment la rosée”. +#/ + +On ciągle patrzył na nią, dziwiąc się i zazdroszcząc tej żywotnej +sile, która kazała jej poruszać się, śmiać, denerwować i wyrzucać +z siebie całą kaskadę słów i chęci. + +Wiecznie i ciągle od pewnego czasu obserwował tak wszystkich, sam +ciągle bezsilny, pełen przewidzeń, halucynacyj, widząc koniec +wszystkiego, nie mogąc zbudzić się z odrętwienia zmysłów, w jakie +popadał z dniem każdym. + +Ogarniał go smutek bezdenny, z którego sobie sprawy zdać nie umiał, +szukając w złem trawieniu przyczyny głównej tej zmiany, podniecając +się fizycznie i moralnie, pragnąc rozpaczliwie wyjścia z tej +nicości, w którą powoli zapadał. + +Spełniał automatycznie funkcye swego urzędowania w jednem +z towarzystw kredytowych, lecz nocami, wybladły i z gałką swej laski +przy ustach, zjawiał się jak mara blada i milcząca, z niemą skargą +na swój zgon duchowy, w zadymionych lokalach restauracyjnych, +w ochrypłych salach koncertowych, w zaułkach nocnej rozpusty -- +goniąc coś ciągle w milczenia szukając, trawiąc się, stygnąc od +wnętrza. + +Bezwiednie lgnął do kobiet, jakby w nich szukając odrodzenia, lecz +-- te, do których miał przystęp łatwy i z góry zapewniony -- +wstrząsały nim swym śmiechem, banalną pieszczotą i coraz +ciemniejsze koło tworzyły dokoła jego osoby. + +Od czasu do czasu, opowiadały mu historyę swego życia, zaczynającą +się niezmiennie od tych słów: + +„Nie miałam jeszcze piętnastu lat i byłam zupełnie głupia, a tu.. + +Słuchał chwilę, sądząc że coś się tam przewinie, co mu rysę w jego +lodowej powłoce uczyni -- lecz prędko myśl w inną stronę odwracał. + +Zawsze to samo! + +Jedna historya w milionowem wydaniu! + +Minuśka przecież nie opowiedziała mu swej „historyi”. + +Była banalną, trywialną jak inne -- mówiła mu „mój kiziu” -- +i jadła rybę nożem, ale „historyi” swej nie opowiedziała do tej +chwili. + +Nie opowiedziała i nie opowie -- bo, oto on wyjeżdża jutro i ma jej +właśnie to powiedzieć za chwilę, skoro tylko tamta z po za zasłony +śpiewać przestanie. + +Doszedł już do tego stopnia osłabienia i rozdrażnienia, że nie lubi +i nie umie mówić, gdy kto śpiewa. + +Tymczasem Minuśka nalewa sobie kieliszek koniaku. + +-- Wiecznie pan jesteś smutny jak sum -- mówi, pijąc fałszowaną +ohydę powoli, jakby z rozkoszą -- dobrze że masz na smucenie się, +to jeszcze pół szczęścia! + +Odstawia kieliszek i znów wciska się w poduszki sofki. + +-- Może to i taka moda być na smutno -- ciągnie dalej, rurkując +falbanki sukni na palcach -- znałam jednego pana od wyścigów, +także się tak wiecznie gryzł i dręczył. Podobno coś kiedyś tam +komuś ukradł, to go jadło!.. + +Roześmiała się głośno i zastanowiła chwilkę. + +-- No, to już było przez sumienie. Prawda? Ale pan? Co ci to +brak!... Mój Boże! Żeby to mnie panem być! czybym ja kiedy się +zasępiła, co? + +Po za zasłoną śpiewaczka umilkła i z sali dolatywał szmer +pomieszanych głosów, odsuwanie krzeseł i szczęk kufli rozstawionych +na stołach. + +-- Masz pan co jeść, gdzie mieszkać, masz pewnie rodzinę, ojca, +matkę a może i żonę -- a takiś pan skwaszony ciągle. Nie powiem, +żeby to ja, co to jak ten psiak bez gniazda po świecie się tyram +i już z rozpaczy do francuzów przystałam i oto się Falfandierowej +wysługuję. Psia krew! dobrze że mnie trochę po francuzku nauczyli, +to i co zarobię na to marne życie... oj! marne! + +Znów po kieliszek sięgnęła, z butelki nalała, wypiła. + +W pół drogi ręka jej w fałdy sukni opadła. + +Była już na wpół pijaną. + +-- Psia krew! -- powtórzyła raz jeszcze i głowę w tył przechyliła. + +Ktoś drzwi w sali otworzył. + +Gaz w kuli zaczął migotać, chyląc się na obie strony. + +Rozpaczliwy jakiś smutek wypełnił małą przestrzeń lożki, jakaś +grobowa pustka, pomimo tłumu poruszającego się po za firanką. + +Mężczyzna w swej automatycznej sztywności zastygły, siedział +nieporuszony w kącie sofy, zdając się wydzielać z siebie ten chłód +trupi i mrozić nim ożywioną jeszcze niedawno dziewczynę. + +Teraz było już ich dwoje smutnych, niemających dachu po nad duszą. + +I Minuśka czerniała, żółkła, pozbywając się swej maski sztucznego +uśmiechu, odsłaniając nagle swój szkielet już pruchniejący +nieszczęśliwej, walczącej z życiem istoty. + +Leżała nieruchoma, z rękami obwisłemi, z ustami opuszczonemi +w kącikach bolesnym skrzywieniem. Nagle wargi ściągnęła nerwowym +skurczem i lekko, cicho gwizdać zaczęła. + +Był to gawot popularny, łatwy do pochwycenia i ciągnący się cicho +jak srebrna nitka pajęcza. + +W rozkołysaniu się gazu, gwizd ten leciuchny motał się +z przejrzystością dokładną, wznosił się, opadał i znów +rozpoczynał. + +Nagle umilkł, rozpływając się w urywanej nutce. Chwileczkę +trwało milczenie. + +Przerwał je ochrypły nieco głos Minuśki: + +-- Pan wiesz, ja miałam dziecko! + +Mężczyzna nie drgnął nawet, nie odpowiedział ani słowa. + +Przygasłe oczy skierował jednak na leżącą kobietę, bo czuł że +ma w niej trochę odbicia swego smutku, swego zniechęcenia. + +Widział, że się nie krzywi uśmiechem. + +Oddychał. + +-- Miałam dziecko! a jakże! jak anioła taką dziewczynkę! Żebyś ją +pan był widział no -- co to opowiadać! Królewna! Włosy czarne, oczy +szafirowe -- buzia maluchna. A mądra, a ucieszna. W dziesięcioro +się krajałam, aby jej nic nie brakło! Pan nie ma dzieci? + +Nie było odpowiedzi. + +-- Nie ma pan? Dobrze pan robi. Dzieci to wielka radość, ale co też +to za smutek! Serce ledwo nie trzaśnie jak to ginie! Psia krew... +co to za urządzenie na świecie!... Miała na imię Maryśka! Ja ją +nazywałam Marychna. To ładnie, prawda? Mówiła już, chodziła, łydki +miała grube, tak że ją tylko w skarpetki ubierać można było! I co +pan powie! W trzy dni -- ani się obejrzałam, już było po niej! +słyszy pan!... po niej!... + +Oboje siedzieli ciągle nieruchomo w obu kątach sofy, ona +przechylona, z twarzą ginącą w tem skróceniu. Tylko podbródek drgał +jej nerwowo, jak u kobiet blizkich płaczu. + +-- Nazywała mnie... Papuzią. A to ztąd widzi pan poszło: Posłyszała +kiedyś pod balkonem na ulicy gwiżdżącą papugę. Odejść nie chciała. +Wzięłam ją na ręce i gwizdałam jej w uszko przez całą drogę. +Później... ciągle prosiła -- gwizdaj, Papuziu! ja gwizdałam! Ach +Boże!... ja gwizdałam! + +Porwała się nagle, jakby ocucona. + +-- Ja pana nudzę, co? Pan i tak smutny! + +Lecz on rękę wyciągnął. + +Jakiś cień uśmiechu przewinął się nawet koło jego warg pobladłych. + +Od tej nagle otwierającej się przed nim rany macierzyństwa, +w rozpustnem otoczeniu zamkniętej lożki tingel-tanglu, płynęło ku +niemu powolne uspokojenie i łagodne uczucie ledwo dostrzegalnego +ciepła. + +-- Bo to widzi pan, mężczyźni nie lubią skoro się im o takich +rzeczach mówi. Tylko pan jakiś inny od wszystkich. Może to pana +i bawi. + +Westchnęła, znów głowę przechyliła na poręcz sofki i oczy +zmrużyła. + +-- Widzi pan, to było dziecko takie... no, pan wie! ot takie, bez +ojca. Więc to się chowało nie u mnie, ale ja zawsze co dnia +przybiegałam, na ręce schwyciłam, wycałowałam gdzie mogłam. Jak już +nic jej przynieść nie miałam, to choć pogwizdać przyszłam, a mała +się już od progu rwała i piszczała: „gwizdaj, Papuziu! gwizdaj!...” +Było to uciechy! Cholera muzykalna była! W dziadka się wdała!... + +Urwała, jakby przerażona zdradzeniem cienia tajemnic swego +pochodzenia. + +-- No, i kiedy przyszła ta ciężka godzina, że ją śmiertelna choroba +schwyciła -- ja po doktorów z gołą głową latałam po nocy, +w aptekach dzwonki urywałam. Raz mnie stójkowy mało do cyrkułu nie +zwlókł... Co pan chce! Dla dziecka to się w ogień skoczy! Nie +pomogło! Chudła, sztywniała -- i już tylko na rękach nosić ją +trzeba było dniem i nocą. Ja też nosiłam i jeszcze tylko to +gwizdanie mogło ją uspokoić na trochę, na krótko! I ja też +gwizdałam! Łzy mi jak groch leciały!... ale nosiłam i gwizdałam! + +Umilkła, i z pod przysłoniętych rzęs zamigotały nagle dwie lśniące +krople łez, poczem z pochylonej w tył głowy spływały po skroniach, +mocząc silnie pęki fryzowanej grzywy. + +-- I wiesz pan co? Umarła mi na rękach wtedy, kiedy chodziłam z nią +po pokoju i gwizdałam jej cichutko, cichuteńko -- prawie w samo +uszko. Późno było, świeca się dopalała, w kącie chrapała kobieta, +u której się ona chowała. Ja chodziłam boso, żeby nie wstrząsać +rękami, gwiżdżę -- ona oddycha, raz drugi oczki otworzyła -- sina +obrączka naokoło ust się rysuje. Jezus Marya! myślę sobie, +dziecko!... gwiżdżę wciąż -- ona już nie oddycha, ja głowę +tracę... i ludzie mnie znaleźli z dzieckiem na ręku ciągle po +pokoju chodzącą. Podobno nawet jeszcze gwizdałam!... Co pan +chcesz!... Dostałam bzika. Niemiałam nic mego... ją jedną!... +Oprzytomniałam później i czasem, kiedy sama jestem, mówię sobie: +zagwizdaj, Papuziu!... gwiżdżę!... i płaczę! + +Rozpuszczoną masą włosów otarła strumień łez płynący jej z oczów. + +-- Przepraszam pana -- wykrztusiła wśród łkań -- ja zaraz przestanę +beczyć, to już... taki cholerny narów... ja zaraz będę... +wesoła!... + +Lecz on -- zbliżył się ku niej teraz i wyciągając ręce przyciągnął +ją ku sobie. + +W gieście tym nie było śladu współczucia dla jej cierpienia, był +tylko jakiś sybarytyzm dziwny, rozsmakowanie się w gorącości łez +i w spazmatycznym skurczu wstrząsającym piersi kobiety. + +Melancholiczne zwierzę zbudziło się w nim i brutalnie, bezczelnie +domagało się praw swoich. + +Sentymentalny samiec wyciągnął trupią rękę i na ranie serca +kobiety-matki położył. + +Obwisła warga zadrgała mu rozkosznie. + +Oczy pokryła biała, wilgotna mgła. + + * * * * * + +I od tej chwili żyli razem, we dwoje -- schowani w kącie oddalonej +ulicy, w mieszkaniu, które on urządził z banalnym komfortem +biurowego parweniusza. Wszystko naokoło nich było martwe, trupie, +wystygłe. + +Dziewczyna z początku rwała się jeszcze do życia, walcząc +z resztkami temperamentu. + +Wprędce jednak ciało zniszczone latami przymusowej rozpusty +-- zapragnęło grobowego spoczynku. + +Za ciałem poszedł duch. + +Minuśka zamierała wśród strzyżonej tkaniny mebli i zakurzonych +parasoli, włócząc po otomanie swe bezsilne członki anemicznej +kobiety. + +On -- tryumfował, kąpiąc się teraz w tej cmentarnej atmosferze, +którą włóczył w fałdach swej kurtki, ciągle milczący, ponury, +ziejący niczem nieusprawiedliwioną rozpaczą, zwłaszcza w chwilach +wiosennego rozkwitu. + +Czasem tylko dziewczyna wyrzuciła jeszcze z siebie „psia krew” +-- zebrane z ust towarzyszek łatwej zabawy i ciężkiej pracy, +i słowo to jak uderzenie szpicruty przecinało powietrze. + +Lecz on, nie ruszając się z miejsca, przez zaciśnięte usta szeptał: + +-- Cicho!... + +Kobieta milkła i siedzieli tak oboje w milczeniu, w rozpaczliwej +melancholii dwojga zamierających organizmów, skutych ze sobą -- +ona, rozpamiętywając swą przeszłość, on -- pławiąc się +w lubieżności smutku i o trumny potrącającego wspomnienia. + +I gdy jasno błękitne światło od okien płynące z szarego tonu +zmieniało się w złoto-rudy blask wycinający kontury mebli a coraz +dalej ku głębi pokoju rozpływało się w czarniawo-szafirowym cieniu +-- on pochylał się nad martwiejącą w trupiej pozie dziewczyną. + +-- Zagwizdaj, Papuziu!... + +Ona gwizdała, z początku niechętnie, potem coraz więcej zatapiając +się w cichej nutce melodyi. + +Trup dziecka wyschły, zżółkły, biedny -- zjawiał się przed nią +w przepotędze swego nieprawego pochodzenia, wspaniały bezimiennością +swoją, doskonały w zrodzeniu z miłosnego tchnienia. Trup ten +zimniał, sztywniał -- tuż przy jej piersi -- przy jej łonie, które +go stworzyło i gniótł jej ciało strasznym ciężarem nieżyjącego +potwora. + +I wtedy cała fala łez lała się z czarnych oczów kobiety i po +przechylonej w tył głowie ku masie pokręconej grzywy spływała. + +Tymczasem mężczyzna trupie swe palce w kaskadzie tych łez maczał +i leniwym głosem sentymentalnie powtarzał: + +-- Zagwizdaj, Papuziu!... + + + + +XI. + +=Bydlę.= + + +Zaturkotało i na drodze od miasta wiodącej podniósł się tuman +kurzu. + +Niewielki koczyk zielony, ciągniony przez czwórkę w poręcz +sprzężonych koni, stuknął silnie o belkę, położoną na poprzek, tuż +przed chatą Hieronima i ku bramie dworskiej podążał. + +Na koźle, w szaraczkowy surdut ubrany stangret i lokaj w długim +czarnym anglezie, zetknęli się gwałtownie ramionami, zaklęli i do +równowagi wrócili. + +Z koczyka tymczasem, na obie strony, jak drogowskazy, sterczały dwa +olbrzymie cybuchy, ciemne, z fajkami wypchanemi silnie tytoniem. + +Pan hrabia i pani hrabina palili w milczeniu, rzucając w jasność +liliową wołyńskiej przestrzeni całe kłęby białego dymu. + +Pudełko z tytoniem stało na przedniem siedzeniu. + +Pani hrabina miała żółty płaszczyk i twarz lśniącą od nadużycia +gliceryny. + +Pan hrabia miał prześliczne turkusowe oczy, wprawione w pożółkłą +maskę zgryzionego wątrobiarza. + +Koczyk stanął przed bramą. + +Lokaj zlazł powoli i za wrota pociągnął, pasące się obok stado gęsi +uciekło z przerażającym wrzaskiem. + +Koczyk próg bramy przestąpił, wstrząsając woźnicą, pudłem, panią +hrabiną, panem hrabią i obydwoma cybuchami. + +Gęsi, ciągle drąc się, leciały wśród masy traw, łopocząc +skrzydłami, i hen aż pod tajemnicze gąszcze ożyn się dostawszy, +przypadły do ziemi, zdyszane i srodze zmęczone. Lecz już na ganku +dworu powstał ruch i w kredensie Janek czytający „Resurecturi” +w „Tygodniku ilustrowanym”, otarł nos w znaczący sposób. + +-- Czort dyabła niesie! -- wyrzekł półgłosem. + +Z nad tapczana surdut zdjął, poślinił welwetowy kołnierz, na którym +łupież silnie przylgnął, surdut nadział i powłócząc nogami na ganek +podążył. + +Już pani sędzina pędziła od strony garderoby, pokrzykując cienko: + +-- Z Hati! hrabstwo z Hati! + +I szybko odwróciła się do Janka, który melancholijnie z pod +spadającej hyry na swą panią spoglądał. + +-- A ty mi się nie upij, bo jak Boga kocham, tak już z tobą koniec +zrobię! Słyszysz? + +Janek brwi zmarszczył i za poły surduta obydwoma rękami się +schwycił. + +-- Słyszę, jaśnie pani! -- odparł. + +Koczyk z głuchym szumem już przed ganek zajechał. + +Sędzina wpadła we drzwi prowadzące do głębi dworku, a Janek ze +specyalnym giestem ze stopni ganku schodząc, drzwi wchodowe +hrabstwu ukazywał. + +-- Państwo w domu? -- zapytał hrabia. + +-- Jaśnie państwo są! -- odpowiedział lokaj. + +Cybuchy i tytoń na rękach lokaja wędrowały już w głąb domu. + +-- A uważaj, kanalio, abyś cybucha nie przetrącił! -- dodał +w formie uwagi hrabia. + + * * * * * + +Nie, to było nad jego siły! + +Musi pójść do karczmy. + +Chodzi, chodzi naokoło stołu, pociąga obrus, karbuje sól +w solniczkach, ustawia garnuszeczki ze śmietanką. Na środku piramida +z poziomek krwawi się plamą purpury wśród zielonych liści. Po obu +stronach na złoconych, porcelanowych koszyczkach rudym tonem znaczą +się świeże obwarzanki, cukier miałki piętrzy się piramidką prawie +skrzącą w promieniach zachodzącego słońca. + +Po przez okno na wpół otwarte płynie cała taka struga ognista, +przecięta smukłością topoli, sterczących dokoła dworu. + +Jeszcze bydło z pola nie wraca. + +Nie słychać kołatek, ani hukania pastuchów po za wodą, hen po za +stawem. + +Janek ręce po napoleońsku na piersiach założył i stanął koło okna. + +Włożył liliowy atłasowy krawat i włosy jasno blond, w których +srebrne nici się bielą, olejkiem zlał i z czoła odgarnął. + +Czeka, aż kucharz kurczęta z przypadłej opodal dwora kuchenki do +kredensu przyniesie. + +Wtedy samowar syczący w kredensie do jadalni wniesie, na stolika +obok ustawi -- otworzy drzwi do salonu i zaanonsuje niskim głosem: + +-- Podano do stołu! + +Tymczasem przecież coś go we wnętrzu ssie jak wąż a ślin w ustach +pełno. + +Janek wie dobrze, co to znaczy... + +Czczo mu; do karczmy go ciągnie. + +A jest ona tam po drugiej stronie stawu, ta karczma cała czarna, +mimo czerwonej jasności słońca. + +Janek drogę tę od lat trzydziestu zna. + +Zmienił ją tylko od chwili ożenienia. Trzeba bowiem było ze dworu +do karczmy właśnie koło chaty iść, chaty, którą mu jaśnie pani +dała, kiedy Warkę z garderoby wziął i z „werczem” do dworu +przyszedł. + +Pani chatę i Warkę dała, ale Warka darła się o wódkę z Jankiem +i zaraz na próg chaty wypadała, za poły surduta chwytała i zawodziła +het jak suka, gdy jej szczenię odbierają. + +Wiedziała Warka, że jaśnie pani ma tego pijaństwa Jankowego dosyć +i lada chwila go z kredensu wygna precz. + +Tembardziej, że Janek nie pił całe miesiące i tylko gdy gość się +zjawił, wnet do karczmy pędził i za siwuchę chwytał. + +A przecież trzydzieści lat już w Horodyszczu przetrwał, służąc +wiernie, nieposzlakowanie uczciwy, pełen arystokratycznych +przesądów, właściwych wołyńskiemu chłopu, cerując dywany +i szlafroki pana sędziego -- obijając sofy w buduarze panny sędzianki +-- obszywając gościnne kołdry na trawie dziedzińca -- kolekcyonując +„Tygodnik ilustrowany”, bijąc Warkę i najstarszą córkę Paraskę, +tyranizując chłopaków kredensowych i leżąc bez pamięci, od czasu do +czasu w krzakach berberysu, które bukietem blaszanych liści +i delikatnych jagód wznosiły się na środku dziedzińca. + +Pani sędzina nazywała go wtedy „bydlę”. Była to nazwa mniej +wykwintna niż dosadna. + +Pani sędzina jednak była córką ekonoma. Ztąd miała dużo poczuć +arystokratycznych wrodzonych... + +Lokaj -- a zwłaszcza pijany lokaj, był dla niej bydlęciem! + +Hrabia mówił na swoją służbę: „kanalia”. + +Pani sędzina mówiła: „bydlę”. + +Pani sędzina nie lubiła chłopów i nie wdawała się z nimi w bliższe +stosunki. Tolerowała tylko chłopki, gdy jej przynosiły kury, albo +jaja, związane w szmaty. + +Pan sędzia ciągnął namiętnie starkę rano i wieczorem a czasem +i w nocy. + +Pani sędzina znajdowała to naturalnem. + +Co innego było z pijaństwem Janka!... + +Co wolno panu -- niewolno bydlęciu... + +Pani sędzina mówiąc o pijaństwie męża, mówiła „słabość mego +męża”. + +Pijaństwo Janka było zbrodnią, nie chorobą. + +Lokaj nie mógł być chory! + +Organizm jego nie mógł żądać alkoholu. + +Janek pijany -- był bydlęciem. + +Pan sędzia pijany -- był... słabym! + +Przekonanie to wpoiła pani sędzina w Warkę. + +Dlatego teraz Janek miał schowane w oczerecie czółno i drąg i po +przez staw się do karczmy Szmula dobijał. + +Kiedy bowiem szedł przez wieś -- a Warka broń Boże „cupała” +w ogrodzie, za chruściakiem przy burakach, albo tytoniu, to porywała +się z wrzaskiem aż jej medaliki po piersiach dzwoniły. + +-- A doloć moja, dolo zatracona!... Krzyczała przez płot przełażąc, +rozdzierając spódnicę, zapaskę, z „dolami” najeżonemi dokoła +twarzy jak faworyty pana sędziego. + +I był to lament tak wielki, że wszystkie baby, jakie były w chacie, +wypadały na drogę z koszulami zawiniętemi po kolana, z zapaskami +ubielonemi mąką, ta od łatania świty, ta od przewijania dziecka. +Wszystkie otaczały Janka i Warkę -- łamały ręce, kiwały głowami +-- a dokoła podskakiwały dzieci w zgrzebnych koszulach, czasem +zupełnie nagie z masą jasnych włosów na szpiczastych głowach, +i kwiczały prosięta zbiegłe ze źle domkniętych chlewików... + +Teraz -- Janek potrafił już unikać tej gorącej łaźni. Wprost do +stawu szedł, w czółno wskakiwał i wodę pruł aż szumiało. Potem do +drugiego brzegu, gdy się dobił to już do Szmula było tylko +kilkadziesiąt kroków -- i łatwo było się dobrać. Wracał jednak +wolniej, nawpół przytomny -- potrzebując mało do zupełnego upojenia, +roztrojony zupełnie nerwowo -- mając dziwną naturę wtłoczoną +w smutne ciało dworskiego służalca, z fantazyą przepełnioną wizyami +powieści i artykułów, których nie rozumiał setnej części, +z tęsknotą straszną, wrodzoną wołyniakom, z tą tęsknotą, co serce +z piersi wyrywa za czemś, czego określić na razie niepodobna, co szum +sosen, zapach poziomek, krzyk spłoszonej gęsi, skrzyp wrót nagle +budzi i potem jak druga dusza w ciele pokutuje, rwie, szarpie, nęka +o zachodzie słońca i życia... + +Bydlę miało to wszystko w sobie, to wycie rozpaczliwe w pustkę, +która się powiększa z dniem każdym. Jak duch pokutujący, jak trup, +któremu nie dano mogiły i domowinki uskąpiono -- tak błąkał się +Janek od karczmy do dworu z „Tygodnikiem” sterczącym brudną bielą +druku z obciągniętej kieszeni surduta. Włosy mu posiwiały, twarz +o delikatnych rysach nerwowego blondyna nabrzękła, oczy zmalały +i z jasno błękitnych zrobiły się żółte. Plecy wygięły się +w kabłąk, ręce jedne pozostały nerwowe, silne, suche, jakby +cała siła woli lokaja skoncentrowała się w tych rękach, w których +była potęga jego pracy. Gdy z krzaków berberysu podnosił się po +peryodzie pijaństwa -- zaciskał silnie pięści, jakby probując, +czy cała wola pozostała w nim jeszcze, czy nie spływa razem +z umysłem w ten cień niepochwytny, który go otoczył i do karczmy +iść kazał. + +I -- z pięściami jeszcze zaciśniętemi szedł prosto do kredensu, do +swego tapczana, na którym wylegiwał się w czasie jego nieobecności +Józiek. + +-- Won bydlę! -- mówił, chwytając chłopca za kołnierz, -- „won! pan +wrócił!” + +.................................................................. + +Kucharz nie dawał znaku życia i tylko z kuchenki dobywał się wązki +pasek dymu, który się aż nad drzewa owocowe wznosił. + +Janek na lipę przed oknami patrzał, i przypominał sobie, którego to +było roku, gdy piorun w nią uderzył. + +Pan sędzia wtedy do Żytomierza na wybory pojechał. + +Ale który to był rok, za nic przypomnieć sobie nie może. + +Nagle zakołatało na drodze. + +Ha! ha! a! a!... + +Bydło wraca do obór, pastuchy do chat. + +Nie widać ich z okna, tylko duża smuga po za stawem się ściele, +biała, jak wielki kłęb nagle powstającej pary. + +I razem z tym jękiem chłopców goniących bydło, jakaś nieokreślona +tęsknota spada na całą wieś. + +Słońce nie świeci jaskrawo. + +Żółte i jakby gasnące, zapada coraz niżej. + +Coś się nad ziemią snuje, coś, jakby widma z grobów wstające, +szepczące tajemnicę mogił, trupich czaszek rozhowory. + +Janek określić tego nie umie, rwie się w nim tylko coś i w przepaść +dąży. + +Obejrzał się jeszcze raz ku kuchni. + +Niewidzi nikogo. + +Zanim kurczęta podadzą, on przez staw przepłynie i powróci. + +Wypije tylko jeden kieliszek, jeden tylko, aby lepiej służyć do +stołu... + +Czuje bowiem, że jest cały z waty i na nogach się nie utrzyma. + +Wyskoczył przez okno, wpadł w grządkę nasturcyj, zaklął i jak zając +po przez trawniki pomykać zaczął. + +Do stawu dopadł, do oczeretu, w którym drzemało płaskie, z trochą +lśniącej wody na dnie -- czółno. + +W czółno wskoczył, za drąg porwał, splunął w garść i od brzegu +się odepchnął. + +W tej chwili ciemny pas, jakby od żałobnego całunu na wodę padł. + +Janek w pas ten wpłynął i nawet białe smugi, które zwykle czółno +po sobie zostawia, krepy tej rozjaśnić nie mogły. + +Od strony wsi kołatały wciąż drewniane dzwonki i wlokło się +jękliwe zawodzenie. + +Ha!... a! a!... + +Janek w głosy te wsłuchiwał się i czuł, że pod dworskim surdutem, +z którego numer „Tygodnika” wystawał, w piersi rwały mu się całe +przepaście ech na dźwięk tych chłopskich nut. + +Ha!... a! a!... + +W tej samej chwili, z kuchenki Józik z półmiskiem kurcząt wypadł +i ku dworowi dążył. + +Idąc, mimowoli dziecinnym głosikiem powtarzał: + +Ha!... a! a!... + +Bose zastępy ku sobie się rwały, ręce łączyły w tęsknocie +nieokreślonej, co ku nim z pod ziemi płynęła. + + * * * * * + +Gdy Janek wreszcie z krzaków berberysu powstał i do kredensu się +powlókł, zastał tam, oprócz Józika, jakiegoś młokosa ubranego +w szary surdut, bez wąsów -- i z miną wyćwiczonego złodzieja, +nastawiającego samowar. + +Janek do intruza podszedł i ręce wyciągnął. + +-- Czego to pan się do samowara miesza? -- zapytał zaspanym +i powolnym głosem. + +Lecz nowy lokaj zmierzył go od stóp do głów. + +-- Jaśnie pani kazała nastawić samowar! -- wyrzekł i znów za stary +but z cholewą schwyciwszy, koło samowara się krzątać zaczął. + +Janek odsunął się w kąt i na swym tapczanie przysiadł. Powoli +jednak ręce jego namacały inną derkę, nie jego własną. Pochylił +się i w ukośnym promieniu, idącym z okna, które lipy zaciemniały +zupełnie -- dostrzegł całą obcą pościel na swem łóżku. Poduszka +była z irchy, druga gumowa, wypchana powietrzem, widocznie +skradziona, lub otrzymana w prezencie. Tylko nad tapczanem +rozkładał się jeszcze szmat gobelinu, na którym widać było +zczerniałe, jak nogi topielca, nogi jakiegoś mitologicznego +bohatera i plamę kobiecej, purpurowej sukni. + +Za obrębem gobelinu zatknięty obrazek wycięty z „Tygodnika”, kilka +palm, fotografia pana sędziego, stara strzelba, profitka z różowych +paciorek, służąca za pantofelek do zegarka -- wszystko jeszcze było +na swojem miejscu, nieruszone i jakby uszanowane. + +Janek podniósł się i do okna podszedł. + +Tam był zawsze szuwaks i szczotki do butów, ustawione we framudze +razem z kałamarzem i gęsiemi piórami, które Janek dla pana sędziego +temperował. + +Pióra znikły, kałamarz także, pomimo tego, że lat dwadzieścia stały +na tem miejscu. + +Janka ogarnęło złe przeczucie. Powoli z podełba spojrzał na +młokosa, który samowar już z ziemi podniósł i do pokoju podać się +gotował. + +Janek kilka kroków postąpił. + +-- Ja zaniosę! + +-- Nie trza -- wyrzekł ten drugi, nogą drzwi otwierając. + +Janek pozostał na środku kredensu, w którym zaczynał zapadać powoli +zmrok, przez abażur lipowych gałęzi koło okien rozpostartych. + +Nagle, w bocznych drzwiach ukazała się pani sędzina. + +Miała usta silnie zaciśnięte i oczy zmrużone. + +-- Niech Janek zabiera swoje rzeczy i idzie precz, zaraz... od +dzisiaj!... Jaśnie pan za dwa dni wróci, to się z Jankiem obliczy! +Trzeba się mi dzisiaj wynosić, mam już dosyć pijaków w kredensie! + +Ręką tłustą i żółtą drzwi ukazywała. + +Ręka ta w ciemności kredensu majaczyła przed Jankiem, jak plama +jasna, obwiedziona dokoła błękitną obwódką. + +-- Jaśnie pani!... -- wybełkotał wreszcie -- ja... ostatni raz!... + +-- Ta, ta, ta!... przerwała sędzina -- już mam dosyć trzydzieści +lat takich skandali!... Janek niech się wynosi, bo wyrzucić każę! + +Janek się wyprostował. + +-- Jaśnie pani wyrzucać niema potrzeby. Ja sam pójdę, choć +trzydzieści lat wierniem przy służbie warował! + +Sędzina parsknęła śmiechem. + +-- Bo to psi wasz obowiązek! Za pensyę i ordynaryę jeszcze, każdy +wierny będzie. + +Janek drżał cały, włosy mu na czoło spadły. Cofnął się w cień +kredensu i milczał chwilę, wreszcie, jakby chcąc upokorzyć +sędzinę: + +-- W konduktory pójdę!... -- wyrzekł zdławionym głosem. + +Sędzina ku drzwiom zmierzała. + +-- Z Panem Bogiem! Właśnie tam na pijaków czekają! A wynosić mi się +dziś jeszcze!... won!... won!... + +Wyszła. + +Janek pozostał sam. + +Obejrzał się dokoła i nagle uczuł w sercu ból straszny. + +Trzydzieści lat przeżył w tych ciemnych ścianach kredensu, w którym +zapach razowego chleba miesza się z wonią stygnących na półmiskach +tłuszczów. W ciemnicy tej przeszedł życie całe, waląc się w nocy na +tapczan, jak kłoda, smutny, wiecznie znękany, zniechęcony do życia, +a mimo to bałwochwalczo do tych miejsc przywiązany. + +Chata, w której mieszkała jego żona, nie była mu domem, chodził tam +w gościnę, w chwilach wolnych, nie pamiętając i nie wiedząc nawet, +jakie imiona miały jego dzieci. + +Od grzebania się w ziemi i mieszkania w izbie z uklepaną z gliny +podłogą odwykł i tylko w kredensie żyć już mógł, w _tym_ kredensie, +pomiędzy szafą z ubraniami pana sędziego i kantorkiem, w którym +chował roczniki „Tygodnika ilustrowanego”. Dziś mu każą iść +precz, nie pamiętając, że on, Janek, ma religię ścian, wspomnień +i sprzętów, że on się tu przekołatał całe lata, całe noce, całe +jesienne wieczory obrębiając ścierki, wsłuchany w tony fortepianu, +na którym uczyła się panna sędzianka i który dzwonił jak szklanna +kołatka z po za stawu w smudze białej płynąca... + +Kazano mu iść „won” a przecież tam, przez ścianę, jest szafa, +w której jest _jego_ porcelana, _jego_ srebro, _jego_ szkło. + +Trzydzieści lat myje, ociera, czyści tę całą zastawę... to więc +wszystko mu poprostu w duszę wrosło i on tego z siebie wyrwać nie +może! nie może!... + +A piece? Te wielkie piece wszystkie schodzące się w jednej wielkiej +izbie, w którą szedł wczesnym zimowym rankiem, za Józikiem, +niosącym całe naręcze polan grubych, jak ludzkie nogi. On, Janek, +niósł świecę. Stearyna kapała mu po rękach, a on przez trzydzieści +lat nie oprawił nigdy świecy w lichtarz. Miał takich przyzwyczajeń +mnóstwo, teraz wszystkie jak mary otoczyły go i za gardło chwytały. + +Nawet ta pani sędzina, która wygnała go tak bezlitośnie, nawet ten +pan sędzia, który nieraz uderzył go w kark i „wysobaczył” po +swojemu, nawet ta panna sędzianka, zatykająca nos, gdy przechodziła +przez kredens, wszyscy oni byli mu teraz drodzy w chwili utraty. + +Kochał ich przywiązaniem psa, który niedość, że dobytku pana +strzeże, jeszcze pana tego kocha i po rękach liże. + +Powiedział pani -- „pójdę w konduktory”, ale teraz, w tej chwili, +myśleć o tem nie mógł. Dławił się własną żałością. + +Nerwy tego chłopa zalkoholizowanego tańczyły piekielną sarabandę +bezsilnej rozpaczy. + +Gdyby mógł się rozpłakać, byłoby ma lżej. Lecz nie, łzy go piekły, +były w nim całym, rwały ma serce, paliły powieki, płynąć jednak nie +chciały. + +Bydlę... cierpiało. + +.................................................................. + +Po chwili przecież Janek ocknął się, zbliżył się do tapczanu +i szalonym ruchem zdarł ze ściany gobelin. Profitka, fotografie +upadły na ziemię. On schylił się, podniósł je, wetknął za pazuchę, +potem -- podszedł do kantorka, wyjął całą masę gazet i w gobelin +zawinął. Czynił to machinalnie, gryząc wargi. Zwrócił się po +ubranie, które wisiało na gwoździach wbitych w ścianę, lecz machnął +ręką i tylko tłomok z gazetami pod pachę wziął, czapkę na głowę +nasadził. + +Wreszcie z kredensu wyszedł. + +Przeszedł pod lipami i wydostał się na trawniki. Słońce znów +zachodziło całe krwawe, na wiatr się znacząc. Staw w ciszy +i obramowaniu oczeretu drzemał a nad jego brzegiem, na pagórku, +brzoza, dziwaczna i pokręcona, długie gałęzie w wodzie rozpaczliwie +moczyła. + +Janek machinalnie do stawu się skierował i, czółno odszukawszy, +gobelin z książkami na dno czółna cisnął. Poczem sam w łódź wlazł +i drąg schwycił. Zdawało mu się, że idzie gdzieś w daleką drogę +a ten drugi brzeg nigdy nie trąci o drzewo czółna. Drżącemi rękami +drąg pchnął i na staw wypłynął... + +Cisza była dokoła prawie kościelna. + +Janek szmer wody tylko słyszał, która się skarżyła cicho na ciężar, +jaki jej nieść kazano. + +I nagle, z daleka, delikatny, jakby krepą przysłonięty, dał się +słyszeć głos kołatek i przeciągły jęk pastuchów. + +Serce Janka, które było w tej chwili jedną raną, targnęło się +jeszcze silniej i codzienna melancholia, tłocząca go ku ziemi, +wżarła się w boleść rozstania z tem, co już za swoje przywykł +uważać, co się z nim zrosło, z czem umrzeć miał... + +Przed nim bielił się dwór, nieduży, silny, dobrze rozłożony na tle +masy drzew. Z boku widać było ganeczek i wejście do kredensu. Do +kredensu!... + +I nagle porwał Janka szał. + +Schwycił gobelin i cisnął go w wodę. + +-- Szczeźnij! -- zasyczał przez zęby. + +Gobelin zakołysał się na wodzie i pozostał tak rozciągnięty, +prezentując w świetle krwawego słońca wypłowiałą barwę delikatnych +linij. + +Janek drągiem gobelin w wodę zanurzać zaczął. + +-- Szczeźnij!... -- syczał. + +Był cały teraz czerwony, z sinemi pręgami żył po obu stronach +skroni. Z serca krew mu płynęła na mózg zatruty siwachą. Pijany był +w tej chwili, pijany rozpaczą. + +Za nim wciąż kołatki grały. + +Teraz, pochylił się, porwał cały stos „Tygodnika” i w wodę +wrzucił. Woda prysnęła białą masą, łódka zachybotała, Janek +nogą w ścianę czółna kopnął. + +-- Na pohybel ci! -- zaklął. + +Nie dokończył, bo czółno się gwałtownie przechyliło a on z dziką +radością, po raz pierwszy w życiu roześmiany serdecznym, gorącym +śmiechem, w wodę skoczył, waląc się głową naprzód, tak jak +zwyczajnie na swój tapczan w kredensie się walił. + +.................................................................. + +Teraz kołatki tryumfalnie wypłynęły nad brzeg stawu i dzwoniły +ciągle mistyczną litanię w obłoku białym, z ziemi się wznoszącym. + +Na stawie była cisza zupełna i kołysało się tylko próżne czółno, +które powoli wróciło do swej równowagi... + + + + +XII. + +=Gołąbki.= + + +Gwarno było w „gołębniku” podczas tego _fixu_. + +Rozgruchotały się „gołąbki”, rozchichotały, aż wstążki fruwały +naokoło ramion i szyi, jak prawdziwe skrzydła gołębie. + +I wszystkie, jakby się umówiły -- ubrały się biało, popielato, +perłowo lub blado lila... + +Cała gama niepewnych barw, jak plama jasna lekko pocieniowana, +rozkładała się tryumfalnie pod zielonemi liśćmi w kąt zbitych +oleandrów. + +Pani domu, księżna... ukraińska -- cztery kąty swego salonu +ozdobiła oleandrami. + +Było to niekosztowne i dawało złudzenie szyku. + +Książę wzruszył ramionami, pociągnął zakrótką kamizelkę +i poszedł do drzwi „robić honory”, chórem wchodzącym +konceps-praktykantom z Namiestnictwa. + +„Księztwo” przybyli niedawno z dalekiej podróży i przywieźli +z sobą spory zapas konfitur i czternaścioro dzieci, z których +dwie dorosłe panny miały zamiar wydać się zamąż. + +Arystokracya lwowska, złożona z galicyjskich hrabiów i baronów, +podejrzliwie patrzyła na ten tabor książęcy, rozbijający swe +namioty w szerokich salonach żydowskiej kamienicy; powoli wszakże +przekonano się do sumiastych wąsów księcia, nadzwyczajnych mantyl +księżnej, długich warkoczy księżniczek i ich kurhanowego tytułu. + +_Fixy_ bywały liczne, księżna promieniała, księżniczki zdążyły +zakochać się w dwóch „golcach”, o szerokich barach i wspaniałych +frakach. Książę umierał z nudów, stojąc pod żyrandolem, z którego +kapała stearyna. Ciągnął kamizelkę i wzdychał do śniegu, który się +białemi błamami, jak królewska szata wlókł daleko po wiejskich +rozłogach. + +Dnia tego, _fix_ miał niezwykłe ożywienie. + +Gołębnik aż dygotał od panieńskiego chichotu. + +Gołębnikiem nazywał się kąt pod piecem, pomiędzy pianinem, +a czwartem oknem okrytem czerwonemi jak krew adamaszkowemu +firankami. + +W kącie tym gromadziły się zwykle panienki i panny. + +W żółto-białem blasku lamp i świec, ta powódź jasnych sukien +i biało-różowych plastrów twarzy, znaczyła się z jakąś +impertynecką chęcią rzucania się w oczy każdemu, wchodzącemu +do salonu. + +Były to trzy Minuśki, pięć Muszek, dwie Lole, jedna Gilda, +jedna Lili, jedna Nini, dwie czy trzy Niusie. + +Całe Sacré Coeur lwowskie nagle wypuszczone z po za krat +klasztoru i wrzucone w gorącą atmosferę niewyraźnego salonu +książęcego. + +„Gołąbki”, tak słusznie nazwane od gołębiej niewinności +okrągłych twarzyczek i białych fałd sukien, zdawały się +być wykute z jednej sztuki marmuru, dłutem jednego rzeźbiarza. + +Wszystkie miały jedne i te same długie, płaskie z przodu +i silnie w pasie ściśnięte figury. + +Wszystkie miały zanik bioder i piersi. + +Ręce obciśnięte w długie duńskie rękawiczki, przytrzymane po za +łokciami podwiązkami z wstążek, podnosiły automatycznie do czoła, +nagarniając grzywkę, pociągając rzęsy, aż do brwi uparcie +sięgające. + +Każda z nich miała na wpół wycięty stanik i tuż pod szyją dwie +głębokie „_solniczki_”, znaczące się ciemnawemi plamami, na +żółtem tle skóry. + +Jedna Nini, córka wdowy po generale, panna bez posagu, ale za to +zuchwale piękna i wspaniale zbudowana, prezentowała ze spokojem +niezmąconym, przepyszny biust pełny, okrągły, z niewielką fałdą +tuż pod pachami, dyskretnie wysuwającą się z obramowania +blado-liliowego tiulu. + +-- C'est convenu! n'est ce pas? -- pytały „gołąbki”, jedna drugą. + +-- C'est convenu! -- odpowiadała zapytana. + +Panienki te mówiły przeważnie po francuzku akcentem przerażającym, +niemniej przeto dziwnie aroganckim. Gdy się rozszczebiotały, +tworzyła się silna wrzawa, a chichot ich miał wszystko, oprócz +inteligencyi. Każda z nich jednak była très bien, i miała się za +partyę. Każda wyobrażała sobie, że czyni _raważe_ pomiędzy czarną +kohortą mężczyzn, którzy w swych frakach, jak stado nagle +spłodzonych karawaniarzy, stali w przeciwnym kącie salonu, lub +włóczyli się po przyległych pokojach, obmawiając panny lub +stambułki księcia pana, za olbrzymie podkowy drewniane, zamiast +szpicrut i rajtpejczów zatknięte. + +„Gołąbki” jednak były niespokojne. Spoglądały ciągle ku drzwiom +wchodowym, jakby oczekując na wejście. + +-- Może nieprzyjdą? + +-- Przyjdą, przyjdą -- uspokajały księżniczki. + +Powoli, salon napełniał się i już wysuwały się niewielkie grupy do +przyległego małego pokoju, nazwanego salonikiem księżnej. -- +Atmosfera stawała się ciężką i przesyconą całą masą różnorodnych +perfum. Był to jakby bukiet najwonniejszych kwiatów, nagle +rozdeptany i rozgnieciony w gorącej masie powietrza, leniwie +ciążącego ku ziemi. Szczególniej z sukien starych kobiet płynęły +całe smugi delikatnych zapachów, upartych jak wspomnienie, które +zdawały się być wplątane pomiędzy oczka sinawych koronek. -- Z +gołębnika biła delikatna woń muguet'u i świeżego, dziewczęcego +ciała. Była to jeszcze niezdecydowana nuta, coś błądzącego +w przestrzeni nakształt płatków lipowego kwiatu. Płatek lipy na +żelazo pada i powiewny a biały -- rdzy plamę na sztabie wygryza... + +Nagle u drzwi wchodowych zrobił się szmerek leciuchny i gospodyni +domu, porwawszy się z fotela, posunęła naprzód. Książę podciągnął +znów kamizelkę i przekręcił na bakier siwe, długie wąsy. + +Gołąbki zatrzepotały, zaszczebiotały radośnie: Les voila!... les +voila!... + +Odedrzwi bramowanych czerwienią portyer, ku środkowi salonu +w jasność płonącego żyrandola, szła grupa ludzi z trzech istot +złożona. + +Przodem sunęła kobieta lat średnich, sur le retour, drobna, chuda, +nadwiędnięta, trzymała się pochyło i ręce miała jakby wsparte na +brykli silnie ściśniętego gorsetu. Za nią wlókł się tren jasno +zielonej sukni, obrysowanej na dole wałkiem ciemno-miedzianego +aksamitu. Olbrzymie stylowe rękawy, bufiaste, aksamitne wznosiły +się po obu stronach głowy, małej, brzydkiej, nieforemnej, +nastroszonej rzadką kępą, silnie przyczernionych włosów. Włosy te +ściągnięte mocno na skroniach, rwały ku tyłowi głowy skórę skroni +i podnosiły w ten sposób łuk brwi i wykrój dołów ocznych na wzór +japońskiej czaszki. Suknia głęboko wycięta, zapadała na piersiach +smutnym całunem nicości. Szyję pokrywała szeroka aksamitka +miedzianego koloru, na której rozkładały się cztery rzędy cudnych +pereł, prawie różowawych w kontraście skóry żółtej, siatką +drobnych zmarszczek pokrytej. + +Kobieta szła wolno, jak istota anemiczna, z pochyloną głową +skończonej neurasteniczki. Oczy ciemno-szafirowe, spłowiałe, dobrze +podkreślone tuszem, utkwiła w idącą ku niej księżnę i wyciągnęła +rękę chudą, drewnianą, obciągniętą lapisową rękawiczką. + +Po za nią i za obramowaniem trenu, szło dwóch mężczyzn, niemal +równym, sztywnym krokiem, jak dwóch na sznureczkach prowadzonych +automatów. Jeden z nich -- mąż, wysoki, prawie olbrzym, o szerokich +barach i olbrzymich stopach, baron Mak von Maken, dźwigał na sobie +mundur, cały błękitny, sznurami opleciony. + +Siwy, hałaśliwy z twarzą purpurową wiecznie grożącą kongestyą, +z szyją wysuwającą się różowym wałkiem dokoła kołnierza munduru, +szedł po za pochyloną i jakby przełamaną postacią żony, chrząkając +i hałasując, jak w koszarach. Książę z uwielbieniem patrzył na tę +postać c. k. Zagłoby, i z wytężeniem ścieżki sznurów na plecach Mak +von Makena śledził. Lecz już druga postać, mężczyzna obok generała +idący, rzucał długi jezuicki cień czarnego fraka, na jasną plamę +mundura. Ten drugi szedł cicho, choć kroki jego stosowały się do +szerokości kroków Mak von Makena. Był to wysoki, bardzo chudy +mężczyzna, na którym frak wisiał jak na wieszadle a kamizelka, +jakkolwiek starannie ściągnięta, ukazywała jeszcze pustkę pod +klatką piersiową. Trzymał się pochyło, jak idąca przed nim kobieta, +wyciągał spiczastą brodę silnie ogoloną i wytartą pudrem. Włosy +siwe, przyklepane, otulały długą głowę angielskiego wyścigowca, +oczy blado-błękitne, zmrużone, tonęły w setkach zmarszczek, któremi +twarz była pokrajana. Małe ciemnawe faworyty tworzyły ramę, +z której wystawał nos silnie garbaty, duży, opuszczony na opadłe +w podkowę wargi. + +Towarzystwo zebrane w salonie powitało „tych troje”, wesołym +uśmiechem. Od lat piętnastu zaadoptowano milczącą ugodą ten ménage +Maken-Helding. Z początku, trochę szeptano po kątach, powoli, +utarło się przecież; Makenowa z taką pokorną nieśmiałością +zdawała się prosić o przebaczenie, Helding był tak nieznaczącym +i już wysortowanym z liczby epuzerów, Mac von Maken tak wspaniały +w swej bucie i dobrym humorze dobrze odżywianego generała, że +szepty powoli ustały i z pewnem rozrzewnieniem zaczęto śledzić +przebieg tego romansu. _Cette pauvre barronne_ mogła rzeczywiście +pragnąć więcej subtelności i delikatności w pożyciu, Mak von Maken, +był _un homme charmant_, ale chwilami trywialność jego miała skrzyp +drzwi stajennych a dowcipy -- zapach koszarowej zupy. Makenowa, była +_une mignonne_, delikatna, chuda i pełna niezwykłych aspiracyj, było +to małe bóstwo, które potrzebowało być adorowane cicho i dyskretnie. +Helding z delikatnością starego kawalera, celibatora jadającego +w domu i mającego pokój sypialny blado-błękitny, w którym niebyło +ani jednego rejtpejcza, nadawał się szczególniej do roli takiego +„uwielbiacza”. Że się później podobno z platonizmu wyrodził inny, +mniej platoniczny stosunek, ha! to już rzecz Makenowej i Heldinga. +Enfin, après tout, nie można żądać od ludzi nadzwyczajności +i wymagać, aby byli aniołami. Mak Maken zdawał się niedostrzegać +nic i akceptował Heldinga jako przyjaciela domu. Skoro sam mąż +przyjmował „uwielbiacza” -- i niejako sankcyonował go przed +światem, mówiąc mu „mon ami”, to nie było rolą „towarzystwa” +mieszać się w podobne rzeczy i czynić tej biednej Makenowej +jakąkolwiek przykrość. I powoli ta trójka wsuwała się wszędzie, +z początku nieśmiało, jakby macając grunt, śledząc wrażenie na +twarzach, słuchając dźwięku głosów, witających ją na progu +salonów. Lecz wkrótce, uprzejmością ośmielone, ménage Maken-Helding +nabrało pewności siebie i wchodziło spokojnie, coraz więcej +zabierając miejsca, rozdając uśmiechy, w których znajdowano nawet +quelque chose de piquant. Deprawacya ta jawna, cudzołóztwo to +wleczone w trenie jedwabnej sukni, w listkach gardenij Heldinga, +w lazurowych barwach munduru Mak-Makena, drażniła nerwy i zmysły +otaczających. W jasności świec kandelabrowych, posyłano sobie +wzajemne uśmiechy i spostrzeżenia. Makenowa miała chwilami rumieńce +nowozaślubionej, pod deszczem niedyskretnych spojrzeń, Helding +lekkie uśmiechy zwycięzcy, Mak-Maken -- dobroduszną pobłażliwość +siwowłosego ojca oprowadzającego zięcia i córkę, pełnych zbyt +jawnej miłości. I powoli, trójka Maken-Helding stała się ogniskiem, +do którego zwracano się coraz chętniej po miłosne wrażenia, śledząc +każde bardziej burzliwe widzenie się baronowej i Heldinga, każdą +„scenę”, każde przeproszenie się w cieniu dyskretnej alkowy. + +I z latami razem, weszło zupełne zuchwalstwo w ujawnianiu tej +miłości baronowej i Heldinga. Teraz, Makenowa wchodziła pewna +siebie, tryumfalna -- czując, że potęgą swej wielkiej miłości +zwalczyła tę hydrę, pełną jadu, którą „światem” zowią. Czuła +się w pełni urody i miłość dodawała jej blasku. Miała w gruncie +serca wiele szlachetności i nie kłamała teraz, zwracając się +otwarcie i śmiało do Heldinga. Nie przyznawała się jednak głośno, +bo to było niepodobnem, ale w każdem jej spojrzeniu, ruchu, +słowie -- przebijała się bezgraniczna miłość i przywiązanie. +Helding mimowoli zajął stanowisko męża kochanego i czuł się +dobrze w tej roli. Nie zrozumiał jednak, jak w straszną grę +grała Makenowa, narzucając tak światu swego kochanka. Nie czuł, +ile istotnej potęgi miłości musiała mieć w sobie, aby tak dać +„przełknąć” światu ten stosunek, kazać mu go przyjąć i niejako +usankcyonować. + +Nie zastanawiał się nad tem, szedł zadowolony z tej roli jaką grał, +podbudzony w swej próżności, człowiek któremu żona generała, +kobieta stanowiąca ozdobę salonów lwowskich, na szyję się rzuca. +W kasynie mówił o Makenowej z rozrzewnieniem dobrego męża, jakkolwiek +nigdy po za kadry gentelmańskiej przyzwoitości nie wyszedł. Inni +„koniarze” nie blagowali nawet, poważni i pełni szacunku dla tej +cudzołożnej żony. + +Powoli wszakże ta faza tryumfu zmieniła się w cichy i spokojny stan +zaadoptowanego przez świat związku. Makenowa? Helding? -- ależ to +stare małżeństwo! Nie pojmowano jednego bez drugiego i tylko przy +wejściu jeszcze witano ich uprzejmym uśmiechem. Później ginęli +w tłumie. Inne pary potworzyły się, połączyły i promieniowały +miłością i szczęściem wśród pragnących wrażeń tłumów. + +Makenowa starzała się i brzydła powoli. Jej maska japońskiej +laleczki z latami ciemniała i osuwała się w głębokie bruzdy. +Helding chylił się ku ziemi, oczy mu gasły powoli, tracąc barwę +i płowiejąc w gorącu miłosnej ekstazy. Czuli, że byli złączeni na +zawsze, do śmierci i mieli w sobie spokój dobrze zawarowanego +kontraktem małżeństwa. Skoro znaleźli się w salonie, pod rzęsistem +światłem kandelabrów, szukali wygodnego miejsca, gdzie siadali we +dwoje, zamieniając od czasu do czasu jakąś uwagę półgłosem. On +trzymał jej wachlarz spokojnie, rozsuwając sennym ruchem koronki, +lub gładząc delikatnie marabuty. Nikt już nie zwracał na nich +uwagi, chyba ktoś świeżo przybyły i nieobznajmiony z istotnym +stanem rzeczy. Często brano ich za małżeństwo wzorowe, przywiązane +do siebie równem, nienerwowem uczuciem. Maken hałasował +w fumoirach, nie psując jasnym swym mundurem i swą siwizną ciemnych +i mistycznych sylwetek tych dwojga, którzy siedzieli prawie +nieruchomo obok siebie z oczami wlepionemi w przestrzeń, jak +widzowie na przedstawieniu znanej już dobrze sztuki. Oboje oni +stanowili jedną całość. Jakiś krąg niewidzialny, a mimo to +istniejący, otaczał ich i bramował, odsuwając od reszty +towarzystwa. Było to zapewne ich kilkunastoletnie uczucie, które +z burzy miłosnej przeszło w mocne i zda się nierozerwalne +przywiązanie. + +Kobieta szczególniej miała w swej zestarzałej postaci upór miłosny +kobiety tryumfującej nad zmiennością męzką. + +Mężczyzna był już obojętny, trochę zawsze zalękniony i jakby +uśpiony w tej stałości, w którą się sam spowinął przed tyloma laty! + +Ale „gołąbki” były innego zdania: Odebrać Makenowej Heldinga? + +-- Co?... jak myślicie! + +Projekt ten powstał w głowie jasno włosej Lili. Minuśki, Nuśki +i Muszki zaadoptowały go w jednej chwili. + +-- Tak! tak!... trzeba to zrobić. To ożywi _fix_ i zabawi +wszystkich dokoła. Trzeba Heldinga _zaakaparować_ i patrzeć, jaką +Makenowa będzie miała minę. + +-- Przecież go reklamować nie będzie przez konwenanse. + +Rauty bywały nudne. Mężczyźni młodzi nie umieli poprowadzić +porządnie rozmowy. Panienki nudziły się w swym gołębniku. Oglądały +się za rozrywką. + +Błękitne oczy Lili padły nagle na dwie mistyczne sylwetki, siedzące +nieruchomo obok siebie. Panienka skrzywiła się nagle. Stanowczo ta +para działa jej na nerwy. Już trzeci karnawał przyjeżdża ze wsi do +Lwowa i trzeci karnawał widzi tych dwoje „starych”, siedzących +jedno obok drugiego w wierności chińskich bałwanów. I pochyliwszy +się ku swym towarzyszkom, podsuwa im projekt flirtu z Heldingiem, +tym samym tonem, jakim w Sacré-Coeur podsuwała myśl przeciągania +palcem po wywoskowanych brzegach pulpitu. + +Znudzone jednostajnością rautów, panienki przyjmują projekt +z entuzyazmem, obierają dzień i miejsce i dziś zeszły się wszystkie +u księżnej, z zamiarem wprowadzenia swych zamysłów w czyn, z okrutną +energią istot, które nie wiedzą nawet, czy serce boleć może +naprawdę i czy są łzy, które palą. + +Kampanię rozpoczyna księżniczka, młodsza, szatynka, o twarzy +schorowanego anioła i długich warkoczach ukraińskiej dziewki. +Siada do fortepianu i rozkłada zeszyt nocturnów Chopina +z najniewinniejszą pod słońcem minką. + +Chwilę ogląda się po salonie, jakby szukając kogoś. + +-- Panie Helding!... proszę mi kartki przewracać!... -- prosi +wreszcie z czarownym uśmiechem. + +Helding otwiera szeroko spłowiałe źrenice. + +-- Pan taki muzykalny... -- dodaje panienka. + +Stary kawaler wstaje z pośpiechem, pełen kurtuazyi i śpieszy do +fortepianu. + +„Gołąbki”, śledzące tę scenę z niepokojem, oddychają swobodniej. +Helding jest tuż, obok nich, na progu „gołębnika”. Wciągnąć go +łatwo potrafią. + +Wciągną... i nie puszczą... + +Cicho i spokojnie płynie jeden z nocturnów Chopina. + +Helding przewraca kartki trochę zaniepokojony, zdenerwowany tą +„rolą”, jaką odegrywa obok siedzącej przy fortepianie dziewczyny. +Zeszedł już do rzędu „widzów”, przyzwyczajony, że to inni +defilowali przed nim, podczas gdy on spokojnie siedział obok +Makenowej, bawiąc się jej wachlarzem. Długie, suche palce mężczyzny +z pośpiechem przewracają kartki, klekocząc jak kastaniety. + +Księżniczka za każdą przegraną stronnicą spogląda na Heldinga +i uśmiecha się łagodnie, Helding mimowoli dostrzega koło ust +dziewczyny dwa ładne dołki.. + +Wreszcie ostatni akord przecina powietrze. Helding pragnie wrócić +na swe miejsce, lecz „gołąbki” otaczają dokoła księżniczkę +i dziękując jej gorąco, posuwają go mimowoli w stronę +„gołębnika”. Lili mówi coś do niego, śmieje się, szczebiocze; +z drugiej strony Nini prezentuje swój przepyszny profil greckiej +bogini. Śmiech, chichot, srebro głosu, woń konwalij i młodego +ciała, jakiś szum jakby skrzydeł gołębich -- i Helding znajduje +się nagle w gołębniku, uwięziony ładnemi giestami drobnych rączek, +giętkich figurek i młodych twarzyczek. + +Zmieszany, prawie pociągnięty, siada na taburecie i wszystkie +panienki z szelestem opadają nagle ku ziemi. Całe stadko blado +liliowe, różowe, białe, popielate przypadło do purpury dywanu +i zaczajone, uśmiechnięte, wyciąga ożywione nagie dziobki. + +Helding doznaje ekstazy, olśnienia, wysadzony z siodła tą brutalną, +a przecież na pozór delikatną taktyką panieńską. On, mężczyzna, +siwiejący i zdeprawowany, czuje się przerażony, wyrwany ze snu, +niepewny i jakby poszarpany nagle na strzępy. + +Pragnie się wydostać, czyni nieśmiałe usiłowanie, wyciąga +kilkakrotnie szyję, ma oczy topielca zapadającego w bagno +szmaragdowe, perłami wody lśniące... + +Lecz „gołąbki” zwartym szeregiem otaczają go coraz silniej jak +„wodnice” o spłowiałych barwach, w niepewnym blasku księżyca się +kąpiące. Jedwab szatni, iluzya pnie się pajęczą siecią, wstążki +warkoczy mają zapach orzechów cokolwiek wilgotnych a młodość +i ożywienie zapala w oczach całe różańce iskierek. Aż szumi od +chichotu, aż srebrzy się od białych zębów. Dziewczyny, pochylając +się, mają giesta pokornych kotek. Nini wilgotnemi oczami patrzy +prosto w twarz Heldinga. Atłas jej ciała mieni się podskórnemi +róźowemi pręgami mory. Helding, osłupiały, wpatruje się w to +bogactwo kształtów i śledzi wstążkę, wiążącą stanik na ramieniu +okrągłem i doskonale pięknem. + +Nini wzrok ten czuje i prostuje się cała, dumna ze swej dziewiczej +krasy, nieskalanej jeszcze dreszczem miłosnej chęci. Podnosi wysoko +brodę i ukazuje cudną szyję o delikatnych, przezroczystych tonach +ambry... + +Helding przymyka na chwilę oczy i osuwa się osłabły, ocierając pot +z czoła... + + * * * * * + +W kącie Makenowa widzi ten cały manewr i dostrzegłszy Heldinga +pomiędzy panienkami, doznaje nagłego ściśnięcia serca. Zwalcza +jednak ten ból przelotny i uśmiecha się jakby zadowolniona +z tego powodzenia kochanka. Ma bowiem przeświadczenie, że +Helding z grzeczności usiadł na chwilę w „gołębniku” i wprędce, +znudziwszy panienki, powróci do niej, na dawne swe miejsce. +Spokojnie więc śledzi ruchy dziewcząt, ot, jak żona uśmiechająca +się pobłażliwie na niewinny żart ze strony męża. + +Wydarza się to wprawdzie pierwszy raz, bo zwykle panienki nie +zwracały uwagi na Heldinga, jako na „starego kawalera”, +niezabawnego i nie liczyły się z nim wcale. Pozostawała mu tylko +ona, ona jedna i tak miało już być nazawsze. Tymczasem dziś nagle +zmienia się dawny porządek rzeczy... + +To śmieszne a jednak te kilka minut zaczynają się jej wydawać +wiekiem. + +Tem bardziej, że Helding nie zdaje się nudzić panienek, ani być +znudzonym. Owszem, ożywienie panuje tam wielkie, całe snopy śmiechu +wybiegają w przestrzeń salonu. Makenowa doskonale pomiędzy tym +chichotem rozróżnia głos Heldinga. Mówi coś, powoli, ot tak jak on +zwykle, ale z trochą więcej energii i ożywienia. Słów Makenowa +dosłyszeć nie może, dźwięk głosu dobiega do niej dokładnie. + +To dziwne, wydaje się jej, że ten głos, że sam Helding jest od niej +bardzo, bardzo daleko i że niknie nagle w całym tumanie ironicznych +akordów... + +Zagryza usta i doznaje wrażenia zupełnego osamotnienia. + +Czuje chłód przejmujący dokoła nóg i wsuwa je szybko pod suknię. +Traci pewność siebie i staje się niezgrabną i jakby związaną. +Przeczuwa... śmieszność i kurczy się przed tem ohydnem widmem. +Nagle zaczynają jej dolegać rękawy sukni. Są zbyt ciasne w łokciu, +a za wolne w ramieniu. Włosy ma zanadto ściągnięte i dreszcze +przebiegają ją wzdłuż krzyża. Obronić się nie może, nie potrafi. +Śmieszność jest tuż przy niej. Helding nie wraca. + +.................................................................. + +Powoli w salonie zaczynają dostrzegać, co się dzieje +w „gołębniku”. Po za wachlarzami, flirtujące pary z uśmiechem +pokazują sobie szpiczastą głowę Heldinga pomiędzy jasnemi +i ciemnemi fryzurami dziewczyn. Powoli od gołębnika oczy +zaczynają się zwracać ku Makenowej. Wygląda ona tak, jak +człowiek, który zgubił swój cień. Mruga szybko oczami +i połyka ślinę. Wszyscy znajdują ją trochę śmieszną. _Au fond_ +musi być zazdrosną... Z bocznych salonów zaczynają schodzić +się goście, i wszyscy z najobojętniejszemi napozór minami +śledzą rozłączoną tak nagle i niespodziewanie parę. Tiens! +tiens!... Helding pomiędzy panienkami? Flirtuje nie na żarty! +A Makenowa? Siedzi i patrzy. Enfin... Helding zdobył się na +trochę własnej woli. Bardzo naturalne! Mężczyzna!... powinien już +skończyć tę śmieszną awanturę. Stary?... e! cóż znowu. To Makenowa +stara -- Helding jest niemłody, ale jeszcze nie stary. Zestarzał +się przy niej. Ileż to lat już trwa ich romans? To nie ma sensu, +to powinno się raz skończyć!... + +I nagle, razem z chichotem dziewczyn, w tę nudę rautową wpada +brutalna chęć tłumu szarpania tej miłości adoptowanej, przyjętej, +tolerowanej. I ci sami, którzy niedawno jeszcze z uśmiechem +sympatyi spoglądali na dwie ciemne sylwetki, siedzące w tym nimbie +nieugiętej wierności, ci sami teraz odsłaniali tajemnice tego +stosunku, który przed laty promieniał i ogrzewał chłód konwenansem +mrożonych salonów. Jakaś głucha niechęć zaczynała nurtować dokoła, +coś nakształt zemsty za ten tryumf uczucia i doskonałej miłości, +która lata całe przetrwała nienaruszona, skończona, nad wszystko +silniejsza. Ludzka nędza, niemogąca znieść doskonałej harmonii, +radowała się tym niespodziewanym dysonansem wśród zastygłego już +w przestrzeni akordu. I ciepły, sympatyczny prąd szedł ku +„gołębnikowi”, w którym widać już było tylko plecy dziewcząt, +obciągnięte jedwabiem staników i połyskujące drabinkami silnie +ściągniętych sznurowadeł. Dziewczyny pochylone ku Heldingowi, całe +rozweselone dobrą farsą, jaką baronowej robiły, bawiły się +serdecznie, wpatrując w pomarszczoną twarz kochanka Makenowej. Jego +długa szyja, po której przesuwało się owe „jabłko Adamowe”, była +przedmiotem ich szczególnej obserwacji. Trącały się łokciami, +dusząc się ze śmiechu. Ten stary był wspaniały! Usta miał w podkowę +i rzadkie włosy, od lewego ucha nagarnięte ku prawemu. Teraz kosmyk +jeden odczepił mu się nagle i powiewał jak siwiejące pióro +tryumfalnie ponad uchem. Tego było nadto. Nusia Dobrojewska +schowała się za plecy Nusi Małowiejskiej. + +Jeszcze chwila, a byłaby na głos parsknęła śmiechem. + +Tymczasem Helding, na wpół pijany tym zapachem blondynek, brunetek +naokoło niego zebranych, cały zgorączkowany widokiem biustu Nini, +błękitnych oczów Lili, i dołków naokoło ust księżniczki, +odmładzał się w tej atmosferze młodości i niezwiędniętego +ciała, jaką nagle poczuł dokoła siebie. + +Starzejąc się razem z Makenową, zapomniał niemal, że są jeszcze na +świecie pełne ramiona, długie warkocze i lśniące oczy. Nagle +otoczyła go orgia młodości, dziewczęcego wdzięku, dziecinnego +prawie szczebiotu. Długi post w zeschniętych ramionach jednej +kobiety, wyrobił w nim ascetę pozornego, pod którym drzemał +wiecznie błądzący za nowością mężczyzna. Ręce mu drżały, uszy +paliły go, całe czerwone na tle żółtej skóry i resztki włosów. Był +śmieszny, nędzny, biedny, w obec tego flirtu, który zdawał się +przedłużać w nieskończoność. Z początku nieśmiały, powoli +rozzuchwalał się i jak zbudzony ze snu kilkunastoletniego +królewicz, dobywał ze swej pamięci przestarzałych komplementów +i dowcipów. Panienki znajdowały go zajmującym, widział to po ich +ożywieniu, wymawiały mu jego odosobnienie się i widoczne unikanie +„gołębnika”. Tłomaczył się powagą wieku, lękając się, aby nie +zostawiły tej wzmianki bez zaprzeczenia. Lecz one protestowały +gorąco. + +-- Wiek? cóż to? czy jest starcem, aby się wiekiem przed niemi +zastawiał? I coraz milsze, coraz weselsze, nacierały, otaczały go, +rzucając od czasu do czasu przelotne wejrzenie na Makenową... + +-- Oh! ma chère... co za mina!... spojrzyj na Makenową! elle est +verte!... + +.................................................................. + +Teraz już Makenowa uczuła, że pomiędzy Heldingiem i nią otwiera się +przepaść. Całe lata wielkiej i gorącej miłości zapadały +w przestrzeń, spychane szelestem gołębich skrzydeł i chichotów +dziewczęcych. Makenowa instynktem kobiecym odgadywała cały proces +obudzenia się Heldinga i zamierała sama z bólu, porównywając swój +biust zapadły z przepysznym gorsem Niny, którą widziała dokładnie +na tle ciemno czerwonego obicia, tryumfującą i całą różową w blasku +płonących kandelabrów. Te głowy dziewczęce, pochylone, bogate +w masy ciemnych lub jasnych warkoczy, te plecy giętkie, proste, +impertynenckie, zwartym murem otaczające Heldinga, przedstawiały +się w jej oczach jak mur silny, straszny, wznoszący się nagle +pomiędzy nią i jej kochankiem. Teraz już nie był od niej daleki, +ale ten, który niedawno jeszcze był nią samą, oddzielał się od +niej, odchodził, stawał się obcym, ciągnąc za sobą jej potłuczone +i obolałe serce. Przez chwilę chciała powstać, podejść do fortepianu +pod pretekstem przejrzenia nut i wmieszać się w to całe grono, ale +czuła na sobie setki spojrzeń i pozostała na miejscu, zdjęta +nieśmiałością, gładząc tylko powolnym ruchem pióra swego wachlarza. +Nagle jednak zatrzymała rękę, sparaliżowana, z gardłem ściśniętem, +z oczyma łez pełnemi, jak zwierzę tropione w legowisku, osaczone +psiarnią, grającą przyszły tryumf i krwawą radość. Uczuła się +starą, brzydką, śmieszną, spodloną. Była przedmiotem szyderstwa tej +całej bandy, której przez lat tyle imponowała spokojem swego +cudzołóztwa. Miała nóż w sercu i kamień wstydu nad głową. Po raz +pierwszy może poczuła, że Helding był tylko jej kochankiem, do +którego nie miała żadnego prawa... Uciekał od niej, szedł pomiędzy +młodsze, weselsze istoty... + +I bez kropli krwi na ustach siedziała zgarbiona, straszna, +zmieniona, niemal zgrzybiała w tej niemej rozpaczy, którą się +dławić zaczynała. + + * * * * * + +W kilka godzin później Helding w ciszy swego błękitnego pokoju stał +przed lustrem i z uśmiechem zadowolnienia spoglądał na swą twarz +rozjaśnioną. + +Tak... bezwątpienia, nie jest jeszcze starym i byłoby szaleństwem +z jego strony nie korzystać z tych warunków, które pozwalają mu +spędzać od czasu do czasu tak miłe chwile, jak te dzisiejsze. + +Zapalił kandelabr na kominku i przyglądał się uważnie swej twarzy, +oczom, zębom, włosom. Nucił coś pod nosem i postanowił myć się od +jutra w benzoesie, oraz wprawić sobie trzy przednie zęby. + +Przymknął na chwilę oczy i uśmiechnął się radośnie, przypomniawszy +sobie biust Niny, oczy Lili i dołki księżniczki. Co za +dziewczyny!... seperlipopette!... gdzie on miał oczy, że do tej +chwili nie dostrzegł, jakie to cacka są obok niego! Prawda, że +wiecznie siedział obok Makenowej. Skrzywił się i wzruszył +ramionami. Ta Makenowa zanadto go więzi i przy sobie trzyma!... To +dobre było dawniej, ale dziś?... Przytem zauważył, że się bardzo +posunęła i dziś, gdy wychodziła z rautu, miała minę zupełnie +niemłodej kobiety. Chciała coś do niego przemówić, ale właśnie Nini +i Lili podsunęły się i musiał im wyszukać ich zarzutek. Podając +rotundę Nini, dotknął niechcący jej ramienia. Jeszcze teraz ukrop +przebiega jego żyły. Myślał, że już jest niezdolny do podobnych +wzruszeń... Przy Makenowej nie doznawał nic podobnego. +Prawdopodobnie dawniej i ona tak na niego działała... Z latami +wszakże przyszło przyzwyczajenie!... + +Zaczął rozbierać się powoli, wpatrując w płomienie świec, które +odbijały się żółtemi gwiazdami w gładkiem tle lustra. + +Figlarne są te dziewczęta, miłe i młode! Bodaj-to młodość... +ożywiła go! Czuje się sam odmłodniałym, odrodzonym!.. Nie widzi +swej brzydoty, chudości i siwych włosów. Zdaje mu się, że gdyby +miał taką młodość świeżą i zdrową ciągle obok siebie, wróciłby +do lat dawnych, do gorących namiętności trzydziestoletniego +mężczyzny. + +I z zagadkowym uśmiechem wciąga na nogi pantofle, dar i pracę +Makenowej. + +Kto wie jeszcze jak będzie. Jest niezależny, wolny, jeszcze młody, +powodzenie ma u panien niemałe, może się zdecyduje... ożeni... + +.................................................................. + +W panieńskich łóżeczkach, pod niebieskiemi, różowemi i białemi +kołderkami, leżą „gołąbki” otulone, z włosami gładko splecionemi +z tyłu, z przodu zakręconemi w papiloty. Niebieskie, różowe lub +zielone veilleuzy palą się blado przed obrazkami albo statuetkami +Dziewicy. Panienki zasypiają spokojnie, wesołe, rozbawione jeszcze +tą farsą, jaką urządziły Makenowej i staremu Heldingowi. Uśmiech +rozjaśnia ich wpółsenne buzie, gdy myślą o kosmyku chwiejącym się +nad uchem i o tem, że Helding wziął ten flirt zbiorowy na seryo +a Makenowa z przestrachu i zazdrości pozieleniała. + +I doskonałe w swem okrucieństwie, spokojne w tej zbrodni, jaką +wyrządziły, rozrywając silne jak śmierć uczucie, zasypiają jedne po +drugiej, gołąbki białe niewinne, łagodne w mdławych światełkach, +składając na piersiach ręce giestem pensyonarek śpiących +w dortoirach Sacré-Coeur, giestem aniołów otaczających fałdy +błękitnego płaszcza przezroczystej wśród chmur Madonny. + + + = K O N I E C. = + + + + +UWAGI DO WYDANIA ELEKTRONICZNEGO + + +_Kursywę_ w oryginale w wersji tekstowej oznaczono _podkreśleniami_. + +Zachowano oryginalną ortografię i interpunkcję, również w wypadkach, +gdy odbiegały one od współcześnie przyjętych. W szczególności +pozostawiono bez zmian _wstawki obcojęzyczne_ (również w wypadkach, +gdy nie były one poprawne gramatycznie, co zresztą zapewne nie jest +bez znaczenia dla fabuły) oraz wielokropki (nie ujednolicano +ich do postaci mającej jednakową liczbe kropek). + +Poprawiono natomiast omyłki, które wyglądały na błędy drukarskie. +Pełna lista zmian wprowadzonych przy tworzeniu elektronicznej +wersji tekstu znajduje się poniżej. + + +POPRAWKI wprowadzone do tekstu + +-- s. 3: + „pokręcał wąsa” poprawiono na „podkręcał wąsa” + +-- s. 9: + „córkę na kolanach męża. Żabusia pójdzie” + poprawiono na: + „córkę na kolanach męża. -- Żabusia pójdzie” + +-- s. 9: + „kobieta, uśmiechając się zalotnie -- Żabusia” + poprawiono na: + „kobieta, uśmiechając się zalotnie. -- Żabusia” + +-- s. 11, w: „postać kobieca, powstająca z otomany.” + „bobieca” poprawiono na „kobieca” + +-- s. 12, w: „Kapelusz zapadł gdzieś po za wielkie sztalugi” + „stalugi” poprawiono na „sztalugi” + +-- s. 16, w: „daleko jeszcze do końca miesiąca...” + „daleleko” poprawiono na „daleko” + +-- s. 22, w: „Było tam około pięćdziesięciu rubli.” + „piędziesięciu” poprawiono na „pięćdziesięciu” + +-- s. 25, w: „serce biło w piersi bardzo żywo” + „derce” poprawiono na „serce” + +-- s. 34: + „z perełką, ba nawet medal od chrztu” + poprawiono na: + „z perełką, ba, nawet medal od chrztu” + (dodano przecinek) + +-- s. 34: + „mówił a wracał późno w noc, gwiżdżąc” + poprawiono na: + „mówił, a wracał późno w noc, gwiżdżąc” + (dodano przecinek) + +-- s. 41: + „O, tak! bordeaux niepodobne do picia...” + poprawiono na: + „ -- O, tak! bordeaux niepodobne do picia...” + (dodano pauzę otwierajacą dialog) + +-- s. 51, w: „Wentzlowi i patrząc wprost na twarz nauczyciela” + „nauciela” poprawiono na „nauczyciela” + +-- s. 67, w: „-- To ci mężczyzna! -- szepcze, podciągając” + „podciągając” poprawiono na „pociągając” + +-- s. 70, w: „znosić powinien, bo kąt, w którym stoi” + „powien” poprawiono na „powinien” + +-- s. 73, w: „straszne uchybienie, gdyby przynajmniej” + „przynajmiej” poprawiono na „przynajmniej” + +-- s. 79, w: „szedł już ku drzwiom, dumny, zadowolony” + „dumy” poprawiono na „dumny” + +-- s. 86: + „-- Łapcie mi się trzęsą! co -- pytał,” + poprawiono na: + „-- Łapcie mi się trzęsą! co? -- pytał,” + (dodano znak zapytania) + +-- s. 105, w: „odeszli, śmiejąc się bezustannie.” + „bezutannie” poprawiono na „bezustannie” + +-- s. 114: + „-- A dajże spokój, Honorko dziecku” + poprawiono na: + „-- A dajże spokój, Honorko, dziecku” + (dodano przecinek) + +-- s. 129, w: „stała długo, nie mogąc ośmielić się wejść” + „słała” poprawiono na „stała” + +-- s. 135, w: „usuwa się instynktownie, pozostawiając” + „pozostawiają” poprawiono na „pozostawiając” + +-- s. 135: + „Jest dziś piękniejszym niż kiedykolwiek” + poprawiono na: + „Jest dziś piękniejszym niż kiedykolwiek.” + (dodano kropkę na końcu zdania) + +-- s. 135, w: „zafryzowane, twarz starannie wygolona,” + „wygololona” poprawiono na „wygolona” + +-- s. 148: + „pudełko „pate des prelats”. którą nadawał” + poprawiono na: + „pudełko „pate des prelats”, którą nadawał” + (poprawiono kropkę na przecinek) + +-- s. 168: + „szare i znużone: Czuł mimowoli jakiś” + poprawiono na: + „szare i znużone. Czuł mimowoli jakiś” + (poprawiono dwukropek na kropkę) + +-- s. 181, w: „nie wymówiwszy ani słowa do swego wspólnika.” + „wymówiszy” poprawiono na „wymówiwszy” + +-- s. 182, w: „To mieszkanie nieodpowiednie dla” + „nieodpowienie” poprawiono na „nieodpowiednie” + +-- s. 189: + „w ręku, uśmiechnął się blado:” + poprawiono na: + „w ręku, uśmiechnął się blado.” + +-- s. 203, w: „włosy, zwykle rozpuszczone”: + „zwykłe” poprawiono na „zwykle?” + +- s. 204: + „Ależ tak -- tylko role. a wreszcie...” + poprawiono na: + „Ależ tak -- tylko role, a wreszcie...” + (poprawiono kropkę na przecinek) + +-- s. 206: + „nowe i dość miłe lecz dla człowieka,” + poprawiono na: + „nowe i dość miłe, lecz dla człowieka,” + (dodano przecinek) + +-- s. 211, w: „ubierał się ciemno,” + „ciemmno” poprawiono na „ciemno” + +-- s. 234: + „-- Bo to... widzisz Wicek ja” + poprawiono na: + „-- Bo to... widzisz Wicek, ja” + +-- s. 240, w: „i porwawszy go za ręce” + „porwawszzy” poprawiono na „porwawszy” + +-- s. 290, w: „Żebyś ją pan był widział”: + „Zebyś” poprawiono na „Żebyś” + +-- s. 294: + „-- Przepraszam pana, wykrztusiła” + poprawiono na: + „-- Przepraszam pana -- wykrztusiła” + (poprawiono przecinek na pauzę) + +-- s. 316: + „Chata, w której mieszkał jego żona,” + poprawiono na: + „Chata, w której mieszkała jego żona,” + +-- s. 327, w: „tuż pod pachami” + „po pachami” poprawiono na „pod pachami” + +-- s. 328: + „-- Powoli, salon napełniał się” + poprawiono na: + „Powoli, salon napełniał się” + (usunięto początkową pauzę) + +-- s. 328: + „księżnej: -- Atmosfera stawała się” + poprawiono na: + „księżnej. -- Atmosfera stawała się” + (poprawiono dwukropek na kropkę) + + + + + +End of the Project Gutenberg EBook of Menazerya ludzka, by Gabriela Zapolska + +*** END OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK MENAZERYA LUDZKA *** + +***** This file should be named 34635-0.txt or 34635-0.zip ***** +This and all associated files of various formats will be found in: + https://www.gutenberg.org/3/4/6/3/34635/ + +Produced by Ewa "czupirek" Jaros and the Online Distributed +Proofreading Team at http://dp.rastko.net (this file was +created from images generously made available by CBN Polona +- http://www.polona.pl). + + +Updated editions will replace the previous one--the old editions +will be renamed. + +Creating the works from public domain print editions means that no +one owns a United States copyright in these works, so the Foundation +(and you!) can copy and distribute it in the United States without +permission and without paying copyright royalties. Special rules, +set forth in the General Terms of Use part of this license, apply to +copying and distributing Project Gutenberg-tm electronic works to +protect the PROJECT GUTENBERG-tm concept and trademark. Project +Gutenberg is a registered trademark, and may not be used if you +charge for the eBooks, unless you receive specific permission. If you +do not charge anything for copies of this eBook, complying with the +rules is very easy. You may use this eBook for nearly any purpose +such as creation of derivative works, reports, performances and +research. They may be modified and printed and given away--you may do +practically ANYTHING with public domain eBooks. Redistribution is +subject to the trademark license, especially commercial +redistribution. + + + +*** START: FULL LICENSE *** + +THE FULL PROJECT GUTENBERG LICENSE +PLEASE READ THIS BEFORE YOU DISTRIBUTE OR USE THIS WORK + +To protect the Project Gutenberg-tm mission of promoting the free +distribution of electronic works, by using or distributing this work +(or any other work associated in any way with the phrase "Project +Gutenberg"), you agree to comply with all the terms of the Full Project +Gutenberg-tm License (available with this file or online at +https://gutenberg.org/license). + + +Section 1. General Terms of Use and Redistributing Project Gutenberg-tm +electronic works + +1.A. By reading or using any part of this Project Gutenberg-tm +electronic work, you indicate that you have read, understand, agree to +and accept all the terms of this license and intellectual property +(trademark/copyright) agreement. If you do not agree to abide by all +the terms of this agreement, you must cease using and return or destroy +all copies of Project Gutenberg-tm electronic works in your possession. +If you paid a fee for obtaining a copy of or access to a Project +Gutenberg-tm electronic work and you do not agree to be bound by the +terms of this agreement, you may obtain a refund from the person or +entity to whom you paid the fee as set forth in paragraph 1.E.8. + +1.B. "Project Gutenberg" is a registered trademark. It may only be +used on or associated in any way with an electronic work by people who +agree to be bound by the terms of this agreement. There are a few +things that you can do with most Project Gutenberg-tm electronic works +even without complying with the full terms of this agreement. See +paragraph 1.C below. There are a lot of things you can do with Project +Gutenberg-tm electronic works if you follow the terms of this agreement +and help preserve free future access to Project Gutenberg-tm electronic +works. See paragraph 1.E below. + +1.C. The Project Gutenberg Literary Archive Foundation ("the Foundation" +or PGLAF), owns a compilation copyright in the collection of Project +Gutenberg-tm electronic works. Nearly all the individual works in the +collection are in the public domain in the United States. If an +individual work is in the public domain in the United States and you are +located in the United States, we do not claim a right to prevent you from +copying, distributing, performing, displaying or creating derivative +works based on the work as long as all references to Project Gutenberg +are removed. Of course, we hope that you will support the Project +Gutenberg-tm mission of promoting free access to electronic works by +freely sharing Project Gutenberg-tm works in compliance with the terms of +this agreement for keeping the Project Gutenberg-tm name associated with +the work. You can easily comply with the terms of this agreement by +keeping this work in the same format with its attached full Project +Gutenberg-tm License when you share it without charge with others. + +1.D. The copyright laws of the place where you are located also govern +what you can do with this work. Copyright laws in most countries are in +a constant state of change. If you are outside the United States, check +the laws of your country in addition to the terms of this agreement +before downloading, copying, displaying, performing, distributing or +creating derivative works based on this work or any other Project +Gutenberg-tm work. The Foundation makes no representations concerning +the copyright status of any work in any country outside the United +States. + +1.E. Unless you have removed all references to Project Gutenberg: + +1.E.1. The following sentence, with active links to, or other immediate +access to, the full Project Gutenberg-tm License must appear prominently +whenever any copy of a Project Gutenberg-tm work (any work on which the +phrase "Project Gutenberg" appears, or with which the phrase "Project +Gutenberg" is associated) is accessed, displayed, performed, viewed, +copied or distributed: + +This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with +almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or +re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included +with this eBook or online at www.gutenberg.org + +1.E.2. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is derived +from the public domain (does not contain a notice indicating that it is +posted with permission of the copyright holder), the work can be copied +and distributed to anyone in the United States without paying any fees +or charges. If you are redistributing or providing access to a work +with the phrase "Project Gutenberg" associated with or appearing on the +work, you must comply either with the requirements of paragraphs 1.E.1 +through 1.E.7 or obtain permission for the use of the work and the +Project Gutenberg-tm trademark as set forth in paragraphs 1.E.8 or +1.E.9. + +1.E.3. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is posted +with the permission of the copyright holder, your use and distribution +must comply with both paragraphs 1.E.1 through 1.E.7 and any additional +terms imposed by the copyright holder. Additional terms will be linked +to the Project Gutenberg-tm License for all works posted with the +permission of the copyright holder found at the beginning of this work. + +1.E.4. Do not unlink or detach or remove the full Project Gutenberg-tm +License terms from this work, or any files containing a part of this +work or any other work associated with Project Gutenberg-tm. + +1.E.5. Do not copy, display, perform, distribute or redistribute this +electronic work, or any part of this electronic work, without +prominently displaying the sentence set forth in paragraph 1.E.1 with +active links or immediate access to the full terms of the Project +Gutenberg-tm License. + +1.E.6. You may convert to and distribute this work in any binary, +compressed, marked up, nonproprietary or proprietary form, including any +word processing or hypertext form. However, if you provide access to or +distribute copies of a Project Gutenberg-tm work in a format other than +"Plain Vanilla ASCII" or other format used in the official version +posted on the official Project Gutenberg-tm web site (www.gutenberg.org), +you must, at no additional cost, fee or expense to the user, provide a +copy, a means of exporting a copy, or a means of obtaining a copy upon +request, of the work in its original "Plain Vanilla ASCII" or other +form. Any alternate format must include the full Project Gutenberg-tm +License as specified in paragraph 1.E.1. + +1.E.7. Do not charge a fee for access to, viewing, displaying, +performing, copying or distributing any Project Gutenberg-tm works +unless you comply with paragraph 1.E.8 or 1.E.9. + +1.E.8. You may charge a reasonable fee for copies of or providing +access to or distributing Project Gutenberg-tm electronic works provided +that + +- You pay a royalty fee of 20% of the gross profits you derive from + the use of Project Gutenberg-tm works calculated using the method + you already use to calculate your applicable taxes. The fee is + owed to the owner of the Project Gutenberg-tm trademark, but he + has agreed to donate royalties under this paragraph to the + Project Gutenberg Literary Archive Foundation. Royalty payments + must be paid within 60 days following each date on which you + prepare (or are legally required to prepare) your periodic tax + returns. Royalty payments should be clearly marked as such and + sent to the Project Gutenberg Literary Archive Foundation at the + address specified in Section 4, "Information about donations to + the Project Gutenberg Literary Archive Foundation." + +- You provide a full refund of any money paid by a user who notifies + you in writing (or by e-mail) within 30 days of receipt that s/he + does not agree to the terms of the full Project Gutenberg-tm + License. You must require such a user to return or + destroy all copies of the works possessed in a physical medium + and discontinue all use of and all access to other copies of + Project Gutenberg-tm works. + +- You provide, in accordance with paragraph 1.F.3, a full refund of any + money paid for a work or a replacement copy, if a defect in the + electronic work is discovered and reported to you within 90 days + of receipt of the work. + +- You comply with all other terms of this agreement for free + distribution of Project Gutenberg-tm works. + +1.E.9. If you wish to charge a fee or distribute a Project Gutenberg-tm +electronic work or group of works on different terms than are set +forth in this agreement, you must obtain permission in writing from +both the Project Gutenberg Literary Archive Foundation and Michael +Hart, the owner of the Project Gutenberg-tm trademark. Contact the +Foundation as set forth in Section 3 below. + +1.F. + +1.F.1. Project Gutenberg volunteers and employees expend considerable +effort to identify, do copyright research on, transcribe and proofread +public domain works in creating the Project Gutenberg-tm +collection. Despite these efforts, Project Gutenberg-tm electronic +works, and the medium on which they may be stored, may contain +"Defects," such as, but not limited to, incomplete, inaccurate or +corrupt data, transcription errors, a copyright or other intellectual +property infringement, a defective or damaged disk or other medium, a +computer virus, or computer codes that damage or cannot be read by +your equipment. + +1.F.2. LIMITED WARRANTY, DISCLAIMER OF DAMAGES - Except for the "Right +of Replacement or Refund" described in paragraph 1.F.3, the Project +Gutenberg Literary Archive Foundation, the owner of the Project +Gutenberg-tm trademark, and any other party distributing a Project +Gutenberg-tm electronic work under this agreement, disclaim all +liability to you for damages, costs and expenses, including legal +fees. YOU AGREE THAT YOU HAVE NO REMEDIES FOR NEGLIGENCE, STRICT +LIABILITY, BREACH OF WARRANTY OR BREACH OF CONTRACT EXCEPT THOSE +PROVIDED IN PARAGRAPH 1.F.3. YOU AGREE THAT THE FOUNDATION, THE +TRADEMARK OWNER, AND ANY DISTRIBUTOR UNDER THIS AGREEMENT WILL NOT BE +LIABLE TO YOU FOR ACTUAL, DIRECT, INDIRECT, CONSEQUENTIAL, PUNITIVE OR +INCIDENTAL DAMAGES EVEN IF YOU GIVE NOTICE OF THE POSSIBILITY OF SUCH +DAMAGE. + +1.F.3. LIMITED RIGHT OF REPLACEMENT OR REFUND - If you discover a +defect in this electronic work within 90 days of receiving it, you can +receive a refund of the money (if any) you paid for it by sending a +written explanation to the person you received the work from. If you +received the work on a physical medium, you must return the medium with +your written explanation. The person or entity that provided you with +the defective work may elect to provide a replacement copy in lieu of a +refund. If you received the work electronically, the person or entity +providing it to you may choose to give you a second opportunity to +receive the work electronically in lieu of a refund. If the second copy +is also defective, you may demand a refund in writing without further +opportunities to fix the problem. + +1.F.4. Except for the limited right of replacement or refund set forth +in paragraph 1.F.3, this work is provided to you 'AS-IS' WITH NO OTHER +WARRANTIES OF ANY KIND, EXPRESS OR IMPLIED, INCLUDING BUT NOT LIMITED TO +WARRANTIES OF MERCHANTIBILITY OR FITNESS FOR ANY PURPOSE. + +1.F.5. Some states do not allow disclaimers of certain implied +warranties or the exclusion or limitation of certain types of damages. +If any disclaimer or limitation set forth in this agreement violates the +law of the state applicable to this agreement, the agreement shall be +interpreted to make the maximum disclaimer or limitation permitted by +the applicable state law. The invalidity or unenforceability of any +provision of this agreement shall not void the remaining provisions. + +1.F.6. INDEMNITY - You agree to indemnify and hold the Foundation, the +trademark owner, any agent or employee of the Foundation, anyone +providing copies of Project Gutenberg-tm electronic works in accordance +with this agreement, and any volunteers associated with the production, +promotion and distribution of Project Gutenberg-tm electronic works, +harmless from all liability, costs and expenses, including legal fees, +that arise directly or indirectly from any of the following which you do +or cause to occur: (a) distribution of this or any Project Gutenberg-tm +work, (b) alteration, modification, or additions or deletions to any +Project Gutenberg-tm work, and (c) any Defect you cause. + + +Section 2. Information about the Mission of Project Gutenberg-tm + +Project Gutenberg-tm is synonymous with the free distribution of +electronic works in formats readable by the widest variety of computers +including obsolete, old, middle-aged and new computers. It exists +because of the efforts of hundreds of volunteers and donations from +people in all walks of life. + +Volunteers and financial support to provide volunteers with the +assistance they need are critical to reaching Project Gutenberg-tm's +goals and ensuring that the Project Gutenberg-tm collection will +remain freely available for generations to come. In 2001, the Project +Gutenberg Literary Archive Foundation was created to provide a secure +and permanent future for Project Gutenberg-tm and future generations. +To learn more about the Project Gutenberg Literary Archive Foundation +and how your efforts and donations can help, see Sections 3 and 4 +and the Foundation web page at https://www.pglaf.org. + + +Section 3. Information about the Project Gutenberg Literary Archive +Foundation + +The Project Gutenberg Literary Archive Foundation is a non profit +501(c)(3) educational corporation organized under the laws of the +state of Mississippi and granted tax exempt status by the Internal +Revenue Service. The Foundation's EIN or federal tax identification +number is 64-6221541. Its 501(c)(3) letter is posted at +https://pglaf.org/fundraising. Contributions to the Project Gutenberg +Literary Archive Foundation are tax deductible to the full extent +permitted by U.S. federal laws and your state's laws. + +The Foundation's principal office is located at 4557 Melan Dr. S. +Fairbanks, AK, 99712., but its volunteers and employees are scattered +throughout numerous locations. Its business office is located at +809 North 1500 West, Salt Lake City, UT 84116, (801) 596-1887, email +business@pglaf.org. Email contact links and up to date contact +information can be found at the Foundation's web site and official +page at https://pglaf.org + +For additional contact information: + Dr. Gregory B. Newby + Chief Executive and Director + gbnewby@pglaf.org + + +Section 4. Information about Donations to the Project Gutenberg +Literary Archive Foundation + +Project Gutenberg-tm depends upon and cannot survive without wide +spread public support and donations to carry out its mission of +increasing the number of public domain and licensed works that can be +freely distributed in machine readable form accessible by the widest +array of equipment including outdated equipment. Many small donations +($1 to $5,000) are particularly important to maintaining tax exempt +status with the IRS. + +The Foundation is committed to complying with the laws regulating +charities and charitable donations in all 50 states of the United +States. Compliance requirements are not uniform and it takes a +considerable effort, much paperwork and many fees to meet and keep up +with these requirements. We do not solicit donations in locations +where we have not received written confirmation of compliance. To +SEND DONATIONS or determine the status of compliance for any +particular state visit https://pglaf.org + +While we cannot and do not solicit contributions from states where we +have not met the solicitation requirements, we know of no prohibition +against accepting unsolicited donations from donors in such states who +approach us with offers to donate. + +International donations are gratefully accepted, but we cannot make +any statements concerning tax treatment of donations received from +outside the United States. U.S. laws alone swamp our small staff. + +Please check the Project Gutenberg Web pages for current donation +methods and addresses. Donations are accepted in a number of other +ways including including checks, online payments and credit card +donations. To donate, please visit: https://pglaf.org/donate + + +Section 5. General Information About Project Gutenberg-tm electronic +works. + +Professor Michael S. Hart was the originator of the Project Gutenberg-tm +concept of a library of electronic works that could be freely shared +with anyone. For thirty years, he produced and distributed Project +Gutenberg-tm eBooks with only a loose network of volunteer support. + + +Project Gutenberg-tm eBooks are often created from several printed +editions, all of which are confirmed as Public Domain in the U.S. +unless a copyright notice is included. Thus, we do not necessarily +keep eBooks in compliance with any particular paper edition. + + +Most people start at our Web site which has the main PG search facility: + + https://www.gutenberg.org + +This Web site includes information about Project Gutenberg-tm, +including how to make donations to the Project Gutenberg Literary +Archive Foundation, how to help produce our new eBooks, and how to +subscribe to our email newsletter to hear about new eBooks. |
