summaryrefslogtreecommitdiff
diff options
context:
space:
mode:
authorRoger Frank <rfrank@pglaf.org>2025-10-14 20:02:01 -0700
committerRoger Frank <rfrank@pglaf.org>2025-10-14 20:02:01 -0700
commit8c85bbca68539cb06dca79c03de4a5470749ada0 (patch)
tree742b1fa9149818ea5f1a840457aeedbba902fe90
initial commit of ebook 34635HEADmain
-rw-r--r--.gitattributes3
-rw-r--r--34635-0.txt8499
-rw-r--r--34635-0.zipbin0 -> 140651 bytes
-rw-r--r--34635-h.zipbin0 -> 158522 bytes
-rw-r--r--34635-h/34635-h.htm11607
-rw-r--r--LICENSE.txt11
-rw-r--r--README.md2
7 files changed, 20122 insertions, 0 deletions
diff --git a/.gitattributes b/.gitattributes
new file mode 100644
index 0000000..6833f05
--- /dev/null
+++ b/.gitattributes
@@ -0,0 +1,3 @@
+* text=auto
+*.txt text
+*.md text
diff --git a/34635-0.txt b/34635-0.txt
new file mode 100644
index 0000000..bc4d949
--- /dev/null
+++ b/34635-0.txt
@@ -0,0 +1,8499 @@
+The Project Gutenberg EBook of Menazerya ludzka, by Gabriela Zapolska
+
+This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with
+almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or
+re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included
+with this eBook or online at www.gutenberg.org
+
+
+Title: Menazerya ludzka
+
+Author: Gabriela Zapolska
+
+Release Date: December 13, 2010 [EBook #34635]
+
+Language: Polish
+
+Character set encoding: UTF-8
+
+*** START OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK MENAZERYA LUDZKA ***
+
+
+
+
+Produced by Ewa "czupirek" Jaros and the Online Distributed
+Proofreading Team at http://dp.rastko.net (this file was
+created from images generously made available by CBN Polona
+- http://www.polona.pl).
+
+
+
+
+
++------------------------------------------------------------+
+| UWAGI DO WYDANIA ELEKTRONICZNEGO |
+| |
+| Zachowano oryginalną ortografię i interpunkcję, również |
+| w wypadkach, gdy odbiegały one od współcześnie przyjętych. |
+| Poprawiono natomiast omyłki, które wyglądały na błędy |
+| drukarskie. Pełna lista wprowadzonych zmian znajduje |
+| się na końcu pliku. |
++------------------------------------------------------------+
+
+
+
+
+
+
+ Gabryela Zapolska.
+
+ MENAŻERYA
+ LUDZKA.
+
+ _Żabusia_; _Koteczek_; _Kozioł ofiarny_; _Kundel_;
+ _Oślica_; _Kukułka_; _Lewek_; _Małpa_; _Szakale_;
+ _Papuzia_; _Bydlę_; _Gołąbki._
+
+
+ WARSZAWA.
+ Wydawnictwo „Przeglądu Tygodniowego”.
+ 1893.
+
+
+
+
+
+
+ Дозволено Цензурою.
+ Варшава, 28 Aвгуста 1892 г.
+
+ W Drukarni „Przeglądu Tygodniowego”,
+ Warszawa, Czysta No 4.
+
+
+
+
+
+
+ =MENAŻERYA LUDZKA.=
+
+
+
+
+I.
+
+=Żabusia.=
+
+
+Była jasną blondynką, jasną jak słońce promienne...
+
+Drobna jej, maluchna buzia różowa i biała -- śmiała się jakimś
+dziecinnym, naiwnym śmiechem, żłobiącym w pulchnych policzkach dwa
+rozkoszne dołki.
+
+Z całej jej postaci zdawała się wydzielać woń, właściwa różowym
+hyacyntom, a gdy ubrana w różowe „matinée”, przesuwała się ze
+śmiechem z pokoju do pokoju -- jakaś srebrna smuga znaczyła jej
+przejście, smuga, którą pozostawia po sobie wschodząca jutrzenka.
+
+Śmiała się ona zawsze, ta rozkoszna, jasnowłosa kobietka -- śmiała
+się leżąc jeszcze w kołysce, potem u kratek konfesyonału -- wreszcie
+u stopni ołtarza, gdy wlokła za sobą szumiący tren jedwabnej białej
+szaty.
+
+Śmiech powitał nawet krzyk jej córki -- bo nawet w cierpieniach
+umiała coś zabawnego wynaleźć.
+
+Była bardzo pobożną i codzień prawie biegała do kościoła.
+
+Miała ładną książeczkę, oprawną w kość słoniową i zbrudzoną na
+kartkach, które czerniły się modlitwą „Za męża i rodzinę”.
+
+To była jej świąteczna książka -- na codzień miała wielkiego
+„Dunina”, którego czytała, strzelając oczkami na lewo i prawo,
+lub przechylając główkę na atłasową kołdrę swego eleganckiego
+łóżka.
+
+Lubiła łakocie i miała pod poduszką kilka daktyli, które jadła,
+przebudziwszy się w nocy, chichocząc się jak szalona.
+
+Przepadała za wanilią i miała jej zawsze pełne kieszenie, lubiła
+grać w loteryjkę -- przytem szachrowała dość zręcznie.
+
+Córkę swoją -- małą, pucołowatą dziewczynkę, przezwała
+„Nabuchodonozorem” a męża „Rakiem”. Siebie samą, jakkolwiek
+miała na chrzcie św. imię Zofii, nazywała „Żabusią”. Często
+siadywała na dywanie i bawiła się z córką, przyczem następowała
+zwykle kłótnia o zabawki, które matka z córką wydzierały sobie
+wzajemnie...
+
+Mąż, dobry, poczciwy filister, urzędnik w jakiemś towarzystwie
+asekuracyjnem, podkręcał wąsa i uśmiechał się z zadowoleniem.
+
+-- Dziecinna! ach! jaka dziecinna ta moja Żabusia!
+
+Ona, z krzykiem zrywała się z ziemi, siadała na kolanach męża
+i rozpoczynała śpiewać...
+
+ Jechał pan
+ Za nim chłop
+ A za nimi żydóweczki
+ Pogubiły patyneczki...
+
+Śpiewając, wyciągała z mężowskich kieszeni pieniądze i z powagą
+dawała mu dziesięć groszy.
+
+-- Masz, Raku, na czarną kawę!...
+
+Resztę pieniędzy chowała do tualetki.
+
+I Rak poddawał się tej tyranii, jakkolwiek dziesięć groszy dziennie,
+nawet dla urzędnika w towarzystwie ubezpieczeń, chyba za mało!...
+
+Jakże się jednak sprzeciwić tej rozkosznej istocie, która z całą
+naiwnością patrzy mu w oczy i biały, pachnący karczek do pocałunków
+nadstawia? Brał Rak ową wytartą dziesiątkę i całował Żabusię,
+znajdując w tem wiele rozkoszy.
+
+Była więc bożyszczem całego domu.
+
+Kochał ją mąż, pomimo że tyranizowała go nieznacznie.
+
+Kochało dziecko, pomimo że wydzierała mu zabawki i wyrywała włosy,
+czesząc dwuletnią dziewczynkę à la Mikado.
+
+Kochały sługi, pomimo że grymasiła bezustannie i czasem całe ranki
+siedziała w kuchni.
+
+Nad wszystko jednak ubóstwiali ją rodzice.
+
+Tych dwoje starych ludzi w Żabusi swej widziało uosobienie cnót
+i doskonałości wszelakich.
+
+Żabusia -- jedyne, wypieszczone dziecko, za wzór była wszystkim
+kobietom stawiana....
+
+I gdy co wieczór zgromadzano się dokoła stołu, oświeconego wiszącą
+lampą, Żabusia, wycinająca lalki z tektury lub lepiąca abażury,
+była punktem koncentrującym wszystkie spojrzenia.
+
+Ku niej zwracano się, uśmiechano, przesyłano pieszczotliwe słowa.
+
+Ona, różowa, biała, wesoła -- poddawała się tym pieszczotom, tej
+wielkiej miłości, jaka ją otaczała, kąpiąc się niejako w cieple
+przywiązania i rozsiewając dokoła promienie szczęścia rodzinnego.
+Każdemu odwzajemniała się dobrem słowem, uśmiechem -- a drażniąc
+Nabuchodonozora, głaskała dziecko po głowie; potrąciwszy sługę,
+uśmiechała się do niej, nazywając „poczciwą idyotką”....
+
+Nie -- stanowczo, nikt nie mógł się na Żabusię gniewać, lecz
+przeciwnie, każdy musiał ją uwielbiać jak wcielenie dobroci, wdzięku
+i prostoty....
+
+Była ona uosobieniem kobiecości.
+
+Miała tyle tkliwości w spojrzeniu, w głosie, w ruchach łaszącej się
+kotki, że rozkosz było patrzeć, gdy na paluszkach skradała się, aby
+uszczypać drzemiącego męża, lub nasypać pieprzu w otwartą buzię
+córki...
+
+Śmiała się potem rozkosznie i wdzięcznie przeginając, zasypywała
+pieszczotami przerażonego męża, lub skrzywioną dziecinę... mówiła
+przytem cieniuchnym głosikiem:
+
+-- Nie gniewać się na Żabusię!...
+
+Więc mąż uśmiechał się do tego biało-różowego zjawiska,
+dziękując Bogu, że dziecinne usposobienie żony pozwoli mu
+nie lękać się o naruszenie z jej strony wierności małżeńskiej...
+
+I rzeczywiście -- kręcąca się po domu z wesołą piosenką na ustach,
+ubijająca piankę w kuchni, przyszywająca guziki do mężowskiego
+palta lub nicująca krawaty, była uosobieniem kochającej żony
+i „milutkiej” kobiety.
+
+Miewała jednak chwile, w których przychodziły jej na myśl
+poważniejsze refleksye.
+
+Naprzykład po przeczytaniu „Pani Bovary” -- zamknąwszy książkę,
+usiadła u nóg męża.
+
+W ręku trzymała kawałek newchatelu, lecz nie gryzła go, ale
+pogrążyła się w zadumie.
+
+Mąż, czytając „Kuryera”, nie przerywał ciszy.
+
+-- Wiesz, Raku -- wyrzekła nareszcie -- ta kobieta to zdradzała
+męża... niegodziwa, prawda?
+
+-- Hm -- odparł zagadnięty -- jeżeli mąż był niedołęga...
+
+Lecz nie mógł dokończyć.
+
+Żabusia porwała się nagle jak szalona.
+
+-- To nie upoważnia! -- wołała -- i ty, Raku, jesteś niedołęgą
+a przecież cię nie zdradzam!...
+
+-- O -- protestował mąż.
+
+-- Niema... o! -- upiec na rożnie taką kobietę... nic ją nie
+usprawiedliwia!... to potworne!... w dodatku pani Bovary miała
+dziecko, o takiego Nabuchodonozora!...
+
+I tu Żabusia, porzuciwszy ser, chwyciła w objęcia córkę, która
+głośnym krzykiem zaprotestowała przeciw temu gwałtowi.
+
+Rodzice tymczasem spoglądali po sobie.
+
+O! tak! -- oni wychowali Żabusię w świętych, tradycyjnych przepisach
+cnoty i surowości. Ona wie, czem się brzydzić na świecie, co jest
+nikczemnością, fałszem i podłością...
+
+To anioł!
+
+Anioł domowego ogniska, który śmiechem swym troskę z czoła męża
+spędza, jest chlubą i podporą rodziców, troskliwą i czułą matką!...
+
+To anioł ta Żabusia, kręcąca się w tej chwili po pokoju z szelestem
+jedwabnego szlafroczka...
+
+Uosobienie wdzięku, miłości, niewinności, cnoty!...
+
+Nagle Żabusia zatrzymuje się w tańcu.
+
+Spogląda na zegar i, kołysząc się zwolna, podchodzi ku mężowi.
+
+-- Żabusię głowa boli! -- mówi, sadzając córkę na kolanach
+męża. -- Żabusia pójdzie na spacer...
+
+-- Będę ci towarzyszył... -- woła mąż.
+
+-- Niechcę! -- protestuje z miluchnym dąsem -- pójdę sama! Rak tu
+zostanie i będzie Nabuchodonozorowi cacka ustawiał!...
+
+-- Ależ!...
+
+-- No! sprzeciwiasz się?
+
+-- Nie... tylko kawa!...
+
+-- Pójdziesz jak wrócę... wtenczas dam ci dziesiątkę, inaczej, z czem
+Rak do cukierni pójdzie?...
+
+Mąż jeszcze próbuje opozycyi.
+
+-- Żabusia tak chce! -- woła młoda kobieta, uśmiechając się zalotnie.
+-- Żabusia bardzo prosi, główka ją tak boli!...
+
+Rodzice uważają za stosowne interweniować.
+
+-- Ależ idź, drogie dziecię!... przejdź się! -- mówi ojciec.
+
+-- Pobladłaś, cierpisz widocznie -- dodaje matka.
+
+I za chwilę przez pokój, w którym jest zgromadzona cała rodzina,
+przesuwa się Żabusia w nowym, sukiennym kostiumiku, okładanym
+szenszylami.
+
+Wygląda jak młodziuchne dziewczątko w tym obcisłym żakieciku, a nowe
+buciki skrzypią za każdym krokiem.
+
+Całuje ręce rodziców, mężowi nadstawia usta do pocałunku, córkę
+głaszcze po głowie i żegnana, obdarzona pieszczotami, staje jeszcze na
+progu, przesyłając pocałunki końcami palców, ubranych w duńską
+rękawiczkę.
+
+-- Pa!... pa!... -- woła -- pa, Raku! pa, Nabuchodonozorze!... pa,
+mamusi i ojczusiowi... a niech Rózia za pół godziny samowar nastawi
+i po sucharki pójdzie!... pa!...
+
+I cicho znika we drzwiach, pozostawiając po sobie gamę srebrzystego
+śmiechu i wspomnienie uosobienia niewinnego wdzięku kobiecego.
+
+ * * * * *
+
+Przeciągły pocałunek przerwał ciszę.
+
+Wśród bladego światła przyciemnionej lampy, zamajaczyła nagle drobna
+postać kobieca, powstająca z otomany.
+
+Kaskada jasnych włosów rozsypana na zarumienione ramiona, drżała
+złotawym blaskiem; oczy, błyszczące fosforycznym ogniem, migotały
+u tej kobiety jak dwa błędne ogniki, usta namiętnie rozchylone,
+zgniecione w świeżym pocałunku miłosnym, zachowały jeszcze wilgoć
+zmysłowej ekstazy.
+
+Wszystko w tej postaci tchnęło zmysłowością, szałem bachantki,
+poddającej swą pierś pod uściski satyra.
+
+Stanęła, wyciągając ręce wysoko nad głową, przechylając się
+w tył, wciągając jakby w siebie cząstkę miłosnego dreszczu.
+
+Stojący przed nią mężczyzna zapalał właśnie papierosa.
+
+-- Mogłabyś zostać chwilę.
+
+-- O! nie, nie -- odparła kobieta -- muszę wracać, aby podejrzeń
+nie ściągać...
+
+I zaczęła szybko nakładać żakiecik i resztę ubrania. On jej pomagał,
+szukając po całej pracowni porozrzucanych drobiazgów, które przed
+chwilą zrywali oboje drżącemi od namiętności rękami.
+
+Kapelusz zapadł gdzieś po za wielkie sztalugi, trzeba było go
+szukać... odsuwać draperye.
+
+Oczy ich spotkały się, ręce splotły w uścisku. Cała bezgraniczna,
+zmysłowa potęga zadrgała w tem jednem spojrzeniu. Gorąco aż biło od
+tych dwojga młodych ludzi, ukrytych w cieniu odosobnionej pracowni
+malarskiej na ustronnej ulicy.
+
+-- Kiedy cię zobaczę?... -- zapytał mężczyzna, cały drżący pod
+wpływem dotknięcia jej rąk rozpalonych.
+
+Ona wzruszyła ramionami.
+
+-- Niewiem kiedy się wyrwę, niełatwo mi to przychodzi...
+
+On wstrzymywał ją jeszcze, obejmując miłosną pieszczotą.
+
+-- O! ale... niedługo!
+
+Kobieta spojrzała mu znów w oczy.
+
+Zielone błyski strzeliły z pod jasnych rzęs.
+
+-- Szaleńcze! -- wyszeptała zdławionym od wzruszenia głosem -- czyż
+ja mogę istnieć, nie widząc cię dni kilka?...
+
+A do progu już zwrócona, dodała pieszczotliwie:
+
+-- Kochaj twoją... Żabusię!...
+
+Portyera zapadła, kobieta znikła, pozostawiając po sobie całą smugę
+płomiennej namiętności, drgającej w powietrzu.
+
+Mężczyzna postał chwilkę, uśmiechając się jakoś ironicznie.
+
+Poczem otrząsnął się, położył na otomanie i gwiżdżąc walca,
+zapalał zgasłego papierosa.
+
+ * * * * *
+
+Nabuchodonozor tęsknił bardzo do mamy. Tęsknił i Rak, tęsknili
+i rodzice, siedząc dokoła stołu, na którym nakrywano do herbaty.
+
+Na białym obrusie rozstawiono filiżanki a stary ojciec upominał
+pokojówkę:
+
+-- A uważaj, aby samowar gotował się dobrze, bo pani pewno
+zmarznięta powróci...
+
+A matka układała sucharki, chowając lepiej lukrowane na spód, aby
+tylko dla Żabusi się zostały.
+
+-- Zimno jest, gdzie też ona tak długo bawić może? -- wyrzekł
+wreszcie mąż.
+
+-- Wstąpiła pewnie do kościoła -- w adwent lubi przecież tam
+chodzić wieczorem -- odrzekła matka.
+
+-- Jeszcze się zaziębi.
+
+-- Bóg ją od złego uchroni!...
+
+Nastało milczenie.
+
+Tylko Nabuchodonozor podciągał noskiem, bo cierpiał katar okropny.
+
+Nagle drzwi się otwarły z trzaskiem.
+
+We drzwiach stanęła... Żabusia.
+
+Cała była jeszcze różowa, w oczach grały dogasające namiętne
+blaski.
+
+Wszyscy rzucili się do niej z krzykiem:
+
+-- Żabusia!...
+
+Ona witała kolejno każdego, rozsypując całusy jak grad cukierków.
+Opowiadała przytem wiele o zimnie i o modlących się ludziach po
+kościołach.
+
+-- Organy pięknie grają, świec masy płoną a Żabusia siedziała
+w kąciku a potem na spacer pięknie poszła...
+
+Zrzuciła żakiecik i przygładziła rozrzucone włosy.
+
+-- Herbatki! prędzej -- wołał ojciec.
+
+-- Ja naleję!... -- dodawała matka -- biedactwo przeziębło, gotowa
+zachorować...
+
+Ale Żabusia siedziała już na kolanach męża i śpiewała:
+
+ Jechał pan
+ Za nim chłop...
+
+Nabuchodonozor uszczęśliwiony, opierał swą główkę o suknię,
+patrząc w oczy matki, w której gasły kolejno zmysłowe ogniki.
+
+-- Masz dziesięć groszy -- wołała Żabusia, dając mężowi
+monetę -- idź, zabaw się ty teraz... biedny... Raku!
+
+
+
+
+II.
+
+=Koteczek.=
+
+
+-- Co chcesz do herbatki, koteczku?
+
+-- Cokolwiek!...
+
+-- Ale przecież!...
+
+-- Coś taniego!...
+
+-- Może szynki?...
+
+-- Hm!... zaraz trzeba brać pół funta.
+
+-- Poco?... dla mnie nie trzeba, ja mam jeszcze pieczeń z obiadu!
+
+-- Tak?... ale zawsze to już duży wydatek, nie! -- nie potrzeba.
+Zjem bułeczkę z masłem, mnie to wystarczy zupełnie. Zresztą,
+oszczędzać musimy, daleko jeszcze do końca miesiąca...
+
+Młoda kobieta spojrzała z uwielbieniem na męża.
+
+Jej koteczek byłby w stanie się zagłodzić z oszczędności, gdyby ona
+na to pozwoliła. Prawda, że pensyjka bardzo szczupła, gratyfikacyj
+niema podobno żadnych a procent z jej posagu zaledwie piąty...
+
+Przynajmniej tak koteczek powiada.
+
+A co kotuchno powie -- to święte. Żona ślepo ufać mężowi powinna.
+Tak ją od dziecka uczono.
+
+Tymczasem koteczek przeczytał „Kuryera” i, ziewając, powstał
+z krzesła.
+
+Był to wielki, rosły mężczyzna, szeroki w plecach, szeroki
+w karku, szeroki w czole. Zdrowie, siła biły aż odurzającym zapachem
+z tych wspaniale rozwiniętych członków dobrze odżywianego
+człowieka, twarz mieniła się niemal różową cerą. Jasne, delikatne
+włosy uczesane dość starannie, zakrywały niewielką łysinkę, usta
+foremnie wykrojone miały w sobie zmysłową wilgoć, jakby od świeżych
+jeszcze pocałunków, łub połykanych ostryg, oczy senne, o namiętnem
+przywarciu powiek, patrzyły z pod jasnych rzęs na wpół łagodnie, na
+wpół złośliwie.
+
+Ręka biała, zgrabna, o długich, kształtnych palcach, gładziła
+starannie uczesaną brodę, od której zdaleka rozchodziła się woń
+ateńskiej wody.
+
+Ubranie letnie, jasne, zdrowa cera, wreszcie cała postać
+wyprostowana, niezgarbiona, nieskurczona bynajmniej, nie miały cech
+charakteryzujących zwykłego biuralistę, spleśniałego w cuchnącej
+atmosferze wilgotnego biura.
+
+Koteczek był wprawdzie urzędnikiem, ale jednym z tych pomocników
+buchaltera, którzy po biurach kolejowych śpią na ceratowych
+kanapkach, lub zadają tłuste szarady do rozwiązywania swym kolegom,
+za co pobierają pensye a nawet i gratyfikacye.
+
+Dziś -- koteczek wrócił wcześniej trochę z biura, zjadł skromny
+obiadek, który sam zadysponował, ze smakiem, przespał się dwie
+godzinki wśród kościelnej ciszy na swej ulubionej sofie, a teraz,
+ubrawszy się, czytał „Kuryera” i czekał na herbatkę, którą mu
+żońcia poda.
+
+Później pójdzie przejść się trochę.
+
+Ona -- zostanie w domu -- jutro pranie, bieliznę policzyć trzeba
+-- wreszcie koteczek zwykle sam wychodzi.
+
+Żoncia zostaje, już się do tego przyzwyczaiła. Teraz do herbaty
+przygotowuje, chodząc jak cień w swych biednych przydeptanych
+pantofelkach, taka chuda, mizerna, znędzniała przed czasem. Ma
+zaledwie dwadzieścia pięć lat a trudno byłoby oznaczyć jej wiek,
+patrząc na zapadłe piersi, na żółte plamy do koła oczów, na nos
+wązki, wydłużony, na całą postać schyloną tem bolesnem pochyleniem,
+właściwem chronicznie cierpiącym kobietom, które zasypiają obłożone
+mokremi płatami, a melisę pochłaniają garncami prawie.
+
+I teraz, gdy zdejmuje z półek kredensowych filiżanki i wyciera je
+czyściuchną serwetką, krzywi się boleśnie, tłumiąc jęk, który jej
+się na usta wydobywa.
+
+Lekarz mówił, że cierpienie jej pochodzi głównie z braku sił
+i zalecił buliony, stare wino, surowe mięso... ba! nawet wyjazd do
+Krynicy... ale lekarzowi łatwo mówić. Zkądże ona wziąśćby mogła na
+takie zbytkowne rzeczy, ona, której koteczek z najwyższą trudnością
+zaledwie jest w stanie tę skromną kwotę co pierwszego, na
+utrzymanie domu wręczyć?...
+
+A potem, gdy zabraknie... a! niech Bóg zachowa! koteczek nie doda
+ani grosza, choćby głodem zamrzeć przyszło. Pójdzie na spacer bez
+obiadu, bez herbaty a nie doda nic, nawet z przyszłego miesiąca nie
+zaawansuje paru rubli...
+
+Zapewne nie może.
+
+Ona mu tego za złe niema. O! gdzieżby znowu. Gdyby miał, toby
+dał... Koteczek ma przecież anielskie serce... Niedawno kupił jej
+skórzaną broszeczkę za dwa złote; kiedyś znów pozwolił jej...
+natrzeć włosy wodą ateńską.
+
+O! gdyby on miał, dodałby jej nieraz do miesięcznej pensyi... raz
+nawet dał jej na to -- słowo honoru, choć ona bynajmniej nie żądała
+takiego dowodu, ona wierzy mu we wszystkiem.
+
+Tylko -- jakże to można pozwolić, aby koteczek -- jadł do herbaty
+samą bułeczkę?!...
+
+Trzeba posłać po szynkę koniecznie, choćby się miał rozgniewać,
+zresztą, ona wie, że koteczek pokrzepić się musi, wszak większe pół
+dnia w biurze pracuje!
+
+A, wiadomo, biuro strasznie zdrowie niszczy. Podobno nawet suchoty
+sprowadza...
+
+-- Nie!... Bóg by nie był tak nielitościwy i nie zabrałby jej
+koteczka -- nie nawiedziłby go tak strasznem cierpieniem.
+
+Tak! tak! trzeba, żeby się mężuś lepiej odżywiał, trzeba, po szynkę
+posłać koniecznie.
+
+Biegnie do komody, odsuwa szufladę, wyjmuje ostatniego rubla
+i chwilkę stoi zafrasowana. Cóż będzie z jutrzejszym obiadem?
+
+E! -- poradzi sobie, już wie w jaki sposób. I uśmiechnięta,
+pokasłując trochę, wychodzi do kuchni. Tymczasem, stojący przy
+oknie mężczyzna odwrócił się i skrzypiąc butami przeszedł przez
+pokój. Dobył z kieszonki od kamizelki kluczyk, otworzył małą szafkę
+i z pomiędzy porządnie poukładanego ubrania, wydostał niewielki
+pugilares. W pugilaresiku tym szeleściły banknoty. Otworzył go
+i śpiesznie przerachował. Było tam około pięćdziesięciu rubli.
+Pugilares schował do kieszeni, wyjął cieniuchną chusteczkę,
+z baletniczkami po rogach zamiast monogramu, zmienił szpilkę
+u krawata, poczem zamknąwszy szafkę podszedł do tualetki.
+
+Systematycznie zaczął czesać rzadkie włosy; przyciskając je lekko
+do różowej skóry, poczem wyjąwszy z szufladki puszkę z pudrem,
+pudrował się lekko, starannie ścierając veloutinę z brwi, rzęsów
+i wąsów. Puder osiadał na lekkim meszku pokrywającym policzki
+koteczka, tworząc w ten sposób na twarzy mężczyzny, jakby krepową
+zasłonę. Poczem, lekkim a wprawnym ruchem, koteczek przyczernił
+sobie brwi i rzęsy za pomocą ołówka i odsunąwszy się od lustra,
+począł rozmaite podbójcze miny próbować.
+
+Od kilku chwil otworzyły się cicho drzwi od kuchni i do pokoju
+wsunęła się żoncia.
+
+W ręce trzymała szynkę zawiniętą w papier, i w niemem uwielbieniu
+spojrzawszy na męża, stanęła, przyciskając szynkę do piersi.
+
+Wydawał się jej w tej chwili tak piękny, tak elegancki, tyle od
+niej wyższy i dystynkcyą i rozumem i pięknością -- że wciąż stała
+zapatrzona w swoje bóstwo, fryzujące sobie teraz wąsy maluchnem
+rozgrzanem żelazkiem.
+
+On, spojrzawszy przypadkowo na nią, dojrzał to uwielbienie malujące
+się w jej spłowiałych oczach.
+
+-- Hm, patrz! jakiego masz męża -- wyrzekł z zadowoleniem..
+
+Ona nie odpowiedziała nic.
+
+Uśmiechała się tylko, prostując się także, jakby z dumy... urosnąć
+chciała.
+
+-- Możesz mnie pocałować -- dodał z pobłażliwością -- ale tu
+w szyję... o!...
+
+Wyciągnął swą tłustą szyję dobrze zbudowanego blondyna i przymknął
+oczy z dobrotliwym uśmiechem.
+
+Ona -- zbliżyła się szybko, zmieszana, niezgrabna,
+nieprzyzwyczajona do częstych tego rodzaju pieszczot. Gdy znalazła
+się tuż przy nim, taka nędzna, mała, chuda, zmieszała się jeszcze
+więcej. W lustrze widziała odbicie postaci swej i stojącego wciąż
+z zamrużonemi oczami męża.
+
+Zawstydziła się samej siebie, swego wyniszczenia, swego skromnego
+szlafroka i stała niezdecydowana, cisnąc wciąż papier z szynką do
+zapadłej piersi.
+
+Lecz on zniecierpliwił się wreszcie.
+
+-- No, korzystaj, kiedy pozwalam...
+
+Podniosła się więc na palce i cała spłoniona, pocałowała go w klapę
+od jasnego żakietu, a silna woń white rose, wydzielająca się
+z ubrania męża, odurzyła ją do reszty.
+
+Jak pijana zwróciła się do stołu, na którym zaczęła ustawiać
+talerzyk i rozkładać na nim szynkę.
+
+Ręce jej drżały, widelca utrzymać nie mogła.
+
+Była w tej chwili bardzo szczęśliwa.
+
+Łzy jej oczy osłaniały mgłą wilgotną, serce biło w piersi bardzo
+żywo.
+
+Tymczasem koteczek nałożył w eleganckie etui całą masę papierosów
+i z małej doniczki niezapominajek, stojącej przed obrazkiem Matki
+Boskiej, uszczknął gałązkę.
+
+Gałązkę tę zatknął sobie w butonierkę i zasiadł do herbaty.
+
+Żona podała mu filiżankę i nasmarowaną bułeczkę. Poczem, jeszcze
+cała zmieszana, z uśmiechem na pobladłych wargach, podsunęła mu
+talerzyk z szynką.
+
+On -- ze zdziwieniem poruszył umalowanymi brwiami.
+
+-- Szynka? -- zapytał.
+
+-- Tak, kotku -- proszę cię, jedz! -- odpowiedziała nieśmiało.
+
+-- Zbytki! zbytki!... -- dodał, biorąc na talerz największy różowy
+płatek -- ale pamiętaj! gdy zabraknie -- nie dodam ani grosza!...
+ani grosza!...
+
+Lecz ona zaprotestowała.
+
+-- Nie bój się, wystarczy!... jedz tylko!... proszę cię!
+
+Krzątała się koło niego, podsuwając mu cukier, masło, śmietankę.
+
+On -- nawet nie zważał na tę usłużność, snać przyzwyczajony do tej
+troskliwości i niewolniczej czci, jaką go zwykle otaczała.
+
+Jadł powoli -- nie śpiesząc się, odsuwając zdaleka talerz --
+z gracyą i manierami aktorki, o której gazety piszą ciągle, że jest
+„dystyngowana”. Wreszcie zapytał, nie podnosząc głowy:
+
+-- A ty?
+
+-- O! ja mam co innego -- odpowiedziała kobieta.
+
+Nastała znów chwila milczenia.
+
+Jakże chętnie pragnęła żoncia -- zacząć jakąś dłuższą z swym
+koteczkiem rozmowę.
+
+Lecz o czem? -- o czem ona mówić mogła, pogrążona cała w drobnych
+kłopotach swego nędznego gospodarstwa, pomiędzy imbrykiem melisy
+a wiązką rzodkiewki. Instynktem zgadywała, że podobne przedmioty nie
+są odpowiednie dla jej eleganckiego koteczka, który w tej chwili
+tak delikatnie, tak ślicznie mieszał łyżeczką herbatę...
+
+I w głowie tej kobiety powstała myśl bardzo zuchwała.
+
+Gdyby tak koteczek zechciał dziś cały wieczór poświęcić dla niej,
+dla niej wyłącznie -- pozostać w domu!
+
+Gorąco jej bije do głowy na samą tę myśl... Jakże to byłby miły dla
+niej wieczór! jakże jej szczęście byłoby zupełne!...
+
+Ma wprawdzie liczyć brudną bieliznę -- ale może to odłożyć do
+jutra...
+
+Siedzi więc pochylona nad swoją filiżanką i w biednej głowie szuka
+zawzięcie sposobu, aby stać się miłą, rozmowną.
+
+Wzrok jej pada na leżący na ziemi Kuryerek.
+
+-- Co tam w Kuryerku -- zapytuje niepewnym głosem.
+
+-- Przeczytasz sama -- odpowiada mąż.
+
+I znów nastaje milczenie.
+
+Kobieta prawie rozpaczliwie wodzi wzrokiem dokoła.
+
+Tak mają mało spójni moralnej, że wszystkie jej wysiłki pozostają
+bez skutku. Wreszcie on wstaje, ociera starannie wąsy i raz jeszcze
+podchodzi do lustra.
+
+Ona wie dobrze, co to znaczy.
+
+Za chwilę koteczek wyjdzie a ona, ona, zostanie sama! na cały
+wieczór, na długi, smutny wieczór!
+
+Zapewne -- jest do tego przyzwyczajona. Ale dziś szczególnie jej
+smutno. Wszak to dziś rocznica ich ślubu...
+
+On o tem zapomniał zupełnie...
+
+Lecz ona niezapomniała i chce mu to powiedzieć, wszak dzień taki to
+prawie uroczyste święto... Lecz on wziął już kapelusz i elegancką
+laseczkę, teraz naciąga rękawiczki, pogwizdując lekko. Żona zbliża
+się ku niemu, przełykając z trudnością ślinę.
+
+-- Wychodzisz -- pyta, patrząc mu błagalnie w oczy, jak pies świeżo
+obity.
+
+-- Naturalnie!...
+
+Ona przestępuje z nogi na nogę, ręce jej machinalnie wyciągają
+bryty szlafroka.
+
+-- Zostań w domu! -- prosi cichutko.
+
+On odwraca ze zdziwieniem głowę:
+
+-- Poco?
+
+Tem jednem pytaniem przybija ją do miejsca.
+
+Tak! -- prawda! -- poco?
+
+Taki strojny, mądry, piękny mężczyzna, ma siedzieć w tych trzech
+klatkach, których okna wychodzą na odludną ulicę...
+
+Ona -- ach! ona to co innego!
+
+Pragnie go jednak zatrzymać choćby chwilkę jeszcze.
+
+-- A... co chcesz jutro na obiad? -- pyta śpiesznie, wciskając
+głowę pomiędzy ramiona.
+
+-- A!... co chcesz, byle tanie -- odpowiada koteczek, otwierając
+drzwi do przedpokoju -- najlepiej barszczyk, bo może późno wrócę...
+
+Ona już nic nie odpowiada, tylko stoi na środku pokoju, smutna,
+zgnębiona -- ujawniając w ostatnich blaskach zachodzącego słońca
+swą nędzę opuszczonej i oszukiwanej kobiety.
+
+Nagle -- porywa się i biegnie do okna.
+
+On -- będzie przechodził przez dziedziniec, zobaczy go jeszcze,
+może się uśmiechnie do niej, głowę odwróci...
+
+-- Nie!
+
+Przeszedł przez dziedziniec, pewnym i śmiałym krokiem, wywijając
+laseczką i pogwizdując lekko.
+
+Dwie dziewczyny stojące koło pompy, obejrzały się za nim ze
+znaczącym uśmiechem. Zniknął w ciemnej bramie, nie myśląc wcale
+o tem, że na drugiem piętrze z po za białych, pocerowanych firanek
+śledzą go oczy pełne łez i miłości, biedne oczy schorowanej kobiety
+a zżółkłe i spieczone usta, szepczą z dumą i niewysłowionem
+uczuciem:
+
+-- Koteczek! koteczek!
+
+ * * * * *
+
+Siedziała tak w oknie z pół godziny. Była to jedyna chwila dnia,
+w której oddawała się próżnowaniu.
+
+Wciągała zgniłe powietrze podwórka pełnemi piersiami i wpatrywała
+się w szmat nieba, który zarysowywał się ostro pomiędzy szczytami
+dachów.
+
+W trakcie robiła myślą rachunek wydatków dnia całego i układała
+budżet na dzień następny.
+
+A wszystkie jej myśli kręciły się tylko około jednego punktu.
+
+Punktem tym był naturalnie... koteczek.
+
+Od pierwszej chwili poznania, rosły ten blondyn zaimponował jej
+i oczarował jej dziewiczą istotę.
+
+Gdy się oświadczył o nią a właściwie o jej skromny posażek, nie
+mogła szczęściu swemu dać wiary.
+
+Gdy odchodziła od ołtarza, już patrzyła na niego tym pokornym,
+błagającym wzrokiem jak pies, którego po raz pierwszy na łańcuchu
+prowadzą.
+
+Oddała mu się z pokorą i wdzięcznością, kryjąc rumieniec w dłoniach
+i szepcząc. „Kto się w opiekę”.
+
+On -- wspaniale, jak dobry książę z bajki, przyjął klejnot jej
+dziewictwa i pięć tysięcy rubli, które jako sierota złożone miała
+w kasie oszczędności.
+
+Od tej chwili Józia o pieniądzach tych nie wiedziała nic.
+
+Należały do niego, rozporządzał niemi według upodobania.
+
+Ona, welon oblubienicy zamieniła na fartuch ceratowy i rozpoczęła
+swą domową krzątaninę. Powoli on oddalał się coraz więcej z domu --
+wracał późno w noc, często podpity, włócząc na drugi dzień po
+kątach mieszkania ten „Katzenjammer”, w zamiejskich knajpach
+nabyty. Ona -- kochała go ciągle, tem psiem przywiązaniem kobiety,
+dla której pierwszy mężczyzna chwytający ją w objęcia jest zarazem
+jedynym przedmiotem uwielbienia.
+
+Koteczek nie miał błędów, koteczek był najlepszym, najmilszym,
+najpiękniejszym... Dzień, w którym koteczek kładł nowy garnitur,
+był dniem prawdziwego święta.
+
+Wzruszona, zarumieniona, drżąca, okrążała go w kółko, patrząc na
+niego z podziwem. Jakże piękny! jak zgrabny był jej koteczek! Ona
+sama, mój Boże!... ona nie potrzebowała się stroić. Ot byle co na
+siebie włożyć. Zresztą, nigdzie przecież nie wychodziła
+z koteczkiem nigdy -- gdzież znowu!... Zawsze jej coś do stroju
+brakowało. To kapelusza, to bucika, to znów rękawiczki. I tak dzień
+za dniem schodził. Zresztą, nie miała czasu, ani zdrowia. Ciągle
+stękała, chorując już od lat czterech, zaraz po urodzeniu nieżywej
+dziewczynki. Doktór mówił, że to anemia, ale ona nawet w części nie
+powiedziała doktorowi, co i gdzie ją boli. Poco? -- lekarstwa
+drogie a ledwo koniec z końcem ściągnąć można...
+
+Wprawdzie koteczek jest niewybredny, je, co mu podadzą -- nawet ją
+samą do oszczędności zachęca.
+
+Ona nieraz dziwi się, jak mało jada w domu ten rosły, wielki
+mężczyzna i frasuje się, że widocznie jadło mu nie smakuje.
+
+Mój Boże! robi co można przecież. Ona i sługa jadają
+„plecówkę”, dla koteczka bierze się na rosół pierwsza
+krzyżowa, masło także kupuje dla niego osobno...
+
+Mimo to, on je tak mało!
+
+Byleby nie zachorował z tego braku apetytu... jutro trzeba upiec
+parę kurczątek i zrobić trochę sałaty...
+
+Ostatni rubel wprawdzie wyszedł, ale Józia ma jeszcze dwa
+pierścioneczki z pozostałych po rodzicach drobiazgów.
+
+Zastawi je u znajomej fanciarki i dociągnie w ten sposób do końca
+miesiąca.
+
+Mój Boże!... ile tam już rzeczy Józi spoczywa u tej fanciarki!...
+i srebrne łyżeczki, i bransoletki po matce, i medalion z perełką,
+ba, nawet medal od chrztu i srebrna maluchna portmonetka, złoty
+zegarek! łańcuszek! wszystko! Wszystko wyniosła tak wieczorami,
+gdyż mąż wyszedł z domu „przejść się trochę” -- jak mówił,
+a wracał późno w noc, gwiżdżąc i śpiewając jakieś nieznane Józi
+piosenki.
+
+Z początku przykro jej było rozstawać się z temi drobiazgami,
+później oswoiła się z tą myślą.
+
+-- Wszak to dla... koteczka.
+
+Kochała go bardzo, bardzo, miłością schorowanej i zamkniętej
+w domu kobiety. Gdy słyszała jego kroki na schodach, serce jej biło
+bardzo silnie -- w nocy, nie kładła się nigdy, dopóki nie wrócił.
+Rozbierała się wprawdzie, ale bosa i w koszuli siedziała na oknie,
+patrząc w ciemną jamę bramy, czy nie dojrzy wysuwającej się
+z ciemności eleganckiej postaci męża. Gdy nie powracał długo,
+z najwyższym niepokojem śledziła godziny i przyciskając ręce do
+piersi, szeptała:
+
+-- Boże mój! niech on już wróci!...
+
+Zdawaćby się mogło, że to namiętna kochanka oczekuje swego
+wybranego na pierwszą schadzkę miłosną -- a jednak!... jakże
+dalekie od namiętności było uczucie kładące w spieczone od gorączki
+wargi tej kobiety modlitwę szczerą, prawie dziecięcą.
+
+-- Niech... koteczek wróci!...
+
+A przecież ten powrót koteczka nie dawał jej żadnej pieszczoty
+miłosnej, żadnej chwili tej rozpaczliwej rozkoszy, która jęk prawie
+z piersi kobiety wydziera.
+
+Koteczek wchodził wolno, systematycznie, nakręcał zegarek, zapalał
+papierosa, zmieniał obuwie, wystawiając je za drzwi pokoiku,
+wyciągał z krawata elegancką szpilkę i chował ją w étui.
+
+Wszystko to robił z właściwą sobie gracyą, nie spojrzawszy nawet na
+żonę, która z po za przymkniętych powiek śledziła jego czynności,
+cała w ciągłem wyczekiwaniu jakiegoś dobrego słowa, przyjaznego
+spojrzenia ze strony męża. Nic -- nic!
+
+Koteczek zasypiał, uśmiechając się do wrażeń w ciągu wieczora
+otrzymanych, do jakichś wspomnień... na myśl których -- przeciągał
+się rozkosznie.
+
+Ona śledziła go ciągle, śledziła uważnie.
+
+Słabe światełko lampki płonącej przed Matką Boską oświecało
+w zupełności różową twarz mężczyzny, lubieżny wyraz ust, tęgą
+szyję wychylającą się z pod ukraińskich haftów nocnej koszuli.
+
+Instynkt samicy ostrzegał ją, że nie o niej, nie o jej uległości
+i zżółkłej twarzy myśli w tej chwili ten człowiek.
+
+Lecz tak wierzyła mu, tak bardzo ufała w jego „małżeńską
+uczciwość”, że myśl zdrady nie postała nigdy w jej głowie.
+
+Myśli pewnie o gratyfikacyi a może... może o niej!
+
+Wszak wczoraj jeszcze, wychodząc, powiedział:
+
+-- Dla kogóż się zapracowuję, jeśli nie dla ciebie? -- Biedny!
+drogi koteczek!...
+
+Ach! ona by życie swoje dla niego oddała!
+
+I leżała tak cicho, nieśmiejąc się poruszyć, drętwiejąc w jednej
+pozycyi, aby nie zbudzić koteczka, który w tej chwili uśmiechał się
+tak, jak tylko nasyceni mężczyźni uśmiechać się umieją.
+
+ * * * * *
+
+Kareta ruszyła wreszcie z miejsca.
+
+Lecz pani Lena była dnia tego w złym humorze.
+
+Napróżno siedzący obok niej mężczyzna uśmiechał się i usiłował
+umieścić dogodnie jej kapelusz, cały z pąsowego tiulu, istne
+pieścidełko wydmuchane z purpurowego obłoczka. Napróżno, zdjąwszy
+jej rękawiczki, zwijał je starannie i wsuwał pomiędzy poduszki
+powozu, napróżno chwalił jej nowy dolman, na który wyszło z pięćset
+łokci koronki, ona siedziała ciągle chmurna, z brwiami
+ściągniętemi, z twarzą gniewnie wykrzywioną.
+
+-- Dlaczego tak późno przyjechałeś? -- zapytała wreszcie, zwracając
+się twarzą do swego towarzysza.
+
+-- Nie mogłem! wierz mi! -- tłomaczył się mężczyzna.
+
+-- Dlaczego?
+
+-- Bo!... bo!... mieliśmy gości!... -- odparł, udając nonszalancyę
+i oglądając sobie paznogcie.
+
+Znać było że blaguje, lecz ona nie poznała się na tem.
+
+-- Kto był? -- nalegała już trochę udobruchana -- kobiety?
+
+-- O, zaledwie kilka! kuzynka Eszerghazy z córką -- wiesz... ta
+hrabina!
+
+Ona potwierdziła śpiesznie.
+
+-- Tak! tak! mówiłeś mi już o niej, a z mężczyzn?
+
+-- Zwykli goście czwartkowi.
+
+-- Więc to jour fixe?
+
+-- Tak!... five o clook thea.
+
+Rzucił wyraz angielski, posłyszany kiedyś ze sceny, w teatrze --
+który zapamiętał i używał w razie potrzeby, co nigdy nie chybiało
+efektu. I teraz dosięgnął celu.
+
+Kobieta siedząca obok niego zdawała się na chwilę przybita
+posłyszanem słowem.
+
+Lecz prędko odzyskała równowagę.
+
+-- Nie wiem czy to wygodne -- wyrzekła -- wolę już urządzać
+„receptions matinales”...
+
+Spojrzała na niego tryumfująco.
+
+On wzruszył ramionami.
+
+-- Zapewne, lecz już cały dzień jest zderanżowany...
+
+Pochylił się teraz po nad podbitą już kobietą.
+
+-- No, cóż?... darujesz mi to opóźnienie? -- szeptał miękim
+głosem -- wierz mi, tylko obowiązki światowe mogły powstrzymać
+twego koteczka, wierzysz mi? no... Leno!...
+
+I objął ją ostrożnie, cofając się w tył, gdyż kareta skręcała
+w ciaśniejszą ulicę a na chodnikach kręciło się sporo przechodniów.
+
+Lena potrząsnęła wspaniałomyślnie głową. Dobrze! -- przebacza mu,
+ale pod warunkiem, że to będzie raz ostatni... zapewne nie wie, że
+i ona ma obowiązki światowe, które trzymają ją poniekąd na uwięzi;
+jeśli on ma żonę prowadzącą dom otwarty, ona -- nawzajem ma męża,
+który od niej pewnych ustępstw światowych wymaga, a przecież...
+
+On przyznaje jej racyę, cały rozpłomieniony tak blizką obecnością
+tej kobiety, której pełny gors i błyszczące oczy działają na niego,
+jak rozpalający trunek -- ostrożnie, delikatnie, szuka jej ręki
+w całych falach koronek i rękę tę znalazłszy całuje długo,
+wysysając paluszki o krogulczo zagiętych paznogciach...
+
+Ona poddaje się tej pieszczocie, jak kobieta przyzwyczajona do
+podobnego rodzaju objawów powstrzymywanej namiętności -- drugą ręką
+zasłania tylko twarz, gdy kareta nadto się zbliży do chodników.
+
+Czyni to z wprawą wielką, w ogóle czuje się zupełnie swobodnie
+w tej ciasnej atmosferze powozu, w której cudzołożne szepty, śmiechy,
+pocałunki zdają się drzemać wśród zagięć zniszczonego sukna
+okrywającego poduszki.
+
+-- Gdzie dziś pojedziemy? -- pyta koteczek.
+
+-- Gdzie chcesz... -- odpowiada Lena -- byle nie do Marcelina...
+
+-- Masz racyę, kuchnia tam wcale nieszczególna...
+
+-- O, tak! bordeaux niepodobne do picia...
+
+I znów zaczyna grać ze sobą komedyę, tych dwoje ludzi, którzy się
+poznali pod cieniem drzew Saskiego ogrodu i nic prawie nie
+wiedzieli o sobie ani o swej pozycyi socyalnej.
+
+Ona -- miała w sobie przewrotnie popsutą krew semitki, wiecznie
+niezadowolonej ze swego otoczenia, obnoszącej w czarnych oczach
+i pełnych kształtach trzydziestoletniej kobiety -- chęć nieprawych
+rozkoszy i zakazanych wycieczek. Pozowała jednak przed nim na
+„damę” -- wykwintną i wytworną -- pragnęła mu imponować koronkami
+wziętemi na kredyt i francuzczyzną zapożyczoną z „Rozmówek” pani
+Bocquel.
+
+On -- dokładał wszelkich usiłowań, aby ujść w oczach tej wykwintnej
+damy za człowieka bogatego, prowadzącego dom na wielką skalę.
+Olśniewał ją szpilkami u krawatów, opoponaxem, jasnemi garniturami
+i znajomością gabinetów restauracyjnych, po których włóczyli się
+często, siedząc do późnej nocy i rozstając się pełni niesmaku
+i chęci ponownego zejścia się, aby nawzajem udawać przed sobą
+wytworne maniery i... namiętne porywy.
+
+Kareta wjechała teraz w ulicę Mokotowską i powoli skręcała na lewo.
+
+Wozy z beczkami zastąpiły jej drogę, woźnica wstrzymał konie na
+chwilę.
+
+Koteczek wychylił głowę.
+
+-- Cóż tam? dlaczego stajesz?
+
+Nagle cofnął się w głąb powozu.
+
+Towarzyszka mimowoli spojrzała w otwarte okienko.
+
+Na chodniku pomiędzy gromadką bosych dzieci czekających na
+opróżnienie ulicy, stała ciemno, ubogo ubrana kobieta w zniszczonym
+kapelusiku na pochylonej głowie.
+
+W tej chwili kobieta ta z wyrazem zdumienia na pożółkłej twarzy
+wpatrywała się w okienko karety, a z nawpół otwartych ust zdawał
+się ulatywać jakiś głos stłumiony.
+
+Pani Lena odwróciła się i spytała szybko:
+
+-- Patrz!... ta kobieta dziwnie tu spogląda, czy może znasz ją?
+
+Lecz mężczyzna nie ruszył się nawet, przytulony do kąta karety,
+nikczemny, nędzny w tej trwodze, jaka zwykle ogarnia każdego z nich
+na widok zdradzanej kobiety.
+
+-- Siedź spokojnie! -- wyrzekł -- to... szwaczka mojej żony!...
+
+Kareta ruszyła wreszcie z miejsca, obryzgując błotem stojącą wciąż
+na chodniku kobietę.
+
+Ona patrzyła jeszcze długą chwilę, zdumiona, przerażona --
+powtarzając cichutko:
+
+-- Koteczek? koteczek?
+
+ * * * * *
+
+Lampka przed Matką Boską dopalała się prawie, a nikt nie myślał
+o dolaniu oliwy.
+
+Cicho było bardzo w sypialnym pokoiku. Obadwa łóżka małżeńskie były
+próżne, choć już druga wybiła na kuchennym zegarze.
+
+Józia, bosa i w koszuli, siedziała skulona na oknie, czekając na
+powrót męża.
+
+Była bardzo wzburzona, niespokojna, smutna. Wszakże to wracając od
+fanciarki dostrzegła w karecie obok jakiejś ładnej kobiety
+mężczyznę -- tak bardzo podobnego do koteczka!
+
+Lecz cóżby jej koteczek robił w karecie, o tej porze, i to jeszcze
+z jakąś damą?... A może to dyrektorowa biura spotkała go i wzięła
+na przechadzkę...
+
+Szukała teraz w swej biednej głowie rozmaitych kombinacyj,
+potykając się co chwila o jakąś myśl zbyt trudną...
+
+Nie -- stanowczo, zrozumieć tego nie mogła.
+
+By mąż ją zdradzał -- nie przyszło jej nawet przez głowę, jej
+koteczek, zkądże znowu?
+
+Zanadto czystą, niewinną była w swym zastoju moralnym;
+zdradzać? -- tak!... tak! to istnieje w książkach, na
+scenie -- ale w życiu!...
+
+Gdy wróciła od fanciarki, policzyła bieliznę, pocerowała skarpetki,
+zrobiła rachunek ze służącą, zadysponowała obiad, a teraz,
+posławszy łóżka, usiadła w oknie, czekając na męża.
+
+Noc zapadła, noc ciemna, wietrzna, chłodna. Z zacienionego
+dziedzińca, po zamknięciu bramy, wzbił się w górę silny zaduch
+wylewanych przez dzień cały nieczystości.
+
+Ona -- otworzyła lufcik i przechyliła swą biedną, znękaną głowę.
+Smrodliwe powietrze owiało ją. Ona -- nie czuła tego zaduchu,
+przyzwyczajona do tej atmosfery, którą wciągała w siebie nocami
+całemi. Przechyliła głowę i patrzyła wciąż w czarną przepaść
+podwórka.
+
+Czekała.
+
+Lecz on nie powracał, rozkoszując się w tej chwili wonią
+rozkwitłego bzu w podmiejskim ogrodzie i ciepłemi wargami kochanki,
+z których zbierał krople wina i słodycz kompotowego syropu.
+
+Siedzącej w lufciku kobiecie wiatr rozwiewał rzadkie włosy i ziębił
+plecy. Ona -- skurczyła się jeszcze bardziej, podsuwając pod siebie
+chude, zżółkłe nogi.
+
+Jeść się jej chciało, obejrzała się na kredensową szafkę
+majaczącą w półcieniu. Była tam wprawdzie pieczeń pozostała
+z obiadu, ale koteczek dysponował barszczyk na jutrzejszy obiad,
+z pieczeni będą uszka... nie można więc poruszyć, nie można!...
+
+Józia zwinęła się teraz prawie w kłębek i głowę smutnie zwiesiła.
+
+Jakoś jej tak smutno! tak bardzo, bardzo smutno, jak nigdy nie
+było!
+
+Dlaczego?
+
+Wszak on wraca tak codziennie, wraca późno a ona czeka nań i zimą
+i latem skurczona przy szybie, pełna niewytłomaczonej chęci ujrzenia
+go powracającego.
+
+Zegary miejskie biją w pół do trzeciej.
+
+Na twarzy Józi płyną dwie wielkie, gorące łzy -- zamiast serca,
+czuje że jej się otwiera rana... rana ta piecze, boli, pali jakby
+zarzewie... A wynędzniałe usta szepczą:
+
+-- Boże!... niech koteczek wróci!...
+
+Jej koteczek.
+
+
+
+
+III.
+
+=Kozioł ofiarny.=
+
+
+Pan Wentzel zmarszczył brwi i położył kanciastą linię obok siebie.
+
+-- Proszę o spokój! -- wyrzekł ochrypłym głosem.
+
+-- Oko brandeburskie! -- odpowiedział natychmiast Julusiek.
+
+-- Z perską źrenicą! -- dorzucił Maryan, pakując ręce w kieszenie
+od spodni.
+
+Pan Wentzel podniósł swą spiczastą głowę, pokrytą najeżonym włosem
+i spojrzał na porozkładane na krzesłach dzieci.
+
+-- Proszę o spokój! -- powtórzył a wargi wybladłych ust drżały mu
+jak w febrze.
+
+-- Patrzcie!... panu „Wentzlemu” spuchła z lewej strony
+twarz -- zawołał Julusiek, mrużąc powieki.
+
+-- To od tych papierosów, które pokryjemu pali a nam nawet
+zaciągnąć się nie da -- odparł flegmatycznie Maryan, obserwując
+z ironią wychudłe policzki nauczyciela.
+
+Panu Wentzlowi krew uderzyła do głowy.
+
+-- Nie palę papierosów -- wyrzekł energicznie -- nie wmawiajcie we
+mnie złych czynów, które sami spełniacie.
+
+Julusiek wzruszył ramionami. Maryan wpakował ręce jeszcze głębiej
+w kieszenie.
+
+-- Nie palisz pan? -- zapytał, wydymając czerwone i pełne
+policzki -- phi!... to taka prawda, jak to, że pan atramentem
+dziur w butach sobie nie czernisz... Zaprzecz pan temu!
+
+-- Zaprzecz pan temu! -- zaskrzeczał jak mały psiak Julusiek
+i w ekstazie tryumfu usiadł na stole, gdy tymczasem Maryan wciąż
+kołysał się na krześle, patrząc z pod oka na nauczyciela.
+
+Pan Wentzel był przybity.
+
+Rzeczywiście, nie dalej jak wczoraj, smarował rano bielące się
+wśród czarnej skóry butów skarpetki... smarował atramentem, aby nie
+przeświecały zanadto, gdy wejdzie do sali jadalnej lub salonu.
+
+Milcząc, ujął w rękę jedną z ciemno oprawnych książek, których
+stosy leżały na stole.
+
+-- Zacznijmy wykłady od „Historyi świętej” -- wyrzekł cichym
+głosem.
+
+Lecz Julusiek pragnął nasycić się swym tryumfem i cały wlazł na
+stół, strącając zabłoconemi nogami książki i zeszyty na ziemię.
+
+-- Wziąłeś pan patyk... o! taki... umaczałeś pan w atramencie
+i smarowałeś pan buty...
+
+Pan Wentzel pobladł jeszcze bardziej.
+
+-- Proszę zleźć ze stołu i usiąść przyzwoicie, inaczej przerwę
+lekcyę...
+
+-- Wielka będzie szkoda... -- mruknął Maryan.
+
+Julusiek odsunął się trochę i podwinął nogi pod siebie.
+
+-- Jedź pan -- wyrzekł -- mnie to nie przeszkadza, ja i tak mogę
+pańskiego bajdurzenia słuchać.
+
+Pan Wentzel otworzył książkę i powoli zaczął przewracać kartki
+ozdobione rycinami.
+
+-- Skończyliśmy na Samsonie i ucięciu włosów -- zaczął połykając
+ślinę -- wiecie, że uczyniła to Dalila i...
+
+Na twarzach chłopców pojawił się dziwny wyraz.
+
+-- Musiała to być szykowna kobieta -- mruknął Julusiek, uśmiechając
+się rozkosznie. -- Prawda, Maryan?
+
+Lecz Maryan zwrócił się teraz ku panu Wentzlowi i patrząc wprost na
+twarz nauczyciela zapytał:
+
+-- Jak pan sądzi? brunetka była? co?...
+
+-- Nie wiem! -- odparł nauczyciel.
+
+-- Daj pokój, Maryanie! -- wrzasnął Julusiek -- albo on się zna na
+tem.
+
+-- Hm!... -- odrzekł Maryan -- jest przecież mężczyzną.
+
+-- E! taki tam! -- Boże się zmiłuj!....
+
+Pan Wentzel zerwał się z miejsca.
+
+-- Cicho! -- krzyknął, uderzając książką o stół -- cicho!... bo....
+
+Głos mu uwiązł w gardle.
+
+Maryan i Julusiek, mrużąc oczy, przypatrywali mu się impertynencko.
+
+Tyle ironii mieściło się w wyrazie twarzy tych przedwcześnie
+rozwiniętych dzieci że nauczyciel najczęściej czuł swą sztuczną
+energię jakby zmrożoną i w głębi serca doznawał dziwnego
+ściśnienia, które mu dotkliwy ból sprawiało. Czuł swą bezsilność
+i milknął, połykając łzy i upokorzenie.
+
+Tych dwóch malców w kraciastych kurtkach, nie dorastających mu do
+pasa, tyranizowało go i kark mu do ziemi chyliło.
+
+Cóż począć miał?
+
+Podszedł do okna i machinalnie otworzył lufcik. Świeże, wiosenne
+powietrze wpłynęło nagle do pokoju...
+
+Wentzel cofnął się od okna, jakby nagle upojony.
+
+Przymknął oczy i stał tak blady, nędzny w smudze świetlanej, która
+kładła żółte i białe tony na twarz jego znędzniałą.
+
+-- Moźebyś pan kończył lekcyę!... -- odezwał się nagle Maryan,
+znudzony milczeniem nauczyciela.
+
+-- To się wie -- dorzucił Julusiek -- pan zbijasz bąki jak jaki
+radca. Nic pan w lufciku nie wystoisz! Jeszcze panu oko spuchnie!
+
+Pan Wentzel powoli odwrócił się i zbliżył do stołu. Na twarzy jego
+malowała się smutna rezygnacya. Usiadł na krześle i unikając
+spojrzenia w twarze chłopców, rozpoczął wykład:
+
+-- Wiecie, że Samson był bardzo silny, wiecie, że gdy oparł się
+o kolumny świątyni, ramionami wstrząsnął, kolumny w gruzy się
+rozsypały i dach cały runął....
+
+-- Albo to prawda -- przerwał Julusiek, uśmiechając się
+sceptycznie.
+
+Maryan poprzestał na ironicznem wzruszeniu ramionami.
+
+Pan Wentzel ciągnął dalej:
+
+-- Dach cały runął, przygniatając zgromadzone tłumy. W ten sposób
+więc nieprzyjaciele Samsona...
+
+-- E! to taka prawda jak to, że Ewa jabłko zjadła... -- przerwał
+znów Julusiek.
+
+-- Pokonani zostali... -- brzmiał głos nauczyciela.
+
+Teraz Maryan poruszył się na krześle.
+
+-- A Adam ogryzkiem się udławił.... -- wyrzekł śpiewającym głosem.
+
+I gdyby nie Dalila, która...
+
+Lecz już słowa pana Wentzla brzmiały jedynie chyba dla niego
+samego. Dzieci podbudzone w swej przekornej wesołości, jak piłkę
+odrzucały sobie wzajemnie, legendy podawane im przez nauczycieli za
+fakta. Dla nich, dla tych rozbudzonych przedwcześnie umysłów nie
+istniał już żaden urok naiwnej wiary -- ze śmiechem i drwinami
+szarpali treść Pisma, nie mogąc jeszcze zrozumieć przenośni.
+
+Pod gradem tych słów wyziewanych przez drobne dziecięce usta, które
+zda się stworzone były do szeptania modlitwy -- pan Wentzel
+siedział przybity, bezsilny -- z głową na piersi zwieszoną.
+Codziennie powtarzało się to samo.
+
+Codziennie nauczyciel i jego słowa były przedmiotem szyderstw,
+żartów i śmiechu.
+
+Julusiek leżał teraz już na stole, wywijając z radości nogami,
+Maryan napawał się spokojnym tryumfem i pełen nieopisanej błogości
+wydymał usta do niebywałych rozmiarów.
+
+-- Jak tam było z tym Noem? Opowiedz pan, panie Wentzel!
+
+-- Albo z tym Dawidem!
+
+-- A Zuzanna? co?...
+
+Płomienie przebiegły zmysłową twarz Maryana.
+
+-- Tak! tak!... Zuzanna!... to pyszny kawał!...
+
+I nagle, ni ztąd ni zowąd, rozlega się z piersi dzieci wrzaskliwy
+śpiew:
+
+ „Hopsztynder!.. Madaliński
+ Fiuta!... Z kopyta!...
+ Szara ciuch, ciuch! tańczy sobie
+ Z Barabaszem mazura!...”
+
+-- Proszę o spokój!... -- jęczy błagalnie pan Wentzel.
+
+ „Hej kolęda!... kolęda!...
+ Podobał się Jewie! jeździ na cholewie
+ A boso go znać!... znać!... znać!...”
+
+Pan Wentzel głowę ukrył w dłonie.
+
+ „A boso go znać!...”
+
+Lecz nagle drzwi się otwierają, i dwie postacie kobiece ukazują się
+w progu.
+
+-- Co się to dzieje? -- pyta pani domu, chuda, płaska
+blondynka -- nosząca na schylonych ramionach fałdziste
+szaty wdowie.
+
+-- C'est atroce! -- odzywa się druga, odpinająca żwawo guziki
+zniszczonego płaszczyka.
+
+-- Panie Wentzel, jak pan możesz pozwolić na coś podobnego?!
+
+Pan Wentzel powstał już z krzesła i w milczeniu układa książki
+i zeszyty. Czuje, że wszystko, co powie na swoje usprawiedliwienie,
+na nic się nie przyda.
+
+W przekonaniu matki -- „dzieci” są trochę rozpuszczone... ale
+ostatecznie można na nich lekarstwo znaleźć i do posłuszeństwa
+doprowadzić.
+
+Wprawdzie ona sama nigdy dokazać tej sztuki nie mogła, ale...
+przecież... pan Wentzel jest mężczyzną! Powinien umieć nakazać
+szacunek dla swoich słów i osoby.
+
+Więc -- słodko-kwaśnym głosem mówi to wszystko a słowa jej jak
+uderzenia bicza smagają zbolałą głowę nauczyciela.
+
+Tak! tak!... pani ma zapewne racyę -- każdy inny na jego miejscu
+poradziłby sobie z pewnością, tylko on! on! nie wie, nie umie
+poskromić swych uczniów, nakazać ciszę i potrzebny spokój.
+
+-- Uważasz pan... -- ciągnie dalej pani Szymczyńska a głos jej
+płynie łagodnie, jak szmer strumyka -- Julusiek i Maryan są dzieci
+wyjątkowe, należy więc z niemi postępować w wyjątkowy sposób.
+Tymczasem pan!
+
+Wyjątkowe dzieci z niezrównaną ironią spoglądają na pana Wentzla,
+który zmieszany, drżący, spłoniony -- szorując nogami po podłodze,
+ustępuje przy stole miejsca guwernantce, która, wytarty płaszczyk
+ostrożnie na łóżku Julusia złożywszy, przystępuje do krzesła
+z bardzo wojowniczą miną.
+
+Matka tymczasem zachwyconym wzrokiem ogarnia pełne policzki
+Maryana i żółtą głowę Juluśka, który zdecydował się wreszcie
+zsunąć ze stołu i usiąść na poręczy krzesła.
+
+-- Tak! tak! wyjątkowe dzieci! -- powtarza machinalnie a po
+bladych jej ustach przebiega uśmiech zadowolonej macierzyńskiej
+próżności.
+
+Pan Wentzel pochyla pokornie głowę i odwróciwszy się, drżącemi
+rękami szuka w pudełku zastępującem mu szafę, czystej chustki
+i swej wytartej portmonetki. Pudełko to stoi pod jego łóżkiem,
+biednem, smutnem posłaniem opuszczonego wyrobnika, narzuconem dla
+decorum szafirową kapą, stanowiącą własność pani domu, którą
+skromny kocyk biednego chłopca raził i harmonię przyzwoitego
+umeblowania dziecinnego pokoju psuł zupełnie.
+
+W pudełku, pan Wentzel -- nie znajduje chustki, ale za to
+wydostaje zdechłą mysz, uczepioną przy zameczku portmonetki,
+w której kilka miedziaków się kołacze. Jest to sprawka
+„wyjątkowych” dzieci, które duszą się ze śmiechu na widok
+bladości, pokrywającej nagle twarz pana Wentzla.
+
+Wiedzą o tem, że p. Wentzel boi się konwulsyjnie myszy i udanie się
+rozkosznego figla -- uczuciem błogości napełnia ich serduszka.
+
+Lecz siedząca przy stole francuzka marszczy brwi i groźnie
+podniósłszy rękę do góry, woła ochrypłym głosem:
+
+-- Attention, sales gamins! ou je vais vous ficher des claques!
+
+Chłopcy milkną i kołyszą się na krzesłach z mniejszym niż zwykle
+zapałem. Matka zaś przesyła dyskretny półuśmiech w stronę
+francuzki, która prześlicznym żargonem z Montmartre -- rozpoczyna
+wykład greckiej mitologii.
+
+I powoli fałdzista suknia matki -- wdowy znika we drzwiach, z po za
+których dolatuje wystukiwane na fortepianie jakieś „Réverie”
+Aschera.
+
+Pan Wentzel tymczasem szamocze się ze zdechłą myszą, starając się
+odczepić ją od portmonetki. Pot pokrywa mu skronie, wyraz wstrętu
+maluje się w jego smutnych, wielkich oczach.
+
+Trwa to długą chwilę -- dzieci ciągle z pod oka obserwują
+nauczyciela, tryumfując wewnętrznie.
+
+Wreszcie Julusiek dłużej wytrzymać nie jest w stanie.
+
+-- To ci pan Wentzel zdeseniał!... -- woła, podrywając się na
+krześle.
+
+-- Jak karaluch w tataraku!... -- dorzuca śpiewająco Maryan.
+
+Lecz francuzka uderzeniem pięści w stół, przerywa wybuchy radości
+miłych chłopczyków.
+
+-- Taisez vous tas des salauds! -- I nagle, sięgając do bocznej
+kieszeni sukni, wydobywa dość duży rewolwer, którego otwory
+pozaklejane są umiejętnie kulkami z chleba.
+
+-- Na! -- mówi, kładąc rewolwer na stole -- j'espère, que vous
+allez vous tenir tranquilles... autrement -- je tire!...
+
+I dalej ciągnęła wykład przy wzorowej ciszy ze strony obu chłopców,
+po których twarzach przemknął nawet cień szacunku.
+
+Pan Wentzel tymczasem uporał się z myszą i wziąwszy ze stolika
+wytarty i zrudziały kapelusz, gotował się do wyjścia. Z rodzajem
+zazdrości spojrzał na zniszczoną twarz francuzki i na leżący na
+stole rewolwer.
+
+Tak! widocznie inni ludzie posiadali dar wpływania dodatnio na
+te... wyjątkowe dzieci -- on, jeden tylko nie, on jeden!...
+
+Stłumiwszy westchnienie, ujął cicho za klamkę i wysunął się
+z pokoju.
+
+-- Junon dévorée par la jalousie, épiait Jupiter... -- mówiła
+francuzka, wykrzywiając przytem swą twarz nakształt maski
+klowna -- et Jupiter aimait Jo... -- ochrypłym głosem.
+
+Zagłębiła się teraz w miłostki Jowisza z całą lubością
+bulwarówki; po jej ustach igrał od czasu do czasu uśmiech
+a ręka machinalnie poprawiała rzadką na czole grzywkę.
+
+Julusiek, trochę znudzony, gonił czasami migające po suficie
+słoneczne plamy i usiłował zwinąć język w łuk, zwany „klops”.
+Tylko Maryan, zasłuchany w słowa francuzki, ślizgał się wzrokiem
+po jej piersi rysującej się dość wyraźnie pod opiętym stanikiem.
+
+Patrzył, oczy mrużył i usta wydymał...
+
+ * * * * *
+
+-- Chwilkę, panie Wentzel, proszę tylko o krótką chwilkę!...
+
+I Ewelinka, powstawszy od fortepianu, potrząsnęła głową ubraną
+w całe pęki loków.
+
+-- Gdzie pan uciekasz? Nigdy niemasz czasu... a ja tu sama tak
+siedzę!...
+
+Ostatnie słowa podkreśliła znacząco powłóczystem spojrzeniem.
+
+Pod wpływem tego spojrzenia pan Wentzel pobladł jeszcze bardziej,
+niż na widok myszy.
+
+O! gdyby wiedział, że Ewelinka obecnie „marzy” w salonie
+i fortepian... „gniecie”, jak mówił Julusiek -- byłby z pewnością
+umknął przez kuchnię, choć i tam kucharka witała go niedwuznacznem
+mruczeniem i dowodzeniem, że „rosół się jej utrzęsie w garnku,
+skoro choroba pana Wentzla _bez_ kuchnię niesie”...
+
+Lecz pan Wentzel stokroć wolałby już narazić się na gniew kucharki,
+niż poddać się magnetycznym spojrzeniom Ewelinki, dopełniającej
+w ten sposób pensyjnej edukacyi i probującej siły swych wdzięków na
+nieszczęsnym nauczycielu swych braci.
+
+-- Zagram panu Aschera... -- wyrzekła, sznurując dość duże
+usta -- przewracaj mi pan kartki...
+
+Pan Wentzel rozpaczliwie zaczął przestępować z nogi na nogę.
+
+-- Chcę iść... na pocztę -- wyjąkał cichym głosem.
+
+-- Poczta nie ucieknie -- szeptała panna, przechylając się w łuk,
+dla uwydatnienia wypukłości bioder -- a wreszcie, ja proszę!...
+
+Ostatniemu słowu towarzyszyło znów wymowne spojrzenie.
+
+W chorej piersi pana Wentzla serce zabiło gwałtownie, krew uderzyła
+mu do głowy i czerwonym płomieniem oczy zasłoniła.
+
+Ewelinka uśmiechała się zadowolona. Chciała doświadczyć czy
+„powłóczyste” spojrzenie „działa” i przekonała się, że
+istotnie jest to dobry lep i niekosztujący zbyt wiele zachodu.
+
+Lecz podbudzona w swych doświadczeniach kokieteryjnych, pragnie
+dalej prowadzić rozpoczęte dzieło.
+
+-- Pan mnie unika, panie Wentzel -- zaczyna znowu, grając dość
+fałszywie „nokturno” -- pan mnie unika, o! ja to czuję!...
+
+Pan Wentzel nie śmie zaprzeczyć. Stoi jak słup soli, zaciskając
+konwulsyjnie pięści. W gardle czuje dławienie, usta mu drżą
+nerwowo.
+
+Tymczasem dziewczyna przechyla głowę i mrużąc lekko oczy, wpatruje
+się w swą ofiarę.
+
+-- Pan odemnie ucieka, a ja cierpię!...
+
+„Nokturn” rozpływa się w przyciszonym akordzie. Ewelinka
+z wdziękiem opiera głowę o pulpit i pozostaje w tej pozie chwil
+kilka, żałując, że nie może widzieć samej siebie i ocenić w całej
+malowniczości sytuacyę, w której się znajduje.
+
+Pan Wentzel tymczasem mieni się na twarzy wszystkiemi kolorami
+tęczy.
+
+Boże mój! ona... przez niego cierpi, a on stoi jak wkuty w dywan,
+nie mając siły, aby powiedzieć słowo na swoje usprawiedliwienie!...
+
+Ewelinka obserwuje go z pod oka.
+
+Cieszy się serdecznie rozpaczą wyrytą na chudej twarzy chłopaka.
+
+Cierpi! mężczyzna cierpi z jej powodu!
+
+O radości!
+
+Nie wie jednak jak wybrnąć z tej sytuacyi. Czy, podawszy rękę,
+zmusić go do uklęknięcia, czy oddalić się, jak „senne zjawisko”,
+pozostawiając po sobie „szmer jedwabnej szaty”...
+
+Wybiera to drugie, odkładając tryumf zupełny na później i zerwawszy
+się z wdziękiem z taburetu, przebiega salon z szelestem świeżych
+spódniczek a odwróciwszy się na progu rzuca osłupiałemu Wentzlowi
+dwa słowa:
+
+-- Do wieczora!...
+
+Lecz scena ta ma świadka w osobie matki-wdowy, która suwa się jak
+cień po całem mieszkaniu, udając gorliwe wypełnianie swych
+obowiązków.
+
+Przed wrytym w ziemię Wentzlem zjawia się teraz nagle surowa,
+sztywna, pełna godności.
+
+-- Co pan tu robisz, panie Wentzel? -- pyta majestatycznie --
+proszę się nie zapominać! nie za-po-mi-nać!....
+
+I odwraca się, jakby z jednej sztuki wykuta, owijając nogi
+nieszczęsnego nauczyciela w fałdy swej długiej szaty.
+
+Pan Wentzel skłania się nizko i cofa się tyłem w stronę
+przedpokoju. Otwierając drzwi, słyszy brzęk szkła i odwróciwszy
+się, dostrzega Justysię, pokojówkę, strącającą szczotką
+pogruchotane kinkiety.
+
+-- Wszystko przez pana -- mruczy pokojówka -- szarpnąłeś pan
+drzwiami, że się we mnie wszystko zatrzęsło...
+
+Pan Wentzel na palcach sunie przez przedpokój.
+
+-- Czysto jak zmora, albo hałasuje, albo milczkiem lezie...
+
+Pan Wentzel przy drzwiach prowadzących na schody podnosi zasuwkę
+i ujmuje klamkę.
+
+Justysia oparta na szczotce, patrzy z pogardą na jego wytarty
+surducik i wązkie ramiona.
+
+-- To ci mężczyzna! -- szepcze, pociągając nosem. -- Ni do Boga ni
+do ludzi...
+
+Pan Wentzel gorączkowo zaczyna zbiegać po schodach.
+
+Tymczasem w pokoju Ewelinki cicho odbywa się scena. Pani
+Szymczyńska uznaje za stosowne przestrzedz córkę przed
+niebezpieczeństwem, na jakie się naraża, pozostając sam na sam
+z mężczyzną.
+
+Lecz Ewelinka smaruje sobie nos kremem Simona i pogardliwie wzrusza
+ramionami.
+
+-- Z jakim mężczyzną mnie widziałaś? -- pyta, odymając usta.
+
+-- Z panem Wentzlem!...
+
+-- A!...
+
+-- No... zaprzeczysz temu, że nie byłaś z nim przed chwilą...
+w salonie -- mówi, jąkając się matka, której zimna krew Ewelinki
+i jej wzgardliwe miny prawie od chwili urodzenia córki imponują
+i pewność siebie odbierają.
+
+Ewelinka teraz pudrem Simona bieli się na potęgę.
+
+-- Byłam... -- odpowiada wreszcie -- byłam, ale taki p. Wentzel
+przecież się nie liczy...
+
+-- Przecież jest mężczyzną...
+
+Ewelinka spojrzała na matkę z litością.
+
+-- Mężczyzną?... to nędzna imitacya -- nie żaden mężczyzna!...
+
+I poszła odwijać z cienkich obsłonek mydło Simona, mające własność
+„udelikatnienia naskórka”.
+
+ * * * * *
+
+„I ftobie jednym czała nasza nadzieja, synu najmilszy, com cię
+własnemi piersiami wy karmiła i sboleniem sercowem wyhodowała”...
+
+Pan Wentzel rękę przesunął po oczach, bo jakaś mgła wilgotna
+źrenice mu przysłaniać poczęła. Ten kawałek grubego, ordynarnego
+papieru, zakreślony krzywem i niewprawnem pismem, szarpie mu duszę
+na kawałki.
+
+Odebrał przed chwilą z poczty ten list od matki, ubogiej
+sklepikarki w małej podgórskiej mieścinie, gdzie i on spędził swe
+dziecinne lata. Gdy listy przychodziły dawniej do domu pani
+Szymczyńskiej -- „wyjątkowe” dzieci na dobrze bawiły się
+„koszlonami”, z jakich złożony był adres.
+
+Od pewnego więc czasu pan Wentzel odbiera listy matki z biura
+pocztowego i siada w małym ogródku, otaczającym gmach pocztowy, dla
+odczytania i odcyfrowania hieroglifów, z jakich się zwykle listy te
+składają.
+
+I teraz siedzi na wilgotnej ławce, tuż pod krzakiem bzu, który
+dopiero pączki wypuszczać zaczyna. Dokoła, kilka chudych drzewek
+wznosi swe bezlistne gałęzie, pies jakiś błąka się po trawnikach,
+grzebiąc łapami w czarnej ziemi, poprzecinanej wązkiemi paskami
+zieloności.
+
+W powietrzu unosi się ciepła wilgoć, która piersi smutkiem tłoczy
+i moc wspomnień nasuwa. Pan Wentzel raz jeszcze powoli list
+przeczytał, poczem pochyliwszy na piersi głowę myśleć począł.
+
+W nim jednym cała nadzieja!
+
+Cała nadzieja tych dwojga starców zgiętych od pracy, nędzy
+i smutku! Jak w tęczę, tak patrzą w niego ci rodzice, którzy,
+odmawiając sobie kawałka mięsa, chwili spoczynku -- do szkół go
+wysłali i teraz czekają plonów z tej mozolnej, ciężkiej pracy.
+
+On wie, on to czuje, że jemu ustawać w pracy niewolno, że wszystko,
+co znosi w domu pani Szymczyńskiej nadal znosić powinien, bo kąt,
+w którym stoi łóżko jego, ma dach nad głową, bo łyżka strawy,
+która mu nieraz przez ściśnięte gardło przejść nie może -- trzyma
+go przy życiu -- jego i tamtych dwoje!...
+
+I widzi ich w czarnej jamie sklepika pomiędzy workami kartofli,
+beczką nafty, pękami drzazg, widzi ich schylone postacie, słyszy
+kaszel ojca, stękanie matki; woń stęchlizny i wilgoci owiewa do
+koła...
+
+Biedni! biedni starzy!...
+
+Lecz on? On sam, czyż nie cierpi, czyż te upokorzenia, te tortury,
+które codziennie z Julusiem i Maryanem przebywa, te noce spędzane
+bezsennie nad książką, te ranki, wśród których znużone ciało domaga
+się chwilki snu, te zaparcia się wszelkich uciech młodości,
+uśmiechów, swobodniejszej myśli!... czyż to się zliczyć daje?
+
+Zresztą, dość spojrzeć na niego, gdy tak siedzi nędzny i blady,
+w jasnych promieniach wiosennego słońca. Twarz ma żółtawą
+z zielonawym, prawie trupim na skroniach odcieniem, piersi wklęsłe,
+plecy wypukłe, nogi wychudłe.
+
+Jest brzydki, nędzny, śmieszny -- wie o tem, czuje to i jest bardzo
+nieszczęśliwym.
+
+A jeszcze w dodatku serce mu bije gwałtownie i coś się przed nim
+majaczy, jakiś uśmiech dziewczyny, jakiś akord „nokturna”
+zasłyszanego przed chwilą...
+
+Wszystko to gnębi go i dręczy nad wyraz.
+
+Ciasna klatka piersiowa niemoże pomieścić tylu wrażeń, które razem
+z ciepłą wonią wiosenną do jego piersi się cisną.
+
+Coś go dławi w gardle, oddech mu tamuje. O! ta wiosna!... czyż ona
+istnieć powinna dla takich, jak pan Wentzel, nędzarzy?!...
+
+Pies, plączący się po trawniku, zbliżył się teraz do ławki i przed
+nogami Wentzla przesuwać się począł.
+
+Był tak jak i Wentzel nędzny, wychudły i oddychał ciężko.
+
+Chłopiec nachylił się nad zwierzęciem i brudne jego kudły
+delikatnie gładzić począł.
+
+Bezdomne zwierzę oparło łeb o kolana człowieka, wpatrzyło się
+w bladą twarz, pochyloną nad niem i nagle, przeciągle zawyło.
+
+Wówczas z ciemnych, smutnych oczów pana Wentzla stoczyły się dwie,
+wielkie łzy...
+
+ * * * * *
+
+Gdy „wyjątkowe” dzieci weszły do salonu wraz ze swoim nauczycielem,
+kilkanaście osób na wzór manekinów zapełniało fotele i kozetki. Był
+to jour fixe i pani Szymczyńska uważałaby sobie za straszne
+uchybienie, gdyby przynajmniej ze sześć brzydkich, jak noc, panien,
+takaż ilość wychudłych mężczyzn i odpowiednia liczba mam, nie
+wynudziła się wśród ścian jej salonu.
+
+Pan Wentzel wprowadzał zwykle swych uczniów, drżąc na myśl
+wystawienia na światło licznych kandelabrów, wyplamionego tużurka
+i gumowych kołnierzyków.
+
+Była to dla niego najcięższa chwila w całym tygodniu.
+
+Zwykle Maryan i Julusiek, ukłoniwszy się gościom, zwracali się
+z dowcipnemi uwagami w stronę swego kozła ofiarnego.
+
+Lecz dziś pan Wentzel był stokroć więcej zmieszany niż zwykle.
+List matki, poranne przejście z panią domu a wreszcie scena
+z Ewelinką -- odbierały mu resztę przytomności.
+
+Ewelinka w gronie panien rozpoczęła właśnie zajmującą rozmowę
+o emancypacyi kobiet, pragnąc ją oprzeć na całkiem nowym gruncie, bo
+na darwinowskiej przemianie gatunków. Ewelinka lubiła popisywać się
+ze swą „głęboką wiedzą”, nie zaniedbując przytem powłóczystych
+spojrzeń.
+
+Wypróbowała je rano na panu Wentzlu, była więc pewną swego i gradem
+ognistych spojrzeń obsypywała młodziuchnego blondynka, który jak
+wiśnia rumienił się i obrywał guziki u rękawiczek. Pan Wentzel,
+wciśnięty w kąt, stał, opierając się plecami o ścianę.
+
+Po nad nim, płonęły świece kinkietu i oblewały go złotawym blaskiem
+i kroplami stearyny. Maryan zajął jedno z lepszych miejsc, tuż obok
+dobrze wydekoltowanej mężatki i włożywszy ręce w kieszenie, patrzył
+i usta wydymał.
+
+Julusiek zatrzymał się chwilę przed panem Wentzlem.
+
+-- Cóż pan tak tkwi koło ściany? -- Niemoże pan usiąść?...
+
+Pan Wentzel obejrzał się za fotelem, czując, że parę osób zwraca na
+niego uwagę.
+
+W pobliżu właśnie stał wspaniały fotel obrzucony makatą.
+
+Pan Wentzel osunął się na niego machinalnie.
+
+Julusiek wzruszył ramionami.
+
+-- Na fotelu? -- zaskrzeczał, podskakując na jednej nodze -- jak
+jaki obywatel?... niemożesz pan na krześle?...
+
+Osoby siedzące bliżej zaczęły się uśmiechać.
+
+Julusiek uczuł, że odnosi sukces i podniósł głowę z prawdziwym
+tryumfem.
+
+Pan Wentzel zacisnął usta i nie śmiał oczów oderwać od ziemi.
+
+Wniesiono herbatę.
+
+Julusiek porwał z tacy filiżankę i zbliżył się z nią do
+nauczyciela.
+
+-- Napij się pan herbaty! -- mówił, pakując się na kolana
+Wentzlowi -- wyglądasz pan jak śmierć angielska... pij pan...
+
+I potrącił filiżankę, wylewając gorący płyn na ręce i tużurek
+Wentzla.
+
+-- Potem powiedzą, żeś się pan u nas zagłodził... -- dodał,
+wykrzywiając się jak stary pajac.
+
+Pan Wentzel ujął filiżankę i oglądał się za łyżeczką.
+
+-- Czego pan szuka?...
+
+-- Łyżeczki!
+
+-- A to po co?
+
+-- Zamieszać!
+
+-- A niemożesz pan palcem?...
+
+I zlazłszy z kolan nauczyciela, „wyjątkowe” dziecię zmieszało się
+z tłumem gości, depcząc po jedwabnych trenach dam i lakierkach
+mężczyzn.
+
+Pan Wentzel pozostał w swoim kąciku z filiżanką herbaty w ręku.
+
+Przed nim jakaś tęga brunetka prezentowała swą pełną szyję
+w oświetleniu płynącem z góry. Jej obnażone ramiona, fałda ciała na
+karku, fałda pełna tajemniczego cienia, mieszała pana Wentzla
+i napełniała jakąś bojaźnią. Sam nędzny i chudy lękał się dobrze
+rozwiniętego kobiecego ciała.
+
+Zapach, wydzielający się z sukien brunetki, odurzał go do reszty.
+
+Przytem głos Ewelinki, donośny, trochę nosowy, jej śmiech nerwowy,
+nadto dobrze „ułożonej” panny, wstrząsał mu serce.
+
+Uczuł się blizkim zemdlenia.
+
+Nagle, z tego pół snu zbudził go skrzeczący głos Juluśka.
+
+-- Czyś się pan kiedy kochał?
+
+To wyjątkowe chłopię w ten sposób interpelowało rumianego
+blondynka, siedzącego obok Ewelinki. Mimowoli, rozmowy ucichły.
+Julusiek miał własność śmieszenia całego towarzystwa, oczekiwano
+więc na coś bardzo dowcipnego.
+
+Malec uczuł się panem sytuacyi.
+
+Potrząsnął żółtą czupryną i rozstawił szeroko nogi.
+
+-- No! powiedz pan, czyś już się kochał?...
+
+-- Nie... -- wybąknął blondynek -- jestem jeszcze zamłody...
+
+Julusiek szeroko otworzył oczy.
+
+-- Phi!... -- skrzeknął -- a pan Wentzel młodszy od pana a już się
+kocha...
+
+Wszystkie oczy zwróciły się teraz ku nauczycielowi, który otworzył
+usta, jakby chcąc coś powiedzieć, lecz głosu mu zabrakło.
+
+-- Jabym panu powiedział w kim -- ciągnął dalej Julusiek -- ale
+uprzedzam pana, że oni mnie zaraz za drzwi wyrzucą, bo ja prawdę
+powiem! O! Jewelinka i pan Wentzel, to się mają ku sobie...
+
+Purpurą oblała się twarz Ewelinki.
+
+-- Panie Wentzel! -- zawołała, drżąc cała ze złości -- proszę Julka
+wyprowadzić i zamknąć się z nim w dziecinnym pokoju...
+
+Pan Wentzel podniósł się, czepiając poręczy fotela.
+
+Żyły mu na skroniach nabiegły, wyglądał jak pijany.
+
+Chciał podejść do Juluśka, lecz malec szedł już ku drzwiom, dumny,
+zadowolony z uczynionego wrażenia, mrucząc ciągle:
+
+-- A co? Niemówiłem, że gdy powiem prawdę, to mnie za drzwi
+wyrzucą?!
+
+ * * * * *
+
+W dziecinnym pokoju pali się niewielka lampa, przysłonięta zielonym
+abażurem. Julusiek i Maryan zdaje się śpią spokojnie w swych
+łóżkach, ponakrywani stosem kołder i kołderek.
+
+Koło stołu siedzi pan Wentzel, kurcząc pod krzesło nogi
+w zaplamionych atramentem skarpetkach. Przed nim leżą nożyczki, gruba
+igła, motek nici i kilka guzików. Pan Wentzel zabrał się do łatania
+swej codziennej kurtki i jakoś mu idzie niesporo. Kłuje się
+w palce, ściegi daje monstrualnych rozmiarów. Miał zamiar sprawić
+sobie nową kurtkę na wiosnę, ale namyślił się -- zrobi inaczej.
+Pieniądze te pośle rodzicom, właśnie matka pisała, że sklepik nic
+nie przynosi, ojciec coraz słabszy...
+
+Pan Wentzel matce odpisał, guldeny w list włożył i teraz, szyjąc,
+spogląda z rozrzewnieniem na kopertę, która za dni parę
+w zczerniałych od pracy rękach matki będzie.
+
+I wśród tej ciszy nocnej, w wyobraźni swej widzi pomarszczoną twarz
+ojca, wybladłe lica matki, którzy z radością nad listem się pochylą
+i sylabizować literę po literze będą.
+
+Biedni! biedni starzy!...
+
+Pan Wentzel prawie uśmiechać się zaczyna. Na chwilę zapomina o swej
+nędzy, ciesząc się, że radość innym sprawia.
+
+Nagle, jakby na komendę, z dziecinnych łóżek podnoszą się dwie
+rozczochrane głowy i rozlega się wrzask, od którego pan Wentzel
+drżeć i blednąć poczyna.
+
+ „Hopsatynder Madaliński
+ Fiuta! z kopyta.
+ Szara ciach, ciach!.. tańczy sobie
+ Z Barabaszem mazura!
+ Ej kolęda!... kolęda!...”
+
+
+
+
+IV.
+
+=Kundel.=
+
+
+-- Cóż u dyabła starego? Dlaczegóż nie mam i ja zrobić
+karyery? -- zawołała Resia, ciskając obszarpaną książkę na ziemię.
+
+Zerwała się z obdartej sofy a pociągnąwszy falbaną szlafroka kawał
+sprężyny i pęk siana, poskoczyła ku oknu.
+
+Ładnie tam było na dworze, choć trochę jeszcze chłodno. Resia
+nieuczesaną głowę wytknęła przez okno a wiatr wiosenny rozwiewał
+jej kręte, czarne włosy. Ona od czasu do czasu dmucha silnie, chcąc
+odpędzić natrętne kosmyki, które kręciły się koło jej wybladłych
+warg lub czepiały się długich rzęs i wzrok zasłaniały.
+
+Była to jeszcze młoda dziewczyna, pysznie zbudowana, brudna
+i pokryta piegami. Stanowiła najwytworniejszy okaz wesołych cór
+miasta -- i odznaczała się szczytną głupotą, dobrem sercem
+i zamiłowaniem do pieczonej gęsi.
+
+Lubiła przytem pieniądze (była żydówką), nowe buciki, karmelki
+i zwykle w zimie, o szarej godzinie, piekła sobie na trzech
+patyczkach jabłka, kiwając się i mrucząc jakąś monotonną piosenkę.
+Umiała czytać, lecz za to nie umiała pisać, jadła chleb ze szmalcem
+na obiad a potem, nie umywszy rąk, nacierała się „chyprem”.
+
+Paliła papierosy i czesała się raz na tydzień, była antisemitką
+w całem słowa znaczeniu a na kwestyę emancypacyi kobiet nie
+zapatrywała się wcale.
+
+Dnie całe leżała na swej sofie, paląc papierosy, dopiero
+z nadejściem zmroku budziła się ze swej bezczynności.
+
+Wstawała wtedy, mrucząc i plując po kątach i szczoteczką od
+zębów czyściła buciki a bieliła twarz kredą w braku pudru.
+Potem -- usiadłszy przy oknie, czekała na... Kundla.
+
+ * * * * *
+
+Kundel ten był obecnie jej wielką miłością. Był to mały, potwornej
+brzydoty chłopak, syn jednego ze znaczniejszych urzędników miasta.
+Przysłowiowo brzydki, był dziwnym okazem jakiejś brutalnej
+zuchwałości i bezczelnej arogancyi, któremi w domowem zaciszu
+uzyskał słodkie miano... Kundla. Wielka jego głowa, pokryta
+rozwichrzoną, olbrzymią czupryną, miała kształt prawie
+czworograniasty; wyraz małych oczek i ust wydętych, obrosłych
+sterczącym, rudawym włosem, znamionował upór, przewrotny spryt
+i jakieś niczem nieukrócone zuchwalstwo. Trzymał zwykle ręce
+w kieszeniach od spodni i nosił małoruskie koszule, najczęściej
+rozpięte na piersiach. Mówił powoli, zacinając się na syczących
+spółgłoskach i miał zupełnie odrębny sposób wyrażania się, który
+trwogą przejmował słuchaczów.
+
+W domu był postrachem matki i sióstr, dwóch młodych dziewczynek
+słodkich i nieśmiałych, tulących się do kątów, gdy Kundel --
+podczas nieobecności ojca -- zjawiał się w salonie lub jadalni.
+Matka sama podnosiła ku niemu błagalnie oczy, w których nierzadko
+przewijała się łza..
+
+Lecz Kundel urągał wszystkiemu. Mówił że jest „wyższy nad świat
+cały” i rozwalając się na kanapie przetrawiał, ziewając, resztę
+nocnych pochulanek i pochłoniętego piwa. Zrodzony z rodziców
+szczytnie „bürgerskich” -- według jego słów własnych, niewiadomo
+zkąd rozwinął w sobie naturę nocnego włóczęgi i junakieryę bursza.
+Całe dnie włóczył się w przydeptanych pantoflach po czyściuchnych
+pokojach, wytrząsając popiół z fajki na dywany lub fotele. Gdy mu
+ktokolwiek zrobił jaką uwagę, odpowiadał chrapliwym głosem:
+
+-- Odsuń się, bo cię psom oddam na pożarcie a krwią twoją drzwi
+mego przedpokoju pomalować każę!
+
+Miał lat dwadzieścia i skończył dwie klasy. Nie było siły
+ludzkiej, któraby go skłoniła do powrotu do szkół. Uczył się
+„prywatnie” -- doprowadzając zwykle nauczycieli do rozpaczy, lub do
+dzielenia z nim nocnej rozpusty.
+
+Życie nie miało dlań już żadnych tajemnic, zakosztował wszystkiego
+i od lat pięciu czepiał się spódnic kobiecych, pełen przewrotnej
+żądzy, z której sobie doskonałą zdawał sprawę.
+
+Doszedłszy do lat piętnastu, był przeżytym i znudzonym starcem, gdy
+wracał do domu nad ranem, twarz jego miała odcień ziemisty a oczy
+czerwone i spuchłe.
+
+Ręce mu drżały, kąciki ust miał wiecznie zaślinione. Gdy siadał do
+obiadu, nieumyty, nieuczesany i wyciągał trzęsące się palce po wino
+lub cytrynę, cieszył się widocznie z nerwowego drżenia, które mu
+ramię targało.
+
+-- Łapcie mi się trzęsą! co? -- pytał, spoglądając tryumfalnie po
+obecnych, którzy, wzruszając ramionami, zdawali się zapominać
+o jego obecności.
+
+Przyzwyczajono się bowiem w domu do tego Kundla -- na wpół
+pijanego, uważającego jadalnię rodziców za przedłużenie lokalu
+knajpowego. Jeden tylko ojciec umiał poskromić tę ohydną
+zuchwałość. Przy nim Kundel zapinał na piersiach koszulę, schodził
+do obiadu o właściwej porze i zamieniał tradycyonalne pantofle na
+głębokie kalosze. Gdy spodziewano się gości, Kundel obcinał
+paznogcie u lewej ręki i usiłował zaprowadzić porządek we włosach.
+Był to rozkaz ojca, rozkaz wypowiedziany dobitnie, urywanym suchym
+głosem.
+
+Głos ten oddziaływał na chłopca przynajmniej drobiazgowo
+i pozornie.
+
+-- Stary ma fajgle, trzeba go nabrać!
+
+A „nabierania” tego, więcej aniżeli zwykłej zuchwałości bała się
+szczególniej matka.
+
+Kundel bowiem, znając słabą stronę ojca, gdy zbyt wiele narobił
+długów i za często był proszony do cyrkułu -- stawał się nagle
+melancholijny i uczuwał potrzebę poprawy. Pragnął wtedy czystej
+bielizny, mydła, książek naukowych i trochę szacunku ludzkiego.
+
+Wchodził do pokoju ojca na palcach, ucierał nos chustką, sługom
+pozwalał przejść spokojnie a siostry głaskał po głowach, nazywając
+je pieszczotliwie „małpiszonami”.
+
+Dozwalał sprzątać w swoim pokoju i przewracać materace na drugą
+stronę, fajkę ostentacyjnie zawieszał na gwoździku i palił damskie
+papierosy, mówił cieniuchnym głosem, dobierając słów a oglądając
+lampę, deklarował, że „już się wszystko skończyło i on, Dyńdzio,
+zabiera się do pracy...”
+
+Ojciec zwykle, z początku, sceptycznym wzrokiem śledził zmianę
+w postępowaniu syna. Powoli jednak dawał się łudzić nadziei. Kto
+wie -- może wreszcie coś się zbudziło w tej głowie mózgu pozbawionej,
+w tem sercu zda się zatopionem w kale rozpustnych uciech.
+
+-- Patrz, duszko -- mówił do żony, która z robótką w ręku
+dozorowała zabawy dwóch dziewczynek, -- ot zdaje się, że tam na
+górze jakiś porządek panować zaczyna...
+
+Dyńdzio zajmował dwie facyatki położone na drugiem piętrze,
+i domowi, chcąc unikać wymówienia imienia najstarszego z rodu,
+nazywali locum Kundla „górą”.
+
+Matka jednak wzruszała ramionami.
+
+-- Pewnie coś nabroił lub chce coś uzyskać -- mówiła smutnym
+głosem.
+
+-- No!... kto wie! kto wie! -- protestował ojciec, -- może się
+wreszcie upamięta i przestanie zatruwać nam życie.
+
+Matce łzy stawały w oczach.
+
+-- Daj Boże! -- odpowiadała wzdychając.
+
+Lecz nie łudziła się wcale.
+
+Wiedziała co znaczy to „upamiętanie”. Wszakże i ona
+niejednokrotnie została w ten sposób przez syna zwiedziona.
+Nawskróś religijna, mająca w sobie ślepą wiarę i poszanowanie
+praktyk religijnych, konfesyonałem, kazaniem chciała wpłynąć na
+rozhukanego chłopca. Kundel odrazu zrozumiał, że z tej naiwnej
+i pełnej adoracyi duszy -- może wyciągnąć dla siebie korzyści.
+
+I powoli wprowadził system dziwny a przyjęty przez matkę, która
+w żarliwości swojej stała się źródłem wyzysku.
+
+Każdą wysłuchaną mszę, każdą spowiedź, otrzymane rozgrzeszenie,
+odprawioną pokutę, każdą bytność na kazaniu -- opłacała pewną
+umówioną kwotą pieniędzy.
+
+Gdy Kundel zanurzył swój rozczochrany łeb w cienie konfesyonału,
+biedna kobieta padała na kolana, modląc się żarliwie o „oświecenie
+nieszczęśliwego”.
+
+Lecz ten „nieszczęśliwy”, plotąc księdzu niestworzone brednie,
+wyjawiając wątpliwości, od których włosy spowiednikowi stawały po
+prostu na głowie, obliczał w myśli, ile to nocy bezsennych za
+otrzymane od matki pieniądze w murach knajpy przepędzi.
+
+I długo włóczył się tak po kościołach, będąc postrachem księży,
+którzy zobaczywszy przystępującego do kratek Kundla, czuli krew
+bijącą im do głowy. Na mszach porannych widzieć go można było
+drzemiącego obok rozmodlonej matki z oczyma zaczerwienionemi jak
+u królika, z rękami brudnemi i koszulą pomiętą.
+
+Czasem, wpadłszy w dobry humor, „fiksował” jaką „zamodloną”
+dewotkę, lub gasił świece defilującemu bractwu.
+
+Wreszcie matka zrozumiała, że każda spowiedź Kundla, każda msza
+jest tylko dla chłopca źródłem wyzysku a pieniądze otrzymywane dają
+mu możność do pogrążania się w coraz większej rozpuście. Zamknęła
+kieszeń i od tej chwili, gdy Kundel zapowiadał poprawę, wiedziała
+czego się trzymać w takich razach.
+
+Ojciec łudził się jeszcze. Gdy Dyńdzio z wielką pompą wchodził do
+jego kancelaryi i zabierał librę papieru, kilka piór i pakę bibuły,
+ojciec pytał go, w jakim celu bierze te foliały.
+
+-- Idę pracować -- będę robić notatki z „Naukowych podstaw
+krytyki literackiej” Hennequina, lub ocenię którą z tragedyj
+Sofoklesa -- odpowiadał Kundel, stawiając ostrożnie nogi obute w stare
+kalosze, które jak dwie plamy rozlewały się na jasnem tle dywanu.
+
+-- Sofoklesa? -- pytał ojciec.
+
+-- Hm!... tak, jeśli będą tego warte. Nie wiem jeszcze. Być może,
+iż sam coś napiszę, bo coś mi się w głowie... kiełbasi! Zresztą,
+pracować będę do rana. Dobranoc ojcu!
+
+I wychodził powłócząc nogami, a zamknąwszy drzwi za sobą, uśmiechał
+się złośliwie:
+
+-- Stary jest wzięty... pojutrze można się lansować -- a beknie
+i to dobrze!
+
+ * * * * *
+
+Lecz Kundel miał także w głębi duszy swojej kącik poetyczny,
+w którym rosła błękitna niezabudka sentymentalizmu. Kundel był
+kochliwy i jak wszyscy „przeżyci” -- w miłościach swoich dążył do
+ideału. Ideał to był zupełnie odrębny od ideału Danta i Petrarki,
+lecz mimo to nie przestał być ideałem, w którym Dyńdzio czerpał
+natchnienie i siłę do życia. Dyńdzio cieszył się takim wstrętem
+mieszkanek miasteczka, że dość było dla kobiety ujrzeć na ulicy
+Kundla, aby mieć humor popsuty na dzień cały.
+
+Kundel nie martwił się tem wcale. Nienawidził kobiet dobrze
+ubranych i jako tako wychowanych. W knajpie, po opiciu się
+odpowiednią ilością piwa -- brutalnie zdzierał z każdej „damy”
+kryjące obsłony i z cynizmem najwyższym obrzucał ją wyrazami
+pogardy i szyderstwa. Dla niego istniała tylko „natura” w postaci
+rozczochranych dziewczyn, którym jego małoruska haftowana koszula
+imponowała a plugawy żargon przypominał ciemne zaułki, wśród jakich
+młodość spędziły.
+
+Do takich więc „ideałów” Dyńdzio pisywał ody, maczając palec
+w piwie i kreśląc słowa na marmurze stołu. Gdy blady świt kładł im
+wszystkim na czoła zielonawe, trupie tony -- Kundel deklamował:
+
+ Niekiedy blada Wenus z mdławym blaskiem w oku
+ Schodzi tu na ziemię w latarnianym zmroku.
+
+Dziewczyny zanosiły się od śmiechu.
+
+Ten Kundel! a niechże go! a to je wyzywał. Lecz on przygasłemi
+oczami spoglądał na nie, jakby ze smutkiem i sącząc z kufla
+resztki piwa, bełkotał:
+
+ I uniesioną suknię wpół rozmyślnie szasta,
+ Ukazując światu brudnych pończoch parę...
+
+Zwykle Dyńdzio kochał którąkolwiek z tych dziewczyn, kochał po
+swojemu, tyranizując i maltretując bez litości. Gdy przyszła kolej
+na Resię, Kundel odmienił swój system postępowania. Resia przypadła
+mu do gustu i cygańska natura kobiety zlała się wybornie
+z brutalnem usposobieniem chłopca. Podbita jego trywialną a chwilami
+znów sentymentalną namiętnością, Resia zachwycała się Dyńdziem
+i dozwalała mu na wszelkie wybryki.
+
+Były chwile, w których Kundel nazywał Resię „nikczemną żydówką”
+-- po to, aby po kwadransie nadawać jej miano Fryny i wycinać
+z jej wykoszlawionych bucików greckie sandały. Poczem mówił jej
+wiele o potrzebie kształcenia umysłu i obiecywał dać jej nauczyciela
+angielskiego, gimnastyki i gry na cytrze. Najczęściej następowała
+później mała nauczka moralna, w której „Kundel” wykładał
+zdziwionej i drapiącej się w łydkę Resi, że są pewne warunki,
+z któremi szanująca swą godność kobieta liczyć się powinna
+a właśnie ona zdaje się urągać społeczeństwu i w skutek tego
+może doznać w przyszłości zmartwień i upokorzeń. On, Dyńdzio
+-- jest wprawdzie wolny od przesądów i bez kwestyi „szanuje”
+w niej kobietę, ale właśnie dla tego pragnie, aby cały świat
+ją szanował. Gdy Resia opornie przyjmowała podobne słowa
+i w trakcie podobnej perory oddawała się sportowi dłubania
+szpilką w uchu, Kundel dla poparcia swych argumentów uderzał
+ją pięścią w głowę, co wywoływało oczekiwany skutek.
+
+Kundel obdarzał Resię prezentami i od czasu do czasu znosił do
+mieszkania swej ulubionej najdziwaczniejsze przedmioty pochwytane
+na kredyt po sklepach, w których przez wzgląd na rodziców kupcy nie
+śmieli Dyńdziowi czegokolwiek odmówić. W ten sposób Resia posiadała
+siedem par szelek, cztery pary kaloszy, trzy spluwaczki, cztery
+brzytwy, jedenaście pędzli do rozrabiania mydła i olbrzymi
+teleskop. Żywiła się przeważnie sardynkami, rodzynkami, paloną
+kawą, pieprzem tureckim i musztardą. Nauczyła się palić papierosy
+a nawet żuła tytoń jak stary turkos.
+
+Tego rodzaju wspaniałe „utrzymanie” zaczęło jednak powoli
+niewystarczać Resi. Kundel imponował jej ciągle -- zapewne --
+a nawet teraz kiedy wymyślał światłocienie i opowiadał, że użyje
+ją do „plein-air'u”, od którego świat „zdesenieje”, Resia
+zapominała o pieczeniu jabłek i cała zasłuchana kucała u kolan
+Dyńdzia wyciągniętego niedbale na koszlawem krzesełku. Ale...
+Dyńdzio od pewnego czasu przynosił już same słoiki musztardy,
+a w dzień urodzin Resi obdarzył ją męzkiem siodłem, więc dziewczyna
+powoli zaczynała się niecierpliwić. W dodatku Dyńdzio, w celu
+rozświetlenia umysłu swej Fryne i uczynienia z niej Lais miasta --
+przynosił znudzonej dziewczynie tłomaczenia rozmaitych francuzkich
+romansów, w których imaginacya autorów wraz z potwornością fabuły
+walczyła o lepsze. Resia czytała te opisy wonnych buduarów
+wypikowanych atłasem, tonących w półcieniu sypialni, nocnych lamp
+kryształowych migocących w przestrzeni.
+
+Dyńdzio dopełniał reszty. Wieczorem puszczał wodze swej
+sentymentalności i tak we dwoje wśród brudu, porozlewanej wody,
+połamanych grzebieni i dziurawych krzeseł, galopowali myślą w sferę
+woni, połysku jedwabiu i bladych barw abażurów.
+
+Wreszcie doszło do takiego naprężenia sytuacyi, iż Resia, zjadłszy
+dwa słoiki musztardy i trzy stare bułki, włożywszy spódnicę praną
+przed pięcioma miesiącami -- zeskoczyła z sofy i stanąwszy
+w lufciku powiedziała z mocą:
+
+-- Muszę zrobić karyerę!...
+
+ * * * * *
+
+Kiedy te słowa posłyszał wieczorem, Kundel roztworzył szeroko oczy
+i wydął wargi.
+
+-- Tego ci się zachciewa? -- zapytał.
+
+Lecz Resia dnia tego nie była usposobioną do żartów.
+
+Zmarszczyła brwi, zatopiła popękane z odmrożenia ręce
+w rozczochrane włosy i nie odpowiedziała ani słowa.
+
+-- Cóżeś się tak nadęła jak pluskwa w maśle? -- pytał Dyńdzio.
+
+Milczenie.
+
+Dyńdzio począł się niecierpliwić.
+
+-- Chcesz zrobić karyerę, a cóż to... mała karyera, jaką masz
+teraz?
+
+Resia wykrzywiła usta.
+
+-- O jej!... -- wyrzekła wreszcie, -- co mi z tego. Mieszkam jak
+śledziarka... a czem żyję, to już wstyd powiedzieć...
+
+Dyńdzio machnął ręką.
+
+-- To wszystko marność, widzisz serce to grunt...
+
+Resia zamilkła i znów kiwała się długą chwilę, wpatrzona w odrapane
+ściany swego pokoju.
+
+-- Chciałabym -- zaczęła znów powoli -- chciałabym mieć dywan na
+podłodze i atłasową kołdrę, i samowar na szafie, i komodę,
+i firanki, i taką lampę u sufitu z kolorowem szkiełkiem. Aj, aj!
+o!... tobym chciała mieć!...
+
+Cmoknęła ustami i znów zakołysała się, obejmując nagiemi ramiony
+swe kolana ledwo okryte cienką spódnicą.
+
+Słaby blask płonącej na stoliku świeczki żółtawą linią oznaczał
+jej kontury. Miała w tej niedbałej pozie, w tym skurczu całej
+postaci, coś z owych żydówek tkwiących w piasku pustynnym.
+
+-- Och ty puchu marny! -- wyrzekł wreszcie z pogardą.
+
+Resia wzruszyła ramionami.
+
+-- Żebym ja puchem była -- to dawnobym z siebie pierzynę
+zrobiła -- wyrzekła sentymentalnie.
+
+-- Więc bogactw ci się zachciewa, ty kruku żydowski? -- ciągnął
+Dyńdzio, -- bogactw? Wschodniego zbytku? Nie wystarcza ci skromny
+dobrobyt, jakim cię otoczyłem? Dobrze -- poznasz więc udrękę
+bogactwa! Pęknę w czternaście kawałków, jeśli od dziś za miesiąc,
+ty cholero azjatycka, nie będziesz mieć tu dywanów... dzieł sztuki
+i twego samowara bydlęcego na szafie!...
+
+Resia spojrzała na Dyńdzia z niedowierzaniem.
+
+-- Dyabeł wie czy to będzie, a tymczasem możebyś jutro mi coś
+przysłał do zjedzenia, bo ta musztarda już mi łokciem wyłazi!...
+
+-- Cicho, córo Izraela! jutro ci przyślę trzy funty mydła, bo
+ojciec mi kredę na mydło otwiera. Pojutrze u nas goście, więc
+powiadają, że się umyć trzeba...
+
+Resia przysunęła się do krzesła Dyńdzia, nie wstając z klęczek.
+
+-- Ty i tak ładny, Kundlu! -- wyrzekła, mrużąc oczy i przeginając
+się jak kotka.
+
+-- To się wie! -- odparł Kundel, wyciągając swe brudne ręce
+i kładąc je na wspaniałych ramionach klęczącej u stóp jego żydówki.
+
+ * * * * *
+
+W miesiąc później rodzice Kundla wyjeżdżali na letnie mieszkanie.
+
+W domu pozostawał Dyńdzio i stary stróż.
+
+Ojciec po dwutygodniowym na wsi odpoczynku miał powrócić do miasta
+i objąć nadal swe zajęcia biurowe.
+
+Rano odjechali wszyscy, odprowadzeni nawet na pociąg przez Dyńdzia,
+który od tygodnia zachowywał się przyzwoicie, prawie bez zarzutu.
+
+Nawet matka zaczęła się łudzić możliwością poprawy. Chciała mu na
+samem wyjezdnem zaproponować spowiedź, ale cofnęła się
+i postanowiła czekać.
+
+Kto wie, co się w tej mózgownicy gnieździło.
+
+Za to ojciec dał się unieść złudzeniu. Przestał nazywać syna
+„Kundlem” a natomiast mówił mu dobitnie „Dyonizy”! -- lub
+„Synu”! Dał mu trochę pieniędzy, otworzył kredyt u krawca na
+dwa garnitury letnie i na wyraźne żądanie Dyńdzia sprawił mu
+pół tuzina koszul z poczwórnemi gorsami. Lecz zdziwienie całego
+domu dobiegło szczytu, gdy Dyńdzio zażądał fularowych chustek
+do nosa, szkockich skarpetek, „Encyklopedyi” Orgelbranda
+i pasty do zębów. Czemprędzej udzielono mu żądanych przedmiotów
+i Kundel ostentacyjnie wycierał teraz nos w olbrzymie kolorowe
+fulary, które zawsze wyglądały mu ze wszystkich kieszeni ubrania.
+
+Skarpetki nosił także -- wprawdzie w kieszeni, ale był to już
+stanowczy zwrot ku lepszemu, i gdy pociąg ruszył, ojciec wychylił
+się raz jeszcze, aby spojrzeć na Kundla stojącego przykładnie na
+peronie pomiędzy posługaczami i urzędnikami kolejowymi.
+
+-- Stoi a nawet zdjął kapelusz i ku nam powiewał... O!... teraz,
+wyciągnął chustkę i ciągle macha!... -- mówił biedny ojciec do
+cisnącej się gromadki, -- doprawdy, wygląda jak porządny człowiek.
+
+-- Kto wie! -- szepnęła matka, -- może Bóg go wreszcie
+raczy... -- i ręką opiętą w ciemną rękawiczkę, kreśliła
+w powietrzu znak krzyża... ot... matka!
+
+Tymczasem Dyńdzio, postawszy jeszcze chwilę na dworcu, schował
+płachtę do kieszeni i szybko skierował się ku domowi.
+
+Wszedłszy do mieszkania, zamknął drzwi na klucz i zaczął
+systematycznie zdejmować ze ścian obrazy. Zdjęte składał na ziemi
+jedne na drugich, nie zważając, że ramy wpijają się kantami swemi
+w płótna i kaleczą, cenne oryginały i dobre kopie skrzętnie przez
+ojca zbierane.
+
+Potem przyszła kolej na dywany.
+
+W gabinecie ojca było kilka wschodnich makat, miękich, o wytwornych
+gustownych odcieniach. Makaty te Dyńdzio zerwał ze ścian i nie
+składając zwalił na obrazy. Poczem rzucił się ku portyerom. Oberwał
+je wraz ze strzałami, na których były zawieszone. Jedna ze strzał,
+spadając, uderzyła go boleśnie w głowę, lecz on potarł tylko
+czuprynę i rzucił się do łóżek zdzierać kołdry i poduszki.
+
+Z tualetki matki porwał dwa kryształowe flakony, weneckie lustro,
+z małego saloniku japońskie maski, sztylety i dwa wypchane ibisy. Z
+kuchni zwlókł durszlak, patelnię, wałek do ciasta, samowar
+olbrzymi, mogący pomieścić do czterdziestu filiżanek, worek do
+piasku, kawał wosku od podłóg i dwie żelazne dusze. Pomieszał to
+wszystko z fajkami ojca, poduszką haftowaną, dziełem rąk sióstr,
+z koszykiem do robót matki, gustowną szyfonierką, zerwaną ze ściany
+i malowaną paterą na bilety wizytowe.
+
+Dopełniwszy tego dzieła, zwaliwszy jeszcze na całą kupę tych
+przedmiotów cztery wyzłacane krzesełka, wschodnie lustro, dwa pufy
+fortepianowe, prześliczną lampę, biuścik śmiejącego się dziecka,
+świecznik mosiężny żydowski i kilkanaście sztuk srebra stołowego,
+usiadł Dyńdzio na tem wszystkiem i pogwizdując oczekiwał zmroku.
+
+ * * * * *
+
+Gdy zmrok nadszedł, dwóch wynajętych posłańców przeniosło na
+tragach wszystkie te przedmioty do mieszkania Resi. Tragi
+eskortował Kundel, kroczący z dumą i spoglądający z góry na
+przechodzących. Wszyscy usuwali mu się z drogi, tylko stary stróż
+mruczał, otwierając bramę, lecz przed podniesioną laską panicza
+schował się czemprędzej do swej izdebki.
+
+Posłańcy śmieli się, dochodząc do mieszkania żydówki. Znali oni
+dobrze Kundla i wiedzieli, że „panicz znów coś ukuł”.
+
+Zapłaceni z góry, wrzucili wszystkie sprzęty do pokoju i życząc
+„dobrej nocy” -- odeszli, śmiejąc się bezustannie.
+
+Kundel zabrał się teraz do urządzenia pokoju Resi, która
+otworzywszy szeroko oczy, przykucnęła na ziemi, oszołomiona
+widokiem tylu nieznanych dla niej przedmiotów.
+
+Wreszcie, ośmielając się powoli, wyciągnęła z pomiędzy portyer
+poduszki i oszalała z radości, poczęła je ciskać po pokoju.
+
+-- Z puchu! aj, aj!... z puchu! -- wołała, gniotąc je w ręku
+i zanurzając twarz w szeleszczącą jedwabiem pościel.
+
+Na widok samowaru chwilę zamilkła, poczem podszedłszy ku niemu,
+z szacunkiem przyklękła i twarz swą rozpaloną do chłodnej blachy
+przykładać poczęła.
+
+-- Same księżne takiego nie mają! -- szeptała drżącym ze wzruszenia
+głosem.
+
+Tymczasem Dyńdzio na brudnych odrapanych ścianach rozwieszał
+obrazy, wbijając z energią przyniesione w kieszeni haki. W braku
+młotka posługiwał się marmurowym przyciskiem przedstawiającym
+uśpioną Dyanę. W mdłym blasku świecy zamajaczyła „Elegia”
+Siemiradzkiego, energiczna „Głowa starca” Kotsisa i zabieliło się
+ciało „Najady” Hennera.
+
+Ostatni obraz zwrócił uwagę Resi.
+
+-- Goła! -- wyszeptała, chichocząc się cicho.
+
+Lecz Dyńdzio pracował ciągle.
+
+Portyery wisiały krzywo, zakrywając drzwi wejściowe. Połowa tkaniny
+leżała na ziemi, maczając się w strudze wody, płynącej z rozbitego
+dzbanka.
+
+Na podłodze Kundel porozrzucał makaty, a rozsypane pod niemi
+węgle trzeszczały za każdym krokiem. Stara sofa została nakryta
+gobelinem, przedstawiającym Pallas Atenę, a złocone krzesełka
+stanęły dokoła stołu pokrytego batystową kapą ściągniętą
+z łóżka jednej z siostrzyczek.
+
+Durszlak, patelnię, wałek do ciasta -- Resia poustawiała na
+komodzie wraz z flakonami kryształowemi i weneckiem lustrem.
+
+Zbytkowne wydanie „Pana Tadeusza” poszło dla braku miejsca pod
+szafę. Ten sam los spotkał wyborną kopię z Ary Scheffera i śliczną
+broń gallo-romańską.
+
+Wreszcie na łóżko Resi, rzucono poduszki oszyte cienką, nicianą
+koronką i na ciemnem z brudu prześcieradle rozłożono atlasową
+pąsową kołdrę -- jeszcze wyprawną matczyną.
+
+Wreszcie Kundel zatarł ręce i czując się znużony, zasiadł z nogami
+na sofce, znacząc ślady błota na twarzy Pallady.
+
+-- Masz... coś chciała -- wyrzekł dobywając z kieszeni fajkę
+i zapalając ją ze smakiem.
+
+A Resia, leżąc na ziemi, z włosami rozczochranemi, z policzkami
+rozpalonemi tarzała się wśród makat, dotykając co chwila ręką
+samowaru i żydowskiego świecznika, który o mało ją nie wprawił
+w szaleństwo.
+
+-- Aj! aj!... takie bogactwa!... -- mruczała cmokając.
+
+ * * * * *
+
+W trzy tygodnie później, inna odbywała się scena.
+
+Ojciec Dyńdzia, powróciwszy do miasta, z najwyższem przerażeniem
+dostrzegł spustoszenia poczynione w mieszkaniu. Co więcej -- Kundel
+od chwili powrotu ojca wcale się w domu nie pokazał. Zawezwana
+telegraficznie matka przyjechała i z pomocą stróża i owych
+posłańców odkryła miejsce, w którem mieściły się wyniesione
+z mieszkania przedmioty. Również domyślono się, że tam a nie
+gdzieindziej kryje się zapewne Kundel, obawiając się skutków swego
+zuchwalstwa.
+
+Rozpoczęło się parlamentowanie.
+
+Kundel, zaatakowany listem ojca, zagroził w razie użycia środków
+represyjnych, strzeleniem sobie w łeb.
+
+Serce rodziców zadygotało, postanowiono obniżyć kamerton i matka
+zaproponowała listownie ugodę pokojową.
+
+Kundel odpowiedział zimno i spokojnie, że po głębokim namyśle
+przychodzi do przekonania, iż rodzice nigdy nie zechcą go uważać za
+dojrzałego mężczyznę, który wie co robi i za każdy swój krok przed
+Bogiem i honorem odpowie. Że znudzony bezczynnością, powróciłby
+może na łono rodziny, ale tylko w tym razie, jeśli zapewniona mu
+zostanie stała miesięczna renta i za zwrócenie zabranych
+przedmiotów pewna suma pieniężna.
+
+Kilku dni ciągnęły się te pertraktacye pokojowe, a w miarę czasu
+rosły pretensye i zuchwalstwa Kundla. Matka płakała po kątach
+a ojciec targał wąsy, patrząc na opustoszałe ściany, w których
+tkwiły gdzieniegdzie haki lub zwieszały się porwane liny.
+
+Wreszcie dnia jednego zajechała z hukiem przed dom dorożka
+i wysiadł z niej Kundel, rozczochrany, obdarty, wychudły. Na samym
+wstępie uderzył w głowę stróża, który go zdradził i wyjąwszy
+z dorożki „Elegię”, niebieską, szklaną miednicę i potrząsając
+włosami, które w przeciągu tych tygodni paru doszły do potwornych
+rozmiarów, wyrzekł:
+
+-- Jestem! zrobiłem co mi nakazano. Ponieważ jednak na tem
+wszystkiem ucierpiała najwięcej szacunku godna kobieta -- muszę
+wynagrodzić jej krzywdę i prawdopodobnie się z nią... ożenię!
+
+A spojrzawszy tryumfalnie na zgnębionych temi słowy rodziców,
+wyszedł, powłócząc nogami i pakując ręce w kieszenie.
+
+
+
+
+V.
+
+=Oślica.=
+
+
+Gorączkowo Honorka zaczęła spowijać kwilące cichutko dziecko.
+
+A wyciągając długi -- na trzy łokcie powijak, mówiła ochrypłym
+głosem:
+
+-- Chodzi! chodzi! synulku!... pójdziemy na wesele twojego
+ojcaszka! Chodzi synulku, pójdziemy mu drużbować, ale nie ołtarz mu
+sprawimy, ni jakie weselenie, jeno łaźnię gorącą, że aż mu
+w piętach postygnie!
+
+Stojąca obok barłogu, na którym leżało dziecko -- kuma Kazimierzowa
+zaczęła nagle szlochać.
+
+-- A bezbożnik! wydziwiacz, rozbijaka! taką ci uczciwą dziewczynę
+z dobrej drogi sprowadził i teraz nijakiej pamięci o niej niema!...
+
+Honorka szarpnęła silnie powijak.
+
+-- On ci pamięci o mnie niema, ale ja go za to w pamięci mam
+i niech mi Pan Jezus i Matka Najświętsza ręce i nogi poułamuje, jeśli
+ja go do ołtarza dopuszczę!... Bezemnie i bez tę dziecinę przejść
+musi!...
+
+-- Prawdę masz! -- przytakiwała kuma, obcierając łzy płynące gradem
+po tłustej i czerwonej twarzy -- już ci takiej krzywdeczki to
+i Trójca Święta nie daruje. Ty się o swoje upomnij, Honorka, w twarz
+mu napluj -- od młodej odciągnij a swego nie daruj!
+
+-- I nie daruję! -- powtórzyła, zacinając zęby dziewczyna.
+
+Wzięła duży szmat barchanowy, który się suszył koło pieca
+i przytrzymawszy jeden koniec w zębach, dziecko nim owijać poczęła.
+
+Obracane jak piłka chłopię, żałośnie płakać poczęło.
+
+-- Cicho, psiakrew, chorobo jedna! a bodajżeś się zadławił własnym
+ozorem, ty kundlu zatracony! A bodaj cię mór wydusił! -- wybuchnęła
+Honorka, drżąc prawie cała od wewnątrz tłumionej rozpaczy. I
+wstrząsnęła dzieckiem tak silnio, że aż jęknęło, jak dławione
+szczenię.
+
+Wówczas kobieta przypadła twarzą do barłogu i gryząc koc
+w nadmiarze rozpaczy wołała:
+
+-- A nie jęcz ty nad moją biedną głową -- sieroto nieszczęśliwa...
+bo jeszcze mnie w zbrodnię jaką zepchniesz.
+
+Kuma Kazimierzowa pochyliła się nad klęczącą kobietą.
+
+-- A dajże spokój, Honorko, dziecku i nie wydziwiaj się nad tym
+robakiem!
+
+-- Bez niego to wszystko, bez niego!
+
+Kazimierzowa wzruszyła ramionami.
+
+-- Oj ty oślico! -- wyrzekła z powagą -- jakto: bez niego te rzeczy
+się dzieją? Czy to on ci się kazał z tym pędziwiatrem wdawać? A toć
+jego robaka na świecie wtedy nie było, jakeście się złazili to
+w piwnicy, to w komórkach!
+
+I odebrawszy dziecko z rąk Honorki, sama je spowijać i ubierać
+zaczęła.
+
+-- Nie w tem rzecz, aby nad niewiniątkiem pomstować -- ciągnęła
+nosowym, monotonnym głosem -- ale w tem, rzecz, ażeby na czas do
+kościoła trafić i panu młodemu drogę mądrze zajść. -- Słyszysz?
+
+Honorka klęczała wciąż koło tapczana, mnąc w wychudłych rękach
+potargany i zniszczony kocyk. Z małego okienka umieszczonego wysoko
+w ścianie, tuż po nad posłaniem, płynęła jasna struga światła
+i biła wprost na twarz dziewczyny zniszczonej słabością i zgryzotą,
+która jej duszę szarpała.
+
+Nie odpowiedziała wprost na zapytanie kumy lecz ściągając brwi,
+przez ściśnięte zęby wyszeptała:
+
+-- Nie daruję! nie daruję!...
+
+Kazimierzowa skończyła ubieranie dziecka i zdjąwszy z kołka ciemną
+chustkę na plecy Honorki narzuciła.
+
+-- Chodzi! -- wyrzekła -- chodzi, już czas!
+
+Po twarzy dziewczyny przemknął, jakby cień przestrachu. Przymknęła
+oczy i pozostała chwilę nieruchoma, jakby do tapczanu przykuta.
+Kuma już stała owinięta w chustkę, gotowa do drogi, huśtając lekko
+kwilące dziecko.
+
+-- Honorko! cóżeś tak przykucła? Jak chcesz szkandał zrobić -- to
+duchem nam iść trza. Już czas!
+
+-- Chwilę jeszcze, kumo! -- prosiła Honorka -- czegosić mnie teraz
+lęk ogarnia!
+
+Kazimierzowa żachnęła się z gniewu.
+
+-- A ty oślico cholerna! -- zawołała, kładąc dziecko na tapczan --
+ty nad tym robaczątkiem nijakiego „litosierdzia” niemasz! Toć na
+całe już życie przepadła ci wszystko, boć „hunor” i cnotę
+w oczach ludzkich ten zgniłek ci odebrał a dzieciaka na rękę
+ci rzucił i troskać się o niego kazał. Jak się „obżeni” tyle
+już prawa do niego nie masz! Już ci ni Bóg, ni ksiądz żadnej
+sprawiedliwości nie da. Jak żeniaty, to od wszystkiego ochronny!
+Ale ty od pędraka byłaś oślicą i słusznie cię nieboszczka matka
+tak przezwała! No! czy to nie oślica? -- kiedy jeszcze może co
+na swą stronę wyciągnąć... to kuca i mówi, że boja ma! Oj oślica
+ty! oślica!..
+
+Honorka podniosła się z ziemi i, schwyciwszy dziecko na rękę, ku
+drzwiom szybko posunęła.
+
+-- Chodźmy! -- wyrzekła krótko, drzwi od stancyi kopnięciem nogi
+otwierając.
+
+Oczy jej się świeciły, usta miała znów zaciśnięte i zębami
+przygryzione.
+
+-- Nareszcie! -- zamruczała kuma, zamykając drzwi na kłódkę -- aby
+go tylko dobrze po mordzie sprała i publikę zrobiła!...
+
+ * * * * *
+
+Nieszpory się skończyły, lecz świece przy wielkim ołtarzu gorzały
+wciąż, oblewając żółtym, migocącym blaskiem zczerniałe płótno,
+z którego bieliło się ciało Jezusa zawieszonego na krzyżu.
+
+Pomiędzy „wiernymi”, przepełniającymi lakierowane ławki, zapanował
+ruch i ożywienie wielkie.
+
+Jedna „siostra” -- zapytywała drugą -- dlaczego nie gaszą świec,
+skoro już wszystkie piękne pieśni zostały wyśpiewane.
+
+-- Zdaje się ślub jeszcze będzie -- doszedł szept z ławek
+zajmowanych przez mężczyzn.
+
+Kobiety wdzięcznie pochyliły głowy.
+
+-- Dziękujemy! dziękujemy! -- a czyj!
+
+-- Subiekta z cukierni i córki kolejnika!
+
+Wszyscy zaszemrali zadowoleni.
+
+Warto zostać, taki ślub, to już parada. Kolejarze wiadomo, lubią
+wszystko z pompą -- a taki subiekt z cukierni to „osoba”.
+
+Tymczasem kościelny wyniósł dwie poduszki i przykląkłszy, układać
+je począł na stopniach.
+
+-- Poduszki! -- zaszemrano na ławkach.
+
+Lecz znów mężczyźni udzielają informacyj bliższych co do osoby pana
+młodego.
+
+Kobiety składają z westchnieniem książki i owijając na rękach
+długie różańce, wyciągają szyje -- ciekawe, żądne wiadomości
+o tych ludziach, którzy za chwil kilka, jak papugi, powtarzać
+będą słowa sakramentalnej przysięgi.
+
+-- Więc cóż? cóż -- pyta jedna przez drugą.
+
+Pan młody -- tak! -- zapewne, człowiek bardzo uczciwy, porządny,
+uczony nawet -- zdolny, ma jakieś oszczędności. Kto wie! może
+niedługo założy i cukiernię. Z takiemi jak on „głowaczami” to
+wszystkiego spodziewać się można.
+
+Kobiety kiwają głowami, nagle spoważniałe, jakby ta dobra opinia,
+którą się cieszy ów subiekt, przejęła je szacunkiem i powagą.
+Kościelny wnosi kropidło i naczynie z wodą święconą.
+
+W ławkach powstaje znów szmer.
+
+-- Kropidło!... patrzcie kropidło!..
+
+Ale już dwa ścieśnione szeregi ustawiają się wzdłuż ławek, tworząc
+rodzaj alei bramowanej ludźmi. Aleja ta, od balustrady przeciąga
+się aż ku drzwiom głównym, które zakrystyan w tej chwili na oścież
+otwiera. Turkot powozów, hałas uliczny, cały szum letniego,
+niedzielnego popołudnia wpada nagle w wilgotną ciszę kościoła.
+
+Przez kolorowe szyby wpadające promienie słońca kładą kolorowe
+plamy na głowach i grzbietach ludzi.
+
+-- Przyjechali! przyjechali! -- dochodzi wołanie z tłumów
+zalegających stopnie perystylu.
+
+Jest to jednak fałszywy alarm.
+
+W progu kościelnym ukazuje się drużba w świecącym cylindrze
+i jasnem palcie narzuconem na ramiona. Dumny jest i wąsy ma
+podfryzowane żelazkiem fryzyerskiem. Stojąc w progu kościoła
+ogarnia jednym rzutem oka całą przestrzeń. Mrużąc oczy, zda się
+chce policzyć świece płonące na ołtarzu, poczem szybko,
+zaaferowanym krokiem przebiega wązkie przejścia pozostawione wśród
+tłumu.
+
+-- Drużba! drużba! -- szemrze tłum, popychając się i wyciągając
+szyje za znikającym we drzwiach zakrystyi mężczyzną.
+
+Znów nowy napływ ciekawych tłoczy się pomiędzy bocznemi filarami
+kościelnej nawy. Pełno już jest i gwarno, kobiety półgłosem
+powtarzają sobie plotki o rodzinie panny młodej. Plotki te
+wyrastają z pod ziemi; służą do zabicia czasu i skracają nudy
+oczekiwania.
+
+Koło drzwi wchodowych słychać przyciszone uśmiechy. Jakiś żartowniś
+opowiada dziwy o samej pannie młodej. Ależ tak -- podobno jakiś
+hrabia dołożył do posagu kilka tysięcy -- ot! z przyjaźni dla ojca.
+
+-- Hrabia dla konduktora?
+
+-- Co pan chcesz, dziś takie czasy...
+
+I śmiechy zaczynają się w najlepsze, starsze kobiety sznurują usta
+i spuszczają oczy.
+
+Takie nieskromności w świętem miejscu, nie! -- ci mężczyźni już
+żadnej wiary w sercach nie mają!
+
+Lecz śmiechy milkną, bo w progu pojawia się nagle Honorka
+z dzieckiem na ręku, w asystencyi Kazimierzowej.
+
+Pojawienie się dwóch kobiet nie byłoby rzeczą niezwykłą, lecz
+Honorka, z której głowy spadła chustka, z twarzą pokrytą
+purpurowemi plamami z pasmami włosów potarganych nad czołem,
+i z konwulsyjnie zaciśniętemi wargami, wnosi z sobą jakąś ponurą
+grozę, która wydzielając się z jej całej postaci, każe zwrócić na
+dziewczynę oczy tłumu.
+
+Kazimierzowa oddała jej przed kościołem dziecko -- uznając za
+stosowne, aby matka z dzieckiem pojawiła się przed wszystkimi,
+i tak stoi teraz Honorka, cisnąc gorączkowo milczące dziecko do
+piersi, stoi jak przykuta w progu, podniecając się w energii
+i rozpaczy, która jej biedną duszę szarpie.
+
+Oczy ma suche, bez łez, podsiniałe i z osłabienia prawie zezem
+patrzące.
+
+Stoi i zda się niedostrzegać tłumu, który zbitą masą dokoła niej
+szemrze, z zwierzęcą ciekawością rzucając się na nową zdobycz. Lecz
+Kazimierzowa nie zasypia sprawy. Na widok oświeconego ołtarza oczy
+kumy nabiegają łzami. Poprawia chustkę i kiwa głową żałośnie.
+
+-- Tak! tak! -- zaczyna z początku stłumionym głosem -- przyszliśmy
+do Pana Jezusa po sprawiedliwość i sąd Jego najświętszy! A niechże
+On naszą sprawę rozsądzi i nad sierotami zmiłowanie okaże!
+
+Tłum węchem przeczuwa skandal.
+
+Ten i ów przysuwa się do Honorki, stojącej ciągle w progu
+z dzieckiem na ręku.
+
+-- A cóż to się wam krzywda jaka stała?
+
+Kazimierzowa znów głos zabiera:
+
+-- Stała nam się krzywda ciężka, bo oto tę sierotę, co tu stoi, ten
+dzisiejszy pan młody sposponował, cnotę jej wydarł, żenić się
+przyrzekał i oto teraz z pędrakiem porzucił jak psa na rozstaju!...
+
+W tłumie zaszemrano i uciszono się nagle. Jakieś zimno smutku
+i kobiecej niedoli powiało nagle nad głowami obecnych.
+
+Mężczyźni instynktownie kurczyli się i pochylali głowy, kobiety
+otwierały szeroko oczy, wpatrując się w dziewczynę i w dziecko,
+które zdawało się być umarłem, tak leżało cicho wśród szmat
+i fałd chustki matczynej.
+
+Lecz kuma nabierała coraz większej śmiałości i pewności siebie.
+
+-- A ino... nie po co my innego przyszły, ino po to, aby pannie
+młodej się sprezentować, publikę zrobić i nie dopuścić, aby ten
+wyrwipięta obżenił się na uczciwą wiarę.
+
+-- Dobrze robicie! -- podparła jakaś podeszła jejmość -- dobrze
+robicie, takiemu się przepuścić nie godzi.
+
+-- Tak! tak! -- dorzucił siwy mieszczanin -- zasługuje lekkomyślny
+człowiek na karę. Powinna go spotkać!
+
+-- I spotka -- wołała kumcia, składając palce -- jako ta dziewczyna
+przysięgała sobie, że go spierze i do ołtarza mu dostępu nie da.
+Co, Honorka? nie darujesz?
+
+-- Nie daruję! -- powtórzyła zdławionym głosem dziewczyna.
+
+Lecz tu i owdzie przyciszone śmiechy odzywać się zaczęły. Już
+i u ołtarza wiedziano, że będzie „publika” i jakaś dziewczyna
+z dzieckiem ślub „aresztować” będzie.
+
+Uciecha więc wśród tłumu wzrosła i objawiła się dość głośno.
+Jakiś zmysłowy prąd przebiegł nagle zgromadzonych ludzi i usta
+im do uśmiechu rozchylał. Kobiety patrzyły z pod oka, sznurując
+usta, lecz na odsłoniętych karkach czuły wzrastającą w mężczyznach
+gorączkę zmysłową. Rzec można, że od stojącej na progu dziewczyny
+z owocem swych nieuświęconych miłostek na ręku, biegły prądy ciepła
+i przenikały ciała cisnącego się tłumu. W ciszę i powagę
+kościelnych murów, jak tony miłosnej pieśni, wpadła ta cała
+gama cielesnych pożądań i zdała się burzyć spokój świątyni.
+Siedzące w kruchcie baby pozwijały różańce w drżących dłoniach.
+Święty Panie! taki „szkandał” w kościele! Tu i owdzie dowcipnisie
+żartować zaczynają.
+
+Tak! tak! orszak weselny już przybył. Nawet ten rak się troszkę
+pośpieszył... niewiadomo czy go prosili -- ot! gość nieoczekiwany
+dla pana młodego!
+
+Kto wie! może młodzi będą kontenci, że przyszli ot tak -- do
+gotowego, a może... i panna młoda ze swej strony chowa jaką
+niespodziankę...
+
+Ten i ów ciśnie się przyjrzeć bliżej Honorce. Hm!... wychudła, źle
+zbudowana, głowa roztargana...
+
+Kobiety szepczą między sobą:
+
+-- Mogła się choć uczesać uczciwie, kiedy szła na publikę między
+ludzi.
+
+Jakiś pan podszedł do niej i zajrzawszy jej w oczy, wyjmuje
+z kieszeni małą notatkę. Półgłosem zadaje dziewczynie zapytania, na
+które ona nie odpowiada wcale, patrząc ciągle w przestrzeń z pod
+brwi ostro ściągniętych. Pan ów, niezrażony milczeniem,
+nieodstępuje wszakże, tylko z kieszonki dobywszy ołówek, ślini go
+i coś w książeczce zapisuje.
+
+-- Gazetnik!... gazetnik! -- szemrze tłum dokoła.
+
+Kazimierzowa uznaje za stosowne przemówić:
+
+-- Nie w gazecie, ale tu na tablicy winna być wyryta opowieść
+o takim włóczydrągu, co uczciwe dziewczyny z dobrej drogi zmania!
+
+-- Nikt ją ta znów za łeb nie trzymał -- wtrąca jakiś młody
+chłopak.
+
+Kazimierzowa obraca się jak na sprężynach.
+
+-- Za łeb! za łeb!... takie niewolenie słodką mową i przysięganiem
+to gorsza, niż za łeb trzymanie!...
+
+Chłopak mlasnął językiem.
+
+-- Nie trza było wierzyć!
+
+W tłumie powstał szmer.
+
+Nie wierzyć przysięganiu? A to coś nowego! Odkąd świat światem --
+Bóg przysięgania postanowił, a tych co krzywoprzysięgają ciężko
+karze.
+
+-- A jeszcze przysięganie sierocie? -- woła tryumfująco
+Kazimierzowa -- sierotę ukrzywdzić, to jak obrus z ołtarza
+ściągnąć!
+
+Wymowa jej i łzy kapiące po twarzy podbijają powoli wszystkich.
+Teraz -- miejsce przed wielkim ołtarzem opustoszało zupełnie,
+wszyscy cisną się do drzwi wchodowych, zgorączkowani, podnieceni
+tą sceną, jaka wybuchnie za przybyciem państwa młodych. Tu
+i owdzie stają na ławkach, zwłóczą z kątów krzesła, czepiają
+się chorągwi. Jasna, rozczochrana głowa Honorki stanowi teraz
+punkt świetlany, ściągający oczy całego tłumu żądnego widowiska,
+łaknącego skandalu, choćby zań kobieta łzami zapłacić miała!
+
+Honorka tymczasem stoi ciągle milcząca, niezdając się zwracać uwagi
+na zaciekawienie i wzruszenie, którego jest przyczyną. Wpatruje się
+w świece migoczące na ołtarzu i jak błyskawica tak przed nią
+przesuwa się rok ubiegły, w którym tyle bólu i smutku zaznała.
+
+Widzi pana Teodora, jak z za kontuaru rzuca na nią spojrzenia które
+niby ukrop w jej żyły wlewają. Gdy ją państwo, u których za młodszą
+służyła, posyłali po sucharki do herbaty, biegła z radością a przed
+drzwiami cukierni stała długo, nie mogąc ośmielić się wejść
+i przemówić do pana Teodora, który jak święty z obrazka wydawał jej
+się na tle błyszczących luster zdobiących półki bufetów. Imponował
+jej niezmiernie, pomimo że Honorka do nieśmiałych dziewczyn nie
+należała wcale i niejednego „chłopa odstawiła” wcale tęgo, gdy na
+udry pomiędzy nimi poszło. Lecz wobec Teodora zapominała języka
+w gębie i stała tak przed kontuarem, cała w płomieniach, bełkocząc
+i siejąc po ziemi miedziaki trzymane w garści. On mrużył oczy,
+uśmiechał się, żartował -- przyzwyczajony do dominowania nad
+kobietami, z niedbałością pięknego samca. I nawet później, gdy już
+posiadał ją o szarej godzinie wśród stęchlizny piwnicy lub duszącej
+atmosfery strychu, -- Honorka -- zawsze pozostawała nieśmiałą,
+przerażoną jego pięknością, zdławioną -- z oczyma łez pełnemi, nie
+śmiejąc poruszyć się, uczynić jednego giestu, odetchnąć głośniej.
+A gdy wreszcie -- porzucona, zapomniana przez swego uwodziciela,
+któremu oddała z jakąś pokorą klejnot swego dziewictwa, uczuła się
+matką -- doznawała głuchej nienawiści, gniewu na samą myśl o tym
+człowieku. Nie napastowała go, nie chodziła za nim, urodziła
+dziecko, zacisnąwszy zęby -- i w duszy swej zaczęła gromadzić całe
+morze jadu, które groziło lada chwila wylaniem.
+
+Kuma zawiadomiła go przecież o urodzeniu dziecka, lecz piękny
+subjekt mruknął coś tylko i wzruszył ramionami.
+
+Gdy Kazimierzowa scenę tę przed barłogiem położnicy odtwarzała,
+Honorka wlepiła w nią oczy od gorączki błyszczące.
+
+-- Łajdak! -- wyrzekła przez zaciśnięte zęby.
+
+Pierwszy to raz głośno wymówiła na niego obelgę.
+
+Umilkła, przerażona.
+
+Lecz powoli, podniecana przez Kazimierzową, dawała folgę swemu
+żalowi. Zapominała jak wyglądał sprawca jej nieszczęścia, niewidząc
+go tak dawno, nieodczuwała już przygniatającego wpływu, jaki
+wyższością swą, elegancyą i całem obejściem na nią wywierał.
+Rozpacz przepełniała jej serce i wstrząsała nią całą. Widok dziecka
+podniecał ją. Chwilami zdawało jej się, że jest zdolna zamordować
+mężczyznę, który rzucał ją brutalnie o ziemię, aby później na
+wiadomość o jej nędzy i cierpieniu wzruszać ramionami z pogardą.
+„Ścierwo sobacze!” -- mówiła, szarpiąc pazurami aż do krwi pierś
+swoją od pokarmu wzdętą -- „zgiń! przepadnij! oślepnij! zgnij do
+kości!” Zdawało się jej, że miłość, jaką miała dla Teodora,
+wymarła w niej oddawna, że nic, prócz żalu, gniewu i nienawiści,
+nic już w głębi swej duszy nie chowa.
+
+Na wiadomość o ślubie subiekta, wybuchnęła wreszcie całą
+wściekłością, na jaką tylko cierpliwe i nieśmiałe istoty zdobyć
+się umieją.
+
+Kazimierzowa podsunęła jej myśl wstrzymania ślubu i zrobienia
+publicznego skandalu. Uczepiła się tego projektu natychmiast,
+gorączkując się, podniecając -- przeklinając bezustannie. Ani
+jednej łzy nie miały jej oczy, chwilami zdawała się być obłąkaną.
+
+Teodor, którego kontury w jej wyobraźni zatarły się zupełnie,
+przedstawiał jej się jako zwierzę znienawidzone, wstrętne, plugawe,
+któremu chciała skoczyć do oczów i zdeptać za krzywdę jej
+uczynioną. Niewidząc go -- czuła się silną, mocną, jakkolwiek coś
+w jej wnętrzu szarpnęło się trwożliwie, gdy kuma zawołała jeszcze
+w stancyi „już czas!...”
+
+Lecz tu -- w kościele, przed ołtarzem oświetlonym jarząco,
+w chłodnej atmosferze świątyni -- jakaś moc wstępuje w nią powoli,
+lecz moc to jakaś dziwna, jakby boleść jej umniejszająca. Nie modli
+się a przecież zda jej się, że ktoś dokoła niej szepcze modlitwy,
+pacierze...
+
+Nie modlitwy to jednak szepczą dokoła, tylko żarty, uwagi, słowa
+ciekawości.
+
+Tłum cały aż drży z pragnienia takiego „grubego skandalu”.
+
+Taka rzecz nieczęsto się trafia.
+
+Nareszcie turkot zajeżdżających kół oznajmia przybycie gości
+weselnych.
+
+Nie dorożki to -- ale karety przywożą państwa młodych i liczną
+drużynę, karety z białemi lejcami, umyte i lśniące w promieniach
+słońca.
+
+-- Przyjechali! przyjechali!
+
+W tłumie powstaje nie szmer, lecz jakiś krzyk ciekawości ludzkiej.
+
+Krzykiem tym publiczność zda się chce podniecić Honorkę do
+zrobienia skandalu. Jak zwierzę wygłodniałe rzuca się na padlinę,
+tak tłum ten chciwy wrażeń drży z radości i nieszczęśliwą do
+ukazania swej zranionej duszy popycha.
+
+Wolno -- z szumem jedwabiu wchodzi orszak weselny do kruchty.
+
+Przodem idzie panna młoda, wysoka blondynka o płaskiej twarzy
+i kręconych włosach. Z bezczelnością niemal dźwiga koronę dziewiczą
+tonącą w obłokach białej iluzyi. Idzie, pewna siebie, uśmiechnięta,
+wysuwając naprzód watowany biust jedwabnego stanika. Prowadzą ją
+drużbowie we frakach i glansowanych rękawiczkach. Przed tem białem
+zjawiskiem, tłum usuwa się instynktownie, pozostawiając opartą
+plecami o filar Honorkę. Panna młoda przechodzi próg i wolno,
+poprzedzana przez dziadka kościelnego, sunie do ołtarza a tren jej
+sukni wlokący się po ziemi pozostawia za sobą jakby smugę
+świetlaną...
+
+Lecz Honorka zda się niespostrzegać nawet przejścia panny młodej.
+Teraz drży cała i blada jest jak opłatek. Gdy karety zajechały
+przed kościół, doznała nagle jakby silnego uderzenia z tyłu głowy.
+Tchu jej zabrakło, serce jej młotem wali...
+
+Nagle -- wśród jasności słonecznej ukazuje się sam pan młody.
+
+Jest dziś piękniejszym niż kiedykolwiek.
+
+Frak nowy leży na nim jak ulany, włosy zafryzowane, twarz starannie
+wygolona, spinki u koszuli złote i wielkie jak złotówki.
+
+Z tryumfem spogląda w głąb kościoła na ołtarz jasno oświetlony
+i bawi się brelokami u zegarka.
+
+Dwie drużki, w lekkich sukniach, z wachlarzami i włóczkowemi
+pelerynkami, prowadzą go, śmiejąc się ochotnie.
+
+Oczy wszystkich zwracają się teraz w stronę Honorki...
+
+Co to będzie! co to będzie!... czy da mu w papę? Czy po prostu
+nawymyśla i w oczy napluje!
+
+Lecz -- o dziwo... dziewczyna na sam widok Teodora blednie jeszcze
+więcej i oczy przymyka. On -- nie widzi jej wcale, zajęty teraz
+jedną z drużek, która upuściła na ziemię koronkową chusteczkę.
+
+I nagle -- Honorka, kurcząc się i starając zniknąć z przed oczu
+wszystkich, zasuwa się powoli za filar -- wybuchając cichym,
+zdławionym płaczem.
+
+Napróżno kuma stara się ją popchnąć naprzód, napróżno osoby
+otaczające ją dokoła pochylają się ku niej i szepczą słowa zachęty.
+Ona jedną ręką ciśnie do piersi dziecko, drugą czepia się filaru,
+a z oczów jej płyną dwa strumienie łez gorących.
+
+-- Niemogę! niemogę! -- szepcze, łkając cicho.
+
+Organy tymczasem huczą przeraźliwie, pan młody przechodzi kruchtę
+i idzie pewnym, śmiałym krokiem, kłaniając się lekko znajomym, wśród
+tłumu.
+
+Kuma próbuje raz jeszcze podburzyć Honorkę.
+
+-- Bój się Boga! nie bądź oślicą! despekt sobie robisz
+nadaremny!... wstań, leć! jeszcze czas! tyle ludzi czeka!...
+Honorka, nie bądźże oślicą!...
+
+Lecz Honorka nie rusza się z miejsca. Na widok Teodora dawny lęk ją
+ogarnął.
+
+Gdy stanął tak teraz przed nią piękny, uśmiechnięty, zdrów,
+wystrojony -- gdy go poczuła znów od siebie o kilka kroków -- nie!
+-- ona nie mogła rzucić się na niego, krzycząc tak, jak to sobie
+ułożyła i pluć mu w twarz i dziecko pokazać. Nie! nie! raczej woli
+umrzeć, niż taką rzecz zrobić.
+
+Tłum, zawiedziony w swych nadziejach, szybko zwrócił się do
+ołtarza, gdzie już ceremonia ślubu się zaczynała. Złocista kapa
+księdza migała po nad głowami ludzi. Głuchy szmer niechęci i gniewu
+przebiegał szeregi. Jakto? nie będzie skandalu? cóż sobie myśli ta
+głupia dziewczyna, zwodząc ludzi w ten sposób?... e! -- kto wie --
+to pewnie jakaś ulicznica, to dziecko, kto wie, czy to pana
+młodego, skoro ona nie śmie do oczów mu stanąć...
+
+Tak! tak!... taki porządny mężczyzna wie, co robi, jeśli porzuca.
+Już musiał mieć wtem swoją racyę...
+
+Niektórzy wszakże usiłują bronić Honorkę.
+
+-- Stchórzyła!
+
+-- Rozbeczała się!
+
+-- A to głupia!
+
+-- Idyotka!
+
+-- Oślica!
+
+-- Wszystko jedno, dość, że stanąć do oczów nie śmiała. Chodźmy
+lepiej do ołtarza.
+
+-- Ślub szykantny!
+
+Teraz wszyscy cisną się do ołtarza, przed którym ksiądz zamienia
+młodej parze obrączki. Wśród ciszy kościelnej słychać skrzeczący
+głos panny młodej i basowy głos księdza, mówiących na przemiany
+przysięgę małżeńską:
+
+-- Ja -- ja, Stanisława, Stanisława, biorę -- sobie -- sobie...
+
+Koło filara, po za który ukryła się Honorka, zrobiła się pustka.
+Dziewczyna klęczała sama, szlochając cicho. Kuma Kazimierzowa,
+czując się obrażoną, wyszła z kościoła, czerwona z doznanego
+wstydu.
+
+Schodząc ze wschodów, poprzysięgła sobie szmaty Honorki wyrzucić na
+cztery wiatry.
+
+O! nie -- mogła mieć litość nad nędzą tej idyotki, ale tolerować
+jej głupotę i brak odwagi w dopominaniu się o swoje prawa,
+a wreszcie na narażenie Kazimierzowej na pośmiewisko i podejrzenia
+ludzkie, że broniła nieczystej sprawy -- na to Kazimierzowa
+przystać nie chce i nie może.
+
+Tymczasem ceremonia ślubna szła dalej nieprzerwanie. Pan młody
+przysięgał czystym, dźwięcznym głosem i z podniesionem czołem
+odpowiadał wyraźnie na zapytanie księdza:
+
+-- Nie ślubowałeś komu innemu wiary małżeńskiej?
+
+-- Nie.
+
+Powoli zaczął podbijać i ujmować tłum cały i przeciągać na swoją
+stronę. Jego jasne spojrzenie, kark dobrze wymyty, frak wpadający
+do stanu -- imponowały ciżbie. W ogóle ślub cały, orszak weselny
+szeleszczący jedwabiem, srebrna tkanina sukni panny młodej i jej
+biust obciągnięty materyą -- wszystko to podbijało zgromadzenie
+i sprawiało jak najlepsze wrażenie.
+
+Honorka ze swą rozczochraną głową, obtarganą chustką i dzieciakiem
+spowitym w szmaty, traciła sympatyę, i ci, którzy usiłowali przez
+chwilę trzymać jej stronę, umilkli -- zwyciężeni.
+
+Tymczasem ona klęczała ciągle kolo filara, płacząc i płacząc bez
+końca. Zdawało się, że jakiś strumień nieprzebrany z oczów jej
+spływa. Cała jej rozpacz, gniew, uraza, boleść w łzach tych
+topniała i jeno dziecko tuliła do twarzy, mocząc szmaty, któremi
+owinięte było. Organy jęczały, wstrząsając jej duszą do głębi. Jak
+robak zdeptany, wiła się na zimnych flizach świątyni, cała drżąca
+od bólu, którego określić nie była w stanie. Czuła dobrze swą
+krzywdę, ale kryła się z nią w cieniu, i choć on tam był, o kilka
+kroków -- nie chciała mu się już narzucać z nędzą swoją.
+
+Gdy go zobaczyła, gdy ta mara jej nocy bezsennych znów stała się
+ciałem, stanęła przed jej oczami w pełni życia i majestatu
+wszechpotęgi męzkiej -- ona upadła na kolana, zwyciężona, bezsilna,
+drżąc z bólu i w poczuciu swej nędzy.
+
+-- A was wszystkich tu obecnych biorę za świadków, jako to
+małżeństwo zostało prawnie i przykładnie zawarte.
+
+Poczem ksiądz zaczął żegnać i kropić obecnych, którzy czynili znaki
+krzyża i obcierali z nosów i policzków krople święconej wody.
+
+Organy zabrzmiały wesołym marszem.
+
+Koło ołtarza ruch się zrobił niemały, poczęto znów się tłoczyć,
+zaglądać w oczy pannie młodej i drużkom. Wreszcie cały orszak
+z szumem, szelestem i śmiechem posunął ku wyjściu.
+
+Karety jedna po drugiej podjeżdżać zaczęły. Przechodnie
+zatrzymywali się na chodnikach, grupy dzieci cisnęły się do
+drzwiczek powozów.
+
+Tren panny młodej pokrył się cały kurzem i szare smugi ciemniały na
+fałdach jedwabiu. Pani Teodorowa pociemniała ze złości pod obłokami
+dziewiczego welonu.
+
+-- Psiakrew cholera! -- wymówiła wsiadając z furyą do karety.
+
+Za nią wskoczył Teodor, naciągając na plecy zielonkawe, króciutkie
+palto, podbite żółtawym jedwabiem.
+
+ * * * * *
+
+W kościele Honorka pozostała sama. Kościelny sprzątał poduszki,
+zaginał rogi dywanu.
+
+Honorka płakała ciągle, czując jakby ogień pod czaszką. Piersi
+i plecy bolały ją jakby od silnych uderzeń pięścią. Czuła dobrze,
+iż wszystko się dla niej skończyło, że teraz już nawet żyć nie
+może nadzieją jakąkolwiek. Zrozumiała, że nigdy nie będzie miała
+dość odwagi, aby stanąć przed człowiekiem, któremu wszakże oddawała
+się z uległością suki i powiedzieć mu w oczy:
+
+-- Uczyń cokolwiek dla mnie, którą zaprzepaściłeś i dla dziecka,
+które spłodziłeś!...
+
+Kościelny przeszedł kilkakrotnie koło niej, dzwoniąc kluczami.
+
+Wiedział, co ją sprowadziło do kościoła, dostrzegł ją wśród tłumu
+jeszcze przed ślubem, gdy stała groźna u progu i mówiła przez
+zaciśnięte zęby:
+
+-- Nie daruję!
+
+Widząc, że płacze ciągle, nie poruszając się z miejsca, podszedł do
+niej i potrącił ją lekko.
+
+-- Wstawać i iść do domu... nic tu już nie wyklęczycie.
+
+Ona podniosła głowę i przez łzy zalewające jej oczy, spojrzała
+w ciemną przestrzeń kościoła. Spojrzała i naraz cała przyszłość
+stanęła jej przed oczami.
+
+Dziecko drzemiące u jej piersi zaciężyło jej bez miary.
+
+-- O Jezu! -- szepnęła, przymykając oczy.
+
+Lecz kościelny niecierpliwił się naprawdę.
+
+-- Idźcie sobie -- cóż to, myślicie tu nocować?
+
+Powoli, z wysiłkiem, dziewczyna podniosła się z klęczek i ku
+drzwiom kierować się poczęła. Łzy dwiema strugami płynęły jej znowu
+z oczu zbolałych.
+
+Potknęła się o krzesło, wreszcie odnalazła drzwi i wysunęła się na
+ulicę.
+
+Gdy drzwi się za nią zawarły, kościelny chwilkę się zamyślił, cień
+smutku przemknął po jego starej, zawiędłej twarzy.
+
+Nagle ramionami wzruszył i podnosząc przewrócone krzesło, wyrzekł
+krótko:
+
+-- Oślica!
+
+Tymczasem Honorka zagłębiała się wolno w ulicę, po której sunęły
+świątecznie przystrojone tłumy, szła, kołysząc lekko kwilące cicho
+dziecko i idąc ocierała łzy płynące z oczu strumieniem.
+
+
+
+
+VI.
+
+=Kukułka.=
+
+
+-- Tiens! tiens! c'est du propre! -- mruknął przez zęby pan
+Seweryn, gdy rządca wyszedł już z pokoju.
+
+-- Wyprowadzać się? tak! tout d'un coup... ni ztąd ni zowąd,
+wyprowadzać się z tego mieszkanka, urządzonego z takiem staraniem,
+opuścić te kąty, w których meble stoją jakby przyrośnięte do
+lśniącej posadzki! Wyprowadzić się i to dla tej błahej przyczyny,
+że gospodarz żeni się i pragnie połączyć dwa sąsiadujące z sobą
+lokale i sprowadzić się do nich z żoną!
+
+Seweryn wzruszył ramionami.
+
+Żenić się!
+
+Także mądra instytucya! Żenić się? po co? na co? -- wszakże o wiele
+wygodniej można urządzić życie en garçon wygodniej i weselej...
+
+Żenić się!
+
+Dzika myśl; Sewerynowi nie powstała nigdy w głowie, choć
+trzydzieści pięć lat skończył przed miesiącem. I dobrze mu w tym
+brankonierskim stanie, w tej włóczędze po cudzych zagonach, które
+zwiedza z ciekawością dobrze rozwiniętego samca, poszukującego
+zaspokojenia swych chęci. Wstaje rano bez troski o życie całej
+rodziny, bez pisku dzieci, swarów mamki z kucharką i braku guziczka
+z tyłu koszuli. Wszystko jest w porządku, buty wyczyszczone, woda
+przegotowana, zmieszana z tinkturą benzoesową do umycia twarzy,
+mydło Houbigana odwinięte z obsłonek, krem migdałowy tuż obok
+flakonu gliceryny a ocet Bully'ego świeżo przyniesiony ma już markę
+oderwaną i koreczek lekko uchylony.
+
+Koło łóżka, na małym stoliczku przygotowana filiżanka ziółek
+Jambard; obok -- leży ręczne lusterko znacznie powiększające
+i fiszbin do języka. Zmaczana w letniej wodzie i napojona esencją
+werweny serweta wisi na poręczy łóżka, tuż obok pary jedwabnych
+przewróconych na lewą stronę i opylonych lekko proszkiem Viguiera
+skarpetek. W całym pokoju cisza i półcień dyskretny. Portyery
+ciemne brązowe, łóżko szerokie francuzkie na podwyższeniu pokrytem
+ciemnym dywanem.
+
+W kącie tualetka, cała gra szczotek z kości słoniowej, wielkie
+flaszki z ekstraktem cordalisu i bzu białego. Tychże zapachów woda
+do włosów i niezliczona moc małych pudełeczek brylantowego proszku
+do paznogci. Pomiędzy niemi -- pilniczki, siodełka, nożyczki
+spiczaste i zagięte. W kącie -- tuż przy poduszeczce pełnej
+szpilek, pudełko z velontiną ambrę, puszek łabędzi i jakby ze
+wstydem wciśnięte kilka wideł szyldkretowych kobiecych, do spinania
+greckich fryzur. Oprócz tych „wideł” -- wszystko zresztą
+w najwyższym porządku poukładane, świecące, błyszczące jak samowary
+żydówki. Wielka lampa w stylu bizantyjskim, wysadzana kamieniami
+zwiesza się od sufitu, nadając tej sypialni fałszywy ton kaplicy.
+W lustrzanej szybie szafy odbija się stojący pod ścianą nizki
+szezląg Marie Antoinette -- pokryty aksamitną draperyą. Na
+aksamicie, jak wąż mikroskopijny, leży w łuk skręcony kawałek
+błękitnego, jedwabnego sznurowadła, zerwanego silną a nerwową
+ręką...
+
+Opodal -- na dywanie, niedojedzone maluchne ciasteczko z wygryzioną
+konfiturą i zlizanym lukrem...
+
+Seweryn podniósł się na łóżku i sięgnąwszy ręką po filiżankę
+ziółek, zrzucił na ziemię pudełko „pate des prelats”, którą
+nadawał alabastrowy ton rękom.
+
+Był zdenerwowany i silnie podrażniony przez tę niespodziewaną
+wizytę rządcy, wypowiadającego mu mieszkanie.
+
+Trzeba szukać nowego lokalu.
+
+Hm! ale czy to tak łatwo....
+
+Wreszcie tu -- kamienica dyskretna, lokatorowie nie zajmują się
+plotkami, zdają się nieżywi po za uroczyście zamkniętemi drzwiami
+głównego wejścia. Kto wie -- na co trafi Seweryn i czy nie
+wyniknie z tego cały szereg przykrych zajść i kolizyj.
+
+Sięgnął ręką po skarpetki i wolno wstawać zaczął.
+
+Spojrzał w okno.
+
+Dzień był jesienny, ciepły jeszcze, ale trochę pochmurny. Jakieś
+szare, smutne światło płynęło przez szyby przysłonięte japońską
+siatką, po której latały z podniesionemi skrzydłami dziwaczne
+ptaki.
+
+Seweryn skrzywił się i trochę przygasłemi oczami powlókł dokoła.
+Jakkolwiek szarawe cienie włóczyły się po kątach, mieszkanie to
+wydało mu się po prosta rajem. Taka cisza, taki spokój panujący
+nawet po za oknami! Nieledwie słychać było kroki rzadkiego
+przechodnia idącego wzdłuż domów.
+
+Od czasu do czasu zaskrzeczała papuga siedząca na balkonie
+przeciwległego domu.
+
+To było wszystko.
+
+Seweryn kładł teraz na siebie komplet z białej flaneli w niebieskie
+paski. Stanął przed lustrem i włożywszy ręce w kieszenie od kurtki,
+przyglądać się sobie począł.
+
+Pomimo lekkiego znużenia w oczach, miał cerę zdrową i świeżą.
+Wyciągnął język, potem przyjrzał się uważnie gałkom ocznym,
+wreszcie, wyciągnąwszy muskularne ramiona, stał tak chwilę, patrząc
+zmrużonemi oczami w lustro. W tej białej, puszystej flaneli wydawał
+się o wiele tęższym i bardziej rozrośniętym niż był
+w rzeczywistości. Uderzył się po piersiach rękami i klatkę naprzód
+wysunął w niezwykły sposób.. Poczem kurtkę na sznury zapiął
+i obróciwszy się profilem, wygiął się jak panna na wydaniu.
+Przyglądał się rysunkowi łydek, które pod mięką tkaniną flaneli
+wyraźnie się zaznaczały. Pomacał się po udach, syknął lekko
+i poruszając torsem począł próbować solidności bioder...
+
+Tak! tak -- był w całym rozwoju siły i zdrowia. Herbata Jambart
+utrzymywała mu żołądek wybornie, a brak wszelkich ekscesów nie
+wyczerpywał go ani na jotę. Odłożył sobie właśnie tyle, ile mógł
+zużyć bez naruszenia zdrowia... Używał bez wstrząśnień i wzruszeń
+niepotrzebnych, a czytając Catul Mendeza, wzruszał ramionami przy
+opisie wyczerpujących walk miłosnych.
+
+-- C'est idiot! -- decydował, zamykając książkę. On systematycznie
+wypijał rozkosz pocałunku, tak jak swą przeczyszczającą herbatę.
+Gdy nadchodziła chwila miłosnej schadzki, wyjmował z szafy
+koszyczek z drobnemi ciasteczkami i butelkę, przygotowywał ocet
+Bully'ego, szpilki, puder i najspokojniej usiadłszy w saloniku,
+oczekiwał zjawienia się kobiety. Gdy spóźniła się cokolwiek
+i wpadała zdyszana, zmęczona, szepcząc słowa usprawiedliwienia, on
+spokojny, uśmiechnięty, zdejmował z jej twarzy woalkę, którą się
+szczelnie osłaniała i mówił trochę ironicznym głosem:
+
+-- Cóż wielkiego! spóźniłaś się -- to rzecz bardzo naturalna.
+
+Poczem szedł ku drzwiom i uchyliwszy je, rzucał do przedpokoju
+zawsze jedno i to samo zdanie:
+
+-- Karol! niema mnie w domu!
+
+Z przedpokoju wydobywał się bezdźwięczny głos:
+
+-- Dobrze, jaśnie panie! -- i zasówka drzwi wchodowych opadała
+z suchym łoskotem.
+
+W ten spokojny sposób rozpoczynała się każda schadzka, w równie
+spokojny kończyła się cała miłostka.
+
+Seweryn bowiem zawiązywał stosunki jedynie z... mężatkami, mając
+w tem stały system, od którego nigdy nie odstępował. Były to
+najczęściej żony przyjaciół, dobrych znajomych, którzy, rozmarzeni
+chartreuse'ą lub koniakiem w czarnej kawie, z łokciami opartemi na
+stole, roztaczali tajemnice alkowy małżeńskiej na wzór króla
+Candaula, i w zamian za swą wiarę otrzymywali, wprawdzie nie
+pchnięcie śmiertelne, lecz szczerbę w honorze i miłości żony.
+Seweryn bowiem skwapliwie chwytał za włosy każdą okazyę
+i umiejętnie czynił legion kochanek z tych mężatek spragnionych
+nowości, ciekawych występku a kryjących dyskretnie łzy i rozpacz
+w chwili zerwania. Wybór jego padał zwykle na kobiety dbające
+o pozycyę zajmowaną w świecie i miejsce w domu męża; wiedział, że
+tego rodzaju kochanka nie odważy się na sceny, na ucieczki, na
+opowiedzenie w chwili podrażnienia wszystkiego mężowi... Wiedział,
+że gdy chwila stanowcza nadejdzie, chwila nieuniknionego zerwania,
+po chwilowej burzy przywitają się znów z uśmiechem i spokojem,
+wobec zwróconych na nich czujnych oczów towarzystwa.
+Wspaniałomyślnie -- podczas trwania miłostki -- pozostawiał wolność
+kobiecie, nie kontrolując jej stosunków z mężem -- owszem,
+popychając ją nieledwie w objęcia smutnego rywala.
+
+-- Trzeba mieć furtkę w razie wypadku...
+
+Kilkakrotnie „furtka” ta okazała się deską ocalenia. Kobiety
+z uśmiechem wdzięczności przyznawały Sewerynowi słuszność, dziecko
+miało nazwisko i prawo do majątku, matka nie traciła względów
+i szacunku świata a prawdziwy ojciec usuwał się w cień, zacierając
+ręce!...
+
+Jedna tylko żona urzędnika kolejowego stawiła mu się opornie
+i wprawiła go przez pewien czas w kłopot niemały swem głupiem
+sentymentalnem postępowaniem. Ale była też to kobieta nie
+z towarzystwa, spotkana przez Seweryna w Alejach, w chwili nerwowego
+rozdrażnienia. Podbiła go od razu dziwnem spojrzeniem bladych
+błękitnych oczów i twarzyczką Madonny. Gdy, wbrew swemu zwyczajowi,
+poszedł za nią, i przemówił przyciszonym głosem -- stanęła,
+spojrzała mu w oczy i wyciągnęła doń rękę obnażoną, na której
+błyszczała obrączka.
+
+Seweryn rękę podaną ujął, nie mogąc zrozumieć, co go ciągnęło
+w ten wieczór wiosenny do tej źle ubranej i trochę pochylonej
+kobiety, narzucającej mu się nieledwie pod cieniem szumiących
+drzew.
+
+Stosunek ich trwał parę miesięcy. Seweryn nie był nigdy w domu
+Anny, znał tylko jej życie z opowiadań kochanki. Wprędce znudziła
+go brakiem elegancyi i cienkiej bielizny a zraziła zbytkiem
+uczucia, w którem dopatrywał się przesady.
+
+Ona, zakochana do szaleństwa w tym wspaniałym mężczyźnie, którego
+każde zbliżenie mieszało ją i słodką rozkoszą przejmowało, była
+niezręczną jak każda zakochana kobieta. Przynosiła mu za gorsetem
+z grubej szarej dymy pęki fiołków, lub skrapiała włosy olejkiem
+peruwiańskim. Nosiła nizkie buciki z powyciąganą gumą i podwiązki
+pod kolanami.
+
+W dodatku uparła się być mu wierną, wierną do głupoty i mówiła mu
+o tem bezustannie, kładąc głowę na piersi.
+
+On, zdenerwowany, powtarzał słowo „furtka” po raz setny
+i przemyślał o sposobie zerwania z tą niewygodną kochanką, cichą
+i uległą, przysięgając sobie nigdy nie wykraczać z przepisanych
+granic postępowania. Pewnego letniego wieczora, Anna, rumieniąc się
+i jąkając, wyszeptała Sewerynowi do ucha tajemnicę, która ją
+radością przejmowała.
+
+On drgnął cały i porwał się z miejsca.
+
+-- Co teraz zrobisz?
+
+Ona spojrzała na niego słodko i uśmiechnęła się spokojnie.
+
+-- Będę twoją do śmierci. Jutro dom męża opuszczę!
+
+Na czoło Seweryna wystąpiły krople potu.
+
+-- Dla czego?
+
+-- Przecież teraz, jako matka twego dziecka, mieszkać z nim nie
+mogę...
+
+-- Dla czego?
+
+Nastąpiła chwila milczenia.
+
+Głos nagle zamarł w piersiach kobiety, klęczała ciągle obok
+szezlągu, na którym leżały porozrzucane szpilki wypadłe z jej
+włosów, kapelusz i rękawiczki; twarz nagle pobladłą zwróciła ku
+Sewerynowi, który przebiegał pokój wzdłuż i wszerz, potrącając
+meble.
+
+-- A mówiłem o furtce, mówiłem tyle razy -- ale cóż, pani chciałaś
+się bawić w sentymentalizm, w wierność! Tiens... c'est du propre!
+c'est mignon!...
+
+Z okrucieństwem mężczyzny, który widzi nagle porządek swego życia
+zakłócony niepotrzebnem zdarzeniem, wyrzucał z siebie Seweryn cały
+potok słów, które jak chłosta spadały na pochyloną głowę kobiety.
+
+-- Czyż to nie czyste szaleństwo było z mej strony -- mówił dalej
+tonem, na jaki tylko niekochający mężczyzna zdobyć się może -- czyż
+to nie była demencya brnąć dalej i nie przewidzieć do czego mnie
+pani doprowadzić możesz! Teraz jesteśmy w ładnej sytuacyi! Ale ja
+umywam od wszystkiego ręce... to nie moja wina!... Tirez vous de
+cette affaire vous méme!... Voila!...
+
+Stał tuż przed nią, pochylając nad nią swą maskę rozłoszczonego
+„viveura”, mając wielką ochotę kopnięcia tej kobiety, która,
+dawszy mu tak słabą i niewyraźną rozkosz, miała śmiałość
+wkraczania w wygodnie urządzone życie, z dzieckiem w dodatku!
+
+Nie, tego było za wiele! -- wszystkie inne, te, które miał
+poprzednio, oznajmiały mu podobny wypadek z dyskretnym uśmieszkiem,
+a on -- przybierał minę rozczulonego papy, wiedząc że nic nie
+ryzykuje, i szeroko otwartą furtką może wyjechać, nietylko wyjść
+najspokojniej; ta jedna! -- ta -- głupia mieszczka uparła się przy
+swej wierności, jakby on tego wymagał!...
+
+Bizantyjska lampa zawieszona u sufitu rzucała różnokolorowe,
+pokrajane światła. Przez zielone kamienie trupie prawie padały
+blaski.
+
+W blaskach tych podniosła się nagle Anna, blada, z szeroko
+rozwartemi oczyma. I z włosami rozwianemi, z rękami naprzód
+wyciągniętemu, ku drzwiom kierować się poczęła.
+
+Seweryn postąpił za nią kilka kroków.
+
+-- Tirez vous de l'affaire!... -- powtórzył, lecz ona, nie
+odwracając nawet głowy, otworzyła drzwi i zniknęła w ciemnej głębi
+salonu.
+
+Po chwili trzask zamykającej się bramy doleciał przez wpół uchylone
+okno.
+
+Seweryn chciał biedz za tą kobietą, której bladość i milczenie
+dziwnie nań podziałały, lecz... egoizm przemógł.
+
+Z uczuciem niewysłowionej błogości usiadł na fotelu, oddychając
+ciężko.
+
+Ach!... uniknął nielada niebezpieczeństwa, kobieta wykręci się
+z tej matni, a on, poprzysięga sobie nigdy nie bawić się
+w sentymenty, lecz czerpać dalej rozkosze w cudzych a dobrze
+znajomych mu gniazdach...
+
+Czekał jeszcze dni kilka, sądząc że Anna powróci, lub parę słów
+napisze.
+
+Nic -- milczenie zupełne.
+
+Teraz Seweryn odetchnął pełną piersią. Uczuł się ocalonym
+rzeczywiście i na dobre.
+
+Od tego zdarzenia upłynęło lat siedem. Przez te lata Seweryn miał
+znów kilka intryg, a przechodząc przez ogród Saski, uśmiechał się
+na widok małej dziewczynki bawiącej się kamyczkami i kasztanami
+zbieranemi wśród żwiru.
+
+Dziewczynka miała ciemne oczy i kręcone włosy Seweryna a linia jej
+łydek, ubranych w jedwabne pończoszki, wyginała się
+w charakterystyczny sposób.
+
+Niańka, zapytywana o nazwisko rodziców malutkiej, odpowiadała
+uprzejmie:
+
+-- Państwo Wanderkraft -- a dziewczynka uśmiechała się do
+przechodniów uśmiechem, który przypominał chwile najwyższej
+kokieteryi podbójczej Seweryna.
+
+Czasem sama pani Wanderkraft siadała obok niańki i prezentując swe
+silnie rozwinięte biodra w obcisłej fularowej sukni, dozorowała
+zabawy dziewczynki.
+
+Gdy Seweryn zbliżał się do ławki, kobieta uśmiechała się
+przyjaźnie, pod purpurową osłoną rozpiętej parasolki, i głośno
+przywoływała córeczkę.
+
+-- Sewerciu! przywitaj się z... panem!
+
+Dziecko dygało, wyciągając tłustą łapkę a kobieta spoglądała
+pogodnie w twarz mężczyzny, który odpowiadał jej również tym
+spokojnym, prawdziwie męzkim uśmiechem. Cudzołożna żona i jej
+wspólnik, jak dobrze wychowani ludzie, załatwili całą sprawę!
+
+Furtka była otwarta.
+
+Furtką tą wsuwało się kukułcze pisklę do obcego gniazda.
+
+Ainsi va le monde!
+
+Pani Wanderkraft postąpiła w tym wypadku jak każda światowa
+i dobrze wychowana kobieta postąpić powinna. Dała dowód taktu
+i uszanowania własnej godności.
+
+Dla tego Seweryn przeciągał ten stosunek i czuł się zupełnie
+zadowolnionym.
+
+I dziś -- dziś -- właśnie, kiedy wczorajsza schadzka powiodła mu
+się znakomicie, żołądek funkcyonuje wybornie, a żółte plamki pod
+lewem okiem znikają pod działaniem „Anti-Bolbosu” -- dziś właśnie,
+wymówiono mu mieszkanie...
+
+-- Nie! -- c'est du guignon! rien de plus.
+
+I nachmurzony odrywa się Seweryn od kontemplacyi własnej osoby
+a przegiąwszy się w tył woła:
+
+-- Paul!
+
+Z po za przymkniętych drzwi salonu, odzywa się ochrypły głos:
+
+-- Słucham, jaśnie panie!
+
+I oto na progu, w szarawem oświetleniu, ukazuje się
+Paweł -- w pantoflach i białym fartuchu sięgającym mu
+aż pod brodę.
+
+Jest to mężczyzna lat trzydziestu, wybladły i wychudły, obnoszący
+swą, twarz zniszczonego rozpustą ulicznika w obramowaniu rudych
+rzadkich faworytów.
+
+Seweryn w tej chwili przegląda się w lustrze, wyszczerzając zęby.
+
+Paweł czeka na progu, zimny, spokojny, utkwiwszy wzrok przygasły
+w przeciwległą ścianę.
+
+Wreszcie Seweryn zmienia pozycyę i usiłuje dojrzeć maluchną plamkę
+czerwieniącą się pod lewem uchem.
+
+-- Nic innego, tylko to Klara... a prosiłem... prosiłem. -- Paul!
+
+-- Słucham, jaśnie panie.
+
+-- Zobacz! co ja mam pod lewem uchem?
+
+-- Plamkę, jaśnie panie.
+
+-- Plamkę?
+
+-- Plamkę.
+
+-- Pewnie mnie... coś ukąsiło!
+
+-- Pewnie jaśnie pana coś ukąsiło?
+
+-- Daj kremu ogórkowego, może zniknie!
+
+-- Może zniknie, jaśnie panie.
+
+Nastąpiła chwila milczenia.
+
+Seweryn wycierał szyję białą, tłustą masą, odchyliwszy dobrze
+kołnierz kartki i flanelowej bleu de France koszuli.
+
+Blady promień słońca przebił się w tej chwili przez chmury
+i przyciemniony gazą rozpiętą w oknach, oblał żółtawym blaskiem
+tęgi i potężny kark Seweryna, kark niezwalczony, prawdziwy kark
+zwycięzcy, tryumfatora w zapasach miłosnych.
+
+-- Paul!
+
+-- Słucham, jaśnie panie.
+
+-- Musimy się wynosić!
+
+-- Musimy, jaśnie panie.
+
+-- Trzeba szukać mieszkania!
+
+-- Trzeba, jaśnie panie.
+
+Seweryn ujął powiększające lusterko i, postąpiwszy do okna, bacznie
+się szyi przyglądał.
+
+-- Znika? -- co?
+
+Paweł zbliżył się także.
+
+-- Znika, jaśnie panie.
+
+-- Przygotuj wodę!
+
+-- Dobrze, jaśnie panie.
+
+Seweryn położył lusterko i rozpinać począł kurtkę.
+
+Paweł rozesłał na podłodze ceratę, poczem rozwinął i ustawił
+gumową balię a przy niej rodzaj polewaczki z kauczukowym wężem.
+
+-- Peniuar wygrzany?
+
+-- Wygrzany, jaśnie panie!
+
+Seweryn powoli zdjął kurtkę i za chwilę tors jego muskularny,
+wspaniały, lśniący zabłysnął w półcieniu pokoju.
+
+Promień słońca ślizgał się po tem różowem ciele o ciemnawych,
+sinawych tonach.
+
+Wąska ścieżka kręconych włosów przecinała tors na równe dwie
+połowy.
+
+Wtedy oczy Seweryna padły na leżące na ziemi i na wpół rozgniecione
+ciastko. Zmarszczył brwi, jakby dojrzał coś nieprzyjemnego.
+
+-- Paul!
+
+-- Słucham, jaśnie panie.
+
+-- Patrz!
+
+Nagiem ramieniem wskazywał dywan klęczącemu na ceracie sługusowi.
+
+-- Sprzątnij!
+
+Paweł na klęczkach posunął się po dywanie i podniósłszy ciastko,
+drugą ręką sięgnął po zostawione na sofie błękitne sznurowadło.
+
+Poczem wstał i ciągle spokojny i niewzruszony, plecionkę dyskretnie
+położył obok szyldkretowych szpilek w kącie tualety, a ciastko
+cisnął zręcznie skrzeczącej na balkonie papudze.
+
+ * * * * *
+
+Od dwóch tygodni poszukiwał Seweryn mieszkania.
+
+Zrobił pięćset osiemnaście pięter i -- nie mógł zdecydować się na
+wybór.
+
+Wszędzie bramy były zanadto widne, za wiele drzwi wychodziło na
+klatkę wschodową, lokatorowie zdawali się zanadto ruchliwi.
+
+W dwuznacznej pozycyi, jaką Seweryn sobie w życiu obrał -- były to
+rzeczy nadzwyczaj ważne. Do tej chwili lawirował szczęśliwie
+w pośród znieważanych mężów, którym ściskał uprzejmie ręce
+i oddawał drobne przysługi.
+
+Nie miał ochoty poznać tragicznej strony medalu.
+
+Wesoła wystarczała mu zupełnie.
+
+To też szukał i szukał odpowiedniej bramy, w której cieniu mogłaby
+jak w przepaści zginąć biegnąca do niego kochanka.
+
+Paul ze swej strony dokładał starań niemało. Obadwaj wieczorem
+schodzili się w sypialni, zniechęceni, pożółkli, ze skórą dziwnie
+na twarzy wyciągniętą.
+
+Snać podobne forsowne przechadzki obu tym viveurom nie dodawały
+zdrowia.
+
+I gdy Seweryn, kładąc się, owiązywał głowę fularem, twarz nacierał
+magnoliną a ręce pastą kardynalską, spoglądał żałośnie na Paula
+skraplającego mieszaniną octu tualetowego i wody kolońskiej firanki
+otaczające łóżko.
+
+-- Nic nie znalazłem -- mówił jęczącym głosem.
+
+-- I ja także, jaśnie panie. -- odpowiadał lokaj.
+
+-- Rozpacz!
+
+-- Rozpacz, jaśnie panie.
+
+I Seweryn, jęcząc, zakładał na twarz rodzaj maski irszanej,
+napojonej coldcreamem, a faworyty podwiązywał długim kawałkiem
+fularu, skropionym wodą portugalską.
+
+-- Może... jutro -- bełkotał przez wązki otwór, wykrajany w szmacie
+irchowej.
+
+-- Może... jutro, jaśnie panie. -- odpowiadał lokaj.
+
+Tymczasem przechodziło jutro bez żadnego rezultatu i tak samo dni
+następne.
+
+Pewnego jesiennego popołudnia, Seweryn, zdenerwowany, wlókł się
+wzdłuż kamienic, zatrzymując się przed każdą wywieszoną kartą.
+
+Wstąpił już do dwóch domów, pomimo że ulica nie przypadała mu do
+gustu.
+
+Ruchliwa była, co chwila przeleciała przez nią dorożka, to znów
+o kilka kroków grała katarynka wyjątki z „Carmen”.
+
+Jakiś mały piesek usiadł na trotuarze i wył, podnosząc do góry
+spiczastą mordkę.
+
+Seweryn dnia tego czuł się w dziwnem usposobieniu.
+
+Obudził się z niesmakiem w ustach i w duszy.
+
+Cała skóra go bolała na ciele i czuł nieledwie każdy włosek swych
+faworytów, które dziś sterczały suche i bez żadnego połysku.
+
+Usposobienie jego wewnętrzne było szare i znużone. Czuł mimowoli
+jakiś przesyt i wspomnienie ciała Klary, które go prześladowało,
+było mu wstrętne nad wyraz wszelki.
+
+Spotkał ją w Saskim ogrodzie przechodzącą z córeczką. Nie rozumiał
+dla czego coś go popchnęło ku dziecku, które było krwią jego krwi,
+jego własnym płodem.
+
+Lecz -- mała -- rozkapryszona, zdenerwowana, odwróciła się, nie
+chcąc się przywitać z „panem”. Chciał nalegać, schylił się, aby
+ją ująć za rączkę, pragnąc dotknięciem się tego świeżego,
+dziecięcego ramienia -- obronić przeciw jakiejś tęsknocie,
+która go trawiła.
+
+Lecz niańka ujęła dziecko, wołając:
+
+-- Sewerciu! patrz... Tata idzie!...
+
+Dziecko odwróciło główkę i wyciągnęło ręce w stronę
+nadchodzącego mężczyzny.
+
+Seweryn cofnął się i przeszedł szybko, zamieniając lekki
+ukłon z przyjacielem.
+
+Zaczął znów szukać mieszkania.
+
+Szedł, prostując się z całej siły woli i przybierając obojętną
+minę.
+
+Lecz piosenka „Carmeny” i wycie psa -- wstrząsnęły nim do głębi.
+
+-- Ach, te nerwy! -- pomyślał.
+
+Szybko wszedł do bramy, przy której widniała karta.
+
+Za chwilę dzwonił do drzwi parterowych, przed któremi leżała zużyta
+słomianka.
+
+Drzwi otworzył mały chłopiec, najwyżej lat sześciu, dobrze
+rozwinięty, szeroki w ramionach, z karkiem doskonale osadzonym.
+
+Otworzywszy drzwi, przechylił główkę, jakby oczekując
+wytłomaczenia.
+
+-- O mieszkanie... -- wycedził Seweryn.
+
+Chłopiec, stukając gwałtownie obcasami, zniknął w ciemni
+przedpokoju.
+
+Za chwilę słychać było donośny głos dziecięcy:
+
+-- Mamo!... jakiś o mieszkanie!
+
+-- To pokaż! -- odezwał się głos kobiecy z głębi mieszkania
+wychodzący.
+
+Seweryn wszedł do przedpokoju i zamknął za sobą drzwi wchodowe.
+
+Zapach gotującej się brukwi i topionego masła uderzył go na
+wstępie.
+
+-- Kuchnia musi być blisko -- wyszeptał z niezadowoleniem.
+
+Lecz nie miał już czasu oddawać się dłuższym uwagom nad rozkładem
+mieszkania, bo drzwi prowadzące do saloniku otworzyły się
+z impetem -- i w jednej smudze światła ukazał się chłopiec
+a potrząsając energicznie głową, zawołał:
+
+-- Proszę pana za mną. Mamcia nieubrana a tatki niema. Dzieci mają
+lekcyę i nie ma nikogo starszego tylko ja jeden.
+
+Mówiąc to, wydymał w dziwny sposób klatkę piersiową i uderzał się
+po niej z zadowoleniem.
+
+-- Salon! o! -- wyrzekł, wyciągając szyję -- niech pan wejdzie,
+choć pan zabłoci, nic nie szkodzi, jutro będą froterować!
+
+Seweryn spojrzał dokoła.
+
+Dziwnym mu się wydawał ten „salon”, pełen szydełkowych kap
+i serwetek. Wszędzie czepiały się, jak rój nocnych czepków
+mieszczanki, opadłych na ciemną wełnę mebli; na jesionowe
+stoliczki, na trzcinę etażerek, na pudło nędznego fortepianu. Przed
+kanapą, na płaszczyźnie stołu pokrytego siatkową szarą serwetą,
+sterczała lampa, której podstawa tonęła w patarafce ze strzyżonej
+włóczki i szklanych owoców.
+
+Mała czworograniasta czapeczka okrywała szkiełko.
+
+Chłopiec stał teraz na środku pokoju, rozstawiając nogi. Małe,
+szare oczy o stalowych błyskach utkwił w twarzy Seweryna, który
+z pustych ścian saloniku wzrok swój mimowoli przeniósł na źrenice
+dziecka. I przez krótką chwilę te dwie pary oczu o jednakowym,
+ciemnym a przejmującym połysku tonęły w sobie, jakby zlewając swe
+stalowe promienie, w jedną chłodną, szarawą smugę.
+
+Wreszcie Seweryn ocknął się pierwszy.
+
+-- Czy jest jeszcze co więcej? -- zapytał.
+
+-- Jest proszę pana, pokój mamy i taty, dziecinny, jadalny,
+kuchnia, pasaż i schowanko -- recytował mały.
+
+Przez uchylone drzwi prowadzące do dalszych pokojów, wyjrzała mała
+dziewczynka.
+
+Chłopiec przybrał poważną minę.
+
+-- Niech Maryś idzie do kuchni, do Magdaleny -- wyrzekł mrużąc
+oczy, a odwróciwszy się w stronę Seweryna, dodał ze śmiechem: --
+moja siostrzyczka!
+
+Malutka schowała się czemprędzej, nie omieszkawszy pokazać
+nieznajomemu końca różowego języka.
+
+Chłopiec wzruszył ramionami.
+
+-- Pan daruje, ale to jeszcze małe! -- wyrzekł, otwierając drzwi na
+rozcierz -- proszę pana, jadalnia!...
+
+Seweryn przestąpił próg i stanął koło ściany, opierając się o nią
+plecami.
+
+Przed nim, na sosnowym dość dużym stole, okrytym ceratą, stały
+talerze z grubego fajansu o żółtawych, gliniastych cieniach, grube
+szklanki zieleniły się w odstępach, serwetki starannie
+wyprostowane i pozwijane, wsunięte były w czarne, blaszane kółka.
+
+Pod ścianą kredens, na wpół otwarty, z wysuniętym blatem, ukazywał
+ubogie wnętrze zapełnione blaszanemi puszkami cukru, kawy
+i herbaty. Wielki bochenek chleba świeżo napoczęty, rozkładał wśród
+masy okruchów swe ciemnawe wnętrze, okolone brunatną spieczoną
+skórą.
+
+Pod oknem maszyna do szycia, na wpół przykryta sztywną merlą
+zszywanej spódnicy, i krzesełko wyplatane odsunięte na środek
+pokoju.
+
+Dokoła stołu kilka krzeseł wyplatanych i dwa wysokie foteliki
+dziecinni: z zasuwanemi linijkami. Na jednym poduszeczka czerwona
+perkalowa i przewieszony przez poręcz śliniaczek szydełkowy,
+nawleczony czerwoną tasiemką. Wszystko to jednym rzutem oka objął
+Seweryn. Jakieś dziwne przygnębienie ogarniało go wśród tych ścian
+pustych, przed tym ubogim stołem, pośród tej duszącej woni
+kuchennej i stukotu tasaka o stolnicę, dolatującego z po za drzwi
+źle przymkniętych.
+
+Cała nędza rodzinnego życia, smutnego, pełnego poświęceń, prywacyj
+i obowiązków -- zdawała się spływać tu z trywialnością trosk
+codziennych. Tylko różowa i uśmiechnięta twarzyczka chłopca miała
+w sobie świeżość małego egoisty, zabierającego w swe płuca
+najzdrowsze cząstki powietrza, a w usta najlepszy kęs mięsa
+i największy kawał chleba.
+
+I znów oczy Seweryna spoczywały na drobnej a dobrze rozwiniętej
+postaci dziecka, które, pogwizdując lekko, wyszarpywało z bochenka
+chleba kawałek ośrodka i, maczając go w solniczce, zajadało ze
+smakiem.
+
+Seweryn przypomniał sobie, że, dzieckiem będąc, lubił namiętnie
+chleb z solą i zakradał się przed obiadem do sali jadalnej, aby
+wyprosić u lokaja kawałek ośrodka.
+
+Wspomnienie to sprawiło mu pewien rodzaj przyjemności.
+
+Mimowoli uśmiechnął się do chłopca uśmiechem koleżeńskim,
+przyjemnym, porozumiawczym.
+
+Malec nie został mu dłużnym.
+
+Jakby w zwierciadle odbił się na różanych ustach dziecka uśmiech
+mężczyzny.
+
+Te same zadrganie nerwowe kącików, te same zmarszczenie brody.
+
+-- To dobre przed obiadem -- bełkotał chłopiec i uderzył się znów
+po klatce piersiowej, smarując przód flanelowej białej bluzki
+tłustemi rękami.
+
+Seweryn stał ciągle przy ścianie, obserwując dziecko. Poddał się
+bezwiednie pociągowi ku tej małej, kędzierzawej główce, kręcącej
+się przed nim w mgławem świetle dnia jesiennego. Chłopiec ten
+zaciekawiał go i śledzić wzrokiem za sobą kazał. Szare źrenice
+z pod długich rzęs błyskały mu pożądliwie, gdy skubał ośrodek
+chleba... tęgi kark odsłaniał się z szeroko rozwartego kołnierza
+bluzy, kark o zarysach wspaniałego w przyszłości samca,
+podbijającego kobiety siłą sprawianej rozkoszy.
+
+Na karku tym zatrzymał się dłużej wzrok Seweryna, zdawało mu się,
+ze gdzieś już widział podobny szmat ciała, tylko większy, grubszy,
+porosły krótkiemi włosami, majaczący we mgle zestawionych
+umiejętnie luster... i osłonięty draperyą białej flaneli.
+
+-- Teraz pokażę panu dziecinny pokój, później mamci i kuchnię!
+
+Z łoskotem malec szarpnął drzwiami i przed oczyma Seweryna ukazał
+się pokój podłużny, zastawiony pod ścianami małemi łóżeczkami,
+okrytemi kołderkami z pąsowego, wytartego kaszmiru. Duży stół
+zarzucony książkami i zabawkami czernił się na środku.
+
+Koło pieca suszyło się prześcieradełko, na ziemi leżała naga lalka,
+z której sypały się trociny.
+
+Jakieś gorąco wilgotne panowało tu, wyziew mokrej bielizny
+i rozlanych na podłodze mydlin.
+
+Pod stołem siedziała malutka dziewczynka, wydzierająca kartki
+z wielkiej książki.
+
+Pod oknem, na obdartym skórzanym koniu huśtał się czteroletni
+chłopczyk, chudy, anemiczny, wybladły.
+
+Chłopiec oprowadzający Seweryna, jak szalony rzucił się ku dziecku
+kołyszącemu się na koniu.
+
+-- Złaź! to mój koń! złaź natychmiast!
+
+I silny, z pasyą wyrytą na drobnej twarzyczce, strącał młodszego
+brata, który z pokorą dziwną złaził z siodła, zaczepiając się
+o powiązane sznurkami strzemiona.
+
+Chłopiec, cały purpurowy, z krwią nabiegłą do oczów, rzucił się
+teraz pod stół i wyrwał dziewczynce książkę.
+
+-- Ty, oddaj, to moje!
+
+Książkę rzucił na łóżko, poczem porwawszy za łeb konia, wsunął go
+w kąt tuż przy łóżku, które zapewne było jego miejscem spoczynku.
+
+Dzieci -- milczące, przytuliły się do siebie, nędzne, drobne,
+małe -- poddając się brutalnej przemocy, jaką wywierał nad niemi ten
+chłopak, zdający się rządzić tu bezpodzielnie, brać pod swe
+panowanie wszystko, co było jeszcze do wzięcia w tej nędzy
+urzędniczej, w tych ubogich sprzętach powleczonych kurzem
+trywialności.
+
+Seweryn znów oparł się o ścianę i śledził wzrokiem drobną postać
+chłopca, który z wysiłkiem pakował konia na łóżko.
+
+I zdawało mu się, że dziecko to jest mu doskonale znajome, że
+widywał je codziennie dawniej i teraz odnalazł nagle wraz ze
+wszystkiemi ruchami, tonacyą głosu, karnacyą skóry...
+
+Wreszcie -- rzecz dziwna, Seweryn odczuwał jakby z jego wnętrza coś
+się oderwało i poruszało się teraz w małych a silnych członkach tej
+istoty, nurtowało tę kędzierzawą głowę, objawiało się w suchych,
+urywanych zdaniach, wyrzuconych z tej klatki dziwnie wydętej pod
+cienką tkaniną białej flaneli.
+
+Nagle -- drzwi w przeciwległej ścianie otworzyły się na rozcierz
+i stanęła w nich kobieta okryta ciemnym, flanelowym szlafrokiem,
+wiszącym luźno na wychudłem jej ciele.
+
+Stanąwszy w ramie drzwi, które po za nią rozwarły się szeroko,
+ukazując profil łóżek okrytych brązowemi kapami i przedzielonych
+małą ciemną szafką, wyciągnęła rękę ku hałasującemu dziecku.
+
+-- Maniek! -- wyrzekła suchym, bezdźwięcznym głosem -- nie hałasuj,
+wiesz że mnie głowa bo...
+
+Reszta słów uwięzła jej w gardle.
+
+Dostrzegła Seweryna i obiema rękami schwyciła się za piersi.
+
+Pobladła jak ściana i na chwilę oczy przymknąwszy, oparcia ciałem
+szukała.
+
+On -- poznał ją także, poznał odrazu, jakkolwiek straszną zmianą te
+lat siedem naznaczyły się na jej twarzy.
+
+Był to szkielet Anny -- tej Anny, która podniosła się wśród blasków
+bizantyjskiej lampy, milcząca i blada -- i odeszła z płodem
+cudzołożnym w łonie, nie wymówiwszy ani słowa do swego wspólnika.
+
+Teraz stali przed sobą, oboje bledzi -- mając pomiędzy swemi
+ciałami całą przeszłość pieszczot, zmysłowych porywów i chwilę
+rozstania gorzką i gwałtowną, z początkiem brzemienności kobiety.
+
+Wreszcie -- ona odzyskała przytomność i podniosła głowę.
+
+W wyblakłych jej oczach, otoczonych sinawemi cieniami, zadrgała
+cała gama nienawiści głuchej, tajonej wśród nocy bezsennych, na
+szafocie małżeńskiego łoża, wśród których do krwi gryząc wargi,
+taiła wyznanie prawdy, rwące się na usta w porywie bezdennej
+rozpaczy i cielesnego obrzydzenia.
+
+Wszystko to mignęło w jej oczach i padło na twarz Seweryna, jak
+uderzenie biczem cienkim a wiązanym w silnie zadzierzgnięte węzły.
+
+-- Czego? -- zapytała.
+
+Mężczyzna milczał, nie mogąc zdobyć się na odpowiedź.
+
+Ta kobieta wydała mu się w tej chwili straszną, tragiczną, wielką
+w swym gniewie.
+
+-- Czego? -- powtórzyła.
+
+Czuł, że odezwać się musi.
+
+-- O... mieszkanie -- wyjąkał, pocierając jedną łydkę o drugą.
+
+Kobieta uśmiechnęła się ironicznie.
+
+-- To mieszkanie nieodpowiednie dla pana, wyjść proszę!...
+
+Wyciągnęła drżącą rękę w kierunku drzwi.
+
+Seweryn stał jednak ciągle, zmieszany, z oczyma spuszczonemi
+w ziemię.
+
+-- Wyjść proszę! -- powtórzyła kobieta.
+
+Lecz on, powoli, nieśmiało wzrok swój od ziemi oderwał i na chłopca
+stojącego koło łóżeczka przeniósł.
+
+-- To... on? -- zapytał cichym, ledwie dosłyszalnym głosem.
+
+Na twarz kobiety wystąpił rumieniec.
+
+-- Wyjść... proszę! -- powtórzyła przyciszonym głosem.
+
+Seweryn patrzał wprost już w twarz chłopca, który, odstąpiwszy
+od łóżka, znalazł się pomiędzy nim i matką, a wsadziwszy ręce
+w kieszenie od kurtki, łydki wygiąć pierś naprzód podał
+i z uśmiechem na Seweryna spoglądał.
+
+I był to on! on sam w zmniejszonym formacie, on -- egoista,
+on -- samolub, on -- brutalny samiec tyranizujący wszystko!
+Kukułcze pisklę zagarnęło gniazdo dla siebie, rozpierając się
+w niem z zuchwałością bękarta...
+
+W oczach kobiety szkliły się łzy, głowę oparła o ramę drzwi
+i ponuro patrzyła przed siebie.
+
+Seweryn machinalnie rękę ku dziecku wyciągnął.
+
+Sięgnął jak po swoją własność, zapominając, że w nikczemnym
+egoizmie swoim stracił prawo do istoty spłodzonej przez siebie
+i podrzuconej nieznanemu człowiekowi.
+
+Lecz Anna nagle, jak hyena, porwała się ode drzwi i schwyciwszy
+dziecko jedną ręką, drugą chudą i drżącą wyciągnęła
+z wspaniałym gestem silnej w swem prawie kobiety.
+
+Z po zaciśniętych zębów wybiegło jedno jedyne słowo:
+
+-- Precz!...
+
+I słowo to było tak silne, tak tętniące obietnicą niecofnięcia
+się przed niczem, iż Seweryn po raz pierwszy w życiu ustąpił
+nędznie przed wzrokiem kobiety, kurcząc się i cofając ku wyjściu,
+jak znikczemniałe wypędzone z cudzego legowiska zwierzę...
+
+
+
+
+VII.
+
+=Lewek.=
+
+
+Małe to było, brzydkie, krępe, na krzywych nogach osadzone, z głową
+kudłatą i z bezczelnem spojrzeniem w zielonawych, świdrowatych
+oczach, których usiłowaniem najgorętszem było rzucać piekielne
+podbójcze błyski.
+
+„Demoniczny jestem”, mawiał, pukając się w wypukłe piersi, okryte
+wykrochmaloną koszulą, „demoniczny bestya, jak chyba nikt na
+świecie”. I pakował gałkę od laski w szerokie usta, które oblizywał
+ciągle, grubym, sinawym językiem. Nogi obute w płytkie lakierowane
+pantofle wyciągał przed siebie, ohydny, trywialny, śmieszny pod
+jasnym blaskiem porannego słońca filtrującego złotawe światło
+przez liście kasztanów nad ławkami się zwieszających.
+
+Spoglądał na przechodzące kobiety z lekceważeniem pozornem
+a z utajoną lubieżnością. Kiwaniem nogi, wydęciem ust, zdawał
+się mówić jak sułtan rozparty na sofie w haremie.
+
+„No! któraż tam!... Pan czeka!...”
+
+Lecz w myśli powtarzał sobie:
+
+„Ach!... żeby też która!...”
+
+Lecz kobiety mijały go szybko, nie zwracając nań najmniejszej
+uwagi. Czasem zasłaniały się parasolkami, aby uniknąć jego
+natrętnego i bezczelnego spojrzenia, które on uważał za szczyt
+demoniczności. Często -- gdy zniecierpliwiony, rozdrażniony,
+wstawał z ławki i z arogancyą zaglądał pod ronda kapeluszy mężatek
+pilnujących dzieci, lub następował na pięty dziewcząt
+uśmiechających się w promieniach słonecznych -- ta i owa mruknęła
+przez zaciśnięte zęby:
+
+-- Błazen!
+
+On wtedy zaciskał zęby z wściekłością, przybierając pozornie
+rozpromieniony wyraz twarzy. Siedzący bowiem na ławie przyjaciele
+śledzili go z uwielbieniem, patrząc, jak „zachodzi” -- i jak
+kobiety rzucają mu w przelocie jakieś słowa, które on,
+szczęśliwiec! z uśmiechem niedbałym przyjmuje. Gdy powracał do
+ławki, kołysząc się na swych krótkich, kaczych nogach, gołowąsy
+młodzieniaszek w świat podbojów wchodzący, zapytywał:
+
+-- I cóż? i cóż? co one powiedziały?...
+
+Ireneusz wydymał dolną wargę:
+
+-- Ha! lecą na mnie!
+
+Po ławce rozchodził się szmer uwielbienia.
+
+Wiadomo bowiem, że Ireneusz należy do tych wybrańców, którzy mają
+szczęście do kobiet! Już w czwartej klasie miał taką reputacyę, gdy
+za brązowemi spódniczkami pensyonarek gonił, spocony, czerwony,
+kroplami potu na krótkiej, niekształtnej szyi okryty.
+
+Pensyonarki pluły, złościły się, obrzucały go rozmaitemi epitetami,
+on to wszystko ze stoicyzmem znosił -- wiedząc, że w oczach kolegów
+rośnie na zjadacza serc panieńskich, na don Żuana, na kobieciarza!
+Podtrzymując reputacyę swoją, pracował i nadal w tym kierunku,
+zamieniwszy tylko teren swych manewrów, wiecznie w pogoni za
+kobietą, zawsze głodny a udający przesyconego, drżący na szelest
+krochmalnej spódnicy pokojówki a ziewający na widok koronek
+wyłaniających się z pod sukni szykownej strojnisi.
+
+Szlachectwo zobowiązuje!
+
+Reputacya Irka była ustalona.
+
+Demoniczny i szczęśliwy do kobiet!...
+
+Tylko tyle.
+
+Godność tę trzeba było dźwigać na swej kwadratowej głowie pod grozą
+śmieszności i odstąpienia podbójczego berła komu innemu.
+
+Tego Irek byłby nie przeżył.
+
+Chował więc „błazna” -- do kieszeni i mówił zapalając papierosa:
+
+-- Lecą na mnie!
+
+Lecą! och!...
+
+ * * * * *
+
+Akuszerka odbierająca Irka zaopiniowała w dwie minuty po urodzeniu
+się tego rozkosznego dziwotworu w następujących wyrazach:
+
+-- Chłoptaś szelma śliczny jak lalka, do mamy podobny jak dwie
+krople wody. Będzie miał szczęście do kobiet!
+
+Ojciec -- suchy, biedny, zawiędły urzędnik -- stojący pod piecem
+z pieluszkami w ręku, uśmiechnął się blado.
+
+-- Jak Boga szczerze kocham -- przyświadczała akuszerka, wodę na
+kąpiel szykując -- będą za nim hrabiny latały, już ja się znam na
+tem!
+
+Słowa pani Malinkiewicz, powtarzane często w obecności już
+podrastającego Irka, głębokie nań wywarły wrażenie.
+
+-- Powiedziała -- o! powiedziała!... musiała coś przecież wiedzieć,
+z palca sobie tego nie wyssała.
+
+Uczył się, ale za to był bezustannie w fałdach kobiecych spódnic,
+wcześnie roznamiętniony i ofiarowujący się z miną znudzonej
+przymusowem dziewictwem kobiety. Odpychano go jednak, tak był
+wstrętny, z oczyma zielonawemi, powleczonemi mgłą namiętności,
+z ustami wpół otwartemi o zaślimaczonych kącikach. Przez grzeczność,
+w obecności rodziców dziewczęta znosiły go pomiędzy sobą, unikając
+dotknięcia jego rąk zimnych i wiecznie spoconych. On -- połykał
+upokorzenia, znosił przycinki, znajdując dziwną rozkosz w słowach
+obcych, widzących go w gronie dziewczyn.
+
+-- Irek ma szczęście do kobiet! patrzcie!... zawsze jest pomiędzy
+niemi!...
+
+Gdy podrósł, zaczął się zastanawiać, czem właściwie można
+podbijać kobiety.
+
+Czytał wiele, zatrzymując się zawsze nad opisami bohaterów, którzy,
+szczególnie obdarzeni od natury, uwodzili po sześć kobiet dziennie,
+porzucając je później na pastwę tęsknoty i rozpaczy...
+
+Bohaterowie ci mieli przeważnie -- „czoło wyniosłe, otoczone
+kruczemi kędziorami, twarze pociągłe, blade -- nozdrza namiętne,
+rozdęte”. Jeden z bohaterów Balzaka, uwodziciel urzędowy, miał
+wargę dolną lekko obwisłą „świadczącą o zmysłowości”...
+
+Zaczęły się więc tortury ciała Irkowego.
+
+Włosy smażyły się i piekły na żelazku od rurkowania spódnic,
+nieruchome i mięsiste nozdrza rozciągane palcami, nabrały pewnych
+ruchów przy wciąganiu powietrza, warga zaś dolna -- ta nieszczęsna
+warga, miała rzeczywiście pozory zmysłowości „szalonej”.
+
+-- Irek, co robisz z ustami? -- wołała matka, cicha, potulna
+kobiecina, niemogąca pojąć jak zaszczytne stanowisko zająć ma jej
+syn w społeczeństwie.
+
+Projekt na „lwa” -- tymczasem wargę ciągnął i nozdrzami ruszał,
+tworząc sobie w ten sposób maskę podbójczą, niezwalczoną...
+
+Wzrósłszy w lata i ciało, krępy i nabity, rozsadzający pełnością
+kształtów jasne garnitury, aplikował u jednego z adwokatów,
+zapełniając ciasną kancelaryę trywialną, ostrą wonią chypru.
+Lokował się przy drzwiach salonu, aby za każdem ich otwarciem,
+rzucić w głębię przenikliwe spojrzenie, samą adwokatowę mające na
+względzie.
+
+Pani ta jednak -- jakkolwiek w niebezpieczną trzydziestkę wkroczyła
+i miała lekki puszek na wierzchniej wardze posiadała tylko jedną
+namiętność, to jest... rurki czekoladowe napełnione kremem.
+Pochłaniała ich ilość obfitą, zmysłowe rozkosze na bok odkładając,
+namiętne przeto drżenie nozdrzy Irka zostawiało ją zimną, nawet
+nieździwioną w jej łakomem, kremowem rozleniwieniu.
+
+Demoniczny natomiast młodzian, obserwowany, popychany przez
+kolegów, widząc, iż nic nie zyska, przybrał... minę zwycięzcy
+i często w pustą głębię salonu rzucał porozumiewawcze spojrzenia
+i uśmiechy, ku wielkiej radości całej dependenckiej rzeszy.
+
+-- Wzięła się! wzięła! -- szeptali do siebie, głowy z plik papierów
+wyściubiając.
+
+Irek brwi marszczył i rękę patetycznie wyciągał.
+
+-- Proszę was -- mówił -- zaprzestańcie tych żartów. Podobnemi
+podejrzeniami obrażacie mnie i kobietę, która obdarza mnie sercem
+zaufanem!
+
+Milknął na chwilę, poczem dodawał z wysiłkiem:
+
+-- ...I której honor jest mi drogim!
+
+Było w tym głosie to „coś”, które drga zawsze w głosie
+mężczyzny, ile razy zapiera się miłostek z jakąś kobietą. Mówi
+„nie!” -- a słyszy się najwyraźniej „tak!”
+
+Wreszcie -- następował teraz -- bukiet, wieńczący zwykłe podobnego
+rodzaju rozmowy.
+
+-- Daję wam na to... słowo honoru!
+
+Wszystko tam było -- i honor (och ten nieszczęsny!), i ręka na
+kamizelce położona, i przymrużanie oczów, słowem -- cała lira.
+
+Mimo to, a właściwie mówiąc, dlatego -- dependenci mówili w kilka
+dni później w gronie swych zaufanych przyjaciół:
+
+-- Irek poleciał teraz na grandę, mężatka, szyk kobieta! Nie -- on
+ma dziwne szczęście do kobiet!...
+
+A zapytywani przez rodzinę o panią adwokatowę, odpowiadali:
+
+-- Phi!... kobieta nieszczególnego prowadzenia się! Podobno Irek...
+i to nie sam!... nie on jeden!
+
+Adwokatowa tymczasem kremem cała ubielona, ani przypuszczała jak
+czernieje jej dobre imię, jaka smutna przyszłość gotuje się dla jej
+córek -- których matka, niedługo w opinii całego miasta zostanie
+„taką, co przez całą kancelaryę męża przeszła!”
+
+Powoli -- Irek rozzuchwalał się coraz więcej.
+
+Tu i owdzie, jakaś pokojówka rozuzdana, sklepikarka lub
+dystrybutorka spragniona miłosnych wrażeń -- zsuwała mu się
+w objęcia. On -- wygłodzony, miłostki te skwapliwie przyjmował,
+dekorując je później w wytworne barwy, w opowiadaniach swych, wśród
+kilku przyjaciół. Franusia z drugiego piętra, cuchnąca mydlinami,
+była w tych opowieściach -- panną „z bardzo przyzwoitej rodziny” --
+odwiedzającą go o szarej godzinie z panną służącą. Biedactwo!
+przybywało zawsze spłonione i drżące. Narzuciło mu się prawie samo
+a teraz on -- z litości nad biedną, stosunek ten przeciągał, który,
+nawiasem mówiąc, nużył go niewypowiedzianie. Czuł bowiem do czego
+to zmierza, panna chce koniecznie doprowadzić go do ołtarza -- lecz
+on, Ircio -- bynajmniej tego nie pragnie!
+
+Tembardziej -- że... niedawno zaplątał się jeszcze w znajomość
+z pewną wdową, majętną, posiadającą handel na jednej z pryncypalnych
+ulic, o!... wiecie! -- sklep wspaniały -- jubilerski, pełen
+brylantów, turkusów, rubinów...
+
+On -- uległ także temu kaprysowi, pociągnięty wielką pięknością
+wdowy, lecz teraz radby się wywinąć uczciwie, jak na przyzwoitego
+człowieka przystoi.
+
+Wdową tą tymczasem -- była dystrybutorka, rozlana w czterdziestce,
+którą przekroczyła, żółta i nędzna za skromnym kontuarem ubogiego
+sklepiku, na jednej z najbardziej oddalonych ulic miasta.
+
+Przyjaciele Irka cisnęli się teraz do niego, pełni tej dziwnej
+łatwowierności, jaką mają mężczyźni, wobec miłosnych blag
+patentowanego przez nich samych bezczelnika.
+
+-- Irek!... Irek!... powiedz -- jak się nazywa?
+
+Irek łyżeczką kawę mieszał z tajemniczą miną.
+
+-- Nie wymagajcie! honor kobiety!...
+
+Lecz oni nacierali, pełni niezdrowej ciekawości starych plotkarek.
+
+-- Czy znamy ją? powiedz?
+
+Irek ramionami ruszał.
+
+-- Może... -- rzucał z niechcenią.
+
+-- Pani Strzelecka?
+
+-- A... cóż znowu!
+
+-- Pani Jacksohn?
+
+-- Ależ...
+
+Uśmiechał się dwuznacznie, oczami demonicznie błyskając.
+
+-- Ależ tak -- ona -- ona -- nikt inny!...
+
+Lecz on porywał się nagle, godności pełen:
+
+-- Proszę, zaprzestańcie tych domysłów. Gdyby nawet tak było...
+honor milczeć mi nakazuje!
+
+I nagle wdowa po jubilerze zostawała kobietą „kompromitującą się
+z jakimś dependentem”, istotą zgubioną, nieumiejącą nawet uszanować
+pozorów... Ta i owa, w chwili oburzenia, wróciwszy z „pod Raka”,
+gdzie grywa rozstrojona orkiestra, a gabinety zbudowane są
+z dziurawych desek -- mówiła:
+
+-- Wszystko przecież można... ale zachować trzeba pozory!...
+
+Koło kobiety robiła się pustka, której ona wytłomaczyć sobie nie
+umiała i nie mogła -- a lewek Irek powtarzał tymczasem:
+
+-- Gdyby nawet tak było -- honor mi milczeć nakazuje!
+
+Och!... ten honor mężczyzn, lwów broniących czci kobiety, którą
+sami zszargali, ten honor dzwoniący, jak fałszywa moneta --
+„qu'allait-il faire donc, dans cette galère?”
+
+Powoli, Irek rozzuchwalał się jeszcze więcej.
+
+Trzeba było słyszeć tę potworę mówiącą o kobietach w ogóle,
+zwłaszcza gdy wypił filiżankę czarnej kawy z figową cykoryą, pod
+werendą dystyngowanej cukierni.
+
+-- Kobiety!... hm -- wiedział on dobrze co znaczy to słowo! Trzysta
+czterdzieści siedem razy grał komedyę miłości... tak!... tak!...
+trzysta czterdzieści siedem! ani mniej ani więcej! Zna więc do
+gruntu te istoty, które bez wielkich wysiłków przykuć do siebie na
+zawsze można. Gorący pocałunek, w ucho naprzykład, zupełnie
+wystarcza! On to próbował nieraz i żadna mu się nie oparła! a ileż
+ich przez ręce mu się przewinęło! Blondynki, brunetki, rude, ba!...
+nawet jedna siwa, lecz młoda i piękna! Wybierał zawsze bowiem
+piękne i dobrze zbudowane... wszak tyle jest tego na świecie!...
+mój Boże -- ręką tylko siegnąć... już jest i to nie byle co, szyk,
+elegancya, inteligencya! wszystko!
+
+Cóż? -- kobieta? -- istotnie słaba, bez woli -- lgnąca do trochę
+przystojniejszego mężczyzny na oślep. Tak zwanych „uczciwych”
+-- phii!... to okazy do wypchania, niema ich poprostu. Irek takich
+nie znał, wreszcie... on za nikogo, za żadnąby nie ręczył!...
+
+Podkreślał te słowa, przybijając tem słuchaczy. A wreszcie -- gdyby
+oni byli na jego miejscu i przeszli to, co on przeszedł -- widzieli
+kobiety napozór zacne, święte, nieskalane... szalejące w chwili
+ekstazy miłosnej w jego objęciach jak kurtyzany! -- a!... tak! tak,
+jak proste kurtyzany!
+
+Od pewnego czasu upodobał sobie wyraz „kurtyzana” -- i szastał nim
+na prawo i lewo, wsłuchując się w dźwięk tego teatralnego słowa.
+
+-- Zresztą -- ciągnął dalej, paznogcie sobie oglądając -- życie
+trzeba brać jak jest! Kobieta jest przyjemnem narzędziem rozkoszy
+i miłą rozrywką. Tylko...
+
+Tu składał ręce jak do modlitwy.
+
+-- Na Boga, panowie, nie żądajcie niemożliwego! nie chciejcie
+widzieć w kobiecie istoty na wieki do was przykutej, bo w ten
+sposób -- życie będzie dla was męczarnią. W młodości mej...
+wiedziałem coś o tem!
+
+Pozował się melancholijnie, głowę na dłoni wspierając.
+
+-- Tak!... tak!... -- kończył cichym, przytłumionym
+głosem -- początkowo brałem komedyę miłości na seryo.
+To mnie zabijało! Dziś, nie kocham! pozwalam się kochać...
+i czuję się o wiele szczęśliwszym.
+
+Uśmiechał się, usta oblizując -- w kącikach mu kawa pomieszana ze
+śliną czerniała.
+
+-- Teraz, już trzysta czterdzieste ósme przedstawienie nie kosztuje
+mnie nic i bez najmniejszego wzruszenia o schadzce wieczornej
+myślę. Ot -- spędzić wieczór z kobietą, jest dla mnie to samo,
+co... filiżankę kawy wypić!
+
+Pełen dezinwoltury, wspaniały, nadzwyczajny, sączył resztę fusów
+osiadłych na dnie filiżanki. Słuchano go z religijnem skupieniem.
+
+Swadę miał i widoczną gruntowną znajomość przedmiotu.
+
+Czasem miał odpowiedzi, które po prostu historycznemi się stały,
+rywalizując ze słowem Cambronne'owi przypisywanem.
+
+Przykład:
+
+Jeden z młodzieży -- wkraczający dopiero w dziedzinę galanteryi,
+zauważył nieśmiało, że pomiędzy „szwaczkami” wiele się znajduje
+dowodów szczerego przywiązania i miłości.
+
+Dyskutowano trochę, ten i ów opozycyę zakładał, wreszcie zwrócono
+się do Irka, który ostentacyjnie jakiś list na różowym papierze
+nabazgrany czytał.
+
+-- Jak pan sądzisz?... szwaczki? co?
+
+Irek oczy zmrużył.
+
+-- Szwaczki? -- odpowiedział po chwili z niezrównanem
+roztargnieniem -- szwaczki?... je n'en sais rien?... nie znam!...
+
+Od pewnego czasu używał francuzczyzny, ucząc się zdań pojedynczych
+i rozmówek pani Bocquel.
+
+-- Nieznasz pan szwaczek? -- pytano ze zdziwieniem. On, demoniczny
+wzrok wokoło ciskał:
+
+-- A, od czegóż... damy? -- zapytał.
+
+ * * * * *
+
+Razem z latami, wzrosła w tym mężczyźnie dziwna zaciekłość udawania
+kochanka każdej choć trochę wybitniejszej lub bardziej znanej
+kobiety.
+
+Zwrócił się przedewszystkiem do -- teatru.
+
+Poznał jakąś nędzarkę, chórzystkę -- obarczoną kilkorgiem dzieci,
+zaglądał często do jej biednego mieszkania, i teraz, nagle zaczął
+pastwić się nad aktorkami.
+
+Od owej chórzystki -- wyciągał niektóre szczegóły co do artystek
+stojących na stanowisku i szargał je w błocie rozpusty, obmawiając
+w najcyniczniejszy sposób.
+
+Pisywały do niego! o! tak -- nawet bardzo często, cierpiąc po
+prostu na manię listów! Lecz on -- jakkolwiek chwilami znajdował
+pewne upodobanie w towarzystwie „tych pań” -- umiał postawić się na
+odpowiedniej stopie. Mój Boże!... wiadomo bowiem jak przewrotną
+jest kobieta -- a cóż dopiero aktorka! Tej ostatniej głównie chodzi
+o świecidełka, błyskotki. Rzuca się więc jej ten okup i flirtuje
+wesoło w jej buduarze. Co jeszcze mają najlepszego w sobie aktorki
+-- to umiejętność urządzania buduarów.
+
+I dyskretnie dawał rozmaite szczegóły.
+
+U tej naprzykład buduar cały różowy ma na szezlongu rzuconą białą
+niedźwiedzią skórę, u tamtej buduar w kształcie oryentalnego
+namiotu, u innej znowu lustra, lustra i lustra.
+
+Jeszcze inna nie miała buduaru, przyjmowała zwykle w saloniku,
+w którym była zaciszna alkowa, wybita liliową draperyą. Aktorka miała
+jasne złociste włosy, zwykle rozpuszczone i wielkie koronkowe
+rękawy, któremi zamiatała ziemię.
+
+Nawet na nim, na Irku robiło to pewien efekt, dlatego przesiadywał
+tam często, powtarzając z „tą panią” -- jej role.
+
+Ależ tak -- tylko role, a wreszcie...
+
+Tu -- był już dyskretnym.
+
+Dobra wiara, którą zaszczycano go od lat kilku, wyrobiła w nim
+bezczelność, posuniętą do niemożliwych granic.
+
+Opinia aktorek, szarpana zwykle przez wszystkich, dla tego lwa była
+prawdziwym kęskiem królewskim, na który rzucał się s całą
+zajadłością.
+
+Aktorki!... fiu!.. wszystko -- kurtyzany!...
+
+Rzecz ceny -- nic więcej!
+
+Ramionami wzruszał, usta wydymał -- pełen szlachetnej pogardy dla
+tych istot ujrzanych zaledwie zdaleka, wśród blasku gazu,
+w szeleście jedwabnych spódnic i całej fali koronek.
+
+Serce mu biło gwałtownie, gdy ujrzał którą przechodzącą ulicą.
+
+Jeśli nie był sam -- pociągał gwałtownie swego towarzysza
+i przechodził na drugą stronę ulicy.
+
+-- Dlaczego to robisz? -- pytał towarzysz -- patrz, idzie Morelka,
+przywitasz się z nią... może mnie przedstawisz?
+
+Irek brwi marszczył, głowę odwracając.
+
+-- Dziwny jesteś -- odpowiadał -- nie wiesz, że oddawna nie znam
+tej pani?
+
+Lub zapuszczał się dalej w efronteryę, mówiąc junacko:
+
+-- Witać się z nią? cóż znowu, przecież ja nie mogę się tak
+kompromitować!
+
+Przechodził szybko, głowę do góry niosąc, z ustami wydętemi
+pogardliwie, ironicznie -- pogwizdując jakąś urywaną melodyę.
+
+Aktorka tymczasem szła powoli, nie przypuszczając, że po drugiej
+stronie chodnika szedł człowiek -- rzucający na nią błotem, dający
+jej miano „kurtyzany” i mówiący z pogardą:
+
+-- Ta pani, to rzecz... ceny.
+
+ * * * * *
+
+Niezrównaną miał fantazyę, ten kreowany przez akuszerkę pożeracz
+serc kobiecych. Wyjeżdżał raz do Wiednia i zawadził o Wenecyę. Było
+to już po śmierci matki i trochę klejnotów przez nią pozostawionych
+przeszło w ręce żydów, dla opłacenia kosztownej dla Irka w świat
+wycieczki.
+
+Lecz za to z powrotem, ileż legend opromieniło demoniczną postać
+lewka!...
+
+Wiedenki -- hm... cóż! Wiedenki -- namiętne, rozmarzone,
+wysiadające na ławkach Stadtparku podczas księżycowych nocy.
+
+Sentymentalizm straszny... samobójstwo w perspektywie!
+zapewne -- sensacye nowe i dość miłe, lecz dla człowieka,
+który trzysta czterdzieści siedem razy grał komedyę miłości
+-- zanadto wstrząsające.
+
+Wspanialsze o wiele włoszki, wenecyanki, tajemnicze, pełne ognia
+i nieopisanej zmysłowości... A gondole! ach!...
+
+Irek głową w takt wioseł kiwał i oczy przymykał uśmiechnięty, pełen
+rozkosznych wspomnień. Czasem... barkarollę Troschla nucił
+fałszywie i powtarzał jak papuga:
+
+„T'amo!”
+
+Raz -- w chwili zwierzeń wyznał, iż przechodzącego placem Św.
+Marka, dojrzała go pewna księżna karmiąca gołębie i wieczorem --
+w gondoli swej uwiozła.
+
+Na Canale grande nauczyła go słowa -- „t'amo!”
+
+W rzeczywistości Irek mieszkał w Wiedniu na Leopoldstadt, został
+w Stadtparku zwymyślany przez jakąś mäderl -- wracającą
+z „Waschanstallt” -- a w Wenecyi, wynudziwszy się nad cuchnącym
+kanałem, napróżno usiłował pozyskać względy dziewczyny
+posługującej w hotelu, grubej trywialnej włoszki, czeszącej
+się raz na trzy tygodnie...
+
+W kilka miesięcy później, Irek kupił sobie wąskie porte-bonheur
+i kazał je zakuć na ręku.
+
+Było to szczytem elegancyi i szyku.
+
+Wysuwał teraz rękę z pod mankietu i błyskał złotem bransoletki,
+drażniąc ciekawych niezwykłem tem zjawiskiem.
+
+Gdy go pytano -- wymijał zręcznie odpowiedzi, honorem się znów
+zastawiając...
+
+Szczególniej w teatrze imponował bezustannie, bransoletkę na rękę
+naciągał i pod oczy nią siedzącym w krzesłach kobietom świecił.
+
+Niektóre mówiły:
+
+-- Patrz! to monstrum ma bransoletkę!
+
+Inne, zaciekawione istotnie, rzucały badawcze spojrzenia.
+
+Irek, uszczęśliwiony, nadymał się jak żaba, porte bonheurem
+o szpinki dzwonił i przeginał się z nonszalancyą przez baryerę
+krzeseł.
+
+W tym czasie przeczytał „Siostry Rondoli” i „Safo”. Mówił przeto
+wiele o francuzkiej literaturze i o głębokości studyów nad kobietą,
+dokonanych przez Maupassanta i Daudeta.
+
+Rozmarzywszy się raz fałszowaną chartreuse'ą, ułożył nagle cały
+romans o jakiejś tajemniczej, czarnoubranej kobiecie, która od dni
+kilku przychodziła do niego o zmroku wieczornym.
+
+Miało to być „coś z arystokracji” -- spowitego w batyst
+i blondyny(!) i pragnącego u stóp Irka pozostać do śmierci.
+
+Słuchacze zainteresowali się tą opowieścią i przez kilka tygodni,
+tajemnicza dama unosiła się, jak mistyczne zjawisko po nad głowami
+mężczyzn. Powoli -- zapomniano o niej. Irek -- przestał mówić,
+znużony własnem kłamstwem.
+
+Minęło kilka miesięcy.
+
+Nagle przypomniano sobie tajemniczą damę i rzecz naturalna,
+zapytano o nią Lewka. On przez chwilę stał osłupiały, niemogąc
+przypomnieć sobie -- o co tu właściwie chodzi.
+
+Wreszcie pamięć mu wróciła.
+
+Do dyabła! cóż teraz zrobić z tą całą historyą! Plątać ją
+dalej -- jak? -- konceptu mu zabrakło.
+
+Nagle wspaniała myśl zaświtała mu jak gwiazda zbawienia.
+
+Uśmierci ją!
+
+Tajemnicza dama umrze...
+
+I z ponurą twarzą, grubym głosem, opowiedział pochylony nad swoją
+kawą -- że -- czarna dama umarła w Nicei... na suchoty, miesiąc
+temu, a ostatnie jej słowo było „Ireneusz”...
+
+Powiedziawszy to -- zamyślił się głęboko, smutny i znękany.
+
+Słuchacze uszanowali jego boleść -- ogólnem milczeniem. Od tej
+chwili, aureola cierpienia otoczyła czoło Irka; zaczął chodzić
+zgarbiony, jakby smutkiem do ziemi przyciśnięty.
+
+Pluł wzgardą na wszystkie kobiety tęskniąc do tej jednej, szacunku
+i miłości godnej -- która „odeszła w dal ciemną -- pod błękitnem
+niebem Italii”.
+
+-- Cóż znowu! -- pocieszali go przyjaciele -- trudno ginąć
+z tęsknoty dla trupa. Miej siłę! oprzytomniej, Irku!
+
+Lecz Irek pozował teraz coraz więcej, drapując się w szatę
+tragiczną. Fikcyjna kochanka zaczęła dlań przybierać kształty. Po
+upływie pewnego czasu nabrał przekonania, że -- -- czarna dama,
+rzeczywiście istniała.
+
+Teraz w węzeł krawatu wpinał szpilki w formie trupich główek,
+ubierał się ciemno, cały żałobny jak karawaniarz.
+
+Chwilami miał chęć sprawienia sobie krepy przy kapeluszu.
+
+Słowem, był to wdowiec, wdowiec opłakujący istotę, która, nie
+istniejąc, śmiercią swą pogrążyła go w bezmiarze boleści.
+
+I często z zamglonemi oczyma siadał w gronie swych przyjaciół, aby
+wywnętrzyć ból swój drżącym od wzruszenia głosem.
+
+Jeśli go kto w życiu kochał, o! to pewno ta jedna!... Była mu cała
+oddana, pomimo odpychającego chłodu, z jakim miłość jej przyjmował!
+
+Uderzał się w czoło z rozpaczą.
+
+-- Byłem względem niej niegodziwy -- wołał -- lecz czyż to była
+moja wina! Popsuły mnie te wszystkie inne, popsuły, bo trzysta
+czterdzieści siedem razy musiałem grać z niemi komedyę miłości. A
+czy która z nich była warta tego?...
+
+-- Przecież adwokatowa... -- przerywano mu półgłosem.
+
+-- Och!... ona!... -- i tu Irek mścił się za lekceważenie okazywane
+mu przez amatorkę kremu. Och, ona szczególniej!... głupia, zła,
+gadatliwa, narzucająca się, nudna i chuda!... o tak, chuda
+w przerażający sposób. Stanikiem dobrze zrobionym okłamywała ludzi...
+lecz, on -- Irek, wiedział czego się ma trzymać...
+
+Nie krępował się już teraz w słowach, rozbierając brutalnie
+kobiety, o których istnieniu wiedział zaledwie. Podniecony,
+wściekły -- mścił się za każdą obelgę, każde odepchnięcie,
+wyrzuceniem z siebie całej masy kłamliwych szczegółów piętnujących
+kobietę jak rozpalonem żelazem, na dowód przytaczając tajemnice
+alkowy, sekreta ciała, ukryte wady lub wdzięki.
+
+I tylko dla nadania sobie pozy i uroku powracał ciągle do zmarłej,
+wysławiając ją jako ideał piękności i wdzięku.
+
+-- Włosy miała czarne jak kruk i do pięt sięgające -- mówił,
+potrząsając głową -- oczy szafirowe, twarz bladą... nie! -- opisać
+jej niepodobna, a wreszcie, chcecie? -- pokażę wam jej fotografię?
+
+Radość w tłumie powstała ogólna.
+
+-- Ale, przysięgnijcie mi na honor, iż nigdy żaden nie da poznać po
+sobie, że widział ten portret w rękach moich!
+
+Słuchacze, powstawszy, na honor przysięgli.
+
+ * * * * *
+
+Gdy Irek do domu powrócił, uczuł kłopot niemały.
+
+Przyrzekł pokazać fotografię zmarłej -- hm!... dobrze, ale zkąd
+fotografię tę dostać?
+
+Niewypada nic innego tylko kupić jakiś „gabinet” -- i przyjaciołom
+przed oczyma błysnąć. Nazajutrz, wczesnym rankiem, pobiegł Irek do
+ateliers fotograficznych.
+
+Podał się za heliominiaturzystę amatora, chcącego nabyć kilka
+fotografij, celem robienia studyów.
+
+Podano mu całe stosy wybiórków, portretów osób, które nie
+zastrzegły sobie sprzedaży publicznej.
+
+Irek szukał długo, wreszcie -- wybór jego padł na silną brunetkę,
+o wielkich ciemnych oczach, owiniętą masą białej gazy.
+
+Wydała mu się nadziemską w tym jasnym obłoku. A -- zjawisko, widmo
+zmarłej a nieznanej kochanki.
+
+-- Kto jest ta dama? -- zapytał.
+
+Fotograf pokręcił głową.
+
+-- Nie pamiętam prawdziwie -- odparł -- fotografia ta zdejmowana
+już lat kilka temu. Zdaje mi się jednak, że ktoś z prowincyi.
+
+-- Nietutejsza?
+
+-- O! za to ręczyć mogę!
+
+-- Tem lepiej!
+
+Zapłacił, fotografię zabrał i cały przejęty ważnością chwili,
+dzień spędził w gorączce i oczekiwaniu.
+
+Co chwila fotografię wyjmował i przyglądał się rysom brunetki.
+Była przystojną, choć cokolwiek mało miała dystynkcyi. Jakiś
+uśmieszek w kącikach ust się błąkał, za wiele widać było piersi.
+
+Gaza ratowała jednak wszystko.
+
+Z nadejściem wieczoru, Irek do cukierni pędził -- i pomiędzy
+zebranych już mężczyzn wpadł.
+
+Porwali się wszyscy, zaciekawieni jak stare baby, wyciągając ręce.
+
+-- Fotografia? o! pokaż! pokaż!
+
+On -- stał teraz boleśnie wykrzywiony i powoli kopertę odchylał.
+
+Portret wyjąwszy, spojrzał i westchnął.
+
+-- Tak!... to ona!... moja święta -- jakby przemówić miała!
+
+I fotografię najbliżej stojącemu podał a sam, jakby boleścią
+przybity, na krzesło się usunął.
+
+Lecz nagle, serdeczny, wesoły śmiech rozległ się w powietrzu.
+
+Jeden z grona mężczyzn, świeżo z Łodzi przybyły, machał w ręku
+trzymaną fotografią „świętej -- zmarłej”, zanosząc się ze
+śmiechu.
+
+-- Ależ to Wikcia! -- wołał -- Wikcia z Grand hotelu w Łodzi --
+ta... co się tu w Warszawie teraz puszcza!
+
+Lewek głowę podniósł i ogłupiałym wzrokiem na śmiejącego się
+patrzał.
+
+
+
+
+VIII.
+
+=Małpa.=
+
+
+Że Olka była małpą w całem słowa tego znaczeniu, o tem wiedziało
+nietylko całe Żółkiewskie, ale nawet i het daleko aż po za
+rogatkami znano jej rudy, wiecznie rozczochrany warkocz i kaftanik
+w kratki, wydarty na łokciach a aksamitem u szyi ubrany.
+
+Szczególniej wieczorami, o zmroku -- pełno jej było po wązkich
+uliczkach przedmieścia.
+
+Wiadomo było po co się po cieniu słania, od czasu do czasu tylko
+pod latarnię podchodząc; dzieci małe znały ją nawet i palcem
+wskazywały, mówiąc z przedwcześnie rozwiniętą złośliwością:
+
+-- Małpa! idzie małpa!...
+
+Ona wygrażała im tłustą czerwoną pięścią i rzucała gradem łupin
+od orzechów, których miała zawsze pełne kieszenie.
+
+Urodzona na przedmieściu, wychowana w cieniu kamienic, córka
+stróża, gnieżdżącego się w zatęchłej suterynie, podlotkiem zaledwie
+uciekła, pozostawiając po za sobą ojca, młodszego brata, wiecznie
+zamorusanego Wicka i kij, którym ojciec zwykł był dzieciom na
+dobranoc kości łamać. Nie był to jednak zły człowiek, pracowity,
+przeważnie trzeźwy i zupełnie uczciwy. Ucieczkę córki odcierpiał
+ciężko i do samego zgonu widząc ćmy nocne, czerniące się w głębi
+wązkich uliczek, dławił się z wściekłości na samą myśl o losie
+Olki.
+
+Ona przeniosła się w inne strony miasta i tam, wiążąc zatłuszczone
+wstążki na głowę, z szelestem świeżo wykrochmalonych spódnic,
+spadała na ulicę o szarym zmroku, razem z całem stadem szarańczy po
+kątach ciemnych czatującej.
+
+Znały ją stawy Pełczyńskie i szumiące dokoła nich brzozy, znał ją
+Węgliński lasek, cały w zieleń aksamitu spowity; -- powoli całe
+terytoryum miasta na wschód się pchającego Olka zajęła w swe
+posiadanie, prezentując wszędzie swą twarz płaską, ospą znaczoną
+i z nosem zadartym, z wargami mięsistemi, w obramowaniu ostro
+najeżonych włosów o rudawym, niepewnym połysku.
+
+Lecz dziewczyna ta wiecznie tęskniła za swą kolebką, za tem
+Żółkiewskiem, które bieleje jasną szeroką strugą głównej ulicy
+i rozlewa się potem w drobne, małe, ciemne zaułki, pomiędzy domami
+zapchanemi żydostwem, płynące.
+
+Olka miała nostalgię tych wielkich kamienic, rozweselonych
+purpurową barwą pierzyn z ganków i z okien zwieszonych, tych
+dziedzińców nagle, brutalnie roztwierających się na zielony plac
+mustry, lub cały szereg fortyfikacyj w mgłę błękitną spowitych.
+Tęskniła za gwizdem pociągów, przelatujących wesoło po nasypie
+żółcącym się w oddali, pragnęła odetchnąć wonią kasztanów,
+płynącą z bukietu drzew ogrodu Inwalidów, z pośród których
+wystrzelał w górę biały, czysty gmach o harmonijnie pięknych
+liniach.
+
+Pod drzewami temi Olka przesypiała nieraz całe popołudnia, gdy
+zamiast iść do szkoły, wolała podchodzić pod łokcie przechodniom i,
+skomląc, wyżebrać parę centów. Najadłszy się owoców lub pierników,
+cała zamorusana, rzucała się w trawę, tuż około fontanny, z której
+płynął wązki srebrny bicz wody.
+
+Dziewczyna zasypiała, zaciskając mocno powieki, cała czerwona,
+zdenerwowana, podniecona bezczynnością i dniem upalnym.
+
+Usta jej szemrały słowa bez związku, ręce otwierały się kurczowo.
+
+A tymczasem kasztany szumiały, ciało jej przeświecające przez
+łachmany spódnic wachlując swemi szerokiemi liśćmi, przez które
+spływało słoneczne światło, wielkiemi zielonymi plamami się
+znacząc.
+
+Olka chwile te pamiętała dokładnie.
+
+Gdy po nocy, spędzonej w knajpie, z głową ciężką i ustami
+spieczonemi, wracała do swej nory -- cieplejszy powiew wiatru
+budził w niej myśl jedną.
+
+A gdyby tak wrócić na Żółkiewskie!
+
+Ba -- lecz ojciec!
+
+Ojca bała się jak ognia.
+
+Wiedziała, iż szukać jej nie będzie, lecz -- gdyby mu pod oczy
+podlazła!...
+
+Snuła się więc znów po „Rurach” -- omijając starannie czerniącą
+się sylwetkę policyanta.
+
+Czasem przemknął się koło niej terminator bosy, obdarty, zasmolony.
+
+Podskoczył, gwizdnął i zajrzał w oczy rozczochranej dziewczynie,
+mknącej wzdłuż kamienic.
+
+Czasem, gdy już był po śniadaniu, zaskrzeczał przeraźliwym głosem:
+
+ „Spadła małpa z pudła
+ Stłukła sobie łeb”.
+
+Ona szła dalej, z głową opuszczoną na piersi, plując śliny, które
+jej napływały wciąż do ust -- prześladowana jedną i tą samą
+myślą:
+
+A gdyby wrócić na Żółkiewskie!
+
+..................................................................
+
+I wróciła!
+
+Wróciła po śmierci ojca, ukradkiem, po ciemku dziedziniec i znajome
+bramy obchodząc...
+
+Tak! tak! nic się nie zmieniło!
+
+Te same rynny, pod któremi w deszcz roztargany swój łeb moczyła,
+włosami poplątanemi kamienie zamiatając.
+
+Tu -- koło tego mostku, cała gromada jej przyjaciół robiła groble
+z piasku i kamieni, tamując odpływ kolorowej wody, którą farbiarz
+całemi cebrami nieraz wylewał.
+
+Tu -- Wicek, pierwszy raz przez nią namówiony, ukradł makagigę
+starej, może stuletniej żydówce, która drzemała nad deską, pełną
+łakoci, w cieniu oddrzwi bramy.
+
+A tu -- tatlo nieboszczyk kazał jej polewaczki wody z dziedzińca
+sobie znosić i podawać. Nie było to rozkoszne, owe dźwiganie
+ciężkich konewek w skwarne popołudnie, tembardziej, iż tatlo ręki
+nie żałował, gdy się nie pośpieszyła.
+
+Dźwigała też, dźwigała, przechylona na lewy bok z ręką
+wygiętą -- mocząc spódnicę plączącą się jej wzdłuż nóg chudych
+i nierozwiniętych; tatlo tymczasem wodą ulicę polewał, rysując esy
+floresy na szarych, półokrągłych grzbietach kamieni. Życie było
+ciężkie -- prawda!... choć i teraz!... pożal się Boże!... ot!...
+
+Olka stała teraz przed kamienicą, w której wraz z tatlem i Wickiem
+tyle lat spędziła i pochyliwszy się do okienka suteryny zaglądać
+zaczęła. Inni ludzie tam mieszkali, inna pościel, inne łóżko stało
+już w kącie, którego ściany nawpół pleśnią były zasnute.
+
+Świeczka „centówka”, oprawna w blaszany lichtarz, słabo ćmiła się
+na stole, do połowy garnkami zastawionym.
+
+Koło komina kręciła się mała dziewczyna, bosa, podkasana, z długim
+a cienkim warkoczem spadającym na wypukłe plecy.
+
+W kolebce, koło łóżka -- dzieciak z brudnych łachmanów kostropatą
+głowę wytykał i wyciągał rękę, w której tkwiła drewniana łyżka,
+obmazana resztką przyschniętych kartofli.
+
+Olka teraz już zupełnie do ziemi przysiadła, a obie ręce o bruk
+wsparłszy, ciągle w okno suteryny patrzyła.
+
+Taki tak!... ta dziewczyna rozczochrana włócząca swe bose nogi po
+ubitej ziemi izby -- to ona, ona sama, lat temu piętnaście!
+
+A ten chłopak z kołyski łeb wytykający -- toć to czysty Wicek,
+który krzykiem swym zdawało się nieraz, iż mury rozsadzi.
+
+Biła go za to po łbie, po pysku -- ile się zmieściło, a czasem znów
+porywała go i do piersi cisnąć zaczynała, z rozrzewnieniem nagłem.
+
+Sieroty bo oboje byli... sieroty, bez matki, która zmarła
+w szpitalu bez uczciwego nawet pochówku na zaraźliwe choróbsko, co
+się w suterynach na Żółkiewskiem rozpanoszyło.
+
+Olka -- w dziecko ruszające się wśród łachmanów wpatrywała się
+upornie, jakby przykuta widokiem tej małej głowy, pokrytej
+sierścią jasnych włosów. Dzieciak w kołysce się gmerał i łyżką
+o brzeg kołyski uderzał.
+
+Olka dzieciństwo swe całe, z nędzą i troską, przed oczami miała
+teraz, objęte w ciasną ramę zaledwie przymkniętego okienka.
+
+Z wnętrza suteryn płynął ku niej chłód piwniczny z wyziewami ciała
+ludzkiego i gnijących odpadków połączony.
+
+Ona chłonęła w siebie to powietrze, w którem wzrosła, cała prawie
+pijana wonią nędzy brutalnie z wnętrza ziemi się wydzierającej.
+
+Razem z tą wonią budziło się w niej wspomnienie tatli, Wicka...
+
+Ulicznica kurczyła się przy ziemi, chcąc zniknąć prawie, wkopać się
+pod suterynę i znaleźć się nagle na środku tej izby, z której
+uciekała cichaczem, w nocy, na rozpustę pomiędzy „kanonierów” się
+przebierając.
+
+W naprężeniu nerwowem, w jakiem była, zaczęła nagle majaczyć;
+zdawało się jej teraz, że Wicek chce wyleźć z kołyski a ona
+uspakaja go i leżeć mu każe.
+
+-- Leż, hyclu, robaku, sieroto! bo cię uśmiercę!...
+
+Nagle poczuła się kopnięta silną, męzką nogą w gruby but zbrojną.
+
+-- Ha frajla! wie gehts? -- zaśmiał się rozbawiony żołnierz,
+błyskający w świetle latarni rzędem złotych guzików -- chodź panna
+z nami, wypijemy paar śnaps zum andenken!
+
+Olka ocknęła się z zadumy i porwała się z ziemi.
+
+-- Gut, Herr Leitnant! -- wyrzekła, rzędem białych zębów
+błyskając -- ja na to jak na lato!
+
+-- Fesches Mäderl...
+
+Poklepał ją po ramieniu i oboje powlekli się w stronę szynku,
+z którego dobywały się ostre, zawrotne tony katarynki.
+
+..................................................................
+
+Spotkała się pierwszy raz z Wickiem, nagle na zakręcie Piaskowej
+uliczki.
+
+Poznała go odrazu, choć urósł i zmienił się dla obcych ludzi.
+
+Ona jednak -- siostra, poznała w nim brata, którego biła
+i kołysała, targała za włosy, lub tuliła, mrucząc uliczne piosenki.
+
+Szedł ubrany przyzwoicie, w wysokiej czapce z daszkiem, w długim
+surducie i w butach dobrze wyszuwaksowanych.
+
+W ręku pod chusteczką, niósł kilka świeżo zerwanych róż, a pod
+pachą dużą harmonię; niebieski krawat związany w kokardę podnosił
+świeżość jego cery.
+
+Chłopiec to był dobrze odżywiony, silny, jeszcze pracą ani rozpustą
+niezniszczony.
+
+Stolarzem bo był -- i to już czeladnikiem, a wiadomo, stolarka to
+praca na Bożem powietrzu i najczęściej pod gołem niebem, więc soków
+z krwi nie wyciąga i płucom rozróść się pozwala...
+
+Dziś Wicek szedł w zaloty do córki Jana Burby, także stolarza,
+który za panną Kazią daje trzysta papierków a po śmierci warsztat
+cały na zięcia przeleje.
+
+Wicek ma wszelkie szanse dostania stolarzówny, bo ojciec przyjmuje
+i jego, i harmonię łaskawie w niedzielne popołudnie, a Kazia
+czerwieni się jak burak i firanki siatkowe u okien „szalonu”
+niemiłosiernie skręca.
+
+Wicek idzie więc -- przez Piaskowy zaułek, pogwizdując lekko. Szary
+bo już zapada zmrok z pogodnego nieba, nieszpór skończony. Pani
+majstrowa kawę z babką na czerwonej serwecie zastawia. Śpieszyć się
+trzeba, bo panna Kazia pewnie już przy oknie stoi i przez siatkę
+firanki patrzy a czeka...
+
+Z małych okienek zaułka, tu i owdzie błyskają światełka, na progach
+domów bawią się dzieci, na środku ulicy mały piesek w piasku się
+kręci.
+
+Nagle Wicek czuje się pociągnięty nieśmiało za rękaw.
+
+Ogląda się.
+
+Obok niego, kryjąc twarz dłonią, stoi tęga, wysoka dziewczyna
+w kratkowanym kaftaniku i w spódnicy z falbanami.
+
+Wicek odpycha ją łokciem.
+
+-- Poszła, małpo!...
+
+Lecz ona nie ustępuje.
+
+Trzyma go mocno za rękaw surduta.
+
+-- Wicek... taże spojrzyj! to ja!...
+
+Chłopak szeroko oczy otwiera.
+
+-- Olka!
+
+I purpura oblewa twarz młodą, wesołego i zdrowego chłopca.
+
+Słyszał często o siostrze, lecz powoli zaczęła być dlań po prostu
+mityczną postacią. Wiedział, że się „puściła” -- ale co robi,
+jak wygląda, czy jeszcze istnieje -- nie przeszło mu to nawet po
+głowie.
+
+Nagle zjawia się żywa, zdrowa, hańbą okryta, niosąca na swem czole
+widmo jawnej rozpusty, tolerowanej swawoli.
+
+Pragnie się od niej odczepić za jakąkolwiek cenę, drżąc, aby go
+z dworku Burbów nie zobaczyli z „ładacznicą”, rozmawiającego
+pośrodku ulicy.
+
+Wyrywa jej rękaw i uciekać szybko zaczyna, nieoglądając się nawet
+po za siebie.
+
+Olka stoi jak przykuta na środku ulicy, nie śmiejąc gonić niknącego
+w cieniu brata. U stóp jej, mały piesek szczeka teraz groźnie,
+poszczuty przez dzieci które z przekorną ciekawością przypatrują
+się ulicznej włóczędze, w zmroku się słaniającej.
+
+..................................................................
+
+Czatowała na niego teraz po nocy, pod parkanami, gdy wracał
+z roboty lub od Burbów, z czapką przechyloną na bakier i miną junacką
+rozwiniętego prawidłowo mężczyzny.
+
+Nieraz przechodził mimo niej, nie widząc wśród stosu desek
+przyczajonej postaci, która śledziła go smutnym, przygasłym
+wzrokiem.
+
+Nie spotykając siostry na drodze, uspokoił się powoli.
+
+Wiedział, że jest na przedmieściu i krąży po szynkach, lecz do
+niego nie zbliża się już więcej, pewnie dumą zdjęta.
+
+I myśląc o niej, czuł jakąś litość nad jej osamotnieniem, litość,
+do której przyznać się sam przed sobą wstydził, cały przejęty
+pogardą dla rozpusty ulicznej, dla sprzedaży ciała i targu
+o miłosną pieszczotę.
+
+Ona tymczasem, gryzła się i truła tą pogardą brata i jego ucieczką
+w chwili gdy w niej serce kołatało jak dzwon i piersi mało nie
+rozsadziło...
+
+Wiedziała, że była bardzo nędzną istotą, lecz on, brat jej --
+powinien mieć dla niej więcej pobłażania, aniżeli inni.
+
+Nieraz w szynku biła pięściami w stół krzycząc, iż dożyje chwili,
+w której ci, co jej znać nie chcą, do nóg upadną!... lub kułakiem
+groziła w stronę miasta spowitego w ciszę, jakby zaprzysięgając
+zemstę tym, którzy ją pierwsi w kał ten wepchnęli.
+
+Powoli jednak myśli jej zaczęły przybierać jakieś wyraźniejsze
+kształty.
+
+Wicek się od niej odwraca, bo jest biedna i obszarpana.
+
+Gdyby miała dobrze nabity worek, kto wie, coby było!...
+
+I od tej chwili zrobiła się chciwą, wyrachowaną, ceniąc każdą
+chwilę, słaniając się ze znużenia, lecz licząc oszczędzane
+pieniądze.
+
+Wicek tymczasem dzień ślubu przyśpieszył i w kościele Panny
+Maryi Śnieżnej, wypomadowany, wyświeżony wieczną „uczciwość
+małżeńską” -- spoconej i ściśniętej gorsetem Kazi zaprzysiągł.
+
+W wilię jednak ślubu, gdy po raz ostatni do swego kawalerskiego
+mieszkanka wracał, rozmarzony libacyami swych przyjaciół
+i towarzyszy, potknął się o jakąś masę do desek przytuloną.
+
+-- Ki dyabeł?
+
+Olka głos brata poznała, lecz, drżąc cała, nie odpowiadała nic.
+
+On pochylił się nad nią, sądząc, że to ktoś zemdlony.
+
+-- Któż to?
+
+Dziewczyna zebrała się na odwagę.
+
+-- Ja... Olka!...
+
+Krew uderzyła do głowy Wiekowi.
+
+-- Czego ty się tu przywłóczysz? -- zasyczał wściekły
+i groźny -- czego?
+
+Ona dźwignęła się na klęczki i za rękę go pochwycić pragnęła.
+
+-- Wicek!... ta my rodzeni!
+
+-- Nijaki ja tobie rodzony, małpo jedna!
+
+Popchnął ją silnie, aż głową o parkan uderzyła.
+
+-- Ta za co ty mnie walisz? Wicek, za co?
+
+-- Za twoje łajdactwo!
+
+-- Ta cóż robić?... kiedy już tak jest! teraz już nikt tego nie
+odmieni!
+
+Milczeli chwilę oboje.
+
+Wiatr drzewami za parkanem kołysał.
+
+Latarnia naftowa, na słupach za pomocą sznura zawieszona, pośrodku
+uliczki się chwiała, cała żółta, smutna, jakby mgłą przysłonięta.
+
+-- Ty się jutro żenisz? -- zapytała wreszcie dziewczyna.
+
+-- Żenię, abo co?
+
+-- Nic!... daj ci Boże jak najlepiej!
+
+Przekleństwo uwięzło w gardle Wicka.
+
+-- A w którym ty kościele ślub będziesz brał?
+
+Wicek ramionami wzruszył.
+
+-- U Śnieżnej... ale, co ci do tego, ty mi czasem do kościoła
+nie przychodź! Słyszysz?
+
+Dziewczyna głowę podniosła.
+
+-- Bo to... widzisz Wicek, ja sobie pieniędzy trochę
+złożyłam -- zaczęła prędko -- mogłabym porządną jaką kieckę
+przywdziać i wstydu byś ty nie miał!...
+
+Wicek cały się wstrząsnął.
+
+-- Nie o kieckę tu chodzi -- krzyknął -- ale o ciebie samą,
+słyszysz!
+
+Głowa ulicznicy pochyliła się jeszcze niżej.
+
+-- Słyszę, Wicku, słyszę!...
+
+Pokora drgała wielka w jej głosie.
+
+Małą i nędzną zdawała się, klęcząc tak u stóp brata, do desek
+parkanu przytulona.
+
+Wicek chwilę stał niezdecydowany, czując znów litość budzącą się
+w sercu.
+
+-- Bądź zdrowa! -- wyrzekł nieco łagodniejszym głosem i odwróciwszy
+się szybko iść zaczął.
+
+Lecz ona wyciągnęła ręce i powlekła się za nim na środek ulicy,
+w żółtą strugę światła z latarni płynącego.
+
+-- Wicku!
+
+Chłopiec stanął.
+
+-- Co?
+
+-- Kiedy ty niechcesz mnie na ślubie mieć... -- podjęła gorączkowo
+-- to choć ty mi jedną łaskę zrób! Niewiele ja pieniędzy mam, ale
+to co jest!... weź!.. zda ci się na jutro!... weź!...
+
+Ręce wyciągnięte trzymała wciąż, błagalną linią wśród światła
+się znacząc.
+
+Wicek uczuł w piersiach dziwne ściśnienie.
+
+-- Nie! -- odpowiedział -- nie... pieniędzy twoich nie chcę!
+
+Ona targnęła się, jakby uderzona biczem.
+
+-- A!... tak!... masz recht!... łajdackie pieniądze...
+
+Lecz w nim, w tym brutalnym chłopie, zbudził się cień delikatności.
+
+-- Nie, nie dlatego! -- odparł szybko -- lecz ja mam dosyć, schowaj
+je dla siebie!
+
+Ona uśmiechnęła się teraz radośnie.
+
+-- Schowam je dla... ciebie, Wicek!
+
+On, oddalając się i malejąc coraz więcej w przestrzeni, powtórzył
+prawie bezwiednie:
+
+-- Schowaj, Olka!
+
+..................................................................
+
+Trzy lata upłynęło, a Olka ciągle włóczyła się po przedmieściu
+zdobywszy sobie powoli nawet sympatyę ogółu.
+
+Nazywano ją ogólnem mianem „małpy” -- lecz, że zachowywała się
+względnie przyzwoiciej, „grajzlerówki” mówiły o niej:
+
+-- Choć małpa, ale porządna dziewczyna!
+
+Zaokrągliła się, wypełniała i tylko twarz miała niezdrową bladość
+strawionej bezsennością i trunkami kobiety.
+
+Ręce jej drżały, a oczy często mgła zasłaniała.
+
+Zrobiła się dumną i nieraz w szynku chwaliła się „uczciwą”
+rodziną, z której pochodziła.
+
+Pieniądze Wicka chowała święcie i od czasu do czasu drogę bratu
+zabiegała, zapytując, czy oddać ma złożone w kącie swej izby
+papierki?
+
+On, według usposobienia, usuwał ją przekleństwem lub dobrem słowem,
+cały teraz przejęty ważnością swego stanowiska -- ważnością zięcia
+Burby, który, choć w grosze nie tak bardzo zasobny, cieszył się
+poważaniem całego cechu stolarzy.
+
+Olka nie podchodziła nigdy w stronę ulicy Piaskowej, gdzie teraz
+mieszkał Wicek wraz z żoną i teściem.
+
+Znów spotykała go ukradkiem, czyhając nieraz miesiącami całemi,
+zanim go w bramie lub w jakiem przejściu spotkała.
+
+Powoli dowiedziała się z boku, że trzysta papierków posagu Wickowej
+były bajką i tylko przynętą na lep dla złapania męża.
+
+Wicek więc pracował teraz na troje, bo stary Burba, odpoczywając na
+respekcie ludzkim, hebla się więcej nie imał, na zięcia się
+oglądając.
+
+Nareszcie Wickowa, chodząca w ciąży -- porodziła córkę, lecz ciężko
+zaniemogła i akuszerka doktorów wezwać kazała.
+
+Zaczęły się ciężkie dni we dworku na Piaskowej ulicy.
+
+Olka wszelkiemi siłami teraz brata spotkać chciała.
+
+Wychodził często, biegał bez pamięci, do aptek, do doktorów, ale po
+ludnych ulicach i w dzień, kiedy ona po świetle doń przystępu mieć
+nie mogła.
+
+Nareszcie Kazia podniosła się z łóżka i do sił wracać poczęła,
+dziecko chowało się zdrowo, Wicek odetchnął i roboty się chwycił.
+
+Czas bo był niemały.
+
+Wszystkie zasoby wyczerpały się i poszły na lekarstwa i doktorów.
+
+Dziecko chrztu się domagało.
+
+Znajomi o sute chrzciny się domawiali, stary Burba pragnął ludzi
+fetą zadziwić i zły stan swoich interesów w ten sposób ozłocić.
+
+Pieniędzy ani centa nie było.
+
+Wicek nie sypiał nocami, drażniony przez teścia, przez żonę, która
+także chciała sąsiadkom proch w oczy rzucić i dać im powód do
+zazdrości najmniej na tydzień.
+
+Nareszcie w bramie domu, gdzie Wicek blejtramy zamówione odnosił,
+spotkała go Olka, zmęczona dnia tego czatowaniem na brata od samego
+świtu.
+
+-- Wicek -- szepnęła, w kąt bramy go pociągając -- powiedzże, co
+się tam u was dzieje?
+
+On oparł się o ścianę, znękany, przybity walką o byt.
+
+-- A cóż ma być. Córkę mam!
+
+Olka ręce na piersiach złożyła.
+
+-- Córkę?
+
+-- A jakże!
+
+-- Ładna?
+
+-- E!... czerwona jak rak... Gadają, że ładna!
+
+-- Do ciebie podobna?
+
+-- Albo ja wiem?
+
+-- Ale przecieć!...
+
+Badała go gorączkowo, cała podniecona tą myślą o noworodku,
+o dziecku śpiącem w białych pieluszkach we wnętrzu kołyski.
+
+-- Najgorsze... że chrzciny wyprawić trza -- podjął Wicek --
+a ja...
+
+Urwał nagle, przypomniawszy sobie do kogo mówi.
+
+Lecz Olka podchwyciła jego słowa i porwawszy go za ręce, gorąco
+prosić zaczęła:
+
+-- Taże ja właśnie o to za tobą łażę... weźże ty odemnie te
+_swoje_ pieniądze, bo jeszcze mi je jaka psiakrew ukradnie.
+
+On bronił się mięko:
+
+-- Nie mogę, Olka, nie mogę!...
+
+Lecz kobieta nacierała coraz gwałtowniej.
+
+-- Taże to są twoje pieniądze! Twoje rodzone, schować mi je
+kazałeś...
+
+-- Bogać tam!
+
+-- Ale tak! tak! sprawiedliwie... niepamiętasz jeno!
+
+Z za pazuchy wyjęła szmatę, w której szeleściło kilkadziesiąt
+papierków.
+
+-- Ja je mam przy sobie już od tygodnia, lecz nigdzie cię dopaść
+nie mogłam! Masz, na chrzciny ci starczy!...
+
+On odsuwał się jeszcze, cały zmieszany myślą dotknięcia się w ten
+sposób zarobionych pieniędzy.
+
+Lecz kobieta instynktem odczuła myśl brata.
+
+-- Weź, Wicek, weź!... to pieniądze z uczciwego zarobku! Jak Boga
+kocham! Koszule po nocach szyłam!... weź... to nie z „tego”!...
+
+Kłamała, cała potem oblana, pełna wysiłku nerwowego.
+
+Wreszcie, udało się jej pieniądze w rękę brata wcisnąć.
+
+-- A! Nareszcie!
+
+Odetchnęła pełną piersią, jakby się ciężaru zbyła.
+
+Lecz on stał przybity i upokorzony, ściskając w ręku szmatę
+z pieniędzmi.
+
+Czuł, iż biorąc od Olki pieniądze, czyni krok pojednawczy i że
+powinien siostrę przychodzącą mu z pomocą na owe chrzciny
+zaprosić.
+
+-- Olka!... możeby ty... -- wykrztusił wreszcie przez nerwowo
+ściśnięte gardło -- możeby... ty... przyszła....
+
+Lecz ona otworzyła szeroko oczy.
+
+To, co zdawało się jej naturalnem lat temu kilka, teraz wydało się
+jej po prostu... potwornem. Przygryzła drżące usta i ręce kurczowo
+dokoła szyi zacisnęła.
+
+-- Dziękuję ci, Wicek!... nie przyjdę!... a widząc niepokój
+drgający na twarzy brata, dodała stanowczo:
+
+-- Przyjść nie mogę... nie mam uczciwej kiecki!
+
+..................................................................
+
+Chrzciny wnuczki Burby sute były i wspaniałe.
+
+W wieczór majowy, przy nawpół otwartych okienkach weselili się
+dobrani goście naokoło dobrze zastawionych stołów.
+
+Była więc cielęcina z czerwoną kapustą, kotlety z sosem pikantnym,
+kawa, babka i tort z cyfrą nowonarodzonej.
+
+Kazia, blada, lecz zdrowa, kręciła się pomiędzy gośćmi, wesoła,
+uśmiechnięta, pełna macierzyńskiego wdzięku.
+
+Wicek, trochę chmurny, dolewał gościom wina, rozsypywał po kolanach
+kobiet bakalie z jakąś dziwną rozrzutnością, jakby chcąc cały ten
+częstunek jaknajprędzej załatwić.
+
+Pod okna oświetlone ściągali ci i owi, aby się owemu traktamentowi
+przyjrzeć, lecz powoli pustoszało dokoła dworku, ludzie wracali do
+swych legowisk i do snu się kładli.
+
+W cieniu spowite jaśminy ogródka całe kłęby woni w wilgotną noc
+wyrzucały, szumiąc zlekka.
+
+Zdaleka majaczyły naftowe latarnie ubogie i smutne wśród dzikiego
+bzu zawieszone. Pod parkanami mknął biały kot, czając się
+i odskakując co chwila.
+
+Z dworku Burby dolatywały głosy harmonijki, grał na niej Wicek,
+siedzący teraz na stole, z którego nawpół ściągnięty obrus opadał
+na ziemię. Dokoła niego kręciło się kilka par w takt polki a stary
+Burba z dzbanka szklanego piwo do szklanek dolewał.
+
+Na oknach ledwo przymkniętych powiewały muślinowe firanki.
+
+Pod jednem z nich, wychodzącem na ogród siedziała Kazia, trzymająca
+w poduszce kokardami upstrzone dziecko.
+
+Matka patrzyła na tańczących machinalnie, poruszając poduszką,
+z której długa, lekka spadała sukienka.
+
+Nagle zdawało się jej, że ktoś za oknem westchnął. Nieporuszyła się
+nawet, pogrążona w słodkiej ekstazie na widok tak dobrze bawiących
+się gości.
+
+Tymczasem za oknem uczepiona prawie o ramę stała Olka, z oczyma
+szeroko rozwartemi, z których dwie strugi płynęły.
+
+Wiatr, wiewając muślinową zasłoną, ukazywał jej wnętrze wesołej,
+widnej izby, napełnionej rozbawionymi ludźmi.
+
+Dźwięki harmonijki serce jej szarpały na strzępy -- z piersi
+wydzierało się westchnienie, w jęk prawie psi przechodzące.
+
+Widok brata, żyjącego pomiędzy inną sferą ludzi, inną niż
+ona -- wyklęta i wydziedziczona, napełniał ją dojmującym bólem,
+a drobna główka dziecka w tiule i muśliny spowitego, zbudziła
+w niej samicę.
+
+Wyciągnęła rękę z jękiem ku tej drobnej istocie, której stóp nawet
+ucałować nie miała prawa.
+
+Westchnęła!...
+
+Od okna porwała się Kazia i szybko podjęła firankę.
+
+Olka nie zdążyła się cofnąć, bratowa przeszyła ją oczami.
+
+-- Wicek! -- zawołała -- Wicek a pójdzi tu ino!
+
+Mąż zlazł ze stołu i, nie przestając grać, do okna poszedł.
+
+-- Co chcesz? -- zapytał.
+
+-- Odpędź-no jakąś małpę, co się pod oknami słania!
+
+Przytrzymując dziecko prawą ręką, lewą odkręciła rygiel
+i otworzywszy na oścież okno, miejsca mężowi ustąpiła.
+
+On, grając ciągle, bokiem przez parapet się przechylił i wśród
+smugi światła dojrzał w oddaleniu bladą i spłakaną twarz siostry.
+
+Przez chwilę milczał, grając machinalnie polkę, nie mogąc słów
+znaleźć dla oddalenia tej, za której pieniądze zdołał ochrzcić swe
+dziecko i uraczyć gości.
+
+Żona tymczasem ciągnęła go za surdut.
+
+-- Zamknij okno, dziecko się zaziębi!
+
+Teraz on przechylił się jeszcze silniej i nizkim, wzruszonym głosem
+rzucił:
+
+-- Odejdź... siostro!...
+
+Ona wyciągnęła ku niemu ręce drżące, jakby rzucając pocałunek
+i odwróciwszy się wolno, odeszła w głąb ciemnej ulicy, po której
+kłęby woni jaśminów płynęły.
+
+
+
+
+IX.
+
+=Szakale.=
+
+
+Przez dziedziniec zajazdu jak strzała przemknął numerowy, siejąc po
+drodze świeże deszczułki, które przywiązywał do kluczy.
+
+Wpadł do mieszkania właścicielki, i prawie bez tchu zatrzymał się
+w progu saloniku.
+
+-- Z pod siedemnastego „sie” powiesiła! -- zawołał, łapiąc
+z wysiłkiem powietrze.
+
+Właścicielka, tłusta, żółta, cała rozlana w swej włóczkowej halce,
+która wydymała się jej na brzuchu i biodrach a zapadała pod
+kolanami, otworzyła szeroko oczy.
+
+-- Co to za paskudne gadanie! Po co się miała powiesić, kiedy
+jeszcze rachunku nie zapłaciła!
+
+Lecz kelner powtarzał uparcie:
+
+-- „Sie” powiesiła!
+
+Żydówka cmoknęła niecierpliwie:
+
+-- Zkąd Marciński wie?
+
+-- Widać ją „bez” okno. Ma nogi o deskę oparte!
+
+-- Może sobie tylko tak w oknie stoi?
+
+-- Ale!... wisi, wisi jak mi Bóg miły, ot nogi się jej zgięły
+w kolanach a ręce dyndają po bokach. Wedle głowy już dojrzeć nie
+mogłem, bo bez okiennice wszeteczne ciemności w numerze.
+
+Żydówka pod boki się ujęła i stała chwilkę zamyślona.
+
+-- Trzeba drzwi otworzyć, podjął znów kelner -- może jeszcze dycha.
+
+-- Aj! aj! niech pan Marciński tak sobie nie śpieszy. Po co to
+głosić takie rzeczy? To interes psuje... Goście się odstraszą.
+
+Żydówka podreptała do sypialni.
+
+Za chwilę wyszła w perkalowym szlafroku, który się jej roztwierał
+na brzuchu i piersiach. Na perukę zarzuciła wełnianę chustkę.
+
+Przez uchylone drzwi weszła kilkunastoletnia dziewczyna, chuda
+i czarna, w opiętej bardzo sukience. Włosy miała ściągnięte po
+chińsku i przepasane żółtą tasiemką.
+
+Podeszła do matki.
+
+-- Gdzie mama idziesz?
+
+-- Do numerów. Kanapa się zawaliła w piętnastym! aj, co ja z tem
+mam!... Ty sobie Salcia pograj trochę gamy.
+
+Roztwierała fortepian, ścierając pył połą szlafroka.
+
+-- Nie chcę gamy! -- grymasiła Salcia.
+
+-- Aj Salcia! co z tobą!... ty gorzej „kaprysujesz”, niż te całe
+numera i wszystkie goście! Graj sobie gamy, albo jakie kawałki.
+Graj głośno a okna otwórz, niech goście słuchają!
+
+Znów do okien dreptała, lecz kelner jej drogę zastąpił.
+
+-- Chodźmy pod siedemnasty!
+
+-- Chodźmy!
+
+Na dziedziniec wyszli i okrążali furę z sianem, która na środku
+drogę barykadowała. Kilka kur kręciło się pod wozem, dziobiąc
+w żółtawej, lepkiej cieczy, co cuchnącym wężem pod kołami się
+kręciła. Przez otwartą wjazdową bramę widać było szary bruk uliczny
+i nagłe podniesienie się ścian kamienic przeciętych ciemnemi jamami
+otwartych okien. Z góry płynęło szarawe światło chmurnego dnia
+letniego, deszcz mżył od świtu, tnąc powietrze cieniuchnemi
+podłużnemi nitki. Pomiędzy kamieniami tworzyły się czarniawe
+strumyki, które zdawały się zastygać jak ciemne pokręcone robaki.
+
+W środkowym korpusie hotelu, cofniętym w tył, pomalowanym na
+jasnoróżowy kolor, prawie wszystkie okna były otwarte. Tylko na
+dole jedno okno miało przymknięte szaro brudne okiennice, krzywe
+i popaczone. Okiennice te były od wewnątrz śrubą ujęte.
+
+Kelner palcem na okno wskazał:
+
+-- O!
+
+Lecz żydówka wykrzywiła się ze złością.
+
+-- Ty, panie Marciński, palcem nie pokazuj! Ty mi policyę jeszcze
+naprowadzisz tym palcem!
+
+Do sionki wchodowej zwróciła się, lecz stanęła nagle jak wryta, na
+widok myszurysa drzemiącego na klocku wśród porozrzucanych wiórów.
+
+-- Jojne! Jojne!
+
+Jojne, rudy, mały, pokręcony, z sześcioma palcami u lewej ręki,
+prawdziwy „rarytas” hotelowy, porwał się na równe nogi.
+
+-- Schlufst du?
+
+-- Naaa! schlaf i nit!...
+
+Lecz właścicielka napadła nań, sypiąc gradem obelżywych wyrazów.
+Leniwiec, próżniak, drogę gościom zawala i nie wie nigdy co się
+w numerach dzieje.
+
+Kelner zniecierpliwiony wszedł do sieni.
+
+-- Niech pani idzie.
+
+-- Zaraz! zaraz!
+
+Jojne uciekł, teraz właścicielka przypatrywała się zsypanym w kąt
+dachówkom, któremi miano kryć oficynę. Nagle z lewego skrzydła
+zajazdu wypłynęła tryumfalnie „Ostatnia myśl” Webera, kaleczona
+przez Salcię.
+
+Żydówka chwilkę jeszcze słuchała, uśmiechając się radośnie:
+
+-- O!
+
+Poczem dopiero z trudnością na trzy wschodki wlazłszy, w ciemną
+szyję sionki zagłębiła się.
+
+Cały zaduch źle utrzymywanych numerów zacieśniał się tu, w tej
+ciemnej przestrzeni. Podłoga, ściany, zdawały się być przesiąkłe
+wonią potu, brudnej bielizny i piwniczej wilgoci. W kącie bielały
+skorupy rozbitej miski, przed drzwiami numerów porzucono buty,
+z których jeden w niepewnem świetle płynącem z wysoko umieszczonego
+okienka, miał świeżą zelówkę jasno na czarnem tle podłogi się
+znaczącą. Cały ten zakąt, w którym nędza, występek, rozpusta,
+często wykwintne nawet cudzołóztwo, odwiedzało w przelocie, całe to
+schronienie dla smutnych, wydziedziczonych, bezimiennych, czasem
+jeszcze wilgoć więzienia w swem ubraniu ze sobą wnoszących,
+koncentrował się głównie w tym pawilonie, w dolnych numerach, gdzie
+stawali najczęściej ludzie wybladli, wychudli, mówiący cicho, nie
+domagający się nigdy świeżych prześcieradeł, szuwaksu na buty, lub
+wody do karafki. Jakaś tajemniczość włóczyła się wzdłuż tych
+ścian rzędem drzwiczek przeciętych, jakiś podejrzany handel,
+przywodzący na myśl połączenia potworne, kurcze głodu przed światem
+tajone, łzy dziewczyny schańbionej i oczy starca powleczone mgłą
+rozpusty.
+
+Lecz już kelner stał koło drzwi siedemnastego numeru, dzwoniąc
+kluczami.
+
+Żydówka doń dopadła.
+
+-- Cicho! cicho! niechaj nie słyszą!
+
+Spojrzała przez dziurkę od klucza, ciemno było zupełnie, wyjęła
+z peruki szpilkę podwójną i zanurzyła w głębię.
+
+-- Nie ma klucza! -- wyszeptała.
+
+Numerowy od pasa kółko odpiął, na którem brzęczały klucze.
+
+-- Poszukam!
+
+Z wielką wprawą klucz znalazł, w zamek go włożył i dwa razy
+przekręcił.
+
+Drzwi otwarły się, skrzypiąc.
+
+ * * * * *
+
+Łóżko stało zasłane, nietknięte, wyciągające swe brudno czerwone
+fałdy kołdry i biały kwadrat poduszki w półcieniu, jaki panował
+dokoła.
+
+Od okna płynęły jaśniejsze smugi a przez wycięty otwór
+w okiennicach padał snop światła przecinający brutalnie ciasną
+przestrzeń numeru. Snop ten, biegnąc ukośnie, padał na stół pokryty
+różową bawełnianą serwetą, na której stała szklanka do połowy
+wypitej wody, karafka, kawałek sznura ciemno czerwonego,
+odpalonego na jednym końcu i trochę kwiatów sztucznych,
+pogniecionych i zwiniętych w kłębek. Bliżej okna leżało przewrócone
+krzesełko, z którego materac wypadł na środek pokoju.
+
+Reszta przedmiotów tonęła po kątach w cieniu.
+
+I tylko jeszcze piec występował masą ciężką, białą, jak zwierz
+uśpiony w kącie ciasnej klatki z paszczą szeroko otwartą, z której
+jak język czarny wisiały na jednej złamanej zawiasie zardzewiałe
+drzwiczki.
+
+Lecz u okna jakaś czarna, nieruchoma zwieszała się postać, smutna
+i nędzna. Źle dopasowane okiennice właśnie tam filtrowały szeroką
+szparą światło. W szparze tej najdokładniej dostrzedz można było
+ciemną głowę kobiety, obramowaną jaśniejszym paskiem światła
+i dalej korpus zwieszający się ciężko z rękami opuszczonemi
+i wykręconemi konwulsyjnie ku ciału, z nogami podkurczonemi na desce
+okna.
+
+Marciński rękę wyciągnął.
+
+-- Wisi! o tam w oknie!
+
+Żydówka oczy zmrużyła.
+
+-- Niechno Marciński poczeka! Może to takie udawanie, bo to z...
+takiemi to różnie się trafia. Panno! panno! zleź panna z okna!...
+zleź zaraz!...
+
+Lecz postać czarna nie drgnęła nawet, wciąż nieruchoma w swej
+strudze jasnej w ramę ją obejmującej.
+
+Żydówka podsunęła się bliżej.
+
+-- Niech Marciński okiennicę jedną uchyli, a ostrożnie coby
+z „dworza” widać jej nie było.
+
+Marciński szybko podstąpił, na okno się wspiął i rękę po za trupa
+wyciągnął. Okiennice powoli się uchyliły. Szeroka szczerba światła
+doskonale teraz oblała straszną, zsiniałą twarz samobójczyni.
+
+Numerowy w pierwszej chwili oczy przymknął, znalazłszy się tak
+blizko z trupem w ciasnej niszy okna. Powoli jednak powieki
+podniósł i ręką policzka zmarłej dotknął.
+
+-- Jak lód -- wyrzekł.
+
+Z okna zeskoczył i stał teraz bezczynnie z opuszczonemi rękami,
+patrząc ciągle w wiszącą.
+
+Nagle żydówka wybuchnęła:
+
+-- A niech ją dyabeł porwie! Pięć dni numer trzymała i teraz
+jeszcze go zapaskudziła! aj! aj!... kto to teraz tu stanie! A
+policya! a gwałty!... a stancya niezapłacona!
+
+Kelner milczał, jakby zahypnotyzowany widokiem martwej dziewczyny.
+Była przecież ohydna; cała sina, z oczyma szeroko rozwartemi,
+prawie czerwonemi od krwi nabiegu, z masą bezkształtną języka
+wysuwającego się z jej ust granatowych i spuchniętych. Tylko od
+tyłu głowy zwieszały się przepyszne wspaniałe warkocze, czarne
+i lśniące, na wpół splecione. Jeden z tych warkoczy zsunął się
+naprzód i wisiał w przestrzeni a lekko przez wejście na okno
+numerowego poruszony, chwiał się jak warkocz płaczącej brzozy,
+z czarnej kolumny spadający.
+
+-- To ci włosy -- wyrzekł nareszcie.
+
+Lecz żydówka lamentowała.
+
+-- Ny, kto mi teraz zapłaci? Kto? Co ja mam za moje dobre serce,
+żeby taką włóczęgę z końca świata do numeru brać! A młoda jeszcze
+była, zdrowa, po co jej było taki koniec ze sobą robić? aj! aj!...
+
+Do stołu się zbliżyła.
+
+-- Lichtarz mi popsuła, o!... świeca się wtopiła, niech ją choroba
+ciśnie!...
+
+Na stole stał lichtarz mosiężny, cały zielony, ze stearyną świecy
+szeroką po brzegach rozlaną. Widocznie samobójczyni pozostawiła na
+stole płonącą świecę. Przepalony sznur, którego druga połowa
+posłużyła za śmiertelny stryczek, należał kiedyś do szlafroka lub
+bluzki. Na blasze przed piecem walały się popalone kawałki listów
+i papierów.
+
+-- Marciński! co ona jadła? -- spytała nagle żydówka.
+
+-- Kawę; codzień dwie szklanki jej nosiłem!
+
+-- I bułki?
+
+-- A jakże!...
+
+-- Ny co ja tera pocznę, kto mi za tę kawę zapłaci?
+
+W kącie ciemnym dostrzegła małą skrzynkę.
+
+-- Może tam co jest. Niech Marciński posunie!
+
+-- Nie wolno ruszać!
+
+-- Głupi Marciński jest! Mnie wszystko wolno, bo mnie się należy
+i ja pierwsza do długu jestem!
+
+Marciński kuferek pod światło przysunął.
+
+ * * * * *
+
+A w kuferku tym był cały dramat ciężki i bolesny, cały dramat życia
+kobiety wykolejonej, rzuconej jednem przyśpieszonem tętnem krwi
+w falę życia straszną i nielitościwą.
+
+Dziewczyna ta musiała być statystką w jakimś teatrzyku, bo jeszcze
+„krakowianka” brudna i kawałkami glasy naszyta, mieniła się wśród
+reszty szmat i szmatek. Atłasowe pantofle baletowa jak dwa opadłe
+i martwe motyle, różowiły się wśród fałd połatanych koszul. Trochę
+paciorków brzęczało na dnie kufra, a pomiędzy niemi rozkładał się
+nagle krawat męzki atłasowy, jasny-lila z czarną przetartą dziurą
+od wkładania tombakowych szpilek.
+
+Krawat ten zdradzał wiele, jakąś miłostkę łatwą do zawiązania
+w cieniu kulis, w tem bezustannem zbliżeniu mężczyzn i kobiet, w tym
+kodeksie moralności przenicowanym i ułatwiającym nieuprawnione
+związki. Krawat ten był tani, podszyty perkalem, kupiony z wystawy
+ubogiego sklepu na jakiejś oddalonej uliczce. Mężczyzna, który go
+nosił, był biedny i był bezwątpienia aktorem, bo na atłasowym węzie
+świeciły się żółtawo-różowo plamy szminki. Był trywialny
+i niewybredny w swych gustach, dowodził tego kolor krawatu
+a brutalny i pełen namiętności, gdyż tkanina cała porwana była
+gwałtownie wyszarpywaną szpilką.
+
+Lecz żydówka, mrucząc gniewnie, zanurzyła dalej rękę. Z powodzi
+lichych szmat wydostała kilka fartuchów płóciennych, dużych,
+ordynarnemi nićmi widocznie na wsi uszytych. Na jednym z nich
+wisiała jeszcze gałązka uczepionego chmielu zeschła i zczerniała.
+Inny miał na sobie kilka uczepionych bodiaków. Nagle coś
+zaszumiało. Z jednej kieszonki wysypało się trochę pośladu dla kur.
+Widocznie dziewczyna, zerwawszy z życiem teatralnem, przyjęła
+służbę w jakimś wiejskim domu. Lecz niedługo tam była, może
+dowiedziano się, że dawniej „pokazywała komedyę” i wypędzono ją
+od razu. Tak często bywa. Panie ze wsi nie lubią aktorek...
+
+Jeszcze kilka par pończoch sztucznie pocerowanych wyrzuciła
+z kuferka żydówka, jakiś stanik ciemno granatowy przerobiony pod
+szyję, ze śladami huzarskich galonów na plecach i na piersiach,
+wreszcie waporyzator rozbity z pękniętą gumą i zerwaną siatką,
+obrazek Matki Boskiej oprawny w blaszane ramki, kłębuszek włóczki
+z zaczętą szydełkową rozetką, patelkę całą czarną i spaloną od
+ognia, wreszcie pustą, wytłuszczoną portmonetkę. To było wszystko,
+lecz z tych smutnych gałganów trup cały odżywał i opowiadał gorzkie
+dzieje kobiecej doli. Dziewczyna ta żyła widocznie z jednym ze swych
+kolegów, była pracowitą i oszczędną. Pełniła przy mężczyźnie
+obowiązki kucharki i posługaczki.
+
+Miała jeszcze trochę wiary, którą musiano wpoić w nią w domu. Była
+nerwową i lubiła denerwować się sztucznemi zapachami. Miała grunt
+najuczciwszy i starała się po rozstaniu ze swym kochankiem,
+wywalczyć sobie jakieś stanowisko wśród ludzi. Pracowała i musiała
+czuć się bardzo szczęśliwą. Wypędzona, wpadła w nędzę i rozpacz
+bezdenną. Głód, opuszczenie, smutek, pchnęły ją w otchłań
+zwątpienia, które kończy jedynie... śmierć.
+
+Młoda, lecz z ciałem zniszczonem nędzą i przedwczesną miłością --
+nie umiała iść dalej.
+
+Wśród nocy, w zaduchu i ochydzie żydowskiego zajazdu postanowiła
+skończyć to, co się nazywało życiem.
+
+Przepaliła sznur, bo przeciąć go czem nie miała, i bez łzy, bez
+żalu, z ustami nerwowo zaciśniętemi założyła go sobie na szyję.
+
+Ostatnie wrażenie, jakie ze sobą w dal ciemną uniosła, był żółty,
+drgający płomień dogasającej na środku izby świecy.
+
+ * * * * *
+
+Żydówka kopnęła nogą kuferek.
+
+-- Ani gałgana nawet wybrać! Tego nawet handlarz za dwa grosze nie
+zechce!...
+
+Powstała powoli i do trupa się zbliżyła, oglądając zniszczoną
+sukienkę, w jaką dziewczyna była ubrana.
+
+-- Może ona w kieszeni co ma?
+
+Rękę wyciągnęła, ale prędko cofnęła ją i po za plecy ukryła.
+
+-- Niech Marciński zobaczy!
+
+-- Nie wolno!
+
+-- Głupi Marciński jest.. jak się co znajdzie, to i Marcińskiemu
+się dostanie za usługę. Przecież Marciński na piwo nic nie dostał.
+
+Kelner pokręcił głową.
+
+-- A no racya jest, zobaczę!
+
+Do kieszeni trupa sięgnął, lecz pustą była prawie zupełnie. Trup
+się zakołysał. Żydówka z rękami złożonemi na brzuchu przyglądała
+się niecierpliwie.
+
+-- A nie „stłuknij ją”, Marciński.
+
+-- Wisi mocno! niech się pani nie stracha!
+
+Oswajali się powoli z tym trupem smutnym i stygnącym w zaduchu źle
+utrzymanej izby.
+
+-- Niema nic?
+
+-- Nie.. ino blaszany naparstek.
+
+Żydówka znów zaklęła.
+
+-- Daj pan Marciński naparstek! Salcia swój zgubiła, nie potrzeba
+kupić.
+
+Nagle zamilkła i bliżej do okna postąpiła.
+
+Trup, kołysząc się, odsłonił nogi.
+
+Nowe porządne buciki, zapięte na guziczki, ukazały się oczom
+właścicielki hotelu.
+
+-- Niech pan Marciński zlezie!
+
+Lecz Marciński dotykał wiszącego warkocza i mlaskał językiem.
+
+-- Aj! aj! co za włosy!
+
+-- Marciński musi zleść!...
+
+Kelner warkocz z żalem z ręki wypuścił.
+
+-- Niech pan Marciński pójdzie cicho do mojego mieszkania
+i przyniesie duże nożyce. Trzeba ją oderżnąć, może jeszcze żyje, to
+się ją potrze!
+
+Kelner spojrzał w oczy żydówki.
+
+Przez kilka chwil mierzyli się wzrokiem, a oboje mieli w źrenicach
+jakieś płowe, migocące światełka.
+
+Wreszcie, kelner ku wyjściu się skierował i, skrzypiąc drzwiami,
+znikł w głębi sieni.
+
+Żydówka, pozostawszy sama, obejrzała się kilkakrotnie, poczem
+wyciągnąwszy jaknajdalej ręce, na palcach do trupa podeszła
+i szybko guziki bucików rozpinać poczęła. Nos jej się zwęził ze
+strachu, usta zagięły się w półkole. Na czoło pot wystąpił. Ona,
+sapiąc, przechylona, ciągnęła dalej swą pracę, zdzierając ze
+zmarłej obówie, szarpiąc trupa, nie czując prawie chłodu nóg
+zesztywniałych, które pozbawione osłony, zabielały nagle jasną
+barwą szarych, pocerowanych ciemną bawełną -- pończoch.
+
+Dokonawszy swego dzieła, właścicielka cofnęła się szybko, otworzyła
+drzwi i z siłą cisnęła daleko, w głąb korytarza buciki. Stuknęły
+o podłogę, jak uderzenie młotka o wieko trumny. Czas jednak był już
+wielki. Marciński powracał, kryjąc pod połami kartki duże nożyce.
+
+Żydówka pot z czoła otarła.
+
+-- Panna Salcia gra?
+
+-- Panna się bije z kucharką!
+
+Weszli znów do numeru i teraz już sam Marciński podszedł do okna.
+
+-- Niech się pani nie zbliża, ja ją sam obetnę.
+
+Wlazł na okno, posunął trupa i zasłonił sobą prawie całą postać
+zmarłej.
+
+Żydówka o drzwi oparta nie patrzyła, cała zajęta myślą, czy buciki
+samobójczyni będą dobre na nogi jej córki.
+
+Tymczasem nożyczki zgrzytnęły. Z cichym chrzęstem obsunął się
+wzdłuż pleców trupa obcięty warkocz. Marciński zwinął go zręcznie
+i schował do kieszeni kurtki.
+
+I znów niby chrzęst -- i głowa dziewczyny ukazała się teraz
+ostatecznie zeszpecona, z krótką nierówną linią rozsypujących się
+na karku włosów.
+
+Lecz Marciński ku drzwiom się zwrócił.
+
+-- Lepiej nie ruszać, policya się wda i będzie kram, że my ją
+poruszyli. Jaką naszli, taką zostawmy!
+
+Żydówka skinęła głową.
+
+-- Ma Marciński „słusznie”! Teraz musi iść po strażnika! Aj aj!...
+jakie to zmartwienie!...
+
+Kelner z okna zeskoczył i ku drzwiom podążył.
+
+Wyszli oboje na korytarz i Marciński zaczął dobierać klacze.
+
+Żydówka, buciki niewidocznie podniósłszy, za chustkę ukryła.
+
+-- Czego Marciński ją zamyka? -- zapytała kierując się do wyjścia.
+
+-- Prawda! -- odrzekł kelner -- przecież nie ucieknie!
+
+I roześmieli się oboje.
+
+
+
+
+X.
+
+=Papuzia.=
+
+
+-- Zagwizdaj, Papuziu!...
+
+Minuśka porwała się z jego kolan i nagle w półcieniu, już z okien
+płynącem, zabieliła się jak zjawisko w swej masie białych
+zwiędniętych koronek i pomiętego batystu.
+
+-- Nie!... nie!... nie chcę!
+
+Ale on, nieubłagany -- wyciągnął rękę i ujął nagie ramię
+dziewczyny w swe suche palce nerwowego blondyna.
+
+-- Zagwizdaj, Papuziu!...
+
+-- Ty wiesz, to dla mnie cholera to gwizdanie!
+
+-- Zagwizdaj, Papuziu!...
+
+Ton jego mowy był rozkazujący, powolny, mięki a przecież siekący
+jak uderzenie szpicruty.
+
+Dziewczyna próbowała się jeszcze opierać.
+
+-- Nie!... wolę z tobą rozmawiać!
+
+On nieznacznie ramionami ruszył.
+
+-- Zagwizdaj, Papuziu! -- powtórzył po raz czwarty.
+
+Stalowo niebieskiemi oczami spojrzał w drobną twarz Minuśki, która
+ledwie przeświecała przez całe kłęby pokręconych czarnych włosów.
+
+Oczy te, jakby wieczną łzawą mgłą pociągnięte, zużyte były
+i dziwnie rozwiązłe.
+
+Jakaś nabożna, dystyngowana rozpusta gnieździła się w tych
+źrenicach koloru dziewczęcej sukienki.
+
+Były to oczy westalki, powracającej ze schadzki do swej świątyni.
+
+Teraz już Minuśka, pod wpływem tego spojrzenia układała się powoli
+na kolanach mężczyzny, pochylając w tył głowę, tak że cała kaskada
+czarnych włosów spłynęła ku ziemi i kwiatów dywanu dosięgła.
+
+I tylko biust jej biały, foremny, jakkolwiek trochę w górze
+spłaszczony, rozciągał silnie cienki batyst szlafroka, związanego
+lekko białą w pasie wstążką.
+
+Reszta ciała zaznaczała się silnie wyraźnemi konturami i dobrze
+wygiętą linią od bioder odcinała się jasno od ciemnego obicia
+nizkiej tureckiej sofy.
+
+Z bosych stóp dziewczyny spadły małe pantofle z różowego atłasu,
+trochę brudne i zgniecione.
+
+Nogi te wyciągnięte z nieruchomością trupią, żółte były, wygięte
+silnie jak nogi tancerki, przecięte błękitnemi żyłami i cieniem
+czarnych włosów rosnących na zgięciu palców.
+
+W niewyraźnym mroku szarej godziny -- objawiały się jak nogi
+kobiety zmęczonej, głupiej, nerwowej, kobiety bez silnego punktu
+oparcia a mimo to dobrej, miękiej, uległej -- idącej ślepo za
+podmuchem losu.
+
+Cała wreszcie postać Minuśki, wyciągniętej na strzyżonej tkaninie
+oryentalnego mebla, miała w sobie to bierne poddanie się
+fatalizmowi, to opuszczenie rąk w walce z życiem, to zagaśnięcie
+poczucia rozkoszy, temperamentu i kaprysów kobiecych.
+
+W nieruchomości swojej, w tej ulubionej pozie wyciągniętego
+w trumnie trupa -- znać było dążenie bezwiedne ciała do spoczynku,
+a z pod długich rzęs przymkniętych migały tylko białka oczu. Wszystko
+w niej dążyło i rwało się ku ziemi razem z kaskadą czarnych włosów,
+razem z fałdami białego trenu, który ją obwijał zimną draperyą
+grobowego całunu.
+
+Siedzący w kącie sofy mężczyzna, smukły, correct, silnie
+wyczesany -- z brodą okrągłą zmysłowego samca opartą na
+sztywnych rogach lśniącego kołnierzyka, w kanciastych liniach
+ciała, w kolanach silnie złożonych, przypominał pozę Ozirysa
+wciśniętego w szeroki stalowo-granatowy garnitur angielskiego
+kroju. Nawet kurtka szczelnie na dwa rzędy zapięta, opinała
+silnie pierś zapadłą jak mogiłę wszystkich pragnień i porywów...
+
+Całe ciało, długie, złożone, jakby na zawiasach, przylegało
+doskonale do linij i zagięć sofy prostej, twardej, równej -- pomimo
+banalnego kształtu naśladującego wschodnie stosy poduszek.
+
+Tylko kolana ostrym kantem wystawały brutalnie, podnosząc silnie
+szewiot spodni, które opinały długie, ledwo zaznaczone łydki,
+niekształtne, gubiące się bez silniejszego spadku, łydki kamiennego
+bożka cisnącego się do twardej swego tronu podstawy. Całe ciało
+-- zakończone wydłużonemi a płaskiemi stopami, obutemi zimno
+w angielskie matowe obuwie równe było -- ostro skrajane, kańciaste,
+podobne do wybornie spreparowane go szkieletu, osadzonego na
+doskonałych zawiasach.
+
+Tylko głowa okrągła i twarz pokryta mięsem, kłóciły doskonałą
+harmonię dalszego rusztowania.
+
+Był to kadłub angielskiego charta ze łbem obwisłego buldoga.
+
+Dolna warga trochę wilgotna i jakby niepewna, zwieszała się ku
+dołowi, odsłaniając dolny rząd zębów żółtych i od tytoniu
+sczerniałych. Była to warga „viveura”, który lata całe musiał
+powoli nasycać namiętność swych podrażnionych zmysłów, zamykając
+oczy i otwierając usta. Maska jego nieruchomej twarzy urobiła się
+już w takie rozprzężenie bezwiedne muskułów, że choć młodość
+walczyła jeszcze z nałogiem, ściągając skórę ze skroni, to już
+cały dół twarzy a nawet skóra pod oczami fałdowała się w bezsilne
+bruzdy, zmysłowe, zwierzęco-apatyczne.
+
+Leżąca na jego kolanach kobieta miała w swej twarzy przyschnięty
+znów wyraz namiętności, nagle spieczonej i w ogniu strawionej.
+I u niej, tak jak i u niego ciało nie harmonizowało z głową. Tors
+jej miał pełne i doskonałe rozwinięcie kobiety doszłej do szczytu
+siły, biodra rozłożyste i podatne miały w sobie mięsistość
+hiszpanek, lecz już od silnych jeszcze ud począwszy, linia nóg
+zwężała się nagle, schła, drobniała brutalnie. Kończyny były
+słabe, anemiczne, wyschłe, obciągnięte trupią skórą.
+
+Tę samą anomalię przedstawiały i ręce.
+
+Przedramię wspaniałe, doskonale piękne, już od łokcia miało
+ważkość dziwną, niepewną, nieusprawiedliwioną a same dłonie
+i palce, długie i kościste, z pofałdowaną na zgięciach palców
+skórą; zwieszały się ku ziemi jak ręce rozpaczliwie smutnego
+szkieletu.
+
+Z karnacyą skóry przeświecającej przez oczka koronek i pajęczą
+tkaninę batystu, było to samo. Twarz blada, żółta -- jakby
+pocentkowana sinemi podkowami, podkreślającemi przymknięte oczy
+i rozciągającemi się aż na silnie wyciągniętą skórę nosa, nie
+miała ani śladu purpury warg, które białe, wązkie, postrzępione,
+niknęły prawie w bladej masce.
+
+Lecz już szyja, tracąc zżółkłe tony, rozpływała się w różowawo
+lśniącej barwie piersi lekkiej, wiosennej, młodej -- mającej
+w sobie doskonałą miękość pastelu.
+
+Pod bielą batystu, różowa ta barwa ciemniała coraz dalej,
+zagłębiała się, to znów tryumfalnie przechodziła w atłasową
+białość na wypukłościach bioder.
+
+To przeświecanie jutrzenkowej barwy przez delikatny deseń koronki,
+miało w sobie czar dziwnie ponętny, niepewny, pełen tajemniczej
+siły doskonałej piękności kobiecego ciała.
+
+Jakby pod cienką warstwą śniegu, rozsypane liście blado różowej
+kamelii, tak migotały szmaty ciała Minuśki w obramowaniu
+delikatnego desenia cienkich walansyenek.
+
+Lecz już -- coraz dalej się posuwając -- różowy ton bladł, siniał,
+zieleniał, żółkł na kolanach dwoma plamami i do stóp się zsuwając,
+w trupią barwę przechodził.
+
+Jedynie jeszcze podeszwy jakąś dziwną anomalią różowiły się lekko,
+trochę starte zbyt ciasnem obuwiem, zaznaczając się w przestrzeni
+barwniej lekką kroplą krwi, roztartą zdaje się na ich powierzchni.
+
+Cisza była dokoła.
+
+Cisza wielkiego miasta, które huczy w oddali a przecież do mieszkań
+ludzkich hukiem tym nie wpada, pozostawiając niemal grobowy spokój
+tym -- którzy spokoju tego pragną.
+
+Przez białe zasłony okien słaniała się blado-błękitna, równa
+-- nieprzecięta niczem barwa zachodzącego nad dachami domów
+wiosennego słońca.
+
+Barwa ta -- wsuwając się do pokoju -- jak elektryczny blask
+wykrawała kontury banalnych mebli, porozstawianych po kątach
+mieszkania. Oryentalna tkani na mebli mieniła się jaskrawemi
+plamami i żółtą pstrocizną frendzli. Duże, weneckie lustro --
+pochylone nad sofą -- prezentowało się matowo szarym kwadratem, na
+tle trywialnego ciemnego obicia kryjącego ściany. Po kątach, na
+etażerkach wykrzywiały się japońskie lalki pod parasolami, które
+roztaczały ciemno szafirowe lub czarne koła, prawie pod samemi
+rogami trochę przybrudzonego sufitu.
+
+Po środku, jak ptak nagle nieruchomy, krwawiła się czerwonością
+szyb i stalowemi pokręconemi liniami obwodów wenecka latarnia,
+okapana stearyną, bielącą się na matowej płaszczyźnie podstawy.
+
+W jednym z kątów żółcił się duży makartowski bukiet, smutny,
+przypruszony pyłem, z lasem aksamitnych szyszek, sterczących wśród
+pęku traw połamanych.
+
+Niefroterowana, trochę brudna podłoga, pokryta zniszczonym dywanem,
+wystawała jasnemi plamami koło progów i okien, które krzywo
+zagłębiając znaczyły się wystającemi z po za białych zasłon
+blaszanemi rynienkami do zbierania rosy.
+
+I w tej banalności zimnej, bazarowej, pretensyonalnej, wciśniętej
+nagle w mieszczańską klatkę ciasnych, taniem obiciem oblepionych
+ścian starej, żydowskiej kamienicy -- nie było nic z duszy kobiety
+zamieszkującej te ściany.
+
+Minuśka była ptakiem wędrownym i o klatkę nie dbała.
+
+Przez uchylone drzwi dostrzedz można było nieposłane łóżko
+-- rozkopane, rozrzucone, w nieładzie jeszcze nocnym, ciemniejące
+pod stosem zrzuconych sukien i kołder.
+
+Okno, przysłonięte szczelnie szafirową zasłoną, nadawało całemu
+pokojowi pozór grobowej kaplicy.
+
+Reszta tonęła w cieniu.
+
+Tymczasem w saloniku błękitne światło okien zaczęło stopniowo
+szarzeć i bielić, jakby przez matowe a brudne szkło przepuszczone.
+
+Dwie białe takie smugi -- jak charty potworne przypadły do podłogi,
+słały się po dywanie i ginęły w oddali, tuż pod stopami nieruchomie
+siedzącego mężczyzny.
+
+Końce palców u ręki Minuśki zwieszającej się z sofy, maczały się
+w tej martwej jasności i zżółkłe paznogcie, pocentkowane białemi
+plamkami, zdawały się być płatami tajemniczych nenufarów z tafli
+stygnącej wody wyzierających.
+
+Dziewczyna przymykała powieki i z przechyloną w tył głową zdawała
+się tężyć w jakiemś odtrętwieniu.
+
+Lecz młody mężczyzna szarpnął ją znów za ramię.
+
+-- Zagwizdaj, Papuziu!
+
+Dziewczyna westchnęła i cicho -- powoli, jakby płynąc z oddali,
+rozległ się drżący menuet, gwizdany jakby dziobem papugi, niepewnie
+w dal rzucającej nuty.
+
+To Minuśka gwizdała, leżąc ciągle przechylona, nieruchoma
+w obramowaniu swych czarnych włosów, które się z przepychem po
+dywanie walały.
+
+Mężczyzna, zmrużywszy oczy, w gwizd ten się wsłuchiwał z dziwnym
+wyrazem koło ust obwisłych. Nareszcie rękę wyciągnął i zimnemi
+palcami po oczach Minuśki przesunął.
+
+-- Nie płaczesz? -- zapytał.
+
+Ona gwizdać przestała, brwi marszcząc.
+
+-- Cóż u dyabła, codzień nie mogę!
+
+-- Postaraj się!...
+
+ * * * * *
+
+Poznał ją w Łodzi, w sali Selina, gdy złym akcentem francuzkim
+śpiewała jakąś piosnkę.
+
+W podrabianej tej francuzce odczuł odrazu łatwą i tanią zabawę
+i gdy otulona płaszczykiem zeszła z estrady do pustej i białej od
+gazu sali, zbliżył się, wiecznie nienasycony w tej pogoni za
+kobietą, jakkolwiek oddawna już niedoświadczał nic w dotknięciu
+nagich ramion, lub rozwianych włosów.
+
+Przez nałóg, przez przyzwyczajenie szedł już teraz, zaczepiał,
+wyciągał rękę, ciągle spragniony gorętszego wrażenia, czegoś, coby
+nim targnęło, coby zamieranie w nim rozkoszy wstrzymało choćby na
+krótką chwilę.
+
+Minuśka nie zajęła go więcej od innych.
+
+Była zepsutą, wesołą, pustą i trywialną.
+
+Mówiła „psia krew”, biła się po biodrach, pokazywała żydom na
+ulicach język i kłóciła się w restauracyi z kelnerami.
+
+Nie różniła się niczem od innych kobiet i drażniła w nim
+zamierającego trupa, lecz drażniła niemile, w bolesny, dokuczliwy
+sposób.
+
+Przez kilka dni, które bawił w Łodzi, widywał ją codziennie, coraz
+więcej zniechęcony i pół senny.
+
+Dziewczyna, sądząc że śmiechem i żartami zdoła rozchmurzyć to
+znużone czoło, roztrząsała przed nim całą torbę swych dowcipów,
+pozbieranych w chwilowych miłostkach, które prowadziła w swem
+życiu.
+
+Lecz on -- ciągle milczący, zimny, kanciasty, siedział przed nią,
+wpatrzony w przestrzeń szklannemi oczyma trupa.
+
+Chwilami ramionami wzruszał i mówił jedno tylko słowo:
+
+-- Cicho!
+
+Dziewczyna milkła, zdjęta nagłą jakąś trwogą przed tą ciszą
+nakazaną jej w ciasnej przestrzeni zasłoniętej lożki, po za której
+czerwonemi firankami widać było jasną przestrzeń sali i ciemny
+otwór sceny.
+
+Raz jeden ośmieliła się powiedzieć:
+
+-- To głupie takie postępowanie!
+
+I uzbrajając się w odwagę, dodała:
+
+-- Funta kłaków niewarte!
+
+On tymczasem patrzał na nią, skąpaną w jasnej powodzi gazu,
+płonącego w stłuczonej bani, zawieszonej u sufitu lożki.
+
+Klęczała przed nim na małej sofce obitej ciemną brokatelą,
+i podniósłszy obnażone ręce, wiązała swe czarne włosy długą
+białą wstążką.
+
+Była dnia tego ubrana już do pantominy, mającej kończyć
+przedstawienie, a w której grać miała rolę panny młodej.
+
+Długa, biała muślinowa suknia natykana kwieciem pomarańczowem
+dawała jej pozór umarłej dziewicy, którą lada chwila złożą na
+śmiertelnej pościeli. Twarz jeszcze nieubielona, żółta była
+i martwa w tej białej koronek powodzi.
+
+Opierała się biodrem o stół nakryty białym obrusem, na którym
+walały się resztki kanapek i kieliszki koniaku.
+
+Związała włosy i powoli, z pewnym leniwym wdziękiem na poduszki
+sofy upadła.
+
+-- Funta kłaków niewarte! -- powtórzyła przez zaciśnięte zęby.
+
+Z po za uchylającej się firanki dolatywał przenikliwy głos
+dziewczyny, śpiewającej na scenie drżącym sopranem:
+
+/#
+ „Demande aux lys, s'ils aiment la rosée”.
+#/
+
+On ciągle patrzył na nią, dziwiąc się i zazdroszcząc tej żywotnej
+sile, która kazała jej poruszać się, śmiać, denerwować i wyrzucać
+z siebie całą kaskadę słów i chęci.
+
+Wiecznie i ciągle od pewnego czasu obserwował tak wszystkich, sam
+ciągle bezsilny, pełen przewidzeń, halucynacyj, widząc koniec
+wszystkiego, nie mogąc zbudzić się z odrętwienia zmysłów, w jakie
+popadał z dniem każdym.
+
+Ogarniał go smutek bezdenny, z którego sobie sprawy zdać nie umiał,
+szukając w złem trawieniu przyczyny głównej tej zmiany, podniecając
+się fizycznie i moralnie, pragnąc rozpaczliwie wyjścia z tej
+nicości, w którą powoli zapadał.
+
+Spełniał automatycznie funkcye swego urzędowania w jednem
+z towarzystw kredytowych, lecz nocami, wybladły i z gałką swej laski
+przy ustach, zjawiał się jak mara blada i milcząca, z niemą skargą
+na swój zgon duchowy, w zadymionych lokalach restauracyjnych,
+w ochrypłych salach koncertowych, w zaułkach nocnej rozpusty --
+goniąc coś ciągle w milczenia szukając, trawiąc się, stygnąc od
+wnętrza.
+
+Bezwiednie lgnął do kobiet, jakby w nich szukając odrodzenia, lecz
+-- te, do których miał przystęp łatwy i z góry zapewniony --
+wstrząsały nim swym śmiechem, banalną pieszczotą i coraz
+ciemniejsze koło tworzyły dokoła jego osoby.
+
+Od czasu do czasu, opowiadały mu historyę swego życia, zaczynającą
+się niezmiennie od tych słów:
+
+„Nie miałam jeszcze piętnastu lat i byłam zupełnie głupia, a tu..
+
+Słuchał chwilę, sądząc że coś się tam przewinie, co mu rysę w jego
+lodowej powłoce uczyni -- lecz prędko myśl w inną stronę odwracał.
+
+Zawsze to samo!
+
+Jedna historya w milionowem wydaniu!
+
+Minuśka przecież nie opowiedziała mu swej „historyi”.
+
+Była banalną, trywialną jak inne -- mówiła mu „mój kiziu” --
+i jadła rybę nożem, ale „historyi” swej nie opowiedziała do tej
+chwili.
+
+Nie opowiedziała i nie opowie -- bo, oto on wyjeżdża jutro i ma jej
+właśnie to powiedzieć za chwilę, skoro tylko tamta z po za zasłony
+śpiewać przestanie.
+
+Doszedł już do tego stopnia osłabienia i rozdrażnienia, że nie lubi
+i nie umie mówić, gdy kto śpiewa.
+
+Tymczasem Minuśka nalewa sobie kieliszek koniaku.
+
+-- Wiecznie pan jesteś smutny jak sum -- mówi, pijąc fałszowaną
+ohydę powoli, jakby z rozkoszą -- dobrze że masz na smucenie się,
+to jeszcze pół szczęścia!
+
+Odstawia kieliszek i znów wciska się w poduszki sofki.
+
+-- Może to i taka moda być na smutno -- ciągnie dalej, rurkując
+falbanki sukni na palcach -- znałam jednego pana od wyścigów,
+także się tak wiecznie gryzł i dręczył. Podobno coś kiedyś tam
+komuś ukradł, to go jadło!..
+
+Roześmiała się głośno i zastanowiła chwilkę.
+
+-- No, to już było przez sumienie. Prawda? Ale pan? Co ci to
+brak!... Mój Boże! Żeby to mnie panem być! czybym ja kiedy się
+zasępiła, co?
+
+Po za zasłoną śpiewaczka umilkła i z sali dolatywał szmer
+pomieszanych głosów, odsuwanie krzeseł i szczęk kufli rozstawionych
+na stołach.
+
+-- Masz pan co jeść, gdzie mieszkać, masz pewnie rodzinę, ojca,
+matkę a może i żonę -- a takiś pan skwaszony ciągle. Nie powiem,
+żeby to ja, co to jak ten psiak bez gniazda po świecie się tyram
+i już z rozpaczy do francuzów przystałam i oto się Falfandierowej
+wysługuję. Psia krew! dobrze że mnie trochę po francuzku nauczyli,
+to i co zarobię na to marne życie... oj! marne!
+
+Znów po kieliszek sięgnęła, z butelki nalała, wypiła.
+
+W pół drogi ręka jej w fałdy sukni opadła.
+
+Była już na wpół pijaną.
+
+-- Psia krew! -- powtórzyła raz jeszcze i głowę w tył przechyliła.
+
+Ktoś drzwi w sali otworzył.
+
+Gaz w kuli zaczął migotać, chyląc się na obie strony.
+
+Rozpaczliwy jakiś smutek wypełnił małą przestrzeń lożki, jakaś
+grobowa pustka, pomimo tłumu poruszającego się po za firanką.
+
+Mężczyzna w swej automatycznej sztywności zastygły, siedział
+nieporuszony w kącie sofy, zdając się wydzielać z siebie ten chłód
+trupi i mrozić nim ożywioną jeszcze niedawno dziewczynę.
+
+Teraz było już ich dwoje smutnych, niemających dachu po nad duszą.
+
+I Minuśka czerniała, żółkła, pozbywając się swej maski sztucznego
+uśmiechu, odsłaniając nagle swój szkielet już pruchniejący
+nieszczęśliwej, walczącej z życiem istoty.
+
+Leżała nieruchoma, z rękami obwisłemi, z ustami opuszczonemi
+w kącikach bolesnym skrzywieniem. Nagle wargi ściągnęła nerwowym
+skurczem i lekko, cicho gwizdać zaczęła.
+
+Był to gawot popularny, łatwy do pochwycenia i ciągnący się cicho
+jak srebrna nitka pajęcza.
+
+W rozkołysaniu się gazu, gwizd ten leciuchny motał się
+z przejrzystością dokładną, wznosił się, opadał i znów
+rozpoczynał.
+
+Nagle umilkł, rozpływając się w urywanej nutce. Chwileczkę
+trwało milczenie.
+
+Przerwał je ochrypły nieco głos Minuśki:
+
+-- Pan wiesz, ja miałam dziecko!
+
+Mężczyzna nie drgnął nawet, nie odpowiedział ani słowa.
+
+Przygasłe oczy skierował jednak na leżącą kobietę, bo czuł że
+ma w niej trochę odbicia swego smutku, swego zniechęcenia.
+
+Widział, że się nie krzywi uśmiechem.
+
+Oddychał.
+
+-- Miałam dziecko! a jakże! jak anioła taką dziewczynkę! Żebyś ją
+pan był widział no -- co to opowiadać! Królewna! Włosy czarne, oczy
+szafirowe -- buzia maluchna. A mądra, a ucieszna. W dziesięcioro
+się krajałam, aby jej nic nie brakło! Pan nie ma dzieci?
+
+Nie było odpowiedzi.
+
+-- Nie ma pan? Dobrze pan robi. Dzieci to wielka radość, ale co też
+to za smutek! Serce ledwo nie trzaśnie jak to ginie! Psia krew...
+co to za urządzenie na świecie!... Miała na imię Maryśka! Ja ją
+nazywałam Marychna. To ładnie, prawda? Mówiła już, chodziła, łydki
+miała grube, tak że ją tylko w skarpetki ubierać można było! I co
+pan powie! W trzy dni -- ani się obejrzałam, już było po niej!
+słyszy pan!... po niej!...
+
+Oboje siedzieli ciągle nieruchomo w obu kątach sofy, ona
+przechylona, z twarzą ginącą w tem skróceniu. Tylko podbródek drgał
+jej nerwowo, jak u kobiet blizkich płaczu.
+
+-- Nazywała mnie... Papuzią. A to ztąd widzi pan poszło: Posłyszała
+kiedyś pod balkonem na ulicy gwiżdżącą papugę. Odejść nie chciała.
+Wzięłam ją na ręce i gwizdałam jej w uszko przez całą drogę.
+Później... ciągle prosiła -- gwizdaj, Papuziu! ja gwizdałam! Ach
+Boże!... ja gwizdałam!
+
+Porwała się nagle, jakby ocucona.
+
+-- Ja pana nudzę, co? Pan i tak smutny!
+
+Lecz on rękę wyciągnął.
+
+Jakiś cień uśmiechu przewinął się nawet koło jego warg pobladłych.
+
+Od tej nagle otwierającej się przed nim rany macierzyństwa,
+w rozpustnem otoczeniu zamkniętej lożki tingel-tanglu, płynęło ku
+niemu powolne uspokojenie i łagodne uczucie ledwo dostrzegalnego
+ciepła.
+
+-- Bo to widzi pan, mężczyźni nie lubią skoro się im o takich
+rzeczach mówi. Tylko pan jakiś inny od wszystkich. Może to pana
+i bawi.
+
+Westchnęła, znów głowę przechyliła na poręcz sofki i oczy
+zmrużyła.
+
+-- Widzi pan, to było dziecko takie... no, pan wie! ot takie, bez
+ojca. Więc to się chowało nie u mnie, ale ja zawsze co dnia
+przybiegałam, na ręce schwyciłam, wycałowałam gdzie mogłam. Jak już
+nic jej przynieść nie miałam, to choć pogwizdać przyszłam, a mała
+się już od progu rwała i piszczała: „gwizdaj, Papuziu! gwizdaj!...”
+Było to uciechy! Cholera muzykalna była! W dziadka się wdała!...
+
+Urwała, jakby przerażona zdradzeniem cienia tajemnic swego
+pochodzenia.
+
+-- No, i kiedy przyszła ta ciężka godzina, że ją śmiertelna choroba
+schwyciła -- ja po doktorów z gołą głową latałam po nocy,
+w aptekach dzwonki urywałam. Raz mnie stójkowy mało do cyrkułu nie
+zwlókł... Co pan chce! Dla dziecka to się w ogień skoczy! Nie
+pomogło! Chudła, sztywniała -- i już tylko na rękach nosić ją
+trzeba było dniem i nocą. Ja też nosiłam i jeszcze tylko to
+gwizdanie mogło ją uspokoić na trochę, na krótko! I ja też
+gwizdałam! Łzy mi jak groch leciały!... ale nosiłam i gwizdałam!
+
+Umilkła, i z pod przysłoniętych rzęs zamigotały nagle dwie lśniące
+krople łez, poczem z pochylonej w tył głowy spływały po skroniach,
+mocząc silnie pęki fryzowanej grzywy.
+
+-- I wiesz pan co? Umarła mi na rękach wtedy, kiedy chodziłam z nią
+po pokoju i gwizdałam jej cichutko, cichuteńko -- prawie w samo
+uszko. Późno było, świeca się dopalała, w kącie chrapała kobieta,
+u której się ona chowała. Ja chodziłam boso, żeby nie wstrząsać
+rękami, gwiżdżę -- ona oddycha, raz drugi oczki otworzyła -- sina
+obrączka naokoło ust się rysuje. Jezus Marya! myślę sobie,
+dziecko!... gwiżdżę wciąż -- ona już nie oddycha, ja głowę
+tracę... i ludzie mnie znaleźli z dzieckiem na ręku ciągle po
+pokoju chodzącą. Podobno nawet jeszcze gwizdałam!... Co pan
+chcesz!... Dostałam bzika. Niemiałam nic mego... ją jedną!...
+Oprzytomniałam później i czasem, kiedy sama jestem, mówię sobie:
+zagwizdaj, Papuziu!... gwiżdżę!... i płaczę!
+
+Rozpuszczoną masą włosów otarła strumień łez płynący jej z oczów.
+
+-- Przepraszam pana -- wykrztusiła wśród łkań -- ja zaraz przestanę
+beczyć, to już... taki cholerny narów... ja zaraz będę...
+wesoła!...
+
+Lecz on -- zbliżył się ku niej teraz i wyciągając ręce przyciągnął
+ją ku sobie.
+
+W gieście tym nie było śladu współczucia dla jej cierpienia, był
+tylko jakiś sybarytyzm dziwny, rozsmakowanie się w gorącości łez
+i w spazmatycznym skurczu wstrząsającym piersi kobiety.
+
+Melancholiczne zwierzę zbudziło się w nim i brutalnie, bezczelnie
+domagało się praw swoich.
+
+Sentymentalny samiec wyciągnął trupią rękę i na ranie serca
+kobiety-matki położył.
+
+Obwisła warga zadrgała mu rozkosznie.
+
+Oczy pokryła biała, wilgotna mgła.
+
+ * * * * *
+
+I od tej chwili żyli razem, we dwoje -- schowani w kącie oddalonej
+ulicy, w mieszkaniu, które on urządził z banalnym komfortem
+biurowego parweniusza. Wszystko naokoło nich było martwe, trupie,
+wystygłe.
+
+Dziewczyna z początku rwała się jeszcze do życia, walcząc
+z resztkami temperamentu.
+
+Wprędce jednak ciało zniszczone latami przymusowej rozpusty
+-- zapragnęło grobowego spoczynku.
+
+Za ciałem poszedł duch.
+
+Minuśka zamierała wśród strzyżonej tkaniny mebli i zakurzonych
+parasoli, włócząc po otomanie swe bezsilne członki anemicznej
+kobiety.
+
+On -- tryumfował, kąpiąc się teraz w tej cmentarnej atmosferze,
+którą włóczył w fałdach swej kurtki, ciągle milczący, ponury,
+ziejący niczem nieusprawiedliwioną rozpaczą, zwłaszcza w chwilach
+wiosennego rozkwitu.
+
+Czasem tylko dziewczyna wyrzuciła jeszcze z siebie „psia krew”
+-- zebrane z ust towarzyszek łatwej zabawy i ciężkiej pracy,
+i słowo to jak uderzenie szpicruty przecinało powietrze.
+
+Lecz on, nie ruszając się z miejsca, przez zaciśnięte usta szeptał:
+
+-- Cicho!...
+
+Kobieta milkła i siedzieli tak oboje w milczeniu, w rozpaczliwej
+melancholii dwojga zamierających organizmów, skutych ze sobą --
+ona, rozpamiętywając swą przeszłość, on -- pławiąc się
+w lubieżności smutku i o trumny potrącającego wspomnienia.
+
+I gdy jasno błękitne światło od okien płynące z szarego tonu
+zmieniało się w złoto-rudy blask wycinający kontury mebli a coraz
+dalej ku głębi pokoju rozpływało się w czarniawo-szafirowym cieniu
+-- on pochylał się nad martwiejącą w trupiej pozie dziewczyną.
+
+-- Zagwizdaj, Papuziu!...
+
+Ona gwizdała, z początku niechętnie, potem coraz więcej zatapiając
+się w cichej nutce melodyi.
+
+Trup dziecka wyschły, zżółkły, biedny -- zjawiał się przed nią
+w przepotędze swego nieprawego pochodzenia, wspaniały bezimiennością
+swoją, doskonały w zrodzeniu z miłosnego tchnienia. Trup ten
+zimniał, sztywniał -- tuż przy jej piersi -- przy jej łonie, które
+go stworzyło i gniótł jej ciało strasznym ciężarem nieżyjącego
+potwora.
+
+I wtedy cała fala łez lała się z czarnych oczów kobiety i po
+przechylonej w tył głowie ku masie pokręconej grzywy spływała.
+
+Tymczasem mężczyzna trupie swe palce w kaskadzie tych łez maczał
+i leniwym głosem sentymentalnie powtarzał:
+
+-- Zagwizdaj, Papuziu!...
+
+
+
+
+XI.
+
+=Bydlę.=
+
+
+Zaturkotało i na drodze od miasta wiodącej podniósł się tuman
+kurzu.
+
+Niewielki koczyk zielony, ciągniony przez czwórkę w poręcz
+sprzężonych koni, stuknął silnie o belkę, położoną na poprzek, tuż
+przed chatą Hieronima i ku bramie dworskiej podążał.
+
+Na koźle, w szaraczkowy surdut ubrany stangret i lokaj w długim
+czarnym anglezie, zetknęli się gwałtownie ramionami, zaklęli i do
+równowagi wrócili.
+
+Z koczyka tymczasem, na obie strony, jak drogowskazy, sterczały dwa
+olbrzymie cybuchy, ciemne, z fajkami wypchanemi silnie tytoniem.
+
+Pan hrabia i pani hrabina palili w milczeniu, rzucając w jasność
+liliową wołyńskiej przestrzeni całe kłęby białego dymu.
+
+Pudełko z tytoniem stało na przedniem siedzeniu.
+
+Pani hrabina miała żółty płaszczyk i twarz lśniącą od nadużycia
+gliceryny.
+
+Pan hrabia miał prześliczne turkusowe oczy, wprawione w pożółkłą
+maskę zgryzionego wątrobiarza.
+
+Koczyk stanął przed bramą.
+
+Lokaj zlazł powoli i za wrota pociągnął, pasące się obok stado gęsi
+uciekło z przerażającym wrzaskiem.
+
+Koczyk próg bramy przestąpił, wstrząsając woźnicą, pudłem, panią
+hrabiną, panem hrabią i obydwoma cybuchami.
+
+Gęsi, ciągle drąc się, leciały wśród masy traw, łopocząc
+skrzydłami, i hen aż pod tajemnicze gąszcze ożyn się dostawszy,
+przypadły do ziemi, zdyszane i srodze zmęczone. Lecz już na ganku
+dworu powstał ruch i w kredensie Janek czytający „Resurecturi”
+w „Tygodniku ilustrowanym”, otarł nos w znaczący sposób.
+
+-- Czort dyabła niesie! -- wyrzekł półgłosem.
+
+Z nad tapczana surdut zdjął, poślinił welwetowy kołnierz, na którym
+łupież silnie przylgnął, surdut nadział i powłócząc nogami na ganek
+podążył.
+
+Już pani sędzina pędziła od strony garderoby, pokrzykując cienko:
+
+-- Z Hati! hrabstwo z Hati!
+
+I szybko odwróciła się do Janka, który melancholijnie z pod
+spadającej hyry na swą panią spoglądał.
+
+-- A ty mi się nie upij, bo jak Boga kocham, tak już z tobą koniec
+zrobię! Słyszysz?
+
+Janek brwi zmarszczył i za poły surduta obydwoma rękami się
+schwycił.
+
+-- Słyszę, jaśnie pani! -- odparł.
+
+Koczyk z głuchym szumem już przed ganek zajechał.
+
+Sędzina wpadła we drzwi prowadzące do głębi dworku, a Janek ze
+specyalnym giestem ze stopni ganku schodząc, drzwi wchodowe
+hrabstwu ukazywał.
+
+-- Państwo w domu? -- zapytał hrabia.
+
+-- Jaśnie państwo są! -- odpowiedział lokaj.
+
+Cybuchy i tytoń na rękach lokaja wędrowały już w głąb domu.
+
+-- A uważaj, kanalio, abyś cybucha nie przetrącił! -- dodał
+w formie uwagi hrabia.
+
+ * * * * *
+
+Nie, to było nad jego siły!
+
+Musi pójść do karczmy.
+
+Chodzi, chodzi naokoło stołu, pociąga obrus, karbuje sól
+w solniczkach, ustawia garnuszeczki ze śmietanką. Na środku piramida
+z poziomek krwawi się plamą purpury wśród zielonych liści. Po obu
+stronach na złoconych, porcelanowych koszyczkach rudym tonem znaczą
+się świeże obwarzanki, cukier miałki piętrzy się piramidką prawie
+skrzącą w promieniach zachodzącego słońca.
+
+Po przez okno na wpół otwarte płynie cała taka struga ognista,
+przecięta smukłością topoli, sterczących dokoła dworu.
+
+Jeszcze bydło z pola nie wraca.
+
+Nie słychać kołatek, ani hukania pastuchów po za wodą, hen po za
+stawem.
+
+Janek ręce po napoleońsku na piersiach założył i stanął koło okna.
+
+Włożył liliowy atłasowy krawat i włosy jasno blond, w których
+srebrne nici się bielą, olejkiem zlał i z czoła odgarnął.
+
+Czeka, aż kucharz kurczęta z przypadłej opodal dwora kuchenki do
+kredensu przyniesie.
+
+Wtedy samowar syczący w kredensie do jadalni wniesie, na stolika
+obok ustawi -- otworzy drzwi do salonu i zaanonsuje niskim głosem:
+
+-- Podano do stołu!
+
+Tymczasem przecież coś go we wnętrzu ssie jak wąż a ślin w ustach
+pełno.
+
+Janek wie dobrze, co to znaczy...
+
+Czczo mu; do karczmy go ciągnie.
+
+A jest ona tam po drugiej stronie stawu, ta karczma cała czarna,
+mimo czerwonej jasności słońca.
+
+Janek drogę tę od lat trzydziestu zna.
+
+Zmienił ją tylko od chwili ożenienia. Trzeba bowiem było ze dworu
+do karczmy właśnie koło chaty iść, chaty, którą mu jaśnie pani
+dała, kiedy Warkę z garderoby wziął i z „werczem” do dworu
+przyszedł.
+
+Pani chatę i Warkę dała, ale Warka darła się o wódkę z Jankiem
+i zaraz na próg chaty wypadała, za poły surduta chwytała i zawodziła
+het jak suka, gdy jej szczenię odbierają.
+
+Wiedziała Warka, że jaśnie pani ma tego pijaństwa Jankowego dosyć
+i lada chwila go z kredensu wygna precz.
+
+Tembardziej, że Janek nie pił całe miesiące i tylko gdy gość się
+zjawił, wnet do karczmy pędził i za siwuchę chwytał.
+
+A przecież trzydzieści lat już w Horodyszczu przetrwał, służąc
+wiernie, nieposzlakowanie uczciwy, pełen arystokratycznych
+przesądów, właściwych wołyńskiemu chłopu, cerując dywany
+i szlafroki pana sędziego -- obijając sofy w buduarze panny sędzianki
+-- obszywając gościnne kołdry na trawie dziedzińca -- kolekcyonując
+„Tygodnik ilustrowany”, bijąc Warkę i najstarszą córkę Paraskę,
+tyranizując chłopaków kredensowych i leżąc bez pamięci, od czasu do
+czasu w krzakach berberysu, które bukietem blaszanych liści
+i delikatnych jagód wznosiły się na środku dziedzińca.
+
+Pani sędzina nazywała go wtedy „bydlę”. Była to nazwa mniej
+wykwintna niż dosadna.
+
+Pani sędzina jednak była córką ekonoma. Ztąd miała dużo poczuć
+arystokratycznych wrodzonych...
+
+Lokaj -- a zwłaszcza pijany lokaj, był dla niej bydlęciem!
+
+Hrabia mówił na swoją służbę: „kanalia”.
+
+Pani sędzina mówiła: „bydlę”.
+
+Pani sędzina nie lubiła chłopów i nie wdawała się z nimi w bliższe
+stosunki. Tolerowała tylko chłopki, gdy jej przynosiły kury, albo
+jaja, związane w szmaty.
+
+Pan sędzia ciągnął namiętnie starkę rano i wieczorem a czasem
+i w nocy.
+
+Pani sędzina znajdowała to naturalnem.
+
+Co innego było z pijaństwem Janka!...
+
+Co wolno panu -- niewolno bydlęciu...
+
+Pani sędzina mówiąc o pijaństwie męża, mówiła „słabość mego
+męża”.
+
+Pijaństwo Janka było zbrodnią, nie chorobą.
+
+Lokaj nie mógł być chory!
+
+Organizm jego nie mógł żądać alkoholu.
+
+Janek pijany -- był bydlęciem.
+
+Pan sędzia pijany -- był... słabym!
+
+Przekonanie to wpoiła pani sędzina w Warkę.
+
+Dlatego teraz Janek miał schowane w oczerecie czółno i drąg i po
+przez staw się do karczmy Szmula dobijał.
+
+Kiedy bowiem szedł przez wieś -- a Warka broń Boże „cupała”
+w ogrodzie, za chruściakiem przy burakach, albo tytoniu, to porywała
+się z wrzaskiem aż jej medaliki po piersiach dzwoniły.
+
+-- A doloć moja, dolo zatracona!... Krzyczała przez płot przełażąc,
+rozdzierając spódnicę, zapaskę, z „dolami” najeżonemi dokoła
+twarzy jak faworyty pana sędziego.
+
+I był to lament tak wielki, że wszystkie baby, jakie były w chacie,
+wypadały na drogę z koszulami zawiniętemi po kolana, z zapaskami
+ubielonemi mąką, ta od łatania świty, ta od przewijania dziecka.
+Wszystkie otaczały Janka i Warkę -- łamały ręce, kiwały głowami
+-- a dokoła podskakiwały dzieci w zgrzebnych koszulach, czasem
+zupełnie nagie z masą jasnych włosów na szpiczastych głowach,
+i kwiczały prosięta zbiegłe ze źle domkniętych chlewików...
+
+Teraz -- Janek potrafił już unikać tej gorącej łaźni. Wprost do
+stawu szedł, w czółno wskakiwał i wodę pruł aż szumiało. Potem do
+drugiego brzegu, gdy się dobił to już do Szmula było tylko
+kilkadziesiąt kroków -- i łatwo było się dobrać. Wracał jednak
+wolniej, nawpół przytomny -- potrzebując mało do zupełnego upojenia,
+roztrojony zupełnie nerwowo -- mając dziwną naturę wtłoczoną
+w smutne ciało dworskiego służalca, z fantazyą przepełnioną wizyami
+powieści i artykułów, których nie rozumiał setnej części,
+z tęsknotą straszną, wrodzoną wołyniakom, z tą tęsknotą, co serce
+z piersi wyrywa za czemś, czego określić na razie niepodobna, co szum
+sosen, zapach poziomek, krzyk spłoszonej gęsi, skrzyp wrót nagle
+budzi i potem jak druga dusza w ciele pokutuje, rwie, szarpie, nęka
+o zachodzie słońca i życia...
+
+Bydlę miało to wszystko w sobie, to wycie rozpaczliwe w pustkę,
+która się powiększa z dniem każdym. Jak duch pokutujący, jak trup,
+któremu nie dano mogiły i domowinki uskąpiono -- tak błąkał się
+Janek od karczmy do dworu z „Tygodnikiem” sterczącym brudną bielą
+druku z obciągniętej kieszeni surduta. Włosy mu posiwiały, twarz
+o delikatnych rysach nerwowego blondyna nabrzękła, oczy zmalały
+i z jasno błękitnych zrobiły się żółte. Plecy wygięły się
+w kabłąk, ręce jedne pozostały nerwowe, silne, suche, jakby
+cała siła woli lokaja skoncentrowała się w tych rękach, w których
+była potęga jego pracy. Gdy z krzaków berberysu podnosił się po
+peryodzie pijaństwa -- zaciskał silnie pięści, jakby probując,
+czy cała wola pozostała w nim jeszcze, czy nie spływa razem
+z umysłem w ten cień niepochwytny, który go otoczył i do karczmy
+iść kazał.
+
+I -- z pięściami jeszcze zaciśniętemi szedł prosto do kredensu, do
+swego tapczana, na którym wylegiwał się w czasie jego nieobecności
+Józiek.
+
+-- Won bydlę! -- mówił, chwytając chłopca za kołnierz, -- „won! pan
+wrócił!”
+
+..................................................................
+
+Kucharz nie dawał znaku życia i tylko z kuchenki dobywał się wązki
+pasek dymu, który się aż nad drzewa owocowe wznosił.
+
+Janek na lipę przed oknami patrzał, i przypominał sobie, którego to
+było roku, gdy piorun w nią uderzył.
+
+Pan sędzia wtedy do Żytomierza na wybory pojechał.
+
+Ale który to był rok, za nic przypomnieć sobie nie może.
+
+Nagle zakołatało na drodze.
+
+Ha! ha! a! a!...
+
+Bydło wraca do obór, pastuchy do chat.
+
+Nie widać ich z okna, tylko duża smuga po za stawem się ściele,
+biała, jak wielki kłęb nagle powstającej pary.
+
+I razem z tym jękiem chłopców goniących bydło, jakaś nieokreślona
+tęsknota spada na całą wieś.
+
+Słońce nie świeci jaskrawo.
+
+Żółte i jakby gasnące, zapada coraz niżej.
+
+Coś się nad ziemią snuje, coś, jakby widma z grobów wstające,
+szepczące tajemnicę mogił, trupich czaszek rozhowory.
+
+Janek określić tego nie umie, rwie się w nim tylko coś i w przepaść
+dąży.
+
+Obejrzał się jeszcze raz ku kuchni.
+
+Niewidzi nikogo.
+
+Zanim kurczęta podadzą, on przez staw przepłynie i powróci.
+
+Wypije tylko jeden kieliszek, jeden tylko, aby lepiej służyć do
+stołu...
+
+Czuje bowiem, że jest cały z waty i na nogach się nie utrzyma.
+
+Wyskoczył przez okno, wpadł w grządkę nasturcyj, zaklął i jak zając
+po przez trawniki pomykać zaczął.
+
+Do stawu dopadł, do oczeretu, w którym drzemało płaskie, z trochą
+lśniącej wody na dnie -- czółno.
+
+W czółno wskoczył, za drąg porwał, splunął w garść i od brzegu
+się odepchnął.
+
+W tej chwili ciemny pas, jakby od żałobnego całunu na wodę padł.
+
+Janek w pas ten wpłynął i nawet białe smugi, które zwykle czółno
+po sobie zostawia, krepy tej rozjaśnić nie mogły.
+
+Od strony wsi kołatały wciąż drewniane dzwonki i wlokło się
+jękliwe zawodzenie.
+
+Ha!... a! a!...
+
+Janek w głosy te wsłuchiwał się i czuł, że pod dworskim surdutem,
+z którego numer „Tygodnika” wystawał, w piersi rwały mu się całe
+przepaście ech na dźwięk tych chłopskich nut.
+
+Ha!... a! a!...
+
+W tej samej chwili, z kuchenki Józik z półmiskiem kurcząt wypadł
+i ku dworowi dążył.
+
+Idąc, mimowoli dziecinnym głosikiem powtarzał:
+
+Ha!... a! a!...
+
+Bose zastępy ku sobie się rwały, ręce łączyły w tęsknocie
+nieokreślonej, co ku nim z pod ziemi płynęła.
+
+ * * * * *
+
+Gdy Janek wreszcie z krzaków berberysu powstał i do kredensu się
+powlókł, zastał tam, oprócz Józika, jakiegoś młokosa ubranego
+w szary surdut, bez wąsów -- i z miną wyćwiczonego złodzieja,
+nastawiającego samowar.
+
+Janek do intruza podszedł i ręce wyciągnął.
+
+-- Czego to pan się do samowara miesza? -- zapytał zaspanym
+i powolnym głosem.
+
+Lecz nowy lokaj zmierzył go od stóp do głów.
+
+-- Jaśnie pani kazała nastawić samowar! -- wyrzekł i znów za stary
+but z cholewą schwyciwszy, koło samowara się krzątać zaczął.
+
+Janek odsunął się w kąt i na swym tapczanie przysiadł. Powoli
+jednak ręce jego namacały inną derkę, nie jego własną. Pochylił
+się i w ukośnym promieniu, idącym z okna, które lipy zaciemniały
+zupełnie -- dostrzegł całą obcą pościel na swem łóżku. Poduszka
+była z irchy, druga gumowa, wypchana powietrzem, widocznie
+skradziona, lub otrzymana w prezencie. Tylko nad tapczanem
+rozkładał się jeszcze szmat gobelinu, na którym widać było
+zczerniałe, jak nogi topielca, nogi jakiegoś mitologicznego
+bohatera i plamę kobiecej, purpurowej sukni.
+
+Za obrębem gobelinu zatknięty obrazek wycięty z „Tygodnika”, kilka
+palm, fotografia pana sędziego, stara strzelba, profitka z różowych
+paciorek, służąca za pantofelek do zegarka -- wszystko jeszcze było
+na swojem miejscu, nieruszone i jakby uszanowane.
+
+Janek podniósł się i do okna podszedł.
+
+Tam był zawsze szuwaks i szczotki do butów, ustawione we framudze
+razem z kałamarzem i gęsiemi piórami, które Janek dla pana sędziego
+temperował.
+
+Pióra znikły, kałamarz także, pomimo tego, że lat dwadzieścia stały
+na tem miejscu.
+
+Janka ogarnęło złe przeczucie. Powoli z podełba spojrzał na
+młokosa, który samowar już z ziemi podniósł i do pokoju podać się
+gotował.
+
+Janek kilka kroków postąpił.
+
+-- Ja zaniosę!
+
+-- Nie trza -- wyrzekł ten drugi, nogą drzwi otwierając.
+
+Janek pozostał na środku kredensu, w którym zaczynał zapadać powoli
+zmrok, przez abażur lipowych gałęzi koło okien rozpostartych.
+
+Nagle, w bocznych drzwiach ukazała się pani sędzina.
+
+Miała usta silnie zaciśnięte i oczy zmrużone.
+
+-- Niech Janek zabiera swoje rzeczy i idzie precz, zaraz... od
+dzisiaj!... Jaśnie pan za dwa dni wróci, to się z Jankiem obliczy!
+Trzeba się mi dzisiaj wynosić, mam już dosyć pijaków w kredensie!
+
+Ręką tłustą i żółtą drzwi ukazywała.
+
+Ręka ta w ciemności kredensu majaczyła przed Jankiem, jak plama
+jasna, obwiedziona dokoła błękitną obwódką.
+
+-- Jaśnie pani!... -- wybełkotał wreszcie -- ja... ostatni raz!...
+
+-- Ta, ta, ta!... przerwała sędzina -- już mam dosyć trzydzieści
+lat takich skandali!... Janek niech się wynosi, bo wyrzucić każę!
+
+Janek się wyprostował.
+
+-- Jaśnie pani wyrzucać niema potrzeby. Ja sam pójdę, choć
+trzydzieści lat wierniem przy służbie warował!
+
+Sędzina parsknęła śmiechem.
+
+-- Bo to psi wasz obowiązek! Za pensyę i ordynaryę jeszcze, każdy
+wierny będzie.
+
+Janek drżał cały, włosy mu na czoło spadły. Cofnął się w cień
+kredensu i milczał chwilę, wreszcie, jakby chcąc upokorzyć
+sędzinę:
+
+-- W konduktory pójdę!... -- wyrzekł zdławionym głosem.
+
+Sędzina ku drzwiom zmierzała.
+
+-- Z Panem Bogiem! Właśnie tam na pijaków czekają! A wynosić mi się
+dziś jeszcze!... won!... won!...
+
+Wyszła.
+
+Janek pozostał sam.
+
+Obejrzał się dokoła i nagle uczuł w sercu ból straszny.
+
+Trzydzieści lat przeżył w tych ciemnych ścianach kredensu, w którym
+zapach razowego chleba miesza się z wonią stygnących na półmiskach
+tłuszczów. W ciemnicy tej przeszedł życie całe, waląc się w nocy na
+tapczan, jak kłoda, smutny, wiecznie znękany, zniechęcony do życia,
+a mimo to bałwochwalczo do tych miejsc przywiązany.
+
+Chata, w której mieszkała jego żona, nie była mu domem, chodził tam
+w gościnę, w chwilach wolnych, nie pamiętając i nie wiedząc nawet,
+jakie imiona miały jego dzieci.
+
+Od grzebania się w ziemi i mieszkania w izbie z uklepaną z gliny
+podłogą odwykł i tylko w kredensie żyć już mógł, w _tym_ kredensie,
+pomiędzy szafą z ubraniami pana sędziego i kantorkiem, w którym
+chował roczniki „Tygodnika ilustrowanego”. Dziś mu każą iść
+precz, nie pamiętając, że on, Janek, ma religię ścian, wspomnień
+i sprzętów, że on się tu przekołatał całe lata, całe noce, całe
+jesienne wieczory obrębiając ścierki, wsłuchany w tony fortepianu,
+na którym uczyła się panna sędzianka i który dzwonił jak szklanna
+kołatka z po za stawu w smudze białej płynąca...
+
+Kazano mu iść „won” a przecież tam, przez ścianę, jest szafa,
+w której jest _jego_ porcelana, _jego_ srebro, _jego_ szkło.
+
+Trzydzieści lat myje, ociera, czyści tę całą zastawę... to więc
+wszystko mu poprostu w duszę wrosło i on tego z siebie wyrwać nie
+może! nie może!...
+
+A piece? Te wielkie piece wszystkie schodzące się w jednej wielkiej
+izbie, w którą szedł wczesnym zimowym rankiem, za Józikiem,
+niosącym całe naręcze polan grubych, jak ludzkie nogi. On, Janek,
+niósł świecę. Stearyna kapała mu po rękach, a on przez trzydzieści
+lat nie oprawił nigdy świecy w lichtarz. Miał takich przyzwyczajeń
+mnóstwo, teraz wszystkie jak mary otoczyły go i za gardło chwytały.
+
+Nawet ta pani sędzina, która wygnała go tak bezlitośnie, nawet ten
+pan sędzia, który nieraz uderzył go w kark i „wysobaczył” po
+swojemu, nawet ta panna sędzianka, zatykająca nos, gdy przechodziła
+przez kredens, wszyscy oni byli mu teraz drodzy w chwili utraty.
+
+Kochał ich przywiązaniem psa, który niedość, że dobytku pana
+strzeże, jeszcze pana tego kocha i po rękach liże.
+
+Powiedział pani -- „pójdę w konduktory”, ale teraz, w tej chwili,
+myśleć o tem nie mógł. Dławił się własną żałością.
+
+Nerwy tego chłopa zalkoholizowanego tańczyły piekielną sarabandę
+bezsilnej rozpaczy.
+
+Gdyby mógł się rozpłakać, byłoby ma lżej. Lecz nie, łzy go piekły,
+były w nim całym, rwały ma serce, paliły powieki, płynąć jednak nie
+chciały.
+
+Bydlę... cierpiało.
+
+..................................................................
+
+Po chwili przecież Janek ocknął się, zbliżył się do tapczanu
+i szalonym ruchem zdarł ze ściany gobelin. Profitka, fotografie
+upadły na ziemię. On schylił się, podniósł je, wetknął za pazuchę,
+potem -- podszedł do kantorka, wyjął całą masę gazet i w gobelin
+zawinął. Czynił to machinalnie, gryząc wargi. Zwrócił się po
+ubranie, które wisiało na gwoździach wbitych w ścianę, lecz machnął
+ręką i tylko tłomok z gazetami pod pachę wziął, czapkę na głowę
+nasadził.
+
+Wreszcie z kredensu wyszedł.
+
+Przeszedł pod lipami i wydostał się na trawniki. Słońce znów
+zachodziło całe krwawe, na wiatr się znacząc. Staw w ciszy
+i obramowaniu oczeretu drzemał a nad jego brzegiem, na pagórku,
+brzoza, dziwaczna i pokręcona, długie gałęzie w wodzie rozpaczliwie
+moczyła.
+
+Janek machinalnie do stawu się skierował i, czółno odszukawszy,
+gobelin z książkami na dno czółna cisnął. Poczem sam w łódź wlazł
+i drąg schwycił. Zdawało mu się, że idzie gdzieś w daleką drogę
+a ten drugi brzeg nigdy nie trąci o drzewo czółna. Drżącemi rękami
+drąg pchnął i na staw wypłynął...
+
+Cisza była dokoła prawie kościelna.
+
+Janek szmer wody tylko słyszał, która się skarżyła cicho na ciężar,
+jaki jej nieść kazano.
+
+I nagle, z daleka, delikatny, jakby krepą przysłonięty, dał się
+słyszeć głos kołatek i przeciągły jęk pastuchów.
+
+Serce Janka, które było w tej chwili jedną raną, targnęło się
+jeszcze silniej i codzienna melancholia, tłocząca go ku ziemi,
+wżarła się w boleść rozstania z tem, co już za swoje przywykł
+uważać, co się z nim zrosło, z czem umrzeć miał...
+
+Przed nim bielił się dwór, nieduży, silny, dobrze rozłożony na tle
+masy drzew. Z boku widać było ganeczek i wejście do kredensu. Do
+kredensu!...
+
+I nagle porwał Janka szał.
+
+Schwycił gobelin i cisnął go w wodę.
+
+-- Szczeźnij! -- zasyczał przez zęby.
+
+Gobelin zakołysał się na wodzie i pozostał tak rozciągnięty,
+prezentując w świetle krwawego słońca wypłowiałą barwę delikatnych
+linij.
+
+Janek drągiem gobelin w wodę zanurzać zaczął.
+
+-- Szczeźnij!... -- syczał.
+
+Był cały teraz czerwony, z sinemi pręgami żył po obu stronach
+skroni. Z serca krew mu płynęła na mózg zatruty siwachą. Pijany był
+w tej chwili, pijany rozpaczą.
+
+Za nim wciąż kołatki grały.
+
+Teraz, pochylił się, porwał cały stos „Tygodnika” i w wodę
+wrzucił. Woda prysnęła białą masą, łódka zachybotała, Janek
+nogą w ścianę czółna kopnął.
+
+-- Na pohybel ci! -- zaklął.
+
+Nie dokończył, bo czółno się gwałtownie przechyliło a on z dziką
+radością, po raz pierwszy w życiu roześmiany serdecznym, gorącym
+śmiechem, w wodę skoczył, waląc się głową naprzód, tak jak
+zwyczajnie na swój tapczan w kredensie się walił.
+
+..................................................................
+
+Teraz kołatki tryumfalnie wypłynęły nad brzeg stawu i dzwoniły
+ciągle mistyczną litanię w obłoku białym, z ziemi się wznoszącym.
+
+Na stawie była cisza zupełna i kołysało się tylko próżne czółno,
+które powoli wróciło do swej równowagi...
+
+
+
+
+XII.
+
+=Gołąbki.=
+
+
+Gwarno było w „gołębniku” podczas tego _fixu_.
+
+Rozgruchotały się „gołąbki”, rozchichotały, aż wstążki fruwały
+naokoło ramion i szyi, jak prawdziwe skrzydła gołębie.
+
+I wszystkie, jakby się umówiły -- ubrały się biało, popielato,
+perłowo lub blado lila...
+
+Cała gama niepewnych barw, jak plama jasna lekko pocieniowana,
+rozkładała się tryumfalnie pod zielonemi liśćmi w kąt zbitych
+oleandrów.
+
+Pani domu, księżna... ukraińska -- cztery kąty swego salonu
+ozdobiła oleandrami.
+
+Było to niekosztowne i dawało złudzenie szyku.
+
+Książę wzruszył ramionami, pociągnął zakrótką kamizelkę
+i poszedł do drzwi „robić honory”, chórem wchodzącym
+konceps-praktykantom z Namiestnictwa.
+
+„Księztwo” przybyli niedawno z dalekiej podróży i przywieźli
+z sobą spory zapas konfitur i czternaścioro dzieci, z których
+dwie dorosłe panny miały zamiar wydać się zamąż.
+
+Arystokracya lwowska, złożona z galicyjskich hrabiów i baronów,
+podejrzliwie patrzyła na ten tabor książęcy, rozbijający swe
+namioty w szerokich salonach żydowskiej kamienicy; powoli wszakże
+przekonano się do sumiastych wąsów księcia, nadzwyczajnych mantyl
+księżnej, długich warkoczy księżniczek i ich kurhanowego tytułu.
+
+_Fixy_ bywały liczne, księżna promieniała, księżniczki zdążyły
+zakochać się w dwóch „golcach”, o szerokich barach i wspaniałych
+frakach. Książę umierał z nudów, stojąc pod żyrandolem, z którego
+kapała stearyna. Ciągnął kamizelkę i wzdychał do śniegu, który się
+białemi błamami, jak królewska szata wlókł daleko po wiejskich
+rozłogach.
+
+Dnia tego, _fix_ miał niezwykłe ożywienie.
+
+Gołębnik aż dygotał od panieńskiego chichotu.
+
+Gołębnikiem nazywał się kąt pod piecem, pomiędzy pianinem,
+a czwartem oknem okrytem czerwonemi jak krew adamaszkowemu
+firankami.
+
+W kącie tym gromadziły się zwykle panienki i panny.
+
+W żółto-białem blasku lamp i świec, ta powódź jasnych sukien
+i biało-różowych plastrów twarzy, znaczyła się z jakąś
+impertynecką chęcią rzucania się w oczy każdemu, wchodzącemu
+do salonu.
+
+Były to trzy Minuśki, pięć Muszek, dwie Lole, jedna Gilda,
+jedna Lili, jedna Nini, dwie czy trzy Niusie.
+
+Całe Sacré Coeur lwowskie nagle wypuszczone z po za krat
+klasztoru i wrzucone w gorącą atmosferę niewyraźnego salonu
+książęcego.
+
+„Gołąbki”, tak słusznie nazwane od gołębiej niewinności
+okrągłych twarzyczek i białych fałd sukien, zdawały się
+być wykute z jednej sztuki marmuru, dłutem jednego rzeźbiarza.
+
+Wszystkie miały jedne i te same długie, płaskie z przodu
+i silnie w pasie ściśnięte figury.
+
+Wszystkie miały zanik bioder i piersi.
+
+Ręce obciśnięte w długie duńskie rękawiczki, przytrzymane po za
+łokciami podwiązkami z wstążek, podnosiły automatycznie do czoła,
+nagarniając grzywkę, pociągając rzęsy, aż do brwi uparcie
+sięgające.
+
+Każda z nich miała na wpół wycięty stanik i tuż pod szyją dwie
+głębokie „_solniczki_”, znaczące się ciemnawemi plamami, na
+żółtem tle skóry.
+
+Jedna Nini, córka wdowy po generale, panna bez posagu, ale za to
+zuchwale piękna i wspaniale zbudowana, prezentowała ze spokojem
+niezmąconym, przepyszny biust pełny, okrągły, z niewielką fałdą
+tuż pod pachami, dyskretnie wysuwającą się z obramowania
+blado-liliowego tiulu.
+
+-- C'est convenu! n'est ce pas? -- pytały „gołąbki”, jedna drugą.
+
+-- C'est convenu! -- odpowiadała zapytana.
+
+Panienki te mówiły przeważnie po francuzku akcentem przerażającym,
+niemniej przeto dziwnie aroganckim. Gdy się rozszczebiotały,
+tworzyła się silna wrzawa, a chichot ich miał wszystko, oprócz
+inteligencyi. Każda z nich jednak była très bien, i miała się za
+partyę. Każda wyobrażała sobie, że czyni _raważe_ pomiędzy czarną
+kohortą mężczyzn, którzy w swych frakach, jak stado nagle
+spłodzonych karawaniarzy, stali w przeciwnym kącie salonu, lub
+włóczyli się po przyległych pokojach, obmawiając panny lub
+stambułki księcia pana, za olbrzymie podkowy drewniane, zamiast
+szpicrut i rajtpejczów zatknięte.
+
+„Gołąbki” jednak były niespokojne. Spoglądały ciągle ku drzwiom
+wchodowym, jakby oczekując na wejście.
+
+-- Może nieprzyjdą?
+
+-- Przyjdą, przyjdą -- uspokajały księżniczki.
+
+Powoli, salon napełniał się i już wysuwały się niewielkie grupy do
+przyległego małego pokoju, nazwanego salonikiem księżnej. --
+Atmosfera stawała się ciężką i przesyconą całą masą różnorodnych
+perfum. Był to jakby bukiet najwonniejszych kwiatów, nagle
+rozdeptany i rozgnieciony w gorącej masie powietrza, leniwie
+ciążącego ku ziemi. Szczególniej z sukien starych kobiet płynęły
+całe smugi delikatnych zapachów, upartych jak wspomnienie, które
+zdawały się być wplątane pomiędzy oczka sinawych koronek. -- Z
+gołębnika biła delikatna woń muguet'u i świeżego, dziewczęcego
+ciała. Była to jeszcze niezdecydowana nuta, coś błądzącego
+w przestrzeni nakształt płatków lipowego kwiatu. Płatek lipy na
+żelazo pada i powiewny a biały -- rdzy plamę na sztabie wygryza...
+
+Nagle u drzwi wchodowych zrobił się szmerek leciuchny i gospodyni
+domu, porwawszy się z fotela, posunęła naprzód. Książę podciągnął
+znów kamizelkę i przekręcił na bakier siwe, długie wąsy.
+
+Gołąbki zatrzepotały, zaszczebiotały radośnie: Les voila!... les
+voila!...
+
+Odedrzwi bramowanych czerwienią portyer, ku środkowi salonu
+w jasność płonącego żyrandola, szła grupa ludzi z trzech istot
+złożona.
+
+Przodem sunęła kobieta lat średnich, sur le retour, drobna, chuda,
+nadwiędnięta, trzymała się pochyło i ręce miała jakby wsparte na
+brykli silnie ściśniętego gorsetu. Za nią wlókł się tren jasno
+zielonej sukni, obrysowanej na dole wałkiem ciemno-miedzianego
+aksamitu. Olbrzymie stylowe rękawy, bufiaste, aksamitne wznosiły
+się po obu stronach głowy, małej, brzydkiej, nieforemnej,
+nastroszonej rzadką kępą, silnie przyczernionych włosów. Włosy te
+ściągnięte mocno na skroniach, rwały ku tyłowi głowy skórę skroni
+i podnosiły w ten sposób łuk brwi i wykrój dołów ocznych na wzór
+japońskiej czaszki. Suknia głęboko wycięta, zapadała na piersiach
+smutnym całunem nicości. Szyję pokrywała szeroka aksamitka
+miedzianego koloru, na której rozkładały się cztery rzędy cudnych
+pereł, prawie różowawych w kontraście skóry żółtej, siatką
+drobnych zmarszczek pokrytej.
+
+Kobieta szła wolno, jak istota anemiczna, z pochyloną głową
+skończonej neurasteniczki. Oczy ciemno-szafirowe, spłowiałe, dobrze
+podkreślone tuszem, utkwiła w idącą ku niej księżnę i wyciągnęła
+rękę chudą, drewnianą, obciągniętą lapisową rękawiczką.
+
+Po za nią i za obramowaniem trenu, szło dwóch mężczyzn, niemal
+równym, sztywnym krokiem, jak dwóch na sznureczkach prowadzonych
+automatów. Jeden z nich -- mąż, wysoki, prawie olbrzym, o szerokich
+barach i olbrzymich stopach, baron Mak von Maken, dźwigał na sobie
+mundur, cały błękitny, sznurami opleciony.
+
+Siwy, hałaśliwy z twarzą purpurową wiecznie grożącą kongestyą,
+z szyją wysuwającą się różowym wałkiem dokoła kołnierza munduru,
+szedł po za pochyloną i jakby przełamaną postacią żony, chrząkając
+i hałasując, jak w koszarach. Książę z uwielbieniem patrzył na tę
+postać c. k. Zagłoby, i z wytężeniem ścieżki sznurów na plecach Mak
+von Makena śledził. Lecz już druga postać, mężczyzna obok generała
+idący, rzucał długi jezuicki cień czarnego fraka, na jasną plamę
+mundura. Ten drugi szedł cicho, choć kroki jego stosowały się do
+szerokości kroków Mak von Makena. Był to wysoki, bardzo chudy
+mężczyzna, na którym frak wisiał jak na wieszadle a kamizelka,
+jakkolwiek starannie ściągnięta, ukazywała jeszcze pustkę pod
+klatką piersiową. Trzymał się pochyło, jak idąca przed nim kobieta,
+wyciągał spiczastą brodę silnie ogoloną i wytartą pudrem. Włosy
+siwe, przyklepane, otulały długą głowę angielskiego wyścigowca,
+oczy blado-błękitne, zmrużone, tonęły w setkach zmarszczek, któremi
+twarz była pokrajana. Małe ciemnawe faworyty tworzyły ramę,
+z której wystawał nos silnie garbaty, duży, opuszczony na opadłe
+w podkowę wargi.
+
+Towarzystwo zebrane w salonie powitało „tych troje”, wesołym
+uśmiechem. Od lat piętnastu zaadoptowano milczącą ugodą ten ménage
+Maken-Helding. Z początku, trochę szeptano po kątach, powoli,
+utarło się przecież; Makenowa z taką pokorną nieśmiałością
+zdawała się prosić o przebaczenie, Helding był tak nieznaczącym
+i już wysortowanym z liczby epuzerów, Mac von Maken tak wspaniały
+w swej bucie i dobrym humorze dobrze odżywianego generała, że
+szepty powoli ustały i z pewnem rozrzewnieniem zaczęto śledzić
+przebieg tego romansu. _Cette pauvre barronne_ mogła rzeczywiście
+pragnąć więcej subtelności i delikatności w pożyciu, Mak von Maken,
+był _un homme charmant_, ale chwilami trywialność jego miała skrzyp
+drzwi stajennych a dowcipy -- zapach koszarowej zupy. Makenowa, była
+_une mignonne_, delikatna, chuda i pełna niezwykłych aspiracyj, było
+to małe bóstwo, które potrzebowało być adorowane cicho i dyskretnie.
+Helding z delikatnością starego kawalera, celibatora jadającego
+w domu i mającego pokój sypialny blado-błękitny, w którym niebyło
+ani jednego rejtpejcza, nadawał się szczególniej do roli takiego
+„uwielbiacza”. Że się później podobno z platonizmu wyrodził inny,
+mniej platoniczny stosunek, ha! to już rzecz Makenowej i Heldinga.
+Enfin, après tout, nie można żądać od ludzi nadzwyczajności
+i wymagać, aby byli aniołami. Mak Maken zdawał się niedostrzegać
+nic i akceptował Heldinga jako przyjaciela domu. Skoro sam mąż
+przyjmował „uwielbiacza” -- i niejako sankcyonował go przed
+światem, mówiąc mu „mon ami”, to nie było rolą „towarzystwa”
+mieszać się w podobne rzeczy i czynić tej biednej Makenowej
+jakąkolwiek przykrość. I powoli ta trójka wsuwała się wszędzie,
+z początku nieśmiało, jakby macając grunt, śledząc wrażenie na
+twarzach, słuchając dźwięku głosów, witających ją na progu
+salonów. Lecz wkrótce, uprzejmością ośmielone, ménage Maken-Helding
+nabrało pewności siebie i wchodziło spokojnie, coraz więcej
+zabierając miejsca, rozdając uśmiechy, w których znajdowano nawet
+quelque chose de piquant. Deprawacya ta jawna, cudzołóztwo to
+wleczone w trenie jedwabnej sukni, w listkach gardenij Heldinga,
+w lazurowych barwach munduru Mak-Makena, drażniła nerwy i zmysły
+otaczających. W jasności świec kandelabrowych, posyłano sobie
+wzajemne uśmiechy i spostrzeżenia. Makenowa miała chwilami rumieńce
+nowozaślubionej, pod deszczem niedyskretnych spojrzeń, Helding
+lekkie uśmiechy zwycięzcy, Mak-Maken -- dobroduszną pobłażliwość
+siwowłosego ojca oprowadzającego zięcia i córkę, pełnych zbyt
+jawnej miłości. I powoli, trójka Maken-Helding stała się ogniskiem,
+do którego zwracano się coraz chętniej po miłosne wrażenia, śledząc
+każde bardziej burzliwe widzenie się baronowej i Heldinga, każdą
+„scenę”, każde przeproszenie się w cieniu dyskretnej alkowy.
+
+I z latami razem, weszło zupełne zuchwalstwo w ujawnianiu tej
+miłości baronowej i Heldinga. Teraz, Makenowa wchodziła pewna
+siebie, tryumfalna -- czując, że potęgą swej wielkiej miłości
+zwalczyła tę hydrę, pełną jadu, którą „światem” zowią. Czuła
+się w pełni urody i miłość dodawała jej blasku. Miała w gruncie
+serca wiele szlachetności i nie kłamała teraz, zwracając się
+otwarcie i śmiało do Heldinga. Nie przyznawała się jednak głośno,
+bo to było niepodobnem, ale w każdem jej spojrzeniu, ruchu,
+słowie -- przebijała się bezgraniczna miłość i przywiązanie.
+Helding mimowoli zajął stanowisko męża kochanego i czuł się
+dobrze w tej roli. Nie zrozumiał jednak, jak w straszną grę
+grała Makenowa, narzucając tak światu swego kochanka. Nie czuł,
+ile istotnej potęgi miłości musiała mieć w sobie, aby tak dać
+„przełknąć” światu ten stosunek, kazać mu go przyjąć i niejako
+usankcyonować.
+
+Nie zastanawiał się nad tem, szedł zadowolony z tej roli jaką grał,
+podbudzony w swej próżności, człowiek któremu żona generała,
+kobieta stanowiąca ozdobę salonów lwowskich, na szyję się rzuca.
+W kasynie mówił o Makenowej z rozrzewnieniem dobrego męża, jakkolwiek
+nigdy po za kadry gentelmańskiej przyzwoitości nie wyszedł. Inni
+„koniarze” nie blagowali nawet, poważni i pełni szacunku dla tej
+cudzołożnej żony.
+
+Powoli wszakże ta faza tryumfu zmieniła się w cichy i spokojny stan
+zaadoptowanego przez świat związku. Makenowa? Helding? -- ależ to
+stare małżeństwo! Nie pojmowano jednego bez drugiego i tylko przy
+wejściu jeszcze witano ich uprzejmym uśmiechem. Później ginęli
+w tłumie. Inne pary potworzyły się, połączyły i promieniowały
+miłością i szczęściem wśród pragnących wrażeń tłumów.
+
+Makenowa starzała się i brzydła powoli. Jej maska japońskiej
+laleczki z latami ciemniała i osuwała się w głębokie bruzdy.
+Helding chylił się ku ziemi, oczy mu gasły powoli, tracąc barwę
+i płowiejąc w gorącu miłosnej ekstazy. Czuli, że byli złączeni na
+zawsze, do śmierci i mieli w sobie spokój dobrze zawarowanego
+kontraktem małżeństwa. Skoro znaleźli się w salonie, pod rzęsistem
+światłem kandelabrów, szukali wygodnego miejsca, gdzie siadali we
+dwoje, zamieniając od czasu do czasu jakąś uwagę półgłosem. On
+trzymał jej wachlarz spokojnie, rozsuwając sennym ruchem koronki,
+lub gładząc delikatnie marabuty. Nikt już nie zwracał na nich
+uwagi, chyba ktoś świeżo przybyły i nieobznajmiony z istotnym
+stanem rzeczy. Często brano ich za małżeństwo wzorowe, przywiązane
+do siebie równem, nienerwowem uczuciem. Maken hałasował
+w fumoirach, nie psując jasnym swym mundurem i swą siwizną ciemnych
+i mistycznych sylwetek tych dwojga, którzy siedzieli prawie
+nieruchomo obok siebie z oczami wlepionemi w przestrzeń, jak
+widzowie na przedstawieniu znanej już dobrze sztuki. Oboje oni
+stanowili jedną całość. Jakiś krąg niewidzialny, a mimo to
+istniejący, otaczał ich i bramował, odsuwając od reszty
+towarzystwa. Było to zapewne ich kilkunastoletnie uczucie, które
+z burzy miłosnej przeszło w mocne i zda się nierozerwalne
+przywiązanie.
+
+Kobieta szczególniej miała w swej zestarzałej postaci upór miłosny
+kobiety tryumfującej nad zmiennością męzką.
+
+Mężczyzna był już obojętny, trochę zawsze zalękniony i jakby
+uśpiony w tej stałości, w którą się sam spowinął przed tyloma laty!
+
+Ale „gołąbki” były innego zdania: Odebrać Makenowej Heldinga?
+
+-- Co?... jak myślicie!
+
+Projekt ten powstał w głowie jasno włosej Lili. Minuśki, Nuśki
+i Muszki zaadoptowały go w jednej chwili.
+
+-- Tak! tak!... trzeba to zrobić. To ożywi _fix_ i zabawi
+wszystkich dokoła. Trzeba Heldinga _zaakaparować_ i patrzeć, jaką
+Makenowa będzie miała minę.
+
+-- Przecież go reklamować nie będzie przez konwenanse.
+
+Rauty bywały nudne. Mężczyźni młodzi nie umieli poprowadzić
+porządnie rozmowy. Panienki nudziły się w swym gołębniku. Oglądały
+się za rozrywką.
+
+Błękitne oczy Lili padły nagle na dwie mistyczne sylwetki, siedzące
+nieruchomo obok siebie. Panienka skrzywiła się nagle. Stanowczo ta
+para działa jej na nerwy. Już trzeci karnawał przyjeżdża ze wsi do
+Lwowa i trzeci karnawał widzi tych dwoje „starych”, siedzących
+jedno obok drugiego w wierności chińskich bałwanów. I pochyliwszy
+się ku swym towarzyszkom, podsuwa im projekt flirtu z Heldingiem,
+tym samym tonem, jakim w Sacré-Coeur podsuwała myśl przeciągania
+palcem po wywoskowanych brzegach pulpitu.
+
+Znudzone jednostajnością rautów, panienki przyjmują projekt
+z entuzyazmem, obierają dzień i miejsce i dziś zeszły się wszystkie
+u księżnej, z zamiarem wprowadzenia swych zamysłów w czyn, z okrutną
+energią istot, które nie wiedzą nawet, czy serce boleć może
+naprawdę i czy są łzy, które palą.
+
+Kampanię rozpoczyna księżniczka, młodsza, szatynka, o twarzy
+schorowanego anioła i długich warkoczach ukraińskiej dziewki.
+Siada do fortepianu i rozkłada zeszyt nocturnów Chopina
+z najniewinniejszą pod słońcem minką.
+
+Chwilę ogląda się po salonie, jakby szukając kogoś.
+
+-- Panie Helding!... proszę mi kartki przewracać!... -- prosi
+wreszcie z czarownym uśmiechem.
+
+Helding otwiera szeroko spłowiałe źrenice.
+
+-- Pan taki muzykalny... -- dodaje panienka.
+
+Stary kawaler wstaje z pośpiechem, pełen kurtuazyi i śpieszy do
+fortepianu.
+
+„Gołąbki”, śledzące tę scenę z niepokojem, oddychają swobodniej.
+Helding jest tuż, obok nich, na progu „gołębnika”. Wciągnąć go
+łatwo potrafią.
+
+Wciągną... i nie puszczą...
+
+Cicho i spokojnie płynie jeden z nocturnów Chopina.
+
+Helding przewraca kartki trochę zaniepokojony, zdenerwowany tą
+„rolą”, jaką odegrywa obok siedzącej przy fortepianie dziewczyny.
+Zeszedł już do rzędu „widzów”, przyzwyczajony, że to inni
+defilowali przed nim, podczas gdy on spokojnie siedział obok
+Makenowej, bawiąc się jej wachlarzem. Długie, suche palce mężczyzny
+z pośpiechem przewracają kartki, klekocząc jak kastaniety.
+
+Księżniczka za każdą przegraną stronnicą spogląda na Heldinga
+i uśmiecha się łagodnie, Helding mimowoli dostrzega koło ust
+dziewczyny dwa ładne dołki..
+
+Wreszcie ostatni akord przecina powietrze. Helding pragnie wrócić
+na swe miejsce, lecz „gołąbki” otaczają dokoła księżniczkę
+i dziękując jej gorąco, posuwają go mimowoli w stronę
+„gołębnika”. Lili mówi coś do niego, śmieje się, szczebiocze;
+z drugiej strony Nini prezentuje swój przepyszny profil greckiej
+bogini. Śmiech, chichot, srebro głosu, woń konwalij i młodego
+ciała, jakiś szum jakby skrzydeł gołębich -- i Helding znajduje
+się nagle w gołębniku, uwięziony ładnemi giestami drobnych rączek,
+giętkich figurek i młodych twarzyczek.
+
+Zmieszany, prawie pociągnięty, siada na taburecie i wszystkie
+panienki z szelestem opadają nagle ku ziemi. Całe stadko blado
+liliowe, różowe, białe, popielate przypadło do purpury dywanu
+i zaczajone, uśmiechnięte, wyciąga ożywione nagie dziobki.
+
+Helding doznaje ekstazy, olśnienia, wysadzony z siodła tą brutalną,
+a przecież na pozór delikatną taktyką panieńską. On, mężczyzna,
+siwiejący i zdeprawowany, czuje się przerażony, wyrwany ze snu,
+niepewny i jakby poszarpany nagle na strzępy.
+
+Pragnie się wydostać, czyni nieśmiałe usiłowanie, wyciąga
+kilkakrotnie szyję, ma oczy topielca zapadającego w bagno
+szmaragdowe, perłami wody lśniące...
+
+Lecz „gołąbki” zwartym szeregiem otaczają go coraz silniej jak
+„wodnice” o spłowiałych barwach, w niepewnym blasku księżyca się
+kąpiące. Jedwab szatni, iluzya pnie się pajęczą siecią, wstążki
+warkoczy mają zapach orzechów cokolwiek wilgotnych a młodość
+i ożywienie zapala w oczach całe różańce iskierek. Aż szumi od
+chichotu, aż srebrzy się od białych zębów. Dziewczyny, pochylając
+się, mają giesta pokornych kotek. Nini wilgotnemi oczami patrzy
+prosto w twarz Heldinga. Atłas jej ciała mieni się podskórnemi
+róźowemi pręgami mory. Helding, osłupiały, wpatruje się w to
+bogactwo kształtów i śledzi wstążkę, wiążącą stanik na ramieniu
+okrągłem i doskonale pięknem.
+
+Nini wzrok ten czuje i prostuje się cała, dumna ze swej dziewiczej
+krasy, nieskalanej jeszcze dreszczem miłosnej chęci. Podnosi wysoko
+brodę i ukazuje cudną szyję o delikatnych, przezroczystych tonach
+ambry...
+
+Helding przymyka na chwilę oczy i osuwa się osłabły, ocierając pot
+z czoła...
+
+ * * * * *
+
+W kącie Makenowa widzi ten cały manewr i dostrzegłszy Heldinga
+pomiędzy panienkami, doznaje nagłego ściśnięcia serca. Zwalcza
+jednak ten ból przelotny i uśmiecha się jakby zadowolniona
+z tego powodzenia kochanka. Ma bowiem przeświadczenie, że
+Helding z grzeczności usiadł na chwilę w „gołębniku” i wprędce,
+znudziwszy panienki, powróci do niej, na dawne swe miejsce.
+Spokojnie więc śledzi ruchy dziewcząt, ot, jak żona uśmiechająca
+się pobłażliwie na niewinny żart ze strony męża.
+
+Wydarza się to wprawdzie pierwszy raz, bo zwykle panienki nie
+zwracały uwagi na Heldinga, jako na „starego kawalera”,
+niezabawnego i nie liczyły się z nim wcale. Pozostawała mu tylko
+ona, ona jedna i tak miało już być nazawsze. Tymczasem dziś nagle
+zmienia się dawny porządek rzeczy...
+
+To śmieszne a jednak te kilka minut zaczynają się jej wydawać
+wiekiem.
+
+Tem bardziej, że Helding nie zdaje się nudzić panienek, ani być
+znudzonym. Owszem, ożywienie panuje tam wielkie, całe snopy śmiechu
+wybiegają w przestrzeń salonu. Makenowa doskonale pomiędzy tym
+chichotem rozróżnia głos Heldinga. Mówi coś, powoli, ot tak jak on
+zwykle, ale z trochą więcej energii i ożywienia. Słów Makenowa
+dosłyszeć nie może, dźwięk głosu dobiega do niej dokładnie.
+
+To dziwne, wydaje się jej, że ten głos, że sam Helding jest od niej
+bardzo, bardzo daleko i że niknie nagle w całym tumanie ironicznych
+akordów...
+
+Zagryza usta i doznaje wrażenia zupełnego osamotnienia.
+
+Czuje chłód przejmujący dokoła nóg i wsuwa je szybko pod suknię.
+Traci pewność siebie i staje się niezgrabną i jakby związaną.
+Przeczuwa... śmieszność i kurczy się przed tem ohydnem widmem.
+Nagle zaczynają jej dolegać rękawy sukni. Są zbyt ciasne w łokciu,
+a za wolne w ramieniu. Włosy ma zanadto ściągnięte i dreszcze
+przebiegają ją wzdłuż krzyża. Obronić się nie może, nie potrafi.
+Śmieszność jest tuż przy niej. Helding nie wraca.
+
+..................................................................
+
+Powoli w salonie zaczynają dostrzegać, co się dzieje
+w „gołębniku”. Po za wachlarzami, flirtujące pary z uśmiechem
+pokazują sobie szpiczastą głowę Heldinga pomiędzy jasnemi
+i ciemnemi fryzurami dziewczyn. Powoli od gołębnika oczy
+zaczynają się zwracać ku Makenowej. Wygląda ona tak, jak
+człowiek, który zgubił swój cień. Mruga szybko oczami
+i połyka ślinę. Wszyscy znajdują ją trochę śmieszną. _Au fond_
+musi być zazdrosną... Z bocznych salonów zaczynają schodzić
+się goście, i wszyscy z najobojętniejszemi napozór minami
+śledzą rozłączoną tak nagle i niespodziewanie parę. Tiens!
+tiens!... Helding pomiędzy panienkami? Flirtuje nie na żarty!
+A Makenowa? Siedzi i patrzy. Enfin... Helding zdobył się na
+trochę własnej woli. Bardzo naturalne! Mężczyzna!... powinien już
+skończyć tę śmieszną awanturę. Stary?... e! cóż znowu. To Makenowa
+stara -- Helding jest niemłody, ale jeszcze nie stary. Zestarzał
+się przy niej. Ileż to lat już trwa ich romans? To nie ma sensu,
+to powinno się raz skończyć!...
+
+I nagle, razem z chichotem dziewczyn, w tę nudę rautową wpada
+brutalna chęć tłumu szarpania tej miłości adoptowanej, przyjętej,
+tolerowanej. I ci sami, którzy niedawno jeszcze z uśmiechem
+sympatyi spoglądali na dwie ciemne sylwetki, siedzące w tym nimbie
+nieugiętej wierności, ci sami teraz odsłaniali tajemnice tego
+stosunku, który przed laty promieniał i ogrzewał chłód konwenansem
+mrożonych salonów. Jakaś głucha niechęć zaczynała nurtować dokoła,
+coś nakształt zemsty za ten tryumf uczucia i doskonałej miłości,
+która lata całe przetrwała nienaruszona, skończona, nad wszystko
+silniejsza. Ludzka nędza, niemogąca znieść doskonałej harmonii,
+radowała się tym niespodziewanym dysonansem wśród zastygłego już
+w przestrzeni akordu. I ciepły, sympatyczny prąd szedł ku
+„gołębnikowi”, w którym widać już było tylko plecy dziewcząt,
+obciągnięte jedwabiem staników i połyskujące drabinkami silnie
+ściągniętych sznurowadeł. Dziewczyny pochylone ku Heldingowi, całe
+rozweselone dobrą farsą, jaką baronowej robiły, bawiły się
+serdecznie, wpatrując w pomarszczoną twarz kochanka Makenowej. Jego
+długa szyja, po której przesuwało się owe „jabłko Adamowe”, była
+przedmiotem ich szczególnej obserwacji. Trącały się łokciami,
+dusząc się ze śmiechu. Ten stary był wspaniały! Usta miał w podkowę
+i rzadkie włosy, od lewego ucha nagarnięte ku prawemu. Teraz kosmyk
+jeden odczepił mu się nagle i powiewał jak siwiejące pióro
+tryumfalnie ponad uchem. Tego było nadto. Nusia Dobrojewska
+schowała się za plecy Nusi Małowiejskiej.
+
+Jeszcze chwila, a byłaby na głos parsknęła śmiechem.
+
+Tymczasem Helding, na wpół pijany tym zapachem blondynek, brunetek
+naokoło niego zebranych, cały zgorączkowany widokiem biustu Nini,
+błękitnych oczów Lili, i dołków naokoło ust księżniczki,
+odmładzał się w tej atmosferze młodości i niezwiędniętego
+ciała, jaką nagle poczuł dokoła siebie.
+
+Starzejąc się razem z Makenową, zapomniał niemal, że są jeszcze na
+świecie pełne ramiona, długie warkocze i lśniące oczy. Nagle
+otoczyła go orgia młodości, dziewczęcego wdzięku, dziecinnego
+prawie szczebiotu. Długi post w zeschniętych ramionach jednej
+kobiety, wyrobił w nim ascetę pozornego, pod którym drzemał
+wiecznie błądzący za nowością mężczyzna. Ręce mu drżały, uszy
+paliły go, całe czerwone na tle żółtej skóry i resztki włosów. Był
+śmieszny, nędzny, biedny, w obec tego flirtu, który zdawał się
+przedłużać w nieskończoność. Z początku nieśmiały, powoli
+rozzuchwalał się i jak zbudzony ze snu kilkunastoletniego
+królewicz, dobywał ze swej pamięci przestarzałych komplementów
+i dowcipów. Panienki znajdowały go zajmującym, widział to po ich
+ożywieniu, wymawiały mu jego odosobnienie się i widoczne unikanie
+„gołębnika”. Tłomaczył się powagą wieku, lękając się, aby nie
+zostawiły tej wzmianki bez zaprzeczenia. Lecz one protestowały
+gorąco.
+
+-- Wiek? cóż to? czy jest starcem, aby się wiekiem przed niemi
+zastawiał? I coraz milsze, coraz weselsze, nacierały, otaczały go,
+rzucając od czasu do czasu przelotne wejrzenie na Makenową...
+
+-- Oh! ma chère... co za mina!... spojrzyj na Makenową! elle est
+verte!...
+
+..................................................................
+
+Teraz już Makenowa uczuła, że pomiędzy Heldingiem i nią otwiera się
+przepaść. Całe lata wielkiej i gorącej miłości zapadały
+w przestrzeń, spychane szelestem gołębich skrzydeł i chichotów
+dziewczęcych. Makenowa instynktem kobiecym odgadywała cały proces
+obudzenia się Heldinga i zamierała sama z bólu, porównywając swój
+biust zapadły z przepysznym gorsem Niny, którą widziała dokładnie
+na tle ciemno czerwonego obicia, tryumfującą i całą różową w blasku
+płonących kandelabrów. Te głowy dziewczęce, pochylone, bogate
+w masy ciemnych lub jasnych warkoczy, te plecy giętkie, proste,
+impertynenckie, zwartym murem otaczające Heldinga, przedstawiały
+się w jej oczach jak mur silny, straszny, wznoszący się nagle
+pomiędzy nią i jej kochankiem. Teraz już nie był od niej daleki,
+ale ten, który niedawno jeszcze był nią samą, oddzielał się od
+niej, odchodził, stawał się obcym, ciągnąc za sobą jej potłuczone
+i obolałe serce. Przez chwilę chciała powstać, podejść do fortepianu
+pod pretekstem przejrzenia nut i wmieszać się w to całe grono, ale
+czuła na sobie setki spojrzeń i pozostała na miejscu, zdjęta
+nieśmiałością, gładząc tylko powolnym ruchem pióra swego wachlarza.
+Nagle jednak zatrzymała rękę, sparaliżowana, z gardłem ściśniętem,
+z oczyma łez pełnemi, jak zwierzę tropione w legowisku, osaczone
+psiarnią, grającą przyszły tryumf i krwawą radość. Uczuła się
+starą, brzydką, śmieszną, spodloną. Była przedmiotem szyderstwa tej
+całej bandy, której przez lat tyle imponowała spokojem swego
+cudzołóztwa. Miała nóż w sercu i kamień wstydu nad głową. Po raz
+pierwszy może poczuła, że Helding był tylko jej kochankiem, do
+którego nie miała żadnego prawa... Uciekał od niej, szedł pomiędzy
+młodsze, weselsze istoty...
+
+I bez kropli krwi na ustach siedziała zgarbiona, straszna,
+zmieniona, niemal zgrzybiała w tej niemej rozpaczy, którą się
+dławić zaczynała.
+
+ * * * * *
+
+W kilka godzin później Helding w ciszy swego błękitnego pokoju stał
+przed lustrem i z uśmiechem zadowolnienia spoglądał na swą twarz
+rozjaśnioną.
+
+Tak... bezwątpienia, nie jest jeszcze starym i byłoby szaleństwem
+z jego strony nie korzystać z tych warunków, które pozwalają mu
+spędzać od czasu do czasu tak miłe chwile, jak te dzisiejsze.
+
+Zapalił kandelabr na kominku i przyglądał się uważnie swej twarzy,
+oczom, zębom, włosom. Nucił coś pod nosem i postanowił myć się od
+jutra w benzoesie, oraz wprawić sobie trzy przednie zęby.
+
+Przymknął na chwilę oczy i uśmiechnął się radośnie, przypomniawszy
+sobie biust Niny, oczy Lili i dołki księżniczki. Co za
+dziewczyny!... seperlipopette!... gdzie on miał oczy, że do tej
+chwili nie dostrzegł, jakie to cacka są obok niego! Prawda, że
+wiecznie siedział obok Makenowej. Skrzywił się i wzruszył
+ramionami. Ta Makenowa zanadto go więzi i przy sobie trzyma!... To
+dobre było dawniej, ale dziś?... Przytem zauważył, że się bardzo
+posunęła i dziś, gdy wychodziła z rautu, miała minę zupełnie
+niemłodej kobiety. Chciała coś do niego przemówić, ale właśnie Nini
+i Lili podsunęły się i musiał im wyszukać ich zarzutek. Podając
+rotundę Nini, dotknął niechcący jej ramienia. Jeszcze teraz ukrop
+przebiega jego żyły. Myślał, że już jest niezdolny do podobnych
+wzruszeń... Przy Makenowej nie doznawał nic podobnego.
+Prawdopodobnie dawniej i ona tak na niego działała... Z latami
+wszakże przyszło przyzwyczajenie!...
+
+Zaczął rozbierać się powoli, wpatrując w płomienie świec, które
+odbijały się żółtemi gwiazdami w gładkiem tle lustra.
+
+Figlarne są te dziewczęta, miłe i młode! Bodaj-to młodość...
+ożywiła go! Czuje się sam odmłodniałym, odrodzonym!.. Nie widzi
+swej brzydoty, chudości i siwych włosów. Zdaje mu się, że gdyby
+miał taką młodość świeżą i zdrową ciągle obok siebie, wróciłby
+do lat dawnych, do gorących namiętności trzydziestoletniego
+mężczyzny.
+
+I z zagadkowym uśmiechem wciąga na nogi pantofle, dar i pracę
+Makenowej.
+
+Kto wie jeszcze jak będzie. Jest niezależny, wolny, jeszcze młody,
+powodzenie ma u panien niemałe, może się zdecyduje... ożeni...
+
+..................................................................
+
+W panieńskich łóżeczkach, pod niebieskiemi, różowemi i białemi
+kołderkami, leżą „gołąbki” otulone, z włosami gładko splecionemi
+z tyłu, z przodu zakręconemi w papiloty. Niebieskie, różowe lub
+zielone veilleuzy palą się blado przed obrazkami albo statuetkami
+Dziewicy. Panienki zasypiają spokojnie, wesołe, rozbawione jeszcze
+tą farsą, jaką urządziły Makenowej i staremu Heldingowi. Uśmiech
+rozjaśnia ich wpółsenne buzie, gdy myślą o kosmyku chwiejącym się
+nad uchem i o tem, że Helding wziął ten flirt zbiorowy na seryo
+a Makenowa z przestrachu i zazdrości pozieleniała.
+
+I doskonałe w swem okrucieństwie, spokojne w tej zbrodni, jaką
+wyrządziły, rozrywając silne jak śmierć uczucie, zasypiają jedne po
+drugiej, gołąbki białe niewinne, łagodne w mdławych światełkach,
+składając na piersiach ręce giestem pensyonarek śpiących
+w dortoirach Sacré-Coeur, giestem aniołów otaczających fałdy
+błękitnego płaszcza przezroczystej wśród chmur Madonny.
+
+
+ = K O N I E C. =
+
+
+
+
+UWAGI DO WYDANIA ELEKTRONICZNEGO
+
+
+_Kursywę_ w oryginale w wersji tekstowej oznaczono _podkreśleniami_.
+
+Zachowano oryginalną ortografię i interpunkcję, również w wypadkach,
+gdy odbiegały one od współcześnie przyjętych. W szczególności
+pozostawiono bez zmian _wstawki obcojęzyczne_ (również w wypadkach,
+gdy nie były one poprawne gramatycznie, co zresztą zapewne nie jest
+bez znaczenia dla fabuły) oraz wielokropki (nie ujednolicano
+ich do postaci mającej jednakową liczbe kropek).
+
+Poprawiono natomiast omyłki, które wyglądały na błędy drukarskie.
+Pełna lista zmian wprowadzonych przy tworzeniu elektronicznej
+wersji tekstu znajduje się poniżej.
+
+
+POPRAWKI wprowadzone do tekstu
+
+-- s. 3:
+ „pokręcał wąsa” poprawiono na „podkręcał wąsa”
+
+-- s. 9:
+ „córkę na kolanach męża. Żabusia pójdzie”
+ poprawiono na:
+ „córkę na kolanach męża. -- Żabusia pójdzie”
+
+-- s. 9:
+ „kobieta, uśmiechając się zalotnie -- Żabusia”
+ poprawiono na:
+ „kobieta, uśmiechając się zalotnie. -- Żabusia”
+
+-- s. 11, w: „postać kobieca, powstająca z otomany.”
+ „bobieca” poprawiono na „kobieca”
+
+-- s. 12, w: „Kapelusz zapadł gdzieś po za wielkie sztalugi”
+ „stalugi” poprawiono na „sztalugi”
+
+-- s. 16, w: „daleko jeszcze do końca miesiąca...”
+ „daleleko” poprawiono na „daleko”
+
+-- s. 22, w: „Było tam około pięćdziesięciu rubli.”
+ „piędziesięciu” poprawiono na „pięćdziesięciu”
+
+-- s. 25, w: „serce biło w piersi bardzo żywo”
+ „derce” poprawiono na „serce”
+
+-- s. 34:
+ „z perełką, ba nawet medal od chrztu”
+ poprawiono na:
+ „z perełką, ba, nawet medal od chrztu”
+ (dodano przecinek)
+
+-- s. 34:
+ „mówił a wracał późno w noc, gwiżdżąc”
+ poprawiono na:
+ „mówił, a wracał późno w noc, gwiżdżąc”
+ (dodano przecinek)
+
+-- s. 41:
+ „O, tak! bordeaux niepodobne do picia...”
+ poprawiono na:
+ „ -- O, tak! bordeaux niepodobne do picia...”
+ (dodano pauzę otwierajacą dialog)
+
+-- s. 51, w: „Wentzlowi i patrząc wprost na twarz nauczyciela”
+ „nauciela” poprawiono na „nauczyciela”
+
+-- s. 67, w: „-- To ci mężczyzna! -- szepcze, podciągając”
+ „podciągając” poprawiono na „pociągając”
+
+-- s. 70, w: „znosić powinien, bo kąt, w którym stoi”
+ „powien” poprawiono na „powinien”
+
+-- s. 73, w: „straszne uchybienie, gdyby przynajmniej”
+ „przynajmiej” poprawiono na „przynajmniej”
+
+-- s. 79, w: „szedł już ku drzwiom, dumny, zadowolony”
+ „dumy” poprawiono na „dumny”
+
+-- s. 86:
+ „-- Łapcie mi się trzęsą! co -- pytał,”
+ poprawiono na:
+ „-- Łapcie mi się trzęsą! co? -- pytał,”
+ (dodano znak zapytania)
+
+-- s. 105, w: „odeszli, śmiejąc się bezustannie.”
+ „bezutannie” poprawiono na „bezustannie”
+
+-- s. 114:
+ „-- A dajże spokój, Honorko dziecku”
+ poprawiono na:
+ „-- A dajże spokój, Honorko, dziecku”
+ (dodano przecinek)
+
+-- s. 129, w: „stała długo, nie mogąc ośmielić się wejść”
+ „słała” poprawiono na „stała”
+
+-- s. 135, w: „usuwa się instynktownie, pozostawiając”
+ „pozostawiają” poprawiono na „pozostawiając”
+
+-- s. 135:
+ „Jest dziś piękniejszym niż kiedykolwiek”
+ poprawiono na:
+ „Jest dziś piękniejszym niż kiedykolwiek.”
+ (dodano kropkę na końcu zdania)
+
+-- s. 135, w: „zafryzowane, twarz starannie wygolona,”
+ „wygololona” poprawiono na „wygolona”
+
+-- s. 148:
+ „pudełko „pate des prelats”. którą nadawał”
+ poprawiono na:
+ „pudełko „pate des prelats”, którą nadawał”
+ (poprawiono kropkę na przecinek)
+
+-- s. 168:
+ „szare i znużone: Czuł mimowoli jakiś”
+ poprawiono na:
+ „szare i znużone. Czuł mimowoli jakiś”
+ (poprawiono dwukropek na kropkę)
+
+-- s. 181, w: „nie wymówiwszy ani słowa do swego wspólnika.”
+ „wymówiszy” poprawiono na „wymówiwszy”
+
+-- s. 182, w: „To mieszkanie nieodpowiednie dla”
+ „nieodpowienie” poprawiono na „nieodpowiednie”
+
+-- s. 189:
+ „w ręku, uśmiechnął się blado:”
+ poprawiono na:
+ „w ręku, uśmiechnął się blado.”
+
+-- s. 203, w: „włosy, zwykle rozpuszczone”:
+ „zwykłe” poprawiono na „zwykle?”
+
+- s. 204:
+ „Ależ tak -- tylko role. a wreszcie...”
+ poprawiono na:
+ „Ależ tak -- tylko role, a wreszcie...”
+ (poprawiono kropkę na przecinek)
+
+-- s. 206:
+ „nowe i dość miłe lecz dla człowieka,”
+ poprawiono na:
+ „nowe i dość miłe, lecz dla człowieka,”
+ (dodano przecinek)
+
+-- s. 211, w: „ubierał się ciemno,”
+ „ciemmno” poprawiono na „ciemno”
+
+-- s. 234:
+ „-- Bo to... widzisz Wicek ja”
+ poprawiono na:
+ „-- Bo to... widzisz Wicek, ja”
+
+-- s. 240, w: „i porwawszy go za ręce”
+ „porwawszzy” poprawiono na „porwawszy”
+
+-- s. 290, w: „Żebyś ją pan był widział”:
+ „Zebyś” poprawiono na „Żebyś”
+
+-- s. 294:
+ „-- Przepraszam pana, wykrztusiła”
+ poprawiono na:
+ „-- Przepraszam pana -- wykrztusiła”
+ (poprawiono przecinek na pauzę)
+
+-- s. 316:
+ „Chata, w której mieszkał jego żona,”
+ poprawiono na:
+ „Chata, w której mieszkała jego żona,”
+
+-- s. 327, w: „tuż pod pachami”
+ „po pachami” poprawiono na „pod pachami”
+
+-- s. 328:
+ „-- Powoli, salon napełniał się”
+ poprawiono na:
+ „Powoli, salon napełniał się”
+ (usunięto początkową pauzę)
+
+-- s. 328:
+ „księżnej: -- Atmosfera stawała się”
+ poprawiono na:
+ „księżnej. -- Atmosfera stawała się”
+ (poprawiono dwukropek na kropkę)
+
+
+
+
+
+End of the Project Gutenberg EBook of Menazerya ludzka, by Gabriela Zapolska
+
+*** END OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK MENAZERYA LUDZKA ***
+
+***** This file should be named 34635-0.txt or 34635-0.zip *****
+This and all associated files of various formats will be found in:
+ https://www.gutenberg.org/3/4/6/3/34635/
+
+Produced by Ewa "czupirek" Jaros and the Online Distributed
+Proofreading Team at http://dp.rastko.net (this file was
+created from images generously made available by CBN Polona
+- http://www.polona.pl).
+
+
+Updated editions will replace the previous one--the old editions
+will be renamed.
+
+Creating the works from public domain print editions means that no
+one owns a United States copyright in these works, so the Foundation
+(and you!) can copy and distribute it in the United States without
+permission and without paying copyright royalties. Special rules,
+set forth in the General Terms of Use part of this license, apply to
+copying and distributing Project Gutenberg-tm electronic works to
+protect the PROJECT GUTENBERG-tm concept and trademark. Project
+Gutenberg is a registered trademark, and may not be used if you
+charge for the eBooks, unless you receive specific permission. If you
+do not charge anything for copies of this eBook, complying with the
+rules is very easy. You may use this eBook for nearly any purpose
+such as creation of derivative works, reports, performances and
+research. They may be modified and printed and given away--you may do
+practically ANYTHING with public domain eBooks. Redistribution is
+subject to the trademark license, especially commercial
+redistribution.
+
+
+
+*** START: FULL LICENSE ***
+
+THE FULL PROJECT GUTENBERG LICENSE
+PLEASE READ THIS BEFORE YOU DISTRIBUTE OR USE THIS WORK
+
+To protect the Project Gutenberg-tm mission of promoting the free
+distribution of electronic works, by using or distributing this work
+(or any other work associated in any way with the phrase "Project
+Gutenberg"), you agree to comply with all the terms of the Full Project
+Gutenberg-tm License (available with this file or online at
+https://gutenberg.org/license).
+
+
+Section 1. General Terms of Use and Redistributing Project Gutenberg-tm
+electronic works
+
+1.A. By reading or using any part of this Project Gutenberg-tm
+electronic work, you indicate that you have read, understand, agree to
+and accept all the terms of this license and intellectual property
+(trademark/copyright) agreement. If you do not agree to abide by all
+the terms of this agreement, you must cease using and return or destroy
+all copies of Project Gutenberg-tm electronic works in your possession.
+If you paid a fee for obtaining a copy of or access to a Project
+Gutenberg-tm electronic work and you do not agree to be bound by the
+terms of this agreement, you may obtain a refund from the person or
+entity to whom you paid the fee as set forth in paragraph 1.E.8.
+
+1.B. "Project Gutenberg" is a registered trademark. It may only be
+used on or associated in any way with an electronic work by people who
+agree to be bound by the terms of this agreement. There are a few
+things that you can do with most Project Gutenberg-tm electronic works
+even without complying with the full terms of this agreement. See
+paragraph 1.C below. There are a lot of things you can do with Project
+Gutenberg-tm electronic works if you follow the terms of this agreement
+and help preserve free future access to Project Gutenberg-tm electronic
+works. See paragraph 1.E below.
+
+1.C. The Project Gutenberg Literary Archive Foundation ("the Foundation"
+or PGLAF), owns a compilation copyright in the collection of Project
+Gutenberg-tm electronic works. Nearly all the individual works in the
+collection are in the public domain in the United States. If an
+individual work is in the public domain in the United States and you are
+located in the United States, we do not claim a right to prevent you from
+copying, distributing, performing, displaying or creating derivative
+works based on the work as long as all references to Project Gutenberg
+are removed. Of course, we hope that you will support the Project
+Gutenberg-tm mission of promoting free access to electronic works by
+freely sharing Project Gutenberg-tm works in compliance with the terms of
+this agreement for keeping the Project Gutenberg-tm name associated with
+the work. You can easily comply with the terms of this agreement by
+keeping this work in the same format with its attached full Project
+Gutenberg-tm License when you share it without charge with others.
+
+1.D. The copyright laws of the place where you are located also govern
+what you can do with this work. Copyright laws in most countries are in
+a constant state of change. If you are outside the United States, check
+the laws of your country in addition to the terms of this agreement
+before downloading, copying, displaying, performing, distributing or
+creating derivative works based on this work or any other Project
+Gutenberg-tm work. The Foundation makes no representations concerning
+the copyright status of any work in any country outside the United
+States.
+
+1.E. Unless you have removed all references to Project Gutenberg:
+
+1.E.1. The following sentence, with active links to, or other immediate
+access to, the full Project Gutenberg-tm License must appear prominently
+whenever any copy of a Project Gutenberg-tm work (any work on which the
+phrase "Project Gutenberg" appears, or with which the phrase "Project
+Gutenberg" is associated) is accessed, displayed, performed, viewed,
+copied or distributed:
+
+This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with
+almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or
+re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included
+with this eBook or online at www.gutenberg.org
+
+1.E.2. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is derived
+from the public domain (does not contain a notice indicating that it is
+posted with permission of the copyright holder), the work can be copied
+and distributed to anyone in the United States without paying any fees
+or charges. If you are redistributing or providing access to a work
+with the phrase "Project Gutenberg" associated with or appearing on the
+work, you must comply either with the requirements of paragraphs 1.E.1
+through 1.E.7 or obtain permission for the use of the work and the
+Project Gutenberg-tm trademark as set forth in paragraphs 1.E.8 or
+1.E.9.
+
+1.E.3. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is posted
+with the permission of the copyright holder, your use and distribution
+must comply with both paragraphs 1.E.1 through 1.E.7 and any additional
+terms imposed by the copyright holder. Additional terms will be linked
+to the Project Gutenberg-tm License for all works posted with the
+permission of the copyright holder found at the beginning of this work.
+
+1.E.4. Do not unlink or detach or remove the full Project Gutenberg-tm
+License terms from this work, or any files containing a part of this
+work or any other work associated with Project Gutenberg-tm.
+
+1.E.5. Do not copy, display, perform, distribute or redistribute this
+electronic work, or any part of this electronic work, without
+prominently displaying the sentence set forth in paragraph 1.E.1 with
+active links or immediate access to the full terms of the Project
+Gutenberg-tm License.
+
+1.E.6. You may convert to and distribute this work in any binary,
+compressed, marked up, nonproprietary or proprietary form, including any
+word processing or hypertext form. However, if you provide access to or
+distribute copies of a Project Gutenberg-tm work in a format other than
+"Plain Vanilla ASCII" or other format used in the official version
+posted on the official Project Gutenberg-tm web site (www.gutenberg.org),
+you must, at no additional cost, fee or expense to the user, provide a
+copy, a means of exporting a copy, or a means of obtaining a copy upon
+request, of the work in its original "Plain Vanilla ASCII" or other
+form. Any alternate format must include the full Project Gutenberg-tm
+License as specified in paragraph 1.E.1.
+
+1.E.7. Do not charge a fee for access to, viewing, displaying,
+performing, copying or distributing any Project Gutenberg-tm works
+unless you comply with paragraph 1.E.8 or 1.E.9.
+
+1.E.8. You may charge a reasonable fee for copies of or providing
+access to or distributing Project Gutenberg-tm electronic works provided
+that
+
+- You pay a royalty fee of 20% of the gross profits you derive from
+ the use of Project Gutenberg-tm works calculated using the method
+ you already use to calculate your applicable taxes. The fee is
+ owed to the owner of the Project Gutenberg-tm trademark, but he
+ has agreed to donate royalties under this paragraph to the
+ Project Gutenberg Literary Archive Foundation. Royalty payments
+ must be paid within 60 days following each date on which you
+ prepare (or are legally required to prepare) your periodic tax
+ returns. Royalty payments should be clearly marked as such and
+ sent to the Project Gutenberg Literary Archive Foundation at the
+ address specified in Section 4, "Information about donations to
+ the Project Gutenberg Literary Archive Foundation."
+
+- You provide a full refund of any money paid by a user who notifies
+ you in writing (or by e-mail) within 30 days of receipt that s/he
+ does not agree to the terms of the full Project Gutenberg-tm
+ License. You must require such a user to return or
+ destroy all copies of the works possessed in a physical medium
+ and discontinue all use of and all access to other copies of
+ Project Gutenberg-tm works.
+
+- You provide, in accordance with paragraph 1.F.3, a full refund of any
+ money paid for a work or a replacement copy, if a defect in the
+ electronic work is discovered and reported to you within 90 days
+ of receipt of the work.
+
+- You comply with all other terms of this agreement for free
+ distribution of Project Gutenberg-tm works.
+
+1.E.9. If you wish to charge a fee or distribute a Project Gutenberg-tm
+electronic work or group of works on different terms than are set
+forth in this agreement, you must obtain permission in writing from
+both the Project Gutenberg Literary Archive Foundation and Michael
+Hart, the owner of the Project Gutenberg-tm trademark. Contact the
+Foundation as set forth in Section 3 below.
+
+1.F.
+
+1.F.1. Project Gutenberg volunteers and employees expend considerable
+effort to identify, do copyright research on, transcribe and proofread
+public domain works in creating the Project Gutenberg-tm
+collection. Despite these efforts, Project Gutenberg-tm electronic
+works, and the medium on which they may be stored, may contain
+"Defects," such as, but not limited to, incomplete, inaccurate or
+corrupt data, transcription errors, a copyright or other intellectual
+property infringement, a defective or damaged disk or other medium, a
+computer virus, or computer codes that damage or cannot be read by
+your equipment.
+
+1.F.2. LIMITED WARRANTY, DISCLAIMER OF DAMAGES - Except for the "Right
+of Replacement or Refund" described in paragraph 1.F.3, the Project
+Gutenberg Literary Archive Foundation, the owner of the Project
+Gutenberg-tm trademark, and any other party distributing a Project
+Gutenberg-tm electronic work under this agreement, disclaim all
+liability to you for damages, costs and expenses, including legal
+fees. YOU AGREE THAT YOU HAVE NO REMEDIES FOR NEGLIGENCE, STRICT
+LIABILITY, BREACH OF WARRANTY OR BREACH OF CONTRACT EXCEPT THOSE
+PROVIDED IN PARAGRAPH 1.F.3. YOU AGREE THAT THE FOUNDATION, THE
+TRADEMARK OWNER, AND ANY DISTRIBUTOR UNDER THIS AGREEMENT WILL NOT BE
+LIABLE TO YOU FOR ACTUAL, DIRECT, INDIRECT, CONSEQUENTIAL, PUNITIVE OR
+INCIDENTAL DAMAGES EVEN IF YOU GIVE NOTICE OF THE POSSIBILITY OF SUCH
+DAMAGE.
+
+1.F.3. LIMITED RIGHT OF REPLACEMENT OR REFUND - If you discover a
+defect in this electronic work within 90 days of receiving it, you can
+receive a refund of the money (if any) you paid for it by sending a
+written explanation to the person you received the work from. If you
+received the work on a physical medium, you must return the medium with
+your written explanation. The person or entity that provided you with
+the defective work may elect to provide a replacement copy in lieu of a
+refund. If you received the work electronically, the person or entity
+providing it to you may choose to give you a second opportunity to
+receive the work electronically in lieu of a refund. If the second copy
+is also defective, you may demand a refund in writing without further
+opportunities to fix the problem.
+
+1.F.4. Except for the limited right of replacement or refund set forth
+in paragraph 1.F.3, this work is provided to you 'AS-IS' WITH NO OTHER
+WARRANTIES OF ANY KIND, EXPRESS OR IMPLIED, INCLUDING BUT NOT LIMITED TO
+WARRANTIES OF MERCHANTIBILITY OR FITNESS FOR ANY PURPOSE.
+
+1.F.5. Some states do not allow disclaimers of certain implied
+warranties or the exclusion or limitation of certain types of damages.
+If any disclaimer or limitation set forth in this agreement violates the
+law of the state applicable to this agreement, the agreement shall be
+interpreted to make the maximum disclaimer or limitation permitted by
+the applicable state law. The invalidity or unenforceability of any
+provision of this agreement shall not void the remaining provisions.
+
+1.F.6. INDEMNITY - You agree to indemnify and hold the Foundation, the
+trademark owner, any agent or employee of the Foundation, anyone
+providing copies of Project Gutenberg-tm electronic works in accordance
+with this agreement, and any volunteers associated with the production,
+promotion and distribution of Project Gutenberg-tm electronic works,
+harmless from all liability, costs and expenses, including legal fees,
+that arise directly or indirectly from any of the following which you do
+or cause to occur: (a) distribution of this or any Project Gutenberg-tm
+work, (b) alteration, modification, or additions or deletions to any
+Project Gutenberg-tm work, and (c) any Defect you cause.
+
+
+Section 2. Information about the Mission of Project Gutenberg-tm
+
+Project Gutenberg-tm is synonymous with the free distribution of
+electronic works in formats readable by the widest variety of computers
+including obsolete, old, middle-aged and new computers. It exists
+because of the efforts of hundreds of volunteers and donations from
+people in all walks of life.
+
+Volunteers and financial support to provide volunteers with the
+assistance they need are critical to reaching Project Gutenberg-tm's
+goals and ensuring that the Project Gutenberg-tm collection will
+remain freely available for generations to come. In 2001, the Project
+Gutenberg Literary Archive Foundation was created to provide a secure
+and permanent future for Project Gutenberg-tm and future generations.
+To learn more about the Project Gutenberg Literary Archive Foundation
+and how your efforts and donations can help, see Sections 3 and 4
+and the Foundation web page at https://www.pglaf.org.
+
+
+Section 3. Information about the Project Gutenberg Literary Archive
+Foundation
+
+The Project Gutenberg Literary Archive Foundation is a non profit
+501(c)(3) educational corporation organized under the laws of the
+state of Mississippi and granted tax exempt status by the Internal
+Revenue Service. The Foundation's EIN or federal tax identification
+number is 64-6221541. Its 501(c)(3) letter is posted at
+https://pglaf.org/fundraising. Contributions to the Project Gutenberg
+Literary Archive Foundation are tax deductible to the full extent
+permitted by U.S. federal laws and your state's laws.
+
+The Foundation's principal office is located at 4557 Melan Dr. S.
+Fairbanks, AK, 99712., but its volunteers and employees are scattered
+throughout numerous locations. Its business office is located at
+809 North 1500 West, Salt Lake City, UT 84116, (801) 596-1887, email
+business@pglaf.org. Email contact links and up to date contact
+information can be found at the Foundation's web site and official
+page at https://pglaf.org
+
+For additional contact information:
+ Dr. Gregory B. Newby
+ Chief Executive and Director
+ gbnewby@pglaf.org
+
+
+Section 4. Information about Donations to the Project Gutenberg
+Literary Archive Foundation
+
+Project Gutenberg-tm depends upon and cannot survive without wide
+spread public support and donations to carry out its mission of
+increasing the number of public domain and licensed works that can be
+freely distributed in machine readable form accessible by the widest
+array of equipment including outdated equipment. Many small donations
+($1 to $5,000) are particularly important to maintaining tax exempt
+status with the IRS.
+
+The Foundation is committed to complying with the laws regulating
+charities and charitable donations in all 50 states of the United
+States. Compliance requirements are not uniform and it takes a
+considerable effort, much paperwork and many fees to meet and keep up
+with these requirements. We do not solicit donations in locations
+where we have not received written confirmation of compliance. To
+SEND DONATIONS or determine the status of compliance for any
+particular state visit https://pglaf.org
+
+While we cannot and do not solicit contributions from states where we
+have not met the solicitation requirements, we know of no prohibition
+against accepting unsolicited donations from donors in such states who
+approach us with offers to donate.
+
+International donations are gratefully accepted, but we cannot make
+any statements concerning tax treatment of donations received from
+outside the United States. U.S. laws alone swamp our small staff.
+
+Please check the Project Gutenberg Web pages for current donation
+methods and addresses. Donations are accepted in a number of other
+ways including including checks, online payments and credit card
+donations. To donate, please visit: https://pglaf.org/donate
+
+
+Section 5. General Information About Project Gutenberg-tm electronic
+works.
+
+Professor Michael S. Hart was the originator of the Project Gutenberg-tm
+concept of a library of electronic works that could be freely shared
+with anyone. For thirty years, he produced and distributed Project
+Gutenberg-tm eBooks with only a loose network of volunteer support.
+
+
+Project Gutenberg-tm eBooks are often created from several printed
+editions, all of which are confirmed as Public Domain in the U.S.
+unless a copyright notice is included. Thus, we do not necessarily
+keep eBooks in compliance with any particular paper edition.
+
+
+Most people start at our Web site which has the main PG search facility:
+
+ https://www.gutenberg.org
+
+This Web site includes information about Project Gutenberg-tm,
+including how to make donations to the Project Gutenberg Literary
+Archive Foundation, how to help produce our new eBooks, and how to
+subscribe to our email newsletter to hear about new eBooks.
diff --git a/34635-0.zip b/34635-0.zip
new file mode 100644
index 0000000..14d791e
--- /dev/null
+++ b/34635-0.zip
Binary files differ
diff --git a/34635-h.zip b/34635-h.zip
new file mode 100644
index 0000000..e22c922
--- /dev/null
+++ b/34635-h.zip
Binary files differ
diff --git a/34635-h/34635-h.htm b/34635-h/34635-h.htm
new file mode 100644
index 0000000..65a4a81
--- /dev/null
+++ b/34635-h/34635-h.htm
@@ -0,0 +1,11607 @@
+<!DOCTYPE html PUBLIC "-//W3C//DTD XHTML 1.0 Strict//EN"
+ "http://www.w3.org/TR/xhtml1/DTD/xhtml1-strict.dtd">
+
+<html xmlns="http://www.w3.org/1999/xhtml" xml:lang="en" lang="en">
+ <head>
+ <meta http-equiv="Content-Type" content="text/html;charset=utf-8" />
+ <meta http-equiv="Content-Style-Type" content="text/css" />
+ <title>
+ The Project Gutenberg eBook of Menażerya ludzka, by Gabryela Zapolska.
+ </title>
+ <style type="text/css">
+<!--
+#all {
+ max-width:40em;
+ margin:auto;
+}
+
+
+body {
+ margin-left: 10%;
+ margin-right: 10%;
+}
+
+ h1,h2,h3,h4,h5,h6 {
+ text-align: center; /* all headings centered */
+ clear: both;
+}
+
+p {
+ margin-top: .75em;
+ text-align: justify;
+ margin-bottom: .75em;
+}
+#content p { text-indent:2em; }
+#content p.noind { text-indent:0em; }
+
+
+#tyt h2 {line-height:2em; }
+#tyt h1 {line-height:1em; font-size:1.2em; padding:1em 0 0 0;}
+
+p.fin {padding: 2em 1em;}
+
+.x08 {font-size:0.8em;}
+.x09 {font-size:0.9em;}
+.x095 {font-size:0.95em;}
+.x12 {font-size:1.2em;}
+.x14 {font-size:1.4em;}
+.x16 {font-size:1.6em;}
+.x18 {font-size:1.8em;}
+.x20 {font-size:2em;}
+
+
+hr {
+ width: 33%;
+ margin-top: 2em;
+ margin-bottom: 2em;
+ margin-left: auto;
+ margin-right: auto;
+ clear: both;
+}
+
+hr.chapter {width:80%;}
+hr.in {width:45%;}
+hr.dots { width:60%; color: #fff; background-color: #fff; border: 1px dotted #000000; border-style: none none dotted; }
+
+hr.nopad { margin-top: .2em;
+ margin-bottom: .2em;
+ margin-left: auto;
+ margin-right: auto;
+}
+
+hr.mini { width: 5%; }
+
+table {
+ margin-left: auto;
+ margin-right: auto;
+}
+
+.pagenum {
+ position: absolute;
+ left: 92%;
+ font-size: smaller;
+ text-align: right;
+ text-indent:0em;
+} /* page numbers */
+
+
+.blockquot {
+ margin-left: 5%;
+ margin-right: 10%;
+}
+
+
+.center {text-align: center;}
+
+.smcap {font-variant: small-caps;}
+
+.u {text-decoration: underline;}
+
+.caption {font-weight: bold;}
+
+
+/* Footnotes */
+.footnotes {border: dashed 1px;}
+
+.footnote {margin-left: 10%; margin-right: 10%; font-size: 0.9em;}
+
+
+.fnanchor {
+ vertical-align: super;
+ font-size: .8em;
+ text-decoration:
+ none;
+}
+ .blckright, .right {text-align: right; clear: both; margin-right:1em; }
+
+#tnotes_mini {width: 30em;
+ margin:auto;
+
+ font-size: 0.9em; padding:0.3em;
+ border: 1px dashed #808080;
+ background-color: #f6f6f6;
+ text-align: justify;}
+
+ .tnote { width: 34em;
+ font-size: 0.9em; padding:0.3em;
+ border: 1px dashed #808080;
+ padding: 0.5em;
+ margin: 0 auto ;
+ }
+ .ins, a.ins { color:#111; text-decoration: none; border-bottom: 1px dashed #039; }
+ .cor { color:#111; }
+
+ .pg {text-align:right;}
+ .clear {clear:both;}
+
+
+.bigpadded {padding: 4em 1em;}
+.padded {padding: 3em 1em;}
+.padded-top {padding: 4em 1em 0em 1em;}
+.thin {letter-spacing:-.05em;}
+.spaced {letter-spacing:.3em;}
+
+.b_top {border-top: 1px solid #000;}
+
+.b_bottom {border-bottom: 1px solid #000;}
+
+.dbbrd {border-style: double; width:20em; padding: .5em; margin: auto; }
+
+.poem {margin-left:10%; margin-right:10%; text-align: left;}
+.poem br {display: none;}
+.poem .stanza {margin: 1em 0em 1em 0em;}
+.poem span.i0 {display: block; margin-left: 0em; padding-left: 3em; text-indent: -3em;}
+.poem span.i2 {display: block; margin-left: 2em; padding-left: 3em; text-indent: -3em;}
+
+
+-->
+ </style>
+ </head>
+<body>
+
+
+<pre>
+
+The Project Gutenberg EBook of Menazerya ludzka, by Gabriela Zapolska
+
+This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with
+almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or
+re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included
+with this eBook or online at www.gutenberg.org
+
+
+Title: Menazerya ludzka
+
+Author: Gabriela Zapolska
+
+Release Date: December 13, 2010 [EBook #34635]
+
+Language: Polish
+
+Character set encoding: UTF-8
+
+*** START OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK MENAZERYA LUDZKA ***
+
+
+
+
+Produced by Ewa "czupirek" Jaros and the Online Distributed
+Proofreading Team at http://dp.rastko.net (this file was
+created from images generously made available by CBN Polona
+- http://www.polona.pl).
+
+
+
+
+
+
+</pre>
+
+
+<div id="all">
+
+<div id="tnotes_mini">
+<h2><a name="UWAGI_1" id="UWAGI_1"></a>UWAGI DO WYDANIA ELEKTRONICZNEGO</h2>
+
+<p>W&nbsp;tekście zachowano oryginalną ortografię i&nbsp;interpunkcję,
+nawet w&nbsp;przypadkach, gdy różniły się one od współcześnie obowiązujących.
+Poprawiono jednak kilka błędów, które wyglądały na omyłki drukarskie.
+Zmienione zwroty oznaczono podkreśleniem przerywaną linia, tekst pierwotny
+powinien pojawić się <ins class="ins" title="w ten sposób">po najechaniu nań myszką</ins>.</p>
+
+<p><a href="#tnotes">Pełna lista wprowadzonych zmian</a> znajduje się na końcu pliku.</p>
+
+</div>
+
+<hr class="chapter" />
+
+<p class="noind"><span class="pagenum"><a name="Strona_i" id="Strona_i">[i]</a></span></p>
+
+<div id="tyt">
+
+<h1>Gabryela Zapolska.</h1>
+
+<h2 class="center"><span class="x14">MENAŻERYA</span><br />
+LUDZKA.</h2>
+
+
+<div class="padded">
+<h3 class="center x09 dbbrd"><a href="#I"><em>Żabusia</em></a>; <a href="#II"><em>Koteczek</em></a>; <a href="#III"><em>Kozioł ofiarny</em></a>; <a href="#IV"><em>Kundel</em></a>;<br />
+<a href="#V"><em>Oślica</em></a>; <a href="#VI"><em>Kukułka</em></a>; <a href="#VII"><em>Lewek</em></a>; <a href="#VIII"><em>Małpa</em></a>; <a href="#IX"><em>Szakale</em></a>;<br />
+<a href="#X"><em>Papuzia</em></a>; <a href="#XI"><em>Bydlę</em></a>; <a href="#XII"><em>Gołąbki</em></a>.</h3>
+</div>
+
+<p class="center">WARSZAWA.</p>
+<p class="center thin">Wydawnictwo „Przeglądu Tygodniowego”.</p>
+<hr class="nopad mini" />
+<p class="center">1893.</p>
+
+
+</div>
+
+
+<hr class="chapter" />
+<p class="noind"><span class="pagenum"><a name="Strona_ii" id="Strona_ii">[ii]</a></span></p>
+
+
+
+<p class="center">
+Дозволено Цензурою.<br />
+Варшава, 28 Aвгуста 1892 г.</p>
+<p class="center padded-top">
+W Drukarni „Przeglądu Tygodniowego”,<br />
+Warszawa, Czysta No 4.<br />
+</p>
+
+<hr class="chapter" />
+
+<div id="content">
+<p class="noind"><span class="pagenum"><a name="Strona_iii" id="Strona_iii">[iii]</a></span></p>
+
+<h1>MENAŻERYA LUDZKA.</h1>
+
+<p class="noind"><span class="pagenum"><a name="Strona_iv" id="Strona_iv">[iv]</a></span></p>
+
+
+
+
+
+<hr class="chapter" />
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_1" id="Strona_1">[Str. 1]</a></span></p>
+<h2><a name="I" id="I"></a>I.</h2>
+
+<h2>Żabusia.</h2>
+
+
+<p>Była jasną blondynką, jasną jak słońce
+promienne...</p>
+
+<p>Drobna jej, maluchna buzia różowa
+i biała&nbsp;&mdash;&nbsp;śmiała się jakimś dziecinnym,
+naiwnym śmiechem, żłobiącym w&nbsp;pulchnych
+policzkach dwa rozkoszne dołki.</p>
+
+<p>Z całej jej postaci zdawała się wydzielać
+woń, właściwa różowym hyacyntom,
+a gdy ubrana w&nbsp;różowe „matin&eacute;e”, przesuwała
+się ze śmiechem z&nbsp;pokoju do pokoju&nbsp;&mdash;&nbsp;jakaś
+srebrna smuga znaczyła jej
+przejście, smuga, którą pozostawia po sobie
+wschodząca jutrzenka.</p>
+
+<p>Śmiała się ona zawsze, ta rozkoszna,
+jasnowłosa kobietka&nbsp;&mdash;&nbsp;śmiała się leżąc
+jeszcze w&nbsp;kołysce, potem u&nbsp;kratek konfesyonału<span class="pagenum"><a name="Strona_2" id="Strona_2">[Str. 2]</a></span>
+&mdash;&nbsp;wreszcie u&nbsp;stopni ołtarza,
+gdy wlokła za sobą szumiący tren jedwabnej
+białej szaty.</p>
+
+<p>Śmiech powitał nawet krzyk jej córki&nbsp;&mdash;&nbsp;bo
+nawet w&nbsp;cierpieniach umiała coś
+zabawnego wynaleźć.</p>
+
+<p>Była bardzo pobożną i&nbsp;codzień prawie
+biegała do kościoła.</p>
+
+<p>Miała ładną książeczkę, oprawną w&nbsp;kość
+słoniową i&nbsp;zbrudzoną na kartkach, które
+czerniły się modlitwą „Za męża i&nbsp;rodzinę”.</p>
+
+<p>To była jej świąteczna książka&nbsp;&mdash;&nbsp;na
+codzień miała wielkiego „Dunina”, którego
+czytała, strzelając oczkami na lewo i&nbsp;prawo,
+lub przechylając główkę na atłasową
+kołdrę swego eleganckiego łóżka.</p>
+
+<p>Lubiła łakocie i&nbsp;miała pod poduszką
+kilka daktyli, które jadła, przebudziwszy
+się w&nbsp;nocy, chichocząc się jak szalona.</p>
+
+<p>Przepadała za wanilią i&nbsp;miała jej zawsze
+pełne kieszenie, lubiła grać w&nbsp;loteryjkę&nbsp;&mdash;&nbsp;przytem
+szachrowała dość zręcznie.</p>
+
+<p>Córkę swoją&nbsp;&mdash;&nbsp;małą, pucołowatą dziewczynkę,
+przezwała „Nabuchodonozorem”
+a męża „Rakiem”. Siebie samą, jakkolwiek<span class="pagenum"><a name="Strona_3" id="Strona_3">[Str. 3]</a></span>
+miała na chrzcie św. imię Zofii, nazywała
+„Żabusią”. Często siadywała na
+dywanie i&nbsp;bawiła się z&nbsp;córką, przyczem
+następowała zwykle kłótnia o&nbsp;zabawki,
+które matka z&nbsp;córką wydzierały sobie
+wzajemnie...</p>
+
+<p>Mąż, dobry, poczciwy filister, urzędnik
+w jakiemś towarzystwie asekuracyjnem,
+<a class="ins" href="#tnote_1" name="tAnchor_1" title="pokręcał">podkręcał</a> wąsa i&nbsp;uśmiechał się z&nbsp;zadowoleniem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dziecinna! ach! jaka dziecinna ta
+moja Żabusia!</p>
+
+<p>Ona, z&nbsp;krzykiem zrywała się z&nbsp;ziemi,
+siadała na kolanach męża i&nbsp;rozpoczynała
+śpiewać...</p>
+
+<div class="poem"><div class="stanza">
+<span class="i0">Jechał pan<br /></span>
+<span class="i0">Za nim chłop<br /></span>
+<span class="i0">A za nimi żydóweczki<br /></span>
+<span class="i0">Pogubiły patyneczki...<br /></span>
+</div></div>
+
+<p>Śpiewając, wyciągała z&nbsp;mężowskich kieszeni
+pieniądze i&nbsp;z powagą dawała mu
+dziesięć groszy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Masz, Raku, na czarną kawę!...</p>
+
+<p>Resztę pieniędzy chowała do tualetki.<span class="pagenum"><a name="Strona_4" id="Strona_4">[Str. 4]</a></span></p>
+
+<p>I Rak poddawał się tej tyranii, jakkolwiek
+dziesięć groszy dziennie, nawet dla
+urzędnika w&nbsp;towarzystwie ubezpieczeń,
+chyba za mało!...</p>
+
+<p>Jakże się jednak sprzeciwić tej rozkosznej
+istocie, która z&nbsp;całą naiwnością patrzy
+mu w&nbsp;oczy i&nbsp;biały, pachnący karczek
+do pocałunków nadstawia? Brał Rak ową
+wytartą dziesiątkę i&nbsp;całował Żabusię,
+znajdując w&nbsp;tem wiele rozkoszy.</p>
+
+<p>Była więc bożyszczem całego domu.</p>
+
+<p>Kochał ją mąż, pomimo że tyranizowała
+go nieznacznie.</p>
+
+<p>Kochało dziecko, pomimo że wydzierała
+mu zabawki i&nbsp;wyrywała włosy, czesząc
+dwuletnią dziewczynkę &agrave; la Mikado.</p>
+
+<p>Kochały sługi, pomimo że grymasiła
+bezustannie i&nbsp;czasem całe ranki siedziała
+w kuchni.</p>
+
+
+<p>Nad wszystko jednak ubóstwiali ją rodzice.</p>
+
+<p>Tych dwoje starych ludzi w&nbsp;Żabusi
+swej widziało uosobienie cnót i&nbsp;doskonałości
+wszelakich.<span class="pagenum"><a name="Strona_5" id="Strona_5">[Str. 5]</a></span></p>
+
+<p>Żabusia&nbsp;&mdash;&nbsp;jedyne, wypieszczone dziecko,
+za wzór była wszystkim kobietom
+stawiana....</p>
+
+<p>I gdy co wieczór zgromadzano się dokoła
+stołu, oświeconego wiszącą lampą,
+Żabusia, wycinająca lalki z&nbsp;tektury lub
+lepiąca abażury, była punktem koncentrującym
+wszystkie spojrzenia.</p>
+
+<p>Ku niej zwracano się, uśmiechano, przesyłano
+pieszczotliwe słowa.</p>
+
+<p>Ona, różowa, biała, wesoła&nbsp;&mdash;&nbsp;poddawała
+się tym pieszczotom, tej wielkiej
+miłości, jaka ją otaczała, kąpiąc się niejako
+w cieple przywiązania i&nbsp;rozsiewając
+dokoła promienie szczęścia rodzinnego.
+Każdemu odwzajemniała się dobrem słowem,
+uśmiechem&nbsp;&mdash;&nbsp;a&nbsp;drażniąc Nabuchodonozora,
+głaskała dziecko po głowie; potrąciwszy
+sługę, uśmiechała się do niej,
+nazywając „poczciwą idyotką”....</p>
+
+<p>Nie&nbsp;&mdash;&nbsp;stanowczo, nikt nie mógł się na
+Żabusię gniewać, lecz przeciwnie, każdy
+musiał ją uwielbiać jak wcielenie dobroci,
+wdzięku i&nbsp;prostoty....<span class="pagenum"><a name="Strona_6" id="Strona_6">[Str. 6]</a></span></p>
+
+<p>Była ona uosobieniem kobiecości.</p>
+
+<p>Miała tyle tkliwości w&nbsp;spojrzeniu, w&nbsp;głosie,
+w ruchach łaszącej się kotki, że rozkosz
+było patrzeć, gdy na paluszkach
+skradała się, aby uszczypać drzemiącego
+męża, lub nasypać pieprzu w&nbsp;otwartą buzię
+córki...</p>
+
+<p>Śmiała się potem rozkosznie i&nbsp;wdzięcznie
+przeginając, zasypywała pieszczotami
+przerażonego męża, lub skrzywioną
+dziecinę... mówiła przytem cieniuchnym
+głosikiem:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie gniewać się na Żabusię!...</p>
+
+<p>Więc mąż uśmiechał się do tego biało-różowego
+zjawiska, dziękując Bogu, że
+dziecinne usposobienie żony pozwoli mu
+nie lękać się o&nbsp;naruszenie z&nbsp;jej strony
+wierności małżeńskiej...</p>
+
+<p>I rzeczywiście&nbsp;&mdash;&nbsp;kręcąca się po domu
+z wesołą piosenką na ustach, ubijająca
+piankę w&nbsp;kuchni, przyszywająca guziki do
+mężowskiego palta lub nicująca krawaty,
+była uosobieniem kochającej żony i&nbsp;„milutkiej”
+kobiety.<span class="pagenum"><a name="Strona_7" id="Strona_7">[Str. 7]</a></span></p>
+
+<p>Miewała jednak chwile, w&nbsp;których przychodziły
+jej na myśl poważniejsze refleksye.</p>
+
+<p>Naprzykład po przeczytaniu „Pani Bovary”&nbsp;&mdash;&nbsp;zamknąwszy
+książkę, usiadła u&nbsp;nóg
+męża.</p>
+
+<p>W ręku trzymała kawałek newchatelu,
+lecz nie gryzła go, ale pogrążyła się w&nbsp;zadumie.</p>
+
+<p>Mąż, czytając „Kuryera”, nie przerywał
+ciszy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wiesz, Raku&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekła nareszcie&nbsp;&mdash;&nbsp;ta
+kobieta to zdradzała męża... niegodziwa,
+prawda?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Hm&nbsp;&mdash;&nbsp;odparł zagadnięty&nbsp;&mdash;&nbsp;jeżeli
+mąż był niedołęga...</p>
+
+<p>Lecz nie mógł dokończyć.</p>
+
+<p>Żabusia porwała się nagle jak szalona.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To nie upoważnia!&nbsp;&mdash;&nbsp;wołała&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;ty,
+Raku, jesteś niedołęgą a&nbsp;przecież cię nie
+zdradzam!...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;O&nbsp;&mdash;&nbsp;protestował mąż.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niema... o!&nbsp;&mdash;&nbsp;upiec na rożnie taką
+kobietę... nic ją nie usprawiedliwia!...
+to potworne!... w&nbsp;dodatku pani Bovary<span class="pagenum"><a name="Strona_8" id="Strona_8">[Str. 8]</a></span>
+miała dziecko, o&nbsp;takiego Nabuchodonozora!...</p>
+
+<p>I tu Żabusia, porzuciwszy ser, chwyciła
+w objęcia córkę, która głośnym krzykiem
+zaprotestowała przeciw temu gwałtowi.</p>
+
+<p>Rodzice tymczasem spoglądali po sobie.</p>
+
+<p>O! tak!&nbsp;&mdash;&nbsp;oni wychowali Żabusię
+w świętych, tradycyjnych przepisach cnoty
+i surowości. Ona wie, czem się brzydzić
+na świecie, co jest nikczemnością, fałszem
+i podłością...</p>
+
+<p>To anioł!</p>
+
+<p>Anioł domowego ogniska, który śmiechem
+swym troskę z&nbsp;czoła męża spędza,
+jest chlubą i&nbsp;podporą rodziców, troskliwą
+i czułą matką!...</p>
+
+<p>To anioł ta Żabusia, kręcąca się w&nbsp;tej
+chwili po pokoju z&nbsp;szelestem jedwabnego
+szlafroczka...</p>
+
+<p>Uosobienie wdzięku, miłości, niewinności,
+cnoty!...</p>
+
+<p>Nagle Żabusia zatrzymuje się w&nbsp;tańcu.</p>
+
+<p>Spogląda na zegar i, kołysząc się zwolna,
+podchodzi ku mężowi.<span class="pagenum"><a name="Strona_9" id="Strona_9">[Str. 9]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Żabusię głowa boli!&nbsp;&mdash;&nbsp;mówi, sadzając
+<a class="ins" href="#tnote_2" name="tAnchor_2" title="męża. Żabusia pójdzie">córkę na kolanach męża.&nbsp;&mdash;&nbsp;Żabusia pójdzie</a>
+na spacer...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Będę ci towarzyszył...&nbsp;&mdash;&nbsp;woła mąż.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niechcę!&nbsp;&mdash;&nbsp;protestuje z&nbsp;miluchnym
+dąsem&nbsp;&mdash;&nbsp;pójdę sama! Rak tu zostanie
+i będzie Nabuchodonozorowi cacka ustawiał!...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ależ!...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;No! sprzeciwiasz się?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie... tylko kawa!...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pójdziesz jak wrócę... wtenczas dam
+ci dziesiątkę, inaczej, z&nbsp;czem Rak do
+cukierni pójdzie?...</p>
+
+<p>Mąż jeszcze próbuje opozycyi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Żabusia tak chce!&nbsp;&mdash;&nbsp;woła młoda
+<a class="ins" href="#tnote_3" name="tAnchor_3" title="kobieta, uśmiechając się zalotnie&nbsp;&mdash;&nbsp;Żabusia">kobieta, uśmiechając się zalotnie.&nbsp;&mdash;&nbsp; Żabusia</a>
+bardzo prosi, główka ją tak boli!...</p>
+
+<p>Rodzice uważają za stosowne interweniować.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ależ idź, drogie dziecię!... przejdź
+się!&nbsp;&mdash;&nbsp;mówi ojciec.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pobladłaś, cierpisz widocznie&nbsp;&mdash;&nbsp;dodaje
+matka.<span class="pagenum"><a name="Strona_10" id="Strona_10">[Str. 10]</a></span></p>
+
+<p>I za chwilę przez pokój, w&nbsp;którym jest
+zgromadzona cała rodzina, przesuwa się
+Żabusia w&nbsp;nowym, sukiennym kostiumiku,
+okładanym szenszylami.</p>
+
+<p>Wygląda jak młodziuchne dziewczątko
+w tym obcisłym żakieciku, a&nbsp;nowe buciki
+skrzypią za każdym krokiem.</p>
+
+<p>Całuje ręce rodziców, mężowi nadstawia
+usta do pocałunku, córkę głaszcze po
+głowie i&nbsp;żegnana, obdarzona pieszczotami,
+staje jeszcze na progu, przesyłając pocałunki
+końcami palców, ubranych w&nbsp;duńską
+rękawiczkę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pa!... pa!...&nbsp;&mdash;&nbsp;woła&nbsp;&mdash;&nbsp;pa, Raku! pa,
+Nabuchodonozorze!... pa, mamusi i&nbsp;ojczusiowi...
+a niech Rózia za pół godziny
+samowar nastawi i&nbsp;po sucharki pójdzie!...
+pa!...</p>
+
+<p>I cicho znika we drzwiach, pozostawiając
+po sobie gamę srebrzystego śmiechu
+i wspomnienie uosobienia niewinnego
+wdzięku kobiecego.</p>
+<hr class="in" />
+
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_11" id="Strona_11">[Str. 11]</a></span></p>
+
+<p>Przeciągły pocałunek przerwał ciszę.</p>
+
+<p>Wśród bladego światła przyciemnionej
+lampy, zamajaczyła nagle drobna postać
+<a class="ins" href="#tnote_4" name="tAnchor_4" title="bobieca">kobieca</a>, powstająca z&nbsp;otomany.</p>
+
+<p>Kaskada jasnych włosów rozsypana na
+zarumienione ramiona, drżała złotawym
+blaskiem; oczy, błyszczące fosforycznym
+ogniem, migotały u&nbsp;tej kobiety jak dwa
+błędne ogniki, usta namiętnie rozchylone,
+zgniecione w&nbsp;świeżym pocałunku miłosnym,
+zachowały jeszcze wilgoć zmysłowej ekstazy.</p>
+
+<p>Wszystko w&nbsp;tej postaci tchnęło zmysłowością,
+szałem bachantki, poddającej swą
+pierś pod uściski satyra.</p>
+
+<p>Stanęła, wyciągając ręce wysoko nad
+głową, przechylając się w&nbsp;tył, wciągając
+jakby w&nbsp;siebie cząstkę miłosnego dreszczu.</p>
+
+<p>Stojący przed nią mężczyzna zapalał
+właśnie papierosa.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mogłabyś zostać chwilę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;O! nie, nie&nbsp;&mdash;&nbsp;odparła kobieta&nbsp;&mdash;&nbsp;muszę
+wracać, aby podejrzeń nie ściągać...<span class="pagenum"><a name="Strona_12" id="Strona_12">[Str. 12]</a></span></p>
+
+<p>I zaczęła szybko nakładać żakiecik i&nbsp;resztę
+ubrania. On jej pomagał, szukając
+po całej pracowni porozrzucanych drobiazgów,
+które przed chwilą zrywali oboje
+drżącemi od namiętności rękami.</p>
+
+<p>Kapelusz zapadł gdzieś po za wielkie
+<a class="ins" href="#tnote_5" name="tAnchor_5" title="stalugi">sztalugi</a>, trzeba było go szukać... odsuwać
+draperye.</p>
+
+<p>Oczy ich spotkały się, ręce splotły
+w uścisku. Cała bezgraniczna, zmysłowa
+potęga zadrgała w&nbsp;tem jednem spojrzeniu.
+Gorąco aż biło od tych dwojga młodych
+ludzi, ukrytych w&nbsp;cieniu odosobnionej
+pracowni malarskiej na ustronnej ulicy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Kiedy cię zobaczę?...&nbsp;&mdash;&nbsp;zapytał mężczyzna,
+cały drżący pod wpływem dotknięcia
+jej rąk rozpalonych.</p>
+
+<p>Ona wzruszyła ramionami.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niewiem kiedy się wyrwę, niełatwo
+mi to przychodzi...</p>
+
+<p>On wstrzymywał ją jeszcze, obejmując
+miłosną pieszczotą.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;O! ale... niedługo!</p>
+
+<p>Kobieta spojrzała mu znów w&nbsp;oczy.<span class="pagenum"><a name="Strona_13" id="Strona_13">[Str. 13]</a></span></p>
+
+<p>Zielone błyski strzeliły z&nbsp;pod jasnych
+rzęs.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Szaleńcze!&nbsp;&mdash;&nbsp;wyszeptała zdławionym
+od wzruszenia głosem&nbsp;&mdash;&nbsp;czyż ja mogę
+istnieć, nie widząc cię dni kilka?...</p>
+
+<p>A do progu już zwrócona, dodała pieszczotliwie:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Kochaj twoją... Żabusię!...</p>
+
+<p>Portyera zapadła, kobieta znikła, pozostawiając
+po sobie całą smugę płomiennej
+namiętności, drgającej w&nbsp;powietrzu.</p>
+
+<p>Mężczyzna postał chwilkę, uśmiechając
+się jakoś ironicznie.</p>
+
+<p>Poczem otrząsnął się, położył na otomanie
+i gwiżdżąc walca, zapalał zgasłego
+papierosa.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>Nabuchodonozor tęsknił bardzo do mamy.
+Tęsknił i&nbsp;Rak, tęsknili i&nbsp;rodzice, siedząc
+dokoła stołu, na którym nakrywano
+do herbaty.</p>
+
+<p>Na białym obrusie rozstawiono filiżanki
+a stary ojciec upominał pokojówkę:<span class="pagenum"><a name="Strona_14" id="Strona_14">[Str. 14]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;uważaj, aby samowar gotował się
+dobrze, bo pani pewno zmarznięta powróci...</p>
+
+<p>A matka układała sucharki, chowając
+lepiej lukrowane na spód, aby tylko dla
+Żabusi się zostały.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zimno jest, gdzie też ona tak długo
+bawić może?&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł wreszcie mąż.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wstąpiła pewnie do kościoła&nbsp;&mdash;&nbsp;w&nbsp;adwent
+lubi przecież tam chodzić wieczorem&nbsp;&mdash;&nbsp;odrzekła
+matka.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jeszcze się zaziębi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Bóg ją od złego uchroni!...</p>
+
+<p>Nastało milczenie.</p>
+
+<p>Tylko Nabuchodonozor podciągał noskiem,
+bo cierpiał katar okropny.</p>
+
+<p>Nagle drzwi się otwarły z&nbsp;trzaskiem.</p>
+
+<p>We drzwiach stanęła... Żabusia.</p>
+
+<p>Cała była jeszcze różowa, w&nbsp;oczach
+grały dogasające namiętne blaski.</p>
+
+<p>Wszyscy rzucili się do niej z&nbsp;krzykiem:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Żabusia!...</p>
+
+<p>Ona witała kolejno każdego, rozsypując
+całusy jak grad cukierków. Opowiadała<span class="pagenum"><a name="Strona_15" id="Strona_15">[Str. 15]</a></span>
+przytem wiele o&nbsp;zimnie i&nbsp;o modlących się
+ludziach po kościołach.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Organy pięknie grają, świec masy
+płoną a&nbsp;Żabusia siedziała w&nbsp;kąciku a&nbsp;potem
+na spacer pięknie poszła...</p>
+
+<p>Zrzuciła żakiecik i&nbsp;przygładziła rozrzucone
+włosy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Herbatki! prędzej&nbsp;&mdash;&nbsp;wołał ojciec.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ja naleję!...&nbsp;&mdash;&nbsp;dodawała matka&nbsp;&mdash;
+biedactwo przeziębło, gotowa zachorować...</p>
+
+<p>Ale Żabusia siedziała już na kolanach
+męża i&nbsp;śpiewała:</p>
+
+<div class="poem"><div class="stanza">
+<span class="i0">Jechał pan<br /></span>
+<span class="i0">Za nim chłop...<br /></span>
+</div></div>
+
+<p>Nabuchodonozor uszczęśliwiony, opierał
+swą główkę o&nbsp;suknię, patrząc w&nbsp;oczy
+matki, w&nbsp;której gasły kolejno zmysłowe
+ogniki.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Masz dziesięć groszy&nbsp;&mdash;&nbsp;wołała Żabusia,
+dając mężowi monetę&nbsp;&mdash;&nbsp;idź, zabaw
+się ty teraz... biedny... Raku!</p>
+
+
+
+<hr class="chapter" />
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_16" id="Strona_16">[Str. 16]</a></span></p>
+<h2><a name="II" id="II"></a>II.</h2>
+
+<h2>Koteczek.</h2>
+
+
+<p>&mdash;&nbsp;Co chcesz do herbatki, koteczku?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cokolwiek!...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ale przecież!...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Coś taniego!...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Może szynki?...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Hm!... zaraz trzeba brać pół funta.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Poco?... dla mnie nie trzeba, ja mam
+jeszcze pieczeń z&nbsp;obiadu!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak?... ale zawsze to już duży wydatek,
+nie!&nbsp;&mdash;&nbsp;nie potrzeba. Zjem bułeczkę
+z masłem, mnie to wystarczy zupełnie.
+Zresztą, oszczędzać musimy, <a class="ins" href="#tnote_6" name="tAnchor_6" title="daleleko">daleko</a>
+jeszcze do końca miesiąca...</p>
+
+<p>Młoda kobieta spojrzała z&nbsp;uwielbieniem
+na męża.<span class="pagenum"><a name="Strona_17" id="Strona_17">[Str. 17]</a></span></p>
+
+<p>Jej koteczek byłby w&nbsp;stanie się zagłodzić
+z oszczędności, gdyby ona na to
+pozwoliła. Prawda, że pensyjka bardzo
+szczupła, gratyfikacyj niema podobno żadnych
+a procent z&nbsp;jej posagu zaledwie
+piąty...</p>
+
+<p>Przynajmniej tak koteczek powiada.</p>
+
+<p>A co kotuchno powie&nbsp;&mdash;&nbsp;to święte.
+Żona ślepo ufać mężowi powinna. Tak ją
+od dziecka uczono.</p>
+
+<p>Tymczasem koteczek przeczytał „Kuryera”
+i, ziewając, powstał z&nbsp;krzesła.</p>
+
+<p>Był to wielki, rosły mężczyzna, szeroki
+w plecach, szeroki w&nbsp;karku, szeroki w&nbsp;czole.
+Zdrowie, siła biły aż odurzającym zapachem
+z tych wspaniale rozwiniętych
+członków dobrze odżywianego człowieka,
+twarz mieniła się niemal różową cerą. Jasne,
+delikatne włosy uczesane dość starannie,
+zakrywały niewielką łysinkę, usta foremnie
+wykrojone miały w&nbsp;sobie zmysłową
+wilgoć, jakby od świeżych jeszcze pocałunków,
+łub połykanych ostryg, oczy
+senne, o&nbsp;namiętnem przywarciu powiek,<span class="pagenum"><a name="Strona_18" id="Strona_18">[Str. 18]</a></span>
+patrzyły z&nbsp;pod jasnych rzęs na wpół łagodnie,
+na wpół złośliwie.</p>
+
+<p>Ręka biała, zgrabna, o&nbsp;długich, kształtnych
+palcach, gładziła starannie uczesaną
+brodę, od której zdaleka rozchodziła się
+woń ateńskiej wody.</p>
+
+<p>Ubranie letnie, jasne, zdrowa cera,
+wreszcie cała postać wyprostowana, niezgarbiona,
+nieskurczona bynajmniej, nie
+miały cech charakteryzujących zwykłego
+biuralistę, spleśniałego w&nbsp;cuchnącej atmosferze
+wilgotnego biura.</p>
+
+<p>Koteczek był wprawdzie urzędnikiem,
+ale jednym z&nbsp;tych pomocników buchaltera,
+którzy po biurach kolejowych śpią
+na ceratowych kanapkach, lub zadają
+tłuste szarady do rozwiązywania swym kolegom,
+za co pobierają pensye a&nbsp;nawet
+i gratyfikacye.</p>
+
+<p>Dziś&nbsp;&mdash;&nbsp;koteczek wrócił wcześniej trochę
+z biura, zjadł skromny obiadek, który
+sam zadysponował, ze smakiem, przespał
+się dwie godzinki wśród kościelnej ciszy
+na swej ulubionej sofie, a&nbsp;teraz, ubrawszy<span class="pagenum"><a name="Strona_19" id="Strona_19">[Str. 19]</a></span>
+się, czytał „Kuryera” i&nbsp;czekał na herbatkę,
+którą mu żońcia poda.</p>
+
+<p>Później pójdzie przejść się trochę.</p>
+
+<p>Ona&nbsp;&mdash;&nbsp;zostanie w&nbsp;domu&nbsp;&mdash;&nbsp;jutro pranie,
+bieliznę policzyć trzeba&nbsp;&mdash;&nbsp;wreszcie
+koteczek zwykle sam wychodzi.</p>
+
+<p>Żoncia zostaje, już się do tego przyzwyczaiła.
+Teraz do herbaty przygotowuje,
+chodząc jak cień w&nbsp;swych biednych przydeptanych
+pantofelkach, taka chuda, mizerna,
+znędzniała przed czasem. Ma zaledwie
+dwadzieścia pięć lat a&nbsp;trudno byłoby
+oznaczyć jej wiek, patrząc na zapadłe
+piersi, na żółte plamy do koła oczów,
+na nos wązki, wydłużony, na całą postać
+schyloną tem bolesnem pochyleniem, właściwem
+chronicznie cierpiącym kobietom,
+które zasypiają obłożone mokremi płatami,
+a melisę pochłaniają garncami prawie.</p>
+
+<p>I teraz, gdy zdejmuje z&nbsp;półek kredensowych
+filiżanki i&nbsp;wyciera je czyściuchną
+serwetką, krzywi się boleśnie, tłumiąc jęk,
+który jej się na usta wydobywa.</p>
+
+<p>Lekarz mówił, że cierpienie jej pochodzi
+głównie z&nbsp;braku sił i&nbsp;zalecił buliony,<span class="pagenum"><a name="Strona_20" id="Strona_20">[Str. 20]</a></span>
+stare wino, surowe mięso... ba! nawet wyjazd
+do Krynicy... ale lekarzowi łatwo
+mówić. Zkądże ona wziąśćby mogła na
+takie zbytkowne rzeczy, ona, której koteczek
+z najwyższą trudnością zaledwie
+jest w&nbsp;stanie tę skromną kwotę co pierwszego,
+na utrzymanie domu wręczyć?...</p>
+
+<p>A potem, gdy zabraknie... a! niech
+Bóg zachowa! koteczek nie doda ani
+grosza, choćby głodem zamrzeć przyszło.
+Pójdzie na spacer bez obiadu, bez herbaty
+a nie doda nic, nawet z&nbsp;przyszłego miesiąca
+nie zaawansuje paru rubli...</p>
+
+<p>Zapewne nie może.</p>
+
+<p>Ona mu tego za złe niema. O! gdzieżby
+znowu. Gdyby miał, toby dał... Koteczek
+ma przecież anielskie serce... Niedawno
+kupił jej skórzaną broszeczkę za
+dwa złote; kiedyś znów pozwolił jej...
+natrzeć włosy wodą ateńską.</p>
+
+<p>O! gdyby on miał, dodałby jej nieraz
+do miesięcznej pensyi... raz nawet dał jej
+na to&nbsp;&mdash;&nbsp;słowo honoru, choć ona bynajmniej
+nie żądała takiego dowodu, ona wierzy
+mu we wszystkiem.<span class="pagenum"><a name="Strona_21" id="Strona_21">[Str. 21]</a></span></p>
+
+<p>Tylko&nbsp;&mdash;&nbsp;jakże to można pozwolić, aby
+koteczek&nbsp;&mdash;&nbsp;jadł do herbaty samą bułeczkę?!...</p>
+
+<p>Trzeba posłać po szynkę koniecznie,
+choćby się miał rozgniewać, zresztą, ona
+wie, że koteczek pokrzepić się musi, wszak
+większe pół dnia w&nbsp;biurze pracuje!</p>
+
+<p>A, wiadomo, biuro strasznie zdrowie
+niszczy. Podobno nawet suchoty sprowadza...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie!... Bóg by nie był tak nielitościwy
+i nie zabrałby jej koteczka&nbsp;&mdash;&nbsp;nie
+nawiedziłby go tak strasznem cierpieniem.</p>
+
+<p>Tak! tak! trzeba, żeby się mężuś lepiej
+odżywiał, trzeba, po szynkę posłać koniecznie.</p>
+
+<p>Biegnie do komody, odsuwa szufladę,
+wyjmuje ostatniego rubla i&nbsp;chwilkę stoi
+zafrasowana. Cóż będzie z&nbsp;jutrzejszym
+obiadem?</p>
+
+<p>E!&nbsp;&mdash;&nbsp;poradzi sobie, już wie w&nbsp;jaki
+sposób. I&nbsp;uśmiechnięta, pokasłując trochę,
+wychodzi do kuchni. Tymczasem, stojący
+przy oknie mężczyzna odwrócił się i&nbsp;skrzypiąc<span class="pagenum"><a name="Strona_22" id="Strona_22">[Str. 22]</a></span>
+butami przeszedł przez pokój. Dobył
+z kieszonki od kamizelki kluczyk, otworzył
+małą szafkę i&nbsp;z pomiędzy porządnie
+poukładanego ubrania, wydostał niewielki
+pugilares. W&nbsp;pugilaresiku tym szeleściły
+banknoty. Otworzył go i&nbsp;śpiesznie przerachował.
+Było tam około <a class="ins" href="#tnote_7" name="tAnchor_7" title="piędziesięciu">pięćdziesięciu</a> rubli.
+Pugilares schował do kieszeni, wyjął
+cieniuchną chusteczkę, z&nbsp;baletniczkami po
+rogach zamiast monogramu, zmienił szpilkę
+u krawata, poczem zamknąwszy szafkę
+podszedł do tualetki.</p>
+
+<p>Systematycznie zaczął czesać rzadkie
+włosy; przyciskając je lekko do różowej
+skóry, poczem wyjąwszy z&nbsp;szufladki puszkę
+z pudrem, pudrował się lekko, starannie
+ścierając veloutinę z&nbsp;brwi, rzęsów
+i wąsów. Puder osiadał na lekkim meszku
+pokrywającym policzki koteczka, tworząc
+w ten sposób na twarzy mężczyzny, jakby
+krepową zasłonę. Poczem, lekkim a&nbsp;wprawnym
+ruchem, koteczek przyczernił sobie
+brwi i&nbsp;rzęsy za pomocą ołówka i&nbsp;odsunąwszy
+się od lustra, począł rozmaite podbójcze
+miny próbować.<span class="pagenum"><a name="Strona_23" id="Strona_23">[Str. 23]</a></span></p>
+
+<p>Od kilku chwil otworzyły się cicho
+drzwi od kuchni i&nbsp;do pokoju wsunęła się
+żoncia.</p>
+
+<p>W ręce trzymała szynkę zawiniętą
+w papier, i&nbsp;w niemem uwielbieniu spojrzawszy
+na męża, stanęła, przyciskając
+szynkę do piersi.</p>
+
+<p>Wydawał się jej w&nbsp;tej chwili tak piękny,
+tak elegancki, tyle od niej wyższy
+i dystynkcyą i&nbsp;rozumem i&nbsp;pięknością&nbsp;&mdash;&nbsp;że
+wciąż stała zapatrzona w&nbsp;swoje bóstwo,
+fryzujące sobie teraz wąsy maluchnem rozgrzanem
+żelazkiem.</p>
+
+<p>On, spojrzawszy przypadkowo na nią,
+dojrzał to uwielbienie malujące się w&nbsp;jej
+spłowiałych oczach.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Hm, patrz! jakiego masz męża&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł
+z zadowoleniem..</p>
+
+<p>Ona nie odpowiedziała nic.</p>
+
+<p>Uśmiechała się tylko, prostując się także,
+jakby z&nbsp;dumy... urosnąć chciała.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Możesz mnie pocałować&nbsp;&mdash;&nbsp;dodał
+z pobłażliwością&nbsp;&mdash;&nbsp;ale tu w&nbsp;szyję... o!...<span class="pagenum"><a name="Strona_24" id="Strona_24">[Str. 24]</a></span></p>
+
+<p>Wyciągnął swą tłustą szyję dobrze zbudowanego
+blondyna i&nbsp;przymknął oczy z&nbsp;dobrotliwym
+uśmiechem.</p>
+
+<p>Ona&nbsp;&mdash;&nbsp;zbliżyła się szybko, zmieszana,
+niezgrabna, nieprzyzwyczajona do częstych
+tego rodzaju pieszczot. Gdy znalazła
+się tuż przy nim, taka nędzna, mała, chuda,
+zmieszała się jeszcze więcej. W&nbsp;lustrze
+widziała odbicie postaci swej i&nbsp;stojącego
+wciąż z&nbsp;zamrużonemi oczami męża.</p>
+
+<p>Zawstydziła się samej siebie, swego wyniszczenia,
+swego skromnego szlafroka
+i stała niezdecydowana, cisnąc wciąż papier
+z szynką do zapadłej piersi.</p>
+
+<p>Lecz on zniecierpliwił się wreszcie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;No, korzystaj, kiedy pozwalam...</p>
+
+<p>Podniosła się więc na palce i&nbsp;cała spłoniona,
+pocałowała go w&nbsp;klapę od jasnego
+żakietu, a&nbsp;silna woń white rose, wydzielająca
+się z&nbsp;ubrania męża, odurzyła ją do
+reszty.</p>
+
+<p>Jak pijana zwróciła się do stołu, na
+którym zaczęła ustawiać talerzyk i&nbsp;rozkładać
+na nim szynkę.<span class="pagenum"><a name="Strona_25" id="Strona_25">[Str. 25]</a></span></p>
+
+<p>Ręce jej drżały, widelca utrzymać nie
+mogła.</p>
+
+<p>Była w&nbsp;tej chwili bardzo szczęśliwa.</p>
+
+<p>Łzy jej oczy osłaniały mgłą wilgotną,
+<a class="ins" href="#tnote_8" name="tAnchor_8" title="derce">serce</a> biło w&nbsp;piersi bardzo żywo.</p>
+
+<p>Tymczasem koteczek nałożył w&nbsp;eleganckie
+etui całą masę papierosów i&nbsp;z małej
+doniczki niezapominajek, stojącej przed
+obrazkiem Matki Boskiej, uszczknął gałązkę.</p>
+
+<p>Gałązkę tę zatknął sobie w&nbsp;butonierkę
+i zasiadł do herbaty.</p>
+
+<p>Żona podała mu filiżankę i&nbsp;nasmarowaną
+bułeczkę. Poczem, jeszcze cała zmieszana,
+z uśmiechem na pobladłych wargach,
+podsunęła mu talerzyk z&nbsp;szynką.</p>
+
+<p>On&nbsp;&mdash;&nbsp;ze zdziwieniem poruszył umalowanymi
+brwiami.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Szynka?&nbsp;&mdash;&nbsp;zapytał.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak, kotku&nbsp;&mdash;&nbsp;proszę cię, jedz!&nbsp;&mdash;&nbsp;odpowiedziała
+nieśmiało.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zbytki! zbytki!...&nbsp;&mdash;&nbsp;dodał, biorąc
+na talerz największy różowy płatek&nbsp;&mdash;&nbsp;ale
+pamiętaj! gdy zabraknie&nbsp;&mdash;&nbsp;nie dodam ani
+grosza!... ani grosza!...<span class="pagenum"><a name="Strona_26" id="Strona_26">[Str. 26]</a></span></p>
+
+<p>Lecz ona zaprotestowała.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie bój się, wystarczy!... jedz tylko!...
+proszę cię!</p>
+
+<p>Krzątała się koło niego, podsuwając mu
+cukier, masło, śmietankę.</p>
+
+<p>On&nbsp;&mdash;&nbsp;nawet nie zważał na tę usłużność,
+snać przyzwyczajony do tej troskliwości
+i niewolniczej czci, jaką go zwykle
+otaczała.</p>
+
+<p>Jadł powoli&nbsp;&mdash;&nbsp;nie śpiesząc się, odsuwając
+zdaleka talerz&nbsp;&mdash;&nbsp;z&nbsp;gracyą i&nbsp;manierami
+aktorki, o&nbsp;której gazety piszą ciągle,
+że jest „dystyngowana”. Wreszcie zapytał,
+nie podnosząc głowy:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;ty?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;O! ja mam co innego&nbsp;&mdash;&nbsp;odpowiedziała
+kobieta.</p>
+
+<p>Nastała znów chwila milczenia.</p>
+
+<p>Jakże chętnie pragnęła żoncia&nbsp;&mdash;&nbsp;zacząć
+jakąś dłuższą z&nbsp;swym koteczkiem
+rozmowę.</p>
+
+<p>Lecz o&nbsp;czem?&nbsp;&mdash;&nbsp;o&nbsp;czem ona mówić
+mogła, pogrążona cała w&nbsp;drobnych kłopotach
+swego nędznego gospodarstwa, pomiędzy
+imbrykiem melisy a&nbsp;wiązką rzodkiewki.<span class="pagenum"><a name="Strona_27" id="Strona_27">[Str. 27]</a></span>
+Instynktem zgadywała, że podobne
+przedmioty nie są odpowiednie dla
+jej eleganckiego koteczka, który w&nbsp;tej
+chwili tak delikatnie, tak ślicznie mieszał
+łyżeczką herbatę...</p>
+
+<p>I w&nbsp;głowie tej kobiety powstała myśl
+bardzo zuchwała.</p>
+
+<p>Gdyby tak koteczek zechciał dziś cały
+wieczór poświęcić dla niej, dla niej wyłącznie&nbsp;&mdash;&nbsp;pozostać
+w domu!</p>
+
+<p>Gorąco jej bije do głowy na samą tę
+myśl... Jakże to byłby miły dla niej wieczór!
+jakże jej szczęście byłoby zupełne!...</p>
+
+<p>Ma wprawdzie liczyć brudną bieliznę&nbsp;&mdash;&nbsp;ale
+może to odłożyć do jutra...</p>
+
+<p>Siedzi więc pochylona nad swoją filiżanką
+i w&nbsp;biednej głowie szuka zawzięcie
+sposobu, aby stać się miłą, rozmowną.</p>
+
+<p>Wzrok jej pada na leżący na ziemi Kuryerek.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Co tam w&nbsp;Kuryerku&nbsp;&mdash;&nbsp;zapytuje niepewnym
+głosem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przeczytasz sama&nbsp;&mdash;&nbsp;odpowiada mąż.</p>
+
+<p>I znów nastaje milczenie.<span class="pagenum"><a name="Strona_28" id="Strona_28">[Str. 28]</a></span></p>
+
+<p>Kobieta prawie rozpaczliwie wodzi wzrokiem
+dokoła.</p>
+
+<p>Tak mają mało spójni moralnej, że
+wszystkie jej wysiłki pozostają bez skutku.
+Wreszcie on wstaje, ociera starannie
+wąsy i&nbsp;raz jeszcze podchodzi do lustra.</p>
+
+<p>Ona wie dobrze, co to znaczy.</p>
+
+<p>Za chwilę koteczek wyjdzie a&nbsp;ona,
+ona, zostanie sama! na cały wieczór, na
+długi, smutny wieczór!</p>
+
+<p>Zapewne&nbsp;&mdash;&nbsp;jest do tego przyzwyczajona.
+Ale dziś szczególnie jej smutno. Wszak
+to dziś rocznica ich ślubu...</p>
+
+<p>On o&nbsp;tem zapomniał zupełnie...</p>
+
+<p>Lecz ona niezapomniała i&nbsp;chce mu to
+powiedzieć, wszak dzień taki to prawie
+uroczyste święto... Lecz on wziął już kapelusz
+i elegancką laseczkę, teraz naciąga
+rękawiczki, pogwizdując lekko. Żona zbliża
+się ku niemu, przełykając z&nbsp;trudnością
+ślinę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wychodzisz&nbsp;&mdash;&nbsp;pyta, patrząc mu błagalnie
+w oczy, jak pies świeżo obity.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Naturalnie!...<span class="pagenum"><a name="Strona_29" id="Strona_29">[Str. 29]</a></span></p>
+
+<p>Ona przestępuje z&nbsp;nogi na nogę, ręce
+jej machinalnie wyciągają bryty szlafroka.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zostań w&nbsp;domu!&nbsp;&mdash;&nbsp;prosi cichutko.</p>
+
+<p>On odwraca ze zdziwieniem głowę:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Poco?</p>
+
+<p>Tem jednem pytaniem przybija ją do
+miejsca.</p>
+
+<p>Tak!&nbsp;&mdash;&nbsp;prawda!&nbsp;&mdash;&nbsp;poco?</p>
+
+<p>Taki strojny, mądry, piękny mężczyzna,
+ma siedzieć w&nbsp;tych trzech klatkach, których
+okna wychodzą na odludną ulicę...</p>
+
+<p>Ona&nbsp;&mdash;&nbsp;ach! ona to co innego!</p>
+
+<p>Pragnie go jednak zatrzymać choćby
+chwilkę jeszcze.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A... co chcesz jutro na obiad?&nbsp;&mdash;&nbsp;pyta
+śpiesznie, wciskając głowę pomiędzy
+ramiona.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A!... co chcesz, byle tanie&nbsp;&mdash;&nbsp;odpowiada
+koteczek, otwierając drzwi do przedpokoju&nbsp;&mdash;&nbsp;najlepiej
+barszczyk, bo może
+późno wrócę...</p>
+
+<p>Ona już nic nie odpowiada, tylko stoi
+na środku pokoju, smutna, zgnębiona&nbsp;&mdash;&nbsp;ujawniając
+w ostatnich blaskach zachodzącego
+słońca swą nędzę opuszczonej
+i oszukiwanej kobiety.<span class="pagenum"><a name="Strona_30" id="Strona_30">[Str. 30]</a></span></p>
+
+<p>Nagle&nbsp;&mdash;&nbsp;porywa się i&nbsp;biegnie do okna.</p>
+
+<p>On&nbsp;&mdash;&nbsp;będzie przechodził przez dziedziniec,
+zobaczy go jeszcze, może się
+uśmiechnie do niej, głowę odwróci...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie!</p>
+
+<p>Przeszedł przez dziedziniec, pewnym
+i śmiałym krokiem, wywijając laseczką
+i pogwizdując lekko.</p>
+
+<p>Dwie dziewczyny stojące koło pompy,
+obejrzały się za nim ze znaczącym uśmiechem.
+Zniknął w&nbsp;ciemnej bramie, nie myśląc
+wcale o&nbsp;tem, że na drugiem piętrze
+z po za białych, pocerowanych firanek śledzą
+go oczy pełne łez i&nbsp;miłości, biedne
+oczy schorowanej kobiety a&nbsp;zżółkłe i&nbsp;spieczone
+usta, szepczą z&nbsp;dumą i&nbsp;niewysłowionem
+uczuciem:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Koteczek! koteczek!</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>Siedziała tak w&nbsp;oknie z&nbsp;pół godziny.
+Była to jedyna chwila dnia, w&nbsp;której oddawała
+się próżnowaniu.</p>
+
+<p>Wciągała zgniłe powietrze podwórka
+pełnemi piersiami i&nbsp;wpatrywała się w&nbsp;szmat<span class="pagenum"><a name="Strona_31" id="Strona_31">[Str. 31]</a></span>
+nieba, który zarysowywał się ostro pomiędzy
+szczytami dachów.</p>
+
+<p>W trakcie robiła myślą rachunek wydatków
+dnia całego i&nbsp;układała budżet na
+dzień następny.</p>
+
+<p>A wszystkie jej myśli kręciły się tylko
+około jednego punktu.</p>
+
+<p>Punktem tym był naturalnie... koteczek.</p>
+
+<p>Od pierwszej chwili poznania, rosły ten
+blondyn zaimponował jej i&nbsp;oczarował jej
+dziewiczą istotę.</p>
+
+<p>Gdy się oświadczył o&nbsp;nią a&nbsp;właściwie
+o jej skromny posażek, nie mogła szczęściu
+swemu dać wiary.</p>
+
+<p>Gdy odchodziła od ołtarza, już patrzyła
+na niego tym pokornym, błagającym wzrokiem
+jak pies, którego po raz pierwszy na
+łańcuchu prowadzą.</p>
+
+<p>Oddała mu się z&nbsp;pokorą i&nbsp;wdzięcznością,
+kryjąc rumieniec w&nbsp;dłoniach i&nbsp;szepcząc.
+„Kto się w&nbsp;opiekę”.</p>
+
+<p>On&nbsp;&mdash;&nbsp;wspaniale, jak dobry książę z&nbsp;bajki,
+przyjął klejnot jej dziewictwa i&nbsp;pięć
+tysięcy rubli, które jako sierota złożone
+miała w&nbsp;kasie oszczędności.<span class="pagenum"><a name="Strona_32" id="Strona_32">[Str. 32]</a></span></p>
+
+<p>Od tej chwili Józia o&nbsp;pieniądzach tych
+nie wiedziała nic.</p>
+
+<p>Należały do niego, rozporządzał niemi
+według upodobania.</p>
+
+<p>Ona, welon oblubienicy zamieniła na
+fartuch ceratowy i&nbsp;rozpoczęła swą domową
+krzątaninę. Powoli on oddalał się coraz
+więcej z&nbsp;domu&nbsp;&mdash;&nbsp;wracał późno w&nbsp;noc,
+często podpity, włócząc na drugi dzień po
+kątach mieszkania ten „Katzenjammer”,
+w zamiejskich knajpach nabyty. Ona&nbsp;&mdash;&nbsp;kochała
+go ciągle, tem psiem przywiązaniem
+kobiety, dla której pierwszy mężczyzna
+chwytający ją w&nbsp;objęcia jest zarazem
+jedynym przedmiotem uwielbienia.</p>
+
+<p>Koteczek nie miał błędów, koteczek był
+najlepszym, najmilszym, najpiękniejszym...
+Dzień, w&nbsp;którym koteczek kładł nowy garnitur,
+był dniem prawdziwego święta.</p>
+
+<p>Wzruszona, zarumieniona, drżąca, okrążała
+go w&nbsp;kółko, patrząc na niego z&nbsp;podziwem.
+Jakże piękny! jak zgrabny był
+jej koteczek! Ona sama, mój Boże!...
+ona nie potrzebowała się stroić. Ot byle
+co na siebie włożyć. Zresztą, nigdzie<span class="pagenum"><a name="Strona_33" id="Strona_33">[Str. 33]</a></span>
+przecież nie wychodziła z&nbsp;koteczkiem nigdy&nbsp;&mdash;&nbsp;gdzież
+znowu!... Zawsze jej coś
+do stroju brakowało. To kapelusza, to
+bucika, to znów rękawiczki. I&nbsp;tak dzień
+za dniem schodził. Zresztą, nie miała czasu,
+ani zdrowia. Ciągle stękała, chorując
+już od lat czterech, zaraz po urodzeniu
+nieżywej dziewczynki. Doktór mówił, że
+to anemia, ale ona nawet w&nbsp;części nie powiedziała
+doktorowi, co i&nbsp;gdzie ją boli.
+Poco?&nbsp;&mdash;&nbsp;lekarstwa drogie a&nbsp;ledwo koniec
+z końcem ściągnąć można...</p>
+
+<p>Wprawdzie koteczek jest niewybredny,
+je, co mu podadzą&nbsp;&mdash;&nbsp;nawet ją samą do
+oszczędności zachęca.</p>
+
+<p>Ona nieraz dziwi się, jak mało jada
+w domu ten rosły, wielki mężczyzna i&nbsp;frasuje
+się, że widocznie jadło mu nie smakuje.</p>
+
+<p>Mój Boże! robi co można przecież. Ona
+i sługa jadają „plecówkę”, dla koteczka
+bierze się na rosół pierwsza krzyżowa,
+masło także kupuje dla niego osobno...</p>
+
+<p>Mimo to, on je tak mało!<span class="pagenum"><a name="Strona_34" id="Strona_34">[Str. 34]</a></span></p>
+
+<p>Byleby nie zachorował z&nbsp;tego braku
+apetytu... jutro trzeba upiec parę kurczątek
+i zrobić trochę sałaty...</p>
+
+<p>Ostatni rubel wprawdzie wyszedł, ale Józia
+ma jeszcze dwa pierścioneczki z&nbsp;pozostałych
+po rodzicach drobiazgów.</p>
+
+<p>Zastawi je u&nbsp;znajomej fanciarki i&nbsp;dociągnie
+w ten sposób do końca miesiąca.</p>
+
+<p>Mój Boże!... ile tam już rzeczy Józi
+spoczywa u&nbsp;tej fanciarki!... i&nbsp;srebrne łyżeczki,
+i bransoletki po matce, i&nbsp;medalion
+<a class="ins" href="#tnote_9" name="tAnchor_9" title="z perełką, ba nawet medal od chrztu">z perełką, ba, nawet medal od chrztu</a>
+i srebrna maluchna portmonetka, złoty zegarek!
+łańcuszek! wszystko! Wszystko
+wyniosła tak wieczorami, gdyż mąż wyszedł
+z domu „przejść się trochę”&nbsp;&mdash;&nbsp;jak
+<a class="ins" href="#tnote_10" name="tAnchor_10" title="mówił a&nbsp;wracał późno w&nbsp;noc, gwiżdżąc">mówił, a&nbsp;wracał późno w&nbsp;noc, gwiżdżąc</a>
+i śpiewając jakieś nieznane Józi piosenki.</p>
+
+<p>Z początku przykro jej było rozstawać
+się z&nbsp;temi drobiazgami, później oswoiła
+się z&nbsp;tą myślą.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wszak to dla... koteczka.</p>
+
+<p>Kochała go bardzo, bardzo, miłością
+schorowanej i&nbsp;zamkniętej w&nbsp;domu kobiety.
+Gdy słyszała jego kroki na schodach,<span class="pagenum"><a name="Strona_35" id="Strona_35">[Str. 35]</a></span>
+serce jej biło bardzo silnie&nbsp;&mdash;&nbsp;w&nbsp;nocy, nie
+kładła się nigdy, dopóki nie wrócił. Rozbierała
+się wprawdzie, ale bosa i&nbsp;w koszuli
+siedziała na oknie, patrząc w&nbsp;ciemną
+jamę bramy, czy nie dojrzy wysuwającej
+się z&nbsp;ciemności eleganckiej postaci męża.
+Gdy nie powracał długo, z&nbsp;najwyższym
+niepokojem śledziła godziny i&nbsp;przyciskając
+ręce do piersi, szeptała:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Boże mój! niech on już wróci!...</p>
+
+<p>Zdawaćby się mogło, że to namiętna
+kochanka oczekuje swego wybranego na
+pierwszą schadzkę miłosną&nbsp;&mdash;&nbsp;a&nbsp;jednak!...
+jakże dalekie od namiętności było uczucie
+kładące w&nbsp;spieczone od gorączki wargi tej
+kobiety modlitwę szczerą, prawie dziecięcą.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niech... koteczek wróci!...</p>
+
+<p>A przecież ten powrót koteczka nie dawał
+jej żadnej pieszczoty miłosnej, żadnej
+chwili tej rozpaczliwej rozkoszy, która jęk
+prawie z&nbsp;piersi kobiety wydziera.</p>
+
+<p>Koteczek wchodził wolno, systematycznie,
+nakręcał zegarek, zapalał papierosa,
+zmieniał obuwie, wystawiając je za drzwi<span class="pagenum"><a name="Strona_36" id="Strona_36">[Str. 36]</a></span>
+pokoiku, wyciągał z&nbsp;krawata elegancką
+szpilkę i&nbsp;chował ją w&nbsp;&eacute;tui.</p>
+
+<p>Wszystko to robił z&nbsp;właściwą sobie gracyą,
+nie spojrzawszy nawet na żonę, która
+z po za przymkniętych powiek śledziła jego
+czynności, cała w&nbsp;ciągłem wyczekiwaniu
+jakiegoś dobrego słowa, przyjaznego
+spojrzenia ze strony męża. Nic&nbsp;&mdash;&nbsp;nic!</p>
+
+<p>Koteczek zasypiał, uśmiechając się do
+wrażeń w&nbsp;ciągu wieczora otrzymanych, do
+jakichś wspomnień... na myśl których&nbsp;&mdash;&nbsp;przeciągał
+się rozkosznie.</p>
+
+<p>Ona śledziła go ciągle, śledziła uważnie.</p>
+
+<p>Słabe światełko lampki płonącej przed
+Matką Boską oświecało w&nbsp;zupełności
+różową twarz mężczyzny, lubieżny wyraz
+ust, tęgą szyję wychylającą się z&nbsp;pod
+ukraińskich haftów nocnej koszuli.</p>
+
+<p>Instynkt samicy ostrzegał ją, że nie
+o niej, nie o&nbsp;jej uległości i&nbsp;zżółkłej twarzy
+myśli w&nbsp;tej chwili ten człowiek.</p>
+
+<p>Lecz tak wierzyła mu, tak bardzo ufała
+w jego „małżeńską uczciwość”, że myśl
+zdrady nie postała nigdy w&nbsp;jej głowie.<span class="pagenum"><a name="Strona_37" id="Strona_37">[Str. 37]</a></span></p>
+
+<p>Myśli pewnie o&nbsp;gratyfikacyi a&nbsp;może...
+może o&nbsp;niej!</p>
+
+<p>Wszak wczoraj jeszcze, wychodząc, powiedział:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dla kogóż się zapracowuję, jeśli nie
+dla ciebie?&nbsp;&mdash;&nbsp;Biedny! drogi koteczek!...</p>
+
+<p>Ach! ona by życie swoje dla niego oddała!</p>
+
+<p>I leżała tak cicho, nieśmiejąc się poruszyć,
+drętwiejąc w&nbsp;jednej pozycyi, aby nie
+zbudzić koteczka, który w&nbsp;tej chwili uśmiechał
+się tak, jak tylko nasyceni mężczyźni
+uśmiechać się umieją.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>Kareta ruszyła wreszcie z&nbsp;miejsca.</p>
+
+<p>Lecz pani Lena była dnia tego w&nbsp;złym
+humorze.</p>
+
+<p>Napróżno siedzący obok niej mężczyzna
+uśmiechał się i&nbsp;usiłował umieścić dogodnie
+jej kapelusz, cały z&nbsp;pąsowego tiulu,
+istne pieścidełko wydmuchane z&nbsp;purpurowego
+obłoczka. Napróżno, zdjąwszy jej
+rękawiczki, zwijał je starannie i&nbsp;wsuwał
+pomiędzy poduszki powozu, napróżno<span class="pagenum"><a name="Strona_38" id="Strona_38">[Str. 38]</a></span>
+chwalił jej nowy dolman, na który wyszło
+z pięćset łokci koronki, ona siedziała
+ciągle chmurna, z&nbsp;brwiami ściągniętemi,
+z twarzą gniewnie wykrzywioną.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dlaczego tak późno przyjechałeś?&nbsp;&mdash;&nbsp;zapytała
+wreszcie, zwracając się twarzą do
+swego towarzysza.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie mogłem! wierz mi!&nbsp;&mdash;&nbsp;tłomaczył
+się mężczyzna.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dlaczego?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Bo!... bo!... mieliśmy gości!...&nbsp;&mdash;&nbsp;odparł,
+udając nonszalancyę i&nbsp;oglądając
+sobie paznogcie.</p>
+
+<p>Znać było że blaguje, lecz ona nie poznała
+się na tem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Kto był?&nbsp;&mdash;&nbsp;nalegała już trochę udobruchana&nbsp;&mdash;&nbsp;kobiety?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;O, zaledwie kilka! kuzynka Eszerghazy
+z córką&nbsp;&mdash;&nbsp;wiesz... ta hrabina!</p>
+
+<p>Ona potwierdziła śpiesznie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak! tak! mówiłeś mi już o&nbsp;niej,
+a z&nbsp;mężczyzn?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zwykli goście czwartkowi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Więc to jour fixe?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak!... five o&nbsp;clook thea.<span class="pagenum"><a name="Strona_39" id="Strona_39">[Str. 39]</a></span></p>
+
+<p>Rzucił wyraz angielski, posłyszany kiedyś
+ze sceny, w&nbsp;teatrze&nbsp;&mdash;&nbsp;który zapamiętał
+i używał w&nbsp;razie potrzeby, co nigdy
+nie chybiało efektu. I&nbsp;teraz dosięgnął celu.</p>
+
+<p>Kobieta siedząca obok niego zdawała
+się na chwilę przybita posłyszanem słowem.</p>
+
+<p>Lecz prędko odzyskała równowagę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie wiem czy to wygodne&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekła&nbsp;&mdash;&nbsp;wolę
+już urządzać „receptions
+matinales”...</p>
+
+<p>Spojrzała na niego tryumfująco.</p>
+
+<p>On wzruszył ramionami.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zapewne, lecz już cały dzień jest
+zderanżowany...</p>
+
+<p>Pochylił się teraz po nad podbitą już
+kobietą.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;No, cóż?... darujesz mi to opóźnienie?&nbsp;&mdash;&nbsp;szeptał
+miękim głosem&nbsp;&mdash;&nbsp;wierz
+mi, tylko obowiązki światowe mogły powstrzymać
+twego koteczka, wierzysz mi?
+no... Leno!...</p>
+
+<p>I objął ją ostrożnie, cofając się w&nbsp;tył,
+gdyż kareta skręcała w&nbsp;ciaśniejszą ulicę
+a na chodnikach kręciło się sporo przechodniów.<span class="pagenum"><a name="Strona_40" id="Strona_40">[Str. 40]</a></span></p>
+
+<p>Lena potrząsnęła wspaniałomyślnie głową.
+Dobrze!&nbsp;&mdash;&nbsp;przebacza mu, ale pod warunkiem,
+że to będzie raz ostatni... zapewne
+nie wie, że i&nbsp;ona ma obowiązki światowe,
+które trzymają ją poniekąd na
+uwięzi; jeśli on ma żonę prowadzącą dom
+otwarty, ona&nbsp;&mdash;&nbsp;nawzajem ma męża, który
+od niej pewnych ustępstw światowych wymaga,
+a przecież...</p>
+
+<p>On przyznaje jej racyę, cały rozpłomieniony
+tak blizką obecnością tej kobiety,
+której pełny gors i&nbsp;błyszczące oczy działają
+na niego, jak rozpalający trunek&nbsp;&mdash;&nbsp;ostrożnie,
+delikatnie, szuka jej ręki w&nbsp;całych
+falach koronek i&nbsp;rękę tę znalazłszy
+całuje długo, wysysając paluszki o&nbsp;krogulczo
+zagiętych paznogciach...</p>
+
+<p>Ona poddaje się tej pieszczocie, jak kobieta
+przyzwyczajona do podobnego rodzaju
+objawów powstrzymywanej namiętności&nbsp;&mdash;&nbsp;drugą
+ręką zasłania tylko twarz,
+gdy kareta nadto się zbliży do chodników.</p>
+
+<p>Czyni to z&nbsp;wprawą wielką, w&nbsp;ogóle czuje
+się zupełnie swobodnie w&nbsp;tej ciasnej atmosferze
+powozu, w&nbsp;której cudzołożne<span class="pagenum"><a name="Strona_41" id="Strona_41">[Str. 41]</a></span>
+szepty, śmiechy, pocałunki zdają się drzemać
+wśród zagięć zniszczonego sukna
+okrywającego poduszki.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Gdzie dziś pojedziemy?&nbsp;&mdash;&nbsp;pyta koteczek.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Gdzie chcesz...&nbsp;&mdash;&nbsp;odpowiada Lena&nbsp;&mdash;&nbsp;byle
+nie do Marcelina...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Masz racyę, kuchnia tam wcale nieszczególna...</p>
+
+<p><a class="ins" href="#tnote_11" name="tAnchor_11" title="O, tak! bordeaux niepodobne do picia...">&nbsp;&mdash;&nbsp;O, tak! bordeaux niepodobne do picia...</a></p>
+
+<p>I znów zaczyna grać ze sobą komedyę,
+tych dwoje ludzi, którzy się poznali pod
+cieniem drzew Saskiego ogrodu i&nbsp;nic prawie
+nie wiedzieli o&nbsp;sobie ani o&nbsp;swej pozycyi
+socyalnej.</p>
+
+<p>Ona&nbsp;&mdash;&nbsp;miała w&nbsp;sobie przewrotnie popsutą
+krew semitki, wiecznie niezadowolonej
+ze swego otoczenia, obnoszącej w&nbsp;czarnych
+oczach i&nbsp;pełnych kształtach trzydziestoletniej
+kobiety&nbsp;&mdash;&nbsp;chęć nieprawych rozkoszy
+i zakazanych wycieczek. Pozowała
+jednak przed nim na „damę”&nbsp;&mdash;&nbsp;wykwintną
+i wytworną&nbsp;&mdash;&nbsp;pragnęła mu imponować
+koronkami wziętemi na kredyt i&nbsp;francuzczyzną<span class="pagenum"><a name="Strona_42" id="Strona_42">[Str. 42]</a></span>
+zapożyczoną z&nbsp;„Rozmówek” pani
+Bocquel.</p>
+
+<p>On&nbsp;&mdash;&nbsp;dokładał wszelkich usiłowań, aby
+ujść w&nbsp;oczach tej wykwintnej damy za
+człowieka bogatego, prowadzącego dom
+na wielką skalę. Olśniewał ją szpilkami
+u krawatów, opoponaxem, jasnemi garniturami
+i znajomością gabinetów restauracyjnych,
+po których włóczyli się często,
+siedząc do późnej nocy i&nbsp;rozstając się pełni
+niesmaku i&nbsp;chęci ponownego zejścia się,
+aby nawzajem udawać przed sobą wytworne
+maniery i... namiętne porywy.</p>
+
+<p>Kareta wjechała teraz w&nbsp;ulicę Mokotowską
+i powoli skręcała na lewo.</p>
+
+<p>Wozy z&nbsp;beczkami zastąpiły jej drogę,
+woźnica wstrzymał konie na chwilę.</p>
+
+<p>Koteczek wychylił głowę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cóż tam? dlaczego stajesz?</p>
+
+<p>Nagle cofnął się w&nbsp;głąb powozu.</p>
+
+<p>Towarzyszka mimowoli spojrzała w&nbsp;otwarte
+okienko.</p>
+
+<p>Na chodniku pomiędzy gromadką bosych
+dzieci czekających na opróżnienie ulicy,
+stała ciemno, ubogo ubrana kobieta w&nbsp;<span class="pagenum"><a name="Strona_43" id="Strona_43">[Str. 43]</a></span>zniszczonym kapelusiku na pochylonej
+głowie.</p>
+
+<p>W tej chwili kobieta ta z&nbsp;wyrazem
+zdumienia na pożółkłej twarzy wpatrywała
+się w&nbsp;okienko karety, a&nbsp;z nawpół
+otwartych ust zdawał się ulatywać jakiś
+głos stłumiony.</p>
+
+<p>Pani Lena odwróciła się i&nbsp;spytała
+szybko:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Patrz!... ta kobieta dziwnie tu spogląda,
+czy może znasz ją?</p>
+
+<p>Lecz mężczyzna nie ruszył się nawet,
+przytulony do kąta karety, nikczemny,
+nędzny w&nbsp;tej trwodze, jaka zwykle ogarnia
+każdego z&nbsp;nich na widok zdradzanej
+kobiety.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Siedź spokojnie!&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł&nbsp;&mdash;&nbsp;to... szwaczka
+mojej żony!...</p>
+
+<p>Kareta ruszyła wreszcie z&nbsp;miejsca, obryzgując
+błotem stojącą wciąż na chodniku
+kobietę.</p>
+
+<p>Ona patrzyła jeszcze długą chwilę, zdumiona,
+przerażona&nbsp;&mdash;&nbsp;powtarzając cichutko:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Koteczek? koteczek?</p>
+<hr class="in" />
+
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_44" id="Strona_44">[Str. 44]</a></span></p>
+
+<p>Lampka przed Matką Boską dopalała
+się prawie, a&nbsp;nikt nie myślał o&nbsp;dolaniu
+oliwy.</p>
+
+<p>Cicho było bardzo w&nbsp;sypialnym pokoiku.
+Obadwa łóżka małżeńskie były próżne,
+choć już druga wybiła na kuchennym
+zegarze.</p>
+
+<p>Józia, bosa i&nbsp;w koszuli, siedziała skulona
+na oknie, czekając na powrót męża.</p>
+
+<p>Była bardzo wzburzona, niespokojna,
+smutna. Wszakże to wracając od fanciarki
+dostrzegła w&nbsp;karecie obok jakiejś ładnej
+kobiety mężczyznę&nbsp;&mdash;&nbsp;tak bardzo podobnego
+do koteczka!</p>
+
+<p>Lecz cóżby jej koteczek robił w&nbsp;karecie,
+o tej porze, i&nbsp;to jeszcze z&nbsp;jakąś damą?...
+A może to dyrektorowa biura spotkała go
+i wzięła na przechadzkę...</p>
+
+<p>Szukała teraz w&nbsp;swej biednej głowie
+rozmaitych kombinacyj, potykając się co
+chwila o&nbsp;jakąś myśl zbyt trudną...</p>
+
+<p>Nie&nbsp;&mdash;&nbsp;stanowczo, zrozumieć tego nie
+mogła.</p>
+
+<p>By mąż ją zdradzał&nbsp;&mdash;&nbsp;nie przyszło jej
+nawet przez głowę, jej koteczek, zkądże
+znowu?<span class="pagenum"><a name="Strona_45" id="Strona_45">[Str. 45]</a></span></p>
+
+<p>Zanadto czystą, niewinną była w&nbsp;swym
+zastoju moralnym; zdradzać?&nbsp;&mdash;&nbsp;tak!...
+tak! to istnieje w&nbsp;książkach, na scenie&nbsp;&mdash;&nbsp;ale
+w życiu!...</p>
+
+<p>Gdy wróciła od fanciarki, policzyła bieliznę,
+pocerowała skarpetki, zrobiła rachunek
+ze służącą, zadysponowała obiad,
+a teraz, posławszy łóżka, usiadła w&nbsp;oknie,
+czekając na męża.</p>
+
+<p>Noc zapadła, noc ciemna, wietrzna,
+chłodna. Z&nbsp;zacienionego dziedzińca, po
+zamknięciu bramy, wzbił się w&nbsp;górę silny
+zaduch wylewanych przez dzień cały nieczystości.</p>
+
+<p>Ona&nbsp;&mdash;&nbsp;otworzyła lufcik i&nbsp;przechyliła
+swą biedną, znękaną głowę. Smrodliwe
+powietrze owiało ją. Ona&nbsp;&mdash;&nbsp;nie czuła tego
+zaduchu, przyzwyczajona do tej atmosfery,
+którą wciągała w&nbsp;siebie nocami całemi.
+Przechyliła głowę i&nbsp;patrzyła wciąż
+w czarną przepaść podwórka.</p>
+
+<p>Czekała.</p>
+
+<p>Lecz on nie powracał, rozkoszując się
+w tej chwili wonią rozkwitłego bzu w&nbsp;podmiejskim
+ogrodzie i&nbsp;ciepłemi wargami kochanki, <span class="pagenum"><a name="Strona_46" id="Strona_46">[Str. 46]</a></span>
+z których zbierał krople wina
+i słodycz kompotowego syropu.</p>
+
+<p>Siedzącej w&nbsp;lufciku kobiecie wiatr rozwiewał
+rzadkie włosy i&nbsp;ziębił plecy. Ona&nbsp;&mdash;&nbsp;skurczyła
+się jeszcze bardziej, podsuwając
+pod siebie chude, zżółkłe nogi.</p>
+
+<p>Jeść się jej chciało, obejrzała się na
+kredensową szafkę majaczącą w&nbsp;półcieniu.
+Była tam wprawdzie pieczeń pozostała
+z obiadu, ale koteczek dysponował barszczyk
+na jutrzejszy obiad, z&nbsp;pieczeni będą
+uszka... nie można więc poruszyć, nie
+można!...</p>
+
+<p>Józia zwinęła się teraz prawie w&nbsp;kłębek
+i głowę smutnie zwiesiła.</p>
+
+<p>Jakoś jej tak smutno! tak bardzo, bardzo
+smutno, jak nigdy nie było!</p>
+
+<p>Dlaczego?</p>
+
+<p>Wszak on wraca tak codziennie, wraca
+późno a&nbsp;ona czeka nań i&nbsp;zimą i&nbsp;latem
+skurczona przy szybie, pełna niewytłomaczonej
+chęci ujrzenia go powracającego.</p>
+
+<p>Zegary miejskie biją w&nbsp;pół do trzeciej.<span class="pagenum"><a name="Strona_47" id="Strona_47">[Str. 47]</a></span></p>
+
+<p>Na twarzy Józi płyną dwie wielkie, gorące
+łzy&nbsp;&mdash;&nbsp;zamiast serca, czuje że jej się
+otwiera rana... rana ta piecze, boli, pali
+jakby zarzewie... A&nbsp;wynędzniałe usta
+szepczą:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Boże!... niech koteczek wróci!...</p>
+
+<p>Jej koteczek.</p>
+
+
+
+<hr class="chapter" />
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_48" id="Strona_48">[Str. 48]</a></span></p>
+<h2><a name="III" id="III"></a>III.</h2>
+
+<h2>Kozioł ofiarny.</h2>
+
+
+<p>Pan Wentzel zmarszczył brwi i&nbsp;położył
+kanciastą linię obok siebie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Proszę o&nbsp;spokój!&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł ochrypłym
+głosem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Oko brandeburskie!&nbsp;&mdash;&nbsp;odpowiedział
+natychmiast Julusiek.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Z&nbsp;perską źrenicą!&nbsp;&mdash;&nbsp;dorzucił Maryan,
+pakując ręce w&nbsp;kieszenie od spodni.</p>
+
+<p>Pan Wentzel podniósł swą spiczastą
+głowę, pokrytą najeżonym włosem i&nbsp;spojrzał
+na porozkładane na krzesłach dzieci.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Proszę o&nbsp;spokój!&nbsp;&mdash;&nbsp;powtórzył a&nbsp;wargi
+wybladłych ust drżały mu jak w&nbsp;febrze.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Patrzcie!... panu „Wentzlemu” spuchła
+z lewej strony twarz&nbsp;&mdash;&nbsp;zawołał Julusiek,
+mrużąc powieki.<span class="pagenum"><a name="Strona_49" id="Strona_49">[Str. 49]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To od tych papierosów, które pokryjemu
+pali a&nbsp;nam nawet zaciągnąć się
+nie da&nbsp;&mdash;&nbsp;odparł flegmatycznie Maryan,
+obserwując z&nbsp;ironią wychudłe policzki nauczyciela.</p>
+
+<p>Panu Wentzlowi krew uderzyła do
+głowy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie palę papierosów&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł energicznie&nbsp;&mdash;&nbsp;nie
+wmawiajcie we mnie złych
+czynów, które sami spełniacie.</p>
+
+<p>Julusiek wzruszył ramionami. Maryan
+wpakował ręce jeszcze głębiej w&nbsp;kieszenie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie palisz pan?&nbsp;&mdash;&nbsp;zapytał, wydymając
+czerwone i&nbsp;pełne policzki&nbsp;&mdash;&nbsp;phi!...
+to taka prawda, jak to, że pan atramentem
+dziur w&nbsp;butach sobie nie czernisz...
+Zaprzecz pan temu!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zaprzecz pan temu!&nbsp;&mdash;&nbsp;zaskrzeczał
+jak mały psiak Julusiek i&nbsp;w ekstazie
+tryumfu usiadł na stole, gdy tymczasem
+Maryan wciąż kołysał się na krześle, patrząc
+z pod oka na nauczyciela.</p>
+
+<p>Pan Wentzel był przybity.</p>
+
+<p>Rzeczywiście, nie dalej jak wczoraj,
+smarował rano bielące się wśród czarnej<span class="pagenum"><a name="Strona_50" id="Strona_50">[Str. 50]</a></span>
+skóry butów skarpetki... smarował atramentem,
+aby nie przeświecały zanadto,
+gdy wejdzie do sali jadalnej lub salonu.</p>
+
+<p>Milcząc, ujął w&nbsp;rękę jedną z&nbsp;ciemno
+oprawnych książek, których stosy leżały
+na stole.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zacznijmy wykłady od „Historyi
+świętej”&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł cichym głosem.</p>
+
+<p>Lecz Julusiek pragnął nasycić się swym
+tryumfem i&nbsp;cały wlazł na stół, strącając
+zabłoconemi nogami książki i&nbsp;zeszyty na
+ziemię.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wziąłeś pan patyk... o! taki... umaczałeś
+pan w&nbsp;atramencie i&nbsp;smarowałeś pan
+buty...</p>
+
+<p>Pan Wentzel pobladł jeszcze bardziej.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Proszę zleźć ze stołu i&nbsp;usiąść przyzwoicie,
+inaczej przerwę lekcyę...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wielka będzie szkoda...&nbsp;&mdash;&nbsp;mruknął
+Maryan.</p>
+
+<p>Julusiek odsunął się trochę i&nbsp;podwinął
+nogi pod siebie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jedź pan&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł&nbsp;&mdash;&nbsp;mnie to nie
+przeszkadza, ja i&nbsp;tak mogę pańskiego bajdurzenia
+słuchać.<span class="pagenum"><a name="Strona_51" id="Strona_51">[Str. 51]</a></span></p>
+
+<p>Pan Wentzel otworzył książkę i&nbsp;powoli
+zaczął przewracać kartki ozdobione rycinami.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Skończyliśmy na Samsonie i&nbsp;ucięciu
+włosów&nbsp;&mdash;&nbsp;zaczął połykając ślinę&nbsp;&mdash;&nbsp;wiecie,
+że uczyniła to Dalila i...</p>
+
+<p>Na twarzach chłopców pojawił się dziwny
+wyraz.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Musiała to być szykowna kobieta&nbsp;&mdash;&nbsp;mruknął
+Julusiek, uśmiechając się rozkosznie.&nbsp;&mdash;&nbsp;Prawda,
+Maryan?</p>
+
+<p>Lecz Maryan zwrócił się teraz ku panu
+Wentzlowi i&nbsp;patrząc wprost na twarz <a class="ins" href="#tnote_12" name="tAnchor_12" title="nauciela">nauczyciela</a>
+zapytał:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jak pan sądzi? brunetka była? co?...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie wiem!&nbsp;&mdash;&nbsp;odparł nauczyciel.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Daj pokój, Maryanie!&nbsp;&mdash;&nbsp;wrzasnął
+Julusiek&nbsp;&mdash;&nbsp;albo on się zna na tem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Hm!...&nbsp;&mdash;&nbsp;odrzekł Maryan&nbsp;&mdash;&nbsp;jest
+przecież mężczyzną.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;E! taki tam!&nbsp;&mdash;&nbsp;Boże się zmiłuj!....</p>
+
+<p>Pan Wentzel zerwał się z&nbsp;miejsca.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cicho!&nbsp;&mdash;&nbsp;krzyknął, uderzając książką
+o stół&nbsp;&mdash;&nbsp;cicho!... bo....</p>
+
+<p>Głos mu uwiązł w&nbsp;gardle.<span class="pagenum"><a name="Strona_52" id="Strona_52">[Str. 52]</a></span></p>
+
+<p>Maryan i&nbsp;Julusiek, mrużąc oczy, przypatrywali
+mu się impertynencko.</p>
+
+<p>Tyle ironii mieściło się w&nbsp;wyrazie twarzy
+tych przedwcześnie rozwiniętych dzieci
+że nauczyciel najczęściej czuł swą
+sztuczną energię jakby zmrożoną i&nbsp;w głębi
+serca doznawał dziwnego ściśnienia,
+które mu dotkliwy ból sprawiało. Czuł
+swą bezsilność i&nbsp;milknął, połykając łzy
+i upokorzenie.</p>
+
+<p>Tych dwóch malców w&nbsp;kraciastych kurtkach,
+nie dorastających mu do pasa, tyranizowało
+go i&nbsp;kark mu do ziemi chyliło.</p>
+
+<p>Cóż począć miał?</p>
+
+<p>Podszedł do okna i&nbsp;machinalnie otworzył
+lufcik. Świeże, wiosenne powietrze
+wpłynęło nagle do pokoju...</p>
+
+<p>Wentzel cofnął się od okna, jakby nagle
+upojony.</p>
+
+<p>Przymknął oczy i&nbsp;stał tak blady, nędzny
+w smudze świetlanej, która kładła żółte
+i białe tony na twarz jego znędzniałą.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Moźebyś pan kończył lekcyę!...&nbsp;&mdash;&nbsp;odezwał
+się nagle Maryan, znudzony milczeniem
+nauczyciela.<span class="pagenum"><a name="Strona_53" id="Strona_53">[Str. 53]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To się wie&nbsp;&mdash;&nbsp;dorzucił Julusiek&nbsp;&mdash;&nbsp;pan
+zbijasz bąki jak jaki radca. Nic pan
+w lufciku nie wystoisz! Jeszcze panu oko
+spuchnie!</p>
+
+<p>Pan Wentzel powoli odwrócił się i&nbsp;zbliżył
+do stołu. Na twarzy jego malowała się
+smutna rezygnacya. Usiadł na krześle
+i unikając spojrzenia w&nbsp;twarze chłopców,
+rozpoczął wykład:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wiecie, że Samson był bardzo silny,
+wiecie, że gdy oparł się o&nbsp;kolumny świątyni,
+ramionami wstrząsnął, kolumny
+w gruzy się rozsypały i&nbsp;dach cały runął....</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Albo to prawda&nbsp;&mdash;&nbsp;przerwał Julusiek,
+uśmiechając się sceptycznie.</p>
+
+<p>Maryan poprzestał na ironicznem wzruszeniu
+ramionami.</p>
+
+<p>Pan Wentzel ciągnął dalej:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dach cały runął, przygniatając zgromadzone
+tłumy. W&nbsp;ten sposób więc nieprzyjaciele
+Samsona...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;E! to taka prawda jak to, że Ewa
+jabłko zjadła...&nbsp;&mdash;&nbsp;przerwał znów Julusiek.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pokonani zostali...&nbsp;&mdash;&nbsp;brzmiał głos
+nauczyciela.<span class="pagenum"><a name="Strona_54" id="Strona_54">[Str. 54]</a></span></p>
+
+<p>Teraz Maryan poruszył się na krześle.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;Adam ogryzkiem się udławił....&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł
+śpiewającym głosem.</p>
+
+<p>I gdyby nie Dalila, która...</p>
+
+<p>Lecz już słowa pana Wentzla brzmiały
+jedynie chyba dla niego samego. Dzieci
+podbudzone w&nbsp;swej przekornej wesołości,
+jak piłkę odrzucały sobie wzajemnie, legendy
+podawane im przez nauczycieli za
+fakta. Dla nich, dla tych rozbudzonych
+przedwcześnie umysłów nie istniał już żaden
+urok naiwnej wiary&nbsp;&mdash;&nbsp;ze śmiechem
+i drwinami szarpali treść Pisma, nie mogąc
+jeszcze zrozumieć przenośni.</p>
+
+<p>Pod gradem tych słów wyziewanych
+przez drobne dziecięce usta, które zda się
+stworzone były do szeptania modlitwy&nbsp;&mdash;&nbsp;pan
+Wentzel siedział przybity, bezsilny&nbsp;&mdash;&nbsp;z&nbsp;
+głową na piersi zwieszoną. Codziennie
+powtarzało się to samo.</p>
+
+<p>Codziennie nauczyciel i&nbsp;jego słowa były
+przedmiotem szyderstw, żartów i&nbsp;śmiechu.</p>
+
+<p>Julusiek leżał teraz już na stole, wywijając
+z radości nogami, Maryan napawał
+się spokojnym tryumfem i&nbsp;pełen nieopisanej<span class="pagenum"><a name="Strona_55" id="Strona_55">[Str. 55]</a></span>
+błogości wydymał usta do niebywałych
+rozmiarów.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jak tam było z&nbsp;tym Noem? Opowiedz
+pan, panie Wentzel!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Albo z&nbsp;tym Dawidem!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;Zuzanna? co?...</p>
+
+<p>Płomienie przebiegły zmysłową twarz
+Maryana.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak! tak!... Zuzanna!... to pyszny
+kawał!...</p>
+
+<p>I nagle, ni ztąd ni zowąd, rozlega się
+z piersi dzieci wrzaskliwy śpiew:</p>
+
+<div class="poem"><div class="stanza">
+<span class="i0">„Hopsztynder!.. Madaliński<br /></span>
+<span class="i2">Fiuta!... Z&nbsp;kopyta!...<br /></span>
+<span class="i0">Szara ciuch, ciuch! tańczy sobie<br /></span>
+<span class="i2">Z Barabaszem mazura!...”<br /></span>
+</div></div>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Proszę o&nbsp;spokój!...&nbsp;&mdash;&nbsp;jęczy błagalnie
+pan Wentzel.</p>
+
+<div class="poem"><div class="stanza">
+<span class="i2">„Hej kolęda!... kolęda!...<br /></span>
+<span class="i0">Podobał się Jewie! jeździ na cholewie<br /></span>
+<span class="i0">A boso go znać!... znać!... znać!...”<br /></span>
+</div></div>
+
+<p>Pan Wentzel głowę ukrył w&nbsp;dłonie.</p>
+
+<div class="poem"><div class="stanza">
+<span class="i0">„A boso go znać!...”<br /></span>
+<span class="pagenum"><a name="Strona_56" id="Strona_56">[Str. 56]</a></span></div></div>
+
+<p>Lecz nagle drzwi się otwierają, i&nbsp;dwie
+postacie kobiece ukazują się w&nbsp;progu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Co się to dzieje?&nbsp;&mdash;&nbsp;pyta pani domu,
+chuda, płaska blondynka&nbsp;&mdash;&nbsp;nosząca na
+schylonych ramionach fałdziste szaty
+wdowie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;C'est atroce!&nbsp;&mdash;&nbsp;odzywa się druga,
+odpinająca żwawo guziki zniszczonego
+płaszczyka.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Panie Wentzel, jak pan możesz pozwolić
+na coś podobnego?!</p>
+
+<p>Pan Wentzel powstał już z&nbsp;krzesła
+i w&nbsp;milczeniu układa książki i&nbsp;zeszyty.
+Czuje, że wszystko, co powie na swoje
+usprawiedliwienie, na nic się nie przyda.</p>
+
+<p>W przekonaniu matki&nbsp;&mdash;&nbsp;„dzieci” są
+trochę rozpuszczone... ale ostatecznie można
+na nich lekarstwo znaleźć i&nbsp;do posłuszeństwa
+doprowadzić.</p>
+
+<p>Wprawdzie ona sama nigdy dokazać tej
+sztuki nie mogła, ale... przecież... pan
+Wentzel jest mężczyzną! Powinien umieć
+nakazać szacunek dla swoich słów i&nbsp;osoby.<span class="pagenum"><a name="Strona_57" id="Strona_57">[Str. 57]</a></span></p>
+
+<p>Więc&nbsp;&mdash;&nbsp;słodko-kwaśnym głosem mówi
+to wszystko a&nbsp;słowa jej jak uderzenia bicza
+smagają zbolałą głowę nauczyciela.</p>
+
+<p>Tak! tak!... pani ma zapewne racyę&nbsp;&mdash;&nbsp;każdy
+inny na jego miejscu poradziłby sobie
+z pewnością, tylko on! on! nie wie,
+nie umie poskromić swych uczniów, nakazać
+ciszę i&nbsp;potrzebny spokój.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Uważasz pan...&nbsp;&mdash;&nbsp;ciągnie dalej pani
+Szymczyńska a&nbsp;głos jej płynie łagodnie,
+jak szmer strumyka&nbsp;&mdash;&nbsp;Julusiek i&nbsp;Maryan
+są dzieci wyjątkowe, należy więc z&nbsp;niemi
+postępować w&nbsp;wyjątkowy sposób. Tymczasem
+pan!</p>
+
+<p>Wyjątkowe dzieci z&nbsp;niezrównaną ironią
+spoglądają na pana Wentzla, który zmieszany,
+drżący, spłoniony&nbsp;&mdash;&nbsp;szorując nogami
+po podłodze, ustępuje przy stole
+miejsca guwernantce, która, wytarty płaszczyk
+ostrożnie na łóżku Julusia złożywszy,
+przystępuje do krzesła z&nbsp;bardzo wojowniczą
+miną.</p>
+
+<p>Matka tymczasem zachwyconym wzrokiem
+ogarnia pełne policzki Maryana i&nbsp;żółtą
+głowę Juluśka, który zdecydował się<span class="pagenum"><a name="Strona_58" id="Strona_58">[Str. 58]</a></span>
+wreszcie zsunąć ze stołu i&nbsp;usiąść na poręczy
+krzesła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak! tak! wyjątkowe dzieci!&nbsp;&mdash;&nbsp;powtarza
+machinalnie a&nbsp;po bladych jej ustach
+przebiega uśmiech zadowolonej macierzyńskiej
+próżności.</p>
+
+<p>Pan Wentzel pochyla pokornie głowę
+i odwróciwszy się, drżącemi rękami szuka
+w pudełku zastępującem mu szafę, czystej
+chustki i&nbsp;swej wytartej portmonetki. Pudełko
+to stoi pod jego łóżkiem, biednem,
+smutnem posłaniem opuszczonego wyrobnika,
+narzuconem dla decorum szafirową
+kapą, stanowiącą własność pani domu,
+którą skromny kocyk biednego chłopca
+raził i&nbsp;harmonię przyzwoitego umeblowania
+dziecinnego pokoju psuł zupełnie.</p>
+
+<p>W pudełku, pan Wentzel&nbsp;&mdash;&nbsp;nie znajduje
+chustki, ale za to wydostaje zdechłą mysz,
+uczepioną przy zameczku portmonetki,
+w której kilka miedziaków się kołacze.
+Jest to sprawka „wyjątkowych” dzieci,
+które duszą się ze śmiechu na widok bladości,
+pokrywającej nagle twarz pana
+Wentzla.<span class="pagenum"><a name="Strona_59" id="Strona_59">[Str. 59]</a></span></p>
+
+<p>Wiedzą o&nbsp;tem, że p. Wentzel boi się
+konwulsyjnie myszy i&nbsp;udanie się rozkosznego
+figla&nbsp;&mdash;&nbsp;uczuciem błogości napełnia
+ich serduszka.</p>
+
+<p>Lecz siedząca przy stole francuzka
+marszczy brwi i&nbsp;groźnie podniósłszy rękę
+do góry, woła ochrypłym głosem:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Attention, sales gamins! ou je vais
+vous ficher des claques!</p>
+
+<p>Chłopcy milkną i&nbsp;kołyszą się na krzesłach
+z mniejszym niż zwykle zapałem.
+Matka zaś przesyła dyskretny półuśmiech
+w stronę francuzki, która prześlicznym
+żargonem z&nbsp;Montmartre&nbsp;&mdash;&nbsp;rozpoczyna wykład
+greckiej mitologii.</p>
+
+<p>I powoli fałdzista suknia matki&nbsp;&mdash;&nbsp;wdowy
+znika we drzwiach, z&nbsp;po za których dolatuje
+wystukiwane na fortepianie jakieś
+„R&eacute;verie” Aschera.</p>
+
+<p>Pan Wentzel tymczasem szamocze się
+ze zdechłą myszą, starając się odczepić
+ją od portmonetki. Pot pokrywa mu skronie,
+wyraz wstrętu maluje się w&nbsp;jego smutnych,
+wielkich oczach.<span class="pagenum"><a name="Strona_60" id="Strona_60">[Str. 60]</a></span></p>
+
+<p>Trwa to długą chwilę&nbsp;&mdash;&nbsp;dzieci ciągle
+z pod oka obserwują nauczyciela, tryumfując
+wewnętrznie.</p>
+
+<p>Wreszcie Julusiek dłużej wytrzymać nie
+jest w&nbsp;stanie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To ci pan Wentzel zdeseniał!...&nbsp;&mdash;&nbsp;woła,
+podrywając się na krześle.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jak karaluch w&nbsp;tataraku!...&nbsp;&mdash;&nbsp;dorzuca
+śpiewająco Maryan.</p>
+
+<p>Lecz francuzka uderzeniem pięści w&nbsp;stół,
+przerywa wybuchy radości miłych chłopczyków.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Taisez vous tas des salauds!&nbsp;&mdash;&nbsp;I&nbsp;nagle,
+sięgając do bocznej kieszeni sukni,
+wydobywa dość duży rewolwer, którego
+otwory pozaklejane są umiejętnie kulkami
+z chleba.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Na!&nbsp;&mdash;&nbsp;mówi, kładąc rewolwer na
+stole&nbsp;&mdash;&nbsp;j'esp&egrave;re, que vous allez vous tenir
+tranquilles... autrement&nbsp;&mdash;&nbsp;je tire!...</p>
+
+<p>I dalej ciągnęła wykład przy wzorowej
+ciszy ze strony obu chłopców, po których
+twarzach przemknął nawet cień szacunku.</p>
+
+<p>Pan Wentzel tymczasem uporał się
+z myszą i&nbsp;wziąwszy ze stolika wytarty<span class="pagenum"><a name="Strona_61" id="Strona_61">[Str. 61]</a></span>
+i zrudziały kapelusz, gotował się do wyjścia.
+Z rodzajem zazdrości spojrzał na
+zniszczoną twarz francuzki i&nbsp;na leżący na
+stole rewolwer.</p>
+
+<p>Tak! widocznie inni ludzie posiadali dar
+wpływania dodatnio na te... wyjątkowe
+dzieci&nbsp;&mdash;&nbsp;on, jeden tylko nie, on jeden!...</p>
+
+<p>Stłumiwszy westchnienie, ujął cicho za
+klamkę i&nbsp;wysunął się z&nbsp;pokoju.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Junon d&eacute;vor&eacute;e par la jalousie, &eacute;piait
+Jupiter...&nbsp;&mdash;&nbsp;mówiła francuzka, wykrzywiając
+przytem swą twarz nakształt maski
+klowna&nbsp;&mdash;&nbsp;et Jupiter aimait Jo...&nbsp;&mdash;&nbsp;ochrypłym
+głosem.</p>
+
+<p>Zagłębiła się teraz w&nbsp;miłostki Jowisza
+z całą lubością bulwarówki; po jej ustach
+igrał od czasu do czasu uśmiech a&nbsp;ręka
+machinalnie poprawiała rzadką na czole
+grzywkę.</p>
+
+<p>Julusiek, trochę znudzony, gonił czasami
+migające po suficie słoneczne plamy
+i usiłował zwinąć język w&nbsp;łuk, zwany
+„klops”. Tylko Maryan, zasłuchany w&nbsp;słowa
+francuzki, ślizgał się wzrokiem po jej<span class="pagenum"><a name="Strona_62" id="Strona_62">[Str. 62]</a></span>
+piersi rysującej się dość wyraźnie pod
+opiętym stanikiem.</p>
+
+<p>Patrzył, oczy mrużył i&nbsp;usta wydymał...</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>&mdash;&nbsp;Chwilkę, panie Wentzel, proszę tylko
+o krótką chwilkę!...</p>
+
+<p>I Ewelinka, powstawszy od fortepianu,
+potrząsnęła głową ubraną w&nbsp;całe pęki
+loków.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Gdzie pan uciekasz? Nigdy niemasz
+czasu... a&nbsp;ja tu sama tak siedzę!...</p>
+
+<p>Ostatnie słowa podkreśliła znacząco
+powłóczystem spojrzeniem.</p>
+
+<p>Pod wpływem tego spojrzenia pan Wentzel
+pobladł jeszcze bardziej, niż na widok
+myszy.</p>
+
+<p>O! gdyby wiedział, że Ewelinka obecnie
+„marzy” w&nbsp;salonie i&nbsp;fortepian... „gniecie”,
+jak mówił Julusiek&nbsp;&mdash;&nbsp;byłby z&nbsp;pewnością
+umknął przez kuchnię, choć i&nbsp;tam kucharka
+witała go niedwuznacznem mruczeniem
+i dowodzeniem, że „rosół się jej
+utrzęsie w&nbsp;garnku, skoro choroba pana
+Wentzla <i>bez</i> kuchnię niesie”...<span class="pagenum"><a name="Strona_63" id="Strona_63">[Str. 63]</a></span></p>
+
+<p>Lecz pan Wentzel stokroć wolałby już
+narazić się na gniew kucharki, niż poddać
+się magnetycznym spojrzeniom Ewelinki,
+dopełniającej w&nbsp;ten sposób pensyjnej edukacyi
+i probującej siły swych wdzięków
+na nieszczęsnym nauczycielu swych braci.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zagram panu Aschera...&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekła,
+sznurując dość duże usta&nbsp;&mdash;&nbsp;przewracaj
+mi pan kartki...</p>
+
+<p>Pan Wentzel rozpaczliwie zaczął przestępować
+z nogi na nogę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Chcę iść... na pocztę&nbsp;&mdash;&nbsp;wyjąkał cichym
+głosem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Poczta nie ucieknie&nbsp;&mdash;&nbsp;szeptała panna,
+przechylając się w&nbsp;łuk, dla uwydatnienia
+wypukłości bioder&nbsp;&mdash;&nbsp;a&nbsp;wreszcie, ja
+proszę!...</p>
+
+<p>Ostatniemu słowu towarzyszyło znów
+wymowne spojrzenie.</p>
+
+<p>W chorej piersi pana Wentzla serce zabiło
+gwałtownie, krew uderzyła mu do
+głowy i&nbsp;czerwonym płomieniem oczy zasłoniła.</p>
+
+<p>Ewelinka uśmiechała się zadowolona.
+Chciała doświadczyć czy „powłóczyste”<span class="pagenum"><a name="Strona_64" id="Strona_64">[Str. 64]</a></span>
+spojrzenie „działa” i&nbsp;przekonała się, że
+istotnie jest to dobry lep i&nbsp;niekosztujący
+zbyt wiele zachodu.</p>
+
+<p>Lecz podbudzona w&nbsp;swych doświadczeniach
+kokieteryjnych, pragnie dalej prowadzić
+rozpoczęte dzieło.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pan mnie unika, panie Wentzel&nbsp;&mdash;&nbsp;zaczyna
+znowu, grając dość fałszywie
+„nokturno”&nbsp;&mdash;&nbsp;pan mnie unika, o! ja to
+czuję!...</p>
+
+<p>Pan Wentzel nie śmie zaprzeczyć. Stoi
+jak słup soli, zaciskając konwulsyjnie pięści.
+W gardle czuje dławienie, usta mu
+drżą nerwowo.</p>
+
+<p>Tymczasem dziewczyna przechyla głowę
+i mrużąc lekko oczy, wpatruje się w&nbsp;swą
+ofiarę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pan odemnie ucieka, a&nbsp;ja cierpię!...</p>
+
+<p>„Nokturn” rozpływa się w&nbsp;przyciszonym
+akordzie. Ewelinka z&nbsp;wdziękiem opiera
+głowę o&nbsp;pulpit i&nbsp;pozostaje w&nbsp;tej pozie
+chwil kilka, żałując, że nie może widzieć
+samej siebie i&nbsp;ocenić w&nbsp;całej malowniczości
+sytuacyę, w&nbsp;której się znajduje.<span class="pagenum"><a name="Strona_65" id="Strona_65">[Str. 65]</a></span></p>
+
+<p>Pan Wentzel tymczasem mieni się na
+twarzy wszystkiemi kolorami tęczy.</p>
+
+<p>Boże mój! ona... przez niego cierpi,
+a on stoi jak wkuty w&nbsp;dywan, nie mając
+siły, aby powiedzieć słowo na swoje usprawiedliwienie!...</p>
+
+<p>Ewelinka obserwuje go z&nbsp;pod oka.</p>
+
+<p>Cieszy się serdecznie rozpaczą wyrytą
+na chudej twarzy chłopaka.</p>
+
+<p>Cierpi! mężczyzna cierpi z&nbsp;jej powodu!</p>
+
+<p>O radości!</p>
+
+<p>Nie wie jednak jak wybrnąć z&nbsp;tej sytuacyi.
+Czy, podawszy rękę, zmusić go do
+uklęknięcia, czy oddalić się, jak „senne
+zjawisko”, pozostawiając po sobie „szmer
+jedwabnej szaty”...</p>
+
+<p>Wybiera to drugie, odkładając tryumf
+zupełny na później i&nbsp;zerwawszy się z&nbsp;wdziękiem
+z taburetu, przebiega salon z&nbsp;szelestem
+świeżych spódniczek a&nbsp;odwróciwszy
+się na progu rzuca osłupiałemu Wentzlowi
+dwa słowa:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Do wieczora!...</p>
+
+<p>Lecz scena ta ma świadka w&nbsp;osobie
+matki-wdowy, która suwa się jak cień po<span class="pagenum"><a name="Strona_66" id="Strona_66">[Str. 66]</a></span>
+całem mieszkaniu, udając gorliwe wypełnianie
+swych obowiązków.</p>
+
+<p>Przed wrytym w&nbsp;ziemię Wentzlem zjawia
+się teraz nagle surowa, sztywna, pełna
+godności.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Co pan tu robisz, panie Wentzel?&nbsp;&mdash;&nbsp;pyta
+majestatycznie&nbsp;&mdash;&nbsp;proszę się nie zapominać!
+nie za-po-mi-nać!....</p>
+
+<p>I odwraca się, jakby z&nbsp;jednej sztuki wykuta,
+owijając nogi nieszczęsnego nauczyciela
+w fałdy swej długiej szaty.</p>
+
+<p>Pan Wentzel skłania się nizko i&nbsp;cofa się
+tyłem w&nbsp;stronę przedpokoju. Otwierając
+drzwi, słyszy brzęk szkła i&nbsp;odwróciwszy
+się, dostrzega Justysię, pokojówkę, strącającą
+szczotką pogruchotane kinkiety.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wszystko przez pana&nbsp;&mdash;&nbsp;mruczy pokojówka&nbsp;&mdash;&nbsp;szarpnąłeś
+pan drzwiami, że
+się we mnie wszystko zatrzęsło...</p>
+
+<p>Pan Wentzel na palcach sunie przez
+przedpokój.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czysto jak zmora, albo hałasuje, albo
+milczkiem lezie...</p>
+
+<p>Pan Wentzel przy drzwiach prowadzących
+na schody podnosi zasuwkę i&nbsp;ujmuje
+klamkę.<span class="pagenum"><a name="Strona_67" id="Strona_67">[Str. 67]</a></span></p>
+
+<p>Justysia oparta na szczotce, patrzy
+z pogardą na jego wytarty surducik i&nbsp;wązkie
+ramiona.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To ci mężczyzna!&nbsp;&mdash;&nbsp;szepcze, <a class="ins" href="#tnote_13" name="tAnchor_13" title="podciągając">pociągając</a>
+nosem.&nbsp;&mdash;&nbsp;Ni do Boga ni do
+ludzi...</p>
+
+<p>Pan Wentzel gorączkowo zaczyna zbiegać
+po schodach.</p>
+
+<p>Tymczasem w&nbsp;pokoju Ewelinki cicho
+odbywa się scena. Pani Szymczyńska
+uznaje za stosowne przestrzedz córkę
+przed niebezpieczeństwem, na jakie się
+naraża, pozostając sam na sam z&nbsp;mężczyzną.</p>
+
+<p>Lecz Ewelinka smaruje sobie nos
+kremem Simona i&nbsp;pogardliwie wzrusza
+ramionami.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Z&nbsp;jakim mężczyzną mnie widziałaś?&nbsp;&mdash;&nbsp;pyta,
+odymając usta.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Z&nbsp;panem Wentzlem!...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A!...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;No... zaprzeczysz temu, że nie byłaś
+z nim przed chwilą... w&nbsp;salonie&nbsp;&mdash;&nbsp;mówi,
+jąkając się matka, której zimna
+krew Ewelinki i&nbsp;jej wzgardliwe miny prawie<span class="pagenum"><a name="Strona_68" id="Strona_68">[Str. 68]</a></span>
+od chwili urodzenia córki imponują
+i pewność siebie odbierają.</p>
+
+<p>Ewelinka teraz pudrem Simona bieli
+się na potęgę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Byłam...&nbsp;&mdash;&nbsp;odpowiada wreszcie&nbsp;&mdash;&nbsp;byłam,
+ale taki p. Wentzel przecież się
+nie liczy...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przecież jest mężczyzną...</p>
+
+<p>Ewelinka spojrzała na matkę z&nbsp;litością.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mężczyzną?... to nędzna imitacya&nbsp;&mdash;&nbsp;nie
+żaden mężczyzna!...</p>
+
+<p>I poszła odwijać z&nbsp;cienkich obsłonek
+mydło Simona, mające własność „udelikatnienia
+naskórka”.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>„I ftobie jednym czała nasza nadzieja,
+synu najmilszy, com cię własnemi piersiami
+wy karmiła i&nbsp;sboleniem sercowem
+wyhodowała”...</p>
+
+<p>Pan Wentzel rękę przesunął po oczach,
+bo jakaś mgła wilgotna źrenice mu przysłaniać
+poczęła. Ten kawałek grubego,
+ordynarnego papieru, zakreślony krzywem<span class="pagenum"><a name="Strona_69" id="Strona_69">[Str. 69]</a></span>
+i niewprawnem pismem, szarpie mu duszę
+na kawałki.</p>
+
+<p>Odebrał przed chwilą z&nbsp;poczty ten list
+od matki, ubogiej sklepikarki w&nbsp;małej
+podgórskiej mieścinie, gdzie i&nbsp;on spędził
+swe dziecinne lata. Gdy listy przychodziły
+dawniej do domu pani Szymczyńskiej&nbsp;&mdash;&nbsp;„wyjątkowe”
+dzieci na dobrze
+bawiły się „koszlonami”, z&nbsp;jakich złożony
+był adres.</p>
+
+<p>Od pewnego więc czasu pan Wentzel
+odbiera listy matki z&nbsp;biura pocztowego
+i siada w&nbsp;małym ogródku, otaczającym
+gmach pocztowy, dla odczytania i&nbsp;odcyfrowania
+hieroglifów, z&nbsp;jakich się zwykle
+listy te składają.</p>
+
+<p>I teraz siedzi na wilgotnej ławce, tuż
+pod krzakiem bzu, który dopiero pączki
+wypuszczać zaczyna. Dokoła, kilka chudych
+drzewek wznosi swe bezlistne gałęzie,
+pies jakiś błąka się po trawnikach,
+grzebiąc łapami w&nbsp;czarnej ziemi, poprzecinanej
+wązkiemi paskami zieloności.</p>
+
+<p>W powietrzu unosi się ciepła wilgoć,
+która piersi smutkiem tłoczy i&nbsp;moc<span class="pagenum"><a name="Strona_70" id="Strona_70">[Str. 70]</a></span>
+wspomnień nasuwa. Pan Wentzel raz
+jeszcze powoli list przeczytał, poczem
+pochyliwszy na piersi głowę myśleć począł.</p>
+
+<p>W nim jednym cała nadzieja!</p>
+
+<p>Cała nadzieja tych dwojga starców
+zgiętych od pracy, nędzy i&nbsp;smutku! Jak
+w tęczę, tak patrzą w&nbsp;niego ci rodzice,
+którzy, odmawiając sobie kawałka mięsa,
+chwili spoczynku&nbsp;&mdash;&nbsp;do szkół go wysłali
+i teraz czekają plonów z&nbsp;tej mozolnej,
+ciężkiej pracy.</p>
+
+<p>On wie, on to czuje, że jemu ustawać
+w pracy niewolno, że wszystko, co znosi
+w domu pani Szymczyńskiej nadal
+znosić <a class="ins" href="#tnote_14" name="tAnchor_14" title="powien">powinien</a>, bo kąt, w&nbsp;którym stoi
+łóżko jego, ma dach nad głową, bo łyżka
+strawy, która mu nieraz przez ściśnięte
+gardło przejść nie może&nbsp;&mdash;&nbsp;trzyma go
+przy życiu&nbsp;&mdash;&nbsp;jego i&nbsp;tamtych dwoje!...</p>
+
+<p>I widzi ich w&nbsp;czarnej jamie sklepika
+pomiędzy workami kartofli, beczką nafty,
+pękami drzazg, widzi ich schylone postacie,
+słyszy kaszel ojca, stękanie matki;<span class="pagenum"><a name="Strona_71" id="Strona_71">[Str. 71]</a></span>
+woń stęchlizny i&nbsp;wilgoci owiewa do
+koła...</p>
+
+<p>Biedni! biedni starzy!...</p>
+
+<p>Lecz on? On sam, czyż nie cierpi, czyż
+te upokorzenia, te tortury, które codziennie
+z Julusiem i&nbsp;Maryanem przebywa,
+te noce spędzane bezsennie nad książką,
+te ranki, wśród których znużone ciało
+domaga się chwilki snu, te zaparcia się
+wszelkich uciech młodości, uśmiechów,
+swobodniejszej myśli!... czyż to się zliczyć
+daje?</p>
+
+<p>Zresztą, dość spojrzeć na niego, gdy
+tak siedzi nędzny i&nbsp;blady, w&nbsp;jasnych promieniach
+wiosennego słońca. Twarz ma
+żółtawą z&nbsp;zielonawym, prawie trupim na
+skroniach odcieniem, piersi wklęsłe, plecy
+wypukłe, nogi wychudłe.</p>
+
+<p>Jest brzydki, nędzny, śmieszny&nbsp;&mdash;&nbsp;wie
+o tem, czuje to i&nbsp;jest bardzo nieszczęśliwym.</p>
+
+<p>A jeszcze w&nbsp;dodatku serce mu bije
+gwałtownie i&nbsp;coś się przed nim majaczy,
+jakiś uśmiech dziewczyny, jakiś akord
+„nokturna” zasłyszanego przed chwilą...<span class="pagenum"><a name="Strona_72" id="Strona_72">[Str. 72]</a></span></p>
+
+<p>Wszystko to gnębi go i&nbsp;dręczy nad
+wyraz.</p>
+
+<p>Ciasna klatka piersiowa niemoże pomieścić
+tylu wrażeń, które razem z&nbsp;ciepłą
+wonią wiosenną do jego piersi się
+cisną.</p>
+
+<p>Coś go dławi w&nbsp;gardle, oddech mu
+tamuje. O! ta wiosna!... czyż ona istnieć
+powinna dla takich, jak pan Wentzel, nędzarzy?!...</p>
+
+<p>Pies, plączący się po trawniku, zbliżył
+się teraz do ławki i&nbsp;przed nogami Wentzla
+przesuwać się począł.</p>
+
+<p>Był tak jak i&nbsp;Wentzel nędzny, wychudły
+i oddychał ciężko.</p>
+
+<p>Chłopiec nachylił się nad zwierzęciem
+i brudne jego kudły delikatnie gładzić
+począł.</p>
+
+<p>Bezdomne zwierzę oparło łeb o&nbsp;kolana
+człowieka, wpatrzyło się w&nbsp;bladą twarz,
+pochyloną nad niem i&nbsp;nagle, przeciągle
+zawyło.</p>
+
+<p>Wówczas z&nbsp;ciemnych, smutnych oczów
+pana Wentzla stoczyły się dwie, wielkie
+łzy...</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_73" id="Strona_73">[Str. 73]</a></span></p>
+
+<p>Gdy „wyjątkowe” dzieci weszły do salonu
+wraz ze swoim nauczycielem, kilkanaście
+osób na wzór manekinów zapełniało
+fotele i&nbsp;kozetki. Był to jour fixe
+i pani Szymczyńska uważałaby sobie za
+straszne uchybienie, gdyby <a class="ins" href="#tnote_15" name="tAnchor_15" title="przynajmiej">przynajmniej</a>
+ze sześć brzydkich, jak noc, panien, takaż
+ilość wychudłych mężczyzn i&nbsp;odpowiednia
+liczba mam, nie wynudziła się wśród ścian
+jej salonu.</p>
+
+<p>Pan Wentzel wprowadzał zwykle swych
+uczniów, drżąc na myśl wystawienia na
+światło licznych kandelabrów, wyplamionego
+tużurka i&nbsp;gumowych kołnierzyków.</p>
+
+<p>Była to dla niego najcięższa chwila
+w całym tygodniu.</p>
+
+<p>Zwykle Maryan i&nbsp;Julusiek, ukłoniwszy
+się gościom, zwracali się z&nbsp;dowcipnemi
+uwagami w&nbsp;stronę swego kozła ofiarnego.</p>
+
+<p>Lecz dziś pan Wentzel był stokroć więcej
+zmieszany niż zwykle. List matki,
+poranne przejście z&nbsp;panią domu a&nbsp;wreszcie<span class="pagenum"><a name="Strona_74" id="Strona_74">[Str. 74]</a></span>
+scena z&nbsp;Ewelinką&nbsp;&mdash;&nbsp;odbierały mu resztę
+przytomności.</p>
+
+<p>Ewelinka w&nbsp;gronie panien rozpoczęła
+właśnie zajmującą rozmowę o&nbsp;emancypacyi
+kobiet, pragnąc ją oprzeć na całkiem
+nowym gruncie, bo na darwinowskiej
+przemianie gatunków. Ewelinka lubiła
+popisywać się ze swą „głęboką wiedzą”,
+nie zaniedbując przytem powłóczystych
+spojrzeń.</p>
+
+<p>Wypróbowała je rano na panu Wentzlu,
+była więc pewną swego i&nbsp;gradem ognistych
+spojrzeń obsypywała młodziuchnego
+blondynka, który jak wiśnia rumienił się
+i obrywał guziki u&nbsp;rękawiczek. Pan Wentzel,
+wciśnięty w&nbsp;kąt, stał, opierając się
+plecami o&nbsp;ścianę.</p>
+
+<p>Po nad nim, płonęły świece kinkietu
+i oblewały go złotawym blaskiem i&nbsp;kroplami
+stearyny. Maryan zajął jedno z&nbsp;lepszych
+miejsc, tuż obok dobrze wydekoltowanej
+mężatki i&nbsp;włożywszy ręce w&nbsp;kieszenie,
+patrzył i&nbsp;usta wydymał.</p>
+
+<p>Julusiek zatrzymał się chwilę przed panem
+Wentzlem.<span class="pagenum"><a name="Strona_75" id="Strona_75">[Str. 75]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cóż pan tak tkwi koło ściany?&nbsp;&mdash;&nbsp;Niemoże
+pan usiąść?...</p>
+
+<p>Pan Wentzel obejrzał się za fotelem,
+czując, że parę osób zwraca na niego
+uwagę.</p>
+
+<p>W pobliżu właśnie stał wspaniały fotel
+obrzucony makatą.</p>
+
+<p>Pan Wentzel osunął się na niego machinalnie.</p>
+
+<p>Julusiek wzruszył ramionami.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Na fotelu?&nbsp;&mdash;&nbsp;zaskrzeczał, podskakując
+na jednej nodze&nbsp;&mdash;&nbsp;jak jaki obywatel?...
+niemożesz pan na krześle?...</p>
+
+<p>Osoby siedzące bliżej zaczęły się
+uśmiechać.</p>
+
+<p>Julusiek uczuł, że odnosi sukces i&nbsp;podniósł
+głowę z&nbsp;prawdziwym tryumfem.</p>
+
+<p>Pan Wentzel zacisnął usta i&nbsp;nie śmiał
+oczów oderwać od ziemi.</p>
+
+<p>Wniesiono herbatę.</p>
+
+<p>Julusiek porwał z&nbsp;tacy filiżankę i&nbsp;zbliżył
+się z&nbsp;nią do nauczyciela.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Napij się pan herbaty!&nbsp;&mdash;&nbsp;mówił,
+pakując się na kolana Wentzlowi&nbsp;&mdash;&nbsp;wyglądasz<span class="pagenum"><a name="Strona_76" id="Strona_76">[Str. 76]</a></span>
+pan jak śmierć angielska... pij
+pan...</p>
+
+<p>I potrącił filiżankę, wylewając gorący
+płyn na ręce i&nbsp;tużurek Wentzla.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Potem powiedzą, żeś się pan u&nbsp;nas
+zagłodził...&nbsp;&mdash;&nbsp;dodał, wykrzywiając się jak
+stary pajac.</p>
+
+<p>Pan Wentzel ujął filiżankę i&nbsp;oglądał się
+za łyżeczką.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czego pan szuka?...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Łyżeczki!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;to po co?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zamieszać!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;niemożesz pan palcem?...</p>
+
+<p>I zlazłszy z&nbsp;kolan nauczyciela, „wyjątkowe”
+dziecię zmieszało się z&nbsp;tłumem
+gości, depcząc po jedwabnych trenach
+dam i&nbsp;lakierkach mężczyzn.</p>
+
+<p>Pan Wentzel pozostał w&nbsp;swoim kąciku
+z filiżanką herbaty w&nbsp;ręku.</p>
+
+<p>Przed nim jakaś tęga brunetka prezentowała
+swą pełną szyję w&nbsp;oświetleniu
+płynącem z&nbsp;góry. Jej obnażone ramiona,
+fałda ciała na karku, fałda pełna tajemniczego<span class="pagenum"><a name="Strona_77" id="Strona_77">[Str. 77]</a></span>
+cienia, mieszała pana Wentzla
+i napełniała jakąś bojaźnią. Sam nędzny
+i chudy lękał się dobrze rozwiniętego kobiecego
+ciała.</p>
+
+<p>Zapach, wydzielający się z&nbsp;sukien brunetki,
+odurzał go do reszty.</p>
+
+<p>Przytem głos Ewelinki, donośny, trochę
+nosowy, jej śmiech nerwowy, nadto
+dobrze „ułożonej” panny, wstrząsał mu
+serce.</p>
+
+<p>Uczuł się blizkim zemdlenia.</p>
+
+<p>Nagle, z&nbsp;tego pół snu zbudził go skrzeczący
+głos Juluśka.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czyś się pan kiedy kochał?</p>
+
+<p>To wyjątkowe chłopię w&nbsp;ten sposób
+interpelowało rumianego blondynka, siedzącego
+obok Ewelinki. Mimowoli, rozmowy
+ucichły. Julusiek miał własność
+śmieszenia całego towarzystwa, oczekiwano
+więc na coś bardzo dowcipnego.</p>
+
+<p>Malec uczuł się panem sytuacyi.</p>
+
+<p>Potrząsnął żółtą czupryną i&nbsp;rozstawił
+szeroko nogi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;No! powiedz pan, czyś już się kochał?...<span class="pagenum"><a name="Strona_78" id="Strona_78">[Str. 78]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie...&nbsp;&mdash;&nbsp;wybąknął blondynek&nbsp;&mdash;&nbsp;jestem
+jeszcze zamłody...</p>
+
+<p>Julusiek szeroko otworzył oczy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Phi!...&nbsp;&mdash;&nbsp;skrzeknął&nbsp;&mdash;&nbsp;a&nbsp;pan Wentzel
+młodszy od pana a&nbsp;już się kocha...</p>
+
+<p>Wszystkie oczy zwróciły się teraz ku
+nauczycielowi, który otworzył usta, jakby
+chcąc coś powiedzieć, lecz głosu mu
+zabrakło.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jabym panu powiedział w&nbsp;kim&nbsp;&mdash;&nbsp;ciągnął
+dalej Julusiek&nbsp;&mdash;&nbsp;ale uprzedzam
+pana, że oni mnie zaraz za drzwi wyrzucą,
+bo ja prawdę powiem! O! Jewelinka
+i pan Wentzel, to się mają ku sobie...</p>
+
+<p>Purpurą oblała się twarz Ewelinki.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Panie Wentzel!&nbsp;&mdash;&nbsp;zawołała, drżąc
+cała ze złości&nbsp;&mdash;&nbsp;proszę Julka wyprowadzić
+i zamknąć się z&nbsp;nim w&nbsp;dziecinnym
+pokoju...</p>
+
+<p>Pan Wentzel podniósł się, czepiając
+poręczy fotela.</p>
+
+<p>Żyły mu na skroniach nabiegły, wyglądał
+jak pijany.<span class="pagenum"><a name="Strona_79" id="Strona_79">[Str. 79]</a></span></p>
+
+<p>Chciał podejść do Juluśka, lecz malec
+szedł już ku drzwiom, <a class="ins" href="#tnote_16" name="tAnchor_16" title="dumy">dumny</a>, zadowolony
+z uczynionego wrażenia, mrucząc
+ciągle:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;co? Niemówiłem, że gdy powiem
+prawdę, to mnie za drzwi wyrzucą?!</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>W dziecinnym pokoju pali się niewielka
+lampa, przysłonięta zielonym abażurem.
+Julusiek i&nbsp;Maryan zdaje się śpią
+spokojnie w&nbsp;swych łóżkach, ponakrywani
+stosem kołder i&nbsp;kołderek.</p>
+
+<p>Koło stołu siedzi pan Wentzel, kurcząc
+pod krzesło nogi w&nbsp;zaplamionych atramentem
+skarpetkach. Przed nim leżą
+nożyczki, gruba igła, motek nici i&nbsp;kilka
+guzików. Pan Wentzel zabrał się do łatania
+swej codziennej kurtki i&nbsp;jakoś mu
+idzie niesporo. Kłuje się w&nbsp;palce, ściegi
+daje monstrualnych rozmiarów. Miał zamiar
+sprawić sobie nową kurtkę na wiosnę,
+ale namyślił się&nbsp;&mdash;&nbsp;zrobi inaczej.<span class="pagenum"><a name="Strona_80" id="Strona_80">[Str. 80]</a></span>
+Pieniądze te pośle rodzicom, właśnie matka
+pisała, że sklepik nic nie przynosi, ojciec
+coraz słabszy...</p>
+
+<p>Pan Wentzel matce odpisał, guldeny
+w list włożył i&nbsp;teraz, szyjąc, spogląda
+z rozrzewnieniem na kopertę, która za
+dni parę w&nbsp;zczerniałych od pracy rękach
+matki będzie.</p>
+
+<p>I wśród tej ciszy nocnej, w&nbsp;wyobraźni
+swej widzi pomarszczoną twarz ojca, wybladłe
+lica matki, którzy z&nbsp;radością nad
+listem się pochylą i&nbsp;sylabizować literę
+po literze będą.</p>
+
+<p>Biedni! biedni starzy!...</p>
+
+<p>Pan Wentzel prawie uśmiechać się zaczyna.
+Na chwilę zapomina o&nbsp;swej nędzy,
+ciesząc się, że radość innym sprawia.</p>
+
+<p>Nagle, jakby na komendę, z&nbsp;dziecinnych
+łóżek podnoszą się dwie rozczochrane
+głowy i&nbsp;rozlega się wrzask, od
+którego pan Wentzel drżeć i&nbsp;blednąć poczyna.<span class="pagenum"><a name="Strona_81" id="Strona_81">[Str. 81]</a></span></p>
+
+<div class="poem"><div class="stanza">
+<span class="i0">„Hopsatynder Madaliński<br /></span>
+<span class="i0">Fiuta! z&nbsp;kopyta.<br /></span>
+<span class="i0">Szara ciach, ciach!.. tańczy sobie<br /></span>
+<span class="i0">Z Barabaszem mazura!<br /></span>
+<span class="i0">Ej kolęda!... kolęda!...”<br /></span>
+</div></div>
+
+
+
+<hr class="chapter" />
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_82" id="Strona_82">[Str. 82]</a></span></p>
+<h2><a name="IV" id="IV"></a>IV.</h2>
+
+<h2>Kundel.</h2>
+
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cóż u&nbsp;dyabła starego? Dlaczegóż nie
+mam i&nbsp;ja zrobić karyery?&nbsp;&mdash;&nbsp;zawołała
+Resia, ciskając obszarpaną książkę na
+ziemię.</p>
+
+<p>Zerwała się z&nbsp;obdartej sofy a&nbsp;pociągnąwszy
+falbaną szlafroka kawał sprężyny
+i pęk siana, poskoczyła ku oknu.</p>
+
+<p>Ładnie tam było na dworze, choć trochę
+jeszcze chłodno. Resia nieuczesaną
+głowę wytknęła przez okno a&nbsp;wiatr wiosenny
+rozwiewał jej kręte, czarne włosy.
+Ona od czasu do czasu dmucha silnie,
+chcąc odpędzić natrętne kosmyki, które
+kręciły się koło jej wybladłych warg lub
+czepiały się długich rzęs i&nbsp;wzrok zasłaniały.<span class="pagenum"><a name="Strona_83" id="Strona_83">[Str. 83]</a></span></p>
+
+<p>Była to jeszcze młoda dziewczyna, pysznie
+zbudowana, brudna i&nbsp;pokryta piegami.
+Stanowiła najwytworniejszy okaz wesołych
+cór miasta&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;odznaczała się
+szczytną głupotą, dobrem sercem i&nbsp;zamiłowaniem
+do pieczonej gęsi.</p>
+
+<p>Lubiła przytem pieniądze (była żydówką),
+nowe buciki, karmelki i&nbsp;zwykle w&nbsp;zimie,
+o szarej godzinie, piekła sobie na
+trzech patyczkach jabłka, kiwając się
+i mrucząc jakąś monotonną piosenkę.
+Umiała czytać, lecz za to nie umiała pisać,
+jadła chleb ze szmalcem na obiad
+a potem, nie umywszy rąk, nacierała się
+„chyprem”.</p>
+
+<p>Paliła papierosy i&nbsp;czesała się raz na tydzień,
+była antisemitką w&nbsp;całem słowa
+znaczeniu a&nbsp;na kwestyę emancypacyi kobiet
+nie zapatrywała się wcale.</p>
+
+<p>Dnie całe leżała na swej sofie, paląc
+papierosy, dopiero z&nbsp;nadejściem zmroku
+budziła się ze swej bezczynności.</p>
+
+<p>Wstawała wtedy, mrucząc i&nbsp;plując po
+kątach i&nbsp;szczoteczką od zębów czyściła<span class="pagenum"><a name="Strona_84" id="Strona_84">[Str. 84]</a></span>
+buciki a&nbsp;bieliła twarz kredą w&nbsp;braku pudru.
+Potem&nbsp;&mdash;&nbsp;usiadłszy przy oknie, czekała
+na... Kundla.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>Kundel ten był obecnie jej wielką miłością.
+Był to mały, potwornej brzydoty
+chłopak, syn jednego ze znaczniejszych
+urzędników miasta. Przysłowiowo brzydki,
+był dziwnym okazem jakiejś brutalnej
+zuchwałości i&nbsp;bezczelnej arogancyi, któremi
+w domowem zaciszu uzyskał słodkie
+miano... Kundla. Wielka jego głowa, pokryta
+rozwichrzoną, olbrzymią czupryną,
+miała kształt prawie czworograniasty; wyraz
+małych oczek i&nbsp;ust wydętych, obrosłych
+sterczącym, rudawym włosem, znamionował
+upór, przewrotny spryt i&nbsp;jakieś
+niczem nieukrócone zuchwalstwo. Trzymał
+zwykle ręce w&nbsp;kieszeniach od spodni
+i nosił małoruskie koszule, najczęściej rozpięte
+na piersiach. Mówił powoli, zacinając
+się na syczących spółgłoskach i&nbsp;miał
+zupełnie odrębny sposób wyrażania się,
+który trwogą przejmował słuchaczów.<span class="pagenum"><a name="Strona_85" id="Strona_85">[Str. 85]</a></span></p>
+
+<p>W domu był postrachem matki i&nbsp;sióstr,
+dwóch młodych dziewczynek słodkich i&nbsp;nieśmiałych,
+tulących się do kątów, gdy
+Kundel&nbsp;&mdash;&nbsp;podczas nieobecności ojca&nbsp;&mdash;&nbsp;zjawiał
+się w&nbsp;salonie lub jadalni. Matka
+sama podnosiła ku niemu błagalnie oczy,
+w których nierzadko przewijała się łza..</p>
+
+<p>Lecz Kundel urągał wszystkiemu. Mówił
+że jest „wyższy nad świat cały” i&nbsp;rozwalając
+się na kanapie przetrawiał, ziewając,
+resztę nocnych pochulanek i&nbsp;pochłoniętego
+piwa. Zrodzony z&nbsp;rodziców szczytnie
+„b&uuml;rgerskich”&nbsp;&mdash;&nbsp;według jego słów
+własnych, niewiadomo zkąd rozwinął w&nbsp;sobie
+naturę nocnego włóczęgi i&nbsp;junakieryę
+bursza. Całe dnie włóczył się w&nbsp;przydeptanych
+pantoflach po czyściuchnych pokojach,
+wytrząsając popiół z&nbsp;fajki na dywany
+lub fotele. Gdy mu ktokolwiek zrobił jaką
+uwagę, odpowiadał chrapliwym głosem:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Odsuń się, bo cię psom oddam na
+pożarcie a&nbsp;krwią twoją drzwi mego przedpokoju
+pomalować każę!</p>
+
+<p>Miał lat dwadzieścia i&nbsp;skończył dwie
+klasy. Nie było siły ludzkiej, któraby go<span class="pagenum"><a name="Strona_86" id="Strona_86">[Str. 86]</a></span>
+skłoniła do powrotu do szkół. Uczył się
+„prywatnie”&nbsp;&mdash;&nbsp;doprowadzając zwykle nauczycieli
+do rozpaczy, lub do dzielenia
+z nim nocnej rozpusty.</p>
+
+<p>Życie nie miało dlań już żadnych tajemnic,
+zakosztował wszystkiego i&nbsp;od lat pięciu
+czepiał się spódnic kobiecych, pełen
+przewrotnej żądzy, z&nbsp;której sobie doskonałą
+zdawał sprawę.</p>
+
+<p>Doszedłszy do lat piętnastu, był przeżytym
+i znudzonym starcem, gdy wracał
+do domu nad ranem, twarz jego miała
+odcień ziemisty a&nbsp;oczy czerwone i&nbsp;spuchłe.</p>
+
+<p>Ręce mu drżały, kąciki ust miał wiecznie
+zaślinione. Gdy siadał do obiadu, nieumyty,
+nieuczesany i&nbsp;wyciągał trzęsące się
+palce po wino lub cytrynę, cieszył się widocznie
+z nerwowego drżenia, które mu
+ramię targało.</p>
+
+<p><a class="ins" href="#tnote_17" name="tAnchor_17" title="&mdash;&nbsp;Łapcie mi się trzęsą! co&nbsp;&mdash;&nbsp;pytał,">&mdash;&nbsp;Łapcie mi się trzęsą! co?&nbsp;&mdash;&nbsp;pytał,</a>
+spoglądając tryumfalnie po obecnych, którzy,
+wzruszając ramionami, zdawali się
+zapominać o&nbsp;jego obecności.</p>
+
+<p>Przyzwyczajono się bowiem w&nbsp;domu
+do tego Kundla&nbsp;&mdash;&nbsp;na wpół pijanego,<span class="pagenum"><a name="Strona_87" id="Strona_87">[Str. 87]</a></span>
+uważającego jadalnię rodziców za przedłużenie
+lokalu knajpowego. Jeden tylko
+ojciec umiał poskromić tę ohydną zuchwałość.
+Przy nim Kundel zapinał na piersiach
+koszulę, schodził do obiadu o&nbsp;właściwej
+porze i&nbsp;zamieniał tradycyonalne
+pantofle na głębokie kalosze. Gdy spodziewano
+się gości, Kundel obcinał paznogcie
+u lewej ręki i&nbsp;usiłował zaprowadzić
+porządek we włosach. Był to rozkaz ojca,
+rozkaz wypowiedziany dobitnie, urywanym
+suchym głosem.</p>
+
+<p>Głos ten oddziaływał na chłopca przynajmniej
+drobiazgowo i&nbsp;pozornie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Stary ma fajgle, trzeba go nabrać!</p>
+
+<p>A „nabierania” tego, więcej aniżeli
+zwykłej zuchwałości bała się szczególniej
+matka.</p>
+
+<p>Kundel bowiem, znając słabą stronę
+ojca, gdy zbyt wiele narobił długów i&nbsp;za
+często był proszony do cyrkułu&nbsp;&mdash;&nbsp;stawał
+się nagle melancholijny i&nbsp;uczuwał potrzebę
+poprawy. Pragnął wtedy czystej bielizny,
+mydła, książek naukowych i&nbsp;trochę
+szacunku ludzkiego.<span class="pagenum"><a name="Strona_88" id="Strona_88">[Str. 88]</a></span></p>
+
+<p>Wchodził do pokoju ojca na palcach,
+ucierał nos chustką, sługom pozwalał
+przejść spokojnie a&nbsp;siostry głaskał po głowach,
+nazywając je pieszczotliwie „małpiszonami”.</p>
+
+<p>Dozwalał sprzątać w&nbsp;swoim pokoju
+i przewracać materace na drugą stronę,
+fajkę ostentacyjnie zawieszał na gwoździku
+i palił damskie papierosy, mówił cieniuchnym
+głosem, dobierając słów a&nbsp;oglądając
+lampę, deklarował, że „już się
+wszystko skończyło i&nbsp;on, Dyńdzio, zabiera
+się do pracy...”</p>
+
+<p>Ojciec zwykle, z&nbsp;początku, sceptycznym
+wzrokiem śledził zmianę w&nbsp;postępowaniu
+syna. Powoli jednak dawał się łudzić nadziei.
+Kto wie&nbsp;&mdash;&nbsp;może wreszcie coś się
+zbudziło w&nbsp;tej głowie mózgu pozbawionej,
+w tem sercu zda się zatopionem w&nbsp;kale
+rozpustnych uciech.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Patrz, duszko&nbsp;&mdash;&nbsp;mówił do żony, która
+z robótką w&nbsp;ręku dozorowała zabawy
+dwóch dziewczynek,&nbsp;&mdash;&nbsp;ot zdaje się, że
+tam na górze jakiś porządek panować zaczyna...<span class="pagenum"><a name="Strona_89" id="Strona_89">[Str. 89]</a></span></p>
+
+<p>Dyńdzio zajmował dwie facyatki położone
+na drugiem piętrze, i&nbsp;domowi, chcąc
+unikać wymówienia imienia najstarszego
+z rodu, nazywali locum Kundla „górą”.</p>
+
+<p>Matka jednak wzruszała ramionami.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pewnie coś nabroił lub chce coś
+uzyskać&nbsp;&mdash;&nbsp;mówiła smutnym głosem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;No!... kto wie! kto wie!&nbsp;&mdash;&nbsp;protestował
+ojciec,&nbsp;&mdash;&nbsp;może się wreszcie upamięta
+i przestanie zatruwać nam życie.</p>
+
+<p>Matce łzy stawały w&nbsp;oczach.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Daj Boże!&nbsp;&mdash;&nbsp;odpowiadała wzdychając.</p>
+
+<p>Lecz nie łudziła się wcale.</p>
+
+<p>Wiedziała co znaczy to „upamiętanie”.
+Wszakże i&nbsp;ona niejednokrotnie została
+w ten sposób przez syna zwiedziona. Nawskróś
+religijna, mająca w&nbsp;sobie ślepą
+wiarę i&nbsp;poszanowanie praktyk religijnych,
+konfesyonałem, kazaniem chciała wpłynąć
+na rozhukanego chłopca. Kundel odrazu
+zrozumiał, że z&nbsp;tej naiwnej i&nbsp;pełnej
+adoracyi duszy&nbsp;&mdash;&nbsp;może wyciągnąć dla
+siebie korzyści.<span class="pagenum"><a name="Strona_90" id="Strona_90">[Str. 90]</a></span></p>
+
+<p>I powoli wprowadził system dziwny
+a przyjęty przez matkę, która w&nbsp;żarliwości
+swojej stała się źródłem wyzysku.</p>
+
+<p>Każdą wysłuchaną mszę, każdą spowiedź,
+otrzymane rozgrzeszenie, odprawioną
+pokutę, każdą bytność na kazaniu&nbsp;&mdash;&nbsp;opłacała
+pewną umówioną kwotą pieniędzy.</p>
+
+<p>Gdy Kundel zanurzył swój rozczochrany
+łeb w&nbsp;cienie konfesyonału, biedna
+kobieta padała na kolana, modląc się żarliwie
+o „oświecenie nieszczęśliwego”.</p>
+
+<p>Lecz ten „nieszczęśliwy”, plotąc księdzu
+niestworzone brednie, wyjawiając wątpliwości,
+od których włosy spowiednikowi
+stawały po prostu na głowie, obliczał
+w myśli, ile to nocy bezsennych za otrzymane
+od matki pieniądze w&nbsp;murach knajpy
+przepędzi.</p>
+
+<p>I długo włóczył się tak po kościołach,
+będąc postrachem księży, którzy zobaczywszy
+przystępującego do kratek Kundla,
+czuli krew bijącą im do głowy. Na
+mszach porannych widzieć go można było
+drzemiącego obok rozmodlonej matki z<span class="pagenum"><a name="Strona_91" id="Strona_91">[Str. 91]</a></span>
+oczyma zaczerwienionemi jak u&nbsp;królika,
+z rękami brudnemi i&nbsp;koszulą pomiętą.</p>
+
+<p>Czasem, wpadłszy w&nbsp;dobry humor, „fiksował”
+jaką „zamodloną” dewotkę, lub gasił
+świece defilującemu bractwu.</p>
+
+<p>Wreszcie matka zrozumiała, że każda
+spowiedź Kundla, każda msza jest tylko
+dla chłopca źródłem wyzysku a&nbsp;pieniądze
+otrzymywane dają mu możność do pogrążania
+się w&nbsp;coraz większej rozpuście. Zamknęła
+kieszeń i&nbsp;od tej chwili, gdy Kundel
+zapowiadał poprawę, wiedziała czego
+się trzymać w&nbsp;takich razach.</p>
+
+<p>Ojciec łudził się jeszcze. Gdy Dyńdzio
+z wielką pompą wchodził do jego kancelaryi
+i zabierał librę papieru, kilka piór
+i pakę bibuły, ojciec pytał go, w&nbsp;jakim
+celu bierze te foliały.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Idę pracować&nbsp;&mdash;&nbsp;będę robić notatki
+z „Naukowych podstaw krytyki literackiej”
+Hennequina, lub ocenię którą z&nbsp;tragedyj
+Sofoklesa&nbsp;&mdash;&nbsp;odpowiadał Kundel, stawiając
+ostrożnie nogi obute w&nbsp;stare kalosze,
+które jak dwie plamy rozlewały się na jasnem
+tle dywanu.<span class="pagenum"><a name="Strona_92" id="Strona_92">[Str. 92]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Sofoklesa?&nbsp;&mdash;&nbsp;pytał ojciec.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Hm!... tak, jeśli będą tego warte.
+Nie wiem jeszcze. Być może, iż sam coś
+napiszę, bo coś mi się w&nbsp;głowie... kiełbasi!
+Zresztą, pracować będę do rana. Dobranoc
+ojcu!</p>
+
+<p>I wychodził powłócząc nogami, a&nbsp;zamknąwszy
+drzwi za sobą, uśmiechał się złośliwie:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Stary jest wzięty... pojutrze można
+się lansować&nbsp;&mdash;&nbsp;a&nbsp;beknie i&nbsp;to dobrze!</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>Lecz Kundel miał także w&nbsp;głębi duszy
+swojej kącik poetyczny, w&nbsp;którym rosła
+błękitna niezabudka sentymentalizmu.
+Kundel był kochliwy i&nbsp;jak wszyscy
+„przeżyci”&nbsp;&mdash;&nbsp;w&nbsp;miłościach swoich dążył
+do ideału. Ideał to był zupełnie odrębny
+od ideału Danta i&nbsp;Petrarki, lecz mimo to
+nie przestał być ideałem, w&nbsp;którym Dyńdzio
+czerpał natchnienie i&nbsp;siłę do życia.
+Dyńdzio cieszył się takim wstrętem mieszkanek
+miasteczka, że dość było dla kobiety<span class="pagenum"><a name="Strona_93" id="Strona_93">[Str. 93]</a></span>
+ujrzeć na ulicy Kundla, aby mieć
+humor popsuty na dzień cały.</p>
+
+<p>Kundel nie martwił się tem wcale.
+Nienawidził kobiet dobrze ubranych i&nbsp;jako
+tako wychowanych. W&nbsp;knajpie, po opiciu
+się odpowiednią ilością piwa&nbsp;&mdash;&nbsp;brutalnie
+zdzierał z&nbsp;każdej „damy” kryjące obsłony
+i z&nbsp;cynizmem najwyższym obrzucał ją wyrazami
+pogardy i&nbsp;szyderstwa. Dla niego
+istniała tylko „natura” w&nbsp;postaci rozczochranych
+dziewczyn, którym jego małoruska
+haftowana koszula imponowała
+a plugawy żargon przypominał ciemne
+zaułki, wśród jakich młodość spędziły.</p>
+
+<p>Do takich więc „ideałów” Dyńdzio pisywał
+ody, maczając palec w&nbsp;piwie i&nbsp;kreśląc
+słowa na marmurze stołu. Gdy blady
+świt kładł im wszystkim na czoła zielonawe,
+trupie tony&nbsp;&mdash;&nbsp;Kundel deklamował:</p>
+
+<div class="poem"><div class="stanza">
+<span class="i0">Niekiedy blada Wenus z&nbsp;mdławym blaskiem w&nbsp;oku<br /></span>
+<span class="i0">Schodzi tu na ziemię w&nbsp;latarnianym zmroku.<br /></span>
+</div></div>
+
+<p>Dziewczyny zanosiły się od śmiechu.</p>
+
+<p>Ten Kundel! a&nbsp;niechże go! a&nbsp;to je
+wyzywał. Lecz on przygasłemi oczami<span class="pagenum"><a name="Strona_94" id="Strona_94">[Str. 94]</a></span>
+spoglądał na nie, jakby ze smutkiem i&nbsp;sącząc
+z kufla resztki piwa, bełkotał:</p>
+
+<div class="poem"><div class="stanza">
+<span class="i0">I uniesioną suknię wpół rozmyślnie szasta,<br /></span>
+<span class="i0">Ukazując światu brudnych pończoch parę...<br /></span>
+</div></div>
+
+<p>Zwykle Dyńdzio kochał którąkolwiek
+z tych dziewczyn, kochał po swojemu, tyranizując
+i maltretując bez litości. Gdy
+przyszła kolej na Resię, Kundel odmienił
+swój system postępowania. Resia przypadła
+mu do gustu i&nbsp;cygańska natura kobiety
+zlała się wybornie z&nbsp;brutalnem usposobieniem
+chłopca. Podbita jego trywialną
+a chwilami znów sentymentalną namiętnością,
+Resia zachwycała się Dyńdziem i&nbsp;dozwalała
+mu na wszelkie wybryki.</p>
+
+<p>Były chwile, w&nbsp;których Kundel nazywał
+Resię „nikczemną żydówką”&nbsp;&mdash;&nbsp;po to,
+aby po kwadransie nadawać jej miano
+Fryny i&nbsp;wycinać z&nbsp;jej wykoszlawionych
+bucików greckie sandały. Poczem mówił
+jej wiele o&nbsp;potrzebie kształcenia umysłu
+i obiecywał dać jej nauczyciela angielskiego,
+gimnastyki i&nbsp;gry na cytrze. Najczęściej
+następowała później mała nauczka<span class="pagenum"><a name="Strona_95" id="Strona_95">[Str. 95]</a></span>
+moralna, w&nbsp;której „Kundel” wykładał
+zdziwionej i&nbsp;drapiącej się w&nbsp;łydkę Resi,
+że są pewne warunki, z&nbsp;któremi szanująca
+swą godność kobieta liczyć się powinna
+a właśnie ona zdaje się urągać społeczeństwu
+i w&nbsp;skutek tego może doznać
+w przyszłości zmartwień i&nbsp;upokorzeń. On,
+Dyńdzio&nbsp;&mdash;&nbsp;jest wprawdzie wolny od przesądów
+i bez kwestyi „szanuje” w&nbsp;niej kobietę,
+ale właśnie dla tego pragnie, aby
+cały świat ją szanował. Gdy Resia opornie
+przyjmowała podobne słowa i&nbsp;w trakcie
+podobnej perory oddawała się sportowi
+dłubania szpilką w&nbsp;uchu, Kundel dla
+poparcia swych argumentów uderzał ją
+pięścią w&nbsp;głowę, co wywoływało oczekiwany
+skutek.</p>
+
+<p>Kundel obdarzał Resię prezentami i&nbsp;od
+czasu do czasu znosił do mieszkania
+swej ulubionej najdziwaczniejsze przedmioty
+pochwytane na kredyt po sklepach,
+w których przez wzgląd na rodziców kupcy
+nie śmieli Dyńdziowi czegokolwiek odmówić.
+W ten sposób Resia posiadała siedem
+par szelek, cztery pary kaloszy, trzy<span class="pagenum"><a name="Strona_96" id="Strona_96">[Str. 96]</a></span>
+spluwaczki, cztery brzytwy, jedenaście
+pędzli do rozrabiania mydła i&nbsp;olbrzymi
+teleskop. Żywiła się przeważnie sardynkami,
+rodzynkami, paloną kawą, pieprzem
+tureckim i&nbsp;musztardą. Nauczyła się palić
+papierosy a&nbsp;nawet żuła tytoń jak stary
+turkos.</p>
+
+<p>Tego rodzaju wspaniałe „utrzymanie”
+zaczęło jednak powoli niewystarczać Resi.
+Kundel imponował jej ciągle&nbsp;&mdash;&nbsp;zapewne&nbsp;&mdash;&nbsp;a&nbsp;
+nawet teraz kiedy wymyślał światłocienie
+i opowiadał, że użyje ją do „plein-air'u”,
+od którego świat „zdesenieje”,
+Resia zapominała o&nbsp;pieczeniu jabłek i&nbsp;cała
+zasłuchana kucała u&nbsp;kolan Dyńdzia wyciągniętego
+niedbale na koszlawem krzesełku.
+Ale... Dyńdzio od pewnego czasu
+przynosił już same słoiki musztardy,
+a w&nbsp;dzień urodzin Resi obdarzył ją męzkiem
+siodłem, więc dziewczyna powoli zaczynała
+się niecierpliwić. W&nbsp;dodatku Dyńdzio,
+w celu rozświetlenia umysłu swej
+Fryne i&nbsp;uczynienia z&nbsp;niej Lais miasta&nbsp;&mdash;&nbsp;przynosił
+znudzonej dziewczynie tłomaczenia
+rozmaitych francuzkich romansów,<span class="pagenum"><a name="Strona_97" id="Strona_97">[Str. 97]</a></span>
+w których imaginacya autorów wraz z&nbsp;potwornością
+fabuły walczyła o&nbsp;lepsze. Resia
+czytała te opisy wonnych buduarów
+wypikowanych atłasem, tonących w&nbsp;półcieniu
+sypialni, nocnych lamp kryształowych
+migocących w&nbsp;przestrzeni.</p>
+
+<p>Dyńdzio dopełniał reszty. Wieczorem
+puszczał wodze swej sentymentalności
+i tak we dwoje wśród brudu, porozlewanej
+wody, połamanych grzebieni i&nbsp;dziurawych
+krzeseł, galopowali myślą w&nbsp;sferę woni,
+połysku jedwabiu i&nbsp;bladych barw abażurów.</p>
+
+<p>Wreszcie doszło do takiego naprężenia
+sytuacyi, iż Resia, zjadłszy dwa słoiki musztardy
+i trzy stare bułki, włożywszy spódnicę
+praną przed pięcioma miesiącami&nbsp;&mdash;&nbsp;zeskoczyła
+z sofy i&nbsp;stanąwszy w&nbsp;lufciku
+powiedziała z&nbsp;mocą:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Muszę zrobić karyerę!...</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>Kiedy te słowa posłyszał wieczorem,
+Kundel roztworzył szeroko oczy i&nbsp;wydął
+wargi.<span class="pagenum"><a name="Strona_98" id="Strona_98">[Str. 98]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tego ci się zachciewa?&nbsp;&mdash;&nbsp;zapytał.</p>
+
+<p>Lecz Resia dnia tego nie była usposobioną
+do żartów.</p>
+
+<p>Zmarszczyła brwi, zatopiła popękane
+z odmrożenia ręce w&nbsp;rozczochrane włosy
+i nie odpowiedziała ani słowa.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cóżeś się tak nadęła jak pluskwa
+w maśle?&nbsp;&mdash;&nbsp;pytał Dyńdzio.</p>
+
+<p>Milczenie.</p>
+
+<p>Dyńdzio począł się niecierpliwić.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Chcesz zrobić karyerę, a&nbsp;cóż to...
+mała karyera, jaką masz teraz?</p>
+
+<p>Resia wykrzywiła usta.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;O&nbsp;jej!...&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekła wreszcie,&nbsp;&mdash;&nbsp;co
+mi z&nbsp;tego. Mieszkam jak śledziarka...
+a czem żyję, to już wstyd powiedzieć...</p>
+
+<p>Dyńdzio machnął ręką.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To wszystko marność, widzisz serce
+to grunt...</p>
+
+<p>Resia zamilkła i&nbsp;znów kiwała się długą
+chwilę, wpatrzona w&nbsp;odrapane ściany
+swego pokoju.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Chciałabym&nbsp;&mdash;&nbsp;zaczęła znów powoli&nbsp;&mdash;&nbsp;chciałabym
+mieć dywan na podłodze<span class="pagenum"><a name="Strona_99" id="Strona_99">[Str. 99]</a></span>
+i atłasową kołdrę, i&nbsp;samowar na
+szafie, i&nbsp;komodę, i&nbsp;firanki, i&nbsp;taką lampę
+u sufitu z&nbsp;kolorowem szkiełkiem. Aj, aj!
+o!... tobym chciała mieć!...</p>
+
+<p>Cmoknęła ustami i&nbsp;znów zakołysała
+się, obejmując nagiemi ramiony swe
+kolana ledwo okryte cienką spódnicą.</p>
+
+<p>Słaby blask płonącej na stoliku świeczki
+żółtawą linią oznaczał jej kontury.
+Miała w&nbsp;tej niedbałej pozie, w&nbsp;tym skurczu
+całej postaci, coś z&nbsp;owych żydówek
+tkwiących w&nbsp;piasku pustynnym.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Och ty puchu marny!&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł
+wreszcie z&nbsp;pogardą.</p>
+
+<p>Resia wzruszyła ramionami.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Żebym ja puchem była&nbsp;&mdash;&nbsp;to dawnobym
+z siebie pierzynę zrobiła&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekła
+sentymentalnie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Więc bogactw ci się zachciewa, ty
+kruku żydowski?&nbsp;&mdash;&nbsp;ciągnął Dyńdzio,&nbsp;&mdash;&nbsp;bogactw?
+Wschodniego zbytku? Nie wystarcza
+ci skromny dobrobyt, jakim cię
+otoczyłem? Dobrze&nbsp;&mdash;&nbsp;poznasz więc udrękę
+bogactwa! Pęknę w&nbsp;czternaście kawałków,
+jeśli od dziś za miesiąc, ty cholero<span class="pagenum"><a name="Strona_100" id="Strona_100">[Str. 100]</a></span>
+azjatycka, nie będziesz mieć tu dywanów...
+dzieł sztuki i&nbsp;twego samowara
+bydlęcego na szafie!...</p>
+
+<p>Resia spojrzała na Dyńdzia z&nbsp;niedowierzaniem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dyabeł wie czy to będzie, a&nbsp;tymczasem
+możebyś jutro mi coś przysłał do
+zjedzenia, bo ta musztarda już mi łokciem
+wyłazi!...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cicho, córo Izraela! jutro ci przyślę
+trzy funty mydła, bo ojciec mi kredę
+na mydło otwiera. Pojutrze u&nbsp;nas
+goście, więc powiadają, że się umyć
+trzeba...</p>
+
+<p>Resia przysunęła się do krzesła Dyńdzia,
+nie wstając z&nbsp;klęczek.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ty i&nbsp;tak ładny, Kundlu!&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekła,
+mrużąc oczy i&nbsp;przeginając się jak
+kotka.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To się wie!&nbsp;&mdash;&nbsp;odparł Kundel, wyciągając
+swe brudne ręce i&nbsp;kładąc je na
+wspaniałych ramionach klęczącej u&nbsp;stóp
+jego żydówki.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_101" id="Strona_101">[Str. 101]</a></span></p>
+
+<p>W miesiąc później rodzice Kundla
+wyjeżdżali na letnie mieszkanie.</p>
+
+<p>W domu pozostawał Dyńdzio i&nbsp;stary
+stróż.</p>
+
+<p>Ojciec po dwutygodniowym na wsi odpoczynku
+miał powrócić do miasta i&nbsp;objąć
+nadal swe zajęcia biurowe.</p>
+
+<p>Rano odjechali wszyscy, odprowadzeni
+nawet na pociąg przez Dyńdzia, który od
+tygodnia zachowywał się przyzwoicie,
+prawie bez zarzutu.</p>
+
+<p>Nawet matka zaczęła się łudzić możliwością
+poprawy. Chciała mu na samem
+wyjezdnem zaproponować spowiedź,
+ale cofnęła się i&nbsp;postanowiła
+czekać.</p>
+
+<p>Kto wie, co się w&nbsp;tej mózgownicy
+gnieździło.</p>
+
+<p>Za to ojciec dał się unieść złudzeniu.
+Przestał nazywać syna „Kundlem” a&nbsp;
+natomiast mówił mu dobitnie „Dyonizy”!&nbsp;&mdash;&nbsp;lub
+„Synu”! Dał mu trochę pieniędzy,
+otworzył kredyt u&nbsp;krawca na
+dwa garnitury letnie i&nbsp;na wyraźne żądanie
+Dyńdzia sprawił mu pół tuzina koszul<span class="pagenum"><a name="Strona_102" id="Strona_102">[Str. 102]</a></span>
+z poczwórnemi gorsami. Lecz zdziwienie
+całego domu dobiegło szczytu,
+gdy Dyńdzio zażądał fularowych chustek
+do nosa, szkockich skarpetek, „Encyklopedyi”
+Orgelbranda i&nbsp;pasty do
+zębów. Czemprędzej udzielono mu żądanych
+przedmiotów i&nbsp;Kundel ostentacyjnie
+wycierał teraz nos w&nbsp;olbrzymie
+kolorowe fulary, które zawsze wyglądały
+mu ze wszystkich kieszeni
+ubrania.</p>
+
+<p>Skarpetki nosił także&nbsp;&mdash;&nbsp;wprawdzie
+w kieszeni, ale był to już stanowczy
+zwrot ku lepszemu, i&nbsp;gdy pociąg ruszył,
+ojciec wychylił się raz jeszcze, aby spojrzeć
+na Kundla stojącego przykładnie
+na peronie pomiędzy posługaczami i&nbsp;urzędnikami
+kolejowymi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Stoi a&nbsp;nawet zdjął kapelusz i&nbsp;ku
+nam powiewał... O!... teraz, wyciągnął
+chustkę i&nbsp;ciągle macha!...&nbsp;&mdash;&nbsp;mówił biedny
+ojciec do cisnącej się gromadki,&nbsp;&mdash;&nbsp;doprawdy,
+wygląda jak porządny
+człowiek.<span class="pagenum"><a name="Strona_103" id="Strona_103">[Str. 103]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Kto wie!&nbsp;&mdash;&nbsp;szepnęła matka,&nbsp;&mdash;&nbsp;może
+Bóg go wreszcie raczy...&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;ręką
+opiętą w&nbsp;ciemną rękawiczkę, kreśliła
+w powietrzu znak krzyża... ot... matka!</p>
+
+<p>Tymczasem Dyńdzio, postawszy jeszcze
+chwilę na dworcu, schował płachtę
+do kieszeni i&nbsp;szybko skierował się ku domowi.</p>
+
+<p>Wszedłszy do mieszkania, zamknął
+drzwi na klucz i&nbsp;zaczął systematycznie
+zdejmować ze ścian obrazy. Zdjęte
+składał na ziemi jedne na drugich, nie
+zważając, że ramy wpijają się kantami
+swemi w&nbsp;płótna i&nbsp;kaleczą, cenne oryginały
+i dobre kopie skrzętnie przez ojca
+zbierane.</p>
+
+<p>Potem przyszła kolej na dywany.</p>
+
+<p>W gabinecie ojca było kilka wschodnich
+makat, miękich, o&nbsp;wytwornych gustownych
+odcieniach. Makaty te Dyńdzio
+zerwał ze ścian i&nbsp;nie składając zwalił
+na obrazy. Poczem rzucił się ku portyerom.
+Oberwał je wraz ze strzałami, na
+których były zawieszone. Jedna ze
+strzał, spadając, uderzyła go boleśnie<span class="pagenum"><a name="Strona_104" id="Strona_104">[Str. 104]</a></span>
+w głowę, lecz on potarł tylko czuprynę
+i rzucił się do łóżek zdzierać kołdry i&nbsp;poduszki.</p>
+
+<p>Z tualetki matki porwał dwa kryształowe
+flakony, weneckie lustro, z&nbsp;małego
+saloniku japońskie maski, sztylety
+i dwa wypchane ibisy. Z&nbsp;kuchni zwlókł
+durszlak, patelnię, wałek do ciasta, samowar
+olbrzymi, mogący pomieścić do
+czterdziestu filiżanek, worek do piasku,
+kawał wosku od podłóg i&nbsp;dwie żelazne
+dusze. Pomieszał to wszystko z&nbsp;fajkami
+ojca, poduszką haftowaną, dziełem
+rąk sióstr, z&nbsp;koszykiem do robót matki,
+gustowną szyfonierką, zerwaną ze
+ściany i&nbsp;malowaną paterą na bilety wizytowe.</p>
+
+<p>Dopełniwszy tego dzieła, zwaliwszy
+jeszcze na całą kupę tych przedmiotów
+cztery wyzłacane krzesełka, wschodnie
+lustro, dwa pufy fortepianowe, prześliczną
+lampę, biuścik śmiejącego się dziecka,
+świecznik mosiężny żydowski i&nbsp;kilkanaście
+sztuk srebra stołowego, usiadł<span class="pagenum"><a name="Strona_105" id="Strona_105">[Str. 105]</a></span>
+Dyńdzio na tem wszystkiem i&nbsp;pogwizdując
+oczekiwał zmroku.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>Gdy zmrok nadszedł, dwóch wynajętych
+posłańców przeniosło na tragach
+wszystkie te przedmioty do mieszkania
+Resi. Tragi eskortował Kundel, kroczący
+z dumą i&nbsp;spoglądający z&nbsp;góry na
+przechodzących. Wszyscy usuwali mu się
+z drogi, tylko stary stróż mruczał, otwierając
+bramę, lecz przed podniesioną laską
+panicza schował się czemprędzej do swej
+izdebki.</p>
+
+<p>Posłańcy śmieli się, dochodząc do
+mieszkania żydówki. Znali oni dobrze
+Kundla i&nbsp;wiedzieli, że „panicz znów coś
+ukuł”.</p>
+
+<p>Zapłaceni z&nbsp;góry, wrzucili wszystkie
+sprzęty do pokoju i&nbsp;życząc „dobrej
+nocy”&nbsp;&mdash;&nbsp;odeszli, śmiejąc się <a class="ins" href="#tnote_18" name="tAnchor_18" title="bezutannie">bezustannie</a>.</p>
+
+<p>Kundel zabrał się teraz do urządzenia
+pokoju Resi, która otworzywszy szeroko<span class="pagenum"><a name="Strona_106" id="Strona_106">[Str. 106]</a></span>
+oczy, przykucnęła na ziemi, oszołomiona
+widokiem tylu nieznanych dla niej
+przedmiotów.</p>
+
+<p>Wreszcie, ośmielając się powoli, wyciągnęła
+z pomiędzy portyer poduszki
+i oszalała z&nbsp;radości, poczęła je ciskać po
+pokoju.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Z&nbsp;puchu! aj, aj!... z&nbsp;puchu!&nbsp;&mdash;&nbsp;wołała,
+gniotąc je w&nbsp;ręku i&nbsp;zanurzając
+twarz w&nbsp;szeleszczącą jedwabiem pościel.</p>
+
+<p>Na widok samowaru chwilę zamilkła,
+poczem podszedłszy ku niemu, z&nbsp;szacunkiem
+przyklękła i&nbsp;twarz swą rozpaloną
+do chłodnej blachy przykładać poczęła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Same księżne takiego nie mają!&nbsp;&mdash;&nbsp;szeptała
+drżącym ze wzruszenia głosem.</p>
+
+<p>Tymczasem Dyńdzio na brudnych odrapanych
+ścianach rozwieszał obrazy, wbijając
+z energią przyniesione w&nbsp;kieszeni
+haki. W&nbsp;braku młotka posługiwał
+się marmurowym przyciskiem przedstawiającym
+uśpioną Dyanę. W&nbsp;mdłym<span class="pagenum"><a name="Strona_107" id="Strona_107">[Str. 107]</a></span>
+blasku świecy zamajaczyła „Elegia” Siemiradzkiego,
+energiczna „Głowa starca”
+Kotsisa i&nbsp;zabieliło się ciało „Najady”
+Hennera.</p>
+
+<p>Ostatni obraz zwrócił uwagę Resi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Goła!&nbsp;&mdash;&nbsp;wyszeptała, chichocząc się
+cicho.</p>
+
+<p>Lecz Dyńdzio pracował ciągle.</p>
+
+<p>Portyery wisiały krzywo, zakrywając
+drzwi wejściowe. Połowa tkaniny leżała
+na ziemi, maczając się w&nbsp;strudze wody,
+płynącej z&nbsp;rozbitego dzbanka.</p>
+
+<p>Na podłodze Kundel porozrzucał makaty,
+a rozsypane pod niemi węgle
+trzeszczały za każdym krokiem. Stara
+sofa została nakryta gobelinem, przedstawiającym
+Pallas Atenę, a&nbsp;złocone krzesełka
+stanęły dokoła stołu pokrytego batystową
+kapą ściągniętą z&nbsp;łóżka jednej
+z siostrzyczek.</p>
+
+<p>Durszlak, patelnię, wałek do ciasta&nbsp;&mdash;&nbsp;Resia
+poustawiała na komodzie wraz
+z flakonami kryształowemi i&nbsp;weneckiem
+lustrem.<span class="pagenum"><a name="Strona_108" id="Strona_108">[Str. 108]</a></span></p>
+
+<p>Zbytkowne wydanie „Pana Tadeusza”
+poszło dla braku miejsca pod szafę.
+Ten sam los spotkał wyborną kopię
+z Ary Scheffera i&nbsp;śliczną broń gallo-romańską.</p>
+
+<p>Wreszcie na łóżko Resi, rzucono poduszki
+oszyte cienką, nicianą koronką
+i na ciemnem z&nbsp;brudu prześcieradle rozłożono
+atlasową pąsową kołdrę&nbsp;&mdash;&nbsp;jeszcze
+wyprawną matczyną.</p>
+
+<p>Wreszcie Kundel zatarł ręce i&nbsp;czując
+się znużony, zasiadł z&nbsp;nogami na
+sofce, znacząc ślady błota na twarzy Pallady.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Masz... coś chciała&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł dobywając
+z kieszeni fajkę i&nbsp;zapalając ją ze
+smakiem.</p>
+
+<p>A Resia, leżąc na ziemi, z&nbsp;włosami
+rozczochranemi, z&nbsp;policzkami rozpalonemi
+tarzała się wśród makat, dotykając
+co chwila ręką samowaru i&nbsp;żydowskiego
+świecznika, który o&nbsp;mało ją nie wprawił
+w szaleństwo.<span class="pagenum"><a name="Strona_109" id="Strona_109">[Str. 109]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Aj! aj!... takie bogactwa!...&nbsp;&mdash;&nbsp;mruczała
+cmokając.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>W trzy tygodnie później, inna odbywała
+się scena.</p>
+
+<p>Ojciec Dyńdzia, powróciwszy do miasta,
+z najwyższem przerażeniem dostrzegł
+spustoszenia poczynione w&nbsp;mieszkaniu.
+Co więcej&nbsp;&mdash;&nbsp;Kundel od chwili powrotu
+ojca wcale się w&nbsp;domu nie pokazał.
+Zawezwana telegraficznie matka
+przyjechała i&nbsp;z pomocą stróża i&nbsp;owych
+posłańców odkryła miejsce, w&nbsp;którem
+mieściły się wyniesione z&nbsp;mieszkania
+przedmioty. Również domyślono się, że
+tam a&nbsp;nie gdzieindziej kryje się zapewne
+Kundel, obawiając się skutków swego
+zuchwalstwa.</p>
+
+<p>Rozpoczęło się parlamentowanie.</p>
+
+<p>Kundel, zaatakowany listem ojca,
+zagroził w&nbsp;razie użycia środków represyjnych,
+strzeleniem sobie w&nbsp;łeb.<span class="pagenum"><a name="Strona_110" id="Strona_110">[Str. 110]</a></span></p>
+
+<p>Serce rodziców zadygotało, postanowiono
+obniżyć kamerton i&nbsp;matka zaproponowała
+listownie ugodę pokojową.</p>
+
+<p>Kundel odpowiedział zimno i&nbsp;spokojnie,
+że po głębokim namyśle przychodzi
+do przekonania, iż rodzice nigdy
+nie zechcą go uważać za dojrzałego
+mężczyznę, który wie co robi i&nbsp;za każdy
+swój krok przed Bogiem i&nbsp;honorem odpowie.
+Że znudzony bezczynnością, powróciłby
+może na łono rodziny, ale tylko
+w tym razie, jeśli zapewniona mu zostanie
+stała miesięczna renta i&nbsp;za zwrócenie
+zabranych przedmiotów pewna suma pieniężna.</p>
+
+<p>Kilku dni ciągnęły się te pertraktacye
+pokojowe, a&nbsp;w miarę czasu rosły pretensye
+i zuchwalstwa Kundla. Matka płakała
+po kątach a&nbsp;ojciec targał wąsy, patrząc
+na opustoszałe ściany, w&nbsp;których
+tkwiły gdzieniegdzie haki lub zwieszały
+się porwane liny.</p>
+
+<p>Wreszcie dnia jednego zajechała z&nbsp;hukiem
+przed dom dorożka i&nbsp;wysiadł z&nbsp;niej
+Kundel, rozczochrany, obdarty, wychudły. <span class="pagenum"><a name="Strona_111" id="Strona_111">[Str. 111]</a></span>
+Na samym wstępie uderzył
+w głowę stróża, który go zdradził i&nbsp;wyjąwszy
+z dorożki „Elegię”, niebieską,
+szklaną miednicę i&nbsp;potrząsając włosami,
+które w&nbsp;przeciągu tych tygodni paru
+doszły do potwornych rozmiarów, wyrzekł:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jestem! zrobiłem co mi nakazano.
+Ponieważ jednak na tem wszystkiem
+ucierpiała najwięcej szacunku godna
+kobieta&nbsp;&mdash;&nbsp;muszę wynagrodzić jej
+krzywdę i&nbsp;prawdopodobnie się z&nbsp;nią...
+ożenię!</p>
+
+<p>A spojrzawszy tryumfalnie na zgnębionych
+temi słowy rodziców, wyszedł,
+powłócząc nogami i&nbsp;pakując ręce w&nbsp;kieszenie.</p>
+
+
+
+<hr class="chapter" />
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_112" id="Strona_112">[Str. 112]</a></span></p>
+<h2><a name="V" id="V"></a>V.</h2>
+
+<h2>Oślica.</h2>
+
+
+<p>Gorączkowo Honorka zaczęła spowijać
+kwilące cichutko dziecko.</p>
+
+<p>A wyciągając długi&nbsp;&mdash;&nbsp;na trzy łokcie
+powijak, mówiła ochrypłym głosem:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Chodzi! chodzi! synulku!... pójdziemy
+na wesele twojego ojcaszka! Chodzi
+synulku, pójdziemy mu drużbować,
+ale nie ołtarz mu sprawimy, ni jakie weselenie,
+jeno łaźnię gorącą, że aż mu
+w piętach postygnie!</p>
+
+<p>Stojąca obok barłogu, na którym leżało
+dziecko&nbsp;&mdash;&nbsp;kuma Kazimierzowa zaczęła
+nagle szlochać.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;bezbożnik! wydziwiacz, rozbijaka!
+taką ci uczciwą dziewczynę z&nbsp;dobrej drogi <span class="pagenum"><a name="Strona_113" id="Strona_113">[Str. 113]</a></span>
+sprowadził i&nbsp;teraz nijakiej pamięci
+o niej niema!...</p>
+
+<p>Honorka szarpnęła silnie powijak.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;On ci pamięci o&nbsp;mnie niema, ale ja
+go za to w&nbsp;pamięci mam i&nbsp;niech mi Pan
+Jezus i&nbsp;Matka Najświętsza ręce i&nbsp;nogi
+poułamuje, jeśli ja go do ołtarza dopuszczę!...
+Bezemnie i&nbsp;bez tę dziecinę
+przejść musi!...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Prawdę masz!&nbsp;&mdash;&nbsp;przytakiwała kuma,
+obcierając łzy płynące gradem po
+tłustej i&nbsp;czerwonej twarzy&nbsp;&mdash;&nbsp;już ci takiej
+krzywdeczki to i&nbsp;Trójca Święta nie
+daruje. Ty się o&nbsp;swoje upomnij, Honorka,
+w twarz mu napluj&nbsp;&mdash;&nbsp;od młodej odciągnij
+a swego nie daruj!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I&nbsp;nie daruję!&nbsp;&mdash;&nbsp;powtórzyła, zacinając
+zęby dziewczyna.</p>
+
+<p>Wzięła duży szmat barchanowy, który
+się suszył koło pieca i&nbsp;przytrzymawszy
+jeden koniec w&nbsp;zębach, dziecko nim owijać
+poczęła.</p>
+
+<p>Obracane jak piłka chłopię, żałośnie
+płakać poczęło.<span class="pagenum"><a name="Strona_114" id="Strona_114">[Str. 114]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cicho, psiakrew, chorobo jedna!
+a bodajżeś się zadławił własnym ozorem,
+ty kundlu zatracony! A&nbsp;bodaj cię
+mór wydusił!&nbsp;&mdash;&nbsp;wybuchnęła Honorka,
+drżąc prawie cała od wewnątrz tłumionej
+rozpaczy. I&nbsp;wstrząsnęła dzieckiem tak
+silnio, że aż jęknęło, jak dławione
+szczenię.</p>
+
+<p>Wówczas kobieta przypadła twarzą do
+barłogu i&nbsp;gryząc koc w&nbsp;nadmiarze rozpaczy
+wołała:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;nie jęcz ty nad moją biedną
+głową&nbsp;&mdash;&nbsp;sieroto nieszczęśliwa... bo jeszcze
+mnie w&nbsp;zbrodnię jaką zepchniesz.</p>
+
+<p>Kuma Kazimierzowa pochyliła się nad
+klęczącą kobietą.</p>
+
+<p><a class="ins" href="#tnote_19" name="tAnchor_19" title="&mdash;&nbsp;A&nbsp;dajże spokój, Honorko dziecku">&mdash;&nbsp;A&nbsp;dajże spokój, Honorko, dziecku</a>
+i nie wydziwiaj się nad tym robakiem!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Bez niego to wszystko, bez niego!</p>
+
+<p>Kazimierzowa wzruszyła ramionami.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Oj ty oślico!&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekła z&nbsp;powagą&nbsp;&mdash;&nbsp;jakto:
+bez niego te rzeczy się dzieją?
+Czy to on ci się kazał z&nbsp;tym pędziwiatrem
+wdawać? A&nbsp;toć jego robaka <span class="pagenum"><a name="Strona_115" id="Strona_115">[Str. 115]</a></span>
+na świecie wtedy nie było, jakeście
+się złazili to w&nbsp;piwnicy, to w&nbsp;komórkach!</p>
+
+<p>I odebrawszy dziecko z&nbsp;rąk Honorki,
+sama je spowijać i&nbsp;ubierać zaczęła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie w&nbsp;tem rzecz, aby nad niewiniątkiem
+pomstować&nbsp;&mdash;&nbsp;ciągnęła nosowym,
+monotonnym głosem&nbsp;&mdash;&nbsp;ale w&nbsp;tem,
+rzecz, ażeby na czas do kościoła trafić
+i panu młodemu drogę mądrze zajść.&nbsp;&mdash;&nbsp;Słyszysz?</p>
+
+<p>Honorka klęczała wciąż koło tapczana,
+mnąc w&nbsp;wychudłych rękach potargany
+i zniszczony kocyk. Z&nbsp;małego okienka
+umieszczonego wysoko w&nbsp;ścianie, tuż po
+nad posłaniem, płynęła jasna struga światła
+i biła wprost na twarz dziewczyny
+zniszczonej słabością i&nbsp;zgryzotą, która jej
+duszę szarpała.</p>
+
+<p>Nie odpowiedziała wprost na zapytanie
+kumy lecz ściągając brwi, przez ściśnięte
+zęby wyszeptała:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie daruję! nie daruję!...<span class="pagenum"><a name="Strona_116" id="Strona_116">[Str. 116]</a></span></p>
+
+<p>Kazimierzowa skończyła ubieranie
+dziecka i&nbsp;zdjąwszy z&nbsp;kołka ciemną chustkę
+na plecy Honorki narzuciła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Chodzi!&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekła&nbsp;&mdash;&nbsp;chodzi, już
+czas!</p>
+
+<p>Po twarzy dziewczyny przemknął, jakby
+cień przestrachu. Przymknęła oczy
+i pozostała chwilę nieruchoma, jakby do
+tapczanu przykuta. Kuma już stała owinięta
+w chustkę, gotowa do drogi, huśtając
+lekko kwilące dziecko.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Honorko! cóżeś tak przykucła? Jak
+chcesz szkandał zrobić&nbsp;&mdash;&nbsp;to duchem nam
+iść trza. Już czas!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Chwilę jeszcze, kumo!&nbsp;&mdash;&nbsp;prosiła
+Honorka&nbsp;&mdash;&nbsp;czegosić mnie teraz lęk
+ogarnia!</p>
+
+<p>Kazimierzowa żachnęła się z&nbsp;gniewu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;ty oślico cholerna!&nbsp;&mdash;&nbsp;zawołała,
+kładąc dziecko na tapczan&nbsp;&mdash;&nbsp;ty nad tym
+robaczątkiem nijakiego „litosierdzia”
+niemasz! Toć na całe już życie przepadła
+ci wszystko, boć „hunor” i&nbsp;cnotę
+w oczach ludzkich ten zgniłek ci odebrał
+a dzieciaka na rękę ci rzucił i&nbsp;troskać <span class="pagenum"><a name="Strona_117" id="Strona_117">[Str. 117]</a></span>
+się o&nbsp;niego kazał. Jak się „obżeni”
+tyle już prawa do niego nie masz! Już ci ni
+Bóg, ni ksiądz żadnej sprawiedliwości nie
+da. Jak żeniaty, to od wszystkiego
+ochronny! Ale ty od pędraka byłaś oślicą
+i słusznie cię nieboszczka matka tak
+przezwała! No! czy to nie oślica?&nbsp;&mdash;&nbsp;kiedy
+jeszcze może co na swą stronę wyciągnąć...
+to kuca i&nbsp;mówi, że boja ma! Oj
+oślica ty! oślica!..</p>
+
+<p>Honorka podniosła się z&nbsp;ziemi i, schwyciwszy
+dziecko na rękę, ku drzwiom szybko
+posunęła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Chodźmy!&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekła krótko, drzwi
+od stancyi kopnięciem nogi otwierając.</p>
+
+<p>Oczy jej się świeciły, usta miała znów
+zaciśnięte i&nbsp;zębami przygryzione.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nareszcie!&nbsp;&mdash;&nbsp;zamruczała kuma, zamykając
+drzwi na kłódkę&nbsp;&mdash;&nbsp;aby go tylko
+dobrze po mordzie sprała i&nbsp;publikę
+zrobiła!...</p>
+
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_118" id="Strona_118">[Str. 118]</a></span></p>
+<hr class="in" />
+
+<p>Nieszpory się skończyły, lecz świece
+przy wielkim ołtarzu gorzały wciąż, oblewając
+żółtym, migocącym blaskiem zczerniałe
+płótno, z&nbsp;którego bieliło się ciało
+Jezusa zawieszonego na krzyżu.</p>
+
+<p>Pomiędzy „wiernymi”, przepełniającymi
+lakierowane ławki, zapanował ruch
+i ożywienie wielkie.</p>
+
+<p>Jedna „siostra”&nbsp;&mdash;&nbsp;zapytywała drugą&nbsp;&mdash;&nbsp;dlaczego
+nie gaszą świec, skoro już
+wszystkie piękne pieśni zostały wyśpiewane.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zdaje się ślub jeszcze będzie&nbsp;&mdash;&nbsp;doszedł
+szept z&nbsp;ławek zajmowanych przez
+mężczyzn.</p>
+
+<p>Kobiety wdzięcznie pochyliły głowy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dziękujemy! dziękujemy!&nbsp;&mdash;&nbsp;a&nbsp;czyj!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Subiekta z&nbsp;cukierni i&nbsp;córki kolejnika!</p>
+
+<p>Wszyscy zaszemrali zadowoleni.</p>
+
+<p>Warto zostać, taki ślub, to już parada.
+Kolejarze wiadomo, lubią wszystko
+z pompą&nbsp;&mdash;&nbsp;a&nbsp;taki subiekt z&nbsp;cukierni to
+„osoba”.<span class="pagenum"><a name="Strona_119" id="Strona_119">[Str. 119]</a></span></p>
+
+<p>Tymczasem kościelny wyniósł dwie poduszki
+i przykląkłszy, układać je począł
+na stopniach.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Poduszki!&nbsp;&mdash;&nbsp;zaszemrano na ławkach.</p>
+
+<p>Lecz znów mężczyźni udzielają informacyj
+bliższych co do osoby pana młodego.</p>
+
+<p>Kobiety składają z&nbsp;westchnieniem
+książki i&nbsp;owijając na rękach długie
+różańce, wyciągają szyje&nbsp;&mdash;&nbsp;ciekawe,
+żądne wiadomości o&nbsp;tych ludziach, którzy
+za chwil kilka, jak papugi, powtarzać
+będą słowa sakramentalnej przysięgi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Więc cóż? cóż&nbsp;&mdash;&nbsp;pyta jedna przez
+drugą.</p>
+
+<p>Pan młody&nbsp;&mdash;&nbsp;tak!&nbsp;&mdash;&nbsp;zapewne, człowiek
+bardzo uczciwy, porządny, uczony
+nawet&nbsp;&mdash;&nbsp;zdolny, ma jakieś oszczędności.
+Kto wie! może niedługo założy
+i cukiernię. Z&nbsp;takiemi jak on „głowaczami”
+to wszystkiego spodziewać się
+można.<span class="pagenum"><a name="Strona_120" id="Strona_120">[Str. 120]</a></span></p>
+
+<p>Kobiety kiwają głowami, nagle spoważniałe,
+jakby ta dobra opinia, którą
+się cieszy ów subiekt, przejęła je szacunkiem
+i powagą. Kościelny wnosi kropidło
+i naczynie z&nbsp;wodą święconą.</p>
+
+<p>W ławkach powstaje znów szmer.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Kropidło!... patrzcie kropidło!..</p>
+
+<p>Ale już dwa ścieśnione szeregi ustawiają
+się wzdłuż ławek, tworząc rodzaj
+alei bramowanej ludźmi. Aleja ta, od
+balustrady przeciąga się aż ku drzwiom
+głównym, które zakrystyan w&nbsp;tej chwili
+na oścież otwiera. Turkot powozów,
+hałas uliczny, cały szum letniego, niedzielnego
+popołudnia wpada nagle w&nbsp;wilgotną
+ciszę kościoła.</p>
+
+<p>Przez kolorowe szyby wpadające promienie
+słońca kładą kolorowe plamy na
+głowach i&nbsp;grzbietach ludzi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przyjechali! przyjechali!&nbsp;&mdash;&nbsp;dochodzi
+wołanie z&nbsp;tłumów zalegających stopnie
+perystylu.</p>
+
+<p>Jest to jednak fałszywy alarm.<span class="pagenum"><a name="Strona_121" id="Strona_121">[Str. 121]</a></span></p>
+
+<p>W progu kościelnym ukazuje się drużba
+w świecącym cylindrze i&nbsp;jasnem palcie
+narzuconem na ramiona. Dumny
+jest i&nbsp;wąsy ma podfryzowane żelazkiem
+fryzyerskiem. Stojąc w&nbsp;progu kościoła
+ogarnia jednym rzutem oka całą przestrzeń.
+Mrużąc oczy, zda się chce policzyć
+świece płonące na ołtarzu, poczem
+szybko, zaaferowanym krokiem przebiega
+wązkie przejścia pozostawione wśród
+tłumu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Drużba! drużba!&nbsp;&mdash;&nbsp;szemrze tłum,
+popychając się i&nbsp;wyciągając szyje za
+znikającym we drzwiach zakrystyi mężczyzną.</p>
+
+<p>Znów nowy napływ ciekawych tłoczy
+się pomiędzy bocznemi filarami kościelnej
+nawy. Pełno już jest i&nbsp;gwarno, kobiety
+półgłosem powtarzają sobie plotki
+o rodzinie panny młodej. Plotki te wyrastają
+z pod ziemi; służą do zabicia czasu
+i skracają nudy oczekiwania.</p>
+
+<p>Koło drzwi wchodowych słychać przyciszone
+uśmiechy. Jakiś żartowniś opowiada
+dziwy o&nbsp;samej pannie młodej.<span class="pagenum"><a name="Strona_122" id="Strona_122">[Str. 122]</a></span>
+Ależ tak&nbsp;&mdash;&nbsp;podobno jakiś hrabia dołożył
+do posagu kilka tysięcy&nbsp;&mdash;&nbsp;ot! z&nbsp;przyjaźni
+dla ojca.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Hrabia dla konduktora?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Co pan chcesz, dziś takie czasy...</p>
+
+<p>I śmiechy zaczynają się w&nbsp;najlepsze,
+starsze kobiety sznurują usta i&nbsp;spuszczają
+oczy.</p>
+
+<p>Takie nieskromności w&nbsp;świętem miejscu,
+nie!&nbsp;&mdash;&nbsp;ci mężczyźni już żadnej
+wiary w&nbsp;sercach nie mają!</p>
+
+<p>Lecz śmiechy milkną, bo w&nbsp;progu pojawia
+się nagle Honorka z&nbsp;dzieckiem na
+ręku, w&nbsp;asystencyi Kazimierzowej.</p>
+
+<p>Pojawienie się dwóch kobiet nie byłoby
+rzeczą niezwykłą, lecz Honorka, z&nbsp;której
+głowy spadła chustka, z&nbsp;twarzą pokrytą
+purpurowemi plamami z&nbsp;pasmami
+włosów potarganych nad czołem, i&nbsp;z konwulsyjnie
+zaciśniętemi wargami, wnosi
+z sobą jakąś ponurą grozę, która wydzielając
+się z&nbsp;jej całej postaci, każe zwrócić
+na dziewczynę oczy tłumu.<span class="pagenum"><a name="Strona_123" id="Strona_123">[Str. 123]</a></span></p>
+
+<p>Kazimierzowa oddała jej przed kościołem
+dziecko&nbsp;&mdash;&nbsp;uznając za stosowne, aby
+matka z&nbsp;dzieckiem pojawiła się przed
+wszystkimi, i&nbsp;tak stoi teraz Honorka, cisnąc
+gorączkowo milczące dziecko do piersi,
+stoi jak przykuta w&nbsp;progu, podniecając
+się w&nbsp;energii i&nbsp;rozpaczy, która jej biedną
+duszę szarpie.</p>
+
+<p>Oczy ma suche, bez łez, podsiniałe
+i z&nbsp;osłabienia prawie zezem patrzące.</p>
+
+<p>Stoi i&nbsp;zda się niedostrzegać tłumu,
+który zbitą masą dokoła niej szemrze,
+z zwierzęcą ciekawością rzucając się
+na nową zdobycz. Lecz Kazimierzowa
+nie zasypia sprawy. Na widok oświeconego
+ołtarza oczy kumy nabiegają łzami.
+Poprawia chustkę i&nbsp;kiwa głową żałośnie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak! tak!&nbsp;&mdash;&nbsp;zaczyna z&nbsp;początku
+stłumionym głosem&nbsp;&mdash;&nbsp;przyszliśmy do Pana
+Jezusa po sprawiedliwość i&nbsp;sąd Jego
+najświętszy! A&nbsp;niechże On naszą sprawę
+rozsądzi i&nbsp;nad sierotami zmiłowanie
+okaże!</p>
+
+<p>Tłum węchem przeczuwa skandal.<span class="pagenum"><a name="Strona_124" id="Strona_124">[Str. 124]</a></span></p>
+
+<p>Ten i&nbsp;ów przysuwa się do Honorki,
+stojącej ciągle w&nbsp;progu z&nbsp;dzieckiem na
+ręku.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;cóż to się wam krzywda jaka
+stała?</p>
+
+<p>Kazimierzowa znów głos zabiera:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Stała nam się krzywda ciężka, bo
+oto tę sierotę, co tu stoi, ten dzisiejszy
+pan młody sposponował, cnotę jej wydarł,
+żenić się przyrzekał i&nbsp;oto teraz
+z pędrakiem porzucił jak psa na rozstaju!...</p>
+
+<p>W tłumie zaszemrano i&nbsp;uciszono się
+nagle. Jakieś zimno smutku i&nbsp;kobiecej
+niedoli powiało nagle nad głowami obecnych.</p>
+
+<p>Mężczyźni instynktownie kurczyli się
+i pochylali głowy, kobiety otwierały szeroko
+oczy, wpatrując się w&nbsp;dziewczynę
+i w&nbsp;dziecko, które zdawało się być umarłem,
+tak leżało cicho wśród szmat i&nbsp;fałd
+chustki matczynej.</p>
+
+<p>Lecz kuma nabierała coraz większej
+śmiałości i&nbsp;pewności siebie.<span class="pagenum"><a name="Strona_125" id="Strona_125">[Str. 125]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;ino... nie po co my innego przyszły,
+ino po to, aby pannie młodej się
+sprezentować, publikę zrobić i&nbsp;nie dopuścić,
+aby ten wyrwipięta obżenił się na
+uczciwą wiarę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dobrze robicie!&nbsp;&mdash;&nbsp;podparła jakaś
+podeszła jejmość&nbsp;&mdash;&nbsp;dobrze robicie, takiemu
+się przepuścić nie godzi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak! tak!&nbsp;&mdash;&nbsp;dorzucił siwy mieszczanin&nbsp;&mdash;&nbsp;zasługuje
+lekkomyślny człowiek
+na karę. Powinna go spotkać!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I&nbsp;spotka&nbsp;&mdash;&nbsp;wołała kumcia, składając
+palce&nbsp;&mdash;&nbsp;jako ta dziewczyna przysięgała
+sobie, że go spierze i&nbsp;do ołtarza
+mu dostępu nie da. Co, Honorka? nie
+darujesz?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie daruję!&nbsp;&mdash;&nbsp;powtórzyła zdławionym
+głosem dziewczyna.</p>
+
+<p>Lecz tu i&nbsp;owdzie przyciszone śmiechy
+odzywać się zaczęły. Już i&nbsp;u ołtarza wiedziano,
+że będzie „publika” i&nbsp;jakaś dziewczyna
+z dzieckiem ślub „aresztować”
+będzie.</p>
+
+<p>Uciecha więc wśród tłumu wzrosła
+i objawiła się dość głośno. Jakiś zmysłowy <span class="pagenum"><a name="Strona_126" id="Strona_126">[Str. 126]</a></span>
+prąd przebiegł nagle zgromadzonych
+ludzi i&nbsp;usta im do uśmiechu rozchylał.
+Kobiety patrzyły z&nbsp;pod oka,
+sznurując usta, lecz na odsłoniętych karkach
+czuły wzrastającą w&nbsp;mężczyznach
+gorączkę zmysłową. Rzec można, że od
+stojącej na progu dziewczyny z&nbsp;owocem
+swych nieuświęconych miłostek na ręku,
+biegły prądy ciepła i&nbsp;przenikały
+ciała cisnącego się tłumu. W&nbsp;ciszę
+i powagę kościelnych murów, jak tony
+miłosnej pieśni, wpadła ta cała gama
+cielesnych pożądań i&nbsp;zdała się burzyć
+spokój świątyni. Siedzące w&nbsp;kruchcie
+baby pozwijały różańce w&nbsp;drżących dłoniach.
+Święty Panie! taki „szkandał”
+w kościele! Tu i&nbsp;owdzie dowcipnisie żartować
+zaczynają.</p>
+
+<p>Tak! tak! orszak weselny już przybył.
+Nawet ten rak się troszkę pośpieszył...
+niewiadomo czy go prosili&nbsp;&mdash;&nbsp;ot!
+gość nieoczekiwany dla pana młodego!</p>
+
+<p>Kto wie! może młodzi będą kontenci,
+że przyszli ot tak&nbsp;&mdash;&nbsp;do gotowego, a&nbsp;może... <span class="pagenum"><a name="Strona_127" id="Strona_127">[Str. 127]</a></span>
+i panna młoda ze swej strony chowa
+jaką niespodziankę...</p>
+
+<p>Ten i&nbsp;ów ciśnie się przyjrzeć bliżej
+Honorce. Hm!... wychudła, źle zbudowana,
+głowa roztargana...</p>
+
+<p>Kobiety szepczą między sobą:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mogła się choć uczesać uczciwie,
+kiedy szła na publikę między ludzi.</p>
+
+<p>Jakiś pan podszedł do niej i&nbsp;zajrzawszy
+jej w&nbsp;oczy, wyjmuje z&nbsp;kieszeni małą
+notatkę. Półgłosem zadaje dziewczynie
+zapytania, na które ona nie odpowiada
+wcale, patrząc ciągle w&nbsp;przestrzeń z&nbsp;pod
+brwi ostro ściągniętych. Pan ów, niezrażony
+milczeniem, nieodstępuje wszakże,
+tylko z&nbsp;kieszonki dobywszy ołówek,
+ślini go i&nbsp;coś w&nbsp;książeczce zapisuje.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Gazetnik!... gazetnik!&nbsp;&mdash;&nbsp;szemrze
+tłum dokoła.</p>
+
+<p>Kazimierzowa uznaje za stosowne przemówić:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie w&nbsp;gazecie, ale tu na tablicy
+winna być wyryta opowieść o&nbsp;takim włóczydrągu,
+co uczciwe dziewczyny z&nbsp;dobrej
+drogi zmania!<span class="pagenum"><a name="Strona_128" id="Strona_128">[Str. 128]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nikt ją ta znów za łeb nie trzymał&nbsp;&mdash;&nbsp;wtrąca
+jakiś młody chłopak.</p>
+
+<p>Kazimierzowa obraca się jak na sprężynach.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Za łeb! za łeb!... takie niewolenie
+słodką mową i&nbsp;przysięganiem to gorsza,
+niż za łeb trzymanie!...</p>
+
+<p>Chłopak mlasnął językiem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie trza było wierzyć!</p>
+
+<p>W tłumie powstał szmer.</p>
+
+<p>Nie wierzyć przysięganiu? A&nbsp;to coś nowego!
+Odkąd świat światem&nbsp;&mdash;&nbsp;Bóg przysięgania
+postanowił, a&nbsp;tych co krzywoprzysięgają
+ciężko karze.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;jeszcze przysięganie sierocie?&nbsp;&mdash;&nbsp;woła
+tryumfująco Kazimierzowa&nbsp;&mdash;&nbsp;sierotę
+ukrzywdzić, to jak obrus z&nbsp;ołtarza
+ściągnąć!</p>
+
+<p>Wymowa jej i&nbsp;łzy kapiące po twarzy
+podbijają powoli wszystkich. Teraz&nbsp;&mdash;&nbsp;miejsce
+przed wielkim ołtarzem opustoszało
+zupełnie, wszyscy cisną się do
+drzwi wchodowych, zgorączkowani, podnieceni
+tą sceną, jaka wybuchnie za przybyciem
+państwa młodych. Tu i&nbsp;owdzie<span class="pagenum"><a name="Strona_129" id="Strona_129">[Str. 129]</a></span>
+stają na ławkach, zwłóczą z&nbsp;kątów krzesła,
+czepiają się chorągwi. Jasna, rozczochrana
+głowa Honorki stanowi teraz
+punkt świetlany, ściągający oczy całego
+tłumu żądnego widowiska, łaknącego
+skandalu, choćby zań kobieta łzami zapłacić
+miała!</p>
+
+<p>Honorka tymczasem stoi ciągle milcząca,
+niezdając się zwracać uwagi na
+zaciekawienie i&nbsp;wzruszenie, którego jest
+przyczyną. Wpatruje się w&nbsp;świece migoczące
+na ołtarzu i&nbsp;jak błyskawica tak
+przed nią przesuwa się rok ubiegły, w&nbsp;którym
+tyle bólu i&nbsp;smutku zaznała.</p>
+
+<p>Widzi pana Teodora, jak z&nbsp;za kontuaru
+rzuca na nią spojrzenia które niby
+ukrop w&nbsp;jej żyły wlewają. Gdy ją państwo,
+u których za młodszą służyła, posyłali
+po sucharki do herbaty, biegła
+z radością a&nbsp;przed drzwiami cukierni
+<a class="ins" href="#tnote_20" name="tAnchor_20" title="słała">stała</a> długo, nie mogąc ośmielić się wejść
+i przemówić do pana Teodora, który jak
+święty z&nbsp;obrazka wydawał jej się na tle
+błyszczących luster zdobiących półki bufetów.
+Imponował jej niezmiernie, pomimo <span class="pagenum"><a name="Strona_130" id="Strona_130">[Str. 130]</a></span>
+że Honorka do nieśmiałych dziewczyn
+nie należała wcale i&nbsp;niejednego
+„chłopa odstawiła” wcale tęgo, gdy na
+udry pomiędzy nimi poszło. Lecz wobec
+Teodora zapominała języka w&nbsp;gębie
+i stała tak przed kontuarem, cała w&nbsp;płomieniach,
+bełkocząc i&nbsp;siejąc po ziemi
+miedziaki trzymane w&nbsp;garści. On mrużył
+oczy, uśmiechał się, żartował&nbsp;&mdash;&nbsp;przyzwyczajony
+do dominowania nad kobietami,
+z niedbałością pięknego samca.
+I nawet później, gdy już posiadał ją
+o szarej godzinie wśród stęchlizny piwnicy
+lub duszącej atmosfery strychu,&nbsp;&mdash;&nbsp;Honorka&nbsp;&mdash;&nbsp;zawsze
+pozostawała nieśmiałą,
+przerażoną jego pięknością, zdławioną&nbsp;&mdash;&nbsp;z&nbsp;
+oczyma łez pełnemi, nie śmiejąc
+poruszyć się, uczynić jednego giestu,
+odetchnąć głośniej. A&nbsp;gdy wreszcie&nbsp;&mdash;&nbsp;porzucona,
+zapomniana przez swego uwodziciela,
+któremu oddała z&nbsp;jakąś pokorą
+klejnot swego dziewictwa, uczuła się
+matką&nbsp;&mdash;&nbsp;doznawała głuchej nienawiści,
+gniewu na samą myśl o&nbsp;tym człowieku.
+Nie napastowała go, nie chodziła za nim,<span class="pagenum"><a name="Strona_131" id="Strona_131">[Str. 131]</a></span>
+urodziła dziecko, zacisnąwszy zęby&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;
+w duszy swej zaczęła gromadzić całe
+morze jadu, które groziło lada chwila
+wylaniem.</p>
+
+<p>Kuma zawiadomiła go przecież o&nbsp;urodzeniu
+dziecka, lecz piękny subjekt
+mruknął coś tylko i&nbsp;wzruszył ramionami.</p>
+
+<p>Gdy Kazimierzowa scenę tę przed
+barłogiem położnicy odtwarzała, Honorka
+wlepiła w&nbsp;nią oczy od gorączki błyszczące.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Łajdak!&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekła przez zaciśnięte
+zęby.</p>
+
+<p>Pierwszy to raz głośno wymówiła na
+niego obelgę.</p>
+
+<p>Umilkła, przerażona.</p>
+
+<p>Lecz powoli, podniecana przez Kazimierzową,
+dawała folgę swemu żalowi.
+Zapominała jak wyglądał sprawca jej
+nieszczęścia, niewidząc go tak dawno,
+nieodczuwała już przygniatającego wpływu,
+jaki wyższością swą, elegancyą
+i całem obejściem na nią wywierał.
+Rozpacz przepełniała jej serce i&nbsp;wstrząsała
+nią całą. Widok dziecka podniecał<span class="pagenum"><a name="Strona_132" id="Strona_132">[Str. 132]</a></span>
+ją. Chwilami zdawało jej się, że jest
+zdolna zamordować mężczyznę, który
+rzucał ją brutalnie o&nbsp;ziemię, aby później
+na wiadomość o&nbsp;jej nędzy i&nbsp;cierpieniu
+wzruszać ramionami z&nbsp;pogardą.
+„Ścierwo sobacze!”&nbsp;&mdash;&nbsp;mówiła, szarpiąc pazurami
+aż do krwi pierś swoją od pokarmu
+wzdętą&nbsp;&mdash;&nbsp;„zgiń! przepadnij! oślepnij!
+zgnij do kości!” Zdawało się jej, że
+miłość, jaką miała dla Teodora, wymarła
+w niej oddawna, że nic, prócz żalu, gniewu
+i nienawiści, nic już w&nbsp;głębi swej duszy
+nie chowa.</p>
+
+<p>Na wiadomość o&nbsp;ślubie subiekta, wybuchnęła
+wreszcie całą wściekłością, na
+jaką tylko cierpliwe i&nbsp;nieśmiałe istoty
+zdobyć się umieją.</p>
+
+<p>Kazimierzowa podsunęła jej myśl wstrzymania
+ślubu i&nbsp;zrobienia publicznego skandalu.
+Uczepiła się tego projektu natychmiast,
+gorączkując się, podniecając&nbsp;&mdash;&nbsp;przeklinając
+bezustannie. Ani jednej
+łzy nie miały jej oczy, chwilami
+zdawała się być obłąkaną.<span class="pagenum"><a name="Strona_133" id="Strona_133">[Str. 133]</a></span></p>
+
+<p>Teodor, którego kontury w&nbsp;jej wyobraźni
+zatarły się zupełnie, przedstawiał
+jej się jako zwierzę znienawidzone,
+wstrętne, plugawe, któremu chciała skoczyć
+do oczów i&nbsp;zdeptać za krzywdę jej
+uczynioną. Niewidząc go&nbsp;&mdash;&nbsp;czuła się silną,
+mocną, jakkolwiek coś w&nbsp;jej wnętrzu
+szarpnęło się trwożliwie, gdy kuma zawołała
+jeszcze w&nbsp;stancyi „już czas!...”</p>
+
+<p>Lecz tu&nbsp;&mdash;&nbsp;w&nbsp;kościele, przed ołtarzem
+oświetlonym jarząco, w&nbsp;chłodnej atmosferze
+świątyni&nbsp;&mdash;&nbsp;jakaś moc wstępuje
+w nią powoli, lecz moc to jakaś dziwna,
+jakby boleść jej umniejszająca. Nie modli
+się a&nbsp;przecież zda jej się, że ktoś dokoła
+niej szepcze modlitwy, pacierze...</p>
+
+<p>Nie modlitwy to jednak szepczą dokoła,
+tylko żarty, uwagi, słowa ciekawości.</p>
+
+<p>Tłum cały aż drży z&nbsp;pragnienia takiego
+„grubego skandalu”.</p>
+
+<p>Taka rzecz nieczęsto się trafia.</p>
+
+<p>Nareszcie turkot zajeżdżających kół
+oznajmia przybycie gości weselnych.<span class="pagenum"><a name="Strona_134" id="Strona_134">[Str. 134]</a></span></p>
+
+<p>Nie dorożki to&nbsp;&mdash;&nbsp;ale karety przywożą
+państwa młodych i&nbsp;liczną drużynę, karety
+z białemi lejcami, umyte i&nbsp;lśniące w&nbsp;promieniach
+słońca.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przyjechali! przyjechali!</p>
+
+<p>W tłumie powstaje nie szmer, lecz jakiś
+krzyk ciekawości ludzkiej.</p>
+
+<p>Krzykiem tym publiczność zda się chce
+podniecić Honorkę do zrobienia skandalu.
+Jak zwierzę wygłodniałe rzuca się na padlinę,
+tak tłum ten chciwy wrażeń drży
+z radości i&nbsp;nieszczęśliwą do ukazania swej
+zranionej duszy popycha.</p>
+
+<p>Wolno&nbsp;&mdash;&nbsp;z&nbsp;szumem jedwabiu wchodzi
+orszak weselny do kruchty.</p>
+
+<p>Przodem idzie panna młoda, wysoka
+blondynka o&nbsp;płaskiej twarzy i&nbsp;kręconych
+włosach. Z&nbsp;bezczelnością niemal dźwiga
+koronę dziewiczą tonącą w&nbsp;obłokach białej
+iluzyi. Idzie, pewna siebie, uśmiechnięta,
+wysuwając naprzód watowany biust
+jedwabnego stanika. Prowadzą ją drużbowie
+we frakach i&nbsp;glansowanych rękawiczkach.
+Przed tem białem zjawiskiem, tłum<span class="pagenum"><a name="Strona_135" id="Strona_135">[Str. 135]</a></span>
+usuwa się instynktownie, <a class="ins" href="#tnote_21" name="tAnchor_21" title="pozostawiają">pozostawiając</a>
+opartą plecami o&nbsp;filar Honorkę. Panna
+młoda przechodzi próg i&nbsp;wolno, poprzedzana
+przez dziadka kościelnego, sunie do
+ołtarza a&nbsp;tren jej sukni wlokący się po
+ziemi pozostawia za sobą jakby smugę
+świetlaną...</p>
+
+<p>Lecz Honorka zda się niespostrzegać
+nawet przejścia panny młodej. Teraz drży
+cała i&nbsp;blada jest jak opłatek. Gdy karety
+zajechały przed kościół, doznała nagle
+jakby silnego uderzenia z&nbsp;tyłu głowy.
+Tchu jej zabrakło, serce jej młotem wali...</p>
+
+<p>Nagle&nbsp;&mdash;&nbsp;wśród jasności słonecznej ukazuje
+się sam pan młody.</p>
+
+<p><a class="ins" href="#tnote_22" name="tAnchor_22" title="Jest dziś piękniejszym niż kiedykolwiek">Jest dziś piękniejszym niż kiedykolwiek.</a></p>
+
+<p>Frak nowy leży na nim jak ulany, włosy
+zafryzowane, twarz starannie <a class="ins" href="#tnote_23" name="tAnchor_23" title="wygololona">wygolona</a>,
+spinki u&nbsp;koszuli złote i&nbsp;wielkie jak
+złotówki.</p>
+
+<p>Z tryumfem spogląda w&nbsp;głąb kościoła
+na ołtarz jasno oświetlony i&nbsp;bawi się brelokami
+u zegarka.<span class="pagenum"><a name="Strona_136" id="Strona_136">[Str. 136]</a></span></p>
+
+<p>Dwie drużki, w&nbsp;lekkich sukniach, z&nbsp;wachlarzami
+i włóczkowemi pelerynkami,
+prowadzą go, śmiejąc się ochotnie.</p>
+
+<p>Oczy wszystkich zwracają się teraz
+w stronę Honorki...</p>
+
+<p>Co to będzie! co to będzie!... czy da
+mu w&nbsp;papę? Czy po prostu nawymyśla
+i w&nbsp;oczy napluje!</p>
+
+<p>Lecz&nbsp;&mdash;&nbsp;o&nbsp;dziwo... dziewczyna na sam
+widok Teodora blednie jeszcze więcej
+i oczy przymyka. On&nbsp;&mdash;&nbsp;nie widzi jej wcale,
+zajęty teraz jedną z&nbsp;drużek, która upuściła
+na ziemię koronkową chusteczkę.</p>
+
+<p>I nagle&nbsp;&mdash;&nbsp;Honorka, kurcząc się i&nbsp;starając
+zniknąć z&nbsp;przed oczu wszystkich,
+zasuwa się powoli za filar&nbsp;&mdash;&nbsp;wybuchając
+cichym, zdławionym płaczem.</p>
+
+<p>Napróżno kuma stara się ją popchnąć
+naprzód, napróżno osoby otaczające ją
+dokoła pochylają się ku niej i&nbsp;szepczą
+słowa zachęty. Ona jedną ręką ciśnie do
+piersi dziecko, drugą czepia się filaru,
+a z&nbsp;oczów jej płyną dwa strumienie łez
+gorących.<span class="pagenum"><a name="Strona_137" id="Strona_137">[Str. 137]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niemogę! niemogę!&nbsp;&mdash;&nbsp;szepcze, łkając
+cicho.</p>
+
+<p>Organy tymczasem huczą przeraźliwie,
+pan młody przechodzi kruchtę i&nbsp;idzie pewnym,
+śmiałym krokiem, kłaniając się
+lekko znajomym, wśród tłumu.</p>
+
+<p>Kuma próbuje raz jeszcze podburzyć
+Honorkę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Bój się Boga! nie bądź oślicą! despekt
+sobie robisz nadaremny!... wstań,
+leć! jeszcze czas! tyle ludzi czeka!... Honorka,
+nie bądźże oślicą!...</p>
+
+<p>Lecz Honorka nie rusza się z&nbsp;miejsca.
+Na widok Teodora dawny lęk ją ogarnął.</p>
+
+<p>Gdy stanął tak teraz przed nią piękny,
+uśmiechnięty, zdrów, wystrojony&nbsp;&mdash;&nbsp;gdy
+go poczuła znów od siebie o&nbsp;kilka kroków&nbsp;&mdash;&nbsp;nie!&nbsp;&mdash;&nbsp;ona
+nie mogła rzucić się na
+niego, krzycząc tak, jak to sobie ułożyła
+i pluć mu w&nbsp;twarz i&nbsp;dziecko pokazać.
+Nie! nie! raczej woli umrzeć, niż taką
+rzecz zrobić.</p>
+
+<p>Tłum, zawiedziony w&nbsp;swych nadziejach,
+szybko zwrócił się do ołtarza, gdzie już
+ceremonia ślubu się zaczynała. Złocista<span class="pagenum"><a name="Strona_138" id="Strona_138">[Str. 138]</a></span>
+kapa księdza migała po nad głowami ludzi.
+Głuchy szmer niechęci i&nbsp;gniewu przebiegał
+szeregi. Jakto? nie będzie skandalu?
+cóż sobie myśli ta głupia dziewczyna,
+zwodząc ludzi w&nbsp;ten sposób?... e!&nbsp;&mdash;&nbsp;kto
+wie&nbsp;&mdash;&nbsp;to pewnie jakaś ulicznica, to dziecko,
+kto wie, czy to pana młodego, skoro
+ona nie śmie do oczów mu stanąć...</p>
+
+<p>Tak! tak!... taki porządny mężczyzna
+wie, co robi, jeśli porzuca. Już musiał
+mieć wtem swoją racyę...</p>
+
+<p>Niektórzy wszakże usiłują bronić Honorkę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Stchórzyła!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Rozbeczała się!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;to głupia!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Idyotka!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Oślica!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wszystko jedno, dość, że stanąć do
+oczów nie śmiała. Chodźmy lepiej do
+ołtarza.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ślub szykantny!</p>
+
+<p>Teraz wszyscy cisną się do ołtarza,
+przed którym ksiądz zamienia młodej parze
+obrączki. Wśród ciszy kościelnej słychać <span class="pagenum"><a name="Strona_139" id="Strona_139">[Str. 139]</a></span>
+skrzeczący głos panny młodej i&nbsp;basowy
+głos księdza, mówiących na przemiany
+przysięgę małżeńską:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ja&nbsp;&mdash;&nbsp;ja, Stanisława, Stanisława,
+biorę&nbsp;&mdash;&nbsp;sobie&nbsp;&mdash;&nbsp;sobie...</p>
+
+<p>Koło filara, po za który ukryła się Honorka,
+zrobiła się pustka. Dziewczyna klęczała
+sama, szlochając cicho. Kuma Kazimierzowa,
+czując się obrażoną, wyszła
+z kościoła, czerwona z&nbsp;doznanego wstydu.</p>
+
+<p>Schodząc ze wschodów, poprzysięgła
+sobie szmaty Honorki wyrzucić na cztery
+wiatry.</p>
+
+<p>O! nie&nbsp;&mdash;&nbsp;mogła mieć litość nad nędzą
+tej idyotki, ale tolerować jej głupotę i&nbsp;brak
+odwagi w&nbsp;dopominaniu się o&nbsp;swoje prawa,
+a wreszcie na narażenie Kazimierzowej
+na pośmiewisko i&nbsp;podejrzenia ludzkie, że
+broniła nieczystej sprawy&nbsp;&mdash;&nbsp;na to Kazimierzowa
+przystać nie chce i&nbsp;nie może.</p>
+
+<p>Tymczasem ceremonia ślubna szła dalej
+nieprzerwanie. Pan młody przysięgał
+czystym, dźwięcznym głosem i&nbsp;z podniesionem
+czołem odpowiadał wyraźnie na
+zapytanie księdza:<span class="pagenum"><a name="Strona_140" id="Strona_140">[Str. 140]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie ślubowałeś komu innemu wiary
+małżeńskiej?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie.</p>
+
+<p>Powoli zaczął podbijać i&nbsp;ujmować tłum
+cały i&nbsp;przeciągać na swoją stronę. Jego
+jasne spojrzenie, kark dobrze wymyty,
+frak wpadający do stanu&nbsp;&mdash;&nbsp;imponowały
+ciżbie. W&nbsp;ogóle ślub cały, orszak weselny
+szeleszczący jedwabiem, srebrna tkanina
+sukni panny młodej i&nbsp;jej biust obciągnięty
+materyą&nbsp;&mdash;&nbsp;wszystko to podbijało zgromadzenie
+i sprawiało jak najlepsze wrażenie.</p>
+
+<p>Honorka ze swą rozczochraną głową,
+obtarganą chustką i&nbsp;dzieciakiem spowitym
+w szmaty, traciła sympatyę, i&nbsp;ci, którzy
+usiłowali przez chwilę trzymać jej stronę,
+umilkli&nbsp;&mdash;&nbsp;zwyciężeni.</p>
+
+<p>Tymczasem ona klęczała ciągle kolo
+filara, płacząc i&nbsp;płacząc bez końca. Zdawało
+się, że jakiś strumień nieprzebrany
+z oczów jej spływa. Cała jej rozpacz,
+gniew, uraza, boleść w&nbsp;łzach tych topniała
+i jeno dziecko tuliła do twarzy, mocząc
+szmaty, któremi owinięte było. Organy<span class="pagenum"><a name="Strona_141" id="Strona_141">[Str. 141]</a></span>
+jęczały, wstrząsając jej duszą do głębi.
+Jak robak zdeptany, wiła się na zimnych
+flizach świątyni, cała drżąca od bólu, którego
+określić nie była w&nbsp;stanie. Czuła dobrze
+swą krzywdę, ale kryła się z&nbsp;nią
+w cieniu, i&nbsp;choć on tam był, o&nbsp;kilka kroków&nbsp;&mdash;&nbsp;nie
+chciała mu się już narzucać
+z nędzą swoją.</p>
+
+<p>Gdy go zobaczyła, gdy ta mara jej nocy
+bezsennych znów stała się ciałem, stanęła
+przed jej oczami w&nbsp;pełni życia i&nbsp;majestatu
+wszechpotęgi męzkiej&nbsp;&mdash;&nbsp;ona upadła na
+kolana, zwyciężona, bezsilna, drżąc z&nbsp;bólu
+i w&nbsp;poczuciu swej nędzy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;was wszystkich tu obecnych biorę
+za świadków, jako to małżeństwo zostało
+prawnie i&nbsp;przykładnie zawarte.</p>
+
+<p>Poczem ksiądz zaczął żegnać i&nbsp;kropić
+obecnych, którzy czynili znaki krzyża
+i obcierali z&nbsp;nosów i&nbsp;policzków krople
+święconej wody.</p>
+
+<p>Organy zabrzmiały wesołym marszem.</p>
+
+<p>Koło ołtarza ruch się zrobił niemały,
+poczęto znów się tłoczyć, zaglądać w&nbsp;oczy
+pannie młodej i&nbsp;drużkom. Wreszcie cały<span class="pagenum"><a name="Strona_142" id="Strona_142">[Str. 142]</a></span>
+orszak z&nbsp;szumem, szelestem i&nbsp;śmiechem
+posunął ku wyjściu.</p>
+
+<p>Karety jedna po drugiej podjeżdżać
+zaczęły. Przechodnie zatrzymywali się na
+chodnikach, grupy dzieci cisnęły się do
+drzwiczek powozów.</p>
+
+<p>Tren panny młodej pokrył się cały kurzem
+i szare smugi ciemniały na fałdach
+jedwabiu. Pani Teodorowa pociemniała ze
+złości pod obłokami dziewiczego welonu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Psiakrew cholera!&nbsp;&mdash;&nbsp;wymówiła wsiadając
+z furyą do karety.</p>
+
+<p>Za nią wskoczył Teodor, naciągając na
+plecy zielonkawe, króciutkie palto, podbite
+żółtawym jedwabiem.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>W kościele Honorka pozostała sama.
+Kościelny sprzątał poduszki, zaginał rogi
+dywanu.</p>
+
+<p>Honorka płakała ciągle, czując jakby
+ogień pod czaszką. Piersi i&nbsp;plecy bolały ją
+jakby od silnych uderzeń pięścią. Czuła
+dobrze, iż wszystko się dla niej skończyło,
+że teraz już nawet żyć nie może nadzieją<span class="pagenum"><a name="Strona_143" id="Strona_143">[Str. 143]</a></span>
+jakąkolwiek. Zrozumiała, że nigdy nie będzie
+miała dość odwagi, aby stanąć przed
+człowiekiem, któremu wszakże oddawała się
+z uległością suki i&nbsp;powiedzieć mu w&nbsp;oczy:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Uczyń cokolwiek dla mnie, którą
+zaprzepaściłeś i&nbsp;dla dziecka, które spłodziłeś!...</p>
+
+<p>Kościelny przeszedł kilkakrotnie koło
+niej, dzwoniąc kluczami.</p>
+
+<p>Wiedział, co ją sprowadziło do kościoła,
+dostrzegł ją wśród tłumu jeszcze przed
+ślubem, gdy stała groźna u&nbsp;progu i&nbsp;mówiła
+przez zaciśnięte zęby:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie daruję!</p>
+
+<p>Widząc, że płacze ciągle, nie poruszając
+się z&nbsp;miejsca, podszedł do niej i&nbsp;potrącił
+ją lekko.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wstawać i&nbsp;iść do domu... nic tu już
+nie wyklęczycie.</p>
+
+<p>Ona podniosła głowę i&nbsp;przez łzy zalewające
+jej oczy, spojrzała w&nbsp;ciemną przestrzeń
+kościoła. Spojrzała i&nbsp;naraz cała
+przyszłość stanęła jej przed oczami.</p>
+
+<p>Dziecko drzemiące u&nbsp;jej piersi zaciężyło
+jej bez miary.<span class="pagenum"><a name="Strona_144" id="Strona_144">[Str. 144]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;O&nbsp;Jezu!&nbsp;&mdash;&nbsp;szepnęła, przymykając
+oczy.</p>
+
+<p>Lecz kościelny niecierpliwił się naprawdę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Idźcie sobie&nbsp;&mdash;&nbsp;cóż to, myślicie tu
+nocować?</p>
+
+<p>Powoli, z&nbsp;wysiłkiem, dziewczyna podniosła
+się z&nbsp;klęczek i&nbsp;ku drzwiom kierować
+się poczęła. Łzy dwiema strugami
+płynęły jej znowu z&nbsp;oczu zbolałych.</p>
+
+<p>Potknęła się o&nbsp;krzesło, wreszcie odnalazła
+drzwi i&nbsp;wysunęła się na ulicę.</p>
+
+<p>Gdy drzwi się za nią zawarły, kościelny
+chwilkę się zamyślił, cień smutku przemknął
+po jego starej, zawiędłej twarzy.</p>
+
+<p>Nagle ramionami wzruszył i&nbsp;podnosząc
+przewrócone krzesło, wyrzekł krótko:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Oślica!</p>
+
+<p>Tymczasem Honorka zagłębiała się wolno
+w ulicę, po której sunęły świątecznie
+przystrojone tłumy, szła, kołysząc lekko
+kwilące cicho dziecko i&nbsp;idąc ocierała łzy
+płynące z&nbsp;oczu strumieniem.</p>
+
+
+
+<hr class="chapter" />
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_145" id="Strona_145">[Str. 145]</a></span></p>
+<h2><a name="VI" id="VI"></a>VI.</h2>
+
+<h2>Kukułka.</h2>
+
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tiens! tiens! c'est du propre!&nbsp;&mdash;&nbsp;mruknął
+przez zęby pan Seweryn, gdy
+rządca wyszedł już z&nbsp;pokoju.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wyprowadzać się? tak! tout d'un
+coup... ni ztąd ni zowąd, wyprowadzać się
+z tego mieszkanka, urządzonego z&nbsp;takiem
+staraniem, opuścić te kąty, w&nbsp;których meble
+stoją jakby przyrośnięte do lśniącej posadzki!
+Wyprowadzić się i&nbsp;to dla tej błahej
+przyczyny, że gospodarz żeni się
+i pragnie połączyć dwa sąsiadujące z&nbsp;sobą
+lokale i&nbsp;sprowadzić się do nich z&nbsp;żoną!</p>
+
+<p>Seweryn wzruszył ramionami.</p>
+
+<p>Żenić się!</p>
+
+<p>Także mądra instytucya! Żenić się? po
+co? na co?&nbsp;&mdash;&nbsp;wszakże o&nbsp;wiele wygodniej<span class="pagenum"><a name="Strona_146" id="Strona_146">[Str. 146]</a></span>
+można urządzić życie en gar&ccedil;on wygodniej
+i weselej...</p>
+
+<p>Żenić się!</p>
+
+<p>Dzika myśl; Sewerynowi nie powstała
+nigdy w&nbsp;głowie, choć trzydzieści pięć
+lat skończył przed miesiącem. I&nbsp;dobrze
+mu w&nbsp;tym brankonierskim stanie, w&nbsp;tej
+włóczędze po cudzych zagonach, które
+zwiedza z&nbsp;ciekawością dobrze rozwiniętego
+samca, poszukującego zaspokojenia
+swych chęci. Wstaje rano bez troski o&nbsp;życie
+całej rodziny, bez pisku dzieci, swarów
+mamki z&nbsp;kucharką i&nbsp;braku guziczka
+z tyłu koszuli. Wszystko jest w&nbsp;porządku,
+buty wyczyszczone, woda przegotowana,
+zmieszana z&nbsp;tinkturą benzoesową do umycia
+twarzy, mydło Houbigana odwinięte
+z obsłonek, krem migdałowy tuż obok
+flakonu gliceryny a&nbsp;ocet Bully'ego świeżo
+przyniesiony ma już markę oderwaną i&nbsp;koreczek
+lekko uchylony.</p>
+
+<p>Koło łóżka, na małym stoliczku przygotowana
+filiżanka ziółek Jambard; obok&nbsp;&mdash;&nbsp;leży
+ręczne lusterko znacznie powiększające
+i fiszbin do języka. Zmaczana w&nbsp;letniej <span class="pagenum"><a name="Strona_147" id="Strona_147">[Str. 147]</a></span>
+wodzie i&nbsp;napojona esencją werweny
+serweta wisi na poręczy łóżka, tuż obok
+pary jedwabnych przewróconych na lewą
+stronę i&nbsp;opylonych lekko proszkiem Viguiera
+skarpetek. W&nbsp;całym pokoju cisza
+i półcień dyskretny. Portyery ciemne brązowe,
+łóżko szerokie francuzkie na podwyższeniu
+pokrytem ciemnym dywanem.</p>
+
+<p>W kącie tualetka, cała gra szczotek
+z kości słoniowej, wielkie flaszki z&nbsp;ekstraktem
+cordalisu i&nbsp;bzu białego. Tychże zapachów
+woda do włosów i&nbsp;niezliczona moc
+małych pudełeczek brylantowego proszku
+do paznogci. Pomiędzy niemi&nbsp;&mdash;&nbsp;pilniczki,
+siodełka, nożyczki spiczaste i&nbsp;zagięte.
+W kącie&nbsp;&mdash;&nbsp;tuż przy poduszeczce pełnej
+szpilek, pudełko z&nbsp;velontiną ambrę, puszek
+łabędzi i&nbsp;jakby ze wstydem wciśnięte
+kilka wideł szyldkretowych kobiecych, do
+spinania greckich fryzur. Oprócz tych „wideł”&nbsp;&mdash;&nbsp;wszystko
+zresztą w&nbsp;najwyższym
+porządku poukładane, świecące, błyszczące
+jak samowary żydówki. Wielka lampa
+w stylu bizantyjskim, wysadzana kamieniami
+zwiesza się od sufitu, nadając tej<span class="pagenum"><a name="Strona_148" id="Strona_148">[Str. 148]</a></span>
+sypialni fałszywy ton kaplicy. W&nbsp;lustrzanej
+szybie szafy odbija się stojący pod ścianą
+nizki szezląg Marie Antoinette&nbsp;&mdash;&nbsp;pokryty
+aksamitną draperyą. Na aksamicie, jak
+wąż mikroskopijny, leży w&nbsp;łuk skręcony
+kawałek błękitnego, jedwabnego sznurowadła,
+zerwanego silną a&nbsp;nerwową ręką...</p>
+
+<p>Opodal&nbsp;&mdash;&nbsp;na dywanie, niedojedzone maluchne
+ciasteczko z&nbsp;wygryzioną konfiturą
+i zlizanym lukrem...</p>
+
+<p>Seweryn podniósł się na łóżku i&nbsp;sięgnąwszy
+ręką po filiżankę ziółek,
+<a class="ins" href="#tnote_24" name="tAnchor_24" title="zrzucił na ziemię pudełko „pate des prelats”. którą nadawał">zrzucił na ziemię pudełko „pate des prelats”, którą nadawał</a>
+alabastrowy ton rękom.</p>
+
+<p>Był zdenerwowany i&nbsp;silnie podrażniony
+przez tę niespodziewaną wizytę rządcy,
+wypowiadającego mu mieszkanie.</p>
+
+<p>Trzeba szukać nowego lokalu.</p>
+
+<p>Hm! ale czy to tak łatwo....</p>
+
+<p>Wreszcie tu&nbsp;&mdash;&nbsp;kamienica dyskretna,
+lokatorowie nie zajmują się plotkami,
+zdają się nieżywi po za uroczyście zamkniętemi
+drzwiami głównego wejścia. Kto
+wie&nbsp;&mdash;&nbsp;na co trafi Seweryn i&nbsp;czy nie wyniknie <span class="pagenum"><a name="Strona_149" id="Strona_149">[Str. 149]</a></span>
+z tego cały szereg przykrych zajść
+i kolizyj.</p>
+
+<p>Sięgnął ręką po skarpetki i&nbsp;wolno wstawać
+zaczął.</p>
+
+<p>Spojrzał w&nbsp;okno.</p>
+
+<p>Dzień był jesienny, ciepły jeszcze, ale
+trochę pochmurny. Jakieś szare, smutne
+światło płynęło przez szyby przysłonięte
+japońską siatką, po której latały z&nbsp;podniesionemi
+skrzydłami dziwaczne ptaki.</p>
+
+<p>Seweryn skrzywił się i&nbsp;trochę przygasłemi
+oczami powlókł dokoła. Jakkolwiek
+szarawe cienie włóczyły się po kątach,
+mieszkanie to wydało mu się po prosta
+rajem. Taka cisza, taki spokój panujący
+nawet po za oknami! Nieledwie słychać
+było kroki rzadkiego przechodnia idącego
+wzdłuż domów.</p>
+
+<p>Od czasu do czasu zaskrzeczała papuga
+siedząca na balkonie przeciwległego domu.</p>
+
+<p>To było wszystko.</p>
+
+<p>Seweryn kładł teraz na siebie komplet
+z białej flaneli w&nbsp;niebieskie paski. Stanął
+przed lustrem i&nbsp;włożywszy ręce w&nbsp;kieszenie
+od kurtki, przyglądać się sobie począł.<span class="pagenum"><a name="Strona_150" id="Strona_150">[Str. 150]</a></span></p>
+
+<p>Pomimo lekkiego znużenia w&nbsp;oczach,
+miał cerę zdrową i&nbsp;świeżą. Wyciągnął język,
+potem przyjrzał się uważnie gałkom
+ocznym, wreszcie, wyciągnąwszy muskularne
+ramiona, stał tak chwilę, patrząc
+zmrużonemi oczami w&nbsp;lustro. W&nbsp;tej białej,
+puszystej flaneli wydawał się o&nbsp;wiele
+tęższym i&nbsp;bardziej rozrośniętym niż był
+w rzeczywistości. Uderzył się po piersiach
+rękami i&nbsp;klatkę naprzód wysunął w&nbsp;niezwykły
+sposób.. Poczem kurtkę na sznury
+zapiął i&nbsp;obróciwszy się profilem, wygiął
+się jak panna na wydaniu. Przyglądał się
+rysunkowi łydek, które pod mięką tkaniną
+flaneli wyraźnie się zaznaczały. Pomacał
+się po udach, syknął lekko i&nbsp;poruszając
+torsem począł próbować solidności
+bioder...</p>
+
+<p>Tak! tak&nbsp;&mdash;&nbsp;był w&nbsp;całym rozwoju siły
+i zdrowia. Herbata Jambart utrzymywała
+mu żołądek wybornie, a&nbsp;brak wszelkich
+ekscesów nie wyczerpywał go ani na jotę.
+Odłożył sobie właśnie tyle, ile mógł zużyć
+bez naruszenia zdrowia... Używał bez
+wstrząśnień i&nbsp;wzruszeń niepotrzebnych,<span class="pagenum"><a name="Strona_151" id="Strona_151">[Str. 151]</a></span>
+a czytając Catul Mendeza, wzruszał ramionami
+przy opisie wyczerpujących walk
+miłosnych.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;C'est idiot!&nbsp;&mdash;&nbsp;decydował, zamykając
+książkę. On systematycznie wypijał
+rozkosz pocałunku, tak jak swą przeczyszczającą
+herbatę. Gdy nadchodziła chwila
+miłosnej schadzki, wyjmował z&nbsp;szafy koszyczek
+z drobnemi ciasteczkami i&nbsp;butelkę,
+przygotowywał ocet Bully'ego, szpilki,
+puder i&nbsp;najspokojniej usiadłszy w&nbsp;saloniku,
+oczekiwał zjawienia się kobiety. Gdy
+spóźniła się cokolwiek i&nbsp;wpadała zdyszana,
+zmęczona, szepcząc słowa usprawiedliwienia,
+on spokojny, uśmiechnięty,
+zdejmował z&nbsp;jej twarzy woalkę, którą się
+szczelnie osłaniała i&nbsp;mówił trochę ironicznym
+głosem:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cóż wielkiego! spóźniłaś się&nbsp;&mdash;&nbsp;to
+rzecz bardzo naturalna.</p>
+
+<p>Poczem szedł ku drzwiom i&nbsp;uchyliwszy
+je, rzucał do przedpokoju zawsze jedno
+i to samo zdanie:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Karol! niema mnie w&nbsp;domu!<span class="pagenum"><a name="Strona_152" id="Strona_152">[Str. 152]</a></span></p>
+
+<p>Z przedpokoju wydobywał się bezdźwięczny
+głos:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dobrze, jaśnie panie!&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;zasówka
+drzwi wchodowych opadała z&nbsp;suchym łoskotem.</p>
+
+<p>W ten spokojny sposób rozpoczynała
+się każda schadzka, w&nbsp;równie spokojny
+kończyła się cała miłostka.</p>
+
+<p>Seweryn bowiem zawiązywał stosunki
+jedynie z... mężatkami, mając w&nbsp;tem stały
+system, od którego nigdy nie odstępował.
+Były to najczęściej żony przyjaciół,
+dobrych znajomych, którzy, rozmarzeni
+chartreuse'ą lub koniakiem w&nbsp;czarnej kawie,
+z łokciami opartemi na stole, roztaczali
+tajemnice alkowy małżeńskiej na
+wzór króla Candaula, i&nbsp;w zamian za swą
+wiarę otrzymywali, wprawdzie nie pchnięcie
+śmiertelne, lecz szczerbę w&nbsp;honorze
+i miłości żony. Seweryn bowiem skwapliwie
+chwytał za włosy każdą okazyę i&nbsp;umiejętnie
+czynił legion kochanek z&nbsp;tych mężatek
+spragnionych nowości, ciekawych
+występku a&nbsp;kryjących dyskretnie łzy i&nbsp;rozpacz
+w chwili zerwania. Wybór jego padał <span class="pagenum"><a name="Strona_153" id="Strona_153">[Str. 153]</a></span>
+zwykle na kobiety dbające o&nbsp;pozycyę
+zajmowaną w&nbsp;świecie i&nbsp;miejsce w&nbsp;domu
+męża; wiedział, że tego rodzaju kochanka
+nie odważy się na sceny, na ucieczki,
+na opowiedzenie w&nbsp;chwili podrażnienia
+wszystkiego mężowi... Wiedział, że gdy
+chwila stanowcza nadejdzie, chwila nieuniknionego
+zerwania, po chwilowej burzy
+przywitają się znów z&nbsp;uśmiechem
+i spokojem, wobec zwróconych na nich
+czujnych oczów towarzystwa. Wspaniałomyślnie&nbsp;&mdash;&nbsp;podczas
+trwania miłostki&nbsp;&mdash;&nbsp;pozostawiał
+wolność kobiecie, nie kontrolując
+jej stosunków z&nbsp;mężem&nbsp;&mdash;&nbsp;owszem,
+popychając ją nieledwie w&nbsp;objęcia smutnego
+rywala.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Trzeba mieć furtkę w&nbsp;razie wypadku...</p>
+
+<p>Kilkakrotnie „furtka” ta okazała się
+deską ocalenia. Kobiety z&nbsp;uśmiechem
+wdzięczności przyznawały Sewerynowi słuszność,
+dziecko miało nazwisko i&nbsp;prawo
+do majątku, matka nie traciła względów
+i szacunku świata a&nbsp;prawdziwy ojciec usuwał
+się w&nbsp;cień, zacierając ręce!...<span class="pagenum"><a name="Strona_154" id="Strona_154">[Str. 154]</a></span></p>
+
+<p>Jedna tylko żona urzędnika kolejowego
+stawiła mu się opornie i&nbsp;wprawiła go
+przez pewien czas w&nbsp;kłopot niemały swem
+głupiem sentymentalnem postępowaniem.
+Ale była też to kobieta nie z&nbsp;towarzystwa,
+spotkana przez Seweryna w&nbsp;Alejach,
+w chwili nerwowego rozdrażnienia.
+Podbiła go od razu dziwnem spojrzeniem
+bladych błękitnych oczów i&nbsp;twarzyczką
+Madonny. Gdy, wbrew swemu zwyczajowi,
+poszedł za nią, i&nbsp;przemówił przyciszonym
+głosem&nbsp;&mdash;&nbsp;stanęła, spojrzała mu
+w oczy i&nbsp;wyciągnęła doń rękę obnażoną,
+na której błyszczała obrączka.</p>
+
+<p>Seweryn rękę podaną ujął, nie mogąc
+zrozumieć, co go ciągnęło w&nbsp;ten wieczór
+wiosenny do tej źle ubranej i&nbsp;trochę pochylonej
+kobiety, narzucającej mu się nieledwie
+pod cieniem szumiących drzew.</p>
+
+<p>Stosunek ich trwał parę miesięcy. Seweryn
+nie był nigdy w&nbsp;domu Anny, znał
+tylko jej życie z&nbsp;opowiadań kochanki.
+Wprędce znudziła go brakiem elegancyi
+i cienkiej bielizny a&nbsp;zraziła zbytkiem uczucia,
+w którem dopatrywał się przesady.<span class="pagenum"><a name="Strona_155" id="Strona_155">[Str. 155]</a></span></p>
+
+<p>Ona, zakochana do szaleństwa w&nbsp;tym
+wspaniałym mężczyźnie, którego każde
+zbliżenie mieszało ją i&nbsp;słodką rozkoszą
+przejmowało, była niezręczną jak każda
+zakochana kobieta. Przynosiła mu za gorsetem
+z grubej szarej dymy pęki fiołków,
+lub skrapiała włosy olejkiem peruwiańskim.
+Nosiła nizkie buciki z&nbsp;powyciąganą
+gumą i&nbsp;podwiązki pod kolanami.</p>
+
+<p>W dodatku uparła się być mu wierną,
+wierną do głupoty i&nbsp;mówiła mu o&nbsp;tem
+bezustannie, kładąc głowę na piersi.</p>
+
+<p>On, zdenerwowany, powtarzał słowo
+„furtka” po raz setny i&nbsp;przemyślał o&nbsp;sposobie
+zerwania z&nbsp;tą niewygodną kochanką,
+cichą i&nbsp;uległą, przysięgając sobie nigdy
+nie wykraczać z&nbsp;przepisanych granic
+postępowania. Pewnego letniego wieczora,
+Anna, rumieniąc się i&nbsp;jąkając, wyszeptała
+Sewerynowi do ucha tajemnicę, która ją
+radością przejmowała.</p>
+
+<p>On drgnął cały i&nbsp;porwał się z&nbsp;miejsca.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Co teraz zrobisz?</p>
+
+<p>Ona spojrzała na niego słodko i&nbsp;uśmiechnęła
+się spokojnie.<span class="pagenum"><a name="Strona_156" id="Strona_156">[Str. 156]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Będę twoją do śmierci. Jutro dom
+męża opuszczę!</p>
+
+<p>Na czoło Seweryna wystąpiły krople
+potu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dla czego?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przecież teraz, jako matka twego
+dziecka, mieszkać z&nbsp;nim nie mogę...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dla czego?</p>
+
+<p>Nastąpiła chwila milczenia.</p>
+
+<p>Głos nagle zamarł w&nbsp;piersiach kobiety,
+klęczała ciągle obok szezlągu, na którym
+leżały porozrzucane szpilki wypadłe z&nbsp;jej
+włosów, kapelusz i&nbsp;rękawiczki; twarz
+nagle pobladłą zwróciła ku Sewerynowi,
+który przebiegał pokój wzdłuż i&nbsp;wszerz,
+potrącając meble.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;mówiłem o&nbsp;furtce, mówiłem tyle
+razy&nbsp;&mdash;&nbsp;ale cóż, pani chciałaś się bawić
+w sentymentalizm, w&nbsp;wierność! Tiens...
+c'est du propre! c'est mignon!...</p>
+
+<p>Z okrucieństwem mężczyzny, który widzi
+nagle porządek swego życia zakłócony
+niepotrzebnem zdarzeniem, wyrzucał
+z siebie Seweryn cały potok słów, które
+jak chłosta spadały na pochyloną głowę
+kobiety.<span class="pagenum"><a name="Strona_157" id="Strona_157">[Str. 157]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czyż to nie czyste szaleństwo było
+z mej strony&nbsp;&mdash;&nbsp;mówił dalej tonem, na
+jaki tylko niekochający mężczyzna zdobyć
+się może&nbsp;&mdash;&nbsp;czyż to nie była demencya
+brnąć dalej i&nbsp;nie przewidzieć do czego
+mnie pani doprowadzić możesz! Teraz
+jesteśmy w&nbsp;ładnej sytuacyi! Ale ja umywam
+od wszystkiego ręce... to nie moja
+wina!... Tirez vous de cette affaire vous
+m&eacute;me!... Voila!...</p>
+
+<p>Stał tuż przed nią, pochylając nad
+nią swą maskę rozłoszczonego „viveura”,
+mając wielką ochotę kopnięcia
+tej kobiety, która, dawszy mu
+tak słabą i&nbsp;niewyraźną rozkosz, miała
+śmiałość wkraczania w&nbsp;wygodnie urządzone
+życie, z&nbsp;dzieckiem w&nbsp;dodatku!</p>
+
+<p>Nie, tego było za wiele!&nbsp;&mdash;&nbsp;wszystkie
+inne, te, które miał poprzednio, oznajmiały
+mu podobny wypadek z&nbsp;dyskretnym
+uśmieszkiem, a&nbsp;on&nbsp;&mdash;&nbsp;przybierał minę
+rozczulonego papy, wiedząc że nic nie
+ryzykuje, i&nbsp;szeroko otwartą furtką może
+wyjechać, nietylko wyjść najspokojniej;<span class="pagenum"><a name="Strona_158" id="Strona_158">[Str. 158]</a></span>
+ta jedna!&nbsp;&mdash;&nbsp;ta&nbsp;&mdash;&nbsp;głupia mieszczka uparła
+się przy swej wierności, jakby on tego
+wymagał!...</p>
+
+<p>Bizantyjska lampa zawieszona u&nbsp;sufitu
+rzucała różnokolorowe, pokrajane światła.
+Przez zielone kamienie trupie prawie
+padały blaski.</p>
+
+<p>W blaskach tych podniosła się nagle
+Anna, blada, z&nbsp;szeroko rozwartemi oczyma.
+I z&nbsp;włosami rozwianemi, z&nbsp;rękami
+naprzód wyciągniętemu, ku drzwiom kierować
+się poczęła.</p>
+
+<p>Seweryn postąpił za nią kilka kroków.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tirez vous de l'affaire!...&nbsp;&mdash;&nbsp;powtórzył,
+lecz ona, nie odwracając nawet głowy,
+otworzyła drzwi i&nbsp;zniknęła w&nbsp;ciemnej
+głębi salonu.</p>
+
+<p>Po chwili trzask zamykającej się
+bramy doleciał przez wpół uchylone
+okno.</p>
+
+<p>Seweryn chciał biedz za tą kobietą,
+której bladość i&nbsp;milczenie dziwnie nań
+podziałały, lecz... egoizm przemógł.<span class="pagenum"><a name="Strona_159" id="Strona_159">[Str. 159]</a></span></p>
+
+<p>Z uczuciem niewysłowionej błogości
+usiadł na fotelu, oddychając ciężko.</p>
+
+<p>Ach!... uniknął nielada niebezpieczeństwa,
+kobieta wykręci się z&nbsp;tej matni,
+a on, poprzysięga sobie nigdy nie bawić
+się w&nbsp;sentymenty, lecz czerpać dalej rozkosze
+w cudzych a&nbsp;dobrze znajomych mu
+gniazdach...</p>
+
+<p>Czekał jeszcze dni kilka, sądząc że Anna
+powróci, lub parę słów napisze.</p>
+
+<p>Nic&nbsp;&mdash;&nbsp;milczenie zupełne.</p>
+
+<p>Teraz Seweryn odetchnął pełną piersią.
+Uczuł się ocalonym rzeczywiście i&nbsp;na
+dobre.</p>
+
+<p>Od tego zdarzenia upłynęło lat siedem.
+Przez te lata Seweryn miał znów kilka
+intryg, a&nbsp;przechodząc przez ogród Saski,
+uśmiechał się na widok małej dziewczynki
+bawiącej się kamyczkami i&nbsp;kasztanami
+zbieranemi wśród żwiru.</p>
+
+<p>Dziewczynka miała ciemne oczy i&nbsp;kręcone
+włosy Seweryna a&nbsp;linia jej łydek,
+ubranych w&nbsp;jedwabne pończoszki, wyginała
+się w&nbsp;charakterystyczny sposób.<span class="pagenum"><a name="Strona_160" id="Strona_160">[Str. 160]</a></span></p>
+
+<p>Niańka, zapytywana o&nbsp;nazwisko rodziców
+malutkiej, odpowiadała uprzejmie:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Państwo Wanderkraft&nbsp;&mdash;&nbsp;a&nbsp;dziewczynka
+uśmiechała się do przechodniów
+uśmiechem, który przypominał chwile
+najwyższej kokieteryi podbójczej Seweryna.</p>
+
+<p>Czasem sama pani Wanderkraft siadała
+obok niańki i&nbsp;prezentując swe
+silnie rozwinięte biodra w&nbsp;obcisłej fularowej
+sukni, dozorowała zabawy dziewczynki.</p>
+
+<p>Gdy Seweryn zbliżał się do ławki, kobieta
+uśmiechała się przyjaźnie, pod purpurową
+osłoną rozpiętej parasolki, i&nbsp;głośno
+przywoływała córeczkę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Sewerciu! przywitaj się z... panem!</p>
+
+<p>Dziecko dygało, wyciągając tłustą łapkę
+a kobieta spoglądała pogodnie
+w twarz mężczyzny, który odpowiadał
+jej również tym spokojnym, prawdziwie
+męzkim uśmiechem. Cudzołożna żona i&nbsp;jej
+wspólnik, jak dobrze wychowani ludzie,
+załatwili całą sprawę!<span class="pagenum"><a name="Strona_161" id="Strona_161">[Str. 161]</a></span></p>
+
+<p>Furtka była otwarta.</p>
+
+<p>Furtką tą wsuwało się kukułcze pisklę
+do obcego gniazda.</p>
+
+<p>Ainsi va le monde!</p>
+
+<p>Pani Wanderkraft postąpiła w&nbsp;tym wypadku
+jak każda światowa i&nbsp;dobrze wychowana
+kobieta postąpić powinna. Dała
+dowód taktu i&nbsp;uszanowania własnej godności.</p>
+
+<p>Dla tego Seweryn przeciągał ten stosunek
+i czuł się zupełnie zadowolnionym.</p>
+
+<p>I dziś&nbsp;&mdash;&nbsp;dziś&nbsp;&mdash;&nbsp;właśnie, kiedy wczorajsza
+schadzka powiodła mu się znakomicie,
+żołądek funkcyonuje wybornie,
+a żółte plamki pod lewem okiem znikają
+pod działaniem „Anti-Bolbosu”&nbsp;&mdash;&nbsp;dziś
+właśnie, wymówiono mu mieszkanie...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie!&nbsp;&mdash;&nbsp;c'est du guignon! rien de
+plus.</p>
+
+<p>I nachmurzony odrywa się Seweryn od
+kontemplacyi własnej osoby a&nbsp;przegiąwszy
+się w&nbsp;tył woła:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Paul!<span class="pagenum"><a name="Strona_162" id="Strona_162">[Str. 162]</a></span></p>
+
+<p>Z po za przymkniętych drzwi salonu,
+odzywa się ochrypły głos:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Słucham, jaśnie panie!</p>
+
+<p>I oto na progu, w&nbsp;szarawem oświetleniu,
+ukazuje się Paweł&nbsp;&mdash;&nbsp;w&nbsp;pantoflach
+i białym fartuchu sięgającym mu aż pod
+brodę.</p>
+
+<p>Jest to mężczyzna lat trzydziestu,
+wybladły i&nbsp;wychudły, obnoszący swą,
+twarz zniszczonego rozpustą ulicznika
+w obramowaniu rudych rzadkich faworytów.</p>
+
+<p>Seweryn w&nbsp;tej chwili przegląda się
+w lustrze, wyszczerzając zęby.</p>
+
+<p>Paweł czeka na progu, zimny, spokojny,
+utkwiwszy wzrok przygasły w&nbsp;przeciwległą
+ścianę.</p>
+
+<p>Wreszcie Seweryn zmienia pozycyę
+i usiłuje dojrzeć maluchną plamkę czerwieniącą
+się pod lewem uchem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nic innego, tylko to Klara... a&nbsp;prosiłem...
+prosiłem.&nbsp;&mdash;&nbsp;Paul!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Słucham, jaśnie panie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zobacz! co ja mam pod lewem
+uchem?<span class="pagenum"><a name="Strona_163" id="Strona_163">[Str. 163]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Plamkę, jaśnie panie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Plamkę?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Plamkę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pewnie mnie... coś ukąsiło!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pewnie jaśnie pana coś ukąsiło?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Daj kremu ogórkowego, może zniknie!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Może zniknie, jaśnie panie.</p>
+
+<p>Nastąpiła chwila milczenia.</p>
+
+<p>Seweryn wycierał szyję białą, tłustą
+masą, odchyliwszy dobrze kołnierz
+kartki i&nbsp;flanelowej bleu de France koszuli.</p>
+
+<p>Blady promień słońca przebił się w&nbsp;tej
+chwili przez chmury i&nbsp;przyciemniony
+gazą rozpiętą w&nbsp;oknach, oblał żółtawym
+blaskiem tęgi i&nbsp;potężny kark Seweryna,
+kark niezwalczony, prawdziwy
+kark zwycięzcy, tryumfatora w&nbsp;zapasach
+miłosnych.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Paul!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Słucham, jaśnie panie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Musimy się wynosić!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Musimy, jaśnie panie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Trzeba szukać mieszkania!<span class="pagenum"><a name="Strona_164" id="Strona_164">[Str. 164]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Trzeba, jaśnie panie.</p>
+
+<p>Seweryn ujął powiększające lusterko
+i, postąpiwszy do okna, bacznie się szyi
+przyglądał.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Znika?&nbsp;&mdash;&nbsp;co?</p>
+
+<p>Paweł zbliżył się także.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Znika, jaśnie panie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przygotuj wodę!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dobrze, jaśnie panie.</p>
+
+<p>Seweryn położył lusterko i&nbsp;rozpinać
+począł kurtkę.</p>
+
+<p>Paweł rozesłał na podłodze ceratę, poczem
+rozwinął i&nbsp;ustawił gumową balię
+a przy niej rodzaj polewaczki z&nbsp;kauczukowym
+wężem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Peniuar wygrzany?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wygrzany, jaśnie panie!</p>
+
+<p>Seweryn powoli zdjął kurtkę i&nbsp;za
+chwilę tors jego muskularny, wspaniały,
+lśniący zabłysnął w&nbsp;półcieniu pokoju.</p>
+
+<p>Promień słońca ślizgał się po tem różowem
+ciele o&nbsp;ciemnawych, sinawych tonach.<span class="pagenum"><a name="Strona_165" id="Strona_165">[Str. 165]</a></span></p>
+
+<p>Wąska ścieżka kręconych włosów
+przecinała tors na równe dwie połowy.</p>
+
+<p>Wtedy oczy Seweryna padły na leżące
+na ziemi i&nbsp;na wpół rozgniecione ciastko.
+Zmarszczył brwi, jakby dojrzał coś nieprzyjemnego.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Paul!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Słucham, jaśnie panie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Patrz!</p>
+
+<p>Nagiem ramieniem wskazywał dywan
+klęczącemu na ceracie sługusowi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Sprzątnij!</p>
+
+<p>Paweł na klęczkach posunął się po dywanie
+i podniósłszy ciastko, drugą ręką
+sięgnął po zostawione na sofie błękitne
+sznurowadło.</p>
+
+<p>Poczem wstał i&nbsp;ciągle spokojny i&nbsp;niewzruszony,
+plecionkę dyskretnie położył
+obok szyldkretowych szpilek w&nbsp;kącie tualety,
+a ciastko cisnął zręcznie skrzeczącej
+na balkonie papudze.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>Od dwóch tygodni poszukiwał Seweryn
+mieszkania.<span class="pagenum"><a name="Strona_166" id="Strona_166">[Str. 166]</a></span></p>
+
+<p>Zrobił pięćset osiemnaście pięter i&nbsp;&mdash;&nbsp;nie
+mógł zdecydować się na wybór.</p>
+
+<p>Wszędzie bramy były zanadto widne,
+za wiele drzwi wychodziło na klatkę
+wschodową, lokatorowie zdawali się zanadto
+ruchliwi.</p>
+
+<p>W dwuznacznej pozycyi, jaką Seweryn
+sobie w&nbsp;życiu obrał&nbsp;&mdash;&nbsp;były to rzeczy
+nadzwyczaj ważne. Do tej chwili lawirował
+szczęśliwie w&nbsp;pośród znieważanych
+mężów, którym ściskał uprzejmie ręce
+i oddawał drobne przysługi.</p>
+
+<p>Nie miał ochoty poznać tragicznej strony
+medalu.</p>
+
+<p>Wesoła wystarczała mu zupełnie.</p>
+
+<p>To też szukał i&nbsp;szukał odpowiedniej
+bramy, w&nbsp;której cieniu mogłaby jak
+w przepaści zginąć biegnąca do niego kochanka.</p>
+
+<p>Paul ze swej strony dokładał starań
+niemało. Obadwaj wieczorem schodzili
+się w&nbsp;sypialni, zniechęceni, pożółkli,
+ze skórą dziwnie na twarzy wyciągniętą.</p>
+
+<p>Snać podobne forsowne przechadzki
+obu tym viveurom nie dodawały zdrowia.<span class="pagenum"><a name="Strona_167" id="Strona_167">[Str. 167]</a></span></p>
+
+<p>I gdy Seweryn, kładąc się, owiązywał
+głowę fularem, twarz nacierał magnoliną
+a ręce pastą kardynalską, spoglądał
+żałośnie na Paula skraplającego mieszaniną
+octu tualetowego i&nbsp;wody kolońskiej
+firanki otaczające łóżko.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nic nie znalazłem&nbsp;&mdash;&nbsp;mówił jęczącym
+głosem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I&nbsp;ja także, jaśnie panie.&nbsp;&mdash;&nbsp;odpowiadał
+lokaj.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Rozpacz!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Rozpacz, jaśnie panie.</p>
+
+<p>I Seweryn, jęcząc, zakładał na twarz
+rodzaj maski irszanej, napojonej coldcreamem,
+a faworyty podwiązywał długim
+kawałkiem fularu, skropionym wodą portugalską.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Może... jutro&nbsp;&mdash;&nbsp;bełkotał przez wązki
+otwór, wykrajany w&nbsp;szmacie irchowej.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Może... jutro, jaśnie panie.&nbsp;&mdash;&nbsp;odpowiadał
+lokaj.</p>
+
+<p>Tymczasem przechodziło jutro bez
+żadnego rezultatu i&nbsp;tak samo dni następne.<span class="pagenum"><a name="Strona_168" id="Strona_168">[Str. 168]</a></span></p>
+
+<p>Pewnego jesiennego popołudnia, Seweryn,
+zdenerwowany, wlókł się wzdłuż kamienic,
+zatrzymując się przed każdą wywieszoną
+kartą.</p>
+
+<p>Wstąpił już do dwóch domów, pomimo
+że ulica nie przypadała mu do
+gustu.</p>
+
+<p>Ruchliwa była, co chwila przeleciała
+przez nią dorożka, to znów o&nbsp;kilka
+kroków grała katarynka wyjątki z&nbsp;„Carmen”.</p>
+
+<p>Jakiś mały piesek usiadł na trotuarze
+i wył, podnosząc do góry spiczastą
+mordkę.</p>
+
+<p>Seweryn dnia tego czuł się w&nbsp;dziwnem
+usposobieniu.</p>
+
+<p>Obudził się z&nbsp;niesmakiem w&nbsp;ustach
+i w&nbsp;duszy.</p>
+
+<p>Cała skóra go bolała na ciele i&nbsp;czuł
+nieledwie każdy włosek swych faworytów,
+które dziś sterczały suche i&nbsp;bez żadnego
+połysku.</p>
+
+<p>Usposobienie jego wewnętrzne było
+<a class="ins" href="#tnote_25" name="tAnchor_25" title="szare i&nbsp;znużone: Czuł mimowoli jakiś">szare i&nbsp;znużone. Czuł mimowoli jakiś</a>
+przesyt i&nbsp;wspomnienie ciała Klary, które<span class="pagenum"><a name="Strona_169" id="Strona_169">[Str. 169]</a></span>
+go prześladowało, było mu wstrętne nad
+wyraz wszelki.</p>
+
+<p>Spotkał ją w&nbsp;Saskim ogrodzie przechodzącą
+z córeczką. Nie rozumiał dla czego
+coś go popchnęło ku dziecku, które
+było krwią jego krwi, jego własnym
+płodem.</p>
+
+<p>Lecz&nbsp;&mdash;&nbsp;mała&nbsp;&mdash;&nbsp;rozkapryszona, zdenerwowana,
+odwróciła się, nie chcąc się
+przywitać z&nbsp;„panem”. Chciał nalegać,
+schylił się, aby ją ująć za rączkę, pragnąc
+dotknięciem się tego świeżego, dziecięcego
+ramienia&nbsp;&mdash;&nbsp;obronić przeciw jakiejś
+tęsknocie, która go trawiła.</p>
+
+<p>Lecz niańka ujęła dziecko, wołając:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Sewerciu! patrz... Tata idzie!...</p>
+
+<p>Dziecko odwróciło główkę i&nbsp;wyciągnęło
+ręce w&nbsp;stronę nadchodzącego mężczyzny.</p>
+
+<p>Seweryn cofnął się i&nbsp;przeszedł szybko,
+zamieniając lekki ukłon z&nbsp;przyjacielem.</p>
+
+<p>Zaczął znów szukać mieszkania.</p>
+
+<p>Szedł, prostując się z&nbsp;całej siły woli
+i przybierając obojętną minę.<span class="pagenum"><a name="Strona_170" id="Strona_170">[Str. 170]</a></span></p>
+
+<p>Lecz piosenka „Carmeny” i&nbsp;wycie psa&nbsp;&mdash;&nbsp;wstrząsnęły
+nim do głębi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ach, te nerwy!&nbsp;&mdash;&nbsp;pomyślał.</p>
+
+<p>Szybko wszedł do bramy, przy której
+widniała karta.</p>
+
+<p>Za chwilę dzwonił do drzwi parterowych,
+przed któremi leżała zużyta słomianka.</p>
+
+<p>Drzwi otworzył mały chłopiec, najwyżej
+lat sześciu, dobrze rozwinięty, szeroki
+w ramionach, z&nbsp;karkiem doskonale osadzonym.</p>
+
+<p>Otworzywszy drzwi, przechylił główkę,
+jakby oczekując wytłomaczenia.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;O&nbsp;mieszkanie...&nbsp;&mdash;&nbsp;wycedził Seweryn.</p>
+
+<p>Chłopiec, stukając gwałtownie obcasami,
+zniknął w&nbsp;ciemni przedpokoju.</p>
+
+<p>Za chwilę słychać było donośny głos
+dziecięcy:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mamo!... jakiś o&nbsp;mieszkanie!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To pokaż!&nbsp;&mdash;&nbsp;odezwał się głos kobiecy
+z głębi mieszkania wychodzący.</p>
+
+<p>Seweryn wszedł do przedpokoju i&nbsp;zamknął
+za sobą drzwi wchodowe.<span class="pagenum"><a name="Strona_171" id="Strona_171">[Str. 171]</a></span></p>
+
+<p>Zapach gotującej się brukwi i&nbsp;topionego
+masła uderzył go na wstępie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Kuchnia musi być blisko&nbsp;&mdash;&nbsp;wyszeptał
+z niezadowoleniem.</p>
+
+<p>Lecz nie miał już czasu oddawać się
+dłuższym uwagom nad rozkładem mieszkania,
+bo drzwi prowadzące do saloniku
+otworzyły się z&nbsp;impetem&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;w jednej
+smudze światła ukazał się chłopiec
+a potrząsając energicznie głową, zawołał:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Proszę pana za mną. Mamcia nieubrana
+a tatki niema. Dzieci mają lekcyę
+i nie ma nikogo starszego tylko ja
+jeden.</p>
+
+<p>Mówiąc to, wydymał w&nbsp;dziwny sposób
+klatkę piersiową i&nbsp;uderzał się po niej
+z zadowoleniem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Salon! o!&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł, wyciągając
+szyję&nbsp;&mdash;&nbsp;niech pan wejdzie, choć pan zabłoci,
+nic nie szkodzi, jutro będą froterować!</p>
+
+<p>Seweryn spojrzał dokoła.</p>
+
+<p>Dziwnym mu się wydawał ten „salon”,
+pełen szydełkowych kap i&nbsp;serwetek.<span class="pagenum"><a name="Strona_172" id="Strona_172">[Str. 172]</a></span>
+Wszędzie czepiały się, jak rój nocnych
+czepków mieszczanki, opadłych na ciemną
+wełnę mebli; na jesionowe stoliczki, na
+trzcinę etażerek, na pudło nędznego fortepianu.
+Przed kanapą, na płaszczyźnie
+stołu pokrytego siatkową szarą serwetą,
+sterczała lampa, której podstawa tonęła
+w patarafce ze strzyżonej włóczki i&nbsp;szklanych
+owoców.</p>
+
+<p>Mała czworograniasta czapeczka okrywała
+szkiełko.</p>
+
+<p>Chłopiec stał teraz na środku pokoju,
+rozstawiając nogi. Małe, szare oczy
+o stalowych błyskach utkwił w&nbsp;twarzy
+Seweryna, który z&nbsp;pustych ścian saloniku
+wzrok swój mimowoli przeniósł na
+źrenice dziecka. I&nbsp;przez krótką chwilę te
+dwie pary oczu o&nbsp;jednakowym, ciemnym
+a przejmującym połysku tonęły w&nbsp;sobie,
+jakby zlewając swe stalowe promienie,
+w jedną chłodną, szarawą
+smugę.</p>
+
+<p>Wreszcie Seweryn ocknął się pierwszy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy jest jeszcze co więcej?&nbsp;&mdash;&nbsp;zapytał.<span class="pagenum"><a name="Strona_173" id="Strona_173">[Str. 173]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jest proszę pana, pokój mamy i&nbsp;taty,
+dziecinny, jadalny, kuchnia, pasaż
+i schowanko&nbsp;&mdash;&nbsp;recytował mały.</p>
+
+<p>Przez uchylone drzwi prowadzące do
+dalszych pokojów, wyjrzała mała dziewczynka.</p>
+
+<p>Chłopiec przybrał poważną minę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niech Maryś idzie do kuchni, do
+Magdaleny&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł mrużąc oczy, a&nbsp;odwróciwszy
+się w&nbsp;stronę Seweryna, dodał
+ze śmiechem:&nbsp;&mdash;&nbsp;moja siostrzyczka!</p>
+
+<p>Malutka schowała się czemprędzej, nie
+omieszkawszy pokazać nieznajomemu końca
+różowego języka.</p>
+
+<p>Chłopiec wzruszył ramionami.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pan daruje, ale to jeszcze małe!&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł,
+otwierając drzwi na rozcierz&nbsp;&mdash;&nbsp;proszę
+pana, jadalnia!...</p>
+
+<p>Seweryn przestąpił próg i&nbsp;stanął koło
+ściany, opierając się o&nbsp;nią plecami.</p>
+
+<p>Przed nim, na sosnowym dość dużym
+stole, okrytym ceratą, stały talerze z&nbsp;grubego
+fajansu o&nbsp;żółtawych, gliniastych cieniach,
+grube szklanki zieleniły się w&nbsp;odstępach,
+serwetki starannie wyprostowane<span class="pagenum"><a name="Strona_174" id="Strona_174">[Str. 174]</a></span>
+i pozwijane, wsunięte były w&nbsp;czarne, blaszane
+kółka.</p>
+
+<p>Pod ścianą kredens, na wpół otwarty,
+z wysuniętym blatem, ukazywał ubogie
+wnętrze zapełnione blaszanemi puszkami
+cukru, kawy i&nbsp;herbaty. Wielki bochenek
+chleba świeżo napoczęty, rozkładał
+wśród masy okruchów swe ciemnawe
+wnętrze, okolone brunatną spieczoną
+skórą.</p>
+
+<p>Pod oknem maszyna do szycia, na wpół
+przykryta sztywną merlą zszywanej spódnicy,
+i krzesełko wyplatane odsunięte na
+środek pokoju.</p>
+
+<p>Dokoła stołu kilka krzeseł wyplatanych
+i dwa wysokie foteliki dziecinni:
+z zasuwanemi linijkami. Na jednym poduszeczka
+czerwona perkalowa i&nbsp;przewieszony
+przez poręcz śliniaczek szydełkowy,
+nawleczony czerwoną tasiemką.
+Wszystko to jednym rzutem oka objął
+Seweryn. Jakieś dziwne przygnębienie
+ogarniało go wśród tych ścian pustych,
+przed tym ubogim stołem, pośród
+tej duszącej woni kuchennej i&nbsp;stukotu tasaka <span class="pagenum"><a name="Strona_175" id="Strona_175">[Str. 175]</a></span>
+o stolnicę, dolatującego z&nbsp;po za
+drzwi źle przymkniętych.</p>
+
+<p>Cała nędza rodzinnego życia, smutnego,
+pełnego poświęceń, prywacyj
+i obowiązków&nbsp;&mdash;&nbsp;zdawała się spływać tu
+z trywialnością trosk codziennych. Tylko
+różowa i&nbsp;uśmiechnięta twarzyczka
+chłopca miała w&nbsp;sobie świeżość małego
+egoisty, zabierającego w&nbsp;swe płuca najzdrowsze
+cząstki powietrza, a&nbsp;w usta
+najlepszy kęs mięsa i&nbsp;największy kawał
+chleba.</p>
+
+<p>I znów oczy Seweryna spoczywały na
+drobnej a&nbsp;dobrze rozwiniętej postaci
+dziecka, które, pogwizdując lekko, wyszarpywało
+z bochenka chleba kawałek
+ośrodka i, maczając go w&nbsp;solniczce, zajadało
+ze smakiem.</p>
+
+<p>Seweryn przypomniał sobie, że, dzieckiem
+będąc, lubił namiętnie chleb z&nbsp;solą
+i zakradał się przed obiadem do sali jadalnej,
+aby wyprosić u&nbsp;lokaja kawałek
+ośrodka.</p>
+
+<p>Wspomnienie to sprawiło mu pewien
+rodzaj przyjemności.<span class="pagenum"><a name="Strona_176" id="Strona_176">[Str. 176]</a></span></p>
+
+<p>Mimowoli uśmiechnął się do chłopca
+uśmiechem koleżeńskim, przyjemnym, porozumiawczym.</p>
+
+<p>Malec nie został mu dłużnym.</p>
+
+<p>Jakby w&nbsp;zwierciadle odbił się na
+różanych ustach dziecka uśmiech mężczyzny.</p>
+
+<p>Te same zadrganie nerwowe kącików,
+te same zmarszczenie brody.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To dobre przed obiadem&nbsp;&mdash;&nbsp;bełkotał
+chłopiec i&nbsp;uderzył się znów po klatce
+piersiowej, smarując przód flanelowej
+białej bluzki tłustemi rękami.</p>
+
+<p>Seweryn stał ciągle przy ścianie, obserwując
+dziecko. Poddał się bezwiednie
+pociągowi ku tej małej, kędzierzawej
+główce, kręcącej się przed nim
+w mgławem świetle dnia jesiennego.
+Chłopiec ten zaciekawiał go i&nbsp;śledzić
+wzrokiem za sobą kazał. Szare źrenice
+z pod długich rzęs błyskały mu pożądliwie,
+gdy skubał ośrodek chleba...
+tęgi kark odsłaniał się z&nbsp;szeroko rozwartego
+kołnierza bluzy, kark o&nbsp;zarysach
+wspaniałego w&nbsp;przyszłości samca,<span class="pagenum"><a name="Strona_177" id="Strona_177">[Str. 177]</a></span>
+podbijającego kobiety siłą sprawianej
+rozkoszy.</p>
+
+<p>Na karku tym zatrzymał się dłużej
+wzrok Seweryna, zdawało mu się, ze
+gdzieś już widział podobny szmat ciała,
+tylko większy, grubszy, porosły krótkiemi
+włosami, majaczący we mgle zestawionych
+umiejętnie luster... i&nbsp;osłonięty draperyą
+białej flaneli.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Teraz pokażę panu dziecinny pokój,
+później mamci i&nbsp;kuchnię!</p>
+
+<p>Z łoskotem malec szarpnął drzwiami
+i przed oczyma Seweryna ukazał się pokój
+podłużny, zastawiony pod ścianami
+małemi łóżeczkami, okrytemi kołderkami
+z pąsowego, wytartego kaszmiru. Duży
+stół zarzucony książkami i&nbsp;zabawkami
+czernił się na środku.</p>
+
+<p>Koło pieca suszyło się prześcieradełko,
+na ziemi leżała naga lalka, z&nbsp;której sypały
+się trociny.</p>
+
+<p>Jakieś gorąco wilgotne panowało tu,
+wyziew mokrej bielizny i&nbsp;rozlanych na
+podłodze mydlin.<span class="pagenum"><a name="Strona_178" id="Strona_178">[Str. 178]</a></span></p>
+
+<p>Pod stołem siedziała malutka dziewczynka,
+wydzierająca kartki z&nbsp;wielkiej
+książki.</p>
+
+<p>Pod oknem, na obdartym skórzanym
+koniu huśtał się czteroletni chłopczyk,
+chudy, anemiczny, wybladły.</p>
+
+<p>Chłopiec oprowadzający Seweryna, jak
+szalony rzucił się ku dziecku kołyszącemu
+się na koniu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Złaź! to mój koń! złaź natychmiast!</p>
+
+<p>I silny, z&nbsp;pasyą wyrytą na drobnej
+twarzyczce, strącał młodszego brata, który
+z pokorą dziwną złaził z&nbsp;siodła, zaczepiając
+się o&nbsp;powiązane sznurkami
+strzemiona.</p>
+
+<p>Chłopiec, cały purpurowy, z&nbsp;krwią nabiegłą
+do oczów, rzucił się teraz pod stół
+i wyrwał dziewczynce książkę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ty, oddaj, to moje!</p>
+
+<p>Książkę rzucił na łóżko, poczem porwawszy
+za łeb konia, wsunął go w&nbsp;kąt
+tuż przy łóżku, które zapewne było jego
+miejscem spoczynku.<span class="pagenum"><a name="Strona_179" id="Strona_179">[Str. 179]</a></span></p>
+
+<p>Dzieci&nbsp;&mdash;&nbsp;milczące, przytuliły się do
+siebie, nędzne, drobne, małe&nbsp;&mdash;&nbsp;poddając
+się brutalnej przemocy, jaką wywierał
+nad niemi ten chłopak, zdający się
+rządzić tu bezpodzielnie, brać pod swe
+panowanie wszystko, co było jeszcze do
+wzięcia w&nbsp;tej nędzy urzędniczej, w&nbsp;tych
+ubogich sprzętach powleczonych kurzem
+trywialności.</p>
+
+<p>Seweryn znów oparł się o&nbsp;ścianę
+i śledził wzrokiem drobną postać chłopca,
+który z&nbsp;wysiłkiem pakował konia na
+łóżko.</p>
+
+<p>I zdawało mu się, że dziecko to jest
+mu doskonale znajome, że widywał je
+codziennie dawniej i&nbsp;teraz odnalazł nagle
+wraz ze wszystkiemi ruchami, tonacyą
+głosu, karnacyą skóry...</p>
+
+<p>Wreszcie&nbsp;&mdash;&nbsp;rzecz dziwna, Seweryn
+odczuwał jakby z&nbsp;jego wnętrza coś się
+oderwało i&nbsp;poruszało się teraz w&nbsp;małych
+a silnych członkach tej istoty,
+nurtowało tę kędzierzawą głowę, objawiało
+się w&nbsp;suchych, urywanych zdaniach,
+wyrzuconych z&nbsp;tej klatki dziwnie<span class="pagenum"><a name="Strona_180" id="Strona_180">[Str. 180]</a></span>
+wydętej pod cienką tkaniną białej flaneli.</p>
+
+<p>Nagle&nbsp;&mdash;&nbsp;drzwi w&nbsp;przeciwległej ścianie
+otworzyły się na rozcierz i&nbsp;stanęła w&nbsp;nich
+kobieta okryta ciemnym, flanelowym
+szlafrokiem, wiszącym luźno na wychudłem
+jej ciele.</p>
+
+<p>Stanąwszy w&nbsp;ramie drzwi, które po
+za nią rozwarły się szeroko, ukazując
+profil łóżek okrytych brązowemi kapami
+i przedzielonych małą ciemną szafką,
+wyciągnęła rękę ku hałasującemu
+dziecku.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Maniek!&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekła suchym, bezdźwięcznym
+głosem&nbsp;&mdash;&nbsp;nie hałasuj, wiesz
+że mnie głowa bo...</p>
+
+<p>Reszta słów uwięzła jej w&nbsp;gardle.</p>
+
+<p>Dostrzegła Seweryna i&nbsp;obiema rękami
+schwyciła się za piersi.</p>
+
+<p>Pobladła jak ściana i&nbsp;na chwilę
+oczy przymknąwszy, oparcia ciałem szukała.</p>
+
+<p>On&nbsp;&mdash;&nbsp;poznał ją także, poznał odrazu,
+jakkolwiek straszną zmianą te lat siedem
+naznaczyły się na jej twarzy.<span class="pagenum"><a name="Strona_181" id="Strona_181">[Str. 181]</a></span></p>
+
+<p>Był to szkielet Anny&nbsp;&mdash;&nbsp;tej Anny,
+która podniosła się wśród blasków bizantyjskiej
+lampy, milcząca i&nbsp;blada&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;
+odeszła z&nbsp;płodem cudzołożnym w&nbsp;łonie,
+nie <a class="ins" href="#tnote_26" name="tAnchor_26" title="wymówiszy">wymówiwszy</a> ani słowa do swego wspólnika.</p>
+
+<p>Teraz stali przed sobą, oboje bledzi&nbsp;&mdash;&nbsp;mając
+pomiędzy swemi ciałami
+całą przeszłość pieszczot, zmysłowych
+porywów i&nbsp;chwilę rozstania gorzką
+i gwałtowną, z&nbsp;początkiem brzemienności
+kobiety.</p>
+
+<p>Wreszcie&nbsp;&mdash;&nbsp;ona odzyskała przytomność
+i podniosła głowę.</p>
+
+<p>W wyblakłych jej oczach, otoczonych
+sinawemi cieniami, zadrgała cała gama
+nienawiści głuchej, tajonej wśród nocy
+bezsennych, na szafocie małżeńskiego łoża,
+wśród których do krwi gryząc wargi,
+taiła wyznanie prawdy, rwące się na usta
+w porywie bezdennej rozpaczy i&nbsp;cielesnego
+obrzydzenia.</p>
+
+<p>Wszystko to mignęło w&nbsp;jej oczach i&nbsp;padło
+na twarz Seweryna, jak uderzenie biczem <span class="pagenum"><a name="Strona_182" id="Strona_182">[Str. 182]</a></span>
+cienkim a&nbsp;wiązanym w&nbsp;silnie zadzierzgnięte
+węzły.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czego?&nbsp;&mdash;&nbsp;zapytała.</p>
+
+<p>Mężczyzna milczał, nie mogąc zdobyć
+się na odpowiedź.</p>
+
+<p>Ta kobieta wydała mu się w&nbsp;tej chwili
+straszną, tragiczną, wielką w&nbsp;swym
+gniewie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czego?&nbsp;&mdash;&nbsp;powtórzyła.</p>
+
+<p>Czuł, że odezwać się musi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;O... mieszkanie&nbsp;&mdash;&nbsp;wyjąkał, pocierając
+jedną łydkę o&nbsp;drugą.</p>
+
+<p>Kobieta uśmiechnęła się ironicznie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To mieszkanie <a class="ins" href="#tnote_27" name="tAnchor_27" title="nieodpowienie">nieodpowiednie</a> dla
+pana, wyjść proszę!...</p>
+
+<p>Wyciągnęła drżącą rękę w&nbsp;kierunku
+drzwi.</p>
+
+<p>Seweryn stał jednak ciągle, zmieszany,
+z oczyma spuszczonemi w&nbsp;ziemię.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wyjść proszę!&nbsp;&mdash;&nbsp;powtórzyła kobieta.</p>
+
+<p>Lecz on, powoli, nieśmiało wzrok swój
+od ziemi oderwał i&nbsp;na chłopca stojącego
+koło łóżeczka przeniósł.<span class="pagenum"><a name="Strona_183" id="Strona_183">[Str. 183]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To... on?&nbsp;&mdash;&nbsp;zapytał cichym, ledwie
+dosłyszalnym głosem.</p>
+
+<p>Na twarz kobiety wystąpił rumieniec.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wyjść... proszę!&nbsp;&mdash;&nbsp;powtórzyła przyciszonym
+głosem.</p>
+
+<p>Seweryn patrzał wprost już w&nbsp;twarz
+chłopca, który, odstąpiwszy od łóżka,
+znalazł się pomiędzy nim i&nbsp;matką, a&nbsp;wsadziwszy
+ręce w&nbsp;kieszenie od kurtki, łydki
+wygiąć pierś naprzód podał i&nbsp;z uśmiechem
+na Seweryna spoglądał.</p>
+
+<p>I był to on! on sam w&nbsp;zmniejszonym
+formacie, on&nbsp;&mdash;&nbsp;egoista, on&nbsp;&mdash;&nbsp;samolub,
+on&nbsp;&mdash;&nbsp;brutalny samiec tyranizujący wszystko!
+Kukułcze pisklę zagarnęło gniazdo
+dla siebie, rozpierając się w&nbsp;niem z&nbsp;zuchwałością
+bękarta...</p>
+
+<p>W oczach kobiety szkliły się łzy, głowę
+oparła o&nbsp;ramę drzwi i&nbsp;ponuro patrzyła
+przed siebie.</p>
+
+<p>Seweryn machinalnie rękę ku dziecku
+wyciągnął.</p>
+
+<p>Sięgnął jak po swoją własność, zapominając,
+że w&nbsp;nikczemnym egoizmie swoim
+stracił prawo do istoty spłodzonej<span class="pagenum"><a name="Strona_184" id="Strona_184">[Str. 184]</a></span>
+przez siebie i&nbsp;podrzuconej nieznanemu
+człowiekowi.</p>
+
+<p>Lecz Anna nagle, jak hyena, porwała
+się ode drzwi i&nbsp;schwyciwszy dziecko jedną
+ręką, drugą chudą i&nbsp;drżącą wyciągnęła
+z wspaniałym gestem silnej w&nbsp;swem prawie
+kobiety.</p>
+
+<p>Z po zaciśniętych zębów wybiegło jedno
+jedyne słowo:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Precz!...</p>
+
+<p>I słowo to było tak silne, tak tętniące
+obietnicą niecofnięcia się przed niczem,
+iż Seweryn po raz pierwszy w&nbsp;życiu ustąpił
+nędznie przed wzrokiem kobiety, kurcząc
+się i&nbsp;cofając ku wyjściu, jak znikczemniałe
+wypędzone z&nbsp;cudzego legowiska
+zwierzę...</p>
+
+
+
+<hr class="chapter" />
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_185" id="Strona_185">[Str. 185]</a></span></p>
+<h2><a name="VII" id="VII"></a>VII.</h2>
+
+<h2>Lewek.</h2>
+
+
+<p>Małe to było, brzydkie, krępe, na krzywych
+nogach osadzone, z&nbsp;głową kudłatą
+i z&nbsp;bezczelnem spojrzeniem w&nbsp;zielonawych,
+świdrowatych oczach, których usiłowaniem
+najgorętszem było rzucać piekielne
+podbójcze błyski.</p>
+
+<p>„Demoniczny jestem”, mawiał, pukając
+się w&nbsp;wypukłe piersi, okryte wykrochmaloną
+koszulą, „demoniczny bestya, jak
+chyba nikt na świecie”. I&nbsp;pakował gałkę
+od laski w&nbsp;szerokie usta, które oblizywał
+ciągle, grubym, sinawym językiem. Nogi
+obute w&nbsp;płytkie lakierowane pantofle
+wyciągał przed siebie, ohydny, trywialny,
+śmieszny pod jasnym blaskiem porannego
+słońca filtrującego złotawe światło <span class="pagenum"><a name="Strona_186" id="Strona_186">[Str. 186]</a></span>
+przez liście kasztanów nad ławkami
+się zwieszających.</p>
+
+<p>Spoglądał na przechodzące kobiety z&nbsp;lekceważeniem
+pozornem a&nbsp;z utajoną lubieżnością.
+Kiwaniem nogi, wydęciem ust,
+zdawał się mówić jak sułtan rozparty na
+sofie w&nbsp;haremie.</p>
+
+<p>„No! któraż tam!... Pan czeka!...”</p>
+
+<p>Lecz w&nbsp;myśli powtarzał sobie:</p>
+
+<p>„Ach!... żeby też która!...”</p>
+
+<p>Lecz kobiety mijały go szybko, nie
+zwracając nań najmniejszej uwagi. Czasem
+zasłaniały się parasolkami, aby uniknąć
+jego natrętnego i&nbsp;bezczelnego spojrzenia,
+które on uważał za szczyt demoniczności.
+Często&nbsp;&mdash;&nbsp;gdy zniecierpliwiony, rozdrażniony,
+wstawał z&nbsp;ławki i&nbsp;z arogancyą
+zaglądał pod ronda kapeluszy mężatek
+pilnujących dzieci, lub następował na pięty
+dziewcząt uśmiechających się w&nbsp;promieniach
+słonecznych&nbsp;&mdash;&nbsp;ta i&nbsp;owa mruknęła
+przez zaciśnięte zęby:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Błazen!</p>
+
+<p>On wtedy zaciskał zęby z&nbsp;wściekłością,
+przybierając pozornie rozpromieniony <span class="pagenum"><a name="Strona_187" id="Strona_187">[Str. 187]</a></span>
+wyraz twarzy. Siedzący bowiem na ławie
+przyjaciele śledzili go z&nbsp;uwielbieniem,
+patrząc, jak „zachodzi”&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;jak kobiety
+rzucają mu w&nbsp;przelocie jakieś słowa, które
+on, szczęśliwiec! z&nbsp;uśmiechem niedbałym
+przyjmuje. Gdy powracał do ławki,
+kołysząc się na swych krótkich, kaczych
+nogach, gołowąsy młodzieniaszek w&nbsp;świat
+podbojów wchodzący, zapytywał:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I&nbsp;cóż? i&nbsp;cóż? co one powiedziały?...</p>
+
+<p>Ireneusz wydymał dolną wargę:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ha! lecą na mnie!</p>
+
+<p>Po ławce rozchodził się szmer uwielbienia.</p>
+
+<p>Wiadomo bowiem, że Ireneusz należy
+do tych wybrańców, którzy mają szczęście
+do kobiet! Już w&nbsp;czwartej klasie miał
+taką reputacyę, gdy za brązowemi spódniczkami
+pensyonarek gonił, spocony,
+czerwony, kroplami potu na krótkiej, niekształtnej
+szyi okryty.</p>
+
+<p>Pensyonarki pluły, złościły się, obrzucały
+go rozmaitemi epitetami, on to
+wszystko ze stoicyzmem znosił&nbsp;&mdash;&nbsp;wiedząc,
+że w&nbsp;oczach kolegów rośnie na zjadacza<span class="pagenum"><a name="Strona_188" id="Strona_188">[Str. 188]</a></span>
+serc panieńskich, na don Żuana, na kobieciarza!
+Podtrzymując reputacyę swoją,
+pracował i&nbsp;nadal w&nbsp;tym kierunku, zamieniwszy
+tylko teren swych manewrów,
+wiecznie w&nbsp;pogoni za kobietą, zawsze
+głodny a&nbsp;udający przesyconego, drżący na
+szelest krochmalnej spódnicy pokojówki
+a ziewający na widok koronek wyłaniających
+się z&nbsp;pod sukni szykownej strojnisi.</p>
+
+<p>Szlachectwo zobowiązuje!</p>
+
+<p>Reputacya Irka była ustalona.</p>
+
+<p>Demoniczny i&nbsp;szczęśliwy do kobiet!...</p>
+
+<p>Tylko tyle.</p>
+
+<p>Godność tę trzeba było dźwigać na
+swej kwadratowej głowie pod grozą śmieszności
+i odstąpienia podbójczego berła
+komu innemu.</p>
+
+<p>Tego Irek byłby nie przeżył.</p>
+
+<p>Chował więc „błazna”&nbsp;&mdash;&nbsp;do kieszeni
+i mówił zapalając papierosa:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Lecą na mnie!</p>
+
+<p>Lecą! och!...</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_189" id="Strona_189">[Str. 189]</a></span></p>
+
+<p>Akuszerka odbierająca Irka zaopiniowała
+w dwie minuty po urodzeniu się tego
+rozkosznego dziwotworu w&nbsp;następujących
+wyrazach:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Chłoptaś szelma śliczny jak lalka,
+do mamy podobny jak dwie krople wody.
+Będzie miał szczęście do kobiet!</p>
+
+<p>Ojciec&nbsp;&mdash;&nbsp;suchy, biedny, zawiędły urzędnik&nbsp;&mdash;&nbsp;stojący
+pod piecem z&nbsp;pieluszkami
+<a class="ins" href="#tnote_28" name="tAnchor_28" title="w ręku, uśmiechnął się blado:">w ręku, uśmiechnął się blado.</a></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jak Boga szczerze kocham&nbsp;&mdash;&nbsp;przyświadczała
+akuszerka, wodę na kąpiel
+szykując&nbsp;&mdash;&nbsp;będą za nim hrabiny latały,
+już ja się znam na tem!</p>
+
+<p>Słowa pani Malinkiewicz, powtarzane
+często w&nbsp;obecności już podrastającego Irka,
+głębokie nań wywarły wrażenie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Powiedziała&nbsp;&mdash;&nbsp;o! powiedziała!... musiała
+coś przecież wiedzieć, z&nbsp;palca sobie
+tego nie wyssała.</p>
+
+<p>Uczył się, ale za to był bezustannie
+w fałdach kobiecych spódnic, wcześnie
+roznamiętniony i&nbsp;ofiarowujący się z&nbsp;miną
+znudzonej przymusowem dziewictwem kobiety.
+Odpychano go jednak, tak był<span class="pagenum"><a name="Strona_190" id="Strona_190">[Str. 190]</a></span>
+wstrętny, z&nbsp;oczyma zielonawemi, powleczonemi
+mgłą namiętności, z&nbsp;ustami wpół
+otwartemi o&nbsp;zaślimaczonych kącikach.
+Przez grzeczność, w&nbsp;obecności rodziców
+dziewczęta znosiły go pomiędzy sobą, unikając
+dotknięcia jego rąk zimnych i&nbsp;wiecznie
+spoconych. On&nbsp;&mdash;&nbsp;połykał upokorzenia,
+znosił przycinki, znajdując dziwną rozkosz
+w słowach obcych, widzących go w&nbsp;gronie
+dziewczyn.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Irek ma szczęście do kobiet! patrzcie!...
+zawsze jest pomiędzy niemi!...</p>
+
+<p>Gdy podrósł, zaczął się zastanawiać,
+czem właściwie można podbijać kobiety.</p>
+
+<p>Czytał wiele, zatrzymując się zawsze
+nad opisami bohaterów, którzy, szczególnie
+obdarzeni od natury, uwodzili po sześć
+kobiet dziennie, porzucając je później na
+pastwę tęsknoty i&nbsp;rozpaczy...</p>
+
+<p>Bohaterowie ci mieli przeważnie&nbsp;&mdash;&nbsp;„czoło
+wyniosłe, otoczone kruczemi kędziorami,
+twarze pociągłe, blade&nbsp;&mdash;&nbsp;nozdrza namiętne,
+rozdęte”. Jeden z&nbsp;bohaterów Balzaka,
+uwodziciel urzędowy, miał wargę<span class="pagenum"><a name="Strona_191" id="Strona_191">[Str. 191]</a></span>
+dolną lekko obwisłą „świadczącą o&nbsp;zmysłowości”...</p>
+
+<p>Zaczęły się więc tortury ciała Irkowego.</p>
+
+<p>Włosy smażyły się i&nbsp;piekły na żelazku
+od rurkowania spódnic, nieruchome i&nbsp;mięsiste
+nozdrza rozciągane palcami, nabrały
+pewnych ruchów przy wciąganiu powietrza,
+warga zaś dolna&nbsp;&mdash;&nbsp;ta nieszczęsna
+warga, miała rzeczywiście pozory zmysłowości
+„szalonej”.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Irek, co robisz z&nbsp;ustami?&nbsp;&mdash;&nbsp;wołała
+matka, cicha, potulna kobiecina, niemogąca
+pojąć jak zaszczytne stanowisko zająć
+ma jej syn w&nbsp;społeczeństwie.</p>
+
+<p>Projekt na „lwa”&nbsp;&mdash;&nbsp;tymczasem wargę
+ciągnął i&nbsp;nozdrzami ruszał, tworząc sobie
+w ten sposób maskę podbójczą, niezwalczoną...</p>
+
+<p>Wzrósłszy w&nbsp;lata i&nbsp;ciało, krępy i&nbsp;nabity,
+rozsadzający pełnością kształtów jasne
+garnitury, aplikował u&nbsp;jednego z&nbsp;adwokatów,
+zapełniając ciasną kancelaryę
+trywialną, ostrą wonią chypru. Lokował
+się przy drzwiach salonu, aby za każdem<span class="pagenum"><a name="Strona_192" id="Strona_192">[Str. 192]</a></span>
+ich otwarciem, rzucić w&nbsp;głębię przenikliwe
+spojrzenie, samą adwokatowę mające
+na względzie.</p>
+
+<p>Pani ta jednak&nbsp;&mdash;&nbsp;jakkolwiek w&nbsp;niebezpieczną
+trzydziestkę wkroczyła i&nbsp;miała
+lekki puszek na wierzchniej wardze posiadała
+tylko jedną namiętność, to jest... rurki
+czekoladowe napełnione kremem. Pochłaniała
+ich ilość obfitą, zmysłowe rozkosze
+na bok odkładając, namiętne przeto drżenie
+nozdrzy Irka zostawiało ją zimną, nawet
+nieździwioną w&nbsp;jej łakomem, kremowem
+rozleniwieniu.</p>
+
+<p>Demoniczny natomiast młodzian, obserwowany,
+popychany przez kolegów, widząc,
+iż nic nie zyska, przybrał... minę
+zwycięzcy i&nbsp;często w&nbsp;pustą głębię salonu
+rzucał porozumiewawcze spojrzenia
+i uśmiechy, ku wielkiej radości całej dependenckiej
+rzeszy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wzięła się! wzięła!&nbsp;&mdash;&nbsp;szeptali do
+siebie, głowy z&nbsp;plik papierów wyściubiając.</p>
+
+<p>Irek brwi marszczył i&nbsp;rękę patetycznie
+wyciągał.<span class="pagenum"><a name="Strona_193" id="Strona_193">[Str. 193]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Proszę was&nbsp;&mdash;&nbsp;mówił&nbsp;&mdash;&nbsp;zaprzestańcie
+tych żartów. Podobnemi podejrzeniami
+obrażacie mnie i&nbsp;kobietę, która obdarza
+mnie sercem zaufanem!</p>
+
+<p>Milknął na chwilę, poczem dodawał
+z wysiłkiem:</p>
+
+<p>&mdash;...I której honor jest mi drogim!</p>
+
+<p>Było w&nbsp;tym głosie to „coś”, które
+drga zawsze w&nbsp;głosie mężczyzny, ile razy
+zapiera się miłostek z&nbsp;jakąś kobietą. Mówi
+„nie!”&nbsp;&mdash;&nbsp;a&nbsp;słyszy się najwyraźniej
+„tak!”</p>
+
+<p>Wreszcie&nbsp;&mdash;&nbsp;następował teraz&nbsp;&mdash;&nbsp;bukiet,
+wieńczący zwykłe podobnego rodzaju rozmowy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Daję wam na to... słowo honoru!</p>
+
+<p>Wszystko tam było&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;honor (och
+ten nieszczęsny!), i&nbsp;ręka na kamizelce położona,
+i przymrużanie oczów, słowem&nbsp;&mdash;&nbsp;cała
+lira.</p>
+
+<p>Mimo to, a&nbsp;właściwie mówiąc, dlatego&nbsp;&mdash;&nbsp;dependenci
+mówili w&nbsp;kilka dni później
+w gronie swych zaufanych przyjaciół:<span class="pagenum"><a name="Strona_194" id="Strona_194">[Str. 194]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Irek poleciał teraz na grandę, mężatka,
+szyk kobieta! Nie&nbsp;&mdash;&nbsp;on ma dziwne
+szczęście do kobiet!...</p>
+
+<p>A zapytywani przez rodzinę o&nbsp;panią
+adwokatowę, odpowiadali:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Phi!... kobieta nieszczególnego prowadzenia
+się! Podobno Irek... i&nbsp;to nie
+sam!... nie on jeden!</p>
+
+<p>Adwokatowa tymczasem kremem cała
+ubielona, ani przypuszczała jak czernieje
+jej dobre imię, jaka smutna przyszłość
+gotuje się dla jej córek&nbsp;&mdash;&nbsp;których matka,
+niedługo w&nbsp;opinii całego miasta zostanie
+„taką, co przez całą kancelaryę męża
+przeszła!”</p>
+
+<p>Powoli&nbsp;&mdash;&nbsp;Irek rozzuchwalał się coraz
+więcej.</p>
+
+<p>Tu i&nbsp;owdzie, jakaś pokojówka rozuzdana,
+sklepikarka lub dystrybutorka spragniona
+miłosnych wrażeń&nbsp;&mdash;&nbsp;zsuwała mu się
+w objęcia. On&nbsp;&mdash;&nbsp;wygłodzony, miłostki te
+skwapliwie przyjmował, dekorując je później
+w wytworne barwy, w&nbsp;opowiadaniach
+swych, wśród kilku przyjaciół. Franusia
+z drugiego piętra, cuchnąca mydlinami, <span class="pagenum"><a name="Strona_195" id="Strona_195">[Str. 195]</a></span>
+była w&nbsp;tych opowieściach&nbsp;&mdash;&nbsp;panną
+„z bardzo przyzwoitej rodziny”&nbsp;&mdash;&nbsp;odwiedzającą
+go o&nbsp;szarej godzinie z&nbsp;panną służącą.
+Biedactwo! przybywało zawsze spłonione
+i drżące. Narzuciło mu się prawie
+samo a&nbsp;teraz on&nbsp;&mdash;&nbsp;z&nbsp;litości nad biedną,
+stosunek ten przeciągał, który, nawiasem
+mówiąc, nużył go niewypowiedzianie. Czuł
+bowiem do czego to zmierza, panna chce
+koniecznie doprowadzić go do ołtarza&nbsp;&mdash;&nbsp;lecz
+on, Ircio&nbsp;&mdash;&nbsp;bynajmniej tego nie
+pragnie!</p>
+
+<p>Tembardziej&nbsp;&mdash;&nbsp;że... niedawno zaplątał
+się jeszcze w&nbsp;znajomość z&nbsp;pewną wdową,
+majętną, posiadającą handel na jednej
+z pryncypalnych ulic, o!... wiecie!&nbsp;&mdash;&nbsp;sklep
+wspaniały&nbsp;&mdash;&nbsp;jubilerski, pełen brylantów,
+turkusów, rubinów...</p>
+
+<p>On&nbsp;&mdash;&nbsp;uległ także temu kaprysowi, pociągnięty
+wielką pięknością wdowy, lecz
+teraz radby się wywinąć uczciwie, jak na
+przyzwoitego człowieka przystoi.</p>
+
+<p>Wdową tą tymczasem&nbsp;&mdash;&nbsp;była dystrybutorka,
+rozlana w&nbsp;czterdziestce, którą
+przekroczyła, żółta i&nbsp;nędzna za skromnym<span class="pagenum"><a name="Strona_196" id="Strona_196">[Str. 196]</a></span>
+kontuarem ubogiego sklepiku, na jednej
+z najbardziej oddalonych ulic miasta.</p>
+
+<p>Przyjaciele Irka cisnęli się teraz do
+niego, pełni tej dziwnej łatwowierności,
+jaką mają mężczyźni, wobec miłosnych
+blag patentowanego przez nich samych
+bezczelnika.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Irek!... Irek!... powiedz&nbsp;&mdash;&nbsp;jak się
+nazywa?</p>
+
+<p>Irek łyżeczką kawę mieszał z&nbsp;tajemniczą
+miną.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie wymagajcie! honor kobiety!...</p>
+
+<p>Lecz oni nacierali, pełni niezdrowej
+ciekawości starych plotkarek.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy znamy ją? powiedz?</p>
+
+<p>Irek ramionami ruszał.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Może...&nbsp;&mdash;&nbsp;rzucał z&nbsp;niechcenią.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pani Strzelecka?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A... cóż znowu!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pani Jacksohn?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ależ...</p>
+
+<p>Uśmiechał się dwuznacznie, oczami demonicznie
+błyskając.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ależ tak&nbsp;&mdash;&nbsp;ona&nbsp;&mdash;&nbsp;ona&nbsp;&mdash;&nbsp;nikt inny!...<span class="pagenum"><a name="Strona_197" id="Strona_197">[Str. 197]</a></span></p>
+
+<p>Lecz on porywał się nagle, godności
+pełen:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Proszę, zaprzestańcie tych domysłów.
+Gdyby nawet tak było... honor milczeć
+mi nakazuje!</p>
+
+<p>I nagle wdowa po jubilerze zostawała
+kobietą „kompromitującą się z&nbsp;jakimś dependentem”,
+istotą zgubioną, nieumiejącą
+nawet uszanować pozorów... Ta i&nbsp;owa,
+w chwili oburzenia, wróciwszy z&nbsp;„pod
+Raka”, gdzie grywa rozstrojona orkiestra,
+a gabinety zbudowane są z&nbsp;dziurawych
+desek&nbsp;&mdash;&nbsp;mówiła:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wszystko przecież można... ale zachować
+trzeba pozory!...</p>
+
+<p>Koło kobiety robiła się pustka, której
+ona wytłomaczyć sobie nie umiała i&nbsp;nie
+mogła&nbsp;&mdash;&nbsp;a&nbsp;lewek Irek powtarzał tymczasem:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Gdyby nawet tak było&nbsp;&mdash;&nbsp;honor mi
+milczeć nakazuje!</p>
+
+<p>Och!... ten honor mężczyzn, lwów broniących
+czci kobiety, którą sami zszargali,
+ten honor dzwoniący, jak fałszywa moneta <span class="pagenum"><a name="Strona_198" id="Strona_198">[Str. 198]</a></span>
+&mdash;&nbsp;„qu'allait-il faire donc, dans cette
+gal&egrave;re?”</p>
+
+<p>Powoli, Irek rozzuchwalał się jeszcze
+więcej.</p>
+
+<p>Trzeba było słyszeć tę potworę mówiącą
+o kobietach w&nbsp;ogóle, zwłaszcza
+gdy wypił filiżankę czarnej kawy z&nbsp;figową
+cykoryą, pod werendą dystyngowanej
+cukierni.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Kobiety!... hm&nbsp;&mdash;&nbsp;wiedział on dobrze
+co znaczy to słowo! Trzysta czterdzieści
+siedem razy grał komedyę miłości... tak!...
+tak!... trzysta czterdzieści siedem! ani
+mniej ani więcej! Zna więc do gruntu te
+istoty, które bez wielkich wysiłków
+przykuć do siebie na zawsze można. Gorący
+pocałunek, w&nbsp;ucho naprzykład, zupełnie
+wystarcza! On to próbował nieraz
+i żadna mu się nie oparła! a&nbsp;ileż ich
+przez ręce mu się przewinęło! Blondynki,
+brunetki, rude, ba!... nawet jedna siwa,
+lecz młoda i&nbsp;piękna! Wybierał zawsze
+bowiem piękne i&nbsp;dobrze zbudowane...
+wszak tyle jest tego na świecie!... mój
+Boże&nbsp;&mdash;&nbsp;ręką tylko siegnąć... już jest i&nbsp;to<span class="pagenum"><a name="Strona_199" id="Strona_199">[Str. 199]</a></span>
+nie byle co, szyk, elegancya, inteligencya!
+wszystko!</p>
+
+<p>Cóż?&nbsp;&mdash;&nbsp;kobieta?&nbsp;&mdash;&nbsp;istotnie słaba, bez
+woli&nbsp;&mdash;&nbsp;lgnąca do trochę przystojniejszego
+mężczyzny na oślep. Tak zwanych „uczciwych”&nbsp;&mdash;&nbsp;phii!...
+to okazy do wypchania,
+niema ich poprostu. Irek takich nie znał,
+wreszcie... on za nikogo, za żadnąby nie
+ręczył!...</p>
+
+<p>Podkreślał te słowa, przybijając tem
+słuchaczy. A&nbsp;wreszcie&nbsp;&mdash;&nbsp;gdyby oni byli
+na jego miejscu i&nbsp;przeszli to, co on
+przeszedł&nbsp;&mdash;&nbsp;widzieli kobiety napozór
+zacne, święte, nieskalane... szalejące
+w chwili ekstazy miłosnej w&nbsp;jego objęciach
+jak kurtyzany!&nbsp;&mdash;&nbsp;a!... tak! tak,
+jak proste kurtyzany!</p>
+
+<p>Od pewnego czasu upodobał sobie wyraz
+„kurtyzana”&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;szastał nim na prawo
+i lewo, wsłuchując się w&nbsp;dźwięk tego
+teatralnego słowa.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zresztą&nbsp;&mdash;&nbsp;ciągnął dalej, paznogcie
+sobie oglądając&nbsp;&mdash;&nbsp;życie trzeba brać jak
+jest! Kobieta jest przyjemnem narzędziem
+rozkoszy i&nbsp;miłą rozrywką. Tylko...</p>
+
+<p>Tu składał ręce jak do modlitwy.<span class="pagenum"><a name="Strona_200" id="Strona_200">[Str. 200]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Na Boga, panowie, nie żądajcie niemożliwego!
+nie chciejcie widzieć w&nbsp;kobiecie
+istoty na wieki do was przykutej,
+bo w&nbsp;ten sposób&nbsp;&mdash;&nbsp;życie będzie dla was
+męczarnią. W&nbsp;młodości mej... wiedziałem
+coś o&nbsp;tem!</p>
+
+<p>Pozował się melancholijnie, głowę na
+dłoni wspierając.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak!... tak!...&nbsp;&mdash;&nbsp;kończył cichym,
+przytłumionym głosem&nbsp;&mdash;&nbsp;początkowo
+brałem komedyę miłości na seryo. To
+mnie zabijało! Dziś, nie kocham! pozwalam
+się kochać... i&nbsp;czuję się o&nbsp;wiele szczęśliwszym.</p>
+
+<p>Uśmiechał się, usta oblizując&nbsp;&mdash;&nbsp;w&nbsp;kącikach
+mu kawa pomieszana ze śliną
+czerniała.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Teraz, już trzysta czterdzieste ósme
+przedstawienie nie kosztuje mnie nic i&nbsp;bez
+najmniejszego wzruszenia o&nbsp;schadzce wieczornej
+myślę. Ot&nbsp;&mdash;&nbsp;spędzić wieczór z&nbsp;kobietą,
+jest dla mnie to samo, co... filiżankę
+kawy wypić!</p>
+
+<p>Pełen dezinwoltury, wspaniały, nadzwyczajny,
+sączył resztę fusów osiadłych<span class="pagenum"><a name="Strona_201" id="Strona_201">[Str. 201]</a></span>
+na dnie filiżanki. Słuchano go z&nbsp;religijnem
+skupieniem.</p>
+
+<p>Swadę miał i&nbsp;widoczną gruntowną znajomość
+przedmiotu.</p>
+
+<p>Czasem miał odpowiedzi, które po
+prostu historycznemi się stały, rywalizując
+ze słowem Cambronne'owi przypisywanem.</p>
+
+<p>Przykład:</p>
+
+<p>Jeden z&nbsp;młodzieży&nbsp;&mdash;&nbsp;wkraczający dopiero
+w dziedzinę galanteryi, zauważył
+nieśmiało, że pomiędzy „szwaczkami”
+wiele się znajduje dowodów szczerego
+przywiązania i&nbsp;miłości.</p>
+
+<p>Dyskutowano trochę, ten i&nbsp;ów opozycyę
+zakładał, wreszcie zwrócono się do
+Irka, który ostentacyjnie jakiś list na różowym
+papierze nabazgrany czytał.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jak pan sądzisz?... szwaczki? co?</p>
+
+<p>Irek oczy zmrużył.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Szwaczki?&nbsp;&mdash;&nbsp;odpowiedział po
+chwili z&nbsp;niezrównanem roztargnieniem&nbsp;&mdash;&nbsp;szwaczki?...
+je n'en sais rien?... nie
+znam!...<span class="pagenum"><a name="Strona_202" id="Strona_202">[Str. 202]</a></span></p>
+
+<p>Od pewnego czasu używał francuzczyzny,
+ucząc się zdań pojedynczych i&nbsp;rozmówek
+pani Bocquel.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nieznasz pan szwaczek?&nbsp;&mdash;&nbsp;pytano
+ze zdziwieniem. On, demoniczny wzrok
+wokoło ciskał:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A, od czegóż... damy?&nbsp;&mdash;&nbsp;zapytał.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>Razem z&nbsp;latami, wzrosła w&nbsp;tym mężczyźnie
+dziwna zaciekłość udawania kochanka
+każdej choć trochę wybitniejszej
+lub bardziej znanej kobiety.</p>
+
+<p>Zwrócił się przedewszystkiem do&nbsp;&mdash;&nbsp;teatru.</p>
+
+<p>Poznał jakąś nędzarkę, chórzystkę&nbsp;&mdash;&nbsp;obarczoną
+kilkorgiem dzieci, zaglądał
+często do jej biednego mieszkania, i&nbsp;teraz,
+nagle zaczął pastwić się nad aktorkami.</p>
+
+<p>Od owej chórzystki&nbsp;&mdash;&nbsp;wyciągał niektóre
+szczegóły co do artystek stojących
+na stanowisku i&nbsp;szargał je w&nbsp;błocie rozpusty,
+obmawiając w&nbsp;najcyniczniejszy
+sposób.<span class="pagenum"><a name="Strona_203" id="Strona_203">[Str. 203]</a></span></p>
+
+<p>Pisywały do niego! o! tak&nbsp;&mdash;&nbsp;nawet
+bardzo często, cierpiąc po prostu na manię
+listów! Lecz on&nbsp;&mdash;&nbsp;jakkolwiek chwilami
+znajdował pewne upodobanie w&nbsp;towarzystwie
+„tych pań”&nbsp;&mdash;&nbsp;umiał postawić
+się na odpowiedniej stopie. Mój Boże!...
+wiadomo bowiem jak przewrotną
+jest kobieta&nbsp;&mdash;&nbsp;a&nbsp;cóż dopiero aktorka!
+Tej ostatniej głównie chodzi o&nbsp;świecidełka,
+błyskotki. Rzuca się więc jej
+ten okup i&nbsp;flirtuje wesoło w&nbsp;jej buduarze.
+Co jeszcze mają najlepszego w&nbsp;sobie
+aktorki&nbsp;&mdash;&nbsp;to umiejętność urządzania
+buduarów.</p>
+
+<p>I dyskretnie dawał rozmaite szczegóły.</p>
+
+<p>U tej naprzykład buduar cały różowy
+ma na szezlongu rzuconą białą niedźwiedzią
+skórę, u&nbsp;tamtej buduar w&nbsp;kształcie
+oryentalnego namiotu, u&nbsp;innej znowu
+lustra, lustra i&nbsp;lustra.</p>
+
+<p>Jeszcze inna nie miała buduaru, przyjmowała
+zwykle w&nbsp;saloniku, w&nbsp;którym
+była zaciszna alkowa, wybita liliową
+draperyą. Aktorka miała jasne złociste
+włosy, <a class="ins" href="#tnote_29" name="tAnchor_29" title="zwykłe">zwykle</a> rozpuszczone i&nbsp;wielkie<span class="pagenum"><a name="Strona_204" id="Strona_204">[Str. 204]</a></span>
+koronkowe rękawy, któremi zamiatała
+ziemię.</p>
+
+<p>Nawet na nim, na Irku robiło to
+pewien efekt, dlatego przesiadywał tam
+często, powtarzając z&nbsp;„tą panią”&nbsp;&mdash;&nbsp;jej
+role.</p>
+
+<p><a class="ins" href="#tnote_30" name="tAnchor_30" title="Ależ tak&nbsp;&mdash;&nbsp;tylko role. a&nbsp;wreszcie...">Ależ tak&nbsp;&mdash;&nbsp;tylko role, a&nbsp;wreszcie...</a></p>
+
+<p>Tu&nbsp;&mdash;&nbsp;był już dyskretnym.</p>
+
+<p>Dobra wiara, którą zaszczycano go od
+lat kilku, wyrobiła w&nbsp;nim bezczelność,
+posuniętą do niemożliwych granic.</p>
+
+<p>Opinia aktorek, szarpana zwykle przez
+wszystkich, dla tego lwa była prawdziwym
+kęskiem królewskim, na który rzucał się
+s całą zajadłością.</p>
+
+<p>Aktorki!... fiu!.. wszystko&nbsp;&mdash;&nbsp;kurtyzany!...</p>
+
+<p>Rzecz ceny&nbsp;&mdash;&nbsp;nic więcej!</p>
+
+<p>Ramionami wzruszał, usta wydymał&nbsp;&mdash;&nbsp;pełen
+szlachetnej pogardy dla tych istot
+ujrzanych zaledwie zdaleka, wśród blasku
+gazu, w&nbsp;szeleście jedwabnych spódnic i&nbsp;całej
+fali koronek.</p>
+
+<p>Serce mu biło gwałtownie, gdy ujrzał
+którą przechodzącą ulicą.<span class="pagenum"><a name="Strona_205" id="Strona_205">[Str. 205]</a></span></p>
+
+<p>Jeśli nie był sam&nbsp;&mdash;&nbsp;pociągał gwałtownie
+swego towarzysza i&nbsp;przechodził na
+drugą stronę ulicy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dlaczego to robisz?&nbsp;&mdash;&nbsp;pytał towarzysz&nbsp;&mdash;&nbsp;patrz,
+idzie Morelka, przywitasz
+się z&nbsp;nią... może mnie przedstawisz?</p>
+
+<p>Irek brwi marszczył, głowę odwracając.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dziwny jesteś&nbsp;&mdash;&nbsp;odpowiadał&nbsp;&mdash;&nbsp;nie
+wiesz, że oddawna nie znam tej pani?</p>
+
+<p>Lub zapuszczał się dalej w&nbsp;efronteryę,
+mówiąc junacko:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Witać się z&nbsp;nią? cóż znowu, przecież
+ja nie mogę się tak kompromitować!</p>
+
+<p>Przechodził szybko, głowę do góry
+niosąc, z&nbsp;ustami wydętemi pogardliwie,
+ironicznie&nbsp;&mdash;&nbsp;pogwizdując jakąś urywaną
+melodyę.</p>
+
+<p>Aktorka tymczasem szła powoli, nie
+przypuszczając, że po drugiej stronie
+chodnika szedł człowiek&nbsp;&mdash;&nbsp;rzucający na<span class="pagenum"><a name="Strona_206" id="Strona_206">[Str. 206]</a></span>
+nią błotem, dający jej miano „kurtyzany”
+i mówiący z&nbsp;pogardą:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ta pani, to rzecz... ceny.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>Niezrównaną miał fantazyę, ten kreowany
+przez akuszerkę pożeracz serc kobiecych.
+Wyjeżdżał raz do Wiednia
+i zawadził o&nbsp;Wenecyę. Było to już po
+śmierci matki i&nbsp;trochę klejnotów przez
+nią pozostawionych przeszło w&nbsp;ręce żydów,
+dla opłacenia kosztownej dla Irka
+w świat wycieczki.</p>
+
+<p>Lecz za to z&nbsp;powrotem, ileż legend
+opromieniło demoniczną postać lewka!...</p>
+
+<p>Wiedenki&nbsp;&mdash;&nbsp;hm... cóż! Wiedenki&nbsp;&mdash;&nbsp;namiętne,
+rozmarzone, wysiadające na
+ławkach Stadtparku podczas księżycowych
+nocy.</p>
+
+<p>Sentymentalizm straszny... samobójstwo
+w perspektywie! zapewne&nbsp;&mdash;&nbsp;sensacye
+<a class="ins" href="#tnote_31" name="tAnchor_31" title="nowe i&nbsp;dość miłe lecz dla człowieka,">nowe i&nbsp;dość miłe, lecz dla człowieka,</a>
+który trzysta czterdzieści siedem razy
+grał komedyę miłości&nbsp;&mdash;&nbsp;zanadto
+wstrząsające.<span class="pagenum"><a name="Strona_207" id="Strona_207">[Str. 207]</a></span></p>
+
+<p>Wspanialsze o&nbsp;wiele włoszki, wenecyanki,
+tajemnicze, pełne ognia i&nbsp;nieopisanej
+zmysłowości... A&nbsp;gondole!
+ach!...</p>
+
+<p>Irek głową w&nbsp;takt wioseł kiwał i&nbsp;oczy
+przymykał uśmiechnięty, pełen rozkosznych
+wspomnień. Czasem... barkarollę
+Troschla nucił fałszywie i&nbsp;powtarzał jak
+papuga:</p>
+
+<p>„T'amo!”</p>
+
+<p>Raz&nbsp;&mdash;&nbsp;w&nbsp;chwili zwierzeń wyznał, iż
+przechodzącego placem Św. Marka, dojrzała
+go pewna księżna karmiąca gołębie
+i wieczorem&nbsp;&mdash;&nbsp;w&nbsp;gondoli swej
+uwiozła.</p>
+
+<p>Na Canale grande nauczyła go słowa&nbsp;&mdash;&nbsp;„t'amo!”</p>
+
+<p>W rzeczywistości Irek mieszkał w&nbsp;Wiedniu
+na Leopoldstadt, został w&nbsp;Stadtparku
+zwymyślany przez jakąś m&auml;derl&nbsp;&mdash;&nbsp;wracającą
+z „Waschanstallt”&nbsp;&mdash;&nbsp;a&nbsp;w Wenecyi,
+wynudziwszy się nad cuchnącym
+kanałem, napróżno usiłował pozyskać
+względy dziewczyny posługującej w&nbsp;hotelu, <span class="pagenum"><a name="Strona_208" id="Strona_208">[Str. 208]</a></span>
+grubej trywialnej włoszki, czeszącej
+się raz na trzy tygodnie...</p>
+
+<p>W kilka miesięcy później, Irek kupił
+sobie wąskie porte-bonheur i&nbsp;kazał je zakuć
+na ręku.</p>
+
+<p>Było to szczytem elegancyi i&nbsp;szyku.</p>
+
+<p>Wysuwał teraz rękę z&nbsp;pod mankietu
+i błyskał złotem bransoletki, drażniąc
+ciekawych niezwykłem tem zjawiskiem.</p>
+
+<p>Gdy go pytano&nbsp;&mdash;&nbsp;wymijał zręcznie
+odpowiedzi, honorem się znów zastawiając...</p>
+
+<p>Szczególniej w&nbsp;teatrze imponował bezustannie,
+bransoletkę na rękę naciągał
+i pod oczy nią siedzącym w&nbsp;krzesłach kobietom
+świecił.</p>
+
+<p>Niektóre mówiły:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Patrz! to monstrum ma bransoletkę!</p>
+
+<p>Inne, zaciekawione istotnie, rzucały badawcze
+spojrzenia.</p>
+
+<p>Irek, uszczęśliwiony, nadymał się jak
+żaba, porte bonheurem o&nbsp;szpinki dzwonił
+i przeginał się z&nbsp;nonszalancyą przez
+baryerę krzeseł.<span class="pagenum"><a name="Strona_209" id="Strona_209">[Str. 209]</a></span></p>
+
+<p>W tym czasie przeczytał „Siostry
+Rondoli” i&nbsp;„Safo”. Mówił przeto wiele
+o francuzkiej literaturze i&nbsp;o głębokości
+studyów nad kobietą, dokonanych przez
+Maupassanta i&nbsp;Daudeta.</p>
+
+<p>Rozmarzywszy się raz fałszowaną
+chartreuse'ą, ułożył nagle cały romans
+o jakiejś tajemniczej, czarnoubranej kobiecie,
+która od dni kilku przychodziła do
+niego o&nbsp;zmroku wieczornym.</p>
+
+<p>Miało to być „coś z&nbsp;arystokracji”&nbsp;&mdash;&nbsp;spowitego
+w batyst i&nbsp;blondyny(!) i&nbsp;pragnącego
+u stóp Irka pozostać do śmierci.</p>
+
+<p>Słuchacze zainteresowali się tą opowieścią
+i przez kilka tygodni, tajemnicza
+dama unosiła się, jak mistyczne zjawisko
+po nad głowami mężczyzn. Powoli&nbsp;&mdash;&nbsp;zapomniano
+o niej. Irek&nbsp;&mdash;&nbsp;przestał
+mówić, znużony własnem kłamstwem.</p>
+
+<p>Minęło kilka miesięcy.</p>
+
+<p>Nagle przypomniano sobie tajemniczą
+damę i&nbsp;rzecz naturalna, zapytano o&nbsp;nią
+Lewka. On przez chwilę stał osłupiały,<span class="pagenum"><a name="Strona_210" id="Strona_210">[Str. 210]</a></span>
+niemogąc przypomnieć sobie&nbsp;&mdash;&nbsp;o&nbsp;co tu
+właściwie chodzi.</p>
+
+<p>Wreszcie pamięć mu wróciła.</p>
+
+<p>Do dyabła! cóż teraz zrobić z&nbsp;tą całą
+historyą! Plątać ją dalej&nbsp;&mdash;&nbsp;jak?&nbsp;&mdash;&nbsp;konceptu
+mu zabrakło.</p>
+
+<p>Nagle wspaniała myśl zaświtała mu jak
+gwiazda zbawienia.</p>
+
+<p>Uśmierci ją!</p>
+
+<p>Tajemnicza dama umrze...</p>
+
+<p>I z&nbsp;ponurą twarzą, grubym głosem,
+opowiedział pochylony nad swoją kawą&nbsp;&mdash;&nbsp;że&nbsp;&mdash;&nbsp;czarna
+dama umarła w&nbsp;Nicei... na
+suchoty, miesiąc temu, a&nbsp;ostatnie jej słowo
+było „Ireneusz”...</p>
+
+<p>Powiedziawszy to&nbsp;&mdash;&nbsp;zamyślił się głęboko,
+smutny i&nbsp;znękany.</p>
+
+<p>Słuchacze uszanowali jego boleść&nbsp;&mdash;&nbsp;ogólnem
+milczeniem. Od tej chwili, aureola
+cierpienia otoczyła czoło Irka; zaczął
+chodzić zgarbiony, jakby smutkiem
+do ziemi przyciśnięty.</p>
+
+<p>Pluł wzgardą na wszystkie kobiety
+tęskniąc do tej jednej, szacunku i&nbsp;miłości <span class="pagenum"><a name="Strona_211" id="Strona_211">[Str. 211]</a></span>
+godnej&nbsp;&mdash;&nbsp;która „odeszła w&nbsp;dal ciemną&nbsp;&mdash;&nbsp;pod
+błękitnem niebem Italii”.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cóż znowu!&nbsp;&mdash;&nbsp;pocieszali go przyjaciele&nbsp;&mdash;&nbsp;trudno
+ginąć z&nbsp;tęsknoty dla
+trupa. Miej siłę! oprzytomniej, Irku!</p>
+
+<p>Lecz Irek pozował teraz coraz więcej,
+drapując się w&nbsp;szatę tragiczną. Fikcyjna
+kochanka zaczęła dlań przybierać
+kształty. Po upływie pewnego czasu nabrał
+przekonania, że&nbsp;&mdash;&nbsp;&mdash;&nbsp;czarna dama,
+rzeczywiście istniała.</p>
+
+<p>Teraz w&nbsp;węzeł krawatu wpinał szpilki
+w formie trupich główek, ubierał się <a class="ins" href="#tnote_32" name="tAnchor_32" title="ciemmno">ciemno</a>,
+cały żałobny jak karawaniarz.</p>
+
+<p>Chwilami miał chęć sprawienia sobie
+krepy przy kapeluszu.</p>
+
+<p>Słowem, był to wdowiec, wdowiec
+opłakujący istotę, która, nie istniejąc,
+śmiercią swą pogrążyła go w&nbsp;bezmiarze
+boleści.</p>
+
+<p>I często z&nbsp;zamglonemi oczyma siadał
+w gronie swych przyjaciół, aby wywnętrzyć
+ból swój drżącym od wzruszenia
+głosem.<span class="pagenum"><a name="Strona_212" id="Strona_212">[Str. 212]</a></span></p>
+
+<p>Jeśli go kto w&nbsp;życiu kochał, o! to pewno
+ta jedna!... Była mu cała oddana,
+pomimo odpychającego chłodu, z&nbsp;jakim
+miłość jej przyjmował!</p>
+
+<p>Uderzał się w&nbsp;czoło z&nbsp;rozpaczą.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Byłem względem niej niegodziwy&nbsp;&mdash;&nbsp;wołał&nbsp;&mdash;&nbsp;lecz
+czyż to była moja wina!
+Popsuły mnie te wszystkie inne, popsuły,
+bo trzysta czterdzieści siedem
+razy musiałem grać z&nbsp;niemi komedyę
+miłości. A&nbsp;czy która z&nbsp;nich była warta
+tego?...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przecież adwokatowa...&nbsp;&mdash;&nbsp;przerywano
+mu półgłosem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Och!... ona!...&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;tu Irek mścił
+się za lekceważenie okazywane mu przez
+amatorkę kremu. Och, ona szczególniej!...
+głupia, zła, gadatliwa, narzucająca się,
+nudna i&nbsp;chuda!... o&nbsp;tak, chuda w&nbsp;przerażający
+sposób. Stanikiem dobrze zrobionym
+okłamywała ludzi... lecz, on&nbsp;&mdash;&nbsp;Irek,
+wiedział czego się ma trzymać...</p>
+
+<p>Nie krępował się już teraz w&nbsp;słowach,
+rozbierając brutalnie kobiety, o&nbsp;których
+istnieniu wiedział zaledwie. Podniecony,<span class="pagenum"><a name="Strona_213" id="Strona_213">[Str. 213]</a></span>
+wściekły&nbsp;&mdash;&nbsp;mścił się za każdą obelgę,
+każde odepchnięcie, wyrzuceniem z&nbsp;siebie
+całej masy kłamliwych szczegółów
+piętnujących kobietę jak rozpalonem żelazem,
+na dowód przytaczając tajemnice
+alkowy, sekreta ciała, ukryte wady lub
+wdzięki.</p>
+
+<p>I tylko dla nadania sobie pozy i&nbsp;uroku
+powracał ciągle do zmarłej, wysławiając
+ją jako ideał piękności i&nbsp;wdzięku.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Włosy miała czarne jak kruk i&nbsp;do
+pięt sięgające&nbsp;&mdash;&nbsp;mówił, potrząsając głową&nbsp;&mdash;&nbsp;oczy
+szafirowe, twarz bladą...
+nie!&nbsp;&mdash;&nbsp;opisać jej niepodobna, a&nbsp;wreszcie,
+chcecie?&nbsp;&mdash;&nbsp;pokażę wam jej fotografię?</p>
+
+<p>Radość w&nbsp;tłumie powstała ogólna.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ale, przysięgnijcie mi na honor, iż
+nigdy żaden nie da poznać po sobie, że
+widział ten portret w&nbsp;rękach moich!</p>
+
+<p>Słuchacze, powstawszy, na honor przysięgli.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_214" id="Strona_214">[Str. 214]</a></span></p>
+
+<p>Gdy Irek do domu powrócił, uczuł kłopot
+niemały.</p>
+
+<p>Przyrzekł pokazać fotografię zmarłej&nbsp;&mdash;&nbsp;hm!...
+dobrze, ale zkąd fotografię tę dostać?</p>
+
+<p>Niewypada nic innego tylko kupić jakiś
+„gabinet”&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;przyjaciołom przed
+oczyma błysnąć. Nazajutrz, wczesnym
+rankiem, pobiegł Irek do ateliers fotograficznych.</p>
+
+<p>Podał się za heliominiaturzystę amatora,
+chcącego nabyć kilka fotografij, celem
+robienia studyów.</p>
+
+<p>Podano mu całe stosy wybiórków, portretów
+osób, które nie zastrzegły sobie
+sprzedaży publicznej.</p>
+
+<p>Irek szukał długo, wreszcie&nbsp;&mdash;&nbsp;wybór
+jego padł na silną brunetkę, o&nbsp;wielkich
+ciemnych oczach, owiniętą masą białej
+gazy.</p>
+
+<p>Wydała mu się nadziemską w&nbsp;tym jasnym
+obłoku. A&nbsp;&mdash;&nbsp;zjawisko, widmo zmarłej
+a nieznanej kochanki.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Kto jest ta dama?&nbsp;&mdash;&nbsp;zapytał.</p>
+
+<p>Fotograf pokręcił głową.<span class="pagenum"><a name="Strona_215" id="Strona_215">[Str. 215]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie pamiętam prawdziwie&nbsp;&mdash;&nbsp;odparł&nbsp;&mdash;&nbsp;fotografia
+ta zdejmowana już lat
+kilka temu. Zdaje mi się jednak, że ktoś
+z prowincyi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nietutejsza?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;O! za to ręczyć mogę!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tem lepiej!</p>
+
+<p>Zapłacił, fotografię zabrał i&nbsp;cały przejęty
+ważnością chwili, dzień spędził w&nbsp;gorączce
+i oczekiwaniu.</p>
+
+<p>Co chwila fotografię wyjmował i&nbsp;przyglądał
+się rysom brunetki. Była przystojną,
+choć cokolwiek mało miała dystynkcyi.
+Jakiś uśmieszek w&nbsp;kącikach ust się
+błąkał, za wiele widać było piersi.</p>
+
+<p>Gaza ratowała jednak wszystko.</p>
+
+<p>Z nadejściem wieczoru, Irek do cukierni
+pędził&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;pomiędzy zebranych już
+mężczyzn wpadł.</p>
+
+<p>Porwali się wszyscy, zaciekawieni jak
+stare baby, wyciągając ręce.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Fotografia? o! pokaż! pokaż!</p>
+
+<p>On&nbsp;&mdash;&nbsp;stał teraz boleśnie wykrzywiony
+i powoli kopertę odchylał.</p>
+
+<p>Portret wyjąwszy, spojrzał i&nbsp;westchnął.<span class="pagenum"><a name="Strona_216" id="Strona_216">[Str. 216]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak!... to ona!... moja święta&nbsp;&mdash;&nbsp;jakby
+przemówić miała!</p>
+
+<p>I fotografię najbliżej stojącemu podał
+a sam, jakby boleścią przybity, na krzesło
+się usunął.</p>
+
+<p>Lecz nagle, serdeczny, wesoły śmiech
+rozległ się w&nbsp;powietrzu.</p>
+
+<p>Jeden z&nbsp;grona mężczyzn, świeżo z&nbsp;Łodzi
+przybyły, machał w&nbsp;ręku trzymaną
+fotografią „świętej&nbsp;&mdash;&nbsp;zmarłej”, zanosząc
+się ze śmiechu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ależ to Wikcia!&nbsp;&mdash;&nbsp;wołał&nbsp;&mdash;&nbsp;Wikcia
+z Grand hotelu w&nbsp;Łodzi&nbsp;&mdash;&nbsp;ta... co się tu
+w Warszawie teraz puszcza!</p>
+
+<p>Lewek głowę podniósł i&nbsp;ogłupiałym
+wzrokiem na śmiejącego się patrzał.</p>
+
+
+
+<hr class="chapter" />
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_217" id="Strona_217">[Str. 217]</a></span></p>
+<h2><a name="VIII" id="VIII"></a>VIII.</h2>
+
+<h2>Małpa.</h2>
+
+
+<p>Że Olka była małpą w&nbsp;całem słowa tego
+znaczeniu, o&nbsp;tem wiedziało nietylko całe
+Żółkiewskie, ale nawet i&nbsp;het daleko aż po
+za rogatkami znano jej rudy, wiecznie
+rozczochrany warkocz i&nbsp;kaftanik w&nbsp;kratki,
+wydarty na łokciach a&nbsp;aksamitem
+u szyi ubrany.</p>
+
+<p>Szczególniej wieczorami, o&nbsp;zmroku&nbsp;&mdash;&nbsp;pełno
+jej było po wązkich uliczkach przedmieścia.</p>
+
+<p>Wiadomo było po co się po cieniu słania,
+od czasu do czasu tylko pod latarnię
+podchodząc; dzieci małe znały ją nawet
+i palcem wskazywały, mówiąc z&nbsp;przedwcześnie
+rozwiniętą złośliwością:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Małpa! idzie małpa!...<span class="pagenum"><a name="Strona_218" id="Strona_218">[Str. 218]</a></span></p>
+
+<p>Ona wygrażała im tłustą czerwoną pięścią
+i rzucała gradem łupin od orzechów,
+których miała zawsze pełne kieszenie.</p>
+
+<p>Urodzona na przedmieściu, wychowana
+w cieniu kamienic, córka stróża, gnieżdżącego
+się w&nbsp;zatęchłej suterynie, podlotkiem
+zaledwie uciekła, pozostawiając po za sobą
+ojca, młodszego brata, wiecznie zamorusanego
+Wicka i&nbsp;kij, którym ojciec
+zwykł był dzieciom na dobranoc kości łamać.
+Nie był to jednak zły człowiek, pracowity,
+przeważnie trzeźwy i&nbsp;zupełnie
+uczciwy. Ucieczkę córki odcierpiał ciężko
+i do samego zgonu widząc ćmy nocne,
+czerniące się w&nbsp;głębi wązkich uliczek, dławił
+się z&nbsp;wściekłości na samą myśl o&nbsp;losie
+Olki.</p>
+
+<p>Ona przeniosła się w&nbsp;inne strony miasta
+i tam, wiążąc zatłuszczone wstążki
+na głowę, z&nbsp;szelestem świeżo wykrochmalonych
+spódnic, spadała na ulicę o&nbsp;szarym
+zmroku, razem z&nbsp;całem stadem szarańczy
+po kątach ciemnych czatującej.</p>
+
+<p>Znały ją stawy Pełczyńskie i&nbsp;szumiące
+dokoła nich brzozy, znał ją Węgliński lasek, <span class="pagenum"><a name="Strona_219" id="Strona_219">[Str. 219]</a></span>
+cały w&nbsp;zieleń aksamitu spowity;&nbsp;&mdash;&nbsp;powoli
+całe terytoryum miasta na wschód
+się pchającego Olka zajęła w&nbsp;swe posiadanie,
+prezentując wszędzie swą twarz płaską,
+ospą znaczoną i&nbsp;z nosem zadartym,
+z wargami mięsistemi, w&nbsp;obramowaniu
+ostro najeżonych włosów o&nbsp;rudawym, niepewnym
+połysku.</p>
+
+<p>Lecz dziewczyna ta wiecznie tęskniła za
+swą kolebką, za tem Żółkiewskiem, które
+bieleje jasną szeroką strugą głównej ulicy
+i rozlewa się potem w&nbsp;drobne, małe, ciemne
+zaułki, pomiędzy domami zapchanemi
+żydostwem, płynące.</p>
+
+<p>Olka miała nostalgię tych wielkich kamienic,
+rozweselonych purpurową barwą
+pierzyn z&nbsp;ganków i&nbsp;z okien zwieszonych,
+tych dziedzińców nagle, brutalnie roztwierających
+się na zielony plac mustry, lub
+cały szereg fortyfikacyj w&nbsp;mgłę błękitną
+spowitych. Tęskniła za gwizdem pociągów,
+przelatujących wesoło po nasypie
+żółcącym się w&nbsp;oddali, pragnęła odetchnąć
+wonią kasztanów, płynącą z&nbsp;bukietu drzew
+ogrodu Inwalidów, z&nbsp;pośród których wystrzelał <span class="pagenum"><a name="Strona_220" id="Strona_220">[Str. 220]</a></span>
+w górę biały, czysty gmach o&nbsp;harmonijnie
+pięknych liniach.</p>
+
+<p>Pod drzewami temi Olka przesypiała
+nieraz całe popołudnia, gdy zamiast iść do
+szkoły, wolała podchodzić pod łokcie przechodniom
+i, skomląc, wyżebrać parę centów.
+Najadłszy się owoców lub pierników,
+cała zamorusana, rzucała się w&nbsp;trawę, tuż
+około fontanny, z&nbsp;której płynął wązki
+srebrny bicz wody.</p>
+
+<p>Dziewczyna zasypiała, zaciskając mocno
+powieki, cała czerwona, zdenerwowana,
+podniecona bezczynnością i&nbsp;dniem
+upalnym.</p>
+
+<p>Usta jej szemrały słowa bez związku,
+ręce otwierały się kurczowo.</p>
+
+<p>A tymczasem kasztany szumiały, ciało
+jej przeświecające przez łachmany spódnic
+wachlując swemi szerokiemi liśćmi,
+przez które spływało słoneczne światło,
+wielkiemi zielonymi plamami się znacząc.</p>
+
+<p>Olka chwile te pamiętała dokładnie.</p>
+
+<p>Gdy po nocy, spędzonej w&nbsp;knajpie,
+z głową ciężką i&nbsp;ustami spieczonemi, wracała
+do swej nory&nbsp;&mdash;&nbsp;cieplejszy powiew
+wiatru budził w&nbsp;niej myśl jedną.<span class="pagenum"><a name="Strona_221" id="Strona_221">[Str. 221]</a></span></p>
+
+<p>A gdyby tak wrócić na Żółkiewskie!</p>
+
+<p>Ba&nbsp;&mdash;&nbsp;lecz ojciec!</p>
+
+<p>Ojca bała się jak ognia.</p>
+
+<p>Wiedziała, iż szukać jej nie będzie,
+lecz&nbsp;&mdash;&nbsp;gdyby mu pod oczy podlazła!...</p>
+
+<p>Snuła się więc znów po „Rurach”&nbsp;&mdash;&nbsp;omijając
+starannie czerniącą się sylwetkę
+policyanta.</p>
+
+<p>Czasem przemknął się koło niej terminator
+bosy, obdarty, zasmolony.</p>
+
+<p>Podskoczył, gwizdnął i&nbsp;zajrzał w&nbsp;oczy
+rozczochranej dziewczynie, mknącej wzdłuż
+kamienic.</p>
+
+<p>Czasem, gdy już był po śniadaniu, zaskrzeczał
+przeraźliwym głosem:</p>
+
+<div class="poem"><div class="stanza">
+<span class="i0">„Spadła małpa z&nbsp;pudła<br /></span>
+<span class="i0">Stłukła sobie łeb”.<br /></span>
+</div></div>
+
+<p>Ona szła dalej, z&nbsp;głową opuszczoną na
+piersi, plując śliny, które jej napływały
+wciąż do ust&nbsp;&mdash;&nbsp;prześladowana jedną i&nbsp;tą
+samą myślą:</p>
+
+<p>A gdyby wrócić na Żółkiewskie!</p>
+
+<hr class="dots" />
+<p class="nopad"><span class="pagenum"><a name="Strona_222" id="Strona_222">[Str. 222]</a></span></p>
+
+<p>I wróciła!</p>
+
+<p>Wróciła po śmierci ojca, ukradkiem,
+po ciemku dziedziniec i&nbsp;znajome bramy
+obchodząc...</p>
+
+<p>Tak! tak! nic się nie zmieniło!</p>
+
+<p>Te same rynny, pod któremi w&nbsp;deszcz
+roztargany swój łeb moczyła, włosami poplątanemi
+kamienie zamiatając.</p>
+
+<p>Tu&nbsp;&mdash;&nbsp;koło tego mostku, cała gromada
+jej przyjaciół robiła groble z&nbsp;piasku i&nbsp;kamieni,
+tamując odpływ kolorowej wody,
+którą farbiarz całemi cebrami nieraz wylewał.</p>
+
+<p>Tu&nbsp;&mdash;&nbsp;Wicek, pierwszy raz przez nią
+namówiony, ukradł makagigę starej, może
+stuletniej żydówce, która drzemała nad
+deską, pełną łakoci, w&nbsp;cieniu oddrzwi
+bramy.</p>
+
+<p>A tu&nbsp;&mdash;&nbsp;tatlo nieboszczyk kazał jej polewaczki
+wody z&nbsp;dziedzińca sobie znosić
+i podawać. Nie było to rozkoszne, owe
+dźwiganie ciężkich konewek w&nbsp;skwarne
+popołudnie, tembardziej, iż tatlo ręki nie
+żałował, gdy się nie pośpieszyła.<span class="pagenum"><a name="Strona_223" id="Strona_223">[Str. 223]</a></span></p>
+
+<p>Dźwigała też, dźwigała, przechylona na
+lewy bok z&nbsp;ręką wygiętą&nbsp;&mdash;&nbsp;mocząc spódnicę
+plączącą się jej wzdłuż nóg chudych
+i nierozwiniętych; tatlo tymczasem wodą
+ulicę polewał, rysując esy floresy na szarych,
+półokrągłych grzbietach kamieni.
+Życie było ciężkie&nbsp;&mdash;&nbsp;prawda!... choć
+i teraz!... pożal się Boże!... ot!...</p>
+
+<p>Olka stała teraz przed kamienicą, w&nbsp;której
+wraz z&nbsp;tatlem i&nbsp;Wickiem tyle lat spędziła
+i pochyliwszy się do okienka suteryny
+zaglądać zaczęła. Inni ludzie tam mieszkali,
+inna pościel, inne łóżko stało już
+w kącie, którego ściany nawpół pleśnią
+były zasnute.</p>
+
+<p>Świeczka „centówka”, oprawna w&nbsp;blaszany
+lichtarz, słabo ćmiła się na stole,
+do połowy garnkami zastawionym.</p>
+
+<p>Koło komina kręciła się mała dziewczyna,
+bosa, podkasana, z&nbsp;długim a&nbsp;cienkim
+warkoczem spadającym na wypukłe plecy.</p>
+
+<p>W kolebce, koło łóżka&nbsp;&mdash;&nbsp;dzieciak z&nbsp;brudnych
+łachmanów kostropatą głowę wytykał
+i wyciągał rękę, w&nbsp;której tkwiła drewniana <span class="pagenum"><a name="Strona_224" id="Strona_224">[Str. 224]</a></span>
+łyżka, obmazana resztką przyschniętych
+kartofli.</p>
+
+<p>Olka teraz już zupełnie do ziemi przysiadła,
+a obie ręce o&nbsp;bruk wsparłszy, ciągle
+w okno suteryny patrzyła.</p>
+
+<p>Taki tak!... ta dziewczyna rozczochrana
+włócząca swe bose nogi po ubitej ziemi
+izby&nbsp;&mdash;&nbsp;to ona, ona sama, lat temu piętnaście!</p>
+
+<p>A ten chłopak z&nbsp;kołyski łeb wytykający&nbsp;&mdash;&nbsp;toć
+to czysty Wicek, który krzykiem
+swym zdawało się nieraz, iż mury rozsadzi.</p>
+
+<p>Biła go za to po łbie, po pysku&nbsp;&mdash;&nbsp;ile się
+zmieściło, a&nbsp;czasem znów porywała go
+i do piersi cisnąć zaczynała, z&nbsp;rozrzewnieniem
+nagłem.</p>
+
+<p>Sieroty bo oboje byli... sieroty, bez matki,
+która zmarła w&nbsp;szpitalu bez uczciwego
+nawet pochówku na zaraźliwe choróbsko,
+co się w&nbsp;suterynach na Żółkiewskiem
+rozpanoszyło.</p>
+
+<p>Olka&nbsp;&mdash;&nbsp;w&nbsp;dziecko ruszające się wśród
+łachmanów wpatrywała się upornie, jakby
+przykuta widokiem tej małej głowy, pokrytej <span class="pagenum"><a name="Strona_225" id="Strona_225">[Str. 225]</a></span>
+sierścią jasnych włosów. Dzieciak
+w kołysce się gmerał i&nbsp;łyżką o&nbsp;brzeg kołyski
+uderzał.</p>
+
+<p>Olka dzieciństwo swe całe, z&nbsp;nędzą i&nbsp;troską,
+przed oczami miała teraz, objęte
+w ciasną ramę zaledwie przymkniętego
+okienka.</p>
+
+<p>Z wnętrza suteryn płynął ku niej chłód
+piwniczny z&nbsp;wyziewami ciała ludzkiego
+i gnijących odpadków połączony.</p>
+
+<p>Ona chłonęła w&nbsp;siebie to powietrze,
+w którem wzrosła, cała prawie pijana wonią
+nędzy brutalnie z&nbsp;wnętrza ziemi się
+wydzierającej.</p>
+
+<p>Razem z&nbsp;tą wonią budziło się w&nbsp;niej
+wspomnienie tatli, Wicka...</p>
+
+<p>Ulicznica kurczyła się przy ziemi, chcąc
+zniknąć prawie, wkopać się pod suterynę
+i znaleźć się nagle na środku tej izby,
+z której uciekała cichaczem, w&nbsp;nocy, na
+rozpustę pomiędzy „kanonierów” się przebierając.</p>
+
+<p>W naprężeniu nerwowem, w&nbsp;jakiem była,
+zaczęła nagle majaczyć; zdawało się<span class="pagenum"><a name="Strona_226" id="Strona_226">[Str. 226]</a></span>
+jej teraz, że Wicek chce wyleźć z&nbsp;kołyski
+a ona uspakaja go i&nbsp;leżeć mu każe.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Leż, hyclu, robaku, sieroto! bo cię
+uśmiercę!...</p>
+
+<p>Nagle poczuła się kopnięta silną, męzką
+nogą w&nbsp;gruby but zbrojną.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ha frajla! wie gehts?&nbsp;&mdash;&nbsp;zaśmiał się
+rozbawiony żołnierz, błyskający w&nbsp;świetle
+latarni rzędem złotych guzików&nbsp;&mdash;&nbsp;chodź
+panna z&nbsp;nami, wypijemy paar śnaps zum
+andenken!</p>
+
+<p>Olka ocknęła się z&nbsp;zadumy i&nbsp;porwała
+się z&nbsp;ziemi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Gut, Herr Leitnant!&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekła,
+rzędem białych zębów błyskając&nbsp;&mdash;&nbsp;ja na
+to jak na lato!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Fesches M&auml;derl...</p>
+
+<p>Poklepał ją po ramieniu i&nbsp;oboje powlekli
+się w&nbsp;stronę szynku, z&nbsp;którego dobywały
+się ostre, zawrotne tony katarynki.</p>
+
+<hr class="dots" />
+
+<p>Spotkała się pierwszy raz z&nbsp;Wickiem,
+nagle na zakręcie Piaskowej uliczki.</p>
+
+<p>Poznała go odrazu, choć urósł i&nbsp;zmienił
+się dla obcych ludzi.<span class="pagenum"><a name="Strona_227" id="Strona_227">[Str. 227]</a></span></p>
+
+<p>Ona jednak&nbsp;&mdash;&nbsp;siostra, poznała w&nbsp;nim
+brata, którego biła i&nbsp;kołysała, targała za
+włosy, lub tuliła, mrucząc uliczne piosenki.</p>
+
+<p>Szedł ubrany przyzwoicie, w&nbsp;wysokiej
+czapce z&nbsp;daszkiem, w&nbsp;długim surducie
+i w&nbsp;butach dobrze wyszuwaksowanych.</p>
+
+<p>W ręku pod chusteczką, niósł kilka
+świeżo zerwanych róż, a&nbsp;pod pachą dużą
+harmonię; niebieski krawat związany w&nbsp;kokardę
+podnosił świeżość jego cery.</p>
+
+<p>Chłopiec to był dobrze odżywiony, silny,
+jeszcze pracą ani rozpustą niezniszczony.</p>
+
+<p>Stolarzem bo był&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;to już czeladnikiem,
+a wiadomo, stolarka to praca na
+Bożem powietrzu i&nbsp;najczęściej pod gołem
+niebem, więc soków z&nbsp;krwi nie wyciąga
+i płucom rozróść się pozwala...</p>
+
+<p>Dziś Wicek szedł w&nbsp;zaloty do córki
+Jana Burby, także stolarza, który za panną
+Kazią daje trzysta papierków a&nbsp;po
+śmierci warsztat cały na zięcia przeleje.</p>
+
+<p>Wicek ma wszelkie szanse dostania stolarzówny,
+bo ojciec przyjmuje i&nbsp;jego, i&nbsp;harmonię
+łaskawie w&nbsp;niedzielne popołudnie,<span class="pagenum"><a name="Strona_228" id="Strona_228">[Str. 228]</a></span>
+a Kazia czerwieni się jak burak i&nbsp;firanki
+siatkowe u&nbsp;okien „szalonu” niemiłosiernie
+skręca.</p>
+
+<p>Wicek idzie więc&nbsp;&mdash;&nbsp;przez Piaskowy zaułek,
+pogwizdując lekko. Szary bo już zapada
+zmrok z&nbsp;pogodnego nieba, nieszpór
+skończony. Pani majstrowa kawę z&nbsp;babką
+na czerwonej serwecie zastawia. Śpieszyć
+się trzeba, bo panna Kazia pewnie już
+przy oknie stoi i&nbsp;przez siatkę firanki patrzy
+a czeka...</p>
+
+<p>Z małych okienek zaułka, tu i&nbsp;owdzie
+błyskają światełka, na progach domów
+bawią się dzieci, na środku ulicy mały
+piesek w&nbsp;piasku się kręci.</p>
+
+<p>Nagle Wicek czuje się pociągnięty nieśmiało
+za rękaw.</p>
+
+<p>Ogląda się.</p>
+
+<p>Obok niego, kryjąc twarz dłonią, stoi
+tęga, wysoka dziewczyna w&nbsp;kratkowanym
+kaftaniku i&nbsp;w spódnicy z&nbsp;falbanami.</p>
+
+<p>Wicek odpycha ją łokciem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Poszła, małpo!...</p>
+
+<p>Lecz ona nie ustępuje.</p>
+
+<p>Trzyma go mocno za rękaw surduta.<span class="pagenum"><a name="Strona_229" id="Strona_229">[Str. 229]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wicek... taże spojrzyj! to ja!...</p>
+
+<p>Chłopak szeroko oczy otwiera.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Olka!</p>
+
+<p>I purpura oblewa twarz młodą, wesołego
+i zdrowego chłopca.</p>
+
+<p>Słyszał często o&nbsp;siostrze, lecz powoli
+zaczęła być dlań po prostu mityczną postacią.
+Wiedział, że się „puściła”&nbsp;&mdash;&nbsp;ale
+co robi, jak wygląda, czy jeszcze istnieje&nbsp;&mdash;&nbsp;nie
+przeszło mu to nawet po głowie.</p>
+
+<p>Nagle zjawia się żywa, zdrowa, hańbą
+okryta, niosąca na swem czole widmo
+jawnej rozpusty, tolerowanej swawoli.</p>
+
+<p>Pragnie się od niej odczepić za jakąkolwiek
+cenę, drżąc, aby go z&nbsp;dworku
+Burbów nie zobaczyli z&nbsp;„ładacznicą”, rozmawiającego
+pośrodku ulicy.</p>
+
+<p>Wyrywa jej rękaw i&nbsp;uciekać szybko
+zaczyna, nieoglądając się nawet po za
+siebie.</p>
+
+<p>Olka stoi jak przykuta na środku ulicy,
+nie śmiejąc gonić niknącego w&nbsp;cieniu
+brata. U&nbsp;stóp jej, mały piesek szczeka
+teraz groźnie, poszczuty przez dzieci<span class="pagenum"><a name="Strona_230" id="Strona_230">[Str. 230]</a></span>
+które z&nbsp;przekorną ciekawością przypatrują
+się ulicznej włóczędze, w&nbsp;zmroku się
+słaniającej.</p>
+
+<hr class="dots" />
+
+<p>Czatowała na niego teraz po nocy,
+pod parkanami, gdy wracał z&nbsp;roboty lub
+od Burbów, z&nbsp;czapką przechyloną na bakier
+i miną junacką rozwiniętego prawidłowo
+mężczyzny.</p>
+
+<p>Nieraz przechodził mimo niej, nie widząc
+wśród stosu desek przyczajonej postaci,
+która śledziła go smutnym, przygasłym
+wzrokiem.</p>
+
+<p>Nie spotykając siostry na drodze,
+uspokoił się powoli.</p>
+
+<p>Wiedział, że jest na przedmieściu
+i krąży po szynkach, lecz do niego nie
+zbliża się już więcej, pewnie dumą
+zdjęta.</p>
+
+<p>I myśląc o&nbsp;niej, czuł jakąś litość nad
+jej osamotnieniem, litość, do której przyznać
+się sam przed sobą wstydził, cały
+przejęty pogardą dla rozpusty ulicznej,
+dla sprzedaży ciała i&nbsp;targu o&nbsp;miłosną
+pieszczotę.<span class="pagenum"><a name="Strona_231" id="Strona_231">[Str. 231]</a></span></p>
+
+<p>Ona tymczasem, gryzła się i&nbsp;truła tą
+pogardą brata i&nbsp;jego ucieczką w&nbsp;chwili
+gdy w&nbsp;niej serce kołatało jak dzwon
+i piersi mało nie rozsadziło...</p>
+
+<p>Wiedziała, że była bardzo nędzną istotą,
+lecz on, brat jej&nbsp;&mdash;&nbsp;powinien mieć dla
+niej więcej pobłażania, aniżeli inni.</p>
+
+<p>Nieraz w&nbsp;szynku biła pięściami w&nbsp;stół
+krzycząc, iż dożyje chwili, w&nbsp;której ci, co
+jej znać nie chcą, do nóg upadną!...
+lub kułakiem groziła w&nbsp;stronę miasta
+spowitego w&nbsp;ciszę, jakby zaprzysięgając
+zemstę tym, którzy ją pierwsi w&nbsp;kał ten
+wepchnęli.</p>
+
+<p>Powoli jednak myśli jej zaczęły przybierać
+jakieś wyraźniejsze kształty.</p>
+
+<p>Wicek się od niej odwraca, bo jest biedna
+i obszarpana.</p>
+
+<p>Gdyby miała dobrze nabity worek, kto
+wie, coby było!...</p>
+
+<p>I od tej chwili zrobiła się chciwą, wyrachowaną,
+ceniąc każdą chwilę, słaniając
+się ze znużenia, lecz licząc oszczędzane
+pieniądze.<span class="pagenum"><a name="Strona_232" id="Strona_232">[Str. 232]</a></span></p>
+
+<p>Wicek tymczasem dzień ślubu przyśpieszył
+i w&nbsp;kościele Panny Maryi Śnieżnej,
+wypomadowany, wyświeżony wieczną
+„uczciwość małżeńską”&nbsp;&mdash;&nbsp;spoconej
+i ściśniętej gorsetem Kazi zaprzysiągł.</p>
+
+<p>W wilię jednak ślubu, gdy po raz ostatni
+do swego kawalerskiego mieszkanka
+wracał, rozmarzony libacyami swych
+przyjaciół i&nbsp;towarzyszy, potknął się o&nbsp;jakąś
+masę do desek przytuloną.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ki dyabeł?</p>
+
+<p>Olka głos brata poznała, lecz, drżąc
+cała, nie odpowiadała nic.</p>
+
+<p>On pochylił się nad nią, sądząc, że to
+ktoś zemdlony.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Któż to?</p>
+
+<p>Dziewczyna zebrała się na odwagę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ja... Olka!...</p>
+
+<p>Krew uderzyła do głowy Wiekowi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czego ty się tu przywłóczysz?&nbsp;&mdash;&nbsp;zasyczał
+wściekły i&nbsp;groźny&nbsp;&mdash;&nbsp;czego?</p>
+
+<p>Ona dźwignęła się na klęczki i&nbsp;za rękę
+go pochwycić pragnęła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wicek!... ta my rodzeni!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nijaki ja tobie rodzony, małpo
+jedna!<span class="pagenum"><a name="Strona_233" id="Strona_233">[Str. 233]</a></span></p>
+
+<p>Popchnął ją silnie, aż głową o&nbsp;parkan
+uderzyła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ta za co ty mnie walisz? Wicek,
+za co?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Za twoje łajdactwo!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ta cóż robić?... kiedy już tak jest!
+teraz już nikt tego nie odmieni!</p>
+
+<p>Milczeli chwilę oboje.</p>
+
+<p>Wiatr drzewami za parkanem kołysał.</p>
+
+<p>Latarnia naftowa, na słupach za pomocą
+sznura zawieszona, pośrodku uliczki
+się chwiała, cała żółta, smutna, jakby mgłą
+przysłonięta.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ty się jutro żenisz?&nbsp;&mdash;&nbsp;zapytała
+wreszcie dziewczyna.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Żenię, abo co?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nic!... daj ci Boże jak najlepiej!</p>
+
+<p>Przekleństwo uwięzło w&nbsp;gardle Wicka.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;w którym ty kościele ślub będziesz
+brał?</p>
+
+<p>Wicek ramionami wzruszył.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;U&nbsp;Śnieżnej... ale, co ci do tego, ty
+mi czasem do kościoła nie przychodź!
+Słyszysz?</p>
+
+<p>Dziewczyna głowę podniosła.<span class="pagenum"><a name="Strona_234" id="Strona_234">[Str. 234]</a></span></p>
+
+<p><a class="ins" href="#tnote_33" name="tAnchor_33" title="&mdash;&nbsp;Bo to... widzisz Wicek ja">&mdash;&nbsp;Bo to... widzisz Wicek, ja</a>
+pieniędzy trochę złożyłam&nbsp;&mdash;&nbsp;zaczęła
+prędko&nbsp;&mdash;&nbsp;mogłabym porządną jaką kieckę
+przywdziać i&nbsp;wstydu byś ty nie
+miał!...</p>
+
+<p>Wicek cały się wstrząsnął.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie o&nbsp;kieckę tu chodzi&nbsp;&mdash;&nbsp;krzyknął&nbsp;&mdash;&nbsp;ale
+o ciebie samą, słyszysz!</p>
+
+<p>Głowa ulicznicy pochyliła się jeszcze
+niżej.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Słyszę, Wicku, słyszę!...</p>
+
+<p>Pokora drgała wielka w&nbsp;jej głosie.</p>
+
+<p>Małą i&nbsp;nędzną zdawała się, klęcząc tak
+u stóp brata, do desek parkanu przytulona.</p>
+
+<p>Wicek chwilę stał niezdecydowany,
+czując znów litość budzącą się w&nbsp;sercu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Bądź zdrowa!&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł nieco łagodniejszym
+głosem i&nbsp;odwróciwszy się
+szybko iść zaczął.</p>
+
+<p>Lecz ona wyciągnęła ręce i&nbsp;powlekła
+się za nim na środek ulicy, w&nbsp;żółtą strugę
+światła z&nbsp;latarni płynącego.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wicku!</p>
+
+<p>Chłopiec stanął.<span class="pagenum"><a name="Strona_235" id="Strona_235">[Str. 235]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Co?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Kiedy ty niechcesz mnie na ślubie
+mieć...&nbsp;&mdash;&nbsp;podjęła gorączkowo&nbsp;&mdash;&nbsp;to choć
+ty mi jedną łaskę zrób! Niewiele ja pieniędzy
+mam, ale to co jest!... weź!.. zda
+ci się na jutro!... weź!...</p>
+
+<p>Ręce wyciągnięte trzymała wciąż, błagalną
+linią wśród światła się znacząc.</p>
+
+<p>Wicek uczuł w&nbsp;piersiach dziwne ściśnienie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie!&nbsp;&mdash;&nbsp;odpowiedział&nbsp;&mdash;&nbsp;nie... pieniędzy
+twoich nie chcę!</p>
+
+<p>Ona targnęła się, jakby uderzona biczem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A!... tak!... masz recht!... łajdackie
+pieniądze...</p>
+
+<p>Lecz w&nbsp;nim, w&nbsp;tym brutalnym chłopie,
+zbudził się cień delikatności.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie, nie dlatego!&nbsp;&mdash;&nbsp;odparł szybko&nbsp;&mdash;&nbsp;lecz
+ja mam dosyć, schowaj je dla
+siebie!</p>
+
+<p>Ona uśmiechnęła się teraz radośnie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Schowam je dla... ciebie, Wicek!<span class="pagenum"><a name="Strona_236" id="Strona_236">[Str. 236]</a></span></p>
+
+<p>On, oddalając się i&nbsp;malejąc coraz więcej
+w przestrzeni, powtórzył prawie bezwiednie:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Schowaj, Olka!</p>
+
+<hr class="dots" />
+
+<p>Trzy lata upłynęło, a&nbsp;Olka ciągle włóczyła
+się po przedmieściu zdobywszy
+sobie powoli nawet sympatyę ogółu.</p>
+
+<p>Nazywano ją ogólnem mianem „małpy”&nbsp;&mdash;&nbsp;lecz,
+że zachowywała się względnie
+przyzwoiciej, „grajzlerówki” mówiły
+o niej:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Choć małpa, ale porządna dziewczyna!</p>
+
+<p>Zaokrągliła się, wypełniała i&nbsp;tylko twarz
+miała niezdrową bladość strawionej bezsennością
+i trunkami kobiety.</p>
+
+<p>Ręce jej drżały, a&nbsp;oczy często mgła zasłaniała.</p>
+
+<p>Zrobiła się dumną i&nbsp;nieraz w&nbsp;szynku
+chwaliła się „uczciwą” rodziną, z&nbsp;której
+pochodziła.</p>
+
+<p>Pieniądze Wicka chowała święcie i&nbsp;od
+czasu do czasu drogę bratu zabiegała, zapytując, <span class="pagenum"><a name="Strona_237" id="Strona_237">[Str. 237]</a></span>
+czy oddać ma złożone w&nbsp;kącie
+swej izby papierki?</p>
+
+<p>On, według usposobienia, usuwał ją
+przekleństwem lub dobrem słowem, cały
+teraz przejęty ważnością swego stanowiska&nbsp;&mdash;&nbsp;ważnością
+zięcia Burby, który,
+choć w&nbsp;grosze nie tak bardzo zasobny,
+cieszył się poważaniem całego cechu stolarzy.</p>
+
+<p>Olka nie podchodziła nigdy w&nbsp;stronę
+ulicy Piaskowej, gdzie teraz mieszkał Wicek
+wraz z&nbsp;żoną i&nbsp;teściem.</p>
+
+<p>Znów spotykała go ukradkiem, czyhając
+nieraz miesiącami całemi, zanim
+go w&nbsp;bramie lub w&nbsp;jakiem przejściu spotkała.</p>
+
+<p>Powoli dowiedziała się z&nbsp;boku, że trzysta
+papierków posagu Wickowej były
+bajką i&nbsp;tylko przynętą na lep dla złapania
+męża.</p>
+
+<p>Wicek więc pracował teraz na troje, bo
+stary Burba, odpoczywając na respekcie
+ludzkim, hebla się więcej nie imał, na zięcia
+się oglądając.<span class="pagenum"><a name="Strona_238" id="Strona_238">[Str. 238]</a></span></p>
+
+<p>Nareszcie Wickowa, chodząca w&nbsp;ciąży&nbsp;&mdash;&nbsp;porodziła
+córkę, lecz ciężko zaniemogła
+i akuszerka doktorów wezwać kazała.</p>
+
+<p>Zaczęły się ciężkie dni we dworku na
+Piaskowej ulicy.</p>
+
+<p>Olka wszelkiemi siłami teraz brata
+spotkać chciała.</p>
+
+<p>Wychodził często, biegał bez pamięci,
+do aptek, do doktorów, ale po ludnych
+ulicach i&nbsp;w dzień, kiedy ona po świetle
+doń przystępu mieć nie mogła.</p>
+
+<p>Nareszcie Kazia podniosła się z&nbsp;łóżka
+i do sił wracać poczęła, dziecko chowało
+się zdrowo, Wicek odetchnął i&nbsp;roboty się
+chwycił.</p>
+
+<p>Czas bo był niemały.</p>
+
+<p>Wszystkie zasoby wyczerpały się i&nbsp;poszły
+na lekarstwa i&nbsp;doktorów.</p>
+
+<p>Dziecko chrztu się domagało.</p>
+
+<p>Znajomi o&nbsp;sute chrzciny się domawiali,
+stary Burba pragnął ludzi fetą zadziwić
+i zły stan swoich interesów w&nbsp;ten sposób
+ozłocić.</p>
+
+<p>Pieniędzy ani centa nie było.<span class="pagenum"><a name="Strona_239" id="Strona_239">[Str. 239]</a></span></p>
+
+<p>Wicek nie sypiał nocami, drażniony
+przez teścia, przez żonę, która także
+chciała sąsiadkom proch w&nbsp;oczy rzucić
+i dać im powód do zazdrości najmniej na
+tydzień.</p>
+
+<p>Nareszcie w&nbsp;bramie domu, gdzie Wicek
+blejtramy zamówione odnosił, spotkała
+go Olka, zmęczona dnia tego czatowaniem
+na brata od samego świtu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wicek&nbsp;&mdash;&nbsp;szepnęła, w&nbsp;kąt bramy
+go pociągając&nbsp;&mdash;&nbsp;powiedzże, co się tam
+u was dzieje?</p>
+
+<p>On oparł się o&nbsp;ścianę, znękany, przybity
+walką o&nbsp;byt.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;cóż ma być. Córkę mam!</p>
+
+<p>Olka ręce na piersiach złożyła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Córkę?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;jakże!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ładna?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;E!... czerwona jak rak... Gadają, że
+ładna!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Do ciebie podobna?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Albo ja wiem?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ale przecieć!...<span class="pagenum"><a name="Strona_240" id="Strona_240">[Str. 240]</a></span></p>
+
+<p>Badała go gorączkowo, cała podniecona
+tą myślą o&nbsp;noworodku, o&nbsp;dziecku śpiącem
+w białych pieluszkach we wnętrzu kołyski.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Najgorsze... że chrzciny wyprawić
+trza&nbsp;&mdash;&nbsp;podjął Wicek&nbsp;&mdash;&nbsp;a&nbsp;ja...</p>
+
+<p>Urwał nagle, przypomniawszy sobie do
+kogo mówi.</p>
+
+<p>Lecz Olka podchwyciła jego słowa
+i <a class="ins" href="#tnote_34" name="tAnchor_34" title="porwawszzy">porwawszy</a> go za ręce, gorąco prosić
+zaczęła:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Taże ja właśnie o&nbsp;to za tobą łażę...
+weźże ty odemnie te <i>swoje</i> pieniądze, bo
+jeszcze mi je jaka psiakrew ukradnie.</p>
+
+<p>On bronił się mięko:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie mogę, Olka, nie mogę!...</p>
+
+<p>Lecz kobieta nacierała coraz gwałtowniej.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Taże to są twoje pieniądze! Twoje
+rodzone, schować mi je kazałeś...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Bogać tam!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ale tak! tak! sprawiedliwie... niepamiętasz
+jeno!</p>
+
+<p>Z za pazuchy wyjęła szmatę, w&nbsp;której
+szeleściło kilkadziesiąt papierków.<span class="pagenum"><a name="Strona_241" id="Strona_241">[Str. 241]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ja je mam przy sobie już od tygodnia,
+lecz nigdzie cię dopaść nie mogłam!
+Masz, na chrzciny ci starczy!...</p>
+
+<p>On odsuwał się jeszcze, cały zmieszany
+myślą dotknięcia się w&nbsp;ten sposób zarobionych
+pieniędzy.</p>
+
+<p>Lecz kobieta instynktem odczuła myśl
+brata.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Weź, Wicek, weź!... to pieniądze
+z uczciwego zarobku! Jak Boga kocham!
+Koszule po nocach szyłam!... weź... to nie
+z „tego”!...</p>
+
+<p>Kłamała, cała potem oblana, pełna wysiłku
+nerwowego.</p>
+
+<p>Wreszcie, udało się jej pieniądze w&nbsp;rękę
+brata wcisnąć.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A! Nareszcie!</p>
+
+<p>Odetchnęła pełną piersią, jakby się ciężaru
+zbyła.</p>
+
+<p>Lecz on stał przybity i&nbsp;upokorzony,
+ściskając w&nbsp;ręku szmatę z&nbsp;pieniędzmi.</p>
+
+<p>Czuł, iż biorąc od Olki pieniądze, czyni
+krok pojednawczy i&nbsp;że powinien siostrę
+przychodzącą mu z&nbsp;pomocą na owe chrzciny
+zaprosić.<span class="pagenum"><a name="Strona_242" id="Strona_242">[Str. 242]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Olka!... możeby ty...&nbsp;&mdash;&nbsp;wykrztusił
+wreszcie przez nerwowo ściśnięte gardło&nbsp;&mdash;&nbsp;możeby...
+ty... przyszła....</p>
+
+<p>Lecz ona otworzyła szeroko oczy.</p>
+
+<p>To, co zdawało się jej naturalnem lat
+temu kilka, teraz wydało się jej po prostu...
+potwornem. Przygryzła drżące usta i&nbsp;ręce
+kurczowo dokoła szyi zacisnęła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dziękuję ci, Wicek!... nie przyjdę!...
+a widząc niepokój drgający na twarzy
+brata, dodała stanowczo:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przyjść nie mogę... nie mam uczciwej
+kiecki!</p>
+
+<hr class="dots" />
+
+<p>Chrzciny wnuczki Burby sute były
+i wspaniałe.</p>
+
+<p>W wieczór majowy, przy nawpół otwartych
+okienkach weselili się dobrani goście
+naokoło dobrze zastawionych stołów.</p>
+
+<p>Była więc cielęcina z&nbsp;czerwoną kapustą,
+kotlety z&nbsp;sosem pikantnym, kawa, babka
+i tort z&nbsp;cyfrą nowonarodzonej.</p>
+
+<p>Kazia, blada, lecz zdrowa, kręciła się
+pomiędzy gośćmi, wesoła, uśmiechnięta,
+pełna macierzyńskiego wdzięku.<span class="pagenum"><a name="Strona_243" id="Strona_243">[Str. 243]</a></span></p>
+
+<p>Wicek, trochę chmurny, dolewał gościom
+wina, rozsypywał po kolanach kobiet bakalie
+z jakąś dziwną rozrzutnością, jakby
+chcąc cały ten częstunek jaknajprędzej
+załatwić.</p>
+
+<p>Pod okna oświetlone ściągali ci i&nbsp;owi,
+aby się owemu traktamentowi przyjrzeć,
+lecz powoli pustoszało dokoła dworku, ludzie
+wracali do swych legowisk i&nbsp;do snu
+się kładli.</p>
+
+<p>W cieniu spowite jaśminy ogródka całe
+kłęby woni w&nbsp;wilgotną noc wyrzucały,
+szumiąc zlekka.</p>
+
+<p>Zdaleka majaczyły naftowe latarnie
+ubogie i&nbsp;smutne wśród dzikiego bzu zawieszone.
+Pod parkanami mknął biały kot,
+czając się i&nbsp;odskakując co chwila.</p>
+
+<p>Z dworku Burby dolatywały głosy harmonijki,
+grał na niej Wicek, siedzący teraz
+na stole, z&nbsp;którego nawpół ściągnięty
+obrus opadał na ziemię. Dokoła niego
+kręciło się kilka par w&nbsp;takt polki a&nbsp;stary
+Burba z&nbsp;dzbanka szklanego piwo do szklanek
+dolewał.<span class="pagenum"><a name="Strona_244" id="Strona_244">[Str. 244]</a></span></p>
+
+<p>Na oknach ledwo przymkniętych powiewały
+muślinowe firanki.</p>
+
+<p>Pod jednem z&nbsp;nich, wychodzącem na
+ogród siedziała Kazia, trzymająca w&nbsp;poduszce
+kokardami upstrzone dziecko.</p>
+
+<p>Matka patrzyła na tańczących machinalnie,
+poruszając poduszką, z&nbsp;której długa,
+lekka spadała sukienka.</p>
+
+<p>Nagle zdawało się jej, że ktoś za oknem
+westchnął. Nieporuszyła się nawet, pogrążona
+w słodkiej ekstazie na widok tak
+dobrze bawiących się gości.</p>
+
+<p>Tymczasem za oknem uczepiona prawie
+o ramę stała Olka, z&nbsp;oczyma szeroko rozwartemi,
+z których dwie strugi płynęły.</p>
+
+<p>Wiatr, wiewając muślinową zasłoną,
+ukazywał jej wnętrze wesołej, widnej izby,
+napełnionej rozbawionymi ludźmi.</p>
+
+<p>Dźwięki harmonijki serce jej szarpały
+na strzępy&nbsp;&mdash;&nbsp;z&nbsp;piersi wydzierało się westchnienie,
+w jęk prawie psi przechodzące.</p>
+
+<p>Widok brata, żyjącego pomiędzy inną
+sferą ludzi, inną niż ona&nbsp;&mdash;&nbsp;wyklęta i&nbsp;wydziedziczona,
+napełniał ją dojmującym bólem,
+a drobna główka dziecka w&nbsp;tiule<span class="pagenum"><a name="Strona_245" id="Strona_245">[Str. 245]</a></span>
+i muśliny spowitego, zbudziła w&nbsp;niej samicę.</p>
+
+<p>Wyciągnęła rękę z&nbsp;jękiem ku tej drobnej
+istocie, której stóp nawet ucałować nie
+miała prawa.</p>
+
+<p>Westchnęła!...</p>
+
+<p>Od okna porwała się Kazia i&nbsp;szybko
+podjęła firankę.</p>
+
+<p>Olka nie zdążyła się cofnąć, bratowa
+przeszyła ją oczami.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wicek!&nbsp;&mdash;&nbsp;zawołała&nbsp;&mdash;&nbsp;Wicek a&nbsp;pójdzi
+tu ino!</p>
+
+<p>Mąż zlazł ze stołu i, nie przestając grać,
+do okna poszedł.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Co chcesz?&nbsp;&mdash;&nbsp;zapytał.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Odpędź-no jakąś małpę, co się pod
+oknami słania!</p>
+
+<p>Przytrzymując dziecko prawą ręką, lewą
+odkręciła rygiel i&nbsp;otworzywszy na oścież
+okno, miejsca mężowi ustąpiła.</p>
+
+<p>On, grając ciągle, bokiem przez parapet
+się przechylił i&nbsp;wśród smugi światła
+dojrzał w&nbsp;oddaleniu bladą i&nbsp;spłakaną twarz
+siostry.<span class="pagenum"><a name="Strona_246" id="Strona_246">[Str. 246]</a></span></p>
+
+<p>Przez chwilę milczał, grając machinalnie
+polkę, nie mogąc słów znaleźć dla oddalenia
+tej, za której pieniądze zdołał
+ochrzcić swe dziecko i&nbsp;uraczyć gości.</p>
+
+<p>Żona tymczasem ciągnęła go za surdut.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zamknij okno, dziecko się zaziębi!</p>
+
+<p>Teraz on przechylił się jeszcze silniej
+i nizkim, wzruszonym głosem rzucił:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Odejdź... siostro!...</p>
+
+<p>Ona wyciągnęła ku niemu ręce drżące,
+jakby rzucając pocałunek i&nbsp;odwróciwszy
+się wolno, odeszła w&nbsp;głąb ciemnej ulicy,
+po której kłęby woni jaśminów płynęły.</p>
+
+
+
+<hr class="chapter" />
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_247" id="Strona_247">[Str. 247]</a></span></p>
+<h2><a name="IX" id="IX"></a>IX.</h2>
+
+<h2>Szakale.</h2>
+
+
+<p>Przez dziedziniec zajazdu jak strzała
+przemknął numerowy, siejąc po drodze
+świeże deszczułki, które przywiązywał do
+kluczy.</p>
+
+<p>Wpadł do mieszkania właścicielki,
+i prawie bez tchu zatrzymał się w&nbsp;progu
+saloniku.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Z&nbsp;pod siedemnastego „sie” powiesiła!&nbsp;&mdash;&nbsp;zawołał,
+łapiąc z&nbsp;wysiłkiem powietrze.</p>
+
+<p>Właścicielka, tłusta, żółta, cała rozlana
+w swej włóczkowej halce, która wydymała
+się jej na brzuchu i&nbsp;biodrach
+a zapadała pod kolanami, otworzyła szeroko
+oczy.<span class="pagenum"><a name="Strona_248" id="Strona_248">[Str. 248]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Co to za paskudne gadanie! Po co
+się miała powiesić, kiedy jeszcze rachunku
+nie zapłaciła!</p>
+
+<p>Lecz kelner powtarzał uparcie:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;„Sie” powiesiła!</p>
+
+<p>Żydówka cmoknęła niecierpliwie:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zkąd Marciński wie?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Widać ją „bez” okno. Ma nogi
+o deskę oparte!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Może sobie tylko tak w&nbsp;oknie
+stoi?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ale!... wisi, wisi jak mi Bóg miły,
+ot nogi się jej zgięły w&nbsp;kolanach a&nbsp;ręce
+dyndają po bokach. Wedle głowy już
+dojrzeć nie mogłem, bo bez okiennice
+wszeteczne ciemności w&nbsp;numerze.</p>
+
+<p>Żydówka pod boki się ujęła i&nbsp;stała
+chwilkę zamyślona.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Trzeba drzwi otworzyć, podjął znów
+kelner&nbsp;&mdash;&nbsp;może jeszcze dycha.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Aj! aj! niech pan Marciński tak sobie
+nie śpieszy. Po co to głosić takie
+rzeczy? To interes psuje... Goście się
+odstraszą.<span class="pagenum"><a name="Strona_249" id="Strona_249">[Str. 249]</a></span></p>
+
+<p>Żydówka podreptała do sypialni.</p>
+
+<p>Za chwilę wyszła w&nbsp;perkalowym szlafroku,
+który się jej roztwierał na brzuchu
+i piersiach. Na perukę zarzuciła wełnianę
+chustkę.</p>
+
+<p>Przez uchylone drzwi weszła kilkunastoletnia
+dziewczyna, chuda i&nbsp;czarna,
+w opiętej bardzo sukience. Włosy miała
+ściągnięte po chińsku i&nbsp;przepasane żółtą
+tasiemką.</p>
+
+<p>Podeszła do matki.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Gdzie mama idziesz?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Do numerów. Kanapa się zawaliła
+w piętnastym! aj, co ja z&nbsp;tem mam!...
+Ty sobie Salcia pograj trochę gamy.</p>
+
+<p>Roztwierała fortepian, ścierając pył
+połą szlafroka.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie chcę gamy!&nbsp;&mdash;&nbsp;grymasiła Salcia.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Aj Salcia! co z&nbsp;tobą!... ty gorzej
+„kaprysujesz”, niż te całe numera i&nbsp;wszystkie
+goście! Graj sobie gamy, albo jakie
+kawałki. Graj głośno a&nbsp;okna otwórz,
+niech goście słuchają!<span class="pagenum"><a name="Strona_250" id="Strona_250">[Str. 250]</a></span></p>
+
+<p>Znów do okien dreptała, lecz kelner
+jej drogę zastąpił.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Chodźmy pod siedemnasty!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Chodźmy!</p>
+
+<p>Na dziedziniec wyszli i&nbsp;okrążali furę
+z sianem, która na środku drogę barykadowała.
+Kilka kur kręciło się pod
+wozem, dziobiąc w&nbsp;żółtawej, lepkiej cieczy,
+co cuchnącym wężem pod kołami
+się kręciła. Przez otwartą wjazdową
+bramę widać było szary bruk uliczny
+i nagłe podniesienie się ścian kamienic
+przeciętych ciemnemi jamami otwartych
+okien. Z&nbsp;góry płynęło szarawe światło
+chmurnego dnia letniego, deszcz mżył od
+świtu, tnąc powietrze cieniuchnemi podłużnemi
+nitki. Pomiędzy kamieniami
+tworzyły się czarniawe strumyki, które
+zdawały się zastygać jak ciemne pokręcone
+robaki.</p>
+
+<p>W środkowym korpusie hotelu, cofniętym
+w tył, pomalowanym na jasnoróżowy
+kolor, prawie wszystkie okna były
+otwarte. Tylko na dole jedno okno miało
+przymknięte szaro brudne okiennice,<span class="pagenum"><a name="Strona_251" id="Strona_251">[Str. 251]</a></span>
+krzywe i&nbsp;popaczone. Okiennice te były od
+wewnątrz śrubą ujęte.</p>
+
+<p>Kelner palcem na okno wskazał:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;O!</p>
+
+<p>Lecz żydówka wykrzywiła się ze złością.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ty, panie Marciński, palcem nie pokazuj!
+Ty mi policyę jeszcze naprowadzisz
+tym palcem!</p>
+
+<p>Do sionki wchodowej zwróciła się, lecz
+stanęła nagle jak wryta, na widok myszurysa
+drzemiącego na klocku wśród porozrzucanych
+wiórów.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jojne! Jojne!</p>
+
+<p>Jojne, rudy, mały, pokręcony, z&nbsp;sześcioma
+palcami u&nbsp;lewej ręki, prawdziwy
+„rarytas” hotelowy, porwał się na równe
+nogi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Schlufst du?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Naaa! schlaf i&nbsp;nit!...</p>
+
+<p>Lecz właścicielka napadła nań, sypiąc
+gradem obelżywych wyrazów. Leniwiec,
+próżniak, drogę gościom zawala
+i nie wie nigdy co się w&nbsp;numerach
+dzieje.<span class="pagenum"><a name="Strona_252" id="Strona_252">[Str. 252]</a></span></p>
+
+<p>Kelner zniecierpliwiony wszedł do
+sieni.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niech pani idzie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zaraz! zaraz!</p>
+
+<p>Jojne uciekł, teraz właścicielka przypatrywała
+się zsypanym w&nbsp;kąt dachówkom,
+któremi miano kryć oficynę. Nagle
+z lewego skrzydła zajazdu wypłynęła tryumfalnie
+„Ostatnia myśl” Webera, kaleczona
+przez Salcię.</p>
+
+<p>Żydówka chwilkę jeszcze słuchała,
+uśmiechając się radośnie:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;O!</p>
+
+<p>Poczem dopiero z&nbsp;trudnością na trzy
+wschodki wlazłszy, w&nbsp;ciemną szyję sionki
+zagłębiła się.</p>
+
+<p>Cały zaduch źle utrzymywanych numerów
+zacieśniał się tu, w&nbsp;tej ciemnej
+przestrzeni. Podłoga, ściany, zdawały
+się być przesiąkłe wonią potu, brudnej
+bielizny i&nbsp;piwniczej wilgoci. W&nbsp;kącie
+bielały skorupy rozbitej miski, przed
+drzwiami numerów porzucono buty,
+z których jeden w&nbsp;niepewnem świetle
+płynącem z&nbsp;wysoko umieszczonego okienka, <span class="pagenum"><a name="Strona_253" id="Strona_253">[Str. 253]</a></span>
+miał świeżą zelówkę jasno na czarnem
+tle podłogi się znaczącą. Cały ten
+zakąt, w&nbsp;którym nędza, występek, rozpusta,
+często wykwintne nawet cudzołóztwo,
+odwiedzało w&nbsp;przelocie, całe to
+schronienie dla smutnych, wydziedziczonych,
+bezimiennych, czasem jeszcze wilgoć
+więzienia w&nbsp;swem ubraniu ze sobą
+wnoszących, koncentrował się głównie
+w tym pawilonie, w&nbsp;dolnych numerach,
+gdzie stawali najczęściej ludzie wybladli,
+wychudli, mówiący cicho, nie domagający
+się nigdy świeżych prześcieradeł, szuwaksu
+na buty, lub wody do karafki.
+Jakaś tajemniczość włóczyła się wzdłuż
+tych ścian rzędem drzwiczek przeciętych,
+jakiś podejrzany handel, przywodzący na
+myśl połączenia potworne, kurcze głodu
+przed światem tajone, łzy dziewczyny
+schańbionej i&nbsp;oczy starca powleczone
+mgłą rozpusty.</p>
+
+<p>Lecz już kelner stał koło drzwi siedemnastego
+numeru, dzwoniąc kluczami.</p>
+
+<p>Żydówka doń dopadła.<span class="pagenum"><a name="Strona_254" id="Strona_254">[Str. 254]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cicho! cicho! niechaj nie słyszą!</p>
+
+<p>Spojrzała przez dziurkę od klucza, ciemno
+było zupełnie, wyjęła z&nbsp;peruki szpilkę
+podwójną i&nbsp;zanurzyła w&nbsp;głębię.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie ma klucza!&nbsp;&mdash;&nbsp;wyszeptała.</p>
+
+<p>Numerowy od pasa kółko odpiął, na
+którem brzęczały klucze.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Poszukam!</p>
+
+<p>Z wielką wprawą klucz znalazł, w&nbsp;zamek
+go włożył i&nbsp;dwa razy przekręcił.</p>
+
+<p>Drzwi otwarły się, skrzypiąc.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>Łóżko stało zasłane, nietknięte, wyciągające
+swe brudno czerwone fałdy kołdry
+i biały kwadrat poduszki w&nbsp;półcieniu,
+jaki panował dokoła.</p>
+
+<p>Od okna płynęły jaśniejsze smugi
+a przez wycięty otwór w&nbsp;okiennicach
+padał snop światła przecinający brutalnie
+ciasną przestrzeń numeru. Snop ten,
+biegnąc ukośnie, padał na stół pokryty
+różową bawełnianą serwetą, na której
+stała szklanka do połowy wypitej wody, <span class="pagenum"><a name="Strona_255" id="Strona_255">[Str. 255]</a></span>
+karafka, kawałek sznura ciemno
+czerwonego, odpalonego na jednym końcu
+i trochę kwiatów sztucznych, pogniecionych
+i zwiniętych w&nbsp;kłębek.
+Bliżej okna leżało przewrócone krzesełko,
+z którego materac wypadł na środek
+pokoju.</p>
+
+<p>Reszta przedmiotów tonęła po kątach
+w cieniu.</p>
+
+<p>I tylko jeszcze piec występował masą
+ciężką, białą, jak zwierz uśpiony w&nbsp;kącie
+ciasnej klatki z&nbsp;paszczą szeroko otwartą,
+z której jak język czarny wisiały na
+jednej złamanej zawiasie zardzewiałe
+drzwiczki.</p>
+
+<p>Lecz u&nbsp;okna jakaś czarna, nieruchoma
+zwieszała się postać, smutna i&nbsp;nędzna. Źle
+dopasowane okiennice właśnie tam filtrowały
+szeroką szparą światło. W&nbsp;szparze
+tej najdokładniej dostrzedz można
+było ciemną głowę kobiety, obramowaną
+jaśniejszym paskiem światła i&nbsp;dalej
+korpus zwieszający się ciężko z&nbsp;rękami
+opuszczonemi i&nbsp;wykręconemi konwulsyjnie <span class="pagenum"><a name="Strona_256" id="Strona_256">[Str. 256]</a></span>
+ku ciału, z&nbsp;nogami podkurczonemi
+na desce okna.</p>
+
+<p>Marciński rękę wyciągnął.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wisi! o&nbsp;tam w&nbsp;oknie!</p>
+
+<p>Żydówka oczy zmrużyła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niechno Marciński poczeka! Może
+to takie udawanie, bo to z... takiemi to
+różnie się trafia. Panno! panno! zleź panna
+z okna!... zleź zaraz!...</p>
+
+<p>Lecz postać czarna nie drgnęła nawet,
+wciąż nieruchoma w&nbsp;swej strudze jasnej
+w ramę ją obejmującej.</p>
+
+<p>Żydówka podsunęła się bliżej.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niech Marciński okiennicę jedną
+uchyli, a&nbsp;ostrożnie coby z&nbsp;„dworza” widać
+jej nie było.</p>
+
+<p>Marciński szybko podstąpił, na okno
+się wspiął i&nbsp;rękę po za trupa wyciągnął.
+Okiennice powoli się uchyliły. Szeroka
+szczerba światła doskonale teraz oblała
+straszną, zsiniałą twarz samobójczyni.</p>
+
+<p>Numerowy w&nbsp;pierwszej chwili oczy
+przymknął, znalazłszy się tak blizko z&nbsp;trupem
+w ciasnej niszy okna. Powoli jednak<span class="pagenum"><a name="Strona_257" id="Strona_257">[Str. 257]</a></span>
+powieki podniósł i&nbsp;ręką policzka zmarłej
+dotknął.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jak lód&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł.</p>
+
+<p>Z okna zeskoczył i&nbsp;stał teraz bezczynnie
+z opuszczonemi rękami, patrząc ciągle
+w wiszącą.</p>
+
+<p>Nagle żydówka wybuchnęła:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;niech ją dyabeł porwie! Pięć
+dni numer trzymała i&nbsp;teraz jeszcze go
+zapaskudziła! aj! aj!... kto to teraz tu
+stanie! A&nbsp;policya! a&nbsp;gwałty!... a&nbsp;stancya
+niezapłacona!</p>
+
+<p>Kelner milczał, jakby zahypnotyzowany
+widokiem martwej dziewczyny.
+Była przecież ohydna; cała sina, z&nbsp;oczyma
+szeroko rozwartemi, prawie czerwonemi
+od krwi nabiegu, z&nbsp;masą bezkształtną
+języka wysuwającego się z&nbsp;jej ust
+granatowych i&nbsp;spuchniętych. Tylko od
+tyłu głowy zwieszały się przepyszne wspaniałe
+warkocze, czarne i&nbsp;lśniące, na wpół
+splecione. Jeden z&nbsp;tych warkoczy zsunął
+się naprzód i&nbsp;wisiał w&nbsp;przestrzeni a&nbsp;lekko
+przez wejście na okno numerowego<span class="pagenum"><a name="Strona_258" id="Strona_258">[Str. 258]</a></span>
+poruszony, chwiał się jak warkocz płaczącej
+brzozy, z&nbsp;czarnej kolumny spadający.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To ci włosy&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł nareszcie.</p>
+
+<p>Lecz żydówka lamentowała.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ny, kto mi teraz zapłaci? Kto?
+Co ja mam za moje dobre serce, żeby taką
+włóczęgę z&nbsp;końca świata do numeru
+brać! A&nbsp;młoda jeszcze była, zdrowa, po
+co jej było taki koniec ze sobą robić?
+aj! aj!...</p>
+
+<p>Do stołu się zbliżyła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Lichtarz mi popsuła, o!... świeca się
+wtopiła, niech ją choroba ciśnie!...</p>
+
+<p>Na stole stał lichtarz mosiężny, cały
+zielony, ze stearyną świecy szeroką po
+brzegach rozlaną. Widocznie samobójczyni
+pozostawiła na stole płonącą
+świecę. Przepalony sznur, którego druga
+połowa posłużyła za śmiertelny stryczek,
+należał kiedyś do szlafroka lub
+bluzki. Na blasze przed piecem walały
+się popalone kawałki listów i&nbsp;papierów.<span class="pagenum"><a name="Strona_259" id="Strona_259">[Str. 259]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Marciński! co ona jadła?&nbsp;&mdash;&nbsp;spytała
+nagle żydówka.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Kawę; codzień dwie szklanki jej nosiłem!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I&nbsp;bułki?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;jakże!...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ny co ja tera pocznę, kto mi za tę
+kawę zapłaci?</p>
+
+<p>W kącie ciemnym dostrzegła małą
+skrzynkę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Może tam co jest. Niech Marciński
+posunie!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie wolno ruszać!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Głupi Marciński jest! Mnie wszystko
+wolno, bo mnie się należy i&nbsp;ja pierwsza
+do długu jestem!</p>
+
+<p>Marciński kuferek pod światło przysunął.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>A w&nbsp;kuferku tym był cały dramat
+ciężki i&nbsp;bolesny, cały dramat życia kobiety
+wykolejonej, rzuconej jednem przyśpieszonem
+tętnem krwi w&nbsp;falę życia
+straszną i&nbsp;nielitościwą.<span class="pagenum"><a name="Strona_260" id="Strona_260">[Str. 260]</a></span></p>
+
+<p>Dziewczyna ta musiała być statystką
+w jakimś teatrzyku, bo jeszcze „krakowianka”
+brudna i&nbsp;kawałkami glasy naszyta,
+mieniła się wśród reszty szmat
+i szmatek. Atłasowe pantofle baletowa
+jak dwa opadłe i&nbsp;martwe motyle, różowiły
+się wśród fałd połatanych koszul. Trochę
+paciorków brzęczało na dnie kufra,
+a pomiędzy niemi rozkładał się nagle
+krawat męzki atłasowy, jasny-lila z&nbsp;czarną
+przetartą dziurą od wkładania tombakowych
+szpilek.</p>
+
+<p>Krawat ten zdradzał wiele, jakąś miłostkę
+łatwą do zawiązania w&nbsp;cieniu
+kulis, w&nbsp;tem bezustannem zbliżeniu mężczyzn
+i kobiet, w&nbsp;tym kodeksie moralności
+przenicowanym i&nbsp;ułatwiającym nieuprawnione
+związki. Krawat ten był
+tani, podszyty perkalem, kupiony z&nbsp;wystawy
+ubogiego sklepu na jakiejś oddalonej
+uliczce. Mężczyzna, który go nosił,
+był biedny i&nbsp;był bezwątpienia aktorem,
+bo na atłasowym węzie świeciły się żółtawo-różowo
+plamy szminki. Był trywialny
+i niewybredny w&nbsp;swych gustach, dowodził <span class="pagenum"><a name="Strona_261" id="Strona_261">[Str. 261]</a></span>
+tego kolor krawatu a&nbsp;brutalny
+i pełen namiętności, gdyż tkanina cała
+porwana była gwałtownie wyszarpywaną
+szpilką.</p>
+
+<p>Lecz żydówka, mrucząc gniewnie, zanurzyła
+dalej rękę. Z&nbsp;powodzi lichych
+szmat wydostała kilka fartuchów płóciennych,
+dużych, ordynarnemi nićmi widocznie
+na wsi uszytych. Na jednym z&nbsp;nich
+wisiała jeszcze gałązka uczepionego chmielu
+zeschła i&nbsp;zczerniała. Inny miał na sobie
+kilka uczepionych bodiaków. Nagle
+coś zaszumiało. Z&nbsp;jednej kieszonki wysypało
+się trochę pośladu dla kur. Widocznie
+dziewczyna, zerwawszy z&nbsp;życiem
+teatralnem, przyjęła służbę w&nbsp;jakimś
+wiejskim domu. Lecz niedługo tam była,
+może dowiedziano się, że dawniej „pokazywała
+komedyę” i&nbsp;wypędzono ją od razu.
+Tak często bywa. Panie ze wsi nie
+lubią aktorek...</p>
+
+<p>Jeszcze kilka par pończoch sztucznie
+pocerowanych wyrzuciła z&nbsp;kuferka żydówka,
+jakiś stanik ciemno granatowy
+przerobiony pod szyję, ze śladami huzarskich <span class="pagenum"><a name="Strona_262" id="Strona_262">[Str. 262]</a></span>
+galonów na plecach i&nbsp;na piersiach,
+wreszcie waporyzator rozbity
+z pękniętą gumą i&nbsp;zerwaną siatką, obrazek
+Matki Boskiej oprawny w&nbsp;blaszane
+ramki, kłębuszek włóczki z&nbsp;zaczętą szydełkową
+rozetką, patelkę całą czarną
+i spaloną od ognia, wreszcie pustą, wytłuszczoną
+portmonetkę. To było wszystko,
+lecz z&nbsp;tych smutnych gałganów trup cały
+odżywał i&nbsp;opowiadał gorzkie dzieje
+kobiecej doli. Dziewczyna ta żyła widocznie
+z jednym ze swych kolegów, była
+pracowitą i&nbsp;oszczędną. Pełniła przy
+mężczyźnie obowiązki kucharki i&nbsp;posługaczki.</p>
+
+<p>Miała jeszcze trochę wiary, którą musiano
+wpoić w&nbsp;nią w&nbsp;domu. Była nerwową
+i lubiła denerwować się sztucznemi
+zapachami. Miała grunt najuczciwszy
+i starała się po rozstaniu ze swym kochankiem,
+wywalczyć sobie jakieś stanowisko
+wśród ludzi. Pracowała i&nbsp;musiała
+czuć się bardzo szczęśliwą. Wypędzona,
+wpadła w&nbsp;nędzę i&nbsp;rozpacz bezdenną. Głód,
+opuszczenie, smutek, pchnęły ją w&nbsp;otchłań <span class="pagenum"><a name="Strona_263" id="Strona_263">[Str. 263]</a></span>
+zwątpienia, które kończy jedynie...
+śmierć.</p>
+
+<p>Młoda, lecz z&nbsp;ciałem zniszczonem nędzą
+i przedwczesną miłością&nbsp;&mdash;&nbsp;nie umiała
+iść dalej.</p>
+
+<p>Wśród nocy, w&nbsp;zaduchu i&nbsp;ochydzie żydowskiego
+zajazdu postanowiła skończyć
+to, co się nazywało życiem.</p>
+
+<p>Przepaliła sznur, bo przeciąć go czem
+nie miała, i&nbsp;bez łzy, bez żalu, z&nbsp;ustami
+nerwowo zaciśniętemi założyła go sobie
+na szyję.</p>
+
+<p>Ostatnie wrażenie, jakie ze sobą w&nbsp;dal
+ciemną uniosła, był żółty, drgający
+płomień dogasającej na środku izby
+świecy.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>Żydówka kopnęła nogą kuferek.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ani gałgana nawet wybrać! Tego
+nawet handlarz za dwa grosze nie zechce!...</p>
+
+<p>Powstała powoli i&nbsp;do trupa się zbliżyła,
+oglądając zniszczoną sukienkę, w&nbsp;jaką
+dziewczyna była ubrana.<span class="pagenum"><a name="Strona_264" id="Strona_264">[Str. 264]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Może ona w&nbsp;kieszeni co ma?</p>
+
+<p>Rękę wyciągnęła, ale prędko cofnęła ją
+i po za plecy ukryła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niech Marciński zobaczy!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie wolno!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Głupi Marciński jest.. jak się co
+znajdzie, to i&nbsp;Marcińskiemu się dostanie
+za usługę. Przecież Marciński na piwo
+nic nie dostał.</p>
+
+<p>Kelner pokręcił głową.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;no racya jest, zobaczę!</p>
+
+<p>Do kieszeni trupa sięgnął, lecz pustą
+była prawie zupełnie. Trup się zakołysał.
+Żydówka z&nbsp;rękami złożonemi na brzuchu
+przyglądała się niecierpliwie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;nie „stłuknij ją”, Marciński.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wisi mocno! niech się pani nie
+stracha!</p>
+
+<p>Oswajali się powoli z&nbsp;tym trupem smutnym
+i stygnącym w&nbsp;zaduchu źle utrzymanej
+izby.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niema nic?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie.. ino blaszany naparstek.</p>
+
+<p>Żydówka znów zaklęła.<span class="pagenum"><a name="Strona_265" id="Strona_265">[Str. 265]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Daj pan Marciński naparstek! Salcia
+swój zgubiła, nie potrzeba kupić.</p>
+
+<p>Nagle zamilkła i&nbsp;bliżej do okna postąpiła.</p>
+
+<p>Trup, kołysząc się, odsłonił nogi.</p>
+
+<p>Nowe porządne buciki, zapięte na guziczki,
+ukazały się oczom właścicielki
+hotelu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niech pan Marciński zlezie!</p>
+
+<p>Lecz Marciński dotykał wiszącego warkocza
+i mlaskał językiem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Aj! aj! co za włosy!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Marciński musi zleść!...</p>
+
+<p>Kelner warkocz z&nbsp;żalem z&nbsp;ręki wypuścił.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niech pan Marciński pójdzie cicho
+do mojego mieszkania i&nbsp;przyniesie duże
+nożyce. Trzeba ją oderżnąć, może jeszcze
+żyje, to się ją potrze!</p>
+
+<p>Kelner spojrzał w&nbsp;oczy żydówki.</p>
+
+<p>Przez kilka chwil mierzyli się wzrokiem,
+a oboje mieli w&nbsp;źrenicach jakieś
+płowe, migocące światełka.<span class="pagenum"><a name="Strona_266" id="Strona_266">[Str. 266]</a></span></p>
+
+<p>Wreszcie, kelner ku wyjściu się skierował
+i, skrzypiąc drzwiami, znikł w&nbsp;głębi
+sieni.</p>
+
+<p>Żydówka, pozostawszy sama, obejrzała
+się kilkakrotnie, poczem wyciągnąwszy
+jaknajdalej ręce, na palcach do
+trupa podeszła i&nbsp;szybko guziki bucików
+rozpinać poczęła. Nos jej się zwęził
+ze strachu, usta zagięły się w&nbsp;półkole.
+Na czoło pot wystąpił. Ona, sapiąc,
+przechylona, ciągnęła dalej swą pracę,
+zdzierając ze zmarłej obówie, szarpiąc
+trupa, nie czując prawie chłodu nóg zesztywniałych,
+które pozbawione osłony,
+zabielały nagle jasną barwą szarych,
+pocerowanych ciemną bawełną&nbsp;&mdash;&nbsp;pończoch.</p>
+
+<p>Dokonawszy swego dzieła, właścicielka
+cofnęła się szybko, otworzyła drzwi
+i z&nbsp;siłą cisnęła daleko, w&nbsp;głąb korytarza
+buciki. Stuknęły o&nbsp;podłogę, jak
+uderzenie młotka o&nbsp;wieko trumny. Czas
+jednak był już wielki. Marciński powracał, <span class="pagenum"><a name="Strona_267" id="Strona_267">[Str. 267]</a></span>
+kryjąc pod połami kartki duże
+nożyce.</p>
+
+<p>Żydówka pot z&nbsp;czoła otarła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Panna Salcia gra?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Panna się bije z&nbsp;kucharką!</p>
+
+<p>Weszli znów do numeru i&nbsp;teraz już sam
+Marciński podszedł do okna.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niech się pani nie zbliża, ja ją sam
+obetnę.</p>
+
+<p>Wlazł na okno, posunął trupa i&nbsp;zasłonił
+sobą prawie całą postać zmarłej.</p>
+
+<p>Żydówka o&nbsp;drzwi oparta nie patrzyła,
+cała zajęta myślą, czy buciki samobójczyni
+będą dobre na nogi jej córki.</p>
+
+<p>Tymczasem nożyczki zgrzytnęły. Z&nbsp;cichym
+chrzęstem obsunął się wzdłuż pleców
+trupa obcięty warkocz. Marciński
+zwinął go zręcznie i&nbsp;schował do kieszeni
+kurtki.</p>
+
+<p>I znów niby chrzęst&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;głowa dziewczyny
+ukazała się teraz ostatecznie zeszpecona,
+z krótką nierówną linią rozsypujących
+się na karku włosów.</p>
+
+<p>Lecz Marciński ku drzwiom się zwrócił.<span class="pagenum"><a name="Strona_268" id="Strona_268">[Str. 268]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Lepiej nie ruszać, policya się wda
+i będzie kram, że my ją poruszyli. Jaką
+naszli, taką zostawmy!</p>
+
+<p>Żydówka skinęła głową.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ma Marciński „słusznie”! Teraz musi
+iść po strażnika! Aj aj!... jakie to
+zmartwienie!...</p>
+
+<p>Kelner z&nbsp;okna zeskoczył i&nbsp;ku drzwiom
+podążył.</p>
+
+<p>Wyszli oboje na korytarz i&nbsp;Marciński
+zaczął dobierać klacze.</p>
+
+<p>Żydówka, buciki niewidocznie podniósłszy,
+za chustkę ukryła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czego Marciński ją zamyka?&nbsp;&mdash;&nbsp;zapytała
+kierując się do wyjścia.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Prawda!&nbsp;&mdash;&nbsp;odrzekł kelner&nbsp;&mdash;&nbsp;przecież
+nie ucieknie!</p>
+
+<p>I roześmieli się oboje.</p>
+
+
+
+<hr class="chapter" />
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_269" id="Strona_269">[Str. 269]</a></span></p>
+<h2><a name="X" id="X"></a>X.</h2>
+
+<h2>Papuzia.</h2>
+
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zagwizdaj, Papuziu!...</p>
+
+<p>Minuśka porwała się z&nbsp;jego kolan i&nbsp;nagle
+w półcieniu, już z&nbsp;okien płynącem, zabieliła
+się jak zjawisko w&nbsp;swej masie białych
+zwiędniętych koronek i&nbsp;pomiętego
+batystu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie!... nie!... nie chcę!</p>
+
+<p>Ale on, nieubłagany&nbsp;&mdash;&nbsp;wyciągnął rękę
+i ujął nagie ramię dziewczyny w&nbsp;swe suche
+palce nerwowego blondyna.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zagwizdaj, Papuziu!...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ty wiesz, to dla mnie cholera to
+gwizdanie!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zagwizdaj, Papuziu!...</p>
+
+<p>Ton jego mowy był rozkazujący, powolny, <span class="pagenum"><a name="Strona_270" id="Strona_270">[Str. 270]</a></span>
+mięki a&nbsp;przecież siekący jak uderzenie
+szpicruty.</p>
+
+<p>Dziewczyna próbowała się jeszcze opierać.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie!... wolę z&nbsp;tobą rozmawiać!</p>
+
+<p>On nieznacznie ramionami ruszył.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zagwizdaj, Papuziu!&nbsp;&mdash;&nbsp;powtórzył
+po raz czwarty.</p>
+
+<p>Stalowo niebieskiemi oczami spojrzał
+w drobną twarz Minuśki, która ledwie
+przeświecała przez całe kłęby pokręconych
+czarnych włosów.</p>
+
+<p>Oczy te, jakby wieczną łzawą mgłą pociągnięte,
+zużyte były i&nbsp;dziwnie rozwiązłe.</p>
+
+<p>Jakaś nabożna, dystyngowana rozpusta
+gnieździła się w&nbsp;tych źrenicach koloru
+dziewczęcej sukienki.</p>
+
+<p>Były to oczy westalki, powracającej ze
+schadzki do swej świątyni.</p>
+
+<p>Teraz już Minuśka, pod wpływem tego
+spojrzenia układała się powoli na kolanach
+mężczyzny, pochylając w&nbsp;tył głowę,
+tak że cała kaskada czarnych włosów
+spłynęła ku ziemi i&nbsp;kwiatów dywanu dosięgła.<span class="pagenum"><a name="Strona_271" id="Strona_271">[Str. 271]</a></span></p>
+
+<p>I tylko biust jej biały, foremny, jakkolwiek
+trochę w&nbsp;górze spłaszczony, rozciągał
+silnie cienki batyst szlafroka, związanego
+lekko białą w&nbsp;pasie wstążką.</p>
+
+<p>Reszta ciała zaznaczała się silnie wyraźnemi
+konturami i&nbsp;dobrze wygiętą linią
+od bioder odcinała się jasno od ciemnego
+obicia nizkiej tureckiej sofy.</p>
+
+<p>Z bosych stóp dziewczyny spadły małe
+pantofle z&nbsp;różowego atłasu, trochę brudne
+i zgniecione.</p>
+
+<p>Nogi te wyciągnięte z&nbsp;nieruchomością
+trupią, żółte były, wygięte silnie jak nogi
+tancerki, przecięte błękitnemi żyłami i&nbsp;cieniem
+czarnych włosów rosnących na zgięciu
+palców.</p>
+
+<p>W niewyraźnym mroku szarej godziny&nbsp;&mdash;&nbsp;objawiały
+się jak nogi kobiety zmęczonej,
+głupiej, nerwowej, kobiety bez
+silnego punktu oparcia a&nbsp;mimo to dobrej,
+miękiej, uległej&nbsp;&mdash;&nbsp;idącej ślepo za podmuchem
+losu.</p>
+
+<p>Cała wreszcie postać Minuśki, wyciągniętej
+na strzyżonej tkaninie oryentalnego
+mebla, miała w&nbsp;sobie to bierne poddanie <span class="pagenum"><a name="Strona_272" id="Strona_272">[Str. 272]</a></span>
+się fatalizmowi, to opuszczenie rąk
+w walce z&nbsp;życiem, to zagaśnięcie poczucia
+rozkoszy, temperamentu i&nbsp;kaprysów kobiecych.</p>
+
+<p>W nieruchomości swojej, w&nbsp;tej ulubionej
+pozie wyciągniętego w&nbsp;trumnie trupa&nbsp;&mdash;&nbsp;znać
+było dążenie bezwiedne ciała do
+spoczynku, a&nbsp;z pod długich rzęs przymkniętych
+migały tylko białka oczu. Wszystko
+w niej dążyło i&nbsp;rwało się ku ziemi razem
+z kaskadą czarnych włosów, razem
+z fałdami białego trenu, który ją obwijał
+zimną draperyą grobowego całunu.</p>
+
+<p>Siedzący w&nbsp;kącie sofy mężczyzna, smukły,
+correct, silnie wyczesany&nbsp;&mdash;&nbsp;z&nbsp;brodą
+okrągłą zmysłowego samca opartą na
+sztywnych rogach lśniącego kołnierzyka,
+w kanciastych liniach ciała, w&nbsp;kolanach
+silnie złożonych, przypominał pozę Ozirysa
+wciśniętego w&nbsp;szeroki stalowo-granatowy
+garnitur angielskiego kroju. Nawet
+kurtka szczelnie na dwa rzędy zapięta,
+opinała silnie pierś zapadłą jak mogiłę
+wszystkich pragnień i&nbsp;porywów...<span class="pagenum"><a name="Strona_273" id="Strona_273">[Str. 273]</a></span></p>
+
+<p>Całe ciało, długie, złożone, jakby na
+zawiasach, przylegało doskonale do linij
+i zagięć sofy prostej, twardej, równej&nbsp;&mdash;&nbsp;pomimo
+banalnego kształtu naśladującego
+wschodnie stosy poduszek.</p>
+
+<p>Tylko kolana ostrym kantem wystawały
+brutalnie, podnosząc silnie szewiot
+spodni, które opinały długie,
+ledwo zaznaczone łydki, niekształtne,
+gubiące się bez silniejszego spadku, łydki
+kamiennego bożka cisnącego się do
+twardej swego tronu podstawy. Całe
+ciało&nbsp;&mdash;&nbsp;zakończone wydłużonemi a&nbsp;płaskiemi
+stopami, obutemi zimno w&nbsp;angielskie
+matowe obuwie równe było&nbsp;&mdash;&nbsp;ostro
+skrajane, kańciaste, podobne do wybornie
+spreparowane go szkieletu, osadzonego na
+doskonałych zawiasach.</p>
+
+<p>Tylko głowa okrągła i&nbsp;twarz pokryta
+mięsem, kłóciły doskonałą harmonię dalszego
+rusztowania.</p>
+
+<p>Był to kadłub angielskiego charta ze
+łbem obwisłego buldoga.</p>
+
+<p>Dolna warga trochę wilgotna i&nbsp;jakby
+niepewna, zwieszała się ku dołowi, odsłaniając <span class="pagenum"><a name="Strona_274" id="Strona_274">[Str. 274]</a></span>
+dolny rząd zębów żółtych i&nbsp;od
+tytoniu sczerniałych. Była to warga „viveura”,
+który lata całe musiał powoli
+nasycać namiętność swych podrażnionych
+zmysłów, zamykając oczy i&nbsp;otwierając
+usta. Maska jego nieruchomej twarzy
+urobiła się już w&nbsp;takie rozprzężenie bezwiedne
+muskułów, że choć młodość walczyła
+jeszcze z&nbsp;nałogiem, ściągając skórę ze
+skroni, to już cały dół twarzy a&nbsp;nawet
+skóra pod oczami fałdowała się w&nbsp;bezsilne
+bruzdy, zmysłowe, zwierzęco-apatyczne.</p>
+
+<p>Leżąca na jego kolanach kobieta miała
+w swej twarzy przyschnięty znów wyraz
+namiętności, nagle spieczonej i&nbsp;w ogniu
+strawionej. I&nbsp;u niej, tak jak i&nbsp;u niego
+ciało nie harmonizowało z&nbsp;głową.
+Tors jej miał pełne i&nbsp;doskonałe rozwinięcie
+kobiety doszłej do szczytu siły,
+biodra rozłożyste i&nbsp;podatne miały
+w sobie mięsistość hiszpanek, lecz już
+od silnych jeszcze ud począwszy, linia
+nóg zwężała się nagle, schła, drobniała
+brutalnie. Kończyny były słabe, anemiczne,
+wyschłe, obciągnięte trupią skórą.<span class="pagenum"><a name="Strona_275" id="Strona_275">[Str. 275]</a></span></p>
+
+<p>Tę samą anomalię przedstawiały
+i ręce.</p>
+
+<p>Przedramię wspaniałe, doskonale piękne,
+już od łokcia miało ważkość dziwną,
+niepewną, nieusprawiedliwioną a&nbsp;same
+dłonie i&nbsp;palce, długie i&nbsp;kościste, z&nbsp;pofałdowaną
+na zgięciach palców skórą; zwieszały
+się ku ziemi jak ręce rozpaczliwie
+smutnego szkieletu.</p>
+
+<p>Z karnacyą skóry przeświecającej
+przez oczka koronek i&nbsp;pajęczą tkaninę
+batystu, było to samo. Twarz blada,
+żółta&nbsp;&mdash;&nbsp;jakby pocentkowana sinemi podkowami,
+podkreślającemi przymknięte
+oczy i&nbsp;rozciągającemi się aż na silnie wyciągniętą
+skórę nosa, nie miała ani śladu
+purpury warg, które białe, wązkie,
+postrzępione, niknęły prawie w&nbsp;bladej
+masce.</p>
+
+<p>Lecz już szyja, tracąc zżółkłe tony,
+rozpływała się w&nbsp;różowawo lśniącej barwie
+piersi lekkiej, wiosennej, młodej&nbsp;&mdash;&nbsp;mającej
+w sobie doskonałą miękość
+pastelu.<span class="pagenum"><a name="Strona_276" id="Strona_276">[Str. 276]</a></span></p>
+
+<p>Pod bielą batystu, różowa ta barwa
+ciemniała coraz dalej, zagłębiała się, to
+znów tryumfalnie przechodziła w&nbsp;atłasową
+białość na wypukłościach bioder.</p>
+
+<p>To przeświecanie jutrzenkowej barwy
+przez delikatny deseń koronki, miało
+w sobie czar dziwnie ponętny, niepewny,
+pełen tajemniczej siły doskonałej piękności
+kobiecego ciała.</p>
+
+<p>Jakby pod cienką warstwą śniegu, rozsypane
+liście blado różowej kamelii, tak
+migotały szmaty ciała Minuśki w&nbsp;obramowaniu
+delikatnego desenia cienkich walansyenek.</p>
+
+<p>Lecz już&nbsp;&mdash;&nbsp;coraz dalej się posuwając&nbsp;&mdash;&nbsp;różowy
+ton bladł, siniał, zieleniał, żółkł
+na kolanach dwoma plamami i&nbsp;do stóp
+się zsuwając, w&nbsp;trupią barwę przechodził.</p>
+
+<p>Jedynie jeszcze podeszwy jakąś dziwną
+anomalią różowiły się lekko, trochę
+starte zbyt ciasnem obuwiem, zaznaczając
+się w&nbsp;przestrzeni barwniej lekką
+kroplą krwi, roztartą zdaje się na ich powierzchni.<span class="pagenum"><a name="Strona_277" id="Strona_277">[Str. 277]</a></span></p>
+
+<p>Cisza była dokoła.</p>
+
+<p>Cisza wielkiego miasta, które huczy
+w oddali a&nbsp;przecież do mieszkań ludzkich
+hukiem tym nie wpada, pozostawiając
+niemal grobowy spokój tym&nbsp;&mdash;&nbsp;którzy
+spokoju tego pragną.</p>
+
+<p>Przez białe zasłony okien słaniała się
+blado-błękitna, równa&nbsp;&mdash;&nbsp;nieprzecięta
+niczem barwa zachodzącego nad dachami
+domów wiosennego słońca.</p>
+
+<p>Barwa ta&nbsp;&mdash;&nbsp;wsuwając się do pokoju&nbsp;&mdash;&nbsp;jak
+elektryczny blask wykrawała kontury
+banalnych mebli, porozstawianych
+po kątach mieszkania. Oryentalna tkani
+na mebli mieniła się jaskrawemi plamami
+i żółtą pstrocizną frendzli. Duże,
+weneckie lustro&nbsp;&mdash;&nbsp;pochylone nad sofą&nbsp;&mdash;&nbsp;prezentowało
+się matowo szarym kwadratem,
+na tle trywialnego ciemnego obicia
+kryjącego ściany. Po kątach, na etażerkach
+wykrzywiały się japońskie lalki
+pod parasolami, które roztaczały ciemno
+szafirowe lub czarne koła, prawie
+pod samemi rogami trochę przybrudzonego
+sufitu.<span class="pagenum"><a name="Strona_278" id="Strona_278">[Str. 278]</a></span></p>
+
+<p>Po środku, jak ptak nagle nieruchomy,
+krwawiła się czerwonością szyb
+i stalowemi pokręconemi liniami obwodów
+wenecka latarnia, okapana stearyną,
+bielącą się na matowej płaszczyźnie podstawy.</p>
+
+<p>W jednym z&nbsp;kątów żółcił się duży
+makartowski bukiet, smutny, przypruszony
+pyłem, z&nbsp;lasem aksamitnych szyszek,
+sterczących wśród pęku traw połamanych.</p>
+
+<p>Niefroterowana, trochę brudna podłoga,
+pokryta zniszczonym dywanem,
+wystawała jasnemi plamami koło progów
+i okien, które krzywo zagłębiając
+znaczyły się wystającemi z&nbsp;po za
+białych zasłon blaszanemi rynienkami do
+zbierania rosy.</p>
+
+<p>I w&nbsp;tej banalności zimnej, bazarowej,
+pretensyonalnej, wciśniętej nagle w&nbsp;mieszczańską
+klatkę ciasnych, taniem obiciem
+oblepionych ścian starej, żydowskiej
+kamienicy&nbsp;&mdash;&nbsp;nie było nic z&nbsp;duszy kobiety
+zamieszkującej te ściany.<span class="pagenum"><a name="Strona_279" id="Strona_279">[Str. 279]</a></span></p>
+
+<p>Minuśka była ptakiem wędrownym
+i o&nbsp;klatkę nie dbała.</p>
+
+<p>Przez uchylone drzwi dostrzedz można
+było nieposłane łóżko&nbsp;&mdash;&nbsp;rozkopane,
+rozrzucone, w&nbsp;nieładzie jeszcze nocnym,
+ciemniejące pod stosem zrzuconych sukien
+i kołder.</p>
+
+<p>Okno, przysłonięte szczelnie szafirową
+zasłoną, nadawało całemu pokojowi pozór
+grobowej kaplicy.</p>
+
+<p>Reszta tonęła w&nbsp;cieniu.</p>
+
+<p>Tymczasem w&nbsp;saloniku błękitne światło
+okien zaczęło stopniowo szarzeć i&nbsp;bielić,
+jakby przez matowe a&nbsp;brudne szkło
+przepuszczone.</p>
+
+<p>Dwie białe takie smugi&nbsp;&mdash;&nbsp;jak charty
+potworne przypadły do podłogi, słały się
+po dywanie i&nbsp;ginęły w&nbsp;oddali, tuż
+pod stopami nieruchomie siedzącego mężczyzny.</p>
+
+<p>Końce palców u&nbsp;ręki Minuśki zwieszającej
+się z&nbsp;sofy, maczały się w&nbsp;tej
+martwej jasności i&nbsp;zżółkłe paznogcie, pocentkowane
+białemi plamkami, zdawały
+się być płatami tajemniczych nenufarów <span class="pagenum"><a name="Strona_280" id="Strona_280">[Str. 280]</a></span>
+z tafli stygnącej wody wyzierających.</p>
+
+<p>Dziewczyna przymykała powieki i&nbsp;z przechyloną
+w tył głową zdawała się tężyć
+w jakiemś odtrętwieniu.</p>
+
+<p>Lecz młody mężczyzna szarpnął ją
+znów za ramię.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zagwizdaj, Papuziu!</p>
+
+<p>Dziewczyna westchnęła i&nbsp;cicho&nbsp;&mdash;&nbsp;powoli,
+jakby płynąc z&nbsp;oddali, rozległ się
+drżący menuet, gwizdany jakby dziobem
+papugi, niepewnie w&nbsp;dal rzucającej
+nuty.</p>
+
+<p>To Minuśka gwizdała, leżąc ciągle
+przechylona, nieruchoma w&nbsp;obramowaniu
+swych czarnych włosów, które się z&nbsp;przepychem
+po dywanie walały.</p>
+
+<p>Mężczyzna, zmrużywszy oczy, w&nbsp;gwizd
+ten się wsłuchiwał z&nbsp;dziwnym wyrazem
+koło ust obwisłych. Nareszcie rękę wyciągnął
+i zimnemi palcami po oczach Minuśki
+przesunął.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie płaczesz?&nbsp;&mdash;&nbsp;zapytał.</p>
+
+<p>Ona gwizdać przestała, brwi marszcząc.<span class="pagenum"><a name="Strona_281" id="Strona_281">[Str. 281]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cóż u&nbsp;dyabła, codzień nie mogę!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Postaraj się!...</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>Poznał ją w&nbsp;Łodzi, w&nbsp;sali Selina, gdy
+złym akcentem francuzkim śpiewała jakąś
+piosnkę.</p>
+
+<p>W podrabianej tej francuzce odczuł odrazu
+łatwą i&nbsp;tanią zabawę i&nbsp;gdy otulona
+płaszczykiem zeszła z&nbsp;estrady do pustej
+i białej od gazu sali, zbliżył się, wiecznie
+nienasycony w&nbsp;tej pogoni za kobietą, jakkolwiek
+oddawna już niedoświadczał nic
+w dotknięciu nagich ramion, lub rozwianych
+włosów.</p>
+
+<p>Przez nałóg, przez przyzwyczajenie
+szedł już teraz, zaczepiał, wyciągał rękę,
+ciągle spragniony gorętszego wrażenia,
+czegoś, coby nim targnęło, coby zamieranie
+w nim rozkoszy wstrzymało choćby
+na krótką chwilę.</p>
+
+<p>Minuśka nie zajęła go więcej od innych.</p>
+
+<p>Była zepsutą, wesołą, pustą i&nbsp;trywialną.<span class="pagenum"><a name="Strona_282" id="Strona_282">[Str. 282]</a></span></p>
+
+<p>Mówiła „psia krew”, biła się po biodrach,
+pokazywała żydom na ulicach język
+i kłóciła się w&nbsp;restauracyi z&nbsp;kelnerami.</p>
+
+<p>Nie różniła się niczem od innych kobiet
+i drażniła w&nbsp;nim zamierającego trupa, lecz
+drażniła niemile, w&nbsp;bolesny, dokuczliwy
+sposób.</p>
+
+<p>Przez kilka dni, które bawił w&nbsp;Łodzi,
+widywał ją codziennie, coraz więcej zniechęcony
+i pół senny.</p>
+
+<p>Dziewczyna, sądząc że śmiechem i&nbsp;żartami
+zdoła rozchmurzyć to znużone czoło,
+roztrząsała przed nim całą torbę swych
+dowcipów, pozbieranych w&nbsp;chwilowych miłostkach,
+które prowadziła w&nbsp;swem życiu.</p>
+
+<p>Lecz on&nbsp;&mdash;&nbsp;ciągle milczący, zimny, kanciasty,
+siedział przed nią, wpatrzony w&nbsp;przestrzeń
+szklannemi oczyma trupa.</p>
+
+<p>Chwilami ramionami wzruszał i&nbsp;mówił
+jedno tylko słowo:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cicho!</p>
+
+<p>Dziewczyna milkła, zdjęta nagłą jakąś
+trwogą przed tą ciszą nakazaną jej w&nbsp;ciasnej
+przestrzeni zasłoniętej lożki, po za<span class="pagenum"><a name="Strona_283" id="Strona_283">[Str. 283]</a></span>
+której czerwonemi firankami widać było
+jasną przestrzeń sali i&nbsp;ciemny otwór sceny.</p>
+
+<p>Raz jeden ośmieliła się powiedzieć:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To głupie takie postępowanie!</p>
+
+<p>I uzbrajając się w&nbsp;odwagę, dodała:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Funta kłaków niewarte!</p>
+
+<p>On tymczasem patrzał na nią, skąpaną
+w jasnej powodzi gazu, płonącego w&nbsp;stłuczonej
+bani, zawieszonej u&nbsp;sufitu lożki.</p>
+
+<p>Klęczała przed nim na małej sofce obitej
+ciemną brokatelą, i&nbsp;podniósłszy obnażone
+ręce, wiązała swe czarne włosy długą
+białą wstążką.</p>
+
+<p>Była dnia tego ubrana już do pantominy,
+mającej kończyć przedstawienie, a&nbsp;w której
+grać miała rolę panny młodej.</p>
+
+<p>Długa, biała muślinowa suknia natykana
+kwieciem pomarańczowem dawała jej pozór
+umarłej dziewicy, którą lada chwila
+złożą na śmiertelnej pościeli. Twarz jeszcze
+nieubielona, żółta była i&nbsp;martwa w&nbsp;tej
+białej koronek powodzi.</p>
+
+<p>Opierała się biodrem o&nbsp;stół nakryty
+białym obrusem, na którym walały się
+resztki kanapek i&nbsp;kieliszki koniaku.<span class="pagenum"><a name="Strona_284" id="Strona_284">[Str. 284]</a></span></p>
+
+<p>Związała włosy i&nbsp;powoli, z&nbsp;pewnym leniwym
+wdziękiem na poduszki sofy upadła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Funta kłaków niewarte!&nbsp;&mdash;&nbsp;powtórzyła
+przez zaciśnięte zęby.</p>
+
+<p>Z po za uchylającej się firanki dolatywał
+przenikliwy głos dziewczyny, śpiewającej
+na scenie drżącym sopranem:</p>
+
+<blockquote><p>„Demande aux lys, s'ils aiment la ros&eacute;e”.</p></blockquote>
+
+<p>On ciągle patrzył na nią, dziwiąc się
+i zazdroszcząc tej żywotnej sile, która
+kazała jej poruszać się, śmiać, denerwować
+i wyrzucać z&nbsp;siebie całą kaskadę słów
+i chęci.</p>
+
+<p>Wiecznie i&nbsp;ciągle od pewnego czasu
+obserwował tak wszystkich, sam ciągle
+bezsilny, pełen przewidzeń, halucynacyj,
+widząc koniec wszystkiego, nie mogąc
+zbudzić się z&nbsp;odrętwienia zmysłów, w&nbsp;jakie
+popadał z&nbsp;dniem każdym.</p>
+
+<p>Ogarniał go smutek bezdenny, z&nbsp;którego
+sobie sprawy zdać nie umiał, szukając
+w złem trawieniu przyczyny głównej tej
+zmiany, podniecając się fizycznie i&nbsp;moralnie,
+pragnąc rozpaczliwie wyjścia z&nbsp;tej nicości,
+w którą powoli zapadał.<span class="pagenum"><a name="Strona_285" id="Strona_285">[Str. 285]</a></span></p>
+
+<p>Spełniał automatycznie funkcye swego
+urzędowania w&nbsp;jednem z&nbsp;towarzystw kredytowych,
+lecz nocami, wybladły i&nbsp;z gałką
+swej laski przy ustach, zjawiał się jak
+mara blada i&nbsp;milcząca, z&nbsp;niemą skargą na
+swój zgon duchowy, w&nbsp;zadymionych lokalach
+restauracyjnych, w&nbsp;ochrypłych salach
+koncertowych, w&nbsp;zaułkach nocnej rozpusty&nbsp;&mdash;&nbsp;goniąc
+coś ciągle w&nbsp;milczenia szukając,
+trawiąc się, stygnąc od wnętrza.</p>
+
+<p>Bezwiednie lgnął do kobiet, jakby w&nbsp;nich
+szukając odrodzenia, lecz&nbsp;&mdash;&nbsp;te, do których
+miał przystęp łatwy i&nbsp;z góry zapewniony&nbsp;&mdash;&nbsp;wstrząsały
+nim swym śmiechem, banalną
+pieszczotą i&nbsp;coraz ciemniejsze koło tworzyły
+dokoła jego osoby.</p>
+
+<p>Od czasu do czasu, opowiadały mu historyę
+swego życia, zaczynającą się niezmiennie
+od tych słów:</p>
+
+<p>„Nie miałam jeszcze piętnastu lat i&nbsp;byłam
+zupełnie głupia, a&nbsp;tu..</p>
+
+<p>Słuchał chwilę, sądząc że coś się tam
+przewinie, co mu rysę w&nbsp;jego lodowej powłoce
+uczyni&nbsp;&mdash;&nbsp;lecz prędko myśl w&nbsp;inną
+stronę odwracał.<span class="pagenum"><a name="Strona_286" id="Strona_286">[Str. 286]</a></span></p>
+
+<p>Zawsze to samo!</p>
+
+<p>Jedna historya w&nbsp;milionowem wydaniu!</p>
+
+<p>Minuśka przecież nie opowiedziała mu
+swej „historyi”.</p>
+
+<p>Była banalną, trywialną jak inne&nbsp;&mdash;&nbsp;mówiła
+mu „mój kiziu”&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;jadła rybę nożem,
+ale „historyi” swej nie opowiedziała
+do tej chwili.</p>
+
+<p>Nie opowiedziała i&nbsp;nie opowie&nbsp;&mdash;&nbsp;bo,
+oto on wyjeżdża jutro i&nbsp;ma jej właśnie
+to powiedzieć za chwilę, skoro tylko tamta
+z po za zasłony śpiewać przestanie.</p>
+
+<p>Doszedł już do tego stopnia osłabienia
+i rozdrażnienia, że nie lubi i&nbsp;nie umie mówić,
+gdy kto śpiewa.</p>
+
+<p>Tymczasem Minuśka nalewa sobie kieliszek
+koniaku.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wiecznie pan jesteś smutny jak
+sum&nbsp;&mdash;&nbsp;mówi, pijąc fałszowaną ohydę powoli,
+jakby z&nbsp;rozkoszą&nbsp;&mdash;&nbsp;dobrze że masz
+na smucenie się, to jeszcze pół szczęścia!</p>
+
+<p>Odstawia kieliszek i&nbsp;znów wciska się
+w poduszki sofki.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Może to i&nbsp;taka moda być na smutno&nbsp;&mdash;&nbsp;ciągnie
+dalej, rurkując falbanki sukni <span class="pagenum"><a name="Strona_287" id="Strona_287">[Str. 287]</a></span>
+na palcach&nbsp;&mdash;&nbsp;znałam jednego pana od
+wyścigów, także się tak wiecznie gryzł
+i dręczył. Podobno coś kiedyś tam komuś
+ukradł, to go jadło!..</p>
+
+<p>Roześmiała się głośno i&nbsp;zastanowiła
+chwilkę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;No, to już było przez sumienie.
+Prawda? Ale pan? Co ci to brak!... Mój
+Boże! Żeby to mnie panem być! czybym
+ja kiedy się zasępiła, co?</p>
+
+<p>Po za zasłoną śpiewaczka umilkła i&nbsp;z sali
+dolatywał szmer pomieszanych głosów,
+odsuwanie krzeseł i&nbsp;szczęk kufli rozstawionych
+na stołach.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Masz pan co jeść, gdzie mieszkać,
+masz pewnie rodzinę, ojca, matkę a&nbsp;może
+i żonę&nbsp;&mdash;&nbsp;a&nbsp;takiś pan skwaszony ciągle.
+Nie powiem, żeby to ja, co to jak ten
+psiak bez gniazda po świecie się tyram
+i już z&nbsp;rozpaczy do francuzów przystałam
+i oto się Falfandierowej wysługuję. Psia
+krew! dobrze że mnie trochę po francuzku
+nauczyli, to i&nbsp;co zarobię na to marne życie...
+oj! marne!<span class="pagenum"><a name="Strona_288" id="Strona_288">[Str. 288]</a></span></p>
+
+<p>Znów po kieliszek sięgnęła, z&nbsp;butelki
+nalała, wypiła.</p>
+
+<p>W pół drogi ręka jej w&nbsp;fałdy sukni
+opadła.</p>
+
+<p>Była już na wpół pijaną.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Psia krew!&nbsp;&mdash;&nbsp;powtórzyła raz jeszcze
+i głowę w&nbsp;tył przechyliła.</p>
+
+<p>Ktoś drzwi w&nbsp;sali otworzył.</p>
+
+<p>Gaz w&nbsp;kuli zaczął migotać, chyląc się
+na obie strony.</p>
+
+<p>Rozpaczliwy jakiś smutek wypełnił małą
+przestrzeń lożki, jakaś grobowa pustka,
+pomimo tłumu poruszającego się po za
+firanką.</p>
+
+<p>Mężczyzna w&nbsp;swej automatycznej sztywności
+zastygły, siedział nieporuszony
+w kącie sofy, zdając się wydzielać z&nbsp;siebie
+ten chłód trupi i&nbsp;mrozić nim ożywioną
+jeszcze niedawno dziewczynę.</p>
+
+<p>Teraz było już ich dwoje smutnych,
+niemających dachu po nad duszą.</p>
+
+<p>I Minuśka czerniała, żółkła, pozbywając
+się swej maski sztucznego uśmiechu, odsłaniając
+nagle swój szkielet już pruchniejący <span class="pagenum"><a name="Strona_289" id="Strona_289">[Str. 289]</a></span>
+nieszczęśliwej, walczącej z&nbsp;życiem
+istoty.</p>
+
+<p>Leżała nieruchoma, z&nbsp;rękami obwisłemi,
+z ustami opuszczonemi w&nbsp;kącikach
+bolesnym skrzywieniem. Nagle wargi ściągnęła
+nerwowym skurczem i&nbsp;lekko, cicho
+gwizdać zaczęła.</p>
+
+<p>Był to gawot popularny, łatwy do pochwycenia
+i ciągnący się cicho jak srebrna
+nitka pajęcza.</p>
+
+<p>W rozkołysaniu się gazu, gwizd ten leciuchny
+motał się z&nbsp;przejrzystością dokładną,
+wznosił się, opadał i&nbsp;znów rozpoczynał.</p>
+
+<p>Nagle umilkł, rozpływając się w&nbsp;urywanej
+nutce. Chwileczkę trwało milczenie.</p>
+
+<p>Przerwał je ochrypły nieco głos Minuśki:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pan wiesz, ja miałam dziecko!</p>
+
+<p>Mężczyzna nie drgnął nawet, nie odpowiedział
+ani słowa.</p>
+
+<p>Przygasłe oczy skierował jednak na
+leżącą kobietę, bo czuł że ma w&nbsp;niej trochę
+odbicia swego smutku, swego zniechęcenia.<span class="pagenum"><a name="Strona_290" id="Strona_290">[Str. 290]</a></span></p>
+
+<p>Widział, że się nie krzywi uśmiechem.</p>
+
+<p>Oddychał.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Miałam dziecko! a&nbsp;jakże! jak anioła
+taką dziewczynkę! <a class="ins" href="#tnote_35" name="tAnchor_35" title="Zebyś">Żebyś</a> ją pan był widział
+no&nbsp;&mdash;&nbsp;co to opowiadać! Królewna!
+Włosy czarne, oczy szafirowe&nbsp;&mdash;&nbsp;buzia
+maluchna. A&nbsp;mądra, a&nbsp;ucieszna. W&nbsp;dziesięcioro
+się krajałam, aby jej nic nie brakło!
+Pan nie ma dzieci?</p>
+
+<p>Nie było odpowiedzi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie ma pan? Dobrze pan robi. Dzieci
+to wielka radość, ale co też to za smutek!
+Serce ledwo nie trzaśnie jak to ginie! Psia
+krew... co to za urządzenie na świecie!...
+Miała na imię Maryśka! Ja ją nazywałam
+Marychna. To ładnie, prawda? Mówiła już,
+chodziła, łydki miała grube, tak że ją tylko
+w skarpetki ubierać można było! I&nbsp;co pan
+powie! W&nbsp;trzy dni&nbsp;&mdash;&nbsp;ani się obejrzałam,
+już było po niej! słyszy pan!... po niej!...</p>
+
+<p>Oboje siedzieli ciągle nieruchomo w&nbsp;obu
+kątach sofy, ona przechylona, z&nbsp;twarzą
+ginącą w&nbsp;tem skróceniu. Tylko podbródek
+drgał jej nerwowo, jak u&nbsp;kobiet blizkich
+płaczu.<span class="pagenum"><a name="Strona_291" id="Strona_291">[Str. 291]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nazywała mnie... Papuzią. A&nbsp;to ztąd
+widzi pan poszło: Posłyszała kiedyś pod
+balkonem na ulicy gwiżdżącą papugę.
+Odejść nie chciała. Wzięłam ją na ręce
+i gwizdałam jej w&nbsp;uszko przez całą drogę.
+Później... ciągle prosiła&nbsp;&mdash;&nbsp;gwizdaj, Papuziu!
+ja gwizdałam! Ach Boże!... ja gwizdałam!</p>
+
+<p>Porwała się nagle, jakby ocucona.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ja pana nudzę, co? Pan i&nbsp;tak smutny!</p>
+
+<p>Lecz on rękę wyciągnął.</p>
+
+<p>Jakiś cień uśmiechu przewinął się nawet
+koło jego warg pobladłych.</p>
+
+<p>Od tej nagle otwierającej się przed nim
+rany macierzyństwa, w&nbsp;rozpustnem otoczeniu
+zamkniętej lożki tingel-tanglu, płynęło
+ku niemu powolne uspokojenie i&nbsp;łagodne
+uczucie ledwo dostrzegalnego ciepła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Bo to widzi pan, mężczyźni nie lubią
+skoro się im o&nbsp;takich rzeczach mówi. Tylko
+pan jakiś inny od wszystkich. Może to
+pana i&nbsp;bawi.</p>
+
+<p>Westchnęła, znów głowę przechyliła na
+poręcz sofki i&nbsp;oczy zmrużyła.<span class="pagenum"><a name="Strona_292" id="Strona_292">[Str. 292]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Widzi pan, to było dziecko takie...
+no, pan wie! ot takie, bez ojca. Więc to
+się chowało nie u&nbsp;mnie, ale ja zawsze co
+dnia przybiegałam, na ręce schwyciłam,
+wycałowałam gdzie mogłam. Jak już nic
+jej przynieść nie miałam, to choć pogwizdać
+przyszłam, a&nbsp;mała się już od progu
+rwała i&nbsp;piszczała: „gwizdaj, Papuziu!
+gwizdaj!...” Było to uciechy! Cholera muzykalna
+była! W&nbsp;dziadka się wdała!...</p>
+
+<p>Urwała, jakby przerażona zdradzeniem
+cienia tajemnic swego pochodzenia.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;No, i&nbsp;kiedy przyszła ta ciężka godzina,
+że ją śmiertelna choroba schwyciła&nbsp;&mdash;&nbsp;ja
+po doktorów z&nbsp;gołą głową latałam
+po nocy, w&nbsp;aptekach dzwonki urywałam.
+Raz mnie stójkowy mało do cyrkułu
+nie zwlókł... Co pan chce! Dla dziecka to
+się w&nbsp;ogień skoczy! Nie pomogło! Chudła,
+sztywniała&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;już tylko na rękach
+nosić ją trzeba było dniem i&nbsp;nocą. Ja też
+nosiłam i&nbsp;jeszcze tylko to gwizdanie mogło
+ją uspokoić na trochę, na krótko! I&nbsp;ja
+też gwizdałam! Łzy mi jak groch leciały!...
+ale nosiłam i&nbsp;gwizdałam!<span class="pagenum"><a name="Strona_293" id="Strona_293">[Str. 293]</a></span></p>
+
+<p>Umilkła, i&nbsp;z pod przysłoniętych rzęs
+zamigotały nagle dwie lśniące krople łez,
+poczem z&nbsp;pochylonej w&nbsp;tył głowy spływały
+po skroniach, mocząc silnie pęki fryzowanej
+grzywy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I&nbsp;wiesz pan co? Umarła mi na rękach
+wtedy, kiedy chodziłam z&nbsp;nią po pokoju
+i gwizdałam jej cichutko, cichuteńko&nbsp;&mdash;&nbsp;prawie
+w samo uszko. Późno było,
+świeca się dopalała, w&nbsp;kącie chrapała kobieta,
+u której się ona chowała. Ja chodziłam
+boso, żeby nie wstrząsać rękami,
+gwiżdżę&nbsp;&mdash;&nbsp;ona oddycha, raz drugi oczki
+otworzyła&nbsp;&mdash;&nbsp;sina obrączka naokoło ust
+się rysuje. Jezus Marya! myślę sobie,
+dziecko!... gwiżdżę wciąż&nbsp;&mdash;&nbsp;ona już nie
+oddycha, ja głowę tracę... i&nbsp;ludzie mnie
+znaleźli z&nbsp;dzieckiem na ręku ciągle po pokoju
+chodzącą. Podobno nawet jeszcze
+gwizdałam!... Co pan chcesz!... Dostałam
+bzika. Niemiałam nic mego... ją jedną!...
+Oprzytomniałam później i&nbsp;czasem,
+kiedy sama jestem, mówię sobie: zagwizdaj,
+Papuziu!... gwiżdżę!... i&nbsp;płaczę!<span class="pagenum"><a name="Strona_294" id="Strona_294">[Str. 294]</a></span></p>
+
+<p>Rozpuszczoną masą włosów otarła strumień
+łez płynący jej z&nbsp;oczów.</p>
+
+<p><a class="ins" href="#tnote_36" name="tAnchor_36" title="&mdash;&nbsp;Przepraszam pana, wykrztusiła">&nbsp;&mdash;&nbsp;Przepraszam pana&nbsp;&mdash;&nbsp;wykrztusiła</a> wśród
+łkań&nbsp;&mdash;&nbsp;ja zaraz przestanę beczyć, to już...
+taki cholerny narów... ja zaraz będę...
+wesoła!...</p>
+
+<p>Lecz on&nbsp;&mdash;&nbsp;zbliżył się ku niej teraz
+i wyciągając ręce przyciągnął ją ku sobie.</p>
+
+<p>W gieście tym nie było śladu współczucia
+dla jej cierpienia, był tylko jakiś sybarytyzm
+dziwny, rozsmakowanie się w&nbsp;gorącości
+łez i&nbsp;w spazmatycznym skurczu
+wstrząsającym piersi kobiety.</p>
+
+<p>Melancholiczne zwierzę zbudziło się
+w nim i&nbsp;brutalnie, bezczelnie domagało
+się praw swoich.</p>
+
+<p>Sentymentalny samiec wyciągnął trupią
+rękę i&nbsp;na ranie serca kobiety-matki
+położył.</p>
+
+<p>Obwisła warga zadrgała mu rozkosznie.</p>
+
+<p>Oczy pokryła biała, wilgotna mgła.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>I od tej chwili żyli razem, we dwoje&nbsp;&mdash;&nbsp;schowani
+w kącie oddalonej ulicy, w&nbsp;mieszkaniu,<span class="pagenum"><a name="Strona_295" id="Strona_295">[Str. 295]</a></span>
+które on urządził z&nbsp;banalnym komfortem
+biurowego parweniusza. Wszystko
+naokoło nich było martwe, trupie, wystygłe.</p>
+
+<p>Dziewczyna z&nbsp;początku rwała się jeszcze
+do życia, walcząc z&nbsp;resztkami temperamentu.</p>
+
+<p>Wprędce jednak ciało zniszczone latami
+przymusowej rozpusty&nbsp;&mdash;&nbsp;zapragnęło
+grobowego spoczynku.</p>
+
+<p>Za ciałem poszedł duch.</p>
+
+<p>Minuśka zamierała wśród strzyżonej
+tkaniny mebli i&nbsp;zakurzonych parasoli,
+włócząc po otomanie swe bezsilne członki
+anemicznej kobiety.</p>
+
+<p>On&nbsp;&mdash;&nbsp;tryumfował, kąpiąc się teraz w&nbsp;tej
+cmentarnej atmosferze, którą włóczył
+w fałdach swej kurtki, ciągle milczący,
+ponury, ziejący niczem nieusprawiedliwioną
+rozpaczą, zwłaszcza w&nbsp;chwilach
+wiosennego rozkwitu.</p>
+
+<p>Czasem tylko dziewczyna wyrzuciła
+jeszcze z&nbsp;siebie „psia krew”&nbsp;&mdash;&nbsp;zebrane
+z ust towarzyszek łatwej zabawy i&nbsp;ciężkiej <span class="pagenum"><a name="Strona_296" id="Strona_296">[Str. 296]</a></span>
+pracy, i&nbsp;słowo to jak uderzenie szpicruty
+przecinało powietrze.</p>
+
+<p>Lecz on, nie ruszając się z&nbsp;miejsca,
+przez zaciśnięte usta szeptał:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cicho!...</p>
+
+<p>Kobieta milkła i&nbsp;siedzieli tak oboje
+w milczeniu, w&nbsp;rozpaczliwej melancholii
+dwojga zamierających organizmów, skutych
+ze sobą&nbsp;&mdash;&nbsp;ona, rozpamiętywając swą
+przeszłość, on&nbsp;&mdash;&nbsp;pławiąc się w&nbsp;lubieżności
+smutku i&nbsp;o trumny potrącającego
+wspomnienia.</p>
+
+<p>I gdy jasno błękitne światło od okien
+płynące z&nbsp;szarego tonu zmieniało się w&nbsp;złoto-rudy
+blask wycinający kontury mebli
+a coraz dalej ku głębi pokoju rozpływało
+się w&nbsp;czarniawo-szafirowym cieniu&nbsp;&mdash;&nbsp;on
+pochylał się nad martwiejącą w&nbsp;trupiej
+pozie dziewczyną.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zagwizdaj, Papuziu!...</p>
+
+<p>Ona gwizdała, z&nbsp;początku niechętnie,
+potem coraz więcej zatapiając się w&nbsp;cichej
+nutce melodyi.</p>
+
+<p>Trup dziecka wyschły, zżółkły, biedny&nbsp;&mdash;&nbsp;zjawiał
+się przed nią w&nbsp;przepotędze<span class="pagenum"><a name="Strona_297" id="Strona_297">[Str. 297]</a></span>
+swego nieprawego pochodzenia, wspaniały
+bezimiennością swoją, doskonały w&nbsp;zrodzeniu
+z miłosnego tchnienia. Trup ten
+zimniał, sztywniał&nbsp;&mdash;&nbsp;tuż przy jej piersi&nbsp;&mdash;&nbsp;przy
+jej łonie, które go stworzyło i&nbsp;gniótł
+jej ciało strasznym ciężarem nieżyjącego
+potwora.</p>
+
+<p>I wtedy cała fala łez lała się z&nbsp;czarnych
+oczów kobiety i&nbsp;po przechylonej w&nbsp;tył
+głowie ku masie pokręconej grzywy spływała.</p>
+
+<p>Tymczasem mężczyzna trupie swe palce
+w kaskadzie tych łez maczał i&nbsp;leniwym
+głosem sentymentalnie powtarzał:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zagwizdaj, Papuziu!...</p>
+
+
+
+<hr class="chapter" />
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_298" id="Strona_298">[Str. 298]</a></span></p>
+<h2><a name="XI" id="XI"></a>XI.</h2>
+
+<h2>Bydlę.</h2>
+
+
+<p>Zaturkotało i&nbsp;na drodze od miasta
+wiodącej podniósł się tuman kurzu.</p>
+
+<p>Niewielki koczyk zielony, ciągniony
+przez czwórkę w&nbsp;poręcz sprzężonych koni,
+stuknął silnie o&nbsp;belkę, położoną na
+poprzek, tuż przed chatą Hieronima i&nbsp;ku
+bramie dworskiej podążał.</p>
+
+<p>Na koźle, w&nbsp;szaraczkowy surdut ubrany
+stangret i&nbsp;lokaj w&nbsp;długim czarnym
+anglezie, zetknęli się gwałtownie ramionami,
+zaklęli i&nbsp;do równowagi wrócili.</p>
+
+<p>Z koczyka tymczasem, na obie strony,
+jak drogowskazy, sterczały dwa olbrzymie
+cybuchy, ciemne, z&nbsp;fajkami wypchanemi
+silnie tytoniem.<span class="pagenum"><a name="Strona_299" id="Strona_299">[Str. 299]</a></span></p>
+
+<p>Pan hrabia i&nbsp;pani hrabina palili
+w milczeniu, rzucając w&nbsp;jasność liliową
+wołyńskiej przestrzeni całe kłęby białego
+dymu.</p>
+
+<p>Pudełko z&nbsp;tytoniem stało na przedniem
+siedzeniu.</p>
+
+<p>Pani hrabina miała żółty płaszczyk
+i twarz lśniącą od nadużycia gliceryny.</p>
+
+<p>Pan hrabia miał prześliczne turkusowe
+oczy, wprawione w&nbsp;pożółkłą maskę zgryzionego
+wątrobiarza.</p>
+
+<p>Koczyk stanął przed bramą.</p>
+
+<p>Lokaj zlazł powoli i&nbsp;za wrota pociągnął,
+pasące się obok stado gęsi uciekło
+z przerażającym wrzaskiem.</p>
+
+<p>Koczyk próg bramy przestąpił, wstrząsając
+woźnicą, pudłem, panią hrabiną, panem
+hrabią i&nbsp;obydwoma cybuchami.</p>
+
+<p>Gęsi, ciągle drąc się, leciały wśród
+masy traw, łopocząc skrzydłami, i&nbsp;hen
+aż pod tajemnicze gąszcze ożyn się dostawszy,
+przypadły do ziemi, zdyszane
+i srodze zmęczone. Lecz już na ganku
+dworu powstał ruch i&nbsp;w kredensie Janek
+czytający „Resurecturi” w&nbsp;„Tygodniku<span class="pagenum"><a name="Strona_300" id="Strona_300">[Str. 300]</a></span>
+ilustrowanym”, otarł nos w&nbsp;znaczący
+sposób.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czort dyabła niesie!&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł
+półgłosem.</p>
+
+<p>Z nad tapczana surdut zdjął, poślinił
+welwetowy kołnierz, na którym łupież
+silnie przylgnął, surdut nadział i&nbsp;powłócząc
+nogami na ganek podążył.</p>
+
+<p>Już pani sędzina pędziła od strony garderoby,
+pokrzykując cienko:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Z&nbsp;Hati! hrabstwo z&nbsp;Hati!</p>
+
+<p>I szybko odwróciła się do Janka, który
+melancholijnie z&nbsp;pod spadającej hyry na
+swą panią spoglądał.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;ty mi się nie upij, bo jak Boga
+kocham, tak już z&nbsp;tobą koniec zrobię!
+Słyszysz?</p>
+
+<p>Janek brwi zmarszczył i&nbsp;za poły surduta
+obydwoma rękami się schwycił.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Słyszę, jaśnie pani!&nbsp;&mdash;&nbsp;odparł.</p>
+
+<p>Koczyk z&nbsp;głuchym szumem już przed
+ganek zajechał.</p>
+
+<p>Sędzina wpadła we drzwi prowadzące
+do głębi dworku, a&nbsp;Janek ze specyalnym
+giestem ze stopni ganku schodząc, <span class="pagenum"><a name="Strona_301" id="Strona_301">[Str. 301]</a></span>
+drzwi wchodowe hrabstwu ukazywał.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Państwo w&nbsp;domu?&nbsp;&mdash;&nbsp;zapytał hrabia.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jaśnie państwo są!&nbsp;&mdash;&nbsp;odpowiedział
+lokaj.</p>
+
+<p>Cybuchy i&nbsp;tytoń na rękach lokaja wędrowały
+już w&nbsp;głąb domu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;uważaj, kanalio, abyś cybucha
+nie przetrącił!&nbsp;&mdash;&nbsp;dodał w&nbsp;formie uwagi
+hrabia.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>Nie, to było nad jego siły!</p>
+
+<p>Musi pójść do karczmy.</p>
+
+<p>Chodzi, chodzi naokoło stołu, pociąga
+obrus, karbuje sól w&nbsp;solniczkach, ustawia
+garnuszeczki ze śmietanką. Na środku
+piramida z&nbsp;poziomek krwawi się plamą
+purpury wśród zielonych liści. Po obu
+stronach na złoconych, porcelanowych
+koszyczkach rudym tonem znaczą się
+świeże obwarzanki, cukier miałki piętrzy
+się piramidką prawie skrzącą w&nbsp;promieniach
+zachodzącego słońca.<span class="pagenum"><a name="Strona_302" id="Strona_302">[Str. 302]</a></span></p>
+
+<p>Po przez okno na wpół otwarte płynie
+cała taka struga ognista, przecięta
+smukłością topoli, sterczących dokoła
+dworu.</p>
+
+<p>Jeszcze bydło z&nbsp;pola nie wraca.</p>
+
+<p>Nie słychać kołatek, ani hukania pastuchów
+po za wodą, hen po za stawem.</p>
+
+<p>Janek ręce po napoleońsku na piersiach
+założył i&nbsp;stanął koło okna.</p>
+
+<p>Włożył liliowy atłasowy krawat i&nbsp;włosy
+jasno blond, w&nbsp;których srebrne nici
+się bielą, olejkiem zlał i&nbsp;z czoła odgarnął.</p>
+
+<p>Czeka, aż kucharz kurczęta z&nbsp;przypadłej
+opodal dwora kuchenki do kredensu
+przyniesie.</p>
+
+<p>Wtedy samowar syczący w&nbsp;kredensie
+do jadalni wniesie, na stolika obok ustawi&nbsp;&mdash;&nbsp;otworzy
+drzwi do salonu i&nbsp;zaanonsuje
+niskim głosem:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Podano do stołu!</p>
+
+<p>Tymczasem przecież coś go we wnętrzu
+ssie jak wąż a&nbsp;ślin w&nbsp;ustach pełno.</p>
+
+<p>Janek wie dobrze, co to znaczy...</p>
+
+<p>Czczo mu; do karczmy go ciągnie.<span class="pagenum"><a name="Strona_303" id="Strona_303">[Str. 303]</a></span></p>
+
+<p>A jest ona tam po drugiej stronie stawu,
+ta karczma cała czarna, mimo czerwonej
+jasności słońca.</p>
+
+<p>Janek drogę tę od lat trzydziestu zna.</p>
+
+<p>Zmienił ją tylko od chwili ożenienia.
+Trzeba bowiem było ze dworu do karczmy
+właśnie koło chaty iść, chaty, którą
+mu jaśnie pani dała, kiedy Warkę z&nbsp;garderoby
+wziął i&nbsp;z „werczem” do dworu
+przyszedł.</p>
+
+<p>Pani chatę i&nbsp;Warkę dała, ale Warka
+darła się o&nbsp;wódkę z&nbsp;Jankiem i&nbsp;zaraz na
+próg chaty wypadała, za poły surduta
+chwytała i&nbsp;zawodziła het jak suka, gdy
+jej szczenię odbierają.</p>
+
+<p>Wiedziała Warka, że jaśnie pani ma
+tego pijaństwa Jankowego dosyć i&nbsp;lada
+chwila go z&nbsp;kredensu wygna precz.</p>
+
+<p>Tembardziej, że Janek nie pił całe
+miesiące i&nbsp;tylko gdy gość się zjawił,
+wnet do karczmy pędził i&nbsp;za siwuchę
+chwytał.</p>
+
+<p>A przecież trzydzieści lat już w&nbsp;Horodyszczu
+przetrwał, służąc wiernie,
+nieposzlakowanie uczciwy, pełen arystokratycznych <span class="pagenum"><a name="Strona_304" id="Strona_304">[Str. 304]</a></span>
+przesądów, właściwych
+wołyńskiemu chłopu, cerując dywany
+i szlafroki pana sędziego&nbsp;&mdash;&nbsp;obijając sofy
+w buduarze panny sędzianki&nbsp;&mdash;&nbsp;obszywając
+gościnne kołdry na trawie
+dziedzińca&nbsp;&mdash;&nbsp;kolekcyonując „Tygodnik
+ilustrowany”, bijąc Warkę i&nbsp;najstarszą
+córkę Paraskę, tyranizując chłopaków
+kredensowych i&nbsp;leżąc bez pamięci, od
+czasu do czasu w&nbsp;krzakach berberysu,
+które bukietem blaszanych liści i&nbsp;delikatnych
+jagód wznosiły się na środku
+dziedzińca.</p>
+
+<p>Pani sędzina nazywała go wtedy „bydlę”.
+Była to nazwa mniej wykwintna
+niż dosadna.</p>
+
+<p>Pani sędzina jednak była córką ekonoma.
+Ztąd miała dużo poczuć arystokratycznych
+wrodzonych...</p>
+
+<p>Lokaj&nbsp;&mdash;&nbsp;a&nbsp;zwłaszcza pijany lokaj, był
+dla niej bydlęciem!</p>
+
+<p>Hrabia mówił na swoją służbę: „kanalia”.</p>
+
+<p>Pani sędzina mówiła: „bydlę”.<span class="pagenum"><a name="Strona_305" id="Strona_305">[Str. 305]</a></span></p>
+
+<p>Pani sędzina nie lubiła chłopów i&nbsp;nie
+wdawała się z&nbsp;nimi w&nbsp;bliższe stosunki.
+Tolerowała tylko chłopki, gdy jej
+przynosiły kury, albo jaja, związane
+w szmaty.</p>
+
+<p>Pan sędzia ciągnął namiętnie starkę
+rano i&nbsp;wieczorem a&nbsp;czasem i&nbsp;w nocy.</p>
+
+<p>Pani sędzina znajdowała to naturalnem.</p>
+
+<p>Co innego było z&nbsp;pijaństwem Janka!...</p>
+
+<p>Co wolno panu&nbsp;&mdash;&nbsp;niewolno bydlęciu...</p>
+
+<p>Pani sędzina mówiąc o&nbsp;pijaństwie męża,
+mówiła „słabość mego męża”.</p>
+
+<p>Pijaństwo Janka było zbrodnią, nie
+chorobą.</p>
+
+<p>Lokaj nie mógł być chory!</p>
+
+<p>Organizm jego nie mógł żądać alkoholu.</p>
+
+<p>Janek pijany&nbsp;&mdash;&nbsp;był bydlęciem.</p>
+
+<p>Pan sędzia pijany&nbsp;&mdash;&nbsp;był... słabym!</p>
+
+<p>Przekonanie to wpoiła pani sędzina
+w Warkę.<span class="pagenum"><a name="Strona_306" id="Strona_306">[Str. 306]</a></span></p>
+
+<p>Dlatego teraz Janek miał schowane
+w oczerecie czółno i&nbsp;drąg i&nbsp;po przez staw
+się do karczmy Szmula dobijał.</p>
+
+<p>Kiedy bowiem szedł przez wieś&nbsp;&mdash;&nbsp;a&nbsp;
+Warka broń Boże „cupała” w&nbsp;ogrodzie,
+za chruściakiem przy burakach, albo
+tytoniu, to porywała się z&nbsp;wrzaskiem aż
+jej medaliki po piersiach dzwoniły.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;doloć moja, dolo zatracona!...
+Krzyczała przez płot przełażąc, rozdzierając
+spódnicę, zapaskę, z&nbsp;„dolami” najeżonemi
+dokoła twarzy jak faworyty pana
+sędziego.</p>
+
+<p>I był to lament tak wielki, że wszystkie
+baby, jakie były w&nbsp;chacie, wypadały
+na drogę z&nbsp;koszulami zawiniętemi po
+kolana, z&nbsp;zapaskami ubielonemi mąką,
+ta od łatania świty, ta od przewijania
+dziecka. Wszystkie otaczały Janka
+i Warkę&nbsp;&mdash;&nbsp;łamały ręce, kiwały głowami&nbsp;&mdash;&nbsp;a&nbsp;
+dokoła podskakiwały dzieci
+w zgrzebnych koszulach, czasem zupełnie
+nagie z&nbsp;masą jasnych włosów na
+szpiczastych głowach, i&nbsp;kwiczały prosięta <span class="pagenum"><a name="Strona_307" id="Strona_307">[Str. 307]</a></span>
+zbiegłe ze źle domkniętych chlewików...</p>
+
+<p>Teraz&nbsp;&mdash;&nbsp;Janek potrafił już unikać tej
+gorącej łaźni. Wprost do stawu szedł,
+w czółno wskakiwał i&nbsp;wodę pruł aż szumiało.
+Potem do drugiego brzegu, gdy
+się dobił to już do Szmula było tylko kilkadziesiąt
+kroków&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;łatwo było się dobrać.
+Wracał jednak wolniej, nawpół
+przytomny&nbsp;&mdash;&nbsp;potrzebując mało do zupełnego
+upojenia, roztrojony zupełnie nerwowo&nbsp;&mdash;&nbsp;mając
+dziwną naturę wtłoczoną
+w smutne ciało dworskiego służalca, z&nbsp;fantazyą
+przepełnioną wizyami powieści
+i artykułów, których nie rozumiał setnej
+części, z&nbsp;tęsknotą straszną, wrodzoną
+wołyniakom, z&nbsp;tą tęsknotą, co serce
+z piersi wyrywa za czemś, czego określić
+na razie niepodobna, co szum sosen,
+zapach poziomek, krzyk spłoszonej gęsi,
+skrzyp wrót nagle budzi i&nbsp;potem jak
+druga dusza w&nbsp;ciele pokutuje, rwie, szarpie,
+nęka o&nbsp;zachodzie słońca i&nbsp;życia...</p>
+
+<p>Bydlę miało to wszystko w&nbsp;sobie, to
+wycie rozpaczliwe w&nbsp;pustkę, która się<span class="pagenum"><a name="Strona_308" id="Strona_308">[Str. 308]</a></span>
+powiększa z&nbsp;dniem każdym. Jak duch
+pokutujący, jak trup, któremu nie dano
+mogiły i&nbsp;domowinki uskąpiono&nbsp;&mdash;&nbsp;tak błąkał
+się Janek od karczmy do dworu
+z „Tygodnikiem” sterczącym brudną bielą
+druku z&nbsp;obciągniętej kieszeni surduta.
+Włosy mu posiwiały, twarz o&nbsp;delikatnych
+rysach nerwowego blondyna nabrzękła,
+oczy zmalały i&nbsp;z jasno błękitnych zrobiły
+się żółte. Plecy wygięły się w&nbsp;kabłąk,
+ręce jedne pozostały nerwowe, silne,
+suche, jakby cała siła woli lokaja skoncentrowała
+się w&nbsp;tych rękach, w&nbsp;których
+była potęga jego pracy. Gdy
+z krzaków berberysu podnosił się po
+peryodzie pijaństwa&nbsp;&mdash;&nbsp;zaciskał silnie
+pięści, jakby probując, czy cała wola
+pozostała w&nbsp;nim jeszcze, czy nie spływa
+razem z&nbsp;umysłem w&nbsp;ten cień niepochwytny,
+który go otoczył i&nbsp;do karczmy
+iść kazał.</p>
+
+<p>I&nbsp;&mdash;&nbsp;z&nbsp;pięściami jeszcze zaciśniętemi
+szedł prosto do kredensu, do swego tapczana,
+na którym wylegiwał się w&nbsp;czasie
+jego nieobecności Józiek.<span class="pagenum"><a name="Strona_309" id="Strona_309">[Str. 309]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Won bydlę!&nbsp;&mdash;&nbsp;mówił, chwytając
+chłopca za kołnierz,&nbsp;&mdash;&nbsp;„won! pan wrócił!”</p>
+
+<hr class="dots" />
+
+<p>Kucharz nie dawał znaku życia i&nbsp;tylko
+z kuchenki dobywał się wązki pasek
+dymu, który się aż nad drzewa owocowe
+wznosił.</p>
+
+<p>Janek na lipę przed oknami patrzał,
+i przypominał sobie, którego to było roku,
+gdy piorun w&nbsp;nią uderzył.</p>
+
+<p>Pan sędzia wtedy do Żytomierza na
+wybory pojechał.</p>
+
+<p>Ale który to był rok, za nic przypomnieć
+sobie nie może.</p>
+
+<p>Nagle zakołatało na drodze.</p>
+
+<p>Ha! ha! a! a!...</p>
+
+<p>Bydło wraca do obór, pastuchy do
+chat.</p>
+
+<p>Nie widać ich z&nbsp;okna, tylko duża smuga
+po za stawem się ściele, biała, jak
+wielki kłęb nagle powstającej pary.<span class="pagenum"><a name="Strona_310" id="Strona_310">[Str. 310]</a></span></p>
+
+<p>I razem z&nbsp;tym jękiem chłopców goniących
+bydło, jakaś nieokreślona tęsknota
+spada na całą wieś.</p>
+
+<p>Słońce nie świeci jaskrawo.</p>
+
+<p>Żółte i&nbsp;jakby gasnące, zapada coraz
+niżej.</p>
+
+<p>Coś się nad ziemią snuje, coś, jakby
+widma z&nbsp;grobów wstające, szepczące tajemnicę
+mogił, trupich czaszek rozhowory.</p>
+
+<p>Janek określić tego nie umie, rwie się
+w nim tylko coś i&nbsp;w przepaść dąży.</p>
+
+<p>Obejrzał się jeszcze raz ku kuchni.</p>
+
+<p>Niewidzi nikogo.</p>
+
+<p>Zanim kurczęta podadzą, on przez staw
+przepłynie i&nbsp;powróci.</p>
+
+<p>Wypije tylko jeden kieliszek, jeden tylko,
+aby lepiej służyć do stołu...</p>
+
+<p>Czuje bowiem, że jest cały z&nbsp;waty i&nbsp;na
+nogach się nie utrzyma.</p>
+
+<p>Wyskoczył przez okno, wpadł w&nbsp;grządkę
+nasturcyj, zaklął i&nbsp;jak zając po przez
+trawniki pomykać zaczął.<span class="pagenum"><a name="Strona_311" id="Strona_311">[Str. 311]</a></span></p>
+
+<p>Do stawu dopadł, do oczeretu, w&nbsp;którym
+drzemało płaskie, z&nbsp;trochą lśniącej
+wody na dnie&nbsp;&mdash;&nbsp;czółno.</p>
+
+<p>W czółno wskoczył, za drąg porwał,
+splunął w&nbsp;garść i&nbsp;od brzegu się odepchnął.</p>
+
+<p>W tej chwili ciemny pas, jakby od żałobnego
+całunu na wodę padł.</p>
+
+<p>Janek w&nbsp;pas ten wpłynął i&nbsp;nawet białe
+smugi, które zwykle czółno po sobie
+zostawia, krepy tej rozjaśnić nie
+mogły.</p>
+
+<p>Od strony wsi kołatały wciąż drewniane
+dzwonki i&nbsp;wlokło się jękliwe zawodzenie.</p>
+
+<p>Ha!... a! a!...</p>
+
+<p>Janek w&nbsp;głosy te wsłuchiwał się i&nbsp;czuł,
+że pod dworskim surdutem, z&nbsp;którego
+numer „Tygodnika” wystawał, w&nbsp;piersi
+rwały mu się całe przepaście ech na
+dźwięk tych chłopskich nut.</p>
+
+<p>Ha!... a! a!...</p>
+
+<p>W tej samej chwili, z&nbsp;kuchenki Józik
+z półmiskiem kurcząt wypadł i&nbsp;ku dworowi
+dążył.<span class="pagenum"><a name="Strona_312" id="Strona_312">[Str. 312]</a></span></p>
+
+<p>Idąc, mimowoli dziecinnym głosikiem
+powtarzał:</p>
+
+<p>Ha!... a! a!...</p>
+
+<p>Bose zastępy ku sobie się rwały, ręce
+łączyły w&nbsp;tęsknocie nieokreślonej, co ku
+nim z&nbsp;pod ziemi płynęła.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>Gdy Janek wreszcie z&nbsp;krzaków berberysu
+powstał i&nbsp;do kredensu się powlókł,
+zastał tam, oprócz Józika, jakiegoś młokosa
+ubranego w&nbsp;szary surdut, bez wąsów&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;
+z miną wyćwiczonego złodzieja,
+nastawiającego samowar.</p>
+
+<p>Janek do intruza podszedł i&nbsp;ręce wyciągnął.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czego to pan się do samowara
+miesza?&nbsp;&mdash;&nbsp;zapytał zaspanym i&nbsp;powolnym
+głosem.</p>
+
+<p>Lecz nowy lokaj zmierzył go od stóp
+do głów.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jaśnie pani kazała nastawić samowar!&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł
+i znów za stary but
+z cholewą schwyciwszy, koło samowara
+się krzątać zaczął.<span class="pagenum"><a name="Strona_313" id="Strona_313">[Str. 313]</a></span></p>
+
+<p>Janek odsunął się w&nbsp;kąt i&nbsp;na swym
+tapczanie przysiadł. Powoli jednak ręce
+jego namacały inną derkę, nie jego własną.
+Pochylił się i&nbsp;w ukośnym promieniu,
+idącym z&nbsp;okna, które lipy zaciemniały
+zupełnie&nbsp;&mdash;&nbsp;dostrzegł całą obcą pościel
+na swem łóżku. Poduszka była
+z irchy, druga gumowa, wypchana powietrzem,
+widocznie skradziona, lub otrzymana
+w prezencie. Tylko nad tapczanem
+rozkładał się jeszcze szmat gobelinu,
+na którym widać było zczerniałe, jak nogi
+topielca, nogi jakiegoś mitologicznego
+bohatera i&nbsp;plamę kobiecej, purpurowej
+sukni.</p>
+
+<p>Za obrębem gobelinu zatknięty obrazek
+wycięty z&nbsp;„Tygodnika”, kilka palm,
+fotografia pana sędziego, stara strzelba,
+profitka z&nbsp;różowych paciorek, służąca
+za pantofelek do zegarka&nbsp;&mdash;&nbsp;wszystko
+jeszcze było na swojem miejscu, nieruszone
+i jakby uszanowane.</p>
+
+<p>Janek podniósł się i&nbsp;do okna podszedł.<span class="pagenum"><a name="Strona_314" id="Strona_314">[Str. 314]</a></span></p>
+
+<p>Tam był zawsze szuwaks i&nbsp;szczotki
+do butów, ustawione we framudze razem
+z kałamarzem i&nbsp;gęsiemi piórami,
+które Janek dla pana sędziego temperował.</p>
+
+<p>Pióra znikły, kałamarz także, pomimo
+tego, że lat dwadzieścia stały na tem
+miejscu.</p>
+
+<p>Janka ogarnęło złe przeczucie. Powoli
+z podełba spojrzał na młokosa, który
+samowar już z&nbsp;ziemi podniósł i&nbsp;do pokoju
+podać się gotował.</p>
+
+<p>Janek kilka kroków postąpił.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ja zaniosę!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie trza&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł ten drugi, nogą
+drzwi otwierając.</p>
+
+<p>Janek pozostał na środku kredensu,
+w którym zaczynał zapadać powoli zmrok,
+przez abażur lipowych gałęzi koło okien
+rozpostartych.</p>
+
+<p>Nagle, w&nbsp;bocznych drzwiach ukazała
+się pani sędzina.</p>
+
+<p>Miała usta silnie zaciśnięte i&nbsp;oczy
+zmrużone.<span class="pagenum"><a name="Strona_315" id="Strona_315">[Str. 315]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niech Janek zabiera swoje rzeczy
+i idzie precz, zaraz... od dzisiaj!... Jaśnie
+pan za dwa dni wróci, to się z&nbsp;Jankiem
+obliczy! Trzeba się mi dzisiaj wynosić,
+mam już dosyć pijaków w&nbsp;kredensie!</p>
+
+<p>Ręką tłustą i&nbsp;żółtą drzwi ukazywała.</p>
+
+<p>Ręka ta w&nbsp;ciemności kredensu majaczyła
+przed Jankiem, jak plama jasna,
+obwiedziona dokoła błękitną obwódką.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jaśnie pani!...&nbsp;&mdash;&nbsp;wybełkotał wreszcie&nbsp;&mdash;&nbsp;ja...
+ostatni raz!...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ta, ta, ta!... przerwała sędzina&nbsp;&mdash;&nbsp;już
+mam dosyć trzydzieści lat takich
+skandali!... Janek niech się wynosi, bo
+wyrzucić każę!</p>
+
+<p>Janek się wyprostował.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jaśnie pani wyrzucać niema potrzeby.
+Ja sam pójdę, choć trzydzieści lat
+wierniem przy służbie warował!</p>
+
+<p>Sędzina parsknęła śmiechem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Bo to psi wasz obowiązek! Za pensyę
+i ordynaryę jeszcze, każdy wierny
+będzie.</p>
+
+<p>Janek drżał cały, włosy mu na czoło
+spadły. Cofnął się w&nbsp;cień kredensu i&nbsp;milczał <span class="pagenum"><a name="Strona_316" id="Strona_316">[Str. 316]</a></span>
+chwilę, wreszcie, jakby chcąc upokorzyć
+sędzinę:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;W&nbsp;konduktory pójdę!...&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł
+zdławionym głosem.</p>
+
+<p>Sędzina ku drzwiom zmierzała.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Z&nbsp;Panem Bogiem! Właśnie tam na
+pijaków czekają! A&nbsp;wynosić mi się dziś
+jeszcze!... won!... won!...</p>
+
+<p>Wyszła.</p>
+
+<p>Janek pozostał sam.</p>
+
+<p>Obejrzał się dokoła i&nbsp;nagle uczuł w&nbsp;sercu
+ból straszny.</p>
+
+<p>Trzydzieści lat przeżył w&nbsp;tych ciemnych
+ścianach kredensu, w&nbsp;którym zapach
+razowego chleba miesza się z&nbsp;wonią
+stygnących na półmiskach tłuszczów.
+W ciemnicy tej przeszedł życie całe,
+waląc się w&nbsp;nocy na tapczan, jak kłoda,
+smutny, wiecznie znękany, zniechęcony
+do życia, a&nbsp;mimo to bałwochwalczo do
+tych miejsc przywiązany.</p>
+
+<p><a class="ins" href="#tnote_37" name="tAnchor_37" title="Chata, w&nbsp;której mieszkał jego żona,">Chata, w&nbsp;której mieszkała jego żona,</a>
+nie była mu domem, chodził tam w&nbsp;gościnę,
+w chwilach wolnych, nie pamiętając<span class="pagenum"><a name="Strona_317" id="Strona_317">[Str. 317]</a></span>
+i nie wiedząc nawet, jakie imiona miały
+jego dzieci.</p>
+
+<p>Od grzebania się w&nbsp;ziemi i&nbsp;mieszkania
+w izbie z&nbsp;uklepaną z&nbsp;gliny podłogą odwykł
+i tylko w&nbsp;kredensie żyć już mógł,
+w <i>tym</i> kredensie, pomiędzy szafą z&nbsp;ubraniami
+pana sędziego i&nbsp;kantorkiem, w&nbsp;którym
+chował roczniki „Tygodnika ilustrowanego”.
+Dziś mu każą iść precz, nie
+pamiętając, że on, Janek, ma religię
+ścian, wspomnień i&nbsp;sprzętów, że on się tu
+przekołatał całe lata, całe noce, całe jesienne
+wieczory obrębiając ścierki, wsłuchany
+w tony fortepianu, na którym
+uczyła się panna sędzianka i&nbsp;który dzwonił
+jak szklanna kołatka z&nbsp;po za stawu
+w smudze białej płynąca...</p>
+
+<p>Kazano mu iść „won” a&nbsp;przecież tam,
+przez ścianę, jest szafa, w&nbsp;której jest <i>jego</i>
+porcelana, <i>jego</i> srebro, <i>jego</i> szkło.</p>
+
+<p>Trzydzieści lat myje, ociera, czyści tę
+całą zastawę... to więc wszystko mu poprostu
+w duszę wrosło i&nbsp;on tego z&nbsp;siebie
+wyrwać nie może! nie może!...<span class="pagenum"><a name="Strona_318" id="Strona_318">[Str. 318]</a></span></p>
+
+<p>A piece? Te wielkie piece wszystkie
+schodzące się w&nbsp;jednej wielkiej izbie,
+w którą szedł wczesnym zimowym rankiem,
+za Józikiem, niosącym całe naręcze
+polan grubych, jak ludzkie nogi. On,
+Janek, niósł świecę. Stearyna kapała mu
+po rękach, a&nbsp;on przez trzydzieści lat nie
+oprawił nigdy świecy w&nbsp;lichtarz. Miał
+takich przyzwyczajeń mnóstwo, teraz
+wszystkie jak mary otoczyły go i&nbsp;za gardło
+chwytały.</p>
+
+<p>Nawet ta pani sędzina, która wygnała
+go tak bezlitośnie, nawet ten pan sędzia,
+który nieraz uderzył go w&nbsp;kark i&nbsp;„wysobaczył”
+po swojemu, nawet ta panna sędzianka,
+zatykająca nos, gdy przechodziła
+przez kredens, wszyscy oni byli mu
+teraz drodzy w&nbsp;chwili utraty.</p>
+
+<p>Kochał ich przywiązaniem psa, który
+niedość, że dobytku pana strzeże, jeszcze
+pana tego kocha i&nbsp;po rękach liże.</p>
+
+<p>Powiedział pani&nbsp;&mdash;&nbsp;„pójdę w&nbsp;konduktory”,
+ale teraz, w&nbsp;tej chwili, myśleć
+o tem nie mógł. Dławił się własną żałością.<span class="pagenum"><a name="Strona_319" id="Strona_319">[Str. 319]</a></span></p>
+
+<p>Nerwy tego chłopa zalkoholizowanego
+tańczyły piekielną sarabandę bezsilnej
+rozpaczy.</p>
+
+<p>Gdyby mógł się rozpłakać, byłoby ma
+lżej. Lecz nie, łzy go piekły, były w&nbsp;nim
+całym, rwały ma serce, paliły powieki,
+płynąć jednak nie chciały.</p>
+
+<p>Bydlę... cierpiało.</p>
+
+<hr class="dots" />
+
+<p>Po chwili przecież Janek ocknął się,
+zbliżył się do tapczanu i&nbsp;szalonym ruchem
+zdarł ze ściany gobelin. Profitka,
+fotografie upadły na ziemię. On schylił
+się, podniósł je, wetknął za pazuchę,
+potem&nbsp;&mdash;&nbsp;podszedł do kantorka, wyjął
+całą masę gazet i&nbsp;w gobelin zawinął.
+Czynił to machinalnie, gryząc wargi.
+Zwrócił się po ubranie, które wisiało
+na gwoździach wbitych w&nbsp;ścianę, lecz
+machnął ręką i&nbsp;tylko tłomok z&nbsp;gazetami
+pod pachę wziął, czapkę na głowę nasadził.</p>
+
+<p>Wreszcie z&nbsp;kredensu wyszedł.<span class="pagenum"><a name="Strona_320" id="Strona_320">[Str. 320]</a></span></p>
+
+<p>Przeszedł pod lipami i&nbsp;wydostał się na
+trawniki. Słońce znów zachodziło całe
+krwawe, na wiatr się znacząc. Staw
+w ciszy i&nbsp;obramowaniu oczeretu drzemał
+a nad jego brzegiem, na pagórku, brzoza,
+dziwaczna i&nbsp;pokręcona, długie gałęzie
+w wodzie rozpaczliwie moczyła.</p>
+
+<p>Janek machinalnie do stawu się skierował
+i, czółno odszukawszy, gobelin
+z książkami na dno czółna cisnął. Poczem
+sam w&nbsp;łódź wlazł i&nbsp;drąg schwycił. Zdawało
+mu się, że idzie gdzieś w&nbsp;daleką
+drogę a&nbsp;ten drugi brzeg nigdy nie trąci
+o drzewo czółna. Drżącemi rękami drąg
+pchnął i&nbsp;na staw wypłynął...</p>
+
+<p>Cisza była dokoła prawie kościelna.</p>
+
+<p>Janek szmer wody tylko słyszał, która
+się skarżyła cicho na ciężar, jaki jej nieść
+kazano.</p>
+
+<p>I nagle, z&nbsp;daleka, delikatny, jakby krepą
+przysłonięty, dał się słyszeć głos kołatek
+i przeciągły jęk pastuchów.</p>
+
+<p>Serce Janka, które było w&nbsp;tej chwili
+jedną raną, targnęło się jeszcze silniej
+i codzienna melancholia, tłocząca go<span class="pagenum"><a name="Strona_321" id="Strona_321">[Str. 321]</a></span>
+ku ziemi, wżarła się w&nbsp;boleść rozstania
+z tem, co już za swoje przywykł uważać,
+co się z&nbsp;nim zrosło, z&nbsp;czem umrzeć
+miał...</p>
+
+<p>Przed nim bielił się dwór, nieduży, silny,
+dobrze rozłożony na tle masy drzew.
+Z boku widać było ganeczek i&nbsp;wejście do
+kredensu. Do kredensu!...</p>
+
+<p>I nagle porwał Janka szał.</p>
+
+<p>Schwycił gobelin i&nbsp;cisnął go w&nbsp;wodę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Szczeźnij!&nbsp;&mdash;&nbsp;zasyczał przez zęby.</p>
+
+<p>Gobelin zakołysał się na wodzie i&nbsp;pozostał
+tak rozciągnięty, prezentując
+w świetle krwawego słońca wypłowiałą
+barwę delikatnych linij.</p>
+
+<p>Janek drągiem gobelin w&nbsp;wodę zanurzać
+zaczął.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Szczeźnij!...&nbsp;&mdash;&nbsp;syczał.</p>
+
+<p>Był cały teraz czerwony, z&nbsp;sinemi pręgami
+żył po obu stronach skroni. Z&nbsp;serca
+krew mu płynęła na mózg zatruty siwachą.
+Pijany był w&nbsp;tej chwili, pijany rozpaczą.</p>
+
+<p>Za nim wciąż kołatki grały.<span class="pagenum"><a name="Strona_322" id="Strona_322">[Str. 322]</a></span></p>
+
+<p>Teraz, pochylił się, porwał cały stos
+„Tygodnika” i&nbsp;w wodę wrzucił. Woda
+prysnęła białą masą, łódka zachybotała,
+Janek nogą w&nbsp;ścianę czółna kopnął.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Na pohybel ci!&nbsp;&mdash;&nbsp;zaklął.</p>
+
+<p>Nie dokończył, bo czółno się gwałtownie
+przechyliło a&nbsp;on z&nbsp;dziką radością,
+po raz pierwszy w&nbsp;życiu roześmiany serdecznym,
+gorącym śmiechem, w&nbsp;wodę
+skoczył, waląc się głową naprzód, tak jak
+zwyczajnie na swój tapczan w&nbsp;kredensie
+się walił.</p>
+
+<hr class="dots" />
+
+<p>Teraz kołatki tryumfalnie wypłynęły
+nad brzeg stawu i&nbsp;dzwoniły ciągle mistyczną
+litanię w&nbsp;obłoku białym, z&nbsp;ziemi
+się wznoszącym.</p>
+
+<p>Na stawie była cisza zupełna i&nbsp;kołysało
+się tylko próżne czółno, które powoli wróciło
+do swej równowagi...</p>
+
+
+
+<hr class="chapter" />
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_323" id="Strona_323">[Str. 323]</a></span></p>
+<h2><a name="XII" id="XII"></a>XII.</h2>
+
+<h2>Gołąbki.</h2>
+
+
+<p>Gwarno było w&nbsp;„gołębniku” podczas
+tego <i>fixu</i>.</p>
+
+<p>Rozgruchotały się „gołąbki”, rozchichotały,
+aż wstążki fruwały naokoło ramion
+i szyi, jak prawdziwe skrzydła gołębie.</p>
+
+<p>I wszystkie, jakby się umówiły&nbsp;&mdash;&nbsp;ubrały
+się biało, popielato, perłowo lub blado
+lila...</p>
+
+<p>Cała gama niepewnych barw, jak plama
+jasna lekko pocieniowana, rozkładała się
+tryumfalnie pod zielonemi liśćmi w&nbsp;kąt
+zbitych oleandrów.</p>
+
+<p>Pani domu, księżna... ukraińska&nbsp;&mdash;&nbsp;cztery
+kąty swego salonu ozdobiła oleandrami.<span class="pagenum"><a name="Strona_324" id="Strona_324">[Str. 324]</a></span></p>
+
+<p>Było to niekosztowne i&nbsp;dawało złudzenie
+szyku.</p>
+
+<p>Książę wzruszył ramionami, pociągnął
+zakrótką kamizelkę i&nbsp;poszedł do drzwi
+„robić honory”, chórem wchodzącym konceps-praktykantom
+z Namiestnictwa.</p>
+
+<p>„Księztwo” przybyli niedawno z&nbsp;dalekiej
+podróży i&nbsp;przywieźli z&nbsp;sobą spory zapas
+konfitur i&nbsp;czternaścioro dzieci, z&nbsp;których
+dwie dorosłe panny miały zamiar
+wydać się zamąż.</p>
+
+<p>Arystokracya lwowska, złożona z&nbsp;galicyjskich
+hrabiów i&nbsp;baronów, podejrzliwie
+patrzyła na ten tabor książęcy, rozbijający
+swe namioty w&nbsp;szerokich salonach żydowskiej
+kamienicy; powoli wszakże przekonano
+się do sumiastych wąsów księcia,
+nadzwyczajnych mantyl księżnej, długich
+warkoczy księżniczek i&nbsp;ich kurhanowego
+tytułu.</p>
+
+<p><i>Fixy</i> bywały liczne, księżna promieniała,
+księżniczki zdążyły zakochać się
+w dwóch „golcach”, o&nbsp;szerokich barach
+i wspaniałych frakach. Książę umierał
+z nudów, stojąc pod żyrandolem, z&nbsp;którego <span class="pagenum"><a name="Strona_325" id="Strona_325">[Str. 325]</a></span>
+kapała stearyna. Ciągnął kamizelkę
+i wzdychał do śniegu, który się białemi
+błamami, jak królewska szata wlókł daleko
+po wiejskich rozłogach.</p>
+
+<p>Dnia tego, <i>fix</i> miał niezwykłe ożywienie.</p>
+
+<p>Gołębnik aż dygotał od panieńskiego
+chichotu.</p>
+
+<p>Gołębnikiem nazywał się kąt pod piecem,
+pomiędzy pianinem, a&nbsp;czwartem
+oknem okrytem czerwonemi jak krew adamaszkowemu
+firankami.</p>
+
+<p>W kącie tym gromadziły się zwykle
+panienki i&nbsp;panny.</p>
+
+<p>W żółto-białem blasku lamp i&nbsp;świec, ta
+powódź jasnych sukien i&nbsp;biało-różowych
+plastrów twarzy, znaczyła się z&nbsp;jakąś impertynecką
+chęcią rzucania się w&nbsp;oczy
+każdemu, wchodzącemu do salonu.</p>
+
+<p>Były to trzy Minuśki, pięć Muszek,
+dwie Lole, jedna Gilda, jedna Lili, jedna
+Nini, dwie czy trzy Niusie.</p>
+
+<p>Całe Sacr&eacute; Coeur lwowskie nagle wypuszczone
+z po za krat klasztoru i&nbsp;wrzucone <span class="pagenum"><a name="Strona_326" id="Strona_326">[Str. 326]</a></span>
+w gorącą atmosferę niewyraźnego
+salonu książęcego.</p>
+
+<p>„Gołąbki”, tak słusznie nazwane od
+gołębiej niewinności okrągłych twarzyczek
+i białych fałd sukien, zdawały się być
+wykute z&nbsp;jednej sztuki marmuru, dłutem
+jednego rzeźbiarza.</p>
+
+<p>Wszystkie miały jedne i&nbsp;te same długie,
+płaskie z&nbsp;przodu i&nbsp;silnie w&nbsp;pasie ściśnięte
+figury.</p>
+
+<p>Wszystkie miały zanik bioder i&nbsp;piersi.</p>
+
+<p>Ręce obciśnięte w&nbsp;długie duńskie rękawiczki,
+przytrzymane po za łokciami podwiązkami
+z wstążek, podnosiły automatycznie
+do czoła, nagarniając grzywkę,
+pociągając rzęsy, aż do brwi uparcie sięgające.</p>
+
+<p>Każda z&nbsp;nich miała na wpół wycięty
+stanik i&nbsp;tuż pod szyją dwie głębokie „<i>solniczki</i>”,
+znaczące się ciemnawemi plamami,
+na żółtem tle skóry.</p>
+
+<p>Jedna Nini, córka wdowy po generale,
+panna bez posagu, ale za to zuchwale
+piękna i&nbsp;wspaniale zbudowana, prezentowała
+ze spokojem niezmąconym, przepyszny <span class="pagenum"><a name="Strona_327" id="Strona_327">[Str. 327]</a></span>
+biust pełny, okrągły, z&nbsp;niewielką fałdą
+tuż <a class="ins" href="#tnote_38" name="tAnchor_38" title="po pachami">pod pachami</a>, dyskretnie wysuwającą
+się z&nbsp;obramowania blado-liliowego
+tiulu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;C'est convenu! n'est ce pas?&nbsp;&mdash;&nbsp;pytały
+„gołąbki”, jedna drugą.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;C'est convenu!&nbsp;&mdash;&nbsp;odpowiadała zapytana.</p>
+
+<p>Panienki te mówiły przeważnie po francuzku
+akcentem przerażającym, niemniej
+przeto dziwnie aroganckim. Gdy się rozszczebiotały,
+tworzyła się silna wrzawa,
+a chichot ich miał wszystko, oprócz inteligencyi.
+Każda z&nbsp;nich jednak była tr&egrave;s
+bien, i&nbsp;miała się za partyę. Każda wyobrażała
+sobie, że czyni <i>raważe</i> pomiędzy
+czarną kohortą mężczyzn, którzy w&nbsp;swych
+frakach, jak stado nagle spłodzonych karawaniarzy,
+stali w&nbsp;przeciwnym kącie salonu,
+lub włóczyli się po przyległych pokojach,
+obmawiając panny lub stambułki
+księcia pana, za olbrzymie podkowy drewniane,
+zamiast szpicrut i&nbsp;rajtpejczów zatknięte.<span class="pagenum"><a name="Strona_328" id="Strona_328">[Str. 328]</a></span></p>
+
+<p>„Gołąbki” jednak były niespokojne.
+Spoglądały ciągle ku drzwiom wchodowym,
+jakby oczekując na wejście.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Może nieprzyjdą?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przyjdą, przyjdą&nbsp;&mdash;&nbsp;uspokajały księżniczki.</p>
+
+<p><a class="ins" href="#tnote_39" name="tAnchor_39" title="&mdash;&nbsp;Powoli, salon napełniał się">Powoli, salon napełniał się</a> i&nbsp;już
+wysuwały się niewielkie grupy do przyległego
+małego pokoju, nazwanego salonikiem
+<a class="ins" href="#tnote_40" name="tAnchor_40" title="księżnej:&nbsp;&mdash;&nbsp;Atmosfera stawała się">księżnej.&nbsp;&mdash;&nbsp;Atmosfera stawała się</a>
+ciężką i&nbsp;przesyconą całą masą różnorodnych
+perfum. Był to jakby bukiet najwonniejszych
+kwiatów, nagle rozdeptany
+i rozgnieciony w&nbsp;gorącej masie powietrza,
+leniwie ciążącego ku ziemi. Szczególniej
+z sukien starych kobiet płynęły całe smugi
+delikatnych zapachów, upartych jak
+wspomnienie, które zdawały się być wplątane
+pomiędzy oczka sinawych koronek.&nbsp;&mdash;&nbsp;Z&nbsp;
+gołębnika biła delikatna woń muguet'u
+i świeżego, dziewczęcego ciała. Była to
+jeszcze niezdecydowana nuta, coś błądzącego
+w przestrzeni nakształt płatków lipowego
+kwiatu. Płatek lipy na żelazo pada<span class="pagenum"><a name="Strona_329" id="Strona_329">[Str. 329]</a></span>
+i powiewny a&nbsp;biały&nbsp;&mdash;&nbsp;rdzy plamę na sztabie
+wygryza...</p>
+
+<p>Nagle u&nbsp;drzwi wchodowych zrobił się
+szmerek leciuchny i&nbsp;gospodyni domu, porwawszy
+się z&nbsp;fotela, posunęła naprzód.
+Książę podciągnął znów kamizelkę i&nbsp;przekręcił
+na bakier siwe, długie wąsy.</p>
+
+<p>Gołąbki zatrzepotały, zaszczebiotały radośnie:
+Les voila!... les voila!...</p>
+
+<p>Odedrzwi bramowanych czerwienią portyer,
+ku środkowi salonu w&nbsp;jasność płonącego
+żyrandola, szła grupa ludzi z&nbsp;trzech
+istot złożona.</p>
+
+<p>Przodem sunęła kobieta lat średnich,
+sur le retour, drobna, chuda, nadwiędnięta,
+trzymała się pochyło i&nbsp;ręce miała jakby
+wsparte na brykli silnie ściśniętego
+gorsetu. Za nią wlókł się tren jasno zielonej
+sukni, obrysowanej na dole wałkiem
+ciemno-miedzianego aksamitu. Olbrzymie
+stylowe rękawy, bufiaste, aksamitne wznosiły
+się po obu stronach głowy, małej,
+brzydkiej, nieforemnej, nastroszonej rzadką
+kępą, silnie przyczernionych włosów.
+Włosy te ściągnięte mocno na skroniach,<span class="pagenum"><a name="Strona_330" id="Strona_330">[Str. 330]</a></span>
+rwały ku tyłowi głowy skórę skroni i&nbsp;podnosiły
+w ten sposób łuk brwi i&nbsp;wykrój dołów
+ocznych na wzór japońskiej czaszki.
+Suknia głęboko wycięta, zapadała na piersiach
+smutnym całunem nicości. Szyję pokrywała
+szeroka aksamitka miedzianego
+koloru, na której rozkładały się cztery
+rzędy cudnych pereł, prawie różowawych
+w kontraście skóry żółtej, siatką drobnych
+zmarszczek pokrytej.</p>
+
+<p>Kobieta szła wolno, jak istota anemiczna,
+z pochyloną głową skończonej neurasteniczki.
+Oczy ciemno-szafirowe, spłowiałe,
+dobrze podkreślone tuszem, utkwiła
+w idącą ku niej księżnę i&nbsp;wyciągnęła rękę
+chudą, drewnianą, obciągniętą lapisową
+rękawiczką.</p>
+
+<p>Po za nią i&nbsp;za obramowaniem trenu,
+szło dwóch mężczyzn, niemal równym,
+sztywnym krokiem, jak dwóch na sznureczkach
+prowadzonych automatów. Jeden
+z nich&nbsp;&mdash;&nbsp;mąż, wysoki, prawie olbrzym,
+o szerokich barach i&nbsp;olbrzymich stopach,
+baron Mak von Maken, dźwigał na sobie
+mundur, cały błękitny, sznurami opleciony.<span class="pagenum"><a name="Strona_331" id="Strona_331">[Str. 331]</a></span></p>
+
+<p>Siwy, hałaśliwy z&nbsp;twarzą purpurową
+wiecznie grożącą kongestyą, z&nbsp;szyją wysuwającą
+się różowym wałkiem dokoła kołnierza
+munduru, szedł po za pochyloną
+i jakby przełamaną postacią żony, chrząkając
+i hałasując, jak w&nbsp;koszarach. Książę
+z uwielbieniem patrzył na tę postać c. k.
+Zagłoby, i&nbsp;z wytężeniem ścieżki sznurów
+na plecach Mak von Makena śledził. Lecz
+już druga postać, mężczyzna obok generała
+idący, rzucał długi jezuicki cień czarnego
+fraka, na jasną plamę mundura. Ten
+drugi szedł cicho, choć kroki jego stosowały
+się do szerokości kroków Mak von
+Makena. Był to wysoki, bardzo chudy
+mężczyzna, na którym frak wisiał jak na
+wieszadle a&nbsp;kamizelka, jakkolwiek starannie
+ściągnięta, ukazywała jeszcze pustkę
+pod klatką piersiową. Trzymał się pochyło,
+jak idąca przed nim kobieta, wyciągał
+spiczastą brodę silnie ogoloną i&nbsp;wytartą
+pudrem. Włosy siwe, przyklepane,
+otulały długą głowę angielskiego wyścigowca,
+oczy blado-błękitne, zmrużone, tonęły
+w setkach zmarszczek, któremi twarz<span class="pagenum"><a name="Strona_332" id="Strona_332">[Str. 332]</a></span>
+była pokrajana. Małe ciemnawe faworyty
+tworzyły ramę, z&nbsp;której wystawał nos
+silnie garbaty, duży, opuszczony na opadłe
+w podkowę wargi.</p>
+
+<p>Towarzystwo zebrane w&nbsp;salonie powitało
+„tych troje”, wesołym uśmiechem.
+Od lat piętnastu zaadoptowano milczącą
+ugodą ten m&eacute;nage Maken-Helding. Z&nbsp;początku,
+trochę szeptano po kątach, powoli,
+utarło się przecież; Makenowa z&nbsp;taką
+pokorną nieśmiałością zdawała się
+prosić o&nbsp;przebaczenie, Helding był tak
+nieznaczącym i&nbsp;już wysortowanym z&nbsp;liczby
+epuzerów, Mac von Maken tak wspaniały
+w swej bucie i&nbsp;dobrym humorze dobrze
+odżywianego generała, że szepty powoli
+ustały i&nbsp;z pewnem rozrzewnieniem
+zaczęto śledzić przebieg tego romansu.
+<i>Cette pauvre barronne</i> mogła rzeczywiście
+pragnąć więcej subtelności i&nbsp;delikatności
+w pożyciu, Mak von Maken, był
+<i>un homme charmant</i>, ale chwilami trywialność
+jego miała skrzyp drzwi stajennych
+a dowcipy&nbsp;&mdash;&nbsp;zapach koszarowej zupy.
+Makenowa, była <i>une mignonne</i>, delikatna, <span class="pagenum"><a name="Strona_333" id="Strona_333">[Str. 333]</a></span>
+chuda i&nbsp;pełna niezwykłych aspiracyj,
+było to małe bóstwo, które potrzebowało
+być adorowane cicho i&nbsp;dyskretnie.
+Helding z&nbsp;delikatnością starego kawalera,
+celibatora jadającego w&nbsp;domu i&nbsp;mającego
+pokój sypialny blado-błękitny, w&nbsp;którym
+niebyło ani jednego rejtpejcza, nadawał
+się szczególniej do roli takiego „uwielbiacza”.
+Że się później podobno z&nbsp;platonizmu
+wyrodził inny, mniej platoniczny stosunek,
+ha! to już rzecz Makenowej i&nbsp;Heldinga.
+Enfin, apr&egrave;s tout, nie można żądać
+od ludzi nadzwyczajności i&nbsp;wymagać, aby
+byli aniołami. Mak Maken zdawał się niedostrzegać
+nic i&nbsp;akceptował Heldinga jako
+przyjaciela domu. Skoro sam mąż przyjmował
+„uwielbiacza”&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;niejako sankcyonował
+go przed światem, mówiąc mu
+„mon ami”, to nie było rolą „towarzystwa”
+mieszać się w&nbsp;podobne rzeczy i&nbsp;czynić
+tej biednej Makenowej jakąkolwiek
+przykrość. I&nbsp;powoli ta trójka wsuwała się
+wszędzie, z&nbsp;początku nieśmiało, jakby
+macając grunt, śledząc wrażenie na twarzach,
+słuchając dźwięku głosów, witających <span class="pagenum"><a name="Strona_334" id="Strona_334">[Str. 334]</a></span>
+ją na progu salonów. Lecz wkrótce,
+uprzejmością ośmielone, m&eacute;nage Maken-Helding
+nabrało pewności siebie i&nbsp;wchodziło
+spokojnie, coraz więcej zabierając
+miejsca, rozdając uśmiechy, w&nbsp;których
+znajdowano nawet quelque chose de piquant.
+Deprawacya ta jawna, cudzołóztwo
+to wleczone w&nbsp;trenie jedwabnej sukni,
+w listkach gardenij Heldinga, w&nbsp;lazurowych
+barwach munduru Mak-Makena,
+drażniła nerwy i&nbsp;zmysły otaczających.
+W jasności świec kandelabrowych, posyłano
+sobie wzajemne uśmiechy i&nbsp;spostrzeżenia.
+Makenowa miała chwilami rumieńce
+nowozaślubionej, pod deszczem niedyskretnych
+spojrzeń, Helding lekkie uśmiechy
+zwycięzcy, Mak-Maken&nbsp;&mdash;&nbsp;dobroduszną
+pobłażliwość siwowłosego ojca oprowadzającego
+zięcia i&nbsp;córkę, pełnych zbyt
+jawnej miłości. I&nbsp;powoli, trójka Maken-Helding
+stała się ogniskiem, do którego
+zwracano się coraz chętniej po miłosne
+wrażenia, śledząc każde bardziej burzliwe
+widzenie się baronowej i&nbsp;Heldinga, każdą
+„scenę”, każde przeproszenie się w&nbsp;cieniu
+dyskretnej alkowy.<span class="pagenum"><a name="Strona_335" id="Strona_335">[Str. 335]</a></span></p>
+
+<p>I z&nbsp;latami razem, weszło zupełne zuchwalstwo
+w ujawnianiu tej miłości baronowej
+i Heldinga. Teraz, Makenowa wchodziła
+pewna siebie, tryumfalna&nbsp;&mdash;&nbsp;czując,
+że potęgą swej wielkiej miłości zwalczyła
+tę hydrę, pełną jadu, którą „światem” zowią.
+Czuła się w&nbsp;pełni urody i&nbsp;miłość dodawała
+jej blasku. Miała w&nbsp;gruncie serca
+wiele szlachetności i&nbsp;nie kłamała teraz,
+zwracając się otwarcie i&nbsp;śmiało do
+Heldinga. Nie przyznawała się jednak głośno,
+bo to było niepodobnem, ale w&nbsp;każdem
+jej spojrzeniu, ruchu, słowie&nbsp;&mdash;&nbsp;przebijała
+się bezgraniczna miłość i&nbsp;przywiązanie.
+Helding mimowoli zajął stanowisko męża
+kochanego i&nbsp;czuł się dobrze w&nbsp;tej roli.
+Nie zrozumiał jednak, jak w&nbsp;straszną grę
+grała Makenowa, narzucając tak światu
+swego kochanka. Nie czuł, ile istotnej potęgi
+miłości musiała mieć w&nbsp;sobie, aby
+tak dać „przełknąć” światu ten stosunek,
+kazać mu go przyjąć i&nbsp;niejako usankcyonować.</p>
+
+<p>Nie zastanawiał się nad tem, szedł zadowolony
+z tej roli jaką grał, podbudzony<span class="pagenum"><a name="Strona_336" id="Strona_336">[Str. 336]</a></span>
+w swej próżności, człowiek któremu
+żona generała, kobieta stanowiąca ozdobę
+salonów lwowskich, na szyję się rzuca.
+W kasynie mówił o&nbsp;Makenowej z&nbsp;rozrzewnieniem
+dobrego męża, jakkolwiek nigdy
+po za kadry gentelmańskiej przyzwoitości
+nie wyszedł. Inni „koniarze” nie blagowali
+nawet, poważni i&nbsp;pełni szacunku dla
+tej cudzołożnej żony.</p>
+
+<p>Powoli wszakże ta faza tryumfu zmieniła
+się w&nbsp;cichy i&nbsp;spokojny stan zaadoptowanego
+przez świat związku. Makenowa?
+Helding?&nbsp;&mdash;&nbsp;ależ to stare małżeństwo! Nie
+pojmowano jednego bez drugiego i&nbsp;tylko
+przy wejściu jeszcze witano ich uprzejmym
+uśmiechem. Później ginęli w&nbsp;tłumie.
+Inne pary potworzyły się, połączyły i&nbsp;promieniowały
+miłością i&nbsp;szczęściem wśród
+pragnących wrażeń tłumów.</p>
+
+<p>Makenowa starzała się i&nbsp;brzydła powoli.
+Jej maska japońskiej laleczki z&nbsp;latami
+ciemniała i&nbsp;osuwała się w&nbsp;głębokie
+bruzdy. Helding chylił się ku ziemi, oczy
+mu gasły powoli, tracąc barwę i&nbsp;płowiejąc
+w gorącu miłosnej ekstazy. Czuli, że byli<span class="pagenum"><a name="Strona_337" id="Strona_337">[Str. 337]</a></span>
+złączeni na zawsze, do śmierci i&nbsp;mieli
+w sobie spokój dobrze zawarowanego kontraktem
+małżeństwa. Skoro znaleźli się
+w salonie, pod rzęsistem światłem kandelabrów,
+szukali wygodnego miejsca, gdzie
+siadali we dwoje, zamieniając od czasu
+do czasu jakąś uwagę półgłosem. On trzymał
+jej wachlarz spokojnie, rozsuwając
+sennym ruchem koronki, lub gładząc delikatnie
+marabuty. Nikt już nie zwracał
+na nich uwagi, chyba ktoś świeżo przybyły
+i nieobznajmiony z&nbsp;istotnym stanem
+rzeczy. Często brano ich za małżeństwo
+wzorowe, przywiązane do siebie równem,
+nienerwowem uczuciem. Maken hałasował
+w fumoirach, nie psując jasnym swym
+mundurem i&nbsp;swą siwizną ciemnych i&nbsp;mistycznych
+sylwetek tych dwojga, którzy
+siedzieli prawie nieruchomo obok siebie
+z oczami wlepionemi w&nbsp;przestrzeń, jak
+widzowie na przedstawieniu znanej już
+dobrze sztuki. Oboje oni stanowili jedną
+całość. Jakiś krąg niewidzialny, a&nbsp;mimo
+to istniejący, otaczał ich i&nbsp;bramował, odsuwając
+od reszty towarzystwa. Było to<span class="pagenum"><a name="Strona_338" id="Strona_338">[Str. 338]</a></span>
+zapewne ich kilkunastoletnie uczucie, które
+z burzy miłosnej przeszło w&nbsp;mocne
+i zda się nierozerwalne przywiązanie.</p>
+
+<p>Kobieta szczególniej miała w&nbsp;swej zestarzałej
+postaci upór miłosny kobiety
+tryumfującej nad zmiennością męzką.</p>
+
+<p>Mężczyzna był już obojętny, trochę
+zawsze zalękniony i&nbsp;jakby uśpiony w&nbsp;tej
+stałości, w&nbsp;którą się sam spowinął przed
+tyloma laty!</p>
+
+<p>Ale „gołąbki” były innego zdania:
+Odebrać Makenowej Heldinga?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Co?... jak myślicie!</p>
+
+<p>Projekt ten powstał w&nbsp;głowie jasno
+włosej Lili. Minuśki, Nuśki i&nbsp;Muszki
+zaadoptowały go w&nbsp;jednej chwili.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak! tak!... trzeba to zrobić. To
+ożywi <i>fix</i> i&nbsp;zabawi wszystkich dokoła.
+Trzeba Heldinga <i>zaakaparować</i> i&nbsp;patrzeć,
+jaką Makenowa będzie miała minę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przecież go reklamować nie będzie
+przez konwenanse.</p>
+
+<p>Rauty bywały nudne. Mężczyźni młodzi
+nie umieli poprowadzić porządnie rozmowy.
+Panienki nudziły się w&nbsp;swym gołębniku.
+Oglądały się za rozrywką.<span class="pagenum"><a name="Strona_339" id="Strona_339">[Str. 339]</a></span></p>
+
+<p>Błękitne oczy Lili padły nagle na dwie
+mistyczne sylwetki, siedzące nieruchomo
+obok siebie. Panienka skrzywiła się nagle.
+Stanowczo ta para działa jej na nerwy.
+Już trzeci karnawał przyjeżdża ze
+wsi do Lwowa i&nbsp;trzeci karnawał widzi
+tych dwoje „starych”, siedzących jedno
+obok drugiego w&nbsp;wierności chińskich bałwanów.
+I pochyliwszy się ku swym towarzyszkom,
+podsuwa im projekt flirtu
+z Heldingiem, tym samym tonem, jakim
+w Sacr&eacute;-Coeur podsuwała myśl przeciągania
+palcem po wywoskowanych brzegach
+pulpitu.</p>
+
+<p>Znudzone jednostajnością rautów, panienki
+przyjmują projekt z&nbsp;entuzyazmem,
+obierają dzień i&nbsp;miejsce i&nbsp;dziś zeszły się
+wszystkie u&nbsp;księżnej, z&nbsp;zamiarem wprowadzenia
+swych zamysłów w&nbsp;czyn,
+z okrutną energią istot, które nie wiedzą
+nawet, czy serce boleć może naprawdę
+i czy są łzy, które palą.</p>
+
+<p>Kampanię rozpoczyna księżniczka,
+młodsza, szatynka, o&nbsp;twarzy schorowanego
+anioła i&nbsp;długich warkoczach ukraińskiej <span class="pagenum"><a name="Strona_340" id="Strona_340">[Str. 340]</a></span>
+dziewki. Siada do fortepianu i&nbsp;rozkłada
+zeszyt nocturnów Chopina z&nbsp;najniewinniejszą
+pod słońcem minką.</p>
+
+<p>Chwilę ogląda się po salonie, jakby
+szukając kogoś.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Panie Helding!... proszę mi kartki
+przewracać!...&nbsp;&mdash;&nbsp;prosi wreszcie z&nbsp;czarownym
+uśmiechem.</p>
+
+<p>Helding otwiera szeroko spłowiałe źrenice.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pan taki muzykalny...&nbsp;&mdash;&nbsp;dodaje panienka.</p>
+
+<p>Stary kawaler wstaje z&nbsp;pośpiechem,
+pełen kurtuazyi i&nbsp;śpieszy do fortepianu.</p>
+
+<p>„Gołąbki”, śledzące tę scenę z&nbsp;niepokojem,
+oddychają swobodniej. Helding
+jest tuż, obok nich, na progu „gołębnika”.
+Wciągnąć go łatwo potrafią.</p>
+
+<p>Wciągną... i&nbsp;nie puszczą...</p>
+
+<p>Cicho i&nbsp;spokojnie płynie jeden z&nbsp;nocturnów
+Chopina.</p>
+
+<p>Helding przewraca kartki trochę zaniepokojony,
+zdenerwowany tą „rolą”,
+jaką odegrywa obok siedzącej przy fortepianie
+dziewczyny. Zeszedł już do<span class="pagenum"><a name="Strona_341" id="Strona_341">[Str. 341]</a></span>
+rzędu „widzów”, przyzwyczajony, że to
+inni defilowali przed nim, podczas gdy on
+spokojnie siedział obok Makenowej, bawiąc
+się jej wachlarzem. Długie, suche
+palce mężczyzny z&nbsp;pośpiechem przewracają
+kartki, klekocząc jak kastaniety.</p>
+
+<p>Księżniczka za każdą przegraną stronnicą
+spogląda na Heldinga i&nbsp;uśmiecha się
+łagodnie, Helding mimowoli dostrzega
+koło ust dziewczyny dwa ładne dołki..</p>
+
+<p>Wreszcie ostatni akord przecina powietrze.
+Helding pragnie wrócić na swe
+miejsce, lecz „gołąbki” otaczają dokoła
+księżniczkę i&nbsp;dziękując jej gorąco, posuwają
+go mimowoli w&nbsp;stronę „gołębnika”.
+Lili mówi coś do niego, śmieje się, szczebiocze;
+z drugiej strony Nini prezentuje
+swój przepyszny profil greckiej bogini.
+Śmiech, chichot, srebro głosu, woń konwalij
+i młodego ciała, jakiś szum jakby
+skrzydeł gołębich&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;Helding znajduje się
+nagle w&nbsp;gołębniku, uwięziony ładnemi
+giestami drobnych rączek, giętkich figurek
+i młodych twarzyczek.<span class="pagenum"><a name="Strona_342" id="Strona_342">[Str. 342]</a></span></p>
+
+<p>Zmieszany, prawie pociągnięty, siada
+na taburecie i&nbsp;wszystkie panienki z&nbsp;szelestem
+opadają nagle ku ziemi. Całe stadko
+blado liliowe, różowe, białe, popielate
+przypadło do purpury dywanu i&nbsp;zaczajone,
+uśmiechnięte, wyciąga ożywione nagie
+dziobki.</p>
+
+<p>Helding doznaje ekstazy, olśnienia, wysadzony
+z siodła tą brutalną, a&nbsp;przecież
+na pozór delikatną taktyką panieńską.
+On, mężczyzna, siwiejący i&nbsp;zdeprawowany,
+czuje się przerażony, wyrwany ze
+snu, niepewny i&nbsp;jakby poszarpany nagle
+na strzępy.</p>
+
+<p>Pragnie się wydostać, czyni nieśmiałe
+usiłowanie, wyciąga kilkakrotnie szyję,
+ma oczy topielca zapadającego w&nbsp;bagno
+szmaragdowe, perłami wody lśniące...</p>
+
+<p>Lecz „gołąbki” zwartym szeregiem
+otaczają go coraz silniej jak „wodnice”
+o spłowiałych barwach, w&nbsp;niepewnym
+blasku księżyca się kąpiące. Jedwab szatni,
+iluzya pnie się pajęczą siecią, wstążki
+warkoczy mają zapach orzechów cokolwiek
+wilgotnych a&nbsp;młodość i&nbsp;ożywienie<span class="pagenum"><a name="Strona_343" id="Strona_343">[Str. 343]</a></span>
+zapala w&nbsp;oczach całe różańce iskierek. Aż
+szumi od chichotu, aż srebrzy się od białych
+zębów. Dziewczyny, pochylając się,
+mają giesta pokornych kotek. Nini wilgotnemi
+oczami patrzy prosto w&nbsp;twarz
+Heldinga. Atłas jej ciała mieni się podskórnemi
+róźowemi pręgami mory. Helding,
+osłupiały, wpatruje się w&nbsp;to bogactwo
+kształtów i&nbsp;śledzi wstążkę, wiążącą
+stanik na ramieniu okrągłem i&nbsp;doskonale
+pięknem.</p>
+
+<p>Nini wzrok ten czuje i&nbsp;prostuje się cała,
+dumna ze swej dziewiczej krasy, nieskalanej
+jeszcze dreszczem miłosnej chęci.
+Podnosi wysoko brodę i&nbsp;ukazuje cudną
+szyję o&nbsp;delikatnych, przezroczystych
+tonach ambry...</p>
+
+<p>Helding przymyka na chwilę oczy
+i osuwa się osłabły, ocierając pot
+z czoła...</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>W kącie Makenowa widzi ten cały
+manewr i&nbsp;dostrzegłszy Heldinga pomiędzy
+panienkami, doznaje nagłego ściśnięcia <span class="pagenum"><a name="Strona_344" id="Strona_344">[Str. 344]</a></span>
+serca. Zwalcza jednak ten ból
+przelotny i&nbsp;uśmiecha się jakby zadowolniona
+z tego powodzenia kochanka. Ma
+bowiem przeświadczenie, że Helding
+z grzeczności usiadł na chwilę w&nbsp;„gołębniku”
+i wprędce, znudziwszy panienki,
+powróci do niej, na dawne swe miejsce.
+Spokojnie więc śledzi ruchy dziewcząt,
+ot, jak żona uśmiechająca się pobłażliwie
+na niewinny żart ze strony męża.</p>
+
+<p>Wydarza się to wprawdzie pierwszy
+raz, bo zwykle panienki nie zwracały
+uwagi na Heldinga, jako na „starego kawalera”,
+niezabawnego i&nbsp;nie liczyły się
+z nim wcale. Pozostawała mu tylko ona,
+ona jedna i&nbsp;tak miało już być nazawsze.
+Tymczasem dziś nagle zmienia się dawny
+porządek rzeczy...</p>
+
+<p>To śmieszne a&nbsp;jednak te kilka minut
+zaczynają się jej wydawać wiekiem.</p>
+
+<p>Tem bardziej, że Helding nie zdaje się
+nudzić panienek, ani być znudzonym.
+Owszem, ożywienie panuje tam wielkie,
+całe snopy śmiechu wybiegają w&nbsp;przestrzeń
+salonu. Makenowa doskonale po<span class="pagenum"><a name="Strona_345" id="Strona_345">[Str. 345]</a></span>między
+tym chichotem rozróżnia głos
+Heldinga. Mówi coś, powoli, ot tak jak
+on zwykle, ale z&nbsp;trochą więcej energii
+i ożywienia. Słów Makenowa dosłyszeć
+nie może, dźwięk głosu dobiega do niej
+dokładnie.</p>
+
+<p>To dziwne, wydaje się jej, że ten głos,
+że sam Helding jest od niej bardzo, bardzo
+daleko i&nbsp;że niknie nagle w&nbsp;całym tumanie
+ironicznych akordów...</p>
+
+<p>Zagryza usta i&nbsp;doznaje wrażenia zupełnego
+osamotnienia.</p>
+
+<p>Czuje chłód przejmujący dokoła nóg
+i wsuwa je szybko pod suknię. Traci
+pewność siebie i&nbsp;staje się niezgrabną
+i jakby związaną. Przeczuwa... śmieszność
+i kurczy się przed tem ohydnem
+widmem. Nagle zaczynają jej dolegać
+rękawy sukni. Są zbyt ciasne w&nbsp;łokciu,
+a za wolne w&nbsp;ramieniu. Włosy ma zanadto
+ściągnięte i&nbsp;dreszcze przebiegają ją
+wzdłuż krzyża. Obronić się nie może, nie
+potrafi. Śmieszność jest tuż przy niej.
+Helding nie wraca.</p>
+
+<hr class="dots" />
+
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_346" id="Strona_346">[Str. 346]</a></span></p>
+
+<p>Powoli w&nbsp;salonie zaczynają dostrzegać,
+co się dzieje w&nbsp;„gołębniku”. Po za wachlarzami,
+flirtujące pary z&nbsp;uśmiechem pokazują
+sobie szpiczastą głowę Heldinga
+pomiędzy jasnemi i&nbsp;ciemnemi fryzurami
+dziewczyn. Powoli od gołębnika oczy
+zaczynają się zwracać ku Makenowej.
+Wygląda ona tak, jak człowiek, który
+zgubił swój cień. Mruga szybko oczami
+i połyka ślinę. Wszyscy znajdują ją
+trochę śmieszną. <i>Au fond</i> musi być zazdrosną...
+Z bocznych salonów zaczynają
+schodzić się goście, i&nbsp;wszyscy
+z najobojętniejszemi napozór minami
+śledzą rozłączoną tak nagle i&nbsp;niespodziewanie
+parę. Tiens! tiens!... Helding pomiędzy
+panienkami? Flirtuje nie na żarty!
+A Makenowa? Siedzi i&nbsp;patrzy. Enfin...
+Helding zdobył się na trochę własnej woli.
+Bardzo naturalne! Mężczyzna!... powinien
+już skończyć tę śmieszną awanturę.
+Stary?... e! cóż znowu. To Makenowa
+stara&nbsp;&mdash;&nbsp;Helding jest niemłody, ale jeszcze
+nie stary. Zestarzał się przy niej. Ileż
+to lat już trwa ich romans? To nie ma
+sensu, to powinno się raz skończyć!...<span class="pagenum"><a name="Strona_347" id="Strona_347">[Str. 347]</a></span></p>
+
+<p>I nagle, razem z&nbsp;chichotem dziewczyn,
+w tę nudę rautową wpada brutalna chęć
+tłumu szarpania tej miłości adoptowanej,
+przyjętej, tolerowanej. I&nbsp;ci sami, którzy
+niedawno jeszcze z&nbsp;uśmiechem sympatyi
+spoglądali na dwie ciemne sylwetki, siedzące
+w tym nimbie nieugiętej wierności,
+ci sami teraz odsłaniali tajemnice tego
+stosunku, który przed laty promieniał
+i ogrzewał chłód konwenansem mrożonych
+salonów. Jakaś głucha niechęć zaczynała
+nurtować dokoła, coś nakształt
+zemsty za ten tryumf uczucia i&nbsp;doskonałej
+miłości, która lata całe przetrwała
+nienaruszona, skończona, nad wszystko
+silniejsza. Ludzka nędza, niemogąca
+znieść doskonałej harmonii, radowała się
+tym niespodziewanym dysonansem wśród
+zastygłego już w&nbsp;przestrzeni akordu.
+I ciepły, sympatyczny prąd szedł ku „gołębnikowi”,
+w którym widać już było
+tylko plecy dziewcząt, obciągnięte jedwabiem
+staników i&nbsp;połyskujące drabinkami
+silnie ściągniętych sznurowadeł. Dziewczyny
+pochylone ku Heldingowi, całe roz<span class="pagenum"><a name="Strona_348" id="Strona_348">[Str. 348]</a></span>weselone
+dobrą farsą, jaką baronowej
+robiły, bawiły się serdecznie, wpatrując
+w pomarszczoną twarz kochanka Makenowej.
+Jego długa szyja, po której przesuwało
+się owe „jabłko Adamowe”, była
+przedmiotem ich szczególnej obserwacji.
+Trącały się łokciami, dusząc się ze śmiechu.
+Ten stary był wspaniały! Usta miał
+w podkowę i&nbsp;rzadkie włosy, od lewego
+ucha nagarnięte ku prawemu. Teraz kosmyk
+jeden odczepił mu się nagle i&nbsp;powiewał
+jak siwiejące pióro tryumfalnie
+ponad uchem. Tego było nadto. Nusia
+Dobrojewska schowała się za plecy Nusi
+Małowiejskiej.</p>
+
+<p>Jeszcze chwila, a&nbsp;byłaby na głos parsknęła
+śmiechem.</p>
+
+<p>Tymczasem Helding, na wpół pijany
+tym zapachem blondynek, brunetek naokoło
+niego zebranych, cały zgorączkowany
+widokiem biustu Nini, błękitnych
+oczów Lili, i&nbsp;dołków naokoło ust księżniczki,
+odmładzał się w&nbsp;tej atmosferze
+młodości i&nbsp;niezwiędniętego ciała, jaką nagle
+poczuł dokoła siebie.<span class="pagenum"><a name="Strona_349" id="Strona_349">[Str. 349]</a></span></p>
+
+<p>Starzejąc się razem z&nbsp;Makenową, zapomniał
+niemal, że są jeszcze na świecie
+pełne ramiona, długie warkocze i&nbsp;lśniące
+oczy. Nagle otoczyła go orgia młodości,
+dziewczęcego wdzięku, dziecinnego prawie
+szczebiotu. Długi post w&nbsp;zeschniętych
+ramionach jednej kobiety, wyrobił
+w nim ascetę pozornego, pod którym
+drzemał wiecznie błądzący za nowością
+mężczyzna. Ręce mu drżały, uszy paliły
+go, całe czerwone na tle żółtej skóry
+i resztki włosów. Był śmieszny, nędzny,
+biedny, w&nbsp;obec tego flirtu, który zdawał
+się przedłużać w&nbsp;nieskończoność. Z&nbsp;początku
+nieśmiały, powoli rozzuchwalał się
+i jak zbudzony ze snu kilkunastoletniego
+królewicz, dobywał ze swej pamięci przestarzałych
+komplementów i&nbsp;dowcipów.
+Panienki znajdowały go zajmującym, widział
+to po ich ożywieniu, wymawiały mu
+jego odosobnienie się i&nbsp;widoczne unikanie
+„gołębnika”. Tłomaczył się powagą
+wieku, lękając się, aby nie zostawiły tej
+wzmianki bez zaprzeczenia. Lecz one
+protestowały gorąco.<span class="pagenum"><a name="Strona_350" id="Strona_350">[Str. 350]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wiek? cóż to? czy jest starcem, aby
+się wiekiem przed niemi zastawiał? I&nbsp;coraz
+milsze, coraz weselsze, nacierały, otaczały
+go, rzucając od czasu do czasu
+przelotne wejrzenie na Makenową...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Oh! ma ch&egrave;re... co za mina!... spojrzyj
+na Makenową! elle est verte!...</p>
+
+<hr class="dots" />
+
+<p>Teraz już Makenowa uczuła, że pomiędzy
+Heldingiem i&nbsp;nią otwiera się przepaść.
+Całe lata wielkiej i&nbsp;gorącej miłości
+zapadały w&nbsp;przestrzeń, spychane szelestem
+gołębich skrzydeł i&nbsp;chichotów
+dziewczęcych. Makenowa instynktem kobiecym
+odgadywała cały proces obudzenia
+się Heldinga i&nbsp;zamierała sama z&nbsp;bólu,
+porównywając swój biust zapadły z&nbsp;przepysznym
+gorsem Niny, którą widziała dokładnie
+na tle ciemno czerwonego obicia,
+tryumfującą i&nbsp;całą różową w&nbsp;blasku płonących
+kandelabrów. Te głowy dziewczęce,
+pochylone, bogate w&nbsp;masy ciemnych
+lub jasnych warkoczy, te plecy giętkie,
+proste, impertynenckie, zwartym murem<span class="pagenum"><a name="Strona_351" id="Strona_351">[Str. 351]</a></span>
+otaczające Heldinga, przedstawiały się
+w jej oczach jak mur silny, straszny,
+wznoszący się nagle pomiędzy nią i&nbsp;jej
+kochankiem. Teraz już nie był od niej
+daleki, ale ten, który niedawno jeszcze
+był nią samą, oddzielał się od niej, odchodził,
+stawał się obcym, ciągnąc za
+sobą jej potłuczone i&nbsp;obolałe serce. Przez
+chwilę chciała powstać, podejść do fortepianu
+pod pretekstem przejrzenia nut
+i wmieszać się w&nbsp;to całe grono, ale czuła
+na sobie setki spojrzeń i&nbsp;pozostała na
+miejscu, zdjęta nieśmiałością, gładząc
+tylko powolnym ruchem pióra swego
+wachlarza. Nagle jednak zatrzymała
+rękę, sparaliżowana, z&nbsp;gardłem ściśniętem,
+z oczyma łez pełnemi, jak zwierzę
+tropione w&nbsp;legowisku, osaczone psiarnią,
+grającą przyszły tryumf i&nbsp;krwawą radość.
+Uczuła się starą, brzydką, śmieszną, spodloną.
+Była przedmiotem szyderstwa tej
+całej bandy, której przez lat tyle imponowała
+spokojem swego cudzołóztwa.
+Miała nóż w&nbsp;sercu i&nbsp;kamień wstydu nad
+głową. Po raz pierwszy może poczuła, że<span class="pagenum"><a name="Strona_352" id="Strona_352">[Str. 352]</a></span>
+Helding był tylko jej kochankiem, do
+którego nie miała żadnego prawa... Uciekał
+od niej, szedł pomiędzy młodsze, weselsze
+istoty...</p>
+
+<p>I bez kropli krwi na ustach siedziała
+zgarbiona, straszna, zmieniona, niemal
+zgrzybiała w&nbsp;tej niemej rozpaczy, którą
+się dławić zaczynała.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>W kilka godzin później Helding w&nbsp;ciszy
+swego błękitnego pokoju stał przed
+lustrem i&nbsp;z uśmiechem zadowolnienia spoglądał
+na swą twarz rozjaśnioną.</p>
+
+<p>Tak... bezwątpienia, nie jest jeszcze
+starym i&nbsp;byłoby szaleństwem z&nbsp;jego strony
+nie korzystać z&nbsp;tych warunków, które
+pozwalają mu spędzać od czasu do czasu
+tak miłe chwile, jak te dzisiejsze.</p>
+
+<p>Zapalił kandelabr na kominku i&nbsp;przyglądał
+się uważnie swej twarzy, oczom,
+zębom, włosom. Nucił coś pod nosem
+i postanowił myć się od jutra w&nbsp;benzoesie,
+oraz wprawić sobie trzy przednie
+zęby.<span class="pagenum"><a name="Strona_353" id="Strona_353">[Str. 353]</a></span></p>
+
+<p>Przymknął na chwilę oczy i&nbsp;uśmiechnął
+się radośnie, przypomniawszy sobie biust
+Niny, oczy Lili i&nbsp;dołki księżniczki. Co
+za dziewczyny!... seperlipopette!... gdzie
+on miał oczy, że do tej chwili nie dostrzegł,
+jakie to cacka są obok niego!
+Prawda, że wiecznie siedział obok Makenowej.
+Skrzywił się i&nbsp;wzruszył ramionami.
+Ta Makenowa zanadto go więzi i&nbsp;przy
+sobie trzyma!... To dobre było dawniej,
+ale dziś?... Przytem zauważył, że się
+bardzo posunęła i&nbsp;dziś, gdy wychodziła
+z rautu, miała minę zupełnie niemłodej
+kobiety. Chciała coś do niego przemówić,
+ale właśnie Nini i&nbsp;Lili podsunęły się
+i musiał im wyszukać ich zarzutek. Podając
+rotundę Nini, dotknął niechcący jej
+ramienia. Jeszcze teraz ukrop przebiega
+jego żyły. Myślał, że już jest niezdolny
+do podobnych wzruszeń... Przy Makenowej
+nie doznawał nic podobnego. Prawdopodobnie
+dawniej i&nbsp;ona tak na niego działała...
+Z latami wszakże przyszło przyzwyczajenie!...<span class="pagenum"><a name="Strona_354" id="Strona_354">[Str. 354]</a></span></p>
+
+<p>Zaczął rozbierać się powoli, wpatrując
+w płomienie świec, które odbijały się żółtemi
+gwiazdami w&nbsp;gładkiem tle lustra.</p>
+
+<p>Figlarne są te dziewczęta, miłe i&nbsp;młode!
+Bodaj-to młodość... ożywiła go! Czuje
+się sam odmłodniałym, odrodzonym!..
+Nie widzi swej brzydoty, chudości i&nbsp;siwych
+włosów. Zdaje mu się, że gdyby
+miał taką młodość świeżą i&nbsp;zdrową ciągle
+obok siebie, wróciłby do lat dawnych, do
+gorących namiętności trzydziestoletniego
+mężczyzny.</p>
+
+<p>I z&nbsp;zagadkowym uśmiechem wciąga na
+nogi pantofle, dar i&nbsp;pracę Makenowej.</p>
+
+<p>Kto wie jeszcze jak będzie. Jest niezależny,
+wolny, jeszcze młody, powodzenie
+ma u&nbsp;panien niemałe, może się zdecyduje...
+ożeni...</p>
+
+<hr class="dots" />
+
+<p>W panieńskich łóżeczkach, pod niebieskiemi,
+różowemi i&nbsp;białemi kołderkami,
+leżą „gołąbki” otulone, z&nbsp;włosami gładko
+splecionemi z&nbsp;tyłu, z&nbsp;przodu zakręconemi
+w papiloty. Niebieskie, różowe lub zielone<span class="pagenum"><a name="Strona_355" id="Strona_355">[Str. 355]</a></span>
+veilleuzy palą się blado przed obrazkami
+albo statuetkami Dziewicy. Panienki
+zasypiają spokojnie, wesołe, rozbawione
+jeszcze tą farsą, jaką urządziły Makenowej
+i staremu Heldingowi. Uśmiech
+rozjaśnia ich wpółsenne buzie, gdy myślą
+o kosmyku chwiejącym się nad uchem
+i o&nbsp;tem, że Helding wziął ten flirt zbiorowy
+na seryo a&nbsp;Makenowa z&nbsp;przestrachu
+i zazdrości pozieleniała.</p>
+
+<p>I doskonałe w&nbsp;swem okrucieństwie,
+spokojne w&nbsp;tej zbrodni, jaką wyrządziły,
+rozrywając silne jak śmierć uczucie, zasypiają
+jedne po drugiej, gołąbki białe
+niewinne, łagodne w&nbsp;mdławych światełkach,
+składając na piersiach ręce giestem
+pensyonarek śpiących w&nbsp;dortoirach Sacr&eacute;-Coeur,
+giestem aniołów otaczających fałdy
+błękitnego płaszcza przezroczystej
+wśród chmur Madonny.</p>
+
+<p class="center fin"><span class="spaced">KONIEC</span>.</p>
+
+
+
+
+</div>
+
+
+<hr style="width: 85%;" />
+
+<div id="tnotes" class="tnote">
+<h2><a name="UWAGI" id="UWAGI"></a>UWAGI DO WYDANIA ELEKTRONICZNEGO</h2>
+
+<p>Na początku dokumentu dodano numerację rzymskimi cyframi;
+numeracji tej nie było w&nbsp;tekście oryginalnym.
+Strony numerowane cyframi arabskimi pozostawiono bez zmian,
+poza przesunięciem ich na koniec wyrazu, jesli nowa strona
+przypadała w&nbsp;jego połowie.</p>
+
+<p>Zachowano oryginalną ortografię i&nbsp;interpunkcję, również w&nbsp;wypadkach,
+gdy odbiegały one od współcześnie przyjętych. W&nbsp;szczególności
+pozostawiono bez zmian <i>wstawki obcojęzyczne</i> (również w&nbsp;wypadkach,
+gdy nie były one poprawne gramatycznie, co zresztą zapewne nie jest
+bez znaczenia dla fabuły) oraz wielokropki (nie ujednolicano
+ich do postaci mającej jednakową liczbe kropek).</p>
+
+<p>Poprawiono natomiast omyłki, które wyglądały na błędy drukarskie.
+Pełna lista zmian wprowadzonych przy tworzeniu elektronicznej
+wersji tekstu znajduje się poniżej.</p>
+
+
+<h3>POPRAWKI wprowadzone do tekstu</h3>
+
+<table summary="Pełna lista zmian dokonanych podczas tworzenia wersji elektronicznej">
+<tr>
+ <th>Strona</th>
+ <th>Było</th>
+ <th>Poprawiono na</th>
+</tr>
+
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_1" href="#Strona_3" class="cor">3</a></td>
+ <td>pokręcał</td>
+ <td><a href="#tAnchor_1" class="cor">podkręcał</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_2" href="#Strona_9" class="cor">9</a></td>
+ <td>córkę na kolanach męża. Żabusia pójdzie</td>
+ <td><a href="#tAnchor_2" class="cor">córkę na kolanach męża.&nbsp;&mdash;&nbsp;Żabusia pójdzie</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_3" href="#Strona_9" class="cor">9</a></td>
+ <td>kobieta, uśmiechając się zalotnie&nbsp;&mdash;&nbsp;Żabusia</td>
+ <td><a href="#tAnchor_3" class="cor">kobieta, uśmiechając się zalotnie.&nbsp;&mdash;&nbsp;Żabusia</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_4" href="#Strona_11" class="cor">11</a></td>
+ <td>bobieca</td>
+ <td><a href="#tAnchor_4" class="cor">kobieca</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_5" href="#Strona_12" class="cor">12</a></td>
+ <td>stalugi</td>
+ <td><a href="#tAnchor_5" class="cor">sztalugi</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_6" href="#Strona_16" class="cor">16</a></td>
+ <td>daleleko</td>
+ <td><a href="#tAnchor_6" class="cor">daleko</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_7" href="#Strona_22" class="cor">22</a></td>
+ <td>piędziesięciu</td>
+ <td><a href="#tAnchor_7" class="cor">pięćdziesięciu</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_8" href="#Strona_25" class="cor">25</a></td>
+ <td>derce</td>
+ <td><a href="#tAnchor_8" class="cor">serce</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_9" href="#Strona_34" class="cor">34</a></td>
+ <td>z perełką, ba nawet medal od chrztu</td>
+ <td><a href="#tAnchor_9" class="cor">z perełką, ba, nawet medal od chrztu</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_10" href="#Strona_34" class="cor">34</a></td>
+ <td>mówił a&nbsp;wracał późno w&nbsp;noc, gwiżdżąc</td>
+ <td><a href="#tAnchor_10" class="cor">mówił, a&nbsp;wracał późno w&nbsp;noc, gwiżdżąc</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_11" href="#Strona_41" class="cor">41</a></td>
+ <td>O, tak! bordeaux niepodobne do picia...</td>
+ <td><a href="#tAnchor_11" class="cor">&nbsp;&mdash;&nbsp;O, tak! bordeaux niepodobne do picia...</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_12" href="#Strona_51" class="cor">51</a></td>
+ <td>nauciela</td>
+ <td><a href="#tAnchor_12" class="cor">nauczyciela</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_13" href="#Strona_67" class="cor">67</a></td>
+ <td>podciągając</td>
+ <td><a href="#tAnchor_13" class="cor">pociągając?</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_14" href="#Strona_70" class="cor">70</a></td>
+ <td>powien</td>
+ <td><a href="#tAnchor_14" class="cor">powinien</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_15" href="#Strona_73" class="cor">73</a></td>
+ <td>przynajmiej</td>
+ <td><a href="#tAnchor_15" class="cor">przynajmniej</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_16" href="#Strona_79" class="cor">79</a></td>
+ <td>dumy</td>
+ <td><a href="#tAnchor_16" class="cor">dumny</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_17" href="#Strona_86" class="cor">86</a></td>
+ <td>&mdash;&nbsp;Łapcie mi się trzęsą! co&nbsp;&mdash;&nbsp;pytał,</td>
+ <td><a href="#tAnchor_17" class="cor">&mdash;&nbsp;Łapcie mi się trzęsą! co?&nbsp;&mdash;&nbsp;pytał,</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_18" href="#Strona_105" class="cor">105</a></td>
+ <td>bezutannie</td>
+ <td><a href="#tAnchor_18" class="cor">bezustannie</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_19" href="#Strona_114" class="cor">114</a></td>
+ <td>&mdash;&nbsp;A&nbsp;dajże spokój, Honorko dziecku</td>
+ <td><a href="#tAnchor_19" class="cor">&mdash;&nbsp;A&nbsp;dajże spokój, Honorko, dziecku</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_20" href="#Strona_129" class="cor">129</a></td>
+ <td>słała</td>
+ <td><a href="#tAnchor_20" class="cor">stała</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_21" href="#Strona_135" class="cor">135</a></td>
+ <td>pozostawiają</td>
+ <td><a href="#tAnchor_21" class="cor">pozostawiając</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_22" href="#Strona_135" class="cor">135</a></td>
+ <td>Jest dziś piękniejszym niż kiedykolwiek</td>
+ <td><a href="#tAnchor_22" class="cor">Jest dziś piękniejszym niż kiedykolwiek.</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_23" href="#Strona_135" class="cor">135</a></td>
+ <td>wygololona</td>
+ <td><a href="#tAnchor_23" class="cor">wygolona</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_24" href="#Strona_148" class="cor">148</a></td>
+ <td>zrzucił na ziemię pudełko „pate des prelats”. którą nadawał</td>
+ <td><a href="#tAnchor_24" class="cor">zrzucił na ziemię pudełko „pate des prelats”, którą nadawał</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_25" href="#Strona_168" class="cor">168</a></td>
+ <td>szare i&nbsp;znużone: Czuł mimowoli jakiś</td>
+ <td><a href="#tAnchor_25" class="cor">szare i&nbsp;znużone. Czuł mimowoli jakiś</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_26" href="#Strona_181" class="cor">181</a></td>
+ <td>wymówiszy</td>
+ <td><a href="#tAnchor_26" class="cor">wymówiwszy</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_27" href="#Strona_182" class="cor">182</a></td>
+ <td>nieodpowienie</td>
+ <td><a href="#tAnchor_27" class="cor">nieodpowiednie</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_28" href="#Strona_189" class="cor">189</a></td>
+ <td>w ręku, uśmiechnął się blado:</td>
+ <td><a href="#tAnchor_28" class="cor">w ręku, uśmiechnął się blado.</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_29" href="#Strona_203" class="cor">203</a></td>
+ <td>zwykłe</td>
+ <td><a href="#tAnchor_29" class="cor">zwykle?</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_30" href="#Strona_204" class="cor">204</a></td>
+ <td>Ależ tak&nbsp;&mdash;&nbsp;tylko role. a&nbsp;wreszcie...</td>
+ <td><a href="#tAnchor_30" class="cor">Ależ tak&nbsp;&mdash;&nbsp;tylko role, a&nbsp;wreszcie...</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_31" href="#Strona_206" class="cor">206</a></td>
+ <td>nowe i&nbsp;dość miłe lecz dla człowieka,</td>
+ <td><a href="#tAnchor_31" class="cor">nowe i&nbsp;dość miłe, lecz dla człowieka,</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_32" href="#Strona_211" class="cor">211</a></td>
+ <td>ciemmno</td>
+ <td><a href="#tAnchor_32" class="cor">ciemno</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_33" href="#Strona_234" class="cor">234</a></td>
+ <td>&mdash;&nbsp;Bo to... widzisz Wicek ja</td>
+ <td><a href="#tAnchor_33" class="cor">&mdash;&nbsp;Bo to... widzisz Wicek, ja</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_34" href="#Strona_240" class="cor">240</a></td>
+ <td>porwawszzy</td>
+ <td><a href="#tAnchor_34" class="cor">porwawszy</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_35" href="#Strona_290" class="cor">290</a></td>
+ <td>Zebyś</td>
+ <td><a href="#tAnchor_35" class="cor">Żebyś</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_36" href="#Strona_294" class="cor">294</a></td>
+ <td>&mdash;&nbsp;Przepraszam pana,wykrztusiła</td>
+ <td><a href="#tAnchor_36" class="cor">&nbsp;&mdash;&nbsp;Przepraszam pana&nbsp;&mdash;&nbsp;wykrztusiła</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_37" href="#Strona_316" class="cor">316</a></td>
+ <td>Chata, w&nbsp;której mieszkał jego żona,</td>
+ <td><a href="#tAnchor_37" class="cor">Chata, w&nbsp;której mieszkała jego żona,</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_38" href="#Strona_327" class="cor">327</a></td>
+ <td>po pachami</td>
+ <td><a href="#tAnchor_38" class="cor">pod pachami</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_39" href="#Strona_328" class="cor">328</a></td>
+ <td>&mdash;&nbsp;Powoli, salon napełniał się</td>
+ <td><a href="#tAnchor_39" class="cor">Powoli, salon napełniał się</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_40" href="#Strona_328" class="cor">328</a></td>
+ <td>księżnej:&nbsp;&mdash;&nbsp;Atmosfera stawała się</td>
+ <td><a href="#tAnchor_40" class="cor">księżnej.&nbsp;&mdash;&nbsp;Atmosfera stawała się</a></td>
+</tr>
+</table>
+
+
+
+
+
+</div>
+</div>
+
+
+
+
+
+
+
+
+<pre>
+
+
+
+
+
+End of the Project Gutenberg EBook of Menazerya ludzka, by Gabriela Zapolska
+
+*** END OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK MENAZERYA LUDZKA ***
+
+***** This file should be named 34635-h.htm or 34635-h.zip *****
+This and all associated files of various formats will be found in:
+ https://www.gutenberg.org/3/4/6/3/34635/
+
+Produced by Ewa "czupirek" Jaros and the Online Distributed
+Proofreading Team at http://dp.rastko.net (this file was
+created from images generously made available by CBN Polona
+- http://www.polona.pl).
+
+
+Updated editions will replace the previous one--the old editions
+will be renamed.
+
+Creating the works from public domain print editions means that no
+one owns a United States copyright in these works, so the Foundation
+(and you!) can copy and distribute it in the United States without
+permission and without paying copyright royalties. Special rules,
+set forth in the General Terms of Use part of this license, apply to
+copying and distributing Project Gutenberg-tm electronic works to
+protect the PROJECT GUTENBERG-tm concept and trademark. Project
+Gutenberg is a registered trademark, and may not be used if you
+charge for the eBooks, unless you receive specific permission. If you
+do not charge anything for copies of this eBook, complying with the
+rules is very easy. You may use this eBook for nearly any purpose
+such as creation of derivative works, reports, performances and
+research. They may be modified and printed and given away--you may do
+practically ANYTHING with public domain eBooks. Redistribution is
+subject to the trademark license, especially commercial
+redistribution.
+
+
+
+*** START: FULL LICENSE ***
+
+THE FULL PROJECT GUTENBERG LICENSE
+PLEASE READ THIS BEFORE YOU DISTRIBUTE OR USE THIS WORK
+
+To protect the Project Gutenberg-tm mission of promoting the free
+distribution of electronic works, by using or distributing this work
+(or any other work associated in any way with the phrase "Project
+Gutenberg"), you agree to comply with all the terms of the Full Project
+Gutenberg-tm License (available with this file or online at
+https://gutenberg.org/license).
+
+
+Section 1. General Terms of Use and Redistributing Project Gutenberg-tm
+electronic works
+
+1.A. By reading or using any part of this Project Gutenberg-tm
+electronic work, you indicate that you have read, understand, agree to
+and accept all the terms of this license and intellectual property
+(trademark/copyright) agreement. If you do not agree to abide by all
+the terms of this agreement, you must cease using and return or destroy
+all copies of Project Gutenberg-tm electronic works in your possession.
+If you paid a fee for obtaining a copy of or access to a Project
+Gutenberg-tm electronic work and you do not agree to be bound by the
+terms of this agreement, you may obtain a refund from the person or
+entity to whom you paid the fee as set forth in paragraph 1.E.8.
+
+1.B. "Project Gutenberg" is a registered trademark. It may only be
+used on or associated in any way with an electronic work by people who
+agree to be bound by the terms of this agreement. There are a few
+things that you can do with most Project Gutenberg-tm electronic works
+even without complying with the full terms of this agreement. See
+paragraph 1.C below. There are a lot of things you can do with Project
+Gutenberg-tm electronic works if you follow the terms of this agreement
+and help preserve free future access to Project Gutenberg-tm electronic
+works. See paragraph 1.E below.
+
+1.C. The Project Gutenberg Literary Archive Foundation ("the Foundation"
+or PGLAF), owns a compilation copyright in the collection of Project
+Gutenberg-tm electronic works. Nearly all the individual works in the
+collection are in the public domain in the United States. If an
+individual work is in the public domain in the United States and you are
+located in the United States, we do not claim a right to prevent you from
+copying, distributing, performing, displaying or creating derivative
+works based on the work as long as all references to Project Gutenberg
+are removed. Of course, we hope that you will support the Project
+Gutenberg-tm mission of promoting free access to electronic works by
+freely sharing Project Gutenberg-tm works in compliance with the terms of
+this agreement for keeping the Project Gutenberg-tm name associated with
+the work. You can easily comply with the terms of this agreement by
+keeping this work in the same format with its attached full Project
+Gutenberg-tm License when you share it without charge with others.
+
+1.D. The copyright laws of the place where you are located also govern
+what you can do with this work. Copyright laws in most countries are in
+a constant state of change. If you are outside the United States, check
+the laws of your country in addition to the terms of this agreement
+before downloading, copying, displaying, performing, distributing or
+creating derivative works based on this work or any other Project
+Gutenberg-tm work. The Foundation makes no representations concerning
+the copyright status of any work in any country outside the United
+States.
+
+1.E. Unless you have removed all references to Project Gutenberg:
+
+1.E.1. The following sentence, with active links to, or other immediate
+access to, the full Project Gutenberg-tm License must appear prominently
+whenever any copy of a Project Gutenberg-tm work (any work on which the
+phrase "Project Gutenberg" appears, or with which the phrase "Project
+Gutenberg" is associated) is accessed, displayed, performed, viewed,
+copied or distributed:
+
+This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with
+almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or
+re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included
+with this eBook or online at www.gutenberg.org
+
+1.E.2. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is derived
+from the public domain (does not contain a notice indicating that it is
+posted with permission of the copyright holder), the work can be copied
+and distributed to anyone in the United States without paying any fees
+or charges. If you are redistributing or providing access to a work
+with the phrase "Project Gutenberg" associated with or appearing on the
+work, you must comply either with the requirements of paragraphs 1.E.1
+through 1.E.7 or obtain permission for the use of the work and the
+Project Gutenberg-tm trademark as set forth in paragraphs 1.E.8 or
+1.E.9.
+
+1.E.3. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is posted
+with the permission of the copyright holder, your use and distribution
+must comply with both paragraphs 1.E.1 through 1.E.7 and any additional
+terms imposed by the copyright holder. Additional terms will be linked
+to the Project Gutenberg-tm License for all works posted with the
+permission of the copyright holder found at the beginning of this work.
+
+1.E.4. Do not unlink or detach or remove the full Project Gutenberg-tm
+License terms from this work, or any files containing a part of this
+work or any other work associated with Project Gutenberg-tm.
+
+1.E.5. Do not copy, display, perform, distribute or redistribute this
+electronic work, or any part of this electronic work, without
+prominently displaying the sentence set forth in paragraph 1.E.1 with
+active links or immediate access to the full terms of the Project
+Gutenberg-tm License.
+
+1.E.6. You may convert to and distribute this work in any binary,
+compressed, marked up, nonproprietary or proprietary form, including any
+word processing or hypertext form. However, if you provide access to or
+distribute copies of a Project Gutenberg-tm work in a format other than
+"Plain Vanilla ASCII" or other format used in the official version
+posted on the official Project Gutenberg-tm web site (www.gutenberg.org),
+you must, at no additional cost, fee or expense to the user, provide a
+copy, a means of exporting a copy, or a means of obtaining a copy upon
+request, of the work in its original "Plain Vanilla ASCII" or other
+form. Any alternate format must include the full Project Gutenberg-tm
+License as specified in paragraph 1.E.1.
+
+1.E.7. Do not charge a fee for access to, viewing, displaying,
+performing, copying or distributing any Project Gutenberg-tm works
+unless you comply with paragraph 1.E.8 or 1.E.9.
+
+1.E.8. You may charge a reasonable fee for copies of or providing
+access to or distributing Project Gutenberg-tm electronic works provided
+that
+
+- You pay a royalty fee of 20% of the gross profits you derive from
+ the use of Project Gutenberg-tm works calculated using the method
+ you already use to calculate your applicable taxes. The fee is
+ owed to the owner of the Project Gutenberg-tm trademark, but he
+ has agreed to donate royalties under this paragraph to the
+ Project Gutenberg Literary Archive Foundation. Royalty payments
+ must be paid within 60 days following each date on which you
+ prepare (or are legally required to prepare) your periodic tax
+ returns. Royalty payments should be clearly marked as such and
+ sent to the Project Gutenberg Literary Archive Foundation at the
+ address specified in Section 4, "Information about donations to
+ the Project Gutenberg Literary Archive Foundation."
+
+- You provide a full refund of any money paid by a user who notifies
+ you in writing (or by e-mail) within 30 days of receipt that s/he
+ does not agree to the terms of the full Project Gutenberg-tm
+ License. You must require such a user to return or
+ destroy all copies of the works possessed in a physical medium
+ and discontinue all use of and all access to other copies of
+ Project Gutenberg-tm works.
+
+- You provide, in accordance with paragraph 1.F.3, a full refund of any
+ money paid for a work or a replacement copy, if a defect in the
+ electronic work is discovered and reported to you within 90 days
+ of receipt of the work.
+
+- You comply with all other terms of this agreement for free
+ distribution of Project Gutenberg-tm works.
+
+1.E.9. If you wish to charge a fee or distribute a Project Gutenberg-tm
+electronic work or group of works on different terms than are set
+forth in this agreement, you must obtain permission in writing from
+both the Project Gutenberg Literary Archive Foundation and Michael
+Hart, the owner of the Project Gutenberg-tm trademark. Contact the
+Foundation as set forth in Section 3 below.
+
+1.F.
+
+1.F.1. Project Gutenberg volunteers and employees expend considerable
+effort to identify, do copyright research on, transcribe and proofread
+public domain works in creating the Project Gutenberg-tm
+collection. Despite these efforts, Project Gutenberg-tm electronic
+works, and the medium on which they may be stored, may contain
+"Defects," such as, but not limited to, incomplete, inaccurate or
+corrupt data, transcription errors, a copyright or other intellectual
+property infringement, a defective or damaged disk or other medium, a
+computer virus, or computer codes that damage or cannot be read by
+your equipment.
+
+1.F.2. LIMITED WARRANTY, DISCLAIMER OF DAMAGES - Except for the "Right
+of Replacement or Refund" described in paragraph 1.F.3, the Project
+Gutenberg Literary Archive Foundation, the owner of the Project
+Gutenberg-tm trademark, and any other party distributing a Project
+Gutenberg-tm electronic work under this agreement, disclaim all
+liability to you for damages, costs and expenses, including legal
+fees. YOU AGREE THAT YOU HAVE NO REMEDIES FOR NEGLIGENCE, STRICT
+LIABILITY, BREACH OF WARRANTY OR BREACH OF CONTRACT EXCEPT THOSE
+PROVIDED IN PARAGRAPH 1.F.3. YOU AGREE THAT THE FOUNDATION, THE
+TRADEMARK OWNER, AND ANY DISTRIBUTOR UNDER THIS AGREEMENT WILL NOT BE
+LIABLE TO YOU FOR ACTUAL, DIRECT, INDIRECT, CONSEQUENTIAL, PUNITIVE OR
+INCIDENTAL DAMAGES EVEN IF YOU GIVE NOTICE OF THE POSSIBILITY OF SUCH
+DAMAGE.
+
+1.F.3. LIMITED RIGHT OF REPLACEMENT OR REFUND - If you discover a
+defect in this electronic work within 90 days of receiving it, you can
+receive a refund of the money (if any) you paid for it by sending a
+written explanation to the person you received the work from. If you
+received the work on a physical medium, you must return the medium with
+your written explanation. The person or entity that provided you with
+the defective work may elect to provide a replacement copy in lieu of a
+refund. If you received the work electronically, the person or entity
+providing it to you may choose to give you a second opportunity to
+receive the work electronically in lieu of a refund. If the second copy
+is also defective, you may demand a refund in writing without further
+opportunities to fix the problem.
+
+1.F.4. Except for the limited right of replacement or refund set forth
+in paragraph 1.F.3, this work is provided to you 'AS-IS' WITH NO OTHER
+WARRANTIES OF ANY KIND, EXPRESS OR IMPLIED, INCLUDING BUT NOT LIMITED TO
+WARRANTIES OF MERCHANTIBILITY OR FITNESS FOR ANY PURPOSE.
+
+1.F.5. Some states do not allow disclaimers of certain implied
+warranties or the exclusion or limitation of certain types of damages.
+If any disclaimer or limitation set forth in this agreement violates the
+law of the state applicable to this agreement, the agreement shall be
+interpreted to make the maximum disclaimer or limitation permitted by
+the applicable state law. The invalidity or unenforceability of any
+provision of this agreement shall not void the remaining provisions.
+
+1.F.6. INDEMNITY - You agree to indemnify and hold the Foundation, the
+trademark owner, any agent or employee of the Foundation, anyone
+providing copies of Project Gutenberg-tm electronic works in accordance
+with this agreement, and any volunteers associated with the production,
+promotion and distribution of Project Gutenberg-tm electronic works,
+harmless from all liability, costs and expenses, including legal fees,
+that arise directly or indirectly from any of the following which you do
+or cause to occur: (a) distribution of this or any Project Gutenberg-tm
+work, (b) alteration, modification, or additions or deletions to any
+Project Gutenberg-tm work, and (c) any Defect you cause.
+
+
+Section 2. Information about the Mission of Project Gutenberg-tm
+
+Project Gutenberg-tm is synonymous with the free distribution of
+electronic works in formats readable by the widest variety of computers
+including obsolete, old, middle-aged and new computers. It exists
+because of the efforts of hundreds of volunteers and donations from
+people in all walks of life.
+
+Volunteers and financial support to provide volunteers with the
+assistance they need are critical to reaching Project Gutenberg-tm's
+goals and ensuring that the Project Gutenberg-tm collection will
+remain freely available for generations to come. In 2001, the Project
+Gutenberg Literary Archive Foundation was created to provide a secure
+and permanent future for Project Gutenberg-tm and future generations.
+To learn more about the Project Gutenberg Literary Archive Foundation
+and how your efforts and donations can help, see Sections 3 and 4
+and the Foundation web page at https://www.pglaf.org.
+
+
+Section 3. Information about the Project Gutenberg Literary Archive
+Foundation
+
+The Project Gutenberg Literary Archive Foundation is a non profit
+501(c)(3) educational corporation organized under the laws of the
+state of Mississippi and granted tax exempt status by the Internal
+Revenue Service. The Foundation's EIN or federal tax identification
+number is 64-6221541. Its 501(c)(3) letter is posted at
+https://pglaf.org/fundraising. Contributions to the Project Gutenberg
+Literary Archive Foundation are tax deductible to the full extent
+permitted by U.S. federal laws and your state's laws.
+
+The Foundation's principal office is located at 4557 Melan Dr. S.
+Fairbanks, AK, 99712., but its volunteers and employees are scattered
+throughout numerous locations. Its business office is located at
+809 North 1500 West, Salt Lake City, UT 84116, (801) 596-1887, email
+business@pglaf.org. Email contact links and up to date contact
+information can be found at the Foundation's web site and official
+page at https://pglaf.org
+
+For additional contact information:
+ Dr. Gregory B. Newby
+ Chief Executive and Director
+ gbnewby@pglaf.org
+
+
+Section 4. Information about Donations to the Project Gutenberg
+Literary Archive Foundation
+
+Project Gutenberg-tm depends upon and cannot survive without wide
+spread public support and donations to carry out its mission of
+increasing the number of public domain and licensed works that can be
+freely distributed in machine readable form accessible by the widest
+array of equipment including outdated equipment. Many small donations
+($1 to $5,000) are particularly important to maintaining tax exempt
+status with the IRS.
+
+The Foundation is committed to complying with the laws regulating
+charities and charitable donations in all 50 states of the United
+States. Compliance requirements are not uniform and it takes a
+considerable effort, much paperwork and many fees to meet and keep up
+with these requirements. We do not solicit donations in locations
+where we have not received written confirmation of compliance. To
+SEND DONATIONS or determine the status of compliance for any
+particular state visit https://pglaf.org
+
+While we cannot and do not solicit contributions from states where we
+have not met the solicitation requirements, we know of no prohibition
+against accepting unsolicited donations from donors in such states who
+approach us with offers to donate.
+
+International donations are gratefully accepted, but we cannot make
+any statements concerning tax treatment of donations received from
+outside the United States. U.S. laws alone swamp our small staff.
+
+Please check the Project Gutenberg Web pages for current donation
+methods and addresses. Donations are accepted in a number of other
+ways including including checks, online payments and credit card
+donations. To donate, please visit: https://pglaf.org/donate
+
+
+Section 5. General Information About Project Gutenberg-tm electronic
+works.
+
+Professor Michael S. Hart was the originator of the Project Gutenberg-tm
+concept of a library of electronic works that could be freely shared
+with anyone. For thirty years, he produced and distributed Project
+Gutenberg-tm eBooks with only a loose network of volunteer support.
+
+
+Project Gutenberg-tm eBooks are often created from several printed
+editions, all of which are confirmed as Public Domain in the U.S.
+unless a copyright notice is included. Thus, we do not necessarily
+keep eBooks in compliance with any particular paper edition.
+
+
+Most people start at our Web site which has the main PG search facility:
+
+ https://www.gutenberg.org
+
+This Web site includes information about Project Gutenberg-tm,
+including how to make donations to the Project Gutenberg Literary
+Archive Foundation, how to help produce our new eBooks, and how to
+subscribe to our email newsletter to hear about new eBooks.
+
+
+</pre>
+
+</body>
+</html>
diff --git a/LICENSE.txt b/LICENSE.txt
new file mode 100644
index 0000000..6312041
--- /dev/null
+++ b/LICENSE.txt
@@ -0,0 +1,11 @@
+This eBook, including all associated images, markup, improvements,
+metadata, and any other content or labor, has been confirmed to be
+in the PUBLIC DOMAIN IN THE UNITED STATES.
+
+Procedures for determining public domain status are described in
+the "Copyright How-To" at https://www.gutenberg.org.
+
+No investigation has been made concerning possible copyrights in
+jurisdictions other than the United States. Anyone seeking to utilize
+this eBook outside of the United States should confirm copyright
+status under the laws that apply to them.
diff --git a/README.md b/README.md
new file mode 100644
index 0000000..c2657a1
--- /dev/null
+++ b/README.md
@@ -0,0 +1,2 @@
+Project Gutenberg (https://www.gutenberg.org) public repository for
+eBook #34635 (https://www.gutenberg.org/ebooks/34635)