diff options
Diffstat (limited to '34079-0.txt')
| -rw-r--r-- | 34079-0.txt | 6704 |
1 files changed, 6704 insertions, 0 deletions
diff --git a/34079-0.txt b/34079-0.txt new file mode 100644 index 0000000..28eac4c --- /dev/null +++ b/34079-0.txt @@ -0,0 +1,6704 @@ +Project Gutenberg's Tajemnica Baskerville'ów, by Arthur Conan Doyle + +This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with +almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or +re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included +with this eBook or online at www.gutenberg.org + + +Title: Tajemnica Baskerville'ów + dziwne przygody Sherlocka Holmes + +Author: Arthur Conan Doyle + +Translator: Eugenia ¯mijewska + +Release Date: October 15, 2010 [EBook #34079] + +Language: Polish + +Character set encoding: UTF-8 + +*** START OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK TAJEMNICA BASKERVILLE'ÓW *** + + + + +Produced by Ewa "czupirek" Jaros and the Online Distributed +Proofreading Team at http://dp.rastko.net (this file was +created from images generously made available by CBN Polona +- http://www.polona.pl) + + + + + + ++-----------------------------------------------------------------------+ +| UWAGI DO WYDANIA ELEKTRONICZNEGO | +| | +| Zachowano oryginalną ortografię i interpunkcję, również w wypadkach, | +| gdy odbiegały one od współcześnie przyjętych. Poprawiono natomiast | +| omyłki, które wyglądały na błędy drukarskie. Pełna ich lista znajduje | +| się na końcu tego dokumentu. | ++-----------------------------------------------------------------------+ + + + + + TAJEMNICA BASKERVILLE'ÓW + + Dziwne przygody Sherlocka Holmes + + + PRZEZ + + Conana Doyle'a + + + Przekład z angielskiego + + EUGENII ŻMIJEWSKIEJ. + + + Dodatek do „SŁOWA” + + WARSZAWA. + + DRUKIEM NOSKOWSKIEGO + + 15. ulica Warecka 15. + + 1902. + + + +Дозволено Цензурою +Варшава, 26 июля 1902 года + + + + +I. + +Pan Sherlock Holmes. + + +Pan Sherlock Holmes zwykł był wstawać późno, o ile nie czuwał przez +całą noc, a zdarzało mu się to nieraz. Otóż owego dnia wstał +wyjątkowo wcześnie. Jadł śniadanie. Stałem przy kominku. Schyliłem +się i podniosłem laskę, którą nasz gość zostawił wczorajszego +wieczoru. Był to kij gruby, z dużą gałką, utoczoną z drzewa; pod +gałką była srebrna obrączka, a na niej napis: „Jakóbowi Mortimer +M. R. C. S. od przyjaciół C. C. H.”, pod spodem zaś data: +„r. 1884”. Taką laskę staroświecką, mocną, zapewniającą +bezpieczeństwo, zwykli nosić starzy lekarze. + +-- No, i cóż, Watson? Co pan myślisz o tej lasce? Jakie wyprowadzasz +wnioski? -- zapytał. + +Holmes siedział, odwrócony do mnie plecami; widzieć mnie nie mógł, +a ja zachowywałem się tak cichutko, że nie mógł domyślić się, czem +jestem zajęty. + +-- Masz pan chyba oczy z tyłu głowy... -- rzekłem. + +-- Mam przed sobą srebrny imbryk -- odparł -- ale powiedz mi, Watson, +co myślisz o lasce naszego gościa? Skoro nie zastał nas w domu i nie +wytłómaczył celu swych odwiedzin, ta mimowolna pamiątka nabiera +wielkiego znaczenia. Chciałbym też wiedzieć, jakie pojęcie tworzysz +sobie o tym człowieku? + +-- Sądzę -- odparłem, trzymając się metody dociekań mojego +towarzysza -- że doktor Mortimer jest lekarzem średniego wieku, +zażywającym szacunku; dowodzi tego ów upominek pacyentów. + +-- Dobrze, wybornie! -- pochwalił mnie Holmes. + +-- Sądzę dalej, że jest lekarzem prowincyonalnym i że po większej +części odwiedza chorych pieszo. + +-- Dlaczego tak pan przypuszczasz? + +-- Bo laska, choć pierwotnie ładna, jest tak zniszczona, że żaden +lekarz miejski nie chciałby jej używać. Grube okucie żelazne starło +się, co dowodzi, że laska była w częstem użyciu. + +-- Słuszne rozumowanie -- przytwierdził Holmes. + +-- A dalej, napis od przyjaciół z C. C. H. świadczy, że lekarz niósł +pomoc członkom jakiegoś klubu myśliwskiego (Hunting Club). + +-- Istotnie, Watson, przechodzisz sam siebie -- rzekł Holmes, zapalając +papierosa. -- Muszę przyznać, że pańskie wnioski są słuszne. Mam +pojętnego ucznia. Wyświetliłeś kilka punktów zupełnie ciemnych. + +Nigdy jeszcze Holmes nie odzywał się do mnie w sposób tak pochlebny. +Cieszyłem się z jego uznania, na które oddawna już usiłowałem +zasłużyć, stosując jego metodę badań w sprawach kryminalnych. + +Po chwili milczenia, odebrał mi laskę i przypatrywał jej się gołem +okiem. Następnie odłożył papierosa, odszedł z laską do okna +i począł jej się przyglądać przez szkło powiększające. + +-- Ciekawe, bardzo ciekawe... -- rzekł, wracając na swoje ulubione +miejsce przy kominku. + +-- Czy pan dopatrzył się jakiego nowego szczegółu, mogącego służyć +za wskazówkę? -- spytałem, spodziewając się, że nic ważnego nie +uszło mojej baczności. + +-- Zdaje mi się, mój drogi Watson, że prawie wszystkie twoje +wnioski były mylne. Pod jednym tylko względem miałeś słuszność, +a mianowicie, że posiadacz tej laski jest doktorem prowincyonalnym +i że dużo chodzi. + +-- A więc nie omyliłem się? + +-- Na tym punkcie -- nie. + +-- A na innych? + +-- Inne wywody były fałszywe. I tak, naprzykład, twierdzisz, że laska +jest darem jakiegoś prowincyonalnego klubu myśliwskiego. Ja +przypuszczam, że ofiarowali ją lekarzowi pensyonarze szpitala Charing +Cross (C. C. H.). + +-- Przyznaję, że to jest prawdopodobniejsze. Jaki pan stąd wyprowadza +wniosek? + +-- Znana jest panu moja metoda badania. Zastosuj ją w praktyce. + +-- Mogę to tylko wywnioskować, że przed osiedleniem się na wsi, ten +lekarz praktykował w mieście. + +-- Sądzę, że możemy posunąć się jeszcze dalej na drodze +przypuszczeń. Ten dar został wręczony w chwili, gdy doktor +Mortimer opuszczał szpital, aby rozpocząć praktykę na własną rękę. + +-- Prawdopodobnie. + +-- Jakież mógł on zajmować stanowisko w tym szpitalu? -- albo lekarza +ordynującego, albo studenta-praktykanta. Zapewne to ostatnie, bo +doktor szpitalny, z wyrobioną opinią i liczną praktyką, nie opuszcza +zajmowanej pozycyi, aby się przesiedlać na prowincyę. Doktor Mortimer +opuścił szpital przed laty pięciu, jak to wskazuje data na lasce. +W owym czasie ukończył zapewne uniwersytet, a więc upada pański +wniosek, iż jest człowiekiem średniego wieku. Doktor Mortimer ma lat +trzydzieści niespełna, jest uprzejmym, dobrym, niezbyt ambitnym, +roztargnionym. Ma psa trochę większego od jamnika, a mniejszego od +wyżła. + +Roześmiałem się niedowierzająco. Holmes zasiadł wygodnie w fotelu +i puszczał kłęby dymu. + +-- Nietrudno będzie przekonać się, który z nas dwóch ma racyę -- +rzekłem, zbliżając się do szafki bibliotecznej i wyjmując z niej +kalendarz z wykazem lekarzów angielskich, oraz ich życiorysem. +Z pośród wielu Mortimerów, jeden tylko mógł być tym, o którego +nam chodziło. Odczytałem głośno: + +„Mortimer Jerzy, lekarz powiatowy w Grimpen, Dartmoor, hrabstwo Devsu. +Był studentem-praktykantem w szpitalu Charing-Cross od r. 1882 do +1884. Otrzymał nagrodę Jacksona za studyum z zakresu patologii +porównawczej, zatytułowane: „Czy choroba jest zboczeniem?” Jest +członkiem szwedzkiego Towarzystwa patologicznego, autorem wielu +artykułów, jako to: „Kilka przykładów atawizmu” (drukowany +w „Lancet” w r. 1882), „Czy idziemy z biegiem postępu?” +(„Dziennik Psychologiczny” 1883). Jest lekarzem powiatowym gmin +Grimpen, Thorsley i High Barrow”. + +-- Widzisz pan, że miałem słuszność -- rzekł Holmes. -- Obstaję +dalej przy moich hypotezach, że doktor Mortimer musi być uprzejmy, +bo tylko człowiek uprzejmy dostaje takie upominki od swoich pacyentów; +że nie jest ambitny, bo inaczej nie opuszczałby Londynu dla prowincyi, +i że jest roztargniony, bo w razie przeciwnym, zamiast laski, zostawiłby +swój bilet wizytowy. + +-- Jakież są pańskie wnioski co do psa? + +-- Jego pies zwykł nosić laskę w zębach; ponieważ laska jest ciężka, +więc ją trzyma pośrodku; w tem miejscu znać ślady psich zębów. Zęby +są za duże na jamnika, za małe na wyżła. To może być... tak, to jest +pinczer. + +Holmes przeszedł przez pokój i stanął we framudze okna. W głosie jego +było tyle głębokiego przekonania, że nie mogłem się wstrzymać, aby +go nie zapytać: + +-- Skąd taka pewność? + +-- Dla bardzo prostej przyczyny, że mam tego psa przed oczyma; stoi za +temi drzwiami, a jego właściciel w tej chwili właśnie do nich dzwoni. +Proszę cię, Watson, nie wychodź z pokoju. Jest pańskim kolegą, +i pańska obecność może mi być przydatną. Nadchodzi ważna chwila. +Zbliżają się kroki, które mogą stanowić o przeznaczeniu -- złem czy +dobrem -- niewiadomo. Ciekaw jestem, czego doktor Jerzy Mortimer +zażąda od Sherlocka Holmes, specyalisty od przestępstw kryminalnych... +Proszę! + +Do pokoju wszedł nasz gość. Jego powierzchowność zdziwiła mnie +bardzo. Nie wyglądał na prowincyonalnego lekarza. Był wysoki, +szczupły, miał nos wązki, wysuwający się ostro z pomiędzy oczu +przenikliwych, zasłoniętych ciemnymi okularami, w złotej oprawie. +Ubrany był w długi, poplamiony surdut, spodnie miał wystrzępione. +Choć jeszcze młody wiekiem, był już przygarbiony; na jego twarzy +malowała się dobra wola względem ludzi. Wchodząc, zobaczył odrazu +laskę w ręku Holmesa i podbiegł ku niej z okrzykiem radości. + +-- Tak się cieszę! -- zawołał. -- Nie byłem pewny, czym ją zostawił +tutaj, czy w biurze portowem. Gdybym ją zgubił, sprawiłoby mi to +wielką przykrość. + +-- Wszak to prezent? -- rzekł Holmes. + +-- Tak, panie. + +-- Od pensyonarzy hotelu Charing Cross... + +-- Tak, od paru pacyentów. Dali mi ją na pąmiątkę mojego ślubu. + +-- Szkoda -- rzekł Holmes, ściskając mu rękę. + +-- Czego pan żałuje? -- spytał doktor Mortimer ze zdziwieniem. + +-- Szkoda, że pan rozproszył moje wnioski -- brzmiała +odpowiedź. -- A więc powiadasz pan, że to podarek ślubny? + +-- Tak, panie. Ożeniłem się i dlatego musiałem szpital opuścić; +trzeba było założyć dom, postarać się o praktykę samodzielną. + +-- No, i teraz zyskujesz pan sobie sławę na polu nauki -- rzekłem. + +-- Wszak mam przyjemność mówić z panem Sherlock Holmes? + +-- Nie, to mój przyjaciel, doktor Watson. + +-- Miło mi pana poznać. Słyszałem o panu nieraz. Pozwoli mi pan, +panie Holmes, zbadać swoją czaszkę. Od pierwszego rzutu oka +spostrzegłem, że jest niezwykłą: zdradza zdolności, rzekłbym nawet -- +geniusz dedukcyjny. Taka czaszka byłaby ozdobą każdego muzeum. +Przyznaję, że jej panu zazdroszczę. + +-- Jesteś pan entuzyastą w swoim zawodzie, tak, jak ja w swoim -- +odparł detektyw -- ale sądzę, że nie przybywasz pan tu po raz wtóry +jedynie w zamiarze zbadania mojej czaszki... + +-- Nie, panie, choć rad jestem, że zdarza mi się sposobność ku temu. +Przybyłem do pana, panie Holmes, bo uznaję własną niepraktyczność, +a jestem postawiony wobec bardzo trudnego zagadnienia. Ponieważ pan +jesteś drugim w Europie ekspertem w sprawach kryminalnych... + +-- Doprawdy? Czy wolno mi zapytać, kto jest pierwszym? + +-- W oczach człowieka, przekładającego teoryę nad praktykę, pan +Bortillon zajmuje niewątpliwie pierwsze miejsce. + +-- Więc czemuż pan nie zwrócisz się do niego? + +-- Powiadam, że jest on pierwszorzędny powagą, jako teoretyk. Ale pan, +jako praktyk, zajmujesz pierwsze w Europie -- to niewątpliwe. +Spodziewam się, żem pana nie obraził... + +-- Trochę -- odparł Holmes nawpół żartem -- ale jako człowiek +praktyczny, chciałbym nareszcie dowiedzieć się, co pana tutaj +sprowadza. + + + + +II. + +Przekleństwo rodu Baskerville. + + +-- Mam w kieszeni rękopis -- rzekł doktor Jerzy Mortimer. + +-- Spostrzegłem to odrazu, gdyś pan wszedł do pokoju -- odparł Holmes. + +-- Manuskrypt jest stary. + +-- Z ośmnastego wieku. + +-- Skąd pan wie? + +-- Z pańskiej kieszeni wychodzi pół cala papieru. Przyglądałem mu +się, podczas gdyś pan mówił, a byłbym lichym rzeczoznawcą, gdybym +z zewnętrznego wyglądu nie potrafił określić daty rękopisu. +Czytałeś pan zapewne moją monografię w tym przedmiocie. Otóż +w tym wypadku sądzę, że manuskrypt datuje się z roku 1730-go. + +-- Omyliłeś się pan o lat dwanaście. Datowany jest z roku 1742-go. + +Doktor Mortimer wyjął go z kieszeni. + +-- Ten dokument rodzinny został powierzony mojej pieczy przez sir +Karola Baskerville, którego śmierć tragiczna poruszyła przed trzema +miesiącami całe Devonshire. Dodam, że byłem jego osobistym +przyjacielem, zarówno jak lekarzem domowym. Był to człowiek dzielny, +rozumny, praktyczny i tak samo, jak ja, nie podlegający złudzeniom +wyobraźni. A jednak wierzył święcie słowom tego dokumentu i był +przygotowany na rodzaj śmierci, który go spotkał... + +Holmes wyciągnął rękę po manuskrypt i począł mu się bacznie +przyglądać. + +-- Zwracam pańska uwagę, Watson, na kolejne używanie krótkiego +i długiego _s_. Jest to jedna ze wskazówek, która mi pomogła do +określenia daty. + +Spojrzałem przez ramię na papier, pożółkły ze starości. Na +pierwszej stronicy był nagłówek: „Baskerville Hall”, a pod spodem +data: „1742”. + +-- To zapewne potwierdzenie jakiejś legendy -- wtrącił Holmes. + +-- Rzeczywiście -- przyznał doktor Mortimer. -- Legenda tycze się +rodu Baskervillów. + +-- Przypuszczam jednak, że pragniesz pan zasięgnąć mojej rady +w sprawie aktualniejszej i bardziej realnej -- rzekł Holmes. + +-- Tak. Chodzi mi o fakt zagadkowy, który zdarzył się niedawno; +muszę rozstrzygnąć zagadkę, w ciągu dwudziestu czterech godzin. +Ale manuskrypt jest krótki i ma ścisły związek z tą sprawą. Zatem +odczytam go panu, jeśli pan pozwoli. + +Holmes skinął głową. Zasiadł wygodnie w fotelu, złożył ręce +tak, że palce stykały się z palcami, przymknął oczy i słuchał +z rezygnacyą. + +Doktor Mortimer podsunął manuskrypt pod światło i głosem dobitnym +czytał, co następuje: + +-- „Rozmaite pogłoski krążyły o Psie Baskervillów, lecz ja, +pochodząc w prostej linii od Hugona Baskerville, słyszałem tę +historyę z ust mojego ojca, który znowu słyszał ją od swojego, +więc ją spisuję z całą wiarą. Pragnąłbym, abyście i wy, moi +synowie, nabrali głębokiego przekonania, że Sprawiedliwość, karcąca +winę, może ją odpuścić, i że żadna kara nie jest tak ciężką, aby +modlitwa i pokuta nie zdołały jej zatrzeć. Niech te dzieje nauczą +was, że nie należy bać się owoców przeszłości, lecz raczej być +ostrożnym na przyszłość, aby dzikie chucie, za które nasz ród +poniósł tak srogą karę, nie rozkiełznały się znowu na naszą zgubę. + +„Dowiedzcie się więc, że za czasów Wielkiej Rewolucyi (polecam wam +przeczytać dzieje tej epoki, skreślone przez lorda Clarendon); otóż +w owych czasach w zamku Baskerville rządził Hugon, a był to, przyznać +muszę, człowiek porywczy i bezbożnik. + +„Sąsiedzi przebaczyliby łatwo to ostatnie wykroczenie, bo nasza +okolica nie słynęła nigdy religijności, ale nie mogli mu przebaczyć +wrodzonego okrucieństwa. + +„Otóż ów Hugon pokochał (jeśli można tem mianem nazwać tak dzikie +uczucie), pokochał zatem córkę czynszownika, dzierżawiącego grunta +w pobliżu dóbr Baskerville. Ale dziewczyna, będąc skromną, +i bogobojną, obawiała się go, jak szatana. Otóż pewnego na jesieni, +w dzień świętego Michała, ów Hugon na czele pięciu czy sześciu +kompanów, zakradł się do farmy i uprowadził dziewczynę, korzystając +z chwili, gdy ojciec i bracia jej byli nieobecni. + +„Przywieźli biedaczkę na zamek i osadzili ją w komnacie wieżowej, +Hugon i jego towarzysze zasiedli do nocnej uczty, wedle zwyczaju. +Słysząc ich pijackie wrzaski, dziewczyna truchlała, lecz była z natury +dzielną, więc opanowała strach i postanowiła ratować się. Ogromna +brzoza osłaniała i do dziś dnia osłania okno tej narożnej komnaty. +Dziewczę uczepiło się jej gałęzi i spuściło się po nich na dół, +a dostawszy się na swobodę, łąkami i polami biegło do fermy swego +ojca, oddalonej o trzy mile od zamku. + +„Wkrótce potem, Hugon, zostawiwszy swoich kompanów przy butelkach +i kartach, podążył do swojej ofiary, a widząc, że ptaszek opuścił +klatkę, jak szalony powrócił do komnaty biesiadnej, wytłukł szkło +i wśród okropnych przekleństw i złorzeczeń zaprzysiągł, że odda +ciało i duszę dyabłu, jeśli ten dopomoże mu odzyskać dziewczynę. +Pijani towarzysze słuchali go w przerażonem milczeniu, tylko jeden, +gorszy, a może bardziej pijany od innych, poddał myśl, aby za +dziewczyną puścić w pogoń psy podwórzowe. + +„Słysząc to Hugon, wybiegł przed dom, zwołał chłopców stajennych, +kazał im osiodłać swoją klacz ulubioną i spuścić psy z łańcuchów; +jednemu, najdzikszemu, dał do powąchania chustkę dziewczyny, +zostawioną w narożnej komnacie, i popędził przez łąki w noc +księżycową. + +„Towarzysze hulanki rzucili się do koni, chwycili pistolety i pognali +za swoim amfitryonem, a było ich razem trzynastu. Księżyc świecił +jasno, pędzili galopem drogą, którą musiała uciekać dziewczyna, +jeśli podążyła do domu. + +„Ujechali z półtory mili, gdy spostrzegli nocnego pastucha. Pytali go, +czy nie widział brytanów. Wystraszony, odparł, że przed chwilą biegły +za jakąś dziewczyną. + +-- „Ale widziałem coś więcej -- mówił. -- Hugon Baskerville pędził +tędy na swojej karej klaczy, a za nim leciał jakiś pies okropny, +czarny, jakby szatan wcielony. Niech mnie Bóg broni, żebym kiedy +jeszcze miał spotkać podobnego potwora na mojej drodze. + +„Pijani towarzysze cisnęli pastuchowi przekleństwo i pognali naprzód. +Ujechali jeszcze z pół mili. Nagle włosy stanęły im dębem ze strachu, +bo oto przed nimi pędziła klacz kara, pokryta pianą, bez siodła i bez +jeźdźca. + +„Towarzysze zbili się w gromadkę, bo ich strach oblatywał, lecz +jechali dalej, choć każdy z nich, gdyby był sam, zawróciłby konia +i uciekł do zamku, ale jeden wstydził się drugiego. Człapiąc wolno, +zrównali się wreszcie z brytanami; te, choć znane w całej okolicy ze +swej zajadłości, leżały teraz w rowie, wystraszone, i wyły +przeraźliwie. + +„Kompania zatrzymała się. Jeźdźcy otrzeźwieli odrazu. Jedni chcieli +zawracać, drudzy postanowili przekonać się, co zaszło. Księżyc +świecił tak jasno, że można było szpilki zbierać. + +„O milę dalej, na polu, sterczały wysokie kamienie. Pomiędzy nimi +leżała dziewczyna, martwa, a obok niej Hugon Baskerville -- nieżywy. + +„Ale nie ten widok, choć straszny i niespodziany, najeżył włosy +pijackiej kompanii; straszniejszy obraz przedstawił się ich oczom: nad +zwłokami Hugona stał pies czarny, ogromny, wyszczerzał zęby i błyskał +ślepiami. Jeden z towarzyszów padł na miejscu, rażony strachem, drugi +utracił zmysły, reszta hulaszczej kompanii do końca życia nie +zapomniała tego wrażenia. + +„Taką jest, moi synowie, legenda o psie, który od owego czasu trapił +naszą rodzinę. Spisałem ją, abyście wiedzieli, jak się rzeczy +istotnie miały i nie wierzyli krążącym baśniom. Nie będę, taił +przed wami, że po tym wypadku, wielu mężczyzn w naszym rodzie umarło +śmiercią nagłą, krwawą i tajemniczą. Jednak nie traćmy wiary +w miłosierdzie Boskie, które karci niewinnych, tylko do trzeciego +lub czwartego pokolenia. Opatrzności Boskiej, moi synowie, was polecam +i ostrzegam, abyście nie przechodzili przez tę łąkę po nocy, gdy złe +duchy są rozkiełznane.” + +(To są przestrogi Hugona Baskerville, spisane dla jego synów, Rogera +i Jana, z rozkazem, aby o tem wszystkiem nie wspominali swej siostrze, +Elżbiecie). + + * * * * * + +Doktor Mortimer skończył czytać tę niezwykłą opowieść, nasunął na +oczy okulary i spojrzał na pana Sherlocka Holmes. Ten ziewnął +i rzucił papierosa w ogień. + +-- No i cóż? -- rzekł. + +-- Czy historya ta nie jest interesującą? + +-- Zapewne, dla zbieracza starych legend i baśni. + +Doktor Mortimer wyjął z kieszeni gazetę. + +-- A teraz, panie Holmes -- rzekł -- pokażę panu coś aktualniejszego. +Oto dziennik „Devon County Chronicle” z dnia 14-go Maja roku +bieżącego. Jest w nim opis faktów, odnoszących się do śmierci sir +Karola Baskerville, która zdarzyła się na kilka dni przed ową datą. + +Mój przyjaciel nachylił się i począł słuchać uważniej. Doktor +Mortimer czytał: + +„Niedawna i nagła śmierć sir Karola Baskerville, kandydata liberalnego +z hrabstwa Devon, przejęła całą naszą okolicę zdumieniem i trwogą. +Jakkolwiek sir Karol Baskerville mieszkał w Baskerville Hall od +niedawna, lecz jego uprzejmość, hojność i szlachetność, zjednały mu +szacunek tych wszystkich, którzy mieli z nim do czynienia. +W dzisiejszej epoce parweniuszów miło jest widzieć potomka +starożytnego a podupadłego rodu, odzyskującego fortunę swych +przodków i przywracającego świetność staremu nazwisku. + +„Sir Karol, jak wiadomo, zyskał duży majątek na spekulacyach w Afryce +południowej, a będąc z natury przezornym, nie kusił dalej szczęścia, +które mogłoby się odwrócić od niego, jak to czyni z innymi, +i zrealizowawszy swoją fortunę, powrócił do Anglii. + +„Przed dwoma laty zaledwie osiadł w Baskerville Hall; znane są jego +szerokie plany odnowienia starej siedziby i wprowadzenia ulepszeń +w gospodarstwie rolnem. Śmierć przeszkodziła ich urzeczywistnieniu. + +„Będąc bezdzietnym, pragnął, aby cała okolica korzystała z jego +fortuny i niejeden z sąsiadów ma ważne powody do opłakiwania jego +przedwczesnego zgonu. Donosiliśmy często na tych szpaltach o jego +hojnych ofiarach na instytucye publiczne. + +„Śledztwo nie wyjaśniło dotychczas okoliczności, towarzyszących +śmierci sir Karola. Krążą tu najdziwaczniejsze legendy, przypisujące +ów nagły zgon działaniu sił nadprzyrodzonych. + +„Sir Karol był wdowcem, uważano go powszechnie za dziwaka. Pomimo +dużej fortuny, miał przyzwyczajenia proste, skromne. Personel służbowy +w Baskerville Hall składał się z kamerdynera, nazwiskiem Barrymore, +jego żony, kucharki i gospodyni w jednej osobie. Oboje zeznają, że +zdrowie sir Karola w ostatnich czasach było nietęgie, że rozwijała się +w nim choroba serca, objawiająca się bladością, brakiem tchu +i częstemi omdleniami. Doktor Jerzy Mortimer, przyjaciel i domowy lekarz +nieboszczyka, złożył zeznanie w tym samym duchu. + +„Sir Karol Baskerville zwykł był co wieczór, przed pójściem na +spoczynek, przechadzać się po słynnej alei wiązów przed zamkiem. +Małżonkowie Barrymore opowiadają, że wieczorom 4-go maja, ich pan +oznajmił im, że nazajutrz wyrusza do Londynu i kazał pakować kuferek. + +„Owego wieczoru wyszedł, jak zwykle, na przechadzkę, wśród której +wypalał cygaro. + +„Z tej przechadzki już nie powrócił. + +„O dwunastej Barrymore, widząc drzwi frontowe jeszcze otwarte, +zaniepokoił się, i wziąwszy latarnię, poszedł szukać swego pana. +W ciągu dnia deszcz padał, więc łatwo było dojrzeć ślady stóp sir +Karola wzdłuż alei. W połowie drogi jest furtka, prowadząca na łąkę. + +„Były ślady, że sir Karol stał przy niej przez czas pewien, +następnie skręcił znowu w aleję. Znaleziono jego trupa na jej końcu. + +„Pomiędzy innemi dotychczas nie wyjaśniono jednego faktu, wynikającego +z zeznań Barrymora, a mianowicie, że ślady kroków jego pana zmieniły +się z chwilą, gdy stał przy furtce i że odtąd szedł na palcach. + +„Niejaki Murphy, cygan, handlujący końmi, znajdował się wówczas na +łące, w pewnej odległości od nieboszczyka, ale sam przyznaje, że był +pijany. Powiada, że słyszał krzyki, ale nie może określić, skąd +wychodziły. + +„Na ciele sir Karola nie było śladów przemocy lub gwałtu, a chociaż +lekarz zeznaje, że wyraz twarzy nieboszczyka był tak zmieniony, że on, +doktor Mortimer, w pierwszej chwili poznać go nie mógł, rzeczoznawcy +tłómaczą to anewryzmem serca, przy którym zachodzą podobne objawy. + +„Sekcya wykazała przedawnioną wadę serca, sędzia śledczy potwierdził +badanie lekarskie. Pożądanem jest, aby spadkobierca sir Karola mógł +objąć jaknajprędzej majątek i prowadzić dalej chlubną działalność, +przerwaną tak nagle i tak tragicznie. + +„Gdyby prozaiczne orzeczenie sędziego śledczego i rzeczoznawców nie +położyło końca romantycznym historyom, krążącym na temat owej +śmierci, nie łatwo byłoby znaleźć właściciela Baskerville Hall. + +„Domniemanym spadkobiercą jest pan Henryk Baskerville, syn młodszego +brata sir Karola. Ów młodzieniec przed kilku laty wyruszył do Ameryki. +Zarządzono poszukiwania. Dowie się on zapewne niebawem o zmianie swego +losu”. + + * * * * * + +Doktor Mortimer złożył gazetę i wsunął ją do kieszeni, mówiąc: + +-- To są fakty, powszechnie znane. + +-- Dziękuję panu za zwrócenie mojej uwagi na sprawę istotnie +ciekawą -- rzekł pan Holmes. -- Czytałem o niej, coprawda, w dziennikach, +ale w owym czasie byłem zajęty kameami, które zniknęły z muzeum +Watykańskiego. Chciałem się przysłużyć Papieżowi i straciłem z oczu +to, co się jednocześnie działo w Anglii. Ten artykuł, powiadasz pan, +zawiera fakty, znane powszechnie? + +-- Tak. + +-- Zechciej więc pan uwiadomić mnie teraz o tem, czego nikt nie wie. + +Sherlock Holmes oparł się o poręcz fotelu i znowu złożył ręce tak, +aby palce stykały się końcami. + +-- Uczynię to -- rzekł doktor Mortimer, zdradzając coraz większe +wzburzenie. -- Powiem panu to, czego nie mówiłem jeszcze nikomu. +Zataiłem to przed sędzią śledczym z pobudek, które pan zapewne +zrozumie. Jako człowiek nauki, nie chciałem zdradzać się publicznie, +iż wierzę w przesądy. Dalej, rozumiałem, że gdyby utwierdziła się +wiara w nadprzyrodzone siły, rządzące w Baskerville Hall, nikt nie +zechciałby objąć starego zamku w posiadanie. Dla tych dwóch powodów +nie zeznałem przed sądem wszystkiego, co wiem -- albowiem nie +zdałoby się to na nic sędziemu śledczemu -- ale z panem będę +zupełnie szczery. + +„Okolica jest mało zaludniona, rezydencye rzadkie, a siedziby +włościańskie rozrzucone na znacznej odległości od siebie. + +„Widywałem często sir Karola Baskerville, który był spragniony +towarzystwa. Oprócz p. Frankland w Lafterhall i naturalisty, +p. Stapleton, w pobliżu niema ludzi inteligentnych. Sir Karol +był skryty, małomówny. Zbliżyliśmy się z powodu jego choroby, +przytem łączyły nas wspólne upodobania naukowe. Przywiózł wiele +ciekawych wiadomości z Afryki Południowej. Spędziliśmy niejeden +miły wieczór na rozprawach o anatomii porównawczej. + +„W ciągu ostatnich paru miesięcy spostrzegłem, że system nerwowy sir +Karola był nadwerężony. Wziął tak dalece ową legendę do serca, że +choć co wieczór odbywał spacery, nic go nie mogło skłonić do +wejścia na łąkę po zachodzie słońca. Prześladowała go wciąż obawa +upiorów, i pytał mnie nieraz, czym nie widział jakiego dziwacznego +stworzenia i czym nie słyszał szczekania. Te pytania zadawał mi zawsze +głosem drżącym. + +„Wraziła mi się w pamięć jedna z moich wizyt u niego przed trzema +tygodniami. Stał w sieni. Gdym schodził z wózka, spostrzegłem, że +patrzy po przez moje ramię ze strachem w oczach. Odwróciłem się +i spostrzegłem jakiś kształt dziwny, podobny do dużego, czarnego +cielęcia. Przeleciało to po za moim wózkiem. + +„Sir Karol był tak wzburzony, że poszedłem szukać tego osobliwego +zwierzęcia. Ale nigdzie go nie było. Mój pacyent nie mógł się +uspokoić. Zostałem z nim przez cały wieczór i wtedy, tłómacząc swe +wzburzenie, opowiedział mi całą tę historyę. + +„Wspominam o tym drobnym epizodzie, gdyż nabiera on znaczenia wobec +tragedyi, która potem nastąpiła; na razie nie przywiązywałem do tego +wagi i dziwiłem się wzburzeniu sir Karola. + +„Miał jechać do Londynu z mojej porady. Wiedziałem, że jest chory +na serce i że ciągły niepokój źle wpływa na jego zdrowie. Sądziłem, +że parę miesięcy, spędzonych na rozrywkach, uwolni go od tych mar +i przywidzeń. Nasz wspólny przyjaciel, pan Stapleton, był tego samego +zdania. I oto wynikło nieszczęście. + +„Zaraz po śmierci sir Karola, kamerdyner Barrymore wyprawił do mnie +grooma Perkinsa; przybyłem do Baskerville Hall w godzinę po +katastrofie. Zbadałem wszystkie fakty, przytoczone w śledztwie. +Szedłem śladami, pozostawionemi w Alei Wiązów, obejrzałem miejsce przy +furtce, gdzie sir Karol zatrzymał się, i zmiarkowałem, że od owego +miejsca szedł na palcach i że nie było śladu innych kroków, oprócz +późniejszych, Barrymora. Wreszcie obejrzałem starannie zwłoki, które +pozostały nietknięte do mego przybycia. + +„Sir Karol leżał nawznak z rozciągniętemi rękoma, jego twarz była +tak zmieniona, że zaledwie mogłem ją poznać. Na ciele nie było +żadnych obrażeń. Ale Barrymore w toku śledztwa uczynił jedno zeznanie +fałszywe. Powiedział, że nie było żadnych śladów dokoła trupa. Nie +spostrzegł ich, ale ja dostrzegłem -- zupełnie świeże, w pobliżu. + +-- Czy ślady kroków? + +-- Tak. + +-- Męzkie, czy kobiece? + +Doktor Mortimer patrzył na nas przez chwilę dziwnemi oczyma, wreszcie +odparł szeptem: + +-- Panie Holmes, były ślady kroków... psa... olbrzymiego. + + + + +III. + +Zagadka. + + +Przyznaję, że gdym słuchał tego opowiadania, przebiegały po mnie +dreszcze. I doktor był żywo poruszony. + +-- Widziałeś pan te ślady? -- spytałem. + +-- Tak, na własne oczy; tak wyraźnie, jak teraz widzę pana. + +-- I nic pan nie mówiłeś? + +-- Po co? + +-- Dlaczego nikt inny nie dostrzegł tych śladów? + +-- Pozostały o jakie dwa łokcie od trupa; nie zwrócono na nie uwagi +i jabym ich nie zauważył, gdybym nie był znał tej legendy. + +-- Dużo jest psów w okolicy. + +-- Tak, ale to nie był zwykły pies. Powiedziałem już panom, że był +ogromny. + +-- Czy nie zbliżył się do trupa? + +-- Nie. + +-- Czy noc była jasna? + +-- Nie; pochmurna i wilgotna. + +-- Ale deszcz nie padał? + +-- Nie. + +-- Jak wygląda aleja? + +-- Jest wysadzana dwoma rzędami wiązów i opasana żywopłotem, +wysokości 12 stóp. Sama aleja ma 8 stóp szerokości. + +-- Czy jest co pomiędzy żywopłotem a aleją? + +-- Tak; po obu stronach biegnie trawnik, szerokości 6 stóp. + +-- O ile zrozumiałem, jest wejście przez furtkę? + +-- Tak; furtka prowadzi na łąkę. + +-- Czy są inne wejścia? + +-- Niema. + +-- Tak, iż aby wkroczyć w Aleję Wiązów, trzeba wyjść z domu, lub +iść przez łąkę? + +-- Jest trzecie wejście przez altanę, na drugim końcu alei. + +-- Czy sir Karol doszedł do tej altany? + +-- Nie; znaleziono go o pięćdziesiąt łokci od niej. + +-- A teraz, zechciej mi pan powiedzieć, doktorze Mortimer -- będzie to +szczegół ważny -- czy ślady, któreś pan spostrzegł, pozostały na +żwirze, czy na trawie? + +-- Nie mogłem dojrzeć śladów na trawie. + +-- Czy ślady były po tej samej stronie, co furtka? + +-- Tak, po tej samej. + +-- Bardzo mnie pan zaciekawia. Jeszcze jedno pytanie. Czy furtka była +zamknięta? + +-- Zamknięta na klucz i zaryglowana. + +-- Jak jest wysoka? + +-- Ma około 4-ch stóp. + +-- A więc można ją łatwo przesadzić? + +-- Tak. + +-- A jakie ślady znalazłeś pan przy furtce? + +-- Żadnych, któreby mogły zwrócić uwagę. + +-- Czyżeś pan nie oglądał ziemi dokoła? + +-- I owszem, oglądałem. + +-- I nie dostrzegłeś pan żadnych śladów? + +-- Były bardzo niewyraźne. Widocznie sir Karol stał tutaj przez pięć +do dziesięciu minut. + +-- Skąd pan to wie? + +-- Gdyż popiół z cygara spadł dwa razy na ziemię. + +-- Wybornie. Znaleźliśmy kolegę wedle naszego serca. Prawda, Watson? +Ale jakież to były ślady? + +-- Ślady stóp na żwirze. Innych znaków dostrzedz nie mogłem. + +Sherlock Holmes uderzył ręką w kolano. + +-- Czemu mnie tam nie było! -- zawołał. -- Jest to wypadek bardzo +ciekawy, dający obfite pole do naukowej ekspertyzy. Czemuż nie mogłem +odczytać tej żwirowej karty, zanim ją zatarły inne stopy! Doktorze +Mortimer, że też mnie pan nie uwiadomił wcześniej! Jeśli nam się nie +uda wyświetlić sprawy, cała odpowiedzialność spadnie na pana. + +-- Nie mogłem pana wzywać, panie Holmes, bo w takim razie musiałbym +ujawnić te fakty przed całym światem, a mówiłem już, żem sobie tego +nie życzył. Zresztą... zresztą... + +-- Czemu pan nie kończysz? + +-- Bywają dziedziny, niedostępne nawet dla najbystrzejszych +i najdoświadczeńszych detektywów... + +-- Chcesz pan powiedzieć, że wchodzi to w zakres rzeczy +nadprzyrodzonych? + +-- Tego nie twierdzę stanowczo. + +-- Ale pan tak myślisz w głębi ducha. + +-- Od owej tragedyi doszły do mojej świadomości fakty, sprzeczne +z ogólnemi prawami natury. + +-- Naprzykład? + +-- Dowiaduję się, że przed tą katastrofą, kilku ludzi widziało na +łące niezwykłe stworzenie, podobne do złego ducha Baskervillów. +Wszyscy mówią, że był to pies ogromny, przezroczysty. Wypytywałem +tych ludzi -- jeden z nich jest włościaninem, drugi kowalem, +trzeci farmerem. Ich zeznania są jednakowe. W całej okolicy +zapanował strach przesądny. Nikt po nocy nie przejdzie przez łąkę. + +-- I pan, człowiek nauki, wierzy w takie baśnie? -- zawołał Holmes. + +-- Dotychczas moje badania ogarniały świat zmysłów; usiłowałem +walczyć z chorobą, ale ze złymi duchami walczyć nie umiem. Zresztą +musisz pan przyznać, że ślady stóp są dowodem materyalnym. Pies +Hugona nie był także zjawiskiem nadprzyrodzonem skoro mógł zagryźć +na śmierć, a jednak miał w sobie coś szatańskiego. + +-- Widzę, że pan przeszedłeś do obozu spirytystów. Ale zechciej mi +powiedzieć jeszcze jedno, doktorze Mortimer. Jeżeli pan skłaniasz się +ku takim zapatrywaniom, dlaczego przyszedłeś zasięgnąć mojej rady? +Powiadasz pan jednym tchem, że nie warto przeprowadzać śledztwa +w sprawie zabójstwa sir Karola, a jednocześnie prosisz mnie, żebym się +tą sprawą zajął. + +-- Nie prosiłem o to. + +-- Więc w jaki sposób mogę panu dopomódz? + +-- Radząc mi, co mam zrobić z sir Henrykiem Baskerville, który +przybywa na dworzec Waterloo -- doktor Mortimer spojrzał na zegarek -- +za godzinę i kwadrans -- dokończył. + +-- Czy on jest spadkobiercą? + +-- Tak. Po śmierci sir Karola zasięgaliśmy wiadomości o tym +gentlemanie i dowiedzieliśmy się, że ma fermę w Kanadzie. Wedle +naszych informacyj, jest to młodzieniec bez zarzutu. Nie mówię teraz +jako lekarz, lecz jako wykonawca testamentu sir Karola. + +-- Czy niema innych kandydatów do spadku? + +-- Żadnego. Mógłby nim być tylko Roger Baskerville, najmłodszy +z trzech braci, z których sir Karol był najstarszym. Drugi brat, zmarły +przedwcześnie, był właśnie ojcem owego Henryka. Trzeci, Roger, był +synem marnotrawnym, żywą podobizną duchową starego Hugona. Tyle +nabroił w Anglii, że nie mógł już tu przebywać, uciekł do Ameryki +środkowej i umarł w roku 1876-ym na żółtą febrę. Henryk jest +ostatnim z Baskervillów. Za godzinę i pięć minut mam go spotkać +na dworcu Waterloo. Miałem depeszę z uwiadomieniem, iż przybył dziś +do Southampton. A teraz, panie Holmes, powiedz, jak mi radzisz postąpić? + +-- Dlaczego sir Henryk nie miałby wrócić do domu swych ojców? + +-- Wydaje się to rzeczą naturalną, a jednak, jeśli weźmiemy pod +uwagę, że każdego z Baskervillów, który tam przebywa, czeka śmierć +nagła i gwałtowna... Jestem pewien, że gdyby sir Karol mógł był ze +mną mówić przed katastrofą, byłby mi zakazał wprowadzać ostatniego +z rodu do owej przeklętej rezydencyi. Z drugiej strony, dobrobyt +całej okolicy zależy od przebywania dziedzica w Baskerville Hall. +Całe dzieło, zapoczątkowane przez sir Karola, pójdzie w niwecz, +jeśli nikt nie zamieszka na zamku. Boję się, aby dobro tej okolicy +nie skłoniło mnie do nielojalnego postąpienia z sir Henrykiem +i dlatego proszę pana o radę. + +Holmes zastanawiał się długą chwilę. + +-- Zatem -- odezwał się -- według pańskiego przekonania, jakaś siła +nieczysta grozi w tych stronach Baskervillom. Wszak pan w to wierzy +święcie? + +-- Gotów jestem przypuszczać, że tak jest. + +-- W takim razie, ta siła nieczysta może pastwić się nad Baskervillem +równie dobrze w Londynie, jak i w Devonshire. Szatan, którego +działanie byłoby umiejscowione, nie byłby groźnym. + +-- Starasz się pan ośmieszyć moją obawę, panie Holmes. Lecz gdybyś +sam widział te rzeczy nadprzyrodzone, odechciałoby ci się żartów. +Z pańskich słów miarkuję, że ów młodzieniec jest równie bezpieczny +w Londynie, jak i w Devonshire. Przybywa za pięćdziesiąt minut. Cóż +mi pan radzisz? + +-- Radzę wziąć dorożkę, zawołać psa, który skowyczy za drzwiami +i jechać na dworzec Waterloo na spotkanie sir Henryka Baskerville. + +-- A potem? + +-- A potem nic mu pan nie powiesz, dopóki nie namyślę się w tym +względzie. + +-- Jak długo potrzebujesz pan namyślać się? + +-- Dwadzieścia cztery godziny. Poproszę cię, doktorze Mortimer, abyś +mnie odwiedził jutro rano o dziesiątej. A zechciej przywieźć ze sobą +sir Henryka Baskerville. To mi ułatwi wykonanie mego planu. + +-- Zrobię, jak pan chcesz. + +Doktor zapisał godzinę na mankiecie i wyszedł. Pan Holmes zatrzymał go +na schodach. + +-- Jeszcze jedno pytanie -- rzekł. -- Powiadasz pan, że przed śmiercią +sir Karola kilku ludzi widziało to zjawisko na łące? + +-- Tak, trzech ludzi. + +-- Czy który z nich widział je potem? + +-- Nie wiem. + +-- Dziękuję panu. Dowidzenia. + +Holmes powrócił na swoje miejsce. Był widocznie zadowolony. + +-- Wychodzisz, Watson? -- rzekł. + +-- Czy potrzebujesz mojej pomocy? + +-- Nie, mój drogi. Poproszę cię o nią dopiero w chwili działania. +Sprawa wyjątkowa. Przechodząc obok Bradleya, zechciej wstąpić do +sklepu i każ mi przynieść paczkę najmocniejszego tytoniu. Jeżeli +możesz, byłbym ci bardzo obowiązany, gdybyś tu nie wracał przed +wieczorem, a wtedy zestawimy nasze wrażenia i poglądy. + +Wiedziałem, że samotność jest niezbędną mojemu przyjacielowi +w chwilach, gdy zastanawiał się nad poszlakami spraw kryminalnych, gdy +wyciągał wnioski i tworzył teorye, które okazywały się zawsze +słusznemi. To też cały dzień spędziłem w klubie i dopiero około +dziewiątej powróciłem do mieszkania przy Bakerstreet. + +Gdy drzwi otworzyłem, zdało mi się, że w mieszkaniu był pożar; +światło lampy ukazywało się jakby za czarną mgłą. Po chwili +zmiarkowałem, że dym pochodzi nie od ognia, lecz od mocnego tytoniu. +Wśród kłębów ujrzałem Holmesa w szlafroku. Siedział w fotelu +z fajeczką w ustach. Na stole leżało kilka zwitków papieru. +Odkaszlnąłem. + +-- Zaziębiłeś się? -- spytał. + +-- Nie, ale można się tu udusić. + +-- Otwórz okno. Widzę, że spędziłeś cały dzień w klubie... + +-- Po czem to miarkujesz, Holmes? + +-- Jesteś rzeźwy, pachnący, w dobrym humorze. Nigdy nie domyślisz się, +gdzie ja byłem. + +-- Nie będę nad tem suszył głowy. Powiesz mi sam. + +-- A więc byłem w Devonshire. + +-- Myślą? + +-- Tak. Moje ciało pozostało tutaj, na tym fotelu, i skonsumowało dwa +olbrzymie imbryki kawy i niezliczoną moc tytoniu. Po twojem wyjściu +posłałem do Stamforda po mapę tej okolicy i błądziłem po niej przez +dzień cały. Pochlebiam sobie, że każda piędź ziemi jest mi teraz +dobrze znana. + +-- To zapewne mapa o wielkiej skali? + +-- Tak. + +Rozwinął ją i położył na kolanie. + +-- Widzisz -- mówił -- oto łąka, a to -- Baskerville Hall. + +-- Naokoło las. + +-- Istotnie. A oto Aleja Wiązów, na lewo od łąki. Tu jest wioska +Grimpen, w której doktor Mortimer obrał swoją główną kwaterę. +W obrębie mil pięciu mało jest ludzkich siedzib. Oto Lafter Hall. +Tu -- domek przyrodnika Stapleton. Tutaj dwie formy: High Tore +i Fulmire. O czternaście mil dalej -- więzienie państwowe Princetown. +Dokoła i pośrodku -- łąki i trzęsawiska. Taki jest teren, na którym +rozegrała się owa tragedya. Postaramy się odtworzyć wszystkie jej +sceny i akty. + +-- Miejscowość bezludna. + +-- Tak. Dyabeł mógł się na niej rozgościć... + +-- A zatem i pan skłaniasz się do nadprzyrodzonych wyjaśnień... + +-- Sługami Dyabła mogą być ludzie z krwi i kości. Należy +przedewszystkiem rozstrzygnąć dwa zagadnienia: popierwsze, czy zaszła +zbrodnia? Powtóre: w jaki sposób ją spełniono? Jeżeli doktor Mortimer +nie jest w błędzie, jeśli okaże się, że mamy do czynienia +z nadprzyrodzonemi siłami, w takim razie dochodzenia sądowe są +bezużyteczne. Ale musimy wyczerpać wszelkie inne hypotezy, zanim +dojdziemy do tego wniosku. Możebyś zamknął okno. Znajduję, że +skoncentrowana atmosfera pomaga do skupienia myśli. Czy zastanawiałeś +się w ciągu dnia nad tą sprawą? + +-- Myślałem o niej dużo. Jest istotnie dziwna. + +-- Są w niej punkty charakterystyczne. I tak, naprzykład, zmiana +śladów. + +-- Doktor Mortimer wyjaśnił to w ten sposób, że sir Karol szedł potem +na palcach. + +-- Doktor powtórzył tylko to, co jakiś dudek powiedział na śledztwie. +Pocóżby sir Baskerville miał chodzić na palcach? Nie, on poprostu +biegł, _uciekał_, aż wreszcie padł twarzą na ziemię. + +-- Przed czemże uciekał? + +-- To właśnie należy wyświetlić! Są poszlaki, że już był +wylękniony, zanim począł uciekać. + +-- Skąd wiesz? + +-- Przypuszczam, że nastraszyło go coś, co ujrzał na łące. Ten widok +pozbawił go przytomności, bo inaczej nie byłby uciekał w stronę +przeciwną, zamiast biedz ku pałacowi. Jeżeli świadectwo cygana jest +wiarogodne, -- biegnąc, wołał o pomoc, a pędził tam, skąd pomoc +w żaden sposób nadejść nie mogła. Dalej: na kogo czekał owej nocy +i dlaczego czekał w Alei Wiązów, zamiast w domu? + +-- Wiec sądzisz, że czekał na kogoś? + +-- Był niemłody, chory. Zapewne mógł był wyjść na spacer, ale nie +w taką noc, ciemną, wilgotną. Czemu stał przez pięć do dziesięciu +minut przy furtce, jak to wywnioskował doktor Mortimer z popiołu +cygara? + +-- Wszak sir Karol wychodził co wieczór? + +-- Wątpię, czy co wieczór po dziesięć minut stawał przy furtce. Wiemy +nawet, że zwykł był unikać łąki. Przeciwnie, owego wieczora czekał +przy niej. Było to w wilię jego odjazdu do Londynu. Rzecz zaczyna się +rozjaśniać. Mój drogi, podaj mi skrzypce. Mówmy o czem innem. Dajmy +pokój tej sprawie aż do przybycia doktora Mortimer i sir Henryka +Baskerville. + + + + +IV + +Sir Henryk Baskerville. + + +Zjedliśmy wcześnie śniadanie. Holmes czekał na zapowiedzianą wizytę. +Nasi klienci stawili się punktualnie. Biła właśnie dziesiąta, gdy do +pokoju bawialnego wszedł doktor Mortimer, a za nim młody baronet. + +Ten ostatni był niewielkiego wzrostu, silnie zbudowany, miał lat ze +trzydzieści, włosy i oczy ciemne; gęste czarne brwi nadawały jego +twarzy wyraz stanowczy, a nawet srogi. Z całej jego postawy +i ogorzałego oblicza było znać, że dużo przebywał na świeżem +powietrzu; wyglądał na skończonego gentlemana. + +-- Oto sir Henryk Baskerville -- prezentował doktor Mortimer. + +-- Tak, jestem tu we własnej osobie, a co dziwniejsza, panie Holmes, +że gdyby mój przyjaciel nie zaproponował mi tej wizyty, sam przybyłbym +do pana. + +-- Niechże pan siada. Czyżby od pańskiego przybycia do Londynu +zdarzyłoby się panu coś niezwykłego? + +-- Zażartowano ze mnie. Dziś rano dostałem ten list. + +Sir Henryk położył na stole kopertę; wszyscy nachyliliśmy się nad +nią. Była to zwykła, szara koperta; adres: _Sir Henryk Baskerville_, +_Northumberland Hotel_ -- wypisany był drukiem, stempel Charing Cross +i data na kopercie z poprzedniego wieczora. + +-- Kto wiedział, że pan zatrzyma się w Northumberland Hotel? -- spytał +Holmes, spoglądając bystro na swego klienta. + +-- Nikt nie mógł wiedzieć. Zdecydowałem się dopiero po spotkaniu +doktora Mortimer. + +-- Doktor Mortimer mieszkał już tam zapewne? + +-- Bynajmniej. Zatrzymałem się u znajomego -- odparł doktor. -- Nie +było żadnych poszlak, wskazujących, że chcemy stanąć w tym właśnie +hotelu. + +-- Hm! ktoś widocznie śledzi pańskie kroki. + +Holmes wyjął z koperty papier dużego formatu, rozłożył go na stole. +Na środku arkusza było jedno zdanie. Brzmiało w te słowa: + + _Jeżeli dbasz o życie, strzeż się trzęsawiska_ + +Tylko jedno słowo: „trzęsawiska” było wypisane drukowanemi literami, +atramentem.[A] + +-- A teraz, panie Holmes -- rzekł sir Henryk Baskerville -- może mi pan +wytłómaczy, co znaczą te słowa i kto interesuje się moją osobą? + +-- Cóż pan o tem myślisz, doktorze Mortimer? Musisz chyba przyznać, że +niema w tem nic nadnaturalnego. + +-- Nie, lecz te słowa mogą być skreślone przez kogoś, kto wierzy +w nadprzyrodzoną siłę, rządząca tą sprawą. + +-- Jaką sprawą? -- podchwycił sir Henryk Baskerville. -- Widzę, że +panowie jesteście lepiej odemnie powiadomieni o moich interesach. + +-- Zanim stąd wyjdziesz, sir Henryku, będziesz wiedział to, co i my -- +oświadczył Sherlock Holmes. -- Tymczasem zajmiemy się tym ciekawym +dokumentem. List został naklejony i wrzucony do skrzynki wczoraj +wieczorem. Czy masz wczorajszy _Times_, Watson? + +-- Leży tutaj. + +-- Proszę cię o niego. Chcę zobaczyć wewnętrzną kolumnę z artykułem +wstępnym. + +Przebiegł okiem wzdłuż szpalty. + +-- Artykuł wstępny traktuje o wolnym handlu. Pozwólcie mi odczytać +z niego jeden ustęp: + +„Nie należy się łudzić, że taryfa protekcyjna osłoni nasz +przemysł. Takie prawo zmniejszy tylko obieg kapitałów i sprawi, +że życie będzie droższem w Anglii. Jeżeli więc dbasz o swój +dobrobyt, szanowny obywatelu, strzeż się głosować za rzecznikami +tej idei”. + +-- Cóż o tem myślisz, Watson? -- zawołał Holmes, zacierając ręce +z radości. -- Czy nie znajdujesz, że wyrażone poglądy są bardzo +głębokie? + +Doktor Mortimer spojrzał na Holmesa z zaciekawieniem; sir Henryk był +widocznie zdziwiony. + +-- Nie znam się na taryfach -- rzekł -- ale nie widzę, aby te słowa +miały nas wprowadzić na trop autora listu. + +-- I owszem, Watson zna mój system. Czy zrozumiałeś znaczenie tego +zdania dla naszej sprawy? + +-- Przyznaję, że nie widzę żadnej łączności pomiędzy temi słowami +a przestrogą, zawartą w liście anonimowym. + +-- A jednak, kochany Watson, łączność jest tak ścisła, że jedno +wypływa z drugiego. _Życie_, _dbasz_, _strzeż się_ -- czyż nie widzisz, +skąd są wzięte owe słowa? + +-- Masz pan słuszność! -- zawołał sir Henryk. + +-- Wszelkie wątpliwości rozprasza fakt, że słowa zostały wycięte +w całości, nie zaś pojedynczemi literami, a nawet widzimy dwa słowa +wycięte razem: _dbasz o_... + +-- Doprawdy, panie Holmes, to przechodzi wszelkie pojęcie! -- rzekł +doktor Mortimer, patrząc na mego przyjaciela ze zdumieniem. -- Nie +dość, że pan poznałeś odrazu, iż słowa zostały wycięte z dziennika, +ale domyśliłeś się, z którego. Powiedz-że nam, jakim sposobem? + +-- Sądzę, że potrafiłbyś, doktorze, odróżnić czaszkę Murzyna od +czaszki Eskimosa? + +-- Naturalnie. Badanie czaszek -- to moja specyalność. + +-- Dla moich oczu różnica pomiędzy _burgosowemi_ czcionkami artykułów +wstępnych _Timesa_ a _petitowym_ drukiem pism wieczornych jest tak +wielka, jak dla pana pomiędzy czaszką Eskimosa a Murzyna. Badanie +druków jest elementarzem wiedzy _detektywa_. + +-- O ile można przypuszczać, te słowa zostały wycięte scyzorykiem. + +-- Nie; nożyczkami i to bardzo ostremi i krótkiemi. Po wycięciu +naklejono je gumą na papierze. + +-- Ale dlaczego słowo: _trzęsawisko_ zostało wypisane ręcznie? + +-- Bo niema go w artykule. + +-- Czy coś jeszcze zwróciło pańską uwagę, panie Holmes? -- pytał sir +Henryk. + +-- Dostrzegam parę wskazówek, choć starano się zatrzeć wszelkie +ślady. Adres wypisany literami drukowanemi ręką niewprawną, ale +skądinąd _Times_ jest czytywany przez ludzi inteligentnych. +Wyprowadzam stąd wniosek, że autorem anonimu jest człowiek +wykształcony, który chce uchodzić za nieuka; sam fakt, że ukrywa +swe pismo, dowodzi, że pan znasz, lub że mógłbyś poznać to pismo. +Dalej: słowa nie są naklejone w prostej linii; i tak, naprzykład, +_życie_ nie jest na swojem miejscu właściwem. To świadczy +o niedbałości lub o wzruszeniu. Przypuszczam raczej to ostatnie. +Korespondent śpieszył się widocznie... ale dlaczego? Wiedział, +że list, wrzucony wieczorem, choćby najpóźniej, dojdzie rąk sir +Henryka nazajutrz przed jego wyjściem z hotelu. Czyżby ów nieznajomy +bał się, że mu przerwą robotę? + +-- Wkraczamy teraz w dziedzinę domysłów -- wtrącił doktor Mortimer. + +-- Powiedz pan raczej, że na pole prawdopodobieństw. Może to pan +nazwać domysłem, ale ja jestem pewien, że adres został skreślony +w hotelu. + +-- Skąd pan to wie? + +-- Jeżeli panowie przyjrzycie mu się dokładnie, to zmiarkujecie, że +piszący miał kłopot z piórem i atramentem. Pióro pryskało dwa razy +w jednem słowie, i wyschło trzy razy przy wypisywaniu tak krótkiego +adresu, co dowodzi, że było bardzo mało atramentu w kałamarzu. Otóż +w domu prywatnym rzadko się zdarza, aby atrament wysechł i żeby pióro +było w tak złym stanie. Ale wiadomo, czem są pióra i kałamarze +hotelowe. Sądzę, że badając kałamarze w hotelach w pobliżu Charing +Cross, znajdziemy wycięty numer _Timesa_ i zdołamy odszukać osobę, +która ten list przesłała. + +Obejrzał starannie papier, na którym były przyklejone słowa, ale nie +mógł dojrzeć nic osobliwego. + +-- Czy zdarzyło się panu co jeszcze od chwili, gdyś pan przybył do +Londynu? -- spytał sir Henryka. + +-- Nic zgoła. + +-- Czy nie zauważyłeś pan, że pana śledzą? + +-- Nie. Któżby miał ochotę mnie śledzić? Nikt mnie tu nie zna. + +-- Czy nie miał pan jakiej niespodzianki? + +-- Żadnej. Chyba tę tylko, że mi zginął jeden but. + +-- Zginął panu but? A to w jaki sposób? + +-- Znajdziesz go pan zapewne po powrocie do hotelu. Nie warto trudzić +pana Holmes takiemi drobiazgami -- przerwał mu doktor Mortimer. + +-- Przepraszam; to nie jest drobiazg -- zaprzeczył detektyw. -- Jakże +to było? + +-- Wystawiłem na korytarz oba buty do czyszczenia. Nazajutrz był tylko +jeden. Posługacz nie wiedział, co się stało z drugim. Kupiłem te buty +wczoraj i nie miałem ich wcale na nogach. + +-- Jeżeli ich pan nie nosiłeś, czemu je dawałeś do czyszczenia? + +-- Buty przechodziły przez tyle rąk w sklepie, że potrzebują +czyszczenia. + +-- A zatem wczoraj, po przyjeździe do Londynu, robiłeś pan sprawunki? + +-- Robiłem ich dużo. Towarzyszył mi doktor Mortimer. Bo to muszę +panu wyznać, że, pędząc życie swobodne, na świeżem powietrzu, +zaniedbałem się trochę, a trzeba było przygotować się do odegrania +roli pana licznych włości. Pomiędzy innemi kupiłem te żółte buty, +zapłaciłem za nie sześć szylingów. Ale ukradli mi jeden, zanim je +włożyłem na nogi. + +-- To dziwne. Na co może się zdać jeden but? -- zastanawiał się +Sherlock Holmes. + +-- A teraz, panowie -- rzekł baronet -- czekam na spełnienie +obietnicy. Chciałbym się dowiedzieć o tem, co ukrywaliście przedemną. + +-- Pańskie żądanie jest słuszne -- odparł Holmes. -- Doktorze +Mortimer, sądzę, że masz obowiązek opowiedzieć sir Henrykowi to, +coś nam opowiadał. + +Otrzymawszy taką zachętę, lekarz wyjął papiery z kieszeni +i przedstawił całą sprawę nowemu baronetowi. + +Sir Henryk Baskerville słuchał uważnie, przerywając od czasu do czasu +okrzykiem zdziwienia. + +-- Ha! widzę, żem otrzymał spadek, do którego przywiązana jest jakaś +zemsta -- rzekł wreszcie, gdy opowiadanie dobiegło końca. -- Ma się +rozumieć, słyszałem o owym psie od czasów niepamiętnych, jeszcze z ust +moich nianiek. Dotychczas jednak nie przywiązywałem wagi do tej +legendy. Teraz widzę, że śmierci mojego stryja towarzyszyły istotnie +okoliczności tajemnicze. Panowie sami jeszcze nie wiecie, czy ta +sprawa wchodzi w zakres działania policyantów, czy też pastorów. +A w dodatku dostaję ów list zagadkowy... + +-- Widać z niego, że ktoś śledzi łąkę i przyległe do niej pustkowia +i trzęsawiska -- rzekł doktor Mortimer. + +-- I że ktoś jest dla pana źle usposobionym, bo inaczej druga osoba +nie miałaby powodu ostrzegać go o niebezpieczeństwie. + +-- A może, dla wiadomych im przyczyn, chcą oddalić stąd sir Henryka. + +-- I to jest możliwem, i wdzięczny jestem panu, doktorze Mortimer, że +mnie tę myśl poddałeś. Obecnie chodzi o to, czy sir Henryk ma, czy też +nie ma wyruszyć do Baskerville Hall? + +-- Czemużby nie miał? + +-- Zdaje się, że panu tam grozi niebezpieczeństwo. + +-- Czy mówisz pan o niebezpieczeństwie ze strony ludzi, czy też ze +strony czworonożnego wroga Baskervillów? + +-- Nasze badania to wykryją. + +-- Bądź co bądź, jestem zdecydowany. Niema w piekle takiego szatana, +ani na ziemi takiego człowieka, któryby mi przeszkodził zamieszkać +w domu moich przodków. + +Przy tych słowach sir Henryk brwi zmarszczył, z oczu posypały mu się +iskry. Widocznie śmiały duch Baskervillów nie wygasł w ostatnim +potomku rodu. + +-- Teraz -- mówił dalej -- muszę zastanowić się nad tem, com się +dowiedział. Chciałbym mieć godzinkę czasu do namysłu. Jest wpół do +pierwszej. Wracam do hotelu. Możebyście panowie przyszli tam do mnie +na śniadanie o drugiej? Wówczas będę mógł powiedzieć, co o tem +wszystkiem myślę. + +-- Dobrze. Stawimy się na oznaczoną godzinę. + +-- A zatem dowidzenia. + +Po wyjściu naszych gości, Holmes zerwał się i zawołał: + +-- Watson, bierz kapelusz i laskę. Niema chwili czasu do stracenia. + +Wybiegł z pokoju w szlafroku; w minutę potem ukazał się w surducie. +Zbiegliśmy ze schodów. Na ulicy zobaczyliśmy sir Henryka i doktora +Mortimer o paręset metrów przed sobą. Szli w kierunku Oxford street. + +-- Czy mam ich dogonić i zatrzymać? -- spytałem. + +-- Broń Boże! -- odparł. -- Twoje towarzystwo wystarcza mi +najzupełniej. Ci panowie dobrze robią, że idą się przejść. Dzień +ładny. + +Szedł krokiem przyśpieszonym, aż dopóki przestrzeń pomiędzy nami +a tamtymi nie zmniejszyła się o połowę; następnie, trzymając się +wciąż o sto łokci od nich, szedł za nimi przez całą Oxford Street +aż do Regent Street. Nasi przyjaciele zatrzymali się raz przed +wystawą sklepową. Holmes stanął także. Po chwili wydał cichy okrzyk +zadowolnienia. Spojrzałem w kierunku jego wzroku i zobaczyłem, że +dorożka z siedzącym w niej mężczyzną, która zatrzymała się po +drugiej stronie ulicy, jedzie znowu dalej. + +-- Chodźmy, Watson. Trzeba mu się przyjrzeć. + +Dostrzegłem czarną, puszystą brodę i oczy, świdrujące nas po przez +szybę dorożki. W tejże chwili podniosło się okienko w pudle, +nieznajomy rzucił parę słów woźnicy i dorożka pomknęła szybko +w stronę Regent Street. + +Holmes obejrzał się za drugą, ale nie było żadnej niezajętej. +Popędził pieszo, ale dorożka jechała tak szybko, że niepodobna +było jej dogonić. Niebawem zniknęła nam z oczu. + +-- Tam do kata! -- zaklął mój przyjaciel. -- Tośmy się urządzili! Nie +do darowania!... + +-- Kto to był? -- spytałem. + +-- Nie mam pojęcia. + +-- Zapewne szpieg. + +-- Z tego, com słyszał od Baskervilla, przypuszczam, że od chwili jego +przybycia do Londynu ktoś go śledzi, bo inaczej, skądby wiedziano tak +szybko, że stanął w hotelu Northumberland? A jeżeli go śledzili +w pierwszym dniu pobytu, niewątpliwie będą śledzić dalej. +Zauważyłeś zapewne, że podczas gdy doktor Mortimer czytał, +wyglądałem dwukrotnie przez okno. + +-- Spostrzegłem to. + +-- Otóż patrzałem, czy nikt nie stoi po przeciwnej stronie ulicy; ale +nie było nikogo. Mam do czynienia z przebiegłym lisem, a choć +dotychczas nie mogę zmiarkować czy ów nieznajomy pragnie zguby sir +Henryka, czy też chce go przed niebezpieczeństwem uchronić, czuję, że +trzeba się z nim liczyć. Po wyjściu sir Baskerville'a wybiegłem co +tchu, aby zobaczyć jego cień. Ale ten człowiek wsiadł do dorożki, +sądząc, że w ten sposób nie zwróci na siebie uwagi. + +-- Oddaje go to na łaskę i niełaskę dorożkarza. Szkoda, że nie +dostrzegliśmy numeru -- zauważył Watson. + +-- Mój drogi, czyż sądzisz, że mogłem przeoczyć tak ważny +szczegół? Zapamiętałem numer dorożki... 2704. Ale tymczasem +na nic się to nie zda. Zrobiłem wielkie głupstwo... Zamiast +śledzić dorożkę zprzodu, trzeba było zawrócić się i wsiąść do +pierwszej lepszej, znajdującej się ztyłu. W ten sposób moglibyśmy +jechać za nią, albo kazać się zawieźć wprost do Northumberland +Hotel i tam czekać. Zbytnia gorliwość była wielkim błędem. Nasz +przeciwnik nie omieszkał z niego skorzystać. + +Szliśmy powoli przez Regent Street. Doktor Mortimer i jego towarzysz +oddawna już zniknęli nam z oczu. + +-- Nie warto ich śledzić -- rzekł Holmes. -- Tamten już umknął +i nie pojawi się zapewne. Trzeba korzystać z tych nici, które +trzymamy w ręku. Czy zapamiętałeś twarz nieznajomego? + +-- Zapamiętałem tylko brodę. + +-- I ja także; wyprowadzam stąd wniosek, że była przyprawiona. Wejdźmy +tutaj. + +Weszliśmy do hotelu. Zarządzający przyjął Holmesa z wielką +radością. + +-- Jak widzę, pamiętasz, Wilson, drobną przysługę, którą miałem +sposobność ci wyświadczyć -- rzekł mój przyjaciel. + +-- Nie zapomnę jej nigdy. Uratowałeś mi pan honor i życie. + +-- Przesadzasz, mój drogi. Wszak macie tu posługacza nazwiskiem +Cartridge, który wykazał dużo sprytu podczas śledztwa. + +-- Tak; jest jeszcze u nas. + +-- Czy mógłbyś zadzwonić na niego? Dziękuję. A chciałbym też +zmienić pięciofuntowy banknot. + +W sieni ukazał się chłopak czternastoletni, zwinny, wesoły +i rozgarnięty. Stanął przed detektywem w postawie pełnej +uszanowania. + +-- Proszę o spis hotelów. Dziękuję. Patrz, Cartridge: oto nazwiska +dwudziestu trzech hotelów w pobliżu Charing Cross. Widzisz? + +-- Tak, panie. + +-- Zwiedzisz każdy z nich po kolei. + +-- Dobrze, panie. + +-- Zaczniesz od dania szylinga portyerowi. Oto masz dwadzieścia trzy +szylingi. + +-- Dobrze, panie. + +-- Będziesz mówił, że potrzebne ci są gazety wczorajsze, że szukasz +ważnego ogłoszenia, które miało być umieszczone w jednej z nich, ale +nie wiesz -- w której. + +-- Rozumiem, panie. + +-- W istocie będziesz szukał numeru _Timesa_, w którym kilka słów +zostało wyciętych nożyczkami. Oto jest jeden egzemplarz. Na tej +stronicy. Czy poznasz ją? + +-- Poznam. + +-- Za każdym razem portyer, stojący we drzwiach, wezwie portyera, +siedzącego w sieni -- i temu dasz po szylingu. Oto dwadzieścia trzy +szylingi. Zapewne na 23 razy -- 20 razy usłyszysz, że spalono +wczorajsze gazety; w trzech hotelach dadzą ci całą plikę; będziesz +wśród niej szukał tego numeru _Timesa_. Prawdopodobnie go nie +znajdziesz. Oto dziesięć szylingów na nieprzewidziane wydatki. Wypraw +do mnie depeszę przed wieczorem na Baker Street. A teraz, Watson, +musimy dowiedzieć się o dorożkarza Nr. 2104, potem wstąpimy do galeryi +obrazów przy Bond Street, dla zapełnienia sobie czasu do godziny +drugiej. + + + + +V. + +Trzy nici urwane. + + +Sherlock miał niezwykły dar zwracania dowolnie swoich myśli +w jakimbądź kierunku. Przez półtory godziny zapomniał o tej dziwnej +sprawie; pochłonęły go obrazy nowoczesnych mistrzów belgijskich, +mówił tylko o sztuce, na którą miał poglądy bardzo oryginalne. + +O naznaczonej godzinie stanęliśmy przed Northumberland Hotel. + +-- Sir Henryk Baskerville czeka panów na pierwszem piętrze -- rzekł +portyer. + +-- Czy mogę zajrzeć do listy waszych gości? -- spytał Holmes. + +-- I owszem. + +Księga wykazywała, że dwie osoby stanęły w hotelu, po zatrzymaniu się +tam sir Henryka: niejaki Teofil Johnson z rodziną, przybyły +z Newcastle i pani Oldmore ze służącą, z High Lodge, Alton. + +-- Zdaje mi się, że znam tego Johnsona -- rzekł Holmes do portyera. -- +Wszak to adwokat: siwy, utyka na nogę. + +-- Przeciwnie: ten pan Johnson jest właścicielem kopalni węgla, bardzo +ruchliwy, w wieku pana. + +-- Jesteś w błędzie co do jego fachu. + +-- Bynajmniej. Znamy go od lat kilkunastu; zawsze do nas zajeżdża. + +-- Ha! w takim razie, ja się pomyliłem. Pani Oldmore?... I to nazwisko +jest mi znane. Daruj mi ciekawość, ale chciałbym wiedzieć, czy to moja +znajoma. + +-- Jest to osoba niemłoda, bezwładna. Jej mąż był niegdyś merem +w Gloucester. Ona zawsze do nas zajeżdża. + +-- Dziękuję za informacye. Widzę, że to kto inny. Nie znam tej pani... + +Gdyśmy szli na górę, mój przyjaciel szepnął: + +-- Wiemy już, że osoba, która interesuje się losem sir Henryka, nie +stanęła w tym hotelu. Choć go śledzi, jednak boi się być śledzoną. +Jest to fakt bardzo znamienny. Ale... cóż to się stało?... + +Gdyśmy weszli na pierwsze piętro, naprzeciw nam wybiegł sir Henryk, +widocznie wzburzony. W ręku trzymał stary but. + +-- Drwią sobie ze mnie w tym hotelu! -- wołał -- ale nauczę ich rozumu! +Jeżeli but się nie znajdzie, popamiętają mnie tutaj! + +-- Szuka pan wciąż buta? + +-- Tak, ale nie puszczę tego płazem! + +-- Wszak pan mówił, że but był żółty? + +-- Tak; wzięli mi naprzód żółty, a teraz czarny. Miałem tylko trzy +pary: nowe żółte, stare czarne i te oto lakierki. Wczoraj zniknął +jeden od żółtej pary, a dziś jeden od czarnej. No, i cóż? Znalazłeś +go? Mów. + +Przed nami stał wystraszony posługacz, Niemiec. + +-- Nie znalazłem -- odparł głosem drżącym. -- Szukałem wszędzie, ale +zginął bez śladu... + +-- Słuchaj: jeżeli ten but nie znajdzie się przed wieczorem, powiem +zarządzającemu i wyprowadzę się z hotelu. + +-- Znajdzie się! Obiecuję, że znajdzie się. + +-- Pamiętaj! Przepraszam cię, panie Holmes, za tę scenę. Chociaż to +rzecz drobna, ale straciłem już cierpliwość. + +-- To nie jest wcale drobiazg... + +-- Widzę, że pan przejął się tą stratą. Jak ją pan sobie +tłómaczy? + +-- Nic jeszcze nie rozumiem; bądź co bądź, to dziwne, jak wszystko, +co się panu przytrafia od chwili powrotu do kraju. Ale mamy już +kilka nici w ręku i spodziewam się, że nie ta, to druga, doprowadzi +nas do wykrycia prawdy. Możemy stracić trochę czasu na kroczeniu +po fałszywym tropie, ale wcześniej czy później, wejdziemy na +właściwy. + +Śniadanie przeszło bardzo wesoło. Nie mówiliśmy o tej sprawie, dopiero +gdyśmy wrócili do apartamentu sir Henryka, oznajmił nam swoją decyzyę. + +-- Jadę do Baskerville Hall -- oświadczył. + +-- Kiedy? + +-- W końcu tygodnia. + +-- Ha! może pan dobrze robi. Jabym tak samo postąpił. Przekonywam się +coraz bardziej, że jesteś pan szpiegowany tutaj, a wśród milionów +ludzi, nagromadzonych w stolicy, trudno jest wykryć tych pańskich +prześladowców, czy opiekunów. Jeżeli mają złe względem pana zamiary, +mogą je wykonać, zanim zdołamy temu zapobiedz. Nie wiesz zapewne, +doktorze Mortimer, że śledzono panów dzisiaj, gdyście wyszli z domu? + +Doktor Mortimer zdziwił się. + +-- Któż nas szpiegował? + +-- Na nieszczęście, nie potrafię tego powiedzieć. Czy wśród znajomych +i sąsiadów pańskich w Dartmoor jest jaki mężczyzna z bardzo czarną +i dużą brodą? + +-- Nie... Ach, prawda... Barrymore, kamerdyner sir Karola, ma dużą, +gęstą i czarną brodę. + +-- Tak? Gdzież jest teraz Barrymore? + +-- Pilnuje pałacu. + +-- Trzebaby się przekonać, czy nie bawi w Londynie. + +-- W jaki sposób? + +-- Daj mi pan blankiet telegraficzny. Napiszę: „Czy wszystko gotowe na +przyjęcie sir Henryka Baskerville?” Zaadresuję: „P. Barrymore, +Baskerville Hall”. Jaka jest najbliższa stacya telegraficzna? + +-- Grimpen. + +-- U spodu zamieszczam adnotacyę: „Telegram ma być oddany do rąk +p. Barrymore. Jeżeli jest nieobecny, proszę odesłać depeszę sir +Henrykowi Baskerville, Northumberland Hotel”. Przed wieczorem +będziemy wiedzieli, czy Barrymore jest na swojem stanowisku +w Devonshire. + +-- Wybornie! -- rzekł sir Henryk. -- Ale powiedzże mi, doktorze +Mortimer, co to za jeden ów Barrymore? + +-- Jest synem zmarłego klucznika. Od czterech pokoleń służyli rodowi +Baskervillów i strzegli pałacu. O ile wiem, współczesny Barrymore +i jego żona są bardzo porządnymi ludźmi. + +-- Mają zresztą spokojny kawałek chleba, mało roboty i cały pałac do +rozporządzenia, skoro właściciele rzadko w nim przebywają. + +-- To prawda. + +-- Czy Barrymore został wymieniony w testamencie sir Karola? -- pytał +Holmes. + +-- Oboje z żoną otrzymali po pięćset funtów. + +-- Taak?... Czy wiedzieli, że je otrzymają? + +-- Tak. Sir Karol lubił mówić o rozporządzeniach, zawartych w swoim +testamencie. + +-- To bardzo ciekawy szczegół. + +-- Mam nadzieję, że nie będziesz pan patrzył podejrzliwie na +wszystkich, którzy otrzymali legaty od sir Karola, bo i mnie zapisał +tysiąc funtów -- rzekł doktor Mortimer. + +-- Doprawdy? Komuż jeszcze? + +-- Jest kilka legatów na drobne sumki i duży zapis na cele +dobroczynne. Reszta kapitałów przeszła na sir Henryka. + +-- Ile wynoszą? + +-- 740,000 funtów szterlingów. + +Holmes podniósł brwi ze zdziwienia. + +-- Anim przypuszczał, że suma jest tak wysoka -- szepnął. + +-- Sir Karol uchodził za bogacza, ale i my nie mieliśmy pojęcia, +że jest tak dalece bogatym. Cały majątek z nieruchomościami wynosi +przeszło milion funtów. + +-- Doprawdy? Takie pieniądze mogą wywołać pożądliwość +i doprowadzić do zbrodni. Jeszcze jedno pytanie, doktorze +Mortimer. Przypuściwszy, że jakie nieszczęście spotka naszego +przyjaciela -- daruj mi pan tę smutną hypotezę -- kto wówczas +odziedziczy majątek? + +-- Ponieważ Roger Baskerville, młodszy brat sir Karola, zmarł +bezżennie i bezpotomnie, zatem majątek przeszedłby na dalekich +krewnych, Desmondów. Jakób Desmond jest niemłodym człowiekiem, pełni +obowiązki pastora w Westmorland. + +-- Dziękuję panu. Te szczegóły są dla mnie bardzo ważne. Czy pan +znasz Jakóba Desmond? + +-- Znam. Przyjeżdżał kiedyś w odwiedziny do sir Karola. Jest to mąż +bogobojny, wielkich zasług i wielkiej bezinteresowności. Pamiętam, +że nie chciał przyjąć żadnego zasiłku od sir Karola, pomimo iż ten +błagał go o to. + +-- Więc ten człowiek, tak skromnych wymagań, zostałby spadkobiercą +olbrzymiej fortuny? + +-- Tak, o ile obecny właściciel nie rozporządzi kapitałami inaczej. + +-- Wszak zrobiłeś już pan testament, sir Henryku? + +-- Nie, panie Holmes. Nie miałem czasu. Dopiero wczoraj dowiedziałem +się, jak stoją rzeczy. Ale, bądź co bądź, uważam, że pieniądze +powinny iść razem z majątkiem ziemskim. Taka była wola stryja. +Właściciel Baskerville Hall nie mógłby utrzymać rezydencyi w stanie +dawnej świetności, gdyby nie miał gotówki. Pałac, ziemia i pieniądze +muszą być w jednem ręku. + +-- Masz pan słuszność. Dzielę też najzupełniej pańskie zdanie i pod +innym względem, znajdując, że pan powinieneś wyruszyć natychmiast do +Devonshire. Ale nie możesz pan jechać sam. + +-- Doktor Mortimer wraca ze mną. + +-- Doktor Mortimer będzie zajęty praktyką, zresztą mieszka o parę mil +od dworu. Pomimo najlepszych chęci nie mógłby służyć panu pomocą +w razie potrzeby. Nie, sir Henryku, musisz wziąć ze sobą człowieka +zaufania, któryby pana nie opuszczał na krok. + +-- Czyżbyś pan chciał ze mną jechać, panie Holmes? + +-- W razie konieczności, stawię się natychmiast, ale teraz mam ważną +sprawę i nie mogę opuścić Londynu. Przedstawiciel pierwszorzędnego +rodu jest trapiony przez łotra i wyzyskiwacza. Muszę zapobiedz +skandalowi. + +-- Może mi pan kogo poleci na swoje miejsce? + +Holmes położył mi rękę na ramieniu. + +-- Jeżeli mój przyjaciel zechce panu towarzyszyć -- rzekł -- to nikomu +nie mógłbyś pan tak zaufać, jak jemu. + +Propozycya zaskoczyła mnie zupełnie znienacka. Zanim jednak zdążyłem +odpowiedzieć, Baskerville wyciągnął do mnie rękę. + +-- Mam nadzieję, że mi pan tego nie odmówisz -- rzekł. -- Gdybyś +pan chciał wyświadczyć mi tę łaskę, będę panu wdzięcznym do końca +życia. + +Nęciły mnie zawsze niezwykłe przygody, a w dodatku pochlebiała mi +skwapliwość, z jaką sir Henryk przyjął tę propozycyę. + +-- Pojadę z przyjemnością -- odparłem. + +-- I będziesz mi donosił o wszystkiem -- rzekł Holmes. -- Gdy +przyjdzie kryzys, co jest nieuniknionem, wskażę ci, jak masz postąpić. +Sądzę, że za dni kilka będziesz gotów do drogi. + +-- Mogę jechać w sobotę -- oświadczyłem. + +-- A więc spotkamy się o godzinie 10-ej minut 30 na dworcu Waterloo -- +rzekł sir Henryk. + +Nagle wydał okrzyk zdziwienia. Podbiegł do łóżka, schylił się +i z pod nocnej szafki wydobył but żółty. + +-- Mam moją zgubę! -- zawołał. + +-- Oby wszystkie przykrości zostały równie szybko usunięte -- życzył +mu Sherlock Holmes. + +-- To jednak dziwne! -- zauważył doktor Mortimer. -- Przeszukałem +starannie cały pokój przed śniadaniem... + +-- I ja także -- wtrącił sir Baskerville. + +-- Wtedy nie było buta. + +-- Zapewne posługacz podrzucił go w czasie naszej nieobecności. + +Posłaliśmy po Niemca, ale twierdził, że o niczem nie wie i nie umiał +wyjaśnić tego dziwnego zdarzenia. + +Więc znowu jedna zagadka powiększyła szereg drobnych tajemnic, +następujących tak szybko po sobie. Nie licząc już śmierci sir Karola, +w ciągu dwóch dni wpadaliśmy z jednego zdziwienia w drugie, łamiąc +sobie głowę: to nad drukowanym listem, to nad zjawieniem się szpiegów, +nad zniknięciem żółtego, to czarnego buta. Odnalezienie żółtego +było nowym sękiem. + +Holmes nie odzywał się, jadąc ze mną na Baker Street; po jego +ściągniętych brwiach domyślałem się, że waży w myśli te wszystkie +okoliczności i wysnuwa z nich wnioski. Przez całe popołudnie, aż do +wieczora, siedział w obłokach dymu. + +Przed samym obiadem wręczono mu dwie depesze: Pierwsza brzmiała w te +słowa: + +„Doniesiono mi, że Barrymore jest na miejscu. + + Baskerville”. + +Treść drugiej depeszy była następująca: + +„Zwiedziłem dwadzieścia trzy hotele wskazane, ale nie mogłem znaleźć +owego _Timesa_. + + Cartwright”. + +-- A więc obie moje nici zerwane -- rzekł Holmes. -- Nic mnie tak nie +podnieca, jak niepowodzenie. Musimy szukać innej drogi. + +-- Pozostaje jeszcze dorożkarz, który woził nieznajomego. + +-- Telefonowałem do biura policyi, aby dowiedziano się o jego +nazwisku. Ktoś dzwoni. To może odpowiedź? + +Było to coś więcej. Do pokoju wszedł dorożkarz we własnej osobie. + +-- Doniesiono mi z policyi, że ktoś, mieszkający pod tym adresem, +wypytuje o Nr. 2704 -- rzekł ów człowiek o twarzy dobrodusznej. -- +Jeżdżę już siedem lat i nikt na mnie nigdy skargi nie wnosił, więc +bardzo mnie to zadziwiło i przyjechałem, żeby się dowiedzieć, co pan +ma przeciwko mnie. + +-- Nie mam przeciwko wam nic zgoła, mój przyjacielu -- odparł Holmes +-- a właściwie mam dla was pół suwerena, jeżeli potraficie +odpowiedzieć jasno i dokładnie na moje pytania. + +-- Dzisiaj widocznie dobry dzień -- szepnął dorożkarz. -- Czem panu +mogę służyć? + +-- Przedewszystkiem podaj mi swój adres, na wszelki wypadek. + +-- John Clayton, Turpey-Street Nr. 3. Stoję z dorożką, na +Shipley-Yard, w pobliżu dworca Waterloo. + +Sherlock Holmes zapisał to sobie. + +-- A teraz, Clayton, powiedz mi wszystko, co wiesz, o panu, który stał +pod tym domem o dziesiątej rano, a potem kazał ci jechać za dwoma +gentlemanami przez Regent-Street. + +Dorożkarz spojrzał na niego ze zdziwieniem. + +-- Cóż ja panu mam mówić, kiedy pan sam wie wszystko -- odparł. -- Ten +pan powiedział mi, że należy do policyi, że jest detektywem, i kazał +milczeć. + +-- Mój przyjacielu, sprawa jest bardzo ważna, i możesz się znaleźć +w trudnem położeniu, jeśli zachowasz to, co wiesz, dla siebie -- rzekł +Holmes. -- A więc ten pan ci mówił, że jest detektywem? + +-- Tak, proszę pana. + +-- A kiedy ci to powiedział? + +-- Wysiadając z dorożki. + +-- Czy wymienił swoje nazwisko? + +-- Tak. + +Holmes rzucił mi tryumfujące spojrzenie. + +-- To było bardzo nieostrożnie -- rzekł. -- Jak się nazywa? + +-- Sherlock Holmes. + +Nigdy jeszcze nie widziałem mojego przyjaciela tak zdumionym. Spuścił +głowę i milczał. Wreszcie wybuchnął śmiechem. + +-- A to szczwany lis! Zadrwił sobie ze mnie. Lubię takich! Powiedział, +że się nazywa Sherlock Holmes? + +-- Tak. + +-- Dobrze. Powiedz mi teraz, w którem miejscu wsiadł do dorożki i co +było potem? + +-- Zawołał na mnie o wpół do dziesiątej na Trafalgar Square. +Powiedział odrazu, że jest detektywem i ofiarował mi dwie gwinee, +jeżeli przez cały dzień będę spełniał jego rozkazy i o nic pytać +nie będę. Zgodziłem się chętnie. Naprzód pojechaliśmy pod hotel +Northumberland i czekaliśmy tam, aż dwóch gentlemanów wyszło. Wsiedli +do dorożki. Jechaliśmy za nimi; wysiedli gdzieś tutaj w pobliżu. + +-- Weszli do tego domu? + +-- Nie pamiętam dokładnie, ale mój gość widział i zapamiętał. +Stanęliśmy opodal i czekaliśmy półtory godziny. Potem ci gentlemanowie +przeszli mimo nas, mój pan kazał mi jechać powoli przez Baker-Street, +a potem przez Regent Street, do połowy. Wtedy gentleman spuścił +okienko i krzyknął, żebym jechał prosto na dworzec Waterloo, co koń +wyskoczy. Zaciąłem szkapę i dojechaliśmy w dziesięć minut. +Wysiadając, odwrócił się do mnie i rzekł: -- „Może ciekaw będziesz +dowiedzieć się, kogo wiozłeś? Jestem Sherlock Holmes”. + +-- A nie widziałeś go już potem? + +-- Nie. + +-- Jakże ten pan Sherlock Holmes wyglądał? + +Dorożkarz podrapał się w głowę. + +-- Nie tak łatwo go opisać. Miał może lat czterdzieści, był +średniego wzrostu, ze dwa cale niższy od pana, ubrany był +porządnie, miał dużą, czarną brodę, przyciętą spiczasto, +i był bardzo blady. + +-- Jakie miał oczy? + +-- Nie wiem. + +-- Nie zapamiętałeś nic więcej? + +-- Nie. + +-- Masz swoje pół suwerena; dostaniesz drugie pół, jak mi doniesiesz +coś więcej. Dobranoc. + +-- Dobranoc panu i dziękuję. + +John Clayton wyszedł, uradowany. + +-- Urwała się trzecia nić! -- zawołał Holmes. -- To sprytny hultaj! +Wiedział, gdzie mieszkam, w jakim interesie sir Henryk przybył do +mnie; poznał mnie na Regent-Street; domyślił się, że spostrzegłem +numer dorożkarza, że go sprowadzę, i dlatego wymienił moje nazwisko. +Powiadam ci, Watson, mamy przeciwnika nielada. Zaszachowano mnie +w Londynie. Życzę ci lepszego powodzenia w Devonshire. Mam wyrzuty +sumienia, że cię tam posyłam. Sprawa nieczysta. Możemy się śmiać, +ale ci powiem, że chciałbym cię już widzieć tutaj z powrotem. + + + + +VI. + +Baskerville Hall. + + +Sir Henryk Baskerville i doktor Mortimer byli gotowi do drogi i w dniu +oznaczonym wyruszyliśmy do Devonshire. Sherlock Holmes odwiózł mnie na +dworzec i udzielił ostatnich rad i wskazówek. + +-- Nie będę bałamucił twego własnego sądu, poddając ci moje +podejrzenia -- mówił. -- Pragnę tylko, abyś mi donosił o faktach +z największymi szczegółami. Pozostaw mi wysnuwanie z nich wniosków. + +-- O jakich faktach chcesz wiedzieć? -- spytałem. + +-- Chcę wiedzieć o wszystkiem, co się zdarzy, choćby to napozór nie +miało żadnego związku z naszą sprawą; pragnę zwłaszcza poznać +stosunki młodego Baskervilla z sąsiedztwem, oraz wszelkie szczegóły, +odnośne do śmierci sir Karola. Jedno wydaje mi się pewnem, a mianowicie, +że pan Jerzy Desmond, najbliższy spadkobierca, jest człowiekiem +bezinteresownym i że nie on był sprawcą morderstwa. Możemy go zupełnie +pominąć. Szukajmy wśród najbliższego otoczenia sir Henryka. + +-- Czy nie należałoby przedewszystkiem pozbyć się małżonków +Barrymore? + +-- Byłoby to wielką nieostrożnością. Jeżeli są niewinni, stałaby +się im krzywda; jeśli są winni, ułatwiłoby im to zatarcie śladów. +Nie! trzeba ich zatrzymać, ale nie spuszczać z nich oka. Jest tam +jeszcze _groom_. Jest dwóch dzierżawców w pobliżu łąki. Jest doktor +Mortimer, ale ten wydaje mi się zupełnie uczciwym; jest jego żona, +o której nic nie wiemy. Dalej jest pan Frankland z Lafter-Hall +i jeszcze paru sąsiadów. Tym wszystkim sąsiadom musisz przyglądać +się bacznie, aby poznać dokładnie ich charakter, ich cele, +upodobania i t. d. + +-- Uczynię, co tylko w mej mocy. + +-- Wszak masz broń przy sobie? + +-- Tak, na wszelki przypadek wziąłem rewolwer. + +-- Niech cię nie opuszcza we dnie i w nocy; bądź w zbrojnem pogotowiu. + +Nasi przyjaciele znaleźli już przedział pierwszej klasy i czekali na +platformie. + +-- Nie mamy żadnych wieści -- odparł doktor Mortimer w odpowiedzi na +pytanie Holmesa. -- Jednego tylko jestem pewien, a to, że nas już nie +śledzono przez te dwa dni ostatnie. Wychodziliśmy zawsze pod opieką +tajnego policyanta, który nic podejrzanego nie dostrzegł. + +-- Mam nadzieję, że trzymaliście się panowie razem? + +-- Prawie ciągle; wczoraj wyjątkowo spędziłem całe popołudnie u sir +Henryka w muzeum chirurgicznem -- odparł doktor Mortimer. + +-- Było to wielką nieostrożnością -- rzekł Holmes z zadumą. -- +Proszę cię, sir Henryku, nie wychodź nigdy sam, bo może cię +spotkać wielkie nieszczęście. Czy znalazł się drugi but? + +-- Przepadł z kretesem. + +-- Do widzenia -- mówił Holmes, gdy pociąg ruszył -- a pamiętaj, sir +Henryku, jedno zdanie z owej legendy: po zachodzie słońca unikaj łąki +i przyległego trzęsawiska. + + * * * * * + +Podróż była przyjemna; czas zeszedł mi na zawiązywaniu bliższej +znajomości z moimi towarzyszami i na bawieniu się z pieskiem doktora +Mortimera. + +Po paru godzinach zazieleniały pola, przez okno wagonu widać było +pasące się trzody. Młody Baskerville przyglądał się krajobrazowi +z widoczną przyjemnością, zwłaszcza, gdyśmy wjechali w jego rodzinne +Devonshire. + +-- Od chwili, gdym je opuścił, objechałem świat dokoła -- mówił -- +a nie widziałem nigdzie nic podobnego. + +-- Wszyscy obywatele Devonshire dzielą pańskie zdanie -- wtrąciłem. -- +Żadna okolica nie wzbudza tak wielkiego przywiązania w swoich +mieszkańcach, jak ta właśnie. + +-- To zależy od rasy -- tłómaczył doktor Mortimer. -- Dość spojrzeć +na okrągłą czaszkę sir Henryka, aby poznać, że jest celtyckiego +pochodzenia, a Celtowie mają wrodzony zapał i zdolność przywiązywania +się do ludzi i kraju. Głowa biednego sir Karola była nawpół galijska, +nawpół celtycka. Wszak pan, sir Henryku, opuściłeś Baskerville-Hall +w bardzo młodym wieku? + +-- Miałem zaledwie lat dziesięć, gdy mój ojciec umarł. Zresztą nie +znam pałacu, mieszkaliśmy w ustronnym dworku na południowem wybrzeżu. +Stamtąd pojechałem wprost do Ameryki. Cały ten kraj jest dla mnie tak +obcym i nowym, jak dla doktora Watson, a chciałbym już jaknajprędzej +zobaczyć łąkę i przyległe trzęsawisko. + +-- Pańskie życzenie już się spełniło. + +Doktor Mortimer wskazywał nam przez szybę rozległą pustą przestrzeń. + +Był to widok smutny, ponury. Baskerville przyglądał mu się ze +wzruszeniem, jako pobojowisku, na którem rozegrywały się tragiczne +losy jego rodziny. + +W jego brwiach ściągniętych, w zarysie ust znać było niezłomną wolę +i energię. + +Pociąg zatrzymał się przy małej stacyjce. Wysiedliśmy z wagonu. Po +drugiej stronie dworca czekał nas amerykan, zaprzężony w dwa rosłe +konie. + +Nasz przyjazd był widocznie wypadkiem dnia, gdyż obstąpili nas +tragarze, a naczelnik stacyi ze swoim sztabem przyglądali nam się +ciekawie. Zastanowił mnie widok dwóch rosłych chłopów w mundurach +żołnierskich; stali, oparci na karabinach i nie spuszczali z nas oka. + +Stangret, o twarzy surowej, powitał sir Henryka ukłonem. Zajęliśmy +miejsca w wehikule, konie pomknęły szybko; mijaliśmy schludne fermy, +otoczone ogródkami, ale woddali szarzały wciąż oparzeliska. + +Amerykan wjechał na boczną drogę; mknęliśmy wśród łąk żyznych +i pól uprawnych. Przy każdym zakręcie, ujawniającym nowe horyzonty, +Baskerville wydawał ciche okrzyki zachwytu. Minęliśmy lasek dębowy; +zeschłe liście uściełały drogę nowemu dziedzicowi. Można to było +poczytywać za złą wróżbę... + +-- Hola! cóż to znaczy? -- zawołał doktor Mortimer, gdyśmy wyjechali +na pole. + +Jak wryty w ziemię, stał żołnierz na koniu, z bagnetem przez ramię. + +-- Co to znaczy, Perkins? -- spytał znowu doktor Mortimer. + +Stangret odwrócił się ku nam i rzekł: + +-- Trzy dni temu, jakiś więzień uciekł z więzienia w Princetown; +wszystkie drogi kołowe i wszystkie dworce w pobliżu strzeżone są przez +wojsko. Nie podoba się to naszym fermerom. + +-- Powinni być radzi. Policya płaci dobrze za wiadomości o zbiegach. +Można zarobić kilka funtów. + +-- Ale można też stracić głowę, bo taki nie daruje i gardło poderznie +każdemu, kto policyę na jego trop wsadzi. + +-- Cóż to za jeden? + +-- Nazywa się Seldon. Wpakowano go do więzienia za morderstwo +w Notting-Hill. + +Pamiętałem dobrze tę sprawę, bo Holmes interesował się nią, z powodu +niezwykłego okrucieństwa mordercy. Złagodzono mu karę śmierci na +dożywotnie więzienie: został uznany niepoczytalnym; sędziowie nie +mogli uwierzyć, aby dopuścił się tak potwornej zbrodni, będąc przy +zdrowych zmysłach. + +Nasz amerykan toczył się teraz brzegiem trzęsawiska, najeżonego +wysokiemi kamieniami. Widok był groźny. Nawet sir Henryk przestał się +zachwycać krajobrazem. + +Żyzna okolica pozostała za nami; mieliśmy przed sobą ziemię szarą, +jałową, zrzadka ukazywała się ludzka siedziba, opasana murem +z kamieni. Wreszcie wjechaliśmy w jar głęboki; roztoczyła się znowu +zieleń drzew, a w oddali ukazały się dwie strzeliste wieże. Stangret +wskazał biczem. + +-- To Baskerville Hall -- oznajmił. + +Pan tej rezydencyi, z roziskrzonemi oczyma przyglądał się swojej +siedzibie. + +W parę minut potem wjeżdżaliśmy już w pałacową bramę, +staroświecką, sklepioną; po chwili ukazał nam się gmach, +przebudowany za południowo-afrykańskie złoto sir Karola. + +Turkot kół zamierał na zwiędłych liściach, stare drzewa tworzyły +tunel nad naszemi głowami. Baskerville drgnął, widząc tę aleję. + +-- Czy to było tutaj?... -- spytał półgłosem. + +-- Nie; Aleja Wiązów jest po drugiej stronie -- objaśnił go doktor +Mortimer. + +-- Nie dziw, że stryj miewał złe przeczucia. Ten liściasty tunel może +najodważniejszego człowieka przejąć strachem. Oświecę go lampami +elektrycznemi. Za pół roku ten dziedziniec będzie nie do poznania. + +Minęliśmy ciemną aleję, i szerokim, wzniesionym podjazdem zajechaliśmy +przed pałac. + +Środkowy korpus ozdobiony był wspaniałym portykiem; po bokach wznosiły +się wieże, średniowieczne, zębate, ze strzelnicami. + +-- Witaj nam, sir Henryku! Witaj w domu swych przodków +w Baskerville-Hall! + +Z temi słowami pod portyk wyszedł mężczyzna wysoki, blady, i otworzył +drzwiczki amerykana. Po za nim stała kobieta; pomagała mu wyjmować +kuferki. + +-- Pozwoli pan, że, nie zsiadając, odjadę do domu -- rzekł doktor +Mortimer. -- Czeka na mnie żona. + +-- Jakto? Nie chce pan zostać na obiad? + +-- Chętniebym został i oprowadził pana po tej rezydencyi, ale +Barrymore spełni to lepiej odemnie. Muszę wracać. Dowidzenia! +A proszę pamiętać, że jestem na pańskie usługi o każdej porze +dnia i nocy. + +Amerykan potoczył się znowu ciemną aleją. Sir Henryk przestąpił +próg, ja za nim. + +Znaleźliśmy się w ogromnej, sklepionej sieni, z wiązaniami z belek +dębowych. W staroświeckim kominku płonął ogień. Obaj wyciągnęliśmy +ręce zziębnięte, a rozgrzawszy się, wodziliśmy oczyma po ścianach, +zawieszonych zbrojami, strzelbami i myśliwskimi trofeami. + +-- Tak sobie właśnie wyobrażałem tę siedzibę -- mówił sir +Henryk. -- Typowa rezydencya angielskiego szlachcica. Gdy +pomyślę, że moi przodkowie żyli tu przez pięć wieków, ogarnia +mnie dziwne wzruszenie. + +Barrymore, zaniósłszy kuferki do naszych pokojów, wrócił i stał +przy drzwiach, jako wytrawny służbista, nie chcąc przerywać +naszej rozmowy. + +Był to mężczyzna lat średnich, niezwykłej urody, o twarzy bladej, +z dużą czarną brodą i regularnymi rysami. + +-- Czy jaśnie pan każe podać obiad? -- zapytał. + +-- Już gotów? + +-- Gotów. Jaśnie pan znajdzie wodę ciepłą w swojej ubieralni. Moja +żona i ja będziemy starali się dogadzać jaśnie panu, dopóki nie +znajdzie nowej służby. + +-- Więc chcecie mnie opuścić? + +-- Warunki zmieniły się. My dwoje wystarczaliśmy sir Karolowi, ale +jaśnie pan zechce zapewne żyć dworniej, przyjmować gości i będzie +potrzebował więcej służby. + +-- Więc chcecie mnie opuścić? -- powtórzył sir Henryk. -- Wszak twoja +rodzina służyła mojej przez kilka pokoleń. Przykroby mi było +rozpoczynać nowe życie od zrywania tak dawnego stosunku. + +Zdało mi się, że dostrzegam wzruszenie na chłodnej twarzy kamerdynera. + +-- I nam będzie przykro -- odparł -- ale byliśmy oboje bardzo +przywiązani do sir Karola; jego śmierć wstrząsnęła nas do głębi. +Ten dom budzi w nas tak smutne wspomnienia, że wolelibyśmy go +opuścić. + +-- Cóż zamierzacie uczynić? + +-- Chcielibyśmy rozpocząć jakiś interes. Hojność sir Karola +dostarczyła nam środków po temu. Może jaśnie pan zechce obejrzeć +swoją rezydencyę. + +Nad sienią była oszklona galerya. Prowadziły do niej podwójne schody. +Z tej galeryi wychodziły dwa korytarze, wiodące do pokojów sypialnych. +Mój, przylegał do sypialni sir Henryka. Ta część domu była widocznie +przybudowana: pokoje jasne, urządzone nowocześnie, zaopatrzone we +wszelkie wygody. + +Za chwilę zeszliśmy do jadalni. Była to komnata wysoka, staroświecka, +przedzielona na dwie części: w jednej, do której wchodziło się po +trzech schodkach, za dawnych czasów jadali suzerenowie, zaś w niższej +-- wasale. Sklepione sufity nadawały jeszcze powagi tej komnacie, która +przy świetle pochodni, wśród gwaru uczty, bywała nieraz jasną +i wesołą, ale teraz, w blasku lampy, przyświecającej dwom gentlemanom +we frakach, wydawała się anachronizmem. + +Wszystkie cztery ściany były ozdobione wizerunkami przodków, +poczynając od rycerzy z czasów Elżbiety, a kończąc na przedostatnim +właścicielu Baskerville-Hall. + +Mówiliśmy mało i przyznam, że byłem rad, gdy obiad skończył się +i mogliśmy wyjść do bilardowego pokoju na cygaro. + +-- Niezbyt wesoła rezydencya... -- rzekł sir Henryk. -- Przypuszczam, +że można się do niej przyzwyczaić, ale na razie czuję się nieswój. +Nic dziwnego, że mój stryj stał się dziwakiem. Połóżmy się +wcześniej. Może jutro, przy blasku słonecznym, te komnaty +przedstawią nam się weselej. + +Przed udaniem się na spoczynek, podniosłem roletę i wyjrzałem przez +okno. Widok był na trawnik przed portykiem. Pośrodku stały dwa dęby, +miotane wiatrem, Księżyc, w ostatniej kwadrze, przeświecał blado przez +chmury. Zdala widniały nagie skały, a po za niemi trzęsawisko. + +Spuściłem roletę, nie chcąc patrzeć dłużej na ten ponury krajobraz. + +Byłem zmęczony, a jednak usnąć nie mogłem; obracałem się z boku na +bok. Na dole zegar wybijał kwadranse, po za tem panowała cisza +grobowa. + +Nagle przerwał ją płacz niewieści. Usiadłem na łóżku i począłem +nasłuchiwać. Przez pół godziny czekałem w natężeniu, ale oprócz +płaczu nie usłyszałem nic zgoła. + + + + +VII. + +Stapleton z Merripit-House. + + +Świeżość następnego poranka rozproszyła smutne wrażenie, jakie na +nas obu wywarła rezydencya Baskervillów. W świetle promieni +słonecznych, ślizgających się po starych zbrojach, sala jadalna +wydała nam się weselszą, gdyśmy zasiedli do śniadania. + +-- Widzę że to była wina naszego usposobienia, nie zaś dworu -- mówił +baronet. -- Byliśmy wczoraj zmęczeni drogą, zziębli, więc wszystko +ukazywało nam się w ponurem świetle. Dziś jesteśmy rzeźwi, +wypoczęci, to też dom wydaje nam się weselszym. + +-- A jednak nie wszystko było grą wyobraźni -- odparłem. -- Czy pan +słyszał wczoraj płacz? + +-- Istotnie, zdawało mi się, że słyszę zawodzenie żałosne. +Natężyłem słuch, ale płacz ustał; więc byłem pewien, że mi +się śniło. + +-- Ja słyszałem płacz najwyraźniej i mógłbym ręczyć, że płakała +kobieta. + +-- Trzeba to sprawdzić -- oświadczył sir Henryk. + +Zadzwonił na Barrymora i spytał go o wyjaśnienie tej zagadki. Zdało mi +się, że blada twarz kamerdynera zbladła jeszcze bardziej. + +-- W domu są tylko dwie kobiety -- odparł. -- Mleczarka, która śpi +w drugiem skrzydle i moja żona. Co do mojej, mogę ręczyć, że nie +płakała. + +A jednak, mówiąc to, kłamał. + +Po śniadaniu, spotkałem mrs. Barrymore w sieni. Słońce padało na jej +twarz chłodną, płaską i brzydką. Duże, wyraziste oczy były +zaczerwienione; spojrzała na mnie z pod zapuchłych powiek. + +A więc to ona płakała wśród nocy; mąż wiedział o tem napewno. +Jednak zaprzeczył nam. Jaki miał w tem cel? Dlaczego ona płakała? + +Ten blady mężczyzna z czarną brodą wydawał mi się podejrzanym. On +pierwszy znalazł trupa sir Karola; o okolicznościach, towarzyszących +jego śmierci wiedzieliśmy tylko to, co Barrymore opowiadał. Zaczynałem +przypuszczać, że to on, Barrymore, ukrywał się w dorożce i śledził +sir Henryka. Broda była podobna. Wprawdzie według rysopisu dorożkarza, +rzekomy Sherlock Holmes był niższego wzrostu, lecz rysopisy bywają +niedokładne. + +Trzeba było tę rzecz sprawdzić. Ale w jaki sposób? Przedewszystkiem +należało dowiedzieć się od pocztmistrza w Grimpen, czy telegram został +oddany do własnych rąk Barrymora. + +Po południu sir Henryk chciał załatwić korespondencyę; mogłem udać +się do Grimpen. Był to spacer niedaleki, droga wiodła brzegiem +trzęsawiska. + +W Grimpen były tylko dwie murowane budowle: austerya i dom doktora +Mortimera. Pocztmistrz utrzymywał jednocześnie sklepik korzenny. + +-- Naturalnie -- odparł na moje pytanie -- depesza została wręczona +panu Barrymore, stosownie do życzenia. + +-- Kto ją wręczył? + +-- Mój chłopak. Słuchaj-no, James, wszak w zeszłym tygodniu oddałeś +telegram do rąk pana Barrymore w Baskerville-Hall? + +-- Tak, ojcze. + +-- Do rąk własnych? -- spytałem. + +-- Był wtedy na strychu, więc nie mogłem oddać mu do rąk, ale +wręczyłem depeszę jego żonie, która powiedziała, że ją zaraz +zaniesie mężowi. + +-- Czy widziałeś pana Barrymore? + +-- Nie, proszę pana; mówiłem już, że był na strychu. + +-- Jeżeliś go nie widział, to skądże wiesz, że był na strychu? + +-- Jego własna żona musiała chyba wiedzieć, gdzie się obraca -- +wtrącił pocztmistrz. -- Czyżby nie dostał depeszy? Jeżeli zaszła +pomyłka, niech sam Barrymore wniesie skargę. + +Na nicby się zdały dalsze pytania. Mimo wybiegu Holmesa, nie +pozyskaliśmy pewności, że Barrymore nie był wtedy w Londynie. On, +który ostatni widział sir Karola żywym, chciał może pierwszy zobaczyć +swego nowego pana. + +Ale jaki mógł mieć cel w prześladowaniu rodziny Baskerville? + +Przypomniała mi się dziwna przestroga, wycięta ze wstępnego artykułu +_Timesa_. Kto ją przesłał? On, czy też ktoś, kto chciał pokrzyżować +jego plany? + +Może kamerdyner chciał zabezpieczyć sobie w dalszym ciągu spokojne +i niezależne stanowisko w pałacu, w którym podczas nieobecności +właścicieli był prawdziwym panem?... + +Ale taki cel byłby niedostateczną pobudką do zbrodni. + +Sam Holmes powiadał, że nigdy jeszcze nie zdarzyła mu się sprawa +tak zawiła. Pragnąłem już jak najprędzej oddać ją w ręce mego +przyjaciela. + +Tok moich myśli został przerwany odgłosem kroków. Ktoś biegł za mną +i wołał mnie po nazwisku. + +Odwróciłem się, pewien, że ujrzę doktora Mortimer, lecz ku mojemu +zdziwieniu, zobaczyłem nieznajomego. + +Był to mężczyzna niewielkiego wzrostu, o twarzy wygolonej, o włosach +ciemnych, gładko przyczesanych; mógł mieć lat trzydzieści parę do +czterdziestu. Przez ramię zwieszała mu się puszka, w jednej ręce +niósł siatkę do łowienia owadów. + +-- Daruje mi pan moją natarczywość, doktorze Watson -- rzekł, +podbiegając do mnie zdyszany -- ale tu, na tych piaskach, żyjemy +bez ceremonii. Prezentacye odbywają się naturalnie. Słyszał pan już +o mnie od naszego wspólnego przyjaciela, doktora Mortimer. Jestem +Stapleton z Merripit House. + +-- Poznałbym pana po siatce -- odparłem, bo wiadomo mi, że pan +Stapleton jest naturalistą -- ale w jaki sposób pan mnie poznał? + +-- Byłem u Mortimera i pokazał mi pana przez okno. Ponieważ idę w tę +samą stronę, więc dogoniłem pana. Czy sir Henryk już wypoczął po +podróży? + +-- Najzupełniej. + +-- Obawialiśmy się tu wszyscy, że nowy baronet, po tragicznej śmierci +sir Karola, nie zechce zamieszkać tutaj. Spełnia ofiarę, zagrzebując +się w takiem ustroniu; ale okolica na tem zyska i powinna mu być +wdzięczna. Spodziewam się, że sir Henryk nie żywi przesądnych obaw? + +-- Jest na to zbyt rozumny. + +-- Ma się rozumieć, słyszałeś już pan legendę o psie, +prześladującym tę rodzinę? + +-- Słyszałem. + +-- To dziwna, jak tutejsi włościanie są łatwowierni: każdy z nich +gotów przysiądz, że widział psa na własne oczy. + +Pan Stapleton mówił to z uśmiechem, ale z oczu jego było widać, że +przywiązuje wiarę do tych pogłosek. + +-- Owa legenda oddziałała na wyobraźnię sir Karola -- ciągnął +dalej -- i pewien jestem, że sprowadziła śmierć nagłą. + +-- W jaki sposób? + +-- Sir Karol był tak zdenerwowany, że ukazanie się psa mogło go +zabić. Zdaje mi się, że ujrzał istotnie jakieś dziwne stworzenie +w Alei Wiązów... Obawiałem się zawsze anewryzmu serca, bo byłem +bardzo do niego przywiązany. + +-- Skąd pan wiedział o wadzie serca? + +-- Od mego przyjaciela, doktora Mortimer. + +-- Zatem sądzisz pan, że jakiś pies ścigał sir Karola i że biedak +zmarł skutkiem strachu? + +-- Czy pan znasz jaki inny powód śmierci? + +-- Dotychczas nie wyprowadzam wniosków. + +-- A pan Sherlock Holmes czy wyraził już swój pogląd na tę sprawę? + +Zdziwiło mnie takie pytanie. Można je było wziąć za zasadzkę, ale +twarz mówiącego była chłodna i obojętna, więc moje podejrzenia +musiały pierzchnąć. + +-- Nie dziw, że znam pańskie stosunki ze słynnym detektywem -- rzekł +pan Stapleton. -- Wszak wiadomo powszechnie, iż jesteście w przyjaźni +ze sobą. Gdy doktor Mortimer wymienił mi pańskie nazwisko; domyśliłem +się odrazu, że pan Sherlock Holmes wziął w swoje ręce tę sprawę +i że pan tu przybyłeś z jego ramienia. Rzecz naturalna, że chciałbym +się dowiedzieć, co pan Sherlock Holmes o tem myśli. + +-- Nie potrafię pana objaśnić w tym względzie. + +-- Czy zamierza odwiedzić naszą okolicę? + +-- Chwilowo nie może opuścić Londynu; ważniejsze sprawy pochłaniają +jego czas i uwagę. + +-- Szkoda wielka! Możeby wyświetlił tę tajemnicę... Gdybyś pan +potrzebował wskazówek, gotów jestem służyć. Może mi pan powie, +w jaki sposób zamierzasz pan prowadzić sprawę, a kto wie, czy +nie mógłbym udzielić panu pomocy... + +-- Przybyłem tu w odwiedziny do mego przyjaciela, sir Henryka, i nie +potrzebuję żadnej pomocy. + +-- Jesteś pan ostrożny. To się chwali! -- rzekł Stapleton -- a ja +zostałem ukarany za natręctwo i nie ponowię już propozycyi, uczynionej +ze szczerego serca i w najlepszej chęci. + +Doszliśmy do ścieżki, wiodącej przez piaski i trzęsawiska. Na prawo +sterczał odłam skały; po za nią, w pewnej odległości, unosił się +dym z komina. + +-- Ta ścieżka prowadzi do Merripit-House -- rzekł Stapleton. -- Może +mnie pan zechce zaszczycić swojemi odwiedzinami? + +Miałem ochotę odmówić ze względu na sir Henryka, ale przypomniałem +sobie, że jest zajęty korespondencyą; nie mogłem mu dopomódz, a +z drugiej strony, Holmes kazał mi poznawać sąsiedztwo. Więc przyjąłem +zaproszenie pana Stapleton i weszliśmy razem na ścieżkę. + +-- Dziwne to trzęsawisko -- mówił, wskazując mi olbrzymią +płaszczyznę, pokrytą piaskami i trawą -- dla nieoswojonego oka +wydaje się monotonnem i smutnem, ale kto się przyzwyczai do tych +fal piaszczystych; dla tego mają one urok nieprzeparty, a zawierają +tyle tajemnic!... + +-- Pan je zgłębiłeś? + +-- Mieszkam tu od lat dwóch zaledwie. Tutejsi mieszkańcy mogliby mnie +nazwać obcym przybyszem. Osiedliliśmy się tutaj wkrótce po przybyciu +sir Karola, ale moje upodobania przyrodnicze skłaniają mnie do +ciągłych wędrówek, to też poznałem każdą niemal piędź ziemi. +Sądzę, że nikt tutaj nie zna jej lepiej odemnie. + +-- Czy okolica jest tak trudną do poznania? + +-- Bardzo trudną. Widzisz pan, naprzykład, tę rozległą równinę na +północ, obramowaną wzgórzami. Czy dostrzegasz pan co niezwykłego? + +-- Widzę, że możnaby galopować po tej równinie. + +-- Wielu już przypłaciło życiem taką chętkę. Czy widzisz pan zielone +plamy, któremi usiana jest ta płaszczyzna? + +-- Są to zapewne kępki traw. + +Stapleton roześmiał się. + +-- To tak zwane Grimpen-Mire,[1] błota nieprzebyte. Jeden krok +fałszywy, a śmierć pewna. Niedalej, jak wczoraj, widziałem na własne +oczy, jak zapadł w nie młody źrebak. Pochłonęło go trzęsawisko. +Niebezpiecznie jest zapuszczać się tutaj nawet wśród letniej suszy, +ale podczas jesiennych roztopów miejsce to jest cmentarzem, a jednak +potrafię przejść i wrócić bezpiecznie przez sam środek bagna. Widzisz +pan?... znowu jakiś źrebiec ugrzązł w błocie... + +Istotnie dostrzegłem coś szamocącego się; po chwili wysunęła się +długa szyja i rozległ się okrzyk przeraźliwy. Drgnąłem. Mój +towarzysz był chłodniejszy odemnie. + +-- Już po nim! -- rzekł. -- Pochłonęło go bagno. Dwóch źrebców w dwa +dni! Niebezpiecznie zapuszczać się na te trzęsawiska. + +-- Pan jednak przebywa je bez szwanku? -- wtrąciłem. + +-- Tak; po długich wędrówkach znalazłem parę ścieżek bezpiecznych. + +-- Co panu zależało na przebyciu tych błot? + +-- Widzi pan te wzgórza woddali? To jak wyspy, odcięte od świata. +Rosną tam rzadkie krzewy i fruwają niezwykłe motyle. Warto się trudzić +po takie okazy. + +-- I ja spróbuję. + +Spojrzał na mnie ze zdziwieniem. + +-- Niechże pana Bóg strzeże od takich prób! Miałbym pańskie życie na +sumieniu! -- zawołał. -- Pan nie wróciłbyś z tej wycieczki. Mnie za +drogowskaz służą rośliny. + +-- Cóż to takiego?... -- zawołałem. + +Z oddali doleciało jakby szczekanie. Niepodobna było zmiarkować, skąd +płynie ten głos okropny. + +Stapleton spojrzał na mnie z zagadkowym wyrazem twarzy. + +-- Dziwne te bagna, prawda? -- rzekł jakby z dumą. + +-- Co to takiego? -- spytałem. + +-- Włościanie powiadają, że to pies Baskervillów upomina się +o zdobycz. Słyszałem ten głos parę razy, ale nigdy jeszcze tak +wyraźnie, jak dzisiaj. + +Dokoła nie było widać żadnego żywego stworzenia. + +-- Jesteś pan człowiekiem wykształconym. Wszak pan nie wierzysz +w przesądy? Jakże pan tłómaczy sobie te głosy? -- spytałem. + +-- Stwardniałe błoto, pękając, wydaje czasem takie jęki -- odparł. + +-- Nie, nie; to był głos żywego stworzenia. + +-- Czyś pan kiedy słyszał wabienie błotnego ptaka, zwanego bąkiem? + +-- Nie. + +-- To okaz, zaginiony już, ale przetrwał może tutaj. Wszystko możliwe +na takich bagnach. Nie zdziwiłbym się, gdyby ten głos był wabieniem +ostatniego bąka w Europie. + +-- Bądź co bądź, w życiu mojem nie słyszałem podobnego dźwięku. + +-- Tak, to pustkowie zawiera dużo dziwnych rzeczy. Spojrzyj pan na to +wzgórze. Co pan dostrzegasz? + +Cały stok był usiany okrągłemi, foremnemi kamieniami. + +-- Co to takiego? -- spytałem. + +-- To siedziby naszych czcigodnych przodków. Człowiek przedhistoryczny +zaludniał gęsto te bagna, a ponieważ od tych czasów nikt tu nie +mieszkał, ich jaskinie pozostały nietknięte. Widzi się tam łoża, +stołki, misy... + +-- Z jakiej epoki? + +-- Neolitycznej zapewne. + +-- Cóż ci ludzie robili? + +-- Paśli trzody na stokach gór, osuszali bagna, wyrabiali broń +i sprzęty z kamienia. Tak, to bagno jest ciekawą kartą dziejową. Ale +przepraszam pana... + +Stapleton urwał nagle i podążył za jakimś rzadkim okazem motyla. +Ścigał go zapamiętale, podskakiwał, kręcił się wkółko. + +Ubawiony tem przyrodniczem _intermezzo_, postanowiłem czekać na +rezultat pościgu. Wtem doleciał mnie znowu odgłos kroków. Obejrzałem +się i zobaczyłem kobietę, zdążającą ku mnie. + +Szła od strony Merripit-House. Domyśliłem się odrazu, że to jest miss +Stapleton, bom słyszał o jej niepospolitej urodzie. Jakoż nawet +w stolicy taka piękność musiałaby zwrócić uwagę a olśniewała +wprost na tem pustkowiu. Byłem tembardziej zdumiony, że miss +Stapleton stanowiła zupełny kontrast ze swoim bratem. O ile on +był blady, szczupły, o tyle ona wspaniale rozwinięta; o ile on +niepozorny, o tyle ona wytworną. On miał włosy i oczy szare, +płeć wyblakłą -- ona była brunetką tak silną, że podobnych nie +widuje się w Anglii. Miała rysy nadzwyczaj regularne, oczy ogniste, +usta prześlicznie wykrojone i płeć z gorącym rumieńcem. Wydawała +się, jakby cudownem, nadprzyrodzonem zjawiskiem na tle ponurego +krajobrazu. Oczy jej biegły niespokojnie za bratem, przyśpieszyła +kroku i zrównała się ze mną. Uchyliłem kapelusza i chciałem +się przedstawić, lecz nie dała mi dojść do słowa. + +-- Wyjeżdżaj pan stąd!... -- szepnęła. -- Wracaj natychmiast do +Londynu.... + +Spojrzałem na nią ze zdumieniem. Oczy jej pałały, nóżka uderzała +o ziemię. + +-- Po co mam wracać? -- zagadnąłem. + +-- Nie mogę panu tego wytłómaczyć -- odparła głosem przyciszonym -- +ale na miłość Boską, zastosuj się pan do mojej rady. Wyjedź pan stąd +i nigdy tu nie wracaj. + +-- Ależ ja zaledwie przyjechałem... + +-- Dlaczego pan nie chce zrozumieć, że ta przestroga ma pańskie dobro +na względzie? Raz jeszcze powtarzam: wracaj pan do Londynu zaraz, dziś +wieczorem. Opuść to strony. Cicho!... Mój brat nadchodzi. Nie mów mu +pan o tem ani słowa... Proszę mi zerwać parę storczyków z tej kępy +traw -- rzekła innym zupełnie głosem. -- Mamy dużo dzikich storczyków. +Lubię ten kwiat. + +Stapleton zaniechał pościgu i wracał zdyszany. + +-- Skądże się tu wzięłaś, Beryl? -- rzekł ostro. + +-- Widzę, że jesteś zmęczony -- zagadnęła. + +-- Tak, goniłem motyla. Piękny okaz; spotyka się go rzadko, zwłaszcza +na jesieni. + +Mówił to lekko, ale patrzał na siostrę badawczo i groźnie. + +-- Zapoznaliście się, państwo, jak widzę -- rzekł. -- Prezentacya już +zbyteczna. + +-- Tak; prosiłam właśnie sir Henryka, żeby zerwał dla mnie parę +storczyków. + +-- Więc bierzesz pana... + +-- Sadziłam, że to sir Henryk Baskerville -- wtrąciła. + +-- Pani się myli -- rzekłem. -- Jestem tylko jego przyjacielem. +Nazywam się Watson. + +Rumieniec oblał jej śliczną twarzyczkę. Była widocznie zmieszana. + +-- Zaszło nieporozumienie... -- rzekła. + +-- Nie mieliście przecież dużo czasu na rozmowę -- wtrącił jej brat, +przeszywając ją wzrokiem badawczym. + +-- Mówiłam do doktora Watson, jak do stałego mieszkańca tych stron, +nie zaś do gościa. Ale może pan zechce nas odwiedzić w Merripit-House? + +Przyjąłem zaproszenie. Droga była niedaleka, wiodła brzegiem łąki. +Dom, przerobiony widocznie ze starej fermy, wznosił się wśród drzew +niewielkich, otoczony był murowanym parkanom; wyglądał smutno +i ponuro. + +Otworzył nam drzwi stary, mrukliwy służący. Mieszkanie było obszerne, +w urządzeniu znać było rękę kobiecą. Patrząc przez okno na te bagna, +usiane kamieniami, zastanawiałem się, co mogło skłonić tak +wykształconego mężczyznę i tak piękną kobietę do obrania tutaj +siedziby. + +-- Dziwisz się pan zapewne, że rozpięliśmy tutaj namioty? -- rzekł +Stapleton, jakby w odpowiedzi namoje myśli. -- A jednak dobrze nam +i czujemy się szczęśliwi. Prawda, Beryl? + +-- Zupełnie szczęśliwi -- potwierdziła, bez zapału. + +-- Miałem szkołę w jednem z hrabstw północnych -- mówił Stapleton -- +ale ten rodzaj pracy nie odpowiadał mojemu temperamentowi, chociaż +obcowanie z dziećmi, urabianie ich umysłów, miało dla mnie dużo uroku. +Losy popchnęły mnie jednak na inną drogę. Wybuchła epidemia. Ofiarą +jej padło trzech chłopców z mojej szkoły; ucierpiała skutkiem tego na +opinii i nie mogła już utrzymać się dalej. Naraziło mnie to na dużą +stratę pieniężną; ale żal mi tylko zmarłych dzieci; dla siebie nie +żałuję tego, bo mam czas oddawać się moim ulubionym badaniom +i znalazłem tu obfite pole do studyów nad botaniką i zoologią. Siostra +dzieli moje upodobania przyrodnicze. Mówię to, żeby panu ułatwić +rozwiązanie zagadki, nad którą pan zastanawiał się, patrząc na +oparzeliska. + +-- Dziwiłem się istotnie, że państwo obrali tę okolicę, w której +pobyt musi być smutny, zwłaszcza dla pani. + +-- Jest mi tu dobrze -- oświadczyła. + +-- Mamy książki, mamy nasze zajęcia naukowe, zresztą mamy sąsiadów. +Doktor Mortimer jest człowiekiem uczonym w swoim zakresie, biedny sir +Karol był miłym towarzyszem. Widywaliśmy go często, i jego śmierć +była dla nas ciosem. Jak pan uważa, czy bez natręctwa, mógłbym +złożyć dziś wizytę sir Henrykowi? + +-- Jestem pewien, że będzie panu rad. + +-- A więc odwiedzę go popołudniu. Pragnąłbym, o ile możności, +uprzyjemnić mu pobyt w tych stronach, zanim przywyknie do ponurej +okolicy. Może pan zechce obejrzeć mój zbiór motyli? Sądzę, że niema +obfitszego w całej Anglii południowej. + +Nie mogłem przyjąć zaproszenia; pilno mi już było do mego towarzysza. +Balem się o niego, byłem mimowoli pod wrażeniem smutnego krajobrazu, +a zapewne i ostrzeżeń miss Stapleton, wypowiedzianych tak poważnie, +uroczyście niemal, że musiały osłaniać jakąś tajemnicę. To też, +mimo naglących zaprosin na śniadanie, pożegnałem rodzeństwo +i wracałem do dworu tą samą ścieżką. + +Musiała być jednak inna krótsza droga, bo zanim doszedłem do +gościńca, ku wielkiemu mojemu zdziwieniu ujrzałem miss Stapleton, +siedzącą na kamieniu przy drodze. + +-- Wybiegłam naprzód, aby pana tu spotkać, nie wzięłam nawet +kapelusza -- mówiła zdyszana. Chcę pana prosić, abyś zapomniał moje +słowa. Nie tyczyły się pana. + +-- Nie mogę ich zapomnieć, miss Stapleton -- odparłem. -- Jestem +przyjacielem sir Henryka, chodzi mi o jego bezpieczeństwo. Niechże mi +pani wytłómaczy, dlaczego radzisz mu pani opuścić te strony i wracać +do Londynu? + +-- To był kaprys kobiecy, doktorze Watson. Gdy mnie pan poznasz, +przekonasz się, że nie zawsze umiem wytłómaczyć pobudki moich słów +i czynów. + +-- Nie, nie, pamiętam, jak głos pani drżał, pamiętam, jak pani na mnie +patrzała z trwogą. Na miłość Boską, bądź ze mną szczera, miss +Stapleton. Od pierwszej chwili, gdym zawitał w te strony, czuję coś +złowróżbnego w powietrzu. Stąpamy jakby po owych zielonych kępach na +bagnie, lada chwila możemy w nich utonąć, a nikt nie chce nam wskazać, +gdzie jest niebezpieczeństwo. Powiedz mi pani, co znaczyły jej słowa, +a wzamian obiecuję, że je powtórzę sir Henrykowi. + +Na twarzy miss Stapleton odbiło się wahanie, ale trwało krótko. + +-- Przywiązujesz pan zbyt wielką wagę do moich słów -- odrzekła. +Oboje z bratem zmartwiliśmy się bardzo śmiercią sir Karola. +Odwiedzał nas często, mówił z przejęciem o klątwie, ciążącej +nad jego rodem. Nie dziw, że po jego tragicznej śmierci gotowa +byłam uwierzyć w słuszność jego obaw, a widząc jego spadkobiercę, +przedstawiciela tejże rodziny, uważałam sobie za obowiązek +przestrzedz go o możliwem niebezpieczeństwie. To był jedyny cel +moich słów. + +-- Ale na czem owe niebezpieczeństwo polega? + +-- Słyszałeś pan legendę o psie? + +-- Nie wierzę w te brednie. + +-- Ale ja wierzę. Jeżeli pan ma wpływ na sir Henryka, wywieź go pan +z tej okolicy. Świat szeroki. Dlaczego sir Henryk ma koniecznie mieszkać +tutaj, gdzie mu grozi niebezpieczeństwo? + +-- Dlatego właśnie, że grozi. Taki już jego charakter. Jeżeli pani nie +może przytoczyć mi ważniejszego powodu, to tym argumentem nie zdołam +go skłonić do opuszczenia Baskerville-Hall. + +-- Nie mogę przytoczyć innego powodu, bo żadnego innego nie znam. + +-- Jeszcze jedno pytanie, miss Stapleton. Jeżeli w słowach pani nie +było ukrytego znaczenia, to dlaczego nie chciałaś, aby je brat +usłyszał? + +-- Mój brat pragnie, żeby dwór był zamieszkany, bo sądzi, że +obecność właściciela jest konieczną dla dobra okolicy. Gniewałby +się na mnie, gdyby wiedział, że radzę sir Henrykowi opuścić te +strony. Spełniłam swój obowiązek i nic już więcej nie dodam. +Muszę wracać, bo brat domyśli się, żem rozmawiała z panem. Dowidzenia! + +Odeszła, pozostawiając mnie na pastwę obaw i niepokojów o sir +Henryka. + + + + +VIII. + +Pierwsze sprawozdanie doktora Watson. + + +Od owego punktu będę przepisywał moje własne listy do Sherlocka +Holmes, albowiem odtwarzają owe wypadki, myśli i podejrzenia z większą +dokładnością, niż moja pamięć. + + + _Baskerville-Hall, 13 października._ + +Kochany Holmes! Moje poprzednie listy i depesze powiadamiały cię +dokładnie i szczegółowo o wszystkiem, co się działo w tym ponurym +zakątku. + +Im dłużej tu bawię, tem bardziej czuję się smutny i zaniepokojony. +Te bagna rzucają cień na duszę. Zdaje mi się, żem się przeniósł +nietylko do innego kraju, ale i w inną epokę, że żyję w czasach +przedhistorycznych. + +Kamienne siedziby naszych przodków zasiewają gęsto oparzelisko, +i dziwić się należy, dlaczego oni osiedlali się w tych bagnach? +Przypuszczam, że to był szczep tchórzliwy, stroniący od wojowniczych +sąsiadów, a trzęsawisko było najpewniejszą przeciw nim warownią. + +Te hypotezy nie mają jednak nic wspólnego z mojem posłannictwem i nie +zaciekawią twojego praktycznego umysłu. Wiem, jak ci jest obojętnem, +czy ziemia obraca się dokoła słońca, czy też dzieje się odwrotnie. +Wracam do faktów, tyczących się sir Henryka Baskerville. + +Jeżeliś nie otrzymywał sprawozdań przez parę dni ostatnich, to tylko +dlatego, że do dziś nie było o czem pisać. Dzisiaj zdarzyła się +okoliczność niezwykła, lecz zanim ci ją opowiem, muszę cię obznajmiċ +z innemi stronami sytuacyi. + +Wspomniałem ci już o zbiegłym więźniu, który się ukrywa wśród +bagien. Według wszelkiego prawdopodobieństwa, opuścił już te +strony, co jest pożądanem dla mieszkańców, żyjących na pustkowiu. + +Dwa tygodnie już minęło od jego ucieczki, a dotychczas nikt go nie +widział i nikt o nim nie słyszał. Łatwo wprawdzie ukryć się na tem +trzęsawisku, usianem głazami, które służyły za schronienie +przedhistorycznemu człowiekowi, ale niema tam żadnego pożywienia; +sądzimy zatem, że uciekł, a okoliczni fermerzy zaczynają nabierać +otuchy. + +W pałacu jest nas czterech silnych mężczyzn; możnaby się obronić +w danym razie; ale przyznaję, żem się obawiał o Stapletonów. +Mieszkają na zupełnem pustkowiu, o parę mil od ludzkich siedzib, +trzymają tylko służącego i kucharkę. Brat jest wątły i niezbyt +silny, siostra, jakkolwiek rosła i dobrze zbudowana, nie mogłaby +stawić oporu takiemu zbójowi. Gdyby ich napadł, byliby na jego +łasce i niełasce. Sir Henryk jest o nich zatrwożony; dawał im na +wszelki wypadek _grooma_ Perkinsa, ale Stapleton odmówił stanowczo. + +Nasz baronet zaczyna interesować się żywo piękną sąsiadką. Nic +dziwnego, że wśród życia tak jednostajnego szuka rozrywki, a dziwić +się można tem mniej, że panna prześliczna. Jest w niej coś gorącego, +podzwrotnikowego; sprzeczność pomiędzy nią a chłodnym, brzydkim bratem +-- zdumiewająca. Chociaż i on robi wrażenie wulkanu, przysypanego +popiołami. Ma widocznie wielki wpływ na siostrę; zauważyłem, że miss +Beryl, mówiąc, spogląda wciąż na niego, jak gdyby szukała aprobaty. +On ma w oczach groźne błyski, a zacięte usta zdradzają naturę twardą +i nieubłaganą. Byłby ciekawem studyum dla ciebie. + +Złożył wizytę Baskervillowi nazajutrz po naszym przyjeździe, a zaraz +następnego poranku zaprowadził nas na miejsce, wsławione legendą +o okrutnym Hugonie. Jest to daleka, kilkomilowa wycieczka przez łąkę +i trzęsawiska, a miejsce samo tak ponure, że mogło natchnąć pomysłem +do krwawej legendy. Sterczą na niem dwa olbrzymie, spiczaste głazy; sir +Henryk był wzruszony i kilkakrotnie zapytywał Stapletona, czy doprawdy +wierzy w oddziaływanie sił nadprzyrodzonych na bieg naszego życia. + +Pytał wesoło, ale było widać, że bierze tę rzecz poważnie. Stapleton +był ostrożny w odpowiedziach, ale można było poznać, że powstrzymuje +się od wyrażenia swoich myśli ze względu na spokój baroneta. +Opowiedział nam kilka wypadków, w których starożytne rody były +prześladowane przez jakąś siłę nieczystą i zostawił nas pod +wrażeniem, że przywiązuje wiarę do owej legendy. + +Wracając z tej wycieczki, zaprosił nas na śniadanie do Merripit-House +i wtedy sir Henryk poznał miss Stapleton. Od pierwszej chwili zrobiła +na nim wielkie wrażenie, a jeśli się nie mylę, było zobopólne. Od +owego dnia, baronet bywa tam codzień. Dzisiaj zaprosił na obiad +rodzeństwo. Możnaby sądzić, że taki maryaż powinien być mile +widzianym przez Stapletona, jednak spostrzegam niezadowolenie na +jego twarzy, ilekroć sir Henryk zbliża się do jego siostry, lub +okazuje swój zachwyt. Tłómaczę to sobie egoistycznem przywiązaniem, +bo życie przyrodnika na tem pustkowiu byłoby jeszcze smutniejsze, +gdyby go nie opromieniała miss Beryl. Wątpię, czy Stapleton posunie +tak dalece egoizm, aby się sprzeciwić temu świetnemu małżeństwu, +choć widocznie nie życzy sobie zażyłości pomiędzy siostrą +a baronetem; parę razy przeszkadzał im w rozmowie sam na sam. + +Bądź co bądź, trudno mi będzie teraz spełnić twoje polecenie: abym +nigdy nie opuszczał sir Henryka. Sprzykrzyłbym mu się prędko, gdybym +chodził za nim, jak cień. + +Onegdaj, we czwartek, doktor Mortimer był u nas na śniadaniu. Przy +wykopaliskach w Long-Dawn udało mu się znaleźć czaszkę +przedhistorycznego człowieka. Jest uradowany. Trudno o większego +entuzyastę i maniaka. + +Po śniadaniu przybyli Stapletonowie. Na prośby sir Henryka, doktor +zaprowadził nas wszystkich do Alei Wiązów, aby nam pokazać, jak się +rzeczy miały owej nocy. + +Aleja jest długa, po obu stronach szerokie żywopłoty, za nimi -- +trawniki. Na końcu alei wznosi się letni domek, rodzaj altany. +W połowie drogi jest furtka, prowadząca na łąkę, za którą leży +trzęsawisko. Furtka jest drewniana, biała, ma klamkę i zasuwę. +Pamiętałem twoją hypotezę i starałem się odtworzyć w myśli +katastrofę. + +Stojąc przy tej furtce, biedny sir Karol ujrzał coś, co go tak +wystraszyło, że stracił przytomność i zaczął biedz prosto przed +siebie, aż mu tchu zbrakło i padł nieżywy z wycieńczenia i trwogi. +Uciekał liściastym tunelem. Co go wystraszyło? Pies zwyczajny, +pasterski, czy też jakieś stworzenie fantastyczne, widmowe? Była-li +w tem ręka ludzka, czy też moc nadprzyrodzona? Może blady Barrymore wie +o tem zdarzeniu daleko więcej, niż mówi? Jakiekolwiek jest rozwiązanie +zagadki, ostatniem jej słowem -- zbrodnia. + +Poznałem jeszcze jednego sąsiada, pana Frankland z Lafter Hall. +Mieszka o cztery mile od nas. Jest to człowiek niemłody, siwy, +temperamentu cholerycznego, zawołany pieniacz; pół majątku stracił na +procesy. Nie chodzi mu o przedmiot sporny, lecz o sam proces. Czasami +zamyka drogę publiczną i zmusza gminę do pozywania go przed sądy. +Innym razem wdziera się w drogę prywatną, dowodząc, że służyła +dawniej do publicznego użytku. Zna wszystkie prawa obyczajowe, +niekiedy używa swych wiadomości na korzyść włościan z Fernworthy, +a czasem przeciwko nim; bywa niesiony w tryumfie przez wieś, lub +palony _in effigie_, stosownie do swej działalności. + +Ma obecnie siedem procesów, które zapewne pochłoną resztę jego +fortuny. + +Po za tą manią wydaje się dobrodusznym, poczciwym staruszkiem; +wspominam o nim dlatego tylko, żeś mi polecił opisywać ci wszystkie +osoby, które spotykam i o których słyszę. + +Obecnie pan Frankland ma nowa rozrywkę: przez wyborny teleskop, dniami +całemi z dachu swego domu wypatruje zbiegłego więźnia. Gdybyż tylko na +tem poprzestał! ale on chce podobno wytoczyć proces doktorowi +Mortimer za otwarcie grobu przedhistorycznego bez pozwolenia potomków, +a to skutkiem... czaszki z epoki neolitycznej, odgrzebanej +w Long-Dawn. Bądź co bądź urozmaica nam jednostajność życia +i wprowadza do niego trochę komicznego pierwiastku. + +A teraz, doniosłszy ci o zbiegłym więźniu, opisawszy ci rodzeństwo +Stapleton, doktora Mortimer i pana Frankland z Lafter-Hall, powiem ci +coś bardzo ciekawego o Barrymorze i o niezwykłych zdarzeniach zeszłej +nocy. + +Naprzód słówko o telegramie, któryś wysłał z Londynu, a który +miał nam służyć za dowód obecności Barrymora w pałacu. + +Donosiłem ci już, że, sądząc ze słów pocztmistrza, doszedłem do +przekonania, iż ta próba niczego nie dowiodła. Mówiłem o tem sir +Henrykowi, a on, ze zwykłą sobie szczerością, wezwał Barrymora +i zapytał go, czy dostał telegram. Barrymore odpowiedział twierdząco. + +-- Czy chłopiec oddał ci go do rąk? -- pytał sir Henryk. + +Barrymore spojrzał ze zdziwieniem. + +-- Nie -- odparł po namyśle -- byłem wtedy na strychu, ale moja żona +odniosła mi zaraz depeszę. + +-- Czyś odpowiedział na nią sam? + +-- Prosiłem żony, żeby mnie wyręczyła. + +Po obiedzie wszczął znowu tę sprawę z własnego impulsu. + +-- Nie rozumiałem, dlaczego mnie jaśnie pan pytał o ów telegram -- +rzekł. -- Czy zrobiłem co niewłaściwego? + +Sir Henryk uspokoił go w tym względzie i ofiarował mu część swojej +garderoby, ponieważ nadeszły już garnitury, obstalowane w Londynie. + +Mrs. Barrymore zaciekawia mnie. Jest to niewiasta gruba, ociężała, +poważna, wygląda na purytankę. Trudno sobie wyobrazić osobę mniej +wrażliwą, a jednak opowiedziałem ci już, żem słyszał wyraźnie jej +płacz pierwszej nocy naszego pobytu w Baskerville-Hall; potem +widziałem nieraz ślady łez na jej twarzy. Musi mieć jakoś wielką +zgryzotę. Czasami zastanawiam się, czy jej nie trapią wyrzuty +sumienia, a chwilami posądzam Barrymora, iż jest tyranem. + +Zauważyłem w nim odrazu coś niezwykłego; ale to, com widział zeszłej +nocy, utrwala mnie w najgorszych posądzeniach. + +A jednak sam fakt może się wydać błahym. + +Wiesz, że mam sen lekki, a od chwili, gdym tu przybył w charakterze +anioła-stróża, sypiam z otwartemi oczyma, jak zając. + +Otóż wczorajszej nocy, około drugiej, obudził mnie odgłos kroków, +przechodzących obok mojego pokoju. Wstałem, uchyliłem drzwi +i wyjrzałem. Po korytarzu sunął długi cień, rzucany przez +mężczyznę, zakradającego się na palcach ze świecą w ręku. Był +w koszuli i spodniach, szedł boso, powoli i bardzo ostrożnie, +w całem jego zachowaniu było coś tajemniczego. + +Korytarz przecięty jest balkonem, znajdującym się nad główną sienią +i portykiem, ale biegnie dalej po jego drugiej stronie. Gdym stanął przy +balkonie, ów cień dotarł już był do drugiego końca korytarza; po +blasku światła zmiarkowałem, że wszedł do jednego z przyległych +pokojów. + +Ponieważ wszystkie te pokoje są nieumeblowane, przeto cel wędrówki +stawał się jeszcze bardziej zagadkowym. Światło błyszczało stale +w jednym punkcie. Zajrzałem do tego pokoju przez drzwi uchylone. + +Barrymore stał pod oknem i trzymał świecę przy samej szybie. Zwrócony +był do mnie profilem; widziałem na jego twarzy wyczekiwanie +i niepokój. Przez chwilę stał nieruchomo, wreszcie coś mruknął, +machnął ręką i świecę odstawił. + +Uciekłem do mego pokoju. Niebawem doleciały mnie znowu ciche kroki. +Barrymore wracał. + +Przez długi czas nie mogłem się uspokoić, tysiączne myśli +i podejrzenia przelatywały mi po głowie. Już w pół-śnie usłyszałem +zgrzyt klucza we drzwiach, ale nie mogłem umiarkować, w których. + +Co to wszystko znaczy -- nie wiem, lecz w każdym razie dzieją się +w tym domu rzeczy dziwne, nie rokujące nic dobrego. Wcześniej, czy +później, wyświetlimy zagadkę. Nie chcę cię bałamucić mojemi +przypuszczeniami, albowiem żądasz tylko faktów. + +Miałem dziś rano długą rozmowę z sir Henrykiem i obmyśliliśmy plan +kampanii. Znajdziesz go w moim następnym liście. + + + + +IX. + +(Drugie sprawozdanie doktora Watsona). + +Światło na bagnie. + + + _Baskerville-Hall, 15 października._ + + +Kochany Holmes! + +Pozostawiłem cię wprawdzie długo bez wiadomości, za to dziś pragnę +cię odszkodować. + +Fakty następowały tak szybko po sobie, że trudno było je spisywać. +Donosiłem ci, żem widział Barrymora, zakradającego się po nocy ze +światłem w ręce do pustego pokoju. Teraz mam całą wiązankę nowin. +Rzeczy wzięły obrót niespodziewany, w ciągu dwu dni ostatnich +wyświetliła się niejedna zagadka, a inne zaciemniły się jeszcze +bardziej. Sam osądź. + +Nazajutrz, przed śniadaniem, poszedłem do pustego pokoju, nawiedzonego +przez Barrymora nocy ubiegłej. Okno, przez które przechodził, +wychodziło na zachód i odznaczało się tem od innych, że był z niego +najbliższy widok na bagno. Jest tam puste miejsce pomiędzy dwoma +drzewami, przez które widać zblizka łąkę i oparzelisko, wówczas, gdy +z innych okien widok na nie jest dalszy i zasłoniony. + +Czyżby Barrymore upatrywał kogoś lub czegoś na bagnie? Noc była tak +ciemna, że przy najlepszym wzroku niepodobna było nic dojrzeć. Więc +jakiż był cel tych obserwacyj? + +W pierwszej chwili sądziłem, że to intryga miłosna. Dlatego zakradał +się boso, dlatego był niespokojny. Barrymore jest niezwykle pięknym +mężczyzną i może mieć powodzenie u kobiet -- ta hypoteza wydała mi +się prawdopodobną. Zgrzyt klucza w zamku świadczył może o potajemnem +wyjściu na schadzkę. + +Takie wysnuwałem wnioski; opowiadam ci je, chociaż rezultat wykazał +ich bezpodstawność. + +Sądząc, że nie mam prawa zachowywać ich dla siebie, zwierzyłem się +z nich przed sir Henrykiem, opowiedziawszy mu wpierw, com widział. Był +mniej zdziwiony, niż mogłem przypuszczać. + +-- Wiem, że Barrymore chodzi po nocy -- oświadczył. -- Kilka razy +słyszałem jego kroki w korytarzu o jednej i tej samej godzinie. + +-- Więc może co nocy chodzi do okna? + +-- Może. W takim razie schwytamy go na gorącym uczynku i przekonamy +się o celu jego wędrówek. Ciekaw też jestem, jakby postąpił Holmes na +naszem miejscu? + +-- Sądzę, że zrobiłby to samo, co pan zamierzasz -- odparłem. -- Boję +się tylko, aby Barrymore nie usłyszał naszych kroków. + +-- Ma słuch tępy; zauważyłem to już nieraz. Zatem dziś wieczorem +zaczaimy się w moim pokoju. + +Sir Karol był rad widocznie; ta nowa wyprawa była urozmaiceniem +nudnego życia. + +W pałacu panował ruch gorączkowy. Baronet sprowadził architekta +z Londynu, zaś z Plymouth -- stolarzy i dekoratorów; nie szczędził +kosztów, aby przywrócić dawny blask siedzibie swoich przodków. + +Skoro pałac zostanie urządzony, brak w nim będzie tylko -- pięknej +pani domu. + +Między nami mówiąc, łatwo domyślam się, kto mógłby zająć to +miejsce. Baronet zakochany po uszy w naszej pięknej sąsiadce, +miss Stapleton. + +Lecz na drodze tej miłości istnieją przeszkody. Niedalej, jak dziś, +sir Henryk miał przykrą niespodziankę. + +Po naszej rozmowie o Barrymorze, wziął czapkę i wyszedł. Ja za nim. + +-- Towarzyszysz mi, Watson?... -- zapytał z widocznym niezadowoleniem. + +-- To zależy od tego, dokąd pan idzie; jeżeli na łąkę i bagno, +pójdę z panem. + +-- Właśnie tam podążam. + +-- Wszak pan wie, co mi polecił Holmes... Przykro mi, że się panu +narzucam, ale nie mogę puścić pana samego na trzęsawiska. + +Sir Henryk położył mi rękę na ramieniu. + +-- Mój drogi -- rzekł z uśmiechom -- Sherlock Holmes, pomimo swej +przenikliwości, nie przewidział tego, co wynikło od czasu, jak +zamieszkałem nad bagnem. Wszak mnie rozumiesz?... I jestem pewien, że +nie zechcesz przeszkadzać mi w takiej chwili. + +Byłem w trudnem położeniu, a gdym tak stał zafrasowany, mój towarzysz +odwrócił się i poszedł przez łąkę. + +Czyniłem sobie wyrzuty, że go pozostawiam własnemu losowi. A nuż go +spotka nieszczęście!... + +Na samą myśl o tem, krew uderzyła mi do głowy. + +Może jeszcze nie zapóźno, może zdołam go dogonić... + +Podążyłem w kierunku, w którym sir Henryk odszedł, ale nic mogłem go +dostrzedz, aż wreszcie ukazał mi się na zakręcie drogi, tam, gdzie +ścieżka, wiodąca przez trzęsawisko, odbiega od gościńca. + +Skręciłem w bok, i zamiast iść za nim, wspiąłem się na mały +pagórek, skąd było widać całą równinę. Ukrywszy się za skałą, +śledziłem jego kroki. + +Uszedł ścieżką dobre pół mili, gdy nagle zobaczyłem zbliżającą +się ku niemu pannę Stapleton. + +A więc to była schadzka umówiona... + +Przywitawszy się, szli dalej, bardzo wolno; z poruszenia rąk +miarkowałem, że miss Beryl o coś go prosi. + +Namyślałem się, co robić. Wstrętnym jest szpiegować przyjaciela; +w danych okolicznościach było to moim obowiązkiem; lecz gdyby mu +groziło niebezpieczeństwo, byłem zadaleko, aby nieść pomoc. Więc +cóż począć? Wahałem się między poczuciem delikatności a obowiązku. + +Tymczasem sir Henryk i jego towarzyszka stanęli na ścieżce. Rozmawiali +bardzo żywo. Nagle spostrzegłem, że nie ja jeden jestem świadkiem ich +spotkania. Ujrzałem coś zielonego, zawieszonego w powietrzu. +Przyjrzawszy się, zobaczyłem, że to siatka na motyle. + +Szedł Stapleton. Był daleko bliżej od młodej pary, niż ją i widocznie +podążał ku niej. + +Wtem sir Henryk objął wpół miss Stapleton; zdawało mi się, że ona +broni się od uścisku. Pochylił się nad nią, chciał ją pocałować -- +zasłoniła się ręką. + +Nagle odskoczyli od siebie. Spłoszył ich Stapleton. Pędził co tchu, +wymachiwał rękoma, a gdy się z nimi zrównał -- tupał nogami i zapewne +krzyczał i robił wymówki sir Henrykowi. Ten widocznie usprawiedliwiał +się. + +Wreszcie Stapleton skinął na siostrę, która po chwili wahania poszła +za nim, rzuciwszy spojrzenie baronetowi. + +On stał długo, jak wryty, wreszcie odszedł krokiem powolnym, z głową +zwieszoną. + +Co to wszystko znaczyło? Nie mogłem pojąć, lecz byłem wzburzony +widokiem tej sceny. Zbiegłem ze wzgórza i spotkałem się z sir +Henrykiem. + +-- Watson! -- zawołał. -- Skądże się tu wziąłeś? Czyżbyś mnie +śledził wbrew mojej woli? + +Wyznałem mu prawdę. W pierwszej chwili oczy zapałały mu gniewem, +lecz rozbroiła go widocznie moja szczerość; koniec końców -- +roześmiał się. + +-- Możnaby sądzić, że takie pustkowie sprzyja samotności, a jednak -- +mówił żartobliwie -- niepodobna konkurować bez świadków... Smutne to +zresztą konkury. Gdzieżeś się ukrywał? + +-- Za temi skałami, na wzgórzu. + +-- Czy widziałeś, z której strony jej brat przyszedł? + +-- Z przeciwnej. + +-- Czy on robi na tobie wrażenie waryata? + +-- Nie. + +-- Od pierwszej chwili wydał mi się nienormalnym, a teraz gotów jestem +przypuścić, że mnie, albo jemu braknie piątej klepki. Słuchaj, Watson: +żyjesz już ze mną parę tygodni, powiedz mi szczerze, czyś nie +spostrzegł we mnie jakiego umysłowego zboczenia? Jak znajdujesz: czy +mógłbym być dobrym mężem dla kobiety ukochanej? + +-- Zdaje mi się, że najlepszym. + +-- Wszak on nic nie może zarzucić mojemu stanowisku społecznemu. Więc +cóż ma przeciwko mojej osobie? Nie skrzywdziłem nikogo, żyłem +uczciwie. A jednak nie pozwala mi dotknąć bodaj końca jej paluszków. + +-- Czy wręcz zabronił? + +-- Tak, i powiedział mi wiele innych przykrych rzeczy. Mówię ci, +Watson, choć znam ją od paru tygodni, czuję, że z żadną kobietą nie +byłbym tak szczęśliwy, jak z nią; a zdaje mi się, że i ona odpłaca +mi wzajemnością. W oczach kobiety bywają błyski, wymowniejsze od +słów. Ale ten nieznośny brat nie pozwala nam się porozumieć. Dziś +po raz pierwszy zdarzyła mi się sposobność widzieć ją sam na sam. +Cieszyło ją to widocznie, choć nie chciała słuchać moich wynurzeń +miłosnych. Wracała wciąż do jednego przedmiotu, ostrzegając mnie +o grożącem niebezpieczeństwie i dowodząc, że póty nie będzie miała +spokoju, dopóki ja tych stron nie opuszczę. Powiedziałem jej, że +nie pilno mi odjeżdżać, skoro ona tu przebywa, i że jeśli dba +istotnie o moje bezpieczeństwo, to opuści tę okolicę wraz ze mną, +i prosiłem o jej rękę. Zanim jednak zdążyła mi odpowiedzieć, +ten jej utrapiony brat wpadł między nas, jak kula. Był blady +z gniewu, trząsł się, a z jasnych oczu padały pioruny. + +Jak śmiałem przemawiać w ten sposób do jego siostry? -- wołał. -- Czy +dlatego, że jestem baronetem, to wszystko mi wolno?... + +Tłómaczyłem mu, że nie potrzebuję wstydzić się moich uczuć dla miss +Beryl i że mam nadzieję, iż zaszczyci mnie swoją ręką. + +Nie polepszyło to sprawy. Stapleton rozwścieczył się na dobre. I mnie +zbrakło cierpliwości. Odpowiedziałem mu, za ostro ze względu na jej +obecność. + +Skończyło się na tem, że on odszedł z siostrą, a ja powracam, jak +niepyszny. Wytłómacz mi, co to znaczy, a będę ci wdzięczny do +śmierci. + +Dawałem kilka wyjaśnień, ale nie zadowoliły sir Henryka, bo istotnie, +co można mu zarzucić? + +Przemawia za nim tytuł, fortuna, charakter, wiek i uroda. Jedyny +zarzut, jaki możnaby mu czynić -- to, że fatalizm ściga jego rodzinę. +Ale Stapleton, jako człowiek uczony, nie powinienby przywiązywać wagi +do przesądów. + +To też nie pojmuję, dlaczego odrzuca jego zabiegi, nie pytając nawet, +czy siostra jest mu przychylna, a dziwi mnie nadto, że ona słucha go +ślepo. + +Nasze domysły na ten temat przerwał sam Stapleton, który przybył po +południu, aby przeprosić baroneta za swoją porywczość. + +Po długiej rozmowie sam na sam z sir Henrykiem w jego gabinecie, +wyszli pogodzeni. Dla przypieczętowania zgody, zaprosił nas na obiad +do Merripit-House. + +-- Dziwny to człowiek -- rzekł do mnie sir Henryk po jego odejściu. -- +Nie mogę zapomnieć wzroku, jakim mnie piorunował dziś rano, ale mimo +to muszę przyznać, że teraz znalazł się przyzwoicie. + +-- Czy wytłómaczył swe postąpienie? + +-- Mówił, że siostra jest mu wszystkiem na świecie. Żyli zawsze razem, +ona mu była jedynym towarzyszem. Sama myśl o utraceniu jej doprowadza +go do rozpaczy. Nie spostrzegł mojej skłonności ku Beryl, a gdy ją +ujrzał w moich objęciach, ogarnął go taki gniew samolubny, że stracił +przytomność i nie odpowiada za swoje słowa i czyny. Przepraszał +jednak i uznawał, że byłoby szaleństwem chcieć zatrzymać przy sobie +kobietę tak piękną, jak jego siostra. Jeżeli ma go opuścić, to on, +Stapleton, woli, żeby poślubiła sąsiada, mieszkającego tak blizko, +niż kogokolwiek innego. Ale musi oswoić się z tą myślą. Gotów jest +mi przyrzec jej rękę, jeżeli wzamian zobowiążę się słowem honoru, +że przez trzy miesiące nie wspomnę jej o miłości, nie będę starał +się widywać jej sam na sam i zadowolę się zwykłym stosunkiem +towarzyskim. Obiecałem mu to solennie i rzeczy na tem stanęły. + +A więc jedna z tajemnic już wyjaśniona. Uczuliśmy grunt pod nogami +w bagnie, po którem błądzimy poomacku. + +Wiemy już teraz, dlaczego Stapleton patrzał niechętnie na konkurenta +siostry; chociaż ten konkurent jest jedną z pierwszych partyj w kraju. + +A teraz przechodzę do innej nici, którą wyciągnąłem ze splątanego +motka -- do przyczyny łez pani Barrymore i tajemniczych nocnych +wędrówek jej męża. + +Powinszuj mi, Holmes, i przyznaj, że nie zawiodłem twego zaufania. Ta +zagadka została wyjaśniona w jedną noc. + +Napisałem: „w jedną noc”, właściwie jednak stało się to w ciągu +dwóch nocy, albowiem pierwsze próby chybiły. + +Siedziałem z sir Henrykiem w jego pokoju do trzeciej zrana, ale nie +doleciał nas żaden inny szmer, oprócz głosu zegaru. Wreszcie +usnęliśmy obaj na krzesłach. + +Niezrażeni tem, postanowiliśmy próbę ponowić. Następnej nocy +zgasiliśmy lampkę, i zapaliwszy papierosy, czekaliśmy, co będzie +dalej. + +Godziny wlokły się powoli. Wybiła pierwsza, druga; już nas sen morzył, +gdy nagle obaj wyprostowaliśmy się na krzesłach. Doleciał nas odgłos +kroków. + +Zakradały się cichutko i wreszcie umilkły w oddali. Wtedy baronet +drzwi otworzył i wyszliśmy na palcach. + +Barrymore minął już galeryę, korytarz był pogrążony w ciemnościach. + +Doszliśmy na palcach do drugiego skrzydła w chwili, gdy kamerdyner +wsuwał się do pokoju, na końcu korytarza. Zamknął drzwi za sobą. +Podsunęliśmy się cichutko, stąpając ostrożnie, w obawie, aby nas nie +zdradziło skrzypnięcie podłogi. Zajrzeliśmy przez dziurkę od klucza. +Barrymore stał przy oknie ze świecą w ręku. + +Nie ułożyliśmy planu kampanii, ale baronet uważa prostą drogę za +najkrótszą i najwłaściwszą. Nie namyślając się, wszedł do pokoju. +Barrymore odskoczył od okna. + +-- Co ty tu robisz? -- zapytał go sir Henryk. + +-- Nic, proszę pana. + +Był tak wystraszony, że świeca podskakiwała mu w ręku. + +-- Przyszedłem zobaczyć, czy okno zamknięte... Zamykam codzień +wszystkie okna, żeby się złodziej nie zakradł. + +-- Tak, zwłaszcza tutaj, na... drugie piętro. Słuchaj, Barrymore -- +rzekł -- postanowiliśmy obaj zmusić cię do powiedzenia prawdy. Im +prędzej ją wyznasz, tem lepiej dla ciebie. Dość tych kłamstw. Gadaj! +Coś tu robił? + +Spojrzał na nas z rozpaczą, załamał ręce bezradnie. + +-- Nie robiłem nic złego -- szepnął. -- Trzymałem świecę w oknie. + +-- A dlaczego ją trzymałeś? + +-- Niech mnie pan o to nie pyta. Daję panu słowo honoru, że to cudza +tajemnica. Nie mogę jej wyjawić. Gdyby chodziło tylko o mnie, +wyznałbym panu całą prawdę. + +Błysnęła mi nagła myśl. Wziąłem świecę, którą Barrymore +postawił był na oknie. + +-- To zapewne sygnał umówiony -- rzekłem. -- Zobaczmy, jaka będzie +odpowiedź. + +Podniosłem świecę w górę i trzymałem ją tak, jak on przed naszem +wejściem. Pomimo ciemności, bo księżyc był zasłonięty chmurami, +widać było drzewa, a dalej łąkę. Wtem zobaczyłem blade światełko +na bagnie. + +-- Jest sygnał! -- zawołałem. + +-- Nie, proszę pana, to nic nie znaczy -- przerwał mi Barrymore. -- +Upewniam pana, że to przypadkowe. + +-- Poruszaj świecą, Watson -- zawołał baronet. -- Widzisz? I tamto +światło rusza się... Czy i teraz, łotrze, będziesz przeczył, że +dawaliście sobie sygnały?... Chodź-no tutaj. Mów, kto jest twoim +wspólnikiem i jaki knujecie spisek? + +Twarz kamerdynera pociemniała od tłumionego gniewu. + +-- Nie powiem! -- oświadczył butnie. -- To moja rzecz, nie pańska. + +-- W takim razie wynoś się zaraz z mego domu! + +-- Dobrze. Jeśli trzeba, to trudno. + +-- I żebyś mi się nie pokazywał na oczy! To wstyd, hańba!... Twoja +rodzina służyła mojej przez kilka pokoleń, a ty knujesz przeciwko mnie +spiski?... + +-- Nie, nie przeciw panu. + +Słowa te były wypowiedziane głosem kobiecym. Na progu stała pani +Barrymore, jeszcze bledsza od męża. + +-- Wynosimy się stąd, Elizo -- oznajmił jej kamerdyner. -- Pakuj nasze +rzeczy. + +-- O, John! John! Ja cię zgubiłam!... To wszystko moja wina, sir +Henryku, moja wyłącznie... On nie winien. Robił to dla mnie, bo go +o to prosiłam. + +-- Mów pani, wytłómacz, co to znaczy? -- zawołał sir Henryk. + +-- Mój nieszczęsny brat umiera z głodu, tam, na bagnie... Nie możemy +go opuścić... To światło jest sygnałem, że przygotowaliśmy dla niego +pożywienie... a tamto światełko wskazuje, gdzie mamy je przynieść... + +-- A więc brat pani jest... + +-- Zbiegłym więźniem... mordercą... Seldon. + +-- To prawda -- przytwierdził Barrymore. -- Mówiłem, że tajemnica nie +moja i że nie mam prawa jej zdradzić. Ale teraz sir Henryk przekonał +się, że to nie był spisek przeciw niemu... + +Takie jest zatem wyjaśnienie nocnych wędrówek i światła w oknie. + +Sir Henryk i ja patrzaliśmy na tę kobietę ze zdumieniem. Czyż podobna, +aby osoba tak przyzwoita i poważna miała w swoich żyłach tę samą +krew, co słynny zbrodniarz?... + +-- Tak, panie -- mówiła jakby w odpowiedzi na nasze myśli. -- Moje +panieńskie nazwisko było Seldon, a to mój brat młodszy... Psuliśmy +go za jego lat dziecinnych, wszystko mu było wolno, więc nabrał +przekonania, że świat istnieje dla jego przyjemności... Gdy dorósł, +wdał się w złe towarzystwo, zaczął hulać i jeszcze gorzej... +Wpędził naszą biedną matkę do grobu, a nasze nazwisko błotem +obryzgał. Upadał coraz niżej, wreszcie spełnił tę ostatnią +zbrodnię... Ale dla mnie jest on zawsze małym chłopaczkiem +z jasnymi kędziorami, którego niańczyłam, jako starsza siostra. +Dlatego uciekł z więzienia. Wiedział, że ja tu jestem i że mu +nie odmówię pomocy... Przywlókł się do nas, wycieńczony, +zgłodniały, ścigany przez policyę. Cóż miałam począć?... +Wzięliśmy go, zamknęli na strychu, żywiliśmy go, przyodziali. +Po powrocie jaśnie pana, brat sądził, że będzie bezpieczniejszy +na bagnie, i tam się ukrywa. Z dnia na dzień spodziewaliśmy +się, że opuści te strony, lecz dopóki tu jest, my nie możemy +go opuścić. Jeżeli kto zawinił, to ja, nie mój mąż; on go +ukrywał i żywił, przez wzgląd na mnie... + +W głosie jej była szczerość. + +-- Czy to prawda, Barrymore?... -- zapytał sir Henryk. + +-- Tak, panie, święta prawda. + +-- Ha! nie mogę mieć ci za złe, żeś uległ prośbom żony. Wracajcie +oboje do waszego pokoju. Pomówimy o tem jutro. + +Wyjrzeliśmy znowu przez okno. Sir Henryk otworzył je; chłodny wiatr +smagnął nas po twarzach. Daleko na bagnie, płonęło blade światełko. + +-- Dziwna rzecz, że on nie boi się zdradzać swej obecności... -- rzekł +baronet. + +-- Może tak światło umieścił, że widać je tylko z tego punktu. + +-- Jak ci się zdaje: czy to stąd daleko? + +-- Półtorej mili, dwie najwyżej. O ile mogę zmiarkować, jest to +w pobliżu Cleft-Tor. + +-- Nie musi to być daleko, jeśli Barrymore codzień zanosi tam +żywność. Słuchaj, Watson, schwytam tego łotra! + +I mnie ta sama myśl przeszła przez głowy. Wszak Barrymore nie wyjawił +nam tajemnicy dobrowolnie, lecz pod naciskiem; nie byliśmy więc +zobowiązani do sekretu, a to tembardziej, że chodziło o łotra, wobec +którego ustawały wszelkie względy współczucia. Obowiązkiem naszym +było oddać go w ręce sprawiedliwości, uniemożliwić mu dalsze +zbrodnie. Gdybyśmy go oszczędzili, mogliby to przypłacić życiem +sąsiedzi, Stapletonowie naprzykład. + +Niepokój o nich wpływał zapewne na to postanowienie sir Henryka. + +-- Pójdę z tobą -- oświadczyłem. + +-- A zatem bierz rewolwer i wdziewaj buty -- (byliśmy obaj boso, żeby +ciszej stąpać). -- Im wcześniej wyruszymy, tem lepiej. Łotr może lada +chwila zgasić światło i nie odszukamy go po nocy. + +W pięć minut byliśmy już gotowi i wyruszyliśmy na ową niebezpieczną +ekspedycyę. + +Noc była pochmurna, wilgotna, od czasu do czasu księżyc wyłaniał się +z po za chmur, a gdyśmy doszli do bagna, począł kropić drobny deszczyk. + +Światło wciąż płonęło. + +-- Czy masz rewolwer? -- spytałem. + +-- Mam nóż myśliwski -- odparł sir Henryk. + +-- Musimy wpaść na niego znienacka, bo mówią, że silny, jak lew. +Powalimy go, zanim zdoła stawić nam opór. + +-- Ciekaw jestem, coby też Holmes powiedział na naszą wyprawę -- rzekł +baronet. -- To godzina duchów; grasują teraz po bagnie... -- dodał +nawpół żartobliwie. + +Jakby w odpowiedzi na te słowa, po trzęsawisku rozległ się ów głos +przeraźliwy, który już raz słyszałem w pobliżu Grimpen-Mire. Wiatr +niósł go wśród nocnej ciszy; z początku było to ciche warczenie, +niebawem przeszło w straszne wycie. Baronet zbladł i chwycił się +mojego rękawa. + +-- Na miłość Boską, co to takiego, Watson? -- spytał szeptem. + +-- Nie wiem. Podobno ten głos rozlega się często po bagnie -- +odparłem. -- Już go raz słyszałem. + +Zaległa znowu cisza, przerażająca, złowroga. Staliśmy, nasłuchując, +ale żaden dźwięk nie wpadł nam w ucho. + +-- Watson... -- szepnął baronet -- to było szczekanie psa!... + +W jego głosie brzmiał strach tłumiony. + +-- Jakże okoliczni mieszkańcy tłómaczą sobie to przeraźliwe wycie? -- +zapytał. + +-- Ktoby tam uważał na to, co mówią ludzie prości. + +-- Powiedz mi jednak, co mówią? + +Zawahałem się. + +-- Powiadają, że to szczekanie psa Baskervillów -- odparłem. + +Milczał długo. + +-- Tak, to był pies -- rzekł wreszcie. -- Szczekał bardzo daleko, +w stronie Grimpen-Mire... + +-- Trudno określić, skąd głos dolatywał. + +-- Powiadam ci, że stamtąd, Watson. A ty jak sądzisz? Czy to było +szczekanie?... Nie jestem dzieckiem. Możesz mi prawdę powiedzieć. + +-- Po raz pierwszy słyszałem ten głos, idąc ze Stapletonem. +Tłómaczył mi, że to wabienie rzadkiego ptaka. + +-- Nie, nie, to był pies. Czyżby istotnie legenda została osnuta na +faktach prawdziwych? Czyżby istotnie groziło mi niebezpieczeństwo?... +Co o tem myślisz, Watson? + +-- Jestem pewien, że nie. + +-- Hm! Co innego było śmiać się z tych baśni w Londynie, a rzecz +inna stać tutaj, wśród ciemności na bagnie i słyszeć ten głos +przeraźliwy. Mój biedny stryj! Wszak widziano wyraźnie ślady łap +wielkiego psa przy jego zwłokach... Wszystko to łączy się ze sobą. +Nie jestem tchórzem, Watson, lecz to szczekanie ścięło mi krew +w żyłach. Dotknij mojej ręki. + +Była zimna, jak marmur. + +-- Jutro śmiać się będziesz z tej przygody -- rzekłem, aby go +uspokoić. + +-- Wątpię; ten głos pozostanie mi na zawsze w pamięci. Cóż mi +radzisz zrobić? + +-- Wracać do domu. + +-- Nie. Przyszliśmy tutaj, aby schwytać mordercę i nie cofniemy się +w pół drogi. Chodźmy! Co ma być, niech się stanie. + +Stąpaliśmy powoli wśród ciemności. Światełko płonęło wciąż +w jednym punkcie. Chwilami zdawało nam się, że jest blizkiem, +to znów że bardzo odległem. Wreszcie zmiarkowaliśmy, w której +stronie świeci. + +Niedaleko od nas, w szczelinie pomiędzy dwiema skałami, chroniącemi ją +od wiatru, stała świeczka w lichtarzu. Nie było jej widać z żadnego +innego punktu, tylko od strony Baskerville-Hall. Zrąb skalny zasłaniał +nas przed oczyma zbiega. Pełzając ostrożnie, doczołgaliśmy się pod +świecę. + +-- Co teraz? -- szepnął sir Henryk. + +-- Czekajmy. On musi być w pobliżu. Trzeba zajrzeć. Zobaczymy go może. + +Jakoż zaledwie tych słów domówiłem, w szczelinie skalnej, nad świecą +ukazała nam się twarz potworna, zwierzęca, zorana dzikiemi +namiętnościami, żółta, jak wosk. Zbrodniarz był zarosły po same +oczy. Tak wyglądali zapewne nasi przodkowie, zamieszkujący te +bagna w przedhistorycznej epoce. + +Morderca wodził niespokojnym wzrokiem dokoła, jak zwierz, gdy go +doleci odgłos nagonki. + +Coś widocznie wzbudziło jego podejrzliwość. Może Barrymore zwykł był +dawać mu sygnał, o którym nie wiedzieliśmy, a może złoczyńca miał +inny powód do obawy, bądź co bądź strach malował się na jego dzikiej +twarzy. + +Lada chwila mógł cofnąć się i zniknąć wśród ciemności. +Wyskoczyłem z mojej kryjówki, sir Henryk za mną. Zbrodniarz +zaklął przeraźliwie i zrzucił ogromny kamień. Roztrzaskał się +on o skałę, o którą opieraliśmy się przed chwilą. Szczęśliwym +zbiegiem okoliczności księżyc przedarł się właśnie przez chmury +i oświecił bagno. + +Zbiegliśmy z pagórka, goniąc uciekającego co tchu Seldona. +Przeskakiwał z kamienia na kamień, ze skały na skałę, jak dziki +kozioł. + +Mogłem powalić zbrodniarza odrazu wystrzałem z rewolweru, lecz wziąłem +go dla obrony w razie napaści, nie zaś dla zabijania człowieka +bezbronnego. + +Obaj z sir Henrykiem biegamy znakomicie; przekonaliśmy się jednak +niebawem, że nie zdołamy go dopędzić. W świetle księżyca +widzieliśmy długo jego szerokie bary i kabłąkowate nogi, +aż wreszcie ukazał nam się, jako mały punkcik na skraju +widnokręgu. + +Biegliśmy do zupełnego braku tchu, ale przestrzeń pomiędzy nami +a uciekającym Seldonem zwiększała się ustawicznie. Wreszcie, zdyszani, +usiedliśmy na skale, patrząc za nim, dopóki nam nie znikł z przed +oczu. + +W chwili tej właśnie zdarzyła się rzecz dziwna i niespodziewana. +Odpocząwszy, wstawaliśmy, aby wracać do domu, bośmy już zaniechali +dalszego pościgu. Księżyc w pełni zachodził za jedną z wyższych +skał; wtem na jej szczycie ujrzałem postać męską, wyglądającą jak +posąg. + +Nie myśl, że to było złudzenie zmysłów. O ile mogłem zauważyć, +był to mężczyzna wysokiego wzrostu, szczupły. Stał z założonymi +na krzyż rękoma, ze spuszczoną głową, jak gdyby wpatrywał się +w tę pustą przestrzeń. + +To może duch bagna... Bądź co bądź, nie był to Seldon, gdyż ten +przed chwilą znikł był w kierunku wręcz przeciwnym. Zresztą owa +postać była daleko wyższa i szczuplejsza. + +Chciałam pokazać to zjawisko baronetowi, lecz w chwili, gdym się +odwrócił, postać już zniknęła. Na tle księżycowej tarczy odrzynały +się skały, lecz żywy posąg nie stał już na ich szczycie. + +Chciałem pójść i przekonać się, co to było, ale baronet nie miał +ochoty szukać nowych wrażeń. Nie dostrzegł owego dziwnego zjawiska +i wmawiał we mnie, że mi się przywidziało, bo nie odczuł wrażenia, +które mnie wstrząsnęło do szpiku kości. + +-- To zapewne jaki strażnik ziemski. Bagno roi się od nich od czasu, +gdy Seldon uciekł z więzienia. + +Ha! kto wie, czy takie wyjaśnienie nie jest prawdziwem; chciałbym +jednak to stwierdzić. + +Dziś mamy zamiar donieść zarządowi więziennemu w Princetown, gdzie ma +szukać zbiega. Jednak szkoda, że nie zdołaliśmy go sami schwytać. + +Takie są przygody ostatniej nocy. Musisz przyznać, Holmes, że moje +sprawozdanie jest bardzo szczegółowe i dokładne. Wiele faktów +pozostaje do wyjaśnienia; przedstawiam ci je bez komentarzy, aby ci +nie przeszkadzać w wyprowadzaniu wniosków. + +Postąpiliśmy naprzód na drodze odkryć. Znamy już przyczynę nocnych +wędrówek Barrymorów -- a to ułatwia sytuacyę. + +Lecz trzęsawisko zawiera jeszcze wiele tajemnic niewyjaśnionych. Może +w następnym liście zdołam rzucić na nie światło. Byłoby najlepiej, +gdybyś mógł sam przyjechać. + + + + +X. + +Wyjątek z dziennika doktora Watsona. + + +Do tego punktu w mojem opowiadaniu posiłkowałem się listami, +pisywanymi do Sherlocka Holmes. Odtąd, dla odświeżenia pamięci, muszę +zaglądać do mego dziennika z owego czasu. Przytoczę kilka ustępów, +zaczynając od dnia, następującego po naszym pościgu. + + + _16 października._ + + +Drobny deszczyk kropi bezustanku. Cały dom spowity w gęstą mgłę; to +się podnosi, to opada, ukazując łąkę i trzęsawisko. W pałacu i na +dworze smutno. + +Baronet przebywa reakcyę po wczorajszem podnieceniu. Ja sam czuję +dziwny niepokój, widzę niemal zbliżające się niebezpieczeństwo, +a jest tem groźniejsze, iż nie potrafimy go określić. + +Powodów do obawy nie braknie. Cały szereg okoliczności złożył się na +wzbudzenie w nas przesądnego strachu: naprzód tajemnicza śmierć +poprzedniego właściciela tej rezydencyi; dalej -- pogłoski, krążące +po okolicy, wreszcie te zagadkowe odgłosy na bagnie. Słyszałem je +dwa razy na własne uszy... + +Wszystko to wyłamuje się z pod zwykłego porządku rzeczy i praw natury: +pies widmowy, legendowy, pozostawia ślady stóp i wyje przeraźliwie. +Stapleton nawet wierzy w jego istnienie, a doktor Mortimer, pomimo +swej wiedzy, przekonany jest, że widział jakieś nadprzyrodzone +stworzenie. + +Ja, choć nie jestem uczonym, jak ci dwaj panowie, nie mogę jednak +w to uwierzyć; byłoby to zejść do poziomu umysłowego włościan +okolicznych, którzy gotowi przysiądz, że widzieli psa, ziejącego +ogniem i siarką. + +Holmes nie słuchałby nawet podobnych baśni -- i ja powinienem być na +nie głuchym. + +Lecz fakty są faktami, a na własne uszy dwa razy słyszałem szczekanie +na bagnie. Przypuśćmy, że jest tam jakiś pies zdziczały -- byłoby to +wyjaśnieniem tych wszystkich zagadek. + +Lecz gdzież taki pies ukrywa się? Gdzież znajduje pożywienie? Dlaczego +nikt go nie widzi we dnie?... + +Pomijając nadprzyrodzone czynniki w tej sprawie, pozostaje działalność +ludzka: ów blady mężczyzna, śledzący nas z dorożki, i ostrzeżenie, +przesłane sir Henrykowi. To są fakty realne, lecz owym nieznajomym +może być zarówno przyjaciel, jak i wróg. Gdzież on teraz przebywa? Czy +pozostał w Londynie? Czy też nas śledzi tutaj? Może to on był owym +wysokim, szczupłym mężczyzną, którego widziałem w świetle +księżyca na szczycie skały? + +Co prawda, widziałem bardzo niewyraźnie i przelotnie, lecz jestem +pewien, że to nikt z okolicy, bo znam już wszystkich sąsiadów. Był +wyższy od Stapletona, szczuplejszy od Franklanda. Mógłby to być +Barrymore; ale pozostawiliśmy go w domu, i z pewnością nie wyszedł za +nami. + +A więc śledzi nas jakiś nieznajomy -- zapewne ten sam, co w Londynie. +Gdybym zdołał go schwytać, możeby to wyjaśniło wszystkie te zagadki. +Całą moją energię wytężę, aby tego celu dopiąć. + +W pierwszej chwili chciałem zwierzyć się sir Henrykowi z moich +zamiarów, ale po namyśle zaniechałem tego zamiaru. Baronet jest +zdenerwowany -- nie chcę zwiększać jego niepokoju. Będę działał na +własną rękę. + +Dziś popołudniu mieliśmy drobne zajście. Barrymore prosił sir Henryka +o posłuchanie. Rozmawiali przy zamkniętych drzwiach w gabinecie. +Siedząc w sali bilardowej, słyszałem słowa urywane i domyślałem +się, o co chodzi. Po chwili baronet drzwi otworzył i wezwał mnie. + +-- Barrymore ma żal do nas -- rzekł. -- Znajduje, żeśmy źle postąpili +wobec niego, ścigając Seldona, skoro on, z własnej woli, tajemnicę nam +powierzył. + +Kamerdyner stał przed nami, bledszy, niż zwykle, i widać było, ze +hamuje się z trudnością. + +-- Wyraziłem się może zbyt ostro -- rzekł, tłómacząc się. -- +Przepraszam jaśnie pana. Ale co prawda, byłem zdziwiony, że panowie +chcieli schwytać Seldona. Ten nieszczęśnik ma już dość biedy +z policyą i nie spodziewa się zapewne, że go ścigają gentlemenowie... + +-- Gdybyś nam się zwierzył z własnej i nieprzymuszonej woli, byłaby +rzecz inna -- przekładał mu baronet -- ale powiedziałeś nam, +a właściwie twoja żona powiedziała nam prawdę pod naciskiem, więc +mamy ręce rozwiązane. + +-- Nie sądziłem, że jaśnie pan będzie z tego korzystał... + +-- Ten człowiek jest szkodliwym dla całej okolicy. Dużo jest domków +odludnych na łące i trzęsawisku, choćby naprzykład willa pana +Stapleton: stoi na uboczu. W razie napaści, któż przyjdzie +z pomocą?... Dopóki ten łotr tutaj grasuje, nikt nie jest pewnym życia. + +-- On nie napadnie na żaden dom. Ręczę panu za to słowem honoru. +Zresztą za kilka dni opuści te strony. Poczyniliśmy już przygotowania, +aby go wyprawić do południowej Ameryki. Na miłość Boską, błagam +panów, nie wydawajcie go w ręce policyi! + +-- Co ty na to powiadasz, Watson? -- zapytał mnie sir Henryk. + +Wzruszyłem ramionami. + +-- Jeżeli istotnie ma opuścić Anglię, uwolni to kraj od utrzymywania +jednego więcej łotra -- odrzekłem. + +-- Ale czy można być pewnym, że przed wyjazdem nie wyrządzi krzywdy +nikomu? + +-- Jaśnie panie, byłoby to szaleństwem z jego strony. Zaopatrzyliśmy +go we wszystko, czego mu potrzeba. Nową zbrodnią wprowadziłby tylko +policyę na swój trop. + +-- To prawda -- przyznał sir Henryk -- a więc Barrymore... + +-- Niech Bóg nagrodzi to jaśnie panu -- przerwał kamerdyner, ze +szczerym wybuchem wdzięczności. -- Moja żona nie przeżyłaby drugi raz +takiej hańby... + +-- Poprostu sprzyjamy i dopomagamy łotrowi... Ale nie chcę wtrącać +pani Barrymore do grobu... i jeśli Seldon opuści te strony i zachowa +się spokojnie, będę milczał. + +Kamerdyner skłonił się głęboko i zmierzał ku drzwiom, ale zawahał +się i przystąpił znowu do sir Henryka. + +-- Jaśnie pan był dla mnie tak dobry -- szepnął -- że chciałbym się +mu odwdzięczyć wedle możności. Ja coś wiem i powinienem był +powiedzieć to wcześniej, ale wykryłem to po skończonem śledztwie. +Tyczy się to śmierci sir Karola... + +Obaj z sir Henrykiem zerwaliśmy się na równe nogi. + +-- Wiesz, w jaki sposób umarł?... -- zagadnął baronet. + +-- Nie, jaśnie panie, tego nie wiem. + +-- Więc cóż? + +-- Wiem, dlaczego był przy furtce o tej godzinie. Czekał na kobietę. + +-- Na kobietę? On?... + +-- Tak, panie. + +-- Jakże się ona nazywa? + +-- Nazwiska nie znam, mogę tylko wymienić pierwsze litery. + +-- Skąd je znasz, Barrymore? + +-- Sir Karol otrzymał list tego dnia rano. Zwykle dostawał dużo +listów, bo wiedziano o jego dobrem sercu, i każdy w kłopocie udawał +się do niego. Ale wtedy był tylko ten jeden list, więc go zauważyłem. +Nosił stempel pocztowy Coombe-Tracey, adres był wypisany kobiecą ręką. + +-- No i cóż? + +-- Zapomniałem już o tym szczególe, gdy przed paru tygodniami, moja +żona, porządkując w gabinecie sir Karola -- (pozostał nietknięty od +jego śmierci) -- otóż moja żona znalazła w popiele z kominka +niedopalony szczątek listu; były na nim wypisane słowa: „Proszę +i zaklinam pana, abyś ten list spalił i przyszedł do furtki +o dziesiątej.” Pod spodem były litery _L. L._ + +-- Czy masz ten niedopalony kawałek? + +-- Nie; gdyśmy go poruszyli, rozsypał się. + +-- Czy sir Karol otrzymywał poprzednie listy, pisane takim +charakterem? + +-- Nie przeglądałem jego korespondencyi, a nie byłbym zauważył tego +listu, gdyby nadszedł z poczty wraz z innemi. + +-- Nie wiesz, kto może być owa _L. L._? + +-- Nie, jaśnie panie; sądzę jednak, że gdybyśmy zdołali to wykryć, +dowiedzieliśmy się czegoś więcej o śmierci sir Karola. + +-- Nie pojmuję, Barrymore, jak mogłeś przemilczeć o tak ważnym +szczególe... + +-- Miałem własne kłopoty -- biedę z Seldonem, a przytem byliśmy oboje +bardzo przywiązani do sir Karola, więc woleliśmy zamilczeć o tem +odkryciu; nie mogło to już pomódz naszemu biednemu panu, a tam, gdzie +wchodzi w grę kobieta, lepiej jest być ostrożnym. + +-- Baliście się, aby to nie zaszkodziło jego opinii? + +-- Tak. Ale teraz, gdy jaśnie pan okazał nam tyle dobroci, uważam +sobie za obowiązek wyznać to jaśnie panu. + +-- Dobrze, Barrymore, możesz już odejść. + +Gdy drzwi zamknęły się za kamerdynerem, sir Henryk zwrócił się do +mnie: + +-- No i cóż, Watson, co powiadasz na to nowe światło? + +-- Zwiększa ono jeszcze ciemności, otaczające nas zewsząd. + +-- I ja tak sądzę. Lecz gdybyśmy zdołali wyśledzić, kto jest _L. L._, +możeby to wyświetliło całą sprawę. Bądź co bądź, już o tyle +zyskaliśmy, że wiemy, iż jest ktoś, kto może wyjaśnić nam przyczynę +śmierci sir Karola. Jak uważasz: co nam teraz uczynić należy? + +-- Trzeba przedewszystkiem uwiadomić o tem Holmesa. Damy mu klucz, +którego szuka tak dawno; jestem prawie pewien, że potrafi z niego +skorzystać. + +Poszedłem zaraz do mego pokoju i spisałem naszą ranną rozmowę, aby ją +posłać Holmesowi. + +W ostatnich czasach był widocznie bardzo zajęty; otrzymywałem od niego +listy krótkie, bez żadnych uwag o tem, co mu donosiłem, prawie bez +wzmianek o naszej misyi. Sprawa o wyzysk pochłania go zupełnie, +a jednak i tutaj dzieje się tyle rzeczy dziwnych, że mógłby +zainteresować się niemi żywiej. + + + _17 października._ + +Przez cały dzień deszcz padał. Myślałem o mordercy na bagnie. Ciężko +zawinił, to prawda, ale też ciężko odpokutowuje swą zbrodnię. Potem +zastanawiałem się nad tajemniczym nieznajomym, który nas śledził +z dorożki. Jeżeli to on ukazał mi się na tle księżycowej tarczy, musi +teraz moknąć. Wieczorem wziąłem płaszcz i wyszedłem na bagno. Wiatr +smagał mnie po twarzy, deszcz lał się za kołnierz. Dotarłem do skały +Black-Tor, na której szczycie stał wówczas nieznajomy. Z jej wyżyn +spojrzałem na szarą równinę. + +Na lewo, wśród gęstych chmur, po nad drzewami sterczały wieżyce +Baskerville-Hall. Były to jedyne oznaki życia; dokoła pustka i cisza, +nigdzie nie mogłem dojrzeć śladów owej postaci widmowej, którą +dostrzegłem parę dni temu. + +Wracając, spotkałem doktora Mortimer. Jechał wózkiem. Poczciwy doktor +okazuje nam dużo życzliwości, odwiedza nas prawie codzień. Zaprosił +mnie do swego wehikułu i odwiózł do domu. Spostrzegłem, że jest +smutny; skarżył mi się, że mu zginął ulubiony piesek: wybiegł na +bagno i już nie wrócił. Starałem się go pocieszyć, dowodząc, że +się odnajdzie, ale przypomniał mi się źrebak, który w moich oczach +zatonął w błotach Grimpen-Mire. Wątpię, czy doktor zobaczy już swego +ulubieńca. + +-- Wszak pan zna tu wszystkich? -- zagadnąłem doktora. + +-- Zdaje mi się -- odparł. + +-- Czy nie mógłby mi pan wymienić kobiety, której inicyały są: +_L. L._? + +Szukał w pamięci. + +-- Nie -- rzekł wreszcie. -- Jest tu wprawdzie kilka rodzin +cygańskich, o których nic nie wiem, lecz znam wszystkich farmerów +i obywateli okolicznych z imienia i nazwiska. Poczekaj pan... -- rzekł +nagle. -- Jest Laura Lyons -- inicyały _L. L._, ale ona mieszka +w Coombe-Tracey. + +-- Kto to taki? -- spytałem. + +-- Córka starego Franklanda. + +-- Jakto? Więc ten dziwak ma córkę? + +-- Ma. Wyszła za artystę, nazwiskiem Lyons, który przybył tu dla +malowania okolicy. Opuścił żonę, choć mówią, że i ona nie jest bez +winy. Ojciec wyparł jej się. Biedna kobieta ma ciężkie życie... + +-- Z czegóż się utrzymuje? + +-- Stary Frankland płaci jej pewną kwotę miesięcznie, ale nie dużo, bo +jego własne interesy są zagmatwane. Niepodobna było jej opuścić i dać +jej się zmarnować zupełnie. Kilka osób z sąsiedztwa postarało się +dostarczyć jej uczciwego zarobku. Stapleton, sir Karol, no i ja +wreszcie zrobiliśmy dla niej, co się dało. Kupiono jej maszynę do +pisania, i w ten sposób zarabia. + +Doktor Mortimer pytał o powód moich indagacyj; zaspokoiłem jego +ciekawość, nie mówiąc mu prawdy: po co tyle osób ma wiedzieć o tym +liście? + +Jutro rano pojadę do Coombe-Tracey, a jeśli zdołam zobaczyć się z ową +mrs. Laurą Lyons, podejrzanej reputacyi, jedno ogniwo zostanie +oderwane od tajemniczego łańcucha. Nabieram przebiegłości: gdy doktor +Mortimer nacierał, chcąc dowiedzieć się, dlaczego interesuję się +panią Lyons, napytałem go podstępnie, do jakiego typu należy czaszka +pana Frankland; dzięki temu, do końca naszej wycieczki nie słyszałem +o niczem innem, tylko o kraniologii. Nie darmo tyle lat przebywam +w towarzystwie Sherlocka Holmes. + +Pozostaje mi już tylko zanotować jeden fakt z owego dnia, +a mianowicie, moją rozmowę z Barrymorem. Dał mi do ręki nowy atut. +Myślę go użyć. + +Mortimer pozostał na obiedzie, potem obaj z baronetem grali +w _écarté_. Kamerdyner przyniósł mi kawę do biblioteki; skorzystałem +z tego, aby mu zadać parę pytań. + +-- No i cóż, czy Seldon opuścił już te strony? -- rzekłem -- czy +jeszcze grasuje? + +-- Spodziewam się, że już go tu niema; nie dawał znaku życia od dnia, +gdy po raz ostatni zaniosłem mu żywność. + +-- Czy widziałeś go wówczas? + +-- Nie, panie, ale nie było już prowiantów, gdym przyszedł po raz +drugi. + +-- A więc Seldon je zabrał? + +-- Takby można przypuszczać; chyba, że je wziął tamten... + +Spojrzałem na kamerdynera ze zdziwieniem. + +-- Zatem wiesz, że drugi człowiek kryje się na bagnie? + +-- Tak, panie, wiem. + +-- Czyś go widział? + +-- Nie. + +-- Skąd wiesz o nim? + +-- Mówił mi Seldon przed tygodniem. Tamten ukrywa się także, ale, +o ile mogę zmiarkować, nie jest więźniem. To mi się wcale nie +podoba... -- dodał tajemniczo. + +-- Słuchaj, Barrymore -- rzekłem. -- Przybyłem tu w interesie twojego +pana. Powiedz mi otwarcie: co ci się nie podoba? + +Wahał się, jak gdyby żałował swego odezwania, lub nie mógł znaleźć +słów do wyrażenia myśli. + +-- Jakieś niebezpieczeństwo grozi sir Henrykowi... -- rzekł +wreszcie. -- Byłoby najlepiej, gdyby wyjechał do Londynu. + +-- Cóż cię zaniepokoiło? + +-- Powiem panu szczerze: przewiduję nowe nieszczęście... Po co tamten +ukrywa się na bagnie?... To nie zapowiada nic dobrego dla +Baskervillów. Chciałbym już, żeby nowa służba zwolniła mnie z dozoru +nad pałacem. + +-- Czy mógłbyś mi co powiedzieć o tym nieznajomym? Co o nim myśli +Seldon? Czy odnalazł jego kryjówkę? Czy dowiedział się, co on tu robi? + +-- Widział go parę razy, ale tamten jest skryty. W pierwszej chwili +mój szwagier miał go za szpiega, ale niebawem przekonał się, że to +gentleman i że działa na własną rękę w jakimś celu tajemniczym. + +-- Czy Seldon nie odszukał jego kryjówki? + +-- Wie, że nieznajomy chowa się w jednej z jaskiń na stoku góry, tam, +gdzie to mieszkali dawni ludzie. + +-- A skąd dostaje żywność? + +-- Seldon wypatrzył, że jakiś chłopak zaopatruje go we wszystko. Ten +chłopak chodzi do Coombe-Tracey. + +-- Dobrze, Barrymore. Pogadamy jeszcze o tem. + +Po odejściu kamerdynera, zbliżyłem się do okna i spojrzałem na ciemną +łąkę. Noc była chłodna, wietrzna. Jakież pobudki mogły skłonić +człowieka do ukrywania się na bagnie o takiej porze roku?... Tam, +w tej jaskini jest klucz do tajemnicy. Przysięgam sobie, że muszę ją +odkryć, i to w ciągu dwudziestu czterech godzin. + + + + +XI. + +Nieznajomy, ukrywający się w jaskini. + + +Wyjątek z dziennika, stanowiący ostatni rozdział opowiadania, +doprowadził mnie do 18-go października, to jest do dnia, w którym +te dziwne wypadki zaczęły się rozplątywać. Fakty następnych dni +pozostały tak żywo w mojej pamięci, że mogę je opowiedzieć bez +zaglądania do notatek. + +Zaczynam więc od dnia, następującego po tym, w którym wykryłem dwa +bardzo ważne fakty: a więc naprzód, że pani Laura Lyons +z Coombe-Tracey pisała do sir Karola Baskerville i wyznaczyła mu +spotkanie o godzinie, w której śmierć znalazł; powtóre, że człowiek, +przebywający na bagnie, ukrywa się w jednej z jaskiń na stoku góry. + +Znając te dwa fakty, miałem w ręku oręż, który mógł mi pomódz do +wyjaśnienia tej krwawej zagadki. + +Nie mogłem podzielić się zdobytemi wiadomościami z baronetem, albowiem +doktor Mortimer pozostał do późnej nocy. Nazajutrz jednak przy +śniadaniu opowiedziałem sir Karolowi te okoliczności i spytałem, czy +chce mi towarzyszyć do Coombe-Tracey. + +W pierwszej chwili miał ochotę jechać, ale po namyśle uznaliśmy obaj, +że będzie lepiej, abym wyruszył sam na tę wyprawę. Należało odjąć +wizycie wszelki charakter uroczysty. Zostawiłem więc sir Henryka +w domu i pojechałem na zwiady. + +Łatwo mi przyszło dowiedzieć się o adresie mrs. Lyons. Mieszkała +w dobrym punkcie, w środku miasta. Zostałem odrazu wprowadzony przez +schludną pokojówkę do bawialni. Pani Lyons siedziała przy maszynie +Remingtona; zerwała się na moje powitanie, lecz ujrzawszy +nieznajomego, zmieszała się i spytała, czego sobie życzę. + +Na pierwszy rzut oka, mrs. Lyons robiła wrażenie osoby niezwykle +pięknej: miała oczy i włosy złocisto-brunatne, cerę świeżą, usta +ponsowe. Byłem zachwycony jej urodą, lecz przyjrzawszy się bliżej, +dostrzegłem ostry wyraz ust i oczu, psujący ogólną harmonię. Bądź co +bądź, znajdowałem się wobec kobiety ślicznej, i teraz dopiero +uczułem, ze moje zadanie jest trudne. Cóż mogłem jej odpowiedzieć? + +-- Znam ojca pani -- rzekłem, tłómacząc tem moje przybycie. + +-- Niema nic wspólnego pomiędzy mną a ojcem -- odparła chłodno. -- Nie +zawdzięczam mu nic zgoła, i jego znajomi nie są moimi. Gdyby nie sir +Karol Baskerville i paru innych przyjaciół, umarłabym z głodu, choć +mam ojca... + +-- Właśnie przybywam do pani w sprawie nieboszczyka sir Karola -- +oświadczyłem. + +Spojrzała na mnie ze zdziwieniem. + +-- Cóż mogę panu o nim powiedzieć? -- rzekła, bawiąc się +łańcuszkiem od zegarka. + +-- Wszak go pani znała? + +-- Mówiłam już panu, że wiele mu zawdzięczam. Jeżeli mogę pracować +na swoje utrzymanie, to głównie dzięki jego dobroci dla mnie. + +-- Czy pani z nim korespondowała? + +Dziwny błysk zapalił się w jej oczach. + +-- Dlaczego mnie pan pyta? -- rzekła ostro. + +-- Aby pani oszczędzić publicznego skandalu. Lepiej, że ja dowiem się +prawdy, niż żeby została ujawniona wobec świata... + +Milczała długo; wreszcie spojrzała na mnie z tłumionym gniewem. + +-- Dobrze, odpowiem -- rzekła. -- O co panu chodzi? + +-- Czy pani korespondowała z sir Karolem? -- ponowiłem moje pytanie. + +-- Naturalnie, pisywałam do niego, aby mu podziękować za jego +delikatność i wspaniałomyślność. + +-- Czy pani zapamiętała daty swoich listów? + +-- Nie. + +-- Czy pani widywała sir Karola? + +-- Tak, parę razy, gdy przyjeżdżał do Coombe-Tracey. Żył +w osamotnieniu. Lubił świadczyć dobrodziejstwa z ukrycia... + +-- Jeżeli widywał panią tak rzadko i otrzymywał od pani nieczęste +listy, skądże mógł być do tego stopnia poinformowany o jej interesach, +aby przychodzić jej z pomocą, jak to pani sama zeznała? + +Odrzekła mi na to bez namysłu: + +-- Kilku sąsiadów znało moje smutne dzieje; złączyli się, aby mi +przyjść z pomocą; między innymi pan Stapleton, przyjaciel sir Karola, +był dla mnie bardzo dobry. Przez niego baronet poznał moje przykre +położenie. + +Wiedziałam istotnie, że sir Karol uczynił Stapletona swoim +jałmużnikiem, więc uwierzyłam tym słowom. + +-- Czy pani kiedy pisała do sir Baskervilla, prosząc go o widzenie się +na cztery oczy? -- ciągnąłem dalej. + +Pani Lyons poczerwieniała. + +-- Dziwne to pytanie... -- rzekła, udając obrażoną. + +-- Przykro mi, ale muszę je powtórzyć. + +-- A więc -- nie; nie wyznaczałam mu nigdy spotkań. + +-- Ani w dzień śmierci sir Karola?... -- rzekłem z naciskiem. + +Rumieniec znikł z jej twarzy, w jednej chwili zbladła śmiertelnie. +Usta jej poruszyły się bezdźwięcznie, wyszeptała „nie” tak cicho, +że domyśliłem się raczej, niż usłyszałem to słowo. + +-- Zapewne pamięć zawodzi panią... -- rzekłem -- bo mógłbym nawet +przytoczyć jeden ustęp z jej listu, a mianowicie: „Proszę i zaklinam, +abyś pan ten list spalił i stawił się przy furtce o dziesiątej +wieczorem”. + +Była blizką omdlenia, zapanowała jednak nad sobą. + +-- Więc już niema w Anglii gentlemenów!... -- szepnęła z goryczą. + +-- Pani krzywdzisz pamięć sir Karola -- rzekłem. -- On ten list spalił, +ale można odczytać list nawet po spaleniu... Czy pani przyznaje się do +tych słów? + +-- Tak, napisałam je! -- zawołała nagle -- napisałam. Nie potrzebuję +się zapierać! Nie mam powodu wstydzić się. Chciałam prosić sir Karola +o pomoc. Sądziłam, że mi jej udzieli po rozmowie na cztery oczy +i dlatego prosiłam go, żeby stawił się u furtki. + +-- Ale czemu o takiej godzinie?... + +-- Bo dowiedziałam się właśnie, że wyjeżdża nazajutrz do Londynu +i że jego nieobecność potrwa kilka miesięcy. Były powody, dla +których nie mogłam przybyć tam wcześniej. + +-- Dlaczego wyznaczyłaś mu pani spotkanie w ogrodzie, nie zaś +w pałacu? + +-- Czy pan sądzi, że kobieta może bezkarnie odwiedzać mężczyznę +bezżennego o takiej godzinie? + +-- I cóż się stało, gdyś pani przybyła do furtki? + +-- Nie stawiłam się wcale. + +-- Mrs. Lyons, trudno mi w to uwierzyć. + +-- Przysięgam panu na wszystko, co mi jest świętem i drogiem, że +mówię prawdę. Nie pojechałam, bo mi coś przeszkodziło. + +-- Co takiego? + +-- To sprawa osobista, prywatna. Nie mogę powiedzieć. + +-- A zatem przyznaje pani, że wyznaczyła sir Karolowi spotkanie +o godzinie i na miejscu, gdzie go znaleziono trupem; przeczy pani +jednak, że stawiła się na miejscu umówionem... + +-- Mówię prawdę. + +Zadałem jej jeszcze kilka pytań, chcąc ją skłonić do wyznań, ale +nadaremnie. + +-- Mrs. Lyons -- rzekłem, wstając -- bierze pani na siebie wielką +odpowiedzialność i stawia się pani w trudnem położeniu. Jeżeli będę +zmuszony wezwać pomocy policyi, wtedy dopiero przekonasz się pani, +jak dalece jesteś skompromitowaną. Gdybyś pani była niewinną, to +w pierwszej chwili nie zaprzeczyłabyś, żeś pisała tego dnia do sir +Karola. + +-- Zaprzeczyłam, w obawie, aby nie wyciągnięto z tego wniosków +fałszywych i żeby nie być wplątaną w skandal. + +-- A dlaczego zależało pani tak bardzo na tem, aby sir Karol ów list +spalił? + +-- Jeżeli pan go przeczytał, to musi pan wiedzieć, dlaczego. + +-- Nie mówiłem, żem czytał cały list. + +-- Przytoczyłeś pan jeden ustęp dosłownie. + +-- Tak, dopisek. List, jak już raz nadmieniłem, został spalony i nie +można go było odczytać. Raz jeszcze pytam panią: dlaczego nalegałaś, +aby sir Karol spalił list, który otrzymał w dniu swojej śmierci? + +-- To sprawa czysto osobista. + +-- Tembardziej powinno pani chodzić o oszczędzenie publicznego +śledztwa. + +-- A więc powiem panu. Słyszał pan zapewne o mojej smutnej historyi +i musi pan wiedzieć, że wyszłam za mąż zbyt pośpiesznie i że miałam +powód tego żałować. + +-- Słyszałem. + +-- Moje życie było szeregiem prześladowań ze strony męża, którego +nienawidzę. Prawo jest po jego stronie. Lyons każdej chwili może +zażądać, abym z nim żyła. Przed napisaniem owego listu do sir Karola, +dowiedziałam się właśnie, że jest sposób odzyskania wolności, lecz +że wymaga to znacznych kosztów. Byłoby to dla mnie spokojem, +szczęściem, wszystkiem na świecie. Znałam hojność sir Karola +i sądziłam, że gdy usłyszy te smutne dzieje z moich własnych +ust, dopomoże mi niewątpliwie. + +-- Więc dlaczego pani nie poszła na miejsce umówione? + +-- Bo otrzymałam pomoc z innego źródła. + +-- Czemuż więc nie uprzedziłaś pani o tem sir Karola? + +-- Byłabym to uczyniła, gdybym nazajutrz nie wyczytała w dziennikach +wiadomości o jego śmierci. + +Słowa pani Lyons były dość logicznie powiązane, nie mogłem jej +złapać na sprzeczności. Pozostawało tylko sprawdzić, czy istotnie +w owym czasie przedsięwzięła kroki rozwodowe. + +Wierzyłem, iż tej nocy nie była w Baskerville-Hall, bo widzianoby +konie i wehikuł przy furtce; taka wycieczka nie utrzymałaby się +w tajemnicy. Mrs. Lyons mówiła więc prawdę, lub część prawdy. + +Wyszedłem zniechęcony. Więc znowu rozbijałem się o mur, zagradzający +dalszą drogę odkryć! A jednak, im bardziej przypominałem sobie każdy +rys jej twarzy i każde słowo, tem pewniejszy byłem, że nie powiedziała +mi wszystkiego. + +Bo i czemuż zbladła w pierwszej chwili? Czemu nie odrazu przyznała się +do listu?... Niewątpliwie była winniejszą, niż się przedstawiała. + +Musiałem tymczasowo poprzestać na jej informacyach i zwrócić się po +dalsze, w inną stronę -- ku jaskiniom naszych przedhistorycznych +przodków. + +Ale niełatwo było odnaleźć nieznajomego na podstawie ogólnikowej +wskazówki. Barrymore powiedział mi, że nieznajomy ukrywa się w jednej +z jaskiń, ale takich jaskiń było mnóstwo na każdym kroku. Pamiętałem +jednak skałę, na której ukazała mi się postać w blasku księżyca. Ta +skała, Black-Tor (Czarne Wrota) miała mi służyć za drogowskaz. Od niej +miałem zacząć poszukiwania. Obiecywałem sobie, że znajdę nieznajomego +i że musi mi wyznać, dlaczego tu przebywa. Łatwiej mu było umknąć na +Regent-Street, niż na tej otwartej równinie. Wyśliznął się pomiędzy +palcami wielkiego Holmesa. Jakiż byłby dla mnie tryumf, gdybym go +zdołał schwytać! + +Dotychczas w mojem śledztwie nie dopisywało mi szczęście -- teraz +uśmiechnęło się do mnie. Zwiastunem dobrej wieści był pan Frankland. + +Stał właśnie przy furtce swego ogrodu, wznoszącego się przy +gościńcu. + +-- Dzień dobry, doktorze Watson! -- zagadnął mnie w chwili, gdym +przejeżdżał mimo jego siedziby. -- Daj koniom odpocząć, a sam zechciej +wstąpić do mnie na kieliszek wina. + +Nie żywiłem dla niego uczuć przyjaznych po tem com słyszał o jego +postępowaniu z córką, ale chciałem jaknajprędzej odprawić grooma +Perkinsa z wehikułem i końmi. Korzystając więc ze sposobności, +wysiadłem i kazałem powiedzieć sir Henrykowi, że wrócę dopiero na +obiad i że przyjdę pieszo. + +Wszedłem do domu Franklanda. + +-- Powinszuj mi pan! -- zawołał na wstępie. -- Jest to dla mnie dzień +pamiętny; zapiszę go sobie czerwonym ołówkiem, przyniósł mi bowiem +zadowolenie podwójne: naprzód, dał mi sposobność wykazania im, że nie +można deptać prawa bezkarnie: odkryłem dokument, stwierdzający, że +przez park starego Middletona, o sto yardów od dworu, powinna iść +droga publiczna. Nauczę tych magnatów, że nie wolno im pozbawiać +zwykłych śmiertelników tego, co im się słusznie należy. Im się +zdaje, że prawo własności istnieje tylko dla nich. Nie miałem tak +miłego dnia od chwili, gdym pozwał sir Johna Morland o bezprawne +polowanie w jego własnym lesie. Ta sprawa kosztowała mnie dwieście +funtów, ale ją wygrałem, bo na podstawie starych akt dowiodłem, iż +ta część lasu należy do włościan. Muszę pana objaśnić, że nie byłem +wcale interesowany. Działam zawsze dla dobra publicznego. Ot, i druga +sprawa nie obchodzi mnie osobiście, a jednak wykryłem rzecz bardzo +ważną. + +Przed chwila, myślałem: pod jakimby pozorem wymknąć się od dziwaka; +teraz zaczynał mnie zaciekawiać, ale znając jego przekorną naturę, +wiedziałem, że nic mi nie powie, jeśli się zdradzę z ciekawością. + +-- Chodzi zapewne o jaki nowy proces? -- rzekłem obojętnie. + +-- Ho, ho! mój chłopcze, źle się domyślasz. Słyszałeś zapewne +o zbiegu, ukrywającym się na bagnie? + +Drgnąłem mimowoli. + +-- Czyżbyś pan znał jego kryjówkę? -- zagadnąłem. + +-- Nie mógłbym jej oznaczyć dokładnie, ale moje wskazówki oddałyby +usługę policyi. Czy nie przychodziło panu na myśl, iż jedynym sposobem +schwytania tego łotra, jest wyśledzić, skąd i gdzie otrzymuje +żywność; po takim tropie najłatwiej dojść do jego kryjówki. + +Dowodzenie było bardzo logiczne. + +-- Bezwątpienia -- odparłem -- ale skąd pan wie, że on kryje się na +bagnie? + +-- Wiem, bo na własne oczy widziałem tego, który mu nosi prowianty. + +Zaniepokoiłem się o Barrymora. Niebezpiecznie było dostać się na +pastwę przekornego starca. Jego następne słowa zdjęły mi kamień +z serca. + +-- Zdziwi się pan, słysząc, że dostarcza mu żywności dziecko -- +rzekł. -- Widuję małego chłopaka przez mój teleskop, umieszczony +na dachu. Idzie zawsze jedną i tą samą ścieżką, o jednej i tej +samej godzinie. A gdzieżby chodził, i po co, jeśli nie dla +prowiantowania więźnia? + +Dzięki Bogu! Frankland był na fałszywym tropie. Udawałem, że ta +wiadomości jest mi zupełnie obojętną. + +Już Barrymore mówił mi, że nieznajomego obsługuje chłopak. A więc +Frankland odkrył ślad postaci tajemniczej, nie zaś Seldona. Jeżeli +potrafię wydobyć z niego więcej faktów, oszczędzi mi to czasu +i trudu. Niedowiarstwo mogło jedynie skłonić Franklanda do +udzielenia mi bliższych informacyj. + +Widząc, że nie przywiązuję wagi do jego słów, zaperzył się, +poczerwieniał jeszcze bardziej i spojrzał na mnie złośliwie. + +-- Więc pan wątpi? -- zawołał. -- Spojrzyj pan przed siebie. Widzisz +skałę, zwaną Black-Tor? Sterczy na nagim pagórku, wśród dzikiej, +kamienistej płaszczyzny. Pan sądzi, że ten chłopak jest pastuchem? +Pozwól sobie powiedzieć, że to przypuszczenie jest niedorzeczne. Niema +tam ani źdźbła trawy, więc cóżby skubała trzoda, a bez trzody niema +pastucha. + +Odpowiedziałem pokornie, że uznaję nietrafność mojej hypotezy. +Rozbroiło go to, skłaniając do dalszych wynurzeń. + +-- Wierzaj mi pan, że zanim wyrażę mój sąd, staram się go oprzeć na +pewnych danych. Widuję chłopaka z zawiniątkiem codziennie, a czasem +dwa razy na dzień. Poczekaj pan chwilkę. Jeżeli mnie oczy nie mylą, +coś porusza się na górze... + +Od danego miejsca dzieliło nas kilka mil, lecz mogłem wyraźnie dojrzeć +czarny punkcik. + +-- Chodź pan, chodź -- zawołał Frankland, biegnąc na górę. -- +Zobaczysz pan na własne oczy i przekonasz się, że na wiatr nie mówię. + +Na dachu ustawiony był olbrzymi teleskop. Frankland spojrzał przez +niego i krzyknął z radości: + +-- Śpiesz się, doktorze, bo przejdzie na drugą stronę góry!... + +Istotnie ujrzałem malca, niosącego zawiniątko na plecach. Wspinał się +pod górę powoli. Gdy doszedł do szczytu, ujrzałem wyraźnie jego +drobną postać na tle nieba. Rozejrzał się dokoła, jak gdyby obawiał +się pogoni, następnie spuścił się drugim stokiem. + +-- No i cóż? Mam racyę? -- zagadnął Frankland. + +-- Tak, widziałem chłopca na własne oczy; z jego zachowania się można +poznać, że spełnia jakąś misyę potajemną. + +-- A jaką, łatwo się domyśleć... Ale nie pisnę słówka przed +policyą i pana proszę o sekret. Ani słowa, pamiętaj!... + +-- Jeżeli panu na tem zależy... + +-- Tak, chcę im zrobić na złość. Postąpili ze mną nikczemnie +w sprawie przeciw włościanom. Nie myślę dopomagać _konstablom_. +Pan już odchodzi?... Nie puszczę! Musimy „oblać” to odkrycie. + +Nie dałem się jednak uprosić i potrafiłem go odwieść od zamiaru +towarzyszenia mi do Baskerville-Hall. Trzymałem się gościńca, dopóki +mógł mnie widzieć, następnie skręciłem w bok i dążyłem w stronę +góry, po której przeszedł chłopak. + +Wszystko mi sprzyjało; postanawiałem skorzystać z okoliczności +i dziś jeszcze tę tajemnicę wykryć. + +Słońce już było na zachodzie, gdym doszedł do szczytu góry. Cała +równina była pogrążona w ciszy grobowej. Nie było nigdzie chłopca. +Rozglądając się dokoła wśród rozrzuconych kamieni, dojrzałem trzy, +tak ułożone, że mogły służyć za kryjówkę. Serce zabiło we mnie +żywiej. Tu musiał przebywać nieznajomy. + +Zbliżywszy się, spostrzegłem dwa kamienie, stojące prostopadle; jeden +leżał na nich poziomo. Wszedłem do tej skalistej nory, a przyznaję, że +z pewną obawą. Miejsce było puste, ale były w niem ślady, że +zamieszkiwała je ludzka istota. Na płaskim, wygrążonym kamieniu, który +zapewne służył przedhistorycznemu człowiekowi za łoże, była kołdra, +zawinięta w pled, na ziemi pozostał jeszcze popiół od zagaszonego +ogniska, obok były rondelki i blaszana konewka z wodą, w drugim rogu +dostrzegłem butelkę z _ginem_. Pośrodku był płaski kamień, w rodzaju +stołu; leżało na nim zawiniątko -- to samo zapewne, które przez +teleskop widziałem na plecach chłopaka. Rozwiązałem je -- był tam +bochenek chleba, wędzony ozór i dwa słoiki owocowych konserwów. Pod +prowiantami leżał kawałek papieru. Wziąłem go do rąk i w świetle +zapałki odczytałem te słowa, skreślone ołówkiem, ręką niewprawną: + +-- „Dr. Watson pojechał do Coombe-Tracey”. + +Przez chwilę stałem z kartką w ręku, nie rozumiejąc, co znaczy to +uwiadomienie. A więc śledzono nie sir Henryka, lecz mnie... Tajemniczy +nieznajomy, nie mogąc sam mnie tropić, polecił to owemu chłopcu. Ten +donosił mu zapewne o każdym moim kroku. + +Szukałem innych kartek, ale napróżno; nie mogłem też znaleźć +niczego, coby mnie objaśniło o zamiarach człowieka, który obrał +tak dziwne miejsce pobytu. Bądź co bądź, odznaczał się spartańskiemi +obyczajami... Wśród dni słotnych kapało mu pewno na głowę, kostniał +z zimna wśród chłodnych nocy, a jednak nie opuszczał swej kryjówki. +Ważny cel przykuwał go zapewne do tej nory... Poprzysiągłem sobie, te +stąd nie wyjdę, dopóki nie dowiem się, czy ten człowiek jest naszym +przyjacielem, czy wrogiem. + +Słońce już spuszczało się nisko, w blasku złota i purpury; po jednej +stronie sterczały wieże Baskerville-Hall, po drugiej były bagna +Grimpen-Mire, a w bok na prawo, wznosił się dom Stapletonów. W naturze +był rozlany spokój, tylko moja dusza była wzburzona. Usiadłem +u wejścia do jaskini i czekałem na przybycie jej lokatora. + +Nareszcie doszedł mnie odgłos jego kroków. Wsunąłem się +w najciemniejszy kącik i wyjąłem rewolwer z kieszeni. Kroki umilkły, +nagle cień zasłonił otwór. + +-- Mamy piękny wieczór, kochany Watson -- rzekł głos, dobrze mi +znany. -- Sądzę, że ci będzie lepiej na powietrzu, niż tutaj... + + + + +XII. + +Śmierć na bagnie. + + +Przez chwilę siedziałem z zapartym oddechem, oczom własnym nie +wierząc, wreszcie odzyskałem głos, powróciła mi przytomność, +a jednocześnie spadł z serca kamień odpowiedzialności. Taki głos +ironiczny, chłodny, miał tylko jeden człowiek na świecie. + +-- Sherlock! -- zawołałem. + +-- Wychodź, a proszę cię, bądź ostrożny z rewolwerem. + +Stanąłem w kamiennym otworze i ujrzałem Holmesa o parę kroków przed +sobą. Siedział na kamieniu i patrzał na mnie wesoło. Był blady, +wychudzony, miał twarz ogorzałą, ale bieliznę tak czystą, a brodę tak +starannie wygoloną, jak gdyby znajdował się w swojem mieszkaniu przy +Baker-Street. + +-- Jakże się cieszę, że to ty! -- zawołałem, ściskając mu rękę. + +-- A czy się nie dziwisz? -- zagadnął. + +-- Przyznaję, że tak. + +-- I ja jestem zdziwiony -- odrzekł. -- Nie spodziewałem się, że +odnajdziesz moją kryjówkę, a tem mniej, że cię tu zastanę. +Spostrzegłem twą obecność dopiero, gdym był o dwadzieścia kroków od +tej jaskini. + +-- Poznałeś mnie po odbiciu stóp? + +-- Nie, Watson, nie umiałbym rozróżnić twoich śladów z pośród +innych. Lecz gdy chcesz mnie wywieść w pole, radzę ci używać innych +papierosów, bo ilekroć ujrzę munsztuk z marką fabryczną Broadley, +Oxford-Street, zawsze się domyślę, iż mój przyjaciel Watson jest +w pobliżu. Patrz, rzuciłeś niedopalony papieros, zapewne w chwili, +gdyś zdecydował się wejść do tej jaskini. + +-- Istotnie. + +-- Tak przypuszczałem, a znając twoją odwagę, byłem pewien, że +zaczaiłeś się z rewolwerem w garści, czekając na powrót +„lokatora” tej siedziby. A więc sądziłeś, że to ja jestem +zbrodniarzem? + +-- Nie wiedziałem, kim jesteś, ale poprzysiągłem sobie wykryć +tajemnicę. + +-- Kiedy się dowiedziałeś o przebywaniu drugiego człowieka na bagnie? +Dostrzegłeś mnie może owej nocy, gdy byłem tak nieostrożny +i stanąłem na tle tarczy księżycowej? + +-- Tak, wtedy cię ujrzałem. + +-- I niewątpliwie zaglądałeś pod wszystkie kamienie, zanim natrafiłeś +na moją kryjówkę? + +-- Nie; dostrzeżono twojego chłopaka i to mi posłużyło za drogowskaz. + +-- Dojrzał go zapewne stary gentleman przez teleskop. Gdym zobaczył po +raz pierwszy blask od soczewki, nie mogłem zmiarkować, co to takiego. + +Wstał i wszedł do jaskini. + +-- Ha! widzę, że Cartwright przyniósł mi prowianty... Jest +i zabazgrany papier. A więc jeździłeś do Coombe-Tracey? + +-- Tak. + +-- Żeby się rozmówić z panią Laurą Lyons? + +-- Nieinaczej. + +-- Dobrze. Bardzo dobrze! Nasze wywiady szły równoległymi drogami, +a gdy połączymy badania, musimy dotrzeć do dna prawdy. + +-- Cieszę się ogromnie, że tu jesteś, bo już nerwy zaczynały mi +odmawiać posłuszeństwa. Ale jakim sposobem znalazłeś się na bagnie +i co tu porabiasz? Sądziłem, że siedzisz spokojnie przy Baker-Street +i zajmujesz się sprawą o wyzysk. + +-- Chciałem, żebyś tak sądził. + +-- Więc używasz mnie do roboty, a jednak mi nie ufasz... -- zawołałem +z goryczą. -- Zdaje mi się, że zasłużyłem na zaufanie. + +-- Mój drogi, jesteś poprostu nieoszacowany; w wielu razach oddałeś +mi znakomite usługi, jestem ci wdzięczny i mam nadzieję, że mi +przebaczysz ten fortel. Dopuściłem go się poczęści ze względu na +ciebie: znając niebezpieczeństwo, na jakie się narażasz, chciałem je +zbadać sam, na miejscu. Gdybym przebywał z tobą i z sir Henrykiem, +dzieliłbym zapewne wasze poglądy na tę sprawę, a moja obecność +zmusiłaby naszego przeciwnika do zdwojonej baczności. W obecnym stanie +rzeczy dokonałem tego, czegobym nie mógł zrobić, mieszkając +w Baskerville-Hall, a w dodatku pozostaję w ukryciu. W chwili potrzeby, +wystąpię z całą energią i siłą. + +-- Ale czemuż ukrywałeś się przedemną? + +-- Bo w razie przeciwnym nie wstrzymałbyś się od komunikowania się +ze mną; zechciałbyś mnie zaopatrywać w lepsze jadło, cieplejszą +odzież i wprowadziłbyś tamtych na mój ślad. Przywiozłem ze sobą +Cartwrighta -- pamiętasz tego malca z hotelu -- on myślał o mnie: +przynosił mi chleb i czystą bieliznę. Czegóż mi więcej potrzeba? +Dał mi przytem parę bystrych oczu i parę zwinnych nóg, co jest +pożądane. + +-- A więc moje listy były niepotrzebne? + +Holmes wyjął paczkę listów. + +-- Oto twoje sprawozdania -- rzekł. -- Dostawałem je z 24 godzinnem +opóźnieniem i oddały mi znaczne usługi. Muszę cię pochwalić za +gorliwość i spryt, których dowiodłeś w tej niezwykłej sprawie. + +Serdeczne słowa Holmesa rozproszyły mój żal do niego, tembardziej, iż +czułem, że lepiej się stało, żem nie wiedział o jego przebywaniu na +bagnie. + +-- A teraz opowiedz mi twoją wizytę u mrs. Lyons -- rzekł. -- +Nietrudno mi było domyśleć się, że jeździłeś do niej, gdyż wiem, +że ona jedna w Coombe-Tracey może nam dostarczyć potrzebnych +informacyj. Coprawda, gdybyś nie był rozmówił się z nią dzisiaj, +ja byłbym do niej poszedł jutro. + +Słońce już zaszło, powietrze ochłodziło się. Weszliśmy do jaskini. +Usiadłszy na kamieniu obok Holmesa, opowiedziałem mu moją rozmowę +z panią Lyons. + +-- To bardzo ważny szczegół -- poświadczył. -- Wypełnia lukę, +której nie zdołałem pokryć. Wiesz zapewne, że pomiędzy tą damą +a Stapletonem zachodzą bardzo blizkie stosunki?... + +-- Nie wiedziałem. + +-- To rzecz pewna... Widują się, pisują do siebie, są w porozumieniu +serdecznem... Ta wiadomość jest niebezpiecznym orężem w naszem ręku. +Gdyby tylko udało się zniechęcić do Stapletona jego żonę!... + +-- Żonę? + +-- Teraz ja udzielę ci garstkę informacyj wzamian za te, których ty +mi dostarczyłeś. Dama, uchodząca tutaj za miss Stapleton, jest +wistocie jego żoną. + +-- To niemożliwe! Czyżby on pozwalał sir Henrykowi starać się +o własną żonę... + +-- Co mu to szkodzi, że sir Henryk zakochał się? On ze swojej strony, +jak to sam spostrzegłeś, dokładał wszelkich starań, aby sir Henryk nie +objawiał i nie wynurzał swych uczuć... Powtarzam ci: ta piękna dama +jest nie siostrą, lecz żoną Stapletona. + +-- Więc czemuż ta komedya? + +-- Stapleton przewidywał, że ona może mu oddać usługi w charakterze +osoby wolnej. + +Wszystkie moje posądzenia ożyły. Ten człowiek chłodny, +nieprzenikniony, do którego od pierwszej chwili wstręt uczułem, +wydawał mi się teraz potworem o słodkim uśmiechu. + +-- On, nie kto inny, jest naszym wrogiem; on nas śledził +w Londynie!... -- oświadczył Holmes. + +-- A ostrzeżenie wyszło zapewne od niej? + +-- Niewątpliwie -- potwierdził mój przyjaciel. + +-- Jakim sposobem dowiedziałeś się, że ta kobieta jest jego żoną? -- +spytałem. + +-- Dzięki temu, że on sam wyjawił ci pewien szczegół ze swego +życia; sądzę, że musiał żałować tej nieostrożności. Przy +pierwszem z tobą spotkaniu mówił, że kierował kiedyś szkołą +w północnej Anglii. Otóż niema nic łatwiejszego, jak wytropić +nauczyciela. Istnieją agencye szkolne, za pomocą których można +dowiedzieć się szczegółów z życia każdego nauczyciela, +a tembardziej kierownika zakładu. Po krótkiem badaniu stwierdziłem, +że jedna szkoła została zamknięta z powodu okropnych nadużyć. +Nazwisko jej kierownika było inne; ten człowiek zniknął bez +śladu. Rysopis zgadzał się, a gdy jeszcze dowiedziałem się, +że ów przełożony odddawał się z zapałem entomologii, nie miałem +już żadnych wątpliwości. + +-- Jeżeli ta kobieta jest istotnie jego żoną, jakiż jego stosunek do +pani Lyons? + +-- Twoja rozmowa z tą damę rzuciła właśnie światło na ten punkt +ciemny. Nie wiedziałem, że pani Lyons chce się rozwodzić. Widocznie +ma nadzieję wyjść za Stapletona. + +-- A gdy się zawiedzie w tych nadziejach? + +-- Ha! wtedy odda się na nasze usługi. Przedewszystkiem musimy obaj +widzieć się z nią jutro. Ale czy nie znajdujesz, Watson, że zbyt długo +pozostawiłeś pupila bez swej opieki?... Twoje miejsce obecnie +w Baskerville-Hall. + +Ostatnie promienie słońca gasły na zachodzie. + +-- Jeszcze jedno pytanie -- rzekłem, wstając. -- Wszak między nami nie +powinno być sekretów. Powiedz mi, jaki on ma w tem cel? + +Holmes zniżył głos. + +-- Jego celem jest... morderstwo -- chłodne, wyrafinowane -- odparł. +-- Nie pytaj mnie o szczegóły. Oplątuję go w sieci, tak, jak on -- sir +Henryka. Jednego tylko obawiam się, a mianowicie, żeby on nie wykonał +swego zamiaru, zanim będziemy gotowi do walki. Jeszcze jeden dzień, +dwa najwyżej, a będę w stanie zmierzyć się z tym łotrem, ale +tymczasem strzeż sir Henryka; żałuję nawet, żeś go dziś opuścił. + +Straszny jęk przerwał ciszę. Krew zamarła w mych żyłach. + +-- Co to takiego? -- zawołałem. + +Holmes zerwał się na nogi, wybiegł przed jaskinię, nastawił ucha. + +-- Cicho! -- szepnął -- cicho! + +Ten sam jęk powtórzył się bliżej, dźwięczał w nim strach i ból. + +-- Skąd to dochodzi? -- spytał Holmes szeptem. + +-- Zdaje mi się, że ztamtąd -- odparłem, wskazując na lewo. + +-- Nie, nie -- zaprzeczył. + +I znowu rozdarł ciszę okrzyk, pełen rozpaczy i trwogi. Towarzyszył mu +teraz dziki pomruk. + +-- To pies! -- zawołał Holmes. -- Biegnijmy na pomoc! Prędzej! +Prędzej! + +Rzucił się naprzód, ja za nim. Po raz trzeci, do uszu naszych doleciał +jęk ludzki i straszne warczenie. Stanęliśmy, nasłuchując. Znowu +zaległa cisza. + +Holmes załamał ręce. Nigdy jeszcze nie widziałem go tak bezradnym. + +-- Zapóźno już, zapóźno!... -- mówił z rozpaczą. -- Że też +siedziałem tu, jak bałwan, z założonemi rękoma!... A ty, jak +mogłeś wypuścić z opieki sir Henryka!... + +Biegliśmy dalej wśród ogarniającej nas mgły i coraz większych +ciemności. + +-- Czy nic nie widzisz? -- spytał mnie Holmes. + +-- Nie -- odparłem. + +-- A to co takiego? -- zawołał nagle. + +Dało się słyszeć rzęrzenie. Dolatywało z po za nagiej skały, +sterczącej przed nami. Podbiegliśmy i oczom naszym przedstawił się +straszny widok. U stóp skały, twarzą, do ziemi, z rozpostartemi +rękoma, leżał mężczyzna już martwy. To rzęrzenie było jego ostatnim +oddechem. + +Potarłem zapałkę -- w jej świetle ujrzeliśmy coś od czego krew +zastygła nam w żyłach; martwe zwłoki sir Karola Baskerville.[B] + +Znaliśmy obaj kraciasty garnitur -- ten sam, w którym ukazał nam się +po raz pierwszy w mieszkaniu Holmesa. Zapałka zgasła, a z nią nadzieja +w naszych sercach. + +-- Nie daruję sobie nigdy, żem go zostawił samego... -- szepnąłem. + +-- Ja jestem jeszcze winniejszy, Watson. Dla „zaokrąglenia” +i „uzupełnienia” dowodów naraziłem życie mojego klienta... Jest to +największy cios, jaki mnie kiedykolwiek spotkał w moim fachu!... Ale +skąd mogliśmy przewidzieć, że pomimo naszych próśb i ostrzeżeń +puści się sam na to przeklęte bagno?... + +-- I pomyśleć, że słyszeliśmy jego jęki i nie mogliśmy nadbiedz mu +z pomocą.... Gdzież jest ten pies przeklęty? Lada chwila może +wyskoczyć z za skały... A gdzie Stapleton? Pociągniemy go do +odpowiedzialności! + +-- Tak, nie omieszkam tego uczynić -- mówił Holmes. -- Stryj i synowie +zostali zamordowani! -- to nie ulega wątpliwości. Jednego wystraszono na +śmierć samym widokiem tego zwierza, które wziął za nadprzyrodzone +zjawisko; drugi spadł ze skały, uciekając przed tym potworem... Ale +trzeba wykazać łączność pomiędzy psem i jego ofiarą. Jakże +dowiedziemy istnienia tego czworonożnego potwora?... Sir Henryk +umarł widocznie skutkiem upadku. Ale pomimo całej swej przebiegłości, +Stapleton nie wymknie się z rąk policyi!... + +Staliśmy nad zwłokami, bezradni wobec katastrofy, która obróciła +w niwecz wszystkie nasze zabiegi. Wreszcie zeszedł księżyc; weszliśmy +na szczyt skały, z której spadł nasz nieszczęśliwy przyjaciel +i ogarnęliśmy okiem ponurą płaszczyznę, osrebrzoną teraz łagodnym +blaskiem księżyca. + +Daleko, w stronie Grimpen-Mire, błyszczało żółte światełko. +Płonęło ono niewątpliwie w domu Stapletona. Zacisnąłem pięść +w bezsilnym gniewie. + +-- Aresztujmy go zaraz! -- krzyknąłem. + +-- Nie mamy jeszcze dowodów -- przekładał Holmes. -- Ten nędznik +jest przebiegły, potrafi się bronić. Chodzi nie o to, co wiemy, +lecz o to, co zdołamy dowieść. Jeden krok fałszywy, a wyśliźnie +nam się pomiędzy palcami. + +-- Cóż nam teraz pozostaje? + +-- Będziemy radzili jutro; dziś trzeba pomyśleć o oddaniu ostatniej +posługi przyjacielowi. + +Zeszliśmy ze skały i zbliżaliśmy się do zwłok, oświetlonych teraz +księżycem. + +-- Trzeba sprowadzić ludzi -- rzekłem. -- We dwóch nie przeniesiemy go +do Baskerville-Hall. Co ci jest? Czyś oszalał?... + +Holmes, patrząc na trupa, śmiał się, ręce zacierał. Cóż się stało +mojemu przyjacielowi, tak poważnemu zazwyczaj?... + +-- Broda! Broda! Ten człowiek miał brodę! -- wołał. + +-- Brodę? -- podchwyciłem. + +-- To nie sir Henryk. To mój sąsiad -- skazaniec! + +Z gorączkową skwapliwością odwróciliśmy zwłoki twarzą do +księżyca. Nie było wątpliwości: skrwawione czoło, zapadłe oczy, +ruda broda -- tak to Seldon. + +W jednej chwili zrozumiałem, jak się rzeczy miały. Baronet mówił mi, +że swoją starą garderobę ofiarował Barrymorowi. Widocznie Barrymore, +na prośbę żony, obdarzył nią Seldona, aby mu ułatwić ucieczkę. +Buty, czapka, garnitur -- wszystko było sir Henryka. Straszny +los spotkał więźnia, ale ten człowiek zasłużył na karę i byłby +ją poniósł z ramienia sprawiedliwości. Wytłómaczyłem Holmesowi +przyczynę naszej pomyłki. + +-- To ubranie jest powodem śmierci Seldona -- rzekł. -- Oczywiście +przyuczano psa poznawać sir Henryka po odzieży. Rozumiem teraz, +dlaczego but znikł z hotelu; pies zwęszył zapach ubrania na skazańcu +i gonił go. Jedno tylko mnie zastanawia: jakim sposobem Seldon wśród +ciemności mógł widzieć, że go pies ściga?... + +-- Słyszał warczenie, tak jak my. + +-- Samo warczenie psa nie wystraszyłoby go tak dalece, żeby wzywał +pomocy, zdradzając swą obecność i narażając się, że go schwytają +strażnicy. Z jego okrzyków miarkuję, że odbiegł spory kawał od +miejsca, z którego pies go spłoszył. + +-- A ja nie rozumiem, dlaczego ten pies został spuszczony dziś +właśnie. Sądzę, że nie zawsze jest na swobodzie. Jeżeli Stapleton +spuścił go z łańcucha, to chyba spodziewał się, że sir Henryk +będzie przechodził przez bagno. + +-- Cóż teraz zrobić z tym trupem? Niepodobna zostawić go tutaj na +pastwę dzikiego ptactwa. + +-- Najlepiej złożyć go w jednej z jaskiń, dopóki nie uwiadomimy +policyi. + +-- Masz słuszność -- przyznał Holmes. -- Udźwigniemy go chyba we dwu? +Ale patrz... Watson... to _on_!... Co za zuchwalstwo!... Ani słowa +przed nim o naszych podejrzeniach... ani słowa! bo inaczej, wszystkie +moje plany pójdą w niwecz. + +Ujrzałem światełko cygara. W blasku księżyca widziałem wyraźnie +drobną postać naturalisty. Spostrzegłszy nas, zatrzymał się, ale po +chwili szedł dalej. + +-- Kogo ja widzę! -- rzekł. -- Jeśli mnie oczy nie mylą, doktor +Watson. Nie spodziewałem się spotkać pana tutaj... Co to takiego?... +Ktoś został ranny... Nie, to niepodobna... Nasz przyjaciel, sir +Henryk!... + +Podbiegł i nachylił się nad zwłokami. Słyszałem jego oddech +przyśpieszony, cygaro z rąk mu wypadło. + +-- Kto to? Kto to taki? -- szeptał. + +-- To Seldon, więzień, który zbiegł z Princetown. + +Stapleton zbladł okropnie, ale nadludzkim wysiłkiem zapanował nad +uczuciem gorzkiego zawodu. Przenosił wzrok z Holmesa na mnie i ze mnie +na Holmesa. + +-- Co za okropna sprawa! -- mówił. -- Jakże on umarł? + +-- Skręcił kark, spadając z tej skały. Spacerowałem właśnie z moim +przyjacielem, gdy doleciał nas krzyk przeraźliwy. + +-- I ja ten krzyk słyszałem. To właśnie sprowadza mnie tutaj. Byłem +niespokojny o sir Henryka... + +-- Dlaczego właśnie o sir Henryka?... -- spytałem. + +-- Bo miał przyjść do mnie. Ponieważ się spóźniał, wyszedłem +na jego spotkanie i wtedy usłyszałem okrzyk... Ale, prawda... -- +i znowu przeniósł wzrok a mojej twarzy na twarz Holmesa -- +czyście panowie nie słyszeli nic więcej, oprócz tego okrzyku? + +-- Nie, a pan? -- spytał Holmes. + +-- I ja nie. + +-- Więc co znaczy to pytanie? + +-- Myślałem o legendach, krążących wśród wieśniaków... Podobno +słychać szczekanie wśród nocy... Byłem ciekawy, czy i teraz +rozlegały się podobne dźwięki... + +-- Niceśmy nie słyszeli -- odparłem. + +-- A jak panowie tłómaczą sobie śmierć tego łotra? + +-- Przypuszczam -- mówiłem -- że coś go wystraszyło; uciekał, +biegł na oślep, aż mu się noga powinęła i spadł z tej skały głową +na dół. Zabił się na miejscu, bo skała wysoka i z tej strony +prostopadle spuszcza się w kotlinę; druga jej strona łączy się +z płaskowzgórzem. Biegnąc, więzień w przerażeniu swem nie +spostrzegł, że stoi nad przepaścią. + +-- To bardzo prawdopodobne -- przyznał Stapleton i westchnął +z widoczną ulgą, jak gdyby kamień spadł mu z serca. -- A cóż pan +o tem myśli, panie Holmes? + +-- Przypuszczam to samo, co mój przyjaciel. + +-- Spodziewaliśmy się pana od chwili, gdy zjechał tu doktor Watson. +Zjawiasz się pan w chwili tragicznej... + +-- Mam nadzieję, że wyjaśnienie mojego przyjaciela zostanie uznane +jako jedynie możliwe. Bądź co bądź, wracając jutro do Londynu, +wywiozę stąd przykre wspomnienie... + +-- Więc pan wraca jutro? + +-- Taki mam zamiar. + +-- Spodziewam się, że pańskie badania rzucą światło na tajemniczą +sprawę, która zajmuje nas od paru miesięcy. + +-- A ja wątpię -- odrzekł Holmes z doskonale udaną szczerością. -- +Detektyw w swoich wywodach zwykł opierać się na faktach, nie zaś na +legendach ludowych. To sprawa trudna i zawiła. Nie spodziewam się jej +rozwikłać. + +Stapleton spojrzał na niego bystro, potem zwrócił się do mnie: + +-- Chętniebym zaproponował przeniesienie tego biedaka do nas, ale boję +się wystraszyć siostrę. Najlepiej Seldonowi twarz zakryć, a zwłoki +będą bezpieczne do jutra rana. + +Takeśmy też zrobili. Stapleton zapraszał nas do siebie, ale +wymówiliśmy się i obaj podążyliśmy do Baskerville-Hall. Naturalista +powrócił sam. + +-- Trzymamy go już prawie... -- mówił Holmes. -- A jaka przytomność +umysłu! Co za zimna krew!... Jak śmiało patrzał na zwłoki tego, +którego uważał za swoją ofiarę... Mówiłem ci już w Londynie, +a teraz powtarzam, że nie miałem jeszcze tak groźnego przeciwnika. + +-- Żałuję, że nas widział. + +-- I ja żałowałem w pierwszej chwili; ale nie było innej rady. + +-- Jak sądzisz: czy świadomość, że jesteś tutaj, wpłynie na jego +plany? + +-- Zmusi go do ostrożności, a może skłoni do ostatecznych czynów. Jak +wielu mądrych zbrodniarzy, jest zapewne zbyt zaufany w swoim rozumie +i wyobraża sobie, że nas w pole wywiedzie. + +-- I czemuż nie aresztujemy go zaraz? + +-- Drogi Watson, ty jesteś stworzony na człowieka czynu. Pierwszym +twoim popędem jest -- działać. Ale przypuściwszy, że go aresztujemy +dziś wieczorem, cóż nam z tego przyjdzie? Nie zdołamy mu nic dowieść. +Gdyby mu dopomagał człowiek, moglibyśmy znaleźć dowody; ale +choćbyśmy odszukali psa, nie pomoże nam zaciągnąć pętlicy na szyi +swego pana. + +-- Mamy przecież dowód. + +-- Ani jednego -- same tylko przypuszczenia i wnioski. Sąd wyśmiałby +nas, gdybyśmy stanęli wobec niego z takim materyałem dowodowym. + +-- Wszak możemy się powołać na śmierć sir Karola... + +-- Znaleziono go martwym bez żadnych śladów gwałtu, bez ran +i skaleczeń. Obaj wiemy, że umarł z przestrachu, wiemy także, kto go +wystraszył, ale w jaki sposób przelejemy tę wiarę w dwunastu sędziów +przysięgłych?... Jakież ślady pies pozostawił na zwłokach?... +Naturalnie, wiemy, że żaden pies nie ruszy martwego ciała; wiemy +dalej, że sir Karol wyzionął ducha, zanim go dogoniło to dzikie +zwierzę. Wiemy, ale powinniśmy tego _dowieść_ -- a nie potrafimy. + +-- Fakt, który się zdarzył dzisiaj, nie jest-że ważną poszlaką? + +-- Nie zdołamy wykazać związku pomiędzy psem a śmiercią tego +człowieka. Zresztą, nie widzieliśmy psa; słyszeliśmy go tylko, +a nie możemy dowieść, że gonił Seldona lub kogobądź. Nie, mój +drogi, musimy pogodzić się z myślą, że trzeba czekać i działać +z ukrycia. + +-- Jakie masz plany? + +-- Spodziewam się wiele po pani Lyons i mam nadzieję, że jutro +pozyskamy choć jeden dowód. + +Nie mogłem go skłonić do wyrażenia jaśniej swych zamiarów. Szedł +w milczeniu aż do samego pałacu. + +-- Czy wejdziesz? -- spytałem. + +-- Ma się rozumieć; dalsze ukrywanie się jest zbyteczne. Słuchaj, +Watson: nie wspominaj sir Henrykowi o psie. Wszak baronet został +zaproszony jutro na obiad do Stapletonów? + +-- I mnie prosili. + +-- Musisz się wymówić. On pójdzie sam. To łatwo urządzić. A teraz +chodźmy. Spóźniłeś się wprawdzie na obiad, ale przybywamy w samą +porę na kolacyę. + + + + +XIII. + +Zastawianie sieci. + + +Sir Henryk był bardziej rad, niż zdziwiony widokiem Holmesa; +spodziewał się bowiem, że ostatnie wypadki skłonią go do przybycia. +Nie mógł jednak zrozumieć, dlaczego mój przyjaciel nie wziął z sobą +żadnych bagażów. Zaopatrzyliśmy go we wszystko, czego potrzebował, +a następnie, przy sutej wieczerzy, opowiedzieliśmy baronetowi naszą +przygodę, z opuszczeniem pewnych szczegółów. + +Ale wpierw czekał mnie przykry obowiązek uwiadomienia Barrymorów +o śmierci Seldona. Dla męża było to poniekąd dobrą nowiną, ale +żona na tę wieść rozpłakała się rzewnie. W oczach wszystkich ów +zbrodniarz był potworem i wyrzutkiem społeczeństwa; ona widziała +w nim zawsze chłopaka z jasnymi kędziorami, którego nosiła na +ręku i kochała, jak własne dziecko. + +Niema tak złego mężczyzny, po którymby nie płakała kobieta... + +-- Po wyjściu Watsona -- mówił baronet -- snułem się z kąta w kąt, +wierny mojej obietnicy: nie zapuszczania się samemu na bagno po +zachodzie słońca. Teraz jednak żałuję, że nie przyjąłem zaprosin +Stapletona, który do mnie pisał nad wieczorem. Gdybym był poszedł, +spędziłbym wieczór weselej. + +-- Nie wątpię o tem -- rzekł Holmes. -- Ale, prawda, zapomniałem panu +powiedzieć, żeśmy go już opłakali. Byliśmy pewni, że to pan umarł. + +Sir Henryk spojrzał na niego ze zdziwieniem. + +-- Ten biedak był ubrany od stóp do głowy w pańską odzież. Obawiam +się, że Barrymore, który mu jej dostarczył, będzie miał zatarg +z policyą... + +-- Wątpię. Nie było żadnych znaków. + +-- To szczęśliwie dla niego, a nawet i dla nas, gdyż i pan nie jest +bez zarzutu w tej sprawie. Pociąganoby pana do odpowiedzialności za +to, że, znając kryjówkę zbiegłego więźnia, nie uwiadomiłeś o niej +policyi... Jako sumienny detektyw, powinienbym nawet aresztować pana +i całą służbę pałacową... + +-- Zanim pan spełni ten obowiązek -- mówił baronet żartobliwie -- +może się dowiem, jak stoi nasza sprawa? Czyś pan jej zawiłości +rozplątał? My z Watsonem tyle wiemy dziś, co na początku. + +-- Mam nadzieję, że zdołam wyświetlić tajemnicę. Sprawa istotnie +bardzo skomplikowana, dużo w niej punktów ciemnych, ale spodziewam się +rzucić na nie światło, + +-- My tutaj z Watsonem stwierdziliśmy tylko jeden fakt: szczekanie psa +na bagnie. Słyszeliśmy je wyraźnie, więc to nie legenda ani przesądy. +Gdybyś pan zdołał schwytać tego psa, byłbyś najpierwszym detektywem +na świecie. + +-- Mam nadzieję, że go schwytam i nałożę mu kaganiec, ale potrzebuję +pańskiej pomocy. + +-- Rozporządzaj pan mną do woli. Zrobię, co pan zechcesz. + +-- A więc poproszę pana, abyś słuchał mnie ślepo. + +-- I owszem. + +-- Jeżeli pan zastosujesz się do moich wskazówek i poleceń, nie +pytając o ich przyczynę, to uda mi się może rozwikłać tajemnicę. Nie +wątpię... + +Urwał nagle i zapatrzył się w jeden punkt nad moją głową. Światło +padało na jego twarz nieruchomą, jakby wykutą z kamienia. + +-- Co pan tam widzisz? -- zawołał sir Henryk. + +Patrząc na Sherlocka, spostrzegłem, że tłumi wewnętrzne wzburzenie. +Rysy jego były chłodne, jak zwykle, w oczach jednak płonął dziwny +ogień. + +-- To był zachwyt znawcy... -- rzekł po chwili, wskazując rząd +portretów, wiszących na przeciwległej ścianie. -- Watson nie wierzy +mojemu znawstwu, ale to przez zazdrość, gdyż nasze poglądy na sztukę +są niezgodne. Według mnie, ta galerya portretów jest wspaniała. + +-- Miło mi to słyszeć -- odrzekł sir Henryk, patrząc na mego +przyjaciela ze zdziwieniem. -- Na malarstwie nie znam się: wolę +ładnego konia, niż cenny obraz. Nie sądziłem, że pan masz czas +oddawać się takim zamiłowaniom... + +-- Nie mogę być obojętny na arcydzieła, gdy je mam przed oczyma -- +odparł Holmes. -- Mógłbym się założyć, że ta dama w niebieskiej +atłasowej sukni i ten sędziwy mąż w peruce, wyszli z pod pędzla +Reynoldsa. Wszak to wszystko portrety rodzinne? + +-- Tak, wszystkie. + +-- Czy pan zna imiona i daty? + +-- Barrymore próbował wtajemniczyć mnie w rodowody i zdaje mi się, żem +zapamiętał jego wykład. + +-- Któż jest ów gentleman z teleskopom w ręku? + +-- To admirał Baskerville; służył w Indyach Zachodnich pod Rodneyem. +A ten w niebieskim fraku, to sir William Baskerville, który był +przewodniczącym w izbie gmin za czasów Pitta. + +-- A ów jeździec, naprzeciwko mnie, w aksamitnym spencerze? + +-- O! ten wart, aby o nim powiedzieć słów parę. On jest sprawcą +nieszczęść naszej rodziny. To właśnie krwawy Hugon, który wypuścił +sforę psów na tę nieszczęśliwą dziewczynę... + +Spojrzałem na portret z wielkiem zaciekawieniem. + +-- Nigdybym się nie domyślił, że to on -- rzekł Holmes. -- Twarz +łagodna, spokojna, tylko w oczach... płomienie. Wyobrażałem go sobie +tęższym i groźniejszym. + +-- Niema wątpliwości, że to on. Na odwrotnej stronie płótna jest imię +i data -- rok 1647. + +Mój przyjaciel umilkł, ale nie odrywał oczu od portretu. Dopiero po +naszem rozejściu się na spoczynek dowiedziałem się, dlaczego to +płótno budzi w nim tak żywo zaciekawienie. + +Zaprowadził mnie znowu do jadalni ze świecą w ręku i przysunął ją do +portretu. + +-- Co cię uderza? -- zapytał. + +Ogarnąłem wzrokiem duży kapelusz z piórami, złociste loki i koronkowy +kołnierz; wpatrywałem się w rysy chłodne, surowe. Nie było w nich +namiętności, lecz niezłomna, okrutna wola; tryskała ona z oczu +stalowych, zdradzały ją usta wązkie, zaciśnięte. + +-- Czy ten portret przypomina ci kogo ze znajomych? -- pytał Holmes. + +-- Z dolnej części twarzy trochę podobny do sir Henryka. + +-- Istotnie. Ale poczekaj. + +Wskoczył na krzesło, i trzymając świecę w lewej ręce, prawą +osłonił szeroki kapelusz i włosy. + +-- Chryste Panie! -- zawołałem. + +Z ram obrazu wyłoniła się twarz Stapletona... + +-- Ha! spostrzegłeś wreszcie! -- rzekł Holmes. -- Moje oczy są +przyzwyczajone do badania samych twarzy, bez akcesoryj toaletowych. +Pierwszą zaletą detektywa jest poznawać ludzi pod przebraniem. + +-- Ależ to nadzwyczajne! -- mówiłem, nie mogąc ochłonąć +z podziwu. -- Ten obraz mógłby być jego portretem! + +-- Tak, to fizyczny dowód atawizmu i moralnego podobieństwa. Studya +nad portretami rodzinnymi mogą nas przejąć wiarą w wędrówkę dusz. +Ten człowiek jest z rodu Baskervillów, to nie ulega wątpliwości. + +-- I dlatego dybie na sukcesyę... + +-- Naturalnie. Portret wypełnił lukę w moich poszukiwaniach. Trzymamy +go. Watson! gotów jestem założyć się, że jutro wpadnie w moje sieci, +tak, jak motyle, za którymi sam się ugania. Wezmę go na szpilkę +i dołączę do mojej kolekcyi zbrodniarzy. + +Wybuchnął śmiechem, co mu się rzadko zdarzało. + +Nazajutrz wstałem bardzo wcześnie, ale Holmes już mnie wyprzedził. Był +ubrany do wyjścia. + +-- Mamy cały dzień swobodny -- mówił, zacierając ręce z radości. -- +Sieci już zastawione, brakuje tylko motyla. + +-- Czy już wychodziłeś? + +-- Wysłałem do Princetown wiadomość o śmierci Seldona. Mam nadzieję, +że nikt z was nie będzie niepokojony w tej sprawie. Porozumiałem się +już także z wiernym Cartwrightem; krążył około mojej nory, jak pies +nad grobem swego pana. Musiałem go uspokoić że jestem zdrów i cały. + +-- Cóż dalej? + +-- Przywitamy sir Henryka. Ha! oto i on! + +-- Dzień dobry, Holmes -- rzekł baronet, wchodząc do jadalni. -- +Wyglądasz na dowódcę, naradzającego się z szefem swego sztabu przed +bitwą. + +-- Bo też tak jest. Watson otrzymuje rozkazy. + +-- I ja gotów jestem ich wysłuchać. + +-- Wszak Stapleton zaprosił pana dzisiaj na obiad? + +-- Spodziewam się, że i panowie pójdziecie ze mną. Oni są bardzo +gościnni i ręczę, że przyjmą was z otwartemi rękoma. + +-- Obaj z Watsonem musimy jechać do Londynu. + +-- Do Londynu? + +-- Tak; nasza obecność jest potrzebniejsza tam, niż tutaj. + +-- Miałem nadzieję -- oświadczył baronet -- że nie opuścicie mnie, +dopóki ta sprawa się nie wyświetli. Co ja tu będę robił sam na tem +pustkowiu? + +-- Kochany panie, musisz zaufać mi ślepo i zrobić to, co powiem. +Oświadczysz pan Stapletonom, że mieliśmy wielką ochotę panu +towarzyszyć, lecz że ważne interesy powołały nas do Londynu. +Spodziewamy się wrócić niebawem. Czy pan zechce powtórzyć im to +dosłownie? + +-- Jeżeli panu na tem zależy. + +Widziałem, że baronet jest niezadowolony z naszego wyjazdu i że ma do +nas żal, iż go opuszczamy. + +-- Kiedy chcecie jechać? -- spytał chłodno. + +-- Zaraz po pierwszem śniadaniu. Wstąpimy do Coombe-Tracey. Watson +pozostawia tutaj kuferek, jako dowód, że wróci niebawem. Napisz kilka +słów do Stapletona, przepraszając go, że nie możesz korzystać z jego +zaprosin. + +-- Mam ochotę jechać z wami -- rzekł baronet. -- Co mnie tu wiąże? + +-- Dałeś mi pan słowo, że zastosujesz się do moich poleceń, a ja +powiadam panu, abyś został. + +-- Ha! w takim razie zostanę. + +-- Jeszcze słówko. Do Merripit-House pojedziesz pan amerykanem. +Odeślesz zaraz konie i oświadczysz, że zamierzasz powrócić pieszo. + +-- Mam iść przez bagno? + +-- Tak. + +-- Ależ to sprzeciwia się pańskim poprzednim zaleceniom! +Ostrzegaliście mnie obaj, abym po zachodzie słońca nie wychodził na +bagno, ani na łąkę. + +-- Tym razem możesz pan iść bezpiecznie. Gdybym nie ufał pańskiej +odwadze i zimnej krwi, nie dawałbym panu takiej rady. Wierzaj mi pan, +że to jest niezbędne. + +-- A więc dobrze. + +-- Ale jeśli panu życie miłe, nie zbaczaj z drogi; musisz iść prosto +ścieżką, wiodącą z Merripit-House do Grimpen-Road. + +-- Dobrze, zapamiętam. + +-- Chciałbym wyruszyć stąd zaraz po śniadaniu aby stanąć w Londynie +przed wieczorem. + +Byłem zdziwiony takim programem; choć poprzedniego dnia Holmes +wspominał Stapletonowi, że jedzie nazajutrz do miasta, nie sądziłem +jednak, że mnie zabierze ze sobą i nie mogłem zrozumieć, dlaczego +w najważniejszej chwili schodzi ze stanowiska. Milczałem wszelako, +wiedząc, że trzeba go słuchać biernie. + +Pożegnaliśmy naszego przyjaciela i w parę godzin potem byliśmy na +dworcu w Coombe-Tracey. Konie zostały odesłane do domu. Na platformie +stał niewielki chłopczyna. + +-- Co pan rozkaże? -- zapytał Holmesa. + +-- Pojedziesz tym pociągiem do Londynu. Zaraz po przybyciu +zatelegrafujesz do sir Henryka Baskerville w mojem imieniu, prosząc +go, aby kazał poszukać papierośnicy, którą zostawiłem u niego +i odesłał ją na Baker-Street. + +-- Słucham pana. + +-- Zapytaj na stacyi, czy niema listu do mnie. + +Chłopak wrócił z telegramem, Holmes podał mi go. Przeczytałem, co +następuje: + +„Depesza otrzymana. Przybywam z niepodpisanym rozkazem. Będę +o g. 5 m. 40. Lestrade.” + +-- To odpowiedź na mój telegram, wyprawiony dziś rano. Będziemy +potrzebowali jego pomocy. Człowiek sprytny i odważny. A teraz, Watson, +sądzę, że nic nam nie pozostaje, jak odwiedzić twoją znajomą, panią +Laurę Lyons. + +Zaczynałem pojmować plan kampanii. Holmes za pośrednictwem baroneta +chciał przekonać Stapletonów, żeśmy wyjechali istotnie, a my tymczasem +zjawimy się w chwili grożącego niebezpieczeństwa. + +Ów telegram z Londynu, o którym sir Henryk wspomni zapewne, rozwieje +podejrzenia naturalisty. + +Sieci były już zastawione. + +Pani Laura Lyons znajdowała się w swojem biurze. Sherlock Holmes +przystąpił do rzeczy wprost ze szczerością, która ją wprowadziła +w kłopot. + +-- Badam okoliczności, towarzyszące śmierci sir Karola Baskerville -- +oświadczył. -- Mój przyjaciel, doktor Watson, uwiadomił mnie o treści +swojej rozmowy z panią, wiem także to, coś pani zamilczała... + +-- Cóżem zamilczała? + +-- Wyznałaś pani, że sir Karol na jej prośbę miał znajdować się o +dziesiątej przy furtce -- wiemy, że o tej godzinie śmierć go spotkała. +Nie wyjaśniłaś pani: jaki stosunek zachodzi pomiędzy tymi dwoma +faktami. + +-- Nie są w żadnym stosunku do siebie. + +-- Byłby to dziwny zbieg okoliczności. Sądzę jednak, że zdołamy +wykazać związek pomiędzy jednym faktem a drugim. Chcę być z panią +zupełnie szczerym. Poczytujemy ten „wypadek” za morderstwo; +podejrzanym jest nietylko przyjaciel pani, mr. Stapleton, lecz i jego +żona... + +Mrs. Lyons zerwała się na równe nogi. + +-- Jego żona?... -- krzyknęła. + +-- Tak. Rzecz wyszła na jaw. Osoba, która dotychczas uchodziła za jego +siostrę, jest właściwie jego żoną... + +Pani Lyons usiadła znowu, jej palce ściskały poręcz fotela z taką +siłą, że aż paznogcie zbielały. + +-- Jego żona! -- szeptała. -- Jego żona! Więc on jest żonaty!... + +Sherlock Holmes rozłożył ręce, jak gdyby chciał powiedzieć, że niema +na to rady. + +-- Chcę mieć dowód. Jeśli pan potrafisz stwierdzić te słowa +faktami... -- Nie dokończyła, głos zamarł w jej piersi. + +-- Przybyłem, uzbrojony w dowody, wiedząc, że ich pani zażąda -- +oświadczył Holmes, wyjmując paczkę papierów z kieszeni. -- Oto +fotografia małżonków, zdjęta przed kilku laty w York. Zapisani są +w księgach zakładu fotograficznego jako „państwo Vandelour”, ale +łatwo poznać i ją, i jego. Dalej -- trzy rysopisy małżonków +Vandeleur; mąż w owym czasie był kierownikiem szkoły prywatnej +w St-Oliver. Rysopisy zostały nadesłane przez osoby wiarogodne. +Odczytaj je pani, a przekonasz się, czy odpowiadają wyglądowi +pana Stapleton i jego domniemanej siostry. + +Przebiegła okiem listy i pogrążyła się w milczeniu. Skostniała jakby +z bólu. + +-- Panie Holmes -- rzekła wreszcie -- ten człowiek obiecywał, że mnie +poślubi, jeśli uzyskam rozwód. Okłamał mnie, zdradził. Wyobrażałam +sobie, że on działa dla mnie -- teraz widzę, że byłam tylko +narzędziem w jego ręku. Nie potrzebuję dochowywać mu tajemnicy, +skoro on nie dochował mi wiary!... Nie myślę go osłaniać przed +skutkami jego niecnych czynów. Pytaj mnie pan, o co tylko chcesz -- +nic nie zataję. Przysięgam panu, iż pisząc ten list, nie +wiedziałam, że narażam na niebezpieczeństwo sir Karola, który +był dla mnie lepszym od rodzonego ojca. + +-- Wierzę pani święcie -- odparł Sherlock Holmes. -- Opowiadanie +byłoby dla pani bardzo przykrem, więc może lepiej ja powiem, jak +się rzeczy miały, a pani będzie prostowała niedokładności lub +omyłki. Wszak Stapleton radził pani napisać ten list? + +-- Podyktował mi go. + +-- Przypuszczam, że skłonił panią, dowodząc, że sir Karol chętnie +poniesie wydatki na rozwód. + +-- Nieinaczej. + +-- A gdy pani list posłałaś, odradził jej przybyć na miejsce +umówione. + +-- Mówił, że mu ambicya nie pozwala, aby człowiek obcy łożył na taki +cel, i że choć sam jest niezamożny, poświęci ostatni grosz na +usunięcie przeszkód, zagradzających nam drogę do szczęścia. + +-- A potem wyczytałaś pani wiadomość o śmierci w gazecie miejscowej? + +-- Tak. + +-- Następnie kazał pani przysiądz, że nie wspomnisz nikomu o swym +liście do sir Karola? + +-- Mówił, że śmierć jest tajemniczą i że mogliby mnie podejrzewać +o zabójstwo. Wystraszył mnie takim argumentem i zmusił do milczenia. + +-- A czy pani miałaś jakie wątpliwości? + +Milczała długo, wreszcie rzekła: + +-- Być może, bo go znam. Ale gdyby dochował mi wiary, nie zdradziłabym +go nigdy. + +-- Bądź co bądź, wyszłaś pani z tej sprawy obronną ręką -- +przekładał jej Holmes. -- Miałaś go pani w swej mocy, a jednak +żyjesz. A teraz pożegnamy panią. Dowidzenia niebawem! + + * * * * * + +-- Nasza sprawa zaczyna się zaokrąglać -- mówił Holmes, gdy w parę +minut potem staliśmy na dworcu, oczekując londyńskiego pociągu. -- +Jest to najdziwniejsza zbrodnia, jaka się zdarzyła w naszem stuleciu. +Badacze kryminologii pamiętają podobny wypadek w roku 1866 w Grodnie, +a drugi w północnej Karolinie w roku 1878, ale obecny fakt ma swoje +odrębności. I teraz nawet, po wykryciu szczegółów, nie wiem jeszcze, +w jaki sposób Stapleton przyczynił się do śmierci sir Karola. Mam +jednak nadzieję, że to się wyświetli przed północą. + +Kuryer londyński wbiegł na peron z sykiem i gwizdem. Z wagonu +pierwszej klasy wyskoczył mężczyzna krępy, o twarzy wesołej. Powitał +Holmesa z takiem uszanowaniem, jak oficer głównodowodzącego armią. + +-- Czy jest co nowego? -- spytał. + +-- Zdaje się, że obecna sprawa narobi hałasu -- odparł mój przyjaciel, +zacierając ręce. -- Mamy dwie godziny wolne. Trzeba zjeść obiad +i nabrać sił do działania. Po obiedzie przejdziemy się po łące; +świeże powietrze wyruguje z twoich płuc nagromadzoną w nich mgłę +londyńską. Wszak jesteś tu po raz pierwszy? Mam nadzieję, że nie +zapomnisz tych odwiedzin... + + + + +XIV. + +Pies Baskervillów. + + +Jedną z wad Sherlocka Holmes -- jeśli można to nazwać wadą -- jest +skrytość. Nie zwykł wyjawiać swoich planów nikomu, aż do ostatniej +chwili. Jest to wynikiem jego natury despotycznej i samodzielnej, +ale i próżności potrosze. Lubi wprowadzać w zdumienie i zachwyt +nad swym geniuszem wywiadowczym. Zresztą ta skrytość płynie może +i z ostrożności, która nie pozwala mu wypowiadać się przed nikim. +Bądź co bądź, jest to przykrem dla otoczenia. + +Niecierpliwiło mnie to często, ale nigdy do tego stopnia, jak owego +wieczora. Czekało nas zadanie trudne i niebezpieczne, mieliśmy działać +wspólnie, a jednak Holmes nie wyznaczał nam roli. Mówiliśmy +o przedmiotach pobocznych, nie mających nic wspólnego ze sprawą. + +Mój przyjaciel wynajął na dworcu dorożkę i kazał się wieźć do +Baskerville-Hall. Wysiedliśmy przy bramie. Zapłacił dorożkarza +i odprawił go do Coombe-Tracey, poczem kazał nam iść ze sobą +w stronę Merripit-House. + +-- Czy masz broń? -- zapytał Lestrada. + +-- Nie rozstaję się z rewolwerem -- odparł detektyw. -- We dnie jest +jak przylepiony do kieszeni moich spodni, a w nocy -- do mojej +poduszki. + +-- To dobrze. Mój przyjaciel i ja jesteśmy w zbrojnem pogotowiu. + +-- Cóż pan rozkażesz? + +-- Czekać. + +-- Ha! nie jest to miła robota, zwłaszcza wśród takiego otoczenia. +Cóż za pustkowie!... -- mówił Lestrade, oglądając się dokoła. + +-- Widzisz te światełka w oddali? To Merripit-House, cel naszej +wycieczki. Teraz musimy iść na palcach i mówić szeptem. + +O dwieście yardów przed domem, Sherlock kazał nam stanąć. + +-- Poczekamy tutaj -- szepnął. -- Te kamienie na prawo stanowią +wyborną osłonę. Zaczaisz się za nimi, Lestrade. Wszak byłeś w tym +domu, Watson? Rozkład mieszkania jest ci znany. Widzisz okno +oświetlone? + +-- To od kuchni. + +-- A tamto, po drugiej stronie? + +-- To od jadalnego pokoju. + +-- Proszę cię, zakradnij się pod te okna i zobacz, co oni tam robią, +ale na miłość Boską, ostrożnie, żeby nie zmiarkowali, że są +śledzeni. + +Stąpałem powoli, im palcach; zgięty wpół, doszedłem do miejsca, skąd +było widać okno jadalni. + +Przy okrągłym stole siedziało dwóch mężczyzn: sir Henryk i Stapleton. + +Byli zwróceni do mnie profilem. Obaj palili cygara i popijali kawę. +Przed nimi stała butelka z winem. Stapleton rozprawiał żywo, baronet +był blady i roztargniony. Może trapiła go myśl o samotnym powrocie +przez to fatalne trzęsawisko. + +Po chwili Stapleton wstał i wyszedł z pokoju. Sir Henryk wypił haust +kawy i zaciągnął się dymem cygara. Usłyszałem skrzypniecie drzwi +i chrzęst żwiru: ktoś szedł po drugiej stronie muru. Wyjrzałem +ostrożnie i zobaczyłem naturalistę. Stąpał powoli, zakradał się +jakby, wreszcie stanął u drzwi bocznej oficyny. Klucz zazgrzytał +w zamku, po chwili doszedł mnie dziwny odgłos, jakby warczenia. +Stapleton zabawił parę minut i wrócił do domu. Widziałem, jak +wszedł do pokoju, w którym pozostawił był sir Henryka. + +Wróciłem do moich towarzyszów, aby zdać raport Holmesowi. + +-- A więc powiadasz, że dama jest nieobecna? -- pytał, wysłuchawszy +mnie do końca. + +-- Niema jej w jadalnym pokoju. + +-- We wszystkich innych pokojach ciemno? Gdzie też się ukrywa?... + +Nad trzęsawiskiem unosiły się białe opary; księżyc, świecący jasno +na niebie, nie zdołał ich rozproszyć. Cała okolica wydawała się +posypana śniegiem. + +-- Przeklęta mgła! -- mruczał Holmes. -- Ogarnie nas niebawem, a wtedy +wszystko stracone. To jedno może mi szyki pomieszać. Ale mam nadzieję, +że nie będziemy już długo czekali. Dziesiąta. Sir Henryk wyjdzie lada +chwila. Ta mgła stanowi o jego życiu... + +Noc była jasna; po za obrębem oparów widać było Merripit-House. Tylko +dwa okna były oświecone. Wtem światło zgasło w kuchni; pozostało +tylko w pokoju jadalnym, w którym morderca i jego ofiara siedzieli +przy kieliszkach i cygarach. A tymczasem mgła spowijała coraz szerszą +przestrzeń, muskała już dom Stapletona. Zniknął w niej mur na drugim +końcu ogrodu, czubki drzew wynurzały się jeszcze z po za oparów. +Holmes przestępował z nogi na nogę. Był zaniepokojony. + +-- Jeżeli nie wyjdzie za kwadrans, cała robota na nic. Za pół godziny +nie będziemy mogli dojrzeć rąk własnych... + +Uklęknął i przyłożył ucho do ziemi. + +-- Dzięki Bogu! słyszę jego kroki... -- szepnął. + +Rozległo się miarowe stąpanie. Kroki stawały się coraz głośniejsze +i wyraźniejsze, dochodziły do nas przez mgłę, jak przez zasłonę, +i oto nagle pojawił się ten, na którego czekaliśmy. + +Przeszedł ścieżką obok nas i podążył dalej, a idąc, oglądał się +na prawo i lewo, z widocznym niepokojem. + +-- Pst! -- szepnął Holmes. -- Baczność! + +Mgła była już o pięćdziesiąt yardów przed nami. Wytężaliśmy +wzrok, czując, że wyłoni się z niej coś strasznego. Spojrzałem +na Holmesa. Był blady, wpatrywał się w jeden punkt, usta mu +drgały. W chwili tej Lestrade krzyknął i padł twarzą do ziemi. +Zerwałem się, nie wypuszczając pistoletu z garści, choć krew +zamarła mi w żyłach na widok strasznego zjawiska, które +wyskoczyło z za mgły... + +Był to pies olbrzymi, czarny, jak węgiel, ale nie pies zwyczajny. +Jego rozwarta paszcza ziała ogniem, z oczu sypały się iskry, cały pysk +był jakby w płomieniach. Najstraszniejsza zmora nie mogła być +straszniejszą od tego piekielnego zwierza, wyłaniającego się ku nam +z ciemności. + +Dziki zwierz biegł śladami naszego przyjaciela w podskokach... + +Byliśmy tak przerażeni tem zjawiskiem, że nie wystrzeliliśmy w porę. +Pies przebiegł mimo nas. Holmes i ja daliśmy ognia równocześnie; +zwierzę, ugodzone widocznie, jęknęło przeraźliwie, lecz nie +zatrzymało się w swym szalonym pościgu. + +Sir Henryk, który już był daleko, obejrzał się; widziałem w blasku +księżycu, że stanął przerażony i podniósł ręce do góry. + +Jęk psa rozproszył nasze przesądne obawy. Jeśli kula raniła zwierzę, +a więc było nie widmem, lecz rzeczywistością, -- mogliśmy je zabić. + +W życiu mojem nie widziałem nikogo, pędzącego tak szybko, jak Holmes +owej nocy. Biegłem za nim, ale mnie wyprzedził. Słyszeliśmy przed sobą +warczenie psa i wołanie o pomoc sir Henryka. Nadbiegłem w chwili, gdy +rozjuszone zwierzę rzuciło się na swą ofiarę, powaliło ją na ziemię +i wyszczerzało zęby. Z dzikiem wyciem i jękiem bólu dogorywający pies +zwalił się na baroneta. + +Skoczyłem naprzód i przyłożyłem psu pistolet do łba, ale wystrzał +był zbyteczny. Czworonożny prześladowca rodu Baskervillów już nie +żył... + +Nachyliliśmy się nad sir Henrykiem. Mój przyjaciel odetchnął +swobodniej, widząc, że nasza pomoc przyszła w porę. Lestrade wlał +baronetowi do ust parę kropel wódki. Sir Henryk spojrzał na nas +przerażonemi oczyma. + +-- Co to? -- szepnął. -- Co to takiego?... + +-- Zabiliśmy złego ducha rodu Baskervillów. Już nie ożyje!... -- +zawołał Holmes. + +U stóp naszych leżało olbrzymia psisko, wielkości młodej lwicy; był +to mieszaniec wyżła i brytana. Zagasłe oczy świeciły jeszcze, +zakrwawiony pysk ział ogniem. + +Powiodłem ręką po łbie kudłatym -- moje palce zabłysły +w ciemności... + +-- Fosfor! -- rzekłem. + +-- Szatański pomysł! -- mówił Holmes, nachylając się nad martwem +zwierzem. -- Przepraszam cię najmocniej, sir Henryku, że musiałem cię +narazić na taki przestrach. Domyślałem się, że wypuszczą psa, ale nie +sądziłem, że go wpierw posmarują siarką, aby wydawał się piekielnym +potworem... + +-- Ocaliłeś mi pan życie! + +-- Wystawiając je na niebezpieczeństwo. Czy możesz pan wstać o własnej +sile? + +-- Dajcie mi jeszcze wódki. Tak! A teraz podtrzymajcie mnie chwilkę, +bo jeszcze drżą mi nogi. Co pan teraz rozkaże? + +-- Przedewszystkiem musisz pan odpocząć. Jeżeli poczekasz tu na nas, +odprowadzimy pana do domu. + +Sir Henryk był jeszcze blady i nie mógł utrzymać się na nogach. +Posadziliśmy go na kamieniu. + +-- A teraz do dzieła -- mówił Holmes. -- Każda chwila jest droga. Mamy +już dowód zbrodni, chodzi jeszcze o schwytanie zbrodniarza. + +Zostawiliśmy sir Henryka i podążyliśmy ku domowi Stapletona. + +-- Słyszał wystrzały i domyślił się, że jego „sztuka” wyszła na +jaw. Nie zastaniemy go już -- mówił Holmes. + +-- Kto wie: gęsta mgła stłumiła zapewne huk rewolweru, a zresztą +przestrzeń dość znaczna; mógł nie słyszeć. + +-- Sądzisz, że czekał na rezultat w domu? To go me znasz. Ręczę, +że wyszedł za psem, aby go przywołać po skończonej „robocie”. +Gotówbym się założyć, że go niema w Merripit-House. Swoją drogą, +przetrząśniemy dom od strychu do piwnic. + +Frontowe drzwi były otwarte; weszliśmy, ku zdziwieniu starego sługi, +który stał w sieni. Z wyjątkiem jadalni, wszędzie panowały ciemności, +ale Holmes wziął ze stołu lampę i chodził z nią od pokoju do pokoju. +Nie było nigdzie Stapletona. + +Jeden z pokojów na górze był zamknięty na klucz. + +-- Ktoś tam jest! -- zawołał Lestrade. -- Słychać oddech. Proszę +drzwi otworzyć! + +Odpowiedział nam jęk. Holmes uderzył pięścią w klamkę; wyskoczyła, +drzwi stanęły otworem. Wbiegliśmy do pokoju z pistoletami w garści. + +Nie było w nim Stapletona. Oczom naszym przedstawił się dziwny +i niespodziany widok. + +Pokój był rodzajem muzeum; w gablotach i na ścianach były rozpięte +rzadkie okazy motylów. Pośrodku pokoju był słup, postawiony tu zapewne +dla podtrzymania starej belki, grożącej zawaleniem. Do tego słupa +uwiązana była postać ludzka; w pierwszej chwili nie mogliśmy poznać: +czy to mężczyzna, czy kobieta. Jeden ręcznik ściskał jej gardło +i okręcony był naokoło słupa, drugi zakrywał dolną część twarzy. +Cała postać była spowita w prześcieradło. + +W mgnieniu oka rozerwaliśmy pęta; na ziemi u stóp naszych leżała pani +Stapleton. Gardło miała sine i ślady paznogci na twarzy i ciele. + +-- Nędznik!... -- zawołał Holmes z oburzeniem. -- Dawaj no tu flaszkę +z wódką -- rzekł do Lestrada. -- Trzeba ją posadzić na krześle +i rozcierać. + +Otworzyła oczy. + +-- Co się z nim stało? -- szepnęła. -- Czy uciekł? + +-- Nie umknie tak łatwo. + +-- Ja mówię nie o _nim_, ale o sir Henryku. Czy ocalony? + +-- Tak. + +-- A pies? + +-- Nie żyje. + +Odetchnęła swobodniej. + +-- Dzięki Bogu! Widzicie, panowie, jak ten łotr obszedł się ze mną!... + +Wysunęła ręce z rękawów -- były okryte sińcami. + +-- Ale to najmniejsza -- ciągnęła dalej. -- On zdeptał moją duszę, +poniżył ją... Wszystko znosiłam: osamotnienie, poniewierkę, dopóki +mogłam wierzyć w jego miłość; ale i tu spotkał mnie zawód... + +Wybuchła płaczem. + +-- Nie masz pani powodu go oszczędzać -- rzekł Holmes. -- Powiedz nam, +gdzie się ukrywa? Jeśli mu pomagałaś w złem, dopomóż nam złe +powetować. + +-- Jedno jest tylko miejsce, w którem mógł się schronić: dawna +kopalnia ołowiu, w samym środku moczarów. Tam trzymał psa na uwięzi; +wiem, że robił przygotowania, aby tam się ukryć. + +Holmes przysunął lampę do okna. + +-- Patrzcie -- mówił -- co za mgła! Nikt dzisiaj nie zdoła dotrzeć do +Grimpen-Mire. + +Klasnęła w ręce. Oczy jej zabłysły. + +-- On dojdzie, ale wyjść nie zdoła, bo wśród mgły nie zobaczy +gałęzi, któreśmy powtykali razem, aby mu wskazywały drogę do +Grimpen-Mire. Szkoda, że nie mogłam ich dzisiaj wyrwać, bo +byłby na waszej łasce... + +Pogoń stawała się niemożliwą, dopóki mgła nie opadnie. Tymczasem +pozostawiliśmy Lestrada na stanowisku w Merripit-House, a sami wraz +z sir Henrykiem wróciliśmy do Baskerville-Hall. + +Niepodobna już było ukrywać przed nim historyi Stapletonów. Ze +spokojem przyjął wiadomość, że ta, którą pokochał, była żoną, +nie siostrą owego łotra. Lecz wzruszenie tej nocy wstrząsnęły mu +nerwy. Dostał gorączki. Posłaliśmy po doktora Mortimer. + +Gdy baronet podźwignął się z łóżka, dla odzyskania równowagi +duchowej, pod opieką tego zacnego lekarza wyruszył w podróż +naokoło świata. Wrócił zdrów moralnie i fizycznie. + + * * * * * + +Zbliżam się do końca tej dziwnej opowieści; starałem się przelać +w czytelników obawy, które trapiły nas tak długo i skończyły się tak +tragicznie. + +Nazajutrz po opisanych wypadkach, mgła ustąpiła i pod przewodnictwem +pani Stapleton zdołaliśmy dotrzeć do punktu, skąd ścieżka prowadziła +na moczary. + +Nieszczęśliwa kobieta ze skwapliwością, świadczącą o głębokiej +urazie do tego człowieka, który jej życie zmarnował i podeptał +jej godność niewieścią, starała się nas wprowadzić na trop jego. + +Od owego punktu, rząd wetkniętych w błoto gałęzi wskazywał kępki +ziemi, po których można było przejść suchą nogą. Jeden krok +fałszywy mógł nas o śmierć przyprawić. Raz tylko jeden ujrzeliśmy +ślad, że ktoś przechodził tą niebezpieczną drogą. Wśród zielska +i trawy wyzierał jakiś czarny przedmiot. + +Holmes schylił się, aby go podnieść, przyczem pośliznęła mu się +noga; gdybyśmy go nie podtrzymali, byłby wpadł w to błoto bezdenne. +Podniósł się trzymając w ręku stary but. Wewnątrz, na podeszwie, +była wypisana firma: „_Meyers, Toronto_”. + +-- Warto było wziąć błotną kąpiel! -- wołał. -- Jest to zaginiony +but sir Henryka. + +-- Stapleton rzucił go tu zapewne wśród ucieczki. + +-- Niewątpliwie. Trzymając ten but, wprowadzał psa na trop sir +Henryka... Odgłos wystrzału zwiastował Stapletonowi, że zasadzka +chybiona. Łotr uciekał z tym butem w ręku. Tu właśnie go rzucił. +A zatem do tego miejsca doszedł bezpiecznie. + +Mieliśmy się dowiedzieć jeszcze innych szczegółów, choć wiele rzeczy +pozostało niewyjaśnionych. Niepodobna było znaleźć śladów na bagnie, +albowiem błoto zalewało je odrazu. Minąwszy najgłębsze moczary, +szukaliśmy odbicia stóp na twardym już gruncie. Nadaremnie. Jeśli +świadectwo ziemi było wiarogodne, Stapleton nie doszedł do wyspy, ku +której dążył wśród mgły. + +Grimpen-Mire pochłonęło nędznika. Jego kości spoczywają zapewne +wśród nieprzebytych trzęsawisk... + +Natomiast znaleźliśmy dużo śladów po nim na wyspie, gdzie psa +ukrywał. W jednym z opuszczonych domków był przykuty do ściany +łańcuch; pogryzione kości świadczyły, że pies był tutaj więziony. +Opodal leżał szkielet małego pinczerka. + +-- Patrzcie! toż to faworyt Mortimera! -- zawołał Holmes. -- +Stapleton potrafił ukryć psa, ale nie zdołał stłumić jego wycia. +Mógł był wprawdzie trzymać go w oficynie Merripit-House, ale byłoby +to ryzykownem. Zdecydował się na taki krok ostatniego dnia, gdy +wszystko postawił na jedną kartę. Maść w tej oto blaszance jest +zapewne mieszaninę siarki i fosforu, którą pies był wysmarowany. +Tym sposobem, korzystając z legendy, ów łotr wystraszył na śmierć +sir Karola. Nic dziwnego, że Seldon uciekał z wrzaskiem. Wszak +nasz przyjaciel, sir Henryk, a i my także, nie mogliśmy się +wstrzymać od okrzyku wobec takiego zjawiska. Był to pomysł +piekielny! -- chodziło nietylko o wystraszenie ofiary, lecz +i o utrudnienie śledztwa, albowiem pies, ziejący ogniem, +przejmował włościan okolicznych strachem przesądnym i odejmował +im ochotę ścigania tego potwora. Mówiłem ci to już raz +w Londynie, Watson, a teraz powtarzam, że Stapleton był +najniebezpieczniejszym łotrem, z jakim zdarzyło mi się spotkać +w życiu. + + + + +XV. + +Rzut oka wstecz. + + +W końcu listopada Holmes i ja w wieczór ciemny i dżdżysty siedzieliśmy +przy kominku w naszej bawialni na Baker-Street. Mój przyjaciel był +w wybornym humorze i skorzystałem z tego, aby go wybadać o nieznane +mi dotychczas szczegóły sprawy Baskerville. + +Sir Henryk i doktor Mortimer bawili w Londynie, gotując się do +dalekiej podróży, która miała wzmocnić nerwy baroneta. + +-- Cała ta sprawa była jasną i prostą z punktu widzenia rzekomego +Stapletona -- mówił Holmes, w odpowiedzi na moje pytanie. -- Dla nas +zaś, którzyśmy nie znali jego pobudek i celów, wydawała się +tajemniczą i zawiłą. Znajdziesz moje poglądy pod literą _B_ +w moich aktach kryminalnych. + +-- Wolałbym, żebyś mi to opowiedział żywem słowem. + +-- Dobrze, ale nie ręczę za dokładność. Pamięć może mnie mylić. +Otóż moje badania wykryły, że portret rodzinny nas nie zawiódł. +Ten łotr był synem Rogera Baskerville, młodszego brata sir +Karola; wywędrował do Ameryki z bardzo złą reputacyą. Ożenił +się tam z Beryl Garcia, najpiękniejszą kobietą w Costa-Rica, +a sprzeniewierzywszy znaczną sumę z publicznych funduszów, +zmienił nazwisko na Vandeleur, uciekł do Anglii i założył +szkołę dla chłopców w Yorkshire. Do obrania tego zawodu skłoniła +go znajomość, zawarta w drodze powrotnej z nauczycielem +suchotnikiem, niejakim Fraser. Weszli w spółkę. Dopóki +Fraser żył, szkoła szła dobrze i prowadzona była z poczuciem +obywatelskich obowiązków, ale po jego śmierci zyskała jaknajgorszą +opinię, as wreszcie okryła się hańbą. Vandeleur uznał za stosowne +zmienić nazwisko. Jako Stapleton, z resztkami ukradzionych pieniędzy, +z pięknymi zbiorami entomologicznymi przesiedlił się do Anglii +południowej. + +Muzeum Brytańskie objaśniło mnie, że był powagą na polu +owadoznawstwa; odkrył dużo gatunków, które noszą nazwisko Vandeleur. + +Ten nikczemnik zbadał zapewne swoje stosunki rodzinne i dowiedział +się, że jedno tylko życie ludzkie stoi pomiędzy nim a olbrzymią +fortuną. Przypuszczam, że w chwili osiedlania się w Devonshire nie +miał jeszcze wytkniętego jasno planu; lecz że od początku żywił złe +zamiary, świadczy o tem fakt, iż żonę swą podawał jako siostrę. +Widocznie miał już wtedy projekt użycia jej za narzędzie, choć nie +wiedział jeszcze, jakiemi drogami dojdzie do celu. + +Przedewszystkiem postarał się osiąść jaknajbliżej siedziby swych +przodków, powtóre -- nawiązać przyjazny stosunek z sir Karolem +Baskerville, oraz z jego sąsiadami. + +Baronet opowiedział mu sam o psie, prześladującym ich ród, i zgotował +tem sobie śmierć okropną. Stapleton -- gdyż tak go będę nazywał +w dalszym ciągu -- wiedział, że sir Karol ma wadę serca i że +gwałtowne wstrząśnienie może go zabić; wiedział też, że jest +przesądnym i że wierzy w tę legendę. + +Nikczemnik poznał odrazu, jaką może stąd korzyść osiągnąć; +obmyślił dla baroneta śmierć niezawodną, za którą nikt nie +mógł być pociągnięty do odpowiedzialności. + +Przeprowadził swój plan bardzo zręcznie. Zwyczajny łotr byłby użył +psa rozjuszonego -- on nadał mu jeszcze pozory piekielnej bestyi. +Kupił najdziksze i największe psisko, jakie mógł dostać u handlarzy +Ross and Mangles w Londynie. Przywiódł go do stacyi North Devon, +odległej od Baskerville-Hall i nadłożył ogromny kawał drogi, idąc +łąką i moczarami, aby go nikt nie spostrzegł. Wpierw wynalazł dla +niego schronienie w Grimpen-Mire i tam go odrazu wprowadził. +Trzymał go na łańcuchu i czekał sposobności. Ale niełatwo było +ją znaleźć. + +Stary baronet nie wychodził nigdy za obręb pałacu po zachodzie słońca. +Kilkakrotnie Stapleton czyhał na niego z psem, lecz bezskutecznie. +Wtedy-to okoliczni włościanie widzieli ogromne psisko, co spowodowało +wskrzeszenie legendy. + +Stapleton miał nadzieję, że jego żona zdoła doprowadzić sir Karola do +zguby, lecz natrafił na niespodziewany opór. Nie chciała rozkochywać +starego gentlemana; oni groźby, ani nawet kije nie zdołały ją skłonić +do tak niecnego wspólnictwa. Stapleton musiał działać sam. + +Pomogła mu dobroczynność sir Karola. Zacny starzec, zwiedziony +pozorami, polubił Stapletona i za jego pośrednictwem świadczył dużo +dobrego, między innymi pani Laurze Lyons. Stapleton poznał ją +przypadkowo, zainteresował się niby jej losem i wzbudził dla niej +współczucie w litościwem sercu baroneta; że zaś potrafił zyskiwać +względy kobiet i przedstawił się jako kawaler, wkrótce zdobył nietylko +zaufanie, lecz i serce pięknej Laury; dawał jej też do zrozumienia, że +się z nią ożeni, jeśli ona rozwiedzie się z mężem. + +Usłyszawszy, że sir Karol, z porady doktora Mortimer, zamierza opuścić +Baskerville-Hall, postanowił działać bezwłocznie, w obawie, aby ofiara +nie wysunęła się z jego szponów. Skłonił zatem panią Lyons do +napisania listu, w którym błagała baroneta o przybycie do furtki +ogrodowej w przeddzień jego wyjazdu do Londynu. Następnie odradził jej +stawić się na miejscu umówionem. + +Wracając wieczorem z Coombe-Tracey, spuścił psa z łańcucha, +posmarował go fosforem i przyprowadził do furtki, wiedząc, że +stary gentleman zjawi się przy niej od strony pałacu. + +Pies, poszczuły przez swego pana, przeskoczył przez furtkę i ścigał +biednego baroneta; ten uciekał aleja, widzów, wołając o pomoc. Pies +biegł trawnikiem, baronet aleją żwirową; dlatego pozostały tylko ślady +jego kroków. + +Widząc, że leży bez ruchu, pies zbliżył się zapewne, obwąchał go, +a gdy poczuł, że już nie żyje, zawrócił się. Stapleton przywołał +go, odprowadził do improwizowanej budy w Grimpen-Mire i uwiązał +znowu na łańcuchu. + +Śmierć sir Karola pozostała niewyjaśniona; władze policyjne łamały +sobie głowę nad jej przyczyną, okolica była w strachu, wreszcie oddano +sprawę w nasze ręce. + +Rozumiesz piekielny podstęp tego łotra; tak się urządził, że nie +można było znaleźć śladów zbrodni, ani wytoczyć procesu mordercy. +Jedyny jego wspólnik zdradzić go nic mógł. Obie kobiety, wplątane +w tę sprawę: pani Stapleton i pani Laura Lyons, miały pewne podejrzenia; +mrs. Stapleton wiedziała nawet o złych zamiarach męża względem sir +Karola, a także o istnieniu psa. Mrs. Lyons nie miała wprawdzie +pojęcia ani o jednem, ani o drugiem, lecz zastanowiło ją, że śmierć +starego gentlemana wynikła o godzinie, wyznaczonej na spotkanie z nią. +Obie kobiety znajdowały się jednak pod wpływem tego łotra -- nie miał +powodu obawiać się zdrady z ich strony. + +Pierwsza część szatańskiego zadania była spełniona, pozostawała +druga, trudniejsza. + +Stapleton mógł na razie nie wiedzieć o istnieniu spadkobiercy +w Kanadzie. Bądź co bądź, dowiedział się o tem wkrótce po śmierci +sir Karola od swego przyjaciela, doktora Mortimer, który go też +uwiadomił o przybyciu sir Henryka. + +Pierwszą myślą Stapletona było zapewne zgładzić go ze świata +w Londynie. Stracił zaufanie do żony od chwili, gdy nie chciała mu +pomagać w nastawianiu sideł na sir Karola. Bał się jednak zostawić ją +samą na dłuższy czas, dlatego wziął ją ze sobą do Londynu. + +Doszedłem, że zamieszkali w hotelu Mexborough, przy Craven Street. +Stapleton zamykał żonę na klucz a sam, przyprawiwszy brodę, dla +niepoznaki, śledził każdy krok doktora Mortimer, jeździł za nim na +Baker-Street, a następnie na dworzec i do hotelu Northumberland. + +Żona domyślała się jego planów, lecz obawiała się ostrzedz +upatrzoną ofiarę. Gdyby list wpadł w ręce Stapletona, jej własne +życie byłoby w niebezpieczeństwie. + +Jak wiemy, wpadła na myśl wycięcia z gazety słów, któremi ostrzegała +baroneta. List doszedł rąk baroneta i był pierwsza zapowiedzią +niebezpieczeństwa. + +Stapleton postarał się o but sir Henryka, aby w razie danym wyzyskać +węch psa i wprowadzić go na trop ofiary. + +Posługacz hotelowy dostarczył mu obuwia, za hojną pewnie opłatą; lecz +pierwszy but wykradziony, był nowy; Stapleton kazał go podrzucić +i dostał drugi, noszony. Ten drobny fakt wprowadził mnie odrazu na +domysł, że prześladowca sir Henryka chce użyć psa do swych celów. + +Nazajutrz baronet przybył tutaj; Stapleton śledził go w dorożce. +Sądząc z tego, że mnie znał i wiedział, gdzie mieszkam, gotów jestem +przypuścić, że już poprzednio miał powody obawiać się mojej +działalności wywiadowczej i ze nie był nowicyuszem na polu zbrodni. + +W ciągu trzech lat ostatnich okradziono w Devonshire cztery dwory. +W żadnym wypadku złoczyńcy nie zostali ujęci. Wreszcie w maju roku +bieżącego zrabowano Folkstone-Court, przyczem został zabity służący, +który pierwszy dostrzegł zamaskowanego złodzieja. + +Mógłbym ręczyć, że był nim Stapleton, który w ten sposób zasilał +swe fundusze. Mieliśmy dowód jego bezczelności w tem, że podał moje +nazwisko dorożkarzowi. Zrozumiał wtedy, iż go śledzę i że nie będzie +mógł spełnić swych zamiarów w Londynie. Powrócił do Devonshire +i oczekiwał tam przybycia baroneta. + +-- Przepraszam cię -- rzekłem. -- Czy mógłbyś mi wyjaśnić, kto +żywił psa podczas pobytu Stapletona w Londynie? + +-- Ważna to kwestya -- odparł. -- Zastanawiałem się nad nią +i doszedłem do przekonania, że Stapleton miał wspólnika. +W Merripit-House był stary lokaj, Antoni. Wiem, że pozostawał +u niego w służbie conajmniej lat kilka, bo widziano go za czasów, +gdy Stapleton był kierownikiem szkoły w Yorkshire. Ten człowiek +musiał wiedzieć, że Beryl jest żoną, nie siostrą jego pana. Po +zamachu na sir Henryka, Antoni zniknął bez śladu. + +Otóż to imię, rzadkie w Anglii, jest bardzo pospolite w Hiszpanii +i w Ameryce hiszpańskiej. Ów służący, również jak i pani Stapleton, +mówił po angielsku płynnie, lecz z akcentem miękkim, południowym. +Widziałem sam Antoniego, idącego do Grimpen-Mire ścieżką, wytkniętą +przez Stapletona. Zapewne ten, podczas jego nieobecności, żywił psa, +choć zapewne nie wiedział, do jakiego celu jest przeznaczony. + +Teraz słówko o mojej działalności w czasie, gdyś przebywał z sir +Henrykiem w Baskerville-Hall. Pamiętasz może, jak oglądając papier, na +którym były przyklejone słowa, wycięte z _Timesa_, badałem znak wodny; +trzymałem wtedy papier przy oczach. Otóż zaleciała mnie subtelna woń +białego jaśminu. + +Jest siedemdziesiąt pięć gatunków perfum, które każdy detektyw +powinien rozróżniać; wiele wypadków zależy od szybkiego poznawania +perfum. Jaśmin naprowadził mnie na domysł, że list został przesłany +przez kobietę. Już wtedy moje podejrzenia zwróciły się ku +Stapletonom. + +Wiedziałem więc o istnieniu psa i o miejscu zamieszkania mordercy, +zanim wyruszyliście do Devonshire. + +Postanowiłem śledzić Stapletona. Oczywiście nie mógłbym tego +dokonać, przebywając z wami, albowiem łotr miałby się na baczności. +Zwiodłem wszystkich, nie wyłączając ciebie, i zjawiłem się +potajemnie, wówczas, gdy sądziliście wszyscy, że bawię w Londynie. + +Ukrywałem się przeważnie w Coombe-Tracey, chroniąc się w jaskini na +moczarach tylko wtedy, gdy moja obecność na polu działania była +niezbędną. Cartwright w przebraniu chłopca wiejskiego, oddawał mi +znaczne usługi. Dostarczał mi pożywienia i czystej bielizny. Podczas +gdym ja śledził Stapletona, on śledził ciebie, tak, że wiedziałem +o każdym twoim kroku. + +Mówiłem ci już, że twoje raporty dochodziły mnie szybko, odsyłano mi +je natychmiast z Baker-Street do Coombe-Tracey. Przydały mi się +bardzo, zwłaszcza biografia Stapletona. Pomogła mi ona wykryć jego +tożsamość i stosunek do pięknej towarzyszki. + +Sprawa powikłała się przez ucieczkę więźnia Seldona i jego +porozumienie się z Barrymorami. I tę zawiłość rozplątałeś, choć +i ja doszedłem do tego samego wyniku, na mocy własnych spostrzeżeń. + +W chwili, gdyś mnie odnalazł na moczarach, miałem już w ręku wszystkie +nici spisku, lecz nie posiadałem materyału dowodowego, z którym +mógłbym stanąć przed sądem. + +Nawet zamach na sir Henryka, który skończył się śmiercią Seldona, +nieszczęsnego więźnia, nie mógł nam pomódz do wykazania +zbrodniczości Stapletona. + +Nie było innej rady, jak go schwytać na gorącym uczynku, a w tym celu +musiałem użyć sir Henryka, z narażeniem jego nerwów. Przyznaję, że +moja w tem wina: trzeba było poprowadzić sprawę inaczej i oszczędzić +naszemu klientowi tej przykrości, ale nie mogłem przewidzieć, że ten +łotr posmaruje psa siarką i że owej nocy będzie mgła, dzięki czemu +sir Henryk nie mógł widzieć z oddali czworonożnego sprzymierzeńca +Stapletona, który wyskoczył znienacka i przestraszył tego odważnego +człowieka. Zresztą doktor Mortimer i wezwani specyaliści upewniają, że +nasz przyjaciel powróci niebawem do równowagi i że odzyska spokój +ducha, zachwiany nietylko tym wypadkiem, lecz i sercowym zawodem. + +Pozostaje mi już tylko zaznaczyć rolę pani Stapleton. Mąż wywierał na +nią wpływ demoniczny; niewiadomo, czy go bardziej kochała, czy też się +bała. Bądź co bądź, słuchała go niewolniczo, stawiając mu opór +wtedy tylko, gdy chciał ją zmusić do wspólnictwa w zbrodni. Pragnęła +ostrzedz sir Henryka, bez narażenia męża; próbowała kilkakrotnie, lecz +bezskutecznie. + +Stapleton był zdolny do zazdrości: widząc, że baronet zaleca się do +jego żony, choć to leżało w jego zamiarach, nie mógł jednak +powstrzymać się od gwałtownego wybuchu. Opamiętawszy się, udawał, że +sprzyja rodzącemu się uczuciu, zapraszał sir Henryka do +Merripit-House, w nadziei, że wcześniej czy później nadarzy się +sposobność wciągnięcia go w zasadzkę. + +Nagle w dniu, oznaczonym na zamach, żona oświadczyła się przeciwko +niemu. Do uszu jej doszła wieść o nagłej śmierci zbiegłego więźnia +na moczarach, a że wiedziała, iż pies trzymany jest tam na uwięzi, +domyśliła się, jaką śmierć Stapleton gotuje sir Henrykowi, +tembardziej, gdy mąż przyprowadził psa i zamknął go w oficynie. + +Owego wieczora, przed przybyciem sir Henryka na obiad, wśród małżonków +wynikła sprzeczka. Beryl nazwała męża zbrodniarzem; rozwścieczony, +chcąc ją dotknąć boleśnie, oznajmił jej, że kocha inną. + +To brutalne wyznanie zerwało ostatnie pęta, łączące ją z nędznikiem, +i wznieciło w jej sercu nienawiść i pragnienie zemsty. + +On spostrzegł tę zmianę, i obawiając się, aby go nie zdradziła, +uwiązał ją do słupa i zamknął na klucz. Pewien był, że po dokonanej +zbrodni, gdy cała okolica przypisywać będzie śmierć sir Henryka +przekleństwu, ciążącemu na jego rodzie, on, Stapleton, zręcznem +kłamstwem i pochlebstwem zdoła odzyskać uczucie swej żony, skłonić +ją do milczenia i do przyjęcia faktów dokonanych. + +Na tem polu spotkałby go zawód niewątpliwy. Kobieta, w której żyłach +płynie krew hiszpańska, nie zapomina podobnej urazy. + +Oto i wszystko, co wiem o tej ciekawej sprawie. Jedno tylko pozostaje +do wyjaśnienia: w jaki sposób Stapleton, doszedłszy do sukcesyi, byłby +wyjaśnił, dlaczego tak długo zamieszkiwał w pobliżu Baskerville-Hall +pod przybranem nazwiskiem? W jaki sposób byłby się upomniał o spadek, +bez zwrócenia podejrzeń? + +Pani Stapleton zeznaje, iż jej mąż miał w tym względzie kilka +projektów: albo upomnieć się o sukcesyę z Ameryki południowej i tam +dowieść swej tożsamości i uzyskać fortunę, nie przyjeżdżając do +Anglii; albo dostarczyć jakiemu wspólnikowi potrzebnych legitymacyj +i za jego pośrednictwem spadek otrzymać; albo prowadzić sam sprawę na +miejscu, lecz pod inną postacią zewnętrzną, w takiem przebraniu, żeby +nikt poznać go nie mógł. Znając go, jestem pewien, że wybrnąłby +z tych trudności. + +A teraz, mój drogi, dość już o tej sprawie. Kosztowała nas +niemało trudu. Zasłużyliśmy na rozrywkę. Dziś dają „Hugonotów”. +Wziąłem lożę. Czyś słyszał kiedy Reszków? Ubierzemy się zaraz +i przed widowiskiem pojedziemy na obiad do pierwszorzędnej +restauracyi. Dobrze?... + + + K o n i e c. + + + + +PRZYPISY + + +[Przypis 1: _Mire_ -- błoto.] + + + + +SPROSTOWANIA + + +[Sprostowanie A: =Sprostowanie.= Na str. 35-ej, w w. 14 i 13 od dołu, zam.: +„Tylko jedno słowo: „trzęsawiska” było wypisane drukowanemi +literami, atramentem”, -- powinno być: „Tylko jedno słowo: +„trzęsawiska” było wypisane atramentem, reszta zaś drukowanemi +literami”.] + +[Sprostowanie B: =Sprostowanie.= Na str. 189, w poprzednim dodatku, zakradła +się pomyłka druku: zamiast „martwe zwłoki sir _Karola_ Baskerville”, +-- powinno być: „martwe zwłoki sir _Henryka_ Baskerville”.] + + + + +UWAGI DO WYDANIA ELEKTRONICZNEGO + + +Zachowano oryginalną ortografię i interpunkcję, również w wypadkach, +gdy odbiegały one od współcześnie przyjętych. Poprawiono natomiast +omyłki, które wyglądały na błędy drukarskie. + +Powieść drukowana była w odcinkach; w dwóch wypadkach zdarzyło się, +że w numerze późniejszym wydrukowano sprostowanie dotyczące omyłki +drukarskiej w numerze wcześniejszym. Sprostowań tych nie naniesiono +w niniejszej wersji tekstu, zachowano natomiast ich treść w formie +przypisów, dodając odniesienia do nich w odpowiednich miejscach +w tekście. Są to przypisy oznaczone literami, w odróżnieniu +od przypisów oznaczonych cyframi, które w tekście występowały +faktycznie jako przypisy. + +_Kursywę_ w oryginale w wersji tekstowej oznaczono _podkreśleniami_. + + +NIEKONSEKWENCJE w tekście (niekorygowane) + +W trakcie redagowania wersji elektronicznej zwrócono także uwagę na +niekonsekwencje występujące w oryginalnym tekście. Niekonsekwencji +tych nie korygowano. Poniższa lista wskazuje na różnice w pisowni +podobnych słów lub zwrotów, liczby w nawiasach oznaczają ilość +wystąpień danej formy w tekście. + +- Oxford street (1); + Oxford Street (1); + Oxford-Street (1); + +- Lafter-Hall (2, w tym jedno poprawione z Lofter-Hall”), + Lafterhall (1) + +- farmerem (1); + farmerów (1); + farmy (1); + fermerów (1); + fermerzy (1); + fermę (1); + fermy (3) + +- 4 Maja (1); + 4 maja (1) + +- Baskerville'a (1); + Baskervilla (3) + +- Baskerville-Hall (23); + Baskerville Hall (10) + +- „zauważył Watson.” - powinno być „zauważyłem”; w oryginale w tym +miejscu nie ma odniesienia do tego, kto mówi. + + +POPRAWKI wprowadzone do tekstu + +- s. tytułowa + „Canon'a Doyle'a” poprawiono na „Conana Doyle'a” + +- s. 5, w: „aaa”: + „r. 1884” poprawiono na „r. 1884”. (dodano kropkę na końcu zdania) + +- s. 9, w: miał nos wązki, wysuwający się ostro z pomiędzy oczu + „wysuwają y” poprawiono na „wysuwający” + +- s. 13, w: pochodząc w prostej linii od Hugona Baskerville + „Baaskerville” poprawiono na „Baskerville” + +- s. 16, w: Nagle włosy stanęły im dębem ze strachu”: + „głosy” poprawiono na „włosy” + +- s. 16, w: „a obok niej Hugon Baskerville -- nieżywy.”: + „Baskerwille” poprawiono na „Baskerville” + +- s. 22, w: „Nasz wspólny przyjaciel, pan Stapleton”: + „Stupleton” poprawiono na „Stapleton” + +- s. 23, w: „Doktor Mortimer patrzył na nas przez chwilę dziwnemi oczyma”: + „ocyma” poprawiono na „oczyma” + +- s. 27, w: „Zresztą musisz pan przyznać”: + „przysznać” poprawiono na „przyznać” + +- s. 27, w: „Pies Hugona nie był także zjawiskiem nadprzyrodzonem”: + „Pie,” poprawiono na „Pies” + +- s. 33, w: „Mój drogi, podaj mi skrzypce.”: + „skrzypce” poprawiono na „skrzypce.” (dodano kropkę) + +- s. 44, w: „-- Zwiedzisz każdy z nich po kolei.”: + „po kolei,” poprawiono na „po kolei.” + +- s. 47, w: „Jej mąż był niegdyś merem w Gloucester”: + „Glocester” poprawiono na „Gloucester” + +- s. 48, w: „mogą je wykonać, zanim zdołamy temu zapobiedz”: + „zdołomy” poprawiono na „zdołamy” + +- s. 49, w: „-- Pilnuje pałacu.”: + „pałacu” poprawiono na „pałacu.” (dodano kropkę na końcu zdania) + +- s. 50, w: „pytał Holmes.”: + „pytał Holmes?” poprawiono na „pytał Holmes.” + +- s. 51, w: „Te szczegóły są dla mnie bardzo ważne.”: + „bardze” poprawiono na „bardzo” + +- s. 52, w: „i z pod nocnej szafki wydobył but żółty”: + „wyobył” poprawiono na „wydobył” + +- s. 52, w: „To jednak dziwne!”: + „dziwna” poprawiono na „dziwne” + +- s. 59, w: „Dalej jest pan Frankland z Lafter-Hall”: + „Lofter-Hall” poprawiono na „Lafter-Hall” + +- s. 62, w: „bo taki nie daruje i gardło poderżnie”: + „pederznie” poprawiono na „poderznie” + +- s. 63, w: „Pan tej rezydencyi, z roziskrzonemi oczyma”: + „ocozyma” poprawiono na „oczyma” + +- s. 63, w: „objaśnił go doktor Mortimer”: + „doktór” poprawiono na „doktor” + +- s. 66, w: „oprócz płaczu nie usłyszałem nic zgoła”: + „ułyszałem” poprawiono na „usłyszałem” + +- s. 87, w: „wprowadza do niego trochę komicznego pierwiastku.”: + „pierwiastku” poprawiono na „pierwiastku.” (dodano kropkę) + +- s. 87, w: „i pana Frankland z Lofter-Hall”: + „Lafter-Hall” poprawiono na „Lofter-Hall” + +- s. 91, w: „Zgrzyt klucza w zamku”: + „Zdrzyt” poprawiono na „Zgrzyt” + +- s. 93, w: „miss Beryl o coś go prosi”: + „Baryl” poprawiono na „Beryl” + +- s. 95, w: „ostrzegając mnie o grożącem niebezpieczeństwie”: + „grążącem” poprawiono na „grożącem” + +- s. 96, w: „a będę ci wdzięczny do śmierci”: + „bęędę” poprawiono na „będę” + +- s. 97, w: „Siedziałem z sir Henrykiem w jego pokoju do trzeciej zrana”: + „do do” poprawiono na „do” + +- s. 105, w: „gdy go doleci odgłos nagonki”: + „naganki” poprawiono na „nagonki” + +- s. 106, w: „lecz żywy posąg nie stał już na ich szczycie.”: + „szczycie,” poprawiono na „szczycie.” + +- s. 110, w: „choćby naprzykład willa pana Stapleton”: + „Stepleton” poprawiono na „Stapleton” + +- s. 111, w: „któż przyjdzie z pomocą”: + „któz” poprawiono na „któż” + +- s. 112, w: „Nosił stempel pocztowy Coombe-Tracey”: + „Combe-Tracey” poprawiono na „Coombe-Tracey” + +- s. 119, w: „będzie lepiej, abym wyruszył sam”: + „wyruszy” poprawiono na „wyruszył” + +- s. 121, w: „Tak, parę razy, gdy przyjeżdżał do Coombe-Tracey”: + „Coombe-Tracy” poprawiono na „Coombe-Tracey” + +- s. 127, w: „rzekłem obojętnie”: + „rzełem” poprawiono na „rzekłem” + +- s. 135, w: „Muszę cię pochwalić za gorliwość i spryt”: + „Musisz” poprawiono na „Muszę” + +- s. 143, w: „Bądź co bądź, wracając jutro do Londynu”: + „bąoź” poprawiono na „bądź” + +- s. 154, w: „Ów telegram z Londynu”: + „Ow ” poprawiono na „Ów” + +- s. 155, w: „Osoba, która dotychczas uchodziła za jego siostrę”: + „która,” poprawiono na „która” + +- s. 155, w: „jej palce ściskały poręcz fotela”: + „ścikały” poprawiono na „ściskały” + +- s. 165, w: „Pokój był rodzajem muzeum”: + „muzem” poprawiono na „muzeum” + +- s. 170, w: „w odpowiedzi na moje pytanie”: + „prytanie” poprawiono na „pytanie” + +- s. 179, w: „chcąc ją dotknąć boleśnie”: + „do tknąć” poprawiono na „dotknąć” + + + + + +End of Project Gutenberg's Tajemnica Baskerville'ów, by Arthur Conan Doyle + +*** END OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK TAJEMNICA BASKERVILLE'ÓW *** + +***** This file should be named 34079-0.txt or 34079-0.zip ***** +This and all associated files of various formats will be found in: + https://www.gutenberg.org/3/4/0/7/34079/ + +Produced by Ewa "czupirek" Jaros and the Online Distributed +Proofreading Team at http://dp.rastko.net (this file was +created from images generously made available by CBN Polona +- http://www.polona.pl) + + +Updated editions will replace the previous one--the old editions +will be renamed. + +Creating the works from public domain print editions means that no +one owns a United States copyright in these works, so the Foundation +(and you!) can copy and distribute it in the United States without +permission and without paying copyright royalties. Special rules, +set forth in the General Terms of Use part of this license, apply to +copying and distributing Project Gutenberg-tm electronic works to +protect the PROJECT GUTENBERG-tm concept and trademark. Project +Gutenberg is a registered trademark, and may not be used if you +charge for the eBooks, unless you receive specific permission. If you +do not charge anything for copies of this eBook, complying with the +rules is very easy. You may use this eBook for nearly any purpose +such as creation of derivative works, reports, performances and +research. They may be modified and printed and given away--you may do +practically ANYTHING with public domain eBooks. Redistribution is +subject to the trademark license, especially commercial +redistribution. + + + +*** START: FULL LICENSE *** + +THE FULL PROJECT GUTENBERG LICENSE +PLEASE READ THIS BEFORE YOU DISTRIBUTE OR USE THIS WORK + +To protect the Project Gutenberg-tm mission of promoting the free +distribution of electronic works, by using or distributing this work +(or any other work associated in any way with the phrase "Project +Gutenberg"), you agree to comply with all the terms of the Full Project +Gutenberg-tm License (available with this file or online at +https://gutenberg.org/license). + + +Section 1. General Terms of Use and Redistributing Project Gutenberg-tm +electronic works + +1.A. By reading or using any part of this Project Gutenberg-tm +electronic work, you indicate that you have read, understand, agree to +and accept all the terms of this license and intellectual property +(trademark/copyright) agreement. If you do not agree to abide by all +the terms of this agreement, you must cease using and return or destroy +all copies of Project Gutenberg-tm electronic works in your possession. +If you paid a fee for obtaining a copy of or access to a Project +Gutenberg-tm electronic work and you do not agree to be bound by the +terms of this agreement, you may obtain a refund from the person or +entity to whom you paid the fee as set forth in paragraph 1.E.8. + +1.B. "Project Gutenberg" is a registered trademark. It may only be +used on or associated in any way with an electronic work by people who +agree to be bound by the terms of this agreement. There are a few +things that you can do with most Project Gutenberg-tm electronic works +even without complying with the full terms of this agreement. See +paragraph 1.C below. There are a lot of things you can do with Project +Gutenberg-tm electronic works if you follow the terms of this agreement +and help preserve free future access to Project Gutenberg-tm electronic +works. See paragraph 1.E below. + +1.C. The Project Gutenberg Literary Archive Foundation ("the Foundation" +or PGLAF), owns a compilation copyright in the collection of Project +Gutenberg-tm electronic works. Nearly all the individual works in the +collection are in the public domain in the United States. If an +individual work is in the public domain in the United States and you are +located in the United States, we do not claim a right to prevent you from +copying, distributing, performing, displaying or creating derivative +works based on the work as long as all references to Project Gutenberg +are removed. Of course, we hope that you will support the Project +Gutenberg-tm mission of promoting free access to electronic works by +freely sharing Project Gutenberg-tm works in compliance with the terms of +this agreement for keeping the Project Gutenberg-tm name associated with +the work. You can easily comply with the terms of this agreement by +keeping this work in the same format with its attached full Project +Gutenberg-tm License when you share it without charge with others. + +1.D. The copyright laws of the place where you are located also govern +what you can do with this work. Copyright laws in most countries are in +a constant state of change. If you are outside the United States, check +the laws of your country in addition to the terms of this agreement +before downloading, copying, displaying, performing, distributing or +creating derivative works based on this work or any other Project +Gutenberg-tm work. The Foundation makes no representations concerning +the copyright status of any work in any country outside the United +States. + +1.E. Unless you have removed all references to Project Gutenberg: + +1.E.1. The following sentence, with active links to, or other immediate +access to, the full Project Gutenberg-tm License must appear prominently +whenever any copy of a Project Gutenberg-tm work (any work on which the +phrase "Project Gutenberg" appears, or with which the phrase "Project +Gutenberg" is associated) is accessed, displayed, performed, viewed, +copied or distributed: + +This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with +almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or +re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included +with this eBook or online at www.gutenberg.org + +1.E.2. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is derived +from the public domain (does not contain a notice indicating that it is +posted with permission of the copyright holder), the work can be copied +and distributed to anyone in the United States without paying any fees +or charges. If you are redistributing or providing access to a work +with the phrase "Project Gutenberg" associated with or appearing on the +work, you must comply either with the requirements of paragraphs 1.E.1 +through 1.E.7 or obtain permission for the use of the work and the +Project Gutenberg-tm trademark as set forth in paragraphs 1.E.8 or +1.E.9. + +1.E.3. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is posted +with the permission of the copyright holder, your use and distribution +must comply with both paragraphs 1.E.1 through 1.E.7 and any additional +terms imposed by the copyright holder. Additional terms will be linked +to the Project Gutenberg-tm License for all works posted with the +permission of the copyright holder found at the beginning of this work. + +1.E.4. Do not unlink or detach or remove the full Project Gutenberg-tm +License terms from this work, or any files containing a part of this +work or any other work associated with Project Gutenberg-tm. + +1.E.5. Do not copy, display, perform, distribute or redistribute this +electronic work, or any part of this electronic work, without +prominently displaying the sentence set forth in paragraph 1.E.1 with +active links or immediate access to the full terms of the Project +Gutenberg-tm License. + +1.E.6. You may convert to and distribute this work in any binary, +compressed, marked up, nonproprietary or proprietary form, including any +word processing or hypertext form. However, if you provide access to or +distribute copies of a Project Gutenberg-tm work in a format other than +"Plain Vanilla ASCII" or other format used in the official version +posted on the official Project Gutenberg-tm web site (www.gutenberg.org), +you must, at no additional cost, fee or expense to the user, provide a +copy, a means of exporting a copy, or a means of obtaining a copy upon +request, of the work in its original "Plain Vanilla ASCII" or other +form. Any alternate format must include the full Project Gutenberg-tm +License as specified in paragraph 1.E.1. + +1.E.7. Do not charge a fee for access to, viewing, displaying, +performing, copying or distributing any Project Gutenberg-tm works +unless you comply with paragraph 1.E.8 or 1.E.9. + +1.E.8. You may charge a reasonable fee for copies of or providing +access to or distributing Project Gutenberg-tm electronic works provided +that + +- You pay a royalty fee of 20% of the gross profits you derive from + the use of Project Gutenberg-tm works calculated using the method + you already use to calculate your applicable taxes. The fee is + owed to the owner of the Project Gutenberg-tm trademark, but he + has agreed to donate royalties under this paragraph to the + Project Gutenberg Literary Archive Foundation. Royalty payments + must be paid within 60 days following each date on which you + prepare (or are legally required to prepare) your periodic tax + returns. Royalty payments should be clearly marked as such and + sent to the Project Gutenberg Literary Archive Foundation at the + address specified in Section 4, "Information about donations to + the Project Gutenberg Literary Archive Foundation." + +- You provide a full refund of any money paid by a user who notifies + you in writing (or by e-mail) within 30 days of receipt that s/he + does not agree to the terms of the full Project Gutenberg-tm + License. You must require such a user to return or + destroy all copies of the works possessed in a physical medium + and discontinue all use of and all access to other copies of + Project Gutenberg-tm works. + +- You provide, in accordance with paragraph 1.F.3, a full refund of any + money paid for a work or a replacement copy, if a defect in the + electronic work is discovered and reported to you within 90 days + of receipt of the work. + +- You comply with all other terms of this agreement for free + distribution of Project Gutenberg-tm works. + +1.E.9. If you wish to charge a fee or distribute a Project Gutenberg-tm +electronic work or group of works on different terms than are set +forth in this agreement, you must obtain permission in writing from +both the Project Gutenberg Literary Archive Foundation and Michael +Hart, the owner of the Project Gutenberg-tm trademark. Contact the +Foundation as set forth in Section 3 below. + +1.F. + +1.F.1. Project Gutenberg volunteers and employees expend considerable +effort to identify, do copyright research on, transcribe and proofread +public domain works in creating the Project Gutenberg-tm +collection. Despite these efforts, Project Gutenberg-tm electronic +works, and the medium on which they may be stored, may contain +"Defects," such as, but not limited to, incomplete, inaccurate or +corrupt data, transcription errors, a copyright or other intellectual +property infringement, a defective or damaged disk or other medium, a +computer virus, or computer codes that damage or cannot be read by +your equipment. + +1.F.2. LIMITED WARRANTY, DISCLAIMER OF DAMAGES - Except for the "Right +of Replacement or Refund" described in paragraph 1.F.3, the Project +Gutenberg Literary Archive Foundation, the owner of the Project +Gutenberg-tm trademark, and any other party distributing a Project +Gutenberg-tm electronic work under this agreement, disclaim all +liability to you for damages, costs and expenses, including legal +fees. YOU AGREE THAT YOU HAVE NO REMEDIES FOR NEGLIGENCE, STRICT +LIABILITY, BREACH OF WARRANTY OR BREACH OF CONTRACT EXCEPT THOSE +PROVIDED IN PARAGRAPH 1.F.3. YOU AGREE THAT THE FOUNDATION, THE +TRADEMARK OWNER, AND ANY DISTRIBUTOR UNDER THIS AGREEMENT WILL NOT BE +LIABLE TO YOU FOR ACTUAL, DIRECT, INDIRECT, CONSEQUENTIAL, PUNITIVE OR +INCIDENTAL DAMAGES EVEN IF YOU GIVE NOTICE OF THE POSSIBILITY OF SUCH +DAMAGE. + +1.F.3. LIMITED RIGHT OF REPLACEMENT OR REFUND - If you discover a +defect in this electronic work within 90 days of receiving it, you can +receive a refund of the money (if any) you paid for it by sending a +written explanation to the person you received the work from. If you +received the work on a physical medium, you must return the medium with +your written explanation. The person or entity that provided you with +the defective work may elect to provide a replacement copy in lieu of a +refund. If you received the work electronically, the person or entity +providing it to you may choose to give you a second opportunity to +receive the work electronically in lieu of a refund. If the second copy +is also defective, you may demand a refund in writing without further +opportunities to fix the problem. + +1.F.4. Except for the limited right of replacement or refund set forth +in paragraph 1.F.3, this work is provided to you 'AS-IS' WITH NO OTHER +WARRANTIES OF ANY KIND, EXPRESS OR IMPLIED, INCLUDING BUT NOT LIMITED TO +WARRANTIES OF MERCHANTIBILITY OR FITNESS FOR ANY PURPOSE. + +1.F.5. Some states do not allow disclaimers of certain implied +warranties or the exclusion or limitation of certain types of damages. +If any disclaimer or limitation set forth in this agreement violates the +law of the state applicable to this agreement, the agreement shall be +interpreted to make the maximum disclaimer or limitation permitted by +the applicable state law. The invalidity or unenforceability of any +provision of this agreement shall not void the remaining provisions. + +1.F.6. INDEMNITY - You agree to indemnify and hold the Foundation, the +trademark owner, any agent or employee of the Foundation, anyone +providing copies of Project Gutenberg-tm electronic works in accordance +with this agreement, and any volunteers associated with the production, +promotion and distribution of Project Gutenberg-tm electronic works, +harmless from all liability, costs and expenses, including legal fees, +that arise directly or indirectly from any of the following which you do +or cause to occur: (a) distribution of this or any Project Gutenberg-tm +work, (b) alteration, modification, or additions or deletions to any +Project Gutenberg-tm work, and (c) any Defect you cause. + + +Section 2. Information about the Mission of Project Gutenberg-tm + +Project Gutenberg-tm is synonymous with the free distribution of +electronic works in formats readable by the widest variety of computers +including obsolete, old, middle-aged and new computers. It exists +because of the efforts of hundreds of volunteers and donations from +people in all walks of life. + +Volunteers and financial support to provide volunteers with the +assistance they need are critical to reaching Project Gutenberg-tm's +goals and ensuring that the Project Gutenberg-tm collection will +remain freely available for generations to come. In 2001, the Project +Gutenberg Literary Archive Foundation was created to provide a secure +and permanent future for Project Gutenberg-tm and future generations. +To learn more about the Project Gutenberg Literary Archive Foundation +and how your efforts and donations can help, see Sections 3 and 4 +and the Foundation web page at https://www.pglaf.org. + + +Section 3. Information about the Project Gutenberg Literary Archive +Foundation + +The Project Gutenberg Literary Archive Foundation is a non profit +501(c)(3) educational corporation organized under the laws of the +state of Mississippi and granted tax exempt status by the Internal +Revenue Service. The Foundation's EIN or federal tax identification +number is 64-6221541. Its 501(c)(3) letter is posted at +https://pglaf.org/fundraising. Contributions to the Project Gutenberg +Literary Archive Foundation are tax deductible to the full extent +permitted by U.S. federal laws and your state's laws. + +The Foundation's principal office is located at 4557 Melan Dr. S. +Fairbanks, AK, 99712., but its volunteers and employees are scattered +throughout numerous locations. Its business office is located at +809 North 1500 West, Salt Lake City, UT 84116, (801) 596-1887, email +business@pglaf.org. Email contact links and up to date contact +information can be found at the Foundation's web site and official +page at https://pglaf.org + +For additional contact information: + Dr. Gregory B. Newby + Chief Executive and Director + gbnewby@pglaf.org + + +Section 4. Information about Donations to the Project Gutenberg +Literary Archive Foundation + +Project Gutenberg-tm depends upon and cannot survive without wide +spread public support and donations to carry out its mission of +increasing the number of public domain and licensed works that can be +freely distributed in machine readable form accessible by the widest +array of equipment including outdated equipment. Many small donations +($1 to $5,000) are particularly important to maintaining tax exempt +status with the IRS. + +The Foundation is committed to complying with the laws regulating +charities and charitable donations in all 50 states of the United +States. Compliance requirements are not uniform and it takes a +considerable effort, much paperwork and many fees to meet and keep up +with these requirements. We do not solicit donations in locations +where we have not received written confirmation of compliance. To +SEND DONATIONS or determine the status of compliance for any +particular state visit https://pglaf.org + +While we cannot and do not solicit contributions from states where we +have not met the solicitation requirements, we know of no prohibition +against accepting unsolicited donations from donors in such states who +approach us with offers to donate. + +International donations are gratefully accepted, but we cannot make +any statements concerning tax treatment of donations received from +outside the United States. U.S. laws alone swamp our small staff. + +Please check the Project Gutenberg Web pages for current donation +methods and addresses. Donations are accepted in a number of other +ways including including checks, online payments and credit card +donations. To donate, please visit: https://pglaf.org/donate + + +Section 5. General Information About Project Gutenberg-tm electronic +works. + +Professor Michael S. Hart was the originator of the Project Gutenberg-tm +concept of a library of electronic works that could be freely shared +with anyone. For thirty years, he produced and distributed Project +Gutenberg-tm eBooks with only a loose network of volunteer support. + + +Project Gutenberg-tm eBooks are often created from several printed +editions, all of which are confirmed as Public Domain in the U.S. +unless a copyright notice is included. Thus, we do not necessarily +keep eBooks in compliance with any particular paper edition. + + +Most people start at our Web site which has the main PG search facility: + + https://www.gutenberg.org + +This Web site includes information about Project Gutenberg-tm, +including how to make donations to the Project Gutenberg Literary +Archive Foundation, how to help produce our new eBooks, and how to +subscribe to our email newsletter to hear about new eBooks. |
