summaryrefslogtreecommitdiff
path: root/34079-0.txt
diff options
context:
space:
mode:
Diffstat (limited to '34079-0.txt')
-rw-r--r--34079-0.txt6704
1 files changed, 6704 insertions, 0 deletions
diff --git a/34079-0.txt b/34079-0.txt
new file mode 100644
index 0000000..28eac4c
--- /dev/null
+++ b/34079-0.txt
@@ -0,0 +1,6704 @@
+Project Gutenberg's Tajemnica Baskerville'ów, by Arthur Conan Doyle
+
+This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with
+almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or
+re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included
+with this eBook or online at www.gutenberg.org
+
+
+Title: Tajemnica Baskerville'ów
+ dziwne przygody Sherlocka Holmes
+
+Author: Arthur Conan Doyle
+
+Translator: Eugenia ¯mijewska
+
+Release Date: October 15, 2010 [EBook #34079]
+
+Language: Polish
+
+Character set encoding: UTF-8
+
+*** START OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK TAJEMNICA BASKERVILLE'ÓW ***
+
+
+
+
+Produced by Ewa "czupirek" Jaros and the Online Distributed
+Proofreading Team at http://dp.rastko.net (this file was
+created from images generously made available by CBN Polona
+- http://www.polona.pl)
+
+
+
+
+
+
++-----------------------------------------------------------------------+
+| UWAGI DO WYDANIA ELEKTRONICZNEGO |
+| |
+| Zachowano oryginalną ortografię i interpunkcję, również w wypadkach, |
+| gdy odbiegały one od współcześnie przyjętych. Poprawiono natomiast |
+| omyłki, które wyglądały na błędy drukarskie. Pełna ich lista znajduje |
+| się na końcu tego dokumentu. |
++-----------------------------------------------------------------------+
+
+
+
+
+ TAJEMNICA BASKERVILLE'ÓW
+
+ Dziwne przygody Sherlocka Holmes
+
+
+ PRZEZ
+
+ Conana Doyle'a
+
+
+ Przekład z angielskiego
+
+ EUGENII ŻMIJEWSKIEJ.
+
+
+ Dodatek do „SŁOWA”
+
+ WARSZAWA.
+
+ DRUKIEM NOSKOWSKIEGO
+
+ 15. ulica Warecka 15.
+
+ 1902.
+
+
+
+Дозволено Цензурою
+Варшава, 26 июля 1902 года
+
+
+
+
+I.
+
+Pan Sherlock Holmes.
+
+
+Pan Sherlock Holmes zwykł był wstawać późno, o ile nie czuwał przez
+całą noc, a zdarzało mu się to nieraz. Otóż owego dnia wstał
+wyjątkowo wcześnie. Jadł śniadanie. Stałem przy kominku. Schyliłem
+się i podniosłem laskę, którą nasz gość zostawił wczorajszego
+wieczoru. Był to kij gruby, z dużą gałką, utoczoną z drzewa; pod
+gałką była srebrna obrączka, a na niej napis: „Jakóbowi Mortimer
+M. R. C. S. od przyjaciół C. C. H.”, pod spodem zaś data:
+„r. 1884”. Taką laskę staroświecką, mocną, zapewniającą
+bezpieczeństwo, zwykli nosić starzy lekarze.
+
+-- No, i cóż, Watson? Co pan myślisz o tej lasce? Jakie wyprowadzasz
+wnioski? -- zapytał.
+
+Holmes siedział, odwrócony do mnie plecami; widzieć mnie nie mógł,
+a ja zachowywałem się tak cichutko, że nie mógł domyślić się, czem
+jestem zajęty.
+
+-- Masz pan chyba oczy z tyłu głowy... -- rzekłem.
+
+-- Mam przed sobą srebrny imbryk -- odparł -- ale powiedz mi, Watson,
+co myślisz o lasce naszego gościa? Skoro nie zastał nas w domu i nie
+wytłómaczył celu swych odwiedzin, ta mimowolna pamiątka nabiera
+wielkiego znaczenia. Chciałbym też wiedzieć, jakie pojęcie tworzysz
+sobie o tym człowieku?
+
+-- Sądzę -- odparłem, trzymając się metody dociekań mojego
+towarzysza -- że doktor Mortimer jest lekarzem średniego wieku,
+zażywającym szacunku; dowodzi tego ów upominek pacyentów.
+
+-- Dobrze, wybornie! -- pochwalił mnie Holmes.
+
+-- Sądzę dalej, że jest lekarzem prowincyonalnym i że po większej
+części odwiedza chorych pieszo.
+
+-- Dlaczego tak pan przypuszczasz?
+
+-- Bo laska, choć pierwotnie ładna, jest tak zniszczona, że żaden
+lekarz miejski nie chciałby jej używać. Grube okucie żelazne starło
+się, co dowodzi, że laska była w częstem użyciu.
+
+-- Słuszne rozumowanie -- przytwierdził Holmes.
+
+-- A dalej, napis od przyjaciół z C. C. H. świadczy, że lekarz niósł
+pomoc członkom jakiegoś klubu myśliwskiego (Hunting Club).
+
+-- Istotnie, Watson, przechodzisz sam siebie -- rzekł Holmes, zapalając
+papierosa. -- Muszę przyznać, że pańskie wnioski są słuszne. Mam
+pojętnego ucznia. Wyświetliłeś kilka punktów zupełnie ciemnych.
+
+Nigdy jeszcze Holmes nie odzywał się do mnie w sposób tak pochlebny.
+Cieszyłem się z jego uznania, na które oddawna już usiłowałem
+zasłużyć, stosując jego metodę badań w sprawach kryminalnych.
+
+Po chwili milczenia, odebrał mi laskę i przypatrywał jej się gołem
+okiem. Następnie odłożył papierosa, odszedł z laską do okna
+i począł jej się przyglądać przez szkło powiększające.
+
+-- Ciekawe, bardzo ciekawe... -- rzekł, wracając na swoje ulubione
+miejsce przy kominku.
+
+-- Czy pan dopatrzył się jakiego nowego szczegółu, mogącego służyć
+za wskazówkę? -- spytałem, spodziewając się, że nic ważnego nie
+uszło mojej baczności.
+
+-- Zdaje mi się, mój drogi Watson, że prawie wszystkie twoje
+wnioski były mylne. Pod jednym tylko względem miałeś słuszność,
+a mianowicie, że posiadacz tej laski jest doktorem prowincyonalnym
+i że dużo chodzi.
+
+-- A więc nie omyliłem się?
+
+-- Na tym punkcie -- nie.
+
+-- A na innych?
+
+-- Inne wywody były fałszywe. I tak, naprzykład, twierdzisz, że laska
+jest darem jakiegoś prowincyonalnego klubu myśliwskiego. Ja
+przypuszczam, że ofiarowali ją lekarzowi pensyonarze szpitala Charing
+Cross (C. C. H.).
+
+-- Przyznaję, że to jest prawdopodobniejsze. Jaki pan stąd wyprowadza
+wniosek?
+
+-- Znana jest panu moja metoda badania. Zastosuj ją w praktyce.
+
+-- Mogę to tylko wywnioskować, że przed osiedleniem się na wsi, ten
+lekarz praktykował w mieście.
+
+-- Sądzę, że możemy posunąć się jeszcze dalej na drodze
+przypuszczeń. Ten dar został wręczony w chwili, gdy doktor
+Mortimer opuszczał szpital, aby rozpocząć praktykę na własną rękę.
+
+-- Prawdopodobnie.
+
+-- Jakież mógł on zajmować stanowisko w tym szpitalu? -- albo lekarza
+ordynującego, albo studenta-praktykanta. Zapewne to ostatnie, bo
+doktor szpitalny, z wyrobioną opinią i liczną praktyką, nie opuszcza
+zajmowanej pozycyi, aby się przesiedlać na prowincyę. Doktor Mortimer
+opuścił szpital przed laty pięciu, jak to wskazuje data na lasce.
+W owym czasie ukończył zapewne uniwersytet, a więc upada pański
+wniosek, iż jest człowiekiem średniego wieku. Doktor Mortimer ma lat
+trzydzieści niespełna, jest uprzejmym, dobrym, niezbyt ambitnym,
+roztargnionym. Ma psa trochę większego od jamnika, a mniejszego od
+wyżła.
+
+Roześmiałem się niedowierzająco. Holmes zasiadł wygodnie w fotelu
+i puszczał kłęby dymu.
+
+-- Nietrudno będzie przekonać się, który z nas dwóch ma racyę --
+rzekłem, zbliżając się do szafki bibliotecznej i wyjmując z niej
+kalendarz z wykazem lekarzów angielskich, oraz ich życiorysem.
+Z pośród wielu Mortimerów, jeden tylko mógł być tym, o którego
+nam chodziło. Odczytałem głośno:
+
+„Mortimer Jerzy, lekarz powiatowy w Grimpen, Dartmoor, hrabstwo Devsu.
+Był studentem-praktykantem w szpitalu Charing-Cross od r. 1882 do
+1884. Otrzymał nagrodę Jacksona za studyum z zakresu patologii
+porównawczej, zatytułowane: „Czy choroba jest zboczeniem?” Jest
+członkiem szwedzkiego Towarzystwa patologicznego, autorem wielu
+artykułów, jako to: „Kilka przykładów atawizmu” (drukowany
+w „Lancet” w r. 1882), „Czy idziemy z biegiem postępu?”
+(„Dziennik Psychologiczny” 1883). Jest lekarzem powiatowym gmin
+Grimpen, Thorsley i High Barrow”.
+
+-- Widzisz pan, że miałem słuszność -- rzekł Holmes. -- Obstaję
+dalej przy moich hypotezach, że doktor Mortimer musi być uprzejmy,
+bo tylko człowiek uprzejmy dostaje takie upominki od swoich pacyentów;
+że nie jest ambitny, bo inaczej nie opuszczałby Londynu dla prowincyi,
+i że jest roztargniony, bo w razie przeciwnym, zamiast laski, zostawiłby
+swój bilet wizytowy.
+
+-- Jakież są pańskie wnioski co do psa?
+
+-- Jego pies zwykł nosić laskę w zębach; ponieważ laska jest ciężka,
+więc ją trzyma pośrodku; w tem miejscu znać ślady psich zębów. Zęby
+są za duże na jamnika, za małe na wyżła. To może być... tak, to jest
+pinczer.
+
+Holmes przeszedł przez pokój i stanął we framudze okna. W głosie jego
+było tyle głębokiego przekonania, że nie mogłem się wstrzymać, aby
+go nie zapytać:
+
+-- Skąd taka pewność?
+
+-- Dla bardzo prostej przyczyny, że mam tego psa przed oczyma; stoi za
+temi drzwiami, a jego właściciel w tej chwili właśnie do nich dzwoni.
+Proszę cię, Watson, nie wychodź z pokoju. Jest pańskim kolegą,
+i pańska obecność może mi być przydatną. Nadchodzi ważna chwila.
+Zbliżają się kroki, które mogą stanowić o przeznaczeniu -- złem czy
+dobrem -- niewiadomo. Ciekaw jestem, czego doktor Jerzy Mortimer
+zażąda od Sherlocka Holmes, specyalisty od przestępstw kryminalnych...
+Proszę!
+
+Do pokoju wszedł nasz gość. Jego powierzchowność zdziwiła mnie
+bardzo. Nie wyglądał na prowincyonalnego lekarza. Był wysoki,
+szczupły, miał nos wązki, wysuwający się ostro z pomiędzy oczu
+przenikliwych, zasłoniętych ciemnymi okularami, w złotej oprawie.
+Ubrany był w długi, poplamiony surdut, spodnie miał wystrzępione.
+Choć jeszcze młody wiekiem, był już przygarbiony; na jego twarzy
+malowała się dobra wola względem ludzi. Wchodząc, zobaczył odrazu
+laskę w ręku Holmesa i podbiegł ku niej z okrzykiem radości.
+
+-- Tak się cieszę! -- zawołał. -- Nie byłem pewny, czym ją zostawił
+tutaj, czy w biurze portowem. Gdybym ją zgubił, sprawiłoby mi to
+wielką przykrość.
+
+-- Wszak to prezent? -- rzekł Holmes.
+
+-- Tak, panie.
+
+-- Od pensyonarzy hotelu Charing Cross...
+
+-- Tak, od paru pacyentów. Dali mi ją na pąmiątkę mojego ślubu.
+
+-- Szkoda -- rzekł Holmes, ściskając mu rękę.
+
+-- Czego pan żałuje? -- spytał doktor Mortimer ze zdziwieniem.
+
+-- Szkoda, że pan rozproszył moje wnioski -- brzmiała
+odpowiedź. -- A więc powiadasz pan, że to podarek ślubny?
+
+-- Tak, panie. Ożeniłem się i dlatego musiałem szpital opuścić;
+trzeba było założyć dom, postarać się o praktykę samodzielną.
+
+-- No, i teraz zyskujesz pan sobie sławę na polu nauki -- rzekłem.
+
+-- Wszak mam przyjemność mówić z panem Sherlock Holmes?
+
+-- Nie, to mój przyjaciel, doktor Watson.
+
+-- Miło mi pana poznać. Słyszałem o panu nieraz. Pozwoli mi pan,
+panie Holmes, zbadać swoją czaszkę. Od pierwszego rzutu oka
+spostrzegłem, że jest niezwykłą: zdradza zdolności, rzekłbym nawet --
+geniusz dedukcyjny. Taka czaszka byłaby ozdobą każdego muzeum.
+Przyznaję, że jej panu zazdroszczę.
+
+-- Jesteś pan entuzyastą w swoim zawodzie, tak, jak ja w swoim --
+odparł detektyw -- ale sądzę, że nie przybywasz pan tu po raz wtóry
+jedynie w zamiarze zbadania mojej czaszki...
+
+-- Nie, panie, choć rad jestem, że zdarza mi się sposobność ku temu.
+Przybyłem do pana, panie Holmes, bo uznaję własną niepraktyczność,
+a jestem postawiony wobec bardzo trudnego zagadnienia. Ponieważ pan
+jesteś drugim w Europie ekspertem w sprawach kryminalnych...
+
+-- Doprawdy? Czy wolno mi zapytać, kto jest pierwszym?
+
+-- W oczach człowieka, przekładającego teoryę nad praktykę, pan
+Bortillon zajmuje niewątpliwie pierwsze miejsce.
+
+-- Więc czemuż pan nie zwrócisz się do niego?
+
+-- Powiadam, że jest on pierwszorzędny powagą, jako teoretyk. Ale pan,
+jako praktyk, zajmujesz pierwsze w Europie -- to niewątpliwe.
+Spodziewam się, żem pana nie obraził...
+
+-- Trochę -- odparł Holmes nawpół żartem -- ale jako człowiek
+praktyczny, chciałbym nareszcie dowiedzieć się, co pana tutaj
+sprowadza.
+
+
+
+
+II.
+
+Przekleństwo rodu Baskerville.
+
+
+-- Mam w kieszeni rękopis -- rzekł doktor Jerzy Mortimer.
+
+-- Spostrzegłem to odrazu, gdyś pan wszedł do pokoju -- odparł Holmes.
+
+-- Manuskrypt jest stary.
+
+-- Z ośmnastego wieku.
+
+-- Skąd pan wie?
+
+-- Z pańskiej kieszeni wychodzi pół cala papieru. Przyglądałem mu
+się, podczas gdyś pan mówił, a byłbym lichym rzeczoznawcą, gdybym
+z zewnętrznego wyglądu nie potrafił określić daty rękopisu.
+Czytałeś pan zapewne moją monografię w tym przedmiocie. Otóż
+w tym wypadku sądzę, że manuskrypt datuje się z roku 1730-go.
+
+-- Omyliłeś się pan o lat dwanaście. Datowany jest z roku 1742-go.
+
+Doktor Mortimer wyjął go z kieszeni.
+
+-- Ten dokument rodzinny został powierzony mojej pieczy przez sir
+Karola Baskerville, którego śmierć tragiczna poruszyła przed trzema
+miesiącami całe Devonshire. Dodam, że byłem jego osobistym
+przyjacielem, zarówno jak lekarzem domowym. Był to człowiek dzielny,
+rozumny, praktyczny i tak samo, jak ja, nie podlegający złudzeniom
+wyobraźni. A jednak wierzył święcie słowom tego dokumentu i był
+przygotowany na rodzaj śmierci, który go spotkał...
+
+Holmes wyciągnął rękę po manuskrypt i począł mu się bacznie
+przyglądać.
+
+-- Zwracam pańska uwagę, Watson, na kolejne używanie krótkiego
+i długiego _s_. Jest to jedna ze wskazówek, która mi pomogła do
+określenia daty.
+
+Spojrzałem przez ramię na papier, pożółkły ze starości. Na
+pierwszej stronicy był nagłówek: „Baskerville Hall”, a pod spodem
+data: „1742”.
+
+-- To zapewne potwierdzenie jakiejś legendy -- wtrącił Holmes.
+
+-- Rzeczywiście -- przyznał doktor Mortimer. -- Legenda tycze się
+rodu Baskervillów.
+
+-- Przypuszczam jednak, że pragniesz pan zasięgnąć mojej rady
+w sprawie aktualniejszej i bardziej realnej -- rzekł Holmes.
+
+-- Tak. Chodzi mi o fakt zagadkowy, który zdarzył się niedawno;
+muszę rozstrzygnąć zagadkę, w ciągu dwudziestu czterech godzin.
+Ale manuskrypt jest krótki i ma ścisły związek z tą sprawą. Zatem
+odczytam go panu, jeśli pan pozwoli.
+
+Holmes skinął głową. Zasiadł wygodnie w fotelu, złożył ręce
+tak, że palce stykały się z palcami, przymknął oczy i słuchał
+z rezygnacyą.
+
+Doktor Mortimer podsunął manuskrypt pod światło i głosem dobitnym
+czytał, co następuje:
+
+-- „Rozmaite pogłoski krążyły o Psie Baskervillów, lecz ja,
+pochodząc w prostej linii od Hugona Baskerville, słyszałem tę
+historyę z ust mojego ojca, który znowu słyszał ją od swojego,
+więc ją spisuję z całą wiarą. Pragnąłbym, abyście i wy, moi
+synowie, nabrali głębokiego przekonania, że Sprawiedliwość, karcąca
+winę, może ją odpuścić, i że żadna kara nie jest tak ciężką, aby
+modlitwa i pokuta nie zdołały jej zatrzeć. Niech te dzieje nauczą
+was, że nie należy bać się owoców przeszłości, lecz raczej być
+ostrożnym na przyszłość, aby dzikie chucie, za które nasz ród
+poniósł tak srogą karę, nie rozkiełznały się znowu na naszą zgubę.
+
+„Dowiedzcie się więc, że za czasów Wielkiej Rewolucyi (polecam wam
+przeczytać dzieje tej epoki, skreślone przez lorda Clarendon); otóż
+w owych czasach w zamku Baskerville rządził Hugon, a był to, przyznać
+muszę, człowiek porywczy i bezbożnik.
+
+„Sąsiedzi przebaczyliby łatwo to ostatnie wykroczenie, bo nasza
+okolica nie słynęła nigdy religijności, ale nie mogli mu przebaczyć
+wrodzonego okrucieństwa.
+
+„Otóż ów Hugon pokochał (jeśli można tem mianem nazwać tak dzikie
+uczucie), pokochał zatem córkę czynszownika, dzierżawiącego grunta
+w pobliżu dóbr Baskerville. Ale dziewczyna, będąc skromną,
+i bogobojną, obawiała się go, jak szatana. Otóż pewnego na jesieni,
+w dzień świętego Michała, ów Hugon na czele pięciu czy sześciu
+kompanów, zakradł się do farmy i uprowadził dziewczynę, korzystając
+z chwili, gdy ojciec i bracia jej byli nieobecni.
+
+„Przywieźli biedaczkę na zamek i osadzili ją w komnacie wieżowej,
+Hugon i jego towarzysze zasiedli do nocnej uczty, wedle zwyczaju.
+Słysząc ich pijackie wrzaski, dziewczyna truchlała, lecz była z natury
+dzielną, więc opanowała strach i postanowiła ratować się. Ogromna
+brzoza osłaniała i do dziś dnia osłania okno tej narożnej komnaty.
+Dziewczę uczepiło się jej gałęzi i spuściło się po nich na dół,
+a dostawszy się na swobodę, łąkami i polami biegło do fermy swego
+ojca, oddalonej o trzy mile od zamku.
+
+„Wkrótce potem, Hugon, zostawiwszy swoich kompanów przy butelkach
+i kartach, podążył do swojej ofiary, a widząc, że ptaszek opuścił
+klatkę, jak szalony powrócił do komnaty biesiadnej, wytłukł szkło
+i wśród okropnych przekleństw i złorzeczeń zaprzysiągł, że odda
+ciało i duszę dyabłu, jeśli ten dopomoże mu odzyskać dziewczynę.
+Pijani towarzysze słuchali go w przerażonem milczeniu, tylko jeden,
+gorszy, a może bardziej pijany od innych, poddał myśl, aby za
+dziewczyną puścić w pogoń psy podwórzowe.
+
+„Słysząc to Hugon, wybiegł przed dom, zwołał chłopców stajennych,
+kazał im osiodłać swoją klacz ulubioną i spuścić psy z łańcuchów;
+jednemu, najdzikszemu, dał do powąchania chustkę dziewczyny,
+zostawioną w narożnej komnacie, i popędził przez łąki w noc
+księżycową.
+
+„Towarzysze hulanki rzucili się do koni, chwycili pistolety i pognali
+za swoim amfitryonem, a było ich razem trzynastu. Księżyc świecił
+jasno, pędzili galopem drogą, którą musiała uciekać dziewczyna,
+jeśli podążyła do domu.
+
+„Ujechali z półtory mili, gdy spostrzegli nocnego pastucha. Pytali go,
+czy nie widział brytanów. Wystraszony, odparł, że przed chwilą biegły
+za jakąś dziewczyną.
+
+-- „Ale widziałem coś więcej -- mówił. -- Hugon Baskerville pędził
+tędy na swojej karej klaczy, a za nim leciał jakiś pies okropny,
+czarny, jakby szatan wcielony. Niech mnie Bóg broni, żebym kiedy
+jeszcze miał spotkać podobnego potwora na mojej drodze.
+
+„Pijani towarzysze cisnęli pastuchowi przekleństwo i pognali naprzód.
+Ujechali jeszcze z pół mili. Nagle włosy stanęły im dębem ze strachu,
+bo oto przed nimi pędziła klacz kara, pokryta pianą, bez siodła i bez
+jeźdźca.
+
+„Towarzysze zbili się w gromadkę, bo ich strach oblatywał, lecz
+jechali dalej, choć każdy z nich, gdyby był sam, zawróciłby konia
+i uciekł do zamku, ale jeden wstydził się drugiego. Człapiąc wolno,
+zrównali się wreszcie z brytanami; te, choć znane w całej okolicy ze
+swej zajadłości, leżały teraz w rowie, wystraszone, i wyły
+przeraźliwie.
+
+„Kompania zatrzymała się. Jeźdźcy otrzeźwieli odrazu. Jedni chcieli
+zawracać, drudzy postanowili przekonać się, co zaszło. Księżyc
+świecił tak jasno, że można było szpilki zbierać.
+
+„O milę dalej, na polu, sterczały wysokie kamienie. Pomiędzy nimi
+leżała dziewczyna, martwa, a obok niej Hugon Baskerville -- nieżywy.
+
+„Ale nie ten widok, choć straszny i niespodziany, najeżył włosy
+pijackiej kompanii; straszniejszy obraz przedstawił się ich oczom: nad
+zwłokami Hugona stał pies czarny, ogromny, wyszczerzał zęby i błyskał
+ślepiami. Jeden z towarzyszów padł na miejscu, rażony strachem, drugi
+utracił zmysły, reszta hulaszczej kompanii do końca życia nie
+zapomniała tego wrażenia.
+
+„Taką jest, moi synowie, legenda o psie, który od owego czasu trapił
+naszą rodzinę. Spisałem ją, abyście wiedzieli, jak się rzeczy
+istotnie miały i nie wierzyli krążącym baśniom. Nie będę, taił
+przed wami, że po tym wypadku, wielu mężczyzn w naszym rodzie umarło
+śmiercią nagłą, krwawą i tajemniczą. Jednak nie traćmy wiary
+w miłosierdzie Boskie, które karci niewinnych, tylko do trzeciego
+lub czwartego pokolenia. Opatrzności Boskiej, moi synowie, was polecam
+i ostrzegam, abyście nie przechodzili przez tę łąkę po nocy, gdy złe
+duchy są rozkiełznane.”
+
+(To są przestrogi Hugona Baskerville, spisane dla jego synów, Rogera
+i Jana, z rozkazem, aby o tem wszystkiem nie wspominali swej siostrze,
+Elżbiecie).
+
+ * * * * *
+
+Doktor Mortimer skończył czytać tę niezwykłą opowieść, nasunął na
+oczy okulary i spojrzał na pana Sherlocka Holmes. Ten ziewnął
+i rzucił papierosa w ogień.
+
+-- No i cóż? -- rzekł.
+
+-- Czy historya ta nie jest interesującą?
+
+-- Zapewne, dla zbieracza starych legend i baśni.
+
+Doktor Mortimer wyjął z kieszeni gazetę.
+
+-- A teraz, panie Holmes -- rzekł -- pokażę panu coś aktualniejszego.
+Oto dziennik „Devon County Chronicle” z dnia 14-go Maja roku
+bieżącego. Jest w nim opis faktów, odnoszących się do śmierci sir
+Karola Baskerville, która zdarzyła się na kilka dni przed ową datą.
+
+Mój przyjaciel nachylił się i począł słuchać uważniej. Doktor
+Mortimer czytał:
+
+„Niedawna i nagła śmierć sir Karola Baskerville, kandydata liberalnego
+z hrabstwa Devon, przejęła całą naszą okolicę zdumieniem i trwogą.
+Jakkolwiek sir Karol Baskerville mieszkał w Baskerville Hall od
+niedawna, lecz jego uprzejmość, hojność i szlachetność, zjednały mu
+szacunek tych wszystkich, którzy mieli z nim do czynienia.
+W dzisiejszej epoce parweniuszów miło jest widzieć potomka
+starożytnego a podupadłego rodu, odzyskującego fortunę swych
+przodków i przywracającego świetność staremu nazwisku.
+
+„Sir Karol, jak wiadomo, zyskał duży majątek na spekulacyach w Afryce
+południowej, a będąc z natury przezornym, nie kusił dalej szczęścia,
+które mogłoby się odwrócić od niego, jak to czyni z innymi,
+i zrealizowawszy swoją fortunę, powrócił do Anglii.
+
+„Przed dwoma laty zaledwie osiadł w Baskerville Hall; znane są jego
+szerokie plany odnowienia starej siedziby i wprowadzenia ulepszeń
+w gospodarstwie rolnem. Śmierć przeszkodziła ich urzeczywistnieniu.
+
+„Będąc bezdzietnym, pragnął, aby cała okolica korzystała z jego
+fortuny i niejeden z sąsiadów ma ważne powody do opłakiwania jego
+przedwczesnego zgonu. Donosiliśmy często na tych szpaltach o jego
+hojnych ofiarach na instytucye publiczne.
+
+„Śledztwo nie wyjaśniło dotychczas okoliczności, towarzyszących
+śmierci sir Karola. Krążą tu najdziwaczniejsze legendy, przypisujące
+ów nagły zgon działaniu sił nadprzyrodzonych.
+
+„Sir Karol był wdowcem, uważano go powszechnie za dziwaka. Pomimo
+dużej fortuny, miał przyzwyczajenia proste, skromne. Personel służbowy
+w Baskerville Hall składał się z kamerdynera, nazwiskiem Barrymore,
+jego żony, kucharki i gospodyni w jednej osobie. Oboje zeznają, że
+zdrowie sir Karola w ostatnich czasach było nietęgie, że rozwijała się
+w nim choroba serca, objawiająca się bladością, brakiem tchu
+i częstemi omdleniami. Doktor Jerzy Mortimer, przyjaciel i domowy lekarz
+nieboszczyka, złożył zeznanie w tym samym duchu.
+
+„Sir Karol Baskerville zwykł był co wieczór, przed pójściem na
+spoczynek, przechadzać się po słynnej alei wiązów przed zamkiem.
+Małżonkowie Barrymore opowiadają, że wieczorom 4-go maja, ich pan
+oznajmił im, że nazajutrz wyrusza do Londynu i kazał pakować kuferek.
+
+„Owego wieczoru wyszedł, jak zwykle, na przechadzkę, wśród której
+wypalał cygaro.
+
+„Z tej przechadzki już nie powrócił.
+
+„O dwunastej Barrymore, widząc drzwi frontowe jeszcze otwarte,
+zaniepokoił się, i wziąwszy latarnię, poszedł szukać swego pana.
+W ciągu dnia deszcz padał, więc łatwo było dojrzeć ślady stóp sir
+Karola wzdłuż alei. W połowie drogi jest furtka, prowadząca na łąkę.
+
+„Były ślady, że sir Karol stał przy niej przez czas pewien,
+następnie skręcił znowu w aleję. Znaleziono jego trupa na jej końcu.
+
+„Pomiędzy innemi dotychczas nie wyjaśniono jednego faktu, wynikającego
+z zeznań Barrymora, a mianowicie, że ślady kroków jego pana zmieniły
+się z chwilą, gdy stał przy furtce i że odtąd szedł na palcach.
+
+„Niejaki Murphy, cygan, handlujący końmi, znajdował się wówczas na
+łące, w pewnej odległości od nieboszczyka, ale sam przyznaje, że był
+pijany. Powiada, że słyszał krzyki, ale nie może określić, skąd
+wychodziły.
+
+„Na ciele sir Karola nie było śladów przemocy lub gwałtu, a chociaż
+lekarz zeznaje, że wyraz twarzy nieboszczyka był tak zmieniony, że on,
+doktor Mortimer, w pierwszej chwili poznać go nie mógł, rzeczoznawcy
+tłómaczą to anewryzmem serca, przy którym zachodzą podobne objawy.
+
+„Sekcya wykazała przedawnioną wadę serca, sędzia śledczy potwierdził
+badanie lekarskie. Pożądanem jest, aby spadkobierca sir Karola mógł
+objąć jaknajprędzej majątek i prowadzić dalej chlubną działalność,
+przerwaną tak nagle i tak tragicznie.
+
+„Gdyby prozaiczne orzeczenie sędziego śledczego i rzeczoznawców nie
+położyło końca romantycznym historyom, krążącym na temat owej
+śmierci, nie łatwo byłoby znaleźć właściciela Baskerville Hall.
+
+„Domniemanym spadkobiercą jest pan Henryk Baskerville, syn młodszego
+brata sir Karola. Ów młodzieniec przed kilku laty wyruszył do Ameryki.
+Zarządzono poszukiwania. Dowie się on zapewne niebawem o zmianie swego
+losu”.
+
+ * * * * *
+
+Doktor Mortimer złożył gazetę i wsunął ją do kieszeni, mówiąc:
+
+-- To są fakty, powszechnie znane.
+
+-- Dziękuję panu za zwrócenie mojej uwagi na sprawę istotnie
+ciekawą -- rzekł pan Holmes. -- Czytałem o niej, coprawda, w dziennikach,
+ale w owym czasie byłem zajęty kameami, które zniknęły z muzeum
+Watykańskiego. Chciałem się przysłużyć Papieżowi i straciłem z oczu
+to, co się jednocześnie działo w Anglii. Ten artykuł, powiadasz pan,
+zawiera fakty, znane powszechnie?
+
+-- Tak.
+
+-- Zechciej więc pan uwiadomić mnie teraz o tem, czego nikt nie wie.
+
+Sherlock Holmes oparł się o poręcz fotelu i znowu złożył ręce tak,
+aby palce stykały się końcami.
+
+-- Uczynię to -- rzekł doktor Mortimer, zdradzając coraz większe
+wzburzenie. -- Powiem panu to, czego nie mówiłem jeszcze nikomu.
+Zataiłem to przed sędzią śledczym z pobudek, które pan zapewne
+zrozumie. Jako człowiek nauki, nie chciałem zdradzać się publicznie,
+iż wierzę w przesądy. Dalej, rozumiałem, że gdyby utwierdziła się
+wiara w nadprzyrodzone siły, rządzące w Baskerville Hall, nikt nie
+zechciałby objąć starego zamku w posiadanie. Dla tych dwóch powodów
+nie zeznałem przed sądem wszystkiego, co wiem -- albowiem nie
+zdałoby się to na nic sędziemu śledczemu -- ale z panem będę
+zupełnie szczery.
+
+„Okolica jest mało zaludniona, rezydencye rzadkie, a siedziby
+włościańskie rozrzucone na znacznej odległości od siebie.
+
+„Widywałem często sir Karola Baskerville, który był spragniony
+towarzystwa. Oprócz p. Frankland w Lafterhall i naturalisty,
+p. Stapleton, w pobliżu niema ludzi inteligentnych. Sir Karol
+był skryty, małomówny. Zbliżyliśmy się z powodu jego choroby,
+przytem łączyły nas wspólne upodobania naukowe. Przywiózł wiele
+ciekawych wiadomości z Afryki Południowej. Spędziliśmy niejeden
+miły wieczór na rozprawach o anatomii porównawczej.
+
+„W ciągu ostatnich paru miesięcy spostrzegłem, że system nerwowy sir
+Karola był nadwerężony. Wziął tak dalece ową legendę do serca, że
+choć co wieczór odbywał spacery, nic go nie mogło skłonić do
+wejścia na łąkę po zachodzie słońca. Prześladowała go wciąż obawa
+upiorów, i pytał mnie nieraz, czym nie widział jakiego dziwacznego
+stworzenia i czym nie słyszał szczekania. Te pytania zadawał mi zawsze
+głosem drżącym.
+
+„Wraziła mi się w pamięć jedna z moich wizyt u niego przed trzema
+tygodniami. Stał w sieni. Gdym schodził z wózka, spostrzegłem, że
+patrzy po przez moje ramię ze strachem w oczach. Odwróciłem się
+i spostrzegłem jakiś kształt dziwny, podobny do dużego, czarnego
+cielęcia. Przeleciało to po za moim wózkiem.
+
+„Sir Karol był tak wzburzony, że poszedłem szukać tego osobliwego
+zwierzęcia. Ale nigdzie go nie było. Mój pacyent nie mógł się
+uspokoić. Zostałem z nim przez cały wieczór i wtedy, tłómacząc swe
+wzburzenie, opowiedział mi całą tę historyę.
+
+„Wspominam o tym drobnym epizodzie, gdyż nabiera on znaczenia wobec
+tragedyi, która potem nastąpiła; na razie nie przywiązywałem do tego
+wagi i dziwiłem się wzburzeniu sir Karola.
+
+„Miał jechać do Londynu z mojej porady. Wiedziałem, że jest chory
+na serce i że ciągły niepokój źle wpływa na jego zdrowie. Sądziłem,
+że parę miesięcy, spędzonych na rozrywkach, uwolni go od tych mar
+i przywidzeń. Nasz wspólny przyjaciel, pan Stapleton, był tego samego
+zdania. I oto wynikło nieszczęście.
+
+„Zaraz po śmierci sir Karola, kamerdyner Barrymore wyprawił do mnie
+grooma Perkinsa; przybyłem do Baskerville Hall w godzinę po
+katastrofie. Zbadałem wszystkie fakty, przytoczone w śledztwie.
+Szedłem śladami, pozostawionemi w Alei Wiązów, obejrzałem miejsce przy
+furtce, gdzie sir Karol zatrzymał się, i zmiarkowałem, że od owego
+miejsca szedł na palcach i że nie było śladu innych kroków, oprócz
+późniejszych, Barrymora. Wreszcie obejrzałem starannie zwłoki, które
+pozostały nietknięte do mego przybycia.
+
+„Sir Karol leżał nawznak z rozciągniętemi rękoma, jego twarz była
+tak zmieniona, że zaledwie mogłem ją poznać. Na ciele nie było
+żadnych obrażeń. Ale Barrymore w toku śledztwa uczynił jedno zeznanie
+fałszywe. Powiedział, że nie było żadnych śladów dokoła trupa. Nie
+spostrzegł ich, ale ja dostrzegłem -- zupełnie świeże, w pobliżu.
+
+-- Czy ślady kroków?
+
+-- Tak.
+
+-- Męzkie, czy kobiece?
+
+Doktor Mortimer patrzył na nas przez chwilę dziwnemi oczyma, wreszcie
+odparł szeptem:
+
+-- Panie Holmes, były ślady kroków... psa... olbrzymiego.
+
+
+
+
+III.
+
+Zagadka.
+
+
+Przyznaję, że gdym słuchał tego opowiadania, przebiegały po mnie
+dreszcze. I doktor był żywo poruszony.
+
+-- Widziałeś pan te ślady? -- spytałem.
+
+-- Tak, na własne oczy; tak wyraźnie, jak teraz widzę pana.
+
+-- I nic pan nie mówiłeś?
+
+-- Po co?
+
+-- Dlaczego nikt inny nie dostrzegł tych śladów?
+
+-- Pozostały o jakie dwa łokcie od trupa; nie zwrócono na nie uwagi
+i jabym ich nie zauważył, gdybym nie był znał tej legendy.
+
+-- Dużo jest psów w okolicy.
+
+-- Tak, ale to nie był zwykły pies. Powiedziałem już panom, że był
+ogromny.
+
+-- Czy nie zbliżył się do trupa?
+
+-- Nie.
+
+-- Czy noc była jasna?
+
+-- Nie; pochmurna i wilgotna.
+
+-- Ale deszcz nie padał?
+
+-- Nie.
+
+-- Jak wygląda aleja?
+
+-- Jest wysadzana dwoma rzędami wiązów i opasana żywopłotem,
+wysokości 12 stóp. Sama aleja ma 8 stóp szerokości.
+
+-- Czy jest co pomiędzy żywopłotem a aleją?
+
+-- Tak; po obu stronach biegnie trawnik, szerokości 6 stóp.
+
+-- O ile zrozumiałem, jest wejście przez furtkę?
+
+-- Tak; furtka prowadzi na łąkę.
+
+-- Czy są inne wejścia?
+
+-- Niema.
+
+-- Tak, iż aby wkroczyć w Aleję Wiązów, trzeba wyjść z domu, lub
+iść przez łąkę?
+
+-- Jest trzecie wejście przez altanę, na drugim końcu alei.
+
+-- Czy sir Karol doszedł do tej altany?
+
+-- Nie; znaleziono go o pięćdziesiąt łokci od niej.
+
+-- A teraz, zechciej mi pan powiedzieć, doktorze Mortimer -- będzie to
+szczegół ważny -- czy ślady, któreś pan spostrzegł, pozostały na
+żwirze, czy na trawie?
+
+-- Nie mogłem dojrzeć śladów na trawie.
+
+-- Czy ślady były po tej samej stronie, co furtka?
+
+-- Tak, po tej samej.
+
+-- Bardzo mnie pan zaciekawia. Jeszcze jedno pytanie. Czy furtka była
+zamknięta?
+
+-- Zamknięta na klucz i zaryglowana.
+
+-- Jak jest wysoka?
+
+-- Ma około 4-ch stóp.
+
+-- A więc można ją łatwo przesadzić?
+
+-- Tak.
+
+-- A jakie ślady znalazłeś pan przy furtce?
+
+-- Żadnych, któreby mogły zwrócić uwagę.
+
+-- Czyżeś pan nie oglądał ziemi dokoła?
+
+-- I owszem, oglądałem.
+
+-- I nie dostrzegłeś pan żadnych śladów?
+
+-- Były bardzo niewyraźne. Widocznie sir Karol stał tutaj przez pięć
+do dziesięciu minut.
+
+-- Skąd pan to wie?
+
+-- Gdyż popiół z cygara spadł dwa razy na ziemię.
+
+-- Wybornie. Znaleźliśmy kolegę wedle naszego serca. Prawda, Watson?
+Ale jakież to były ślady?
+
+-- Ślady stóp na żwirze. Innych znaków dostrzedz nie mogłem.
+
+Sherlock Holmes uderzył ręką w kolano.
+
+-- Czemu mnie tam nie było! -- zawołał. -- Jest to wypadek bardzo
+ciekawy, dający obfite pole do naukowej ekspertyzy. Czemuż nie mogłem
+odczytać tej żwirowej karty, zanim ją zatarły inne stopy! Doktorze
+Mortimer, że też mnie pan nie uwiadomił wcześniej! Jeśli nam się nie
+uda wyświetlić sprawy, cała odpowiedzialność spadnie na pana.
+
+-- Nie mogłem pana wzywać, panie Holmes, bo w takim razie musiałbym
+ujawnić te fakty przed całym światem, a mówiłem już, żem sobie tego
+nie życzył. Zresztą... zresztą...
+
+-- Czemu pan nie kończysz?
+
+-- Bywają dziedziny, niedostępne nawet dla najbystrzejszych
+i najdoświadczeńszych detektywów...
+
+-- Chcesz pan powiedzieć, że wchodzi to w zakres rzeczy
+nadprzyrodzonych?
+
+-- Tego nie twierdzę stanowczo.
+
+-- Ale pan tak myślisz w głębi ducha.
+
+-- Od owej tragedyi doszły do mojej świadomości fakty, sprzeczne
+z ogólnemi prawami natury.
+
+-- Naprzykład?
+
+-- Dowiaduję się, że przed tą katastrofą, kilku ludzi widziało na
+łące niezwykłe stworzenie, podobne do złego ducha Baskervillów.
+Wszyscy mówią, że był to pies ogromny, przezroczysty. Wypytywałem
+tych ludzi -- jeden z nich jest włościaninem, drugi kowalem,
+trzeci farmerem. Ich zeznania są jednakowe. W całej okolicy
+zapanował strach przesądny. Nikt po nocy nie przejdzie przez łąkę.
+
+-- I pan, człowiek nauki, wierzy w takie baśnie? -- zawołał Holmes.
+
+-- Dotychczas moje badania ogarniały świat zmysłów; usiłowałem
+walczyć z chorobą, ale ze złymi duchami walczyć nie umiem. Zresztą
+musisz pan przyznać, że ślady stóp są dowodem materyalnym. Pies
+Hugona nie był także zjawiskiem nadprzyrodzonem skoro mógł zagryźć
+na śmierć, a jednak miał w sobie coś szatańskiego.
+
+-- Widzę, że pan przeszedłeś do obozu spirytystów. Ale zechciej mi
+powiedzieć jeszcze jedno, doktorze Mortimer. Jeżeli pan skłaniasz się
+ku takim zapatrywaniom, dlaczego przyszedłeś zasięgnąć mojej rady?
+Powiadasz pan jednym tchem, że nie warto przeprowadzać śledztwa
+w sprawie zabójstwa sir Karola, a jednocześnie prosisz mnie, żebym się
+tą sprawą zajął.
+
+-- Nie prosiłem o to.
+
+-- Więc w jaki sposób mogę panu dopomódz?
+
+-- Radząc mi, co mam zrobić z sir Henrykiem Baskerville, który
+przybywa na dworzec Waterloo -- doktor Mortimer spojrzał na zegarek --
+za godzinę i kwadrans -- dokończył.
+
+-- Czy on jest spadkobiercą?
+
+-- Tak. Po śmierci sir Karola zasięgaliśmy wiadomości o tym
+gentlemanie i dowiedzieliśmy się, że ma fermę w Kanadzie. Wedle
+naszych informacyj, jest to młodzieniec bez zarzutu. Nie mówię teraz
+jako lekarz, lecz jako wykonawca testamentu sir Karola.
+
+-- Czy niema innych kandydatów do spadku?
+
+-- Żadnego. Mógłby nim być tylko Roger Baskerville, najmłodszy
+z trzech braci, z których sir Karol był najstarszym. Drugi brat, zmarły
+przedwcześnie, był właśnie ojcem owego Henryka. Trzeci, Roger, był
+synem marnotrawnym, żywą podobizną duchową starego Hugona. Tyle
+nabroił w Anglii, że nie mógł już tu przebywać, uciekł do Ameryki
+środkowej i umarł w roku 1876-ym na żółtą febrę. Henryk jest
+ostatnim z Baskervillów. Za godzinę i pięć minut mam go spotkać
+na dworcu Waterloo. Miałem depeszę z uwiadomieniem, iż przybył dziś
+do Southampton. A teraz, panie Holmes, powiedz, jak mi radzisz postąpić?
+
+-- Dlaczego sir Henryk nie miałby wrócić do domu swych ojców?
+
+-- Wydaje się to rzeczą naturalną, a jednak, jeśli weźmiemy pod
+uwagę, że każdego z Baskervillów, który tam przebywa, czeka śmierć
+nagła i gwałtowna... Jestem pewien, że gdyby sir Karol mógł był ze
+mną mówić przed katastrofą, byłby mi zakazał wprowadzać ostatniego
+z rodu do owej przeklętej rezydencyi. Z drugiej strony, dobrobyt
+całej okolicy zależy od przebywania dziedzica w Baskerville Hall.
+Całe dzieło, zapoczątkowane przez sir Karola, pójdzie w niwecz,
+jeśli nikt nie zamieszka na zamku. Boję się, aby dobro tej okolicy
+nie skłoniło mnie do nielojalnego postąpienia z sir Henrykiem
+i dlatego proszę pana o radę.
+
+Holmes zastanawiał się długą chwilę.
+
+-- Zatem -- odezwał się -- według pańskiego przekonania, jakaś siła
+nieczysta grozi w tych stronach Baskervillom. Wszak pan w to wierzy
+święcie?
+
+-- Gotów jestem przypuszczać, że tak jest.
+
+-- W takim razie, ta siła nieczysta może pastwić się nad Baskervillem
+równie dobrze w Londynie, jak i w Devonshire. Szatan, którego
+działanie byłoby umiejscowione, nie byłby groźnym.
+
+-- Starasz się pan ośmieszyć moją obawę, panie Holmes. Lecz gdybyś
+sam widział te rzeczy nadprzyrodzone, odechciałoby ci się żartów.
+Z pańskich słów miarkuję, że ów młodzieniec jest równie bezpieczny
+w Londynie, jak i w Devonshire. Przybywa za pięćdziesiąt minut. Cóż
+mi pan radzisz?
+
+-- Radzę wziąć dorożkę, zawołać psa, który skowyczy za drzwiami
+i jechać na dworzec Waterloo na spotkanie sir Henryka Baskerville.
+
+-- A potem?
+
+-- A potem nic mu pan nie powiesz, dopóki nie namyślę się w tym
+względzie.
+
+-- Jak długo potrzebujesz pan namyślać się?
+
+-- Dwadzieścia cztery godziny. Poproszę cię, doktorze Mortimer, abyś
+mnie odwiedził jutro rano o dziesiątej. A zechciej przywieźć ze sobą
+sir Henryka Baskerville. To mi ułatwi wykonanie mego planu.
+
+-- Zrobię, jak pan chcesz.
+
+Doktor zapisał godzinę na mankiecie i wyszedł. Pan Holmes zatrzymał go
+na schodach.
+
+-- Jeszcze jedno pytanie -- rzekł. -- Powiadasz pan, że przed śmiercią
+sir Karola kilku ludzi widziało to zjawisko na łące?
+
+-- Tak, trzech ludzi.
+
+-- Czy który z nich widział je potem?
+
+-- Nie wiem.
+
+-- Dziękuję panu. Dowidzenia.
+
+Holmes powrócił na swoje miejsce. Był widocznie zadowolony.
+
+-- Wychodzisz, Watson? -- rzekł.
+
+-- Czy potrzebujesz mojej pomocy?
+
+-- Nie, mój drogi. Poproszę cię o nią dopiero w chwili działania.
+Sprawa wyjątkowa. Przechodząc obok Bradleya, zechciej wstąpić do
+sklepu i każ mi przynieść paczkę najmocniejszego tytoniu. Jeżeli
+możesz, byłbym ci bardzo obowiązany, gdybyś tu nie wracał przed
+wieczorem, a wtedy zestawimy nasze wrażenia i poglądy.
+
+Wiedziałem, że samotność jest niezbędną mojemu przyjacielowi
+w chwilach, gdy zastanawiał się nad poszlakami spraw kryminalnych, gdy
+wyciągał wnioski i tworzył teorye, które okazywały się zawsze
+słusznemi. To też cały dzień spędziłem w klubie i dopiero około
+dziewiątej powróciłem do mieszkania przy Bakerstreet.
+
+Gdy drzwi otworzyłem, zdało mi się, że w mieszkaniu był pożar;
+światło lampy ukazywało się jakby za czarną mgłą. Po chwili
+zmiarkowałem, że dym pochodzi nie od ognia, lecz od mocnego tytoniu.
+Wśród kłębów ujrzałem Holmesa w szlafroku. Siedział w fotelu
+z fajeczką w ustach. Na stole leżało kilka zwitków papieru.
+Odkaszlnąłem.
+
+-- Zaziębiłeś się? -- spytał.
+
+-- Nie, ale można się tu udusić.
+
+-- Otwórz okno. Widzę, że spędziłeś cały dzień w klubie...
+
+-- Po czem to miarkujesz, Holmes?
+
+-- Jesteś rzeźwy, pachnący, w dobrym humorze. Nigdy nie domyślisz się,
+gdzie ja byłem.
+
+-- Nie będę nad tem suszył głowy. Powiesz mi sam.
+
+-- A więc byłem w Devonshire.
+
+-- Myślą?
+
+-- Tak. Moje ciało pozostało tutaj, na tym fotelu, i skonsumowało dwa
+olbrzymie imbryki kawy i niezliczoną moc tytoniu. Po twojem wyjściu
+posłałem do Stamforda po mapę tej okolicy i błądziłem po niej przez
+dzień cały. Pochlebiam sobie, że każda piędź ziemi jest mi teraz
+dobrze znana.
+
+-- To zapewne mapa o wielkiej skali?
+
+-- Tak.
+
+Rozwinął ją i położył na kolanie.
+
+-- Widzisz -- mówił -- oto łąka, a to -- Baskerville Hall.
+
+-- Naokoło las.
+
+-- Istotnie. A oto Aleja Wiązów, na lewo od łąki. Tu jest wioska
+Grimpen, w której doktor Mortimer obrał swoją główną kwaterę.
+W obrębie mil pięciu mało jest ludzkich siedzib. Oto Lafter Hall.
+Tu -- domek przyrodnika Stapleton. Tutaj dwie formy: High Tore
+i Fulmire. O czternaście mil dalej -- więzienie państwowe Princetown.
+Dokoła i pośrodku -- łąki i trzęsawiska. Taki jest teren, na którym
+rozegrała się owa tragedya. Postaramy się odtworzyć wszystkie jej
+sceny i akty.
+
+-- Miejscowość bezludna.
+
+-- Tak. Dyabeł mógł się na niej rozgościć...
+
+-- A zatem i pan skłaniasz się do nadprzyrodzonych wyjaśnień...
+
+-- Sługami Dyabła mogą być ludzie z krwi i kości. Należy
+przedewszystkiem rozstrzygnąć dwa zagadnienia: popierwsze, czy zaszła
+zbrodnia? Powtóre: w jaki sposób ją spełniono? Jeżeli doktor Mortimer
+nie jest w błędzie, jeśli okaże się, że mamy do czynienia
+z nadprzyrodzonemi siłami, w takim razie dochodzenia sądowe są
+bezużyteczne. Ale musimy wyczerpać wszelkie inne hypotezy, zanim
+dojdziemy do tego wniosku. Możebyś zamknął okno. Znajduję, że
+skoncentrowana atmosfera pomaga do skupienia myśli. Czy zastanawiałeś
+się w ciągu dnia nad tą sprawą?
+
+-- Myślałem o niej dużo. Jest istotnie dziwna.
+
+-- Są w niej punkty charakterystyczne. I tak, naprzykład, zmiana
+śladów.
+
+-- Doktor Mortimer wyjaśnił to w ten sposób, że sir Karol szedł potem
+na palcach.
+
+-- Doktor powtórzył tylko to, co jakiś dudek powiedział na śledztwie.
+Pocóżby sir Baskerville miał chodzić na palcach? Nie, on poprostu
+biegł, _uciekał_, aż wreszcie padł twarzą na ziemię.
+
+-- Przed czemże uciekał?
+
+-- To właśnie należy wyświetlić! Są poszlaki, że już był
+wylękniony, zanim począł uciekać.
+
+-- Skąd wiesz?
+
+-- Przypuszczam, że nastraszyło go coś, co ujrzał na łące. Ten widok
+pozbawił go przytomności, bo inaczej nie byłby uciekał w stronę
+przeciwną, zamiast biedz ku pałacowi. Jeżeli świadectwo cygana jest
+wiarogodne, -- biegnąc, wołał o pomoc, a pędził tam, skąd pomoc
+w żaden sposób nadejść nie mogła. Dalej: na kogo czekał owej nocy
+i dlaczego czekał w Alei Wiązów, zamiast w domu?
+
+-- Wiec sądzisz, że czekał na kogoś?
+
+-- Był niemłody, chory. Zapewne mógł był wyjść na spacer, ale nie
+w taką noc, ciemną, wilgotną. Czemu stał przez pięć do dziesięciu
+minut przy furtce, jak to wywnioskował doktor Mortimer z popiołu
+cygara?
+
+-- Wszak sir Karol wychodził co wieczór?
+
+-- Wątpię, czy co wieczór po dziesięć minut stawał przy furtce. Wiemy
+nawet, że zwykł był unikać łąki. Przeciwnie, owego wieczora czekał
+przy niej. Było to w wilię jego odjazdu do Londynu. Rzecz zaczyna się
+rozjaśniać. Mój drogi, podaj mi skrzypce. Mówmy o czem innem. Dajmy
+pokój tej sprawie aż do przybycia doktora Mortimer i sir Henryka
+Baskerville.
+
+
+
+
+IV
+
+Sir Henryk Baskerville.
+
+
+Zjedliśmy wcześnie śniadanie. Holmes czekał na zapowiedzianą wizytę.
+Nasi klienci stawili się punktualnie. Biła właśnie dziesiąta, gdy do
+pokoju bawialnego wszedł doktor Mortimer, a za nim młody baronet.
+
+Ten ostatni był niewielkiego wzrostu, silnie zbudowany, miał lat ze
+trzydzieści, włosy i oczy ciemne; gęste czarne brwi nadawały jego
+twarzy wyraz stanowczy, a nawet srogi. Z całej jego postawy
+i ogorzałego oblicza było znać, że dużo przebywał na świeżem
+powietrzu; wyglądał na skończonego gentlemana.
+
+-- Oto sir Henryk Baskerville -- prezentował doktor Mortimer.
+
+-- Tak, jestem tu we własnej osobie, a co dziwniejsza, panie Holmes,
+że gdyby mój przyjaciel nie zaproponował mi tej wizyty, sam przybyłbym
+do pana.
+
+-- Niechże pan siada. Czyżby od pańskiego przybycia do Londynu
+zdarzyłoby się panu coś niezwykłego?
+
+-- Zażartowano ze mnie. Dziś rano dostałem ten list.
+
+Sir Henryk położył na stole kopertę; wszyscy nachyliliśmy się nad
+nią. Była to zwykła, szara koperta; adres: _Sir Henryk Baskerville_,
+_Northumberland Hotel_ -- wypisany był drukiem, stempel Charing Cross
+i data na kopercie z poprzedniego wieczora.
+
+-- Kto wiedział, że pan zatrzyma się w Northumberland Hotel? -- spytał
+Holmes, spoglądając bystro na swego klienta.
+
+-- Nikt nie mógł wiedzieć. Zdecydowałem się dopiero po spotkaniu
+doktora Mortimer.
+
+-- Doktor Mortimer mieszkał już tam zapewne?
+
+-- Bynajmniej. Zatrzymałem się u znajomego -- odparł doktor. -- Nie
+było żadnych poszlak, wskazujących, że chcemy stanąć w tym właśnie
+hotelu.
+
+-- Hm! ktoś widocznie śledzi pańskie kroki.
+
+Holmes wyjął z koperty papier dużego formatu, rozłożył go na stole.
+Na środku arkusza było jedno zdanie. Brzmiało w te słowa:
+
+ _Jeżeli dbasz o życie, strzeż się trzęsawiska_
+
+Tylko jedno słowo: „trzęsawiska” było wypisane drukowanemi literami,
+atramentem.[A]
+
+-- A teraz, panie Holmes -- rzekł sir Henryk Baskerville -- może mi pan
+wytłómaczy, co znaczą te słowa i kto interesuje się moją osobą?
+
+-- Cóż pan o tem myślisz, doktorze Mortimer? Musisz chyba przyznać, że
+niema w tem nic nadnaturalnego.
+
+-- Nie, lecz te słowa mogą być skreślone przez kogoś, kto wierzy
+w nadprzyrodzoną siłę, rządząca tą sprawą.
+
+-- Jaką sprawą? -- podchwycił sir Henryk Baskerville. -- Widzę, że
+panowie jesteście lepiej odemnie powiadomieni o moich interesach.
+
+-- Zanim stąd wyjdziesz, sir Henryku, będziesz wiedział to, co i my --
+oświadczył Sherlock Holmes. -- Tymczasem zajmiemy się tym ciekawym
+dokumentem. List został naklejony i wrzucony do skrzynki wczoraj
+wieczorem. Czy masz wczorajszy _Times_, Watson?
+
+-- Leży tutaj.
+
+-- Proszę cię o niego. Chcę zobaczyć wewnętrzną kolumnę z artykułem
+wstępnym.
+
+Przebiegł okiem wzdłuż szpalty.
+
+-- Artykuł wstępny traktuje o wolnym handlu. Pozwólcie mi odczytać
+z niego jeden ustęp:
+
+„Nie należy się łudzić, że taryfa protekcyjna osłoni nasz
+przemysł. Takie prawo zmniejszy tylko obieg kapitałów i sprawi,
+że życie będzie droższem w Anglii. Jeżeli więc dbasz o swój
+dobrobyt, szanowny obywatelu, strzeż się głosować za rzecznikami
+tej idei”.
+
+-- Cóż o tem myślisz, Watson? -- zawołał Holmes, zacierając ręce
+z radości. -- Czy nie znajdujesz, że wyrażone poglądy są bardzo
+głębokie?
+
+Doktor Mortimer spojrzał na Holmesa z zaciekawieniem; sir Henryk był
+widocznie zdziwiony.
+
+-- Nie znam się na taryfach -- rzekł -- ale nie widzę, aby te słowa
+miały nas wprowadzić na trop autora listu.
+
+-- I owszem, Watson zna mój system. Czy zrozumiałeś znaczenie tego
+zdania dla naszej sprawy?
+
+-- Przyznaję, że nie widzę żadnej łączności pomiędzy temi słowami
+a przestrogą, zawartą w liście anonimowym.
+
+-- A jednak, kochany Watson, łączność jest tak ścisła, że jedno
+wypływa z drugiego. _Życie_, _dbasz_, _strzeż się_ -- czyż nie widzisz,
+skąd są wzięte owe słowa?
+
+-- Masz pan słuszność! -- zawołał sir Henryk.
+
+-- Wszelkie wątpliwości rozprasza fakt, że słowa zostały wycięte
+w całości, nie zaś pojedynczemi literami, a nawet widzimy dwa słowa
+wycięte razem: _dbasz o_...
+
+-- Doprawdy, panie Holmes, to przechodzi wszelkie pojęcie! -- rzekł
+doktor Mortimer, patrząc na mego przyjaciela ze zdumieniem. -- Nie
+dość, że pan poznałeś odrazu, iż słowa zostały wycięte z dziennika,
+ale domyśliłeś się, z którego. Powiedz-że nam, jakim sposobem?
+
+-- Sądzę, że potrafiłbyś, doktorze, odróżnić czaszkę Murzyna od
+czaszki Eskimosa?
+
+-- Naturalnie. Badanie czaszek -- to moja specyalność.
+
+-- Dla moich oczu różnica pomiędzy _burgosowemi_ czcionkami artykułów
+wstępnych _Timesa_ a _petitowym_ drukiem pism wieczornych jest tak
+wielka, jak dla pana pomiędzy czaszką Eskimosa a Murzyna. Badanie
+druków jest elementarzem wiedzy _detektywa_.
+
+-- O ile można przypuszczać, te słowa zostały wycięte scyzorykiem.
+
+-- Nie; nożyczkami i to bardzo ostremi i krótkiemi. Po wycięciu
+naklejono je gumą na papierze.
+
+-- Ale dlaczego słowo: _trzęsawisko_ zostało wypisane ręcznie?
+
+-- Bo niema go w artykule.
+
+-- Czy coś jeszcze zwróciło pańską uwagę, panie Holmes? -- pytał sir
+Henryk.
+
+-- Dostrzegam parę wskazówek, choć starano się zatrzeć wszelkie
+ślady. Adres wypisany literami drukowanemi ręką niewprawną, ale
+skądinąd _Times_ jest czytywany przez ludzi inteligentnych.
+Wyprowadzam stąd wniosek, że autorem anonimu jest człowiek
+wykształcony, który chce uchodzić za nieuka; sam fakt, że ukrywa
+swe pismo, dowodzi, że pan znasz, lub że mógłbyś poznać to pismo.
+Dalej: słowa nie są naklejone w prostej linii; i tak, naprzykład,
+_życie_ nie jest na swojem miejscu właściwem. To świadczy
+o niedbałości lub o wzruszeniu. Przypuszczam raczej to ostatnie.
+Korespondent śpieszył się widocznie... ale dlaczego? Wiedział,
+że list, wrzucony wieczorem, choćby najpóźniej, dojdzie rąk sir
+Henryka nazajutrz przed jego wyjściem z hotelu. Czyżby ów nieznajomy
+bał się, że mu przerwą robotę?
+
+-- Wkraczamy teraz w dziedzinę domysłów -- wtrącił doktor Mortimer.
+
+-- Powiedz pan raczej, że na pole prawdopodobieństw. Może to pan
+nazwać domysłem, ale ja jestem pewien, że adres został skreślony
+w hotelu.
+
+-- Skąd pan to wie?
+
+-- Jeżeli panowie przyjrzycie mu się dokładnie, to zmiarkujecie, że
+piszący miał kłopot z piórem i atramentem. Pióro pryskało dwa razy
+w jednem słowie, i wyschło trzy razy przy wypisywaniu tak krótkiego
+adresu, co dowodzi, że było bardzo mało atramentu w kałamarzu. Otóż
+w domu prywatnym rzadko się zdarza, aby atrament wysechł i żeby pióro
+było w tak złym stanie. Ale wiadomo, czem są pióra i kałamarze
+hotelowe. Sądzę, że badając kałamarze w hotelach w pobliżu Charing
+Cross, znajdziemy wycięty numer _Timesa_ i zdołamy odszukać osobę,
+która ten list przesłała.
+
+Obejrzał starannie papier, na którym były przyklejone słowa, ale nie
+mógł dojrzeć nic osobliwego.
+
+-- Czy zdarzyło się panu co jeszcze od chwili, gdyś pan przybył do
+Londynu? -- spytał sir Henryka.
+
+-- Nic zgoła.
+
+-- Czy nie zauważyłeś pan, że pana śledzą?
+
+-- Nie. Któżby miał ochotę mnie śledzić? Nikt mnie tu nie zna.
+
+-- Czy nie miał pan jakiej niespodzianki?
+
+-- Żadnej. Chyba tę tylko, że mi zginął jeden but.
+
+-- Zginął panu but? A to w jaki sposób?
+
+-- Znajdziesz go pan zapewne po powrocie do hotelu. Nie warto trudzić
+pana Holmes takiemi drobiazgami -- przerwał mu doktor Mortimer.
+
+-- Przepraszam; to nie jest drobiazg -- zaprzeczył detektyw. -- Jakże
+to było?
+
+-- Wystawiłem na korytarz oba buty do czyszczenia. Nazajutrz był tylko
+jeden. Posługacz nie wiedział, co się stało z drugim. Kupiłem te buty
+wczoraj i nie miałem ich wcale na nogach.
+
+-- Jeżeli ich pan nie nosiłeś, czemu je dawałeś do czyszczenia?
+
+-- Buty przechodziły przez tyle rąk w sklepie, że potrzebują
+czyszczenia.
+
+-- A zatem wczoraj, po przyjeździe do Londynu, robiłeś pan sprawunki?
+
+-- Robiłem ich dużo. Towarzyszył mi doktor Mortimer. Bo to muszę
+panu wyznać, że, pędząc życie swobodne, na świeżem powietrzu,
+zaniedbałem się trochę, a trzeba było przygotować się do odegrania
+roli pana licznych włości. Pomiędzy innemi kupiłem te żółte buty,
+zapłaciłem za nie sześć szylingów. Ale ukradli mi jeden, zanim je
+włożyłem na nogi.
+
+-- To dziwne. Na co może się zdać jeden but? -- zastanawiał się
+Sherlock Holmes.
+
+-- A teraz, panowie -- rzekł baronet -- czekam na spełnienie
+obietnicy. Chciałbym się dowiedzieć o tem, co ukrywaliście przedemną.
+
+-- Pańskie żądanie jest słuszne -- odparł Holmes. -- Doktorze
+Mortimer, sądzę, że masz obowiązek opowiedzieć sir Henrykowi to,
+coś nam opowiadał.
+
+Otrzymawszy taką zachętę, lekarz wyjął papiery z kieszeni
+i przedstawił całą sprawę nowemu baronetowi.
+
+Sir Henryk Baskerville słuchał uważnie, przerywając od czasu do czasu
+okrzykiem zdziwienia.
+
+-- Ha! widzę, żem otrzymał spadek, do którego przywiązana jest jakaś
+zemsta -- rzekł wreszcie, gdy opowiadanie dobiegło końca. -- Ma się
+rozumieć, słyszałem o owym psie od czasów niepamiętnych, jeszcze z ust
+moich nianiek. Dotychczas jednak nie przywiązywałem wagi do tej
+legendy. Teraz widzę, że śmierci mojego stryja towarzyszyły istotnie
+okoliczności tajemnicze. Panowie sami jeszcze nie wiecie, czy ta
+sprawa wchodzi w zakres działania policyantów, czy też pastorów.
+A w dodatku dostaję ów list zagadkowy...
+
+-- Widać z niego, że ktoś śledzi łąkę i przyległe do niej pustkowia
+i trzęsawiska -- rzekł doktor Mortimer.
+
+-- I że ktoś jest dla pana źle usposobionym, bo inaczej druga osoba
+nie miałaby powodu ostrzegać go o niebezpieczeństwie.
+
+-- A może, dla wiadomych im przyczyn, chcą oddalić stąd sir Henryka.
+
+-- I to jest możliwem, i wdzięczny jestem panu, doktorze Mortimer, że
+mnie tę myśl poddałeś. Obecnie chodzi o to, czy sir Henryk ma, czy też
+nie ma wyruszyć do Baskerville Hall?
+
+-- Czemużby nie miał?
+
+-- Zdaje się, że panu tam grozi niebezpieczeństwo.
+
+-- Czy mówisz pan o niebezpieczeństwie ze strony ludzi, czy też ze
+strony czworonożnego wroga Baskervillów?
+
+-- Nasze badania to wykryją.
+
+-- Bądź co bądź, jestem zdecydowany. Niema w piekle takiego szatana,
+ani na ziemi takiego człowieka, któryby mi przeszkodził zamieszkać
+w domu moich przodków.
+
+Przy tych słowach sir Henryk brwi zmarszczył, z oczu posypały mu się
+iskry. Widocznie śmiały duch Baskervillów nie wygasł w ostatnim
+potomku rodu.
+
+-- Teraz -- mówił dalej -- muszę zastanowić się nad tem, com się
+dowiedział. Chciałbym mieć godzinkę czasu do namysłu. Jest wpół do
+pierwszej. Wracam do hotelu. Możebyście panowie przyszli tam do mnie
+na śniadanie o drugiej? Wówczas będę mógł powiedzieć, co o tem
+wszystkiem myślę.
+
+-- Dobrze. Stawimy się na oznaczoną godzinę.
+
+-- A zatem dowidzenia.
+
+Po wyjściu naszych gości, Holmes zerwał się i zawołał:
+
+-- Watson, bierz kapelusz i laskę. Niema chwili czasu do stracenia.
+
+Wybiegł z pokoju w szlafroku; w minutę potem ukazał się w surducie.
+Zbiegliśmy ze schodów. Na ulicy zobaczyliśmy sir Henryka i doktora
+Mortimer o paręset metrów przed sobą. Szli w kierunku Oxford street.
+
+-- Czy mam ich dogonić i zatrzymać? -- spytałem.
+
+-- Broń Boże! -- odparł. -- Twoje towarzystwo wystarcza mi
+najzupełniej. Ci panowie dobrze robią, że idą się przejść. Dzień
+ładny.
+
+Szedł krokiem przyśpieszonym, aż dopóki przestrzeń pomiędzy nami
+a tamtymi nie zmniejszyła się o połowę; następnie, trzymając się
+wciąż o sto łokci od nich, szedł za nimi przez całą Oxford Street
+aż do Regent Street. Nasi przyjaciele zatrzymali się raz przed
+wystawą sklepową. Holmes stanął także. Po chwili wydał cichy okrzyk
+zadowolnienia. Spojrzałem w kierunku jego wzroku i zobaczyłem, że
+dorożka z siedzącym w niej mężczyzną, która zatrzymała się po
+drugiej stronie ulicy, jedzie znowu dalej.
+
+-- Chodźmy, Watson. Trzeba mu się przyjrzeć.
+
+Dostrzegłem czarną, puszystą brodę i oczy, świdrujące nas po przez
+szybę dorożki. W tejże chwili podniosło się okienko w pudle,
+nieznajomy rzucił parę słów woźnicy i dorożka pomknęła szybko
+w stronę Regent Street.
+
+Holmes obejrzał się za drugą, ale nie było żadnej niezajętej.
+Popędził pieszo, ale dorożka jechała tak szybko, że niepodobna
+było jej dogonić. Niebawem zniknęła nam z oczu.
+
+-- Tam do kata! -- zaklął mój przyjaciel. -- Tośmy się urządzili! Nie
+do darowania!...
+
+-- Kto to był? -- spytałem.
+
+-- Nie mam pojęcia.
+
+-- Zapewne szpieg.
+
+-- Z tego, com słyszał od Baskervilla, przypuszczam, że od chwili jego
+przybycia do Londynu ktoś go śledzi, bo inaczej, skądby wiedziano tak
+szybko, że stanął w hotelu Northumberland? A jeżeli go śledzili
+w pierwszym dniu pobytu, niewątpliwie będą śledzić dalej.
+Zauważyłeś zapewne, że podczas gdy doktor Mortimer czytał,
+wyglądałem dwukrotnie przez okno.
+
+-- Spostrzegłem to.
+
+-- Otóż patrzałem, czy nikt nie stoi po przeciwnej stronie ulicy; ale
+nie było nikogo. Mam do czynienia z przebiegłym lisem, a choć
+dotychczas nie mogę zmiarkować czy ów nieznajomy pragnie zguby sir
+Henryka, czy też chce go przed niebezpieczeństwem uchronić, czuję, że
+trzeba się z nim liczyć. Po wyjściu sir Baskerville'a wybiegłem co
+tchu, aby zobaczyć jego cień. Ale ten człowiek wsiadł do dorożki,
+sądząc, że w ten sposób nie zwróci na siebie uwagi.
+
+-- Oddaje go to na łaskę i niełaskę dorożkarza. Szkoda, że nie
+dostrzegliśmy numeru -- zauważył Watson.
+
+-- Mój drogi, czyż sądzisz, że mogłem przeoczyć tak ważny
+szczegół? Zapamiętałem numer dorożki... 2704. Ale tymczasem
+na nic się to nie zda. Zrobiłem wielkie głupstwo... Zamiast
+śledzić dorożkę zprzodu, trzeba było zawrócić się i wsiąść do
+pierwszej lepszej, znajdującej się ztyłu. W ten sposób moglibyśmy
+jechać za nią, albo kazać się zawieźć wprost do Northumberland
+Hotel i tam czekać. Zbytnia gorliwość była wielkim błędem. Nasz
+przeciwnik nie omieszkał z niego skorzystać.
+
+Szliśmy powoli przez Regent Street. Doktor Mortimer i jego towarzysz
+oddawna już zniknęli nam z oczu.
+
+-- Nie warto ich śledzić -- rzekł Holmes. -- Tamten już umknął
+i nie pojawi się zapewne. Trzeba korzystać z tych nici, które
+trzymamy w ręku. Czy zapamiętałeś twarz nieznajomego?
+
+-- Zapamiętałem tylko brodę.
+
+-- I ja także; wyprowadzam stąd wniosek, że była przyprawiona. Wejdźmy
+tutaj.
+
+Weszliśmy do hotelu. Zarządzający przyjął Holmesa z wielką
+radością.
+
+-- Jak widzę, pamiętasz, Wilson, drobną przysługę, którą miałem
+sposobność ci wyświadczyć -- rzekł mój przyjaciel.
+
+-- Nie zapomnę jej nigdy. Uratowałeś mi pan honor i życie.
+
+-- Przesadzasz, mój drogi. Wszak macie tu posługacza nazwiskiem
+Cartridge, który wykazał dużo sprytu podczas śledztwa.
+
+-- Tak; jest jeszcze u nas.
+
+-- Czy mógłbyś zadzwonić na niego? Dziękuję. A chciałbym też
+zmienić pięciofuntowy banknot.
+
+W sieni ukazał się chłopak czternastoletni, zwinny, wesoły
+i rozgarnięty. Stanął przed detektywem w postawie pełnej
+uszanowania.
+
+-- Proszę o spis hotelów. Dziękuję. Patrz, Cartridge: oto nazwiska
+dwudziestu trzech hotelów w pobliżu Charing Cross. Widzisz?
+
+-- Tak, panie.
+
+-- Zwiedzisz każdy z nich po kolei.
+
+-- Dobrze, panie.
+
+-- Zaczniesz od dania szylinga portyerowi. Oto masz dwadzieścia trzy
+szylingi.
+
+-- Dobrze, panie.
+
+-- Będziesz mówił, że potrzebne ci są gazety wczorajsze, że szukasz
+ważnego ogłoszenia, które miało być umieszczone w jednej z nich, ale
+nie wiesz -- w której.
+
+-- Rozumiem, panie.
+
+-- W istocie będziesz szukał numeru _Timesa_, w którym kilka słów
+zostało wyciętych nożyczkami. Oto jest jeden egzemplarz. Na tej
+stronicy. Czy poznasz ją?
+
+-- Poznam.
+
+-- Za każdym razem portyer, stojący we drzwiach, wezwie portyera,
+siedzącego w sieni -- i temu dasz po szylingu. Oto dwadzieścia trzy
+szylingi. Zapewne na 23 razy -- 20 razy usłyszysz, że spalono
+wczorajsze gazety; w trzech hotelach dadzą ci całą plikę; będziesz
+wśród niej szukał tego numeru _Timesa_. Prawdopodobnie go nie
+znajdziesz. Oto dziesięć szylingów na nieprzewidziane wydatki. Wypraw
+do mnie depeszę przed wieczorem na Baker Street. A teraz, Watson,
+musimy dowiedzieć się o dorożkarza Nr. 2104, potem wstąpimy do galeryi
+obrazów przy Bond Street, dla zapełnienia sobie czasu do godziny
+drugiej.
+
+
+
+
+V.
+
+Trzy nici urwane.
+
+
+Sherlock miał niezwykły dar zwracania dowolnie swoich myśli
+w jakimbądź kierunku. Przez półtory godziny zapomniał o tej dziwnej
+sprawie; pochłonęły go obrazy nowoczesnych mistrzów belgijskich,
+mówił tylko o sztuce, na którą miał poglądy bardzo oryginalne.
+
+O naznaczonej godzinie stanęliśmy przed Northumberland Hotel.
+
+-- Sir Henryk Baskerville czeka panów na pierwszem piętrze -- rzekł
+portyer.
+
+-- Czy mogę zajrzeć do listy waszych gości? -- spytał Holmes.
+
+-- I owszem.
+
+Księga wykazywała, że dwie osoby stanęły w hotelu, po zatrzymaniu się
+tam sir Henryka: niejaki Teofil Johnson z rodziną, przybyły
+z Newcastle i pani Oldmore ze służącą, z High Lodge, Alton.
+
+-- Zdaje mi się, że znam tego Johnsona -- rzekł Holmes do portyera. --
+Wszak to adwokat: siwy, utyka na nogę.
+
+-- Przeciwnie: ten pan Johnson jest właścicielem kopalni węgla, bardzo
+ruchliwy, w wieku pana.
+
+-- Jesteś w błędzie co do jego fachu.
+
+-- Bynajmniej. Znamy go od lat kilkunastu; zawsze do nas zajeżdża.
+
+-- Ha! w takim razie, ja się pomyliłem. Pani Oldmore?... I to nazwisko
+jest mi znane. Daruj mi ciekawość, ale chciałbym wiedzieć, czy to moja
+znajoma.
+
+-- Jest to osoba niemłoda, bezwładna. Jej mąż był niegdyś merem
+w Gloucester. Ona zawsze do nas zajeżdża.
+
+-- Dziękuję za informacye. Widzę, że to kto inny. Nie znam tej pani...
+
+Gdyśmy szli na górę, mój przyjaciel szepnął:
+
+-- Wiemy już, że osoba, która interesuje się losem sir Henryka, nie
+stanęła w tym hotelu. Choć go śledzi, jednak boi się być śledzoną.
+Jest to fakt bardzo znamienny. Ale... cóż to się stało?...
+
+Gdyśmy weszli na pierwsze piętro, naprzeciw nam wybiegł sir Henryk,
+widocznie wzburzony. W ręku trzymał stary but.
+
+-- Drwią sobie ze mnie w tym hotelu! -- wołał -- ale nauczę ich rozumu!
+Jeżeli but się nie znajdzie, popamiętają mnie tutaj!
+
+-- Szuka pan wciąż buta?
+
+-- Tak, ale nie puszczę tego płazem!
+
+-- Wszak pan mówił, że but był żółty?
+
+-- Tak; wzięli mi naprzód żółty, a teraz czarny. Miałem tylko trzy
+pary: nowe żółte, stare czarne i te oto lakierki. Wczoraj zniknął
+jeden od żółtej pary, a dziś jeden od czarnej. No, i cóż? Znalazłeś
+go? Mów.
+
+Przed nami stał wystraszony posługacz, Niemiec.
+
+-- Nie znalazłem -- odparł głosem drżącym. -- Szukałem wszędzie, ale
+zginął bez śladu...
+
+-- Słuchaj: jeżeli ten but nie znajdzie się przed wieczorem, powiem
+zarządzającemu i wyprowadzę się z hotelu.
+
+-- Znajdzie się! Obiecuję, że znajdzie się.
+
+-- Pamiętaj! Przepraszam cię, panie Holmes, za tę scenę. Chociaż to
+rzecz drobna, ale straciłem już cierpliwość.
+
+-- To nie jest wcale drobiazg...
+
+-- Widzę, że pan przejął się tą stratą. Jak ją pan sobie
+tłómaczy?
+
+-- Nic jeszcze nie rozumiem; bądź co bądź, to dziwne, jak wszystko,
+co się panu przytrafia od chwili powrotu do kraju. Ale mamy już
+kilka nici w ręku i spodziewam się, że nie ta, to druga, doprowadzi
+nas do wykrycia prawdy. Możemy stracić trochę czasu na kroczeniu
+po fałszywym tropie, ale wcześniej czy później, wejdziemy na
+właściwy.
+
+Śniadanie przeszło bardzo wesoło. Nie mówiliśmy o tej sprawie, dopiero
+gdyśmy wrócili do apartamentu sir Henryka, oznajmił nam swoją decyzyę.
+
+-- Jadę do Baskerville Hall -- oświadczył.
+
+-- Kiedy?
+
+-- W końcu tygodnia.
+
+-- Ha! może pan dobrze robi. Jabym tak samo postąpił. Przekonywam się
+coraz bardziej, że jesteś pan szpiegowany tutaj, a wśród milionów
+ludzi, nagromadzonych w stolicy, trudno jest wykryć tych pańskich
+prześladowców, czy opiekunów. Jeżeli mają złe względem pana zamiary,
+mogą je wykonać, zanim zdołamy temu zapobiedz. Nie wiesz zapewne,
+doktorze Mortimer, że śledzono panów dzisiaj, gdyście wyszli z domu?
+
+Doktor Mortimer zdziwił się.
+
+-- Któż nas szpiegował?
+
+-- Na nieszczęście, nie potrafię tego powiedzieć. Czy wśród znajomych
+i sąsiadów pańskich w Dartmoor jest jaki mężczyzna z bardzo czarną
+i dużą brodą?
+
+-- Nie... Ach, prawda... Barrymore, kamerdyner sir Karola, ma dużą,
+gęstą i czarną brodę.
+
+-- Tak? Gdzież jest teraz Barrymore?
+
+-- Pilnuje pałacu.
+
+-- Trzebaby się przekonać, czy nie bawi w Londynie.
+
+-- W jaki sposób?
+
+-- Daj mi pan blankiet telegraficzny. Napiszę: „Czy wszystko gotowe na
+przyjęcie sir Henryka Baskerville?” Zaadresuję: „P. Barrymore,
+Baskerville Hall”. Jaka jest najbliższa stacya telegraficzna?
+
+-- Grimpen.
+
+-- U spodu zamieszczam adnotacyę: „Telegram ma być oddany do rąk
+p. Barrymore. Jeżeli jest nieobecny, proszę odesłać depeszę sir
+Henrykowi Baskerville, Northumberland Hotel”. Przed wieczorem
+będziemy wiedzieli, czy Barrymore jest na swojem stanowisku
+w Devonshire.
+
+-- Wybornie! -- rzekł sir Henryk. -- Ale powiedzże mi, doktorze
+Mortimer, co to za jeden ów Barrymore?
+
+-- Jest synem zmarłego klucznika. Od czterech pokoleń służyli rodowi
+Baskervillów i strzegli pałacu. O ile wiem, współczesny Barrymore
+i jego żona są bardzo porządnymi ludźmi.
+
+-- Mają zresztą spokojny kawałek chleba, mało roboty i cały pałac do
+rozporządzenia, skoro właściciele rzadko w nim przebywają.
+
+-- To prawda.
+
+-- Czy Barrymore został wymieniony w testamencie sir Karola? -- pytał
+Holmes.
+
+-- Oboje z żoną otrzymali po pięćset funtów.
+
+-- Taak?... Czy wiedzieli, że je otrzymają?
+
+-- Tak. Sir Karol lubił mówić o rozporządzeniach, zawartych w swoim
+testamencie.
+
+-- To bardzo ciekawy szczegół.
+
+-- Mam nadzieję, że nie będziesz pan patrzył podejrzliwie na
+wszystkich, którzy otrzymali legaty od sir Karola, bo i mnie zapisał
+tysiąc funtów -- rzekł doktor Mortimer.
+
+-- Doprawdy? Komuż jeszcze?
+
+-- Jest kilka legatów na drobne sumki i duży zapis na cele
+dobroczynne. Reszta kapitałów przeszła na sir Henryka.
+
+-- Ile wynoszą?
+
+-- 740,000 funtów szterlingów.
+
+Holmes podniósł brwi ze zdziwienia.
+
+-- Anim przypuszczał, że suma jest tak wysoka -- szepnął.
+
+-- Sir Karol uchodził za bogacza, ale i my nie mieliśmy pojęcia,
+że jest tak dalece bogatym. Cały majątek z nieruchomościami wynosi
+przeszło milion funtów.
+
+-- Doprawdy? Takie pieniądze mogą wywołać pożądliwość
+i doprowadzić do zbrodni. Jeszcze jedno pytanie, doktorze
+Mortimer. Przypuściwszy, że jakie nieszczęście spotka naszego
+przyjaciela -- daruj mi pan tę smutną hypotezę -- kto wówczas
+odziedziczy majątek?
+
+-- Ponieważ Roger Baskerville, młodszy brat sir Karola, zmarł
+bezżennie i bezpotomnie, zatem majątek przeszedłby na dalekich
+krewnych, Desmondów. Jakób Desmond jest niemłodym człowiekiem, pełni
+obowiązki pastora w Westmorland.
+
+-- Dziękuję panu. Te szczegóły są dla mnie bardzo ważne. Czy pan
+znasz Jakóba Desmond?
+
+-- Znam. Przyjeżdżał kiedyś w odwiedziny do sir Karola. Jest to mąż
+bogobojny, wielkich zasług i wielkiej bezinteresowności. Pamiętam,
+że nie chciał przyjąć żadnego zasiłku od sir Karola, pomimo iż ten
+błagał go o to.
+
+-- Więc ten człowiek, tak skromnych wymagań, zostałby spadkobiercą
+olbrzymiej fortuny?
+
+-- Tak, o ile obecny właściciel nie rozporządzi kapitałami inaczej.
+
+-- Wszak zrobiłeś już pan testament, sir Henryku?
+
+-- Nie, panie Holmes. Nie miałem czasu. Dopiero wczoraj dowiedziałem
+się, jak stoją rzeczy. Ale, bądź co bądź, uważam, że pieniądze
+powinny iść razem z majątkiem ziemskim. Taka była wola stryja.
+Właściciel Baskerville Hall nie mógłby utrzymać rezydencyi w stanie
+dawnej świetności, gdyby nie miał gotówki. Pałac, ziemia i pieniądze
+muszą być w jednem ręku.
+
+-- Masz pan słuszność. Dzielę też najzupełniej pańskie zdanie i pod
+innym względem, znajdując, że pan powinieneś wyruszyć natychmiast do
+Devonshire. Ale nie możesz pan jechać sam.
+
+-- Doktor Mortimer wraca ze mną.
+
+-- Doktor Mortimer będzie zajęty praktyką, zresztą mieszka o parę mil
+od dworu. Pomimo najlepszych chęci nie mógłby służyć panu pomocą
+w razie potrzeby. Nie, sir Henryku, musisz wziąć ze sobą człowieka
+zaufania, któryby pana nie opuszczał na krok.
+
+-- Czyżbyś pan chciał ze mną jechać, panie Holmes?
+
+-- W razie konieczności, stawię się natychmiast, ale teraz mam ważną
+sprawę i nie mogę opuścić Londynu. Przedstawiciel pierwszorzędnego
+rodu jest trapiony przez łotra i wyzyskiwacza. Muszę zapobiedz
+skandalowi.
+
+-- Może mi pan kogo poleci na swoje miejsce?
+
+Holmes położył mi rękę na ramieniu.
+
+-- Jeżeli mój przyjaciel zechce panu towarzyszyć -- rzekł -- to nikomu
+nie mógłbyś pan tak zaufać, jak jemu.
+
+Propozycya zaskoczyła mnie zupełnie znienacka. Zanim jednak zdążyłem
+odpowiedzieć, Baskerville wyciągnął do mnie rękę.
+
+-- Mam nadzieję, że mi pan tego nie odmówisz -- rzekł. -- Gdybyś
+pan chciał wyświadczyć mi tę łaskę, będę panu wdzięcznym do końca
+życia.
+
+Nęciły mnie zawsze niezwykłe przygody, a w dodatku pochlebiała mi
+skwapliwość, z jaką sir Henryk przyjął tę propozycyę.
+
+-- Pojadę z przyjemnością -- odparłem.
+
+-- I będziesz mi donosił o wszystkiem -- rzekł Holmes. -- Gdy
+przyjdzie kryzys, co jest nieuniknionem, wskażę ci, jak masz postąpić.
+Sądzę, że za dni kilka będziesz gotów do drogi.
+
+-- Mogę jechać w sobotę -- oświadczyłem.
+
+-- A więc spotkamy się o godzinie 10-ej minut 30 na dworcu Waterloo --
+rzekł sir Henryk.
+
+Nagle wydał okrzyk zdziwienia. Podbiegł do łóżka, schylił się
+i z pod nocnej szafki wydobył but żółty.
+
+-- Mam moją zgubę! -- zawołał.
+
+-- Oby wszystkie przykrości zostały równie szybko usunięte -- życzył
+mu Sherlock Holmes.
+
+-- To jednak dziwne! -- zauważył doktor Mortimer. -- Przeszukałem
+starannie cały pokój przed śniadaniem...
+
+-- I ja także -- wtrącił sir Baskerville.
+
+-- Wtedy nie było buta.
+
+-- Zapewne posługacz podrzucił go w czasie naszej nieobecności.
+
+Posłaliśmy po Niemca, ale twierdził, że o niczem nie wie i nie umiał
+wyjaśnić tego dziwnego zdarzenia.
+
+Więc znowu jedna zagadka powiększyła szereg drobnych tajemnic,
+następujących tak szybko po sobie. Nie licząc już śmierci sir Karola,
+w ciągu dwóch dni wpadaliśmy z jednego zdziwienia w drugie, łamiąc
+sobie głowę: to nad drukowanym listem, to nad zjawieniem się szpiegów,
+nad zniknięciem żółtego, to czarnego buta. Odnalezienie żółtego
+było nowym sękiem.
+
+Holmes nie odzywał się, jadąc ze mną na Baker Street; po jego
+ściągniętych brwiach domyślałem się, że waży w myśli te wszystkie
+okoliczności i wysnuwa z nich wnioski. Przez całe popołudnie, aż do
+wieczora, siedział w obłokach dymu.
+
+Przed samym obiadem wręczono mu dwie depesze: Pierwsza brzmiała w te
+słowa:
+
+„Doniesiono mi, że Barrymore jest na miejscu.
+
+ Baskerville”.
+
+Treść drugiej depeszy była następująca:
+
+„Zwiedziłem dwadzieścia trzy hotele wskazane, ale nie mogłem znaleźć
+owego _Timesa_.
+
+ Cartwright”.
+
+-- A więc obie moje nici zerwane -- rzekł Holmes. -- Nic mnie tak nie
+podnieca, jak niepowodzenie. Musimy szukać innej drogi.
+
+-- Pozostaje jeszcze dorożkarz, który woził nieznajomego.
+
+-- Telefonowałem do biura policyi, aby dowiedziano się o jego
+nazwisku. Ktoś dzwoni. To może odpowiedź?
+
+Było to coś więcej. Do pokoju wszedł dorożkarz we własnej osobie.
+
+-- Doniesiono mi z policyi, że ktoś, mieszkający pod tym adresem,
+wypytuje o Nr. 2704 -- rzekł ów człowiek o twarzy dobrodusznej. --
+Jeżdżę już siedem lat i nikt na mnie nigdy skargi nie wnosił, więc
+bardzo mnie to zadziwiło i przyjechałem, żeby się dowiedzieć, co pan
+ma przeciwko mnie.
+
+-- Nie mam przeciwko wam nic zgoła, mój przyjacielu -- odparł Holmes
+-- a właściwie mam dla was pół suwerena, jeżeli potraficie
+odpowiedzieć jasno i dokładnie na moje pytania.
+
+-- Dzisiaj widocznie dobry dzień -- szepnął dorożkarz. -- Czem panu
+mogę służyć?
+
+-- Przedewszystkiem podaj mi swój adres, na wszelki wypadek.
+
+-- John Clayton, Turpey-Street Nr. 3. Stoję z dorożką, na
+Shipley-Yard, w pobliżu dworca Waterloo.
+
+Sherlock Holmes zapisał to sobie.
+
+-- A teraz, Clayton, powiedz mi wszystko, co wiesz, o panu, który stał
+pod tym domem o dziesiątej rano, a potem kazał ci jechać za dwoma
+gentlemanami przez Regent-Street.
+
+Dorożkarz spojrzał na niego ze zdziwieniem.
+
+-- Cóż ja panu mam mówić, kiedy pan sam wie wszystko -- odparł. -- Ten
+pan powiedział mi, że należy do policyi, że jest detektywem, i kazał
+milczeć.
+
+-- Mój przyjacielu, sprawa jest bardzo ważna, i możesz się znaleźć
+w trudnem położeniu, jeśli zachowasz to, co wiesz, dla siebie -- rzekł
+Holmes. -- A więc ten pan ci mówił, że jest detektywem?
+
+-- Tak, proszę pana.
+
+-- A kiedy ci to powiedział?
+
+-- Wysiadając z dorożki.
+
+-- Czy wymienił swoje nazwisko?
+
+-- Tak.
+
+Holmes rzucił mi tryumfujące spojrzenie.
+
+-- To było bardzo nieostrożnie -- rzekł. -- Jak się nazywa?
+
+-- Sherlock Holmes.
+
+Nigdy jeszcze nie widziałem mojego przyjaciela tak zdumionym. Spuścił
+głowę i milczał. Wreszcie wybuchnął śmiechem.
+
+-- A to szczwany lis! Zadrwił sobie ze mnie. Lubię takich! Powiedział,
+że się nazywa Sherlock Holmes?
+
+-- Tak.
+
+-- Dobrze. Powiedz mi teraz, w którem miejscu wsiadł do dorożki i co
+było potem?
+
+-- Zawołał na mnie o wpół do dziesiątej na Trafalgar Square.
+Powiedział odrazu, że jest detektywem i ofiarował mi dwie gwinee,
+jeżeli przez cały dzień będę spełniał jego rozkazy i o nic pytać
+nie będę. Zgodziłem się chętnie. Naprzód pojechaliśmy pod hotel
+Northumberland i czekaliśmy tam, aż dwóch gentlemanów wyszło. Wsiedli
+do dorożki. Jechaliśmy za nimi; wysiedli gdzieś tutaj w pobliżu.
+
+-- Weszli do tego domu?
+
+-- Nie pamiętam dokładnie, ale mój gość widział i zapamiętał.
+Stanęliśmy opodal i czekaliśmy półtory godziny. Potem ci gentlemanowie
+przeszli mimo nas, mój pan kazał mi jechać powoli przez Baker-Street,
+a potem przez Regent Street, do połowy. Wtedy gentleman spuścił
+okienko i krzyknął, żebym jechał prosto na dworzec Waterloo, co koń
+wyskoczy. Zaciąłem szkapę i dojechaliśmy w dziesięć minut.
+Wysiadając, odwrócił się do mnie i rzekł: -- „Może ciekaw będziesz
+dowiedzieć się, kogo wiozłeś? Jestem Sherlock Holmes”.
+
+-- A nie widziałeś go już potem?
+
+-- Nie.
+
+-- Jakże ten pan Sherlock Holmes wyglądał?
+
+Dorożkarz podrapał się w głowę.
+
+-- Nie tak łatwo go opisać. Miał może lat czterdzieści, był
+średniego wzrostu, ze dwa cale niższy od pana, ubrany był
+porządnie, miał dużą, czarną brodę, przyciętą spiczasto,
+i był bardzo blady.
+
+-- Jakie miał oczy?
+
+-- Nie wiem.
+
+-- Nie zapamiętałeś nic więcej?
+
+-- Nie.
+
+-- Masz swoje pół suwerena; dostaniesz drugie pół, jak mi doniesiesz
+coś więcej. Dobranoc.
+
+-- Dobranoc panu i dziękuję.
+
+John Clayton wyszedł, uradowany.
+
+-- Urwała się trzecia nić! -- zawołał Holmes. -- To sprytny hultaj!
+Wiedział, gdzie mieszkam, w jakim interesie sir Henryk przybył do
+mnie; poznał mnie na Regent-Street; domyślił się, że spostrzegłem
+numer dorożkarza, że go sprowadzę, i dlatego wymienił moje nazwisko.
+Powiadam ci, Watson, mamy przeciwnika nielada. Zaszachowano mnie
+w Londynie. Życzę ci lepszego powodzenia w Devonshire. Mam wyrzuty
+sumienia, że cię tam posyłam. Sprawa nieczysta. Możemy się śmiać,
+ale ci powiem, że chciałbym cię już widzieć tutaj z powrotem.
+
+
+
+
+VI.
+
+Baskerville Hall.
+
+
+Sir Henryk Baskerville i doktor Mortimer byli gotowi do drogi i w dniu
+oznaczonym wyruszyliśmy do Devonshire. Sherlock Holmes odwiózł mnie na
+dworzec i udzielił ostatnich rad i wskazówek.
+
+-- Nie będę bałamucił twego własnego sądu, poddając ci moje
+podejrzenia -- mówił. -- Pragnę tylko, abyś mi donosił o faktach
+z największymi szczegółami. Pozostaw mi wysnuwanie z nich wniosków.
+
+-- O jakich faktach chcesz wiedzieć? -- spytałem.
+
+-- Chcę wiedzieć o wszystkiem, co się zdarzy, choćby to napozór nie
+miało żadnego związku z naszą sprawą; pragnę zwłaszcza poznać
+stosunki młodego Baskervilla z sąsiedztwem, oraz wszelkie szczegóły,
+odnośne do śmierci sir Karola. Jedno wydaje mi się pewnem, a mianowicie,
+że pan Jerzy Desmond, najbliższy spadkobierca, jest człowiekiem
+bezinteresownym i że nie on był sprawcą morderstwa. Możemy go zupełnie
+pominąć. Szukajmy wśród najbliższego otoczenia sir Henryka.
+
+-- Czy nie należałoby przedewszystkiem pozbyć się małżonków
+Barrymore?
+
+-- Byłoby to wielką nieostrożnością. Jeżeli są niewinni, stałaby
+się im krzywda; jeśli są winni, ułatwiłoby im to zatarcie śladów.
+Nie! trzeba ich zatrzymać, ale nie spuszczać z nich oka. Jest tam
+jeszcze _groom_. Jest dwóch dzierżawców w pobliżu łąki. Jest doktor
+Mortimer, ale ten wydaje mi się zupełnie uczciwym; jest jego żona,
+o której nic nie wiemy. Dalej jest pan Frankland z Lafter-Hall
+i jeszcze paru sąsiadów. Tym wszystkim sąsiadom musisz przyglądać
+się bacznie, aby poznać dokładnie ich charakter, ich cele,
+upodobania i t. d.
+
+-- Uczynię, co tylko w mej mocy.
+
+-- Wszak masz broń przy sobie?
+
+-- Tak, na wszelki przypadek wziąłem rewolwer.
+
+-- Niech cię nie opuszcza we dnie i w nocy; bądź w zbrojnem pogotowiu.
+
+Nasi przyjaciele znaleźli już przedział pierwszej klasy i czekali na
+platformie.
+
+-- Nie mamy żadnych wieści -- odparł doktor Mortimer w odpowiedzi na
+pytanie Holmesa. -- Jednego tylko jestem pewien, a to, że nas już nie
+śledzono przez te dwa dni ostatnie. Wychodziliśmy zawsze pod opieką
+tajnego policyanta, który nic podejrzanego nie dostrzegł.
+
+-- Mam nadzieję, że trzymaliście się panowie razem?
+
+-- Prawie ciągle; wczoraj wyjątkowo spędziłem całe popołudnie u sir
+Henryka w muzeum chirurgicznem -- odparł doktor Mortimer.
+
+-- Było to wielką nieostrożnością -- rzekł Holmes z zadumą. --
+Proszę cię, sir Henryku, nie wychodź nigdy sam, bo może cię
+spotkać wielkie nieszczęście. Czy znalazł się drugi but?
+
+-- Przepadł z kretesem.
+
+-- Do widzenia -- mówił Holmes, gdy pociąg ruszył -- a pamiętaj, sir
+Henryku, jedno zdanie z owej legendy: po zachodzie słońca unikaj łąki
+i przyległego trzęsawiska.
+
+ * * * * *
+
+Podróż była przyjemna; czas zeszedł mi na zawiązywaniu bliższej
+znajomości z moimi towarzyszami i na bawieniu się z pieskiem doktora
+Mortimera.
+
+Po paru godzinach zazieleniały pola, przez okno wagonu widać było
+pasące się trzody. Młody Baskerville przyglądał się krajobrazowi
+z widoczną przyjemnością, zwłaszcza, gdyśmy wjechali w jego rodzinne
+Devonshire.
+
+-- Od chwili, gdym je opuścił, objechałem świat dokoła -- mówił --
+a nie widziałem nigdzie nic podobnego.
+
+-- Wszyscy obywatele Devonshire dzielą pańskie zdanie -- wtrąciłem. --
+Żadna okolica nie wzbudza tak wielkiego przywiązania w swoich
+mieszkańcach, jak ta właśnie.
+
+-- To zależy od rasy -- tłómaczył doktor Mortimer. -- Dość spojrzeć
+na okrągłą czaszkę sir Henryka, aby poznać, że jest celtyckiego
+pochodzenia, a Celtowie mają wrodzony zapał i zdolność przywiązywania
+się do ludzi i kraju. Głowa biednego sir Karola była nawpół galijska,
+nawpół celtycka. Wszak pan, sir Henryku, opuściłeś Baskerville-Hall
+w bardzo młodym wieku?
+
+-- Miałem zaledwie lat dziesięć, gdy mój ojciec umarł. Zresztą nie
+znam pałacu, mieszkaliśmy w ustronnym dworku na południowem wybrzeżu.
+Stamtąd pojechałem wprost do Ameryki. Cały ten kraj jest dla mnie tak
+obcym i nowym, jak dla doktora Watson, a chciałbym już jaknajprędzej
+zobaczyć łąkę i przyległe trzęsawisko.
+
+-- Pańskie życzenie już się spełniło.
+
+Doktor Mortimer wskazywał nam przez szybę rozległą pustą przestrzeń.
+
+Był to widok smutny, ponury. Baskerville przyglądał mu się ze
+wzruszeniem, jako pobojowisku, na którem rozegrywały się tragiczne
+losy jego rodziny.
+
+W jego brwiach ściągniętych, w zarysie ust znać było niezłomną wolę
+i energię.
+
+Pociąg zatrzymał się przy małej stacyjce. Wysiedliśmy z wagonu. Po
+drugiej stronie dworca czekał nas amerykan, zaprzężony w dwa rosłe
+konie.
+
+Nasz przyjazd był widocznie wypadkiem dnia, gdyż obstąpili nas
+tragarze, a naczelnik stacyi ze swoim sztabem przyglądali nam się
+ciekawie. Zastanowił mnie widok dwóch rosłych chłopów w mundurach
+żołnierskich; stali, oparci na karabinach i nie spuszczali z nas oka.
+
+Stangret, o twarzy surowej, powitał sir Henryka ukłonem. Zajęliśmy
+miejsca w wehikule, konie pomknęły szybko; mijaliśmy schludne fermy,
+otoczone ogródkami, ale woddali szarzały wciąż oparzeliska.
+
+Amerykan wjechał na boczną drogę; mknęliśmy wśród łąk żyznych
+i pól uprawnych. Przy każdym zakręcie, ujawniającym nowe horyzonty,
+Baskerville wydawał ciche okrzyki zachwytu. Minęliśmy lasek dębowy;
+zeschłe liście uściełały drogę nowemu dziedzicowi. Można to było
+poczytywać za złą wróżbę...
+
+-- Hola! cóż to znaczy? -- zawołał doktor Mortimer, gdyśmy wyjechali
+na pole.
+
+Jak wryty w ziemię, stał żołnierz na koniu, z bagnetem przez ramię.
+
+-- Co to znaczy, Perkins? -- spytał znowu doktor Mortimer.
+
+Stangret odwrócił się ku nam i rzekł:
+
+-- Trzy dni temu, jakiś więzień uciekł z więzienia w Princetown;
+wszystkie drogi kołowe i wszystkie dworce w pobliżu strzeżone są przez
+wojsko. Nie podoba się to naszym fermerom.
+
+-- Powinni być radzi. Policya płaci dobrze za wiadomości o zbiegach.
+Można zarobić kilka funtów.
+
+-- Ale można też stracić głowę, bo taki nie daruje i gardło poderznie
+każdemu, kto policyę na jego trop wsadzi.
+
+-- Cóż to za jeden?
+
+-- Nazywa się Seldon. Wpakowano go do więzienia za morderstwo
+w Notting-Hill.
+
+Pamiętałem dobrze tę sprawę, bo Holmes interesował się nią, z powodu
+niezwykłego okrucieństwa mordercy. Złagodzono mu karę śmierci na
+dożywotnie więzienie: został uznany niepoczytalnym; sędziowie nie
+mogli uwierzyć, aby dopuścił się tak potwornej zbrodni, będąc przy
+zdrowych zmysłach.
+
+Nasz amerykan toczył się teraz brzegiem trzęsawiska, najeżonego
+wysokiemi kamieniami. Widok był groźny. Nawet sir Henryk przestał się
+zachwycać krajobrazem.
+
+Żyzna okolica pozostała za nami; mieliśmy przed sobą ziemię szarą,
+jałową, zrzadka ukazywała się ludzka siedziba, opasana murem
+z kamieni. Wreszcie wjechaliśmy w jar głęboki; roztoczyła się znowu
+zieleń drzew, a w oddali ukazały się dwie strzeliste wieże. Stangret
+wskazał biczem.
+
+-- To Baskerville Hall -- oznajmił.
+
+Pan tej rezydencyi, z roziskrzonemi oczyma przyglądał się swojej
+siedzibie.
+
+W parę minut potem wjeżdżaliśmy już w pałacową bramę,
+staroświecką, sklepioną; po chwili ukazał nam się gmach,
+przebudowany za południowo-afrykańskie złoto sir Karola.
+
+Turkot kół zamierał na zwiędłych liściach, stare drzewa tworzyły
+tunel nad naszemi głowami. Baskerville drgnął, widząc tę aleję.
+
+-- Czy to było tutaj?... -- spytał półgłosem.
+
+-- Nie; Aleja Wiązów jest po drugiej stronie -- objaśnił go doktor
+Mortimer.
+
+-- Nie dziw, że stryj miewał złe przeczucia. Ten liściasty tunel może
+najodważniejszego człowieka przejąć strachem. Oświecę go lampami
+elektrycznemi. Za pół roku ten dziedziniec będzie nie do poznania.
+
+Minęliśmy ciemną aleję, i szerokim, wzniesionym podjazdem zajechaliśmy
+przed pałac.
+
+Środkowy korpus ozdobiony był wspaniałym portykiem; po bokach wznosiły
+się wieże, średniowieczne, zębate, ze strzelnicami.
+
+-- Witaj nam, sir Henryku! Witaj w domu swych przodków
+w Baskerville-Hall!
+
+Z temi słowami pod portyk wyszedł mężczyzna wysoki, blady, i otworzył
+drzwiczki amerykana. Po za nim stała kobieta; pomagała mu wyjmować
+kuferki.
+
+-- Pozwoli pan, że, nie zsiadając, odjadę do domu -- rzekł doktor
+Mortimer. -- Czeka na mnie żona.
+
+-- Jakto? Nie chce pan zostać na obiad?
+
+-- Chętniebym został i oprowadził pana po tej rezydencyi, ale
+Barrymore spełni to lepiej odemnie. Muszę wracać. Dowidzenia!
+A proszę pamiętać, że jestem na pańskie usługi o każdej porze
+dnia i nocy.
+
+Amerykan potoczył się znowu ciemną aleją. Sir Henryk przestąpił
+próg, ja za nim.
+
+Znaleźliśmy się w ogromnej, sklepionej sieni, z wiązaniami z belek
+dębowych. W staroświeckim kominku płonął ogień. Obaj wyciągnęliśmy
+ręce zziębnięte, a rozgrzawszy się, wodziliśmy oczyma po ścianach,
+zawieszonych zbrojami, strzelbami i myśliwskimi trofeami.
+
+-- Tak sobie właśnie wyobrażałem tę siedzibę -- mówił sir
+Henryk. -- Typowa rezydencya angielskiego szlachcica. Gdy
+pomyślę, że moi przodkowie żyli tu przez pięć wieków, ogarnia
+mnie dziwne wzruszenie.
+
+Barrymore, zaniósłszy kuferki do naszych pokojów, wrócił i stał
+przy drzwiach, jako wytrawny służbista, nie chcąc przerywać
+naszej rozmowy.
+
+Był to mężczyzna lat średnich, niezwykłej urody, o twarzy bladej,
+z dużą czarną brodą i regularnymi rysami.
+
+-- Czy jaśnie pan każe podać obiad? -- zapytał.
+
+-- Już gotów?
+
+-- Gotów. Jaśnie pan znajdzie wodę ciepłą w swojej ubieralni. Moja
+żona i ja będziemy starali się dogadzać jaśnie panu, dopóki nie
+znajdzie nowej służby.
+
+-- Więc chcecie mnie opuścić?
+
+-- Warunki zmieniły się. My dwoje wystarczaliśmy sir Karolowi, ale
+jaśnie pan zechce zapewne żyć dworniej, przyjmować gości i będzie
+potrzebował więcej służby.
+
+-- Więc chcecie mnie opuścić? -- powtórzył sir Henryk. -- Wszak twoja
+rodzina służyła mojej przez kilka pokoleń. Przykroby mi było
+rozpoczynać nowe życie od zrywania tak dawnego stosunku.
+
+Zdało mi się, że dostrzegam wzruszenie na chłodnej twarzy kamerdynera.
+
+-- I nam będzie przykro -- odparł -- ale byliśmy oboje bardzo
+przywiązani do sir Karola; jego śmierć wstrząsnęła nas do głębi.
+Ten dom budzi w nas tak smutne wspomnienia, że wolelibyśmy go
+opuścić.
+
+-- Cóż zamierzacie uczynić?
+
+-- Chcielibyśmy rozpocząć jakiś interes. Hojność sir Karola
+dostarczyła nam środków po temu. Może jaśnie pan zechce obejrzeć
+swoją rezydencyę.
+
+Nad sienią była oszklona galerya. Prowadziły do niej podwójne schody.
+Z tej galeryi wychodziły dwa korytarze, wiodące do pokojów sypialnych.
+Mój, przylegał do sypialni sir Henryka. Ta część domu była widocznie
+przybudowana: pokoje jasne, urządzone nowocześnie, zaopatrzone we
+wszelkie wygody.
+
+Za chwilę zeszliśmy do jadalni. Była to komnata wysoka, staroświecka,
+przedzielona na dwie części: w jednej, do której wchodziło się po
+trzech schodkach, za dawnych czasów jadali suzerenowie, zaś w niższej
+-- wasale. Sklepione sufity nadawały jeszcze powagi tej komnacie, która
+przy świetle pochodni, wśród gwaru uczty, bywała nieraz jasną
+i wesołą, ale teraz, w blasku lampy, przyświecającej dwom gentlemanom
+we frakach, wydawała się anachronizmem.
+
+Wszystkie cztery ściany były ozdobione wizerunkami przodków,
+poczynając od rycerzy z czasów Elżbiety, a kończąc na przedostatnim
+właścicielu Baskerville-Hall.
+
+Mówiliśmy mało i przyznam, że byłem rad, gdy obiad skończył się
+i mogliśmy wyjść do bilardowego pokoju na cygaro.
+
+-- Niezbyt wesoła rezydencya... -- rzekł sir Henryk. -- Przypuszczam,
+że można się do niej przyzwyczaić, ale na razie czuję się nieswój.
+Nic dziwnego, że mój stryj stał się dziwakiem. Połóżmy się
+wcześniej. Może jutro, przy blasku słonecznym, te komnaty
+przedstawią nam się weselej.
+
+Przed udaniem się na spoczynek, podniosłem roletę i wyjrzałem przez
+okno. Widok był na trawnik przed portykiem. Pośrodku stały dwa dęby,
+miotane wiatrem, Księżyc, w ostatniej kwadrze, przeświecał blado przez
+chmury. Zdala widniały nagie skały, a po za niemi trzęsawisko.
+
+Spuściłem roletę, nie chcąc patrzeć dłużej na ten ponury krajobraz.
+
+Byłem zmęczony, a jednak usnąć nie mogłem; obracałem się z boku na
+bok. Na dole zegar wybijał kwadranse, po za tem panowała cisza
+grobowa.
+
+Nagle przerwał ją płacz niewieści. Usiadłem na łóżku i począłem
+nasłuchiwać. Przez pół godziny czekałem w natężeniu, ale oprócz
+płaczu nie usłyszałem nic zgoła.
+
+
+
+
+VII.
+
+Stapleton z Merripit-House.
+
+
+Świeżość następnego poranka rozproszyła smutne wrażenie, jakie na
+nas obu wywarła rezydencya Baskervillów. W świetle promieni
+słonecznych, ślizgających się po starych zbrojach, sala jadalna
+wydała nam się weselszą, gdyśmy zasiedli do śniadania.
+
+-- Widzę że to była wina naszego usposobienia, nie zaś dworu -- mówił
+baronet. -- Byliśmy wczoraj zmęczeni drogą, zziębli, więc wszystko
+ukazywało nam się w ponurem świetle. Dziś jesteśmy rzeźwi,
+wypoczęci, to też dom wydaje nam się weselszym.
+
+-- A jednak nie wszystko było grą wyobraźni -- odparłem. -- Czy pan
+słyszał wczoraj płacz?
+
+-- Istotnie, zdawało mi się, że słyszę zawodzenie żałosne.
+Natężyłem słuch, ale płacz ustał; więc byłem pewien, że mi
+się śniło.
+
+-- Ja słyszałem płacz najwyraźniej i mógłbym ręczyć, że płakała
+kobieta.
+
+-- Trzeba to sprawdzić -- oświadczył sir Henryk.
+
+Zadzwonił na Barrymora i spytał go o wyjaśnienie tej zagadki. Zdało mi
+się, że blada twarz kamerdynera zbladła jeszcze bardziej.
+
+-- W domu są tylko dwie kobiety -- odparł. -- Mleczarka, która śpi
+w drugiem skrzydle i moja żona. Co do mojej, mogę ręczyć, że nie
+płakała.
+
+A jednak, mówiąc to, kłamał.
+
+Po śniadaniu, spotkałem mrs. Barrymore w sieni. Słońce padało na jej
+twarz chłodną, płaską i brzydką. Duże, wyraziste oczy były
+zaczerwienione; spojrzała na mnie z pod zapuchłych powiek.
+
+A więc to ona płakała wśród nocy; mąż wiedział o tem napewno.
+Jednak zaprzeczył nam. Jaki miał w tem cel? Dlaczego ona płakała?
+
+Ten blady mężczyzna z czarną brodą wydawał mi się podejrzanym. On
+pierwszy znalazł trupa sir Karola; o okolicznościach, towarzyszących
+jego śmierci wiedzieliśmy tylko to, co Barrymore opowiadał. Zaczynałem
+przypuszczać, że to on, Barrymore, ukrywał się w dorożce i śledził
+sir Henryka. Broda była podobna. Wprawdzie według rysopisu dorożkarza,
+rzekomy Sherlock Holmes był niższego wzrostu, lecz rysopisy bywają
+niedokładne.
+
+Trzeba było tę rzecz sprawdzić. Ale w jaki sposób? Przedewszystkiem
+należało dowiedzieć się od pocztmistrza w Grimpen, czy telegram został
+oddany do własnych rąk Barrymora.
+
+Po południu sir Henryk chciał załatwić korespondencyę; mogłem udać
+się do Grimpen. Był to spacer niedaleki, droga wiodła brzegiem
+trzęsawiska.
+
+W Grimpen były tylko dwie murowane budowle: austerya i dom doktora
+Mortimera. Pocztmistrz utrzymywał jednocześnie sklepik korzenny.
+
+-- Naturalnie -- odparł na moje pytanie -- depesza została wręczona
+panu Barrymore, stosownie do życzenia.
+
+-- Kto ją wręczył?
+
+-- Mój chłopak. Słuchaj-no, James, wszak w zeszłym tygodniu oddałeś
+telegram do rąk pana Barrymore w Baskerville-Hall?
+
+-- Tak, ojcze.
+
+-- Do rąk własnych? -- spytałem.
+
+-- Był wtedy na strychu, więc nie mogłem oddać mu do rąk, ale
+wręczyłem depeszę jego żonie, która powiedziała, że ją zaraz
+zaniesie mężowi.
+
+-- Czy widziałeś pana Barrymore?
+
+-- Nie, proszę pana; mówiłem już, że był na strychu.
+
+-- Jeżeliś go nie widział, to skądże wiesz, że był na strychu?
+
+-- Jego własna żona musiała chyba wiedzieć, gdzie się obraca --
+wtrącił pocztmistrz. -- Czyżby nie dostał depeszy? Jeżeli zaszła
+pomyłka, niech sam Barrymore wniesie skargę.
+
+Na nicby się zdały dalsze pytania. Mimo wybiegu Holmesa, nie
+pozyskaliśmy pewności, że Barrymore nie był wtedy w Londynie. On,
+który ostatni widział sir Karola żywym, chciał może pierwszy zobaczyć
+swego nowego pana.
+
+Ale jaki mógł mieć cel w prześladowaniu rodziny Baskerville?
+
+Przypomniała mi się dziwna przestroga, wycięta ze wstępnego artykułu
+_Timesa_. Kto ją przesłał? On, czy też ktoś, kto chciał pokrzyżować
+jego plany?
+
+Może kamerdyner chciał zabezpieczyć sobie w dalszym ciągu spokojne
+i niezależne stanowisko w pałacu, w którym podczas nieobecności
+właścicieli był prawdziwym panem?...
+
+Ale taki cel byłby niedostateczną pobudką do zbrodni.
+
+Sam Holmes powiadał, że nigdy jeszcze nie zdarzyła mu się sprawa
+tak zawiła. Pragnąłem już jak najprędzej oddać ją w ręce mego
+przyjaciela.
+
+Tok moich myśli został przerwany odgłosem kroków. Ktoś biegł za mną
+i wołał mnie po nazwisku.
+
+Odwróciłem się, pewien, że ujrzę doktora Mortimer, lecz ku mojemu
+zdziwieniu, zobaczyłem nieznajomego.
+
+Był to mężczyzna niewielkiego wzrostu, o twarzy wygolonej, o włosach
+ciemnych, gładko przyczesanych; mógł mieć lat trzydzieści parę do
+czterdziestu. Przez ramię zwieszała mu się puszka, w jednej ręce
+niósł siatkę do łowienia owadów.
+
+-- Daruje mi pan moją natarczywość, doktorze Watson -- rzekł,
+podbiegając do mnie zdyszany -- ale tu, na tych piaskach, żyjemy
+bez ceremonii. Prezentacye odbywają się naturalnie. Słyszał pan już
+o mnie od naszego wspólnego przyjaciela, doktora Mortimer. Jestem
+Stapleton z Merripit House.
+
+-- Poznałbym pana po siatce -- odparłem, bo wiadomo mi, że pan
+Stapleton jest naturalistą -- ale w jaki sposób pan mnie poznał?
+
+-- Byłem u Mortimera i pokazał mi pana przez okno. Ponieważ idę w tę
+samą stronę, więc dogoniłem pana. Czy sir Henryk już wypoczął po
+podróży?
+
+-- Najzupełniej.
+
+-- Obawialiśmy się tu wszyscy, że nowy baronet, po tragicznej śmierci
+sir Karola, nie zechce zamieszkać tutaj. Spełnia ofiarę, zagrzebując
+się w takiem ustroniu; ale okolica na tem zyska i powinna mu być
+wdzięczna. Spodziewam się, że sir Henryk nie żywi przesądnych obaw?
+
+-- Jest na to zbyt rozumny.
+
+-- Ma się rozumieć, słyszałeś już pan legendę o psie,
+prześladującym tę rodzinę?
+
+-- Słyszałem.
+
+-- To dziwna, jak tutejsi włościanie są łatwowierni: każdy z nich
+gotów przysiądz, że widział psa na własne oczy.
+
+Pan Stapleton mówił to z uśmiechem, ale z oczu jego było widać, że
+przywiązuje wiarę do tych pogłosek.
+
+-- Owa legenda oddziałała na wyobraźnię sir Karola -- ciągnął
+dalej -- i pewien jestem, że sprowadziła śmierć nagłą.
+
+-- W jaki sposób?
+
+-- Sir Karol był tak zdenerwowany, że ukazanie się psa mogło go
+zabić. Zdaje mi się, że ujrzał istotnie jakieś dziwne stworzenie
+w Alei Wiązów... Obawiałem się zawsze anewryzmu serca, bo byłem
+bardzo do niego przywiązany.
+
+-- Skąd pan wiedział o wadzie serca?
+
+-- Od mego przyjaciela, doktora Mortimer.
+
+-- Zatem sądzisz pan, że jakiś pies ścigał sir Karola i że biedak
+zmarł skutkiem strachu?
+
+-- Czy pan znasz jaki inny powód śmierci?
+
+-- Dotychczas nie wyprowadzam wniosków.
+
+-- A pan Sherlock Holmes czy wyraził już swój pogląd na tę sprawę?
+
+Zdziwiło mnie takie pytanie. Można je było wziąć za zasadzkę, ale
+twarz mówiącego była chłodna i obojętna, więc moje podejrzenia
+musiały pierzchnąć.
+
+-- Nie dziw, że znam pańskie stosunki ze słynnym detektywem -- rzekł
+pan Stapleton. -- Wszak wiadomo powszechnie, iż jesteście w przyjaźni
+ze sobą. Gdy doktor Mortimer wymienił mi pańskie nazwisko; domyśliłem
+się odrazu, że pan Sherlock Holmes wziął w swoje ręce tę sprawę
+i że pan tu przybyłeś z jego ramienia. Rzecz naturalna, że chciałbym
+się dowiedzieć, co pan Sherlock Holmes o tem myśli.
+
+-- Nie potrafię pana objaśnić w tym względzie.
+
+-- Czy zamierza odwiedzić naszą okolicę?
+
+-- Chwilowo nie może opuścić Londynu; ważniejsze sprawy pochłaniają
+jego czas i uwagę.
+
+-- Szkoda wielka! Możeby wyświetlił tę tajemnicę... Gdybyś pan
+potrzebował wskazówek, gotów jestem służyć. Może mi pan powie,
+w jaki sposób zamierzasz pan prowadzić sprawę, a kto wie, czy
+nie mógłbym udzielić panu pomocy...
+
+-- Przybyłem tu w odwiedziny do mego przyjaciela, sir Henryka, i nie
+potrzebuję żadnej pomocy.
+
+-- Jesteś pan ostrożny. To się chwali! -- rzekł Stapleton -- a ja
+zostałem ukarany za natręctwo i nie ponowię już propozycyi, uczynionej
+ze szczerego serca i w najlepszej chęci.
+
+Doszliśmy do ścieżki, wiodącej przez piaski i trzęsawiska. Na prawo
+sterczał odłam skały; po za nią, w pewnej odległości, unosił się
+dym z komina.
+
+-- Ta ścieżka prowadzi do Merripit-House -- rzekł Stapleton. -- Może
+mnie pan zechce zaszczycić swojemi odwiedzinami?
+
+Miałem ochotę odmówić ze względu na sir Henryka, ale przypomniałem
+sobie, że jest zajęty korespondencyą; nie mogłem mu dopomódz, a
+z drugiej strony, Holmes kazał mi poznawać sąsiedztwo. Więc przyjąłem
+zaproszenie pana Stapleton i weszliśmy razem na ścieżkę.
+
+-- Dziwne to trzęsawisko -- mówił, wskazując mi olbrzymią
+płaszczyznę, pokrytą piaskami i trawą -- dla nieoswojonego oka
+wydaje się monotonnem i smutnem, ale kto się przyzwyczai do tych
+fal piaszczystych; dla tego mają one urok nieprzeparty, a zawierają
+tyle tajemnic!...
+
+-- Pan je zgłębiłeś?
+
+-- Mieszkam tu od lat dwóch zaledwie. Tutejsi mieszkańcy mogliby mnie
+nazwać obcym przybyszem. Osiedliliśmy się tutaj wkrótce po przybyciu
+sir Karola, ale moje upodobania przyrodnicze skłaniają mnie do
+ciągłych wędrówek, to też poznałem każdą niemal piędź ziemi.
+Sądzę, że nikt tutaj nie zna jej lepiej odemnie.
+
+-- Czy okolica jest tak trudną do poznania?
+
+-- Bardzo trudną. Widzisz pan, naprzykład, tę rozległą równinę na
+północ, obramowaną wzgórzami. Czy dostrzegasz pan co niezwykłego?
+
+-- Widzę, że możnaby galopować po tej równinie.
+
+-- Wielu już przypłaciło życiem taką chętkę. Czy widzisz pan zielone
+plamy, któremi usiana jest ta płaszczyzna?
+
+-- Są to zapewne kępki traw.
+
+Stapleton roześmiał się.
+
+-- To tak zwane Grimpen-Mire,[1] błota nieprzebyte. Jeden krok
+fałszywy, a śmierć pewna. Niedalej, jak wczoraj, widziałem na własne
+oczy, jak zapadł w nie młody źrebak. Pochłonęło go trzęsawisko.
+Niebezpiecznie jest zapuszczać się tutaj nawet wśród letniej suszy,
+ale podczas jesiennych roztopów miejsce to jest cmentarzem, a jednak
+potrafię przejść i wrócić bezpiecznie przez sam środek bagna. Widzisz
+pan?... znowu jakiś źrebiec ugrzązł w błocie...
+
+Istotnie dostrzegłem coś szamocącego się; po chwili wysunęła się
+długa szyja i rozległ się okrzyk przeraźliwy. Drgnąłem. Mój
+towarzysz był chłodniejszy odemnie.
+
+-- Już po nim! -- rzekł. -- Pochłonęło go bagno. Dwóch źrebców w dwa
+dni! Niebezpiecznie zapuszczać się na te trzęsawiska.
+
+-- Pan jednak przebywa je bez szwanku? -- wtrąciłem.
+
+-- Tak; po długich wędrówkach znalazłem parę ścieżek bezpiecznych.
+
+-- Co panu zależało na przebyciu tych błot?
+
+-- Widzi pan te wzgórza woddali? To jak wyspy, odcięte od świata.
+Rosną tam rzadkie krzewy i fruwają niezwykłe motyle. Warto się trudzić
+po takie okazy.
+
+-- I ja spróbuję.
+
+Spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
+
+-- Niechże pana Bóg strzeże od takich prób! Miałbym pańskie życie na
+sumieniu! -- zawołał. -- Pan nie wróciłbyś z tej wycieczki. Mnie za
+drogowskaz służą rośliny.
+
+-- Cóż to takiego?... -- zawołałem.
+
+Z oddali doleciało jakby szczekanie. Niepodobna było zmiarkować, skąd
+płynie ten głos okropny.
+
+Stapleton spojrzał na mnie z zagadkowym wyrazem twarzy.
+
+-- Dziwne te bagna, prawda? -- rzekł jakby z dumą.
+
+-- Co to takiego? -- spytałem.
+
+-- Włościanie powiadają, że to pies Baskervillów upomina się
+o zdobycz. Słyszałem ten głos parę razy, ale nigdy jeszcze tak
+wyraźnie, jak dzisiaj.
+
+Dokoła nie było widać żadnego żywego stworzenia.
+
+-- Jesteś pan człowiekiem wykształconym. Wszak pan nie wierzysz
+w przesądy? Jakże pan tłómaczy sobie te głosy? -- spytałem.
+
+-- Stwardniałe błoto, pękając, wydaje czasem takie jęki -- odparł.
+
+-- Nie, nie; to był głos żywego stworzenia.
+
+-- Czyś pan kiedy słyszał wabienie błotnego ptaka, zwanego bąkiem?
+
+-- Nie.
+
+-- To okaz, zaginiony już, ale przetrwał może tutaj. Wszystko możliwe
+na takich bagnach. Nie zdziwiłbym się, gdyby ten głos był wabieniem
+ostatniego bąka w Europie.
+
+-- Bądź co bądź, w życiu mojem nie słyszałem podobnego dźwięku.
+
+-- Tak, to pustkowie zawiera dużo dziwnych rzeczy. Spojrzyj pan na to
+wzgórze. Co pan dostrzegasz?
+
+Cały stok był usiany okrągłemi, foremnemi kamieniami.
+
+-- Co to takiego? -- spytałem.
+
+-- To siedziby naszych czcigodnych przodków. Człowiek przedhistoryczny
+zaludniał gęsto te bagna, a ponieważ od tych czasów nikt tu nie
+mieszkał, ich jaskinie pozostały nietknięte. Widzi się tam łoża,
+stołki, misy...
+
+-- Z jakiej epoki?
+
+-- Neolitycznej zapewne.
+
+-- Cóż ci ludzie robili?
+
+-- Paśli trzody na stokach gór, osuszali bagna, wyrabiali broń
+i sprzęty z kamienia. Tak, to bagno jest ciekawą kartą dziejową. Ale
+przepraszam pana...
+
+Stapleton urwał nagle i podążył za jakimś rzadkim okazem motyla.
+Ścigał go zapamiętale, podskakiwał, kręcił się wkółko.
+
+Ubawiony tem przyrodniczem _intermezzo_, postanowiłem czekać na
+rezultat pościgu. Wtem doleciał mnie znowu odgłos kroków. Obejrzałem
+się i zobaczyłem kobietę, zdążającą ku mnie.
+
+Szła od strony Merripit-House. Domyśliłem się odrazu, że to jest miss
+Stapleton, bom słyszał o jej niepospolitej urodzie. Jakoż nawet
+w stolicy taka piękność musiałaby zwrócić uwagę a olśniewała
+wprost na tem pustkowiu. Byłem tembardziej zdumiony, że miss
+Stapleton stanowiła zupełny kontrast ze swoim bratem. O ile on
+był blady, szczupły, o tyle ona wspaniale rozwinięta; o ile on
+niepozorny, o tyle ona wytworną. On miał włosy i oczy szare,
+płeć wyblakłą -- ona była brunetką tak silną, że podobnych nie
+widuje się w Anglii. Miała rysy nadzwyczaj regularne, oczy ogniste,
+usta prześlicznie wykrojone i płeć z gorącym rumieńcem. Wydawała
+się, jakby cudownem, nadprzyrodzonem zjawiskiem na tle ponurego
+krajobrazu. Oczy jej biegły niespokojnie za bratem, przyśpieszyła
+kroku i zrównała się ze mną. Uchyliłem kapelusza i chciałem
+się przedstawić, lecz nie dała mi dojść do słowa.
+
+-- Wyjeżdżaj pan stąd!... -- szepnęła. -- Wracaj natychmiast do
+Londynu....
+
+Spojrzałem na nią ze zdumieniem. Oczy jej pałały, nóżka uderzała
+o ziemię.
+
+-- Po co mam wracać? -- zagadnąłem.
+
+-- Nie mogę panu tego wytłómaczyć -- odparła głosem przyciszonym --
+ale na miłość Boską, zastosuj się pan do mojej rady. Wyjedź pan stąd
+i nigdy tu nie wracaj.
+
+-- Ależ ja zaledwie przyjechałem...
+
+-- Dlaczego pan nie chce zrozumieć, że ta przestroga ma pańskie dobro
+na względzie? Raz jeszcze powtarzam: wracaj pan do Londynu zaraz, dziś
+wieczorem. Opuść to strony. Cicho!... Mój brat nadchodzi. Nie mów mu
+pan o tem ani słowa... Proszę mi zerwać parę storczyków z tej kępy
+traw -- rzekła innym zupełnie głosem. -- Mamy dużo dzikich storczyków.
+Lubię ten kwiat.
+
+Stapleton zaniechał pościgu i wracał zdyszany.
+
+-- Skądże się tu wzięłaś, Beryl? -- rzekł ostro.
+
+-- Widzę, że jesteś zmęczony -- zagadnęła.
+
+-- Tak, goniłem motyla. Piękny okaz; spotyka się go rzadko, zwłaszcza
+na jesieni.
+
+Mówił to lekko, ale patrzał na siostrę badawczo i groźnie.
+
+-- Zapoznaliście się, państwo, jak widzę -- rzekł. -- Prezentacya już
+zbyteczna.
+
+-- Tak; prosiłam właśnie sir Henryka, żeby zerwał dla mnie parę
+storczyków.
+
+-- Więc bierzesz pana...
+
+-- Sadziłam, że to sir Henryk Baskerville -- wtrąciła.
+
+-- Pani się myli -- rzekłem. -- Jestem tylko jego przyjacielem.
+Nazywam się Watson.
+
+Rumieniec oblał jej śliczną twarzyczkę. Była widocznie zmieszana.
+
+-- Zaszło nieporozumienie... -- rzekła.
+
+-- Nie mieliście przecież dużo czasu na rozmowę -- wtrącił jej brat,
+przeszywając ją wzrokiem badawczym.
+
+-- Mówiłam do doktora Watson, jak do stałego mieszkańca tych stron,
+nie zaś do gościa. Ale może pan zechce nas odwiedzić w Merripit-House?
+
+Przyjąłem zaproszenie. Droga była niedaleka, wiodła brzegiem łąki.
+Dom, przerobiony widocznie ze starej fermy, wznosił się wśród drzew
+niewielkich, otoczony był murowanym parkanom; wyglądał smutno
+i ponuro.
+
+Otworzył nam drzwi stary, mrukliwy służący. Mieszkanie było obszerne,
+w urządzeniu znać było rękę kobiecą. Patrząc przez okno na te bagna,
+usiane kamieniami, zastanawiałem się, co mogło skłonić tak
+wykształconego mężczyznę i tak piękną kobietę do obrania tutaj
+siedziby.
+
+-- Dziwisz się pan zapewne, że rozpięliśmy tutaj namioty? -- rzekł
+Stapleton, jakby w odpowiedzi namoje myśli. -- A jednak dobrze nam
+i czujemy się szczęśliwi. Prawda, Beryl?
+
+-- Zupełnie szczęśliwi -- potwierdziła, bez zapału.
+
+-- Miałem szkołę w jednem z hrabstw północnych -- mówił Stapleton --
+ale ten rodzaj pracy nie odpowiadał mojemu temperamentowi, chociaż
+obcowanie z dziećmi, urabianie ich umysłów, miało dla mnie dużo uroku.
+Losy popchnęły mnie jednak na inną drogę. Wybuchła epidemia. Ofiarą
+jej padło trzech chłopców z mojej szkoły; ucierpiała skutkiem tego na
+opinii i nie mogła już utrzymać się dalej. Naraziło mnie to na dużą
+stratę pieniężną; ale żal mi tylko zmarłych dzieci; dla siebie nie
+żałuję tego, bo mam czas oddawać się moim ulubionym badaniom
+i znalazłem tu obfite pole do studyów nad botaniką i zoologią. Siostra
+dzieli moje upodobania przyrodnicze. Mówię to, żeby panu ułatwić
+rozwiązanie zagadki, nad którą pan zastanawiał się, patrząc na
+oparzeliska.
+
+-- Dziwiłem się istotnie, że państwo obrali tę okolicę, w której
+pobyt musi być smutny, zwłaszcza dla pani.
+
+-- Jest mi tu dobrze -- oświadczyła.
+
+-- Mamy książki, mamy nasze zajęcia naukowe, zresztą mamy sąsiadów.
+Doktor Mortimer jest człowiekiem uczonym w swoim zakresie, biedny sir
+Karol był miłym towarzyszem. Widywaliśmy go często, i jego śmierć
+była dla nas ciosem. Jak pan uważa, czy bez natręctwa, mógłbym
+złożyć dziś wizytę sir Henrykowi?
+
+-- Jestem pewien, że będzie panu rad.
+
+-- A więc odwiedzę go popołudniu. Pragnąłbym, o ile możności,
+uprzyjemnić mu pobyt w tych stronach, zanim przywyknie do ponurej
+okolicy. Może pan zechce obejrzeć mój zbiór motyli? Sądzę, że niema
+obfitszego w całej Anglii południowej.
+
+Nie mogłem przyjąć zaproszenia; pilno mi już było do mego towarzysza.
+Balem się o niego, byłem mimowoli pod wrażeniem smutnego krajobrazu,
+a zapewne i ostrzeżeń miss Stapleton, wypowiedzianych tak poważnie,
+uroczyście niemal, że musiały osłaniać jakąś tajemnicę. To też,
+mimo naglących zaprosin na śniadanie, pożegnałem rodzeństwo
+i wracałem do dworu tą samą ścieżką.
+
+Musiała być jednak inna krótsza droga, bo zanim doszedłem do
+gościńca, ku wielkiemu mojemu zdziwieniu ujrzałem miss Stapleton,
+siedzącą na kamieniu przy drodze.
+
+-- Wybiegłam naprzód, aby pana tu spotkać, nie wzięłam nawet
+kapelusza -- mówiła zdyszana. Chcę pana prosić, abyś zapomniał moje
+słowa. Nie tyczyły się pana.
+
+-- Nie mogę ich zapomnieć, miss Stapleton -- odparłem. -- Jestem
+przyjacielem sir Henryka, chodzi mi o jego bezpieczeństwo. Niechże mi
+pani wytłómaczy, dlaczego radzisz mu pani opuścić te strony i wracać
+do Londynu?
+
+-- To był kaprys kobiecy, doktorze Watson. Gdy mnie pan poznasz,
+przekonasz się, że nie zawsze umiem wytłómaczyć pobudki moich słów
+i czynów.
+
+-- Nie, nie, pamiętam, jak głos pani drżał, pamiętam, jak pani na mnie
+patrzała z trwogą. Na miłość Boską, bądź ze mną szczera, miss
+Stapleton. Od pierwszej chwili, gdym zawitał w te strony, czuję coś
+złowróżbnego w powietrzu. Stąpamy jakby po owych zielonych kępach na
+bagnie, lada chwila możemy w nich utonąć, a nikt nie chce nam wskazać,
+gdzie jest niebezpieczeństwo. Powiedz mi pani, co znaczyły jej słowa,
+a wzamian obiecuję, że je powtórzę sir Henrykowi.
+
+Na twarzy miss Stapleton odbiło się wahanie, ale trwało krótko.
+
+-- Przywiązujesz pan zbyt wielką wagę do moich słów -- odrzekła.
+Oboje z bratem zmartwiliśmy się bardzo śmiercią sir Karola.
+Odwiedzał nas często, mówił z przejęciem o klątwie, ciążącej
+nad jego rodem. Nie dziw, że po jego tragicznej śmierci gotowa
+byłam uwierzyć w słuszność jego obaw, a widząc jego spadkobiercę,
+przedstawiciela tejże rodziny, uważałam sobie za obowiązek
+przestrzedz go o możliwem niebezpieczeństwie. To był jedyny cel
+moich słów.
+
+-- Ale na czem owe niebezpieczeństwo polega?
+
+-- Słyszałeś pan legendę o psie?
+
+-- Nie wierzę w te brednie.
+
+-- Ale ja wierzę. Jeżeli pan ma wpływ na sir Henryka, wywieź go pan
+z tej okolicy. Świat szeroki. Dlaczego sir Henryk ma koniecznie mieszkać
+tutaj, gdzie mu grozi niebezpieczeństwo?
+
+-- Dlatego właśnie, że grozi. Taki już jego charakter. Jeżeli pani nie
+może przytoczyć mi ważniejszego powodu, to tym argumentem nie zdołam
+go skłonić do opuszczenia Baskerville-Hall.
+
+-- Nie mogę przytoczyć innego powodu, bo żadnego innego nie znam.
+
+-- Jeszcze jedno pytanie, miss Stapleton. Jeżeli w słowach pani nie
+było ukrytego znaczenia, to dlaczego nie chciałaś, aby je brat
+usłyszał?
+
+-- Mój brat pragnie, żeby dwór był zamieszkany, bo sądzi, że
+obecność właściciela jest konieczną dla dobra okolicy. Gniewałby
+się na mnie, gdyby wiedział, że radzę sir Henrykowi opuścić te
+strony. Spełniłam swój obowiązek i nic już więcej nie dodam.
+Muszę wracać, bo brat domyśli się, żem rozmawiała z panem. Dowidzenia!
+
+Odeszła, pozostawiając mnie na pastwę obaw i niepokojów o sir
+Henryka.
+
+
+
+
+VIII.
+
+Pierwsze sprawozdanie doktora Watson.
+
+
+Od owego punktu będę przepisywał moje własne listy do Sherlocka
+Holmes, albowiem odtwarzają owe wypadki, myśli i podejrzenia z większą
+dokładnością, niż moja pamięć.
+
+
+ _Baskerville-Hall, 13 października._
+
+Kochany Holmes! Moje poprzednie listy i depesze powiadamiały cię
+dokładnie i szczegółowo o wszystkiem, co się działo w tym ponurym
+zakątku.
+
+Im dłużej tu bawię, tem bardziej czuję się smutny i zaniepokojony.
+Te bagna rzucają cień na duszę. Zdaje mi się, żem się przeniósł
+nietylko do innego kraju, ale i w inną epokę, że żyję w czasach
+przedhistorycznych.
+
+Kamienne siedziby naszych przodków zasiewają gęsto oparzelisko,
+i dziwić się należy, dlaczego oni osiedlali się w tych bagnach?
+Przypuszczam, że to był szczep tchórzliwy, stroniący od wojowniczych
+sąsiadów, a trzęsawisko było najpewniejszą przeciw nim warownią.
+
+Te hypotezy nie mają jednak nic wspólnego z mojem posłannictwem i nie
+zaciekawią twojego praktycznego umysłu. Wiem, jak ci jest obojętnem,
+czy ziemia obraca się dokoła słońca, czy też dzieje się odwrotnie.
+Wracam do faktów, tyczących się sir Henryka Baskerville.
+
+Jeżeliś nie otrzymywał sprawozdań przez parę dni ostatnich, to tylko
+dlatego, że do dziś nie było o czem pisać. Dzisiaj zdarzyła się
+okoliczność niezwykła, lecz zanim ci ją opowiem, muszę cię obznajmiċ
+z innemi stronami sytuacyi.
+
+Wspomniałem ci już o zbiegłym więźniu, który się ukrywa wśród
+bagien. Według wszelkiego prawdopodobieństwa, opuścił już te
+strony, co jest pożądanem dla mieszkańców, żyjących na pustkowiu.
+
+Dwa tygodnie już minęło od jego ucieczki, a dotychczas nikt go nie
+widział i nikt o nim nie słyszał. Łatwo wprawdzie ukryć się na tem
+trzęsawisku, usianem głazami, które służyły za schronienie
+przedhistorycznemu człowiekowi, ale niema tam żadnego pożywienia;
+sądzimy zatem, że uciekł, a okoliczni fermerzy zaczynają nabierać
+otuchy.
+
+W pałacu jest nas czterech silnych mężczyzn; możnaby się obronić
+w danym razie; ale przyznaję, żem się obawiał o Stapletonów.
+Mieszkają na zupełnem pustkowiu, o parę mil od ludzkich siedzib,
+trzymają tylko służącego i kucharkę. Brat jest wątły i niezbyt
+silny, siostra, jakkolwiek rosła i dobrze zbudowana, nie mogłaby
+stawić oporu takiemu zbójowi. Gdyby ich napadł, byliby na jego
+łasce i niełasce. Sir Henryk jest o nich zatrwożony; dawał im na
+wszelki wypadek _grooma_ Perkinsa, ale Stapleton odmówił stanowczo.
+
+Nasz baronet zaczyna interesować się żywo piękną sąsiadką. Nic
+dziwnego, że wśród życia tak jednostajnego szuka rozrywki, a dziwić
+się można tem mniej, że panna prześliczna. Jest w niej coś gorącego,
+podzwrotnikowego; sprzeczność pomiędzy nią a chłodnym, brzydkim bratem
+-- zdumiewająca. Chociaż i on robi wrażenie wulkanu, przysypanego
+popiołami. Ma widocznie wielki wpływ na siostrę; zauważyłem, że miss
+Beryl, mówiąc, spogląda wciąż na niego, jak gdyby szukała aprobaty.
+On ma w oczach groźne błyski, a zacięte usta zdradzają naturę twardą
+i nieubłaganą. Byłby ciekawem studyum dla ciebie.
+
+Złożył wizytę Baskervillowi nazajutrz po naszym przyjeździe, a zaraz
+następnego poranku zaprowadził nas na miejsce, wsławione legendą
+o okrutnym Hugonie. Jest to daleka, kilkomilowa wycieczka przez łąkę
+i trzęsawiska, a miejsce samo tak ponure, że mogło natchnąć pomysłem
+do krwawej legendy. Sterczą na niem dwa olbrzymie, spiczaste głazy; sir
+Henryk był wzruszony i kilkakrotnie zapytywał Stapletona, czy doprawdy
+wierzy w oddziaływanie sił nadprzyrodzonych na bieg naszego życia.
+
+Pytał wesoło, ale było widać, że bierze tę rzecz poważnie. Stapleton
+był ostrożny w odpowiedziach, ale można było poznać, że powstrzymuje
+się od wyrażenia swoich myśli ze względu na spokój baroneta.
+Opowiedział nam kilka wypadków, w których starożytne rody były
+prześladowane przez jakąś siłę nieczystą i zostawił nas pod
+wrażeniem, że przywiązuje wiarę do owej legendy.
+
+Wracając z tej wycieczki, zaprosił nas na śniadanie do Merripit-House
+i wtedy sir Henryk poznał miss Stapleton. Od pierwszej chwili zrobiła
+na nim wielkie wrażenie, a jeśli się nie mylę, było zobopólne. Od
+owego dnia, baronet bywa tam codzień. Dzisiaj zaprosił na obiad
+rodzeństwo. Możnaby sądzić, że taki maryaż powinien być mile
+widzianym przez Stapletona, jednak spostrzegam niezadowolenie na
+jego twarzy, ilekroć sir Henryk zbliża się do jego siostry, lub
+okazuje swój zachwyt. Tłómaczę to sobie egoistycznem przywiązaniem,
+bo życie przyrodnika na tem pustkowiu byłoby jeszcze smutniejsze,
+gdyby go nie opromieniała miss Beryl. Wątpię, czy Stapleton posunie
+tak dalece egoizm, aby się sprzeciwić temu świetnemu małżeństwu,
+choć widocznie nie życzy sobie zażyłości pomiędzy siostrą
+a baronetem; parę razy przeszkadzał im w rozmowie sam na sam.
+
+Bądź co bądź, trudno mi będzie teraz spełnić twoje polecenie: abym
+nigdy nie opuszczał sir Henryka. Sprzykrzyłbym mu się prędko, gdybym
+chodził za nim, jak cień.
+
+Onegdaj, we czwartek, doktor Mortimer był u nas na śniadaniu. Przy
+wykopaliskach w Long-Dawn udało mu się znaleźć czaszkę
+przedhistorycznego człowieka. Jest uradowany. Trudno o większego
+entuzyastę i maniaka.
+
+Po śniadaniu przybyli Stapletonowie. Na prośby sir Henryka, doktor
+zaprowadził nas wszystkich do Alei Wiązów, aby nam pokazać, jak się
+rzeczy miały owej nocy.
+
+Aleja jest długa, po obu stronach szerokie żywopłoty, za nimi --
+trawniki. Na końcu alei wznosi się letni domek, rodzaj altany.
+W połowie drogi jest furtka, prowadząca na łąkę, za którą leży
+trzęsawisko. Furtka jest drewniana, biała, ma klamkę i zasuwę.
+Pamiętałem twoją hypotezę i starałem się odtworzyć w myśli
+katastrofę.
+
+Stojąc przy tej furtce, biedny sir Karol ujrzał coś, co go tak
+wystraszyło, że stracił przytomność i zaczął biedz prosto przed
+siebie, aż mu tchu zbrakło i padł nieżywy z wycieńczenia i trwogi.
+Uciekał liściastym tunelem. Co go wystraszyło? Pies zwyczajny,
+pasterski, czy też jakieś stworzenie fantastyczne, widmowe? Była-li
+w tem ręka ludzka, czy też moc nadprzyrodzona? Może blady Barrymore wie
+o tem zdarzeniu daleko więcej, niż mówi? Jakiekolwiek jest rozwiązanie
+zagadki, ostatniem jej słowem -- zbrodnia.
+
+Poznałem jeszcze jednego sąsiada, pana Frankland z Lafter Hall.
+Mieszka o cztery mile od nas. Jest to człowiek niemłody, siwy,
+temperamentu cholerycznego, zawołany pieniacz; pół majątku stracił na
+procesy. Nie chodzi mu o przedmiot sporny, lecz o sam proces. Czasami
+zamyka drogę publiczną i zmusza gminę do pozywania go przed sądy.
+Innym razem wdziera się w drogę prywatną, dowodząc, że służyła
+dawniej do publicznego użytku. Zna wszystkie prawa obyczajowe,
+niekiedy używa swych wiadomości na korzyść włościan z Fernworthy,
+a czasem przeciwko nim; bywa niesiony w tryumfie przez wieś, lub
+palony _in effigie_, stosownie do swej działalności.
+
+Ma obecnie siedem procesów, które zapewne pochłoną resztę jego
+fortuny.
+
+Po za tą manią wydaje się dobrodusznym, poczciwym staruszkiem;
+wspominam o nim dlatego tylko, żeś mi polecił opisywać ci wszystkie
+osoby, które spotykam i o których słyszę.
+
+Obecnie pan Frankland ma nowa rozrywkę: przez wyborny teleskop, dniami
+całemi z dachu swego domu wypatruje zbiegłego więźnia. Gdybyż tylko na
+tem poprzestał! ale on chce podobno wytoczyć proces doktorowi
+Mortimer za otwarcie grobu przedhistorycznego bez pozwolenia potomków,
+a to skutkiem... czaszki z epoki neolitycznej, odgrzebanej
+w Long-Dawn. Bądź co bądź urozmaica nam jednostajność życia
+i wprowadza do niego trochę komicznego pierwiastku.
+
+A teraz, doniosłszy ci o zbiegłym więźniu, opisawszy ci rodzeństwo
+Stapleton, doktora Mortimer i pana Frankland z Lafter-Hall, powiem ci
+coś bardzo ciekawego o Barrymorze i o niezwykłych zdarzeniach zeszłej
+nocy.
+
+Naprzód słówko o telegramie, któryś wysłał z Londynu, a który
+miał nam służyć za dowód obecności Barrymora w pałacu.
+
+Donosiłem ci już, że, sądząc ze słów pocztmistrza, doszedłem do
+przekonania, iż ta próba niczego nie dowiodła. Mówiłem o tem sir
+Henrykowi, a on, ze zwykłą sobie szczerością, wezwał Barrymora
+i zapytał go, czy dostał telegram. Barrymore odpowiedział twierdząco.
+
+-- Czy chłopiec oddał ci go do rąk? -- pytał sir Henryk.
+
+Barrymore spojrzał ze zdziwieniem.
+
+-- Nie -- odparł po namyśle -- byłem wtedy na strychu, ale moja żona
+odniosła mi zaraz depeszę.
+
+-- Czyś odpowiedział na nią sam?
+
+-- Prosiłem żony, żeby mnie wyręczyła.
+
+Po obiedzie wszczął znowu tę sprawę z własnego impulsu.
+
+-- Nie rozumiałem, dlaczego mnie jaśnie pan pytał o ów telegram --
+rzekł. -- Czy zrobiłem co niewłaściwego?
+
+Sir Henryk uspokoił go w tym względzie i ofiarował mu część swojej
+garderoby, ponieważ nadeszły już garnitury, obstalowane w Londynie.
+
+Mrs. Barrymore zaciekawia mnie. Jest to niewiasta gruba, ociężała,
+poważna, wygląda na purytankę. Trudno sobie wyobrazić osobę mniej
+wrażliwą, a jednak opowiedziałem ci już, żem słyszał wyraźnie jej
+płacz pierwszej nocy naszego pobytu w Baskerville-Hall; potem
+widziałem nieraz ślady łez na jej twarzy. Musi mieć jakoś wielką
+zgryzotę. Czasami zastanawiam się, czy jej nie trapią wyrzuty
+sumienia, a chwilami posądzam Barrymora, iż jest tyranem.
+
+Zauważyłem w nim odrazu coś niezwykłego; ale to, com widział zeszłej
+nocy, utrwala mnie w najgorszych posądzeniach.
+
+A jednak sam fakt może się wydać błahym.
+
+Wiesz, że mam sen lekki, a od chwili, gdym tu przybył w charakterze
+anioła-stróża, sypiam z otwartemi oczyma, jak zając.
+
+Otóż wczorajszej nocy, około drugiej, obudził mnie odgłos kroków,
+przechodzących obok mojego pokoju. Wstałem, uchyliłem drzwi
+i wyjrzałem. Po korytarzu sunął długi cień, rzucany przez
+mężczyznę, zakradającego się na palcach ze świecą w ręku. Był
+w koszuli i spodniach, szedł boso, powoli i bardzo ostrożnie,
+w całem jego zachowaniu było coś tajemniczego.
+
+Korytarz przecięty jest balkonem, znajdującym się nad główną sienią
+i portykiem, ale biegnie dalej po jego drugiej stronie. Gdym stanął przy
+balkonie, ów cień dotarł już był do drugiego końca korytarza; po
+blasku światła zmiarkowałem, że wszedł do jednego z przyległych
+pokojów.
+
+Ponieważ wszystkie te pokoje są nieumeblowane, przeto cel wędrówki
+stawał się jeszcze bardziej zagadkowym. Światło błyszczało stale
+w jednym punkcie. Zajrzałem do tego pokoju przez drzwi uchylone.
+
+Barrymore stał pod oknem i trzymał świecę przy samej szybie. Zwrócony
+był do mnie profilem; widziałem na jego twarzy wyczekiwanie
+i niepokój. Przez chwilę stał nieruchomo, wreszcie coś mruknął,
+machnął ręką i świecę odstawił.
+
+Uciekłem do mego pokoju. Niebawem doleciały mnie znowu ciche kroki.
+Barrymore wracał.
+
+Przez długi czas nie mogłem się uspokoić, tysiączne myśli
+i podejrzenia przelatywały mi po głowie. Już w pół-śnie usłyszałem
+zgrzyt klucza we drzwiach, ale nie mogłem umiarkować, w których.
+
+Co to wszystko znaczy -- nie wiem, lecz w każdym razie dzieją się
+w tym domu rzeczy dziwne, nie rokujące nic dobrego. Wcześniej, czy
+później, wyświetlimy zagadkę. Nie chcę cię bałamucić mojemi
+przypuszczeniami, albowiem żądasz tylko faktów.
+
+Miałem dziś rano długą rozmowę z sir Henrykiem i obmyśliliśmy plan
+kampanii. Znajdziesz go w moim następnym liście.
+
+
+
+
+IX.
+
+(Drugie sprawozdanie doktora Watsona).
+
+Światło na bagnie.
+
+
+ _Baskerville-Hall, 15 października._
+
+
+Kochany Holmes!
+
+Pozostawiłem cię wprawdzie długo bez wiadomości, za to dziś pragnę
+cię odszkodować.
+
+Fakty następowały tak szybko po sobie, że trudno było je spisywać.
+Donosiłem ci, żem widział Barrymora, zakradającego się po nocy ze
+światłem w ręce do pustego pokoju. Teraz mam całą wiązankę nowin.
+Rzeczy wzięły obrót niespodziewany, w ciągu dwu dni ostatnich
+wyświetliła się niejedna zagadka, a inne zaciemniły się jeszcze
+bardziej. Sam osądź.
+
+Nazajutrz, przed śniadaniem, poszedłem do pustego pokoju, nawiedzonego
+przez Barrymora nocy ubiegłej. Okno, przez które przechodził,
+wychodziło na zachód i odznaczało się tem od innych, że był z niego
+najbliższy widok na bagno. Jest tam puste miejsce pomiędzy dwoma
+drzewami, przez które widać zblizka łąkę i oparzelisko, wówczas, gdy
+z innych okien widok na nie jest dalszy i zasłoniony.
+
+Czyżby Barrymore upatrywał kogoś lub czegoś na bagnie? Noc była tak
+ciemna, że przy najlepszym wzroku niepodobna było nic dojrzeć. Więc
+jakiż był cel tych obserwacyj?
+
+W pierwszej chwili sądziłem, że to intryga miłosna. Dlatego zakradał
+się boso, dlatego był niespokojny. Barrymore jest niezwykle pięknym
+mężczyzną i może mieć powodzenie u kobiet -- ta hypoteza wydała mi
+się prawdopodobną. Zgrzyt klucza w zamku świadczył może o potajemnem
+wyjściu na schadzkę.
+
+Takie wysnuwałem wnioski; opowiadam ci je, chociaż rezultat wykazał
+ich bezpodstawność.
+
+Sądząc, że nie mam prawa zachowywać ich dla siebie, zwierzyłem się
+z nich przed sir Henrykiem, opowiedziawszy mu wpierw, com widział. Był
+mniej zdziwiony, niż mogłem przypuszczać.
+
+-- Wiem, że Barrymore chodzi po nocy -- oświadczył. -- Kilka razy
+słyszałem jego kroki w korytarzu o jednej i tej samej godzinie.
+
+-- Więc może co nocy chodzi do okna?
+
+-- Może. W takim razie schwytamy go na gorącym uczynku i przekonamy
+się o celu jego wędrówek. Ciekaw też jestem, jakby postąpił Holmes na
+naszem miejscu?
+
+-- Sądzę, że zrobiłby to samo, co pan zamierzasz -- odparłem. -- Boję
+się tylko, aby Barrymore nie usłyszał naszych kroków.
+
+-- Ma słuch tępy; zauważyłem to już nieraz. Zatem dziś wieczorem
+zaczaimy się w moim pokoju.
+
+Sir Karol był rad widocznie; ta nowa wyprawa była urozmaiceniem
+nudnego życia.
+
+W pałacu panował ruch gorączkowy. Baronet sprowadził architekta
+z Londynu, zaś z Plymouth -- stolarzy i dekoratorów; nie szczędził
+kosztów, aby przywrócić dawny blask siedzibie swoich przodków.
+
+Skoro pałac zostanie urządzony, brak w nim będzie tylko -- pięknej
+pani domu.
+
+Między nami mówiąc, łatwo domyślam się, kto mógłby zająć to
+miejsce. Baronet zakochany po uszy w naszej pięknej sąsiadce,
+miss Stapleton.
+
+Lecz na drodze tej miłości istnieją przeszkody. Niedalej, jak dziś,
+sir Henryk miał przykrą niespodziankę.
+
+Po naszej rozmowie o Barrymorze, wziął czapkę i wyszedł. Ja za nim.
+
+-- Towarzyszysz mi, Watson?... -- zapytał z widocznym niezadowoleniem.
+
+-- To zależy od tego, dokąd pan idzie; jeżeli na łąkę i bagno,
+pójdę z panem.
+
+-- Właśnie tam podążam.
+
+-- Wszak pan wie, co mi polecił Holmes... Przykro mi, że się panu
+narzucam, ale nie mogę puścić pana samego na trzęsawiska.
+
+Sir Henryk położył mi rękę na ramieniu.
+
+-- Mój drogi -- rzekł z uśmiechom -- Sherlock Holmes, pomimo swej
+przenikliwości, nie przewidział tego, co wynikło od czasu, jak
+zamieszkałem nad bagnem. Wszak mnie rozumiesz?... I jestem pewien, że
+nie zechcesz przeszkadzać mi w takiej chwili.
+
+Byłem w trudnem położeniu, a gdym tak stał zafrasowany, mój towarzysz
+odwrócił się i poszedł przez łąkę.
+
+Czyniłem sobie wyrzuty, że go pozostawiam własnemu losowi. A nuż go
+spotka nieszczęście!...
+
+Na samą myśl o tem, krew uderzyła mi do głowy.
+
+Może jeszcze nie zapóźno, może zdołam go dogonić...
+
+Podążyłem w kierunku, w którym sir Henryk odszedł, ale nic mogłem go
+dostrzedz, aż wreszcie ukazał mi się na zakręcie drogi, tam, gdzie
+ścieżka, wiodąca przez trzęsawisko, odbiega od gościńca.
+
+Skręciłem w bok, i zamiast iść za nim, wspiąłem się na mały
+pagórek, skąd było widać całą równinę. Ukrywszy się za skałą,
+śledziłem jego kroki.
+
+Uszedł ścieżką dobre pół mili, gdy nagle zobaczyłem zbliżającą
+się ku niemu pannę Stapleton.
+
+A więc to była schadzka umówiona...
+
+Przywitawszy się, szli dalej, bardzo wolno; z poruszenia rąk
+miarkowałem, że miss Beryl o coś go prosi.
+
+Namyślałem się, co robić. Wstrętnym jest szpiegować przyjaciela;
+w danych okolicznościach było to moim obowiązkiem; lecz gdyby mu
+groziło niebezpieczeństwo, byłem zadaleko, aby nieść pomoc. Więc
+cóż począć? Wahałem się między poczuciem delikatności a obowiązku.
+
+Tymczasem sir Henryk i jego towarzyszka stanęli na ścieżce. Rozmawiali
+bardzo żywo. Nagle spostrzegłem, że nie ja jeden jestem świadkiem ich
+spotkania. Ujrzałem coś zielonego, zawieszonego w powietrzu.
+Przyjrzawszy się, zobaczyłem, że to siatka na motyle.
+
+Szedł Stapleton. Był daleko bliżej od młodej pary, niż ją i widocznie
+podążał ku niej.
+
+Wtem sir Henryk objął wpół miss Stapleton; zdawało mi się, że ona
+broni się od uścisku. Pochylił się nad nią, chciał ją pocałować --
+zasłoniła się ręką.
+
+Nagle odskoczyli od siebie. Spłoszył ich Stapleton. Pędził co tchu,
+wymachiwał rękoma, a gdy się z nimi zrównał -- tupał nogami i zapewne
+krzyczał i robił wymówki sir Henrykowi. Ten widocznie usprawiedliwiał
+się.
+
+Wreszcie Stapleton skinął na siostrę, która po chwili wahania poszła
+za nim, rzuciwszy spojrzenie baronetowi.
+
+On stał długo, jak wryty, wreszcie odszedł krokiem powolnym, z głową
+zwieszoną.
+
+Co to wszystko znaczyło? Nie mogłem pojąć, lecz byłem wzburzony
+widokiem tej sceny. Zbiegłem ze wzgórza i spotkałem się z sir
+Henrykiem.
+
+-- Watson! -- zawołał. -- Skądże się tu wziąłeś? Czyżbyś mnie
+śledził wbrew mojej woli?
+
+Wyznałem mu prawdę. W pierwszej chwili oczy zapałały mu gniewem,
+lecz rozbroiła go widocznie moja szczerość; koniec końców --
+roześmiał się.
+
+-- Możnaby sądzić, że takie pustkowie sprzyja samotności, a jednak --
+mówił żartobliwie -- niepodobna konkurować bez świadków... Smutne to
+zresztą konkury. Gdzieżeś się ukrywał?
+
+-- Za temi skałami, na wzgórzu.
+
+-- Czy widziałeś, z której strony jej brat przyszedł?
+
+-- Z przeciwnej.
+
+-- Czy on robi na tobie wrażenie waryata?
+
+-- Nie.
+
+-- Od pierwszej chwili wydał mi się nienormalnym, a teraz gotów jestem
+przypuścić, że mnie, albo jemu braknie piątej klepki. Słuchaj, Watson:
+żyjesz już ze mną parę tygodni, powiedz mi szczerze, czyś nie
+spostrzegł we mnie jakiego umysłowego zboczenia? Jak znajdujesz: czy
+mógłbym być dobrym mężem dla kobiety ukochanej?
+
+-- Zdaje mi się, że najlepszym.
+
+-- Wszak on nic nie może zarzucić mojemu stanowisku społecznemu. Więc
+cóż ma przeciwko mojej osobie? Nie skrzywdziłem nikogo, żyłem
+uczciwie. A jednak nie pozwala mi dotknąć bodaj końca jej paluszków.
+
+-- Czy wręcz zabronił?
+
+-- Tak, i powiedział mi wiele innych przykrych rzeczy. Mówię ci,
+Watson, choć znam ją od paru tygodni, czuję, że z żadną kobietą nie
+byłbym tak szczęśliwy, jak z nią; a zdaje mi się, że i ona odpłaca
+mi wzajemnością. W oczach kobiety bywają błyski, wymowniejsze od
+słów. Ale ten nieznośny brat nie pozwala nam się porozumieć. Dziś
+po raz pierwszy zdarzyła mi się sposobność widzieć ją sam na sam.
+Cieszyło ją to widocznie, choć nie chciała słuchać moich wynurzeń
+miłosnych. Wracała wciąż do jednego przedmiotu, ostrzegając mnie
+o grożącem niebezpieczeństwie i dowodząc, że póty nie będzie miała
+spokoju, dopóki ja tych stron nie opuszczę. Powiedziałem jej, że
+nie pilno mi odjeżdżać, skoro ona tu przebywa, i że jeśli dba
+istotnie o moje bezpieczeństwo, to opuści tę okolicę wraz ze mną,
+i prosiłem o jej rękę. Zanim jednak zdążyła mi odpowiedzieć,
+ten jej utrapiony brat wpadł między nas, jak kula. Był blady
+z gniewu, trząsł się, a z jasnych oczu padały pioruny.
+
+Jak śmiałem przemawiać w ten sposób do jego siostry? -- wołał. -- Czy
+dlatego, że jestem baronetem, to wszystko mi wolno?...
+
+Tłómaczyłem mu, że nie potrzebuję wstydzić się moich uczuć dla miss
+Beryl i że mam nadzieję, iż zaszczyci mnie swoją ręką.
+
+Nie polepszyło to sprawy. Stapleton rozwścieczył się na dobre. I mnie
+zbrakło cierpliwości. Odpowiedziałem mu, za ostro ze względu na jej
+obecność.
+
+Skończyło się na tem, że on odszedł z siostrą, a ja powracam, jak
+niepyszny. Wytłómacz mi, co to znaczy, a będę ci wdzięczny do
+śmierci.
+
+Dawałem kilka wyjaśnień, ale nie zadowoliły sir Henryka, bo istotnie,
+co można mu zarzucić?
+
+Przemawia za nim tytuł, fortuna, charakter, wiek i uroda. Jedyny
+zarzut, jaki możnaby mu czynić -- to, że fatalizm ściga jego rodzinę.
+Ale Stapleton, jako człowiek uczony, nie powinienby przywiązywać wagi
+do przesądów.
+
+To też nie pojmuję, dlaczego odrzuca jego zabiegi, nie pytając nawet,
+czy siostra jest mu przychylna, a dziwi mnie nadto, że ona słucha go
+ślepo.
+
+Nasze domysły na ten temat przerwał sam Stapleton, który przybył po
+południu, aby przeprosić baroneta za swoją porywczość.
+
+Po długiej rozmowie sam na sam z sir Henrykiem w jego gabinecie,
+wyszli pogodzeni. Dla przypieczętowania zgody, zaprosił nas na obiad
+do Merripit-House.
+
+-- Dziwny to człowiek -- rzekł do mnie sir Henryk po jego odejściu. --
+Nie mogę zapomnieć wzroku, jakim mnie piorunował dziś rano, ale mimo
+to muszę przyznać, że teraz znalazł się przyzwoicie.
+
+-- Czy wytłómaczył swe postąpienie?
+
+-- Mówił, że siostra jest mu wszystkiem na świecie. Żyli zawsze razem,
+ona mu była jedynym towarzyszem. Sama myśl o utraceniu jej doprowadza
+go do rozpaczy. Nie spostrzegł mojej skłonności ku Beryl, a gdy ją
+ujrzał w moich objęciach, ogarnął go taki gniew samolubny, że stracił
+przytomność i nie odpowiada za swoje słowa i czyny. Przepraszał
+jednak i uznawał, że byłoby szaleństwem chcieć zatrzymać przy sobie
+kobietę tak piękną, jak jego siostra. Jeżeli ma go opuścić, to on,
+Stapleton, woli, żeby poślubiła sąsiada, mieszkającego tak blizko,
+niż kogokolwiek innego. Ale musi oswoić się z tą myślą. Gotów jest
+mi przyrzec jej rękę, jeżeli wzamian zobowiążę się słowem honoru,
+że przez trzy miesiące nie wspomnę jej o miłości, nie będę starał
+się widywać jej sam na sam i zadowolę się zwykłym stosunkiem
+towarzyskim. Obiecałem mu to solennie i rzeczy na tem stanęły.
+
+A więc jedna z tajemnic już wyjaśniona. Uczuliśmy grunt pod nogami
+w bagnie, po którem błądzimy poomacku.
+
+Wiemy już teraz, dlaczego Stapleton patrzał niechętnie na konkurenta
+siostry; chociaż ten konkurent jest jedną z pierwszych partyj w kraju.
+
+A teraz przechodzę do innej nici, którą wyciągnąłem ze splątanego
+motka -- do przyczyny łez pani Barrymore i tajemniczych nocnych
+wędrówek jej męża.
+
+Powinszuj mi, Holmes, i przyznaj, że nie zawiodłem twego zaufania. Ta
+zagadka została wyjaśniona w jedną noc.
+
+Napisałem: „w jedną noc”, właściwie jednak stało się to w ciągu
+dwóch nocy, albowiem pierwsze próby chybiły.
+
+Siedziałem z sir Henrykiem w jego pokoju do trzeciej zrana, ale nie
+doleciał nas żaden inny szmer, oprócz głosu zegaru. Wreszcie
+usnęliśmy obaj na krzesłach.
+
+Niezrażeni tem, postanowiliśmy próbę ponowić. Następnej nocy
+zgasiliśmy lampkę, i zapaliwszy papierosy, czekaliśmy, co będzie
+dalej.
+
+Godziny wlokły się powoli. Wybiła pierwsza, druga; już nas sen morzył,
+gdy nagle obaj wyprostowaliśmy się na krzesłach. Doleciał nas odgłos
+kroków.
+
+Zakradały się cichutko i wreszcie umilkły w oddali. Wtedy baronet
+drzwi otworzył i wyszliśmy na palcach.
+
+Barrymore minął już galeryę, korytarz był pogrążony w ciemnościach.
+
+Doszliśmy na palcach do drugiego skrzydła w chwili, gdy kamerdyner
+wsuwał się do pokoju, na końcu korytarza. Zamknął drzwi za sobą.
+Podsunęliśmy się cichutko, stąpając ostrożnie, w obawie, aby nas nie
+zdradziło skrzypnięcie podłogi. Zajrzeliśmy przez dziurkę od klucza.
+Barrymore stał przy oknie ze świecą w ręku.
+
+Nie ułożyliśmy planu kampanii, ale baronet uważa prostą drogę za
+najkrótszą i najwłaściwszą. Nie namyślając się, wszedł do pokoju.
+Barrymore odskoczył od okna.
+
+-- Co ty tu robisz? -- zapytał go sir Henryk.
+
+-- Nic, proszę pana.
+
+Był tak wystraszony, że świeca podskakiwała mu w ręku.
+
+-- Przyszedłem zobaczyć, czy okno zamknięte... Zamykam codzień
+wszystkie okna, żeby się złodziej nie zakradł.
+
+-- Tak, zwłaszcza tutaj, na... drugie piętro. Słuchaj, Barrymore --
+rzekł -- postanowiliśmy obaj zmusić cię do powiedzenia prawdy. Im
+prędzej ją wyznasz, tem lepiej dla ciebie. Dość tych kłamstw. Gadaj!
+Coś tu robił?
+
+Spojrzał na nas z rozpaczą, załamał ręce bezradnie.
+
+-- Nie robiłem nic złego -- szepnął. -- Trzymałem świecę w oknie.
+
+-- A dlaczego ją trzymałeś?
+
+-- Niech mnie pan o to nie pyta. Daję panu słowo honoru, że to cudza
+tajemnica. Nie mogę jej wyjawić. Gdyby chodziło tylko o mnie,
+wyznałbym panu całą prawdę.
+
+Błysnęła mi nagła myśl. Wziąłem świecę, którą Barrymore
+postawił był na oknie.
+
+-- To zapewne sygnał umówiony -- rzekłem. -- Zobaczmy, jaka będzie
+odpowiedź.
+
+Podniosłem świecę w górę i trzymałem ją tak, jak on przed naszem
+wejściem. Pomimo ciemności, bo księżyc był zasłonięty chmurami,
+widać było drzewa, a dalej łąkę. Wtem zobaczyłem blade światełko
+na bagnie.
+
+-- Jest sygnał! -- zawołałem.
+
+-- Nie, proszę pana, to nic nie znaczy -- przerwał mi Barrymore. --
+Upewniam pana, że to przypadkowe.
+
+-- Poruszaj świecą, Watson -- zawołał baronet. -- Widzisz? I tamto
+światło rusza się... Czy i teraz, łotrze, będziesz przeczył, że
+dawaliście sobie sygnały?... Chodź-no tutaj. Mów, kto jest twoim
+wspólnikiem i jaki knujecie spisek?
+
+Twarz kamerdynera pociemniała od tłumionego gniewu.
+
+-- Nie powiem! -- oświadczył butnie. -- To moja rzecz, nie pańska.
+
+-- W takim razie wynoś się zaraz z mego domu!
+
+-- Dobrze. Jeśli trzeba, to trudno.
+
+-- I żebyś mi się nie pokazywał na oczy! To wstyd, hańba!... Twoja
+rodzina służyła mojej przez kilka pokoleń, a ty knujesz przeciwko mnie
+spiski?...
+
+-- Nie, nie przeciw panu.
+
+Słowa te były wypowiedziane głosem kobiecym. Na progu stała pani
+Barrymore, jeszcze bledsza od męża.
+
+-- Wynosimy się stąd, Elizo -- oznajmił jej kamerdyner. -- Pakuj nasze
+rzeczy.
+
+-- O, John! John! Ja cię zgubiłam!... To wszystko moja wina, sir
+Henryku, moja wyłącznie... On nie winien. Robił to dla mnie, bo go
+o to prosiłam.
+
+-- Mów pani, wytłómacz, co to znaczy? -- zawołał sir Henryk.
+
+-- Mój nieszczęsny brat umiera z głodu, tam, na bagnie... Nie możemy
+go opuścić... To światło jest sygnałem, że przygotowaliśmy dla niego
+pożywienie... a tamto światełko wskazuje, gdzie mamy je przynieść...
+
+-- A więc brat pani jest...
+
+-- Zbiegłym więźniem... mordercą... Seldon.
+
+-- To prawda -- przytwierdził Barrymore. -- Mówiłem, że tajemnica nie
+moja i że nie mam prawa jej zdradzić. Ale teraz sir Henryk przekonał
+się, że to nie był spisek przeciw niemu...
+
+Takie jest zatem wyjaśnienie nocnych wędrówek i światła w oknie.
+
+Sir Henryk i ja patrzaliśmy na tę kobietę ze zdumieniem. Czyż podobna,
+aby osoba tak przyzwoita i poważna miała w swoich żyłach tę samą
+krew, co słynny zbrodniarz?...
+
+-- Tak, panie -- mówiła jakby w odpowiedzi na nasze myśli. -- Moje
+panieńskie nazwisko było Seldon, a to mój brat młodszy... Psuliśmy
+go za jego lat dziecinnych, wszystko mu było wolno, więc nabrał
+przekonania, że świat istnieje dla jego przyjemności... Gdy dorósł,
+wdał się w złe towarzystwo, zaczął hulać i jeszcze gorzej...
+Wpędził naszą biedną matkę do grobu, a nasze nazwisko błotem
+obryzgał. Upadał coraz niżej, wreszcie spełnił tę ostatnią
+zbrodnię... Ale dla mnie jest on zawsze małym chłopaczkiem
+z jasnymi kędziorami, którego niańczyłam, jako starsza siostra.
+Dlatego uciekł z więzienia. Wiedział, że ja tu jestem i że mu
+nie odmówię pomocy... Przywlókł się do nas, wycieńczony,
+zgłodniały, ścigany przez policyę. Cóż miałam począć?...
+Wzięliśmy go, zamknęli na strychu, żywiliśmy go, przyodziali.
+Po powrocie jaśnie pana, brat sądził, że będzie bezpieczniejszy
+na bagnie, i tam się ukrywa. Z dnia na dzień spodziewaliśmy
+się, że opuści te strony, lecz dopóki tu jest, my nie możemy
+go opuścić. Jeżeli kto zawinił, to ja, nie mój mąż; on go
+ukrywał i żywił, przez wzgląd na mnie...
+
+W głosie jej była szczerość.
+
+-- Czy to prawda, Barrymore?... -- zapytał sir Henryk.
+
+-- Tak, panie, święta prawda.
+
+-- Ha! nie mogę mieć ci za złe, żeś uległ prośbom żony. Wracajcie
+oboje do waszego pokoju. Pomówimy o tem jutro.
+
+Wyjrzeliśmy znowu przez okno. Sir Henryk otworzył je; chłodny wiatr
+smagnął nas po twarzach. Daleko na bagnie, płonęło blade światełko.
+
+-- Dziwna rzecz, że on nie boi się zdradzać swej obecności... -- rzekł
+baronet.
+
+-- Może tak światło umieścił, że widać je tylko z tego punktu.
+
+-- Jak ci się zdaje: czy to stąd daleko?
+
+-- Półtorej mili, dwie najwyżej. O ile mogę zmiarkować, jest to
+w pobliżu Cleft-Tor.
+
+-- Nie musi to być daleko, jeśli Barrymore codzień zanosi tam
+żywność. Słuchaj, Watson, schwytam tego łotra!
+
+I mnie ta sama myśl przeszła przez głowy. Wszak Barrymore nie wyjawił
+nam tajemnicy dobrowolnie, lecz pod naciskiem; nie byliśmy więc
+zobowiązani do sekretu, a to tembardziej, że chodziło o łotra, wobec
+którego ustawały wszelkie względy współczucia. Obowiązkiem naszym
+było oddać go w ręce sprawiedliwości, uniemożliwić mu dalsze
+zbrodnie. Gdybyśmy go oszczędzili, mogliby to przypłacić życiem
+sąsiedzi, Stapletonowie naprzykład.
+
+Niepokój o nich wpływał zapewne na to postanowienie sir Henryka.
+
+-- Pójdę z tobą -- oświadczyłem.
+
+-- A zatem bierz rewolwer i wdziewaj buty -- (byliśmy obaj boso, żeby
+ciszej stąpać). -- Im wcześniej wyruszymy, tem lepiej. Łotr może lada
+chwila zgasić światło i nie odszukamy go po nocy.
+
+W pięć minut byliśmy już gotowi i wyruszyliśmy na ową niebezpieczną
+ekspedycyę.
+
+Noc była pochmurna, wilgotna, od czasu do czasu księżyc wyłaniał się
+z po za chmur, a gdyśmy doszli do bagna, począł kropić drobny deszczyk.
+
+Światło wciąż płonęło.
+
+-- Czy masz rewolwer? -- spytałem.
+
+-- Mam nóż myśliwski -- odparł sir Henryk.
+
+-- Musimy wpaść na niego znienacka, bo mówią, że silny, jak lew.
+Powalimy go, zanim zdoła stawić nam opór.
+
+-- Ciekaw jestem, coby też Holmes powiedział na naszą wyprawę -- rzekł
+baronet. -- To godzina duchów; grasują teraz po bagnie... -- dodał
+nawpół żartobliwie.
+
+Jakby w odpowiedzi na te słowa, po trzęsawisku rozległ się ów głos
+przeraźliwy, który już raz słyszałem w pobliżu Grimpen-Mire. Wiatr
+niósł go wśród nocnej ciszy; z początku było to ciche warczenie,
+niebawem przeszło w straszne wycie. Baronet zbladł i chwycił się
+mojego rękawa.
+
+-- Na miłość Boską, co to takiego, Watson? -- spytał szeptem.
+
+-- Nie wiem. Podobno ten głos rozlega się często po bagnie --
+odparłem. -- Już go raz słyszałem.
+
+Zaległa znowu cisza, przerażająca, złowroga. Staliśmy, nasłuchując,
+ale żaden dźwięk nie wpadł nam w ucho.
+
+-- Watson... -- szepnął baronet -- to było szczekanie psa!...
+
+W jego głosie brzmiał strach tłumiony.
+
+-- Jakże okoliczni mieszkańcy tłómaczą sobie to przeraźliwe wycie? --
+zapytał.
+
+-- Ktoby tam uważał na to, co mówią ludzie prości.
+
+-- Powiedz mi jednak, co mówią?
+
+Zawahałem się.
+
+-- Powiadają, że to szczekanie psa Baskervillów -- odparłem.
+
+Milczał długo.
+
+-- Tak, to był pies -- rzekł wreszcie. -- Szczekał bardzo daleko,
+w stronie Grimpen-Mire...
+
+-- Trudno określić, skąd głos dolatywał.
+
+-- Powiadam ci, że stamtąd, Watson. A ty jak sądzisz? Czy to było
+szczekanie?... Nie jestem dzieckiem. Możesz mi prawdę powiedzieć.
+
+-- Po raz pierwszy słyszałem ten głos, idąc ze Stapletonem.
+Tłómaczył mi, że to wabienie rzadkiego ptaka.
+
+-- Nie, nie, to był pies. Czyżby istotnie legenda została osnuta na
+faktach prawdziwych? Czyżby istotnie groziło mi niebezpieczeństwo?...
+Co o tem myślisz, Watson?
+
+-- Jestem pewien, że nie.
+
+-- Hm! Co innego było śmiać się z tych baśni w Londynie, a rzecz
+inna stać tutaj, wśród ciemności na bagnie i słyszeć ten głos
+przeraźliwy. Mój biedny stryj! Wszak widziano wyraźnie ślady łap
+wielkiego psa przy jego zwłokach... Wszystko to łączy się ze sobą.
+Nie jestem tchórzem, Watson, lecz to szczekanie ścięło mi krew
+w żyłach. Dotknij mojej ręki.
+
+Była zimna, jak marmur.
+
+-- Jutro śmiać się będziesz z tej przygody -- rzekłem, aby go
+uspokoić.
+
+-- Wątpię; ten głos pozostanie mi na zawsze w pamięci. Cóż mi
+radzisz zrobić?
+
+-- Wracać do domu.
+
+-- Nie. Przyszliśmy tutaj, aby schwytać mordercę i nie cofniemy się
+w pół drogi. Chodźmy! Co ma być, niech się stanie.
+
+Stąpaliśmy powoli wśród ciemności. Światełko płonęło wciąż
+w jednym punkcie. Chwilami zdawało nam się, że jest blizkiem,
+to znów że bardzo odległem. Wreszcie zmiarkowaliśmy, w której
+stronie świeci.
+
+Niedaleko od nas, w szczelinie pomiędzy dwiema skałami, chroniącemi ją
+od wiatru, stała świeczka w lichtarzu. Nie było jej widać z żadnego
+innego punktu, tylko od strony Baskerville-Hall. Zrąb skalny zasłaniał
+nas przed oczyma zbiega. Pełzając ostrożnie, doczołgaliśmy się pod
+świecę.
+
+-- Co teraz? -- szepnął sir Henryk.
+
+-- Czekajmy. On musi być w pobliżu. Trzeba zajrzeć. Zobaczymy go może.
+
+Jakoż zaledwie tych słów domówiłem, w szczelinie skalnej, nad świecą
+ukazała nam się twarz potworna, zwierzęca, zorana dzikiemi
+namiętnościami, żółta, jak wosk. Zbrodniarz był zarosły po same
+oczy. Tak wyglądali zapewne nasi przodkowie, zamieszkujący te
+bagna w przedhistorycznej epoce.
+
+Morderca wodził niespokojnym wzrokiem dokoła, jak zwierz, gdy go
+doleci odgłos nagonki.
+
+Coś widocznie wzbudziło jego podejrzliwość. Może Barrymore zwykł był
+dawać mu sygnał, o którym nie wiedzieliśmy, a może złoczyńca miał
+inny powód do obawy, bądź co bądź strach malował się na jego dzikiej
+twarzy.
+
+Lada chwila mógł cofnąć się i zniknąć wśród ciemności.
+Wyskoczyłem z mojej kryjówki, sir Henryk za mną. Zbrodniarz
+zaklął przeraźliwie i zrzucił ogromny kamień. Roztrzaskał się
+on o skałę, o którą opieraliśmy się przed chwilą. Szczęśliwym
+zbiegiem okoliczności księżyc przedarł się właśnie przez chmury
+i oświecił bagno.
+
+Zbiegliśmy z pagórka, goniąc uciekającego co tchu Seldona.
+Przeskakiwał z kamienia na kamień, ze skały na skałę, jak dziki
+kozioł.
+
+Mogłem powalić zbrodniarza odrazu wystrzałem z rewolweru, lecz wziąłem
+go dla obrony w razie napaści, nie zaś dla zabijania człowieka
+bezbronnego.
+
+Obaj z sir Henrykiem biegamy znakomicie; przekonaliśmy się jednak
+niebawem, że nie zdołamy go dopędzić. W świetle księżyca
+widzieliśmy długo jego szerokie bary i kabłąkowate nogi,
+aż wreszcie ukazał nam się, jako mały punkcik na skraju
+widnokręgu.
+
+Biegliśmy do zupełnego braku tchu, ale przestrzeń pomiędzy nami
+a uciekającym Seldonem zwiększała się ustawicznie. Wreszcie, zdyszani,
+usiedliśmy na skale, patrząc za nim, dopóki nam nie znikł z przed
+oczu.
+
+W chwili tej właśnie zdarzyła się rzecz dziwna i niespodziewana.
+Odpocząwszy, wstawaliśmy, aby wracać do domu, bośmy już zaniechali
+dalszego pościgu. Księżyc w pełni zachodził za jedną z wyższych
+skał; wtem na jej szczycie ujrzałem postać męską, wyglądającą jak
+posąg.
+
+Nie myśl, że to było złudzenie zmysłów. O ile mogłem zauważyć,
+był to mężczyzna wysokiego wzrostu, szczupły. Stał z założonymi
+na krzyż rękoma, ze spuszczoną głową, jak gdyby wpatrywał się
+w tę pustą przestrzeń.
+
+To może duch bagna... Bądź co bądź, nie był to Seldon, gdyż ten
+przed chwilą znikł był w kierunku wręcz przeciwnym. Zresztą owa
+postać była daleko wyższa i szczuplejsza.
+
+Chciałam pokazać to zjawisko baronetowi, lecz w chwili, gdym się
+odwrócił, postać już zniknęła. Na tle księżycowej tarczy odrzynały
+się skały, lecz żywy posąg nie stał już na ich szczycie.
+
+Chciałem pójść i przekonać się, co to było, ale baronet nie miał
+ochoty szukać nowych wrażeń. Nie dostrzegł owego dziwnego zjawiska
+i wmawiał we mnie, że mi się przywidziało, bo nie odczuł wrażenia,
+które mnie wstrząsnęło do szpiku kości.
+
+-- To zapewne jaki strażnik ziemski. Bagno roi się od nich od czasu,
+gdy Seldon uciekł z więzienia.
+
+Ha! kto wie, czy takie wyjaśnienie nie jest prawdziwem; chciałbym
+jednak to stwierdzić.
+
+Dziś mamy zamiar donieść zarządowi więziennemu w Princetown, gdzie ma
+szukać zbiega. Jednak szkoda, że nie zdołaliśmy go sami schwytać.
+
+Takie są przygody ostatniej nocy. Musisz przyznać, Holmes, że moje
+sprawozdanie jest bardzo szczegółowe i dokładne. Wiele faktów
+pozostaje do wyjaśnienia; przedstawiam ci je bez komentarzy, aby ci
+nie przeszkadzać w wyprowadzaniu wniosków.
+
+Postąpiliśmy naprzód na drodze odkryć. Znamy już przyczynę nocnych
+wędrówek Barrymorów -- a to ułatwia sytuacyę.
+
+Lecz trzęsawisko zawiera jeszcze wiele tajemnic niewyjaśnionych. Może
+w następnym liście zdołam rzucić na nie światło. Byłoby najlepiej,
+gdybyś mógł sam przyjechać.
+
+
+
+
+X.
+
+Wyjątek z dziennika doktora Watsona.
+
+
+Do tego punktu w mojem opowiadaniu posiłkowałem się listami,
+pisywanymi do Sherlocka Holmes. Odtąd, dla odświeżenia pamięci, muszę
+zaglądać do mego dziennika z owego czasu. Przytoczę kilka ustępów,
+zaczynając od dnia, następującego po naszym pościgu.
+
+
+ _16 października._
+
+
+Drobny deszczyk kropi bezustanku. Cały dom spowity w gęstą mgłę; to
+się podnosi, to opada, ukazując łąkę i trzęsawisko. W pałacu i na
+dworze smutno.
+
+Baronet przebywa reakcyę po wczorajszem podnieceniu. Ja sam czuję
+dziwny niepokój, widzę niemal zbliżające się niebezpieczeństwo,
+a jest tem groźniejsze, iż nie potrafimy go określić.
+
+Powodów do obawy nie braknie. Cały szereg okoliczności złożył się na
+wzbudzenie w nas przesądnego strachu: naprzód tajemnicza śmierć
+poprzedniego właściciela tej rezydencyi; dalej -- pogłoski, krążące
+po okolicy, wreszcie te zagadkowe odgłosy na bagnie. Słyszałem je
+dwa razy na własne uszy...
+
+Wszystko to wyłamuje się z pod zwykłego porządku rzeczy i praw natury:
+pies widmowy, legendowy, pozostawia ślady stóp i wyje przeraźliwie.
+Stapleton nawet wierzy w jego istnienie, a doktor Mortimer, pomimo
+swej wiedzy, przekonany jest, że widział jakieś nadprzyrodzone
+stworzenie.
+
+Ja, choć nie jestem uczonym, jak ci dwaj panowie, nie mogę jednak
+w to uwierzyć; byłoby to zejść do poziomu umysłowego włościan
+okolicznych, którzy gotowi przysiądz, że widzieli psa, ziejącego
+ogniem i siarką.
+
+Holmes nie słuchałby nawet podobnych baśni -- i ja powinienem być na
+nie głuchym.
+
+Lecz fakty są faktami, a na własne uszy dwa razy słyszałem szczekanie
+na bagnie. Przypuśćmy, że jest tam jakiś pies zdziczały -- byłoby to
+wyjaśnieniem tych wszystkich zagadek.
+
+Lecz gdzież taki pies ukrywa się? Gdzież znajduje pożywienie? Dlaczego
+nikt go nie widzi we dnie?...
+
+Pomijając nadprzyrodzone czynniki w tej sprawie, pozostaje działalność
+ludzka: ów blady mężczyzna, śledzący nas z dorożki, i ostrzeżenie,
+przesłane sir Henrykowi. To są fakty realne, lecz owym nieznajomym
+może być zarówno przyjaciel, jak i wróg. Gdzież on teraz przebywa? Czy
+pozostał w Londynie? Czy też nas śledzi tutaj? Może to on był owym
+wysokim, szczupłym mężczyzną, którego widziałem w świetle
+księżyca na szczycie skały?
+
+Co prawda, widziałem bardzo niewyraźnie i przelotnie, lecz jestem
+pewien, że to nikt z okolicy, bo znam już wszystkich sąsiadów. Był
+wyższy od Stapletona, szczuplejszy od Franklanda. Mógłby to być
+Barrymore; ale pozostawiliśmy go w domu, i z pewnością nie wyszedł za
+nami.
+
+A więc śledzi nas jakiś nieznajomy -- zapewne ten sam, co w Londynie.
+Gdybym zdołał go schwytać, możeby to wyjaśniło wszystkie te zagadki.
+Całą moją energię wytężę, aby tego celu dopiąć.
+
+W pierwszej chwili chciałem zwierzyć się sir Henrykowi z moich
+zamiarów, ale po namyśle zaniechałem tego zamiaru. Baronet jest
+zdenerwowany -- nie chcę zwiększać jego niepokoju. Będę działał na
+własną rękę.
+
+Dziś popołudniu mieliśmy drobne zajście. Barrymore prosił sir Henryka
+o posłuchanie. Rozmawiali przy zamkniętych drzwiach w gabinecie.
+Siedząc w sali bilardowej, słyszałem słowa urywane i domyślałem
+się, o co chodzi. Po chwili baronet drzwi otworzył i wezwał mnie.
+
+-- Barrymore ma żal do nas -- rzekł. -- Znajduje, żeśmy źle postąpili
+wobec niego, ścigając Seldona, skoro on, z własnej woli, tajemnicę nam
+powierzył.
+
+Kamerdyner stał przed nami, bledszy, niż zwykle, i widać było, ze
+hamuje się z trudnością.
+
+-- Wyraziłem się może zbyt ostro -- rzekł, tłómacząc się. --
+Przepraszam jaśnie pana. Ale co prawda, byłem zdziwiony, że panowie
+chcieli schwytać Seldona. Ten nieszczęśnik ma już dość biedy
+z policyą i nie spodziewa się zapewne, że go ścigają gentlemenowie...
+
+-- Gdybyś nam się zwierzył z własnej i nieprzymuszonej woli, byłaby
+rzecz inna -- przekładał mu baronet -- ale powiedziałeś nam,
+a właściwie twoja żona powiedziała nam prawdę pod naciskiem, więc
+mamy ręce rozwiązane.
+
+-- Nie sądziłem, że jaśnie pan będzie z tego korzystał...
+
+-- Ten człowiek jest szkodliwym dla całej okolicy. Dużo jest domków
+odludnych na łące i trzęsawisku, choćby naprzykład willa pana
+Stapleton: stoi na uboczu. W razie napaści, któż przyjdzie
+z pomocą?... Dopóki ten łotr tutaj grasuje, nikt nie jest pewnym życia.
+
+-- On nie napadnie na żaden dom. Ręczę panu za to słowem honoru.
+Zresztą za kilka dni opuści te strony. Poczyniliśmy już przygotowania,
+aby go wyprawić do południowej Ameryki. Na miłość Boską, błagam
+panów, nie wydawajcie go w ręce policyi!
+
+-- Co ty na to powiadasz, Watson? -- zapytał mnie sir Henryk.
+
+Wzruszyłem ramionami.
+
+-- Jeżeli istotnie ma opuścić Anglię, uwolni to kraj od utrzymywania
+jednego więcej łotra -- odrzekłem.
+
+-- Ale czy można być pewnym, że przed wyjazdem nie wyrządzi krzywdy
+nikomu?
+
+-- Jaśnie panie, byłoby to szaleństwem z jego strony. Zaopatrzyliśmy
+go we wszystko, czego mu potrzeba. Nową zbrodnią wprowadziłby tylko
+policyę na swój trop.
+
+-- To prawda -- przyznał sir Henryk -- a więc Barrymore...
+
+-- Niech Bóg nagrodzi to jaśnie panu -- przerwał kamerdyner, ze
+szczerym wybuchem wdzięczności. -- Moja żona nie przeżyłaby drugi raz
+takiej hańby...
+
+-- Poprostu sprzyjamy i dopomagamy łotrowi... Ale nie chcę wtrącać
+pani Barrymore do grobu... i jeśli Seldon opuści te strony i zachowa
+się spokojnie, będę milczał.
+
+Kamerdyner skłonił się głęboko i zmierzał ku drzwiom, ale zawahał
+się i przystąpił znowu do sir Henryka.
+
+-- Jaśnie pan był dla mnie tak dobry -- szepnął -- że chciałbym się
+mu odwdzięczyć wedle możności. Ja coś wiem i powinienem był
+powiedzieć to wcześniej, ale wykryłem to po skończonem śledztwie.
+Tyczy się to śmierci sir Karola...
+
+Obaj z sir Henrykiem zerwaliśmy się na równe nogi.
+
+-- Wiesz, w jaki sposób umarł?... -- zagadnął baronet.
+
+-- Nie, jaśnie panie, tego nie wiem.
+
+-- Więc cóż?
+
+-- Wiem, dlaczego był przy furtce o tej godzinie. Czekał na kobietę.
+
+-- Na kobietę? On?...
+
+-- Tak, panie.
+
+-- Jakże się ona nazywa?
+
+-- Nazwiska nie znam, mogę tylko wymienić pierwsze litery.
+
+-- Skąd je znasz, Barrymore?
+
+-- Sir Karol otrzymał list tego dnia rano. Zwykle dostawał dużo
+listów, bo wiedziano o jego dobrem sercu, i każdy w kłopocie udawał
+się do niego. Ale wtedy był tylko ten jeden list, więc go zauważyłem.
+Nosił stempel pocztowy Coombe-Tracey, adres był wypisany kobiecą ręką.
+
+-- No i cóż?
+
+-- Zapomniałem już o tym szczególe, gdy przed paru tygodniami, moja
+żona, porządkując w gabinecie sir Karola -- (pozostał nietknięty od
+jego śmierci) -- otóż moja żona znalazła w popiele z kominka
+niedopalony szczątek listu; były na nim wypisane słowa: „Proszę
+i zaklinam pana, abyś ten list spalił i przyszedł do furtki
+o dziesiątej.” Pod spodem były litery _L. L._
+
+-- Czy masz ten niedopalony kawałek?
+
+-- Nie; gdyśmy go poruszyli, rozsypał się.
+
+-- Czy sir Karol otrzymywał poprzednie listy, pisane takim
+charakterem?
+
+-- Nie przeglądałem jego korespondencyi, a nie byłbym zauważył tego
+listu, gdyby nadszedł z poczty wraz z innemi.
+
+-- Nie wiesz, kto może być owa _L. L._?
+
+-- Nie, jaśnie panie; sądzę jednak, że gdybyśmy zdołali to wykryć,
+dowiedzieliśmy się czegoś więcej o śmierci sir Karola.
+
+-- Nie pojmuję, Barrymore, jak mogłeś przemilczeć o tak ważnym
+szczególe...
+
+-- Miałem własne kłopoty -- biedę z Seldonem, a przytem byliśmy oboje
+bardzo przywiązani do sir Karola, więc woleliśmy zamilczeć o tem
+odkryciu; nie mogło to już pomódz naszemu biednemu panu, a tam, gdzie
+wchodzi w grę kobieta, lepiej jest być ostrożnym.
+
+-- Baliście się, aby to nie zaszkodziło jego opinii?
+
+-- Tak. Ale teraz, gdy jaśnie pan okazał nam tyle dobroci, uważam
+sobie za obowiązek wyznać to jaśnie panu.
+
+-- Dobrze, Barrymore, możesz już odejść.
+
+Gdy drzwi zamknęły się za kamerdynerem, sir Henryk zwrócił się do
+mnie:
+
+-- No i cóż, Watson, co powiadasz na to nowe światło?
+
+-- Zwiększa ono jeszcze ciemności, otaczające nas zewsząd.
+
+-- I ja tak sądzę. Lecz gdybyśmy zdołali wyśledzić, kto jest _L. L._,
+możeby to wyświetliło całą sprawę. Bądź co bądź, już o tyle
+zyskaliśmy, że wiemy, iż jest ktoś, kto może wyjaśnić nam przyczynę
+śmierci sir Karola. Jak uważasz: co nam teraz uczynić należy?
+
+-- Trzeba przedewszystkiem uwiadomić o tem Holmesa. Damy mu klucz,
+którego szuka tak dawno; jestem prawie pewien, że potrafi z niego
+skorzystać.
+
+Poszedłem zaraz do mego pokoju i spisałem naszą ranną rozmowę, aby ją
+posłać Holmesowi.
+
+W ostatnich czasach był widocznie bardzo zajęty; otrzymywałem od niego
+listy krótkie, bez żadnych uwag o tem, co mu donosiłem, prawie bez
+wzmianek o naszej misyi. Sprawa o wyzysk pochłania go zupełnie,
+a jednak i tutaj dzieje się tyle rzeczy dziwnych, że mógłby
+zainteresować się niemi żywiej.
+
+
+ _17 października._
+
+Przez cały dzień deszcz padał. Myślałem o mordercy na bagnie. Ciężko
+zawinił, to prawda, ale też ciężko odpokutowuje swą zbrodnię. Potem
+zastanawiałem się nad tajemniczym nieznajomym, który nas śledził
+z dorożki. Jeżeli to on ukazał mi się na tle księżycowej tarczy, musi
+teraz moknąć. Wieczorem wziąłem płaszcz i wyszedłem na bagno. Wiatr
+smagał mnie po twarzy, deszcz lał się za kołnierz. Dotarłem do skały
+Black-Tor, na której szczycie stał wówczas nieznajomy. Z jej wyżyn
+spojrzałem na szarą równinę.
+
+Na lewo, wśród gęstych chmur, po nad drzewami sterczały wieżyce
+Baskerville-Hall. Były to jedyne oznaki życia; dokoła pustka i cisza,
+nigdzie nie mogłem dojrzeć śladów owej postaci widmowej, którą
+dostrzegłem parę dni temu.
+
+Wracając, spotkałem doktora Mortimer. Jechał wózkiem. Poczciwy doktor
+okazuje nam dużo życzliwości, odwiedza nas prawie codzień. Zaprosił
+mnie do swego wehikułu i odwiózł do domu. Spostrzegłem, że jest
+smutny; skarżył mi się, że mu zginął ulubiony piesek: wybiegł na
+bagno i już nie wrócił. Starałem się go pocieszyć, dowodząc, że
+się odnajdzie, ale przypomniał mi się źrebak, który w moich oczach
+zatonął w błotach Grimpen-Mire. Wątpię, czy doktor zobaczy już swego
+ulubieńca.
+
+-- Wszak pan zna tu wszystkich? -- zagadnąłem doktora.
+
+-- Zdaje mi się -- odparł.
+
+-- Czy nie mógłby mi pan wymienić kobiety, której inicyały są:
+_L. L._?
+
+Szukał w pamięci.
+
+-- Nie -- rzekł wreszcie. -- Jest tu wprawdzie kilka rodzin
+cygańskich, o których nic nie wiem, lecz znam wszystkich farmerów
+i obywateli okolicznych z imienia i nazwiska. Poczekaj pan... -- rzekł
+nagle. -- Jest Laura Lyons -- inicyały _L. L._, ale ona mieszka
+w Coombe-Tracey.
+
+-- Kto to taki? -- spytałem.
+
+-- Córka starego Franklanda.
+
+-- Jakto? Więc ten dziwak ma córkę?
+
+-- Ma. Wyszła za artystę, nazwiskiem Lyons, który przybył tu dla
+malowania okolicy. Opuścił żonę, choć mówią, że i ona nie jest bez
+winy. Ojciec wyparł jej się. Biedna kobieta ma ciężkie życie...
+
+-- Z czegóż się utrzymuje?
+
+-- Stary Frankland płaci jej pewną kwotę miesięcznie, ale nie dużo, bo
+jego własne interesy są zagmatwane. Niepodobna było jej opuścić i dać
+jej się zmarnować zupełnie. Kilka osób z sąsiedztwa postarało się
+dostarczyć jej uczciwego zarobku. Stapleton, sir Karol, no i ja
+wreszcie zrobiliśmy dla niej, co się dało. Kupiono jej maszynę do
+pisania, i w ten sposób zarabia.
+
+Doktor Mortimer pytał o powód moich indagacyj; zaspokoiłem jego
+ciekawość, nie mówiąc mu prawdy: po co tyle osób ma wiedzieć o tym
+liście?
+
+Jutro rano pojadę do Coombe-Tracey, a jeśli zdołam zobaczyć się z ową
+mrs. Laurą Lyons, podejrzanej reputacyi, jedno ogniwo zostanie
+oderwane od tajemniczego łańcucha. Nabieram przebiegłości: gdy doktor
+Mortimer nacierał, chcąc dowiedzieć się, dlaczego interesuję się
+panią Lyons, napytałem go podstępnie, do jakiego typu należy czaszka
+pana Frankland; dzięki temu, do końca naszej wycieczki nie słyszałem
+o niczem innem, tylko o kraniologii. Nie darmo tyle lat przebywam
+w towarzystwie Sherlocka Holmes.
+
+Pozostaje mi już tylko zanotować jeden fakt z owego dnia,
+a mianowicie, moją rozmowę z Barrymorem. Dał mi do ręki nowy atut.
+Myślę go użyć.
+
+Mortimer pozostał na obiedzie, potem obaj z baronetem grali
+w _écarté_. Kamerdyner przyniósł mi kawę do biblioteki; skorzystałem
+z tego, aby mu zadać parę pytań.
+
+-- No i cóż, czy Seldon opuścił już te strony? -- rzekłem -- czy
+jeszcze grasuje?
+
+-- Spodziewam się, że już go tu niema; nie dawał znaku życia od dnia,
+gdy po raz ostatni zaniosłem mu żywność.
+
+-- Czy widziałeś go wówczas?
+
+-- Nie, panie, ale nie było już prowiantów, gdym przyszedł po raz
+drugi.
+
+-- A więc Seldon je zabrał?
+
+-- Takby można przypuszczać; chyba, że je wziął tamten...
+
+Spojrzałem na kamerdynera ze zdziwieniem.
+
+-- Zatem wiesz, że drugi człowiek kryje się na bagnie?
+
+-- Tak, panie, wiem.
+
+-- Czyś go widział?
+
+-- Nie.
+
+-- Skąd wiesz o nim?
+
+-- Mówił mi Seldon przed tygodniem. Tamten ukrywa się także, ale,
+o ile mogę zmiarkować, nie jest więźniem. To mi się wcale nie
+podoba... -- dodał tajemniczo.
+
+-- Słuchaj, Barrymore -- rzekłem. -- Przybyłem tu w interesie twojego
+pana. Powiedz mi otwarcie: co ci się nie podoba?
+
+Wahał się, jak gdyby żałował swego odezwania, lub nie mógł znaleźć
+słów do wyrażenia myśli.
+
+-- Jakieś niebezpieczeństwo grozi sir Henrykowi... -- rzekł
+wreszcie. -- Byłoby najlepiej, gdyby wyjechał do Londynu.
+
+-- Cóż cię zaniepokoiło?
+
+-- Powiem panu szczerze: przewiduję nowe nieszczęście... Po co tamten
+ukrywa się na bagnie?... To nie zapowiada nic dobrego dla
+Baskervillów. Chciałbym już, żeby nowa służba zwolniła mnie z dozoru
+nad pałacem.
+
+-- Czy mógłbyś mi co powiedzieć o tym nieznajomym? Co o nim myśli
+Seldon? Czy odnalazł jego kryjówkę? Czy dowiedział się, co on tu robi?
+
+-- Widział go parę razy, ale tamten jest skryty. W pierwszej chwili
+mój szwagier miał go za szpiega, ale niebawem przekonał się, że to
+gentleman i że działa na własną rękę w jakimś celu tajemniczym.
+
+-- Czy Seldon nie odszukał jego kryjówki?
+
+-- Wie, że nieznajomy chowa się w jednej z jaskiń na stoku góry, tam,
+gdzie to mieszkali dawni ludzie.
+
+-- A skąd dostaje żywność?
+
+-- Seldon wypatrzył, że jakiś chłopak zaopatruje go we wszystko. Ten
+chłopak chodzi do Coombe-Tracey.
+
+-- Dobrze, Barrymore. Pogadamy jeszcze o tem.
+
+Po odejściu kamerdynera, zbliżyłem się do okna i spojrzałem na ciemną
+łąkę. Noc była chłodna, wietrzna. Jakież pobudki mogły skłonić
+człowieka do ukrywania się na bagnie o takiej porze roku?... Tam,
+w tej jaskini jest klucz do tajemnicy. Przysięgam sobie, że muszę ją
+odkryć, i to w ciągu dwudziestu czterech godzin.
+
+
+
+
+XI.
+
+Nieznajomy, ukrywający się w jaskini.
+
+
+Wyjątek z dziennika, stanowiący ostatni rozdział opowiadania,
+doprowadził mnie do 18-go października, to jest do dnia, w którym
+te dziwne wypadki zaczęły się rozplątywać. Fakty następnych dni
+pozostały tak żywo w mojej pamięci, że mogę je opowiedzieć bez
+zaglądania do notatek.
+
+Zaczynam więc od dnia, następującego po tym, w którym wykryłem dwa
+bardzo ważne fakty: a więc naprzód, że pani Laura Lyons
+z Coombe-Tracey pisała do sir Karola Baskerville i wyznaczyła mu
+spotkanie o godzinie, w której śmierć znalazł; powtóre, że człowiek,
+przebywający na bagnie, ukrywa się w jednej z jaskiń na stoku góry.
+
+Znając te dwa fakty, miałem w ręku oręż, który mógł mi pomódz do
+wyjaśnienia tej krwawej zagadki.
+
+Nie mogłem podzielić się zdobytemi wiadomościami z baronetem, albowiem
+doktor Mortimer pozostał do późnej nocy. Nazajutrz jednak przy
+śniadaniu opowiedziałem sir Karolowi te okoliczności i spytałem, czy
+chce mi towarzyszyć do Coombe-Tracey.
+
+W pierwszej chwili miał ochotę jechać, ale po namyśle uznaliśmy obaj,
+że będzie lepiej, abym wyruszył sam na tę wyprawę. Należało odjąć
+wizycie wszelki charakter uroczysty. Zostawiłem więc sir Henryka
+w domu i pojechałem na zwiady.
+
+Łatwo mi przyszło dowiedzieć się o adresie mrs. Lyons. Mieszkała
+w dobrym punkcie, w środku miasta. Zostałem odrazu wprowadzony przez
+schludną pokojówkę do bawialni. Pani Lyons siedziała przy maszynie
+Remingtona; zerwała się na moje powitanie, lecz ujrzawszy
+nieznajomego, zmieszała się i spytała, czego sobie życzę.
+
+Na pierwszy rzut oka, mrs. Lyons robiła wrażenie osoby niezwykle
+pięknej: miała oczy i włosy złocisto-brunatne, cerę świeżą, usta
+ponsowe. Byłem zachwycony jej urodą, lecz przyjrzawszy się bliżej,
+dostrzegłem ostry wyraz ust i oczu, psujący ogólną harmonię. Bądź co
+bądź, znajdowałem się wobec kobiety ślicznej, i teraz dopiero
+uczułem, ze moje zadanie jest trudne. Cóż mogłem jej odpowiedzieć?
+
+-- Znam ojca pani -- rzekłem, tłómacząc tem moje przybycie.
+
+-- Niema nic wspólnego pomiędzy mną a ojcem -- odparła chłodno. -- Nie
+zawdzięczam mu nic zgoła, i jego znajomi nie są moimi. Gdyby nie sir
+Karol Baskerville i paru innych przyjaciół, umarłabym z głodu, choć
+mam ojca...
+
+-- Właśnie przybywam do pani w sprawie nieboszczyka sir Karola --
+oświadczyłem.
+
+Spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
+
+-- Cóż mogę panu o nim powiedzieć? -- rzekła, bawiąc się
+łańcuszkiem od zegarka.
+
+-- Wszak go pani znała?
+
+-- Mówiłam już panu, że wiele mu zawdzięczam. Jeżeli mogę pracować
+na swoje utrzymanie, to głównie dzięki jego dobroci dla mnie.
+
+-- Czy pani z nim korespondowała?
+
+Dziwny błysk zapalił się w jej oczach.
+
+-- Dlaczego mnie pan pyta? -- rzekła ostro.
+
+-- Aby pani oszczędzić publicznego skandalu. Lepiej, że ja dowiem się
+prawdy, niż żeby została ujawniona wobec świata...
+
+Milczała długo; wreszcie spojrzała na mnie z tłumionym gniewem.
+
+-- Dobrze, odpowiem -- rzekła. -- O co panu chodzi?
+
+-- Czy pani korespondowała z sir Karolem? -- ponowiłem moje pytanie.
+
+-- Naturalnie, pisywałam do niego, aby mu podziękować za jego
+delikatność i wspaniałomyślność.
+
+-- Czy pani zapamiętała daty swoich listów?
+
+-- Nie.
+
+-- Czy pani widywała sir Karola?
+
+-- Tak, parę razy, gdy przyjeżdżał do Coombe-Tracey. Żył
+w osamotnieniu. Lubił świadczyć dobrodziejstwa z ukrycia...
+
+-- Jeżeli widywał panią tak rzadko i otrzymywał od pani nieczęste
+listy, skądże mógł być do tego stopnia poinformowany o jej interesach,
+aby przychodzić jej z pomocą, jak to pani sama zeznała?
+
+Odrzekła mi na to bez namysłu:
+
+-- Kilku sąsiadów znało moje smutne dzieje; złączyli się, aby mi
+przyjść z pomocą; między innymi pan Stapleton, przyjaciel sir Karola,
+był dla mnie bardzo dobry. Przez niego baronet poznał moje przykre
+położenie.
+
+Wiedziałam istotnie, że sir Karol uczynił Stapletona swoim
+jałmużnikiem, więc uwierzyłam tym słowom.
+
+-- Czy pani kiedy pisała do sir Baskervilla, prosząc go o widzenie się
+na cztery oczy? -- ciągnąłem dalej.
+
+Pani Lyons poczerwieniała.
+
+-- Dziwne to pytanie... -- rzekła, udając obrażoną.
+
+-- Przykro mi, ale muszę je powtórzyć.
+
+-- A więc -- nie; nie wyznaczałam mu nigdy spotkań.
+
+-- Ani w dzień śmierci sir Karola?... -- rzekłem z naciskiem.
+
+Rumieniec znikł z jej twarzy, w jednej chwili zbladła śmiertelnie.
+Usta jej poruszyły się bezdźwięcznie, wyszeptała „nie” tak cicho,
+że domyśliłem się raczej, niż usłyszałem to słowo.
+
+-- Zapewne pamięć zawodzi panią... -- rzekłem -- bo mógłbym nawet
+przytoczyć jeden ustęp z jej listu, a mianowicie: „Proszę i zaklinam,
+abyś pan ten list spalił i stawił się przy furtce o dziesiątej
+wieczorem”.
+
+Była blizką omdlenia, zapanowała jednak nad sobą.
+
+-- Więc już niema w Anglii gentlemenów!... -- szepnęła z goryczą.
+
+-- Pani krzywdzisz pamięć sir Karola -- rzekłem. -- On ten list spalił,
+ale można odczytać list nawet po spaleniu... Czy pani przyznaje się do
+tych słów?
+
+-- Tak, napisałam je! -- zawołała nagle -- napisałam. Nie potrzebuję
+się zapierać! Nie mam powodu wstydzić się. Chciałam prosić sir Karola
+o pomoc. Sądziłam, że mi jej udzieli po rozmowie na cztery oczy
+i dlatego prosiłam go, żeby stawił się u furtki.
+
+-- Ale czemu o takiej godzinie?...
+
+-- Bo dowiedziałam się właśnie, że wyjeżdża nazajutrz do Londynu
+i że jego nieobecność potrwa kilka miesięcy. Były powody, dla
+których nie mogłam przybyć tam wcześniej.
+
+-- Dlaczego wyznaczyłaś mu pani spotkanie w ogrodzie, nie zaś
+w pałacu?
+
+-- Czy pan sądzi, że kobieta może bezkarnie odwiedzać mężczyznę
+bezżennego o takiej godzinie?
+
+-- I cóż się stało, gdyś pani przybyła do furtki?
+
+-- Nie stawiłam się wcale.
+
+-- Mrs. Lyons, trudno mi w to uwierzyć.
+
+-- Przysięgam panu na wszystko, co mi jest świętem i drogiem, że
+mówię prawdę. Nie pojechałam, bo mi coś przeszkodziło.
+
+-- Co takiego?
+
+-- To sprawa osobista, prywatna. Nie mogę powiedzieć.
+
+-- A zatem przyznaje pani, że wyznaczyła sir Karolowi spotkanie
+o godzinie i na miejscu, gdzie go znaleziono trupem; przeczy pani
+jednak, że stawiła się na miejscu umówionem...
+
+-- Mówię prawdę.
+
+Zadałem jej jeszcze kilka pytań, chcąc ją skłonić do wyznań, ale
+nadaremnie.
+
+-- Mrs. Lyons -- rzekłem, wstając -- bierze pani na siebie wielką
+odpowiedzialność i stawia się pani w trudnem położeniu. Jeżeli będę
+zmuszony wezwać pomocy policyi, wtedy dopiero przekonasz się pani,
+jak dalece jesteś skompromitowaną. Gdybyś pani była niewinną, to
+w pierwszej chwili nie zaprzeczyłabyś, żeś pisała tego dnia do sir
+Karola.
+
+-- Zaprzeczyłam, w obawie, aby nie wyciągnięto z tego wniosków
+fałszywych i żeby nie być wplątaną w skandal.
+
+-- A dlaczego zależało pani tak bardzo na tem, aby sir Karol ów list
+spalił?
+
+-- Jeżeli pan go przeczytał, to musi pan wiedzieć, dlaczego.
+
+-- Nie mówiłem, żem czytał cały list.
+
+-- Przytoczyłeś pan jeden ustęp dosłownie.
+
+-- Tak, dopisek. List, jak już raz nadmieniłem, został spalony i nie
+można go było odczytać. Raz jeszcze pytam panią: dlaczego nalegałaś,
+aby sir Karol spalił list, który otrzymał w dniu swojej śmierci?
+
+-- To sprawa czysto osobista.
+
+-- Tembardziej powinno pani chodzić o oszczędzenie publicznego
+śledztwa.
+
+-- A więc powiem panu. Słyszał pan zapewne o mojej smutnej historyi
+i musi pan wiedzieć, że wyszłam za mąż zbyt pośpiesznie i że miałam
+powód tego żałować.
+
+-- Słyszałem.
+
+-- Moje życie było szeregiem prześladowań ze strony męża, którego
+nienawidzę. Prawo jest po jego stronie. Lyons każdej chwili może
+zażądać, abym z nim żyła. Przed napisaniem owego listu do sir Karola,
+dowiedziałam się właśnie, że jest sposób odzyskania wolności, lecz
+że wymaga to znacznych kosztów. Byłoby to dla mnie spokojem,
+szczęściem, wszystkiem na świecie. Znałam hojność sir Karola
+i sądziłam, że gdy usłyszy te smutne dzieje z moich własnych
+ust, dopomoże mi niewątpliwie.
+
+-- Więc dlaczego pani nie poszła na miejsce umówione?
+
+-- Bo otrzymałam pomoc z innego źródła.
+
+-- Czemuż więc nie uprzedziłaś pani o tem sir Karola?
+
+-- Byłabym to uczyniła, gdybym nazajutrz nie wyczytała w dziennikach
+wiadomości o jego śmierci.
+
+Słowa pani Lyons były dość logicznie powiązane, nie mogłem jej
+złapać na sprzeczności. Pozostawało tylko sprawdzić, czy istotnie
+w owym czasie przedsięwzięła kroki rozwodowe.
+
+Wierzyłem, iż tej nocy nie była w Baskerville-Hall, bo widzianoby
+konie i wehikuł przy furtce; taka wycieczka nie utrzymałaby się
+w tajemnicy. Mrs. Lyons mówiła więc prawdę, lub część prawdy.
+
+Wyszedłem zniechęcony. Więc znowu rozbijałem się o mur, zagradzający
+dalszą drogę odkryć! A jednak, im bardziej przypominałem sobie każdy
+rys jej twarzy i każde słowo, tem pewniejszy byłem, że nie powiedziała
+mi wszystkiego.
+
+Bo i czemuż zbladła w pierwszej chwili? Czemu nie odrazu przyznała się
+do listu?... Niewątpliwie była winniejszą, niż się przedstawiała.
+
+Musiałem tymczasowo poprzestać na jej informacyach i zwrócić się po
+dalsze, w inną stronę -- ku jaskiniom naszych przedhistorycznych
+przodków.
+
+Ale niełatwo było odnaleźć nieznajomego na podstawie ogólnikowej
+wskazówki. Barrymore powiedział mi, że nieznajomy ukrywa się w jednej
+z jaskiń, ale takich jaskiń było mnóstwo na każdym kroku. Pamiętałem
+jednak skałę, na której ukazała mi się postać w blasku księżyca. Ta
+skała, Black-Tor (Czarne Wrota) miała mi służyć za drogowskaz. Od niej
+miałem zacząć poszukiwania. Obiecywałem sobie, że znajdę nieznajomego
+i że musi mi wyznać, dlaczego tu przebywa. Łatwiej mu było umknąć na
+Regent-Street, niż na tej otwartej równinie. Wyśliznął się pomiędzy
+palcami wielkiego Holmesa. Jakiż byłby dla mnie tryumf, gdybym go
+zdołał schwytać!
+
+Dotychczas w mojem śledztwie nie dopisywało mi szczęście -- teraz
+uśmiechnęło się do mnie. Zwiastunem dobrej wieści był pan Frankland.
+
+Stał właśnie przy furtce swego ogrodu, wznoszącego się przy
+gościńcu.
+
+-- Dzień dobry, doktorze Watson! -- zagadnął mnie w chwili, gdym
+przejeżdżał mimo jego siedziby. -- Daj koniom odpocząć, a sam zechciej
+wstąpić do mnie na kieliszek wina.
+
+Nie żywiłem dla niego uczuć przyjaznych po tem com słyszał o jego
+postępowaniu z córką, ale chciałem jaknajprędzej odprawić grooma
+Perkinsa z wehikułem i końmi. Korzystając więc ze sposobności,
+wysiadłem i kazałem powiedzieć sir Henrykowi, że wrócę dopiero na
+obiad i że przyjdę pieszo.
+
+Wszedłem do domu Franklanda.
+
+-- Powinszuj mi pan! -- zawołał na wstępie. -- Jest to dla mnie dzień
+pamiętny; zapiszę go sobie czerwonym ołówkiem, przyniósł mi bowiem
+zadowolenie podwójne: naprzód, dał mi sposobność wykazania im, że nie
+można deptać prawa bezkarnie: odkryłem dokument, stwierdzający, że
+przez park starego Middletona, o sto yardów od dworu, powinna iść
+droga publiczna. Nauczę tych magnatów, że nie wolno im pozbawiać
+zwykłych śmiertelników tego, co im się słusznie należy. Im się
+zdaje, że prawo własności istnieje tylko dla nich. Nie miałem tak
+miłego dnia od chwili, gdym pozwał sir Johna Morland o bezprawne
+polowanie w jego własnym lesie. Ta sprawa kosztowała mnie dwieście
+funtów, ale ją wygrałem, bo na podstawie starych akt dowiodłem, iż
+ta część lasu należy do włościan. Muszę pana objaśnić, że nie byłem
+wcale interesowany. Działam zawsze dla dobra publicznego. Ot, i druga
+sprawa nie obchodzi mnie osobiście, a jednak wykryłem rzecz bardzo
+ważną.
+
+Przed chwila, myślałem: pod jakimby pozorem wymknąć się od dziwaka;
+teraz zaczynał mnie zaciekawiać, ale znając jego przekorną naturę,
+wiedziałem, że nic mi nie powie, jeśli się zdradzę z ciekawością.
+
+-- Chodzi zapewne o jaki nowy proces? -- rzekłem obojętnie.
+
+-- Ho, ho! mój chłopcze, źle się domyślasz. Słyszałeś zapewne
+o zbiegu, ukrywającym się na bagnie?
+
+Drgnąłem mimowoli.
+
+-- Czyżbyś pan znał jego kryjówkę? -- zagadnąłem.
+
+-- Nie mógłbym jej oznaczyć dokładnie, ale moje wskazówki oddałyby
+usługę policyi. Czy nie przychodziło panu na myśl, iż jedynym sposobem
+schwytania tego łotra, jest wyśledzić, skąd i gdzie otrzymuje
+żywność; po takim tropie najłatwiej dojść do jego kryjówki.
+
+Dowodzenie było bardzo logiczne.
+
+-- Bezwątpienia -- odparłem -- ale skąd pan wie, że on kryje się na
+bagnie?
+
+-- Wiem, bo na własne oczy widziałem tego, który mu nosi prowianty.
+
+Zaniepokoiłem się o Barrymora. Niebezpiecznie było dostać się na
+pastwę przekornego starca. Jego następne słowa zdjęły mi kamień
+z serca.
+
+-- Zdziwi się pan, słysząc, że dostarcza mu żywności dziecko --
+rzekł. -- Widuję małego chłopaka przez mój teleskop, umieszczony
+na dachu. Idzie zawsze jedną i tą samą ścieżką, o jednej i tej
+samej godzinie. A gdzieżby chodził, i po co, jeśli nie dla
+prowiantowania więźnia?
+
+Dzięki Bogu! Frankland był na fałszywym tropie. Udawałem, że ta
+wiadomości jest mi zupełnie obojętną.
+
+Już Barrymore mówił mi, że nieznajomego obsługuje chłopak. A więc
+Frankland odkrył ślad postaci tajemniczej, nie zaś Seldona. Jeżeli
+potrafię wydobyć z niego więcej faktów, oszczędzi mi to czasu
+i trudu. Niedowiarstwo mogło jedynie skłonić Franklanda do
+udzielenia mi bliższych informacyj.
+
+Widząc, że nie przywiązuję wagi do jego słów, zaperzył się,
+poczerwieniał jeszcze bardziej i spojrzał na mnie złośliwie.
+
+-- Więc pan wątpi? -- zawołał. -- Spojrzyj pan przed siebie. Widzisz
+skałę, zwaną Black-Tor? Sterczy na nagim pagórku, wśród dzikiej,
+kamienistej płaszczyzny. Pan sądzi, że ten chłopak jest pastuchem?
+Pozwól sobie powiedzieć, że to przypuszczenie jest niedorzeczne. Niema
+tam ani źdźbła trawy, więc cóżby skubała trzoda, a bez trzody niema
+pastucha.
+
+Odpowiedziałem pokornie, że uznaję nietrafność mojej hypotezy.
+Rozbroiło go to, skłaniając do dalszych wynurzeń.
+
+-- Wierzaj mi pan, że zanim wyrażę mój sąd, staram się go oprzeć na
+pewnych danych. Widuję chłopaka z zawiniątkiem codziennie, a czasem
+dwa razy na dzień. Poczekaj pan chwilkę. Jeżeli mnie oczy nie mylą,
+coś porusza się na górze...
+
+Od danego miejsca dzieliło nas kilka mil, lecz mogłem wyraźnie dojrzeć
+czarny punkcik.
+
+-- Chodź pan, chodź -- zawołał Frankland, biegnąc na górę. --
+Zobaczysz pan na własne oczy i przekonasz się, że na wiatr nie mówię.
+
+Na dachu ustawiony był olbrzymi teleskop. Frankland spojrzał przez
+niego i krzyknął z radości:
+
+-- Śpiesz się, doktorze, bo przejdzie na drugą stronę góry!...
+
+Istotnie ujrzałem malca, niosącego zawiniątko na plecach. Wspinał się
+pod górę powoli. Gdy doszedł do szczytu, ujrzałem wyraźnie jego
+drobną postać na tle nieba. Rozejrzał się dokoła, jak gdyby obawiał
+się pogoni, następnie spuścił się drugim stokiem.
+
+-- No i cóż? Mam racyę? -- zagadnął Frankland.
+
+-- Tak, widziałem chłopca na własne oczy; z jego zachowania się można
+poznać, że spełnia jakąś misyę potajemną.
+
+-- A jaką, łatwo się domyśleć... Ale nie pisnę słówka przed
+policyą i pana proszę o sekret. Ani słowa, pamiętaj!...
+
+-- Jeżeli panu na tem zależy...
+
+-- Tak, chcę im zrobić na złość. Postąpili ze mną nikczemnie
+w sprawie przeciw włościanom. Nie myślę dopomagać _konstablom_.
+Pan już odchodzi?... Nie puszczę! Musimy „oblać” to odkrycie.
+
+Nie dałem się jednak uprosić i potrafiłem go odwieść od zamiaru
+towarzyszenia mi do Baskerville-Hall. Trzymałem się gościńca, dopóki
+mógł mnie widzieć, następnie skręciłem w bok i dążyłem w stronę
+góry, po której przeszedł chłopak.
+
+Wszystko mi sprzyjało; postanawiałem skorzystać z okoliczności
+i dziś jeszcze tę tajemnicę wykryć.
+
+Słońce już było na zachodzie, gdym doszedł do szczytu góry. Cała
+równina była pogrążona w ciszy grobowej. Nie było nigdzie chłopca.
+Rozglądając się dokoła wśród rozrzuconych kamieni, dojrzałem trzy,
+tak ułożone, że mogły służyć za kryjówkę. Serce zabiło we mnie
+żywiej. Tu musiał przebywać nieznajomy.
+
+Zbliżywszy się, spostrzegłem dwa kamienie, stojące prostopadle; jeden
+leżał na nich poziomo. Wszedłem do tej skalistej nory, a przyznaję, że
+z pewną obawą. Miejsce było puste, ale były w niem ślady, że
+zamieszkiwała je ludzka istota. Na płaskim, wygrążonym kamieniu, który
+zapewne służył przedhistorycznemu człowiekowi za łoże, była kołdra,
+zawinięta w pled, na ziemi pozostał jeszcze popiół od zagaszonego
+ogniska, obok były rondelki i blaszana konewka z wodą, w drugim rogu
+dostrzegłem butelkę z _ginem_. Pośrodku był płaski kamień, w rodzaju
+stołu; leżało na nim zawiniątko -- to samo zapewne, które przez
+teleskop widziałem na plecach chłopaka. Rozwiązałem je -- był tam
+bochenek chleba, wędzony ozór i dwa słoiki owocowych konserwów. Pod
+prowiantami leżał kawałek papieru. Wziąłem go do rąk i w świetle
+zapałki odczytałem te słowa, skreślone ołówkiem, ręką niewprawną:
+
+-- „Dr. Watson pojechał do Coombe-Tracey”.
+
+Przez chwilę stałem z kartką w ręku, nie rozumiejąc, co znaczy to
+uwiadomienie. A więc śledzono nie sir Henryka, lecz mnie... Tajemniczy
+nieznajomy, nie mogąc sam mnie tropić, polecił to owemu chłopcu. Ten
+donosił mu zapewne o każdym moim kroku.
+
+Szukałem innych kartek, ale napróżno; nie mogłem też znaleźć
+niczego, coby mnie objaśniło o zamiarach człowieka, który obrał
+tak dziwne miejsce pobytu. Bądź co bądź, odznaczał się spartańskiemi
+obyczajami... Wśród dni słotnych kapało mu pewno na głowę, kostniał
+z zimna wśród chłodnych nocy, a jednak nie opuszczał swej kryjówki.
+Ważny cel przykuwał go zapewne do tej nory... Poprzysiągłem sobie, te
+stąd nie wyjdę, dopóki nie dowiem się, czy ten człowiek jest naszym
+przyjacielem, czy wrogiem.
+
+Słońce już spuszczało się nisko, w blasku złota i purpury; po jednej
+stronie sterczały wieże Baskerville-Hall, po drugiej były bagna
+Grimpen-Mire, a w bok na prawo, wznosił się dom Stapletonów. W naturze
+był rozlany spokój, tylko moja dusza była wzburzona. Usiadłem
+u wejścia do jaskini i czekałem na przybycie jej lokatora.
+
+Nareszcie doszedł mnie odgłos jego kroków. Wsunąłem się
+w najciemniejszy kącik i wyjąłem rewolwer z kieszeni. Kroki umilkły,
+nagle cień zasłonił otwór.
+
+-- Mamy piękny wieczór, kochany Watson -- rzekł głos, dobrze mi
+znany. -- Sądzę, że ci będzie lepiej na powietrzu, niż tutaj...
+
+
+
+
+XII.
+
+Śmierć na bagnie.
+
+
+Przez chwilę siedziałem z zapartym oddechem, oczom własnym nie
+wierząc, wreszcie odzyskałem głos, powróciła mi przytomność,
+a jednocześnie spadł z serca kamień odpowiedzialności. Taki głos
+ironiczny, chłodny, miał tylko jeden człowiek na świecie.
+
+-- Sherlock! -- zawołałem.
+
+-- Wychodź, a proszę cię, bądź ostrożny z rewolwerem.
+
+Stanąłem w kamiennym otworze i ujrzałem Holmesa o parę kroków przed
+sobą. Siedział na kamieniu i patrzał na mnie wesoło. Był blady,
+wychudzony, miał twarz ogorzałą, ale bieliznę tak czystą, a brodę tak
+starannie wygoloną, jak gdyby znajdował się w swojem mieszkaniu przy
+Baker-Street.
+
+-- Jakże się cieszę, że to ty! -- zawołałem, ściskając mu rękę.
+
+-- A czy się nie dziwisz? -- zagadnął.
+
+-- Przyznaję, że tak.
+
+-- I ja jestem zdziwiony -- odrzekł. -- Nie spodziewałem się, że
+odnajdziesz moją kryjówkę, a tem mniej, że cię tu zastanę.
+Spostrzegłem twą obecność dopiero, gdym był o dwadzieścia kroków od
+tej jaskini.
+
+-- Poznałeś mnie po odbiciu stóp?
+
+-- Nie, Watson, nie umiałbym rozróżnić twoich śladów z pośród
+innych. Lecz gdy chcesz mnie wywieść w pole, radzę ci używać innych
+papierosów, bo ilekroć ujrzę munsztuk z marką fabryczną Broadley,
+Oxford-Street, zawsze się domyślę, iż mój przyjaciel Watson jest
+w pobliżu. Patrz, rzuciłeś niedopalony papieros, zapewne w chwili,
+gdyś zdecydował się wejść do tej jaskini.
+
+-- Istotnie.
+
+-- Tak przypuszczałem, a znając twoją odwagę, byłem pewien, że
+zaczaiłeś się z rewolwerem w garści, czekając na powrót
+„lokatora” tej siedziby. A więc sądziłeś, że to ja jestem
+zbrodniarzem?
+
+-- Nie wiedziałem, kim jesteś, ale poprzysiągłem sobie wykryć
+tajemnicę.
+
+-- Kiedy się dowiedziałeś o przebywaniu drugiego człowieka na bagnie?
+Dostrzegłeś mnie może owej nocy, gdy byłem tak nieostrożny
+i stanąłem na tle tarczy księżycowej?
+
+-- Tak, wtedy cię ujrzałem.
+
+-- I niewątpliwie zaglądałeś pod wszystkie kamienie, zanim natrafiłeś
+na moją kryjówkę?
+
+-- Nie; dostrzeżono twojego chłopaka i to mi posłużyło za drogowskaz.
+
+-- Dojrzał go zapewne stary gentleman przez teleskop. Gdym zobaczył po
+raz pierwszy blask od soczewki, nie mogłem zmiarkować, co to takiego.
+
+Wstał i wszedł do jaskini.
+
+-- Ha! widzę, że Cartwright przyniósł mi prowianty... Jest
+i zabazgrany papier. A więc jeździłeś do Coombe-Tracey?
+
+-- Tak.
+
+-- Żeby się rozmówić z panią Laurą Lyons?
+
+-- Nieinaczej.
+
+-- Dobrze. Bardzo dobrze! Nasze wywiady szły równoległymi drogami,
+a gdy połączymy badania, musimy dotrzeć do dna prawdy.
+
+-- Cieszę się ogromnie, że tu jesteś, bo już nerwy zaczynały mi
+odmawiać posłuszeństwa. Ale jakim sposobem znalazłeś się na bagnie
+i co tu porabiasz? Sądziłem, że siedzisz spokojnie przy Baker-Street
+i zajmujesz się sprawą o wyzysk.
+
+-- Chciałem, żebyś tak sądził.
+
+-- Więc używasz mnie do roboty, a jednak mi nie ufasz... -- zawołałem
+z goryczą. -- Zdaje mi się, że zasłużyłem na zaufanie.
+
+-- Mój drogi, jesteś poprostu nieoszacowany; w wielu razach oddałeś
+mi znakomite usługi, jestem ci wdzięczny i mam nadzieję, że mi
+przebaczysz ten fortel. Dopuściłem go się poczęści ze względu na
+ciebie: znając niebezpieczeństwo, na jakie się narażasz, chciałem je
+zbadać sam, na miejscu. Gdybym przebywał z tobą i z sir Henrykiem,
+dzieliłbym zapewne wasze poglądy na tę sprawę, a moja obecność
+zmusiłaby naszego przeciwnika do zdwojonej baczności. W obecnym stanie
+rzeczy dokonałem tego, czegobym nie mógł zrobić, mieszkając
+w Baskerville-Hall, a w dodatku pozostaję w ukryciu. W chwili potrzeby,
+wystąpię z całą energią i siłą.
+
+-- Ale czemuż ukrywałeś się przedemną?
+
+-- Bo w razie przeciwnym nie wstrzymałbyś się od komunikowania się
+ze mną; zechciałbyś mnie zaopatrywać w lepsze jadło, cieplejszą
+odzież i wprowadziłbyś tamtych na mój ślad. Przywiozłem ze sobą
+Cartwrighta -- pamiętasz tego malca z hotelu -- on myślał o mnie:
+przynosił mi chleb i czystą bieliznę. Czegóż mi więcej potrzeba?
+Dał mi przytem parę bystrych oczu i parę zwinnych nóg, co jest
+pożądane.
+
+-- A więc moje listy były niepotrzebne?
+
+Holmes wyjął paczkę listów.
+
+-- Oto twoje sprawozdania -- rzekł. -- Dostawałem je z 24 godzinnem
+opóźnieniem i oddały mi znaczne usługi. Muszę cię pochwalić za
+gorliwość i spryt, których dowiodłeś w tej niezwykłej sprawie.
+
+Serdeczne słowa Holmesa rozproszyły mój żal do niego, tembardziej, iż
+czułem, że lepiej się stało, żem nie wiedział o jego przebywaniu na
+bagnie.
+
+-- A teraz opowiedz mi twoją wizytę u mrs. Lyons -- rzekł. --
+Nietrudno mi było domyśleć się, że jeździłeś do niej, gdyż wiem,
+że ona jedna w Coombe-Tracey może nam dostarczyć potrzebnych
+informacyj. Coprawda, gdybyś nie był rozmówił się z nią dzisiaj,
+ja byłbym do niej poszedł jutro.
+
+Słońce już zaszło, powietrze ochłodziło się. Weszliśmy do jaskini.
+Usiadłszy na kamieniu obok Holmesa, opowiedziałem mu moją rozmowę
+z panią Lyons.
+
+-- To bardzo ważny szczegół -- poświadczył. -- Wypełnia lukę,
+której nie zdołałem pokryć. Wiesz zapewne, że pomiędzy tą damą
+a Stapletonem zachodzą bardzo blizkie stosunki?...
+
+-- Nie wiedziałem.
+
+-- To rzecz pewna... Widują się, pisują do siebie, są w porozumieniu
+serdecznem... Ta wiadomość jest niebezpiecznym orężem w naszem ręku.
+Gdyby tylko udało się zniechęcić do Stapletona jego żonę!...
+
+-- Żonę?
+
+-- Teraz ja udzielę ci garstkę informacyj wzamian za te, których ty
+mi dostarczyłeś. Dama, uchodząca tutaj za miss Stapleton, jest
+wistocie jego żoną.
+
+-- To niemożliwe! Czyżby on pozwalał sir Henrykowi starać się
+o własną żonę...
+
+-- Co mu to szkodzi, że sir Henryk zakochał się? On ze swojej strony,
+jak to sam spostrzegłeś, dokładał wszelkich starań, aby sir Henryk nie
+objawiał i nie wynurzał swych uczuć... Powtarzam ci: ta piękna dama
+jest nie siostrą, lecz żoną Stapletona.
+
+-- Więc czemuż ta komedya?
+
+-- Stapleton przewidywał, że ona może mu oddać usługi w charakterze
+osoby wolnej.
+
+Wszystkie moje posądzenia ożyły. Ten człowiek chłodny,
+nieprzenikniony, do którego od pierwszej chwili wstręt uczułem,
+wydawał mi się teraz potworem o słodkim uśmiechu.
+
+-- On, nie kto inny, jest naszym wrogiem; on nas śledził
+w Londynie!... -- oświadczył Holmes.
+
+-- A ostrzeżenie wyszło zapewne od niej?
+
+-- Niewątpliwie -- potwierdził mój przyjaciel.
+
+-- Jakim sposobem dowiedziałeś się, że ta kobieta jest jego żoną? --
+spytałem.
+
+-- Dzięki temu, że on sam wyjawił ci pewien szczegół ze swego
+życia; sądzę, że musiał żałować tej nieostrożności. Przy
+pierwszem z tobą spotkaniu mówił, że kierował kiedyś szkołą
+w północnej Anglii. Otóż niema nic łatwiejszego, jak wytropić
+nauczyciela. Istnieją agencye szkolne, za pomocą których można
+dowiedzieć się szczegółów z życia każdego nauczyciela,
+a tembardziej kierownika zakładu. Po krótkiem badaniu stwierdziłem,
+że jedna szkoła została zamknięta z powodu okropnych nadużyć.
+Nazwisko jej kierownika było inne; ten człowiek zniknął bez
+śladu. Rysopis zgadzał się, a gdy jeszcze dowiedziałem się,
+że ów przełożony odddawał się z zapałem entomologii, nie miałem
+już żadnych wątpliwości.
+
+-- Jeżeli ta kobieta jest istotnie jego żoną, jakiż jego stosunek do
+pani Lyons?
+
+-- Twoja rozmowa z tą damę rzuciła właśnie światło na ten punkt
+ciemny. Nie wiedziałem, że pani Lyons chce się rozwodzić. Widocznie
+ma nadzieję wyjść za Stapletona.
+
+-- A gdy się zawiedzie w tych nadziejach?
+
+-- Ha! wtedy odda się na nasze usługi. Przedewszystkiem musimy obaj
+widzieć się z nią jutro. Ale czy nie znajdujesz, Watson, że zbyt długo
+pozostawiłeś pupila bez swej opieki?... Twoje miejsce obecnie
+w Baskerville-Hall.
+
+Ostatnie promienie słońca gasły na zachodzie.
+
+-- Jeszcze jedno pytanie -- rzekłem, wstając. -- Wszak między nami nie
+powinno być sekretów. Powiedz mi, jaki on ma w tem cel?
+
+Holmes zniżył głos.
+
+-- Jego celem jest... morderstwo -- chłodne, wyrafinowane -- odparł.
+-- Nie pytaj mnie o szczegóły. Oplątuję go w sieci, tak, jak on -- sir
+Henryka. Jednego tylko obawiam się, a mianowicie, żeby on nie wykonał
+swego zamiaru, zanim będziemy gotowi do walki. Jeszcze jeden dzień,
+dwa najwyżej, a będę w stanie zmierzyć się z tym łotrem, ale
+tymczasem strzeż sir Henryka; żałuję nawet, żeś go dziś opuścił.
+
+Straszny jęk przerwał ciszę. Krew zamarła w mych żyłach.
+
+-- Co to takiego? -- zawołałem.
+
+Holmes zerwał się na nogi, wybiegł przed jaskinię, nastawił ucha.
+
+-- Cicho! -- szepnął -- cicho!
+
+Ten sam jęk powtórzył się bliżej, dźwięczał w nim strach i ból.
+
+-- Skąd to dochodzi? -- spytał Holmes szeptem.
+
+-- Zdaje mi się, że ztamtąd -- odparłem, wskazując na lewo.
+
+-- Nie, nie -- zaprzeczył.
+
+I znowu rozdarł ciszę okrzyk, pełen rozpaczy i trwogi. Towarzyszył mu
+teraz dziki pomruk.
+
+-- To pies! -- zawołał Holmes. -- Biegnijmy na pomoc! Prędzej!
+Prędzej!
+
+Rzucił się naprzód, ja za nim. Po raz trzeci, do uszu naszych doleciał
+jęk ludzki i straszne warczenie. Stanęliśmy, nasłuchując. Znowu
+zaległa cisza.
+
+Holmes załamał ręce. Nigdy jeszcze nie widziałem go tak bezradnym.
+
+-- Zapóźno już, zapóźno!... -- mówił z rozpaczą. -- Że też
+siedziałem tu, jak bałwan, z założonemi rękoma!... A ty, jak
+mogłeś wypuścić z opieki sir Henryka!...
+
+Biegliśmy dalej wśród ogarniającej nas mgły i coraz większych
+ciemności.
+
+-- Czy nic nie widzisz? -- spytał mnie Holmes.
+
+-- Nie -- odparłem.
+
+-- A to co takiego? -- zawołał nagle.
+
+Dało się słyszeć rzęrzenie. Dolatywało z po za nagiej skały,
+sterczącej przed nami. Podbiegliśmy i oczom naszym przedstawił się
+straszny widok. U stóp skały, twarzą, do ziemi, z rozpostartemi
+rękoma, leżał mężczyzna już martwy. To rzęrzenie było jego ostatnim
+oddechem.
+
+Potarłem zapałkę -- w jej świetle ujrzeliśmy coś od czego krew
+zastygła nam w żyłach; martwe zwłoki sir Karola Baskerville.[B]
+
+Znaliśmy obaj kraciasty garnitur -- ten sam, w którym ukazał nam się
+po raz pierwszy w mieszkaniu Holmesa. Zapałka zgasła, a z nią nadzieja
+w naszych sercach.
+
+-- Nie daruję sobie nigdy, żem go zostawił samego... -- szepnąłem.
+
+-- Ja jestem jeszcze winniejszy, Watson. Dla „zaokrąglenia”
+i „uzupełnienia” dowodów naraziłem życie mojego klienta... Jest to
+największy cios, jaki mnie kiedykolwiek spotkał w moim fachu!... Ale
+skąd mogliśmy przewidzieć, że pomimo naszych próśb i ostrzeżeń
+puści się sam na to przeklęte bagno?...
+
+-- I pomyśleć, że słyszeliśmy jego jęki i nie mogliśmy nadbiedz mu
+z pomocą.... Gdzież jest ten pies przeklęty? Lada chwila może
+wyskoczyć z za skały... A gdzie Stapleton? Pociągniemy go do
+odpowiedzialności!
+
+-- Tak, nie omieszkam tego uczynić -- mówił Holmes. -- Stryj i synowie
+zostali zamordowani! -- to nie ulega wątpliwości. Jednego wystraszono na
+śmierć samym widokiem tego zwierza, które wziął za nadprzyrodzone
+zjawisko; drugi spadł ze skały, uciekając przed tym potworem... Ale
+trzeba wykazać łączność pomiędzy psem i jego ofiarą. Jakże
+dowiedziemy istnienia tego czworonożnego potwora?... Sir Henryk
+umarł widocznie skutkiem upadku. Ale pomimo całej swej przebiegłości,
+Stapleton nie wymknie się z rąk policyi!...
+
+Staliśmy nad zwłokami, bezradni wobec katastrofy, która obróciła
+w niwecz wszystkie nasze zabiegi. Wreszcie zeszedł księżyc; weszliśmy
+na szczyt skały, z której spadł nasz nieszczęśliwy przyjaciel
+i ogarnęliśmy okiem ponurą płaszczyznę, osrebrzoną teraz łagodnym
+blaskiem księżyca.
+
+Daleko, w stronie Grimpen-Mire, błyszczało żółte światełko.
+Płonęło ono niewątpliwie w domu Stapletona. Zacisnąłem pięść
+w bezsilnym gniewie.
+
+-- Aresztujmy go zaraz! -- krzyknąłem.
+
+-- Nie mamy jeszcze dowodów -- przekładał Holmes. -- Ten nędznik
+jest przebiegły, potrafi się bronić. Chodzi nie o to, co wiemy,
+lecz o to, co zdołamy dowieść. Jeden krok fałszywy, a wyśliźnie
+nam się pomiędzy palcami.
+
+-- Cóż nam teraz pozostaje?
+
+-- Będziemy radzili jutro; dziś trzeba pomyśleć o oddaniu ostatniej
+posługi przyjacielowi.
+
+Zeszliśmy ze skały i zbliżaliśmy się do zwłok, oświetlonych teraz
+księżycem.
+
+-- Trzeba sprowadzić ludzi -- rzekłem. -- We dwóch nie przeniesiemy go
+do Baskerville-Hall. Co ci jest? Czyś oszalał?...
+
+Holmes, patrząc na trupa, śmiał się, ręce zacierał. Cóż się stało
+mojemu przyjacielowi, tak poważnemu zazwyczaj?...
+
+-- Broda! Broda! Ten człowiek miał brodę! -- wołał.
+
+-- Brodę? -- podchwyciłem.
+
+-- To nie sir Henryk. To mój sąsiad -- skazaniec!
+
+Z gorączkową skwapliwością odwróciliśmy zwłoki twarzą do
+księżyca. Nie było wątpliwości: skrwawione czoło, zapadłe oczy,
+ruda broda -- tak to Seldon.
+
+W jednej chwili zrozumiałem, jak się rzeczy miały. Baronet mówił mi,
+że swoją starą garderobę ofiarował Barrymorowi. Widocznie Barrymore,
+na prośbę żony, obdarzył nią Seldona, aby mu ułatwić ucieczkę.
+Buty, czapka, garnitur -- wszystko było sir Henryka. Straszny
+los spotkał więźnia, ale ten człowiek zasłużył na karę i byłby
+ją poniósł z ramienia sprawiedliwości. Wytłómaczyłem Holmesowi
+przyczynę naszej pomyłki.
+
+-- To ubranie jest powodem śmierci Seldona -- rzekł. -- Oczywiście
+przyuczano psa poznawać sir Henryka po odzieży. Rozumiem teraz,
+dlaczego but znikł z hotelu; pies zwęszył zapach ubrania na skazańcu
+i gonił go. Jedno tylko mnie zastanawia: jakim sposobem Seldon wśród
+ciemności mógł widzieć, że go pies ściga?...
+
+-- Słyszał warczenie, tak jak my.
+
+-- Samo warczenie psa nie wystraszyłoby go tak dalece, żeby wzywał
+pomocy, zdradzając swą obecność i narażając się, że go schwytają
+strażnicy. Z jego okrzyków miarkuję, że odbiegł spory kawał od
+miejsca, z którego pies go spłoszył.
+
+-- A ja nie rozumiem, dlaczego ten pies został spuszczony dziś
+właśnie. Sądzę, że nie zawsze jest na swobodzie. Jeżeli Stapleton
+spuścił go z łańcucha, to chyba spodziewał się, że sir Henryk
+będzie przechodził przez bagno.
+
+-- Cóż teraz zrobić z tym trupem? Niepodobna zostawić go tutaj na
+pastwę dzikiego ptactwa.
+
+-- Najlepiej złożyć go w jednej z jaskiń, dopóki nie uwiadomimy
+policyi.
+
+-- Masz słuszność -- przyznał Holmes. -- Udźwigniemy go chyba we dwu?
+Ale patrz... Watson... to _on_!... Co za zuchwalstwo!... Ani słowa
+przed nim o naszych podejrzeniach... ani słowa! bo inaczej, wszystkie
+moje plany pójdą w niwecz.
+
+Ujrzałem światełko cygara. W blasku księżyca widziałem wyraźnie
+drobną postać naturalisty. Spostrzegłszy nas, zatrzymał się, ale po
+chwili szedł dalej.
+
+-- Kogo ja widzę! -- rzekł. -- Jeśli mnie oczy nie mylą, doktor
+Watson. Nie spodziewałem się spotkać pana tutaj... Co to takiego?...
+Ktoś został ranny... Nie, to niepodobna... Nasz przyjaciel, sir
+Henryk!...
+
+Podbiegł i nachylił się nad zwłokami. Słyszałem jego oddech
+przyśpieszony, cygaro z rąk mu wypadło.
+
+-- Kto to? Kto to taki? -- szeptał.
+
+-- To Seldon, więzień, który zbiegł z Princetown.
+
+Stapleton zbladł okropnie, ale nadludzkim wysiłkiem zapanował nad
+uczuciem gorzkiego zawodu. Przenosił wzrok z Holmesa na mnie i ze mnie
+na Holmesa.
+
+-- Co za okropna sprawa! -- mówił. -- Jakże on umarł?
+
+-- Skręcił kark, spadając z tej skały. Spacerowałem właśnie z moim
+przyjacielem, gdy doleciał nas krzyk przeraźliwy.
+
+-- I ja ten krzyk słyszałem. To właśnie sprowadza mnie tutaj. Byłem
+niespokojny o sir Henryka...
+
+-- Dlaczego właśnie o sir Henryka?... -- spytałem.
+
+-- Bo miał przyjść do mnie. Ponieważ się spóźniał, wyszedłem
+na jego spotkanie i wtedy usłyszałem okrzyk... Ale, prawda... --
+i znowu przeniósł wzrok a mojej twarzy na twarz Holmesa --
+czyście panowie nie słyszeli nic więcej, oprócz tego okrzyku?
+
+-- Nie, a pan? -- spytał Holmes.
+
+-- I ja nie.
+
+-- Więc co znaczy to pytanie?
+
+-- Myślałem o legendach, krążących wśród wieśniaków... Podobno
+słychać szczekanie wśród nocy... Byłem ciekawy, czy i teraz
+rozlegały się podobne dźwięki...
+
+-- Niceśmy nie słyszeli -- odparłem.
+
+-- A jak panowie tłómaczą sobie śmierć tego łotra?
+
+-- Przypuszczam -- mówiłem -- że coś go wystraszyło; uciekał,
+biegł na oślep, aż mu się noga powinęła i spadł z tej skały głową
+na dół. Zabił się na miejscu, bo skała wysoka i z tej strony
+prostopadle spuszcza się w kotlinę; druga jej strona łączy się
+z płaskowzgórzem. Biegnąc, więzień w przerażeniu swem nie
+spostrzegł, że stoi nad przepaścią.
+
+-- To bardzo prawdopodobne -- przyznał Stapleton i westchnął
+z widoczną ulgą, jak gdyby kamień spadł mu z serca. -- A cóż pan
+o tem myśli, panie Holmes?
+
+-- Przypuszczam to samo, co mój przyjaciel.
+
+-- Spodziewaliśmy się pana od chwili, gdy zjechał tu doktor Watson.
+Zjawiasz się pan w chwili tragicznej...
+
+-- Mam nadzieję, że wyjaśnienie mojego przyjaciela zostanie uznane
+jako jedynie możliwe. Bądź co bądź, wracając jutro do Londynu,
+wywiozę stąd przykre wspomnienie...
+
+-- Więc pan wraca jutro?
+
+-- Taki mam zamiar.
+
+-- Spodziewam się, że pańskie badania rzucą światło na tajemniczą
+sprawę, która zajmuje nas od paru miesięcy.
+
+-- A ja wątpię -- odrzekł Holmes z doskonale udaną szczerością. --
+Detektyw w swoich wywodach zwykł opierać się na faktach, nie zaś na
+legendach ludowych. To sprawa trudna i zawiła. Nie spodziewam się jej
+rozwikłać.
+
+Stapleton spojrzał na niego bystro, potem zwrócił się do mnie:
+
+-- Chętniebym zaproponował przeniesienie tego biedaka do nas, ale boję
+się wystraszyć siostrę. Najlepiej Seldonowi twarz zakryć, a zwłoki
+będą bezpieczne do jutra rana.
+
+Takeśmy też zrobili. Stapleton zapraszał nas do siebie, ale
+wymówiliśmy się i obaj podążyliśmy do Baskerville-Hall. Naturalista
+powrócił sam.
+
+-- Trzymamy go już prawie... -- mówił Holmes. -- A jaka przytomność
+umysłu! Co za zimna krew!... Jak śmiało patrzał na zwłoki tego,
+którego uważał za swoją ofiarę... Mówiłem ci już w Londynie,
+a teraz powtarzam, że nie miałem jeszcze tak groźnego przeciwnika.
+
+-- Żałuję, że nas widział.
+
+-- I ja żałowałem w pierwszej chwili; ale nie było innej rady.
+
+-- Jak sądzisz: czy świadomość, że jesteś tutaj, wpłynie na jego
+plany?
+
+-- Zmusi go do ostrożności, a może skłoni do ostatecznych czynów. Jak
+wielu mądrych zbrodniarzy, jest zapewne zbyt zaufany w swoim rozumie
+i wyobraża sobie, że nas w pole wywiedzie.
+
+-- I czemuż nie aresztujemy go zaraz?
+
+-- Drogi Watson, ty jesteś stworzony na człowieka czynu. Pierwszym
+twoim popędem jest -- działać. Ale przypuściwszy, że go aresztujemy
+dziś wieczorem, cóż nam z tego przyjdzie? Nie zdołamy mu nic dowieść.
+Gdyby mu dopomagał człowiek, moglibyśmy znaleźć dowody; ale
+choćbyśmy odszukali psa, nie pomoże nam zaciągnąć pętlicy na szyi
+swego pana.
+
+-- Mamy przecież dowód.
+
+-- Ani jednego -- same tylko przypuszczenia i wnioski. Sąd wyśmiałby
+nas, gdybyśmy stanęli wobec niego z takim materyałem dowodowym.
+
+-- Wszak możemy się powołać na śmierć sir Karola...
+
+-- Znaleziono go martwym bez żadnych śladów gwałtu, bez ran
+i skaleczeń. Obaj wiemy, że umarł z przestrachu, wiemy także, kto go
+wystraszył, ale w jaki sposób przelejemy tę wiarę w dwunastu sędziów
+przysięgłych?... Jakież ślady pies pozostawił na zwłokach?...
+Naturalnie, wiemy, że żaden pies nie ruszy martwego ciała; wiemy
+dalej, że sir Karol wyzionął ducha, zanim go dogoniło to dzikie
+zwierzę. Wiemy, ale powinniśmy tego _dowieść_ -- a nie potrafimy.
+
+-- Fakt, który się zdarzył dzisiaj, nie jest-że ważną poszlaką?
+
+-- Nie zdołamy wykazać związku pomiędzy psem a śmiercią tego
+człowieka. Zresztą, nie widzieliśmy psa; słyszeliśmy go tylko,
+a nie możemy dowieść, że gonił Seldona lub kogobądź. Nie, mój
+drogi, musimy pogodzić się z myślą, że trzeba czekać i działać
+z ukrycia.
+
+-- Jakie masz plany?
+
+-- Spodziewam się wiele po pani Lyons i mam nadzieję, że jutro
+pozyskamy choć jeden dowód.
+
+Nie mogłem go skłonić do wyrażenia jaśniej swych zamiarów. Szedł
+w milczeniu aż do samego pałacu.
+
+-- Czy wejdziesz? -- spytałem.
+
+-- Ma się rozumieć; dalsze ukrywanie się jest zbyteczne. Słuchaj,
+Watson: nie wspominaj sir Henrykowi o psie. Wszak baronet został
+zaproszony jutro na obiad do Stapletonów?
+
+-- I mnie prosili.
+
+-- Musisz się wymówić. On pójdzie sam. To łatwo urządzić. A teraz
+chodźmy. Spóźniłeś się wprawdzie na obiad, ale przybywamy w samą
+porę na kolacyę.
+
+
+
+
+XIII.
+
+Zastawianie sieci.
+
+
+Sir Henryk był bardziej rad, niż zdziwiony widokiem Holmesa;
+spodziewał się bowiem, że ostatnie wypadki skłonią go do przybycia.
+Nie mógł jednak zrozumieć, dlaczego mój przyjaciel nie wziął z sobą
+żadnych bagażów. Zaopatrzyliśmy go we wszystko, czego potrzebował,
+a następnie, przy sutej wieczerzy, opowiedzieliśmy baronetowi naszą
+przygodę, z opuszczeniem pewnych szczegółów.
+
+Ale wpierw czekał mnie przykry obowiązek uwiadomienia Barrymorów
+o śmierci Seldona. Dla męża było to poniekąd dobrą nowiną, ale
+żona na tę wieść rozpłakała się rzewnie. W oczach wszystkich ów
+zbrodniarz był potworem i wyrzutkiem społeczeństwa; ona widziała
+w nim zawsze chłopaka z jasnymi kędziorami, którego nosiła na
+ręku i kochała, jak własne dziecko.
+
+Niema tak złego mężczyzny, po którymby nie płakała kobieta...
+
+-- Po wyjściu Watsona -- mówił baronet -- snułem się z kąta w kąt,
+wierny mojej obietnicy: nie zapuszczania się samemu na bagno po
+zachodzie słońca. Teraz jednak żałuję, że nie przyjąłem zaprosin
+Stapletona, który do mnie pisał nad wieczorem. Gdybym był poszedł,
+spędziłbym wieczór weselej.
+
+-- Nie wątpię o tem -- rzekł Holmes. -- Ale, prawda, zapomniałem panu
+powiedzieć, żeśmy go już opłakali. Byliśmy pewni, że to pan umarł.
+
+Sir Henryk spojrzał na niego ze zdziwieniem.
+
+-- Ten biedak był ubrany od stóp do głowy w pańską odzież. Obawiam
+się, że Barrymore, który mu jej dostarczył, będzie miał zatarg
+z policyą...
+
+-- Wątpię. Nie było żadnych znaków.
+
+-- To szczęśliwie dla niego, a nawet i dla nas, gdyż i pan nie jest
+bez zarzutu w tej sprawie. Pociąganoby pana do odpowiedzialności za
+to, że, znając kryjówkę zbiegłego więźnia, nie uwiadomiłeś o niej
+policyi... Jako sumienny detektyw, powinienbym nawet aresztować pana
+i całą służbę pałacową...
+
+-- Zanim pan spełni ten obowiązek -- mówił baronet żartobliwie --
+może się dowiem, jak stoi nasza sprawa? Czyś pan jej zawiłości
+rozplątał? My z Watsonem tyle wiemy dziś, co na początku.
+
+-- Mam nadzieję, że zdołam wyświetlić tajemnicę. Sprawa istotnie
+bardzo skomplikowana, dużo w niej punktów ciemnych, ale spodziewam się
+rzucić na nie światło,
+
+-- My tutaj z Watsonem stwierdziliśmy tylko jeden fakt: szczekanie psa
+na bagnie. Słyszeliśmy je wyraźnie, więc to nie legenda ani przesądy.
+Gdybyś pan zdołał schwytać tego psa, byłbyś najpierwszym detektywem
+na świecie.
+
+-- Mam nadzieję, że go schwytam i nałożę mu kaganiec, ale potrzebuję
+pańskiej pomocy.
+
+-- Rozporządzaj pan mną do woli. Zrobię, co pan zechcesz.
+
+-- A więc poproszę pana, abyś słuchał mnie ślepo.
+
+-- I owszem.
+
+-- Jeżeli pan zastosujesz się do moich wskazówek i poleceń, nie
+pytając o ich przyczynę, to uda mi się może rozwikłać tajemnicę. Nie
+wątpię...
+
+Urwał nagle i zapatrzył się w jeden punkt nad moją głową. Światło
+padało na jego twarz nieruchomą, jakby wykutą z kamienia.
+
+-- Co pan tam widzisz? -- zawołał sir Henryk.
+
+Patrząc na Sherlocka, spostrzegłem, że tłumi wewnętrzne wzburzenie.
+Rysy jego były chłodne, jak zwykle, w oczach jednak płonął dziwny
+ogień.
+
+-- To był zachwyt znawcy... -- rzekł po chwili, wskazując rząd
+portretów, wiszących na przeciwległej ścianie. -- Watson nie wierzy
+mojemu znawstwu, ale to przez zazdrość, gdyż nasze poglądy na sztukę
+są niezgodne. Według mnie, ta galerya portretów jest wspaniała.
+
+-- Miło mi to słyszeć -- odrzekł sir Henryk, patrząc na mego
+przyjaciela ze zdziwieniem. -- Na malarstwie nie znam się: wolę
+ładnego konia, niż cenny obraz. Nie sądziłem, że pan masz czas
+oddawać się takim zamiłowaniom...
+
+-- Nie mogę być obojętny na arcydzieła, gdy je mam przed oczyma --
+odparł Holmes. -- Mógłbym się założyć, że ta dama w niebieskiej
+atłasowej sukni i ten sędziwy mąż w peruce, wyszli z pod pędzla
+Reynoldsa. Wszak to wszystko portrety rodzinne?
+
+-- Tak, wszystkie.
+
+-- Czy pan zna imiona i daty?
+
+-- Barrymore próbował wtajemniczyć mnie w rodowody i zdaje mi się, żem
+zapamiętał jego wykład.
+
+-- Któż jest ów gentleman z teleskopom w ręku?
+
+-- To admirał Baskerville; służył w Indyach Zachodnich pod Rodneyem.
+A ten w niebieskim fraku, to sir William Baskerville, który był
+przewodniczącym w izbie gmin za czasów Pitta.
+
+-- A ów jeździec, naprzeciwko mnie, w aksamitnym spencerze?
+
+-- O! ten wart, aby o nim powiedzieć słów parę. On jest sprawcą
+nieszczęść naszej rodziny. To właśnie krwawy Hugon, który wypuścił
+sforę psów na tę nieszczęśliwą dziewczynę...
+
+Spojrzałem na portret z wielkiem zaciekawieniem.
+
+-- Nigdybym się nie domyślił, że to on -- rzekł Holmes. -- Twarz
+łagodna, spokojna, tylko w oczach... płomienie. Wyobrażałem go sobie
+tęższym i groźniejszym.
+
+-- Niema wątpliwości, że to on. Na odwrotnej stronie płótna jest imię
+i data -- rok 1647.
+
+Mój przyjaciel umilkł, ale nie odrywał oczu od portretu. Dopiero po
+naszem rozejściu się na spoczynek dowiedziałem się, dlaczego to
+płótno budzi w nim tak żywo zaciekawienie.
+
+Zaprowadził mnie znowu do jadalni ze świecą w ręku i przysunął ją do
+portretu.
+
+-- Co cię uderza? -- zapytał.
+
+Ogarnąłem wzrokiem duży kapelusz z piórami, złociste loki i koronkowy
+kołnierz; wpatrywałem się w rysy chłodne, surowe. Nie było w nich
+namiętności, lecz niezłomna, okrutna wola; tryskała ona z oczu
+stalowych, zdradzały ją usta wązkie, zaciśnięte.
+
+-- Czy ten portret przypomina ci kogo ze znajomych? -- pytał Holmes.
+
+-- Z dolnej części twarzy trochę podobny do sir Henryka.
+
+-- Istotnie. Ale poczekaj.
+
+Wskoczył na krzesło, i trzymając świecę w lewej ręce, prawą
+osłonił szeroki kapelusz i włosy.
+
+-- Chryste Panie! -- zawołałem.
+
+Z ram obrazu wyłoniła się twarz Stapletona...
+
+-- Ha! spostrzegłeś wreszcie! -- rzekł Holmes. -- Moje oczy są
+przyzwyczajone do badania samych twarzy, bez akcesoryj toaletowych.
+Pierwszą zaletą detektywa jest poznawać ludzi pod przebraniem.
+
+-- Ależ to nadzwyczajne! -- mówiłem, nie mogąc ochłonąć
+z podziwu. -- Ten obraz mógłby być jego portretem!
+
+-- Tak, to fizyczny dowód atawizmu i moralnego podobieństwa. Studya
+nad portretami rodzinnymi mogą nas przejąć wiarą w wędrówkę dusz.
+Ten człowiek jest z rodu Baskervillów, to nie ulega wątpliwości.
+
+-- I dlatego dybie na sukcesyę...
+
+-- Naturalnie. Portret wypełnił lukę w moich poszukiwaniach. Trzymamy
+go. Watson! gotów jestem założyć się, że jutro wpadnie w moje sieci,
+tak, jak motyle, za którymi sam się ugania. Wezmę go na szpilkę
+i dołączę do mojej kolekcyi zbrodniarzy.
+
+Wybuchnął śmiechem, co mu się rzadko zdarzało.
+
+Nazajutrz wstałem bardzo wcześnie, ale Holmes już mnie wyprzedził. Był
+ubrany do wyjścia.
+
+-- Mamy cały dzień swobodny -- mówił, zacierając ręce z radości. --
+Sieci już zastawione, brakuje tylko motyla.
+
+-- Czy już wychodziłeś?
+
+-- Wysłałem do Princetown wiadomość o śmierci Seldona. Mam nadzieję,
+że nikt z was nie będzie niepokojony w tej sprawie. Porozumiałem się
+już także z wiernym Cartwrightem; krążył około mojej nory, jak pies
+nad grobem swego pana. Musiałem go uspokoić że jestem zdrów i cały.
+
+-- Cóż dalej?
+
+-- Przywitamy sir Henryka. Ha! oto i on!
+
+-- Dzień dobry, Holmes -- rzekł baronet, wchodząc do jadalni. --
+Wyglądasz na dowódcę, naradzającego się z szefem swego sztabu przed
+bitwą.
+
+-- Bo też tak jest. Watson otrzymuje rozkazy.
+
+-- I ja gotów jestem ich wysłuchać.
+
+-- Wszak Stapleton zaprosił pana dzisiaj na obiad?
+
+-- Spodziewam się, że i panowie pójdziecie ze mną. Oni są bardzo
+gościnni i ręczę, że przyjmą was z otwartemi rękoma.
+
+-- Obaj z Watsonem musimy jechać do Londynu.
+
+-- Do Londynu?
+
+-- Tak; nasza obecność jest potrzebniejsza tam, niż tutaj.
+
+-- Miałem nadzieję -- oświadczył baronet -- że nie opuścicie mnie,
+dopóki ta sprawa się nie wyświetli. Co ja tu będę robił sam na tem
+pustkowiu?
+
+-- Kochany panie, musisz zaufać mi ślepo i zrobić to, co powiem.
+Oświadczysz pan Stapletonom, że mieliśmy wielką ochotę panu
+towarzyszyć, lecz że ważne interesy powołały nas do Londynu.
+Spodziewamy się wrócić niebawem. Czy pan zechce powtórzyć im to
+dosłownie?
+
+-- Jeżeli panu na tem zależy.
+
+Widziałem, że baronet jest niezadowolony z naszego wyjazdu i że ma do
+nas żal, iż go opuszczamy.
+
+-- Kiedy chcecie jechać? -- spytał chłodno.
+
+-- Zaraz po pierwszem śniadaniu. Wstąpimy do Coombe-Tracey. Watson
+pozostawia tutaj kuferek, jako dowód, że wróci niebawem. Napisz kilka
+słów do Stapletona, przepraszając go, że nie możesz korzystać z jego
+zaprosin.
+
+-- Mam ochotę jechać z wami -- rzekł baronet. -- Co mnie tu wiąże?
+
+-- Dałeś mi pan słowo, że zastosujesz się do moich poleceń, a ja
+powiadam panu, abyś został.
+
+-- Ha! w takim razie zostanę.
+
+-- Jeszcze słówko. Do Merripit-House pojedziesz pan amerykanem.
+Odeślesz zaraz konie i oświadczysz, że zamierzasz powrócić pieszo.
+
+-- Mam iść przez bagno?
+
+-- Tak.
+
+-- Ależ to sprzeciwia się pańskim poprzednim zaleceniom!
+Ostrzegaliście mnie obaj, abym po zachodzie słońca nie wychodził na
+bagno, ani na łąkę.
+
+-- Tym razem możesz pan iść bezpiecznie. Gdybym nie ufał pańskiej
+odwadze i zimnej krwi, nie dawałbym panu takiej rady. Wierzaj mi pan,
+że to jest niezbędne.
+
+-- A więc dobrze.
+
+-- Ale jeśli panu życie miłe, nie zbaczaj z drogi; musisz iść prosto
+ścieżką, wiodącą z Merripit-House do Grimpen-Road.
+
+-- Dobrze, zapamiętam.
+
+-- Chciałbym wyruszyć stąd zaraz po śniadaniu aby stanąć w Londynie
+przed wieczorem.
+
+Byłem zdziwiony takim programem; choć poprzedniego dnia Holmes
+wspominał Stapletonowi, że jedzie nazajutrz do miasta, nie sądziłem
+jednak, że mnie zabierze ze sobą i nie mogłem zrozumieć, dlaczego
+w najważniejszej chwili schodzi ze stanowiska. Milczałem wszelako,
+wiedząc, że trzeba go słuchać biernie.
+
+Pożegnaliśmy naszego przyjaciela i w parę godzin potem byliśmy na
+dworcu w Coombe-Tracey. Konie zostały odesłane do domu. Na platformie
+stał niewielki chłopczyna.
+
+-- Co pan rozkaże? -- zapytał Holmesa.
+
+-- Pojedziesz tym pociągiem do Londynu. Zaraz po przybyciu
+zatelegrafujesz do sir Henryka Baskerville w mojem imieniu, prosząc
+go, aby kazał poszukać papierośnicy, którą zostawiłem u niego
+i odesłał ją na Baker-Street.
+
+-- Słucham pana.
+
+-- Zapytaj na stacyi, czy niema listu do mnie.
+
+Chłopak wrócił z telegramem, Holmes podał mi go. Przeczytałem, co
+następuje:
+
+„Depesza otrzymana. Przybywam z niepodpisanym rozkazem. Będę
+o g. 5 m. 40. Lestrade.”
+
+-- To odpowiedź na mój telegram, wyprawiony dziś rano. Będziemy
+potrzebowali jego pomocy. Człowiek sprytny i odważny. A teraz, Watson,
+sądzę, że nic nam nie pozostaje, jak odwiedzić twoją znajomą, panią
+Laurę Lyons.
+
+Zaczynałem pojmować plan kampanii. Holmes za pośrednictwem baroneta
+chciał przekonać Stapletonów, żeśmy wyjechali istotnie, a my tymczasem
+zjawimy się w chwili grożącego niebezpieczeństwa.
+
+Ów telegram z Londynu, o którym sir Henryk wspomni zapewne, rozwieje
+podejrzenia naturalisty.
+
+Sieci były już zastawione.
+
+Pani Laura Lyons znajdowała się w swojem biurze. Sherlock Holmes
+przystąpił do rzeczy wprost ze szczerością, która ją wprowadziła
+w kłopot.
+
+-- Badam okoliczności, towarzyszące śmierci sir Karola Baskerville --
+oświadczył. -- Mój przyjaciel, doktor Watson, uwiadomił mnie o treści
+swojej rozmowy z panią, wiem także to, coś pani zamilczała...
+
+-- Cóżem zamilczała?
+
+-- Wyznałaś pani, że sir Karol na jej prośbę miał znajdować się o
+dziesiątej przy furtce -- wiemy, że o tej godzinie śmierć go spotkała.
+Nie wyjaśniłaś pani: jaki stosunek zachodzi pomiędzy tymi dwoma
+faktami.
+
+-- Nie są w żadnym stosunku do siebie.
+
+-- Byłby to dziwny zbieg okoliczności. Sądzę jednak, że zdołamy
+wykazać związek pomiędzy jednym faktem a drugim. Chcę być z panią
+zupełnie szczerym. Poczytujemy ten „wypadek” za morderstwo;
+podejrzanym jest nietylko przyjaciel pani, mr. Stapleton, lecz i jego
+żona...
+
+Mrs. Lyons zerwała się na równe nogi.
+
+-- Jego żona?... -- krzyknęła.
+
+-- Tak. Rzecz wyszła na jaw. Osoba, która dotychczas uchodziła za jego
+siostrę, jest właściwie jego żoną...
+
+Pani Lyons usiadła znowu, jej palce ściskały poręcz fotela z taką
+siłą, że aż paznogcie zbielały.
+
+-- Jego żona! -- szeptała. -- Jego żona! Więc on jest żonaty!...
+
+Sherlock Holmes rozłożył ręce, jak gdyby chciał powiedzieć, że niema
+na to rady.
+
+-- Chcę mieć dowód. Jeśli pan potrafisz stwierdzić te słowa
+faktami... -- Nie dokończyła, głos zamarł w jej piersi.
+
+-- Przybyłem, uzbrojony w dowody, wiedząc, że ich pani zażąda --
+oświadczył Holmes, wyjmując paczkę papierów z kieszeni. -- Oto
+fotografia małżonków, zdjęta przed kilku laty w York. Zapisani są
+w księgach zakładu fotograficznego jako „państwo Vandelour”, ale
+łatwo poznać i ją, i jego. Dalej -- trzy rysopisy małżonków
+Vandeleur; mąż w owym czasie był kierownikiem szkoły prywatnej
+w St-Oliver. Rysopisy zostały nadesłane przez osoby wiarogodne.
+Odczytaj je pani, a przekonasz się, czy odpowiadają wyglądowi
+pana Stapleton i jego domniemanej siostry.
+
+Przebiegła okiem listy i pogrążyła się w milczeniu. Skostniała jakby
+z bólu.
+
+-- Panie Holmes -- rzekła wreszcie -- ten człowiek obiecywał, że mnie
+poślubi, jeśli uzyskam rozwód. Okłamał mnie, zdradził. Wyobrażałam
+sobie, że on działa dla mnie -- teraz widzę, że byłam tylko
+narzędziem w jego ręku. Nie potrzebuję dochowywać mu tajemnicy,
+skoro on nie dochował mi wiary!... Nie myślę go osłaniać przed
+skutkami jego niecnych czynów. Pytaj mnie pan, o co tylko chcesz --
+nic nie zataję. Przysięgam panu, iż pisząc ten list, nie
+wiedziałam, że narażam na niebezpieczeństwo sir Karola, który
+był dla mnie lepszym od rodzonego ojca.
+
+-- Wierzę pani święcie -- odparł Sherlock Holmes. -- Opowiadanie
+byłoby dla pani bardzo przykrem, więc może lepiej ja powiem, jak
+się rzeczy miały, a pani będzie prostowała niedokładności lub
+omyłki. Wszak Stapleton radził pani napisać ten list?
+
+-- Podyktował mi go.
+
+-- Przypuszczam, że skłonił panią, dowodząc, że sir Karol chętnie
+poniesie wydatki na rozwód.
+
+-- Nieinaczej.
+
+-- A gdy pani list posłałaś, odradził jej przybyć na miejsce
+umówione.
+
+-- Mówił, że mu ambicya nie pozwala, aby człowiek obcy łożył na taki
+cel, i że choć sam jest niezamożny, poświęci ostatni grosz na
+usunięcie przeszkód, zagradzających nam drogę do szczęścia.
+
+-- A potem wyczytałaś pani wiadomość o śmierci w gazecie miejscowej?
+
+-- Tak.
+
+-- Następnie kazał pani przysiądz, że nie wspomnisz nikomu o swym
+liście do sir Karola?
+
+-- Mówił, że śmierć jest tajemniczą i że mogliby mnie podejrzewać
+o zabójstwo. Wystraszył mnie takim argumentem i zmusił do milczenia.
+
+-- A czy pani miałaś jakie wątpliwości?
+
+Milczała długo, wreszcie rzekła:
+
+-- Być może, bo go znam. Ale gdyby dochował mi wiary, nie zdradziłabym
+go nigdy.
+
+-- Bądź co bądź, wyszłaś pani z tej sprawy obronną ręką --
+przekładał jej Holmes. -- Miałaś go pani w swej mocy, a jednak
+żyjesz. A teraz pożegnamy panią. Dowidzenia niebawem!
+
+ * * * * *
+
+-- Nasza sprawa zaczyna się zaokrąglać -- mówił Holmes, gdy w parę
+minut potem staliśmy na dworcu, oczekując londyńskiego pociągu. --
+Jest to najdziwniejsza zbrodnia, jaka się zdarzyła w naszem stuleciu.
+Badacze kryminologii pamiętają podobny wypadek w roku 1866 w Grodnie,
+a drugi w północnej Karolinie w roku 1878, ale obecny fakt ma swoje
+odrębności. I teraz nawet, po wykryciu szczegółów, nie wiem jeszcze,
+w jaki sposób Stapleton przyczynił się do śmierci sir Karola. Mam
+jednak nadzieję, że to się wyświetli przed północą.
+
+Kuryer londyński wbiegł na peron z sykiem i gwizdem. Z wagonu
+pierwszej klasy wyskoczył mężczyzna krępy, o twarzy wesołej. Powitał
+Holmesa z takiem uszanowaniem, jak oficer głównodowodzącego armią.
+
+-- Czy jest co nowego? -- spytał.
+
+-- Zdaje się, że obecna sprawa narobi hałasu -- odparł mój przyjaciel,
+zacierając ręce. -- Mamy dwie godziny wolne. Trzeba zjeść obiad
+i nabrać sił do działania. Po obiedzie przejdziemy się po łące;
+świeże powietrze wyruguje z twoich płuc nagromadzoną w nich mgłę
+londyńską. Wszak jesteś tu po raz pierwszy? Mam nadzieję, że nie
+zapomnisz tych odwiedzin...
+
+
+
+
+XIV.
+
+Pies Baskervillów.
+
+
+Jedną z wad Sherlocka Holmes -- jeśli można to nazwać wadą -- jest
+skrytość. Nie zwykł wyjawiać swoich planów nikomu, aż do ostatniej
+chwili. Jest to wynikiem jego natury despotycznej i samodzielnej,
+ale i próżności potrosze. Lubi wprowadzać w zdumienie i zachwyt
+nad swym geniuszem wywiadowczym. Zresztą ta skrytość płynie może
+i z ostrożności, która nie pozwala mu wypowiadać się przed nikim.
+Bądź co bądź, jest to przykrem dla otoczenia.
+
+Niecierpliwiło mnie to często, ale nigdy do tego stopnia, jak owego
+wieczora. Czekało nas zadanie trudne i niebezpieczne, mieliśmy działać
+wspólnie, a jednak Holmes nie wyznaczał nam roli. Mówiliśmy
+o przedmiotach pobocznych, nie mających nic wspólnego ze sprawą.
+
+Mój przyjaciel wynajął na dworcu dorożkę i kazał się wieźć do
+Baskerville-Hall. Wysiedliśmy przy bramie. Zapłacił dorożkarza
+i odprawił go do Coombe-Tracey, poczem kazał nam iść ze sobą
+w stronę Merripit-House.
+
+-- Czy masz broń? -- zapytał Lestrada.
+
+-- Nie rozstaję się z rewolwerem -- odparł detektyw. -- We dnie jest
+jak przylepiony do kieszeni moich spodni, a w nocy -- do mojej
+poduszki.
+
+-- To dobrze. Mój przyjaciel i ja jesteśmy w zbrojnem pogotowiu.
+
+-- Cóż pan rozkażesz?
+
+-- Czekać.
+
+-- Ha! nie jest to miła robota, zwłaszcza wśród takiego otoczenia.
+Cóż za pustkowie!... -- mówił Lestrade, oglądając się dokoła.
+
+-- Widzisz te światełka w oddali? To Merripit-House, cel naszej
+wycieczki. Teraz musimy iść na palcach i mówić szeptem.
+
+O dwieście yardów przed domem, Sherlock kazał nam stanąć.
+
+-- Poczekamy tutaj -- szepnął. -- Te kamienie na prawo stanowią
+wyborną osłonę. Zaczaisz się za nimi, Lestrade. Wszak byłeś w tym
+domu, Watson? Rozkład mieszkania jest ci znany. Widzisz okno
+oświetlone?
+
+-- To od kuchni.
+
+-- A tamto, po drugiej stronie?
+
+-- To od jadalnego pokoju.
+
+-- Proszę cię, zakradnij się pod te okna i zobacz, co oni tam robią,
+ale na miłość Boską, ostrożnie, żeby nie zmiarkowali, że są
+śledzeni.
+
+Stąpałem powoli, im palcach; zgięty wpół, doszedłem do miejsca, skąd
+było widać okno jadalni.
+
+Przy okrągłym stole siedziało dwóch mężczyzn: sir Henryk i Stapleton.
+
+Byli zwróceni do mnie profilem. Obaj palili cygara i popijali kawę.
+Przed nimi stała butelka z winem. Stapleton rozprawiał żywo, baronet
+był blady i roztargniony. Może trapiła go myśl o samotnym powrocie
+przez to fatalne trzęsawisko.
+
+Po chwili Stapleton wstał i wyszedł z pokoju. Sir Henryk wypił haust
+kawy i zaciągnął się dymem cygara. Usłyszałem skrzypniecie drzwi
+i chrzęst żwiru: ktoś szedł po drugiej stronie muru. Wyjrzałem
+ostrożnie i zobaczyłem naturalistę. Stąpał powoli, zakradał się
+jakby, wreszcie stanął u drzwi bocznej oficyny. Klucz zazgrzytał
+w zamku, po chwili doszedł mnie dziwny odgłos, jakby warczenia.
+Stapleton zabawił parę minut i wrócił do domu. Widziałem, jak
+wszedł do pokoju, w którym pozostawił był sir Henryka.
+
+Wróciłem do moich towarzyszów, aby zdać raport Holmesowi.
+
+-- A więc powiadasz, że dama jest nieobecna? -- pytał, wysłuchawszy
+mnie do końca.
+
+-- Niema jej w jadalnym pokoju.
+
+-- We wszystkich innych pokojach ciemno? Gdzie też się ukrywa?...
+
+Nad trzęsawiskiem unosiły się białe opary; księżyc, świecący jasno
+na niebie, nie zdołał ich rozproszyć. Cała okolica wydawała się
+posypana śniegiem.
+
+-- Przeklęta mgła! -- mruczał Holmes. -- Ogarnie nas niebawem, a wtedy
+wszystko stracone. To jedno może mi szyki pomieszać. Ale mam nadzieję,
+że nie będziemy już długo czekali. Dziesiąta. Sir Henryk wyjdzie lada
+chwila. Ta mgła stanowi o jego życiu...
+
+Noc była jasna; po za obrębem oparów widać było Merripit-House. Tylko
+dwa okna były oświecone. Wtem światło zgasło w kuchni; pozostało
+tylko w pokoju jadalnym, w którym morderca i jego ofiara siedzieli
+przy kieliszkach i cygarach. A tymczasem mgła spowijała coraz szerszą
+przestrzeń, muskała już dom Stapletona. Zniknął w niej mur na drugim
+końcu ogrodu, czubki drzew wynurzały się jeszcze z po za oparów.
+Holmes przestępował z nogi na nogę. Był zaniepokojony.
+
+-- Jeżeli nie wyjdzie za kwadrans, cała robota na nic. Za pół godziny
+nie będziemy mogli dojrzeć rąk własnych...
+
+Uklęknął i przyłożył ucho do ziemi.
+
+-- Dzięki Bogu! słyszę jego kroki... -- szepnął.
+
+Rozległo się miarowe stąpanie. Kroki stawały się coraz głośniejsze
+i wyraźniejsze, dochodziły do nas przez mgłę, jak przez zasłonę,
+i oto nagle pojawił się ten, na którego czekaliśmy.
+
+Przeszedł ścieżką obok nas i podążył dalej, a idąc, oglądał się
+na prawo i lewo, z widocznym niepokojem.
+
+-- Pst! -- szepnął Holmes. -- Baczność!
+
+Mgła była już o pięćdziesiąt yardów przed nami. Wytężaliśmy
+wzrok, czując, że wyłoni się z niej coś strasznego. Spojrzałem
+na Holmesa. Był blady, wpatrywał się w jeden punkt, usta mu
+drgały. W chwili tej Lestrade krzyknął i padł twarzą do ziemi.
+Zerwałem się, nie wypuszczając pistoletu z garści, choć krew
+zamarła mi w żyłach na widok strasznego zjawiska, które
+wyskoczyło z za mgły...
+
+Był to pies olbrzymi, czarny, jak węgiel, ale nie pies zwyczajny.
+Jego rozwarta paszcza ziała ogniem, z oczu sypały się iskry, cały pysk
+był jakby w płomieniach. Najstraszniejsza zmora nie mogła być
+straszniejszą od tego piekielnego zwierza, wyłaniającego się ku nam
+z ciemności.
+
+Dziki zwierz biegł śladami naszego przyjaciela w podskokach...
+
+Byliśmy tak przerażeni tem zjawiskiem, że nie wystrzeliliśmy w porę.
+Pies przebiegł mimo nas. Holmes i ja daliśmy ognia równocześnie;
+zwierzę, ugodzone widocznie, jęknęło przeraźliwie, lecz nie
+zatrzymało się w swym szalonym pościgu.
+
+Sir Henryk, który już był daleko, obejrzał się; widziałem w blasku
+księżycu, że stanął przerażony i podniósł ręce do góry.
+
+Jęk psa rozproszył nasze przesądne obawy. Jeśli kula raniła zwierzę,
+a więc było nie widmem, lecz rzeczywistością, -- mogliśmy je zabić.
+
+W życiu mojem nie widziałem nikogo, pędzącego tak szybko, jak Holmes
+owej nocy. Biegłem za nim, ale mnie wyprzedził. Słyszeliśmy przed sobą
+warczenie psa i wołanie o pomoc sir Henryka. Nadbiegłem w chwili, gdy
+rozjuszone zwierzę rzuciło się na swą ofiarę, powaliło ją na ziemię
+i wyszczerzało zęby. Z dzikiem wyciem i jękiem bólu dogorywający pies
+zwalił się na baroneta.
+
+Skoczyłem naprzód i przyłożyłem psu pistolet do łba, ale wystrzał
+był zbyteczny. Czworonożny prześladowca rodu Baskervillów już nie
+żył...
+
+Nachyliliśmy się nad sir Henrykiem. Mój przyjaciel odetchnął
+swobodniej, widząc, że nasza pomoc przyszła w porę. Lestrade wlał
+baronetowi do ust parę kropel wódki. Sir Henryk spojrzał na nas
+przerażonemi oczyma.
+
+-- Co to? -- szepnął. -- Co to takiego?...
+
+-- Zabiliśmy złego ducha rodu Baskervillów. Już nie ożyje!... --
+zawołał Holmes.
+
+U stóp naszych leżało olbrzymia psisko, wielkości młodej lwicy; był
+to mieszaniec wyżła i brytana. Zagasłe oczy świeciły jeszcze,
+zakrwawiony pysk ział ogniem.
+
+Powiodłem ręką po łbie kudłatym -- moje palce zabłysły
+w ciemności...
+
+-- Fosfor! -- rzekłem.
+
+-- Szatański pomysł! -- mówił Holmes, nachylając się nad martwem
+zwierzem. -- Przepraszam cię najmocniej, sir Henryku, że musiałem cię
+narazić na taki przestrach. Domyślałem się, że wypuszczą psa, ale nie
+sądziłem, że go wpierw posmarują siarką, aby wydawał się piekielnym
+potworem...
+
+-- Ocaliłeś mi pan życie!
+
+-- Wystawiając je na niebezpieczeństwo. Czy możesz pan wstać o własnej
+sile?
+
+-- Dajcie mi jeszcze wódki. Tak! A teraz podtrzymajcie mnie chwilkę,
+bo jeszcze drżą mi nogi. Co pan teraz rozkaże?
+
+-- Przedewszystkiem musisz pan odpocząć. Jeżeli poczekasz tu na nas,
+odprowadzimy pana do domu.
+
+Sir Henryk był jeszcze blady i nie mógł utrzymać się na nogach.
+Posadziliśmy go na kamieniu.
+
+-- A teraz do dzieła -- mówił Holmes. -- Każda chwila jest droga. Mamy
+już dowód zbrodni, chodzi jeszcze o schwytanie zbrodniarza.
+
+Zostawiliśmy sir Henryka i podążyliśmy ku domowi Stapletona.
+
+-- Słyszał wystrzały i domyślił się, że jego „sztuka” wyszła na
+jaw. Nie zastaniemy go już -- mówił Holmes.
+
+-- Kto wie: gęsta mgła stłumiła zapewne huk rewolweru, a zresztą
+przestrzeń dość znaczna; mógł nie słyszeć.
+
+-- Sądzisz, że czekał na rezultat w domu? To go me znasz. Ręczę,
+że wyszedł za psem, aby go przywołać po skończonej „robocie”.
+Gotówbym się założyć, że go niema w Merripit-House. Swoją drogą,
+przetrząśniemy dom od strychu do piwnic.
+
+Frontowe drzwi były otwarte; weszliśmy, ku zdziwieniu starego sługi,
+który stał w sieni. Z wyjątkiem jadalni, wszędzie panowały ciemności,
+ale Holmes wziął ze stołu lampę i chodził z nią od pokoju do pokoju.
+Nie było nigdzie Stapletona.
+
+Jeden z pokojów na górze był zamknięty na klucz.
+
+-- Ktoś tam jest! -- zawołał Lestrade. -- Słychać oddech. Proszę
+drzwi otworzyć!
+
+Odpowiedział nam jęk. Holmes uderzył pięścią w klamkę; wyskoczyła,
+drzwi stanęły otworem. Wbiegliśmy do pokoju z pistoletami w garści.
+
+Nie było w nim Stapletona. Oczom naszym przedstawił się dziwny
+i niespodziany widok.
+
+Pokój był rodzajem muzeum; w gablotach i na ścianach były rozpięte
+rzadkie okazy motylów. Pośrodku pokoju był słup, postawiony tu zapewne
+dla podtrzymania starej belki, grożącej zawaleniem. Do tego słupa
+uwiązana była postać ludzka; w pierwszej chwili nie mogliśmy poznać:
+czy to mężczyzna, czy kobieta. Jeden ręcznik ściskał jej gardło
+i okręcony był naokoło słupa, drugi zakrywał dolną część twarzy.
+Cała postać była spowita w prześcieradło.
+
+W mgnieniu oka rozerwaliśmy pęta; na ziemi u stóp naszych leżała pani
+Stapleton. Gardło miała sine i ślady paznogci na twarzy i ciele.
+
+-- Nędznik!... -- zawołał Holmes z oburzeniem. -- Dawaj no tu flaszkę
+z wódką -- rzekł do Lestrada. -- Trzeba ją posadzić na krześle
+i rozcierać.
+
+Otworzyła oczy.
+
+-- Co się z nim stało? -- szepnęła. -- Czy uciekł?
+
+-- Nie umknie tak łatwo.
+
+-- Ja mówię nie o _nim_, ale o sir Henryku. Czy ocalony?
+
+-- Tak.
+
+-- A pies?
+
+-- Nie żyje.
+
+Odetchnęła swobodniej.
+
+-- Dzięki Bogu! Widzicie, panowie, jak ten łotr obszedł się ze mną!...
+
+Wysunęła ręce z rękawów -- były okryte sińcami.
+
+-- Ale to najmniejsza -- ciągnęła dalej. -- On zdeptał moją duszę,
+poniżył ją... Wszystko znosiłam: osamotnienie, poniewierkę, dopóki
+mogłam wierzyć w jego miłość; ale i tu spotkał mnie zawód...
+
+Wybuchła płaczem.
+
+-- Nie masz pani powodu go oszczędzać -- rzekł Holmes. -- Powiedz nam,
+gdzie się ukrywa? Jeśli mu pomagałaś w złem, dopomóż nam złe
+powetować.
+
+-- Jedno jest tylko miejsce, w którem mógł się schronić: dawna
+kopalnia ołowiu, w samym środku moczarów. Tam trzymał psa na uwięzi;
+wiem, że robił przygotowania, aby tam się ukryć.
+
+Holmes przysunął lampę do okna.
+
+-- Patrzcie -- mówił -- co za mgła! Nikt dzisiaj nie zdoła dotrzeć do
+Grimpen-Mire.
+
+Klasnęła w ręce. Oczy jej zabłysły.
+
+-- On dojdzie, ale wyjść nie zdoła, bo wśród mgły nie zobaczy
+gałęzi, któreśmy powtykali razem, aby mu wskazywały drogę do
+Grimpen-Mire. Szkoda, że nie mogłam ich dzisiaj wyrwać, bo
+byłby na waszej łasce...
+
+Pogoń stawała się niemożliwą, dopóki mgła nie opadnie. Tymczasem
+pozostawiliśmy Lestrada na stanowisku w Merripit-House, a sami wraz
+z sir Henrykiem wróciliśmy do Baskerville-Hall.
+
+Niepodobna już było ukrywać przed nim historyi Stapletonów. Ze
+spokojem przyjął wiadomość, że ta, którą pokochał, była żoną,
+nie siostrą owego łotra. Lecz wzruszenie tej nocy wstrząsnęły mu
+nerwy. Dostał gorączki. Posłaliśmy po doktora Mortimer.
+
+Gdy baronet podźwignął się z łóżka, dla odzyskania równowagi
+duchowej, pod opieką tego zacnego lekarza wyruszył w podróż
+naokoło świata. Wrócił zdrów moralnie i fizycznie.
+
+ * * * * *
+
+Zbliżam się do końca tej dziwnej opowieści; starałem się przelać
+w czytelników obawy, które trapiły nas tak długo i skończyły się tak
+tragicznie.
+
+Nazajutrz po opisanych wypadkach, mgła ustąpiła i pod przewodnictwem
+pani Stapleton zdołaliśmy dotrzeć do punktu, skąd ścieżka prowadziła
+na moczary.
+
+Nieszczęśliwa kobieta ze skwapliwością, świadczącą o głębokiej
+urazie do tego człowieka, który jej życie zmarnował i podeptał
+jej godność niewieścią, starała się nas wprowadzić na trop jego.
+
+Od owego punktu, rząd wetkniętych w błoto gałęzi wskazywał kępki
+ziemi, po których można było przejść suchą nogą. Jeden krok
+fałszywy mógł nas o śmierć przyprawić. Raz tylko jeden ujrzeliśmy
+ślad, że ktoś przechodził tą niebezpieczną drogą. Wśród zielska
+i trawy wyzierał jakiś czarny przedmiot.
+
+Holmes schylił się, aby go podnieść, przyczem pośliznęła mu się
+noga; gdybyśmy go nie podtrzymali, byłby wpadł w to błoto bezdenne.
+Podniósł się trzymając w ręku stary but. Wewnątrz, na podeszwie,
+była wypisana firma: „_Meyers, Toronto_”.
+
+-- Warto było wziąć błotną kąpiel! -- wołał. -- Jest to zaginiony
+but sir Henryka.
+
+-- Stapleton rzucił go tu zapewne wśród ucieczki.
+
+-- Niewątpliwie. Trzymając ten but, wprowadzał psa na trop sir
+Henryka... Odgłos wystrzału zwiastował Stapletonowi, że zasadzka
+chybiona. Łotr uciekał z tym butem w ręku. Tu właśnie go rzucił.
+A zatem do tego miejsca doszedł bezpiecznie.
+
+Mieliśmy się dowiedzieć jeszcze innych szczegółów, choć wiele rzeczy
+pozostało niewyjaśnionych. Niepodobna było znaleźć śladów na bagnie,
+albowiem błoto zalewało je odrazu. Minąwszy najgłębsze moczary,
+szukaliśmy odbicia stóp na twardym już gruncie. Nadaremnie. Jeśli
+świadectwo ziemi było wiarogodne, Stapleton nie doszedł do wyspy, ku
+której dążył wśród mgły.
+
+Grimpen-Mire pochłonęło nędznika. Jego kości spoczywają zapewne
+wśród nieprzebytych trzęsawisk...
+
+Natomiast znaleźliśmy dużo śladów po nim na wyspie, gdzie psa
+ukrywał. W jednym z opuszczonych domków był przykuty do ściany
+łańcuch; pogryzione kości świadczyły, że pies był tutaj więziony.
+Opodal leżał szkielet małego pinczerka.
+
+-- Patrzcie! toż to faworyt Mortimera! -- zawołał Holmes. --
+Stapleton potrafił ukryć psa, ale nie zdołał stłumić jego wycia.
+Mógł był wprawdzie trzymać go w oficynie Merripit-House, ale byłoby
+to ryzykownem. Zdecydował się na taki krok ostatniego dnia, gdy
+wszystko postawił na jedną kartę. Maść w tej oto blaszance jest
+zapewne mieszaninę siarki i fosforu, którą pies był wysmarowany.
+Tym sposobem, korzystając z legendy, ów łotr wystraszył na śmierć
+sir Karola. Nic dziwnego, że Seldon uciekał z wrzaskiem. Wszak
+nasz przyjaciel, sir Henryk, a i my także, nie mogliśmy się
+wstrzymać od okrzyku wobec takiego zjawiska. Był to pomysł
+piekielny! -- chodziło nietylko o wystraszenie ofiary, lecz
+i o utrudnienie śledztwa, albowiem pies, ziejący ogniem,
+przejmował włościan okolicznych strachem przesądnym i odejmował
+im ochotę ścigania tego potwora. Mówiłem ci to już raz
+w Londynie, Watson, a teraz powtarzam, że Stapleton był
+najniebezpieczniejszym łotrem, z jakim zdarzyło mi się spotkać
+w życiu.
+
+
+
+
+XV.
+
+Rzut oka wstecz.
+
+
+W końcu listopada Holmes i ja w wieczór ciemny i dżdżysty siedzieliśmy
+przy kominku w naszej bawialni na Baker-Street. Mój przyjaciel był
+w wybornym humorze i skorzystałem z tego, aby go wybadać o nieznane
+mi dotychczas szczegóły sprawy Baskerville.
+
+Sir Henryk i doktor Mortimer bawili w Londynie, gotując się do
+dalekiej podróży, która miała wzmocnić nerwy baroneta.
+
+-- Cała ta sprawa była jasną i prostą z punktu widzenia rzekomego
+Stapletona -- mówił Holmes, w odpowiedzi na moje pytanie. -- Dla nas
+zaś, którzyśmy nie znali jego pobudek i celów, wydawała się
+tajemniczą i zawiłą. Znajdziesz moje poglądy pod literą _B_
+w moich aktach kryminalnych.
+
+-- Wolałbym, żebyś mi to opowiedział żywem słowem.
+
+-- Dobrze, ale nie ręczę za dokładność. Pamięć może mnie mylić.
+Otóż moje badania wykryły, że portret rodzinny nas nie zawiódł.
+Ten łotr był synem Rogera Baskerville, młodszego brata sir
+Karola; wywędrował do Ameryki z bardzo złą reputacyą. Ożenił
+się tam z Beryl Garcia, najpiękniejszą kobietą w Costa-Rica,
+a sprzeniewierzywszy znaczną sumę z publicznych funduszów,
+zmienił nazwisko na Vandeleur, uciekł do Anglii i założył
+szkołę dla chłopców w Yorkshire. Do obrania tego zawodu skłoniła
+go znajomość, zawarta w drodze powrotnej z nauczycielem
+suchotnikiem, niejakim Fraser. Weszli w spółkę. Dopóki
+Fraser żył, szkoła szła dobrze i prowadzona była z poczuciem
+obywatelskich obowiązków, ale po jego śmierci zyskała jaknajgorszą
+opinię, as wreszcie okryła się hańbą. Vandeleur uznał za stosowne
+zmienić nazwisko. Jako Stapleton, z resztkami ukradzionych pieniędzy,
+z pięknymi zbiorami entomologicznymi przesiedlił się do Anglii
+południowej.
+
+Muzeum Brytańskie objaśniło mnie, że był powagą na polu
+owadoznawstwa; odkrył dużo gatunków, które noszą nazwisko Vandeleur.
+
+Ten nikczemnik zbadał zapewne swoje stosunki rodzinne i dowiedział
+się, że jedno tylko życie ludzkie stoi pomiędzy nim a olbrzymią
+fortuną. Przypuszczam, że w chwili osiedlania się w Devonshire nie
+miał jeszcze wytkniętego jasno planu; lecz że od początku żywił złe
+zamiary, świadczy o tem fakt, iż żonę swą podawał jako siostrę.
+Widocznie miał już wtedy projekt użycia jej za narzędzie, choć nie
+wiedział jeszcze, jakiemi drogami dojdzie do celu.
+
+Przedewszystkiem postarał się osiąść jaknajbliżej siedziby swych
+przodków, powtóre -- nawiązać przyjazny stosunek z sir Karolem
+Baskerville, oraz z jego sąsiadami.
+
+Baronet opowiedział mu sam o psie, prześladującym ich ród, i zgotował
+tem sobie śmierć okropną. Stapleton -- gdyż tak go będę nazywał
+w dalszym ciągu -- wiedział, że sir Karol ma wadę serca i że
+gwałtowne wstrząśnienie może go zabić; wiedział też, że jest
+przesądnym i że wierzy w tę legendę.
+
+Nikczemnik poznał odrazu, jaką może stąd korzyść osiągnąć;
+obmyślił dla baroneta śmierć niezawodną, za którą nikt nie
+mógł być pociągnięty do odpowiedzialności.
+
+Przeprowadził swój plan bardzo zręcznie. Zwyczajny łotr byłby użył
+psa rozjuszonego -- on nadał mu jeszcze pozory piekielnej bestyi.
+Kupił najdziksze i największe psisko, jakie mógł dostać u handlarzy
+Ross and Mangles w Londynie. Przywiódł go do stacyi North Devon,
+odległej od Baskerville-Hall i nadłożył ogromny kawał drogi, idąc
+łąką i moczarami, aby go nikt nie spostrzegł. Wpierw wynalazł dla
+niego schronienie w Grimpen-Mire i tam go odrazu wprowadził.
+Trzymał go na łańcuchu i czekał sposobności. Ale niełatwo było
+ją znaleźć.
+
+Stary baronet nie wychodził nigdy za obręb pałacu po zachodzie słońca.
+Kilkakrotnie Stapleton czyhał na niego z psem, lecz bezskutecznie.
+Wtedy-to okoliczni włościanie widzieli ogromne psisko, co spowodowało
+wskrzeszenie legendy.
+
+Stapleton miał nadzieję, że jego żona zdoła doprowadzić sir Karola do
+zguby, lecz natrafił na niespodziewany opór. Nie chciała rozkochywać
+starego gentlemana; oni groźby, ani nawet kije nie zdołały ją skłonić
+do tak niecnego wspólnictwa. Stapleton musiał działać sam.
+
+Pomogła mu dobroczynność sir Karola. Zacny starzec, zwiedziony
+pozorami, polubił Stapletona i za jego pośrednictwem świadczył dużo
+dobrego, między innymi pani Laurze Lyons. Stapleton poznał ją
+przypadkowo, zainteresował się niby jej losem i wzbudził dla niej
+współczucie w litościwem sercu baroneta; że zaś potrafił zyskiwać
+względy kobiet i przedstawił się jako kawaler, wkrótce zdobył nietylko
+zaufanie, lecz i serce pięknej Laury; dawał jej też do zrozumienia, że
+się z nią ożeni, jeśli ona rozwiedzie się z mężem.
+
+Usłyszawszy, że sir Karol, z porady doktora Mortimer, zamierza opuścić
+Baskerville-Hall, postanowił działać bezwłocznie, w obawie, aby ofiara
+nie wysunęła się z jego szponów. Skłonił zatem panią Lyons do
+napisania listu, w którym błagała baroneta o przybycie do furtki
+ogrodowej w przeddzień jego wyjazdu do Londynu. Następnie odradził jej
+stawić się na miejscu umówionem.
+
+Wracając wieczorem z Coombe-Tracey, spuścił psa z łańcucha,
+posmarował go fosforem i przyprowadził do furtki, wiedząc, że
+stary gentleman zjawi się przy niej od strony pałacu.
+
+Pies, poszczuły przez swego pana, przeskoczył przez furtkę i ścigał
+biednego baroneta; ten uciekał aleja, widzów, wołając o pomoc. Pies
+biegł trawnikiem, baronet aleją żwirową; dlatego pozostały tylko ślady
+jego kroków.
+
+Widząc, że leży bez ruchu, pies zbliżył się zapewne, obwąchał go,
+a gdy poczuł, że już nie żyje, zawrócił się. Stapleton przywołał
+go, odprowadził do improwizowanej budy w Grimpen-Mire i uwiązał
+znowu na łańcuchu.
+
+Śmierć sir Karola pozostała niewyjaśniona; władze policyjne łamały
+sobie głowę nad jej przyczyną, okolica była w strachu, wreszcie oddano
+sprawę w nasze ręce.
+
+Rozumiesz piekielny podstęp tego łotra; tak się urządził, że nie
+można było znaleźć śladów zbrodni, ani wytoczyć procesu mordercy.
+Jedyny jego wspólnik zdradzić go nic mógł. Obie kobiety, wplątane
+w tę sprawę: pani Stapleton i pani Laura Lyons, miały pewne podejrzenia;
+mrs. Stapleton wiedziała nawet o złych zamiarach męża względem sir
+Karola, a także o istnieniu psa. Mrs. Lyons nie miała wprawdzie
+pojęcia ani o jednem, ani o drugiem, lecz zastanowiło ją, że śmierć
+starego gentlemana wynikła o godzinie, wyznaczonej na spotkanie z nią.
+Obie kobiety znajdowały się jednak pod wpływem tego łotra -- nie miał
+powodu obawiać się zdrady z ich strony.
+
+Pierwsza część szatańskiego zadania była spełniona, pozostawała
+druga, trudniejsza.
+
+Stapleton mógł na razie nie wiedzieć o istnieniu spadkobiercy
+w Kanadzie. Bądź co bądź, dowiedział się o tem wkrótce po śmierci
+sir Karola od swego przyjaciela, doktora Mortimer, który go też
+uwiadomił o przybyciu sir Henryka.
+
+Pierwszą myślą Stapletona było zapewne zgładzić go ze świata
+w Londynie. Stracił zaufanie do żony od chwili, gdy nie chciała mu
+pomagać w nastawianiu sideł na sir Karola. Bał się jednak zostawić ją
+samą na dłuższy czas, dlatego wziął ją ze sobą do Londynu.
+
+Doszedłem, że zamieszkali w hotelu Mexborough, przy Craven Street.
+Stapleton zamykał żonę na klucz a sam, przyprawiwszy brodę, dla
+niepoznaki, śledził każdy krok doktora Mortimer, jeździł za nim na
+Baker-Street, a następnie na dworzec i do hotelu Northumberland.
+
+Żona domyślała się jego planów, lecz obawiała się ostrzedz
+upatrzoną ofiarę. Gdyby list wpadł w ręce Stapletona, jej własne
+życie byłoby w niebezpieczeństwie.
+
+Jak wiemy, wpadła na myśl wycięcia z gazety słów, któremi ostrzegała
+baroneta. List doszedł rąk baroneta i był pierwsza zapowiedzią
+niebezpieczeństwa.
+
+Stapleton postarał się o but sir Henryka, aby w razie danym wyzyskać
+węch psa i wprowadzić go na trop ofiary.
+
+Posługacz hotelowy dostarczył mu obuwia, za hojną pewnie opłatą; lecz
+pierwszy but wykradziony, był nowy; Stapleton kazał go podrzucić
+i dostał drugi, noszony. Ten drobny fakt wprowadził mnie odrazu na
+domysł, że prześladowca sir Henryka chce użyć psa do swych celów.
+
+Nazajutrz baronet przybył tutaj; Stapleton śledził go w dorożce.
+Sądząc z tego, że mnie znał i wiedział, gdzie mieszkam, gotów jestem
+przypuścić, że już poprzednio miał powody obawiać się mojej
+działalności wywiadowczej i ze nie był nowicyuszem na polu zbrodni.
+
+W ciągu trzech lat ostatnich okradziono w Devonshire cztery dwory.
+W żadnym wypadku złoczyńcy nie zostali ujęci. Wreszcie w maju roku
+bieżącego zrabowano Folkstone-Court, przyczem został zabity służący,
+który pierwszy dostrzegł zamaskowanego złodzieja.
+
+Mógłbym ręczyć, że był nim Stapleton, który w ten sposób zasilał
+swe fundusze. Mieliśmy dowód jego bezczelności w tem, że podał moje
+nazwisko dorożkarzowi. Zrozumiał wtedy, iż go śledzę i że nie będzie
+mógł spełnić swych zamiarów w Londynie. Powrócił do Devonshire
+i oczekiwał tam przybycia baroneta.
+
+-- Przepraszam cię -- rzekłem. -- Czy mógłbyś mi wyjaśnić, kto
+żywił psa podczas pobytu Stapletona w Londynie?
+
+-- Ważna to kwestya -- odparł. -- Zastanawiałem się nad nią
+i doszedłem do przekonania, że Stapleton miał wspólnika.
+W Merripit-House był stary lokaj, Antoni. Wiem, że pozostawał
+u niego w służbie conajmniej lat kilka, bo widziano go za czasów,
+gdy Stapleton był kierownikiem szkoły w Yorkshire. Ten człowiek
+musiał wiedzieć, że Beryl jest żoną, nie siostrą jego pana. Po
+zamachu na sir Henryka, Antoni zniknął bez śladu.
+
+Otóż to imię, rzadkie w Anglii, jest bardzo pospolite w Hiszpanii
+i w Ameryce hiszpańskiej. Ów służący, również jak i pani Stapleton,
+mówił po angielsku płynnie, lecz z akcentem miękkim, południowym.
+Widziałem sam Antoniego, idącego do Grimpen-Mire ścieżką, wytkniętą
+przez Stapletona. Zapewne ten, podczas jego nieobecności, żywił psa,
+choć zapewne nie wiedział, do jakiego celu jest przeznaczony.
+
+Teraz słówko o mojej działalności w czasie, gdyś przebywał z sir
+Henrykiem w Baskerville-Hall. Pamiętasz może, jak oglądając papier, na
+którym były przyklejone słowa, wycięte z _Timesa_, badałem znak wodny;
+trzymałem wtedy papier przy oczach. Otóż zaleciała mnie subtelna woń
+białego jaśminu.
+
+Jest siedemdziesiąt pięć gatunków perfum, które każdy detektyw
+powinien rozróżniać; wiele wypadków zależy od szybkiego poznawania
+perfum. Jaśmin naprowadził mnie na domysł, że list został przesłany
+przez kobietę. Już wtedy moje podejrzenia zwróciły się ku
+Stapletonom.
+
+Wiedziałem więc o istnieniu psa i o miejscu zamieszkania mordercy,
+zanim wyruszyliście do Devonshire.
+
+Postanowiłem śledzić Stapletona. Oczywiście nie mógłbym tego
+dokonać, przebywając z wami, albowiem łotr miałby się na baczności.
+Zwiodłem wszystkich, nie wyłączając ciebie, i zjawiłem się
+potajemnie, wówczas, gdy sądziliście wszyscy, że bawię w Londynie.
+
+Ukrywałem się przeważnie w Coombe-Tracey, chroniąc się w jaskini na
+moczarach tylko wtedy, gdy moja obecność na polu działania była
+niezbędną. Cartwright w przebraniu chłopca wiejskiego, oddawał mi
+znaczne usługi. Dostarczał mi pożywienia i czystej bielizny. Podczas
+gdym ja śledził Stapletona, on śledził ciebie, tak, że wiedziałem
+o każdym twoim kroku.
+
+Mówiłem ci już, że twoje raporty dochodziły mnie szybko, odsyłano mi
+je natychmiast z Baker-Street do Coombe-Tracey. Przydały mi się
+bardzo, zwłaszcza biografia Stapletona. Pomogła mi ona wykryć jego
+tożsamość i stosunek do pięknej towarzyszki.
+
+Sprawa powikłała się przez ucieczkę więźnia Seldona i jego
+porozumienie się z Barrymorami. I tę zawiłość rozplątałeś, choć
+i ja doszedłem do tego samego wyniku, na mocy własnych spostrzeżeń.
+
+W chwili, gdyś mnie odnalazł na moczarach, miałem już w ręku wszystkie
+nici spisku, lecz nie posiadałem materyału dowodowego, z którym
+mógłbym stanąć przed sądem.
+
+Nawet zamach na sir Henryka, który skończył się śmiercią Seldona,
+nieszczęsnego więźnia, nie mógł nam pomódz do wykazania
+zbrodniczości Stapletona.
+
+Nie było innej rady, jak go schwytać na gorącym uczynku, a w tym celu
+musiałem użyć sir Henryka, z narażeniem jego nerwów. Przyznaję, że
+moja w tem wina: trzeba było poprowadzić sprawę inaczej i oszczędzić
+naszemu klientowi tej przykrości, ale nie mogłem przewidzieć, że ten
+łotr posmaruje psa siarką i że owej nocy będzie mgła, dzięki czemu
+sir Henryk nie mógł widzieć z oddali czworonożnego sprzymierzeńca
+Stapletona, który wyskoczył znienacka i przestraszył tego odważnego
+człowieka. Zresztą doktor Mortimer i wezwani specyaliści upewniają, że
+nasz przyjaciel powróci niebawem do równowagi i że odzyska spokój
+ducha, zachwiany nietylko tym wypadkiem, lecz i sercowym zawodem.
+
+Pozostaje mi już tylko zaznaczyć rolę pani Stapleton. Mąż wywierał na
+nią wpływ demoniczny; niewiadomo, czy go bardziej kochała, czy też się
+bała. Bądź co bądź, słuchała go niewolniczo, stawiając mu opór
+wtedy tylko, gdy chciał ją zmusić do wspólnictwa w zbrodni. Pragnęła
+ostrzedz sir Henryka, bez narażenia męża; próbowała kilkakrotnie, lecz
+bezskutecznie.
+
+Stapleton był zdolny do zazdrości: widząc, że baronet zaleca się do
+jego żony, choć to leżało w jego zamiarach, nie mógł jednak
+powstrzymać się od gwałtownego wybuchu. Opamiętawszy się, udawał, że
+sprzyja rodzącemu się uczuciu, zapraszał sir Henryka do
+Merripit-House, w nadziei, że wcześniej czy później nadarzy się
+sposobność wciągnięcia go w zasadzkę.
+
+Nagle w dniu, oznaczonym na zamach, żona oświadczyła się przeciwko
+niemu. Do uszu jej doszła wieść o nagłej śmierci zbiegłego więźnia
+na moczarach, a że wiedziała, iż pies trzymany jest tam na uwięzi,
+domyśliła się, jaką śmierć Stapleton gotuje sir Henrykowi,
+tembardziej, gdy mąż przyprowadził psa i zamknął go w oficynie.
+
+Owego wieczora, przed przybyciem sir Henryka na obiad, wśród małżonków
+wynikła sprzeczka. Beryl nazwała męża zbrodniarzem; rozwścieczony,
+chcąc ją dotknąć boleśnie, oznajmił jej, że kocha inną.
+
+To brutalne wyznanie zerwało ostatnie pęta, łączące ją z nędznikiem,
+i wznieciło w jej sercu nienawiść i pragnienie zemsty.
+
+On spostrzegł tę zmianę, i obawiając się, aby go nie zdradziła,
+uwiązał ją do słupa i zamknął na klucz. Pewien był, że po dokonanej
+zbrodni, gdy cała okolica przypisywać będzie śmierć sir Henryka
+przekleństwu, ciążącemu na jego rodzie, on, Stapleton, zręcznem
+kłamstwem i pochlebstwem zdoła odzyskać uczucie swej żony, skłonić
+ją do milczenia i do przyjęcia faktów dokonanych.
+
+Na tem polu spotkałby go zawód niewątpliwy. Kobieta, w której żyłach
+płynie krew hiszpańska, nie zapomina podobnej urazy.
+
+Oto i wszystko, co wiem o tej ciekawej sprawie. Jedno tylko pozostaje
+do wyjaśnienia: w jaki sposób Stapleton, doszedłszy do sukcesyi, byłby
+wyjaśnił, dlaczego tak długo zamieszkiwał w pobliżu Baskerville-Hall
+pod przybranem nazwiskiem? W jaki sposób byłby się upomniał o spadek,
+bez zwrócenia podejrzeń?
+
+Pani Stapleton zeznaje, iż jej mąż miał w tym względzie kilka
+projektów: albo upomnieć się o sukcesyę z Ameryki południowej i tam
+dowieść swej tożsamości i uzyskać fortunę, nie przyjeżdżając do
+Anglii; albo dostarczyć jakiemu wspólnikowi potrzebnych legitymacyj
+i za jego pośrednictwem spadek otrzymać; albo prowadzić sam sprawę na
+miejscu, lecz pod inną postacią zewnętrzną, w takiem przebraniu, żeby
+nikt poznać go nie mógł. Znając go, jestem pewien, że wybrnąłby
+z tych trudności.
+
+A teraz, mój drogi, dość już o tej sprawie. Kosztowała nas
+niemało trudu. Zasłużyliśmy na rozrywkę. Dziś dają „Hugonotów”.
+Wziąłem lożę. Czyś słyszał kiedy Reszków? Ubierzemy się zaraz
+i przed widowiskiem pojedziemy na obiad do pierwszorzędnej
+restauracyi. Dobrze?...
+
+
+ K o n i e c.
+
+
+
+
+PRZYPISY
+
+
+[Przypis 1: _Mire_ -- błoto.]
+
+
+
+
+SPROSTOWANIA
+
+
+[Sprostowanie A: =Sprostowanie.= Na str. 35-ej, w w. 14 i 13 od dołu, zam.:
+„Tylko jedno słowo: „trzęsawiska” było wypisane drukowanemi
+literami, atramentem”, -- powinno być: „Tylko jedno słowo:
+„trzęsawiska” było wypisane atramentem, reszta zaś drukowanemi
+literami”.]
+
+[Sprostowanie B: =Sprostowanie.= Na str. 189, w poprzednim dodatku, zakradła
+się pomyłka druku: zamiast „martwe zwłoki sir _Karola_ Baskerville”,
+-- powinno być: „martwe zwłoki sir _Henryka_ Baskerville”.]
+
+
+
+
+UWAGI DO WYDANIA ELEKTRONICZNEGO
+
+
+Zachowano oryginalną ortografię i interpunkcję, również w wypadkach,
+gdy odbiegały one od współcześnie przyjętych. Poprawiono natomiast
+omyłki, które wyglądały na błędy drukarskie.
+
+Powieść drukowana była w odcinkach; w dwóch wypadkach zdarzyło się,
+że w numerze późniejszym wydrukowano sprostowanie dotyczące omyłki
+drukarskiej w numerze wcześniejszym. Sprostowań tych nie naniesiono
+w niniejszej wersji tekstu, zachowano natomiast ich treść w formie
+przypisów, dodając odniesienia do nich w odpowiednich miejscach
+w tekście. Są to przypisy oznaczone literami, w odróżnieniu
+od przypisów oznaczonych cyframi, które w tekście występowały
+faktycznie jako przypisy.
+
+_Kursywę_ w oryginale w wersji tekstowej oznaczono _podkreśleniami_.
+
+
+NIEKONSEKWENCJE w tekście (niekorygowane)
+
+W trakcie redagowania wersji elektronicznej zwrócono także uwagę na
+niekonsekwencje występujące w oryginalnym tekście. Niekonsekwencji
+tych nie korygowano. Poniższa lista wskazuje na różnice w pisowni
+podobnych słów lub zwrotów, liczby w nawiasach oznaczają ilość
+wystąpień danej formy w tekście.
+
+- Oxford street (1);
+ Oxford Street (1);
+ Oxford-Street (1);
+
+- Lafter-Hall (2, w tym jedno poprawione z Lofter-Hall”),
+ Lafterhall (1)
+
+- farmerem (1);
+ farmerów (1);
+ farmy (1);
+ fermerów (1);
+ fermerzy (1);
+ fermę (1);
+ fermy (3)
+
+- 4 Maja (1);
+ 4 maja (1)
+
+- Baskerville'a (1);
+ Baskervilla (3)
+
+- Baskerville-Hall (23);
+ Baskerville Hall (10)
+
+- „zauważył Watson.” - powinno być „zauważyłem”; w oryginale w tym
+miejscu nie ma odniesienia do tego, kto mówi.
+
+
+POPRAWKI wprowadzone do tekstu
+
+- s. tytułowa
+ „Canon'a Doyle'a” poprawiono na „Conana Doyle'a”
+
+- s. 5, w: „aaa”:
+ „r. 1884” poprawiono na „r. 1884”. (dodano kropkę na końcu zdania)
+
+- s. 9, w: miał nos wązki, wysuwający się ostro z pomiędzy oczu
+ „wysuwają y” poprawiono na „wysuwający”
+
+- s. 13, w: pochodząc w prostej linii od Hugona Baskerville
+ „Baaskerville” poprawiono na „Baskerville”
+
+- s. 16, w: Nagle włosy stanęły im dębem ze strachu”:
+ „głosy” poprawiono na „włosy”
+
+- s. 16, w: „a obok niej Hugon Baskerville -- nieżywy.”:
+ „Baskerwille” poprawiono na „Baskerville”
+
+- s. 22, w: „Nasz wspólny przyjaciel, pan Stapleton”:
+ „Stupleton” poprawiono na „Stapleton”
+
+- s. 23, w: „Doktor Mortimer patrzył na nas przez chwilę dziwnemi oczyma”:
+ „ocyma” poprawiono na „oczyma”
+
+- s. 27, w: „Zresztą musisz pan przyznać”:
+ „przysznać” poprawiono na „przyznać”
+
+- s. 27, w: „Pies Hugona nie był także zjawiskiem nadprzyrodzonem”:
+ „Pie,” poprawiono na „Pies”
+
+- s. 33, w: „Mój drogi, podaj mi skrzypce.”:
+ „skrzypce” poprawiono na „skrzypce.” (dodano kropkę)
+
+- s. 44, w: „-- Zwiedzisz każdy z nich po kolei.”:
+ „po kolei,” poprawiono na „po kolei.”
+
+- s. 47, w: „Jej mąż był niegdyś merem w Gloucester”:
+ „Glocester” poprawiono na „Gloucester”
+
+- s. 48, w: „mogą je wykonać, zanim zdołamy temu zapobiedz”:
+ „zdołomy” poprawiono na „zdołamy”
+
+- s. 49, w: „-- Pilnuje pałacu.”:
+ „pałacu” poprawiono na „pałacu.” (dodano kropkę na końcu zdania)
+
+- s. 50, w: „pytał Holmes.”:
+ „pytał Holmes?” poprawiono na „pytał Holmes.”
+
+- s. 51, w: „Te szczegóły są dla mnie bardzo ważne.”:
+ „bardze” poprawiono na „bardzo”
+
+- s. 52, w: „i z pod nocnej szafki wydobył but żółty”:
+ „wyobył” poprawiono na „wydobył”
+
+- s. 52, w: „To jednak dziwne!”:
+ „dziwna” poprawiono na „dziwne”
+
+- s. 59, w: „Dalej jest pan Frankland z Lafter-Hall”:
+ „Lofter-Hall” poprawiono na „Lafter-Hall”
+
+- s. 62, w: „bo taki nie daruje i gardło poderżnie”:
+ „pederznie” poprawiono na „poderznie”
+
+- s. 63, w: „Pan tej rezydencyi, z roziskrzonemi oczyma”:
+ „ocozyma” poprawiono na „oczyma”
+
+- s. 63, w: „objaśnił go doktor Mortimer”:
+ „doktór” poprawiono na „doktor”
+
+- s. 66, w: „oprócz płaczu nie usłyszałem nic zgoła”:
+ „ułyszałem” poprawiono na „usłyszałem”
+
+- s. 87, w: „wprowadza do niego trochę komicznego pierwiastku.”:
+ „pierwiastku” poprawiono na „pierwiastku.” (dodano kropkę)
+
+- s. 87, w: „i pana Frankland z Lofter-Hall”:
+ „Lafter-Hall” poprawiono na „Lofter-Hall”
+
+- s. 91, w: „Zgrzyt klucza w zamku”:
+ „Zdrzyt” poprawiono na „Zgrzyt”
+
+- s. 93, w: „miss Beryl o coś go prosi”:
+ „Baryl” poprawiono na „Beryl”
+
+- s. 95, w: „ostrzegając mnie o grożącem niebezpieczeństwie”:
+ „grążącem” poprawiono na „grożącem”
+
+- s. 96, w: „a będę ci wdzięczny do śmierci”:
+ „bęędę” poprawiono na „będę”
+
+- s. 97, w: „Siedziałem z sir Henrykiem w jego pokoju do trzeciej zrana”:
+ „do do” poprawiono na „do”
+
+- s. 105, w: „gdy go doleci odgłos nagonki”:
+ „naganki” poprawiono na „nagonki”
+
+- s. 106, w: „lecz żywy posąg nie stał już na ich szczycie.”:
+ „szczycie,” poprawiono na „szczycie.”
+
+- s. 110, w: „choćby naprzykład willa pana Stapleton”:
+ „Stepleton” poprawiono na „Stapleton”
+
+- s. 111, w: „któż przyjdzie z pomocą”:
+ „któz” poprawiono na „któż”
+
+- s. 112, w: „Nosił stempel pocztowy Coombe-Tracey”:
+ „Combe-Tracey” poprawiono na „Coombe-Tracey”
+
+- s. 119, w: „będzie lepiej, abym wyruszył sam”:
+ „wyruszy” poprawiono na „wyruszył”
+
+- s. 121, w: „Tak, parę razy, gdy przyjeżdżał do Coombe-Tracey”:
+ „Coombe-Tracy” poprawiono na „Coombe-Tracey”
+
+- s. 127, w: „rzekłem obojętnie”:
+ „rzełem” poprawiono na „rzekłem”
+
+- s. 135, w: „Muszę cię pochwalić za gorliwość i spryt”:
+ „Musisz” poprawiono na „Muszę”
+
+- s. 143, w: „Bądź co bądź, wracając jutro do Londynu”:
+ „bąoź” poprawiono na „bądź”
+
+- s. 154, w: „Ów telegram z Londynu”:
+ „Ow ” poprawiono na „Ów”
+
+- s. 155, w: „Osoba, która dotychczas uchodziła za jego siostrę”:
+ „która,” poprawiono na „która”
+
+- s. 155, w: „jej palce ściskały poręcz fotela”:
+ „ścikały” poprawiono na „ściskały”
+
+- s. 165, w: „Pokój był rodzajem muzeum”:
+ „muzem” poprawiono na „muzeum”
+
+- s. 170, w: „w odpowiedzi na moje pytanie”:
+ „prytanie” poprawiono na „pytanie”
+
+- s. 179, w: „chcąc ją dotknąć boleśnie”:
+ „do tknąć” poprawiono na „dotknąć”
+
+
+
+
+
+End of Project Gutenberg's Tajemnica Baskerville'ów, by Arthur Conan Doyle
+
+*** END OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK TAJEMNICA BASKERVILLE'ÓW ***
+
+***** This file should be named 34079-0.txt or 34079-0.zip *****
+This and all associated files of various formats will be found in:
+ https://www.gutenberg.org/3/4/0/7/34079/
+
+Produced by Ewa "czupirek" Jaros and the Online Distributed
+Proofreading Team at http://dp.rastko.net (this file was
+created from images generously made available by CBN Polona
+- http://www.polona.pl)
+
+
+Updated editions will replace the previous one--the old editions
+will be renamed.
+
+Creating the works from public domain print editions means that no
+one owns a United States copyright in these works, so the Foundation
+(and you!) can copy and distribute it in the United States without
+permission and without paying copyright royalties. Special rules,
+set forth in the General Terms of Use part of this license, apply to
+copying and distributing Project Gutenberg-tm electronic works to
+protect the PROJECT GUTENBERG-tm concept and trademark. Project
+Gutenberg is a registered trademark, and may not be used if you
+charge for the eBooks, unless you receive specific permission. If you
+do not charge anything for copies of this eBook, complying with the
+rules is very easy. You may use this eBook for nearly any purpose
+such as creation of derivative works, reports, performances and
+research. They may be modified and printed and given away--you may do
+practically ANYTHING with public domain eBooks. Redistribution is
+subject to the trademark license, especially commercial
+redistribution.
+
+
+
+*** START: FULL LICENSE ***
+
+THE FULL PROJECT GUTENBERG LICENSE
+PLEASE READ THIS BEFORE YOU DISTRIBUTE OR USE THIS WORK
+
+To protect the Project Gutenberg-tm mission of promoting the free
+distribution of electronic works, by using or distributing this work
+(or any other work associated in any way with the phrase "Project
+Gutenberg"), you agree to comply with all the terms of the Full Project
+Gutenberg-tm License (available with this file or online at
+https://gutenberg.org/license).
+
+
+Section 1. General Terms of Use and Redistributing Project Gutenberg-tm
+electronic works
+
+1.A. By reading or using any part of this Project Gutenberg-tm
+electronic work, you indicate that you have read, understand, agree to
+and accept all the terms of this license and intellectual property
+(trademark/copyright) agreement. If you do not agree to abide by all
+the terms of this agreement, you must cease using and return or destroy
+all copies of Project Gutenberg-tm electronic works in your possession.
+If you paid a fee for obtaining a copy of or access to a Project
+Gutenberg-tm electronic work and you do not agree to be bound by the
+terms of this agreement, you may obtain a refund from the person or
+entity to whom you paid the fee as set forth in paragraph 1.E.8.
+
+1.B. "Project Gutenberg" is a registered trademark. It may only be
+used on or associated in any way with an electronic work by people who
+agree to be bound by the terms of this agreement. There are a few
+things that you can do with most Project Gutenberg-tm electronic works
+even without complying with the full terms of this agreement. See
+paragraph 1.C below. There are a lot of things you can do with Project
+Gutenberg-tm electronic works if you follow the terms of this agreement
+and help preserve free future access to Project Gutenberg-tm electronic
+works. See paragraph 1.E below.
+
+1.C. The Project Gutenberg Literary Archive Foundation ("the Foundation"
+or PGLAF), owns a compilation copyright in the collection of Project
+Gutenberg-tm electronic works. Nearly all the individual works in the
+collection are in the public domain in the United States. If an
+individual work is in the public domain in the United States and you are
+located in the United States, we do not claim a right to prevent you from
+copying, distributing, performing, displaying or creating derivative
+works based on the work as long as all references to Project Gutenberg
+are removed. Of course, we hope that you will support the Project
+Gutenberg-tm mission of promoting free access to electronic works by
+freely sharing Project Gutenberg-tm works in compliance with the terms of
+this agreement for keeping the Project Gutenberg-tm name associated with
+the work. You can easily comply with the terms of this agreement by
+keeping this work in the same format with its attached full Project
+Gutenberg-tm License when you share it without charge with others.
+
+1.D. The copyright laws of the place where you are located also govern
+what you can do with this work. Copyright laws in most countries are in
+a constant state of change. If you are outside the United States, check
+the laws of your country in addition to the terms of this agreement
+before downloading, copying, displaying, performing, distributing or
+creating derivative works based on this work or any other Project
+Gutenberg-tm work. The Foundation makes no representations concerning
+the copyright status of any work in any country outside the United
+States.
+
+1.E. Unless you have removed all references to Project Gutenberg:
+
+1.E.1. The following sentence, with active links to, or other immediate
+access to, the full Project Gutenberg-tm License must appear prominently
+whenever any copy of a Project Gutenberg-tm work (any work on which the
+phrase "Project Gutenberg" appears, or with which the phrase "Project
+Gutenberg" is associated) is accessed, displayed, performed, viewed,
+copied or distributed:
+
+This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with
+almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or
+re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included
+with this eBook or online at www.gutenberg.org
+
+1.E.2. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is derived
+from the public domain (does not contain a notice indicating that it is
+posted with permission of the copyright holder), the work can be copied
+and distributed to anyone in the United States without paying any fees
+or charges. If you are redistributing or providing access to a work
+with the phrase "Project Gutenberg" associated with or appearing on the
+work, you must comply either with the requirements of paragraphs 1.E.1
+through 1.E.7 or obtain permission for the use of the work and the
+Project Gutenberg-tm trademark as set forth in paragraphs 1.E.8 or
+1.E.9.
+
+1.E.3. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is posted
+with the permission of the copyright holder, your use and distribution
+must comply with both paragraphs 1.E.1 through 1.E.7 and any additional
+terms imposed by the copyright holder. Additional terms will be linked
+to the Project Gutenberg-tm License for all works posted with the
+permission of the copyright holder found at the beginning of this work.
+
+1.E.4. Do not unlink or detach or remove the full Project Gutenberg-tm
+License terms from this work, or any files containing a part of this
+work or any other work associated with Project Gutenberg-tm.
+
+1.E.5. Do not copy, display, perform, distribute or redistribute this
+electronic work, or any part of this electronic work, without
+prominently displaying the sentence set forth in paragraph 1.E.1 with
+active links or immediate access to the full terms of the Project
+Gutenberg-tm License.
+
+1.E.6. You may convert to and distribute this work in any binary,
+compressed, marked up, nonproprietary or proprietary form, including any
+word processing or hypertext form. However, if you provide access to or
+distribute copies of a Project Gutenberg-tm work in a format other than
+"Plain Vanilla ASCII" or other format used in the official version
+posted on the official Project Gutenberg-tm web site (www.gutenberg.org),
+you must, at no additional cost, fee or expense to the user, provide a
+copy, a means of exporting a copy, or a means of obtaining a copy upon
+request, of the work in its original "Plain Vanilla ASCII" or other
+form. Any alternate format must include the full Project Gutenberg-tm
+License as specified in paragraph 1.E.1.
+
+1.E.7. Do not charge a fee for access to, viewing, displaying,
+performing, copying or distributing any Project Gutenberg-tm works
+unless you comply with paragraph 1.E.8 or 1.E.9.
+
+1.E.8. You may charge a reasonable fee for copies of or providing
+access to or distributing Project Gutenberg-tm electronic works provided
+that
+
+- You pay a royalty fee of 20% of the gross profits you derive from
+ the use of Project Gutenberg-tm works calculated using the method
+ you already use to calculate your applicable taxes. The fee is
+ owed to the owner of the Project Gutenberg-tm trademark, but he
+ has agreed to donate royalties under this paragraph to the
+ Project Gutenberg Literary Archive Foundation. Royalty payments
+ must be paid within 60 days following each date on which you
+ prepare (or are legally required to prepare) your periodic tax
+ returns. Royalty payments should be clearly marked as such and
+ sent to the Project Gutenberg Literary Archive Foundation at the
+ address specified in Section 4, "Information about donations to
+ the Project Gutenberg Literary Archive Foundation."
+
+- You provide a full refund of any money paid by a user who notifies
+ you in writing (or by e-mail) within 30 days of receipt that s/he
+ does not agree to the terms of the full Project Gutenberg-tm
+ License. You must require such a user to return or
+ destroy all copies of the works possessed in a physical medium
+ and discontinue all use of and all access to other copies of
+ Project Gutenberg-tm works.
+
+- You provide, in accordance with paragraph 1.F.3, a full refund of any
+ money paid for a work or a replacement copy, if a defect in the
+ electronic work is discovered and reported to you within 90 days
+ of receipt of the work.
+
+- You comply with all other terms of this agreement for free
+ distribution of Project Gutenberg-tm works.
+
+1.E.9. If you wish to charge a fee or distribute a Project Gutenberg-tm
+electronic work or group of works on different terms than are set
+forth in this agreement, you must obtain permission in writing from
+both the Project Gutenberg Literary Archive Foundation and Michael
+Hart, the owner of the Project Gutenberg-tm trademark. Contact the
+Foundation as set forth in Section 3 below.
+
+1.F.
+
+1.F.1. Project Gutenberg volunteers and employees expend considerable
+effort to identify, do copyright research on, transcribe and proofread
+public domain works in creating the Project Gutenberg-tm
+collection. Despite these efforts, Project Gutenberg-tm electronic
+works, and the medium on which they may be stored, may contain
+"Defects," such as, but not limited to, incomplete, inaccurate or
+corrupt data, transcription errors, a copyright or other intellectual
+property infringement, a defective or damaged disk or other medium, a
+computer virus, or computer codes that damage or cannot be read by
+your equipment.
+
+1.F.2. LIMITED WARRANTY, DISCLAIMER OF DAMAGES - Except for the "Right
+of Replacement or Refund" described in paragraph 1.F.3, the Project
+Gutenberg Literary Archive Foundation, the owner of the Project
+Gutenberg-tm trademark, and any other party distributing a Project
+Gutenberg-tm electronic work under this agreement, disclaim all
+liability to you for damages, costs and expenses, including legal
+fees. YOU AGREE THAT YOU HAVE NO REMEDIES FOR NEGLIGENCE, STRICT
+LIABILITY, BREACH OF WARRANTY OR BREACH OF CONTRACT EXCEPT THOSE
+PROVIDED IN PARAGRAPH 1.F.3. YOU AGREE THAT THE FOUNDATION, THE
+TRADEMARK OWNER, AND ANY DISTRIBUTOR UNDER THIS AGREEMENT WILL NOT BE
+LIABLE TO YOU FOR ACTUAL, DIRECT, INDIRECT, CONSEQUENTIAL, PUNITIVE OR
+INCIDENTAL DAMAGES EVEN IF YOU GIVE NOTICE OF THE POSSIBILITY OF SUCH
+DAMAGE.
+
+1.F.3. LIMITED RIGHT OF REPLACEMENT OR REFUND - If you discover a
+defect in this electronic work within 90 days of receiving it, you can
+receive a refund of the money (if any) you paid for it by sending a
+written explanation to the person you received the work from. If you
+received the work on a physical medium, you must return the medium with
+your written explanation. The person or entity that provided you with
+the defective work may elect to provide a replacement copy in lieu of a
+refund. If you received the work electronically, the person or entity
+providing it to you may choose to give you a second opportunity to
+receive the work electronically in lieu of a refund. If the second copy
+is also defective, you may demand a refund in writing without further
+opportunities to fix the problem.
+
+1.F.4. Except for the limited right of replacement or refund set forth
+in paragraph 1.F.3, this work is provided to you 'AS-IS' WITH NO OTHER
+WARRANTIES OF ANY KIND, EXPRESS OR IMPLIED, INCLUDING BUT NOT LIMITED TO
+WARRANTIES OF MERCHANTIBILITY OR FITNESS FOR ANY PURPOSE.
+
+1.F.5. Some states do not allow disclaimers of certain implied
+warranties or the exclusion or limitation of certain types of damages.
+If any disclaimer or limitation set forth in this agreement violates the
+law of the state applicable to this agreement, the agreement shall be
+interpreted to make the maximum disclaimer or limitation permitted by
+the applicable state law. The invalidity or unenforceability of any
+provision of this agreement shall not void the remaining provisions.
+
+1.F.6. INDEMNITY - You agree to indemnify and hold the Foundation, the
+trademark owner, any agent or employee of the Foundation, anyone
+providing copies of Project Gutenberg-tm electronic works in accordance
+with this agreement, and any volunteers associated with the production,
+promotion and distribution of Project Gutenberg-tm electronic works,
+harmless from all liability, costs and expenses, including legal fees,
+that arise directly or indirectly from any of the following which you do
+or cause to occur: (a) distribution of this or any Project Gutenberg-tm
+work, (b) alteration, modification, or additions or deletions to any
+Project Gutenberg-tm work, and (c) any Defect you cause.
+
+
+Section 2. Information about the Mission of Project Gutenberg-tm
+
+Project Gutenberg-tm is synonymous with the free distribution of
+electronic works in formats readable by the widest variety of computers
+including obsolete, old, middle-aged and new computers. It exists
+because of the efforts of hundreds of volunteers and donations from
+people in all walks of life.
+
+Volunteers and financial support to provide volunteers with the
+assistance they need are critical to reaching Project Gutenberg-tm's
+goals and ensuring that the Project Gutenberg-tm collection will
+remain freely available for generations to come. In 2001, the Project
+Gutenberg Literary Archive Foundation was created to provide a secure
+and permanent future for Project Gutenberg-tm and future generations.
+To learn more about the Project Gutenberg Literary Archive Foundation
+and how your efforts and donations can help, see Sections 3 and 4
+and the Foundation web page at https://www.pglaf.org.
+
+
+Section 3. Information about the Project Gutenberg Literary Archive
+Foundation
+
+The Project Gutenberg Literary Archive Foundation is a non profit
+501(c)(3) educational corporation organized under the laws of the
+state of Mississippi and granted tax exempt status by the Internal
+Revenue Service. The Foundation's EIN or federal tax identification
+number is 64-6221541. Its 501(c)(3) letter is posted at
+https://pglaf.org/fundraising. Contributions to the Project Gutenberg
+Literary Archive Foundation are tax deductible to the full extent
+permitted by U.S. federal laws and your state's laws.
+
+The Foundation's principal office is located at 4557 Melan Dr. S.
+Fairbanks, AK, 99712., but its volunteers and employees are scattered
+throughout numerous locations. Its business office is located at
+809 North 1500 West, Salt Lake City, UT 84116, (801) 596-1887, email
+business@pglaf.org. Email contact links and up to date contact
+information can be found at the Foundation's web site and official
+page at https://pglaf.org
+
+For additional contact information:
+ Dr. Gregory B. Newby
+ Chief Executive and Director
+ gbnewby@pglaf.org
+
+
+Section 4. Information about Donations to the Project Gutenberg
+Literary Archive Foundation
+
+Project Gutenberg-tm depends upon and cannot survive without wide
+spread public support and donations to carry out its mission of
+increasing the number of public domain and licensed works that can be
+freely distributed in machine readable form accessible by the widest
+array of equipment including outdated equipment. Many small donations
+($1 to $5,000) are particularly important to maintaining tax exempt
+status with the IRS.
+
+The Foundation is committed to complying with the laws regulating
+charities and charitable donations in all 50 states of the United
+States. Compliance requirements are not uniform and it takes a
+considerable effort, much paperwork and many fees to meet and keep up
+with these requirements. We do not solicit donations in locations
+where we have not received written confirmation of compliance. To
+SEND DONATIONS or determine the status of compliance for any
+particular state visit https://pglaf.org
+
+While we cannot and do not solicit contributions from states where we
+have not met the solicitation requirements, we know of no prohibition
+against accepting unsolicited donations from donors in such states who
+approach us with offers to donate.
+
+International donations are gratefully accepted, but we cannot make
+any statements concerning tax treatment of donations received from
+outside the United States. U.S. laws alone swamp our small staff.
+
+Please check the Project Gutenberg Web pages for current donation
+methods and addresses. Donations are accepted in a number of other
+ways including including checks, online payments and credit card
+donations. To donate, please visit: https://pglaf.org/donate
+
+
+Section 5. General Information About Project Gutenberg-tm electronic
+works.
+
+Professor Michael S. Hart was the originator of the Project Gutenberg-tm
+concept of a library of electronic works that could be freely shared
+with anyone. For thirty years, he produced and distributed Project
+Gutenberg-tm eBooks with only a loose network of volunteer support.
+
+
+Project Gutenberg-tm eBooks are often created from several printed
+editions, all of which are confirmed as Public Domain in the U.S.
+unless a copyright notice is included. Thus, we do not necessarily
+keep eBooks in compliance with any particular paper edition.
+
+
+Most people start at our Web site which has the main PG search facility:
+
+ https://www.gutenberg.org
+
+This Web site includes information about Project Gutenberg-tm,
+including how to make donations to the Project Gutenberg Literary
+Archive Foundation, how to help produce our new eBooks, and how to
+subscribe to our email newsletter to hear about new eBooks.