diff options
| -rw-r--r-- | .gitattributes | 3 | ||||
| -rw-r--r-- | 34079-0.txt | 6704 | ||||
| -rw-r--r-- | 34079-0.zip | bin | 0 -> 110821 bytes | |||
| -rw-r--r-- | 34079-h.zip | bin | 0 -> 122857 bytes | |||
| -rw-r--r-- | 34079-h/34079-h.htm | 8007 | ||||
| -rw-r--r-- | LICENSE.txt | 11 | ||||
| -rw-r--r-- | README.md | 2 |
7 files changed, 14727 insertions, 0 deletions
diff --git a/.gitattributes b/.gitattributes new file mode 100644 index 0000000..6833f05 --- /dev/null +++ b/.gitattributes @@ -0,0 +1,3 @@ +* text=auto +*.txt text +*.md text diff --git a/34079-0.txt b/34079-0.txt new file mode 100644 index 0000000..28eac4c --- /dev/null +++ b/34079-0.txt @@ -0,0 +1,6704 @@ +Project Gutenberg's Tajemnica Baskerville'ów, by Arthur Conan Doyle + +This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with +almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or +re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included +with this eBook or online at www.gutenberg.org + + +Title: Tajemnica Baskerville'ów + dziwne przygody Sherlocka Holmes + +Author: Arthur Conan Doyle + +Translator: Eugenia ¯mijewska + +Release Date: October 15, 2010 [EBook #34079] + +Language: Polish + +Character set encoding: UTF-8 + +*** START OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK TAJEMNICA BASKERVILLE'ÓW *** + + + + +Produced by Ewa "czupirek" Jaros and the Online Distributed +Proofreading Team at http://dp.rastko.net (this file was +created from images generously made available by CBN Polona +- http://www.polona.pl) + + + + + + ++-----------------------------------------------------------------------+ +| UWAGI DO WYDANIA ELEKTRONICZNEGO | +| | +| Zachowano oryginalną ortografię i interpunkcję, również w wypadkach, | +| gdy odbiegały one od współcześnie przyjętych. Poprawiono natomiast | +| omyłki, które wyglądały na błędy drukarskie. Pełna ich lista znajduje | +| się na końcu tego dokumentu. | ++-----------------------------------------------------------------------+ + + + + + TAJEMNICA BASKERVILLE'ÓW + + Dziwne przygody Sherlocka Holmes + + + PRZEZ + + Conana Doyle'a + + + Przekład z angielskiego + + EUGENII ŻMIJEWSKIEJ. + + + Dodatek do „SŁOWA” + + WARSZAWA. + + DRUKIEM NOSKOWSKIEGO + + 15. ulica Warecka 15. + + 1902. + + + +Дозволено Цензурою +Варшава, 26 июля 1902 года + + + + +I. + +Pan Sherlock Holmes. + + +Pan Sherlock Holmes zwykł był wstawać późno, o ile nie czuwał przez +całą noc, a zdarzało mu się to nieraz. Otóż owego dnia wstał +wyjątkowo wcześnie. Jadł śniadanie. Stałem przy kominku. Schyliłem +się i podniosłem laskę, którą nasz gość zostawił wczorajszego +wieczoru. Był to kij gruby, z dużą gałką, utoczoną z drzewa; pod +gałką była srebrna obrączka, a na niej napis: „Jakóbowi Mortimer +M. R. C. S. od przyjaciół C. C. H.”, pod spodem zaś data: +„r. 1884”. Taką laskę staroświecką, mocną, zapewniającą +bezpieczeństwo, zwykli nosić starzy lekarze. + +-- No, i cóż, Watson? Co pan myślisz o tej lasce? Jakie wyprowadzasz +wnioski? -- zapytał. + +Holmes siedział, odwrócony do mnie plecami; widzieć mnie nie mógł, +a ja zachowywałem się tak cichutko, że nie mógł domyślić się, czem +jestem zajęty. + +-- Masz pan chyba oczy z tyłu głowy... -- rzekłem. + +-- Mam przed sobą srebrny imbryk -- odparł -- ale powiedz mi, Watson, +co myślisz o lasce naszego gościa? Skoro nie zastał nas w domu i nie +wytłómaczył celu swych odwiedzin, ta mimowolna pamiątka nabiera +wielkiego znaczenia. Chciałbym też wiedzieć, jakie pojęcie tworzysz +sobie o tym człowieku? + +-- Sądzę -- odparłem, trzymając się metody dociekań mojego +towarzysza -- że doktor Mortimer jest lekarzem średniego wieku, +zażywającym szacunku; dowodzi tego ów upominek pacyentów. + +-- Dobrze, wybornie! -- pochwalił mnie Holmes. + +-- Sądzę dalej, że jest lekarzem prowincyonalnym i że po większej +części odwiedza chorych pieszo. + +-- Dlaczego tak pan przypuszczasz? + +-- Bo laska, choć pierwotnie ładna, jest tak zniszczona, że żaden +lekarz miejski nie chciałby jej używać. Grube okucie żelazne starło +się, co dowodzi, że laska była w częstem użyciu. + +-- Słuszne rozumowanie -- przytwierdził Holmes. + +-- A dalej, napis od przyjaciół z C. C. H. świadczy, że lekarz niósł +pomoc członkom jakiegoś klubu myśliwskiego (Hunting Club). + +-- Istotnie, Watson, przechodzisz sam siebie -- rzekł Holmes, zapalając +papierosa. -- Muszę przyznać, że pańskie wnioski są słuszne. Mam +pojętnego ucznia. Wyświetliłeś kilka punktów zupełnie ciemnych. + +Nigdy jeszcze Holmes nie odzywał się do mnie w sposób tak pochlebny. +Cieszyłem się z jego uznania, na które oddawna już usiłowałem +zasłużyć, stosując jego metodę badań w sprawach kryminalnych. + +Po chwili milczenia, odebrał mi laskę i przypatrywał jej się gołem +okiem. Następnie odłożył papierosa, odszedł z laską do okna +i począł jej się przyglądać przez szkło powiększające. + +-- Ciekawe, bardzo ciekawe... -- rzekł, wracając na swoje ulubione +miejsce przy kominku. + +-- Czy pan dopatrzył się jakiego nowego szczegółu, mogącego służyć +za wskazówkę? -- spytałem, spodziewając się, że nic ważnego nie +uszło mojej baczności. + +-- Zdaje mi się, mój drogi Watson, że prawie wszystkie twoje +wnioski były mylne. Pod jednym tylko względem miałeś słuszność, +a mianowicie, że posiadacz tej laski jest doktorem prowincyonalnym +i że dużo chodzi. + +-- A więc nie omyliłem się? + +-- Na tym punkcie -- nie. + +-- A na innych? + +-- Inne wywody były fałszywe. I tak, naprzykład, twierdzisz, że laska +jest darem jakiegoś prowincyonalnego klubu myśliwskiego. Ja +przypuszczam, że ofiarowali ją lekarzowi pensyonarze szpitala Charing +Cross (C. C. H.). + +-- Przyznaję, że to jest prawdopodobniejsze. Jaki pan stąd wyprowadza +wniosek? + +-- Znana jest panu moja metoda badania. Zastosuj ją w praktyce. + +-- Mogę to tylko wywnioskować, że przed osiedleniem się na wsi, ten +lekarz praktykował w mieście. + +-- Sądzę, że możemy posunąć się jeszcze dalej na drodze +przypuszczeń. Ten dar został wręczony w chwili, gdy doktor +Mortimer opuszczał szpital, aby rozpocząć praktykę na własną rękę. + +-- Prawdopodobnie. + +-- Jakież mógł on zajmować stanowisko w tym szpitalu? -- albo lekarza +ordynującego, albo studenta-praktykanta. Zapewne to ostatnie, bo +doktor szpitalny, z wyrobioną opinią i liczną praktyką, nie opuszcza +zajmowanej pozycyi, aby się przesiedlać na prowincyę. Doktor Mortimer +opuścił szpital przed laty pięciu, jak to wskazuje data na lasce. +W owym czasie ukończył zapewne uniwersytet, a więc upada pański +wniosek, iż jest człowiekiem średniego wieku. Doktor Mortimer ma lat +trzydzieści niespełna, jest uprzejmym, dobrym, niezbyt ambitnym, +roztargnionym. Ma psa trochę większego od jamnika, a mniejszego od +wyżła. + +Roześmiałem się niedowierzająco. Holmes zasiadł wygodnie w fotelu +i puszczał kłęby dymu. + +-- Nietrudno będzie przekonać się, który z nas dwóch ma racyę -- +rzekłem, zbliżając się do szafki bibliotecznej i wyjmując z niej +kalendarz z wykazem lekarzów angielskich, oraz ich życiorysem. +Z pośród wielu Mortimerów, jeden tylko mógł być tym, o którego +nam chodziło. Odczytałem głośno: + +„Mortimer Jerzy, lekarz powiatowy w Grimpen, Dartmoor, hrabstwo Devsu. +Był studentem-praktykantem w szpitalu Charing-Cross od r. 1882 do +1884. Otrzymał nagrodę Jacksona za studyum z zakresu patologii +porównawczej, zatytułowane: „Czy choroba jest zboczeniem?” Jest +członkiem szwedzkiego Towarzystwa patologicznego, autorem wielu +artykułów, jako to: „Kilka przykładów atawizmu” (drukowany +w „Lancet” w r. 1882), „Czy idziemy z biegiem postępu?” +(„Dziennik Psychologiczny” 1883). Jest lekarzem powiatowym gmin +Grimpen, Thorsley i High Barrow”. + +-- Widzisz pan, że miałem słuszność -- rzekł Holmes. -- Obstaję +dalej przy moich hypotezach, że doktor Mortimer musi być uprzejmy, +bo tylko człowiek uprzejmy dostaje takie upominki od swoich pacyentów; +że nie jest ambitny, bo inaczej nie opuszczałby Londynu dla prowincyi, +i że jest roztargniony, bo w razie przeciwnym, zamiast laski, zostawiłby +swój bilet wizytowy. + +-- Jakież są pańskie wnioski co do psa? + +-- Jego pies zwykł nosić laskę w zębach; ponieważ laska jest ciężka, +więc ją trzyma pośrodku; w tem miejscu znać ślady psich zębów. Zęby +są za duże na jamnika, za małe na wyżła. To może być... tak, to jest +pinczer. + +Holmes przeszedł przez pokój i stanął we framudze okna. W głosie jego +było tyle głębokiego przekonania, że nie mogłem się wstrzymać, aby +go nie zapytać: + +-- Skąd taka pewność? + +-- Dla bardzo prostej przyczyny, że mam tego psa przed oczyma; stoi za +temi drzwiami, a jego właściciel w tej chwili właśnie do nich dzwoni. +Proszę cię, Watson, nie wychodź z pokoju. Jest pańskim kolegą, +i pańska obecność może mi być przydatną. Nadchodzi ważna chwila. +Zbliżają się kroki, które mogą stanowić o przeznaczeniu -- złem czy +dobrem -- niewiadomo. Ciekaw jestem, czego doktor Jerzy Mortimer +zażąda od Sherlocka Holmes, specyalisty od przestępstw kryminalnych... +Proszę! + +Do pokoju wszedł nasz gość. Jego powierzchowność zdziwiła mnie +bardzo. Nie wyglądał na prowincyonalnego lekarza. Był wysoki, +szczupły, miał nos wązki, wysuwający się ostro z pomiędzy oczu +przenikliwych, zasłoniętych ciemnymi okularami, w złotej oprawie. +Ubrany był w długi, poplamiony surdut, spodnie miał wystrzępione. +Choć jeszcze młody wiekiem, był już przygarbiony; na jego twarzy +malowała się dobra wola względem ludzi. Wchodząc, zobaczył odrazu +laskę w ręku Holmesa i podbiegł ku niej z okrzykiem radości. + +-- Tak się cieszę! -- zawołał. -- Nie byłem pewny, czym ją zostawił +tutaj, czy w biurze portowem. Gdybym ją zgubił, sprawiłoby mi to +wielką przykrość. + +-- Wszak to prezent? -- rzekł Holmes. + +-- Tak, panie. + +-- Od pensyonarzy hotelu Charing Cross... + +-- Tak, od paru pacyentów. Dali mi ją na pąmiątkę mojego ślubu. + +-- Szkoda -- rzekł Holmes, ściskając mu rękę. + +-- Czego pan żałuje? -- spytał doktor Mortimer ze zdziwieniem. + +-- Szkoda, że pan rozproszył moje wnioski -- brzmiała +odpowiedź. -- A więc powiadasz pan, że to podarek ślubny? + +-- Tak, panie. Ożeniłem się i dlatego musiałem szpital opuścić; +trzeba było założyć dom, postarać się o praktykę samodzielną. + +-- No, i teraz zyskujesz pan sobie sławę na polu nauki -- rzekłem. + +-- Wszak mam przyjemność mówić z panem Sherlock Holmes? + +-- Nie, to mój przyjaciel, doktor Watson. + +-- Miło mi pana poznać. Słyszałem o panu nieraz. Pozwoli mi pan, +panie Holmes, zbadać swoją czaszkę. Od pierwszego rzutu oka +spostrzegłem, że jest niezwykłą: zdradza zdolności, rzekłbym nawet -- +geniusz dedukcyjny. Taka czaszka byłaby ozdobą każdego muzeum. +Przyznaję, że jej panu zazdroszczę. + +-- Jesteś pan entuzyastą w swoim zawodzie, tak, jak ja w swoim -- +odparł detektyw -- ale sądzę, że nie przybywasz pan tu po raz wtóry +jedynie w zamiarze zbadania mojej czaszki... + +-- Nie, panie, choć rad jestem, że zdarza mi się sposobność ku temu. +Przybyłem do pana, panie Holmes, bo uznaję własną niepraktyczność, +a jestem postawiony wobec bardzo trudnego zagadnienia. Ponieważ pan +jesteś drugim w Europie ekspertem w sprawach kryminalnych... + +-- Doprawdy? Czy wolno mi zapytać, kto jest pierwszym? + +-- W oczach człowieka, przekładającego teoryę nad praktykę, pan +Bortillon zajmuje niewątpliwie pierwsze miejsce. + +-- Więc czemuż pan nie zwrócisz się do niego? + +-- Powiadam, że jest on pierwszorzędny powagą, jako teoretyk. Ale pan, +jako praktyk, zajmujesz pierwsze w Europie -- to niewątpliwe. +Spodziewam się, żem pana nie obraził... + +-- Trochę -- odparł Holmes nawpół żartem -- ale jako człowiek +praktyczny, chciałbym nareszcie dowiedzieć się, co pana tutaj +sprowadza. + + + + +II. + +Przekleństwo rodu Baskerville. + + +-- Mam w kieszeni rękopis -- rzekł doktor Jerzy Mortimer. + +-- Spostrzegłem to odrazu, gdyś pan wszedł do pokoju -- odparł Holmes. + +-- Manuskrypt jest stary. + +-- Z ośmnastego wieku. + +-- Skąd pan wie? + +-- Z pańskiej kieszeni wychodzi pół cala papieru. Przyglądałem mu +się, podczas gdyś pan mówił, a byłbym lichym rzeczoznawcą, gdybym +z zewnętrznego wyglądu nie potrafił określić daty rękopisu. +Czytałeś pan zapewne moją monografię w tym przedmiocie. Otóż +w tym wypadku sądzę, że manuskrypt datuje się z roku 1730-go. + +-- Omyliłeś się pan o lat dwanaście. Datowany jest z roku 1742-go. + +Doktor Mortimer wyjął go z kieszeni. + +-- Ten dokument rodzinny został powierzony mojej pieczy przez sir +Karola Baskerville, którego śmierć tragiczna poruszyła przed trzema +miesiącami całe Devonshire. Dodam, że byłem jego osobistym +przyjacielem, zarówno jak lekarzem domowym. Był to człowiek dzielny, +rozumny, praktyczny i tak samo, jak ja, nie podlegający złudzeniom +wyobraźni. A jednak wierzył święcie słowom tego dokumentu i był +przygotowany na rodzaj śmierci, który go spotkał... + +Holmes wyciągnął rękę po manuskrypt i począł mu się bacznie +przyglądać. + +-- Zwracam pańska uwagę, Watson, na kolejne używanie krótkiego +i długiego _s_. Jest to jedna ze wskazówek, która mi pomogła do +określenia daty. + +Spojrzałem przez ramię na papier, pożółkły ze starości. Na +pierwszej stronicy był nagłówek: „Baskerville Hall”, a pod spodem +data: „1742”. + +-- To zapewne potwierdzenie jakiejś legendy -- wtrącił Holmes. + +-- Rzeczywiście -- przyznał doktor Mortimer. -- Legenda tycze się +rodu Baskervillów. + +-- Przypuszczam jednak, że pragniesz pan zasięgnąć mojej rady +w sprawie aktualniejszej i bardziej realnej -- rzekł Holmes. + +-- Tak. Chodzi mi o fakt zagadkowy, który zdarzył się niedawno; +muszę rozstrzygnąć zagadkę, w ciągu dwudziestu czterech godzin. +Ale manuskrypt jest krótki i ma ścisły związek z tą sprawą. Zatem +odczytam go panu, jeśli pan pozwoli. + +Holmes skinął głową. Zasiadł wygodnie w fotelu, złożył ręce +tak, że palce stykały się z palcami, przymknął oczy i słuchał +z rezygnacyą. + +Doktor Mortimer podsunął manuskrypt pod światło i głosem dobitnym +czytał, co następuje: + +-- „Rozmaite pogłoski krążyły o Psie Baskervillów, lecz ja, +pochodząc w prostej linii od Hugona Baskerville, słyszałem tę +historyę z ust mojego ojca, który znowu słyszał ją od swojego, +więc ją spisuję z całą wiarą. Pragnąłbym, abyście i wy, moi +synowie, nabrali głębokiego przekonania, że Sprawiedliwość, karcąca +winę, może ją odpuścić, i że żadna kara nie jest tak ciężką, aby +modlitwa i pokuta nie zdołały jej zatrzeć. Niech te dzieje nauczą +was, że nie należy bać się owoców przeszłości, lecz raczej być +ostrożnym na przyszłość, aby dzikie chucie, za które nasz ród +poniósł tak srogą karę, nie rozkiełznały się znowu na naszą zgubę. + +„Dowiedzcie się więc, że za czasów Wielkiej Rewolucyi (polecam wam +przeczytać dzieje tej epoki, skreślone przez lorda Clarendon); otóż +w owych czasach w zamku Baskerville rządził Hugon, a był to, przyznać +muszę, człowiek porywczy i bezbożnik. + +„Sąsiedzi przebaczyliby łatwo to ostatnie wykroczenie, bo nasza +okolica nie słynęła nigdy religijności, ale nie mogli mu przebaczyć +wrodzonego okrucieństwa. + +„Otóż ów Hugon pokochał (jeśli można tem mianem nazwać tak dzikie +uczucie), pokochał zatem córkę czynszownika, dzierżawiącego grunta +w pobliżu dóbr Baskerville. Ale dziewczyna, będąc skromną, +i bogobojną, obawiała się go, jak szatana. Otóż pewnego na jesieni, +w dzień świętego Michała, ów Hugon na czele pięciu czy sześciu +kompanów, zakradł się do farmy i uprowadził dziewczynę, korzystając +z chwili, gdy ojciec i bracia jej byli nieobecni. + +„Przywieźli biedaczkę na zamek i osadzili ją w komnacie wieżowej, +Hugon i jego towarzysze zasiedli do nocnej uczty, wedle zwyczaju. +Słysząc ich pijackie wrzaski, dziewczyna truchlała, lecz była z natury +dzielną, więc opanowała strach i postanowiła ratować się. Ogromna +brzoza osłaniała i do dziś dnia osłania okno tej narożnej komnaty. +Dziewczę uczepiło się jej gałęzi i spuściło się po nich na dół, +a dostawszy się na swobodę, łąkami i polami biegło do fermy swego +ojca, oddalonej o trzy mile od zamku. + +„Wkrótce potem, Hugon, zostawiwszy swoich kompanów przy butelkach +i kartach, podążył do swojej ofiary, a widząc, że ptaszek opuścił +klatkę, jak szalony powrócił do komnaty biesiadnej, wytłukł szkło +i wśród okropnych przekleństw i złorzeczeń zaprzysiągł, że odda +ciało i duszę dyabłu, jeśli ten dopomoże mu odzyskać dziewczynę. +Pijani towarzysze słuchali go w przerażonem milczeniu, tylko jeden, +gorszy, a może bardziej pijany od innych, poddał myśl, aby za +dziewczyną puścić w pogoń psy podwórzowe. + +„Słysząc to Hugon, wybiegł przed dom, zwołał chłopców stajennych, +kazał im osiodłać swoją klacz ulubioną i spuścić psy z łańcuchów; +jednemu, najdzikszemu, dał do powąchania chustkę dziewczyny, +zostawioną w narożnej komnacie, i popędził przez łąki w noc +księżycową. + +„Towarzysze hulanki rzucili się do koni, chwycili pistolety i pognali +za swoim amfitryonem, a było ich razem trzynastu. Księżyc świecił +jasno, pędzili galopem drogą, którą musiała uciekać dziewczyna, +jeśli podążyła do domu. + +„Ujechali z półtory mili, gdy spostrzegli nocnego pastucha. Pytali go, +czy nie widział brytanów. Wystraszony, odparł, że przed chwilą biegły +za jakąś dziewczyną. + +-- „Ale widziałem coś więcej -- mówił. -- Hugon Baskerville pędził +tędy na swojej karej klaczy, a za nim leciał jakiś pies okropny, +czarny, jakby szatan wcielony. Niech mnie Bóg broni, żebym kiedy +jeszcze miał spotkać podobnego potwora na mojej drodze. + +„Pijani towarzysze cisnęli pastuchowi przekleństwo i pognali naprzód. +Ujechali jeszcze z pół mili. Nagle włosy stanęły im dębem ze strachu, +bo oto przed nimi pędziła klacz kara, pokryta pianą, bez siodła i bez +jeźdźca. + +„Towarzysze zbili się w gromadkę, bo ich strach oblatywał, lecz +jechali dalej, choć każdy z nich, gdyby był sam, zawróciłby konia +i uciekł do zamku, ale jeden wstydził się drugiego. Człapiąc wolno, +zrównali się wreszcie z brytanami; te, choć znane w całej okolicy ze +swej zajadłości, leżały teraz w rowie, wystraszone, i wyły +przeraźliwie. + +„Kompania zatrzymała się. Jeźdźcy otrzeźwieli odrazu. Jedni chcieli +zawracać, drudzy postanowili przekonać się, co zaszło. Księżyc +świecił tak jasno, że można było szpilki zbierać. + +„O milę dalej, na polu, sterczały wysokie kamienie. Pomiędzy nimi +leżała dziewczyna, martwa, a obok niej Hugon Baskerville -- nieżywy. + +„Ale nie ten widok, choć straszny i niespodziany, najeżył włosy +pijackiej kompanii; straszniejszy obraz przedstawił się ich oczom: nad +zwłokami Hugona stał pies czarny, ogromny, wyszczerzał zęby i błyskał +ślepiami. Jeden z towarzyszów padł na miejscu, rażony strachem, drugi +utracił zmysły, reszta hulaszczej kompanii do końca życia nie +zapomniała tego wrażenia. + +„Taką jest, moi synowie, legenda o psie, który od owego czasu trapił +naszą rodzinę. Spisałem ją, abyście wiedzieli, jak się rzeczy +istotnie miały i nie wierzyli krążącym baśniom. Nie będę, taił +przed wami, że po tym wypadku, wielu mężczyzn w naszym rodzie umarło +śmiercią nagłą, krwawą i tajemniczą. Jednak nie traćmy wiary +w miłosierdzie Boskie, które karci niewinnych, tylko do trzeciego +lub czwartego pokolenia. Opatrzności Boskiej, moi synowie, was polecam +i ostrzegam, abyście nie przechodzili przez tę łąkę po nocy, gdy złe +duchy są rozkiełznane.” + +(To są przestrogi Hugona Baskerville, spisane dla jego synów, Rogera +i Jana, z rozkazem, aby o tem wszystkiem nie wspominali swej siostrze, +Elżbiecie). + + * * * * * + +Doktor Mortimer skończył czytać tę niezwykłą opowieść, nasunął na +oczy okulary i spojrzał na pana Sherlocka Holmes. Ten ziewnął +i rzucił papierosa w ogień. + +-- No i cóż? -- rzekł. + +-- Czy historya ta nie jest interesującą? + +-- Zapewne, dla zbieracza starych legend i baśni. + +Doktor Mortimer wyjął z kieszeni gazetę. + +-- A teraz, panie Holmes -- rzekł -- pokażę panu coś aktualniejszego. +Oto dziennik „Devon County Chronicle” z dnia 14-go Maja roku +bieżącego. Jest w nim opis faktów, odnoszących się do śmierci sir +Karola Baskerville, która zdarzyła się na kilka dni przed ową datą. + +Mój przyjaciel nachylił się i począł słuchać uważniej. Doktor +Mortimer czytał: + +„Niedawna i nagła śmierć sir Karola Baskerville, kandydata liberalnego +z hrabstwa Devon, przejęła całą naszą okolicę zdumieniem i trwogą. +Jakkolwiek sir Karol Baskerville mieszkał w Baskerville Hall od +niedawna, lecz jego uprzejmość, hojność i szlachetność, zjednały mu +szacunek tych wszystkich, którzy mieli z nim do czynienia. +W dzisiejszej epoce parweniuszów miło jest widzieć potomka +starożytnego a podupadłego rodu, odzyskującego fortunę swych +przodków i przywracającego świetność staremu nazwisku. + +„Sir Karol, jak wiadomo, zyskał duży majątek na spekulacyach w Afryce +południowej, a będąc z natury przezornym, nie kusił dalej szczęścia, +które mogłoby się odwrócić od niego, jak to czyni z innymi, +i zrealizowawszy swoją fortunę, powrócił do Anglii. + +„Przed dwoma laty zaledwie osiadł w Baskerville Hall; znane są jego +szerokie plany odnowienia starej siedziby i wprowadzenia ulepszeń +w gospodarstwie rolnem. Śmierć przeszkodziła ich urzeczywistnieniu. + +„Będąc bezdzietnym, pragnął, aby cała okolica korzystała z jego +fortuny i niejeden z sąsiadów ma ważne powody do opłakiwania jego +przedwczesnego zgonu. Donosiliśmy często na tych szpaltach o jego +hojnych ofiarach na instytucye publiczne. + +„Śledztwo nie wyjaśniło dotychczas okoliczności, towarzyszących +śmierci sir Karola. Krążą tu najdziwaczniejsze legendy, przypisujące +ów nagły zgon działaniu sił nadprzyrodzonych. + +„Sir Karol był wdowcem, uważano go powszechnie za dziwaka. Pomimo +dużej fortuny, miał przyzwyczajenia proste, skromne. Personel służbowy +w Baskerville Hall składał się z kamerdynera, nazwiskiem Barrymore, +jego żony, kucharki i gospodyni w jednej osobie. Oboje zeznają, że +zdrowie sir Karola w ostatnich czasach było nietęgie, że rozwijała się +w nim choroba serca, objawiająca się bladością, brakiem tchu +i częstemi omdleniami. Doktor Jerzy Mortimer, przyjaciel i domowy lekarz +nieboszczyka, złożył zeznanie w tym samym duchu. + +„Sir Karol Baskerville zwykł był co wieczór, przed pójściem na +spoczynek, przechadzać się po słynnej alei wiązów przed zamkiem. +Małżonkowie Barrymore opowiadają, że wieczorom 4-go maja, ich pan +oznajmił im, że nazajutrz wyrusza do Londynu i kazał pakować kuferek. + +„Owego wieczoru wyszedł, jak zwykle, na przechadzkę, wśród której +wypalał cygaro. + +„Z tej przechadzki już nie powrócił. + +„O dwunastej Barrymore, widząc drzwi frontowe jeszcze otwarte, +zaniepokoił się, i wziąwszy latarnię, poszedł szukać swego pana. +W ciągu dnia deszcz padał, więc łatwo było dojrzeć ślady stóp sir +Karola wzdłuż alei. W połowie drogi jest furtka, prowadząca na łąkę. + +„Były ślady, że sir Karol stał przy niej przez czas pewien, +następnie skręcił znowu w aleję. Znaleziono jego trupa na jej końcu. + +„Pomiędzy innemi dotychczas nie wyjaśniono jednego faktu, wynikającego +z zeznań Barrymora, a mianowicie, że ślady kroków jego pana zmieniły +się z chwilą, gdy stał przy furtce i że odtąd szedł na palcach. + +„Niejaki Murphy, cygan, handlujący końmi, znajdował się wówczas na +łące, w pewnej odległości od nieboszczyka, ale sam przyznaje, że był +pijany. Powiada, że słyszał krzyki, ale nie może określić, skąd +wychodziły. + +„Na ciele sir Karola nie było śladów przemocy lub gwałtu, a chociaż +lekarz zeznaje, że wyraz twarzy nieboszczyka był tak zmieniony, że on, +doktor Mortimer, w pierwszej chwili poznać go nie mógł, rzeczoznawcy +tłómaczą to anewryzmem serca, przy którym zachodzą podobne objawy. + +„Sekcya wykazała przedawnioną wadę serca, sędzia śledczy potwierdził +badanie lekarskie. Pożądanem jest, aby spadkobierca sir Karola mógł +objąć jaknajprędzej majątek i prowadzić dalej chlubną działalność, +przerwaną tak nagle i tak tragicznie. + +„Gdyby prozaiczne orzeczenie sędziego śledczego i rzeczoznawców nie +położyło końca romantycznym historyom, krążącym na temat owej +śmierci, nie łatwo byłoby znaleźć właściciela Baskerville Hall. + +„Domniemanym spadkobiercą jest pan Henryk Baskerville, syn młodszego +brata sir Karola. Ów młodzieniec przed kilku laty wyruszył do Ameryki. +Zarządzono poszukiwania. Dowie się on zapewne niebawem o zmianie swego +losu”. + + * * * * * + +Doktor Mortimer złożył gazetę i wsunął ją do kieszeni, mówiąc: + +-- To są fakty, powszechnie znane. + +-- Dziękuję panu za zwrócenie mojej uwagi na sprawę istotnie +ciekawą -- rzekł pan Holmes. -- Czytałem o niej, coprawda, w dziennikach, +ale w owym czasie byłem zajęty kameami, które zniknęły z muzeum +Watykańskiego. Chciałem się przysłużyć Papieżowi i straciłem z oczu +to, co się jednocześnie działo w Anglii. Ten artykuł, powiadasz pan, +zawiera fakty, znane powszechnie? + +-- Tak. + +-- Zechciej więc pan uwiadomić mnie teraz o tem, czego nikt nie wie. + +Sherlock Holmes oparł się o poręcz fotelu i znowu złożył ręce tak, +aby palce stykały się końcami. + +-- Uczynię to -- rzekł doktor Mortimer, zdradzając coraz większe +wzburzenie. -- Powiem panu to, czego nie mówiłem jeszcze nikomu. +Zataiłem to przed sędzią śledczym z pobudek, które pan zapewne +zrozumie. Jako człowiek nauki, nie chciałem zdradzać się publicznie, +iż wierzę w przesądy. Dalej, rozumiałem, że gdyby utwierdziła się +wiara w nadprzyrodzone siły, rządzące w Baskerville Hall, nikt nie +zechciałby objąć starego zamku w posiadanie. Dla tych dwóch powodów +nie zeznałem przed sądem wszystkiego, co wiem -- albowiem nie +zdałoby się to na nic sędziemu śledczemu -- ale z panem będę +zupełnie szczery. + +„Okolica jest mało zaludniona, rezydencye rzadkie, a siedziby +włościańskie rozrzucone na znacznej odległości od siebie. + +„Widywałem często sir Karola Baskerville, który był spragniony +towarzystwa. Oprócz p. Frankland w Lafterhall i naturalisty, +p. Stapleton, w pobliżu niema ludzi inteligentnych. Sir Karol +był skryty, małomówny. Zbliżyliśmy się z powodu jego choroby, +przytem łączyły nas wspólne upodobania naukowe. Przywiózł wiele +ciekawych wiadomości z Afryki Południowej. Spędziliśmy niejeden +miły wieczór na rozprawach o anatomii porównawczej. + +„W ciągu ostatnich paru miesięcy spostrzegłem, że system nerwowy sir +Karola był nadwerężony. Wziął tak dalece ową legendę do serca, że +choć co wieczór odbywał spacery, nic go nie mogło skłonić do +wejścia na łąkę po zachodzie słońca. Prześladowała go wciąż obawa +upiorów, i pytał mnie nieraz, czym nie widział jakiego dziwacznego +stworzenia i czym nie słyszał szczekania. Te pytania zadawał mi zawsze +głosem drżącym. + +„Wraziła mi się w pamięć jedna z moich wizyt u niego przed trzema +tygodniami. Stał w sieni. Gdym schodził z wózka, spostrzegłem, że +patrzy po przez moje ramię ze strachem w oczach. Odwróciłem się +i spostrzegłem jakiś kształt dziwny, podobny do dużego, czarnego +cielęcia. Przeleciało to po za moim wózkiem. + +„Sir Karol był tak wzburzony, że poszedłem szukać tego osobliwego +zwierzęcia. Ale nigdzie go nie było. Mój pacyent nie mógł się +uspokoić. Zostałem z nim przez cały wieczór i wtedy, tłómacząc swe +wzburzenie, opowiedział mi całą tę historyę. + +„Wspominam o tym drobnym epizodzie, gdyż nabiera on znaczenia wobec +tragedyi, która potem nastąpiła; na razie nie przywiązywałem do tego +wagi i dziwiłem się wzburzeniu sir Karola. + +„Miał jechać do Londynu z mojej porady. Wiedziałem, że jest chory +na serce i że ciągły niepokój źle wpływa na jego zdrowie. Sądziłem, +że parę miesięcy, spędzonych na rozrywkach, uwolni go od tych mar +i przywidzeń. Nasz wspólny przyjaciel, pan Stapleton, był tego samego +zdania. I oto wynikło nieszczęście. + +„Zaraz po śmierci sir Karola, kamerdyner Barrymore wyprawił do mnie +grooma Perkinsa; przybyłem do Baskerville Hall w godzinę po +katastrofie. Zbadałem wszystkie fakty, przytoczone w śledztwie. +Szedłem śladami, pozostawionemi w Alei Wiązów, obejrzałem miejsce przy +furtce, gdzie sir Karol zatrzymał się, i zmiarkowałem, że od owego +miejsca szedł na palcach i że nie było śladu innych kroków, oprócz +późniejszych, Barrymora. Wreszcie obejrzałem starannie zwłoki, które +pozostały nietknięte do mego przybycia. + +„Sir Karol leżał nawznak z rozciągniętemi rękoma, jego twarz była +tak zmieniona, że zaledwie mogłem ją poznać. Na ciele nie było +żadnych obrażeń. Ale Barrymore w toku śledztwa uczynił jedno zeznanie +fałszywe. Powiedział, że nie było żadnych śladów dokoła trupa. Nie +spostrzegł ich, ale ja dostrzegłem -- zupełnie świeże, w pobliżu. + +-- Czy ślady kroków? + +-- Tak. + +-- Męzkie, czy kobiece? + +Doktor Mortimer patrzył na nas przez chwilę dziwnemi oczyma, wreszcie +odparł szeptem: + +-- Panie Holmes, były ślady kroków... psa... olbrzymiego. + + + + +III. + +Zagadka. + + +Przyznaję, że gdym słuchał tego opowiadania, przebiegały po mnie +dreszcze. I doktor był żywo poruszony. + +-- Widziałeś pan te ślady? -- spytałem. + +-- Tak, na własne oczy; tak wyraźnie, jak teraz widzę pana. + +-- I nic pan nie mówiłeś? + +-- Po co? + +-- Dlaczego nikt inny nie dostrzegł tych śladów? + +-- Pozostały o jakie dwa łokcie od trupa; nie zwrócono na nie uwagi +i jabym ich nie zauważył, gdybym nie był znał tej legendy. + +-- Dużo jest psów w okolicy. + +-- Tak, ale to nie był zwykły pies. Powiedziałem już panom, że był +ogromny. + +-- Czy nie zbliżył się do trupa? + +-- Nie. + +-- Czy noc była jasna? + +-- Nie; pochmurna i wilgotna. + +-- Ale deszcz nie padał? + +-- Nie. + +-- Jak wygląda aleja? + +-- Jest wysadzana dwoma rzędami wiązów i opasana żywopłotem, +wysokości 12 stóp. Sama aleja ma 8 stóp szerokości. + +-- Czy jest co pomiędzy żywopłotem a aleją? + +-- Tak; po obu stronach biegnie trawnik, szerokości 6 stóp. + +-- O ile zrozumiałem, jest wejście przez furtkę? + +-- Tak; furtka prowadzi na łąkę. + +-- Czy są inne wejścia? + +-- Niema. + +-- Tak, iż aby wkroczyć w Aleję Wiązów, trzeba wyjść z domu, lub +iść przez łąkę? + +-- Jest trzecie wejście przez altanę, na drugim końcu alei. + +-- Czy sir Karol doszedł do tej altany? + +-- Nie; znaleziono go o pięćdziesiąt łokci od niej. + +-- A teraz, zechciej mi pan powiedzieć, doktorze Mortimer -- będzie to +szczegół ważny -- czy ślady, któreś pan spostrzegł, pozostały na +żwirze, czy na trawie? + +-- Nie mogłem dojrzeć śladów na trawie. + +-- Czy ślady były po tej samej stronie, co furtka? + +-- Tak, po tej samej. + +-- Bardzo mnie pan zaciekawia. Jeszcze jedno pytanie. Czy furtka była +zamknięta? + +-- Zamknięta na klucz i zaryglowana. + +-- Jak jest wysoka? + +-- Ma około 4-ch stóp. + +-- A więc można ją łatwo przesadzić? + +-- Tak. + +-- A jakie ślady znalazłeś pan przy furtce? + +-- Żadnych, któreby mogły zwrócić uwagę. + +-- Czyżeś pan nie oglądał ziemi dokoła? + +-- I owszem, oglądałem. + +-- I nie dostrzegłeś pan żadnych śladów? + +-- Były bardzo niewyraźne. Widocznie sir Karol stał tutaj przez pięć +do dziesięciu minut. + +-- Skąd pan to wie? + +-- Gdyż popiół z cygara spadł dwa razy na ziemię. + +-- Wybornie. Znaleźliśmy kolegę wedle naszego serca. Prawda, Watson? +Ale jakież to były ślady? + +-- Ślady stóp na żwirze. Innych znaków dostrzedz nie mogłem. + +Sherlock Holmes uderzył ręką w kolano. + +-- Czemu mnie tam nie było! -- zawołał. -- Jest to wypadek bardzo +ciekawy, dający obfite pole do naukowej ekspertyzy. Czemuż nie mogłem +odczytać tej żwirowej karty, zanim ją zatarły inne stopy! Doktorze +Mortimer, że też mnie pan nie uwiadomił wcześniej! Jeśli nam się nie +uda wyświetlić sprawy, cała odpowiedzialność spadnie na pana. + +-- Nie mogłem pana wzywać, panie Holmes, bo w takim razie musiałbym +ujawnić te fakty przed całym światem, a mówiłem już, żem sobie tego +nie życzył. Zresztą... zresztą... + +-- Czemu pan nie kończysz? + +-- Bywają dziedziny, niedostępne nawet dla najbystrzejszych +i najdoświadczeńszych detektywów... + +-- Chcesz pan powiedzieć, że wchodzi to w zakres rzeczy +nadprzyrodzonych? + +-- Tego nie twierdzę stanowczo. + +-- Ale pan tak myślisz w głębi ducha. + +-- Od owej tragedyi doszły do mojej świadomości fakty, sprzeczne +z ogólnemi prawami natury. + +-- Naprzykład? + +-- Dowiaduję się, że przed tą katastrofą, kilku ludzi widziało na +łące niezwykłe stworzenie, podobne do złego ducha Baskervillów. +Wszyscy mówią, że był to pies ogromny, przezroczysty. Wypytywałem +tych ludzi -- jeden z nich jest włościaninem, drugi kowalem, +trzeci farmerem. Ich zeznania są jednakowe. W całej okolicy +zapanował strach przesądny. Nikt po nocy nie przejdzie przez łąkę. + +-- I pan, człowiek nauki, wierzy w takie baśnie? -- zawołał Holmes. + +-- Dotychczas moje badania ogarniały świat zmysłów; usiłowałem +walczyć z chorobą, ale ze złymi duchami walczyć nie umiem. Zresztą +musisz pan przyznać, że ślady stóp są dowodem materyalnym. Pies +Hugona nie był także zjawiskiem nadprzyrodzonem skoro mógł zagryźć +na śmierć, a jednak miał w sobie coś szatańskiego. + +-- Widzę, że pan przeszedłeś do obozu spirytystów. Ale zechciej mi +powiedzieć jeszcze jedno, doktorze Mortimer. Jeżeli pan skłaniasz się +ku takim zapatrywaniom, dlaczego przyszedłeś zasięgnąć mojej rady? +Powiadasz pan jednym tchem, że nie warto przeprowadzać śledztwa +w sprawie zabójstwa sir Karola, a jednocześnie prosisz mnie, żebym się +tą sprawą zajął. + +-- Nie prosiłem o to. + +-- Więc w jaki sposób mogę panu dopomódz? + +-- Radząc mi, co mam zrobić z sir Henrykiem Baskerville, który +przybywa na dworzec Waterloo -- doktor Mortimer spojrzał na zegarek -- +za godzinę i kwadrans -- dokończył. + +-- Czy on jest spadkobiercą? + +-- Tak. Po śmierci sir Karola zasięgaliśmy wiadomości o tym +gentlemanie i dowiedzieliśmy się, że ma fermę w Kanadzie. Wedle +naszych informacyj, jest to młodzieniec bez zarzutu. Nie mówię teraz +jako lekarz, lecz jako wykonawca testamentu sir Karola. + +-- Czy niema innych kandydatów do spadku? + +-- Żadnego. Mógłby nim być tylko Roger Baskerville, najmłodszy +z trzech braci, z których sir Karol był najstarszym. Drugi brat, zmarły +przedwcześnie, był właśnie ojcem owego Henryka. Trzeci, Roger, był +synem marnotrawnym, żywą podobizną duchową starego Hugona. Tyle +nabroił w Anglii, że nie mógł już tu przebywać, uciekł do Ameryki +środkowej i umarł w roku 1876-ym na żółtą febrę. Henryk jest +ostatnim z Baskervillów. Za godzinę i pięć minut mam go spotkać +na dworcu Waterloo. Miałem depeszę z uwiadomieniem, iż przybył dziś +do Southampton. A teraz, panie Holmes, powiedz, jak mi radzisz postąpić? + +-- Dlaczego sir Henryk nie miałby wrócić do domu swych ojców? + +-- Wydaje się to rzeczą naturalną, a jednak, jeśli weźmiemy pod +uwagę, że każdego z Baskervillów, który tam przebywa, czeka śmierć +nagła i gwałtowna... Jestem pewien, że gdyby sir Karol mógł był ze +mną mówić przed katastrofą, byłby mi zakazał wprowadzać ostatniego +z rodu do owej przeklętej rezydencyi. Z drugiej strony, dobrobyt +całej okolicy zależy od przebywania dziedzica w Baskerville Hall. +Całe dzieło, zapoczątkowane przez sir Karola, pójdzie w niwecz, +jeśli nikt nie zamieszka na zamku. Boję się, aby dobro tej okolicy +nie skłoniło mnie do nielojalnego postąpienia z sir Henrykiem +i dlatego proszę pana o radę. + +Holmes zastanawiał się długą chwilę. + +-- Zatem -- odezwał się -- według pańskiego przekonania, jakaś siła +nieczysta grozi w tych stronach Baskervillom. Wszak pan w to wierzy +święcie? + +-- Gotów jestem przypuszczać, że tak jest. + +-- W takim razie, ta siła nieczysta może pastwić się nad Baskervillem +równie dobrze w Londynie, jak i w Devonshire. Szatan, którego +działanie byłoby umiejscowione, nie byłby groźnym. + +-- Starasz się pan ośmieszyć moją obawę, panie Holmes. Lecz gdybyś +sam widział te rzeczy nadprzyrodzone, odechciałoby ci się żartów. +Z pańskich słów miarkuję, że ów młodzieniec jest równie bezpieczny +w Londynie, jak i w Devonshire. Przybywa za pięćdziesiąt minut. Cóż +mi pan radzisz? + +-- Radzę wziąć dorożkę, zawołać psa, który skowyczy za drzwiami +i jechać na dworzec Waterloo na spotkanie sir Henryka Baskerville. + +-- A potem? + +-- A potem nic mu pan nie powiesz, dopóki nie namyślę się w tym +względzie. + +-- Jak długo potrzebujesz pan namyślać się? + +-- Dwadzieścia cztery godziny. Poproszę cię, doktorze Mortimer, abyś +mnie odwiedził jutro rano o dziesiątej. A zechciej przywieźć ze sobą +sir Henryka Baskerville. To mi ułatwi wykonanie mego planu. + +-- Zrobię, jak pan chcesz. + +Doktor zapisał godzinę na mankiecie i wyszedł. Pan Holmes zatrzymał go +na schodach. + +-- Jeszcze jedno pytanie -- rzekł. -- Powiadasz pan, że przed śmiercią +sir Karola kilku ludzi widziało to zjawisko na łące? + +-- Tak, trzech ludzi. + +-- Czy który z nich widział je potem? + +-- Nie wiem. + +-- Dziękuję panu. Dowidzenia. + +Holmes powrócił na swoje miejsce. Był widocznie zadowolony. + +-- Wychodzisz, Watson? -- rzekł. + +-- Czy potrzebujesz mojej pomocy? + +-- Nie, mój drogi. Poproszę cię o nią dopiero w chwili działania. +Sprawa wyjątkowa. Przechodząc obok Bradleya, zechciej wstąpić do +sklepu i każ mi przynieść paczkę najmocniejszego tytoniu. Jeżeli +możesz, byłbym ci bardzo obowiązany, gdybyś tu nie wracał przed +wieczorem, a wtedy zestawimy nasze wrażenia i poglądy. + +Wiedziałem, że samotność jest niezbędną mojemu przyjacielowi +w chwilach, gdy zastanawiał się nad poszlakami spraw kryminalnych, gdy +wyciągał wnioski i tworzył teorye, które okazywały się zawsze +słusznemi. To też cały dzień spędziłem w klubie i dopiero około +dziewiątej powróciłem do mieszkania przy Bakerstreet. + +Gdy drzwi otworzyłem, zdało mi się, że w mieszkaniu był pożar; +światło lampy ukazywało się jakby za czarną mgłą. Po chwili +zmiarkowałem, że dym pochodzi nie od ognia, lecz od mocnego tytoniu. +Wśród kłębów ujrzałem Holmesa w szlafroku. Siedział w fotelu +z fajeczką w ustach. Na stole leżało kilka zwitków papieru. +Odkaszlnąłem. + +-- Zaziębiłeś się? -- spytał. + +-- Nie, ale można się tu udusić. + +-- Otwórz okno. Widzę, że spędziłeś cały dzień w klubie... + +-- Po czem to miarkujesz, Holmes? + +-- Jesteś rzeźwy, pachnący, w dobrym humorze. Nigdy nie domyślisz się, +gdzie ja byłem. + +-- Nie będę nad tem suszył głowy. Powiesz mi sam. + +-- A więc byłem w Devonshire. + +-- Myślą? + +-- Tak. Moje ciało pozostało tutaj, na tym fotelu, i skonsumowało dwa +olbrzymie imbryki kawy i niezliczoną moc tytoniu. Po twojem wyjściu +posłałem do Stamforda po mapę tej okolicy i błądziłem po niej przez +dzień cały. Pochlebiam sobie, że każda piędź ziemi jest mi teraz +dobrze znana. + +-- To zapewne mapa o wielkiej skali? + +-- Tak. + +Rozwinął ją i położył na kolanie. + +-- Widzisz -- mówił -- oto łąka, a to -- Baskerville Hall. + +-- Naokoło las. + +-- Istotnie. A oto Aleja Wiązów, na lewo od łąki. Tu jest wioska +Grimpen, w której doktor Mortimer obrał swoją główną kwaterę. +W obrębie mil pięciu mało jest ludzkich siedzib. Oto Lafter Hall. +Tu -- domek przyrodnika Stapleton. Tutaj dwie formy: High Tore +i Fulmire. O czternaście mil dalej -- więzienie państwowe Princetown. +Dokoła i pośrodku -- łąki i trzęsawiska. Taki jest teren, na którym +rozegrała się owa tragedya. Postaramy się odtworzyć wszystkie jej +sceny i akty. + +-- Miejscowość bezludna. + +-- Tak. Dyabeł mógł się na niej rozgościć... + +-- A zatem i pan skłaniasz się do nadprzyrodzonych wyjaśnień... + +-- Sługami Dyabła mogą być ludzie z krwi i kości. Należy +przedewszystkiem rozstrzygnąć dwa zagadnienia: popierwsze, czy zaszła +zbrodnia? Powtóre: w jaki sposób ją spełniono? Jeżeli doktor Mortimer +nie jest w błędzie, jeśli okaże się, że mamy do czynienia +z nadprzyrodzonemi siłami, w takim razie dochodzenia sądowe są +bezużyteczne. Ale musimy wyczerpać wszelkie inne hypotezy, zanim +dojdziemy do tego wniosku. Możebyś zamknął okno. Znajduję, że +skoncentrowana atmosfera pomaga do skupienia myśli. Czy zastanawiałeś +się w ciągu dnia nad tą sprawą? + +-- Myślałem o niej dużo. Jest istotnie dziwna. + +-- Są w niej punkty charakterystyczne. I tak, naprzykład, zmiana +śladów. + +-- Doktor Mortimer wyjaśnił to w ten sposób, że sir Karol szedł potem +na palcach. + +-- Doktor powtórzył tylko to, co jakiś dudek powiedział na śledztwie. +Pocóżby sir Baskerville miał chodzić na palcach? Nie, on poprostu +biegł, _uciekał_, aż wreszcie padł twarzą na ziemię. + +-- Przed czemże uciekał? + +-- To właśnie należy wyświetlić! Są poszlaki, że już był +wylękniony, zanim począł uciekać. + +-- Skąd wiesz? + +-- Przypuszczam, że nastraszyło go coś, co ujrzał na łące. Ten widok +pozbawił go przytomności, bo inaczej nie byłby uciekał w stronę +przeciwną, zamiast biedz ku pałacowi. Jeżeli świadectwo cygana jest +wiarogodne, -- biegnąc, wołał o pomoc, a pędził tam, skąd pomoc +w żaden sposób nadejść nie mogła. Dalej: na kogo czekał owej nocy +i dlaczego czekał w Alei Wiązów, zamiast w domu? + +-- Wiec sądzisz, że czekał na kogoś? + +-- Był niemłody, chory. Zapewne mógł był wyjść na spacer, ale nie +w taką noc, ciemną, wilgotną. Czemu stał przez pięć do dziesięciu +minut przy furtce, jak to wywnioskował doktor Mortimer z popiołu +cygara? + +-- Wszak sir Karol wychodził co wieczór? + +-- Wątpię, czy co wieczór po dziesięć minut stawał przy furtce. Wiemy +nawet, że zwykł był unikać łąki. Przeciwnie, owego wieczora czekał +przy niej. Było to w wilię jego odjazdu do Londynu. Rzecz zaczyna się +rozjaśniać. Mój drogi, podaj mi skrzypce. Mówmy o czem innem. Dajmy +pokój tej sprawie aż do przybycia doktora Mortimer i sir Henryka +Baskerville. + + + + +IV + +Sir Henryk Baskerville. + + +Zjedliśmy wcześnie śniadanie. Holmes czekał na zapowiedzianą wizytę. +Nasi klienci stawili się punktualnie. Biła właśnie dziesiąta, gdy do +pokoju bawialnego wszedł doktor Mortimer, a za nim młody baronet. + +Ten ostatni był niewielkiego wzrostu, silnie zbudowany, miał lat ze +trzydzieści, włosy i oczy ciemne; gęste czarne brwi nadawały jego +twarzy wyraz stanowczy, a nawet srogi. Z całej jego postawy +i ogorzałego oblicza było znać, że dużo przebywał na świeżem +powietrzu; wyglądał na skończonego gentlemana. + +-- Oto sir Henryk Baskerville -- prezentował doktor Mortimer. + +-- Tak, jestem tu we własnej osobie, a co dziwniejsza, panie Holmes, +że gdyby mój przyjaciel nie zaproponował mi tej wizyty, sam przybyłbym +do pana. + +-- Niechże pan siada. Czyżby od pańskiego przybycia do Londynu +zdarzyłoby się panu coś niezwykłego? + +-- Zażartowano ze mnie. Dziś rano dostałem ten list. + +Sir Henryk położył na stole kopertę; wszyscy nachyliliśmy się nad +nią. Była to zwykła, szara koperta; adres: _Sir Henryk Baskerville_, +_Northumberland Hotel_ -- wypisany był drukiem, stempel Charing Cross +i data na kopercie z poprzedniego wieczora. + +-- Kto wiedział, że pan zatrzyma się w Northumberland Hotel? -- spytał +Holmes, spoglądając bystro na swego klienta. + +-- Nikt nie mógł wiedzieć. Zdecydowałem się dopiero po spotkaniu +doktora Mortimer. + +-- Doktor Mortimer mieszkał już tam zapewne? + +-- Bynajmniej. Zatrzymałem się u znajomego -- odparł doktor. -- Nie +było żadnych poszlak, wskazujących, że chcemy stanąć w tym właśnie +hotelu. + +-- Hm! ktoś widocznie śledzi pańskie kroki. + +Holmes wyjął z koperty papier dużego formatu, rozłożył go na stole. +Na środku arkusza było jedno zdanie. Brzmiało w te słowa: + + _Jeżeli dbasz o życie, strzeż się trzęsawiska_ + +Tylko jedno słowo: „trzęsawiska” było wypisane drukowanemi literami, +atramentem.[A] + +-- A teraz, panie Holmes -- rzekł sir Henryk Baskerville -- może mi pan +wytłómaczy, co znaczą te słowa i kto interesuje się moją osobą? + +-- Cóż pan o tem myślisz, doktorze Mortimer? Musisz chyba przyznać, że +niema w tem nic nadnaturalnego. + +-- Nie, lecz te słowa mogą być skreślone przez kogoś, kto wierzy +w nadprzyrodzoną siłę, rządząca tą sprawą. + +-- Jaką sprawą? -- podchwycił sir Henryk Baskerville. -- Widzę, że +panowie jesteście lepiej odemnie powiadomieni o moich interesach. + +-- Zanim stąd wyjdziesz, sir Henryku, będziesz wiedział to, co i my -- +oświadczył Sherlock Holmes. -- Tymczasem zajmiemy się tym ciekawym +dokumentem. List został naklejony i wrzucony do skrzynki wczoraj +wieczorem. Czy masz wczorajszy _Times_, Watson? + +-- Leży tutaj. + +-- Proszę cię o niego. Chcę zobaczyć wewnętrzną kolumnę z artykułem +wstępnym. + +Przebiegł okiem wzdłuż szpalty. + +-- Artykuł wstępny traktuje o wolnym handlu. Pozwólcie mi odczytać +z niego jeden ustęp: + +„Nie należy się łudzić, że taryfa protekcyjna osłoni nasz +przemysł. Takie prawo zmniejszy tylko obieg kapitałów i sprawi, +że życie będzie droższem w Anglii. Jeżeli więc dbasz o swój +dobrobyt, szanowny obywatelu, strzeż się głosować za rzecznikami +tej idei”. + +-- Cóż o tem myślisz, Watson? -- zawołał Holmes, zacierając ręce +z radości. -- Czy nie znajdujesz, że wyrażone poglądy są bardzo +głębokie? + +Doktor Mortimer spojrzał na Holmesa z zaciekawieniem; sir Henryk był +widocznie zdziwiony. + +-- Nie znam się na taryfach -- rzekł -- ale nie widzę, aby te słowa +miały nas wprowadzić na trop autora listu. + +-- I owszem, Watson zna mój system. Czy zrozumiałeś znaczenie tego +zdania dla naszej sprawy? + +-- Przyznaję, że nie widzę żadnej łączności pomiędzy temi słowami +a przestrogą, zawartą w liście anonimowym. + +-- A jednak, kochany Watson, łączność jest tak ścisła, że jedno +wypływa z drugiego. _Życie_, _dbasz_, _strzeż się_ -- czyż nie widzisz, +skąd są wzięte owe słowa? + +-- Masz pan słuszność! -- zawołał sir Henryk. + +-- Wszelkie wątpliwości rozprasza fakt, że słowa zostały wycięte +w całości, nie zaś pojedynczemi literami, a nawet widzimy dwa słowa +wycięte razem: _dbasz o_... + +-- Doprawdy, panie Holmes, to przechodzi wszelkie pojęcie! -- rzekł +doktor Mortimer, patrząc na mego przyjaciela ze zdumieniem. -- Nie +dość, że pan poznałeś odrazu, iż słowa zostały wycięte z dziennika, +ale domyśliłeś się, z którego. Powiedz-że nam, jakim sposobem? + +-- Sądzę, że potrafiłbyś, doktorze, odróżnić czaszkę Murzyna od +czaszki Eskimosa? + +-- Naturalnie. Badanie czaszek -- to moja specyalność. + +-- Dla moich oczu różnica pomiędzy _burgosowemi_ czcionkami artykułów +wstępnych _Timesa_ a _petitowym_ drukiem pism wieczornych jest tak +wielka, jak dla pana pomiędzy czaszką Eskimosa a Murzyna. Badanie +druków jest elementarzem wiedzy _detektywa_. + +-- O ile można przypuszczać, te słowa zostały wycięte scyzorykiem. + +-- Nie; nożyczkami i to bardzo ostremi i krótkiemi. Po wycięciu +naklejono je gumą na papierze. + +-- Ale dlaczego słowo: _trzęsawisko_ zostało wypisane ręcznie? + +-- Bo niema go w artykule. + +-- Czy coś jeszcze zwróciło pańską uwagę, panie Holmes? -- pytał sir +Henryk. + +-- Dostrzegam parę wskazówek, choć starano się zatrzeć wszelkie +ślady. Adres wypisany literami drukowanemi ręką niewprawną, ale +skądinąd _Times_ jest czytywany przez ludzi inteligentnych. +Wyprowadzam stąd wniosek, że autorem anonimu jest człowiek +wykształcony, który chce uchodzić za nieuka; sam fakt, że ukrywa +swe pismo, dowodzi, że pan znasz, lub że mógłbyś poznać to pismo. +Dalej: słowa nie są naklejone w prostej linii; i tak, naprzykład, +_życie_ nie jest na swojem miejscu właściwem. To świadczy +o niedbałości lub o wzruszeniu. Przypuszczam raczej to ostatnie. +Korespondent śpieszył się widocznie... ale dlaczego? Wiedział, +że list, wrzucony wieczorem, choćby najpóźniej, dojdzie rąk sir +Henryka nazajutrz przed jego wyjściem z hotelu. Czyżby ów nieznajomy +bał się, że mu przerwą robotę? + +-- Wkraczamy teraz w dziedzinę domysłów -- wtrącił doktor Mortimer. + +-- Powiedz pan raczej, że na pole prawdopodobieństw. Może to pan +nazwać domysłem, ale ja jestem pewien, że adres został skreślony +w hotelu. + +-- Skąd pan to wie? + +-- Jeżeli panowie przyjrzycie mu się dokładnie, to zmiarkujecie, że +piszący miał kłopot z piórem i atramentem. Pióro pryskało dwa razy +w jednem słowie, i wyschło trzy razy przy wypisywaniu tak krótkiego +adresu, co dowodzi, że było bardzo mało atramentu w kałamarzu. Otóż +w domu prywatnym rzadko się zdarza, aby atrament wysechł i żeby pióro +było w tak złym stanie. Ale wiadomo, czem są pióra i kałamarze +hotelowe. Sądzę, że badając kałamarze w hotelach w pobliżu Charing +Cross, znajdziemy wycięty numer _Timesa_ i zdołamy odszukać osobę, +która ten list przesłała. + +Obejrzał starannie papier, na którym były przyklejone słowa, ale nie +mógł dojrzeć nic osobliwego. + +-- Czy zdarzyło się panu co jeszcze od chwili, gdyś pan przybył do +Londynu? -- spytał sir Henryka. + +-- Nic zgoła. + +-- Czy nie zauważyłeś pan, że pana śledzą? + +-- Nie. Któżby miał ochotę mnie śledzić? Nikt mnie tu nie zna. + +-- Czy nie miał pan jakiej niespodzianki? + +-- Żadnej. Chyba tę tylko, że mi zginął jeden but. + +-- Zginął panu but? A to w jaki sposób? + +-- Znajdziesz go pan zapewne po powrocie do hotelu. Nie warto trudzić +pana Holmes takiemi drobiazgami -- przerwał mu doktor Mortimer. + +-- Przepraszam; to nie jest drobiazg -- zaprzeczył detektyw. -- Jakże +to było? + +-- Wystawiłem na korytarz oba buty do czyszczenia. Nazajutrz był tylko +jeden. Posługacz nie wiedział, co się stało z drugim. Kupiłem te buty +wczoraj i nie miałem ich wcale na nogach. + +-- Jeżeli ich pan nie nosiłeś, czemu je dawałeś do czyszczenia? + +-- Buty przechodziły przez tyle rąk w sklepie, że potrzebują +czyszczenia. + +-- A zatem wczoraj, po przyjeździe do Londynu, robiłeś pan sprawunki? + +-- Robiłem ich dużo. Towarzyszył mi doktor Mortimer. Bo to muszę +panu wyznać, że, pędząc życie swobodne, na świeżem powietrzu, +zaniedbałem się trochę, a trzeba było przygotować się do odegrania +roli pana licznych włości. Pomiędzy innemi kupiłem te żółte buty, +zapłaciłem za nie sześć szylingów. Ale ukradli mi jeden, zanim je +włożyłem na nogi. + +-- To dziwne. Na co może się zdać jeden but? -- zastanawiał się +Sherlock Holmes. + +-- A teraz, panowie -- rzekł baronet -- czekam na spełnienie +obietnicy. Chciałbym się dowiedzieć o tem, co ukrywaliście przedemną. + +-- Pańskie żądanie jest słuszne -- odparł Holmes. -- Doktorze +Mortimer, sądzę, że masz obowiązek opowiedzieć sir Henrykowi to, +coś nam opowiadał. + +Otrzymawszy taką zachętę, lekarz wyjął papiery z kieszeni +i przedstawił całą sprawę nowemu baronetowi. + +Sir Henryk Baskerville słuchał uważnie, przerywając od czasu do czasu +okrzykiem zdziwienia. + +-- Ha! widzę, żem otrzymał spadek, do którego przywiązana jest jakaś +zemsta -- rzekł wreszcie, gdy opowiadanie dobiegło końca. -- Ma się +rozumieć, słyszałem o owym psie od czasów niepamiętnych, jeszcze z ust +moich nianiek. Dotychczas jednak nie przywiązywałem wagi do tej +legendy. Teraz widzę, że śmierci mojego stryja towarzyszyły istotnie +okoliczności tajemnicze. Panowie sami jeszcze nie wiecie, czy ta +sprawa wchodzi w zakres działania policyantów, czy też pastorów. +A w dodatku dostaję ów list zagadkowy... + +-- Widać z niego, że ktoś śledzi łąkę i przyległe do niej pustkowia +i trzęsawiska -- rzekł doktor Mortimer. + +-- I że ktoś jest dla pana źle usposobionym, bo inaczej druga osoba +nie miałaby powodu ostrzegać go o niebezpieczeństwie. + +-- A może, dla wiadomych im przyczyn, chcą oddalić stąd sir Henryka. + +-- I to jest możliwem, i wdzięczny jestem panu, doktorze Mortimer, że +mnie tę myśl poddałeś. Obecnie chodzi o to, czy sir Henryk ma, czy też +nie ma wyruszyć do Baskerville Hall? + +-- Czemużby nie miał? + +-- Zdaje się, że panu tam grozi niebezpieczeństwo. + +-- Czy mówisz pan o niebezpieczeństwie ze strony ludzi, czy też ze +strony czworonożnego wroga Baskervillów? + +-- Nasze badania to wykryją. + +-- Bądź co bądź, jestem zdecydowany. Niema w piekle takiego szatana, +ani na ziemi takiego człowieka, któryby mi przeszkodził zamieszkać +w domu moich przodków. + +Przy tych słowach sir Henryk brwi zmarszczył, z oczu posypały mu się +iskry. Widocznie śmiały duch Baskervillów nie wygasł w ostatnim +potomku rodu. + +-- Teraz -- mówił dalej -- muszę zastanowić się nad tem, com się +dowiedział. Chciałbym mieć godzinkę czasu do namysłu. Jest wpół do +pierwszej. Wracam do hotelu. Możebyście panowie przyszli tam do mnie +na śniadanie o drugiej? Wówczas będę mógł powiedzieć, co o tem +wszystkiem myślę. + +-- Dobrze. Stawimy się na oznaczoną godzinę. + +-- A zatem dowidzenia. + +Po wyjściu naszych gości, Holmes zerwał się i zawołał: + +-- Watson, bierz kapelusz i laskę. Niema chwili czasu do stracenia. + +Wybiegł z pokoju w szlafroku; w minutę potem ukazał się w surducie. +Zbiegliśmy ze schodów. Na ulicy zobaczyliśmy sir Henryka i doktora +Mortimer o paręset metrów przed sobą. Szli w kierunku Oxford street. + +-- Czy mam ich dogonić i zatrzymać? -- spytałem. + +-- Broń Boże! -- odparł. -- Twoje towarzystwo wystarcza mi +najzupełniej. Ci panowie dobrze robią, że idą się przejść. Dzień +ładny. + +Szedł krokiem przyśpieszonym, aż dopóki przestrzeń pomiędzy nami +a tamtymi nie zmniejszyła się o połowę; następnie, trzymając się +wciąż o sto łokci od nich, szedł za nimi przez całą Oxford Street +aż do Regent Street. Nasi przyjaciele zatrzymali się raz przed +wystawą sklepową. Holmes stanął także. Po chwili wydał cichy okrzyk +zadowolnienia. Spojrzałem w kierunku jego wzroku i zobaczyłem, że +dorożka z siedzącym w niej mężczyzną, która zatrzymała się po +drugiej stronie ulicy, jedzie znowu dalej. + +-- Chodźmy, Watson. Trzeba mu się przyjrzeć. + +Dostrzegłem czarną, puszystą brodę i oczy, świdrujące nas po przez +szybę dorożki. W tejże chwili podniosło się okienko w pudle, +nieznajomy rzucił parę słów woźnicy i dorożka pomknęła szybko +w stronę Regent Street. + +Holmes obejrzał się za drugą, ale nie było żadnej niezajętej. +Popędził pieszo, ale dorożka jechała tak szybko, że niepodobna +było jej dogonić. Niebawem zniknęła nam z oczu. + +-- Tam do kata! -- zaklął mój przyjaciel. -- Tośmy się urządzili! Nie +do darowania!... + +-- Kto to był? -- spytałem. + +-- Nie mam pojęcia. + +-- Zapewne szpieg. + +-- Z tego, com słyszał od Baskervilla, przypuszczam, że od chwili jego +przybycia do Londynu ktoś go śledzi, bo inaczej, skądby wiedziano tak +szybko, że stanął w hotelu Northumberland? A jeżeli go śledzili +w pierwszym dniu pobytu, niewątpliwie będą śledzić dalej. +Zauważyłeś zapewne, że podczas gdy doktor Mortimer czytał, +wyglądałem dwukrotnie przez okno. + +-- Spostrzegłem to. + +-- Otóż patrzałem, czy nikt nie stoi po przeciwnej stronie ulicy; ale +nie było nikogo. Mam do czynienia z przebiegłym lisem, a choć +dotychczas nie mogę zmiarkować czy ów nieznajomy pragnie zguby sir +Henryka, czy też chce go przed niebezpieczeństwem uchronić, czuję, że +trzeba się z nim liczyć. Po wyjściu sir Baskerville'a wybiegłem co +tchu, aby zobaczyć jego cień. Ale ten człowiek wsiadł do dorożki, +sądząc, że w ten sposób nie zwróci na siebie uwagi. + +-- Oddaje go to na łaskę i niełaskę dorożkarza. Szkoda, że nie +dostrzegliśmy numeru -- zauważył Watson. + +-- Mój drogi, czyż sądzisz, że mogłem przeoczyć tak ważny +szczegół? Zapamiętałem numer dorożki... 2704. Ale tymczasem +na nic się to nie zda. Zrobiłem wielkie głupstwo... Zamiast +śledzić dorożkę zprzodu, trzeba było zawrócić się i wsiąść do +pierwszej lepszej, znajdującej się ztyłu. W ten sposób moglibyśmy +jechać za nią, albo kazać się zawieźć wprost do Northumberland +Hotel i tam czekać. Zbytnia gorliwość była wielkim błędem. Nasz +przeciwnik nie omieszkał z niego skorzystać. + +Szliśmy powoli przez Regent Street. Doktor Mortimer i jego towarzysz +oddawna już zniknęli nam z oczu. + +-- Nie warto ich śledzić -- rzekł Holmes. -- Tamten już umknął +i nie pojawi się zapewne. Trzeba korzystać z tych nici, które +trzymamy w ręku. Czy zapamiętałeś twarz nieznajomego? + +-- Zapamiętałem tylko brodę. + +-- I ja także; wyprowadzam stąd wniosek, że była przyprawiona. Wejdźmy +tutaj. + +Weszliśmy do hotelu. Zarządzający przyjął Holmesa z wielką +radością. + +-- Jak widzę, pamiętasz, Wilson, drobną przysługę, którą miałem +sposobność ci wyświadczyć -- rzekł mój przyjaciel. + +-- Nie zapomnę jej nigdy. Uratowałeś mi pan honor i życie. + +-- Przesadzasz, mój drogi. Wszak macie tu posługacza nazwiskiem +Cartridge, który wykazał dużo sprytu podczas śledztwa. + +-- Tak; jest jeszcze u nas. + +-- Czy mógłbyś zadzwonić na niego? Dziękuję. A chciałbym też +zmienić pięciofuntowy banknot. + +W sieni ukazał się chłopak czternastoletni, zwinny, wesoły +i rozgarnięty. Stanął przed detektywem w postawie pełnej +uszanowania. + +-- Proszę o spis hotelów. Dziękuję. Patrz, Cartridge: oto nazwiska +dwudziestu trzech hotelów w pobliżu Charing Cross. Widzisz? + +-- Tak, panie. + +-- Zwiedzisz każdy z nich po kolei. + +-- Dobrze, panie. + +-- Zaczniesz od dania szylinga portyerowi. Oto masz dwadzieścia trzy +szylingi. + +-- Dobrze, panie. + +-- Będziesz mówił, że potrzebne ci są gazety wczorajsze, że szukasz +ważnego ogłoszenia, które miało być umieszczone w jednej z nich, ale +nie wiesz -- w której. + +-- Rozumiem, panie. + +-- W istocie będziesz szukał numeru _Timesa_, w którym kilka słów +zostało wyciętych nożyczkami. Oto jest jeden egzemplarz. Na tej +stronicy. Czy poznasz ją? + +-- Poznam. + +-- Za każdym razem portyer, stojący we drzwiach, wezwie portyera, +siedzącego w sieni -- i temu dasz po szylingu. Oto dwadzieścia trzy +szylingi. Zapewne na 23 razy -- 20 razy usłyszysz, że spalono +wczorajsze gazety; w trzech hotelach dadzą ci całą plikę; będziesz +wśród niej szukał tego numeru _Timesa_. Prawdopodobnie go nie +znajdziesz. Oto dziesięć szylingów na nieprzewidziane wydatki. Wypraw +do mnie depeszę przed wieczorem na Baker Street. A teraz, Watson, +musimy dowiedzieć się o dorożkarza Nr. 2104, potem wstąpimy do galeryi +obrazów przy Bond Street, dla zapełnienia sobie czasu do godziny +drugiej. + + + + +V. + +Trzy nici urwane. + + +Sherlock miał niezwykły dar zwracania dowolnie swoich myśli +w jakimbądź kierunku. Przez półtory godziny zapomniał o tej dziwnej +sprawie; pochłonęły go obrazy nowoczesnych mistrzów belgijskich, +mówił tylko o sztuce, na którą miał poglądy bardzo oryginalne. + +O naznaczonej godzinie stanęliśmy przed Northumberland Hotel. + +-- Sir Henryk Baskerville czeka panów na pierwszem piętrze -- rzekł +portyer. + +-- Czy mogę zajrzeć do listy waszych gości? -- spytał Holmes. + +-- I owszem. + +Księga wykazywała, że dwie osoby stanęły w hotelu, po zatrzymaniu się +tam sir Henryka: niejaki Teofil Johnson z rodziną, przybyły +z Newcastle i pani Oldmore ze służącą, z High Lodge, Alton. + +-- Zdaje mi się, że znam tego Johnsona -- rzekł Holmes do portyera. -- +Wszak to adwokat: siwy, utyka na nogę. + +-- Przeciwnie: ten pan Johnson jest właścicielem kopalni węgla, bardzo +ruchliwy, w wieku pana. + +-- Jesteś w błędzie co do jego fachu. + +-- Bynajmniej. Znamy go od lat kilkunastu; zawsze do nas zajeżdża. + +-- Ha! w takim razie, ja się pomyliłem. Pani Oldmore?... I to nazwisko +jest mi znane. Daruj mi ciekawość, ale chciałbym wiedzieć, czy to moja +znajoma. + +-- Jest to osoba niemłoda, bezwładna. Jej mąż był niegdyś merem +w Gloucester. Ona zawsze do nas zajeżdża. + +-- Dziękuję za informacye. Widzę, że to kto inny. Nie znam tej pani... + +Gdyśmy szli na górę, mój przyjaciel szepnął: + +-- Wiemy już, że osoba, która interesuje się losem sir Henryka, nie +stanęła w tym hotelu. Choć go śledzi, jednak boi się być śledzoną. +Jest to fakt bardzo znamienny. Ale... cóż to się stało?... + +Gdyśmy weszli na pierwsze piętro, naprzeciw nam wybiegł sir Henryk, +widocznie wzburzony. W ręku trzymał stary but. + +-- Drwią sobie ze mnie w tym hotelu! -- wołał -- ale nauczę ich rozumu! +Jeżeli but się nie znajdzie, popamiętają mnie tutaj! + +-- Szuka pan wciąż buta? + +-- Tak, ale nie puszczę tego płazem! + +-- Wszak pan mówił, że but był żółty? + +-- Tak; wzięli mi naprzód żółty, a teraz czarny. Miałem tylko trzy +pary: nowe żółte, stare czarne i te oto lakierki. Wczoraj zniknął +jeden od żółtej pary, a dziś jeden od czarnej. No, i cóż? Znalazłeś +go? Mów. + +Przed nami stał wystraszony posługacz, Niemiec. + +-- Nie znalazłem -- odparł głosem drżącym. -- Szukałem wszędzie, ale +zginął bez śladu... + +-- Słuchaj: jeżeli ten but nie znajdzie się przed wieczorem, powiem +zarządzającemu i wyprowadzę się z hotelu. + +-- Znajdzie się! Obiecuję, że znajdzie się. + +-- Pamiętaj! Przepraszam cię, panie Holmes, za tę scenę. Chociaż to +rzecz drobna, ale straciłem już cierpliwość. + +-- To nie jest wcale drobiazg... + +-- Widzę, że pan przejął się tą stratą. Jak ją pan sobie +tłómaczy? + +-- Nic jeszcze nie rozumiem; bądź co bądź, to dziwne, jak wszystko, +co się panu przytrafia od chwili powrotu do kraju. Ale mamy już +kilka nici w ręku i spodziewam się, że nie ta, to druga, doprowadzi +nas do wykrycia prawdy. Możemy stracić trochę czasu na kroczeniu +po fałszywym tropie, ale wcześniej czy później, wejdziemy na +właściwy. + +Śniadanie przeszło bardzo wesoło. Nie mówiliśmy o tej sprawie, dopiero +gdyśmy wrócili do apartamentu sir Henryka, oznajmił nam swoją decyzyę. + +-- Jadę do Baskerville Hall -- oświadczył. + +-- Kiedy? + +-- W końcu tygodnia. + +-- Ha! może pan dobrze robi. Jabym tak samo postąpił. Przekonywam się +coraz bardziej, że jesteś pan szpiegowany tutaj, a wśród milionów +ludzi, nagromadzonych w stolicy, trudno jest wykryć tych pańskich +prześladowców, czy opiekunów. Jeżeli mają złe względem pana zamiary, +mogą je wykonać, zanim zdołamy temu zapobiedz. Nie wiesz zapewne, +doktorze Mortimer, że śledzono panów dzisiaj, gdyście wyszli z domu? + +Doktor Mortimer zdziwił się. + +-- Któż nas szpiegował? + +-- Na nieszczęście, nie potrafię tego powiedzieć. Czy wśród znajomych +i sąsiadów pańskich w Dartmoor jest jaki mężczyzna z bardzo czarną +i dużą brodą? + +-- Nie... Ach, prawda... Barrymore, kamerdyner sir Karola, ma dużą, +gęstą i czarną brodę. + +-- Tak? Gdzież jest teraz Barrymore? + +-- Pilnuje pałacu. + +-- Trzebaby się przekonać, czy nie bawi w Londynie. + +-- W jaki sposób? + +-- Daj mi pan blankiet telegraficzny. Napiszę: „Czy wszystko gotowe na +przyjęcie sir Henryka Baskerville?” Zaadresuję: „P. Barrymore, +Baskerville Hall”. Jaka jest najbliższa stacya telegraficzna? + +-- Grimpen. + +-- U spodu zamieszczam adnotacyę: „Telegram ma być oddany do rąk +p. Barrymore. Jeżeli jest nieobecny, proszę odesłać depeszę sir +Henrykowi Baskerville, Northumberland Hotel”. Przed wieczorem +będziemy wiedzieli, czy Barrymore jest na swojem stanowisku +w Devonshire. + +-- Wybornie! -- rzekł sir Henryk. -- Ale powiedzże mi, doktorze +Mortimer, co to za jeden ów Barrymore? + +-- Jest synem zmarłego klucznika. Od czterech pokoleń służyli rodowi +Baskervillów i strzegli pałacu. O ile wiem, współczesny Barrymore +i jego żona są bardzo porządnymi ludźmi. + +-- Mają zresztą spokojny kawałek chleba, mało roboty i cały pałac do +rozporządzenia, skoro właściciele rzadko w nim przebywają. + +-- To prawda. + +-- Czy Barrymore został wymieniony w testamencie sir Karola? -- pytał +Holmes. + +-- Oboje z żoną otrzymali po pięćset funtów. + +-- Taak?... Czy wiedzieli, że je otrzymają? + +-- Tak. Sir Karol lubił mówić o rozporządzeniach, zawartych w swoim +testamencie. + +-- To bardzo ciekawy szczegół. + +-- Mam nadzieję, że nie będziesz pan patrzył podejrzliwie na +wszystkich, którzy otrzymali legaty od sir Karola, bo i mnie zapisał +tysiąc funtów -- rzekł doktor Mortimer. + +-- Doprawdy? Komuż jeszcze? + +-- Jest kilka legatów na drobne sumki i duży zapis na cele +dobroczynne. Reszta kapitałów przeszła na sir Henryka. + +-- Ile wynoszą? + +-- 740,000 funtów szterlingów. + +Holmes podniósł brwi ze zdziwienia. + +-- Anim przypuszczał, że suma jest tak wysoka -- szepnął. + +-- Sir Karol uchodził za bogacza, ale i my nie mieliśmy pojęcia, +że jest tak dalece bogatym. Cały majątek z nieruchomościami wynosi +przeszło milion funtów. + +-- Doprawdy? Takie pieniądze mogą wywołać pożądliwość +i doprowadzić do zbrodni. Jeszcze jedno pytanie, doktorze +Mortimer. Przypuściwszy, że jakie nieszczęście spotka naszego +przyjaciela -- daruj mi pan tę smutną hypotezę -- kto wówczas +odziedziczy majątek? + +-- Ponieważ Roger Baskerville, młodszy brat sir Karola, zmarł +bezżennie i bezpotomnie, zatem majątek przeszedłby na dalekich +krewnych, Desmondów. Jakób Desmond jest niemłodym człowiekiem, pełni +obowiązki pastora w Westmorland. + +-- Dziękuję panu. Te szczegóły są dla mnie bardzo ważne. Czy pan +znasz Jakóba Desmond? + +-- Znam. Przyjeżdżał kiedyś w odwiedziny do sir Karola. Jest to mąż +bogobojny, wielkich zasług i wielkiej bezinteresowności. Pamiętam, +że nie chciał przyjąć żadnego zasiłku od sir Karola, pomimo iż ten +błagał go o to. + +-- Więc ten człowiek, tak skromnych wymagań, zostałby spadkobiercą +olbrzymiej fortuny? + +-- Tak, o ile obecny właściciel nie rozporządzi kapitałami inaczej. + +-- Wszak zrobiłeś już pan testament, sir Henryku? + +-- Nie, panie Holmes. Nie miałem czasu. Dopiero wczoraj dowiedziałem +się, jak stoją rzeczy. Ale, bądź co bądź, uważam, że pieniądze +powinny iść razem z majątkiem ziemskim. Taka była wola stryja. +Właściciel Baskerville Hall nie mógłby utrzymać rezydencyi w stanie +dawnej świetności, gdyby nie miał gotówki. Pałac, ziemia i pieniądze +muszą być w jednem ręku. + +-- Masz pan słuszność. Dzielę też najzupełniej pańskie zdanie i pod +innym względem, znajdując, że pan powinieneś wyruszyć natychmiast do +Devonshire. Ale nie możesz pan jechać sam. + +-- Doktor Mortimer wraca ze mną. + +-- Doktor Mortimer będzie zajęty praktyką, zresztą mieszka o parę mil +od dworu. Pomimo najlepszych chęci nie mógłby służyć panu pomocą +w razie potrzeby. Nie, sir Henryku, musisz wziąć ze sobą człowieka +zaufania, któryby pana nie opuszczał na krok. + +-- Czyżbyś pan chciał ze mną jechać, panie Holmes? + +-- W razie konieczności, stawię się natychmiast, ale teraz mam ważną +sprawę i nie mogę opuścić Londynu. Przedstawiciel pierwszorzędnego +rodu jest trapiony przez łotra i wyzyskiwacza. Muszę zapobiedz +skandalowi. + +-- Może mi pan kogo poleci na swoje miejsce? + +Holmes położył mi rękę na ramieniu. + +-- Jeżeli mój przyjaciel zechce panu towarzyszyć -- rzekł -- to nikomu +nie mógłbyś pan tak zaufać, jak jemu. + +Propozycya zaskoczyła mnie zupełnie znienacka. Zanim jednak zdążyłem +odpowiedzieć, Baskerville wyciągnął do mnie rękę. + +-- Mam nadzieję, że mi pan tego nie odmówisz -- rzekł. -- Gdybyś +pan chciał wyświadczyć mi tę łaskę, będę panu wdzięcznym do końca +życia. + +Nęciły mnie zawsze niezwykłe przygody, a w dodatku pochlebiała mi +skwapliwość, z jaką sir Henryk przyjął tę propozycyę. + +-- Pojadę z przyjemnością -- odparłem. + +-- I będziesz mi donosił o wszystkiem -- rzekł Holmes. -- Gdy +przyjdzie kryzys, co jest nieuniknionem, wskażę ci, jak masz postąpić. +Sądzę, że za dni kilka będziesz gotów do drogi. + +-- Mogę jechać w sobotę -- oświadczyłem. + +-- A więc spotkamy się o godzinie 10-ej minut 30 na dworcu Waterloo -- +rzekł sir Henryk. + +Nagle wydał okrzyk zdziwienia. Podbiegł do łóżka, schylił się +i z pod nocnej szafki wydobył but żółty. + +-- Mam moją zgubę! -- zawołał. + +-- Oby wszystkie przykrości zostały równie szybko usunięte -- życzył +mu Sherlock Holmes. + +-- To jednak dziwne! -- zauważył doktor Mortimer. -- Przeszukałem +starannie cały pokój przed śniadaniem... + +-- I ja także -- wtrącił sir Baskerville. + +-- Wtedy nie było buta. + +-- Zapewne posługacz podrzucił go w czasie naszej nieobecności. + +Posłaliśmy po Niemca, ale twierdził, że o niczem nie wie i nie umiał +wyjaśnić tego dziwnego zdarzenia. + +Więc znowu jedna zagadka powiększyła szereg drobnych tajemnic, +następujących tak szybko po sobie. Nie licząc już śmierci sir Karola, +w ciągu dwóch dni wpadaliśmy z jednego zdziwienia w drugie, łamiąc +sobie głowę: to nad drukowanym listem, to nad zjawieniem się szpiegów, +nad zniknięciem żółtego, to czarnego buta. Odnalezienie żółtego +było nowym sękiem. + +Holmes nie odzywał się, jadąc ze mną na Baker Street; po jego +ściągniętych brwiach domyślałem się, że waży w myśli te wszystkie +okoliczności i wysnuwa z nich wnioski. Przez całe popołudnie, aż do +wieczora, siedział w obłokach dymu. + +Przed samym obiadem wręczono mu dwie depesze: Pierwsza brzmiała w te +słowa: + +„Doniesiono mi, że Barrymore jest na miejscu. + + Baskerville”. + +Treść drugiej depeszy była następująca: + +„Zwiedziłem dwadzieścia trzy hotele wskazane, ale nie mogłem znaleźć +owego _Timesa_. + + Cartwright”. + +-- A więc obie moje nici zerwane -- rzekł Holmes. -- Nic mnie tak nie +podnieca, jak niepowodzenie. Musimy szukać innej drogi. + +-- Pozostaje jeszcze dorożkarz, który woził nieznajomego. + +-- Telefonowałem do biura policyi, aby dowiedziano się o jego +nazwisku. Ktoś dzwoni. To może odpowiedź? + +Było to coś więcej. Do pokoju wszedł dorożkarz we własnej osobie. + +-- Doniesiono mi z policyi, że ktoś, mieszkający pod tym adresem, +wypytuje o Nr. 2704 -- rzekł ów człowiek o twarzy dobrodusznej. -- +Jeżdżę już siedem lat i nikt na mnie nigdy skargi nie wnosił, więc +bardzo mnie to zadziwiło i przyjechałem, żeby się dowiedzieć, co pan +ma przeciwko mnie. + +-- Nie mam przeciwko wam nic zgoła, mój przyjacielu -- odparł Holmes +-- a właściwie mam dla was pół suwerena, jeżeli potraficie +odpowiedzieć jasno i dokładnie na moje pytania. + +-- Dzisiaj widocznie dobry dzień -- szepnął dorożkarz. -- Czem panu +mogę służyć? + +-- Przedewszystkiem podaj mi swój adres, na wszelki wypadek. + +-- John Clayton, Turpey-Street Nr. 3. Stoję z dorożką, na +Shipley-Yard, w pobliżu dworca Waterloo. + +Sherlock Holmes zapisał to sobie. + +-- A teraz, Clayton, powiedz mi wszystko, co wiesz, o panu, który stał +pod tym domem o dziesiątej rano, a potem kazał ci jechać za dwoma +gentlemanami przez Regent-Street. + +Dorożkarz spojrzał na niego ze zdziwieniem. + +-- Cóż ja panu mam mówić, kiedy pan sam wie wszystko -- odparł. -- Ten +pan powiedział mi, że należy do policyi, że jest detektywem, i kazał +milczeć. + +-- Mój przyjacielu, sprawa jest bardzo ważna, i możesz się znaleźć +w trudnem położeniu, jeśli zachowasz to, co wiesz, dla siebie -- rzekł +Holmes. -- A więc ten pan ci mówił, że jest detektywem? + +-- Tak, proszę pana. + +-- A kiedy ci to powiedział? + +-- Wysiadając z dorożki. + +-- Czy wymienił swoje nazwisko? + +-- Tak. + +Holmes rzucił mi tryumfujące spojrzenie. + +-- To było bardzo nieostrożnie -- rzekł. -- Jak się nazywa? + +-- Sherlock Holmes. + +Nigdy jeszcze nie widziałem mojego przyjaciela tak zdumionym. Spuścił +głowę i milczał. Wreszcie wybuchnął śmiechem. + +-- A to szczwany lis! Zadrwił sobie ze mnie. Lubię takich! Powiedział, +że się nazywa Sherlock Holmes? + +-- Tak. + +-- Dobrze. Powiedz mi teraz, w którem miejscu wsiadł do dorożki i co +było potem? + +-- Zawołał na mnie o wpół do dziesiątej na Trafalgar Square. +Powiedział odrazu, że jest detektywem i ofiarował mi dwie gwinee, +jeżeli przez cały dzień będę spełniał jego rozkazy i o nic pytać +nie będę. Zgodziłem się chętnie. Naprzód pojechaliśmy pod hotel +Northumberland i czekaliśmy tam, aż dwóch gentlemanów wyszło. Wsiedli +do dorożki. Jechaliśmy za nimi; wysiedli gdzieś tutaj w pobliżu. + +-- Weszli do tego domu? + +-- Nie pamiętam dokładnie, ale mój gość widział i zapamiętał. +Stanęliśmy opodal i czekaliśmy półtory godziny. Potem ci gentlemanowie +przeszli mimo nas, mój pan kazał mi jechać powoli przez Baker-Street, +a potem przez Regent Street, do połowy. Wtedy gentleman spuścił +okienko i krzyknął, żebym jechał prosto na dworzec Waterloo, co koń +wyskoczy. Zaciąłem szkapę i dojechaliśmy w dziesięć minut. +Wysiadając, odwrócił się do mnie i rzekł: -- „Może ciekaw będziesz +dowiedzieć się, kogo wiozłeś? Jestem Sherlock Holmes”. + +-- A nie widziałeś go już potem? + +-- Nie. + +-- Jakże ten pan Sherlock Holmes wyglądał? + +Dorożkarz podrapał się w głowę. + +-- Nie tak łatwo go opisać. Miał może lat czterdzieści, był +średniego wzrostu, ze dwa cale niższy od pana, ubrany był +porządnie, miał dużą, czarną brodę, przyciętą spiczasto, +i był bardzo blady. + +-- Jakie miał oczy? + +-- Nie wiem. + +-- Nie zapamiętałeś nic więcej? + +-- Nie. + +-- Masz swoje pół suwerena; dostaniesz drugie pół, jak mi doniesiesz +coś więcej. Dobranoc. + +-- Dobranoc panu i dziękuję. + +John Clayton wyszedł, uradowany. + +-- Urwała się trzecia nić! -- zawołał Holmes. -- To sprytny hultaj! +Wiedział, gdzie mieszkam, w jakim interesie sir Henryk przybył do +mnie; poznał mnie na Regent-Street; domyślił się, że spostrzegłem +numer dorożkarza, że go sprowadzę, i dlatego wymienił moje nazwisko. +Powiadam ci, Watson, mamy przeciwnika nielada. Zaszachowano mnie +w Londynie. Życzę ci lepszego powodzenia w Devonshire. Mam wyrzuty +sumienia, że cię tam posyłam. Sprawa nieczysta. Możemy się śmiać, +ale ci powiem, że chciałbym cię już widzieć tutaj z powrotem. + + + + +VI. + +Baskerville Hall. + + +Sir Henryk Baskerville i doktor Mortimer byli gotowi do drogi i w dniu +oznaczonym wyruszyliśmy do Devonshire. Sherlock Holmes odwiózł mnie na +dworzec i udzielił ostatnich rad i wskazówek. + +-- Nie będę bałamucił twego własnego sądu, poddając ci moje +podejrzenia -- mówił. -- Pragnę tylko, abyś mi donosił o faktach +z największymi szczegółami. Pozostaw mi wysnuwanie z nich wniosków. + +-- O jakich faktach chcesz wiedzieć? -- spytałem. + +-- Chcę wiedzieć o wszystkiem, co się zdarzy, choćby to napozór nie +miało żadnego związku z naszą sprawą; pragnę zwłaszcza poznać +stosunki młodego Baskervilla z sąsiedztwem, oraz wszelkie szczegóły, +odnośne do śmierci sir Karola. Jedno wydaje mi się pewnem, a mianowicie, +że pan Jerzy Desmond, najbliższy spadkobierca, jest człowiekiem +bezinteresownym i że nie on był sprawcą morderstwa. Możemy go zupełnie +pominąć. Szukajmy wśród najbliższego otoczenia sir Henryka. + +-- Czy nie należałoby przedewszystkiem pozbyć się małżonków +Barrymore? + +-- Byłoby to wielką nieostrożnością. Jeżeli są niewinni, stałaby +się im krzywda; jeśli są winni, ułatwiłoby im to zatarcie śladów. +Nie! trzeba ich zatrzymać, ale nie spuszczać z nich oka. Jest tam +jeszcze _groom_. Jest dwóch dzierżawców w pobliżu łąki. Jest doktor +Mortimer, ale ten wydaje mi się zupełnie uczciwym; jest jego żona, +o której nic nie wiemy. Dalej jest pan Frankland z Lafter-Hall +i jeszcze paru sąsiadów. Tym wszystkim sąsiadom musisz przyglądać +się bacznie, aby poznać dokładnie ich charakter, ich cele, +upodobania i t. d. + +-- Uczynię, co tylko w mej mocy. + +-- Wszak masz broń przy sobie? + +-- Tak, na wszelki przypadek wziąłem rewolwer. + +-- Niech cię nie opuszcza we dnie i w nocy; bądź w zbrojnem pogotowiu. + +Nasi przyjaciele znaleźli już przedział pierwszej klasy i czekali na +platformie. + +-- Nie mamy żadnych wieści -- odparł doktor Mortimer w odpowiedzi na +pytanie Holmesa. -- Jednego tylko jestem pewien, a to, że nas już nie +śledzono przez te dwa dni ostatnie. Wychodziliśmy zawsze pod opieką +tajnego policyanta, który nic podejrzanego nie dostrzegł. + +-- Mam nadzieję, że trzymaliście się panowie razem? + +-- Prawie ciągle; wczoraj wyjątkowo spędziłem całe popołudnie u sir +Henryka w muzeum chirurgicznem -- odparł doktor Mortimer. + +-- Było to wielką nieostrożnością -- rzekł Holmes z zadumą. -- +Proszę cię, sir Henryku, nie wychodź nigdy sam, bo może cię +spotkać wielkie nieszczęście. Czy znalazł się drugi but? + +-- Przepadł z kretesem. + +-- Do widzenia -- mówił Holmes, gdy pociąg ruszył -- a pamiętaj, sir +Henryku, jedno zdanie z owej legendy: po zachodzie słońca unikaj łąki +i przyległego trzęsawiska. + + * * * * * + +Podróż była przyjemna; czas zeszedł mi na zawiązywaniu bliższej +znajomości z moimi towarzyszami i na bawieniu się z pieskiem doktora +Mortimera. + +Po paru godzinach zazieleniały pola, przez okno wagonu widać było +pasące się trzody. Młody Baskerville przyglądał się krajobrazowi +z widoczną przyjemnością, zwłaszcza, gdyśmy wjechali w jego rodzinne +Devonshire. + +-- Od chwili, gdym je opuścił, objechałem świat dokoła -- mówił -- +a nie widziałem nigdzie nic podobnego. + +-- Wszyscy obywatele Devonshire dzielą pańskie zdanie -- wtrąciłem. -- +Żadna okolica nie wzbudza tak wielkiego przywiązania w swoich +mieszkańcach, jak ta właśnie. + +-- To zależy od rasy -- tłómaczył doktor Mortimer. -- Dość spojrzeć +na okrągłą czaszkę sir Henryka, aby poznać, że jest celtyckiego +pochodzenia, a Celtowie mają wrodzony zapał i zdolność przywiązywania +się do ludzi i kraju. Głowa biednego sir Karola była nawpół galijska, +nawpół celtycka. Wszak pan, sir Henryku, opuściłeś Baskerville-Hall +w bardzo młodym wieku? + +-- Miałem zaledwie lat dziesięć, gdy mój ojciec umarł. Zresztą nie +znam pałacu, mieszkaliśmy w ustronnym dworku na południowem wybrzeżu. +Stamtąd pojechałem wprost do Ameryki. Cały ten kraj jest dla mnie tak +obcym i nowym, jak dla doktora Watson, a chciałbym już jaknajprędzej +zobaczyć łąkę i przyległe trzęsawisko. + +-- Pańskie życzenie już się spełniło. + +Doktor Mortimer wskazywał nam przez szybę rozległą pustą przestrzeń. + +Był to widok smutny, ponury. Baskerville przyglądał mu się ze +wzruszeniem, jako pobojowisku, na którem rozegrywały się tragiczne +losy jego rodziny. + +W jego brwiach ściągniętych, w zarysie ust znać było niezłomną wolę +i energię. + +Pociąg zatrzymał się przy małej stacyjce. Wysiedliśmy z wagonu. Po +drugiej stronie dworca czekał nas amerykan, zaprzężony w dwa rosłe +konie. + +Nasz przyjazd był widocznie wypadkiem dnia, gdyż obstąpili nas +tragarze, a naczelnik stacyi ze swoim sztabem przyglądali nam się +ciekawie. Zastanowił mnie widok dwóch rosłych chłopów w mundurach +żołnierskich; stali, oparci na karabinach i nie spuszczali z nas oka. + +Stangret, o twarzy surowej, powitał sir Henryka ukłonem. Zajęliśmy +miejsca w wehikule, konie pomknęły szybko; mijaliśmy schludne fermy, +otoczone ogródkami, ale woddali szarzały wciąż oparzeliska. + +Amerykan wjechał na boczną drogę; mknęliśmy wśród łąk żyznych +i pól uprawnych. Przy każdym zakręcie, ujawniającym nowe horyzonty, +Baskerville wydawał ciche okrzyki zachwytu. Minęliśmy lasek dębowy; +zeschłe liście uściełały drogę nowemu dziedzicowi. Można to było +poczytywać za złą wróżbę... + +-- Hola! cóż to znaczy? -- zawołał doktor Mortimer, gdyśmy wyjechali +na pole. + +Jak wryty w ziemię, stał żołnierz na koniu, z bagnetem przez ramię. + +-- Co to znaczy, Perkins? -- spytał znowu doktor Mortimer. + +Stangret odwrócił się ku nam i rzekł: + +-- Trzy dni temu, jakiś więzień uciekł z więzienia w Princetown; +wszystkie drogi kołowe i wszystkie dworce w pobliżu strzeżone są przez +wojsko. Nie podoba się to naszym fermerom. + +-- Powinni być radzi. Policya płaci dobrze za wiadomości o zbiegach. +Można zarobić kilka funtów. + +-- Ale można też stracić głowę, bo taki nie daruje i gardło poderznie +każdemu, kto policyę na jego trop wsadzi. + +-- Cóż to za jeden? + +-- Nazywa się Seldon. Wpakowano go do więzienia za morderstwo +w Notting-Hill. + +Pamiętałem dobrze tę sprawę, bo Holmes interesował się nią, z powodu +niezwykłego okrucieństwa mordercy. Złagodzono mu karę śmierci na +dożywotnie więzienie: został uznany niepoczytalnym; sędziowie nie +mogli uwierzyć, aby dopuścił się tak potwornej zbrodni, będąc przy +zdrowych zmysłach. + +Nasz amerykan toczył się teraz brzegiem trzęsawiska, najeżonego +wysokiemi kamieniami. Widok był groźny. Nawet sir Henryk przestał się +zachwycać krajobrazem. + +Żyzna okolica pozostała za nami; mieliśmy przed sobą ziemię szarą, +jałową, zrzadka ukazywała się ludzka siedziba, opasana murem +z kamieni. Wreszcie wjechaliśmy w jar głęboki; roztoczyła się znowu +zieleń drzew, a w oddali ukazały się dwie strzeliste wieże. Stangret +wskazał biczem. + +-- To Baskerville Hall -- oznajmił. + +Pan tej rezydencyi, z roziskrzonemi oczyma przyglądał się swojej +siedzibie. + +W parę minut potem wjeżdżaliśmy już w pałacową bramę, +staroświecką, sklepioną; po chwili ukazał nam się gmach, +przebudowany za południowo-afrykańskie złoto sir Karola. + +Turkot kół zamierał na zwiędłych liściach, stare drzewa tworzyły +tunel nad naszemi głowami. Baskerville drgnął, widząc tę aleję. + +-- Czy to było tutaj?... -- spytał półgłosem. + +-- Nie; Aleja Wiązów jest po drugiej stronie -- objaśnił go doktor +Mortimer. + +-- Nie dziw, że stryj miewał złe przeczucia. Ten liściasty tunel może +najodważniejszego człowieka przejąć strachem. Oświecę go lampami +elektrycznemi. Za pół roku ten dziedziniec będzie nie do poznania. + +Minęliśmy ciemną aleję, i szerokim, wzniesionym podjazdem zajechaliśmy +przed pałac. + +Środkowy korpus ozdobiony był wspaniałym portykiem; po bokach wznosiły +się wieże, średniowieczne, zębate, ze strzelnicami. + +-- Witaj nam, sir Henryku! Witaj w domu swych przodków +w Baskerville-Hall! + +Z temi słowami pod portyk wyszedł mężczyzna wysoki, blady, i otworzył +drzwiczki amerykana. Po za nim stała kobieta; pomagała mu wyjmować +kuferki. + +-- Pozwoli pan, że, nie zsiadając, odjadę do domu -- rzekł doktor +Mortimer. -- Czeka na mnie żona. + +-- Jakto? Nie chce pan zostać na obiad? + +-- Chętniebym został i oprowadził pana po tej rezydencyi, ale +Barrymore spełni to lepiej odemnie. Muszę wracać. Dowidzenia! +A proszę pamiętać, że jestem na pańskie usługi o każdej porze +dnia i nocy. + +Amerykan potoczył się znowu ciemną aleją. Sir Henryk przestąpił +próg, ja za nim. + +Znaleźliśmy się w ogromnej, sklepionej sieni, z wiązaniami z belek +dębowych. W staroświeckim kominku płonął ogień. Obaj wyciągnęliśmy +ręce zziębnięte, a rozgrzawszy się, wodziliśmy oczyma po ścianach, +zawieszonych zbrojami, strzelbami i myśliwskimi trofeami. + +-- Tak sobie właśnie wyobrażałem tę siedzibę -- mówił sir +Henryk. -- Typowa rezydencya angielskiego szlachcica. Gdy +pomyślę, że moi przodkowie żyli tu przez pięć wieków, ogarnia +mnie dziwne wzruszenie. + +Barrymore, zaniósłszy kuferki do naszych pokojów, wrócił i stał +przy drzwiach, jako wytrawny służbista, nie chcąc przerywać +naszej rozmowy. + +Był to mężczyzna lat średnich, niezwykłej urody, o twarzy bladej, +z dużą czarną brodą i regularnymi rysami. + +-- Czy jaśnie pan każe podać obiad? -- zapytał. + +-- Już gotów? + +-- Gotów. Jaśnie pan znajdzie wodę ciepłą w swojej ubieralni. Moja +żona i ja będziemy starali się dogadzać jaśnie panu, dopóki nie +znajdzie nowej służby. + +-- Więc chcecie mnie opuścić? + +-- Warunki zmieniły się. My dwoje wystarczaliśmy sir Karolowi, ale +jaśnie pan zechce zapewne żyć dworniej, przyjmować gości i będzie +potrzebował więcej służby. + +-- Więc chcecie mnie opuścić? -- powtórzył sir Henryk. -- Wszak twoja +rodzina służyła mojej przez kilka pokoleń. Przykroby mi było +rozpoczynać nowe życie od zrywania tak dawnego stosunku. + +Zdało mi się, że dostrzegam wzruszenie na chłodnej twarzy kamerdynera. + +-- I nam będzie przykro -- odparł -- ale byliśmy oboje bardzo +przywiązani do sir Karola; jego śmierć wstrząsnęła nas do głębi. +Ten dom budzi w nas tak smutne wspomnienia, że wolelibyśmy go +opuścić. + +-- Cóż zamierzacie uczynić? + +-- Chcielibyśmy rozpocząć jakiś interes. Hojność sir Karola +dostarczyła nam środków po temu. Może jaśnie pan zechce obejrzeć +swoją rezydencyę. + +Nad sienią była oszklona galerya. Prowadziły do niej podwójne schody. +Z tej galeryi wychodziły dwa korytarze, wiodące do pokojów sypialnych. +Mój, przylegał do sypialni sir Henryka. Ta część domu była widocznie +przybudowana: pokoje jasne, urządzone nowocześnie, zaopatrzone we +wszelkie wygody. + +Za chwilę zeszliśmy do jadalni. Była to komnata wysoka, staroświecka, +przedzielona na dwie części: w jednej, do której wchodziło się po +trzech schodkach, za dawnych czasów jadali suzerenowie, zaś w niższej +-- wasale. Sklepione sufity nadawały jeszcze powagi tej komnacie, która +przy świetle pochodni, wśród gwaru uczty, bywała nieraz jasną +i wesołą, ale teraz, w blasku lampy, przyświecającej dwom gentlemanom +we frakach, wydawała się anachronizmem. + +Wszystkie cztery ściany były ozdobione wizerunkami przodków, +poczynając od rycerzy z czasów Elżbiety, a kończąc na przedostatnim +właścicielu Baskerville-Hall. + +Mówiliśmy mało i przyznam, że byłem rad, gdy obiad skończył się +i mogliśmy wyjść do bilardowego pokoju na cygaro. + +-- Niezbyt wesoła rezydencya... -- rzekł sir Henryk. -- Przypuszczam, +że można się do niej przyzwyczaić, ale na razie czuję się nieswój. +Nic dziwnego, że mój stryj stał się dziwakiem. Połóżmy się +wcześniej. Może jutro, przy blasku słonecznym, te komnaty +przedstawią nam się weselej. + +Przed udaniem się na spoczynek, podniosłem roletę i wyjrzałem przez +okno. Widok był na trawnik przed portykiem. Pośrodku stały dwa dęby, +miotane wiatrem, Księżyc, w ostatniej kwadrze, przeświecał blado przez +chmury. Zdala widniały nagie skały, a po za niemi trzęsawisko. + +Spuściłem roletę, nie chcąc patrzeć dłużej na ten ponury krajobraz. + +Byłem zmęczony, a jednak usnąć nie mogłem; obracałem się z boku na +bok. Na dole zegar wybijał kwadranse, po za tem panowała cisza +grobowa. + +Nagle przerwał ją płacz niewieści. Usiadłem na łóżku i począłem +nasłuchiwać. Przez pół godziny czekałem w natężeniu, ale oprócz +płaczu nie usłyszałem nic zgoła. + + + + +VII. + +Stapleton z Merripit-House. + + +Świeżość następnego poranka rozproszyła smutne wrażenie, jakie na +nas obu wywarła rezydencya Baskervillów. W świetle promieni +słonecznych, ślizgających się po starych zbrojach, sala jadalna +wydała nam się weselszą, gdyśmy zasiedli do śniadania. + +-- Widzę że to była wina naszego usposobienia, nie zaś dworu -- mówił +baronet. -- Byliśmy wczoraj zmęczeni drogą, zziębli, więc wszystko +ukazywało nam się w ponurem świetle. Dziś jesteśmy rzeźwi, +wypoczęci, to też dom wydaje nam się weselszym. + +-- A jednak nie wszystko było grą wyobraźni -- odparłem. -- Czy pan +słyszał wczoraj płacz? + +-- Istotnie, zdawało mi się, że słyszę zawodzenie żałosne. +Natężyłem słuch, ale płacz ustał; więc byłem pewien, że mi +się śniło. + +-- Ja słyszałem płacz najwyraźniej i mógłbym ręczyć, że płakała +kobieta. + +-- Trzeba to sprawdzić -- oświadczył sir Henryk. + +Zadzwonił na Barrymora i spytał go o wyjaśnienie tej zagadki. Zdało mi +się, że blada twarz kamerdynera zbladła jeszcze bardziej. + +-- W domu są tylko dwie kobiety -- odparł. -- Mleczarka, która śpi +w drugiem skrzydle i moja żona. Co do mojej, mogę ręczyć, że nie +płakała. + +A jednak, mówiąc to, kłamał. + +Po śniadaniu, spotkałem mrs. Barrymore w sieni. Słońce padało na jej +twarz chłodną, płaską i brzydką. Duże, wyraziste oczy były +zaczerwienione; spojrzała na mnie z pod zapuchłych powiek. + +A więc to ona płakała wśród nocy; mąż wiedział o tem napewno. +Jednak zaprzeczył nam. Jaki miał w tem cel? Dlaczego ona płakała? + +Ten blady mężczyzna z czarną brodą wydawał mi się podejrzanym. On +pierwszy znalazł trupa sir Karola; o okolicznościach, towarzyszących +jego śmierci wiedzieliśmy tylko to, co Barrymore opowiadał. Zaczynałem +przypuszczać, że to on, Barrymore, ukrywał się w dorożce i śledził +sir Henryka. Broda była podobna. Wprawdzie według rysopisu dorożkarza, +rzekomy Sherlock Holmes był niższego wzrostu, lecz rysopisy bywają +niedokładne. + +Trzeba było tę rzecz sprawdzić. Ale w jaki sposób? Przedewszystkiem +należało dowiedzieć się od pocztmistrza w Grimpen, czy telegram został +oddany do własnych rąk Barrymora. + +Po południu sir Henryk chciał załatwić korespondencyę; mogłem udać +się do Grimpen. Był to spacer niedaleki, droga wiodła brzegiem +trzęsawiska. + +W Grimpen były tylko dwie murowane budowle: austerya i dom doktora +Mortimera. Pocztmistrz utrzymywał jednocześnie sklepik korzenny. + +-- Naturalnie -- odparł na moje pytanie -- depesza została wręczona +panu Barrymore, stosownie do życzenia. + +-- Kto ją wręczył? + +-- Mój chłopak. Słuchaj-no, James, wszak w zeszłym tygodniu oddałeś +telegram do rąk pana Barrymore w Baskerville-Hall? + +-- Tak, ojcze. + +-- Do rąk własnych? -- spytałem. + +-- Był wtedy na strychu, więc nie mogłem oddać mu do rąk, ale +wręczyłem depeszę jego żonie, która powiedziała, że ją zaraz +zaniesie mężowi. + +-- Czy widziałeś pana Barrymore? + +-- Nie, proszę pana; mówiłem już, że był na strychu. + +-- Jeżeliś go nie widział, to skądże wiesz, że był na strychu? + +-- Jego własna żona musiała chyba wiedzieć, gdzie się obraca -- +wtrącił pocztmistrz. -- Czyżby nie dostał depeszy? Jeżeli zaszła +pomyłka, niech sam Barrymore wniesie skargę. + +Na nicby się zdały dalsze pytania. Mimo wybiegu Holmesa, nie +pozyskaliśmy pewności, że Barrymore nie był wtedy w Londynie. On, +który ostatni widział sir Karola żywym, chciał może pierwszy zobaczyć +swego nowego pana. + +Ale jaki mógł mieć cel w prześladowaniu rodziny Baskerville? + +Przypomniała mi się dziwna przestroga, wycięta ze wstępnego artykułu +_Timesa_. Kto ją przesłał? On, czy też ktoś, kto chciał pokrzyżować +jego plany? + +Może kamerdyner chciał zabezpieczyć sobie w dalszym ciągu spokojne +i niezależne stanowisko w pałacu, w którym podczas nieobecności +właścicieli był prawdziwym panem?... + +Ale taki cel byłby niedostateczną pobudką do zbrodni. + +Sam Holmes powiadał, że nigdy jeszcze nie zdarzyła mu się sprawa +tak zawiła. Pragnąłem już jak najprędzej oddać ją w ręce mego +przyjaciela. + +Tok moich myśli został przerwany odgłosem kroków. Ktoś biegł za mną +i wołał mnie po nazwisku. + +Odwróciłem się, pewien, że ujrzę doktora Mortimer, lecz ku mojemu +zdziwieniu, zobaczyłem nieznajomego. + +Był to mężczyzna niewielkiego wzrostu, o twarzy wygolonej, o włosach +ciemnych, gładko przyczesanych; mógł mieć lat trzydzieści parę do +czterdziestu. Przez ramię zwieszała mu się puszka, w jednej ręce +niósł siatkę do łowienia owadów. + +-- Daruje mi pan moją natarczywość, doktorze Watson -- rzekł, +podbiegając do mnie zdyszany -- ale tu, na tych piaskach, żyjemy +bez ceremonii. Prezentacye odbywają się naturalnie. Słyszał pan już +o mnie od naszego wspólnego przyjaciela, doktora Mortimer. Jestem +Stapleton z Merripit House. + +-- Poznałbym pana po siatce -- odparłem, bo wiadomo mi, że pan +Stapleton jest naturalistą -- ale w jaki sposób pan mnie poznał? + +-- Byłem u Mortimera i pokazał mi pana przez okno. Ponieważ idę w tę +samą stronę, więc dogoniłem pana. Czy sir Henryk już wypoczął po +podróży? + +-- Najzupełniej. + +-- Obawialiśmy się tu wszyscy, że nowy baronet, po tragicznej śmierci +sir Karola, nie zechce zamieszkać tutaj. Spełnia ofiarę, zagrzebując +się w takiem ustroniu; ale okolica na tem zyska i powinna mu być +wdzięczna. Spodziewam się, że sir Henryk nie żywi przesądnych obaw? + +-- Jest na to zbyt rozumny. + +-- Ma się rozumieć, słyszałeś już pan legendę o psie, +prześladującym tę rodzinę? + +-- Słyszałem. + +-- To dziwna, jak tutejsi włościanie są łatwowierni: każdy z nich +gotów przysiądz, że widział psa na własne oczy. + +Pan Stapleton mówił to z uśmiechem, ale z oczu jego było widać, że +przywiązuje wiarę do tych pogłosek. + +-- Owa legenda oddziałała na wyobraźnię sir Karola -- ciągnął +dalej -- i pewien jestem, że sprowadziła śmierć nagłą. + +-- W jaki sposób? + +-- Sir Karol był tak zdenerwowany, że ukazanie się psa mogło go +zabić. Zdaje mi się, że ujrzał istotnie jakieś dziwne stworzenie +w Alei Wiązów... Obawiałem się zawsze anewryzmu serca, bo byłem +bardzo do niego przywiązany. + +-- Skąd pan wiedział o wadzie serca? + +-- Od mego przyjaciela, doktora Mortimer. + +-- Zatem sądzisz pan, że jakiś pies ścigał sir Karola i że biedak +zmarł skutkiem strachu? + +-- Czy pan znasz jaki inny powód śmierci? + +-- Dotychczas nie wyprowadzam wniosków. + +-- A pan Sherlock Holmes czy wyraził już swój pogląd na tę sprawę? + +Zdziwiło mnie takie pytanie. Można je było wziąć za zasadzkę, ale +twarz mówiącego była chłodna i obojętna, więc moje podejrzenia +musiały pierzchnąć. + +-- Nie dziw, że znam pańskie stosunki ze słynnym detektywem -- rzekł +pan Stapleton. -- Wszak wiadomo powszechnie, iż jesteście w przyjaźni +ze sobą. Gdy doktor Mortimer wymienił mi pańskie nazwisko; domyśliłem +się odrazu, że pan Sherlock Holmes wziął w swoje ręce tę sprawę +i że pan tu przybyłeś z jego ramienia. Rzecz naturalna, że chciałbym +się dowiedzieć, co pan Sherlock Holmes o tem myśli. + +-- Nie potrafię pana objaśnić w tym względzie. + +-- Czy zamierza odwiedzić naszą okolicę? + +-- Chwilowo nie może opuścić Londynu; ważniejsze sprawy pochłaniają +jego czas i uwagę. + +-- Szkoda wielka! Możeby wyświetlił tę tajemnicę... Gdybyś pan +potrzebował wskazówek, gotów jestem służyć. Może mi pan powie, +w jaki sposób zamierzasz pan prowadzić sprawę, a kto wie, czy +nie mógłbym udzielić panu pomocy... + +-- Przybyłem tu w odwiedziny do mego przyjaciela, sir Henryka, i nie +potrzebuję żadnej pomocy. + +-- Jesteś pan ostrożny. To się chwali! -- rzekł Stapleton -- a ja +zostałem ukarany za natręctwo i nie ponowię już propozycyi, uczynionej +ze szczerego serca i w najlepszej chęci. + +Doszliśmy do ścieżki, wiodącej przez piaski i trzęsawiska. Na prawo +sterczał odłam skały; po za nią, w pewnej odległości, unosił się +dym z komina. + +-- Ta ścieżka prowadzi do Merripit-House -- rzekł Stapleton. -- Może +mnie pan zechce zaszczycić swojemi odwiedzinami? + +Miałem ochotę odmówić ze względu na sir Henryka, ale przypomniałem +sobie, że jest zajęty korespondencyą; nie mogłem mu dopomódz, a +z drugiej strony, Holmes kazał mi poznawać sąsiedztwo. Więc przyjąłem +zaproszenie pana Stapleton i weszliśmy razem na ścieżkę. + +-- Dziwne to trzęsawisko -- mówił, wskazując mi olbrzymią +płaszczyznę, pokrytą piaskami i trawą -- dla nieoswojonego oka +wydaje się monotonnem i smutnem, ale kto się przyzwyczai do tych +fal piaszczystych; dla tego mają one urok nieprzeparty, a zawierają +tyle tajemnic!... + +-- Pan je zgłębiłeś? + +-- Mieszkam tu od lat dwóch zaledwie. Tutejsi mieszkańcy mogliby mnie +nazwać obcym przybyszem. Osiedliliśmy się tutaj wkrótce po przybyciu +sir Karola, ale moje upodobania przyrodnicze skłaniają mnie do +ciągłych wędrówek, to też poznałem każdą niemal piędź ziemi. +Sądzę, że nikt tutaj nie zna jej lepiej odemnie. + +-- Czy okolica jest tak trudną do poznania? + +-- Bardzo trudną. Widzisz pan, naprzykład, tę rozległą równinę na +północ, obramowaną wzgórzami. Czy dostrzegasz pan co niezwykłego? + +-- Widzę, że możnaby galopować po tej równinie. + +-- Wielu już przypłaciło życiem taką chętkę. Czy widzisz pan zielone +plamy, któremi usiana jest ta płaszczyzna? + +-- Są to zapewne kępki traw. + +Stapleton roześmiał się. + +-- To tak zwane Grimpen-Mire,[1] błota nieprzebyte. Jeden krok +fałszywy, a śmierć pewna. Niedalej, jak wczoraj, widziałem na własne +oczy, jak zapadł w nie młody źrebak. Pochłonęło go trzęsawisko. +Niebezpiecznie jest zapuszczać się tutaj nawet wśród letniej suszy, +ale podczas jesiennych roztopów miejsce to jest cmentarzem, a jednak +potrafię przejść i wrócić bezpiecznie przez sam środek bagna. Widzisz +pan?... znowu jakiś źrebiec ugrzązł w błocie... + +Istotnie dostrzegłem coś szamocącego się; po chwili wysunęła się +długa szyja i rozległ się okrzyk przeraźliwy. Drgnąłem. Mój +towarzysz był chłodniejszy odemnie. + +-- Już po nim! -- rzekł. -- Pochłonęło go bagno. Dwóch źrebców w dwa +dni! Niebezpiecznie zapuszczać się na te trzęsawiska. + +-- Pan jednak przebywa je bez szwanku? -- wtrąciłem. + +-- Tak; po długich wędrówkach znalazłem parę ścieżek bezpiecznych. + +-- Co panu zależało na przebyciu tych błot? + +-- Widzi pan te wzgórza woddali? To jak wyspy, odcięte od świata. +Rosną tam rzadkie krzewy i fruwają niezwykłe motyle. Warto się trudzić +po takie okazy. + +-- I ja spróbuję. + +Spojrzał na mnie ze zdziwieniem. + +-- Niechże pana Bóg strzeże od takich prób! Miałbym pańskie życie na +sumieniu! -- zawołał. -- Pan nie wróciłbyś z tej wycieczki. Mnie za +drogowskaz służą rośliny. + +-- Cóż to takiego?... -- zawołałem. + +Z oddali doleciało jakby szczekanie. Niepodobna było zmiarkować, skąd +płynie ten głos okropny. + +Stapleton spojrzał na mnie z zagadkowym wyrazem twarzy. + +-- Dziwne te bagna, prawda? -- rzekł jakby z dumą. + +-- Co to takiego? -- spytałem. + +-- Włościanie powiadają, że to pies Baskervillów upomina się +o zdobycz. Słyszałem ten głos parę razy, ale nigdy jeszcze tak +wyraźnie, jak dzisiaj. + +Dokoła nie było widać żadnego żywego stworzenia. + +-- Jesteś pan człowiekiem wykształconym. Wszak pan nie wierzysz +w przesądy? Jakże pan tłómaczy sobie te głosy? -- spytałem. + +-- Stwardniałe błoto, pękając, wydaje czasem takie jęki -- odparł. + +-- Nie, nie; to był głos żywego stworzenia. + +-- Czyś pan kiedy słyszał wabienie błotnego ptaka, zwanego bąkiem? + +-- Nie. + +-- To okaz, zaginiony już, ale przetrwał może tutaj. Wszystko możliwe +na takich bagnach. Nie zdziwiłbym się, gdyby ten głos był wabieniem +ostatniego bąka w Europie. + +-- Bądź co bądź, w życiu mojem nie słyszałem podobnego dźwięku. + +-- Tak, to pustkowie zawiera dużo dziwnych rzeczy. Spojrzyj pan na to +wzgórze. Co pan dostrzegasz? + +Cały stok był usiany okrągłemi, foremnemi kamieniami. + +-- Co to takiego? -- spytałem. + +-- To siedziby naszych czcigodnych przodków. Człowiek przedhistoryczny +zaludniał gęsto te bagna, a ponieważ od tych czasów nikt tu nie +mieszkał, ich jaskinie pozostały nietknięte. Widzi się tam łoża, +stołki, misy... + +-- Z jakiej epoki? + +-- Neolitycznej zapewne. + +-- Cóż ci ludzie robili? + +-- Paśli trzody na stokach gór, osuszali bagna, wyrabiali broń +i sprzęty z kamienia. Tak, to bagno jest ciekawą kartą dziejową. Ale +przepraszam pana... + +Stapleton urwał nagle i podążył za jakimś rzadkim okazem motyla. +Ścigał go zapamiętale, podskakiwał, kręcił się wkółko. + +Ubawiony tem przyrodniczem _intermezzo_, postanowiłem czekać na +rezultat pościgu. Wtem doleciał mnie znowu odgłos kroków. Obejrzałem +się i zobaczyłem kobietę, zdążającą ku mnie. + +Szła od strony Merripit-House. Domyśliłem się odrazu, że to jest miss +Stapleton, bom słyszał o jej niepospolitej urodzie. Jakoż nawet +w stolicy taka piękność musiałaby zwrócić uwagę a olśniewała +wprost na tem pustkowiu. Byłem tembardziej zdumiony, że miss +Stapleton stanowiła zupełny kontrast ze swoim bratem. O ile on +był blady, szczupły, o tyle ona wspaniale rozwinięta; o ile on +niepozorny, o tyle ona wytworną. On miał włosy i oczy szare, +płeć wyblakłą -- ona była brunetką tak silną, że podobnych nie +widuje się w Anglii. Miała rysy nadzwyczaj regularne, oczy ogniste, +usta prześlicznie wykrojone i płeć z gorącym rumieńcem. Wydawała +się, jakby cudownem, nadprzyrodzonem zjawiskiem na tle ponurego +krajobrazu. Oczy jej biegły niespokojnie za bratem, przyśpieszyła +kroku i zrównała się ze mną. Uchyliłem kapelusza i chciałem +się przedstawić, lecz nie dała mi dojść do słowa. + +-- Wyjeżdżaj pan stąd!... -- szepnęła. -- Wracaj natychmiast do +Londynu.... + +Spojrzałem na nią ze zdumieniem. Oczy jej pałały, nóżka uderzała +o ziemię. + +-- Po co mam wracać? -- zagadnąłem. + +-- Nie mogę panu tego wytłómaczyć -- odparła głosem przyciszonym -- +ale na miłość Boską, zastosuj się pan do mojej rady. Wyjedź pan stąd +i nigdy tu nie wracaj. + +-- Ależ ja zaledwie przyjechałem... + +-- Dlaczego pan nie chce zrozumieć, że ta przestroga ma pańskie dobro +na względzie? Raz jeszcze powtarzam: wracaj pan do Londynu zaraz, dziś +wieczorem. Opuść to strony. Cicho!... Mój brat nadchodzi. Nie mów mu +pan o tem ani słowa... Proszę mi zerwać parę storczyków z tej kępy +traw -- rzekła innym zupełnie głosem. -- Mamy dużo dzikich storczyków. +Lubię ten kwiat. + +Stapleton zaniechał pościgu i wracał zdyszany. + +-- Skądże się tu wzięłaś, Beryl? -- rzekł ostro. + +-- Widzę, że jesteś zmęczony -- zagadnęła. + +-- Tak, goniłem motyla. Piękny okaz; spotyka się go rzadko, zwłaszcza +na jesieni. + +Mówił to lekko, ale patrzał na siostrę badawczo i groźnie. + +-- Zapoznaliście się, państwo, jak widzę -- rzekł. -- Prezentacya już +zbyteczna. + +-- Tak; prosiłam właśnie sir Henryka, żeby zerwał dla mnie parę +storczyków. + +-- Więc bierzesz pana... + +-- Sadziłam, że to sir Henryk Baskerville -- wtrąciła. + +-- Pani się myli -- rzekłem. -- Jestem tylko jego przyjacielem. +Nazywam się Watson. + +Rumieniec oblał jej śliczną twarzyczkę. Była widocznie zmieszana. + +-- Zaszło nieporozumienie... -- rzekła. + +-- Nie mieliście przecież dużo czasu na rozmowę -- wtrącił jej brat, +przeszywając ją wzrokiem badawczym. + +-- Mówiłam do doktora Watson, jak do stałego mieszkańca tych stron, +nie zaś do gościa. Ale może pan zechce nas odwiedzić w Merripit-House? + +Przyjąłem zaproszenie. Droga była niedaleka, wiodła brzegiem łąki. +Dom, przerobiony widocznie ze starej fermy, wznosił się wśród drzew +niewielkich, otoczony był murowanym parkanom; wyglądał smutno +i ponuro. + +Otworzył nam drzwi stary, mrukliwy służący. Mieszkanie było obszerne, +w urządzeniu znać było rękę kobiecą. Patrząc przez okno na te bagna, +usiane kamieniami, zastanawiałem się, co mogło skłonić tak +wykształconego mężczyznę i tak piękną kobietę do obrania tutaj +siedziby. + +-- Dziwisz się pan zapewne, że rozpięliśmy tutaj namioty? -- rzekł +Stapleton, jakby w odpowiedzi namoje myśli. -- A jednak dobrze nam +i czujemy się szczęśliwi. Prawda, Beryl? + +-- Zupełnie szczęśliwi -- potwierdziła, bez zapału. + +-- Miałem szkołę w jednem z hrabstw północnych -- mówił Stapleton -- +ale ten rodzaj pracy nie odpowiadał mojemu temperamentowi, chociaż +obcowanie z dziećmi, urabianie ich umysłów, miało dla mnie dużo uroku. +Losy popchnęły mnie jednak na inną drogę. Wybuchła epidemia. Ofiarą +jej padło trzech chłopców z mojej szkoły; ucierpiała skutkiem tego na +opinii i nie mogła już utrzymać się dalej. Naraziło mnie to na dużą +stratę pieniężną; ale żal mi tylko zmarłych dzieci; dla siebie nie +żałuję tego, bo mam czas oddawać się moim ulubionym badaniom +i znalazłem tu obfite pole do studyów nad botaniką i zoologią. Siostra +dzieli moje upodobania przyrodnicze. Mówię to, żeby panu ułatwić +rozwiązanie zagadki, nad którą pan zastanawiał się, patrząc na +oparzeliska. + +-- Dziwiłem się istotnie, że państwo obrali tę okolicę, w której +pobyt musi być smutny, zwłaszcza dla pani. + +-- Jest mi tu dobrze -- oświadczyła. + +-- Mamy książki, mamy nasze zajęcia naukowe, zresztą mamy sąsiadów. +Doktor Mortimer jest człowiekiem uczonym w swoim zakresie, biedny sir +Karol był miłym towarzyszem. Widywaliśmy go często, i jego śmierć +była dla nas ciosem. Jak pan uważa, czy bez natręctwa, mógłbym +złożyć dziś wizytę sir Henrykowi? + +-- Jestem pewien, że będzie panu rad. + +-- A więc odwiedzę go popołudniu. Pragnąłbym, o ile możności, +uprzyjemnić mu pobyt w tych stronach, zanim przywyknie do ponurej +okolicy. Może pan zechce obejrzeć mój zbiór motyli? Sądzę, że niema +obfitszego w całej Anglii południowej. + +Nie mogłem przyjąć zaproszenia; pilno mi już było do mego towarzysza. +Balem się o niego, byłem mimowoli pod wrażeniem smutnego krajobrazu, +a zapewne i ostrzeżeń miss Stapleton, wypowiedzianych tak poważnie, +uroczyście niemal, że musiały osłaniać jakąś tajemnicę. To też, +mimo naglących zaprosin na śniadanie, pożegnałem rodzeństwo +i wracałem do dworu tą samą ścieżką. + +Musiała być jednak inna krótsza droga, bo zanim doszedłem do +gościńca, ku wielkiemu mojemu zdziwieniu ujrzałem miss Stapleton, +siedzącą na kamieniu przy drodze. + +-- Wybiegłam naprzód, aby pana tu spotkać, nie wzięłam nawet +kapelusza -- mówiła zdyszana. Chcę pana prosić, abyś zapomniał moje +słowa. Nie tyczyły się pana. + +-- Nie mogę ich zapomnieć, miss Stapleton -- odparłem. -- Jestem +przyjacielem sir Henryka, chodzi mi o jego bezpieczeństwo. Niechże mi +pani wytłómaczy, dlaczego radzisz mu pani opuścić te strony i wracać +do Londynu? + +-- To był kaprys kobiecy, doktorze Watson. Gdy mnie pan poznasz, +przekonasz się, że nie zawsze umiem wytłómaczyć pobudki moich słów +i czynów. + +-- Nie, nie, pamiętam, jak głos pani drżał, pamiętam, jak pani na mnie +patrzała z trwogą. Na miłość Boską, bądź ze mną szczera, miss +Stapleton. Od pierwszej chwili, gdym zawitał w te strony, czuję coś +złowróżbnego w powietrzu. Stąpamy jakby po owych zielonych kępach na +bagnie, lada chwila możemy w nich utonąć, a nikt nie chce nam wskazać, +gdzie jest niebezpieczeństwo. Powiedz mi pani, co znaczyły jej słowa, +a wzamian obiecuję, że je powtórzę sir Henrykowi. + +Na twarzy miss Stapleton odbiło się wahanie, ale trwało krótko. + +-- Przywiązujesz pan zbyt wielką wagę do moich słów -- odrzekła. +Oboje z bratem zmartwiliśmy się bardzo śmiercią sir Karola. +Odwiedzał nas często, mówił z przejęciem o klątwie, ciążącej +nad jego rodem. Nie dziw, że po jego tragicznej śmierci gotowa +byłam uwierzyć w słuszność jego obaw, a widząc jego spadkobiercę, +przedstawiciela tejże rodziny, uważałam sobie za obowiązek +przestrzedz go o możliwem niebezpieczeństwie. To był jedyny cel +moich słów. + +-- Ale na czem owe niebezpieczeństwo polega? + +-- Słyszałeś pan legendę o psie? + +-- Nie wierzę w te brednie. + +-- Ale ja wierzę. Jeżeli pan ma wpływ na sir Henryka, wywieź go pan +z tej okolicy. Świat szeroki. Dlaczego sir Henryk ma koniecznie mieszkać +tutaj, gdzie mu grozi niebezpieczeństwo? + +-- Dlatego właśnie, że grozi. Taki już jego charakter. Jeżeli pani nie +może przytoczyć mi ważniejszego powodu, to tym argumentem nie zdołam +go skłonić do opuszczenia Baskerville-Hall. + +-- Nie mogę przytoczyć innego powodu, bo żadnego innego nie znam. + +-- Jeszcze jedno pytanie, miss Stapleton. Jeżeli w słowach pani nie +było ukrytego znaczenia, to dlaczego nie chciałaś, aby je brat +usłyszał? + +-- Mój brat pragnie, żeby dwór był zamieszkany, bo sądzi, że +obecność właściciela jest konieczną dla dobra okolicy. Gniewałby +się na mnie, gdyby wiedział, że radzę sir Henrykowi opuścić te +strony. Spełniłam swój obowiązek i nic już więcej nie dodam. +Muszę wracać, bo brat domyśli się, żem rozmawiała z panem. Dowidzenia! + +Odeszła, pozostawiając mnie na pastwę obaw i niepokojów o sir +Henryka. + + + + +VIII. + +Pierwsze sprawozdanie doktora Watson. + + +Od owego punktu będę przepisywał moje własne listy do Sherlocka +Holmes, albowiem odtwarzają owe wypadki, myśli i podejrzenia z większą +dokładnością, niż moja pamięć. + + + _Baskerville-Hall, 13 października._ + +Kochany Holmes! Moje poprzednie listy i depesze powiadamiały cię +dokładnie i szczegółowo o wszystkiem, co się działo w tym ponurym +zakątku. + +Im dłużej tu bawię, tem bardziej czuję się smutny i zaniepokojony. +Te bagna rzucają cień na duszę. Zdaje mi się, żem się przeniósł +nietylko do innego kraju, ale i w inną epokę, że żyję w czasach +przedhistorycznych. + +Kamienne siedziby naszych przodków zasiewają gęsto oparzelisko, +i dziwić się należy, dlaczego oni osiedlali się w tych bagnach? +Przypuszczam, że to był szczep tchórzliwy, stroniący od wojowniczych +sąsiadów, a trzęsawisko było najpewniejszą przeciw nim warownią. + +Te hypotezy nie mają jednak nic wspólnego z mojem posłannictwem i nie +zaciekawią twojego praktycznego umysłu. Wiem, jak ci jest obojętnem, +czy ziemia obraca się dokoła słońca, czy też dzieje się odwrotnie. +Wracam do faktów, tyczących się sir Henryka Baskerville. + +Jeżeliś nie otrzymywał sprawozdań przez parę dni ostatnich, to tylko +dlatego, że do dziś nie było o czem pisać. Dzisiaj zdarzyła się +okoliczność niezwykła, lecz zanim ci ją opowiem, muszę cię obznajmiċ +z innemi stronami sytuacyi. + +Wspomniałem ci już o zbiegłym więźniu, który się ukrywa wśród +bagien. Według wszelkiego prawdopodobieństwa, opuścił już te +strony, co jest pożądanem dla mieszkańców, żyjących na pustkowiu. + +Dwa tygodnie już minęło od jego ucieczki, a dotychczas nikt go nie +widział i nikt o nim nie słyszał. Łatwo wprawdzie ukryć się na tem +trzęsawisku, usianem głazami, które służyły za schronienie +przedhistorycznemu człowiekowi, ale niema tam żadnego pożywienia; +sądzimy zatem, że uciekł, a okoliczni fermerzy zaczynają nabierać +otuchy. + +W pałacu jest nas czterech silnych mężczyzn; możnaby się obronić +w danym razie; ale przyznaję, żem się obawiał o Stapletonów. +Mieszkają na zupełnem pustkowiu, o parę mil od ludzkich siedzib, +trzymają tylko służącego i kucharkę. Brat jest wątły i niezbyt +silny, siostra, jakkolwiek rosła i dobrze zbudowana, nie mogłaby +stawić oporu takiemu zbójowi. Gdyby ich napadł, byliby na jego +łasce i niełasce. Sir Henryk jest o nich zatrwożony; dawał im na +wszelki wypadek _grooma_ Perkinsa, ale Stapleton odmówił stanowczo. + +Nasz baronet zaczyna interesować się żywo piękną sąsiadką. Nic +dziwnego, że wśród życia tak jednostajnego szuka rozrywki, a dziwić +się można tem mniej, że panna prześliczna. Jest w niej coś gorącego, +podzwrotnikowego; sprzeczność pomiędzy nią a chłodnym, brzydkim bratem +-- zdumiewająca. Chociaż i on robi wrażenie wulkanu, przysypanego +popiołami. Ma widocznie wielki wpływ na siostrę; zauważyłem, że miss +Beryl, mówiąc, spogląda wciąż na niego, jak gdyby szukała aprobaty. +On ma w oczach groźne błyski, a zacięte usta zdradzają naturę twardą +i nieubłaganą. Byłby ciekawem studyum dla ciebie. + +Złożył wizytę Baskervillowi nazajutrz po naszym przyjeździe, a zaraz +następnego poranku zaprowadził nas na miejsce, wsławione legendą +o okrutnym Hugonie. Jest to daleka, kilkomilowa wycieczka przez łąkę +i trzęsawiska, a miejsce samo tak ponure, że mogło natchnąć pomysłem +do krwawej legendy. Sterczą na niem dwa olbrzymie, spiczaste głazy; sir +Henryk był wzruszony i kilkakrotnie zapytywał Stapletona, czy doprawdy +wierzy w oddziaływanie sił nadprzyrodzonych na bieg naszego życia. + +Pytał wesoło, ale było widać, że bierze tę rzecz poważnie. Stapleton +był ostrożny w odpowiedziach, ale można było poznać, że powstrzymuje +się od wyrażenia swoich myśli ze względu na spokój baroneta. +Opowiedział nam kilka wypadków, w których starożytne rody były +prześladowane przez jakąś siłę nieczystą i zostawił nas pod +wrażeniem, że przywiązuje wiarę do owej legendy. + +Wracając z tej wycieczki, zaprosił nas na śniadanie do Merripit-House +i wtedy sir Henryk poznał miss Stapleton. Od pierwszej chwili zrobiła +na nim wielkie wrażenie, a jeśli się nie mylę, było zobopólne. Od +owego dnia, baronet bywa tam codzień. Dzisiaj zaprosił na obiad +rodzeństwo. Możnaby sądzić, że taki maryaż powinien być mile +widzianym przez Stapletona, jednak spostrzegam niezadowolenie na +jego twarzy, ilekroć sir Henryk zbliża się do jego siostry, lub +okazuje swój zachwyt. Tłómaczę to sobie egoistycznem przywiązaniem, +bo życie przyrodnika na tem pustkowiu byłoby jeszcze smutniejsze, +gdyby go nie opromieniała miss Beryl. Wątpię, czy Stapleton posunie +tak dalece egoizm, aby się sprzeciwić temu świetnemu małżeństwu, +choć widocznie nie życzy sobie zażyłości pomiędzy siostrą +a baronetem; parę razy przeszkadzał im w rozmowie sam na sam. + +Bądź co bądź, trudno mi będzie teraz spełnić twoje polecenie: abym +nigdy nie opuszczał sir Henryka. Sprzykrzyłbym mu się prędko, gdybym +chodził za nim, jak cień. + +Onegdaj, we czwartek, doktor Mortimer był u nas na śniadaniu. Przy +wykopaliskach w Long-Dawn udało mu się znaleźć czaszkę +przedhistorycznego człowieka. Jest uradowany. Trudno o większego +entuzyastę i maniaka. + +Po śniadaniu przybyli Stapletonowie. Na prośby sir Henryka, doktor +zaprowadził nas wszystkich do Alei Wiązów, aby nam pokazać, jak się +rzeczy miały owej nocy. + +Aleja jest długa, po obu stronach szerokie żywopłoty, za nimi -- +trawniki. Na końcu alei wznosi się letni domek, rodzaj altany. +W połowie drogi jest furtka, prowadząca na łąkę, za którą leży +trzęsawisko. Furtka jest drewniana, biała, ma klamkę i zasuwę. +Pamiętałem twoją hypotezę i starałem się odtworzyć w myśli +katastrofę. + +Stojąc przy tej furtce, biedny sir Karol ujrzał coś, co go tak +wystraszyło, że stracił przytomność i zaczął biedz prosto przed +siebie, aż mu tchu zbrakło i padł nieżywy z wycieńczenia i trwogi. +Uciekał liściastym tunelem. Co go wystraszyło? Pies zwyczajny, +pasterski, czy też jakieś stworzenie fantastyczne, widmowe? Była-li +w tem ręka ludzka, czy też moc nadprzyrodzona? Może blady Barrymore wie +o tem zdarzeniu daleko więcej, niż mówi? Jakiekolwiek jest rozwiązanie +zagadki, ostatniem jej słowem -- zbrodnia. + +Poznałem jeszcze jednego sąsiada, pana Frankland z Lafter Hall. +Mieszka o cztery mile od nas. Jest to człowiek niemłody, siwy, +temperamentu cholerycznego, zawołany pieniacz; pół majątku stracił na +procesy. Nie chodzi mu o przedmiot sporny, lecz o sam proces. Czasami +zamyka drogę publiczną i zmusza gminę do pozywania go przed sądy. +Innym razem wdziera się w drogę prywatną, dowodząc, że służyła +dawniej do publicznego użytku. Zna wszystkie prawa obyczajowe, +niekiedy używa swych wiadomości na korzyść włościan z Fernworthy, +a czasem przeciwko nim; bywa niesiony w tryumfie przez wieś, lub +palony _in effigie_, stosownie do swej działalności. + +Ma obecnie siedem procesów, które zapewne pochłoną resztę jego +fortuny. + +Po za tą manią wydaje się dobrodusznym, poczciwym staruszkiem; +wspominam o nim dlatego tylko, żeś mi polecił opisywać ci wszystkie +osoby, które spotykam i o których słyszę. + +Obecnie pan Frankland ma nowa rozrywkę: przez wyborny teleskop, dniami +całemi z dachu swego domu wypatruje zbiegłego więźnia. Gdybyż tylko na +tem poprzestał! ale on chce podobno wytoczyć proces doktorowi +Mortimer za otwarcie grobu przedhistorycznego bez pozwolenia potomków, +a to skutkiem... czaszki z epoki neolitycznej, odgrzebanej +w Long-Dawn. Bądź co bądź urozmaica nam jednostajność życia +i wprowadza do niego trochę komicznego pierwiastku. + +A teraz, doniosłszy ci o zbiegłym więźniu, opisawszy ci rodzeństwo +Stapleton, doktora Mortimer i pana Frankland z Lafter-Hall, powiem ci +coś bardzo ciekawego o Barrymorze i o niezwykłych zdarzeniach zeszłej +nocy. + +Naprzód słówko o telegramie, któryś wysłał z Londynu, a który +miał nam służyć za dowód obecności Barrymora w pałacu. + +Donosiłem ci już, że, sądząc ze słów pocztmistrza, doszedłem do +przekonania, iż ta próba niczego nie dowiodła. Mówiłem o tem sir +Henrykowi, a on, ze zwykłą sobie szczerością, wezwał Barrymora +i zapytał go, czy dostał telegram. Barrymore odpowiedział twierdząco. + +-- Czy chłopiec oddał ci go do rąk? -- pytał sir Henryk. + +Barrymore spojrzał ze zdziwieniem. + +-- Nie -- odparł po namyśle -- byłem wtedy na strychu, ale moja żona +odniosła mi zaraz depeszę. + +-- Czyś odpowiedział na nią sam? + +-- Prosiłem żony, żeby mnie wyręczyła. + +Po obiedzie wszczął znowu tę sprawę z własnego impulsu. + +-- Nie rozumiałem, dlaczego mnie jaśnie pan pytał o ów telegram -- +rzekł. -- Czy zrobiłem co niewłaściwego? + +Sir Henryk uspokoił go w tym względzie i ofiarował mu część swojej +garderoby, ponieważ nadeszły już garnitury, obstalowane w Londynie. + +Mrs. Barrymore zaciekawia mnie. Jest to niewiasta gruba, ociężała, +poważna, wygląda na purytankę. Trudno sobie wyobrazić osobę mniej +wrażliwą, a jednak opowiedziałem ci już, żem słyszał wyraźnie jej +płacz pierwszej nocy naszego pobytu w Baskerville-Hall; potem +widziałem nieraz ślady łez na jej twarzy. Musi mieć jakoś wielką +zgryzotę. Czasami zastanawiam się, czy jej nie trapią wyrzuty +sumienia, a chwilami posądzam Barrymora, iż jest tyranem. + +Zauważyłem w nim odrazu coś niezwykłego; ale to, com widział zeszłej +nocy, utrwala mnie w najgorszych posądzeniach. + +A jednak sam fakt może się wydać błahym. + +Wiesz, że mam sen lekki, a od chwili, gdym tu przybył w charakterze +anioła-stróża, sypiam z otwartemi oczyma, jak zając. + +Otóż wczorajszej nocy, około drugiej, obudził mnie odgłos kroków, +przechodzących obok mojego pokoju. Wstałem, uchyliłem drzwi +i wyjrzałem. Po korytarzu sunął długi cień, rzucany przez +mężczyznę, zakradającego się na palcach ze świecą w ręku. Był +w koszuli i spodniach, szedł boso, powoli i bardzo ostrożnie, +w całem jego zachowaniu było coś tajemniczego. + +Korytarz przecięty jest balkonem, znajdującym się nad główną sienią +i portykiem, ale biegnie dalej po jego drugiej stronie. Gdym stanął przy +balkonie, ów cień dotarł już był do drugiego końca korytarza; po +blasku światła zmiarkowałem, że wszedł do jednego z przyległych +pokojów. + +Ponieważ wszystkie te pokoje są nieumeblowane, przeto cel wędrówki +stawał się jeszcze bardziej zagadkowym. Światło błyszczało stale +w jednym punkcie. Zajrzałem do tego pokoju przez drzwi uchylone. + +Barrymore stał pod oknem i trzymał świecę przy samej szybie. Zwrócony +był do mnie profilem; widziałem na jego twarzy wyczekiwanie +i niepokój. Przez chwilę stał nieruchomo, wreszcie coś mruknął, +machnął ręką i świecę odstawił. + +Uciekłem do mego pokoju. Niebawem doleciały mnie znowu ciche kroki. +Barrymore wracał. + +Przez długi czas nie mogłem się uspokoić, tysiączne myśli +i podejrzenia przelatywały mi po głowie. Już w pół-śnie usłyszałem +zgrzyt klucza we drzwiach, ale nie mogłem umiarkować, w których. + +Co to wszystko znaczy -- nie wiem, lecz w każdym razie dzieją się +w tym domu rzeczy dziwne, nie rokujące nic dobrego. Wcześniej, czy +później, wyświetlimy zagadkę. Nie chcę cię bałamucić mojemi +przypuszczeniami, albowiem żądasz tylko faktów. + +Miałem dziś rano długą rozmowę z sir Henrykiem i obmyśliliśmy plan +kampanii. Znajdziesz go w moim następnym liście. + + + + +IX. + +(Drugie sprawozdanie doktora Watsona). + +Światło na bagnie. + + + _Baskerville-Hall, 15 października._ + + +Kochany Holmes! + +Pozostawiłem cię wprawdzie długo bez wiadomości, za to dziś pragnę +cię odszkodować. + +Fakty następowały tak szybko po sobie, że trudno było je spisywać. +Donosiłem ci, żem widział Barrymora, zakradającego się po nocy ze +światłem w ręce do pustego pokoju. Teraz mam całą wiązankę nowin. +Rzeczy wzięły obrót niespodziewany, w ciągu dwu dni ostatnich +wyświetliła się niejedna zagadka, a inne zaciemniły się jeszcze +bardziej. Sam osądź. + +Nazajutrz, przed śniadaniem, poszedłem do pustego pokoju, nawiedzonego +przez Barrymora nocy ubiegłej. Okno, przez które przechodził, +wychodziło na zachód i odznaczało się tem od innych, że był z niego +najbliższy widok na bagno. Jest tam puste miejsce pomiędzy dwoma +drzewami, przez które widać zblizka łąkę i oparzelisko, wówczas, gdy +z innych okien widok na nie jest dalszy i zasłoniony. + +Czyżby Barrymore upatrywał kogoś lub czegoś na bagnie? Noc była tak +ciemna, że przy najlepszym wzroku niepodobna było nic dojrzeć. Więc +jakiż był cel tych obserwacyj? + +W pierwszej chwili sądziłem, że to intryga miłosna. Dlatego zakradał +się boso, dlatego był niespokojny. Barrymore jest niezwykle pięknym +mężczyzną i może mieć powodzenie u kobiet -- ta hypoteza wydała mi +się prawdopodobną. Zgrzyt klucza w zamku świadczył może o potajemnem +wyjściu na schadzkę. + +Takie wysnuwałem wnioski; opowiadam ci je, chociaż rezultat wykazał +ich bezpodstawność. + +Sądząc, że nie mam prawa zachowywać ich dla siebie, zwierzyłem się +z nich przed sir Henrykiem, opowiedziawszy mu wpierw, com widział. Był +mniej zdziwiony, niż mogłem przypuszczać. + +-- Wiem, że Barrymore chodzi po nocy -- oświadczył. -- Kilka razy +słyszałem jego kroki w korytarzu o jednej i tej samej godzinie. + +-- Więc może co nocy chodzi do okna? + +-- Może. W takim razie schwytamy go na gorącym uczynku i przekonamy +się o celu jego wędrówek. Ciekaw też jestem, jakby postąpił Holmes na +naszem miejscu? + +-- Sądzę, że zrobiłby to samo, co pan zamierzasz -- odparłem. -- Boję +się tylko, aby Barrymore nie usłyszał naszych kroków. + +-- Ma słuch tępy; zauważyłem to już nieraz. Zatem dziś wieczorem +zaczaimy się w moim pokoju. + +Sir Karol był rad widocznie; ta nowa wyprawa była urozmaiceniem +nudnego życia. + +W pałacu panował ruch gorączkowy. Baronet sprowadził architekta +z Londynu, zaś z Plymouth -- stolarzy i dekoratorów; nie szczędził +kosztów, aby przywrócić dawny blask siedzibie swoich przodków. + +Skoro pałac zostanie urządzony, brak w nim będzie tylko -- pięknej +pani domu. + +Między nami mówiąc, łatwo domyślam się, kto mógłby zająć to +miejsce. Baronet zakochany po uszy w naszej pięknej sąsiadce, +miss Stapleton. + +Lecz na drodze tej miłości istnieją przeszkody. Niedalej, jak dziś, +sir Henryk miał przykrą niespodziankę. + +Po naszej rozmowie o Barrymorze, wziął czapkę i wyszedł. Ja za nim. + +-- Towarzyszysz mi, Watson?... -- zapytał z widocznym niezadowoleniem. + +-- To zależy od tego, dokąd pan idzie; jeżeli na łąkę i bagno, +pójdę z panem. + +-- Właśnie tam podążam. + +-- Wszak pan wie, co mi polecił Holmes... Przykro mi, że się panu +narzucam, ale nie mogę puścić pana samego na trzęsawiska. + +Sir Henryk położył mi rękę na ramieniu. + +-- Mój drogi -- rzekł z uśmiechom -- Sherlock Holmes, pomimo swej +przenikliwości, nie przewidział tego, co wynikło od czasu, jak +zamieszkałem nad bagnem. Wszak mnie rozumiesz?... I jestem pewien, że +nie zechcesz przeszkadzać mi w takiej chwili. + +Byłem w trudnem położeniu, a gdym tak stał zafrasowany, mój towarzysz +odwrócił się i poszedł przez łąkę. + +Czyniłem sobie wyrzuty, że go pozostawiam własnemu losowi. A nuż go +spotka nieszczęście!... + +Na samą myśl o tem, krew uderzyła mi do głowy. + +Może jeszcze nie zapóźno, może zdołam go dogonić... + +Podążyłem w kierunku, w którym sir Henryk odszedł, ale nic mogłem go +dostrzedz, aż wreszcie ukazał mi się na zakręcie drogi, tam, gdzie +ścieżka, wiodąca przez trzęsawisko, odbiega od gościńca. + +Skręciłem w bok, i zamiast iść za nim, wspiąłem się na mały +pagórek, skąd było widać całą równinę. Ukrywszy się za skałą, +śledziłem jego kroki. + +Uszedł ścieżką dobre pół mili, gdy nagle zobaczyłem zbliżającą +się ku niemu pannę Stapleton. + +A więc to była schadzka umówiona... + +Przywitawszy się, szli dalej, bardzo wolno; z poruszenia rąk +miarkowałem, że miss Beryl o coś go prosi. + +Namyślałem się, co robić. Wstrętnym jest szpiegować przyjaciela; +w danych okolicznościach było to moim obowiązkiem; lecz gdyby mu +groziło niebezpieczeństwo, byłem zadaleko, aby nieść pomoc. Więc +cóż począć? Wahałem się między poczuciem delikatności a obowiązku. + +Tymczasem sir Henryk i jego towarzyszka stanęli na ścieżce. Rozmawiali +bardzo żywo. Nagle spostrzegłem, że nie ja jeden jestem świadkiem ich +spotkania. Ujrzałem coś zielonego, zawieszonego w powietrzu. +Przyjrzawszy się, zobaczyłem, że to siatka na motyle. + +Szedł Stapleton. Był daleko bliżej od młodej pary, niż ją i widocznie +podążał ku niej. + +Wtem sir Henryk objął wpół miss Stapleton; zdawało mi się, że ona +broni się od uścisku. Pochylił się nad nią, chciał ją pocałować -- +zasłoniła się ręką. + +Nagle odskoczyli od siebie. Spłoszył ich Stapleton. Pędził co tchu, +wymachiwał rękoma, a gdy się z nimi zrównał -- tupał nogami i zapewne +krzyczał i robił wymówki sir Henrykowi. Ten widocznie usprawiedliwiał +się. + +Wreszcie Stapleton skinął na siostrę, która po chwili wahania poszła +za nim, rzuciwszy spojrzenie baronetowi. + +On stał długo, jak wryty, wreszcie odszedł krokiem powolnym, z głową +zwieszoną. + +Co to wszystko znaczyło? Nie mogłem pojąć, lecz byłem wzburzony +widokiem tej sceny. Zbiegłem ze wzgórza i spotkałem się z sir +Henrykiem. + +-- Watson! -- zawołał. -- Skądże się tu wziąłeś? Czyżbyś mnie +śledził wbrew mojej woli? + +Wyznałem mu prawdę. W pierwszej chwili oczy zapałały mu gniewem, +lecz rozbroiła go widocznie moja szczerość; koniec końców -- +roześmiał się. + +-- Możnaby sądzić, że takie pustkowie sprzyja samotności, a jednak -- +mówił żartobliwie -- niepodobna konkurować bez świadków... Smutne to +zresztą konkury. Gdzieżeś się ukrywał? + +-- Za temi skałami, na wzgórzu. + +-- Czy widziałeś, z której strony jej brat przyszedł? + +-- Z przeciwnej. + +-- Czy on robi na tobie wrażenie waryata? + +-- Nie. + +-- Od pierwszej chwili wydał mi się nienormalnym, a teraz gotów jestem +przypuścić, że mnie, albo jemu braknie piątej klepki. Słuchaj, Watson: +żyjesz już ze mną parę tygodni, powiedz mi szczerze, czyś nie +spostrzegł we mnie jakiego umysłowego zboczenia? Jak znajdujesz: czy +mógłbym być dobrym mężem dla kobiety ukochanej? + +-- Zdaje mi się, że najlepszym. + +-- Wszak on nic nie może zarzucić mojemu stanowisku społecznemu. Więc +cóż ma przeciwko mojej osobie? Nie skrzywdziłem nikogo, żyłem +uczciwie. A jednak nie pozwala mi dotknąć bodaj końca jej paluszków. + +-- Czy wręcz zabronił? + +-- Tak, i powiedział mi wiele innych przykrych rzeczy. Mówię ci, +Watson, choć znam ją od paru tygodni, czuję, że z żadną kobietą nie +byłbym tak szczęśliwy, jak z nią; a zdaje mi się, że i ona odpłaca +mi wzajemnością. W oczach kobiety bywają błyski, wymowniejsze od +słów. Ale ten nieznośny brat nie pozwala nam się porozumieć. Dziś +po raz pierwszy zdarzyła mi się sposobność widzieć ją sam na sam. +Cieszyło ją to widocznie, choć nie chciała słuchać moich wynurzeń +miłosnych. Wracała wciąż do jednego przedmiotu, ostrzegając mnie +o grożącem niebezpieczeństwie i dowodząc, że póty nie będzie miała +spokoju, dopóki ja tych stron nie opuszczę. Powiedziałem jej, że +nie pilno mi odjeżdżać, skoro ona tu przebywa, i że jeśli dba +istotnie o moje bezpieczeństwo, to opuści tę okolicę wraz ze mną, +i prosiłem o jej rękę. Zanim jednak zdążyła mi odpowiedzieć, +ten jej utrapiony brat wpadł między nas, jak kula. Był blady +z gniewu, trząsł się, a z jasnych oczu padały pioruny. + +Jak śmiałem przemawiać w ten sposób do jego siostry? -- wołał. -- Czy +dlatego, że jestem baronetem, to wszystko mi wolno?... + +Tłómaczyłem mu, że nie potrzebuję wstydzić się moich uczuć dla miss +Beryl i że mam nadzieję, iż zaszczyci mnie swoją ręką. + +Nie polepszyło to sprawy. Stapleton rozwścieczył się na dobre. I mnie +zbrakło cierpliwości. Odpowiedziałem mu, za ostro ze względu na jej +obecność. + +Skończyło się na tem, że on odszedł z siostrą, a ja powracam, jak +niepyszny. Wytłómacz mi, co to znaczy, a będę ci wdzięczny do +śmierci. + +Dawałem kilka wyjaśnień, ale nie zadowoliły sir Henryka, bo istotnie, +co można mu zarzucić? + +Przemawia za nim tytuł, fortuna, charakter, wiek i uroda. Jedyny +zarzut, jaki możnaby mu czynić -- to, że fatalizm ściga jego rodzinę. +Ale Stapleton, jako człowiek uczony, nie powinienby przywiązywać wagi +do przesądów. + +To też nie pojmuję, dlaczego odrzuca jego zabiegi, nie pytając nawet, +czy siostra jest mu przychylna, a dziwi mnie nadto, że ona słucha go +ślepo. + +Nasze domysły na ten temat przerwał sam Stapleton, który przybył po +południu, aby przeprosić baroneta za swoją porywczość. + +Po długiej rozmowie sam na sam z sir Henrykiem w jego gabinecie, +wyszli pogodzeni. Dla przypieczętowania zgody, zaprosił nas na obiad +do Merripit-House. + +-- Dziwny to człowiek -- rzekł do mnie sir Henryk po jego odejściu. -- +Nie mogę zapomnieć wzroku, jakim mnie piorunował dziś rano, ale mimo +to muszę przyznać, że teraz znalazł się przyzwoicie. + +-- Czy wytłómaczył swe postąpienie? + +-- Mówił, że siostra jest mu wszystkiem na świecie. Żyli zawsze razem, +ona mu była jedynym towarzyszem. Sama myśl o utraceniu jej doprowadza +go do rozpaczy. Nie spostrzegł mojej skłonności ku Beryl, a gdy ją +ujrzał w moich objęciach, ogarnął go taki gniew samolubny, że stracił +przytomność i nie odpowiada za swoje słowa i czyny. Przepraszał +jednak i uznawał, że byłoby szaleństwem chcieć zatrzymać przy sobie +kobietę tak piękną, jak jego siostra. Jeżeli ma go opuścić, to on, +Stapleton, woli, żeby poślubiła sąsiada, mieszkającego tak blizko, +niż kogokolwiek innego. Ale musi oswoić się z tą myślą. Gotów jest +mi przyrzec jej rękę, jeżeli wzamian zobowiążę się słowem honoru, +że przez trzy miesiące nie wspomnę jej o miłości, nie będę starał +się widywać jej sam na sam i zadowolę się zwykłym stosunkiem +towarzyskim. Obiecałem mu to solennie i rzeczy na tem stanęły. + +A więc jedna z tajemnic już wyjaśniona. Uczuliśmy grunt pod nogami +w bagnie, po którem błądzimy poomacku. + +Wiemy już teraz, dlaczego Stapleton patrzał niechętnie na konkurenta +siostry; chociaż ten konkurent jest jedną z pierwszych partyj w kraju. + +A teraz przechodzę do innej nici, którą wyciągnąłem ze splątanego +motka -- do przyczyny łez pani Barrymore i tajemniczych nocnych +wędrówek jej męża. + +Powinszuj mi, Holmes, i przyznaj, że nie zawiodłem twego zaufania. Ta +zagadka została wyjaśniona w jedną noc. + +Napisałem: „w jedną noc”, właściwie jednak stało się to w ciągu +dwóch nocy, albowiem pierwsze próby chybiły. + +Siedziałem z sir Henrykiem w jego pokoju do trzeciej zrana, ale nie +doleciał nas żaden inny szmer, oprócz głosu zegaru. Wreszcie +usnęliśmy obaj na krzesłach. + +Niezrażeni tem, postanowiliśmy próbę ponowić. Następnej nocy +zgasiliśmy lampkę, i zapaliwszy papierosy, czekaliśmy, co będzie +dalej. + +Godziny wlokły się powoli. Wybiła pierwsza, druga; już nas sen morzył, +gdy nagle obaj wyprostowaliśmy się na krzesłach. Doleciał nas odgłos +kroków. + +Zakradały się cichutko i wreszcie umilkły w oddali. Wtedy baronet +drzwi otworzył i wyszliśmy na palcach. + +Barrymore minął już galeryę, korytarz był pogrążony w ciemnościach. + +Doszliśmy na palcach do drugiego skrzydła w chwili, gdy kamerdyner +wsuwał się do pokoju, na końcu korytarza. Zamknął drzwi za sobą. +Podsunęliśmy się cichutko, stąpając ostrożnie, w obawie, aby nas nie +zdradziło skrzypnięcie podłogi. Zajrzeliśmy przez dziurkę od klucza. +Barrymore stał przy oknie ze świecą w ręku. + +Nie ułożyliśmy planu kampanii, ale baronet uważa prostą drogę za +najkrótszą i najwłaściwszą. Nie namyślając się, wszedł do pokoju. +Barrymore odskoczył od okna. + +-- Co ty tu robisz? -- zapytał go sir Henryk. + +-- Nic, proszę pana. + +Był tak wystraszony, że świeca podskakiwała mu w ręku. + +-- Przyszedłem zobaczyć, czy okno zamknięte... Zamykam codzień +wszystkie okna, żeby się złodziej nie zakradł. + +-- Tak, zwłaszcza tutaj, na... drugie piętro. Słuchaj, Barrymore -- +rzekł -- postanowiliśmy obaj zmusić cię do powiedzenia prawdy. Im +prędzej ją wyznasz, tem lepiej dla ciebie. Dość tych kłamstw. Gadaj! +Coś tu robił? + +Spojrzał na nas z rozpaczą, załamał ręce bezradnie. + +-- Nie robiłem nic złego -- szepnął. -- Trzymałem świecę w oknie. + +-- A dlaczego ją trzymałeś? + +-- Niech mnie pan o to nie pyta. Daję panu słowo honoru, że to cudza +tajemnica. Nie mogę jej wyjawić. Gdyby chodziło tylko o mnie, +wyznałbym panu całą prawdę. + +Błysnęła mi nagła myśl. Wziąłem świecę, którą Barrymore +postawił był na oknie. + +-- To zapewne sygnał umówiony -- rzekłem. -- Zobaczmy, jaka będzie +odpowiedź. + +Podniosłem świecę w górę i trzymałem ją tak, jak on przed naszem +wejściem. Pomimo ciemności, bo księżyc był zasłonięty chmurami, +widać było drzewa, a dalej łąkę. Wtem zobaczyłem blade światełko +na bagnie. + +-- Jest sygnał! -- zawołałem. + +-- Nie, proszę pana, to nic nie znaczy -- przerwał mi Barrymore. -- +Upewniam pana, że to przypadkowe. + +-- Poruszaj świecą, Watson -- zawołał baronet. -- Widzisz? I tamto +światło rusza się... Czy i teraz, łotrze, będziesz przeczył, że +dawaliście sobie sygnały?... Chodź-no tutaj. Mów, kto jest twoim +wspólnikiem i jaki knujecie spisek? + +Twarz kamerdynera pociemniała od tłumionego gniewu. + +-- Nie powiem! -- oświadczył butnie. -- To moja rzecz, nie pańska. + +-- W takim razie wynoś się zaraz z mego domu! + +-- Dobrze. Jeśli trzeba, to trudno. + +-- I żebyś mi się nie pokazywał na oczy! To wstyd, hańba!... Twoja +rodzina służyła mojej przez kilka pokoleń, a ty knujesz przeciwko mnie +spiski?... + +-- Nie, nie przeciw panu. + +Słowa te były wypowiedziane głosem kobiecym. Na progu stała pani +Barrymore, jeszcze bledsza od męża. + +-- Wynosimy się stąd, Elizo -- oznajmił jej kamerdyner. -- Pakuj nasze +rzeczy. + +-- O, John! John! Ja cię zgubiłam!... To wszystko moja wina, sir +Henryku, moja wyłącznie... On nie winien. Robił to dla mnie, bo go +o to prosiłam. + +-- Mów pani, wytłómacz, co to znaczy? -- zawołał sir Henryk. + +-- Mój nieszczęsny brat umiera z głodu, tam, na bagnie... Nie możemy +go opuścić... To światło jest sygnałem, że przygotowaliśmy dla niego +pożywienie... a tamto światełko wskazuje, gdzie mamy je przynieść... + +-- A więc brat pani jest... + +-- Zbiegłym więźniem... mordercą... Seldon. + +-- To prawda -- przytwierdził Barrymore. -- Mówiłem, że tajemnica nie +moja i że nie mam prawa jej zdradzić. Ale teraz sir Henryk przekonał +się, że to nie był spisek przeciw niemu... + +Takie jest zatem wyjaśnienie nocnych wędrówek i światła w oknie. + +Sir Henryk i ja patrzaliśmy na tę kobietę ze zdumieniem. Czyż podobna, +aby osoba tak przyzwoita i poważna miała w swoich żyłach tę samą +krew, co słynny zbrodniarz?... + +-- Tak, panie -- mówiła jakby w odpowiedzi na nasze myśli. -- Moje +panieńskie nazwisko było Seldon, a to mój brat młodszy... Psuliśmy +go za jego lat dziecinnych, wszystko mu było wolno, więc nabrał +przekonania, że świat istnieje dla jego przyjemności... Gdy dorósł, +wdał się w złe towarzystwo, zaczął hulać i jeszcze gorzej... +Wpędził naszą biedną matkę do grobu, a nasze nazwisko błotem +obryzgał. Upadał coraz niżej, wreszcie spełnił tę ostatnią +zbrodnię... Ale dla mnie jest on zawsze małym chłopaczkiem +z jasnymi kędziorami, którego niańczyłam, jako starsza siostra. +Dlatego uciekł z więzienia. Wiedział, że ja tu jestem i że mu +nie odmówię pomocy... Przywlókł się do nas, wycieńczony, +zgłodniały, ścigany przez policyę. Cóż miałam począć?... +Wzięliśmy go, zamknęli na strychu, żywiliśmy go, przyodziali. +Po powrocie jaśnie pana, brat sądził, że będzie bezpieczniejszy +na bagnie, i tam się ukrywa. Z dnia na dzień spodziewaliśmy +się, że opuści te strony, lecz dopóki tu jest, my nie możemy +go opuścić. Jeżeli kto zawinił, to ja, nie mój mąż; on go +ukrywał i żywił, przez wzgląd na mnie... + +W głosie jej była szczerość. + +-- Czy to prawda, Barrymore?... -- zapytał sir Henryk. + +-- Tak, panie, święta prawda. + +-- Ha! nie mogę mieć ci za złe, żeś uległ prośbom żony. Wracajcie +oboje do waszego pokoju. Pomówimy o tem jutro. + +Wyjrzeliśmy znowu przez okno. Sir Henryk otworzył je; chłodny wiatr +smagnął nas po twarzach. Daleko na bagnie, płonęło blade światełko. + +-- Dziwna rzecz, że on nie boi się zdradzać swej obecności... -- rzekł +baronet. + +-- Może tak światło umieścił, że widać je tylko z tego punktu. + +-- Jak ci się zdaje: czy to stąd daleko? + +-- Półtorej mili, dwie najwyżej. O ile mogę zmiarkować, jest to +w pobliżu Cleft-Tor. + +-- Nie musi to być daleko, jeśli Barrymore codzień zanosi tam +żywność. Słuchaj, Watson, schwytam tego łotra! + +I mnie ta sama myśl przeszła przez głowy. Wszak Barrymore nie wyjawił +nam tajemnicy dobrowolnie, lecz pod naciskiem; nie byliśmy więc +zobowiązani do sekretu, a to tembardziej, że chodziło o łotra, wobec +którego ustawały wszelkie względy współczucia. Obowiązkiem naszym +było oddać go w ręce sprawiedliwości, uniemożliwić mu dalsze +zbrodnie. Gdybyśmy go oszczędzili, mogliby to przypłacić życiem +sąsiedzi, Stapletonowie naprzykład. + +Niepokój o nich wpływał zapewne na to postanowienie sir Henryka. + +-- Pójdę z tobą -- oświadczyłem. + +-- A zatem bierz rewolwer i wdziewaj buty -- (byliśmy obaj boso, żeby +ciszej stąpać). -- Im wcześniej wyruszymy, tem lepiej. Łotr może lada +chwila zgasić światło i nie odszukamy go po nocy. + +W pięć minut byliśmy już gotowi i wyruszyliśmy na ową niebezpieczną +ekspedycyę. + +Noc była pochmurna, wilgotna, od czasu do czasu księżyc wyłaniał się +z po za chmur, a gdyśmy doszli do bagna, począł kropić drobny deszczyk. + +Światło wciąż płonęło. + +-- Czy masz rewolwer? -- spytałem. + +-- Mam nóż myśliwski -- odparł sir Henryk. + +-- Musimy wpaść na niego znienacka, bo mówią, że silny, jak lew. +Powalimy go, zanim zdoła stawić nam opór. + +-- Ciekaw jestem, coby też Holmes powiedział na naszą wyprawę -- rzekł +baronet. -- To godzina duchów; grasują teraz po bagnie... -- dodał +nawpół żartobliwie. + +Jakby w odpowiedzi na te słowa, po trzęsawisku rozległ się ów głos +przeraźliwy, który już raz słyszałem w pobliżu Grimpen-Mire. Wiatr +niósł go wśród nocnej ciszy; z początku było to ciche warczenie, +niebawem przeszło w straszne wycie. Baronet zbladł i chwycił się +mojego rękawa. + +-- Na miłość Boską, co to takiego, Watson? -- spytał szeptem. + +-- Nie wiem. Podobno ten głos rozlega się często po bagnie -- +odparłem. -- Już go raz słyszałem. + +Zaległa znowu cisza, przerażająca, złowroga. Staliśmy, nasłuchując, +ale żaden dźwięk nie wpadł nam w ucho. + +-- Watson... -- szepnął baronet -- to było szczekanie psa!... + +W jego głosie brzmiał strach tłumiony. + +-- Jakże okoliczni mieszkańcy tłómaczą sobie to przeraźliwe wycie? -- +zapytał. + +-- Ktoby tam uważał na to, co mówią ludzie prości. + +-- Powiedz mi jednak, co mówią? + +Zawahałem się. + +-- Powiadają, że to szczekanie psa Baskervillów -- odparłem. + +Milczał długo. + +-- Tak, to był pies -- rzekł wreszcie. -- Szczekał bardzo daleko, +w stronie Grimpen-Mire... + +-- Trudno określić, skąd głos dolatywał. + +-- Powiadam ci, że stamtąd, Watson. A ty jak sądzisz? Czy to było +szczekanie?... Nie jestem dzieckiem. Możesz mi prawdę powiedzieć. + +-- Po raz pierwszy słyszałem ten głos, idąc ze Stapletonem. +Tłómaczył mi, że to wabienie rzadkiego ptaka. + +-- Nie, nie, to był pies. Czyżby istotnie legenda została osnuta na +faktach prawdziwych? Czyżby istotnie groziło mi niebezpieczeństwo?... +Co o tem myślisz, Watson? + +-- Jestem pewien, że nie. + +-- Hm! Co innego było śmiać się z tych baśni w Londynie, a rzecz +inna stać tutaj, wśród ciemności na bagnie i słyszeć ten głos +przeraźliwy. Mój biedny stryj! Wszak widziano wyraźnie ślady łap +wielkiego psa przy jego zwłokach... Wszystko to łączy się ze sobą. +Nie jestem tchórzem, Watson, lecz to szczekanie ścięło mi krew +w żyłach. Dotknij mojej ręki. + +Była zimna, jak marmur. + +-- Jutro śmiać się będziesz z tej przygody -- rzekłem, aby go +uspokoić. + +-- Wątpię; ten głos pozostanie mi na zawsze w pamięci. Cóż mi +radzisz zrobić? + +-- Wracać do domu. + +-- Nie. Przyszliśmy tutaj, aby schwytać mordercę i nie cofniemy się +w pół drogi. Chodźmy! Co ma być, niech się stanie. + +Stąpaliśmy powoli wśród ciemności. Światełko płonęło wciąż +w jednym punkcie. Chwilami zdawało nam się, że jest blizkiem, +to znów że bardzo odległem. Wreszcie zmiarkowaliśmy, w której +stronie świeci. + +Niedaleko od nas, w szczelinie pomiędzy dwiema skałami, chroniącemi ją +od wiatru, stała świeczka w lichtarzu. Nie było jej widać z żadnego +innego punktu, tylko od strony Baskerville-Hall. Zrąb skalny zasłaniał +nas przed oczyma zbiega. Pełzając ostrożnie, doczołgaliśmy się pod +świecę. + +-- Co teraz? -- szepnął sir Henryk. + +-- Czekajmy. On musi być w pobliżu. Trzeba zajrzeć. Zobaczymy go może. + +Jakoż zaledwie tych słów domówiłem, w szczelinie skalnej, nad świecą +ukazała nam się twarz potworna, zwierzęca, zorana dzikiemi +namiętnościami, żółta, jak wosk. Zbrodniarz był zarosły po same +oczy. Tak wyglądali zapewne nasi przodkowie, zamieszkujący te +bagna w przedhistorycznej epoce. + +Morderca wodził niespokojnym wzrokiem dokoła, jak zwierz, gdy go +doleci odgłos nagonki. + +Coś widocznie wzbudziło jego podejrzliwość. Może Barrymore zwykł był +dawać mu sygnał, o którym nie wiedzieliśmy, a może złoczyńca miał +inny powód do obawy, bądź co bądź strach malował się na jego dzikiej +twarzy. + +Lada chwila mógł cofnąć się i zniknąć wśród ciemności. +Wyskoczyłem z mojej kryjówki, sir Henryk za mną. Zbrodniarz +zaklął przeraźliwie i zrzucił ogromny kamień. Roztrzaskał się +on o skałę, o którą opieraliśmy się przed chwilą. Szczęśliwym +zbiegiem okoliczności księżyc przedarł się właśnie przez chmury +i oświecił bagno. + +Zbiegliśmy z pagórka, goniąc uciekającego co tchu Seldona. +Przeskakiwał z kamienia na kamień, ze skały na skałę, jak dziki +kozioł. + +Mogłem powalić zbrodniarza odrazu wystrzałem z rewolweru, lecz wziąłem +go dla obrony w razie napaści, nie zaś dla zabijania człowieka +bezbronnego. + +Obaj z sir Henrykiem biegamy znakomicie; przekonaliśmy się jednak +niebawem, że nie zdołamy go dopędzić. W świetle księżyca +widzieliśmy długo jego szerokie bary i kabłąkowate nogi, +aż wreszcie ukazał nam się, jako mały punkcik na skraju +widnokręgu. + +Biegliśmy do zupełnego braku tchu, ale przestrzeń pomiędzy nami +a uciekającym Seldonem zwiększała się ustawicznie. Wreszcie, zdyszani, +usiedliśmy na skale, patrząc za nim, dopóki nam nie znikł z przed +oczu. + +W chwili tej właśnie zdarzyła się rzecz dziwna i niespodziewana. +Odpocząwszy, wstawaliśmy, aby wracać do domu, bośmy już zaniechali +dalszego pościgu. Księżyc w pełni zachodził za jedną z wyższych +skał; wtem na jej szczycie ujrzałem postać męską, wyglądającą jak +posąg. + +Nie myśl, że to było złudzenie zmysłów. O ile mogłem zauważyć, +był to mężczyzna wysokiego wzrostu, szczupły. Stał z założonymi +na krzyż rękoma, ze spuszczoną głową, jak gdyby wpatrywał się +w tę pustą przestrzeń. + +To może duch bagna... Bądź co bądź, nie był to Seldon, gdyż ten +przed chwilą znikł był w kierunku wręcz przeciwnym. Zresztą owa +postać była daleko wyższa i szczuplejsza. + +Chciałam pokazać to zjawisko baronetowi, lecz w chwili, gdym się +odwrócił, postać już zniknęła. Na tle księżycowej tarczy odrzynały +się skały, lecz żywy posąg nie stał już na ich szczycie. + +Chciałem pójść i przekonać się, co to było, ale baronet nie miał +ochoty szukać nowych wrażeń. Nie dostrzegł owego dziwnego zjawiska +i wmawiał we mnie, że mi się przywidziało, bo nie odczuł wrażenia, +które mnie wstrząsnęło do szpiku kości. + +-- To zapewne jaki strażnik ziemski. Bagno roi się od nich od czasu, +gdy Seldon uciekł z więzienia. + +Ha! kto wie, czy takie wyjaśnienie nie jest prawdziwem; chciałbym +jednak to stwierdzić. + +Dziś mamy zamiar donieść zarządowi więziennemu w Princetown, gdzie ma +szukać zbiega. Jednak szkoda, że nie zdołaliśmy go sami schwytać. + +Takie są przygody ostatniej nocy. Musisz przyznać, Holmes, że moje +sprawozdanie jest bardzo szczegółowe i dokładne. Wiele faktów +pozostaje do wyjaśnienia; przedstawiam ci je bez komentarzy, aby ci +nie przeszkadzać w wyprowadzaniu wniosków. + +Postąpiliśmy naprzód na drodze odkryć. Znamy już przyczynę nocnych +wędrówek Barrymorów -- a to ułatwia sytuacyę. + +Lecz trzęsawisko zawiera jeszcze wiele tajemnic niewyjaśnionych. Może +w następnym liście zdołam rzucić na nie światło. Byłoby najlepiej, +gdybyś mógł sam przyjechać. + + + + +X. + +Wyjątek z dziennika doktora Watsona. + + +Do tego punktu w mojem opowiadaniu posiłkowałem się listami, +pisywanymi do Sherlocka Holmes. Odtąd, dla odświeżenia pamięci, muszę +zaglądać do mego dziennika z owego czasu. Przytoczę kilka ustępów, +zaczynając od dnia, następującego po naszym pościgu. + + + _16 października._ + + +Drobny deszczyk kropi bezustanku. Cały dom spowity w gęstą mgłę; to +się podnosi, to opada, ukazując łąkę i trzęsawisko. W pałacu i na +dworze smutno. + +Baronet przebywa reakcyę po wczorajszem podnieceniu. Ja sam czuję +dziwny niepokój, widzę niemal zbliżające się niebezpieczeństwo, +a jest tem groźniejsze, iż nie potrafimy go określić. + +Powodów do obawy nie braknie. Cały szereg okoliczności złożył się na +wzbudzenie w nas przesądnego strachu: naprzód tajemnicza śmierć +poprzedniego właściciela tej rezydencyi; dalej -- pogłoski, krążące +po okolicy, wreszcie te zagadkowe odgłosy na bagnie. Słyszałem je +dwa razy na własne uszy... + +Wszystko to wyłamuje się z pod zwykłego porządku rzeczy i praw natury: +pies widmowy, legendowy, pozostawia ślady stóp i wyje przeraźliwie. +Stapleton nawet wierzy w jego istnienie, a doktor Mortimer, pomimo +swej wiedzy, przekonany jest, że widział jakieś nadprzyrodzone +stworzenie. + +Ja, choć nie jestem uczonym, jak ci dwaj panowie, nie mogę jednak +w to uwierzyć; byłoby to zejść do poziomu umysłowego włościan +okolicznych, którzy gotowi przysiądz, że widzieli psa, ziejącego +ogniem i siarką. + +Holmes nie słuchałby nawet podobnych baśni -- i ja powinienem być na +nie głuchym. + +Lecz fakty są faktami, a na własne uszy dwa razy słyszałem szczekanie +na bagnie. Przypuśćmy, że jest tam jakiś pies zdziczały -- byłoby to +wyjaśnieniem tych wszystkich zagadek. + +Lecz gdzież taki pies ukrywa się? Gdzież znajduje pożywienie? Dlaczego +nikt go nie widzi we dnie?... + +Pomijając nadprzyrodzone czynniki w tej sprawie, pozostaje działalność +ludzka: ów blady mężczyzna, śledzący nas z dorożki, i ostrzeżenie, +przesłane sir Henrykowi. To są fakty realne, lecz owym nieznajomym +może być zarówno przyjaciel, jak i wróg. Gdzież on teraz przebywa? Czy +pozostał w Londynie? Czy też nas śledzi tutaj? Może to on był owym +wysokim, szczupłym mężczyzną, którego widziałem w świetle +księżyca na szczycie skały? + +Co prawda, widziałem bardzo niewyraźnie i przelotnie, lecz jestem +pewien, że to nikt z okolicy, bo znam już wszystkich sąsiadów. Był +wyższy od Stapletona, szczuplejszy od Franklanda. Mógłby to być +Barrymore; ale pozostawiliśmy go w domu, i z pewnością nie wyszedł za +nami. + +A więc śledzi nas jakiś nieznajomy -- zapewne ten sam, co w Londynie. +Gdybym zdołał go schwytać, możeby to wyjaśniło wszystkie te zagadki. +Całą moją energię wytężę, aby tego celu dopiąć. + +W pierwszej chwili chciałem zwierzyć się sir Henrykowi z moich +zamiarów, ale po namyśle zaniechałem tego zamiaru. Baronet jest +zdenerwowany -- nie chcę zwiększać jego niepokoju. Będę działał na +własną rękę. + +Dziś popołudniu mieliśmy drobne zajście. Barrymore prosił sir Henryka +o posłuchanie. Rozmawiali przy zamkniętych drzwiach w gabinecie. +Siedząc w sali bilardowej, słyszałem słowa urywane i domyślałem +się, o co chodzi. Po chwili baronet drzwi otworzył i wezwał mnie. + +-- Barrymore ma żal do nas -- rzekł. -- Znajduje, żeśmy źle postąpili +wobec niego, ścigając Seldona, skoro on, z własnej woli, tajemnicę nam +powierzył. + +Kamerdyner stał przed nami, bledszy, niż zwykle, i widać było, ze +hamuje się z trudnością. + +-- Wyraziłem się może zbyt ostro -- rzekł, tłómacząc się. -- +Przepraszam jaśnie pana. Ale co prawda, byłem zdziwiony, że panowie +chcieli schwytać Seldona. Ten nieszczęśnik ma już dość biedy +z policyą i nie spodziewa się zapewne, że go ścigają gentlemenowie... + +-- Gdybyś nam się zwierzył z własnej i nieprzymuszonej woli, byłaby +rzecz inna -- przekładał mu baronet -- ale powiedziałeś nam, +a właściwie twoja żona powiedziała nam prawdę pod naciskiem, więc +mamy ręce rozwiązane. + +-- Nie sądziłem, że jaśnie pan będzie z tego korzystał... + +-- Ten człowiek jest szkodliwym dla całej okolicy. Dużo jest domków +odludnych na łące i trzęsawisku, choćby naprzykład willa pana +Stapleton: stoi na uboczu. W razie napaści, któż przyjdzie +z pomocą?... Dopóki ten łotr tutaj grasuje, nikt nie jest pewnym życia. + +-- On nie napadnie na żaden dom. Ręczę panu za to słowem honoru. +Zresztą za kilka dni opuści te strony. Poczyniliśmy już przygotowania, +aby go wyprawić do południowej Ameryki. Na miłość Boską, błagam +panów, nie wydawajcie go w ręce policyi! + +-- Co ty na to powiadasz, Watson? -- zapytał mnie sir Henryk. + +Wzruszyłem ramionami. + +-- Jeżeli istotnie ma opuścić Anglię, uwolni to kraj od utrzymywania +jednego więcej łotra -- odrzekłem. + +-- Ale czy można być pewnym, że przed wyjazdem nie wyrządzi krzywdy +nikomu? + +-- Jaśnie panie, byłoby to szaleństwem z jego strony. Zaopatrzyliśmy +go we wszystko, czego mu potrzeba. Nową zbrodnią wprowadziłby tylko +policyę na swój trop. + +-- To prawda -- przyznał sir Henryk -- a więc Barrymore... + +-- Niech Bóg nagrodzi to jaśnie panu -- przerwał kamerdyner, ze +szczerym wybuchem wdzięczności. -- Moja żona nie przeżyłaby drugi raz +takiej hańby... + +-- Poprostu sprzyjamy i dopomagamy łotrowi... Ale nie chcę wtrącać +pani Barrymore do grobu... i jeśli Seldon opuści te strony i zachowa +się spokojnie, będę milczał. + +Kamerdyner skłonił się głęboko i zmierzał ku drzwiom, ale zawahał +się i przystąpił znowu do sir Henryka. + +-- Jaśnie pan był dla mnie tak dobry -- szepnął -- że chciałbym się +mu odwdzięczyć wedle możności. Ja coś wiem i powinienem był +powiedzieć to wcześniej, ale wykryłem to po skończonem śledztwie. +Tyczy się to śmierci sir Karola... + +Obaj z sir Henrykiem zerwaliśmy się na równe nogi. + +-- Wiesz, w jaki sposób umarł?... -- zagadnął baronet. + +-- Nie, jaśnie panie, tego nie wiem. + +-- Więc cóż? + +-- Wiem, dlaczego był przy furtce o tej godzinie. Czekał na kobietę. + +-- Na kobietę? On?... + +-- Tak, panie. + +-- Jakże się ona nazywa? + +-- Nazwiska nie znam, mogę tylko wymienić pierwsze litery. + +-- Skąd je znasz, Barrymore? + +-- Sir Karol otrzymał list tego dnia rano. Zwykle dostawał dużo +listów, bo wiedziano o jego dobrem sercu, i każdy w kłopocie udawał +się do niego. Ale wtedy był tylko ten jeden list, więc go zauważyłem. +Nosił stempel pocztowy Coombe-Tracey, adres był wypisany kobiecą ręką. + +-- No i cóż? + +-- Zapomniałem już o tym szczególe, gdy przed paru tygodniami, moja +żona, porządkując w gabinecie sir Karola -- (pozostał nietknięty od +jego śmierci) -- otóż moja żona znalazła w popiele z kominka +niedopalony szczątek listu; były na nim wypisane słowa: „Proszę +i zaklinam pana, abyś ten list spalił i przyszedł do furtki +o dziesiątej.” Pod spodem były litery _L. L._ + +-- Czy masz ten niedopalony kawałek? + +-- Nie; gdyśmy go poruszyli, rozsypał się. + +-- Czy sir Karol otrzymywał poprzednie listy, pisane takim +charakterem? + +-- Nie przeglądałem jego korespondencyi, a nie byłbym zauważył tego +listu, gdyby nadszedł z poczty wraz z innemi. + +-- Nie wiesz, kto może być owa _L. L._? + +-- Nie, jaśnie panie; sądzę jednak, że gdybyśmy zdołali to wykryć, +dowiedzieliśmy się czegoś więcej o śmierci sir Karola. + +-- Nie pojmuję, Barrymore, jak mogłeś przemilczeć o tak ważnym +szczególe... + +-- Miałem własne kłopoty -- biedę z Seldonem, a przytem byliśmy oboje +bardzo przywiązani do sir Karola, więc woleliśmy zamilczeć o tem +odkryciu; nie mogło to już pomódz naszemu biednemu panu, a tam, gdzie +wchodzi w grę kobieta, lepiej jest być ostrożnym. + +-- Baliście się, aby to nie zaszkodziło jego opinii? + +-- Tak. Ale teraz, gdy jaśnie pan okazał nam tyle dobroci, uważam +sobie za obowiązek wyznać to jaśnie panu. + +-- Dobrze, Barrymore, możesz już odejść. + +Gdy drzwi zamknęły się za kamerdynerem, sir Henryk zwrócił się do +mnie: + +-- No i cóż, Watson, co powiadasz na to nowe światło? + +-- Zwiększa ono jeszcze ciemności, otaczające nas zewsząd. + +-- I ja tak sądzę. Lecz gdybyśmy zdołali wyśledzić, kto jest _L. L._, +możeby to wyświetliło całą sprawę. Bądź co bądź, już o tyle +zyskaliśmy, że wiemy, iż jest ktoś, kto może wyjaśnić nam przyczynę +śmierci sir Karola. Jak uważasz: co nam teraz uczynić należy? + +-- Trzeba przedewszystkiem uwiadomić o tem Holmesa. Damy mu klucz, +którego szuka tak dawno; jestem prawie pewien, że potrafi z niego +skorzystać. + +Poszedłem zaraz do mego pokoju i spisałem naszą ranną rozmowę, aby ją +posłać Holmesowi. + +W ostatnich czasach był widocznie bardzo zajęty; otrzymywałem od niego +listy krótkie, bez żadnych uwag o tem, co mu donosiłem, prawie bez +wzmianek o naszej misyi. Sprawa o wyzysk pochłania go zupełnie, +a jednak i tutaj dzieje się tyle rzeczy dziwnych, że mógłby +zainteresować się niemi żywiej. + + + _17 października._ + +Przez cały dzień deszcz padał. Myślałem o mordercy na bagnie. Ciężko +zawinił, to prawda, ale też ciężko odpokutowuje swą zbrodnię. Potem +zastanawiałem się nad tajemniczym nieznajomym, który nas śledził +z dorożki. Jeżeli to on ukazał mi się na tle księżycowej tarczy, musi +teraz moknąć. Wieczorem wziąłem płaszcz i wyszedłem na bagno. Wiatr +smagał mnie po twarzy, deszcz lał się za kołnierz. Dotarłem do skały +Black-Tor, na której szczycie stał wówczas nieznajomy. Z jej wyżyn +spojrzałem na szarą równinę. + +Na lewo, wśród gęstych chmur, po nad drzewami sterczały wieżyce +Baskerville-Hall. Były to jedyne oznaki życia; dokoła pustka i cisza, +nigdzie nie mogłem dojrzeć śladów owej postaci widmowej, którą +dostrzegłem parę dni temu. + +Wracając, spotkałem doktora Mortimer. Jechał wózkiem. Poczciwy doktor +okazuje nam dużo życzliwości, odwiedza nas prawie codzień. Zaprosił +mnie do swego wehikułu i odwiózł do domu. Spostrzegłem, że jest +smutny; skarżył mi się, że mu zginął ulubiony piesek: wybiegł na +bagno i już nie wrócił. Starałem się go pocieszyć, dowodząc, że +się odnajdzie, ale przypomniał mi się źrebak, który w moich oczach +zatonął w błotach Grimpen-Mire. Wątpię, czy doktor zobaczy już swego +ulubieńca. + +-- Wszak pan zna tu wszystkich? -- zagadnąłem doktora. + +-- Zdaje mi się -- odparł. + +-- Czy nie mógłby mi pan wymienić kobiety, której inicyały są: +_L. L._? + +Szukał w pamięci. + +-- Nie -- rzekł wreszcie. -- Jest tu wprawdzie kilka rodzin +cygańskich, o których nic nie wiem, lecz znam wszystkich farmerów +i obywateli okolicznych z imienia i nazwiska. Poczekaj pan... -- rzekł +nagle. -- Jest Laura Lyons -- inicyały _L. L._, ale ona mieszka +w Coombe-Tracey. + +-- Kto to taki? -- spytałem. + +-- Córka starego Franklanda. + +-- Jakto? Więc ten dziwak ma córkę? + +-- Ma. Wyszła za artystę, nazwiskiem Lyons, który przybył tu dla +malowania okolicy. Opuścił żonę, choć mówią, że i ona nie jest bez +winy. Ojciec wyparł jej się. Biedna kobieta ma ciężkie życie... + +-- Z czegóż się utrzymuje? + +-- Stary Frankland płaci jej pewną kwotę miesięcznie, ale nie dużo, bo +jego własne interesy są zagmatwane. Niepodobna było jej opuścić i dać +jej się zmarnować zupełnie. Kilka osób z sąsiedztwa postarało się +dostarczyć jej uczciwego zarobku. Stapleton, sir Karol, no i ja +wreszcie zrobiliśmy dla niej, co się dało. Kupiono jej maszynę do +pisania, i w ten sposób zarabia. + +Doktor Mortimer pytał o powód moich indagacyj; zaspokoiłem jego +ciekawość, nie mówiąc mu prawdy: po co tyle osób ma wiedzieć o tym +liście? + +Jutro rano pojadę do Coombe-Tracey, a jeśli zdołam zobaczyć się z ową +mrs. Laurą Lyons, podejrzanej reputacyi, jedno ogniwo zostanie +oderwane od tajemniczego łańcucha. Nabieram przebiegłości: gdy doktor +Mortimer nacierał, chcąc dowiedzieć się, dlaczego interesuję się +panią Lyons, napytałem go podstępnie, do jakiego typu należy czaszka +pana Frankland; dzięki temu, do końca naszej wycieczki nie słyszałem +o niczem innem, tylko o kraniologii. Nie darmo tyle lat przebywam +w towarzystwie Sherlocka Holmes. + +Pozostaje mi już tylko zanotować jeden fakt z owego dnia, +a mianowicie, moją rozmowę z Barrymorem. Dał mi do ręki nowy atut. +Myślę go użyć. + +Mortimer pozostał na obiedzie, potem obaj z baronetem grali +w _écarté_. Kamerdyner przyniósł mi kawę do biblioteki; skorzystałem +z tego, aby mu zadać parę pytań. + +-- No i cóż, czy Seldon opuścił już te strony? -- rzekłem -- czy +jeszcze grasuje? + +-- Spodziewam się, że już go tu niema; nie dawał znaku życia od dnia, +gdy po raz ostatni zaniosłem mu żywność. + +-- Czy widziałeś go wówczas? + +-- Nie, panie, ale nie było już prowiantów, gdym przyszedł po raz +drugi. + +-- A więc Seldon je zabrał? + +-- Takby można przypuszczać; chyba, że je wziął tamten... + +Spojrzałem na kamerdynera ze zdziwieniem. + +-- Zatem wiesz, że drugi człowiek kryje się na bagnie? + +-- Tak, panie, wiem. + +-- Czyś go widział? + +-- Nie. + +-- Skąd wiesz o nim? + +-- Mówił mi Seldon przed tygodniem. Tamten ukrywa się także, ale, +o ile mogę zmiarkować, nie jest więźniem. To mi się wcale nie +podoba... -- dodał tajemniczo. + +-- Słuchaj, Barrymore -- rzekłem. -- Przybyłem tu w interesie twojego +pana. Powiedz mi otwarcie: co ci się nie podoba? + +Wahał się, jak gdyby żałował swego odezwania, lub nie mógł znaleźć +słów do wyrażenia myśli. + +-- Jakieś niebezpieczeństwo grozi sir Henrykowi... -- rzekł +wreszcie. -- Byłoby najlepiej, gdyby wyjechał do Londynu. + +-- Cóż cię zaniepokoiło? + +-- Powiem panu szczerze: przewiduję nowe nieszczęście... Po co tamten +ukrywa się na bagnie?... To nie zapowiada nic dobrego dla +Baskervillów. Chciałbym już, żeby nowa służba zwolniła mnie z dozoru +nad pałacem. + +-- Czy mógłbyś mi co powiedzieć o tym nieznajomym? Co o nim myśli +Seldon? Czy odnalazł jego kryjówkę? Czy dowiedział się, co on tu robi? + +-- Widział go parę razy, ale tamten jest skryty. W pierwszej chwili +mój szwagier miał go za szpiega, ale niebawem przekonał się, że to +gentleman i że działa na własną rękę w jakimś celu tajemniczym. + +-- Czy Seldon nie odszukał jego kryjówki? + +-- Wie, że nieznajomy chowa się w jednej z jaskiń na stoku góry, tam, +gdzie to mieszkali dawni ludzie. + +-- A skąd dostaje żywność? + +-- Seldon wypatrzył, że jakiś chłopak zaopatruje go we wszystko. Ten +chłopak chodzi do Coombe-Tracey. + +-- Dobrze, Barrymore. Pogadamy jeszcze o tem. + +Po odejściu kamerdynera, zbliżyłem się do okna i spojrzałem na ciemną +łąkę. Noc była chłodna, wietrzna. Jakież pobudki mogły skłonić +człowieka do ukrywania się na bagnie o takiej porze roku?... Tam, +w tej jaskini jest klucz do tajemnicy. Przysięgam sobie, że muszę ją +odkryć, i to w ciągu dwudziestu czterech godzin. + + + + +XI. + +Nieznajomy, ukrywający się w jaskini. + + +Wyjątek z dziennika, stanowiący ostatni rozdział opowiadania, +doprowadził mnie do 18-go października, to jest do dnia, w którym +te dziwne wypadki zaczęły się rozplątywać. Fakty następnych dni +pozostały tak żywo w mojej pamięci, że mogę je opowiedzieć bez +zaglądania do notatek. + +Zaczynam więc od dnia, następującego po tym, w którym wykryłem dwa +bardzo ważne fakty: a więc naprzód, że pani Laura Lyons +z Coombe-Tracey pisała do sir Karola Baskerville i wyznaczyła mu +spotkanie o godzinie, w której śmierć znalazł; powtóre, że człowiek, +przebywający na bagnie, ukrywa się w jednej z jaskiń na stoku góry. + +Znając te dwa fakty, miałem w ręku oręż, który mógł mi pomódz do +wyjaśnienia tej krwawej zagadki. + +Nie mogłem podzielić się zdobytemi wiadomościami z baronetem, albowiem +doktor Mortimer pozostał do późnej nocy. Nazajutrz jednak przy +śniadaniu opowiedziałem sir Karolowi te okoliczności i spytałem, czy +chce mi towarzyszyć do Coombe-Tracey. + +W pierwszej chwili miał ochotę jechać, ale po namyśle uznaliśmy obaj, +że będzie lepiej, abym wyruszył sam na tę wyprawę. Należało odjąć +wizycie wszelki charakter uroczysty. Zostawiłem więc sir Henryka +w domu i pojechałem na zwiady. + +Łatwo mi przyszło dowiedzieć się o adresie mrs. Lyons. Mieszkała +w dobrym punkcie, w środku miasta. Zostałem odrazu wprowadzony przez +schludną pokojówkę do bawialni. Pani Lyons siedziała przy maszynie +Remingtona; zerwała się na moje powitanie, lecz ujrzawszy +nieznajomego, zmieszała się i spytała, czego sobie życzę. + +Na pierwszy rzut oka, mrs. Lyons robiła wrażenie osoby niezwykle +pięknej: miała oczy i włosy złocisto-brunatne, cerę świeżą, usta +ponsowe. Byłem zachwycony jej urodą, lecz przyjrzawszy się bliżej, +dostrzegłem ostry wyraz ust i oczu, psujący ogólną harmonię. Bądź co +bądź, znajdowałem się wobec kobiety ślicznej, i teraz dopiero +uczułem, ze moje zadanie jest trudne. Cóż mogłem jej odpowiedzieć? + +-- Znam ojca pani -- rzekłem, tłómacząc tem moje przybycie. + +-- Niema nic wspólnego pomiędzy mną a ojcem -- odparła chłodno. -- Nie +zawdzięczam mu nic zgoła, i jego znajomi nie są moimi. Gdyby nie sir +Karol Baskerville i paru innych przyjaciół, umarłabym z głodu, choć +mam ojca... + +-- Właśnie przybywam do pani w sprawie nieboszczyka sir Karola -- +oświadczyłem. + +Spojrzała na mnie ze zdziwieniem. + +-- Cóż mogę panu o nim powiedzieć? -- rzekła, bawiąc się +łańcuszkiem od zegarka. + +-- Wszak go pani znała? + +-- Mówiłam już panu, że wiele mu zawdzięczam. Jeżeli mogę pracować +na swoje utrzymanie, to głównie dzięki jego dobroci dla mnie. + +-- Czy pani z nim korespondowała? + +Dziwny błysk zapalił się w jej oczach. + +-- Dlaczego mnie pan pyta? -- rzekła ostro. + +-- Aby pani oszczędzić publicznego skandalu. Lepiej, że ja dowiem się +prawdy, niż żeby została ujawniona wobec świata... + +Milczała długo; wreszcie spojrzała na mnie z tłumionym gniewem. + +-- Dobrze, odpowiem -- rzekła. -- O co panu chodzi? + +-- Czy pani korespondowała z sir Karolem? -- ponowiłem moje pytanie. + +-- Naturalnie, pisywałam do niego, aby mu podziękować za jego +delikatność i wspaniałomyślność. + +-- Czy pani zapamiętała daty swoich listów? + +-- Nie. + +-- Czy pani widywała sir Karola? + +-- Tak, parę razy, gdy przyjeżdżał do Coombe-Tracey. Żył +w osamotnieniu. Lubił świadczyć dobrodziejstwa z ukrycia... + +-- Jeżeli widywał panią tak rzadko i otrzymywał od pani nieczęste +listy, skądże mógł być do tego stopnia poinformowany o jej interesach, +aby przychodzić jej z pomocą, jak to pani sama zeznała? + +Odrzekła mi na to bez namysłu: + +-- Kilku sąsiadów znało moje smutne dzieje; złączyli się, aby mi +przyjść z pomocą; między innymi pan Stapleton, przyjaciel sir Karola, +był dla mnie bardzo dobry. Przez niego baronet poznał moje przykre +położenie. + +Wiedziałam istotnie, że sir Karol uczynił Stapletona swoim +jałmużnikiem, więc uwierzyłam tym słowom. + +-- Czy pani kiedy pisała do sir Baskervilla, prosząc go o widzenie się +na cztery oczy? -- ciągnąłem dalej. + +Pani Lyons poczerwieniała. + +-- Dziwne to pytanie... -- rzekła, udając obrażoną. + +-- Przykro mi, ale muszę je powtórzyć. + +-- A więc -- nie; nie wyznaczałam mu nigdy spotkań. + +-- Ani w dzień śmierci sir Karola?... -- rzekłem z naciskiem. + +Rumieniec znikł z jej twarzy, w jednej chwili zbladła śmiertelnie. +Usta jej poruszyły się bezdźwięcznie, wyszeptała „nie” tak cicho, +że domyśliłem się raczej, niż usłyszałem to słowo. + +-- Zapewne pamięć zawodzi panią... -- rzekłem -- bo mógłbym nawet +przytoczyć jeden ustęp z jej listu, a mianowicie: „Proszę i zaklinam, +abyś pan ten list spalił i stawił się przy furtce o dziesiątej +wieczorem”. + +Była blizką omdlenia, zapanowała jednak nad sobą. + +-- Więc już niema w Anglii gentlemenów!... -- szepnęła z goryczą. + +-- Pani krzywdzisz pamięć sir Karola -- rzekłem. -- On ten list spalił, +ale można odczytać list nawet po spaleniu... Czy pani przyznaje się do +tych słów? + +-- Tak, napisałam je! -- zawołała nagle -- napisałam. Nie potrzebuję +się zapierać! Nie mam powodu wstydzić się. Chciałam prosić sir Karola +o pomoc. Sądziłam, że mi jej udzieli po rozmowie na cztery oczy +i dlatego prosiłam go, żeby stawił się u furtki. + +-- Ale czemu o takiej godzinie?... + +-- Bo dowiedziałam się właśnie, że wyjeżdża nazajutrz do Londynu +i że jego nieobecność potrwa kilka miesięcy. Były powody, dla +których nie mogłam przybyć tam wcześniej. + +-- Dlaczego wyznaczyłaś mu pani spotkanie w ogrodzie, nie zaś +w pałacu? + +-- Czy pan sądzi, że kobieta może bezkarnie odwiedzać mężczyznę +bezżennego o takiej godzinie? + +-- I cóż się stało, gdyś pani przybyła do furtki? + +-- Nie stawiłam się wcale. + +-- Mrs. Lyons, trudno mi w to uwierzyć. + +-- Przysięgam panu na wszystko, co mi jest świętem i drogiem, że +mówię prawdę. Nie pojechałam, bo mi coś przeszkodziło. + +-- Co takiego? + +-- To sprawa osobista, prywatna. Nie mogę powiedzieć. + +-- A zatem przyznaje pani, że wyznaczyła sir Karolowi spotkanie +o godzinie i na miejscu, gdzie go znaleziono trupem; przeczy pani +jednak, że stawiła się na miejscu umówionem... + +-- Mówię prawdę. + +Zadałem jej jeszcze kilka pytań, chcąc ją skłonić do wyznań, ale +nadaremnie. + +-- Mrs. Lyons -- rzekłem, wstając -- bierze pani na siebie wielką +odpowiedzialność i stawia się pani w trudnem położeniu. Jeżeli będę +zmuszony wezwać pomocy policyi, wtedy dopiero przekonasz się pani, +jak dalece jesteś skompromitowaną. Gdybyś pani była niewinną, to +w pierwszej chwili nie zaprzeczyłabyś, żeś pisała tego dnia do sir +Karola. + +-- Zaprzeczyłam, w obawie, aby nie wyciągnięto z tego wniosków +fałszywych i żeby nie być wplątaną w skandal. + +-- A dlaczego zależało pani tak bardzo na tem, aby sir Karol ów list +spalił? + +-- Jeżeli pan go przeczytał, to musi pan wiedzieć, dlaczego. + +-- Nie mówiłem, żem czytał cały list. + +-- Przytoczyłeś pan jeden ustęp dosłownie. + +-- Tak, dopisek. List, jak już raz nadmieniłem, został spalony i nie +można go było odczytać. Raz jeszcze pytam panią: dlaczego nalegałaś, +aby sir Karol spalił list, który otrzymał w dniu swojej śmierci? + +-- To sprawa czysto osobista. + +-- Tembardziej powinno pani chodzić o oszczędzenie publicznego +śledztwa. + +-- A więc powiem panu. Słyszał pan zapewne o mojej smutnej historyi +i musi pan wiedzieć, że wyszłam za mąż zbyt pośpiesznie i że miałam +powód tego żałować. + +-- Słyszałem. + +-- Moje życie było szeregiem prześladowań ze strony męża, którego +nienawidzę. Prawo jest po jego stronie. Lyons każdej chwili może +zażądać, abym z nim żyła. Przed napisaniem owego listu do sir Karola, +dowiedziałam się właśnie, że jest sposób odzyskania wolności, lecz +że wymaga to znacznych kosztów. Byłoby to dla mnie spokojem, +szczęściem, wszystkiem na świecie. Znałam hojność sir Karola +i sądziłam, że gdy usłyszy te smutne dzieje z moich własnych +ust, dopomoże mi niewątpliwie. + +-- Więc dlaczego pani nie poszła na miejsce umówione? + +-- Bo otrzymałam pomoc z innego źródła. + +-- Czemuż więc nie uprzedziłaś pani o tem sir Karola? + +-- Byłabym to uczyniła, gdybym nazajutrz nie wyczytała w dziennikach +wiadomości o jego śmierci. + +Słowa pani Lyons były dość logicznie powiązane, nie mogłem jej +złapać na sprzeczności. Pozostawało tylko sprawdzić, czy istotnie +w owym czasie przedsięwzięła kroki rozwodowe. + +Wierzyłem, iż tej nocy nie była w Baskerville-Hall, bo widzianoby +konie i wehikuł przy furtce; taka wycieczka nie utrzymałaby się +w tajemnicy. Mrs. Lyons mówiła więc prawdę, lub część prawdy. + +Wyszedłem zniechęcony. Więc znowu rozbijałem się o mur, zagradzający +dalszą drogę odkryć! A jednak, im bardziej przypominałem sobie każdy +rys jej twarzy i każde słowo, tem pewniejszy byłem, że nie powiedziała +mi wszystkiego. + +Bo i czemuż zbladła w pierwszej chwili? Czemu nie odrazu przyznała się +do listu?... Niewątpliwie była winniejszą, niż się przedstawiała. + +Musiałem tymczasowo poprzestać na jej informacyach i zwrócić się po +dalsze, w inną stronę -- ku jaskiniom naszych przedhistorycznych +przodków. + +Ale niełatwo było odnaleźć nieznajomego na podstawie ogólnikowej +wskazówki. Barrymore powiedział mi, że nieznajomy ukrywa się w jednej +z jaskiń, ale takich jaskiń było mnóstwo na każdym kroku. Pamiętałem +jednak skałę, na której ukazała mi się postać w blasku księżyca. Ta +skała, Black-Tor (Czarne Wrota) miała mi służyć za drogowskaz. Od niej +miałem zacząć poszukiwania. Obiecywałem sobie, że znajdę nieznajomego +i że musi mi wyznać, dlaczego tu przebywa. Łatwiej mu było umknąć na +Regent-Street, niż na tej otwartej równinie. Wyśliznął się pomiędzy +palcami wielkiego Holmesa. Jakiż byłby dla mnie tryumf, gdybym go +zdołał schwytać! + +Dotychczas w mojem śledztwie nie dopisywało mi szczęście -- teraz +uśmiechnęło się do mnie. Zwiastunem dobrej wieści był pan Frankland. + +Stał właśnie przy furtce swego ogrodu, wznoszącego się przy +gościńcu. + +-- Dzień dobry, doktorze Watson! -- zagadnął mnie w chwili, gdym +przejeżdżał mimo jego siedziby. -- Daj koniom odpocząć, a sam zechciej +wstąpić do mnie na kieliszek wina. + +Nie żywiłem dla niego uczuć przyjaznych po tem com słyszał o jego +postępowaniu z córką, ale chciałem jaknajprędzej odprawić grooma +Perkinsa z wehikułem i końmi. Korzystając więc ze sposobności, +wysiadłem i kazałem powiedzieć sir Henrykowi, że wrócę dopiero na +obiad i że przyjdę pieszo. + +Wszedłem do domu Franklanda. + +-- Powinszuj mi pan! -- zawołał na wstępie. -- Jest to dla mnie dzień +pamiętny; zapiszę go sobie czerwonym ołówkiem, przyniósł mi bowiem +zadowolenie podwójne: naprzód, dał mi sposobność wykazania im, że nie +można deptać prawa bezkarnie: odkryłem dokument, stwierdzający, że +przez park starego Middletona, o sto yardów od dworu, powinna iść +droga publiczna. Nauczę tych magnatów, że nie wolno im pozbawiać +zwykłych śmiertelników tego, co im się słusznie należy. Im się +zdaje, że prawo własności istnieje tylko dla nich. Nie miałem tak +miłego dnia od chwili, gdym pozwał sir Johna Morland o bezprawne +polowanie w jego własnym lesie. Ta sprawa kosztowała mnie dwieście +funtów, ale ją wygrałem, bo na podstawie starych akt dowiodłem, iż +ta część lasu należy do włościan. Muszę pana objaśnić, że nie byłem +wcale interesowany. Działam zawsze dla dobra publicznego. Ot, i druga +sprawa nie obchodzi mnie osobiście, a jednak wykryłem rzecz bardzo +ważną. + +Przed chwila, myślałem: pod jakimby pozorem wymknąć się od dziwaka; +teraz zaczynał mnie zaciekawiać, ale znając jego przekorną naturę, +wiedziałem, że nic mi nie powie, jeśli się zdradzę z ciekawością. + +-- Chodzi zapewne o jaki nowy proces? -- rzekłem obojętnie. + +-- Ho, ho! mój chłopcze, źle się domyślasz. Słyszałeś zapewne +o zbiegu, ukrywającym się na bagnie? + +Drgnąłem mimowoli. + +-- Czyżbyś pan znał jego kryjówkę? -- zagadnąłem. + +-- Nie mógłbym jej oznaczyć dokładnie, ale moje wskazówki oddałyby +usługę policyi. Czy nie przychodziło panu na myśl, iż jedynym sposobem +schwytania tego łotra, jest wyśledzić, skąd i gdzie otrzymuje +żywność; po takim tropie najłatwiej dojść do jego kryjówki. + +Dowodzenie było bardzo logiczne. + +-- Bezwątpienia -- odparłem -- ale skąd pan wie, że on kryje się na +bagnie? + +-- Wiem, bo na własne oczy widziałem tego, który mu nosi prowianty. + +Zaniepokoiłem się o Barrymora. Niebezpiecznie było dostać się na +pastwę przekornego starca. Jego następne słowa zdjęły mi kamień +z serca. + +-- Zdziwi się pan, słysząc, że dostarcza mu żywności dziecko -- +rzekł. -- Widuję małego chłopaka przez mój teleskop, umieszczony +na dachu. Idzie zawsze jedną i tą samą ścieżką, o jednej i tej +samej godzinie. A gdzieżby chodził, i po co, jeśli nie dla +prowiantowania więźnia? + +Dzięki Bogu! Frankland był na fałszywym tropie. Udawałem, że ta +wiadomości jest mi zupełnie obojętną. + +Już Barrymore mówił mi, że nieznajomego obsługuje chłopak. A więc +Frankland odkrył ślad postaci tajemniczej, nie zaś Seldona. Jeżeli +potrafię wydobyć z niego więcej faktów, oszczędzi mi to czasu +i trudu. Niedowiarstwo mogło jedynie skłonić Franklanda do +udzielenia mi bliższych informacyj. + +Widząc, że nie przywiązuję wagi do jego słów, zaperzył się, +poczerwieniał jeszcze bardziej i spojrzał na mnie złośliwie. + +-- Więc pan wątpi? -- zawołał. -- Spojrzyj pan przed siebie. Widzisz +skałę, zwaną Black-Tor? Sterczy na nagim pagórku, wśród dzikiej, +kamienistej płaszczyzny. Pan sądzi, że ten chłopak jest pastuchem? +Pozwól sobie powiedzieć, że to przypuszczenie jest niedorzeczne. Niema +tam ani źdźbła trawy, więc cóżby skubała trzoda, a bez trzody niema +pastucha. + +Odpowiedziałem pokornie, że uznaję nietrafność mojej hypotezy. +Rozbroiło go to, skłaniając do dalszych wynurzeń. + +-- Wierzaj mi pan, że zanim wyrażę mój sąd, staram się go oprzeć na +pewnych danych. Widuję chłopaka z zawiniątkiem codziennie, a czasem +dwa razy na dzień. Poczekaj pan chwilkę. Jeżeli mnie oczy nie mylą, +coś porusza się na górze... + +Od danego miejsca dzieliło nas kilka mil, lecz mogłem wyraźnie dojrzeć +czarny punkcik. + +-- Chodź pan, chodź -- zawołał Frankland, biegnąc na górę. -- +Zobaczysz pan na własne oczy i przekonasz się, że na wiatr nie mówię. + +Na dachu ustawiony był olbrzymi teleskop. Frankland spojrzał przez +niego i krzyknął z radości: + +-- Śpiesz się, doktorze, bo przejdzie na drugą stronę góry!... + +Istotnie ujrzałem malca, niosącego zawiniątko na plecach. Wspinał się +pod górę powoli. Gdy doszedł do szczytu, ujrzałem wyraźnie jego +drobną postać na tle nieba. Rozejrzał się dokoła, jak gdyby obawiał +się pogoni, następnie spuścił się drugim stokiem. + +-- No i cóż? Mam racyę? -- zagadnął Frankland. + +-- Tak, widziałem chłopca na własne oczy; z jego zachowania się można +poznać, że spełnia jakąś misyę potajemną. + +-- A jaką, łatwo się domyśleć... Ale nie pisnę słówka przed +policyą i pana proszę o sekret. Ani słowa, pamiętaj!... + +-- Jeżeli panu na tem zależy... + +-- Tak, chcę im zrobić na złość. Postąpili ze mną nikczemnie +w sprawie przeciw włościanom. Nie myślę dopomagać _konstablom_. +Pan już odchodzi?... Nie puszczę! Musimy „oblać” to odkrycie. + +Nie dałem się jednak uprosić i potrafiłem go odwieść od zamiaru +towarzyszenia mi do Baskerville-Hall. Trzymałem się gościńca, dopóki +mógł mnie widzieć, następnie skręciłem w bok i dążyłem w stronę +góry, po której przeszedł chłopak. + +Wszystko mi sprzyjało; postanawiałem skorzystać z okoliczności +i dziś jeszcze tę tajemnicę wykryć. + +Słońce już było na zachodzie, gdym doszedł do szczytu góry. Cała +równina była pogrążona w ciszy grobowej. Nie było nigdzie chłopca. +Rozglądając się dokoła wśród rozrzuconych kamieni, dojrzałem trzy, +tak ułożone, że mogły służyć za kryjówkę. Serce zabiło we mnie +żywiej. Tu musiał przebywać nieznajomy. + +Zbliżywszy się, spostrzegłem dwa kamienie, stojące prostopadle; jeden +leżał na nich poziomo. Wszedłem do tej skalistej nory, a przyznaję, że +z pewną obawą. Miejsce było puste, ale były w niem ślady, że +zamieszkiwała je ludzka istota. Na płaskim, wygrążonym kamieniu, który +zapewne służył przedhistorycznemu człowiekowi za łoże, była kołdra, +zawinięta w pled, na ziemi pozostał jeszcze popiół od zagaszonego +ogniska, obok były rondelki i blaszana konewka z wodą, w drugim rogu +dostrzegłem butelkę z _ginem_. Pośrodku był płaski kamień, w rodzaju +stołu; leżało na nim zawiniątko -- to samo zapewne, które przez +teleskop widziałem na plecach chłopaka. Rozwiązałem je -- był tam +bochenek chleba, wędzony ozór i dwa słoiki owocowych konserwów. Pod +prowiantami leżał kawałek papieru. Wziąłem go do rąk i w świetle +zapałki odczytałem te słowa, skreślone ołówkiem, ręką niewprawną: + +-- „Dr. Watson pojechał do Coombe-Tracey”. + +Przez chwilę stałem z kartką w ręku, nie rozumiejąc, co znaczy to +uwiadomienie. A więc śledzono nie sir Henryka, lecz mnie... Tajemniczy +nieznajomy, nie mogąc sam mnie tropić, polecił to owemu chłopcu. Ten +donosił mu zapewne o każdym moim kroku. + +Szukałem innych kartek, ale napróżno; nie mogłem też znaleźć +niczego, coby mnie objaśniło o zamiarach człowieka, który obrał +tak dziwne miejsce pobytu. Bądź co bądź, odznaczał się spartańskiemi +obyczajami... Wśród dni słotnych kapało mu pewno na głowę, kostniał +z zimna wśród chłodnych nocy, a jednak nie opuszczał swej kryjówki. +Ważny cel przykuwał go zapewne do tej nory... Poprzysiągłem sobie, te +stąd nie wyjdę, dopóki nie dowiem się, czy ten człowiek jest naszym +przyjacielem, czy wrogiem. + +Słońce już spuszczało się nisko, w blasku złota i purpury; po jednej +stronie sterczały wieże Baskerville-Hall, po drugiej były bagna +Grimpen-Mire, a w bok na prawo, wznosił się dom Stapletonów. W naturze +był rozlany spokój, tylko moja dusza była wzburzona. Usiadłem +u wejścia do jaskini i czekałem na przybycie jej lokatora. + +Nareszcie doszedł mnie odgłos jego kroków. Wsunąłem się +w najciemniejszy kącik i wyjąłem rewolwer z kieszeni. Kroki umilkły, +nagle cień zasłonił otwór. + +-- Mamy piękny wieczór, kochany Watson -- rzekł głos, dobrze mi +znany. -- Sądzę, że ci będzie lepiej na powietrzu, niż tutaj... + + + + +XII. + +Śmierć na bagnie. + + +Przez chwilę siedziałem z zapartym oddechem, oczom własnym nie +wierząc, wreszcie odzyskałem głos, powróciła mi przytomność, +a jednocześnie spadł z serca kamień odpowiedzialności. Taki głos +ironiczny, chłodny, miał tylko jeden człowiek na świecie. + +-- Sherlock! -- zawołałem. + +-- Wychodź, a proszę cię, bądź ostrożny z rewolwerem. + +Stanąłem w kamiennym otworze i ujrzałem Holmesa o parę kroków przed +sobą. Siedział na kamieniu i patrzał na mnie wesoło. Był blady, +wychudzony, miał twarz ogorzałą, ale bieliznę tak czystą, a brodę tak +starannie wygoloną, jak gdyby znajdował się w swojem mieszkaniu przy +Baker-Street. + +-- Jakże się cieszę, że to ty! -- zawołałem, ściskając mu rękę. + +-- A czy się nie dziwisz? -- zagadnął. + +-- Przyznaję, że tak. + +-- I ja jestem zdziwiony -- odrzekł. -- Nie spodziewałem się, że +odnajdziesz moją kryjówkę, a tem mniej, że cię tu zastanę. +Spostrzegłem twą obecność dopiero, gdym był o dwadzieścia kroków od +tej jaskini. + +-- Poznałeś mnie po odbiciu stóp? + +-- Nie, Watson, nie umiałbym rozróżnić twoich śladów z pośród +innych. Lecz gdy chcesz mnie wywieść w pole, radzę ci używać innych +papierosów, bo ilekroć ujrzę munsztuk z marką fabryczną Broadley, +Oxford-Street, zawsze się domyślę, iż mój przyjaciel Watson jest +w pobliżu. Patrz, rzuciłeś niedopalony papieros, zapewne w chwili, +gdyś zdecydował się wejść do tej jaskini. + +-- Istotnie. + +-- Tak przypuszczałem, a znając twoją odwagę, byłem pewien, że +zaczaiłeś się z rewolwerem w garści, czekając na powrót +„lokatora” tej siedziby. A więc sądziłeś, że to ja jestem +zbrodniarzem? + +-- Nie wiedziałem, kim jesteś, ale poprzysiągłem sobie wykryć +tajemnicę. + +-- Kiedy się dowiedziałeś o przebywaniu drugiego człowieka na bagnie? +Dostrzegłeś mnie może owej nocy, gdy byłem tak nieostrożny +i stanąłem na tle tarczy księżycowej? + +-- Tak, wtedy cię ujrzałem. + +-- I niewątpliwie zaglądałeś pod wszystkie kamienie, zanim natrafiłeś +na moją kryjówkę? + +-- Nie; dostrzeżono twojego chłopaka i to mi posłużyło za drogowskaz. + +-- Dojrzał go zapewne stary gentleman przez teleskop. Gdym zobaczył po +raz pierwszy blask od soczewki, nie mogłem zmiarkować, co to takiego. + +Wstał i wszedł do jaskini. + +-- Ha! widzę, że Cartwright przyniósł mi prowianty... Jest +i zabazgrany papier. A więc jeździłeś do Coombe-Tracey? + +-- Tak. + +-- Żeby się rozmówić z panią Laurą Lyons? + +-- Nieinaczej. + +-- Dobrze. Bardzo dobrze! Nasze wywiady szły równoległymi drogami, +a gdy połączymy badania, musimy dotrzeć do dna prawdy. + +-- Cieszę się ogromnie, że tu jesteś, bo już nerwy zaczynały mi +odmawiać posłuszeństwa. Ale jakim sposobem znalazłeś się na bagnie +i co tu porabiasz? Sądziłem, że siedzisz spokojnie przy Baker-Street +i zajmujesz się sprawą o wyzysk. + +-- Chciałem, żebyś tak sądził. + +-- Więc używasz mnie do roboty, a jednak mi nie ufasz... -- zawołałem +z goryczą. -- Zdaje mi się, że zasłużyłem na zaufanie. + +-- Mój drogi, jesteś poprostu nieoszacowany; w wielu razach oddałeś +mi znakomite usługi, jestem ci wdzięczny i mam nadzieję, że mi +przebaczysz ten fortel. Dopuściłem go się poczęści ze względu na +ciebie: znając niebezpieczeństwo, na jakie się narażasz, chciałem je +zbadać sam, na miejscu. Gdybym przebywał z tobą i z sir Henrykiem, +dzieliłbym zapewne wasze poglądy na tę sprawę, a moja obecność +zmusiłaby naszego przeciwnika do zdwojonej baczności. W obecnym stanie +rzeczy dokonałem tego, czegobym nie mógł zrobić, mieszkając +w Baskerville-Hall, a w dodatku pozostaję w ukryciu. W chwili potrzeby, +wystąpię z całą energią i siłą. + +-- Ale czemuż ukrywałeś się przedemną? + +-- Bo w razie przeciwnym nie wstrzymałbyś się od komunikowania się +ze mną; zechciałbyś mnie zaopatrywać w lepsze jadło, cieplejszą +odzież i wprowadziłbyś tamtych na mój ślad. Przywiozłem ze sobą +Cartwrighta -- pamiętasz tego malca z hotelu -- on myślał o mnie: +przynosił mi chleb i czystą bieliznę. Czegóż mi więcej potrzeba? +Dał mi przytem parę bystrych oczu i parę zwinnych nóg, co jest +pożądane. + +-- A więc moje listy były niepotrzebne? + +Holmes wyjął paczkę listów. + +-- Oto twoje sprawozdania -- rzekł. -- Dostawałem je z 24 godzinnem +opóźnieniem i oddały mi znaczne usługi. Muszę cię pochwalić za +gorliwość i spryt, których dowiodłeś w tej niezwykłej sprawie. + +Serdeczne słowa Holmesa rozproszyły mój żal do niego, tembardziej, iż +czułem, że lepiej się stało, żem nie wiedział o jego przebywaniu na +bagnie. + +-- A teraz opowiedz mi twoją wizytę u mrs. Lyons -- rzekł. -- +Nietrudno mi było domyśleć się, że jeździłeś do niej, gdyż wiem, +że ona jedna w Coombe-Tracey może nam dostarczyć potrzebnych +informacyj. Coprawda, gdybyś nie był rozmówił się z nią dzisiaj, +ja byłbym do niej poszedł jutro. + +Słońce już zaszło, powietrze ochłodziło się. Weszliśmy do jaskini. +Usiadłszy na kamieniu obok Holmesa, opowiedziałem mu moją rozmowę +z panią Lyons. + +-- To bardzo ważny szczegół -- poświadczył. -- Wypełnia lukę, +której nie zdołałem pokryć. Wiesz zapewne, że pomiędzy tą damą +a Stapletonem zachodzą bardzo blizkie stosunki?... + +-- Nie wiedziałem. + +-- To rzecz pewna... Widują się, pisują do siebie, są w porozumieniu +serdecznem... Ta wiadomość jest niebezpiecznym orężem w naszem ręku. +Gdyby tylko udało się zniechęcić do Stapletona jego żonę!... + +-- Żonę? + +-- Teraz ja udzielę ci garstkę informacyj wzamian za te, których ty +mi dostarczyłeś. Dama, uchodząca tutaj za miss Stapleton, jest +wistocie jego żoną. + +-- To niemożliwe! Czyżby on pozwalał sir Henrykowi starać się +o własną żonę... + +-- Co mu to szkodzi, że sir Henryk zakochał się? On ze swojej strony, +jak to sam spostrzegłeś, dokładał wszelkich starań, aby sir Henryk nie +objawiał i nie wynurzał swych uczuć... Powtarzam ci: ta piękna dama +jest nie siostrą, lecz żoną Stapletona. + +-- Więc czemuż ta komedya? + +-- Stapleton przewidywał, że ona może mu oddać usługi w charakterze +osoby wolnej. + +Wszystkie moje posądzenia ożyły. Ten człowiek chłodny, +nieprzenikniony, do którego od pierwszej chwili wstręt uczułem, +wydawał mi się teraz potworem o słodkim uśmiechu. + +-- On, nie kto inny, jest naszym wrogiem; on nas śledził +w Londynie!... -- oświadczył Holmes. + +-- A ostrzeżenie wyszło zapewne od niej? + +-- Niewątpliwie -- potwierdził mój przyjaciel. + +-- Jakim sposobem dowiedziałeś się, że ta kobieta jest jego żoną? -- +spytałem. + +-- Dzięki temu, że on sam wyjawił ci pewien szczegół ze swego +życia; sądzę, że musiał żałować tej nieostrożności. Przy +pierwszem z tobą spotkaniu mówił, że kierował kiedyś szkołą +w północnej Anglii. Otóż niema nic łatwiejszego, jak wytropić +nauczyciela. Istnieją agencye szkolne, za pomocą których można +dowiedzieć się szczegółów z życia każdego nauczyciela, +a tembardziej kierownika zakładu. Po krótkiem badaniu stwierdziłem, +że jedna szkoła została zamknięta z powodu okropnych nadużyć. +Nazwisko jej kierownika było inne; ten człowiek zniknął bez +śladu. Rysopis zgadzał się, a gdy jeszcze dowiedziałem się, +że ów przełożony odddawał się z zapałem entomologii, nie miałem +już żadnych wątpliwości. + +-- Jeżeli ta kobieta jest istotnie jego żoną, jakiż jego stosunek do +pani Lyons? + +-- Twoja rozmowa z tą damę rzuciła właśnie światło na ten punkt +ciemny. Nie wiedziałem, że pani Lyons chce się rozwodzić. Widocznie +ma nadzieję wyjść za Stapletona. + +-- A gdy się zawiedzie w tych nadziejach? + +-- Ha! wtedy odda się na nasze usługi. Przedewszystkiem musimy obaj +widzieć się z nią jutro. Ale czy nie znajdujesz, Watson, że zbyt długo +pozostawiłeś pupila bez swej opieki?... Twoje miejsce obecnie +w Baskerville-Hall. + +Ostatnie promienie słońca gasły na zachodzie. + +-- Jeszcze jedno pytanie -- rzekłem, wstając. -- Wszak między nami nie +powinno być sekretów. Powiedz mi, jaki on ma w tem cel? + +Holmes zniżył głos. + +-- Jego celem jest... morderstwo -- chłodne, wyrafinowane -- odparł. +-- Nie pytaj mnie o szczegóły. Oplątuję go w sieci, tak, jak on -- sir +Henryka. Jednego tylko obawiam się, a mianowicie, żeby on nie wykonał +swego zamiaru, zanim będziemy gotowi do walki. Jeszcze jeden dzień, +dwa najwyżej, a będę w stanie zmierzyć się z tym łotrem, ale +tymczasem strzeż sir Henryka; żałuję nawet, żeś go dziś opuścił. + +Straszny jęk przerwał ciszę. Krew zamarła w mych żyłach. + +-- Co to takiego? -- zawołałem. + +Holmes zerwał się na nogi, wybiegł przed jaskinię, nastawił ucha. + +-- Cicho! -- szepnął -- cicho! + +Ten sam jęk powtórzył się bliżej, dźwięczał w nim strach i ból. + +-- Skąd to dochodzi? -- spytał Holmes szeptem. + +-- Zdaje mi się, że ztamtąd -- odparłem, wskazując na lewo. + +-- Nie, nie -- zaprzeczył. + +I znowu rozdarł ciszę okrzyk, pełen rozpaczy i trwogi. Towarzyszył mu +teraz dziki pomruk. + +-- To pies! -- zawołał Holmes. -- Biegnijmy na pomoc! Prędzej! +Prędzej! + +Rzucił się naprzód, ja za nim. Po raz trzeci, do uszu naszych doleciał +jęk ludzki i straszne warczenie. Stanęliśmy, nasłuchując. Znowu +zaległa cisza. + +Holmes załamał ręce. Nigdy jeszcze nie widziałem go tak bezradnym. + +-- Zapóźno już, zapóźno!... -- mówił z rozpaczą. -- Że też +siedziałem tu, jak bałwan, z założonemi rękoma!... A ty, jak +mogłeś wypuścić z opieki sir Henryka!... + +Biegliśmy dalej wśród ogarniającej nas mgły i coraz większych +ciemności. + +-- Czy nic nie widzisz? -- spytał mnie Holmes. + +-- Nie -- odparłem. + +-- A to co takiego? -- zawołał nagle. + +Dało się słyszeć rzęrzenie. Dolatywało z po za nagiej skały, +sterczącej przed nami. Podbiegliśmy i oczom naszym przedstawił się +straszny widok. U stóp skały, twarzą, do ziemi, z rozpostartemi +rękoma, leżał mężczyzna już martwy. To rzęrzenie było jego ostatnim +oddechem. + +Potarłem zapałkę -- w jej świetle ujrzeliśmy coś od czego krew +zastygła nam w żyłach; martwe zwłoki sir Karola Baskerville.[B] + +Znaliśmy obaj kraciasty garnitur -- ten sam, w którym ukazał nam się +po raz pierwszy w mieszkaniu Holmesa. Zapałka zgasła, a z nią nadzieja +w naszych sercach. + +-- Nie daruję sobie nigdy, żem go zostawił samego... -- szepnąłem. + +-- Ja jestem jeszcze winniejszy, Watson. Dla „zaokrąglenia” +i „uzupełnienia” dowodów naraziłem życie mojego klienta... Jest to +największy cios, jaki mnie kiedykolwiek spotkał w moim fachu!... Ale +skąd mogliśmy przewidzieć, że pomimo naszych próśb i ostrzeżeń +puści się sam na to przeklęte bagno?... + +-- I pomyśleć, że słyszeliśmy jego jęki i nie mogliśmy nadbiedz mu +z pomocą.... Gdzież jest ten pies przeklęty? Lada chwila może +wyskoczyć z za skały... A gdzie Stapleton? Pociągniemy go do +odpowiedzialności! + +-- Tak, nie omieszkam tego uczynić -- mówił Holmes. -- Stryj i synowie +zostali zamordowani! -- to nie ulega wątpliwości. Jednego wystraszono na +śmierć samym widokiem tego zwierza, które wziął za nadprzyrodzone +zjawisko; drugi spadł ze skały, uciekając przed tym potworem... Ale +trzeba wykazać łączność pomiędzy psem i jego ofiarą. Jakże +dowiedziemy istnienia tego czworonożnego potwora?... Sir Henryk +umarł widocznie skutkiem upadku. Ale pomimo całej swej przebiegłości, +Stapleton nie wymknie się z rąk policyi!... + +Staliśmy nad zwłokami, bezradni wobec katastrofy, która obróciła +w niwecz wszystkie nasze zabiegi. Wreszcie zeszedł księżyc; weszliśmy +na szczyt skały, z której spadł nasz nieszczęśliwy przyjaciel +i ogarnęliśmy okiem ponurą płaszczyznę, osrebrzoną teraz łagodnym +blaskiem księżyca. + +Daleko, w stronie Grimpen-Mire, błyszczało żółte światełko. +Płonęło ono niewątpliwie w domu Stapletona. Zacisnąłem pięść +w bezsilnym gniewie. + +-- Aresztujmy go zaraz! -- krzyknąłem. + +-- Nie mamy jeszcze dowodów -- przekładał Holmes. -- Ten nędznik +jest przebiegły, potrafi się bronić. Chodzi nie o to, co wiemy, +lecz o to, co zdołamy dowieść. Jeden krok fałszywy, a wyśliźnie +nam się pomiędzy palcami. + +-- Cóż nam teraz pozostaje? + +-- Będziemy radzili jutro; dziś trzeba pomyśleć o oddaniu ostatniej +posługi przyjacielowi. + +Zeszliśmy ze skały i zbliżaliśmy się do zwłok, oświetlonych teraz +księżycem. + +-- Trzeba sprowadzić ludzi -- rzekłem. -- We dwóch nie przeniesiemy go +do Baskerville-Hall. Co ci jest? Czyś oszalał?... + +Holmes, patrząc na trupa, śmiał się, ręce zacierał. Cóż się stało +mojemu przyjacielowi, tak poważnemu zazwyczaj?... + +-- Broda! Broda! Ten człowiek miał brodę! -- wołał. + +-- Brodę? -- podchwyciłem. + +-- To nie sir Henryk. To mój sąsiad -- skazaniec! + +Z gorączkową skwapliwością odwróciliśmy zwłoki twarzą do +księżyca. Nie było wątpliwości: skrwawione czoło, zapadłe oczy, +ruda broda -- tak to Seldon. + +W jednej chwili zrozumiałem, jak się rzeczy miały. Baronet mówił mi, +że swoją starą garderobę ofiarował Barrymorowi. Widocznie Barrymore, +na prośbę żony, obdarzył nią Seldona, aby mu ułatwić ucieczkę. +Buty, czapka, garnitur -- wszystko było sir Henryka. Straszny +los spotkał więźnia, ale ten człowiek zasłużył na karę i byłby +ją poniósł z ramienia sprawiedliwości. Wytłómaczyłem Holmesowi +przyczynę naszej pomyłki. + +-- To ubranie jest powodem śmierci Seldona -- rzekł. -- Oczywiście +przyuczano psa poznawać sir Henryka po odzieży. Rozumiem teraz, +dlaczego but znikł z hotelu; pies zwęszył zapach ubrania na skazańcu +i gonił go. Jedno tylko mnie zastanawia: jakim sposobem Seldon wśród +ciemności mógł widzieć, że go pies ściga?... + +-- Słyszał warczenie, tak jak my. + +-- Samo warczenie psa nie wystraszyłoby go tak dalece, żeby wzywał +pomocy, zdradzając swą obecność i narażając się, że go schwytają +strażnicy. Z jego okrzyków miarkuję, że odbiegł spory kawał od +miejsca, z którego pies go spłoszył. + +-- A ja nie rozumiem, dlaczego ten pies został spuszczony dziś +właśnie. Sądzę, że nie zawsze jest na swobodzie. Jeżeli Stapleton +spuścił go z łańcucha, to chyba spodziewał się, że sir Henryk +będzie przechodził przez bagno. + +-- Cóż teraz zrobić z tym trupem? Niepodobna zostawić go tutaj na +pastwę dzikiego ptactwa. + +-- Najlepiej złożyć go w jednej z jaskiń, dopóki nie uwiadomimy +policyi. + +-- Masz słuszność -- przyznał Holmes. -- Udźwigniemy go chyba we dwu? +Ale patrz... Watson... to _on_!... Co za zuchwalstwo!... Ani słowa +przed nim o naszych podejrzeniach... ani słowa! bo inaczej, wszystkie +moje plany pójdą w niwecz. + +Ujrzałem światełko cygara. W blasku księżyca widziałem wyraźnie +drobną postać naturalisty. Spostrzegłszy nas, zatrzymał się, ale po +chwili szedł dalej. + +-- Kogo ja widzę! -- rzekł. -- Jeśli mnie oczy nie mylą, doktor +Watson. Nie spodziewałem się spotkać pana tutaj... Co to takiego?... +Ktoś został ranny... Nie, to niepodobna... Nasz przyjaciel, sir +Henryk!... + +Podbiegł i nachylił się nad zwłokami. Słyszałem jego oddech +przyśpieszony, cygaro z rąk mu wypadło. + +-- Kto to? Kto to taki? -- szeptał. + +-- To Seldon, więzień, który zbiegł z Princetown. + +Stapleton zbladł okropnie, ale nadludzkim wysiłkiem zapanował nad +uczuciem gorzkiego zawodu. Przenosił wzrok z Holmesa na mnie i ze mnie +na Holmesa. + +-- Co za okropna sprawa! -- mówił. -- Jakże on umarł? + +-- Skręcił kark, spadając z tej skały. Spacerowałem właśnie z moim +przyjacielem, gdy doleciał nas krzyk przeraźliwy. + +-- I ja ten krzyk słyszałem. To właśnie sprowadza mnie tutaj. Byłem +niespokojny o sir Henryka... + +-- Dlaczego właśnie o sir Henryka?... -- spytałem. + +-- Bo miał przyjść do mnie. Ponieważ się spóźniał, wyszedłem +na jego spotkanie i wtedy usłyszałem okrzyk... Ale, prawda... -- +i znowu przeniósł wzrok a mojej twarzy na twarz Holmesa -- +czyście panowie nie słyszeli nic więcej, oprócz tego okrzyku? + +-- Nie, a pan? -- spytał Holmes. + +-- I ja nie. + +-- Więc co znaczy to pytanie? + +-- Myślałem o legendach, krążących wśród wieśniaków... Podobno +słychać szczekanie wśród nocy... Byłem ciekawy, czy i teraz +rozlegały się podobne dźwięki... + +-- Niceśmy nie słyszeli -- odparłem. + +-- A jak panowie tłómaczą sobie śmierć tego łotra? + +-- Przypuszczam -- mówiłem -- że coś go wystraszyło; uciekał, +biegł na oślep, aż mu się noga powinęła i spadł z tej skały głową +na dół. Zabił się na miejscu, bo skała wysoka i z tej strony +prostopadle spuszcza się w kotlinę; druga jej strona łączy się +z płaskowzgórzem. Biegnąc, więzień w przerażeniu swem nie +spostrzegł, że stoi nad przepaścią. + +-- To bardzo prawdopodobne -- przyznał Stapleton i westchnął +z widoczną ulgą, jak gdyby kamień spadł mu z serca. -- A cóż pan +o tem myśli, panie Holmes? + +-- Przypuszczam to samo, co mój przyjaciel. + +-- Spodziewaliśmy się pana od chwili, gdy zjechał tu doktor Watson. +Zjawiasz się pan w chwili tragicznej... + +-- Mam nadzieję, że wyjaśnienie mojego przyjaciela zostanie uznane +jako jedynie możliwe. Bądź co bądź, wracając jutro do Londynu, +wywiozę stąd przykre wspomnienie... + +-- Więc pan wraca jutro? + +-- Taki mam zamiar. + +-- Spodziewam się, że pańskie badania rzucą światło na tajemniczą +sprawę, która zajmuje nas od paru miesięcy. + +-- A ja wątpię -- odrzekł Holmes z doskonale udaną szczerością. -- +Detektyw w swoich wywodach zwykł opierać się na faktach, nie zaś na +legendach ludowych. To sprawa trudna i zawiła. Nie spodziewam się jej +rozwikłać. + +Stapleton spojrzał na niego bystro, potem zwrócił się do mnie: + +-- Chętniebym zaproponował przeniesienie tego biedaka do nas, ale boję +się wystraszyć siostrę. Najlepiej Seldonowi twarz zakryć, a zwłoki +będą bezpieczne do jutra rana. + +Takeśmy też zrobili. Stapleton zapraszał nas do siebie, ale +wymówiliśmy się i obaj podążyliśmy do Baskerville-Hall. Naturalista +powrócił sam. + +-- Trzymamy go już prawie... -- mówił Holmes. -- A jaka przytomność +umysłu! Co za zimna krew!... Jak śmiało patrzał na zwłoki tego, +którego uważał za swoją ofiarę... Mówiłem ci już w Londynie, +a teraz powtarzam, że nie miałem jeszcze tak groźnego przeciwnika. + +-- Żałuję, że nas widział. + +-- I ja żałowałem w pierwszej chwili; ale nie było innej rady. + +-- Jak sądzisz: czy świadomość, że jesteś tutaj, wpłynie na jego +plany? + +-- Zmusi go do ostrożności, a może skłoni do ostatecznych czynów. Jak +wielu mądrych zbrodniarzy, jest zapewne zbyt zaufany w swoim rozumie +i wyobraża sobie, że nas w pole wywiedzie. + +-- I czemuż nie aresztujemy go zaraz? + +-- Drogi Watson, ty jesteś stworzony na człowieka czynu. Pierwszym +twoim popędem jest -- działać. Ale przypuściwszy, że go aresztujemy +dziś wieczorem, cóż nam z tego przyjdzie? Nie zdołamy mu nic dowieść. +Gdyby mu dopomagał człowiek, moglibyśmy znaleźć dowody; ale +choćbyśmy odszukali psa, nie pomoże nam zaciągnąć pętlicy na szyi +swego pana. + +-- Mamy przecież dowód. + +-- Ani jednego -- same tylko przypuszczenia i wnioski. Sąd wyśmiałby +nas, gdybyśmy stanęli wobec niego z takim materyałem dowodowym. + +-- Wszak możemy się powołać na śmierć sir Karola... + +-- Znaleziono go martwym bez żadnych śladów gwałtu, bez ran +i skaleczeń. Obaj wiemy, że umarł z przestrachu, wiemy także, kto go +wystraszył, ale w jaki sposób przelejemy tę wiarę w dwunastu sędziów +przysięgłych?... Jakież ślady pies pozostawił na zwłokach?... +Naturalnie, wiemy, że żaden pies nie ruszy martwego ciała; wiemy +dalej, że sir Karol wyzionął ducha, zanim go dogoniło to dzikie +zwierzę. Wiemy, ale powinniśmy tego _dowieść_ -- a nie potrafimy. + +-- Fakt, który się zdarzył dzisiaj, nie jest-że ważną poszlaką? + +-- Nie zdołamy wykazać związku pomiędzy psem a śmiercią tego +człowieka. Zresztą, nie widzieliśmy psa; słyszeliśmy go tylko, +a nie możemy dowieść, że gonił Seldona lub kogobądź. Nie, mój +drogi, musimy pogodzić się z myślą, że trzeba czekać i działać +z ukrycia. + +-- Jakie masz plany? + +-- Spodziewam się wiele po pani Lyons i mam nadzieję, że jutro +pozyskamy choć jeden dowód. + +Nie mogłem go skłonić do wyrażenia jaśniej swych zamiarów. Szedł +w milczeniu aż do samego pałacu. + +-- Czy wejdziesz? -- spytałem. + +-- Ma się rozumieć; dalsze ukrywanie się jest zbyteczne. Słuchaj, +Watson: nie wspominaj sir Henrykowi o psie. Wszak baronet został +zaproszony jutro na obiad do Stapletonów? + +-- I mnie prosili. + +-- Musisz się wymówić. On pójdzie sam. To łatwo urządzić. A teraz +chodźmy. Spóźniłeś się wprawdzie na obiad, ale przybywamy w samą +porę na kolacyę. + + + + +XIII. + +Zastawianie sieci. + + +Sir Henryk był bardziej rad, niż zdziwiony widokiem Holmesa; +spodziewał się bowiem, że ostatnie wypadki skłonią go do przybycia. +Nie mógł jednak zrozumieć, dlaczego mój przyjaciel nie wziął z sobą +żadnych bagażów. Zaopatrzyliśmy go we wszystko, czego potrzebował, +a następnie, przy sutej wieczerzy, opowiedzieliśmy baronetowi naszą +przygodę, z opuszczeniem pewnych szczegółów. + +Ale wpierw czekał mnie przykry obowiązek uwiadomienia Barrymorów +o śmierci Seldona. Dla męża było to poniekąd dobrą nowiną, ale +żona na tę wieść rozpłakała się rzewnie. W oczach wszystkich ów +zbrodniarz był potworem i wyrzutkiem społeczeństwa; ona widziała +w nim zawsze chłopaka z jasnymi kędziorami, którego nosiła na +ręku i kochała, jak własne dziecko. + +Niema tak złego mężczyzny, po którymby nie płakała kobieta... + +-- Po wyjściu Watsona -- mówił baronet -- snułem się z kąta w kąt, +wierny mojej obietnicy: nie zapuszczania się samemu na bagno po +zachodzie słońca. Teraz jednak żałuję, że nie przyjąłem zaprosin +Stapletona, który do mnie pisał nad wieczorem. Gdybym był poszedł, +spędziłbym wieczór weselej. + +-- Nie wątpię o tem -- rzekł Holmes. -- Ale, prawda, zapomniałem panu +powiedzieć, żeśmy go już opłakali. Byliśmy pewni, że to pan umarł. + +Sir Henryk spojrzał na niego ze zdziwieniem. + +-- Ten biedak był ubrany od stóp do głowy w pańską odzież. Obawiam +się, że Barrymore, który mu jej dostarczył, będzie miał zatarg +z policyą... + +-- Wątpię. Nie było żadnych znaków. + +-- To szczęśliwie dla niego, a nawet i dla nas, gdyż i pan nie jest +bez zarzutu w tej sprawie. Pociąganoby pana do odpowiedzialności za +to, że, znając kryjówkę zbiegłego więźnia, nie uwiadomiłeś o niej +policyi... Jako sumienny detektyw, powinienbym nawet aresztować pana +i całą służbę pałacową... + +-- Zanim pan spełni ten obowiązek -- mówił baronet żartobliwie -- +może się dowiem, jak stoi nasza sprawa? Czyś pan jej zawiłości +rozplątał? My z Watsonem tyle wiemy dziś, co na początku. + +-- Mam nadzieję, że zdołam wyświetlić tajemnicę. Sprawa istotnie +bardzo skomplikowana, dużo w niej punktów ciemnych, ale spodziewam się +rzucić na nie światło, + +-- My tutaj z Watsonem stwierdziliśmy tylko jeden fakt: szczekanie psa +na bagnie. Słyszeliśmy je wyraźnie, więc to nie legenda ani przesądy. +Gdybyś pan zdołał schwytać tego psa, byłbyś najpierwszym detektywem +na świecie. + +-- Mam nadzieję, że go schwytam i nałożę mu kaganiec, ale potrzebuję +pańskiej pomocy. + +-- Rozporządzaj pan mną do woli. Zrobię, co pan zechcesz. + +-- A więc poproszę pana, abyś słuchał mnie ślepo. + +-- I owszem. + +-- Jeżeli pan zastosujesz się do moich wskazówek i poleceń, nie +pytając o ich przyczynę, to uda mi się może rozwikłać tajemnicę. Nie +wątpię... + +Urwał nagle i zapatrzył się w jeden punkt nad moją głową. Światło +padało na jego twarz nieruchomą, jakby wykutą z kamienia. + +-- Co pan tam widzisz? -- zawołał sir Henryk. + +Patrząc na Sherlocka, spostrzegłem, że tłumi wewnętrzne wzburzenie. +Rysy jego były chłodne, jak zwykle, w oczach jednak płonął dziwny +ogień. + +-- To był zachwyt znawcy... -- rzekł po chwili, wskazując rząd +portretów, wiszących na przeciwległej ścianie. -- Watson nie wierzy +mojemu znawstwu, ale to przez zazdrość, gdyż nasze poglądy na sztukę +są niezgodne. Według mnie, ta galerya portretów jest wspaniała. + +-- Miło mi to słyszeć -- odrzekł sir Henryk, patrząc na mego +przyjaciela ze zdziwieniem. -- Na malarstwie nie znam się: wolę +ładnego konia, niż cenny obraz. Nie sądziłem, że pan masz czas +oddawać się takim zamiłowaniom... + +-- Nie mogę być obojętny na arcydzieła, gdy je mam przed oczyma -- +odparł Holmes. -- Mógłbym się założyć, że ta dama w niebieskiej +atłasowej sukni i ten sędziwy mąż w peruce, wyszli z pod pędzla +Reynoldsa. Wszak to wszystko portrety rodzinne? + +-- Tak, wszystkie. + +-- Czy pan zna imiona i daty? + +-- Barrymore próbował wtajemniczyć mnie w rodowody i zdaje mi się, żem +zapamiętał jego wykład. + +-- Któż jest ów gentleman z teleskopom w ręku? + +-- To admirał Baskerville; służył w Indyach Zachodnich pod Rodneyem. +A ten w niebieskim fraku, to sir William Baskerville, który był +przewodniczącym w izbie gmin za czasów Pitta. + +-- A ów jeździec, naprzeciwko mnie, w aksamitnym spencerze? + +-- O! ten wart, aby o nim powiedzieć słów parę. On jest sprawcą +nieszczęść naszej rodziny. To właśnie krwawy Hugon, który wypuścił +sforę psów na tę nieszczęśliwą dziewczynę... + +Spojrzałem na portret z wielkiem zaciekawieniem. + +-- Nigdybym się nie domyślił, że to on -- rzekł Holmes. -- Twarz +łagodna, spokojna, tylko w oczach... płomienie. Wyobrażałem go sobie +tęższym i groźniejszym. + +-- Niema wątpliwości, że to on. Na odwrotnej stronie płótna jest imię +i data -- rok 1647. + +Mój przyjaciel umilkł, ale nie odrywał oczu od portretu. Dopiero po +naszem rozejściu się na spoczynek dowiedziałem się, dlaczego to +płótno budzi w nim tak żywo zaciekawienie. + +Zaprowadził mnie znowu do jadalni ze świecą w ręku i przysunął ją do +portretu. + +-- Co cię uderza? -- zapytał. + +Ogarnąłem wzrokiem duży kapelusz z piórami, złociste loki i koronkowy +kołnierz; wpatrywałem się w rysy chłodne, surowe. Nie było w nich +namiętności, lecz niezłomna, okrutna wola; tryskała ona z oczu +stalowych, zdradzały ją usta wązkie, zaciśnięte. + +-- Czy ten portret przypomina ci kogo ze znajomych? -- pytał Holmes. + +-- Z dolnej części twarzy trochę podobny do sir Henryka. + +-- Istotnie. Ale poczekaj. + +Wskoczył na krzesło, i trzymając świecę w lewej ręce, prawą +osłonił szeroki kapelusz i włosy. + +-- Chryste Panie! -- zawołałem. + +Z ram obrazu wyłoniła się twarz Stapletona... + +-- Ha! spostrzegłeś wreszcie! -- rzekł Holmes. -- Moje oczy są +przyzwyczajone do badania samych twarzy, bez akcesoryj toaletowych. +Pierwszą zaletą detektywa jest poznawać ludzi pod przebraniem. + +-- Ależ to nadzwyczajne! -- mówiłem, nie mogąc ochłonąć +z podziwu. -- Ten obraz mógłby być jego portretem! + +-- Tak, to fizyczny dowód atawizmu i moralnego podobieństwa. Studya +nad portretami rodzinnymi mogą nas przejąć wiarą w wędrówkę dusz. +Ten człowiek jest z rodu Baskervillów, to nie ulega wątpliwości. + +-- I dlatego dybie na sukcesyę... + +-- Naturalnie. Portret wypełnił lukę w moich poszukiwaniach. Trzymamy +go. Watson! gotów jestem założyć się, że jutro wpadnie w moje sieci, +tak, jak motyle, za którymi sam się ugania. Wezmę go na szpilkę +i dołączę do mojej kolekcyi zbrodniarzy. + +Wybuchnął śmiechem, co mu się rzadko zdarzało. + +Nazajutrz wstałem bardzo wcześnie, ale Holmes już mnie wyprzedził. Był +ubrany do wyjścia. + +-- Mamy cały dzień swobodny -- mówił, zacierając ręce z radości. -- +Sieci już zastawione, brakuje tylko motyla. + +-- Czy już wychodziłeś? + +-- Wysłałem do Princetown wiadomość o śmierci Seldona. Mam nadzieję, +że nikt z was nie będzie niepokojony w tej sprawie. Porozumiałem się +już także z wiernym Cartwrightem; krążył około mojej nory, jak pies +nad grobem swego pana. Musiałem go uspokoić że jestem zdrów i cały. + +-- Cóż dalej? + +-- Przywitamy sir Henryka. Ha! oto i on! + +-- Dzień dobry, Holmes -- rzekł baronet, wchodząc do jadalni. -- +Wyglądasz na dowódcę, naradzającego się z szefem swego sztabu przed +bitwą. + +-- Bo też tak jest. Watson otrzymuje rozkazy. + +-- I ja gotów jestem ich wysłuchać. + +-- Wszak Stapleton zaprosił pana dzisiaj na obiad? + +-- Spodziewam się, że i panowie pójdziecie ze mną. Oni są bardzo +gościnni i ręczę, że przyjmą was z otwartemi rękoma. + +-- Obaj z Watsonem musimy jechać do Londynu. + +-- Do Londynu? + +-- Tak; nasza obecność jest potrzebniejsza tam, niż tutaj. + +-- Miałem nadzieję -- oświadczył baronet -- że nie opuścicie mnie, +dopóki ta sprawa się nie wyświetli. Co ja tu będę robił sam na tem +pustkowiu? + +-- Kochany panie, musisz zaufać mi ślepo i zrobić to, co powiem. +Oświadczysz pan Stapletonom, że mieliśmy wielką ochotę panu +towarzyszyć, lecz że ważne interesy powołały nas do Londynu. +Spodziewamy się wrócić niebawem. Czy pan zechce powtórzyć im to +dosłownie? + +-- Jeżeli panu na tem zależy. + +Widziałem, że baronet jest niezadowolony z naszego wyjazdu i że ma do +nas żal, iż go opuszczamy. + +-- Kiedy chcecie jechać? -- spytał chłodno. + +-- Zaraz po pierwszem śniadaniu. Wstąpimy do Coombe-Tracey. Watson +pozostawia tutaj kuferek, jako dowód, że wróci niebawem. Napisz kilka +słów do Stapletona, przepraszając go, że nie możesz korzystać z jego +zaprosin. + +-- Mam ochotę jechać z wami -- rzekł baronet. -- Co mnie tu wiąże? + +-- Dałeś mi pan słowo, że zastosujesz się do moich poleceń, a ja +powiadam panu, abyś został. + +-- Ha! w takim razie zostanę. + +-- Jeszcze słówko. Do Merripit-House pojedziesz pan amerykanem. +Odeślesz zaraz konie i oświadczysz, że zamierzasz powrócić pieszo. + +-- Mam iść przez bagno? + +-- Tak. + +-- Ależ to sprzeciwia się pańskim poprzednim zaleceniom! +Ostrzegaliście mnie obaj, abym po zachodzie słońca nie wychodził na +bagno, ani na łąkę. + +-- Tym razem możesz pan iść bezpiecznie. Gdybym nie ufał pańskiej +odwadze i zimnej krwi, nie dawałbym panu takiej rady. Wierzaj mi pan, +że to jest niezbędne. + +-- A więc dobrze. + +-- Ale jeśli panu życie miłe, nie zbaczaj z drogi; musisz iść prosto +ścieżką, wiodącą z Merripit-House do Grimpen-Road. + +-- Dobrze, zapamiętam. + +-- Chciałbym wyruszyć stąd zaraz po śniadaniu aby stanąć w Londynie +przed wieczorem. + +Byłem zdziwiony takim programem; choć poprzedniego dnia Holmes +wspominał Stapletonowi, że jedzie nazajutrz do miasta, nie sądziłem +jednak, że mnie zabierze ze sobą i nie mogłem zrozumieć, dlaczego +w najważniejszej chwili schodzi ze stanowiska. Milczałem wszelako, +wiedząc, że trzeba go słuchać biernie. + +Pożegnaliśmy naszego przyjaciela i w parę godzin potem byliśmy na +dworcu w Coombe-Tracey. Konie zostały odesłane do domu. Na platformie +stał niewielki chłopczyna. + +-- Co pan rozkaże? -- zapytał Holmesa. + +-- Pojedziesz tym pociągiem do Londynu. Zaraz po przybyciu +zatelegrafujesz do sir Henryka Baskerville w mojem imieniu, prosząc +go, aby kazał poszukać papierośnicy, którą zostawiłem u niego +i odesłał ją na Baker-Street. + +-- Słucham pana. + +-- Zapytaj na stacyi, czy niema listu do mnie. + +Chłopak wrócił z telegramem, Holmes podał mi go. Przeczytałem, co +następuje: + +„Depesza otrzymana. Przybywam z niepodpisanym rozkazem. Będę +o g. 5 m. 40. Lestrade.” + +-- To odpowiedź na mój telegram, wyprawiony dziś rano. Będziemy +potrzebowali jego pomocy. Człowiek sprytny i odważny. A teraz, Watson, +sądzę, że nic nam nie pozostaje, jak odwiedzić twoją znajomą, panią +Laurę Lyons. + +Zaczynałem pojmować plan kampanii. Holmes za pośrednictwem baroneta +chciał przekonać Stapletonów, żeśmy wyjechali istotnie, a my tymczasem +zjawimy się w chwili grożącego niebezpieczeństwa. + +Ów telegram z Londynu, o którym sir Henryk wspomni zapewne, rozwieje +podejrzenia naturalisty. + +Sieci były już zastawione. + +Pani Laura Lyons znajdowała się w swojem biurze. Sherlock Holmes +przystąpił do rzeczy wprost ze szczerością, która ją wprowadziła +w kłopot. + +-- Badam okoliczności, towarzyszące śmierci sir Karola Baskerville -- +oświadczył. -- Mój przyjaciel, doktor Watson, uwiadomił mnie o treści +swojej rozmowy z panią, wiem także to, coś pani zamilczała... + +-- Cóżem zamilczała? + +-- Wyznałaś pani, że sir Karol na jej prośbę miał znajdować się o +dziesiątej przy furtce -- wiemy, że o tej godzinie śmierć go spotkała. +Nie wyjaśniłaś pani: jaki stosunek zachodzi pomiędzy tymi dwoma +faktami. + +-- Nie są w żadnym stosunku do siebie. + +-- Byłby to dziwny zbieg okoliczności. Sądzę jednak, że zdołamy +wykazać związek pomiędzy jednym faktem a drugim. Chcę być z panią +zupełnie szczerym. Poczytujemy ten „wypadek” za morderstwo; +podejrzanym jest nietylko przyjaciel pani, mr. Stapleton, lecz i jego +żona... + +Mrs. Lyons zerwała się na równe nogi. + +-- Jego żona?... -- krzyknęła. + +-- Tak. Rzecz wyszła na jaw. Osoba, która dotychczas uchodziła za jego +siostrę, jest właściwie jego żoną... + +Pani Lyons usiadła znowu, jej palce ściskały poręcz fotela z taką +siłą, że aż paznogcie zbielały. + +-- Jego żona! -- szeptała. -- Jego żona! Więc on jest żonaty!... + +Sherlock Holmes rozłożył ręce, jak gdyby chciał powiedzieć, że niema +na to rady. + +-- Chcę mieć dowód. Jeśli pan potrafisz stwierdzić te słowa +faktami... -- Nie dokończyła, głos zamarł w jej piersi. + +-- Przybyłem, uzbrojony w dowody, wiedząc, że ich pani zażąda -- +oświadczył Holmes, wyjmując paczkę papierów z kieszeni. -- Oto +fotografia małżonków, zdjęta przed kilku laty w York. Zapisani są +w księgach zakładu fotograficznego jako „państwo Vandelour”, ale +łatwo poznać i ją, i jego. Dalej -- trzy rysopisy małżonków +Vandeleur; mąż w owym czasie był kierownikiem szkoły prywatnej +w St-Oliver. Rysopisy zostały nadesłane przez osoby wiarogodne. +Odczytaj je pani, a przekonasz się, czy odpowiadają wyglądowi +pana Stapleton i jego domniemanej siostry. + +Przebiegła okiem listy i pogrążyła się w milczeniu. Skostniała jakby +z bólu. + +-- Panie Holmes -- rzekła wreszcie -- ten człowiek obiecywał, że mnie +poślubi, jeśli uzyskam rozwód. Okłamał mnie, zdradził. Wyobrażałam +sobie, że on działa dla mnie -- teraz widzę, że byłam tylko +narzędziem w jego ręku. Nie potrzebuję dochowywać mu tajemnicy, +skoro on nie dochował mi wiary!... Nie myślę go osłaniać przed +skutkami jego niecnych czynów. Pytaj mnie pan, o co tylko chcesz -- +nic nie zataję. Przysięgam panu, iż pisząc ten list, nie +wiedziałam, że narażam na niebezpieczeństwo sir Karola, który +był dla mnie lepszym od rodzonego ojca. + +-- Wierzę pani święcie -- odparł Sherlock Holmes. -- Opowiadanie +byłoby dla pani bardzo przykrem, więc może lepiej ja powiem, jak +się rzeczy miały, a pani będzie prostowała niedokładności lub +omyłki. Wszak Stapleton radził pani napisać ten list? + +-- Podyktował mi go. + +-- Przypuszczam, że skłonił panią, dowodząc, że sir Karol chętnie +poniesie wydatki na rozwód. + +-- Nieinaczej. + +-- A gdy pani list posłałaś, odradził jej przybyć na miejsce +umówione. + +-- Mówił, że mu ambicya nie pozwala, aby człowiek obcy łożył na taki +cel, i że choć sam jest niezamożny, poświęci ostatni grosz na +usunięcie przeszkód, zagradzających nam drogę do szczęścia. + +-- A potem wyczytałaś pani wiadomość o śmierci w gazecie miejscowej? + +-- Tak. + +-- Następnie kazał pani przysiądz, że nie wspomnisz nikomu o swym +liście do sir Karola? + +-- Mówił, że śmierć jest tajemniczą i że mogliby mnie podejrzewać +o zabójstwo. Wystraszył mnie takim argumentem i zmusił do milczenia. + +-- A czy pani miałaś jakie wątpliwości? + +Milczała długo, wreszcie rzekła: + +-- Być może, bo go znam. Ale gdyby dochował mi wiary, nie zdradziłabym +go nigdy. + +-- Bądź co bądź, wyszłaś pani z tej sprawy obronną ręką -- +przekładał jej Holmes. -- Miałaś go pani w swej mocy, a jednak +żyjesz. A teraz pożegnamy panią. Dowidzenia niebawem! + + * * * * * + +-- Nasza sprawa zaczyna się zaokrąglać -- mówił Holmes, gdy w parę +minut potem staliśmy na dworcu, oczekując londyńskiego pociągu. -- +Jest to najdziwniejsza zbrodnia, jaka się zdarzyła w naszem stuleciu. +Badacze kryminologii pamiętają podobny wypadek w roku 1866 w Grodnie, +a drugi w północnej Karolinie w roku 1878, ale obecny fakt ma swoje +odrębności. I teraz nawet, po wykryciu szczegółów, nie wiem jeszcze, +w jaki sposób Stapleton przyczynił się do śmierci sir Karola. Mam +jednak nadzieję, że to się wyświetli przed północą. + +Kuryer londyński wbiegł na peron z sykiem i gwizdem. Z wagonu +pierwszej klasy wyskoczył mężczyzna krępy, o twarzy wesołej. Powitał +Holmesa z takiem uszanowaniem, jak oficer głównodowodzącego armią. + +-- Czy jest co nowego? -- spytał. + +-- Zdaje się, że obecna sprawa narobi hałasu -- odparł mój przyjaciel, +zacierając ręce. -- Mamy dwie godziny wolne. Trzeba zjeść obiad +i nabrać sił do działania. Po obiedzie przejdziemy się po łące; +świeże powietrze wyruguje z twoich płuc nagromadzoną w nich mgłę +londyńską. Wszak jesteś tu po raz pierwszy? Mam nadzieję, że nie +zapomnisz tych odwiedzin... + + + + +XIV. + +Pies Baskervillów. + + +Jedną z wad Sherlocka Holmes -- jeśli można to nazwać wadą -- jest +skrytość. Nie zwykł wyjawiać swoich planów nikomu, aż do ostatniej +chwili. Jest to wynikiem jego natury despotycznej i samodzielnej, +ale i próżności potrosze. Lubi wprowadzać w zdumienie i zachwyt +nad swym geniuszem wywiadowczym. Zresztą ta skrytość płynie może +i z ostrożności, która nie pozwala mu wypowiadać się przed nikim. +Bądź co bądź, jest to przykrem dla otoczenia. + +Niecierpliwiło mnie to często, ale nigdy do tego stopnia, jak owego +wieczora. Czekało nas zadanie trudne i niebezpieczne, mieliśmy działać +wspólnie, a jednak Holmes nie wyznaczał nam roli. Mówiliśmy +o przedmiotach pobocznych, nie mających nic wspólnego ze sprawą. + +Mój przyjaciel wynajął na dworcu dorożkę i kazał się wieźć do +Baskerville-Hall. Wysiedliśmy przy bramie. Zapłacił dorożkarza +i odprawił go do Coombe-Tracey, poczem kazał nam iść ze sobą +w stronę Merripit-House. + +-- Czy masz broń? -- zapytał Lestrada. + +-- Nie rozstaję się z rewolwerem -- odparł detektyw. -- We dnie jest +jak przylepiony do kieszeni moich spodni, a w nocy -- do mojej +poduszki. + +-- To dobrze. Mój przyjaciel i ja jesteśmy w zbrojnem pogotowiu. + +-- Cóż pan rozkażesz? + +-- Czekać. + +-- Ha! nie jest to miła robota, zwłaszcza wśród takiego otoczenia. +Cóż za pustkowie!... -- mówił Lestrade, oglądając się dokoła. + +-- Widzisz te światełka w oddali? To Merripit-House, cel naszej +wycieczki. Teraz musimy iść na palcach i mówić szeptem. + +O dwieście yardów przed domem, Sherlock kazał nam stanąć. + +-- Poczekamy tutaj -- szepnął. -- Te kamienie na prawo stanowią +wyborną osłonę. Zaczaisz się za nimi, Lestrade. Wszak byłeś w tym +domu, Watson? Rozkład mieszkania jest ci znany. Widzisz okno +oświetlone? + +-- To od kuchni. + +-- A tamto, po drugiej stronie? + +-- To od jadalnego pokoju. + +-- Proszę cię, zakradnij się pod te okna i zobacz, co oni tam robią, +ale na miłość Boską, ostrożnie, żeby nie zmiarkowali, że są +śledzeni. + +Stąpałem powoli, im palcach; zgięty wpół, doszedłem do miejsca, skąd +było widać okno jadalni. + +Przy okrągłym stole siedziało dwóch mężczyzn: sir Henryk i Stapleton. + +Byli zwróceni do mnie profilem. Obaj palili cygara i popijali kawę. +Przed nimi stała butelka z winem. Stapleton rozprawiał żywo, baronet +był blady i roztargniony. Może trapiła go myśl o samotnym powrocie +przez to fatalne trzęsawisko. + +Po chwili Stapleton wstał i wyszedł z pokoju. Sir Henryk wypił haust +kawy i zaciągnął się dymem cygara. Usłyszałem skrzypniecie drzwi +i chrzęst żwiru: ktoś szedł po drugiej stronie muru. Wyjrzałem +ostrożnie i zobaczyłem naturalistę. Stąpał powoli, zakradał się +jakby, wreszcie stanął u drzwi bocznej oficyny. Klucz zazgrzytał +w zamku, po chwili doszedł mnie dziwny odgłos, jakby warczenia. +Stapleton zabawił parę minut i wrócił do domu. Widziałem, jak +wszedł do pokoju, w którym pozostawił był sir Henryka. + +Wróciłem do moich towarzyszów, aby zdać raport Holmesowi. + +-- A więc powiadasz, że dama jest nieobecna? -- pytał, wysłuchawszy +mnie do końca. + +-- Niema jej w jadalnym pokoju. + +-- We wszystkich innych pokojach ciemno? Gdzie też się ukrywa?... + +Nad trzęsawiskiem unosiły się białe opary; księżyc, świecący jasno +na niebie, nie zdołał ich rozproszyć. Cała okolica wydawała się +posypana śniegiem. + +-- Przeklęta mgła! -- mruczał Holmes. -- Ogarnie nas niebawem, a wtedy +wszystko stracone. To jedno może mi szyki pomieszać. Ale mam nadzieję, +że nie będziemy już długo czekali. Dziesiąta. Sir Henryk wyjdzie lada +chwila. Ta mgła stanowi o jego życiu... + +Noc była jasna; po za obrębem oparów widać było Merripit-House. Tylko +dwa okna były oświecone. Wtem światło zgasło w kuchni; pozostało +tylko w pokoju jadalnym, w którym morderca i jego ofiara siedzieli +przy kieliszkach i cygarach. A tymczasem mgła spowijała coraz szerszą +przestrzeń, muskała już dom Stapletona. Zniknął w niej mur na drugim +końcu ogrodu, czubki drzew wynurzały się jeszcze z po za oparów. +Holmes przestępował z nogi na nogę. Był zaniepokojony. + +-- Jeżeli nie wyjdzie za kwadrans, cała robota na nic. Za pół godziny +nie będziemy mogli dojrzeć rąk własnych... + +Uklęknął i przyłożył ucho do ziemi. + +-- Dzięki Bogu! słyszę jego kroki... -- szepnął. + +Rozległo się miarowe stąpanie. Kroki stawały się coraz głośniejsze +i wyraźniejsze, dochodziły do nas przez mgłę, jak przez zasłonę, +i oto nagle pojawił się ten, na którego czekaliśmy. + +Przeszedł ścieżką obok nas i podążył dalej, a idąc, oglądał się +na prawo i lewo, z widocznym niepokojem. + +-- Pst! -- szepnął Holmes. -- Baczność! + +Mgła była już o pięćdziesiąt yardów przed nami. Wytężaliśmy +wzrok, czując, że wyłoni się z niej coś strasznego. Spojrzałem +na Holmesa. Był blady, wpatrywał się w jeden punkt, usta mu +drgały. W chwili tej Lestrade krzyknął i padł twarzą do ziemi. +Zerwałem się, nie wypuszczając pistoletu z garści, choć krew +zamarła mi w żyłach na widok strasznego zjawiska, które +wyskoczyło z za mgły... + +Był to pies olbrzymi, czarny, jak węgiel, ale nie pies zwyczajny. +Jego rozwarta paszcza ziała ogniem, z oczu sypały się iskry, cały pysk +był jakby w płomieniach. Najstraszniejsza zmora nie mogła być +straszniejszą od tego piekielnego zwierza, wyłaniającego się ku nam +z ciemności. + +Dziki zwierz biegł śladami naszego przyjaciela w podskokach... + +Byliśmy tak przerażeni tem zjawiskiem, że nie wystrzeliliśmy w porę. +Pies przebiegł mimo nas. Holmes i ja daliśmy ognia równocześnie; +zwierzę, ugodzone widocznie, jęknęło przeraźliwie, lecz nie +zatrzymało się w swym szalonym pościgu. + +Sir Henryk, który już był daleko, obejrzał się; widziałem w blasku +księżycu, że stanął przerażony i podniósł ręce do góry. + +Jęk psa rozproszył nasze przesądne obawy. Jeśli kula raniła zwierzę, +a więc było nie widmem, lecz rzeczywistością, -- mogliśmy je zabić. + +W życiu mojem nie widziałem nikogo, pędzącego tak szybko, jak Holmes +owej nocy. Biegłem za nim, ale mnie wyprzedził. Słyszeliśmy przed sobą +warczenie psa i wołanie o pomoc sir Henryka. Nadbiegłem w chwili, gdy +rozjuszone zwierzę rzuciło się na swą ofiarę, powaliło ją na ziemię +i wyszczerzało zęby. Z dzikiem wyciem i jękiem bólu dogorywający pies +zwalił się na baroneta. + +Skoczyłem naprzód i przyłożyłem psu pistolet do łba, ale wystrzał +był zbyteczny. Czworonożny prześladowca rodu Baskervillów już nie +żył... + +Nachyliliśmy się nad sir Henrykiem. Mój przyjaciel odetchnął +swobodniej, widząc, że nasza pomoc przyszła w porę. Lestrade wlał +baronetowi do ust parę kropel wódki. Sir Henryk spojrzał na nas +przerażonemi oczyma. + +-- Co to? -- szepnął. -- Co to takiego?... + +-- Zabiliśmy złego ducha rodu Baskervillów. Już nie ożyje!... -- +zawołał Holmes. + +U stóp naszych leżało olbrzymia psisko, wielkości młodej lwicy; był +to mieszaniec wyżła i brytana. Zagasłe oczy świeciły jeszcze, +zakrwawiony pysk ział ogniem. + +Powiodłem ręką po łbie kudłatym -- moje palce zabłysły +w ciemności... + +-- Fosfor! -- rzekłem. + +-- Szatański pomysł! -- mówił Holmes, nachylając się nad martwem +zwierzem. -- Przepraszam cię najmocniej, sir Henryku, że musiałem cię +narazić na taki przestrach. Domyślałem się, że wypuszczą psa, ale nie +sądziłem, że go wpierw posmarują siarką, aby wydawał się piekielnym +potworem... + +-- Ocaliłeś mi pan życie! + +-- Wystawiając je na niebezpieczeństwo. Czy możesz pan wstać o własnej +sile? + +-- Dajcie mi jeszcze wódki. Tak! A teraz podtrzymajcie mnie chwilkę, +bo jeszcze drżą mi nogi. Co pan teraz rozkaże? + +-- Przedewszystkiem musisz pan odpocząć. Jeżeli poczekasz tu na nas, +odprowadzimy pana do domu. + +Sir Henryk był jeszcze blady i nie mógł utrzymać się na nogach. +Posadziliśmy go na kamieniu. + +-- A teraz do dzieła -- mówił Holmes. -- Każda chwila jest droga. Mamy +już dowód zbrodni, chodzi jeszcze o schwytanie zbrodniarza. + +Zostawiliśmy sir Henryka i podążyliśmy ku domowi Stapletona. + +-- Słyszał wystrzały i domyślił się, że jego „sztuka” wyszła na +jaw. Nie zastaniemy go już -- mówił Holmes. + +-- Kto wie: gęsta mgła stłumiła zapewne huk rewolweru, a zresztą +przestrzeń dość znaczna; mógł nie słyszeć. + +-- Sądzisz, że czekał na rezultat w domu? To go me znasz. Ręczę, +że wyszedł za psem, aby go przywołać po skończonej „robocie”. +Gotówbym się założyć, że go niema w Merripit-House. Swoją drogą, +przetrząśniemy dom od strychu do piwnic. + +Frontowe drzwi były otwarte; weszliśmy, ku zdziwieniu starego sługi, +który stał w sieni. Z wyjątkiem jadalni, wszędzie panowały ciemności, +ale Holmes wziął ze stołu lampę i chodził z nią od pokoju do pokoju. +Nie było nigdzie Stapletona. + +Jeden z pokojów na górze był zamknięty na klucz. + +-- Ktoś tam jest! -- zawołał Lestrade. -- Słychać oddech. Proszę +drzwi otworzyć! + +Odpowiedział nam jęk. Holmes uderzył pięścią w klamkę; wyskoczyła, +drzwi stanęły otworem. Wbiegliśmy do pokoju z pistoletami w garści. + +Nie było w nim Stapletona. Oczom naszym przedstawił się dziwny +i niespodziany widok. + +Pokój był rodzajem muzeum; w gablotach i na ścianach były rozpięte +rzadkie okazy motylów. Pośrodku pokoju był słup, postawiony tu zapewne +dla podtrzymania starej belki, grożącej zawaleniem. Do tego słupa +uwiązana była postać ludzka; w pierwszej chwili nie mogliśmy poznać: +czy to mężczyzna, czy kobieta. Jeden ręcznik ściskał jej gardło +i okręcony był naokoło słupa, drugi zakrywał dolną część twarzy. +Cała postać była spowita w prześcieradło. + +W mgnieniu oka rozerwaliśmy pęta; na ziemi u stóp naszych leżała pani +Stapleton. Gardło miała sine i ślady paznogci na twarzy i ciele. + +-- Nędznik!... -- zawołał Holmes z oburzeniem. -- Dawaj no tu flaszkę +z wódką -- rzekł do Lestrada. -- Trzeba ją posadzić na krześle +i rozcierać. + +Otworzyła oczy. + +-- Co się z nim stało? -- szepnęła. -- Czy uciekł? + +-- Nie umknie tak łatwo. + +-- Ja mówię nie o _nim_, ale o sir Henryku. Czy ocalony? + +-- Tak. + +-- A pies? + +-- Nie żyje. + +Odetchnęła swobodniej. + +-- Dzięki Bogu! Widzicie, panowie, jak ten łotr obszedł się ze mną!... + +Wysunęła ręce z rękawów -- były okryte sińcami. + +-- Ale to najmniejsza -- ciągnęła dalej. -- On zdeptał moją duszę, +poniżył ją... Wszystko znosiłam: osamotnienie, poniewierkę, dopóki +mogłam wierzyć w jego miłość; ale i tu spotkał mnie zawód... + +Wybuchła płaczem. + +-- Nie masz pani powodu go oszczędzać -- rzekł Holmes. -- Powiedz nam, +gdzie się ukrywa? Jeśli mu pomagałaś w złem, dopomóż nam złe +powetować. + +-- Jedno jest tylko miejsce, w którem mógł się schronić: dawna +kopalnia ołowiu, w samym środku moczarów. Tam trzymał psa na uwięzi; +wiem, że robił przygotowania, aby tam się ukryć. + +Holmes przysunął lampę do okna. + +-- Patrzcie -- mówił -- co za mgła! Nikt dzisiaj nie zdoła dotrzeć do +Grimpen-Mire. + +Klasnęła w ręce. Oczy jej zabłysły. + +-- On dojdzie, ale wyjść nie zdoła, bo wśród mgły nie zobaczy +gałęzi, któreśmy powtykali razem, aby mu wskazywały drogę do +Grimpen-Mire. Szkoda, że nie mogłam ich dzisiaj wyrwać, bo +byłby na waszej łasce... + +Pogoń stawała się niemożliwą, dopóki mgła nie opadnie. Tymczasem +pozostawiliśmy Lestrada na stanowisku w Merripit-House, a sami wraz +z sir Henrykiem wróciliśmy do Baskerville-Hall. + +Niepodobna już było ukrywać przed nim historyi Stapletonów. Ze +spokojem przyjął wiadomość, że ta, którą pokochał, była żoną, +nie siostrą owego łotra. Lecz wzruszenie tej nocy wstrząsnęły mu +nerwy. Dostał gorączki. Posłaliśmy po doktora Mortimer. + +Gdy baronet podźwignął się z łóżka, dla odzyskania równowagi +duchowej, pod opieką tego zacnego lekarza wyruszył w podróż +naokoło świata. Wrócił zdrów moralnie i fizycznie. + + * * * * * + +Zbliżam się do końca tej dziwnej opowieści; starałem się przelać +w czytelników obawy, które trapiły nas tak długo i skończyły się tak +tragicznie. + +Nazajutrz po opisanych wypadkach, mgła ustąpiła i pod przewodnictwem +pani Stapleton zdołaliśmy dotrzeć do punktu, skąd ścieżka prowadziła +na moczary. + +Nieszczęśliwa kobieta ze skwapliwością, świadczącą o głębokiej +urazie do tego człowieka, który jej życie zmarnował i podeptał +jej godność niewieścią, starała się nas wprowadzić na trop jego. + +Od owego punktu, rząd wetkniętych w błoto gałęzi wskazywał kępki +ziemi, po których można było przejść suchą nogą. Jeden krok +fałszywy mógł nas o śmierć przyprawić. Raz tylko jeden ujrzeliśmy +ślad, że ktoś przechodził tą niebezpieczną drogą. Wśród zielska +i trawy wyzierał jakiś czarny przedmiot. + +Holmes schylił się, aby go podnieść, przyczem pośliznęła mu się +noga; gdybyśmy go nie podtrzymali, byłby wpadł w to błoto bezdenne. +Podniósł się trzymając w ręku stary but. Wewnątrz, na podeszwie, +była wypisana firma: „_Meyers, Toronto_”. + +-- Warto było wziąć błotną kąpiel! -- wołał. -- Jest to zaginiony +but sir Henryka. + +-- Stapleton rzucił go tu zapewne wśród ucieczki. + +-- Niewątpliwie. Trzymając ten but, wprowadzał psa na trop sir +Henryka... Odgłos wystrzału zwiastował Stapletonowi, że zasadzka +chybiona. Łotr uciekał z tym butem w ręku. Tu właśnie go rzucił. +A zatem do tego miejsca doszedł bezpiecznie. + +Mieliśmy się dowiedzieć jeszcze innych szczegółów, choć wiele rzeczy +pozostało niewyjaśnionych. Niepodobna było znaleźć śladów na bagnie, +albowiem błoto zalewało je odrazu. Minąwszy najgłębsze moczary, +szukaliśmy odbicia stóp na twardym już gruncie. Nadaremnie. Jeśli +świadectwo ziemi było wiarogodne, Stapleton nie doszedł do wyspy, ku +której dążył wśród mgły. + +Grimpen-Mire pochłonęło nędznika. Jego kości spoczywają zapewne +wśród nieprzebytych trzęsawisk... + +Natomiast znaleźliśmy dużo śladów po nim na wyspie, gdzie psa +ukrywał. W jednym z opuszczonych domków był przykuty do ściany +łańcuch; pogryzione kości świadczyły, że pies był tutaj więziony. +Opodal leżał szkielet małego pinczerka. + +-- Patrzcie! toż to faworyt Mortimera! -- zawołał Holmes. -- +Stapleton potrafił ukryć psa, ale nie zdołał stłumić jego wycia. +Mógł był wprawdzie trzymać go w oficynie Merripit-House, ale byłoby +to ryzykownem. Zdecydował się na taki krok ostatniego dnia, gdy +wszystko postawił na jedną kartę. Maść w tej oto blaszance jest +zapewne mieszaninę siarki i fosforu, którą pies był wysmarowany. +Tym sposobem, korzystając z legendy, ów łotr wystraszył na śmierć +sir Karola. Nic dziwnego, że Seldon uciekał z wrzaskiem. Wszak +nasz przyjaciel, sir Henryk, a i my także, nie mogliśmy się +wstrzymać od okrzyku wobec takiego zjawiska. Był to pomysł +piekielny! -- chodziło nietylko o wystraszenie ofiary, lecz +i o utrudnienie śledztwa, albowiem pies, ziejący ogniem, +przejmował włościan okolicznych strachem przesądnym i odejmował +im ochotę ścigania tego potwora. Mówiłem ci to już raz +w Londynie, Watson, a teraz powtarzam, że Stapleton był +najniebezpieczniejszym łotrem, z jakim zdarzyło mi się spotkać +w życiu. + + + + +XV. + +Rzut oka wstecz. + + +W końcu listopada Holmes i ja w wieczór ciemny i dżdżysty siedzieliśmy +przy kominku w naszej bawialni na Baker-Street. Mój przyjaciel był +w wybornym humorze i skorzystałem z tego, aby go wybadać o nieznane +mi dotychczas szczegóły sprawy Baskerville. + +Sir Henryk i doktor Mortimer bawili w Londynie, gotując się do +dalekiej podróży, która miała wzmocnić nerwy baroneta. + +-- Cała ta sprawa była jasną i prostą z punktu widzenia rzekomego +Stapletona -- mówił Holmes, w odpowiedzi na moje pytanie. -- Dla nas +zaś, którzyśmy nie znali jego pobudek i celów, wydawała się +tajemniczą i zawiłą. Znajdziesz moje poglądy pod literą _B_ +w moich aktach kryminalnych. + +-- Wolałbym, żebyś mi to opowiedział żywem słowem. + +-- Dobrze, ale nie ręczę za dokładność. Pamięć może mnie mylić. +Otóż moje badania wykryły, że portret rodzinny nas nie zawiódł. +Ten łotr był synem Rogera Baskerville, młodszego brata sir +Karola; wywędrował do Ameryki z bardzo złą reputacyą. Ożenił +się tam z Beryl Garcia, najpiękniejszą kobietą w Costa-Rica, +a sprzeniewierzywszy znaczną sumę z publicznych funduszów, +zmienił nazwisko na Vandeleur, uciekł do Anglii i założył +szkołę dla chłopców w Yorkshire. Do obrania tego zawodu skłoniła +go znajomość, zawarta w drodze powrotnej z nauczycielem +suchotnikiem, niejakim Fraser. Weszli w spółkę. Dopóki +Fraser żył, szkoła szła dobrze i prowadzona była z poczuciem +obywatelskich obowiązków, ale po jego śmierci zyskała jaknajgorszą +opinię, as wreszcie okryła się hańbą. Vandeleur uznał za stosowne +zmienić nazwisko. Jako Stapleton, z resztkami ukradzionych pieniędzy, +z pięknymi zbiorami entomologicznymi przesiedlił się do Anglii +południowej. + +Muzeum Brytańskie objaśniło mnie, że był powagą na polu +owadoznawstwa; odkrył dużo gatunków, które noszą nazwisko Vandeleur. + +Ten nikczemnik zbadał zapewne swoje stosunki rodzinne i dowiedział +się, że jedno tylko życie ludzkie stoi pomiędzy nim a olbrzymią +fortuną. Przypuszczam, że w chwili osiedlania się w Devonshire nie +miał jeszcze wytkniętego jasno planu; lecz że od początku żywił złe +zamiary, świadczy o tem fakt, iż żonę swą podawał jako siostrę. +Widocznie miał już wtedy projekt użycia jej za narzędzie, choć nie +wiedział jeszcze, jakiemi drogami dojdzie do celu. + +Przedewszystkiem postarał się osiąść jaknajbliżej siedziby swych +przodków, powtóre -- nawiązać przyjazny stosunek z sir Karolem +Baskerville, oraz z jego sąsiadami. + +Baronet opowiedział mu sam o psie, prześladującym ich ród, i zgotował +tem sobie śmierć okropną. Stapleton -- gdyż tak go będę nazywał +w dalszym ciągu -- wiedział, że sir Karol ma wadę serca i że +gwałtowne wstrząśnienie może go zabić; wiedział też, że jest +przesądnym i że wierzy w tę legendę. + +Nikczemnik poznał odrazu, jaką może stąd korzyść osiągnąć; +obmyślił dla baroneta śmierć niezawodną, za którą nikt nie +mógł być pociągnięty do odpowiedzialności. + +Przeprowadził swój plan bardzo zręcznie. Zwyczajny łotr byłby użył +psa rozjuszonego -- on nadał mu jeszcze pozory piekielnej bestyi. +Kupił najdziksze i największe psisko, jakie mógł dostać u handlarzy +Ross and Mangles w Londynie. Przywiódł go do stacyi North Devon, +odległej od Baskerville-Hall i nadłożył ogromny kawał drogi, idąc +łąką i moczarami, aby go nikt nie spostrzegł. Wpierw wynalazł dla +niego schronienie w Grimpen-Mire i tam go odrazu wprowadził. +Trzymał go na łańcuchu i czekał sposobności. Ale niełatwo było +ją znaleźć. + +Stary baronet nie wychodził nigdy za obręb pałacu po zachodzie słońca. +Kilkakrotnie Stapleton czyhał na niego z psem, lecz bezskutecznie. +Wtedy-to okoliczni włościanie widzieli ogromne psisko, co spowodowało +wskrzeszenie legendy. + +Stapleton miał nadzieję, że jego żona zdoła doprowadzić sir Karola do +zguby, lecz natrafił na niespodziewany opór. Nie chciała rozkochywać +starego gentlemana; oni groźby, ani nawet kije nie zdołały ją skłonić +do tak niecnego wspólnictwa. Stapleton musiał działać sam. + +Pomogła mu dobroczynność sir Karola. Zacny starzec, zwiedziony +pozorami, polubił Stapletona i za jego pośrednictwem świadczył dużo +dobrego, między innymi pani Laurze Lyons. Stapleton poznał ją +przypadkowo, zainteresował się niby jej losem i wzbudził dla niej +współczucie w litościwem sercu baroneta; że zaś potrafił zyskiwać +względy kobiet i przedstawił się jako kawaler, wkrótce zdobył nietylko +zaufanie, lecz i serce pięknej Laury; dawał jej też do zrozumienia, że +się z nią ożeni, jeśli ona rozwiedzie się z mężem. + +Usłyszawszy, że sir Karol, z porady doktora Mortimer, zamierza opuścić +Baskerville-Hall, postanowił działać bezwłocznie, w obawie, aby ofiara +nie wysunęła się z jego szponów. Skłonił zatem panią Lyons do +napisania listu, w którym błagała baroneta o przybycie do furtki +ogrodowej w przeddzień jego wyjazdu do Londynu. Następnie odradził jej +stawić się na miejscu umówionem. + +Wracając wieczorem z Coombe-Tracey, spuścił psa z łańcucha, +posmarował go fosforem i przyprowadził do furtki, wiedząc, że +stary gentleman zjawi się przy niej od strony pałacu. + +Pies, poszczuły przez swego pana, przeskoczył przez furtkę i ścigał +biednego baroneta; ten uciekał aleja, widzów, wołając o pomoc. Pies +biegł trawnikiem, baronet aleją żwirową; dlatego pozostały tylko ślady +jego kroków. + +Widząc, że leży bez ruchu, pies zbliżył się zapewne, obwąchał go, +a gdy poczuł, że już nie żyje, zawrócił się. Stapleton przywołał +go, odprowadził do improwizowanej budy w Grimpen-Mire i uwiązał +znowu na łańcuchu. + +Śmierć sir Karola pozostała niewyjaśniona; władze policyjne łamały +sobie głowę nad jej przyczyną, okolica była w strachu, wreszcie oddano +sprawę w nasze ręce. + +Rozumiesz piekielny podstęp tego łotra; tak się urządził, że nie +można było znaleźć śladów zbrodni, ani wytoczyć procesu mordercy. +Jedyny jego wspólnik zdradzić go nic mógł. Obie kobiety, wplątane +w tę sprawę: pani Stapleton i pani Laura Lyons, miały pewne podejrzenia; +mrs. Stapleton wiedziała nawet o złych zamiarach męża względem sir +Karola, a także o istnieniu psa. Mrs. Lyons nie miała wprawdzie +pojęcia ani o jednem, ani o drugiem, lecz zastanowiło ją, że śmierć +starego gentlemana wynikła o godzinie, wyznaczonej na spotkanie z nią. +Obie kobiety znajdowały się jednak pod wpływem tego łotra -- nie miał +powodu obawiać się zdrady z ich strony. + +Pierwsza część szatańskiego zadania była spełniona, pozostawała +druga, trudniejsza. + +Stapleton mógł na razie nie wiedzieć o istnieniu spadkobiercy +w Kanadzie. Bądź co bądź, dowiedział się o tem wkrótce po śmierci +sir Karola od swego przyjaciela, doktora Mortimer, który go też +uwiadomił o przybyciu sir Henryka. + +Pierwszą myślą Stapletona było zapewne zgładzić go ze świata +w Londynie. Stracił zaufanie do żony od chwili, gdy nie chciała mu +pomagać w nastawianiu sideł na sir Karola. Bał się jednak zostawić ją +samą na dłuższy czas, dlatego wziął ją ze sobą do Londynu. + +Doszedłem, że zamieszkali w hotelu Mexborough, przy Craven Street. +Stapleton zamykał żonę na klucz a sam, przyprawiwszy brodę, dla +niepoznaki, śledził każdy krok doktora Mortimer, jeździł za nim na +Baker-Street, a następnie na dworzec i do hotelu Northumberland. + +Żona domyślała się jego planów, lecz obawiała się ostrzedz +upatrzoną ofiarę. Gdyby list wpadł w ręce Stapletona, jej własne +życie byłoby w niebezpieczeństwie. + +Jak wiemy, wpadła na myśl wycięcia z gazety słów, któremi ostrzegała +baroneta. List doszedł rąk baroneta i był pierwsza zapowiedzią +niebezpieczeństwa. + +Stapleton postarał się o but sir Henryka, aby w razie danym wyzyskać +węch psa i wprowadzić go na trop ofiary. + +Posługacz hotelowy dostarczył mu obuwia, za hojną pewnie opłatą; lecz +pierwszy but wykradziony, był nowy; Stapleton kazał go podrzucić +i dostał drugi, noszony. Ten drobny fakt wprowadził mnie odrazu na +domysł, że prześladowca sir Henryka chce użyć psa do swych celów. + +Nazajutrz baronet przybył tutaj; Stapleton śledził go w dorożce. +Sądząc z tego, że mnie znał i wiedział, gdzie mieszkam, gotów jestem +przypuścić, że już poprzednio miał powody obawiać się mojej +działalności wywiadowczej i ze nie był nowicyuszem na polu zbrodni. + +W ciągu trzech lat ostatnich okradziono w Devonshire cztery dwory. +W żadnym wypadku złoczyńcy nie zostali ujęci. Wreszcie w maju roku +bieżącego zrabowano Folkstone-Court, przyczem został zabity służący, +który pierwszy dostrzegł zamaskowanego złodzieja. + +Mógłbym ręczyć, że był nim Stapleton, który w ten sposób zasilał +swe fundusze. Mieliśmy dowód jego bezczelności w tem, że podał moje +nazwisko dorożkarzowi. Zrozumiał wtedy, iż go śledzę i że nie będzie +mógł spełnić swych zamiarów w Londynie. Powrócił do Devonshire +i oczekiwał tam przybycia baroneta. + +-- Przepraszam cię -- rzekłem. -- Czy mógłbyś mi wyjaśnić, kto +żywił psa podczas pobytu Stapletona w Londynie? + +-- Ważna to kwestya -- odparł. -- Zastanawiałem się nad nią +i doszedłem do przekonania, że Stapleton miał wspólnika. +W Merripit-House był stary lokaj, Antoni. Wiem, że pozostawał +u niego w służbie conajmniej lat kilka, bo widziano go za czasów, +gdy Stapleton był kierownikiem szkoły w Yorkshire. Ten człowiek +musiał wiedzieć, że Beryl jest żoną, nie siostrą jego pana. Po +zamachu na sir Henryka, Antoni zniknął bez śladu. + +Otóż to imię, rzadkie w Anglii, jest bardzo pospolite w Hiszpanii +i w Ameryce hiszpańskiej. Ów służący, również jak i pani Stapleton, +mówił po angielsku płynnie, lecz z akcentem miękkim, południowym. +Widziałem sam Antoniego, idącego do Grimpen-Mire ścieżką, wytkniętą +przez Stapletona. Zapewne ten, podczas jego nieobecności, żywił psa, +choć zapewne nie wiedział, do jakiego celu jest przeznaczony. + +Teraz słówko o mojej działalności w czasie, gdyś przebywał z sir +Henrykiem w Baskerville-Hall. Pamiętasz może, jak oglądając papier, na +którym były przyklejone słowa, wycięte z _Timesa_, badałem znak wodny; +trzymałem wtedy papier przy oczach. Otóż zaleciała mnie subtelna woń +białego jaśminu. + +Jest siedemdziesiąt pięć gatunków perfum, które każdy detektyw +powinien rozróżniać; wiele wypadków zależy od szybkiego poznawania +perfum. Jaśmin naprowadził mnie na domysł, że list został przesłany +przez kobietę. Już wtedy moje podejrzenia zwróciły się ku +Stapletonom. + +Wiedziałem więc o istnieniu psa i o miejscu zamieszkania mordercy, +zanim wyruszyliście do Devonshire. + +Postanowiłem śledzić Stapletona. Oczywiście nie mógłbym tego +dokonać, przebywając z wami, albowiem łotr miałby się na baczności. +Zwiodłem wszystkich, nie wyłączając ciebie, i zjawiłem się +potajemnie, wówczas, gdy sądziliście wszyscy, że bawię w Londynie. + +Ukrywałem się przeważnie w Coombe-Tracey, chroniąc się w jaskini na +moczarach tylko wtedy, gdy moja obecność na polu działania była +niezbędną. Cartwright w przebraniu chłopca wiejskiego, oddawał mi +znaczne usługi. Dostarczał mi pożywienia i czystej bielizny. Podczas +gdym ja śledził Stapletona, on śledził ciebie, tak, że wiedziałem +o każdym twoim kroku. + +Mówiłem ci już, że twoje raporty dochodziły mnie szybko, odsyłano mi +je natychmiast z Baker-Street do Coombe-Tracey. Przydały mi się +bardzo, zwłaszcza biografia Stapletona. Pomogła mi ona wykryć jego +tożsamość i stosunek do pięknej towarzyszki. + +Sprawa powikłała się przez ucieczkę więźnia Seldona i jego +porozumienie się z Barrymorami. I tę zawiłość rozplątałeś, choć +i ja doszedłem do tego samego wyniku, na mocy własnych spostrzeżeń. + +W chwili, gdyś mnie odnalazł na moczarach, miałem już w ręku wszystkie +nici spisku, lecz nie posiadałem materyału dowodowego, z którym +mógłbym stanąć przed sądem. + +Nawet zamach na sir Henryka, który skończył się śmiercią Seldona, +nieszczęsnego więźnia, nie mógł nam pomódz do wykazania +zbrodniczości Stapletona. + +Nie było innej rady, jak go schwytać na gorącym uczynku, a w tym celu +musiałem użyć sir Henryka, z narażeniem jego nerwów. Przyznaję, że +moja w tem wina: trzeba było poprowadzić sprawę inaczej i oszczędzić +naszemu klientowi tej przykrości, ale nie mogłem przewidzieć, że ten +łotr posmaruje psa siarką i że owej nocy będzie mgła, dzięki czemu +sir Henryk nie mógł widzieć z oddali czworonożnego sprzymierzeńca +Stapletona, który wyskoczył znienacka i przestraszył tego odważnego +człowieka. Zresztą doktor Mortimer i wezwani specyaliści upewniają, że +nasz przyjaciel powróci niebawem do równowagi i że odzyska spokój +ducha, zachwiany nietylko tym wypadkiem, lecz i sercowym zawodem. + +Pozostaje mi już tylko zaznaczyć rolę pani Stapleton. Mąż wywierał na +nią wpływ demoniczny; niewiadomo, czy go bardziej kochała, czy też się +bała. Bądź co bądź, słuchała go niewolniczo, stawiając mu opór +wtedy tylko, gdy chciał ją zmusić do wspólnictwa w zbrodni. Pragnęła +ostrzedz sir Henryka, bez narażenia męża; próbowała kilkakrotnie, lecz +bezskutecznie. + +Stapleton był zdolny do zazdrości: widząc, że baronet zaleca się do +jego żony, choć to leżało w jego zamiarach, nie mógł jednak +powstrzymać się od gwałtownego wybuchu. Opamiętawszy się, udawał, że +sprzyja rodzącemu się uczuciu, zapraszał sir Henryka do +Merripit-House, w nadziei, że wcześniej czy później nadarzy się +sposobność wciągnięcia go w zasadzkę. + +Nagle w dniu, oznaczonym na zamach, żona oświadczyła się przeciwko +niemu. Do uszu jej doszła wieść o nagłej śmierci zbiegłego więźnia +na moczarach, a że wiedziała, iż pies trzymany jest tam na uwięzi, +domyśliła się, jaką śmierć Stapleton gotuje sir Henrykowi, +tembardziej, gdy mąż przyprowadził psa i zamknął go w oficynie. + +Owego wieczora, przed przybyciem sir Henryka na obiad, wśród małżonków +wynikła sprzeczka. Beryl nazwała męża zbrodniarzem; rozwścieczony, +chcąc ją dotknąć boleśnie, oznajmił jej, że kocha inną. + +To brutalne wyznanie zerwało ostatnie pęta, łączące ją z nędznikiem, +i wznieciło w jej sercu nienawiść i pragnienie zemsty. + +On spostrzegł tę zmianę, i obawiając się, aby go nie zdradziła, +uwiązał ją do słupa i zamknął na klucz. Pewien był, że po dokonanej +zbrodni, gdy cała okolica przypisywać będzie śmierć sir Henryka +przekleństwu, ciążącemu na jego rodzie, on, Stapleton, zręcznem +kłamstwem i pochlebstwem zdoła odzyskać uczucie swej żony, skłonić +ją do milczenia i do przyjęcia faktów dokonanych. + +Na tem polu spotkałby go zawód niewątpliwy. Kobieta, w której żyłach +płynie krew hiszpańska, nie zapomina podobnej urazy. + +Oto i wszystko, co wiem o tej ciekawej sprawie. Jedno tylko pozostaje +do wyjaśnienia: w jaki sposób Stapleton, doszedłszy do sukcesyi, byłby +wyjaśnił, dlaczego tak długo zamieszkiwał w pobliżu Baskerville-Hall +pod przybranem nazwiskiem? W jaki sposób byłby się upomniał o spadek, +bez zwrócenia podejrzeń? + +Pani Stapleton zeznaje, iż jej mąż miał w tym względzie kilka +projektów: albo upomnieć się o sukcesyę z Ameryki południowej i tam +dowieść swej tożsamości i uzyskać fortunę, nie przyjeżdżając do +Anglii; albo dostarczyć jakiemu wspólnikowi potrzebnych legitymacyj +i za jego pośrednictwem spadek otrzymać; albo prowadzić sam sprawę na +miejscu, lecz pod inną postacią zewnętrzną, w takiem przebraniu, żeby +nikt poznać go nie mógł. Znając go, jestem pewien, że wybrnąłby +z tych trudności. + +A teraz, mój drogi, dość już o tej sprawie. Kosztowała nas +niemało trudu. Zasłużyliśmy na rozrywkę. Dziś dają „Hugonotów”. +Wziąłem lożę. Czyś słyszał kiedy Reszków? Ubierzemy się zaraz +i przed widowiskiem pojedziemy na obiad do pierwszorzędnej +restauracyi. Dobrze?... + + + K o n i e c. + + + + +PRZYPISY + + +[Przypis 1: _Mire_ -- błoto.] + + + + +SPROSTOWANIA + + +[Sprostowanie A: =Sprostowanie.= Na str. 35-ej, w w. 14 i 13 od dołu, zam.: +„Tylko jedno słowo: „trzęsawiska” było wypisane drukowanemi +literami, atramentem”, -- powinno być: „Tylko jedno słowo: +„trzęsawiska” było wypisane atramentem, reszta zaś drukowanemi +literami”.] + +[Sprostowanie B: =Sprostowanie.= Na str. 189, w poprzednim dodatku, zakradła +się pomyłka druku: zamiast „martwe zwłoki sir _Karola_ Baskerville”, +-- powinno być: „martwe zwłoki sir _Henryka_ Baskerville”.] + + + + +UWAGI DO WYDANIA ELEKTRONICZNEGO + + +Zachowano oryginalną ortografię i interpunkcję, również w wypadkach, +gdy odbiegały one od współcześnie przyjętych. Poprawiono natomiast +omyłki, które wyglądały na błędy drukarskie. + +Powieść drukowana była w odcinkach; w dwóch wypadkach zdarzyło się, +że w numerze późniejszym wydrukowano sprostowanie dotyczące omyłki +drukarskiej w numerze wcześniejszym. Sprostowań tych nie naniesiono +w niniejszej wersji tekstu, zachowano natomiast ich treść w formie +przypisów, dodając odniesienia do nich w odpowiednich miejscach +w tekście. Są to przypisy oznaczone literami, w odróżnieniu +od przypisów oznaczonych cyframi, które w tekście występowały +faktycznie jako przypisy. + +_Kursywę_ w oryginale w wersji tekstowej oznaczono _podkreśleniami_. + + +NIEKONSEKWENCJE w tekście (niekorygowane) + +W trakcie redagowania wersji elektronicznej zwrócono także uwagę na +niekonsekwencje występujące w oryginalnym tekście. Niekonsekwencji +tych nie korygowano. Poniższa lista wskazuje na różnice w pisowni +podobnych słów lub zwrotów, liczby w nawiasach oznaczają ilość +wystąpień danej formy w tekście. + +- Oxford street (1); + Oxford Street (1); + Oxford-Street (1); + +- Lafter-Hall (2, w tym jedno poprawione z Lofter-Hall”), + Lafterhall (1) + +- farmerem (1); + farmerów (1); + farmy (1); + fermerów (1); + fermerzy (1); + fermę (1); + fermy (3) + +- 4 Maja (1); + 4 maja (1) + +- Baskerville'a (1); + Baskervilla (3) + +- Baskerville-Hall (23); + Baskerville Hall (10) + +- „zauważył Watson.” - powinno być „zauważyłem”; w oryginale w tym +miejscu nie ma odniesienia do tego, kto mówi. + + +POPRAWKI wprowadzone do tekstu + +- s. tytułowa + „Canon'a Doyle'a” poprawiono na „Conana Doyle'a” + +- s. 5, w: „aaa”: + „r. 1884” poprawiono na „r. 1884”. (dodano kropkę na końcu zdania) + +- s. 9, w: miał nos wązki, wysuwający się ostro z pomiędzy oczu + „wysuwają y” poprawiono na „wysuwający” + +- s. 13, w: pochodząc w prostej linii od Hugona Baskerville + „Baaskerville” poprawiono na „Baskerville” + +- s. 16, w: Nagle włosy stanęły im dębem ze strachu”: + „głosy” poprawiono na „włosy” + +- s. 16, w: „a obok niej Hugon Baskerville -- nieżywy.”: + „Baskerwille” poprawiono na „Baskerville” + +- s. 22, w: „Nasz wspólny przyjaciel, pan Stapleton”: + „Stupleton” poprawiono na „Stapleton” + +- s. 23, w: „Doktor Mortimer patrzył na nas przez chwilę dziwnemi oczyma”: + „ocyma” poprawiono na „oczyma” + +- s. 27, w: „Zresztą musisz pan przyznać”: + „przysznać” poprawiono na „przyznać” + +- s. 27, w: „Pies Hugona nie był także zjawiskiem nadprzyrodzonem”: + „Pie,” poprawiono na „Pies” + +- s. 33, w: „Mój drogi, podaj mi skrzypce.”: + „skrzypce” poprawiono na „skrzypce.” (dodano kropkę) + +- s. 44, w: „-- Zwiedzisz każdy z nich po kolei.”: + „po kolei,” poprawiono na „po kolei.” + +- s. 47, w: „Jej mąż był niegdyś merem w Gloucester”: + „Glocester” poprawiono na „Gloucester” + +- s. 48, w: „mogą je wykonać, zanim zdołamy temu zapobiedz”: + „zdołomy” poprawiono na „zdołamy” + +- s. 49, w: „-- Pilnuje pałacu.”: + „pałacu” poprawiono na „pałacu.” (dodano kropkę na końcu zdania) + +- s. 50, w: „pytał Holmes.”: + „pytał Holmes?” poprawiono na „pytał Holmes.” + +- s. 51, w: „Te szczegóły są dla mnie bardzo ważne.”: + „bardze” poprawiono na „bardzo” + +- s. 52, w: „i z pod nocnej szafki wydobył but żółty”: + „wyobył” poprawiono na „wydobył” + +- s. 52, w: „To jednak dziwne!”: + „dziwna” poprawiono na „dziwne” + +- s. 59, w: „Dalej jest pan Frankland z Lafter-Hall”: + „Lofter-Hall” poprawiono na „Lafter-Hall” + +- s. 62, w: „bo taki nie daruje i gardło poderżnie”: + „pederznie” poprawiono na „poderznie” + +- s. 63, w: „Pan tej rezydencyi, z roziskrzonemi oczyma”: + „ocozyma” poprawiono na „oczyma” + +- s. 63, w: „objaśnił go doktor Mortimer”: + „doktór” poprawiono na „doktor” + +- s. 66, w: „oprócz płaczu nie usłyszałem nic zgoła”: + „ułyszałem” poprawiono na „usłyszałem” + +- s. 87, w: „wprowadza do niego trochę komicznego pierwiastku.”: + „pierwiastku” poprawiono na „pierwiastku.” (dodano kropkę) + +- s. 87, w: „i pana Frankland z Lofter-Hall”: + „Lafter-Hall” poprawiono na „Lofter-Hall” + +- s. 91, w: „Zgrzyt klucza w zamku”: + „Zdrzyt” poprawiono na „Zgrzyt” + +- s. 93, w: „miss Beryl o coś go prosi”: + „Baryl” poprawiono na „Beryl” + +- s. 95, w: „ostrzegając mnie o grożącem niebezpieczeństwie”: + „grążącem” poprawiono na „grożącem” + +- s. 96, w: „a będę ci wdzięczny do śmierci”: + „bęędę” poprawiono na „będę” + +- s. 97, w: „Siedziałem z sir Henrykiem w jego pokoju do trzeciej zrana”: + „do do” poprawiono na „do” + +- s. 105, w: „gdy go doleci odgłos nagonki”: + „naganki” poprawiono na „nagonki” + +- s. 106, w: „lecz żywy posąg nie stał już na ich szczycie.”: + „szczycie,” poprawiono na „szczycie.” + +- s. 110, w: „choćby naprzykład willa pana Stapleton”: + „Stepleton” poprawiono na „Stapleton” + +- s. 111, w: „któż przyjdzie z pomocą”: + „któz” poprawiono na „któż” + +- s. 112, w: „Nosił stempel pocztowy Coombe-Tracey”: + „Combe-Tracey” poprawiono na „Coombe-Tracey” + +- s. 119, w: „będzie lepiej, abym wyruszył sam”: + „wyruszy” poprawiono na „wyruszył” + +- s. 121, w: „Tak, parę razy, gdy przyjeżdżał do Coombe-Tracey”: + „Coombe-Tracy” poprawiono na „Coombe-Tracey” + +- s. 127, w: „rzekłem obojętnie”: + „rzełem” poprawiono na „rzekłem” + +- s. 135, w: „Muszę cię pochwalić za gorliwość i spryt”: + „Musisz” poprawiono na „Muszę” + +- s. 143, w: „Bądź co bądź, wracając jutro do Londynu”: + „bąoź” poprawiono na „bądź” + +- s. 154, w: „Ów telegram z Londynu”: + „Ow ” poprawiono na „Ów” + +- s. 155, w: „Osoba, która dotychczas uchodziła za jego siostrę”: + „która,” poprawiono na „która” + +- s. 155, w: „jej palce ściskały poręcz fotela”: + „ścikały” poprawiono na „ściskały” + +- s. 165, w: „Pokój był rodzajem muzeum”: + „muzem” poprawiono na „muzeum” + +- s. 170, w: „w odpowiedzi na moje pytanie”: + „prytanie” poprawiono na „pytanie” + +- s. 179, w: „chcąc ją dotknąć boleśnie”: + „do tknąć” poprawiono na „dotknąć” + + + + + +End of Project Gutenberg's Tajemnica Baskerville'ów, by Arthur Conan Doyle + +*** END OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK TAJEMNICA BASKERVILLE'ÓW *** + +***** This file should be named 34079-0.txt or 34079-0.zip ***** +This and all associated files of various formats will be found in: + https://www.gutenberg.org/3/4/0/7/34079/ + +Produced by Ewa "czupirek" Jaros and the Online Distributed +Proofreading Team at http://dp.rastko.net (this file was +created from images generously made available by CBN Polona +- http://www.polona.pl) + + +Updated editions will replace the previous one--the old editions +will be renamed. + +Creating the works from public domain print editions means that no +one owns a United States copyright in these works, so the Foundation +(and you!) can copy and distribute it in the United States without +permission and without paying copyright royalties. Special rules, +set forth in the General Terms of Use part of this license, apply to +copying and distributing Project Gutenberg-tm electronic works to +protect the PROJECT GUTENBERG-tm concept and trademark. Project +Gutenberg is a registered trademark, and may not be used if you +charge for the eBooks, unless you receive specific permission. If you +do not charge anything for copies of this eBook, complying with the +rules is very easy. You may use this eBook for nearly any purpose +such as creation of derivative works, reports, performances and +research. They may be modified and printed and given away--you may do +practically ANYTHING with public domain eBooks. Redistribution is +subject to the trademark license, especially commercial +redistribution. + + + +*** START: FULL LICENSE *** + +THE FULL PROJECT GUTENBERG LICENSE +PLEASE READ THIS BEFORE YOU DISTRIBUTE OR USE THIS WORK + +To protect the Project Gutenberg-tm mission of promoting the free +distribution of electronic works, by using or distributing this work +(or any other work associated in any way with the phrase "Project +Gutenberg"), you agree to comply with all the terms of the Full Project +Gutenberg-tm License (available with this file or online at +https://gutenberg.org/license). + + +Section 1. General Terms of Use and Redistributing Project Gutenberg-tm +electronic works + +1.A. By reading or using any part of this Project Gutenberg-tm +electronic work, you indicate that you have read, understand, agree to +and accept all the terms of this license and intellectual property +(trademark/copyright) agreement. If you do not agree to abide by all +the terms of this agreement, you must cease using and return or destroy +all copies of Project Gutenberg-tm electronic works in your possession. +If you paid a fee for obtaining a copy of or access to a Project +Gutenberg-tm electronic work and you do not agree to be bound by the +terms of this agreement, you may obtain a refund from the person or +entity to whom you paid the fee as set forth in paragraph 1.E.8. + +1.B. "Project Gutenberg" is a registered trademark. It may only be +used on or associated in any way with an electronic work by people who +agree to be bound by the terms of this agreement. There are a few +things that you can do with most Project Gutenberg-tm electronic works +even without complying with the full terms of this agreement. See +paragraph 1.C below. There are a lot of things you can do with Project +Gutenberg-tm electronic works if you follow the terms of this agreement +and help preserve free future access to Project Gutenberg-tm electronic +works. See paragraph 1.E below. + +1.C. The Project Gutenberg Literary Archive Foundation ("the Foundation" +or PGLAF), owns a compilation copyright in the collection of Project +Gutenberg-tm electronic works. Nearly all the individual works in the +collection are in the public domain in the United States. If an +individual work is in the public domain in the United States and you are +located in the United States, we do not claim a right to prevent you from +copying, distributing, performing, displaying or creating derivative +works based on the work as long as all references to Project Gutenberg +are removed. Of course, we hope that you will support the Project +Gutenberg-tm mission of promoting free access to electronic works by +freely sharing Project Gutenberg-tm works in compliance with the terms of +this agreement for keeping the Project Gutenberg-tm name associated with +the work. You can easily comply with the terms of this agreement by +keeping this work in the same format with its attached full Project +Gutenberg-tm License when you share it without charge with others. + +1.D. The copyright laws of the place where you are located also govern +what you can do with this work. Copyright laws in most countries are in +a constant state of change. If you are outside the United States, check +the laws of your country in addition to the terms of this agreement +before downloading, copying, displaying, performing, distributing or +creating derivative works based on this work or any other Project +Gutenberg-tm work. The Foundation makes no representations concerning +the copyright status of any work in any country outside the United +States. + +1.E. Unless you have removed all references to Project Gutenberg: + +1.E.1. The following sentence, with active links to, or other immediate +access to, the full Project Gutenberg-tm License must appear prominently +whenever any copy of a Project Gutenberg-tm work (any work on which the +phrase "Project Gutenberg" appears, or with which the phrase "Project +Gutenberg" is associated) is accessed, displayed, performed, viewed, +copied or distributed: + +This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with +almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or +re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included +with this eBook or online at www.gutenberg.org + +1.E.2. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is derived +from the public domain (does not contain a notice indicating that it is +posted with permission of the copyright holder), the work can be copied +and distributed to anyone in the United States without paying any fees +or charges. If you are redistributing or providing access to a work +with the phrase "Project Gutenberg" associated with or appearing on the +work, you must comply either with the requirements of paragraphs 1.E.1 +through 1.E.7 or obtain permission for the use of the work and the +Project Gutenberg-tm trademark as set forth in paragraphs 1.E.8 or +1.E.9. + +1.E.3. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is posted +with the permission of the copyright holder, your use and distribution +must comply with both paragraphs 1.E.1 through 1.E.7 and any additional +terms imposed by the copyright holder. Additional terms will be linked +to the Project Gutenberg-tm License for all works posted with the +permission of the copyright holder found at the beginning of this work. + +1.E.4. Do not unlink or detach or remove the full Project Gutenberg-tm +License terms from this work, or any files containing a part of this +work or any other work associated with Project Gutenberg-tm. + +1.E.5. Do not copy, display, perform, distribute or redistribute this +electronic work, or any part of this electronic work, without +prominently displaying the sentence set forth in paragraph 1.E.1 with +active links or immediate access to the full terms of the Project +Gutenberg-tm License. + +1.E.6. You may convert to and distribute this work in any binary, +compressed, marked up, nonproprietary or proprietary form, including any +word processing or hypertext form. However, if you provide access to or +distribute copies of a Project Gutenberg-tm work in a format other than +"Plain Vanilla ASCII" or other format used in the official version +posted on the official Project Gutenberg-tm web site (www.gutenberg.org), +you must, at no additional cost, fee or expense to the user, provide a +copy, a means of exporting a copy, or a means of obtaining a copy upon +request, of the work in its original "Plain Vanilla ASCII" or other +form. Any alternate format must include the full Project Gutenberg-tm +License as specified in paragraph 1.E.1. + +1.E.7. Do not charge a fee for access to, viewing, displaying, +performing, copying or distributing any Project Gutenberg-tm works +unless you comply with paragraph 1.E.8 or 1.E.9. + +1.E.8. You may charge a reasonable fee for copies of or providing +access to or distributing Project Gutenberg-tm electronic works provided +that + +- You pay a royalty fee of 20% of the gross profits you derive from + the use of Project Gutenberg-tm works calculated using the method + you already use to calculate your applicable taxes. The fee is + owed to the owner of the Project Gutenberg-tm trademark, but he + has agreed to donate royalties under this paragraph to the + Project Gutenberg Literary Archive Foundation. Royalty payments + must be paid within 60 days following each date on which you + prepare (or are legally required to prepare) your periodic tax + returns. Royalty payments should be clearly marked as such and + sent to the Project Gutenberg Literary Archive Foundation at the + address specified in Section 4, "Information about donations to + the Project Gutenberg Literary Archive Foundation." + +- You provide a full refund of any money paid by a user who notifies + you in writing (or by e-mail) within 30 days of receipt that s/he + does not agree to the terms of the full Project Gutenberg-tm + License. You must require such a user to return or + destroy all copies of the works possessed in a physical medium + and discontinue all use of and all access to other copies of + Project Gutenberg-tm works. + +- You provide, in accordance with paragraph 1.F.3, a full refund of any + money paid for a work or a replacement copy, if a defect in the + electronic work is discovered and reported to you within 90 days + of receipt of the work. + +- You comply with all other terms of this agreement for free + distribution of Project Gutenberg-tm works. + +1.E.9. If you wish to charge a fee or distribute a Project Gutenberg-tm +electronic work or group of works on different terms than are set +forth in this agreement, you must obtain permission in writing from +both the Project Gutenberg Literary Archive Foundation and Michael +Hart, the owner of the Project Gutenberg-tm trademark. Contact the +Foundation as set forth in Section 3 below. + +1.F. + +1.F.1. Project Gutenberg volunteers and employees expend considerable +effort to identify, do copyright research on, transcribe and proofread +public domain works in creating the Project Gutenberg-tm +collection. Despite these efforts, Project Gutenberg-tm electronic +works, and the medium on which they may be stored, may contain +"Defects," such as, but not limited to, incomplete, inaccurate or +corrupt data, transcription errors, a copyright or other intellectual +property infringement, a defective or damaged disk or other medium, a +computer virus, or computer codes that damage or cannot be read by +your equipment. + +1.F.2. LIMITED WARRANTY, DISCLAIMER OF DAMAGES - Except for the "Right +of Replacement or Refund" described in paragraph 1.F.3, the Project +Gutenberg Literary Archive Foundation, the owner of the Project +Gutenberg-tm trademark, and any other party distributing a Project +Gutenberg-tm electronic work under this agreement, disclaim all +liability to you for damages, costs and expenses, including legal +fees. YOU AGREE THAT YOU HAVE NO REMEDIES FOR NEGLIGENCE, STRICT +LIABILITY, BREACH OF WARRANTY OR BREACH OF CONTRACT EXCEPT THOSE +PROVIDED IN PARAGRAPH 1.F.3. YOU AGREE THAT THE FOUNDATION, THE +TRADEMARK OWNER, AND ANY DISTRIBUTOR UNDER THIS AGREEMENT WILL NOT BE +LIABLE TO YOU FOR ACTUAL, DIRECT, INDIRECT, CONSEQUENTIAL, PUNITIVE OR +INCIDENTAL DAMAGES EVEN IF YOU GIVE NOTICE OF THE POSSIBILITY OF SUCH +DAMAGE. + +1.F.3. LIMITED RIGHT OF REPLACEMENT OR REFUND - If you discover a +defect in this electronic work within 90 days of receiving it, you can +receive a refund of the money (if any) you paid for it by sending a +written explanation to the person you received the work from. If you +received the work on a physical medium, you must return the medium with +your written explanation. The person or entity that provided you with +the defective work may elect to provide a replacement copy in lieu of a +refund. If you received the work electronically, the person or entity +providing it to you may choose to give you a second opportunity to +receive the work electronically in lieu of a refund. If the second copy +is also defective, you may demand a refund in writing without further +opportunities to fix the problem. + +1.F.4. Except for the limited right of replacement or refund set forth +in paragraph 1.F.3, this work is provided to you 'AS-IS' WITH NO OTHER +WARRANTIES OF ANY KIND, EXPRESS OR IMPLIED, INCLUDING BUT NOT LIMITED TO +WARRANTIES OF MERCHANTIBILITY OR FITNESS FOR ANY PURPOSE. + +1.F.5. Some states do not allow disclaimers of certain implied +warranties or the exclusion or limitation of certain types of damages. +If any disclaimer or limitation set forth in this agreement violates the +law of the state applicable to this agreement, the agreement shall be +interpreted to make the maximum disclaimer or limitation permitted by +the applicable state law. The invalidity or unenforceability of any +provision of this agreement shall not void the remaining provisions. + +1.F.6. INDEMNITY - You agree to indemnify and hold the Foundation, the +trademark owner, any agent or employee of the Foundation, anyone +providing copies of Project Gutenberg-tm electronic works in accordance +with this agreement, and any volunteers associated with the production, +promotion and distribution of Project Gutenberg-tm electronic works, +harmless from all liability, costs and expenses, including legal fees, +that arise directly or indirectly from any of the following which you do +or cause to occur: (a) distribution of this or any Project Gutenberg-tm +work, (b) alteration, modification, or additions or deletions to any +Project Gutenberg-tm work, and (c) any Defect you cause. + + +Section 2. Information about the Mission of Project Gutenberg-tm + +Project Gutenberg-tm is synonymous with the free distribution of +electronic works in formats readable by the widest variety of computers +including obsolete, old, middle-aged and new computers. It exists +because of the efforts of hundreds of volunteers and donations from +people in all walks of life. + +Volunteers and financial support to provide volunteers with the +assistance they need are critical to reaching Project Gutenberg-tm's +goals and ensuring that the Project Gutenberg-tm collection will +remain freely available for generations to come. In 2001, the Project +Gutenberg Literary Archive Foundation was created to provide a secure +and permanent future for Project Gutenberg-tm and future generations. +To learn more about the Project Gutenberg Literary Archive Foundation +and how your efforts and donations can help, see Sections 3 and 4 +and the Foundation web page at https://www.pglaf.org. + + +Section 3. Information about the Project Gutenberg Literary Archive +Foundation + +The Project Gutenberg Literary Archive Foundation is a non profit +501(c)(3) educational corporation organized under the laws of the +state of Mississippi and granted tax exempt status by the Internal +Revenue Service. The Foundation's EIN or federal tax identification +number is 64-6221541. Its 501(c)(3) letter is posted at +https://pglaf.org/fundraising. Contributions to the Project Gutenberg +Literary Archive Foundation are tax deductible to the full extent +permitted by U.S. federal laws and your state's laws. + +The Foundation's principal office is located at 4557 Melan Dr. S. +Fairbanks, AK, 99712., but its volunteers and employees are scattered +throughout numerous locations. Its business office is located at +809 North 1500 West, Salt Lake City, UT 84116, (801) 596-1887, email +business@pglaf.org. Email contact links and up to date contact +information can be found at the Foundation's web site and official +page at https://pglaf.org + +For additional contact information: + Dr. Gregory B. Newby + Chief Executive and Director + gbnewby@pglaf.org + + +Section 4. Information about Donations to the Project Gutenberg +Literary Archive Foundation + +Project Gutenberg-tm depends upon and cannot survive without wide +spread public support and donations to carry out its mission of +increasing the number of public domain and licensed works that can be +freely distributed in machine readable form accessible by the widest +array of equipment including outdated equipment. Many small donations +($1 to $5,000) are particularly important to maintaining tax exempt +status with the IRS. + +The Foundation is committed to complying with the laws regulating +charities and charitable donations in all 50 states of the United +States. Compliance requirements are not uniform and it takes a +considerable effort, much paperwork and many fees to meet and keep up +with these requirements. We do not solicit donations in locations +where we have not received written confirmation of compliance. To +SEND DONATIONS or determine the status of compliance for any +particular state visit https://pglaf.org + +While we cannot and do not solicit contributions from states where we +have not met the solicitation requirements, we know of no prohibition +against accepting unsolicited donations from donors in such states who +approach us with offers to donate. + +International donations are gratefully accepted, but we cannot make +any statements concerning tax treatment of donations received from +outside the United States. U.S. laws alone swamp our small staff. + +Please check the Project Gutenberg Web pages for current donation +methods and addresses. Donations are accepted in a number of other +ways including including checks, online payments and credit card +donations. To donate, please visit: https://pglaf.org/donate + + +Section 5. General Information About Project Gutenberg-tm electronic +works. + +Professor Michael S. Hart was the originator of the Project Gutenberg-tm +concept of a library of electronic works that could be freely shared +with anyone. For thirty years, he produced and distributed Project +Gutenberg-tm eBooks with only a loose network of volunteer support. + + +Project Gutenberg-tm eBooks are often created from several printed +editions, all of which are confirmed as Public Domain in the U.S. +unless a copyright notice is included. Thus, we do not necessarily +keep eBooks in compliance with any particular paper edition. + + +Most people start at our Web site which has the main PG search facility: + + https://www.gutenberg.org + +This Web site includes information about Project Gutenberg-tm, +including how to make donations to the Project Gutenberg Literary +Archive Foundation, how to help produce our new eBooks, and how to +subscribe to our email newsletter to hear about new eBooks. diff --git a/34079-0.zip b/34079-0.zip Binary files differnew file mode 100644 index 0000000..2748f42 --- /dev/null +++ b/34079-0.zip diff --git a/34079-h.zip b/34079-h.zip Binary files differnew file mode 100644 index 0000000..e4d9d80 --- /dev/null +++ b/34079-h.zip diff --git a/34079-h/34079-h.htm b/34079-h/34079-h.htm new file mode 100644 index 0000000..625f4d5 --- /dev/null +++ b/34079-h/34079-h.htm @@ -0,0 +1,8007 @@ +<!DOCTYPE html PUBLIC "-//W3C//DTD XHTML 1.0 Strict//EN" + "http://www.w3.org/TR/xhtml1/DTD/xhtml1-strict.dtd"> + +<html xmlns="http://www.w3.org/1999/xhtml" xml:lang="en" lang="en"> + <head> + <meta http-equiv="Content-Type" content="text/html; charset=utf-8" /> + <meta http-equiv="Content-Style-Type" content="text/css" /> + <title> + The Project Gutenberg eBook of Tajemnica Baskerville'ów, by Arthur Conan Doyle + </title> + <style type="text/css"> +<!-- +#all { + max-width:40em; + margin:auto; +} + + +body { + margin-left: 10%; + margin-right: 10%; +} + + h1,h2,h3,h4,h5,h6 { + text-align: center; /* all headings centered */ + clear: both; +} + +p { + margin-top: .75em; + text-align: justify; + margin-bottom: .75em; +} +#content p { text-indent:2em; } +#content p.noind { text-indent:0em; } + + +.x08 {font-size:0.8em;} +.x09 {font-size:0.9em;} +.x12 {font-size:1.2em;} +.x14 {font-size:1.4em;} +.x16 {font-size:1.6em;} +.x18 {font-size:1.8em;} +.x20 {font-size:2em;} + + +hr { + width: 33%; + margin-top: 2em; + margin-bottom: 2em; + margin-left: auto; + margin-right: auto; + clear: both; +} + +hr.nopad { margin-top: .2em; + margin-bottom: .2em; + margin-left: auto; + margin-right: auto; +} + +table { + margin-left: auto; + margin-right: auto; +} + +.pagenum { + position: absolute; + left: 92%; + font-size: smaller; + text-align: right; + text-indent:0em; +} /* page numbers */ + + +.blockquot { + margin-left: 5%; + margin-right: 10%; +} + + +.center {text-align: center;} + +.smcap {font-variant: small-caps;} + +.u {text-decoration: underline;} + +.caption {font-weight: bold;} + + +/* Footnotes */ +.footnotes {border: dashed 1px;} + +.footnote {margin-left: 10%; margin-right: 10%; font-size: 0.9em;} + + +.fnanchor { + vertical-align: super; + font-size: .8em; + text-decoration: + none; +} + .blckright, .right {text-align: right; clear: both; margin-right:1em; } + +#tnotes_mini {width: 30em; + margin:auto; + + font-size: 0.9em; padding:0.3em; + border: 1px dashed #808080; + background-color: #f6f6f6; + text-align: justify;} + + .tnote { width: 34em; + font-size: 0.9em; padding:0.3em; + border: 1px dashed #808080; + padding: 0.5em; + margin: 0 auto ; + } + .ins, a.ins { color:#111; text-decoration: none; border-bottom: 1px dashed #039; } + .cor { color:#111; } + + .pg {text-align:right;} + .clear {clear:both;} + + +.bigpadded {padding: 4em 1em;} +.padded {padding: 3em 1em;} +.thin {letter-spacing:-.05em;} +.spaced {letter-spacing:.3em;} + +.b_top {border-top: 1px solid #000;} + +.b_bottom {border-bottom: 1px solid #000;} + + +--> + </style> + </head> +<body> + + +<pre> + +Project Gutenberg's Tajemnica Baskerville'ów, by Arthur Conan Doyle + +This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with +almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or +re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included +with this eBook or online at www.gutenberg.org + + +Title: Tajemnica Baskerville'ów + dziwne przygody Sherlocka Holmes + +Author: Arthur Conan Doyle + +Translator: Eugenia ¯mijewska + +Release Date: October 15, 2010 [EBook #34079] + +Language: Polish + +Character set encoding: UTF-8 + +*** START OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK TAJEMNICA BASKERVILLE'ÓW *** + + + + +Produced by Ewa "czupirek" Jaros and the Online Distributed +Proofreading Team at http://dp.rastko.net (this file was +created from images generously made available by CBN Polona +- http://www.polona.pl) + + + + + + +</pre> + + + +<div id="all"> + +<div id="tnotes_mini"> +<h2><a name="UWAGI_1" id="UWAGI_1"></a>UWAGI DO WYDANIA ELEKTRONICZNEGO</h2> + + +<p>Zachowano oryginalną ortografię i interpunkcję, również w wypadkach, +gdy odbiegały one od współcześnie przyjętych. Poprawiono natomiast +omyłki, które wyglądały na błędy drukarskie. Poprawione frazy oznaczone są +przerywaną linią, zaś po najechaniu nań myszką powinna pojawić się fraza oryginalna (<span class="ins" title="o tak">przykład</span>). + +Pełna lista naniesionych poprawek +oraz dalsze uwagi znajdują się <a href="#UWAGI">na końcu tego dokumentu</a>.</p> +</div> + + +<p class="nopad"><span class="pagenum"><a name="Str_1" id="Str_1">[str. 1]</a></span><br /> +<span class="pagenum"><a name="Str_2" id="Str_2">[str. 2]</a></span><br /> +<span class="pagenum"><a name="Str_3" id="Str_3">[str. 3]</a></span></p> + +<h1>TAJEMNICA BASKERVILLE'ÓW</h1> + + + +<h2 class="center">Dziwne przygody Sherlocka Holmes</h2> + +<p class="center"><span class="x08">PRZEZ</span></p> + +<p class="center"><span class="x14"><a class="ins" href="#tnote_1" name="tAnchor_1" title="Canon'a Doyle'a">Conana Doyle'a</a></span></p> + +<p class="center">Przekład z angielskiego</p> + +<p class="center"><span class="x12">EUGENII ŻMIJEWSKIEJ.</span></p> + +<p class="center bigpadded thin"><span class=" b_top b_bottom">Dodatek do „SŁOWA”</span></p> + +<p class="center">WARSZAWA.</p> + +<p class="center spaced x09">DRUKIEM NOSKOWSKIEGO</p> + +<p class="center">15. ulica Warecka 15.</p> + +<hr style="width: 5%;" class="nopad" /> +<p class="center">1902.</p> + +<hr style="width: 65%;" /> +<p class="nopad"><span class="pagenum"><a name="Str_4" id="Str_4">[str. 4]</a></span></p> + + +<p class="center">Дозволено Цензурою<br /> +Варшава, 26 июля 1902 года</p> + + + +<hr style="width: 65%;" /> +<p class="nopad"><span class="pagenum"><a name="Str_5" id="Str_5">[str. 5]</a></span></p> +<div id="content"> +<h2><a name="I" id="I"></a>I.</h2> + +<h3>Pan Sherlock Holmes.</h3> + + +<p>Pan Sherlock Holmes zwykł był wstawać późno, +o ile nie czuwał przez całą noc, a zdarzało mu się to +nieraz. Otóż owego dnia wstał wyjątkowo wcześnie. +Jadł śniadanie. Stałem przy kominku. Schyliłem się +i podniosłem laskę, którą nasz gość zostawił wczorajszego +wieczoru. Był to kij gruby, z dużą gałką, utoczoną +z drzewa; pod gałką była srebrna obrączka, +a na niej napis: „Jakóbowi Mortimer M. R. C. S. od +przyjaciół C. C. H.”, pod spodem zaś data: +<a class="ins" href="#tnote_2" name="tAnchor_2" title="„r. 1884”">„r. 1884”.</a> +Taką laskę staroświecką, mocną, zapewniającą bezpieczeństwo, +zwykli nosić starzy lekarze.</p> + +<p>— No, i cóż, Watson? Co pan myślisz o tej lasce? +Jakie wyprowadzasz wnioski? — zapytał.</p> + +<p>Holmes siedział, odwrócony do mnie plecami; widzieć +mnie nie mógł, a ja zachowywałem się tak cichutko, +że nie mógł domyślić się, czem jestem zajęty.</p> + +<p>— Masz pan chyba oczy z tyłu głowy... — rzekłem.</p> + +<p>— Mam przed sobą srebrny imbryk — odparł — +ale powiedz mi, Watson, co myślisz o lasce naszego +gościa? Skoro nie zastał nas w domu i nie wytłómaczył +<span class="pagenum"><a name="Str_6" id="Str_6">[str. 6]</a></span>celu swych odwiedzin, ta mimowolna pamiątka nabiera +wielkiego znaczenia. Chciałbym też wiedzieć, jakie +pojęcie tworzysz sobie o tym człowieku?</p> + +<p>— Sądzę — odparłem, trzymając się metody dociekań +mojego towarzysza — że doktor Mortimer jest +lekarzem średniego wieku, zażywającym szacunku; dowodzi +tego ów upominek pacyentów.</p> + +<p>— Dobrze, wybornie! — pochwalił mnie Holmes.</p> + +<p>— Sądzę dalej, że jest lekarzem prowincyonalnym +i że po większej części odwiedza chorych pieszo.</p> + +<p>— Dlaczego tak pan przypuszczasz?</p> + +<p>— Bo laska, choć pierwotnie ładna, jest tak zniszczona, +że żaden lekarz miejski nie chciałby jej używać. +Grube okucie żelazne starło się, co dowodzi, że laska +była w częstem użyciu. + +</p><p>— Słuszne rozumowanie — przytwierdził Holmes.</p> + +<p>— A dalej, napis od przyjaciół z C. C. H. świadczy, +że lekarz niósł pomoc członkom jakiegoś klubu +myśliwskiego (Hunting Club).</p> + +<p>— Istotnie, Watson, przechodzisz sam siebie — +rzekł Holmes, zapalając papierosa. — Muszę przyznać, +że pańskie wnioski są słuszne. Mam pojętnego ucznia. +Wyświetliłeś kilka punktów zupełnie ciemnych.</p> + +<p>Nigdy jeszcze Holmes nie odzywał się do mnie +w sposób tak pochlebny. Cieszyłem się z jego uznania, +na które oddawna już usiłowałem zasłużyć, stosując +jego metodę badań w sprawach kryminalnych.</p> + +<p>Po chwili milczenia, odebrał mi laskę i przypatrywał +jej się gołem okiem. Następnie odłożył papierosa, +odszedł z laską do okna i począł jej się przyglądać +przez szkło powiększające.</p> + +<p>— Ciekawe, bardzo ciekawe... — rzekł, wracając na +swoje ulubione miejsce przy kominku.<span class="pagenum"><a name="Str_7" id="Str_7">[str. 7]</a></span></p> + +<p>— Czy pan dopatrzył się jakiego nowego szczegółu, +mogącego służyć za wskazówkę? — spytałem, spodziewając +się, że nic ważnego nie uszło mojej baczności.</p> + +<p>— Zdaje mi się, mój drogi Watson, że prawie +wszystkie twoje wnioski były mylne. Pod jednym tylko +względem miałeś słuszność, a mianowicie, że posiadacz +tej laski jest doktorem prowincyonalnym i że dużo +chodzi.</p> + +<p>— A więc nie omyliłem się?</p> + +<p>— Na tym punkcie — nie.</p> + +<p>— A na innych?</p> + +<p>— Inne wywody były fałszywe. I tak, naprzykład, +twierdzisz, że laska jest darem jakiegoś prowincyonalnego +klubu myśliwskiego. Ja przypuszczam, że ofiarowali +ją lekarzowi pensyonarze szpitala Charing Cross +(C. C. H.).</p> + +<p>— Przyznaję, że to jest prawdopodobniejsze. Jaki +pan stąd wyprowadza wniosek?</p> + +<p>— Znana jest panu moja metoda badania. Zastosuj +ją w praktyce.</p> + +<p>— Mogę to tylko wywnioskować, że przed osiedleniem +się na wsi, ten lekarz praktykował w mieście.</p> + +<p>— Sądzę, że możemy posunąć się jeszcze dalej na +drodze przypuszczeń. Ten dar został wręczony w chwili, +gdy doktor Mortimer opuszczał szpital, aby rozpocząć +praktykę na własną rękę.</p> + +<p>— Prawdopodobnie.</p> + +<p>— Jakież mógł on zajmować stanowisko w tym +szpitalu? — albo lekarza ordynującego, albo studenta-praktykanta. +Zapewne to ostatnie, bo doktor szpitalny, +z wyrobioną opinią i liczną praktyką, nie opuszcza +zajmowanej pozycyi, aby się przesiedlać na prowincyę. +Doktor Mortimer opuścił szpital przed laty pięciu, jak<span class="pagenum"><a name="Str_8" id="Str_8">[str. 8]</a></span> +to wskazuje data na lasce. W owym czasie ukończył +zapewne uniwersytet, a więc upada pański wniosek, +iż jest człowiekiem średniego wieku. Doktor Mortimer +ma lat trzydzieści niespełna, jest uprzejmym, dobrym, +niezbyt ambitnym, roztargnionym. Ma psa trochę większego +od jamnika, a mniejszego od wyżła.</p> + +<p>Roześmiałem się niedowierzająco. Holmes zasiadł +wygodnie w fotelu i puszczał kłęby dymu.</p> + +<p>— Nietrudno będzie przekonać się, który z nas +dwóch ma racyę — rzekłem, zbliżając się do szafki bibliotecznej +i wyjmując z niej kalendarz z wykazem lekarzów +angielskich, oraz ich życiorysem. Z pośród +wielu Mortimerów, jeden tylko mógł być tym, o którego +nam chodziło. Odczytałem głośno:</p> + +<p>„Mortimer Jerzy, lekarz powiatowy w Grimpen, +Dartmoor, hrabstwo Devsu. Był studentem-praktykantem +w szpitalu Charing-Cross od r. 1882 do 1884. Otrzymał +nagrodę Jacksona za studyum z zakresu patologii +porównawczej, zatytułowane: „Czy choroba jest zboczeniem?” +Jest członkiem szwedzkiego Towarzystwa +patologicznego, autorem wielu artykułów, jako to: +„Kilka przykładów atawizmu” (drukowany w „Lancet” +w r. 1882), „Czy idziemy z biegiem postępu?” („Dziennik Psychologiczny” 1883). Jest lekarzem powiatowym +gmin Grimpen, Thorsley i High Barrow”.</p> + +<p>— Widzisz pan, że miałem słuszność — rzekł Holmes. +— Obstaję dalej przy moich hypotezach, że doktor +Mortimer musi być uprzejmy, bo tylko człowiek uprzejmy +dostaje takie upominki od swoich pacyentów; że +nie jest ambitny, bo inaczej nie opuszczałby Londynu +dla prowincyi, i że jest roztargniony, bo w razie przeciwnym, +zamiast laski, zostawiłby swój bilet wizytowy.<span class="pagenum"><a name="Str_9" id="Str_9">[str. 9]</a></span></p> + +<p>— Jakież są pańskie wnioski co do psa?</p> + +<p>— Jego pies zwykł nosić laskę w zębach; ponieważ +laska jest ciężka, więc ją trzyma pośrodku; w tem +miejscu znać ślady psich zębów. Zęby są za duże na +jamnika, za małe na wyżła. To może być... tak, to +jest pinczer.</p> + +<p>Holmes przeszedł przez pokój i stanął we framudze +okna. W głosie jego było tyle głębokiego przekonania, +że nie mogłem się wstrzymać, aby go nie zapytać:</p> + +<p>— Skąd taka pewność?</p> + +<p>— Dla bardzo prostej przyczyny, że mam tego +psa przed oczyma; stoi za temi drzwiami, a jego +właściciel w tej chwili właśnie do nich dzwoni. Proszę +cię, Watson, nie wychodź z pokoju. Jest pańskim kolegą, +i pańska obecność może mi być przydatną. Nadchodzi +ważna chwila. Zbliżają się kroki, które mogą +stanowić o przeznaczeniu — złem czy dobrem — niewiadomo. +Ciekaw jestem, czego doktor Jerzy Mortimer +zażąda od Sherlocka Holmes, specyalisty od przestępstw +kryminalnych... Proszę!</p> + +<p>Do pokoju wszedł nasz gość. Jego powierzchowność +zdziwiła mnie bardzo. Nie wyglądał na prowincyonalnego +lekarza. Był wysoki, szczupły, miał nos +wązki, <a class="ins" href="#tnote_3" name="tAnchor_3" title="wysuwają y">wysuwający</a> się ostro z pomiędzy oczu przenikliwych, +zasłoniętych ciemnymi okularami, w złotej +oprawie. Ubrany był w długi, poplamiony surdut, spodnie +miał wystrzępione. Choć jeszcze młody wiekiem, +był już przygarbiony; na jego twarzy malowała się dobra +wola względem ludzi. Wchodząc, zobaczył odrazu +laskę w ręku Holmesa i podbiegł ku niej z okrzykiem +radości.</p> + +<p>— Tak się cieszę! — zawołał. — Nie byłem pewny,<span class="pagenum"><a name="Str_10" id="Str_10">[str. 10]</a></span> +czym ją zostawił tutaj, czy w biurze portowem. Gdybym +ją zgubił, sprawiłoby mi to wielką przykrość.</p> + +<p>— Wszak to prezent? — rzekł Holmes.</p> + +<p>— Tak, panie.</p> + +<p>— Od pensyonarzy hotelu Charing Cross...</p> + +<p>— Tak, od paru pacyentów. Dali mi ją na pąmiątkę +mojego ślubu.</p> + +<p>— Szkoda — rzekł Holmes, ściskając mu rękę.</p> + +<p>— Czego pan żałuje? — spytał doktor Mortimer ze +zdziwieniem.</p> + +<p>— Szkoda, że pan rozproszył moje wnioski — +brzmiała odpowiedź. — A więc powiadasz pan, że to podarek +ślubny?</p> + +<p>— Tak, panie. Ożeniłem się i dlatego musiałem +szpital opuścić; trzeba było założyć dom, postarać się +o praktykę samodzielną.</p> + +<p>— No, i teraz zyskujesz pan sobie sławę na polu +nauki — rzekłem.</p> + +<p>— Wszak mam przyjemność mówić z panem +Sherlock Holmes?</p> + +<p>— Nie, to mój przyjaciel, doktor Watson.</p> + +<p>— Miło mi pana poznać. Słyszałem o panu nieraz. +Pozwoli mi pan, panie Holmes, zbadać swoją czaszkę. +Od pierwszego rzutu oka spostrzegłem, że jest +niezwykłą: zdradza zdolności, rzekłbym nawet — geniusz +dedukcyjny. Taka czaszka byłaby ozdobą każdego +muzeum. Przyznaję, że jej panu zazdroszczę.</p> + +<p>— Jesteś pan entuzyastą w swoim zawodzie, tak, +jak ja w swoim — odparł detektyw — ale sądzę, że nie +przybywasz pan tu po raz wtóry jedynie w zamiarze +zbadania mojej czaszki...</p> + +<p>— Nie, panie, choć rad jestem, że zdarza mi się +sposobność ku temu. Przybyłem do pana, panie Holmes,<span class="pagenum"><a name="Str_11" id="Str_11">[str. 11]</a></span> +bo uznaję własną niepraktyczność, a jestem postawiony +wobec bardzo trudnego zagadnienia. Ponieważ pan +jesteś drugim w Europie ekspertem w sprawach kryminalnych...</p> + +<p>— Doprawdy? Czy wolno mi zapytać, kto jest +pierwszym?</p> + +<p>— W oczach człowieka, przekładającego teoryę +nad praktykę, pan Bortillon zajmuje niewątpliwie pierwsze +miejsce.</p> + +<p>— Więc czemuż pan nie zwrócisz się do niego?</p> + +<p>— Powiadam, że jest on pierwszorzędny powagą, +jako teoretyk. Ale pan, jako praktyk, zajmujesz pierwsze +w w Europie — to niewątpliwe. Spodziewam się, żem +pana nie obraził...</p> + +<p>— Trochę — odparł Holmes nawpół żartem — ale +jako człowiek praktyczny, chciałbym nareszcie dowiedzieć +się, co pana tutaj sprowadza.</p> + + + +<hr style="width: 65%;" /> +<p class="nopad"><span class="pagenum"><a name="Str_12" id="Str_12">[str. 12]</a></span></p> +<h2><a name="II" id="II"></a>II.</h2> + +<h3>Przekleństwo rodu Baskerville.</h3> + + +<p>— Mam w kieszeni rękopis — rzekł doktor Jerzy +Mortimer.</p> + +<p>— Spostrzegłem to odrazu, gdyś pan wszedł do +pokoju — odparł Holmes.</p> + +<p>— Manuskrypt jest stary.</p> + +<p>— Z ośmnastego wieku.</p> + +<p>— Skąd pan wie?</p> + +<p>— Z pańskiej kieszeni wychodzi pół cala papieru. +Przyglądałem mu się, podczas gdyś pan mówił, a byłbym +lichym rzeczoznawcą, gdybym z zewnętrznego +wyglądu nie potrafił określić daty rękopisu. Czytałeś +pan zapewne moją monografię w tym przedmiocie. +Otóż w tym wypadku sądzę, że manuskrypt datuje się +z roku 1730-go.</p> + +<p>— Omyliłeś się pan o lat dwanaście. Datowany +jest z roku 1742-go.</p> + +<p>Doktor Mortimer wyjął go z kieszeni.</p> + +<p>— Ten dokument rodzinny został powierzony mojej +pieczy przez sir Karola Baskerville, którego śmierć +tragiczna poruszyła przed trzema miesiącami całe Devonshire. +Dodam, że byłem jego osobistym przyjacielem, +zarówno jak lekarzem domowym. Był to człowiek<span class="pagenum"><a name="Str_13" id="Str_13">[str. 13]</a></span> +dzielny, rozumny, praktyczny i tak samo, jak ja, nie +podlegający złudzeniom wyobraźni. A jednak wierzył +święcie słowom tego dokumentu i był przygotowany na +rodzaj śmierci, który go spotkał...</p> + +<p>Holmes wyciągnął rękę po manuskrypt i począł +mu się bacznie przyglądać.</p> + +<p>— Zwracam pańska uwagę, Watson, na kolejne +używanie krótkiego i długiego <i>s</i>. Jest to jedna ze +wskazówek, która mi pomogła do określenia daty.</p> + +<p>Spojrzałem przez ramię na papier, pożółkły ze +starości. Na pierwszej stronicy był nagłówek: „Baskerville +Hall”, a pod spodem data: „1742”.</p> + +<p>— To zapewne potwierdzenie jakiejś legendy — +wtrącił Holmes.</p> + +<p>— Rzeczywiście — przyznał doktor Mortimer. — +Legenda tycze się rodu Baskervillów.</p> + +<p>— Przypuszczam jednak, że pragniesz pan zasięgnąć +mojej rady w sprawie aktualniejszej i bardziej +realnej — rzekł Holmes.</p> + +<p>— Tak. Chodzi mi o fakt zagadkowy, który zdarzył +się niedawno; muszę rozstrzygnąć zagadkę, w ciągu +dwudziestu czterech godzin. Ale manuskrypt jest +krótki i ma ścisły związek z tą sprawą. Zatem odczytam +go panu, jeśli pan pozwoli.</p> + +<p>Holmes skinął głową. Zasiadł wygodnie w fotelu, +złożył ręce tak, że palce stykały się z palcami, przymknął +oczy i słuchał z rezygnacyą.</p> + +<p>Doktor Mortimer podsunął manuskrypt pod światło +i głosem dobitnym czytał, co następuje:</p> + +<p>— „Rozmaite pogłoski krążyły o Psie Baskervillów, +lecz ja, pochodząc w prostej linii od Hugona +<a class="ins" href="#tnote_4" name="tAnchor_4" title="Baaskerville">Baskerville</a>, słyszałem tę historyę z ust mojego ojca, +który znowu słyszał ją od swojego, więc ją spisuję<span class="pagenum"><a name="Str_14" id="Str_14">[str. 14]</a></span> +z całą wiarą. Pragnąłbym, abyście i wy, moi synowie, +nabrali głębokiego przekonania, że Sprawiedliwość, karcąca +winę, może ją odpuścić, i że żadna kara nie jest +tak ciężką, aby modlitwa i pokuta nie zdołały jej zatrzeć. +Niech te dzieje nauczą was, że nie należy bać +się owoców przeszłości, lecz raczej być ostrożnym na +przyszłość, aby dzikie chucie, za które nasz ród poniósł +tak srogą karę, nie rozkiełznały się znowu na naszą +zgubę.</p> + +<p>„Dowiedzcie się więc, że za czasów Wielkiej Rewolucyi +(polecam wam przeczytać dzieje tej epoki, +skreślone przez lorda Clarendon); otóż w owych czasach +w zamku Baskerville rządził Hugon, a był to, +przyznać muszę, człowiek porywczy i bezbożnik.</p> + +<p>„Sąsiedzi przebaczyliby łatwo to ostatnie wykroczenie, +bo nasza okolica nie słynęła nigdy religijności, +ale nie mogli mu przebaczyć wrodzonego okrucieństwa.</p> + +<p>„Otóż ów Hugon pokochał (jeśli można tem mianem +nazwać tak dzikie uczucie), pokochał zatem córkę +czynszownika, dzierżawiącego grunta w pobliżu dóbr +Baskerville. Ale dziewczyna, będąc skromną, i bogobojną, +obawiała się go, jak szatana. Otóż pewnego +na jesieni, w dzień świętego Michała, ów Hugon +na czele pięciu czy sześciu kompanów, zakradł się +do farmy i uprowadził dziewczynę, korzystając z chwili, +gdy ojciec i bracia jej byli nieobecni.</p> + +<p>„Przywieźli biedaczkę na zamek i osadzili ją w komnacie +wieżowej, Hugon i jego towarzysze zasiedli do +nocnej uczty, wedle zwyczaju. Słysząc ich pijackie +wrzaski, dziewczyna truchlała, lecz była z natury +dzielną, więc opanowała strach i postanowiła ratować +się. Ogromna brzoza osłaniała i do dziś dnia osłania<span class="pagenum"><a name="Str_15" id="Str_15">[str. 15]</a></span> +okno tej narożnej komnaty. Dziewczę uczepiło się jej +gałęzi i spuściło się po nich na dół, a dostawszy się na +swobodę, łąkami i polami biegło do fermy swego ojca, +oddalonej o trzy mile od zamku.</p> + +<p>„Wkrótce potem, Hugon, zostawiwszy swoich kompanów +przy butelkach i kartach, podążył do swojej +ofiary, a widząc, że ptaszek opuścił klatkę, jak szalony +powrócił do komnaty biesiadnej, wytłukł szkło i wśród +okropnych przekleństw i złorzeczeń zaprzysiągł, że +odda ciało i duszę dyabłu, jeśli ten dopomoże mu odzyskać +dziewczynę. Pijani towarzysze słuchali go +w przerażonem milczeniu, tylko jeden, gorszy, a może +bardziej pijany od innych, poddał myśl, aby za dziewczyną +puścić w pogoń psy podwórzowe.</p> + +<p>„Słysząc to Hugon, wybiegł przed dom, zwołał +chłopców stajennych, kazał im osiodłać swoją klacz +ulubioną i spuścić psy z łańcuchów; jednemu, najdzikszemu, +dał do powąchania chustkę dziewczyny, zostawioną +w narożnej komnacie, i popędził przez łąki +w noc księżycową.</p> + +<p>„Towarzysze hulanki rzucili się do koni, chwycili +pistolety i pognali za swoim amfitryonem, a było ich +razem trzynastu. Księżyc świecił jasno, pędzili galopem +drogą, którą musiała uciekać dziewczyna, jeśli podążyła +do domu.</p> + +<p>„Ujechali z półtory mili, gdy spostrzegli nocnego +pastucha. Pytali go, czy nie widział brytanów. Wystraszony, +odparł, że przed chwilą biegły za jakąś +dziewczyną.</p> + +<p>— „Ale widziałem coś więcej — mówił. — Hugon +Baskerville pędził tędy na swojej karej klaczy, a za +nim leciał jakiś pies okropny, czarny, jakby szatan<span class="pagenum"><a name="Str_16" id="Str_16">[str. 16]</a></span> +wcielony. Niech mnie Bóg broni, żebym kiedy jeszcze +miał spotkać podobnego potwora na mojej drodze.</p> + +<p>„Pijani towarzysze cisnęli pastuchowi przekleństwo +i pognali naprzód. Ujechali jeszcze z pół mili. Nagle +<a class="ins" href="#tnote_5" name="tAnchor_5" title="głosy">włosy</a> stanęły im dębem ze strachu, bo oto przed nimi +pędziła klacz kara, pokryta pianą, bez siodła i bez +jeźdźca.</p> + +<p>„Towarzysze zbili się w gromadkę, bo ich strach +oblatywał, lecz jechali dalej, choć każdy z nich, gdyby +był sam, zawróciłby konia i uciekł do zamku, ale jeden +wstydził się drugiego. Człapiąc wolno, zrównali się +wreszcie z brytanami; te, choć znane w całej okolicy +ze swej zajadłości, leżały teraz w rowie, wystraszone, +i wyły przeraźliwie.</p> + +<p>„Kompania zatrzymała się. Jeźdźcy otrzeźwieli +odrazu. Jedni chcieli zawracać, drudzy postanowili +przekonać się, co zaszło. Księżyc świecił tak jasno, że +można było szpilki zbierać.</p> + +<p>„O milę dalej, na polu, sterczały wysokie kamienie. +Pomiędzy nimi leżała dziewczyna, martwa, a obok +niej Hugon <a class="ins" href="#tnote_6" name="tAnchor_6" title="Baskerwille">Baskerville</a> — nieżywy.</p> + +<p>„Ale nie ten widok, choć straszny i niespodziany, +najeżył włosy pijackiej kompanii; straszniejszy obraz +przedstawił się ich oczom: nad zwłokami Hugona stał +pies czarny, ogromny, wyszczerzał zęby i błyskał ślepiami. +Jeden z towarzyszów padł na miejscu, rażony +strachem, drugi utracił zmysły, reszta hulaszczej kompanii +do końca życia nie zapomniała tego wrażenia.</p> + +<p>„Taką jest, moi synowie, legenda o psie, który od +owego czasu trapił naszą rodzinę. Spisałem ją, abyście +wiedzieli, jak się rzeczy istotnie miały i nie wierzyli +krążącym baśniom. Nie będę, taił przed wami, że po +tym wypadku, wielu mężczyzn w naszym rodzie umarło<span class="pagenum"><a name="Str_17" id="Str_17">[str. 17]</a></span> +śmiercią nagłą, krwawą i tajemniczą. Jednak nie traćmy +wiary w miłosierdzie Boskie, które karci niewinnych, +tylko do trzeciego lub czwartego pokolenia. +Opatrzności Boskiej, moi synowie, was polecam i ostrzegam, +abyście nie przechodzili przez tę łąkę po nocy, +gdy złe duchy są rozkiełznane.”</p> + +<p>(To są przestrogi Hugona Baskerville, spisane dla +jego synów, Rogera i Jana, z rozkazem, aby o tem +wszystkiem nie wspominali swej siostrze, Elżbiecie).</p> + +<hr style="width: 45%;" /> + +<p>Doktor Mortimer skończył czytać tę niezwykłą +opowieść, nasunął na oczy okulary i spojrzał na pana +Sherlocka Holmes. Ten ziewnął i rzucił papierosa +w ogień.</p> + +<p>— No i cóż? — rzekł.</p> + +<p>— Czy historya ta nie jest interesującą?</p> + +<p>— Zapewne, dla zbieracza starych legend i baśni.</p> + +<p>Doktor Mortimer wyjął z kieszeni gazetę.</p> + +<p>— A teraz, panie Holmes — rzekł — pokażę panu +coś aktualniejszego. Oto dziennik „Devon County +Chronicle” z dnia 14-go Maja roku bieżącego. Jest +w nim opis faktów, odnoszących się do śmierci sir Karola +Baskerville, która zdarzyła się na kilka dni przed +ową datą.</p> + +<p>Mój przyjaciel nachylił się i począł słuchać uważniej. +Doktor Mortimer czytał:</p> + +<p>„Niedawna i nagła śmierć sir Karola Baskerville, +kandydata liberalnego z hrabstwa Devon, przejęła całą +naszą okolicę zdumieniem i trwogą. Jakkolwiek sir +Karol Baskerville mieszkał w Baskerville Hall od niedawna, +lecz jego uprzejmość, hojność i szlachetność, +zjednały mu szacunek tych wszystkich, którzy mieli<span class="pagenum"><a name="Str_18" id="Str_18">[str. 18]</a></span> +z nim do czynienia. W dzisiejszej epoce parweniuszów +miło jest widzieć potomka starożytnego a podupadłego +rodu, odzyskującego fortunę swych przodków i przywracającego +świetność staremu nazwisku.</p> + +<p>„Sir Karol, jak wiadomo, zyskał duży majątek na +spekulacyach w Afryce południowej, a będąc z natury +przezornym, nie kusił dalej szczęścia, które mogłoby +się odwrócić od niego, jak to czyni z innymi, i zrealizowawszy +swoją fortunę, powrócił do Anglii.</p> + +<p>„Przed dwoma laty zaledwie osiadł w Baskerville +Hall; znane są jego szerokie plany odnowienia starej +siedziby i wprowadzenia ulepszeń w gospodarstwie rolnem. +Śmierć przeszkodziła ich urzeczywistnieniu.</p> + +<p>„Będąc bezdzietnym, pragnął, aby cała okolica +korzystała z jego fortuny i niejeden z sąsiadów ma ważne +powody do opłakiwania jego przedwczesnego zgonu. +Donosiliśmy często na tych szpaltach o jego hojnych +ofiarach na instytucye publiczne.</p> + +<p>„Śledztwo nie wyjaśniło dotychczas okoliczności, +towarzyszących śmierci sir Karola. Krążą tu najdziwaczniejsze +legendy, przypisujące ów nagły zgon działaniu +sił nadprzyrodzonych.</p> + +<p>„Sir Karol był wdowcem, uważano go powszechnie +za dziwaka. Pomimo dużej fortuny, miał przyzwyczajenia +proste, skromne. Personel służbowy w Baskerville +Hall składał się z kamerdynera, nazwiskiem Barrymore, +jego żony, kucharki i gospodyni w jednej osobie. +Oboje zeznają, że zdrowie sir Karola w ostatnich +czasach było nietęgie, że rozwijała się w nim choroba +serca, objawiająca się bladością, brakiem tchu i częstemi +omdleniami. Doktor Jerzy Mortimer, przyjaciel +i domowy lekarz nieboszczyka, złożył zeznanie w tym +samym duchu.<span class="pagenum"><a name="Str_19" id="Str_19">[str. 19]</a></span></p> + +<p>„Sir Karol Baskerville zwykł był co wieczór, przed +pójściem na spoczynek, przechadzać się po słynnej alei +wiązów przed zamkiem. Małżonkowie Barrymore opowiadają, +że wieczorom 4-go maja, ich pan oznajmił im, +że nazajutrz wyrusza do Londynu i kazał pakować +kuferek.</p> + +<p>„Owego wieczoru wyszedł, jak zwykle, na przechadzkę, +wśród której wypalał cygaro.</p> + +<p>„Z tej przechadzki już nie powrócił.</p> + +<p>„O dwunastej Barrymore, widząc drzwi frontowe +jeszcze otwarte, zaniepokoił się, i wziąwszy latarnię, +poszedł szukać swego pana. W ciągu dnia deszcz padał, +więc łatwo było dojrzeć ślady stóp sir Karola +wzdłuż alei. W połowie drogi jest furtka, prowadząca +na łąkę.</p> + +<p>„Były ślady, że sir Karol stał przy niej przez czas +pewien, następnie skręcił znowu w aleję. Znaleziono +jego trupa na jej końcu.</p> + +<p>„Pomiędzy innemi dotychczas nie wyjaśniono jednego +faktu, wynikającego z zeznań Barrymora, a mianowicie, +że ślady kroków jego pana zmieniły się +z chwilą, gdy stał przy furtce i że odtąd szedł na +palcach.</p> + +<p>„Niejaki Murphy, cygan, handlujący końmi, znajdował +się wówczas na łące, w pewnej odległości od +nieboszczyka, ale sam przyznaje, że był pijany. Powiada, +że słyszał krzyki, ale nie może określić, skąd +wychodziły.</p> + +<p>„Na ciele sir Karola nie było śladów przemocy +lub gwałtu, a chociaż lekarz zeznaje, że wyraz twarzy +nieboszczyka był tak zmieniony, że on, doktor Mortimer, +w pierwszej chwili poznać go nie mógł, rzeczo<span class="pagenum"><a name="Str_20" id="Str_20">[str. 20]</a></span>znawcy +tłómaczą to anewryzmem serca, przy którym +zachodzą podobne objawy.</p> + +<p>„Sekcya wykazała przedawnioną wadę serca, sędzia +śledczy potwierdził badanie lekarskie. Pożądanem +jest, aby spadkobierca sir Karola mógł objąć jaknajprędzej +majątek i prowadzić dalej chlubną działalność, +przerwaną tak nagle i tak tragicznie.</p> + +<p>„Gdyby prozaiczne orzeczenie sędziego śledczego +i rzeczoznawców nie położyło końca romantycznym historyom, +krążącym na temat owej śmierci, nie łatwo +byłoby znaleźć właściciela Baskerville Hall.</p> + +<p>„Domniemanym spadkobiercą jest pan Henryk +Baskerville, syn młodszego brata sir Karola. Ów młodzieniec +przed kilku laty wyruszył do Ameryki. Zarządzono +poszukiwania. Dowie się on zapewne niebawem +o zmianie swego losu”.</p> + +<hr style="width: 45%;" /> + +<p>Doktor Mortimer złożył gazetę i wsunął ją do kieszeni, +mówiąc:</p> + +<p>— To są fakty, powszechnie znane.</p> + +<p>— Dziękuję panu za zwrócenie mojej uwagi na +sprawę istotnie ciekawą — rzekł pan Holmes. — Czytałem +o niej, coprawda, w dziennikach, ale w owym czasie +byłem zajęty kameami, które zniknęły z muzeum +Watykańskiego. Chciałem się przysłużyć Papieżowi +i straciłem z oczu to, co się jednocześnie działo w Anglii. +Ten artykuł, powiadasz pan, zawiera fakty, znane +powszechnie?</p> + +<p>— Tak.</p> + +<p>— Zechciej więc pan uwiadomić mnie teraz o tem, +czego nikt nie wie.</p> + +<p>Sherlock Holmes oparł się o poręcz fotelu i znowu +złożył ręce tak, aby palce stykały się końcami.<span class="pagenum"><a name="Str_21" id="Str_21">[str. 21]</a></span></p> + +<p>— Uczynię to — rzekł doktor Mortimer, zdradzając +coraz większe wzburzenie. — Powiem panu to, czego +nie mówiłem jeszcze nikomu. Zataiłem to przed +sędzią śledczym z pobudek, które pan zapewne zrozumie. +Jako człowiek nauki, nie chciałem zdradzać się +publicznie, iż wierzę w przesądy. Dalej, rozumiałem, +że gdyby utwierdziła się wiara w nadprzyrodzone siły, +rządzące w Baskerville Hall, nikt nie zechciałby objąć +starego zamku w posiadanie. Dla tych dwóch powodów +nie zeznałem przed sądem wszystkiego, co wiem — +albowiem nie zdałoby się to na nic sędziemu śledczemu — +ale z panem będę zupełnie szczery.</p> + +<p>„Okolica jest mało zaludniona, rezydencye rzadkie, +a siedziby włościańskie rozrzucone na znacznej odległości +od siebie.</p> + +<p>„Widywałem często sir Karola Baskerville, który +był spragniony towarzystwa. Oprócz p. Frankland +w Lafterhall i naturalisty, p. Stapleton, w pobliżu niema +ludzi inteligentnych. Sir Karol był skryty, małomówny. +Zbliżyliśmy się z powodu jego choroby, przytem +łączyły nas wspólne upodobania naukowe. Przywiózł +wiele ciekawych wiadomości z Afryki Południowej. +Spędziliśmy niejeden miły wieczór na rozprawach +o anatomii porównawczej.</p> + +<p>„W ciągu ostatnich paru miesięcy spostrzegłem, +że system nerwowy sir Karola był nadwerężony. Wziął +tak dalece ową legendę do serca, że choć co wieczór +odbywał spacery, nic go nie mogło skłonić do wejścia +na łąkę po zachodzie słońca. Prześladowała go wciąż +obawa upiorów, i pytał mnie nieraz, czym nie widział +jakiego dziwacznego stworzenia i czym nie słyszał +szczekania. Te pytania zadawał mi zawsze głosem +drżącym.<span class="pagenum"><a name="Str_22" id="Str_22">[str. 22]</a></span></p> + +<p>„Wraziła mi się w pamięć jedna z moich wizyt +u niego przed trzema tygodniami. Stał w sieni. Gdym +schodził z wózka, spostrzegłem, że patrzy po przez moje +ramię ze strachem w oczach. Odwróciłem się i spostrzegłem +jakiś kształt dziwny, podobny do dużego, +czarnego cielęcia. Przeleciało to po za moim wózkiem.</p> + +<p>„Sir Karol był tak wzburzony, że poszedłem szukać +tego osobliwego zwierzęcia. Ale nigdzie go nie +było. Mój pacyent nie mógł się uspokoić. Zostałem +z nim przez cały wieczór i wtedy, tłómacząc swe wzburzenie, +opowiedział mi całą tę historyę.</p> + +<p>„Wspominam o tym drobnym epizodzie, gdyż nabiera +on znaczenia wobec tragedyi, która potem nastąpiła; +na razie nie przywiązywałem do tego wagi i dziwiłem +się wzburzeniu sir Karola.</p> + +<p>„Miał jechać do Londynu z mojej porady. Wiedziałem, +że jest chory na serce i że ciągły niepokój +źle wpływa na jego zdrowie. Sądziłem, że parę miesięcy, +spędzonych na rozrywkach, uwolni go od tych +mar i przywidzeń. Nasz wspólny przyjaciel, pan <a class="ins" href="#tnote_7" name="tAnchor_7" title="Stupleton">Stapleton</a>, +był tego samego zdania. I oto wynikło nieszczęście.</p> + +<p>„Zaraz po śmierci sir Karola, kamerdyner Barrymore +wyprawił do mnie grooma Perkinsa; przybyłem +do Baskerville Hall w godzinę po katastrofie. Zbadałem +wszystkie fakty, przytoczone w śledztwie. Szedłem +śladami, pozostawionemi w Alei Wiązów, obejrzałem +miejsce przy furtce, gdzie sir Karol zatrzymał się, +i zmiarkowałem, że od owego miejsca szedł na palcach +i że nie było śladu innych kroków, oprócz późniejszych, +Barrymora. Wreszcie obejrzałem starannie zwłoki, +które pozostały nietknięte do mego przybycia.</p> + +<p>„Sir Karol leżał nawznak z rozciągniętemi rękoma,<span class="pagenum"><a name="Str_23" id="Str_23">[str. 23]</a></span> +jego twarz była tak zmieniona, że zaledwie mogłem ją +poznać. Na ciele nie było żadnych obrażeń. Ale +Barrymore w toku śledztwa uczynił jedno zeznanie fałszywe. +Powiedział, że nie było żadnych śladów dokoła +trupa. Nie spostrzegł ich, ale ja dostrzegłem — +zupełnie świeże, w pobliżu.</p> + +<p>— Czy ślady kroków?</p> + +<p>— Tak.</p> + +<p>— Męzkie, czy kobiece?</p> + +<p>Doktor Mortimer patrzył na nas przez chwilę dziwnemi +<a class="ins" href="#tnote_8" name="tAnchor_8" title="ocyma">oczyma</a>, wreszcie odparł szeptem:</p> + +<p>— Panie Holmes, były ślady kroków... psa... olbrzymiego.</p> + + + +<hr style="width: 65%;" /> +<p class="nopad"><span class="pagenum"><a name="Str_24" id="Str_24">[str. 24]</a></span></p> +<h2><a name="III" id="III"></a>III.</h2> + +<h3>Zagadka.</h3> + + +<p>Przyznaję, że gdym słuchał tego opowiadania, +przebiegały po mnie dreszcze. I doktor był żywo poruszony.</p> + +<p>— Widziałeś pan te ślady? — spytałem.</p> + +<p>— Tak, na własne oczy; tak wyraźnie, jak teraz +widzę pana.</p> + +<p>— I nic pan nie mówiłeś?</p> + +<p>— Po co?</p> + +<p>— Dlaczego nikt inny nie dostrzegł tych śladów?</p> + +<p>— Pozostały o jakie dwa łokcie od trupa; nie +zwrócono na nie uwagi i jabym ich nie zauważył, gdybym +nie był znał tej legendy.</p> + +<p>— Dużo jest psów w okolicy.</p> + +<p>— Tak, ale to nie był zwykły pies. Powiedziałem +już panom, że był ogromny.</p> + +<p>— Czy nie zbliżył się do trupa?</p> + +<p>— Nie.</p> + +<p>— Czy noc była jasna?</p> + +<p>— Nie; pochmurna i wilgotna.</p> + +<p>— Ale deszcz nie padał?</p> + +<p>— Nie.</p> + +<p>— Jak wygląda aleja?<span class="pagenum"><a name="Str_25" id="Str_25">[str. 25]</a></span></p> + +<p>— Jest wysadzana dwoma rzędami wiązów i opasana +żywopłotem, wysokości 12 stóp. Sama aleja ma +8 stóp szerokości.</p> + +<p>— Czy jest co pomiędzy żywopłotem a aleją?</p> + +<p>— Tak; po obu stronach biegnie trawnik, szerokości +6 stóp.</p> + +<p>— O ile zrozumiałem, jest wejście przez furtkę?</p> + +<p>— Tak; furtka prowadzi na łąkę.</p> + +<p>— Czy są inne wejścia?</p> + +<p>— Niema.</p> + +<p>— Tak, iż aby wkroczyć w Aleję Wiązów, trzeba +wyjść z domu, lub iść przez łąkę?</p> + +<p>— Jest trzecie wejście przez altanę, na drugim +końcu alei.</p> + +<p>— Czy sir Karol doszedł do tej altany?</p> + +<p>— Nie; znaleziono go o pięćdziesiąt łokci od niej.</p> + +<p>— A teraz, zechciej mi pan powiedzieć, doktorze +Mortimer — będzie to szczegół ważny — czy ślady, któreś +pan spostrzegł, pozostały na żwirze, czy na trawie?</p> + +<p>— Nie mogłem dojrzeć śladów na trawie.</p> + +<p>— Czy ślady były po tej samej stronie, co furtka?</p> + +<p>— Tak, po tej samej.</p> + +<p>— Bardzo mnie pan zaciekawia. Jeszcze jedno +pytanie. Czy furtka była zamknięta?</p> + +<p>— Zamknięta na klucz i zaryglowana.</p> + +<p>— Jak jest wysoka?</p> + +<p>— Ma około 4-ch stóp.</p> + +<p>— A więc można ją łatwo przesadzić?</p> + +<p>— Tak.</p> + +<p>— A jakie ślady znalazłeś pan przy furtce?</p> + +<p>— Żadnych, któreby mogły zwrócić uwagę.</p> + +<p>— Czyżeś pan nie oglądał ziemi dokoła?</p> + +<p>— I owszem, oglądałem.<span class="pagenum"><a name="Str_26" id="Str_26">[str. 26]</a></span></p> + +<p>— I nie dostrzegłeś pan żadnych śladów?</p> + +<p>— Były bardzo niewyraźne. Widocznie sir Karol +stał tutaj przez pięć do dziesięciu minut.</p> + +<p>— Skąd pan to wie?</p> + +<p>— Gdyż popiół z cygara spadł dwa razy na ziemię.</p> + +<p>— Wybornie. Znaleźliśmy kolegę wedle naszego +serca. Prawda, Watson? Ale jakież to były ślady?</p> + +<p>— Ślady stóp na żwirze. Innych znaków dostrzedz +nie mogłem.</p> + +<p>Sherlock Holmes uderzył ręką w kolano.</p> + +<p>— Czemu mnie tam nie było! — zawołał. — Jest +to wypadek bardzo ciekawy, dający obfite pole do +naukowej ekspertyzy. Czemuż nie mogłem odczytać +tej żwirowej karty, zanim ją zatarły inne stopy! Doktorze +Mortimer, że też mnie pan nie uwiadomił wcześniej! +Jeśli nam się nie uda wyświetlić sprawy, cała +odpowiedzialność spadnie na pana.</p> + +<p>— Nie mogłem pana wzywać, panie Holmes, bo +w takim razie musiałbym ujawnić te fakty przed całym +światem, a mówiłem już, żem sobie tego nie życzył. +Zresztą... zresztą...</p> + +<p>— Czemu pan nie kończysz?</p> + +<p>— Bywają dziedziny, niedostępne nawet dla najbystrzejszych +i najdoświadczeńszych detektywów...</p> + +<p>— Chcesz pan powiedzieć, że wchodzi to w zakres +rzeczy nadprzyrodzonych?</p> + +<p>— Tego nie twierdzę stanowczo.</p> + +<p>— Ale pan tak myślisz w głębi ducha.</p> + +<p>— Od owej tragedyi doszły do mojej świadomości +fakty, sprzeczne z ogólnemi prawami natury.</p> + +<p>— Naprzykład?</p> + +<p>— Dowiaduję się, że przed tą katastrofą, kilku ludzi +widziało na łące niezwykłe stworzenie, podobne do<span class="pagenum"><a name="Str_27" id="Str_27">[str. 27]</a></span> +złego ducha Baskervillów. Wszyscy mówią, że był to pies +ogromny, przezroczysty. Wypytywałem tych ludzi — +jeden z nich jest włościaninem, drugi kowalem, trzeci +farmerem. Ich zeznania są jednakowe. W całej okolicy +zapanował strach przesądny. Nikt po nocy nie +przejdzie przez łąkę.</p> + +<p>— I pan, człowiek nauki, wierzy w takie baśnie? — +zawołał Holmes.</p> + +<p>— Dotychczas moje badania ogarniały świat zmysłów; +usiłowałem walczyć z chorobą, ale ze złymi duchami +walczyć nie umiem. Zresztą musisz pan <a class="ins" href="#tnote_9" name="tAnchor_9" title="przysznać">przyznać</a>, +że ślady stóp są dowodem materyalnym. <a class="ins" href="#tnote_10" name="tAnchor_10" title="Pie,">Pies</a> +Hugona nie był także zjawiskiem nadprzyrodzonem +skoro mógł zagryźć na śmierć, a jednak miał w sobie +coś szatańskiego.</p> + +<p>— Widzę, że pan przeszedłeś do obozu spirytystów. +Ale zechciej mi powiedzieć jeszcze jedno, doktorze +Mortimer. Jeżeli pan skłaniasz się ku takim zapatrywaniom, +dlaczego przyszedłeś zasięgnąć mojej rady? +Powiadasz pan jednym tchem, że nie warto przeprowadzać +śledztwa w sprawie zabójstwa sir Karola, a jednocześnie +prosisz mnie, żebym się tą sprawą zajął.</p> + +<p>— Nie prosiłem o to.</p> + +<p>— Więc w jaki sposób mogę panu dopomódz?</p> + +<p>— Radząc mi, co mam zrobić z sir Henrykiem +Baskerville, który przybywa na dworzec Waterloo — +doktor Mortimer spojrzał na zegarek — za godzinę +i kwadrans — dokończył.</p> + +<p>— Czy on jest spadkobiercą?</p> + +<p>— Tak. Po śmierci sir Karola zasięgaliśmy wiadomości +o tym gentlemanie i dowiedzieliśmy się, że +ma fermę w Kanadzie. Wedle naszych informacyj,<span class="pagenum"><a name="Str_28" id="Str_28">[str. 28]</a></span> +jest to młodzieniec bez zarzutu. Nie mówię teraz jako +lekarz, lecz jako wykonawca testamentu sir Karola.</p> + +<p>— Czy niema innych kandydatów do spadku?</p> + +<p>— Żadnego. Mógłby nim być tylko Roger Baskerville, +najmłodszy z trzech braci, z których sir Karol +był najstarszym. Drugi brat, zmarły przedwcześnie, +był właśnie ojcem owego Henryka. Trzeci, Roger, +był synem marnotrawnym, żywą podobizną duchową +starego Hugona. Tyle nabroił w Anglii, że +nie mógł już tu przebywać, uciekł do Ameryki środkowej +i umarł w roku 1876-ym na żółtą febrę. Henryk +jest ostatnim z Baskervillów. Za godzinę i pięć minut +mam go spotkać na dworcu Waterloo. Miałem depeszę +z uwiadomieniem, iż przybył dziś do Southampton. +A teraz, panie Holmes, powiedz, jak mi radzisz postąpić?</p> + +<p>— Dlaczego sir Henryk nie miałby wrócić do domu +swych ojców?</p> + +<p>— Wydaje się to rzeczą naturalną, a jednak, jeśli +weźmiemy pod uwagę, że każdego z Baskervillów, który +tam przebywa, czeka śmierć nagła i gwałtowna... +Jestem pewien, że gdyby sir Karol mógł był ze mną +mówić przed katastrofą, byłby mi zakazał wprowadzać +ostatniego z rodu do owej przeklętej rezydencyi. Z drugiej +strony, dobrobyt całej okolicy zależy od przebywania +dziedzica w Baskerville Hall. Całe dzieło, zapoczątkowane +przez sir Karola, pójdzie w niwecz, jeśli +nikt nie zamieszka na zamku. Boję się, aby dobro tej +okolicy nie skłoniło mnie do nielojalnego postąpienia +z sir Henrykiem i dlatego proszę pana o radę.</p> + +<p>Holmes zastanawiał się długą chwilę.</p> + +<p>— Zatem — odezwał się — według pańskiego pr<span class="pagenum"><a name="Str_29" id="Str_29">[str. 29]</a></span>zekonania, +jakaś siła nieczysta grozi w tych stronach +Baskervillom. Wszak pan w to wierzy święcie?</p> + +<p>— Gotów jestem przypuszczać, że tak jest.</p> + +<p>— W takim razie, ta siła nieczysta może pastwić +się nad Baskervillem równie dobrze w Londynie, jak +i w Devonshire. Szatan, którego działanie byłoby umiejscowione, +nie byłby groźnym.</p> + +<p>— Starasz się pan ośmieszyć moją obawę, panie +Holmes. Lecz gdybyś sam widział te rzeczy nadprzyrodzone, +odechciałoby ci się żartów. Z pańskich słów +miarkuję, że ów młodzieniec jest równie bezpieczny +w Londynie, jak i w Devonshire. Przybywa za pięćdziesiąt +minut. Cóż mi pan radzisz?</p> + +<p>— Radzę wziąć dorożkę, zawołać psa, który skowyczy +za drzwiami i jechać na dworzec Waterloo na spotkanie +sir Henryka Baskerville.</p> + +<p>— A potem?</p> + +<p>— A potem nic mu pan nie powiesz, dopóki nie +namyślę się w tym względzie.</p> + +<p>— Jak długo potrzebujesz pan namyślać się?</p> + +<p>— Dwadzieścia cztery godziny. Poproszę cię, doktorze +Mortimer, abyś mnie odwiedził jutro rano o dziesiątej. +A zechciej przywieźć ze sobą sir Henryka +Baskerville. To mi ułatwi wykonanie mego planu.</p> + +<p>— Zrobię, jak pan chcesz.</p> + +<p>Doktor zapisał godzinę na mankiecie i wyszedł. +Pan Holmes zatrzymał go na schodach.</p> + +<p>— Jeszcze jedno pytanie — rzekł. — Powiadasz +pan, że przed śmiercią sir Karola kilku ludzi widziało +to zjawisko na łące?</p> + +<p>— Tak, trzech ludzi.</p> + +<p>— Czy który z nich widział je potem?</p> + +<p>— Nie wiem.<span class="pagenum"><a name="Str_30" id="Str_30">[str. 30]</a></span></p> + +<p>— Dziękuję panu. Dowidzenia.</p> + +<p>Holmes powrócił na swoje miejsce. Był widocznie +zadowolony.</p> + +<p>— Wychodzisz, Watson? — rzekł.</p> + +<p>— Czy potrzebujesz mojej pomocy?</p> + +<p>— Nie, mój drogi. Poproszę cię o nią dopiero +w chwili działania. Sprawa wyjątkowa. Przechodząc +obok Bradleya, zechciej wstąpić do sklepu i każ mi +przynieść paczkę najmocniejszego tytoniu. Jeżeli możesz, +byłbym ci bardzo obowiązany, gdybyś tu nie wracał +przed wieczorem, a wtedy zestawimy nasze wrażenia +i poglądy.</p> + +<p>Wiedziałem, że samotność jest niezbędną mojemu +przyjacielowi w chwilach, gdy zastanawiał się nad poszlakami +spraw kryminalnych, gdy wyciągał wnioski +i tworzył teorye, które okazywały się zawsze słusznemi. +To też cały dzień spędziłem w klubie i dopiero +około dziewiątej powróciłem do mieszkania przy Bakerstreet.</p> + +<p>Gdy drzwi otworzyłem, zdało mi się, że w mieszkaniu +był pożar; światło lampy ukazywało się jakby +za czarną mgłą. Po chwili zmiarkowałem, że dym +pochodzi nie od ognia, lecz od mocnego tytoniu. +Wśród kłębów ujrzałem Holmesa w szlafroku. Siedział +w fotelu z fajeczką w ustach. Na stole leżało kilka +zwitków papieru. Odkaszlnąłem.</p> + +<p>— Zaziębiłeś się? — spytał.</p> + +<p>— Nie, ale można się tu udusić.</p> + +<p>— Otwórz okno. Widzę, że spędziłeś cały dzień +w klubie...</p> + +<p>— Po czem to miarkujesz, Holmes?</p> + +<p>— Jesteś rzeźwy, pachnący, w dobrym humorze. +Nigdy nie domyślisz się, gdzie ja byłem.<span class="pagenum"><a name="Str_31" id="Str_31">[str. 31]</a></span></p> + +<p>— Nie będę nad tem suszył głowy. Powiesz +mi sam.</p> + +<p>— A więc byłem w Devonshire.</p> + +<p>— Myślą?</p> + +<p>— Tak. Moje ciało pozostało tutaj, na tym fotelu, +i skonsumowało dwa olbrzymie imbryki kawy i niezliczoną +moc tytoniu. Po twojem wyjściu posłałem do +Stamforda po mapę tej okolicy i błądziłem po niej przez +dzień cały. Pochlebiam sobie, że każda piędź ziemi jest +mi teraz dobrze znana.</p> + +<p>— To zapewne mapa o wielkiej skali?</p> + +<p>— Tak.</p> + +<p>Rozwinął ją i położył na kolanie.</p> + +<p>— Widzisz — mówił — oto łąka, a to — Baskerville +Hall.</p> + +<p>— Naokoło las.</p> + +<p>— Istotnie. A oto Aleja Wiązów, na lewo od łąki. +Tu jest wioska Grimpen, w której doktor Mortimer +obrał swoją główną kwaterę. W obrębie mil pięciu +mało jest ludzkich siedzib. Oto Lafter Hall. Tu — domek +przyrodnika Stapleton. Tutaj dwie formy: High +Tore i Fulmire. O czternaście mil dalej — więzienie państwowe +Princetown. Dokoła i pośrodku — łąki i trzęsawiska. +Taki jest teren, na którym rozegrała się owa tragedya. +Postaramy się odtworzyć wszystkie jej sceny +i akty.</p> + +<p>— Miejscowość bezludna.</p> + +<p>— Tak. Dyabeł mógł się na niej rozgościć...</p> + +<p>— A zatem i pan skłaniasz się do nadprzyrodzonych +wyjaśnień...</p> + +<p>— Sługami Dyabła mogą być ludzie z krwi i kości. +Należy przedewszystkiem rozstrzygnąć dwa zagadnienia: +popierwsze, czy zaszła zbrodnia? Powtóre:<span class="pagenum"><a name="Str_32" id="Str_32">[str. 32]</a></span> +w jaki sposób ją spełniono? Jeżeli doktor Mortimer nie +jest w błędzie, jeśli okaże się, że mamy do czynienia +z nadprzyrodzonemi siłami, w takim razie dochodzenia +sądowe są bezużyteczne. Ale musimy wyczerpać wszelkie +inne hypotezy, zanim dojdziemy do tego wniosku. +Możebyś zamknął okno. Znajduję, że skoncentrowana +atmosfera pomaga do skupienia myśli. Czy zastanawiałeś +się w ciągu dnia nad tą sprawą?</p> + +<p>— Myślałem o niej dużo. Jest istotnie dziwna.</p> + +<p>— Są w niej punkty charakterystyczne. I tak, naprzykład, +zmiana śladów.</p> + +<p>— Doktor Mortimer wyjaśnił to w ten sposób, że +sir Karol szedł potem na palcach.</p> + +<p>— Doktor powtórzył tylko to, co jakiś dudek powiedział +na śledztwie. Pocóżby sir Baskerville miał chodzić +na palcach? Nie, on poprostu biegł, <i>uciekał</i>, aż +wreszcie padł twarzą na ziemię.</p> + +<p>— Przed czemże uciekał?</p> + +<p>— To właśnie należy wyświetlić! Są poszlaki, że +już był wylękniony, zanim począł uciekać.</p> + +<p>— Skąd wiesz?</p> + +<p>— Przypuszczam, że nastraszyło go coś, co ujrzał +na łące. Ten widok pozbawił go przytomności, bo inaczej +nie byłby uciekał w stronę przeciwną, zamiast +biedz ku pałacowi. Jeżeli świadectwo cygana jest wiarogodne, +— biegnąc, wołał o pomoc, a pędził tam, skąd +pomoc w żaden sposób nadejść nie mogła. Dalej: na +kogo czekał owej nocy i dlaczego czekał w Alei Wiązów, +zamiast w domu?</p> + +<p>— Wiec sądzisz, że czekał na kogoś?</p> + +<p>— Był niemłody, chory. Zapewne mógł był +wyjść na spacer, ale nie w taką noc, ciemną, wilgotną.<span class="pagenum"><a name="Str_33" id="Str_33">[str. 33]</a></span> +Czemu stał przez pięć do dziesięciu minut przy furtce, +jak to wywnioskował doktor Mortimer z popiołu cygara?</p> + +<p>— Wszak sir Karol wychodził co wieczór?</p> + +<p>— Wątpię, czy co wieczór po dziesięć minut stawał +przy furtce. Wiemy nawet, że zwykł był unikać +łąki. Przeciwnie, owego wieczora czekał przy niej. +Było to w wilię jego odjazdu do Londynu. Rzecz zaczyna +się rozjaśniać. Mój drogi, podaj mi <a class="ins" href="#tnote_11" name="tAnchor_11" title="skrzypce">skrzypce.</a> +Mówmy o czem innem. Dajmy pokój tej sprawie aż +do przybycia doktora Mortimer i sir Henryka Baskerville.</p> + + + +<hr style="width: 65%;" /> +<p class="nopad"><span class="pagenum"><a name="Str_34" id="Str_34">[str. 34]</a></span></p> +<h2><a name="IV" id="IV"></a>IV</h2> + +<h3>Sir Henryk Baskerville.</h3> + + +<p>Zjedliśmy wcześnie śniadanie. Holmes czekał na +zapowiedzianą wizytę. Nasi klienci stawili się punktualnie. +Biła właśnie dziesiąta, gdy do pokoju bawialnego +wszedł doktor Mortimer, a za nim młody baronet.</p> + +<p>Ten ostatni był niewielkiego wzrostu, silnie zbudowany, +miał lat ze trzydzieści, włosy i oczy ciemne; +gęste czarne brwi nadawały jego twarzy wyraz stanowczy, +a nawet srogi. Z całej jego postawy i ogorzałego +oblicza było znać, że dużo przebywał na świeżem +powietrzu; wyglądał na skończonego gentlemana.</p> + +<p>— Oto sir Henryk Baskerville — prezentował doktor +Mortimer.</p> + +<p>— Tak, jestem tu we własnej osobie, a co dziwniejsza, +panie Holmes, że gdyby mój przyjaciel nie +zaproponował mi tej wizyty, sam przybyłbym do pana.</p> + +<p>— Niechże pan siada. Czyżby od pańskiego przybycia +do Londynu zdarzyłoby się panu coś niezwykłego?</p> + +<p>— Zażartowano ze mnie. Dziś rano dostałem +ten list.</p> + +<p>Sir Henryk położył na stole kopertę; wszyscy nachyliliśmy +się nad nią. Była to zwykła, szara koperta;<span class="pagenum"><a name="Str_35" id="Str_35">[str. 35]</a></span> +adres: <i>Sir Henryk Baskerville</i>, <i>Northumberland Hotel</i> — wypisany +był drukiem, stempel Charing Cross i data na kopercie +z poprzedniego wieczora.</p> + +<p>— Kto wiedział, że pan zatrzyma się w Northumberland +Hotel? — spytał Holmes, spoglądając bystro na +swego klienta.</p> + +<p>— Nikt nie mógł wiedzieć. Zdecydowałem się dopiero +po spotkaniu doktora Mortimer.</p> + +<p>— Doktor Mortimer mieszkał już tam zapewne?</p> + +<p>— Bynajmniej. Zatrzymałem się u znajomego — +odparł doktor. — Nie było żadnych poszlak, wskazujących, +że chcemy stanąć w tym właśnie hotelu.</p> + +<p>— Hm! ktoś widocznie śledzi pańskie kroki.</p> + +<p>Holmes wyjął z koperty papier dużego formatu, +rozłożył go na stole. Na środku arkusza było jedno +zdanie. Brzmiało w te słowa:</p> + +<p><i>Jeżeli dbasz o życie, strzeż się trzęsawiska</i></p> + +<p>Tylko jedno słowo: „trzęsawiska” było wypisane +drukowanemi literami, atramentem.<a name="FNanchor_A" id="FNanchor_A"></a><a href="#Footnote_A" class="fnanchor">[A]</a></p> + +<p>— A teraz, panie Holmes — rzekł sir Henryk Baskerville — +może mi pan wytłómaczy, co znaczą te słowa +i kto interesuje się moją osobą?</p> + +<p>— Cóż pan o tem myślisz, doktorze Mortimer? +Musisz chyba przyznać, że niema w tem nic nadnaturalnego.</p> + +<p>— Nie, lecz te słowa mogą być skreślone przez +kogoś, kto wierzy w nadprzyrodzoną siłę, rządząca tą +sprawą.</p> + +<p>— Jaką sprawą? — podchwycił sir Henryk Baskerville. — +Widzę, że panowie jesteście lepiej odemnie powiadomieni +o moich interesach.<span class="pagenum"><a name="Str_36" id="Str_36">[str. 36]</a></span></p> + +<p>— Zanim stąd wyjdziesz, sir Henryku, będziesz +wiedział to, co i my — oświadczył Sherlock Holmes. — +Tymczasem zajmiemy się tym ciekawym dokumentem. +List został naklejony i wrzucony do skrzynki wczoraj +wieczorem. Czy masz wczorajszy <i>Times</i>, Watson?</p> + +<p>— Leży tutaj.</p> + +<p>— Proszę cię o niego. Chcę zobaczyć wewnętrzną +kolumnę z artykułem wstępnym.</p> + +<p>Przebiegł okiem wzdłuż szpalty.</p> + +<p>— Artykuł wstępny traktuje o wolnym handlu. +Pozwólcie mi odczytać z niego jeden ustęp:</p> + +<p>„Nie należy się łudzić, że taryfa protekcyjna osłoni +nasz przemysł. Takie prawo zmniejszy tylko obieg +kapitałów i sprawi, że życie będzie droższem w Anglii. +Jeżeli więc dbasz o swój dobrobyt, szanowny +obywatelu, strzeż się głosować za rzecznikami tej idei”.</p> + +<p>— Cóż o tem myślisz, Watson? — zawołał Holmes, +zacierając ręce z radości. — Czy nie znajdujesz, że wyrażone +poglądy są bardzo głębokie?</p> + +<p>Doktor Mortimer spojrzał na Holmesa z zaciekawieniem; +sir Henryk był widocznie zdziwiony.</p> + +<p>— Nie znam się na taryfach — rzekł — ale nie widzę, +aby te słowa miały nas wprowadzić na trop autora +listu.</p> + +<p>— I owszem, Watson zna mój system. Czy zrozumiałeś +znaczenie tego zdania dla naszej sprawy?</p> + +<p>— Przyznaję, że nie widzę żadnej łączności pomiędzy +temi słowami a przestrogą, zawartą w liście +anonimowym.</p> + +<p>— A jednak, kochany Watson, łączność jest tak +ścisła, że jedno wypływa z drugiego. <i>Życie</i>, <i>dbasz</i>, +<i>strzeż się</i> — czyż nie widzisz, skąd są wzięte owe sło<span class="pagenum"><a name="Str_37" id="Str_37">[str. 37]</a></span>wa?</p> + +<p>— Masz pan słuszność! — zawołał sir Henryk.</p> + +<p>— Wszelkie wątpliwości rozprasza fakt, że słowa +zostały wycięte w całości, nie zaś pojedynczemi literami, +a nawet widzimy dwa słowa wycięte razem: +<i>dbasz o</i>...</p> + +<p>— Doprawdy, panie Holmes, to przechodzi wszelkie +pojęcie! — rzekł doktor Mortimer, patrząc na mego +przyjaciela ze zdumieniem. — Nie dość, że pan poznałeś +odrazu, iż słowa zostały wycięte z dziennika, ale +domyśliłeś się, z którego. Powiedz-że nam, jakim sposobem?</p> + +<p>— Sądzę, że potrafiłbyś, doktorze, odróżnić czaszkę +Murzyna od czaszki Eskimosa?</p> + +<p>— Naturalnie. Badanie czaszek — to moja specyalność.</p> + +<p>— Dla moich oczu różnica pomiędzy <i>burgosowemi</i> +czcionkami artykułów wstępnych <i>Timesa</i> a <i>petitowym</i> +drukiem pism wieczornych jest tak wielka, jak dla pana +pomiędzy czaszką Eskimosa a Murzyna. Badanie +druków jest elementarzem wiedzy <i>detektywa</i>.</p> + +<p>— O ile można przypuszczać, te słowa zostały +wycięte scyzorykiem.</p> + +<p>— Nie; nożyczkami i to bardzo ostremi i krótkiemi. +Po wycięciu naklejono je gumą na papierze.</p> + +<p>— Ale dlaczego słowo: <i>trzęsawisko</i> zostało wypisane +ręcznie?</p> + +<p>— Bo niema go w artykule.</p> + +<p>— Czy coś jeszcze zwróciło pańską uwagę, panie +Holmes? — pytał sir Henryk.</p> + +<p>— Dostrzegam parę wskazówek, choć starano się +zatrzeć wszelkie ślady. Adres wypisany literami drukowanemi +ręką niewprawną, ale skądinąd <i>Times</i> jest +czytywany przez ludzi inteligentnych. Wyprowadzam<span class="pagenum"><a name="Str_38" id="Str_38">[str. 38]</a></span> +stąd wniosek, że autorem anonimu jest człowiek wykształcony, +który chce uchodzić za nieuka; sam fakt, +że ukrywa swe pismo, dowodzi, że pan znasz, lub że +mógłbyś poznać to pismo. Dalej: słowa nie są naklejone +w prostej linii; i tak, naprzykład, <i>życie</i> nie jest na +swojem miejscu właściwem. To świadczy o niedbałości +lub o wzruszeniu. Przypuszczam raczej to ostatnie. +Korespondent śpieszył się widocznie... ale dlaczego? +Wiedział, że list, wrzucony wieczorem, choćby najpóźniej, +dojdzie rąk sir Henryka nazajutrz przed jego +wyjściem z hotelu. Czyżby ów nieznajomy bał się, że +mu przerwą robotę?</p> + +<p>— Wkraczamy teraz w dziedzinę domysłów — +wtrącił doktor Mortimer.</p> + +<p>— Powiedz pan raczej, że na pole prawdopodobieństw. +Może to pan nazwać domysłem, ale ja jestem +pewien, że adres został skreślony w hotelu.</p> + +<p>— Skąd pan to wie?</p> + +<p>— Jeżeli panowie przyjrzycie mu się dokładnie, to +zmiarkujecie, że piszący miał kłopot z piórem i atramentem. +Pióro pryskało dwa razy w jednem słowie, +i wyschło trzy razy przy wypisywaniu tak krótkiego +adresu, co dowodzi, że było bardzo mało atramentu +w kałamarzu. Otóż w domu prywatnym rzadko się +zdarza, aby atrament wysechł i żeby pióro było w tak +złym stanie. Ale wiadomo, czem są pióra i kałamarze +hotelowe. Sądzę, że badając kałamarze w hotelach +w pobliżu Charing Cross, znajdziemy wycięty numer +<i>Timesa</i> i zdołamy odszukać osobę, która ten list +przesłała.</p> + +<p>Obejrzał starannie papier, na którym były przyklejone +słowa, ale nie mógł dojrzeć nic osobliwego.<span class="pagenum"><a name="Str_39" id="Str_39">[str. 39]</a></span></p> + +<p>— Czy zdarzyło się panu co jeszcze od chwili, +gdyś pan przybył do Londynu? — spytał sir Henryka.</p> + +<p>— Nic zgoła.</p> + +<p>— Czy nie zauważyłeś pan, że pana śledzą?</p> + +<p>— Nie. Któżby miał ochotę mnie śledzić? Nikt +mnie tu nie zna.</p> + +<p>— Czy nie miał pan jakiej niespodzianki?</p> + +<p>— Żadnej. Chyba tę tylko, że mi zginął jeden but.</p> + +<p>— Zginął panu but? A to w jaki sposób?</p> + +<p>— Znajdziesz go pan zapewne po powrocie do hotelu. +Nie warto trudzić pana Holmes takiemi drobiazgami — +przerwał mu doktor Mortimer.</p> + +<p>— Przepraszam; to nie jest drobiazg — zaprzeczył +detektyw. — Jakże to było?</p> + +<p>— Wystawiłem na korytarz oba buty do czyszczenia. +Nazajutrz był tylko jeden. Posługacz nie wiedział, +co się stało z drugim. Kupiłem te buty wczoraj +i nie miałem ich wcale na nogach.</p> + +<p>— Jeżeli ich pan nie nosiłeś, czemu je dawałeś do +czyszczenia?</p> + +<p>— Buty przechodziły przez tyle rąk w sklepie, że +potrzebują czyszczenia.</p> + +<p>— A zatem wczoraj, po przyjeździe do Londynu, +robiłeś pan sprawunki?</p> + +<p>— Robiłem ich dużo. Towarzyszył mi doktor Mortimer. +Bo to muszę panu wyznać, że, pędząc życie +swobodne, na świeżem powietrzu, zaniedbałem się trochę, +a trzeba było przygotować się do odegrania roli +pana licznych włości. Pomiędzy innemi kupiłem te +żółte buty, zapłaciłem za nie sześć szylingów. Ale ukradli +mi jeden, zanim je włożyłem na nogi.</p> + +<p>— To dziwne. Na co może się zdać jeden but? — +zastanawiał się Sherlock Holmes.</p> + +<p>— A teraz, panowie — rzekł baronet — czekam na<span class="pagenum"><a name="Str_40" id="Str_40">[str. 40]</a></span> +spełnienie obietnicy. Chciałbym się dowiedzieć o tem, +co ukrywaliście przedemną.</p> + +<p>— Pańskie żądanie jest słuszne — odparł Holmes. — +Doktorze Mortimer, sądzę, że masz obowiązek +opowiedzieć sir Henrykowi to, coś nam opowiadał.</p> + +<p>Otrzymawszy taką zachętę, lekarz wyjął papiery +z kieszeni i przedstawił całą sprawę nowemu baronetowi.</p> + +<p>Sir Henryk Baskerville słuchał uważnie, przerywając +od czasu do czasu okrzykiem zdziwienia.</p> + +<p>— Ha! widzę, żem otrzymał spadek, do którego +przywiązana jest jakaś zemsta — rzekł wreszcie, gdy +opowiadanie dobiegło końca. — Ma się rozumieć, słyszałem +o owym psie od czasów niepamiętnych, jeszcze +z ust moich nianiek. Dotychczas jednak nie przywiązywałem +wagi do tej legendy. Teraz widzę, że śmierci +mojego stryja towarzyszyły istotnie okoliczności tajemnicze. +Panowie sami jeszcze nie wiecie, czy ta +sprawa wchodzi w zakres działania policyantów, czy +też pastorów. A w dodatku dostaję ów list zagadkowy...</p> + +<p>— Widać z niego, że ktoś śledzi łąkę i przyległe +do niej pustkowia i trzęsawiska — rzekł doktor Mortimer.</p> + +<p>— I że ktoś jest dla pana źle usposobionym, bo +inaczej druga osoba nie miałaby powodu ostrzegać go +o niebezpieczeństwie.</p> + +<p>— A może, dla wiadomych im przyczyn, chcą oddalić +stąd sir Henryka.</p> + +<p>— I to jest możliwem, i wdzięczny jestem panu, +doktorze Mortimer, że mnie tę myśl poddałeś. Obecnie +chodzi o to, czy sir Henryk ma, czy też nie ma +wyruszyć do Baskerville Hall?<span class="pagenum"><a name="Str_41" id="Str_41">[str. 41]</a></span></p> + +<p>— Czemużby nie miał?</p> + +<p>— Zdaje się, że panu tam grozi niebezpieczeństwo.</p> + +<p>— Czy mówisz pan o niebezpieczeństwie ze strony +ludzi, czy też ze strony czworonożnego wroga +Baskervillów?</p> + +<p>— Nasze badania to wykryją.</p> + +<p>— Bądź co bądź, jestem zdecydowany. Niema +w piekle takiego szatana, ani na ziemi takiego człowieka, +któryby mi przeszkodził zamieszkać w domu +moich przodków.</p> + +<p>Przy tych słowach sir Henryk brwi zmarszczył, +z oczu posypały mu się iskry. Widocznie śmiały duch +Baskervillów nie wygasł w ostatnim potomku rodu.</p> + +<p>— Teraz — mówił dalej — muszę zastanowić się +nad tem, com się dowiedział. Chciałbym mieć godzinkę +czasu do namysłu. Jest wpół do pierwszej. Wracam +do hotelu. Możebyście panowie przyszli tam do +mnie na śniadanie o drugiej? Wówczas będę mógł +powiedzieć, co o tem wszystkiem myślę.</p> + +<p>— Dobrze. Stawimy się na oznaczoną godzinę.</p> + +<p>— A zatem dowidzenia.</p> + +<p>Po wyjściu naszych gości, Holmes zerwał się i zawołał:</p> + +<p>— Watson, bierz kapelusz i laskę. Niema chwili +czasu do stracenia.</p> + +<p>Wybiegł z pokoju w szlafroku; w minutę potem +ukazał się w surducie. Zbiegliśmy ze schodów. Na ulicy +zobaczyliśmy sir Henryka i doktora Mortimer o paręset +metrów przed sobą. Szli w kierunku Oxford street.</p> + +<p>— Czy mam ich dogonić i zatrzymać? — spytałem.</p> + +<p>— Broń Boże! — odparł. — Twoje towarzystwo wystarcza +mi najzupełniej. Ci panowie dobrze robią, że +idą się przejść. Dzień ładny.<span class="pagenum"><a name="Str_42" id="Str_42">[str. 42]</a></span></p> + +<p>Szedł krokiem przyśpieszonym, aż dopóki przestrzeń +pomiędzy nami a tamtymi nie zmniejszyła się +o połowę; następnie, trzymając się wciąż o sto łokci +od nich, szedł za nimi przez całą Oxford Street aż do +Regent Street. Nasi przyjaciele zatrzymali się raz przed +wystawą sklepową. Holmes stanął także. Po chwili +wydał cichy okrzyk zadowolnienia. Spojrzałem w kierunku +jego wzroku i zobaczyłem, że dorożka z siedzącym +w niej mężczyzną, która zatrzymała się po drugiej +stronie ulicy, jedzie znowu dalej.</p> + +<p>— Chodźmy, Watson. Trzeba mu się przyjrzeć.</p> + +<p>Dostrzegłem czarną, puszystą brodę i oczy, świdrujące +nas po przez szybę dorożki. W tejże chwili +podniosło się okienko w pudle, nieznajomy rzucił parę +słów woźnicy i dorożka pomknęła szybko w stronę +Regent Street.</p> + +<p>Holmes obejrzał się za drugą, ale nie było żadnej +niezajętej. Popędził pieszo, ale dorożka jechała tak +szybko, że niepodobna było jej dogonić. Niebawem +zniknęła nam z oczu.</p> + +<p>— Tam do kata! — zaklął mój przyjaciel. — Tośmy +się urządzili! Nie do darowania!...</p> + +<p>— Kto to był? — spytałem.</p> + +<p>— Nie mam pojęcia.</p> + +<p>— Zapewne szpieg.</p> + +<p>— Z tego, com słyszał od Baskervilla, przypuszczam, +że od chwili jego przybycia do Londynu ktoś go +śledzi, bo inaczej, skądby wiedziano tak szybko, że +stanął w hotelu Northumberland? A jeżeli go śledzili +w pierwszym dniu pobytu, niewątpliwie będą śledzić +dalej. Zauważyłeś zapewne, że podczas gdy doktor +Mortimer czytał, wyglądałem dwukrotnie przez okno.</p> + +<p>— Spostrzegłem to.<span class="pagenum"><a name="Str_43" id="Str_43">[str. 43]</a></span></p> + +<p>— Otóż patrzałem, czy nikt nie stoi po przeciwnej +stronie ulicy; ale nie było nikogo. Mam do czynienia +z przebiegłym lisem, a choć dotychczas nie mogę +zmiarkować czy ów nieznajomy pragnie zguby sir +Henryka, czy też chce go przed niebezpieczeństwem +uchronić, czuję, że trzeba się z nim liczyć. Po wyjściu +sir Baskerville'a wybiegłem co tchu, aby zobaczyć +jego cień. Ale ten człowiek wsiadł do dorożki, sądząc, +że w ten sposób nie zwróci na siebie uwagi.</p> + +<p>— Oddaje go to na łaskę i niełaskę dorożkarza. +Szkoda, że nie dostrzegliśmy numeru — zauważył Watson.</p> + +<p>— Mój drogi, czyż sądzisz, że mogłem przeoczyć +tak ważny szczegół? Zapamiętałem numer dorożki... +2704. Ale tymczasem na nic się to nie zda. Zrobiłem +wielkie głupstwo... Zamiast śledzić dorożkę +zprzodu, trzeba było zawrócić się i wsiąść do pierwszej +lepszej, znajdującej się ztyłu. W ten sposób moglibyśmy +jechać za nią, albo kazać się zawieźć wprost +do Northumberland Hotel i tam czekać. Zbytnia gorliwość +była wielkim błędem. Nasz przeciwnik nie omieszkał z +niego skorzystać.</p> + +<p>Szliśmy powoli przez Regent Street. Doktor Mortimer +i jego towarzysz oddawna już zniknęli nam +z oczu.</p> + +<p>— Nie warto ich śledzić — rzekł Holmes. — Tamten +już umknął i nie pojawi się zapewne. Trzeba korzystać +z tych nici, które trzymamy w ręku. Czy zapamiętałeś +twarz nieznajomego?</p> + +<p>— Zapamiętałem tylko brodę.</p> + +<p>— I ja także; wyprowadzam stąd wniosek, że była +przyprawiona. Wejdźmy tutaj.</p> + +<p>Weszliśmy do hotelu. Zarządzający przyjął Holmesa +z wielką radością.<span class="pagenum"><a name="Str_44" id="Str_44">[str. 44]</a></span></p> + +<p>— Jak widzę, pamiętasz, Wilson, drobną przysługę, +którą miałem sposobność ci wyświadczyć — rzekł +mój przyjaciel.</p> + +<p>— Nie zapomnę jej nigdy. Uratowałeś mi pan +honor i życie.</p> + +<p>— Przesadzasz, mój drogi. Wszak macie tu posługacza +nazwiskiem Cartridge, który wykazał dużo +sprytu podczas śledztwa.</p> + +<p>— Tak; jest jeszcze u nas.</p> + +<p>— Czy mógłbyś zadzwonić na niego? Dziękuję. +A chciałbym też zmienić pięciofuntowy banknot.</p> + +<p>W sieni ukazał się chłopak czternastoletni, zwinny, +wesoły i rozgarnięty. Stanął przed detektywem +w postawie pełnej uszanowania.</p> + +<p>— Proszę o spis hotelów. Dziękuję. Patrz, Cartridge: +oto nazwiska dwudziestu trzech hotelów w pobliżu +Charing Cross. Widzisz?</p> + +<p>— Tak, panie.</p> + +<p>— <a class="ins" href="#tnote_12" name="tAnchor_12" title="Zwiedzisz każdy z nich po kolei,">Zwiedzisz każdy z nich po kolei.</a> +</p> + +<p>— Dobrze, panie.</p> + +<p>— Zaczniesz od dania szylinga portyerowi. Oto +masz dwadzieścia trzy szylingi.</p> + +<p>— Dobrze, panie.</p> + +<p>— Będziesz mówił, że potrzebne ci są gazety +wczorajsze, że szukasz ważnego ogłoszenia, które miało +być umieszczone w jednej z nich, ale nie wiesz — +w której.</p> + +<p>— Rozumiem, panie.</p> + +<p>— W istocie będziesz szukał numeru <i>Timesa</i>, w którym +kilka słów zostało wyciętych nożyczkami. Oto jest +jeden egzemplarz. Na tej stronicy. Czy poznasz ją?</p> + +<p>— Poznam.<span class="pagenum"><a name="Str_45" id="Str_45">[str. 45]</a></span></p> + +<p>— Za każdym razem portyer, stojący we drzwiach, +wezwie portyera, siedzącego w sieni — i temu dasz po +szylingu. Oto dwadzieścia trzy szylingi. Zapewne na +23 razy — 20 razy usłyszysz, że spalono wczorajsze gazety; +w trzech hotelach dadzą ci całą plikę; będziesz +wśród niej szukał tego numeru <i>Timesa</i>. Prawdopodobnie +go nie znajdziesz. Oto dziesięć szylingów na nieprzewidziane +wydatki. Wypraw do mnie depeszę przed +wieczorem na Baker Street. A teraz, Watson, musimy +dowiedzieć się o dorożkarza Nr. 2104, potem wstąpimy +do galeryi obrazów przy Bond Street, dla zapełnienia +sobie czasu do godziny drugiej.</p> + + + +<hr style="width: 65%;" /> +<p class="nopad"><span class="pagenum"><a name="Str_46" id="Str_46">[str. 46]</a></span></p> +<h2><a name="V" id="V"></a>V.</h2> + +<h3>Trzy nici urwane.</h3> + + +<p>Sherlock miał niezwykły dar zwracania dowolnie +swoich myśli w jakimbądź kierunku. Przez półtory godziny +zapomniał o tej dziwnej sprawie; pochłonęły go +obrazy nowoczesnych mistrzów belgijskich, mówił tylko +o sztuce, na którą miał poglądy bardzo oryginalne.</p> + +<p>O naznaczonej godzinie stanęliśmy przed Northumberland +Hotel.</p> + +<p>— Sir Henryk Baskerville czeka panów na pierwszem +piętrze — rzekł portyer.</p> + +<p>— Czy mogę zajrzeć do listy waszych gości? — spytał +Holmes.</p> + +<p>— I owszem.</p> + +<p>Księga wykazywała, że dwie osoby stanęły w hotelu, +po zatrzymaniu się tam sir Henryka: niejaki Teofil +Johnson z rodziną, przybyły z Newcastle i pani Oldmore +ze służącą, z High Lodge, Alton.</p> + +<p>— Zdaje mi się, że znam tego Johnsona — rzekł +Holmes do portyera. — Wszak to adwokat: siwy, utyka +na nogę.</p> + +<p>— Przeciwnie: ten pan Johnson jest właścicielem +kopalni węgla, bardzo ruchliwy, w wieku pana.<span class="pagenum"><a name="Str_47" id="Str_47">[str. 47]</a></span></p> + +<p>— Jesteś w błędzie co do jego fachu.</p> + +<p>— Bynajmniej. Znamy go od lat kilkunastu; zawsze +do nas zajeżdża.</p> + +<p>— Ha! w takim razie, ja się pomyliłem. Pani +Oldmore?... I to nazwisko jest mi znane. Daruj mi +ciekawość, ale chciałbym wiedzieć, czy to moja znajoma.</p> + +<p>— Jest to osoba niemłoda, bezwładna. Jej mąż +był niegdyś merem w <a class="ins" href="#tnote_13" name="tAnchor_13" title="Glocester">Gloucester</a>. Ona zawsze do nas +zajeżdża.</p> + +<p>— Dziękuję za informacye. Widzę, że to kto inny. +Nie znam tej pani...</p> + +<p>Gdyśmy szli na górę, mój przyjaciel szepnął:</p> + +<p>— Wiemy już, że osoba, która interesuje się losem +sir Henryka, nie stanęła w tym hotelu. Choć go +śledzi, jednak boi się być śledzoną. Jest to fakt bardzo +znamienny. Ale... cóż to się stało?...</p> + +<p>Gdyśmy weszli na pierwsze piętro, naprzeciw nam +wybiegł sir Henryk, widocznie wzburzony. W ręku +trzymał stary but.</p> + +<p>— Drwią sobie ze mnie w tym hotelu! — wołał — +ale nauczę ich rozumu! Jeżeli but się nie znajdzie, popamiętają +mnie tutaj!</p> + +<p>— Szuka pan wciąż buta?</p> + +<p>— Tak, ale nie puszczę tego płazem!</p> + +<p>— Wszak pan mówił, że but był żółty?</p> + +<p>— Tak; wzięli mi naprzód żółty, a teraz czarny. +Miałem tylko trzy pary: nowe żółte, stare czarne i te +oto lakierki. Wczoraj zniknął jeden od żółtej pary, +a dziś jeden od czarnej. No, i cóż? Znalazłeś go? Mów.</p> + +<p>Przed nami stał wystraszony posługacz, Niemiec.</p> + +<p>— Nie znalazłem — odparł głosem drżącym. — Szukałem +wszędzie, ale zginął bez śladu...<span class="pagenum"><a name="Str_48" id="Str_48">[str. 48]</a></span></p> + +<p>— Słuchaj: jeżeli ten but nie znajdzie się przed +wieczorem, powiem zarządzającemu i wyprowadzę się +z hotelu.</p> + +<p>— Znajdzie się! Obiecuję, że znajdzie się.</p> + +<p>— Pamiętaj! Przepraszam cię, panie Holmes, za +tę scenę. Chociaż to rzecz drobna, ale straciłem już +cierpliwość.</p> + +<p>— To nie jest wcale drobiazg...</p> + +<p>— Widzę, że pan przejął się tą stratą. Jak ją +pan sobie tłómaczy?</p> + +<p>— Nic jeszcze nie rozumiem; bądź co bądź, to dziwne, +jak wszystko, co się panu przytrafia od chwili powrotu +do kraju. Ale mamy już kilka nici w ręku +i spodziewam się, że nie ta, to druga, doprowadzi nas +do wykrycia prawdy. Możemy stracić trochę czasu na +kroczeniu po fałszywym tropie, ale wcześniej czy później, +wejdziemy na właściwy.</p> + +<p>Śniadanie przeszło bardzo wesoło. Nie mówiliśmy +o tej sprawie, dopiero gdyśmy wrócili do apartamentu +sir Henryka, oznajmił nam swoją decyzyę.</p> + +<p>— Jadę do Baskerville Hall — oświadczył.</p> + +<p>— Kiedy?</p> + +<p>— W końcu tygodnia.</p> + +<p>— Ha! może pan dobrze robi. Jabym tak samo +postąpił. Przekonywam się coraz bardziej, że jesteś pan +szpiegowany tutaj, a wśród milionów ludzi, nagromadzonych +w stolicy, trudno jest wykryć tych pańskich +prześladowców, czy opiekunów. Jeżeli mają złe względem +pana zamiary, mogą je wykonać, zanim <a class="ins" href="#tnote_14" name="tAnchor_14" title="zdołomy">zdołamy</a> +temu zapobiedz. Nie wiesz zapewne, doktorze Mortimer, +że śledzono panów dzisiaj, gdyście wyszli z domu?</p> + +<p>Doktor Mortimer zdziwił się.</p> + +<p>— Któż nas szpiegował<span class="pagenum"><a name="Str_49" id="Str_49">[str. 49]</a></span>?</p> + +<p>— Na nieszczęście, nie potrafię tego powiedzieć. +Czy wśród znajomych i sąsiadów pańskich w Dartmoor +jest jaki mężczyzna z bardzo czarną i dużą brodą?</p> + +<p>— Nie... Ach, prawda... Barrymore, kamerdyner +sir Karola, ma dużą, gęstą i czarną brodę.</p> + +<p>— Tak? Gdzież jest teraz Barrymore?</p> + +<p>— Pilnuje <a class="ins" href="#tnote_15" name="tAnchor_15" title="pałacu">pałacu.</a></p> + +<p>— Trzebaby się przekonać, czy nie bawi w Londynie.</p> + +<p>— W jaki sposób?</p> + +<p>— Daj mi pan blankiet telegraficzny. Napiszę: +„Czy wszystko gotowe na przyjęcie sir Henryka Baskerville?” +Zaadresuję: „P. Barrymore, Baskerville +Hall”. Jaka jest najbliższa stacya telegraficzna?</p> + +<p>— Grimpen.</p> + +<p>— U spodu zamieszczam adnotacyę: „Telegram ma +być oddany do rąk p. Barrymore. Jeżeli jest nieobecny, +proszę odesłać depeszę sir Henrykowi Baskerville, +Northumberland Hotel”. Przed wieczorem będziemy +wiedzieli, czy Barrymore jest na swojem stanowisku +w Devonshire.</p> + +<p>— Wybornie! — rzekł sir Henryk. — Ale powiedzże +mi, doktorze Mortimer, co to za jeden ów Barrymore?</p> + +<p>— Jest synem zmarłego klucznika. Od czterech +pokoleń służyli rodowi Baskervillów i strzegli pałacu. +O ile wiem, współczesny Barrymore i jego żona są +bardzo porządnymi ludźmi.</p> + +<p>— Mają zresztą spokojny kawałek chleba, mało +roboty i cały pałac do rozporządzenia, skoro właściciele +rzadko w nim przebywają.</p> + +<p>— To prawda.<span class="pagenum"><a name="Str_50" id="Str_50">[str. 50]</a></span></p> + +<p>— Czy Barrymore został wymieniony w testamencie +sir Karola? — <a class="ins" href="#tnote_16" name="tAnchor_16" title="pytał Holmes?">pytał Holmes.</a></p> + +<p>— Oboje z żoną otrzymali po pięćset funtów.</p> + +<p>— Taak?... Czy wiedzieli, że je otrzymają?</p> + +<p>— Tak. Sir Karol lubił mówić o rozporządzeniach, +zawartych w swoim testamencie.</p> + +<p>— To bardzo ciekawy szczegół.</p> + +<p>— Mam nadzieję, że nie będziesz pan patrzył podejrzliwie +na wszystkich, którzy otrzymali legaty od +sir Karola, bo i mnie zapisał tysiąc funtów — rzekł +doktor Mortimer.</p> + +<p>— Doprawdy? Komuż jeszcze?</p> + +<p>— Jest kilka legatów na drobne sumki i duży +zapis na cele dobroczynne. Reszta kapitałów przeszła +na sir Henryka.</p> + +<p>— Ile wynoszą?</p> + +<p>— 740,000 funtów szterlingów.</p> + +<p>Holmes podniósł brwi ze zdziwienia.</p> + +<p>— Anim przypuszczał, że suma jest tak wysoka — +szepnął.</p> + +<p>— Sir Karol uchodził za bogacza, ale i my nie +mieliśmy pojęcia, że jest tak dalece bogatym. Cały +majątek z nieruchomościami wynosi przeszło milion +funtów.</p> + +<p>— Doprawdy? Takie pieniądze mogą wywołać pożądliwość +i doprowadzić do zbrodni. Jeszcze jedno +pytanie, doktorze Mortimer. Przypuściwszy, że jakie +nieszczęście spotka naszego przyjaciela — daruj mi pan +tę smutną hypotezę — kto wówczas odziedziczy majątek?</p> + +<p>— Ponieważ Roger Baskerville, młodszy brat sir +Karola, zmarł bezżennie i bezpotomnie, zatem majątek +przeszedłby na dalekich krewnych, Desmondów. Jakób<span class="pagenum"><a name="Str_51" id="Str_51">[str. 51]</a></span> +Desmond jest niemłodym człowiekiem, pełni obowiązki +pastora w Westmorland.</p> + +<p>— Dziękuję panu. Te szczegóły są dla mnie <a class="ins" href="#tnote_17" name="tAnchor_17" title="bardze">bardzo</a> +ważne. Czy pan znasz Jakóba Desmond?</p> + +<p>— Znam. Przyjeżdżał kiedyś w odwiedziny do +sir Karola. Jest to mąż bogobojny, wielkich zasług +i wielkiej bezinteresowności. Pamiętam, że nie chciał +przyjąć żadnego zasiłku od sir Karola, pomimo iż ten +błagał go o to.</p> + +<p>— Więc ten człowiek, tak skromnych wymagań, +zostałby spadkobiercą olbrzymiej fortuny?</p> + +<p>— Tak, o ile obecny właściciel nie rozporządzi kapitałami +inaczej.</p> + +<p>— Wszak zrobiłeś już pan testament, sir Henryku?</p> + +<p>— Nie, panie Holmes. Nie miałem czasu. Dopiero +wczoraj dowiedziałem się, jak stoją rzeczy. Ale, +bądź co bądź, uważam, że pieniądze powinny iść razem +z majątkiem ziemskim. Taka była wola stryja. Właściciel +Baskerville Hall nie mógłby utrzymać rezydencyi +w stanie dawnej świetności, gdyby nie miał gotówki. +Pałac, ziemia i pieniądze muszą być w jednem ręku.</p> + +<p>— Masz pan słuszność. Dzielę też najzupełniej +pańskie zdanie i pod innym względem, znajdując, że +pan powinieneś wyruszyć natychmiast do Devonshire. +Ale nie możesz pan jechać sam.</p> + +<p>— Doktor Mortimer wraca ze mną.</p> + +<p>— Doktor Mortimer będzie zajęty praktyką, zresztą +mieszka o parę mil od dworu. Pomimo najlepszych +chęci nie mógłby służyć panu pomocą w razie +potrzeby. Nie, sir Henryku, musisz wziąć ze sobą +człowieka zaufania, któryby pana nie opuszczał na krok.</p> + +<p>— Czyżbyś pan chciał ze mną jechać, panie +Holmes?<span class="pagenum"><a name="Str_52" id="Str_52">[str. 52]</a></span></p> + +<p>— W razie konieczności, stawię się natychmiast, +ale teraz mam ważną sprawę i nie mogę opuścić Londynu. +Przedstawiciel pierwszorzędnego rodu jest trapiony +przez łotra i wyzyskiwacza. Muszę zapobiedz +skandalowi.</p> + +<p>— Może mi pan kogo poleci na swoje miejsce?</p> + +<p>Holmes położył mi rękę na ramieniu.</p> + +<p>— Jeżeli mój przyjaciel zechce panu towarzyszyć — +rzekł — to nikomu nie mógłbyś pan tak zaufać, +jak jemu.</p> + +<p>Propozycya zaskoczyła mnie zupełnie znienacka. +Zanim jednak zdążyłem odpowiedzieć, Baskerville wyciągnął +do mnie rękę.</p> + +<p>— Mam nadzieję, że mi pan tego nie odmówisz — +rzekł. — Gdybyś pan chciał wyświadczyć mi tę łaskę, +będę panu wdzięcznym do końca życia.</p> + +<p>Nęciły mnie zawsze niezwykłe przygody, a w dodatku +pochlebiała mi skwapliwość, z jaką sir Henryk +przyjął tę propozycyę.</p> + +<p>— Pojadę z przyjemnością — odparłem.</p> + +<p>— I będziesz mi donosił o wszystkiem — rzekł +Holmes. — Gdy przyjdzie kryzys, co jest nieuniknionem, +wskażę ci, jak masz postąpić. Sądzę, że za dni +kilka będziesz gotów do drogi.</p> + +<p>— Mogę jechać w sobotę — oświadczyłem.</p> + +<p>— A więc spotkamy się o godzinie 10-ej minut 30 +na dworcu Waterloo — rzekł sir Henryk.</p> + +<p>Nagle wydał okrzyk zdziwienia. Podbiegł do łóżka, +schylił się i z pod nocnej szafki <a class="ins" href="#tnote_18" name="tAnchor_18" title="wyobył">wydobył</a> but żółty.</p> + +<p>— Mam moją zgubę! — zawołał.</p> + +<p>— Oby wszystkie przykrości zostały równie szybko +usunięte — życzył mu Sherlock Holmes.</p> + +<p>— To jednak <a class="ins" href="#tnote_19" name="tAnchor_19" title="dziwna">dziwne</a>! — zauważył doktor Morti<span class="pagenum"><a name="Str_53" id="Str_53">[str. 53]</a></span>mer. +— Przeszukałem starannie cały pokój przed śniadaniem...</p> + +<p>— I ja także — wtrącił sir Baskerville.</p> + +<p>— Wtedy nie było buta.</p> + +<p>— Zapewne posługacz podrzucił go w czasie naszej +nieobecności.</p> + +<p>Posłaliśmy po Niemca, ale twierdził, że o niczem +nie wie i nie umiał wyjaśnić tego dziwnego zdarzenia.</p> + +<p>Więc znowu jedna zagadka powiększyła szereg +drobnych tajemnic, następujących tak szybko po sobie. +Nie licząc już śmierci sir Karola, w ciągu dwóch dni +wpadaliśmy z jednego zdziwienia w drugie, łamiąc sobie +głowę: to nad drukowanym listem, to nad zjawieniem +się szpiegów, nad zniknięciem żółtego, to czarnego +buta. Odnalezienie żółtego było nowym sękiem.</p> + +<p>Holmes nie odzywał się, jadąc ze mną na Baker +Street; po jego ściągniętych brwiach domyślałem się, +że waży w myśli te wszystkie okoliczności i wysnuwa +z nich wnioski. Przez całe popołudnie, aż do wieczora, +siedział w obłokach dymu.</p> + +<p>Przed samym obiadem wręczono mu dwie depesze: +Pierwsza brzmiała w te słowa:</p> + +<p>„Doniesiono mi, że Barrymore jest na miejscu.</p> + +<p>Baskerville”.</p> + +<p>Treść drugiej depeszy była następująca:</p> + +<p>„Zwiedziłem dwadzieścia trzy hotele wskazane, ale +nie mogłem znaleźć owego <i>Timesa</i>.</p> + +<p>Cartwright”.<span class="pagenum"><a name="Str_54" id="Str_54">[str. 54]</a></span></p> + +<p>— A więc obie moje nici zerwane — rzekł Holmes. — Nic +mnie tak nie podnieca, jak niepowodzenie. +Musimy szukać innej drogi.</p> + +<p>— Pozostaje jeszcze dorożkarz, który woził nieznajomego.</p> + +<p>— Telefonowałem do biura policyi, aby dowiedziano +się o jego nazwisku. Ktoś dzwoni. To może +odpowiedź?</p> + +<p>Było to coś więcej. Do pokoju wszedł dorożkarz +we własnej osobie.</p> + +<p>— Doniesiono mi z policyi, że ktoś, mieszkający +pod tym adresem, wypytuje o Nr. 2704 — rzekł ów +człowiek o twarzy dobrodusznej. — Jeżdżę już siedem +lat i nikt na mnie nigdy skargi nie wnosił, więc bardzo +mnie to zadziwiło i przyjechałem, żeby się dowiedzieć, +co pan ma przeciwko mnie.</p> + +<p>— Nie mam przeciwko wam nic zgoła, mój przyjacielu — odparł +Holmes — a właściwie mam dla was +pół suwerena, jeżeli potraficie odpowiedzieć jasno i dokładnie +na moje pytania.</p> + +<p>— Dzisiaj widocznie dobry dzień — szepnął dorożkarz. — +Czem panu mogę służyć?</p> + +<p>— Przedewszystkiem podaj mi swój adres, na +wszelki wypadek.</p> + +<p>— John Clayton, Turpey-Street Nr. 3. Stoję z dorożką, +na Shipley-Yard, w pobliżu dworca Waterloo.</p> + +<p>Sherlock Holmes zapisał to sobie.</p> + +<p>— A teraz, Clayton, powiedz mi wszystko, co +wiesz, o panu, który stał pod tym domem o dziesiątej +rano, a potem kazał ci jechać za dwoma gentlemanami +przez Regent-Street.</p> + +<p>Dorożkarz spojrzał na niego ze zdziwieniem.<span class="pagenum"><a name="Str_55" id="Str_55">[str. 55]</a></span></p> + +<p>— Cóż ja panu mam mówić, kiedy pan sam wie +wszystko — odparł. — Ten pan powiedział mi, że należy +do policyi, że jest detektywem, i kazał milczeć.</p> + +<p>— Mój przyjacielu, sprawa jest bardzo ważna, i możesz +się znaleźć w trudnem położeniu, jeśli zachowasz +to, co wiesz, dla siebie — rzekł Holmes. — A więc ten +pan ci mówił, że jest detektywem?</p> + +<p>— Tak, proszę pana.</p> + +<p>— A kiedy ci to powiedział?</p> + +<p>— Wysiadając z dorożki.</p> + +<p>— Czy wymienił swoje nazwisko?</p> + +<p>— Tak.</p> + +<p>Holmes rzucił mi tryumfujące spojrzenie.</p> + +<p>— To było bardzo nieostrożnie — rzekł. — Jak się +nazywa?</p> + +<p>— Sherlock Holmes.</p> + +<p>Nigdy jeszcze nie widziałem mojego przyjaciela +tak zdumionym. Spuścił głowę i milczał. Wreszcie +wybuchnął śmiechem.</p> + +<p>— A to szczwany lis! Zadrwił sobie ze mnie. Lubię +takich! Powiedział, że się nazywa Sherlock Holmes?</p> + +<p>— Tak.</p> + +<p>— Dobrze. Powiedz mi teraz, w którem miejscu +wsiadł do dorożki i co było potem?</p> + +<p>— Zawołał na mnie o wpół do dziesiątej na Trafalgar +Square. Powiedział odrazu, że jest detektywem +i ofiarował mi dwie gwinee, jeżeli przez cały dzień będę +spełniał jego rozkazy i o nic pytać nie będę. Zgodziłem +się chętnie. Naprzód pojechaliśmy pod hotel +Northumberland i czekaliśmy tam, aż dwóch gentlemanów +wyszło. Wsiedli do dorożki. Jechaliśmy za nimi; +wysiedli gdzieś tutaj w pobliżu.<span class="pagenum"><a name="Str_56" id="Str_56">[str. 56]</a></span></p> + +<p>— Weszli do tego domu?</p> + +<p>— Nie pamiętam dokładnie, ale mój gość widział +i zapamiętał. Stanęliśmy opodal i czekaliśmy półtory +godziny. Potem ci gentlemanowie przeszli mimo nas, +mój pan kazał mi jechać powoli przez Baker-Street, +a potem przez Regent Street, do połowy. Wtedy gentleman +spuścił okienko i krzyknął, żebym jechał prosto +na dworzec Waterloo, co koń wyskoczy. Zaciąłem +szkapę i dojechaliśmy w dziesięć minut. Wysiadając, +odwrócił się do mnie i rzekł: — „Może ciekaw będziesz +dowiedzieć się, kogo wiozłeś? Jestem Sherlock +Holmes”.</p> + +<p>— A nie widziałeś go już potem?</p> + +<p>— Nie.</p> + +<p>— Jakże ten pan Sherlock Holmes wyglądał?</p> + +<p>Dorożkarz podrapał się w głowę.</p> + +<p>— Nie tak łatwo go opisać. Miał może lat czterdzieści, +był średniego wzrostu, ze dwa cale niższy od +pana, ubrany był porządnie, miał dużą, czarną brodę, +przyciętą spiczasto, i był bardzo blady.</p> + +<p>— Jakie miał oczy?</p> + +<p>— Nie wiem.</p> + +<p>— Nie zapamiętałeś nic więcej?</p> + +<p>— Nie.</p> + +<p>— Masz swoje pół suwerena; dostaniesz drugie +pół, jak mi doniesiesz coś więcej. Dobranoc.</p> + +<p>— Dobranoc panu i dziękuję.</p> + +<p>John Clayton wyszedł, uradowany.</p> + +<p>— Urwała się trzecia nić! — zawołał Holmes. — +To sprytny hultaj! Wiedział, gdzie mieszkam, w jakim +interesie sir Henryk przybył do mnie; poznał mnie +na Regent-Street; domyślił się, że spostrzegłem numer<span class="pagenum"><a name="Str_57" id="Str_57">[str. 57]</a></span> +dorożkarza, że go sprowadzę, i dlatego wymienił moje +nazwisko. Powiadam ci, Watson, mamy przeciwnika +nielada. Zaszachowano mnie w Londynie. Życzę ci +lepszego powodzenia w Devonshire. Mam wyrzuty sumienia, +że cię tam posyłam. Sprawa nieczysta. Możemy +się śmiać, ale ci powiem, że chciałbym cię już +widzieć tutaj z powrotem.<span class="pagenum"><a name="Str_58" id="Str_58">[str. 58]</a></span></p> + + + +<hr style="width: 65%;" /> +<h2><a name="VI" id="VI"></a>VI.</h2> + +<h3>Baskerville Hall.</h3> + + +<p>Sir Henryk Baskerville i doktor Mortimer byli +gotowi do drogi i w dniu oznaczonym wyruszyliśmy do +Devonshire. Sherlock Holmes odwiózł mnie na dworzec +i udzielił ostatnich rad i wskazówek.</p> + +<p>— Nie będę bałamucił twego własnego sądu, poddając +ci moje podejrzenia — mówił. — Pragnę tylko, +abyś mi donosił o faktach z największymi szczegółami. +Pozostaw mi wysnuwanie z nich wniosków.</p> + +<p>— O jakich faktach chcesz wiedzieć? — spytałem.</p> + +<p>— Chcę wiedzieć o wszystkiem, co się zdarzy, +choćby to napozór nie miało żadnego związku z naszą +sprawą; pragnę zwłaszcza poznać stosunki młodego Baskervilla +z sąsiedztwem, oraz wszelkie szczegóły, odnośne +do śmierci sir Karola. Jedno wydaje mi się pewnem, +a mianowicie, że pan Jerzy Desmond, najbliższy +spadkobierca, jest człowiekiem bezinteresownym i że +nie on był sprawcą morderstwa. Możemy go zupełnie +pominąć. Szukajmy wśród najbliższego otoczenia sir +Henryka.</p> + +<p>— Czy nie należałoby przedewszystkiem pozbyć +się małżonków Barrymore?<span class="pagenum"><a name="Str_59" id="Str_59">[str. 59]</a></span></p> + +<p>— Byłoby to wielką nieostrożnością. Jeżeli są niewinni, +stałaby się im krzywda; jeśli są winni, ułatwiłoby +im to zatarcie śladów. Nie! trzeba ich zatrzymać, +ale nie spuszczać z nich oka. Jest tam jeszcze <i>groom</i>. +Jest dwóch dzierżawców w pobliżu łąki. Jest doktor +Mortimer, ale ten wydaje mi się zupełnie uczciwym; +jest jego żona, o której nic nie wiemy. Dalej jest pan +Frankland z <a class="ins" href="#tnote_20" name="tAnchor_20" title="Lofter-Hall">Lafter-Hall</a> i jeszcze paru sąsiadów. Tym +wszystkim sąsiadom musisz przyglądać się bacznie, aby +poznać dokładnie ich charakter, ich cele, upodobania +i t. d.</p> + +<p>— Uczynię, co tylko w mej mocy.</p> + +<p>— Wszak masz broń przy sobie?</p> + +<p>— Tak, na wszelki przypadek wziąłem rewolwer.</p> + +<p>— Niech cię nie opuszcza we dnie i w nocy; bądź +w zbrojnem pogotowiu.</p> + +<p>Nasi przyjaciele znaleźli już przedział pierwszej +klasy i czekali na platformie.</p> + +<p>— Nie mamy żadnych wieści — odparł doktor Mortimer +w odpowiedzi na pytanie Holmesa. — Jednego +tylko jestem pewien, a to, że nas już nie śledzono przez +te dwa dni ostatnie. Wychodziliśmy zawsze pod opieką +tajnego policyanta, który nic podejrzanego nie dostrzegł.</p> + +<p>— Mam nadzieję, że trzymaliście się panowie +razem?</p> + +<p>— Prawie ciągle; wczoraj wyjątkowo spędziłem +całe popołudnie u sir Henryka w muzeum chirurgicznem +— odparł doktor Mortimer.</p> + +<p>— Było to wielką nieostrożnością — rzekł Holmes +z zadumą. — Proszę cię, sir Henryku, nie wychodź nigdy +sam, bo może cię spotkać wielkie nieszczęście. +Czy znalazł się drugi but?<span class="pagenum"><a name="Str_60" id="Str_60">[str. 60]</a></span></p> + +<p>— Przepadł z kretesem.</p> + +<p>— Do widzenia — mówił Holmes, gdy pociąg ruszył +— a pamiętaj, sir Henryku, jedno zdanie z owej +legendy: po zachodzie słońca unikaj łąki i przyległego +trzęsawiska.</p> + +<hr style="width: 45%;" /> + +<p>Podróż była przyjemna; czas zeszedł mi na zawiązywaniu +bliższej znajomości z moimi towarzyszami i na +bawieniu się z pieskiem doktora Mortimera.</p> + +<p>Po paru godzinach zazieleniały pola, przez okno +wagonu widać było pasące się trzody. Młody Baskerville +przyglądał się krajobrazowi z widoczną przyjemnością, +zwłaszcza, gdyśmy wjechali w jego rodzinne +Devonshire.</p> + +<p>— Od chwili, gdym je opuścił, objechałem świat +dokoła — mówił — a nie widziałem nigdzie nic podobnego.</p> + +<p>— Wszyscy obywatele Devonshire dzielą pańskie +zdanie — wtrąciłem. — Żadna okolica nie wzbudza tak +wielkiego przywiązania w swoich mieszkańcach, jak ta +właśnie.</p> + +<p>— To zależy od rasy — tłómaczył doktor Mortimer. +— Dość spojrzeć na okrągłą czaszkę sir Henryka, +aby poznać, że jest celtyckiego pochodzenia, a Celtowie +mają wrodzony zapał i zdolność przywiązywania +się do ludzi i kraju. Głowa biednego sir Karola była +nawpół galijska, nawpół celtycka. Wszak pan, sir Henryku, +opuściłeś Baskerville-Hall w bardzo młodym +wieku?</p> + +<p>— Miałem zaledwie lat dziesięć, gdy mój ojciec +umarł. Zresztą nie znam pałacu, mieszkaliśmy w ustronnym +dworku na południowem wybrzeżu. Stamtąd po<span class="pagenum"><a name="Str_61" id="Str_61">[str. 61]</a></span>jechałem +wprost do Ameryki. Cały ten kraj jest dla +mnie tak obcym i nowym, jak dla doktora Watson, +a chciałbym już jaknajprędzej zobaczyć łąkę i przyległe +trzęsawisko.</p> + +<p>— Pańskie życzenie już się spełniło.</p> + +<p>Doktor Mortimer wskazywał nam przez szybę rozległą +pustą przestrzeń.</p> + +<p>Był to widok smutny, ponury. Baskerville przyglądał +mu się ze wzruszeniem, jako pobojowisku, na +którem rozegrywały się tragiczne losy jego rodziny.</p> + +<p>W jego brwiach ściągniętych, w zarysie ust znać +było niezłomną wolę i energię.</p> + +<p>Pociąg zatrzymał się przy małej stacyjce. Wysiedliśmy +z wagonu. Po drugiej stronie dworca czekał +nas amerykan, zaprzężony w dwa rosłe konie.</p> + +<p>Nasz przyjazd był widocznie wypadkiem dnia, +gdyż obstąpili nas tragarze, a naczelnik stacyi ze swoim +sztabem przyglądali nam się ciekawie. Zastanowił mnie +widok dwóch rosłych chłopów w mundurach żołnierskich; +stali, oparci na karabinach i nie spuszczali +z nas oka.</p> + +<p>Stangret, o twarzy surowej, powitał sir Henryka +ukłonem. Zajęliśmy miejsca w wehikule, konie pomknęły +szybko; mijaliśmy schludne fermy, otoczone +ogródkami, ale woddali szarzały wciąż oparzeliska.</p> + +<p>Amerykan wjechał na boczną drogę; mknęliśmy +wśród łąk żyznych i pól uprawnych. Przy każdym zakręcie, +ujawniającym nowe horyzonty, Baskerville wydawał +ciche okrzyki zachwytu. Minęliśmy lasek dębowy; +zeschłe liście uściełały drogę nowemu dziedzicowi. +Można to było poczytywać za złą wróżbę...</p> + +<p>— Hola! cóż to znaczy? — zawołał doktor Mortimer, +gdyśmy wyjechali na pole.<span class="pagenum"><a name="Str_62" id="Str_62">[str. 62]</a></span></p> + +<p>Jak wryty w ziemię, stał żołnierz na koniu, z bagnetem +przez ramię.</p> + +<p>— Co to znaczy, Perkins? — spytał znowu doktor +Mortimer.</p> + +<p>Stangret odwrócił się ku nam i rzekł:</p> + +<p>— Trzy dni temu, jakiś więzień uciekł z więzienia +w Princetown; wszystkie drogi kołowe i wszystkie +dworce w pobliżu strzeżone są przez wojsko. Nie podoba +się to naszym fermerom.</p> + +<p>— Powinni być radzi. Policya płaci dobrze za +wiadomości o zbiegach. Można zarobić kilka funtów.</p> + +<p>— Ale można też stracić głowę, bo taki nie daruje +i gardło <a class="ins" href="#tnote_21" name="tAnchor_21" title="pederznie">poderżnie</a> każdemu, kto policyę na jego +trop wsadzi.</p> + +<p>— Cóż to za jeden?</p> + +<p>— Nazywa się Seldon. Wpakowano go do więzienia +za morderstwo w Notting-Hill.</p> + +<p>Pamiętałem dobrze tę sprawę, bo Holmes interesował +się nią, z powodu niezwykłego okrucieństwa mordercy. +Złagodzono mu karę śmierci na dożywotnie więzienie: +został uznany niepoczytalnym; sędziowie nie mogli +uwierzyć, aby dopuścił się tak potwornej zbrodni, +będąc przy zdrowych zmysłach.</p> + +<p>Nasz amerykan toczył się teraz brzegiem trzęsawiska, +najeżonego wysokiemi kamieniami. Widok był +groźny. Nawet sir Henryk przestał się zachwycać +krajobrazem.</p> + +<p>Żyzna okolica pozostała za nami; mieliśmy przed +sobą ziemię szarą, jałową, zrzadka ukazywała się ludzka +siedziba, opasana murem z kamieni. Wreszcie wjechaliśmy +w jar głęboki; roztoczyła się znowu zieleń +drzew, a w oddali ukazały się dwie strzeliste wieże. +Stangret wskazał biczem.<span class="pagenum"><a name="Str_63" id="Str_63">[str. 63]</a></span></p> + +<p>— To Baskerville Hall — oznajmił.</p> + +<p>Pan tej rezydencyi, z roziskrzonemi <a class="ins" href="#tnote_22" name="tAnchor_22" title="ocozyma">oczyma</a> przyglądał +się swojej siedzibie.</p> + +<p>W parę minut potem wjeżdżaliśmy już w pałacową +bramę, staroświecką, sklepioną; po chwili ukazał +nam się gmach, przebudowany za południowo-afrykańskie +złoto sir Karola.</p> + +<p>Turkot kół zamierał na zwiędłych liściach, stare +drzewa tworzyły tunel nad naszemi głowami. Baskerville +drgnął, widząc tę aleję.</p> + +<p>— Czy to było tutaj?... — spytał półgłosem.</p> + +<p>— Nie; Aleja Wiązów jest po drugiej stronie — +objaśnił go <a class="ins" href="#tnote_23" name="tAnchor_23" title="doktór">doktor</a> Mortimer.</p> + +<p>— Nie dziw, że stryj miewał złe przeczucia. Ten +liściasty tunel może najodważniejszego człowieka przejąć +strachem. Oświecę go lampami elektrycznemi. Za +pół roku ten dziedziniec będzie nie do poznania.</p> + +<p>Minęliśmy ciemną aleję, i szerokim, wzniesionym +podjazdem zajechaliśmy przed pałac.</p> + +<p>Środkowy korpus ozdobiony był wspaniałym portykiem; +po bokach wznosiły się wieże, średniowieczne, +zębate, ze strzelnicami.</p> + +<p>— Witaj nam, sir Henryku! Witaj w domu swych +przodków w Baskerville-Hall!</p> + +<p>Z temi słowami pod portyk wyszedł mężczyzna +wysoki, blady, i otworzył drzwiczki amerykana. Po za +nim stała kobieta; pomagała mu wyjmować kuferki.</p> + +<p>— Pozwoli pan, że, nie zsiadając, odjadę do domu — rzekł +doktor Mortimer. — Czeka na mnie żona.</p> + +<p>— Jakto? Nie chce pan zostać na obiad?</p> + +<p>— Chętniebym został i oprowadził pana po tej rezydencyi, +ale Barrymore spełni to lepiej odemnie. Muszę<span class="pagenum"><a name="Str_64" id="Str_64">[str. 64]</a></span> +wracać. Dowidzenia! A proszę pamiętać, że jestem +na pańskie usługi o każdej porze dnia i nocy.</p> + +<p>Amerykan potoczył się znowu ciemną aleją. Sir +Henryk przestąpił próg, ja za nim.</p> + +<p>Znaleźliśmy się w ogromnej, sklepionej sieni, z wiązaniami +z belek dębowych. W staroświeckim kominku +płonął ogień. Obaj wyciągnęliśmy ręce zziębnięte, +a rozgrzawszy się, wodziliśmy oczyma po ścianach, zawieszonych +zbrojami, strzelbami i myśliwskimi trofeami.</p> + +<p>— Tak sobie właśnie wyobrażałem tę siedzibę — mówił +sir Henryk. — Typowa rezydencya angielskiego +szlachcica. Gdy pomyślę, że moi przodkowie żyli tu +przez pięć wieków, ogarnia mnie dziwne wzruszenie.</p> + +<p>Barrymore, zaniósłszy kuferki do naszych pokojów, +wrócił i stał przy drzwiach, jako wytrawny służbista, +nie chcąc przerywać naszej rozmowy.</p> + +<p>Był to mężczyzna lat średnich, niezwykłej urody, +o twarzy bladej, z dużą czarną brodą i regularnymi +rysami.</p> + +<p>— Czy jaśnie pan każe podać obiad? — zapytał.</p> + +<p>— Już gotów?</p> + +<p>— Gotów. Jaśnie pan znajdzie wodę ciepłą w swojej +ubieralni. Moja żona i ja będziemy starali się dogadzać +jaśnie panu, dopóki nie znajdzie nowej służby.</p> + +<p>— Więc chcecie mnie opuścić?</p> + +<p>— Warunki zmieniły się. My dwoje wystarczaliśmy +sir Karolowi, ale jaśnie pan zechce zapewne żyć +dworniej, przyjmować gości i będzie potrzebował więcej +służby.</p> + +<p>— Więc chcecie mnie opuścić? — powtórzył +sir Henryk. — Wszak twoja rodzina służyła mojej przez<span class="pagenum"><a name="Str_65" id="Str_65">[str. 65]</a></span> +kilka pokoleń. Przykroby mi było rozpoczynać nowe +życie od zrywania tak dawnego stosunku.</p> + +<p>Zdało mi się, że dostrzegam wzruszenie na chłodnej +twarzy kamerdynera.</p> + +<p>— I nam będzie przykro — odparł — ale byliśmy +oboje bardzo przywiązani do sir Karola; jego śmierć +wstrząsnęła nas do głębi. Ten dom budzi w nas tak +smutne wspomnienia, że wolelibyśmy go opuścić.</p> + +<p>— Cóż zamierzacie uczynić?</p> + +<p>— Chcielibyśmy rozpocząć jakiś interes. Hojność +sir Karola dostarczyła nam środków po temu. Może +jaśnie pan zechce obejrzeć swoją rezydencyę.</p> + +<p>Nad sienią była oszklona galerya. Prowadziły do +niej podwójne schody. Z tej galeryi wychodziły dwa +korytarze, wiodące do pokojów sypialnych. Mój, przylegał +do sypialni sir Henryka. Ta część domu była +widocznie przybudowana: pokoje jasne, urządzone nowocześnie, +zaopatrzone we wszelkie wygody.</p> + +<p>Za chwilę zeszliśmy do jadalni. Była to komnata +wysoka, staroświecka, przedzielona na dwie części: +w jednej, do której wchodziło się po trzech schodkach, +za dawnych czasów jadali suzerenowie, zaś w niższej — +wasale. Sklepione sufity nadawały jeszcze powagi tej +komnacie, która przy świetle pochodni, wśród gwaru +uczty, bywała nieraz jasną i wesołą, ale teraz, w blasku +lampy, przyświecającej dwom gentlemanom we +frakach, wydawała się anachronizmem.</p> + +<p>Wszystkie cztery ściany były ozdobione wizerunkami +przodków, poczynając od rycerzy z czasów Elżbiety, +a kończąc na przedostatnim właścicielu Baskerville-Hall.</p> + +<p>Mówiliśmy mało i przyznam, że byłem rad, gdy<span class="pagenum"><a name="Str_66" id="Str_66">[str. 66]</a></span> +obiad skończył się i mogliśmy wyjść do bilardowego +pokoju na cygaro.</p> + +<p>— Niezbyt wesoła rezydencya... — rzekł sir Henryk. +— Przypuszczam, że można się do niej przyzwyczaić, +ale na razie czuję się nieswój. Nic dziwnego, że +mój stryj stał się dziwakiem. Połóżmy się wcześniej. +Może jutro, przy blasku słonecznym, te komnaty przedstawią +nam się weselej.</p> + +<p>Przed udaniem się na spoczynek, podniosłem roletę +i wyjrzałem przez okno. Widok był na trawnik +przed portykiem. Pośrodku stały dwa dęby, miotane +wiatrem, Księżyc, w ostatniej kwadrze, przeświecał +blado przez chmury. Zdala widniały nagie skały, a po +za niemi trzęsawisko.</p> + +<p>Spuściłem roletę, nie chcąc patrzeć dłużej na ten +ponury krajobraz.</p> + +<p>Byłem zmęczony, a jednak usnąć nie mogłem; +obracałem się z boku na bok. Na dole zegar wybijał +kwadranse, po za tem panowała cisza grobowa.</p> + +<p>Nagle przerwał ją płacz niewieści. Usiadłem na +łóżku i począłem nasłuchiwać. Przez pół godziny czekałem +w natężeniu, ale oprócz płaczu nie <a class="ins" href="#tnote_24" name="tAnchor_24" title="ułyszałem">usłyszałem</a> +nic zgoła.</p> + + + +<hr style="width: 65%;" /> +<p class="nopad"><span class="pagenum"><a name="Str_67" id="Str_67">[str. 67]</a></span></p> +<h2><a name="VII" id="VII"></a>VII.</h2> + +<h3>Stapleton z Merripit-House.</h3> + + +<p>Świeżość następnego poranka rozproszyła smutne +wrażenie, jakie na nas obu wywarła rezydencya Baskervillów. +W świetle promieni słonecznych, ślizgających +się po starych zbrojach, sala jadalna wydała nam się +weselszą, gdyśmy zasiedli do śniadania.</p> + +<p>— Widzę że to była wina naszego usposobienia, +nie zaś dworu — mówił baronet. — Byliśmy wczoraj +zmęczeni drogą, zziębli, więc wszystko ukazywało +nam się w ponurem świetle. Dziś jesteśmy rzeźwi, wypoczęci, +to też dom wydaje nam się weselszym.</p> + +<p>— A jednak nie wszystko było grą wyobraźni — +odparłem. — Czy pan słyszał wczoraj płacz?</p> + +<p>— Istotnie, zdawało mi się, że słyszę zawodzenie +żałosne. Natężyłem słuch, ale płacz ustał; więc byłem +pewien, że mi się śniło.</p> + +<p>— Ja słyszałem płacz najwyraźniej i mógłbym ręczyć, +że płakała kobieta.</p> + +<p>— Trzeba to sprawdzić — oświadczył sir Henryk.</p> + +<p>Zadzwonił na Barrymora i spytał go o wyjaśnienie +tej zagadki. Zdało mi się, że blada twarz kamerdynera +zbladła jeszcze bardziej.<span class="pagenum"><a name="Str_68" id="Str_68">[str. 68]</a></span></p> + +<p>— W domu są tylko dwie kobiety — odparł. — +Mleczarka, która śpi w drugiem skrzydle i moja żona. +Co do mojej, mogę ręczyć, że nie płakała.</p> + +<p>A jednak, mówiąc to, kłamał.</p> + +<p>Po śniadaniu, spotkałem mrs. Barrymore w sieni. +Słońce padało na jej twarz chłodną, płaską i brzydką. +Duże, wyraziste oczy były zaczerwienione; spojrzała na +mnie z pod zapuchłych powiek.</p> + +<p>A więc to ona płakała wśród nocy; mąż wiedział +o tem napewno. Jednak zaprzeczył nam. Jaki miał +w tem cel? Dlaczego ona płakała?</p> + +<p>Ten blady mężczyzna z czarną brodą wydawał mi +się podejrzanym. On pierwszy znalazł trupa sir Karola; +o okolicznościach, towarzyszących jego śmierci wiedzieliśmy +tylko to, co Barrymore opowiadał. Zaczynałem +przypuszczać, że to on, Barrymore, ukrywał się +w dorożce i śledził sir Henryka. Broda była podobna. +Wprawdzie według rysopisu dorożkarza, rzekomy Sherlock +Holmes był niższego wzrostu, lecz rysopisy bywają +niedokładne.</p> + +<p>Trzeba było tę rzecz sprawdzić. Ale w jaki sposób? +Przedewszystkiem należało dowiedzieć się od +pocztmistrza w Grimpen, czy telegram został oddany +do własnych rąk Barrymora.</p> + +<p>Po południu sir Henryk chciał załatwić korespondencyę; +mogłem udać się do Grimpen. Był to spacer +niedaleki, droga wiodła brzegiem trzęsawiska.</p> + +<p>W Grimpen były tylko dwie murowane budowle: +austerya i dom doktora Mortimera. Pocztmistrz utrzymywał +jednocześnie sklepik korzenny.</p> + +<p>— Naturalnie — odparł na moje pytanie — depesza +została wręczona panu Barrymore, stosownie do życzenia.<span class="pagenum"><a name="Str_69" id="Str_69">[str. 69]</a></span></p> + +<p>— Kto ją wręczył?</p> + +<p>— Mój chłopak. Słuchaj-no, James, wszak w zeszłym +tygodniu oddałeś telegram do rąk pana Barrymore +w Baskerville-Hall?</p> + +<p>— Tak, ojcze.</p> + +<p>— Do rąk własnych? — spytałem.</p> + +<p>— Był wtedy na strychu, więc nie mogłem oddać +mu do rąk, ale wręczyłem depeszę jego żonie, która +powiedziała, że ją zaraz zaniesie mężowi.</p> + +<p>— Czy widziałeś pana Barrymore?</p> + +<p>— Nie, proszę pana; mówiłem już, że był na +strychu.</p> + +<p>— Jeżeliś go nie widział, to skądże wiesz, że był +na strychu?</p> + +<p>— Jego własna żona musiała chyba wiedzieć, +gdzie się obraca — wtrącił pocztmistrz. — Czyżby nie +dostał depeszy? Jeżeli zaszła pomyłka, niech sam Barrymore +wniesie skargę.</p> + +<p>Na nicby się zdały dalsze pytania. Mimo wybiegu +Holmesa, nie pozyskaliśmy pewności, że Barrymore +nie był wtedy w Londynie. On, który ostatni widział +sir Karola żywym, chciał może pierwszy zobaczyć swego +nowego pana.</p> + +<p>Ale jaki mógł mieć cel w prześladowaniu rodziny +Baskerville?</p> + +<p>Przypomniała mi się dziwna przestroga, wycięta +ze wstępnego artykułu <i>Timesa</i>. Kto ją przesłał? On, +czy też ktoś, kto chciał pokrzyżować jego plany?</p> + +<p>Może kamerdyner chciał zabezpieczyć sobie w dalszym +ciągu spokojne i niezależne stanowisko w pałacu, +w którym podczas nieobecności właścicieli był prawdziwym +panem?...<span class="pagenum"><a name="Str_70" id="Str_70">[str. 70]</a></span></p> + +<p>Ale taki cel byłby niedostateczną pobudką do +zbrodni.</p> + +<p>Sam Holmes powiadał, że nigdy jeszcze nie zdarzyła +mu się sprawa tak zawiła. Pragnąłem już jak +najprędzej oddać ją w ręce mego przyjaciela.</p> + +<p>Tok moich myśli został przerwany odgłosem kroków. +Ktoś biegł za mną i wołał mnie po nazwisku.</p> + +<p>Odwróciłem się, pewien, że ujrzę doktora Mortimer, +lecz ku mojemu zdziwieniu, zobaczyłem nieznajomego.</p> + +<p>Był to mężczyzna niewielkiego wzrostu, o twarzy +wygolonej, o włosach ciemnych, gładko przyczesanych; +mógł mieć lat trzydzieści parę do czterdziestu. Przez +ramię zwieszała mu się puszka, w jednej ręce niósł +siatkę do łowienia owadów.</p> + +<p>— Daruje mi pan moją natarczywość, doktorze +Watson — rzekł, podbiegając do mnie zdyszany — ale +tu, na tych piaskach, żyjemy bez ceremonii. Prezentacye +odbywają się naturalnie. Słyszał pan już o mnie +od naszego wspólnego przyjaciela, doktora Mortimer. +Jestem Stapleton z Merripit House.</p> + +<p>— Poznałbym pana po siatce — odparłem, bo wiadomo +mi, że pan Stapleton jest naturalistą — ale w jaki +sposób pan mnie poznał?</p> + +<p>— Byłem u Mortimera i pokazał mi pana przez okno. +Ponieważ idę w tę samą stronę, więc dogoniłem pana. +Czy sir Henryk już wypoczął po podróży?</p> + +<p>— Najzupełniej.</p> + +<p>— Obawialiśmy się tu wszyscy, że nowy baronet, +po tragicznej śmierci sir Karola, nie zechce zamieszkać +tutaj. Spełnia ofiarę, zagrzebując się w takiem ustroniu; +ale okolica na tem zyska i powinna mu być wdzię<span class="pagenum"><a name="Str_71" id="Str_71">[str. 71]</a></span>czna. +Spodziewam się, że sir Henryk nie żywi przesądnych +obaw?</p> + +<p>— Jest na to zbyt rozumny.</p> + +<p>— Ma się rozumieć, słyszałeś już pan legendę +o psie, prześladującym tę rodzinę?</p> + +<p>— Słyszałem.</p> + +<p>— To dziwna, jak tutejsi włościanie są łatwowierni: +każdy z nich gotów przysiądz, że widział psa na własne +oczy.</p> + +<p>Pan Stapleton mówił to z uśmiechem, ale z oczu +jego było widać, że przywiązuje wiarę do tych pogłosek.</p> + +<p>— Owa legenda oddziałała na wyobraźnię sir Karola — +ciągnął dalej — i pewien jestem, że sprowadziła +śmierć nagłą.</p> + +<p>— W jaki sposób?</p> + +<p>— Sir Karol był tak zdenerwowany, że ukazanie +się psa mogło go zabić. Zdaje mi się, że ujrzał istotnie +jakieś dziwne stworzenie w Alei Wiązów... Obawiałem +się zawsze anewryzmu serca, bo byłem bardzo +do niego przywiązany.</p> + +<p>— Skąd pan wiedział o wadzie serca?</p> + +<p>— Od mego przyjaciela, doktora Mortimer.</p> + +<p>— Zatem sądzisz pan, że jakiś pies ścigał sir Karola +i że biedak zmarł skutkiem strachu?</p> + +<p>— Czy pan znasz jaki inny powód śmierci?</p> + +<p>— Dotychczas nie wyprowadzam wniosków.</p> + +<p>— A pan Sherlock Holmes czy wyraził już swój +pogląd na tę sprawę?</p> + +<p>Zdziwiło mnie takie pytanie. Można je było wziąć +za zasadzkę, ale twarz mówiącego była chłodna +i obojętna, więc moje podejrzenia musiały pierzchnąć.</p> + +<p>— Nie dziw, że znam pańskie stosunki ze słynnym<span class="pagenum"><a name="Str_72" id="Str_72">[str. 72]</a></span> +detektywem — rzekł pan Stapleton. — Wszak wiadomo +powszechnie, iż jesteście w przyjaźni ze sobą. Gdy +doktor Mortimer wymienił mi pańskie nazwisko; domyśliłem +się odrazu, że pan Sherlock Holmes wziął w swoje +ręce tę sprawę i że pan tu przybyłeś z jego ramienia. +Rzecz naturalna, że chciałbym się dowiedzieć, co +pan Sherlock Holmes o tem myśli.</p> + +<p>— Nie potrafię pana objaśnić w tym względzie.</p> + +<p>— Czy zamierza odwiedzić naszą okolicę?</p> + +<p>— Chwilowo nie może opuścić Londynu; ważniejsze +sprawy pochłaniają jego czas i uwagę.</p> + +<p>— Szkoda wielka! Możeby wyświetlił tę tajemnicę... +Gdybyś pan potrzebował wskazówek, gotów jestem +służyć. Może mi pan powie, w jaki sposób zamierzasz +pan prowadzić sprawę, a kto wie, czy nie mógłbym +udzielić panu pomocy...</p> + +<p>— Przybyłem tu w odwiedziny do mego przyjaciela, +sir Henryka, i nie potrzebuję żadnej pomocy.</p> + +<p>— Jesteś pan ostrożny. To się chwali! — rzekł +Stapleton — a ja zostałem ukarany za natręctwo i nie +ponowię już propozycyi, uczynionej ze szczerego serca +i w najlepszej chęci.</p> + +<p>Doszliśmy do ścieżki, wiodącej przez piaski i trzęsawiska. +Na prawo sterczał odłam skały; po za nią, +w pewnej odległości, unosił się dym z komina.</p> + +<p>— Ta ścieżka prowadzi do Merripit-House — rzekł +Stapleton. — Może mnie pan zechce zaszczycić swojemi +odwiedzinami?</p> + +<p>Miałem ochotę odmówić ze względu na sir Henryka, +ale przypomniałem sobie, że jest zajęty korespondencyą; +nie mogłem mu dopomódz, a z drugiej +strony, Holmes kazał mi poznawać sąsiedztwo. Więc<span class="pagenum"><a name="Str_73" id="Str_73">[str. 73]</a></span> +przyjąłem zaproszenie pana Stapleton i weszliśmy razem +na ścieżkę.</p> + +<p>— Dziwne to trzęsawisko — mówił, wskazując mi +olbrzymią płaszczyznę, pokrytą piaskami i trawą — dla +nieoswojonego oka wydaje się monotonnem i smutnem, +ale kto się przyzwyczai do tych fal piaszczystych; +dla tego mają one urok nieprzeparty, a zawierają tyle +tajemnic!...</p> + +<p>— Pan je zgłębiłeś?</p> + +<p>— Mieszkam tu od lat dwóch zaledwie. Tutejsi +mieszkańcy mogliby mnie nazwać obcym przybyszem. +Osiedliliśmy się tutaj wkrótce po przybyciu sir Karola, +ale moje upodobania przyrodnicze skłaniają mnie do +ciągłych wędrówek, to też poznałem każdą niemal piędź +ziemi. Sądzę, że nikt tutaj nie zna jej lepiej odemnie.</p> + +<p>— Czy okolica jest tak trudną do poznania?</p> + +<p>— Bardzo trudną. Widzisz pan, naprzykład, tę +rozległą równinę na północ, obramowaną wzgórzami. +Czy dostrzegasz pan co niezwykłego?</p> + +<p>— Widzę, że możnaby galopować po tej równinie.</p> + +<p>— Wielu już przypłaciło życiem taką chętkę. Czy +widzisz pan zielone plamy, któremi usiana jest ta +płaszczyzna?</p> + +<p>— Są to zapewne kępki traw.</p> + +<p>Stapleton roześmiał się.</p> + +<p>— To tak zwane Grimpen-Mire,<a name="FNanchor_1_1" id="FNanchor_1_1"></a><a href="#Footnote_1_1" class="fnanchor">[1]</a> błota nieprzebyte. +Jeden krok fałszywy, a śmierć pewna. Niedalej, +jak wczoraj, widziałem na własne oczy, jak zapadł +w nie młody źrebak. Pochłonęło go trzęsawisko. Niebezpiecznie +jest zapuszczać się tutaj nawet wśród letniej +suszy, ale podczas jesiennych roztopów miejsce to +<span class="pagenum"><a name="Str_74" id="Str_74">[str. 74]</a></span>jest cmentarzem, a jednak potrafię przejść i wrócić +bezpiecznie przez sam środek bagna. Widzisz pan?... +znowu jakiś źrebiec ugrzązł w błocie...</p> + +<p>Istotnie dostrzegłem coś szamocącego się; po chwili +wysunęła się długa szyja i rozległ się okrzyk przeraźliwy. +Drgnąłem. Mój towarzysz był chłodniejszy +odemnie.</p> + +<p>— Już po nim! — rzekł. — Pochłonęło go bagno. +Dwóch źrebców w dwa dni! Niebezpiecznie zapuszczać +się na te trzęsawiska.</p> + +<p>— Pan jednak przebywa je bez szwanku? — wtrąciłem.</p> + +<p>— Tak; po długich wędrówkach znalazłem parę +ścieżek bezpiecznych.</p> + +<p>— Co panu zależało na przebyciu tych błot?</p> + +<p>— Widzi pan te wzgórza woddali? To jak wyspy, +odcięte od świata. Rosną tam rzadkie krzewy i fruwają +niezwykłe motyle. Warto się trudzić po takie okazy.</p> + +<p>— I ja spróbuję.</p> + +<p>Spojrzał na mnie ze zdziwieniem.</p> + +<p>— Niechże pana Bóg strzeże od takich prób! Miałbym +pańskie życie na sumieniu! — zawołał. — Pan nie +wróciłbyś z tej wycieczki. Mnie za drogowskaz służą +rośliny.</p> + +<p>— Cóż to takiego?... — zawołałem.</p> + +<p>Z oddali doleciało jakby szczekanie. Niepodobna +było zmiarkować, skąd płynie ten głos okropny.</p> + +<p>Stapleton spojrzał na mnie z zagadkowym wyrazem +twarzy.</p> + +<p>— Dziwne te bagna, prawda? — rzekł jakby +z dumą.</p> + +<p>— Co to takiego? — spytałem.</p> + +<p>— Włościanie powiadają, że to pies Baskervillów<span class="pagenum"><a name="Str_75" id="Str_75">[str. 75]</a></span> +upomina się o zdobycz. Słyszałem ten głos parę razy, +ale nigdy jeszcze tak wyraźnie, jak dzisiaj.</p> + +<p>Dokoła nie było widać żadnego żywego stworzenia.</p> + +<p>— Jesteś pan człowiekiem wykształconym. Wszak +pan nie wierzysz w przesądy? Jakże pan tłómaczy sobie +te głosy? — spytałem.</p> + +<p>— Stwardniałe błoto, pękając, wydaje czasem takie +jęki — odparł.</p> + +<p>— Nie, nie; to był głos żywego stworzenia.</p> + +<p>— Czyś pan kiedy słyszał wabienie błotnego ptaka, +zwanego bąkiem?</p> + +<p>— Nie.</p> + +<p>— To okaz, zaginiony już, ale przetrwał może tutaj. +Wszystko możliwe na takich bagnach. Nie zdziwiłbym +się, gdyby ten głos był wabieniem ostatniego +bąka w Europie.</p> + +<p>— Bądź co bądź, w życiu mojem nie słyszałem +podobnego dźwięku.</p> + +<p>— Tak, to pustkowie zawiera dużo dziwnych rzeczy. +Spojrzyj pan na to wzgórze. Co pan dostrzegasz?</p> + +<p>Cały stok był usiany okrągłemi, foremnemi kamieniami.</p> + +<p>— Co to takiego? — spytałem.</p> + +<p>— To siedziby naszych czcigodnych przodków. +Człowiek przedhistoryczny zaludniał gęsto te bagna, +a ponieważ od tych czasów nikt tu nie mieszkał, ich jaskinie +pozostały nietknięte. Widzi się tam łoża, stołki, +misy...</p> + +<p>— Z jakiej epoki?</p> + +<p>— Neolitycznej zapewne.</p> + +<p>— Cóż ci ludzie robili?</p> + +<p>— Paśli trzody na stokach gór, osuszali bagna,<span class="pagenum"><a name="Str_76" id="Str_76">[str. 76]</a></span> +wyrabiali broń i sprzęty z kamienia. Tak, to bagno +jest ciekawą kartą dziejową. Ale przepraszam pana...</p> + +<p>Stapleton urwał nagle i podążył za jakimś rzadkim +okazem motyla. Ścigał go zapamiętale, podskakiwał, +kręcił się wkółko.</p> + +<p>Ubawiony tem przyrodniczem <i>intermezzo</i>, postanowiłem +czekać na rezultat pościgu. Wtem doleciał mnie +znowu odgłos kroków. Obejrzałem się i zobaczyłem kobietę, +zdążającą ku mnie.</p> + +<p>Szła od strony Merripit-House. Domyśliłem się odrazu, +że to jest miss Stapleton, bom słyszał o jej niepospolitej +urodzie. Jakoż nawet w stolicy taka piękność +musiałaby zwrócić uwagę a olśniewała wprost na +tem pustkowiu. Byłem tembardziej zdumiony, że miss +Stapleton stanowiła zupełny kontrast ze swoim bratem. +O ile on był blady, szczupły, o tyle ona wspaniale rozwinięta; +o ile on niepozorny, o tyle ona wytworną. On +miał włosy i oczy szare, płeć wyblakłą — ona była brunetką +tak silną, że podobnych nie widuje się w Anglii. +Miała rysy nadzwyczaj regularne, oczy ogniste, +usta prześlicznie wykrojone i płeć z gorącym rumieńcem. +Wydawała się, jakby cudownem, nadprzyrodzonem +zjawiskiem na tle ponurego krajobrazu. Oczy jej +biegły niespokojnie za bratem, przyśpieszyła kroku +i zrównała się ze mną. Uchyliłem kapelusza i chciałem +się przedstawić, lecz nie dała mi dojść do słowa.</p> + +<p>— Wyjeżdżaj pan stąd!... — szepnęła. — Wracaj +natychmiast do Londynu....</p> + +<p>Spojrzałem na nią ze zdumieniem. Oczy jej pałały, +nóżka uderzała o ziemię.</p> + +<p>— Po co mam wracać? — zagadnąłem.</p> + +<p>— Nie mogę panu tego wytłómaczyć — odparła +głosem przyciszonym — ale na miłość Boską, zastosuj<span class="pagenum"><a name="Str_77" id="Str_77">[str. 77]</a></span> +się pan do mojej rady. Wyjedź pan stąd i nigdy tu +nie wracaj.</p> + +<p>— Ależ ja zaledwie przyjechałem...</p> + +<p>— Dlaczego pan nie chce zrozumieć, że ta przestroga +ma pańskie dobro na względzie? Raz jeszcze +powtarzam: wracaj pan do Londynu zaraz, dziś wieczorem. +Opuść to strony. Cicho!... Mój brat nadchodzi. +Nie mów mu pan o tem ani słowa... Proszę mi zerwać +parę storczyków z tej kępy traw — rzekła innym zupełnie +głosem. — Mamy dużo dzikich storczyków. Lubię +ten kwiat.</p> + +<p>Stapleton zaniechał pościgu i wracał zdyszany.</p> + +<p>— Skądże się tu wzięłaś, Beryl? — rzekł ostro.</p> + +<p>— Widzę, że jesteś zmęczony — zagadnęła.</p> + +<p>— Tak, goniłem motyla. Piękny okaz; spotyka +się go rzadko, zwłaszcza na jesieni.</p> + +<p>Mówił to lekko, ale patrzał na siostrę badawczo +i groźnie.</p> + +<p>— Zapoznaliście się, państwo, jak widzę — rzekł. — +Prezentacya już zbyteczna.</p> + +<p>— Tak; prosiłam właśnie sir Henryka, żeby zerwał +dla mnie parę storczyków.</p> + +<p>— Więc bierzesz pana...</p> + +<p>— Sadziłam, że to sir Henryk Baskerville — wtrąciła.</p> + +<p>— Pani się myli — rzekłem. — Jestem tylko jego +przyjacielem. Nazywam się Watson.</p> + +<p>Rumieniec oblał jej śliczną twarzyczkę. Była widocznie +zmieszana.</p> + +<p>— Zaszło nieporozumienie... — rzekła.</p> + +<p>— Nie mieliście przecież dużo czasu na rozmowę — +wtrącił jej brat, przeszywając ją wzrokiem badawczym.<span class="pagenum"><a name="Str_78" id="Str_78">[str. 78]</a></span></p> + +<p>— Mówiłam do doktora Watson, jak do stałego +mieszkańca tych stron, nie zaś do gościa. Ale może +pan zechce nas odwiedzić w Merripit-House?</p> + +<p>Przyjąłem zaproszenie. Droga była niedaleka, wiodła +brzegiem łąki. Dom, przerobiony widocznie ze starej +fermy, wznosił się wśród drzew niewielkich, otoczony +był murowanym parkanom; wyglądał smutno +i ponuro.</p> + +<p>Otworzył nam drzwi stary, mrukliwy służący. Mieszkanie +było obszerne, w urządzeniu znać było rękę kobiecą. +Patrząc przez okno na te bagna, usiane kamieniami, +zastanawiałem się, co mogło skłonić tak wykształconego +mężczyznę i tak piękną kobietę do obrania +tutaj siedziby.</p> + +<p>— Dziwisz się pan zapewne, że rozpięliśmy tutaj +namioty? — rzekł Stapleton, jakby w odpowiedzi namoje +myśli. — A jednak dobrze nam i czujemy się +szczęśliwi. Prawda, Beryl?</p> + +<p>— Zupełnie szczęśliwi — potwierdziła, bez zapału.</p> + +<p>— Miałem szkołę w jednem z hrabstw północnych +— mówił Stapleton — ale ten rodzaj pracy nie odpowiadał +mojemu temperamentowi, chociaż obcowanie +z dziećmi, urabianie ich umysłów, miało dla mnie dużo +uroku. Losy popchnęły mnie jednak na inną drogę. +Wybuchła epidemia. Ofiarą jej padło trzech chłopców +z mojej szkoły; ucierpiała skutkiem tego na opinii i nie +mogła już utrzymać się dalej. Naraziło mnie to na +dużą stratę pieniężną; ale żal mi tylko zmarłych dzieci; +dla siebie nie żałuję tego, bo mam czas oddawać się +moim ulubionym badaniom i znalazłem tu obfite pole +do studyów nad botaniką i zoologią. Siostra dzieli moje +upodobania przyrodnicze. Mówię to, żeby panu uła<span class="pagenum"><a name="Str_79" id="Str_79">[str. 79]</a></span>twić +rozwiązanie zagadki, nad którą pan zastanawiał +się, patrząc na oparzeliska.</p> + +<p>— Dziwiłem się istotnie, że państwo obrali tę okolicę, +w której pobyt musi być smutny, zwłaszcza +dla pani.</p> + +<p>— Jest mi tu dobrze — oświadczyła.</p> + +<p>— Mamy książki, mamy nasze zajęcia naukowe, +zresztą mamy sąsiadów. Doktor Mortimer jest człowiekiem +uczonym w swoim zakresie, biedny sir Karol był +miłym towarzyszem. Widywaliśmy go często, i jego +śmierć była dla nas ciosem. Jak pan uważa, czy bez +natręctwa, mógłbym złożyć dziś wizytę sir Henrykowi?</p> + +<p>— Jestem pewien, że będzie panu rad.</p> + +<p>— A więc odwiedzę go popołudniu. Pragnąłbym, +o ile możności, uprzyjemnić mu pobyt w tych stronach, +zanim przywyknie do ponurej okolicy. Może pan +zechce obejrzeć mój zbiór motyli? Sądzę, że niema +obfitszego w całej Anglii południowej.</p> + +<p>Nie mogłem przyjąć zaproszenia; pilno mi już było +do mego towarzysza. Balem się o niego, byłem mimowoli +pod wrażeniem smutnego krajobrazu, a zapewne +i ostrzeżeń miss Stapleton, wypowiedzianych tak poważnie, +uroczyście niemal, że musiały osłaniać jakąś tajemnicę. +To też, mimo naglących zaprosin na śniadanie, +pożegnałem rodzeństwo i wracałem do dworu tą +samą ścieżką.</p> + +<p>Musiała być jednak inna krótsza droga, bo zanim +doszedłem do gościńca, ku wielkiemu mojemu zdziwieniu +ujrzałem miss Stapleton, siedzącą na kamieniu przy +drodze.</p> + +<p>— Wybiegłam naprzód, aby pana tu spotkać, nie +wzięłam nawet kapelusza — mówiła zdyszana. C<span class="pagenum"><a name="Str_80" id="Str_80">[str. 80]</a></span>hcę +pana prosić, abyś zapomniał moje słowa. Nie tyczyły +się pana.</p> + +<p>— Nie mogę ich zapomnieć, miss Stapleton — odparłem. — +Jestem przyjacielem sir Henryka, chodzi mi +o jego bezpieczeństwo. Niechże mi pani wytłómaczy, +dlaczego radzisz mu pani opuścić te strony i wracać +do Londynu?</p> + +<p>— To był kaprys kobiecy, doktorze Watson. Gdy +mnie pan poznasz, przekonasz się, że nie zawsze umiem +wytłómaczyć pobudki moich słów i czynów.</p> + +<p>— Nie, nie, pamiętam, jak głos pani drżał, pamiętam, +jak pani na mnie patrzała z trwogą. Na miłość +Boską, bądź ze mną szczera, miss Stapleton. Od pierwszej +chwili, gdym zawitał w te strony, czuję coś złowróżbnego +w powietrzu. Stąpamy jakby po owych +zielonych kępach na bagnie, lada chwila możemy w nich +utonąć, a nikt nie chce nam wskazać, gdzie jest niebezpieczeństwo. +Powiedz mi pani, co znaczyły jej słowa, +a wzamian obiecuję, że je powtórzę sir Henrykowi.</p> + +<p>Na twarzy miss Stapleton odbiło się wahanie, ale +trwało krótko.</p> + +<p>— Przywiązujesz pan zbyt wielką wagę do moich +słów — odrzekła. Oboje z bratem zmartwiliśmy się bardzo +śmiercią sir Karola. Odwiedzał nas często, mówił +z przejęciem o klątwie, ciążącej nad jego rodem. Nie +dziw, że po jego tragicznej śmierci gotowa byłam uwierzyć +w słuszność jego obaw, a widząc jego spadkobier<span class="pagenum"><a name="Str_81" id="Str_81">[str. 81]</a></span>cę, +przedstawiciela tejże rodziny, uważałam sobie za +obowiązek przestrzedz go o możliwem niebezpieczeństwie. +To był jedyny cel moich słów.</p> + +<p>— Ale na czem owe niebezpieczeństwo polega?</p> + +<p>— Słyszałeś pan legendę o psie?</p> + +<p>— Nie wierzę w te brednie.</p> + +<p>— Ale ja wierzę. Jeżeli pan ma wpływ na sir +Henryka, wywieź go pan z tej okolicy. Świat szeroki. +Dlaczego sir Henryk ma koniecznie mieszkać tutaj, +gdzie mu grozi niebezpieczeństwo?</p> + +<p>— Dlatego właśnie, że grozi. Taki już jego charakter. +Jeżeli pani nie może przytoczyć mi ważniejszego +powodu, to tym argumentem nie zdołam go +skłonić do opuszczenia Baskerville-Hall.</p> + +<p>— Nie mogę przytoczyć innego powodu, bo żadnego +innego nie znam.</p> + +<p>— Jeszcze jedno pytanie, miss Stapleton. Jeżeli +w słowach pani nie było ukrytego znaczenia, to dlaczego +nie chciałaś, aby je brat usłyszał?</p> + +<p>— Mój brat pragnie, żeby dwór był zamieszkany, +bo sądzi, że obecność właściciela jest konieczną dla +dobra okolicy. Gniewałby się na mnie, gdyby wiedział, +że radzę sir Henrykowi opuścić te strony. Spełniłam +swój obowiązek i nic już więcej nie dodam. Muszę +wracać, bo brat domyśli się, żem rozmawiała +z panem. Dowidzenia!</p> + +<p>Odeszła, pozostawiając mnie na pastwę obaw i niepokojów +o sir Henryka.</p> + + + +<hr style="width: 65%;" /> +<p class="nopad"><span class="pagenum"><a name="Str_82" id="Str_82">[str. 82]</a></span></p> +<h2><a name="VIII" id="VIII"></a>VIII.</h2> + +<h3>Pierwsze sprawozdanie doktora Watson.</h3> + + +<p>Od owego punktu będę przepisywał moje własne +listy do Sherlocka Holmes, albowiem odtwarzają owe +wypadki, myśli i podejrzenia z większą dokładnością, +niż moja pamięć.</p> + +<p><i>Baskerville-Hall</i>, <i>13 października</i>.</p> + +<p>Kochany Holmes! Moje poprzednie listy i depesze +powiadamiały cię dokładnie i szczegółowo o wszystkiem, +co się działo w tym ponurym zakątku.</p> + +<p>Im dłużej tu bawię, tem bardziej czuję się smutny +i zaniepokojony. Te bagna rzucają cień na duszę. +Zdaje mi się, żem się przeniósł nietylko do innego kraju, +ale i w inną epokę, że żyję w czasach przedhistorycznych.</p> + +<p>Kamienne siedziby naszych przodków zasiewają +gęsto oparzelisko, i dziwić się należy, dlaczego oni +osiedlali się w tych bagnach? Przypuszczam, że to był +szczep tchórzliwy, stroniący od wojowniczych sąsiadów, +a trzęsawisko było najpewniejszą przeciw nim +warownią.<span class="pagenum"><a name="Str_83" id="Str_83">[str. 83]</a></span></p> + +<p>Te hypotezy nie mają jednak nic wspólnego z mojem +posłannictwem i nie zaciekawią twojego praktycznego +umysłu. Wiem, jak ci jest obojętnem, czy ziemia +obraca się dokoła słońca, czy też dzieje się odwrotnie. +Wracam do faktów, tyczących się sir Henryka +Baskerville.</p> + +<p>Jeżeliś nie otrzymywał sprawozdań przez parę dni +ostatnich, to tylko dlatego, że do dziś nie było o czem +pisać. Dzisiaj zdarzyła się okoliczność niezwykła, lecz +zanim ci ją opowiem, muszę cię obznajmiċ z innemi +stronami sytuacyi.</p> + +<p>Wspomniałem ci już o zbiegłym więźniu, który +się ukrywa wśród bagien. Według wszelkiego prawdopodobieństwa, +opuścił już te strony, co jest pożądanem +dla mieszkańców, żyjących na pustkowiu.</p> + +<p>Dwa tygodnie już minęło od jego ucieczki, a dotychczas +nikt go nie widział i nikt o nim nie słyszał. +Łatwo wprawdzie ukryć się na tem trzęsawisku, usianem +głazami, które służyły za schronienie przedhistorycznemu +człowiekowi, ale niema tam żadnego pożywienia; +sądzimy zatem, że uciekł, a okoliczni fermerzy +zaczynają nabierać otuchy.</p> + +<p>W pałacu jest nas czterech silnych mężczyzn; możnaby +się obronić w danym razie; ale przyznaję, żem +się obawiał o Stapletonów. Mieszkają na zupełnem pustkowiu, +o parę mil od ludzkich siedzib, trzymają tylko +służącego i kucharkę. Brat jest wątły i niezbyt silny, +siostra, jakkolwiek rosła i dobrze zbudowana, nie mogłaby +stawić oporu takiemu zbójowi. Gdyby ich napadł, +byliby na jego łasce i niełasce. Sir Henryk +jest o nich zatrwożony; dawał im na wszelki wypadek +<i>grooma</i> Perkinsa, ale Stapleton odmówił stanowczo.</p> + +<p>Nasz baronet zaczyna interesować się żywo piękną<span class="pagenum"><a name="Str_84" id="Str_84">[str. 84]</a></span> +sąsiadką. Nic dziwnego, że wśród życia tak jednostajnego +szuka rozrywki, a dziwić się można tem mniej, że +panna prześliczna. Jest w niej coś gorącego, podzwrotnikowego; +sprzeczność pomiędzy nią a chłodnym, +brzydkim bratem — zdumiewająca. Chociaż i on robi +wrażenie wulkanu, przysypanego popiołami. Ma widocznie +wielki wpływ na siostrę; zauważyłem, że miss +Beryl, mówiąc, spogląda wciąż na niego, jak gdyby +szukała aprobaty. On ma w oczach groźne błyski, +a zacięte usta zdradzają naturę twardą i nieubłaganą. +Byłby ciekawem studyum dla ciebie.</p> + +<p>Złożył wizytę Baskervillowi nazajutrz po naszym +przyjeździe, a zaraz następnego poranku zaprowadził +nas na miejsce, wsławione legendą o okrutnym Hugonie. +Jest to daleka, kilkomilowa wycieczka przez łąkę +i trzęsawiska, a miejsce samo tak ponure, że mogło natchnąć +pomysłem do krwawej legendy. Sterczą na +niem dwa olbrzymie, spiczaste głazy; sir Henryk był +wzruszony i kilkakrotnie zapytywał Stapletona, czy +doprawdy wierzy w oddziaływanie sił nadprzyrodzonych +na bieg naszego życia.</p> + +<p>Pytał wesoło, ale było widać, że bierze tę rzecz +poważnie. Stapleton był ostrożny w odpowiedziach, +ale można było poznać, że powstrzymuje się od wyrażenia +swoich myśli ze względu na spokój baroneta. +Opowiedział nam kilka wypadków, w których starożytne +rody były prześladowane przez jakąś siłę nieczystą +i zostawił nas pod wrażeniem, że przywiązuje +wiarę do owej legendy.</p> + +<p>Wracając z tej wycieczki, zaprosił nas na śniadanie +do Merripit-House i wtedy sir Henryk poznał miss +Stapleton. Od pierwszej chwili zrobiła na nim wielkie +wrażenie, a jeśli się nie mylę, było zobopólne. Od<span class="pagenum"><a name="Str_85" id="Str_85">[str. 85]</a></span> +owego dnia, baronet bywa tam codzień. Dzisiaj zaprosił +na obiad rodzeństwo. Możnaby sądzić, że taki maryaż +powinien być mile widzianym przez Stapletona, +jednak spostrzegam niezadowolenie na jego twarzy, +ilekroć sir Henryk zbliża się do jego siostry, lub okazuje +swój zachwyt. Tłómaczę to sobie egoistycznem +przywiązaniem, bo życie przyrodnika na tem pustkowiu +byłoby jeszcze smutniejsze, gdyby go nie opromieniała +miss Beryl. Wątpię, czy Stapleton posunie tak +dalece egoizm, aby się sprzeciwić temu świetnemu małżeństwu, +choć widocznie nie życzy sobie zażyłości pomiędzy +siostrą a baronetem; parę razy przeszkadzał im +w rozmowie sam na sam.</p> + +<p>Bądź co bądź, trudno mi będzie teraz spełnić twoje +polecenie: abym nigdy nie opuszczał sir Henryka. +Sprzykrzyłbym mu się prędko, gdybym chodził za nim, +jak cień.</p> + +<p>Onegdaj, we czwartek, doktor Mortimer był u nas +na śniadaniu. Przy wykopaliskach w Long-Dawn udało +mu się znaleźć czaszkę przedhistorycznego człowieka. +Jest uradowany. Trudno o większego entuzyastę +i maniaka.</p> + +<p>Po śniadaniu przybyli Stapletonowie. Na prośby +sir Henryka, doktor zaprowadził nas wszystkich do +Alei Wiązów, aby nam pokazać, jak się rzeczy miały +owej nocy.</p> + +<p>Aleja jest długa, po obu stronach szerokie żywopłoty, +za nimi — trawniki. Na końcu alei wznosi się +letni domek, rodzaj altany. W połowie drogi jest +furtka, prowadząca na łąkę, za którą leży trzęsawisko. +Furtka jest drewniana, biała, ma klamkę i zasuwę. Pamiętałem +twoją hypotezę i starałem się odtworzyć +w myśli katastrofę.<span class="pagenum"><a name="Str_86" id="Str_86">[str. 86]</a></span></p> + +<p>Stojąc przy tej furtce, biedny sir Karol ujrzał coś, +co go tak wystraszyło, że stracił przytomność i zaczął +biedz prosto przed siebie, aż mu tchu zbrakło +i padł nieżywy z wycieńczenia i trwogi. Uciekał +liściastym tunelem. Co go wystraszyło? Pies zwyczajny, +pasterski, czy też jakieś stworzenie fantastyczne, +widmowe? Była-li w tem ręka ludzka, czy też moc +nadprzyrodzona? Może blady Barrymore wie o tem +zdarzeniu daleko więcej, niż mówi? Jakiekolwiek jest +rozwiązanie zagadki, ostatniem jej słowem — zbrodnia.</p> + +<p>Poznałem jeszcze jednego sąsiada, pana Frankland +z Lafter Hall. Mieszka o cztery mile od nas. +Jest to człowiek niemłody, siwy, temperamentu cholerycznego, +zawołany pieniacz; pół majątku stracił na +procesy. Nie chodzi mu o przedmiot sporny, lecz +o sam proces. Czasami zamyka drogę publiczną +i zmusza gminę do pozywania go przed sądy. Innym +razem wdziera się w drogę prywatną, dowodząc, że służyła +dawniej do publicznego użytku. Zna wszystkie +prawa obyczajowe, niekiedy używa swych wiadomości +na korzyść włościan z Fernworthy, a czasem przeciwko +nim; bywa niesiony w tryumfie przez wieś, lub palony +<i>in effigie</i>, stosownie do swej działalności.</p> + +<p>Ma obecnie siedem procesów, które zapewne pochłoną +resztę jego fortuny.</p> + +<p>Po za tą manią wydaje się dobrodusznym, poczciwym +staruszkiem; wspominam o nim dlatego tylko, żeś +mi polecił opisywać ci wszystkie osoby, które spotykam +i o których słyszę.</p> + +<p>Obecnie pan Frankland ma nowa rozrywkę: przez +wyborny teleskop, dniami całemi z dachu swego domu +wypatruje zbiegłego więźnia. Gdybyż tylko na +tem poprzestał! ale on chce podobno wytoczyć proces<span class="pagenum"><a name="Str_87" id="Str_87">[str. 87]</a></span> +doktorowi Mortimer za otwarcie grobu przedhistorycznego +bez pozwolenia potomków, a to skutkiem... czaszki +z epoki neolitycznej, odgrzebanej w Long-Dawn. +Bądź co bądź urozmaica nam jednostajność życia +i wprowadza do niego trochę komicznego <a class="ins" href="#tnote_25" name="tAnchor_25" title="pierwiastku">pierwiastku.</a></p> + +<p>A teraz, doniosłszy ci o zbiegłym więźniu, opisawszy +ci rodzeństwo Stapleton, doktora Mortimer +i pana Frankland z <a class="ins" href="#tnote_26" name="tAnchor_26" title="Lafter-Hall">Lofter-Hall</a>, powiem ci coś bardzo +ciekawego o Barrymorze i o niezwykłych zdarzeniach +zeszłej nocy.</p> + +<p>Naprzód słówko o telegramie, któryś wysłał z Londynu, +a który miał nam służyć za dowód obecności +Barrymora w pałacu.</p> + +<p>Donosiłem ci już, że, sądząc ze słów pocztmistrza, +doszedłem do przekonania, iż ta próba niczego nie dowiodła. +Mówiłem o tem sir Henrykowi, a on, ze zwykłą +sobie szczerością, wezwał Barrymora i zapytał go, +czy dostał telegram. Barrymore odpowiedział twierdząco.</p> + +<p>— Czy chłopiec oddał ci go do rąk? — pytał sir +Henryk.</p> + +<p>Barrymore spojrzał ze zdziwieniem.</p> + +<p>— Nie — odparł po namyśle — byłem wtedy na +strychu, ale moja żona odniosła mi zaraz depeszę.</p> + +<p>— Czyś odpowiedział na nią sam?</p> + +<p>— Prosiłem żony, żeby mnie wyręczyła.</p> + +<p>Po obiedzie wszczął znowu tę sprawę z własnego +impulsu.</p> + +<p>— Nie rozumiałem, dlaczego mnie jaśnie pan pytał +o ów telegram — rzekł. — Czy zrobiłem co niewłaściwego?</p> + +<p>Sir Henryk uspokoił go w tym względzie i ofiaro<span class="pagenum"><a name="Str_88" id="Str_88">[str. 88]</a></span>wał +mu część swojej garderoby, ponieważ nadeszły już +garnitury, obstalowane w Londynie.</p> + +<p>Mrs. Barrymore zaciekawia mnie. Jest to niewiasta +gruba, ociężała, poważna, wygląda na purytankę. +Trudno sobie wyobrazić osobę mniej wrażliwą, a jednak +opowiedziałem ci już, żem słyszał wyraźnie jej płacz +pierwszej nocy naszego pobytu w Baskerville-Hall; potem +widziałem nieraz ślady łez na jej twarzy. Musi +mieć jakoś wielką zgryzotę. Czasami zastanawiam się, +czy jej nie trapią wyrzuty sumienia, a chwilami posądzam +Barrymora, iż jest tyranem.</p> + +<p>Zauważyłem w nim odrazu coś niezwykłego; ale +to, com widział zeszłej nocy, utrwala mnie w najgorszych +posądzeniach.</p> + +<p>A jednak sam fakt może się wydać błahym.</p> + +<p>Wiesz, że mam sen lekki, a od chwili, gdym tu +przybył w charakterze anioła-stróża, sypiam z otwartemi +oczyma, jak zając.</p> + +<p>Otóż wczorajszej nocy, około drugiej, obudził +mnie odgłos kroków, przechodzących obok mojego pokoju. +Wstałem, uchyliłem drzwi i wyjrzałem. Po korytarzu +sunął długi cień, rzucany przez mężczyznę, zakradającego +się na palcach ze świecą w ręku. Był +w koszuli i spodniach, szedł boso, powoli i bardzo ostrożnie, +w całem jego zachowaniu było coś tajemniczego.</p> + +<p>Korytarz przecięty jest balkonem, znajdującym się +nad główną sienią i portykiem, ale biegnie dalej po jego +drugiej stronie. Gdym stanął przy balkonie, ów +cień dotarł już był do drugiego końca korytarza; po +blasku światła zmiarkowałem, że wszedł do jednego +z przyległych pokojów.</p> + +<p>Ponieważ wszystkie te pokoje są nieumeblowane, +przeto cel wędrówki stawał się jeszcze bardziej zagad<span class="pagenum"><a name="Str_89" id="Str_89">[str. 89]</a></span>kowym. +Światło błyszczało stale w jednym punkcie. Zajrzałem +do tego pokoju przez drzwi uchylone.</p> + +<p>Barrymore stał pod oknem i trzymał świecę przy +samej szybie. Zwrócony był do mnie profilem; widziałem +na jego twarzy wyczekiwanie i niepokój. Przez +chwilę stał nieruchomo, wreszcie coś mruknął, machnął +ręką i świecę odstawił.</p> + +<p>Uciekłem do mego pokoju. Niebawem doleciały +mnie znowu ciche kroki. Barrymore wracał.</p> + +<p>Przez długi czas nie mogłem się uspokoić, tysiączne +myśli i podejrzenia przelatywały mi po głowie. +Już w pół-śnie usłyszałem zgrzyt klucza we drzwiach, +ale nie mogłem umiarkować, w których.</p> + +<p>Co to wszystko znaczy — nie wiem, lecz w każdym +razie dzieją się w tym domu rzeczy dziwne, nie +rokujące nic dobrego. Wcześniej, czy później, wyświetlimy +zagadkę. Nie chcę cię bałamucić mojemi przypuszczeniami, +albowiem żądasz tylko faktów.</p> + +<p>Miałem dziś rano długą rozmowę z sir Henrykiem +i obmyśliliśmy plan kampanii. Znajdziesz go w moim +następnym liście.</p> + + + +<hr style="width: 65%;" /> +<p class="nopad"><span class="pagenum"><a name="Str_90" id="Str_90">[str. 90]</a></span></p> +<h2><a name="IX" id="IX"></a>IX.</h2> + +<h3>(Drugie sprawozdanie doktora Watsona).</h3> + +<h3>Światło na bagnie.</h3> + + +<p class="right"> +<i>Baskerville-Hall, 15 października.</i> +</p> + +<p>Kochany Holmes!</p> + +<p>Pozostawiłem cię wprawdzie długo bez wiadomości, +za to dziś pragnę cię odszkodować.</p> + +<p>Fakty następowały tak szybko po sobie, że trudno +było je spisywać. Donosiłem ci, żem widział Barrymora, +zakradającego się po nocy ze światłem w ręce +do pustego pokoju. Teraz mam całą wiązankę nowin. +Rzeczy wzięły obrót niespodziewany, w ciągu dwu dni +ostatnich wyświetliła się niejedna zagadka, a inne zaciemniły +się jeszcze bardziej. Sam osądź.</p> + +<p>Nazajutrz, przed śniadaniem, poszedłem do pustego +pokoju, nawiedzonego przez Barrymora nocy ubiegłej. +Okno, przez które przechodził, wychodziło na zachód +i odznaczało się tem od innych, że był z niego +najbliższy widok na bagno. Jest tam puste miejsce pomiędzy +dwoma drzewami, przez które widać zblizka +łąkę i oparzelisko, wówczas, gdy z innych okien widok +na nie jest dalszy i zasłoniony.<span class="pagenum"><a name="Str_91" id="Str_91">[str. 91]</a></span></p> + +<p>Czyżby Barrymore upatrywał kogoś lub czegoś na +bagnie? Noc była tak ciemna, że przy najlepszym +wzroku niepodobna było nic dojrzeć. Więc jakiż był +cel tych obserwacyj?</p> + +<p>W pierwszej chwili sądziłem, że to intryga miłosna. +Dlatego zakradał się boso, dlatego był niespokojny. +Barrymore jest niezwykle pięknym mężczyzną +i może mieć powodzenie u kobiet — ta hypoteza wydała +mi się prawdopodobną. <a class="ins" href="#tnote_27" name="tAnchor_27" title="Zdrzyt">Zgrzyt</a> klucza w zamku +świadczył może o potajemnem wyjściu na schadzkę.</p> + +<p>Takie wysnuwałem wnioski; opowiadam ci je, chociaż +rezultat wykazał ich bezpodstawność.</p> + +<p>Sądząc, że nie mam prawa zachowywać ich dla +siebie, zwierzyłem się z nich przed sir Henrykiem, opowiedziawszy +mu wpierw, com widział. Był mniej zdziwiony, +niż mogłem przypuszczać.</p> + +<p>— Wiem, że Barrymore chodzi po nocy — oświadczył. — +Kilka razy słyszałem jego kroki w korytarzu +o jednej i tej samej godzinie.</p> + +<p>— Więc może co nocy chodzi do okna?</p> + +<p>— Może. W takim razie schwytamy go na gorącym +uczynku i przekonamy się o celu jego wędrówek. +Ciekaw też jestem, jakby postąpił Holmes na naszem +miejscu?</p> + +<p>— Sądzę, że zrobiłby to samo, co pan zamierzasz +— odparłem. — Boję się tylko, aby Barrymore nie +usłyszał naszych kroków.</p> + +<p>— Ma słuch tępy; zauważyłem to już nieraz. Zatem +dziś wieczorem zaczaimy się w moim pokoju.</p> + +<p>Sir Karol był rad widocznie; ta nowa wyprawa +była urozmaiceniem nudnego życia.</p> + +<p>W pałacu panował ruch gorączkowy. Baronet +sprowadził architekta z Londynu, zaś z Plymouth — sto<span class="pagenum"><a name="Str_92" id="Str_92">[str. 92]</a></span>larzy +i dekoratorów; nie szczędził kosztów, aby przywrócić +dawny blask siedzibie swoich przodków.</p> + +<p>Skoro pałac zostanie urządzony, brak w nim będzie +tylko — pięknej pani domu.</p> + +<p>Między nami mówiąc, łatwo domyślam się, kto +mógłby zająć to miejsce. Baronet zakochany po uszy +w naszej pięknej sąsiadce, miss Stapleton.</p> + +<p>Lecz na drodze tej miłości istnieją przeszkody. +Niedalej, jak dziś, sir Henryk miał przykrą niespodziankę.</p> + +<p>Po naszej rozmowie o Barrymorze, wziął czapkę +i wyszedł. Ja za nim.</p> + +<p>— Towarzyszysz mi, Watson?... — zapytał z widocznym +niezadowoleniem.</p> + +<p>— To zależy od tego, dokąd pan idzie; jeżeli na +łąkę i bagno, pójdę z panem.</p> + +<p>— Właśnie tam podążam.</p> + +<p>— Wszak pan wie, co mi polecił Holmes... Przykro +mi, że się panu narzucam, ale nie mogę puścić +pana samego na trzęsawiska.</p> + +<p>Sir Henryk położył mi rękę na ramieniu.</p> + +<p>— Mój drogi — rzekł z uśmiechom — Sherlock +Holmes, pomimo swej przenikliwości, nie przewidział +tego, co wynikło od czasu, jak zamieszkałem nad bagnem. +Wszak mnie rozumiesz?... I jestem pewien, że +nie zechcesz przeszkadzać mi w takiej chwili.</p> + +<p>Byłem w trudnem położeniu, a gdym tak stał +zafrasowany, mój towarzysz odwrócił się i poszedł +przez łąkę.</p> + +<p>Czyniłem sobie wyrzuty, że go pozostawiam własnemu +losowi. A nuż go spotka nieszczęście!...</p> + +<p>Na samą myśl o tem, krew uderzyła mi do głowy.<span class="pagenum"><a name="Str_93" id="Str_93">[str. 93]</a></span></p> + +<p>Może jeszcze nie zapóźno, może zdołam go dogonić...</p> + +<p>Podążyłem w kierunku, w którym sir Henryk odszedł, +ale nic mogłem go dostrzedz, aż wreszcie ukazał +mi się na zakręcie drogi, tam, gdzie ścieżka, wiodąca +przez trzęsawisko, odbiega od gościńca.</p> + +<p>Skręciłem w bok, i zamiast iść za nim, wspiąłem +się na mały pagórek, skąd było widać całą równinę. +Ukrywszy się za skałą, śledziłem jego kroki.</p> + +<p>Uszedł ścieżką dobre pół mili, gdy nagle zobaczyłem +zbliżającą się ku niemu pannę Stapleton.</p> + +<p>A więc to była schadzka umówiona...</p> + +<p>Przywitawszy się, szli dalej, bardzo wolno; z poruszenia +rąk miarkowałem, że miss <a class="ins" href="#tnote_28" name="tAnchor_28" title="Baryl">Beryl</a> o coś go prosi.</p> + +<p>Namyślałem się, co robić. Wstrętnym jest szpiegować +przyjaciela; w danych okolicznościach było +to moim obowiązkiem; lecz gdyby mu groziło niebezpieczeństwo, +byłem zadaleko, aby nieść pomoc. +Więc cóż począć? Wahałem się między poczuciem delikatności +a obowiązku.</p> + +<p>Tymczasem sir Henryk i jego towarzyszka stanęli +na ścieżce. Rozmawiali bardzo żywo. Nagle spostrzegłem, +że nie ja jeden jestem świadkiem ich spotkania. +Ujrzałem coś zielonego, zawieszonego w powietrzu. +Przyjrzawszy się, zobaczyłem, że to siatka na +motyle.</p> + +<p>Szedł Stapleton. Był daleko bliżej od młodej pary, +niż ją i widocznie podążał ku niej.</p> + +<p>Wtem sir Henryk objął wpół miss Stapleton; zdawało +mi się, że ona broni się od uścisku. Pochylił się +nad nią, chciał ją pocałować — zasłoniła się ręką.</p> + +<p>Nagle odskoczyli od siebie. Spłoszył ich Stapleton. +Pędził co tchu, wymachiwał rękoma, a gdy się<span class="pagenum"><a name="Str_94" id="Str_94">[str. 94]</a></span> +z nimi zrównał — tupał nogami i zapewne krzyczał i robił +wymówki sir Henrykowi. Ten widocznie usprawiedliwiał +się.</p> + +<p>Wreszcie Stapleton skinął na siostrę, która po +chwili wahania poszła za nim, rzuciwszy spojrzenie baronetowi.</p> + +<p>On stał długo, jak wryty, wreszcie odszedł krokiem +powolnym, z głową zwieszoną.</p> + +<p>Co to wszystko znaczyło? Nie mogłem pojąć, lecz +byłem wzburzony widokiem tej sceny. Zbiegłem ze +wzgórza i spotkałem się z sir Henrykiem.</p> + +<p>— Watson! — zawołał. — Skądże się tu wziąłeś? +Czyżbyś mnie śledził wbrew mojej woli?</p> + +<p>Wyznałem mu prawdę. W pierwszej chwili oczy +zapałały mu gniewem, lecz rozbroiła go widocznie moja +szczerość; koniec końców — roześmiał się.</p> + +<p>— Możnaby sądzić, że takie pustkowie sprzyja samotności, +a jednak — mówił żartobliwie — niepodobna +konkurować bez świadków... Smutne to zresztą konkury. +Gdzieżeś się ukrywał?</p> + +<p>— Za temi skałami, na wzgórzu.</p> + +<p>— Czy widziałeś, z której strony jej brat przyszedł?</p> + +<p>— Z przeciwnej.</p> + +<p>— Czy on robi na tobie wrażenie waryata?</p> + +<p>— Nie.</p> + +<p>— Od pierwszej chwili wydał mi się nienormalnym, +a teraz gotów jestem przypuścić, że mnie, albo +jemu braknie piątej klepki. Słuchaj, Watson: żyjesz +już ze mną parę tygodni, powiedz mi szczerze, czyś nie +spostrzegł we mnie jakiego umysłowego zboczenia? +Jak znajdujesz: czy mógłbym być dobrym mężem dla +kobiety ukochanej?<span class="pagenum"><a name="Str_95" id="Str_95">[str. 95]</a></span></p> + +<p>— Zdaje mi się, że najlepszym.</p> + +<p>— Wszak on nic nie może zarzucić mojemu stanowisku +społecznemu. Więc cóż ma przeciwko mojej +osobie? Nie skrzywdziłem nikogo, żyłem uczciwie. +A jednak nie pozwala mi dotknąć bodaj końca jej paluszków.</p> + +<p>— Czy wręcz zabronił?</p> + +<p>— Tak, i powiedział mi wiele innych przykrych +rzeczy. Mówię ci, Watson, choć znam ją od paru tygodni, +czuję, że z żadną kobietą nie byłbym tak szczęśliwy, +jak z nią; a zdaje mi się, że i ona odpłaca mi +wzajemnością. W oczach kobiety bywają błyski, wymowniejsze +od słów. Ale ten nieznośny brat nie pozwala +nam się porozumieć. Dziś po raz pierwszy zdarzyła +mi się sposobność widzieć ją sam na sam. Cieszyło +ją to widocznie, choć nie chciała słuchać moich +wynurzeń miłosnych. Wracała wciąż do jednego przedmiotu, +ostrzegając mnie o <a class="ins" href="#tnote_29" name="tAnchor_29" title="grążącem">grożącem</a> niebezpieczeństwie +i dowodząc, że póty nie będzie miała spokoju, +dopóki ja tych stron nie opuszczę. Powiedziałem jej, +że nie pilno mi odjeżdżać, skoro ona tu przebywa, i że +jeśli dba istotnie o moje bezpieczeństwo, to opuści tę +okolicę wraz ze mną, i prosiłem o jej rękę. Zanim jednak +zdążyła mi odpowiedzieć, ten jej utrapiony brat +wpadł między nas, jak kula. Był blady z gniewu, +trząsł się, a z jasnych oczu padały pioruny.</p> + +<p>Jak śmiałem przemawiać w ten sposób do jego +siostry? — wołał. — Czy dlatego, że jestem baronetem, +to wszystko mi wolno?...</p> + +<p>Tłómaczyłem mu, że nie potrzebuję wstydzić się +moich uczuć dla miss Beryl i że mam nadzieję, iż zaszczyci +mnie swoją ręką.</p> + +<p>Nie polepszyło to sprawy. Stapleton rozwścieczył<span class="pagenum"><a name="Str_96" id="Str_96">[str. 96]</a></span> +się na dobre. I mnie zbrakło cierpliwości. Odpowiedziałem +mu, za ostro ze względu na jej obecność.</p> + +<p>Skończyło się na tem, że on odszedł z siostrą, +a ja powracam, jak niepyszny. Wytłómacz mi, co to +znaczy, a <a class="ins" href="#tnote_30" name="tAnchor_30" title="bęędę">będę</a> ci wdzięczny do śmierci.</p> + +<p>Dawałem kilka wyjaśnień, ale nie zadowoliły sir +Henryka, bo istotnie, co można mu zarzucić?</p> + +<p>Przemawia za nim tytuł, fortuna, charakter, wiek +i uroda. Jedyny zarzut, jaki możnaby mu czynić — +to, że fatalizm ściga jego rodzinę. Ale Stapleton, jako +człowiek uczony, nie powinienby przywiązywać wagi +do przesądów.</p> + +<p>To też nie pojmuję, dlaczego odrzuca jego zabiegi, +nie pytając nawet, czy siostra jest mu przychylna, +a dziwi mnie nadto, że ona słucha go ślepo.</p> + +<p>Nasze domysły na ten temat przerwał sam Stapleton, +który przybył po południu, aby przeprosić baroneta +za swoją porywczość.</p> + +<p>Po długiej rozmowie sam na sam z sir Henrykiem +w jego gabinecie, wyszli pogodzeni. Dla przypieczętowania +zgody, zaprosił nas na obiad do Merripit-House.</p> + +<p>— Dziwny to człowiek — rzekł do mnie sir Henryk +po jego odejściu. — Nie mogę zapomnieć wzroku, +jakim mnie piorunował dziś rano, ale mimo to muszę +przyznać, że teraz znalazł się przyzwoicie.</p> + +<p>— Czy wytłómaczył swe postąpienie?</p> + +<p>— Mówił, że siostra jest mu wszystkiem na świecie. +Żyli zawsze razem, ona mu była jedynym towarzyszem. +Sama myśl o utraceniu jej doprowadza go do +rozpaczy. Nie spostrzegł mojej skłonności ku Beryl, +a gdy ją ujrzał w moich objęciach, ogarnął go taki +gniew samolubny, że stracił przytomność i nie odpowiada +za swoje słowa i czyny. Przepraszał jednak<span class="pagenum"><a name="Str_97" id="Str_97">[str. 97]</a></span> +i uznawał, że byłoby szaleństwem chcieć zatrzymać +przy sobie kobietę tak piękną, jak jego siostra. Jeżeli +ma go opuścić, to on, Stapleton, woli, żeby poślubiła +sąsiada, mieszkającego tak blizko, niż kogokolwiek innego. +Ale musi oswoić się z tą myślą. Gotów jest +mi przyrzec jej rękę, jeżeli wzamian zobowiążę się +słowem honoru, że przez trzy miesiące nie wspomnę +jej o miłości, nie będę starał się widywać jej sam na +sam i zadowolę się zwykłym stosunkiem towarzyskim. +Obiecałem mu to solennie i rzeczy na tem +stanęły.</p> + +<p>A więc jedna z tajemnic już wyjaśniona. Uczuliśmy +grunt pod nogami w bagnie, po którem błądzimy +poomacku.</p> + +<p>Wiemy już teraz, dlaczego Stapleton patrzał niechętnie +na konkurenta siostry; chociaż ten konkurent +jest jedną z pierwszych partyj w kraju.</p> + +<p>A teraz przechodzę do innej nici, którą wyciągnąłem +ze splątanego motka — do przyczyny łez pani Barrymore +i tajemniczych nocnych wędrówek jej męża.</p> + +<p>Powinszuj mi, Holmes, i przyznaj, że nie zawiodłem +twego zaufania. Ta zagadka została wyjaśniona +w jedną noc.</p> + +<p>Napisałem: „w jedną noc”, właściwie jednak stało +się to w ciągu dwóch nocy, albowiem pierwsze próby +chybiły.</p> + +<p>Siedziałem z sir Henrykiem w jego pokoju <a class="ins" href="#tnote_31" name="tAnchor_31" title="do do">do</a> +trzeciej zrana, ale nie doleciał nas żaden inny szmer, +oprócz głosu zegaru. Wreszcie usnęliśmy obaj na +krzesłach.</p> + +<p>Niezrażeni tem, postanowiliśmy próbę ponowić. +Następnej nocy zgasiliśmy lampkę, i zapaliwszy papierosy, +czekaliśmy, co będzie dalej.<span class="pagenum"><a name="Str_98" id="Str_98">[str. 98]</a></span></p> + +<p>Godziny wlokły się powoli. Wybiła pierwsza, druga; +już nas sen morzył, gdy nagle obaj wyprostowaliśmy +się na krzesłach. Doleciał nas odgłos kroków.</p> + +<p>Zakradały się cichutko i wreszcie umilkły w oddali. +Wtedy baronet drzwi otworzył i wyszliśmy na +palcach.</p> + +<p>Barrymore minął już galeryę, korytarz był pogrążony +w ciemnościach.</p> + +<p>Doszliśmy na palcach do drugiego skrzydła +w chwili, gdy kamerdyner wsuwał się do pokoju, na +końcu korytarza. Zamknął drzwi za sobą. Podsunęliśmy +się cichutko, stąpając ostrożnie, w obawie, aby nas +nie zdradziło skrzypnięcie podłogi. Zajrzeliśmy przez +dziurkę od klucza. Barrymore stał przy oknie ze świecą +w ręku.</p> + +<p>Nie ułożyliśmy planu kampanii, ale baronet uważa +prostą drogę za najkrótszą i najwłaściwszą. Nie namyślając +się, wszedł do pokoju. Barrymore odskoczył od +okna.</p> + +<p>— Co ty tu robisz? — zapytał go sir Henryk.</p> + +<p>— Nic, proszę pana.</p> + +<p>Był tak wystraszony, że świeca podskakiwała mu +w ręku.</p> + +<p>— Przyszedłem zobaczyć, czy okno zamknięte... +Zamykam codzień wszystkie okna, żeby się złodziej +nie zakradł.</p> + +<p>— Tak, zwłaszcza tutaj, na... drugie piętro. Słuchaj, +Barrymore — rzekł — postanowiliśmy obaj zmusić +cię do powiedzenia prawdy. Im prędzej ją wyznasz, +tem lepiej dla ciebie. Dość tych kłamstw. Gadaj! +Coś tu robił?</p> + +<p>Spojrzał na nas z rozpaczą, załamał ręce bezradnie.<span class="pagenum"><a name="Str_99" id="Str_99">[str. 99]</a></span></p> + +<p>— Nie robiłem nic złego — szepnął. — Trzymałem +świecę w oknie.</p> + +<p>— A dlaczego ją trzymałeś?</p> + +<p>— Niech mnie pan o to nie pyta. Daję panu słowo +honoru, że to cudza tajemnica. Nie mogę jej wyjawić. +Gdyby chodziło tylko o mnie, wyznałbym panu +całą prawdę.</p> + +<p>Błysnęła mi nagła myśl. Wziąłem świecę, którą +Barrymore postawił był na oknie.</p> + +<p>— To zapewne sygnał umówiony — rzekłem. — Zobaczmy, +jaka będzie odpowiedź.</p> + +<p>Podniosłem świecę w górę i trzymałem ją tak, jak +on przed naszem wejściem. Pomimo ciemności, bo księżyc +był zasłonięty chmurami, widać było drzewa, a dalej +łąkę. Wtem zobaczyłem blade światełko na bagnie.</p> + +<p>— Jest sygnał! — zawołałem.</p> + +<p>— Nie, proszę pana, to nic nie znaczy — przerwał +mi Barrymore. — Upewniam pana, że to przypadkowe.</p> + +<p>— Poruszaj świecą, Watson — zawołał baronet. — Widzisz? +I tamto światło rusza się... Czy i teraz, łotrze, +będziesz przeczył, że dawaliście sobie sygnały?... +Chodź-no tutaj. Mów, kto jest twoim wspólnikiem i jaki +knujecie spisek?</p> + +<p>Twarz kamerdynera pociemniała od tłumionego +gniewu.</p> + +<p>— Nie powiem! — oświadczył butnie. — To moja +rzecz, nie pańska.</p> + +<p>— W takim razie wynoś się zaraz z mego domu!</p> + +<p>— Dobrze. Jeśli trzeba, to trudno.</p> + +<p>— I żebyś mi się nie pokazywał na oczy! To +wstyd, hańba!... Twoja rodzina służyła mojej przez +kilka pokoleń, a ty knujesz przeciwko mnie spiski?...</p> + +<p>— Nie, nie przeciw panu.<span class="pagenum"><a name="Str_100" id="Str_100">[str. 100]</a></span></p> + +<p>Słowa te były wypowiedziane głosem kobiecym. +Na progu stała pani Barrymore, jeszcze bledsza od +męża.</p> + +<p>— Wynosimy się stąd, Elizo — oznajmił jej kamerdyner. +— Pakuj nasze rzeczy.</p> + +<p>— O, John! John! Ja cię zgubiłam!... To wszystko +moja wina, sir Henryku, moja wyłącznie... On nie +winien. Robił to dla mnie, bo go o to prosiłam.</p> + +<p>— Mów pani, wytłómacz, co to znaczy? — zawołał +sir Henryk.</p> + +<p>— Mój nieszczęsny brat umiera z głodu, tam, na +bagnie... Nie możemy go opuścić... To światło jest +sygnałem, że przygotowaliśmy dla niego pożywienie... +a tamto światełko wskazuje, gdzie mamy je przynieść...</p> + +<p>— A więc brat pani jest...</p> + +<p>— Zbiegłym więźniem... mordercą... Seldon.</p> + +<p>— To prawda — przytwierdził Barrymore. — Mówiłem, +że tajemnica nie moja i że nie mam prawa jej +zdradzić. Ale teraz sir Henryk przekonał się, że to nie +był spisek przeciw niemu...</p> + +<p>Takie jest zatem wyjaśnienie nocnych wędrówek +i światła w oknie.</p> + +<p>Sir Henryk i ja patrzaliśmy na tę kobietę ze zdumieniem. +Czyż podobna, aby osoba tak przyzwoita +i poważna miała w swoich żyłach tę samą krew, co +słynny zbrodniarz?...</p> + +<p>— Tak, panie — mówiła jakby w odpowiedzi na +nasze myśli. — Moje panieńskie nazwisko było Seldon, +a to mój brat młodszy... Psuliśmy go za jego lat dziecinnych, +wszystko mu było wolno, więc nabrał przekonania, +że świat istnieje dla jego przyjemności... Gdy +dorósł, wdał się w złe towarzystwo, zaczął hulać i je<span class="pagenum"><a name="Str_101" id="Str_101">[str. 101]</a></span>szcze +gorzej... Wpędził naszą biedną matkę do grobu, +a nasze nazwisko błotem obryzgał. Upadał coraz niżej, +wreszcie spełnił tę ostatnią zbrodnię... Ale dla mnie +jest on zawsze małym chłopaczkiem z jasnymi kędziorami, +którego niańczyłam, jako starsza siostra. Dlatego +uciekł z więzienia. Wiedział, że ja tu jestem i że +mu nie odmówię pomocy... Przywlókł się do nas, wycieńczony, +zgłodniały, ścigany przez policyę. Cóż miałam +począć?... Wzięliśmy go, zamknęli na strychu, żywiliśmy +go, przyodziali. Po powrocie jaśnie pana, brat +sądził, że będzie bezpieczniejszy na bagnie, i tam się +ukrywa. Z dnia na dzień spodziewaliśmy się, że opuści +te strony, lecz dopóki tu jest, my nie możemy go opuścić. +Jeżeli kto zawinił, to ja, nie mój mąż; on go ukrywał +i żywił, przez wzgląd na mnie...</p> + +<p>W głosie jej była szczerość.</p> + +<p>— Czy to prawda, Barrymore?... — zapytał sir +Henryk.</p> + +<p>— Tak, panie, święta prawda.</p> + +<p>— Ha! nie mogę mieć ci za złe, żeś uległ prośbom +żony. Wracajcie oboje do waszego pokoju. Pomówimy +o tem jutro.</p> + +<p>Wyjrzeliśmy znowu przez okno. Sir Henryk otworzył +je; chłodny wiatr smagnął nas po twarzach. Daleko +na bagnie, płonęło blade światełko.</p> + +<p>— Dziwna rzecz, że on nie boi się zdradzać swej +obecności... — rzekł baronet.</p> + +<p>— Może tak światło umieścił, że widać je tylko +z tego punktu.</p> + +<p>— Jak ci się zdaje: czy to stąd daleko?</p> + +<p>— Półtorej mili, dwie najwyżej. O ile mogę zmiarkować, +jest to w pobliżu Cleft-Tor.<span class="pagenum"><a name="Str_102" id="Str_102">[str. 102]</a></span></p> + +<p>— Nie musi to być daleko, jeśli Barrymore codzień +zanosi tam żywność. Słuchaj, Watson, schwytam tego +łotra!</p> + +<p>I mnie ta sama myśl przeszła przez głowy. Wszak +Barrymore nie wyjawił nam tajemnicy dobrowolnie, +lecz pod naciskiem; nie byliśmy więc zobowiązani do +sekretu, a to tembardziej, że chodziło o łotra, wobec +którego ustawały wszelkie względy współczucia. Obowiązkiem +naszym było oddać go w ręce sprawiedliwości, +uniemożliwić mu dalsze zbrodnie. Gdybyśmy go +oszczędzili, mogliby to przypłacić życiem sąsiedzi, Stapletonowie +naprzykład.</p> + +<p>Niepokój o nich wpływał zapewne na to postanowienie +sir Henryka.</p> + +<p>— Pójdę z tobą — oświadczyłem.</p> + +<p>— A zatem bierz rewolwer i wdziewaj buty — (byliśmy +obaj boso, żeby ciszej stąpać). — Im wcześniej +wyruszymy, tem lepiej. Łotr może lada chwila zgasić +światło i nie odszukamy go po nocy.</p> + +<p>W pięć minut byliśmy już gotowi i wyruszyliśmy +na ową niebezpieczną ekspedycyę.</p> + +<p>Noc była pochmurna, wilgotna, od czasu do czasu +księżyc wyłaniał się z po za chmur, a gdyśmy doszli +do bagna, począł kropić drobny deszczyk.</p> + +<p>Światło wciąż płonęło.</p> + +<p>— Czy masz rewolwer? — spytałem.</p> + +<p>— Mam nóż myśliwski — odparł sir Henryk.</p> + +<p>— Musimy wpaść na niego znienacka, bo mówią, +że silny, jak lew. Powalimy go, zanim zdoła stawić +nam opór.</p> + +<p>— Ciekaw jestem, coby też Holmes powiedział na +naszą wyprawę — rzekł baronet. — To godzina duchów; +grasują teraz po bagnie... — dodał nawpół żartobliwie.<span class="pagenum"><a name="Str_103" id="Str_103">[str. 103]</a></span></p> + +<p>Jakby w odpowiedzi na te słowa, po trzęsawisku +rozległ się ów głos przeraźliwy, który już raz słyszałem +w pobliżu Grimpen-Mire. Wiatr niósł go wśród nocnej +ciszy; z początku było to ciche warczenie, niebawem +przeszło w straszne wycie. Baronet zbladł i chwycił +się mojego rękawa.</p> + +<p>— Na miłość Boską, co to takiego, Watson? — spytał +szeptem.</p> + +<p>— Nie wiem. Podobno ten głos rozlega się często +po bagnie — odparłem. — Już go raz słyszałem.</p> + +<p>Zaległa znowu cisza, przerażająca, złowroga. Staliśmy, +nasłuchując, ale żaden dźwięk nie wpadł nam +w ucho.</p> + +<p>— Watson... — szepnął baronet — to było szczekanie +psa!...</p> + +<p>W jego głosie brzmiał strach tłumiony.</p> + +<p>— Jakże okoliczni mieszkańcy tłómaczą sobie to +przeraźliwe wycie? — zapytał.</p> + +<p>— Ktoby tam uważał na to, co mówią ludzie +prości.</p> + +<p>— Powiedz mi jednak, co mówią?</p> + +<p>Zawahałem się.</p> + +<p>— Powiadają, że to szczekanie psa Baskervillów — odparłem.</p> + +<p>Milczał długo.</p> + +<p>— Tak, to był pies — rzekł wreszcie. — Szczekał +bardzo daleko, w stronie Grimpen-Mire...</p> + +<p>— Trudno określić, skąd głos dolatywał.</p> + +<p>— Powiadam ci, że stamtąd, Watson. A ty jak +sądzisz? Czy to było szczekanie?... Nie jestem dzieckiem. +Możesz mi prawdę powiedzieć.</p> + +<p>— Po raz pierwszy słyszałem ten głos, idąc ze<span class="pagenum"><a name="Str_104" id="Str_104">[str. 104]</a></span> +Stapletonem. Tłómaczył mi, że to wabienie rzadkiego +ptaka.</p> + +<p>— Nie, nie, to był pies. Czyżby istotnie legenda +została osnuta na faktach prawdziwych? Czyżby istotnie +groziło mi niebezpieczeństwo?... Co o tem myślisz, +Watson?</p> + +<p>— Jestem pewien, że nie.</p> + +<p>— Hm! Co innego było śmiać się z tych baśni +w Londynie, a rzecz inna stać tutaj, wśród ciemności +na bagnie i słyszeć ten głos przeraźliwy. Mój biedny +stryj! Wszak widziano wyraźnie ślady łap wielkiego +psa przy jego zwłokach... Wszystko to łączy się ze sobą. +Nie jestem tchórzem, Watson, lecz to szczekanie +ścięło mi krew w żyłach. Dotknij mojej ręki.</p> + +<p>Była zimna, jak marmur.</p> + +<p>— Jutro śmiać się będziesz z tej przygody — rzekłem, +aby go uspokoić.</p> + +<p>— Wątpię; ten głos pozostanie mi na zawsze w pamięci. +Cóż mi radzisz zrobić?</p> + +<p>— Wracać do domu.</p> + +<p>— Nie. Przyszliśmy tutaj, aby schwytać mordercę +i nie cofniemy się w pół drogi. Chodźmy! Co ma +być, niech się stanie.</p> + +<p>Stąpaliśmy powoli wśród ciemności. Światełko +płonęło wciąż w jednym punkcie. Chwilami zdawało +nam się, że jest blizkiem, to znów że bardzo odległem. +Wreszcie zmiarkowaliśmy, w której stronie świeci.</p> + +<p>Niedaleko od nas, w szczelinie pomiędzy dwiema +skałami, chroniącemi ją od wiatru, stała świeczka +w lichtarzu. Nie było jej widać z żadnego innego +punktu, tylko od strony Baskerville-Hall. Zrąb skalny +zasłaniał nas przed oczyma zbiega. Pełzając ostrożnie, +doczołgaliśmy się pod świecę.<span class="pagenum"><a name="Str_105" id="Str_105">[str. 105]</a></span></p> + +<p>— Co teraz? — szepnął sir Henryk.</p> + +<p>— Czekajmy. On musi być w pobliżu. Trzeba +zajrzeć. Zobaczymy go może.</p> + +<p>Jakoż zaledwie tych słów domówiłem, w szczelinie +skalnej, nad świecą ukazała nam się twarz potworna, +zwierzęca, zorana dzikiemi namiętnościami, żółta, jak +wosk. Zbrodniarz był zarosły po same oczy. Tak +wyglądali zapewne nasi przodkowie, zamieszkujący te +bagna w przedhistorycznej epoce.</p> + +<p>Morderca wodził niespokojnym wzrokiem dokoła, +jak zwierz, gdy go doleci odgłos <a class="ins" href="#tnote_32" name="tAnchor_32" title="naganki">nagonki</a>.</p> + +<p>Coś widocznie wzbudziło jego podejrzliwość. Może +Barrymore zwykł był dawać mu sygnał, o którym nie +wiedzieliśmy, a może złoczyńca miał inny powód do +obawy, bądź co bądź strach malował się na jego dzikiej +twarzy.</p> + +<p>Lada chwila mógł cofnąć się i zniknąć wśród ciemności. +Wyskoczyłem z mojej kryjówki, sir Henryk +za mną. Zbrodniarz zaklął przeraźliwie i zrzucił ogromny +kamień. Roztrzaskał się on o skałę, o którą opieraliśmy +się przed chwilą. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności +księżyc przedarł się właśnie przez chmury +i oświecił bagno.</p> + +<p>Zbiegliśmy z pagórka, goniąc uciekającego co tchu +Seldona. Przeskakiwał z kamienia na kamień, ze skały +na skałę, jak dziki kozioł.</p> + +<p>Mogłem powalić zbrodniarza odrazu wystrzałem +z rewolweru, lecz wziąłem go dla obrony w razie napaści, +nie zaś dla zabijania człowieka bezbronnego.</p> + +<p>Obaj z sir Henrykiem biegamy znakomicie; przekonaliśmy +się jednak niebawem, że nie zdołamy go dopędzić. +W świetle księżyca widzieliśmy długo jego sze<span class="pagenum"><a name="Str_106" id="Str_106">[str. 106]</a></span>rokie +bary i kabłąkowate nogi, aż wreszcie ukazał nam +się, jako mały punkcik na skraju widnokręgu.</p> + +<p>Biegliśmy do zupełnego braku tchu, ale przestrzeń +pomiędzy nami a uciekającym Seldonem zwiększała się +ustawicznie. Wreszcie, zdyszani, usiedliśmy na skale, +patrząc za nim, dopóki nam nie znikł z przed oczu.</p> + +<p>W chwili tej właśnie zdarzyła się rzecz dziwna +i niespodziewana. Odpocząwszy, wstawaliśmy, aby wracać +do domu, bośmy już zaniechali dalszego pościgu. +Księżyc w pełni zachodził za jedną z wyższych skał; +wtem na jej szczycie ujrzałem postać męską, wyglądającą +jak posąg.</p> + +<p>Nie myśl, że to było złudzenie zmysłów. O ile +mogłem zauważyć, był to mężczyzna wysokiego wzrostu, +szczupły. Stał z założonymi na krzyż rękoma, ze +spuszczoną głową, jak gdyby wpatrywał się w tę pustą +przestrzeń.</p> + +<p>To może duch bagna... Bądź co bądź, nie był to +Seldon, gdyż ten przed chwilą znikł był w kierunku +wręcz przeciwnym. Zresztą owa postać była daleko +wyższa i szczuplejsza.</p> + +<p>Chciałam pokazać to zjawisko baronetowi, lecz +w chwili, gdym się odwrócił, postać już zniknęła. Na +tle księżycowej tarczy odrzynały się skały, lecz żywy +posąg nie stał już na ich <a class="ins" href="#tnote_33" name="tAnchor_33" title="szczycie,">szczycie.</a></p> + +<p>Chciałem pójść i przekonać się, co to było, ale baronet +nie miał ochoty szukać nowych wrażeń. Nie dostrzegł +owego dziwnego zjawiska i wmawiał we mnie, że +mi się przywidziało, bo nie odczuł wrażenia, które mnie +wstrząsnęło do szpiku kości.</p> + +<p>— To zapewne jaki strażnik ziemski. Bagno roi +się od nich od czasu, gdy Seldon uciekł z więzienia.<span class="pagenum"><a name="Str_107" id="Str_107">[str. 107]</a></span></p> + +<p>Ha! kto wie, czy takie wyjaśnienie nie jest prawdziwem; +chciałbym jednak to stwierdzić.</p> + +<p>Dziś mamy zamiar donieść zarządowi więziennemu +w Princetown, gdzie ma szukać zbiega. Jednak +szkoda, że nie zdołaliśmy go sami schwytać.</p> + +<p>Takie są przygody ostatniej nocy. Musisz przyznać, +Holmes, że moje sprawozdanie jest bardzo szczegółowe +i dokładne. Wiele faktów pozostaje do wyjaśnienia; +przedstawiam ci je bez komentarzy, aby ci nie +przeszkadzać w wyprowadzaniu wniosków.</p> + +<p>Postąpiliśmy naprzód na drodze odkryć. Znamy +już przyczynę nocnych wędrówek Barrymorów — a to +ułatwia sytuacyę.</p> + +<p>Lecz trzęsawisko zawiera jeszcze wiele tajemnic +niewyjaśnionych. Może w następnym liście zdołam rzucić +na nie światło. Byłoby najlepiej, gdybyś mógł sam +przyjechać.</p> + + + +<hr style="width: 65%;" /> +<p class="nopad"><span class="pagenum"><a name="Str_108" id="Str_108">[str. 108]</a></span></p> +<h2><a name="X" id="X"></a>X.</h2> + +<h3>Wyjątek z dziennika doktora Watsona.</h3> + + +<p>Do tego punktu w mojem opowiadaniu posiłkowałem +się listami, pisywanymi do Sherlocka Holmes. Odtąd, +dla odświeżenia pamięci, muszę zaglądać do mego +dziennika z owego czasu. Przytoczę kilka ustępów, +zaczynając od dnia, następującego po naszym pościgu.</p> + +<p class="right"> +<i>16 października.</i></p> + +<p>Drobny deszczyk kropi bezustanku. Cały dom spowity +w gęstą mgłę; to się podnosi, to opada, ukazując +łąkę i trzęsawisko. W pałacu i na dworze smutno.</p> + +<p>Baronet przebywa reakcyę po wczorajszem podnieceniu. +Ja sam czuję dziwny niepokój, widzę niemal +zbliżające się niebezpieczeństwo, a jest tem groźniejsze, +iż nie potrafimy go określić.</p> + +<p>Powodów do obawy nie braknie. Cały szereg okoliczności +złożył się na wzbudzenie w nas przesądnego +strachu: naprzód tajemnicza śmierć poprzedniego właściciela +tej rezydencyi; dalej — pogłoski, krążące po +okolicy, wreszcie te zagadkowe odgłosy na bagnie. +Słyszałem je dwa razy na własne uszy...</p> + +<p>Wszystko to wyłamuje się z pod zwykłego porządku +rzeczy i praw natury: pies widmowy, legendowy,<span class="pagenum"><a name="Str_109" id="Str_109">[str. 109]</a></span> +pozostawia ślady stóp i wyje przeraźliwie. Stapleton +nawet wierzy w jego istnienie, a doktor Mortimer, pomimo +swej wiedzy, przekonany jest, że widział jakieś +nadprzyrodzone stworzenie.</p> + +<p>Ja, choć nie jestem uczonym, jak ci dwaj panowie, +nie mogę jednak w to uwierzyć; byłoby to zejść +do poziomu umysłowego włościan okolicznych, którzy +gotowi przysiądz, że widzieli psa, ziejącego ogniem +i siarką.</p> + +<p>Holmes nie słuchałby nawet podobnych baśni — +i ja powinienem być na nie głuchym.</p> + +<p>Lecz fakty są faktami, a na własne uszy dwa razy +słyszałem szczekanie na bagnie. Przypuśćmy, że jest +tam jakiś pies zdziczały — byłoby to wyjaśnieniem tych +wszystkich zagadek.</p> + +<p>Lecz gdzież taki pies ukrywa się? Gdzież znajduje +pożywienie? Dlaczego nikt go nie widzi we dnie?...</p> + +<p>Pomijając nadprzyrodzone czynniki w tej sprawie, +pozostaje działalność ludzka: ów blady mężczyzna, śledzący +nas z dorożki, i ostrzeżenie, przesłane sir Henrykowi. +To są fakty realne, lecz owym nieznajomym +może być zarówno przyjaciel, jak i wróg. Gdzież on +teraz przebywa? Czy pozostał w Londynie? Czy też +nas śledzi tutaj? Może to on był owym wysokim, +szczupłym mężczyzną, którego widziałem w świetle +księżyca na szczycie skały?</p> + +<p>Co prawda, widziałem bardzo niewyraźnie i przelotnie, +lecz jestem pewien, że to nikt z okolicy, bo +znam już wszystkich sąsiadów. Był wyższy od Stapletona, +szczuplejszy od Franklanda. Mógłby to być +Barrymore; ale pozostawiliśmy go w domu, i z pewnością +nie wyszedł za nami.</p> + +<p>A więc śledzi nas jakiś nieznajomy — zapewne ten<span class="pagenum"><a name="Str_110" id="Str_110">[str. 110]</a></span> +sam, co w Londynie. Gdybym zdołał go schwytać, +możeby to wyjaśniło wszystkie te zagadki. Całą moją +energię wytężę, aby tego celu dopiąć.</p> + +<p>W pierwszej chwili chciałem zwierzyć się sir Henrykowi +z moich zamiarów, ale po namyśle zaniechałem +tego zamiaru. Baronet jest zdenerwowany — nie chcę +zwiększać jego niepokoju. Będę działał na własną rękę.</p> + +<p>Dziś popołudniu mieliśmy drobne zajście. Barrymore +prosił sir Henryka o posłuchanie. Rozmawiali +przy zamkniętych drzwiach w gabinecie. Siedząc w sali +bilardowej, słyszałem słowa urywane i domyślałem się, +o co chodzi. Po chwili baronet drzwi otworzył i wezwał +mnie.</p> + +<p>— Barrymore ma żal do nas — rzekł. — Znajduje, +żeśmy źle postąpili wobec niego, ścigając Seldona, +skoro on, z własnej woli, tajemnicę nam powierzył.</p> + +<p>Kamerdyner stał przed nami, bledszy, niż zwykle, +i widać było, że hamuje się z trudnością.</p> + +<p>— Wyraziłem się może zbyt ostro — rzekł, tłómacząc +się. — Przepraszam jaśnie pana. Ale co prawda, +byłem zdziwiony, że panowie chcieli schwytać Seldona. +Ten nieszczęśnik ma już dość biedy z policyą i nie +spodziewa się zapewne, że go ścigają gentlemenowie...</p> + +<p>— Gdybyś nam się zwierzył z własnej i nieprzymuszonej +woli, byłaby rzecz inna — przekładał mu baronet +— ale powiedziałeś nam, a właściwie twoja żona +powiedziała nam prawdę pod naciskiem, więc mamy +ręce rozwiązane.</p> + +<p>— Nie sądziłem, że jaśnie pan będzie z tego korzystał...</p> + +<p>— Ten człowiek jest szkodliwym dla całej okolicy. +Dużo jest domków odludnych na łące i trzęsawisku, +choćby naprzykład willa pana <a class="ins" href="#tnote_34" name="tAnchor_34" title="Stepleton">Stapleton</a>: stoi na<span class="pagenum"><a name="Str_111" id="Str_111">[str. 111]</a></span> +uboczu. W razie napaści, <a class="ins" href="#tnote_35" name="tAnchor_35" title="któz">któż</a> przyjdzie z pomocą?... +Dopóki ten łotr tutaj grasuje, nikt nie jest pewnym +życia.</p> + +<p>— On nie napadnie na żaden dom. Ręczę panu +za to słowem honoru. Zresztą za kilka dni opuści te +strony. Poczyniliśmy już przygotowania, aby go wyprawić +do południowej Ameryki. Na miłość Boską, +błagam panów, nie wydawajcie go w ręce policyi!</p> + +<p>— Co ty na to powiadasz, Watson? — zapytał +mnie sir Henryk.</p> + +<p>Wzruszyłem ramionami.</p> + +<p>— Jeżeli istotnie ma opuścić Anglię, uwolni to +kraj od utrzymywania jednego więcej łotra — odrzekłem.</p> + +<p>— Ale czy można być pewnym, że przed wyjazdem +nie wyrządzi krzywdy nikomu?</p> + +<p>— Jaśnie panie, byłoby to szaleństwem z jego +strony. Zaopatrzyliśmy go we wszystko, czego mu potrzeba. +Nową zbrodnią wprowadziłby tylko policyę na +swój trop.</p> + +<p>— To prawda — przyznał sir Henryk — a więc +Barrymore...</p> + +<p>— Niech Bóg nagrodzi to jaśnie panu — przerwał +kamerdyner, ze szczerym wybuchem wdzięczności. — +Moja żona nie przeżyłaby drugi raz takiej hańby...</p> + +<p>— Poprostu sprzyjamy i dopomagamy łotrowi... +Ale nie chcę wtrącać pani Barrymore do grobu... i jeśli +Seldon opuści te strony i zachowa się spokojnie, +będę milczał.</p> + +<p>Kamerdyner skłonił się głęboko i zmierzał ku +drzwiom, ale zawahał się i przystąpił znowu do sir +Henryka.</p> + +<p>— Jaśnie pan był dla mnie tak dobry — szepnął — +że chciałbym się mu odwdzięczyć wedle możności. Ja<span class="pagenum"><a name="Str_112" id="Str_112">[str. 112]</a></span> +coś wiem i powinienem był powiedzieć to wcześniej, +ale wykryłem to po skończonem śledztwie. Tyczy się +to śmierci sir Karola...</p> + +<p>Obaj z sir Henrykiem zerwaliśmy się na równe +nogi.</p> + +<p>— Wiesz, w jaki sposób umarł?... — zagadnął +baronet.</p> + +<p>— Nie, jaśnie panie, tego nie wiem.</p> + +<p>— Więc cóż?</p> + +<p>— Wiem, dlaczego był przy furtce o tej godzinie. +Czekał na kobietę.</p> + +<p>— Na kobietę? On?...</p> + +<p>— Tak, panie.</p> + +<p>— Jakże się ona nazywa?</p> + +<p>— Nazwiska nie znam, mogę tylko wymienić pierwsze +litery.</p> + +<p>— Skąd je znasz, Barrymore?</p> + +<p>— Sir Karol otrzymał list tego dnia rano. Zwykle +dostawał dużo listów, bo wiedziano o jego dobrem +sercu, i każdy w kłopocie udawał się do niego. Ale +wtedy był tylko ten jeden list, więc go zauważyłem. +Nosił stempel pocztowy <a class="ins" href="#tnote_36" name="tAnchor_36" title="Combe-Tracey">Coombe-Tracey</a>, adres był wypisany +kobiecą ręką.</p> + +<p>— No i cóż?</p> + +<p>— Zapomniałem już o tym szczególe, gdy przed +paru tygodniami, moja żona, porządkując w gabinecie +sir Karola — (pozostał nietknięty od jego śmierci) — +otóż moja żona znalazła w popiele z kominka niedopalony +szczątek listu; były na nim wypisane słowa: „Proszę +i zaklinam pana, abyś ten list spalił i przyszedł do +furtki o dziesiątej.” Pod spodem były litery <i>L. L.</i></p> + +<p>— Czy masz ten niedopalony kawałek?</p> + +<p>— Nie; gdyśmy go poruszyli, rozsypał się.<span class="pagenum"><a name="Str_113" id="Str_113">[str. 113]</a></span></p> + +<p>— Czy sir Karol otrzymywał poprzednie listy, pisane +takim charakterem?</p> + +<p>— Nie przeglądałem jego korespondencyi, a nie +byłbym zauważył tego listu, gdyby nadszedł z poczty +wraz z innemi.</p> + +<p>— Nie wiesz, kto może być owa <i>L. L.</i>?</p> + +<p>— Nie, jaśnie panie; sądzę jednak, że gdybyśmy +zdołali to wykryć, dowiedzieliśmy się czegoś więcej +o śmierci sir Karola.</p> + +<p>— Nie pojmuję, Barrymore, jak mogłeś przemilczeć +o tak ważnym szczególe...</p> + +<p>— Miałem własne kłopoty — biedę z Seldonem, +a przytem byliśmy oboje bardzo przywiązani do sir Karola, +więc woleliśmy zamilczeć o tem odkryciu; nie mogło +to już pomódz naszemu biednemu panu, a tam, +gdzie wchodzi w grę kobieta, lepiej jest być ostrożnym.</p> + +<p>— Baliście się, aby to nie zaszkodziło jego opinii?</p> + +<p>— Tak. Ale teraz, gdy jaśnie pan okazał nam +tyle dobroci, uważam sobie za obowiązek wyznać to +jaśnie panu.</p> + +<p>— Dobrze, Barrymore, możesz już odejść.</p> + +<p>Gdy drzwi zamknęły się za kamerdynerem, sir +Henryk zwrócił się do mnie:</p> + +<p>— No i cóż, Watson, co powiadasz na to nowe +światło?</p> + +<p>— Zwiększa ono jeszcze ciemności, otaczające nas +zewsząd.</p> + +<p>— I ja tak sądzę. Lecz gdybyśmy zdołali wyśledzić, +kto jest <i>L. L.</i>, możeby to wyświetliło całą sprawę. +Bądź co bądź, już o tyle zyskaliśmy, że wiemy, +iż jest ktoś, kto może wyjaśnić nam przyczynę śmierci +sir Karola. Jak uważasz: co nam teraz uczynić +należy?<span class="pagenum"><a name="Str_114" id="Str_114">[str. 114]</a></span></p> + +<p>— Trzeba przedewszystkiem uwiadomić o tem Holmesa. +Damy mu klucz, którego szuka tak dawno; jestem +prawie pewien, że potrafi z niego skorzystać.</p> + +<p>Poszedłem zaraz do mego pokoju i spisałem naszą +ranną rozmowę, aby ją posłać Holmesowi.</p> + +<p>W ostatnich czasach był widocznie bardzo zajęty; +otrzymywałem od niego listy krótkie, bez żadnych +uwag o tem, co mu donosiłem, prawie bez wzmianek +o naszej misyi. Sprawa o wyzysk pochłania go zupełnie, +a jednak i tutaj dzieje się tyle rzeczy dziwnych, +że mógłby zainteresować się niemi żywiej.</p> + +<p> +<i>17 października.</i><br /> +</p> + +<p>Przez cały dzień deszcz padał. Myślałem o mordercy +na bagnie. Ciężko zawinił, to prawda, ale też +ciężko odpokutowuje swą zbrodnię. Potem zastanawiałem +się nad tajemniczym nieznajomym, który nas +śledził z dorożki. Jeżeli to on ukazał mi się na tle +księżycowej tarczy, musi teraz moknąć. Wieczorem +wziąłem płaszcz i wyszedłem na bagno. Wiatr smagał +mnie po twarzy, deszcz lał się za kołnierz. Dotarłem +do skały Black-Tor, na której szczycie stał wówczas +nieznajomy. Z jej wyżyn spojrzałem na szarą równinę.</p> + +<p>Na lewo, wśród gęstych chmur, po nad drzewami +sterczały wieżyce Baskerville-Hall. Były to jedyne +oznaki życia; dokoła pustka i cisza, nigdzie nie mogłem +dojrzeć śladów owej postaci widmowej, którą dostrzegłem +parę dni temu.</p> + +<p>Wracając, spotkałem doktora Mortimer. Jechał +wózkiem. Poczciwy doktor okazuje nam dużo życzliwości, +odwiedza nas prawie codzień. Zaprosił mnie do +swego wehikułu i odwiózł do domu. Spostrzegłem, +że jest smutny; skarżył mi się, że mu zginął ulu<span class="pagenum"><a name="Str_115" id="Str_115">[str. 115]</a></span>biony +piesek: wybiegł na bagno i już nie wrócił. Starałem +się go pocieszyć, dowodząc, że się odnajdzie, ale +przypomniał mi się źrebak, który w moich oczach zatonął +w błotach Grimpen-Mire. Wątpię, czy doktor zobaczy +już swego ulubieńca.</p> + +<p>— Wszak pan zna tu wszystkich? — zagadnąłem +doktora.</p> + +<p>— Zdaje mi się — odparł.</p> + +<p>— Czy nie mógłby mi pan wymienić kobiety, której +inicyały są: <i>L. L.</i>?</p> + +<p>Szukał w pamięci.</p> + +<p>— Nie — rzekł wreszcie. — Jest tu wprawdzie kilka +rodzin cygańskich, o których nic nie wiem, lecz znam +wszystkich farmerów i obywateli okolicznych z imienia +i nazwiska. Poczekaj pan... — rzekł nagle. — Jest +Laura Lyons — inicyały <i>L. L.</i>, ale ona mieszka w Coombe-Tracey.</p> + +<p>— Kto to taki? — spytałem.</p> + +<p>— Córka starego Franklanda.</p> + +<p>— Jakto? Więc ten dziwak ma córkę?</p> + +<p>— Ma. Wyszła za artystę, nazwiskiem Lyons, +który przybył tu dla malowania okolicy. Opuścił żonę, +choć mówią, że i ona nie jest bez winy. Ojciec wyparł +jej się. Biedna kobieta ma ciężkie życie...</p> + +<p>— Z czegóż się utrzymuje?</p> + +<p>— Stary Frankland płaci jej pewną kwotę miesięcznie, +ale nie dużo, bo jego własne interesy są zagmatwane. +Niepodobna było jej opuścić i dać jej się zmarnować +zupełnie. Kilka osób z sąsiedztwa postarało się +dostarczyć jej uczciwego zarobku. Stapleton, sir Karol, +no i ja wreszcie zrobiliśmy dla niej, co się dało. +Kupiono jej maszynę do pisania, i w ten sposób zarabia.<span class="pagenum"><a name="Str_116" id="Str_116">[str. 116]</a></span></p> + +<p>Doktor Mortimer pytał o powód moich indagacyj; +zaspokoiłem jego ciekawość, nie mówiąc mu prawdy: +po co tyle osób ma wiedzieć o tym liście?</p> + +<p>Jutro rano pojadę do Coombe-Tracey, a jeśli zdołam +zobaczyć się z ową mrs. Laurą Lyons, podejrzanej +reputacyi, jedno ogniwo zostanie oderwane od tajemniczego +łańcucha. Nabieram przebiegłości: gdy doktor +Mortimer nacierał, chcąc dowiedzieć się, dlaczego interesuję +się panią Lyons, napytałem go podstępnie, do +jakiego typu należy czaszka pana Frankland; dzięki +temu, do końca naszej wycieczki nie słyszałem o niczem +innem, tylko o kraniologii. Nie darmo tyle lat +przebywam w towarzystwie Sherlocka Holmes.</p> + +<p>Pozostaje mi już tylko zanotować jeden fakt +z owego dnia, a mianowicie, moją rozmowę z Barrymorem. +Dał mi do ręki nowy atut. Myślę go użyć.</p> + +<p>Mortimer pozostał na obiedzie, potem obaj z baronetem +grali w <i>écarté</i>. Kamerdyner przyniósł mi kawę +do biblioteki; skorzystałem z tego, aby mu zadać parę +pytań.</p> + +<p>— No i cóż, czy Seldon opuścił już te strony? — +rzekłem — czy jeszcze grasuje?</p> + +<p>— Spodziewam się, że już go tu niema; nie dawał +znaku życia od dnia, gdy po raz ostatni zaniosłem mu +żywność.</p> + +<p>— Czy widziałeś go wówczas?</p> + +<p>— Nie, panie, ale nie było już prowiantów, gdym +przyszedł po raz drugi.</p> + +<p>— A więc Seldon je zabrał?</p> + +<p>— Takby można przypuszczać; chyba, że je wziął +tamten...</p> + +<p>Spojrzałem na kamerdynera ze zdziwieniem.<span class="pagenum"><a name="Str_117" id="Str_117">[str. 117]</a></span></p> + +<p>— Zatem wiesz, że drugi człowiek kryje się na +bagnie?</p> + +<p>— Tak, panie, wiem.</p> + +<p>— Czyś go widział?</p> + +<p>— Nie.</p> + +<p>— Skąd wiesz o nim?</p> + +<p>— Mówił mi Seldon przed tygodniem. Tamten +ukrywa się także, ale, o ile mogę zmiarkować, nie jest +więźniem. To mi się wcale nie podoba... — dodał tajemniczo.</p> + +<p>— Słuchaj, Barrymore — rzekłem. — Przybyłem tu +w interesie twojego pana. Powiedz mi otwarcie: co ci +się nie podoba?</p> + +<p>Wahał się, jak gdyby żałował swego odezwania, +lub nie mógł znaleźć słów do wyrażenia myśli.</p> + +<p>— Jakieś niebezpieczeństwo grozi sir Henrykowi... +— rzekł wreszcie. — Byłoby najlepiej, gdyby wyjechał +do Londynu.</p> + +<p>— Cóż cię zaniepokoiło?</p> + +<p>— Powiem panu szczerze: przewiduję nowe nieszczęście... +Po co tamten ukrywa się na bagnie?... To +nie zapowiada nic dobrego dla Baskervillów. Chciałbym +już, żeby nowa służba zwolniła mnie z dozoru nad pałacem.</p> + +<p>— Czy mógłbyś mi co powiedzieć o tym nieznajomym? +Co o nim myśli Seldon? Czy odnalazł jego +kryjówkę? Czy dowiedział się, co on tu robi?</p> + +<p>— Widział go parę razy, ale tamten jest skryty. +W pierwszej chwili mój szwagier miał go za szpiega, +ale niebawem przekonał się, że to gentleman i że działa +na własną rękę w jakimś celu tajemniczym.</p> + +<p>— Czy Seldon nie odszukał jego kryjówki?</p> + +<p>— Wie, że nieznajomy chowa się w jednej z ja<span class="pagenum"><a name="Str_118" id="Str_118">[str. 118]</a></span>skiń +na stoku góry, tam, gdzie to mieszkali dawni +ludzie.</p> + +<p>— A skąd dostaje żywność?</p> + +<p>— Seldon wypatrzył, że jakiś chłopak zaopatruje +go we wszystko. Ten chłopak chodzi do Coombe-Tracey.</p> + +<p>— Dobrze, Barrymore. Pogadamy jeszcze o tem.</p> + +<p>Po odejściu kamerdynera, zbliżyłem się do okna +i spojrzałem na ciemną łąkę. Noc była chłodna, wietrzna. +Jakież pobudki mogły skłonić człowieka do ukrywania +się na bagnie o takiej porze roku?... Tam, w tej +jaskini jest klucz do tajemnicy. Przysięgam sobie, że +muszę ją odkryć, i to w ciągu dwudziestu czterech +godzin.</p> + + + +<hr style="width: 65%;" /> +<p class="nopad"><span class="pagenum"><a name="Str_119" id="Str_119">[str. 119]</a></span></p> +<h2><a name="XI" id="XI"></a>XI.</h2> + +<h3>Nieznajomy, ukrywający się w jaskini.</h3> + + +<p>Wyjątek z dziennika, stanowiący ostatni rozdział +opowiadania, doprowadził mnie do 18-go października, +to jest do dnia, w którym te dziwne wypadki zaczęły +się rozplątywać. Fakty następnych dni pozostały tak +żywo w mojej pamięci, że mogę je opowiedzieć bez zaglądania +do notatek.</p> + +<p>Zaczynam więc od dnia, następującego po tym, +w którym wykryłem dwa bardzo ważne fakty: a więc +naprzód, że pani Laura Lyons z Coombe-Tracey pisała +do sir Karola Baskerville i wyznaczyła mu spotkanie +o godzinie, w której śmierć znalazł; powtóre, że człowiek, +przebywający na bagnie, ukrywa się w jednej +z jaskiń na stoku góry.</p> + +<p>Znając te dwa fakty, miałem w ręku oręż, który +mógł mi pomódz do wyjaśnienia tej krwawej zagadki.</p> + +<p>Nie mogłem podzielić się zdobytemi wiadomościami +z baronetem, albowiem doktor Mortimer pozostał do +późnej nocy. Nazajutrz jednak przy śniadaniu opowiedziałem +sir Karolowi te okoliczności i spytałem, czy +chce mi towarzyszyć do Coombe-Tracey.</p> + +<p>W pierwszej chwili miał ochotę jechać, ale po namyśle +uznaliśmy obaj, że będzie lepiej, abym <a class="ins" href="#tnote_37" name="tAnchor_37" title="wyruszy">wyruszył</a><span class="pagenum"><a name="Str_120" id="Str_120">[str. 120]</a></span> +sam na tę wyprawę. Należało odjąć wizycie wszelki +charakter uroczysty. Zostawiłem więc sir Henryka +w domu i pojechałem na zwiady.</p> + +<p>Łatwo mi przyszło dowiedzieć się o adresie mrs. +Lyons. Mieszkała w dobrym punkcie, w środku miasta. +Zostałem odrazu wprowadzony przez schludną pokojówkę +do bawialni. Pani Lyons siedziała przy maszynie +Remingtona; zerwała się na moje powitanie, lecz +ujrzawszy nieznajomego, zmieszała się i spytała, czego +sobie życzę.</p> + +<p>Na pierwszy rzut oka, mrs. Lyons robiła wrażenie +osoby niezwykle pięknej: miała oczy i włosy złocisto-*brunatne, +cerę świeżą, usta ponsowe. Byłem zachwycony +jej urodą, lecz przyjrzawszy się bliżej, dostrzegłem +ostry wyraz ust i oczu, psujący ogólną harmonię. +Bądź co bądź, znajdowałem się wobec kobiety +ślicznej, i teraz dopiero uczułem, że moje zadanie jest +trudne. Cóż mogłem jej odpowiedzieć?</p> + +<p>— Znam ojca pani — rzekłem, tłómacząc tem moje +przybycie.</p> + +<p>— Niema nic wspólnego pomiędzy mną a ojcem — odparła +chłodno. — Nie zawdzięczam mu nic zgoła, +i jego znajomi nie są moimi. Gdyby nie sir Karol Baskerville +i paru innych przyjaciół, umarłabym z głodu, +choć mam ojca...</p> + +<p>— Właśnie przybywam do pani w sprawie nieboszczyka +sir Karola — oświadczyłem.</p> + +<p>Spojrzała na mnie ze zdziwieniem.</p> + +<p>— Cóż mogę panu o nim powiedzieć? — rzekła, bawiąc +się łańcuszkiem od zegarka.</p> + +<p>— Wszak go pani znała?</p> + +<p>— Mówiłam już panu, że wiele mu zawdzięczam.<span class="pagenum"><a name="Str_121" id="Str_121">[str. 121]</a></span> +Jeżeli mogę pracować na swoje utrzymanie, to głównie +dzięki jego dobroci dla mnie.</p> + +<p>— Czy pani z nim korespondowała?</p> + +<p>Dziwny błysk zapalił się w jej oczach.</p> + +<p>— Dlaczego mnie pan pyta? — rzekła ostro.</p> + +<p>— Aby pani oszczędzić publicznego skandalu. Lepiej, +że ja dowiem się prawdy, niż żeby została ujawniona +wobec świata...</p> + +<p>Milczała długo; wreszcie spojrzała na mnie z tłumionym +gniewem.</p> + +<p>— Dobrze, odpowiem — rzekła. — O co panu +chodzi?</p> + +<p>— Czy pani korespondowała z sir Karolem? — ponowiłem +moje pytanie.</p> + +<p>— Naturalnie, pisywałam do niego, aby mu podziękować +za jego delikatność i wspaniałomyślność.</p> + +<p>— Czy pani zapamiętała daty swoich listów?</p> + +<p>— Nie.</p> + +<p>— Czy pani widywała sir Karola?</p> + +<p>— Tak, parę razy, gdy przyjeżdżał do <a class="ins" href="#tnote_38" name="tAnchor_38" title="Coombe-Tracy">Coombe-Tracey</a>. +Żył w osamotnieniu. Lubił świadczyć dobrodziejstwa +z ukrycia...</p> + +<p>— Jeżeli widywał panią tak rzadko i otrzymywał +od pani nieczęste listy, skądże mógł być do tego stopnia +poinformowany o jej interesach, aby przychodzić +jej z pomocą, jak to pani sama zeznała?</p> + +<p>Odrzekła mi na to bez namysłu:</p> + +<p>— Kilku sąsiadów znało moje smutne dzieje; złączyli +się, aby mi przyjść z pomocą; między innymi +pan Stapleton, przyjaciel sir Karola, był dla mnie bardzo +dobry. Przez niego baronet poznał moje przykre +położenie.<span class="pagenum"><a name="Str_122" id="Str_122">[str. 122]</a></span></p> + +<p>Wiedziałam istotnie, że sir Karol uczynił Stapletona +swoim jałmużnikiem, więc uwierzyłam tym słowom.</p> + +<p>— Czy pani kiedy pisała do sir Baskervilla, prosząc +go o widzenie się na cztery oczy? — ciągnąłem +dalej.</p> + +<p>Pani Lyons poczerwieniała.</p> + +<p>— Dziwne to pytanie... — rzekła, udając obrażoną.</p> + +<p>— Przykro mi, ale muszę je powtórzyć.</p> + +<p>— A więc — nie; nie wyznaczałam mu nigdy +spotkań.</p> + +<p>— Ani w dzień śmierci sir Karola?... — rzekłem +z naciskiem.</p> + +<p>Rumieniec znikł z jej twarzy, w jednej chwili +zbladła śmiertelnie. Usta jej poruszyły się bezdźwięcznie, +wyszeptała „nie” tak cicho, że domyśliłem się raczej, +niż usłyszałem to słowo.</p> + +<p>— Zapewne pamięć zawodzi panią... — rzekłem — +bo mógłbym nawet przytoczyć jeden ustęp z jej listu, +a mianowicie: „Proszę i zaklinam, abyś pan ten list +spalił i stawił się przy furtce o dziesiątej wieczorem”.</p> + +<p>Była blizką omdlenia, zapanowała jednak nad sobą.</p> + +<p>— Więc już niema w Anglii gentlemenów!... — szepnęła +z goryczą.</p> + +<p>— Pani krzywdzisz pamięć sir Karola — rzekłem. — +On ten list spalił, ale można odczytać list nawet po spaleniu... +Czy pani przyznaje się do tych słów?</p> + +<p>— Tak, napisałam je! — zawołała nagle — napisałam. +Nie potrzebuję się zapierać! Nie mam powodu +wstydzić się. Chciałam prosić sir Karola o pomoc. Sądziłam, +że mi jej udzieli po rozmowie na cztery oczy +i dlatego prosiłam go, żeby stawił się u furtki.</p> + +<p>— Ale czemu o takiej godzinie?...</p> + +<p>— Bo dowiedziałam się właśnie, że wyjeżdża na<span class="pagenum"><a name="Str_123" id="Str_123">[str. 123]</a></span>zajutrz +do Londynu i że jego nieobecność potrwa kilka +miesięcy. Były powody, dla których nie mogłam przybyć +tam wcześniej.</p> + +<p>— Dlaczego wyznaczyłaś mu pani spotkanie w ogrodzie, +nie zaś w pałacu?</p> + +<p>— Czy pan sądzi, że kobieta może bezkarnie +odwiedzać mężczyznę bezżennego o takiej godzinie?</p> + +<p>— I cóż się stało, gdyś pani przybyła do furtki?</p> + +<p>— Nie stawiłam się wcale.</p> + +<p>— Mrs. Lyons, trudno mi w to uwierzyć.</p> + +<p>— Przysięgam panu na wszystko, co mi jest świętem +i drogiem, że mówię prawdę. Nie pojechałam, bo +mi coś przeszkodziło.</p> + +<p>— Co takiego?</p> + +<p>— To sprawa osobista, prywatna. Nie mogę powiedzieć.</p> + +<p>— A zatem przyznaje pani, że wyznaczyła sir Karolowi +spotkanie o godzinie i na miejscu, gdzie go znaleziono +trupem; przeczy pani jednak, że stawiła się na +miejscu umówionem...</p> + +<p>— Mówię prawdę.</p> + +<p>Zadałem jej jeszcze kilka pytań, chcąc ją skłonić +do wyznań, ale nadaremnie.</p> + +<p>— Mrs. Lyons — rzekłem, wstając — bierze pani +na siebie wielką odpowiedzialność i stawia się pani +w trudnem położeniu. Jeżeli będę zmuszony wezwać +pomocy policyi, wtedy dopiero przekonasz się pani, jak +dalece jesteś skompromitowaną. Gdybyś pani była niewinną, +to w pierwszej chwili nie zaprzeczyłabyś, żeś +pisała tego dnia do sir Karola.</p> + +<p>— Zaprzeczyłam, w obawie, aby nie wyciągnięto +z tego wniosków fałszywych i żeby nie być wplątaną +w skandal.<span class="pagenum"><a name="Str_124" id="Str_124">[str. 124]</a></span></p> + +<p>— A dlaczego zależało pani tak bardzo na tem, +aby sir Karol ów list spalił?</p> + +<p>— Jeżeli pan go przeczytał, to musi pan wiedzieć, +dlaczego.</p> + +<p>— Nie mówiłem, żem czytał cały list.</p> + +<p>— Przytoczyłeś pan jeden ustęp dosłownie.</p> + +<p>— Tak, dopisek. List, jak już raz nadmieniłem, +został spalony i nie można go było odczytać. Raz jeszcze +pytam panią: dlaczego nalegałaś, aby sir Karol +spalił list, który otrzymał w dniu swojej śmierci?</p> + +<p>— To sprawa czysto osobista.</p> + +<p>— Tembardziej powinno pani chodzić o oszczędzenie +publicznego śledztwa.</p> + +<p>— A więc powiem panu. Słyszał pan zapewne +o mojej smutnej historyi i musi pan wiedzieć, że wyszłam +za mąż zbyt pośpiesznie i że miałam powód tego +żałować.</p> + +<p>— Słyszałem.</p> + +<p>— Moje życie było szeregiem prześladowań ze strony +męża, którego nienawidzę. Prawo jest po jego stronie. +Lyons każdej chwili może zażądać, abym z nim +żyła. Przed napisaniem owego listu do sir Karola, dowiedziałam +się właśnie, że jest sposób odzyskania wolności, +lecz że wymaga to znacznych kosztów. Byłoby +to dla mnie spokojem, szczęściem, wszystkiem na świecie. +Znałam hojność sir Karola i sądziłam, że gdy +usłyszy te smutne dzieje z moich własnych ust, dopomoże +mi niewątpliwie.</p> + +<p>— Więc dlaczego pani nie poszła na miejsce umówione?</p> + +<p>— Bo otrzymałam pomoc z innego źródła.</p> + +<p>— Czemuż więc nie uprzedziłaś pani o tem sir +Karola?<span class="pagenum"><a name="Str_125" id="Str_125">[str. 125]</a></span></p> + +<p>— Byłabym to uczyniła, gdybym nazajutrz nie +wyczytała w dziennikach wiadomości o jego śmierci.</p> + +<p>Słowa pani Lyons były dość logicznie powiązane, +nie mogłem jej złapać na sprzeczności. Pozostawało +tylko sprawdzić, czy istotnie w owym czasie przedsięwzięła +kroki rozwodowe.</p> + +<p>Wierzyłem, iż tej nocy nie była w Baskerville-Hall, +bo widzianoby konie i wehikuł przy furtce; taka +wycieczka nie utrzymałaby się w tajemnicy. Mrs. +Lyons mówiła więc prawdę, lub część prawdy.</p> + +<p>Wyszedłem zniechęcony. Więc znowu rozbijałem +się o mur, zagradzający dalszą drogę odkryć! +A jednak, im bardziej przypominałem sobie każdy rys +jej twarzy i każde słowo, tem pewniejszy byłem, że +nie powiedziała mi wszystkiego.</p> + +<p>Bo i czemuż zbladła w pierwszej chwili? Czemu +nie odrazu przyznała się do listu?... Niewątpliwie była +winniejszą, niż się przedstawiała.</p> + +<p>Musiałem tymczasowo poprzestać na jej informacyach +i zwrócić się po dalsze, w inną stronę — ku jaskiniom +naszych przedhistorycznych przodków.</p> + +<p>Ale niełatwo było odnaleźć nieznajomego na podstawie +ogólnikowej wskazówki. Barrymore powiedział mi, +że nieznajomy ukrywa się w jednej z jaskiń, ale takich +jaskiń było mnóstwo na każdym kroku. Pamiętałem jednak +skałę, na której ukazała mi się postać w blasku księżyca. +Ta skała, Black-Tor (Czarne Wrota) miała mi +służyć za drogowskaz. Od niej miałem zacząć poszukiwania. +Obiecywałem sobie, że znajdę nieznajomego +i że musi mi wyznać, dlaczego tu przebywa. Łatwiej +mu było umknąć na Regent-Street, niż na tej otwartej +równinie. Wyśliznął się pomiędzy palcami wielkiego<span class="pagenum"><a name="Str_126" id="Str_126">[str. 126]</a></span> +Holmesa. Jakiż byłby dla mnie tryumf, gdybym go +zdołał schwytać!</p> + +<p>Dotychczas w mojem śledztwie nie dopisywało mi +szczęście — teraz uśmiechnęło się do mnie. Zwiastunem +dobrej wieści był pan Frankland.</p> + +<p>Stał właśnie przy furtce swego ogrodu, wznoszącego +się przy gościńcu.</p> + +<p>— Dzień dobry, doktorze Watson! — zagadnął mnie +w chwili, gdym przejeżdżał mimo jego siedziby. — Daj +koniom odpocząć, a sam zechciej wstąpić do mnie na +kieliszek wina.</p> + +<p>Nie żywiłem dla niego uczuć przyjaznych po tem +com słyszał o jego postępowaniu z córką, ale chciałem +jaknajprędzej odprawić grooma Perkinsa z wehikułem +i końmi. Korzystając więc ze sposobności, wysiadłem +i kazałem powiedzieć sir Henrykowi, że wrócę dopiero +na obiad i że przyjdę pieszo.</p> + +<p>Wszedłem do domu Franklanda.</p> + +<p>— Powinszuj mi pan! — zawołał na wstępie. — +Jest to dla mnie dzień pamiętny; zapiszę go sobie czerwonym +ołówkiem, przyniósł mi bowiem zadowolenie +podwójne: naprzód, dał mi sposobność wykazania im, +że nie można deptać prawa bezkarnie: odkryłem dokument, +stwierdzający, że przez park starego Middletona, +o sto yardów od dworu, powinna iść droga publiczna. +Nauczę tych magnatów, że nie wolno im pozbawiać +zwykłych śmiertelników tego, co im się słusznie należy. +Im się zdaje, że prawo własności istnieje tylko +dla nich. Nie miałem tak miłego dnia od chwili, gdym +pozwał sir Johna Morland o bezprawne polowanie w jego +własnym lesie. Ta sprawa kosztowała mnie dwieście +funtów, ale ją wygrałem, bo na podstawie starych +akt dowiodłem, iż ta część lasu należy do włościan.<span class="pagenum"><a name="Str_127" id="Str_127">[str. 127]</a></span> +Muszę pana objaśnić, że nie byłem wcale interesowany. +Działam zawsze dla dobra publicznego. Ot, i druga +sprawa nie obchodzi mnie osobiście, a jednak wykryłem +rzecz bardzo ważną.</p> + +<p>Przed chwila, myślałem: pod jakimby pozorem wymknąć +się od dziwaka; teraz zaczynał mnie zaciekawiać, +ale znając jego przekorną naturę, wiedziałem, że nic mi +nie powie, jeśli się zdradzę z ciekawością.</p> + +<p>— Chodzi zapewne o jaki nowy proces? — <a class="ins" href="#tnote_39" name="tAnchor_39" title="rzełem">rzekłem</a> +obojętnie.</p> + +<p>— Ho, ho! mój chłopcze, źle się domyślasz. Słyszałeś +zapewne o zbiegu, ukrywającym się na bagnie?</p> + +<p>Drgnąłem mimowoli.</p> + +<p>— Czyżbyś pan znał jego kryjówkę? — zagadnąłem.</p> + +<p>— Nie mógłbym jej oznaczyć dokładnie, ale +moje wskazówki oddałyby usługę policyi. Czy nie +przychodziło panu na myśl, iż jedynym sposobem +schwytania tego łotra, jest wyśledzić, skąd i gdzie otrzymuje +żywność; po takim tropie najłatwiej dojść do jego +kryjówki.</p> + +<p>Dowodzenie było bardzo logiczne.</p> + +<p>— Bezwątpienia — odparłem — ale skąd pan wie, +że on kryje się na bagnie?</p> + +<p>— Wiem, bo na własne oczy widziałem tego, który +mu nosi prowianty.</p> + +<p>Zaniepokoiłem się o Barrymora. Niebezpiecznie +było dostać się na pastwę przekornego starca. Jego +następne słowa zdjęły mi kamień z serca.</p> + +<p>— Zdziwi się pan, słysząc, że dostarcza mu żywności +dziecko — rzekł. — Widuję małego chłopaka +przez mój teleskop, umieszczony na dachu. Idzie zawsze +jedną i tą samą ścieżką, o jednej i tej samej go<span class="pagenum"><a name="Str_128" id="Str_128">[str. 128]</a></span>dzinie. +A gdzieżby chodził, i po co, jeśli nie dla prowiantowania +więźnia?</p> + +<p>Dzięki Bogu! Frankland był na fałszywym tropie. +Udawałem, że ta wiadomości jest mi zupełnie obojętną.</p> + +<p>Już Barrymore mówił mi, że nieznajomego obsługuje +chłopak. A więc Frankland odkrył ślad postaci +tajemniczej, nie zaś Seldona. Jeżeli potrafię wydobyć +z niego więcej faktów, oszczędzi mi to czasu i trudu. +Niedowiarstwo mogło jedynie skłonić Franklanda do +udzielenia mi bliższych informacyj.</p> + +<p>Widząc, że nie przywiązuję wagi do jego słów, +zaperzył się, poczerwieniał jeszcze bardziej i spojrzał +na mnie złośliwie.</p> + +<p>— Więc pan wątpi? — zawołał. — Spojrzyj pan +przed siebie. Widzisz skałę, zwaną Black-Tor? Sterczy +na nagim pagórku, wśród dzikiej, kamienistej płaszczyzny. +Pan sądzi, że ten chłopak jest pastuchem? +Pozwól sobie powiedzieć, że to przypuszczenie +jest niedorzeczne. Niema tam ani źdźbła trawy, +więc cóżby skubała trzoda, a bez trzody niema +pastucha.</p> + +<p>Odpowiedziałem pokornie, że uznaję nietrafność +mojej hypotezy. Rozbroiło go to, skłaniając do dalszych +wynurzeń.</p> + +<p>— Wierzaj mi pan, że zanim wyrażę mój sąd, staram +się go oprzeć na pewnych danych. Widuję chłopaka +z zawiniątkiem codziennie, a czasem dwa razy na +dzień. Poczekaj pan chwilkę. Jeżeli mnie oczy nie +mylą, coś porusza się na górze...</p> + +<p>Od danego miejsca dzieliło nas kilka mil, lecz mogłem +wyraźnie dojrzeć czarny punkcik.</p> + +<p>— Chodź pan, chodź — zawołał Frankland, biegnąc<span class="pagenum"><a name="Str_129" id="Str_129">[str. 129]</a></span> +na górę. — Zobaczysz pan na własne oczy i przekonasz +się, że na wiatr nie mówię.</p> + +<p>Na dachu ustawiony był olbrzymi teleskop. Frankland +spojrzał przez niego i krzyknął z radości:</p> + +<p>— Śpiesz się, doktorze, bo przejdzie na drugą stronę +góry!...</p> + +<p>Istotnie ujrzałem malca, niosącego zawiniątko na +plecach. Wspinał się pod górę powoli. Gdy doszedł +do szczytu, ujrzałem wyraźnie jego drobną postać na +tle nieba. Rozejrzał się dokoła, jak gdyby obawiał się +pogoni, następnie spuścił się drugim stokiem.</p> + +<p>— No i cóż? Mam racyę? — zagadnął Frankland.</p> + +<p>— Tak, widziałem chłopca na własne oczy; z jego +zachowania się można poznać, że spełnia jakąś misyę +potajemną.</p> + +<p>— A jaką, łatwo się domyśleć... Ale nie pisnę +słówka przed policyą i pana proszę o sekret. Ani słowa, +pamiętaj!...</p> + +<p>— Jeżeli panu na tem zależy...</p> + +<p>— Tak, chcę im zrobić na złość. Postąpili ze mną +nikczemnie w sprawie przeciw włościanom. Nie myślę +dopomagać <i>konstablom</i>. Pan już odchodzi?... Nie puszczę! +Musimy „oblać” to odkrycie.</p> + +<p>Nie dałem się jednak uprosić i potrafiłem go odwieść +od zamiaru towarzyszenia mi do Baskerville-Hall. +Trzymałem się gościńca, dopóki mógł mnie widzieć, następnie +skręciłem w bok i dążyłem w stronę góry, po +której przeszedł chłopak.</p> + +<p>Wszystko mi sprzyjało; postanawiałem skorzystać +z okoliczności i dziś jeszcze tę tajemnicę wykryć.</p> + +<p>Słońce już było na zachodzie, gdym doszedł do +szczytu góry. Cała równina była pogrążona w ciszy +grobowej. Nie było nigdzie chłopca. Rozglądając się<span class="pagenum"><a name="Str_130" id="Str_130">[str. 130]</a></span> +dokoła wśród rozrzuconych kamieni, dojrzałem trzy, tak +ułożone, że mogły służyć za kryjówkę. Serce zabiło +we mnie żywiej. Tu musiał przebywać nieznajomy.</p> + +<p>Zbliżywszy się, spostrzegłem dwa kamienie, stojące +prostopadle; jeden leżał na nich poziomo. Wszedłem +do tej skalistej nory, a przyznaję, że z pewną obawą. +Miejsce było puste, ale były w niem ślady, że zamieszkiwała +je ludzka istota. Na płaskim, wygrążonym +kamieniu, który zapewne służył przedhistorycznemu +człowiekowi za łoże, była kołdra, zawinięta w pled, na +ziemi pozostał jeszcze popiół od zagaszonego ogniska, +obok były rondelki i blaszana konewka z wodą, w drugim +rogu dostrzegłem butelkę z <i>ginem</i>. Pośrodku był +płaski kamień, w rodzaju stołu; leżało na nim zawiniątko +— to samo zapewne, które przez teleskop widziałem +na plecach chłopaka. Rozwiązałem je — był +tam bochenek chleba, wędzony ozór i dwa słoiki owocowych +konserwów. Pod prowiantami leżał kawałek +papieru. Wziąłem go do rąk i w świetle zapałki odczytałem +te słowa, skreślone ołówkiem, ręką niewprawną:</p> + +<p>— „Dr. Watson pojechał do Coombe-Tracey”.</p> + +<p>Przez chwilę stałem z kartką w ręku, nie rozumiejąc, +co znaczy to uwiadomienie. A więc śledzono +nie sir Henryka, lecz mnie... Tajemniczy nieznajomy, +nie mogąc sam mnie tropić, polecił to owemu chłopcu. +Ten donosił mu zapewne o każdym moim kroku.</p> + +<p>Szukałem innych kartek, ale napróżno; nie mogłem +też znaleźć niczego, coby mnie objaśniło +o zamiarach człowieka, który obrał tak dziwne miejsce +pobytu. Bądź co bądź, odznaczał się spartańskiemi obyczajami... +Wśród dni słotnych kapało mu pewno na +głowę, kostniał z zimna wśród chłodnych nocy, a je<span class="pagenum"><a name="Str_131" id="Str_131">[str. 131]</a></span>dnak +nie opuszczał swej kryjówki. Ważny cel przykuwał +go zapewne do tej nory... Poprzysiągłem sobie, te +stąd nie wyjdę, dopóki nie dowiem się, czy ten człowiek +jest naszym przyjacielem, czy wrogiem.</p> + +<p>Słońce już spuszczało się nisko, w blasku złota +i purpury; po jednej stronie sterczały wieże Baskerville-Hall, +po drugiej były bagna Grimpen-Mire, a w bok +na prawo, wznosił się dom Stapletonów. W naturze +był rozlany spokój, tylko moja dusza była wzburzona. +Usiadłem u wejścia do jaskini i czekałem na przybycie +jej lokatora.</p> + +<p>Nareszcie doszedł mnie odgłos jego kroków. Wsunąłem +się w najciemniejszy kącik i wyjąłem rewolwer +z kieszeni. Kroki umilkły, nagle cień zasłonił otwór.</p> + +<p>— Mamy piękny wieczór, kochany Watson — +rzekł głos, dobrze mi znany. — Sądzę, że ci będzie lepiej +na powietrzu, niż tutaj...</p> + + + +<hr style="width: 65%;" /> +<p class="nopad"><span class="pagenum"><a name="Str_132" id="Str_132">[str. 132]</a></span></p> +<h2><a name="XII" id="XII"></a>XII.</h2> + +<h3>Śmierć na bagnie.</h3> + + +<p>Przez chwilę siedziałem z zapartym oddechem, +oczom własnym nie wierząc, wreszcie odzyskałem głos, +powróciła mi przytomność, a jednocześnie spadł z serca +kamień odpowiedzialności. Taki głos ironiczny, chłodny, +miał tylko jeden człowiek na świecie.</p> + +<p>— Sherlock! — zawołałem.</p> + +<p>— Wychodź, a proszę cię, bądź ostrożny z rewolwerem.</p> + +<p>Stanąłem w kamiennym otworze i ujrzałem Holmesa +o parę kroków przed sobą. Siedział na kamieniu i patrzał +na mnie wesoło. Był blady, wychudzony, miał +twarz ogorzałą, ale bieliznę tak czystą, a brodę tak starannie +wygoloną, jak gdyby znajdował się w swojem +mieszkaniu przy Baker-Street.</p> + +<p>— Jakże się cieszę, że to ty! — zawołałem, ściskając +mu rękę.</p> + +<p>— A czy się nie dziwisz? — zagadnął.</p> + +<p>— Przyznaję, że tak.</p> + +<p>— I ja jestem zdziwiony — odrzekł. — Nie spodziewałem +się, że odnajdziesz moją kryjówkę, a tem mniej, +że cię tu zastanę. Spostrzegłem twą obecność dopiero, +gdym był o dwadzieścia kroków od tej jaskini.<span class="pagenum"><a name="Str_133" id="Str_133">[str. 133]</a></span></p> + +<p>— Poznałeś mnie po odbiciu stóp?</p> + +<p>— Nie, Watson, nie umiałbym rozróżnić twoich +śladów z pośród innych. Lecz gdy chcesz mnie wywieść +w pole, radzę ci używać innych papierosów, bo +ilekroć ujrzę munsztuk z marką fabryczną Broadley, +Oxford-Street, zawsze się domyślę, iż mój przyjaciel +Watson jest w pobliżu. Patrz, rzuciłeś niedopalony papieros, +zapewne w chwili, gdyś zdecydował się wejść +do tej jaskini.</p> + +<p>— Istotnie.</p> + +<p>— Tak przypuszczałem, a znając twoją odwagę, +byłem pewien, że zaczaiłeś się z rewolwerem w garści, +czekając na powrót „lokatora” tej siedziby. A więc +sądziłeś, że to ja jestem zbrodniarzem?</p> + +<p>— Nie wiedziałem, kim jesteś, ale poprzysiągłem +sobie wykryć tajemnicę.</p> + +<p>— Kiedy się dowiedziałeś o przebywaniu drugiego +człowieka na bagnie? Dostrzegłeś mnie może owej +nocy, gdy byłem tak nieostrożny i stanąłem na tle tarczy +księżycowej?</p> + +<p>— Tak, wtedy cię ujrzałem.</p> + +<p>— I niewątpliwie zaglądałeś pod wszystkie kamienie, +zanim natrafiłeś na moją kryjówkę?</p> + +<p>— Nie; dostrzeżono twojego chłopaka i to mi posłużyło +za drogowskaz.</p> + +<p>— Dojrzał go zapewne stary gentleman przez teleskop. +Gdym zobaczył po raz pierwszy blask od soczewki, +nie mogłem zmiarkować, co to takiego.</p> + +<p>Wstał i wszedł do jaskini.</p> + +<p>— Ha! widzę, że Cartwright przyniósł mi prowianty... +Jest i zabazgrany papier. A więc jeździłeś do +Coombe-Tracey?</p> + +<p>— Tak.<span class="pagenum"><a name="Str_134" id="Str_134">[str. 134]</a></span></p> + +<p>— Żeby się rozmówić z panią Laurą Lyons?</p> + +<p>— Nieinaczej.</p> + +<p>— Dobrze. Bardzo dobrze! Nasze wywiady szły +równoległymi drogami, a gdy połączymy badania, musimy +dotrzeć do dna prawdy.</p> + +<p>— Cieszę się ogromnie, że tu jesteś, bo już nerwy +zaczynały mi odmawiać posłuszeństwa. Ale jakim sposobem +znalazłeś się na bagnie i co tu porabiasz? Sądziłem, +ze siedzisz spokojnie przy Baker-Street i zajmujesz +się sprawą o wyzysk.</p> + +<p>— Chciałem, żebyś tak sądził.</p> + +<p>— Więc używasz mnie do roboty, a jednak mi nie +ufasz... — zawołałem z goryczą. — Zdaje mi się, że zasłużyłem +na zaufanie.</p> + +<p>— Mój drogi, jesteś poprostu nieoszacowany; +w wielu razach oddałeś mi znakomite usługi, jestem ci +wdzięczny i mam nadzieję, że mi przebaczysz ten fortel. +Dopuściłem go się poczęści ze względu na ciebie: +znając niebezpieczeństwo, na jakie się narażasz, chciałem +je zbadać sam, na miejscu. Gdybym przebywał +z tobą i z sir Henrykiem, dzieliłbym zapewne wasze poglądy +na tę sprawę, a moja obecność zmusiłaby naszego +przeciwnika do zdwojonej baczności. W obecnym +stanie rzeczy dokonałem tego, czegobym nie mógł zrobić, +mieszkając w Baskerville-Hall, a w dodatku pozostaję +w ukryciu. W chwili potrzeby, wystąpię z całą +energią i siłą.</p> + +<p>— Ale czemuż ukrywałeś się przedemną?</p> + +<p>— Bo w razie przeciwnym nie wstrzymałbyś się +od komunikowania się ze mną; zechciałbyś mnie zaopatrywać +w lepsze jadło, cieplejszą odzież i wprowadziłbyś +tamtych na mój ślad. Przywiozłem ze sobą Cartwrighta +— pamiętasz tego malca z hotelu — on myślał<span class="pagenum"><a name="Str_135" id="Str_135">[str. 135]</a></span> +o mnie: przynosił mi chleb i czystą bieliznę. Czegóż +mi więcej potrzeba? Dał mi przytem parę bystrych +oczu i parę zwinnych nóg, co jest pożądane.</p> + +<p>— A więc moje listy były niepotrzebne?</p> + +<p>Holmes wyjął paczkę listów.</p> + +<p>— Oto twoje sprawozdania —rzekł. — Dostawałem +je z 24 godzinnem opóźnieniem i oddały mi znaczne +usługi. <a class="ins" href="#tnote_40" name="tAnchor_40" title="Musisz">Muszę</a> cię pochwalić za gorliwość i spryt, których +dowiodłeś w tej niezwykłej sprawie.</p> + +<p>Serdeczne słowa Holmesa rozproszyły mój żal do +niego, tembardziej, iż czułem, że lepiej się stało, żem +nie wiedział o jego przebywaniu na bagnie.</p> + +<p>— A teraz opowiedz mi twoją wizytę u mrs. +Lyons — rzekł. — Nietrudno mi było domyśleć się, że +jeździłeś do niej, gdyż wiem, że ona jedna w Coombe-Tracey +może nam dostarczyć potrzebnych informacyj. +Coprawda, gdybyś nie był rozmówił się z nią dzisiaj, +ja byłbym do niej poszedł jutro.</p> + +<p>Słońce już zaszło, powietrze ochłodziło się. Weszliśmy +do jaskini. Usiadłszy na kamieniu obok Holmesa, +opowiedziałem mu moją rozmowę z panią Lyons.</p> + +<p>— To bardzo ważny szczegół — poświadczył. — +Wypełnia lukę, której nie zdołałem pokryć. Wiesz zapewne, +że pomiędzy tą damą a Stapletonem zachodzą +bardzo blizkie stosunki?...</p> + +<p>— Nie wiedziałem.</p> + +<p>— To rzecz pewna... Widują się, pisują do siebie, +są w porozumieniu serdecznem... Ta wiadomość jest +niebezpiecznym orężem w naszem ręku. Gdyby tylko +udało się zniechęcić do Stapletona jego żonę!...</p> + +<p>— Żonę?</p> + +<p>— Teraz ja udzielę ci garstkę informacyj wzamian<span class="pagenum"><a name="Str_136" id="Str_136">[str. 136]</a></span> +za te, których ty mi dostarczyłeś. Dama, uchodząca +tutaj za miss Stapleton, jest wistocie jego żoną.</p> + +<p>— To niemożliwe! Czyżby on pozwalał sir Henrykowi +starać się o własną żonę...</p> + +<p>— Co mu to szkodzi, że sir Henryk zakochał się? +On ze swojej strony, jak to sam spostrzegłeś, dokładał +wszelkich starań, aby sir Henryk nie objawiał i nie +wynurzał swych uczuć... Powtarzam ci: ta piękna dama +jest nie siostrą, lecz żoną Stapletona.</p> + +<p>— Więc czemuż ta komedya?</p> + +<p>— Stapleton przewidywał, że ona może mu oddać +usługi w charakterze osoby wolnej.</p> + +<p>Wszystkie moje posądzenia ożyły. Ten człowiek +chłodny, nieprzenikniony, do którego od pierwszej +chwili wstręt uczułem, wydawał mi się teraz potworem +o słodkim uśmiechu.</p> + +<p>— On, nie kto inny, jest naszym wrogiem; on nas +śledził w Londynie!... — oświadczył Holmes.</p> + +<p>— A ostrzeżenie wyszło zapewne od niej?</p> + +<p>— Niewątpliwie — potwierdził mój przyjaciel.</p> + +<p>— Jakim sposobem dowiedziałeś się, że ta kobieta +jest jego żoną? — spytałem.</p> + +<p>— Dzięki temu, że on sam wyjawił ci pewien +szczegół ze swego życia; sądzę, że musiał żałować tej +nieostrożności. Przy pierwszem z tobą spotkaniu mówił, +że kierował kiedyś szkołą w północnej Anglii. +Otóż niema nic łatwiejszego, jak wytropić nauczyciela. +Istnieją agencye szkolne, za pomocą których można dowiedzieć +się szczegółów z życia każdego nauczyciela, +a tembardziej kierownika zakładu. Po krótkiem badaniu +stwierdziłem, że jedna szkoła została zamknięta +z powodu okropnych nadużyć. Nazwisko jej kierownika +było inne; ten człowiek zniknął bez śladu. Rysopis<span class="pagenum"><a name="Str_137" id="Str_137">[str. 137]</a></span> +zgadzał się, a gdy jeszcze dowiedziałem się, że ów przełożony +odddawał się z zapałem entomologii, nie miałem +już żadnych wątpliwości.</p> + +<p>— Jeżeli ta kobieta jest istotnie jego żoną, jakiż +jego stosunek do pani Lyons?</p> + +<p>— Twoja rozmowa z tą damę rzuciła właśnie światło +na ten punkt ciemny. Nie wiedziałem, że pani +Lyons chce się rozwodzić. Widocznie ma nadzieję +wyjść za Stapletona.</p> + +<p>— A gdy się zawiedzie w tych nadziejach?</p> + +<p>— Ha! wtedy odda się na nasze usługi. Przedewszystkiem +musimy obaj widzieć się z nią jutro. Ale +czy nie znajdujesz, Watson, że zbyt długo pozostawiłeś +pupila bez swej opieki?... Twoje miejsce obecnie w Baskerville-Hall.</p> + +<p>Ostatnie promienie słońca gasły na zachodzie.</p> + +<p>— Jeszcze jedno pytanie — rzekłem, wstając. — +Wszak między nami nie powinno być sekretów. Powiedz +mi, jaki on ma w tem cel?</p> + +<p>Holmes zniżył głos.</p> + +<p>— Jego celem jest... morderstwo — chłodne, wyrafinowane +— odparł. — Nie pytaj mnie o szczegóły. Oplątuję +go w sieci, tak, jak on — sir Henryka. Jednego tylko +obawiam się, a mianowicie, żeby on nie wykonał +swego zamiaru, zanim będziemy gotowi do walki. Jeszcze +jeden dzień, dwa najwyżej, a będę w stanie zmierzyć +się z tym łotrem, ale tymczasem strzeż sir Henryka; +żałuję nawet, żeś go dziś opuścił.</p> + +<p>Straszny jęk przerwał ciszę. Krew zamarła w mych +żyłach.</p> + +<p>— Co to takiego? — zawołałem.</p> + +<p>Holmes zerwał się na nogi, wybiegł przed jaskinię, +nastawił ucha.<span class="pagenum"><a name="Str_138" id="Str_138">[str. 138]</a></span></p> + +<p>— Cicho! — szepnął — cicho!</p> + +<p>Ten sam jęk powtórzył się bliżej, dźwięczał w nim +strach i ból.</p> + +<p>— Skąd to dochodzi? — spytał Holmes szeptem.</p> + +<p>— Zdaje mi się, że ztamtąd — odparłem, wskazując +na lewo.</p> + +<p>— Nie, nie — zaprzeczył.</p> + +<p>I znowu rozdarł ciszę okrzyk, pełen rozpaczy +i trwogi. Towarzyszył mu teraz dziki pomruk.</p> + +<p>— To pies! — zawołał Holmes. — Biegnijmy na +pomoc! Prędzej! Prędzej!</p> + +<p>Rzucił się naprzód, ja za nim. Po raz trzeci, do +uszu naszych doleciał jęk ludzki i straszne warczenie. +Stanęliśmy, nasłuchując. Znowu zaległa cisza.</p> + +<p>Holmes załamał ręce. Nigdy jeszcze nie widziałem +go tak bezradnym.</p> + +<p>— Zapóźno już, zapóźno!... — mówił z rozpaczą. +— Że też siedziałem tu, jak bałwan, z założonemi +rękoma!... A ty, jak mogłeś wypuścić z opieki sir +Henryka!...</p> + +<p>Biegliśmy dalej wśród ogarniającej nas mgły i coraz +większych ciemności.</p> + +<p>— Czy nic nie widzisz? — spytał mnie Holmes.</p> + +<p>— Nie — odparłem.</p> + +<p>— A to co takiego? — zawołał nagle.</p> + +<p>Dało się słyszeć rzęrzenie. Dolatywało z po za nagiej +skały, sterczącej przed nami. Podbiegliśmy i oczom +naszym przedstawił się straszny widok. U stóp skały, +twarzą, do ziemi, z rozpostartemi rękoma, leżał mężczyzna +już martwy. To rzęrzenie było jego ostatnim +oddechem.</p> + +<p>Potarłem zapałkę — w jej świetle ujrzeliśmy coś<span class="pagenum"><a name="Str_139" id="Str_139">[str. 139]</a></span> +od czego krew zastygła nam w żyłach; martwe zwłoki +sir Karola Baskerville.<a name="FNanchor_B" id="FNanchor_B"></a><a href="#Footnote_B" class="fnanchor">[B]</a></p> + +<p>Znaliśmy obaj kraciasty garnitur — ten sam, w którym +ukazał nam się po raz pierwszy w mieszkaniu Holmesa. +Zapałka zgasła, a z nią nadzieja w naszych +sercach.</p> + +<p>— Nie daruję sobie nigdy, żem go zostawił samego... +— szepnąłem.</p> + +<p>— Ja jestem jeszcze winniejszy, Watson. Dla +„zaokrąglenia” i „uzupełnienia” dowodów naraziłem życie +mojego klienta... Jest to największy cios, jaki mnie +kiedykolwiek spotkał w moim fachu!... Ale skąd mogliśmy +przewidzieć, że pomimo naszych próśb i ostrzeżeń +puści się sam na to przeklęte bagno?...</p> + +<p>— I pomyśleć, że słyszeliśmy jego jęki i nie mogliśmy +nadbiedz mu z pomocą.... Gdzież jest ten pies +przeklęty? Lada chwila może wyskoczyć z za skały... +A gdzie Stapleton? Pociągniemy go do odpowiedzialności!</p> + +<p>— Tak, nie omieszkam tego uczynić — mówił Holmes. +— Stryj i synowie zostali zamordowani! — to nie +ulega wątpliwości. Jednego wystraszono na śmierć samym +widokiem tego zwierza, które wziął za nadprzyrodzone +zjawisko; drugi spadł ze skały, uciekając przed +tym potworem... Ale trzeba wykazać łączność pomiędzy +psem i jego ofiarą. Jakże dowiedziemy istnienia +tego czworonożnego potwora?... Sir Henryk umarł widocznie +skutkiem upadku. Ale pomimo całej swej przebiegłości, +Stapleton nie wymknie się z rąk policyi!...</p> + +<p>Staliśmy nad zwłokami, bezradni wobec katastrofy, +która obróciła w niwecz wszystkie nasze zabiegi. +Wreszcie zeszedł księżyc; weszliśmy na szczyt skały, +z której spadł nasz nieszczęśliwy przyjaciel i ogar<span class="pagenum"><a name="Str_140" id="Str_140">[str. 140]</a></span>nęliśmy +okiem ponurą płaszczyznę, osrebrzoną teraz łagodnym +blaskiem księżyca.</p> + +<p>Daleko, w stronie Grimpen-Mire, błyszczało żółte +światełko. Płonęło ono niewątpliwie w domu Stapletona. +Zacisnąłem pięść w bezsilnym gniewie.</p> + +<p>— Aresztujmy go zaraz! — krzyknąłem.</p> + +<p>— Nie mamy jeszcze dowodów — przekładał Holmes. +— Ten nędznik jest przebiegły, potrafi się bronić. +Chodzi nie o to, co wiemy, lecz o to, co zdołamy dowieść. +Jeden krok fałszywy, a wyśliźnie nam się pomiędzy +palcami.</p> + +<p>— Cóż nam teraz pozostaje?</p> + +<p>— Będziemy radzili jutro; dziś trzeba pomyśleć +o oddaniu ostatniej posługi przyjacielowi.</p> + +<p>Zeszliśmy ze skały i zbliżaliśmy się do zwłok, +oświetlonych teraz księżycem.</p> + +<p>— Trzeba sprowadzić ludzi — rzekłem. — We +dwóch nie przeniesiemy go do Baskerville-Hall. Co ci +jest? Czyś oszalał?...</p> + +<p>Holmes, patrząc na trupa, śmiał się, ręce zacierał. +Cóż się stało mojemu przyjacielowi, tak poważnemu zazwyczaj?...</p> + +<p>— Broda! Broda! Ten człowiek miał brodę! — wołał.</p> + +<p>— Brodę? — podchwyciłem.</p> + +<p>— To nie sir Henryk. To mój sąsiad — skazaniec!</p> + +<p>Z gorączkową skwapliwością odwróciliśmy zwłoki +twarzą do księżyca. Nie było wątpliwości: skrwawione +czoło, zapadłe oczy, ruda broda — tak to Seldon.</p> + +<p>W jednej chwili zrozumiałem, jak się rzeczy miały. +Baronet mówił mi, że swoją starą garderobę ofiarował +Barrymorowi. Widocznie Barrymore, na prośbę żony, +obdarzył nią Seldona, aby mu ułatwić ucieczkę. Buty,<span class="pagenum"><a name="Str_141" id="Str_141">[str. 141]</a></span> +czapka, garnitur — wszystko było sir Henryka. Straszny +los spotkał więźnia, ale ten człowiek zasłużył na +karę i byłby ją poniósł z ramienia sprawiedliwości. +Wytłómaczyłem Holmesowi przyczynę naszej pomyłki.</p> + +<p>— To ubranie jest powodem śmierci Seldona — rzekł. +— Oczywiście przyuczano psa poznawać sir Henryka +po odzieży. Rozumiem teraz, dlaczego but znikł +z hotelu; pies zwęszył zapach ubrania na skazańcu +i gonił go. Jedno tylko mnie zastanawia: jakim sposobem +Seldon wśród ciemności mógł widzieć, że go +pies ściga?...</p> + +<p>— Słyszał warczenie, tak jak my.</p> + +<p>— Samo warczenie psa nie wystraszyłoby go tak +dalece, żeby wzywał pomocy, zdradzając swą obecność +i narażając się, że go schwytają strażnicy. Z jego +okrzyków miarkuję, że odbiegł spory kawał od miejsca, +z którego pies go spłoszył.</p> + +<p>— A ja nie rozumiem, dlaczego ten pies został +spuszczony dziś właśnie. Sądzę, że nie zawsze jest na +swobodzie. Jeżeli Stapleton spuścił go z łańcucha, to +chyba spodziewał się, że sir Henryk będzie przechodził +przez bagno.</p> + +<p>— Cóż teraz zrobić z tym trupem? Niepodobna +zostawić go tutaj na pastwę dzikiego ptactwa.</p> + +<p>— Najlepiej złożyć go w jednej z jaskiń, dopóki +nie uwiadomimy policyi.</p> + +<p>— Masz słuszność — przyznał Holmes. — Udźwigniemy +go chyba we dwu? Ale patrz... Watson... +to <i>on</i>!... Co za zuchwalstwo!... Ani słowa przed nim +o naszych podejrzeniach... ani słowa! bo inaczej, wszystkie +moje plany pójdą w niwecz.</p> + +<p>Ujrzałem światełko cygara. W blasku księżyca<span class="pagenum"><a name="Str_142" id="Str_142">[str. 142]</a></span> +widziałem wyraźnie drobną postać naturalisty. Spostrzegłszy +nas, zatrzymał się, ale po chwili szedł dalej.</p> + +<p>— Kogo ja widzę! — rzekł. — Jeśli mnie oczy nie +mylą, doktor Watson. Nie spodziewałem się spotkać +pana tutaj... Co to takiego?... Ktoś został ranny... +Nie, to niepodobna... Nasz przyjaciel, sir Henryk!...</p> + +<p>Podbiegł i nachylił się nad zwłokami. Słyszałem +jego oddech przyśpieszony, cygaro z rąk mu wypadło.</p> + +<p>— Kto to? Kto to taki? — szeptał.</p> + +<p>— To Seldon, więzień, który zbiegł z Princetown.</p> + +<p>Stapleton zbladł okropnie, ale nadludzkim wysiłkiem +zapanował nad uczuciem gorzkiego zawodu. Przenosił +wzrok z Holmesa na mnie i ze mnie na Holmesa.</p> + +<p>— Co za okropna sprawa! — mówił. — Jakże on +umarł?</p> + +<p>— Skręcił kark, spadając z tej skały. Spacerowałem +właśnie z moim przyjacielem, gdy doleciał nas +krzyk przeraźliwy.</p> + +<p>— I ja ten krzyk słyszałem. To właśnie sprowadza +mnie tutaj. Byłem niespokojny o sir Henryka...</p> + +<p>— Dlaczego właśnie o sir Henryka?... — spytałem.</p> + +<p>— Bo miał przyjść do mnie. Ponieważ się spóźniał, +wyszedłem na jego spotkanie i wtedy usłyszałem +okrzyk... Ale, prawda... — i znowu przeniósł wzrok +a mojej twarzy na twarz Holmesa — czyście panowie +nie słyszeli nic więcej, oprócz tego okrzyku?</p> + +<p>— Nie, a pan? — spytał Holmes.</p> + +<p>— I ja nie.</p> + +<p>— Więc co znaczy to pytanie?</p> + +<p>— Myślałem o legendach, krążących wśród wieśniaków... +Podobno słychać szczekanie wśród nocy... +Byłem ciekawy, czy i teraz rozlegały się podobne +dźwięki...<span class="pagenum"><a name="Str_143" id="Str_143">[str. 143]</a></span></p> + +<p>— Niceśmy nie słyszeli — odparłem.</p> + +<p>— A jak panowie tłómaczą sobie śmierć tego +łotra?</p> + +<p>— Przypuszczam — mówiłem — że coś go wystraszyło; +uciekał, biegł na oślep, aż mu się noga powinęła +i spadł z tej skały głową na dół. Zabił się na miejscu, +bo skała wysoka i z tej strony prostopadle spuszcza +się w kotlinę; druga jej strona łączy się z płaskowzgórzem. +Biegnąc, więzień w przerażeniu swem nie +spostrzegł, że stoi nad przepaścią.</p> + +<p>— To bardzo prawdopodobne — przyznał Stapleton +i westchnął z widoczną ulgą, jak gdyby kamień +spadł mu z serca. — A cóż pan o tem myśli, panie +Holmes?</p> + +<p>— Przypuszczam to samo, co mój przyjaciel.</p> + +<p>— Spodziewaliśmy się pana od chwili, gdy zjechał +tu doktor Watson. Zjawiasz się pan w chwili tragicznej...</p> + +<p>— Mam nadzieję, że wyjaśnienie mojego przyjaciela +zostanie uznane jako jedynie możliwe. Bądź co +<a class="ins" href="#tnote_41" name="tAnchor_41" title="bąoź">bądź</a>, wracając jutro do Londynu, wywiozę stąd przykre +wspomnienie...</p> + +<p>— Więc pan wraca jutro?</p> + +<p>— Taki mam zamiar.</p> + +<p>— Spodziewam się, że pańskie badania rzucą światło +na tajemniczą sprawę, która zajmuje nas od paru +miesięcy.</p> + +<p>— A ja wątpię — odrzekł Holmes z doskonale +udaną szczerością. — Detektyw w swoich wywodach +zwykł opierać się na faktach, nie zaś na legendach ludowych. +To sprawa trudna i zawiła. Nie spodziewam +się jej rozwikłać.<span class="pagenum"><a name="Str_144" id="Str_144">[str. 144]</a></span></p> + +<p>Stapleton spojrzał na niego bystro, potem zwrócił +się do mnie:</p> + +<p>— Chętniebym zaproponował przeniesienie tego +biedaka do nas, ale boję się wystraszyć siostrę. Najlepiej +Seldonowi twarz zakryć, a zwłoki będą bezpieczne +do jutra rana.</p> + +<p>Takeśmy też zrobili. Stapleton zapraszał nas do +siebie, ale wymówiliśmy się i obaj podążyliśmy do +Baskerville-Hall. Naturalista powrócił sam.</p> + +<p>— Trzymamy go już prawie... — mówił Holmes. — +A jaka przytomność umysłu! Co za zimna krew!... +Jak śmiało patrzał na zwłoki tego, którego uważał za +swoją ofiarę... Mówiłem ci już w Londynie, a teraz +powtarzam, że nie miałem jeszcze tak groźnego przeciwnika.</p> + +<p>— Żałuję, że nas widział.</p> + +<p>— I ja żałowałem w pierwszej chwili; ale nie było +innej rady.</p> + +<p>— Jak sądzisz: czy świadomość, że jesteś tutaj, +wpłynie na jego plany?</p> + +<p>— Zmusi go do ostrożności, a może skłoni do +ostatecznych czynów. Jak wielu mądrych zbrodniarzy, +jest zapewne zbyt zaufany w swoim rozumie i wyobraża +sobie, że nas w pole wywiedzie.</p> + +<p>— I czemuż nie aresztujemy go zaraz?</p> + +<p>— Drogi Watson, ty jesteś stworzony na człowieka +czynu. Pierwszym twoim popędem jest — działać. +Ale przypuściwszy, że go aresztujemy dziś wieczorem, +cóż nam z tego przyjdzie? Nie zdołamy mu nic dowieść. +Gdyby mu dopomagał człowiek, moglibyśmy +znaleźć dowody; ale choćbyśmy odszukali psa, nie pomoże +nam zaciągnąć pętlicy na szyi swego pana.</p> + +<p>— Mamy przecież dowód.<span class="pagenum"><a name="Str_145" id="Str_145">[str. 145]</a></span></p> + +<p>— Ani jednego — same tylko przypuszczenia i wnioski. +Sąd wyśmiałby nas, gdybyśmy stanęli wobec niego +z takim materyałem dowodowym.</p> + +<p>— Wszak możemy się powołać na śmierć sir Karola...</p> + +<p>— Znaleziono go martwym bez żadnych śladów +gwałtu, bez ran i skaleczeń. Obaj wiemy, że umarł +z przestrachu, wiemy także, kto go wystraszył, ale +w jaki sposób przelejemy tę wiarę w dwunastu sędziów +przysięgłych?... Jakież ślady pies pozostawił na zwłokach?... +Naturalnie, wiemy, że żaden pies nie ruszy +martwego ciała; wiemy dalej, że sir Karol wyzionął ducha, +zanim go dogoniło to dzikie zwierzę. Wiemy, ale +powinniśmy tego <i>dowieść</i> — a nie potrafimy.</p> + +<p>— Fakt, który się zdarzył dzisiaj, nie jest-że ważną +poszlaką?</p> + +<p>— Nie zdołamy wykazać związku pomiędzy psem +a śmiercią tego człowieka. Zresztą, nie widzieliśmy +psa; słyszeliśmy go tylko, a nie możemy dowieść, że +gonił Seldona lub kogobądź. Nie, mój drogi, musimy +pogodzić się z myślą, że trzeba czekać i działać +z ukrycia.</p> + +<p>— Jakie masz plany?</p> + +<p>— Spodziewam się wiele po pani Lyons i mam nadzieję, +ze jutro pozyskamy choć jeden dowód.</p> + +<p>Nie mogłem go skłonić do wyrażenia jaśniej swych +zamiarów. Szedł w milczeniu aż do samego pałacu.</p> + +<p>— Czy wejdziesz? — spytałem.</p> + +<p>— Ma się rozumieć; dalsze ukrywanie się jest zbyteczne. +Słuchaj, Watson: nie wspominaj sir Henryko<span class="pagenum"><a name="Str_146" id="Str_146">[str. 146]</a></span>wi +o psie. Wszak baronet został zaproszony jutro na +obiad do Stapletonów?</p> + +<p>— I mnie prosili.</p> + +<p>— Musisz się wymówić. On pójdzie sam. To łatwo +urządzić. A teraz chodźmy. Spóźniłeś się wprawdzie +na obiad, ale przybywamy w samą porę na +kolacyę.</p> + + + +<hr style="width: 65%;" /> +<p class="nopad"><span class="pagenum"><a name="Str_147" id="Str_147">[str. 147]</a></span></p> +<h2><a name="XIII" id="XIII"></a>XIII.</h2> + +<h3>Zastawianie sieci.</h3> + + +<p>Sir Henryk był bardziej rad, niż zdziwiony widokiem +Holmesa; spodziewał się bowiem, że ostatnie wypadki +skłonią go do przybycia. Nie mógł jednak zrozumieć, +dlaczego mój przyjaciel nie wziął z sobą żadnych +bagażów. Zaopatrzyliśmy go we wszystko, czego +potrzebował, a następnie, przy sutej wieczerzy, opowiedzieliśmy +baronetowi naszą przygodę, z opuszczeniem +pewnych szczegółów.</p> + +<p>Ale wpierw czekał mnie przykry obowiązek uwiadomienia +Barrymorów o śmierci Seldona. Dla męża +było to poniekąd dobrą nowiną, ale żona na tę wieść +rozpłakała się rzewnie. W oczach wszystkich ów zbrodniarz +był potworem i wyrzutkiem społeczeństwa; ona +widziała w nim zawsze chłopaka z jasnymi kędziorami, +którego nosiła na ręku i kochała, jak własne dziecko.</p> + +<p>Niema tak złego mężczyzny, po którymby nie płakała +kobieta...</p> + +<p>— Po wyjściu Watsona — mówił baronet — snułem +się z kąta w kąt, wierny mojej obietnicy: nie zapuszczania +się samemu na bagno po zachodzie słońca. +Teraz jednak żałuję, że nie przyjąłem zaprosin Staple<span class="pagenum"><a name="Str_148" id="Str_148">[str. 148]</a></span>tona, +który do mnie pisał nad wieczorem. Gdybym +był poszedł, spędziłbym wieczór weselej.</p> + +<p>— Nie wątpię o tem — rzekł Holmes. —Ale, prawda, +zapomniałem panu powiedzieć, żeśmy go już opłakali. +Byliśmy pewni, że to pan umarł.</p> + +<p>Sir Henryk spojrzał na niego ze zdziwieniem.</p> + +<p>— Ten biedak był ubrany od stóp do głowy +w pańską odzież. Obawiam się, że Barrymore, który +mu jej dostarczył, będzie miał zatarg z policyą...</p> + +<p>— Wątpię. Nie było żadnych znaków.</p> + +<p>— To szczęśliwie dla niego, a nawet i dla nas, +gdyż i pan nie jest bez zarzutu w tej sprawie. Pociąganoby +pana do odpowiedzialności za to, że, znając +kryjówkę zbiegłego więźnia, nie uwiadomiłeś o niej policyi... +Jako sumienny detektyw, powinienbym nawet +aresztować pana i całą służbę pałacową...</p> + +<p>— Zanim pan spełni ten obowiązek — mówił baronet +żartobliwie — może się dowiem, jak stoi nasza sprawa? +Czyś pan jej zawiłości rozplątał? My z Watsonem +tyle wiemy dziś, co na początku.</p> + +<p>— Mam nadzieję, że zdołam wyświetlić tajemnicę. +Sprawa istotnie bardzo skomplikowana, dużo w niej +punktów ciemnych, ale spodziewam się rzucić na nie +światło,</p> + +<p>— My tutaj z Watsonem stwierdziliśmy tylko jeden +fakt: szczekanie psa na bagnie. Słyszeliśmy je wyraźnie, +więc to nie legenda ani przesądy. Gdybyś pan +zdołał schwytać tego psa, byłbyś najpierwszym detektywem +na świecie.</p> + +<p>— Mam nadzieję, że go schwytam i nałożę mu kaganiec, +ale potrzebuję pańskiej pomocy.</p> + +<p>— Rozporządzaj pan mną do woli. Zrobię, co pan +zechcesz.<span class="pagenum"><a name="Str_149" id="Str_149">[str. 149]</a></span></p> + +<p>— A więc poproszę pana, abyś słuchał mnie ślepo.</p> + +<p>— I owszem.</p> + +<p>— Jeżeli pan zastosujesz się do moich wskazówek +i poleceń, nie pytając o ich przyczynę, to uda mi się +może rozwikłać tajemnicę. Nie wątpię...</p> + +<p>Urwał nagle i zapatrzył się w jeden punkt nad +moją głową. Światło padało na jego twarz nieruchomą, +jakby wykutą z kamienia.</p> + +<p>— Co pan tam widzisz? — zawołał sir Henryk.</p> + +<p>Patrząc na Sherlocka, spostrzegłem, że tłumi wewnętrzne +wzburzenie. Rysy jego były chłodne, jak +zwykle, w oczach jednak płonął dziwny ogień.</p> + +<p>— To był zachwyt znawcy... — rzekł po chwili, +wskazując rząd portretów, wiszących na przeciwległej +ścianie. — Watson nie wierzy mojemu znawstwu, ale to +przez zazdrość, gdyż nasze poglądy na sztukę są niezgodne. +Według mnie, ta galerya portretów jest +wspaniała.</p> + +<p>— Miło mi to słyszeć — odrzekł sir Henryk, patrząc +na mego przyjaciela ze zdziwieniem. — Na malarstwie +nie znam się: wolę ładnego konia, niż cenny +obraz. Nie sądziłem, że pan masz czas oddawać się takim +zamiłowaniom...</p> + +<p>— Nie mogę być obojętny na arcydzieła, gdy je +mam przed oczyma — odparł Holmes. — Mógłbym się +założyć, że ta dama w niebieskiej atłasowej sukni i ten +sędziwy mąż w peruce, wyszli z pod pędzla Reynoldsa. +Wszak to wszystko portrety rodzinne?</p> + +<p>— Tak, wszystkie.</p> + +<p>— Czy pan zna imiona i daty?</p> + +<p>— Barrymore próbował wtajemniczyć mnie w rodowody +i zdaje mi się, żem zapamiętał jego wykład.</p> + +<p>— Któż jest ów gentleman z teleskopom w ręku?<span class="pagenum"><a name="Str_150" id="Str_150">[str. 150]</a></span></p> + +<p>— To admirał Baskerville; służył w Indyach Zachodnich +pod Rodneyem. A ten w niebieskim fraku, +to sir William Baskerville, który był przewodniczącym +w izbie gmin za czasów Pitta.</p> + +<p>— A ów jeździec, naprzeciwko mnie, w aksamitnym +spencerze?</p> + +<p>— O! ten wart, aby o nim powiedzieć słów parę. +On jest sprawcą nieszczęść naszej rodziny. To właśnie +krwawy Hugon, który wypuścił sforę psów na tę nieszczęśliwą +dziewczynę...</p> + +<p>Spojrzałem na portret z wielkiem zaciekawieniem.</p> + +<p>— Nigdybym się nie domyślił, że to on — rzekł +Holmes. — Twarz łagodna, spokojna, tylko w oczach... +płomienie. Wyobrażałem go sobie tęższym i groźniejszym.</p> + +<p>— Niema wątpliwości, że to on. Na odwrotnej +stronie płótna jest imię i data — rok 1647.</p> + +<p>Mój przyjaciel umilkł, ale nie odrywał oczu od +portretu. Dopiero po naszem rozejściu się na spoczynek +dowiedziałem się, dlaczego to płótno budzi w nim +tak żywo zaciekawienie.</p> + +<p>Zaprowadził mnie znowu do jadalni ze świecą +w ręku i przysunął ją do portretu.</p> + +<p>— Co cię uderza? — zapytał.</p> + +<p>Ogarnąłem wzrokiem duży kapelusz z piórami, złociste +loki i koronkowy kołnierz; wpatrywałem się w rysy +chłodne, surowe. Nie było w nich namiętności, lecz +niezłomna, okrutna wola; tryskała ona z oczu stalowych, +zdradzały ją usta wązkie, zaciśnięte.</p> + +<p>— Czy ten portret przypomina ci kogo ze znajomych? +— pytał Holmes.</p> + +<p>— Z dolnej części twarzy trochę podobny do sir +Henryka.<span class="pagenum"><a name="Str_151" id="Str_151">[str. 151]</a></span></p> + +<p>— Istotnie. Ale poczekaj.</p> + +<p>Wskoczył na krzesło, i trzymając świecę w lewej +ręce, prawą osłonił szeroki kapelusz i włosy.</p> + +<p>— Chryste Panie! — zawołałem.</p> + +<p>Z ram obrazu wyłoniła się twarz Stapletona...</p> + +<p>— Ha! spostrzegłeś wreszcie! — rzekł Holmes. — Moje +oczy są przyzwyczajone do badania samych twarzy, +bez akcesoryj toaletowych. Pierwszą zaletą detektywa +jest poznawać ludzi pod przebraniem.</p> + +<p>— Ależ to nadzwyczajne! — mówiłem, nie mogąc +ochłonąć z podziwu. — Ten obraz mógłby być jego +portretem!</p> + +<p>— Tak, to fizyczny dowód atawizmu i moralnego +podobieństwa. Studya nad portretami rodzinnymi mogą +nas przejąć wiarą w wędrówkę dusz. Ten człowiek +jest z rodu Baskervillów, to nie ulega wątpliwości.</p> + +<p>— I dlatego dybie na sukcesyę...</p> + +<p>— Naturalnie. Portret wypełnił lukę w moich poszukiwaniach. +Trzymamy go. Watson! gotów jestem +założyć się, że jutro wpadnie w moje sieci, tak, jak motyle, +za którymi sam się ugania. Wezmę go na szpilkę +i dołączę do mojej kolekcyi zbrodniarzy.</p> + +<p>Wybuchnął śmiechem, co mu się rzadko zdarzało.</p> + +<p>Nazajutrz wstałem bardzo wcześnie, ale Holmes +już mnie wyprzedził. Był ubrany do wyjścia.</p> + +<p>— Mamy cały dzień swobodny — mówił, zacierając +ręce z radości. — Sieci już zastawione, brakuje tylko +motyla.</p> + +<p>— Czy już wychodziłeś?</p> + +<p>— Wysłałem do Princetown wiadomość o śmierci +Seldona. Mam nadzieję, że nikt z was nie będzie +niepokojony w tej sprawie. Porozumiałem się już także +z wiernym Cartwrightem; krążył około mojej nory, jak<span class="pagenum"><a name="Str_152" id="Str_152">[str. 152]</a></span> +pies nad grobem swego pana. Musiałem go uspokoić +że jestem zdrów i cały.</p> + +<p>— Cóż dalej?</p> + +<p>— Przywitamy sir Henryka. Ha! oto i on!</p> + +<p>— Dzień dobry, Holmes — rzekł baronet, wchodząc +do jadalni. — Wyglądasz na dowódcę, naradzającego +się z szefem swego sztabu przed bitwą.</p> + +<p>— Bo też tak jest. Watson otrzymuje rozkazy.</p> + +<p>— I ja gotów jestem ich wysłuchać.</p> + +<p>— Wszak Stapleton zaprosił pana dzisiaj na obiad?</p> + +<p>— Spodziewam się, że i panowie pójdziecie ze +mną. Oni są bardzo gościnni i ręczę, że przyjmą was +z otwartemi rękoma.</p> + +<p>— Obaj z Watsonem musimy jechać do Londynu.</p> + +<p>— Do Londynu?</p> + +<p>— Tak; nasza obecność jest potrzebniejsza tam, +niż tutaj.</p> + +<p>— Miałem nadzieję — oświadczył baronet — że nie +opuścicie mnie, dopóki ta sprawa się nie wyświetli. Co +ja tu będę robił sam na tem pustkowiu?</p> + +<p>— Kochany panie, musisz zaufać mi ślepo i zrobić +to, co powiem. Oświadczysz pan Stapletonom, że +mieliśmy wielką ochotę panu towarzyszyć, lecz że ważne +interesy powołały nas do Londynu. Spodziewamy +się wrócić niebawem. Czy pan zechce powtórzyć im +to dosłownie?</p> + +<p>— Jeżeli panu na tem zależy.</p> + +<p>Widziałem, że baronet jest niezadowolony z naszego +wyjazdu i że ma do nas żal, iż go opuszczamy.</p> + +<p>— Kiedy chcecie jechać? — spytał chłodno.</p> + +<p>— Zaraz po pierwszem śniadaniu. Wstąpimy do +Coombe-Tracey. Watson pozostawia tutaj kuferek, +jako dowód, że wróci niebawem. Napisz kilka słów do<span class="pagenum"><a name="Str_153" id="Str_153">[str. 153]</a></span> +Stapletona, przepraszając go, że nie możesz korzystać +z jego zaprosin.</p> + +<p>— Mam ochotę jechać z wami — rzekł baronet. — Co +mnie tu wiąże?</p> + +<p>— Dałeś mi pan słowo, że zastosujesz się do +moich poleceń, a ja powiadam panu, abyś został.</p> + +<p>— Ha! w takim razie zostanę.</p> + +<p>— Jeszcze słówko. Do Merripit-House pojedziesz +pan amerykanem. Odeślesz zaraz konie i oświadczysz, +że zamierzasz powrócić pieszo.</p> + +<p>— Mam iść przez bagno?</p> + +<p>— Tak.</p> + +<p>— Ależ to sprzeciwia się pańskim poprzednim zaleceniom! +Ostrzegaliście mnie obaj, abym po zachodzie +słońca nie wychodził na bagno, ani na łąkę.</p> + +<p>— Tym razem możesz pan iść bezpiecznie. Gdybym +nie ufał pańskiej odwadze i zimnej krwi, nie dawałbym +panu takiej rady. Wierzaj mi pan, że to jest +niezbędne.</p> + +<p>— A więc dobrze.</p> + +<p>— Ale jeśli panu życie miłe, nie zbaczaj z drogi; +musisz iść prosto ścieżką, wiodącą z Merripit-House do +Grimpen-Road.</p> + +<p>— Dobrze, zapamiętam.</p> + +<p>— Chciałbym wyruszyć stąd zaraz po śniadaniu +aby stanąć w Londynie przed wieczorem.</p> + +<p>Byłem zdziwiony takim programem; choć poprzedniego +dnia Holmes wspominał Stapletonowi, że jedzie +nazajutrz do miasta, nie sądziłem jednak, że mnie zabierze +ze sobą i nie mogłem zrozumieć, dlaczego w najważniejszej +chwili schodzi ze stanowiska. Milczałem +wszelako, wiedząc, że trzeba go słuchać biernie.</p> + +<p>Pożegnaliśmy naszego przyjaciela i w parę godzin<span class="pagenum"><a name="Str_154" id="Str_154">[str. 154]</a></span> +potem byliśmy na dworcu w Coombe-Tracey. Konie +zostały odesłane do domu. Na platformie stał niewielki +chłopczyna.</p> + +<p>— Co pan rozkaże? — zapytał Holmesa.</p> + +<p>— Pojedziesz tym pociągiem do Londynu. Zaraz +po przybyciu zatelegrafujesz do sir Henryka Baskerville +w mojem imieniu, prosząc go, aby kazał poszukać +papierośnicy, którą zostawiłem u niego i odesłał ją +na Baker-Street.</p> + +<p>— Słucham pana.</p> + +<p>— Zapytaj na stacyi, czy niema listu do mnie.</p> + +<p>Chłopak wrócił z telegramem, Holmes podał mi +go. Przeczytałem, co następuje:</p> + +<p>„Depesza otrzymana. Przybywam z niepodpisanym +rozkazem. Będę o g. 5 m. 40. Lestrade.”</p> + +<p>— To odpowiedź na mój telegram, wyprawiony +dziś rano. Będziemy potrzebowali jego pomocy. Człowiek +sprytny i odważny. A teraz, Watson, sądzę, że +nic nam nie pozostaje, jak odwiedzić twoją znajomą, +panią Laurę Lyons.</p> + +<p>Zaczynałem pojmować plan kampanii. Holmes za +pośrednictwem baroneta chciał przekonać Stapletonów, +żeśmy wyjechali istotnie, a my tymczasem zjawimy się +w chwili grożącego niebezpieczeństwa.</p> + +<p><a class="ins" href="#tnote_42" name="tAnchor_42" title="Ow ">Ów</a> telegram z Londynu, o którym sir Henryk +wspomni zapewne, rozwieje podejrzenia naturalisty.</p> + +<p>Sieci były już zastawione.</p> + +<p>Pani Laura Lyons znajdowała się w swojem biurze. +Sherlock Holmes przystąpił do rzeczy wprost ze +szczerością, która ją wprowadziła w kłopot.</p> + +<p>— Badam okoliczności, towarzyszące śmierci sir +Karola Baskerville — oświadczył. — Mój przyjaciel, do<span class="pagenum"><a name="Str_155" id="Str_155">[str. 155]</a></span>ktor +Watson, uwiadomił mnie o treści swojej rozmowy +z panią, wiem także to, coś pani zamilczała...</p> + +<p>— Cóżem zamilczała?</p> + +<p>— Wyznałaś pani, że sir Karol na jej prośbę miał +znajdować się o dziesiątej przy furtce — wiemy, że o tej +godzinie śmierć go spotkała. Nie wyjaśniłaś pani: jaki +stosunek zachodzi pomiędzy tymi dwoma faktami.</p> + +<p>— Nie są w żadnym stosunku do siebie.</p> + +<p>— Byłby to dziwny zbieg okoliczności. Sądzę jednak, +że zdołamy wykazać związek pomiędzy jednym +faktem a drugim. Chcę być z panią zupełnie szczerym. +Poczytujemy ten „wypadek” za morderstwo; podejrzanym +jest nietylko przyjaciel pani, mr. Stapleton, +lecz i jego żona...</p> + +<p>Mrs. Lyons zerwała się na równe nogi.</p> + +<p>— Jego żona?... — krzyknęła.</p> + +<p>— Tak. Rzecz wyszła na jaw. Osoba, <a class="ins" href="#tnote_43" name="tAnchor_43" title="która,">która</a> dotychczas +uchodziła za jego siostrę, jest właściwie jego +żoną...</p> + +<p>Pani Lyons usiadła znowu, jej palce <a class="ins" href="#tnote_44" name="tAnchor_44" title="ścikały">ściskały</a> poręcz +fotela z taką siłą, że aż paznogcie zbielały.</p> + +<p>— Jego żona! — szeptała. — Jego żona! Więc on +jest żonaty!...</p> + +<p>Sherlock Holmes rozłożył ręce, jak gdyby chciał +powiedzieć, że niema na to rady.</p> + +<p>— Chcę mieć dowód. Jeśli pan potrafisz stwierdzić +te słowa faktami... — Nie dokończyła, głos zamarł +w jej piersi.</p> + +<p>— Przybyłem, uzbrojony w dowody, wiedząc, że +ich pani zażąda — oświadczył Holmes, wyjmując paczkę +papierów z kieszeni. — Oto fotografia małżonków, zdjęta +przed kilku laty w York. Zapisani są w księgach +zakładu fotograficznego jako „państwo Vandelour”, ale<span class="pagenum"><a name="Str_156" id="Str_156">[str. 156]</a></span> +łatwo poznać i ją, i jego. Dalej — trzy rysopisy małżonków +Vandeleur; mąż w owym czasie był kierownikiem +szkoły prywatnej w St-Oliver. Rysopisy zostały nadesłane +przez osoby wiarogodne. Odczytaj je pani, a przekonasz +się, czy odpowiadają wyglądowi pana Stapleton +i jego domniemanej siostry.</p> + +<p>Przebiegła okiem listy i pogrążyła się w milczeniu. +Skostniała jakby z bólu.</p> + +<p>— Panie Holmes — rzekła wreszcie — ten człowiek +obiecywał, że mnie poślubi, jeśli uzyskam rozwód. +Okłamał mnie, zdradził. Wyobrażałam sobie, że on +działa dla mnie — teraz widzę, że byłam tylko narzędziem +w jego ręku. Nie potrzebuję dochowywać mu +tajemnicy, skoro on nie dochował mi wiary!... Nie myślę +go osłaniać przed skutkami jego niecnych czynów. +Pytaj mnie pan, o co tylko chcesz — nic nie zataję. +Przysięgam panu, iż pisząc ten list, nie wiedziałam, że +narażam na niebezpieczeństwo sir Karola, który był dla +mnie lepszym od rodzonego ojca.</p> + +<p>— Wierzę pani święcie — odparł Sherlock Holmes. +— Opowiadanie byłoby dla pani bardzo przykrem, +więc może lepiej ja powiem, jak się rzeczy miały, +a pani będzie prostowała niedokładności lub omyłki. +Wszak Stapleton radził pani napisać ten list?</p> + +<p>— Podyktował mi go.</p> + +<p>— Przypuszczam, że skłonił panią, dowodząc, że +sir Karol chętnie poniesie wydatki na rozwód.</p> + +<p>— Nieinaczej.</p> + +<p>— A gdy pani list posłałaś, odradził jej przybyć +na miejsce umówione.</p> + +<p>— Mówił, że mu ambicya nie pozwala, aby człowiek +obcy łożył na taki cel, i że choć sam jest niezamożny,<span class="pagenum"><a name="Str_157" id="Str_157">[str. 157]</a></span> +poświęci ostatni grosz na usunięcie przeszkód, zagradzających +nam drogę do szczęścia.</p> + +<p>— A potem wyczytałaś pani wiadomość o śmierci +w gazecie miejscowej?</p> + +<p>— Tak.</p> + +<p>— Następnie kazał pani przysiądz, że nie wspomnisz +nikomu o swym liście do sir Karola?</p> + +<p>— Mówił, że śmierć jest tajemniczą i że mogliby +mnie podejrzewać o zabójstwo. Wystraszył mnie takim +argumentem i zmusił do milczenia.</p> + +<p>— A czy pani miałaś jakie wątpliwości?</p> + +<p>Milczała długo, wreszcie rzekła:</p> + +<p>— Być może, bo go znam. Ale gdyby dochował +mi wiary, nie zdradziłabym go nigdy.</p> + +<p>— Bądź co bądź, wyszłaś pani z tej sprawy obronną +ręką — przekładał jej Holmes. — Miałaś go pani +w swej mocy, a jednak żyjesz. A teraz pożegnamy +panią. Dowidzenia niebawem!</p> + +<hr style="width: 45%;" /> + +<p>— Nasza sprawa zaczyna się zaokrąglać — mówił +Holmes, gdy w parę minut potem staliśmy na dworcu, +oczekując londyńskiego pociągu. — Jest to najdziwniejsza +zbrodnia, jaka się zdarzyła w naszem stuleciu. Badacze +kryminologii pamiętają podobny wypadek w roku +1866 w Grodnie, a drugi w północnej Karolinie +w roku 1878, ale obecny fakt ma swoje odrębności. +I teraz nawet, po wykryciu szczegółów, nie wiem jeszcze, +w jaki sposób Stapleton przyczynił się do śmierci +sir Karola. Mam jednak nadzieję, że to się wyświetli +przed północą.</p> + +<p>Kuryer londyński wbiegł na peron z sykiem i gwizdem. +Z wagonu pierwszej klasy wyskoczył mężczyzna<span class="pagenum"><a name="Str_158" id="Str_158">[str. 158]</a></span> +krępy, o twarzy wesołej. Powitał Holmesa z takiem +uszanowaniem, jak oficer głównodowodzącego armią.</p> + +<p>— Czy jest co nowego? — spytał.</p> + +<p>— Zdaje się, że obecna sprawa narobi hałasu — odparł +mój przyjaciel, zacierając ręce. — Mamy dwie +godziny wolne. Trzeba zjeść obiad i nabrać sił do działania. +Po obiedzie przejdziemy się po łące; świeże powietrze +wyruguje z twoich płuc nagromadzoną w nich +mgłę londyńską. Wszak jesteś tu po raz pierwszy? +Mam nadzieję, że nie zapomnisz tych odwiedzin...</p> + + + +<hr style="width: 65%;" /> +<p class="nopad"><span class="pagenum"><a name="Str_159" id="Str_159">[str. 159]</a></span></p> +<h2><a name="XIV" id="XIV"></a>XIV.</h2> + +<h3>Pies Baskervillów.</h3> + + +<p>Jedną z wad Sherlocka Holmes — jeśli można to +nazwać wadą — jest skrytość. Nie zwykł wyjawiać +swoich planów nikomu, aż do ostatniej chwili. Jest to +wynikiem jego natury despotycznej i samodzielnej, ale +i próżności potrosze. Lubi wprowadzać w zdumienie +i zachwyt nad swym geniuszem wywiadowczym. Zresztą +ta skrytość płynie może i z ostrożności, która nie +pozwala mu wypowiadać się przed nikim. Bądź co bądź, +jest to przykrem dla otoczenia.</p> + +<p>Niecierpliwiło mnie to często, ale nigdy do tego +stopnia, jak owego wieczora. Czekało nas zadanie trudne +i niebezpieczne, mieliśmy działać wspólnie, a jednak +Holmes nie wyznaczał nam roli. Mówiliśmy +o przedmiotach pobocznych, nie mających nic wspólnego +ze sprawą.</p> + +<p>Mój przyjaciel wynajął na dworcu dorożkę i kazał +się wieźć do Baskerville-Hall. Wysiedliśmy przy bramie. +Zapłacił dorożkarza i odprawił go do Coombe-Tracey, +poczem kazał nam iść ze sobą w stronę Merripit-House.<span class="pagenum"><a name="Str_160" id="Str_160">[str. 160]</a></span></p> + +<p>— Czy masz broń? — zapytał Lestrada.</p> + +<p>— Nie rozstaję się z rewolwerem — odparł detektyw. +— We dnie jest jak przylepiony do kieszeni +moich spodni, a w nocy — do mojej poduszki.</p> + +<p>— To dobrze. Mój przyjaciel i ja jesteśmy w zbrojnem +pogotowiu.</p> + +<p>— Cóż pan rozkażesz?</p> + +<p>— Czekać.</p> + +<p>— Ha! nie jest to miła robota, zwłaszcza wśród +takiego otoczenia. Cóż za pustkowie!... — mówił Lestrade, +oglądając się dokoła.</p> + +<p>— Widzisz te światełka w oddali? To Merripit-House, +cel naszej wycieczki. Teraz musimy iść na palcach +i mówić szeptem.</p> + +<p>O dwieście yardów przed domem, Sherlock kazał +nam stanąć.</p> + +<p>— Poczekamy tutaj — szepnął. — Te kamienie na +prawo stanowią wyborną osłonę. Zaczaisz się za nimi, +Lestrade. Wszak byłeś w tym domu, Watson? Rozkład +mieszkania jest ci znany. Widzisz okno oświetlone?</p> + +<p>— To od kuchni.</p> + +<p>— A tamto, po drugiej stronie?</p> + +<p>— To od jadalnego pokoju.</p> + +<p>— Proszę cię, zakradnij się pod te okna i zobacz, +co oni tam robią, ale na miłość Boską, ostrożnie, żeby +nie zmiarkowali, że są śledzeni.</p> + +<p class="nopad"><span class="pagenum"><a name="Str_161" id="Str_161">[str. 161]</a></span></p><p>Stąpałem powoli, im palcach; zgięty wpół, doszedłem +do miejsca, skąd było widać okno jadalni.</p> + +<p>Przy okrągłym stole siedziało dwóch mężczyzn: +sir Henryk i Stapleton.</p> + +<p>Byli zwróceni do mnie profilem. Obaj palili cygara +i popijali kawę. Przed nimi stała butelka z winem. +Stapleton rozprawiał żywo, baronet był blady +i roztargniony. Może trapiła go myśl o samotnym powrocie +przez to fatalne trzęsawisko.</p> + +<p>Po chwili Stapleton wstał i wyszedł z pokoju. Sir +Henryk wypił haust kawy i zaciągnął się dymem cygara. +Usłyszałem skrzypniecie drzwi i chrzęst żwiru: +ktoś szedł po drugiej stronie muru. Wyjrzałem ostrożnie +i zobaczyłem naturalistę. Stąpał powoli, zakradał +się jakby, wreszcie stanął u drzwi bocznej oficyny. +Klucz zazgrzytał w zamku, po chwili doszedł mnie dziwny +odgłos, jakby warczenia. Stapleton zabawił parę +minut i wrócił do domu. Widziałem, jak wszedł do pokoju, +w którym pozostawił był sir Henryka.</p> + +<p>Wróciłem do moich towarzyszów, aby zdać raport +Holmesowi.</p> + +<p>— A więc powiadasz, że dama jest nieobecna? — pytał, +wysłuchawszy mnie do końca.</p> + +<p>— Niema jej w jadalnym pokoju.</p> + +<p>— We wszystkich innych pokojach ciemno? Gdzie +też się ukrywa?...</p> + +<p>Nad trzęsawiskiem unosiły się białe opary; księżyc, +świecący jasno na niebie, nie zdołał ich rozproszyć. +Cała okolica wydawała się posypana śniegiem.</p> + +<p>— Przeklęta mgła! — mruczał Holmes. — Ogarnie +nas niebawem, a wtedy wszystko stracone. To jedno +może mi szyki pomieszać. Ale mam nadzieję, że nie<span class="pagenum"><a name="Str_162" id="Str_162">[str. 162]</a></span> +będziemy już długo czekali. Dziesiąta. Sir Henryk +wyjdzie lada chwila. Ta mgła stanowi o jego życiu...</p> + +<p>Noc była jasna; po za obrębem oparów widać było +Merripit-House. Tylko dwa okna były oświecone. +Wtem światło zgasło w kuchni; pozostało tylko w pokoju +jadalnym, w którym morderca i jego ofiara siedzieli +przy kieliszkach i cygarach. A tymczasem mgła +spowijała coraz szerszą przestrzeń, muskała już dom +Stapletona. Zniknął w niej mur na drugim końcu ogrodu, +czubki drzew wynurzały się jeszcze z po za oparów. +Holmes przestępował z nogi na nogę. Był zaniepokojony.</p> + +<p>— Jeżeli nie wyjdzie za kwadrans, cała robota +na nic. Za pół godziny nie będziemy mogli dojrzeć +rąk własnych...</p> + +<p>Uklęknął i przyłożył ucho do ziemi.</p> + +<p>— Dzięki Bogu! słyszę jego kroki... — szepnął.</p> + +<p>Rozległo się miarowe stąpanie. Kroki stawały się +coraz głośniejsze i wyraźniejsze, dochodziły do nas przez +mgłę, jak przez zasłonę, i oto nagle pojawił się ten, +na którego czekaliśmy.</p> + +<p>Przeszedł ścieżką obok nas i podążył dalej, a idąc, +oglądał się na prawo i lewo, z widocznym niepokojem.</p> + +<p>— Pst! — szepnął Holmes. — Baczność!</p> + +<p>Mgła była już o pięćdziesiąt yardów przed nami. +Wytężaliśmy wzrok, czując, że wyłoni się z niej coś +strasznego. Spojrzałem na Holmesa. Był blady, wpatrywał +się w jeden punkt, usta mu drgały. W chwili +tej Lestrade krzyknął i padł twarzą do ziemi. Zerwałem +się, nie wypuszczając pistoletu z garści, choć krew +zamarła mi w żyłach na widok strasznego zjawiska, +które wyskoczyło z za mgły...</p> + +<p>Był to pies olbrzymi, czarny, jak węgiel, ale nie<span class="pagenum"><a name="Str_163" id="Str_163">[str. 163]</a></span> +pies zwyczajny. Jego rozwarta paszcza ziała ogniem, +z oczu sypały się iskry, cały pysk był jakby w płomieniach. +Najstraszniejsza zmora nie mogła być straszniejszą +od tego piekielnego zwierza, wyłaniającego +się ku nam z ciemności.</p> + +<p>Dziki zwierz biegł śladami naszego przyjaciela +w podskokach...</p> + +<p>Byliśmy tak przerażeni tem zjawiskiem, że nie wystrzeliliśmy +w porę. Pies przebiegł mimo nas. Holmes +i ja daliśmy ognia równocześnie; zwierzę, ugodzone widocznie, +jęknęło przeraźliwie, lecz nie zatrzymało się +w swym szalonym pościgu.</p> + +<p>Sir Henryk, który już był daleko, obejrzał się; widziałem +w blasku księżycu, że stanął przerażony i podniósł +ręce do góry.</p> + +<p>Jęk psa rozproszył nasze przesądne obawy. Jeśli +kula raniła zwierzę, a więc było nie widmem, lecz rzeczywistością, +— mogliśmy je zabić.</p> + +<p>W życiu mojem nie widziałem nikogo, pędzącego +tak szybko, jak Holmes owej nocy. Biegłem za +nim, ale mnie wyprzedził. Słyszeliśmy przed sobą warczenie +psa i wołanie o pomoc sir Henryka. Nadbiegłem +w chwili, gdy rozjuszone zwierzę rzuciło się na +swą ofiarę, powaliło ją na ziemię i wyszczerzało zęby. +Z dzikiem wyciem i jękiem bólu dogorywający pies +zwalił się na baroneta.</p> + +<p>Skoczyłem naprzód i przyłożyłem psu pistolet do +łba, ale wystrzał był zbyteczny. Czworonożny +prześladowca rodu Baskervillów już nie żył...</p> + +<p>Nachyliliśmy się nad sir Henrykiem. Mój przyjaciel +odetchnął swobodniej, widząc, że nasza pomoc +przyszła w porę. Lestrade wlał baronetowi do ust parę<span class="pagenum"><a name="Str_164" id="Str_164">[str. 164]</a></span> +kropel wódki. Sir Henryk spojrzał na nas przerażonemi +oczyma.</p> + +<p>— Co to? — szepnął. — Co to takiego?...</p> + +<p>— Zabiliśmy złego ducha rodu Baskervillów. Już +nie ożyje!... — zawołał Holmes.</p> + +<p>U stóp naszych leżało olbrzymia psisko, wielkości +młodej lwicy; był to mieszaniec wyżła i brytana. Zagasłe +oczy świeciły jeszcze, zakrwawiony pysk ział +ogniem.</p> + +<p>Powiodłem ręką po łbie kudłatym — moje palce +zabłysły w ciemności...</p> + +<p>— Fosfor! — rzekłem.</p> + +<p>— Szatański pomysł! — mówił Holmes, nachylając +się nad martwem zwierzem. — Przepraszam cię najmocniej, +sir Henryku, że musiałem cię narazić na taki przestrach. +Domyślałem się, że wypuszczą psa, ale nie sądziłem, +że go wpierw posmarują siarką, aby wydawał +się piekielnym potworem...</p> + +<p>— Ocaliłeś mi pan życie!</p> + +<p>— Wystawiając je na niebezpieczeństwo. Czy możesz +pan wstać o własnej sile?</p> + +<p>— Dajcie mi jeszcze wódki. Tak! A teraz podtrzymajcie +mnie chwilkę, bo jeszcze drżą mi nogi. Co +pan teraz rozkaże?</p> + +<p>— Przedewszystkiem musisz pan odpocząć. Jeżeli +poczekasz tu na nas, odprowadzimy pana do domu.</p> + +<p>Sir Henryk był jeszcze blady i nie mógł utrzymać +się na nogach. Posadziliśmy go na kamieniu.</p> + +<p>— A teraz do dzieła — mówił Holmes. — Każda +chwila jest droga. Mamy już dowód zbrodni, chodzi +jeszcze o schwytanie zbrodniarza.</p> + +<p>Zostawiliśmy sir Henryka i podążyliśmy ku domowi +Stapletona.<span class="pagenum"><a name="Str_165" id="Str_165">[str. 165]</a></span></p> + +<p>— Słyszał wystrzały i domyślił się, że jego „sztuka” +wyszła na jaw. Nie zastaniemy go już — mówił +Holmes.</p> + +<p>— Kto wie: gęsta mgła stłumiła zapewne huk rewolweru, +a zresztą przestrzeń dość znaczna; mógł nie +słyszeć.</p> + +<p>— Sądzisz, że czekał na rezultat w domu? To go +me znasz. Ręczę, że wyszedł za psem, aby go przywołać +po skończonej „robocie”. Gotówbym się założyć, +że go niema w Merripit-House. Swoją drogą, +przetrząśniemy dom od strychu do piwnic.</p> + +<p>Frontowe drzwi były otwarte; weszliśmy, ku zdziwieniu +starego sługi, który stał w sieni. Z wyjątkiem +jadalni, wszędzie panowały ciemności, ale Holmes wziął +ze stołu lampę i chodził z nią od pokoju do pokoju. +Nie było nigdzie Stapletona.</p> + +<p>Jeden z pokojów na górze był zamknięty na klucz.</p> + +<p>— Ktoś tam jest! — zawołał Lestrade. — Słychać +oddech. Proszę drzwi otworzyć!</p> + +<p>Odpowiedział nam jęk. Holmes uderzył pięścią +w klamkę; wyskoczyła, drzwi stanęły otworem. Wbiegliśmy +do pokoju z pistoletami w garści.</p> + +<p>Nie było w nim Stapletona. Oczom naszym przedstawił +się dziwny i niespodziany widok.</p> + +<p>Pokój był rodzajem <a class="ins" href="#tnote_45" name="tAnchor_45" title="muzem">muzeum</a>; w gablotach i na ścianach +były rozpięte rzadkie okazy motylów. Pośrodku +pokoju był słup, postawiony tu zapewne dla podtrzymania +starej belki, grożącej zawaleniem. Do tego słupa +uwiązana była postać ludzka; w pierwszej chwili nie +mogliśmy poznać: czy to mężczyzna, czy kobieta. Jeden +ręcznik ściskał jej gardło i okręcony był naokoło +słupa, drugi zakrywał dolną część twarzy. Cała postać +była spowita w prześcieradło.<span class="pagenum"><a name="Str_166" id="Str_166">[str. 166]</a></span></p> + +<p>W mgnieniu oka rozerwaliśmy pęta; na ziemi +u stóp naszych leżała pani Stapleton. Gardło miała +sine i ślady paznogci na twarzy i ciele.</p> + +<p>— Nędznik!... — zawołał Holmes z oburzeniem. — +Dawaj no tu flaszkę z wódką — rzekł do Lestrada. — +Trzeba ją posadzić na krześle i rozcierać.</p> + +<p>Otworzyła oczy.</p> + +<p>— Co się z nim stało? — szepnęła. — Czy uciekł?</p> + +<p>— Nie umknie tak łatwo.</p> + +<p>— Ja mówię nie o <i>nim</i>, ale o sir Henryku. Czy +ocalony?</p> + +<p>— Tak.</p> + +<p>— A pies?</p> + +<p>— Nie żyje.</p> + +<p>Odetchnęła swobodniej.</p> + +<p>— Dzięki Bogu! Widzicie, panowie, jak ten łotr +obszedł się ze mną!...</p> + +<p>Wysunęła ręce z rękawów — były okryte sińcami.</p> + +<p>— Ale to najmniejsza — ciągnęła dalej. — On zdeptał +moją duszę, poniżył ją... Wszystko znosiłam: osamotnienie, +poniewierkę, dopóki mogłam wierzyć w jego +miłość; ale i tu spotkał mnie zawód...</p> + +<p>Wybuchła płaczem.</p> + +<p>— Nie masz pani powodu go oszczędzać — rzekł +Holmes. — Powiedz nam, gdzie się ukrywa? Jeśli mu +pomagałaś w złem, dopomóż nam złe powetować.</p> + +<p>— Jedno jest tylko miejsce, w którem mógł się +schronić: dawna kopalnia ołowiu, w samym środku moczarów. +Tam trzymał psa na uwięzi; wiem, że robił +przygotowania, aby tam się ukryć.</p> + +<p>Holmes przysunął lampę do okna.</p> + +<p>— Patrzcie — mówił — co za mgła! Nikt dzisiaj +nie zdoła dotrzeć do Grimpen-Mire.<span class="pagenum"><a name="Str_167" id="Str_167">[str. 167]</a></span></p> + +<p>Klasnęła w ręce. Oczy jej zabłysły.</p> + +<p>— On dojdzie, ale wyjść nie zdoła, bo wśród mgły +nie zobaczy gałęzi, któreśmy powtykali razem, aby mu +wskazywały drogę do Grimpen-Mire. Szkoda, że nie +mogłam ich dzisiaj wyrwać, bo byłby na waszej łasce...</p> + +<p>Pogoń stawała się niemożliwą, dopóki mgła nie +opadnie. Tymczasem pozostawiliśmy Lestrada na stanowisku +w Merripit-House, a sami wraz z sir Henrykiem +wróciliśmy do Baskerville-Hall.</p> + +<p>Niepodobna już było ukrywać przed nim historyi +Stapletonów. Ze spokojem przyjął wiadomość, że ta, +którą pokochał, była żoną, nie siostrą owego łotra. +Lecz wzruszenie tej nocy wstrząsnęły mu nerwy. Dostał +gorączki. Posłaliśmy po doktora Mortimer.</p> + +<p>Gdy baronet podźwignął się z łóżka, dla odzyskania +równowagi duchowej, pod opieką tego zacnego lekarza +wyruszył w podróż naokoło świata. Wrócił zdrów +moralnie i fizycznie.</p> + +<hr style="width: 45%;" /> + +<p>Zbliżam się do końca tej dziwnej opowieści; starałem +się przelać w czytelników obawy, które trapiły +nas tak długo i skończyły się tak tragicznie.</p> + +<p>Nazajutrz po opisanych wypadkach, mgła ustąpiła +i pod przewodnictwem pani Stapleton zdołaliśmy dotrzeć +do punktu, skąd ścieżka prowadziła na moczary.</p> + +<p>Nieszczęśliwa kobieta ze skwapliwością, świadczącą +o głębokiej urazie do tego człowieka, który jej życie +zmarnował i podeptał jej godność niewieścią, starała +się nas wprowadzić na trop jego.</p> + +<p>Od owego punktu, rząd wetkniętych w błoto gałęzi +wskazywał kępki ziemi, po których można było<span class="pagenum"><a name="Str_168" id="Str_168">[str. 168]</a></span> +przejść suchą nogą. Jeden krok fałszywy mógł nas +o śmierć przyprawić. Raz tylko jeden ujrzeliśmy ślad, +że ktoś przechodził tą niebezpieczną drogą. Wśród +zielska i trawy wyzierał jakiś czarny przedmiot.</p> + +<p>Holmes schylił się, aby go podnieść, przyczem pośliznęła +mu się noga; gdybyśmy go nie podtrzymali, +byłby wpadł w to błoto bezdenne. Podniósł się trzymając +w ręku stary but. Wewnątrz, na podeszwie, +była wypisana firma: „<i>Meyers</i>, <i>Toronto</i>”.</p> + +<p>— Warto było wziąć błotną kąpiel! — wołał. — +Jest to zaginiony but sir Henryka.</p> + +<p>— Stapleton rzucił go tu zapewne wśród ucieczki.</p> + +<p>— Niewątpliwie. Trzymając ten but, wprowadzał +psa na trop sir Henryka... Odgłos wystrzału zwiastował +Stapletonowi, że zasadzka chybiona. Łotr uciekał +z tym butem w ręku. Tu właśnie go rzucił. A zatem +do tego miejsca doszedł bezpiecznie.</p> + +<p>Mieliśmy się dowiedzieć jeszcze innych szczegółów, +choć wiele rzeczy pozostało niewyjaśnionych. +Niepodobna było znaleźć śladów na bagnie, albowiem +błoto zalewało je odrazu. Minąwszy najgłębsze moczary, +szukaliśmy odbicia stóp na twardym już gruncie. +Nadaremnie. Jeśli świadectwo ziemi było wiarogodne, +Stapleton nie doszedł do wyspy, ku której dążył +wśród mgły.</p> + +<p>Grimpen-Mire pochłonęło nędznika. Jego kości +spoczywają zapewne wśród nieprzebytych trzęsawisk...</p> + +<p>Natomiast znaleźliśmy dużo śladów po nim na wyspie, +gdzie psa ukrywał. W jednym z opuszczonych +domków był przykuty do ściany łańcuch; pogryzione +kości świadczyły, że pies był tutaj więziony. Opodal +leżał szkielet małego pinczerka.</p> + +<p>— Patrzcie! toż to faworyt Mortimera! — zawołał<span class="pagenum"><a name="Str_169" id="Str_169">[str. 169]</a></span> +Holmes. — Stapleton potrafił ukryć psa, ale nie zdołał +stłumić jego wycia. Mógł był wprawdzie trzymać go +w oficynie Merripit-House, ale byłoby to ryzykownem. +Zdecydował się na taki krok ostatniego dnia, gdy wszystko +postawił na jedną kartę. Maść w tej oto blaszance +jest zapewne mieszaninę siarki i fosforu, którą pies był +wysmarowany. Tym sposobem, korzystając z legendy, +ów łotr wystraszył na śmierć sir Karola. Nic dziwnego, +że Seldon uciekał z wrzaskiem. Wszak nasz +przyjaciel, sir Henryk, a i my także, nie mogliśmy się +wstrzymać od okrzyku wobec takiego zjawiska. Był to +pomysł piekielny! — chodziło nietylko o wystraszenie +ofiary, lecz i o utrudnienie śledztwa, albowiem pies, +ziejący ogniem, przejmował włościan okolicznych strachem +przesądnym i odejmował im ochotę ścigania tego +potwora. Mówiłem ci to już raz w Londynie, Watson, +a teraz powtarzam, że Stapleton był najniebezpieczniejszym +łotrem, z jakim zdarzyło mi się spotkać w życiu.</p> + + + +<hr style="width: 65%;" /> +<p class="nopad"><span class="pagenum"><a name="Str_170" id="Str_170">[str. 170]</a></span></p> +<h2><a name="XV" id="XV"></a>XV.</h2> + +<h3>Rzut oka wstecz.</h3> + + +<p>W końcu listopada Holmes i ja w wieczór ciemny +i dżdżysty siedzieliśmy przy kominku w naszej bawialni +na Baker-Street. Mój przyjaciel był w wybornym +humorze i skorzystałem z tego, aby go wybadać +o nieznane mi dotychczas szczegóły sprawy Baskerville.</p> + +<p>Sir Henryk i doktor Mortimer bawili w Londynie, +gotując się do dalekiej podróży, która miała wzmocnić +nerwy baroneta.</p> + +<p>— Cała ta sprawa była jasną i prostą z punktu widzenia +rzekomego Stapletona — mówił Holmes, w odpowiedzi +na moje <a class="ins" href="#tnote_46" name="tAnchor_46" title="prytanie">pytanie</a>. — Dla nas zaś, którzyśmy +nie znali jego pobudek i celów, wydawała się tajemniczą +i zawiłą. Znajdziesz moje poglądy pod literą <i>B</i> +w moich aktach kryminalnych.</p> + +<p>— Wolałbym, żebyś mi to opowiedział żywem +słowem.</p> + +<p>— Dobrze, ale nie ręczę za dokładność. Pamięć +może mnie mylić. Otóż moje badania wykryły, że portret +rodzinny nas nie zawiódł. Ten łotr był synem +Rogera Baskerville, młodszego brata sir Karola; wy<span class="pagenum"><a name="Str_171" id="Str_171">[str. 171]</a></span>wędrował +do Ameryki z bardzo złą reputacyą. Ożenił +się tam z Beryl Garcia, najpiękniejszą kobietą w Costa-Rica, +a sprzeniewierzywszy znaczną sumę z publicznych +funduszów, zmienił nazwisko na Vandeleur, uciekł do +Anglii i założył szkołę dla chłopców w Yorkshire. Do +obrania tego zawodu skłoniła go znajomość, zawarta +w drodze powrotnej z nauczycielem suchotnikiem, niejakim +Fraser. Weszli w spółkę. Dopóki Fraser żył, +szkoła szła dobrze i prowadzona była z poczuciem obywatelskich +obowiązków, ale po jego śmierci zyskała +jaknajgorszą opinię, as wreszcie okryła się hańbą. +Vandeleur uznał za stosowne zmienić nazwisko. Jako +Stapleton, z resztkami ukradzionych pieniędzy, z pięknymi +zbiorami entomologicznymi przesiedlił się do Anglii +południowej.</p> + +<p>Muzeum Brytańskie objaśniło mnie, że był powagą +na polu owadoznawstwa; odkrył dużo gatunków, +które noszą nazwisko Vandeleur.</p> + +<p>Ten nikczemnik zbadał zapewne swoje stosunki +rodzinne i dowiedział się, że jedno tylko życie ludzkie +stoi pomiędzy nim a olbrzymią fortuną. Przypuszczam, +że w chwili osiedlania się w Devonshire nie miał jeszcze +wytkniętego jasno planu; lecz że od początku +żywił złe zamiary, świadczy o tem fakt, iż żonę swą +podawał jako siostrę. Widocznie miał już wtedy projekt +użycia jej za narzędzie, choć nie wiedział jeszcze, +jakiemi drogami dojdzie do celu.</p> + +<p>Przedewszystkiem postarał się osiąść jaknajbliżej +siedziby swych przodków, powtóre — nawiązać przyjazny +stosunek z sir Karolem Baskerville, oraz z jego +sąsiadami.</p> + +<p>Baronet opowiedział mu sam o psie, prześladującym +ich ród, i zgotował tem sobie śmierć okropną.<span class="pagenum"><a name="Str_172" id="Str_172">[str. 172]</a></span> +Stapleton — gdyż tak go będę nazywał w dalszym ciągu +— wiedział, że sir Karol ma wadę serca i że gwałtowne +wstrząśnienie może go zabić; wiedział też, że jest +przesądnym i że wierzy w tę legendę.</p> + +<p>Nikczemnik poznał odrazu, jaką może stąd korzyść +osiągnąć; obmyślił dla baroneta śmierć niezawodną, za +którą nikt nie mógł być pociągnięty do odpowiedzialności.</p> + +<p>Przeprowadził swój plan bardzo zręcznie. Zwyczajny +łotr byłby użył psa rozjuszonego — on nadał mu +jeszcze pozory piekielnej bestyi. Kupił najdziksze +i największe psisko, jakie mógł dostać u handlarzy +Ross and Mangles w Londynie. Przywiódł go do stacyi +North Devon, odległej od Baskerville-Hall i nadłożył +ogromny kawał drogi, idąc łąką i moczarami, aby +go nikt nie spostrzegł. Wpierw wynalazł dla niego +schronienie w Grimpen-Mire i tam go odrazu wprowadził. +Trzymał go na łańcuchu i czekał sposobności. +Ale niełatwo było ją znaleźć.</p> + +<p>Stary baronet nie wychodził nigdy za obręb +pałacu po zachodzie słońca. Kilkakrotnie Stapleton +czyhał na niego z psem, lecz bezskutecznie. Wtedy-to +okoliczni włościanie widzieli ogromne psisko, co spowodowało +wskrzeszenie legendy.</p> + +<p>Stapleton miał nadzieję, że jego żona zdoła doprowadzić +sir Karola do zguby, lecz natrafił na niespodziewany +opór. Nie chciała rozkochywać starego gentlemana; +oni groźby, ani nawet kije nie zdołały ją skłonić +do tak niecnego wspólnictwa. Stapleton musiał +działać sam.</p> + +<p>Pomogła mu dobroczynność sir Karola. Zacny +starzec, zwiedziony pozorami, polubił Stapletona i za +jego pośrednictwem świadczył dużo dobrego, między<span class="pagenum"><a name="Str_173" id="Str_173">[str. 173]</a></span> +innymi pani Laurze Lyons. Stapleton poznał ją przypadkowo, +zainteresował się niby jej losem i wzbudził +dla niej współczucie w litościwem sercu baroneta; że +zaś potrafił zyskiwać względy kobiet i przedstawił się +jako kawaler, wkrótce zdobył nietylko zaufanie, lecz +i serce pięknej Laury; dawał jej też do zrozumienia, że +się z nią ożeni, jeśli ona rozwiedzie się z mężem.</p> + +<p>Usłyszawszy, że sir Karol, z porady doktora Mortimer, +zamierza opuścić Baskerville-Hall, postanowił +działać bezwłocznie, w obawie, aby ofiara nie wysunęła +się z jego szponów. Skłonił zatem panią Lyons do napisania +listu, w którym błagała baroneta o przybycie +do furtki ogrodowej w przeddzień jego wyjazdu do Londynu. +Następnie odradził jej stawić się na miejscu +umówionem.</p> + +<p>Wracając wieczorem z Coombe-Tracey, spuścił psa +z łańcucha, posmarował go fosforem i przyprowadził do +furtki, wiedząc, że stary gentleman zjawi się przy niej +od strony pałacu.</p> + +<p>Pies, poszczuły przez swego pana, przeskoczył +przez furtkę i ścigał biednego baroneta; ten uciekał +aleja, widzów, wołając o pomoc. Pies biegł trawnikiem, +baronet aleją żwirową; dlatego pozostały tylko ślady +jego kroków.</p> + +<p>Widząc, że leży bez ruchu, pies zbliżył się zapewne, +obwąchał go, a gdy poczuł, że już nie żyje, zawrócił +się. Stapleton przywołał go, odprowadził do improwizowanej +budy w Grimpen-Mire i uwiązał znowu +na łańcuchu.</p> + +<p>Śmierć sir Karola pozostała niewyjaśniona; władze +policyjne łamały sobie głowę nad jej przyczyną, okolica +była w strachu, wreszcie oddano sprawę w nasze +ręce.<span class="pagenum"><a name="Str_174" id="Str_174">[str. 174]</a></span></p> + +<p>Rozumiesz piekielny podstęp tego łotra; tak się +urządził, że nie można było znaleźć śladów zbrodni, ani +wytoczyć procesu mordercy. Jedyny jego wspólnik +zdradzić go nic mógł. Obie kobiety, wplątane w tę +sprawę: pani Stapleton i pani Laura Lyons, miały pewne +podejrzenia; mrs. Stapleton wiedziała nawet o złych +zamiarach męża względem sir Karola, a także o istnieniu +psa. Mrs. Lyons nie miała wprawdzie pojęcia ani +o jednem, ani o drugiem, lecz zastanowiło ją, że śmierć +starego gentlemana wynikła o godzinie, wyznaczonej +na spotkanie z nią. Obie kobiety znajdowały się jednak +pod wpływem tego łotra — nie miał powodu obawiać +się zdrady z ich strony.</p> + +<p>Pierwsza część szatańskiego zadania była spełniona, +pozostawała druga, trudniejsza.</p> + +<p>Stapleton mógł na razie nie wiedzieć o istnieniu +spadkobiercy w Kanadzie. Bądź co bądź, dowiedział się +o tem wkrótce po śmierci sir Karola od swego przyjaciela, +doktora Mortimer, który go też uwiadomił o przybyciu +sir Henryka.</p> + +<p>Pierwszą myślą Stapletona było zapewne zgładzić +go ze świata w Londynie. Stracił zaufanie do żony od +chwili, gdy nie chciała mu pomagać w nastawianiu +sideł na sir Karola. Bał się jednak zostawić ją samą +na dłuższy czas, dlatego wziął ją ze sobą do Londynu.</p> + +<p>Doszedłem, że zamieszkali w hotelu Mexborough, +przy Craven Street. Stapleton zamykał żonę na klucz +a sam, przyprawiwszy brodę, dla niepoznaki, śledził +każdy krok doktora Mortimer, jeździł za nim na Baker-Street, +a następnie na dworzec i do hotelu Northumberland.</p> + +<p>Żona domyślała się jego planów, lecz obawiała się +ostrzedz upatrzoną ofiarę. Gdyby list wpadł w ręce<span class="pagenum"><a name="Str_175" id="Str_175">[str. 175]</a></span> +Stapletona, jej własne życie byłoby w niebezpieczeństwie.</p> + +<p>Jak wiemy, wpadła na myśl wycięcia z gazety +słów, któremi ostrzegała baroneta. List doszedł rąk +baroneta i był pierwsza zapowiedzią niebezpieczeństwa.</p> + +<p>Stapleton postarał się o but sir Henryka, aby w razie +danym wyzyskać węch psa i wprowadzić go na +trop ofiary.</p> + +<p>Posługacz hotelowy dostarczył mu obuwia, za hojną +pewnie opłatą; lecz pierwszy but wykradziony, był +nowy; Stapleton kazał go podrzucić i dostał drugi, noszony. +Ten drobny fakt wprowadził mnie odrazu na +domysł, że prześladowca sir Henryka chce użyć psa do +swych celów.</p> + +<p>Nazajutrz baronet przybył tutaj; Stapleton śledził +go w dorożce. Sądząc z tego, że mnie znał i wiedział, +gdzie mieszkam, gotów jestem przypuścić, że już poprzednio +miał powody obawiać się mojej działalności +wywiadowczej i ze nie był nowicyuszem na polu +zbrodni.</p> + +<p>W ciągu trzech lat ostatnich okradziono w Devonshire +cztery dwory. W żadnym wypadku złoczyńcy +nie zostali ujęci. Wreszcie w maju roku bieżącego +zrabowano Folkstone-Court, przyczem został zabity +służący, który pierwszy dostrzegł zamaskowanego złodzieja.</p> + +<p>Mógłbym ręczyć, że był nim Stapleton, który w ten +sposób zasilał swe fundusze. Mieliśmy dowód jego bezczelności +w tem, że podał moje nazwisko dorożkarzowi. +Zrozumiał wtedy, iż go śledzę i że nie będzie mógł +spełnić swych zamiarów w Londynie. Powrócił do +Devonshire i oczekiwał tam przybycia baroneta.<span class="pagenum"><a name="Str_176" id="Str_176">[str. 176]</a></span></p> + +<p>— Przepraszam cię — rzekłem. — Czy mógłbyś mi +wyjaśnić, kto żywił psa podczas pobytu Stapletona +w Londynie?</p> + +<p>— Ważna to kwestya — odparł. — Zastanawiałem +się nad nią i doszedłem do przekonania, że Stapleton +miał wspólnika. W Merripit-House był stary lokaj, +Antoni. Wiem, że pozostawał u niego w służbie conajmniej +lat kilka, bo widziano go za czasów, gdy Stapleton +był kierownikiem szkoły w Yorkshire. Ten +człowiek musiał wiedzieć, że Beryl jest żoną, nie siostrą +jego pana. Po zamachu na sir Henryka, Antoni +zniknął bez śladu.</p> + +<p>Otóż to imię, rzadkie w Anglii, jest bardzo pospolite +w Hiszpanii i w Ameryce hiszpańskiej. Ów służący, +również jak i pani Stapleton, mówił po angielsku +płynnie, lecz z akcentem miękkim, południowym. Widziałem +sam Antoniego, idącego do Grimpen-Mire +ścieżką, wytkniętą przez Stapletona. Zapewne ten, +podczas jego nieobecności, żywił psa, choć zapewne +nie wiedział, do jakiego celu jest przeznaczony.</p> + +<p>Teraz słówko o mojej działalności w czasie, gdyś +przebywał z sir Henrykiem w Baskerville-Hall. Pamiętasz +może, jak oglądając papier, na którym były przyklejone +słowa, wycięte z <i>Timesa</i>, badałem znak wodny; +trzymałem wtedy papier przy oczach. Otóż zaleciała +mnie subtelna woń białego jaśminu.</p> + +<p>Jest siedemdziesiąt pięć gatunków perfum, które +każdy detektyw powinien rozróżniać; wiele wypadków +zależy od szybkiego poznawania perfum. Jaśmin naprowadził +mnie na domysł, że list został przesłany przez +kobietę. Już wtedy moje podejrzenia zwróciły się ku +Stapletonom.<span class="pagenum"><a name="Str_177" id="Str_177">[str. 177]</a></span></p> + +<p>Wiedziałem więc o istnieniu psa i o miejscu zamieszkania +mordercy, zanim wyruszyliście do Devonshire.</p> + +<p>Postanowiłem śledzić Stapletona. Oczywiście nie +mógłbym tego dokonać, przebywając z wami, albowiem +łotr miałby się na baczności. Zwiodłem wszystkich, +nie wyłączając ciebie, i zjawiłem się potajemnie, +wówczas, gdy sądziliście wszyscy, że bawię w Londynie.</p> + +<p>Ukrywałem się przeważnie w Coombe-Tracey, +chroniąc się w jaskini na moczarach tylko wtedy, gdy +moja obecność na polu działania była niezbędną. Cartwright +w przebraniu chłopca wiejskiego, oddawał mi +znaczne usługi. Dostarczał mi pożywienia i czystej +bielizny. Podczas gdym ja śledził Stapletona, on śledził +ciebie, tak, że wiedziałem o każdym twoim kroku.</p> + +<p>Mówiłem ci już, że twoje raporty dochodziły mnie +szybko, odsyłano mi je natychmiast z Baker-Street do +Coombe-Tracey. Przydały mi się bardzo, zwłaszcza +biografia Stapletona. Pomogła mi ona wykryć jego +tożsamość i stosunek do pięknej towarzyszki.</p> + +<p>Sprawa powikłała się przez ucieczkę więźnia Seldona +i jego porozumienie się z Barrymorami. I tę zawiłość +rozplątałeś, choć i ja doszedłem do tego samego +wyniku, na mocy własnych spostrzeżeń.</p> + +<p>W chwili, gdyś mnie odnalazł na moczarach, miałem +już w ręku wszystkie nici spisku, lecz nie posiadałem +materyału dowodowego, z którym mógłbym stanąć +przed sądem.</p> + +<p>Nawet zamach na sir Henryka, który skończył się +śmiercią Seldona, nieszczęsnego więźnia, nie mógł nam +pomódz do wykazania zbrodniczości Stapletona.</p> + +<p>Nie było innej rady, jak go schwytać na gorącym +uczynku, a w tym celu musiałem użyć sir Henryka,<span class="pagenum"><a name="Str_178" id="Str_178">[str. 178]</a></span> +z narażeniem jego nerwów. Przyznaję, że moja w tem +wina: trzeba było poprowadzić sprawę inaczej i oszczędzić +naszemu klientowi tej przykrości, ale nie mogłem +przewidzieć, że ten łotr posmaruje psa siarką i że +owej nocy będzie mgła, dzięki czemu sir Henryk nie +mógł widzieć z oddali czworonożnego sprzymierzeńca +Stapletona, który wyskoczył znienacka i przestraszył +tego odważnego człowieka. Zresztą doktor +Mortimer i wezwani specyaliści upewniają, że nasz +przyjaciel powróci niebawem do równowagi i że odzyska +spokój ducha, zachwiany nietylko tym wypadkiem, +lecz i sercowym zawodem.</p> + +<p>Pozostaje mi już tylko zaznaczyć rolę pani Stapleton. +Mąż wywierał na nią wpływ demoniczny; niewiadomo, +czy go bardziej kochała, czy też się bała. +Bądź co bądź, słuchała go niewolniczo, stawiając mu +opór wtedy tylko, gdy chciał ją zmusić do wspólnictwa +w zbrodni. Pragnęła ostrzedz sir Henryka, bez narażenia +męża; próbowała kilkakrotnie, lecz bezskutecznie.</p> + +<p>Stapleton był zdolny do zazdrości: widząc, że baronet +zaleca się do jego żony, choć to leżało w jego +zamiarach, nie mógł jednak powstrzymać się od gwałtownego +wybuchu. Opamiętawszy się, udawał, że +sprzyja rodzącemu się uczuciu, zapraszał sir Henryka +do Merripit-House, w nadziei, że wcześniej czy później +nadarzy się sposobność wciągnięcia go w zasadzkę.</p> + +<p>Nagle w dniu, oznaczonym na zamach, żona +oświadczyła się przeciwko niemu. Do uszu jej doszła +wieść o nagłej śmierci zbiegłego więźnia na moczarach, +a że wiedziała, iż pies trzymany jest tam na uwięzi, +domyśliła się, jaką śmierć Stapleton gotuje sir Henry<span class="pagenum"><a name="Str_179" id="Str_179">[str. 179]</a></span>kowi, +tembardziej, gdy mąż przyprowadził psa i zamknął +go w oficynie.</p> + +<p>Owego wieczora, przed przybyciem sir Henryka na +obiad, wśród małżonków wynikła sprzeczka. Beryl nazwała +męża zbrodniarzem; rozwścieczony, chcąc ją <a class="ins" href="#tnote_47" name="tAnchor_47" title="do tknąć">dotknąć</a> +boleśnie, oznajmił jej, że kocha inną.</p> + +<p>To brutalne wyznanie zerwało ostatnie pęta, łączące +ją z nędznikiem, i wznieciło w jej sercu nienawiść +i pragnienie zemsty.</p> + +<p>On spostrzegł tę zmianę, i obawiając się, aby go +nie zdradziła, uwiązał ją do słupa i zamknął na klucz. +Pewien był, że po dokonanej zbrodni, gdy cała okolica +przypisywać będzie śmierć sir Henryka przekleństwu, +ciążącemu na jego rodzie, on, Stapleton, zręcznem kłamstwem +i pochlebstwem zdoła odzyskać uczucie swej +żony, skłonić ją do milczenia i do przyjęcia faktów dokonanych.</p> + +<p>Na tem polu spotkałby go zawód niewątpliwy. +Kobieta, w której żyłach płynie krew hiszpańska, nie +zapomina podobnej urazy.</p> + +<p>Oto i wszystko, co wiem o tej ciekawej sprawie. +Jedno tylko pozostaje do wyjaśnienia: w jaki sposób +Stapleton, doszedłszy do sukcesyi, byłby wyjaśnił, dlaczego +tak długo zamieszkiwał w pobliżu Baskerville-Hall +pod przybranem nazwiskiem? W jaki sposób byłby +się upomniał o spadek, bez zwrócenia podejrzeń?</p> + +<p>Pani Stapleton zeznaje, iż jej mąż miał w tym +względzie kilka projektów: albo upomnieć się o sukcesyę +z Ameryki południowej i tam dowieść swej tożsamości +i uzyskać fortunę, nie przyjeżdżając do Anglii; +albo dostarczyć jakiemu wspólnikowi potrzebnych legitymacyj +i za jego pośrednictwem spadek otrzymać; +albo prowadzić sam sprawę na miejscu, lecz pod inną<span class="pagenum"><a name="Str_180" id="Str_180">[str. 180]</a></span> +postacią zewnętrzną, w takiem przebraniu, żeby nikt +poznać go nie mógł. Znając go, jestem pewien, że wybrnąłby +z tych trudności.</p> + +<p>A teraz, mój drogi, dość już o tej sprawie. Kosztowała +nas niemało trudu. Zasłużyliśmy na rozrywkę. +Dziś dają „Hugonotów”. Wziąłem lożę. Czyś słyszał +kiedy Reszków? Ubierzemy się zaraz i przed widowiskiem +pojedziemy na obiad do pierwszorzędnej restauracyi. +Dobrze?...</p> + +</div> + +<p class="center padded"><span class="smcap spaced center">Koniec</span>.</p> + + + +<hr style="width: 65%;" /> +<h2><a name="PRZYPISY" id="PRZYPISY"></a>PRZYPISY</h2> + + +<div class="footnote"><p><a name="Footnote_1_1" id="Footnote_1_1"></a> <a href="#FNanchor_1_1"><span class="label">[1]</span></a> <i>Mire</i> — błoto.</p></div> + +<hr style="width: 65%;" /> +<h2><a name="SPROSTOWANIA" id="SPROSTOWANIA"></a>SPROSTOWANIA</h2> + +<div class="footnote"> + +<p><a href="#FNanchor_A" name="Footnote_A"><span class="label">[A]</span></a> <strong>Sprostowanie.</strong> Na str. 35-ej, w w. 14 i 13 od dołu, +zam.: „Tylko jedno słowo: „trzęsawiska” było wypisane drukowanemi +literami, atramentem”, — powinno być: „Tylko jedno +słowo: „trzęsawiska” było wypisane atramentem, reszta zaś +drukowanemi literami”.</p> + +<p><a href="#FNanchor_B" name="Footnote_B"><span class="label">[B]</span></a> <strong>Sprostowanie.</strong> Na str. 189, w poprzednim dodatku, zakradła +się pomyłka druku: zamiast „martwe zwłoki sir <i>Karola</i> +Baskerville”, — powinno być: „martwe zwłoki sir <i>Henryka</i> Baskerville”.</p></div> + + +<hr style="width: 85%;" /> +<div id="tnotes" class="tnote"> +<h2><a name="UWAGI" id="UWAGI"></a>UWAGI DO WYDANIA ELEKTRONICZNEGO</h2> + + +<p>Zachowano oryginalną ortografię i interpunkcję, również w wypadkach, +gdy odbiegały one od współcześnie przyjętych. Poprawiono natomiast +omyłki, które wyglądały na błędy drukarskie.</p> + +<p>Powieść drukowana była w odcinkach; w dwóch wypadkach zdarzyło się, +że w numerze późniejszym wydrukowano sprostowanie dotyczące omyłki +drukarskiej w numerze wcześniejszym. Sprostowań tych nie naniesiono +w niniejszej wersji tekstu, zachowano natomiast ich treść w formie +przypisów, dodając odniesienia do nich w odpowiednich miejscach +w tekście. Są to przypisy oznaczone literami, w odróżnieniu +od przypisów oznaczonych cyframi, które w tekście występowały +faktycznie jako przypisy.</p> + + +<h3>NIEKONSEKWENCJE w tekście (niekorygowane)</h3> + +<p>W trakcie redagowania wersji elektronicznej zwrócono także uwagę na +niekonsekwencje występujące w oryginalnym tekście. Niekonsekwencji +tych nie korygowano. Poniższa lista wskazuje na różnice w pisowni +podobnych słów lub zwrotów, liczby w nawiasach oznaczają ilość +wystąpień danej formy w tekście.</p> + +<ul> + <li>Oxford street (1);<br /> + Oxford Street (1);<br /> + Oxford-Street (1);</li> + + <li>Lafter-Hall (2, w tym jedno poprawione z „Lofter-Hall”),<br /> + Lafterhall (1)</li> + + <li>farmerem (1);<br /> + farmerów (1);<br /> + farmy (1);<br /> + fermerów (1);<br /> + fermerzy (1);<br /> + fermę (1);<br /> + fermy (3)</li> + + <li>4 Maja (1);<br /> + 4 maja (1)</li> + + + <li>Baskerville'a (1);<br /> + Baskervilla (3)</li> + + <li>Baskerville-Hall (23);<br /> + Baskerville Hall (10)</li> + + <li>„zauważył Watson.” - powinno być „zauważyłem”; w oryginale w tym +miejscu nie ma odniesienia do tego, kto mówi.</li> +</ul> + + +<h3>POPRAWKI wprowadzone do tekstu</h3> + + +<table> +<tr> + <th>strona</th> + <th>było</th> + <th>poprawiono na</th> +</tr> +<tr> + <td><a name="tnote_1" href="#Str_2" class="cor">2</a></td> + <td>Canon'a Doyle'a</td> + <td><a href="#tAnchor_1" class="cor">Conana Doyle'a</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_2" href="#Str_5" class="cor">5</a></td> + <td> „r. 1884”</td> + <td><a href="#tAnchor_2" class="cor">„r. 1884”.</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_3" href="#Str_9" class="cor">9</a></td> + <td>wysuwają y</td> + <td><a href="#tAnchor_3" class="cor">wysuwający</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_4" href="#Str_13" class="cor">13</a></td> + <td>Baaskerville</td> + <td><a href="#tAnchor_4" class="cor">Baskerville</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_5" href="#Str_16" class="cor">16</a></td> + <td>głosy</td> + <td><a href="#tAnchor_5" class="cor"> włosy</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_6" href="#Str_16" class="cor">16</a></td> + <td>Baskerwille</td> + <td><a href="#tAnchor_6" class="cor">Baskerville</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_7" href="#Str_22" class="cor">22</a></td> + <td>Stupleton</td> + <td><a href="#tAnchor_7" class="cor">Stapleton</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_8" href="#Str_23" class="cor">23</a></td> + <td>ocyma</td> + <td><a href="#tAnchor_8" class="cor">oczyma</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_9" href="#Str_27" class="cor">27</a></td> + <td>przysznać</td> + <td><a href="#tAnchor_9" class="cor">przyznać</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_10" href="#Str_27" class="cor">27</a></td> + <td>Pie,</td> + <td><a href="#tAnchor_10" class="cor">Pies</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_11" href="#Str_33" class="cor">33</a></td> + <td>skrzypce</td> + <td><a href="#tAnchor_11" class="cor">skrzypce.</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_12" href="#Str_44" class="cor">44</a></td> + <td>-- Zwiedzisz każdy z nich po kolei,</td> + <td><a href="#tAnchor_12" class="cor">-- Zwiedzisz każdy z nich po kolei.</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_13" href="#Str_47" class="cor">47</a></td> + <td>Glocester</td> + <td><a href="#tAnchor_13" class="cor">Gloucester</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_14" href="#Str_48" class="cor">48</a></td> + <td>zdołomy</td> + <td><a href="#tAnchor_14" class="cor">zdołamy</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_15" href="#Str_49" class="cor">49</a></td> + <td>pałacu</td> + <td><a href="#tAnchor_15" class="cor">pałacu.</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_16" href="#Str_50" class="cor">50</a></td> + <td>pytał Holmes?</td> + <td><a href="#tAnchor_16" class="cor">pytał Holmes.</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_17" href="#Str_51" class="cor">51</a></td> + <td>bardze</td> + <td><a href="#tAnchor_17" class="cor">bardzo</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_18" href="#Str_52" class="cor">52</a></td> + <td>wyobył</td> + <td><a href="#tAnchor_18" class="cor">wydobył</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_19" href="#Str_52" class="cor">52</a></td> + <td>dziwna</td> + <td><a href="#tAnchor_19" class="cor">dziwne</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_20" href="#Str_59" class="cor">59</a></td> + <td>Lofter-Hall</td> + <td><a href="#tAnchor_20" class="cor">Lafter-Hall</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_21" href="#Str_62" class="cor">62</a></td> + <td>pederznie</td> + <td><a href="#tAnchor_21" class="cor">poderżnie</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_22" href="#Str_63" class="cor">63</a></td> + <td>ocozyma</td> + <td><a href="#tAnchor_22" class="cor">oczyma</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_23" href="#Str_63" class="cor">63</a></td> + <td>doktór</td> + <td><a href="#tAnchor_23" class="cor">doktor</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_24" href="#Str_66" class="cor">66</a></td> + <td>ułyszałem</td> + <td><a href="#tAnchor_24" class="cor">usłyszałem</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_25" href="#Str_87" class="cor">87</a></td> + <td>pierwiastku</td> + <td><a href="#tAnchor_25" class="cor">pierwiastku.</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_26" href="#Str_87" class="cor">87</a></td> + <td>Lafter-Hall</td> + <td><a href="#tAnchor_26" class="cor">Lofter-Hall</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_27" href="#Str_91" class="cor">91</a></td> + <td>Zdrzyt</td> + <td><a href="#tAnchor_27" class="cor">Zgrzyt</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_28" href="#Str_93" class="cor">93</a></td> + <td>Baryl</td> + <td><a href="#tAnchor_28" class="cor">Beryl</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_29" href="#Str_95" class="cor">95</a></td> + <td>grążącem</td> + <td><a href="#tAnchor_29" class="cor">grożącem</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_30" href="#Str_96" class="cor">96</a></td> + <td>bęędę</td> + <td><a href="#tAnchor_30" class="cor">będę</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_31" href="#Str_97" class="cor">97</a></td> + <td> do do</td> + <td><a href="#tAnchor_31" class="cor">do</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_32" href="#Str_105" class="cor">105</a></td> + <td>naganki</td> + <td><a href="#tAnchor_32" class="cor">nagonki</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_33" href="#Str_106" class="cor">106</a></td> + <td>szczycie,</td> + <td><a href="#tAnchor_33" class="cor"> szczycie.</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_34" href="#Str_110" class="cor">110</a></td> + <td>Stepleton</td> + <td><a href="#tAnchor_34" class="cor"> Stapleton</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_35" href="#Str_111" class="cor">111</a></td> + <td>któz</td> + <td><a href="#tAnchor_35" class="cor"> któż</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_36" href="#Str_112" class="cor">112</a></td> + <td>Combe-Tracey</td> + <td><a href="#tAnchor_36" class="cor"> Coombe-Tracey</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_37" href="#Str_119" class="cor">119</a></td> + <td>wyruszy</td> + <td><a href="#tAnchor_37" class="cor"> wyruszył</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_38" href="#Str_121" class="cor">121</a></td> + <td>Coombe-Tracy</td> + <td><a href="#tAnchor_38" class="cor">Coombe-Tracey</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_39" href="#Str_127" class="cor">127</a></td> + <td>rzełem</td> + <td><a href="#tAnchor_39" class="cor"> rzekłem</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_40" href="#Str_135" class="cor">135</a></td> + <td>Musisz</td> + <td><a href="#tAnchor_40" class="cor"> Muszę</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_41" href="#Str_143" class="cor">143</a></td> + <td>bąoź</td> + <td><a href="#tAnchor_41" class="cor"> bądź</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_42" href="#Str_154" class="cor">154</a></td> + <td>Ow </td> + <td><a href="#tAnchor_42" class="cor">Ów</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_43" href="#Str_155" class="cor">155</a></td> + <td>która,</td> + <td><a href="#tAnchor_43" class="cor">która</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_44" href="#Str_155" class="cor">155</a></td> + <td>ścikały</td> + <td><a href="#tAnchor_44" class="cor"> ściskały</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_45" href="#Str_165" class="cor">165</a></td> + <td>muzem</td> + <td><a href="#tAnchor_45" class="cor"> muzeum</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_46" href="#Str_170" class="cor">170</a></td> + <td>prytanie</td> + <td><a href="#tAnchor_46" class="cor"> pytanie</a></td> +</tr> + +<tr> + <td><a name="tnote_47" href="#Str_179" class="cor">179</a></td> + <td>do tknąć</td> + <td><a href="#tAnchor_47" class="cor">dotknąć</a></td> +</tr> +</table> + + + + +</div> +</div> + + + + + + + +<pre> + + + + + +End of Project Gutenberg's Tajemnica Baskerville'ów, by Arthur Conan Doyle + +*** END OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK TAJEMNICA BASKERVILLE'ÓW *** + +***** This file should be named 34079-h.htm or 34079-h.zip ***** +This and all associated files of various formats will be found in: + https://www.gutenberg.org/3/4/0/7/34079/ + +Produced by Ewa "czupirek" Jaros and the Online Distributed +Proofreading Team at http://dp.rastko.net (this file was +created from images generously made available by CBN Polona +- http://www.polona.pl) + + +Updated editions will replace the previous one--the old editions +will be renamed. + +Creating the works from public domain print editions means that no +one owns a United States copyright in these works, so the Foundation +(and you!) can copy and distribute it in the United States without +permission and without paying copyright royalties. Special rules, +set forth in the General Terms of Use part of this license, apply to +copying and distributing Project Gutenberg-tm electronic works to +protect the PROJECT GUTENBERG-tm concept and trademark. Project +Gutenberg is a registered trademark, and may not be used if you +charge for the eBooks, unless you receive specific permission. If you +do not charge anything for copies of this eBook, complying with the +rules is very easy. You may use this eBook for nearly any purpose +such as creation of derivative works, reports, performances and +research. They may be modified and printed and given away--you may do +practically ANYTHING with public domain eBooks. Redistribution is +subject to the trademark license, especially commercial +redistribution. + + + +*** START: FULL LICENSE *** + +THE FULL PROJECT GUTENBERG LICENSE +PLEASE READ THIS BEFORE YOU DISTRIBUTE OR USE THIS WORK + +To protect the Project Gutenberg-tm mission of promoting the free +distribution of electronic works, by using or distributing this work +(or any other work associated in any way with the phrase "Project +Gutenberg"), you agree to comply with all the terms of the Full Project +Gutenberg-tm License (available with this file or online at +https://gutenberg.org/license). + + +Section 1. General Terms of Use and Redistributing Project Gutenberg-tm +electronic works + +1.A. By reading or using any part of this Project Gutenberg-tm +electronic work, you indicate that you have read, understand, agree to +and accept all the terms of this license and intellectual property +(trademark/copyright) agreement. If you do not agree to abide by all +the terms of this agreement, you must cease using and return or destroy +all copies of Project Gutenberg-tm electronic works in your possession. +If you paid a fee for obtaining a copy of or access to a Project +Gutenberg-tm electronic work and you do not agree to be bound by the +terms of this agreement, you may obtain a refund from the person or +entity to whom you paid the fee as set forth in paragraph 1.E.8. + +1.B. "Project Gutenberg" is a registered trademark. It may only be +used on or associated in any way with an electronic work by people who +agree to be bound by the terms of this agreement. There are a few +things that you can do with most Project Gutenberg-tm electronic works +even without complying with the full terms of this agreement. See +paragraph 1.C below. There are a lot of things you can do with Project +Gutenberg-tm electronic works if you follow the terms of this agreement +and help preserve free future access to Project Gutenberg-tm electronic +works. See paragraph 1.E below. + +1.C. The Project Gutenberg Literary Archive Foundation ("the Foundation" +or PGLAF), owns a compilation copyright in the collection of Project +Gutenberg-tm electronic works. Nearly all the individual works in the +collection are in the public domain in the United States. If an +individual work is in the public domain in the United States and you are +located in the United States, we do not claim a right to prevent you from +copying, distributing, performing, displaying or creating derivative +works based on the work as long as all references to Project Gutenberg +are removed. Of course, we hope that you will support the Project +Gutenberg-tm mission of promoting free access to electronic works by +freely sharing Project Gutenberg-tm works in compliance with the terms of +this agreement for keeping the Project Gutenberg-tm name associated with +the work. You can easily comply with the terms of this agreement by +keeping this work in the same format with its attached full Project +Gutenberg-tm License when you share it without charge with others. + +1.D. The copyright laws of the place where you are located also govern +what you can do with this work. Copyright laws in most countries are in +a constant state of change. If you are outside the United States, check +the laws of your country in addition to the terms of this agreement +before downloading, copying, displaying, performing, distributing or +creating derivative works based on this work or any other Project +Gutenberg-tm work. The Foundation makes no representations concerning +the copyright status of any work in any country outside the United +States. + +1.E. Unless you have removed all references to Project Gutenberg: + +1.E.1. The following sentence, with active links to, or other immediate +access to, the full Project Gutenberg-tm License must appear prominently +whenever any copy of a Project Gutenberg-tm work (any work on which the +phrase "Project Gutenberg" appears, or with which the phrase "Project +Gutenberg" is associated) is accessed, displayed, performed, viewed, +copied or distributed: + +This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with +almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or +re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included +with this eBook or online at www.gutenberg.org + +1.E.2. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is derived +from the public domain (does not contain a notice indicating that it is +posted with permission of the copyright holder), the work can be copied +and distributed to anyone in the United States without paying any fees +or charges. If you are redistributing or providing access to a work +with the phrase "Project Gutenberg" associated with or appearing on the +work, you must comply either with the requirements of paragraphs 1.E.1 +through 1.E.7 or obtain permission for the use of the work and the +Project Gutenberg-tm trademark as set forth in paragraphs 1.E.8 or +1.E.9. + +1.E.3. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is posted +with the permission of the copyright holder, your use and distribution +must comply with both paragraphs 1.E.1 through 1.E.7 and any additional +terms imposed by the copyright holder. Additional terms will be linked +to the Project Gutenberg-tm License for all works posted with the +permission of the copyright holder found at the beginning of this work. + +1.E.4. Do not unlink or detach or remove the full Project Gutenberg-tm +License terms from this work, or any files containing a part of this +work or any other work associated with Project Gutenberg-tm. + +1.E.5. Do not copy, display, perform, distribute or redistribute this +electronic work, or any part of this electronic work, without +prominently displaying the sentence set forth in paragraph 1.E.1 with +active links or immediate access to the full terms of the Project +Gutenberg-tm License. + +1.E.6. You may convert to and distribute this work in any binary, +compressed, marked up, nonproprietary or proprietary form, including any +word processing or hypertext form. However, if you provide access to or +distribute copies of a Project Gutenberg-tm work in a format other than +"Plain Vanilla ASCII" or other format used in the official version +posted on the official Project Gutenberg-tm web site (www.gutenberg.org), +you must, at no additional cost, fee or expense to the user, provide a +copy, a means of exporting a copy, or a means of obtaining a copy upon +request, of the work in its original "Plain Vanilla ASCII" or other +form. Any alternate format must include the full Project Gutenberg-tm +License as specified in paragraph 1.E.1. + +1.E.7. Do not charge a fee for access to, viewing, displaying, +performing, copying or distributing any Project Gutenberg-tm works +unless you comply with paragraph 1.E.8 or 1.E.9. + +1.E.8. You may charge a reasonable fee for copies of or providing +access to or distributing Project Gutenberg-tm electronic works provided +that + +- You pay a royalty fee of 20% of the gross profits you derive from + the use of Project Gutenberg-tm works calculated using the method + you already use to calculate your applicable taxes. The fee is + owed to the owner of the Project Gutenberg-tm trademark, but he + has agreed to donate royalties under this paragraph to the + Project Gutenberg Literary Archive Foundation. Royalty payments + must be paid within 60 days following each date on which you + prepare (or are legally required to prepare) your periodic tax + returns. Royalty payments should be clearly marked as such and + sent to the Project Gutenberg Literary Archive Foundation at the + address specified in Section 4, "Information about donations to + the Project Gutenberg Literary Archive Foundation." + +- You provide a full refund of any money paid by a user who notifies + you in writing (or by e-mail) within 30 days of receipt that s/he + does not agree to the terms of the full Project Gutenberg-tm + License. You must require such a user to return or + destroy all copies of the works possessed in a physical medium + and discontinue all use of and all access to other copies of + Project Gutenberg-tm works. + +- You provide, in accordance with paragraph 1.F.3, a full refund of any + money paid for a work or a replacement copy, if a defect in the + electronic work is discovered and reported to you within 90 days + of receipt of the work. + +- You comply with all other terms of this agreement for free + distribution of Project Gutenberg-tm works. + +1.E.9. If you wish to charge a fee or distribute a Project Gutenberg-tm +electronic work or group of works on different terms than are set +forth in this agreement, you must obtain permission in writing from +both the Project Gutenberg Literary Archive Foundation and Michael +Hart, the owner of the Project Gutenberg-tm trademark. Contact the +Foundation as set forth in Section 3 below. + +1.F. + +1.F.1. Project Gutenberg volunteers and employees expend considerable +effort to identify, do copyright research on, transcribe and proofread +public domain works in creating the Project Gutenberg-tm +collection. Despite these efforts, Project Gutenberg-tm electronic +works, and the medium on which they may be stored, may contain +"Defects," such as, but not limited to, incomplete, inaccurate or +corrupt data, transcription errors, a copyright or other intellectual +property infringement, a defective or damaged disk or other medium, a +computer virus, or computer codes that damage or cannot be read by +your equipment. + +1.F.2. LIMITED WARRANTY, DISCLAIMER OF DAMAGES - Except for the "Right +of Replacement or Refund" described in paragraph 1.F.3, the Project +Gutenberg Literary Archive Foundation, the owner of the Project +Gutenberg-tm trademark, and any other party distributing a Project +Gutenberg-tm electronic work under this agreement, disclaim all +liability to you for damages, costs and expenses, including legal +fees. YOU AGREE THAT YOU HAVE NO REMEDIES FOR NEGLIGENCE, STRICT +LIABILITY, BREACH OF WARRANTY OR BREACH OF CONTRACT EXCEPT THOSE +PROVIDED IN PARAGRAPH 1.F.3. YOU AGREE THAT THE FOUNDATION, THE +TRADEMARK OWNER, AND ANY DISTRIBUTOR UNDER THIS AGREEMENT WILL NOT BE +LIABLE TO YOU FOR ACTUAL, DIRECT, INDIRECT, CONSEQUENTIAL, PUNITIVE OR +INCIDENTAL DAMAGES EVEN IF YOU GIVE NOTICE OF THE POSSIBILITY OF SUCH +DAMAGE. + +1.F.3. LIMITED RIGHT OF REPLACEMENT OR REFUND - If you discover a +defect in this electronic work within 90 days of receiving it, you can +receive a refund of the money (if any) you paid for it by sending a +written explanation to the person you received the work from. If you +received the work on a physical medium, you must return the medium with +your written explanation. The person or entity that provided you with +the defective work may elect to provide a replacement copy in lieu of a +refund. If you received the work electronically, the person or entity +providing it to you may choose to give you a second opportunity to +receive the work electronically in lieu of a refund. If the second copy +is also defective, you may demand a refund in writing without further +opportunities to fix the problem. + +1.F.4. Except for the limited right of replacement or refund set forth +in paragraph 1.F.3, this work is provided to you 'AS-IS' WITH NO OTHER +WARRANTIES OF ANY KIND, EXPRESS OR IMPLIED, INCLUDING BUT NOT LIMITED TO +WARRANTIES OF MERCHANTIBILITY OR FITNESS FOR ANY PURPOSE. + +1.F.5. Some states do not allow disclaimers of certain implied +warranties or the exclusion or limitation of certain types of damages. +If any disclaimer or limitation set forth in this agreement violates the +law of the state applicable to this agreement, the agreement shall be +interpreted to make the maximum disclaimer or limitation permitted by +the applicable state law. The invalidity or unenforceability of any +provision of this agreement shall not void the remaining provisions. + +1.F.6. INDEMNITY - You agree to indemnify and hold the Foundation, the +trademark owner, any agent or employee of the Foundation, anyone +providing copies of Project Gutenberg-tm electronic works in accordance +with this agreement, and any volunteers associated with the production, +promotion and distribution of Project Gutenberg-tm electronic works, +harmless from all liability, costs and expenses, including legal fees, +that arise directly or indirectly from any of the following which you do +or cause to occur: (a) distribution of this or any Project Gutenberg-tm +work, (b) alteration, modification, or additions or deletions to any +Project Gutenberg-tm work, and (c) any Defect you cause. + + +Section 2. Information about the Mission of Project Gutenberg-tm + +Project Gutenberg-tm is synonymous with the free distribution of +electronic works in formats readable by the widest variety of computers +including obsolete, old, middle-aged and new computers. It exists +because of the efforts of hundreds of volunteers and donations from +people in all walks of life. + +Volunteers and financial support to provide volunteers with the +assistance they need are critical to reaching Project Gutenberg-tm's +goals and ensuring that the Project Gutenberg-tm collection will +remain freely available for generations to come. In 2001, the Project +Gutenberg Literary Archive Foundation was created to provide a secure +and permanent future for Project Gutenberg-tm and future generations. +To learn more about the Project Gutenberg Literary Archive Foundation +and how your efforts and donations can help, see Sections 3 and 4 +and the Foundation web page at https://www.pglaf.org. + + +Section 3. Information about the Project Gutenberg Literary Archive +Foundation + +The Project Gutenberg Literary Archive Foundation is a non profit +501(c)(3) educational corporation organized under the laws of the +state of Mississippi and granted tax exempt status by the Internal +Revenue Service. The Foundation's EIN or federal tax identification +number is 64-6221541. Its 501(c)(3) letter is posted at +https://pglaf.org/fundraising. Contributions to the Project Gutenberg +Literary Archive Foundation are tax deductible to the full extent +permitted by U.S. federal laws and your state's laws. + +The Foundation's principal office is located at 4557 Melan Dr. S. +Fairbanks, AK, 99712., but its volunteers and employees are scattered +throughout numerous locations. Its business office is located at +809 North 1500 West, Salt Lake City, UT 84116, (801) 596-1887, email +business@pglaf.org. Email contact links and up to date contact +information can be found at the Foundation's web site and official +page at https://pglaf.org + +For additional contact information: + Dr. Gregory B. Newby + Chief Executive and Director + gbnewby@pglaf.org + + +Section 4. Information about Donations to the Project Gutenberg +Literary Archive Foundation + +Project Gutenberg-tm depends upon and cannot survive without wide +spread public support and donations to carry out its mission of +increasing the number of public domain and licensed works that can be +freely distributed in machine readable form accessible by the widest +array of equipment including outdated equipment. Many small donations +($1 to $5,000) are particularly important to maintaining tax exempt +status with the IRS. + +The Foundation is committed to complying with the laws regulating +charities and charitable donations in all 50 states of the United +States. Compliance requirements are not uniform and it takes a +considerable effort, much paperwork and many fees to meet and keep up +with these requirements. We do not solicit donations in locations +where we have not received written confirmation of compliance. To +SEND DONATIONS or determine the status of compliance for any +particular state visit https://pglaf.org + +While we cannot and do not solicit contributions from states where we +have not met the solicitation requirements, we know of no prohibition +against accepting unsolicited donations from donors in such states who +approach us with offers to donate. + +International donations are gratefully accepted, but we cannot make +any statements concerning tax treatment of donations received from +outside the United States. U.S. laws alone swamp our small staff. + +Please check the Project Gutenberg Web pages for current donation +methods and addresses. Donations are accepted in a number of other +ways including including checks, online payments and credit card +donations. To donate, please visit: https://pglaf.org/donate + + +Section 5. General Information About Project Gutenberg-tm electronic +works. + +Professor Michael S. Hart was the originator of the Project Gutenberg-tm +concept of a library of electronic works that could be freely shared +with anyone. For thirty years, he produced and distributed Project +Gutenberg-tm eBooks with only a loose network of volunteer support. + + +Project Gutenberg-tm eBooks are often created from several printed +editions, all of which are confirmed as Public Domain in the U.S. +unless a copyright notice is included. Thus, we do not necessarily +keep eBooks in compliance with any particular paper edition. + + +Most people start at our Web site which has the main PG search facility: + + https://www.gutenberg.org + +This Web site includes information about Project Gutenberg-tm, +including how to make donations to the Project Gutenberg Literary +Archive Foundation, how to help produce our new eBooks, and how to +subscribe to our email newsletter to hear about new eBooks. + + +</pre> + +</body> +</html> diff --git a/LICENSE.txt b/LICENSE.txt new file mode 100644 index 0000000..6312041 --- /dev/null +++ b/LICENSE.txt @@ -0,0 +1,11 @@ +This eBook, including all associated images, markup, improvements, +metadata, and any other content or labor, has been confirmed to be +in the PUBLIC DOMAIN IN THE UNITED STATES. + +Procedures for determining public domain status are described in +the "Copyright How-To" at https://www.gutenberg.org. + +No investigation has been made concerning possible copyrights in +jurisdictions other than the United States. Anyone seeking to utilize +this eBook outside of the United States should confirm copyright +status under the laws that apply to them. diff --git a/README.md b/README.md new file mode 100644 index 0000000..7233445 --- /dev/null +++ b/README.md @@ -0,0 +1,2 @@ +Project Gutenberg (https://www.gutenberg.org) public repository for +eBook #34079 (https://www.gutenberg.org/ebooks/34079) |
