summaryrefslogtreecommitdiff
diff options
context:
space:
mode:
-rw-r--r--.gitattributes3
-rw-r--r--34079-0.txt6704
-rw-r--r--34079-0.zipbin0 -> 110821 bytes
-rw-r--r--34079-h.zipbin0 -> 122857 bytes
-rw-r--r--34079-h/34079-h.htm8007
-rw-r--r--LICENSE.txt11
-rw-r--r--README.md2
7 files changed, 14727 insertions, 0 deletions
diff --git a/.gitattributes b/.gitattributes
new file mode 100644
index 0000000..6833f05
--- /dev/null
+++ b/.gitattributes
@@ -0,0 +1,3 @@
+* text=auto
+*.txt text
+*.md text
diff --git a/34079-0.txt b/34079-0.txt
new file mode 100644
index 0000000..28eac4c
--- /dev/null
+++ b/34079-0.txt
@@ -0,0 +1,6704 @@
+Project Gutenberg's Tajemnica Baskerville'ów, by Arthur Conan Doyle
+
+This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with
+almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or
+re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included
+with this eBook or online at www.gutenberg.org
+
+
+Title: Tajemnica Baskerville'ów
+ dziwne przygody Sherlocka Holmes
+
+Author: Arthur Conan Doyle
+
+Translator: Eugenia ¯mijewska
+
+Release Date: October 15, 2010 [EBook #34079]
+
+Language: Polish
+
+Character set encoding: UTF-8
+
+*** START OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK TAJEMNICA BASKERVILLE'ÓW ***
+
+
+
+
+Produced by Ewa "czupirek" Jaros and the Online Distributed
+Proofreading Team at http://dp.rastko.net (this file was
+created from images generously made available by CBN Polona
+- http://www.polona.pl)
+
+
+
+
+
+
++-----------------------------------------------------------------------+
+| UWAGI DO WYDANIA ELEKTRONICZNEGO |
+| |
+| Zachowano oryginalną ortografię i interpunkcję, również w wypadkach, |
+| gdy odbiegały one od współcześnie przyjętych. Poprawiono natomiast |
+| omyłki, które wyglądały na błędy drukarskie. Pełna ich lista znajduje |
+| się na końcu tego dokumentu. |
++-----------------------------------------------------------------------+
+
+
+
+
+ TAJEMNICA BASKERVILLE'ÓW
+
+ Dziwne przygody Sherlocka Holmes
+
+
+ PRZEZ
+
+ Conana Doyle'a
+
+
+ Przekład z angielskiego
+
+ EUGENII ŻMIJEWSKIEJ.
+
+
+ Dodatek do „SŁOWA”
+
+ WARSZAWA.
+
+ DRUKIEM NOSKOWSKIEGO
+
+ 15. ulica Warecka 15.
+
+ 1902.
+
+
+
+Дозволено Цензурою
+Варшава, 26 июля 1902 года
+
+
+
+
+I.
+
+Pan Sherlock Holmes.
+
+
+Pan Sherlock Holmes zwykł był wstawać późno, o ile nie czuwał przez
+całą noc, a zdarzało mu się to nieraz. Otóż owego dnia wstał
+wyjątkowo wcześnie. Jadł śniadanie. Stałem przy kominku. Schyliłem
+się i podniosłem laskę, którą nasz gość zostawił wczorajszego
+wieczoru. Był to kij gruby, z dużą gałką, utoczoną z drzewa; pod
+gałką była srebrna obrączka, a na niej napis: „Jakóbowi Mortimer
+M. R. C. S. od przyjaciół C. C. H.”, pod spodem zaś data:
+„r. 1884”. Taką laskę staroświecką, mocną, zapewniającą
+bezpieczeństwo, zwykli nosić starzy lekarze.
+
+-- No, i cóż, Watson? Co pan myślisz o tej lasce? Jakie wyprowadzasz
+wnioski? -- zapytał.
+
+Holmes siedział, odwrócony do mnie plecami; widzieć mnie nie mógł,
+a ja zachowywałem się tak cichutko, że nie mógł domyślić się, czem
+jestem zajęty.
+
+-- Masz pan chyba oczy z tyłu głowy... -- rzekłem.
+
+-- Mam przed sobą srebrny imbryk -- odparł -- ale powiedz mi, Watson,
+co myślisz o lasce naszego gościa? Skoro nie zastał nas w domu i nie
+wytłómaczył celu swych odwiedzin, ta mimowolna pamiątka nabiera
+wielkiego znaczenia. Chciałbym też wiedzieć, jakie pojęcie tworzysz
+sobie o tym człowieku?
+
+-- Sądzę -- odparłem, trzymając się metody dociekań mojego
+towarzysza -- że doktor Mortimer jest lekarzem średniego wieku,
+zażywającym szacunku; dowodzi tego ów upominek pacyentów.
+
+-- Dobrze, wybornie! -- pochwalił mnie Holmes.
+
+-- Sądzę dalej, że jest lekarzem prowincyonalnym i że po większej
+części odwiedza chorych pieszo.
+
+-- Dlaczego tak pan przypuszczasz?
+
+-- Bo laska, choć pierwotnie ładna, jest tak zniszczona, że żaden
+lekarz miejski nie chciałby jej używać. Grube okucie żelazne starło
+się, co dowodzi, że laska była w częstem użyciu.
+
+-- Słuszne rozumowanie -- przytwierdził Holmes.
+
+-- A dalej, napis od przyjaciół z C. C. H. świadczy, że lekarz niósł
+pomoc członkom jakiegoś klubu myśliwskiego (Hunting Club).
+
+-- Istotnie, Watson, przechodzisz sam siebie -- rzekł Holmes, zapalając
+papierosa. -- Muszę przyznać, że pańskie wnioski są słuszne. Mam
+pojętnego ucznia. Wyświetliłeś kilka punktów zupełnie ciemnych.
+
+Nigdy jeszcze Holmes nie odzywał się do mnie w sposób tak pochlebny.
+Cieszyłem się z jego uznania, na które oddawna już usiłowałem
+zasłużyć, stosując jego metodę badań w sprawach kryminalnych.
+
+Po chwili milczenia, odebrał mi laskę i przypatrywał jej się gołem
+okiem. Następnie odłożył papierosa, odszedł z laską do okna
+i począł jej się przyglądać przez szkło powiększające.
+
+-- Ciekawe, bardzo ciekawe... -- rzekł, wracając na swoje ulubione
+miejsce przy kominku.
+
+-- Czy pan dopatrzył się jakiego nowego szczegółu, mogącego służyć
+za wskazówkę? -- spytałem, spodziewając się, że nic ważnego nie
+uszło mojej baczności.
+
+-- Zdaje mi się, mój drogi Watson, że prawie wszystkie twoje
+wnioski były mylne. Pod jednym tylko względem miałeś słuszność,
+a mianowicie, że posiadacz tej laski jest doktorem prowincyonalnym
+i że dużo chodzi.
+
+-- A więc nie omyliłem się?
+
+-- Na tym punkcie -- nie.
+
+-- A na innych?
+
+-- Inne wywody były fałszywe. I tak, naprzykład, twierdzisz, że laska
+jest darem jakiegoś prowincyonalnego klubu myśliwskiego. Ja
+przypuszczam, że ofiarowali ją lekarzowi pensyonarze szpitala Charing
+Cross (C. C. H.).
+
+-- Przyznaję, że to jest prawdopodobniejsze. Jaki pan stąd wyprowadza
+wniosek?
+
+-- Znana jest panu moja metoda badania. Zastosuj ją w praktyce.
+
+-- Mogę to tylko wywnioskować, że przed osiedleniem się na wsi, ten
+lekarz praktykował w mieście.
+
+-- Sądzę, że możemy posunąć się jeszcze dalej na drodze
+przypuszczeń. Ten dar został wręczony w chwili, gdy doktor
+Mortimer opuszczał szpital, aby rozpocząć praktykę na własną rękę.
+
+-- Prawdopodobnie.
+
+-- Jakież mógł on zajmować stanowisko w tym szpitalu? -- albo lekarza
+ordynującego, albo studenta-praktykanta. Zapewne to ostatnie, bo
+doktor szpitalny, z wyrobioną opinią i liczną praktyką, nie opuszcza
+zajmowanej pozycyi, aby się przesiedlać na prowincyę. Doktor Mortimer
+opuścił szpital przed laty pięciu, jak to wskazuje data na lasce.
+W owym czasie ukończył zapewne uniwersytet, a więc upada pański
+wniosek, iż jest człowiekiem średniego wieku. Doktor Mortimer ma lat
+trzydzieści niespełna, jest uprzejmym, dobrym, niezbyt ambitnym,
+roztargnionym. Ma psa trochę większego od jamnika, a mniejszego od
+wyżła.
+
+Roześmiałem się niedowierzająco. Holmes zasiadł wygodnie w fotelu
+i puszczał kłęby dymu.
+
+-- Nietrudno będzie przekonać się, który z nas dwóch ma racyę --
+rzekłem, zbliżając się do szafki bibliotecznej i wyjmując z niej
+kalendarz z wykazem lekarzów angielskich, oraz ich życiorysem.
+Z pośród wielu Mortimerów, jeden tylko mógł być tym, o którego
+nam chodziło. Odczytałem głośno:
+
+„Mortimer Jerzy, lekarz powiatowy w Grimpen, Dartmoor, hrabstwo Devsu.
+Był studentem-praktykantem w szpitalu Charing-Cross od r. 1882 do
+1884. Otrzymał nagrodę Jacksona za studyum z zakresu patologii
+porównawczej, zatytułowane: „Czy choroba jest zboczeniem?” Jest
+członkiem szwedzkiego Towarzystwa patologicznego, autorem wielu
+artykułów, jako to: „Kilka przykładów atawizmu” (drukowany
+w „Lancet” w r. 1882), „Czy idziemy z biegiem postępu?”
+(„Dziennik Psychologiczny” 1883). Jest lekarzem powiatowym gmin
+Grimpen, Thorsley i High Barrow”.
+
+-- Widzisz pan, że miałem słuszność -- rzekł Holmes. -- Obstaję
+dalej przy moich hypotezach, że doktor Mortimer musi być uprzejmy,
+bo tylko człowiek uprzejmy dostaje takie upominki od swoich pacyentów;
+że nie jest ambitny, bo inaczej nie opuszczałby Londynu dla prowincyi,
+i że jest roztargniony, bo w razie przeciwnym, zamiast laski, zostawiłby
+swój bilet wizytowy.
+
+-- Jakież są pańskie wnioski co do psa?
+
+-- Jego pies zwykł nosić laskę w zębach; ponieważ laska jest ciężka,
+więc ją trzyma pośrodku; w tem miejscu znać ślady psich zębów. Zęby
+są za duże na jamnika, za małe na wyżła. To może być... tak, to jest
+pinczer.
+
+Holmes przeszedł przez pokój i stanął we framudze okna. W głosie jego
+było tyle głębokiego przekonania, że nie mogłem się wstrzymać, aby
+go nie zapytać:
+
+-- Skąd taka pewność?
+
+-- Dla bardzo prostej przyczyny, że mam tego psa przed oczyma; stoi za
+temi drzwiami, a jego właściciel w tej chwili właśnie do nich dzwoni.
+Proszę cię, Watson, nie wychodź z pokoju. Jest pańskim kolegą,
+i pańska obecność może mi być przydatną. Nadchodzi ważna chwila.
+Zbliżają się kroki, które mogą stanowić o przeznaczeniu -- złem czy
+dobrem -- niewiadomo. Ciekaw jestem, czego doktor Jerzy Mortimer
+zażąda od Sherlocka Holmes, specyalisty od przestępstw kryminalnych...
+Proszę!
+
+Do pokoju wszedł nasz gość. Jego powierzchowność zdziwiła mnie
+bardzo. Nie wyglądał na prowincyonalnego lekarza. Był wysoki,
+szczupły, miał nos wązki, wysuwający się ostro z pomiędzy oczu
+przenikliwych, zasłoniętych ciemnymi okularami, w złotej oprawie.
+Ubrany był w długi, poplamiony surdut, spodnie miał wystrzępione.
+Choć jeszcze młody wiekiem, był już przygarbiony; na jego twarzy
+malowała się dobra wola względem ludzi. Wchodząc, zobaczył odrazu
+laskę w ręku Holmesa i podbiegł ku niej z okrzykiem radości.
+
+-- Tak się cieszę! -- zawołał. -- Nie byłem pewny, czym ją zostawił
+tutaj, czy w biurze portowem. Gdybym ją zgubił, sprawiłoby mi to
+wielką przykrość.
+
+-- Wszak to prezent? -- rzekł Holmes.
+
+-- Tak, panie.
+
+-- Od pensyonarzy hotelu Charing Cross...
+
+-- Tak, od paru pacyentów. Dali mi ją na pąmiątkę mojego ślubu.
+
+-- Szkoda -- rzekł Holmes, ściskając mu rękę.
+
+-- Czego pan żałuje? -- spytał doktor Mortimer ze zdziwieniem.
+
+-- Szkoda, że pan rozproszył moje wnioski -- brzmiała
+odpowiedź. -- A więc powiadasz pan, że to podarek ślubny?
+
+-- Tak, panie. Ożeniłem się i dlatego musiałem szpital opuścić;
+trzeba było założyć dom, postarać się o praktykę samodzielną.
+
+-- No, i teraz zyskujesz pan sobie sławę na polu nauki -- rzekłem.
+
+-- Wszak mam przyjemność mówić z panem Sherlock Holmes?
+
+-- Nie, to mój przyjaciel, doktor Watson.
+
+-- Miło mi pana poznać. Słyszałem o panu nieraz. Pozwoli mi pan,
+panie Holmes, zbadać swoją czaszkę. Od pierwszego rzutu oka
+spostrzegłem, że jest niezwykłą: zdradza zdolności, rzekłbym nawet --
+geniusz dedukcyjny. Taka czaszka byłaby ozdobą każdego muzeum.
+Przyznaję, że jej panu zazdroszczę.
+
+-- Jesteś pan entuzyastą w swoim zawodzie, tak, jak ja w swoim --
+odparł detektyw -- ale sądzę, że nie przybywasz pan tu po raz wtóry
+jedynie w zamiarze zbadania mojej czaszki...
+
+-- Nie, panie, choć rad jestem, że zdarza mi się sposobność ku temu.
+Przybyłem do pana, panie Holmes, bo uznaję własną niepraktyczność,
+a jestem postawiony wobec bardzo trudnego zagadnienia. Ponieważ pan
+jesteś drugim w Europie ekspertem w sprawach kryminalnych...
+
+-- Doprawdy? Czy wolno mi zapytać, kto jest pierwszym?
+
+-- W oczach człowieka, przekładającego teoryę nad praktykę, pan
+Bortillon zajmuje niewątpliwie pierwsze miejsce.
+
+-- Więc czemuż pan nie zwrócisz się do niego?
+
+-- Powiadam, że jest on pierwszorzędny powagą, jako teoretyk. Ale pan,
+jako praktyk, zajmujesz pierwsze w Europie -- to niewątpliwe.
+Spodziewam się, żem pana nie obraził...
+
+-- Trochę -- odparł Holmes nawpół żartem -- ale jako człowiek
+praktyczny, chciałbym nareszcie dowiedzieć się, co pana tutaj
+sprowadza.
+
+
+
+
+II.
+
+Przekleństwo rodu Baskerville.
+
+
+-- Mam w kieszeni rękopis -- rzekł doktor Jerzy Mortimer.
+
+-- Spostrzegłem to odrazu, gdyś pan wszedł do pokoju -- odparł Holmes.
+
+-- Manuskrypt jest stary.
+
+-- Z ośmnastego wieku.
+
+-- Skąd pan wie?
+
+-- Z pańskiej kieszeni wychodzi pół cala papieru. Przyglądałem mu
+się, podczas gdyś pan mówił, a byłbym lichym rzeczoznawcą, gdybym
+z zewnętrznego wyglądu nie potrafił określić daty rękopisu.
+Czytałeś pan zapewne moją monografię w tym przedmiocie. Otóż
+w tym wypadku sądzę, że manuskrypt datuje się z roku 1730-go.
+
+-- Omyliłeś się pan o lat dwanaście. Datowany jest z roku 1742-go.
+
+Doktor Mortimer wyjął go z kieszeni.
+
+-- Ten dokument rodzinny został powierzony mojej pieczy przez sir
+Karola Baskerville, którego śmierć tragiczna poruszyła przed trzema
+miesiącami całe Devonshire. Dodam, że byłem jego osobistym
+przyjacielem, zarówno jak lekarzem domowym. Był to człowiek dzielny,
+rozumny, praktyczny i tak samo, jak ja, nie podlegający złudzeniom
+wyobraźni. A jednak wierzył święcie słowom tego dokumentu i był
+przygotowany na rodzaj śmierci, który go spotkał...
+
+Holmes wyciągnął rękę po manuskrypt i począł mu się bacznie
+przyglądać.
+
+-- Zwracam pańska uwagę, Watson, na kolejne używanie krótkiego
+i długiego _s_. Jest to jedna ze wskazówek, która mi pomogła do
+określenia daty.
+
+Spojrzałem przez ramię na papier, pożółkły ze starości. Na
+pierwszej stronicy był nagłówek: „Baskerville Hall”, a pod spodem
+data: „1742”.
+
+-- To zapewne potwierdzenie jakiejś legendy -- wtrącił Holmes.
+
+-- Rzeczywiście -- przyznał doktor Mortimer. -- Legenda tycze się
+rodu Baskervillów.
+
+-- Przypuszczam jednak, że pragniesz pan zasięgnąć mojej rady
+w sprawie aktualniejszej i bardziej realnej -- rzekł Holmes.
+
+-- Tak. Chodzi mi o fakt zagadkowy, który zdarzył się niedawno;
+muszę rozstrzygnąć zagadkę, w ciągu dwudziestu czterech godzin.
+Ale manuskrypt jest krótki i ma ścisły związek z tą sprawą. Zatem
+odczytam go panu, jeśli pan pozwoli.
+
+Holmes skinął głową. Zasiadł wygodnie w fotelu, złożył ręce
+tak, że palce stykały się z palcami, przymknął oczy i słuchał
+z rezygnacyą.
+
+Doktor Mortimer podsunął manuskrypt pod światło i głosem dobitnym
+czytał, co następuje:
+
+-- „Rozmaite pogłoski krążyły o Psie Baskervillów, lecz ja,
+pochodząc w prostej linii od Hugona Baskerville, słyszałem tę
+historyę z ust mojego ojca, który znowu słyszał ją od swojego,
+więc ją spisuję z całą wiarą. Pragnąłbym, abyście i wy, moi
+synowie, nabrali głębokiego przekonania, że Sprawiedliwość, karcąca
+winę, może ją odpuścić, i że żadna kara nie jest tak ciężką, aby
+modlitwa i pokuta nie zdołały jej zatrzeć. Niech te dzieje nauczą
+was, że nie należy bać się owoców przeszłości, lecz raczej być
+ostrożnym na przyszłość, aby dzikie chucie, za które nasz ród
+poniósł tak srogą karę, nie rozkiełznały się znowu na naszą zgubę.
+
+„Dowiedzcie się więc, że za czasów Wielkiej Rewolucyi (polecam wam
+przeczytać dzieje tej epoki, skreślone przez lorda Clarendon); otóż
+w owych czasach w zamku Baskerville rządził Hugon, a był to, przyznać
+muszę, człowiek porywczy i bezbożnik.
+
+„Sąsiedzi przebaczyliby łatwo to ostatnie wykroczenie, bo nasza
+okolica nie słynęła nigdy religijności, ale nie mogli mu przebaczyć
+wrodzonego okrucieństwa.
+
+„Otóż ów Hugon pokochał (jeśli można tem mianem nazwać tak dzikie
+uczucie), pokochał zatem córkę czynszownika, dzierżawiącego grunta
+w pobliżu dóbr Baskerville. Ale dziewczyna, będąc skromną,
+i bogobojną, obawiała się go, jak szatana. Otóż pewnego na jesieni,
+w dzień świętego Michała, ów Hugon na czele pięciu czy sześciu
+kompanów, zakradł się do farmy i uprowadził dziewczynę, korzystając
+z chwili, gdy ojciec i bracia jej byli nieobecni.
+
+„Przywieźli biedaczkę na zamek i osadzili ją w komnacie wieżowej,
+Hugon i jego towarzysze zasiedli do nocnej uczty, wedle zwyczaju.
+Słysząc ich pijackie wrzaski, dziewczyna truchlała, lecz była z natury
+dzielną, więc opanowała strach i postanowiła ratować się. Ogromna
+brzoza osłaniała i do dziś dnia osłania okno tej narożnej komnaty.
+Dziewczę uczepiło się jej gałęzi i spuściło się po nich na dół,
+a dostawszy się na swobodę, łąkami i polami biegło do fermy swego
+ojca, oddalonej o trzy mile od zamku.
+
+„Wkrótce potem, Hugon, zostawiwszy swoich kompanów przy butelkach
+i kartach, podążył do swojej ofiary, a widząc, że ptaszek opuścił
+klatkę, jak szalony powrócił do komnaty biesiadnej, wytłukł szkło
+i wśród okropnych przekleństw i złorzeczeń zaprzysiągł, że odda
+ciało i duszę dyabłu, jeśli ten dopomoże mu odzyskać dziewczynę.
+Pijani towarzysze słuchali go w przerażonem milczeniu, tylko jeden,
+gorszy, a może bardziej pijany od innych, poddał myśl, aby za
+dziewczyną puścić w pogoń psy podwórzowe.
+
+„Słysząc to Hugon, wybiegł przed dom, zwołał chłopców stajennych,
+kazał im osiodłać swoją klacz ulubioną i spuścić psy z łańcuchów;
+jednemu, najdzikszemu, dał do powąchania chustkę dziewczyny,
+zostawioną w narożnej komnacie, i popędził przez łąki w noc
+księżycową.
+
+„Towarzysze hulanki rzucili się do koni, chwycili pistolety i pognali
+za swoim amfitryonem, a było ich razem trzynastu. Księżyc świecił
+jasno, pędzili galopem drogą, którą musiała uciekać dziewczyna,
+jeśli podążyła do domu.
+
+„Ujechali z półtory mili, gdy spostrzegli nocnego pastucha. Pytali go,
+czy nie widział brytanów. Wystraszony, odparł, że przed chwilą biegły
+za jakąś dziewczyną.
+
+-- „Ale widziałem coś więcej -- mówił. -- Hugon Baskerville pędził
+tędy na swojej karej klaczy, a za nim leciał jakiś pies okropny,
+czarny, jakby szatan wcielony. Niech mnie Bóg broni, żebym kiedy
+jeszcze miał spotkać podobnego potwora na mojej drodze.
+
+„Pijani towarzysze cisnęli pastuchowi przekleństwo i pognali naprzód.
+Ujechali jeszcze z pół mili. Nagle włosy stanęły im dębem ze strachu,
+bo oto przed nimi pędziła klacz kara, pokryta pianą, bez siodła i bez
+jeźdźca.
+
+„Towarzysze zbili się w gromadkę, bo ich strach oblatywał, lecz
+jechali dalej, choć każdy z nich, gdyby był sam, zawróciłby konia
+i uciekł do zamku, ale jeden wstydził się drugiego. Człapiąc wolno,
+zrównali się wreszcie z brytanami; te, choć znane w całej okolicy ze
+swej zajadłości, leżały teraz w rowie, wystraszone, i wyły
+przeraźliwie.
+
+„Kompania zatrzymała się. Jeźdźcy otrzeźwieli odrazu. Jedni chcieli
+zawracać, drudzy postanowili przekonać się, co zaszło. Księżyc
+świecił tak jasno, że można było szpilki zbierać.
+
+„O milę dalej, na polu, sterczały wysokie kamienie. Pomiędzy nimi
+leżała dziewczyna, martwa, a obok niej Hugon Baskerville -- nieżywy.
+
+„Ale nie ten widok, choć straszny i niespodziany, najeżył włosy
+pijackiej kompanii; straszniejszy obraz przedstawił się ich oczom: nad
+zwłokami Hugona stał pies czarny, ogromny, wyszczerzał zęby i błyskał
+ślepiami. Jeden z towarzyszów padł na miejscu, rażony strachem, drugi
+utracił zmysły, reszta hulaszczej kompanii do końca życia nie
+zapomniała tego wrażenia.
+
+„Taką jest, moi synowie, legenda o psie, który od owego czasu trapił
+naszą rodzinę. Spisałem ją, abyście wiedzieli, jak się rzeczy
+istotnie miały i nie wierzyli krążącym baśniom. Nie będę, taił
+przed wami, że po tym wypadku, wielu mężczyzn w naszym rodzie umarło
+śmiercią nagłą, krwawą i tajemniczą. Jednak nie traćmy wiary
+w miłosierdzie Boskie, które karci niewinnych, tylko do trzeciego
+lub czwartego pokolenia. Opatrzności Boskiej, moi synowie, was polecam
+i ostrzegam, abyście nie przechodzili przez tę łąkę po nocy, gdy złe
+duchy są rozkiełznane.”
+
+(To są przestrogi Hugona Baskerville, spisane dla jego synów, Rogera
+i Jana, z rozkazem, aby o tem wszystkiem nie wspominali swej siostrze,
+Elżbiecie).
+
+ * * * * *
+
+Doktor Mortimer skończył czytać tę niezwykłą opowieść, nasunął na
+oczy okulary i spojrzał na pana Sherlocka Holmes. Ten ziewnął
+i rzucił papierosa w ogień.
+
+-- No i cóż? -- rzekł.
+
+-- Czy historya ta nie jest interesującą?
+
+-- Zapewne, dla zbieracza starych legend i baśni.
+
+Doktor Mortimer wyjął z kieszeni gazetę.
+
+-- A teraz, panie Holmes -- rzekł -- pokażę panu coś aktualniejszego.
+Oto dziennik „Devon County Chronicle” z dnia 14-go Maja roku
+bieżącego. Jest w nim opis faktów, odnoszących się do śmierci sir
+Karola Baskerville, która zdarzyła się na kilka dni przed ową datą.
+
+Mój przyjaciel nachylił się i począł słuchać uważniej. Doktor
+Mortimer czytał:
+
+„Niedawna i nagła śmierć sir Karola Baskerville, kandydata liberalnego
+z hrabstwa Devon, przejęła całą naszą okolicę zdumieniem i trwogą.
+Jakkolwiek sir Karol Baskerville mieszkał w Baskerville Hall od
+niedawna, lecz jego uprzejmość, hojność i szlachetność, zjednały mu
+szacunek tych wszystkich, którzy mieli z nim do czynienia.
+W dzisiejszej epoce parweniuszów miło jest widzieć potomka
+starożytnego a podupadłego rodu, odzyskującego fortunę swych
+przodków i przywracającego świetność staremu nazwisku.
+
+„Sir Karol, jak wiadomo, zyskał duży majątek na spekulacyach w Afryce
+południowej, a będąc z natury przezornym, nie kusił dalej szczęścia,
+które mogłoby się odwrócić od niego, jak to czyni z innymi,
+i zrealizowawszy swoją fortunę, powrócił do Anglii.
+
+„Przed dwoma laty zaledwie osiadł w Baskerville Hall; znane są jego
+szerokie plany odnowienia starej siedziby i wprowadzenia ulepszeń
+w gospodarstwie rolnem. Śmierć przeszkodziła ich urzeczywistnieniu.
+
+„Będąc bezdzietnym, pragnął, aby cała okolica korzystała z jego
+fortuny i niejeden z sąsiadów ma ważne powody do opłakiwania jego
+przedwczesnego zgonu. Donosiliśmy często na tych szpaltach o jego
+hojnych ofiarach na instytucye publiczne.
+
+„Śledztwo nie wyjaśniło dotychczas okoliczności, towarzyszących
+śmierci sir Karola. Krążą tu najdziwaczniejsze legendy, przypisujące
+ów nagły zgon działaniu sił nadprzyrodzonych.
+
+„Sir Karol był wdowcem, uważano go powszechnie za dziwaka. Pomimo
+dużej fortuny, miał przyzwyczajenia proste, skromne. Personel służbowy
+w Baskerville Hall składał się z kamerdynera, nazwiskiem Barrymore,
+jego żony, kucharki i gospodyni w jednej osobie. Oboje zeznają, że
+zdrowie sir Karola w ostatnich czasach było nietęgie, że rozwijała się
+w nim choroba serca, objawiająca się bladością, brakiem tchu
+i częstemi omdleniami. Doktor Jerzy Mortimer, przyjaciel i domowy lekarz
+nieboszczyka, złożył zeznanie w tym samym duchu.
+
+„Sir Karol Baskerville zwykł był co wieczór, przed pójściem na
+spoczynek, przechadzać się po słynnej alei wiązów przed zamkiem.
+Małżonkowie Barrymore opowiadają, że wieczorom 4-go maja, ich pan
+oznajmił im, że nazajutrz wyrusza do Londynu i kazał pakować kuferek.
+
+„Owego wieczoru wyszedł, jak zwykle, na przechadzkę, wśród której
+wypalał cygaro.
+
+„Z tej przechadzki już nie powrócił.
+
+„O dwunastej Barrymore, widząc drzwi frontowe jeszcze otwarte,
+zaniepokoił się, i wziąwszy latarnię, poszedł szukać swego pana.
+W ciągu dnia deszcz padał, więc łatwo było dojrzeć ślady stóp sir
+Karola wzdłuż alei. W połowie drogi jest furtka, prowadząca na łąkę.
+
+„Były ślady, że sir Karol stał przy niej przez czas pewien,
+następnie skręcił znowu w aleję. Znaleziono jego trupa na jej końcu.
+
+„Pomiędzy innemi dotychczas nie wyjaśniono jednego faktu, wynikającego
+z zeznań Barrymora, a mianowicie, że ślady kroków jego pana zmieniły
+się z chwilą, gdy stał przy furtce i że odtąd szedł na palcach.
+
+„Niejaki Murphy, cygan, handlujący końmi, znajdował się wówczas na
+łące, w pewnej odległości od nieboszczyka, ale sam przyznaje, że był
+pijany. Powiada, że słyszał krzyki, ale nie może określić, skąd
+wychodziły.
+
+„Na ciele sir Karola nie było śladów przemocy lub gwałtu, a chociaż
+lekarz zeznaje, że wyraz twarzy nieboszczyka był tak zmieniony, że on,
+doktor Mortimer, w pierwszej chwili poznać go nie mógł, rzeczoznawcy
+tłómaczą to anewryzmem serca, przy którym zachodzą podobne objawy.
+
+„Sekcya wykazała przedawnioną wadę serca, sędzia śledczy potwierdził
+badanie lekarskie. Pożądanem jest, aby spadkobierca sir Karola mógł
+objąć jaknajprędzej majątek i prowadzić dalej chlubną działalność,
+przerwaną tak nagle i tak tragicznie.
+
+„Gdyby prozaiczne orzeczenie sędziego śledczego i rzeczoznawców nie
+położyło końca romantycznym historyom, krążącym na temat owej
+śmierci, nie łatwo byłoby znaleźć właściciela Baskerville Hall.
+
+„Domniemanym spadkobiercą jest pan Henryk Baskerville, syn młodszego
+brata sir Karola. Ów młodzieniec przed kilku laty wyruszył do Ameryki.
+Zarządzono poszukiwania. Dowie się on zapewne niebawem o zmianie swego
+losu”.
+
+ * * * * *
+
+Doktor Mortimer złożył gazetę i wsunął ją do kieszeni, mówiąc:
+
+-- To są fakty, powszechnie znane.
+
+-- Dziękuję panu za zwrócenie mojej uwagi na sprawę istotnie
+ciekawą -- rzekł pan Holmes. -- Czytałem o niej, coprawda, w dziennikach,
+ale w owym czasie byłem zajęty kameami, które zniknęły z muzeum
+Watykańskiego. Chciałem się przysłużyć Papieżowi i straciłem z oczu
+to, co się jednocześnie działo w Anglii. Ten artykuł, powiadasz pan,
+zawiera fakty, znane powszechnie?
+
+-- Tak.
+
+-- Zechciej więc pan uwiadomić mnie teraz o tem, czego nikt nie wie.
+
+Sherlock Holmes oparł się o poręcz fotelu i znowu złożył ręce tak,
+aby palce stykały się końcami.
+
+-- Uczynię to -- rzekł doktor Mortimer, zdradzając coraz większe
+wzburzenie. -- Powiem panu to, czego nie mówiłem jeszcze nikomu.
+Zataiłem to przed sędzią śledczym z pobudek, które pan zapewne
+zrozumie. Jako człowiek nauki, nie chciałem zdradzać się publicznie,
+iż wierzę w przesądy. Dalej, rozumiałem, że gdyby utwierdziła się
+wiara w nadprzyrodzone siły, rządzące w Baskerville Hall, nikt nie
+zechciałby objąć starego zamku w posiadanie. Dla tych dwóch powodów
+nie zeznałem przed sądem wszystkiego, co wiem -- albowiem nie
+zdałoby się to na nic sędziemu śledczemu -- ale z panem będę
+zupełnie szczery.
+
+„Okolica jest mało zaludniona, rezydencye rzadkie, a siedziby
+włościańskie rozrzucone na znacznej odległości od siebie.
+
+„Widywałem często sir Karola Baskerville, który był spragniony
+towarzystwa. Oprócz p. Frankland w Lafterhall i naturalisty,
+p. Stapleton, w pobliżu niema ludzi inteligentnych. Sir Karol
+był skryty, małomówny. Zbliżyliśmy się z powodu jego choroby,
+przytem łączyły nas wspólne upodobania naukowe. Przywiózł wiele
+ciekawych wiadomości z Afryki Południowej. Spędziliśmy niejeden
+miły wieczór na rozprawach o anatomii porównawczej.
+
+„W ciągu ostatnich paru miesięcy spostrzegłem, że system nerwowy sir
+Karola był nadwerężony. Wziął tak dalece ową legendę do serca, że
+choć co wieczór odbywał spacery, nic go nie mogło skłonić do
+wejścia na łąkę po zachodzie słońca. Prześladowała go wciąż obawa
+upiorów, i pytał mnie nieraz, czym nie widział jakiego dziwacznego
+stworzenia i czym nie słyszał szczekania. Te pytania zadawał mi zawsze
+głosem drżącym.
+
+„Wraziła mi się w pamięć jedna z moich wizyt u niego przed trzema
+tygodniami. Stał w sieni. Gdym schodził z wózka, spostrzegłem, że
+patrzy po przez moje ramię ze strachem w oczach. Odwróciłem się
+i spostrzegłem jakiś kształt dziwny, podobny do dużego, czarnego
+cielęcia. Przeleciało to po za moim wózkiem.
+
+„Sir Karol był tak wzburzony, że poszedłem szukać tego osobliwego
+zwierzęcia. Ale nigdzie go nie było. Mój pacyent nie mógł się
+uspokoić. Zostałem z nim przez cały wieczór i wtedy, tłómacząc swe
+wzburzenie, opowiedział mi całą tę historyę.
+
+„Wspominam o tym drobnym epizodzie, gdyż nabiera on znaczenia wobec
+tragedyi, która potem nastąpiła; na razie nie przywiązywałem do tego
+wagi i dziwiłem się wzburzeniu sir Karola.
+
+„Miał jechać do Londynu z mojej porady. Wiedziałem, że jest chory
+na serce i że ciągły niepokój źle wpływa na jego zdrowie. Sądziłem,
+że parę miesięcy, spędzonych na rozrywkach, uwolni go od tych mar
+i przywidzeń. Nasz wspólny przyjaciel, pan Stapleton, był tego samego
+zdania. I oto wynikło nieszczęście.
+
+„Zaraz po śmierci sir Karola, kamerdyner Barrymore wyprawił do mnie
+grooma Perkinsa; przybyłem do Baskerville Hall w godzinę po
+katastrofie. Zbadałem wszystkie fakty, przytoczone w śledztwie.
+Szedłem śladami, pozostawionemi w Alei Wiązów, obejrzałem miejsce przy
+furtce, gdzie sir Karol zatrzymał się, i zmiarkowałem, że od owego
+miejsca szedł na palcach i że nie było śladu innych kroków, oprócz
+późniejszych, Barrymora. Wreszcie obejrzałem starannie zwłoki, które
+pozostały nietknięte do mego przybycia.
+
+„Sir Karol leżał nawznak z rozciągniętemi rękoma, jego twarz była
+tak zmieniona, że zaledwie mogłem ją poznać. Na ciele nie było
+żadnych obrażeń. Ale Barrymore w toku śledztwa uczynił jedno zeznanie
+fałszywe. Powiedział, że nie było żadnych śladów dokoła trupa. Nie
+spostrzegł ich, ale ja dostrzegłem -- zupełnie świeże, w pobliżu.
+
+-- Czy ślady kroków?
+
+-- Tak.
+
+-- Męzkie, czy kobiece?
+
+Doktor Mortimer patrzył na nas przez chwilę dziwnemi oczyma, wreszcie
+odparł szeptem:
+
+-- Panie Holmes, były ślady kroków... psa... olbrzymiego.
+
+
+
+
+III.
+
+Zagadka.
+
+
+Przyznaję, że gdym słuchał tego opowiadania, przebiegały po mnie
+dreszcze. I doktor był żywo poruszony.
+
+-- Widziałeś pan te ślady? -- spytałem.
+
+-- Tak, na własne oczy; tak wyraźnie, jak teraz widzę pana.
+
+-- I nic pan nie mówiłeś?
+
+-- Po co?
+
+-- Dlaczego nikt inny nie dostrzegł tych śladów?
+
+-- Pozostały o jakie dwa łokcie od trupa; nie zwrócono na nie uwagi
+i jabym ich nie zauważył, gdybym nie był znał tej legendy.
+
+-- Dużo jest psów w okolicy.
+
+-- Tak, ale to nie był zwykły pies. Powiedziałem już panom, że był
+ogromny.
+
+-- Czy nie zbliżył się do trupa?
+
+-- Nie.
+
+-- Czy noc była jasna?
+
+-- Nie; pochmurna i wilgotna.
+
+-- Ale deszcz nie padał?
+
+-- Nie.
+
+-- Jak wygląda aleja?
+
+-- Jest wysadzana dwoma rzędami wiązów i opasana żywopłotem,
+wysokości 12 stóp. Sama aleja ma 8 stóp szerokości.
+
+-- Czy jest co pomiędzy żywopłotem a aleją?
+
+-- Tak; po obu stronach biegnie trawnik, szerokości 6 stóp.
+
+-- O ile zrozumiałem, jest wejście przez furtkę?
+
+-- Tak; furtka prowadzi na łąkę.
+
+-- Czy są inne wejścia?
+
+-- Niema.
+
+-- Tak, iż aby wkroczyć w Aleję Wiązów, trzeba wyjść z domu, lub
+iść przez łąkę?
+
+-- Jest trzecie wejście przez altanę, na drugim końcu alei.
+
+-- Czy sir Karol doszedł do tej altany?
+
+-- Nie; znaleziono go o pięćdziesiąt łokci od niej.
+
+-- A teraz, zechciej mi pan powiedzieć, doktorze Mortimer -- będzie to
+szczegół ważny -- czy ślady, któreś pan spostrzegł, pozostały na
+żwirze, czy na trawie?
+
+-- Nie mogłem dojrzeć śladów na trawie.
+
+-- Czy ślady były po tej samej stronie, co furtka?
+
+-- Tak, po tej samej.
+
+-- Bardzo mnie pan zaciekawia. Jeszcze jedno pytanie. Czy furtka była
+zamknięta?
+
+-- Zamknięta na klucz i zaryglowana.
+
+-- Jak jest wysoka?
+
+-- Ma około 4-ch stóp.
+
+-- A więc można ją łatwo przesadzić?
+
+-- Tak.
+
+-- A jakie ślady znalazłeś pan przy furtce?
+
+-- Żadnych, któreby mogły zwrócić uwagę.
+
+-- Czyżeś pan nie oglądał ziemi dokoła?
+
+-- I owszem, oglądałem.
+
+-- I nie dostrzegłeś pan żadnych śladów?
+
+-- Były bardzo niewyraźne. Widocznie sir Karol stał tutaj przez pięć
+do dziesięciu minut.
+
+-- Skąd pan to wie?
+
+-- Gdyż popiół z cygara spadł dwa razy na ziemię.
+
+-- Wybornie. Znaleźliśmy kolegę wedle naszego serca. Prawda, Watson?
+Ale jakież to były ślady?
+
+-- Ślady stóp na żwirze. Innych znaków dostrzedz nie mogłem.
+
+Sherlock Holmes uderzył ręką w kolano.
+
+-- Czemu mnie tam nie było! -- zawołał. -- Jest to wypadek bardzo
+ciekawy, dający obfite pole do naukowej ekspertyzy. Czemuż nie mogłem
+odczytać tej żwirowej karty, zanim ją zatarły inne stopy! Doktorze
+Mortimer, że też mnie pan nie uwiadomił wcześniej! Jeśli nam się nie
+uda wyświetlić sprawy, cała odpowiedzialność spadnie na pana.
+
+-- Nie mogłem pana wzywać, panie Holmes, bo w takim razie musiałbym
+ujawnić te fakty przed całym światem, a mówiłem już, żem sobie tego
+nie życzył. Zresztą... zresztą...
+
+-- Czemu pan nie kończysz?
+
+-- Bywają dziedziny, niedostępne nawet dla najbystrzejszych
+i najdoświadczeńszych detektywów...
+
+-- Chcesz pan powiedzieć, że wchodzi to w zakres rzeczy
+nadprzyrodzonych?
+
+-- Tego nie twierdzę stanowczo.
+
+-- Ale pan tak myślisz w głębi ducha.
+
+-- Od owej tragedyi doszły do mojej świadomości fakty, sprzeczne
+z ogólnemi prawami natury.
+
+-- Naprzykład?
+
+-- Dowiaduję się, że przed tą katastrofą, kilku ludzi widziało na
+łące niezwykłe stworzenie, podobne do złego ducha Baskervillów.
+Wszyscy mówią, że był to pies ogromny, przezroczysty. Wypytywałem
+tych ludzi -- jeden z nich jest włościaninem, drugi kowalem,
+trzeci farmerem. Ich zeznania są jednakowe. W całej okolicy
+zapanował strach przesądny. Nikt po nocy nie przejdzie przez łąkę.
+
+-- I pan, człowiek nauki, wierzy w takie baśnie? -- zawołał Holmes.
+
+-- Dotychczas moje badania ogarniały świat zmysłów; usiłowałem
+walczyć z chorobą, ale ze złymi duchami walczyć nie umiem. Zresztą
+musisz pan przyznać, że ślady stóp są dowodem materyalnym. Pies
+Hugona nie był także zjawiskiem nadprzyrodzonem skoro mógł zagryźć
+na śmierć, a jednak miał w sobie coś szatańskiego.
+
+-- Widzę, że pan przeszedłeś do obozu spirytystów. Ale zechciej mi
+powiedzieć jeszcze jedno, doktorze Mortimer. Jeżeli pan skłaniasz się
+ku takim zapatrywaniom, dlaczego przyszedłeś zasięgnąć mojej rady?
+Powiadasz pan jednym tchem, że nie warto przeprowadzać śledztwa
+w sprawie zabójstwa sir Karola, a jednocześnie prosisz mnie, żebym się
+tą sprawą zajął.
+
+-- Nie prosiłem o to.
+
+-- Więc w jaki sposób mogę panu dopomódz?
+
+-- Radząc mi, co mam zrobić z sir Henrykiem Baskerville, który
+przybywa na dworzec Waterloo -- doktor Mortimer spojrzał na zegarek --
+za godzinę i kwadrans -- dokończył.
+
+-- Czy on jest spadkobiercą?
+
+-- Tak. Po śmierci sir Karola zasięgaliśmy wiadomości o tym
+gentlemanie i dowiedzieliśmy się, że ma fermę w Kanadzie. Wedle
+naszych informacyj, jest to młodzieniec bez zarzutu. Nie mówię teraz
+jako lekarz, lecz jako wykonawca testamentu sir Karola.
+
+-- Czy niema innych kandydatów do spadku?
+
+-- Żadnego. Mógłby nim być tylko Roger Baskerville, najmłodszy
+z trzech braci, z których sir Karol był najstarszym. Drugi brat, zmarły
+przedwcześnie, był właśnie ojcem owego Henryka. Trzeci, Roger, był
+synem marnotrawnym, żywą podobizną duchową starego Hugona. Tyle
+nabroił w Anglii, że nie mógł już tu przebywać, uciekł do Ameryki
+środkowej i umarł w roku 1876-ym na żółtą febrę. Henryk jest
+ostatnim z Baskervillów. Za godzinę i pięć minut mam go spotkać
+na dworcu Waterloo. Miałem depeszę z uwiadomieniem, iż przybył dziś
+do Southampton. A teraz, panie Holmes, powiedz, jak mi radzisz postąpić?
+
+-- Dlaczego sir Henryk nie miałby wrócić do domu swych ojców?
+
+-- Wydaje się to rzeczą naturalną, a jednak, jeśli weźmiemy pod
+uwagę, że każdego z Baskervillów, który tam przebywa, czeka śmierć
+nagła i gwałtowna... Jestem pewien, że gdyby sir Karol mógł był ze
+mną mówić przed katastrofą, byłby mi zakazał wprowadzać ostatniego
+z rodu do owej przeklętej rezydencyi. Z drugiej strony, dobrobyt
+całej okolicy zależy od przebywania dziedzica w Baskerville Hall.
+Całe dzieło, zapoczątkowane przez sir Karola, pójdzie w niwecz,
+jeśli nikt nie zamieszka na zamku. Boję się, aby dobro tej okolicy
+nie skłoniło mnie do nielojalnego postąpienia z sir Henrykiem
+i dlatego proszę pana o radę.
+
+Holmes zastanawiał się długą chwilę.
+
+-- Zatem -- odezwał się -- według pańskiego przekonania, jakaś siła
+nieczysta grozi w tych stronach Baskervillom. Wszak pan w to wierzy
+święcie?
+
+-- Gotów jestem przypuszczać, że tak jest.
+
+-- W takim razie, ta siła nieczysta może pastwić się nad Baskervillem
+równie dobrze w Londynie, jak i w Devonshire. Szatan, którego
+działanie byłoby umiejscowione, nie byłby groźnym.
+
+-- Starasz się pan ośmieszyć moją obawę, panie Holmes. Lecz gdybyś
+sam widział te rzeczy nadprzyrodzone, odechciałoby ci się żartów.
+Z pańskich słów miarkuję, że ów młodzieniec jest równie bezpieczny
+w Londynie, jak i w Devonshire. Przybywa za pięćdziesiąt minut. Cóż
+mi pan radzisz?
+
+-- Radzę wziąć dorożkę, zawołać psa, który skowyczy za drzwiami
+i jechać na dworzec Waterloo na spotkanie sir Henryka Baskerville.
+
+-- A potem?
+
+-- A potem nic mu pan nie powiesz, dopóki nie namyślę się w tym
+względzie.
+
+-- Jak długo potrzebujesz pan namyślać się?
+
+-- Dwadzieścia cztery godziny. Poproszę cię, doktorze Mortimer, abyś
+mnie odwiedził jutro rano o dziesiątej. A zechciej przywieźć ze sobą
+sir Henryka Baskerville. To mi ułatwi wykonanie mego planu.
+
+-- Zrobię, jak pan chcesz.
+
+Doktor zapisał godzinę na mankiecie i wyszedł. Pan Holmes zatrzymał go
+na schodach.
+
+-- Jeszcze jedno pytanie -- rzekł. -- Powiadasz pan, że przed śmiercią
+sir Karola kilku ludzi widziało to zjawisko na łące?
+
+-- Tak, trzech ludzi.
+
+-- Czy który z nich widział je potem?
+
+-- Nie wiem.
+
+-- Dziękuję panu. Dowidzenia.
+
+Holmes powrócił na swoje miejsce. Był widocznie zadowolony.
+
+-- Wychodzisz, Watson? -- rzekł.
+
+-- Czy potrzebujesz mojej pomocy?
+
+-- Nie, mój drogi. Poproszę cię o nią dopiero w chwili działania.
+Sprawa wyjątkowa. Przechodząc obok Bradleya, zechciej wstąpić do
+sklepu i każ mi przynieść paczkę najmocniejszego tytoniu. Jeżeli
+możesz, byłbym ci bardzo obowiązany, gdybyś tu nie wracał przed
+wieczorem, a wtedy zestawimy nasze wrażenia i poglądy.
+
+Wiedziałem, że samotność jest niezbędną mojemu przyjacielowi
+w chwilach, gdy zastanawiał się nad poszlakami spraw kryminalnych, gdy
+wyciągał wnioski i tworzył teorye, które okazywały się zawsze
+słusznemi. To też cały dzień spędziłem w klubie i dopiero około
+dziewiątej powróciłem do mieszkania przy Bakerstreet.
+
+Gdy drzwi otworzyłem, zdało mi się, że w mieszkaniu był pożar;
+światło lampy ukazywało się jakby za czarną mgłą. Po chwili
+zmiarkowałem, że dym pochodzi nie od ognia, lecz od mocnego tytoniu.
+Wśród kłębów ujrzałem Holmesa w szlafroku. Siedział w fotelu
+z fajeczką w ustach. Na stole leżało kilka zwitków papieru.
+Odkaszlnąłem.
+
+-- Zaziębiłeś się? -- spytał.
+
+-- Nie, ale można się tu udusić.
+
+-- Otwórz okno. Widzę, że spędziłeś cały dzień w klubie...
+
+-- Po czem to miarkujesz, Holmes?
+
+-- Jesteś rzeźwy, pachnący, w dobrym humorze. Nigdy nie domyślisz się,
+gdzie ja byłem.
+
+-- Nie będę nad tem suszył głowy. Powiesz mi sam.
+
+-- A więc byłem w Devonshire.
+
+-- Myślą?
+
+-- Tak. Moje ciało pozostało tutaj, na tym fotelu, i skonsumowało dwa
+olbrzymie imbryki kawy i niezliczoną moc tytoniu. Po twojem wyjściu
+posłałem do Stamforda po mapę tej okolicy i błądziłem po niej przez
+dzień cały. Pochlebiam sobie, że każda piędź ziemi jest mi teraz
+dobrze znana.
+
+-- To zapewne mapa o wielkiej skali?
+
+-- Tak.
+
+Rozwinął ją i położył na kolanie.
+
+-- Widzisz -- mówił -- oto łąka, a to -- Baskerville Hall.
+
+-- Naokoło las.
+
+-- Istotnie. A oto Aleja Wiązów, na lewo od łąki. Tu jest wioska
+Grimpen, w której doktor Mortimer obrał swoją główną kwaterę.
+W obrębie mil pięciu mało jest ludzkich siedzib. Oto Lafter Hall.
+Tu -- domek przyrodnika Stapleton. Tutaj dwie formy: High Tore
+i Fulmire. O czternaście mil dalej -- więzienie państwowe Princetown.
+Dokoła i pośrodku -- łąki i trzęsawiska. Taki jest teren, na którym
+rozegrała się owa tragedya. Postaramy się odtworzyć wszystkie jej
+sceny i akty.
+
+-- Miejscowość bezludna.
+
+-- Tak. Dyabeł mógł się na niej rozgościć...
+
+-- A zatem i pan skłaniasz się do nadprzyrodzonych wyjaśnień...
+
+-- Sługami Dyabła mogą być ludzie z krwi i kości. Należy
+przedewszystkiem rozstrzygnąć dwa zagadnienia: popierwsze, czy zaszła
+zbrodnia? Powtóre: w jaki sposób ją spełniono? Jeżeli doktor Mortimer
+nie jest w błędzie, jeśli okaże się, że mamy do czynienia
+z nadprzyrodzonemi siłami, w takim razie dochodzenia sądowe są
+bezużyteczne. Ale musimy wyczerpać wszelkie inne hypotezy, zanim
+dojdziemy do tego wniosku. Możebyś zamknął okno. Znajduję, że
+skoncentrowana atmosfera pomaga do skupienia myśli. Czy zastanawiałeś
+się w ciągu dnia nad tą sprawą?
+
+-- Myślałem o niej dużo. Jest istotnie dziwna.
+
+-- Są w niej punkty charakterystyczne. I tak, naprzykład, zmiana
+śladów.
+
+-- Doktor Mortimer wyjaśnił to w ten sposób, że sir Karol szedł potem
+na palcach.
+
+-- Doktor powtórzył tylko to, co jakiś dudek powiedział na śledztwie.
+Pocóżby sir Baskerville miał chodzić na palcach? Nie, on poprostu
+biegł, _uciekał_, aż wreszcie padł twarzą na ziemię.
+
+-- Przed czemże uciekał?
+
+-- To właśnie należy wyświetlić! Są poszlaki, że już był
+wylękniony, zanim począł uciekać.
+
+-- Skąd wiesz?
+
+-- Przypuszczam, że nastraszyło go coś, co ujrzał na łące. Ten widok
+pozbawił go przytomności, bo inaczej nie byłby uciekał w stronę
+przeciwną, zamiast biedz ku pałacowi. Jeżeli świadectwo cygana jest
+wiarogodne, -- biegnąc, wołał o pomoc, a pędził tam, skąd pomoc
+w żaden sposób nadejść nie mogła. Dalej: na kogo czekał owej nocy
+i dlaczego czekał w Alei Wiązów, zamiast w domu?
+
+-- Wiec sądzisz, że czekał na kogoś?
+
+-- Był niemłody, chory. Zapewne mógł był wyjść na spacer, ale nie
+w taką noc, ciemną, wilgotną. Czemu stał przez pięć do dziesięciu
+minut przy furtce, jak to wywnioskował doktor Mortimer z popiołu
+cygara?
+
+-- Wszak sir Karol wychodził co wieczór?
+
+-- Wątpię, czy co wieczór po dziesięć minut stawał przy furtce. Wiemy
+nawet, że zwykł był unikać łąki. Przeciwnie, owego wieczora czekał
+przy niej. Było to w wilię jego odjazdu do Londynu. Rzecz zaczyna się
+rozjaśniać. Mój drogi, podaj mi skrzypce. Mówmy o czem innem. Dajmy
+pokój tej sprawie aż do przybycia doktora Mortimer i sir Henryka
+Baskerville.
+
+
+
+
+IV
+
+Sir Henryk Baskerville.
+
+
+Zjedliśmy wcześnie śniadanie. Holmes czekał na zapowiedzianą wizytę.
+Nasi klienci stawili się punktualnie. Biła właśnie dziesiąta, gdy do
+pokoju bawialnego wszedł doktor Mortimer, a za nim młody baronet.
+
+Ten ostatni był niewielkiego wzrostu, silnie zbudowany, miał lat ze
+trzydzieści, włosy i oczy ciemne; gęste czarne brwi nadawały jego
+twarzy wyraz stanowczy, a nawet srogi. Z całej jego postawy
+i ogorzałego oblicza było znać, że dużo przebywał na świeżem
+powietrzu; wyglądał na skończonego gentlemana.
+
+-- Oto sir Henryk Baskerville -- prezentował doktor Mortimer.
+
+-- Tak, jestem tu we własnej osobie, a co dziwniejsza, panie Holmes,
+że gdyby mój przyjaciel nie zaproponował mi tej wizyty, sam przybyłbym
+do pana.
+
+-- Niechże pan siada. Czyżby od pańskiego przybycia do Londynu
+zdarzyłoby się panu coś niezwykłego?
+
+-- Zażartowano ze mnie. Dziś rano dostałem ten list.
+
+Sir Henryk położył na stole kopertę; wszyscy nachyliliśmy się nad
+nią. Była to zwykła, szara koperta; adres: _Sir Henryk Baskerville_,
+_Northumberland Hotel_ -- wypisany był drukiem, stempel Charing Cross
+i data na kopercie z poprzedniego wieczora.
+
+-- Kto wiedział, że pan zatrzyma się w Northumberland Hotel? -- spytał
+Holmes, spoglądając bystro na swego klienta.
+
+-- Nikt nie mógł wiedzieć. Zdecydowałem się dopiero po spotkaniu
+doktora Mortimer.
+
+-- Doktor Mortimer mieszkał już tam zapewne?
+
+-- Bynajmniej. Zatrzymałem się u znajomego -- odparł doktor. -- Nie
+było żadnych poszlak, wskazujących, że chcemy stanąć w tym właśnie
+hotelu.
+
+-- Hm! ktoś widocznie śledzi pańskie kroki.
+
+Holmes wyjął z koperty papier dużego formatu, rozłożył go na stole.
+Na środku arkusza było jedno zdanie. Brzmiało w te słowa:
+
+ _Jeżeli dbasz o życie, strzeż się trzęsawiska_
+
+Tylko jedno słowo: „trzęsawiska” było wypisane drukowanemi literami,
+atramentem.[A]
+
+-- A teraz, panie Holmes -- rzekł sir Henryk Baskerville -- może mi pan
+wytłómaczy, co znaczą te słowa i kto interesuje się moją osobą?
+
+-- Cóż pan o tem myślisz, doktorze Mortimer? Musisz chyba przyznać, że
+niema w tem nic nadnaturalnego.
+
+-- Nie, lecz te słowa mogą być skreślone przez kogoś, kto wierzy
+w nadprzyrodzoną siłę, rządząca tą sprawą.
+
+-- Jaką sprawą? -- podchwycił sir Henryk Baskerville. -- Widzę, że
+panowie jesteście lepiej odemnie powiadomieni o moich interesach.
+
+-- Zanim stąd wyjdziesz, sir Henryku, będziesz wiedział to, co i my --
+oświadczył Sherlock Holmes. -- Tymczasem zajmiemy się tym ciekawym
+dokumentem. List został naklejony i wrzucony do skrzynki wczoraj
+wieczorem. Czy masz wczorajszy _Times_, Watson?
+
+-- Leży tutaj.
+
+-- Proszę cię o niego. Chcę zobaczyć wewnętrzną kolumnę z artykułem
+wstępnym.
+
+Przebiegł okiem wzdłuż szpalty.
+
+-- Artykuł wstępny traktuje o wolnym handlu. Pozwólcie mi odczytać
+z niego jeden ustęp:
+
+„Nie należy się łudzić, że taryfa protekcyjna osłoni nasz
+przemysł. Takie prawo zmniejszy tylko obieg kapitałów i sprawi,
+że życie będzie droższem w Anglii. Jeżeli więc dbasz o swój
+dobrobyt, szanowny obywatelu, strzeż się głosować za rzecznikami
+tej idei”.
+
+-- Cóż o tem myślisz, Watson? -- zawołał Holmes, zacierając ręce
+z radości. -- Czy nie znajdujesz, że wyrażone poglądy są bardzo
+głębokie?
+
+Doktor Mortimer spojrzał na Holmesa z zaciekawieniem; sir Henryk był
+widocznie zdziwiony.
+
+-- Nie znam się na taryfach -- rzekł -- ale nie widzę, aby te słowa
+miały nas wprowadzić na trop autora listu.
+
+-- I owszem, Watson zna mój system. Czy zrozumiałeś znaczenie tego
+zdania dla naszej sprawy?
+
+-- Przyznaję, że nie widzę żadnej łączności pomiędzy temi słowami
+a przestrogą, zawartą w liście anonimowym.
+
+-- A jednak, kochany Watson, łączność jest tak ścisła, że jedno
+wypływa z drugiego. _Życie_, _dbasz_, _strzeż się_ -- czyż nie widzisz,
+skąd są wzięte owe słowa?
+
+-- Masz pan słuszność! -- zawołał sir Henryk.
+
+-- Wszelkie wątpliwości rozprasza fakt, że słowa zostały wycięte
+w całości, nie zaś pojedynczemi literami, a nawet widzimy dwa słowa
+wycięte razem: _dbasz o_...
+
+-- Doprawdy, panie Holmes, to przechodzi wszelkie pojęcie! -- rzekł
+doktor Mortimer, patrząc na mego przyjaciela ze zdumieniem. -- Nie
+dość, że pan poznałeś odrazu, iż słowa zostały wycięte z dziennika,
+ale domyśliłeś się, z którego. Powiedz-że nam, jakim sposobem?
+
+-- Sądzę, że potrafiłbyś, doktorze, odróżnić czaszkę Murzyna od
+czaszki Eskimosa?
+
+-- Naturalnie. Badanie czaszek -- to moja specyalność.
+
+-- Dla moich oczu różnica pomiędzy _burgosowemi_ czcionkami artykułów
+wstępnych _Timesa_ a _petitowym_ drukiem pism wieczornych jest tak
+wielka, jak dla pana pomiędzy czaszką Eskimosa a Murzyna. Badanie
+druków jest elementarzem wiedzy _detektywa_.
+
+-- O ile można przypuszczać, te słowa zostały wycięte scyzorykiem.
+
+-- Nie; nożyczkami i to bardzo ostremi i krótkiemi. Po wycięciu
+naklejono je gumą na papierze.
+
+-- Ale dlaczego słowo: _trzęsawisko_ zostało wypisane ręcznie?
+
+-- Bo niema go w artykule.
+
+-- Czy coś jeszcze zwróciło pańską uwagę, panie Holmes? -- pytał sir
+Henryk.
+
+-- Dostrzegam parę wskazówek, choć starano się zatrzeć wszelkie
+ślady. Adres wypisany literami drukowanemi ręką niewprawną, ale
+skądinąd _Times_ jest czytywany przez ludzi inteligentnych.
+Wyprowadzam stąd wniosek, że autorem anonimu jest człowiek
+wykształcony, który chce uchodzić za nieuka; sam fakt, że ukrywa
+swe pismo, dowodzi, że pan znasz, lub że mógłbyś poznać to pismo.
+Dalej: słowa nie są naklejone w prostej linii; i tak, naprzykład,
+_życie_ nie jest na swojem miejscu właściwem. To świadczy
+o niedbałości lub o wzruszeniu. Przypuszczam raczej to ostatnie.
+Korespondent śpieszył się widocznie... ale dlaczego? Wiedział,
+że list, wrzucony wieczorem, choćby najpóźniej, dojdzie rąk sir
+Henryka nazajutrz przed jego wyjściem z hotelu. Czyżby ów nieznajomy
+bał się, że mu przerwą robotę?
+
+-- Wkraczamy teraz w dziedzinę domysłów -- wtrącił doktor Mortimer.
+
+-- Powiedz pan raczej, że na pole prawdopodobieństw. Może to pan
+nazwać domysłem, ale ja jestem pewien, że adres został skreślony
+w hotelu.
+
+-- Skąd pan to wie?
+
+-- Jeżeli panowie przyjrzycie mu się dokładnie, to zmiarkujecie, że
+piszący miał kłopot z piórem i atramentem. Pióro pryskało dwa razy
+w jednem słowie, i wyschło trzy razy przy wypisywaniu tak krótkiego
+adresu, co dowodzi, że było bardzo mało atramentu w kałamarzu. Otóż
+w domu prywatnym rzadko się zdarza, aby atrament wysechł i żeby pióro
+było w tak złym stanie. Ale wiadomo, czem są pióra i kałamarze
+hotelowe. Sądzę, że badając kałamarze w hotelach w pobliżu Charing
+Cross, znajdziemy wycięty numer _Timesa_ i zdołamy odszukać osobę,
+która ten list przesłała.
+
+Obejrzał starannie papier, na którym były przyklejone słowa, ale nie
+mógł dojrzeć nic osobliwego.
+
+-- Czy zdarzyło się panu co jeszcze od chwili, gdyś pan przybył do
+Londynu? -- spytał sir Henryka.
+
+-- Nic zgoła.
+
+-- Czy nie zauważyłeś pan, że pana śledzą?
+
+-- Nie. Któżby miał ochotę mnie śledzić? Nikt mnie tu nie zna.
+
+-- Czy nie miał pan jakiej niespodzianki?
+
+-- Żadnej. Chyba tę tylko, że mi zginął jeden but.
+
+-- Zginął panu but? A to w jaki sposób?
+
+-- Znajdziesz go pan zapewne po powrocie do hotelu. Nie warto trudzić
+pana Holmes takiemi drobiazgami -- przerwał mu doktor Mortimer.
+
+-- Przepraszam; to nie jest drobiazg -- zaprzeczył detektyw. -- Jakże
+to było?
+
+-- Wystawiłem na korytarz oba buty do czyszczenia. Nazajutrz był tylko
+jeden. Posługacz nie wiedział, co się stało z drugim. Kupiłem te buty
+wczoraj i nie miałem ich wcale na nogach.
+
+-- Jeżeli ich pan nie nosiłeś, czemu je dawałeś do czyszczenia?
+
+-- Buty przechodziły przez tyle rąk w sklepie, że potrzebują
+czyszczenia.
+
+-- A zatem wczoraj, po przyjeździe do Londynu, robiłeś pan sprawunki?
+
+-- Robiłem ich dużo. Towarzyszył mi doktor Mortimer. Bo to muszę
+panu wyznać, że, pędząc życie swobodne, na świeżem powietrzu,
+zaniedbałem się trochę, a trzeba było przygotować się do odegrania
+roli pana licznych włości. Pomiędzy innemi kupiłem te żółte buty,
+zapłaciłem za nie sześć szylingów. Ale ukradli mi jeden, zanim je
+włożyłem na nogi.
+
+-- To dziwne. Na co może się zdać jeden but? -- zastanawiał się
+Sherlock Holmes.
+
+-- A teraz, panowie -- rzekł baronet -- czekam na spełnienie
+obietnicy. Chciałbym się dowiedzieć o tem, co ukrywaliście przedemną.
+
+-- Pańskie żądanie jest słuszne -- odparł Holmes. -- Doktorze
+Mortimer, sądzę, że masz obowiązek opowiedzieć sir Henrykowi to,
+coś nam opowiadał.
+
+Otrzymawszy taką zachętę, lekarz wyjął papiery z kieszeni
+i przedstawił całą sprawę nowemu baronetowi.
+
+Sir Henryk Baskerville słuchał uważnie, przerywając od czasu do czasu
+okrzykiem zdziwienia.
+
+-- Ha! widzę, żem otrzymał spadek, do którego przywiązana jest jakaś
+zemsta -- rzekł wreszcie, gdy opowiadanie dobiegło końca. -- Ma się
+rozumieć, słyszałem o owym psie od czasów niepamiętnych, jeszcze z ust
+moich nianiek. Dotychczas jednak nie przywiązywałem wagi do tej
+legendy. Teraz widzę, że śmierci mojego stryja towarzyszyły istotnie
+okoliczności tajemnicze. Panowie sami jeszcze nie wiecie, czy ta
+sprawa wchodzi w zakres działania policyantów, czy też pastorów.
+A w dodatku dostaję ów list zagadkowy...
+
+-- Widać z niego, że ktoś śledzi łąkę i przyległe do niej pustkowia
+i trzęsawiska -- rzekł doktor Mortimer.
+
+-- I że ktoś jest dla pana źle usposobionym, bo inaczej druga osoba
+nie miałaby powodu ostrzegać go o niebezpieczeństwie.
+
+-- A może, dla wiadomych im przyczyn, chcą oddalić stąd sir Henryka.
+
+-- I to jest możliwem, i wdzięczny jestem panu, doktorze Mortimer, że
+mnie tę myśl poddałeś. Obecnie chodzi o to, czy sir Henryk ma, czy też
+nie ma wyruszyć do Baskerville Hall?
+
+-- Czemużby nie miał?
+
+-- Zdaje się, że panu tam grozi niebezpieczeństwo.
+
+-- Czy mówisz pan o niebezpieczeństwie ze strony ludzi, czy też ze
+strony czworonożnego wroga Baskervillów?
+
+-- Nasze badania to wykryją.
+
+-- Bądź co bądź, jestem zdecydowany. Niema w piekle takiego szatana,
+ani na ziemi takiego człowieka, któryby mi przeszkodził zamieszkać
+w domu moich przodków.
+
+Przy tych słowach sir Henryk brwi zmarszczył, z oczu posypały mu się
+iskry. Widocznie śmiały duch Baskervillów nie wygasł w ostatnim
+potomku rodu.
+
+-- Teraz -- mówił dalej -- muszę zastanowić się nad tem, com się
+dowiedział. Chciałbym mieć godzinkę czasu do namysłu. Jest wpół do
+pierwszej. Wracam do hotelu. Możebyście panowie przyszli tam do mnie
+na śniadanie o drugiej? Wówczas będę mógł powiedzieć, co o tem
+wszystkiem myślę.
+
+-- Dobrze. Stawimy się na oznaczoną godzinę.
+
+-- A zatem dowidzenia.
+
+Po wyjściu naszych gości, Holmes zerwał się i zawołał:
+
+-- Watson, bierz kapelusz i laskę. Niema chwili czasu do stracenia.
+
+Wybiegł z pokoju w szlafroku; w minutę potem ukazał się w surducie.
+Zbiegliśmy ze schodów. Na ulicy zobaczyliśmy sir Henryka i doktora
+Mortimer o paręset metrów przed sobą. Szli w kierunku Oxford street.
+
+-- Czy mam ich dogonić i zatrzymać? -- spytałem.
+
+-- Broń Boże! -- odparł. -- Twoje towarzystwo wystarcza mi
+najzupełniej. Ci panowie dobrze robią, że idą się przejść. Dzień
+ładny.
+
+Szedł krokiem przyśpieszonym, aż dopóki przestrzeń pomiędzy nami
+a tamtymi nie zmniejszyła się o połowę; następnie, trzymając się
+wciąż o sto łokci od nich, szedł za nimi przez całą Oxford Street
+aż do Regent Street. Nasi przyjaciele zatrzymali się raz przed
+wystawą sklepową. Holmes stanął także. Po chwili wydał cichy okrzyk
+zadowolnienia. Spojrzałem w kierunku jego wzroku i zobaczyłem, że
+dorożka z siedzącym w niej mężczyzną, która zatrzymała się po
+drugiej stronie ulicy, jedzie znowu dalej.
+
+-- Chodźmy, Watson. Trzeba mu się przyjrzeć.
+
+Dostrzegłem czarną, puszystą brodę i oczy, świdrujące nas po przez
+szybę dorożki. W tejże chwili podniosło się okienko w pudle,
+nieznajomy rzucił parę słów woźnicy i dorożka pomknęła szybko
+w stronę Regent Street.
+
+Holmes obejrzał się za drugą, ale nie było żadnej niezajętej.
+Popędził pieszo, ale dorożka jechała tak szybko, że niepodobna
+było jej dogonić. Niebawem zniknęła nam z oczu.
+
+-- Tam do kata! -- zaklął mój przyjaciel. -- Tośmy się urządzili! Nie
+do darowania!...
+
+-- Kto to był? -- spytałem.
+
+-- Nie mam pojęcia.
+
+-- Zapewne szpieg.
+
+-- Z tego, com słyszał od Baskervilla, przypuszczam, że od chwili jego
+przybycia do Londynu ktoś go śledzi, bo inaczej, skądby wiedziano tak
+szybko, że stanął w hotelu Northumberland? A jeżeli go śledzili
+w pierwszym dniu pobytu, niewątpliwie będą śledzić dalej.
+Zauważyłeś zapewne, że podczas gdy doktor Mortimer czytał,
+wyglądałem dwukrotnie przez okno.
+
+-- Spostrzegłem to.
+
+-- Otóż patrzałem, czy nikt nie stoi po przeciwnej stronie ulicy; ale
+nie było nikogo. Mam do czynienia z przebiegłym lisem, a choć
+dotychczas nie mogę zmiarkować czy ów nieznajomy pragnie zguby sir
+Henryka, czy też chce go przed niebezpieczeństwem uchronić, czuję, że
+trzeba się z nim liczyć. Po wyjściu sir Baskerville'a wybiegłem co
+tchu, aby zobaczyć jego cień. Ale ten człowiek wsiadł do dorożki,
+sądząc, że w ten sposób nie zwróci na siebie uwagi.
+
+-- Oddaje go to na łaskę i niełaskę dorożkarza. Szkoda, że nie
+dostrzegliśmy numeru -- zauważył Watson.
+
+-- Mój drogi, czyż sądzisz, że mogłem przeoczyć tak ważny
+szczegół? Zapamiętałem numer dorożki... 2704. Ale tymczasem
+na nic się to nie zda. Zrobiłem wielkie głupstwo... Zamiast
+śledzić dorożkę zprzodu, trzeba było zawrócić się i wsiąść do
+pierwszej lepszej, znajdującej się ztyłu. W ten sposób moglibyśmy
+jechać za nią, albo kazać się zawieźć wprost do Northumberland
+Hotel i tam czekać. Zbytnia gorliwość była wielkim błędem. Nasz
+przeciwnik nie omieszkał z niego skorzystać.
+
+Szliśmy powoli przez Regent Street. Doktor Mortimer i jego towarzysz
+oddawna już zniknęli nam z oczu.
+
+-- Nie warto ich śledzić -- rzekł Holmes. -- Tamten już umknął
+i nie pojawi się zapewne. Trzeba korzystać z tych nici, które
+trzymamy w ręku. Czy zapamiętałeś twarz nieznajomego?
+
+-- Zapamiętałem tylko brodę.
+
+-- I ja także; wyprowadzam stąd wniosek, że była przyprawiona. Wejdźmy
+tutaj.
+
+Weszliśmy do hotelu. Zarządzający przyjął Holmesa z wielką
+radością.
+
+-- Jak widzę, pamiętasz, Wilson, drobną przysługę, którą miałem
+sposobność ci wyświadczyć -- rzekł mój przyjaciel.
+
+-- Nie zapomnę jej nigdy. Uratowałeś mi pan honor i życie.
+
+-- Przesadzasz, mój drogi. Wszak macie tu posługacza nazwiskiem
+Cartridge, który wykazał dużo sprytu podczas śledztwa.
+
+-- Tak; jest jeszcze u nas.
+
+-- Czy mógłbyś zadzwonić na niego? Dziękuję. A chciałbym też
+zmienić pięciofuntowy banknot.
+
+W sieni ukazał się chłopak czternastoletni, zwinny, wesoły
+i rozgarnięty. Stanął przed detektywem w postawie pełnej
+uszanowania.
+
+-- Proszę o spis hotelów. Dziękuję. Patrz, Cartridge: oto nazwiska
+dwudziestu trzech hotelów w pobliżu Charing Cross. Widzisz?
+
+-- Tak, panie.
+
+-- Zwiedzisz każdy z nich po kolei.
+
+-- Dobrze, panie.
+
+-- Zaczniesz od dania szylinga portyerowi. Oto masz dwadzieścia trzy
+szylingi.
+
+-- Dobrze, panie.
+
+-- Będziesz mówił, że potrzebne ci są gazety wczorajsze, że szukasz
+ważnego ogłoszenia, które miało być umieszczone w jednej z nich, ale
+nie wiesz -- w której.
+
+-- Rozumiem, panie.
+
+-- W istocie będziesz szukał numeru _Timesa_, w którym kilka słów
+zostało wyciętych nożyczkami. Oto jest jeden egzemplarz. Na tej
+stronicy. Czy poznasz ją?
+
+-- Poznam.
+
+-- Za każdym razem portyer, stojący we drzwiach, wezwie portyera,
+siedzącego w sieni -- i temu dasz po szylingu. Oto dwadzieścia trzy
+szylingi. Zapewne na 23 razy -- 20 razy usłyszysz, że spalono
+wczorajsze gazety; w trzech hotelach dadzą ci całą plikę; będziesz
+wśród niej szukał tego numeru _Timesa_. Prawdopodobnie go nie
+znajdziesz. Oto dziesięć szylingów na nieprzewidziane wydatki. Wypraw
+do mnie depeszę przed wieczorem na Baker Street. A teraz, Watson,
+musimy dowiedzieć się o dorożkarza Nr. 2104, potem wstąpimy do galeryi
+obrazów przy Bond Street, dla zapełnienia sobie czasu do godziny
+drugiej.
+
+
+
+
+V.
+
+Trzy nici urwane.
+
+
+Sherlock miał niezwykły dar zwracania dowolnie swoich myśli
+w jakimbądź kierunku. Przez półtory godziny zapomniał o tej dziwnej
+sprawie; pochłonęły go obrazy nowoczesnych mistrzów belgijskich,
+mówił tylko o sztuce, na którą miał poglądy bardzo oryginalne.
+
+O naznaczonej godzinie stanęliśmy przed Northumberland Hotel.
+
+-- Sir Henryk Baskerville czeka panów na pierwszem piętrze -- rzekł
+portyer.
+
+-- Czy mogę zajrzeć do listy waszych gości? -- spytał Holmes.
+
+-- I owszem.
+
+Księga wykazywała, że dwie osoby stanęły w hotelu, po zatrzymaniu się
+tam sir Henryka: niejaki Teofil Johnson z rodziną, przybyły
+z Newcastle i pani Oldmore ze służącą, z High Lodge, Alton.
+
+-- Zdaje mi się, że znam tego Johnsona -- rzekł Holmes do portyera. --
+Wszak to adwokat: siwy, utyka na nogę.
+
+-- Przeciwnie: ten pan Johnson jest właścicielem kopalni węgla, bardzo
+ruchliwy, w wieku pana.
+
+-- Jesteś w błędzie co do jego fachu.
+
+-- Bynajmniej. Znamy go od lat kilkunastu; zawsze do nas zajeżdża.
+
+-- Ha! w takim razie, ja się pomyliłem. Pani Oldmore?... I to nazwisko
+jest mi znane. Daruj mi ciekawość, ale chciałbym wiedzieć, czy to moja
+znajoma.
+
+-- Jest to osoba niemłoda, bezwładna. Jej mąż był niegdyś merem
+w Gloucester. Ona zawsze do nas zajeżdża.
+
+-- Dziękuję za informacye. Widzę, że to kto inny. Nie znam tej pani...
+
+Gdyśmy szli na górę, mój przyjaciel szepnął:
+
+-- Wiemy już, że osoba, która interesuje się losem sir Henryka, nie
+stanęła w tym hotelu. Choć go śledzi, jednak boi się być śledzoną.
+Jest to fakt bardzo znamienny. Ale... cóż to się stało?...
+
+Gdyśmy weszli na pierwsze piętro, naprzeciw nam wybiegł sir Henryk,
+widocznie wzburzony. W ręku trzymał stary but.
+
+-- Drwią sobie ze mnie w tym hotelu! -- wołał -- ale nauczę ich rozumu!
+Jeżeli but się nie znajdzie, popamiętają mnie tutaj!
+
+-- Szuka pan wciąż buta?
+
+-- Tak, ale nie puszczę tego płazem!
+
+-- Wszak pan mówił, że but był żółty?
+
+-- Tak; wzięli mi naprzód żółty, a teraz czarny. Miałem tylko trzy
+pary: nowe żółte, stare czarne i te oto lakierki. Wczoraj zniknął
+jeden od żółtej pary, a dziś jeden od czarnej. No, i cóż? Znalazłeś
+go? Mów.
+
+Przed nami stał wystraszony posługacz, Niemiec.
+
+-- Nie znalazłem -- odparł głosem drżącym. -- Szukałem wszędzie, ale
+zginął bez śladu...
+
+-- Słuchaj: jeżeli ten but nie znajdzie się przed wieczorem, powiem
+zarządzającemu i wyprowadzę się z hotelu.
+
+-- Znajdzie się! Obiecuję, że znajdzie się.
+
+-- Pamiętaj! Przepraszam cię, panie Holmes, za tę scenę. Chociaż to
+rzecz drobna, ale straciłem już cierpliwość.
+
+-- To nie jest wcale drobiazg...
+
+-- Widzę, że pan przejął się tą stratą. Jak ją pan sobie
+tłómaczy?
+
+-- Nic jeszcze nie rozumiem; bądź co bądź, to dziwne, jak wszystko,
+co się panu przytrafia od chwili powrotu do kraju. Ale mamy już
+kilka nici w ręku i spodziewam się, że nie ta, to druga, doprowadzi
+nas do wykrycia prawdy. Możemy stracić trochę czasu na kroczeniu
+po fałszywym tropie, ale wcześniej czy później, wejdziemy na
+właściwy.
+
+Śniadanie przeszło bardzo wesoło. Nie mówiliśmy o tej sprawie, dopiero
+gdyśmy wrócili do apartamentu sir Henryka, oznajmił nam swoją decyzyę.
+
+-- Jadę do Baskerville Hall -- oświadczył.
+
+-- Kiedy?
+
+-- W końcu tygodnia.
+
+-- Ha! może pan dobrze robi. Jabym tak samo postąpił. Przekonywam się
+coraz bardziej, że jesteś pan szpiegowany tutaj, a wśród milionów
+ludzi, nagromadzonych w stolicy, trudno jest wykryć tych pańskich
+prześladowców, czy opiekunów. Jeżeli mają złe względem pana zamiary,
+mogą je wykonać, zanim zdołamy temu zapobiedz. Nie wiesz zapewne,
+doktorze Mortimer, że śledzono panów dzisiaj, gdyście wyszli z domu?
+
+Doktor Mortimer zdziwił się.
+
+-- Któż nas szpiegował?
+
+-- Na nieszczęście, nie potrafię tego powiedzieć. Czy wśród znajomych
+i sąsiadów pańskich w Dartmoor jest jaki mężczyzna z bardzo czarną
+i dużą brodą?
+
+-- Nie... Ach, prawda... Barrymore, kamerdyner sir Karola, ma dużą,
+gęstą i czarną brodę.
+
+-- Tak? Gdzież jest teraz Barrymore?
+
+-- Pilnuje pałacu.
+
+-- Trzebaby się przekonać, czy nie bawi w Londynie.
+
+-- W jaki sposób?
+
+-- Daj mi pan blankiet telegraficzny. Napiszę: „Czy wszystko gotowe na
+przyjęcie sir Henryka Baskerville?” Zaadresuję: „P. Barrymore,
+Baskerville Hall”. Jaka jest najbliższa stacya telegraficzna?
+
+-- Grimpen.
+
+-- U spodu zamieszczam adnotacyę: „Telegram ma być oddany do rąk
+p. Barrymore. Jeżeli jest nieobecny, proszę odesłać depeszę sir
+Henrykowi Baskerville, Northumberland Hotel”. Przed wieczorem
+będziemy wiedzieli, czy Barrymore jest na swojem stanowisku
+w Devonshire.
+
+-- Wybornie! -- rzekł sir Henryk. -- Ale powiedzże mi, doktorze
+Mortimer, co to za jeden ów Barrymore?
+
+-- Jest synem zmarłego klucznika. Od czterech pokoleń służyli rodowi
+Baskervillów i strzegli pałacu. O ile wiem, współczesny Barrymore
+i jego żona są bardzo porządnymi ludźmi.
+
+-- Mają zresztą spokojny kawałek chleba, mało roboty i cały pałac do
+rozporządzenia, skoro właściciele rzadko w nim przebywają.
+
+-- To prawda.
+
+-- Czy Barrymore został wymieniony w testamencie sir Karola? -- pytał
+Holmes.
+
+-- Oboje z żoną otrzymali po pięćset funtów.
+
+-- Taak?... Czy wiedzieli, że je otrzymają?
+
+-- Tak. Sir Karol lubił mówić o rozporządzeniach, zawartych w swoim
+testamencie.
+
+-- To bardzo ciekawy szczegół.
+
+-- Mam nadzieję, że nie będziesz pan patrzył podejrzliwie na
+wszystkich, którzy otrzymali legaty od sir Karola, bo i mnie zapisał
+tysiąc funtów -- rzekł doktor Mortimer.
+
+-- Doprawdy? Komuż jeszcze?
+
+-- Jest kilka legatów na drobne sumki i duży zapis na cele
+dobroczynne. Reszta kapitałów przeszła na sir Henryka.
+
+-- Ile wynoszą?
+
+-- 740,000 funtów szterlingów.
+
+Holmes podniósł brwi ze zdziwienia.
+
+-- Anim przypuszczał, że suma jest tak wysoka -- szepnął.
+
+-- Sir Karol uchodził za bogacza, ale i my nie mieliśmy pojęcia,
+że jest tak dalece bogatym. Cały majątek z nieruchomościami wynosi
+przeszło milion funtów.
+
+-- Doprawdy? Takie pieniądze mogą wywołać pożądliwość
+i doprowadzić do zbrodni. Jeszcze jedno pytanie, doktorze
+Mortimer. Przypuściwszy, że jakie nieszczęście spotka naszego
+przyjaciela -- daruj mi pan tę smutną hypotezę -- kto wówczas
+odziedziczy majątek?
+
+-- Ponieważ Roger Baskerville, młodszy brat sir Karola, zmarł
+bezżennie i bezpotomnie, zatem majątek przeszedłby na dalekich
+krewnych, Desmondów. Jakób Desmond jest niemłodym człowiekiem, pełni
+obowiązki pastora w Westmorland.
+
+-- Dziękuję panu. Te szczegóły są dla mnie bardzo ważne. Czy pan
+znasz Jakóba Desmond?
+
+-- Znam. Przyjeżdżał kiedyś w odwiedziny do sir Karola. Jest to mąż
+bogobojny, wielkich zasług i wielkiej bezinteresowności. Pamiętam,
+że nie chciał przyjąć żadnego zasiłku od sir Karola, pomimo iż ten
+błagał go o to.
+
+-- Więc ten człowiek, tak skromnych wymagań, zostałby spadkobiercą
+olbrzymiej fortuny?
+
+-- Tak, o ile obecny właściciel nie rozporządzi kapitałami inaczej.
+
+-- Wszak zrobiłeś już pan testament, sir Henryku?
+
+-- Nie, panie Holmes. Nie miałem czasu. Dopiero wczoraj dowiedziałem
+się, jak stoją rzeczy. Ale, bądź co bądź, uważam, że pieniądze
+powinny iść razem z majątkiem ziemskim. Taka była wola stryja.
+Właściciel Baskerville Hall nie mógłby utrzymać rezydencyi w stanie
+dawnej świetności, gdyby nie miał gotówki. Pałac, ziemia i pieniądze
+muszą być w jednem ręku.
+
+-- Masz pan słuszność. Dzielę też najzupełniej pańskie zdanie i pod
+innym względem, znajdując, że pan powinieneś wyruszyć natychmiast do
+Devonshire. Ale nie możesz pan jechać sam.
+
+-- Doktor Mortimer wraca ze mną.
+
+-- Doktor Mortimer będzie zajęty praktyką, zresztą mieszka o parę mil
+od dworu. Pomimo najlepszych chęci nie mógłby służyć panu pomocą
+w razie potrzeby. Nie, sir Henryku, musisz wziąć ze sobą człowieka
+zaufania, któryby pana nie opuszczał na krok.
+
+-- Czyżbyś pan chciał ze mną jechać, panie Holmes?
+
+-- W razie konieczności, stawię się natychmiast, ale teraz mam ważną
+sprawę i nie mogę opuścić Londynu. Przedstawiciel pierwszorzędnego
+rodu jest trapiony przez łotra i wyzyskiwacza. Muszę zapobiedz
+skandalowi.
+
+-- Może mi pan kogo poleci na swoje miejsce?
+
+Holmes położył mi rękę na ramieniu.
+
+-- Jeżeli mój przyjaciel zechce panu towarzyszyć -- rzekł -- to nikomu
+nie mógłbyś pan tak zaufać, jak jemu.
+
+Propozycya zaskoczyła mnie zupełnie znienacka. Zanim jednak zdążyłem
+odpowiedzieć, Baskerville wyciągnął do mnie rękę.
+
+-- Mam nadzieję, że mi pan tego nie odmówisz -- rzekł. -- Gdybyś
+pan chciał wyświadczyć mi tę łaskę, będę panu wdzięcznym do końca
+życia.
+
+Nęciły mnie zawsze niezwykłe przygody, a w dodatku pochlebiała mi
+skwapliwość, z jaką sir Henryk przyjął tę propozycyę.
+
+-- Pojadę z przyjemnością -- odparłem.
+
+-- I będziesz mi donosił o wszystkiem -- rzekł Holmes. -- Gdy
+przyjdzie kryzys, co jest nieuniknionem, wskażę ci, jak masz postąpić.
+Sądzę, że za dni kilka będziesz gotów do drogi.
+
+-- Mogę jechać w sobotę -- oświadczyłem.
+
+-- A więc spotkamy się o godzinie 10-ej minut 30 na dworcu Waterloo --
+rzekł sir Henryk.
+
+Nagle wydał okrzyk zdziwienia. Podbiegł do łóżka, schylił się
+i z pod nocnej szafki wydobył but żółty.
+
+-- Mam moją zgubę! -- zawołał.
+
+-- Oby wszystkie przykrości zostały równie szybko usunięte -- życzył
+mu Sherlock Holmes.
+
+-- To jednak dziwne! -- zauważył doktor Mortimer. -- Przeszukałem
+starannie cały pokój przed śniadaniem...
+
+-- I ja także -- wtrącił sir Baskerville.
+
+-- Wtedy nie było buta.
+
+-- Zapewne posługacz podrzucił go w czasie naszej nieobecności.
+
+Posłaliśmy po Niemca, ale twierdził, że o niczem nie wie i nie umiał
+wyjaśnić tego dziwnego zdarzenia.
+
+Więc znowu jedna zagadka powiększyła szereg drobnych tajemnic,
+następujących tak szybko po sobie. Nie licząc już śmierci sir Karola,
+w ciągu dwóch dni wpadaliśmy z jednego zdziwienia w drugie, łamiąc
+sobie głowę: to nad drukowanym listem, to nad zjawieniem się szpiegów,
+nad zniknięciem żółtego, to czarnego buta. Odnalezienie żółtego
+było nowym sękiem.
+
+Holmes nie odzywał się, jadąc ze mną na Baker Street; po jego
+ściągniętych brwiach domyślałem się, że waży w myśli te wszystkie
+okoliczności i wysnuwa z nich wnioski. Przez całe popołudnie, aż do
+wieczora, siedział w obłokach dymu.
+
+Przed samym obiadem wręczono mu dwie depesze: Pierwsza brzmiała w te
+słowa:
+
+„Doniesiono mi, że Barrymore jest na miejscu.
+
+ Baskerville”.
+
+Treść drugiej depeszy była następująca:
+
+„Zwiedziłem dwadzieścia trzy hotele wskazane, ale nie mogłem znaleźć
+owego _Timesa_.
+
+ Cartwright”.
+
+-- A więc obie moje nici zerwane -- rzekł Holmes. -- Nic mnie tak nie
+podnieca, jak niepowodzenie. Musimy szukać innej drogi.
+
+-- Pozostaje jeszcze dorożkarz, który woził nieznajomego.
+
+-- Telefonowałem do biura policyi, aby dowiedziano się o jego
+nazwisku. Ktoś dzwoni. To może odpowiedź?
+
+Było to coś więcej. Do pokoju wszedł dorożkarz we własnej osobie.
+
+-- Doniesiono mi z policyi, że ktoś, mieszkający pod tym adresem,
+wypytuje o Nr. 2704 -- rzekł ów człowiek o twarzy dobrodusznej. --
+Jeżdżę już siedem lat i nikt na mnie nigdy skargi nie wnosił, więc
+bardzo mnie to zadziwiło i przyjechałem, żeby się dowiedzieć, co pan
+ma przeciwko mnie.
+
+-- Nie mam przeciwko wam nic zgoła, mój przyjacielu -- odparł Holmes
+-- a właściwie mam dla was pół suwerena, jeżeli potraficie
+odpowiedzieć jasno i dokładnie na moje pytania.
+
+-- Dzisiaj widocznie dobry dzień -- szepnął dorożkarz. -- Czem panu
+mogę służyć?
+
+-- Przedewszystkiem podaj mi swój adres, na wszelki wypadek.
+
+-- John Clayton, Turpey-Street Nr. 3. Stoję z dorożką, na
+Shipley-Yard, w pobliżu dworca Waterloo.
+
+Sherlock Holmes zapisał to sobie.
+
+-- A teraz, Clayton, powiedz mi wszystko, co wiesz, o panu, który stał
+pod tym domem o dziesiątej rano, a potem kazał ci jechać za dwoma
+gentlemanami przez Regent-Street.
+
+Dorożkarz spojrzał na niego ze zdziwieniem.
+
+-- Cóż ja panu mam mówić, kiedy pan sam wie wszystko -- odparł. -- Ten
+pan powiedział mi, że należy do policyi, że jest detektywem, i kazał
+milczeć.
+
+-- Mój przyjacielu, sprawa jest bardzo ważna, i możesz się znaleźć
+w trudnem położeniu, jeśli zachowasz to, co wiesz, dla siebie -- rzekł
+Holmes. -- A więc ten pan ci mówił, że jest detektywem?
+
+-- Tak, proszę pana.
+
+-- A kiedy ci to powiedział?
+
+-- Wysiadając z dorożki.
+
+-- Czy wymienił swoje nazwisko?
+
+-- Tak.
+
+Holmes rzucił mi tryumfujące spojrzenie.
+
+-- To było bardzo nieostrożnie -- rzekł. -- Jak się nazywa?
+
+-- Sherlock Holmes.
+
+Nigdy jeszcze nie widziałem mojego przyjaciela tak zdumionym. Spuścił
+głowę i milczał. Wreszcie wybuchnął śmiechem.
+
+-- A to szczwany lis! Zadrwił sobie ze mnie. Lubię takich! Powiedział,
+że się nazywa Sherlock Holmes?
+
+-- Tak.
+
+-- Dobrze. Powiedz mi teraz, w którem miejscu wsiadł do dorożki i co
+było potem?
+
+-- Zawołał na mnie o wpół do dziesiątej na Trafalgar Square.
+Powiedział odrazu, że jest detektywem i ofiarował mi dwie gwinee,
+jeżeli przez cały dzień będę spełniał jego rozkazy i o nic pytać
+nie będę. Zgodziłem się chętnie. Naprzód pojechaliśmy pod hotel
+Northumberland i czekaliśmy tam, aż dwóch gentlemanów wyszło. Wsiedli
+do dorożki. Jechaliśmy za nimi; wysiedli gdzieś tutaj w pobliżu.
+
+-- Weszli do tego domu?
+
+-- Nie pamiętam dokładnie, ale mój gość widział i zapamiętał.
+Stanęliśmy opodal i czekaliśmy półtory godziny. Potem ci gentlemanowie
+przeszli mimo nas, mój pan kazał mi jechać powoli przez Baker-Street,
+a potem przez Regent Street, do połowy. Wtedy gentleman spuścił
+okienko i krzyknął, żebym jechał prosto na dworzec Waterloo, co koń
+wyskoczy. Zaciąłem szkapę i dojechaliśmy w dziesięć minut.
+Wysiadając, odwrócił się do mnie i rzekł: -- „Może ciekaw będziesz
+dowiedzieć się, kogo wiozłeś? Jestem Sherlock Holmes”.
+
+-- A nie widziałeś go już potem?
+
+-- Nie.
+
+-- Jakże ten pan Sherlock Holmes wyglądał?
+
+Dorożkarz podrapał się w głowę.
+
+-- Nie tak łatwo go opisać. Miał może lat czterdzieści, był
+średniego wzrostu, ze dwa cale niższy od pana, ubrany był
+porządnie, miał dużą, czarną brodę, przyciętą spiczasto,
+i był bardzo blady.
+
+-- Jakie miał oczy?
+
+-- Nie wiem.
+
+-- Nie zapamiętałeś nic więcej?
+
+-- Nie.
+
+-- Masz swoje pół suwerena; dostaniesz drugie pół, jak mi doniesiesz
+coś więcej. Dobranoc.
+
+-- Dobranoc panu i dziękuję.
+
+John Clayton wyszedł, uradowany.
+
+-- Urwała się trzecia nić! -- zawołał Holmes. -- To sprytny hultaj!
+Wiedział, gdzie mieszkam, w jakim interesie sir Henryk przybył do
+mnie; poznał mnie na Regent-Street; domyślił się, że spostrzegłem
+numer dorożkarza, że go sprowadzę, i dlatego wymienił moje nazwisko.
+Powiadam ci, Watson, mamy przeciwnika nielada. Zaszachowano mnie
+w Londynie. Życzę ci lepszego powodzenia w Devonshire. Mam wyrzuty
+sumienia, że cię tam posyłam. Sprawa nieczysta. Możemy się śmiać,
+ale ci powiem, że chciałbym cię już widzieć tutaj z powrotem.
+
+
+
+
+VI.
+
+Baskerville Hall.
+
+
+Sir Henryk Baskerville i doktor Mortimer byli gotowi do drogi i w dniu
+oznaczonym wyruszyliśmy do Devonshire. Sherlock Holmes odwiózł mnie na
+dworzec i udzielił ostatnich rad i wskazówek.
+
+-- Nie będę bałamucił twego własnego sądu, poddając ci moje
+podejrzenia -- mówił. -- Pragnę tylko, abyś mi donosił o faktach
+z największymi szczegółami. Pozostaw mi wysnuwanie z nich wniosków.
+
+-- O jakich faktach chcesz wiedzieć? -- spytałem.
+
+-- Chcę wiedzieć o wszystkiem, co się zdarzy, choćby to napozór nie
+miało żadnego związku z naszą sprawą; pragnę zwłaszcza poznać
+stosunki młodego Baskervilla z sąsiedztwem, oraz wszelkie szczegóły,
+odnośne do śmierci sir Karola. Jedno wydaje mi się pewnem, a mianowicie,
+że pan Jerzy Desmond, najbliższy spadkobierca, jest człowiekiem
+bezinteresownym i że nie on był sprawcą morderstwa. Możemy go zupełnie
+pominąć. Szukajmy wśród najbliższego otoczenia sir Henryka.
+
+-- Czy nie należałoby przedewszystkiem pozbyć się małżonków
+Barrymore?
+
+-- Byłoby to wielką nieostrożnością. Jeżeli są niewinni, stałaby
+się im krzywda; jeśli są winni, ułatwiłoby im to zatarcie śladów.
+Nie! trzeba ich zatrzymać, ale nie spuszczać z nich oka. Jest tam
+jeszcze _groom_. Jest dwóch dzierżawców w pobliżu łąki. Jest doktor
+Mortimer, ale ten wydaje mi się zupełnie uczciwym; jest jego żona,
+o której nic nie wiemy. Dalej jest pan Frankland z Lafter-Hall
+i jeszcze paru sąsiadów. Tym wszystkim sąsiadom musisz przyglądać
+się bacznie, aby poznać dokładnie ich charakter, ich cele,
+upodobania i t. d.
+
+-- Uczynię, co tylko w mej mocy.
+
+-- Wszak masz broń przy sobie?
+
+-- Tak, na wszelki przypadek wziąłem rewolwer.
+
+-- Niech cię nie opuszcza we dnie i w nocy; bądź w zbrojnem pogotowiu.
+
+Nasi przyjaciele znaleźli już przedział pierwszej klasy i czekali na
+platformie.
+
+-- Nie mamy żadnych wieści -- odparł doktor Mortimer w odpowiedzi na
+pytanie Holmesa. -- Jednego tylko jestem pewien, a to, że nas już nie
+śledzono przez te dwa dni ostatnie. Wychodziliśmy zawsze pod opieką
+tajnego policyanta, który nic podejrzanego nie dostrzegł.
+
+-- Mam nadzieję, że trzymaliście się panowie razem?
+
+-- Prawie ciągle; wczoraj wyjątkowo spędziłem całe popołudnie u sir
+Henryka w muzeum chirurgicznem -- odparł doktor Mortimer.
+
+-- Było to wielką nieostrożnością -- rzekł Holmes z zadumą. --
+Proszę cię, sir Henryku, nie wychodź nigdy sam, bo może cię
+spotkać wielkie nieszczęście. Czy znalazł się drugi but?
+
+-- Przepadł z kretesem.
+
+-- Do widzenia -- mówił Holmes, gdy pociąg ruszył -- a pamiętaj, sir
+Henryku, jedno zdanie z owej legendy: po zachodzie słońca unikaj łąki
+i przyległego trzęsawiska.
+
+ * * * * *
+
+Podróż była przyjemna; czas zeszedł mi na zawiązywaniu bliższej
+znajomości z moimi towarzyszami i na bawieniu się z pieskiem doktora
+Mortimera.
+
+Po paru godzinach zazieleniały pola, przez okno wagonu widać było
+pasące się trzody. Młody Baskerville przyglądał się krajobrazowi
+z widoczną przyjemnością, zwłaszcza, gdyśmy wjechali w jego rodzinne
+Devonshire.
+
+-- Od chwili, gdym je opuścił, objechałem świat dokoła -- mówił --
+a nie widziałem nigdzie nic podobnego.
+
+-- Wszyscy obywatele Devonshire dzielą pańskie zdanie -- wtrąciłem. --
+Żadna okolica nie wzbudza tak wielkiego przywiązania w swoich
+mieszkańcach, jak ta właśnie.
+
+-- To zależy od rasy -- tłómaczył doktor Mortimer. -- Dość spojrzeć
+na okrągłą czaszkę sir Henryka, aby poznać, że jest celtyckiego
+pochodzenia, a Celtowie mają wrodzony zapał i zdolność przywiązywania
+się do ludzi i kraju. Głowa biednego sir Karola była nawpół galijska,
+nawpół celtycka. Wszak pan, sir Henryku, opuściłeś Baskerville-Hall
+w bardzo młodym wieku?
+
+-- Miałem zaledwie lat dziesięć, gdy mój ojciec umarł. Zresztą nie
+znam pałacu, mieszkaliśmy w ustronnym dworku na południowem wybrzeżu.
+Stamtąd pojechałem wprost do Ameryki. Cały ten kraj jest dla mnie tak
+obcym i nowym, jak dla doktora Watson, a chciałbym już jaknajprędzej
+zobaczyć łąkę i przyległe trzęsawisko.
+
+-- Pańskie życzenie już się spełniło.
+
+Doktor Mortimer wskazywał nam przez szybę rozległą pustą przestrzeń.
+
+Był to widok smutny, ponury. Baskerville przyglądał mu się ze
+wzruszeniem, jako pobojowisku, na którem rozegrywały się tragiczne
+losy jego rodziny.
+
+W jego brwiach ściągniętych, w zarysie ust znać było niezłomną wolę
+i energię.
+
+Pociąg zatrzymał się przy małej stacyjce. Wysiedliśmy z wagonu. Po
+drugiej stronie dworca czekał nas amerykan, zaprzężony w dwa rosłe
+konie.
+
+Nasz przyjazd był widocznie wypadkiem dnia, gdyż obstąpili nas
+tragarze, a naczelnik stacyi ze swoim sztabem przyglądali nam się
+ciekawie. Zastanowił mnie widok dwóch rosłych chłopów w mundurach
+żołnierskich; stali, oparci na karabinach i nie spuszczali z nas oka.
+
+Stangret, o twarzy surowej, powitał sir Henryka ukłonem. Zajęliśmy
+miejsca w wehikule, konie pomknęły szybko; mijaliśmy schludne fermy,
+otoczone ogródkami, ale woddali szarzały wciąż oparzeliska.
+
+Amerykan wjechał na boczną drogę; mknęliśmy wśród łąk żyznych
+i pól uprawnych. Przy każdym zakręcie, ujawniającym nowe horyzonty,
+Baskerville wydawał ciche okrzyki zachwytu. Minęliśmy lasek dębowy;
+zeschłe liście uściełały drogę nowemu dziedzicowi. Można to było
+poczytywać za złą wróżbę...
+
+-- Hola! cóż to znaczy? -- zawołał doktor Mortimer, gdyśmy wyjechali
+na pole.
+
+Jak wryty w ziemię, stał żołnierz na koniu, z bagnetem przez ramię.
+
+-- Co to znaczy, Perkins? -- spytał znowu doktor Mortimer.
+
+Stangret odwrócił się ku nam i rzekł:
+
+-- Trzy dni temu, jakiś więzień uciekł z więzienia w Princetown;
+wszystkie drogi kołowe i wszystkie dworce w pobliżu strzeżone są przez
+wojsko. Nie podoba się to naszym fermerom.
+
+-- Powinni być radzi. Policya płaci dobrze za wiadomości o zbiegach.
+Można zarobić kilka funtów.
+
+-- Ale można też stracić głowę, bo taki nie daruje i gardło poderznie
+każdemu, kto policyę na jego trop wsadzi.
+
+-- Cóż to za jeden?
+
+-- Nazywa się Seldon. Wpakowano go do więzienia za morderstwo
+w Notting-Hill.
+
+Pamiętałem dobrze tę sprawę, bo Holmes interesował się nią, z powodu
+niezwykłego okrucieństwa mordercy. Złagodzono mu karę śmierci na
+dożywotnie więzienie: został uznany niepoczytalnym; sędziowie nie
+mogli uwierzyć, aby dopuścił się tak potwornej zbrodni, będąc przy
+zdrowych zmysłach.
+
+Nasz amerykan toczył się teraz brzegiem trzęsawiska, najeżonego
+wysokiemi kamieniami. Widok był groźny. Nawet sir Henryk przestał się
+zachwycać krajobrazem.
+
+Żyzna okolica pozostała za nami; mieliśmy przed sobą ziemię szarą,
+jałową, zrzadka ukazywała się ludzka siedziba, opasana murem
+z kamieni. Wreszcie wjechaliśmy w jar głęboki; roztoczyła się znowu
+zieleń drzew, a w oddali ukazały się dwie strzeliste wieże. Stangret
+wskazał biczem.
+
+-- To Baskerville Hall -- oznajmił.
+
+Pan tej rezydencyi, z roziskrzonemi oczyma przyglądał się swojej
+siedzibie.
+
+W parę minut potem wjeżdżaliśmy już w pałacową bramę,
+staroświecką, sklepioną; po chwili ukazał nam się gmach,
+przebudowany za południowo-afrykańskie złoto sir Karola.
+
+Turkot kół zamierał na zwiędłych liściach, stare drzewa tworzyły
+tunel nad naszemi głowami. Baskerville drgnął, widząc tę aleję.
+
+-- Czy to było tutaj?... -- spytał półgłosem.
+
+-- Nie; Aleja Wiązów jest po drugiej stronie -- objaśnił go doktor
+Mortimer.
+
+-- Nie dziw, że stryj miewał złe przeczucia. Ten liściasty tunel może
+najodważniejszego człowieka przejąć strachem. Oświecę go lampami
+elektrycznemi. Za pół roku ten dziedziniec będzie nie do poznania.
+
+Minęliśmy ciemną aleję, i szerokim, wzniesionym podjazdem zajechaliśmy
+przed pałac.
+
+Środkowy korpus ozdobiony był wspaniałym portykiem; po bokach wznosiły
+się wieże, średniowieczne, zębate, ze strzelnicami.
+
+-- Witaj nam, sir Henryku! Witaj w domu swych przodków
+w Baskerville-Hall!
+
+Z temi słowami pod portyk wyszedł mężczyzna wysoki, blady, i otworzył
+drzwiczki amerykana. Po za nim stała kobieta; pomagała mu wyjmować
+kuferki.
+
+-- Pozwoli pan, że, nie zsiadając, odjadę do domu -- rzekł doktor
+Mortimer. -- Czeka na mnie żona.
+
+-- Jakto? Nie chce pan zostać na obiad?
+
+-- Chętniebym został i oprowadził pana po tej rezydencyi, ale
+Barrymore spełni to lepiej odemnie. Muszę wracać. Dowidzenia!
+A proszę pamiętać, że jestem na pańskie usługi o każdej porze
+dnia i nocy.
+
+Amerykan potoczył się znowu ciemną aleją. Sir Henryk przestąpił
+próg, ja za nim.
+
+Znaleźliśmy się w ogromnej, sklepionej sieni, z wiązaniami z belek
+dębowych. W staroświeckim kominku płonął ogień. Obaj wyciągnęliśmy
+ręce zziębnięte, a rozgrzawszy się, wodziliśmy oczyma po ścianach,
+zawieszonych zbrojami, strzelbami i myśliwskimi trofeami.
+
+-- Tak sobie właśnie wyobrażałem tę siedzibę -- mówił sir
+Henryk. -- Typowa rezydencya angielskiego szlachcica. Gdy
+pomyślę, że moi przodkowie żyli tu przez pięć wieków, ogarnia
+mnie dziwne wzruszenie.
+
+Barrymore, zaniósłszy kuferki do naszych pokojów, wrócił i stał
+przy drzwiach, jako wytrawny służbista, nie chcąc przerywać
+naszej rozmowy.
+
+Był to mężczyzna lat średnich, niezwykłej urody, o twarzy bladej,
+z dużą czarną brodą i regularnymi rysami.
+
+-- Czy jaśnie pan każe podać obiad? -- zapytał.
+
+-- Już gotów?
+
+-- Gotów. Jaśnie pan znajdzie wodę ciepłą w swojej ubieralni. Moja
+żona i ja będziemy starali się dogadzać jaśnie panu, dopóki nie
+znajdzie nowej służby.
+
+-- Więc chcecie mnie opuścić?
+
+-- Warunki zmieniły się. My dwoje wystarczaliśmy sir Karolowi, ale
+jaśnie pan zechce zapewne żyć dworniej, przyjmować gości i będzie
+potrzebował więcej służby.
+
+-- Więc chcecie mnie opuścić? -- powtórzył sir Henryk. -- Wszak twoja
+rodzina służyła mojej przez kilka pokoleń. Przykroby mi było
+rozpoczynać nowe życie od zrywania tak dawnego stosunku.
+
+Zdało mi się, że dostrzegam wzruszenie na chłodnej twarzy kamerdynera.
+
+-- I nam będzie przykro -- odparł -- ale byliśmy oboje bardzo
+przywiązani do sir Karola; jego śmierć wstrząsnęła nas do głębi.
+Ten dom budzi w nas tak smutne wspomnienia, że wolelibyśmy go
+opuścić.
+
+-- Cóż zamierzacie uczynić?
+
+-- Chcielibyśmy rozpocząć jakiś interes. Hojność sir Karola
+dostarczyła nam środków po temu. Może jaśnie pan zechce obejrzeć
+swoją rezydencyę.
+
+Nad sienią była oszklona galerya. Prowadziły do niej podwójne schody.
+Z tej galeryi wychodziły dwa korytarze, wiodące do pokojów sypialnych.
+Mój, przylegał do sypialni sir Henryka. Ta część domu była widocznie
+przybudowana: pokoje jasne, urządzone nowocześnie, zaopatrzone we
+wszelkie wygody.
+
+Za chwilę zeszliśmy do jadalni. Była to komnata wysoka, staroświecka,
+przedzielona na dwie części: w jednej, do której wchodziło się po
+trzech schodkach, za dawnych czasów jadali suzerenowie, zaś w niższej
+-- wasale. Sklepione sufity nadawały jeszcze powagi tej komnacie, która
+przy świetle pochodni, wśród gwaru uczty, bywała nieraz jasną
+i wesołą, ale teraz, w blasku lampy, przyświecającej dwom gentlemanom
+we frakach, wydawała się anachronizmem.
+
+Wszystkie cztery ściany były ozdobione wizerunkami przodków,
+poczynając od rycerzy z czasów Elżbiety, a kończąc na przedostatnim
+właścicielu Baskerville-Hall.
+
+Mówiliśmy mało i przyznam, że byłem rad, gdy obiad skończył się
+i mogliśmy wyjść do bilardowego pokoju na cygaro.
+
+-- Niezbyt wesoła rezydencya... -- rzekł sir Henryk. -- Przypuszczam,
+że można się do niej przyzwyczaić, ale na razie czuję się nieswój.
+Nic dziwnego, że mój stryj stał się dziwakiem. Połóżmy się
+wcześniej. Może jutro, przy blasku słonecznym, te komnaty
+przedstawią nam się weselej.
+
+Przed udaniem się na spoczynek, podniosłem roletę i wyjrzałem przez
+okno. Widok był na trawnik przed portykiem. Pośrodku stały dwa dęby,
+miotane wiatrem, Księżyc, w ostatniej kwadrze, przeświecał blado przez
+chmury. Zdala widniały nagie skały, a po za niemi trzęsawisko.
+
+Spuściłem roletę, nie chcąc patrzeć dłużej na ten ponury krajobraz.
+
+Byłem zmęczony, a jednak usnąć nie mogłem; obracałem się z boku na
+bok. Na dole zegar wybijał kwadranse, po za tem panowała cisza
+grobowa.
+
+Nagle przerwał ją płacz niewieści. Usiadłem na łóżku i począłem
+nasłuchiwać. Przez pół godziny czekałem w natężeniu, ale oprócz
+płaczu nie usłyszałem nic zgoła.
+
+
+
+
+VII.
+
+Stapleton z Merripit-House.
+
+
+Świeżość następnego poranka rozproszyła smutne wrażenie, jakie na
+nas obu wywarła rezydencya Baskervillów. W świetle promieni
+słonecznych, ślizgających się po starych zbrojach, sala jadalna
+wydała nam się weselszą, gdyśmy zasiedli do śniadania.
+
+-- Widzę że to była wina naszego usposobienia, nie zaś dworu -- mówił
+baronet. -- Byliśmy wczoraj zmęczeni drogą, zziębli, więc wszystko
+ukazywało nam się w ponurem świetle. Dziś jesteśmy rzeźwi,
+wypoczęci, to też dom wydaje nam się weselszym.
+
+-- A jednak nie wszystko było grą wyobraźni -- odparłem. -- Czy pan
+słyszał wczoraj płacz?
+
+-- Istotnie, zdawało mi się, że słyszę zawodzenie żałosne.
+Natężyłem słuch, ale płacz ustał; więc byłem pewien, że mi
+się śniło.
+
+-- Ja słyszałem płacz najwyraźniej i mógłbym ręczyć, że płakała
+kobieta.
+
+-- Trzeba to sprawdzić -- oświadczył sir Henryk.
+
+Zadzwonił na Barrymora i spytał go o wyjaśnienie tej zagadki. Zdało mi
+się, że blada twarz kamerdynera zbladła jeszcze bardziej.
+
+-- W domu są tylko dwie kobiety -- odparł. -- Mleczarka, która śpi
+w drugiem skrzydle i moja żona. Co do mojej, mogę ręczyć, że nie
+płakała.
+
+A jednak, mówiąc to, kłamał.
+
+Po śniadaniu, spotkałem mrs. Barrymore w sieni. Słońce padało na jej
+twarz chłodną, płaską i brzydką. Duże, wyraziste oczy były
+zaczerwienione; spojrzała na mnie z pod zapuchłych powiek.
+
+A więc to ona płakała wśród nocy; mąż wiedział o tem napewno.
+Jednak zaprzeczył nam. Jaki miał w tem cel? Dlaczego ona płakała?
+
+Ten blady mężczyzna z czarną brodą wydawał mi się podejrzanym. On
+pierwszy znalazł trupa sir Karola; o okolicznościach, towarzyszących
+jego śmierci wiedzieliśmy tylko to, co Barrymore opowiadał. Zaczynałem
+przypuszczać, że to on, Barrymore, ukrywał się w dorożce i śledził
+sir Henryka. Broda była podobna. Wprawdzie według rysopisu dorożkarza,
+rzekomy Sherlock Holmes był niższego wzrostu, lecz rysopisy bywają
+niedokładne.
+
+Trzeba było tę rzecz sprawdzić. Ale w jaki sposób? Przedewszystkiem
+należało dowiedzieć się od pocztmistrza w Grimpen, czy telegram został
+oddany do własnych rąk Barrymora.
+
+Po południu sir Henryk chciał załatwić korespondencyę; mogłem udać
+się do Grimpen. Był to spacer niedaleki, droga wiodła brzegiem
+trzęsawiska.
+
+W Grimpen były tylko dwie murowane budowle: austerya i dom doktora
+Mortimera. Pocztmistrz utrzymywał jednocześnie sklepik korzenny.
+
+-- Naturalnie -- odparł na moje pytanie -- depesza została wręczona
+panu Barrymore, stosownie do życzenia.
+
+-- Kto ją wręczył?
+
+-- Mój chłopak. Słuchaj-no, James, wszak w zeszłym tygodniu oddałeś
+telegram do rąk pana Barrymore w Baskerville-Hall?
+
+-- Tak, ojcze.
+
+-- Do rąk własnych? -- spytałem.
+
+-- Był wtedy na strychu, więc nie mogłem oddać mu do rąk, ale
+wręczyłem depeszę jego żonie, która powiedziała, że ją zaraz
+zaniesie mężowi.
+
+-- Czy widziałeś pana Barrymore?
+
+-- Nie, proszę pana; mówiłem już, że był na strychu.
+
+-- Jeżeliś go nie widział, to skądże wiesz, że był na strychu?
+
+-- Jego własna żona musiała chyba wiedzieć, gdzie się obraca --
+wtrącił pocztmistrz. -- Czyżby nie dostał depeszy? Jeżeli zaszła
+pomyłka, niech sam Barrymore wniesie skargę.
+
+Na nicby się zdały dalsze pytania. Mimo wybiegu Holmesa, nie
+pozyskaliśmy pewności, że Barrymore nie był wtedy w Londynie. On,
+który ostatni widział sir Karola żywym, chciał może pierwszy zobaczyć
+swego nowego pana.
+
+Ale jaki mógł mieć cel w prześladowaniu rodziny Baskerville?
+
+Przypomniała mi się dziwna przestroga, wycięta ze wstępnego artykułu
+_Timesa_. Kto ją przesłał? On, czy też ktoś, kto chciał pokrzyżować
+jego plany?
+
+Może kamerdyner chciał zabezpieczyć sobie w dalszym ciągu spokojne
+i niezależne stanowisko w pałacu, w którym podczas nieobecności
+właścicieli był prawdziwym panem?...
+
+Ale taki cel byłby niedostateczną pobudką do zbrodni.
+
+Sam Holmes powiadał, że nigdy jeszcze nie zdarzyła mu się sprawa
+tak zawiła. Pragnąłem już jak najprędzej oddać ją w ręce mego
+przyjaciela.
+
+Tok moich myśli został przerwany odgłosem kroków. Ktoś biegł za mną
+i wołał mnie po nazwisku.
+
+Odwróciłem się, pewien, że ujrzę doktora Mortimer, lecz ku mojemu
+zdziwieniu, zobaczyłem nieznajomego.
+
+Był to mężczyzna niewielkiego wzrostu, o twarzy wygolonej, o włosach
+ciemnych, gładko przyczesanych; mógł mieć lat trzydzieści parę do
+czterdziestu. Przez ramię zwieszała mu się puszka, w jednej ręce
+niósł siatkę do łowienia owadów.
+
+-- Daruje mi pan moją natarczywość, doktorze Watson -- rzekł,
+podbiegając do mnie zdyszany -- ale tu, na tych piaskach, żyjemy
+bez ceremonii. Prezentacye odbywają się naturalnie. Słyszał pan już
+o mnie od naszego wspólnego przyjaciela, doktora Mortimer. Jestem
+Stapleton z Merripit House.
+
+-- Poznałbym pana po siatce -- odparłem, bo wiadomo mi, że pan
+Stapleton jest naturalistą -- ale w jaki sposób pan mnie poznał?
+
+-- Byłem u Mortimera i pokazał mi pana przez okno. Ponieważ idę w tę
+samą stronę, więc dogoniłem pana. Czy sir Henryk już wypoczął po
+podróży?
+
+-- Najzupełniej.
+
+-- Obawialiśmy się tu wszyscy, że nowy baronet, po tragicznej śmierci
+sir Karola, nie zechce zamieszkać tutaj. Spełnia ofiarę, zagrzebując
+się w takiem ustroniu; ale okolica na tem zyska i powinna mu być
+wdzięczna. Spodziewam się, że sir Henryk nie żywi przesądnych obaw?
+
+-- Jest na to zbyt rozumny.
+
+-- Ma się rozumieć, słyszałeś już pan legendę o psie,
+prześladującym tę rodzinę?
+
+-- Słyszałem.
+
+-- To dziwna, jak tutejsi włościanie są łatwowierni: każdy z nich
+gotów przysiądz, że widział psa na własne oczy.
+
+Pan Stapleton mówił to z uśmiechem, ale z oczu jego było widać, że
+przywiązuje wiarę do tych pogłosek.
+
+-- Owa legenda oddziałała na wyobraźnię sir Karola -- ciągnął
+dalej -- i pewien jestem, że sprowadziła śmierć nagłą.
+
+-- W jaki sposób?
+
+-- Sir Karol był tak zdenerwowany, że ukazanie się psa mogło go
+zabić. Zdaje mi się, że ujrzał istotnie jakieś dziwne stworzenie
+w Alei Wiązów... Obawiałem się zawsze anewryzmu serca, bo byłem
+bardzo do niego przywiązany.
+
+-- Skąd pan wiedział o wadzie serca?
+
+-- Od mego przyjaciela, doktora Mortimer.
+
+-- Zatem sądzisz pan, że jakiś pies ścigał sir Karola i że biedak
+zmarł skutkiem strachu?
+
+-- Czy pan znasz jaki inny powód śmierci?
+
+-- Dotychczas nie wyprowadzam wniosków.
+
+-- A pan Sherlock Holmes czy wyraził już swój pogląd na tę sprawę?
+
+Zdziwiło mnie takie pytanie. Można je było wziąć za zasadzkę, ale
+twarz mówiącego była chłodna i obojętna, więc moje podejrzenia
+musiały pierzchnąć.
+
+-- Nie dziw, że znam pańskie stosunki ze słynnym detektywem -- rzekł
+pan Stapleton. -- Wszak wiadomo powszechnie, iż jesteście w przyjaźni
+ze sobą. Gdy doktor Mortimer wymienił mi pańskie nazwisko; domyśliłem
+się odrazu, że pan Sherlock Holmes wziął w swoje ręce tę sprawę
+i że pan tu przybyłeś z jego ramienia. Rzecz naturalna, że chciałbym
+się dowiedzieć, co pan Sherlock Holmes o tem myśli.
+
+-- Nie potrafię pana objaśnić w tym względzie.
+
+-- Czy zamierza odwiedzić naszą okolicę?
+
+-- Chwilowo nie może opuścić Londynu; ważniejsze sprawy pochłaniają
+jego czas i uwagę.
+
+-- Szkoda wielka! Możeby wyświetlił tę tajemnicę... Gdybyś pan
+potrzebował wskazówek, gotów jestem służyć. Może mi pan powie,
+w jaki sposób zamierzasz pan prowadzić sprawę, a kto wie, czy
+nie mógłbym udzielić panu pomocy...
+
+-- Przybyłem tu w odwiedziny do mego przyjaciela, sir Henryka, i nie
+potrzebuję żadnej pomocy.
+
+-- Jesteś pan ostrożny. To się chwali! -- rzekł Stapleton -- a ja
+zostałem ukarany za natręctwo i nie ponowię już propozycyi, uczynionej
+ze szczerego serca i w najlepszej chęci.
+
+Doszliśmy do ścieżki, wiodącej przez piaski i trzęsawiska. Na prawo
+sterczał odłam skały; po za nią, w pewnej odległości, unosił się
+dym z komina.
+
+-- Ta ścieżka prowadzi do Merripit-House -- rzekł Stapleton. -- Może
+mnie pan zechce zaszczycić swojemi odwiedzinami?
+
+Miałem ochotę odmówić ze względu na sir Henryka, ale przypomniałem
+sobie, że jest zajęty korespondencyą; nie mogłem mu dopomódz, a
+z drugiej strony, Holmes kazał mi poznawać sąsiedztwo. Więc przyjąłem
+zaproszenie pana Stapleton i weszliśmy razem na ścieżkę.
+
+-- Dziwne to trzęsawisko -- mówił, wskazując mi olbrzymią
+płaszczyznę, pokrytą piaskami i trawą -- dla nieoswojonego oka
+wydaje się monotonnem i smutnem, ale kto się przyzwyczai do tych
+fal piaszczystych; dla tego mają one urok nieprzeparty, a zawierają
+tyle tajemnic!...
+
+-- Pan je zgłębiłeś?
+
+-- Mieszkam tu od lat dwóch zaledwie. Tutejsi mieszkańcy mogliby mnie
+nazwać obcym przybyszem. Osiedliliśmy się tutaj wkrótce po przybyciu
+sir Karola, ale moje upodobania przyrodnicze skłaniają mnie do
+ciągłych wędrówek, to też poznałem każdą niemal piędź ziemi.
+Sądzę, że nikt tutaj nie zna jej lepiej odemnie.
+
+-- Czy okolica jest tak trudną do poznania?
+
+-- Bardzo trudną. Widzisz pan, naprzykład, tę rozległą równinę na
+północ, obramowaną wzgórzami. Czy dostrzegasz pan co niezwykłego?
+
+-- Widzę, że możnaby galopować po tej równinie.
+
+-- Wielu już przypłaciło życiem taką chętkę. Czy widzisz pan zielone
+plamy, któremi usiana jest ta płaszczyzna?
+
+-- Są to zapewne kępki traw.
+
+Stapleton roześmiał się.
+
+-- To tak zwane Grimpen-Mire,[1] błota nieprzebyte. Jeden krok
+fałszywy, a śmierć pewna. Niedalej, jak wczoraj, widziałem na własne
+oczy, jak zapadł w nie młody źrebak. Pochłonęło go trzęsawisko.
+Niebezpiecznie jest zapuszczać się tutaj nawet wśród letniej suszy,
+ale podczas jesiennych roztopów miejsce to jest cmentarzem, a jednak
+potrafię przejść i wrócić bezpiecznie przez sam środek bagna. Widzisz
+pan?... znowu jakiś źrebiec ugrzązł w błocie...
+
+Istotnie dostrzegłem coś szamocącego się; po chwili wysunęła się
+długa szyja i rozległ się okrzyk przeraźliwy. Drgnąłem. Mój
+towarzysz był chłodniejszy odemnie.
+
+-- Już po nim! -- rzekł. -- Pochłonęło go bagno. Dwóch źrebców w dwa
+dni! Niebezpiecznie zapuszczać się na te trzęsawiska.
+
+-- Pan jednak przebywa je bez szwanku? -- wtrąciłem.
+
+-- Tak; po długich wędrówkach znalazłem parę ścieżek bezpiecznych.
+
+-- Co panu zależało na przebyciu tych błot?
+
+-- Widzi pan te wzgórza woddali? To jak wyspy, odcięte od świata.
+Rosną tam rzadkie krzewy i fruwają niezwykłe motyle. Warto się trudzić
+po takie okazy.
+
+-- I ja spróbuję.
+
+Spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
+
+-- Niechże pana Bóg strzeże od takich prób! Miałbym pańskie życie na
+sumieniu! -- zawołał. -- Pan nie wróciłbyś z tej wycieczki. Mnie za
+drogowskaz służą rośliny.
+
+-- Cóż to takiego?... -- zawołałem.
+
+Z oddali doleciało jakby szczekanie. Niepodobna było zmiarkować, skąd
+płynie ten głos okropny.
+
+Stapleton spojrzał na mnie z zagadkowym wyrazem twarzy.
+
+-- Dziwne te bagna, prawda? -- rzekł jakby z dumą.
+
+-- Co to takiego? -- spytałem.
+
+-- Włościanie powiadają, że to pies Baskervillów upomina się
+o zdobycz. Słyszałem ten głos parę razy, ale nigdy jeszcze tak
+wyraźnie, jak dzisiaj.
+
+Dokoła nie było widać żadnego żywego stworzenia.
+
+-- Jesteś pan człowiekiem wykształconym. Wszak pan nie wierzysz
+w przesądy? Jakże pan tłómaczy sobie te głosy? -- spytałem.
+
+-- Stwardniałe błoto, pękając, wydaje czasem takie jęki -- odparł.
+
+-- Nie, nie; to był głos żywego stworzenia.
+
+-- Czyś pan kiedy słyszał wabienie błotnego ptaka, zwanego bąkiem?
+
+-- Nie.
+
+-- To okaz, zaginiony już, ale przetrwał może tutaj. Wszystko możliwe
+na takich bagnach. Nie zdziwiłbym się, gdyby ten głos był wabieniem
+ostatniego bąka w Europie.
+
+-- Bądź co bądź, w życiu mojem nie słyszałem podobnego dźwięku.
+
+-- Tak, to pustkowie zawiera dużo dziwnych rzeczy. Spojrzyj pan na to
+wzgórze. Co pan dostrzegasz?
+
+Cały stok był usiany okrągłemi, foremnemi kamieniami.
+
+-- Co to takiego? -- spytałem.
+
+-- To siedziby naszych czcigodnych przodków. Człowiek przedhistoryczny
+zaludniał gęsto te bagna, a ponieważ od tych czasów nikt tu nie
+mieszkał, ich jaskinie pozostały nietknięte. Widzi się tam łoża,
+stołki, misy...
+
+-- Z jakiej epoki?
+
+-- Neolitycznej zapewne.
+
+-- Cóż ci ludzie robili?
+
+-- Paśli trzody na stokach gór, osuszali bagna, wyrabiali broń
+i sprzęty z kamienia. Tak, to bagno jest ciekawą kartą dziejową. Ale
+przepraszam pana...
+
+Stapleton urwał nagle i podążył za jakimś rzadkim okazem motyla.
+Ścigał go zapamiętale, podskakiwał, kręcił się wkółko.
+
+Ubawiony tem przyrodniczem _intermezzo_, postanowiłem czekać na
+rezultat pościgu. Wtem doleciał mnie znowu odgłos kroków. Obejrzałem
+się i zobaczyłem kobietę, zdążającą ku mnie.
+
+Szła od strony Merripit-House. Domyśliłem się odrazu, że to jest miss
+Stapleton, bom słyszał o jej niepospolitej urodzie. Jakoż nawet
+w stolicy taka piękność musiałaby zwrócić uwagę a olśniewała
+wprost na tem pustkowiu. Byłem tembardziej zdumiony, że miss
+Stapleton stanowiła zupełny kontrast ze swoim bratem. O ile on
+był blady, szczupły, o tyle ona wspaniale rozwinięta; o ile on
+niepozorny, o tyle ona wytworną. On miał włosy i oczy szare,
+płeć wyblakłą -- ona była brunetką tak silną, że podobnych nie
+widuje się w Anglii. Miała rysy nadzwyczaj regularne, oczy ogniste,
+usta prześlicznie wykrojone i płeć z gorącym rumieńcem. Wydawała
+się, jakby cudownem, nadprzyrodzonem zjawiskiem na tle ponurego
+krajobrazu. Oczy jej biegły niespokojnie za bratem, przyśpieszyła
+kroku i zrównała się ze mną. Uchyliłem kapelusza i chciałem
+się przedstawić, lecz nie dała mi dojść do słowa.
+
+-- Wyjeżdżaj pan stąd!... -- szepnęła. -- Wracaj natychmiast do
+Londynu....
+
+Spojrzałem na nią ze zdumieniem. Oczy jej pałały, nóżka uderzała
+o ziemię.
+
+-- Po co mam wracać? -- zagadnąłem.
+
+-- Nie mogę panu tego wytłómaczyć -- odparła głosem przyciszonym --
+ale na miłość Boską, zastosuj się pan do mojej rady. Wyjedź pan stąd
+i nigdy tu nie wracaj.
+
+-- Ależ ja zaledwie przyjechałem...
+
+-- Dlaczego pan nie chce zrozumieć, że ta przestroga ma pańskie dobro
+na względzie? Raz jeszcze powtarzam: wracaj pan do Londynu zaraz, dziś
+wieczorem. Opuść to strony. Cicho!... Mój brat nadchodzi. Nie mów mu
+pan o tem ani słowa... Proszę mi zerwać parę storczyków z tej kępy
+traw -- rzekła innym zupełnie głosem. -- Mamy dużo dzikich storczyków.
+Lubię ten kwiat.
+
+Stapleton zaniechał pościgu i wracał zdyszany.
+
+-- Skądże się tu wzięłaś, Beryl? -- rzekł ostro.
+
+-- Widzę, że jesteś zmęczony -- zagadnęła.
+
+-- Tak, goniłem motyla. Piękny okaz; spotyka się go rzadko, zwłaszcza
+na jesieni.
+
+Mówił to lekko, ale patrzał na siostrę badawczo i groźnie.
+
+-- Zapoznaliście się, państwo, jak widzę -- rzekł. -- Prezentacya już
+zbyteczna.
+
+-- Tak; prosiłam właśnie sir Henryka, żeby zerwał dla mnie parę
+storczyków.
+
+-- Więc bierzesz pana...
+
+-- Sadziłam, że to sir Henryk Baskerville -- wtrąciła.
+
+-- Pani się myli -- rzekłem. -- Jestem tylko jego przyjacielem.
+Nazywam się Watson.
+
+Rumieniec oblał jej śliczną twarzyczkę. Była widocznie zmieszana.
+
+-- Zaszło nieporozumienie... -- rzekła.
+
+-- Nie mieliście przecież dużo czasu na rozmowę -- wtrącił jej brat,
+przeszywając ją wzrokiem badawczym.
+
+-- Mówiłam do doktora Watson, jak do stałego mieszkańca tych stron,
+nie zaś do gościa. Ale może pan zechce nas odwiedzić w Merripit-House?
+
+Przyjąłem zaproszenie. Droga była niedaleka, wiodła brzegiem łąki.
+Dom, przerobiony widocznie ze starej fermy, wznosił się wśród drzew
+niewielkich, otoczony był murowanym parkanom; wyglądał smutno
+i ponuro.
+
+Otworzył nam drzwi stary, mrukliwy służący. Mieszkanie było obszerne,
+w urządzeniu znać było rękę kobiecą. Patrząc przez okno na te bagna,
+usiane kamieniami, zastanawiałem się, co mogło skłonić tak
+wykształconego mężczyznę i tak piękną kobietę do obrania tutaj
+siedziby.
+
+-- Dziwisz się pan zapewne, że rozpięliśmy tutaj namioty? -- rzekł
+Stapleton, jakby w odpowiedzi namoje myśli. -- A jednak dobrze nam
+i czujemy się szczęśliwi. Prawda, Beryl?
+
+-- Zupełnie szczęśliwi -- potwierdziła, bez zapału.
+
+-- Miałem szkołę w jednem z hrabstw północnych -- mówił Stapleton --
+ale ten rodzaj pracy nie odpowiadał mojemu temperamentowi, chociaż
+obcowanie z dziećmi, urabianie ich umysłów, miało dla mnie dużo uroku.
+Losy popchnęły mnie jednak na inną drogę. Wybuchła epidemia. Ofiarą
+jej padło trzech chłopców z mojej szkoły; ucierpiała skutkiem tego na
+opinii i nie mogła już utrzymać się dalej. Naraziło mnie to na dużą
+stratę pieniężną; ale żal mi tylko zmarłych dzieci; dla siebie nie
+żałuję tego, bo mam czas oddawać się moim ulubionym badaniom
+i znalazłem tu obfite pole do studyów nad botaniką i zoologią. Siostra
+dzieli moje upodobania przyrodnicze. Mówię to, żeby panu ułatwić
+rozwiązanie zagadki, nad którą pan zastanawiał się, patrząc na
+oparzeliska.
+
+-- Dziwiłem się istotnie, że państwo obrali tę okolicę, w której
+pobyt musi być smutny, zwłaszcza dla pani.
+
+-- Jest mi tu dobrze -- oświadczyła.
+
+-- Mamy książki, mamy nasze zajęcia naukowe, zresztą mamy sąsiadów.
+Doktor Mortimer jest człowiekiem uczonym w swoim zakresie, biedny sir
+Karol był miłym towarzyszem. Widywaliśmy go często, i jego śmierć
+była dla nas ciosem. Jak pan uważa, czy bez natręctwa, mógłbym
+złożyć dziś wizytę sir Henrykowi?
+
+-- Jestem pewien, że będzie panu rad.
+
+-- A więc odwiedzę go popołudniu. Pragnąłbym, o ile możności,
+uprzyjemnić mu pobyt w tych stronach, zanim przywyknie do ponurej
+okolicy. Może pan zechce obejrzeć mój zbiór motyli? Sądzę, że niema
+obfitszego w całej Anglii południowej.
+
+Nie mogłem przyjąć zaproszenia; pilno mi już było do mego towarzysza.
+Balem się o niego, byłem mimowoli pod wrażeniem smutnego krajobrazu,
+a zapewne i ostrzeżeń miss Stapleton, wypowiedzianych tak poważnie,
+uroczyście niemal, że musiały osłaniać jakąś tajemnicę. To też,
+mimo naglących zaprosin na śniadanie, pożegnałem rodzeństwo
+i wracałem do dworu tą samą ścieżką.
+
+Musiała być jednak inna krótsza droga, bo zanim doszedłem do
+gościńca, ku wielkiemu mojemu zdziwieniu ujrzałem miss Stapleton,
+siedzącą na kamieniu przy drodze.
+
+-- Wybiegłam naprzód, aby pana tu spotkać, nie wzięłam nawet
+kapelusza -- mówiła zdyszana. Chcę pana prosić, abyś zapomniał moje
+słowa. Nie tyczyły się pana.
+
+-- Nie mogę ich zapomnieć, miss Stapleton -- odparłem. -- Jestem
+przyjacielem sir Henryka, chodzi mi o jego bezpieczeństwo. Niechże mi
+pani wytłómaczy, dlaczego radzisz mu pani opuścić te strony i wracać
+do Londynu?
+
+-- To był kaprys kobiecy, doktorze Watson. Gdy mnie pan poznasz,
+przekonasz się, że nie zawsze umiem wytłómaczyć pobudki moich słów
+i czynów.
+
+-- Nie, nie, pamiętam, jak głos pani drżał, pamiętam, jak pani na mnie
+patrzała z trwogą. Na miłość Boską, bądź ze mną szczera, miss
+Stapleton. Od pierwszej chwili, gdym zawitał w te strony, czuję coś
+złowróżbnego w powietrzu. Stąpamy jakby po owych zielonych kępach na
+bagnie, lada chwila możemy w nich utonąć, a nikt nie chce nam wskazać,
+gdzie jest niebezpieczeństwo. Powiedz mi pani, co znaczyły jej słowa,
+a wzamian obiecuję, że je powtórzę sir Henrykowi.
+
+Na twarzy miss Stapleton odbiło się wahanie, ale trwało krótko.
+
+-- Przywiązujesz pan zbyt wielką wagę do moich słów -- odrzekła.
+Oboje z bratem zmartwiliśmy się bardzo śmiercią sir Karola.
+Odwiedzał nas często, mówił z przejęciem o klątwie, ciążącej
+nad jego rodem. Nie dziw, że po jego tragicznej śmierci gotowa
+byłam uwierzyć w słuszność jego obaw, a widząc jego spadkobiercę,
+przedstawiciela tejże rodziny, uważałam sobie za obowiązek
+przestrzedz go o możliwem niebezpieczeństwie. To był jedyny cel
+moich słów.
+
+-- Ale na czem owe niebezpieczeństwo polega?
+
+-- Słyszałeś pan legendę o psie?
+
+-- Nie wierzę w te brednie.
+
+-- Ale ja wierzę. Jeżeli pan ma wpływ na sir Henryka, wywieź go pan
+z tej okolicy. Świat szeroki. Dlaczego sir Henryk ma koniecznie mieszkać
+tutaj, gdzie mu grozi niebezpieczeństwo?
+
+-- Dlatego właśnie, że grozi. Taki już jego charakter. Jeżeli pani nie
+może przytoczyć mi ważniejszego powodu, to tym argumentem nie zdołam
+go skłonić do opuszczenia Baskerville-Hall.
+
+-- Nie mogę przytoczyć innego powodu, bo żadnego innego nie znam.
+
+-- Jeszcze jedno pytanie, miss Stapleton. Jeżeli w słowach pani nie
+było ukrytego znaczenia, to dlaczego nie chciałaś, aby je brat
+usłyszał?
+
+-- Mój brat pragnie, żeby dwór był zamieszkany, bo sądzi, że
+obecność właściciela jest konieczną dla dobra okolicy. Gniewałby
+się na mnie, gdyby wiedział, że radzę sir Henrykowi opuścić te
+strony. Spełniłam swój obowiązek i nic już więcej nie dodam.
+Muszę wracać, bo brat domyśli się, żem rozmawiała z panem. Dowidzenia!
+
+Odeszła, pozostawiając mnie na pastwę obaw i niepokojów o sir
+Henryka.
+
+
+
+
+VIII.
+
+Pierwsze sprawozdanie doktora Watson.
+
+
+Od owego punktu będę przepisywał moje własne listy do Sherlocka
+Holmes, albowiem odtwarzają owe wypadki, myśli i podejrzenia z większą
+dokładnością, niż moja pamięć.
+
+
+ _Baskerville-Hall, 13 października._
+
+Kochany Holmes! Moje poprzednie listy i depesze powiadamiały cię
+dokładnie i szczegółowo o wszystkiem, co się działo w tym ponurym
+zakątku.
+
+Im dłużej tu bawię, tem bardziej czuję się smutny i zaniepokojony.
+Te bagna rzucają cień na duszę. Zdaje mi się, żem się przeniósł
+nietylko do innego kraju, ale i w inną epokę, że żyję w czasach
+przedhistorycznych.
+
+Kamienne siedziby naszych przodków zasiewają gęsto oparzelisko,
+i dziwić się należy, dlaczego oni osiedlali się w tych bagnach?
+Przypuszczam, że to był szczep tchórzliwy, stroniący od wojowniczych
+sąsiadów, a trzęsawisko było najpewniejszą przeciw nim warownią.
+
+Te hypotezy nie mają jednak nic wspólnego z mojem posłannictwem i nie
+zaciekawią twojego praktycznego umysłu. Wiem, jak ci jest obojętnem,
+czy ziemia obraca się dokoła słońca, czy też dzieje się odwrotnie.
+Wracam do faktów, tyczących się sir Henryka Baskerville.
+
+Jeżeliś nie otrzymywał sprawozdań przez parę dni ostatnich, to tylko
+dlatego, że do dziś nie było o czem pisać. Dzisiaj zdarzyła się
+okoliczność niezwykła, lecz zanim ci ją opowiem, muszę cię obznajmiċ
+z innemi stronami sytuacyi.
+
+Wspomniałem ci już o zbiegłym więźniu, który się ukrywa wśród
+bagien. Według wszelkiego prawdopodobieństwa, opuścił już te
+strony, co jest pożądanem dla mieszkańców, żyjących na pustkowiu.
+
+Dwa tygodnie już minęło od jego ucieczki, a dotychczas nikt go nie
+widział i nikt o nim nie słyszał. Łatwo wprawdzie ukryć się na tem
+trzęsawisku, usianem głazami, które służyły za schronienie
+przedhistorycznemu człowiekowi, ale niema tam żadnego pożywienia;
+sądzimy zatem, że uciekł, a okoliczni fermerzy zaczynają nabierać
+otuchy.
+
+W pałacu jest nas czterech silnych mężczyzn; możnaby się obronić
+w danym razie; ale przyznaję, żem się obawiał o Stapletonów.
+Mieszkają na zupełnem pustkowiu, o parę mil od ludzkich siedzib,
+trzymają tylko służącego i kucharkę. Brat jest wątły i niezbyt
+silny, siostra, jakkolwiek rosła i dobrze zbudowana, nie mogłaby
+stawić oporu takiemu zbójowi. Gdyby ich napadł, byliby na jego
+łasce i niełasce. Sir Henryk jest o nich zatrwożony; dawał im na
+wszelki wypadek _grooma_ Perkinsa, ale Stapleton odmówił stanowczo.
+
+Nasz baronet zaczyna interesować się żywo piękną sąsiadką. Nic
+dziwnego, że wśród życia tak jednostajnego szuka rozrywki, a dziwić
+się można tem mniej, że panna prześliczna. Jest w niej coś gorącego,
+podzwrotnikowego; sprzeczność pomiędzy nią a chłodnym, brzydkim bratem
+-- zdumiewająca. Chociaż i on robi wrażenie wulkanu, przysypanego
+popiołami. Ma widocznie wielki wpływ na siostrę; zauważyłem, że miss
+Beryl, mówiąc, spogląda wciąż na niego, jak gdyby szukała aprobaty.
+On ma w oczach groźne błyski, a zacięte usta zdradzają naturę twardą
+i nieubłaganą. Byłby ciekawem studyum dla ciebie.
+
+Złożył wizytę Baskervillowi nazajutrz po naszym przyjeździe, a zaraz
+następnego poranku zaprowadził nas na miejsce, wsławione legendą
+o okrutnym Hugonie. Jest to daleka, kilkomilowa wycieczka przez łąkę
+i trzęsawiska, a miejsce samo tak ponure, że mogło natchnąć pomysłem
+do krwawej legendy. Sterczą na niem dwa olbrzymie, spiczaste głazy; sir
+Henryk był wzruszony i kilkakrotnie zapytywał Stapletona, czy doprawdy
+wierzy w oddziaływanie sił nadprzyrodzonych na bieg naszego życia.
+
+Pytał wesoło, ale było widać, że bierze tę rzecz poważnie. Stapleton
+był ostrożny w odpowiedziach, ale można było poznać, że powstrzymuje
+się od wyrażenia swoich myśli ze względu na spokój baroneta.
+Opowiedział nam kilka wypadków, w których starożytne rody były
+prześladowane przez jakąś siłę nieczystą i zostawił nas pod
+wrażeniem, że przywiązuje wiarę do owej legendy.
+
+Wracając z tej wycieczki, zaprosił nas na śniadanie do Merripit-House
+i wtedy sir Henryk poznał miss Stapleton. Od pierwszej chwili zrobiła
+na nim wielkie wrażenie, a jeśli się nie mylę, było zobopólne. Od
+owego dnia, baronet bywa tam codzień. Dzisiaj zaprosił na obiad
+rodzeństwo. Możnaby sądzić, że taki maryaż powinien być mile
+widzianym przez Stapletona, jednak spostrzegam niezadowolenie na
+jego twarzy, ilekroć sir Henryk zbliża się do jego siostry, lub
+okazuje swój zachwyt. Tłómaczę to sobie egoistycznem przywiązaniem,
+bo życie przyrodnika na tem pustkowiu byłoby jeszcze smutniejsze,
+gdyby go nie opromieniała miss Beryl. Wątpię, czy Stapleton posunie
+tak dalece egoizm, aby się sprzeciwić temu świetnemu małżeństwu,
+choć widocznie nie życzy sobie zażyłości pomiędzy siostrą
+a baronetem; parę razy przeszkadzał im w rozmowie sam na sam.
+
+Bądź co bądź, trudno mi będzie teraz spełnić twoje polecenie: abym
+nigdy nie opuszczał sir Henryka. Sprzykrzyłbym mu się prędko, gdybym
+chodził za nim, jak cień.
+
+Onegdaj, we czwartek, doktor Mortimer był u nas na śniadaniu. Przy
+wykopaliskach w Long-Dawn udało mu się znaleźć czaszkę
+przedhistorycznego człowieka. Jest uradowany. Trudno o większego
+entuzyastę i maniaka.
+
+Po śniadaniu przybyli Stapletonowie. Na prośby sir Henryka, doktor
+zaprowadził nas wszystkich do Alei Wiązów, aby nam pokazać, jak się
+rzeczy miały owej nocy.
+
+Aleja jest długa, po obu stronach szerokie żywopłoty, za nimi --
+trawniki. Na końcu alei wznosi się letni domek, rodzaj altany.
+W połowie drogi jest furtka, prowadząca na łąkę, za którą leży
+trzęsawisko. Furtka jest drewniana, biała, ma klamkę i zasuwę.
+Pamiętałem twoją hypotezę i starałem się odtworzyć w myśli
+katastrofę.
+
+Stojąc przy tej furtce, biedny sir Karol ujrzał coś, co go tak
+wystraszyło, że stracił przytomność i zaczął biedz prosto przed
+siebie, aż mu tchu zbrakło i padł nieżywy z wycieńczenia i trwogi.
+Uciekał liściastym tunelem. Co go wystraszyło? Pies zwyczajny,
+pasterski, czy też jakieś stworzenie fantastyczne, widmowe? Była-li
+w tem ręka ludzka, czy też moc nadprzyrodzona? Może blady Barrymore wie
+o tem zdarzeniu daleko więcej, niż mówi? Jakiekolwiek jest rozwiązanie
+zagadki, ostatniem jej słowem -- zbrodnia.
+
+Poznałem jeszcze jednego sąsiada, pana Frankland z Lafter Hall.
+Mieszka o cztery mile od nas. Jest to człowiek niemłody, siwy,
+temperamentu cholerycznego, zawołany pieniacz; pół majątku stracił na
+procesy. Nie chodzi mu o przedmiot sporny, lecz o sam proces. Czasami
+zamyka drogę publiczną i zmusza gminę do pozywania go przed sądy.
+Innym razem wdziera się w drogę prywatną, dowodząc, że służyła
+dawniej do publicznego użytku. Zna wszystkie prawa obyczajowe,
+niekiedy używa swych wiadomości na korzyść włościan z Fernworthy,
+a czasem przeciwko nim; bywa niesiony w tryumfie przez wieś, lub
+palony _in effigie_, stosownie do swej działalności.
+
+Ma obecnie siedem procesów, które zapewne pochłoną resztę jego
+fortuny.
+
+Po za tą manią wydaje się dobrodusznym, poczciwym staruszkiem;
+wspominam o nim dlatego tylko, żeś mi polecił opisywać ci wszystkie
+osoby, które spotykam i o których słyszę.
+
+Obecnie pan Frankland ma nowa rozrywkę: przez wyborny teleskop, dniami
+całemi z dachu swego domu wypatruje zbiegłego więźnia. Gdybyż tylko na
+tem poprzestał! ale on chce podobno wytoczyć proces doktorowi
+Mortimer za otwarcie grobu przedhistorycznego bez pozwolenia potomków,
+a to skutkiem... czaszki z epoki neolitycznej, odgrzebanej
+w Long-Dawn. Bądź co bądź urozmaica nam jednostajność życia
+i wprowadza do niego trochę komicznego pierwiastku.
+
+A teraz, doniosłszy ci o zbiegłym więźniu, opisawszy ci rodzeństwo
+Stapleton, doktora Mortimer i pana Frankland z Lafter-Hall, powiem ci
+coś bardzo ciekawego o Barrymorze i o niezwykłych zdarzeniach zeszłej
+nocy.
+
+Naprzód słówko o telegramie, któryś wysłał z Londynu, a który
+miał nam służyć za dowód obecności Barrymora w pałacu.
+
+Donosiłem ci już, że, sądząc ze słów pocztmistrza, doszedłem do
+przekonania, iż ta próba niczego nie dowiodła. Mówiłem o tem sir
+Henrykowi, a on, ze zwykłą sobie szczerością, wezwał Barrymora
+i zapytał go, czy dostał telegram. Barrymore odpowiedział twierdząco.
+
+-- Czy chłopiec oddał ci go do rąk? -- pytał sir Henryk.
+
+Barrymore spojrzał ze zdziwieniem.
+
+-- Nie -- odparł po namyśle -- byłem wtedy na strychu, ale moja żona
+odniosła mi zaraz depeszę.
+
+-- Czyś odpowiedział na nią sam?
+
+-- Prosiłem żony, żeby mnie wyręczyła.
+
+Po obiedzie wszczął znowu tę sprawę z własnego impulsu.
+
+-- Nie rozumiałem, dlaczego mnie jaśnie pan pytał o ów telegram --
+rzekł. -- Czy zrobiłem co niewłaściwego?
+
+Sir Henryk uspokoił go w tym względzie i ofiarował mu część swojej
+garderoby, ponieważ nadeszły już garnitury, obstalowane w Londynie.
+
+Mrs. Barrymore zaciekawia mnie. Jest to niewiasta gruba, ociężała,
+poważna, wygląda na purytankę. Trudno sobie wyobrazić osobę mniej
+wrażliwą, a jednak opowiedziałem ci już, żem słyszał wyraźnie jej
+płacz pierwszej nocy naszego pobytu w Baskerville-Hall; potem
+widziałem nieraz ślady łez na jej twarzy. Musi mieć jakoś wielką
+zgryzotę. Czasami zastanawiam się, czy jej nie trapią wyrzuty
+sumienia, a chwilami posądzam Barrymora, iż jest tyranem.
+
+Zauważyłem w nim odrazu coś niezwykłego; ale to, com widział zeszłej
+nocy, utrwala mnie w najgorszych posądzeniach.
+
+A jednak sam fakt może się wydać błahym.
+
+Wiesz, że mam sen lekki, a od chwili, gdym tu przybył w charakterze
+anioła-stróża, sypiam z otwartemi oczyma, jak zając.
+
+Otóż wczorajszej nocy, około drugiej, obudził mnie odgłos kroków,
+przechodzących obok mojego pokoju. Wstałem, uchyliłem drzwi
+i wyjrzałem. Po korytarzu sunął długi cień, rzucany przez
+mężczyznę, zakradającego się na palcach ze świecą w ręku. Był
+w koszuli i spodniach, szedł boso, powoli i bardzo ostrożnie,
+w całem jego zachowaniu było coś tajemniczego.
+
+Korytarz przecięty jest balkonem, znajdującym się nad główną sienią
+i portykiem, ale biegnie dalej po jego drugiej stronie. Gdym stanął przy
+balkonie, ów cień dotarł już był do drugiego końca korytarza; po
+blasku światła zmiarkowałem, że wszedł do jednego z przyległych
+pokojów.
+
+Ponieważ wszystkie te pokoje są nieumeblowane, przeto cel wędrówki
+stawał się jeszcze bardziej zagadkowym. Światło błyszczało stale
+w jednym punkcie. Zajrzałem do tego pokoju przez drzwi uchylone.
+
+Barrymore stał pod oknem i trzymał świecę przy samej szybie. Zwrócony
+był do mnie profilem; widziałem na jego twarzy wyczekiwanie
+i niepokój. Przez chwilę stał nieruchomo, wreszcie coś mruknął,
+machnął ręką i świecę odstawił.
+
+Uciekłem do mego pokoju. Niebawem doleciały mnie znowu ciche kroki.
+Barrymore wracał.
+
+Przez długi czas nie mogłem się uspokoić, tysiączne myśli
+i podejrzenia przelatywały mi po głowie. Już w pół-śnie usłyszałem
+zgrzyt klucza we drzwiach, ale nie mogłem umiarkować, w których.
+
+Co to wszystko znaczy -- nie wiem, lecz w każdym razie dzieją się
+w tym domu rzeczy dziwne, nie rokujące nic dobrego. Wcześniej, czy
+później, wyświetlimy zagadkę. Nie chcę cię bałamucić mojemi
+przypuszczeniami, albowiem żądasz tylko faktów.
+
+Miałem dziś rano długą rozmowę z sir Henrykiem i obmyśliliśmy plan
+kampanii. Znajdziesz go w moim następnym liście.
+
+
+
+
+IX.
+
+(Drugie sprawozdanie doktora Watsona).
+
+Światło na bagnie.
+
+
+ _Baskerville-Hall, 15 października._
+
+
+Kochany Holmes!
+
+Pozostawiłem cię wprawdzie długo bez wiadomości, za to dziś pragnę
+cię odszkodować.
+
+Fakty następowały tak szybko po sobie, że trudno było je spisywać.
+Donosiłem ci, żem widział Barrymora, zakradającego się po nocy ze
+światłem w ręce do pustego pokoju. Teraz mam całą wiązankę nowin.
+Rzeczy wzięły obrót niespodziewany, w ciągu dwu dni ostatnich
+wyświetliła się niejedna zagadka, a inne zaciemniły się jeszcze
+bardziej. Sam osądź.
+
+Nazajutrz, przed śniadaniem, poszedłem do pustego pokoju, nawiedzonego
+przez Barrymora nocy ubiegłej. Okno, przez które przechodził,
+wychodziło na zachód i odznaczało się tem od innych, że był z niego
+najbliższy widok na bagno. Jest tam puste miejsce pomiędzy dwoma
+drzewami, przez które widać zblizka łąkę i oparzelisko, wówczas, gdy
+z innych okien widok na nie jest dalszy i zasłoniony.
+
+Czyżby Barrymore upatrywał kogoś lub czegoś na bagnie? Noc była tak
+ciemna, że przy najlepszym wzroku niepodobna było nic dojrzeć. Więc
+jakiż był cel tych obserwacyj?
+
+W pierwszej chwili sądziłem, że to intryga miłosna. Dlatego zakradał
+się boso, dlatego był niespokojny. Barrymore jest niezwykle pięknym
+mężczyzną i może mieć powodzenie u kobiet -- ta hypoteza wydała mi
+się prawdopodobną. Zgrzyt klucza w zamku świadczył może o potajemnem
+wyjściu na schadzkę.
+
+Takie wysnuwałem wnioski; opowiadam ci je, chociaż rezultat wykazał
+ich bezpodstawność.
+
+Sądząc, że nie mam prawa zachowywać ich dla siebie, zwierzyłem się
+z nich przed sir Henrykiem, opowiedziawszy mu wpierw, com widział. Był
+mniej zdziwiony, niż mogłem przypuszczać.
+
+-- Wiem, że Barrymore chodzi po nocy -- oświadczył. -- Kilka razy
+słyszałem jego kroki w korytarzu o jednej i tej samej godzinie.
+
+-- Więc może co nocy chodzi do okna?
+
+-- Może. W takim razie schwytamy go na gorącym uczynku i przekonamy
+się o celu jego wędrówek. Ciekaw też jestem, jakby postąpił Holmes na
+naszem miejscu?
+
+-- Sądzę, że zrobiłby to samo, co pan zamierzasz -- odparłem. -- Boję
+się tylko, aby Barrymore nie usłyszał naszych kroków.
+
+-- Ma słuch tępy; zauważyłem to już nieraz. Zatem dziś wieczorem
+zaczaimy się w moim pokoju.
+
+Sir Karol był rad widocznie; ta nowa wyprawa była urozmaiceniem
+nudnego życia.
+
+W pałacu panował ruch gorączkowy. Baronet sprowadził architekta
+z Londynu, zaś z Plymouth -- stolarzy i dekoratorów; nie szczędził
+kosztów, aby przywrócić dawny blask siedzibie swoich przodków.
+
+Skoro pałac zostanie urządzony, brak w nim będzie tylko -- pięknej
+pani domu.
+
+Między nami mówiąc, łatwo domyślam się, kto mógłby zająć to
+miejsce. Baronet zakochany po uszy w naszej pięknej sąsiadce,
+miss Stapleton.
+
+Lecz na drodze tej miłości istnieją przeszkody. Niedalej, jak dziś,
+sir Henryk miał przykrą niespodziankę.
+
+Po naszej rozmowie o Barrymorze, wziął czapkę i wyszedł. Ja za nim.
+
+-- Towarzyszysz mi, Watson?... -- zapytał z widocznym niezadowoleniem.
+
+-- To zależy od tego, dokąd pan idzie; jeżeli na łąkę i bagno,
+pójdę z panem.
+
+-- Właśnie tam podążam.
+
+-- Wszak pan wie, co mi polecił Holmes... Przykro mi, że się panu
+narzucam, ale nie mogę puścić pana samego na trzęsawiska.
+
+Sir Henryk położył mi rękę na ramieniu.
+
+-- Mój drogi -- rzekł z uśmiechom -- Sherlock Holmes, pomimo swej
+przenikliwości, nie przewidział tego, co wynikło od czasu, jak
+zamieszkałem nad bagnem. Wszak mnie rozumiesz?... I jestem pewien, że
+nie zechcesz przeszkadzać mi w takiej chwili.
+
+Byłem w trudnem położeniu, a gdym tak stał zafrasowany, mój towarzysz
+odwrócił się i poszedł przez łąkę.
+
+Czyniłem sobie wyrzuty, że go pozostawiam własnemu losowi. A nuż go
+spotka nieszczęście!...
+
+Na samą myśl o tem, krew uderzyła mi do głowy.
+
+Może jeszcze nie zapóźno, może zdołam go dogonić...
+
+Podążyłem w kierunku, w którym sir Henryk odszedł, ale nic mogłem go
+dostrzedz, aż wreszcie ukazał mi się na zakręcie drogi, tam, gdzie
+ścieżka, wiodąca przez trzęsawisko, odbiega od gościńca.
+
+Skręciłem w bok, i zamiast iść za nim, wspiąłem się na mały
+pagórek, skąd było widać całą równinę. Ukrywszy się za skałą,
+śledziłem jego kroki.
+
+Uszedł ścieżką dobre pół mili, gdy nagle zobaczyłem zbliżającą
+się ku niemu pannę Stapleton.
+
+A więc to była schadzka umówiona...
+
+Przywitawszy się, szli dalej, bardzo wolno; z poruszenia rąk
+miarkowałem, że miss Beryl o coś go prosi.
+
+Namyślałem się, co robić. Wstrętnym jest szpiegować przyjaciela;
+w danych okolicznościach było to moim obowiązkiem; lecz gdyby mu
+groziło niebezpieczeństwo, byłem zadaleko, aby nieść pomoc. Więc
+cóż począć? Wahałem się między poczuciem delikatności a obowiązku.
+
+Tymczasem sir Henryk i jego towarzyszka stanęli na ścieżce. Rozmawiali
+bardzo żywo. Nagle spostrzegłem, że nie ja jeden jestem świadkiem ich
+spotkania. Ujrzałem coś zielonego, zawieszonego w powietrzu.
+Przyjrzawszy się, zobaczyłem, że to siatka na motyle.
+
+Szedł Stapleton. Był daleko bliżej od młodej pary, niż ją i widocznie
+podążał ku niej.
+
+Wtem sir Henryk objął wpół miss Stapleton; zdawało mi się, że ona
+broni się od uścisku. Pochylił się nad nią, chciał ją pocałować --
+zasłoniła się ręką.
+
+Nagle odskoczyli od siebie. Spłoszył ich Stapleton. Pędził co tchu,
+wymachiwał rękoma, a gdy się z nimi zrównał -- tupał nogami i zapewne
+krzyczał i robił wymówki sir Henrykowi. Ten widocznie usprawiedliwiał
+się.
+
+Wreszcie Stapleton skinął na siostrę, która po chwili wahania poszła
+za nim, rzuciwszy spojrzenie baronetowi.
+
+On stał długo, jak wryty, wreszcie odszedł krokiem powolnym, z głową
+zwieszoną.
+
+Co to wszystko znaczyło? Nie mogłem pojąć, lecz byłem wzburzony
+widokiem tej sceny. Zbiegłem ze wzgórza i spotkałem się z sir
+Henrykiem.
+
+-- Watson! -- zawołał. -- Skądże się tu wziąłeś? Czyżbyś mnie
+śledził wbrew mojej woli?
+
+Wyznałem mu prawdę. W pierwszej chwili oczy zapałały mu gniewem,
+lecz rozbroiła go widocznie moja szczerość; koniec końców --
+roześmiał się.
+
+-- Możnaby sądzić, że takie pustkowie sprzyja samotności, a jednak --
+mówił żartobliwie -- niepodobna konkurować bez świadków... Smutne to
+zresztą konkury. Gdzieżeś się ukrywał?
+
+-- Za temi skałami, na wzgórzu.
+
+-- Czy widziałeś, z której strony jej brat przyszedł?
+
+-- Z przeciwnej.
+
+-- Czy on robi na tobie wrażenie waryata?
+
+-- Nie.
+
+-- Od pierwszej chwili wydał mi się nienormalnym, a teraz gotów jestem
+przypuścić, że mnie, albo jemu braknie piątej klepki. Słuchaj, Watson:
+żyjesz już ze mną parę tygodni, powiedz mi szczerze, czyś nie
+spostrzegł we mnie jakiego umysłowego zboczenia? Jak znajdujesz: czy
+mógłbym być dobrym mężem dla kobiety ukochanej?
+
+-- Zdaje mi się, że najlepszym.
+
+-- Wszak on nic nie może zarzucić mojemu stanowisku społecznemu. Więc
+cóż ma przeciwko mojej osobie? Nie skrzywdziłem nikogo, żyłem
+uczciwie. A jednak nie pozwala mi dotknąć bodaj końca jej paluszków.
+
+-- Czy wręcz zabronił?
+
+-- Tak, i powiedział mi wiele innych przykrych rzeczy. Mówię ci,
+Watson, choć znam ją od paru tygodni, czuję, że z żadną kobietą nie
+byłbym tak szczęśliwy, jak z nią; a zdaje mi się, że i ona odpłaca
+mi wzajemnością. W oczach kobiety bywają błyski, wymowniejsze od
+słów. Ale ten nieznośny brat nie pozwala nam się porozumieć. Dziś
+po raz pierwszy zdarzyła mi się sposobność widzieć ją sam na sam.
+Cieszyło ją to widocznie, choć nie chciała słuchać moich wynurzeń
+miłosnych. Wracała wciąż do jednego przedmiotu, ostrzegając mnie
+o grożącem niebezpieczeństwie i dowodząc, że póty nie będzie miała
+spokoju, dopóki ja tych stron nie opuszczę. Powiedziałem jej, że
+nie pilno mi odjeżdżać, skoro ona tu przebywa, i że jeśli dba
+istotnie o moje bezpieczeństwo, to opuści tę okolicę wraz ze mną,
+i prosiłem o jej rękę. Zanim jednak zdążyła mi odpowiedzieć,
+ten jej utrapiony brat wpadł między nas, jak kula. Był blady
+z gniewu, trząsł się, a z jasnych oczu padały pioruny.
+
+Jak śmiałem przemawiać w ten sposób do jego siostry? -- wołał. -- Czy
+dlatego, że jestem baronetem, to wszystko mi wolno?...
+
+Tłómaczyłem mu, że nie potrzebuję wstydzić się moich uczuć dla miss
+Beryl i że mam nadzieję, iż zaszczyci mnie swoją ręką.
+
+Nie polepszyło to sprawy. Stapleton rozwścieczył się na dobre. I mnie
+zbrakło cierpliwości. Odpowiedziałem mu, za ostro ze względu na jej
+obecność.
+
+Skończyło się na tem, że on odszedł z siostrą, a ja powracam, jak
+niepyszny. Wytłómacz mi, co to znaczy, a będę ci wdzięczny do
+śmierci.
+
+Dawałem kilka wyjaśnień, ale nie zadowoliły sir Henryka, bo istotnie,
+co można mu zarzucić?
+
+Przemawia za nim tytuł, fortuna, charakter, wiek i uroda. Jedyny
+zarzut, jaki możnaby mu czynić -- to, że fatalizm ściga jego rodzinę.
+Ale Stapleton, jako człowiek uczony, nie powinienby przywiązywać wagi
+do przesądów.
+
+To też nie pojmuję, dlaczego odrzuca jego zabiegi, nie pytając nawet,
+czy siostra jest mu przychylna, a dziwi mnie nadto, że ona słucha go
+ślepo.
+
+Nasze domysły na ten temat przerwał sam Stapleton, który przybył po
+południu, aby przeprosić baroneta za swoją porywczość.
+
+Po długiej rozmowie sam na sam z sir Henrykiem w jego gabinecie,
+wyszli pogodzeni. Dla przypieczętowania zgody, zaprosił nas na obiad
+do Merripit-House.
+
+-- Dziwny to człowiek -- rzekł do mnie sir Henryk po jego odejściu. --
+Nie mogę zapomnieć wzroku, jakim mnie piorunował dziś rano, ale mimo
+to muszę przyznać, że teraz znalazł się przyzwoicie.
+
+-- Czy wytłómaczył swe postąpienie?
+
+-- Mówił, że siostra jest mu wszystkiem na świecie. Żyli zawsze razem,
+ona mu była jedynym towarzyszem. Sama myśl o utraceniu jej doprowadza
+go do rozpaczy. Nie spostrzegł mojej skłonności ku Beryl, a gdy ją
+ujrzał w moich objęciach, ogarnął go taki gniew samolubny, że stracił
+przytomność i nie odpowiada za swoje słowa i czyny. Przepraszał
+jednak i uznawał, że byłoby szaleństwem chcieć zatrzymać przy sobie
+kobietę tak piękną, jak jego siostra. Jeżeli ma go opuścić, to on,
+Stapleton, woli, żeby poślubiła sąsiada, mieszkającego tak blizko,
+niż kogokolwiek innego. Ale musi oswoić się z tą myślą. Gotów jest
+mi przyrzec jej rękę, jeżeli wzamian zobowiążę się słowem honoru,
+że przez trzy miesiące nie wspomnę jej o miłości, nie będę starał
+się widywać jej sam na sam i zadowolę się zwykłym stosunkiem
+towarzyskim. Obiecałem mu to solennie i rzeczy na tem stanęły.
+
+A więc jedna z tajemnic już wyjaśniona. Uczuliśmy grunt pod nogami
+w bagnie, po którem błądzimy poomacku.
+
+Wiemy już teraz, dlaczego Stapleton patrzał niechętnie na konkurenta
+siostry; chociaż ten konkurent jest jedną z pierwszych partyj w kraju.
+
+A teraz przechodzę do innej nici, którą wyciągnąłem ze splątanego
+motka -- do przyczyny łez pani Barrymore i tajemniczych nocnych
+wędrówek jej męża.
+
+Powinszuj mi, Holmes, i przyznaj, że nie zawiodłem twego zaufania. Ta
+zagadka została wyjaśniona w jedną noc.
+
+Napisałem: „w jedną noc”, właściwie jednak stało się to w ciągu
+dwóch nocy, albowiem pierwsze próby chybiły.
+
+Siedziałem z sir Henrykiem w jego pokoju do trzeciej zrana, ale nie
+doleciał nas żaden inny szmer, oprócz głosu zegaru. Wreszcie
+usnęliśmy obaj na krzesłach.
+
+Niezrażeni tem, postanowiliśmy próbę ponowić. Następnej nocy
+zgasiliśmy lampkę, i zapaliwszy papierosy, czekaliśmy, co będzie
+dalej.
+
+Godziny wlokły się powoli. Wybiła pierwsza, druga; już nas sen morzył,
+gdy nagle obaj wyprostowaliśmy się na krzesłach. Doleciał nas odgłos
+kroków.
+
+Zakradały się cichutko i wreszcie umilkły w oddali. Wtedy baronet
+drzwi otworzył i wyszliśmy na palcach.
+
+Barrymore minął już galeryę, korytarz był pogrążony w ciemnościach.
+
+Doszliśmy na palcach do drugiego skrzydła w chwili, gdy kamerdyner
+wsuwał się do pokoju, na końcu korytarza. Zamknął drzwi za sobą.
+Podsunęliśmy się cichutko, stąpając ostrożnie, w obawie, aby nas nie
+zdradziło skrzypnięcie podłogi. Zajrzeliśmy przez dziurkę od klucza.
+Barrymore stał przy oknie ze świecą w ręku.
+
+Nie ułożyliśmy planu kampanii, ale baronet uważa prostą drogę za
+najkrótszą i najwłaściwszą. Nie namyślając się, wszedł do pokoju.
+Barrymore odskoczył od okna.
+
+-- Co ty tu robisz? -- zapytał go sir Henryk.
+
+-- Nic, proszę pana.
+
+Był tak wystraszony, że świeca podskakiwała mu w ręku.
+
+-- Przyszedłem zobaczyć, czy okno zamknięte... Zamykam codzień
+wszystkie okna, żeby się złodziej nie zakradł.
+
+-- Tak, zwłaszcza tutaj, na... drugie piętro. Słuchaj, Barrymore --
+rzekł -- postanowiliśmy obaj zmusić cię do powiedzenia prawdy. Im
+prędzej ją wyznasz, tem lepiej dla ciebie. Dość tych kłamstw. Gadaj!
+Coś tu robił?
+
+Spojrzał na nas z rozpaczą, załamał ręce bezradnie.
+
+-- Nie robiłem nic złego -- szepnął. -- Trzymałem świecę w oknie.
+
+-- A dlaczego ją trzymałeś?
+
+-- Niech mnie pan o to nie pyta. Daję panu słowo honoru, że to cudza
+tajemnica. Nie mogę jej wyjawić. Gdyby chodziło tylko o mnie,
+wyznałbym panu całą prawdę.
+
+Błysnęła mi nagła myśl. Wziąłem świecę, którą Barrymore
+postawił był na oknie.
+
+-- To zapewne sygnał umówiony -- rzekłem. -- Zobaczmy, jaka będzie
+odpowiedź.
+
+Podniosłem świecę w górę i trzymałem ją tak, jak on przed naszem
+wejściem. Pomimo ciemności, bo księżyc był zasłonięty chmurami,
+widać było drzewa, a dalej łąkę. Wtem zobaczyłem blade światełko
+na bagnie.
+
+-- Jest sygnał! -- zawołałem.
+
+-- Nie, proszę pana, to nic nie znaczy -- przerwał mi Barrymore. --
+Upewniam pana, że to przypadkowe.
+
+-- Poruszaj świecą, Watson -- zawołał baronet. -- Widzisz? I tamto
+światło rusza się... Czy i teraz, łotrze, będziesz przeczył, że
+dawaliście sobie sygnały?... Chodź-no tutaj. Mów, kto jest twoim
+wspólnikiem i jaki knujecie spisek?
+
+Twarz kamerdynera pociemniała od tłumionego gniewu.
+
+-- Nie powiem! -- oświadczył butnie. -- To moja rzecz, nie pańska.
+
+-- W takim razie wynoś się zaraz z mego domu!
+
+-- Dobrze. Jeśli trzeba, to trudno.
+
+-- I żebyś mi się nie pokazywał na oczy! To wstyd, hańba!... Twoja
+rodzina służyła mojej przez kilka pokoleń, a ty knujesz przeciwko mnie
+spiski?...
+
+-- Nie, nie przeciw panu.
+
+Słowa te były wypowiedziane głosem kobiecym. Na progu stała pani
+Barrymore, jeszcze bledsza od męża.
+
+-- Wynosimy się stąd, Elizo -- oznajmił jej kamerdyner. -- Pakuj nasze
+rzeczy.
+
+-- O, John! John! Ja cię zgubiłam!... To wszystko moja wina, sir
+Henryku, moja wyłącznie... On nie winien. Robił to dla mnie, bo go
+o to prosiłam.
+
+-- Mów pani, wytłómacz, co to znaczy? -- zawołał sir Henryk.
+
+-- Mój nieszczęsny brat umiera z głodu, tam, na bagnie... Nie możemy
+go opuścić... To światło jest sygnałem, że przygotowaliśmy dla niego
+pożywienie... a tamto światełko wskazuje, gdzie mamy je przynieść...
+
+-- A więc brat pani jest...
+
+-- Zbiegłym więźniem... mordercą... Seldon.
+
+-- To prawda -- przytwierdził Barrymore. -- Mówiłem, że tajemnica nie
+moja i że nie mam prawa jej zdradzić. Ale teraz sir Henryk przekonał
+się, że to nie był spisek przeciw niemu...
+
+Takie jest zatem wyjaśnienie nocnych wędrówek i światła w oknie.
+
+Sir Henryk i ja patrzaliśmy na tę kobietę ze zdumieniem. Czyż podobna,
+aby osoba tak przyzwoita i poważna miała w swoich żyłach tę samą
+krew, co słynny zbrodniarz?...
+
+-- Tak, panie -- mówiła jakby w odpowiedzi na nasze myśli. -- Moje
+panieńskie nazwisko było Seldon, a to mój brat młodszy... Psuliśmy
+go za jego lat dziecinnych, wszystko mu było wolno, więc nabrał
+przekonania, że świat istnieje dla jego przyjemności... Gdy dorósł,
+wdał się w złe towarzystwo, zaczął hulać i jeszcze gorzej...
+Wpędził naszą biedną matkę do grobu, a nasze nazwisko błotem
+obryzgał. Upadał coraz niżej, wreszcie spełnił tę ostatnią
+zbrodnię... Ale dla mnie jest on zawsze małym chłopaczkiem
+z jasnymi kędziorami, którego niańczyłam, jako starsza siostra.
+Dlatego uciekł z więzienia. Wiedział, że ja tu jestem i że mu
+nie odmówię pomocy... Przywlókł się do nas, wycieńczony,
+zgłodniały, ścigany przez policyę. Cóż miałam począć?...
+Wzięliśmy go, zamknęli na strychu, żywiliśmy go, przyodziali.
+Po powrocie jaśnie pana, brat sądził, że będzie bezpieczniejszy
+na bagnie, i tam się ukrywa. Z dnia na dzień spodziewaliśmy
+się, że opuści te strony, lecz dopóki tu jest, my nie możemy
+go opuścić. Jeżeli kto zawinił, to ja, nie mój mąż; on go
+ukrywał i żywił, przez wzgląd na mnie...
+
+W głosie jej była szczerość.
+
+-- Czy to prawda, Barrymore?... -- zapytał sir Henryk.
+
+-- Tak, panie, święta prawda.
+
+-- Ha! nie mogę mieć ci za złe, żeś uległ prośbom żony. Wracajcie
+oboje do waszego pokoju. Pomówimy o tem jutro.
+
+Wyjrzeliśmy znowu przez okno. Sir Henryk otworzył je; chłodny wiatr
+smagnął nas po twarzach. Daleko na bagnie, płonęło blade światełko.
+
+-- Dziwna rzecz, że on nie boi się zdradzać swej obecności... -- rzekł
+baronet.
+
+-- Może tak światło umieścił, że widać je tylko z tego punktu.
+
+-- Jak ci się zdaje: czy to stąd daleko?
+
+-- Półtorej mili, dwie najwyżej. O ile mogę zmiarkować, jest to
+w pobliżu Cleft-Tor.
+
+-- Nie musi to być daleko, jeśli Barrymore codzień zanosi tam
+żywność. Słuchaj, Watson, schwytam tego łotra!
+
+I mnie ta sama myśl przeszła przez głowy. Wszak Barrymore nie wyjawił
+nam tajemnicy dobrowolnie, lecz pod naciskiem; nie byliśmy więc
+zobowiązani do sekretu, a to tembardziej, że chodziło o łotra, wobec
+którego ustawały wszelkie względy współczucia. Obowiązkiem naszym
+było oddać go w ręce sprawiedliwości, uniemożliwić mu dalsze
+zbrodnie. Gdybyśmy go oszczędzili, mogliby to przypłacić życiem
+sąsiedzi, Stapletonowie naprzykład.
+
+Niepokój o nich wpływał zapewne na to postanowienie sir Henryka.
+
+-- Pójdę z tobą -- oświadczyłem.
+
+-- A zatem bierz rewolwer i wdziewaj buty -- (byliśmy obaj boso, żeby
+ciszej stąpać). -- Im wcześniej wyruszymy, tem lepiej. Łotr może lada
+chwila zgasić światło i nie odszukamy go po nocy.
+
+W pięć minut byliśmy już gotowi i wyruszyliśmy na ową niebezpieczną
+ekspedycyę.
+
+Noc była pochmurna, wilgotna, od czasu do czasu księżyc wyłaniał się
+z po za chmur, a gdyśmy doszli do bagna, począł kropić drobny deszczyk.
+
+Światło wciąż płonęło.
+
+-- Czy masz rewolwer? -- spytałem.
+
+-- Mam nóż myśliwski -- odparł sir Henryk.
+
+-- Musimy wpaść na niego znienacka, bo mówią, że silny, jak lew.
+Powalimy go, zanim zdoła stawić nam opór.
+
+-- Ciekaw jestem, coby też Holmes powiedział na naszą wyprawę -- rzekł
+baronet. -- To godzina duchów; grasują teraz po bagnie... -- dodał
+nawpół żartobliwie.
+
+Jakby w odpowiedzi na te słowa, po trzęsawisku rozległ się ów głos
+przeraźliwy, który już raz słyszałem w pobliżu Grimpen-Mire. Wiatr
+niósł go wśród nocnej ciszy; z początku było to ciche warczenie,
+niebawem przeszło w straszne wycie. Baronet zbladł i chwycił się
+mojego rękawa.
+
+-- Na miłość Boską, co to takiego, Watson? -- spytał szeptem.
+
+-- Nie wiem. Podobno ten głos rozlega się często po bagnie --
+odparłem. -- Już go raz słyszałem.
+
+Zaległa znowu cisza, przerażająca, złowroga. Staliśmy, nasłuchując,
+ale żaden dźwięk nie wpadł nam w ucho.
+
+-- Watson... -- szepnął baronet -- to było szczekanie psa!...
+
+W jego głosie brzmiał strach tłumiony.
+
+-- Jakże okoliczni mieszkańcy tłómaczą sobie to przeraźliwe wycie? --
+zapytał.
+
+-- Ktoby tam uważał na to, co mówią ludzie prości.
+
+-- Powiedz mi jednak, co mówią?
+
+Zawahałem się.
+
+-- Powiadają, że to szczekanie psa Baskervillów -- odparłem.
+
+Milczał długo.
+
+-- Tak, to był pies -- rzekł wreszcie. -- Szczekał bardzo daleko,
+w stronie Grimpen-Mire...
+
+-- Trudno określić, skąd głos dolatywał.
+
+-- Powiadam ci, że stamtąd, Watson. A ty jak sądzisz? Czy to było
+szczekanie?... Nie jestem dzieckiem. Możesz mi prawdę powiedzieć.
+
+-- Po raz pierwszy słyszałem ten głos, idąc ze Stapletonem.
+Tłómaczył mi, że to wabienie rzadkiego ptaka.
+
+-- Nie, nie, to był pies. Czyżby istotnie legenda została osnuta na
+faktach prawdziwych? Czyżby istotnie groziło mi niebezpieczeństwo?...
+Co o tem myślisz, Watson?
+
+-- Jestem pewien, że nie.
+
+-- Hm! Co innego było śmiać się z tych baśni w Londynie, a rzecz
+inna stać tutaj, wśród ciemności na bagnie i słyszeć ten głos
+przeraźliwy. Mój biedny stryj! Wszak widziano wyraźnie ślady łap
+wielkiego psa przy jego zwłokach... Wszystko to łączy się ze sobą.
+Nie jestem tchórzem, Watson, lecz to szczekanie ścięło mi krew
+w żyłach. Dotknij mojej ręki.
+
+Była zimna, jak marmur.
+
+-- Jutro śmiać się będziesz z tej przygody -- rzekłem, aby go
+uspokoić.
+
+-- Wątpię; ten głos pozostanie mi na zawsze w pamięci. Cóż mi
+radzisz zrobić?
+
+-- Wracać do domu.
+
+-- Nie. Przyszliśmy tutaj, aby schwytać mordercę i nie cofniemy się
+w pół drogi. Chodźmy! Co ma być, niech się stanie.
+
+Stąpaliśmy powoli wśród ciemności. Światełko płonęło wciąż
+w jednym punkcie. Chwilami zdawało nam się, że jest blizkiem,
+to znów że bardzo odległem. Wreszcie zmiarkowaliśmy, w której
+stronie świeci.
+
+Niedaleko od nas, w szczelinie pomiędzy dwiema skałami, chroniącemi ją
+od wiatru, stała świeczka w lichtarzu. Nie było jej widać z żadnego
+innego punktu, tylko od strony Baskerville-Hall. Zrąb skalny zasłaniał
+nas przed oczyma zbiega. Pełzając ostrożnie, doczołgaliśmy się pod
+świecę.
+
+-- Co teraz? -- szepnął sir Henryk.
+
+-- Czekajmy. On musi być w pobliżu. Trzeba zajrzeć. Zobaczymy go może.
+
+Jakoż zaledwie tych słów domówiłem, w szczelinie skalnej, nad świecą
+ukazała nam się twarz potworna, zwierzęca, zorana dzikiemi
+namiętnościami, żółta, jak wosk. Zbrodniarz był zarosły po same
+oczy. Tak wyglądali zapewne nasi przodkowie, zamieszkujący te
+bagna w przedhistorycznej epoce.
+
+Morderca wodził niespokojnym wzrokiem dokoła, jak zwierz, gdy go
+doleci odgłos nagonki.
+
+Coś widocznie wzbudziło jego podejrzliwość. Może Barrymore zwykł był
+dawać mu sygnał, o którym nie wiedzieliśmy, a może złoczyńca miał
+inny powód do obawy, bądź co bądź strach malował się na jego dzikiej
+twarzy.
+
+Lada chwila mógł cofnąć się i zniknąć wśród ciemności.
+Wyskoczyłem z mojej kryjówki, sir Henryk za mną. Zbrodniarz
+zaklął przeraźliwie i zrzucił ogromny kamień. Roztrzaskał się
+on o skałę, o którą opieraliśmy się przed chwilą. Szczęśliwym
+zbiegiem okoliczności księżyc przedarł się właśnie przez chmury
+i oświecił bagno.
+
+Zbiegliśmy z pagórka, goniąc uciekającego co tchu Seldona.
+Przeskakiwał z kamienia na kamień, ze skały na skałę, jak dziki
+kozioł.
+
+Mogłem powalić zbrodniarza odrazu wystrzałem z rewolweru, lecz wziąłem
+go dla obrony w razie napaści, nie zaś dla zabijania człowieka
+bezbronnego.
+
+Obaj z sir Henrykiem biegamy znakomicie; przekonaliśmy się jednak
+niebawem, że nie zdołamy go dopędzić. W świetle księżyca
+widzieliśmy długo jego szerokie bary i kabłąkowate nogi,
+aż wreszcie ukazał nam się, jako mały punkcik na skraju
+widnokręgu.
+
+Biegliśmy do zupełnego braku tchu, ale przestrzeń pomiędzy nami
+a uciekającym Seldonem zwiększała się ustawicznie. Wreszcie, zdyszani,
+usiedliśmy na skale, patrząc za nim, dopóki nam nie znikł z przed
+oczu.
+
+W chwili tej właśnie zdarzyła się rzecz dziwna i niespodziewana.
+Odpocząwszy, wstawaliśmy, aby wracać do domu, bośmy już zaniechali
+dalszego pościgu. Księżyc w pełni zachodził za jedną z wyższych
+skał; wtem na jej szczycie ujrzałem postać męską, wyglądającą jak
+posąg.
+
+Nie myśl, że to było złudzenie zmysłów. O ile mogłem zauważyć,
+był to mężczyzna wysokiego wzrostu, szczupły. Stał z założonymi
+na krzyż rękoma, ze spuszczoną głową, jak gdyby wpatrywał się
+w tę pustą przestrzeń.
+
+To może duch bagna... Bądź co bądź, nie był to Seldon, gdyż ten
+przed chwilą znikł był w kierunku wręcz przeciwnym. Zresztą owa
+postać była daleko wyższa i szczuplejsza.
+
+Chciałam pokazać to zjawisko baronetowi, lecz w chwili, gdym się
+odwrócił, postać już zniknęła. Na tle księżycowej tarczy odrzynały
+się skały, lecz żywy posąg nie stał już na ich szczycie.
+
+Chciałem pójść i przekonać się, co to było, ale baronet nie miał
+ochoty szukać nowych wrażeń. Nie dostrzegł owego dziwnego zjawiska
+i wmawiał we mnie, że mi się przywidziało, bo nie odczuł wrażenia,
+które mnie wstrząsnęło do szpiku kości.
+
+-- To zapewne jaki strażnik ziemski. Bagno roi się od nich od czasu,
+gdy Seldon uciekł z więzienia.
+
+Ha! kto wie, czy takie wyjaśnienie nie jest prawdziwem; chciałbym
+jednak to stwierdzić.
+
+Dziś mamy zamiar donieść zarządowi więziennemu w Princetown, gdzie ma
+szukać zbiega. Jednak szkoda, że nie zdołaliśmy go sami schwytać.
+
+Takie są przygody ostatniej nocy. Musisz przyznać, Holmes, że moje
+sprawozdanie jest bardzo szczegółowe i dokładne. Wiele faktów
+pozostaje do wyjaśnienia; przedstawiam ci je bez komentarzy, aby ci
+nie przeszkadzać w wyprowadzaniu wniosków.
+
+Postąpiliśmy naprzód na drodze odkryć. Znamy już przyczynę nocnych
+wędrówek Barrymorów -- a to ułatwia sytuacyę.
+
+Lecz trzęsawisko zawiera jeszcze wiele tajemnic niewyjaśnionych. Może
+w następnym liście zdołam rzucić na nie światło. Byłoby najlepiej,
+gdybyś mógł sam przyjechać.
+
+
+
+
+X.
+
+Wyjątek z dziennika doktora Watsona.
+
+
+Do tego punktu w mojem opowiadaniu posiłkowałem się listami,
+pisywanymi do Sherlocka Holmes. Odtąd, dla odświeżenia pamięci, muszę
+zaglądać do mego dziennika z owego czasu. Przytoczę kilka ustępów,
+zaczynając od dnia, następującego po naszym pościgu.
+
+
+ _16 października._
+
+
+Drobny deszczyk kropi bezustanku. Cały dom spowity w gęstą mgłę; to
+się podnosi, to opada, ukazując łąkę i trzęsawisko. W pałacu i na
+dworze smutno.
+
+Baronet przebywa reakcyę po wczorajszem podnieceniu. Ja sam czuję
+dziwny niepokój, widzę niemal zbliżające się niebezpieczeństwo,
+a jest tem groźniejsze, iż nie potrafimy go określić.
+
+Powodów do obawy nie braknie. Cały szereg okoliczności złożył się na
+wzbudzenie w nas przesądnego strachu: naprzód tajemnicza śmierć
+poprzedniego właściciela tej rezydencyi; dalej -- pogłoski, krążące
+po okolicy, wreszcie te zagadkowe odgłosy na bagnie. Słyszałem je
+dwa razy na własne uszy...
+
+Wszystko to wyłamuje się z pod zwykłego porządku rzeczy i praw natury:
+pies widmowy, legendowy, pozostawia ślady stóp i wyje przeraźliwie.
+Stapleton nawet wierzy w jego istnienie, a doktor Mortimer, pomimo
+swej wiedzy, przekonany jest, że widział jakieś nadprzyrodzone
+stworzenie.
+
+Ja, choć nie jestem uczonym, jak ci dwaj panowie, nie mogę jednak
+w to uwierzyć; byłoby to zejść do poziomu umysłowego włościan
+okolicznych, którzy gotowi przysiądz, że widzieli psa, ziejącego
+ogniem i siarką.
+
+Holmes nie słuchałby nawet podobnych baśni -- i ja powinienem być na
+nie głuchym.
+
+Lecz fakty są faktami, a na własne uszy dwa razy słyszałem szczekanie
+na bagnie. Przypuśćmy, że jest tam jakiś pies zdziczały -- byłoby to
+wyjaśnieniem tych wszystkich zagadek.
+
+Lecz gdzież taki pies ukrywa się? Gdzież znajduje pożywienie? Dlaczego
+nikt go nie widzi we dnie?...
+
+Pomijając nadprzyrodzone czynniki w tej sprawie, pozostaje działalność
+ludzka: ów blady mężczyzna, śledzący nas z dorożki, i ostrzeżenie,
+przesłane sir Henrykowi. To są fakty realne, lecz owym nieznajomym
+może być zarówno przyjaciel, jak i wróg. Gdzież on teraz przebywa? Czy
+pozostał w Londynie? Czy też nas śledzi tutaj? Może to on był owym
+wysokim, szczupłym mężczyzną, którego widziałem w świetle
+księżyca na szczycie skały?
+
+Co prawda, widziałem bardzo niewyraźnie i przelotnie, lecz jestem
+pewien, że to nikt z okolicy, bo znam już wszystkich sąsiadów. Był
+wyższy od Stapletona, szczuplejszy od Franklanda. Mógłby to być
+Barrymore; ale pozostawiliśmy go w domu, i z pewnością nie wyszedł za
+nami.
+
+A więc śledzi nas jakiś nieznajomy -- zapewne ten sam, co w Londynie.
+Gdybym zdołał go schwytać, możeby to wyjaśniło wszystkie te zagadki.
+Całą moją energię wytężę, aby tego celu dopiąć.
+
+W pierwszej chwili chciałem zwierzyć się sir Henrykowi z moich
+zamiarów, ale po namyśle zaniechałem tego zamiaru. Baronet jest
+zdenerwowany -- nie chcę zwiększać jego niepokoju. Będę działał na
+własną rękę.
+
+Dziś popołudniu mieliśmy drobne zajście. Barrymore prosił sir Henryka
+o posłuchanie. Rozmawiali przy zamkniętych drzwiach w gabinecie.
+Siedząc w sali bilardowej, słyszałem słowa urywane i domyślałem
+się, o co chodzi. Po chwili baronet drzwi otworzył i wezwał mnie.
+
+-- Barrymore ma żal do nas -- rzekł. -- Znajduje, żeśmy źle postąpili
+wobec niego, ścigając Seldona, skoro on, z własnej woli, tajemnicę nam
+powierzył.
+
+Kamerdyner stał przed nami, bledszy, niż zwykle, i widać było, ze
+hamuje się z trudnością.
+
+-- Wyraziłem się może zbyt ostro -- rzekł, tłómacząc się. --
+Przepraszam jaśnie pana. Ale co prawda, byłem zdziwiony, że panowie
+chcieli schwytać Seldona. Ten nieszczęśnik ma już dość biedy
+z policyą i nie spodziewa się zapewne, że go ścigają gentlemenowie...
+
+-- Gdybyś nam się zwierzył z własnej i nieprzymuszonej woli, byłaby
+rzecz inna -- przekładał mu baronet -- ale powiedziałeś nam,
+a właściwie twoja żona powiedziała nam prawdę pod naciskiem, więc
+mamy ręce rozwiązane.
+
+-- Nie sądziłem, że jaśnie pan będzie z tego korzystał...
+
+-- Ten człowiek jest szkodliwym dla całej okolicy. Dużo jest domków
+odludnych na łące i trzęsawisku, choćby naprzykład willa pana
+Stapleton: stoi na uboczu. W razie napaści, któż przyjdzie
+z pomocą?... Dopóki ten łotr tutaj grasuje, nikt nie jest pewnym życia.
+
+-- On nie napadnie na żaden dom. Ręczę panu za to słowem honoru.
+Zresztą za kilka dni opuści te strony. Poczyniliśmy już przygotowania,
+aby go wyprawić do południowej Ameryki. Na miłość Boską, błagam
+panów, nie wydawajcie go w ręce policyi!
+
+-- Co ty na to powiadasz, Watson? -- zapytał mnie sir Henryk.
+
+Wzruszyłem ramionami.
+
+-- Jeżeli istotnie ma opuścić Anglię, uwolni to kraj od utrzymywania
+jednego więcej łotra -- odrzekłem.
+
+-- Ale czy można być pewnym, że przed wyjazdem nie wyrządzi krzywdy
+nikomu?
+
+-- Jaśnie panie, byłoby to szaleństwem z jego strony. Zaopatrzyliśmy
+go we wszystko, czego mu potrzeba. Nową zbrodnią wprowadziłby tylko
+policyę na swój trop.
+
+-- To prawda -- przyznał sir Henryk -- a więc Barrymore...
+
+-- Niech Bóg nagrodzi to jaśnie panu -- przerwał kamerdyner, ze
+szczerym wybuchem wdzięczności. -- Moja żona nie przeżyłaby drugi raz
+takiej hańby...
+
+-- Poprostu sprzyjamy i dopomagamy łotrowi... Ale nie chcę wtrącać
+pani Barrymore do grobu... i jeśli Seldon opuści te strony i zachowa
+się spokojnie, będę milczał.
+
+Kamerdyner skłonił się głęboko i zmierzał ku drzwiom, ale zawahał
+się i przystąpił znowu do sir Henryka.
+
+-- Jaśnie pan był dla mnie tak dobry -- szepnął -- że chciałbym się
+mu odwdzięczyć wedle możności. Ja coś wiem i powinienem był
+powiedzieć to wcześniej, ale wykryłem to po skończonem śledztwie.
+Tyczy się to śmierci sir Karola...
+
+Obaj z sir Henrykiem zerwaliśmy się na równe nogi.
+
+-- Wiesz, w jaki sposób umarł?... -- zagadnął baronet.
+
+-- Nie, jaśnie panie, tego nie wiem.
+
+-- Więc cóż?
+
+-- Wiem, dlaczego był przy furtce o tej godzinie. Czekał na kobietę.
+
+-- Na kobietę? On?...
+
+-- Tak, panie.
+
+-- Jakże się ona nazywa?
+
+-- Nazwiska nie znam, mogę tylko wymienić pierwsze litery.
+
+-- Skąd je znasz, Barrymore?
+
+-- Sir Karol otrzymał list tego dnia rano. Zwykle dostawał dużo
+listów, bo wiedziano o jego dobrem sercu, i każdy w kłopocie udawał
+się do niego. Ale wtedy był tylko ten jeden list, więc go zauważyłem.
+Nosił stempel pocztowy Coombe-Tracey, adres był wypisany kobiecą ręką.
+
+-- No i cóż?
+
+-- Zapomniałem już o tym szczególe, gdy przed paru tygodniami, moja
+żona, porządkując w gabinecie sir Karola -- (pozostał nietknięty od
+jego śmierci) -- otóż moja żona znalazła w popiele z kominka
+niedopalony szczątek listu; były na nim wypisane słowa: „Proszę
+i zaklinam pana, abyś ten list spalił i przyszedł do furtki
+o dziesiątej.” Pod spodem były litery _L. L._
+
+-- Czy masz ten niedopalony kawałek?
+
+-- Nie; gdyśmy go poruszyli, rozsypał się.
+
+-- Czy sir Karol otrzymywał poprzednie listy, pisane takim
+charakterem?
+
+-- Nie przeglądałem jego korespondencyi, a nie byłbym zauważył tego
+listu, gdyby nadszedł z poczty wraz z innemi.
+
+-- Nie wiesz, kto może być owa _L. L._?
+
+-- Nie, jaśnie panie; sądzę jednak, że gdybyśmy zdołali to wykryć,
+dowiedzieliśmy się czegoś więcej o śmierci sir Karola.
+
+-- Nie pojmuję, Barrymore, jak mogłeś przemilczeć o tak ważnym
+szczególe...
+
+-- Miałem własne kłopoty -- biedę z Seldonem, a przytem byliśmy oboje
+bardzo przywiązani do sir Karola, więc woleliśmy zamilczeć o tem
+odkryciu; nie mogło to już pomódz naszemu biednemu panu, a tam, gdzie
+wchodzi w grę kobieta, lepiej jest być ostrożnym.
+
+-- Baliście się, aby to nie zaszkodziło jego opinii?
+
+-- Tak. Ale teraz, gdy jaśnie pan okazał nam tyle dobroci, uważam
+sobie za obowiązek wyznać to jaśnie panu.
+
+-- Dobrze, Barrymore, możesz już odejść.
+
+Gdy drzwi zamknęły się za kamerdynerem, sir Henryk zwrócił się do
+mnie:
+
+-- No i cóż, Watson, co powiadasz na to nowe światło?
+
+-- Zwiększa ono jeszcze ciemności, otaczające nas zewsząd.
+
+-- I ja tak sądzę. Lecz gdybyśmy zdołali wyśledzić, kto jest _L. L._,
+możeby to wyświetliło całą sprawę. Bądź co bądź, już o tyle
+zyskaliśmy, że wiemy, iż jest ktoś, kto może wyjaśnić nam przyczynę
+śmierci sir Karola. Jak uważasz: co nam teraz uczynić należy?
+
+-- Trzeba przedewszystkiem uwiadomić o tem Holmesa. Damy mu klucz,
+którego szuka tak dawno; jestem prawie pewien, że potrafi z niego
+skorzystać.
+
+Poszedłem zaraz do mego pokoju i spisałem naszą ranną rozmowę, aby ją
+posłać Holmesowi.
+
+W ostatnich czasach był widocznie bardzo zajęty; otrzymywałem od niego
+listy krótkie, bez żadnych uwag o tem, co mu donosiłem, prawie bez
+wzmianek o naszej misyi. Sprawa o wyzysk pochłania go zupełnie,
+a jednak i tutaj dzieje się tyle rzeczy dziwnych, że mógłby
+zainteresować się niemi żywiej.
+
+
+ _17 października._
+
+Przez cały dzień deszcz padał. Myślałem o mordercy na bagnie. Ciężko
+zawinił, to prawda, ale też ciężko odpokutowuje swą zbrodnię. Potem
+zastanawiałem się nad tajemniczym nieznajomym, który nas śledził
+z dorożki. Jeżeli to on ukazał mi się na tle księżycowej tarczy, musi
+teraz moknąć. Wieczorem wziąłem płaszcz i wyszedłem na bagno. Wiatr
+smagał mnie po twarzy, deszcz lał się za kołnierz. Dotarłem do skały
+Black-Tor, na której szczycie stał wówczas nieznajomy. Z jej wyżyn
+spojrzałem na szarą równinę.
+
+Na lewo, wśród gęstych chmur, po nad drzewami sterczały wieżyce
+Baskerville-Hall. Były to jedyne oznaki życia; dokoła pustka i cisza,
+nigdzie nie mogłem dojrzeć śladów owej postaci widmowej, którą
+dostrzegłem parę dni temu.
+
+Wracając, spotkałem doktora Mortimer. Jechał wózkiem. Poczciwy doktor
+okazuje nam dużo życzliwości, odwiedza nas prawie codzień. Zaprosił
+mnie do swego wehikułu i odwiózł do domu. Spostrzegłem, że jest
+smutny; skarżył mi się, że mu zginął ulubiony piesek: wybiegł na
+bagno i już nie wrócił. Starałem się go pocieszyć, dowodząc, że
+się odnajdzie, ale przypomniał mi się źrebak, który w moich oczach
+zatonął w błotach Grimpen-Mire. Wątpię, czy doktor zobaczy już swego
+ulubieńca.
+
+-- Wszak pan zna tu wszystkich? -- zagadnąłem doktora.
+
+-- Zdaje mi się -- odparł.
+
+-- Czy nie mógłby mi pan wymienić kobiety, której inicyały są:
+_L. L._?
+
+Szukał w pamięci.
+
+-- Nie -- rzekł wreszcie. -- Jest tu wprawdzie kilka rodzin
+cygańskich, o których nic nie wiem, lecz znam wszystkich farmerów
+i obywateli okolicznych z imienia i nazwiska. Poczekaj pan... -- rzekł
+nagle. -- Jest Laura Lyons -- inicyały _L. L._, ale ona mieszka
+w Coombe-Tracey.
+
+-- Kto to taki? -- spytałem.
+
+-- Córka starego Franklanda.
+
+-- Jakto? Więc ten dziwak ma córkę?
+
+-- Ma. Wyszła za artystę, nazwiskiem Lyons, który przybył tu dla
+malowania okolicy. Opuścił żonę, choć mówią, że i ona nie jest bez
+winy. Ojciec wyparł jej się. Biedna kobieta ma ciężkie życie...
+
+-- Z czegóż się utrzymuje?
+
+-- Stary Frankland płaci jej pewną kwotę miesięcznie, ale nie dużo, bo
+jego własne interesy są zagmatwane. Niepodobna było jej opuścić i dać
+jej się zmarnować zupełnie. Kilka osób z sąsiedztwa postarało się
+dostarczyć jej uczciwego zarobku. Stapleton, sir Karol, no i ja
+wreszcie zrobiliśmy dla niej, co się dało. Kupiono jej maszynę do
+pisania, i w ten sposób zarabia.
+
+Doktor Mortimer pytał o powód moich indagacyj; zaspokoiłem jego
+ciekawość, nie mówiąc mu prawdy: po co tyle osób ma wiedzieć o tym
+liście?
+
+Jutro rano pojadę do Coombe-Tracey, a jeśli zdołam zobaczyć się z ową
+mrs. Laurą Lyons, podejrzanej reputacyi, jedno ogniwo zostanie
+oderwane od tajemniczego łańcucha. Nabieram przebiegłości: gdy doktor
+Mortimer nacierał, chcąc dowiedzieć się, dlaczego interesuję się
+panią Lyons, napytałem go podstępnie, do jakiego typu należy czaszka
+pana Frankland; dzięki temu, do końca naszej wycieczki nie słyszałem
+o niczem innem, tylko o kraniologii. Nie darmo tyle lat przebywam
+w towarzystwie Sherlocka Holmes.
+
+Pozostaje mi już tylko zanotować jeden fakt z owego dnia,
+a mianowicie, moją rozmowę z Barrymorem. Dał mi do ręki nowy atut.
+Myślę go użyć.
+
+Mortimer pozostał na obiedzie, potem obaj z baronetem grali
+w _écarté_. Kamerdyner przyniósł mi kawę do biblioteki; skorzystałem
+z tego, aby mu zadać parę pytań.
+
+-- No i cóż, czy Seldon opuścił już te strony? -- rzekłem -- czy
+jeszcze grasuje?
+
+-- Spodziewam się, że już go tu niema; nie dawał znaku życia od dnia,
+gdy po raz ostatni zaniosłem mu żywność.
+
+-- Czy widziałeś go wówczas?
+
+-- Nie, panie, ale nie było już prowiantów, gdym przyszedł po raz
+drugi.
+
+-- A więc Seldon je zabrał?
+
+-- Takby można przypuszczać; chyba, że je wziął tamten...
+
+Spojrzałem na kamerdynera ze zdziwieniem.
+
+-- Zatem wiesz, że drugi człowiek kryje się na bagnie?
+
+-- Tak, panie, wiem.
+
+-- Czyś go widział?
+
+-- Nie.
+
+-- Skąd wiesz o nim?
+
+-- Mówił mi Seldon przed tygodniem. Tamten ukrywa się także, ale,
+o ile mogę zmiarkować, nie jest więźniem. To mi się wcale nie
+podoba... -- dodał tajemniczo.
+
+-- Słuchaj, Barrymore -- rzekłem. -- Przybyłem tu w interesie twojego
+pana. Powiedz mi otwarcie: co ci się nie podoba?
+
+Wahał się, jak gdyby żałował swego odezwania, lub nie mógł znaleźć
+słów do wyrażenia myśli.
+
+-- Jakieś niebezpieczeństwo grozi sir Henrykowi... -- rzekł
+wreszcie. -- Byłoby najlepiej, gdyby wyjechał do Londynu.
+
+-- Cóż cię zaniepokoiło?
+
+-- Powiem panu szczerze: przewiduję nowe nieszczęście... Po co tamten
+ukrywa się na bagnie?... To nie zapowiada nic dobrego dla
+Baskervillów. Chciałbym już, żeby nowa służba zwolniła mnie z dozoru
+nad pałacem.
+
+-- Czy mógłbyś mi co powiedzieć o tym nieznajomym? Co o nim myśli
+Seldon? Czy odnalazł jego kryjówkę? Czy dowiedział się, co on tu robi?
+
+-- Widział go parę razy, ale tamten jest skryty. W pierwszej chwili
+mój szwagier miał go za szpiega, ale niebawem przekonał się, że to
+gentleman i że działa na własną rękę w jakimś celu tajemniczym.
+
+-- Czy Seldon nie odszukał jego kryjówki?
+
+-- Wie, że nieznajomy chowa się w jednej z jaskiń na stoku góry, tam,
+gdzie to mieszkali dawni ludzie.
+
+-- A skąd dostaje żywność?
+
+-- Seldon wypatrzył, że jakiś chłopak zaopatruje go we wszystko. Ten
+chłopak chodzi do Coombe-Tracey.
+
+-- Dobrze, Barrymore. Pogadamy jeszcze o tem.
+
+Po odejściu kamerdynera, zbliżyłem się do okna i spojrzałem na ciemną
+łąkę. Noc była chłodna, wietrzna. Jakież pobudki mogły skłonić
+człowieka do ukrywania się na bagnie o takiej porze roku?... Tam,
+w tej jaskini jest klucz do tajemnicy. Przysięgam sobie, że muszę ją
+odkryć, i to w ciągu dwudziestu czterech godzin.
+
+
+
+
+XI.
+
+Nieznajomy, ukrywający się w jaskini.
+
+
+Wyjątek z dziennika, stanowiący ostatni rozdział opowiadania,
+doprowadził mnie do 18-go października, to jest do dnia, w którym
+te dziwne wypadki zaczęły się rozplątywać. Fakty następnych dni
+pozostały tak żywo w mojej pamięci, że mogę je opowiedzieć bez
+zaglądania do notatek.
+
+Zaczynam więc od dnia, następującego po tym, w którym wykryłem dwa
+bardzo ważne fakty: a więc naprzód, że pani Laura Lyons
+z Coombe-Tracey pisała do sir Karola Baskerville i wyznaczyła mu
+spotkanie o godzinie, w której śmierć znalazł; powtóre, że człowiek,
+przebywający na bagnie, ukrywa się w jednej z jaskiń na stoku góry.
+
+Znając te dwa fakty, miałem w ręku oręż, który mógł mi pomódz do
+wyjaśnienia tej krwawej zagadki.
+
+Nie mogłem podzielić się zdobytemi wiadomościami z baronetem, albowiem
+doktor Mortimer pozostał do późnej nocy. Nazajutrz jednak przy
+śniadaniu opowiedziałem sir Karolowi te okoliczności i spytałem, czy
+chce mi towarzyszyć do Coombe-Tracey.
+
+W pierwszej chwili miał ochotę jechać, ale po namyśle uznaliśmy obaj,
+że będzie lepiej, abym wyruszył sam na tę wyprawę. Należało odjąć
+wizycie wszelki charakter uroczysty. Zostawiłem więc sir Henryka
+w domu i pojechałem na zwiady.
+
+Łatwo mi przyszło dowiedzieć się o adresie mrs. Lyons. Mieszkała
+w dobrym punkcie, w środku miasta. Zostałem odrazu wprowadzony przez
+schludną pokojówkę do bawialni. Pani Lyons siedziała przy maszynie
+Remingtona; zerwała się na moje powitanie, lecz ujrzawszy
+nieznajomego, zmieszała się i spytała, czego sobie życzę.
+
+Na pierwszy rzut oka, mrs. Lyons robiła wrażenie osoby niezwykle
+pięknej: miała oczy i włosy złocisto-brunatne, cerę świeżą, usta
+ponsowe. Byłem zachwycony jej urodą, lecz przyjrzawszy się bliżej,
+dostrzegłem ostry wyraz ust i oczu, psujący ogólną harmonię. Bądź co
+bądź, znajdowałem się wobec kobiety ślicznej, i teraz dopiero
+uczułem, ze moje zadanie jest trudne. Cóż mogłem jej odpowiedzieć?
+
+-- Znam ojca pani -- rzekłem, tłómacząc tem moje przybycie.
+
+-- Niema nic wspólnego pomiędzy mną a ojcem -- odparła chłodno. -- Nie
+zawdzięczam mu nic zgoła, i jego znajomi nie są moimi. Gdyby nie sir
+Karol Baskerville i paru innych przyjaciół, umarłabym z głodu, choć
+mam ojca...
+
+-- Właśnie przybywam do pani w sprawie nieboszczyka sir Karola --
+oświadczyłem.
+
+Spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
+
+-- Cóż mogę panu o nim powiedzieć? -- rzekła, bawiąc się
+łańcuszkiem od zegarka.
+
+-- Wszak go pani znała?
+
+-- Mówiłam już panu, że wiele mu zawdzięczam. Jeżeli mogę pracować
+na swoje utrzymanie, to głównie dzięki jego dobroci dla mnie.
+
+-- Czy pani z nim korespondowała?
+
+Dziwny błysk zapalił się w jej oczach.
+
+-- Dlaczego mnie pan pyta? -- rzekła ostro.
+
+-- Aby pani oszczędzić publicznego skandalu. Lepiej, że ja dowiem się
+prawdy, niż żeby została ujawniona wobec świata...
+
+Milczała długo; wreszcie spojrzała na mnie z tłumionym gniewem.
+
+-- Dobrze, odpowiem -- rzekła. -- O co panu chodzi?
+
+-- Czy pani korespondowała z sir Karolem? -- ponowiłem moje pytanie.
+
+-- Naturalnie, pisywałam do niego, aby mu podziękować za jego
+delikatność i wspaniałomyślność.
+
+-- Czy pani zapamiętała daty swoich listów?
+
+-- Nie.
+
+-- Czy pani widywała sir Karola?
+
+-- Tak, parę razy, gdy przyjeżdżał do Coombe-Tracey. Żył
+w osamotnieniu. Lubił świadczyć dobrodziejstwa z ukrycia...
+
+-- Jeżeli widywał panią tak rzadko i otrzymywał od pani nieczęste
+listy, skądże mógł być do tego stopnia poinformowany o jej interesach,
+aby przychodzić jej z pomocą, jak to pani sama zeznała?
+
+Odrzekła mi na to bez namysłu:
+
+-- Kilku sąsiadów znało moje smutne dzieje; złączyli się, aby mi
+przyjść z pomocą; między innymi pan Stapleton, przyjaciel sir Karola,
+był dla mnie bardzo dobry. Przez niego baronet poznał moje przykre
+położenie.
+
+Wiedziałam istotnie, że sir Karol uczynił Stapletona swoim
+jałmużnikiem, więc uwierzyłam tym słowom.
+
+-- Czy pani kiedy pisała do sir Baskervilla, prosząc go o widzenie się
+na cztery oczy? -- ciągnąłem dalej.
+
+Pani Lyons poczerwieniała.
+
+-- Dziwne to pytanie... -- rzekła, udając obrażoną.
+
+-- Przykro mi, ale muszę je powtórzyć.
+
+-- A więc -- nie; nie wyznaczałam mu nigdy spotkań.
+
+-- Ani w dzień śmierci sir Karola?... -- rzekłem z naciskiem.
+
+Rumieniec znikł z jej twarzy, w jednej chwili zbladła śmiertelnie.
+Usta jej poruszyły się bezdźwięcznie, wyszeptała „nie” tak cicho,
+że domyśliłem się raczej, niż usłyszałem to słowo.
+
+-- Zapewne pamięć zawodzi panią... -- rzekłem -- bo mógłbym nawet
+przytoczyć jeden ustęp z jej listu, a mianowicie: „Proszę i zaklinam,
+abyś pan ten list spalił i stawił się przy furtce o dziesiątej
+wieczorem”.
+
+Była blizką omdlenia, zapanowała jednak nad sobą.
+
+-- Więc już niema w Anglii gentlemenów!... -- szepnęła z goryczą.
+
+-- Pani krzywdzisz pamięć sir Karola -- rzekłem. -- On ten list spalił,
+ale można odczytać list nawet po spaleniu... Czy pani przyznaje się do
+tych słów?
+
+-- Tak, napisałam je! -- zawołała nagle -- napisałam. Nie potrzebuję
+się zapierać! Nie mam powodu wstydzić się. Chciałam prosić sir Karola
+o pomoc. Sądziłam, że mi jej udzieli po rozmowie na cztery oczy
+i dlatego prosiłam go, żeby stawił się u furtki.
+
+-- Ale czemu o takiej godzinie?...
+
+-- Bo dowiedziałam się właśnie, że wyjeżdża nazajutrz do Londynu
+i że jego nieobecność potrwa kilka miesięcy. Były powody, dla
+których nie mogłam przybyć tam wcześniej.
+
+-- Dlaczego wyznaczyłaś mu pani spotkanie w ogrodzie, nie zaś
+w pałacu?
+
+-- Czy pan sądzi, że kobieta może bezkarnie odwiedzać mężczyznę
+bezżennego o takiej godzinie?
+
+-- I cóż się stało, gdyś pani przybyła do furtki?
+
+-- Nie stawiłam się wcale.
+
+-- Mrs. Lyons, trudno mi w to uwierzyć.
+
+-- Przysięgam panu na wszystko, co mi jest świętem i drogiem, że
+mówię prawdę. Nie pojechałam, bo mi coś przeszkodziło.
+
+-- Co takiego?
+
+-- To sprawa osobista, prywatna. Nie mogę powiedzieć.
+
+-- A zatem przyznaje pani, że wyznaczyła sir Karolowi spotkanie
+o godzinie i na miejscu, gdzie go znaleziono trupem; przeczy pani
+jednak, że stawiła się na miejscu umówionem...
+
+-- Mówię prawdę.
+
+Zadałem jej jeszcze kilka pytań, chcąc ją skłonić do wyznań, ale
+nadaremnie.
+
+-- Mrs. Lyons -- rzekłem, wstając -- bierze pani na siebie wielką
+odpowiedzialność i stawia się pani w trudnem położeniu. Jeżeli będę
+zmuszony wezwać pomocy policyi, wtedy dopiero przekonasz się pani,
+jak dalece jesteś skompromitowaną. Gdybyś pani była niewinną, to
+w pierwszej chwili nie zaprzeczyłabyś, żeś pisała tego dnia do sir
+Karola.
+
+-- Zaprzeczyłam, w obawie, aby nie wyciągnięto z tego wniosków
+fałszywych i żeby nie być wplątaną w skandal.
+
+-- A dlaczego zależało pani tak bardzo na tem, aby sir Karol ów list
+spalił?
+
+-- Jeżeli pan go przeczytał, to musi pan wiedzieć, dlaczego.
+
+-- Nie mówiłem, żem czytał cały list.
+
+-- Przytoczyłeś pan jeden ustęp dosłownie.
+
+-- Tak, dopisek. List, jak już raz nadmieniłem, został spalony i nie
+można go było odczytać. Raz jeszcze pytam panią: dlaczego nalegałaś,
+aby sir Karol spalił list, który otrzymał w dniu swojej śmierci?
+
+-- To sprawa czysto osobista.
+
+-- Tembardziej powinno pani chodzić o oszczędzenie publicznego
+śledztwa.
+
+-- A więc powiem panu. Słyszał pan zapewne o mojej smutnej historyi
+i musi pan wiedzieć, że wyszłam za mąż zbyt pośpiesznie i że miałam
+powód tego żałować.
+
+-- Słyszałem.
+
+-- Moje życie było szeregiem prześladowań ze strony męża, którego
+nienawidzę. Prawo jest po jego stronie. Lyons każdej chwili może
+zażądać, abym z nim żyła. Przed napisaniem owego listu do sir Karola,
+dowiedziałam się właśnie, że jest sposób odzyskania wolności, lecz
+że wymaga to znacznych kosztów. Byłoby to dla mnie spokojem,
+szczęściem, wszystkiem na świecie. Znałam hojność sir Karola
+i sądziłam, że gdy usłyszy te smutne dzieje z moich własnych
+ust, dopomoże mi niewątpliwie.
+
+-- Więc dlaczego pani nie poszła na miejsce umówione?
+
+-- Bo otrzymałam pomoc z innego źródła.
+
+-- Czemuż więc nie uprzedziłaś pani o tem sir Karola?
+
+-- Byłabym to uczyniła, gdybym nazajutrz nie wyczytała w dziennikach
+wiadomości o jego śmierci.
+
+Słowa pani Lyons były dość logicznie powiązane, nie mogłem jej
+złapać na sprzeczności. Pozostawało tylko sprawdzić, czy istotnie
+w owym czasie przedsięwzięła kroki rozwodowe.
+
+Wierzyłem, iż tej nocy nie była w Baskerville-Hall, bo widzianoby
+konie i wehikuł przy furtce; taka wycieczka nie utrzymałaby się
+w tajemnicy. Mrs. Lyons mówiła więc prawdę, lub część prawdy.
+
+Wyszedłem zniechęcony. Więc znowu rozbijałem się o mur, zagradzający
+dalszą drogę odkryć! A jednak, im bardziej przypominałem sobie każdy
+rys jej twarzy i każde słowo, tem pewniejszy byłem, że nie powiedziała
+mi wszystkiego.
+
+Bo i czemuż zbladła w pierwszej chwili? Czemu nie odrazu przyznała się
+do listu?... Niewątpliwie była winniejszą, niż się przedstawiała.
+
+Musiałem tymczasowo poprzestać na jej informacyach i zwrócić się po
+dalsze, w inną stronę -- ku jaskiniom naszych przedhistorycznych
+przodków.
+
+Ale niełatwo było odnaleźć nieznajomego na podstawie ogólnikowej
+wskazówki. Barrymore powiedział mi, że nieznajomy ukrywa się w jednej
+z jaskiń, ale takich jaskiń było mnóstwo na każdym kroku. Pamiętałem
+jednak skałę, na której ukazała mi się postać w blasku księżyca. Ta
+skała, Black-Tor (Czarne Wrota) miała mi służyć za drogowskaz. Od niej
+miałem zacząć poszukiwania. Obiecywałem sobie, że znajdę nieznajomego
+i że musi mi wyznać, dlaczego tu przebywa. Łatwiej mu było umknąć na
+Regent-Street, niż na tej otwartej równinie. Wyśliznął się pomiędzy
+palcami wielkiego Holmesa. Jakiż byłby dla mnie tryumf, gdybym go
+zdołał schwytać!
+
+Dotychczas w mojem śledztwie nie dopisywało mi szczęście -- teraz
+uśmiechnęło się do mnie. Zwiastunem dobrej wieści był pan Frankland.
+
+Stał właśnie przy furtce swego ogrodu, wznoszącego się przy
+gościńcu.
+
+-- Dzień dobry, doktorze Watson! -- zagadnął mnie w chwili, gdym
+przejeżdżał mimo jego siedziby. -- Daj koniom odpocząć, a sam zechciej
+wstąpić do mnie na kieliszek wina.
+
+Nie żywiłem dla niego uczuć przyjaznych po tem com słyszał o jego
+postępowaniu z córką, ale chciałem jaknajprędzej odprawić grooma
+Perkinsa z wehikułem i końmi. Korzystając więc ze sposobności,
+wysiadłem i kazałem powiedzieć sir Henrykowi, że wrócę dopiero na
+obiad i że przyjdę pieszo.
+
+Wszedłem do domu Franklanda.
+
+-- Powinszuj mi pan! -- zawołał na wstępie. -- Jest to dla mnie dzień
+pamiętny; zapiszę go sobie czerwonym ołówkiem, przyniósł mi bowiem
+zadowolenie podwójne: naprzód, dał mi sposobność wykazania im, że nie
+można deptać prawa bezkarnie: odkryłem dokument, stwierdzający, że
+przez park starego Middletona, o sto yardów od dworu, powinna iść
+droga publiczna. Nauczę tych magnatów, że nie wolno im pozbawiać
+zwykłych śmiertelników tego, co im się słusznie należy. Im się
+zdaje, że prawo własności istnieje tylko dla nich. Nie miałem tak
+miłego dnia od chwili, gdym pozwał sir Johna Morland o bezprawne
+polowanie w jego własnym lesie. Ta sprawa kosztowała mnie dwieście
+funtów, ale ją wygrałem, bo na podstawie starych akt dowiodłem, iż
+ta część lasu należy do włościan. Muszę pana objaśnić, że nie byłem
+wcale interesowany. Działam zawsze dla dobra publicznego. Ot, i druga
+sprawa nie obchodzi mnie osobiście, a jednak wykryłem rzecz bardzo
+ważną.
+
+Przed chwila, myślałem: pod jakimby pozorem wymknąć się od dziwaka;
+teraz zaczynał mnie zaciekawiać, ale znając jego przekorną naturę,
+wiedziałem, że nic mi nie powie, jeśli się zdradzę z ciekawością.
+
+-- Chodzi zapewne o jaki nowy proces? -- rzekłem obojętnie.
+
+-- Ho, ho! mój chłopcze, źle się domyślasz. Słyszałeś zapewne
+o zbiegu, ukrywającym się na bagnie?
+
+Drgnąłem mimowoli.
+
+-- Czyżbyś pan znał jego kryjówkę? -- zagadnąłem.
+
+-- Nie mógłbym jej oznaczyć dokładnie, ale moje wskazówki oddałyby
+usługę policyi. Czy nie przychodziło panu na myśl, iż jedynym sposobem
+schwytania tego łotra, jest wyśledzić, skąd i gdzie otrzymuje
+żywność; po takim tropie najłatwiej dojść do jego kryjówki.
+
+Dowodzenie było bardzo logiczne.
+
+-- Bezwątpienia -- odparłem -- ale skąd pan wie, że on kryje się na
+bagnie?
+
+-- Wiem, bo na własne oczy widziałem tego, który mu nosi prowianty.
+
+Zaniepokoiłem się o Barrymora. Niebezpiecznie było dostać się na
+pastwę przekornego starca. Jego następne słowa zdjęły mi kamień
+z serca.
+
+-- Zdziwi się pan, słysząc, że dostarcza mu żywności dziecko --
+rzekł. -- Widuję małego chłopaka przez mój teleskop, umieszczony
+na dachu. Idzie zawsze jedną i tą samą ścieżką, o jednej i tej
+samej godzinie. A gdzieżby chodził, i po co, jeśli nie dla
+prowiantowania więźnia?
+
+Dzięki Bogu! Frankland był na fałszywym tropie. Udawałem, że ta
+wiadomości jest mi zupełnie obojętną.
+
+Już Barrymore mówił mi, że nieznajomego obsługuje chłopak. A więc
+Frankland odkrył ślad postaci tajemniczej, nie zaś Seldona. Jeżeli
+potrafię wydobyć z niego więcej faktów, oszczędzi mi to czasu
+i trudu. Niedowiarstwo mogło jedynie skłonić Franklanda do
+udzielenia mi bliższych informacyj.
+
+Widząc, że nie przywiązuję wagi do jego słów, zaperzył się,
+poczerwieniał jeszcze bardziej i spojrzał na mnie złośliwie.
+
+-- Więc pan wątpi? -- zawołał. -- Spojrzyj pan przed siebie. Widzisz
+skałę, zwaną Black-Tor? Sterczy na nagim pagórku, wśród dzikiej,
+kamienistej płaszczyzny. Pan sądzi, że ten chłopak jest pastuchem?
+Pozwól sobie powiedzieć, że to przypuszczenie jest niedorzeczne. Niema
+tam ani źdźbła trawy, więc cóżby skubała trzoda, a bez trzody niema
+pastucha.
+
+Odpowiedziałem pokornie, że uznaję nietrafność mojej hypotezy.
+Rozbroiło go to, skłaniając do dalszych wynurzeń.
+
+-- Wierzaj mi pan, że zanim wyrażę mój sąd, staram się go oprzeć na
+pewnych danych. Widuję chłopaka z zawiniątkiem codziennie, a czasem
+dwa razy na dzień. Poczekaj pan chwilkę. Jeżeli mnie oczy nie mylą,
+coś porusza się na górze...
+
+Od danego miejsca dzieliło nas kilka mil, lecz mogłem wyraźnie dojrzeć
+czarny punkcik.
+
+-- Chodź pan, chodź -- zawołał Frankland, biegnąc na górę. --
+Zobaczysz pan na własne oczy i przekonasz się, że na wiatr nie mówię.
+
+Na dachu ustawiony był olbrzymi teleskop. Frankland spojrzał przez
+niego i krzyknął z radości:
+
+-- Śpiesz się, doktorze, bo przejdzie na drugą stronę góry!...
+
+Istotnie ujrzałem malca, niosącego zawiniątko na plecach. Wspinał się
+pod górę powoli. Gdy doszedł do szczytu, ujrzałem wyraźnie jego
+drobną postać na tle nieba. Rozejrzał się dokoła, jak gdyby obawiał
+się pogoni, następnie spuścił się drugim stokiem.
+
+-- No i cóż? Mam racyę? -- zagadnął Frankland.
+
+-- Tak, widziałem chłopca na własne oczy; z jego zachowania się można
+poznać, że spełnia jakąś misyę potajemną.
+
+-- A jaką, łatwo się domyśleć... Ale nie pisnę słówka przed
+policyą i pana proszę o sekret. Ani słowa, pamiętaj!...
+
+-- Jeżeli panu na tem zależy...
+
+-- Tak, chcę im zrobić na złość. Postąpili ze mną nikczemnie
+w sprawie przeciw włościanom. Nie myślę dopomagać _konstablom_.
+Pan już odchodzi?... Nie puszczę! Musimy „oblać” to odkrycie.
+
+Nie dałem się jednak uprosić i potrafiłem go odwieść od zamiaru
+towarzyszenia mi do Baskerville-Hall. Trzymałem się gościńca, dopóki
+mógł mnie widzieć, następnie skręciłem w bok i dążyłem w stronę
+góry, po której przeszedł chłopak.
+
+Wszystko mi sprzyjało; postanawiałem skorzystać z okoliczności
+i dziś jeszcze tę tajemnicę wykryć.
+
+Słońce już było na zachodzie, gdym doszedł do szczytu góry. Cała
+równina była pogrążona w ciszy grobowej. Nie było nigdzie chłopca.
+Rozglądając się dokoła wśród rozrzuconych kamieni, dojrzałem trzy,
+tak ułożone, że mogły służyć za kryjówkę. Serce zabiło we mnie
+żywiej. Tu musiał przebywać nieznajomy.
+
+Zbliżywszy się, spostrzegłem dwa kamienie, stojące prostopadle; jeden
+leżał na nich poziomo. Wszedłem do tej skalistej nory, a przyznaję, że
+z pewną obawą. Miejsce było puste, ale były w niem ślady, że
+zamieszkiwała je ludzka istota. Na płaskim, wygrążonym kamieniu, który
+zapewne służył przedhistorycznemu człowiekowi za łoże, była kołdra,
+zawinięta w pled, na ziemi pozostał jeszcze popiół od zagaszonego
+ogniska, obok były rondelki i blaszana konewka z wodą, w drugim rogu
+dostrzegłem butelkę z _ginem_. Pośrodku był płaski kamień, w rodzaju
+stołu; leżało na nim zawiniątko -- to samo zapewne, które przez
+teleskop widziałem na plecach chłopaka. Rozwiązałem je -- był tam
+bochenek chleba, wędzony ozór i dwa słoiki owocowych konserwów. Pod
+prowiantami leżał kawałek papieru. Wziąłem go do rąk i w świetle
+zapałki odczytałem te słowa, skreślone ołówkiem, ręką niewprawną:
+
+-- „Dr. Watson pojechał do Coombe-Tracey”.
+
+Przez chwilę stałem z kartką w ręku, nie rozumiejąc, co znaczy to
+uwiadomienie. A więc śledzono nie sir Henryka, lecz mnie... Tajemniczy
+nieznajomy, nie mogąc sam mnie tropić, polecił to owemu chłopcu. Ten
+donosił mu zapewne o każdym moim kroku.
+
+Szukałem innych kartek, ale napróżno; nie mogłem też znaleźć
+niczego, coby mnie objaśniło o zamiarach człowieka, który obrał
+tak dziwne miejsce pobytu. Bądź co bądź, odznaczał się spartańskiemi
+obyczajami... Wśród dni słotnych kapało mu pewno na głowę, kostniał
+z zimna wśród chłodnych nocy, a jednak nie opuszczał swej kryjówki.
+Ważny cel przykuwał go zapewne do tej nory... Poprzysiągłem sobie, te
+stąd nie wyjdę, dopóki nie dowiem się, czy ten człowiek jest naszym
+przyjacielem, czy wrogiem.
+
+Słońce już spuszczało się nisko, w blasku złota i purpury; po jednej
+stronie sterczały wieże Baskerville-Hall, po drugiej były bagna
+Grimpen-Mire, a w bok na prawo, wznosił się dom Stapletonów. W naturze
+był rozlany spokój, tylko moja dusza była wzburzona. Usiadłem
+u wejścia do jaskini i czekałem na przybycie jej lokatora.
+
+Nareszcie doszedł mnie odgłos jego kroków. Wsunąłem się
+w najciemniejszy kącik i wyjąłem rewolwer z kieszeni. Kroki umilkły,
+nagle cień zasłonił otwór.
+
+-- Mamy piękny wieczór, kochany Watson -- rzekł głos, dobrze mi
+znany. -- Sądzę, że ci będzie lepiej na powietrzu, niż tutaj...
+
+
+
+
+XII.
+
+Śmierć na bagnie.
+
+
+Przez chwilę siedziałem z zapartym oddechem, oczom własnym nie
+wierząc, wreszcie odzyskałem głos, powróciła mi przytomność,
+a jednocześnie spadł z serca kamień odpowiedzialności. Taki głos
+ironiczny, chłodny, miał tylko jeden człowiek na świecie.
+
+-- Sherlock! -- zawołałem.
+
+-- Wychodź, a proszę cię, bądź ostrożny z rewolwerem.
+
+Stanąłem w kamiennym otworze i ujrzałem Holmesa o parę kroków przed
+sobą. Siedział na kamieniu i patrzał na mnie wesoło. Był blady,
+wychudzony, miał twarz ogorzałą, ale bieliznę tak czystą, a brodę tak
+starannie wygoloną, jak gdyby znajdował się w swojem mieszkaniu przy
+Baker-Street.
+
+-- Jakże się cieszę, że to ty! -- zawołałem, ściskając mu rękę.
+
+-- A czy się nie dziwisz? -- zagadnął.
+
+-- Przyznaję, że tak.
+
+-- I ja jestem zdziwiony -- odrzekł. -- Nie spodziewałem się, że
+odnajdziesz moją kryjówkę, a tem mniej, że cię tu zastanę.
+Spostrzegłem twą obecność dopiero, gdym był o dwadzieścia kroków od
+tej jaskini.
+
+-- Poznałeś mnie po odbiciu stóp?
+
+-- Nie, Watson, nie umiałbym rozróżnić twoich śladów z pośród
+innych. Lecz gdy chcesz mnie wywieść w pole, radzę ci używać innych
+papierosów, bo ilekroć ujrzę munsztuk z marką fabryczną Broadley,
+Oxford-Street, zawsze się domyślę, iż mój przyjaciel Watson jest
+w pobliżu. Patrz, rzuciłeś niedopalony papieros, zapewne w chwili,
+gdyś zdecydował się wejść do tej jaskini.
+
+-- Istotnie.
+
+-- Tak przypuszczałem, a znając twoją odwagę, byłem pewien, że
+zaczaiłeś się z rewolwerem w garści, czekając na powrót
+„lokatora” tej siedziby. A więc sądziłeś, że to ja jestem
+zbrodniarzem?
+
+-- Nie wiedziałem, kim jesteś, ale poprzysiągłem sobie wykryć
+tajemnicę.
+
+-- Kiedy się dowiedziałeś o przebywaniu drugiego człowieka na bagnie?
+Dostrzegłeś mnie może owej nocy, gdy byłem tak nieostrożny
+i stanąłem na tle tarczy księżycowej?
+
+-- Tak, wtedy cię ujrzałem.
+
+-- I niewątpliwie zaglądałeś pod wszystkie kamienie, zanim natrafiłeś
+na moją kryjówkę?
+
+-- Nie; dostrzeżono twojego chłopaka i to mi posłużyło za drogowskaz.
+
+-- Dojrzał go zapewne stary gentleman przez teleskop. Gdym zobaczył po
+raz pierwszy blask od soczewki, nie mogłem zmiarkować, co to takiego.
+
+Wstał i wszedł do jaskini.
+
+-- Ha! widzę, że Cartwright przyniósł mi prowianty... Jest
+i zabazgrany papier. A więc jeździłeś do Coombe-Tracey?
+
+-- Tak.
+
+-- Żeby się rozmówić z panią Laurą Lyons?
+
+-- Nieinaczej.
+
+-- Dobrze. Bardzo dobrze! Nasze wywiady szły równoległymi drogami,
+a gdy połączymy badania, musimy dotrzeć do dna prawdy.
+
+-- Cieszę się ogromnie, że tu jesteś, bo już nerwy zaczynały mi
+odmawiać posłuszeństwa. Ale jakim sposobem znalazłeś się na bagnie
+i co tu porabiasz? Sądziłem, że siedzisz spokojnie przy Baker-Street
+i zajmujesz się sprawą o wyzysk.
+
+-- Chciałem, żebyś tak sądził.
+
+-- Więc używasz mnie do roboty, a jednak mi nie ufasz... -- zawołałem
+z goryczą. -- Zdaje mi się, że zasłużyłem na zaufanie.
+
+-- Mój drogi, jesteś poprostu nieoszacowany; w wielu razach oddałeś
+mi znakomite usługi, jestem ci wdzięczny i mam nadzieję, że mi
+przebaczysz ten fortel. Dopuściłem go się poczęści ze względu na
+ciebie: znając niebezpieczeństwo, na jakie się narażasz, chciałem je
+zbadać sam, na miejscu. Gdybym przebywał z tobą i z sir Henrykiem,
+dzieliłbym zapewne wasze poglądy na tę sprawę, a moja obecność
+zmusiłaby naszego przeciwnika do zdwojonej baczności. W obecnym stanie
+rzeczy dokonałem tego, czegobym nie mógł zrobić, mieszkając
+w Baskerville-Hall, a w dodatku pozostaję w ukryciu. W chwili potrzeby,
+wystąpię z całą energią i siłą.
+
+-- Ale czemuż ukrywałeś się przedemną?
+
+-- Bo w razie przeciwnym nie wstrzymałbyś się od komunikowania się
+ze mną; zechciałbyś mnie zaopatrywać w lepsze jadło, cieplejszą
+odzież i wprowadziłbyś tamtych na mój ślad. Przywiozłem ze sobą
+Cartwrighta -- pamiętasz tego malca z hotelu -- on myślał o mnie:
+przynosił mi chleb i czystą bieliznę. Czegóż mi więcej potrzeba?
+Dał mi przytem parę bystrych oczu i parę zwinnych nóg, co jest
+pożądane.
+
+-- A więc moje listy były niepotrzebne?
+
+Holmes wyjął paczkę listów.
+
+-- Oto twoje sprawozdania -- rzekł. -- Dostawałem je z 24 godzinnem
+opóźnieniem i oddały mi znaczne usługi. Muszę cię pochwalić za
+gorliwość i spryt, których dowiodłeś w tej niezwykłej sprawie.
+
+Serdeczne słowa Holmesa rozproszyły mój żal do niego, tembardziej, iż
+czułem, że lepiej się stało, żem nie wiedział o jego przebywaniu na
+bagnie.
+
+-- A teraz opowiedz mi twoją wizytę u mrs. Lyons -- rzekł. --
+Nietrudno mi było domyśleć się, że jeździłeś do niej, gdyż wiem,
+że ona jedna w Coombe-Tracey może nam dostarczyć potrzebnych
+informacyj. Coprawda, gdybyś nie był rozmówił się z nią dzisiaj,
+ja byłbym do niej poszedł jutro.
+
+Słońce już zaszło, powietrze ochłodziło się. Weszliśmy do jaskini.
+Usiadłszy na kamieniu obok Holmesa, opowiedziałem mu moją rozmowę
+z panią Lyons.
+
+-- To bardzo ważny szczegół -- poświadczył. -- Wypełnia lukę,
+której nie zdołałem pokryć. Wiesz zapewne, że pomiędzy tą damą
+a Stapletonem zachodzą bardzo blizkie stosunki?...
+
+-- Nie wiedziałem.
+
+-- To rzecz pewna... Widują się, pisują do siebie, są w porozumieniu
+serdecznem... Ta wiadomość jest niebezpiecznym orężem w naszem ręku.
+Gdyby tylko udało się zniechęcić do Stapletona jego żonę!...
+
+-- Żonę?
+
+-- Teraz ja udzielę ci garstkę informacyj wzamian za te, których ty
+mi dostarczyłeś. Dama, uchodząca tutaj za miss Stapleton, jest
+wistocie jego żoną.
+
+-- To niemożliwe! Czyżby on pozwalał sir Henrykowi starać się
+o własną żonę...
+
+-- Co mu to szkodzi, że sir Henryk zakochał się? On ze swojej strony,
+jak to sam spostrzegłeś, dokładał wszelkich starań, aby sir Henryk nie
+objawiał i nie wynurzał swych uczuć... Powtarzam ci: ta piękna dama
+jest nie siostrą, lecz żoną Stapletona.
+
+-- Więc czemuż ta komedya?
+
+-- Stapleton przewidywał, że ona może mu oddać usługi w charakterze
+osoby wolnej.
+
+Wszystkie moje posądzenia ożyły. Ten człowiek chłodny,
+nieprzenikniony, do którego od pierwszej chwili wstręt uczułem,
+wydawał mi się teraz potworem o słodkim uśmiechu.
+
+-- On, nie kto inny, jest naszym wrogiem; on nas śledził
+w Londynie!... -- oświadczył Holmes.
+
+-- A ostrzeżenie wyszło zapewne od niej?
+
+-- Niewątpliwie -- potwierdził mój przyjaciel.
+
+-- Jakim sposobem dowiedziałeś się, że ta kobieta jest jego żoną? --
+spytałem.
+
+-- Dzięki temu, że on sam wyjawił ci pewien szczegół ze swego
+życia; sądzę, że musiał żałować tej nieostrożności. Przy
+pierwszem z tobą spotkaniu mówił, że kierował kiedyś szkołą
+w północnej Anglii. Otóż niema nic łatwiejszego, jak wytropić
+nauczyciela. Istnieją agencye szkolne, za pomocą których można
+dowiedzieć się szczegółów z życia każdego nauczyciela,
+a tembardziej kierownika zakładu. Po krótkiem badaniu stwierdziłem,
+że jedna szkoła została zamknięta z powodu okropnych nadużyć.
+Nazwisko jej kierownika było inne; ten człowiek zniknął bez
+śladu. Rysopis zgadzał się, a gdy jeszcze dowiedziałem się,
+że ów przełożony odddawał się z zapałem entomologii, nie miałem
+już żadnych wątpliwości.
+
+-- Jeżeli ta kobieta jest istotnie jego żoną, jakiż jego stosunek do
+pani Lyons?
+
+-- Twoja rozmowa z tą damę rzuciła właśnie światło na ten punkt
+ciemny. Nie wiedziałem, że pani Lyons chce się rozwodzić. Widocznie
+ma nadzieję wyjść za Stapletona.
+
+-- A gdy się zawiedzie w tych nadziejach?
+
+-- Ha! wtedy odda się na nasze usługi. Przedewszystkiem musimy obaj
+widzieć się z nią jutro. Ale czy nie znajdujesz, Watson, że zbyt długo
+pozostawiłeś pupila bez swej opieki?... Twoje miejsce obecnie
+w Baskerville-Hall.
+
+Ostatnie promienie słońca gasły na zachodzie.
+
+-- Jeszcze jedno pytanie -- rzekłem, wstając. -- Wszak między nami nie
+powinno być sekretów. Powiedz mi, jaki on ma w tem cel?
+
+Holmes zniżył głos.
+
+-- Jego celem jest... morderstwo -- chłodne, wyrafinowane -- odparł.
+-- Nie pytaj mnie o szczegóły. Oplątuję go w sieci, tak, jak on -- sir
+Henryka. Jednego tylko obawiam się, a mianowicie, żeby on nie wykonał
+swego zamiaru, zanim będziemy gotowi do walki. Jeszcze jeden dzień,
+dwa najwyżej, a będę w stanie zmierzyć się z tym łotrem, ale
+tymczasem strzeż sir Henryka; żałuję nawet, żeś go dziś opuścił.
+
+Straszny jęk przerwał ciszę. Krew zamarła w mych żyłach.
+
+-- Co to takiego? -- zawołałem.
+
+Holmes zerwał się na nogi, wybiegł przed jaskinię, nastawił ucha.
+
+-- Cicho! -- szepnął -- cicho!
+
+Ten sam jęk powtórzył się bliżej, dźwięczał w nim strach i ból.
+
+-- Skąd to dochodzi? -- spytał Holmes szeptem.
+
+-- Zdaje mi się, że ztamtąd -- odparłem, wskazując na lewo.
+
+-- Nie, nie -- zaprzeczył.
+
+I znowu rozdarł ciszę okrzyk, pełen rozpaczy i trwogi. Towarzyszył mu
+teraz dziki pomruk.
+
+-- To pies! -- zawołał Holmes. -- Biegnijmy na pomoc! Prędzej!
+Prędzej!
+
+Rzucił się naprzód, ja za nim. Po raz trzeci, do uszu naszych doleciał
+jęk ludzki i straszne warczenie. Stanęliśmy, nasłuchując. Znowu
+zaległa cisza.
+
+Holmes załamał ręce. Nigdy jeszcze nie widziałem go tak bezradnym.
+
+-- Zapóźno już, zapóźno!... -- mówił z rozpaczą. -- Że też
+siedziałem tu, jak bałwan, z założonemi rękoma!... A ty, jak
+mogłeś wypuścić z opieki sir Henryka!...
+
+Biegliśmy dalej wśród ogarniającej nas mgły i coraz większych
+ciemności.
+
+-- Czy nic nie widzisz? -- spytał mnie Holmes.
+
+-- Nie -- odparłem.
+
+-- A to co takiego? -- zawołał nagle.
+
+Dało się słyszeć rzęrzenie. Dolatywało z po za nagiej skały,
+sterczącej przed nami. Podbiegliśmy i oczom naszym przedstawił się
+straszny widok. U stóp skały, twarzą, do ziemi, z rozpostartemi
+rękoma, leżał mężczyzna już martwy. To rzęrzenie było jego ostatnim
+oddechem.
+
+Potarłem zapałkę -- w jej świetle ujrzeliśmy coś od czego krew
+zastygła nam w żyłach; martwe zwłoki sir Karola Baskerville.[B]
+
+Znaliśmy obaj kraciasty garnitur -- ten sam, w którym ukazał nam się
+po raz pierwszy w mieszkaniu Holmesa. Zapałka zgasła, a z nią nadzieja
+w naszych sercach.
+
+-- Nie daruję sobie nigdy, żem go zostawił samego... -- szepnąłem.
+
+-- Ja jestem jeszcze winniejszy, Watson. Dla „zaokrąglenia”
+i „uzupełnienia” dowodów naraziłem życie mojego klienta... Jest to
+największy cios, jaki mnie kiedykolwiek spotkał w moim fachu!... Ale
+skąd mogliśmy przewidzieć, że pomimo naszych próśb i ostrzeżeń
+puści się sam na to przeklęte bagno?...
+
+-- I pomyśleć, że słyszeliśmy jego jęki i nie mogliśmy nadbiedz mu
+z pomocą.... Gdzież jest ten pies przeklęty? Lada chwila może
+wyskoczyć z za skały... A gdzie Stapleton? Pociągniemy go do
+odpowiedzialności!
+
+-- Tak, nie omieszkam tego uczynić -- mówił Holmes. -- Stryj i synowie
+zostali zamordowani! -- to nie ulega wątpliwości. Jednego wystraszono na
+śmierć samym widokiem tego zwierza, które wziął za nadprzyrodzone
+zjawisko; drugi spadł ze skały, uciekając przed tym potworem... Ale
+trzeba wykazać łączność pomiędzy psem i jego ofiarą. Jakże
+dowiedziemy istnienia tego czworonożnego potwora?... Sir Henryk
+umarł widocznie skutkiem upadku. Ale pomimo całej swej przebiegłości,
+Stapleton nie wymknie się z rąk policyi!...
+
+Staliśmy nad zwłokami, bezradni wobec katastrofy, która obróciła
+w niwecz wszystkie nasze zabiegi. Wreszcie zeszedł księżyc; weszliśmy
+na szczyt skały, z której spadł nasz nieszczęśliwy przyjaciel
+i ogarnęliśmy okiem ponurą płaszczyznę, osrebrzoną teraz łagodnym
+blaskiem księżyca.
+
+Daleko, w stronie Grimpen-Mire, błyszczało żółte światełko.
+Płonęło ono niewątpliwie w domu Stapletona. Zacisnąłem pięść
+w bezsilnym gniewie.
+
+-- Aresztujmy go zaraz! -- krzyknąłem.
+
+-- Nie mamy jeszcze dowodów -- przekładał Holmes. -- Ten nędznik
+jest przebiegły, potrafi się bronić. Chodzi nie o to, co wiemy,
+lecz o to, co zdołamy dowieść. Jeden krok fałszywy, a wyśliźnie
+nam się pomiędzy palcami.
+
+-- Cóż nam teraz pozostaje?
+
+-- Będziemy radzili jutro; dziś trzeba pomyśleć o oddaniu ostatniej
+posługi przyjacielowi.
+
+Zeszliśmy ze skały i zbliżaliśmy się do zwłok, oświetlonych teraz
+księżycem.
+
+-- Trzeba sprowadzić ludzi -- rzekłem. -- We dwóch nie przeniesiemy go
+do Baskerville-Hall. Co ci jest? Czyś oszalał?...
+
+Holmes, patrząc na trupa, śmiał się, ręce zacierał. Cóż się stało
+mojemu przyjacielowi, tak poważnemu zazwyczaj?...
+
+-- Broda! Broda! Ten człowiek miał brodę! -- wołał.
+
+-- Brodę? -- podchwyciłem.
+
+-- To nie sir Henryk. To mój sąsiad -- skazaniec!
+
+Z gorączkową skwapliwością odwróciliśmy zwłoki twarzą do
+księżyca. Nie było wątpliwości: skrwawione czoło, zapadłe oczy,
+ruda broda -- tak to Seldon.
+
+W jednej chwili zrozumiałem, jak się rzeczy miały. Baronet mówił mi,
+że swoją starą garderobę ofiarował Barrymorowi. Widocznie Barrymore,
+na prośbę żony, obdarzył nią Seldona, aby mu ułatwić ucieczkę.
+Buty, czapka, garnitur -- wszystko było sir Henryka. Straszny
+los spotkał więźnia, ale ten człowiek zasłużył na karę i byłby
+ją poniósł z ramienia sprawiedliwości. Wytłómaczyłem Holmesowi
+przyczynę naszej pomyłki.
+
+-- To ubranie jest powodem śmierci Seldona -- rzekł. -- Oczywiście
+przyuczano psa poznawać sir Henryka po odzieży. Rozumiem teraz,
+dlaczego but znikł z hotelu; pies zwęszył zapach ubrania na skazańcu
+i gonił go. Jedno tylko mnie zastanawia: jakim sposobem Seldon wśród
+ciemności mógł widzieć, że go pies ściga?...
+
+-- Słyszał warczenie, tak jak my.
+
+-- Samo warczenie psa nie wystraszyłoby go tak dalece, żeby wzywał
+pomocy, zdradzając swą obecność i narażając się, że go schwytają
+strażnicy. Z jego okrzyków miarkuję, że odbiegł spory kawał od
+miejsca, z którego pies go spłoszył.
+
+-- A ja nie rozumiem, dlaczego ten pies został spuszczony dziś
+właśnie. Sądzę, że nie zawsze jest na swobodzie. Jeżeli Stapleton
+spuścił go z łańcucha, to chyba spodziewał się, że sir Henryk
+będzie przechodził przez bagno.
+
+-- Cóż teraz zrobić z tym trupem? Niepodobna zostawić go tutaj na
+pastwę dzikiego ptactwa.
+
+-- Najlepiej złożyć go w jednej z jaskiń, dopóki nie uwiadomimy
+policyi.
+
+-- Masz słuszność -- przyznał Holmes. -- Udźwigniemy go chyba we dwu?
+Ale patrz... Watson... to _on_!... Co za zuchwalstwo!... Ani słowa
+przed nim o naszych podejrzeniach... ani słowa! bo inaczej, wszystkie
+moje plany pójdą w niwecz.
+
+Ujrzałem światełko cygara. W blasku księżyca widziałem wyraźnie
+drobną postać naturalisty. Spostrzegłszy nas, zatrzymał się, ale po
+chwili szedł dalej.
+
+-- Kogo ja widzę! -- rzekł. -- Jeśli mnie oczy nie mylą, doktor
+Watson. Nie spodziewałem się spotkać pana tutaj... Co to takiego?...
+Ktoś został ranny... Nie, to niepodobna... Nasz przyjaciel, sir
+Henryk!...
+
+Podbiegł i nachylił się nad zwłokami. Słyszałem jego oddech
+przyśpieszony, cygaro z rąk mu wypadło.
+
+-- Kto to? Kto to taki? -- szeptał.
+
+-- To Seldon, więzień, który zbiegł z Princetown.
+
+Stapleton zbladł okropnie, ale nadludzkim wysiłkiem zapanował nad
+uczuciem gorzkiego zawodu. Przenosił wzrok z Holmesa na mnie i ze mnie
+na Holmesa.
+
+-- Co za okropna sprawa! -- mówił. -- Jakże on umarł?
+
+-- Skręcił kark, spadając z tej skały. Spacerowałem właśnie z moim
+przyjacielem, gdy doleciał nas krzyk przeraźliwy.
+
+-- I ja ten krzyk słyszałem. To właśnie sprowadza mnie tutaj. Byłem
+niespokojny o sir Henryka...
+
+-- Dlaczego właśnie o sir Henryka?... -- spytałem.
+
+-- Bo miał przyjść do mnie. Ponieważ się spóźniał, wyszedłem
+na jego spotkanie i wtedy usłyszałem okrzyk... Ale, prawda... --
+i znowu przeniósł wzrok a mojej twarzy na twarz Holmesa --
+czyście panowie nie słyszeli nic więcej, oprócz tego okrzyku?
+
+-- Nie, a pan? -- spytał Holmes.
+
+-- I ja nie.
+
+-- Więc co znaczy to pytanie?
+
+-- Myślałem o legendach, krążących wśród wieśniaków... Podobno
+słychać szczekanie wśród nocy... Byłem ciekawy, czy i teraz
+rozlegały się podobne dźwięki...
+
+-- Niceśmy nie słyszeli -- odparłem.
+
+-- A jak panowie tłómaczą sobie śmierć tego łotra?
+
+-- Przypuszczam -- mówiłem -- że coś go wystraszyło; uciekał,
+biegł na oślep, aż mu się noga powinęła i spadł z tej skały głową
+na dół. Zabił się na miejscu, bo skała wysoka i z tej strony
+prostopadle spuszcza się w kotlinę; druga jej strona łączy się
+z płaskowzgórzem. Biegnąc, więzień w przerażeniu swem nie
+spostrzegł, że stoi nad przepaścią.
+
+-- To bardzo prawdopodobne -- przyznał Stapleton i westchnął
+z widoczną ulgą, jak gdyby kamień spadł mu z serca. -- A cóż pan
+o tem myśli, panie Holmes?
+
+-- Przypuszczam to samo, co mój przyjaciel.
+
+-- Spodziewaliśmy się pana od chwili, gdy zjechał tu doktor Watson.
+Zjawiasz się pan w chwili tragicznej...
+
+-- Mam nadzieję, że wyjaśnienie mojego przyjaciela zostanie uznane
+jako jedynie możliwe. Bądź co bądź, wracając jutro do Londynu,
+wywiozę stąd przykre wspomnienie...
+
+-- Więc pan wraca jutro?
+
+-- Taki mam zamiar.
+
+-- Spodziewam się, że pańskie badania rzucą światło na tajemniczą
+sprawę, która zajmuje nas od paru miesięcy.
+
+-- A ja wątpię -- odrzekł Holmes z doskonale udaną szczerością. --
+Detektyw w swoich wywodach zwykł opierać się na faktach, nie zaś na
+legendach ludowych. To sprawa trudna i zawiła. Nie spodziewam się jej
+rozwikłać.
+
+Stapleton spojrzał na niego bystro, potem zwrócił się do mnie:
+
+-- Chętniebym zaproponował przeniesienie tego biedaka do nas, ale boję
+się wystraszyć siostrę. Najlepiej Seldonowi twarz zakryć, a zwłoki
+będą bezpieczne do jutra rana.
+
+Takeśmy też zrobili. Stapleton zapraszał nas do siebie, ale
+wymówiliśmy się i obaj podążyliśmy do Baskerville-Hall. Naturalista
+powrócił sam.
+
+-- Trzymamy go już prawie... -- mówił Holmes. -- A jaka przytomność
+umysłu! Co za zimna krew!... Jak śmiało patrzał na zwłoki tego,
+którego uważał za swoją ofiarę... Mówiłem ci już w Londynie,
+a teraz powtarzam, że nie miałem jeszcze tak groźnego przeciwnika.
+
+-- Żałuję, że nas widział.
+
+-- I ja żałowałem w pierwszej chwili; ale nie było innej rady.
+
+-- Jak sądzisz: czy świadomość, że jesteś tutaj, wpłynie na jego
+plany?
+
+-- Zmusi go do ostrożności, a może skłoni do ostatecznych czynów. Jak
+wielu mądrych zbrodniarzy, jest zapewne zbyt zaufany w swoim rozumie
+i wyobraża sobie, że nas w pole wywiedzie.
+
+-- I czemuż nie aresztujemy go zaraz?
+
+-- Drogi Watson, ty jesteś stworzony na człowieka czynu. Pierwszym
+twoim popędem jest -- działać. Ale przypuściwszy, że go aresztujemy
+dziś wieczorem, cóż nam z tego przyjdzie? Nie zdołamy mu nic dowieść.
+Gdyby mu dopomagał człowiek, moglibyśmy znaleźć dowody; ale
+choćbyśmy odszukali psa, nie pomoże nam zaciągnąć pętlicy na szyi
+swego pana.
+
+-- Mamy przecież dowód.
+
+-- Ani jednego -- same tylko przypuszczenia i wnioski. Sąd wyśmiałby
+nas, gdybyśmy stanęli wobec niego z takim materyałem dowodowym.
+
+-- Wszak możemy się powołać na śmierć sir Karola...
+
+-- Znaleziono go martwym bez żadnych śladów gwałtu, bez ran
+i skaleczeń. Obaj wiemy, że umarł z przestrachu, wiemy także, kto go
+wystraszył, ale w jaki sposób przelejemy tę wiarę w dwunastu sędziów
+przysięgłych?... Jakież ślady pies pozostawił na zwłokach?...
+Naturalnie, wiemy, że żaden pies nie ruszy martwego ciała; wiemy
+dalej, że sir Karol wyzionął ducha, zanim go dogoniło to dzikie
+zwierzę. Wiemy, ale powinniśmy tego _dowieść_ -- a nie potrafimy.
+
+-- Fakt, który się zdarzył dzisiaj, nie jest-że ważną poszlaką?
+
+-- Nie zdołamy wykazać związku pomiędzy psem a śmiercią tego
+człowieka. Zresztą, nie widzieliśmy psa; słyszeliśmy go tylko,
+a nie możemy dowieść, że gonił Seldona lub kogobądź. Nie, mój
+drogi, musimy pogodzić się z myślą, że trzeba czekać i działać
+z ukrycia.
+
+-- Jakie masz plany?
+
+-- Spodziewam się wiele po pani Lyons i mam nadzieję, że jutro
+pozyskamy choć jeden dowód.
+
+Nie mogłem go skłonić do wyrażenia jaśniej swych zamiarów. Szedł
+w milczeniu aż do samego pałacu.
+
+-- Czy wejdziesz? -- spytałem.
+
+-- Ma się rozumieć; dalsze ukrywanie się jest zbyteczne. Słuchaj,
+Watson: nie wspominaj sir Henrykowi o psie. Wszak baronet został
+zaproszony jutro na obiad do Stapletonów?
+
+-- I mnie prosili.
+
+-- Musisz się wymówić. On pójdzie sam. To łatwo urządzić. A teraz
+chodźmy. Spóźniłeś się wprawdzie na obiad, ale przybywamy w samą
+porę na kolacyę.
+
+
+
+
+XIII.
+
+Zastawianie sieci.
+
+
+Sir Henryk był bardziej rad, niż zdziwiony widokiem Holmesa;
+spodziewał się bowiem, że ostatnie wypadki skłonią go do przybycia.
+Nie mógł jednak zrozumieć, dlaczego mój przyjaciel nie wziął z sobą
+żadnych bagażów. Zaopatrzyliśmy go we wszystko, czego potrzebował,
+a następnie, przy sutej wieczerzy, opowiedzieliśmy baronetowi naszą
+przygodę, z opuszczeniem pewnych szczegółów.
+
+Ale wpierw czekał mnie przykry obowiązek uwiadomienia Barrymorów
+o śmierci Seldona. Dla męża było to poniekąd dobrą nowiną, ale
+żona na tę wieść rozpłakała się rzewnie. W oczach wszystkich ów
+zbrodniarz był potworem i wyrzutkiem społeczeństwa; ona widziała
+w nim zawsze chłopaka z jasnymi kędziorami, którego nosiła na
+ręku i kochała, jak własne dziecko.
+
+Niema tak złego mężczyzny, po którymby nie płakała kobieta...
+
+-- Po wyjściu Watsona -- mówił baronet -- snułem się z kąta w kąt,
+wierny mojej obietnicy: nie zapuszczania się samemu na bagno po
+zachodzie słońca. Teraz jednak żałuję, że nie przyjąłem zaprosin
+Stapletona, który do mnie pisał nad wieczorem. Gdybym był poszedł,
+spędziłbym wieczór weselej.
+
+-- Nie wątpię o tem -- rzekł Holmes. -- Ale, prawda, zapomniałem panu
+powiedzieć, żeśmy go już opłakali. Byliśmy pewni, że to pan umarł.
+
+Sir Henryk spojrzał na niego ze zdziwieniem.
+
+-- Ten biedak był ubrany od stóp do głowy w pańską odzież. Obawiam
+się, że Barrymore, który mu jej dostarczył, będzie miał zatarg
+z policyą...
+
+-- Wątpię. Nie było żadnych znaków.
+
+-- To szczęśliwie dla niego, a nawet i dla nas, gdyż i pan nie jest
+bez zarzutu w tej sprawie. Pociąganoby pana do odpowiedzialności za
+to, że, znając kryjówkę zbiegłego więźnia, nie uwiadomiłeś o niej
+policyi... Jako sumienny detektyw, powinienbym nawet aresztować pana
+i całą służbę pałacową...
+
+-- Zanim pan spełni ten obowiązek -- mówił baronet żartobliwie --
+może się dowiem, jak stoi nasza sprawa? Czyś pan jej zawiłości
+rozplątał? My z Watsonem tyle wiemy dziś, co na początku.
+
+-- Mam nadzieję, że zdołam wyświetlić tajemnicę. Sprawa istotnie
+bardzo skomplikowana, dużo w niej punktów ciemnych, ale spodziewam się
+rzucić na nie światło,
+
+-- My tutaj z Watsonem stwierdziliśmy tylko jeden fakt: szczekanie psa
+na bagnie. Słyszeliśmy je wyraźnie, więc to nie legenda ani przesądy.
+Gdybyś pan zdołał schwytać tego psa, byłbyś najpierwszym detektywem
+na świecie.
+
+-- Mam nadzieję, że go schwytam i nałożę mu kaganiec, ale potrzebuję
+pańskiej pomocy.
+
+-- Rozporządzaj pan mną do woli. Zrobię, co pan zechcesz.
+
+-- A więc poproszę pana, abyś słuchał mnie ślepo.
+
+-- I owszem.
+
+-- Jeżeli pan zastosujesz się do moich wskazówek i poleceń, nie
+pytając o ich przyczynę, to uda mi się może rozwikłać tajemnicę. Nie
+wątpię...
+
+Urwał nagle i zapatrzył się w jeden punkt nad moją głową. Światło
+padało na jego twarz nieruchomą, jakby wykutą z kamienia.
+
+-- Co pan tam widzisz? -- zawołał sir Henryk.
+
+Patrząc na Sherlocka, spostrzegłem, że tłumi wewnętrzne wzburzenie.
+Rysy jego były chłodne, jak zwykle, w oczach jednak płonął dziwny
+ogień.
+
+-- To był zachwyt znawcy... -- rzekł po chwili, wskazując rząd
+portretów, wiszących na przeciwległej ścianie. -- Watson nie wierzy
+mojemu znawstwu, ale to przez zazdrość, gdyż nasze poglądy na sztukę
+są niezgodne. Według mnie, ta galerya portretów jest wspaniała.
+
+-- Miło mi to słyszeć -- odrzekł sir Henryk, patrząc na mego
+przyjaciela ze zdziwieniem. -- Na malarstwie nie znam się: wolę
+ładnego konia, niż cenny obraz. Nie sądziłem, że pan masz czas
+oddawać się takim zamiłowaniom...
+
+-- Nie mogę być obojętny na arcydzieła, gdy je mam przed oczyma --
+odparł Holmes. -- Mógłbym się założyć, że ta dama w niebieskiej
+atłasowej sukni i ten sędziwy mąż w peruce, wyszli z pod pędzla
+Reynoldsa. Wszak to wszystko portrety rodzinne?
+
+-- Tak, wszystkie.
+
+-- Czy pan zna imiona i daty?
+
+-- Barrymore próbował wtajemniczyć mnie w rodowody i zdaje mi się, żem
+zapamiętał jego wykład.
+
+-- Któż jest ów gentleman z teleskopom w ręku?
+
+-- To admirał Baskerville; służył w Indyach Zachodnich pod Rodneyem.
+A ten w niebieskim fraku, to sir William Baskerville, który był
+przewodniczącym w izbie gmin za czasów Pitta.
+
+-- A ów jeździec, naprzeciwko mnie, w aksamitnym spencerze?
+
+-- O! ten wart, aby o nim powiedzieć słów parę. On jest sprawcą
+nieszczęść naszej rodziny. To właśnie krwawy Hugon, który wypuścił
+sforę psów na tę nieszczęśliwą dziewczynę...
+
+Spojrzałem na portret z wielkiem zaciekawieniem.
+
+-- Nigdybym się nie domyślił, że to on -- rzekł Holmes. -- Twarz
+łagodna, spokojna, tylko w oczach... płomienie. Wyobrażałem go sobie
+tęższym i groźniejszym.
+
+-- Niema wątpliwości, że to on. Na odwrotnej stronie płótna jest imię
+i data -- rok 1647.
+
+Mój przyjaciel umilkł, ale nie odrywał oczu od portretu. Dopiero po
+naszem rozejściu się na spoczynek dowiedziałem się, dlaczego to
+płótno budzi w nim tak żywo zaciekawienie.
+
+Zaprowadził mnie znowu do jadalni ze świecą w ręku i przysunął ją do
+portretu.
+
+-- Co cię uderza? -- zapytał.
+
+Ogarnąłem wzrokiem duży kapelusz z piórami, złociste loki i koronkowy
+kołnierz; wpatrywałem się w rysy chłodne, surowe. Nie było w nich
+namiętności, lecz niezłomna, okrutna wola; tryskała ona z oczu
+stalowych, zdradzały ją usta wązkie, zaciśnięte.
+
+-- Czy ten portret przypomina ci kogo ze znajomych? -- pytał Holmes.
+
+-- Z dolnej części twarzy trochę podobny do sir Henryka.
+
+-- Istotnie. Ale poczekaj.
+
+Wskoczył na krzesło, i trzymając świecę w lewej ręce, prawą
+osłonił szeroki kapelusz i włosy.
+
+-- Chryste Panie! -- zawołałem.
+
+Z ram obrazu wyłoniła się twarz Stapletona...
+
+-- Ha! spostrzegłeś wreszcie! -- rzekł Holmes. -- Moje oczy są
+przyzwyczajone do badania samych twarzy, bez akcesoryj toaletowych.
+Pierwszą zaletą detektywa jest poznawać ludzi pod przebraniem.
+
+-- Ależ to nadzwyczajne! -- mówiłem, nie mogąc ochłonąć
+z podziwu. -- Ten obraz mógłby być jego portretem!
+
+-- Tak, to fizyczny dowód atawizmu i moralnego podobieństwa. Studya
+nad portretami rodzinnymi mogą nas przejąć wiarą w wędrówkę dusz.
+Ten człowiek jest z rodu Baskervillów, to nie ulega wątpliwości.
+
+-- I dlatego dybie na sukcesyę...
+
+-- Naturalnie. Portret wypełnił lukę w moich poszukiwaniach. Trzymamy
+go. Watson! gotów jestem założyć się, że jutro wpadnie w moje sieci,
+tak, jak motyle, za którymi sam się ugania. Wezmę go na szpilkę
+i dołączę do mojej kolekcyi zbrodniarzy.
+
+Wybuchnął śmiechem, co mu się rzadko zdarzało.
+
+Nazajutrz wstałem bardzo wcześnie, ale Holmes już mnie wyprzedził. Był
+ubrany do wyjścia.
+
+-- Mamy cały dzień swobodny -- mówił, zacierając ręce z radości. --
+Sieci już zastawione, brakuje tylko motyla.
+
+-- Czy już wychodziłeś?
+
+-- Wysłałem do Princetown wiadomość o śmierci Seldona. Mam nadzieję,
+że nikt z was nie będzie niepokojony w tej sprawie. Porozumiałem się
+już także z wiernym Cartwrightem; krążył około mojej nory, jak pies
+nad grobem swego pana. Musiałem go uspokoić że jestem zdrów i cały.
+
+-- Cóż dalej?
+
+-- Przywitamy sir Henryka. Ha! oto i on!
+
+-- Dzień dobry, Holmes -- rzekł baronet, wchodząc do jadalni. --
+Wyglądasz na dowódcę, naradzającego się z szefem swego sztabu przed
+bitwą.
+
+-- Bo też tak jest. Watson otrzymuje rozkazy.
+
+-- I ja gotów jestem ich wysłuchać.
+
+-- Wszak Stapleton zaprosił pana dzisiaj na obiad?
+
+-- Spodziewam się, że i panowie pójdziecie ze mną. Oni są bardzo
+gościnni i ręczę, że przyjmą was z otwartemi rękoma.
+
+-- Obaj z Watsonem musimy jechać do Londynu.
+
+-- Do Londynu?
+
+-- Tak; nasza obecność jest potrzebniejsza tam, niż tutaj.
+
+-- Miałem nadzieję -- oświadczył baronet -- że nie opuścicie mnie,
+dopóki ta sprawa się nie wyświetli. Co ja tu będę robił sam na tem
+pustkowiu?
+
+-- Kochany panie, musisz zaufać mi ślepo i zrobić to, co powiem.
+Oświadczysz pan Stapletonom, że mieliśmy wielką ochotę panu
+towarzyszyć, lecz że ważne interesy powołały nas do Londynu.
+Spodziewamy się wrócić niebawem. Czy pan zechce powtórzyć im to
+dosłownie?
+
+-- Jeżeli panu na tem zależy.
+
+Widziałem, że baronet jest niezadowolony z naszego wyjazdu i że ma do
+nas żal, iż go opuszczamy.
+
+-- Kiedy chcecie jechać? -- spytał chłodno.
+
+-- Zaraz po pierwszem śniadaniu. Wstąpimy do Coombe-Tracey. Watson
+pozostawia tutaj kuferek, jako dowód, że wróci niebawem. Napisz kilka
+słów do Stapletona, przepraszając go, że nie możesz korzystać z jego
+zaprosin.
+
+-- Mam ochotę jechać z wami -- rzekł baronet. -- Co mnie tu wiąże?
+
+-- Dałeś mi pan słowo, że zastosujesz się do moich poleceń, a ja
+powiadam panu, abyś został.
+
+-- Ha! w takim razie zostanę.
+
+-- Jeszcze słówko. Do Merripit-House pojedziesz pan amerykanem.
+Odeślesz zaraz konie i oświadczysz, że zamierzasz powrócić pieszo.
+
+-- Mam iść przez bagno?
+
+-- Tak.
+
+-- Ależ to sprzeciwia się pańskim poprzednim zaleceniom!
+Ostrzegaliście mnie obaj, abym po zachodzie słońca nie wychodził na
+bagno, ani na łąkę.
+
+-- Tym razem możesz pan iść bezpiecznie. Gdybym nie ufał pańskiej
+odwadze i zimnej krwi, nie dawałbym panu takiej rady. Wierzaj mi pan,
+że to jest niezbędne.
+
+-- A więc dobrze.
+
+-- Ale jeśli panu życie miłe, nie zbaczaj z drogi; musisz iść prosto
+ścieżką, wiodącą z Merripit-House do Grimpen-Road.
+
+-- Dobrze, zapamiętam.
+
+-- Chciałbym wyruszyć stąd zaraz po śniadaniu aby stanąć w Londynie
+przed wieczorem.
+
+Byłem zdziwiony takim programem; choć poprzedniego dnia Holmes
+wspominał Stapletonowi, że jedzie nazajutrz do miasta, nie sądziłem
+jednak, że mnie zabierze ze sobą i nie mogłem zrozumieć, dlaczego
+w najważniejszej chwili schodzi ze stanowiska. Milczałem wszelako,
+wiedząc, że trzeba go słuchać biernie.
+
+Pożegnaliśmy naszego przyjaciela i w parę godzin potem byliśmy na
+dworcu w Coombe-Tracey. Konie zostały odesłane do domu. Na platformie
+stał niewielki chłopczyna.
+
+-- Co pan rozkaże? -- zapytał Holmesa.
+
+-- Pojedziesz tym pociągiem do Londynu. Zaraz po przybyciu
+zatelegrafujesz do sir Henryka Baskerville w mojem imieniu, prosząc
+go, aby kazał poszukać papierośnicy, którą zostawiłem u niego
+i odesłał ją na Baker-Street.
+
+-- Słucham pana.
+
+-- Zapytaj na stacyi, czy niema listu do mnie.
+
+Chłopak wrócił z telegramem, Holmes podał mi go. Przeczytałem, co
+następuje:
+
+„Depesza otrzymana. Przybywam z niepodpisanym rozkazem. Będę
+o g. 5 m. 40. Lestrade.”
+
+-- To odpowiedź na mój telegram, wyprawiony dziś rano. Będziemy
+potrzebowali jego pomocy. Człowiek sprytny i odważny. A teraz, Watson,
+sądzę, że nic nam nie pozostaje, jak odwiedzić twoją znajomą, panią
+Laurę Lyons.
+
+Zaczynałem pojmować plan kampanii. Holmes za pośrednictwem baroneta
+chciał przekonać Stapletonów, żeśmy wyjechali istotnie, a my tymczasem
+zjawimy się w chwili grożącego niebezpieczeństwa.
+
+Ów telegram z Londynu, o którym sir Henryk wspomni zapewne, rozwieje
+podejrzenia naturalisty.
+
+Sieci były już zastawione.
+
+Pani Laura Lyons znajdowała się w swojem biurze. Sherlock Holmes
+przystąpił do rzeczy wprost ze szczerością, która ją wprowadziła
+w kłopot.
+
+-- Badam okoliczności, towarzyszące śmierci sir Karola Baskerville --
+oświadczył. -- Mój przyjaciel, doktor Watson, uwiadomił mnie o treści
+swojej rozmowy z panią, wiem także to, coś pani zamilczała...
+
+-- Cóżem zamilczała?
+
+-- Wyznałaś pani, że sir Karol na jej prośbę miał znajdować się o
+dziesiątej przy furtce -- wiemy, że o tej godzinie śmierć go spotkała.
+Nie wyjaśniłaś pani: jaki stosunek zachodzi pomiędzy tymi dwoma
+faktami.
+
+-- Nie są w żadnym stosunku do siebie.
+
+-- Byłby to dziwny zbieg okoliczności. Sądzę jednak, że zdołamy
+wykazać związek pomiędzy jednym faktem a drugim. Chcę być z panią
+zupełnie szczerym. Poczytujemy ten „wypadek” za morderstwo;
+podejrzanym jest nietylko przyjaciel pani, mr. Stapleton, lecz i jego
+żona...
+
+Mrs. Lyons zerwała się na równe nogi.
+
+-- Jego żona?... -- krzyknęła.
+
+-- Tak. Rzecz wyszła na jaw. Osoba, która dotychczas uchodziła za jego
+siostrę, jest właściwie jego żoną...
+
+Pani Lyons usiadła znowu, jej palce ściskały poręcz fotela z taką
+siłą, że aż paznogcie zbielały.
+
+-- Jego żona! -- szeptała. -- Jego żona! Więc on jest żonaty!...
+
+Sherlock Holmes rozłożył ręce, jak gdyby chciał powiedzieć, że niema
+na to rady.
+
+-- Chcę mieć dowód. Jeśli pan potrafisz stwierdzić te słowa
+faktami... -- Nie dokończyła, głos zamarł w jej piersi.
+
+-- Przybyłem, uzbrojony w dowody, wiedząc, że ich pani zażąda --
+oświadczył Holmes, wyjmując paczkę papierów z kieszeni. -- Oto
+fotografia małżonków, zdjęta przed kilku laty w York. Zapisani są
+w księgach zakładu fotograficznego jako „państwo Vandelour”, ale
+łatwo poznać i ją, i jego. Dalej -- trzy rysopisy małżonków
+Vandeleur; mąż w owym czasie był kierownikiem szkoły prywatnej
+w St-Oliver. Rysopisy zostały nadesłane przez osoby wiarogodne.
+Odczytaj je pani, a przekonasz się, czy odpowiadają wyglądowi
+pana Stapleton i jego domniemanej siostry.
+
+Przebiegła okiem listy i pogrążyła się w milczeniu. Skostniała jakby
+z bólu.
+
+-- Panie Holmes -- rzekła wreszcie -- ten człowiek obiecywał, że mnie
+poślubi, jeśli uzyskam rozwód. Okłamał mnie, zdradził. Wyobrażałam
+sobie, że on działa dla mnie -- teraz widzę, że byłam tylko
+narzędziem w jego ręku. Nie potrzebuję dochowywać mu tajemnicy,
+skoro on nie dochował mi wiary!... Nie myślę go osłaniać przed
+skutkami jego niecnych czynów. Pytaj mnie pan, o co tylko chcesz --
+nic nie zataję. Przysięgam panu, iż pisząc ten list, nie
+wiedziałam, że narażam na niebezpieczeństwo sir Karola, który
+był dla mnie lepszym od rodzonego ojca.
+
+-- Wierzę pani święcie -- odparł Sherlock Holmes. -- Opowiadanie
+byłoby dla pani bardzo przykrem, więc może lepiej ja powiem, jak
+się rzeczy miały, a pani będzie prostowała niedokładności lub
+omyłki. Wszak Stapleton radził pani napisać ten list?
+
+-- Podyktował mi go.
+
+-- Przypuszczam, że skłonił panią, dowodząc, że sir Karol chętnie
+poniesie wydatki na rozwód.
+
+-- Nieinaczej.
+
+-- A gdy pani list posłałaś, odradził jej przybyć na miejsce
+umówione.
+
+-- Mówił, że mu ambicya nie pozwala, aby człowiek obcy łożył na taki
+cel, i że choć sam jest niezamożny, poświęci ostatni grosz na
+usunięcie przeszkód, zagradzających nam drogę do szczęścia.
+
+-- A potem wyczytałaś pani wiadomość o śmierci w gazecie miejscowej?
+
+-- Tak.
+
+-- Następnie kazał pani przysiądz, że nie wspomnisz nikomu o swym
+liście do sir Karola?
+
+-- Mówił, że śmierć jest tajemniczą i że mogliby mnie podejrzewać
+o zabójstwo. Wystraszył mnie takim argumentem i zmusił do milczenia.
+
+-- A czy pani miałaś jakie wątpliwości?
+
+Milczała długo, wreszcie rzekła:
+
+-- Być może, bo go znam. Ale gdyby dochował mi wiary, nie zdradziłabym
+go nigdy.
+
+-- Bądź co bądź, wyszłaś pani z tej sprawy obronną ręką --
+przekładał jej Holmes. -- Miałaś go pani w swej mocy, a jednak
+żyjesz. A teraz pożegnamy panią. Dowidzenia niebawem!
+
+ * * * * *
+
+-- Nasza sprawa zaczyna się zaokrąglać -- mówił Holmes, gdy w parę
+minut potem staliśmy na dworcu, oczekując londyńskiego pociągu. --
+Jest to najdziwniejsza zbrodnia, jaka się zdarzyła w naszem stuleciu.
+Badacze kryminologii pamiętają podobny wypadek w roku 1866 w Grodnie,
+a drugi w północnej Karolinie w roku 1878, ale obecny fakt ma swoje
+odrębności. I teraz nawet, po wykryciu szczegółów, nie wiem jeszcze,
+w jaki sposób Stapleton przyczynił się do śmierci sir Karola. Mam
+jednak nadzieję, że to się wyświetli przed północą.
+
+Kuryer londyński wbiegł na peron z sykiem i gwizdem. Z wagonu
+pierwszej klasy wyskoczył mężczyzna krępy, o twarzy wesołej. Powitał
+Holmesa z takiem uszanowaniem, jak oficer głównodowodzącego armią.
+
+-- Czy jest co nowego? -- spytał.
+
+-- Zdaje się, że obecna sprawa narobi hałasu -- odparł mój przyjaciel,
+zacierając ręce. -- Mamy dwie godziny wolne. Trzeba zjeść obiad
+i nabrać sił do działania. Po obiedzie przejdziemy się po łące;
+świeże powietrze wyruguje z twoich płuc nagromadzoną w nich mgłę
+londyńską. Wszak jesteś tu po raz pierwszy? Mam nadzieję, że nie
+zapomnisz tych odwiedzin...
+
+
+
+
+XIV.
+
+Pies Baskervillów.
+
+
+Jedną z wad Sherlocka Holmes -- jeśli można to nazwać wadą -- jest
+skrytość. Nie zwykł wyjawiać swoich planów nikomu, aż do ostatniej
+chwili. Jest to wynikiem jego natury despotycznej i samodzielnej,
+ale i próżności potrosze. Lubi wprowadzać w zdumienie i zachwyt
+nad swym geniuszem wywiadowczym. Zresztą ta skrytość płynie może
+i z ostrożności, która nie pozwala mu wypowiadać się przed nikim.
+Bądź co bądź, jest to przykrem dla otoczenia.
+
+Niecierpliwiło mnie to często, ale nigdy do tego stopnia, jak owego
+wieczora. Czekało nas zadanie trudne i niebezpieczne, mieliśmy działać
+wspólnie, a jednak Holmes nie wyznaczał nam roli. Mówiliśmy
+o przedmiotach pobocznych, nie mających nic wspólnego ze sprawą.
+
+Mój przyjaciel wynajął na dworcu dorożkę i kazał się wieźć do
+Baskerville-Hall. Wysiedliśmy przy bramie. Zapłacił dorożkarza
+i odprawił go do Coombe-Tracey, poczem kazał nam iść ze sobą
+w stronę Merripit-House.
+
+-- Czy masz broń? -- zapytał Lestrada.
+
+-- Nie rozstaję się z rewolwerem -- odparł detektyw. -- We dnie jest
+jak przylepiony do kieszeni moich spodni, a w nocy -- do mojej
+poduszki.
+
+-- To dobrze. Mój przyjaciel i ja jesteśmy w zbrojnem pogotowiu.
+
+-- Cóż pan rozkażesz?
+
+-- Czekać.
+
+-- Ha! nie jest to miła robota, zwłaszcza wśród takiego otoczenia.
+Cóż za pustkowie!... -- mówił Lestrade, oglądając się dokoła.
+
+-- Widzisz te światełka w oddali? To Merripit-House, cel naszej
+wycieczki. Teraz musimy iść na palcach i mówić szeptem.
+
+O dwieście yardów przed domem, Sherlock kazał nam stanąć.
+
+-- Poczekamy tutaj -- szepnął. -- Te kamienie na prawo stanowią
+wyborną osłonę. Zaczaisz się za nimi, Lestrade. Wszak byłeś w tym
+domu, Watson? Rozkład mieszkania jest ci znany. Widzisz okno
+oświetlone?
+
+-- To od kuchni.
+
+-- A tamto, po drugiej stronie?
+
+-- To od jadalnego pokoju.
+
+-- Proszę cię, zakradnij się pod te okna i zobacz, co oni tam robią,
+ale na miłość Boską, ostrożnie, żeby nie zmiarkowali, że są
+śledzeni.
+
+Stąpałem powoli, im palcach; zgięty wpół, doszedłem do miejsca, skąd
+było widać okno jadalni.
+
+Przy okrągłym stole siedziało dwóch mężczyzn: sir Henryk i Stapleton.
+
+Byli zwróceni do mnie profilem. Obaj palili cygara i popijali kawę.
+Przed nimi stała butelka z winem. Stapleton rozprawiał żywo, baronet
+był blady i roztargniony. Może trapiła go myśl o samotnym powrocie
+przez to fatalne trzęsawisko.
+
+Po chwili Stapleton wstał i wyszedł z pokoju. Sir Henryk wypił haust
+kawy i zaciągnął się dymem cygara. Usłyszałem skrzypniecie drzwi
+i chrzęst żwiru: ktoś szedł po drugiej stronie muru. Wyjrzałem
+ostrożnie i zobaczyłem naturalistę. Stąpał powoli, zakradał się
+jakby, wreszcie stanął u drzwi bocznej oficyny. Klucz zazgrzytał
+w zamku, po chwili doszedł mnie dziwny odgłos, jakby warczenia.
+Stapleton zabawił parę minut i wrócił do domu. Widziałem, jak
+wszedł do pokoju, w którym pozostawił był sir Henryka.
+
+Wróciłem do moich towarzyszów, aby zdać raport Holmesowi.
+
+-- A więc powiadasz, że dama jest nieobecna? -- pytał, wysłuchawszy
+mnie do końca.
+
+-- Niema jej w jadalnym pokoju.
+
+-- We wszystkich innych pokojach ciemno? Gdzie też się ukrywa?...
+
+Nad trzęsawiskiem unosiły się białe opary; księżyc, świecący jasno
+na niebie, nie zdołał ich rozproszyć. Cała okolica wydawała się
+posypana śniegiem.
+
+-- Przeklęta mgła! -- mruczał Holmes. -- Ogarnie nas niebawem, a wtedy
+wszystko stracone. To jedno może mi szyki pomieszać. Ale mam nadzieję,
+że nie będziemy już długo czekali. Dziesiąta. Sir Henryk wyjdzie lada
+chwila. Ta mgła stanowi o jego życiu...
+
+Noc była jasna; po za obrębem oparów widać było Merripit-House. Tylko
+dwa okna były oświecone. Wtem światło zgasło w kuchni; pozostało
+tylko w pokoju jadalnym, w którym morderca i jego ofiara siedzieli
+przy kieliszkach i cygarach. A tymczasem mgła spowijała coraz szerszą
+przestrzeń, muskała już dom Stapletona. Zniknął w niej mur na drugim
+końcu ogrodu, czubki drzew wynurzały się jeszcze z po za oparów.
+Holmes przestępował z nogi na nogę. Był zaniepokojony.
+
+-- Jeżeli nie wyjdzie za kwadrans, cała robota na nic. Za pół godziny
+nie będziemy mogli dojrzeć rąk własnych...
+
+Uklęknął i przyłożył ucho do ziemi.
+
+-- Dzięki Bogu! słyszę jego kroki... -- szepnął.
+
+Rozległo się miarowe stąpanie. Kroki stawały się coraz głośniejsze
+i wyraźniejsze, dochodziły do nas przez mgłę, jak przez zasłonę,
+i oto nagle pojawił się ten, na którego czekaliśmy.
+
+Przeszedł ścieżką obok nas i podążył dalej, a idąc, oglądał się
+na prawo i lewo, z widocznym niepokojem.
+
+-- Pst! -- szepnął Holmes. -- Baczność!
+
+Mgła była już o pięćdziesiąt yardów przed nami. Wytężaliśmy
+wzrok, czując, że wyłoni się z niej coś strasznego. Spojrzałem
+na Holmesa. Był blady, wpatrywał się w jeden punkt, usta mu
+drgały. W chwili tej Lestrade krzyknął i padł twarzą do ziemi.
+Zerwałem się, nie wypuszczając pistoletu z garści, choć krew
+zamarła mi w żyłach na widok strasznego zjawiska, które
+wyskoczyło z za mgły...
+
+Był to pies olbrzymi, czarny, jak węgiel, ale nie pies zwyczajny.
+Jego rozwarta paszcza ziała ogniem, z oczu sypały się iskry, cały pysk
+był jakby w płomieniach. Najstraszniejsza zmora nie mogła być
+straszniejszą od tego piekielnego zwierza, wyłaniającego się ku nam
+z ciemności.
+
+Dziki zwierz biegł śladami naszego przyjaciela w podskokach...
+
+Byliśmy tak przerażeni tem zjawiskiem, że nie wystrzeliliśmy w porę.
+Pies przebiegł mimo nas. Holmes i ja daliśmy ognia równocześnie;
+zwierzę, ugodzone widocznie, jęknęło przeraźliwie, lecz nie
+zatrzymało się w swym szalonym pościgu.
+
+Sir Henryk, który już był daleko, obejrzał się; widziałem w blasku
+księżycu, że stanął przerażony i podniósł ręce do góry.
+
+Jęk psa rozproszył nasze przesądne obawy. Jeśli kula raniła zwierzę,
+a więc było nie widmem, lecz rzeczywistością, -- mogliśmy je zabić.
+
+W życiu mojem nie widziałem nikogo, pędzącego tak szybko, jak Holmes
+owej nocy. Biegłem za nim, ale mnie wyprzedził. Słyszeliśmy przed sobą
+warczenie psa i wołanie o pomoc sir Henryka. Nadbiegłem w chwili, gdy
+rozjuszone zwierzę rzuciło się na swą ofiarę, powaliło ją na ziemię
+i wyszczerzało zęby. Z dzikiem wyciem i jękiem bólu dogorywający pies
+zwalił się na baroneta.
+
+Skoczyłem naprzód i przyłożyłem psu pistolet do łba, ale wystrzał
+był zbyteczny. Czworonożny prześladowca rodu Baskervillów już nie
+żył...
+
+Nachyliliśmy się nad sir Henrykiem. Mój przyjaciel odetchnął
+swobodniej, widząc, że nasza pomoc przyszła w porę. Lestrade wlał
+baronetowi do ust parę kropel wódki. Sir Henryk spojrzał na nas
+przerażonemi oczyma.
+
+-- Co to? -- szepnął. -- Co to takiego?...
+
+-- Zabiliśmy złego ducha rodu Baskervillów. Już nie ożyje!... --
+zawołał Holmes.
+
+U stóp naszych leżało olbrzymia psisko, wielkości młodej lwicy; był
+to mieszaniec wyżła i brytana. Zagasłe oczy świeciły jeszcze,
+zakrwawiony pysk ział ogniem.
+
+Powiodłem ręką po łbie kudłatym -- moje palce zabłysły
+w ciemności...
+
+-- Fosfor! -- rzekłem.
+
+-- Szatański pomysł! -- mówił Holmes, nachylając się nad martwem
+zwierzem. -- Przepraszam cię najmocniej, sir Henryku, że musiałem cię
+narazić na taki przestrach. Domyślałem się, że wypuszczą psa, ale nie
+sądziłem, że go wpierw posmarują siarką, aby wydawał się piekielnym
+potworem...
+
+-- Ocaliłeś mi pan życie!
+
+-- Wystawiając je na niebezpieczeństwo. Czy możesz pan wstać o własnej
+sile?
+
+-- Dajcie mi jeszcze wódki. Tak! A teraz podtrzymajcie mnie chwilkę,
+bo jeszcze drżą mi nogi. Co pan teraz rozkaże?
+
+-- Przedewszystkiem musisz pan odpocząć. Jeżeli poczekasz tu na nas,
+odprowadzimy pana do domu.
+
+Sir Henryk był jeszcze blady i nie mógł utrzymać się na nogach.
+Posadziliśmy go na kamieniu.
+
+-- A teraz do dzieła -- mówił Holmes. -- Każda chwila jest droga. Mamy
+już dowód zbrodni, chodzi jeszcze o schwytanie zbrodniarza.
+
+Zostawiliśmy sir Henryka i podążyliśmy ku domowi Stapletona.
+
+-- Słyszał wystrzały i domyślił się, że jego „sztuka” wyszła na
+jaw. Nie zastaniemy go już -- mówił Holmes.
+
+-- Kto wie: gęsta mgła stłumiła zapewne huk rewolweru, a zresztą
+przestrzeń dość znaczna; mógł nie słyszeć.
+
+-- Sądzisz, że czekał na rezultat w domu? To go me znasz. Ręczę,
+że wyszedł za psem, aby go przywołać po skończonej „robocie”.
+Gotówbym się założyć, że go niema w Merripit-House. Swoją drogą,
+przetrząśniemy dom od strychu do piwnic.
+
+Frontowe drzwi były otwarte; weszliśmy, ku zdziwieniu starego sługi,
+który stał w sieni. Z wyjątkiem jadalni, wszędzie panowały ciemności,
+ale Holmes wziął ze stołu lampę i chodził z nią od pokoju do pokoju.
+Nie było nigdzie Stapletona.
+
+Jeden z pokojów na górze był zamknięty na klucz.
+
+-- Ktoś tam jest! -- zawołał Lestrade. -- Słychać oddech. Proszę
+drzwi otworzyć!
+
+Odpowiedział nam jęk. Holmes uderzył pięścią w klamkę; wyskoczyła,
+drzwi stanęły otworem. Wbiegliśmy do pokoju z pistoletami w garści.
+
+Nie było w nim Stapletona. Oczom naszym przedstawił się dziwny
+i niespodziany widok.
+
+Pokój był rodzajem muzeum; w gablotach i na ścianach były rozpięte
+rzadkie okazy motylów. Pośrodku pokoju był słup, postawiony tu zapewne
+dla podtrzymania starej belki, grożącej zawaleniem. Do tego słupa
+uwiązana była postać ludzka; w pierwszej chwili nie mogliśmy poznać:
+czy to mężczyzna, czy kobieta. Jeden ręcznik ściskał jej gardło
+i okręcony był naokoło słupa, drugi zakrywał dolną część twarzy.
+Cała postać była spowita w prześcieradło.
+
+W mgnieniu oka rozerwaliśmy pęta; na ziemi u stóp naszych leżała pani
+Stapleton. Gardło miała sine i ślady paznogci na twarzy i ciele.
+
+-- Nędznik!... -- zawołał Holmes z oburzeniem. -- Dawaj no tu flaszkę
+z wódką -- rzekł do Lestrada. -- Trzeba ją posadzić na krześle
+i rozcierać.
+
+Otworzyła oczy.
+
+-- Co się z nim stało? -- szepnęła. -- Czy uciekł?
+
+-- Nie umknie tak łatwo.
+
+-- Ja mówię nie o _nim_, ale o sir Henryku. Czy ocalony?
+
+-- Tak.
+
+-- A pies?
+
+-- Nie żyje.
+
+Odetchnęła swobodniej.
+
+-- Dzięki Bogu! Widzicie, panowie, jak ten łotr obszedł się ze mną!...
+
+Wysunęła ręce z rękawów -- były okryte sińcami.
+
+-- Ale to najmniejsza -- ciągnęła dalej. -- On zdeptał moją duszę,
+poniżył ją... Wszystko znosiłam: osamotnienie, poniewierkę, dopóki
+mogłam wierzyć w jego miłość; ale i tu spotkał mnie zawód...
+
+Wybuchła płaczem.
+
+-- Nie masz pani powodu go oszczędzać -- rzekł Holmes. -- Powiedz nam,
+gdzie się ukrywa? Jeśli mu pomagałaś w złem, dopomóż nam złe
+powetować.
+
+-- Jedno jest tylko miejsce, w którem mógł się schronić: dawna
+kopalnia ołowiu, w samym środku moczarów. Tam trzymał psa na uwięzi;
+wiem, że robił przygotowania, aby tam się ukryć.
+
+Holmes przysunął lampę do okna.
+
+-- Patrzcie -- mówił -- co za mgła! Nikt dzisiaj nie zdoła dotrzeć do
+Grimpen-Mire.
+
+Klasnęła w ręce. Oczy jej zabłysły.
+
+-- On dojdzie, ale wyjść nie zdoła, bo wśród mgły nie zobaczy
+gałęzi, któreśmy powtykali razem, aby mu wskazywały drogę do
+Grimpen-Mire. Szkoda, że nie mogłam ich dzisiaj wyrwać, bo
+byłby na waszej łasce...
+
+Pogoń stawała się niemożliwą, dopóki mgła nie opadnie. Tymczasem
+pozostawiliśmy Lestrada na stanowisku w Merripit-House, a sami wraz
+z sir Henrykiem wróciliśmy do Baskerville-Hall.
+
+Niepodobna już było ukrywać przed nim historyi Stapletonów. Ze
+spokojem przyjął wiadomość, że ta, którą pokochał, była żoną,
+nie siostrą owego łotra. Lecz wzruszenie tej nocy wstrząsnęły mu
+nerwy. Dostał gorączki. Posłaliśmy po doktora Mortimer.
+
+Gdy baronet podźwignął się z łóżka, dla odzyskania równowagi
+duchowej, pod opieką tego zacnego lekarza wyruszył w podróż
+naokoło świata. Wrócił zdrów moralnie i fizycznie.
+
+ * * * * *
+
+Zbliżam się do końca tej dziwnej opowieści; starałem się przelać
+w czytelników obawy, które trapiły nas tak długo i skończyły się tak
+tragicznie.
+
+Nazajutrz po opisanych wypadkach, mgła ustąpiła i pod przewodnictwem
+pani Stapleton zdołaliśmy dotrzeć do punktu, skąd ścieżka prowadziła
+na moczary.
+
+Nieszczęśliwa kobieta ze skwapliwością, świadczącą o głębokiej
+urazie do tego człowieka, który jej życie zmarnował i podeptał
+jej godność niewieścią, starała się nas wprowadzić na trop jego.
+
+Od owego punktu, rząd wetkniętych w błoto gałęzi wskazywał kępki
+ziemi, po których można było przejść suchą nogą. Jeden krok
+fałszywy mógł nas o śmierć przyprawić. Raz tylko jeden ujrzeliśmy
+ślad, że ktoś przechodził tą niebezpieczną drogą. Wśród zielska
+i trawy wyzierał jakiś czarny przedmiot.
+
+Holmes schylił się, aby go podnieść, przyczem pośliznęła mu się
+noga; gdybyśmy go nie podtrzymali, byłby wpadł w to błoto bezdenne.
+Podniósł się trzymając w ręku stary but. Wewnątrz, na podeszwie,
+była wypisana firma: „_Meyers, Toronto_”.
+
+-- Warto było wziąć błotną kąpiel! -- wołał. -- Jest to zaginiony
+but sir Henryka.
+
+-- Stapleton rzucił go tu zapewne wśród ucieczki.
+
+-- Niewątpliwie. Trzymając ten but, wprowadzał psa na trop sir
+Henryka... Odgłos wystrzału zwiastował Stapletonowi, że zasadzka
+chybiona. Łotr uciekał z tym butem w ręku. Tu właśnie go rzucił.
+A zatem do tego miejsca doszedł bezpiecznie.
+
+Mieliśmy się dowiedzieć jeszcze innych szczegółów, choć wiele rzeczy
+pozostało niewyjaśnionych. Niepodobna było znaleźć śladów na bagnie,
+albowiem błoto zalewało je odrazu. Minąwszy najgłębsze moczary,
+szukaliśmy odbicia stóp na twardym już gruncie. Nadaremnie. Jeśli
+świadectwo ziemi było wiarogodne, Stapleton nie doszedł do wyspy, ku
+której dążył wśród mgły.
+
+Grimpen-Mire pochłonęło nędznika. Jego kości spoczywają zapewne
+wśród nieprzebytych trzęsawisk...
+
+Natomiast znaleźliśmy dużo śladów po nim na wyspie, gdzie psa
+ukrywał. W jednym z opuszczonych domków był przykuty do ściany
+łańcuch; pogryzione kości świadczyły, że pies był tutaj więziony.
+Opodal leżał szkielet małego pinczerka.
+
+-- Patrzcie! toż to faworyt Mortimera! -- zawołał Holmes. --
+Stapleton potrafił ukryć psa, ale nie zdołał stłumić jego wycia.
+Mógł był wprawdzie trzymać go w oficynie Merripit-House, ale byłoby
+to ryzykownem. Zdecydował się na taki krok ostatniego dnia, gdy
+wszystko postawił na jedną kartę. Maść w tej oto blaszance jest
+zapewne mieszaninę siarki i fosforu, którą pies był wysmarowany.
+Tym sposobem, korzystając z legendy, ów łotr wystraszył na śmierć
+sir Karola. Nic dziwnego, że Seldon uciekał z wrzaskiem. Wszak
+nasz przyjaciel, sir Henryk, a i my także, nie mogliśmy się
+wstrzymać od okrzyku wobec takiego zjawiska. Był to pomysł
+piekielny! -- chodziło nietylko o wystraszenie ofiary, lecz
+i o utrudnienie śledztwa, albowiem pies, ziejący ogniem,
+przejmował włościan okolicznych strachem przesądnym i odejmował
+im ochotę ścigania tego potwora. Mówiłem ci to już raz
+w Londynie, Watson, a teraz powtarzam, że Stapleton był
+najniebezpieczniejszym łotrem, z jakim zdarzyło mi się spotkać
+w życiu.
+
+
+
+
+XV.
+
+Rzut oka wstecz.
+
+
+W końcu listopada Holmes i ja w wieczór ciemny i dżdżysty siedzieliśmy
+przy kominku w naszej bawialni na Baker-Street. Mój przyjaciel był
+w wybornym humorze i skorzystałem z tego, aby go wybadać o nieznane
+mi dotychczas szczegóły sprawy Baskerville.
+
+Sir Henryk i doktor Mortimer bawili w Londynie, gotując się do
+dalekiej podróży, która miała wzmocnić nerwy baroneta.
+
+-- Cała ta sprawa była jasną i prostą z punktu widzenia rzekomego
+Stapletona -- mówił Holmes, w odpowiedzi na moje pytanie. -- Dla nas
+zaś, którzyśmy nie znali jego pobudek i celów, wydawała się
+tajemniczą i zawiłą. Znajdziesz moje poglądy pod literą _B_
+w moich aktach kryminalnych.
+
+-- Wolałbym, żebyś mi to opowiedział żywem słowem.
+
+-- Dobrze, ale nie ręczę za dokładność. Pamięć może mnie mylić.
+Otóż moje badania wykryły, że portret rodzinny nas nie zawiódł.
+Ten łotr był synem Rogera Baskerville, młodszego brata sir
+Karola; wywędrował do Ameryki z bardzo złą reputacyą. Ożenił
+się tam z Beryl Garcia, najpiękniejszą kobietą w Costa-Rica,
+a sprzeniewierzywszy znaczną sumę z publicznych funduszów,
+zmienił nazwisko na Vandeleur, uciekł do Anglii i założył
+szkołę dla chłopców w Yorkshire. Do obrania tego zawodu skłoniła
+go znajomość, zawarta w drodze powrotnej z nauczycielem
+suchotnikiem, niejakim Fraser. Weszli w spółkę. Dopóki
+Fraser żył, szkoła szła dobrze i prowadzona była z poczuciem
+obywatelskich obowiązków, ale po jego śmierci zyskała jaknajgorszą
+opinię, as wreszcie okryła się hańbą. Vandeleur uznał za stosowne
+zmienić nazwisko. Jako Stapleton, z resztkami ukradzionych pieniędzy,
+z pięknymi zbiorami entomologicznymi przesiedlił się do Anglii
+południowej.
+
+Muzeum Brytańskie objaśniło mnie, że był powagą na polu
+owadoznawstwa; odkrył dużo gatunków, które noszą nazwisko Vandeleur.
+
+Ten nikczemnik zbadał zapewne swoje stosunki rodzinne i dowiedział
+się, że jedno tylko życie ludzkie stoi pomiędzy nim a olbrzymią
+fortuną. Przypuszczam, że w chwili osiedlania się w Devonshire nie
+miał jeszcze wytkniętego jasno planu; lecz że od początku żywił złe
+zamiary, świadczy o tem fakt, iż żonę swą podawał jako siostrę.
+Widocznie miał już wtedy projekt użycia jej za narzędzie, choć nie
+wiedział jeszcze, jakiemi drogami dojdzie do celu.
+
+Przedewszystkiem postarał się osiąść jaknajbliżej siedziby swych
+przodków, powtóre -- nawiązać przyjazny stosunek z sir Karolem
+Baskerville, oraz z jego sąsiadami.
+
+Baronet opowiedział mu sam o psie, prześladującym ich ród, i zgotował
+tem sobie śmierć okropną. Stapleton -- gdyż tak go będę nazywał
+w dalszym ciągu -- wiedział, że sir Karol ma wadę serca i że
+gwałtowne wstrząśnienie może go zabić; wiedział też, że jest
+przesądnym i że wierzy w tę legendę.
+
+Nikczemnik poznał odrazu, jaką może stąd korzyść osiągnąć;
+obmyślił dla baroneta śmierć niezawodną, za którą nikt nie
+mógł być pociągnięty do odpowiedzialności.
+
+Przeprowadził swój plan bardzo zręcznie. Zwyczajny łotr byłby użył
+psa rozjuszonego -- on nadał mu jeszcze pozory piekielnej bestyi.
+Kupił najdziksze i największe psisko, jakie mógł dostać u handlarzy
+Ross and Mangles w Londynie. Przywiódł go do stacyi North Devon,
+odległej od Baskerville-Hall i nadłożył ogromny kawał drogi, idąc
+łąką i moczarami, aby go nikt nie spostrzegł. Wpierw wynalazł dla
+niego schronienie w Grimpen-Mire i tam go odrazu wprowadził.
+Trzymał go na łańcuchu i czekał sposobności. Ale niełatwo było
+ją znaleźć.
+
+Stary baronet nie wychodził nigdy za obręb pałacu po zachodzie słońca.
+Kilkakrotnie Stapleton czyhał na niego z psem, lecz bezskutecznie.
+Wtedy-to okoliczni włościanie widzieli ogromne psisko, co spowodowało
+wskrzeszenie legendy.
+
+Stapleton miał nadzieję, że jego żona zdoła doprowadzić sir Karola do
+zguby, lecz natrafił na niespodziewany opór. Nie chciała rozkochywać
+starego gentlemana; oni groźby, ani nawet kije nie zdołały ją skłonić
+do tak niecnego wspólnictwa. Stapleton musiał działać sam.
+
+Pomogła mu dobroczynność sir Karola. Zacny starzec, zwiedziony
+pozorami, polubił Stapletona i za jego pośrednictwem świadczył dużo
+dobrego, między innymi pani Laurze Lyons. Stapleton poznał ją
+przypadkowo, zainteresował się niby jej losem i wzbudził dla niej
+współczucie w litościwem sercu baroneta; że zaś potrafił zyskiwać
+względy kobiet i przedstawił się jako kawaler, wkrótce zdobył nietylko
+zaufanie, lecz i serce pięknej Laury; dawał jej też do zrozumienia, że
+się z nią ożeni, jeśli ona rozwiedzie się z mężem.
+
+Usłyszawszy, że sir Karol, z porady doktora Mortimer, zamierza opuścić
+Baskerville-Hall, postanowił działać bezwłocznie, w obawie, aby ofiara
+nie wysunęła się z jego szponów. Skłonił zatem panią Lyons do
+napisania listu, w którym błagała baroneta o przybycie do furtki
+ogrodowej w przeddzień jego wyjazdu do Londynu. Następnie odradził jej
+stawić się na miejscu umówionem.
+
+Wracając wieczorem z Coombe-Tracey, spuścił psa z łańcucha,
+posmarował go fosforem i przyprowadził do furtki, wiedząc, że
+stary gentleman zjawi się przy niej od strony pałacu.
+
+Pies, poszczuły przez swego pana, przeskoczył przez furtkę i ścigał
+biednego baroneta; ten uciekał aleja, widzów, wołając o pomoc. Pies
+biegł trawnikiem, baronet aleją żwirową; dlatego pozostały tylko ślady
+jego kroków.
+
+Widząc, że leży bez ruchu, pies zbliżył się zapewne, obwąchał go,
+a gdy poczuł, że już nie żyje, zawrócił się. Stapleton przywołał
+go, odprowadził do improwizowanej budy w Grimpen-Mire i uwiązał
+znowu na łańcuchu.
+
+Śmierć sir Karola pozostała niewyjaśniona; władze policyjne łamały
+sobie głowę nad jej przyczyną, okolica była w strachu, wreszcie oddano
+sprawę w nasze ręce.
+
+Rozumiesz piekielny podstęp tego łotra; tak się urządził, że nie
+można było znaleźć śladów zbrodni, ani wytoczyć procesu mordercy.
+Jedyny jego wspólnik zdradzić go nic mógł. Obie kobiety, wplątane
+w tę sprawę: pani Stapleton i pani Laura Lyons, miały pewne podejrzenia;
+mrs. Stapleton wiedziała nawet o złych zamiarach męża względem sir
+Karola, a także o istnieniu psa. Mrs. Lyons nie miała wprawdzie
+pojęcia ani o jednem, ani o drugiem, lecz zastanowiło ją, że śmierć
+starego gentlemana wynikła o godzinie, wyznaczonej na spotkanie z nią.
+Obie kobiety znajdowały się jednak pod wpływem tego łotra -- nie miał
+powodu obawiać się zdrady z ich strony.
+
+Pierwsza część szatańskiego zadania była spełniona, pozostawała
+druga, trudniejsza.
+
+Stapleton mógł na razie nie wiedzieć o istnieniu spadkobiercy
+w Kanadzie. Bądź co bądź, dowiedział się o tem wkrótce po śmierci
+sir Karola od swego przyjaciela, doktora Mortimer, który go też
+uwiadomił o przybyciu sir Henryka.
+
+Pierwszą myślą Stapletona było zapewne zgładzić go ze świata
+w Londynie. Stracił zaufanie do żony od chwili, gdy nie chciała mu
+pomagać w nastawianiu sideł na sir Karola. Bał się jednak zostawić ją
+samą na dłuższy czas, dlatego wziął ją ze sobą do Londynu.
+
+Doszedłem, że zamieszkali w hotelu Mexborough, przy Craven Street.
+Stapleton zamykał żonę na klucz a sam, przyprawiwszy brodę, dla
+niepoznaki, śledził każdy krok doktora Mortimer, jeździł za nim na
+Baker-Street, a następnie na dworzec i do hotelu Northumberland.
+
+Żona domyślała się jego planów, lecz obawiała się ostrzedz
+upatrzoną ofiarę. Gdyby list wpadł w ręce Stapletona, jej własne
+życie byłoby w niebezpieczeństwie.
+
+Jak wiemy, wpadła na myśl wycięcia z gazety słów, któremi ostrzegała
+baroneta. List doszedł rąk baroneta i był pierwsza zapowiedzią
+niebezpieczeństwa.
+
+Stapleton postarał się o but sir Henryka, aby w razie danym wyzyskać
+węch psa i wprowadzić go na trop ofiary.
+
+Posługacz hotelowy dostarczył mu obuwia, za hojną pewnie opłatą; lecz
+pierwszy but wykradziony, był nowy; Stapleton kazał go podrzucić
+i dostał drugi, noszony. Ten drobny fakt wprowadził mnie odrazu na
+domysł, że prześladowca sir Henryka chce użyć psa do swych celów.
+
+Nazajutrz baronet przybył tutaj; Stapleton śledził go w dorożce.
+Sądząc z tego, że mnie znał i wiedział, gdzie mieszkam, gotów jestem
+przypuścić, że już poprzednio miał powody obawiać się mojej
+działalności wywiadowczej i ze nie był nowicyuszem na polu zbrodni.
+
+W ciągu trzech lat ostatnich okradziono w Devonshire cztery dwory.
+W żadnym wypadku złoczyńcy nie zostali ujęci. Wreszcie w maju roku
+bieżącego zrabowano Folkstone-Court, przyczem został zabity służący,
+który pierwszy dostrzegł zamaskowanego złodzieja.
+
+Mógłbym ręczyć, że był nim Stapleton, który w ten sposób zasilał
+swe fundusze. Mieliśmy dowód jego bezczelności w tem, że podał moje
+nazwisko dorożkarzowi. Zrozumiał wtedy, iż go śledzę i że nie będzie
+mógł spełnić swych zamiarów w Londynie. Powrócił do Devonshire
+i oczekiwał tam przybycia baroneta.
+
+-- Przepraszam cię -- rzekłem. -- Czy mógłbyś mi wyjaśnić, kto
+żywił psa podczas pobytu Stapletona w Londynie?
+
+-- Ważna to kwestya -- odparł. -- Zastanawiałem się nad nią
+i doszedłem do przekonania, że Stapleton miał wspólnika.
+W Merripit-House był stary lokaj, Antoni. Wiem, że pozostawał
+u niego w służbie conajmniej lat kilka, bo widziano go za czasów,
+gdy Stapleton był kierownikiem szkoły w Yorkshire. Ten człowiek
+musiał wiedzieć, że Beryl jest żoną, nie siostrą jego pana. Po
+zamachu na sir Henryka, Antoni zniknął bez śladu.
+
+Otóż to imię, rzadkie w Anglii, jest bardzo pospolite w Hiszpanii
+i w Ameryce hiszpańskiej. Ów służący, również jak i pani Stapleton,
+mówił po angielsku płynnie, lecz z akcentem miękkim, południowym.
+Widziałem sam Antoniego, idącego do Grimpen-Mire ścieżką, wytkniętą
+przez Stapletona. Zapewne ten, podczas jego nieobecności, żywił psa,
+choć zapewne nie wiedział, do jakiego celu jest przeznaczony.
+
+Teraz słówko o mojej działalności w czasie, gdyś przebywał z sir
+Henrykiem w Baskerville-Hall. Pamiętasz może, jak oglądając papier, na
+którym były przyklejone słowa, wycięte z _Timesa_, badałem znak wodny;
+trzymałem wtedy papier przy oczach. Otóż zaleciała mnie subtelna woń
+białego jaśminu.
+
+Jest siedemdziesiąt pięć gatunków perfum, które każdy detektyw
+powinien rozróżniać; wiele wypadków zależy od szybkiego poznawania
+perfum. Jaśmin naprowadził mnie na domysł, że list został przesłany
+przez kobietę. Już wtedy moje podejrzenia zwróciły się ku
+Stapletonom.
+
+Wiedziałem więc o istnieniu psa i o miejscu zamieszkania mordercy,
+zanim wyruszyliście do Devonshire.
+
+Postanowiłem śledzić Stapletona. Oczywiście nie mógłbym tego
+dokonać, przebywając z wami, albowiem łotr miałby się na baczności.
+Zwiodłem wszystkich, nie wyłączając ciebie, i zjawiłem się
+potajemnie, wówczas, gdy sądziliście wszyscy, że bawię w Londynie.
+
+Ukrywałem się przeważnie w Coombe-Tracey, chroniąc się w jaskini na
+moczarach tylko wtedy, gdy moja obecność na polu działania była
+niezbędną. Cartwright w przebraniu chłopca wiejskiego, oddawał mi
+znaczne usługi. Dostarczał mi pożywienia i czystej bielizny. Podczas
+gdym ja śledził Stapletona, on śledził ciebie, tak, że wiedziałem
+o każdym twoim kroku.
+
+Mówiłem ci już, że twoje raporty dochodziły mnie szybko, odsyłano mi
+je natychmiast z Baker-Street do Coombe-Tracey. Przydały mi się
+bardzo, zwłaszcza biografia Stapletona. Pomogła mi ona wykryć jego
+tożsamość i stosunek do pięknej towarzyszki.
+
+Sprawa powikłała się przez ucieczkę więźnia Seldona i jego
+porozumienie się z Barrymorami. I tę zawiłość rozplątałeś, choć
+i ja doszedłem do tego samego wyniku, na mocy własnych spostrzeżeń.
+
+W chwili, gdyś mnie odnalazł na moczarach, miałem już w ręku wszystkie
+nici spisku, lecz nie posiadałem materyału dowodowego, z którym
+mógłbym stanąć przed sądem.
+
+Nawet zamach na sir Henryka, który skończył się śmiercią Seldona,
+nieszczęsnego więźnia, nie mógł nam pomódz do wykazania
+zbrodniczości Stapletona.
+
+Nie było innej rady, jak go schwytać na gorącym uczynku, a w tym celu
+musiałem użyć sir Henryka, z narażeniem jego nerwów. Przyznaję, że
+moja w tem wina: trzeba było poprowadzić sprawę inaczej i oszczędzić
+naszemu klientowi tej przykrości, ale nie mogłem przewidzieć, że ten
+łotr posmaruje psa siarką i że owej nocy będzie mgła, dzięki czemu
+sir Henryk nie mógł widzieć z oddali czworonożnego sprzymierzeńca
+Stapletona, który wyskoczył znienacka i przestraszył tego odważnego
+człowieka. Zresztą doktor Mortimer i wezwani specyaliści upewniają, że
+nasz przyjaciel powróci niebawem do równowagi i że odzyska spokój
+ducha, zachwiany nietylko tym wypadkiem, lecz i sercowym zawodem.
+
+Pozostaje mi już tylko zaznaczyć rolę pani Stapleton. Mąż wywierał na
+nią wpływ demoniczny; niewiadomo, czy go bardziej kochała, czy też się
+bała. Bądź co bądź, słuchała go niewolniczo, stawiając mu opór
+wtedy tylko, gdy chciał ją zmusić do wspólnictwa w zbrodni. Pragnęła
+ostrzedz sir Henryka, bez narażenia męża; próbowała kilkakrotnie, lecz
+bezskutecznie.
+
+Stapleton był zdolny do zazdrości: widząc, że baronet zaleca się do
+jego żony, choć to leżało w jego zamiarach, nie mógł jednak
+powstrzymać się od gwałtownego wybuchu. Opamiętawszy się, udawał, że
+sprzyja rodzącemu się uczuciu, zapraszał sir Henryka do
+Merripit-House, w nadziei, że wcześniej czy później nadarzy się
+sposobność wciągnięcia go w zasadzkę.
+
+Nagle w dniu, oznaczonym na zamach, żona oświadczyła się przeciwko
+niemu. Do uszu jej doszła wieść o nagłej śmierci zbiegłego więźnia
+na moczarach, a że wiedziała, iż pies trzymany jest tam na uwięzi,
+domyśliła się, jaką śmierć Stapleton gotuje sir Henrykowi,
+tembardziej, gdy mąż przyprowadził psa i zamknął go w oficynie.
+
+Owego wieczora, przed przybyciem sir Henryka na obiad, wśród małżonków
+wynikła sprzeczka. Beryl nazwała męża zbrodniarzem; rozwścieczony,
+chcąc ją dotknąć boleśnie, oznajmił jej, że kocha inną.
+
+To brutalne wyznanie zerwało ostatnie pęta, łączące ją z nędznikiem,
+i wznieciło w jej sercu nienawiść i pragnienie zemsty.
+
+On spostrzegł tę zmianę, i obawiając się, aby go nie zdradziła,
+uwiązał ją do słupa i zamknął na klucz. Pewien był, że po dokonanej
+zbrodni, gdy cała okolica przypisywać będzie śmierć sir Henryka
+przekleństwu, ciążącemu na jego rodzie, on, Stapleton, zręcznem
+kłamstwem i pochlebstwem zdoła odzyskać uczucie swej żony, skłonić
+ją do milczenia i do przyjęcia faktów dokonanych.
+
+Na tem polu spotkałby go zawód niewątpliwy. Kobieta, w której żyłach
+płynie krew hiszpańska, nie zapomina podobnej urazy.
+
+Oto i wszystko, co wiem o tej ciekawej sprawie. Jedno tylko pozostaje
+do wyjaśnienia: w jaki sposób Stapleton, doszedłszy do sukcesyi, byłby
+wyjaśnił, dlaczego tak długo zamieszkiwał w pobliżu Baskerville-Hall
+pod przybranem nazwiskiem? W jaki sposób byłby się upomniał o spadek,
+bez zwrócenia podejrzeń?
+
+Pani Stapleton zeznaje, iż jej mąż miał w tym względzie kilka
+projektów: albo upomnieć się o sukcesyę z Ameryki południowej i tam
+dowieść swej tożsamości i uzyskać fortunę, nie przyjeżdżając do
+Anglii; albo dostarczyć jakiemu wspólnikowi potrzebnych legitymacyj
+i za jego pośrednictwem spadek otrzymać; albo prowadzić sam sprawę na
+miejscu, lecz pod inną postacią zewnętrzną, w takiem przebraniu, żeby
+nikt poznać go nie mógł. Znając go, jestem pewien, że wybrnąłby
+z tych trudności.
+
+A teraz, mój drogi, dość już o tej sprawie. Kosztowała nas
+niemało trudu. Zasłużyliśmy na rozrywkę. Dziś dają „Hugonotów”.
+Wziąłem lożę. Czyś słyszał kiedy Reszków? Ubierzemy się zaraz
+i przed widowiskiem pojedziemy na obiad do pierwszorzędnej
+restauracyi. Dobrze?...
+
+
+ K o n i e c.
+
+
+
+
+PRZYPISY
+
+
+[Przypis 1: _Mire_ -- błoto.]
+
+
+
+
+SPROSTOWANIA
+
+
+[Sprostowanie A: =Sprostowanie.= Na str. 35-ej, w w. 14 i 13 od dołu, zam.:
+„Tylko jedno słowo: „trzęsawiska” było wypisane drukowanemi
+literami, atramentem”, -- powinno być: „Tylko jedno słowo:
+„trzęsawiska” było wypisane atramentem, reszta zaś drukowanemi
+literami”.]
+
+[Sprostowanie B: =Sprostowanie.= Na str. 189, w poprzednim dodatku, zakradła
+się pomyłka druku: zamiast „martwe zwłoki sir _Karola_ Baskerville”,
+-- powinno być: „martwe zwłoki sir _Henryka_ Baskerville”.]
+
+
+
+
+UWAGI DO WYDANIA ELEKTRONICZNEGO
+
+
+Zachowano oryginalną ortografię i interpunkcję, również w wypadkach,
+gdy odbiegały one od współcześnie przyjętych. Poprawiono natomiast
+omyłki, które wyglądały na błędy drukarskie.
+
+Powieść drukowana była w odcinkach; w dwóch wypadkach zdarzyło się,
+że w numerze późniejszym wydrukowano sprostowanie dotyczące omyłki
+drukarskiej w numerze wcześniejszym. Sprostowań tych nie naniesiono
+w niniejszej wersji tekstu, zachowano natomiast ich treść w formie
+przypisów, dodając odniesienia do nich w odpowiednich miejscach
+w tekście. Są to przypisy oznaczone literami, w odróżnieniu
+od przypisów oznaczonych cyframi, które w tekście występowały
+faktycznie jako przypisy.
+
+_Kursywę_ w oryginale w wersji tekstowej oznaczono _podkreśleniami_.
+
+
+NIEKONSEKWENCJE w tekście (niekorygowane)
+
+W trakcie redagowania wersji elektronicznej zwrócono także uwagę na
+niekonsekwencje występujące w oryginalnym tekście. Niekonsekwencji
+tych nie korygowano. Poniższa lista wskazuje na różnice w pisowni
+podobnych słów lub zwrotów, liczby w nawiasach oznaczają ilość
+wystąpień danej formy w tekście.
+
+- Oxford street (1);
+ Oxford Street (1);
+ Oxford-Street (1);
+
+- Lafter-Hall (2, w tym jedno poprawione z Lofter-Hall”),
+ Lafterhall (1)
+
+- farmerem (1);
+ farmerów (1);
+ farmy (1);
+ fermerów (1);
+ fermerzy (1);
+ fermę (1);
+ fermy (3)
+
+- 4 Maja (1);
+ 4 maja (1)
+
+- Baskerville'a (1);
+ Baskervilla (3)
+
+- Baskerville-Hall (23);
+ Baskerville Hall (10)
+
+- „zauważył Watson.” - powinno być „zauważyłem”; w oryginale w tym
+miejscu nie ma odniesienia do tego, kto mówi.
+
+
+POPRAWKI wprowadzone do tekstu
+
+- s. tytułowa
+ „Canon'a Doyle'a” poprawiono na „Conana Doyle'a”
+
+- s. 5, w: „aaa”:
+ „r. 1884” poprawiono na „r. 1884”. (dodano kropkę na końcu zdania)
+
+- s. 9, w: miał nos wązki, wysuwający się ostro z pomiędzy oczu
+ „wysuwają y” poprawiono na „wysuwający”
+
+- s. 13, w: pochodząc w prostej linii od Hugona Baskerville
+ „Baaskerville” poprawiono na „Baskerville”
+
+- s. 16, w: Nagle włosy stanęły im dębem ze strachu”:
+ „głosy” poprawiono na „włosy”
+
+- s. 16, w: „a obok niej Hugon Baskerville -- nieżywy.”:
+ „Baskerwille” poprawiono na „Baskerville”
+
+- s. 22, w: „Nasz wspólny przyjaciel, pan Stapleton”:
+ „Stupleton” poprawiono na „Stapleton”
+
+- s. 23, w: „Doktor Mortimer patrzył na nas przez chwilę dziwnemi oczyma”:
+ „ocyma” poprawiono na „oczyma”
+
+- s. 27, w: „Zresztą musisz pan przyznać”:
+ „przysznać” poprawiono na „przyznać”
+
+- s. 27, w: „Pies Hugona nie był także zjawiskiem nadprzyrodzonem”:
+ „Pie,” poprawiono na „Pies”
+
+- s. 33, w: „Mój drogi, podaj mi skrzypce.”:
+ „skrzypce” poprawiono na „skrzypce.” (dodano kropkę)
+
+- s. 44, w: „-- Zwiedzisz każdy z nich po kolei.”:
+ „po kolei,” poprawiono na „po kolei.”
+
+- s. 47, w: „Jej mąż był niegdyś merem w Gloucester”:
+ „Glocester” poprawiono na „Gloucester”
+
+- s. 48, w: „mogą je wykonać, zanim zdołamy temu zapobiedz”:
+ „zdołomy” poprawiono na „zdołamy”
+
+- s. 49, w: „-- Pilnuje pałacu.”:
+ „pałacu” poprawiono na „pałacu.” (dodano kropkę na końcu zdania)
+
+- s. 50, w: „pytał Holmes.”:
+ „pytał Holmes?” poprawiono na „pytał Holmes.”
+
+- s. 51, w: „Te szczegóły są dla mnie bardzo ważne.”:
+ „bardze” poprawiono na „bardzo”
+
+- s. 52, w: „i z pod nocnej szafki wydobył but żółty”:
+ „wyobył” poprawiono na „wydobył”
+
+- s. 52, w: „To jednak dziwne!”:
+ „dziwna” poprawiono na „dziwne”
+
+- s. 59, w: „Dalej jest pan Frankland z Lafter-Hall”:
+ „Lofter-Hall” poprawiono na „Lafter-Hall”
+
+- s. 62, w: „bo taki nie daruje i gardło poderżnie”:
+ „pederznie” poprawiono na „poderznie”
+
+- s. 63, w: „Pan tej rezydencyi, z roziskrzonemi oczyma”:
+ „ocozyma” poprawiono na „oczyma”
+
+- s. 63, w: „objaśnił go doktor Mortimer”:
+ „doktór” poprawiono na „doktor”
+
+- s. 66, w: „oprócz płaczu nie usłyszałem nic zgoła”:
+ „ułyszałem” poprawiono na „usłyszałem”
+
+- s. 87, w: „wprowadza do niego trochę komicznego pierwiastku.”:
+ „pierwiastku” poprawiono na „pierwiastku.” (dodano kropkę)
+
+- s. 87, w: „i pana Frankland z Lofter-Hall”:
+ „Lafter-Hall” poprawiono na „Lofter-Hall”
+
+- s. 91, w: „Zgrzyt klucza w zamku”:
+ „Zdrzyt” poprawiono na „Zgrzyt”
+
+- s. 93, w: „miss Beryl o coś go prosi”:
+ „Baryl” poprawiono na „Beryl”
+
+- s. 95, w: „ostrzegając mnie o grożącem niebezpieczeństwie”:
+ „grążącem” poprawiono na „grożącem”
+
+- s. 96, w: „a będę ci wdzięczny do śmierci”:
+ „bęędę” poprawiono na „będę”
+
+- s. 97, w: „Siedziałem z sir Henrykiem w jego pokoju do trzeciej zrana”:
+ „do do” poprawiono na „do”
+
+- s. 105, w: „gdy go doleci odgłos nagonki”:
+ „naganki” poprawiono na „nagonki”
+
+- s. 106, w: „lecz żywy posąg nie stał już na ich szczycie.”:
+ „szczycie,” poprawiono na „szczycie.”
+
+- s. 110, w: „choćby naprzykład willa pana Stapleton”:
+ „Stepleton” poprawiono na „Stapleton”
+
+- s. 111, w: „któż przyjdzie z pomocą”:
+ „któz” poprawiono na „któż”
+
+- s. 112, w: „Nosił stempel pocztowy Coombe-Tracey”:
+ „Combe-Tracey” poprawiono na „Coombe-Tracey”
+
+- s. 119, w: „będzie lepiej, abym wyruszył sam”:
+ „wyruszy” poprawiono na „wyruszył”
+
+- s. 121, w: „Tak, parę razy, gdy przyjeżdżał do Coombe-Tracey”:
+ „Coombe-Tracy” poprawiono na „Coombe-Tracey”
+
+- s. 127, w: „rzekłem obojętnie”:
+ „rzełem” poprawiono na „rzekłem”
+
+- s. 135, w: „Muszę cię pochwalić za gorliwość i spryt”:
+ „Musisz” poprawiono na „Muszę”
+
+- s. 143, w: „Bądź co bądź, wracając jutro do Londynu”:
+ „bąoź” poprawiono na „bądź”
+
+- s. 154, w: „Ów telegram z Londynu”:
+ „Ow ” poprawiono na „Ów”
+
+- s. 155, w: „Osoba, która dotychczas uchodziła za jego siostrę”:
+ „która,” poprawiono na „która”
+
+- s. 155, w: „jej palce ściskały poręcz fotela”:
+ „ścikały” poprawiono na „ściskały”
+
+- s. 165, w: „Pokój był rodzajem muzeum”:
+ „muzem” poprawiono na „muzeum”
+
+- s. 170, w: „w odpowiedzi na moje pytanie”:
+ „prytanie” poprawiono na „pytanie”
+
+- s. 179, w: „chcąc ją dotknąć boleśnie”:
+ „do tknąć” poprawiono na „dotknąć”
+
+
+
+
+
+End of Project Gutenberg's Tajemnica Baskerville'ów, by Arthur Conan Doyle
+
+*** END OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK TAJEMNICA BASKERVILLE'ÓW ***
+
+***** This file should be named 34079-0.txt or 34079-0.zip *****
+This and all associated files of various formats will be found in:
+ https://www.gutenberg.org/3/4/0/7/34079/
+
+Produced by Ewa "czupirek" Jaros and the Online Distributed
+Proofreading Team at http://dp.rastko.net (this file was
+created from images generously made available by CBN Polona
+- http://www.polona.pl)
+
+
+Updated editions will replace the previous one--the old editions
+will be renamed.
+
+Creating the works from public domain print editions means that no
+one owns a United States copyright in these works, so the Foundation
+(and you!) can copy and distribute it in the United States without
+permission and without paying copyright royalties. Special rules,
+set forth in the General Terms of Use part of this license, apply to
+copying and distributing Project Gutenberg-tm electronic works to
+protect the PROJECT GUTENBERG-tm concept and trademark. Project
+Gutenberg is a registered trademark, and may not be used if you
+charge for the eBooks, unless you receive specific permission. If you
+do not charge anything for copies of this eBook, complying with the
+rules is very easy. You may use this eBook for nearly any purpose
+such as creation of derivative works, reports, performances and
+research. They may be modified and printed and given away--you may do
+practically ANYTHING with public domain eBooks. Redistribution is
+subject to the trademark license, especially commercial
+redistribution.
+
+
+
+*** START: FULL LICENSE ***
+
+THE FULL PROJECT GUTENBERG LICENSE
+PLEASE READ THIS BEFORE YOU DISTRIBUTE OR USE THIS WORK
+
+To protect the Project Gutenberg-tm mission of promoting the free
+distribution of electronic works, by using or distributing this work
+(or any other work associated in any way with the phrase "Project
+Gutenberg"), you agree to comply with all the terms of the Full Project
+Gutenberg-tm License (available with this file or online at
+https://gutenberg.org/license).
+
+
+Section 1. General Terms of Use and Redistributing Project Gutenberg-tm
+electronic works
+
+1.A. By reading or using any part of this Project Gutenberg-tm
+electronic work, you indicate that you have read, understand, agree to
+and accept all the terms of this license and intellectual property
+(trademark/copyright) agreement. If you do not agree to abide by all
+the terms of this agreement, you must cease using and return or destroy
+all copies of Project Gutenberg-tm electronic works in your possession.
+If you paid a fee for obtaining a copy of or access to a Project
+Gutenberg-tm electronic work and you do not agree to be bound by the
+terms of this agreement, you may obtain a refund from the person or
+entity to whom you paid the fee as set forth in paragraph 1.E.8.
+
+1.B. "Project Gutenberg" is a registered trademark. It may only be
+used on or associated in any way with an electronic work by people who
+agree to be bound by the terms of this agreement. There are a few
+things that you can do with most Project Gutenberg-tm electronic works
+even without complying with the full terms of this agreement. See
+paragraph 1.C below. There are a lot of things you can do with Project
+Gutenberg-tm electronic works if you follow the terms of this agreement
+and help preserve free future access to Project Gutenberg-tm electronic
+works. See paragraph 1.E below.
+
+1.C. The Project Gutenberg Literary Archive Foundation ("the Foundation"
+or PGLAF), owns a compilation copyright in the collection of Project
+Gutenberg-tm electronic works. Nearly all the individual works in the
+collection are in the public domain in the United States. If an
+individual work is in the public domain in the United States and you are
+located in the United States, we do not claim a right to prevent you from
+copying, distributing, performing, displaying or creating derivative
+works based on the work as long as all references to Project Gutenberg
+are removed. Of course, we hope that you will support the Project
+Gutenberg-tm mission of promoting free access to electronic works by
+freely sharing Project Gutenberg-tm works in compliance with the terms of
+this agreement for keeping the Project Gutenberg-tm name associated with
+the work. You can easily comply with the terms of this agreement by
+keeping this work in the same format with its attached full Project
+Gutenberg-tm License when you share it without charge with others.
+
+1.D. The copyright laws of the place where you are located also govern
+what you can do with this work. Copyright laws in most countries are in
+a constant state of change. If you are outside the United States, check
+the laws of your country in addition to the terms of this agreement
+before downloading, copying, displaying, performing, distributing or
+creating derivative works based on this work or any other Project
+Gutenberg-tm work. The Foundation makes no representations concerning
+the copyright status of any work in any country outside the United
+States.
+
+1.E. Unless you have removed all references to Project Gutenberg:
+
+1.E.1. The following sentence, with active links to, or other immediate
+access to, the full Project Gutenberg-tm License must appear prominently
+whenever any copy of a Project Gutenberg-tm work (any work on which the
+phrase "Project Gutenberg" appears, or with which the phrase "Project
+Gutenberg" is associated) is accessed, displayed, performed, viewed,
+copied or distributed:
+
+This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with
+almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or
+re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included
+with this eBook or online at www.gutenberg.org
+
+1.E.2. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is derived
+from the public domain (does not contain a notice indicating that it is
+posted with permission of the copyright holder), the work can be copied
+and distributed to anyone in the United States without paying any fees
+or charges. If you are redistributing or providing access to a work
+with the phrase "Project Gutenberg" associated with or appearing on the
+work, you must comply either with the requirements of paragraphs 1.E.1
+through 1.E.7 or obtain permission for the use of the work and the
+Project Gutenberg-tm trademark as set forth in paragraphs 1.E.8 or
+1.E.9.
+
+1.E.3. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is posted
+with the permission of the copyright holder, your use and distribution
+must comply with both paragraphs 1.E.1 through 1.E.7 and any additional
+terms imposed by the copyright holder. Additional terms will be linked
+to the Project Gutenberg-tm License for all works posted with the
+permission of the copyright holder found at the beginning of this work.
+
+1.E.4. Do not unlink or detach or remove the full Project Gutenberg-tm
+License terms from this work, or any files containing a part of this
+work or any other work associated with Project Gutenberg-tm.
+
+1.E.5. Do not copy, display, perform, distribute or redistribute this
+electronic work, or any part of this electronic work, without
+prominently displaying the sentence set forth in paragraph 1.E.1 with
+active links or immediate access to the full terms of the Project
+Gutenberg-tm License.
+
+1.E.6. You may convert to and distribute this work in any binary,
+compressed, marked up, nonproprietary or proprietary form, including any
+word processing or hypertext form. However, if you provide access to or
+distribute copies of a Project Gutenberg-tm work in a format other than
+"Plain Vanilla ASCII" or other format used in the official version
+posted on the official Project Gutenberg-tm web site (www.gutenberg.org),
+you must, at no additional cost, fee or expense to the user, provide a
+copy, a means of exporting a copy, or a means of obtaining a copy upon
+request, of the work in its original "Plain Vanilla ASCII" or other
+form. Any alternate format must include the full Project Gutenberg-tm
+License as specified in paragraph 1.E.1.
+
+1.E.7. Do not charge a fee for access to, viewing, displaying,
+performing, copying or distributing any Project Gutenberg-tm works
+unless you comply with paragraph 1.E.8 or 1.E.9.
+
+1.E.8. You may charge a reasonable fee for copies of or providing
+access to or distributing Project Gutenberg-tm electronic works provided
+that
+
+- You pay a royalty fee of 20% of the gross profits you derive from
+ the use of Project Gutenberg-tm works calculated using the method
+ you already use to calculate your applicable taxes. The fee is
+ owed to the owner of the Project Gutenberg-tm trademark, but he
+ has agreed to donate royalties under this paragraph to the
+ Project Gutenberg Literary Archive Foundation. Royalty payments
+ must be paid within 60 days following each date on which you
+ prepare (or are legally required to prepare) your periodic tax
+ returns. Royalty payments should be clearly marked as such and
+ sent to the Project Gutenberg Literary Archive Foundation at the
+ address specified in Section 4, "Information about donations to
+ the Project Gutenberg Literary Archive Foundation."
+
+- You provide a full refund of any money paid by a user who notifies
+ you in writing (or by e-mail) within 30 days of receipt that s/he
+ does not agree to the terms of the full Project Gutenberg-tm
+ License. You must require such a user to return or
+ destroy all copies of the works possessed in a physical medium
+ and discontinue all use of and all access to other copies of
+ Project Gutenberg-tm works.
+
+- You provide, in accordance with paragraph 1.F.3, a full refund of any
+ money paid for a work or a replacement copy, if a defect in the
+ electronic work is discovered and reported to you within 90 days
+ of receipt of the work.
+
+- You comply with all other terms of this agreement for free
+ distribution of Project Gutenberg-tm works.
+
+1.E.9. If you wish to charge a fee or distribute a Project Gutenberg-tm
+electronic work or group of works on different terms than are set
+forth in this agreement, you must obtain permission in writing from
+both the Project Gutenberg Literary Archive Foundation and Michael
+Hart, the owner of the Project Gutenberg-tm trademark. Contact the
+Foundation as set forth in Section 3 below.
+
+1.F.
+
+1.F.1. Project Gutenberg volunteers and employees expend considerable
+effort to identify, do copyright research on, transcribe and proofread
+public domain works in creating the Project Gutenberg-tm
+collection. Despite these efforts, Project Gutenberg-tm electronic
+works, and the medium on which they may be stored, may contain
+"Defects," such as, but not limited to, incomplete, inaccurate or
+corrupt data, transcription errors, a copyright or other intellectual
+property infringement, a defective or damaged disk or other medium, a
+computer virus, or computer codes that damage or cannot be read by
+your equipment.
+
+1.F.2. LIMITED WARRANTY, DISCLAIMER OF DAMAGES - Except for the "Right
+of Replacement or Refund" described in paragraph 1.F.3, the Project
+Gutenberg Literary Archive Foundation, the owner of the Project
+Gutenberg-tm trademark, and any other party distributing a Project
+Gutenberg-tm electronic work under this agreement, disclaim all
+liability to you for damages, costs and expenses, including legal
+fees. YOU AGREE THAT YOU HAVE NO REMEDIES FOR NEGLIGENCE, STRICT
+LIABILITY, BREACH OF WARRANTY OR BREACH OF CONTRACT EXCEPT THOSE
+PROVIDED IN PARAGRAPH 1.F.3. YOU AGREE THAT THE FOUNDATION, THE
+TRADEMARK OWNER, AND ANY DISTRIBUTOR UNDER THIS AGREEMENT WILL NOT BE
+LIABLE TO YOU FOR ACTUAL, DIRECT, INDIRECT, CONSEQUENTIAL, PUNITIVE OR
+INCIDENTAL DAMAGES EVEN IF YOU GIVE NOTICE OF THE POSSIBILITY OF SUCH
+DAMAGE.
+
+1.F.3. LIMITED RIGHT OF REPLACEMENT OR REFUND - If you discover a
+defect in this electronic work within 90 days of receiving it, you can
+receive a refund of the money (if any) you paid for it by sending a
+written explanation to the person you received the work from. If you
+received the work on a physical medium, you must return the medium with
+your written explanation. The person or entity that provided you with
+the defective work may elect to provide a replacement copy in lieu of a
+refund. If you received the work electronically, the person or entity
+providing it to you may choose to give you a second opportunity to
+receive the work electronically in lieu of a refund. If the second copy
+is also defective, you may demand a refund in writing without further
+opportunities to fix the problem.
+
+1.F.4. Except for the limited right of replacement or refund set forth
+in paragraph 1.F.3, this work is provided to you 'AS-IS' WITH NO OTHER
+WARRANTIES OF ANY KIND, EXPRESS OR IMPLIED, INCLUDING BUT NOT LIMITED TO
+WARRANTIES OF MERCHANTIBILITY OR FITNESS FOR ANY PURPOSE.
+
+1.F.5. Some states do not allow disclaimers of certain implied
+warranties or the exclusion or limitation of certain types of damages.
+If any disclaimer or limitation set forth in this agreement violates the
+law of the state applicable to this agreement, the agreement shall be
+interpreted to make the maximum disclaimer or limitation permitted by
+the applicable state law. The invalidity or unenforceability of any
+provision of this agreement shall not void the remaining provisions.
+
+1.F.6. INDEMNITY - You agree to indemnify and hold the Foundation, the
+trademark owner, any agent or employee of the Foundation, anyone
+providing copies of Project Gutenberg-tm electronic works in accordance
+with this agreement, and any volunteers associated with the production,
+promotion and distribution of Project Gutenberg-tm electronic works,
+harmless from all liability, costs and expenses, including legal fees,
+that arise directly or indirectly from any of the following which you do
+or cause to occur: (a) distribution of this or any Project Gutenberg-tm
+work, (b) alteration, modification, or additions or deletions to any
+Project Gutenberg-tm work, and (c) any Defect you cause.
+
+
+Section 2. Information about the Mission of Project Gutenberg-tm
+
+Project Gutenberg-tm is synonymous with the free distribution of
+electronic works in formats readable by the widest variety of computers
+including obsolete, old, middle-aged and new computers. It exists
+because of the efforts of hundreds of volunteers and donations from
+people in all walks of life.
+
+Volunteers and financial support to provide volunteers with the
+assistance they need are critical to reaching Project Gutenberg-tm's
+goals and ensuring that the Project Gutenberg-tm collection will
+remain freely available for generations to come. In 2001, the Project
+Gutenberg Literary Archive Foundation was created to provide a secure
+and permanent future for Project Gutenberg-tm and future generations.
+To learn more about the Project Gutenberg Literary Archive Foundation
+and how your efforts and donations can help, see Sections 3 and 4
+and the Foundation web page at https://www.pglaf.org.
+
+
+Section 3. Information about the Project Gutenberg Literary Archive
+Foundation
+
+The Project Gutenberg Literary Archive Foundation is a non profit
+501(c)(3) educational corporation organized under the laws of the
+state of Mississippi and granted tax exempt status by the Internal
+Revenue Service. The Foundation's EIN or federal tax identification
+number is 64-6221541. Its 501(c)(3) letter is posted at
+https://pglaf.org/fundraising. Contributions to the Project Gutenberg
+Literary Archive Foundation are tax deductible to the full extent
+permitted by U.S. federal laws and your state's laws.
+
+The Foundation's principal office is located at 4557 Melan Dr. S.
+Fairbanks, AK, 99712., but its volunteers and employees are scattered
+throughout numerous locations. Its business office is located at
+809 North 1500 West, Salt Lake City, UT 84116, (801) 596-1887, email
+business@pglaf.org. Email contact links and up to date contact
+information can be found at the Foundation's web site and official
+page at https://pglaf.org
+
+For additional contact information:
+ Dr. Gregory B. Newby
+ Chief Executive and Director
+ gbnewby@pglaf.org
+
+
+Section 4. Information about Donations to the Project Gutenberg
+Literary Archive Foundation
+
+Project Gutenberg-tm depends upon and cannot survive without wide
+spread public support and donations to carry out its mission of
+increasing the number of public domain and licensed works that can be
+freely distributed in machine readable form accessible by the widest
+array of equipment including outdated equipment. Many small donations
+($1 to $5,000) are particularly important to maintaining tax exempt
+status with the IRS.
+
+The Foundation is committed to complying with the laws regulating
+charities and charitable donations in all 50 states of the United
+States. Compliance requirements are not uniform and it takes a
+considerable effort, much paperwork and many fees to meet and keep up
+with these requirements. We do not solicit donations in locations
+where we have not received written confirmation of compliance. To
+SEND DONATIONS or determine the status of compliance for any
+particular state visit https://pglaf.org
+
+While we cannot and do not solicit contributions from states where we
+have not met the solicitation requirements, we know of no prohibition
+against accepting unsolicited donations from donors in such states who
+approach us with offers to donate.
+
+International donations are gratefully accepted, but we cannot make
+any statements concerning tax treatment of donations received from
+outside the United States. U.S. laws alone swamp our small staff.
+
+Please check the Project Gutenberg Web pages for current donation
+methods and addresses. Donations are accepted in a number of other
+ways including including checks, online payments and credit card
+donations. To donate, please visit: https://pglaf.org/donate
+
+
+Section 5. General Information About Project Gutenberg-tm electronic
+works.
+
+Professor Michael S. Hart was the originator of the Project Gutenberg-tm
+concept of a library of electronic works that could be freely shared
+with anyone. For thirty years, he produced and distributed Project
+Gutenberg-tm eBooks with only a loose network of volunteer support.
+
+
+Project Gutenberg-tm eBooks are often created from several printed
+editions, all of which are confirmed as Public Domain in the U.S.
+unless a copyright notice is included. Thus, we do not necessarily
+keep eBooks in compliance with any particular paper edition.
+
+
+Most people start at our Web site which has the main PG search facility:
+
+ https://www.gutenberg.org
+
+This Web site includes information about Project Gutenberg-tm,
+including how to make donations to the Project Gutenberg Literary
+Archive Foundation, how to help produce our new eBooks, and how to
+subscribe to our email newsletter to hear about new eBooks.
diff --git a/34079-0.zip b/34079-0.zip
new file mode 100644
index 0000000..2748f42
--- /dev/null
+++ b/34079-0.zip
Binary files differ
diff --git a/34079-h.zip b/34079-h.zip
new file mode 100644
index 0000000..e4d9d80
--- /dev/null
+++ b/34079-h.zip
Binary files differ
diff --git a/34079-h/34079-h.htm b/34079-h/34079-h.htm
new file mode 100644
index 0000000..625f4d5
--- /dev/null
+++ b/34079-h/34079-h.htm
@@ -0,0 +1,8007 @@
+<!DOCTYPE html PUBLIC "-//W3C//DTD XHTML 1.0 Strict//EN"
+ "http://www.w3.org/TR/xhtml1/DTD/xhtml1-strict.dtd">
+
+<html xmlns="http://www.w3.org/1999/xhtml" xml:lang="en" lang="en">
+ <head>
+ <meta http-equiv="Content-Type" content="text/html; charset=utf-8" />
+ <meta http-equiv="Content-Style-Type" content="text/css" />
+ <title>
+ The Project Gutenberg eBook of Tajemnica Baskerville'ów, by Arthur Conan Doyle
+ </title>
+ <style type="text/css">
+<!--
+#all {
+ max-width:40em;
+ margin:auto;
+}
+
+
+body {
+ margin-left: 10%;
+ margin-right: 10%;
+}
+
+ h1,h2,h3,h4,h5,h6 {
+ text-align: center; /* all headings centered */
+ clear: both;
+}
+
+p {
+ margin-top: .75em;
+ text-align: justify;
+ margin-bottom: .75em;
+}
+#content p { text-indent:2em; }
+#content p.noind { text-indent:0em; }
+
+
+.x08 {font-size:0.8em;}
+.x09 {font-size:0.9em;}
+.x12 {font-size:1.2em;}
+.x14 {font-size:1.4em;}
+.x16 {font-size:1.6em;}
+.x18 {font-size:1.8em;}
+.x20 {font-size:2em;}
+
+
+hr {
+ width: 33%;
+ margin-top: 2em;
+ margin-bottom: 2em;
+ margin-left: auto;
+ margin-right: auto;
+ clear: both;
+}
+
+hr.nopad { margin-top: .2em;
+ margin-bottom: .2em;
+ margin-left: auto;
+ margin-right: auto;
+}
+
+table {
+ margin-left: auto;
+ margin-right: auto;
+}
+
+.pagenum {
+ position: absolute;
+ left: 92%;
+ font-size: smaller;
+ text-align: right;
+ text-indent:0em;
+} /* page numbers */
+
+
+.blockquot {
+ margin-left: 5%;
+ margin-right: 10%;
+}
+
+
+.center {text-align: center;}
+
+.smcap {font-variant: small-caps;}
+
+.u {text-decoration: underline;}
+
+.caption {font-weight: bold;}
+
+
+/* Footnotes */
+.footnotes {border: dashed 1px;}
+
+.footnote {margin-left: 10%; margin-right: 10%; font-size: 0.9em;}
+
+
+.fnanchor {
+ vertical-align: super;
+ font-size: .8em;
+ text-decoration:
+ none;
+}
+ .blckright, .right {text-align: right; clear: both; margin-right:1em; }
+
+#tnotes_mini {width: 30em;
+ margin:auto;
+
+ font-size: 0.9em; padding:0.3em;
+ border: 1px dashed #808080;
+ background-color: #f6f6f6;
+ text-align: justify;}
+
+ .tnote { width: 34em;
+ font-size: 0.9em; padding:0.3em;
+ border: 1px dashed #808080;
+ padding: 0.5em;
+ margin: 0 auto ;
+ }
+ .ins, a.ins { color:#111; text-decoration: none; border-bottom: 1px dashed #039; }
+ .cor { color:#111; }
+
+ .pg {text-align:right;}
+ .clear {clear:both;}
+
+
+.bigpadded {padding: 4em 1em;}
+.padded {padding: 3em 1em;}
+.thin {letter-spacing:-.05em;}
+.spaced {letter-spacing:.3em;}
+
+.b_top {border-top: 1px solid #000;}
+
+.b_bottom {border-bottom: 1px solid #000;}
+
+
+-->
+ </style>
+ </head>
+<body>
+
+
+<pre>
+
+Project Gutenberg's Tajemnica Baskerville'ów, by Arthur Conan Doyle
+
+This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with
+almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or
+re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included
+with this eBook or online at www.gutenberg.org
+
+
+Title: Tajemnica Baskerville'ów
+ dziwne przygody Sherlocka Holmes
+
+Author: Arthur Conan Doyle
+
+Translator: Eugenia ¯mijewska
+
+Release Date: October 15, 2010 [EBook #34079]
+
+Language: Polish
+
+Character set encoding: UTF-8
+
+*** START OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK TAJEMNICA BASKERVILLE'ÓW ***
+
+
+
+
+Produced by Ewa "czupirek" Jaros and the Online Distributed
+Proofreading Team at http://dp.rastko.net (this file was
+created from images generously made available by CBN Polona
+- http://www.polona.pl)
+
+
+
+
+
+
+</pre>
+
+
+
+<div id="all">
+
+<div id="tnotes_mini">
+<h2><a name="UWAGI_1" id="UWAGI_1"></a>UWAGI DO WYDANIA ELEKTRONICZNEGO</h2>
+
+
+<p>Zachowano oryginalną ortografię i interpunkcję, również w&nbsp;wypadkach,
+gdy odbiegały one od współcześnie przyjętych. Poprawiono natomiast
+omyłki, które wyglądały na błędy drukarskie. Poprawione frazy oznaczone są
+przerywaną linią, zaś po najechaniu nań myszką powinna pojawić się fraza oryginalna (<span class="ins" title="o tak">przykład</span>).
+
+Pełna lista naniesionych poprawek
+oraz dalsze uwagi znajdują się <a href="#UWAGI">na końcu tego dokumentu</a>.</p>
+</div>
+
+
+<p class="nopad"><span class="pagenum"><a name="Str_1" id="Str_1">[str. 1]</a></span><br />
+<span class="pagenum"><a name="Str_2" id="Str_2">[str. 2]</a></span><br />
+<span class="pagenum"><a name="Str_3" id="Str_3">[str. 3]</a></span></p>
+
+<h1>TAJEMNICA BASKERVILLE'ÓW</h1>
+
+
+
+<h2 class="center">Dziwne przygody Sherlocka Holmes</h2>
+
+<p class="center"><span class="x08">PRZEZ</span></p>
+
+<p class="center"><span class="x14"><a class="ins" href="#tnote_1" name="tAnchor_1" title="Canon'a Doyle'a">Conana Doyle'a</a></span></p>
+
+<p class="center">Przekład z&nbsp;angielskiego</p>
+
+<p class="center"><span class="x12">EUGENII ŻMIJEWSKIEJ.</span></p>
+
+<p class="center bigpadded thin"><span class=" b_top b_bottom">Dodatek do „SŁOWA”</span></p>
+
+<p class="center">WARSZAWA.</p>
+
+<p class="center spaced x09">DRUKIEM NOSKOWSKIEGO</p>
+
+<p class="center">15. ulica Warecka 15.</p>
+
+<hr style="width: 5%;" class="nopad" />
+<p class="center">1902.</p>
+
+<hr style="width: 65%;" />
+<p class="nopad"><span class="pagenum"><a name="Str_4" id="Str_4">[str. 4]</a></span></p>
+
+
+<p class="center">Дозволено Цензурою<br />
+Варшава, 26 июля 1902 года</p>
+
+
+
+<hr style="width: 65%;" />
+<p class="nopad"><span class="pagenum"><a name="Str_5" id="Str_5">[str. 5]</a></span></p>
+<div id="content">
+<h2><a name="I" id="I"></a>I.</h2>
+
+<h3>Pan Sherlock Holmes.</h3>
+
+
+<p>Pan Sherlock Holmes zwykł był wstawać późno,
+o&nbsp;ile nie czuwał przez całą noc, a&nbsp;zdarzało mu się to
+nieraz. Otóż owego dnia wstał wyjątkowo wcześnie.
+Jadł śniadanie. Stałem przy kominku. Schyliłem się
+i&nbsp;podniosłem laskę, którą nasz gość zostawił wczorajszego
+wieczoru. Był to kij gruby, z&nbsp;dużą gałką, utoczoną
+z&nbsp;drzewa; pod gałką była srebrna obrączka,
+a&nbsp;na niej napis: „Jakóbowi Mortimer M. R. C. S. od
+przyjaciół C. C. H.”, pod spodem zaś data:
+<a class="ins" href="#tnote_2" name="tAnchor_2" title="„r. 1884”">„r. 1884”.</a>
+Taką laskę staroświecką, mocną, zapewniającą bezpieczeństwo,
+zwykli nosić starzy lekarze.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;No, i&nbsp;cóż, Watson? Co pan myślisz o&nbsp;tej lasce?
+Jakie wyprowadzasz wnioski?&nbsp;&mdash; zapytał.</p>
+
+<p>Holmes siedział, odwrócony do mnie plecami; widzieć
+mnie nie mógł, a&nbsp;ja zachowywałem się tak cichutko,
+że nie mógł domyślić się, czem jestem zajęty.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Masz pan chyba oczy z&nbsp;tyłu głowy...&nbsp;&mdash; rzekłem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mam przed sobą srebrny imbryk&nbsp;&mdash; odparł &mdash;
+ale powiedz mi, Watson, co myślisz o&nbsp;lasce naszego
+gościa? Skoro nie zastał nas w&nbsp;domu i&nbsp;nie wytłómaczył
+<span class="pagenum"><a name="Str_6" id="Str_6">[str. 6]</a></span>celu swych odwiedzin, ta mimowolna pamiątka nabiera
+wielkiego znaczenia. Chciałbym też wiedzieć, jakie
+pojęcie tworzysz sobie o&nbsp;tym człowieku?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Sądzę&nbsp;&mdash; odparłem, trzymając się metody dociekań
+mojego towarzysza&nbsp;&mdash; że doktor Mortimer jest
+lekarzem średniego wieku, zażywającym szacunku; dowodzi
+tego ów upominek pacyentów.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dobrze, wybornie!&nbsp;&mdash; pochwalił mnie Holmes.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Sądzę dalej, że jest lekarzem prowincyonalnym
+i&nbsp;że po większej części odwiedza chorych pieszo.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dlaczego tak pan przypuszczasz?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Bo laska, choć pierwotnie ładna, jest tak zniszczona,
+że żaden lekarz miejski nie chciałby jej używać.
+Grube okucie żelazne starło się, co dowodzi, że laska
+była w&nbsp;częstem użyciu.
+
+</p><p>&mdash;&nbsp;Słuszne rozumowanie&nbsp;&mdash; przytwierdził Holmes.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A dalej, napis od przyjaciół z&nbsp;C. C. H. świadczy,
+że lekarz niósł pomoc członkom jakiegoś klubu
+myśliwskiego (Hunting Club).</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Istotnie, Watson, przechodzisz sam siebie &mdash;
+rzekł Holmes, zapalając papierosa.&nbsp;&mdash; Muszę przyznać,
+że pańskie wnioski są słuszne. Mam pojętnego ucznia.
+Wyświetliłeś kilka punktów zupełnie ciemnych.</p>
+
+<p>Nigdy jeszcze Holmes nie odzywał się do mnie
+w&nbsp;sposób tak pochlebny. Cieszyłem się z&nbsp;jego uznania,
+na które oddawna już usiłowałem zasłużyć, stosując
+jego metodę badań w&nbsp;sprawach kryminalnych.</p>
+
+<p>Po chwili milczenia, odebrał mi laskę i&nbsp;przypatrywał
+jej się gołem okiem. Następnie odłożył papierosa,
+odszedł z&nbsp;laską do okna i&nbsp;począł jej się przyglądać
+przez szkło powiększające.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ciekawe, bardzo ciekawe...&nbsp;&mdash; rzekł, wracając na
+swoje ulubione miejsce przy kominku.<span class="pagenum"><a name="Str_7" id="Str_7">[str. 7]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy pan dopatrzył się jakiego nowego szczegółu,
+mogącego służyć za wskazówkę?&nbsp;&mdash; spytałem, spodziewając
+się, że nic ważnego nie uszło mojej baczności.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zdaje mi się, mój drogi Watson, że prawie
+wszystkie twoje wnioski były mylne. Pod jednym tylko
+względem miałeś słuszność, a&nbsp;mianowicie, że posiadacz
+tej laski jest doktorem prowincyonalnym i&nbsp;że dużo
+chodzi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A więc nie omyliłem się?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Na tym punkcie&nbsp;&mdash; nie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A na innych?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Inne wywody były fałszywe. I&nbsp;tak, naprzykład,
+twierdzisz, że laska jest darem jakiegoś prowincyonalnego
+klubu myśliwskiego. Ja przypuszczam, że ofiarowali
+ją lekarzowi pensyonarze szpitala Charing Cross
+(C. C. H.).</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przyznaję, że to jest prawdopodobniejsze. Jaki
+pan stąd wyprowadza wniosek?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Znana jest panu moja metoda badania. Zastosuj
+ją w&nbsp;praktyce.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mogę to tylko wywnioskować, że przed osiedleniem
+się na wsi, ten lekarz praktykował w&nbsp;mieście.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Sądzę, że możemy posunąć się jeszcze dalej na
+drodze przypuszczeń. Ten dar został wręczony w&nbsp;chwili,
+gdy doktor Mortimer opuszczał szpital, aby rozpocząć
+praktykę na własną rękę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Prawdopodobnie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jakież mógł on zajmować stanowisko w&nbsp;tym
+szpitalu?&nbsp;&mdash; albo lekarza ordynującego, albo studenta-praktykanta.
+Zapewne to ostatnie, bo doktor szpitalny,
+z&nbsp;wyrobioną opinią i&nbsp;liczną praktyką, nie opuszcza
+zajmowanej pozycyi, aby się przesiedlać na prowincyę.
+Doktor Mortimer opuścił szpital przed laty pięciu, jak<span class="pagenum"><a name="Str_8" id="Str_8">[str. 8]</a></span>
+to wskazuje data na lasce. W&nbsp;owym czasie ukończył
+zapewne uniwersytet, a&nbsp;więc upada pański wniosek,
+iż jest człowiekiem średniego wieku. Doktor Mortimer
+ma lat trzydzieści niespełna, jest uprzejmym, dobrym,
+niezbyt ambitnym, roztargnionym. Ma psa trochę większego
+od jamnika, a&nbsp;mniejszego od wyżła.</p>
+
+<p>Roześmiałem się niedowierzająco. Holmes zasiadł
+wygodnie w&nbsp;fotelu i&nbsp;puszczał kłęby dymu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nietrudno będzie przekonać się, który z&nbsp;nas
+dwóch ma racyę&nbsp;&mdash; rzekłem, zbliżając się do szafki bibliotecznej
+i&nbsp;wyjmując z&nbsp;niej kalendarz z&nbsp;wykazem lekarzów
+angielskich, oraz ich życiorysem. Z&nbsp;pośród
+wielu Mortimerów, jeden tylko mógł być tym, o&nbsp;którego
+nam chodziło. Odczytałem głośno:</p>
+
+<p>„Mortimer Jerzy, lekarz powiatowy w&nbsp;Grimpen,
+Dartmoor, hrabstwo Devsu. Był studentem-praktykantem
+w&nbsp;szpitalu Charing-Cross od r. 1882 do 1884. Otrzymał
+nagrodę Jacksona za studyum z&nbsp;zakresu patologii
+porównawczej, zatytułowane: „Czy choroba jest zboczeniem?”
+Jest członkiem szwedzkiego Towarzystwa
+patologicznego, autorem wielu artykułów, jako to:
+„Kilka przykładów atawizmu” (drukowany w&nbsp;„Lancet”
+w&nbsp;r. 1882), „Czy idziemy z&nbsp;biegiem postępu?” („Dziennik Psychologiczny” 1883). Jest lekarzem powiatowym
+gmin Grimpen, Thorsley i&nbsp;High Barrow”.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Widzisz pan, że miałem słuszność&nbsp;&mdash; rzekł Holmes.
+&mdash; Obstaję dalej przy moich hypotezach, że doktor
+Mortimer musi być uprzejmy, bo tylko człowiek uprzejmy
+dostaje takie upominki od swoich pacyentów; że
+nie jest ambitny, bo inaczej nie opuszczałby Londynu
+dla prowincyi, i&nbsp;że jest roztargniony, bo w&nbsp;razie przeciwnym,
+zamiast laski, zostawiłby swój bilet wizytowy.<span class="pagenum"><a name="Str_9" id="Str_9">[str. 9]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jakież są pańskie wnioski co do psa?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jego pies zwykł nosić laskę w&nbsp;zębach; ponieważ
+laska jest ciężka, więc ją trzyma pośrodku; w&nbsp;tem
+miejscu znać ślady psich zębów. Zęby są za duże na
+jamnika, za małe na wyżła. To może być... tak, to
+jest pinczer.</p>
+
+<p>Holmes przeszedł przez pokój i&nbsp;stanął we framudze
+okna. W&nbsp;głosie jego było tyle głębokiego przekonania,
+że nie mogłem się wstrzymać, aby go nie zapytać:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Skąd taka pewność?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dla bardzo prostej przyczyny, że mam tego
+psa przed oczyma; stoi za temi drzwiami, a&nbsp;jego
+właściciel w&nbsp;tej chwili właśnie do nich dzwoni. Proszę
+cię, Watson, nie wychodź z&nbsp;pokoju. Jest pańskim kolegą,
+i&nbsp;pańska obecność może mi być przydatną. Nadchodzi
+ważna chwila. Zbliżają się kroki, które mogą
+stanowić o&nbsp;przeznaczeniu&nbsp;&mdash; złem czy dobrem&nbsp;&mdash; niewiadomo.
+Ciekaw jestem, czego doktor Jerzy Mortimer
+zażąda od Sherlocka Holmes, specyalisty od przestępstw
+kryminalnych... Proszę!</p>
+
+<p>Do pokoju wszedł nasz gość. Jego powierzchowność
+zdziwiła mnie bardzo. Nie wyglądał na prowincyonalnego
+lekarza. Był wysoki, szczupły, miał nos
+wązki, <a class="ins" href="#tnote_3" name="tAnchor_3" title="wysuwają y">wysuwający</a> się ostro z&nbsp;pomiędzy oczu przenikliwych,
+zasłoniętych ciemnymi okularami, w&nbsp;złotej
+oprawie. Ubrany był w&nbsp;długi, poplamiony surdut, spodnie
+miał wystrzępione. Choć jeszcze młody wiekiem,
+był już przygarbiony; na jego twarzy malowała się dobra
+wola względem ludzi. Wchodząc, zobaczył odrazu
+laskę w&nbsp;ręku Holmesa i&nbsp;podbiegł ku niej z&nbsp;okrzykiem
+radości.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak się cieszę!&nbsp;&mdash; zawołał.&nbsp;&mdash; Nie byłem pewny,<span class="pagenum"><a name="Str_10" id="Str_10">[str. 10]</a></span>
+czym ją zostawił tutaj, czy w&nbsp;biurze portowem. Gdybym
+ją zgubił, sprawiłoby mi to wielką przykrość.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wszak to prezent?&nbsp;&mdash; rzekł Holmes.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak, panie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Od pensyonarzy hotelu Charing Cross...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak, od paru pacyentów. Dali mi ją na pąmiątkę
+mojego ślubu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Szkoda&nbsp;&mdash; rzekł Holmes, ściskając mu rękę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czego pan żałuje?&nbsp;&mdash; spytał doktor Mortimer ze
+zdziwieniem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Szkoda, że pan rozproszył moje wnioski &mdash;
+brzmiała odpowiedź.&nbsp;&mdash; A&nbsp;więc powiadasz pan, że to podarek
+ślubny?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak, panie. Ożeniłem się i&nbsp;dlatego musiałem
+szpital opuścić; trzeba było założyć dom, postarać się
+o&nbsp;praktykę samodzielną.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;No, i&nbsp;teraz zyskujesz pan sobie sławę na polu
+nauki&nbsp;&mdash; rzekłem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wszak mam przyjemność mówić z&nbsp;panem
+Sherlock Holmes?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie, to mój przyjaciel, doktor Watson.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Miło mi pana poznać. Słyszałem o&nbsp;panu nieraz.
+Pozwoli mi pan, panie Holmes, zbadać swoją czaszkę.
+Od pierwszego rzutu oka spostrzegłem, że jest
+niezwykłą: zdradza zdolności, rzekłbym nawet&nbsp;&mdash;&nbsp;geniusz
+dedukcyjny. Taka czaszka byłaby ozdobą każdego
+muzeum. Przyznaję, że jej panu zazdroszczę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jesteś pan entuzyastą w&nbsp;swoim zawodzie, tak,
+jak ja w&nbsp;swoim&nbsp;&mdash; odparł detektyw&nbsp;&mdash; ale sądzę, że nie
+przybywasz pan tu po raz wtóry jedynie w&nbsp;zamiarze
+zbadania mojej czaszki...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie, panie, choć rad jestem, że zdarza mi się
+sposobność ku temu. Przybyłem do pana, panie Holmes,<span class="pagenum"><a name="Str_11" id="Str_11">[str. 11]</a></span>
+bo uznaję własną niepraktyczność, a&nbsp;jestem postawiony
+wobec bardzo trudnego zagadnienia. Ponieważ pan
+jesteś drugim w&nbsp;Europie ekspertem w&nbsp;sprawach kryminalnych...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Doprawdy? Czy wolno mi zapytać, kto jest
+pierwszym?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;W oczach człowieka, przekładającego teoryę
+nad praktykę, pan Bortillon zajmuje niewątpliwie pierwsze
+miejsce.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Więc czemuż pan nie zwrócisz się do niego?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Powiadam, że jest on pierwszorzędny powagą,
+jako teoretyk. Ale pan, jako praktyk, zajmujesz pierwsze
+w&nbsp; w&nbsp;Europie&nbsp;&mdash; to niewątpliwe. Spodziewam się, żem
+pana nie obraził...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Trochę&nbsp;&mdash; odparł Holmes nawpół żartem&nbsp;&mdash; ale
+jako człowiek praktyczny, chciałbym nareszcie dowiedzieć
+się, co pana tutaj sprowadza.</p>
+
+
+
+<hr style="width: 65%;" />
+<p class="nopad"><span class="pagenum"><a name="Str_12" id="Str_12">[str. 12]</a></span></p>
+<h2><a name="II" id="II"></a>II.</h2>
+
+<h3>Przekleństwo rodu Baskerville.</h3>
+
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mam w&nbsp;kieszeni rękopis&nbsp;&mdash; rzekł doktor Jerzy
+Mortimer.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Spostrzegłem to odrazu, gdyś pan wszedł do
+pokoju&nbsp;&mdash; odparł Holmes.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Manuskrypt jest stary.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Z ośmnastego wieku.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Skąd pan wie?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Z pańskiej kieszeni wychodzi pół cala papieru.
+Przyglądałem mu się, podczas gdyś pan mówił, a&nbsp;byłbym
+lichym rzeczoznawcą, gdybym z&nbsp;zewnętrznego
+wyglądu nie potrafił określić daty rękopisu. Czytałeś
+pan zapewne moją monografię w&nbsp;tym przedmiocie.
+Otóż w&nbsp;tym wypadku sądzę, że manuskrypt datuje się
+z&nbsp;roku 1730-go.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Omyliłeś się pan o&nbsp;lat dwanaście. Datowany
+jest z&nbsp;roku 1742-go.</p>
+
+<p>Doktor Mortimer wyjął go z&nbsp;kieszeni.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ten dokument rodzinny został powierzony mojej
+pieczy przez sir Karola Baskerville, którego śmierć
+tragiczna poruszyła przed trzema miesiącami całe Devonshire.
+Dodam, że byłem jego osobistym przyjacielem,
+zarówno jak lekarzem domowym. Był to człowiek<span class="pagenum"><a name="Str_13" id="Str_13">[str. 13]</a></span>
+dzielny, rozumny, praktyczny i&nbsp;tak samo, jak ja, nie
+podlegający złudzeniom wyobraźni. A&nbsp;jednak wierzył
+święcie słowom tego dokumentu i&nbsp;był przygotowany na
+rodzaj śmierci, który go spotkał...</p>
+
+<p>Holmes wyciągnął rękę po manuskrypt i&nbsp;począł
+mu się bacznie przyglądać.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zwracam pańska uwagę, Watson, na kolejne
+używanie krótkiego i&nbsp;długiego <i>s</i>. Jest to jedna ze
+wskazówek, która mi pomogła do określenia daty.</p>
+
+<p>Spojrzałem przez ramię na papier, pożółkły ze
+starości. Na pierwszej stronicy był nagłówek: „Baskerville
+Hall”, a&nbsp;pod spodem data: „1742”.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To zapewne potwierdzenie jakiejś legendy &mdash;
+wtrącił Holmes.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Rzeczywiście&nbsp;&mdash; przyznał doktor Mortimer. &mdash;
+Legenda tycze się rodu Baskervillów.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przypuszczam jednak, że pragniesz pan zasięgnąć
+mojej rady w&nbsp;sprawie aktualniejszej i&nbsp;bardziej
+realnej&nbsp;&mdash; rzekł Holmes.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak. Chodzi mi o&nbsp;fakt zagadkowy, który zdarzył
+się niedawno; muszę rozstrzygnąć zagadkę, w&nbsp;ciągu
+dwudziestu czterech godzin. Ale manuskrypt jest
+krótki i&nbsp;ma ścisły związek z&nbsp;tą sprawą. Zatem odczytam
+go panu, jeśli pan pozwoli.</p>
+
+<p>Holmes skinął głową. Zasiadł wygodnie w&nbsp;fotelu,
+złożył ręce tak, że palce stykały się z&nbsp;palcami, przymknął
+oczy i&nbsp;słuchał z&nbsp;rezygnacyą.</p>
+
+<p>Doktor Mortimer podsunął manuskrypt pod światło
+i&nbsp;głosem dobitnym czytał, co następuje:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;„Rozmaite pogłoski krążyły o&nbsp;Psie Baskervillów,
+lecz ja, pochodząc w&nbsp;prostej linii od Hugona
+<a class="ins" href="#tnote_4" name="tAnchor_4" title="Baaskerville">Baskerville</a>, słyszałem tę historyę z&nbsp;ust mojego ojca,
+który znowu słyszał ją od swojego, więc ją spisuję<span class="pagenum"><a name="Str_14" id="Str_14">[str. 14]</a></span>
+z&nbsp;całą wiarą. Pragnąłbym, abyście i&nbsp;wy, moi synowie,
+nabrali głębokiego przekonania, że Sprawiedliwość, karcąca
+winę, może ją odpuścić, i&nbsp;że żadna kara nie jest
+tak ciężką, aby modlitwa i&nbsp;pokuta nie zdołały jej zatrzeć.
+Niech te dzieje nauczą was, że nie należy bać
+się owoców przeszłości, lecz raczej być ostrożnym na
+przyszłość, aby dzikie chucie, za które nasz ród poniósł
+tak srogą karę, nie rozkiełznały się znowu na naszą
+zgubę.</p>
+
+<p>„Dowiedzcie się więc, że za czasów Wielkiej Rewolucyi
+(polecam wam przeczytać dzieje tej epoki,
+skreślone przez lorda Clarendon); otóż w&nbsp;owych czasach
+w&nbsp;zamku Baskerville rządził Hugon, a&nbsp;był to,
+przyznać muszę, człowiek porywczy i&nbsp;bezbożnik.</p>
+
+<p>„Sąsiedzi przebaczyliby łatwo to ostatnie wykroczenie,
+bo nasza okolica nie słynęła nigdy religijności,
+ale nie mogli mu przebaczyć wrodzonego okrucieństwa.</p>
+
+<p>„Otóż ów Hugon pokochał (jeśli można tem mianem
+nazwać tak dzikie uczucie), pokochał zatem córkę
+czynszownika, dzierżawiącego grunta w&nbsp;pobliżu dóbr
+Baskerville. Ale dziewczyna, będąc skromną, i&nbsp;bogobojną,
+obawiała się go, jak szatana. Otóż pewnego
+na jesieni, w&nbsp;dzień świętego Michała, ów Hugon
+na czele pięciu czy sześciu kompanów, zakradł się
+do farmy i&nbsp;uprowadził dziewczynę, korzystając z&nbsp;chwili,
+gdy ojciec i&nbsp;bracia jej byli nieobecni.</p>
+
+<p>„Przywieźli biedaczkę na zamek i&nbsp;osadzili ją w&nbsp;komnacie
+wieżowej, Hugon i&nbsp;jego towarzysze zasiedli do
+nocnej uczty, wedle zwyczaju. Słysząc ich pijackie
+wrzaski, dziewczyna truchlała, lecz była z&nbsp;natury
+dzielną, więc opanowała strach i&nbsp;postanowiła ratować
+się. Ogromna brzoza osłaniała i&nbsp;do dziś dnia osłania<span class="pagenum"><a name="Str_15" id="Str_15">[str. 15]</a></span>
+okno tej narożnej komnaty. Dziewczę uczepiło się jej
+gałęzi i&nbsp;spuściło się po nich na dół, a&nbsp;dostawszy się na
+swobodę, łąkami i&nbsp;polami biegło do fermy swego ojca,
+oddalonej o&nbsp;trzy mile od zamku.</p>
+
+<p>„Wkrótce potem, Hugon, zostawiwszy swoich kompanów
+przy butelkach i&nbsp;kartach, podążył do swojej
+ofiary, a&nbsp;widząc, że ptaszek opuścił klatkę, jak szalony
+powrócił do komnaty biesiadnej, wytłukł szkło i&nbsp;wśród
+okropnych przekleństw i&nbsp;złorzeczeń zaprzysiągł, że
+odda ciało i&nbsp;duszę dyabłu, jeśli ten dopomoże mu odzyskać
+dziewczynę. Pijani towarzysze słuchali go
+w&nbsp;przerażonem milczeniu, tylko jeden, gorszy, a&nbsp;może
+bardziej pijany od innych, poddał myśl, aby za dziewczyną
+puścić w&nbsp;pogoń psy podwórzowe.</p>
+
+<p>„Słysząc to Hugon, wybiegł przed dom, zwołał
+chłopców stajennych, kazał im osiodłać swoją klacz
+ulubioną i&nbsp;spuścić psy z&nbsp;łańcuchów; jednemu, najdzikszemu,
+dał do powąchania chustkę dziewczyny, zostawioną
+w&nbsp;narożnej komnacie, i&nbsp;popędził przez łąki
+w&nbsp;noc księżycową.</p>
+
+<p>„Towarzysze hulanki rzucili się do koni, chwycili
+pistolety i&nbsp;pognali za swoim amfitryonem, a&nbsp;było ich
+razem trzynastu. Księżyc świecił jasno, pędzili galopem
+drogą, którą musiała uciekać dziewczyna, jeśli podążyła
+do domu.</p>
+
+<p>„Ujechali z&nbsp;półtory mili, gdy spostrzegli nocnego
+pastucha. Pytali go, czy nie widział brytanów. Wystraszony,
+odparł, że przed chwilą biegły za jakąś
+dziewczyną.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;„Ale widziałem coś więcej&nbsp;&mdash; mówił.&nbsp;&mdash; Hugon
+Baskerville pędził tędy na swojej karej klaczy, a&nbsp;za
+nim leciał jakiś pies okropny, czarny, jakby szatan<span class="pagenum"><a name="Str_16" id="Str_16">[str. 16]</a></span>
+wcielony. Niech mnie Bóg broni, żebym kiedy jeszcze
+miał spotkać podobnego potwora na mojej drodze.</p>
+
+<p>„Pijani towarzysze cisnęli pastuchowi przekleństwo
+i&nbsp;pognali naprzód. Ujechali jeszcze z&nbsp;pół mili. Nagle
+<a class="ins" href="#tnote_5" name="tAnchor_5" title="głosy">włosy</a> stanęły im dębem ze strachu, bo oto przed nimi
+pędziła klacz kara, pokryta pianą, bez siodła i&nbsp;bez
+jeźdźca.</p>
+
+<p>„Towarzysze zbili się w&nbsp;gromadkę, bo ich strach
+oblatywał, lecz jechali dalej, choć każdy z&nbsp;nich, gdyby
+był sam, zawróciłby konia i&nbsp;uciekł do zamku, ale jeden
+wstydził się drugiego. Człapiąc wolno, zrównali się
+wreszcie z&nbsp;brytanami; te, choć znane w&nbsp;całej okolicy
+ze swej zajadłości, leżały teraz w&nbsp;rowie, wystraszone,
+i&nbsp;wyły przeraźliwie.</p>
+
+<p>„Kompania zatrzymała się. Jeźdźcy otrzeźwieli
+odrazu. Jedni chcieli zawracać, drudzy postanowili
+przekonać się, co zaszło. Księżyc świecił tak jasno, że
+można było szpilki zbierać.</p>
+
+<p>„O milę dalej, na polu, sterczały wysokie kamienie.
+Pomiędzy nimi leżała dziewczyna, martwa, a&nbsp;obok
+niej Hugon <a class="ins" href="#tnote_6" name="tAnchor_6" title="Baskerwille">Baskerville</a>&nbsp;&mdash; nieżywy.</p>
+
+<p>„Ale nie ten widok, choć straszny i&nbsp;niespodziany,
+najeżył włosy pijackiej kompanii; straszniejszy obraz
+przedstawił się ich oczom: nad zwłokami Hugona stał
+pies czarny, ogromny, wyszczerzał zęby i&nbsp;błyskał ślepiami.
+Jeden z&nbsp;towarzyszów padł na miejscu, rażony
+strachem, drugi utracił zmysły, reszta hulaszczej kompanii
+do końca życia nie zapomniała tego wrażenia.</p>
+
+<p>„Taką jest, moi synowie, legenda o&nbsp;psie, który od
+owego czasu trapił naszą rodzinę. Spisałem ją, abyście
+wiedzieli, jak się rzeczy istotnie miały i&nbsp;nie wierzyli
+krążącym baśniom. Nie będę, taił przed wami, że po
+tym wypadku, wielu mężczyzn w&nbsp;naszym rodzie umarło<span class="pagenum"><a name="Str_17" id="Str_17">[str. 17]</a></span>
+śmiercią nagłą, krwawą i&nbsp;tajemniczą. Jednak nie traćmy
+wiary w&nbsp;miłosierdzie Boskie, które karci niewinnych,
+tylko do trzeciego lub czwartego pokolenia.
+Opatrzności Boskiej, moi synowie, was polecam i&nbsp;ostrzegam,
+abyście nie przechodzili przez tę łąkę po nocy,
+gdy złe duchy są rozkiełznane.”</p>
+
+<p>(To są przestrogi Hugona Baskerville, spisane dla
+jego synów, Rogera i&nbsp;Jana, z&nbsp;rozkazem, aby o&nbsp;tem
+wszystkiem nie wspominali swej siostrze, Elżbiecie).</p>
+
+<hr style="width: 45%;" />
+
+<p>Doktor Mortimer skończył czytać tę niezwykłą
+opowieść, nasunął na oczy okulary i&nbsp;spojrzał na pana
+Sherlocka Holmes. Ten ziewnął i&nbsp;rzucił papierosa
+w&nbsp;ogień.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;No i&nbsp;cóż?&nbsp;&mdash; rzekł.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy historya ta nie jest interesującą?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zapewne, dla zbieracza starych legend i&nbsp;baśni.</p>
+
+<p>Doktor Mortimer wyjął z&nbsp;kieszeni gazetę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A teraz, panie Holmes&nbsp;&mdash; rzekł&nbsp;&mdash; pokażę panu
+coś aktualniejszego. Oto dziennik „Devon County
+Chronicle” z&nbsp;dnia 14-go Maja roku bieżącego. Jest
+w&nbsp;nim opis faktów, odnoszących się do śmierci sir Karola
+Baskerville, która zdarzyła się na kilka dni przed
+ową datą.</p>
+
+<p>Mój przyjaciel nachylił się i&nbsp;począł słuchać uważniej.
+Doktor Mortimer czytał:</p>
+
+<p>„Niedawna i&nbsp;nagła śmierć sir Karola Baskerville,
+kandydata liberalnego z&nbsp;hrabstwa Devon, przejęła całą
+naszą okolicę zdumieniem i&nbsp;trwogą. Jakkolwiek sir
+Karol Baskerville mieszkał w&nbsp;Baskerville Hall od niedawna,
+lecz jego uprzejmość, hojność i&nbsp;szlachetność,
+zjednały mu szacunek tych wszystkich, którzy mieli<span class="pagenum"><a name="Str_18" id="Str_18">[str. 18]</a></span>
+z&nbsp;nim do czynienia. W&nbsp;dzisiejszej epoce parweniuszów
+miło jest widzieć potomka starożytnego a&nbsp;podupadłego
+rodu, odzyskującego fortunę swych przodków i&nbsp;przywracającego
+świetność staremu nazwisku.</p>
+
+<p>„Sir Karol, jak wiadomo, zyskał duży majątek na
+spekulacyach w&nbsp;Afryce południowej, a&nbsp;będąc z&nbsp;natury
+przezornym, nie kusił dalej szczęścia, które mogłoby
+się odwrócić od niego, jak to czyni z&nbsp;innymi, i&nbsp;zrealizowawszy
+swoją fortunę, powrócił do Anglii.</p>
+
+<p>„Przed dwoma laty zaledwie osiadł w&nbsp;Baskerville
+Hall; znane są jego szerokie plany odnowienia starej
+siedziby i&nbsp;wprowadzenia ulepszeń w&nbsp;gospodarstwie rolnem.
+Śmierć przeszkodziła ich urzeczywistnieniu.</p>
+
+<p>„Będąc bezdzietnym, pragnął, aby cała okolica
+korzystała z&nbsp;jego fortuny i&nbsp;niejeden z&nbsp;sąsiadów ma ważne
+powody do opłakiwania jego przedwczesnego zgonu.
+Donosiliśmy często na tych szpaltach o&nbsp;jego hojnych
+ofiarach na instytucye publiczne.</p>
+
+<p>„Śledztwo nie wyjaśniło dotychczas okoliczności,
+towarzyszących śmierci sir Karola. Krążą tu najdziwaczniejsze
+legendy, przypisujące ów nagły zgon działaniu
+sił nadprzyrodzonych.</p>
+
+<p>„Sir Karol był wdowcem, uważano go powszechnie
+za dziwaka. Pomimo dużej fortuny, miał przyzwyczajenia
+proste, skromne. Personel służbowy w&nbsp;Baskerville
+Hall składał się z&nbsp;kamerdynera, nazwiskiem Barrymore,
+jego żony, kucharki i&nbsp;gospodyni w&nbsp;jednej osobie.
+Oboje zeznają, że zdrowie sir Karola w&nbsp;ostatnich
+czasach było nietęgie, że rozwijała się w&nbsp;nim choroba
+serca, objawiająca się bladością, brakiem tchu i&nbsp;częstemi
+omdleniami. Doktor Jerzy Mortimer, przyjaciel
+i&nbsp;domowy lekarz nieboszczyka, złożył zeznanie w&nbsp;tym
+samym duchu.<span class="pagenum"><a name="Str_19" id="Str_19">[str. 19]</a></span></p>
+
+<p>„Sir Karol Baskerville zwykł był co wieczór, przed
+pójściem na spoczynek, przechadzać się po słynnej alei
+wiązów przed zamkiem. Małżonkowie Barrymore opowiadają,
+że wieczorom 4-go maja, ich pan oznajmił im,
+że nazajutrz wyrusza do Londynu i&nbsp;kazał pakować
+kuferek.</p>
+
+<p>„Owego wieczoru wyszedł, jak zwykle, na przechadzkę,
+wśród której wypalał cygaro.</p>
+
+<p>„Z tej przechadzki już nie powrócił.</p>
+
+<p>„O dwunastej Barrymore, widząc drzwi frontowe
+jeszcze otwarte, zaniepokoił się, i&nbsp;wziąwszy latarnię,
+poszedł szukać swego pana. W&nbsp;ciągu dnia deszcz padał,
+więc łatwo było dojrzeć ślady stóp sir Karola
+wzdłuż alei. W&nbsp;połowie drogi jest furtka, prowadząca
+na łąkę.</p>
+
+<p>„Były ślady, że sir Karol stał przy niej przez czas
+pewien, następnie skręcił znowu w&nbsp;aleję. Znaleziono
+jego trupa na jej końcu.</p>
+
+<p>„Pomiędzy innemi dotychczas nie wyjaśniono jednego
+faktu, wynikającego z&nbsp;zeznań Barrymora, a&nbsp;mianowicie,
+że ślady kroków jego pana zmieniły się
+z&nbsp;chwilą, gdy stał przy furtce i&nbsp;że odtąd szedł na
+palcach.</p>
+
+<p>„Niejaki Murphy, cygan, handlujący końmi, znajdował
+się wówczas na łące, w&nbsp;pewnej odległości od
+nieboszczyka, ale sam przyznaje, że był pijany. Powiada,
+że słyszał krzyki, ale nie może określić, skąd
+wychodziły.</p>
+
+<p>„Na ciele sir Karola nie było śladów przemocy
+lub gwałtu, a&nbsp;chociaż lekarz zeznaje, że wyraz twarzy
+nieboszczyka był tak zmieniony, że on, doktor Mortimer,
+w&nbsp;pierwszej chwili poznać go nie mógł, rzeczo<span class="pagenum"><a name="Str_20" id="Str_20">[str. 20]</a></span>znawcy
+tłómaczą to anewryzmem serca, przy którym
+zachodzą podobne objawy.</p>
+
+<p>„Sekcya wykazała przedawnioną wadę serca, sędzia
+śledczy potwierdził badanie lekarskie. Pożądanem
+jest, aby spadkobierca sir Karola mógł objąć jaknajprędzej
+majątek i&nbsp;prowadzić dalej chlubną działalność,
+przerwaną tak nagle i&nbsp;tak tragicznie.</p>
+
+<p>„Gdyby prozaiczne orzeczenie sędziego śledczego
+i&nbsp;rzeczoznawców nie położyło końca romantycznym historyom,
+krążącym na temat owej śmierci, nie łatwo
+byłoby znaleźć właściciela Baskerville Hall.</p>
+
+<p>„Domniemanym spadkobiercą jest pan Henryk
+Baskerville, syn młodszego brata sir Karola. Ów młodzieniec
+przed kilku laty wyruszył do Ameryki. Zarządzono
+poszukiwania. Dowie się on zapewne niebawem
+o&nbsp;zmianie swego losu”.</p>
+
+<hr style="width: 45%;" />
+
+<p>Doktor Mortimer złożył gazetę i&nbsp;wsunął ją do kieszeni,
+mówiąc:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To są fakty, powszechnie znane.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dziękuję panu za zwrócenie mojej uwagi na
+sprawę istotnie ciekawą&nbsp;&mdash; rzekł pan Holmes.&nbsp;&mdash; Czytałem
+o&nbsp;niej, coprawda, w&nbsp;dziennikach, ale w&nbsp;owym czasie
+byłem zajęty kameami, które zniknęły z&nbsp;muzeum
+Watykańskiego. Chciałem się przysłużyć Papieżowi
+i&nbsp;straciłem z&nbsp;oczu to, co się jednocześnie działo w&nbsp;Anglii.
+Ten artykuł, powiadasz pan, zawiera fakty, znane
+powszechnie?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zechciej więc pan uwiadomić mnie teraz o&nbsp;tem,
+czego nikt nie wie.</p>
+
+<p>Sherlock Holmes oparł się o&nbsp;poręcz fotelu i&nbsp;znowu
+złożył ręce tak, aby palce stykały się końcami.<span class="pagenum"><a name="Str_21" id="Str_21">[str. 21]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Uczynię to&nbsp;&mdash; rzekł doktor Mortimer, zdradzając
+coraz większe wzburzenie.&nbsp;&mdash; Powiem panu to, czego
+nie mówiłem jeszcze nikomu. Zataiłem to przed
+sędzią śledczym z&nbsp;pobudek, które pan zapewne zrozumie.
+Jako człowiek nauki, nie chciałem zdradzać się
+publicznie, iż wierzę w&nbsp;przesądy. Dalej, rozumiałem,
+że gdyby utwierdziła się wiara w&nbsp;nadprzyrodzone siły,
+rządzące w&nbsp;Baskerville Hall, nikt nie zechciałby objąć
+starego zamku w&nbsp;posiadanie. Dla tych dwóch powodów
+nie zeznałem przed sądem wszystkiego, co wiem &mdash;
+albowiem nie zdałoby się to na nic sędziemu śledczemu &mdash;
+ale z&nbsp;panem będę zupełnie szczery.</p>
+
+<p>„Okolica jest mało zaludniona, rezydencye rzadkie,
+a&nbsp;siedziby włościańskie rozrzucone na znacznej odległości
+od siebie.</p>
+
+<p>„Widywałem często sir Karola Baskerville, który
+był spragniony towarzystwa. Oprócz p. Frankland
+w&nbsp;Lafterhall i&nbsp;naturalisty, p. Stapleton, w&nbsp;pobliżu niema
+ludzi inteligentnych. Sir Karol był skryty, małomówny.
+Zbliżyliśmy się z&nbsp;powodu jego choroby, przytem
+łączyły nas wspólne upodobania naukowe. Przywiózł
+wiele ciekawych wiadomości z&nbsp;Afryki Południowej.
+Spędziliśmy niejeden miły wieczór na rozprawach
+o&nbsp;anatomii porównawczej.</p>
+
+<p>„W ciągu ostatnich paru miesięcy spostrzegłem,
+że system nerwowy sir Karola był nadwerężony. Wziął
+tak dalece ową legendę do serca, że choć co wieczór
+odbywał spacery, nic go nie mogło skłonić do wejścia
+na łąkę po zachodzie słońca. Prześladowała go wciąż
+obawa upiorów, i&nbsp;pytał mnie nieraz, czym nie widział
+jakiego dziwacznego stworzenia i&nbsp;czym nie słyszał
+szczekania. Te pytania zadawał mi zawsze głosem
+drżącym.<span class="pagenum"><a name="Str_22" id="Str_22">[str. 22]</a></span></p>
+
+<p>„Wraziła mi się w&nbsp;pamięć jedna z&nbsp;moich wizyt
+u&nbsp;niego przed trzema tygodniami. Stał w&nbsp;sieni. Gdym
+schodził z&nbsp;wózka, spostrzegłem, że patrzy po przez moje
+ramię ze strachem w&nbsp;oczach. Odwróciłem się i&nbsp;spostrzegłem
+jakiś kształt dziwny, podobny do dużego,
+czarnego cielęcia. Przeleciało to po za moim wózkiem.</p>
+
+<p>„Sir Karol był tak wzburzony, że poszedłem szukać
+tego osobliwego zwierzęcia. Ale nigdzie go nie
+było. Mój pacyent nie mógł się uspokoić. Zostałem
+z&nbsp;nim przez cały wieczór i&nbsp;wtedy, tłómacząc swe wzburzenie,
+opowiedział mi całą tę historyę.</p>
+
+<p>„Wspominam o&nbsp;tym drobnym epizodzie, gdyż nabiera
+on znaczenia wobec tragedyi, która potem nastąpiła;
+na razie nie przywiązywałem do tego wagi i&nbsp;dziwiłem
+się wzburzeniu sir Karola.</p>
+
+<p>„Miał jechać do Londynu z&nbsp;mojej porady. Wiedziałem,
+że jest chory na serce i&nbsp;że ciągły niepokój
+źle wpływa na jego zdrowie. Sądziłem, że parę miesięcy,
+spędzonych na rozrywkach, uwolni go od tych
+mar i&nbsp;przywidzeń. Nasz wspólny przyjaciel, pan <a class="ins" href="#tnote_7" name="tAnchor_7" title="Stupleton">Stapleton</a>,
+był tego samego zdania. I&nbsp;oto wynikło nieszczęście.</p>
+
+<p>„Zaraz po śmierci sir Karola, kamerdyner Barrymore
+wyprawił do mnie grooma Perkinsa; przybyłem
+do Baskerville Hall w&nbsp;godzinę po katastrofie. Zbadałem
+wszystkie fakty, przytoczone w&nbsp;śledztwie. Szedłem
+śladami, pozostawionemi w&nbsp;Alei Wiązów, obejrzałem
+miejsce przy furtce, gdzie sir Karol zatrzymał się,
+i&nbsp;zmiarkowałem, że od owego miejsca szedł na palcach
+i&nbsp;że nie było śladu innych kroków, oprócz późniejszych,
+Barrymora. Wreszcie obejrzałem starannie zwłoki,
+które pozostały nietknięte do mego przybycia.</p>
+
+<p>„Sir Karol leżał nawznak z&nbsp;rozciągniętemi rękoma,<span class="pagenum"><a name="Str_23" id="Str_23">[str. 23]</a></span>
+jego twarz była tak zmieniona, że zaledwie mogłem ją
+poznać. Na ciele nie było żadnych obrażeń. Ale
+Barrymore w&nbsp;toku śledztwa uczynił jedno zeznanie fałszywe.
+Powiedział, że nie było żadnych śladów dokoła
+trupa. Nie spostrzegł ich, ale ja dostrzegłem &mdash;
+zupełnie świeże, w&nbsp;pobliżu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy ślady kroków?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Męzkie, czy kobiece?</p>
+
+<p>Doktor Mortimer patrzył na nas przez chwilę dziwnemi
+<a class="ins" href="#tnote_8" name="tAnchor_8" title="ocyma">oczyma</a>, wreszcie odparł szeptem:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Panie Holmes, były ślady kroków... psa... olbrzymiego.</p>
+
+
+
+<hr style="width: 65%;" />
+<p class="nopad"><span class="pagenum"><a name="Str_24" id="Str_24">[str. 24]</a></span></p>
+<h2><a name="III" id="III"></a>III.</h2>
+
+<h3>Zagadka.</h3>
+
+
+<p>Przyznaję, że gdym słuchał tego opowiadania,
+przebiegały po mnie dreszcze. I&nbsp;doktor był żywo poruszony.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Widziałeś pan te ślady?&nbsp;&mdash; spytałem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak, na własne oczy; tak wyraźnie, jak teraz
+widzę pana.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I nic pan nie mówiłeś?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Po co?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dlaczego nikt inny nie dostrzegł tych śladów?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pozostały o&nbsp;jakie dwa łokcie od trupa; nie
+zwrócono na nie uwagi i&nbsp;jabym ich nie zauważył, gdybym
+nie był znał tej legendy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dużo jest psów w&nbsp;okolicy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak, ale to nie był zwykły pies. Powiedziałem
+już panom, że był ogromny.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy nie zbliżył się do trupa?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy noc była jasna?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie; pochmurna i&nbsp;wilgotna.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ale deszcz nie padał?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jak wygląda aleja?<span class="pagenum"><a name="Str_25" id="Str_25">[str. 25]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jest wysadzana dwoma rzędami wiązów i&nbsp;opasana
+żywopłotem, wysokości 12 stóp. Sama aleja ma
+8 stóp szerokości.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy jest co pomiędzy żywopłotem a&nbsp;aleją?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak; po obu stronach biegnie trawnik, szerokości
+6 stóp.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;O ile zrozumiałem, jest wejście przez furtkę?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak; furtka prowadzi na łąkę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy są inne wejścia?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niema.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak, iż aby wkroczyć w&nbsp;Aleję Wiązów, trzeba
+wyjść z&nbsp;domu, lub iść przez łąkę?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jest trzecie wejście przez altanę, na drugim
+końcu alei.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy sir Karol doszedł do tej altany?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie; znaleziono go o&nbsp;pięćdziesiąt łokci od niej.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A teraz, zechciej mi pan powiedzieć, doktorze
+Mortimer&nbsp;&mdash; będzie to szczegół ważny&nbsp;&mdash; czy ślady, któreś
+pan spostrzegł, pozostały na żwirze, czy na trawie?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie mogłem dojrzeć śladów na trawie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy ślady były po tej samej stronie, co furtka?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak, po tej samej.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Bardzo mnie pan zaciekawia. Jeszcze jedno
+pytanie. Czy furtka była zamknięta?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zamknięta na klucz i&nbsp;zaryglowana.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jak jest wysoka?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ma około 4-ch stóp.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A więc można ją łatwo przesadzić?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A jakie ślady znalazłeś pan przy furtce?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Żadnych, któreby mogły zwrócić uwagę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czyżeś pan nie oglądał ziemi dokoła?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I owszem, oglądałem.<span class="pagenum"><a name="Str_26" id="Str_26">[str. 26]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I nie dostrzegłeś pan żadnych śladów?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Były bardzo niewyraźne. Widocznie sir Karol
+stał tutaj przez pięć do dziesięciu minut.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Skąd pan to wie?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Gdyż popiół z&nbsp;cygara spadł dwa razy na ziemię.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wybornie. Znaleźliśmy kolegę wedle naszego
+serca. Prawda, Watson? Ale jakież to były ślady?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ślady stóp na żwirze. Innych znaków dostrzedz
+nie mogłem.</p>
+
+<p>Sherlock Holmes uderzył ręką w&nbsp;kolano.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czemu mnie tam nie było!&nbsp;&mdash; zawołał.&nbsp;&mdash; Jest
+to wypadek bardzo ciekawy, dający obfite pole do
+naukowej ekspertyzy. Czemuż nie mogłem odczytać
+tej żwirowej karty, zanim ją zatarły inne stopy! Doktorze
+Mortimer, że też mnie pan nie uwiadomił wcześniej!
+Jeśli nam się nie uda wyświetlić sprawy, cała
+odpowiedzialność spadnie na pana.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie mogłem pana wzywać, panie Holmes, bo
+w&nbsp;takim razie musiałbym ujawnić te fakty przed całym
+światem, a&nbsp;mówiłem już, żem sobie tego nie życzył.
+Zresztą... zresztą...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czemu pan nie kończysz?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Bywają dziedziny, niedostępne nawet dla najbystrzejszych
+i&nbsp;najdoświadczeńszych detektywów...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Chcesz pan powiedzieć, że wchodzi to w&nbsp;zakres
+rzeczy nadprzyrodzonych?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tego nie twierdzę stanowczo.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ale pan tak myślisz w&nbsp;głębi ducha.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Od owej tragedyi doszły do mojej świadomości
+fakty, sprzeczne z&nbsp;ogólnemi prawami natury.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Naprzykład?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dowiaduję się, że przed tą katastrofą, kilku ludzi
+widziało na łące niezwykłe stworzenie, podobne do<span class="pagenum"><a name="Str_27" id="Str_27">[str. 27]</a></span>
+złego ducha Baskervillów. Wszyscy mówią, że był to pies
+ogromny, przezroczysty. Wypytywałem tych ludzi &mdash;
+jeden z&nbsp;nich jest włościaninem, drugi kowalem, trzeci
+farmerem. Ich zeznania są jednakowe. W&nbsp;całej okolicy
+zapanował strach przesądny. Nikt po nocy nie
+przejdzie przez łąkę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I pan, człowiek nauki, wierzy w&nbsp;takie baśnie? &mdash;
+zawołał Holmes.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dotychczas moje badania ogarniały świat zmysłów;
+usiłowałem walczyć z&nbsp;chorobą, ale ze złymi duchami
+walczyć nie umiem. Zresztą musisz pan <a class="ins" href="#tnote_9" name="tAnchor_9" title="przysznać">przyznać</a>,
+że ślady stóp są dowodem materyalnym. <a class="ins" href="#tnote_10" name="tAnchor_10" title="Pie,">Pies</a>
+Hugona nie był także zjawiskiem nadprzyrodzonem
+skoro mógł zagryźć na śmierć, a&nbsp;jednak miał w&nbsp;sobie
+coś szatańskiego.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Widzę, że pan przeszedłeś do obozu spirytystów.
+Ale zechciej mi powiedzieć jeszcze jedno, doktorze
+Mortimer. Jeżeli pan skłaniasz się ku takim zapatrywaniom,
+dlaczego przyszedłeś zasięgnąć mojej rady?
+Powiadasz pan jednym tchem, że nie warto przeprowadzać
+śledztwa w&nbsp;sprawie zabójstwa sir Karola, a&nbsp;jednocześnie
+prosisz mnie, żebym się tą sprawą zajął.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie prosiłem o&nbsp;to.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Więc w&nbsp;jaki sposób mogę panu dopomódz?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Radząc mi, co mam zrobić z&nbsp;sir Henrykiem
+Baskerville, który przybywa na dworzec Waterloo &mdash;
+doktor Mortimer spojrzał na zegarek&nbsp;&mdash; za godzinę
+i&nbsp;kwadrans&nbsp;&mdash; dokończył.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy on jest spadkobiercą?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak. Po śmierci sir Karola zasięgaliśmy wiadomości
+o&nbsp;tym gentlemanie i&nbsp;dowiedzieliśmy się, że
+ma fermę w&nbsp;Kanadzie. Wedle naszych informacyj,<span class="pagenum"><a name="Str_28" id="Str_28">[str. 28]</a></span>
+jest to młodzieniec bez zarzutu. Nie mówię teraz jako
+lekarz, lecz jako wykonawca testamentu sir Karola.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy niema innych kandydatów do spadku?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Żadnego. Mógłby nim być tylko Roger Baskerville,
+najmłodszy z&nbsp;trzech braci, z&nbsp;których sir Karol
+był najstarszym. Drugi brat, zmarły przedwcześnie,
+był właśnie ojcem owego Henryka. Trzeci, Roger,
+był synem marnotrawnym, żywą podobizną duchową
+starego Hugona. Tyle nabroił w&nbsp;Anglii, że
+nie mógł już tu przebywać, uciekł do Ameryki środkowej
+i&nbsp;umarł w&nbsp;roku 1876-ym na żółtą febrę. Henryk
+jest ostatnim z&nbsp;Baskervillów. Za godzinę i&nbsp;pięć minut
+mam go spotkać na dworcu Waterloo. Miałem depeszę
+z&nbsp;uwiadomieniem, iż przybył dziś do Southampton.
+A&nbsp;teraz, panie Holmes, powiedz, jak mi radzisz postąpić?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dlaczego sir Henryk nie miałby wrócić do domu
+swych ojców?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wydaje się to rzeczą naturalną, a&nbsp;jednak, jeśli
+weźmiemy pod uwagę, że każdego z&nbsp;Baskervillów, który
+tam przebywa, czeka śmierć nagła i&nbsp;gwałtowna...
+Jestem pewien, że gdyby sir Karol mógł był ze mną
+mówić przed katastrofą, byłby mi zakazał wprowadzać
+ostatniego z&nbsp;rodu do owej przeklętej rezydencyi. Z&nbsp;drugiej
+strony, dobrobyt całej okolicy zależy od przebywania
+dziedzica w&nbsp;Baskerville Hall. Całe dzieło, zapoczątkowane
+przez sir Karola, pójdzie w&nbsp;niwecz, jeśli
+nikt nie zamieszka na zamku. Boję się, aby dobro tej
+okolicy nie skłoniło mnie do nielojalnego postąpienia
+z&nbsp;sir Henrykiem i&nbsp;dlatego proszę pana o&nbsp;radę.</p>
+
+<p>Holmes zastanawiał się długą chwilę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zatem&nbsp;&mdash; odezwał się&nbsp;&mdash; według pańskiego pr<span class="pagenum"><a name="Str_29" id="Str_29">[str. 29]</a></span>zekonania,
+jakaś siła nieczysta grozi w&nbsp;tych stronach
+Baskervillom. Wszak pan w&nbsp;to wierzy święcie?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Gotów jestem przypuszczać, że tak jest.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;W takim razie, ta siła nieczysta może pastwić
+się nad Baskervillem równie dobrze w&nbsp;Londynie, jak
+i&nbsp;w Devonshire. Szatan, którego działanie byłoby umiejscowione,
+nie byłby groźnym.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Starasz się pan ośmieszyć moją obawę, panie
+Holmes. Lecz gdybyś sam widział te rzeczy nadprzyrodzone,
+odechciałoby ci się żartów. Z&nbsp;pańskich słów
+miarkuję, że ów młodzieniec jest równie bezpieczny
+w&nbsp;Londynie, jak i&nbsp;w Devonshire. Przybywa za pięćdziesiąt
+minut. Cóż mi pan radzisz?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Radzę wziąć dorożkę, zawołać psa, który skowyczy
+za drzwiami i&nbsp;jechać na dworzec Waterloo na spotkanie
+sir Henryka Baskerville.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A potem?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A potem nic mu pan nie powiesz, dopóki nie
+namyślę się w&nbsp;tym względzie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jak długo potrzebujesz pan namyślać się?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dwadzieścia cztery godziny. Poproszę cię, doktorze
+Mortimer, abyś mnie odwiedził jutro rano o&nbsp;dziesiątej.
+A&nbsp;zechciej przywieźć ze sobą sir Henryka
+Baskerville. To mi ułatwi wykonanie mego planu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zrobię, jak pan chcesz.</p>
+
+<p>Doktor zapisał godzinę na mankiecie i&nbsp;wyszedł.
+Pan Holmes zatrzymał go na schodach.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jeszcze jedno pytanie&nbsp;&mdash; rzekł.&nbsp;&mdash; Powiadasz
+pan, że przed śmiercią sir Karola kilku ludzi widziało
+to zjawisko na łące?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak, trzech ludzi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy który z&nbsp;nich widział je potem?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie wiem.<span class="pagenum"><a name="Str_30" id="Str_30">[str. 30]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dziękuję panu. Dowidzenia.</p>
+
+<p>Holmes powrócił na swoje miejsce. Był widocznie
+zadowolony.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wychodzisz, Watson?&nbsp;&mdash; rzekł.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy potrzebujesz mojej pomocy?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie, mój drogi. Poproszę cię o&nbsp;nią dopiero
+w&nbsp;chwili działania. Sprawa wyjątkowa. Przechodząc
+obok Bradleya, zechciej wstąpić do sklepu i&nbsp;każ mi
+przynieść paczkę najmocniejszego tytoniu. Jeżeli możesz,
+byłbym ci bardzo obowiązany, gdybyś tu nie wracał
+przed wieczorem, a&nbsp;wtedy zestawimy nasze wrażenia
+i&nbsp;poglądy.</p>
+
+<p>Wiedziałem, że samotność jest niezbędną mojemu
+przyjacielowi w&nbsp;chwilach, gdy zastanawiał się nad poszlakami
+spraw kryminalnych, gdy wyciągał wnioski
+i&nbsp;tworzył teorye, które okazywały się zawsze słusznemi.
+To też cały dzień spędziłem w&nbsp;klubie i&nbsp;dopiero
+około dziewiątej powróciłem do mieszkania przy Bakerstreet.</p>
+
+<p>Gdy drzwi otworzyłem, zdało mi się, że w&nbsp;mieszkaniu
+był pożar; światło lampy ukazywało się jakby
+za czarną mgłą. Po chwili zmiarkowałem, że dym
+pochodzi nie od ognia, lecz od mocnego tytoniu.
+Wśród kłębów ujrzałem Holmesa w&nbsp;szlafroku. Siedział
+w&nbsp;fotelu z&nbsp;fajeczką w&nbsp;ustach. Na stole leżało kilka
+zwitków papieru. Odkaszlnąłem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zaziębiłeś się?&nbsp;&mdash; spytał.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie, ale można się tu udusić.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Otwórz okno. Widzę, że spędziłeś cały dzień
+w&nbsp;klubie...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Po czem to miarkujesz, Holmes?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jesteś rzeźwy, pachnący, w&nbsp;dobrym humorze.
+Nigdy nie domyślisz się, gdzie ja byłem.<span class="pagenum"><a name="Str_31" id="Str_31">[str. 31]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie będę nad tem suszył głowy. Powiesz
+mi sam.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A więc byłem w&nbsp;Devonshire.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Myślą?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak. Moje ciało pozostało tutaj, na tym fotelu,
+i&nbsp;skonsumowało dwa olbrzymie imbryki kawy i&nbsp;niezliczoną
+moc tytoniu. Po twojem wyjściu posłałem do
+Stamforda po mapę tej okolicy i&nbsp;błądziłem po niej przez
+dzień cały. Pochlebiam sobie, że każda piędź ziemi jest
+mi teraz dobrze znana.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To zapewne mapa o&nbsp;wielkiej skali?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak.</p>
+
+<p>Rozwinął ją i&nbsp;położył na kolanie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Widzisz&nbsp;&mdash; mówił&nbsp;&mdash; oto łąka, a&nbsp;to&nbsp;&mdash; Baskerville
+Hall.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Naokoło las.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Istotnie. A&nbsp;oto Aleja Wiązów, na lewo od łąki.
+Tu jest wioska Grimpen, w&nbsp;której doktor Mortimer
+obrał swoją główną kwaterę. W&nbsp;obrębie mil pięciu
+mało jest ludzkich siedzib. Oto Lafter Hall. Tu&nbsp;&mdash; domek
+przyrodnika Stapleton. Tutaj dwie formy: High
+Tore i&nbsp;Fulmire. O&nbsp;czternaście mil dalej&nbsp;&mdash; więzienie państwowe
+Princetown. Dokoła i&nbsp;pośrodku&nbsp;&mdash; łąki i&nbsp;trzęsawiska.
+Taki jest teren, na którym rozegrała się owa tragedya.
+Postaramy się odtworzyć wszystkie jej sceny
+i&nbsp;akty.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Miejscowość bezludna.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak. Dyabeł mógł się na niej rozgościć...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A zatem i&nbsp;pan skłaniasz się do nadprzyrodzonych
+wyjaśnień...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Sługami Dyabła mogą być ludzie z&nbsp;krwi i&nbsp;kości.
+Należy przedewszystkiem rozstrzygnąć dwa zagadnienia:
+popierwsze, czy zaszła zbrodnia? Powtóre:<span class="pagenum"><a name="Str_32" id="Str_32">[str. 32]</a></span>
+w&nbsp;jaki sposób ją spełniono? Jeżeli doktor Mortimer nie
+jest w&nbsp;błędzie, jeśli okaże się, że mamy do czynienia
+z&nbsp;nadprzyrodzonemi siłami, w&nbsp;takim razie dochodzenia
+sądowe są bezużyteczne. Ale musimy wyczerpać wszelkie
+inne hypotezy, zanim dojdziemy do tego wniosku.
+Możebyś zamknął okno. Znajduję, że skoncentrowana
+atmosfera pomaga do skupienia myśli. Czy zastanawiałeś
+się w&nbsp;ciągu dnia nad tą sprawą?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Myślałem o&nbsp;niej dużo. Jest istotnie dziwna.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Są w&nbsp;niej punkty charakterystyczne. I&nbsp;tak, naprzykład,
+zmiana śladów.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Doktor Mortimer wyjaśnił to w&nbsp;ten sposób, że
+sir Karol szedł potem na palcach.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Doktor powtórzył tylko to, co jakiś dudek powiedział
+na śledztwie. Pocóżby sir Baskerville miał chodzić
+na palcach? Nie, on poprostu biegł, <i>uciekał</i>, aż
+wreszcie padł twarzą na ziemię.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przed czemże uciekał?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To właśnie należy wyświetlić! Są poszlaki, że
+już był wylękniony, zanim począł uciekać.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Skąd wiesz?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przypuszczam, że nastraszyło go coś, co ujrzał
+na łące. Ten widok pozbawił go przytomności, bo inaczej
+nie byłby uciekał w&nbsp;stronę przeciwną, zamiast
+biedz ku pałacowi. Jeżeli świadectwo cygana jest wiarogodne,
+&mdash; biegnąc, wołał o&nbsp;pomoc, a&nbsp;pędził tam, skąd
+pomoc w&nbsp;żaden sposób nadejść nie mogła. Dalej: na
+kogo czekał owej nocy i&nbsp;dlaczego czekał w&nbsp;Alei Wiązów,
+zamiast w&nbsp;domu?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wiec sądzisz, że czekał na kogoś?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Był niemłody, chory. Zapewne mógł był
+wyjść na spacer, ale nie w&nbsp;taką noc, ciemną, wilgotną.<span class="pagenum"><a name="Str_33" id="Str_33">[str. 33]</a></span>
+Czemu stał przez pięć do dziesięciu minut przy furtce,
+jak to wywnioskował doktor Mortimer z&nbsp;popiołu cygara?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wszak sir Karol wychodził co wieczór?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wątpię, czy co wieczór po dziesięć minut stawał
+przy furtce. Wiemy nawet, że zwykł był unikać
+łąki. Przeciwnie, owego wieczora czekał przy niej.
+Było to w&nbsp;wilię jego odjazdu do Londynu. Rzecz zaczyna
+się rozjaśniać. Mój drogi, podaj mi <a class="ins" href="#tnote_11" name="tAnchor_11" title="skrzypce">skrzypce.</a>
+Mówmy o&nbsp;czem innem. Dajmy pokój tej sprawie aż
+do przybycia doktora Mortimer i&nbsp;sir Henryka Baskerville.</p>
+
+
+
+<hr style="width: 65%;" />
+<p class="nopad"><span class="pagenum"><a name="Str_34" id="Str_34">[str. 34]</a></span></p>
+<h2><a name="IV" id="IV"></a>IV</h2>
+
+<h3>Sir Henryk Baskerville.</h3>
+
+
+<p>Zjedliśmy wcześnie śniadanie. Holmes czekał na
+zapowiedzianą wizytę. Nasi klienci stawili się punktualnie.
+Biła właśnie dziesiąta, gdy do pokoju bawialnego
+wszedł doktor Mortimer, a&nbsp;za nim młody baronet.</p>
+
+<p>Ten ostatni był niewielkiego wzrostu, silnie zbudowany,
+miał lat ze trzydzieści, włosy i&nbsp;oczy ciemne;
+gęste czarne brwi nadawały jego twarzy wyraz stanowczy,
+a&nbsp;nawet srogi. Z&nbsp;całej jego postawy i&nbsp;ogorzałego
+oblicza było znać, że dużo przebywał na świeżem
+powietrzu; wyglądał na skończonego gentlemana.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Oto sir Henryk Baskerville&nbsp;&mdash; prezentował doktor
+Mortimer.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak, jestem tu we własnej osobie, a&nbsp;co dziwniejsza,
+panie Holmes, że gdyby mój przyjaciel nie
+zaproponował mi tej wizyty, sam przybyłbym do pana.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niechże pan siada. Czyżby od pańskiego przybycia
+do Londynu zdarzyłoby się panu coś niezwykłego?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zażartowano ze mnie. Dziś rano dostałem
+ten list.</p>
+
+<p>Sir Henryk położył na stole kopertę; wszyscy nachyliliśmy
+się nad nią. Była to zwykła, szara koperta;<span class="pagenum"><a name="Str_35" id="Str_35">[str. 35]</a></span>
+adres: <i>Sir Henryk Baskerville</i>, <i>Northumberland Hotel</i>&nbsp;&mdash; wypisany
+był drukiem, stempel Charing Cross i&nbsp;data na kopercie
+z&nbsp;poprzedniego wieczora.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Kto wiedział, że pan zatrzyma się w&nbsp;Northumberland
+Hotel?&nbsp;&mdash; spytał Holmes, spoglądając bystro na
+swego klienta.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nikt nie mógł wiedzieć. Zdecydowałem się dopiero
+po spotkaniu doktora Mortimer.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Doktor Mortimer mieszkał już tam zapewne?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Bynajmniej. Zatrzymałem się u&nbsp;znajomego &mdash;
+odparł doktor.&nbsp;&mdash; Nie było żadnych poszlak, wskazujących,
+że chcemy stanąć w&nbsp;tym właśnie hotelu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Hm! ktoś widocznie śledzi pańskie kroki.</p>
+
+<p>Holmes wyjął z&nbsp;koperty papier dużego formatu,
+rozłożył go na stole. Na środku arkusza było jedno
+zdanie. Brzmiało w&nbsp;te słowa:</p>
+
+<p><i>Jeżeli dbasz o&nbsp;życie, strzeż się trzęsawiska</i></p>
+
+<p>Tylko jedno słowo: „trzęsawiska” było wypisane
+drukowanemi literami, atramentem.<a name="FNanchor_A" id="FNanchor_A"></a><a href="#Footnote_A" class="fnanchor">[A]</a></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A teraz, panie Holmes&nbsp;&mdash; rzekł sir Henryk Baskerville &mdash;
+może mi pan wytłómaczy, co znaczą te słowa
+i&nbsp;kto interesuje się moją osobą?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cóż pan o&nbsp;tem myślisz, doktorze Mortimer?
+Musisz chyba przyznać, że niema w&nbsp;tem nic nadnaturalnego.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie, lecz te słowa mogą być skreślone przez
+kogoś, kto wierzy w&nbsp;nadprzyrodzoną siłę, rządząca tą
+sprawą.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jaką sprawą?&nbsp;&mdash; podchwycił sir Henryk Baskerville. &mdash;
+Widzę, że panowie jesteście lepiej odemnie powiadomieni
+o&nbsp;moich interesach.<span class="pagenum"><a name="Str_36" id="Str_36">[str. 36]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zanim stąd wyjdziesz, sir Henryku, będziesz
+wiedział to, co i&nbsp;my&nbsp;&mdash; oświadczył Sherlock Holmes. &mdash;
+Tymczasem zajmiemy się tym ciekawym dokumentem.
+List został naklejony i&nbsp;wrzucony do skrzynki wczoraj
+wieczorem. Czy masz wczorajszy <i>Times</i>, Watson?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Leży tutaj.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Proszę cię o&nbsp;niego. Chcę zobaczyć wewnętrzną
+kolumnę z&nbsp;artykułem wstępnym.</p>
+
+<p>Przebiegł okiem wzdłuż szpalty.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Artykuł wstępny traktuje o&nbsp;wolnym handlu.
+Pozwólcie mi odczytać z&nbsp;niego jeden ustęp:</p>
+
+<p>„Nie należy się łudzić, że taryfa protekcyjna osłoni
+nasz przemysł. Takie prawo zmniejszy tylko obieg
+kapitałów i&nbsp;sprawi, że życie będzie droższem w&nbsp;Anglii.
+Jeżeli więc dbasz o&nbsp;swój dobrobyt, szanowny
+obywatelu, strzeż się głosować za rzecznikami tej idei”.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cóż o&nbsp;tem myślisz, Watson?&nbsp;&mdash; zawołał Holmes,
+zacierając ręce z&nbsp;radości.&nbsp;&mdash; Czy nie znajdujesz, że wyrażone
+poglądy są bardzo głębokie?</p>
+
+<p>Doktor Mortimer spojrzał na Holmesa z&nbsp;zaciekawieniem;
+sir Henryk był widocznie zdziwiony.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie znam się na taryfach&nbsp;&mdash; rzekł&nbsp;&mdash; ale nie widzę,
+aby te słowa miały nas wprowadzić na trop autora
+listu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I owszem, Watson zna mój system. Czy zrozumiałeś
+znaczenie tego zdania dla naszej sprawy?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przyznaję, że nie widzę żadnej łączności pomiędzy
+temi słowami a&nbsp;przestrogą, zawartą w&nbsp;liście
+anonimowym.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A jednak, kochany Watson, łączność jest tak
+ścisła, że jedno wypływa z&nbsp;drugiego. <i>Życie</i>, <i>dbasz</i>,
+<i>strzeż się</i>&nbsp;&mdash; czyż nie widzisz, skąd są wzięte owe sło<span class="pagenum"><a name="Str_37" id="Str_37">[str. 37]</a></span>wa?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Masz pan słuszność!&nbsp;&mdash; zawołał sir Henryk.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wszelkie wątpliwości rozprasza fakt, że słowa
+zostały wycięte w&nbsp;całości, nie zaś pojedynczemi literami,
+a&nbsp;nawet widzimy dwa słowa wycięte razem:
+<i>dbasz o</i>...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Doprawdy, panie Holmes, to przechodzi wszelkie
+pojęcie!&nbsp;&mdash; rzekł doktor Mortimer, patrząc na mego
+przyjaciela ze zdumieniem.&nbsp;&mdash; Nie dość, że pan poznałeś
+odrazu, iż słowa zostały wycięte z&nbsp;dziennika, ale
+domyśliłeś się, z&nbsp;którego. Powiedz-że nam, jakim sposobem?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Sądzę, że potrafiłbyś, doktorze, odróżnić czaszkę
+Murzyna od czaszki Eskimosa?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Naturalnie. Badanie czaszek&nbsp;&mdash; to moja specyalność.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dla moich oczu różnica pomiędzy <i>burgosowemi</i>
+czcionkami artykułów wstępnych <i>Timesa</i> a&nbsp;<i>petitowym</i>
+drukiem pism wieczornych jest tak wielka, jak dla pana
+pomiędzy czaszką Eskimosa a&nbsp;Murzyna. Badanie
+druków jest elementarzem wiedzy <i>detektywa</i>.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;O ile można przypuszczać, te słowa zostały
+wycięte scyzorykiem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie; nożyczkami i&nbsp;to bardzo ostremi i&nbsp;krótkiemi.
+Po wycięciu naklejono je gumą na papierze.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ale dlaczego słowo: <i>trzęsawisko</i> zostało wypisane
+ręcznie?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Bo niema go w&nbsp;artykule.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy coś jeszcze zwróciło pańską uwagę, panie
+Holmes?&nbsp;&mdash; pytał sir Henryk.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dostrzegam parę wskazówek, choć starano się
+zatrzeć wszelkie ślady. Adres wypisany literami drukowanemi
+ręką niewprawną, ale skądinąd <i>Times</i> jest
+czytywany przez ludzi inteligentnych. Wyprowadzam<span class="pagenum"><a name="Str_38" id="Str_38">[str. 38]</a></span>
+stąd wniosek, że autorem anonimu jest człowiek wykształcony,
+który chce uchodzić za nieuka; sam fakt,
+że ukrywa swe pismo, dowodzi, że pan znasz, lub że
+mógłbyś poznać to pismo. Dalej: słowa nie są naklejone
+w&nbsp;prostej linii; i&nbsp;tak, naprzykład, <i>życie</i> nie jest na
+swojem miejscu właściwem. To świadczy o&nbsp;niedbałości
+lub o&nbsp;wzruszeniu. Przypuszczam raczej to ostatnie.
+Korespondent śpieszył się widocznie... ale dlaczego?
+Wiedział, że list, wrzucony wieczorem, choćby najpóźniej,
+dojdzie rąk sir Henryka nazajutrz przed jego
+wyjściem z&nbsp;hotelu. Czyżby ów nieznajomy bał się, że
+mu przerwą robotę?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wkraczamy teraz w&nbsp;dziedzinę domysłów &mdash;
+wtrącił doktor Mortimer.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Powiedz pan raczej, że na pole prawdopodobieństw.
+Może to pan nazwać domysłem, ale ja jestem
+pewien, że adres został skreślony w&nbsp;hotelu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Skąd pan to wie?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jeżeli panowie przyjrzycie mu się dokładnie, to
+zmiarkujecie, że piszący miał kłopot z&nbsp;piórem i&nbsp;atramentem.
+Pióro pryskało dwa razy w&nbsp;jednem słowie,
+i&nbsp;wyschło trzy razy przy wypisywaniu tak krótkiego
+adresu, co dowodzi, że było bardzo mało atramentu
+w&nbsp;kałamarzu. Otóż w&nbsp;domu prywatnym rzadko się
+zdarza, aby atrament wysechł i&nbsp;żeby pióro było w&nbsp;tak
+złym stanie. Ale wiadomo, czem są pióra i&nbsp;kałamarze
+hotelowe. Sądzę, że badając kałamarze w&nbsp;hotelach
+w&nbsp;pobliżu Charing Cross, znajdziemy wycięty numer
+<i>Timesa</i> i&nbsp;zdołamy odszukać osobę, która ten list
+przesłała.</p>
+
+<p>Obejrzał starannie papier, na którym były przyklejone
+słowa, ale nie mógł dojrzeć nic osobliwego.<span class="pagenum"><a name="Str_39" id="Str_39">[str. 39]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy zdarzyło się panu co jeszcze od chwili,
+gdyś pan przybył do Londynu?&nbsp;&mdash; spytał sir Henryka.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nic zgoła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy nie zauważyłeś pan, że pana śledzą?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie. Któżby miał ochotę mnie śledzić? Nikt
+mnie tu nie zna.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy nie miał pan jakiej niespodzianki?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Żadnej. Chyba tę tylko, że mi zginął jeden but.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zginął panu but? A&nbsp;to w&nbsp;jaki sposób?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Znajdziesz go pan zapewne po powrocie do hotelu.
+Nie warto trudzić pana Holmes takiemi drobiazgami &mdash;
+przerwał mu doktor Mortimer.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przepraszam; to nie jest drobiazg&nbsp;&mdash; zaprzeczył
+detektyw.&nbsp;&mdash; Jakże to było?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wystawiłem na korytarz oba buty do czyszczenia.
+Nazajutrz był tylko jeden. Posługacz nie wiedział,
+co się stało z&nbsp;drugim. Kupiłem te buty wczoraj
+i&nbsp;nie miałem ich wcale na nogach.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jeżeli ich pan nie nosiłeś, czemu je dawałeś do
+czyszczenia?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Buty przechodziły przez tyle rąk w&nbsp;sklepie, że
+potrzebują czyszczenia.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A zatem wczoraj, po przyjeździe do Londynu,
+robiłeś pan sprawunki?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Robiłem ich dużo. Towarzyszył mi doktor Mortimer.
+Bo to muszę panu wyznać, że, pędząc życie
+swobodne, na świeżem powietrzu, zaniedbałem się trochę,
+a&nbsp;trzeba było przygotować się do odegrania roli
+pana licznych włości. Pomiędzy innemi kupiłem te
+żółte buty, zapłaciłem za nie sześć szylingów. Ale ukradli
+mi jeden, zanim je włożyłem na nogi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To dziwne. Na co może się zdać jeden but? &mdash;
+zastanawiał się Sherlock Holmes.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A teraz, panowie&nbsp;&mdash; rzekł baronet&nbsp;&mdash; czekam na<span class="pagenum"><a name="Str_40" id="Str_40">[str. 40]</a></span>
+spełnienie obietnicy. Chciałbym się dowiedzieć o&nbsp;tem,
+co ukrywaliście przedemną.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pańskie żądanie jest słuszne&nbsp;&mdash; odparł Holmes. &mdash;
+Doktorze Mortimer, sądzę, że masz obowiązek
+opowiedzieć sir Henrykowi to, coś nam opowiadał.</p>
+
+<p>Otrzymawszy taką zachętę, lekarz wyjął papiery
+z&nbsp;kieszeni i&nbsp;przedstawił całą sprawę nowemu baronetowi.</p>
+
+<p>Sir Henryk Baskerville słuchał uważnie, przerywając
+od czasu do czasu okrzykiem zdziwienia.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ha! widzę, żem otrzymał spadek, do którego
+przywiązana jest jakaś zemsta&nbsp;&mdash; rzekł wreszcie, gdy
+opowiadanie dobiegło końca.&nbsp;&mdash; Ma się rozumieć, słyszałem
+o&nbsp;owym psie od czasów niepamiętnych, jeszcze
+z&nbsp;ust moich nianiek. Dotychczas jednak nie przywiązywałem
+wagi do tej legendy. Teraz widzę, że śmierci
+mojego stryja towarzyszyły istotnie okoliczności tajemnicze.
+Panowie sami jeszcze nie wiecie, czy ta
+sprawa wchodzi w&nbsp;zakres działania policyantów, czy
+też pastorów. A&nbsp;w dodatku dostaję ów list zagadkowy...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Widać z&nbsp;niego, że ktoś śledzi łąkę i&nbsp;przyległe
+do niej pustkowia i&nbsp;trzęsawiska&nbsp;&mdash; rzekł doktor Mortimer.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I że ktoś jest dla pana źle usposobionym, bo
+inaczej druga osoba nie miałaby powodu ostrzegać go
+o&nbsp;niebezpieczeństwie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A może, dla wiadomych im przyczyn, chcą oddalić
+stąd sir Henryka.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I to jest możliwem, i&nbsp;wdzięczny jestem panu,
+doktorze Mortimer, że mnie tę myśl poddałeś. Obecnie
+chodzi o&nbsp;to, czy sir Henryk ma, czy też nie ma
+wyruszyć do Baskerville Hall?<span class="pagenum"><a name="Str_41" id="Str_41">[str. 41]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czemużby nie miał?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zdaje się, że panu tam grozi niebezpieczeństwo.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy mówisz pan o&nbsp;niebezpieczeństwie ze strony
+ludzi, czy też ze strony czworonożnego wroga
+Baskervillów?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nasze badania to wykryją.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Bądź co bądź, jestem zdecydowany. Niema
+w&nbsp;piekle takiego szatana, ani na ziemi takiego człowieka,
+któryby mi przeszkodził zamieszkać w&nbsp;domu
+moich przodków.</p>
+
+<p>Przy tych słowach sir Henryk brwi zmarszczył,
+z&nbsp;oczu posypały mu się iskry. Widocznie śmiały duch
+Baskervillów nie wygasł w&nbsp;ostatnim potomku rodu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Teraz&nbsp;&mdash; mówił dalej&nbsp;&mdash; muszę zastanowić się
+nad tem, com się dowiedział. Chciałbym mieć godzinkę
+czasu do namysłu. Jest wpół do pierwszej. Wracam
+do hotelu. Możebyście panowie przyszli tam do
+mnie na śniadanie o&nbsp;drugiej? Wówczas będę mógł
+powiedzieć, co o&nbsp;tem wszystkiem myślę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dobrze. Stawimy się na oznaczoną godzinę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A zatem dowidzenia.</p>
+
+<p>Po wyjściu naszych gości, Holmes zerwał się i&nbsp;zawołał:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Watson, bierz kapelusz i&nbsp;laskę. Niema chwili
+czasu do stracenia.</p>
+
+<p>Wybiegł z&nbsp;pokoju w&nbsp;szlafroku; w&nbsp;minutę potem
+ukazał się w&nbsp;surducie. Zbiegliśmy ze schodów. Na ulicy
+zobaczyliśmy sir Henryka i&nbsp;doktora Mortimer o&nbsp;paręset
+metrów przed sobą. Szli w&nbsp;kierunku Oxford street.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy mam ich dogonić i&nbsp;zatrzymać?&nbsp;&mdash; spytałem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Broń Boże!&nbsp;&mdash; odparł.&nbsp;&mdash; Twoje towarzystwo wystarcza
+mi najzupełniej. Ci panowie dobrze robią, że
+idą się przejść. Dzień ładny.<span class="pagenum"><a name="Str_42" id="Str_42">[str. 42]</a></span></p>
+
+<p>Szedł krokiem przyśpieszonym, aż dopóki przestrzeń
+pomiędzy nami a&nbsp;tamtymi nie zmniejszyła się
+o&nbsp;połowę; następnie, trzymając się wciąż o&nbsp;sto łokci
+od nich, szedł za nimi przez całą Oxford Street aż do
+Regent Street. Nasi przyjaciele zatrzymali się raz przed
+wystawą sklepową. Holmes stanął także. Po chwili
+wydał cichy okrzyk zadowolnienia. Spojrzałem w&nbsp;kierunku
+jego wzroku i&nbsp;zobaczyłem, że dorożka z&nbsp;siedzącym
+w&nbsp;niej mężczyzną, która zatrzymała się po drugiej
+stronie ulicy, jedzie znowu dalej.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Chodźmy, Watson. Trzeba mu się przyjrzeć.</p>
+
+<p>Dostrzegłem czarną, puszystą brodę i&nbsp;oczy, świdrujące
+nas po przez szybę dorożki. W&nbsp;tejże chwili
+podniosło się okienko w&nbsp;pudle, nieznajomy rzucił parę
+słów woźnicy i&nbsp;dorożka pomknęła szybko w&nbsp;stronę
+Regent Street.</p>
+
+<p>Holmes obejrzał się za drugą, ale nie było żadnej
+niezajętej. Popędził pieszo, ale dorożka jechała tak
+szybko, że niepodobna było jej dogonić. Niebawem
+zniknęła nam z&nbsp;oczu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tam do kata!&nbsp;&mdash; zaklął mój przyjaciel.&nbsp;&mdash; Tośmy
+się urządzili! Nie do darowania!...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Kto to był?&nbsp;&mdash; spytałem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie mam pojęcia.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zapewne szpieg.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Z tego, com słyszał od Baskervilla, przypuszczam,
+że od chwili jego przybycia do Londynu ktoś go
+śledzi, bo inaczej, skądby wiedziano tak szybko, że
+stanął w&nbsp;hotelu Northumberland? A&nbsp;jeżeli go śledzili
+w&nbsp;pierwszym dniu pobytu, niewątpliwie będą śledzić
+dalej. Zauważyłeś zapewne, że podczas gdy doktor
+Mortimer czytał, wyglądałem dwukrotnie przez okno.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Spostrzegłem to.<span class="pagenum"><a name="Str_43" id="Str_43">[str. 43]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Otóż patrzałem, czy nikt nie stoi po przeciwnej
+stronie ulicy; ale nie było nikogo. Mam do czynienia
+z&nbsp;przebiegłym lisem, a&nbsp;choć dotychczas nie mogę
+zmiarkować czy ów nieznajomy pragnie zguby sir
+Henryka, czy też chce go przed niebezpieczeństwem
+uchronić, czuję, że trzeba się z&nbsp;nim liczyć. Po wyjściu
+sir Baskerville'a wybiegłem co tchu, aby zobaczyć
+jego cień. Ale ten człowiek wsiadł do dorożki, sądząc,
+że w&nbsp;ten sposób nie zwróci na siebie uwagi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Oddaje go to na łaskę i&nbsp;niełaskę dorożkarza.
+Szkoda, że nie dostrzegliśmy numeru&nbsp;&mdash; zauważył Watson.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mój drogi, czyż sądzisz, że mogłem przeoczyć
+tak ważny szczegół? Zapamiętałem numer dorożki...
+2704. Ale tymczasem na nic się to nie zda. Zrobiłem
+wielkie głupstwo... Zamiast śledzić dorożkę
+zprzodu, trzeba było zawrócić się i&nbsp;wsiąść do pierwszej
+lepszej, znajdującej się ztyłu. W&nbsp;ten sposób moglibyśmy
+jechać za nią, albo kazać się zawieźć wprost
+do Northumberland Hotel i&nbsp;tam czekać. Zbytnia gorliwość
+była wielkim błędem. Nasz przeciwnik nie omieszkał z&nbsp;
+niego skorzystać.</p>
+
+<p>Szliśmy powoli przez Regent Street. Doktor Mortimer
+i&nbsp;jego towarzysz oddawna już zniknęli nam
+z&nbsp;oczu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie warto ich śledzić&nbsp;&mdash; rzekł Holmes.&nbsp;&mdash; Tamten
+już umknął i&nbsp;nie pojawi się zapewne. Trzeba korzystać
+z&nbsp;tych nici, które trzymamy w&nbsp;ręku. Czy zapamiętałeś
+twarz nieznajomego?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zapamiętałem tylko brodę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I ja także; wyprowadzam stąd wniosek, że była
+przyprawiona. Wejdźmy tutaj.</p>
+
+<p>Weszliśmy do hotelu. Zarządzający przyjął Holmesa
+z&nbsp;wielką radością.<span class="pagenum"><a name="Str_44" id="Str_44">[str. 44]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jak widzę, pamiętasz, Wilson, drobną przysługę,
+którą miałem sposobność ci wyświadczyć&nbsp;&mdash; rzekł
+mój przyjaciel.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie zapomnę jej nigdy. Uratowałeś mi pan
+honor i&nbsp;życie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przesadzasz, mój drogi. Wszak macie tu posługacza
+nazwiskiem Cartridge, który wykazał dużo
+sprytu podczas śledztwa.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak; jest jeszcze u&nbsp;nas.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy mógłbyś zadzwonić na niego? Dziękuję.
+A&nbsp;chciałbym też zmienić pięciofuntowy banknot.</p>
+
+<p>W sieni ukazał się chłopak czternastoletni, zwinny,
+wesoły i&nbsp;rozgarnięty. Stanął przed detektywem
+w&nbsp;postawie pełnej uszanowania.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Proszę o&nbsp;spis hotelów. Dziękuję. Patrz, Cartridge:
+oto nazwiska dwudziestu trzech hotelów w&nbsp;pobliżu
+Charing Cross. Widzisz?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak, panie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;<a class="ins" href="#tnote_12" name="tAnchor_12" title="Zwiedzisz każdy z&nbsp;nich po kolei,">Zwiedzisz każdy z&nbsp;nich po kolei.</a>
+</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dobrze, panie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zaczniesz od dania szylinga portyerowi. Oto
+masz dwadzieścia trzy szylingi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dobrze, panie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Będziesz mówił, że potrzebne ci są gazety
+wczorajsze, że szukasz ważnego ogłoszenia, które miało
+być umieszczone w&nbsp;jednej z&nbsp;nich, ale nie wiesz &mdash;
+w&nbsp;której.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Rozumiem, panie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;W istocie będziesz szukał numeru <i>Timesa</i>, w&nbsp;którym
+kilka słów zostało wyciętych nożyczkami. Oto jest
+jeden egzemplarz. Na tej stronicy. Czy poznasz ją?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Poznam.<span class="pagenum"><a name="Str_45" id="Str_45">[str. 45]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Za każdym razem portyer, stojący we drzwiach,
+wezwie portyera, siedzącego w&nbsp;sieni&nbsp;&mdash; i&nbsp;temu dasz po
+szylingu. Oto dwadzieścia trzy szylingi. Zapewne na
+23 razy&nbsp;&mdash; 20 razy usłyszysz, że spalono wczorajsze gazety;
+w&nbsp;trzech hotelach dadzą ci całą plikę; będziesz
+wśród niej szukał tego numeru <i>Timesa</i>. Prawdopodobnie
+go nie znajdziesz. Oto dziesięć szylingów na nieprzewidziane
+wydatki. Wypraw do mnie depeszę przed
+wieczorem na Baker Street. A&nbsp;teraz, Watson, musimy
+dowiedzieć się o&nbsp;dorożkarza Nr. 2104, potem wstąpimy
+do galeryi obrazów przy Bond Street, dla zapełnienia
+sobie czasu do godziny drugiej.</p>
+
+
+
+<hr style="width: 65%;" />
+<p class="nopad"><span class="pagenum"><a name="Str_46" id="Str_46">[str. 46]</a></span></p>
+<h2><a name="V" id="V"></a>V.</h2>
+
+<h3>Trzy nici urwane.</h3>
+
+
+<p>Sherlock miał niezwykły dar zwracania dowolnie
+swoich myśli w&nbsp;jakimbądź kierunku. Przez półtory godziny
+zapomniał o&nbsp;tej dziwnej sprawie; pochłonęły go
+obrazy nowoczesnych mistrzów belgijskich, mówił tylko
+o&nbsp;sztuce, na którą miał poglądy bardzo oryginalne.</p>
+
+<p>O naznaczonej godzinie stanęliśmy przed Northumberland
+Hotel.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Sir Henryk Baskerville czeka panów na pierwszem
+piętrze&nbsp;&mdash; rzekł portyer.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy mogę zajrzeć do listy waszych gości?&nbsp;&mdash; spytał
+Holmes.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I owszem.</p>
+
+<p>Księga wykazywała, że dwie osoby stanęły w&nbsp;hotelu,
+po zatrzymaniu się tam sir Henryka: niejaki Teofil
+Johnson z&nbsp;rodziną, przybyły z&nbsp;Newcastle i&nbsp;pani Oldmore
+ze służącą, z&nbsp;High Lodge, Alton.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zdaje mi się, że znam tego Johnsona&nbsp;&mdash; rzekł
+Holmes do portyera.&nbsp;&mdash; Wszak to adwokat: siwy, utyka
+na nogę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przeciwnie: ten pan Johnson jest właścicielem
+kopalni węgla, bardzo ruchliwy, w&nbsp;wieku pana.<span class="pagenum"><a name="Str_47" id="Str_47">[str. 47]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jesteś w&nbsp;błędzie co do jego fachu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Bynajmniej. Znamy go od lat kilkunastu; zawsze
+do nas zajeżdża.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ha! w&nbsp;takim razie, ja się pomyliłem. Pani
+Oldmore?... I&nbsp;to nazwisko jest mi znane. Daruj mi
+ciekawość, ale chciałbym wiedzieć, czy to moja znajoma.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jest to osoba niemłoda, bezwładna. Jej mąż
+był niegdyś merem w&nbsp;<a class="ins" href="#tnote_13" name="tAnchor_13" title="Glocester">Gloucester</a>. Ona zawsze do nas
+zajeżdża.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dziękuję za informacye. Widzę, że to kto inny.
+Nie znam tej pani...</p>
+
+<p>Gdyśmy szli na górę, mój przyjaciel szepnął:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wiemy już, że osoba, która interesuje się losem
+sir Henryka, nie stanęła w&nbsp;tym hotelu. Choć go
+śledzi, jednak boi się być śledzoną. Jest to fakt bardzo
+znamienny. Ale... cóż to się stało?...</p>
+
+<p>Gdyśmy weszli na pierwsze piętro, naprzeciw nam
+wybiegł sir Henryk, widocznie wzburzony. W&nbsp;ręku
+trzymał stary but.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Drwią sobie ze mnie w&nbsp;tym hotelu!&nbsp;&mdash; wołał &mdash;
+ale nauczę ich rozumu! Jeżeli but się nie znajdzie, popamiętają
+mnie tutaj!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Szuka pan wciąż buta?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak, ale nie puszczę tego płazem!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wszak pan mówił, że but był żółty?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak; wzięli mi naprzód żółty, a&nbsp;teraz czarny.
+Miałem tylko trzy pary: nowe żółte, stare czarne i&nbsp;te
+oto lakierki. Wczoraj zniknął jeden od żółtej pary,
+a&nbsp;dziś jeden od czarnej. No, i&nbsp;cóż? Znalazłeś go? Mów.</p>
+
+<p>Przed nami stał wystraszony posługacz, Niemiec.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie znalazłem&nbsp;&mdash; odparł głosem drżącym.&nbsp;&mdash; Szukałem
+wszędzie, ale zginął bez śladu...<span class="pagenum"><a name="Str_48" id="Str_48">[str. 48]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Słuchaj: jeżeli ten but nie znajdzie się przed
+wieczorem, powiem zarządzającemu i&nbsp;wyprowadzę się
+z&nbsp;hotelu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Znajdzie się! Obiecuję, że znajdzie się.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pamiętaj! Przepraszam cię, panie Holmes, za
+tę scenę. Chociaż to rzecz drobna, ale straciłem już
+cierpliwość.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To nie jest wcale drobiazg...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Widzę, że pan przejął się tą stratą. Jak ją
+pan sobie tłómaczy?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nic jeszcze nie rozumiem; bądź co bądź, to dziwne,
+jak wszystko, co się panu przytrafia od chwili powrotu
+do kraju. Ale mamy już kilka nici w&nbsp;ręku
+i&nbsp;spodziewam się, że nie ta, to druga, doprowadzi nas
+do wykrycia prawdy. Możemy stracić trochę czasu na
+kroczeniu po fałszywym tropie, ale wcześniej czy później,
+wejdziemy na właściwy.</p>
+
+<p>Śniadanie przeszło bardzo wesoło. Nie mówiliśmy
+o&nbsp;tej sprawie, dopiero gdyśmy wrócili do apartamentu
+sir Henryka, oznajmił nam swoją decyzyę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jadę do Baskerville Hall&nbsp;&mdash; oświadczył.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Kiedy?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;W końcu tygodnia.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ha! może pan dobrze robi. Jabym tak samo
+postąpił. Przekonywam się coraz bardziej, że jesteś pan
+szpiegowany tutaj, a&nbsp;wśród milionów ludzi, nagromadzonych
+w&nbsp;stolicy, trudno jest wykryć tych pańskich
+prześladowców, czy opiekunów. Jeżeli mają złe względem
+pana zamiary, mogą je wykonać, zanim <a class="ins" href="#tnote_14" name="tAnchor_14" title="zdołomy">zdołamy</a>
+temu zapobiedz. Nie wiesz zapewne, doktorze Mortimer,
+że śledzono panów dzisiaj, gdyście wyszli z&nbsp;domu?</p>
+
+<p>Doktor Mortimer zdziwił się.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Któż nas szpiegował<span class="pagenum"><a name="Str_49" id="Str_49">[str. 49]</a></span>?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Na nieszczęście, nie potrafię tego powiedzieć.
+Czy wśród znajomych i&nbsp;sąsiadów pańskich w&nbsp;Dartmoor
+jest jaki mężczyzna z&nbsp;bardzo czarną i&nbsp;dużą brodą?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie... Ach, prawda... Barrymore, kamerdyner
+sir Karola, ma dużą, gęstą i&nbsp;czarną brodę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak? Gdzież jest teraz Barrymore?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pilnuje <a class="ins" href="#tnote_15" name="tAnchor_15" title="pałacu">pałacu.</a></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Trzebaby się przekonać, czy nie bawi w&nbsp;Londynie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;W jaki sposób?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Daj mi pan blankiet telegraficzny. Napiszę:
+„Czy wszystko gotowe na przyjęcie sir Henryka Baskerville?”
+Zaadresuję: „P. Barrymore, Baskerville
+Hall”. Jaka jest najbliższa stacya telegraficzna?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Grimpen.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;U spodu zamieszczam adnotacyę: „Telegram ma
+być oddany do rąk p. Barrymore. Jeżeli jest nieobecny,
+proszę odesłać depeszę sir Henrykowi Baskerville,
+Northumberland Hotel”. Przed wieczorem będziemy
+wiedzieli, czy Barrymore jest na swojem stanowisku
+w&nbsp;Devonshire.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wybornie!&nbsp;&mdash; rzekł sir Henryk.&nbsp;&mdash; Ale powiedzże
+mi, doktorze Mortimer, co to za jeden ów Barrymore?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jest synem zmarłego klucznika. Od czterech
+pokoleń służyli rodowi Baskervillów i&nbsp;strzegli pałacu.
+O&nbsp;ile wiem, współczesny Barrymore i&nbsp;jego żona są
+bardzo porządnymi ludźmi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mają zresztą spokojny kawałek chleba, mało
+roboty i&nbsp;cały pałac do rozporządzenia, skoro właściciele
+rzadko w&nbsp;nim przebywają.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To prawda.<span class="pagenum"><a name="Str_50" id="Str_50">[str. 50]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy Barrymore został wymieniony w&nbsp;testamencie
+sir Karola?&nbsp;&mdash; <a class="ins" href="#tnote_16" name="tAnchor_16" title="pytał Holmes?">pytał Holmes.</a></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Oboje z&nbsp;żoną otrzymali po pięćset funtów.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Taak?... Czy wiedzieli, że je otrzymają?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak. Sir Karol lubił mówić o&nbsp;rozporządzeniach,
+zawartych w&nbsp;swoim testamencie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To bardzo ciekawy szczegół.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mam nadzieję, że nie będziesz pan patrzył podejrzliwie
+na wszystkich, którzy otrzymali legaty od
+sir Karola, bo i&nbsp;mnie zapisał tysiąc funtów&nbsp;&mdash; rzekł
+doktor Mortimer.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Doprawdy? Komuż jeszcze?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jest kilka legatów na drobne sumki i&nbsp;duży
+zapis na cele dobroczynne. Reszta kapitałów przeszła
+na sir Henryka.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ile wynoszą?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;740,000 funtów szterlingów.</p>
+
+<p>Holmes podniósł brwi ze zdziwienia.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Anim przypuszczał, że suma jest tak wysoka &mdash;
+szepnął.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Sir Karol uchodził za bogacza, ale i&nbsp;my nie
+mieliśmy pojęcia, że jest tak dalece bogatym. Cały
+majątek z&nbsp;nieruchomościami wynosi przeszło milion
+funtów.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Doprawdy? Takie pieniądze mogą wywołać pożądliwość
+i&nbsp;doprowadzić do zbrodni. Jeszcze jedno
+pytanie, doktorze Mortimer. Przypuściwszy, że jakie
+nieszczęście spotka naszego przyjaciela&nbsp;&mdash; daruj mi pan
+tę smutną hypotezę&nbsp;&mdash; kto wówczas odziedziczy majątek?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ponieważ Roger Baskerville, młodszy brat sir
+Karola, zmarł bezżennie i&nbsp;bezpotomnie, zatem majątek
+przeszedłby na dalekich krewnych, Desmondów. Jakób<span class="pagenum"><a name="Str_51" id="Str_51">[str. 51]</a></span>
+Desmond jest niemłodym człowiekiem, pełni obowiązki
+pastora w&nbsp;Westmorland.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dziękuję panu. Te szczegóły są dla mnie <a class="ins" href="#tnote_17" name="tAnchor_17" title="bardze">bardzo</a>
+ważne. Czy pan znasz Jakóba Desmond?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Znam. Przyjeżdżał kiedyś w&nbsp;odwiedziny do
+sir Karola. Jest to mąż bogobojny, wielkich zasług
+i&nbsp;wielkiej bezinteresowności. Pamiętam, że nie chciał
+przyjąć żadnego zasiłku od sir Karola, pomimo iż ten
+błagał go o&nbsp;to.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Więc ten człowiek, tak skromnych wymagań,
+zostałby spadkobiercą olbrzymiej fortuny?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak, o&nbsp;ile obecny właściciel nie rozporządzi kapitałami
+inaczej.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wszak zrobiłeś już pan testament, sir Henryku?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie, panie Holmes. Nie miałem czasu. Dopiero
+wczoraj dowiedziałem się, jak stoją rzeczy. Ale,
+bądź co bądź, uważam, że pieniądze powinny iść razem
+z&nbsp;majątkiem ziemskim. Taka była wola stryja. Właściciel
+Baskerville Hall nie mógłby utrzymać rezydencyi
+w&nbsp;stanie dawnej świetności, gdyby nie miał gotówki.
+Pałac, ziemia i&nbsp;pieniądze muszą być w&nbsp;jednem ręku.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Masz pan słuszność. Dzielę też najzupełniej
+pańskie zdanie i&nbsp;pod innym względem, znajdując, że
+pan powinieneś wyruszyć natychmiast do Devonshire.
+Ale nie możesz pan jechać sam.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Doktor Mortimer wraca ze mną.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Doktor Mortimer będzie zajęty praktyką, zresztą
+mieszka o&nbsp;parę mil od dworu. Pomimo najlepszych
+chęci nie mógłby służyć panu pomocą w&nbsp;razie
+potrzeby. Nie, sir Henryku, musisz wziąć ze sobą
+człowieka zaufania, któryby pana nie opuszczał na krok.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czyżbyś pan chciał ze mną jechać, panie
+Holmes?<span class="pagenum"><a name="Str_52" id="Str_52">[str. 52]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;W razie konieczności, stawię się natychmiast,
+ale teraz mam ważną sprawę i&nbsp;nie mogę opuścić Londynu.
+Przedstawiciel pierwszorzędnego rodu jest trapiony
+przez łotra i&nbsp;wyzyskiwacza. Muszę zapobiedz
+skandalowi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Może mi pan kogo poleci na swoje miejsce?</p>
+
+<p>Holmes położył mi rękę na ramieniu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jeżeli mój przyjaciel zechce panu towarzyszyć &mdash;
+rzekł&nbsp;&mdash; to nikomu nie mógłbyś pan tak zaufać,
+jak jemu.</p>
+
+<p>Propozycya zaskoczyła mnie zupełnie znienacka.
+Zanim jednak zdążyłem odpowiedzieć, Baskerville wyciągnął
+do mnie rękę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mam nadzieję, że mi pan tego nie odmówisz &mdash;
+rzekł.&nbsp;&mdash; Gdybyś pan chciał wyświadczyć mi tę łaskę,
+będę panu wdzięcznym do końca życia.</p>
+
+<p>Nęciły mnie zawsze niezwykłe przygody, a&nbsp;w dodatku
+pochlebiała mi skwapliwość, z&nbsp;jaką sir Henryk
+przyjął tę propozycyę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pojadę z&nbsp;przyjemnością&nbsp;&mdash; odparłem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I będziesz mi donosił o&nbsp;wszystkiem&nbsp;&mdash; rzekł
+Holmes.&nbsp;&mdash; Gdy przyjdzie kryzys, co jest nieuniknionem,
+wskażę ci, jak masz postąpić. Sądzę, że za dni
+kilka będziesz gotów do drogi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mogę jechać w&nbsp;sobotę&nbsp;&mdash; oświadczyłem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A więc spotkamy się o&nbsp;godzinie 10-ej minut 30
+na dworcu Waterloo&nbsp;&mdash; rzekł sir Henryk.</p>
+
+<p>Nagle wydał okrzyk zdziwienia. Podbiegł do łóżka,
+schylił się i&nbsp;z pod nocnej szafki <a class="ins" href="#tnote_18" name="tAnchor_18" title="wyobył">wydobył</a> but żółty.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mam moją zgubę!&nbsp;&mdash; zawołał.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Oby wszystkie przykrości zostały równie szybko
+usunięte&nbsp;&mdash; życzył mu Sherlock Holmes.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To jednak <a class="ins" href="#tnote_19" name="tAnchor_19" title="dziwna">dziwne</a>!&nbsp;&mdash; zauważył doktor Morti<span class="pagenum"><a name="Str_53" id="Str_53">[str. 53]</a></span>mer.
+&mdash; Przeszukałem starannie cały pokój przed śniadaniem...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I ja także&nbsp;&mdash; wtrącił sir Baskerville.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wtedy nie było buta.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zapewne posługacz podrzucił go w&nbsp;czasie naszej
+nieobecności.</p>
+
+<p>Posłaliśmy po Niemca, ale twierdził, że o&nbsp;niczem
+nie wie i&nbsp;nie umiał wyjaśnić tego dziwnego zdarzenia.</p>
+
+<p>Więc znowu jedna zagadka powiększyła szereg
+drobnych tajemnic, następujących tak szybko po sobie.
+Nie licząc już śmierci sir Karola, w&nbsp;ciągu dwóch dni
+wpadaliśmy z&nbsp;jednego zdziwienia w&nbsp;drugie, łamiąc sobie
+głowę: to nad drukowanym listem, to nad zjawieniem
+się szpiegów, nad zniknięciem żółtego, to czarnego
+buta. Odnalezienie żółtego było nowym sękiem.</p>
+
+<p>Holmes nie odzywał się, jadąc ze mną na Baker
+Street; po jego ściągniętych brwiach domyślałem się,
+że waży w&nbsp;myśli te wszystkie okoliczności i&nbsp;wysnuwa
+z&nbsp;nich wnioski. Przez całe popołudnie, aż do wieczora,
+siedział w&nbsp;obłokach dymu.</p>
+
+<p>Przed samym obiadem wręczono mu dwie depesze:
+Pierwsza brzmiała w&nbsp;te słowa:</p>
+
+<p>„Doniesiono mi, że Barrymore jest na miejscu.</p>
+
+<p>Baskerville”.</p>
+
+<p>Treść drugiej depeszy była następująca:</p>
+
+<p>„Zwiedziłem dwadzieścia trzy hotele wskazane, ale
+nie mogłem znaleźć owego <i>Timesa</i>.</p>
+
+<p>Cartwright”.<span class="pagenum"><a name="Str_54" id="Str_54">[str. 54]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A więc obie moje nici zerwane&nbsp;&mdash; rzekł Holmes.&nbsp;&mdash; Nic
+mnie tak nie podnieca, jak niepowodzenie.
+Musimy szukać innej drogi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pozostaje jeszcze dorożkarz, który woził nieznajomego.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Telefonowałem do biura policyi, aby dowiedziano
+się o&nbsp;jego nazwisku. Ktoś dzwoni. To może
+odpowiedź?</p>
+
+<p>Było to coś więcej. Do pokoju wszedł dorożkarz
+we własnej osobie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Doniesiono mi z&nbsp;policyi, że ktoś, mieszkający
+pod tym adresem, wypytuje o&nbsp;Nr. 2704&nbsp;&mdash; rzekł ów
+człowiek o&nbsp;twarzy dobrodusznej.&nbsp;&mdash; Jeżdżę już siedem
+lat i&nbsp;nikt na mnie nigdy skargi nie wnosił, więc bardzo
+mnie to zadziwiło i&nbsp;przyjechałem, żeby się dowiedzieć,
+co pan ma przeciwko mnie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie mam przeciwko wam nic zgoła, mój przyjacielu&nbsp;&mdash; odparł
+Holmes&nbsp;&mdash; a&nbsp;właściwie mam dla was
+pół suwerena, jeżeli potraficie odpowiedzieć jasno i&nbsp;dokładnie
+na moje pytania.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dzisiaj widocznie dobry dzień&nbsp;&mdash; szepnął dorożkarz. &mdash;
+Czem panu mogę służyć?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przedewszystkiem podaj mi swój adres, na
+wszelki wypadek.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;John Clayton, Turpey-Street Nr. 3. Stoję z&nbsp;dorożką,
+na Shipley-Yard, w&nbsp;pobliżu dworca Waterloo.</p>
+
+<p>Sherlock Holmes zapisał to sobie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A teraz, Clayton, powiedz mi wszystko, co
+wiesz, o&nbsp;panu, który stał pod tym domem o&nbsp;dziesiątej
+rano, a&nbsp;potem kazał ci jechać za dwoma gentlemanami
+przez Regent-Street.</p>
+
+<p>Dorożkarz spojrzał na niego ze zdziwieniem.<span class="pagenum"><a name="Str_55" id="Str_55">[str. 55]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cóż ja panu mam mówić, kiedy pan sam wie
+wszystko&nbsp;&mdash; odparł.&nbsp;&mdash; Ten pan powiedział mi, że należy
+do policyi, że jest detektywem, i&nbsp;kazał milczeć.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mój przyjacielu, sprawa jest bardzo ważna, i&nbsp;możesz
+się znaleźć w&nbsp;trudnem położeniu, jeśli zachowasz
+to, co wiesz, dla siebie&nbsp;&mdash; rzekł Holmes.&nbsp;&mdash; A&nbsp;więc ten
+pan ci mówił, że jest detektywem?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak, proszę pana.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A kiedy ci to powiedział?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wysiadając z&nbsp;dorożki.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy wymienił swoje nazwisko?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak.</p>
+
+<p>Holmes rzucił mi tryumfujące spojrzenie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To było bardzo nieostrożnie&nbsp;&mdash; rzekł.&nbsp;&mdash; Jak się
+nazywa?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Sherlock Holmes.</p>
+
+<p>Nigdy jeszcze nie widziałem mojego przyjaciela
+tak zdumionym. Spuścił głowę i&nbsp;milczał. Wreszcie
+wybuchnął śmiechem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A to szczwany lis! Zadrwił sobie ze mnie. Lubię
+takich! Powiedział, że się nazywa Sherlock Holmes?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dobrze. Powiedz mi teraz, w&nbsp;którem miejscu
+wsiadł do dorożki i&nbsp;co było potem?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zawołał na mnie o&nbsp;wpół do dziesiątej na Trafalgar
+Square. Powiedział odrazu, że jest detektywem
+i&nbsp;ofiarował mi dwie gwinee, jeżeli przez cały dzień będę
+spełniał jego rozkazy i&nbsp;o nic pytać nie będę. Zgodziłem
+się chętnie. Naprzód pojechaliśmy pod hotel
+Northumberland i&nbsp;czekaliśmy tam, aż dwóch gentlemanów
+wyszło. Wsiedli do dorożki. Jechaliśmy za nimi;
+wysiedli gdzieś tutaj w&nbsp;pobliżu.<span class="pagenum"><a name="Str_56" id="Str_56">[str. 56]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Weszli do tego domu?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie pamiętam dokładnie, ale mój gość widział
+i&nbsp;zapamiętał. Stanęliśmy opodal i&nbsp;czekaliśmy półtory
+godziny. Potem ci gentlemanowie przeszli mimo nas,
+mój pan kazał mi jechać powoli przez Baker-Street,
+a&nbsp;potem przez Regent Street, do połowy. Wtedy gentleman
+spuścił okienko i&nbsp;krzyknął, żebym jechał prosto
+na dworzec Waterloo, co koń wyskoczy. Zaciąłem
+szkapę i&nbsp;dojechaliśmy w&nbsp;dziesięć minut. Wysiadając,
+odwrócił się do mnie i&nbsp;rzekł:&nbsp;&mdash; „Może ciekaw będziesz
+dowiedzieć się, kogo wiozłeś? Jestem Sherlock
+Holmes”.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A nie widziałeś go już potem?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jakże ten pan Sherlock Holmes wyglądał?</p>
+
+<p>Dorożkarz podrapał się w&nbsp;głowę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie tak łatwo go opisać. Miał może lat czterdzieści,
+był średniego wzrostu, ze dwa cale niższy od
+pana, ubrany był porządnie, miał dużą, czarną brodę,
+przyciętą spiczasto, i&nbsp;był bardzo blady.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jakie miał oczy?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie wiem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie zapamiętałeś nic więcej?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Masz swoje pół suwerena; dostaniesz drugie
+pół, jak mi doniesiesz coś więcej. Dobranoc.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dobranoc panu i&nbsp;dziękuję.</p>
+
+<p>John Clayton wyszedł, uradowany.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Urwała się trzecia nić!&nbsp;&mdash; zawołał Holmes. &mdash;
+To sprytny hultaj! Wiedział, gdzie mieszkam, w&nbsp;jakim
+interesie sir Henryk przybył do mnie; poznał mnie
+na Regent-Street; domyślił się, że spostrzegłem numer<span class="pagenum"><a name="Str_57" id="Str_57">[str. 57]</a></span>
+dorożkarza, że go sprowadzę, i&nbsp;dlatego wymienił moje
+nazwisko. Powiadam ci, Watson, mamy przeciwnika
+nielada. Zaszachowano mnie w&nbsp;Londynie. Życzę ci
+lepszego powodzenia w&nbsp;Devonshire. Mam wyrzuty sumienia,
+że cię tam posyłam. Sprawa nieczysta. Możemy
+się śmiać, ale ci powiem, że chciałbym cię już
+widzieć tutaj z&nbsp;powrotem.<span class="pagenum"><a name="Str_58" id="Str_58">[str. 58]</a></span></p>
+
+
+
+<hr style="width: 65%;" />
+<h2><a name="VI" id="VI"></a>VI.</h2>
+
+<h3>Baskerville Hall.</h3>
+
+
+<p>Sir Henryk Baskerville i&nbsp;doktor Mortimer byli
+gotowi do drogi i&nbsp;w dniu oznaczonym wyruszyliśmy do
+Devonshire. Sherlock Holmes odwiózł mnie na dworzec
+i&nbsp;udzielił ostatnich rad i&nbsp;wskazówek.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie będę bałamucił twego własnego sądu, poddając
+ci moje podejrzenia&nbsp;&mdash; mówił.&nbsp;&mdash; Pragnę tylko,
+abyś mi donosił o&nbsp;faktach z&nbsp;największymi szczegółami.
+Pozostaw mi wysnuwanie z&nbsp;nich wniosków.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;O jakich faktach chcesz wiedzieć?&nbsp;&mdash; spytałem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Chcę wiedzieć o&nbsp;wszystkiem, co się zdarzy,
+choćby to napozór nie miało żadnego związku z&nbsp;naszą
+sprawą; pragnę zwłaszcza poznać stosunki młodego Baskervilla
+z&nbsp;sąsiedztwem, oraz wszelkie szczegóły, odnośne
+do śmierci sir Karola. Jedno wydaje mi się pewnem,
+a&nbsp;mianowicie, że pan Jerzy Desmond, najbliższy
+spadkobierca, jest człowiekiem bezinteresownym i&nbsp;że
+nie on był sprawcą morderstwa. Możemy go zupełnie
+pominąć. Szukajmy wśród najbliższego otoczenia sir
+Henryka.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy nie należałoby przedewszystkiem pozbyć
+się małżonków Barrymore?<span class="pagenum"><a name="Str_59" id="Str_59">[str. 59]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Byłoby to wielką nieostrożnością. Jeżeli są niewinni,
+stałaby się im krzywda; jeśli są winni, ułatwiłoby
+im to zatarcie śladów. Nie! trzeba ich zatrzymać,
+ale nie spuszczać z&nbsp;nich oka. Jest tam jeszcze <i>groom</i>.
+Jest dwóch dzierżawców w&nbsp;pobliżu łąki. Jest doktor
+Mortimer, ale ten wydaje mi się zupełnie uczciwym;
+jest jego żona, o&nbsp;której nic nie wiemy. Dalej jest pan
+Frankland z&nbsp;<a class="ins" href="#tnote_20" name="tAnchor_20" title="Lofter-Hall">Lafter-Hall</a> i&nbsp;jeszcze paru sąsiadów. Tym
+wszystkim sąsiadom musisz przyglądać się bacznie, aby
+poznać dokładnie ich charakter, ich cele, upodobania
+i&nbsp;t. d.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Uczynię, co tylko w&nbsp;mej mocy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wszak masz broń przy sobie?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak, na wszelki przypadek wziąłem rewolwer.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niech cię nie opuszcza we dnie i&nbsp;w nocy; bądź
+w&nbsp;zbrojnem pogotowiu.</p>
+
+<p>Nasi przyjaciele znaleźli już przedział pierwszej
+klasy i&nbsp;czekali na platformie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie mamy żadnych wieści&nbsp;&mdash; odparł doktor Mortimer
+w&nbsp;odpowiedzi na pytanie Holmesa.&nbsp;&mdash; Jednego
+tylko jestem pewien, a&nbsp;to, że nas już nie śledzono przez
+te dwa dni ostatnie. Wychodziliśmy zawsze pod opieką
+tajnego policyanta, który nic podejrzanego nie dostrzegł.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mam nadzieję, że trzymaliście się panowie
+razem?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Prawie ciągle; wczoraj wyjątkowo spędziłem
+całe popołudnie u&nbsp;sir Henryka w&nbsp;muzeum chirurgicznem
+&mdash; odparł doktor Mortimer.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Było to wielką nieostrożnością&nbsp;&mdash; rzekł Holmes
+z&nbsp;zadumą.&nbsp;&mdash; Proszę cię, sir Henryku, nie wychodź nigdy
+sam, bo może cię spotkać wielkie nieszczęście.
+Czy znalazł się drugi but?<span class="pagenum"><a name="Str_60" id="Str_60">[str. 60]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przepadł z&nbsp;kretesem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Do widzenia&nbsp;&mdash; mówił Holmes, gdy pociąg ruszył
+&mdash; a&nbsp;pamiętaj, sir Henryku, jedno zdanie z&nbsp;owej
+legendy: po zachodzie słońca unikaj łąki i&nbsp;przyległego
+trzęsawiska.</p>
+
+<hr style="width: 45%;" />
+
+<p>Podróż była przyjemna; czas zeszedł mi na zawiązywaniu
+bliższej znajomości z&nbsp;moimi towarzyszami i&nbsp;na
+bawieniu się z&nbsp;pieskiem doktora Mortimera.</p>
+
+<p>Po paru godzinach zazieleniały pola, przez okno
+wagonu widać było pasące się trzody. Młody Baskerville
+przyglądał się krajobrazowi z&nbsp;widoczną przyjemnością,
+zwłaszcza, gdyśmy wjechali w&nbsp;jego rodzinne
+Devonshire.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Od chwili, gdym je opuścił, objechałem świat
+dokoła&nbsp;&mdash; mówił&nbsp;&mdash; a&nbsp;nie widziałem nigdzie nic podobnego.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wszyscy obywatele Devonshire dzielą pańskie
+zdanie&nbsp;&mdash; wtrąciłem.&nbsp;&mdash; Żadna okolica nie wzbudza tak
+wielkiego przywiązania w&nbsp;swoich mieszkańcach, jak ta
+właśnie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To zależy od rasy&nbsp;&mdash; tłómaczył doktor Mortimer.
+&mdash; Dość spojrzeć na okrągłą czaszkę sir Henryka,
+aby poznać, że jest celtyckiego pochodzenia, a&nbsp;Celtowie
+mają wrodzony zapał i&nbsp;zdolność przywiązywania
+się do ludzi i&nbsp;kraju. Głowa biednego sir Karola była
+nawpół galijska, nawpół celtycka. Wszak pan, sir Henryku,
+opuściłeś Baskerville-Hall w&nbsp;bardzo młodym
+wieku?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Miałem zaledwie lat dziesięć, gdy mój ojciec
+umarł. Zresztą nie znam pałacu, mieszkaliśmy w&nbsp;ustronnym
+dworku na południowem wybrzeżu. Stamtąd po<span class="pagenum"><a name="Str_61" id="Str_61">[str. 61]</a></span>jechałem
+wprost do Ameryki. Cały ten kraj jest dla
+mnie tak obcym i&nbsp;nowym, jak dla doktora Watson,
+a&nbsp;chciałbym już jaknajprędzej zobaczyć łąkę i&nbsp;przyległe
+trzęsawisko.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pańskie życzenie już się spełniło.</p>
+
+<p>Doktor Mortimer wskazywał nam przez szybę rozległą
+pustą przestrzeń.</p>
+
+<p>Był to widok smutny, ponury. Baskerville przyglądał
+mu się ze wzruszeniem, jako pobojowisku, na
+którem rozegrywały się tragiczne losy jego rodziny.</p>
+
+<p>W jego brwiach ściągniętych, w&nbsp;zarysie ust znać
+było niezłomną wolę i&nbsp;energię.</p>
+
+<p>Pociąg zatrzymał się przy małej stacyjce. Wysiedliśmy
+z&nbsp;wagonu. Po drugiej stronie dworca czekał
+nas amerykan, zaprzężony w&nbsp;dwa rosłe konie.</p>
+
+<p>Nasz przyjazd był widocznie wypadkiem dnia,
+gdyż obstąpili nas tragarze, a&nbsp;naczelnik stacyi ze swoim
+sztabem przyglądali nam się ciekawie. Zastanowił mnie
+widok dwóch rosłych chłopów w&nbsp;mundurach żołnierskich;
+stali, oparci na karabinach i&nbsp;nie spuszczali
+z&nbsp;nas oka.</p>
+
+<p>Stangret, o&nbsp;twarzy surowej, powitał sir Henryka
+ukłonem. Zajęliśmy miejsca w&nbsp;wehikule, konie pomknęły
+szybko; mijaliśmy schludne fermy, otoczone
+ogródkami, ale woddali szarzały wciąż oparzeliska.</p>
+
+<p>Amerykan wjechał na boczną drogę; mknęliśmy
+wśród łąk żyznych i&nbsp;pól uprawnych. Przy każdym zakręcie,
+ujawniającym nowe horyzonty, Baskerville wydawał
+ciche okrzyki zachwytu. Minęliśmy lasek dębowy;
+zeschłe liście uściełały drogę nowemu dziedzicowi.
+Można to było poczytywać za złą wróżbę...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Hola! cóż to znaczy?&nbsp;&mdash; zawołał doktor Mortimer,
+gdyśmy wyjechali na pole.<span class="pagenum"><a name="Str_62" id="Str_62">[str. 62]</a></span></p>
+
+<p>Jak wryty w&nbsp;ziemię, stał żołnierz na koniu, z&nbsp;bagnetem
+przez ramię.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Co to znaczy, Perkins?&nbsp;&mdash; spytał znowu doktor
+Mortimer.</p>
+
+<p>Stangret odwrócił się ku nam i&nbsp;rzekł:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Trzy dni temu, jakiś więzień uciekł z&nbsp;więzienia
+w&nbsp;Princetown; wszystkie drogi kołowe i&nbsp;wszystkie
+dworce w&nbsp;pobliżu strzeżone są przez wojsko. Nie podoba
+się to naszym fermerom.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Powinni być radzi. Policya płaci dobrze za
+wiadomości o&nbsp;zbiegach. Można zarobić kilka funtów.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ale można też stracić głowę, bo taki nie daruje
+i&nbsp;gardło <a class="ins" href="#tnote_21" name="tAnchor_21" title="pederznie">poderżnie</a> każdemu, kto policyę na jego
+trop wsadzi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cóż to za jeden?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nazywa się Seldon. Wpakowano go do więzienia
+za morderstwo w&nbsp;Notting-Hill.</p>
+
+<p>Pamiętałem dobrze tę sprawę, bo Holmes interesował
+się nią, z&nbsp;powodu niezwykłego okrucieństwa mordercy.
+Złagodzono mu karę śmierci na dożywotnie więzienie:
+został uznany niepoczytalnym; sędziowie nie mogli
+uwierzyć, aby dopuścił się tak potwornej zbrodni,
+będąc przy zdrowych zmysłach.</p>
+
+<p>Nasz amerykan toczył się teraz brzegiem trzęsawiska,
+najeżonego wysokiemi kamieniami. Widok był
+groźny. Nawet sir Henryk przestał się zachwycać
+krajobrazem.</p>
+
+<p>Żyzna okolica pozostała za nami; mieliśmy przed
+sobą ziemię szarą, jałową, zrzadka ukazywała się ludzka
+siedziba, opasana murem z&nbsp;kamieni. Wreszcie wjechaliśmy
+w&nbsp;jar głęboki; roztoczyła się znowu zieleń
+drzew, a&nbsp;w oddali ukazały się dwie strzeliste wieże.
+Stangret wskazał biczem.<span class="pagenum"><a name="Str_63" id="Str_63">[str. 63]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To Baskerville Hall&nbsp;&mdash; oznajmił.</p>
+
+<p>Pan tej rezydencyi, z&nbsp;roziskrzonemi <a class="ins" href="#tnote_22" name="tAnchor_22" title="ocozyma">oczyma</a> przyglądał
+się swojej siedzibie.</p>
+
+<p>W parę minut potem wjeżdżaliśmy już w&nbsp;pałacową
+bramę, staroświecką, sklepioną; po chwili ukazał
+nam się gmach, przebudowany za południowo-afrykańskie
+złoto sir Karola.</p>
+
+<p>Turkot kół zamierał na zwiędłych liściach, stare
+drzewa tworzyły tunel nad naszemi głowami. Baskerville
+drgnął, widząc tę aleję.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy to było tutaj?...&nbsp;&mdash; spytał półgłosem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie; Aleja Wiązów jest po drugiej stronie &mdash;
+objaśnił go <a class="ins" href="#tnote_23" name="tAnchor_23" title="doktór">doktor</a> Mortimer.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie dziw, że stryj miewał złe przeczucia. Ten
+liściasty tunel może najodważniejszego człowieka przejąć
+strachem. Oświecę go lampami elektrycznemi. Za
+pół roku ten dziedziniec będzie nie do poznania.</p>
+
+<p>Minęliśmy ciemną aleję, i&nbsp;szerokim, wzniesionym
+podjazdem zajechaliśmy przed pałac.</p>
+
+<p>Środkowy korpus ozdobiony był wspaniałym portykiem;
+po bokach wznosiły się wieże, średniowieczne,
+zębate, ze strzelnicami.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Witaj nam, sir Henryku! Witaj w&nbsp;domu swych
+przodków w&nbsp;Baskerville-Hall!</p>
+
+<p>Z temi słowami pod portyk wyszedł mężczyzna
+wysoki, blady, i&nbsp;otworzył drzwiczki amerykana. Po za
+nim stała kobieta; pomagała mu wyjmować kuferki.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pozwoli pan, że, nie zsiadając, odjadę do domu&nbsp;&mdash; rzekł
+doktor Mortimer.&nbsp;&mdash; Czeka na mnie żona.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jakto? Nie chce pan zostać na obiad?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Chętniebym został i&nbsp;oprowadził pana po tej rezydencyi,
+ale Barrymore spełni to lepiej odemnie. Muszę<span class="pagenum"><a name="Str_64" id="Str_64">[str. 64]</a></span>
+wracać. Dowidzenia! A&nbsp;proszę pamiętać, że jestem
+na pańskie usługi o&nbsp;każdej porze dnia i&nbsp;nocy.</p>
+
+<p>Amerykan potoczył się znowu ciemną aleją. Sir
+Henryk przestąpił próg, ja za nim.</p>
+
+<p>Znaleźliśmy się w&nbsp;ogromnej, sklepionej sieni, z&nbsp;wiązaniami
+z&nbsp;belek dębowych. W&nbsp;staroświeckim kominku
+płonął ogień. Obaj wyciągnęliśmy ręce zziębnięte,
+a&nbsp;rozgrzawszy się, wodziliśmy oczyma po ścianach, zawieszonych
+zbrojami, strzelbami i&nbsp;myśliwskimi trofeami.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak sobie właśnie wyobrażałem tę siedzibę&nbsp;&mdash; mówił
+sir Henryk.&nbsp;&mdash; Typowa rezydencya angielskiego
+szlachcica. Gdy pomyślę, że moi przodkowie żyli tu
+przez pięć wieków, ogarnia mnie dziwne wzruszenie.</p>
+
+<p>Barrymore, zaniósłszy kuferki do naszych pokojów,
+wrócił i&nbsp;stał przy drzwiach, jako wytrawny służbista,
+nie chcąc przerywać naszej rozmowy.</p>
+
+<p>Był to mężczyzna lat średnich, niezwykłej urody,
+o&nbsp;twarzy bladej, z&nbsp;dużą czarną brodą i&nbsp;regularnymi
+rysami.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy jaśnie pan każe podać obiad?&nbsp;&mdash; zapytał.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Już gotów?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Gotów. Jaśnie pan znajdzie wodę ciepłą w&nbsp;swojej
+ubieralni. Moja żona i&nbsp;ja będziemy starali się dogadzać
+jaśnie panu, dopóki nie znajdzie nowej służby.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Więc chcecie mnie opuścić?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Warunki zmieniły się. My dwoje wystarczaliśmy
+sir Karolowi, ale jaśnie pan zechce zapewne żyć
+dworniej, przyjmować gości i&nbsp;będzie potrzebował więcej
+służby.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Więc chcecie mnie opuścić?&nbsp;&mdash; powtórzył
+sir Henryk.&nbsp;&mdash; Wszak twoja rodzina służyła mojej przez<span class="pagenum"><a name="Str_65" id="Str_65">[str. 65]</a></span>
+kilka pokoleń. Przykroby mi było rozpoczynać nowe
+życie od zrywania tak dawnego stosunku.</p>
+
+<p>Zdało mi się, że dostrzegam wzruszenie na chłodnej
+twarzy kamerdynera.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I nam będzie przykro&nbsp;&mdash; odparł&nbsp;&mdash; ale byliśmy
+oboje bardzo przywiązani do sir Karola; jego śmierć
+wstrząsnęła nas do głębi. Ten dom budzi w&nbsp;nas tak
+smutne wspomnienia, że wolelibyśmy go opuścić.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cóż zamierzacie uczynić?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Chcielibyśmy rozpocząć jakiś interes. Hojność
+sir Karola dostarczyła nam środków po temu. Może
+jaśnie pan zechce obejrzeć swoją rezydencyę.</p>
+
+<p>Nad sienią była oszklona galerya. Prowadziły do
+niej podwójne schody. Z&nbsp;tej galeryi wychodziły dwa
+korytarze, wiodące do pokojów sypialnych. Mój, przylegał
+do sypialni sir Henryka. Ta część domu była
+widocznie przybudowana: pokoje jasne, urządzone nowocześnie,
+zaopatrzone we wszelkie wygody.</p>
+
+<p>Za chwilę zeszliśmy do jadalni. Była to komnata
+wysoka, staroświecka, przedzielona na dwie części:
+w&nbsp;jednej, do której wchodziło się po trzech schodkach,
+za dawnych czasów jadali suzerenowie, zaś w&nbsp;niższej &mdash;
+wasale. Sklepione sufity nadawały jeszcze powagi tej
+komnacie, która przy świetle pochodni, wśród gwaru
+uczty, bywała nieraz jasną i&nbsp;wesołą, ale teraz, w&nbsp;blasku
+lampy, przyświecającej dwom gentlemanom we
+frakach, wydawała się anachronizmem.</p>
+
+<p>Wszystkie cztery ściany były ozdobione wizerunkami
+przodków, poczynając od rycerzy z&nbsp;czasów Elżbiety,
+a&nbsp;kończąc na przedostatnim właścicielu Baskerville-Hall.</p>
+
+<p>Mówiliśmy mało i&nbsp;przyznam, że byłem rad, gdy<span class="pagenum"><a name="Str_66" id="Str_66">[str. 66]</a></span>
+obiad skończył się i&nbsp;mogliśmy wyjść do bilardowego
+pokoju na cygaro.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niezbyt wesoła rezydencya...&nbsp;&mdash; rzekł sir Henryk.
+&mdash; Przypuszczam, że można się do niej przyzwyczaić,
+ale na razie czuję się nieswój. Nic dziwnego, że
+mój stryj stał się dziwakiem. Połóżmy się wcześniej.
+Może jutro, przy blasku słonecznym, te komnaty przedstawią
+nam się weselej.</p>
+
+<p>Przed udaniem się na spoczynek, podniosłem roletę
+i&nbsp;wyjrzałem przez okno. Widok był na trawnik
+przed portykiem. Pośrodku stały dwa dęby, miotane
+wiatrem, Księżyc, w&nbsp;ostatniej kwadrze, przeświecał
+blado przez chmury. Zdala widniały nagie skały, a&nbsp;po
+za niemi trzęsawisko.</p>
+
+<p>Spuściłem roletę, nie chcąc patrzeć dłużej na ten
+ponury krajobraz.</p>
+
+<p>Byłem zmęczony, a&nbsp;jednak usnąć nie mogłem;
+obracałem się z&nbsp;boku na bok. Na dole zegar wybijał
+kwadranse, po za tem panowała cisza grobowa.</p>
+
+<p>Nagle przerwał ją płacz niewieści. Usiadłem na
+łóżku i&nbsp;począłem nasłuchiwać. Przez pół godziny czekałem
+w&nbsp;natężeniu, ale oprócz płaczu nie <a class="ins" href="#tnote_24" name="tAnchor_24" title="ułyszałem">usłyszałem</a>
+nic zgoła.</p>
+
+
+
+<hr style="width: 65%;" />
+<p class="nopad"><span class="pagenum"><a name="Str_67" id="Str_67">[str. 67]</a></span></p>
+<h2><a name="VII" id="VII"></a>VII.</h2>
+
+<h3>Stapleton z&nbsp;Merripit-House.</h3>
+
+
+<p>Świeżość następnego poranka rozproszyła smutne
+wrażenie, jakie na nas obu wywarła rezydencya Baskervillów.
+W&nbsp;świetle promieni słonecznych, ślizgających
+się po starych zbrojach, sala jadalna wydała nam się
+weselszą, gdyśmy zasiedli do śniadania.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Widzę że to była wina naszego usposobienia,
+nie zaś dworu&nbsp;&mdash; mówił baronet.&nbsp;&mdash; Byliśmy wczoraj
+zmęczeni drogą, zziębli, więc wszystko ukazywało
+nam się w&nbsp;ponurem świetle. Dziś jesteśmy rzeźwi, wypoczęci,
+to też dom wydaje nam się weselszym.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A jednak nie wszystko było grą wyobraźni &mdash;
+odparłem.&nbsp;&mdash; Czy pan słyszał wczoraj płacz?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Istotnie, zdawało mi się, że słyszę zawodzenie
+żałosne. Natężyłem słuch, ale płacz ustał; więc byłem
+pewien, że mi się śniło.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ja słyszałem płacz najwyraźniej i&nbsp;mógłbym ręczyć,
+że płakała kobieta.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Trzeba to sprawdzić&nbsp;&mdash; oświadczył sir Henryk.</p>
+
+<p>Zadzwonił na Barrymora i&nbsp;spytał go o&nbsp;wyjaśnienie
+tej zagadki. Zdało mi się, że blada twarz kamerdynera
+zbladła jeszcze bardziej.<span class="pagenum"><a name="Str_68" id="Str_68">[str. 68]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;W domu są tylko dwie kobiety&nbsp;&mdash; odparł. &mdash;
+Mleczarka, która śpi w&nbsp;drugiem skrzydle i&nbsp;moja żona.
+Co do mojej, mogę ręczyć, że nie płakała.</p>
+
+<p>A jednak, mówiąc to, kłamał.</p>
+
+<p>Po śniadaniu, spotkałem mrs. Barrymore w&nbsp;sieni.
+Słońce padało na jej twarz chłodną, płaską i&nbsp;brzydką.
+Duże, wyraziste oczy były zaczerwienione; spojrzała na
+mnie z&nbsp;pod zapuchłych powiek.</p>
+
+<p>A więc to ona płakała wśród nocy; mąż wiedział
+o&nbsp;tem napewno. Jednak zaprzeczył nam. Jaki miał
+w&nbsp;tem cel? Dlaczego ona płakała?</p>
+
+<p>Ten blady mężczyzna z&nbsp;czarną brodą wydawał mi
+się podejrzanym. On pierwszy znalazł trupa sir Karola;
+o&nbsp;okolicznościach, towarzyszących jego śmierci wiedzieliśmy
+tylko to, co Barrymore opowiadał. Zaczynałem
+przypuszczać, że to on, Barrymore, ukrywał się
+w&nbsp;dorożce i&nbsp;śledził sir Henryka. Broda była podobna.
+Wprawdzie według rysopisu dorożkarza, rzekomy Sherlock
+Holmes był niższego wzrostu, lecz rysopisy bywają
+niedokładne.</p>
+
+<p>Trzeba było tę rzecz sprawdzić. Ale w&nbsp;jaki sposób?
+Przedewszystkiem należało dowiedzieć się od
+pocztmistrza w&nbsp;Grimpen, czy telegram został oddany
+do własnych rąk Barrymora.</p>
+
+<p>Po południu sir Henryk chciał załatwić korespondencyę;
+mogłem udać się do Grimpen. Był to spacer
+niedaleki, droga wiodła brzegiem trzęsawiska.</p>
+
+<p>W Grimpen były tylko dwie murowane budowle:
+austerya i&nbsp;dom doktora Mortimera. Pocztmistrz utrzymywał
+jednocześnie sklepik korzenny.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Naturalnie&nbsp;&mdash; odparł na moje pytanie&nbsp;&mdash; depesza
+została wręczona panu Barrymore, stosownie do życzenia.<span class="pagenum"><a name="Str_69" id="Str_69">[str. 69]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Kto ją wręczył?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mój chłopak. Słuchaj-no, James, wszak w&nbsp;zeszłym
+tygodniu oddałeś telegram do rąk pana Barrymore
+w&nbsp;Baskerville-Hall?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak, ojcze.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Do rąk własnych?&nbsp;&mdash; spytałem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Był wtedy na strychu, więc nie mogłem oddać
+mu do rąk, ale wręczyłem depeszę jego żonie, która
+powiedziała, że ją zaraz zaniesie mężowi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy widziałeś pana Barrymore?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie, proszę pana; mówiłem już, że był na
+strychu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jeżeliś go nie widział, to skądże wiesz, że był
+na strychu?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jego własna żona musiała chyba wiedzieć,
+gdzie się obraca&nbsp;&mdash; wtrącił pocztmistrz.&nbsp;&mdash; Czyżby nie
+dostał depeszy? Jeżeli zaszła pomyłka, niech sam Barrymore
+wniesie skargę.</p>
+
+<p>Na nicby się zdały dalsze pytania. Mimo wybiegu
+Holmesa, nie pozyskaliśmy pewności, że Barrymore
+nie był wtedy w&nbsp;Londynie. On, który ostatni widział
+sir Karola żywym, chciał może pierwszy zobaczyć swego
+nowego pana.</p>
+
+<p>Ale jaki mógł mieć cel w&nbsp;prześladowaniu rodziny
+Baskerville?</p>
+
+<p>Przypomniała mi się dziwna przestroga, wycięta
+ze wstępnego artykułu <i>Timesa</i>. Kto ją przesłał? On,
+czy też ktoś, kto chciał pokrzyżować jego plany?</p>
+
+<p>Może kamerdyner chciał zabezpieczyć sobie w&nbsp;dalszym
+ciągu spokojne i&nbsp;niezależne stanowisko w&nbsp;pałacu,
+w&nbsp;którym podczas nieobecności właścicieli był prawdziwym
+panem?...<span class="pagenum"><a name="Str_70" id="Str_70">[str. 70]</a></span></p>
+
+<p>Ale taki cel byłby niedostateczną pobudką do
+zbrodni.</p>
+
+<p>Sam Holmes powiadał, że nigdy jeszcze nie zdarzyła
+mu się sprawa tak zawiła. Pragnąłem już jak
+najprędzej oddać ją w&nbsp;ręce mego przyjaciela.</p>
+
+<p>Tok moich myśli został przerwany odgłosem kroków.
+Ktoś biegł za mną i&nbsp;wołał mnie po nazwisku.</p>
+
+<p>Odwróciłem się, pewien, że ujrzę doktora Mortimer,
+lecz ku mojemu zdziwieniu, zobaczyłem nieznajomego.</p>
+
+<p>Był to mężczyzna niewielkiego wzrostu, o&nbsp;twarzy
+wygolonej, o&nbsp;włosach ciemnych, gładko przyczesanych;
+mógł mieć lat trzydzieści parę do czterdziestu. Przez
+ramię zwieszała mu się puszka, w&nbsp;jednej ręce niósł
+siatkę do łowienia owadów.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Daruje mi pan moją natarczywość, doktorze
+Watson&nbsp;&mdash; rzekł, podbiegając do mnie zdyszany&nbsp;&mdash; ale
+tu, na tych piaskach, żyjemy bez ceremonii. Prezentacye
+odbywają się naturalnie. Słyszał pan już o&nbsp;mnie
+od naszego wspólnego przyjaciela, doktora Mortimer.
+Jestem Stapleton z&nbsp;Merripit House.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Poznałbym pana po siatce&nbsp;&mdash; odparłem, bo wiadomo
+mi, że pan Stapleton jest naturalistą&nbsp;&mdash; ale w&nbsp;jaki
+sposób pan mnie poznał?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Byłem u&nbsp;Mortimera i&nbsp;pokazał mi pana przez okno.
+Ponieważ idę w&nbsp;tę samą stronę, więc dogoniłem pana.
+Czy sir Henryk już wypoczął po podróży?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Najzupełniej.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Obawialiśmy się tu wszyscy, że nowy baronet,
+po tragicznej śmierci sir Karola, nie zechce zamieszkać
+tutaj. Spełnia ofiarę, zagrzebując się w&nbsp;takiem ustroniu;
+ale okolica na tem zyska i&nbsp;powinna mu być wdzię<span class="pagenum"><a name="Str_71" id="Str_71">[str. 71]</a></span>czna.
+Spodziewam się, że sir Henryk nie żywi przesądnych
+obaw?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jest na to zbyt rozumny.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ma się rozumieć, słyszałeś już pan legendę
+o&nbsp;psie, prześladującym tę rodzinę?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Słyszałem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To dziwna, jak tutejsi włościanie są łatwowierni:
+każdy z&nbsp;nich gotów przysiądz, że widział psa na własne
+oczy.</p>
+
+<p>Pan Stapleton mówił to z&nbsp;uśmiechem, ale z&nbsp;oczu
+jego było widać, że przywiązuje wiarę do tych pogłosek.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Owa legenda oddziałała na wyobraźnię sir Karola &mdash;
+ciągnął dalej&nbsp;&mdash; i&nbsp;pewien jestem, że sprowadziła
+śmierć nagłą.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;W jaki sposób?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Sir Karol był tak zdenerwowany, że ukazanie
+się psa mogło go zabić. Zdaje mi się, że ujrzał istotnie
+jakieś dziwne stworzenie w&nbsp;Alei Wiązów... Obawiałem
+się zawsze anewryzmu serca, bo byłem bardzo
+do niego przywiązany.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Skąd pan wiedział o&nbsp;wadzie serca?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Od mego przyjaciela, doktora Mortimer.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zatem sądzisz pan, że jakiś pies ścigał sir Karola
+i&nbsp;że biedak zmarł skutkiem strachu?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy pan znasz jaki inny powód śmierci?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dotychczas nie wyprowadzam wniosków.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A pan Sherlock Holmes czy wyraził już swój
+pogląd na tę sprawę?</p>
+
+<p>Zdziwiło mnie takie pytanie. Można je było wziąć
+za zasadzkę, ale twarz mówiącego była chłodna
+i&nbsp;obojętna, więc moje podejrzenia musiały pierzchnąć.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie dziw, że znam pańskie stosunki ze słynnym<span class="pagenum"><a name="Str_72" id="Str_72">[str. 72]</a></span>
+detektywem&nbsp;&mdash; rzekł pan Stapleton.&nbsp;&mdash; Wszak wiadomo
+powszechnie, iż jesteście w&nbsp;przyjaźni ze sobą. Gdy
+doktor Mortimer wymienił mi pańskie nazwisko; domyśliłem
+się odrazu, że pan Sherlock Holmes wziął w&nbsp;swoje
+ręce tę sprawę i&nbsp;że pan tu przybyłeś z&nbsp;jego ramienia.
+Rzecz naturalna, że chciałbym się dowiedzieć, co
+pan Sherlock Holmes o&nbsp;tem myśli.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie potrafię pana objaśnić w&nbsp;tym względzie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy zamierza odwiedzić naszą okolicę?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Chwilowo nie może opuścić Londynu; ważniejsze
+sprawy pochłaniają jego czas i&nbsp;uwagę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Szkoda wielka! Możeby wyświetlił tę tajemnicę...
+Gdybyś pan potrzebował wskazówek, gotów jestem
+służyć. Może mi pan powie, w&nbsp;jaki sposób zamierzasz
+pan prowadzić sprawę, a&nbsp;kto wie, czy nie mógłbym
+udzielić panu pomocy...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przybyłem tu w&nbsp;odwiedziny do mego przyjaciela,
+sir Henryka, i&nbsp;nie potrzebuję żadnej pomocy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jesteś pan ostrożny. To się chwali!&nbsp;&mdash; rzekł
+Stapleton&nbsp;&mdash; a&nbsp;ja zostałem ukarany za natręctwo i&nbsp;nie
+ponowię już propozycyi, uczynionej ze szczerego serca
+i&nbsp;w najlepszej chęci.</p>
+
+<p>Doszliśmy do ścieżki, wiodącej przez piaski i&nbsp;trzęsawiska.
+Na prawo sterczał odłam skały; po za nią,
+w&nbsp;pewnej odległości, unosił się dym z&nbsp;komina.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ta ścieżka prowadzi do Merripit-House&nbsp;&mdash; rzekł
+Stapleton.&nbsp;&mdash; Może mnie pan zechce zaszczycić swojemi
+odwiedzinami?</p>
+
+<p>Miałem ochotę odmówić ze względu na sir Henryka,
+ale przypomniałem sobie, że jest zajęty korespondencyą;
+nie mogłem mu dopomódz, a&nbsp;z drugiej
+strony, Holmes kazał mi poznawać sąsiedztwo. Więc<span class="pagenum"><a name="Str_73" id="Str_73">[str. 73]</a></span>
+przyjąłem zaproszenie pana Stapleton i&nbsp;weszliśmy razem
+na ścieżkę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dziwne to trzęsawisko&nbsp;&mdash; mówił, wskazując mi
+olbrzymią płaszczyznę, pokrytą piaskami i&nbsp;trawą&nbsp;&mdash; dla
+nieoswojonego oka wydaje się monotonnem i&nbsp;smutnem,
+ale kto się przyzwyczai do tych fal piaszczystych;
+dla tego mają one urok nieprzeparty, a&nbsp;zawierają tyle
+tajemnic!...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pan je zgłębiłeś?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mieszkam tu od lat dwóch zaledwie. Tutejsi
+mieszkańcy mogliby mnie nazwać obcym przybyszem.
+Osiedliliśmy się tutaj wkrótce po przybyciu sir Karola,
+ale moje upodobania przyrodnicze skłaniają mnie do
+ciągłych wędrówek, to też poznałem każdą niemal piędź
+ziemi. Sądzę, że nikt tutaj nie zna jej lepiej odemnie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy okolica jest tak trudną do poznania?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Bardzo trudną. Widzisz pan, naprzykład, tę
+rozległą równinę na północ, obramowaną wzgórzami.
+Czy dostrzegasz pan co niezwykłego?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Widzę, że możnaby galopować po tej równinie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wielu już przypłaciło życiem taką chętkę. Czy
+widzisz pan zielone plamy, któremi usiana jest ta
+płaszczyzna?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Są to zapewne kępki traw.</p>
+
+<p>Stapleton roześmiał się.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To tak zwane Grimpen-Mire,<a name="FNanchor_1_1" id="FNanchor_1_1"></a><a href="#Footnote_1_1" class="fnanchor">[1]</a> błota nieprzebyte.
+Jeden krok fałszywy, a&nbsp;śmierć pewna. Niedalej,
+jak wczoraj, widziałem na własne oczy, jak zapadł
+w&nbsp;nie młody źrebak. Pochłonęło go trzęsawisko. Niebezpiecznie
+jest zapuszczać się tutaj nawet wśród letniej
+suszy, ale podczas jesiennych roztopów miejsce to
+<span class="pagenum"><a name="Str_74" id="Str_74">[str. 74]</a></span>jest cmentarzem, a&nbsp;jednak potrafię przejść i&nbsp;wrócić
+bezpiecznie przez sam środek bagna. Widzisz pan?...
+znowu jakiś źrebiec ugrzązł w&nbsp;błocie...</p>
+
+<p>Istotnie dostrzegłem coś szamocącego się; po chwili
+wysunęła się długa szyja i&nbsp;rozległ się okrzyk przeraźliwy.
+Drgnąłem. Mój towarzysz był chłodniejszy
+odemnie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Już po nim!&nbsp;&mdash; rzekł.&nbsp;&mdash; Pochłonęło go bagno.
+Dwóch źrebców w&nbsp;dwa dni! Niebezpiecznie zapuszczać
+się na te trzęsawiska.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pan jednak przebywa je bez szwanku?&nbsp;&mdash; wtrąciłem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak; po długich wędrówkach znalazłem parę
+ścieżek bezpiecznych.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Co panu zależało na przebyciu tych błot?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Widzi pan te wzgórza woddali? To jak wyspy,
+odcięte od świata. Rosną tam rzadkie krzewy i&nbsp;fruwają
+niezwykłe motyle. Warto się trudzić po takie okazy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I ja spróbuję.</p>
+
+<p>Spojrzał na mnie ze zdziwieniem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niechże pana Bóg strzeże od takich prób! Miałbym
+pańskie życie na sumieniu!&nbsp;&mdash; zawołał.&nbsp;&mdash; Pan nie
+wróciłbyś z&nbsp;tej wycieczki. Mnie za drogowskaz służą
+rośliny.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cóż to takiego?...&nbsp;&mdash; zawołałem.</p>
+
+<p>Z oddali doleciało jakby szczekanie. Niepodobna
+było zmiarkować, skąd płynie ten głos okropny.</p>
+
+<p>Stapleton spojrzał na mnie z&nbsp;zagadkowym wyrazem
+twarzy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dziwne te bagna, prawda?&nbsp;&mdash; rzekł jakby
+z&nbsp;dumą.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Co to takiego?&nbsp;&mdash; spytałem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Włościanie powiadają, że to pies Baskervillów<span class="pagenum"><a name="Str_75" id="Str_75">[str. 75]</a></span>
+upomina się o&nbsp;zdobycz. Słyszałem ten głos parę razy,
+ale nigdy jeszcze tak wyraźnie, jak dzisiaj.</p>
+
+<p>Dokoła nie było widać żadnego żywego stworzenia.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jesteś pan człowiekiem wykształconym. Wszak
+pan nie wierzysz w&nbsp;przesądy? Jakże pan tłómaczy sobie
+te głosy?&nbsp;&mdash; spytałem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Stwardniałe błoto, pękając, wydaje czasem takie
+jęki&nbsp;&mdash; odparł.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie, nie; to był głos żywego stworzenia.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czyś pan kiedy słyszał wabienie błotnego ptaka,
+zwanego bąkiem?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To okaz, zaginiony już, ale przetrwał może tutaj.
+Wszystko możliwe na takich bagnach. Nie zdziwiłbym
+się, gdyby ten głos był wabieniem ostatniego
+bąka w&nbsp;Europie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Bądź co bądź, w&nbsp;życiu mojem nie słyszałem
+podobnego dźwięku.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak, to pustkowie zawiera dużo dziwnych rzeczy.
+Spojrzyj pan na to wzgórze. Co pan dostrzegasz?</p>
+
+<p>Cały stok był usiany okrągłemi, foremnemi kamieniami.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Co to takiego?&nbsp;&mdash; spytałem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To siedziby naszych czcigodnych przodków.
+Człowiek przedhistoryczny zaludniał gęsto te bagna,
+a&nbsp;ponieważ od tych czasów nikt tu nie mieszkał, ich jaskinie
+pozostały nietknięte. Widzi się tam łoża, stołki,
+misy...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Z jakiej epoki?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Neolitycznej zapewne.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cóż ci ludzie robili?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Paśli trzody na stokach gór, osuszali bagna,<span class="pagenum"><a name="Str_76" id="Str_76">[str. 76]</a></span>
+wyrabiali broń i&nbsp;sprzęty z&nbsp;kamienia. Tak, to bagno
+jest ciekawą kartą dziejową. Ale przepraszam pana...</p>
+
+<p>Stapleton urwał nagle i&nbsp;podążył za jakimś rzadkim
+okazem motyla. Ścigał go zapamiętale, podskakiwał,
+kręcił się wkółko.</p>
+
+<p>Ubawiony tem przyrodniczem <i>intermezzo</i>, postanowiłem
+czekać na rezultat pościgu. Wtem doleciał mnie
+znowu odgłos kroków. Obejrzałem się i&nbsp;zobaczyłem kobietę,
+zdążającą ku mnie.</p>
+
+<p>Szła od strony Merripit-House. Domyśliłem się odrazu,
+że to jest miss Stapleton, bom słyszał o&nbsp;jej niepospolitej
+urodzie. Jakoż nawet w&nbsp;stolicy taka piękność
+musiałaby zwrócić uwagę a&nbsp;olśniewała wprost na
+tem pustkowiu. Byłem tembardziej zdumiony, że miss
+Stapleton stanowiła zupełny kontrast ze swoim bratem.
+O&nbsp;ile on był blady, szczupły, o&nbsp;tyle ona wspaniale rozwinięta;
+o&nbsp;ile on niepozorny, o&nbsp;tyle ona wytworną. On
+miał włosy i&nbsp;oczy szare, płeć wyblakłą&nbsp;&mdash; ona była brunetką
+tak silną, że podobnych nie widuje się w&nbsp;Anglii.
+Miała rysy nadzwyczaj regularne, oczy ogniste,
+usta prześlicznie wykrojone i&nbsp;płeć z&nbsp;gorącym rumieńcem.
+Wydawała się, jakby cudownem, nadprzyrodzonem
+zjawiskiem na tle ponurego krajobrazu. Oczy jej
+biegły niespokojnie za bratem, przyśpieszyła kroku
+i&nbsp;zrównała się ze mną. Uchyliłem kapelusza i&nbsp;chciałem
+się przedstawić, lecz nie dała mi dojść do słowa.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wyjeżdżaj pan stąd!...&nbsp;&mdash; szepnęła.&nbsp;&mdash; Wracaj
+natychmiast do Londynu....</p>
+
+<p>Spojrzałem na nią ze zdumieniem. Oczy jej pałały,
+nóżka uderzała o&nbsp;ziemię.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Po co mam wracać?&nbsp;&mdash; zagadnąłem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie mogę panu tego wytłómaczyć&nbsp;&mdash; odparła
+głosem przyciszonym&nbsp;&mdash; ale na miłość Boską, zastosuj<span class="pagenum"><a name="Str_77" id="Str_77">[str. 77]</a></span>
+się pan do mojej rady. Wyjedź pan stąd i&nbsp;nigdy tu
+nie wracaj.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ależ ja zaledwie przyjechałem...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dlaczego pan nie chce zrozumieć, że ta przestroga
+ma pańskie dobro na względzie? Raz jeszcze
+powtarzam: wracaj pan do Londynu zaraz, dziś wieczorem.
+Opuść to strony. Cicho!... Mój brat nadchodzi.
+Nie mów mu pan o&nbsp;tem ani słowa... Proszę mi zerwać
+parę storczyków z&nbsp;tej kępy traw&nbsp;&mdash; rzekła innym zupełnie
+głosem.&nbsp;&mdash; Mamy dużo dzikich storczyków. Lubię
+ten kwiat.</p>
+
+<p>Stapleton zaniechał pościgu i&nbsp;wracał zdyszany.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Skądże się tu wzięłaś, Beryl?&nbsp;&mdash; rzekł ostro.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Widzę, że jesteś zmęczony&nbsp;&mdash; zagadnęła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak, goniłem motyla. Piękny okaz; spotyka
+się go rzadko, zwłaszcza na jesieni.</p>
+
+<p>Mówił to lekko, ale patrzał na siostrę badawczo
+i&nbsp;groźnie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zapoznaliście się, państwo, jak widzę&nbsp;&mdash; rzekł. &mdash;
+Prezentacya już zbyteczna.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak; prosiłam właśnie sir Henryka, żeby zerwał
+dla mnie parę storczyków.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Więc bierzesz pana...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Sadziłam, że to sir Henryk Baskerville&nbsp;&mdash; wtrąciła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pani się myli&nbsp;&mdash; rzekłem.&nbsp;&mdash; Jestem tylko jego
+przyjacielem. Nazywam się Watson.</p>
+
+<p>Rumieniec oblał jej śliczną twarzyczkę. Była widocznie
+zmieszana.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zaszło nieporozumienie...&nbsp;&mdash; rzekła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie mieliście przecież dużo czasu na rozmowę &mdash;
+wtrącił jej brat, przeszywając ją wzrokiem badawczym.<span class="pagenum"><a name="Str_78" id="Str_78">[str. 78]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mówiłam do doktora Watson, jak do stałego
+mieszkańca tych stron, nie zaś do gościa. Ale może
+pan zechce nas odwiedzić w&nbsp;Merripit-House?</p>
+
+<p>Przyjąłem zaproszenie. Droga była niedaleka, wiodła
+brzegiem łąki. Dom, przerobiony widocznie ze starej
+fermy, wznosił się wśród drzew niewielkich, otoczony
+był murowanym parkanom; wyglądał smutno
+i&nbsp;ponuro.</p>
+
+<p>Otworzył nam drzwi stary, mrukliwy służący. Mieszkanie
+było obszerne, w&nbsp;urządzeniu znać było rękę kobiecą.
+Patrząc przez okno na te bagna, usiane kamieniami,
+zastanawiałem się, co mogło skłonić tak wykształconego
+mężczyznę i&nbsp;tak piękną kobietę do obrania
+tutaj siedziby.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dziwisz się pan zapewne, że rozpięliśmy tutaj
+namioty?&nbsp;&mdash; rzekł Stapleton, jakby w&nbsp;odpowiedzi namoje
+myśli.&nbsp;&mdash; A&nbsp;jednak dobrze nam i&nbsp;czujemy się
+szczęśliwi. Prawda, Beryl?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zupełnie szczęśliwi&nbsp;&mdash; potwierdziła, bez zapału.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Miałem szkołę w&nbsp;jednem z&nbsp;hrabstw północnych
+&mdash; mówił Stapleton&nbsp;&mdash; ale ten rodzaj pracy nie odpowiadał
+mojemu temperamentowi, chociaż obcowanie
+z&nbsp;dziećmi, urabianie ich umysłów, miało dla mnie dużo
+uroku. Losy popchnęły mnie jednak na inną drogę.
+Wybuchła epidemia. Ofiarą jej padło trzech chłopców
+z&nbsp;mojej szkoły; ucierpiała skutkiem tego na opinii i&nbsp;nie
+mogła już utrzymać się dalej. Naraziło mnie to na
+dużą stratę pieniężną; ale żal mi tylko zmarłych dzieci;
+dla siebie nie żałuję tego, bo mam czas oddawać się
+moim ulubionym badaniom i&nbsp;znalazłem tu obfite pole
+do studyów nad botaniką i&nbsp;zoologią. Siostra dzieli moje
+upodobania przyrodnicze. Mówię to, żeby panu uła<span class="pagenum"><a name="Str_79" id="Str_79">[str. 79]</a></span>twić
+rozwiązanie zagadki, nad którą pan zastanawiał
+się, patrząc na oparzeliska.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dziwiłem się istotnie, że państwo obrali tę okolicę,
+w&nbsp;której pobyt musi być smutny, zwłaszcza
+dla pani.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jest mi tu dobrze&nbsp;&mdash; oświadczyła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mamy książki, mamy nasze zajęcia naukowe,
+zresztą mamy sąsiadów. Doktor Mortimer jest człowiekiem
+uczonym w&nbsp;swoim zakresie, biedny sir Karol był
+miłym towarzyszem. Widywaliśmy go często, i&nbsp;jego
+śmierć była dla nas ciosem. Jak pan uważa, czy bez
+natręctwa, mógłbym złożyć dziś wizytę sir Henrykowi?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jestem pewien, że będzie panu rad.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A więc odwiedzę go popołudniu. Pragnąłbym,
+o&nbsp;ile możności, uprzyjemnić mu pobyt w&nbsp;tych stronach,
+zanim przywyknie do ponurej okolicy. Może pan
+zechce obejrzeć mój zbiór motyli? Sądzę, że niema
+obfitszego w&nbsp;całej Anglii południowej.</p>
+
+<p>Nie mogłem przyjąć zaproszenia; pilno mi już było
+do mego towarzysza. Balem się o&nbsp;niego, byłem mimowoli
+pod wrażeniem smutnego krajobrazu, a&nbsp;zapewne
+i&nbsp;ostrzeżeń miss Stapleton, wypowiedzianych tak poważnie,
+uroczyście niemal, że musiały osłaniać jakąś tajemnicę.
+To też, mimo naglących zaprosin na śniadanie,
+pożegnałem rodzeństwo i&nbsp;wracałem do dworu tą
+samą ścieżką.</p>
+
+<p>Musiała być jednak inna krótsza droga, bo zanim
+doszedłem do gościńca, ku wielkiemu mojemu zdziwieniu
+ujrzałem miss Stapleton, siedzącą na kamieniu przy
+drodze.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wybiegłam naprzód, aby pana tu spotkać, nie
+wzięłam nawet kapelusza&nbsp;&mdash; mówiła zdyszana. C<span class="pagenum"><a name="Str_80" id="Str_80">[str. 80]</a></span>hcę
+pana prosić, abyś zapomniał moje słowa. Nie tyczyły
+się pana.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie mogę ich zapomnieć, miss Stapleton&nbsp;&mdash; odparłem. &mdash;
+Jestem przyjacielem sir Henryka, chodzi mi
+o&nbsp;jego bezpieczeństwo. Niechże mi pani wytłómaczy,
+dlaczego radzisz mu pani opuścić te strony i&nbsp;wracać
+do Londynu?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To był kaprys kobiecy, doktorze Watson. Gdy
+mnie pan poznasz, przekonasz się, że nie zawsze umiem
+wytłómaczyć pobudki moich słów i&nbsp;czynów.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie, nie, pamiętam, jak głos pani drżał, pamiętam,
+jak pani na mnie patrzała z&nbsp;trwogą. Na miłość
+Boską, bądź ze mną szczera, miss Stapleton. Od pierwszej
+chwili, gdym zawitał w&nbsp;te strony, czuję coś złowróżbnego
+w&nbsp;powietrzu. Stąpamy jakby po owych
+zielonych kępach na bagnie, lada chwila możemy w&nbsp;nich
+utonąć, a&nbsp;nikt nie chce nam wskazać, gdzie jest niebezpieczeństwo.
+Powiedz mi pani, co znaczyły jej słowa,
+a&nbsp;wzamian obiecuję, że je powtórzę sir Henrykowi.</p>
+
+<p>Na twarzy miss Stapleton odbiło się wahanie, ale
+trwało krótko.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przywiązujesz pan zbyt wielką wagę do moich
+słów&nbsp;&mdash; odrzekła. Oboje z&nbsp;bratem zmartwiliśmy się bardzo
+śmiercią sir Karola. Odwiedzał nas często, mówił
+z&nbsp;przejęciem o&nbsp;klątwie, ciążącej nad jego rodem. Nie
+dziw, że po jego tragicznej śmierci gotowa byłam uwierzyć
+w&nbsp;słuszność jego obaw, a&nbsp;widząc jego spadkobier<span class="pagenum"><a name="Str_81" id="Str_81">[str. 81]</a></span>cę,
+przedstawiciela tejże rodziny, uważałam sobie za
+obowiązek przestrzedz go o&nbsp;możliwem niebezpieczeństwie.
+To był jedyny cel moich słów.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ale na czem owe niebezpieczeństwo polega?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Słyszałeś pan legendę o&nbsp;psie?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie wierzę w&nbsp;te brednie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ale ja wierzę. Jeżeli pan ma wpływ na sir
+Henryka, wywieź go pan z&nbsp;tej okolicy. Świat szeroki.
+Dlaczego sir Henryk ma koniecznie mieszkać tutaj,
+gdzie mu grozi niebezpieczeństwo?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dlatego właśnie, że grozi. Taki już jego charakter.
+Jeżeli pani nie może przytoczyć mi ważniejszego
+powodu, to tym argumentem nie zdołam go
+skłonić do opuszczenia Baskerville-Hall.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie mogę przytoczyć innego powodu, bo żadnego
+innego nie znam.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jeszcze jedno pytanie, miss Stapleton. Jeżeli
+w&nbsp;słowach pani nie było ukrytego znaczenia, to dlaczego
+nie chciałaś, aby je brat usłyszał?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mój brat pragnie, żeby dwór był zamieszkany,
+bo sądzi, że obecność właściciela jest konieczną dla
+dobra okolicy. Gniewałby się na mnie, gdyby wiedział,
+że radzę sir Henrykowi opuścić te strony. Spełniłam
+swój obowiązek i&nbsp;nic już więcej nie dodam. Muszę
+wracać, bo brat domyśli się, żem rozmawiała
+z&nbsp;panem. Dowidzenia!</p>
+
+<p>Odeszła, pozostawiając mnie na pastwę obaw i&nbsp;niepokojów
+o&nbsp;sir Henryka.</p>
+
+
+
+<hr style="width: 65%;" />
+<p class="nopad"><span class="pagenum"><a name="Str_82" id="Str_82">[str. 82]</a></span></p>
+<h2><a name="VIII" id="VIII"></a>VIII.</h2>
+
+<h3>Pierwsze sprawozdanie doktora Watson.</h3>
+
+
+<p>Od owego punktu będę przepisywał moje własne
+listy do Sherlocka Holmes, albowiem odtwarzają owe
+wypadki, myśli i&nbsp;podejrzenia z&nbsp;większą dokładnością,
+niż moja pamięć.</p>
+
+<p><i>Baskerville-Hall</i>, <i>13 października</i>.</p>
+
+<p>Kochany Holmes! Moje poprzednie listy i&nbsp;depesze
+powiadamiały cię dokładnie i&nbsp;szczegółowo o&nbsp;wszystkiem,
+co się działo w&nbsp;tym ponurym zakątku.</p>
+
+<p>Im dłużej tu bawię, tem bardziej czuję się smutny
+i&nbsp;zaniepokojony. Te bagna rzucają cień na duszę.
+Zdaje mi się, żem się przeniósł nietylko do innego kraju,
+ale i&nbsp;w inną epokę, że żyję w&nbsp;czasach przedhistorycznych.</p>
+
+<p>Kamienne siedziby naszych przodków zasiewają
+gęsto oparzelisko, i&nbsp;dziwić się należy, dlaczego oni
+osiedlali się w&nbsp;tych bagnach? Przypuszczam, że to był
+szczep tchórzliwy, stroniący od wojowniczych sąsiadów,
+a&nbsp;trzęsawisko było najpewniejszą przeciw nim
+warownią.<span class="pagenum"><a name="Str_83" id="Str_83">[str. 83]</a></span></p>
+
+<p>Te hypotezy nie mają jednak nic wspólnego z&nbsp;mojem
+posłannictwem i&nbsp;nie zaciekawią twojego praktycznego
+umysłu. Wiem, jak ci jest obojętnem, czy ziemia
+obraca się dokoła słońca, czy też dzieje się odwrotnie.
+Wracam do faktów, tyczących się sir Henryka
+Baskerville.</p>
+
+<p>Jeżeliś nie otrzymywał sprawozdań przez parę dni
+ostatnich, to tylko dlatego, że do dziś nie było o&nbsp;czem
+pisać. Dzisiaj zdarzyła się okoliczność niezwykła, lecz
+zanim ci ją opowiem, muszę cię obznajmiċ z&nbsp;innemi
+stronami sytuacyi.</p>
+
+<p>Wspomniałem ci już o&nbsp;zbiegłym więźniu, który
+się ukrywa wśród bagien. Według wszelkiego prawdopodobieństwa,
+opuścił już te strony, co jest pożądanem
+dla mieszkańców, żyjących na pustkowiu.</p>
+
+<p>Dwa tygodnie już minęło od jego ucieczki, a&nbsp;dotychczas
+nikt go nie widział i&nbsp;nikt o&nbsp;nim nie słyszał.
+Łatwo wprawdzie ukryć się na tem trzęsawisku, usianem
+głazami, które służyły za schronienie przedhistorycznemu
+człowiekowi, ale niema tam żadnego pożywienia;
+sądzimy zatem, że uciekł, a&nbsp;okoliczni fermerzy
+zaczynają nabierać otuchy.</p>
+
+<p>W pałacu jest nas czterech silnych mężczyzn; możnaby
+się obronić w&nbsp;danym razie; ale przyznaję, żem
+się obawiał o&nbsp;Stapletonów. Mieszkają na zupełnem pustkowiu,
+o&nbsp;parę mil od ludzkich siedzib, trzymają tylko
+służącego i&nbsp;kucharkę. Brat jest wątły i&nbsp;niezbyt silny,
+siostra, jakkolwiek rosła i&nbsp;dobrze zbudowana, nie mogłaby
+stawić oporu takiemu zbójowi. Gdyby ich napadł,
+byliby na jego łasce i&nbsp;niełasce. Sir Henryk
+jest o&nbsp;nich zatrwożony; dawał im na wszelki wypadek
+<i>grooma</i> Perkinsa, ale Stapleton odmówił stanowczo.</p>
+
+<p>Nasz baronet zaczyna interesować się żywo piękną<span class="pagenum"><a name="Str_84" id="Str_84">[str. 84]</a></span>
+sąsiadką. Nic dziwnego, że wśród życia tak jednostajnego
+szuka rozrywki, a&nbsp;dziwić się można tem mniej, że
+panna prześliczna. Jest w&nbsp;niej coś gorącego, podzwrotnikowego;
+sprzeczność pomiędzy nią a&nbsp;chłodnym,
+brzydkim bratem&nbsp;&mdash; zdumiewająca. Chociaż i&nbsp;on robi
+wrażenie wulkanu, przysypanego popiołami. Ma widocznie
+wielki wpływ na siostrę; zauważyłem, że miss
+Beryl, mówiąc, spogląda wciąż na niego, jak gdyby
+szukała aprobaty. On ma w&nbsp;oczach groźne błyski,
+a&nbsp;zacięte usta zdradzają naturę twardą i&nbsp;nieubłaganą.
+Byłby ciekawem studyum dla ciebie.</p>
+
+<p>Złożył wizytę Baskervillowi nazajutrz po naszym
+przyjeździe, a&nbsp;zaraz następnego poranku zaprowadził
+nas na miejsce, wsławione legendą o&nbsp;okrutnym Hugonie.
+Jest to daleka, kilkomilowa wycieczka przez łąkę
+i&nbsp;trzęsawiska, a&nbsp;miejsce samo tak ponure, że mogło natchnąć
+pomysłem do krwawej legendy. Sterczą na
+niem dwa olbrzymie, spiczaste głazy; sir Henryk był
+wzruszony i&nbsp;kilkakrotnie zapytywał Stapletona, czy
+doprawdy wierzy w&nbsp;oddziaływanie sił nadprzyrodzonych
+na bieg naszego życia.</p>
+
+<p>Pytał wesoło, ale było widać, że bierze tę rzecz
+poważnie. Stapleton był ostrożny w&nbsp;odpowiedziach,
+ale można było poznać, że powstrzymuje się od wyrażenia
+swoich myśli ze względu na spokój baroneta.
+Opowiedział nam kilka wypadków, w&nbsp;których starożytne
+rody były prześladowane przez jakąś siłę nieczystą
+i&nbsp;zostawił nas pod wrażeniem, że przywiązuje
+wiarę do owej legendy.</p>
+
+<p>Wracając z&nbsp;tej wycieczki, zaprosił nas na śniadanie
+do Merripit-House i&nbsp;wtedy sir Henryk poznał miss
+Stapleton. Od pierwszej chwili zrobiła na nim wielkie
+wrażenie, a&nbsp;jeśli się nie mylę, było zobopólne. Od<span class="pagenum"><a name="Str_85" id="Str_85">[str. 85]</a></span>
+owego dnia, baronet bywa tam codzień. Dzisiaj zaprosił
+na obiad rodzeństwo. Możnaby sądzić, że taki maryaż
+powinien być mile widzianym przez Stapletona,
+jednak spostrzegam niezadowolenie na jego twarzy,
+ilekroć sir Henryk zbliża się do jego siostry, lub okazuje
+swój zachwyt. Tłómaczę to sobie egoistycznem
+przywiązaniem, bo życie przyrodnika na tem pustkowiu
+byłoby jeszcze smutniejsze, gdyby go nie opromieniała
+miss Beryl. Wątpię, czy Stapleton posunie tak
+dalece egoizm, aby się sprzeciwić temu świetnemu małżeństwu,
+choć widocznie nie życzy sobie zażyłości pomiędzy
+siostrą a&nbsp;baronetem; parę razy przeszkadzał im
+w&nbsp;rozmowie sam na sam.</p>
+
+<p>Bądź co bądź, trudno mi będzie teraz spełnić twoje
+polecenie: abym nigdy nie opuszczał sir Henryka.
+Sprzykrzyłbym mu się prędko, gdybym chodził za nim,
+jak cień.</p>
+
+<p>Onegdaj, we czwartek, doktor Mortimer był u&nbsp;nas
+na śniadaniu. Przy wykopaliskach w&nbsp;Long-Dawn udało
+mu się znaleźć czaszkę przedhistorycznego człowieka.
+Jest uradowany. Trudno o&nbsp;większego entuzyastę
+i&nbsp;maniaka.</p>
+
+<p>Po śniadaniu przybyli Stapletonowie. Na prośby
+sir Henryka, doktor zaprowadził nas wszystkich do
+Alei Wiązów, aby nam pokazać, jak się rzeczy miały
+owej nocy.</p>
+
+<p>Aleja jest długa, po obu stronach szerokie żywopłoty,
+za nimi&nbsp;&mdash; trawniki. Na końcu alei wznosi się
+letni domek, rodzaj altany. W&nbsp;połowie drogi jest
+furtka, prowadząca na łąkę, za którą leży trzęsawisko.
+Furtka jest drewniana, biała, ma klamkę i&nbsp;zasuwę. Pamiętałem
+twoją hypotezę i&nbsp;starałem się odtworzyć
+w&nbsp;myśli katastrofę.<span class="pagenum"><a name="Str_86" id="Str_86">[str. 86]</a></span></p>
+
+<p>Stojąc przy tej furtce, biedny sir Karol ujrzał coś,
+co go tak wystraszyło, że stracił przytomność i&nbsp;zaczął
+biedz prosto przed siebie, aż mu tchu zbrakło
+i&nbsp;padł nieżywy z&nbsp;wycieńczenia i&nbsp;trwogi. Uciekał
+liściastym tunelem. Co go wystraszyło? Pies zwyczajny,
+pasterski, czy też jakieś stworzenie fantastyczne,
+widmowe? Była-li w&nbsp;tem ręka ludzka, czy też moc
+nadprzyrodzona? Może blady Barrymore wie o&nbsp;tem
+zdarzeniu daleko więcej, niż mówi? Jakiekolwiek jest
+rozwiązanie zagadki, ostatniem jej słowem&nbsp;&mdash; zbrodnia.</p>
+
+<p>Poznałem jeszcze jednego sąsiada, pana Frankland
+z&nbsp;Lafter Hall. Mieszka o&nbsp;cztery mile od nas.
+Jest to człowiek niemłody, siwy, temperamentu cholerycznego,
+zawołany pieniacz; pół majątku stracił na
+procesy. Nie chodzi mu o&nbsp;przedmiot sporny, lecz
+o&nbsp;sam proces. Czasami zamyka drogę publiczną
+i&nbsp;zmusza gminę do pozywania go przed sądy. Innym
+razem wdziera się w&nbsp;drogę prywatną, dowodząc, że służyła
+dawniej do publicznego użytku. Zna wszystkie
+prawa obyczajowe, niekiedy używa swych wiadomości
+na korzyść włościan z&nbsp;Fernworthy, a&nbsp;czasem przeciwko
+nim; bywa niesiony w&nbsp;tryumfie przez wieś, lub palony
+<i>in effigie</i>, stosownie do swej działalności.</p>
+
+<p>Ma obecnie siedem procesów, które zapewne pochłoną
+resztę jego fortuny.</p>
+
+<p>Po za tą manią wydaje się dobrodusznym, poczciwym
+staruszkiem; wspominam o&nbsp;nim dlatego tylko, żeś
+mi polecił opisywać ci wszystkie osoby, które spotykam
+i&nbsp;o których słyszę.</p>
+
+<p>Obecnie pan Frankland ma nowa rozrywkę: przez
+wyborny teleskop, dniami całemi z&nbsp;dachu swego domu
+wypatruje zbiegłego więźnia. Gdybyż tylko na
+tem poprzestał! ale on chce podobno wytoczyć proces<span class="pagenum"><a name="Str_87" id="Str_87">[str. 87]</a></span>
+doktorowi Mortimer za otwarcie grobu przedhistorycznego
+bez pozwolenia potomków, a&nbsp;to skutkiem... czaszki
+z&nbsp;epoki neolitycznej, odgrzebanej w&nbsp;Long-Dawn.
+Bądź co bądź urozmaica nam jednostajność życia
+i&nbsp;wprowadza do niego trochę komicznego <a class="ins" href="#tnote_25" name="tAnchor_25" title="pierwiastku">pierwiastku.</a></p>
+
+<p>A teraz, doniosłszy ci o&nbsp;zbiegłym więźniu, opisawszy
+ci rodzeństwo Stapleton, doktora Mortimer
+i&nbsp;pana Frankland z&nbsp;<a class="ins" href="#tnote_26" name="tAnchor_26" title="Lafter-Hall">Lofter-Hall</a>, powiem ci coś bardzo
+ciekawego o&nbsp;Barrymorze i&nbsp;o niezwykłych zdarzeniach
+zeszłej nocy.</p>
+
+<p>Naprzód słówko o&nbsp;telegramie, któryś wysłał z&nbsp;Londynu,
+a&nbsp;który miał nam służyć za dowód obecności
+Barrymora w&nbsp;pałacu.</p>
+
+<p>Donosiłem ci już, że, sądząc ze słów pocztmistrza,
+doszedłem do przekonania, iż ta próba niczego nie dowiodła.
+Mówiłem o&nbsp;tem sir Henrykowi, a&nbsp;on, ze zwykłą
+sobie szczerością, wezwał Barrymora i&nbsp;zapytał go,
+czy dostał telegram. Barrymore odpowiedział twierdząco.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy chłopiec oddał ci go do rąk?&nbsp;&mdash; pytał sir
+Henryk.</p>
+
+<p>Barrymore spojrzał ze zdziwieniem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie&nbsp;&mdash; odparł po namyśle&nbsp;&mdash; byłem wtedy na
+strychu, ale moja żona odniosła mi zaraz depeszę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czyś odpowiedział na nią sam?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Prosiłem żony, żeby mnie wyręczyła.</p>
+
+<p>Po obiedzie wszczął znowu tę sprawę z&nbsp;własnego
+impulsu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie rozumiałem, dlaczego mnie jaśnie pan pytał
+o&nbsp;ów telegram&nbsp;&mdash; rzekł.&nbsp;&mdash; Czy zrobiłem co niewłaściwego?</p>
+
+<p>Sir Henryk uspokoił go w&nbsp;tym względzie i&nbsp;ofiaro<span class="pagenum"><a name="Str_88" id="Str_88">[str. 88]</a></span>wał
+mu część swojej garderoby, ponieważ nadeszły już
+garnitury, obstalowane w&nbsp;Londynie.</p>
+
+<p>Mrs. Barrymore zaciekawia mnie. Jest to niewiasta
+gruba, ociężała, poważna, wygląda na purytankę.
+Trudno sobie wyobrazić osobę mniej wrażliwą, a&nbsp;jednak
+opowiedziałem ci już, żem słyszał wyraźnie jej płacz
+pierwszej nocy naszego pobytu w&nbsp;Baskerville-Hall; potem
+widziałem nieraz ślady łez na jej twarzy. Musi
+mieć jakoś wielką zgryzotę. Czasami zastanawiam się,
+czy jej nie trapią wyrzuty sumienia, a&nbsp;chwilami posądzam
+Barrymora, iż jest tyranem.</p>
+
+<p>Zauważyłem w&nbsp;nim odrazu coś niezwykłego; ale
+to, com widział zeszłej nocy, utrwala mnie w&nbsp;najgorszych
+posądzeniach.</p>
+
+<p>A jednak sam fakt może się wydać błahym.</p>
+
+<p>Wiesz, że mam sen lekki, a&nbsp;od chwili, gdym tu
+przybył w&nbsp;charakterze anioła-stróża, sypiam z&nbsp;otwartemi
+oczyma, jak zając.</p>
+
+<p>Otóż wczorajszej nocy, około drugiej, obudził
+mnie odgłos kroków, przechodzących obok mojego pokoju.
+Wstałem, uchyliłem drzwi i&nbsp;wyjrzałem. Po korytarzu
+sunął długi cień, rzucany przez mężczyznę, zakradającego
+się na palcach ze świecą w&nbsp;ręku. Był
+w&nbsp;koszuli i&nbsp;spodniach, szedł boso, powoli i&nbsp;bardzo ostrożnie,
+w&nbsp;całem jego zachowaniu było coś tajemniczego.</p>
+
+<p>Korytarz przecięty jest balkonem, znajdującym się
+nad główną sienią i&nbsp;portykiem, ale biegnie dalej po jego
+drugiej stronie. Gdym stanął przy balkonie, ów
+cień dotarł już był do drugiego końca korytarza; po
+blasku światła zmiarkowałem, że wszedł do jednego
+z&nbsp;przyległych pokojów.</p>
+
+<p>Ponieważ wszystkie te pokoje są nieumeblowane,
+przeto cel wędrówki stawał się jeszcze bardziej zagad<span class="pagenum"><a name="Str_89" id="Str_89">[str. 89]</a></span>kowym.
+Światło błyszczało stale w&nbsp;jednym punkcie. Zajrzałem
+do tego pokoju przez drzwi uchylone.</p>
+
+<p>Barrymore stał pod oknem i&nbsp;trzymał świecę przy
+samej szybie. Zwrócony był do mnie profilem; widziałem
+na jego twarzy wyczekiwanie i&nbsp;niepokój. Przez
+chwilę stał nieruchomo, wreszcie coś mruknął, machnął
+ręką i&nbsp;świecę odstawił.</p>
+
+<p>Uciekłem do mego pokoju. Niebawem doleciały
+mnie znowu ciche kroki. Barrymore wracał.</p>
+
+<p>Przez długi czas nie mogłem się uspokoić, tysiączne
+myśli i&nbsp;podejrzenia przelatywały mi po głowie.
+Już w&nbsp;pół-śnie usłyszałem zgrzyt klucza we drzwiach,
+ale nie mogłem umiarkować, w&nbsp;których.</p>
+
+<p>Co to wszystko znaczy&nbsp;&mdash; nie wiem, lecz w&nbsp;każdym
+razie dzieją się w&nbsp;tym domu rzeczy dziwne, nie
+rokujące nic dobrego. Wcześniej, czy później, wyświetlimy
+zagadkę. Nie chcę cię bałamucić mojemi przypuszczeniami,
+albowiem żądasz tylko faktów.</p>
+
+<p>Miałem dziś rano długą rozmowę z&nbsp;sir Henrykiem
+i&nbsp;obmyśliliśmy plan kampanii. Znajdziesz go w&nbsp;moim
+następnym liście.</p>
+
+
+
+<hr style="width: 65%;" />
+<p class="nopad"><span class="pagenum"><a name="Str_90" id="Str_90">[str. 90]</a></span></p>
+<h2><a name="IX" id="IX"></a>IX.</h2>
+
+<h3>(Drugie sprawozdanie doktora Watsona).</h3>
+
+<h3>Światło na bagnie.</h3>
+
+
+<p class="right">
+<i>Baskerville-Hall, 15 października.</i>
+</p>
+
+<p>Kochany Holmes!</p>
+
+<p>Pozostawiłem cię wprawdzie długo bez wiadomości,
+za to dziś pragnę cię odszkodować.</p>
+
+<p>Fakty następowały tak szybko po sobie, że trudno
+było je spisywać. Donosiłem ci, żem widział Barrymora,
+zakradającego się po nocy ze światłem w&nbsp;ręce
+do pustego pokoju. Teraz mam całą wiązankę nowin.
+Rzeczy wzięły obrót niespodziewany, w&nbsp;ciągu dwu dni
+ostatnich wyświetliła się niejedna zagadka, a&nbsp;inne zaciemniły
+się jeszcze bardziej. Sam osądź.</p>
+
+<p>Nazajutrz, przed śniadaniem, poszedłem do pustego
+pokoju, nawiedzonego przez Barrymora nocy ubiegłej.
+Okno, przez które przechodził, wychodziło na zachód
+i&nbsp;odznaczało się tem od innych, że był z&nbsp;niego
+najbliższy widok na bagno. Jest tam puste miejsce pomiędzy
+dwoma drzewami, przez które widać zblizka
+łąkę i&nbsp;oparzelisko, wówczas, gdy z&nbsp;innych okien widok
+na nie jest dalszy i&nbsp;zasłoniony.<span class="pagenum"><a name="Str_91" id="Str_91">[str. 91]</a></span></p>
+
+<p>Czyżby Barrymore upatrywał kogoś lub czegoś na
+bagnie? Noc była tak ciemna, że przy najlepszym
+wzroku niepodobna było nic dojrzeć. Więc jakiż był
+cel tych obserwacyj?</p>
+
+<p>W pierwszej chwili sądziłem, że to intryga miłosna.
+Dlatego zakradał się boso, dlatego był niespokojny.
+Barrymore jest niezwykle pięknym mężczyzną
+i&nbsp;może mieć powodzenie u&nbsp;kobiet&nbsp;&mdash; ta hypoteza wydała
+mi się prawdopodobną. <a class="ins" href="#tnote_27" name="tAnchor_27" title="Zdrzyt">Zgrzyt</a> klucza w&nbsp;zamku
+świadczył może o&nbsp;potajemnem wyjściu na schadzkę.</p>
+
+<p>Takie wysnuwałem wnioski; opowiadam ci je, chociaż
+rezultat wykazał ich bezpodstawność.</p>
+
+<p>Sądząc, że nie mam prawa zachowywać ich dla
+siebie, zwierzyłem się z&nbsp;nich przed sir Henrykiem, opowiedziawszy
+mu wpierw, com widział. Był mniej zdziwiony,
+niż mogłem przypuszczać.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wiem, że Barrymore chodzi po nocy&nbsp;&mdash; oświadczył. &mdash;
+Kilka razy słyszałem jego kroki w&nbsp;korytarzu
+o&nbsp;jednej i&nbsp;tej samej godzinie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Więc może co nocy chodzi do okna?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Może. W&nbsp;takim razie schwytamy go na gorącym
+uczynku i&nbsp;przekonamy się o&nbsp;celu jego wędrówek.
+Ciekaw też jestem, jakby postąpił Holmes na naszem
+miejscu?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Sądzę, że zrobiłby to samo, co pan zamierzasz
+&mdash; odparłem.&nbsp;&mdash; Boję się tylko, aby Barrymore nie
+usłyszał naszych kroków.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ma słuch tępy; zauważyłem to już nieraz. Zatem
+dziś wieczorem zaczaimy się w&nbsp;moim pokoju.</p>
+
+<p>Sir Karol był rad widocznie; ta nowa wyprawa
+była urozmaiceniem nudnego życia.</p>
+
+<p>W pałacu panował ruch gorączkowy. Baronet
+sprowadził architekta z&nbsp;Londynu, zaś z&nbsp;Plymouth&nbsp;&mdash; sto<span class="pagenum"><a name="Str_92" id="Str_92">[str. 92]</a></span>larzy
+i&nbsp;dekoratorów; nie szczędził kosztów, aby przywrócić
+dawny blask siedzibie swoich przodków.</p>
+
+<p>Skoro pałac zostanie urządzony, brak w&nbsp;nim będzie
+tylko&nbsp;&mdash; pięknej pani domu.</p>
+
+<p>Między nami mówiąc, łatwo domyślam się, kto
+mógłby zająć to miejsce. Baronet zakochany po uszy
+w&nbsp;naszej pięknej sąsiadce, miss Stapleton.</p>
+
+<p>Lecz na drodze tej miłości istnieją przeszkody.
+Niedalej, jak dziś, sir Henryk miał przykrą niespodziankę.</p>
+
+<p>Po naszej rozmowie o&nbsp;Barrymorze, wziął czapkę
+i&nbsp;wyszedł. Ja za nim.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Towarzyszysz mi, Watson?...&nbsp;&mdash; zapytał z&nbsp;widocznym
+niezadowoleniem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To zależy od tego, dokąd pan idzie; jeżeli na
+łąkę i&nbsp;bagno, pójdę z&nbsp;panem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Właśnie tam podążam.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wszak pan wie, co mi polecił Holmes... Przykro
+mi, że się panu narzucam, ale nie mogę puścić
+pana samego na trzęsawiska.</p>
+
+<p>Sir Henryk położył mi rękę na ramieniu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mój drogi&nbsp;&mdash; rzekł z&nbsp;uśmiechom&nbsp;&mdash; Sherlock
+Holmes, pomimo swej przenikliwości, nie przewidział
+tego, co wynikło od czasu, jak zamieszkałem nad bagnem.
+Wszak mnie rozumiesz?... I&nbsp;jestem pewien, że
+nie zechcesz przeszkadzać mi w&nbsp;takiej chwili.</p>
+
+<p>Byłem w&nbsp;trudnem położeniu, a&nbsp;gdym tak stał
+zafrasowany, mój towarzysz odwrócił się i&nbsp;poszedł
+przez łąkę.</p>
+
+<p>Czyniłem sobie wyrzuty, że go pozostawiam własnemu
+losowi. A&nbsp;nuż go spotka nieszczęście!...</p>
+
+<p>Na samą myśl o&nbsp;tem, krew uderzyła mi do głowy.<span class="pagenum"><a name="Str_93" id="Str_93">[str. 93]</a></span></p>
+
+<p>Może jeszcze nie zapóźno, może zdołam go dogonić...</p>
+
+<p>Podążyłem w&nbsp;kierunku, w&nbsp;którym sir Henryk odszedł,
+ale nic mogłem go dostrzedz, aż wreszcie ukazał
+mi się na zakręcie drogi, tam, gdzie ścieżka, wiodąca
+przez trzęsawisko, odbiega od gościńca.</p>
+
+<p>Skręciłem w&nbsp;bok, i&nbsp;zamiast iść za nim, wspiąłem
+się na mały pagórek, skąd było widać całą równinę.
+Ukrywszy się za skałą, śledziłem jego kroki.</p>
+
+<p>Uszedł ścieżką dobre pół mili, gdy nagle zobaczyłem
+zbliżającą się ku niemu pannę Stapleton.</p>
+
+<p>A więc to była schadzka umówiona...</p>
+
+<p>Przywitawszy się, szli dalej, bardzo wolno; z&nbsp;poruszenia
+rąk miarkowałem, że miss <a class="ins" href="#tnote_28" name="tAnchor_28" title="Baryl">Beryl</a> o&nbsp;coś go prosi.</p>
+
+<p>Namyślałem się, co robić. Wstrętnym jest szpiegować
+przyjaciela; w&nbsp;danych okolicznościach było
+to moim obowiązkiem; lecz gdyby mu groziło niebezpieczeństwo,
+byłem zadaleko, aby nieść pomoc.
+Więc cóż począć? Wahałem się między poczuciem delikatności
+a&nbsp;obowiązku.</p>
+
+<p>Tymczasem sir Henryk i&nbsp;jego towarzyszka stanęli
+na ścieżce. Rozmawiali bardzo żywo. Nagle spostrzegłem,
+że nie ja jeden jestem świadkiem ich spotkania.
+Ujrzałem coś zielonego, zawieszonego w&nbsp;powietrzu.
+Przyjrzawszy się, zobaczyłem, że to siatka na
+motyle.</p>
+
+<p>Szedł Stapleton. Był daleko bliżej od młodej pary,
+niż ją i&nbsp;widocznie podążał ku niej.</p>
+
+<p>Wtem sir Henryk objął wpół miss Stapleton; zdawało
+mi się, że ona broni się od uścisku. Pochylił się
+nad nią, chciał ją pocałować&nbsp;&mdash; zasłoniła się ręką.</p>
+
+<p>Nagle odskoczyli od siebie. Spłoszył ich Stapleton.
+Pędził co tchu, wymachiwał rękoma, a&nbsp;gdy się<span class="pagenum"><a name="Str_94" id="Str_94">[str. 94]</a></span>
+z&nbsp;nimi zrównał&nbsp;&mdash; tupał nogami i&nbsp;zapewne krzyczał i&nbsp;robił
+wymówki sir Henrykowi. Ten widocznie usprawiedliwiał
+się.</p>
+
+<p>Wreszcie Stapleton skinął na siostrę, która po
+chwili wahania poszła za nim, rzuciwszy spojrzenie baronetowi.</p>
+
+<p>On stał długo, jak wryty, wreszcie odszedł krokiem
+powolnym, z&nbsp;głową zwieszoną.</p>
+
+<p>Co to wszystko znaczyło? Nie mogłem pojąć, lecz
+byłem wzburzony widokiem tej sceny. Zbiegłem ze
+wzgórza i&nbsp;spotkałem się z&nbsp;sir Henrykiem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Watson!&nbsp;&mdash; zawołał.&nbsp;&mdash; Skądże się tu wziąłeś?
+Czyżbyś mnie śledził wbrew mojej woli?</p>
+
+<p>Wyznałem mu prawdę. W&nbsp;pierwszej chwili oczy
+zapałały mu gniewem, lecz rozbroiła go widocznie moja
+szczerość; koniec końców&nbsp;&mdash; roześmiał się.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Możnaby sądzić, że takie pustkowie sprzyja samotności,
+a&nbsp;jednak&nbsp;&mdash; mówił żartobliwie&nbsp;&mdash; niepodobna
+konkurować bez świadków... Smutne to zresztą konkury.
+Gdzieżeś się ukrywał?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Za temi skałami, na wzgórzu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy widziałeś, z&nbsp;której strony jej brat przyszedł?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Z przeciwnej.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy on robi na tobie wrażenie waryata?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Od pierwszej chwili wydał mi się nienormalnym,
+a&nbsp;teraz gotów jestem przypuścić, że mnie, albo
+jemu braknie piątej klepki. Słuchaj, Watson: żyjesz
+już ze mną parę tygodni, powiedz mi szczerze, czyś nie
+spostrzegł we mnie jakiego umysłowego zboczenia?
+Jak znajdujesz: czy mógłbym być dobrym mężem dla
+kobiety ukochanej?<span class="pagenum"><a name="Str_95" id="Str_95">[str. 95]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zdaje mi się, że najlepszym.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wszak on nic nie może zarzucić mojemu stanowisku
+społecznemu. Więc cóż ma przeciwko mojej
+osobie? Nie skrzywdziłem nikogo, żyłem uczciwie.
+A&nbsp;jednak nie pozwala mi dotknąć bodaj końca jej paluszków.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy wręcz zabronił?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak, i&nbsp;powiedział mi wiele innych przykrych
+rzeczy. Mówię ci, Watson, choć znam ją od paru tygodni,
+czuję, że z&nbsp;żadną kobietą nie byłbym tak szczęśliwy,
+jak z&nbsp;nią; a&nbsp;zdaje mi się, że i&nbsp;ona odpłaca mi
+wzajemnością. W&nbsp;oczach kobiety bywają błyski, wymowniejsze
+od słów. Ale ten nieznośny brat nie pozwala
+nam się porozumieć. Dziś po raz pierwszy zdarzyła
+mi się sposobność widzieć ją sam na sam. Cieszyło
+ją to widocznie, choć nie chciała słuchać moich
+wynurzeń miłosnych. Wracała wciąż do jednego przedmiotu,
+ostrzegając mnie o&nbsp;<a class="ins" href="#tnote_29" name="tAnchor_29" title="grążącem">grożącem</a> niebezpieczeństwie
+i&nbsp;dowodząc, że póty nie będzie miała spokoju,
+dopóki ja tych stron nie opuszczę. Powiedziałem jej,
+że nie pilno mi odjeżdżać, skoro ona tu przebywa, i&nbsp;że
+jeśli dba istotnie o&nbsp;moje bezpieczeństwo, to opuści tę
+okolicę wraz ze mną, i&nbsp;prosiłem o&nbsp;jej rękę. Zanim jednak
+zdążyła mi odpowiedzieć, ten jej utrapiony brat
+wpadł między nas, jak kula. Był blady z&nbsp;gniewu,
+trząsł się, a&nbsp;z jasnych oczu padały pioruny.</p>
+
+<p>Jak śmiałem przemawiać w&nbsp;ten sposób do jego
+siostry?&nbsp;&mdash; wołał.&nbsp;&mdash; Czy dlatego, że jestem baronetem,
+to wszystko mi wolno?...</p>
+
+<p>Tłómaczyłem mu, że nie potrzebuję wstydzić się
+moich uczuć dla miss Beryl i&nbsp;że mam nadzieję, iż zaszczyci
+mnie swoją ręką.</p>
+
+<p>Nie polepszyło to sprawy. Stapleton rozwścieczył<span class="pagenum"><a name="Str_96" id="Str_96">[str. 96]</a></span>
+się na dobre. I&nbsp;mnie zbrakło cierpliwości. Odpowiedziałem
+mu, za ostro ze względu na jej obecność.</p>
+
+<p>Skończyło się na tem, że on odszedł z&nbsp;siostrą,
+a&nbsp;ja powracam, jak niepyszny. Wytłómacz mi, co to
+znaczy, a&nbsp;<a class="ins" href="#tnote_30" name="tAnchor_30" title="bęędę">będę</a> ci wdzięczny do śmierci.</p>
+
+<p>Dawałem kilka wyjaśnień, ale nie zadowoliły sir
+Henryka, bo istotnie, co można mu zarzucić?</p>
+
+<p>Przemawia za nim tytuł, fortuna, charakter, wiek
+i&nbsp;uroda. Jedyny zarzut, jaki możnaby mu czynić &mdash;
+to, że fatalizm ściga jego rodzinę. Ale Stapleton, jako
+człowiek uczony, nie powinienby przywiązywać wagi
+do przesądów.</p>
+
+<p>To też nie pojmuję, dlaczego odrzuca jego zabiegi,
+nie pytając nawet, czy siostra jest mu przychylna,
+a&nbsp;dziwi mnie nadto, że ona słucha go ślepo.</p>
+
+<p>Nasze domysły na ten temat przerwał sam Stapleton,
+który przybył po południu, aby przeprosić baroneta
+za swoją porywczość.</p>
+
+<p>Po długiej rozmowie sam na sam z&nbsp;sir Henrykiem
+w&nbsp;jego gabinecie, wyszli pogodzeni. Dla przypieczętowania
+zgody, zaprosił nas na obiad do Merripit-House.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dziwny to człowiek&nbsp;&mdash; rzekł do mnie sir Henryk
+po jego odejściu.&nbsp;&mdash; Nie mogę zapomnieć wzroku,
+jakim mnie piorunował dziś rano, ale mimo to muszę
+przyznać, że teraz znalazł się przyzwoicie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy wytłómaczył swe postąpienie?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mówił, że siostra jest mu wszystkiem na świecie.
+Żyli zawsze razem, ona mu była jedynym towarzyszem.
+Sama myśl o&nbsp;utraceniu jej doprowadza go do
+rozpaczy. Nie spostrzegł mojej skłonności ku Beryl,
+a&nbsp;gdy ją ujrzał w&nbsp;moich objęciach, ogarnął go taki
+gniew samolubny, że stracił przytomność i&nbsp;nie odpowiada
+za swoje słowa i&nbsp;czyny. Przepraszał jednak<span class="pagenum"><a name="Str_97" id="Str_97">[str. 97]</a></span>
+i&nbsp;uznawał, że byłoby szaleństwem chcieć zatrzymać
+przy sobie kobietę tak piękną, jak jego siostra. Jeżeli
+ma go opuścić, to on, Stapleton, woli, żeby poślubiła
+sąsiada, mieszkającego tak blizko, niż kogokolwiek innego.
+Ale musi oswoić się z&nbsp;tą myślą. Gotów jest
+mi przyrzec jej rękę, jeżeli wzamian zobowiążę się
+słowem honoru, że przez trzy miesiące nie wspomnę
+jej o&nbsp;miłości, nie będę starał się widywać jej sam na
+sam i&nbsp;zadowolę się zwykłym stosunkiem towarzyskim.
+Obiecałem mu to solennie i&nbsp;rzeczy na tem
+stanęły.</p>
+
+<p>A więc jedna z&nbsp;tajemnic już wyjaśniona. Uczuliśmy
+grunt pod nogami w&nbsp;bagnie, po którem błądzimy
+poomacku.</p>
+
+<p>Wiemy już teraz, dlaczego Stapleton patrzał niechętnie
+na konkurenta siostry; chociaż ten konkurent
+jest jedną z&nbsp;pierwszych partyj w&nbsp;kraju.</p>
+
+<p>A teraz przechodzę do innej nici, którą wyciągnąłem
+ze splątanego motka&nbsp;&mdash; do przyczyny łez pani Barrymore
+i&nbsp;tajemniczych nocnych wędrówek jej męża.</p>
+
+<p>Powinszuj mi, Holmes, i&nbsp;przyznaj, że nie zawiodłem
+twego zaufania. Ta zagadka została wyjaśniona
+w&nbsp;jedną noc.</p>
+
+<p>Napisałem: „w jedną noc”, właściwie jednak stało
+się to w&nbsp;ciągu dwóch nocy, albowiem pierwsze próby
+chybiły.</p>
+
+<p>Siedziałem z&nbsp;sir Henrykiem w&nbsp;jego pokoju <a class="ins" href="#tnote_31" name="tAnchor_31" title="do do">do</a>
+trzeciej zrana, ale nie doleciał nas żaden inny szmer,
+oprócz głosu zegaru. Wreszcie usnęliśmy obaj na
+krzesłach.</p>
+
+<p>Niezrażeni tem, postanowiliśmy próbę ponowić.
+Następnej nocy zgasiliśmy lampkę, i&nbsp;zapaliwszy papierosy,
+czekaliśmy, co będzie dalej.<span class="pagenum"><a name="Str_98" id="Str_98">[str. 98]</a></span></p>
+
+<p>Godziny wlokły się powoli. Wybiła pierwsza, druga;
+już nas sen morzył, gdy nagle obaj wyprostowaliśmy
+się na krzesłach. Doleciał nas odgłos kroków.</p>
+
+<p>Zakradały się cichutko i&nbsp;wreszcie umilkły w&nbsp;oddali.
+Wtedy baronet drzwi otworzył i&nbsp;wyszliśmy na
+palcach.</p>
+
+<p>Barrymore minął już galeryę, korytarz był pogrążony
+w&nbsp;ciemnościach.</p>
+
+<p>Doszliśmy na palcach do drugiego skrzydła
+w&nbsp;chwili, gdy kamerdyner wsuwał się do pokoju, na
+końcu korytarza. Zamknął drzwi za sobą. Podsunęliśmy
+się cichutko, stąpając ostrożnie, w&nbsp;obawie, aby nas
+nie zdradziło skrzypnięcie podłogi. Zajrzeliśmy przez
+dziurkę od klucza. Barrymore stał przy oknie ze świecą
+w&nbsp;ręku.</p>
+
+<p>Nie ułożyliśmy planu kampanii, ale baronet uważa
+prostą drogę za najkrótszą i&nbsp;najwłaściwszą. Nie namyślając
+się, wszedł do pokoju. Barrymore odskoczył od
+okna.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Co ty tu robisz?&nbsp;&mdash; zapytał go sir Henryk.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nic, proszę pana.</p>
+
+<p>Był tak wystraszony, że świeca podskakiwała mu
+w&nbsp;ręku.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przyszedłem zobaczyć, czy okno zamknięte...
+Zamykam codzień wszystkie okna, żeby się złodziej
+nie zakradł.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak, zwłaszcza tutaj, na... drugie piętro. Słuchaj,
+Barrymore&nbsp;&mdash; rzekł&nbsp;&mdash; postanowiliśmy obaj zmusić
+cię do powiedzenia prawdy. Im prędzej ją wyznasz,
+tem lepiej dla ciebie. Dość tych kłamstw. Gadaj!
+Coś tu robił?</p>
+
+<p>Spojrzał na nas z&nbsp;rozpaczą, załamał ręce bezradnie.<span class="pagenum"><a name="Str_99" id="Str_99">[str. 99]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie robiłem nic złego&nbsp;&mdash; szepnął.&nbsp;&mdash; Trzymałem
+świecę w&nbsp;oknie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A dlaczego ją trzymałeś?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niech mnie pan o&nbsp;to nie pyta. Daję panu słowo
+honoru, że to cudza tajemnica. Nie mogę jej wyjawić.
+Gdyby chodziło tylko o&nbsp;mnie, wyznałbym panu
+całą prawdę.</p>
+
+<p>Błysnęła mi nagła myśl. Wziąłem świecę, którą
+Barrymore postawił był na oknie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To zapewne sygnał umówiony&nbsp;&mdash; rzekłem.&nbsp;&mdash; Zobaczmy,
+jaka będzie odpowiedź.</p>
+
+<p>Podniosłem świecę w&nbsp;górę i&nbsp;trzymałem ją tak, jak
+on przed naszem wejściem. Pomimo ciemności, bo księżyc
+był zasłonięty chmurami, widać było drzewa, a&nbsp;dalej
+łąkę. Wtem zobaczyłem blade światełko na bagnie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jest sygnał!&nbsp;&mdash; zawołałem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie, proszę pana, to nic nie znaczy&nbsp;&mdash; przerwał
+mi Barrymore.&nbsp;&mdash; Upewniam pana, że to przypadkowe.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Poruszaj świecą, Watson&nbsp;&mdash; zawołał baronet.&nbsp;&mdash; Widzisz?
+I&nbsp;tamto światło rusza się... Czy i&nbsp;teraz, łotrze,
+będziesz przeczył, że dawaliście sobie sygnały?...
+Chodź-no tutaj. Mów, kto jest twoim wspólnikiem i&nbsp;jaki
+knujecie spisek?</p>
+
+<p>Twarz kamerdynera pociemniała od tłumionego
+gniewu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie powiem!&nbsp;&mdash; oświadczył butnie.&nbsp;&mdash; To moja
+rzecz, nie pańska.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;W takim razie wynoś się zaraz z&nbsp;mego domu!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dobrze. Jeśli trzeba, to trudno.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I żebyś mi się nie pokazywał na oczy! To
+wstyd, hańba!... Twoja rodzina służyła mojej przez
+kilka pokoleń, a&nbsp;ty knujesz przeciwko mnie spiski?...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie, nie przeciw panu.<span class="pagenum"><a name="Str_100" id="Str_100">[str. 100]</a></span></p>
+
+<p>Słowa te były wypowiedziane głosem kobiecym.
+Na progu stała pani Barrymore, jeszcze bledsza od
+męża.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wynosimy się stąd, Elizo&nbsp;&mdash; oznajmił jej kamerdyner.
+&mdash; Pakuj nasze rzeczy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;O, John! John! Ja cię zgubiłam!... To wszystko
+moja wina, sir Henryku, moja wyłącznie... On nie
+winien. Robił to dla mnie, bo go o&nbsp;to prosiłam.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mów pani, wytłómacz, co to znaczy?&nbsp;&mdash; zawołał
+sir Henryk.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mój nieszczęsny brat umiera z&nbsp;głodu, tam, na
+bagnie... Nie możemy go opuścić... To światło jest
+sygnałem, że przygotowaliśmy dla niego pożywienie...
+a&nbsp;tamto światełko wskazuje, gdzie mamy je przynieść...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A więc brat pani jest...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zbiegłym więźniem... mordercą... Seldon.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To prawda&nbsp;&mdash; przytwierdził Barrymore.&nbsp;&mdash; Mówiłem,
+że tajemnica nie moja i&nbsp;że nie mam prawa jej
+zdradzić. Ale teraz sir Henryk przekonał się, że to nie
+był spisek przeciw niemu...</p>
+
+<p>Takie jest zatem wyjaśnienie nocnych wędrówek
+i&nbsp;światła w&nbsp;oknie.</p>
+
+<p>Sir Henryk i&nbsp;ja patrzaliśmy na tę kobietę ze zdumieniem.
+Czyż podobna, aby osoba tak przyzwoita
+i&nbsp;poważna miała w&nbsp;swoich żyłach tę samą krew, co
+słynny zbrodniarz?...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak, panie&nbsp;&mdash; mówiła jakby w&nbsp;odpowiedzi na
+nasze myśli.&nbsp;&mdash; Moje panieńskie nazwisko było Seldon,
+a&nbsp;to mój brat młodszy... Psuliśmy go za jego lat dziecinnych,
+wszystko mu było wolno, więc nabrał przekonania,
+że świat istnieje dla jego przyjemności... Gdy
+dorósł, wdał się w&nbsp;złe towarzystwo, zaczął hulać i&nbsp;je<span class="pagenum"><a name="Str_101" id="Str_101">[str. 101]</a></span>szcze
+gorzej... Wpędził naszą biedną matkę do grobu,
+a&nbsp;nasze nazwisko błotem obryzgał. Upadał coraz niżej,
+wreszcie spełnił tę ostatnią zbrodnię... Ale dla mnie
+jest on zawsze małym chłopaczkiem z&nbsp;jasnymi kędziorami,
+którego niańczyłam, jako starsza siostra. Dlatego
+uciekł z&nbsp;więzienia. Wiedział, że ja tu jestem i&nbsp;że
+mu nie odmówię pomocy... Przywlókł się do nas, wycieńczony,
+zgłodniały, ścigany przez policyę. Cóż miałam
+począć?... Wzięliśmy go, zamknęli na strychu, żywiliśmy
+go, przyodziali. Po powrocie jaśnie pana, brat
+sądził, że będzie bezpieczniejszy na bagnie, i&nbsp;tam się
+ukrywa. Z&nbsp;dnia na dzień spodziewaliśmy się, że opuści
+te strony, lecz dopóki tu jest, my nie możemy go opuścić.
+Jeżeli kto zawinił, to ja, nie mój mąż; on go ukrywał
+i&nbsp;żywił, przez wzgląd na mnie...</p>
+
+<p>W głosie jej była szczerość.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy to prawda, Barrymore?...&nbsp;&mdash; zapytał sir
+Henryk.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak, panie, święta prawda.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ha! nie mogę mieć ci za złe, żeś uległ prośbom
+żony. Wracajcie oboje do waszego pokoju. Pomówimy
+o&nbsp;tem jutro.</p>
+
+<p>Wyjrzeliśmy znowu przez okno. Sir Henryk otworzył
+je; chłodny wiatr smagnął nas po twarzach. Daleko
+na bagnie, płonęło blade światełko.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dziwna rzecz, że on nie boi się zdradzać swej
+obecności...&nbsp;&mdash; rzekł baronet.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Może tak światło umieścił, że widać je tylko
+z&nbsp;tego punktu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jak ci się zdaje: czy to stąd daleko?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Półtorej mili, dwie najwyżej. O&nbsp;ile mogę zmiarkować,
+jest to w&nbsp;pobliżu Cleft-Tor.<span class="pagenum"><a name="Str_102" id="Str_102">[str. 102]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie musi to być daleko, jeśli Barrymore codzień
+zanosi tam żywność. Słuchaj, Watson, schwytam tego
+łotra!</p>
+
+<p>I mnie ta sama myśl przeszła przez głowy. Wszak
+Barrymore nie wyjawił nam tajemnicy dobrowolnie,
+lecz pod naciskiem; nie byliśmy więc zobowiązani do
+sekretu, a&nbsp;to tembardziej, że chodziło o&nbsp;łotra, wobec
+którego ustawały wszelkie względy współczucia. Obowiązkiem
+naszym było oddać go w&nbsp;ręce sprawiedliwości,
+uniemożliwić mu dalsze zbrodnie. Gdybyśmy go
+oszczędzili, mogliby to przypłacić życiem sąsiedzi, Stapletonowie
+naprzykład.</p>
+
+<p>Niepokój o&nbsp;nich wpływał zapewne na to postanowienie
+sir Henryka.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pójdę z&nbsp;tobą&nbsp;&mdash; oświadczyłem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A zatem bierz rewolwer i&nbsp;wdziewaj buty&nbsp;&mdash; (byliśmy
+obaj boso, żeby ciszej stąpać).&nbsp;&mdash; Im wcześniej
+wyruszymy, tem lepiej. Łotr może lada chwila zgasić
+światło i&nbsp;nie odszukamy go po nocy.</p>
+
+<p>W pięć minut byliśmy już gotowi i&nbsp;wyruszyliśmy
+na ową niebezpieczną ekspedycyę.</p>
+
+<p>Noc była pochmurna, wilgotna, od czasu do czasu
+księżyc wyłaniał się z&nbsp;po za chmur, a&nbsp;gdyśmy doszli
+do bagna, począł kropić drobny deszczyk.</p>
+
+<p>Światło wciąż płonęło.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy masz rewolwer?&nbsp;&mdash; spytałem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mam nóż myśliwski&nbsp;&mdash; odparł sir Henryk.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Musimy wpaść na niego znienacka, bo mówią,
+że silny, jak lew. Powalimy go, zanim zdoła stawić
+nam opór.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ciekaw jestem, coby też Holmes powiedział na
+naszą wyprawę&nbsp;&mdash; rzekł baronet.&nbsp;&mdash; To godzina duchów;
+grasują teraz po bagnie...&nbsp;&mdash; dodał nawpół żartobliwie.<span class="pagenum"><a name="Str_103" id="Str_103">[str. 103]</a></span></p>
+
+<p>Jakby w&nbsp;odpowiedzi na te słowa, po trzęsawisku
+rozległ się ów głos przeraźliwy, który już raz słyszałem
+w&nbsp;pobliżu Grimpen-Mire. Wiatr niósł go wśród nocnej
+ciszy; z&nbsp;początku było to ciche warczenie, niebawem
+przeszło w&nbsp;straszne wycie. Baronet zbladł i&nbsp;chwycił
+się mojego rękawa.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Na miłość Boską, co to takiego, Watson?&nbsp;&mdash; spytał
+szeptem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie wiem. Podobno ten głos rozlega się często
+po bagnie&nbsp;&mdash; odparłem.&nbsp;&mdash; Już go raz słyszałem.</p>
+
+<p>Zaległa znowu cisza, przerażająca, złowroga. Staliśmy,
+nasłuchując, ale żaden dźwięk nie wpadł nam
+w&nbsp;ucho.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Watson...&nbsp;&mdash; szepnął baronet&nbsp;&mdash; to było szczekanie
+psa!...</p>
+
+<p>W jego głosie brzmiał strach tłumiony.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jakże okoliczni mieszkańcy tłómaczą sobie to
+przeraźliwe wycie?&nbsp;&mdash; zapytał.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ktoby tam uważał na to, co mówią ludzie
+prości.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Powiedz mi jednak, co mówią?</p>
+
+<p>Zawahałem się.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Powiadają, że to szczekanie psa Baskervillów&nbsp;&mdash; odparłem.</p>
+
+<p>Milczał długo.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak, to był pies&nbsp;&mdash; rzekł wreszcie.&nbsp;&mdash; Szczekał
+bardzo daleko, w&nbsp;stronie Grimpen-Mire...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Trudno określić, skąd głos dolatywał.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Powiadam ci, że stamtąd, Watson. A&nbsp;ty jak
+sądzisz? Czy to było szczekanie?... Nie jestem dzieckiem.
+Możesz mi prawdę powiedzieć.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Po raz pierwszy słyszałem ten głos, idąc ze<span class="pagenum"><a name="Str_104" id="Str_104">[str. 104]</a></span>
+Stapletonem. Tłómaczył mi, że to wabienie rzadkiego
+ptaka.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie, nie, to był pies. Czyżby istotnie legenda
+została osnuta na faktach prawdziwych? Czyżby istotnie
+groziło mi niebezpieczeństwo?... Co o&nbsp;tem myślisz,
+Watson?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jestem pewien, że nie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Hm! Co innego było śmiać się z&nbsp;tych baśni
+w&nbsp;Londynie, a&nbsp;rzecz inna stać tutaj, wśród ciemności
+na bagnie i&nbsp;słyszeć ten głos przeraźliwy. Mój biedny
+stryj! Wszak widziano wyraźnie ślady łap wielkiego
+psa przy jego zwłokach... Wszystko to łączy się ze sobą.
+Nie jestem tchórzem, Watson, lecz to szczekanie
+ścięło mi krew w&nbsp;żyłach. Dotknij mojej ręki.</p>
+
+<p>Była zimna, jak marmur.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jutro śmiać się będziesz z&nbsp;tej przygody&nbsp;&mdash; rzekłem,
+aby go uspokoić.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wątpię; ten głos pozostanie mi na zawsze w&nbsp;pamięci.
+Cóż mi radzisz zrobić?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wracać do domu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie. Przyszliśmy tutaj, aby schwytać mordercę
+i&nbsp;nie cofniemy się w&nbsp;pół drogi. Chodźmy! Co ma
+być, niech się stanie.</p>
+
+<p>Stąpaliśmy powoli wśród ciemności. Światełko
+płonęło wciąż w&nbsp;jednym punkcie. Chwilami zdawało
+nam się, że jest blizkiem, to znów że bardzo odległem.
+Wreszcie zmiarkowaliśmy, w&nbsp;której stronie świeci.</p>
+
+<p>Niedaleko od nas, w&nbsp;szczelinie pomiędzy dwiema
+skałami, chroniącemi ją od wiatru, stała świeczka
+w&nbsp;lichtarzu. Nie było jej widać z&nbsp;żadnego innego
+punktu, tylko od strony Baskerville-Hall. Zrąb skalny
+zasłaniał nas przed oczyma zbiega. Pełzając ostrożnie,
+doczołgaliśmy się pod świecę.<span class="pagenum"><a name="Str_105" id="Str_105">[str. 105]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Co teraz?&nbsp;&mdash; szepnął sir Henryk.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czekajmy. On musi być w&nbsp;pobliżu. Trzeba
+zajrzeć. Zobaczymy go może.</p>
+
+<p>Jakoż zaledwie tych słów domówiłem, w&nbsp;szczelinie
+skalnej, nad świecą ukazała nam się twarz potworna,
+zwierzęca, zorana dzikiemi namiętnościami, żółta, jak
+wosk. Zbrodniarz był zarosły po same oczy. Tak
+wyglądali zapewne nasi przodkowie, zamieszkujący te
+bagna w&nbsp;przedhistorycznej epoce.</p>
+
+<p>Morderca wodził niespokojnym wzrokiem dokoła,
+jak zwierz, gdy go doleci odgłos <a class="ins" href="#tnote_32" name="tAnchor_32" title="naganki">nagonki</a>.</p>
+
+<p>Coś widocznie wzbudziło jego podejrzliwość. Może
+Barrymore zwykł był dawać mu sygnał, o&nbsp;którym nie
+wiedzieliśmy, a&nbsp;może złoczyńca miał inny powód do
+obawy, bądź co bądź strach malował się na jego dzikiej
+twarzy.</p>
+
+<p>Lada chwila mógł cofnąć się i&nbsp;zniknąć wśród ciemności.
+Wyskoczyłem z&nbsp;mojej kryjówki, sir Henryk
+za mną. Zbrodniarz zaklął przeraźliwie i&nbsp;zrzucił ogromny
+kamień. Roztrzaskał się on o&nbsp;skałę, o&nbsp;którą opieraliśmy
+się przed chwilą. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności
+księżyc przedarł się właśnie przez chmury
+i&nbsp;oświecił bagno.</p>
+
+<p>Zbiegliśmy z&nbsp;pagórka, goniąc uciekającego co tchu
+Seldona. Przeskakiwał z&nbsp;kamienia na kamień, ze skały
+na skałę, jak dziki kozioł.</p>
+
+<p>Mogłem powalić zbrodniarza odrazu wystrzałem
+z&nbsp;rewolweru, lecz wziąłem go dla obrony w&nbsp;razie napaści,
+nie zaś dla zabijania człowieka bezbronnego.</p>
+
+<p>Obaj z&nbsp;sir Henrykiem biegamy znakomicie; przekonaliśmy
+się jednak niebawem, że nie zdołamy go dopędzić.
+W&nbsp;świetle księżyca widzieliśmy długo jego sze<span class="pagenum"><a name="Str_106" id="Str_106">[str. 106]</a></span>rokie
+bary i&nbsp;kabłąkowate nogi, aż wreszcie ukazał nam
+się, jako mały punkcik na skraju widnokręgu.</p>
+
+<p>Biegliśmy do zupełnego braku tchu, ale przestrzeń
+pomiędzy nami a&nbsp;uciekającym Seldonem zwiększała się
+ustawicznie. Wreszcie, zdyszani, usiedliśmy na skale,
+patrząc za nim, dopóki nam nie znikł z&nbsp;przed oczu.</p>
+
+<p>W chwili tej właśnie zdarzyła się rzecz dziwna
+i&nbsp;niespodziewana. Odpocząwszy, wstawaliśmy, aby wracać
+do domu, bośmy już zaniechali dalszego pościgu.
+Księżyc w&nbsp;pełni zachodził za jedną z&nbsp;wyższych skał;
+wtem na jej szczycie ujrzałem postać męską, wyglądającą
+jak posąg.</p>
+
+<p>Nie myśl, że to było złudzenie zmysłów. O&nbsp;ile
+mogłem zauważyć, był to mężczyzna wysokiego wzrostu,
+szczupły. Stał z&nbsp;założonymi na krzyż rękoma, ze
+spuszczoną głową, jak gdyby wpatrywał się w&nbsp;tę pustą
+przestrzeń.</p>
+
+<p>To może duch bagna... Bądź co bądź, nie był to
+Seldon, gdyż ten przed chwilą znikł był w&nbsp;kierunku
+wręcz przeciwnym. Zresztą owa postać była daleko
+wyższa i&nbsp;szczuplejsza.</p>
+
+<p>Chciałam pokazać to zjawisko baronetowi, lecz
+w&nbsp;chwili, gdym się odwrócił, postać już zniknęła. Na
+tle księżycowej tarczy odrzynały się skały, lecz żywy
+posąg nie stał już na ich <a class="ins" href="#tnote_33" name="tAnchor_33" title="szczycie,">szczycie.</a></p>
+
+<p>Chciałem pójść i&nbsp;przekonać się, co to było, ale baronet
+nie miał ochoty szukać nowych wrażeń. Nie dostrzegł
+owego dziwnego zjawiska i&nbsp;wmawiał we mnie, że
+mi się przywidziało, bo nie odczuł wrażenia, które mnie
+wstrząsnęło do szpiku kości.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To zapewne jaki strażnik ziemski. Bagno roi
+się od nich od czasu, gdy Seldon uciekł z&nbsp;więzienia.<span class="pagenum"><a name="Str_107" id="Str_107">[str. 107]</a></span></p>
+
+<p>Ha! kto wie, czy takie wyjaśnienie nie jest prawdziwem;
+chciałbym jednak to stwierdzić.</p>
+
+<p>Dziś mamy zamiar donieść zarządowi więziennemu
+w&nbsp;Princetown, gdzie ma szukać zbiega. Jednak
+szkoda, że nie zdołaliśmy go sami schwytać.</p>
+
+<p>Takie są przygody ostatniej nocy. Musisz przyznać,
+Holmes, że moje sprawozdanie jest bardzo szczegółowe
+i&nbsp;dokładne. Wiele faktów pozostaje do wyjaśnienia;
+przedstawiam ci je bez komentarzy, aby ci nie
+przeszkadzać w&nbsp;wyprowadzaniu wniosków.</p>
+
+<p>Postąpiliśmy naprzód na drodze odkryć. Znamy
+już przyczynę nocnych wędrówek Barrymorów&nbsp;&mdash; a&nbsp;to
+ułatwia sytuacyę.</p>
+
+<p>Lecz trzęsawisko zawiera jeszcze wiele tajemnic
+niewyjaśnionych. Może w&nbsp;następnym liście zdołam rzucić
+na nie światło. Byłoby najlepiej, gdybyś mógł sam
+przyjechać.</p>
+
+
+
+<hr style="width: 65%;" />
+<p class="nopad"><span class="pagenum"><a name="Str_108" id="Str_108">[str. 108]</a></span></p>
+<h2><a name="X" id="X"></a>X.</h2>
+
+<h3>Wyjątek z&nbsp;dziennika doktora Watsona.</h3>
+
+
+<p>Do tego punktu w&nbsp;mojem opowiadaniu posiłkowałem
+się listami, pisywanymi do Sherlocka Holmes. Odtąd,
+dla odświeżenia pamięci, muszę zaglądać do mego
+dziennika z&nbsp;owego czasu. Przytoczę kilka ustępów,
+zaczynając od dnia, następującego po naszym pościgu.</p>
+
+<p class="right">
+<i>16 października.</i></p>
+
+<p>Drobny deszczyk kropi bezustanku. Cały dom spowity
+w&nbsp;gęstą mgłę; to się podnosi, to opada, ukazując
+łąkę i&nbsp;trzęsawisko. W&nbsp;pałacu i&nbsp;na dworze smutno.</p>
+
+<p>Baronet przebywa reakcyę po wczorajszem podnieceniu.
+Ja sam czuję dziwny niepokój, widzę niemal
+zbliżające się niebezpieczeństwo, a&nbsp;jest tem groźniejsze,
+iż nie potrafimy go określić.</p>
+
+<p>Powodów do obawy nie braknie. Cały szereg okoliczności
+złożył się na wzbudzenie w&nbsp;nas przesądnego
+strachu: naprzód tajemnicza śmierć poprzedniego właściciela
+tej rezydencyi; dalej&nbsp;&mdash; pogłoski, krążące po
+okolicy, wreszcie te zagadkowe odgłosy na bagnie.
+Słyszałem je dwa razy na własne uszy...</p>
+
+<p>Wszystko to wyłamuje się z&nbsp;pod zwykłego porządku
+rzeczy i&nbsp;praw natury: pies widmowy, legendowy,<span class="pagenum"><a name="Str_109" id="Str_109">[str. 109]</a></span>
+pozostawia ślady stóp i&nbsp;wyje przeraźliwie. Stapleton
+nawet wierzy w&nbsp;jego istnienie, a&nbsp;doktor Mortimer, pomimo
+swej wiedzy, przekonany jest, że widział jakieś
+nadprzyrodzone stworzenie.</p>
+
+<p>Ja, choć nie jestem uczonym, jak ci dwaj panowie,
+nie mogę jednak w&nbsp;to uwierzyć; byłoby to zejść
+do poziomu umysłowego włościan okolicznych, którzy
+gotowi przysiądz, że widzieli psa, ziejącego ogniem
+i&nbsp;siarką.</p>
+
+<p>Holmes nie słuchałby nawet podobnych baśni &mdash;
+i&nbsp;ja powinienem być na nie głuchym.</p>
+
+<p>Lecz fakty są faktami, a&nbsp;na własne uszy dwa razy
+słyszałem szczekanie na bagnie. Przypuśćmy, że jest
+tam jakiś pies zdziczały&nbsp;&mdash; byłoby to wyjaśnieniem tych
+wszystkich zagadek.</p>
+
+<p>Lecz gdzież taki pies ukrywa się? Gdzież znajduje
+pożywienie? Dlaczego nikt go nie widzi we dnie?...</p>
+
+<p>Pomijając nadprzyrodzone czynniki w&nbsp;tej sprawie,
+pozostaje działalność ludzka: ów blady mężczyzna, śledzący
+nas z&nbsp;dorożki, i&nbsp;ostrzeżenie, przesłane sir Henrykowi.
+To są fakty realne, lecz owym nieznajomym
+może być zarówno przyjaciel, jak i&nbsp;wróg. Gdzież on
+teraz przebywa? Czy pozostał w&nbsp;Londynie? Czy też
+nas śledzi tutaj? Może to on był owym wysokim,
+szczupłym mężczyzną, którego widziałem w&nbsp;świetle
+księżyca na szczycie skały?</p>
+
+<p>Co prawda, widziałem bardzo niewyraźnie i&nbsp;przelotnie,
+lecz jestem pewien, że to nikt z&nbsp;okolicy, bo
+znam już wszystkich sąsiadów. Był wyższy od Stapletona,
+szczuplejszy od Franklanda. Mógłby to być
+Barrymore; ale pozostawiliśmy go w&nbsp;domu, i&nbsp;z pewnością
+nie wyszedł za nami.</p>
+
+<p>A więc śledzi nas jakiś nieznajomy&nbsp;&mdash; zapewne ten<span class="pagenum"><a name="Str_110" id="Str_110">[str. 110]</a></span>
+sam, co w&nbsp;Londynie. Gdybym zdołał go schwytać,
+możeby to wyjaśniło wszystkie te zagadki. Całą moją
+energię wytężę, aby tego celu dopiąć.</p>
+
+<p>W pierwszej chwili chciałem zwierzyć się sir Henrykowi
+z&nbsp;moich zamiarów, ale po namyśle zaniechałem
+tego zamiaru. Baronet jest zdenerwowany&nbsp;&mdash; nie chcę
+zwiększać jego niepokoju. Będę działał na własną rękę.</p>
+
+<p>Dziś popołudniu mieliśmy drobne zajście. Barrymore
+prosił sir Henryka o&nbsp;posłuchanie. Rozmawiali
+przy zamkniętych drzwiach w&nbsp;gabinecie. Siedząc w&nbsp;sali
+bilardowej, słyszałem słowa urywane i&nbsp;domyślałem się,
+o&nbsp;co chodzi. Po chwili baronet drzwi otworzył i&nbsp;wezwał
+mnie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Barrymore ma żal do nas&nbsp;&mdash; rzekł.&nbsp;&mdash; Znajduje,
+żeśmy źle postąpili wobec niego, ścigając Seldona,
+skoro on, z&nbsp;własnej woli, tajemnicę nam powierzył.</p>
+
+<p>Kamerdyner stał przed nami, bledszy, niż zwykle,
+i&nbsp;widać było, że hamuje się z&nbsp;trudnością.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wyraziłem się może zbyt ostro&nbsp;&mdash; rzekł, tłómacząc
+się.&nbsp;&mdash; Przepraszam jaśnie pana. Ale co prawda,
+byłem zdziwiony, że panowie chcieli schwytać Seldona.
+Ten nieszczęśnik ma już dość biedy z&nbsp;policyą i&nbsp;nie
+spodziewa się zapewne, że go ścigają gentlemenowie...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Gdybyś nam się zwierzył z&nbsp;własnej i&nbsp;nieprzymuszonej
+woli, byłaby rzecz inna&nbsp;&mdash; przekładał mu baronet
+&mdash; ale powiedziałeś nam, a&nbsp;właściwie twoja żona
+powiedziała nam prawdę pod naciskiem, więc mamy
+ręce rozwiązane.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie sądziłem, że jaśnie pan będzie z&nbsp;tego korzystał...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ten człowiek jest szkodliwym dla całej okolicy.
+Dużo jest domków odludnych na łące i&nbsp;trzęsawisku,
+choćby naprzykład willa pana <a class="ins" href="#tnote_34" name="tAnchor_34" title="Stepleton">Stapleton</a>: stoi na<span class="pagenum"><a name="Str_111" id="Str_111">[str. 111]</a></span>
+uboczu. W&nbsp;razie napaści, <a class="ins" href="#tnote_35" name="tAnchor_35" title="któz">któż</a> przyjdzie z&nbsp;pomocą?...
+Dopóki ten łotr tutaj grasuje, nikt nie jest pewnym
+życia.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;On nie napadnie na żaden dom. Ręczę panu
+za to słowem honoru. Zresztą za kilka dni opuści te
+strony. Poczyniliśmy już przygotowania, aby go wyprawić
+do południowej Ameryki. Na miłość Boską,
+błagam panów, nie wydawajcie go w&nbsp;ręce policyi!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Co ty na to powiadasz, Watson?&nbsp;&mdash; zapytał
+mnie sir Henryk.</p>
+
+<p>Wzruszyłem ramionami.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jeżeli istotnie ma opuścić Anglię, uwolni to
+kraj od utrzymywania jednego więcej łotra&nbsp;&mdash; odrzekłem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ale czy można być pewnym, że przed wyjazdem
+nie wyrządzi krzywdy nikomu?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jaśnie panie, byłoby to szaleństwem z&nbsp;jego
+strony. Zaopatrzyliśmy go we wszystko, czego mu potrzeba.
+Nową zbrodnią wprowadziłby tylko policyę na
+swój trop.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To prawda&nbsp;&mdash; przyznał sir Henryk&nbsp;&mdash; a&nbsp;więc
+Barrymore...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niech Bóg nagrodzi to jaśnie panu&nbsp;&mdash; przerwał
+kamerdyner, ze szczerym wybuchem wdzięczności. &mdash;
+Moja żona nie przeżyłaby drugi raz takiej hańby...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Poprostu sprzyjamy i&nbsp;dopomagamy łotrowi...
+Ale nie chcę wtrącać pani Barrymore do grobu... i&nbsp;jeśli
+Seldon opuści te strony i&nbsp;zachowa się spokojnie,
+będę milczał.</p>
+
+<p>Kamerdyner skłonił się głęboko i&nbsp;zmierzał ku
+drzwiom, ale zawahał się i&nbsp;przystąpił znowu do sir
+Henryka.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jaśnie pan był dla mnie tak dobry&nbsp;&mdash; szepnął &mdash;
+że chciałbym się mu odwdzięczyć wedle możności. Ja<span class="pagenum"><a name="Str_112" id="Str_112">[str. 112]</a></span>
+coś wiem i&nbsp;powinienem był powiedzieć to wcześniej,
+ale wykryłem to po skończonem śledztwie. Tyczy się
+to śmierci sir Karola...</p>
+
+<p>Obaj z&nbsp;sir Henrykiem zerwaliśmy się na równe
+nogi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wiesz, w&nbsp;jaki sposób umarł?...&nbsp;&mdash; zagadnął
+baronet.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie, jaśnie panie, tego nie wiem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Więc cóż?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wiem, dlaczego był przy furtce o&nbsp;tej godzinie.
+Czekał na kobietę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Na kobietę? On?...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak, panie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jakże się ona nazywa?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nazwiska nie znam, mogę tylko wymienić pierwsze
+litery.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Skąd je znasz, Barrymore?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Sir Karol otrzymał list tego dnia rano. Zwykle
+dostawał dużo listów, bo wiedziano o&nbsp;jego dobrem
+sercu, i&nbsp;każdy w&nbsp;kłopocie udawał się do niego. Ale
+wtedy był tylko ten jeden list, więc go zauważyłem.
+Nosił stempel pocztowy <a class="ins" href="#tnote_36" name="tAnchor_36" title="Combe-Tracey">Coombe-Tracey</a>, adres był wypisany
+kobiecą ręką.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;No i&nbsp;cóż?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zapomniałem już o&nbsp;tym szczególe, gdy przed
+paru tygodniami, moja żona, porządkując w&nbsp;gabinecie
+sir Karola&nbsp;&mdash; (pozostał nietknięty od jego śmierci) &mdash;
+otóż moja żona znalazła w&nbsp;popiele z&nbsp;kominka niedopalony
+szczątek listu; były na nim wypisane słowa: „Proszę
+i&nbsp;zaklinam pana, abyś ten list spalił i&nbsp;przyszedł do
+furtki o&nbsp;dziesiątej.” Pod spodem były litery <i>L. L.</i></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy masz ten niedopalony kawałek?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie; gdyśmy go poruszyli, rozsypał się.<span class="pagenum"><a name="Str_113" id="Str_113">[str. 113]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy sir Karol otrzymywał poprzednie listy, pisane
+takim charakterem?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie przeglądałem jego korespondencyi, a&nbsp;nie
+byłbym zauważył tego listu, gdyby nadszedł z&nbsp;poczty
+wraz z&nbsp;innemi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie wiesz, kto może być owa <i>L. L.</i>?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie, jaśnie panie; sądzę jednak, że gdybyśmy
+zdołali to wykryć, dowiedzieliśmy się czegoś więcej
+o&nbsp;śmierci sir Karola.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie pojmuję, Barrymore, jak mogłeś przemilczeć
+o&nbsp;tak ważnym szczególe...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Miałem własne kłopoty&nbsp;&mdash; biedę z&nbsp;Seldonem,
+a&nbsp;przytem byliśmy oboje bardzo przywiązani do sir Karola,
+więc woleliśmy zamilczeć o&nbsp;tem odkryciu; nie mogło
+to już pomódz naszemu biednemu panu, a&nbsp;tam,
+gdzie wchodzi w&nbsp;grę kobieta, lepiej jest być ostrożnym.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Baliście się, aby to nie zaszkodziło jego opinii?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak. Ale teraz, gdy jaśnie pan okazał nam
+tyle dobroci, uważam sobie za obowiązek wyznać to
+jaśnie panu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dobrze, Barrymore, możesz już odejść.</p>
+
+<p>Gdy drzwi zamknęły się za kamerdynerem, sir
+Henryk zwrócił się do mnie:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;No i&nbsp;cóż, Watson, co powiadasz na to nowe
+światło?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zwiększa ono jeszcze ciemności, otaczające nas
+zewsząd.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I ja tak sądzę. Lecz gdybyśmy zdołali wyśledzić,
+kto jest <i>L. L.</i>, możeby to wyświetliło całą sprawę.
+Bądź co bądź, już o&nbsp;tyle zyskaliśmy, że wiemy,
+iż jest ktoś, kto może wyjaśnić nam przyczynę śmierci
+sir Karola. Jak uważasz: co nam teraz uczynić
+należy?<span class="pagenum"><a name="Str_114" id="Str_114">[str. 114]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Trzeba przedewszystkiem uwiadomić o&nbsp;tem Holmesa.
+Damy mu klucz, którego szuka tak dawno; jestem
+prawie pewien, że potrafi z&nbsp;niego skorzystać.</p>
+
+<p>Poszedłem zaraz do mego pokoju i&nbsp;spisałem naszą
+ranną rozmowę, aby ją posłać Holmesowi.</p>
+
+<p>W ostatnich czasach był widocznie bardzo zajęty;
+otrzymywałem od niego listy krótkie, bez żadnych
+uwag o&nbsp;tem, co mu donosiłem, prawie bez wzmianek
+o&nbsp;naszej misyi. Sprawa o&nbsp;wyzysk pochłania go zupełnie,
+a&nbsp;jednak i&nbsp;tutaj dzieje się tyle rzeczy dziwnych,
+że mógłby zainteresować się niemi żywiej.</p>
+
+<p>
+<i>17 października.</i><br />
+</p>
+
+<p>Przez cały dzień deszcz padał. Myślałem o&nbsp;mordercy
+na bagnie. Ciężko zawinił, to prawda, ale też
+ciężko odpokutowuje swą zbrodnię. Potem zastanawiałem
+się nad tajemniczym nieznajomym, który nas
+śledził z&nbsp;dorożki. Jeżeli to on ukazał mi się na tle
+księżycowej tarczy, musi teraz moknąć. Wieczorem
+wziąłem płaszcz i&nbsp;wyszedłem na bagno. Wiatr smagał
+mnie po twarzy, deszcz lał się za kołnierz. Dotarłem
+do skały Black-Tor, na której szczycie stał wówczas
+nieznajomy. Z&nbsp;jej wyżyn spojrzałem na szarą równinę.</p>
+
+<p>Na lewo, wśród gęstych chmur, po nad drzewami
+sterczały wieżyce Baskerville-Hall. Były to jedyne
+oznaki życia; dokoła pustka i&nbsp;cisza, nigdzie nie mogłem
+dojrzeć śladów owej postaci widmowej, którą dostrzegłem
+parę dni temu.</p>
+
+<p>Wracając, spotkałem doktora Mortimer. Jechał
+wózkiem. Poczciwy doktor okazuje nam dużo życzliwości,
+odwiedza nas prawie codzień. Zaprosił mnie do
+swego wehikułu i&nbsp;odwiózł do domu. Spostrzegłem,
+że jest smutny; skarżył mi się, że mu zginął ulu<span class="pagenum"><a name="Str_115" id="Str_115">[str. 115]</a></span>biony
+piesek: wybiegł na bagno i&nbsp;już nie wrócił. Starałem
+się go pocieszyć, dowodząc, że się odnajdzie, ale
+przypomniał mi się źrebak, który w&nbsp;moich oczach zatonął
+w&nbsp;błotach Grimpen-Mire. Wątpię, czy doktor zobaczy
+już swego ulubieńca.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wszak pan zna tu wszystkich?&nbsp;&mdash; zagadnąłem
+doktora.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zdaje mi się&nbsp;&mdash; odparł.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy nie mógłby mi pan wymienić kobiety, której
+inicyały są: <i>L. L.</i>?</p>
+
+<p>Szukał w&nbsp;pamięci.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie&nbsp;&mdash; rzekł wreszcie.&nbsp;&mdash; Jest tu wprawdzie kilka
+rodzin cygańskich, o&nbsp;których nic nie wiem, lecz znam
+wszystkich farmerów i&nbsp;obywateli okolicznych z&nbsp;imienia
+i&nbsp;nazwiska. Poczekaj pan...&nbsp;&mdash; rzekł nagle.&nbsp;&mdash; Jest
+Laura Lyons&nbsp;&mdash; inicyały <i>L. L.</i>, ale ona mieszka w&nbsp;Coombe-Tracey.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Kto to taki?&nbsp;&mdash; spytałem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Córka starego Franklanda.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jakto? Więc ten dziwak ma córkę?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ma. Wyszła za artystę, nazwiskiem Lyons,
+który przybył tu dla malowania okolicy. Opuścił żonę,
+choć mówią, że i&nbsp;ona nie jest bez winy. Ojciec wyparł
+jej się. Biedna kobieta ma ciężkie życie...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Z czegóż się utrzymuje?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Stary Frankland płaci jej pewną kwotę miesięcznie,
+ale nie dużo, bo jego własne interesy są zagmatwane.
+Niepodobna było jej opuścić i&nbsp;dać jej się zmarnować
+zupełnie. Kilka osób z&nbsp;sąsiedztwa postarało się
+dostarczyć jej uczciwego zarobku. Stapleton, sir Karol,
+no i&nbsp;ja wreszcie zrobiliśmy dla niej, co się dało.
+Kupiono jej maszynę do pisania, i&nbsp;w ten sposób zarabia.<span class="pagenum"><a name="Str_116" id="Str_116">[str. 116]</a></span></p>
+
+<p>Doktor Mortimer pytał o&nbsp;powód moich indagacyj;
+zaspokoiłem jego ciekawość, nie mówiąc mu prawdy:
+po co tyle osób ma wiedzieć o&nbsp;tym liście?</p>
+
+<p>Jutro rano pojadę do Coombe-Tracey, a&nbsp;jeśli zdołam
+zobaczyć się z&nbsp;ową mrs. Laurą Lyons, podejrzanej
+reputacyi, jedno ogniwo zostanie oderwane od tajemniczego
+łańcucha. Nabieram przebiegłości: gdy doktor
+Mortimer nacierał, chcąc dowiedzieć się, dlaczego interesuję
+się panią Lyons, napytałem go podstępnie, do
+jakiego typu należy czaszka pana Frankland; dzięki
+temu, do końca naszej wycieczki nie słyszałem o&nbsp;niczem
+innem, tylko o&nbsp;kraniologii. Nie darmo tyle lat
+przebywam w&nbsp;towarzystwie Sherlocka Holmes.</p>
+
+<p>Pozostaje mi już tylko zanotować jeden fakt
+z&nbsp;owego dnia, a&nbsp;mianowicie, moją rozmowę z&nbsp;Barrymorem.
+Dał mi do ręki nowy atut. Myślę go użyć.</p>
+
+<p>Mortimer pozostał na obiedzie, potem obaj z&nbsp;baronetem
+grali w&nbsp;<i>écarté</i>. Kamerdyner przyniósł mi kawę
+do biblioteki; skorzystałem z&nbsp;tego, aby mu zadać parę
+pytań.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;No i&nbsp;cóż, czy Seldon opuścił już te strony? &mdash;
+rzekłem&nbsp;&mdash; czy jeszcze grasuje?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Spodziewam się, że już go tu niema; nie dawał
+znaku życia od dnia, gdy po raz ostatni zaniosłem mu
+żywność.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy widziałeś go wówczas?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie, panie, ale nie było już prowiantów, gdym
+przyszedł po raz drugi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A więc Seldon je zabrał?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Takby można przypuszczać; chyba, że je wziął
+tamten...</p>
+
+<p>Spojrzałem na kamerdynera ze zdziwieniem.<span class="pagenum"><a name="Str_117" id="Str_117">[str. 117]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zatem wiesz, że drugi człowiek kryje się na
+bagnie?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak, panie, wiem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czyś go widział?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Skąd wiesz o&nbsp;nim?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mówił mi Seldon przed tygodniem. Tamten
+ukrywa się także, ale, o&nbsp;ile mogę zmiarkować, nie jest
+więźniem. To mi się wcale nie podoba...&nbsp;&mdash; dodał tajemniczo.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Słuchaj, Barrymore&nbsp;&mdash; rzekłem.&nbsp;&mdash; Przybyłem tu
+w&nbsp;interesie twojego pana. Powiedz mi otwarcie: co ci
+się nie podoba?</p>
+
+<p>Wahał się, jak gdyby żałował swego odezwania,
+lub nie mógł znaleźć słów do wyrażenia myśli.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jakieś niebezpieczeństwo grozi sir Henrykowi...
+&mdash; rzekł wreszcie.&nbsp;&mdash; Byłoby najlepiej, gdyby wyjechał
+do Londynu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cóż cię zaniepokoiło?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Powiem panu szczerze: przewiduję nowe nieszczęście...
+Po co tamten ukrywa się na bagnie?... To
+nie zapowiada nic dobrego dla Baskervillów. Chciałbym
+już, żeby nowa służba zwolniła mnie z&nbsp;dozoru nad pałacem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy mógłbyś mi co powiedzieć o&nbsp;tym nieznajomym?
+Co o&nbsp;nim myśli Seldon? Czy odnalazł jego
+kryjówkę? Czy dowiedział się, co on tu robi?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Widział go parę razy, ale tamten jest skryty.
+W&nbsp;pierwszej chwili mój szwagier miał go za szpiega,
+ale niebawem przekonał się, że to gentleman i&nbsp;że działa
+na własną rękę w&nbsp;jakimś celu tajemniczym.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy Seldon nie odszukał jego kryjówki?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wie, że nieznajomy chowa się w&nbsp;jednej z&nbsp;ja<span class="pagenum"><a name="Str_118" id="Str_118">[str. 118]</a></span>skiń
+na stoku góry, tam, gdzie to mieszkali dawni
+ludzie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A skąd dostaje żywność?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Seldon wypatrzył, że jakiś chłopak zaopatruje
+go we wszystko. Ten chłopak chodzi do Coombe-Tracey.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dobrze, Barrymore. Pogadamy jeszcze o&nbsp;tem.</p>
+
+<p>Po odejściu kamerdynera, zbliżyłem się do okna
+i&nbsp;spojrzałem na ciemną łąkę. Noc była chłodna, wietrzna.
+Jakież pobudki mogły skłonić człowieka do ukrywania
+się na bagnie o&nbsp;takiej porze roku?... Tam, w&nbsp;tej
+jaskini jest klucz do tajemnicy. Przysięgam sobie, że
+muszę ją odkryć, i&nbsp;to w&nbsp;ciągu dwudziestu czterech
+godzin.</p>
+
+
+
+<hr style="width: 65%;" />
+<p class="nopad"><span class="pagenum"><a name="Str_119" id="Str_119">[str. 119]</a></span></p>
+<h2><a name="XI" id="XI"></a>XI.</h2>
+
+<h3>Nieznajomy, ukrywający się w&nbsp;jaskini.</h3>
+
+
+<p>Wyjątek z&nbsp;dziennika, stanowiący ostatni rozdział
+opowiadania, doprowadził mnie do 18-go października,
+to jest do dnia, w&nbsp;którym te dziwne wypadki zaczęły
+się rozplątywać. Fakty następnych dni pozostały tak
+żywo w&nbsp;mojej pamięci, że mogę je opowiedzieć bez zaglądania
+do notatek.</p>
+
+<p>Zaczynam więc od dnia, następującego po tym,
+w&nbsp;którym wykryłem dwa bardzo ważne fakty: a&nbsp;więc
+naprzód, że pani Laura Lyons z&nbsp;Coombe-Tracey pisała
+do sir Karola Baskerville i&nbsp;wyznaczyła mu spotkanie
+o&nbsp;godzinie, w&nbsp;której śmierć znalazł; powtóre, że człowiek,
+przebywający na bagnie, ukrywa się w&nbsp;jednej
+z&nbsp;jaskiń na stoku góry.</p>
+
+<p>Znając te dwa fakty, miałem w&nbsp;ręku oręż, który
+mógł mi pomódz do wyjaśnienia tej krwawej zagadki.</p>
+
+<p>Nie mogłem podzielić się zdobytemi wiadomościami
+z&nbsp;baronetem, albowiem doktor Mortimer pozostał do
+późnej nocy. Nazajutrz jednak przy śniadaniu opowiedziałem
+sir Karolowi te okoliczności i&nbsp;spytałem, czy
+chce mi towarzyszyć do Coombe-Tracey.</p>
+
+<p>W pierwszej chwili miał ochotę jechać, ale po namyśle
+uznaliśmy obaj, że będzie lepiej, abym <a class="ins" href="#tnote_37" name="tAnchor_37" title="wyruszy">wyruszył</a><span class="pagenum"><a name="Str_120" id="Str_120">[str. 120]</a></span>
+sam na tę wyprawę. Należało odjąć wizycie wszelki
+charakter uroczysty. Zostawiłem więc sir Henryka
+w&nbsp;domu i&nbsp;pojechałem na zwiady.</p>
+
+<p>Łatwo mi przyszło dowiedzieć się o&nbsp;adresie mrs.
+Lyons. Mieszkała w&nbsp;dobrym punkcie, w&nbsp;środku miasta.
+Zostałem odrazu wprowadzony przez schludną pokojówkę
+do bawialni. Pani Lyons siedziała przy maszynie
+Remingtona; zerwała się na moje powitanie, lecz
+ujrzawszy nieznajomego, zmieszała się i&nbsp;spytała, czego
+sobie życzę.</p>
+
+<p>Na pierwszy rzut oka, mrs. Lyons robiła wrażenie
+osoby niezwykle pięknej: miała oczy i&nbsp;włosy złocisto-*brunatne,
+cerę świeżą, usta ponsowe. Byłem zachwycony
+jej urodą, lecz przyjrzawszy się bliżej, dostrzegłem
+ostry wyraz ust i&nbsp;oczu, psujący ogólną harmonię.
+Bądź co bądź, znajdowałem się wobec kobiety
+ślicznej, i&nbsp;teraz dopiero uczułem, że moje zadanie jest
+trudne. Cóż mogłem jej odpowiedzieć?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Znam ojca pani&nbsp;&mdash; rzekłem, tłómacząc tem moje
+przybycie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niema nic wspólnego pomiędzy mną a&nbsp;ojcem&nbsp;&mdash; odparła
+chłodno.&nbsp;&mdash; Nie zawdzięczam mu nic zgoła,
+i&nbsp;jego znajomi nie są moimi. Gdyby nie sir Karol Baskerville
+i&nbsp;paru innych przyjaciół, umarłabym z&nbsp;głodu,
+choć mam ojca...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Właśnie przybywam do pani w&nbsp;sprawie nieboszczyka
+sir Karola&nbsp;&mdash; oświadczyłem.</p>
+
+<p>Spojrzała na mnie ze zdziwieniem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cóż mogę panu o&nbsp;nim powiedzieć?&nbsp;&mdash; rzekła, bawiąc
+się łańcuszkiem od zegarka.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wszak go pani znała?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mówiłam już panu, że wiele mu zawdzięczam.<span class="pagenum"><a name="Str_121" id="Str_121">[str. 121]</a></span>
+Jeżeli mogę pracować na swoje utrzymanie, to głównie
+dzięki jego dobroci dla mnie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy pani z&nbsp;nim korespondowała?</p>
+
+<p>Dziwny błysk zapalił się w&nbsp;jej oczach.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dlaczego mnie pan pyta?&nbsp;&mdash; rzekła ostro.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Aby pani oszczędzić publicznego skandalu. Lepiej,
+że ja dowiem się prawdy, niż żeby została ujawniona
+wobec świata...</p>
+
+<p>Milczała długo; wreszcie spojrzała na mnie z&nbsp;tłumionym
+gniewem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dobrze, odpowiem&nbsp;&mdash; rzekła.&nbsp;&mdash; O&nbsp;co panu
+chodzi?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy pani korespondowała z&nbsp;sir Karolem?&nbsp;&mdash; ponowiłem
+moje pytanie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Naturalnie, pisywałam do niego, aby mu podziękować
+za jego delikatność i&nbsp;wspaniałomyślność.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy pani zapamiętała daty swoich listów?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy pani widywała sir Karola?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak, parę razy, gdy przyjeżdżał do <a class="ins" href="#tnote_38" name="tAnchor_38" title="Coombe-Tracy">Coombe-Tracey</a>.
+Żył w&nbsp;osamotnieniu. Lubił świadczyć dobrodziejstwa
+z&nbsp;ukrycia...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jeżeli widywał panią tak rzadko i&nbsp;otrzymywał
+od pani nieczęste listy, skądże mógł być do tego stopnia
+poinformowany o&nbsp;jej interesach, aby przychodzić
+jej z&nbsp;pomocą, jak to pani sama zeznała?</p>
+
+<p>Odrzekła mi na to bez namysłu:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Kilku sąsiadów znało moje smutne dzieje; złączyli
+się, aby mi przyjść z&nbsp;pomocą; między innymi
+pan Stapleton, przyjaciel sir Karola, był dla mnie bardzo
+dobry. Przez niego baronet poznał moje przykre
+położenie.<span class="pagenum"><a name="Str_122" id="Str_122">[str. 122]</a></span></p>
+
+<p>Wiedziałam istotnie, że sir Karol uczynił Stapletona
+swoim jałmużnikiem, więc uwierzyłam tym słowom.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy pani kiedy pisała do sir Baskervilla, prosząc
+go o&nbsp;widzenie się na cztery oczy?&nbsp;&mdash; ciągnąłem
+dalej.</p>
+
+<p>Pani Lyons poczerwieniała.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dziwne to pytanie...&nbsp;&mdash; rzekła, udając obrażoną.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przykro mi, ale muszę je powtórzyć.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A więc&nbsp;&mdash; nie; nie wyznaczałam mu nigdy
+spotkań.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ani w&nbsp;dzień śmierci sir Karola?...&nbsp;&mdash; rzekłem
+z&nbsp;naciskiem.</p>
+
+<p>Rumieniec znikł z&nbsp;jej twarzy, w&nbsp;jednej chwili
+zbladła śmiertelnie. Usta jej poruszyły się bezdźwięcznie,
+wyszeptała „nie” tak cicho, że domyśliłem się raczej,
+niż usłyszałem to słowo.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zapewne pamięć zawodzi panią...&nbsp;&mdash; rzekłem &mdash;
+bo mógłbym nawet przytoczyć jeden ustęp z&nbsp;jej listu,
+a&nbsp;mianowicie: „Proszę i&nbsp;zaklinam, abyś pan ten list
+spalił i&nbsp;stawił się przy furtce o&nbsp;dziesiątej wieczorem”.</p>
+
+<p>Była blizką omdlenia, zapanowała jednak nad sobą.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Więc już niema w&nbsp;Anglii gentlemenów!...&nbsp;&mdash; szepnęła
+z&nbsp;goryczą.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pani krzywdzisz pamięć sir Karola&nbsp;&mdash; rzekłem. &mdash;
+On ten list spalił, ale można odczytać list nawet po spaleniu...
+Czy pani przyznaje się do tych słów?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak, napisałam je!&nbsp;&mdash; zawołała nagle&nbsp;&mdash; napisałam.
+Nie potrzebuję się zapierać! Nie mam powodu
+wstydzić się. Chciałam prosić sir Karola o&nbsp;pomoc. Sądziłam,
+że mi jej udzieli po rozmowie na cztery oczy
+i&nbsp;dlatego prosiłam go, żeby stawił się u&nbsp;furtki.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ale czemu o&nbsp;takiej godzinie?...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Bo dowiedziałam się właśnie, że wyjeżdża na<span class="pagenum"><a name="Str_123" id="Str_123">[str. 123]</a></span>zajutrz
+do Londynu i&nbsp;że jego nieobecność potrwa kilka
+miesięcy. Były powody, dla których nie mogłam przybyć
+tam wcześniej.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dlaczego wyznaczyłaś mu pani spotkanie w&nbsp;ogrodzie,
+nie zaś w&nbsp;pałacu?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy pan sądzi, że kobieta może bezkarnie
+odwiedzać mężczyznę bezżennego o&nbsp;takiej godzinie?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I cóż się stało, gdyś pani przybyła do furtki?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie stawiłam się wcale.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mrs. Lyons, trudno mi w&nbsp;to uwierzyć.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przysięgam panu na wszystko, co mi jest świętem
+i&nbsp;drogiem, że mówię prawdę. Nie pojechałam, bo
+mi coś przeszkodziło.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Co takiego?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To sprawa osobista, prywatna. Nie mogę powiedzieć.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A zatem przyznaje pani, że wyznaczyła sir Karolowi
+spotkanie o&nbsp;godzinie i&nbsp;na miejscu, gdzie go znaleziono
+trupem; przeczy pani jednak, że stawiła się na
+miejscu umówionem...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mówię prawdę.</p>
+
+<p>Zadałem jej jeszcze kilka pytań, chcąc ją skłonić
+do wyznań, ale nadaremnie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mrs. Lyons&nbsp;&mdash; rzekłem, wstając&nbsp;&mdash; bierze pani
+na siebie wielką odpowiedzialność i&nbsp;stawia się pani
+w&nbsp;trudnem położeniu. Jeżeli będę zmuszony wezwać
+pomocy policyi, wtedy dopiero przekonasz się pani, jak
+dalece jesteś skompromitowaną. Gdybyś pani była niewinną,
+to w&nbsp;pierwszej chwili nie zaprzeczyłabyś, żeś
+pisała tego dnia do sir Karola.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zaprzeczyłam, w&nbsp;obawie, aby nie wyciągnięto
+z&nbsp;tego wniosków fałszywych i&nbsp;żeby nie być wplątaną
+w&nbsp;skandal.<span class="pagenum"><a name="Str_124" id="Str_124">[str. 124]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A dlaczego zależało pani tak bardzo na tem,
+aby sir Karol ów list spalił?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jeżeli pan go przeczytał, to musi pan wiedzieć,
+dlaczego.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie mówiłem, żem czytał cały list.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przytoczyłeś pan jeden ustęp dosłownie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak, dopisek. List, jak już raz nadmieniłem,
+został spalony i&nbsp;nie można go było odczytać. Raz jeszcze
+pytam panią: dlaczego nalegałaś, aby sir Karol
+spalił list, który otrzymał w&nbsp;dniu swojej śmierci?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To sprawa czysto osobista.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tembardziej powinno pani chodzić o&nbsp;oszczędzenie
+publicznego śledztwa.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A więc powiem panu. Słyszał pan zapewne
+o&nbsp;mojej smutnej historyi i&nbsp;musi pan wiedzieć, że wyszłam
+za mąż zbyt pośpiesznie i&nbsp;że miałam powód tego
+żałować.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Słyszałem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Moje życie było szeregiem prześladowań ze strony
+męża, którego nienawidzę. Prawo jest po jego stronie.
+Lyons każdej chwili może zażądać, abym z&nbsp;nim
+żyła. Przed napisaniem owego listu do sir Karola, dowiedziałam
+się właśnie, że jest sposób odzyskania wolności,
+lecz że wymaga to znacznych kosztów. Byłoby
+to dla mnie spokojem, szczęściem, wszystkiem na świecie.
+Znałam hojność sir Karola i&nbsp;sądziłam, że gdy
+usłyszy te smutne dzieje z&nbsp;moich własnych ust, dopomoże
+mi niewątpliwie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Więc dlaczego pani nie poszła na miejsce umówione?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Bo otrzymałam pomoc z&nbsp;innego źródła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czemuż więc nie uprzedziłaś pani o&nbsp;tem sir
+Karola?<span class="pagenum"><a name="Str_125" id="Str_125">[str. 125]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Byłabym to uczyniła, gdybym nazajutrz nie
+wyczytała w&nbsp;dziennikach wiadomości o&nbsp;jego śmierci.</p>
+
+<p>Słowa pani Lyons były dość logicznie powiązane,
+nie mogłem jej złapać na sprzeczności. Pozostawało
+tylko sprawdzić, czy istotnie w&nbsp;owym czasie przedsięwzięła
+kroki rozwodowe.</p>
+
+<p>Wierzyłem, iż tej nocy nie była w&nbsp;Baskerville-Hall,
+bo widzianoby konie i&nbsp;wehikuł przy furtce; taka
+wycieczka nie utrzymałaby się w&nbsp;tajemnicy. Mrs.
+Lyons mówiła więc prawdę, lub część prawdy.</p>
+
+<p>Wyszedłem zniechęcony. Więc znowu rozbijałem
+się o&nbsp;mur, zagradzający dalszą drogę odkryć!
+A&nbsp;jednak, im bardziej przypominałem sobie każdy rys
+jej twarzy i&nbsp;każde słowo, tem pewniejszy byłem, że
+nie powiedziała mi wszystkiego.</p>
+
+<p>Bo i&nbsp;czemuż zbladła w&nbsp;pierwszej chwili? Czemu
+nie odrazu przyznała się do listu?... Niewątpliwie była
+winniejszą, niż się przedstawiała.</p>
+
+<p>Musiałem tymczasowo poprzestać na jej informacyach
+i&nbsp;zwrócić się po dalsze, w&nbsp;inną stronę&nbsp;&mdash; ku jaskiniom
+naszych przedhistorycznych przodków.</p>
+
+<p>Ale niełatwo było odnaleźć nieznajomego na podstawie
+ogólnikowej wskazówki. Barrymore powiedział mi,
+że nieznajomy ukrywa się w&nbsp;jednej z&nbsp;jaskiń, ale takich
+jaskiń było mnóstwo na każdym kroku. Pamiętałem jednak
+skałę, na której ukazała mi się postać w&nbsp;blasku księżyca.
+Ta skała, Black-Tor (Czarne Wrota) miała mi
+służyć za drogowskaz. Od niej miałem zacząć poszukiwania.
+Obiecywałem sobie, że znajdę nieznajomego
+i&nbsp;że musi mi wyznać, dlaczego tu przebywa. Łatwiej
+mu było umknąć na Regent-Street, niż na tej otwartej
+równinie. Wyśliznął się pomiędzy palcami wielkiego<span class="pagenum"><a name="Str_126" id="Str_126">[str. 126]</a></span>
+Holmesa. Jakiż byłby dla mnie tryumf, gdybym go
+zdołał schwytać!</p>
+
+<p>Dotychczas w&nbsp;mojem śledztwie nie dopisywało mi
+szczęście&nbsp;&mdash; teraz uśmiechnęło się do mnie. Zwiastunem
+dobrej wieści był pan Frankland.</p>
+
+<p>Stał właśnie przy furtce swego ogrodu, wznoszącego
+się przy gościńcu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dzień dobry, doktorze Watson!&nbsp;&mdash; zagadnął mnie
+w&nbsp;chwili, gdym przejeżdżał mimo jego siedziby.&nbsp;&mdash; Daj
+koniom odpocząć, a&nbsp;sam zechciej wstąpić do mnie na
+kieliszek wina.</p>
+
+<p>Nie żywiłem dla niego uczuć przyjaznych po tem
+com słyszał o&nbsp;jego postępowaniu z&nbsp;córką, ale chciałem
+jaknajprędzej odprawić grooma Perkinsa z&nbsp;wehikułem
+i&nbsp;końmi. Korzystając więc ze sposobności, wysiadłem
+i&nbsp;kazałem powiedzieć sir Henrykowi, że wrócę dopiero
+na obiad i&nbsp;że przyjdę pieszo.</p>
+
+<p>Wszedłem do domu Franklanda.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Powinszuj mi pan!&nbsp;&mdash; zawołał na wstępie. &mdash;
+Jest to dla mnie dzień pamiętny; zapiszę go sobie czerwonym
+ołówkiem, przyniósł mi bowiem zadowolenie
+podwójne: naprzód, dał mi sposobność wykazania im,
+że nie można deptać prawa bezkarnie: odkryłem dokument,
+stwierdzający, że przez park starego Middletona,
+o&nbsp;sto yardów od dworu, powinna iść droga publiczna.
+Nauczę tych magnatów, że nie wolno im pozbawiać
+zwykłych śmiertelników tego, co im się słusznie należy.
+Im się zdaje, że prawo własności istnieje tylko
+dla nich. Nie miałem tak miłego dnia od chwili, gdym
+pozwał sir Johna Morland o&nbsp;bezprawne polowanie w&nbsp;jego
+własnym lesie. Ta sprawa kosztowała mnie dwieście
+funtów, ale ją wygrałem, bo na podstawie starych
+akt dowiodłem, iż ta część lasu należy do włościan.<span class="pagenum"><a name="Str_127" id="Str_127">[str. 127]</a></span>
+Muszę pana objaśnić, że nie byłem wcale interesowany.
+Działam zawsze dla dobra publicznego. Ot, i&nbsp;druga
+sprawa nie obchodzi mnie osobiście, a&nbsp;jednak wykryłem
+rzecz bardzo ważną.</p>
+
+<p>Przed chwila, myślałem: pod jakimby pozorem wymknąć
+się od dziwaka; teraz zaczynał mnie zaciekawiać,
+ale znając jego przekorną naturę, wiedziałem, że nic mi
+nie powie, jeśli się zdradzę z&nbsp;ciekawością.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Chodzi zapewne o&nbsp;jaki nowy proces?&nbsp;&mdash; <a class="ins" href="#tnote_39" name="tAnchor_39" title="rzełem">rzekłem</a>
+obojętnie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ho, ho! mój chłopcze, źle się domyślasz. Słyszałeś
+zapewne o&nbsp;zbiegu, ukrywającym się na bagnie?</p>
+
+<p>Drgnąłem mimowoli.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czyżbyś pan znał jego kryjówkę?&nbsp;&mdash; zagadnąłem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie mógłbym jej oznaczyć dokładnie, ale
+moje wskazówki oddałyby usługę policyi. Czy nie
+przychodziło panu na myśl, iż jedynym sposobem
+schwytania tego łotra, jest wyśledzić, skąd i&nbsp;gdzie otrzymuje
+żywność; po takim tropie najłatwiej dojść do jego
+kryjówki.</p>
+
+<p>Dowodzenie było bardzo logiczne.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Bezwątpienia&nbsp;&mdash; odparłem&nbsp;&mdash; ale skąd pan wie,
+że on kryje się na bagnie?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wiem, bo na własne oczy widziałem tego, który
+mu nosi prowianty.</p>
+
+<p>Zaniepokoiłem się o&nbsp;Barrymora. Niebezpiecznie
+było dostać się na pastwę przekornego starca. Jego
+następne słowa zdjęły mi kamień z&nbsp;serca.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zdziwi się pan, słysząc, że dostarcza mu żywności
+dziecko&nbsp;&mdash; rzekł.&nbsp;&mdash; Widuję małego chłopaka
+przez mój teleskop, umieszczony na dachu. Idzie zawsze
+jedną i&nbsp;tą samą ścieżką, o&nbsp;jednej i&nbsp;tej samej go<span class="pagenum"><a name="Str_128" id="Str_128">[str. 128]</a></span>dzinie.
+A&nbsp;gdzieżby chodził, i&nbsp;po co, jeśli nie dla prowiantowania
+więźnia?</p>
+
+<p>Dzięki Bogu! Frankland był na fałszywym tropie.
+Udawałem, że ta wiadomości jest mi zupełnie obojętną.</p>
+
+<p>Już Barrymore mówił mi, że nieznajomego obsługuje
+chłopak. A&nbsp;więc Frankland odkrył ślad postaci
+tajemniczej, nie zaś Seldona. Jeżeli potrafię wydobyć
+z&nbsp;niego więcej faktów, oszczędzi mi to czasu i&nbsp;trudu.
+Niedowiarstwo mogło jedynie skłonić Franklanda do
+udzielenia mi bliższych informacyj.</p>
+
+<p>Widząc, że nie przywiązuję wagi do jego słów,
+zaperzył się, poczerwieniał jeszcze bardziej i&nbsp;spojrzał
+na mnie złośliwie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Więc pan wątpi?&nbsp;&mdash; zawołał.&nbsp;&mdash; Spojrzyj pan
+przed siebie. Widzisz skałę, zwaną Black-Tor? Sterczy
+na nagim pagórku, wśród dzikiej, kamienistej płaszczyzny.
+Pan sądzi, że ten chłopak jest pastuchem?
+Pozwól sobie powiedzieć, że to przypuszczenie
+jest niedorzeczne. Niema tam ani źdźbła trawy,
+więc cóżby skubała trzoda, a&nbsp;bez trzody niema
+pastucha.</p>
+
+<p>Odpowiedziałem pokornie, że uznaję nietrafność
+mojej hypotezy. Rozbroiło go to, skłaniając do dalszych
+wynurzeń.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wierzaj mi pan, że zanim wyrażę mój sąd, staram
+się go oprzeć na pewnych danych. Widuję chłopaka
+z&nbsp;zawiniątkiem codziennie, a&nbsp;czasem dwa razy na
+dzień. Poczekaj pan chwilkę. Jeżeli mnie oczy nie
+mylą, coś porusza się na górze...</p>
+
+<p>Od danego miejsca dzieliło nas kilka mil, lecz mogłem
+wyraźnie dojrzeć czarny punkcik.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Chodź pan, chodź&nbsp;&mdash; zawołał Frankland, biegnąc<span class="pagenum"><a name="Str_129" id="Str_129">[str. 129]</a></span>
+na górę.&nbsp;&mdash; Zobaczysz pan na własne oczy i&nbsp;przekonasz
+się, że na wiatr nie mówię.</p>
+
+<p>Na dachu ustawiony był olbrzymi teleskop. Frankland
+spojrzał przez niego i&nbsp;krzyknął z&nbsp;radości:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Śpiesz się, doktorze, bo przejdzie na drugą stronę
+góry!...</p>
+
+<p>Istotnie ujrzałem malca, niosącego zawiniątko na
+plecach. Wspinał się pod górę powoli. Gdy doszedł
+do szczytu, ujrzałem wyraźnie jego drobną postać na
+tle nieba. Rozejrzał się dokoła, jak gdyby obawiał się
+pogoni, następnie spuścił się drugim stokiem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;No i&nbsp;cóż? Mam racyę?&nbsp;&mdash; zagadnął Frankland.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak, widziałem chłopca na własne oczy; z&nbsp;jego
+zachowania się można poznać, że spełnia jakąś misyę
+potajemną.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A jaką, łatwo się domyśleć... Ale nie pisnę
+słówka przed policyą i&nbsp;pana proszę o&nbsp;sekret. Ani słowa,
+pamiętaj!...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jeżeli panu na tem zależy...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak, chcę im zrobić na złość. Postąpili ze mną
+nikczemnie w&nbsp;sprawie przeciw włościanom. Nie myślę
+dopomagać <i>konstablom</i>. Pan już odchodzi?... Nie puszczę!
+Musimy „oblać” to odkrycie.</p>
+
+<p>Nie dałem się jednak uprosić i&nbsp;potrafiłem go odwieść
+od zamiaru towarzyszenia mi do Baskerville-Hall.
+Trzymałem się gościńca, dopóki mógł mnie widzieć, następnie
+skręciłem w&nbsp;bok i&nbsp;dążyłem w&nbsp;stronę góry, po
+której przeszedł chłopak.</p>
+
+<p>Wszystko mi sprzyjało; postanawiałem skorzystać
+z&nbsp;okoliczności i&nbsp;dziś jeszcze tę tajemnicę wykryć.</p>
+
+<p>Słońce już było na zachodzie, gdym doszedł do
+szczytu góry. Cała równina była pogrążona w&nbsp;ciszy
+grobowej. Nie było nigdzie chłopca. Rozglądając się<span class="pagenum"><a name="Str_130" id="Str_130">[str. 130]</a></span>
+dokoła wśród rozrzuconych kamieni, dojrzałem trzy, tak
+ułożone, że mogły służyć za kryjówkę. Serce zabiło
+we mnie żywiej. Tu musiał przebywać nieznajomy.</p>
+
+<p>Zbliżywszy się, spostrzegłem dwa kamienie, stojące
+prostopadle; jeden leżał na nich poziomo. Wszedłem
+do tej skalistej nory, a&nbsp;przyznaję, że z&nbsp;pewną obawą.
+Miejsce było puste, ale były w&nbsp;niem ślady, że zamieszkiwała
+je ludzka istota. Na płaskim, wygrążonym
+kamieniu, który zapewne służył przedhistorycznemu
+człowiekowi za łoże, była kołdra, zawinięta w&nbsp;pled, na
+ziemi pozostał jeszcze popiół od zagaszonego ogniska,
+obok były rondelki i&nbsp;blaszana konewka z&nbsp;wodą, w&nbsp;drugim
+rogu dostrzegłem butelkę z&nbsp;<i>ginem</i>. Pośrodku był
+płaski kamień, w&nbsp;rodzaju stołu; leżało na nim zawiniątko
+&mdash; to samo zapewne, które przez teleskop widziałem
+na plecach chłopaka. Rozwiązałem je&nbsp;&mdash; był
+tam bochenek chleba, wędzony ozór i&nbsp;dwa słoiki owocowych
+konserwów. Pod prowiantami leżał kawałek
+papieru. Wziąłem go do rąk i&nbsp;w świetle zapałki odczytałem
+te słowa, skreślone ołówkiem, ręką niewprawną:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;„Dr. Watson pojechał do Coombe-Tracey”.</p>
+
+<p>Przez chwilę stałem z&nbsp;kartką w&nbsp;ręku, nie rozumiejąc,
+co znaczy to uwiadomienie. A&nbsp;więc śledzono
+nie sir Henryka, lecz mnie... Tajemniczy nieznajomy,
+nie mogąc sam mnie tropić, polecił to owemu chłopcu.
+Ten donosił mu zapewne o&nbsp;każdym moim kroku.</p>
+
+<p>Szukałem innych kartek, ale napróżno; nie mogłem
+też znaleźć niczego, coby mnie objaśniło
+o&nbsp;zamiarach człowieka, który obrał tak dziwne miejsce
+pobytu. Bądź co bądź, odznaczał się spartańskiemi obyczajami...
+Wśród dni słotnych kapało mu pewno na
+głowę, kostniał z&nbsp;zimna wśród chłodnych nocy, a&nbsp;je<span class="pagenum"><a name="Str_131" id="Str_131">[str. 131]</a></span>dnak
+nie opuszczał swej kryjówki. Ważny cel przykuwał
+go zapewne do tej nory... Poprzysiągłem sobie, te
+stąd nie wyjdę, dopóki nie dowiem się, czy ten człowiek
+jest naszym przyjacielem, czy wrogiem.</p>
+
+<p>Słońce już spuszczało się nisko, w&nbsp;blasku złota
+i&nbsp;purpury; po jednej stronie sterczały wieże Baskerville-Hall,
+po drugiej były bagna Grimpen-Mire, a&nbsp;w bok
+na prawo, wznosił się dom Stapletonów. W&nbsp;naturze
+był rozlany spokój, tylko moja dusza była wzburzona.
+Usiadłem u&nbsp;wejścia do jaskini i&nbsp;czekałem na przybycie
+jej lokatora.</p>
+
+<p>Nareszcie doszedł mnie odgłos jego kroków. Wsunąłem
+się w&nbsp;najciemniejszy kącik i&nbsp;wyjąłem rewolwer
+z&nbsp;kieszeni. Kroki umilkły, nagle cień zasłonił otwór.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mamy piękny wieczór, kochany Watson &mdash;
+rzekł głos, dobrze mi znany.&nbsp;&mdash; Sądzę, że ci będzie lepiej
+na powietrzu, niż tutaj...</p>
+
+
+
+<hr style="width: 65%;" />
+<p class="nopad"><span class="pagenum"><a name="Str_132" id="Str_132">[str. 132]</a></span></p>
+<h2><a name="XII" id="XII"></a>XII.</h2>
+
+<h3>Śmierć na bagnie.</h3>
+
+
+<p>Przez chwilę siedziałem z&nbsp;zapartym oddechem,
+oczom własnym nie wierząc, wreszcie odzyskałem głos,
+powróciła mi przytomność, a&nbsp;jednocześnie spadł z&nbsp;serca
+kamień odpowiedzialności. Taki głos ironiczny, chłodny,
+miał tylko jeden człowiek na świecie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Sherlock!&nbsp;&mdash; zawołałem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wychodź, a&nbsp;proszę cię, bądź ostrożny z&nbsp;rewolwerem.</p>
+
+<p>Stanąłem w&nbsp;kamiennym otworze i&nbsp;ujrzałem Holmesa
+o&nbsp;parę kroków przed sobą. Siedział na kamieniu i&nbsp;patrzał
+na mnie wesoło. Był blady, wychudzony, miał
+twarz ogorzałą, ale bieliznę tak czystą, a&nbsp;brodę tak starannie
+wygoloną, jak gdyby znajdował się w&nbsp;swojem
+mieszkaniu przy Baker-Street.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jakże się cieszę, że to ty!&nbsp;&mdash; zawołałem, ściskając
+mu rękę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A czy się nie dziwisz?&nbsp;&mdash; zagadnął.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przyznaję, że tak.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I ja jestem zdziwiony&nbsp;&mdash; odrzekł.&nbsp;&mdash; Nie spodziewałem
+się, że odnajdziesz moją kryjówkę, a&nbsp;tem mniej,
+że cię tu zastanę. Spostrzegłem twą obecność dopiero,
+gdym był o&nbsp;dwadzieścia kroków od tej jaskini.<span class="pagenum"><a name="Str_133" id="Str_133">[str. 133]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Poznałeś mnie po odbiciu stóp?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie, Watson, nie umiałbym rozróżnić twoich
+śladów z&nbsp;pośród innych. Lecz gdy chcesz mnie wywieść
+w&nbsp;pole, radzę ci używać innych papierosów, bo
+ilekroć ujrzę munsztuk z&nbsp;marką fabryczną Broadley,
+Oxford-Street, zawsze się domyślę, iż mój przyjaciel
+Watson jest w&nbsp;pobliżu. Patrz, rzuciłeś niedopalony papieros,
+zapewne w&nbsp;chwili, gdyś zdecydował się wejść
+do tej jaskini.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Istotnie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak przypuszczałem, a&nbsp;znając twoją odwagę,
+byłem pewien, że zaczaiłeś się z&nbsp;rewolwerem w&nbsp;garści,
+czekając na powrót „lokatora” tej siedziby. A&nbsp;więc
+sądziłeś, że to ja jestem zbrodniarzem?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie wiedziałem, kim jesteś, ale poprzysiągłem
+sobie wykryć tajemnicę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Kiedy się dowiedziałeś o&nbsp;przebywaniu drugiego
+człowieka na bagnie? Dostrzegłeś mnie może owej
+nocy, gdy byłem tak nieostrożny i&nbsp;stanąłem na tle tarczy
+księżycowej?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak, wtedy cię ujrzałem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I niewątpliwie zaglądałeś pod wszystkie kamienie,
+zanim natrafiłeś na moją kryjówkę?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie; dostrzeżono twojego chłopaka i&nbsp;to mi posłużyło
+za drogowskaz.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dojrzał go zapewne stary gentleman przez teleskop.
+Gdym zobaczył po raz pierwszy blask od soczewki,
+nie mogłem zmiarkować, co to takiego.</p>
+
+<p>Wstał i&nbsp;wszedł do jaskini.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ha! widzę, że Cartwright przyniósł mi prowianty...
+Jest i&nbsp;zabazgrany papier. A&nbsp;więc jeździłeś do
+Coombe-Tracey?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak.<span class="pagenum"><a name="Str_134" id="Str_134">[str. 134]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Żeby się rozmówić z&nbsp;panią Laurą Lyons?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nieinaczej.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dobrze. Bardzo dobrze! Nasze wywiady szły
+równoległymi drogami, a&nbsp;gdy połączymy badania, musimy
+dotrzeć do dna prawdy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cieszę się ogromnie, że tu jesteś, bo już nerwy
+zaczynały mi odmawiać posłuszeństwa. Ale jakim sposobem
+znalazłeś się na bagnie i&nbsp;co tu porabiasz? Sądziłem,
+ze siedzisz spokojnie przy Baker-Street i&nbsp;zajmujesz
+się sprawą o&nbsp;wyzysk.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Chciałem, żebyś tak sądził.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Więc używasz mnie do roboty, a&nbsp;jednak mi nie
+ufasz...&nbsp;&mdash; zawołałem z&nbsp;goryczą.&nbsp;&mdash; Zdaje mi się, że zasłużyłem
+na zaufanie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mój drogi, jesteś poprostu nieoszacowany;
+w&nbsp;wielu razach oddałeś mi znakomite usługi, jestem ci
+wdzięczny i&nbsp;mam nadzieję, że mi przebaczysz ten fortel.
+Dopuściłem go się poczęści ze względu na ciebie:
+znając niebezpieczeństwo, na jakie się narażasz, chciałem
+je zbadać sam, na miejscu. Gdybym przebywał
+z&nbsp;tobą i&nbsp;z sir Henrykiem, dzieliłbym zapewne wasze poglądy
+na tę sprawę, a&nbsp;moja obecność zmusiłaby naszego
+przeciwnika do zdwojonej baczności. W&nbsp;obecnym
+stanie rzeczy dokonałem tego, czegobym nie mógł zrobić,
+mieszkając w&nbsp;Baskerville-Hall, a&nbsp;w dodatku pozostaję
+w&nbsp;ukryciu. W&nbsp;chwili potrzeby, wystąpię z&nbsp;całą
+energią i&nbsp;siłą.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ale czemuż ukrywałeś się przedemną?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Bo w&nbsp;razie przeciwnym nie wstrzymałbyś się
+od komunikowania się ze mną; zechciałbyś mnie zaopatrywać
+w&nbsp;lepsze jadło, cieplejszą odzież i&nbsp;wprowadziłbyś
+tamtych na mój ślad. Przywiozłem ze sobą Cartwrighta
+&mdash; pamiętasz tego malca z&nbsp;hotelu&nbsp;&mdash; on myślał<span class="pagenum"><a name="Str_135" id="Str_135">[str. 135]</a></span>
+o&nbsp;mnie: przynosił mi chleb i&nbsp;czystą bieliznę. Czegóż
+mi więcej potrzeba? Dał mi przytem parę bystrych
+oczu i&nbsp;parę zwinnych nóg, co jest pożądane.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A więc moje listy były niepotrzebne?</p>
+
+<p>Holmes wyjął paczkę listów.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Oto twoje sprawozdania &mdash;rzekł.&nbsp;&mdash; Dostawałem
+je z&nbsp;24 godzinnem opóźnieniem i&nbsp;oddały mi znaczne
+usługi. <a class="ins" href="#tnote_40" name="tAnchor_40" title="Musisz">Muszę</a> cię pochwalić za gorliwość i&nbsp;spryt, których
+dowiodłeś w&nbsp;tej niezwykłej sprawie.</p>
+
+<p>Serdeczne słowa Holmesa rozproszyły mój żal do
+niego, tembardziej, iż czułem, że lepiej się stało, żem
+nie wiedział o&nbsp;jego przebywaniu na bagnie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A teraz opowiedz mi twoją wizytę u&nbsp;mrs.
+Lyons&nbsp;&mdash; rzekł.&nbsp;&mdash; Nietrudno mi było domyśleć się, że
+jeździłeś do niej, gdyż wiem, że ona jedna w&nbsp;Coombe-Tracey
+może nam dostarczyć potrzebnych informacyj.
+Coprawda, gdybyś nie był rozmówił się z&nbsp;nią dzisiaj,
+ja byłbym do niej poszedł jutro.</p>
+
+<p>Słońce już zaszło, powietrze ochłodziło się. Weszliśmy
+do jaskini. Usiadłszy na kamieniu obok Holmesa,
+opowiedziałem mu moją rozmowę z&nbsp;panią Lyons.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To bardzo ważny szczegół&nbsp;&mdash; poświadczył. &mdash;
+Wypełnia lukę, której nie zdołałem pokryć. Wiesz zapewne,
+że pomiędzy tą damą a&nbsp;Stapletonem zachodzą
+bardzo blizkie stosunki?...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie wiedziałem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To rzecz pewna... Widują się, pisują do siebie,
+są w&nbsp;porozumieniu serdecznem... Ta wiadomość jest
+niebezpiecznym orężem w&nbsp;naszem ręku. Gdyby tylko
+udało się zniechęcić do Stapletona jego żonę!...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Żonę?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Teraz ja udzielę ci garstkę informacyj wzamian<span class="pagenum"><a name="Str_136" id="Str_136">[str. 136]</a></span>
+za te, których ty mi dostarczyłeś. Dama, uchodząca
+tutaj za miss Stapleton, jest wistocie jego żoną.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To niemożliwe! Czyżby on pozwalał sir Henrykowi
+starać się o&nbsp;własną żonę...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Co mu to szkodzi, że sir Henryk zakochał się?
+On ze swojej strony, jak to sam spostrzegłeś, dokładał
+wszelkich starań, aby sir Henryk nie objawiał i&nbsp;nie
+wynurzał swych uczuć... Powtarzam ci: ta piękna dama
+jest nie siostrą, lecz żoną Stapletona.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Więc czemuż ta komedya?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Stapleton przewidywał, że ona może mu oddać
+usługi w&nbsp;charakterze osoby wolnej.</p>
+
+<p>Wszystkie moje posądzenia ożyły. Ten człowiek
+chłodny, nieprzenikniony, do którego od pierwszej
+chwili wstręt uczułem, wydawał mi się teraz potworem
+o&nbsp;słodkim uśmiechu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;On, nie kto inny, jest naszym wrogiem; on nas
+śledził w&nbsp;Londynie!...&nbsp;&mdash; oświadczył Holmes.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A ostrzeżenie wyszło zapewne od niej?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niewątpliwie&nbsp;&mdash; potwierdził mój przyjaciel.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jakim sposobem dowiedziałeś się, że ta kobieta
+jest jego żoną?&nbsp;&mdash; spytałem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dzięki temu, że on sam wyjawił ci pewien
+szczegół ze swego życia; sądzę, że musiał żałować tej
+nieostrożności. Przy pierwszem z&nbsp;tobą spotkaniu mówił,
+że kierował kiedyś szkołą w&nbsp;północnej Anglii.
+Otóż niema nic łatwiejszego, jak wytropić nauczyciela.
+Istnieją agencye szkolne, za pomocą których można dowiedzieć
+się szczegółów z&nbsp;życia każdego nauczyciela,
+a&nbsp;tembardziej kierownika zakładu. Po krótkiem badaniu
+stwierdziłem, że jedna szkoła została zamknięta
+z&nbsp;powodu okropnych nadużyć. Nazwisko jej kierownika
+było inne; ten człowiek zniknął bez śladu. Rysopis<span class="pagenum"><a name="Str_137" id="Str_137">[str. 137]</a></span>
+zgadzał się, a&nbsp;gdy jeszcze dowiedziałem się, że ów przełożony
+odddawał się z&nbsp;zapałem entomologii, nie miałem
+już żadnych wątpliwości.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jeżeli ta kobieta jest istotnie jego żoną, jakiż
+jego stosunek do pani Lyons?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Twoja rozmowa z&nbsp;tą damę rzuciła właśnie światło
+na ten punkt ciemny. Nie wiedziałem, że pani
+Lyons chce się rozwodzić. Widocznie ma nadzieję
+wyjść za Stapletona.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A gdy się zawiedzie w&nbsp;tych nadziejach?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ha! wtedy odda się na nasze usługi. Przedewszystkiem
+musimy obaj widzieć się z&nbsp;nią jutro. Ale
+czy nie znajdujesz, Watson, że zbyt długo pozostawiłeś
+pupila bez swej opieki?... Twoje miejsce obecnie w&nbsp;Baskerville-Hall.</p>
+
+<p>Ostatnie promienie słońca gasły na zachodzie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jeszcze jedno pytanie&nbsp;&mdash; rzekłem, wstając. &mdash;
+Wszak między nami nie powinno być sekretów. Powiedz
+mi, jaki on ma w&nbsp;tem cel?</p>
+
+<p>Holmes zniżył głos.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jego celem jest... morderstwo&nbsp;&mdash; chłodne, wyrafinowane
+&mdash; odparł.&nbsp;&mdash; Nie pytaj mnie o&nbsp;szczegóły. Oplątuję
+go w&nbsp;sieci, tak, jak on&nbsp;&mdash; sir Henryka. Jednego tylko
+obawiam się, a&nbsp;mianowicie, żeby on nie wykonał
+swego zamiaru, zanim będziemy gotowi do walki. Jeszcze
+jeden dzień, dwa najwyżej, a&nbsp;będę w&nbsp;stanie zmierzyć
+się z&nbsp;tym łotrem, ale tymczasem strzeż sir Henryka;
+żałuję nawet, żeś go dziś opuścił.</p>
+
+<p>Straszny jęk przerwał ciszę. Krew zamarła w&nbsp;mych
+żyłach.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Co to takiego?&nbsp;&mdash; zawołałem.</p>
+
+<p>Holmes zerwał się na nogi, wybiegł przed jaskinię,
+nastawił ucha.<span class="pagenum"><a name="Str_138" id="Str_138">[str. 138]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cicho!&nbsp;&mdash; szepnął&nbsp;&mdash; cicho!</p>
+
+<p>Ten sam jęk powtórzył się bliżej, dźwięczał w&nbsp;nim
+strach i&nbsp;ból.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Skąd to dochodzi?&nbsp;&mdash; spytał Holmes szeptem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zdaje mi się, że ztamtąd&nbsp;&mdash; odparłem, wskazując
+na lewo.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie, nie&nbsp;&mdash; zaprzeczył.</p>
+
+<p>I znowu rozdarł ciszę okrzyk, pełen rozpaczy
+i&nbsp;trwogi. Towarzyszył mu teraz dziki pomruk.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To pies!&nbsp;&mdash; zawołał Holmes.&nbsp;&mdash; Biegnijmy na
+pomoc! Prędzej! Prędzej!</p>
+
+<p>Rzucił się naprzód, ja za nim. Po raz trzeci, do
+uszu naszych doleciał jęk ludzki i&nbsp;straszne warczenie.
+Stanęliśmy, nasłuchując. Znowu zaległa cisza.</p>
+
+<p>Holmes załamał ręce. Nigdy jeszcze nie widziałem
+go tak bezradnym.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zapóźno już, zapóźno!...&nbsp;&mdash; mówił z&nbsp;rozpaczą.
+&mdash; Że też siedziałem tu, jak bałwan, z&nbsp;założonemi
+rękoma!... A&nbsp;ty, jak mogłeś wypuścić z&nbsp;opieki sir
+Henryka!...</p>
+
+<p>Biegliśmy dalej wśród ogarniającej nas mgły i&nbsp;coraz
+większych ciemności.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy nic nie widzisz?&nbsp;&mdash; spytał mnie Holmes.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie&nbsp;&mdash; odparłem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A to co takiego?&nbsp;&mdash; zawołał nagle.</p>
+
+<p>Dało się słyszeć rzęrzenie. Dolatywało z&nbsp;po za nagiej
+skały, sterczącej przed nami. Podbiegliśmy i&nbsp;oczom
+naszym przedstawił się straszny widok. U&nbsp;stóp skały,
+twarzą, do ziemi, z&nbsp;rozpostartemi rękoma, leżał mężczyzna
+już martwy. To rzęrzenie było jego ostatnim
+oddechem.</p>
+
+<p>Potarłem zapałkę&nbsp;&mdash; w&nbsp;jej świetle ujrzeliśmy coś<span class="pagenum"><a name="Str_139" id="Str_139">[str. 139]</a></span>
+od czego krew zastygła nam w&nbsp;żyłach; martwe zwłoki
+sir Karola Baskerville.<a name="FNanchor_B" id="FNanchor_B"></a><a href="#Footnote_B" class="fnanchor">[B]</a></p>
+
+<p>Znaliśmy obaj kraciasty garnitur&nbsp;&mdash; ten sam, w&nbsp;którym
+ukazał nam się po raz pierwszy w&nbsp;mieszkaniu Holmesa.
+Zapałka zgasła, a&nbsp;z nią nadzieja w&nbsp;naszych
+sercach.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie daruję sobie nigdy, żem go zostawił samego...
+&mdash; szepnąłem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ja jestem jeszcze winniejszy, Watson. Dla
+„zaokrąglenia” i&nbsp;„uzupełnienia” dowodów naraziłem życie
+mojego klienta... Jest to największy cios, jaki mnie
+kiedykolwiek spotkał w&nbsp;moim fachu!... Ale skąd mogliśmy
+przewidzieć, że pomimo naszych próśb i&nbsp;ostrzeżeń
+puści się sam na to przeklęte bagno?...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I pomyśleć, że słyszeliśmy jego jęki i&nbsp;nie mogliśmy
+nadbiedz mu z&nbsp;pomocą.... Gdzież jest ten pies
+przeklęty? Lada chwila może wyskoczyć z&nbsp;za skały...
+A&nbsp;gdzie Stapleton? Pociągniemy go do odpowiedzialności!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak, nie omieszkam tego uczynić&nbsp;&mdash; mówił Holmes.
+&mdash; Stryj i&nbsp;synowie zostali zamordowani!&nbsp;&mdash; to nie
+ulega wątpliwości. Jednego wystraszono na śmierć samym
+widokiem tego zwierza, które wziął za nadprzyrodzone
+zjawisko; drugi spadł ze skały, uciekając przed
+tym potworem... Ale trzeba wykazać łączność pomiędzy
+psem i&nbsp;jego ofiarą. Jakże dowiedziemy istnienia
+tego czworonożnego potwora?... Sir Henryk umarł widocznie
+skutkiem upadku. Ale pomimo całej swej przebiegłości,
+Stapleton nie wymknie się z&nbsp;rąk policyi!...</p>
+
+<p>Staliśmy nad zwłokami, bezradni wobec katastrofy,
+która obróciła w&nbsp;niwecz wszystkie nasze zabiegi.
+Wreszcie zeszedł księżyc; weszliśmy na szczyt skały,
+z&nbsp;której spadł nasz nieszczęśliwy przyjaciel i&nbsp;ogar<span class="pagenum"><a name="Str_140" id="Str_140">[str. 140]</a></span>nęliśmy
+okiem ponurą płaszczyznę, osrebrzoną teraz łagodnym
+blaskiem księżyca.</p>
+
+<p>Daleko, w&nbsp;stronie Grimpen-Mire, błyszczało żółte
+światełko. Płonęło ono niewątpliwie w&nbsp;domu Stapletona.
+Zacisnąłem pięść w&nbsp;bezsilnym gniewie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Aresztujmy go zaraz!&nbsp;&mdash; krzyknąłem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie mamy jeszcze dowodów&nbsp;&mdash; przekładał Holmes.
+&mdash; Ten nędznik jest przebiegły, potrafi się bronić.
+Chodzi nie o&nbsp;to, co wiemy, lecz o&nbsp;to, co zdołamy dowieść.
+Jeden krok fałszywy, a&nbsp;wyśliźnie nam się pomiędzy
+palcami.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cóż nam teraz pozostaje?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Będziemy radzili jutro; dziś trzeba pomyśleć
+o&nbsp;oddaniu ostatniej posługi przyjacielowi.</p>
+
+<p>Zeszliśmy ze skały i&nbsp;zbliżaliśmy się do zwłok,
+oświetlonych teraz księżycem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Trzeba sprowadzić ludzi&nbsp;&mdash; rzekłem.&nbsp;&mdash; We
+dwóch nie przeniesiemy go do Baskerville-Hall. Co ci
+jest? Czyś oszalał?...</p>
+
+<p>Holmes, patrząc na trupa, śmiał się, ręce zacierał.
+Cóż się stało mojemu przyjacielowi, tak poważnemu zazwyczaj?...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Broda! Broda! Ten człowiek miał brodę!&nbsp;&mdash; wołał.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Brodę?&nbsp;&mdash; podchwyciłem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To nie sir Henryk. To mój sąsiad&nbsp;&mdash; skazaniec!</p>
+
+<p>Z gorączkową skwapliwością odwróciliśmy zwłoki
+twarzą do księżyca. Nie było wątpliwości: skrwawione
+czoło, zapadłe oczy, ruda broda&nbsp;&mdash; tak to Seldon.</p>
+
+<p>W jednej chwili zrozumiałem, jak się rzeczy miały.
+Baronet mówił mi, że swoją starą garderobę ofiarował
+Barrymorowi. Widocznie Barrymore, na prośbę żony,
+obdarzył nią Seldona, aby mu ułatwić ucieczkę. Buty,<span class="pagenum"><a name="Str_141" id="Str_141">[str. 141]</a></span>
+czapka, garnitur&nbsp;&mdash; wszystko było sir Henryka. Straszny
+los spotkał więźnia, ale ten człowiek zasłużył na
+karę i&nbsp;byłby ją poniósł z&nbsp;ramienia sprawiedliwości.
+Wytłómaczyłem Holmesowi przyczynę naszej pomyłki.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To ubranie jest powodem śmierci Seldona&nbsp;&mdash; rzekł.
+&mdash; Oczywiście przyuczano psa poznawać sir Henryka
+po odzieży. Rozumiem teraz, dlaczego but znikł
+z&nbsp;hotelu; pies zwęszył zapach ubrania na skazańcu
+i&nbsp;gonił go. Jedno tylko mnie zastanawia: jakim sposobem
+Seldon wśród ciemności mógł widzieć, że go
+pies ściga?...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Słyszał warczenie, tak jak my.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Samo warczenie psa nie wystraszyłoby go tak
+dalece, żeby wzywał pomocy, zdradzając swą obecność
+i&nbsp;narażając się, że go schwytają strażnicy. Z&nbsp;jego
+okrzyków miarkuję, że odbiegł spory kawał od miejsca,
+z&nbsp;którego pies go spłoszył.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A ja nie rozumiem, dlaczego ten pies został
+spuszczony dziś właśnie. Sądzę, że nie zawsze jest na
+swobodzie. Jeżeli Stapleton spuścił go z&nbsp;łańcucha, to
+chyba spodziewał się, że sir Henryk będzie przechodził
+przez bagno.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cóż teraz zrobić z&nbsp;tym trupem? Niepodobna
+zostawić go tutaj na pastwę dzikiego ptactwa.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Najlepiej złożyć go w&nbsp;jednej z&nbsp;jaskiń, dopóki
+nie uwiadomimy policyi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Masz słuszność&nbsp;&mdash; przyznał Holmes.&nbsp;&mdash; Udźwigniemy
+go chyba we dwu? Ale patrz... Watson...
+to <i>on</i>!... Co za zuchwalstwo!... Ani słowa przed nim
+o&nbsp;naszych podejrzeniach... ani słowa! bo inaczej, wszystkie
+moje plany pójdą w&nbsp;niwecz.</p>
+
+<p>Ujrzałem światełko cygara. W&nbsp;blasku księżyca<span class="pagenum"><a name="Str_142" id="Str_142">[str. 142]</a></span>
+widziałem wyraźnie drobną postać naturalisty. Spostrzegłszy
+nas, zatrzymał się, ale po chwili szedł dalej.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Kogo ja widzę!&nbsp;&mdash; rzekł.&nbsp;&mdash; Jeśli mnie oczy nie
+mylą, doktor Watson. Nie spodziewałem się spotkać
+pana tutaj... Co to takiego?... Ktoś został ranny...
+Nie, to niepodobna... Nasz przyjaciel, sir Henryk!...</p>
+
+<p>Podbiegł i&nbsp;nachylił się nad zwłokami. Słyszałem
+jego oddech przyśpieszony, cygaro z&nbsp;rąk mu wypadło.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Kto to? Kto to taki?&nbsp;&mdash; szeptał.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To Seldon, więzień, który zbiegł z&nbsp;Princetown.</p>
+
+<p>Stapleton zbladł okropnie, ale nadludzkim wysiłkiem
+zapanował nad uczuciem gorzkiego zawodu. Przenosił
+wzrok z&nbsp;Holmesa na mnie i&nbsp;ze mnie na Holmesa.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Co za okropna sprawa!&nbsp;&mdash; mówił.&nbsp;&mdash; Jakże on
+umarł?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Skręcił kark, spadając z&nbsp;tej skały. Spacerowałem
+właśnie z&nbsp;moim przyjacielem, gdy doleciał nas
+krzyk przeraźliwy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I ja ten krzyk słyszałem. To właśnie sprowadza
+mnie tutaj. Byłem niespokojny o&nbsp;sir Henryka...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dlaczego właśnie o&nbsp;sir Henryka?...&nbsp;&mdash; spytałem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Bo miał przyjść do mnie. Ponieważ się spóźniał,
+wyszedłem na jego spotkanie i&nbsp;wtedy usłyszałem
+okrzyk... Ale, prawda...&nbsp;&mdash; i&nbsp;znowu przeniósł wzrok
+a&nbsp;mojej twarzy na twarz Holmesa&nbsp;&mdash; czyście panowie
+nie słyszeli nic więcej, oprócz tego okrzyku?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie, a&nbsp;pan?&nbsp;&mdash; spytał Holmes.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I ja nie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Więc co znaczy to pytanie?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Myślałem o&nbsp;legendach, krążących wśród wieśniaków...
+Podobno słychać szczekanie wśród nocy...
+Byłem ciekawy, czy i&nbsp;teraz rozlegały się podobne
+dźwięki...<span class="pagenum"><a name="Str_143" id="Str_143">[str. 143]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niceśmy nie słyszeli&nbsp;&mdash; odparłem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A jak panowie tłómaczą sobie śmierć tego
+łotra?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przypuszczam&nbsp;&mdash; mówiłem&nbsp;&mdash; że coś go wystraszyło;
+uciekał, biegł na oślep, aż mu się noga powinęła
+i&nbsp;spadł z&nbsp;tej skały głową na dół. Zabił się na miejscu,
+bo skała wysoka i&nbsp;z tej strony prostopadle spuszcza
+się w&nbsp;kotlinę; druga jej strona łączy się z&nbsp;płaskowzgórzem.
+Biegnąc, więzień w&nbsp;przerażeniu swem nie
+spostrzegł, że stoi nad przepaścią.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To bardzo prawdopodobne&nbsp;&mdash; przyznał Stapleton
+i&nbsp;westchnął z&nbsp;widoczną ulgą, jak gdyby kamień
+spadł mu z&nbsp;serca.&nbsp;&mdash; A&nbsp;cóż pan o&nbsp;tem myśli, panie
+Holmes?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przypuszczam to samo, co mój przyjaciel.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Spodziewaliśmy się pana od chwili, gdy zjechał
+tu doktor Watson. Zjawiasz się pan w&nbsp;chwili tragicznej...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mam nadzieję, że wyjaśnienie mojego przyjaciela
+zostanie uznane jako jedynie możliwe. Bądź co
+<a class="ins" href="#tnote_41" name="tAnchor_41" title="bąoź">bądź</a>, wracając jutro do Londynu, wywiozę stąd przykre
+wspomnienie...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Więc pan wraca jutro?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Taki mam zamiar.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Spodziewam się, że pańskie badania rzucą światło
+na tajemniczą sprawę, która zajmuje nas od paru
+miesięcy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A ja wątpię&nbsp;&mdash; odrzekł Holmes z&nbsp;doskonale
+udaną szczerością.&nbsp;&mdash; Detektyw w&nbsp;swoich wywodach
+zwykł opierać się na faktach, nie zaś na legendach ludowych.
+To sprawa trudna i&nbsp;zawiła. Nie spodziewam
+się jej rozwikłać.<span class="pagenum"><a name="Str_144" id="Str_144">[str. 144]</a></span></p>
+
+<p>Stapleton spojrzał na niego bystro, potem zwrócił
+się do mnie:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Chętniebym zaproponował przeniesienie tego
+biedaka do nas, ale boję się wystraszyć siostrę. Najlepiej
+Seldonowi twarz zakryć, a&nbsp;zwłoki będą bezpieczne
+do jutra rana.</p>
+
+<p>Takeśmy też zrobili. Stapleton zapraszał nas do
+siebie, ale wymówiliśmy się i&nbsp;obaj podążyliśmy do
+Baskerville-Hall. Naturalista powrócił sam.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Trzymamy go już prawie...&nbsp;&mdash; mówił Holmes. &mdash;
+A&nbsp;jaka przytomność umysłu! Co za zimna krew!...
+Jak śmiało patrzał na zwłoki tego, którego uważał za
+swoją ofiarę... Mówiłem ci już w&nbsp;Londynie, a&nbsp;teraz
+powtarzam, że nie miałem jeszcze tak groźnego przeciwnika.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Żałuję, że nas widział.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I ja żałowałem w&nbsp;pierwszej chwili; ale nie było
+innej rady.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jak sądzisz: czy świadomość, że jesteś tutaj,
+wpłynie na jego plany?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zmusi go do ostrożności, a&nbsp;może skłoni do
+ostatecznych czynów. Jak wielu mądrych zbrodniarzy,
+jest zapewne zbyt zaufany w&nbsp;swoim rozumie i&nbsp;wyobraża
+sobie, że nas w&nbsp;pole wywiedzie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I czemuż nie aresztujemy go zaraz?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Drogi Watson, ty jesteś stworzony na człowieka
+czynu. Pierwszym twoim popędem jest&nbsp;&mdash; działać.
+Ale przypuściwszy, że go aresztujemy dziś wieczorem,
+cóż nam z&nbsp;tego przyjdzie? Nie zdołamy mu nic dowieść.
+Gdyby mu dopomagał człowiek, moglibyśmy
+znaleźć dowody; ale choćbyśmy odszukali psa, nie pomoże
+nam zaciągnąć pętlicy na szyi swego pana.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mamy przecież dowód.<span class="pagenum"><a name="Str_145" id="Str_145">[str. 145]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ani jednego&nbsp;&mdash; same tylko przypuszczenia i&nbsp;wnioski.
+Sąd wyśmiałby nas, gdybyśmy stanęli wobec niego
+z&nbsp;takim materyałem dowodowym.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wszak możemy się powołać na śmierć sir Karola...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Znaleziono go martwym bez żadnych śladów
+gwałtu, bez ran i&nbsp;skaleczeń. Obaj wiemy, że umarł
+z&nbsp;przestrachu, wiemy także, kto go wystraszył, ale
+w&nbsp;jaki sposób przelejemy tę wiarę w&nbsp;dwunastu sędziów
+przysięgłych?... Jakież ślady pies pozostawił na zwłokach?...
+Naturalnie, wiemy, że żaden pies nie ruszy
+martwego ciała; wiemy dalej, że sir Karol wyzionął ducha,
+zanim go dogoniło to dzikie zwierzę. Wiemy, ale
+powinniśmy tego <i>dowieść</i>&nbsp;&mdash; a&nbsp;nie potrafimy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Fakt, który się zdarzył dzisiaj, nie jest-że ważną
+poszlaką?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie zdołamy wykazać związku pomiędzy psem
+a&nbsp;śmiercią tego człowieka. Zresztą, nie widzieliśmy
+psa; słyszeliśmy go tylko, a&nbsp;nie możemy dowieść, że
+gonił Seldona lub kogobądź. Nie, mój drogi, musimy
+pogodzić się z&nbsp;myślą, że trzeba czekać i&nbsp;działać
+z&nbsp;ukrycia.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jakie masz plany?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Spodziewam się wiele po pani Lyons i&nbsp;mam nadzieję,
+ze jutro pozyskamy choć jeden dowód.</p>
+
+<p>Nie mogłem go skłonić do wyrażenia jaśniej swych
+zamiarów. Szedł w&nbsp;milczeniu aż do samego pałacu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy wejdziesz?&nbsp;&mdash; spytałem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ma się rozumieć; dalsze ukrywanie się jest zbyteczne.
+Słuchaj, Watson: nie wspominaj sir Henryko<span class="pagenum"><a name="Str_146" id="Str_146">[str. 146]</a></span>wi
+o&nbsp;psie. Wszak baronet został zaproszony jutro na
+obiad do Stapletonów?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I mnie prosili.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Musisz się wymówić. On pójdzie sam. To łatwo
+urządzić. A&nbsp;teraz chodźmy. Spóźniłeś się wprawdzie
+na obiad, ale przybywamy w&nbsp;samą porę na
+kolacyę.</p>
+
+
+
+<hr style="width: 65%;" />
+<p class="nopad"><span class="pagenum"><a name="Str_147" id="Str_147">[str. 147]</a></span></p>
+<h2><a name="XIII" id="XIII"></a>XIII.</h2>
+
+<h3>Zastawianie sieci.</h3>
+
+
+<p>Sir Henryk był bardziej rad, niż zdziwiony widokiem
+Holmesa; spodziewał się bowiem, że ostatnie wypadki
+skłonią go do przybycia. Nie mógł jednak zrozumieć,
+dlaczego mój przyjaciel nie wziął z&nbsp;sobą żadnych
+bagażów. Zaopatrzyliśmy go we wszystko, czego
+potrzebował, a&nbsp;następnie, przy sutej wieczerzy, opowiedzieliśmy
+baronetowi naszą przygodę, z&nbsp;opuszczeniem
+pewnych szczegółów.</p>
+
+<p>Ale wpierw czekał mnie przykry obowiązek uwiadomienia
+Barrymorów o&nbsp;śmierci Seldona. Dla męża
+było to poniekąd dobrą nowiną, ale żona na tę wieść
+rozpłakała się rzewnie. W&nbsp;oczach wszystkich ów zbrodniarz
+był potworem i&nbsp;wyrzutkiem społeczeństwa; ona
+widziała w&nbsp;nim zawsze chłopaka z&nbsp;jasnymi kędziorami,
+którego nosiła na ręku i&nbsp;kochała, jak własne dziecko.</p>
+
+<p>Niema tak złego mężczyzny, po którymby nie płakała
+kobieta...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Po wyjściu Watsona&nbsp;&mdash; mówił baronet&nbsp;&mdash; snułem
+się z&nbsp;kąta w&nbsp;kąt, wierny mojej obietnicy: nie zapuszczania
+się samemu na bagno po zachodzie słońca.
+Teraz jednak żałuję, że nie przyjąłem zaprosin Staple<span class="pagenum"><a name="Str_148" id="Str_148">[str. 148]</a></span>tona,
+który do mnie pisał nad wieczorem. Gdybym
+był poszedł, spędziłbym wieczór weselej.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie wątpię o&nbsp;tem&nbsp;&mdash; rzekł Holmes. &mdash;Ale, prawda,
+zapomniałem panu powiedzieć, żeśmy go już opłakali.
+Byliśmy pewni, że to pan umarł.</p>
+
+<p>Sir Henryk spojrzał na niego ze zdziwieniem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ten biedak był ubrany od stóp do głowy
+w&nbsp;pańską odzież. Obawiam się, że Barrymore, który
+mu jej dostarczył, będzie miał zatarg z&nbsp;policyą...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wątpię. Nie było żadnych znaków.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To szczęśliwie dla niego, a&nbsp;nawet i&nbsp;dla nas,
+gdyż i&nbsp;pan nie jest bez zarzutu w&nbsp;tej sprawie. Pociąganoby
+pana do odpowiedzialności za to, że, znając
+kryjówkę zbiegłego więźnia, nie uwiadomiłeś o&nbsp;niej policyi...
+Jako sumienny detektyw, powinienbym nawet
+aresztować pana i&nbsp;całą służbę pałacową...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zanim pan spełni ten obowiązek&nbsp;&mdash; mówił baronet
+żartobliwie&nbsp;&mdash; może się dowiem, jak stoi nasza sprawa?
+Czyś pan jej zawiłości rozplątał? My z&nbsp;Watsonem
+tyle wiemy dziś, co na początku.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mam nadzieję, że zdołam wyświetlić tajemnicę.
+Sprawa istotnie bardzo skomplikowana, dużo w&nbsp;niej
+punktów ciemnych, ale spodziewam się rzucić na nie
+światło,</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;My tutaj z&nbsp;Watsonem stwierdziliśmy tylko jeden
+fakt: szczekanie psa na bagnie. Słyszeliśmy je wyraźnie,
+więc to nie legenda ani przesądy. Gdybyś pan
+zdołał schwytać tego psa, byłbyś najpierwszym detektywem
+na świecie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mam nadzieję, że go schwytam i&nbsp;nałożę mu kaganiec,
+ale potrzebuję pańskiej pomocy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Rozporządzaj pan mną do woli. Zrobię, co pan
+zechcesz.<span class="pagenum"><a name="Str_149" id="Str_149">[str. 149]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A więc poproszę pana, abyś słuchał mnie ślepo.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I owszem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jeżeli pan zastosujesz się do moich wskazówek
+i&nbsp;poleceń, nie pytając o&nbsp;ich przyczynę, to uda mi się
+może rozwikłać tajemnicę. Nie wątpię...</p>
+
+<p>Urwał nagle i&nbsp;zapatrzył się w&nbsp;jeden punkt nad
+moją głową. Światło padało na jego twarz nieruchomą,
+jakby wykutą z&nbsp;kamienia.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Co pan tam widzisz?&nbsp;&mdash; zawołał sir Henryk.</p>
+
+<p>Patrząc na Sherlocka, spostrzegłem, że tłumi wewnętrzne
+wzburzenie. Rysy jego były chłodne, jak
+zwykle, w&nbsp;oczach jednak płonął dziwny ogień.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To był zachwyt znawcy...&nbsp;&mdash; rzekł po chwili,
+wskazując rząd portretów, wiszących na przeciwległej
+ścianie.&nbsp;&mdash; Watson nie wierzy mojemu znawstwu, ale to
+przez zazdrość, gdyż nasze poglądy na sztukę są niezgodne.
+Według mnie, ta galerya portretów jest
+wspaniała.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Miło mi to słyszeć&nbsp;&mdash; odrzekł sir Henryk, patrząc
+na mego przyjaciela ze zdziwieniem.&nbsp;&mdash; Na malarstwie
+nie znam się: wolę ładnego konia, niż cenny
+obraz. Nie sądziłem, że pan masz czas oddawać się takim
+zamiłowaniom...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie mogę być obojętny na arcydzieła, gdy je
+mam przed oczyma&nbsp;&mdash; odparł Holmes.&nbsp;&mdash; Mógłbym się
+założyć, że ta dama w&nbsp;niebieskiej atłasowej sukni i&nbsp;ten
+sędziwy mąż w&nbsp;peruce, wyszli z&nbsp;pod pędzla Reynoldsa.
+Wszak to wszystko portrety rodzinne?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak, wszystkie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy pan zna imiona i&nbsp;daty?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Barrymore próbował wtajemniczyć mnie w&nbsp;rodowody
+i&nbsp;zdaje mi się, żem zapamiętał jego wykład.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Któż jest ów gentleman z&nbsp;teleskopom w&nbsp;ręku?<span class="pagenum"><a name="Str_150" id="Str_150">[str. 150]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To admirał Baskerville; służył w&nbsp;Indyach Zachodnich
+pod Rodneyem. A&nbsp;ten w&nbsp;niebieskim fraku,
+to sir William Baskerville, który był przewodniczącym
+w&nbsp;izbie gmin za czasów Pitta.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A ów jeździec, naprzeciwko mnie, w&nbsp;aksamitnym
+spencerze?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;O! ten wart, aby o&nbsp;nim powiedzieć słów parę.
+On jest sprawcą nieszczęść naszej rodziny. To właśnie
+krwawy Hugon, który wypuścił sforę psów na tę nieszczęśliwą
+dziewczynę...</p>
+
+<p>Spojrzałem na portret z&nbsp;wielkiem zaciekawieniem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nigdybym się nie domyślił, że to on&nbsp;&mdash; rzekł
+Holmes.&nbsp;&mdash; Twarz łagodna, spokojna, tylko w&nbsp;oczach...
+płomienie. Wyobrażałem go sobie tęższym i&nbsp;groźniejszym.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niema wątpliwości, że to on. Na odwrotnej
+stronie płótna jest imię i&nbsp;data&nbsp;&mdash; rok 1647.</p>
+
+<p>Mój przyjaciel umilkł, ale nie odrywał oczu od
+portretu. Dopiero po naszem rozejściu się na spoczynek
+dowiedziałem się, dlaczego to płótno budzi w&nbsp;nim
+tak żywo zaciekawienie.</p>
+
+<p>Zaprowadził mnie znowu do jadalni ze świecą
+w&nbsp;ręku i&nbsp;przysunął ją do portretu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Co cię uderza?&nbsp;&mdash; zapytał.</p>
+
+<p>Ogarnąłem wzrokiem duży kapelusz z&nbsp;piórami, złociste
+loki i&nbsp;koronkowy kołnierz; wpatrywałem się w&nbsp;rysy
+chłodne, surowe. Nie było w&nbsp;nich namiętności, lecz
+niezłomna, okrutna wola; tryskała ona z&nbsp;oczu stalowych,
+zdradzały ją usta wązkie, zaciśnięte.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy ten portret przypomina ci kogo ze znajomych?
+&mdash; pytał Holmes.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Z dolnej części twarzy trochę podobny do sir
+Henryka.<span class="pagenum"><a name="Str_151" id="Str_151">[str. 151]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Istotnie. Ale poczekaj.</p>
+
+<p>Wskoczył na krzesło, i&nbsp;trzymając świecę w&nbsp;lewej
+ręce, prawą osłonił szeroki kapelusz i&nbsp;włosy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Chryste Panie!&nbsp;&mdash; zawołałem.</p>
+
+<p>Z ram obrazu wyłoniła się twarz Stapletona...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ha! spostrzegłeś wreszcie!&nbsp;&mdash; rzekł Holmes.&nbsp;&mdash; Moje
+oczy są przyzwyczajone do badania samych twarzy,
+bez akcesoryj toaletowych. Pierwszą zaletą detektywa
+jest poznawać ludzi pod przebraniem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ależ to nadzwyczajne!&nbsp;&mdash; mówiłem, nie mogąc
+ochłonąć z&nbsp;podziwu.&nbsp;&mdash; Ten obraz mógłby być jego
+portretem!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak, to fizyczny dowód atawizmu i&nbsp;moralnego
+podobieństwa. Studya nad portretami rodzinnymi mogą
+nas przejąć wiarą w&nbsp;wędrówkę dusz. Ten człowiek
+jest z&nbsp;rodu Baskervillów, to nie ulega wątpliwości.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I dlatego dybie na sukcesyę...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Naturalnie. Portret wypełnił lukę w&nbsp;moich poszukiwaniach.
+Trzymamy go. Watson! gotów jestem
+założyć się, że jutro wpadnie w&nbsp;moje sieci, tak, jak motyle,
+za którymi sam się ugania. Wezmę go na szpilkę
+i&nbsp;dołączę do mojej kolekcyi zbrodniarzy.</p>
+
+<p>Wybuchnął śmiechem, co mu się rzadko zdarzało.</p>
+
+<p>Nazajutrz wstałem bardzo wcześnie, ale Holmes
+już mnie wyprzedził. Był ubrany do wyjścia.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mamy cały dzień swobodny&nbsp;&mdash; mówił, zacierając
+ręce z&nbsp;radości.&nbsp;&mdash; Sieci już zastawione, brakuje tylko
+motyla.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy już wychodziłeś?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wysłałem do Princetown wiadomość o&nbsp;śmierci
+Seldona. Mam nadzieję, że nikt z&nbsp;was nie będzie
+niepokojony w&nbsp;tej sprawie. Porozumiałem się już także
+z&nbsp;wiernym Cartwrightem; krążył około mojej nory, jak<span class="pagenum"><a name="Str_152" id="Str_152">[str. 152]</a></span>
+pies nad grobem swego pana. Musiałem go uspokoić
+że jestem zdrów i&nbsp;cały.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cóż dalej?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przywitamy sir Henryka. Ha! oto i&nbsp;on!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dzień dobry, Holmes&nbsp;&mdash; rzekł baronet, wchodząc
+do jadalni.&nbsp;&mdash; Wyglądasz na dowódcę, naradzającego
+się z&nbsp;szefem swego sztabu przed bitwą.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Bo też tak jest. Watson otrzymuje rozkazy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I ja gotów jestem ich wysłuchać.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wszak Stapleton zaprosił pana dzisiaj na obiad?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Spodziewam się, że i&nbsp;panowie pójdziecie ze
+mną. Oni są bardzo gościnni i&nbsp;ręczę, że przyjmą was
+z&nbsp;otwartemi rękoma.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Obaj z&nbsp;Watsonem musimy jechać do Londynu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Do Londynu?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak; nasza obecność jest potrzebniejsza tam,
+niż tutaj.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Miałem nadzieję&nbsp;&mdash; oświadczył baronet&nbsp;&mdash; że nie
+opuścicie mnie, dopóki ta sprawa się nie wyświetli. Co
+ja tu będę robił sam na tem pustkowiu?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Kochany panie, musisz zaufać mi ślepo i&nbsp;zrobić
+to, co powiem. Oświadczysz pan Stapletonom, że
+mieliśmy wielką ochotę panu towarzyszyć, lecz że ważne
+interesy powołały nas do Londynu. Spodziewamy
+się wrócić niebawem. Czy pan zechce powtórzyć im
+to dosłownie?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jeżeli panu na tem zależy.</p>
+
+<p>Widziałem, że baronet jest niezadowolony z&nbsp;naszego
+wyjazdu i&nbsp;że ma do nas żal, iż go opuszczamy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Kiedy chcecie jechać?&nbsp;&mdash; spytał chłodno.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zaraz po pierwszem śniadaniu. Wstąpimy do
+Coombe-Tracey. Watson pozostawia tutaj kuferek,
+jako dowód, że wróci niebawem. Napisz kilka słów do<span class="pagenum"><a name="Str_153" id="Str_153">[str. 153]</a></span>
+Stapletona, przepraszając go, że nie możesz korzystać
+z&nbsp;jego zaprosin.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mam ochotę jechać z&nbsp;wami&nbsp;&mdash; rzekł baronet.&nbsp;&mdash; Co
+mnie tu wiąże?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dałeś mi pan słowo, że zastosujesz się do
+moich poleceń, a&nbsp;ja powiadam panu, abyś został.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ha! w&nbsp;takim razie zostanę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jeszcze słówko. Do Merripit-House pojedziesz
+pan amerykanem. Odeślesz zaraz konie i&nbsp;oświadczysz,
+że zamierzasz powrócić pieszo.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mam iść przez bagno?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ależ to sprzeciwia się pańskim poprzednim zaleceniom!
+Ostrzegaliście mnie obaj, abym po zachodzie
+słońca nie wychodził na bagno, ani na łąkę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tym razem możesz pan iść bezpiecznie. Gdybym
+nie ufał pańskiej odwadze i&nbsp;zimnej krwi, nie dawałbym
+panu takiej rady. Wierzaj mi pan, że to jest
+niezbędne.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A więc dobrze.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ale jeśli panu życie miłe, nie zbaczaj z&nbsp;drogi;
+musisz iść prosto ścieżką, wiodącą z&nbsp;Merripit-House do
+Grimpen-Road.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dobrze, zapamiętam.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Chciałbym wyruszyć stąd zaraz po śniadaniu
+aby stanąć w&nbsp;Londynie przed wieczorem.</p>
+
+<p>Byłem zdziwiony takim programem; choć poprzedniego
+dnia Holmes wspominał Stapletonowi, że jedzie
+nazajutrz do miasta, nie sądziłem jednak, że mnie zabierze
+ze sobą i&nbsp;nie mogłem zrozumieć, dlaczego w&nbsp;najważniejszej
+chwili schodzi ze stanowiska. Milczałem
+wszelako, wiedząc, że trzeba go słuchać biernie.</p>
+
+<p>Pożegnaliśmy naszego przyjaciela i&nbsp;w parę godzin<span class="pagenum"><a name="Str_154" id="Str_154">[str. 154]</a></span>
+potem byliśmy na dworcu w&nbsp;Coombe-Tracey. Konie
+zostały odesłane do domu. Na platformie stał niewielki
+chłopczyna.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Co pan rozkaże?&nbsp;&mdash; zapytał Holmesa.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pojedziesz tym pociągiem do Londynu. Zaraz
+po przybyciu zatelegrafujesz do sir Henryka Baskerville
+w&nbsp;mojem imieniu, prosząc go, aby kazał poszukać
+papierośnicy, którą zostawiłem u&nbsp;niego i&nbsp;odesłał ją
+na Baker-Street.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Słucham pana.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zapytaj na stacyi, czy niema listu do mnie.</p>
+
+<p>Chłopak wrócił z&nbsp;telegramem, Holmes podał mi
+go. Przeczytałem, co następuje:</p>
+
+<p>„Depesza otrzymana. Przybywam z&nbsp;niepodpisanym
+rozkazem. Będę o&nbsp;g. 5 m. 40. Lestrade.”</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To odpowiedź na mój telegram, wyprawiony
+dziś rano. Będziemy potrzebowali jego pomocy. Człowiek
+sprytny i&nbsp;odważny. A&nbsp;teraz, Watson, sądzę, że
+nic nam nie pozostaje, jak odwiedzić twoją znajomą,
+panią Laurę Lyons.</p>
+
+<p>Zaczynałem pojmować plan kampanii. Holmes za
+pośrednictwem baroneta chciał przekonać Stapletonów,
+żeśmy wyjechali istotnie, a&nbsp;my tymczasem zjawimy się
+w&nbsp;chwili grożącego niebezpieczeństwa.</p>
+
+<p><a class="ins" href="#tnote_42" name="tAnchor_42" title="Ow ">Ów</a> telegram z&nbsp;Londynu, o&nbsp;którym sir Henryk
+wspomni zapewne, rozwieje podejrzenia naturalisty.</p>
+
+<p>Sieci były już zastawione.</p>
+
+<p>Pani Laura Lyons znajdowała się w&nbsp;swojem biurze.
+Sherlock Holmes przystąpił do rzeczy wprost ze
+szczerością, która ją wprowadziła w&nbsp;kłopot.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Badam okoliczności, towarzyszące śmierci sir
+Karola Baskerville&nbsp;&mdash; oświadczył.&nbsp;&mdash; Mój przyjaciel, do<span class="pagenum"><a name="Str_155" id="Str_155">[str. 155]</a></span>ktor
+Watson, uwiadomił mnie o&nbsp;treści swojej rozmowy
+z&nbsp;panią, wiem także to, coś pani zamilczała...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cóżem zamilczała?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wyznałaś pani, że sir Karol na jej prośbę miał
+znajdować się o&nbsp;dziesiątej przy furtce&nbsp;&mdash; wiemy, że o&nbsp;tej
+godzinie śmierć go spotkała. Nie wyjaśniłaś pani: jaki
+stosunek zachodzi pomiędzy tymi dwoma faktami.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie są w&nbsp;żadnym stosunku do siebie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Byłby to dziwny zbieg okoliczności. Sądzę jednak,
+że zdołamy wykazać związek pomiędzy jednym
+faktem a&nbsp;drugim. Chcę być z&nbsp;panią zupełnie szczerym.
+Poczytujemy ten „wypadek” za morderstwo; podejrzanym
+jest nietylko przyjaciel pani, mr. Stapleton,
+lecz i&nbsp;jego żona...</p>
+
+<p>Mrs. Lyons zerwała się na równe nogi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jego żona?...&nbsp;&mdash; krzyknęła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak. Rzecz wyszła na jaw. Osoba, <a class="ins" href="#tnote_43" name="tAnchor_43" title="która,">która</a> dotychczas
+uchodziła za jego siostrę, jest właściwie jego
+żoną...</p>
+
+<p>Pani Lyons usiadła znowu, jej palce <a class="ins" href="#tnote_44" name="tAnchor_44" title="ścikały">ściskały</a> poręcz
+fotela z&nbsp;taką siłą, że aż paznogcie zbielały.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jego żona!&nbsp;&mdash; szeptała.&nbsp;&mdash; Jego żona! Więc on
+jest żonaty!...</p>
+
+<p>Sherlock Holmes rozłożył ręce, jak gdyby chciał
+powiedzieć, że niema na to rady.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Chcę mieć dowód. Jeśli pan potrafisz stwierdzić
+te słowa faktami...&nbsp;&mdash; Nie dokończyła, głos zamarł
+w&nbsp;jej piersi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przybyłem, uzbrojony w&nbsp;dowody, wiedząc, że
+ich pani zażąda&nbsp;&mdash; oświadczył Holmes, wyjmując paczkę
+papierów z&nbsp;kieszeni.&nbsp;&mdash; Oto fotografia małżonków, zdjęta
+przed kilku laty w&nbsp;York. Zapisani są w&nbsp;księgach
+zakładu fotograficznego jako „państwo Vandelour”, ale<span class="pagenum"><a name="Str_156" id="Str_156">[str. 156]</a></span>
+łatwo poznać i&nbsp;ją, i&nbsp;jego. Dalej&nbsp;&mdash; trzy rysopisy małżonków
+Vandeleur; mąż w&nbsp;owym czasie był kierownikiem
+szkoły prywatnej w&nbsp;St-Oliver. Rysopisy zostały nadesłane
+przez osoby wiarogodne. Odczytaj je pani, a&nbsp;przekonasz
+się, czy odpowiadają wyglądowi pana Stapleton
+i&nbsp;jego domniemanej siostry.</p>
+
+<p>Przebiegła okiem listy i&nbsp;pogrążyła się w&nbsp;milczeniu.
+Skostniała jakby z&nbsp;bólu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Panie Holmes&nbsp;&mdash; rzekła wreszcie&nbsp;&mdash; ten człowiek
+obiecywał, że mnie poślubi, jeśli uzyskam rozwód.
+Okłamał mnie, zdradził. Wyobrażałam sobie, że on
+działa dla mnie&nbsp;&mdash; teraz widzę, że byłam tylko narzędziem
+w&nbsp;jego ręku. Nie potrzebuję dochowywać mu
+tajemnicy, skoro on nie dochował mi wiary!... Nie myślę
+go osłaniać przed skutkami jego niecnych czynów.
+Pytaj mnie pan, o&nbsp;co tylko chcesz&nbsp;&mdash; nic nie zataję.
+Przysięgam panu, iż pisząc ten list, nie wiedziałam, że
+narażam na niebezpieczeństwo sir Karola, który był dla
+mnie lepszym od rodzonego ojca.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wierzę pani święcie&nbsp;&mdash; odparł Sherlock Holmes.
+&mdash; Opowiadanie byłoby dla pani bardzo przykrem,
+więc może lepiej ja powiem, jak się rzeczy miały,
+a&nbsp;pani będzie prostowała niedokładności lub omyłki.
+Wszak Stapleton radził pani napisać ten list?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Podyktował mi go.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przypuszczam, że skłonił panią, dowodząc, że
+sir Karol chętnie poniesie wydatki na rozwód.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nieinaczej.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A gdy pani list posłałaś, odradził jej przybyć
+na miejsce umówione.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mówił, że mu ambicya nie pozwala, aby człowiek
+obcy łożył na taki cel, i&nbsp;że choć sam jest niezamożny,<span class="pagenum"><a name="Str_157" id="Str_157">[str. 157]</a></span>
+poświęci ostatni grosz na usunięcie przeszkód, zagradzających
+nam drogę do szczęścia.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A potem wyczytałaś pani wiadomość o&nbsp;śmierci
+w&nbsp;gazecie miejscowej?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Następnie kazał pani przysiądz, że nie wspomnisz
+nikomu o&nbsp;swym liście do sir Karola?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mówił, że śmierć jest tajemniczą i&nbsp;że mogliby
+mnie podejrzewać o&nbsp;zabójstwo. Wystraszył mnie takim
+argumentem i&nbsp;zmusił do milczenia.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A czy pani miałaś jakie wątpliwości?</p>
+
+<p>Milczała długo, wreszcie rzekła:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Być może, bo go znam. Ale gdyby dochował
+mi wiary, nie zdradziłabym go nigdy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Bądź co bądź, wyszłaś pani z&nbsp;tej sprawy obronną
+ręką&nbsp;&mdash; przekładał jej Holmes.&nbsp;&mdash; Miałaś go pani
+w&nbsp;swej mocy, a&nbsp;jednak żyjesz. A&nbsp;teraz pożegnamy
+panią. Dowidzenia niebawem!</p>
+
+<hr style="width: 45%;" />
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nasza sprawa zaczyna się zaokrąglać&nbsp;&mdash; mówił
+Holmes, gdy w&nbsp;parę minut potem staliśmy na dworcu,
+oczekując londyńskiego pociągu.&nbsp;&mdash; Jest to najdziwniejsza
+zbrodnia, jaka się zdarzyła w&nbsp;naszem stuleciu. Badacze
+kryminologii pamiętają podobny wypadek w&nbsp;roku
+1866 w&nbsp;Grodnie, a&nbsp;drugi w&nbsp;północnej Karolinie
+w&nbsp;roku 1878, ale obecny fakt ma swoje odrębności.
+I&nbsp;teraz nawet, po wykryciu szczegółów, nie wiem jeszcze,
+w&nbsp;jaki sposób Stapleton przyczynił się do śmierci
+sir Karola. Mam jednak nadzieję, że to się wyświetli
+przed północą.</p>
+
+<p>Kuryer londyński wbiegł na peron z&nbsp;sykiem i&nbsp;gwizdem.
+Z&nbsp;wagonu pierwszej klasy wyskoczył mężczyzna<span class="pagenum"><a name="Str_158" id="Str_158">[str. 158]</a></span>
+krępy, o&nbsp;twarzy wesołej. Powitał Holmesa z&nbsp;takiem
+uszanowaniem, jak oficer głównodowodzącego armią.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy jest co nowego?&nbsp;&mdash; spytał.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zdaje się, że obecna sprawa narobi hałasu&nbsp;&mdash; odparł
+mój przyjaciel, zacierając ręce.&nbsp;&mdash; Mamy dwie
+godziny wolne. Trzeba zjeść obiad i&nbsp;nabrać sił do działania.
+Po obiedzie przejdziemy się po łące; świeże powietrze
+wyruguje z&nbsp;twoich płuc nagromadzoną w&nbsp;nich
+mgłę londyńską. Wszak jesteś tu po raz pierwszy?
+Mam nadzieję, że nie zapomnisz tych odwiedzin...</p>
+
+
+
+<hr style="width: 65%;" />
+<p class="nopad"><span class="pagenum"><a name="Str_159" id="Str_159">[str. 159]</a></span></p>
+<h2><a name="XIV" id="XIV"></a>XIV.</h2>
+
+<h3>Pies Baskervillów.</h3>
+
+
+<p>Jedną z&nbsp;wad Sherlocka Holmes&nbsp;&mdash; jeśli można to
+nazwać wadą&nbsp;&mdash; jest skrytość. Nie zwykł wyjawiać
+swoich planów nikomu, aż do ostatniej chwili. Jest to
+wynikiem jego natury despotycznej i&nbsp;samodzielnej, ale
+i&nbsp;próżności potrosze. Lubi wprowadzać w&nbsp;zdumienie
+i&nbsp;zachwyt nad swym geniuszem wywiadowczym. Zresztą
+ta skrytość płynie może i&nbsp;z ostrożności, która nie
+pozwala mu wypowiadać się przed nikim. Bądź co bądź,
+jest to przykrem dla otoczenia.</p>
+
+<p>Niecierpliwiło mnie to często, ale nigdy do tego
+stopnia, jak owego wieczora. Czekało nas zadanie trudne
+i&nbsp;niebezpieczne, mieliśmy działać wspólnie, a&nbsp;jednak
+Holmes nie wyznaczał nam roli. Mówiliśmy
+o&nbsp;przedmiotach pobocznych, nie mających nic wspólnego
+ze sprawą.</p>
+
+<p>Mój przyjaciel wynajął na dworcu dorożkę i&nbsp;kazał
+się wieźć do Baskerville-Hall. Wysiedliśmy przy bramie.
+Zapłacił dorożkarza i&nbsp;odprawił go do Coombe-Tracey,
+poczem kazał nam iść ze sobą w&nbsp;stronę Merripit-House.<span class="pagenum"><a name="Str_160" id="Str_160">[str. 160]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy masz broń?&nbsp;&mdash; zapytał Lestrada.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie rozstaję się z&nbsp;rewolwerem&nbsp;&mdash; odparł detektyw.
+&mdash; We dnie jest jak przylepiony do kieszeni
+moich spodni, a&nbsp;w nocy&nbsp;&mdash; do mojej poduszki.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To dobrze. Mój przyjaciel i&nbsp;ja jesteśmy w&nbsp;zbrojnem
+pogotowiu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cóż pan rozkażesz?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czekać.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ha! nie jest to miła robota, zwłaszcza wśród
+takiego otoczenia. Cóż za pustkowie!...&nbsp;&mdash; mówił Lestrade,
+oglądając się dokoła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Widzisz te światełka w&nbsp;oddali? To Merripit-House,
+cel naszej wycieczki. Teraz musimy iść na palcach
+i&nbsp;mówić szeptem.</p>
+
+<p>O dwieście yardów przed domem, Sherlock kazał
+nam stanąć.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Poczekamy tutaj&nbsp;&mdash; szepnął.&nbsp;&mdash; Te kamienie na
+prawo stanowią wyborną osłonę. Zaczaisz się za nimi,
+Lestrade. Wszak byłeś w&nbsp;tym domu, Watson? Rozkład
+mieszkania jest ci znany. Widzisz okno oświetlone?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To od kuchni.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A tamto, po drugiej stronie?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To od jadalnego pokoju.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Proszę cię, zakradnij się pod te okna i&nbsp;zobacz,
+co oni tam robią, ale na miłość Boską, ostrożnie, żeby
+nie zmiarkowali, że są śledzeni.</p>
+
+<p class="nopad"><span class="pagenum"><a name="Str_161" id="Str_161">[str. 161]</a></span></p><p>Stąpałem powoli, im palcach; zgięty wpół, doszedłem
+do miejsca, skąd było widać okno jadalni.</p>
+
+<p>Przy okrągłym stole siedziało dwóch mężczyzn:
+sir Henryk i&nbsp;Stapleton.</p>
+
+<p>Byli zwróceni do mnie profilem. Obaj palili cygara
+i&nbsp;popijali kawę. Przed nimi stała butelka z&nbsp;winem.
+Stapleton rozprawiał żywo, baronet był blady
+i&nbsp;roztargniony. Może trapiła go myśl o&nbsp;samotnym powrocie
+przez to fatalne trzęsawisko.</p>
+
+<p>Po chwili Stapleton wstał i&nbsp;wyszedł z&nbsp;pokoju. Sir
+Henryk wypił haust kawy i&nbsp;zaciągnął się dymem cygara.
+Usłyszałem skrzypniecie drzwi i&nbsp;chrzęst żwiru:
+ktoś szedł po drugiej stronie muru. Wyjrzałem ostrożnie
+i&nbsp;zobaczyłem naturalistę. Stąpał powoli, zakradał
+się jakby, wreszcie stanął u&nbsp;drzwi bocznej oficyny.
+Klucz zazgrzytał w&nbsp;zamku, po chwili doszedł mnie dziwny
+odgłos, jakby warczenia. Stapleton zabawił parę
+minut i&nbsp;wrócił do domu. Widziałem, jak wszedł do pokoju,
+w&nbsp;którym pozostawił był sir Henryka.</p>
+
+<p>Wróciłem do moich towarzyszów, aby zdać raport
+Holmesowi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A więc powiadasz, że dama jest nieobecna?&nbsp;&mdash; pytał,
+wysłuchawszy mnie do końca.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niema jej w&nbsp;jadalnym pokoju.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;We wszystkich innych pokojach ciemno? Gdzie
+też się ukrywa?...</p>
+
+<p>Nad trzęsawiskiem unosiły się białe opary; księżyc,
+świecący jasno na niebie, nie zdołał ich rozproszyć.
+Cała okolica wydawała się posypana śniegiem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przeklęta mgła!&nbsp;&mdash; mruczał Holmes.&nbsp;&mdash; Ogarnie
+nas niebawem, a&nbsp;wtedy wszystko stracone. To jedno
+może mi szyki pomieszać. Ale mam nadzieję, że nie<span class="pagenum"><a name="Str_162" id="Str_162">[str. 162]</a></span>
+będziemy już długo czekali. Dziesiąta. Sir Henryk
+wyjdzie lada chwila. Ta mgła stanowi o&nbsp;jego życiu...</p>
+
+<p>Noc była jasna; po za obrębem oparów widać było
+Merripit-House. Tylko dwa okna były oświecone.
+Wtem światło zgasło w&nbsp;kuchni; pozostało tylko w&nbsp;pokoju
+jadalnym, w&nbsp;którym morderca i&nbsp;jego ofiara siedzieli
+przy kieliszkach i&nbsp;cygarach. A&nbsp;tymczasem mgła
+spowijała coraz szerszą przestrzeń, muskała już dom
+Stapletona. Zniknął w&nbsp;niej mur na drugim końcu ogrodu,
+czubki drzew wynurzały się jeszcze z&nbsp;po za oparów.
+Holmes przestępował z&nbsp;nogi na nogę. Był zaniepokojony.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jeżeli nie wyjdzie za kwadrans, cała robota
+na nic. Za pół godziny nie będziemy mogli dojrzeć
+rąk własnych...</p>
+
+<p>Uklęknął i&nbsp;przyłożył ucho do ziemi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dzięki Bogu! słyszę jego kroki...&nbsp;&mdash; szepnął.</p>
+
+<p>Rozległo się miarowe stąpanie. Kroki stawały się
+coraz głośniejsze i&nbsp;wyraźniejsze, dochodziły do nas przez
+mgłę, jak przez zasłonę, i&nbsp;oto nagle pojawił się ten,
+na którego czekaliśmy.</p>
+
+<p>Przeszedł ścieżką obok nas i&nbsp;podążył dalej, a&nbsp;idąc,
+oglądał się na prawo i&nbsp;lewo, z&nbsp;widocznym niepokojem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pst!&nbsp;&mdash; szepnął Holmes.&nbsp;&mdash; Baczność!</p>
+
+<p>Mgła była już o&nbsp;pięćdziesiąt yardów przed nami.
+Wytężaliśmy wzrok, czując, że wyłoni się z&nbsp;niej coś
+strasznego. Spojrzałem na Holmesa. Był blady, wpatrywał
+się w&nbsp;jeden punkt, usta mu drgały. W&nbsp;chwili
+tej Lestrade krzyknął i&nbsp;padł twarzą do ziemi. Zerwałem
+się, nie wypuszczając pistoletu z&nbsp;garści, choć krew
+zamarła mi w&nbsp;żyłach na widok strasznego zjawiska,
+które wyskoczyło z&nbsp;za mgły...</p>
+
+<p>Był to pies olbrzymi, czarny, jak węgiel, ale nie<span class="pagenum"><a name="Str_163" id="Str_163">[str. 163]</a></span>
+pies zwyczajny. Jego rozwarta paszcza ziała ogniem,
+z&nbsp;oczu sypały się iskry, cały pysk był jakby w&nbsp;płomieniach.
+Najstraszniejsza zmora nie mogła być straszniejszą
+od tego piekielnego zwierza, wyłaniającego
+się ku nam z&nbsp;ciemności.</p>
+
+<p>Dziki zwierz biegł śladami naszego przyjaciela
+w&nbsp;podskokach...</p>
+
+<p>Byliśmy tak przerażeni tem zjawiskiem, że nie wystrzeliliśmy
+w&nbsp;porę. Pies przebiegł mimo nas. Holmes
+i&nbsp;ja daliśmy ognia równocześnie; zwierzę, ugodzone widocznie,
+jęknęło przeraźliwie, lecz nie zatrzymało się
+w&nbsp;swym szalonym pościgu.</p>
+
+<p>Sir Henryk, który już był daleko, obejrzał się; widziałem
+w&nbsp;blasku księżycu, że stanął przerażony i&nbsp;podniósł
+ręce do góry.</p>
+
+<p>Jęk psa rozproszył nasze przesądne obawy. Jeśli
+kula raniła zwierzę, a&nbsp;więc było nie widmem, lecz rzeczywistością,
+&mdash; mogliśmy je zabić.</p>
+
+<p>W życiu mojem nie widziałem nikogo, pędzącego
+tak szybko, jak Holmes owej nocy. Biegłem za
+nim, ale mnie wyprzedził. Słyszeliśmy przed sobą warczenie
+psa i&nbsp;wołanie o&nbsp;pomoc sir Henryka. Nadbiegłem
+w&nbsp;chwili, gdy rozjuszone zwierzę rzuciło się na
+swą ofiarę, powaliło ją na ziemię i&nbsp;wyszczerzało zęby.
+Z&nbsp;dzikiem wyciem i&nbsp;jękiem bólu dogorywający pies
+zwalił się na baroneta.</p>
+
+<p>Skoczyłem naprzód i&nbsp;przyłożyłem psu pistolet do
+łba, ale wystrzał był zbyteczny. Czworonożny
+prześladowca rodu Baskervillów już nie żył...</p>
+
+<p>Nachyliliśmy się nad sir Henrykiem. Mój przyjaciel
+odetchnął swobodniej, widząc, że nasza pomoc
+przyszła w&nbsp;porę. Lestrade wlał baronetowi do ust parę<span class="pagenum"><a name="Str_164" id="Str_164">[str. 164]</a></span>
+kropel wódki. Sir Henryk spojrzał na nas przerażonemi
+oczyma.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Co to?&nbsp;&mdash; szepnął.&nbsp;&mdash; Co to takiego?...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zabiliśmy złego ducha rodu Baskervillów. Już
+nie ożyje!...&nbsp;&mdash; zawołał Holmes.</p>
+
+<p>U stóp naszych leżało olbrzymia psisko, wielkości
+młodej lwicy; był to mieszaniec wyżła i&nbsp;brytana. Zagasłe
+oczy świeciły jeszcze, zakrwawiony pysk ział
+ogniem.</p>
+
+<p>Powiodłem ręką po łbie kudłatym&nbsp;&mdash; moje palce
+zabłysły w&nbsp;ciemności...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Fosfor!&nbsp;&mdash; rzekłem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Szatański pomysł!&nbsp;&mdash; mówił Holmes, nachylając
+się nad martwem zwierzem.&nbsp;&mdash; Przepraszam cię najmocniej,
+sir Henryku, że musiałem cię narazić na taki przestrach.
+Domyślałem się, że wypuszczą psa, ale nie sądziłem,
+że go wpierw posmarują siarką, aby wydawał
+się piekielnym potworem...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ocaliłeś mi pan życie!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wystawiając je na niebezpieczeństwo. Czy możesz
+pan wstać o&nbsp;własnej sile?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dajcie mi jeszcze wódki. Tak! A&nbsp;teraz podtrzymajcie
+mnie chwilkę, bo jeszcze drżą mi nogi. Co
+pan teraz rozkaże?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przedewszystkiem musisz pan odpocząć. Jeżeli
+poczekasz tu na nas, odprowadzimy pana do domu.</p>
+
+<p>Sir Henryk był jeszcze blady i&nbsp;nie mógł utrzymać
+się na nogach. Posadziliśmy go na kamieniu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A teraz do dzieła&nbsp;&mdash; mówił Holmes.&nbsp;&mdash; Każda
+chwila jest droga. Mamy już dowód zbrodni, chodzi
+jeszcze o&nbsp;schwytanie zbrodniarza.</p>
+
+<p>Zostawiliśmy sir Henryka i&nbsp;podążyliśmy ku domowi
+Stapletona.<span class="pagenum"><a name="Str_165" id="Str_165">[str. 165]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Słyszał wystrzały i&nbsp;domyślił się, że jego „sztuka”
+wyszła na jaw. Nie zastaniemy go już&nbsp;&mdash; mówił
+Holmes.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Kto wie: gęsta mgła stłumiła zapewne huk rewolweru,
+a&nbsp;zresztą przestrzeń dość znaczna; mógł nie
+słyszeć.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Sądzisz, że czekał na rezultat w&nbsp;domu? To go
+me znasz. Ręczę, że wyszedł za psem, aby go przywołać
+po skończonej „robocie”. Gotówbym się założyć,
+że go niema w&nbsp;Merripit-House. Swoją drogą,
+przetrząśniemy dom od strychu do piwnic.</p>
+
+<p>Frontowe drzwi były otwarte; weszliśmy, ku zdziwieniu
+starego sługi, który stał w&nbsp;sieni. Z&nbsp;wyjątkiem
+jadalni, wszędzie panowały ciemności, ale Holmes wziął
+ze stołu lampę i&nbsp;chodził z&nbsp;nią od pokoju do pokoju.
+Nie było nigdzie Stapletona.</p>
+
+<p>Jeden z&nbsp;pokojów na górze był zamknięty na klucz.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ktoś tam jest!&nbsp;&mdash; zawołał Lestrade.&nbsp;&mdash; Słychać
+oddech. Proszę drzwi otworzyć!</p>
+
+<p>Odpowiedział nam jęk. Holmes uderzył pięścią
+w&nbsp;klamkę; wyskoczyła, drzwi stanęły otworem. Wbiegliśmy
+do pokoju z&nbsp;pistoletami w&nbsp;garści.</p>
+
+<p>Nie było w&nbsp;nim Stapletona. Oczom naszym przedstawił
+się dziwny i&nbsp;niespodziany widok.</p>
+
+<p>Pokój był rodzajem <a class="ins" href="#tnote_45" name="tAnchor_45" title="muzem">muzeum</a>; w&nbsp;gablotach i&nbsp;na ścianach
+były rozpięte rzadkie okazy motylów. Pośrodku
+pokoju był słup, postawiony tu zapewne dla podtrzymania
+starej belki, grożącej zawaleniem. Do tego słupa
+uwiązana była postać ludzka; w&nbsp;pierwszej chwili nie
+mogliśmy poznać: czy to mężczyzna, czy kobieta. Jeden
+ręcznik ściskał jej gardło i&nbsp;okręcony był naokoło
+słupa, drugi zakrywał dolną część twarzy. Cała postać
+była spowita w&nbsp;prześcieradło.<span class="pagenum"><a name="Str_166" id="Str_166">[str. 166]</a></span></p>
+
+<p>W mgnieniu oka rozerwaliśmy pęta; na ziemi
+u&nbsp;stóp naszych leżała pani Stapleton. Gardło miała
+sine i&nbsp;ślady paznogci na twarzy i&nbsp;ciele.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nędznik!...&nbsp;&mdash; zawołał Holmes z&nbsp;oburzeniem. &mdash;
+Dawaj no tu flaszkę z&nbsp;wódką&nbsp;&mdash; rzekł do Lestrada. &mdash;
+Trzeba ją posadzić na krześle i&nbsp;rozcierać.</p>
+
+<p>Otworzyła oczy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Co się z&nbsp;nim stało?&nbsp;&mdash; szepnęła.&nbsp;&mdash; Czy uciekł?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie umknie tak łatwo.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ja mówię nie o&nbsp;<i>nim</i>, ale o&nbsp;sir Henryku. Czy
+ocalony?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A pies?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie żyje.</p>
+
+<p>Odetchnęła swobodniej.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dzięki Bogu! Widzicie, panowie, jak ten łotr
+obszedł się ze mną!...</p>
+
+<p>Wysunęła ręce z&nbsp;rękawów&nbsp;&mdash; były okryte sińcami.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ale to najmniejsza&nbsp;&mdash; ciągnęła dalej.&nbsp;&mdash; On zdeptał
+moją duszę, poniżył ją... Wszystko znosiłam: osamotnienie,
+poniewierkę, dopóki mogłam wierzyć w&nbsp;jego
+miłość; ale i&nbsp;tu spotkał mnie zawód...</p>
+
+<p>Wybuchła płaczem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie masz pani powodu go oszczędzać&nbsp;&mdash; rzekł
+Holmes.&nbsp;&mdash; Powiedz nam, gdzie się ukrywa? Jeśli mu
+pomagałaś w&nbsp;złem, dopomóż nam złe powetować.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jedno jest tylko miejsce, w&nbsp;którem mógł się
+schronić: dawna kopalnia ołowiu, w&nbsp;samym środku moczarów.
+Tam trzymał psa na uwięzi; wiem, że robił
+przygotowania, aby tam się ukryć.</p>
+
+<p>Holmes przysunął lampę do okna.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Patrzcie&nbsp;&mdash; mówił&nbsp;&mdash; co za mgła! Nikt dzisiaj
+nie zdoła dotrzeć do Grimpen-Mire.<span class="pagenum"><a name="Str_167" id="Str_167">[str. 167]</a></span></p>
+
+<p>Klasnęła w&nbsp;ręce. Oczy jej zabłysły.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;On dojdzie, ale wyjść nie zdoła, bo wśród mgły
+nie zobaczy gałęzi, któreśmy powtykali razem, aby mu
+wskazywały drogę do Grimpen-Mire. Szkoda, że nie
+mogłam ich dzisiaj wyrwać, bo byłby na waszej łasce...</p>
+
+<p>Pogoń stawała się niemożliwą, dopóki mgła nie
+opadnie. Tymczasem pozostawiliśmy Lestrada na stanowisku
+w&nbsp;Merripit-House, a&nbsp;sami wraz z&nbsp;sir Henrykiem
+wróciliśmy do Baskerville-Hall.</p>
+
+<p>Niepodobna już było ukrywać przed nim historyi
+Stapletonów. Ze spokojem przyjął wiadomość, że ta,
+którą pokochał, była żoną, nie siostrą owego łotra.
+Lecz wzruszenie tej nocy wstrząsnęły mu nerwy. Dostał
+gorączki. Posłaliśmy po doktora Mortimer.</p>
+
+<p>Gdy baronet podźwignął się z&nbsp;łóżka, dla odzyskania
+równowagi duchowej, pod opieką tego zacnego lekarza
+wyruszył w&nbsp;podróż naokoło świata. Wrócił zdrów
+moralnie i&nbsp;fizycznie.</p>
+
+<hr style="width: 45%;" />
+
+<p>Zbliżam się do końca tej dziwnej opowieści; starałem
+się przelać w&nbsp;czytelników obawy, które trapiły
+nas tak długo i&nbsp;skończyły się tak tragicznie.</p>
+
+<p>Nazajutrz po opisanych wypadkach, mgła ustąpiła
+i&nbsp;pod przewodnictwem pani Stapleton zdołaliśmy dotrzeć
+do punktu, skąd ścieżka prowadziła na moczary.</p>
+
+<p>Nieszczęśliwa kobieta ze skwapliwością, świadczącą
+o&nbsp;głębokiej urazie do tego człowieka, który jej życie
+zmarnował i&nbsp;podeptał jej godność niewieścią, starała
+się nas wprowadzić na trop jego.</p>
+
+<p>Od owego punktu, rząd wetkniętych w&nbsp;błoto gałęzi
+wskazywał kępki ziemi, po których można było<span class="pagenum"><a name="Str_168" id="Str_168">[str. 168]</a></span>
+przejść suchą nogą. Jeden krok fałszywy mógł nas
+o&nbsp;śmierć przyprawić. Raz tylko jeden ujrzeliśmy ślad,
+że ktoś przechodził tą niebezpieczną drogą. Wśród
+zielska i&nbsp;trawy wyzierał jakiś czarny przedmiot.</p>
+
+<p>Holmes schylił się, aby go podnieść, przyczem pośliznęła
+mu się noga; gdybyśmy go nie podtrzymali,
+byłby wpadł w&nbsp;to błoto bezdenne. Podniósł się trzymając
+w&nbsp;ręku stary but. Wewnątrz, na podeszwie,
+była wypisana firma: „<i>Meyers</i>, <i>Toronto</i>”.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Warto było wziąć błotną kąpiel!&nbsp;&mdash; wołał. &mdash;
+Jest to zaginiony but sir Henryka.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Stapleton rzucił go tu zapewne wśród ucieczki.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niewątpliwie. Trzymając ten but, wprowadzał
+psa na trop sir Henryka... Odgłos wystrzału zwiastował
+Stapletonowi, że zasadzka chybiona. Łotr uciekał
+z&nbsp;tym butem w&nbsp;ręku. Tu właśnie go rzucił. A&nbsp;zatem
+do tego miejsca doszedł bezpiecznie.</p>
+
+<p>Mieliśmy się dowiedzieć jeszcze innych szczegółów,
+choć wiele rzeczy pozostało niewyjaśnionych.
+Niepodobna było znaleźć śladów na bagnie, albowiem
+błoto zalewało je odrazu. Minąwszy najgłębsze moczary,
+szukaliśmy odbicia stóp na twardym już gruncie.
+Nadaremnie. Jeśli świadectwo ziemi było wiarogodne,
+Stapleton nie doszedł do wyspy, ku której dążył
+wśród mgły.</p>
+
+<p>Grimpen-Mire pochłonęło nędznika. Jego kości
+spoczywają zapewne wśród nieprzebytych trzęsawisk...</p>
+
+<p>Natomiast znaleźliśmy dużo śladów po nim na wyspie,
+gdzie psa ukrywał. W&nbsp;jednym z&nbsp;opuszczonych
+domków był przykuty do ściany łańcuch; pogryzione
+kości świadczyły, że pies był tutaj więziony. Opodal
+leżał szkielet małego pinczerka.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Patrzcie! toż to faworyt Mortimera!&nbsp;&mdash; zawołał<span class="pagenum"><a name="Str_169" id="Str_169">[str. 169]</a></span>
+Holmes.&nbsp;&mdash; Stapleton potrafił ukryć psa, ale nie zdołał
+stłumić jego wycia. Mógł był wprawdzie trzymać go
+w&nbsp;oficynie Merripit-House, ale byłoby to ryzykownem.
+Zdecydował się na taki krok ostatniego dnia, gdy wszystko
+postawił na jedną kartę. Maść w&nbsp;tej oto blaszance
+jest zapewne mieszaninę siarki i&nbsp;fosforu, którą pies był
+wysmarowany. Tym sposobem, korzystając z&nbsp;legendy,
+ów łotr wystraszył na śmierć sir Karola. Nic dziwnego,
+że Seldon uciekał z&nbsp;wrzaskiem. Wszak nasz
+przyjaciel, sir Henryk, a&nbsp;i my także, nie mogliśmy się
+wstrzymać od okrzyku wobec takiego zjawiska. Był to
+pomysł piekielny!&nbsp;&mdash; chodziło nietylko o&nbsp;wystraszenie
+ofiary, lecz i&nbsp;o utrudnienie śledztwa, albowiem pies,
+ziejący ogniem, przejmował włościan okolicznych strachem
+przesądnym i&nbsp;odejmował im ochotę ścigania tego
+potwora. Mówiłem ci to już raz w&nbsp;Londynie, Watson,
+a&nbsp;teraz powtarzam, że Stapleton był najniebezpieczniejszym
+łotrem, z&nbsp;jakim zdarzyło mi się spotkać w&nbsp;życiu.</p>
+
+
+
+<hr style="width: 65%;" />
+<p class="nopad"><span class="pagenum"><a name="Str_170" id="Str_170">[str. 170]</a></span></p>
+<h2><a name="XV" id="XV"></a>XV.</h2>
+
+<h3>Rzut oka wstecz.</h3>
+
+
+<p>W końcu listopada Holmes i&nbsp;ja w&nbsp;wieczór ciemny
+i&nbsp;dżdżysty siedzieliśmy przy kominku w&nbsp;naszej bawialni
+na Baker-Street. Mój przyjaciel był w&nbsp;wybornym
+humorze i&nbsp;skorzystałem z&nbsp;tego, aby go wybadać
+o&nbsp;nieznane mi dotychczas szczegóły sprawy Baskerville.</p>
+
+<p>Sir Henryk i&nbsp;doktor Mortimer bawili w&nbsp;Londynie,
+gotując się do dalekiej podróży, która miała wzmocnić
+nerwy baroneta.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cała ta sprawa była jasną i&nbsp;prostą z&nbsp;punktu widzenia
+rzekomego Stapletona&nbsp;&mdash; mówił Holmes, w&nbsp;odpowiedzi
+na moje <a class="ins" href="#tnote_46" name="tAnchor_46" title="prytanie">pytanie</a>.&nbsp;&mdash; Dla nas zaś, którzyśmy
+nie znali jego pobudek i&nbsp;celów, wydawała się tajemniczą
+i&nbsp;zawiłą. Znajdziesz moje poglądy pod literą <i>B</i>
+w&nbsp;moich aktach kryminalnych.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wolałbym, żebyś mi to opowiedział żywem
+słowem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dobrze, ale nie ręczę za dokładność. Pamięć
+może mnie mylić. Otóż moje badania wykryły, że portret
+rodzinny nas nie zawiódł. Ten łotr był synem
+Rogera Baskerville, młodszego brata sir Karola; wy<span class="pagenum"><a name="Str_171" id="Str_171">[str. 171]</a></span>wędrował
+do Ameryki z&nbsp;bardzo złą reputacyą. Ożenił
+się tam z&nbsp;Beryl Garcia, najpiękniejszą kobietą w&nbsp;Costa-Rica,
+a&nbsp;sprzeniewierzywszy znaczną sumę z&nbsp;publicznych
+funduszów, zmienił nazwisko na Vandeleur, uciekł do
+Anglii i&nbsp;założył szkołę dla chłopców w&nbsp;Yorkshire. Do
+obrania tego zawodu skłoniła go znajomość, zawarta
+w&nbsp;drodze powrotnej z&nbsp;nauczycielem suchotnikiem, niejakim
+Fraser. Weszli w&nbsp;spółkę. Dopóki Fraser żył,
+szkoła szła dobrze i&nbsp;prowadzona była z&nbsp;poczuciem obywatelskich
+obowiązków, ale po jego śmierci zyskała
+jaknajgorszą opinię, as wreszcie okryła się hańbą.
+Vandeleur uznał za stosowne zmienić nazwisko. Jako
+Stapleton, z&nbsp;resztkami ukradzionych pieniędzy, z&nbsp;pięknymi
+zbiorami entomologicznymi przesiedlił się do Anglii
+południowej.</p>
+
+<p>Muzeum Brytańskie objaśniło mnie, że był powagą
+na polu owadoznawstwa; odkrył dużo gatunków,
+które noszą nazwisko Vandeleur.</p>
+
+<p>Ten nikczemnik zbadał zapewne swoje stosunki
+rodzinne i&nbsp;dowiedział się, że jedno tylko życie ludzkie
+stoi pomiędzy nim a&nbsp;olbrzymią fortuną. Przypuszczam,
+że w&nbsp;chwili osiedlania się w&nbsp;Devonshire nie miał jeszcze
+wytkniętego jasno planu; lecz że od początku
+żywił złe zamiary, świadczy o&nbsp;tem fakt, iż żonę swą
+podawał jako siostrę. Widocznie miał już wtedy projekt
+użycia jej za narzędzie, choć nie wiedział jeszcze,
+jakiemi drogami dojdzie do celu.</p>
+
+<p>Przedewszystkiem postarał się osiąść jaknajbliżej
+siedziby swych przodków, powtóre&nbsp;&mdash; nawiązać przyjazny
+stosunek z&nbsp;sir Karolem Baskerville, oraz z&nbsp;jego
+sąsiadami.</p>
+
+<p>Baronet opowiedział mu sam o&nbsp;psie, prześladującym
+ich ród, i&nbsp;zgotował tem sobie śmierć okropną.<span class="pagenum"><a name="Str_172" id="Str_172">[str. 172]</a></span>
+Stapleton&nbsp;&mdash; gdyż tak go będę nazywał w&nbsp;dalszym ciągu
+&mdash; wiedział, że sir Karol ma wadę serca i&nbsp;że gwałtowne
+wstrząśnienie może go zabić; wiedział też, że jest
+przesądnym i&nbsp;że wierzy w&nbsp;tę legendę.</p>
+
+<p>Nikczemnik poznał odrazu, jaką może stąd korzyść
+osiągnąć; obmyślił dla baroneta śmierć niezawodną, za
+którą nikt nie mógł być pociągnięty do odpowiedzialności.</p>
+
+<p>Przeprowadził swój plan bardzo zręcznie. Zwyczajny
+łotr byłby użył psa rozjuszonego&nbsp;&mdash; on nadał mu
+jeszcze pozory piekielnej bestyi. Kupił najdziksze
+i&nbsp;największe psisko, jakie mógł dostać u&nbsp;handlarzy
+Ross and Mangles w&nbsp;Londynie. Przywiódł go do stacyi
+North Devon, odległej od Baskerville-Hall i&nbsp;nadłożył
+ogromny kawał drogi, idąc łąką i&nbsp;moczarami, aby
+go nikt nie spostrzegł. Wpierw wynalazł dla niego
+schronienie w&nbsp;Grimpen-Mire i&nbsp;tam go odrazu wprowadził.
+Trzymał go na łańcuchu i&nbsp;czekał sposobności.
+Ale niełatwo było ją znaleźć.</p>
+
+<p>Stary baronet nie wychodził nigdy za obręb
+pałacu po zachodzie słońca. Kilkakrotnie Stapleton
+czyhał na niego z&nbsp;psem, lecz bezskutecznie. Wtedy-to
+okoliczni włościanie widzieli ogromne psisko, co spowodowało
+wskrzeszenie legendy.</p>
+
+<p>Stapleton miał nadzieję, że jego żona zdoła doprowadzić
+sir Karola do zguby, lecz natrafił na niespodziewany
+opór. Nie chciała rozkochywać starego gentlemana;
+oni groźby, ani nawet kije nie zdołały ją skłonić
+do tak niecnego wspólnictwa. Stapleton musiał
+działać sam.</p>
+
+<p>Pomogła mu dobroczynność sir Karola. Zacny
+starzec, zwiedziony pozorami, polubił Stapletona i&nbsp;za
+jego pośrednictwem świadczył dużo dobrego, między<span class="pagenum"><a name="Str_173" id="Str_173">[str. 173]</a></span>
+innymi pani Laurze Lyons. Stapleton poznał ją przypadkowo,
+zainteresował się niby jej losem i&nbsp;wzbudził
+dla niej współczucie w&nbsp;litościwem sercu baroneta; że
+zaś potrafił zyskiwać względy kobiet i&nbsp;przedstawił się
+jako kawaler, wkrótce zdobył nietylko zaufanie, lecz
+i&nbsp;serce pięknej Laury; dawał jej też do zrozumienia, że
+się z&nbsp;nią ożeni, jeśli ona rozwiedzie się z&nbsp;mężem.</p>
+
+<p>Usłyszawszy, że sir Karol, z&nbsp;porady doktora Mortimer,
+zamierza opuścić Baskerville-Hall, postanowił
+działać bezwłocznie, w&nbsp;obawie, aby ofiara nie wysunęła
+się z&nbsp;jego szponów. Skłonił zatem panią Lyons do napisania
+listu, w&nbsp;którym błagała baroneta o&nbsp;przybycie
+do furtki ogrodowej w&nbsp;przeddzień jego wyjazdu do Londynu.
+Następnie odradził jej stawić się na miejscu
+umówionem.</p>
+
+<p>Wracając wieczorem z&nbsp;Coombe-Tracey, spuścił psa
+z&nbsp;łańcucha, posmarował go fosforem i&nbsp;przyprowadził do
+furtki, wiedząc, że stary gentleman zjawi się przy niej
+od strony pałacu.</p>
+
+<p>Pies, poszczuły przez swego pana, przeskoczył
+przez furtkę i&nbsp;ścigał biednego baroneta; ten uciekał
+aleja, widzów, wołając o&nbsp;pomoc. Pies biegł trawnikiem,
+baronet aleją żwirową; dlatego pozostały tylko ślady
+jego kroków.</p>
+
+<p>Widząc, że leży bez ruchu, pies zbliżył się zapewne,
+obwąchał go, a&nbsp;gdy poczuł, że już nie żyje, zawrócił
+się. Stapleton przywołał go, odprowadził do improwizowanej
+budy w&nbsp;Grimpen-Mire i&nbsp;uwiązał znowu
+na łańcuchu.</p>
+
+<p>Śmierć sir Karola pozostała niewyjaśniona; władze
+policyjne łamały sobie głowę nad jej przyczyną, okolica
+była w&nbsp;strachu, wreszcie oddano sprawę w&nbsp;nasze
+ręce.<span class="pagenum"><a name="Str_174" id="Str_174">[str. 174]</a></span></p>
+
+<p>Rozumiesz piekielny podstęp tego łotra; tak się
+urządził, że nie można było znaleźć śladów zbrodni, ani
+wytoczyć procesu mordercy. Jedyny jego wspólnik
+zdradzić go nic mógł. Obie kobiety, wplątane w&nbsp;tę
+sprawę: pani Stapleton i&nbsp;pani Laura Lyons, miały pewne
+podejrzenia; mrs. Stapleton wiedziała nawet o&nbsp;złych
+zamiarach męża względem sir Karola, a&nbsp;także o&nbsp;istnieniu
+psa. Mrs. Lyons nie miała wprawdzie pojęcia ani
+o&nbsp;jednem, ani o&nbsp;drugiem, lecz zastanowiło ją, że śmierć
+starego gentlemana wynikła o&nbsp;godzinie, wyznaczonej
+na spotkanie z&nbsp;nią. Obie kobiety znajdowały się jednak
+pod wpływem tego łotra&nbsp;&mdash; nie miał powodu obawiać
+się zdrady z&nbsp;ich strony.</p>
+
+<p>Pierwsza część szatańskiego zadania była spełniona,
+pozostawała druga, trudniejsza.</p>
+
+<p>Stapleton mógł na razie nie wiedzieć o&nbsp;istnieniu
+spadkobiercy w&nbsp;Kanadzie. Bądź co bądź, dowiedział się
+o&nbsp;tem wkrótce po śmierci sir Karola od swego przyjaciela,
+doktora Mortimer, który go też uwiadomił o&nbsp;przybyciu
+sir Henryka.</p>
+
+<p>Pierwszą myślą Stapletona było zapewne zgładzić
+go ze świata w&nbsp;Londynie. Stracił zaufanie do żony od
+chwili, gdy nie chciała mu pomagać w&nbsp;nastawianiu
+sideł na sir Karola. Bał się jednak zostawić ją samą
+na dłuższy czas, dlatego wziął ją ze sobą do Londynu.</p>
+
+<p>Doszedłem, że zamieszkali w&nbsp;hotelu Mexborough,
+przy Craven Street. Stapleton zamykał żonę na klucz
+a&nbsp;sam, przyprawiwszy brodę, dla niepoznaki, śledził
+każdy krok doktora Mortimer, jeździł za nim na Baker-Street,
+a&nbsp;następnie na dworzec i&nbsp;do hotelu Northumberland.</p>
+
+<p>Żona domyślała się jego planów, lecz obawiała się
+ostrzedz upatrzoną ofiarę. Gdyby list wpadł w&nbsp;ręce<span class="pagenum"><a name="Str_175" id="Str_175">[str. 175]</a></span>
+Stapletona, jej własne życie byłoby w&nbsp;niebezpieczeństwie.</p>
+
+<p>Jak wiemy, wpadła na myśl wycięcia z&nbsp;gazety
+słów, któremi ostrzegała baroneta. List doszedł rąk
+baroneta i&nbsp;był pierwsza zapowiedzią niebezpieczeństwa.</p>
+
+<p>Stapleton postarał się o&nbsp;but sir Henryka, aby w&nbsp;razie
+danym wyzyskać węch psa i&nbsp;wprowadzić go na
+trop ofiary.</p>
+
+<p>Posługacz hotelowy dostarczył mu obuwia, za hojną
+pewnie opłatą; lecz pierwszy but wykradziony, był
+nowy; Stapleton kazał go podrzucić i&nbsp;dostał drugi, noszony.
+Ten drobny fakt wprowadził mnie odrazu na
+domysł, że prześladowca sir Henryka chce użyć psa do
+swych celów.</p>
+
+<p>Nazajutrz baronet przybył tutaj; Stapleton śledził
+go w&nbsp;dorożce. Sądząc z&nbsp;tego, że mnie znał i&nbsp;wiedział,
+gdzie mieszkam, gotów jestem przypuścić, że już poprzednio
+miał powody obawiać się mojej działalności
+wywiadowczej i&nbsp;ze nie był nowicyuszem na polu
+zbrodni.</p>
+
+<p>W ciągu trzech lat ostatnich okradziono w&nbsp;Devonshire
+cztery dwory. W&nbsp;żadnym wypadku złoczyńcy
+nie zostali ujęci. Wreszcie w&nbsp;maju roku bieżącego
+zrabowano Folkstone-Court, przyczem został zabity
+służący, który pierwszy dostrzegł zamaskowanego złodzieja.</p>
+
+<p>Mógłbym ręczyć, że był nim Stapleton, który w&nbsp;ten
+sposób zasilał swe fundusze. Mieliśmy dowód jego bezczelności
+w&nbsp;tem, że podał moje nazwisko dorożkarzowi.
+Zrozumiał wtedy, iż go śledzę i&nbsp;że nie będzie mógł
+spełnić swych zamiarów w&nbsp;Londynie. Powrócił do
+Devonshire i&nbsp;oczekiwał tam przybycia baroneta.<span class="pagenum"><a name="Str_176" id="Str_176">[str. 176]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przepraszam cię&nbsp;&mdash; rzekłem.&nbsp;&mdash; Czy mógłbyś mi
+wyjaśnić, kto żywił psa podczas pobytu Stapletona
+w&nbsp;Londynie?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ważna to kwestya&nbsp;&mdash; odparł.&nbsp;&mdash; Zastanawiałem
+się nad nią i&nbsp;doszedłem do przekonania, że Stapleton
+miał wspólnika. W&nbsp;Merripit-House był stary lokaj,
+Antoni. Wiem, że pozostawał u&nbsp;niego w&nbsp;służbie conajmniej
+lat kilka, bo widziano go za czasów, gdy Stapleton
+był kierownikiem szkoły w&nbsp;Yorkshire. Ten
+człowiek musiał wiedzieć, że Beryl jest żoną, nie siostrą
+jego pana. Po zamachu na sir Henryka, Antoni
+zniknął bez śladu.</p>
+
+<p>Otóż to imię, rzadkie w&nbsp;Anglii, jest bardzo pospolite
+w&nbsp;Hiszpanii i&nbsp;w Ameryce hiszpańskiej. Ów służący,
+również jak i&nbsp;pani Stapleton, mówił po angielsku
+płynnie, lecz z&nbsp;akcentem miękkim, południowym. Widziałem
+sam Antoniego, idącego do Grimpen-Mire
+ścieżką, wytkniętą przez Stapletona. Zapewne ten,
+podczas jego nieobecności, żywił psa, choć zapewne
+nie wiedział, do jakiego celu jest przeznaczony.</p>
+
+<p>Teraz słówko o&nbsp;mojej działalności w&nbsp;czasie, gdyś
+przebywał z&nbsp;sir Henrykiem w&nbsp;Baskerville-Hall. Pamiętasz
+może, jak oglądając papier, na którym były przyklejone
+słowa, wycięte z&nbsp;<i>Timesa</i>, badałem znak wodny;
+trzymałem wtedy papier przy oczach. Otóż zaleciała
+mnie subtelna woń białego jaśminu.</p>
+
+<p>Jest siedemdziesiąt pięć gatunków perfum, które
+każdy detektyw powinien rozróżniać; wiele wypadków
+zależy od szybkiego poznawania perfum. Jaśmin naprowadził
+mnie na domysł, że list został przesłany przez
+kobietę. Już wtedy moje podejrzenia zwróciły się ku
+Stapletonom.<span class="pagenum"><a name="Str_177" id="Str_177">[str. 177]</a></span></p>
+
+<p>Wiedziałem więc o&nbsp;istnieniu psa i&nbsp;o miejscu zamieszkania
+mordercy, zanim wyruszyliście do Devonshire.</p>
+
+<p>Postanowiłem śledzić Stapletona. Oczywiście nie
+mógłbym tego dokonać, przebywając z&nbsp;wami, albowiem
+łotr miałby się na baczności. Zwiodłem wszystkich,
+nie wyłączając ciebie, i&nbsp;zjawiłem się potajemnie,
+wówczas, gdy sądziliście wszyscy, że bawię w&nbsp;Londynie.</p>
+
+<p>Ukrywałem się przeważnie w&nbsp;Coombe-Tracey,
+chroniąc się w&nbsp;jaskini na moczarach tylko wtedy, gdy
+moja obecność na polu działania była niezbędną. Cartwright
+w&nbsp;przebraniu chłopca wiejskiego, oddawał mi
+znaczne usługi. Dostarczał mi pożywienia i&nbsp;czystej
+bielizny. Podczas gdym ja śledził Stapletona, on śledził
+ciebie, tak, że wiedziałem o&nbsp;każdym twoim kroku.</p>
+
+<p>Mówiłem ci już, że twoje raporty dochodziły mnie
+szybko, odsyłano mi je natychmiast z&nbsp;Baker-Street do
+Coombe-Tracey. Przydały mi się bardzo, zwłaszcza
+biografia Stapletona. Pomogła mi ona wykryć jego
+tożsamość i&nbsp;stosunek do pięknej towarzyszki.</p>
+
+<p>Sprawa powikłała się przez ucieczkę więźnia Seldona
+i&nbsp;jego porozumienie się z&nbsp;Barrymorami. I&nbsp;tę zawiłość
+rozplątałeś, choć i&nbsp;ja doszedłem do tego samego
+wyniku, na mocy własnych spostrzeżeń.</p>
+
+<p>W chwili, gdyś mnie odnalazł na moczarach, miałem
+już w&nbsp;ręku wszystkie nici spisku, lecz nie posiadałem
+materyału dowodowego, z&nbsp;którym mógłbym stanąć
+przed sądem.</p>
+
+<p>Nawet zamach na sir Henryka, który skończył się
+śmiercią Seldona, nieszczęsnego więźnia, nie mógł nam
+pomódz do wykazania zbrodniczości Stapletona.</p>
+
+<p>Nie było innej rady, jak go schwytać na gorącym
+uczynku, a&nbsp;w tym celu musiałem użyć sir Henryka,<span class="pagenum"><a name="Str_178" id="Str_178">[str. 178]</a></span>
+z&nbsp;narażeniem jego nerwów. Przyznaję, że moja w&nbsp;tem
+wina: trzeba było poprowadzić sprawę inaczej i&nbsp;oszczędzić
+naszemu klientowi tej przykrości, ale nie mogłem
+przewidzieć, że ten łotr posmaruje psa siarką i&nbsp;że
+owej nocy będzie mgła, dzięki czemu sir Henryk nie
+mógł widzieć z&nbsp;oddali czworonożnego sprzymierzeńca
+Stapletona, który wyskoczył znienacka i&nbsp;przestraszył
+tego odważnego człowieka. Zresztą doktor
+Mortimer i&nbsp;wezwani specyaliści upewniają, że nasz
+przyjaciel powróci niebawem do równowagi i&nbsp;że odzyska
+spokój ducha, zachwiany nietylko tym wypadkiem,
+lecz i&nbsp;sercowym zawodem.</p>
+
+<p>Pozostaje mi już tylko zaznaczyć rolę pani Stapleton.
+Mąż wywierał na nią wpływ demoniczny; niewiadomo,
+czy go bardziej kochała, czy też się bała.
+Bądź co bądź, słuchała go niewolniczo, stawiając mu
+opór wtedy tylko, gdy chciał ją zmusić do wspólnictwa
+w&nbsp;zbrodni. Pragnęła ostrzedz sir Henryka, bez narażenia
+męża; próbowała kilkakrotnie, lecz bezskutecznie.</p>
+
+<p>Stapleton był zdolny do zazdrości: widząc, że baronet
+zaleca się do jego żony, choć to leżało w&nbsp;jego
+zamiarach, nie mógł jednak powstrzymać się od gwałtownego
+wybuchu. Opamiętawszy się, udawał, że
+sprzyja rodzącemu się uczuciu, zapraszał sir Henryka
+do Merripit-House, w&nbsp;nadziei, że wcześniej czy później
+nadarzy się sposobność wciągnięcia go w&nbsp;zasadzkę.</p>
+
+<p>Nagle w&nbsp;dniu, oznaczonym na zamach, żona
+oświadczyła się przeciwko niemu. Do uszu jej doszła
+wieść o&nbsp;nagłej śmierci zbiegłego więźnia na moczarach,
+a&nbsp;że wiedziała, iż pies trzymany jest tam na uwięzi,
+domyśliła się, jaką śmierć Stapleton gotuje sir Henry<span class="pagenum"><a name="Str_179" id="Str_179">[str. 179]</a></span>kowi,
+tembardziej, gdy mąż przyprowadził psa i&nbsp;zamknął
+go w&nbsp;oficynie.</p>
+
+<p>Owego wieczora, przed przybyciem sir Henryka na
+obiad, wśród małżonków wynikła sprzeczka. Beryl nazwała
+męża zbrodniarzem; rozwścieczony, chcąc ją <a class="ins" href="#tnote_47" name="tAnchor_47" title="do tknąć">dotknąć</a>
+boleśnie, oznajmił jej, że kocha inną.</p>
+
+<p>To brutalne wyznanie zerwało ostatnie pęta, łączące
+ją z&nbsp;nędznikiem, i&nbsp;wznieciło w&nbsp;jej sercu nienawiść
+i&nbsp;pragnienie zemsty.</p>
+
+<p>On spostrzegł tę zmianę, i&nbsp;obawiając się, aby go
+nie zdradziła, uwiązał ją do słupa i&nbsp;zamknął na klucz.
+Pewien był, że po dokonanej zbrodni, gdy cała okolica
+przypisywać będzie śmierć sir Henryka przekleństwu,
+ciążącemu na jego rodzie, on, Stapleton, zręcznem kłamstwem
+i&nbsp;pochlebstwem zdoła odzyskać uczucie swej
+żony, skłonić ją do milczenia i&nbsp;do przyjęcia faktów dokonanych.</p>
+
+<p>Na tem polu spotkałby go zawód niewątpliwy.
+Kobieta, w&nbsp;której żyłach płynie krew hiszpańska, nie
+zapomina podobnej urazy.</p>
+
+<p>Oto i&nbsp;wszystko, co wiem o&nbsp;tej ciekawej sprawie.
+Jedno tylko pozostaje do wyjaśnienia: w&nbsp;jaki sposób
+Stapleton, doszedłszy do sukcesyi, byłby wyjaśnił, dlaczego
+tak długo zamieszkiwał w&nbsp;pobliżu Baskerville-Hall
+pod przybranem nazwiskiem? W&nbsp;jaki sposób byłby
+się upomniał o&nbsp;spadek, bez zwrócenia podejrzeń?</p>
+
+<p>Pani Stapleton zeznaje, iż jej mąż miał w&nbsp;tym
+względzie kilka projektów: albo upomnieć się o&nbsp;sukcesyę
+z&nbsp;Ameryki południowej i&nbsp;tam dowieść swej tożsamości
+i&nbsp;uzyskać fortunę, nie przyjeżdżając do Anglii;
+albo dostarczyć jakiemu wspólnikowi potrzebnych legitymacyj
+i&nbsp;za jego pośrednictwem spadek otrzymać;
+albo prowadzić sam sprawę na miejscu, lecz pod inną<span class="pagenum"><a name="Str_180" id="Str_180">[str. 180]</a></span>
+postacią zewnętrzną, w&nbsp;takiem przebraniu, żeby nikt
+poznać go nie mógł. Znając go, jestem pewien, że wybrnąłby
+z&nbsp;tych trudności.</p>
+
+<p>A teraz, mój drogi, dość już o&nbsp;tej sprawie. Kosztowała
+nas niemało trudu. Zasłużyliśmy na rozrywkę.
+Dziś dają „Hugonotów”. Wziąłem lożę. Czyś słyszał
+kiedy Reszków? Ubierzemy się zaraz i&nbsp;przed widowiskiem
+pojedziemy na obiad do pierwszorzędnej restauracyi.
+Dobrze?...</p>
+
+</div>
+
+<p class="center padded"><span class="smcap spaced center">Koniec</span>.</p>
+
+
+
+<hr style="width: 65%;" />
+<h2><a name="PRZYPISY" id="PRZYPISY"></a>PRZYPISY</h2>
+
+
+<div class="footnote"><p><a name="Footnote_1_1" id="Footnote_1_1"></a> <a href="#FNanchor_1_1"><span class="label">[1]</span></a> <i>Mire</i>&nbsp;&mdash; błoto.</p></div>
+
+<hr style="width: 65%;" />
+<h2><a name="SPROSTOWANIA" id="SPROSTOWANIA"></a>SPROSTOWANIA</h2>
+
+<div class="footnote">
+
+<p><a href="#FNanchor_A" name="Footnote_A"><span class="label">[A]</span></a> <strong>Sprostowanie.</strong> Na str. 35-ej, w&nbsp;w. 14 i&nbsp;13 od dołu,
+zam.: „Tylko jedno słowo: „trzęsawiska” było wypisane drukowanemi
+literami, atramentem”,&nbsp;&mdash; powinno być: „Tylko jedno
+słowo: „trzęsawiska” było wypisane atramentem, reszta zaś
+drukowanemi literami”.</p>
+
+<p><a href="#FNanchor_B" name="Footnote_B"><span class="label">[B]</span></a> <strong>Sprostowanie.</strong> Na str. 189, w&nbsp;poprzednim dodatku, zakradła
+się pomyłka druku: zamiast „martwe zwłoki sir <i>Karola</i>
+Baskerville”,&nbsp;&mdash; powinno być: „martwe zwłoki sir <i>Henryka</i> Baskerville”.</p></div>
+
+
+<hr style="width: 85%;" />
+<div id="tnotes" class="tnote">
+<h2><a name="UWAGI" id="UWAGI"></a>UWAGI DO WYDANIA ELEKTRONICZNEGO</h2>
+
+
+<p>Zachowano oryginalną ortografię i&nbsp;interpunkcję, również w&nbsp;wypadkach,
+gdy odbiegały one od współcześnie przyjętych. Poprawiono natomiast
+omyłki, które wyglądały na błędy drukarskie.</p>
+
+<p>Powieść drukowana była w&nbsp;odcinkach; w&nbsp;dwóch wypadkach zdarzyło się,
+że w&nbsp;numerze późniejszym wydrukowano sprostowanie dotyczące omyłki
+drukarskiej w&nbsp;numerze wcześniejszym. Sprostowań tych nie naniesiono
+w&nbsp;niniejszej wersji tekstu, zachowano natomiast ich treść w&nbsp;formie
+przypisów, dodając odniesienia do nich w&nbsp;odpowiednich miejscach
+w&nbsp;tekście. Są to przypisy oznaczone literami, w&nbsp;odróżnieniu
+od przypisów oznaczonych cyframi, które w&nbsp;tekście występowały
+faktycznie jako przypisy.</p>
+
+
+<h3>NIEKONSEKWENCJE w&nbsp;tekście (niekorygowane)</h3>
+
+<p>W trakcie redagowania wersji elektronicznej zwrócono także uwagę na
+niekonsekwencje występujące w&nbsp;oryginalnym tekście. Niekonsekwencji
+tych nie korygowano. Poniższa lista wskazuje na różnice w&nbsp;pisowni
+podobnych słów lub zwrotów, liczby w&nbsp;nawiasach oznaczają ilość
+wystąpień danej formy w&nbsp;tekście.</p>
+
+<ul>
+ <li>Oxford street (1);<br />
+ Oxford Street (1);<br />
+ Oxford-Street (1);</li>
+
+ <li>Lafter-Hall (2, w&nbsp;tym jedno poprawione z&nbsp;&bdquo;Lofter-Hall&rdquo;),<br />
+ Lafterhall (1)</li>
+
+ <li>farmerem (1);<br />
+ farmerów (1);<br />
+ farmy (1);<br />
+ fermerów (1);<br />
+ fermerzy (1);<br />
+ fermę (1);<br />
+ fermy (3)</li>
+
+ <li>4 Maja (1);<br />
+ 4 maja (1)</li>
+
+
+ <li>Baskerville'a (1);<br />
+ Baskervilla (3)</li>
+
+ <li>Baskerville-Hall (23);<br />
+ Baskerville Hall (10)</li>
+
+ <li>&bdquo;zauważył Watson.&rdquo; - powinno być &bdquo;zauważyłem&rdquo;; w&nbsp;oryginale w&nbsp;tym
+miejscu nie ma odniesienia do tego, kto mówi.</li>
+</ul>
+
+
+<h3>POPRAWKI wprowadzone do tekstu</h3>
+
+
+<table>
+<tr>
+ <th>strona</th>
+ <th>było</th>
+ <th>poprawiono na</th>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_1" href="#Str_2" class="cor">2</a></td>
+ <td>Canon'a Doyle'a</td>
+ <td><a href="#tAnchor_1" class="cor">Conana Doyle'a</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_2" href="#Str_5" class="cor">5</a></td>
+ <td> „r. 1884”</td>
+ <td><a href="#tAnchor_2" class="cor">„r. 1884”.</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_3" href="#Str_9" class="cor">9</a></td>
+ <td>wysuwają y</td>
+ <td><a href="#tAnchor_3" class="cor">wysuwający</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_4" href="#Str_13" class="cor">13</a></td>
+ <td>Baaskerville</td>
+ <td><a href="#tAnchor_4" class="cor">Baskerville</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_5" href="#Str_16" class="cor">16</a></td>
+ <td>głosy</td>
+ <td><a href="#tAnchor_5" class="cor"> włosy</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_6" href="#Str_16" class="cor">16</a></td>
+ <td>Baskerwille</td>
+ <td><a href="#tAnchor_6" class="cor">Baskerville</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_7" href="#Str_22" class="cor">22</a></td>
+ <td>Stupleton</td>
+ <td><a href="#tAnchor_7" class="cor">Stapleton</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_8" href="#Str_23" class="cor">23</a></td>
+ <td>ocyma</td>
+ <td><a href="#tAnchor_8" class="cor">oczyma</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_9" href="#Str_27" class="cor">27</a></td>
+ <td>przysznać</td>
+ <td><a href="#tAnchor_9" class="cor">przyznać</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_10" href="#Str_27" class="cor">27</a></td>
+ <td>Pie,</td>
+ <td><a href="#tAnchor_10" class="cor">Pies</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_11" href="#Str_33" class="cor">33</a></td>
+ <td>skrzypce</td>
+ <td><a href="#tAnchor_11" class="cor">skrzypce.</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_12" href="#Str_44" class="cor">44</a></td>
+ <td>-- Zwiedzisz każdy z&nbsp;nich po kolei,</td>
+ <td><a href="#tAnchor_12" class="cor">-- Zwiedzisz każdy z&nbsp;nich po kolei.</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_13" href="#Str_47" class="cor">47</a></td>
+ <td>Glocester</td>
+ <td><a href="#tAnchor_13" class="cor">Gloucester</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_14" href="#Str_48" class="cor">48</a></td>
+ <td>zdołomy</td>
+ <td><a href="#tAnchor_14" class="cor">zdołamy</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_15" href="#Str_49" class="cor">49</a></td>
+ <td>pałacu</td>
+ <td><a href="#tAnchor_15" class="cor">pałacu.</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_16" href="#Str_50" class="cor">50</a></td>
+ <td>pytał Holmes?</td>
+ <td><a href="#tAnchor_16" class="cor">pytał Holmes.</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_17" href="#Str_51" class="cor">51</a></td>
+ <td>bardze</td>
+ <td><a href="#tAnchor_17" class="cor">bardzo</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_18" href="#Str_52" class="cor">52</a></td>
+ <td>wyobył</td>
+ <td><a href="#tAnchor_18" class="cor">wydobył</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_19" href="#Str_52" class="cor">52</a></td>
+ <td>dziwna</td>
+ <td><a href="#tAnchor_19" class="cor">dziwne</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_20" href="#Str_59" class="cor">59</a></td>
+ <td>Lofter-Hall</td>
+ <td><a href="#tAnchor_20" class="cor">Lafter-Hall</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_21" href="#Str_62" class="cor">62</a></td>
+ <td>pederznie</td>
+ <td><a href="#tAnchor_21" class="cor">poderżnie</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_22" href="#Str_63" class="cor">63</a></td>
+ <td>ocozyma</td>
+ <td><a href="#tAnchor_22" class="cor">oczyma</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_23" href="#Str_63" class="cor">63</a></td>
+ <td>doktór</td>
+ <td><a href="#tAnchor_23" class="cor">doktor</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_24" href="#Str_66" class="cor">66</a></td>
+ <td>ułyszałem</td>
+ <td><a href="#tAnchor_24" class="cor">usłyszałem</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_25" href="#Str_87" class="cor">87</a></td>
+ <td>pierwiastku</td>
+ <td><a href="#tAnchor_25" class="cor">pierwiastku.</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_26" href="#Str_87" class="cor">87</a></td>
+ <td>Lafter-Hall</td>
+ <td><a href="#tAnchor_26" class="cor">Lofter-Hall</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_27" href="#Str_91" class="cor">91</a></td>
+ <td>Zdrzyt</td>
+ <td><a href="#tAnchor_27" class="cor">Zgrzyt</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_28" href="#Str_93" class="cor">93</a></td>
+ <td>Baryl</td>
+ <td><a href="#tAnchor_28" class="cor">Beryl</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_29" href="#Str_95" class="cor">95</a></td>
+ <td>grążącem</td>
+ <td><a href="#tAnchor_29" class="cor">grożącem</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_30" href="#Str_96" class="cor">96</a></td>
+ <td>bęędę</td>
+ <td><a href="#tAnchor_30" class="cor">będę</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_31" href="#Str_97" class="cor">97</a></td>
+ <td> do do</td>
+ <td><a href="#tAnchor_31" class="cor">do</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_32" href="#Str_105" class="cor">105</a></td>
+ <td>naganki</td>
+ <td><a href="#tAnchor_32" class="cor">nagonki</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_33" href="#Str_106" class="cor">106</a></td>
+ <td>szczycie,</td>
+ <td><a href="#tAnchor_33" class="cor"> szczycie.</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_34" href="#Str_110" class="cor">110</a></td>
+ <td>Stepleton</td>
+ <td><a href="#tAnchor_34" class="cor"> Stapleton</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_35" href="#Str_111" class="cor">111</a></td>
+ <td>któz</td>
+ <td><a href="#tAnchor_35" class="cor"> któż</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_36" href="#Str_112" class="cor">112</a></td>
+ <td>Combe-Tracey</td>
+ <td><a href="#tAnchor_36" class="cor"> Coombe-Tracey</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_37" href="#Str_119" class="cor">119</a></td>
+ <td>wyruszy</td>
+ <td><a href="#tAnchor_37" class="cor"> wyruszył</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_38" href="#Str_121" class="cor">121</a></td>
+ <td>Coombe-Tracy</td>
+ <td><a href="#tAnchor_38" class="cor">Coombe-Tracey</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_39" href="#Str_127" class="cor">127</a></td>
+ <td>rzełem</td>
+ <td><a href="#tAnchor_39" class="cor"> rzekłem</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_40" href="#Str_135" class="cor">135</a></td>
+ <td>Musisz</td>
+ <td><a href="#tAnchor_40" class="cor"> Muszę</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_41" href="#Str_143" class="cor">143</a></td>
+ <td>bąoź</td>
+ <td><a href="#tAnchor_41" class="cor"> bądź</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_42" href="#Str_154" class="cor">154</a></td>
+ <td>Ow </td>
+ <td><a href="#tAnchor_42" class="cor">Ów</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_43" href="#Str_155" class="cor">155</a></td>
+ <td>która,</td>
+ <td><a href="#tAnchor_43" class="cor">która</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_44" href="#Str_155" class="cor">155</a></td>
+ <td>ścikały</td>
+ <td><a href="#tAnchor_44" class="cor"> ściskały</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_45" href="#Str_165" class="cor">165</a></td>
+ <td>muzem</td>
+ <td><a href="#tAnchor_45" class="cor"> muzeum</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_46" href="#Str_170" class="cor">170</a></td>
+ <td>prytanie</td>
+ <td><a href="#tAnchor_46" class="cor"> pytanie</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_47" href="#Str_179" class="cor">179</a></td>
+ <td>do tknąć</td>
+ <td><a href="#tAnchor_47" class="cor">dotknąć</a></td>
+</tr>
+</table>
+
+
+
+
+</div>
+</div>
+
+
+
+
+
+
+
+<pre>
+
+
+
+
+
+End of Project Gutenberg's Tajemnica Baskerville'ów, by Arthur Conan Doyle
+
+*** END OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK TAJEMNICA BASKERVILLE'ÓW ***
+
+***** This file should be named 34079-h.htm or 34079-h.zip *****
+This and all associated files of various formats will be found in:
+ https://www.gutenberg.org/3/4/0/7/34079/
+
+Produced by Ewa "czupirek" Jaros and the Online Distributed
+Proofreading Team at http://dp.rastko.net (this file was
+created from images generously made available by CBN Polona
+- http://www.polona.pl)
+
+
+Updated editions will replace the previous one--the old editions
+will be renamed.
+
+Creating the works from public domain print editions means that no
+one owns a United States copyright in these works, so the Foundation
+(and you!) can copy and distribute it in the United States without
+permission and without paying copyright royalties. Special rules,
+set forth in the General Terms of Use part of this license, apply to
+copying and distributing Project Gutenberg-tm electronic works to
+protect the PROJECT GUTENBERG-tm concept and trademark. Project
+Gutenberg is a registered trademark, and may not be used if you
+charge for the eBooks, unless you receive specific permission. If you
+do not charge anything for copies of this eBook, complying with the
+rules is very easy. You may use this eBook for nearly any purpose
+such as creation of derivative works, reports, performances and
+research. They may be modified and printed and given away--you may do
+practically ANYTHING with public domain eBooks. Redistribution is
+subject to the trademark license, especially commercial
+redistribution.
+
+
+
+*** START: FULL LICENSE ***
+
+THE FULL PROJECT GUTENBERG LICENSE
+PLEASE READ THIS BEFORE YOU DISTRIBUTE OR USE THIS WORK
+
+To protect the Project Gutenberg-tm mission of promoting the free
+distribution of electronic works, by using or distributing this work
+(or any other work associated in any way with the phrase "Project
+Gutenberg"), you agree to comply with all the terms of the Full Project
+Gutenberg-tm License (available with this file or online at
+https://gutenberg.org/license).
+
+
+Section 1. General Terms of Use and Redistributing Project Gutenberg-tm
+electronic works
+
+1.A. By reading or using any part of this Project Gutenberg-tm
+electronic work, you indicate that you have read, understand, agree to
+and accept all the terms of this license and intellectual property
+(trademark/copyright) agreement. If you do not agree to abide by all
+the terms of this agreement, you must cease using and return or destroy
+all copies of Project Gutenberg-tm electronic works in your possession.
+If you paid a fee for obtaining a copy of or access to a Project
+Gutenberg-tm electronic work and you do not agree to be bound by the
+terms of this agreement, you may obtain a refund from the person or
+entity to whom you paid the fee as set forth in paragraph 1.E.8.
+
+1.B. "Project Gutenberg" is a registered trademark. It may only be
+used on or associated in any way with an electronic work by people who
+agree to be bound by the terms of this agreement. There are a few
+things that you can do with most Project Gutenberg-tm electronic works
+even without complying with the full terms of this agreement. See
+paragraph 1.C below. There are a lot of things you can do with Project
+Gutenberg-tm electronic works if you follow the terms of this agreement
+and help preserve free future access to Project Gutenberg-tm electronic
+works. See paragraph 1.E below.
+
+1.C. The Project Gutenberg Literary Archive Foundation ("the Foundation"
+or PGLAF), owns a compilation copyright in the collection of Project
+Gutenberg-tm electronic works. Nearly all the individual works in the
+collection are in the public domain in the United States. If an
+individual work is in the public domain in the United States and you are
+located in the United States, we do not claim a right to prevent you from
+copying, distributing, performing, displaying or creating derivative
+works based on the work as long as all references to Project Gutenberg
+are removed. Of course, we hope that you will support the Project
+Gutenberg-tm mission of promoting free access to electronic works by
+freely sharing Project Gutenberg-tm works in compliance with the terms of
+this agreement for keeping the Project Gutenberg-tm name associated with
+the work. You can easily comply with the terms of this agreement by
+keeping this work in the same format with its attached full Project
+Gutenberg-tm License when you share it without charge with others.
+
+1.D. The copyright laws of the place where you are located also govern
+what you can do with this work. Copyright laws in most countries are in
+a constant state of change. If you are outside the United States, check
+the laws of your country in addition to the terms of this agreement
+before downloading, copying, displaying, performing, distributing or
+creating derivative works based on this work or any other Project
+Gutenberg-tm work. The Foundation makes no representations concerning
+the copyright status of any work in any country outside the United
+States.
+
+1.E. Unless you have removed all references to Project Gutenberg:
+
+1.E.1. The following sentence, with active links to, or other immediate
+access to, the full Project Gutenberg-tm License must appear prominently
+whenever any copy of a Project Gutenberg-tm work (any work on which the
+phrase "Project Gutenberg" appears, or with which the phrase "Project
+Gutenberg" is associated) is accessed, displayed, performed, viewed,
+copied or distributed:
+
+This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with
+almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or
+re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included
+with this eBook or online at www.gutenberg.org
+
+1.E.2. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is derived
+from the public domain (does not contain a notice indicating that it is
+posted with permission of the copyright holder), the work can be copied
+and distributed to anyone in the United States without paying any fees
+or charges. If you are redistributing or providing access to a work
+with the phrase "Project Gutenberg" associated with or appearing on the
+work, you must comply either with the requirements of paragraphs 1.E.1
+through 1.E.7 or obtain permission for the use of the work and the
+Project Gutenberg-tm trademark as set forth in paragraphs 1.E.8 or
+1.E.9.
+
+1.E.3. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is posted
+with the permission of the copyright holder, your use and distribution
+must comply with both paragraphs 1.E.1 through 1.E.7 and any additional
+terms imposed by the copyright holder. Additional terms will be linked
+to the Project Gutenberg-tm License for all works posted with the
+permission of the copyright holder found at the beginning of this work.
+
+1.E.4. Do not unlink or detach or remove the full Project Gutenberg-tm
+License terms from this work, or any files containing a part of this
+work or any other work associated with Project Gutenberg-tm.
+
+1.E.5. Do not copy, display, perform, distribute or redistribute this
+electronic work, or any part of this electronic work, without
+prominently displaying the sentence set forth in paragraph 1.E.1 with
+active links or immediate access to the full terms of the Project
+Gutenberg-tm License.
+
+1.E.6. You may convert to and distribute this work in any binary,
+compressed, marked up, nonproprietary or proprietary form, including any
+word processing or hypertext form. However, if you provide access to or
+distribute copies of a Project Gutenberg-tm work in a format other than
+"Plain Vanilla ASCII" or other format used in the official version
+posted on the official Project Gutenberg-tm web site (www.gutenberg.org),
+you must, at no additional cost, fee or expense to the user, provide a
+copy, a means of exporting a copy, or a means of obtaining a copy upon
+request, of the work in its original "Plain Vanilla ASCII" or other
+form. Any alternate format must include the full Project Gutenberg-tm
+License as specified in paragraph 1.E.1.
+
+1.E.7. Do not charge a fee for access to, viewing, displaying,
+performing, copying or distributing any Project Gutenberg-tm works
+unless you comply with paragraph 1.E.8 or 1.E.9.
+
+1.E.8. You may charge a reasonable fee for copies of or providing
+access to or distributing Project Gutenberg-tm electronic works provided
+that
+
+- You pay a royalty fee of 20% of the gross profits you derive from
+ the use of Project Gutenberg-tm works calculated using the method
+ you already use to calculate your applicable taxes. The fee is
+ owed to the owner of the Project Gutenberg-tm trademark, but he
+ has agreed to donate royalties under this paragraph to the
+ Project Gutenberg Literary Archive Foundation. Royalty payments
+ must be paid within 60 days following each date on which you
+ prepare (or are legally required to prepare) your periodic tax
+ returns. Royalty payments should be clearly marked as such and
+ sent to the Project Gutenberg Literary Archive Foundation at the
+ address specified in Section 4, "Information about donations to
+ the Project Gutenberg Literary Archive Foundation."
+
+- You provide a full refund of any money paid by a user who notifies
+ you in writing (or by e-mail) within 30 days of receipt that s/he
+ does not agree to the terms of the full Project Gutenberg-tm
+ License. You must require such a user to return or
+ destroy all copies of the works possessed in a physical medium
+ and discontinue all use of and all access to other copies of
+ Project Gutenberg-tm works.
+
+- You provide, in accordance with paragraph 1.F.3, a full refund of any
+ money paid for a work or a replacement copy, if a defect in the
+ electronic work is discovered and reported to you within 90 days
+ of receipt of the work.
+
+- You comply with all other terms of this agreement for free
+ distribution of Project Gutenberg-tm works.
+
+1.E.9. If you wish to charge a fee or distribute a Project Gutenberg-tm
+electronic work or group of works on different terms than are set
+forth in this agreement, you must obtain permission in writing from
+both the Project Gutenberg Literary Archive Foundation and Michael
+Hart, the owner of the Project Gutenberg-tm trademark. Contact the
+Foundation as set forth in Section 3 below.
+
+1.F.
+
+1.F.1. Project Gutenberg volunteers and employees expend considerable
+effort to identify, do copyright research on, transcribe and proofread
+public domain works in creating the Project Gutenberg-tm
+collection. Despite these efforts, Project Gutenberg-tm electronic
+works, and the medium on which they may be stored, may contain
+"Defects," such as, but not limited to, incomplete, inaccurate or
+corrupt data, transcription errors, a copyright or other intellectual
+property infringement, a defective or damaged disk or other medium, a
+computer virus, or computer codes that damage or cannot be read by
+your equipment.
+
+1.F.2. LIMITED WARRANTY, DISCLAIMER OF DAMAGES - Except for the "Right
+of Replacement or Refund" described in paragraph 1.F.3, the Project
+Gutenberg Literary Archive Foundation, the owner of the Project
+Gutenberg-tm trademark, and any other party distributing a Project
+Gutenberg-tm electronic work under this agreement, disclaim all
+liability to you for damages, costs and expenses, including legal
+fees. YOU AGREE THAT YOU HAVE NO REMEDIES FOR NEGLIGENCE, STRICT
+LIABILITY, BREACH OF WARRANTY OR BREACH OF CONTRACT EXCEPT THOSE
+PROVIDED IN PARAGRAPH 1.F.3. YOU AGREE THAT THE FOUNDATION, THE
+TRADEMARK OWNER, AND ANY DISTRIBUTOR UNDER THIS AGREEMENT WILL NOT BE
+LIABLE TO YOU FOR ACTUAL, DIRECT, INDIRECT, CONSEQUENTIAL, PUNITIVE OR
+INCIDENTAL DAMAGES EVEN IF YOU GIVE NOTICE OF THE POSSIBILITY OF SUCH
+DAMAGE.
+
+1.F.3. LIMITED RIGHT OF REPLACEMENT OR REFUND - If you discover a
+defect in this electronic work within 90 days of receiving it, you can
+receive a refund of the money (if any) you paid for it by sending a
+written explanation to the person you received the work from. If you
+received the work on a physical medium, you must return the medium with
+your written explanation. The person or entity that provided you with
+the defective work may elect to provide a replacement copy in lieu of a
+refund. If you received the work electronically, the person or entity
+providing it to you may choose to give you a second opportunity to
+receive the work electronically in lieu of a refund. If the second copy
+is also defective, you may demand a refund in writing without further
+opportunities to fix the problem.
+
+1.F.4. Except for the limited right of replacement or refund set forth
+in paragraph 1.F.3, this work is provided to you 'AS-IS' WITH NO OTHER
+WARRANTIES OF ANY KIND, EXPRESS OR IMPLIED, INCLUDING BUT NOT LIMITED TO
+WARRANTIES OF MERCHANTIBILITY OR FITNESS FOR ANY PURPOSE.
+
+1.F.5. Some states do not allow disclaimers of certain implied
+warranties or the exclusion or limitation of certain types of damages.
+If any disclaimer or limitation set forth in this agreement violates the
+law of the state applicable to this agreement, the agreement shall be
+interpreted to make the maximum disclaimer or limitation permitted by
+the applicable state law. The invalidity or unenforceability of any
+provision of this agreement shall not void the remaining provisions.
+
+1.F.6. INDEMNITY - You agree to indemnify and hold the Foundation, the
+trademark owner, any agent or employee of the Foundation, anyone
+providing copies of Project Gutenberg-tm electronic works in accordance
+with this agreement, and any volunteers associated with the production,
+promotion and distribution of Project Gutenberg-tm electronic works,
+harmless from all liability, costs and expenses, including legal fees,
+that arise directly or indirectly from any of the following which you do
+or cause to occur: (a) distribution of this or any Project Gutenberg-tm
+work, (b) alteration, modification, or additions or deletions to any
+Project Gutenberg-tm work, and (c) any Defect you cause.
+
+
+Section 2. Information about the Mission of Project Gutenberg-tm
+
+Project Gutenberg-tm is synonymous with the free distribution of
+electronic works in formats readable by the widest variety of computers
+including obsolete, old, middle-aged and new computers. It exists
+because of the efforts of hundreds of volunteers and donations from
+people in all walks of life.
+
+Volunteers and financial support to provide volunteers with the
+assistance they need are critical to reaching Project Gutenberg-tm's
+goals and ensuring that the Project Gutenberg-tm collection will
+remain freely available for generations to come. In 2001, the Project
+Gutenberg Literary Archive Foundation was created to provide a secure
+and permanent future for Project Gutenberg-tm and future generations.
+To learn more about the Project Gutenberg Literary Archive Foundation
+and how your efforts and donations can help, see Sections 3 and 4
+and the Foundation web page at https://www.pglaf.org.
+
+
+Section 3. Information about the Project Gutenberg Literary Archive
+Foundation
+
+The Project Gutenberg Literary Archive Foundation is a non profit
+501(c)(3) educational corporation organized under the laws of the
+state of Mississippi and granted tax exempt status by the Internal
+Revenue Service. The Foundation's EIN or federal tax identification
+number is 64-6221541. Its 501(c)(3) letter is posted at
+https://pglaf.org/fundraising. Contributions to the Project Gutenberg
+Literary Archive Foundation are tax deductible to the full extent
+permitted by U.S. federal laws and your state's laws.
+
+The Foundation's principal office is located at 4557 Melan Dr. S.
+Fairbanks, AK, 99712., but its volunteers and employees are scattered
+throughout numerous locations. Its business office is located at
+809 North 1500 West, Salt Lake City, UT 84116, (801) 596-1887, email
+business@pglaf.org. Email contact links and up to date contact
+information can be found at the Foundation's web site and official
+page at https://pglaf.org
+
+For additional contact information:
+ Dr. Gregory B. Newby
+ Chief Executive and Director
+ gbnewby@pglaf.org
+
+
+Section 4. Information about Donations to the Project Gutenberg
+Literary Archive Foundation
+
+Project Gutenberg-tm depends upon and cannot survive without wide
+spread public support and donations to carry out its mission of
+increasing the number of public domain and licensed works that can be
+freely distributed in machine readable form accessible by the widest
+array of equipment including outdated equipment. Many small donations
+($1 to $5,000) are particularly important to maintaining tax exempt
+status with the IRS.
+
+The Foundation is committed to complying with the laws regulating
+charities and charitable donations in all 50 states of the United
+States. Compliance requirements are not uniform and it takes a
+considerable effort, much paperwork and many fees to meet and keep up
+with these requirements. We do not solicit donations in locations
+where we have not received written confirmation of compliance. To
+SEND DONATIONS or determine the status of compliance for any
+particular state visit https://pglaf.org
+
+While we cannot and do not solicit contributions from states where we
+have not met the solicitation requirements, we know of no prohibition
+against accepting unsolicited donations from donors in such states who
+approach us with offers to donate.
+
+International donations are gratefully accepted, but we cannot make
+any statements concerning tax treatment of donations received from
+outside the United States. U.S. laws alone swamp our small staff.
+
+Please check the Project Gutenberg Web pages for current donation
+methods and addresses. Donations are accepted in a number of other
+ways including including checks, online payments and credit card
+donations. To donate, please visit: https://pglaf.org/donate
+
+
+Section 5. General Information About Project Gutenberg-tm electronic
+works.
+
+Professor Michael S. Hart was the originator of the Project Gutenberg-tm
+concept of a library of electronic works that could be freely shared
+with anyone. For thirty years, he produced and distributed Project
+Gutenberg-tm eBooks with only a loose network of volunteer support.
+
+
+Project Gutenberg-tm eBooks are often created from several printed
+editions, all of which are confirmed as Public Domain in the U.S.
+unless a copyright notice is included. Thus, we do not necessarily
+keep eBooks in compliance with any particular paper edition.
+
+
+Most people start at our Web site which has the main PG search facility:
+
+ https://www.gutenberg.org
+
+This Web site includes information about Project Gutenberg-tm,
+including how to make donations to the Project Gutenberg Literary
+Archive Foundation, how to help produce our new eBooks, and how to
+subscribe to our email newsletter to hear about new eBooks.
+
+
+</pre>
+
+</body>
+</html>
diff --git a/LICENSE.txt b/LICENSE.txt
new file mode 100644
index 0000000..6312041
--- /dev/null
+++ b/LICENSE.txt
@@ -0,0 +1,11 @@
+This eBook, including all associated images, markup, improvements,
+metadata, and any other content or labor, has been confirmed to be
+in the PUBLIC DOMAIN IN THE UNITED STATES.
+
+Procedures for determining public domain status are described in
+the "Copyright How-To" at https://www.gutenberg.org.
+
+No investigation has been made concerning possible copyrights in
+jurisdictions other than the United States. Anyone seeking to utilize
+this eBook outside of the United States should confirm copyright
+status under the laws that apply to them.
diff --git a/README.md b/README.md
new file mode 100644
index 0000000..7233445
--- /dev/null
+++ b/README.md
@@ -0,0 +1,2 @@
+Project Gutenberg (https://www.gutenberg.org) public repository for
+eBook #34079 (https://www.gutenberg.org/ebooks/34079)