summaryrefslogtreecommitdiff
path: root/28014-h/28014-h.htm
diff options
context:
space:
mode:
authorRoger Frank <rfrank@pglaf.org>2025-10-15 02:37:02 -0700
committerRoger Frank <rfrank@pglaf.org>2025-10-15 02:37:02 -0700
commit90b68e67e4c1ace10981372599c4703383413c2f (patch)
treeee87925149c18d5c60b43405ec5d4ba42c2f1a5b /28014-h/28014-h.htm
initial commit of ebook 28014HEADmain
Diffstat (limited to '28014-h/28014-h.htm')
-rw-r--r--28014-h/28014-h.htm6673
1 files changed, 6673 insertions, 0 deletions
diff --git a/28014-h/28014-h.htm b/28014-h/28014-h.htm
new file mode 100644
index 0000000..14a830f
--- /dev/null
+++ b/28014-h/28014-h.htm
@@ -0,0 +1,6673 @@
+<!DOCTYPE html PUBLIC "-//W3C//DTD XHTML 1.0 Strict//EN"
+ "http://www.w3.org/TR/xhtml1/DTD/xhtml1-strict.dtd">
+
+<html xmlns="http://www.w3.org/1999/xhtml">
+ <head>
+ <meta http-equiv="Content-Type" content="text/html;charset=utf-8" />
+ <title>
+ The Project Gutenberg eBook of Jeden Miesiąc Życia, by Jan Sten.
+ </title>
+ <style type="text/css">
+/*<![CDATA[ XML blockout */
+<!--
+ p { margin-top: .75em;
+ text-align: justify;
+ margin-bottom: .75em;
+ }
+ h1,h2,h3,h4,h5,h6 {
+ text-align: center; /* all headings centered */
+ clear: both;
+ }
+ hr { width: 33%;
+ margin-top: 2em;
+ margin-bottom: 2em;
+ margin-left: auto;
+ margin-right: auto;
+ clear: both;
+ }
+
+ table {margin-left: auto; margin-right: auto;}
+
+ body{margin-left: 10%;
+ margin-right: 10%;
+ }
+
+ .pagenum { /* uncomment the next line for invisible page numbers */
+ /* visibility: hidden; */
+ position: absolute;
+ left: 92%;
+ font-size: smaller;
+ text-align: right;
+ } /* page numbers */
+
+ .linenum {position: absolute; top: auto; left: 4%;} /* poetry number */
+ .blockquot{margin-left: 5%; margin-right: 10%;}
+ .sidenote {width: 20%; padding-bottom: .5em; padding-top: .5em;
+ padding-left: .5em; padding-right: .5em; margin-left: 1em;
+ float: right; clear: right; margin-top: 1em;
+ font-size: smaller; color: black; background: #eeeeee; border: dashed 1px;}
+
+ .bb {border-bottom: solid 2px;}
+ .bl {border-left: solid 2px;}
+ .bt {border-top: solid 2px;}
+ .br {border-right: solid 2px;}
+ .bbox {border: solid 2px;}
+
+ .center {text-align: center;}
+ .smcap {font-variant: small-caps;}
+ .u {text-decoration: underline;}
+
+ .caption {font-weight: bold;}
+
+ .figcenter {margin: auto; text-align: center;}
+
+ .figleft {float: left; clear: left; margin-left: 0; margin-bottom: 1em; margin-top:
+ 1em; margin-right: 1em; padding: 0; text-align: center;}
+
+ .figright {float: right; clear: right; margin-left: 1em; margin-bottom: 1em;
+ margin-top: 1em; margin-right: 0; padding: 0; text-align: center;}
+
+ .footnotes {border: dashed 1px;}
+ .footnote {margin-left: 10%; margin-right: 10%; font-size: 0.9em;}
+ .footnote .label {position: absolute; right: 84%; text-align: right;}
+ .fnanchor {vertical-align: super; font-size: .8em; text-decoration: none;}
+
+ .poem {margin-left:10%; margin-right:10%; text-align: left;}
+ .poem br {display: none;}
+ .poem .stanza {margin: 1em 0em 1em 0em;}
+ .poem span.i0 {display: block; margin-left: 0em; padding-left: 3em; text-indent: -3em;}
+ .poem span.i2 {display: block; margin-left: 2em; padding-left: 3em; text-indent: -3em;}
+ .poem span.i4 {display: block; margin-left: 4em; padding-left: 3em; text-indent: -3em;}
+
+ .ins, a.ins {color:#111; text-decoration: none; border-bottom: 1px dashed #039; }
+ .cor {color:#111; }
+ .tnote { width: 34em;
+ border: 1px dashed #808080;
+ background-color: #f6f6f6;
+ text-align: justify;
+ padding: 0.5em;
+ margin: 80px auto 80px auto;
+ }
+
+
+ // -->
+ /* XML end ]]>*/
+ </style>
+ </head>
+<body>
+
+
+<pre>
+
+The Project Gutenberg EBook of Jeden miesiac zycia, by Jan Sten
+
+This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with
+almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or
+re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included
+with this eBook or online at www.gutenberg.org
+
+
+Title: Jeden miesiac zycia
+ utwory proza
+
+Author: Jan Sten
+
+Release Date: February 7, 2009 [EBook #28014]
+
+Language: Polish
+
+Character set encoding: UTF-8
+
+*** START OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK JEDEN MIESIAC ZYCIA ***
+
+
+
+
+Produced by Jimmy O'Regan, Ewa Jaros and the Online
+Distributed Proofreading Team at http://dp.rastko.net
+
+
+
+
+
+
+</pre>
+
+
+
+
+<h3>JAN STEN</h3>
+
+<h1>JEDEN MIESIĄC
+ŻYCIA</h1>
+
+<p style="text-align: center;">UTWORY PROZĄ:</p>
+
+<p style="text-align: center;">JEDEN MIESIĄC ŻYCIA. HAMLET. PRZYSIĘGŁY.
+SPOTKANIE. W PEŁNEM SŁOŃCU. PIERWSZY
+WIERSZ. TRZY DUSZE.</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p>
+<span style="margin-left: 2em;">KRAK&Oacute;W</span><br />
+<span style="margin-left: 2em;">NAKŁADEM WYDAWNICTWA KRYTYKI</span><br />
+<span style="margin-left: 2em;">SKŁAD GŁ&Oacute;WNY GEBETHNER I S-KA</span><br />
+<span style="margin-left: 2em;">1900</span><br />
+</p>
+
+
+<hr style="width: 65%;" />
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_1" id="Str_1">[Str. 1]</a></span></p>
+
+<h2><a name="JEDEN_MIESIAC_ZYCIA" id="JEDEN_MIESIAC_ZYCIA"></a>JEDEN MIESIĄC ŻYCIA.</h2>
+<hr style="width: 65%;" />
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_3" id="Str_3">[Str. 3]</a></span></p>
+
+<h3>Jeden miesiąc życia.</h3>
+
+
+<p style="text-align: right;"><i>Paryż, dnia 10 grudnia.</i></p>
+
+<p>Kochana Wandziu, nie pisałem do Ciebie
+przez kilka pierwszych dni po przyjeździe; spodziewam
+się, że nie masz mi tego za złe i rozumiesz,
+żem doprawdy czasu na listy nie miał.
+Chodziłem już ogromnie dużo i pobieżnie zwiedziłem
+prawie całe miasto. Nie będę Ci tego
+opisywał, bo wiesz, że nie lubię się nad takiemi
+rzeczami rozwodzić. Od dw&oacute;ch dni jestem
+zainternowany w domu, bo przyplątał mi
+się ohydny katar z b&oacute;lem głowy i całym szeregiem
+innych roskoszy; wszystkiemu winien
+tutejszy miły klimat. Kiedym przyjechał przed
+tygodniem, było coś koło 0&deg;, p&oacute;źniej nagle podskoczyło
+do 20&deg; i jest znowu najzupełniejsza
+wiosna. Uwięzienie w domu jest mi tem przykrzejsze,
+że mieszkam dotąd u Turskiego, a jego
+pokoik jest tak mały, iż trudno się we dw&oacute;ch
+tutaj obr&oacute;cić. Rozumiesz, jak to drażni, gdy za
+każdym ruchem w dosłownem znaczeniu tego
+<span class='pagenum'><a name="Str_4" id="Str_4">[Str. 4]</a></span>
+słowa trzeba o coś potrącać; a mebli zn&oacute;w nie
+jest tak wiele: ł&oacute;żko, st&oacute;ł, p&oacute;łka na książki,
+umywalnia i nieodzowny tu zawsze kominek&mdash;marmurowy,
+szykowny,&mdash;na kt&oacute;rym się nigdy
+nb. nie pali.</p>
+
+<p>Turski nie wiele się zmienił od tego czasu,
+kiedy przychodził do mnie w Warszawie. Nie
+ur&oacute;sł, nie zmężniał, taksamo zawsze łagodny
+i spokojny, że tą powagą do rozpaczy przyprowadzić
+może. Zastałem go w usposobieniu
+o wiele weselszem, niż to z jego list&oacute;w wnosić
+można było. Sądzę, że dużo przesadzał, choć
+doprawdy bieda rzeczywiście dawała mu się
+we znaki. Czy miał jakie inne zgryzoty jeszcze,
+nie wiem. Kilkoletnie oddalenie okropnie nas
+rozłączyło jednak: stosunki są najprzyjaźniejsze,
+ale skrępowane jakieś i sztuczne. Ostatecznie,
+może mi się tylko źle zdaje i z biegiem
+czasu przyzwyczaimy się do siebie, choć wątpię,
+czy dojdziemy kiedykolwiek do takiej zażyłości,
+w jakiej byłem w ostatnich czasach z Bolesławem.
+Oczywiście, ten nie pisał do mnie i nie wiem
+zupełnie, co się z nim dzieje.</p>
+
+<p>Z dawnych znajomych pr&oacute;cz Turskiego jest
+tu jeszcze Poliński; przyjechał coś miesiąc przedemną
+i miał już zabrać się do pracy, ale nic
+nie robi dotąd; chodzi po mieście i uczy się
+niby po francusku. Poznałem kilka os&oacute;b nowych,
+przeważnie student&oacute;w, kt&oacute;rzy się stołują w tej
+<span class='pagenum'><a name="Str_5" id="Str_5">[Str. 5]</a></span>
+samej, co my restauracyi&mdash;nb. podłej, kt&oacute;ra
+tylko dla tego do cna nas nie struje, że daje
+porcye mikroskopowo-homeopatyczne. Byliśmy
+też z wizytą u dw&oacute;ch &raquo;koleżanek&laquo;&mdash;ma to
+pewien sw&oacute;j urok, choć o tej szpetocie, nie
+widząc, trudno mieć pojęcie. Te, kt&oacute;rych nie
+znam jeszcze, mają być nie lepsze.</p>
+
+<p>Wobec stanu mego nosa i gardła, nie wiem,
+czy uda mi się wziąć do roboty przed Nowym
+Rokiem. Turski opowiada mi niestworzone rzeczy
+o trudnościach, kt&oacute;re przezwyciężyć trzeba,
+aby się gdziekolwiekbądź dostać; taki ma być
+natłok po wszystkich pracowniach. Pewno przesadza,
+jak zawsze. Chociaż do nauki Paryż nie
+jest stosownem miejscem&mdash;zwłaszcza dla nas
+barbarzyńc&oacute;w. Taki tu wir, gwar, taka moc
+rzeczy nowych, kt&oacute;rych się nie widziało, takie
+mn&oacute;stwo rozrywek, znajomości, że trzeba żelaznej
+woli, aby nad sobą odrazu zapanować
+i do pracy się zaprzągnąć. Zdaje się, że moja
+&raquo;żelazna&laquo; wola będzie pochodziła z braku &raquo;złotej&laquo;
+monety. Niestety, tylko takie alchemiczne
+cuda dziś się dzieją. A Paryż jest drogi piekielnie.
+Tu się czuje ten dreszcz złota.</p>
+
+<p>&mdash;Muszę urwać ten list, bo przyszedł właśnie
+Turski z Polińskim i postanowili mię wyciągnąć
+z wizytą do jakiejś nowej koleżanki,
+kt&oacute;ra przed tygodniem tu przybyła z Lublina;
+mieszka jeszcze na drugim końcu Paryża na
+<span class='pagenum'><a name="Str_6" id="Str_6">[Str. 6]</a></span>
+Montmartre. Turski zaręcza, że podr&oacute;ż na
+Montmartre jest najlepszym środkiem na katar.
+Kończę więc&mdash;bo i tak już nic nie mam do
+doniesienia i proszę Cię, abyś odpisała natychmiast.</p>
+
+<p style="margin-left: 4em;">Tw&oacute;j brat</p>
+
+<p style="margin-left: 6em;"><i>Jan</i>.</p>
+
+<p>Adres: Rue de la Sorbonne 5.</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 12 grudnia.</i></p>
+
+<p>Nie rozumiem, czemu się Turski tak zachwycał
+tą lubelską koleżanką. Zdaje się, że szło
+mu o to, aby mię wyciągnąć z domu i samemu
+p&oacute;źniej nie wracać. Wcale nie jest ładna, choć
+rzeczywiście ma miłą, dobrą twarz, a że jest
+samotna jeszcze i nie ma znajomych, przyjmuje
+nas z otwartemi ramionami. Byliśmy tam i wczoraj,
+gdyż ona lęka się chodzić po Paryżu sama,
+choć umie nieźle po francusku. Oprowadzaliśmy
+ją po mieście, i to byłoby znośne, gdyby nie
+trwało zbyt długo. Zabawna dziewczyna: przyjechała
+niby studyować medycynę; zaprowadziliśmy
+więc ją najpierw do szkoły medycznej,
+do prosektoryum. Rzeczywiście panuje tam
+straszny zaduch, bo sala jest mała i źle przewietrzana.
+Stoły drewniane i niepodobna nigdy
+porządnie ich oczyścić. Rozćwiertowany trup
+sprawił na niej tak straszne wrażenie, że trzeba
+<span class='pagenum'><a name="Str_7" id="Str_7">[Str. 7]</a></span>
+ją było czemprędzej wyprowadzić. Przez kilka
+godzin nie mogła się uspokoić. Postanowiła też
+odrazu, że porzuci medycynę i przeniesie się
+do Sorbonny na nauki przyrodnicze. Ja radziłem
+jej, żeby się wstrzymała z zapisem, bo panieńskim
+zwyczajem skończy zapewne na literaturze.</p>
+
+<p>Jutro, jako człowiek jeszcze bez zajęcia,
+um&oacute;wiłem się, że p&oacute;jdę z nią załatwiać sprawunki.
+Musimy wyszukać nowe mieszkanie dla
+niej w dzielnicy studenckiej, kupić meble i tysiące
+innych drobiazg&oacute;w. Nie miałem wielkiej
+ochoty na ten spacer, bo niewiele mam już
+pieniędzy, ale niepodobna było się wym&oacute;wić.</p>
+
+
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 16 grudnia.</i></p>
+
+<p>Dobrze, że Turskiego nie było już w domu,
+kiedym powr&oacute;cił. Byłby to koniec naszej znajomości
+i przyjaźni. Jestem na niego tak zły,
+że gdybym się nie wstydził sam siebie, wyrządziłbym
+mu chętnie jaką przykrość. Zły jestem
+tem więcej, że ta cała tak drobna w istocie
+rzeczy sprawa, tak mocno mię obeszła. Do
+wielu zawod&oacute;w przybył jeszcze jeden; dlaczeg&oacute;ż
+ten właśnie gniewa mię więcej od innych?
+Trzeba raz na zawsze pamiętać, że wyzysk
+jest pierwotną zasadniczą formą, w kt&oacute;rej
+się odciskają wszystkie na świecie stosunki.</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_8" id="Str_8">[Str. 8]</a></span>
+Zimne ciało pochłania z gorętszego ciepło,
+elektryczny ładunek znika rozszarpany przez
+sąsiad&oacute;w. Tu rabunek trwa jedną chwilę; ale
+wśr&oacute;d ludzi, kt&oacute;rzy sami mogą się nanowo
+rozgrzewać i elektryzować, wyzysk ten przeciąga
+się żywiołowo, bez końca. Jakikolwiek
+stosunek wziąć, zawsze jedna strona kocha
+więcej, druga więcej korzysta. Tak chce fizyka.</p>
+
+<p>Tylko po co ten fałsz: narzekania w listach,
+skargi na samotność duchową, prośby, abym
+przyjechał. Dlaczego kłamać przed innymi
+i przed sobą, dlaczego łudzić się nazwami uczuć,
+kt&oacute;rych nie ma? Gdyby nie nazwy, kt&oacute;re są
+symbolami, uczucia nasze nie r&oacute;żniłyby się
+wiele od uczuć ślimaka lub pająka.</p>
+
+<p>Wczoraj nie miałem najmniejszej ochoty wychodzić
+wieczorem po obiedzie. Niezupełnie pozbyłem
+się jeszcze b&oacute;lu głowy. Chciałem zresztą
+pom&oacute;wić trochę z Turskim, bo w istocie
+rzeczy nie wiem, co on robi, nad czem pracuje,
+jakie są jego plany. Tymczasem Turski uparł
+się koniecznie, aby iść odwiedzić Zaleską, tę
+nową lubelską koleżankę&mdash;&raquo;bo ona jest sama
+i potrzebuje życzliwej opieki i towarzystwa&laquo;.
+Namawiałem go, żeby został, ale on uparł się
+dlatego, że z &raquo;zasady nie zmienia swych postanowień&laquo;.
+Czy taki koźli up&oacute;r nie może do
+rozpaczy doprowadzić? Naturalnie i ja się zaciąłem,
+dysputa stała się ostrą. Turski wyszedł,</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_9" id="Str_9">[Str. 9]</a></span>
+trzasnąwszy drzwiami, a ja zostałem sam. Byłem
+tak zirytowany kł&oacute;tnią, że niepodobna mi
+było czemkolwiek się zająć; zresztą, jak czytać
+przy lampie, w kt&oacute;rej zabrakło nafty! Ogarnęła
+mię taka złość, jakgdyby Turski naumyślnie
+był mię zostawił bez światła. Położyłem się na
+ł&oacute;żku, lecz nawet z b&oacute;lem głowy niepodobna
+zasnąć o dziewiątej. Cisza jest tu straszna, bo
+okno wychodzi na podw&oacute;rze, a w domach francuskich
+ogromnie spokoju pilnują. Tuż obok
+huczy gwarem i krzykiem Boul-Mich, a w tym
+pokoju nawet mysz nie zaskrobie. Zdjął mię
+jakiś niemiły lęk, dziwne wrażenie, kt&oacute;re obiega
+po całej sk&oacute;rze i zewsząd w głąb się przeciska.</p>
+
+<p>Zdawało mi się, że lada chwila drzwi się
+usuną i będzie można spojrzeć w ciemny, długi
+korytarz, w kt&oacute;rym zwykle okropny przeciąg
+wieje. Gdziekolwiekbądź pr&oacute;bowałem patrzeć,
+po chwili musiałem zwracać oczy, aby się
+przekonać, że drzwi są jeszcze&mdash;choć czyniłem
+to bez strachu. I znosić to wszystko dlatego,
+że Turskiemu podobało <a class="ins" href="#tnote_1" name="tAnchor_1" title="sie">się</a> odwiedzać
+na Montmartre głupią pannę i wypalać naftę
+do ostatniej kropli!!</p>
+
+<p>Nie mogłem wytrzymać dłużej w mieszkaniu
+i wyszedłem na miasto. Wszędzie tłok i wrzawa,
+kawiarnie przepełnione; mimo chłodnego wieczoru
+wszyscy siedzą na ulicy, wszędzie porozstawiane
+stoliki, między kt&oacute;rymi przesuwać
+<span class='pagenum'><a name="Str_10" id="Str_10">[Str. 10]</a></span>
+się trzeba. Doszedłem do Sekwany, przyglądałem
+się r&oacute;żnobarwnym światełkom nanizanym,
+jak paciorki, na jej brzegi, ale rozdrażniała mię
+ta ciemność i zawr&oacute;ciłem na Boul-Mich. Chodziłem
+bez celu znudzony i zły na samotność,
+kt&oacute;rą najgorzej odczuwa się w tłumie. Wreszcie
+po jedynastej spotkałem Polińskiego: wracał
+z Folies Berg&eacute;res; był zachwycony, bo widział
+wystawę przepysznych ciał, kt&oacute;re przecież nie
+jemu się dostaną. Ale przeciętny człowiek jest
+już z urodzenia altruistą i gdy nie ma własnej,
+cieszy się rozkoszą cudzą. Przecież gdyby radość
+bliźniego nas bolała, to w takim Paryżu,
+gdzie jest tyle do wzięcia, że ciągle czegoś sobie
+odmawiać trzeba&mdash;jutro nie byłoby nic,
+pr&oacute;cz mordu i pożogi. Poliński nie był jednak
+<a class="ins" href="#tnote_2" name="tAnchor_2" title="doskonanym">doskonałym</a> altruistą, bo zapragnął czegoś i dla
+siebie i nam&oacute;wił mię, abyśmy poszli &raquo;na piwo&laquo;
+do Caf&eacute; d'Harcourt. Mn&oacute;stwo student&oacute;w i drugie
+tyle dziewczyn &raquo;&eacute;tudiantes&laquo;, nb. o wiele ładniejszych
+od tych prawdziwych &raquo;studentek&laquo;, kt&oacute;rych
+my do Paryża dostarczamy... Poliński odnalazł
+jakąś znajomą swoją Jeanne, ta sprowadziła
+swą koleżankę &raquo;Gabrielle&laquo; i zaczęliśmy się
+bawić&mdash;po francusku t. j. gadać tysiące głupstw
+w mniej lub więcej swobodnej pozie, popijając
+kufelkiem piwa. Potem biegaliśmy po bulwarze,
+śpiewając: &raquo;ce n'est pas de la merde &ccedil;a, c'est
+du chocolat&laquo;, potem rozeszliśmy się parami...
+<span class='pagenum'><a name="Str_11" id="Str_11">[Str. 11]</a></span>
+Potem wr&oacute;ciliśmy do dom&oacute;w każdy oddzielnie,
+unosząc wspomnienie, a zostawiając dwa luidory,
+kt&oacute;re nas &raquo;cet amour&laquo; kosztował. &raquo;Cet
+amour&laquo; gdyż to tutaj w potocznym języku nazywa
+się miłością; taksamo jak to, co u nas
+jest ordynarnem przekleństwem, tutaj zwie się
+&raquo;pocałunkiem&laquo;. To jest potęga kultury, ale my
+barbarzyńcy tak nie umiemy się bawić. Tak
+długo śpiewano nam o świętości uczucia, że
+przynajmniej rozpusta musi być dla nas dzikszą,
+bardziej szaloną i bardziej rozpasaną. Cośmy wyprawiali
+w Warszawie z tą Mańką modelką... I bawić
+się na trzeźwo&mdash;nie umiemy także, a tu się
+nie upija nikt.</p>
+
+<p>Gabrielie jest wcale przystojna, i gdybym
+był więcej zmysłowy, powinienbym być zadowolony
+z tej świeżej znajomości. Wątpię jednak,
+czy ją odnowię, bo... cena. Wobec tego,
+co ma przeciętny student-Francuz, my jesteśmy
+nędzarzami.</p>
+
+<p>Tymczasem korzystam z nieobecności Turskiego,
+aby zapakować rzeczy i książki,
+bo dziś lub najdalej jutro chcę stanowczo od
+niego się wyprowadzić. Gdybym to robił przy
+nim, zacząłby mię napewne zatrzymywać, boby
+mu się zdawało, że jestem zagniewany i nic
+chcę dłużej jego gościnności. Ostatecznie miałby
+może racyę, ale nie chcę, aby to po mnie
+poznał. Właściwie są to tylko drobnostki: nie rozumiemy
+<span class='pagenum'><a name="Str_12" id="Str_12">[Str. 12]</a></span>
+się już tak, jakeśmy się rozumieli
+i znali dawniej; oto cała sprawa.</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 18 grudnia</i>.</p>
+
+<p>Przechodząc koło Sorbonny, spotkałem wczoraj
+Zaleską. Robiła mi wym&oacute;wki, dlaczego nie
+byłem u niej razem z Turskim. Pytała o Turskiego,
+ale nie mogłem jej nic <a class="ins" href="#tnote_3" name="tAnchor_3" title="powiedzizć">powiedzieć</a>, gdyż
+wyprowadziłem się od niego jeszcze dzień przedtem,
+i od tej chwili go nie widziałem. Zaproponowała
+mi, aby p&oacute;jść z nią do teatru, bo
+jest już p&oacute;źno, a nie wie, gdzieby Władka Turskiego
+znaleźć mogła. Zgodziłem się chętnie,
+bo chciałem widzieć teatra paryskie, a sam
+długobym się namyślał, aby się na wielkie bulwary
+wybrać. Poszliśmy do Renaissance, gdzie
+grywa Sarah Bernhardt. Widziałem już niejedną
+aktorkę&mdash;i Modrzejewską i Duze, ale żadna z nich
+mierzyć się z nią nie może. Przepyszny glos:
+miękki, potoczysty, melodyjny. Mogłaby stać
+bez ruchu i m&oacute;wić tylko, a byłaby to już niepor&oacute;wnana
+gra. Najpierwsza aktorka świata.</p>
+
+<p>Moja towarzyszka, jak prawdziwe dziecko
+barbarzyńc&oacute;w, wpadła w taki zachwyt, że musiałem
+ją wciąż powstrzymywać, aby zachowywała
+się spokojnie i nie przeszkadzała sąsiadom.</p>
+
+<p>Po spuszczeniu zasłony była jakby nieprzytomna:
+<span class='pagenum'><a name="Str_13" id="Str_13">[Str. 13]</a></span>
+gwar i huk bulwarowy odurzył ją do
+reszty; niezmiernie zabawny miałem widok.
+Uparła się, żeby wziąć ją w p&oacute;ł, pod pachę,
+jak zwykle chodzi się z &raquo;etudiantkami&laquo;, i p&oacute;jść
+z nią przez bulwary. Zaprowadziłem ją do Caf&eacute;
+Riche: olśniło to ją do reszty.</p>
+
+<p>Przechadzka taka jest wcale przyjemna, przyjemniejsza
+może niż ta sama rozrywka z Gabryelą.
+Za to brak zakończenia. C&oacute;ż robić...</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;">
+<i>Dnia 19 grudnia</i>.
+</p>
+
+<p>Kochana Wandziu, list ten piszę do Ciebie
+już z nowego mieszkania; od trzech dni mieszkam
+już sam, na rue des Ecoles 1. 72. Mam
+ładny pok&oacute;; na czwartem wprawdzie piętrze,
+ale za to widok na cały plac przed Coll&egrave;ge de
+France prześliczny. Pok&oacute;j ustronny, cichy,
+doskonały do pracy, ale nie wiem zupełnie, jak
+ta praca p&oacute;jdzie. Wstęp do wszystkich bibliotek
+już uzyskałem i o ilem przejrzał pobieżnie katalogi,
+znajdę tu mn&oacute;stwo materyał&oacute;w do
+wszystkich rob&oacute;t, kt&oacute;re rozpocząłem. Zaraz po
+świętach, spr&oacute;buję zmusić się do systematycznych
+zajęć, choć nie wierzę w ich rezultat.</p>
+
+<p>Pytasz mi się, czy piszę co obecnie i czy
+wykończę tę powieść, kt&oacute;re; urywki Ci czytałem.
+Odpowiedź, znając mnie, zgadujesz dobrze.
+Niestety, nie piszę nic... pr&oacute;cz pamiętnika.
+<span class='pagenum'><a name="Str_14" id="Str_14">[Str. 14]</a></span>
+Ale pochodzi to nie tyle z braku czasu&mdash;jakeś
+wywnioskowała z pierwszego mego listu&mdash;ile
+z braku chęci, zapału i poprostu&mdash;mocy. Przechodzę
+jakieś dziwne osłabienie duchowe; chwilami
+zdaje mi się, że wszystko się rozsypuje
+we mnie; taka pr&oacute;żnia tworzy się w myślach.
+Nie wiem, czy to jest skutek tego, żem się
+wyrwał z otoczenia, w kt&oacute;rem wzrosłem i do
+kt&oacute;rego przywykłem&mdash;ale Paryż szalenie mię
+przygnębia. Tu gdzie wszystko tryska namiętnością,
+szałem, przepychem, wszystko wre,
+krąży i huczy, gdy się czuje dreszcz, kt&oacute;ry
+przenika i pali te trzy miliony istot ludzkich&mdash;wtedy
+nie można znieść tej myśli, że się nie
+ma nic, nic zupełnie. Nietylko o majątku m&oacute;wię;
+ale czem jest to wszystko, co czułem
+lub czuć mogę, wobec ogromu, co tu na ok&oacute;ł
+mnie szumi... Gdy chodzę czasem wieczorem
+po ulicach, to poczucie obcości, znikomości
+tak mię przeraża, że szarpałbym palcami
+kamień, aby rysę w nim wyżłobić, ślad jakiś,
+żem istniał.</p>
+
+<p>Dobrze, żeś mi na święta nic nie przysłała,
+bo tu jest mn&oacute;stwo utrudnień celnych, i miałbym
+tylko kłopot&oacute;w i wydatk&oacute;w bez liku. Święta
+prawdopodobnie spędzę w domu: tu nie obchodzą
+Bożego Narodzenia tak uroczyście, jak
+u nas. Na Wiliją mam dwa zaproszenia: jedno
+do panny Zaleskiej, naszej koleżanki, o kt&oacute;rej
+<span class='pagenum'><a name="Str_15" id="Str_15">[Str. 15]</a></span>
+bodaj, że ci wspominałem w uprzednim liście;
+drugie&mdash;do doktora Korzyckiego, kt&oacute;ry tu od
+dziesięciu przeszło lat jest osiedlony i zwykle
+zbiera u siebie na Wiliją towarzystwo polskie.
+Tam w każdym razie nie p&oacute;jdę, bo nie lubię
+towarzystwa zupełnie obcych ludzi. Najchętniej
+rzeczywiście zostanę w domu.</p>
+
+<p>Nie piszesz mi nic o zdrowiu swojem: zwykle
+zmiana pory roku Ci szkodzi, zwłaszcza, gdy
+przy tych słotach biegasz za lekcyami. Nie czytałem
+dawno &raquo;Kuryera&laquo;; nie wiem więc, jaka
+u was pogoda. Tu wiosna bez ustanku: sypiam
+przy otwartych oknach.</p>
+
+<p>Odpisz mi jaknajrychlej, bo jestem zawsze
+niespokojny, kiedy zbyt długo nie ma od Ciebie
+wiadomości. Pisząc zrobisz miłosierny uczynek,
+bo wierzaj mi, że Paryż nie jest dla mnie dotąd
+wcale obiecaną ziemią wesela i rozkoszy. Przypominam
+Ci nowy adres (rue des Ecoles 1. 72).</p>
+
+<p style="margin-left: 12em;">Tw&oacute;j <i>Janek</i>.</p>
+
+<p style="margin-left: 2em;">Na Wiliji będziesz u wuja?</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 21 <a class="ins" href="#tnote_4" name="tAnchor_4" title="gruduia">grudnia</a>.</i></p>
+
+<p>Po co ja wczoraj ten list do siostry wysłałem?
+Nie pamiętam już dokładnie, com napisał, ale
+napewne za dużo. Chyba po to wspominałem
+<span class='pagenum'><a name="Str_16" id="Str_16">[Str. 16]</a></span>
+jej o tem rozdrażnieniu i przygnębieniu, aby
+dręczyć to najszlachetniejsze i jedyne zapewne
+przywiązanie, kt&oacute;rego doznałem. Miłość matki
+ma w sobie zawsze coś zwierzęcego, jak przywiązanie
+samicy do płodu; miłość kochanki&mdash;to
+maniackie zaspokojenie potrzeby; miłość
+siostry dopiero jest świadomem, prawdziwie
+ludzkiem uczuciem, kt&oacute;rego żadne inne zwierzę
+nie zna, choć wszystkie płodzą się i przyjaźnią.
+Rozumiem, dla czego we wszystkich pierwotnych
+mytach ludzkości występuje zawsze
+związek brata i siostry, jako naturalne, jakby
+od przyrody samej przeznaczone stadło.</p>
+
+<p>Jestem przekonany, że list m&oacute;j zmartwi Wandę
+do żywego. Gotowa sobie B&oacute;g wie co o mnie
+wyobrażać. Ostatecznie wprawdzie nie skłamałem
+o swojem rozdrażnieniu, ale w każdym
+razie bardzo przesadziłem, bo w og&oacute;le przecież
+czas upływa mi dość przyjemnie. Jestto mała,
+obrzydliwa nikczemność, bawiąc w Paryżu,
+dręczyć biedną dziewczynę pisaniem podobnych
+list&oacute;w. Tym głupsza, że bezcelowa.</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 22 grudnia.</i></p>
+
+<p>Dziś rano przyszedł do mnie Turski po raz
+pierwszy. Przepraszał mię bardzo, że wcześniej
+przyjść nie miał czasu, gdyż przygotowywał się
+do egzaminu i nawet wieczorem przesiadywał
+<span class='pagenum'><a name="Str_17" id="Str_17">[Str. 17]</a></span>
+się do egzaminu i nawet wieczorem przesiadywał
+w bibliotece. Do naszej zwykłej restauracyi
+też nie m&oacute;gł przychodzić, gdyż musiał
+towarzyszyć Zaleskiej na obiady, a tam, gdzieśmy
+się stołowali, kobietom bywać nie wypada. Na
+tem rozmowa się urwała, gdyż właściwie nie mieliśmy
+sobie nic do powiedzenia. Wreszcie Turski
+przypomniał mi, że jestem na Wilią proszony
+do Zaleskiej, ale że za to muszę przyjść
+dziś do niej popołudniu pomagać&mdash;jako dragoman&mdash;w
+kupowaniu zapas&oacute;w, i jako tragarz&mdash;w
+przynoszeniu ich do domu. Turski
+prosił mię, abym idąc tam wstąpił po niego, gdyż
+nie mając zegarka, m&oacute;głby się łatwo zasiedzieć
+i sp&oacute;źnić. Z zachowania się Turskiego mogłem
+wnosić, iż zupełnie nie zdaje sobie sprawy, jak
+bardzo mię raził nasz dzisiejszy stosunek tak
+r&oacute;żny od dawnej przyjaźni. Rozdrażnienie moje
+tłomaczył sobie, jako kaprys wywołany kaszlem
+i katarem. I mnie dziś ten stosunek nasz mniej
+drażni, skoro rozstaliśmy się i widujemy się
+o tyle rzadziej. Ostatecznie, wszystko jedno.</p>
+
+<p>Popołudniu, wybraliśmy się, jak było um&oacute;wione,
+po sprawunki. Pierwszy raz byłem u Zaleskiej
+w jej nowem mieszkaniu, już w naszej
+dzielnicy. Przyzwyczaiła się trochę do Paryża,
+do życia tutejszego i nowych nieco
+dla niej stosunk&oacute;w koleżeńskich. Do Wilii nie
+czyni się tu wielkich przygotowań i nie ma też
+<span class='pagenum'><a name="Str_18" id="Str_18">[Str. 18]</a></span>
+w sklepach takiego niemiłosiernego tłoku, jak
+u nas: można więc było swobodnie rozmawiać.
+Jest to sympatyczna dziewczyna, zwłaszcza, że
+w niczem niepodobna do przeciętnego typu studentek.
+<i>Au phisique</i>&mdash;umie się ubrać i ma bardzo
+zręczne ruchy; <i>au moral</i>&mdash;nie ma w niej tego
+zacietrzewienia i cierpkości, słusznej może, ale
+tak niemiłej w uczących się kobietach. Chyba
+nie będzie długim gościem w Paryżu; jej za
+bardzo obojętne jest, co ma studyować,
+aby w og&oacute;le miała na seryo coś robić. Zdaje
+mi się, że przyjechała tu, aby wydobyć się
+z domu i pozbyć dawnego otoczenia. Mogę
+się mylić zresztą, bo o tem rozmawialiśmy tylko
+urywanemi zdaniami.</p>
+
+<p>Sprawunk&oacute;w zakupiliśmy tyle&mdash;niepodobna
+było Zaleską wyrwać od Potina&mdash;że trzeba
+było wziąć dor&oacute;żkę, aby odwieść wszystko do
+domu. Zaleska pojechała z Turskim, a ja zostałem,
+bo nie chciało mi się tak wcześnie
+wracać z bulwar&oacute;w na lewy brzeg. Siadłem
+przy stoliku w kawiarni niedaleko Opery i przyglądałem
+się przez kilka godzin tym tłumom,
+kt&oacute;re przesypywały się bezustanku z jednego
+końca bulwar&oacute;w na drugi. Ten tłum nie rozdrażniał
+mię tak, jak zwykle, lecz dziwnie jakoś
+kołysał, wciągał w siebie i pochłaniał. Pamiętam,
+że podobnego wrażenia doznawałem niegdyś,
+leżąc nad brzegiem morza, gdy fala, jedna za
+<span class='pagenum'><a name="Str_19" id="Str_19">[Str. 19]</a></span>
+drugą, bez ustanku, pchana wiatrem, kt&oacute;rego
+wyczuć niepodobna było, biegła na piasek z pluskiem
+i tysiącem szemrzących strumyk&oacute;w nazad
+się cofała. I tu i tam nieskończoność ruchu,
+kt&oacute;ra pociąga i znicestwia. Wr&oacute;ciłem p&oacute;źno
+w nocy.</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 23 grudnia.</i></p>
+
+<p>Zabawił mię dziś Poliński. Po obiedzie byłem
+z nim w kawiarni. W ogromnie ciężkich i zawiłych,
+jak zawsze, frazesach opowiadał mi&mdash;z
+tajemniczą miną&mdash;że mu się zdaje, jakoby
+Turski miał się do Zaleskiej, a i &raquo;ona na to,
+jak na lato&laquo;. Przestrzegał ich nawet żartobliwie
+słowami bajki:</p>
+
+<p>
+Ostrożnie dzieci, wy się źle bawicie,<br />
+Dla was jest to igraszką, tu chodzi o życie.<br />
+</p>
+
+<p>Pyszny materyał na wujaszka z tego Polińskiego!</p>
+
+<p>Poliński ogromnie lubi udawać człeka przemyślnego
+a znawcę dusz ludzkich&mdash;ale tu
+zdaje mi się, że się pomylił i puścił tylko głupią
+plotkę. Jak tam z panną, nic wiem: ani mię
+to obchodzi, ani ją znam dostatecznie, abym
+wiedział, jak się u niej słabość sercowa objawia,
+choć taki spacerek do Caf&eacute;-Riche kobiety zakochanej
+wcale nie zdradza. Ale Turskiego to
+<span class='pagenum'><a name="Str_20" id="Str_20">[Str. 20]</a></span>
+Poliński zn&oacute;w wcale nie zna. On zawsze i wszędzie
+lubił się opiekować, patronować komuś,
+jeśli sądził, że jestto potrzebne. Lubi, żeby go
+poważano i słuchano jego słowa i rady. Dlaczego
+więc i tutaj nie ma się zaopiekować,
+zwłaszcza, gdy ta opieka ma przecież swoje
+smaczne strony. W tej posusze rodaczek Zaleska
+doprawdy jest najprzystojniejsza, a wydaje
+się miłą, bo bardzo jest wdzięczna każdemu,
+kto ją odwiedza.</p>
+
+<p>Na plotkarskiej psychologii Polińskiego zarobię
+dziesięć frank&oacute;w; zabawiliśmy się bowiem
+w miłosnego totalizatora: meta&mdash;pierścionek
+zaręczynowy na palcu, czas&mdash;Wielkanoc,
+stawka&mdash;dziesięć frank&oacute;w. Szkoda, że nie
+setka.</p>
+
+<p>Poliński ma też być na Wilii u Zaleskiej.
+Będzie więc nas czworo.</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 24 grudnia.</i></p>
+
+<p>Nie miałem najmniejszej ochoty p&oacute;jść do Zaleskiej,
+a kiedym został w domu, zły jestem na
+siebie i żałuję tego. Wola moja składa się zawsze
+jakby z dw&oacute;ch poł&oacute;w, z kt&oacute;rych jedna jest zaprzeczeniem
+drugiej. Jaka połowa stanie na
+wierzchu i wysunie się jako czyn&mdash;jestto
+rzeczą przypadku, przelotnego wpływu, kt&oacute;rego
+nieraz nawet sam nie dostrzegam. Zar&oacute;wno
+<span class='pagenum'><a name="Str_21" id="Str_21">[Str. 21]</a></span>
+w drobnostkach, jak i w najważniejszych sprawach&mdash;postanowienie
+jest dla mnie męczarnią,
+kt&oacute;rej nie znam r&oacute;wnej.</p>
+
+<p>Jakbądź się stało, siedzę w domu sam, a jest
+już po dziesiątej, a więc za p&oacute;źno, żeby wyjść
+do Zaleskiej. Mogli zresztą przysłać po mnie,
+jeśli byli zaniepokojeni lub jeśli im zależało
+rzeczywiście na mojej obecności. Niechaj się
+bawią... W mieście wszystko pozamykane; nawet
+kawiarnie zaświętowały od dziewiątej. Zresztą
+codziennie mam dosyć wrzawy i gazet.</p>
+
+<p>Cisza, cisza... Wypełza z kąt&oacute;w, wylata ciężkiemi
+skrzydłami, potężnieje, nabrzmiewa, wznosi
+się jak fala i usta, oczy, głowę mi zatapia.
+Wszystkiemi szczelinami wchodzi do wnętrza
+mej istoty, rozlewa się w krwi i kościach, sączy
+się do serca, a dzwoni i huczy, jak muszla
+pusta, gdy do ucha ją przyłożyć. I nie lęka się
+ani szelestu krok&oacute;w, gdy chodzę po pokoju,
+ani szmeru kartek książki, kt&oacute;rą przerzucałem,
+ani dźwięku piosenki, kt&oacute;rą pr&oacute;bowałem nucić&mdash;ale
+wchłania je w siebie, przetrawia i w ciszę
+taką samą, niezmąconą, przemienia... Rozpacz!</p>
+
+<p>Nie chciałem iść do Zaleskiej, bo ostatecznie,
+c&oacute;ż mię z nią i tymi wszystkimi ludźmi wiąże;
+ale teraz dałbym nie wiem co, aby wyrwać
+się z tej ciszy, m&oacute;wić i słyszeć głos ludzki.</p>
+
+<p>I to jest życie, młodość? Ta ohydna pustka,
+nicość? Chciałbym raz żyć, szaleć, płonąć, chociażby
+<span class='pagenum'><a name="Str_22" id="Str_22">[Str. 22]</a></span>
+cierpieć przyszło i zginąć. Ale pragnę,
+a nie umiem tego&mdash;lub też dla mnie innych
+potrzeba rozkoszy, niż te, kt&oacute;re wszystkich
+sycą. Mam może za twardą duszę, aby ją
+zwykłe rylce rysować i rzeźbić mogły. A może
+tylko nie umiem czuć, nie umiem żyć i radować
+się życiem&mdash;bo i to jest sztuka, kt&oacute;rą
+wyssać lub kt&oacute;rej nauczyć się trzeba. Cała
+przeszłość moja prześlizgnęła się dotąd po mnie,
+jak fala po głazie, nie zostawiając w swym
+odwrocie nic, pr&oacute;cz piany i szumowin. Miałem
+może zadowolenia i radości, ale szczęścia, tego
+wielkiego słonecznego szczęścia nie widziałem nigdy.
+A wszystko inne jest surrogatem, blichtrem,
+fałszem, tylko szczęście jest pięknem i prawdą.
+A jednak... drżało mi niegdyś w rękach serce
+dziewczęce, niewymownie piękne i czyste&mdash;i
+porzuciłem je wprz&oacute;d, zanim może zdołałem
+się przesycić. Marzyłem o sztuce, o poezyi&mdash;i
+napisałem kilkadziesiąt wierszy, gdy przecież
+życic, samo życie powinno być pięknem. Żyć
+każdą iskrą krwi, każdym błyskiem duszy&mdash;to
+tylko jest sztuką.</p>
+
+<p>Tymczasem jest cisza, cisza... Minęła już
+p&oacute;łnoc, a nie nadchodzi ani sen, ani znużenie,
+nic, pr&oacute;cz ciszy.</p>
+
+<p>
+..............................................<br />
+..............................................<br />
+<span class='pagenum'><a name="Str_23" id="Str_23">[Str. 23]</a></span>
+<span style="margin-left: 7.5em;">Na niebie mojem chmury,</span><br />
+Lecz z nich nie strzelą gromy, zwiastuny złotych burz.<br />
+<span style="margin-left: 7.5em;">Ogrody moje kwitną,</span><br />
+Lecz niema fiołk&oacute;w w nich, lilij białych, ani r&oacute;ż.<br />
+<span style="margin-left: 7.5em;">Ponure moje oczy,</span><br />
+Lecz suchej ich źrenicy nie zwilży srebrna łza.<br />
+<span style="margin-left: 7.5em;">Zmęczone moje dłonie,</span><br />
+Lecz ręka, co omdlewa, nie rwała paszczy lwa.<br />
+<span style="margin-left: 7.5em;">Stęsknione moje serce,</span><br />
+Lecz w piersi rozmarzonej ohydna żądza trwa.<br />
+<span style="margin-left: 7.5em;">Pogodne moje czoło</span><br />
+Lecz w czaszce rozpalonej bezsilna rozpacz łka.<br />
+</p>
+
+<p>To prawda... lecz na cały wiecz&oacute;r męki,
+to za mało.</p>
+
+
+<p>
+Od dzisiaj zabrałem się do pracy; biblioteka
+jest otwarta i myślę przesiadywać tam codziennie
+pięć do sześciu godzin. Opracowywanie
+materyał&oacute;w w domu też pochłonie czasu
+sporo. Po za swoją pracą nie chcę o niczem
+wiedzieć, nic więcej mię tu nie powinno obchodzić.
+Życie w Paryżu może być r&oacute;wnie jednostajne,
+jak w każdem innem ludzkiem gnieździe.
+Ten gwar wielkoświatowy, umysłowe i polityczne
+prądy, całe tętno świata, kt&oacute;rego byłem
+tak ciekaw, o wiele wspanialej przedstawiają
+się zdaleka, aniżeli tu na miejscu wśr&oacute;d wrzawy
+drobnych, codziennych wypadk&oacute;w. Jak zawsze
+drzewa zasłaniają las.
+</p>
+<p>
+<span class='pagenum'><a name="Str_24" id="Str_24">[Str. 24]</a></span>
+Przyroda tak samo jak ja, zabrała się do zimowej
+pracy i osypała nas śniegiem i opadła
+mrozem, jak na Paryż, niezwykłym. Zimno, kt&oacute;re
+tu panuje zwykle w mieszkaniach, ożywia
+zawsze stosunki towarzyskie w kolonii polskiej.
+Ludzie zbierają się razem i grzeją się... ciepłem
+zwierzęcem. Dzisiaj wybieram się z Polińskim
+na wiecz&oacute;r do Łużeckiej.
+</p>
+<p>
+Wczoraj byłem u Zaleskiej, aby się wytł&oacute;maczyć,
+żem na Wilią nie przyszedł. Zaleska
+udawała zagniewaną, nie chciała słuchać wym&oacute;wek,
+powtarzając, że zrobiłem jej tylko niegrzeczny
+kaprys. Zresztą miałem za ten &raquo;kaprys&laquo;
+najwięcej żałować sam, bo bawili się
+doskonale. Poliński był zmęczony i wyszedł
+wcześniej, ale z Turskim doczekali p&oacute;łnocy.
+</p>
+<p>
+Zaleska była w og&oacute;le niezwykle wesoła i rozbawiona.
+Prosiła mię, abym zabrał ze sobą Turskiego
+i przyszedł do niej po raz drugi popołudniu&mdash;ale
+odm&oacute;wiłem, bo nie chcę zupełnie
+zacieśniać swego stosunku z Turskim więcej,
+niż jest obecnie. Najlepiej będzie, jeśli będziemy
+chodzili każden swojemi drogami.
+</p>
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 27 grudnia.</i></p>
+<p>
+Dzień dziesiejszy należy do najciekawszych
+w mojem życiu. Spotkałem Turskiego na obiedzie,
+siadł przy mnie. Przypomniałem mu, że
+<span class='pagenum'><a name="Str_25" id="Str_25">[Str. 25]</a></span>
+mamy się zejść z Polińskim i Starzewiczem
+w kawiarni wieczorem i iść razem na posiedzenie
+francuskiego towarzystwa studenckiego.
+Zaproszono nas, i chciałem bardzo poznać
+życie francuskie nieco bliżej, niż to można
+uczynić na ulicy. Odpowiedział mi, że musimy
+mu wybaczyć i iść bez jego przewodnictwa&mdash;on
+przecież najdawniej z nas mieszka w Paryżu&mdash;gdyż
+on wieczorem wybiera się do
+Zaleskiej. Powiadam mu p&oacute;ł żartem, że to zaczyna
+być podejrzane. A on mi na to, patrząc
+zabawnie w oczy: &raquo;dlaczego?&laquo;&mdash;i dodaje
+zwolna: przegrałeś dziesięć frank&oacute;w... Tak mi
+się wydawały dziwne mina jego, głos i ta radość
+cała, widoczna na twarzy, że początkowo
+po prostu trudno mi było z nim m&oacute;wić.
+</p>
+<p>
+Ale potem rozgadaliśmy się i miałem takie
+wrażenie, jakgdyby przegroda, kt&oacute;ra nas dzieliła
+upadła nagle i wr&oacute;ciły dawne czasy nieograniczonej
+ufności i przyjaźni. Opowiedział mi
+wszystko. Właściwie zakochał się jakoś nagle
+i niespodzianie, i już w kilka dni po moim przyjeździe
+nie m&oacute;gł sobie dać rady z tem uczuciem,
+kt&oacute;re chciał zdławić, bo nie śmiał wierzyć,
+aby ona go kochała. Był tak rozdrażniony, że
+tylko udając zupełną na wszystko obojętność,
+m&oacute;gł jakoś ukrywać, co się z nim dzieje. Tymczasem
+ona kochała go już wtedy, kiedy jeszcze
+ledwie się znali, i płakała po nocach i uspokoić
+<span class='pagenum'><a name="Str_26" id="Str_26">[Str. 26]</a></span>
+się nie mogła, jeśli go przez dzień cały nie
+widziała. Widziałem dobrze, jak jej był za tę
+miłość wdzięczny. Oświadczyli się sobie w dzień
+wilii, po odejściu Polińskiego, tak jakoś znienacka,
+że trudnoby powiedzieć, kto właściwie
+dał początek. Przesiedzieli wtedy razem prawie
+do rana. Był zakochany, kochany, zaręczony,
+szczęśliwy. To wszystko i chyba dosyć.
+</p>
+<p>
+Rozmawialiśmy długo, bardzo długo. Ja m&oacute;wiłem
+nie wiele, bo tak mię nowe położenie
+Turskiego dziwiło, a nawet, czegom się nie spodziewał,
+wzruszało, że trudno mi było myśl jakąś
+skleić; natomiast on opowiadał bez przerwy.
+Naturalnie, chciał się żenić, ale nie było to możliwe
+prędzej niż za trzy lata, po ukończeniu
+study&oacute;w: czas ten jednak przeleci prędko, o tem
+nie ma mowy. Ona zgadzała się na wszystko,
+byle być z nim.
+</p>
+<p>
+Nie spotkałem jeszcze w życiu człowieka tak
+uradowanego: radował się w nim doprawdy
+każdy atom krwi. I czeg&oacute;ż w radości tej nie
+było: miłość, wdzięczność, nadzieja, duma,
+szczęście, wszystko!
+</p>
+<p>
+To jednak niezwykły charakter jest Władek
+Turski. Wśr&oacute;d nas, kt&oacute;rzy z rodzinnego domu
+nie dostajemy nic, pr&oacute;cz banalnych przepis&oacute;w,
+a z życia bierzemy tylko to, co na wierzchu
+najdostępniejsze, on rzeczywiście sprawia wrażenie
+arystokratycznego dziecka, kt&oacute;re się urodziło
+<span class='pagenum'><a name="Str_27" id="Str_27">[Str. 27]</a></span>
+w wysokich komnatach i w kołysce słyszało
+nie jęk nianiek, lecz organy. Co ten
+człowiek już stracił, a ileż mu jeszcze pozostało!
+Szmat za szmatem wyrwał z siebie wiarę, ale
+zachował cały bezmiar uwielbienia dla tego, co
+czcić chciał; gardził prostytutką i dusił w sobie
+zmysły, a nie brakowało uniesień w jego miłości.
+Jestto człowiek czysty.
+</p>
+<p>
+Radość Turskiego udzieliła mi się: słuchając
+go czułem się odmłodzony jakiś i rzeźwiejszy.
+Byłem zadowolony, że fałszywy nasz stosunek
+raz się wyjaśnił i to pomyślniej, niż przewidzieć
+mogłem. Wszystko było teraz wytł&oacute;maczone.
+Cieszyłem się r&oacute;wnież jego szczęściem:
+gdy mi o niem opowiadał, kilka razy kręciły
+mi się łzy w oczach.
+</p>
+<p>
+Dla jego narzeczonej posłałem bukiet; kontent
+jestem, że mogłem jej zrobić przyjemność,
+gdyż ona przepada za kwiatami.
+
+Przykro mi tylko trochę, że byłem złym obserwatorem,
+ale czyż można było się tego po cichym
+Władku Turskim spodziewać. Jestem
+pewien, że każden z jego dawnych koleg&oacute;w
+trzymałby też w zakładzie moją stronę.
+</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 29 grudnia.</i></p>
+
+<p>
+Władek źle jednak robi, że swych zaręczyn
+publicznie nie ogłasza; przez to plotki tylko
+<span class='pagenum'><a name="Str_28" id="Str_28">[Str. 28]</a></span>
+powstawać będą. Niby nie ma w tem tajemnicy;
+kto chce, może domyślać się i wiedzieć. Przed
+nami t. j. przedemną i Polińskim, Turski m&oacute;wi
+wciąż o swej miłości; widać, że tylko ten przedmiot
+go zajmuje. Zdaje mi się, że w podobnym
+wypadku byłbym więcej skryty. Chociaż... nie
+wiem. To powtarzanie: kocham, kocham,
+kocham... jest czysto odruchowe i niewłasnowolne,
+jak śpiew ptaka na wiosnę.
+</p>
+<p>
+Pomimo, że zaręczyny nie są wszystkim oznajmione,
+w damskiej kolonii naszej panuje już
+straszne oburzenie. Mężczyzna tak jest rzadki
+i tak często sprzedaje się teraz &raquo;en d&eacute;tail&laquo;, że
+dostać całego odrazu jest świetnym interesem.
+Wystawić sobie można wściekłość koleżanek,
+że przyjechała obca intruzka, nawet na żadnym
+wykładzie się nie zjawiła i rog&oacute;w wielkiej mądrości
+nie pokazała, a już męża trzyma. Nie ma
+nic pocieszniejszego nad ich ironiczne miny,
+w kt&oacute;rych świetnie widać tę utajoną i niby nie
+istniejącą złość. Zwykle mię to śmieszy, lecz
+dzisiaj Łużecka zirytowała mię do żywego.
+Jest głupota, kt&oacute;ra już graniczy z podłością.
+Zarzucała Zaleskiej wręcz, że przyjechała
+tylko, aby wydać się za mąż&mdash;co wiem, że
+nie jest prawdą. Natarłem na nią ostro i ostrzegałem,
+żeby nigdy nie m&oacute;wiła o małżeństwie
+i miłości, bo jestto dla niej teren na zawsze obcy,
+na kt&oacute;rym wygląda, jak kaczka ucząca się latać.
+<span class='pagenum'><a name="Str_29" id="Str_29">[Str. 29]</a></span>
+Moja opinia złośliwego gbura jest ustalona
+na długo.
+</p>
+<p>
+Teraz jednak, ochłonąwszy z pierwszego
+wrażenia, widzę, że może nie miałem tyle racyi,
+ilem sobie początkowo przypisywał. Mniejsza
+zresztą o racyę, ale rola szlachetnego obrońcy
+bywa czasem śmieszna i kto wie, czym właśnie
+takiej roli tutaj nie odegrał. Gdyby Łużecka
+była dowcipna, przysłałaby mi paczkę bilet&oacute;w
+wizytowych z takim np. napisem:
+</p>
+
+<p style="text-align: center">JEAN KARSKI</p>
+<p style="text-align: center">d&eacute;fenseur de l'amour outrag&eacute;.</p>
+
+<p>
+Tak; śmiesznie się wygląda, broniąc, czego
+się nie posiada.
+</p>
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 30 grudnia</i>.</p>
+<p>
+Dotąd nie chciałem przeszkadzać Turskiemu
+w jego sielance; widziałem zresztą, że sobie
+nie życzył, aby Zaleską kto z nim razem odwiedzał.
+Dziś jednak nie miałem nic do roboty
+po obiedzie, a upłynął już tydzień od oświadczyn,
+więc wypadało nawet narzeczonej powinszować.
+Kupiłem bukiet białych r&oacute;ż i narcyz&oacute;w
+i poszedłem do niej; mieszka teraz przy ulicy
+des Feuillantines, na wprost klasztoru.
+</p>
+<p>
+Widzę z ulicy, że jest światło w pokoju, ale
+przyćmione; paliło się tylko na kominku. Pukam
+<span class='pagenum'><a name="Str_30" id="Str_30">[Str. 30]</a></span>
+do drzwi; otwierają mi. Naturalnie, Turski jest
+u niej. Witając się z nimi czuję, że mają dłonie
+wilgotne i ciepłe. Daję Zaleskiej bukiet i nie
+wiem dlaczego, pomimo, że słowa płyną mi
+dość gładko, nie zdobywam się na żadne powinszowania
+lub życzenia. Cała uroczystość
+sprowadza się szczęśliwie do mocnego, znaczącego
+uściśnienia ręki.
+</p>
+<p>
+Nie zdaje mi się, żebym im był zawadzał.
+Siedzieli dalej przy sobie na kanapie, trzymając
+się wp&oacute;ł i przytulając do siebie. Siadłem opodal
+na krześle; rozmawialiśmy trochę, chociaż
+najczęściej milczeliśmy&mdash;i to było najwymowniejsze.
+</p>
+<p>
+Oni są w tem stadyum, że obecność osoby
+trzeciej nic a nic im nie przeszkadza. &raquo;Ten
+trzeci&laquo; nie istnieje dla nich. Całowali się przy
+mnie tak, jakgdyby byli we dwoje. Poliński,
+kt&oacute;rego spotkałem wracając p&oacute;źniej, m&oacute;wił mi,
+że to samo robili przy nim i przy Starzewiczu,
+chociaż go prawie wcale nie znają.
+</p>
+<p>
+Zaleska jest jednak strasznie zakochana. Dość
+spojrzeć na jej oczy i ruchy; a nie przypuszczałem
+nigdy, żeby panna &raquo;z dobrej sfery&laquo;, napojona
+po uszy konwenansami, dała się publicznie
+tak całować i pieścić. Widocznie nie znam się
+na kobietach&mdash;ale Zaleska jest wyjątkowo
+uczuciowa, impulsywna, pierwotna.
+</p>
+<p>
+Jest ona teraz tak naiwnie i niewinnie bezwstydna&mdash;co
+<span class='pagenum'><a name="Str_31" id="Str_31">[Str. 31]</a></span>
+zresztą bardzo jej do twarzy&mdash;że
+gdy patrzę na nią mimowoli przypomina mi
+się nieśmiertelna Haida z Don-Juana. Widzę
+teraz nawet, że i dla niej i dla Turskiego przyjemnie
+jest, jeżeli mają świadk&oacute;w, kt&oacute;rzy mogą
+patrzeć na nich i podziwiać ich miłość.
+</p>
+<p>
+Władek ma jednak ogromne szczęście. Narzeczeństwo
+wśr&oacute;d rodziny, w rodzinnem mieście
+jest obstawione tak obrzydliwie ohydnym ceremoniałem
+zwyczaj&oacute;w, że wątpię, czy może się
+tam ostać choćby krzynka szczęścia. Tutaj,
+w olbrzymiem obcem mieście, w zupełnej samotności,
+kt&oacute;rą można stworzyć jednym obrotem
+klucza, narzeczeństwo staje się piękną uwerturą,
+kt&oacute;rej słuchając, można zapomnieć doprawdy,
+że czekają całe akty długiej opery. Bo kto wie,
+jakie śpiewacy mają głosy i ile dysonans&oacute;w się
+wkradnie.
+</p>
+<p>
+Za długo widocznie siedziałem w gniazdku
+przy ulicy Feuillantines, bo mi się teraz wciąż
+przed oczami kręci Zaleska w tych wszystkich
+rozmiłowanych pozach, w kt&oacute;rych ją widziałem.
+Ależ ona ogromnie w ostatnich czasach wyprzystojniała...
+Kobieta, kt&oacute;ra kocha, jest nietylko
+najmądrzejszą, ale i najpiękniejszą.
+</p>
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 31 grudnia.</i></p>
+<p>
+Kochana Wandziu, piszę do Ciebie tylko kilka
+sł&oacute;w na karcie pocztowej, żeby Ci powinszować&mdash;choć
+<span class='pagenum'><a name="Str_32" id="Str_32">[Str. 32]</a></span>
+może zbyt p&oacute;źno&mdash;Nowego Roku.
+Jestem ogromnie zajęty i dla tego niemam czasu
+na obszerniejsze listy. Nie miej mi tego za złe.
+Nie mam Ci zresztą nic do oznajmienia, bo u mnie
+nic nowego nie zaszło. Ale... Władek Turski
+zaręczył się z tą koleżanką Zaleską, o kt&oacute;rej
+Ci kiedyś pisałem. Stosunki nasze stały się serdeczniejsze
+obecnie i częściej się z nim widuję.
+</p>
+<p>
+Twoją kartkę, pisaną w pierwszy dzień świąt,
+otrzymałem. Czyś była jeszcze u kogo podczas
+świąt? Byłaś zapewne u pani Reuter. Podobno
+macie ciągłe odwilże w Warszawie; czy nie
+szkodzi ci to na zdrowie?
+</p>
+<p style="margin-left: 4em;">
+Tw&oacute;j <i>Janek</i>.
+</p>
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 2 stycznia.</i></p>
+<p>
+Od kilku dni absolutnie nic nie robię. Przerwałem
+studya w bibliotece, bo czeka mię mn&oacute;stwo
+przepisywania starych dokument&oacute;w, a to
+przejmuje mię niewysłowionym wstrętem. Natomiast
+chodzę po obiedzie z Turskim do kawiarni
+i przez kilka godzin słucham, czasami
+nawet z radością, jego spowiedzi i wynurzeń,
+kt&oacute;re płyną teraz bez końca. On wprost spieszy
+się donieść i m&oacute;wić mi o swem szczęściu. Jestem
+mu wdzięczny za tę przyjaźń i za tę ufność.
+Potem odprowadzam Turskiego do uniwersytetu
+<span class='pagenum'><a name="Str_33" id="Str_33">[Str. 33]</a></span>
+na wykłady i idę zwykle nad brzeg Sekwany
+i chodzę tam dop&oacute;ty, dop&oacute;ki zmęczenie zupełne
+nie zmusi mię do powrotu.
+</p>
+<p>
+Nie znam nic piękniejszego nad Sekwanę od Katedry
+do Luwru, ale teraz prawie nie przyglądam
+się temu widokowi; pamiętam go doskonale w najdrobniejszych
+szczeg&oacute;łach, a powt&oacute;re głowa mię
+boli jakimś głuchym, rozsadzającym b&oacute;lem, i chodzę
+nie po to, aby patrzeć, lecz aby ukołysać
+myśli.
+</p>
+<p>
+Dawno już nie miałem takiego wrażenia pr&oacute;żni,
+bezsilności, bezużyteczności mojej i wszystkiego,
+co mię otacza&mdash;jak w tych dniach
+ostatnich. Wstaję, jem, chodzę, myślę, piszę
+jakąś rozprawę, lecz żeby mię zabito, nie wiem,
+po co to wszystko się robi. O tyle jestem inteligentny,
+iż rozumiem, że&mdash;jak się to m&oacute;wi&mdash;ze
+mnie nic nie będzie, że przestanę kiedyś
+jeść, chodzić i myśleć, że rozprawy moje tak
+samo nie obchodzą nikogo, jak moja osoba,
+jednem słowem, że jestem absolutnie niczem,
+jedną wielomilionową częścią czegoś, co samo
+jest może także tylko milionową częścią.
+</p>
+<p>
+A uczucie takie jest stokroć bardziej przykre,
+jeżeli na początku swego świadomego życia
+miało się marzenia i nadzieje, jeżeli wsch&oacute;d
+życia, jak wsch&oacute;d słońca rzucał długie, piękne
+cienie. Sądziłem, będąc dzieckiem, że wielkość
+<span class='pagenum'><a name="Str_34" id="Str_34">[Str. 34]</a></span>
+cienia tego, to moja własna wielkość. Teraz
+jest południe: cień się zwinął, a ja się zgarbiłem.
+</p>
+<p>
+Chociaż dzisiaj mi się wydaje, że gdyby mi
+coś nawet pozostało: jakaś idea, zdolność jaka&mdash;i
+to byłoby mi obojętnem. Ażeby łzę rozdąć na
+poemat, trzeba mieć dużo wody i bezwstydu.
+</p>
+<p>
+Karg ist Natur, ein Schein die Kunst, dem Triebe<br />
+Der Sehnsucht schenkt Gew&auml;hrung nur die Liebe.<br />
+</p>
+
+<p>To chyba prawda... bo Turski jest teraz tak żywy
+i dzielny, tak sobą tylko zajęty, że mimo swej
+czułej wrażliwości, zdaje się wcale nie spostrzegać
+męczącego mego stanu i świdruje mi uszy
+nieustannym hymnem miłości. Potrzeba mu słuchacza,
+aby m&oacute;gł śpiewać; a kt&oacute;ż lepiej do
+tego się nadaje, niż stary, zaufany przyjaciel.
+Moja teorya stosunk&oacute;w ludzkich sprawdza się
+raz jeszcze. Wieczny, wieczny wyzysk.</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 4 stycznia.</i></p>
+
+<p>Nie, nie idzie mi praca. Wszystkie usiłowania,
+aby zmusić się i przezwyciężyć, spełzają nadaremnie.
+Robota nie posuwa się, i tylko b&oacute;l głowy,
+gorący, szalony, wzmaga się i przenika wszędzie,
+szarpiąc i gniotąc&mdash;niby rozpaloną ręką.
+Zmarnowałem cały dzień na przechadzkę. Błądziłem
+po zaułkach, przedmieściach, po ustronnych
+kątach, byle być w miejscach jak najspokojniejszych
+<span class='pagenum'><a name="Str_35" id="Str_35">[Str. 35]</a></span>
+i jaknajdalej od domu. I chodzić i nie
+myśleć o niczem... Wreszcie znalazłem się w Auteuil
+i ztamtąd wr&oacute;ciłem rzeką. Ta cudowna panorama
+od wiaduktu w Auteuil, koło Marsowego
+pola i Trocadera, koło Luwru, Katedry uspokoiła
+mię trochę swą kamienną pięknością&mdash;tym
+łatwiej, że statek o tej porze dnia i roku
+był pusty.</p>
+
+<p>Już koło domu w Quartier spotkałem Polińskiego,
+kt&oacute;ry szedł do mnie, aby mię zabrać
+na wielkie bulwary. Lubię z nim chodzić, bo
+jest tak gadatliwy, że prędzej w&oacute;wczas przestaję
+myśleć, niż gdy jestem sam&mdash;zgodziłem
+się więc chętnie. Pojechaliśmy na bulwary, siedzieliśmy
+w kawiarni, słuchaliśmy ludowych
+piosnek gdzieś w Caf&eacute;-Concert&mdash;nie wiem
+już zresztą, cośmy robili. M&oacute;j b&oacute;l głowy stał
+się podobny do przepaścistej nudy; a Poliński
+twierdził, że nie mam humoru i muszę być zaziębiony.</p>
+
+<p>Wracając już po p&oacute;łnocy przechodziliśmy przez
+ulicę Feuillantines. Świeciło się w oknach, więc
+zaczęliśmy wydawać okrzyki, służące nam za
+hasło porozumienia w takich wypadkach. Poliński
+świetnie naśladuje ryk wołu i bek barani. Okno
+się otworzyło i ukazali się... oczywiście oboje.
+Turski powiedział nam, abyśmy chwilę poczekali,
+a zaraz zejdzie i p&oacute;jdzie razem z nami
+<span class='pagenum'><a name="Str_36" id="Str_36">[Str. 36]</a></span>
+do domu. Okno się zamknęło i na tle firanek
+ujrzeliśmy scenę pożegnania, jak zawsze...</p>
+
+<p>W Paryżu, w tem klasycznem mieście rozpasania,
+staję się strasznym świętoszkiem: widok
+ten mię gorszył i poważnie gniewał. Przypuszczalnie,
+za jaki tydzień zapiszę się do ligi
+Berengera.</p>
+
+<p>Turski wyszedł. Był trochę zarumieniony,
+a na powiekach lśniły mu się drobne kropelki.
+Sześć razy kłaniał się oknu, w kt&oacute;rem była
+już tylko bezkształtna sylwetka. Bałwochwalca!</p>
+
+<p>Scenka ta zirytowała mię tak, że byłbym
+błogosławił wszystko, coby Turskiemu mogło
+sprawić jakąkolwiek przykrość; sam nie wyrządziłbym
+jej jednak nigdy. Chciałbym tylko
+m&oacute;dz się litować nad nim i pocieszać, bo mimo
+chwilowej złości, jestem jego przyjacielem. Nie
+prędko jednak będzie potrzebował tej przyjaźni.</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 5 stycznia.</i></p>
+
+<p>Logika formalna jest stekiem błęd&oacute;w, a największym
+i najjaskrawszym <i>tertium non datur</i>.
+Duch nasz jest autokratą i niema sprzeczności,
+kt&oacute;rejby zgodzić nie m&oacute;gł.</p>
+
+<p>Jestem szczęśliwy, bardzo szczęśliwy radością
+Władka. Kilka razy na prawdę się rozrzewniłem
+słuchając jego wynurzeń. Przytem cieszę
+się jeszcze dla tego, że jednocześnie przekonywam
+<span class='pagenum'><a name="Str_37" id="Str_37">[Str. 37]</a></span>
+się, iż jestem głęboko wrażliwy na cudze
+szczęście, a więc jestem uczciwym, szlachetnym
+człowiekiem. Mimo to, ani jednej chwili
+nie przestaję teraz czuć, że gdyby Turski utracił
+swe szczęście, byłbym... może kontent. To
+jest... zależnie od tego, jakby je stracił. Gdyby
+Zaleska umarła, płakałbym z Turskim; gdyby
+ją nagle potrafił zyskać kto inny, pomagałbym
+może zabić uwodziciela, lecz z tego co zaszło,
+byłbym prawie rad&mdash;nie jakąś radością określoną,
+zdecydowaną, jasną, ale tym niezwykłym
+nastrojem, wewnętrzną pogodą, kt&oacute;ra się tworzy
+w najskrytszych podwalinach duszy.</p>
+
+<p>To, do czegom się przed sobą przyznał, nazywa
+się zwykle nikczemnością, i z tego jestem
+dumny. Świadczy to, że uczucia moje są nieustraszone
+i potrafią jak bohater z baśni, wtargnąć
+na każdy szczyt&mdash;mimo larw, kt&oacute;re
+zewsząd grożą.</p>
+
+<p>Dziś zadałem sobie pytanie, kt&oacute;rego uniknąć
+dłużej nie mogę w żaden spos&oacute;b. Może ja Zaleską
+kocham? Jeżeli kobieta, kt&oacute;rej obecność
+jest dla mnie niepotrzebną, twarz&mdash;obojętną,
+pieszczota&mdash;zbyteczną, może być jednocześnie
+kobietą kochaną;&mdash;ha, w takim razie ja Zaleską
+kocham. Zdaje mi się, że cierpię nie przez
+to, że ona kocha innego, lecz przez to, że mnie
+teraz kochaćby już nie mogła.
+</p>
+<p>
+
+<span class='pagenum'><a name="Str_38" id="Str_38">[Str. 38]</a></span>
+Zabrano mi to, co do mnie należeć mogło<a class="ins" href="#tnote_5" name="tAnchor_5" title=",">.</a>
+Utracić możność jestto więcej, niż utracić
+rzeczywistość. Nie m&oacute;dz istnieć jest gorzej, niż
+nie istnieć.</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 6 stycznia.</i></p>
+
+<p>Nie przypuszczałem nawet, że tak lubię dawać
+kobietom prezenty. W ostatnich dniach
+byłem kilka razy u Zaleskiej, i nie mogłem iść
+tam ani razu, żeby nie przynieść jej chociażby
+kilku kwiat&oacute;w. Dziś wydałem na to ostatniego
+franka i jestem z tego ogromnie kontent. M&oacute;wię
+sobie, że tylko głupiec nie rozumie, co to za
+rozkosz rujnować się dla kobiety. U Zaleskiej
+przesiadywałem kr&oacute;tko. Chociaż obecność moja
+im nie zawadza, zdaje mi się, że wypada możliwie
+się usuwać. Zresztą widok ciągłych pieszczot
+i uścisk&oacute;w drażni: czuję prędko ogień
+w skroniach i pot na ciele. Nie ja sam tylko
+tak na to reaguję. M&oacute;wił mi Poliński, że odczuwa
+zupełnie to samo: jestto przecież całkiem
+naturalne. Dziwię się, jak oni mogą to
+wytrzymać.</p>
+
+<p>R&oacute;wnie naturalne, jak ogień w skroniach,
+jest myśl, kt&oacute;ra mię poprostu opętała. Dlaczego
+ja tak nigdy nie kochałem? Dlaczego w mojem
+życiu nie zeszło się nigdy pytanie z odpowiedzią?
+Dlaczego odepchnięto mię, kiedym pożądał,
+<span class='pagenum'><a name="Str_39" id="Str_39">[Str. 39]</a></span>
+dlaczego, kiedy pożądano mię, odczuwałem
+tylko wstręt lub pogardę? Dlaczego dla mnie miłość
+była zawsze zimną, zaciekłą, złą grą, kt&oacute;rej
+wygrana hańbi jak złodziejstwo?</p>
+
+<p>Patrząc na Władka, czuję, że nie m&oacute;głbym
+kochać tak szczerze, otwarcie, tak prosto&mdash;i
+tego zazdroszczę mu najwięcej. Bo czyż nie
+jest to wyrafinowanem okrucieństwem pysznić się
+przedemną tem szczęściem, kt&oacute;re ostatecznie
+dostało mu się trafem... Tak, przyjemniej i łatwiej
+wygrać majątek, niż się go dorabiać.</p>
+
+<p>Ohydnie śmieszne w tem wszystkiem jest to,
+gdy Władkowi się zdaje, że sprawia mi największą
+przyjemność, odsłaniając przedemną
+swą miłość. W tych pieszczotach, kt&oacute;rych ani
+on, ani ona się nie żenuje, jest tyleż bezmyślnej,
+żywiołowej swobody, ile chęci pokazania, jak
+szczęśliwym być można... Wygląda to, jak wyzwanie,
+jak pogr&oacute;żka: &raquo;Będziemy jeszcze szczęśliwsi&laquo;.
+Będziecie; wierzę wam.</p>
+
+<p>Postępowanie Turskiego jest nietylko okrutne,
+ale niemiłosiernie głupie, bo nie sądzę ani jednej
+chwili, aby naumyślnie chciał przykrość mi
+sprawić i dokuczyć. Doprawdy zgłupiał.
+</p>
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_40" id="Str_40">[Str. 40]</a></span></p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 7 stycznia.</i></p>
+
+<p>Zwiedzaliśmy dziś Luwr. Poszedłem najpierw
+z Zaleską sam, a Turski dopiero p&oacute;źniej po
+wykładzie z nami w muzeum się spotkał. Luwr
+nie zajmował mię wcale; nie lubię tych olbrzymich
+zbior&oacute;w, gdzie wszystko zbite jest bezładnie
+w jakąś pstrą mięszaninę, kt&oacute;ra przytłacza
+tylko i dławi. Nie doznaje się tam tego uczucia
+swobody, bezkresu marzenia, kt&oacute;re przecież jest
+istotą rozkoszy, jaką dać może sztuka. Arcydzieła
+powinno by się chyba wystawiać w oddzielnych
+kaplicach.</p>
+
+<p>Zdaje mi się, że napisałem kłamstwo. Prawdą
+jest, że nie lubię muze&oacute;w; ale mimo to, zwiedzałem
+je nieraz i sztuka, kt&oacute;rą widziałem, porywała
+mię i czarowała. Dziś nie zajmował mię
+Luwr, bo była Zaleska i wszystkie myśli moje
+są jakby opętane. Sprawia mi teraz okrutną przyjemność
+wszystko, co może tę dziewczynę
+przedemną poniżyć. W ten spos&oacute;b biorę jakąś
+idealną choćby zemstę nad Turskim: znieważam
+w myśli jego b&oacute;stwo. Naumyślnie nie pokazywałem
+Zaleskiej arcydzieł i śledziłem, czy je
+odczuje i odnajdzie. Ona nie ma wcale zmysłu
+artystycznego; zatrzymywała się przed najmarniejszymi
+obrazami i wygłaszała takie śmiesznie
+naiwne zdania, że tylko ta otwarta szczerość była
+<a class="ins" href="#tnote_6" name="tAnchor_6" title="yną">jedyną</a> ozdobą tego, co m&oacute;wiła. Wmawiam
+<span class='pagenum'><a name="Str_41" id="Str_41">[Str. 41]</a></span>
+w siebie, że nie można się zakochać w kobiecie
+niewrażliwej na piękno: jestto gminność na
+cale życie.</p>
+
+<p>Potem przyszedł Turski; nie patrzyli więc
+już na obrazy, tylko na siebie. I wtedy byli
+szczęśliwi.</p>
+
+<p>Nie, ja stanowczo do szczęścia nie jestem
+zdatny. Szczęście to jest taka wyłączność, takie
+zaprzepaszczenie, że na to nie zdobyłbym
+się nigdy. Nie wiem, czy za dużo mam zmysł&oacute;w,
+czy za wiele w duszy pożądań, ale jabym
+skorzystał z każdej szczeliny, aby się ze złotej
+klatki szczęścia choć na b&oacute;l i cierpienie wydostać.
+Tam gdzie inni oddychają, ja zaraz się
+duszę. Było tak już przecież.</p>
+
+<p>Mogę się więc, tak jak teraz, pocieszać cudzem
+szczęściem. Tylko, że ta pociecha jest
+tak gorzka, iż jak dobry absynt, staje się nawet
+przyjemną. Tylko, tak jak absynt, pobudza
+łaknienie.</p>
+
+<p>Łaknienie za czem? Za miłością? Za miłością
+Zaleskiej? Nie kochałem i nie kocham nic w tej
+chwili. Za szczęściem? Nie potrafię go odczuć
+i zrozumieć. Za bogactwem? Nie wiem, na co
+bym go użyć miał. Łaknę życia; czem jest
+i gdzie jest&mdash;niewiem. Podobne łaknienie uczuwać
+musi chyba pisklę, gdy wychyla dzi&oacute;b, aby
+uderzyć i rozbić skorupę, kt&oacute;ra dzieli je od <a class="ins" href="#tnote_7" name="tAnchor_7" title="swiata">świata</a>.
+Ale pisklę wiedzie instynkt, a mnie nie wiedzie
+<span class='pagenum'><a name="Str_42" id="Str_42">[Str. 42]</a></span>
+nic. Chciałbym wysunąć żądze, jak szpony,
+i chwycić i zdruzgotać zaporę, co mi światło
+kradnie. Lecz nie wiem, gdzie iść, gdzie jest
+skorupa mej duszy.</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;">
+<i>Dnia 8 stycznia.</i><br />
+</p>
+
+<p>Po wczorajszej wycieczce do Luwru Zaleska
+była trochę słaba i Władek mię prosił, abym ją
+odwi&oacute;zł do Korzyckiego. Korzycki przyjmuje
+chorych o trzeciej, a o tej porze Turski ma zawsze
+zajęcie w uniwersytecie. Początkowo wymawiałem
+się wykładami; zdaje mi się, że chciałem
+Władkowi zrobić na złość. Potem jednak
+ustąpiłem i pojechałem z Zaleską do Korzyckiego,
+na drugi kraniec Paryża.</p>
+
+<p>Ta dziewczyna, gdy Władka przy niej nie ma,
+wydaje mi się zupełnie inną. Rozmawialiśmy
+cały czas spokojnie, po cichu, ufnie, jak rozmawiają
+starzy i dobrzy znajomi. Mimo całej
+życzliwości dla niej miałem chwilami dokładne
+wrażenie, że ta kobieta jest mi chyba obojętną,
+że nie pociąga mię do nie; nic nad to, czem
+każda kobieta pociągnąć może. Gdy nie m&oacute;wiła
+o Turskim, co niestety zbyt rzadko się zdarzało,
+mogłem czasami zapomnieć o stosunku, jaki ją
+z nim łączy: tego mi tylko trzeba.</p>
+
+<p>Coraz więcej mi się zdaje, że w tej dziewczynie
+ponętną jest tylko jej miłość. To uczucie
+<span class='pagenum'><a name="Str_43" id="Str_43">[Str. 43]</a></span>
+działa na nią, jak &oacute;w pierścień z bajki, kt&oacute;ry
+posiadaczowi zapewniał wszystkie piękności
+i skarby. Gdy się przymila do Władka, rzeczywiście
+jest prawie piękna i ma taki wyraz
+w oczach, że wtedy oddałbym wszystko za to,
+aby przestała go kochać. Chyba trudno mniej
+żądać w życiu. Nie żądam miłości, lecz tylko
+spokoju, bezczucia, jak dawniej. Dop&oacute;ki widzę,
+że ona jest zakochana, coś mię nurtuje, łamie,
+dręczy, odbiera swobodę myśli. Ja nie chcę o tem
+myśleć. Byłem tylko zasnął!</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;">
+<i>Dnia 9 stycznia.</i>
+</p>
+
+<p>Jest okropnem błagać kobietę o miłość, wić
+się u jej st&oacute;p, wołając: kocham, kocham;&mdash;i nie
+słyszeć nic, opr&oacute;cz echa własnych sł&oacute;w, odbitych
+o pr&oacute;żnię, i odejść z myślą, że jest gdzieś
+marny, podły człowiek, dla kt&oacute;rego kobieta ta
+tęskni i gardzi wszystkiem: miłością, b&oacute;lem,
+rozpaczą&mdash;</p>
+
+<p>Ale gorzej jest, jeżeli w takiej chwili nie można
+zawołać nic więcej nad to: nie kochaj go. Są
+teraz chwile, gdy zazdroszczę Władkowi tak,
+że chociaż nie umarłem, zazdroszczę mu życia,
+jakgdybym wiedział, że on mnie przeżyje. Zresztą,
+takie istnienie jak moje, z wiecznem pożądaniem
+czegoś nieuchwytnego, niewymarzonego
+nawet, z ciągłym niepokojem w duszy, na
+<span class='pagenum'><a name="Str_44" id="Str_44">[Str. 44]</a></span>
+łasce każdego wrażenia, to nie jest życie, to
+sen gorączkowy i tak męczący, że często niewiadomo,
+czy nie lepiej raz się już obudzić.
+Mam takie dziwne zmysły, że potrafię odczuwać
+tylko gorycz, a to w końcu mdli i truć zaczyna.
+Jak zniszczony lubieżnik przez chłostę,
+przepędziłem się przez wszystko, co zawiść dać
+może&mdash;i nie doznałem nawet miłości, kt&oacute;ra
+temu dobremu, szczęśliwemu przyjacielowi dostała
+się tak łatwo. Nie kocham Zaleskiej i wiem,
+że w chwili, gdy ona przestanie kochać Władka,
+będzie mi tak obcą, jak kobieta, kt&oacute;rą pierwszy
+raz widzę na ulicy. Jest to straszne, bo pozbawia
+mię wszelkiej nadziei. Nie mam się o co
+starać, bo jeślibym co osiągnął, zyskam mniej
+jeszcze, niż mam teraz.</p>
+
+<p>Kłamstwo, ohydne kłamstwo... Nie kocham
+Zaleskiej?... Za c&oacute;ż bym więc tak cierpiał?</p>
+
+<p>Mam chwilami złudzenie, jakgdyby wszystko,
+co mię otacza: domy, drzewa, ludzie, chwiało
+się nagle i groziło zawaleniem. Lękam się trochę
+sam chodzić i tego mi wstyd przed sobą.
+Zawsze gardziłem nerwowymi ludźmi.</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_45" id="Str_45">[Str. 45]</a></span></p>
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 10 stycznia.</i><br />
+</p>
+
+<p>Godzina si&oacute;dma rano. Brzask szary wstał
+i sączy się przez okno. Siedzę na krześle zbłocony,
+znużony, złamany, a sen nie przychodzi
+do mnie. Ledwie pomnę, co się ze mną działo
+tej nocy, bo to już nie ma nazwy. Szaleństwo?
+Trwoga?... Gorzej. Jakaś odwieczna modlitwa
+jaskiniowc&oacute;w świdruje mi m&oacute;zg: Grozo, Potęgo&mdash;jakakolwiek
+jesteś&mdash;bądź litościwa duszy mojej!
+Ale nie, nie, nie... jestem zn&oacute;w silny, zdr&oacute;w
+i twardy.</p>
+
+<p>Wczoraj wiecz&oacute;r cały spędziłem w kawiarni.
+Do Zaleskiej nie chciałem, nie mogłem iść; Polińskiego
+nie było w domu; innych ludzi szukać
+niepodobna było. Wszystko mi było zresztą jedno,
+gdzie się znajdować, byle nie być w domu,
+nie widzieć tych cieni, kt&oacute;re jak złe psy kryją
+się po kątach i chodzą od stołu do krzeseł, od
+krzeseł do ł&oacute;żka, byle nie kłaść się i nie rozbierać
+w tem gęstem powietrzu, gdzie jakieś
+niewidzialne dotknięcia palą mi sk&oacute;rę, byle nie
+czuć tej ciemności, kt&oacute;ra jak na żer nalatuje
+na mnie i kładzie mi się na piersiach. Nie mogłem
+iść do domu; niewysłowiony lęk, obawa
+samotności, obawa spokoju i martwoty gryzła
+mię nieustannym, prawie fizycznym b&oacute;lem.</p>
+
+<p>Ale o pierwszej zamknięto kawiarnię i musiałem
+wyjść. Poszedłem wprost przed siebie
+<span class='pagenum'><a name="Str_46" id="Str_46">[Str. 46]</a></span>
+i zacząłem błądzić. Bez celu, pierwszą lepszą
+ulicą, kt&oacute;ra się nawinęła, przez bulwary, przez
+place, przez zaułki. A za mną błądziły jakieś
+wizye potworne i zarzucały mi czarne swe
+ręce na oczy; wtedy gasło mi światło, zdawało
+się, jakby świat cały zapadał się w ciemność,
+a słońce nigdy już więcej powstać nie miało.
+Stawałem wtedy przed latarnią i wlepiwszy
+oczy w ż&oacute;łte jej światełko stałem bez ruchu,
+drżąc we wnętrzu i słuchem rozognionym przysłuchując
+się ciszy. Kto wie co tam siedzi
+w tem czarnem jądrze, kt&oacute;re nieprzejrzyście rozciąga
+się aż po same szkła latarni? Tam może
+czyhać człowiek z nożem, czyhać na mnie
+i uderzyć mię w szyję, tam może być tak gęsto,
+że padnę odrazu bez tchu... Lub może tam być
+gwarno od jakiegoś nieznanego życia nocy,
+może tam być tak ludno, że zatrzymają mię
+i przepadnę bez śladu, jakgdybym w otchłań
+wleciał.</p>
+
+<p>I nagle zrywał się nademną strach ohydny,
+niewypowiedziany i jak wicher zmiatał mię od
+latarni i w ciemność na zgubę własną odrzucał.
+Biegłem nieprzytomny przez ulice, potykając
+się o kostki, rozrzucone do brukowania, uciekałem
+na place widniejsze od ulic i kryłem się
+jak zbrodniarz, gdym zdała straż policyjną zobaczył.
+Rozszalały tabun nędz tratował mi duszę
+i szarpał m&oacute;zgi, jak padlinę. Rozplatały się
+<span class='pagenum'><a name="Str_47" id="Str_47">[Str. 47]</a></span>
+wszystkie węzły duszy i było mi, jakbym cały
+zapadał się w sobie. Pot, jak w łaźni występował
+mi na czoło, spływał na szyję i oblepiał
+na mnie bieliznę; gorąca para żarła mi oczy;
+zdało mi się, że w powietrzu jest jakiś nieznany
+kwas; gryzący i trujący, jak żaden inny, kt&oacute;ry
+wgryza mi się w ciało i roztlenia tkanki. Koło
+mnie rozsuwały się tylko i zbiegały gmachy
+martwe, bo wszystko, co nie jest kamieniem,
+zostało spopielone, rozsypane, wyżarte. Zamknąłem
+usta, bo piersi mi płoną. I biegłem, biegłem
+co raz szybciej ze schylonym karkiem,
+jak ścigane i oszalałe <a class="ins" href="#tnote_8" name="tAnchor_8" title="zwierze">zwierzę</a>...</p>
+
+<p>Wybiegłem do Hal. Przedemną w prostych,
+pewnych, olbrzymich liniach piętrzyły się żelazne
+sklepienia. Wielkie lampy błyszczały niebieskawem
+światłem, a ku g&oacute;rze pod dachem szklanym, jasność
+ich jednoczyła się w jakiś drżący blask, kt&oacute;ry
+sypał się na plac cały. Tłok na dole. Kręcą się
+tłumy ludzi, wozy podjeżdżają i bez przerwy
+sypią się z nich wory, kosze, paki. Mimo to
+nie było wrzawy. Ludzie pracują cicho, niegłośnie,
+jak widma. Tylko czasem zaskrzypi
+koło łub stuknie o kamień żelaztwo. I znowu
+cisza.</p>
+
+<p>Jasność przykuła mię do siebie. Siadłem na
+ławce; pot stygnął na mnie, chłodził i orzeźwiał.
+Bezmyślnie patrzyłem w głąb tego pałacu, na
+wir ludzi, kołujący przy mnie, na stosy jarzyn,
+<span class='pagenum'><a name="Str_48" id="Str_48">[Str. 48]</a></span>
+kt&oacute;re co raz wyżej i gęściej zasypywały chodnik,
+na żelazne belki, z kt&oacute;rych zwieszały się
+jakieś chorągwie czy płachty, na strop z błękitnemi
+gwiazdami&mdash;i zn&oacute;w spełzałem oczami
+z tych wyżyn po belkach na bruk. I zn&oacute;w patrzyłem,
+jak schylają się karki parobk&oacute;w, ręce
+wyrzucają zielone kule kapusty, jak wozy przesuwają
+się zwolna&mdash;i łowiłem w tej ciszy
+jakieś szmery, brzęki, czasem zwrotkę dalekiej
+piosnki lub przekleństwo. Patrzyłem, słuchałem
+i żar odchodził odemnie. Spok&oacute;j. I chciałem tu
+zostać, zdala od widm, kt&oacute;re za mną biegły&mdash;i
+czekać ranka.</p>
+
+<p>&mdash;<i>Viens, ch&eacute;ri.</i></p>
+
+<p>Powiedziano coś blisko mnie:</p>
+
+<p>&mdash;<i>Viens donc, ch&eacute;ri.</i></p>
+
+<p>Przy mnie na pustej dotąd ławce siedziała
+teraz pogięta postać, w czarnych łachmanach,
+niewyraźna; tylko twarz sprośna, nabrzękła,
+czerwona z otwartemi śmiejącemi się usty, patrzyła
+na mnie zblizka, coraz bliżej. I ja patrzyłem
+na tego potwora, kt&oacute;ry nagle przy mnie
+się wylągł i widziałem, jak sinieją mu wargi
+i jak trupio wyglądają duże ostre zęby z tych
+żałobnych obw&oacute;dek. Brzydzę się... a oczu oderwać
+nie mogę, i boję się... a jednak patrzę.</p>
+
+<p>&mdash;<i>Qu'as tu donc peur, mon petit loup?</i></p>
+
+<p>Tak, rzeczywiście lękam się; czuję, że roztwierają
+mi się i nieruchomieją źrenice. Rękami
+<span class='pagenum'><a name="Str_49" id="Str_49">[Str. 49]</a></span>
+chwytam się ławki, mdło mi się robi w duszy
+i tak smutno i fala jakaś wzbiera mi w piersi,
+dławi w gardle i ściska. Suchemi oczami patrzę,
+patrzę ciągle. Jaka ona podobna, coraz podobniejsza,
+coraz młodsza, tamta...</p>
+
+<p>Nagle rozległo się gdzieś nademną przekleństwo
+furmana; huk zbudził się we mnie, jakby
+Halle się ocknęły i z krzykiem rzucały ku mnie.
+I przypomniałem sobie gdzie jestem, zerwałem
+się z miejsca i pobiegłem przed siebie, wprost
+w Halle, byle dale; od tej... i od tamtej.</p>
+
+<p>&mdash;<i>Va, sale b&ecirc;te</i>.</p>
+
+<p>Dogonił mię tylko ohydny śmiech i złorzeczenie.</p>
+
+<p>..............................................</p>
+
+<p>I zn&oacute;w począłem iść, iść bez przerwy. Wyobraźnia
+moja, jak motyl bez skrzydeł, legła
+ranna śmiertelnie i nie zrywała się więcej. Szał
+odszedł mię, a zmysły postrzegały wszystko
+z jasnością przerażającą. Ale nad wszystkiemi
+wrażeniami g&oacute;rowała nieprzeparta, w całej krwi
+rozlana myśl: iść, iść. Ta myśl wszechmocna
+dała mi jakąś potęgę ciała, niezniszczalność mięśni.
+Szedłem krokiem sprężystym, jędrnym, jak
+wyćwiczony żołnierz. Jak długo szedłem, nie
+wiem. Nie myślałem o niczem, nie czułem nic.
+Tylko chwilami zdawało mi się, że po drugiej
+stronie ulicy w mroku prześlizguje się cicho
+taka sama postać błędna, idąca bez celu, potępiona.
+<span class='pagenum'><a name="Str_50" id="Str_50">[Str. 50]</a></span>
+I byłem jej wdzięczny, że idzie ze mną
+i nie trwożyła mię wcale, jakgdybym ją znał
+od wiek&oacute;w. Chciałem się zbliżyć do niej i przeszedłem
+przez ulicę: przyspieszyła kroku. Począłem
+iść prędzej: pobiegła. Zacząłem biedz&mdash;i
+zn&oacute;w rozpoczął się pościg, aż w mroku gęstszym
+widmo odwr&oacute;ciło się, spojrzało mi w twarz
+i znikło. Lecz na karku jego widziałem swoją
+twarz, swoje oczy, nienawiści pełne i pogardy.
+I zrozumiałem, że to dusza moja uciekła odemnie.
+Trwoga nieludzka mię ogarnęła znowu,
+kt&oacute;ra ścina krew w żyłach i ciału kamienieć
+każe; zdało mi się, żem skonał już i lada wiatr,
+co kłosa rosnącego w ziemi nie zakołysze nawet,
+trąci mnie lekko, zdmuchnie i rozkruszy.</p>
+
+<p>Nagle z załomu ulicy jakiejś wyleciał wiatr&mdash;i
+zdało mi się, jakgdyby ktoś ostrze chłodne
+przesunął mi wzdłuż&mdash;między duszą a ciałem.
+Zmąciło mi się wszystko; przypadłem do muru.
+A kiedy omdlenie przeszło i poczułem, że
+żyję&mdash;zerwałem się i począłem biedz, byle
+uciec z tej nocy bezkresnej, zab&oacute;jczej.</p>
+
+<p>..............................................</p>
+
+<p>...Przybiegłem nad rzekę. Ognie latarń nadbrzeżnych
+paliły się w falach i rzucane wiatrem
+tańczyły koło brzeg&oacute;w jakieś szalone zaloty.
+Środek rzeki był czarny, głęboki, tak że odbite
+blaski gwiazd zginęły gdzieś w tej otchłani.
+Przechyliwszy się przez poręcz, opuściwszy
+<span class='pagenum'><a name="Str_51" id="Str_51">[Str. 51]</a></span>
+głowę, z kt&oacute;rej wiatr strącił mi kapelusz, trzymałem
+się pręt&oacute;w baryery i nie mogłem spuścić
+oczu z rzeki. Kocham i boję się tej głębi. I dla
+tego że wiem, że kiedyś muszę się w nią rzucić,
+że wiem, że woda ta jest zimna, dławiąca,
+duszna&mdash;trzymałem się rękami mostu i patrzyłem
+z zachwytem i dreszczem. Śmierć w wodzie...
+tak, ona czeka mię na pewne. Gorączce
+mojej raz warto dać ochłody. Uderzy mię zimno
+ze wszech stron, wstrząśnie mną nagle
+aż do głębi myśli, a potem zacznie się coś
+szarpać wewnątrz mnie i wyrywać i szamotać
+strasznie, aż mimowoli otworzę usta, i napiję
+się wody&mdash;i wtedy wszystko zgaśnie. Dobroć
+jakaś, łagodność, jasność mię otoczy i w oczach
+będą mi latały obrazy, szybkie, piękne. I będę
+chwilę zn&oacute;w żył tem dzieciństwem, co tak
+prędko przeszło, i zobaczę śliczne słońce, kt&oacute;re
+ścigałem dawniej po tapetach mieszkania i pudla
+swego zobaczę. A kiedy teatr ten się skończy
+i zasłona zapadnie, nie będę już czuł ani zmory,
+ani zimna, ani opuchlizny, od kt&oacute;rej nabrzmiewać
+będę. Dobrze...</p>
+
+<p>Nie, nie, nie... Wiedziałem przecież, że to nie
+dziś jeszcze, a jednak na sam widok tej wody
+podemną drętwiałem i kurczyły mi się palce
+koło pręt&oacute;w. I wtedy, gdy będę skakał z tego
+mostu&mdash;bo na pewno zeń skoczę&mdash;w głębię,
+w spok&oacute;j, kląć będę jeszcze i rzekę i siebie
+<span class='pagenum'><a name="Str_52" id="Str_52">[Str. 52]</a></span>
+i wyciągnę ręce, aby ją odepchnąć. I wpadłszy,
+wyć będę jeszcze wszystkimi głosami duszy
+o ratunek, i przed wodą zadławi mię strach.
+A jednak nie mogłem ztamtąd odejść, i wtedy...
+zn&oacute;w tam przyjdę.</p>
+
+<p>&mdash;Co pan tu robi?</p>
+
+<p>Przedemną stał robotnik, z oskardem i łopatą
+na ramieniu. Spoglądał na mnie bystro.</p>
+
+<p>&mdash;Przyglądam się rzece.</p>
+
+<p>&mdash;Tak... a gdzie pański kapelusz?</p>
+
+<p>&mdash;Wpadł do wody.</p>
+
+<p>&mdash;A gdzie pan mieszka?</p>
+
+<p>&mdash;Na rue des Ecoles.&mdash;Nudziły mię te pytania
+i ciekawe spojrzenia, lecz doprawdy nie
+miałem jakoś siły się gniewać. Odwr&oacute;ciłem się
+od rzeki i zacząłem sam pytać:</p>
+
+<p>&mdash;A pan dokąd idzie?</p>
+
+<p>&mdash;Do roboty.</p>
+
+<p>&mdash;To pewnie już będzie sz&oacute;sta?</p>
+
+<p>&mdash;Jest sz&oacute;sta.</p>
+
+<p>Wreszcie! Tak, musiała być już sz&oacute;sta, bo
+spostrzegłem dopiero, że ż&oacute;łknie zlekka wschodnia
+strona nieba. Rozmowa się urwała.</p>
+
+<p>&mdash;Przechodzę przez Boul. Mich'. Panu zdaje
+się nie dobrze&mdash;niech Pan idzie ze mną.</p>
+
+<p>&mdash;Nie, ja wolno chodzę; lubię sam chodzić.</p>
+
+<p>Stał parę chwil bez ruchu i nie decydował
+się, co ma zrobić. Patrzył mi badawczo w twarz&mdash;miał
+ogromnie sprytne oczy. Dodałem więc:</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_53" id="Str_53">[Str. 53]</a></span>
+&mdash;Może pan iść śmiało. Daję panu słowo,
+<i>to</i> jeszcze nie tej nocy.</p>
+
+<p>Popatrzył chwilę jeszcze. Odszedł. A ja stałem
+jeszcze długo, dygocąc z zimna rannego.</p>
+
+<p>Świtało. Niebo przystrajało się do dnia, powoli
+nasiąkało światłem, błękitniało, aż powlekło się
+złotem i czerwienią. Z przepychu tego ulicom
+dostawała się tylko grzązka, mglista szarość,
+w kt&oacute;rej bez blasku płonęły ż&oacute;łte latarnie.
+I ponuro ciągnęły się jednostajne kamienice, straszne
+i bardziej martwe niż w nocy, kiedym
+wieszał na nich swoje widma. Ale widziałem
+już dość, a nim doszedłem do końca ulicy, rozświetliło
+się wszystko. I mogłem wracać; wr&oacute;ciłem.
+I oto siedzę w swym pokoju w szarym
+brzasku, co jak błoto wciska się zewsząd.</p>
+
+<p>Gdybym wszystkie noce trawił na rozpustę,
+nie byłbym tak zmęczony, bezsilny. Poprostu
+z blaskiem dnia odeszła odemnie cała moc, i znużenie
+rzuciło się na mnie, jak na łatwą zdobycz.
+Mimo chłodu, oblewa mię pot. Stopy mam poodbijane,
+ranne i w karku jakieś osłabienie,
+schylenie, żar, jakąś chęć rzucenia się na wznak,
+aby leżeć bez ruchu, bez dreszczu na czemś
+twardem, jędrnem, zimnem. Wszystko omdlewa
+we mnie jakby na śmierć i znicestwia się.</p>
+
+<p>Lecz zanim spadnie sen, długo jeszcze nad
+oczami memi trzepotać się będzie, jakby szelestem
+skrzydeł uciszyć wpierw musiał myśli&mdash;i
+<span class='pagenum'><a name="Str_54" id="Str_54">[Str. 54]</a></span>
+te, kt&oacute;re szydzą i te, kt&oacute;re płaczą, i te kt&oacute;re
+przeklinają. I zanim zasnę, słuchać będę tych myśli:
+i tej szydzącej, kt&oacute;ra szepnie mi, żem podły,
+bo od zbawienia uciekłem&mdash;i tej płaczącej, kt&oacute;ra
+przypomni, żem nędzny&mdash;i tej przeklinającej,
+kt&oacute;ra spyta: czemu, czemu?&mdash;i odpowie, że
+cudzych los&oacute;w zagadkowy skręt, to jest <span style="letter-spacing: 0.3em;">moja</span>
+nędza.</p>
+
+<p>A! Spijmy...</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 12 stycznia.</i></p>
+
+<p>Uspokoiłem się znacznie. Onegdaj przeleżałem
+prawie dzień cały, zapuściwszy story. Wczoraj
+byłem &raquo;normalny&laquo;. Miałem nawet gości.
+Jestem bowiem dobrym przyjacielem. Odkąd te
+zaręczyny stały się głośne w naszej kolonii,
+postanowiłem wyprawić dla narzeczonych mały
+wieczorek. Wczoraj to uskuteczniłem. Miałem
+wiele zachod&oacute;w, bo ona jest jeszcze chora
+i musi wystrzegać się w jedzeniu. P&oacute;ł dnia
+przesiedziałem w kuchni swojej gospodyni, przeszkadzając
+jej uwagami i ostrzeżeniami. Ostatecznie
+zebranie udało się dobrze i wszyscy,
+kto miał przybyć, przyszli, bo dla Turskiego
+wszędzie są jaknajżyczliwsi. Był Poliński, dokt&oacute;r
+Korzycki, Starzewicz, koleżanka Łużecka z Woyd&oacute;wną,
+Kloss z żoną...</p>
+
+<p>Przy wejściu dałem Zaleskiej bukiet z samych
+<span class='pagenum'><a name="Str_55" id="Str_55">[Str. 55]</a></span>
+prawie ż&oacute;łtych r&oacute;ż, ale ona ma takie zamyślenie
+w oczach, że nie widziała koloru i nie zrozumiała
+symbolu. Dzisiaj jestem z tego kontent,
+bo byłaby zadziwiona i zirytowana;&mdash;choć
+właściwie wszystko mi jedno, bo tu niema przecież
+mowy o &raquo;nadziei&laquo;. Wznoszono toasty. Rozeszliśmy
+się dobrze po p&oacute;łnocy.</p>
+
+<p>Za to wszystko zostałem wynagrodzony. Na
+pożegnanie, przekomarzając się niby z Władkiem,
+podała mnie, tylko mnie, rękę do pocałowania.
+Ma niezmiernie delikatną dłoń. Samo dotknięcie
+tej sk&oacute;ry jest pocałunkiem. Palą mię trochę usta
+i czoło, bo zdaje mi się, że jestem już nędzarzem,
+kt&oacute;remu rzucono ogryzki z pańskiego stołu.</p>
+
+<p>Z całego jej zachowania, dawniej i teraz&mdash;widzę,
+że ona ma dla mnie ogromną przyjaźń.
+Wiem dobrze, że nie zawdzięczam tego sobie,
+lecz Władkowi. Władek ma o mnie bardzo wysokie
+wyobrażenie; wierzy w m&oacute;j talent i zdolności,
+ceni m&oacute;j charakter i kocha mię rzeczywiście.
+Odmalował mię w takich barwach, że
+i jej udzieliła się jego przyjaźń.</p>
+
+<p>To jednak śmiesznie przykre zawdzięczać
+odrobinę, kt&oacute;rą się ma, temu, co wydarł nam
+wszystko. Jestem na łaskawym chlebie z odpadk&oacute;w
+jego uczuć.
+</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_56" id="Str_56">[Str. 56]</a></span></p>
+
+
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 13 stycznia.</i></p>
+
+<p>Nie dostałem nigdy w twarz&mdash;lecz zdaje
+mi się, że pręgi policzka pieką mniej od drogi,
+kt&oacute;rą ściekły mi te łzy. Kilka razy podchodzę
+do lustra, aby spojrzeć, czy twarz jeszcze
+gładka, czy nie tryśnie z niej smugami krew.
+Wstyd płomienny położył mi na lica rozognione
+palce, i ciśnie i pali.</p>
+
+<p>Wczoraj zachęcony moim przykładem Poliński
+urządził r&oacute;wnież mały wieczorek. Ma on
+tu mniej znajomych, więc byliśmy tylko <i>en famille</i>,
+we czworo. Przy kolacyi Poliński i ja staraliśmy
+się zabawić tych gości, lecz było to
+niemożliwe: oni najlepiej bawią się sami&mdash;pocałunkami.</p>
+
+<p>Dopiero wczoraj zrozumiałem z całą dokładnością,
+że niczem, niczem nie zwr&oacute;cę jej uwagi.
+Wprost nie tylko nie m&oacute;głbym wyrwać jej miłości,
+ale teraz nie mogę jej zmusić nawet do tego,
+aby choć na chwilę zapomniała, że jest zakochaną.
+W niej zabita jest do szczętu wszelka
+ciekawość, ma raz na zawsze spuszczone powieki.
+Choćbym głowę roztrzaskał przed nią,
+nie zobaczy tego nawet.</p>
+
+<p>Gdy sprzątnięto ze stołu, Poliński u n&oacute;g jej
+położył dużą sk&oacute;rzaną poduszkę; Władek, niby
+żartując, ukląkł zaraz na niej, a myśmy się dyskretnie
+usunęli w drugi koniec pokoju i paliliśmy
+<span class='pagenum'><a name="Str_57" id="Str_57">[Str. 57]</a></span>
+papierosy, słuchając w p&oacute;łcieniu ściszone
+odgłosy pieszczotliwej ich rozmowy. Widziałem,
+że Władek położył głowę na jej kolanach i rękami
+ująwszy ją za szyję, przysunął jej usta
+do swoich. Była to śliczna grupa... z lichej
+gliny, bo przecież on jest brzydki.</p>
+
+<p>A myśmy tymczasem z Polińskim rozmawiali
+po niemiecku&mdash;oni nie rozumieją tego języka&mdash;i
+instynktownieśmy czuli, że trzeba
+m&oacute;wić rzeczy bezwstydne, sprośne, aby znieść
+spokojnie ten widok. Przynajmniej odrazu trafiliśmy
+na ten wyuzdany ton i przy tych zakochanych
+wspominaliśmy dumnie najbezczelniejsze
+nasze wyprawy i doświadczenia. Śmialiśmy
+się kilka razy do rozpuku... z naszych wspomnień,
+z ich miłości. Mimo to, obaj czuliśmy
+dreszcz w ciele i pot na skroniach. Mnie przebiegały
+parę razy przed oczami czarne plamy;
+<a class="ins" href="#tnote_9" name="tAnchor_9" title="do">po</a> kawie to przeszło.</p>
+
+<p>Gdyśmy już wychodzić mieli, spotkała mię
+wielka przyjemność. Dokuczyłem trochę Władkowi.
+Ona przed lustrem przymierzała kapelusz.
+Poliński świecił jej lampą, ja stałem z drugiej
+strony, trzymając zarzutkę. Władek, kt&oacute;ry się
+wcześniej był ubrał, chciał się do niej zbliżyć.
+Pod pozorem, że będzie pieszczotami przeszkadzał,
+a czas już iść, nie dopuszczałem go
+do niej&mdash;pierwszy raz mogłem go nie dopuścić.
+Pchnął mię kilka razy, naturalnie żartem.
+<span class='pagenum'><a name="Str_58" id="Str_58">[Str. 58]</a></span>
+Nie drgnąłem z miejsca. Po tej utarczce byłem
+bardzo blady: to z zadowolenia, żem był silniejszy&mdash;i
+z odwagi. Ściskałem bokser w ręku.</p>
+
+<p>Wyszliśmy we troje od Polińskiego i najpierw
+odprowadziliśmy Zaleską. Towarzyszyliśmy jej
+aż na schody, aby świecić zapałkami. Z Turskim
+pożegnała się już w drzwiach pokoju:
+w ciemności zapałki zgasły. Potem odprowadziłem
+Turskiego, kt&oacute;ry miał zdaje mi się ogromną
+ochotę m&oacute;wić i wywnętrzać się&mdash;ale ja byłem
+milczący i zły, więc rozmowa się rwała.
+M&oacute;wiliśmy trochę o głupstwach, o Polińskim.
+Potem zostałem sam i poszedłem do domu
+przez Boul.-Mich. Tu jeszcze było gwarno. Studenci
+siedzieli po kawiarniach na ulicy; dziewczęta
+szeleszcząc tanimi jedwabiami uwijały
+się z kwiatami w rękach, goniły się po kilka
+razem lub zaczepiały znajomych <i>amis</i>. Widok
+ten oblał mię jakby żarem. Odgłos pieszczot
+przez wiecz&oacute;r cały rozkołysał mi zmysły, bolesny
+zawr&oacute;t ogarnął je, obudziła się żądza.
+Ani cienia rozkoszy nie było w tem pożądaniu:
+nic, tylko nieprzeparta, maniacka chęć, aby ściskać,
+chwytać jakieś ciało, ślizgać się po niem
+ustami, stopić się z niem, i giąć i ginąć w nierozplecionych
+skrętach. Oczy zaczęły mi płonąć
+i piec powieki: żar mię owionął duszny,
+jaki czasem przed burzą spada z pochmurnego
+<span class='pagenum'><a name="Str_59" id="Str_59">[Str. 59]</a></span>
+już nieba. Widocznie, że nie mogłem ukryć,
+co się ze mną dzieje, bo kilkanaście dziewcząt
+zaczepiło mię odrazu. Wszedłem do Caf&eacute; d'Harcourt.
+Tam gwar był jeszcze większy. W kącie
+przy stoliku siedziała z jedną z &raquo;koleżanek&laquo;
+i jakimś studentem, Gabryela. Zbliżyłem się do
+stolika. Gabryela, widocznie nie mając zam&oacute;wienia,
+zerwała się, rzuciła mi się na szyję,
+zaczęła mię zasypywać pocałunkami i wym&oacute;wkami,
+żem tak dawno u niej nie był; siadła
+mi wreszcie na kolanach i zaproponowała, żebyśmy
+wypili butelkę Chablis z ostrygami. Powiedziałem
+jej do ucha, że nie mam czasu ani
+ochoty, i że muszę i chcę wyjść natychmiast
+i żeby szła ze mną, jeśli jest wolna.&mdash;<i>Pour
+toi, ch&eacute;ri!</i> Zgodziła się wyjść odrazu. Wyszliśmy;
+para przy stoliku zaśmiała się za nami
+w głos: <i>Vous &ecirc;tes bien press&eacute;s, vous autres!</i></p>
+
+<p>Po chwili byłem u Gabryeli. Mieszka zawsze
+bardzo blisko: na rue Tournon. W obu pokojach
+u niej był straszny nieład i zaduch. Zdejmując
+zarzutkę i stanik opowiadała mi, że
+wczoraj wr&oacute;ciła bardzo p&oacute;źno z Bullier i musiała
+przyjąć na noc jedną koleżankę.&mdash;<i>Une amie
+c'est pire, qu'un ami, tu sais?</i> Wstały bardzo
+p&oacute;źno i nie było już komu sprzątać.</p>
+
+<p>Gabryela postawiła świecę na stoliku nocnym
+i zaczęła porządkować i układać pierzyny
+i poduszki rozrzucone po ł&oacute;żku. Siadłem w sypialni
+<span class='pagenum'><a name="Str_60" id="Str_60">[Str. 60]</a></span>
+na fotelu i patrzyłem bezmyślnie. Na toalecie
+leżał rozsypany puder fiołkowy i woń koło
+siebie roztaczał... Ta woń sprawiła mi b&oacute;l prawie
+i zdławiła odrazu p&oacute;ł żądzy. Fiołki... ulubione
+perfumy Zaleskiej.</p>
+
+<p>Tymczasem Gabryela ułożyła ł&oacute;żko, zakrzątnęła
+się jeszcze po pokoju, wypiła zapomniany
+gdzieś na stole kieliszek likieru i pocałowawszy
+mię głośno w usta, zaczęła się rozbierać, ziewając:</p>
+
+<p>&mdash;<i>On est rentr&eacute; tard, je t'avais dit.</i></p>
+
+<p>Nie ruszyłem się z miejsca.</p>
+
+<p>Gabryela rozebrana wskoczyła na posłanie
+i wyciągnęła się jak długa. Koszula odpięła się
+jej na ramieniu i prawa pierś wychyliła się
+okrągle. Bodaj zrobiła to naumyślnie, bo ma
+i pierś i ramię prześliczne. Biodra smukłe rysowały
+się przez batystową koszulę wyraźnie.
+Twarz jej zasłaniał cieniem r&oacute;g poduszki.</p>
+
+<p>Patrzyłem jeszcze chwilę na nią, i żądza
+znowu ogniem mię przebiegła. Zerwałem się
+ubrany jeszcze, aby całować, ująć, pochwycić
+to ciało, kt&oacute;re ku mnie wynurzyło się z bieli.
+Wpijałem usta do jej ust i piersi... gdy ostatnia
+zabłąkana smuga fiołkowej woni owinęła mi
+duszę i dusić poczęła mi oddech:</p>
+
+<p>Zamiast Zaleskiej biorę prostytutkę...</p>
+
+<p>Żądza zgasła&mdash;jak zdmuchnięta świeca.
+<span class='pagenum'><a name="Str_61" id="Str_61">[Str. 61]</a></span>
+Łzy schwyciły mię za gardło, wybuchnąłem płaczem,
+rykiem ohydnym, niepowstrzymanym.</p>
+
+<p>&mdash;<i>Mais qu'as tu donc? T'es fou.</i></p>
+
+<p>Tak!... Uciekłem, zbiegłem ze schod&oacute;w, jak
+szalony&mdash;jestem w domu, zamknąłem się na
+klucz. Łzy już wyschły&mdash;ale palą. Wycisną
+mi chyba na licach pod oczami piętno na wieczność
+całą. Wszystka duma moja stopiła się
+w tych łzach. Ktoby chciał, m&oacute;głby plunąć mi
+w twarz, bo tak płacze tylko niemoc, nędza,
+miłość, kt&oacute;ra nawet przed ulicznicą nie wstydzi
+się hańby, że jest pogardzona.</p>
+
+<p>Więc ją kocham? Kocham Zaleską?&mdash;Zapewne.</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 15 stycznia.</i></p>
+
+<p>Od kilku dni kręci mi się przed oczami jedna
+myśl, decyzya prawie, zagadnienie. Czy ja
+m&oacute;głbym Zaleską uwieść? Jest-że to możliwe,
+czy też nie? Wzgląd na Władka nie gra tu
+żadnej roli; nie uznaję innego obowiązku,
+opr&oacute;cz swej chęci, i on może tu być najwyżej
+przeszkodą lub tryumfem. Idzie tylko o to, czy
+rzecz jest możliwa.</p>
+
+<p>Badałem szanse. Ona jest zakochaną, prawie
+bez pamięci&mdash;to jest źle; są dopiero zaręczeni
+i mają tak zostać długo&mdash;to jest dobrze.
+Jestto bowiem ciągłe podrażnienie nie zaspokojone,
+<span class='pagenum'><a name="Str_62" id="Str_62">[Str. 62]</a></span>
+ciągły śpiew na wysoką nutę, kt&oacute;ry nuży
+gardło. Może nadejść taka przelotna chwila,
+gdy ona poczuje, że śpiewak jest zmęczony
+i trzeba go zluzować: to może być podwaliną
+zwycięztwa.</p>
+
+<p>Jestem raczej brzydki, niż piękny, ale nie
+mam w sobie nic odrażającego i siły mi nie
+brak. Jestem wymowny i mam pewną aureolę
+talentu, kt&oacute;ra może mi pom&oacute;dz. Zobaczę, czy
+muza moja zdatna na stręczycielkę. Jestem wytrwały...
+Zdaje mi się, żem sobie nie podchlebił.</p>
+
+<p><a class="ins" href="#tnote_10" name="tAnchor_10" title="Włbściwie">Właściwie</a> rozumowanie jest tu niepotrzebne.
+Nie ma rzeczy niemożliwych, są tylko bardzo
+trudne. Im większa stawka, tym większa wygrana.
+Zacznę. Jeśli przegram, nie stracę nic,
+bo nic nie mam. Jeżeli wygram... Tak cicho,
+abym sam siebie nie słyszał, szepcę czasem
+słowa, kt&oacute;re wtedy na usta mi wystrzelą. Może
+jakaś nowa moc, wielkość zrodzi się we mnie,
+krwią i ciałem nasyci me widmo, i stworzy,
+i przywoła do życia. Może ona jest <span style="letter-spacing: 0.3em;">życiem</span>&mdash;i
+dla tego bez niej zewsząd jest tylko trwoga,
+rozpacz i śmierć. Więc trzeba działać, bo lepszy
+jest zły czyn od najpiękniejszego marzenia.</p>
+
+<p>Zastanawiałem się już nad sposobami wykonania
+planu<a class="ins" href="#tnote_11" name="tAnchor_11" title=",">.</a> Roztrząsam to na zimno, jak r&oacute;wnanie.
+Droga gwałtowna, zaklęcia, listy jest
+wykluczona. Ona jest na to za łagodna, za
+dobra i trochę... za głupia. Zresztą... Władek.
+<span class='pagenum'><a name="Str_63" id="Str_63">[Str. 63]</a></span>
+Działać można tylko powoli, zwolna, krok za
+krokiem, jak fala, kt&oacute;ra pieści i podmywa brzegi,
+zanim je zatopi. Należy im nie odm&oacute;wić tej
+przyjemności, kt&oacute;rą tak lubią, i żyć z nimi, jak
+najbliżej. Trzeba wejść do tej rodziny... we
+troje, aby p&oacute;źniej zostać można bez trzeciego.</p>
+
+<p>Ta droga jest przykra i grozi mi paleniem
+skroni przez czas długi, lecz jest jedyna, a zatem
+dobra.</p>
+
+<p>Będzie to... ćwiczenie z algebry psychologicznej.</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 16 stycznia.</i></p>
+
+<p>Wczoraj byłem z nimi w teatrze. Kupiłem
+bilety; dla Zaleskiej przyniosłem m&oacute;j zwykły
+bukiecik. Działałem w myśl swego planu, choć
+coraz więcej widzę, że <i>contra spem spero</i>. I on,
+i ona są jakby opętani; wszystko, co się koło
+nich dzieje, dochodzi ich, jakby stłumione i dalekie.
+Szedłem przy niej, ale wszelka rozmowa,
+zar&oacute;wno we dwoje, jak i we troje rwała się
+bez przerwy, jak między obcymi. Były chwile
+w tej drodze, że mi ręce drżały, <a class="ins" href="#tnote_12" name="tAnchor_12" title="jakdybym">jakgdybym</a>
+chciał schwycić&mdash;wroga lub siebie&mdash;za
+gardło i zadusić. W teatrze oni mieli oczy spuszczone
+i trzymali się za ręce pod parapetem.
+Ja... ja słuchałem opery i na moją duszę,
+nie przeszkadzałem im wcale. Wracając m&oacute;wiliśmy
+trochę więcej... o muzyce, o poezyi,
+<span class='pagenum'><a name="Str_64" id="Str_64">[Str. 64]</a></span>
+o sztuce. Władek, kt&oacute;ry nieco ochłonął i bardzo
+lubi moje wiersze, prosił mię, abym im coś powiedział.
+Naturalnie zgodziłem się chętnie i powiedziałem
+ten smutny, napisany na Wiliją.</p>
+
+<p>
+Na niebie mojem chmury...<br />
+</p>
+
+<p>Wiersz się jej podobał, tylko się dziwiła, czemu
+piszę takie rzeczy ponure i rozpaczliwe. Czy mi
+źle z nimi, wśr&oacute;d przyjaci&oacute;ł? Piekło! Ale Władek,
+kt&oacute;ry mię kocha coraz więcej, ogłosi mię
+niedługo za pierwszego poetę w Polsce.</p>
+
+<p>Kiedyśmy doszli do domu, Zaleska przypomniała
+sobie, że nie kazała zapalić w piecu
+i w pokoju będzie zimno. Władek wszedł z nią
+na g&oacute;rę, aby rozpalić ogień. Czekałem na niego
+kilka minut, aż wreszcie znudziło mi się stać
+na mrozie, znudziło czysto fizycznie&mdash;i odszedłem.
+Chodziłem długo nad Sekwaną i myślałem.
+Myślałem, dla czego Sekwana nie zalewa
+brzeg&oacute;w.</p>
+
+<p>..............................................</p>
+
+<p>Przed chwilą wyszedł ztąd Poliński. Przybiegł
+z plotką. Spotkał się na obiedzie z Turskim.
+Turski był strasznie zgorączkowany:
+biega po wszystkich urzędach Paryża, wyrabia
+dla siebie i narzeczonej dokumenty. Ślub odbyć
+się ma koniecznie jeszcze w tym miesiącu.</p>
+
+<p>Czy rozumiesz?</p>
+
+<p>Czy rozumiesz, ty podła, trupia masko!?</p>
+
+<hr style="width: 65%;" />
+<p>
+<span class='pagenum'><a name="Str_65" id="Str_65">[Str. 65]</a></span></p>
+
+<h2><a name="HAMLET" id="HAMLET"></a>HAMLET.</h2>
+<hr style="width: 65%;" />
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_67" id="Str_67">[Str. 67]</a></span></p>
+
+
+<h3>Hamlet.</h3>
+
+
+<p>Dyrektor wielkiej przędzalni Senger &amp; C-ie w Pabianicach
+wstał, jak zwykle, o godzinie si&oacute;dmej.
+Buty elegancko świecące i ubranie przygotowane
+były z należytą punktualnością.</p>
+
+<p>Kawa, kt&oacute;rej dyrektor wielkim był amatorem,
+była mocna; masło&mdash;świeże i zimne, bułki&mdash;chrupiące;
+posiłek ranny najmniejszego powodu niezadowolenia
+mu nie dał. Pokrzepiwszy się, dyrektor
+włożył kapelusz, przejrzał się w lustrze,
+musnął cokolwiek siwiejące już wąsy, i widocznie
+zadowolony ze swej postaci, wolnym
+krokiem do fabryki się udał. Tam też wszystko
+we wzorowym znajdowało się porządku: maszyny
+były w pełnym biegu, robotnicy na miejscach
+swoich. Dyrektor obszedł wszystkie sale,
+wydał parę drobnych rozporządzeń, zajrzał do
+wydziału administracyi, gdzie go o niewielkiej,
+zawsze jednak korzystnej zwyżce zawiadomiono;
+w końcu wr&oacute;cił do swego laboratoryum, gdzie
+się gł&oacute;wne jego zajęcie skupiało. I tu miara
+powodzeń się nie przerwała; przeciwnie, wiadomości
+<span class='pagenum'><a name="Str_68" id="Str_68">[Str. 68]</a></span>
+były pomyślniejsze jeszcze niż w fabryce.
+Zaraz na wstępie powitał go pomocnik
+chemika radosną nowiną, że nowa farba &raquo;trzyma&laquo;.
+Nowa farba była własnym pomysłem dyrektora,
+kt&oacute;ry od dawna się trudził, aby drogą, rektyfikowaną
+benzynę tańszymi materyałami zastąpić.
+Długie były niepowodzenia, zanim przed tygodniem
+udało się otrzymać r&oacute;wnie piękny błękit,
+jak ten, kt&oacute;ry znacznym kosztem z zagranicy
+sprowadzano. Pozostawało zbadać, czy barwnik
+da się do tkanin zastosować. Dyrektor zrzucił
+marynarkę, wdział ceratowy fartuch, i z namaszczeniem
+zasiadł do pracy przed stołem zastawionym
+pr&oacute;bkami, kolbami, flaszkami. Robota
+aczkolwiek nie trudna, zajęła jednak dość czasu.
+Trzeba było z każdej flaszki wylać kropel parę
+na długie zabarwione nową farbą paski sukna,
+suszyć je na słońcu, badać przez szkła, zapisywać
+i por&oacute;wnywać rezultaty. To też kiedy
+dyrektor pr&oacute;by swoje skończył i z lubością na
+fotelu się przeciągnął&mdash;było południe. Rozległ
+się dzwon oznajmiający robotnikom obiad i godzinny
+odpoczynek. Dyrektor spojrzał na zegarek,
+przekonał się, że sygnał obiadu dany
+został punktualnie i zaczął się namyślać, co
+robić z dwiema godzinami, kt&oacute;re mu jeszcze
+do chwili obiadu pozostawały. Pracę skończył,
+do domu nieuporządkowanego wracać nie lubił,
+zdecydował się więc wstąpić do biblioteki.
+</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_69" id="Str_69">[Str. 69]</a></span>
+Biblioteka była dziełem samego dyrektora,
+kt&oacute;ry w początkach swego dyrektorstwa dość
+żywo pamiętał o hasłach młodzieńczych. Obejmując
+swoje obowiązki, wym&oacute;gł na kompanii
+kapitalist&oacute;w, że dali na bibliotekę salę i zgodzili
+się z rocznego obrotu pewną sumę na
+zakup książek wyznaczać.</p>
+
+<p>Bibliotece tej z zapałem założonej początkowo
+nieźle się wiodło; były książki, byli i czytelnicy.
+Powoli jednak, bez widocznego powodu,
+jad ospałości się wcisnął; robotnicy wr&oacute;cili do
+szynkowni, oficyaliści do kart, książek kupowano
+mniej, i już od roku rzadko można było
+kogo zastać w bibliotece. Gdy dyrektor wszedł
+do sali, pustka tam panująca niemile go uderzyła:
+był to pierwszy wyłom w murze zadowolenia,
+kt&oacute;re od rana duszę jego otaczało.</p>
+
+<p>Wziął ze stołu &raquo;Kuryer&laquo; i zabrał się do czytania:
+warszawska brukowa gazeta stanowiła
+jedną z jego potrzeb. Przeczytał sumiennie pełną
+animuszu kronikę polityczną, przerzucił część
+rozporządzeń urzędowych, doszedł do doniesień
+osobistych, gdzie na pierwszem miejscu, wyczytał:
+&raquo;Znakomity profesor uniwersytetu w Bonn
+p. Zygmunt Rosicki na dni kilka do miasta naszego
+zawitał. Z Warszawy udaje się na letni
+wypoczynek do majątku swojego w kieleckiem&laquo;.</p>
+
+<p>Wiadomość ta zastanowiła dyrektora. Rosicki
+<span class='pagenum'><a name="Str_70" id="Str_70">[Str. 70]</a></span>
+był jego uniwersyteckim kolegą, i dźwięk tego
+nazwiska odrazu przerzucił mu myśli o dwadzieścia
+lat wstecz, w dawno upłynione chwile
+wsp&oacute;lnie spędzonej młodości. Napr&oacute;żno pr&oacute;bował
+czytać dalej. Wspomnienia, pełzając jak
+węże, jedno po drugiem wślizgiwały mu się
+w duszę. Odłożył gazetę, machinalnie podszedł
+do okna, spojrzał na podw&oacute;rze, gdzie grupami
+siedząc na cegłach obiadowali robotnicy, i począł
+chodzić zwolna po pustej, cichej sali.</p>
+
+<p>Przeszłość daleka i zwykle zamglona, odżywała
+nagle w oderwanych obrazach jaskrawych
+i światła pełnych. Przemyślane marzenia, uczucia
+przecierpiane, zdarzenia przeżyte, to, co powiązane
+i spojone, zda się, w jedną całość, stanowiło
+jego przeszłość, jego życie, powstawało
+rozbite na części i porozrywane: jedno
+życie rozkładało się na sceny obce sobie, jak
+figury kalejdoskopu.</p>
+
+<p>Jak dawno, jak dawno był tym młodzieńcem,
+pełnym wyg&oacute;rowanych acz nieświadomych nadziei,
+niespełnionych marzeń, młodzieńcem, kt&oacute;remu
+wolno nie mieć jeszcze wspomnień, żelaznym
+ciężarem kładących się na duszę! I wyobraźnia
+rysowała mu własną jego postać, nie
+tę, jaką widział w lustrze i kt&oacute;rej kłaniali się
+obywatele pabianiccy, lecz tę, kt&oacute;ra tam przed
+laty, w starych murach akademickiego grodu,
+myślała i żyła, cieszyła się z pochlebstw przyjaci&oacute;ł,
+<span class='pagenum'><a name="Str_71" id="Str_71">[Str. 71]</a></span>
+cieszyła sie z śpiących na dnie piersi sił,
+kt&oacute;re ockną się kiedyś i p&oacute;jdą niewiadomo
+gdzie, lecz zawsze po zwycieztwo. Młodość jest
+wielkim czarodziejem. Lekkomyślnie i nieświadomie
+upiększa sobie życie potęgą wielkich
+sł&oacute;w, kt&oacute;rych działania zda się niewiedzieć,
+jak lufa nie zna działania zab&oacute;jczych kul, kt&oacute;re
+wyrzuca. Miłość, rozkosz, sława, społeczeństwo,
+ludzkość&mdash;wszystkie hasła, kt&oacute;re dla dorosłego
+człowieka, świadomego cen życia, rzadkim są
+pokarmem, dla młodzieńca zwyczajna to strawa.
+Uścisk służącej w ważkim korytarzu&mdash;to miłość;
+serdelek pokropiony szklanką piwa&mdash;to
+rozkosz; wierszyk zaśpiewany kolegom&mdash;sława.
+Błogosławione kłamstwa! ... lecz biada tym,
+kt&oacute;rym ambitna żądza zapomnieć nie da, że te
+słowa&mdash;to tylko fałszywie ponaklejane etykiety,
+kt&oacute;re odjąć trzeba, gdy handel idzie na seryo.
+Ci zechcą w życiu, tak jak w młodości: rozkoszy,
+miłości, sławy ... i życie im nie odm&oacute;wi:
+dostaną małżeństwo z przyzwyczajenia za miłość,
+drugorzędną restauracyę za rozkosz,
+kuryerkową pochwalę za sławę. Rosicki znakomitym
+uczonym! Dobre to kadzidło dla tłumu,
+kt&oacute;ry zapomni o tej sławie, jak zapomni o dźwięku
+nazwiska, kt&oacute;rego nie słyszał nigdy. On przecież
+wiedział, bo za ruchem naukowym śledził
+machinalnie, co to za sława ta i setki jej podobnych.
+Całe życie spędzone w jednej myśli,
+<span class='pagenum'><a name="Str_72" id="Str_72">[Str. 72]</a></span>
+poświęcone odnalezieniu jednego prawa, jednego
+objaśnienia, cała praca rozpalonego przypływem
+krwi m&oacute;zgu, oczu roziskrzonych nadzieją odkrycia&mdash;zaklęta
+w długich szeregach cyfr
+i wiersz&oacute;w, kt&oacute;re przeczyta r&oacute;wny autorowi
+szaleniec po to, aby nazwać prawa pierwszego
+błędem, rachunki&mdash;fałszem, oczekiwania&mdash;ułudą.
+A nad obydwoma za lat parę przejdzie
+potężnie tłoczący walec czasu; ktoś jeszcze
+może o nich wspomni, choć dla niego życia
+w pracach ich nie będzie. Minie jeszcze lat
+kilka i nazwiska ich porosną wiecznem zapomnieniem,
+jak zarasta wydeptana w trawie nogą
+wędrownika ścieżka, po kt&oacute;rej nikt nigdy nie
+przejdzie. Oto był los tego, na kim w młodych
+latach zdawał się leżeć promień nieśmiertelności,
+on to był przecież, kt&oacute;ry w ciszy pokoju, oderwawszy
+się na chwilę od pracy, m&oacute;wił do siebie
+cichemi i drżącemi ustami, że ślad jego nie zaginie,
+że ręka, kt&oacute;ra wyrwie naturze prawdę,
+sterczeć będzie świetlana z nocy zapomnienia
+długo, długo&mdash;może wiecznie. A jednak ten
+homunkulusowy gieniusz był szczęśliwy; dyrektor
+widział go przed rokiem: był przekonany
+o ważności i potrzebie prac swoich, wierzył
+w miniaturowe prawdy, kt&oacute;re głosił, był upojony
+wzmiankami i pochwałami gazet. Był szczęśliwy&mdash;szczęśliwością
+skazańca, kt&oacute;ry idzie
+na nieznaną śmierć z zawiązanemi oczami. Dyrektor
+<span class='pagenum'><a name="Str_73" id="Str_73">[Str. 73]</a></span>
+czuł teraz dla przyjaciela swego dziwną
+zazdrość, kt&oacute;rej mękę łagodziła tylko wyrafinowana
+rozkosz i duma, że on tak szczęśliwym
+być nie m&oacute;gł. On widział teraz, gdy wspomnienia
+młodości wionęły mu na duszę, jak na
+spopielone ognisko, gdy w roznieconym ogniu
+odżyły dawne marzenia, że życie ich zawiodło,
+nie dało im nic, nie zbliżyło na krok do wielkich
+świateł, ku kt&oacute;rym płynąć chcieli.</p>
+
+<p>Z gorączkową niecierpliwością, zagłębiony
+w siebie, zaczął rozdzierać na kawały swe życie,
+badać każdą chwilę, każdą myśl, każde
+wzruszenie, wszystko, co przeżył przez lat dwadzieścia.
+Badana z nienawiścią, oświecana blaskiem
+zn&oacute;w rozgorzałych marzeń powstawała
+teraz przeszłość o barwach trupich, o kształtach
+zgiętych i spodlonych.</p>
+
+<p>Jakiem było to jego życie, za kt&oacute;re go chwalono
+i na wz&oacute;r dorastającej okolicznej młodzieży
+podawano!.. Czyż od chwili, kiedy po raz ostatni
+z mur&oacute;w wszechnicy zabrzmiały za nim
+hasła świetnej młodości, nie był to jeden
+nieprzerwany upadek, powolne pogrążanie
+w trzęsawisku codziennych trosk i codziennych
+rozkoszy? Czyż od dnia, kiedy rozpoczął samodzielny
+żywot i wstąpił do fabryki, początkowo
+jako bezpłatny praktykant, miał chociaż
+jedną chwilę, kt&oacute;re; by m&oacute;gł powiedzieć: &raquo;st&oacute;j
+jesteś piękną&laquo;? O tak; przebiegał szybko stopnie
+<span class='pagenum'><a name="Str_74" id="Str_74">[Str. 74]</a></span>
+hierarchii fabrycznej, aż dziś stanął na jej
+niewysokim szczycie; miał coraz, więcej pieniędzy
+i coraz mniej marzeń i nadziei, jadał coraz
+lepsze kolacye, spędzał noce u coraz droższych
+dziewczyn. To były rozkosze jego kawalerskich
+czas&oacute;w; a prace? Pracował nad farbowaniem
+perkalu od rana do wieczora, wynalazł nowy
+błękit, doglądał biblioteki, założył szk&oacute;łkę. Pusta
+sala czytelniana i szk&oacute;łka z dziesięciorgiem
+leniwych dzieci, to było wszystko, co w życiu
+swem stworzył i czego dokonał... P&oacute;źniej znudziły
+go kolacye i dziewczyny, znudziła samotność
+obszernego mieszkania, więc postanowił
+się ożenić. On, kt&oacute;rego wyśmiewali trochę koledzy
+za romantyzm, za to, że szukał w kobiecie
+poezyi, niepowszedniego wdzięku, ożenił
+się z najprzeciętniejszą panną, c&oacute;rką swego
+byłego zwierzchnika, ożenił z nud&oacute;w i przyzwyczajenia,
+bo swoją przyszłą codzień przy
+obiedzie widywał. O miłości, uczuciu, o namiętnem,
+pełnem męki pożądaniu nie było tam
+mowy. Było to małżeństwo jakich wiele, jakie
+wszystkie. Przyzwyczajenie, przyjaźń, oparta na
+przyzwoitości, sympatya towarzyska była jedyną
+treścią ich stosunku. Pożycie małżeńskie płynęło
+im spokojnie i szczęśliwie, od chwili kiedy
+ją, wiedzącą wszystko z książek i ledwie drżącą
+wprowadził po raz pierwszy do sypialni, aż do
+dnia dzisiejszego, kiedy posuwający się wiek
+<span class='pagenum'><a name="Str_75" id="Str_75">[Str. 75]</a></span>
+rzadszymi uczynił wybuchy czułości. Nie zdradziła
+go żona&mdash;wiedział o tem; nawet myśl podobna
+nie przesunęła się nigdy przez jej umysł;
+był że to dow&oacute;d miłości i przywiązania? Chłodne
+z natury miała zmysły&mdash;a zresztą na
+tem pustkowiu, gdzie się osiedlili, nie miała
+z kim go oszukiwać; nie upadła, bo droga jej
+była r&oacute;wna i prosta.</p>
+
+<p>I poczuł nagle dziką złość do kobiety, kt&oacute;ra
+była jego żoną, złość za wszystkie niedoznane
+pieszczoty miłości i męki zdrady, za dziesięć
+lat spokojnego filisterskiego szczęścia w zawsze
+ciepłych i zawsze otwartych ramionach.</p>
+
+<p>Nie, nie miał racyi złorzeczyć jej. Czyż nie
+dbała o jego wygody, czyż nie dawała mu
+dowod&oacute;w uległości, czyż nie obdarzyła go
+dwojgiem dzieci, kt&oacute;re od lat ośmiu krzykiem,
+i kł&oacute;tniami dziecięcemi zapoznawały go z rozkoszami
+ojcostwa? Myśl o dzieciach przywiodła
+mu na pamięć, że obiecał był wcześniej do
+domu powr&oacute;cić i po obiedzie z rodziną udać
+się do pobliskiego lasu. Nagle wyobraźnia, jak
+znarowiony koń rzuciwszy się w bok, jaskrawo
+i dobitnie przedstawiła mu obraz takiej rodzinnej
+wycieczki...</p>
+
+<p>...Po rżysku, oblanem promieniami zachodzącego
+słońca, idą dzieci, prowadzone przez
+guwernantkę; za nimi w odległości kilku krok&oacute;w,
+on, pod rękę z żoną, kt&oacute;rej nie ma nic do powiedzenia,
+<span class='pagenum'><a name="Str_76" id="Str_76">[Str. 76]</a></span>
+pr&oacute;cz zapytań, co będzie dziś na
+kolacyę lub jutro na obiad. Słońce rzuca coraz
+krwawsze blaski, z ziemi wilgotnej po deszczu
+powstają fioletowe opary, nadając odległym
+drzewom fantastyczne kształty widm; zbliża się
+pełna uroku godzina zmierzchu; oni nie widzą,
+nie czują, wszyscy idą spiesznym krokiem,
+skarżąc się na zimno: herbata na wieczerzę
+przygotowana, wystygnąć może. Nie takiem
+okiem i sercem spotykał niegdyś wschodzącą
+noc!!...</p>
+
+<p>Wzdrygnął się przed tym obrazem dyrektor,
+i jakby pragnąc odeń uciec wyszedł gwałtownie
+z sali. Chciał iść gdziebądź w pole, ale
+mimowoli tyloletniem przyzwyczajeniem wiedziony
+skierował się przez podw&oacute;rze do domku
+swego, naprzeciw fabryki. Nie widział ukłon&oacute;w
+składanych mu przez robotnik&oacute;w i oficyalist&oacute;w,
+przeszedł ogr&oacute;dek, kt&oacute;ry dworek jego otaczał,
+i przez podjazd szybko wbiegł na schody, prowadzące
+do mieszkania; nerwowo, silnie, dwukrotnie
+zadzwonił. Po chwili drzwi się otworzyły.
+W drzwiach ukazała się sama pani domu,
+elegancko ubrana; w ręku trzymała miotełkę&mdash;znak,
+że mimo kokieteryjnego stroju, gospodarskich
+kłopot&oacute;w jeszcze nie ukończyła. Powitała
+męża zwykłym uśmiechem i wyciągnęła doń
+usta dość jeszcze świeże i ponętne. Dyrektor
+nie miał jednak humoru do pieszczot. Na uśmiech
+<span class='pagenum'><a name="Str_77" id="Str_77">[Str. 77]</a></span>
+nie odpowiedział, usta pocałował machinalnie
+bez zwykłej czułości, i nic nie m&oacute;wiąc wszedł
+do swego gabinetu. Żona nie pr&oacute;bowała
+nawet pytać o przyczynę złego humoru, wiedziała,
+że mąż najłatwiej sam się uspakaja, zamknęła
+więc drzwi i do przerwanej roboty wr&oacute;ciła.</p>
+
+<p>Dyrektor tymczasem dalekim był do uspokojenia;
+przeciwnie, spotęgowały się jeszcze
+rozstr&oacute;j i niezadowolenie z siebie w domu, gdy
+codzienne życie mocniej go objęło. Przeszedł
+kilkakrotnie pok&oacute;j szybkimi krokami, rzucając
+dla siebie tylko zrozumiałe wyrazy; w końcu
+zmęczony usiadł przy biurku i zn&oacute;w zagłębił
+się w ponurą zadumę.</p>
+
+<p>Tak; zmarnował życie; czuł to aż nadto dobrze;
+zap&oacute;źno już teraz, gdy czwarty krzyżyk
+do ziemi go przygniata, nowe zaczynać. Zresztą,
+czyż warto? Gdzież pewność, że nie byłby po
+raz drugi zawiedziony gorzej, niż teraz? Gdyby
+można porzucić szalone marzenia, zgodnie zadawalniać
+się tem, co życie dało: spokojnem
+ciepłem domowego ogniska, względnym mieszczańskim
+dobrobytem, tem wszystkiem, co
+położenie jego dla wielu zazdrości godnem czyniło!
+Nie czuć, nie myśleć, nie przypominać
+sobie... w bezmyślnym spokoju dobrze karmionego
+zwierzęcia korzystać z okruszyn życia
+byłoby najlepiej! Wszak upływały całe lata, kiedy
+podobne myśli do głowy mu nie przychodziły,
+<span class='pagenum'><a name="Str_78" id="Str_78">[Str. 78]</a></span>
+gdy żył, jak inni, z zimną głową i jak inni był
+szczęśliwy. Niestety, spok&oacute;j długich lat zatruć
+mogła jedna taka, jak obecna, godzina.</p>
+
+<p>Bezcelowy wzrok podni&oacute;słszy z ziemi,
+obrzucił nim cały pok&oacute;j: wstrętnemi mu były
+drogie obicia, sztychy na ścianach, świecidełka
+stojące na biurku, te wszystkie oznaki średniej
+zamożności, upiększającej swe siedlisko parodyą
+bogactwa i sztuki. Od figurki saskiej wzrok
+jego przesunął się po biurku i padł na rozłożoną
+książkę. Książka ta zwr&oacute;ciła jego uwagę.
+Przypomniał sobie, że ubiegłego dnia wieczorem
+czytał w gabinecie, lecz co, nie pamiętał. Wziął
+rozwartą książkę, spojrzał w nią&mdash;był to tom
+poezyi Krasińskiego. Oczy jego błądziły chwilę
+po otwartej stronie, w końcu zatrzymały się,
+jakby przykute: &raquo;Trzeba być Bogiem lub nicością&laquo;.</p>
+
+<p>...Tak, gdyby, nawet całkiem inaczej życiem
+swem pokierował, niezadowolenie, wieczny wielkich
+żądań towarzysz, nie odstąpiłoby go ani
+na chwilę... Teraz zrozumiał się jasno. &raquo;Trzeba
+być Bogiem, lub nicością&laquo;.</p>
+
+<p>Bogiem niemożliwa, nicością zostać łatwo.
+Jedna kr&oacute;tka chwila b&oacute;lu, chwila pasowania
+się życia ze śmiercią i p&oacute;źniej wieczna noc:
+zniknie i rozpr&oacute;szy się, jak zdmuchnięty
+płomień.</p>
+
+<p>Pociągnęła go ta myśl. <a class="ins" href="#tnote_13" name="tAnchor_13" title="Naprożno">Napr&oacute;żno</a> nadludzkim
+<span class='pagenum'><a name="Str_79" id="Str_79">[Str. 79]</a></span>
+wysiłkiem duszy chciał odczuć to, co będzie
+czuł, gdy czuć przestanie, chciał Odczuć siebie,
+jako zimnego trupa; wyobraźnia smagana biczem
+woli, cofała się z drżeniem przed nieuchwytnością
+śmierci. A jednak ten przeraźliwy
+spok&oacute;j i cisza nęciły go coraz więcej. Leżeć
+tak z zamkniętemi oczami, z rozchylonemi usty,
+z pogardliwym uśmiechem dla wszystkich rozkoszy
+i zgryzot, kt&oacute;re po jego śmierci, jak dawniej,
+będą dusiły ludzi w wiecznej z sobą
+walce, wyrwać się wszystkim myślom, kt&oacute;re
+dręczą, uciec tam żalowi za młodością, za siłami,
+kt&oacute;re znikły, za marzeniami, kt&oacute;re się
+rozpłynęły&mdash;co za rozkosz! Czyż nie przyjemna,
+że śmierć jego zadziwi wszystkich, śmierć człowieka,
+kt&oacute;ry był bogaty, młody, szczęśliwy, że
+go zaczną podziwiać, zanim nie nazwą głupcem,
+łub waryatem, bo rozumieć nie będą?</p>
+
+<p>Dyrektor otworzył szufladę, wydobył mały
+błyszczący rewolwer i z uwagą zaczął mu się
+przypatrywać. Rewolwer był nabity: jeden
+otw&oacute;r bębenka ukryty w lufie, pięć innych
+świeciło niklowymi stożkami kul. Dość zbliżyć
+lufę na odległość cala, potem jedno pociśnięcie,
+jeden błysk i grom, jedno uderzenie kr&oacute;tkie
+i druzgoczące, a kula przebije sk&oacute;rę, wciśnie
+się w warstwy mięśni, strzaska szaniec kości,
+aż zmęczona walką, obmytą w krwi odpocznie
+w miękkich zwojach m&oacute;zgu. Z dziwną lubością
+<span class='pagenum'><a name="Str_80" id="Str_80">[Str. 80]</a></span>
+zatrzymał się na tym obrazie. Widział się leżącym
+na kanapie z ustami szeroko rozwartemi,
+pełnemi na wp&oacute;ł skrzepłej krwi, z rysami wykrzywionymi
+przez b&oacute;l, z ręką daleko odrzuconą,
+z rewolwerem w kurczowo zaciśniętej
+dłoni. Widział naokoło siebie domownik&oacute;w,
+zbiegłych na odgłos strzału, żonę ze łzami
+w oczach, dzieci przerażone nowością widoku,
+sługi, zaglądające ciekawie przez uchylone
+drzwi, i gdy naokoło niego krążyć będzie ten
+cały tłum, pełen zgryzot i kłopot&oacute;w, kt&oacute;re jutro
+już inne zastąpią, pełen szczerego smutku, skazanego
+na prędkie pocieszenie, on leżeć będzie
+spokojny i pogardliwy. Nawet ta myśl, kt&oacute;ra
+często głowę mu rozsadza, ta myśl, że śmierć&mdash;to
+ostateczny koniec jego istnienia, przerwanie
+gwałtowne jego ja, kt&oacute;re myśli, czuje
+i chce, nawet ta myśl, kt&oacute;ra dziś jest w nim
+nie przeciśnie się przez spok&oacute;j grobu.</p>
+
+<p>Dyrektor zanurzał się w otchłań śmierci, jak
+pływak nierozważny idący w morze, kt&oacute;re falą
+ruchliwą i wiotką, pieszczotliwą a figlarną otacza
+mu kolana i biodra, łechce piersi, szyję całuje,
+to zbliża się, to ucieka, a wabi zawsze.
+Za zmienną falą idzie odurzony pływak coraz
+dalej; nie widzi, że uciekła mu już ziemia, nie
+czuje, że noga dna nie chwyta, że fala do ust
+mu się skrada, tysiącem pereł oczy mu oślepia,
+do uszu rozkoszne obietnice szepce. Jeszcze
+<span class='pagenum'><a name="Str_81" id="Str_81">[Str. 81]</a></span>
+jeden krok&mdash;i roztwiera się toń, kt&oacute;ra ma go
+schłonąć. Dyrektor zbliżył się już do tej granicy.
+Żądza spokoju, niebytu, coraz potężnie; ogarniała
+mu duszę; błyszcząca lufa, świecące ostrza
+kul zdawały się go hypnotyzować i usypiać
+zwykle nie drzemiącą chęć życia. Wolną bezmyślna
+ręka zaczął kręcić bębenek rewolweru;
+słuchał chrzęstu, jaki wydawała każda kula,
+stając przed otworem lufy i zn&oacute;w przysuwał
+do lufy następną, jakby nie wiedząc, kt&oacute;rej poruczyć
+wykonanie nieświadomego jeszcze, choć
+już zapadłego wyroku. Zn&oacute;w obr&oacute;cił bębenek
+dokoła; teraz wybierze trzecią kulę. Tr&oacute;jka była
+zawsze jego ulubioną liczbą.</p>
+
+<p>Nagle zapukano do drzwi. Cienki dziecięcy
+głosik odezwał się: &raquo;Tatusiu, mama prosi na
+obiad&laquo;.</p>
+
+<p>Na dźwięk głosu dyrektor wzdrygnął się i rewolwer
+prędko rzucił na st&oacute;ł, jak żak schwytany
+na gorącym uczynku. Spojrzał na zegarek.
+Była druga: obiad podano punktualnie, godzinę
+już rozkoszował się przedsmakiem śmierci. Ale
+teraz wykonać zamiar jawnem było niepodobieństwem:
+cały obraz, kt&oacute;ry sobie wymarzył
+i ukochał, m&oacute;głby ulec zmianie: zresztą dziecko
+przeraziłoby się strzału i strasznego widoku
+trupa. Nie iść na obiad nie można; przyjdzie
+żona, zapyta o pow&oacute;d, zobaczy rewolwer; jeśli
+się domyśli lub przeczuje, zaczną się płacze
+<span class='pagenum'><a name="Str_82" id="Str_82">[Str. 82]</a></span>
+i spazmy. Najlepszem więc zdało mu się udać
+spok&oacute;j i siąść do stołu a zamiaru zaraz po
+obiedzie dokonać.</p>
+
+<p>Dyrektor wstał, twarz do zwykłego wyrazu
+ułożył, rewolwer schował i wyszedł do jadalnego.
+Dzieci pocałowały go w rękę i zaczęły
+gwałtownie wspinać się na swe krzesełka. Jadalnia
+mimo jego woli przyjemne na nim sprawiła
+wrażenie: uderzyły go mile jasne tapety,
+kt&oacute;rych barwę podnosiło łagodne światło słoneczne,
+przecedzone przez gęste story, uderzył
+go zapach r&oacute;ż z bukietu, stojącego na kredensie.
+Duży st&oacute;ł czysto był nakryty i symetrycznie
+zastawiony srebrnymi przyborami; na
+środku pyszniła się waza; pokrywa broniła
+jeszcze parze wydostać się z ukrycia i roznieść
+po pokoju woń podanej zupy.</p>
+
+<p>Cały ten widok zamożnej jadalni podczas
+smacznego obiadu bił żywo w najgłębsze struny
+ludzkie; zwierzęcości, zdawał się wysławiać
+wszystkie rozkosze jedzenia... jak zachwycone
+nozdrza rozszerzają się z lubością, aby wciągnąć
+podniecający aromat; język wybredny kochanek,
+kr&oacute;tko się pieści z każdym kąskiem,
+lecz i w szybkim uścisku potrafi wyssać całą
+skalę uniesień; żołądek mniej zręczny i gibki
+zadawalniać się musi odpadkami języka, aż
+wreszcie zlekka wzdęty nakaże koniec biesiadzie.
+Ciepłe strumyki rozchodzą się po całem
+<span class='pagenum'><a name="Str_83" id="Str_83">[Str. 83]</a></span>
+ciele, tysiącznemi korytami do serca i m&oacute;zgu,
+do piersi i ręki biegnie od żołądka radosna
+wieść, dobra nowina: &raquo;jestem zdr&oacute;w i pełen&laquo;.
+Serce chciało kochać i cierpieć, m&oacute;zg&mdash;zwyciężać
+i ginąć, ręka&mdash;tworzyć i opadać; żołądek
+zmusił ich do milczenia, on sam tylko
+jest panem.</p>
+
+<p>Dyrektor siadł. Czuł, że myśli, kt&oacute;re w głowie
+ułożyły się w systemat i żądały wniosku,
+pierzchnęły, jakby wsiąkły w parę, buchającą
+z wazy i jak mgła rozpr&oacute;szyły się w nicość;
+czuł, że <i>ten on</i>, kt&oacute;ry z zimną krwią przykładał
+rewolwer do ust, wymykał mu się; napr&oacute;żno
+go przywoływał; czuł, że gdyby nim
+był teraz, wśr&oacute;d żony i dzieci, udawałby tylko.
+Chciał się gniewać na siebie i oburzać&mdash;nie
+m&oacute;gł.</p>
+
+<p>Rozlano zupę. Żona wybrała mu najładniejsze
+i najcieńsze uszka. Machinalnie wziął łyżkę,
+zanurzył w talerz i poni&oacute;sł do ust. Gorący,
+ostry, zaprawny korzeniami barszcz, jaki bardzo
+lubił, połechtał mu podniebienie. Myśli, kt&oacute;re
+jak ćmy płomień otaczały go przed godziną,
+pierzchnęły jeszcze dalej; jeszcze jedna
+łyżka&mdash;już ich nie widać, tylko cień ich
+padał mu wciąż na duszę; jeszcze jedna&mdash;i
+cień zniknął, jak ostatnia chmura po letniej
+burzy.</p>
+
+<p>Dyrektor się uśmiechnął: był to znak pożegnania
+<span class='pagenum'><a name="Str_84" id="Str_84">[Str. 84]</a></span>
+dla znikomych przywidzeń, pobłażania
+dla siebie; z tym uśmiechem spojrzy teraz
+w przeszłość.</p>
+
+<p>Wziął jeszcze parę łyżek, zaśmiał się do
+żony, poklepał ją po ramieniu i do dzieci zawalał:
+&raquo;No dzieci zaraz po obiedzie mi się
+ubrać i marsz na spacer&laquo;.</p>
+
+<p>Barszcz był tak smaczny.</p>
+<hr style="width: 65%;" />
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_85" id="Str_85">[Str. 85]</a></span></p>
+
+<h2><a name="PRZYSIEGLY" id="PRZYSIEGLY"></a>PRZYSIĘGŁY.</h2>
+<hr style="width: 65%;" />
+
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_87" id="Str_87">[Str. 87]</a></span></p>
+
+<h3>Przysięgły.</h3>
+
+<p style="text-align: right;">
+<i>Dnia 5 maja.</i>
+</p>
+
+<p>Skazaliśmy go na śmierć. Sprawa była tak
+prosta, że obrady nasze, nie wiem czy p&oacute;ł godziny
+trwały. O piątej popołudniu przewodniczący
+wręczył nam pytania i objaśnił, co każde
+z nich znaczy i jakie za sobą pociąga skutki,
+a już przed sz&oacute;stą oddaliśmy nasze głosy. Na
+<a class="ins" href="#tnote_14" name="tAnchor_14" title="wszyskie">wszystkie</a> pytania odpowiedzieliśmy <i>tak</i>, jednomyślnie.
+Nawet dokt&oacute;r Kuczyński, kt&oacute;ry od
+czasu, jak się hypnotyzmem zajął, wszędzie
+upatruje suggestyą, nawet ten musiał odrzucić
+swą łagodność i skrupuły. Bo też rzeczywiście
+ani jednej okoliczności, zmniejszającej winę.
+Chłopak 25-letni, nicpoń, leniuch wypędzony
+z warsztat&oacute;w za ciągle awantury z majstrami
+i kolegami, dręczył matkę, kt&oacute;ra go napominała;
+ostatni, ciężko zapracowany grosz od niej wyłudzał,
+aż wreszcie, aby sprzedać resztę jej
+rzeczy, kt&oacute;rych oddać nie chciała, zabił ją trzykrotnem
+uderzeniem siekiery. I żeby choć cień
+<span class='pagenum'><a name="Str_88" id="Str_88">[Str. 88]</a></span>
+skruchy. Wiedział, że kary nie ujdzie, więc,
+aby korzystać z czasu, rzeczy za bezcen sprzedał
+i poszedł pić do szynku ze znajomemi prostytutkami;
+u jednej z nich go znaleziono.
+W sądzie opowiadał o zab&oacute;jstwie z krwią najzimniejszą,
+choć rozumiał dobrze co go czeka,
+bo siostrze, gdy zeznawała, pokazywał wciąż
+na gardło swoje, jakby chciał rzec: &raquo;ostrożnie
+ze słowami, bo powieszą&laquo;.</p>
+
+<p>Zresztą był spokojny. Zupełne zwierzę: zgoła
+uczuć moralnych; wrażliwość nawet zmysłowa
+osłabiona, dotyk nieczuły, zwyrodnienie najwidoczniejsze.</p>
+
+<p>Wyszedłem z gmachu sądowego z radcą
+Tańskim; spieszyliśmy się bardzo: o godzinie
+12-stej zaczęło się to ostatnie posiedzenie, do
+godziny 6-tej pozostaliśmy bez jedzenia. Regulamin
+zabrania jadać w sądzie. Z prawdziwą
+rozkoszą wyobrażałem sobie powr&oacute;t do domu.
+Sprawa ciągnęła się tydzień i przez ten czas
+prawie wcale w domu nie bywałem. Nie wiedziałem
+jak dzieci stoją w naukach; mały Franuś
+trochę kaszlał, nie zdążyłem nawet posłać
+po lekarza, z żoną od dw&oacute;ch dni chyba nie
+m&oacute;wiłem nawet. Wyobrażałem sobie szczekanie
+psa w przedpokoju, radość dzieciak&oacute;w, uśmiech
+żony, że wreszcie do nich wr&oacute;ciłem. O samej
+sprawie już nie myślałem.</p>
+
+<p>Przechodząc koło sklepu z zabawkami, kupiłem
+<span class='pagenum'><a name="Str_89" id="Str_89">[Str. 89]</a></span>
+dla Jasia pałasz, dla Zosi i Franka&mdash;łamigł&oacute;wkę.
+Toż będzie uciecha!...</p>
+
+<p>Kiedy w końcu dostałem się do swego mieszkania
+i zadzwoniłem, zdziwiłem się, bo długo
+kazano mi czekać. Czyżby wyszli? Zadzwoniłem
+raz, drugi. Po chwili dopiero otworzono.
+Ani światła w przedpokoju, ani dzieci nie widzę,
+tylko słyszę z kuchni lament i płacz. &raquo;Co
+się stało?&laquo;&mdash;zapytałem przestraszony.</p>
+
+<p>&mdash;Hektora tramwaj przejechał i dzieci tak po
+nim lamentują.</p>
+
+<p>Odetchnąłem lżej, choć psa żal mi było bardzo,
+bo dziewięć lat był u mnie i do dzieci się
+przywiązał. Wszedłem do kuchni. Na ziemi leży
+Hektor z otwartym brzuchem i połamanemi nogami;
+dzieci nad nim szlochają, a żona napr&oacute;żno
+stara się je pocieszyć, bo widzę, że sama
+zmartwiona i gdyby nie dzieci, też by się rozpłakała.</p>
+
+<p>Dzieci nawet nie zwr&oacute;ciły na mnie uwagi;
+zbyt były zajęte swym b&oacute;lem.&mdash;Zły byłem,
+że mi się popsuła cała przyjemność, kt&oacute;re; się
+spodziewałem. Psa mi też żal było: dziewięć
+lat trzymać zwierzę, to można je prawie pokochać.</p>
+
+<p>&mdash;Weźże dzieci; to nie dla nich widok, rzekłem
+do żony. Przemocą prawie trzeba je było
+wyprowadzić. Słyszałem przez drzwi, jak płakały.</p>
+
+<p>Pochyliłem się nad Hektorem, chcąc zobaczyć,
+<span class='pagenum'><a name="Str_90" id="Str_90">[Str. 90]</a></span>
+czy nie możnaby go uratować. Żył jeszcze;
+widocznie bokiem na szyny upadł, bo obie
+tylne nogi były w kilku miejscach złamane
+i brzuch miał rozpłatany brzegiem koła, i trzewia
+przecięte zupełnie prawie z jamy brzusznej wypadły;
+krwi naokoło wylała się kałuża. Dotknąłem
+go ręką; drgnął, lecz już nie jęknął
+wcale. Nie ma co myśleć o ratunku. I żal mi
+się go zrobiło tak bardzo, że sam uczułem łzę
+w oku. M&oacute;j biedny Hektor!</p>
+
+<p>Trzeba go było dobić, bo inaczej m&oacute;głby
+parę godzin konać. Poszedłem po rewolwer;
+nie wiedziałem jeszcze, czy będę miał odwagę
+do psa strzelić. Przy pomocy służącej włożyłem
+go do drewnianej wanienki. Zawył, gdyśmy
+go przenosili. Na ziemi, pr&oacute;cz krwi, została
+kupka skrwawionych kiszek.</p>
+
+<p>Służąca wyszła z kuchni; nie chciała na ten
+widok patrzeć. Nabiłem rewolwer; czułem, że
+mi się mdło robi i ręka mi skacze i rewolweru
+prawie nie trzyma. Jak mogłem, psu w ucho
+lufę wsadziłem i zamknąwszy oczy, strzeliłem.
+Po strzale nie śmiałem otworzyć oczu. Słyszałem,
+że drzwi skrzypnęły; spojrzałem, to
+żona weszła. Kula rozbiła psu czaszkę; nie
+drgał już, tylko mu sk&oacute;ra na szyi dygotała
+i nozdrza trochę się ruszały. Trwało to chwilę&mdash;ustało
+w końcu. Nie żył.</p>
+
+<p>Wr&oacute;ciłem do pokoju. Słyszałem jak się żona
+<span class='pagenum'><a name="Str_91" id="Str_91">[Str. 91]</a></span>
+krzątała w kuchni, rozmawiała ze str&oacute;żem,
+potem z kucharką, kazała dać obiad. Nie ma
+co m&oacute;wić, ładny obiad! A ja się tak spieszyłem
+na ten rodzinny obiad z wesołymi memi dzieciakami.
+Dzieci wciąż ucierają nosy, jedzą, ale
+do łyżki łzy im kapią; są tak smutne, że nawet
+moje podarki ich nie pocieszyły. Żona siedzi
+chmurna; widzę, że jej psa żal. I mnie żal Hektora
+i zły jestem, żem sam smutny i że inni
+naokoło mnie smutni.</p>
+
+<p>Wreszcie się ten ponury obiad skończył. Wyszedłszy
+z sądu, cieszyłem się, że wiecz&oacute;r
+w domu spędzę. Nie mogłem jednak teraz usiedzieć.
+Poszedłem do kawiarni na gazety. Rzeczywiście
+dobrze mi się wiodło! W domu zmartwienie,
+a tu wpadli na mnie dwaj znajomi
+i kazali opowiadać wszystkie szczeg&oacute;ły przeklętego
+procesu. Przecież to była <i>cause c&eacute;l&egrave;bre</i>!
+I zn&oacute;w musiałem przeżywać te wszystkie obrzydliwości,
+kt&oacute;remi mi cały tydzień zajęto. Trzymali
+mnie do pierwszej po p&oacute;łnocy. Musiałem
+im opowiadać dokładnie akt oskarżenia, zeznania
+świadk&oacute;w, odpowiedzi oskarżonego, wszystko.
+To nieznośne. Na drugi raz po takim procesie,
+na miesiąc w domu się zamknę, o ile mi naturalnie
+psa zn&oacute;w nie przejadą. Wr&oacute;ciłem p&oacute;źno
+do domu, z b&oacute;lem głowy, zły na wszystkich.</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_92" id="Str_92">[Str. 92]</a></span></p>
+
+
+<p style="text-align: right;">
+<i>Dnia 6 maja</i>.
+</p>
+
+<p>Nie wiem, czy mnie śmierć mego ulubionego
+psa tak rozstroiła, że dotąd się wzdrygam, gdy
+na rewolwer spojrzę, czy też dlatego, żem wczoraj
+do p&oacute;źnej nocy o tym procesie m&oacute;wił, ale
+dziś od rana z myśli mi nie schodzi. Jestto
+tak męczące, to zwr&oacute;cenie wszystkich myśli na
+jeden punkt, kt&oacute;rego żadną siłą ruszyć nie można,
+że doprawdy mam zawr&oacute;t głowy, jak ten,
+kto tak długo w jedno miejsce się wpatrzy, aż
+mu barwne k&oacute;łka przed oczami skakać zaczną.
+i nie tylko myśli mam jakby zaczarowane, na
+zmysłach moich jakieś przekleństwo. Widzę,
+ależ najrealniej wyobrażam sobie tego Pułkowskiego
+zab&oacute;jcę i te całe hordy jego przyjaci&oacute;ł
+i przyjaci&oacute;łek, kt&oacute;rych tam za świadk&oacute;w spędzono.
+Nie jestem muzykalny, melodyi zapamiętać
+nie umiem, a teraz zdaje mi się, że m&oacute;głbym
+odtworzyć każdy ton jego chrapliwej mowy.
+Musiałem bacznie czuwać nad sobą, abym nie
+spr&oacute;bował <i>jego</i> głosem m&oacute;wić. Przypominam
+sobie najdrobniejsze szczeg&oacute;ły sprawy; z pamięci
+m&oacute;głbym chyba powt&oacute;rzyć wszystkie akty.</p>
+
+<p>Co to jest? Przecież między nami skończone
+wszystko. Spełniłem sw&oacute;j obowiązek; wybrano
+mnie, osądziłem według sumienia, nie miałem
+żadnych wątpliwości, powinienem wr&oacute;cić do
+swych zajęć, a nie myśleć o tem, gdziem wszystkiego,
+<span class='pagenum'><a name="Str_93" id="Str_93">[Str. 93]</a></span>
+czego odemnie żądano, dokonał. Stanowczo
+muszę być niezdr&oacute;w, to tylko mnie ten
+proces tak dokucza. Po obiedzie był u nas Tański;
+m&oacute;wił wciąż o swej podr&oacute;ży do Wiednia
+i o tem, że zapewne dostanie tam awans; przecież,
+gdyby go coś dręczyło, m&oacute;wiłby o tem
+ze mną najprędzej. Gdzie tam... Zacząłem mu
+wspominać o wczorajszym sądzie, ale widziałem,
+że go ten przedmiot wcale nie zajmował.
+Muszę się przezwyciężyć. Zresztą to samo
+przejdzie; nie wiem, coby mnie zmusić mogło,
+abym bez przerwy, jak ćma koło świecy, kolo
+tego zab&oacute;jstwa w myśli się kręcił. Matkę już
+pochowano, jego powieszą. Co mnie to teraz
+obchodzi?</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;">
+<i>Dnia 8 maja.</i><br />
+</p>
+
+<p>...A jednak myślę wciąż o nim. Przedmiot ten
+jedyny tak mnie ciągnie, tak zajmuje, że już
+nie staram mu się oprzeć. Przeciwnie, wczorajsze
+rozumowania moje były błędne. Ja rozstrzygałem
+o jego losie, słuszną więc jest rzeczą,
+abym dop&oacute;ki on jest jeszcze, o niego się
+troszczył. Nie należy przecież obowiązk&oacute;w swoich
+zbywać machinalnie. To dobre dla pan&oacute;w urzędnik&oacute;w,
+radc&oacute;w i nadradc&oacute;w, podpisać papier i sądzić,
+że już cały obowiązek wykonali. Nie, papier
+podpisywany przeczytać, rozkaz wydany
+<span class='pagenum'><a name="Str_94" id="Str_94">[Str. 94]</a></span>
+śledzić należy, wtedy jest się wzorowym działaczem.
+Ja takim chcę być, dlatego śledzę i śledzić
+muszę.&mdash;Tembardziej, że ten człowiek
+mnie obchodzi, obchodzi bardzo żywo. Cały
+tydzień się z nim spotykałem, zadawałem mu
+pytania, zaglądałem mu w duszę i... poznałem
+ją trochę. Chcę więc wiedzieć, co się z nim
+dzieje. Przyjść do sądu, słuchać, potem wydać
+wyrok, choćby na śmierć i wyjść i o nic więcej
+się nie troszczyć&mdash;to nie dosyć. Przecież słowa
+nasze, to nie Jowiszowe gromy, nie zabijają
+od razu. Od wyroku naszego, od chwili, kiedy
+przewodniczący odczytał: Pułkowski Jan skazany
+jest na powieszenie&mdash;do samej śmierci ten
+człowiek żyje. Ja powinienem wiedzieć, czy to
+trochę życia, kt&oacute;re mu zostaje, czy to rozkosz
+dla niego, czy kara.</p>
+
+<p>W imię sprawiedliwości, ja powinienem wiedzieć,
+co on teraz czuje, powinienem z nim być.</p>
+
+<p>P&oacute;jdę do prezydenta i zażądam, aby mnie do
+jego celi wpuścić kazał. Ja muszę go widzieć,
+muszę zobaczyć, czyśmy go rzeczywiście ukarali.</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;">
+<i>Dnia 9 maja.</i>
+</p>
+
+<p>Prezydent zdziwił się mojemu żądaniu. Argumenty
+moje są przecież jak najściślejsze i nie
+do zbicia, a on doprawdy nie rozumiał. Już to
+prezydent orłem się nie urodził. W końcu mi
+<span class='pagenum'><a name="Str_95" id="Str_95">[Str. 95]</a></span>
+oświadczył, że nie może nic dla mnie uczynić,
+albowiem skazany na śmierć z nikim, pr&oacute;cz
+dozorcy, widywać się nie ma prawa; ostatniego
+dnia wolno skazańcowi zażądać do celi, kogo
+zechce. Potem mi m&oacute;wił, że moja chęć jest
+wysoce niehumanitarna: wyzyskiwać dla swego
+kaprysu tak wyjątkowe położenie człowieka.
+Czyż mu się zdawało, że ja chciałem tam studya
+powieściowe robić? Ja chcę zbogacić kodeks
+o jedną grozę nową, a znieść tę krew, kt&oacute;ra
+się tam leje. Bo kto wie... jeśli ten czas przedśmiertny
+jest straszną karą, to będzie można
+skazywać już nie na śmierć, lecz na kr&oacute;tszą
+lub dłuższą obawę śmierci. Oto skazujemy Pułkowskiego
+na 5 lat ciągłego lęku śmierci. Przez
+5 lat w każdej chwili może wejść oprawca
+i zażądać swej ofiary, a ona przez 5 lat nie wie
+czy kat wejdzie&mdash;i umiera przy każdem skrzypnięciu
+rygli, przy każdym odgłosie krok&oacute;w,&mdash;a
+jednak żyje.</p>
+
+<p>Rekursu nie założył, zrzekł się więc już
+wszelkiej nadziei.</p>
+
+<p>Chociaż mnie do więzienia nie wpuszczono,
+ale ja znajdę spos&oacute;b. Tak mi się ten Pułkowski
+blizkim wydaje, tak znanym<a class="ins" href="#tnote_15" name="tAnchor_15" title="">.</a> C&oacute;żby mi jego
+słowa powiedzieć mogły?</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_96" id="Str_96">[Str. 96]</a></span></p>
+
+
+<p style="text-align: right;">
+<i>Dnia 10 maja</i>.
+</p>
+
+<p>Co on czuje, nie wiem. Wysilam się pr&oacute;żno,
+a jednak powinienem i muszę wiedzieć.</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;">
+<i>Dnia 11 maja</i>.
+</p>
+
+<p>Nie wiem nic, ani wczoraj, ani dziś. Te daremne
+wysiłki mnie męczą. Jestem zdenerwowany,
+silnie zdenerwowany. Unikam wszystkich;
+siedzę w swoim pokoju. Mam odszukać
+duszę, kt&oacute;ra zniknąć musi, i uczynić ją swoją.</p>
+
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;">
+<i>Dnia 13 maja</i>.
+</p>
+
+<p>To, co się ze mną zdarzyło, jest tak straszne,
+tak niesłychane, a jednak tak naturalne,
+że nie wiem czy znajdę siły, aby o tem pisać.
+Łudziłem się, łudziłem się jeszcze dziś rano.
+Jak mogło mi się zdawać, że to m&oacute;j obowiązek,
+obowiązek sędziego pcha mnie, żebym
+szedł wolny do jego celi i dygotał z nim razem
+w przedśmiertnych drgawkach? Kto niewinny
+m&oacute;głby sobie zadać taką tytaniczną, a pr&oacute;żną
+katuszę? Komuby to na myśl przyszło? Dziś
+wiem, że to była obłuda, przed samym sobą
+obłuda.</p>
+
+<p>Dziś czuję, co on czuje, rozumiem, szaleję,
+bom sam zbrodniarz, bo on mnie duszą swoją
+<span class='pagenum'><a name="Str_97" id="Str_97">[Str. 97]</a></span>
+zaraził. I jak mogą ludzie się nie domyślać, że
+tak być musi, że na duszę też przyjść może
+zaraza? Marnej choroby, tyfusu lub ospy strzeżemy
+się, uciekamy, gdy twarz rażoną krostami
+widzimy; a z dotknięć zbrodni&mdash;tego krwawego
+karbunkułu duszy, wyjść chcemy czyści
+i zdrowi? Zamiast uciekać od zbrodniarza, jak
+psy przed widmem, wiążemy go, sprowadzamy
+do sądu, wybieramy przysięgłych: czoło obywateli,
+najzacniejszych ojc&oacute;w rodzin posyłamy
+i każemy im iść w tę zarazę.</p>
+
+<p>I narażać musiałem to, co mam najświętszego&mdash;czystość
+swoją, nie dla bliźnich, lecz dla słowa,
+dla bezkształtnego bałwana, dla sprawiedliwości.
+Kogo śmierć tego człowieka obchodzi?
+Ta, przed kt&oacute;rą zawinił, już zgniła i może błogosławi
+mu z nieba. A ja obcy, ja, kt&oacute;rybym
+go nigdy nie spotkał w życiu i nie widział
+nawet, i dwunastu takich jak ja, poszliśmy
+i zabiliśmy go...</p>
+
+<p>Dziś rano stanąłem przed lustrem, jak zawsze,
+aby zaczesać włosy i odrazu zobaczyłem, jak
+jestem do Pułkowskiego podobny: te same rysy,
+te same wydęte wargi i czoło cofnięte w tył&mdash;dziedzictwo
+po przodkach naszych dzikich.
+I kiedym ujrzał tam w lustrze siebie, zab&oacute;jcę,
+jak szalony wybiegłem z domu. Uciec, uciec
+gdziebądź, gdzie nie ma zwierciadeł, nie ma
+szkieł, nie ma wody, gdzie zobaczyć się nie
+<span class='pagenum'><a name="Str_98" id="Str_98">[Str. 98]</a></span>
+można! Ale to napr&oacute;żno. Potw&oacute;r m&oacute;j szedł ze
+mną i każda twarz ludzka była mu zwierciadłem.
+Czułem dobrze, jak każdy przechodzień musiał
+we mnie zbrodniarza widzieć, tem nikczemniejszego,
+że go kara nie dosięgnie. Wiem dobrze,
+żem dla sądu niewinny, żem jeszcze ten sam
+szanowny obywatel. Bo dusze nasze są wolne.
+Świat do myśli się nie wtrąca; byle czyny
+dobre, nikt się nie troszczy, jaka zgnilizna wewnątrz?
+Kto pomyślał o zbrodni, może być
+zbrodniarzem. Ale ludzkość na łąkach zbrodni
+ścina tylko kwiaty czerwone od przelanej krwi;
+korzeni nie dotyka: to też o bezkwiatowe, zielone
+badyle ranimy się, jak o stalowe rżyska.</p>
+
+<p>Nie zabiłem matki i nie zabiję jej; dzięki
+Bogu umarła. Ale, gdyby żyła, czyż nie zabiłbym
+jej? Wszak mogę o tem myśleć, mogę
+ją sobie tu, pod moją siekierą, wyobrazić z rozpłataną
+czaszką, z okrwawioną twarzą. Kto
+mi dowiedzie, że nie m&oacute;głbym tego uczynić,
+kto?</p>
+
+<p>A zresztą, choć skonała we własnem ł&oacute;żku,
+choć płakałem po niej, czyż codzień nie wpychałem
+je; w gr&oacute;b? Gdym się rodził, rozdzierałem
+jej wnętrzności; gdym żył, rozdzierałem
+jej serce. Pułkowski zabijał minutę, ja&mdash;lat 30.
+He razy w duszy życzyłem jej śmierci, ile razy
+chciałem, aby tą siekierą, kt&oacute;rej udźwignąć nie
+mogłem, ugodził ja ktoś z g&oacute;ry, szatan czy
+<span class='pagenum'><a name="Str_99" id="Str_99">[Str. 99]</a></span>
+B&oacute;g&mdash;wszystko jedno! A przecież nie kląłem
+jej, kochałem ją; zdawała mi się tylko, jak każdemu,
+raz za złą, raz za głupią, raz za starą,
+i chciałem ją mieć lepszą, mądrzejszą, młodszą,
+inną; nie chciałem je; mieć taką, jaką była,
+chciałem, żeby ta istniejąca, ta żywa, ta matka,
+żeby skonała... dla zmartwychwstania wprawdzie;
+lecz śmierć jest, a w zmartwychwstanie kto dziś
+wierzy?</p>
+
+<p>Zbrodnia jest jak szczyt w chmurach: sępy
+na skałę lecą, a nietoperze o miękkich skrzydłach
+u st&oacute;p je; się kręcą, ku g&oacute;rze patrzą, łzy
+mają w oczach, a wzlecieć nie mogą, więc zataczają
+kręgi nisko, a gdy na ziemię spadną,
+chowane są ze czcią. Lecz kto więcej chmury
+kochał, kto silniej do skały się rwał, czy sęp,
+kt&oacute;ry na niej siedział, czy nietoperz, kt&oacute;ry na
+nią wzbić się nie m&oacute;gł? Ja dziś wiem, że nietoperz,
+że ja, że my. I pod ciężarem wiedzy
+tej upadam.</p>
+
+<p>Zaraził mnie, zaraził nas wszystkich. Widziałem
+ich, koleg&oacute;w przysięgłych, uśmiechniętych,
+zdrowych, szczęśliwych. Nie wierzę im: już jad
+w nich krąży; że na twarz im nie wybiegł,
+świadomości nie zmącił&mdash;c&oacute;ż to znaczy; wybuchnie.
+Osłabiony jestem, praca mnie wycieńczyła,
+więc prędzej uległem; na nich też przyjdzie
+kolej.</p>
+
+<p>Zbrodniarzem jestem, zbrodniarza też teraz
+<span class='pagenum'><a name="Str_100" id="Str_100">[Str. 100]</a></span>
+rozumiem. Jeszcze wczoraj nie mogłem odgadnąć
+jego myśli, dręczyłem się pr&oacute;żnem usiłowaniem,
+a dziś wiem, co on czuje, z nim jestem,
+jego męczarnią się męczę.</p>
+
+<p>On wie, że żyć będzie tydzień, że po siedmiu
+dniach otworzą się drzwi i kat go poprosi, żeby
+wyszedł z nim... na szubienicę. Może zliczyć
+w każdej chwili, ile mu zostaje nocy do przespania,
+godzin do oglądania słońca, może zliczyć,
+ile jeszcze razy puls uderzy, a że myśli
+wolno, wie, ile razy jeszcze myśleć będzie m&oacute;gł.
+W każdej chwili powiedzieć sobie może: oto
+np. trzysta siedemnasta przed śmiercią myśl
+moja; a że nie chce kończyć, lęka się myśleć,
+lęka się tej następnej myśli, kt&oacute;ra już trzysta
+szesnastą będzie, i nie myśli. A jeśli nie myśli,
+nie żyje. Czy tak, czy tak umiera.</p>
+
+<p>Każda sekunda, każdy krok zegara przybliża
+go do grobu, i chociażby z czasem całą siłą
+woli się borykał, ani jednej chwili nie powstrzyma.
+To też spadają one jednostajne, nieubłagane,
+zimne, wolne. Tak, bo czas mu wolno
+płynie. W sobie rozdziera go na niteczki tak
+cienkie, że wydłuża mu się stokrotnie, tysiąckrotnie,
+lecz jeśli niteczka taka, cienka niteczka
+pęknie&mdash;to jego śmierć.</p>
+
+<p>Ale nie to jest straszne.</p>
+
+<p>Straszne jest, że on to spadanie chwil słyszy
+i czuje. Każda chwila zdaje się żelaznym ciężarem,
+<span class='pagenum'><a name="Str_101" id="Str_101">[Str. 101]</a></span>
+kt&oacute;ry na wieko jego trumny&mdash;spada
+i dzwoni. Dzwoni tak głośno, że on zatyka
+uszy i głowę w poduszkę chowa, ale głos ten
+słyszy: dzwon, dzwon, dzwon... A każdy nowy
+ton łączy się z echem poprzednich i biją coraz
+dźwięczniej, coraz silniej, aż dusza rozkołysana
+ich dźwiękiem drga i odrywać się poczyna.
+O żelazne chwile!</p>
+
+<p>I czuje je. Zdarto mu skalp z głowy i na
+nagą kość z g&oacute;ry padają krople, pluszcza i zalewają
+mu oczy. Spadają te krople wciąż: raz,
+dwa, trzy... raz, dwa, trzy... Dłużej liczyć nie
+może. On szaleje, lecz umrze. Ja szaleję... a pewno
+żyć będę.</p>
+
+<p>Myśli moje, zostańcie zemną!!</p>
+
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;">
+<i>Dnia 16 maja</i>.
+</p>
+
+<p>Obawiam się pomieszania zmysł&oacute;w. Nie mogę
+wyjść z pokoju, nic prawie nie jem, głowę mam
+rozpaloną. Zdaje mi się wciąż, że jestem z nim
+pod kluczem, że z nim razem przed śmiercią...
+konam. Żona jest niespokojna; chciałaby posłać
+po lekarza, lecz boi się; dobrze robi, że się boi.
+Przysłała mi dzieci do pokoju; wypędziłem je.
+Ja nie mogę, nie powinienem mieć dzieci. Dzwony
+w uszach dzwonią; krople spadają i pluszczą,
+pluszczą, pluszczą.</p>
+
+<p>Głowa mi pęka. Nie sypiam. I czeg&oacute;ż się
+<span class='pagenum'><a name="Str_102" id="Str_102">[Str. 102]</a></span>
+lękam, jeśli wiem, że nie umrę na szubienicy?
+czemu się dręczę, jeśli wiem, żem nie zabił?
+Ale umrzeć mogę, zabić mogę! Chciałbym
+oszaleć!</p>
+
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;">
+<i>Dnia 18 maja</i>.
+</p>
+
+<p>Nie, śmierć jest inna, straszniejsza, groźniejsza,
+niż dotąd pojąć mogłem. Teraz ona jest
+bliżej i lepiej ją widzę. I tragedya ta leży w tem,
+że to nie śmierć nieubłagana, ponura ku nam
+się zbliża; to byłaby rozkosz jeszcze. Śmierć
+czeka spokojna, nieruchoma, a on żywy jeszcze
+ku niej schodzi po szczeblach, coraz niżej. Jak
+grzechotnik na spętaną czarem wiewi&oacute;rkę, utkwiła
+w nim swe oczy i stalowe sznury z ocz&oacute;w
+tych wychodzą, wiążą i ciągną ku sobie. I czuję,
+że żadna wola nie pomoże, że pr&oacute;żno szamotać
+się w tej pajęczynie, kt&oacute;ra zwiąże, ściśnie,
+ściągnie.</p>
+
+<p>Choć chwilę snu!</p>
+
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;">
+<i>Dnia 19 maja</i>.
+</p>
+
+<p>Jutro go powieszą, a wieszanie odbędzie
+się tak:</p>
+
+<p>Ranek. Si&oacute;dma godzina dzwoniła ledwie na
+wieżach: śpi jeszcze, bez marzeń, bez widziadeł,
+słodkim, czarnym snem. Otwierają się drzwi,
+klucze brzęczą, zawiasy skrzypią. Budzi się, ale
+nie wie, nie czuje jeszcze nic. Wchodzi cały
+<span class='pagenum'><a name="Str_103" id="Str_103">[Str. 103]</a></span>
+szereg ludzi, cały tłum bez końca. Prokurator,
+dyrektor więzienia, pisarz, ksiądz, str&oacute;ż, żołnierze,
+ludzkość cała się zbiegła: jak oni się
+tam pomieścić mogą? On wstaje; jak przed tyloma
+panami nie wstać? Prokurator czyta dźwięcznym,
+zimnym głosem: Wyrok z dnia... zatwierdzony...
+wedle prawa... dziś o si&oacute;dmej
+i p&oacute;ł wykonanym zostanie. On słyszy doskonale;
+m&oacute;głby powt&oacute;rzyć wszystko, choć pamięć
+ma nędzną&mdash;ale nie rozumie, nie wie co to
+ma znaczyć; wie, że się zdarzyło, że się zdarzy
+coś wielkiego, strasznego, nic więcej. Pytają
+go, czy niema jakich życzeń. Nie odpowiada.
+Życzenia? Pytają raz drugi. Nie odpowiada;
+sylabizuje po cichu: ży-cze-nia.</p>
+
+<p>Wychodzą wszyscy,&mdash;nareszcie&mdash;ryglują
+zn&oacute;w drzwi. To chyba sen. Zostaje tylko ksiądz&mdash;wysoki,
+cienki, chudy. Bierze go za rękę,
+m&oacute;wi coś jednostajnym, bezmyślnym głosem.
+Nagle on pada na ł&oacute;żko, z ust wybiega mu
+jakieś kr&oacute;tkie, gardłowe chrypienie, niby śmiech,
+niby zdławiony ryk. Zrozumiał. I zn&oacute;w cisza,
+tylko ksiądz dalej m&oacute;wi swe pociechy. Teraz
+on nic nie widzi, nie słyszy, rozumie tylko.
+Jest mu tylko ciężko w głowie, w piersiach;
+nawet wnętrzności mu coś ciśnie, rozpiera; rozluźnia
+się w nim wszystko, rozrywa. Chciałby
+się wyprostować, odchylić głowę, odetchnąć,
+krzyknąć, nie może; tak duszno, tak ciężko.</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_104" id="Str_104">[Str. 104]</a></span></p>
+
+<p>Ruszyć się nie może; żaden mięsień woli jego
+nie usłucha. Jest bezwładny; nawet serce bezwładnieje
+i wolniej, trudniej się kurczy. Ciężko,
+duszno&mdash;tylko ksiądz wciąż m&oacute;wi.</p>
+
+<p>Jak długo to trwa, nie czuje. Tak się boi,
+tak drży, że nawet nie wie o tem; nie została
+mu taka cząstka świadomości, kt&oacute;raby na ten
+strach spojrzeć mogła. Czego się boi, nie wyobraża
+sobie. Będzie <i>coś, coś</i> musi być. To
+coś już jest.</p>
+
+<p>Minęło p&oacute;ł godziny. Wchodzą zn&oacute;w ci sami,
+te same tłumy. &raquo;Czas iść&laquo;&mdash;m&oacute;wi dozorca.
+Zn&oacute;w wstał bezwiednie. Kolana ma tak miękkie,
+że gną się pod nim. Ksiądz bierze go pod pachę
+z jednej,&mdash;dozorca więzienia z drugiej
+strony. Podparty stoi&mdash;bezsilny, bezmyślny, prawie
+martwy. Takiego trupa nie można wlec.
+Dyrektor każe podać nap&oacute;j wzmacniający. Czekają
+wszyscy, milczą.</p>
+
+<p>Sługa więzienny wnosi nap&oacute;j: mocny arak,
+gorący, z korzeniami. Nie pije. Nie wie, czego
+od niego chcą. Sługa bierze kieliszek i wlewa
+mu do ust. Nie wypluwa, połyka&mdash;wszyscy
+czekają i milczą.</p>
+
+<p>Mija chwila; w&oacute;dka działa; zmysły zaczynają
+żyć; przedtem był ślepy i głuchy, teraz widzi
+i słyszy, jaskrawo, dobitnie; może się poruszyć.</p>
+
+<p>Dyrektor komenderuje zn&oacute;w: &raquo;Iść&laquo;. Wychodzą:
+naprz&oacute;d prokurator, potem dozorca, potem
+<span class='pagenum'><a name="Str_105" id="Str_105">[Str. 105]</a></span>
+on między księdzem a sługą, potem 12 żołnierzy
+z obnażonemi szablami. On idzie wprawdzie;
+stąpa, ale przewr&oacute;ciłby się, gdyby go wypuszczono
+z rąk. Idą wolno, więc ma czas przyjrzeć
+się wszystkiemu, a zmysły od w&oacute;dki ma żywe.</p>
+
+<p>Korytarz długi, trzykrotnie zagięty, jasny,
+tak jasny mu się zdaje. Okienka są małe, ale
+dzień jest letni, słoneczny, i na przeciwległej
+ścianie okna występują jak złote plamy.
+Bawią go te świeciste plamy, kt&oacute;re z oknem
+drgający pył łączy; cieszy się, że przez te pyty
+iskrzące przechodzić musi. Obejrzałby się za
+siebie, gdyby więcej miał życia w karku...
+i gdyby nie wiedział, że ten korytarz nie ma
+końca, bo nie wierzy, żeby się ta droga kiedy
+przerwać mogła: tak bez ustanku, wciąż krążyć
+będą wszyscy, między temi murami, to kąpiąc
+się w cieniu, to nurzając zn&oacute;w w złotych
+blaskach. Idzie więc coraz śmielej i za
+siebie się nie ogląda, bo wie, że to wszystko
+jeszcze setki, tysiące razy zobaczy. Idzie na
+śmierć spokojnie...</p>
+
+<p>Nagle wszystko się zapada, wszystko tonie
+w szumiących jasnych kaskadach. Jak kamień
+rzucony w wodę, opada ku dnu w głąb fal.
+Dobrze, że z tyłu podbiega dozorca i chwyta
+go za rękę, bo ksiądz i posługacz nie unieśliby
+nagłego ciężaru. Korytarz się skończył: są
+u wr&oacute;t podw&oacute;rza.</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_106" id="Str_106">[Str. 106]</a></span></p>
+
+<p>Podw&oacute;rze jest uśmiechnięte, jasne, wesołe.
+Słońce obryzgało światłem mur sąsiedniego domu
+i wapno bieli się tam i błyszczy, jakby
+srebrne. Niebo szafirowe, lśniące. Powietrze
+ciepłe, świeże, wonne. W powietrzu słychać
+jakieś szmery z miasta, z p&oacute;l, z życia.</p>
+
+<p>Zatrzymują się wszyscy. On nie może jeszcze
+iść naprz&oacute;d. Ksiądz szepce mu do ucha. On
+pociech jego nie słyszy. Patrzy, patrzy w niebo,
+potem spuszcza wzrok na mur przeciwległy.
+Kominy pobliskiego domu ostremi cieniami odbijają
+się w słońcu. Te silne, ciemne linie podobają
+się jego oczom. Opuszcza wzrok; na
+prawo od muru... Ten widok mąci mu m&oacute;zg;
+w głowie ma zawr&oacute;t, zamęt, druzgotanie; mdłość
+go ogarnia, wymiotowałby prawie, gdyby był
+co jadł. To szubienica. Dwie belki, na nich
+poprzeczna trzecia, w poprzecznej hak, na haku
+długi, skręcony w pętlę rzemień. Pod szubienicą
+para schodk&oacute;w: dla niego jedne, dla kata
+drugie. Przy schodkach orszak katowski w odzieży
+czarnej, jak żałobnicy; pięciu ludzi: kat
+gł&oacute;wny, kt&oacute;ry wiesza; czterej pachołkowie, kt&oacute;rzy
+trzymają ciało, nim trupem się stanie. I to
+wszystko widać jasno, o trzydzieści, o dwadzieścia
+krok&oacute;w&mdash;na tle błękitu, zielonych
+drzew i białego muru.</p>
+
+<p>Patrzy, stoi. Wszystko mu mętnieje w oczach,
+szubienica zaczyna tańczyć i w podskokach ku
+<span class='pagenum'><a name="Str_107" id="Str_107">[Str. 107]</a></span>
+niemu się zbliża. Nie cofa się; żaden mięsień
+twarzy mu nie drga, źrenice utkwione spokojnie,
+tylko dusza, nawp&oacute;ł wyrwana z ciała, dygoce.
+Ktoś z obecnych powiada p&oacute;łgłosem, że skazaniec
+jest nieprzytomny. Stoi wciąż.</p>
+
+<p>Niepodobna czekać i przedłużać egzekucyę.
+Dyrektor daje znak&mdash;kilku żołnierzy się zbliża;
+jeden pomaga księdzu, drugi bierze za rękę,
+trzeci podpiera z tyłu. Popychają go raczej, niż
+prowadzą. Początkowo daje się posuwać, jak
+martwy; za trzecim krokiem machinalnie podnosi
+nogi&mdash;przecież jeszcze żyje; idzie wolno,
+bardzo wolno, ale idzie. Ma tylko dwadzieścia
+krok&oacute;w do przebycia: kto m&oacute;głby żądać, żeby
+się spieszyć miał?</p>
+
+<p>Obserwuje każdą piędź ziemi; oczy ma spuszczone
+na d&oacute;ł. Zbyt osłabiony jest, aby źrenice
+ku g&oacute;rze podnieść. Spogląda pod siebie,
+widzi każde ziarnko piasku, każdą wśr&oacute;d kamieni
+trawę. Każdy krok naprz&oacute;d boli go fizycznie...</p>
+
+<p>Nad uchem zabrzęczała mu mucha i siadła
+na czole; schodzi teraz od włos&oacute;w ku brwiom.
+Swędzą go dotknięcia je; łapek, lecz nie odpędza
+jej; niech chodzi&mdash;przecież są r&oacute;wni: ona
+żywa i on żywy. Za chwilę przylecą doń cale
+roje much i pieścić go będą skrzydełkami, a on
+nie będzie ich czuł, tak jak teraz tę jedną małą
+czuje... Te muchy będą żyły. Idzie. Nagle ci,
+kt&oacute;rzy go prowadzą, stają&mdash;i on staje. Unosi
+<span class='pagenum'><a name="Str_108" id="Str_108">[Str. 108]</a></span>
+trochę oczy: przed nim ż&oacute;łte schodki... Więc już
+przeszli, dwadzieścia krok&oacute;w przeszli! To nie
+może być, szubienicę przysunięto! Wr&oacute;cić,
+wr&oacute;cić! Chce obejrzeć się za siebie, brak mu
+sił, aby wykręcić ciało, pochyla się więc tylko
+trochę, i ciężej na żołnierzu opiera. Podchodzi
+kat z pachołkami: on teraz do nich należy; żołnierze
+czynność swą skończyli...</p>
+
+<p>Dwaj pachołkowie stają po bokach schodk&oacute;w;
+dwaj biorą go pod pachy, wchodzą na pierwszy
+stopień i jego tam wciągają. Na szczeblu tym
+ocknął się: dotąd był r&oacute;wny wśr&oacute;d r&oacute;wnych&mdash;wszyscy
+szli, pełzali po ziemi; teraz on o głowę
+wyższy od nich. Dotąd, gdzieś w duszy, pod
+duszą, głęboko było coś, niby nadzieja, że
+ta śmierć nie przyjdzie, że zerwie się jakiś
+huragan, wichry, gromy i deszcze rozbiją, rozsypią,
+rozniosą więzienie, ziemię, świat... Niebo
+szafirowe, powietrze ciepłe, słońce złote, tak
+blisko nad głową, że gdyby podni&oacute;sł rękę, umaczałby
+palce w promieniach. To śmierć przyszła.</p>
+
+<p>Z sąsiednich schodk&oacute;w kat m&oacute;wi cicho:
+<i>schneller!</i>&mdash;Wnoszą go na następny szczebel.
+Stal jakaś ściska mu m&oacute;zg i trzewia. Czczość
+go mdli, czkawka wstrząsa mu gardło. <i>Schneller!</i>
+Są na szczycie. Kat bierze pętlę, pr&oacute;buje w ręku,
+zakłada mu na szyję, poprawia węzeł z tyłu,
+wprost na kręgi. Ścisnął, rzemień dotknął sk&oacute;ry.
+Rzemień zimny, tak zimny, że go parzy. Dotknięcie
+<span class='pagenum'><a name="Str_109" id="Str_109">[Str. 109]</a></span>
+pętli wyrywa mu duszę. Dusza szaleje
+z lęku: tłucze w ściany czaszki, rani skrzydła
+swoje, zrozpaczona upada i zn&oacute;w zrywa się,
+jak przerażony ptak i wali w czaszkę nieprzytomna,
+wściekła...</p>
+
+<p><i>Fertig!</i> Pachołkowie zeskakują z schodk&oacute;w
+i wytrącają mu je z pod n&oacute;g. Opada p&oacute;ł łokcia
+niżej. Naprz&oacute;d brak powietrza, usta otwierają
+się szeroko i drgają, oczy wyskakują z orbit;
+potem lubieżny dreszcz&mdash;węzeł ruszył rdzenia&mdash;naga
+halucynacya przed nim, potem
+trzask, jakby świat się zwalił, tuż pod uchem,
+pod m&oacute;zgem: czaszka pęka, wszystko się rozkrusza,
+węzeł lamie kręgi&mdash;i potem nic, nic...
+drgawki. Kat jedną ręką oparł mu się na ramionach,
+drugą zakrył mu usta; pachołkowie
+trzymają ręce i nogi; nie łatwo utrzymać, bo
+kurcze miotają ciałem silnie. Wreszcie kurcze
+słabną, można puścić. Wisi prawie nieruchomy.
+Skończone.</p>
+
+<p>Widzowie rozchodzą się do swych zajęć; prokurator
+do sądu, żołnierze do koszar, dozorca
+do biura. Wszyscy z tym widokiem w oczach
+będą żyć, jeść, pić, całować, mordować.</p>
+
+<p>Trup zostaje na szubienicy sam; grzebać
+wolno dopiero po sześciu godzinach. Nie... nie
+sarn, bo słońce wtargnęło wyże; na niebo i z za
+muru zagląda mu ciekawie w twarz. Słońce,
+bezmyślne słońce, wszystkim r&oacute;wnie jasne, patrzy
+<span class='pagenum'><a name="Str_110" id="Str_110">[Str. 110]</a></span>
+oko w oko sprawiedliwości ludzkiej, promienne,
+obojętne, pogardliwe.</p>
+
+<p>To jest wieszanie. Światu się zdaje, że jednego
+dostał trupa, a przecież posiał śmierć
+w dziesiątkach ludzi. Aby ukarać jednego zbrodniarza&mdash;dziesięciu,
+stu mniejszych stworzył.
+Ci wszyscy, kt&oacute;rzy jutro na to patrzeć będą,
+czy zapomną? Zagłuszą! ale nie zapomną!
+Ściskać będzie kt&oacute;ry pierś, szyję kochanki,
+pieścić dzieci swoje&mdash;i nagle jak rekin, wynurzy
+żarłoczną paszczę ten obraz: otwarte usta, łaknące
+powietrza, wysadzone przeraźliwie źrenice&mdash;i
+szepnie: mocniej całuj, silniej ściśnij.
+I ręka bezwiedna, nieubłagana posłucha, ulegnie,
+ściśnie i zadławi. Ten widok tam u tych ludzi,
+żywy w m&oacute;zgu&mdash;to Moloch, kt&oacute;ry zażądać kiedyś
+może i zażąda swe; krwawe; ofiary.</p>
+
+<p>A kat, pięciu kat&oacute;w? Ja, matkob&oacute;jca,
+gdym dobijał swego chorego, martwego psa,
+drżałem i płakałem. A oni zabijają człowieka
+spokojnie, fachowo, trzymają mu ręce, zatykają
+mu usta. Kat wraca do domu z odciśniętemi
+na dłoni zębami skazańca! Te fioletowe plamy
+w ręce się nie wryją, znikną. Biedna lady Macbeth!
+Myśli, kt&oacute;re się w ich m&oacute;zgach kojarzą,
+muszą się o siebie zaczepiać jak rzemień
+o hak, jak pętlica o szyję. Myślenie tych ludzi,
+to syllogizmy z szubienic, stryczk&oacute;w, trup&oacute;w.
+I zbrodniarzy tych, zbrodniarzy płatnych, stwarza
+<span class='pagenum'><a name="Str_111" id="Str_111">[Str. 111]</a></span>
+sobie społeczeństwo przez m&oacute;j wyrok, przezemnie.
+To los m&oacute;j, konieczność. Ślad sw&oacute;j
+znaczyć muszę trupami, kt&oacute;rych nikt nie dojrzy,
+nie pomści. A ja się tych niewidzialnych trup&oacute;w
+tak lękam; lękam się, że staną kiedyś w urocznej
+godzinie te białe upiory, widome oczom
+wszystkich i zduszą mnie, wołając: &raquo;tyś nasz
+morderca!&laquo; Jam ich morderca!</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;">
+<i>Dnia 19 maja, wieczorem.</i>
+</p>
+
+<p>Ocalę Pułkowskiego, ocalę wszystkich, odmienię
+wyrok, własną bronią pobiję tych, co go
+wydali. Bo przecież oszukano nas, przysięgłych,
+oszukano haniebnie. Jak mogłem odrazu tego
+nie spostrzedz!</p>
+
+<p>My, sąd, skazaliśmy go na śmierć, lecz nie
+na umieranie. Kazaliśmy mu nie istnieć, nie kazaliśmy
+mu przestać być. Niech go nie będzie,
+lecz niechaj nie znika. Śmierć, nieistnienie, jak
+wielkość ujemna jest też rodzajem bytu, ujemnem
+życiem&mdash;tylko zero, przejście, zgon jest niczem,
+przerażającem niczem. A przecież katowska
+kara, kt&oacute;rą jutro spełnić miano, jest tylko umieraniem,
+męczarnią. Tego w wyroku naszym
+nie było. Niech geniusz ludzki znajdzie środek;
+niech go wtrącą w gr&oacute;b, tak, aby ani jednej
+chwili nie umierał, zgoda! Trzeba tłomaczyć
+wyrok dobrze i wykonać go ściśle. Niech szukają
+<span class='pagenum'><a name="Str_112" id="Str_112">[Str. 112]</a></span>
+sposobu, niech wyplączą się z sidełt, kt&oacute;re
+obłudnie na nas zastawili!</p>
+
+<p>Biegnę do sądu.</p>
+
+<p>
+..............................................<br />
+..............................................
+</p>
+
+<p>Wyśmiano mnie. Ha! ha! ha! ha!</p>
+
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;">
+<i>Dnia 1 czerwca.</i>
+</p>
+
+<p>Powracam do zdrowia. W nocy, przed tym
+dniem, kiedy go powieszono, dostałem gwałtownej
+gorączki. Majaczyłem, byłem cały tydzień
+nieprzytomny. Żona mi m&oacute;wi, żem krzyczał
+wciąż: &raquo;nie dajcie mnie powiesić&laquo;; podarłem
+wszystkie koszule, każde dotknięcie do szyi
+wprawiało mnie w szał. Musiano mnie posadzić
+na niskim fotelu, ubrania i kołdry podwiązano
+mi pod ramionami. Lekarz sądził, że umrę; nie
+umiał mnie leczyć, bo takiej choroby jeszcze
+nie widział. Przeżyłem. Będę zdr&oacute;w, bo tylko
+dusza we mnie umarła, nie cała. Zostało mi jej
+właśnie tyle, ile trzeba, by wolno, zdrowo dojść
+do grobu. I tym ułamkiem będę musiał wystarczyć
+sobie i... światu. Bo społeczeństwo ma
+swoje wymagania; jestem zdr&oacute;w, mam żonę
+i dzieci, obowiązki. Muszę dzieci chować, z żoną
+żyć, z ludźmi handlować, myśleć, działać. Zabijałem
+matkę, lecz bez przelewu krwi&mdash;nikt,
+<span class='pagenum'><a name="Str_113" id="Str_113">[Str. 113]</a></span>
+nawet B&oacute;g mnie za to nie ukarze: zabiłem Pułkowskiego
+w sądzie&mdash;wszyscy mnie za to pochwalą.
+Kodeks milczy i serca moich bliźnich
+milczą. Nie jestem więc w więzieniu. A że ten
+okruch duszy zdrowej, kt&oacute;ry mi pozostał, nie
+wyplątał się z kajdan i idzie drogą innych&mdash;nie
+jestem szaleńcem. Gdybym oszalał był, gdyby
+świadomość w tych mękach zatonęła, byłbym
+wolny, chociażby... w szpitalu; dzisiaj w domu,
+na ulicach miasta jestem niewolnikiem... nawet
+logiki własnych myśli. I muszę drżeć, kiedy dotykam
+żony lub całuję dzieci, abym ich niewinnie
+nie zadusił, muszę się bać każdego
+swego czynu, bo może być sprawiedliwy, a ja
+wiem teraz, że sprawiedliwość jest większą
+zbrodnią, aniżeli mord.</p>
+
+<p>Jak będę żył?...</p>
+
+<hr style="width: 65%;" />
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_115" id="Str_115">[Str. 115]</a></span></p>
+
+
+<h2><a name="SPOTKANIE" id="SPOTKANIE"></a>SPOTKANIE.</h2>
+<hr style="width: 65%;" />
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_117" id="Str_117">[Str. 117]</a></span></p>
+
+
+<h3><a name="Spotkanie" id="Spotkanie"></a>Spotkanie.</h3>
+
+<p>Nieraz czuje się nieprzepartą potrzebę, prawie
+żądzę pogrążyć się w błocie, duszą i ciałem
+wykąpać w brudzie..., aby potem czystszym
+podnieść się z upadku. Na dnie tej dziwnej
+kuracyi leży brutalne zadowolenie egoizmu,
+ogłuszenie czasem budzącej się samokrytyki
+widokiem istot bardziej upadłych, bardziej podłych.&mdash;Zkąd
+nagle rodzi się to głębokie niezadowolenie
+z siebie, kt&oacute;re kładłoby nam rewolwery
+w ręce, gdyby nie zawsze gotowe
+ujście do rozpusty? Zdaje mi się, że ani mię kto
+obraził i nicość moją wykazał, ani nie zrobiłem
+nic takiego, czegobym się wstydzić potrzebował,
+a jednak... niezadowolony jestem z siebie,
+i chciałbym się siebie pozbyć łub zapomnieć.
+Lada drobnostka, lada błahe zdarzenie może
+być szczeliną duszy, kędy, jak z wulkanu, wychodzi
+dym, zwykle tłumiony w głębi.</p>
+
+<p>Przyszło na mnie to pęknięcie duszy, tak &raquo;bez
+powodu&laquo;, w słotnym październiku, kiedy bez
+<span class='pagenum'><a name="Str_118" id="Str_118">[Str. 118]</a></span>
+ustanku spadające krople roztapiały, zda się,
+mury dom&oacute;w i m&oacute;zgi ludzi. Wiatr wył po ulicach,
+zrzucał czapki i płaszcze, podnosił suknie
+i zrywał szmaty zawsze tam, gdzie na ciele
+rana była, lub obrzydliwość jaka. I zdawało mi
+się, że październik ten nie będzie miał końca&mdash;tak
+dawno zaczęły się niepogody&mdash;że stanął
+bieg czasu i chwila ostatnia zastanie nas w tym
+samym październiku, tego samego dnia. Obrzydł
+mi spok&oacute;j i komfort domu, ładnie umeblowany
+gabinet, zarzucony stosem bezmyślnych książek,
+obrzydło mi życie codzienne, obrzydła mi
+nawet żona, stworzenie ładne i dobre: raz sądziłem
+się jej niegodnym, i dąsałem na nią,
+że podchodziła do mnie z pieszczotami, to zn&oacute;w
+upatrywałem w niej wszystkie wady i twierdziłem
+w sobie, że mię unieszczęśliwiła.</p>
+
+<p>Lecz to wszystko znieść jeszcze można. Najbardziej
+było mi męczącem, że dwie pęknięte
+moje połowy jakby się całkiem rozdzieliły i stały
+się sobie i obce i wrogie. Wszystko co robiłem,
+wydawało mi się, jakby robionem przez kogoś
+innego. Krytykowałem wszystkie czyny swoje,
+i widziałem, że były bezmyślne i podłe. Z ironią
+m&oacute;wiłem do siebie: patrz, to ty zrobiłeś.
+I ten ironiczny śmiech powtarzał się wciąż, na
+każdym kroku.</p>
+
+<p>Wyszedłem p&oacute;źnym wieczorem z domu, i pomęczywszy
+się trochę po ulicach wstąpiłem do
+<span class='pagenum'><a name="Str_119" id="Str_119">[Str. 119]</a></span>
+knajpy. Rozejrzałem się po sali: zastałem kilku
+znajomych, dawnych koleg&oacute;w, nieżonatych jeszcze,
+więc korzystali z pełni swobody. Zwykle
+towarzystwo ich nie sprawiało mi przyjemności,
+unikałem ich nawet, mając za ludzi głupich i nie
+wiele wartych. Wtedy jednak kontent byłem, że
+ich widzę i zbliżyłem się do nich. Przywitali mię
+okrzykami: &raquo;Oho, nasz żonkoś, co to? Z domu
+ucieka&laquo; i t. p. Nie pamiętam, ale zdaje mi się,
+że pozwolili sobie kilku docink&oacute;w dla mojej żony,
+za kt&oacute;re zwykle bym wypoliczkował; wtedy
+jednak znosiłem spokojnie... sam się śmiałem.
+Kazaliśmy podać w&oacute;dki, potem piwa, potem zn&oacute;w
+w&oacute;dki, potem likieru, i tak siedziałem w nocy,
+słuchając banalnych dowcip&oacute;w i starych plotek,
+kt&oacute;remi dawno niewidzianego przyjaciela raczyli.
+Była już p&oacute;źna noc.</p>
+
+<p>&mdash;Pojedziesz, zapytał jeden drugiego.</p>
+
+<p>&mdash;Jeżeli chcesz... nie idę jutro do biura, to
+można się wysypiać.</p>
+
+<p>&mdash;To pojedziemy. Jak się bawić, to porządnie.</p>
+
+<p>&mdash;Dokąd pojedziecie, zapytałem obu.</p>
+
+<p>&mdash;Eh! Niby to można, odpowiedział tw&oacute;rca
+projektu, przy żonkosiu&mdash;żonkosiem stale mnie
+nazywali&mdash;o tem m&oacute;wić, jeszcze się pogniewa
+i obrazi.</p>
+
+<p>&mdash;Ależ m&oacute;wcie, c&oacute;ż to szkodzi, rzekłem trochę
+zirytowany.</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_120" id="Str_120">[Str. 120]</a></span>
+&mdash;Żonkoś pewnie nawet nie wie, co to jest.</p>
+
+<p>&mdash;M&oacute;wcież, bo się pogniewam, u furgon&oacute;w
+mil beczek&mdash;miałem dobrze w głowie.</p>
+
+<p>&mdash;Powiedzieć mu? zapytali jeden drugiego
+jednocześnie.</p>
+
+<p>&mdash;M&oacute;w; i jeden nachylił mi się do ucha
+i zaczął szeptem: &raquo;pojedziemy do ... Loli. <a class="ins" href="#tnote_16" name="tAnchor_16" title="&raquo;&raquo;">&raquo;</a>Loli&laquo;
+wrzasnął prawie na całe gardło.</p>
+
+<p>Spojrzeli na mnie, jakby ciekawi wrażenia,
+jakie to na mnie wywrze. Przeszedłem ich oczekiwania.</p>
+
+<p>&mdash;Pojadę z wami, rzekłem.</p>
+
+<p>Była chwila zdziwienia; i za kawalerskich
+czas&oacute;w chodziłem tam rzadko. Wnet posypały
+się zmieszane okrzyki radości i wybuchy śmiechu
+tem głośniejsze, że dwie butelki w&oacute;dki były
+pr&oacute;żne, a piwo poodnosił już kelner, bo inaczej
+cały st&oacute;ł byłby zastawiony.</p>
+
+<p>&mdash;Brawo! Dzielny chłop! To mi zabawa: zawieziemy
+żonkosia zdrajcę. Zapoznamy go z Lolą.
+Daj buzi! Jak Boga kocham, nie zbabiał!...</p>
+
+<p>Pocałowaliśmy się.</p>
+
+<p>Wyszliśmy z restauracyi, bo już nas przepraszano,
+że zakład zamykać muszą. Dorożka
+była tuż zaraz. Pojechaliśmy, ściskając się i całując
+z rozczulenia przez całą drogę.</p>
+
+<p>Na miejscu nie zastaliśmy wiele os&oacute;b. Było
+dość p&oacute;źno i dzień powszedni: pięć czy sześć
+dziewcząt, porozkładanych na fotelach w jaskrawych
+<span class='pagenum'><a name="Str_121" id="Str_121">[Str. 121]</a></span>
+kostyumach i paru mężczyzn. Stary, siwy
+jegomość umawiał się z jedną w kącie sali;
+jakiś bezwąsy młokos leżał wyciągnięty na fotelu:
+oczy szklane, bez wyrazu utkwione w jeden
+punkt sufitu, m&oacute;wiły, że mu już nic do
+szczęścia na ziemi nie brakuje. Był jeszcze
+trzeci mężczyzna opr&oacute;cz nas&mdash;siedział na kanapie,
+tyłem zwr&oacute;cony do mnie. Nie widziałem
+jego twarzy, uderzyła mię tylko wysoka postawa
+i bujne krucze włosy, kt&oacute;re, niestrzyżone
+widać dawno, spadały mu na szyję. Ubranie na
+nim było obdarte i brudne. Przyciskał na kolanach
+siedzącą wątłą, szczupłą blondynkę i m&oacute;wił
+je; coś, co jak mi się zdawało, nie zawsze
+i nie każden w takiem miejscu m&oacute;wi. Moi towarzysze
+przywitali się z nim; podał im rękę
+obojętnie i nie przeszkadzał sobie w rozmowie.
+Zapytałem ich, kto to taki.</p>
+
+<p>&mdash;Widać, że tu nie bywasz; toć to stały
+gość, niejaki Rysiński, literat podobno i adwokat.</p>
+
+<p>&mdash;Co? Rysiński, Jerzy, zawołałem i spojrzałem
+raz jeszcze uważnie na tego, kt&oacute;ry mi się
+dotąd nieznajomym wydawał.</p>
+
+<p>Tak, to on! Jak mogłem go nie poznać!
+Wszak to jego wzrost i zarost i twarz nieprawidłowa,
+powykręcana, a jednak prawie piękna,
+i te usta ogromne, czerwone, jakby rozkazujące
+kiedy m&oacute;wić zaczynały. Nie widziałem go lat
+<span class='pagenum'><a name="Str_122" id="Str_122">[Str. 122]</a></span>
+tyle, a jednak niema najmniejszej wątpliwości&mdash;to
+on.</p>
+
+<p>Podszedłem ku niemu, i kładąc mu rękę na ramię,
+zawołałem po imieniu. Obejrzał się na mnie,
+trochę zły na intruza, kt&oacute;ry mu przeszkadzał;
+nie poznał mnie. Rzeczywiście, zmieniłem się
+znacznie od chwili ukończenia gimnazyum.</p>
+
+<p>Przedstawiłem się.</p>
+
+<p>Wstał i patrząc wciąż na mnie, silnie, dwukrotnie
+uścisnął mi rękę. Teraz, gdy widziałem
+go przed sobą, twarzą w twarz, poznałem go
+jeszcze lepiej. Rzeczywiście, mało się zmienił,
+tylko zarost miał bujniejszy i we włosach nad
+skronią&mdash;czego nie mogłem <a class="ins" href="#tnote_17" name="tAnchor_17" title="dostrzedz">dostrzec</a> z tyłu&mdash;przeświecała
+gdzieniegdzie dość gęsta siwizna.</p>
+
+<p>To on! M&oacute;j dawny antagonista ze szkolnych
+czas&oacute;w, kt&oacute;ryby zawsze w niwecz obr&oacute;cił pracowitość
+mych domowych godzin, gdyby nie
+sprawowanie. Zawsze z nauczycielami miał zatargi,
+a gdy się uni&oacute;sł, na słowa nie zważał,
+więc mu ledwie tylko dostateczny stopień ze
+sprawowania dawano. Ileż razy chciano go wydalić!
+Ocalił go tylko nasz filolog&mdash;ważna figura
+w gimnazyum&mdash;kt&oacute;ry dyrektora upewniał,
+że czterdzieści lat uczy, a nie spotkał ucznia,
+kt&oacute;ryby tak łacinę i grekę pojmował. I w historyku
+miał przyjaciela, bo ten lubił, gdy mu kto
+obszernie lekcyę wydawał, a Jerzy miał zawsze
+jakieś swoje fakty i poglądy, o kt&oacute;re się spierali.</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_123" id="Str_123">[Str. 123]</a></span>
+Po ukończeniu gimnazyum, rozeszliśmy się.
+Studyowałem zagranicą, podr&oacute;żowałem, długi
+czas mieszkałem na prowincyi; co się z nim
+działo, słyszałem tylko urywkami. Z trudem
+przeszedł przez wydział prawny, został adwokatem,
+gwałtowną mową w jakimś skandalicznym
+procesie zyskał sobie imię i wziętość. Pisał trochę;
+parę utwor&oacute;w jego czytałem; były może
+nie tyle piękne, ale tak osobliwe i niezwykle,
+jakich dotąd u nas nie spotykałem. Nawet urzędowa
+krytyka chwaliła go, choć nie zbyt chętnie.
+Lecz wszystko to były wspomnienia dawne.
+Od pięciu, sześciu lat straciłem go całkiem
+z oczu. Nikt prawie nie wiedział, co robi i gdzie
+się obraca.</p>
+
+<p>I oto spotkałem go tam...</p>
+
+<p>&mdash;Tyle lat, co za szczeg&oacute;lny traf. Ale m&oacute;wże,
+co się z tobą dzieje. Od nikogo wiadomości
+o tobie dostać nie można.</p>
+
+<p>&mdash;Udzieli ci ich nawet szwajcar z przed bramy.</p>
+
+<p>&mdash;Wiesz, nie przychodziło mi na myśl tu
+się o ciebie dopytywać.</p>
+
+<p>&mdash;Tak, zawsze unikaliście tego, co z pierwszej
+ręki płynie.</p>
+
+<p>Rozmowa nasza była co najmniej dziwną.
+Stałem też zmieszany prawie, nie wiedząc, czy
+się żegnać, czy dalej rozmawiać.</p>
+
+<p>&mdash;Ale czeg&oacute;ż stoisz, siadaj.</p>
+
+<p>Schwycił mię za rękę, aby przy sobie posadzić.
+<span class='pagenum'><a name="Str_124" id="Str_124">[Str. 124]</a></span>
+Po gwałtownem, nieelastycznem szarpnięciu
+poznałem, że musiał był pić dosyć.</p>
+
+<p>&mdash;Albo po co tu, gdzie te małpy na nas patrzą.
+Weź klucz&mdash;zwr&oacute;cił się do dziewczyny&mdash;i
+chodź z nami na g&oacute;rę, tylko każ przynieść
+piwa.</p>
+
+<p>Zrozumiałem, że początek naszej rozmowy
+nie zdradzał wcale osobliwej ku mnie antypatyi.
+Ta szorstkość, prawie gburowatość, stała się
+zapewne jego manierą w stosunkach towarzyskich.</p>
+
+<p>Dziewczyna wstała, aby spełnić polecenie.
+Zobaczyłem teraz, że była ubrana w p&oacute;łkr&oacute;tki
+kostyum. Nogi w czarnych ażurowych pończochach
+delikatnemi liniami zarysowały się po kolana<a class="ins" href="#tnote_18" name="tAnchor_18" title=",">.</a></p>
+
+<p>&mdash;Ładna, rzekłem odprowadzając ją wilgotnym
+wzrokiem.</p>
+
+<p>&mdash;Ładna; ale co tam, zdechnie ta, to będzie
+inna.</p>
+
+<p>Poszliśmy za dziewczyną. Z towarzyszami
+moimi nie pożegnałem się nawet. Od nowych
+wrażeń zaczynałem już trzeźwieć, towarzystwo
+ich zn&oacute;w stawało mi się wstrętnem. Byłem kontent,
+że przy kuflach o mnie zapomnieli.</p>
+
+<p>Po chwili siedzieliśmy troje w jednym z tych
+małych pokoik&oacute;w na trzeciem piętrze, jak zawsze
+w takich domach. Przed nami na stole
+paliła się lampa, naokoło obstawiona butelkami,
+<span class='pagenum'><a name="Str_125" id="Str_125">[Str. 125]</a></span>
+kt&oacute;re wni&oacute;sł posługacz. Za wychodzącym nasza
+gospodyni zamknęła drzwi na klucz. Potem
+zdjęła stanik i chciała odwiązywać sp&oacute;dnicę;
+gotowała się widać na zabawę. Jerzy przerwał
+jej i podchodzącą ku nam podni&oacute;sł w g&oacute;rę,
+i nieruchomą, zduszoną posadził sobie na kolanach.
+Piwo było w naszych trzech szklankach.</p>
+
+<p>&mdash;A ty ciągle to samo; pisujesz do dziennik&oacute;w?</p>
+
+<p>&mdash;Tak, jestem wsp&oacute;łredaktorem Przeglądu;</p>
+
+<p>&mdash;C&oacute;ż? Podobają ci się twoje artykuły, co?</p>
+
+<p>Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.</p>
+
+<p>&mdash;Przecież m&oacute;j drogi, nie są gorsze ...</p>
+
+<p>&mdash;Tak, tak, ale poc&oacute;ż je pisać? Niby nie
+wiesz, co się robi z zeszłotygodniową gazetą.
+Więc ty nie wstydzisz się pisać po to, aby
+inni... Wybuchnął głośnym pijackim śmiechem.</p>
+
+<p>&mdash;Przyznam ci się...</p>
+
+<p>&mdash;Tak, tak, przerwał spieszniej, niewłaściwe
+żarty; obraź się, obraziło się już tylu; dlaczego
+ty masz być wyjątkiem? Tak, obrażać ci się
+wolno, tylko nie wolno ci udawać, że wiesz,
+poco pracujesz. Ot, jak stare konie w kieracie,
+jeden za drugim ślepy, zawsze w k&oacute;łko obraca
+swe jarzmo i powiada: pracuję dla ludzkości,
+dla kraju, dla rodziny... Kłamstwa, kłamstwa!</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_126" id="Str_126">[Str. 126]</a></span>
+Rysiński milczał chwilę, patrząc bez wyrazu
+przed siebie, jak gdyby szukał sł&oacute;w, kt&oacute;re oddawna
+miał w pogotowiu, tylko gdzieś nagle
+ich zapomniał.</p>
+
+<p>&mdash;Rozgłos, pieniądze, nic, błahostka, choćby
+chęć droższej kolacyi, to was pcha da roboty.
+Praca dla innych, altruizm, ha, ha! Człowiek,
+kt&oacute;ryby chciał być altruistą, musiałby od tego
+zacząć, żeby przestał istnieć. Spr&oacute;buj pracować,
+gdyby każde słowo prawdy&mdash;tej prawdy, kt&oacute;ra
+wiesz, że nie istnieje&mdash;miało cię kosztować jedną
+ranę. Co? Pracowałbyś? Ale dla was to waryackie
+myśli; wy macie swoje teorye, zgodności
+społeczne: jednostka i og&oacute;ł, egoizm i altruizm,
+wszystko się ze sobą godzi; jednego
+mniej, drugiego więcej, a zawsze jakieś ciasto
+wyjdzie. Istne z was centaury. Głowy kawałek
+w was ludzkiej, lub małpiej, lecz reszta nawet
+nie końska, ale świńska. I wy się macie za ludzi,
+za całych ludzi, kiedy zręczny n&oacute;ż tak zawsze
+wykroić was może, że wam człowieka wytnie,
+a zwierzę na cztery wiatry światu puści!..
+Ale kr&oacute;tki macie wzrok, nie widzicie własnych
+racic. Dla kawałka ludzkiej głowy brać się za
+człowieka, to zabawne! Zaśmiał się serdecznie.</p>
+
+<p>&mdash;Może swoje postępowanie wystawiasz za
+wz&oacute;r ludzkiego życia, odparłem trochę zirytowany.</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_127" id="Str_127">[Str. 127]</a></span>
+Rozmowa po tylu latach niewidzenia nie była
+zbyt serdeczną.</p>
+
+<p>&mdash;Co, ty myślisz, że po ludzku żyć to wygrzewać
+się w pielusze waszej moralności. Świetna
+ta stara bajka o lisie, kt&oacute;remu ogon odcięto:
+obowiązki, przepisy ma ten, kto nie ma
+sił. Wybyście wszyscy tutaj przyszli, nie wychodzilibyście
+ztąd, i z gorszych jeszcze nor,
+gdyby wam sił starczyło. Przyjdą, popatrzą,
+i spluną, jak lis na zielone winogrona. Przychodź
+tygodniami, tak jak ja, a zobaczymy,
+czy będziesz tak wyglądał.</p>
+
+<p>Rysiński był znanym w szkole siłaczem i pomimo
+zmęczonych oczu i cery, widać było, że
+mięśni swych nie stracił.</p>
+
+<p>&mdash;Tak, ale dla was to niepotrzebne, wy
+używacie zawsze umiarkowanie, po ludzku.
+Trochę prostytucyi, trochę małżeństwa, wszystko
+w takiej samej miksturze, jaką wy jesteście.
+Gardło mi zaschło.</p>
+
+<p>Wypił duszkiem szklankę piwa i pochylił się
+w tył na fotelu. Ruch ten rozbudził dziewczynę,
+kt&oacute;ra znudzona rozmową, zasnęła mu była na
+kolanach. Jak nieprzytomna otworzyła oczy,
+ziewnęła, ale wnet przyszła do siebie.</p>
+
+<p>&mdash;P&oacute;jdę spać, rzekła do Jerzego.</p>
+
+<p>&mdash;Dobrze, odpowiedział jej kr&oacute;tko.</p>
+
+<p>Dziewczyna wstała, podeszła do ł&oacute;żka, obojętnie
+zrzuciła sp&oacute;dnicę, zdjęła pończochy; położyła
+<span class='pagenum'><a name="Str_128" id="Str_128">[Str. 128]</a></span>
+się p&oacute;ł naga na kołdrze. Po chwili miarowy,
+głośny oddech dał nam poznać, że zasnęła.
+Milczeliśmy w tej ciężkiej ciszy, przepełnionej
+zapachami perfum i ciał.</p>
+
+<p>Otrzeźwiałem był zupełnie. Dziwna, gwałtowna
+tęsknota za żoną, za tak nikczemnie poniewieranem
+domowem ogniskiem mnie opanowała.
+Obrzydzenie do wszystkiego, co mię otaczało,
+rosło z każdą chwilą.</p>
+
+<p>&mdash;Żal mi cię, Jerzy. Twoje życie wystarczy
+ci na miesiąc, na rok...</p>
+
+<p>&mdash;Starczyło już na pięć lat.</p>
+
+<p>&mdash;Wszystko jedno, ale co p&oacute;źniej? Co będzie,
+gdy się ockniesz z swego zaślepienia, bo
+inaczej przecież zdań twoich nazwać nie można?
+Gdyby tylko już o zmysłach m&oacute;wić, co za
+przyjemność żyć z taką dziewczyną, kt&oacute;ra dziś
+z tobą, jutro z innym, a zawsze z obcym?
+Czyż nie m&oacute;głbyś nawet znaleźć większego
+upojenia zmysł&oacute;w z żoną, kochanką? Marnować,
+młodość na taką szarą, powszednią rozpustę...</p>
+
+<p>&mdash;I ja tak dawniej myślałem: nie odrazu
+przecież tu przyszedłem. Raz chciałem się żenić,
+a kochanek miałem kilka. Ale to złudzenie.
+Westchnienia, zachwyty, oczekiwania, po co to?
+na co? Aby skończyć na tym samym, zawsze
+niezmiennym końcu? I ty przecież czasem, widzisz,
+że to wszystko blaga. Są kobiety, kt&oacute;re
+tu nie były i nie będą, nie ma żadnej, kt&oacute;raby
+<span class='pagenum'><a name="Str_129" id="Str_129">[Str. 129]</a></span>
+tu być nie mogła. Tu nie ma fałszu, tu kobieta jest
+naga i życie nagie. A ja za tą nagością szaleję! Ja
+się w waszych kołnierzach i kaftanach duszę!</p>
+
+<p>Słowa te wykrzyczał prawie. Był pijany tem
+upojeniem, kt&oacute;re do m&oacute;zgu bije i nadmiernem
+pobudzeniem myśli i ruch&oacute;w się objawia.</p>
+
+<p>Milczałem. C&oacute;ż miałem m&oacute;wić?</p>
+
+<p>&mdash;M&oacute;wią, że ja się marnuję, że gubię karyerę
+swą i sławę. Ja się chcę zmarnować! Ja
+nie chcę, jak wy bezsilni, kłamać sobie i jakąś
+umocowaną cegiełką się pysznić. Jestem dumny,
+że mogę być czemś, a będę niczem, ale nie takim
+podłym, jak wy. Ty tego nie rozumiesz. Ja tu siedząc
+jestem jak wielki pan, bogacz bez granic,
+kt&oacute;ry za każdy kęs chleba płaci garścią złota. Inni
+tu zostawiają ruble, ja siebie całego po kawałku.
+I ta świadomość to jest moja duma. Ja nie
+będę, jak podły parweniusz, szczycił się tem,
+com zbudował i co stoi nieudolne, zlepione,
+nikczemne. Chlubić się można tylko z niespełnionych
+czyn&oacute;w. A to bydło m&oacute;wi, że ja nie
+mam ambicyi!.. Żeby mieć ich ambicyę, jestem
+zbyt ambitny. Ja nie mogę, jak zwierzę, pracować
+bez celu. Ja się zmarnuję, jak oni m&oacute;wią,
+ale się zmarnować chcę, chcę!</p>
+
+<p>To &raquo;chcę&laquo; wrzasnął i wypił duszkiem zwietrzałą
+już szklankę piwa. Przestał m&oacute;wić, i jakby
+ciężki nagle od wypitych trunk&oacute;w osunął się
+głębiej na fotelu, milcząc.</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_130" id="Str_130">[Str. 130]</a></span>
+Wstałem. Szarzało już. Niebo, zaciągnięte
+chmurami, zkąd pruszył drobniutki deszcz, zdawało
+się dalszym ciągiem czarnych dach&oacute;w.
+Dziwna, że pomimo swej ciemnej szarości, promieniało
+jakimś smutnym grobowo-zimnym świtem.
+Pok&oacute;j w tem oświetleniu, kt&oacute;re kł&oacute;ciło się
+z ż&oacute;łtem światłem lampy, jeszcze ohydniejszym
+mi się wydawał. Rozr&oacute;żnić już można było i tapety,
+odpadające od wilgotnych ścian, i puder,
+pościerany na pięknej może niegdyś twarzy
+dziewczyny. Czułem, że powinienem, że muszę
+iść do domu.</p>
+
+<p>&mdash;Żegnam cię&mdash;powiedziałem, podając rękę
+Jerzemu. Zajdź do mnie. Mieszkam na Senatorskie;
+pod dwudziestym drugim. Chciałbym cię
+w innej chwili widzieć.</p>
+
+<p>&mdash;Po co? Nie chodzę nigdzie, nie bywam
+nigdzie. Ja nie mogę bywać w porządnym
+domu.&mdash;Zaśmiał się ironicznie.&mdash;Bądź zdr&oacute;w!</p>
+
+<p>Wyszedłem. Na schodach słyszałem, jak wołał:
+Franka! Franka! Widocznie budził uśpioną
+dziewczynę.</p>
+
+<p>Chcąc dostać się do bramy, musiałem przejść
+przez salę. Na szczęście kompanion&oacute;w moich już
+nie było. Zadowolony, że będę m&oacute;gł wr&oacute;cić sam,
+bez ich głupiego szwargotu, znalazłem się na
+ulicy. Przejmujący, cienki, zimny deszcz orzeźwił
+mię z resztek trunku i niezdrowych zapach&oacute;w.
+Gardząc ofertami usłużnych dorożkarzy,
+<span class='pagenum'><a name="Str_131" id="Str_131">[Str. 131]</a></span>
+szedłem wolno, wdychając wilgotne powietrze
+najpierwszego ranka. Z tym dniem wschodzącym
+czułem jakąś błogość miłą, jaką odczuwa
+podr&oacute;żny, gdy z dalekiej drogi wraca w rodzinne,
+ciepłe strony. Może tam, na samym spodzie tej
+błogości była zadowolona duma, że oto ten rywal
+dawny ustąpił z placu, że ze mnie, com
+mu się czasem i na drugiego ucznia nie dochrapał,
+dziś redaktor i pisarz, człowiek ceniony
+i zacny; a on co? Wielkie zdolności, żałowane
+trochę, ale zawsze zapomniane, nieuczczone.
+A zresztą, kto tam wie, z temi zdolnościami!
+W tej trudnej sprawie nieocenionych
+lub niedoszłych geniusz&oacute;w, najlepsza może ta
+surowa, lecz kr&oacute;tka zasada: co nie jest, nie
+mogło być.</p>
+
+<p>Czułem coraz większe zadowolenie, im więcej
+zbliżałem się do domu. Błoto na ulicy zaczynało
+mi już trochę dokuczać. Jak dobrze
+będzie rozebrać się w ciepłym pokoju, zrzucić
+zmoczone suknie i wyciągnąć się w wygodnem
+ł&oacute;żku, gdzie obok na stoliku przyszykowano mi
+już zapewne szklankę lemoniady i moje ulubione
+papierosy!... Po chwili byłem u siebie. Dla ostrożności,
+aby żony nie obudzić, buty zdjąłem
+w przedpokoju i po cichu na palcach wszedłem
+do sypialni. Mała lampka nocna dostatecznie
+pok&oacute;j oświetlała. Zbliżyłem się do ł&oacute;żek; żona
+spala. Długie opuszczone rzęsy nadawały uśpionej
+<span class='pagenum'><a name="Str_132" id="Str_132">[Str. 132]</a></span>
+twarzy wyraz rozkosznego skupienia. Już
+dawno nie wydała mi się tak piękną. Umyślnie
+rozbierałem się jak najciszej. Położywszy się
+już obracałem się ku niej, aby zasnąć mając
+tę śliczną twarz przed oczami, gdy wtem na głos
+prawie wybiegła mi na usta myśl, kt&oacute;rej na
+poz&oacute;r w duszy mej nie było i nie wiem, zkąd
+się wzięła: <i>Das Laster ist doch sch&ouml;n...</i></p>
+
+
+<hr style="width: 65%;" />
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_133" id="Str_133">[Str. 133]</a></span></p>
+<h2><a name="W_PELNEM_SLONCU" id="W_PELNEM_SLONCU"></a>W PEŁNEM SŁOŃCU.</h2>
+
+<p style="text-align: center;">(SIELANKA).</p>
+<hr style="width: 65%;" />
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_135" id="Str_135">[Str. 135]</a></span></p>
+
+<h3><a name="W_pelnem_sloncu" id="W_pelnem_sloncu"></a>W pełnem słońcu.</h3>
+
+
+<p>&mdash;Jakaś ty śliczna, jaka śliczna, śliczna&mdash;powtarzał
+prawie bezwiednie, wpatrzony w jej
+twarzyczkę zgrabną, w oczy żywe i radosne,
+w usta drobne, pulchne, jakby uśmiech&oacute;w pełne
+i pieszczoty. Tyle razy spotykał ją tutaj i za
+każdym razem odnosił to wrażenie, że ona nie
+jest właściwie piękna, ani nawet może ładna,
+ale właśnie śliczna: tak jakoś dziwnie zestrojona
+z tą przyrodą, kt&oacute;ra ich otaczała, tak jasna, jak
+jasnem jest światło, i tak uśmiechnięta, jak
+uśmiecha się błękit, i tak nęcąca, jak nęci sina
+dal przezroczej przestrzeni, i tak nieprzeparcie
+pociągająca, jak ciągnie zieleń las&oacute;w i szmer strumieni.
+Chwilami wierzyć mu się nie chciało, że
+przyszła tu z domu, a nie wyrosła, jak kwiat,
+na polu.</p>
+
+<p>Objął ją wp&oacute;ł i szybkimi pocałunkami obsypywał
+jej oczy, skronie, włosy ciemnozłote, jedwabiste,
+miękkie. Głowę położyła mu na ramieniu,
+zmrużyła oczy, oparła się na nim cała,
+<span class='pagenum'><a name="Str_136" id="Str_136">[Str. 136]</a></span>
+bezwładnie zdawała się roztapiać pod pieszczotą
+całunk&oacute;w i słońca. Dreszcz po niej przebiegł.</p>
+
+<p>&mdash;Dosyć, dosyć... chodźmy.</p>
+
+<p>Nie odrazu jej usłuchał. Oderwał się wreszcie.</p>
+
+<p>Wzięli się za ręce i, nie m&oacute;wiąc do siebie
+nic, poszli.</p>
+
+<p>Szli miedzą.</p>
+
+<p>Złotozielony owies ścielił się im do st&oacute;p;
+chabry błękitne, białe rumianki, kąkole krwiste
+wychylały się ku nim. Nieopodal, na wzg&oacute;rzu
+jasnoniebieski łan lnu kołysał się lekko, jakby
+rzucony na trawę szmat nieba i jeszcze drżący.
+A dalej zn&oacute;w lśniła w słońcu jasna zieleń dojrzewających
+zb&oacute;ż, gdzieniegdzie prawie czarne
+wystrzelały z ziemi jodły wysmukłe; na krańcu,
+jak gęsty cień, ułożyły się g&oacute;ry. Lekka mgła
+srebrzysta wieszała się na skałach, a niżej
+w świetliste zasłony przystrajała ciemne plamy
+las&oacute;w, łagodziła ostrość załam&oacute;w, a nie odbierała
+światła. Jasność ogromna, szczęśliwa, słoneczna
+unosiła się w błękitnem powietrzu, trącała
+rozłogi p&oacute;l, i lasy i skały, i odbita wracała
+zn&oacute;w w przestrzeń, jaśniejsza.</p>
+
+<p>Była cisza. Wiatr zasnął i nie ocierał już
+z szumem skrzydeł swych o trawy. Kiście mietlicy
+nie uderzały o siebie, i nawet lekkie drżączki
+stały nieruchome. Tylko dwa białe motyle
+okręciły się kilka razy w gonitwie, lecz jakby
+zmęczone nagle i ciężkie spadły cicho na jeden
+<span class='pagenum'><a name="Str_137" id="Str_137">[Str. 137]</a></span>
+kwiat chabrowy. Tylko z dali, z dali dobiegał
+szum potoku, radosny zgiełk fali, skaczącej po
+kamieniach, tak jednostajny, że niknął wnet dla
+ucha i zdawał się jednym z ton&oacute;w wielkie;
+ciszy.</p>
+
+<p>Z kwiat&oacute;w i zi&oacute;ł, z ziemi rozgrzanej i zb&oacute;ż
+buchał odurzający miodowy zapach południa.
+Z najtajniejszych sok&oacute;w żywych upał wydobył
+wonie mocne i ciepłe. Pachniało życie w powietrzu...
+i chęć życia.</p>
+
+<p>Gdy szli tą miedzą, zdawało się im, że doprawdy
+tyle tylko jest świata, ile wzrok ogarnie,
+i tyle szczęścia, ile jest w tej chwili.</p>
+
+<p>Miedza się skończyła; wyszli na większą drożynkę
+wśr&oacute;d łąki. Zatrzymali się mimowolnie
+i spojrzeli na siebie. Rozmarzył ich żar. Opasał
+ją nagle rękami, przycisnął ku sobie i przytulił,
+jak dziecko. Czuł przy sobie jej postać wiotką
+i miękką; przez lekkie suknie przenikało doń
+zbliska ciepło jej ciała. Patrzyli na siebie jeszcze.
+Usta ich złączyły się w pocałunku długim, głębokim.
+Po chwili chciała usunąć odeń głowę.
+Nie m&oacute;gł oderwać się od niej, upajał się jej
+tchnieniem.</p>
+
+<p>&mdash;Daj mi odetchnąć sobą, daj mi odetchnąć
+sobą... Pił oddech jej ust, jak woń kwiatu.
+Świat zakręcił mu się w oczach.</p>
+
+<p>Usiedli na trawie. Nie prowadzili nigdy ze
+sobą rozm&oacute;w długich. Wśr&oacute;d tej przyrody,
+<span class='pagenum'><a name="Str_138" id="Str_138">[Str. 138]</a></span>
+szczęśliwi jak ona, stawali się też, jak ona, cisi.
+Położył się na wznak, głowę na jej kolanach.
+Na tle jasnego błękitu widział nad sobą owal
+jej twarzy i złote płomyki jej włos&oacute;w. Otulało
+ją powietrze błękitne, rozgrzane, przenizane nitkami
+światła i czyniło ją samą podobną do
+światła. Cisnęła się do niej zieleń murawy,
+wszystko się ku niej chyliło miłośnie.</p>
+
+<p>&mdash;Śliczna ty moja&mdash;szepnął.</p>
+
+<p>Uśmiech radości przeleciał po niej. Nakryła
+mu jednak usta dłonią. Od dotknięcia tej ręki
+gładkiej a drżącej, jak schwytany ptak, przebudziły
+mu się w krwi ogniki. Spojrzał na nią.
+Rumieniec ją oblał. Odwr&oacute;ciła od niego oczy,
+czuła na sobie jednak wzrok gorący, nieruchomy,
+chciwy.</p>
+
+<p>&mdash;Nie patrz na mnie, nie patrz...</p>
+
+<p>Uni&oacute;sł się na rękach i schował głowę na jej
+piersiach; w skroniach i czole czuł dreszcz
+i ciepło.</p>
+
+<p>Ujęła mu głowę w ręce, odsunęła od siebie
+nieco i patrząc prosząco, a zalotnie w oczy,
+powiedziała pieszczotliwie:</p>
+
+<p>&mdash;Kochany m&oacute;j, nie... nie, drogi.</p>
+
+<p>I pocałowała go w usta.</p>
+
+<p>Wstał na chwilę, wyprostował się, usiadł
+obok niej.</p>
+
+<p>&mdash;Chodźże bliżej.</p>
+
+<p>Przybliżył się. Podjęła kapelusz pilśniowy,
+<span class='pagenum'><a name="Str_139" id="Str_139">[Str. 139]</a></span>
+kt&oacute;ry był rzucił na ziemię, zgniotła go, położyła
+sobie pod głowę, wyciągnęła się na wznak.</p>
+
+<p>&mdash;Lubię patrzeć w niebo.</p>
+
+<p>Mimowoli pobiegł oczami za jek wzrokiem.</p>
+
+<p>Błękit był bezchmurny, jasny i bardzo głęboki.
+Wzrok, wpadłszy tam, wnet uczuwał znużenie,
+jakgdyby jasność ta była dlań zbyt lekka
+i subtelna. Zaraz też nadbiegała siatka drżąca,
+czarna, i rozpościerała się po niebie, jakby na
+ratunek oczom. Lub też głębia nieba zdawała
+się skrysztalać, twardnieć i odrzucała od siebie
+wzrok ku ziemi, nie pozwalając mu wybiedz
+tam, w przestrzenie. Ale już po chwili złudzenia
+lazurowy kamień nieba rzedniał, kryształ
+stawał się zn&oacute;w podobny do pary bardzo lekkiej
+i tak zupełnie przeźroczystej, że przez nią
+silny wzrok starał się dostrzedz... nieskończoności.</p>
+
+<p>Położył się przy niej bez ruchu; do uszu
+z gęstwy traw dochodził czasem tylko trzask
+świerszcza lub szelest mr&oacute;wek, ciągnących do
+gniazda ciężary.</p>
+
+<p>Nieruchomość skuła mu mięśnie i uśpiła na
+jawie krew; odbierała mu życie własne, i zespalała
+natomiast z życiem ziemi. Kilka mgnień
+zdawało mu się, że nie potrafi już sobą ruszyć&mdash;ale
+w dreszczach ciała czuł za to pęd ziemi,
+rwącej w przestworach. Zapomniał, że nie jest
+<span class='pagenum'><a name="Str_140" id="Str_140">[Str. 140]</a></span>
+sam i milcząc, pogrążał się w rozkosz unicestwienia.</p>
+
+<p>Na powiekach uczuł nagle jej palce. Zasłoniła
+mu oczy ręką.</p>
+
+<p>&mdash;Co widzisz teraz?&mdash;zapytała go z uśmiechem
+w głosie.</p>
+
+<p>&mdash;Krew twoją.</p>
+
+<p>&mdash;Bardzo czerwona?</p>
+
+<p>&mdash;O nie, r&oacute;żowa ledwo, jak...&mdash;Urwał.</p>
+
+<p>&mdash;Jak... no... powiedz.</p>
+
+<p>&mdash;Jak u ryb.&mdash;Uśmiechnął się.</p>
+
+<p>Odwr&oacute;cili się nagle ku sobie, nie wstając
+z ziemi. Na wp&oacute;ł rozplotły się jej włosy i na
+czarną pilśń, na kt&oacute;rej opartą miała głowę, ściekały,
+jak strumień złota pociemniałego w ogniu.
+Od przypływu krwi rozpaliły się jej na licach
+rumieńce i usta pokraśniały żywiej. Czuł jak
+z pod rzęs&oacute;w długich padało nań spojrzenie
+rozmiłowane, pieszczotliwe.</p>
+
+<p>Leżąc przysunęła się ku niemu trochę, i z groźnym
+niby wyrzutem w oczach szepnęła: Ty, ty...</p>
+
+<p>Zaczął całować jej usta, rozchylone w tym uśmiechu;
+zarzuciła mu ręce na szyję, tuląc ku sobie.</p>
+
+<p>..............................................</p>
+
+<p>Z łąki spędziło ich słońce. Zatoczywszy kawał
+kręgu, stanęło wprost nad nimi, oblało ich
+żarem, świeciło w oczy.</p>
+
+<p>&mdash;Trzeba iść.</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_141" id="Str_141">[Str. 141]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;Ale dokąd?&mdash;Zamyślili się oboje.</p>
+
+<p>&mdash;Chyba ku potokowi: Tam cień jest napewne.</p>
+
+<p>Zgodziła się odrazu.</p>
+
+<p>Trudno im było wstać; osłabił ich upał. Podnieśli
+się jednak i poszli. Wzg&oacute;rze niewysokie,
+lasem świerkowym porosłe, wznosiło się przed
+nimi tak blisko, że wierzchołkami swych drzew
+sięgało połowy nieba prawie. Ku stronie g&oacute;r
+pochylało się zwolna na r&oacute;wninę: urywał się
+las i ciągnęły zagony zielonych i złotych zb&oacute;ż.
+Małe, do gniazd podobne, chaty, rozrzucone tu
+i owdzie, czerniały na skrajach lasu.</p>
+
+<p>Pod wzg&oacute;rzem strumień szumiał. Ścieżynka
+polna gubiła się wnet wśr&oacute;d gęstwy krzak&oacute;w,
+kt&oacute;rymi porastał brzeg parowu. Weszli w wilgotny
+cień i krętą drożyną schodzić poczęli
+w d&oacute;ł. Minęli mały lasek osiny i zbiegli już prawie
+pędem na polankę, nad brzeg potoku.
+W zamkniętej kotlinie aż huczało od kł&oacute;tni fal.</p>
+
+<p>Przeciwległa ściana wzg&oacute;rza wyrastała teraz
+tuż przed nimi, prostopadle. Nie widać już było
+ani p&oacute;l na stokach dalekich, ani chat, tylko
+świerk&oacute;w zieleń, jakby zwieszoną z nieba zasłonę
+ciężką. Błękit zdawał się ciemniejszym
+i bliższym, jakby na szczytach drzew tych się
+rozpostarł. Był cień, i tylko gdzieniegdzie przekradał
+się promień słoneczny, zaigrał na liściach,
+plamą jasną zadrżał na trawach, lub przejrzał
+<span class='pagenum'><a name="Str_142" id="Str_142">[Str. 142]</a></span>
+się w pianach i snopem iskier strzeliwszy, zagasnął
+z sykiem na dnie w&oacute;d.</p>
+
+<p>Strumień z za zakrętu wybiegał wartko,
+i w płytkiem łożysku rwąc osrebrzył się cały
+pianą. Po warstwach łupku, r&oacute;wnych jak schody,
+staczały się fale, jak kaskada srebra płynnego.
+A dale; rozszerzało się nagle koryto i woda
+natrafiwszy na miękki grunt i piasek, wyżłobiła
+sobie jamę głęboką. Zwalniał się tu pęd fali,
+a grzbiet jej nabierał barwy i błysku szmaragd&oacute;w.
+I raz jeszcze trąciwszy o rozrzucone
+głazy, rozpryskały się szmaragdy, i fale tak jak
+wbiegły srebrne, srebrne przepadały z oczu.</p>
+
+<p>Zacisznie tu było i samotnie. Świat, kt&oacute;ry
+zginął dla oczu, wysuwał się też mimowoli
+i z pamięci. Oboje odczuli odrazu tę wielką
+radość, że zagubili się w gąszczu takim, gdzie
+nikt ich nie odnajdzie, że przepadli dla wszystkich
+i wszystkiego, pr&oacute;cz dla siebie. Dopiero
+tu naprawdę poczuli się razem, sobie blizcy.</p>
+
+<p>W parowie, mimo cienia, upalnie było, nie
+upałem suchym, płomiennym, jak na łące, ale
+wilgotnym, ciężkim żarem dusznym.</p>
+
+<p>Zbliżyli się do brzegu i po kamieniach zaczęli
+przechodzić przez potok&mdash;ale przejść nie
+mogli, gdyż droga przez głazy utworzona, urywała
+się w połowie, zostawiając jako ostatni
+kres skalistą wśr&oacute;d fal wysepkę. Na omszonym
+wilgotnym głazie, po kt&oacute;rym jeszcze niedawno
+<span class='pagenum'><a name="Str_143" id="Str_143">[Str. 143]</a></span>
+fala się ślizgała, siedli, trzymając się w p&oacute;ł i cisnąc
+ku sobie, gdyż zewsząd potok rwący im groził.
+Mniemane <a class="ins" href="#tnote_19" name="tAnchor_19" title="niobezpieczeństwo">niebezpieczeństwo</a>, kt&oacute;re zewsząd
+niby ich otaczało w potoku p&oacute;ł łokcia głębokim,
+czarowało ją i zachwycało.</p>
+
+<p>&mdash;Jak tu dobrze, jak pięknie&mdash;najdroższy.</p>
+
+<p>&mdash;Ub&oacute;stwiam ciebie.</p>
+
+<p>Ale zgiełk monotonny jakąś zadumę smętną
+w niej rozkołysał, gdyż umilkła, zamyśliła się
+i pochyliła gł&oacute;wkę, patrząc na piany, tańczące
+po fali. Na miękką linię jej ramion i szyję odsłoniętą
+upadł, wymknąwszy się z liści, blask
+słoneczny, pełen zielonawych refleks&oacute;w i śniadą
+nieco jej płeć rozświecił tysiącem iskierek złotych.
+Przez migotanie tych błysk&oacute;w złotawych,
+jasnor&oacute;żowa przelśniewała krew ciepła. Patrzył
+z zachwytem na te plamy słoneczne, drżące
+barwami ognia i krwi. Ale ona zamyśliwszy się
+nie czuła wzroku, kt&oacute;ry z uwielbieniem po niej
+przebiegał. I nie odwr&oacute;ciła oczu. Więc przyklęknąwszy
+jak m&oacute;gł, pochylił się, aby zajrzeć
+jej w twarz i spytał:</p>
+
+<p>&mdash;Co tobie?</p>
+
+<p>&mdash;Smutno mi, smutno.</p>
+
+<p>&mdash;Czemu<a class="ins" href="#tnote_20" name="tAnchor_20" title="">,</a> jedyna?</p>
+
+<p>&mdash;Czemu? Tak wszystko płynie, przechodzi,
+ucieka... Już sierpień...</p>
+
+<p>Łza zakręciła się w jej głosie; schwyciła go
+za szyję i zaczęła całować po ustach, po czole,
+<span class='pagenum'><a name="Str_144" id="Str_144">[Str. 144]</a></span>
+po oczach&mdash;bez pamięci. Przebiegł oboje
+dreszcz chłodny, jesienny, trwożny.</p>
+
+<p>Nagle zabrzmiał gdzieś w g&oacute;rze odgłos
+dzwonk&oacute;w miedzianych&mdash;powracały stada.</p>
+
+<p>Oderwała się od niego, wybuchła śmiechem
+i zanurzywszy dłoń w wodzie, prysnęła mu na
+twarz. Wyrwali się tęsknocie.</p>
+
+<p>Schwycił jej dłoń, z kt&oacute;rej ociekały krople,
+niby rozsypane klejnoty, i całować ją począł
+i pić tę wilgoć, przesyconą rozkoszą jej ciała.</p>
+
+<p>&mdash;Puść mnie, puść mnie.</p>
+
+<p>Zerwała się i podniosła, ale pantofelek luźno
+zapięty przechylił się i o wilgotny mech poślizgnął.
+Byłaby osunęła się w wodę, lecz zdążył
+ująć ją wp&oacute;ł i podtrzymywać.</p>
+
+<p>&mdash;Jakiś ty silny.</p>
+
+<p>Chciał okazać swą siłę i zatrzymać w swym
+uścisku, lecz wysunęła mu się z rąk.</p>
+
+<p>&mdash;Drogi, muszę już iść, muszę wr&oacute;cić koniecznie.
+Dzwoniły stada&mdash;już sz&oacute;sta. Spostrzegą,
+żem wyszła.</p>
+
+<p>Skoczyła na następny kamień, i zn&oacute;w na
+kamień&mdash;wreszcie wybiegła na brzeg.</p>
+
+<p>&mdash;Kochany, drogi, do jutra.</p>
+
+<p>Pomknęła przez gąszcz zieloną; mignęła raz
+i drugi jasnor&oacute;żowa jej suknia.</p>
+
+<p>Ledwie zdążył rzucić w ślad za nią:</p>
+
+<p>&mdash;Do jutra.</p>
+
+
+
+<hr style="width: 65%;" />
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_145" id="Str_145">[Str. 145]</a></span></p>
+<h2><a name="PIERWSZY_WIERSZ" id="PIERWSZY_WIERSZ"></a>PIERWSZY WIERSZ.</h2>
+
+<hr style="width: 65%;" />
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_147" id="Str_147">[Str. 147]</a></span></p>
+
+
+
+<h3><a name="Pierwszy_wiersz" id="Pierwszy_wiersz"></a>Pierwszy wiersz.</h3>
+
+<p>Kiedy po zerwaniu z Maryą minęła pierwsza,
+nieutulona, nieokiełzana, prawie głośna rozpacz,
+Jan Karski jeszcze więcej odsunął się od ludzi&mdash;i
+wtedy zaczął tęsknić. W oczach pobladły mu
+wszystkie barwy i w szarą mgłę smutku, jednostajną
+i miękką owinęły się dlań wszystkie
+kształty. Wielkie ukojenie ztąd czerpał, bo b&oacute;l
+jego stracił wtedy tę okrutną jasność, kt&oacute;ra
+przedtem mieszała mu zmysły. Pożądanie zasnęło
+w nim jakby na śmierć zmęczone, i gorzki
+żal zawodu uciszał się zwolna, roztapiając
+się w senną tęsknotę, w wielki, odczuwany
+wszędzie brak. Nieraz w ciszy samotnych wieczor&oacute;w
+z długiego udręczenia rozdartej miłości
+zostawało mu tylko to poczucie braku, świadomość
+mętna, że czegoś niema, czegoś, co może
+życiem jest, marzeniem, szczęściem, snem, lub
+może.. jej postacią. Wtedy wszystko, co posiąść
+można wydawało mu się tak lichem
+i śmiechu wartem, że drwić mu się chciało
+<span class='pagenum'><a name="Str_148" id="Str_148">[Str. 148]</a></span>
+z całego życia swego, z zabieg&oacute;w r&oacute;żnych, nadziei
+i dążeń. Nawet te zbiory wierszy dźwięcznych,
+pieszczonych, w kt&oacute;re wkładał cały
+sw&oacute;j kunszt wytworny i subtelny, cały talent
+i miłość poety, tylko pogardliwą litość w nim
+budziły. W tych dniach ponurych, beznadziejnych
+i nic już nie pragnących było mu gorzką
+radością, gdy m&oacute;gł w tęsknocie swojej zatopić
+się tak niepodzielnie, że nie rozniecały się w nim
+nawet <a class="ins" href="#tnote_21" name="tAnchor_21" title="wyobrażnia">wyobraźnia</a> i zdolność poety, ta chęć
+tw&oacute;rcza, by o łzach swych m&oacute;wić tak, jak nikt
+inny. Rozmiłowywał się w unicestwieniu swojem,
+w ub&oacute;stwie ducha, skazanego na jedno
+wrażenie, w tej dobrowolnej ofierze, kt&oacute;rą bez
+przerwy składał dla niej. Wdzięczność wielka
+i uwielbienie, kt&oacute;re mimo przekleństw rozłąki
+przepełniały mu serce, szukały sobie wyrazu
+w tem całopaleniu własnem, w samob&oacute;jstwie,
+kt&oacute;rego jedyną trucizną był żal.</p>
+
+<p>Odtąd samotność stała się jedyną towarzyszką
+długich godzin, kt&oacute;re spędzał błądząc po mieście
+bez celu, obojętny wszystkiemu, z uśmiechniętą
+twarzą. Gwar życia, łoskot k&oacute;ł, szum
+tłum&oacute;w, obijał się o jego uszy i rodził w nim
+tylko&mdash;chwilami&mdash;wielkie zdziwienie. Im
+więcej obcym wydawał mu się zgiełk i to życie,
+tym lepiej czuł, że bliższą mu jest i żywszą&mdash;przeszłość.
+Niekiedy przesiadywał też do
+p&oacute;źnej nocy na werandach kawiarń i znajomi
+<span class='pagenum'><a name="Str_149" id="Str_149">[Str. 149]</a></span>
+rozmawiali z nim wtedy wesoło o wypadkach
+dni ostatnich, nie wiedząc nawet, że człowiekowi
+temu życie ich jest niczem. Dopiero gdy
+ich żegnał w najciekawszym nieraz zwrocie rozmowy,
+niejeden uczuł, że nie wiążą ich już
+nawet słowa.</p>
+
+<p>Najchętniej jednak Karski krył się w ciszę
+kościelną, w p&oacute;ł jasny brzask pod sklepionymi
+łukami chłodnych, pustych świątyń. Siadał wtedy
+w ławce i zasłuchiwał się w niezmierny spok&oacute;j,
+niezmącony nawet szeptem modlitwy; wzrok
+jego rozpraszał się na złotych aniołach ołtarz&oacute;w,
+na szafirowych smugach, rozwieszonych w powietrzu,
+na liniach wysmukłych, lecących gdzieś
+ku g&oacute;rze, jakby w przepaście nieba. Jakaś głąb
+wielka i jasna opływała mu wtedy duszę, i wyrwawszy
+ją prawie z zawias&oacute;w cielesnych, niosła
+na przestwory dalekie, gdzie zostawał już
+całkiem sam z tą jedną myślą swoją. I wtedy
+przeczucie tej wieczności, w kt&oacute;rą nie wierzył,
+lecz kt&oacute;rej nie zaprzeczał nigdy, ogarniało
+go&mdash;na chwilę&mdash;lękiem <a class="ins" href="#tnote_22" name="tAnchor_22" title="tęskoty">tęsknoty</a> zaziemskiej,
+samotności bezgranicznej. Więc z zamyśleń takich
+dusza jego przebudzała się nietylko już tęskna,
+lecz i trwożna, i z trwogi prawie o łaskę
+wołająca. Pod groźbą tego strachu, jak w dziecku,
+rodziła się w nim pierwotna chęć, aby upaść
+na kolana i szlochać i błagać Boga, żeby go tą
+<span class='pagenum'><a name="Str_150" id="Str_150">[Str. 150]</a></span>
+wiecznością nie karał, lub ją błagać, aby go na
+wieczność te nie odbiegała.</p>
+
+<p>A gdy na ulicy potem blask słońca przywracał
+mu trzeźwą r&oacute;wnowagę myśli, z widzeń zaśmiertnych
+zostawała mu złowroga radość, że
+tęsknota przerwała już tamy, kt&oacute;remi rozum graniczy
+z obłędem.</p>
+
+<p>Ze wszystkich kościoł&oacute;w miasta najwięcej
+upodobał sobie ogromny na rynku kości&oacute;ł gotycki.</p>
+
+<p>Potężna wyobraźnia mistrza rzuciła tam na
+mury splątane pasma jaskrawych barw; na purpurowych
+płomieniach kolumn oparła błękitne
+gwiaździste sklepienie, za czarnym krzyżem
+z kroplami krwi rozpostarła wśr&oacute;d zieleni ch&oacute;ry
+anioł&oacute;w. Przepych barw potrącał w jego duszy
+tajemnicze struny, ubierał w blaski każde ogniwo
+jego wspomnień i jej blednące widmo czynił
+nietylko nad inne kochanem, lecz i nad inne
+pięknem. Wielka ekstaza owładała tu nim często
+i słowa gorące, pełne czci nieskończonej,
+dławiły go wtedy w gardle&mdash;ze łzami żalu
+marnego, że żywej tych sł&oacute;w nie powiedział.
+Szczypta zdrowego sądu, kt&oacute;ra za hulacynacyami
+jego się wlokła, bryzgała mu tym żalem
+w twarz, jak zniewagą, jak winą hańbiącą,
+i w uczuciu rodzącej się skruchy wzmagała
+w nim jeszcze bolesną chęć, aby przykuć się
+na zawsze do tej tęsknoty. W takich chwilach
+<span class='pagenum'><a name="Str_151" id="Str_151">[Str. 151]</a></span>
+m&oacute;gł godziny całe trawić w tym kościele, ciężko
+oparty o poręcz ławki, z oczami nawp&oacute;ł przymkniętemi,
+niebaczny już nawet na kaskady świateł,
+kt&oacute;re słońce kolumnom rzucało na czoła.
+Usta jego były wtedy ciche i do westchnień
+nawet już niezdolne, lecz z dna jego istoty wyrywało
+się z uporem szaleństwa jedno imię, jedno
+błaganie. W chwilach ocknienia czuł wtedy
+w piersiach taki gniotący b&oacute;l, jakgdyby gardło
+był zerwał na krzyk i wołanie. Nie wychodził
+nieraz z kościoła, dop&oacute;ki zachrystyan nie trącił
+go w ramię, przypominając, że zamykać musi.
+Spostrzegał dopiero, że zeszły mu w myślach
+godziny dnia, i zimny zmierzch otoczył już pobladłe
+nawy. Uciekał wtedy czemprędzej z tych
+ołowianych sklepień, martwych nagłe i ciszą
+przerażających. Lecz nazajutrz zn&oacute;w jedyną jego
+chęcią było wr&oacute;cić do tego kościoła, do tych
+barw i do tych myśli.</p>
+
+<p>W godzinach południa, gdy gwar pobożnych
+i odgłosy ich krok&oacute;w wyrywały go z cichego
+upojenia, przechadzał się bezmyślnie z nawy
+do nawy i niedbałym wzrokiem przerzucał po
+raz tysiączny skarby katedry. Wychudłe ascetyczne
+twarze drewnianych świętych w gotyckich
+niszach nad stallami, duże czarne krucyfiksy
+z krwawiącą raną w boku Zbawiciela,
+tłuste anioły, uśmiechnięte nad cudacznymi gzemsami
+p&oacute;źniejszych ołtarz&oacute;w, obrazy wyblakłe,
+<span class='pagenum'><a name="Str_152" id="Str_152">[Str. 152]</a></span>
+szare od kurzu i starości wpadały mu w oczy,
+nie budząc żadnych wrażeń, i na chwilę nawet
+przykuć nie mogły jego uwagi.</p>
+
+<p>A jednak wśr&oacute;d takiej wędr&oacute;wki stanął kiedyś
+natychmiast, jakby w ziemię wr&oacute;sł, gdy
+wzrok jego po raz pierwszy przesunął się przelotnie
+po &raquo;Zwiastowaniu&laquo;, kt&oacute;re zapomniane wisiało
+w ukryciu wśr&oacute;d tablic nadgrobnych. Na
+małem spękanem pł&oacute;tnie nieznanego włoskiego
+mistrza była sama tylko twarz Madonny, promienna
+i słodka. Zdawało mu się przecież&mdash;i
+nie było to złudzenie, bo im lepiej się wpatrywał,
+tym więcej ufać musiał swoim oczom&mdash;że
+przez te rysy błogosławione i natchnione
+dojrzał twarz inną, więcej mu blizką i więcej
+kochaną.</p>
+
+<p>Więc patrzeć zaczął... Tak spragnionym był
+jej widoku, tak często w bezsenności nocnej
+wyczekiwał w naprężeniu wszystkich zmysł&oacute;w
+snu dobrego, kt&oacute;ry m&oacute;gł mu jej postać przywieść
+przed oczy i rzucić w objęcia, że teraz,
+kiedy ją ujrzał tak blizką, tak świętą i tak uśmiechnioną,
+jakaś rzewność miękka, jakaś tkliwość
+rozbudzonych wspomnień oblała mu serce, i wargi
+mimowoli się rozchyliły i na usta wybiegał
+już okrzyk ten, kt&oacute;rymby ją powitał obecną.
+I skoro opanował pierwsze wzruszenie, z tego
+chwilowego omdlenia przyni&oacute;sł ze sobą jedno
+szczęście wielkie, na całe życie łaskę jedną. Bo
+<span class='pagenum'><a name="Str_153" id="Str_153">[Str. 153]</a></span>
+oto ona została z nim i będzie m&oacute;gł tak jak
+dawniej klęczeć przed nią i m&oacute;wić jej na głos
+zaklęcia, prośby pełne i poddania, i będzie m&oacute;gł,
+tak jak dawniej, złożyć usta na jej ciepłych,
+gładkich dłoniach... W kącikach oczu zakręciły
+mu się drobne łzy lśniące i radość dziwna, nieoczekiwana
+ścisnęła mu krtań, <a class="ins" href="#tnote_23" name="tAnchor_23" title="jakydyby">jakgdyby</a> oto miał
+wybuchnąć szlochaniem. Odstąpił krok jeden od
+obrazu, i oparłszy się o mur, patrzył, patrzył jeszcze.
+Zapomniane wrażenia dzieciństwa ocknęły
+się nagle w tym człowieku bez wiary, wr&oacute;ciła mu
+nagle pamięć godzin modlitwy i długich tych
+chwil, kiedy dzieckiem jeszcze klękał i zwierzał
+się Bogu z pragnień swych i żal&oacute;w. Wspomnienia
+te jasne i czyste, jak lilje, plątały się bezładnie
+z innemi świeższemi stokroć, gdy w niej
+jednej znajdował spok&oacute;j sw&oacute;j i szczęście. Powoli
+zacierały mu się jak we mgle, granice istot
+i czas&oacute;w; w oczach przyćmionych łzami postać
+Madonny olbrzymiała, coraz podobniejszą się
+stając do straconej, obcej i dalekiej. I zarazem
+odrywała się myśl jego zupełnie od wszystkiego,
+co go tu na dole otaczało. Wpatrzony w ub&oacute;stwione
+rysy nie spostrzegał, że kości&oacute;ł napełniał
+się ludźmi, że księża w ornatach wychodzili
+z zakrystyi...</p>
+
+<p>Odezwały się organy. Jakby z oddala, z głębokiej
+otchłani polał się potężny hymn żalu;
+pieśń rozpaczy i skruchy, zmiłowania i łaski
+<span class='pagenum'><a name="Str_154" id="Str_154">[Str. 154]</a></span>
+prosząca, wybuchnęła głośnymi akordami i biegła
+roztrącić się i rozsypać w jęki o gwiaździsty,
+nieruchomy strop. Jęk za jękiem uderzał
+o kamianne sklepienia, kt&oacute;re zdawały się wt&oacute;rować
+im i dźwięczeć. I wtedy jakieś czarodziejstwo
+naszło na Karskiego; zmąciło mu się
+wszystko w oczach i w myśli; kolumny kościelne
+zapaliły się jak pochodnie od płomieni,
+kt&oacute;re je obejmowały, sklepienie się rozwarło,
+dając jasnym błękitom dostęp, i ona, kochana,
+święta zdawała się zrywać z tego pł&oacute;tna, schodzić
+ku ziemi i wyciągnąwszy ku niemu ręce
+m&oacute;wić to jedno tylko: Oto jestem. Wtedy radość
+przesilna złamała go i rzuciła na kolana; gwałtowne
+łkanie rozdarło mu pierś, a zaciśnięte
+usta powtarzać zaczęły bezwiednym, bardzo cichym
+szeptem: Droga, droga, droga...</p>
+
+<p>
+..............................................<br />
+..............................................
+</p>
+
+<p>Kiedy Karski znalazł się potem na ulicy, czuł
+w sobie wielkie zmęczenie ciała, ale w myślach
+miał teraz spokojność łagodną i cichą, jakgdyby
+odblask tej wielkiej radości, kt&oacute;rąby odzyskanie
+jej mu dało. Rozumiał dokładnie, że to było
+chwilowe oczarowanie, kt&oacute;re prysnęło jak tęcza,
+że miał widzenie bardzo niejasne i nie wiedział
+właściwie, przed kim czy przed czem modlił
+się i klęczał. Rozumiał też, że ten zachwyt
+<span class='pagenum'><a name="Str_155" id="Str_155">[Str. 155]</a></span>
+nie powt&oacute;rzy się więcej, że nie uda mu się zapomnieć
+życia tak doszczętnie i doczekać po raz
+drugi jej zwiastowania. Lecz po tem spazmatycznem
+prawie wrażeniu ukojenie słodkie otuliło
+jego myśli, jakgdyby na skronie spadła mu
+jeszcze jedna jej pieszczota długa, na życie całe
+zostająca. Chwilami zdawało mu się bardzo wyraźnie,
+że jakaś drobna cząstka jej, jakiś cień
+jej drżący jest tuż za nim obecny po to, aby
+nie opuścić go więcej i nie rozstać się z nim
+nigdy. W ekstatycznem podnieceniu wyobraźni
+tęsknota jego zbladła i odstępowała go zwolna;
+i ten ciężki przygnębiający smutek, gdy czuł
+tylko to, że jej nie ma, osuwał mu się z piersi.</p>
+
+<p>Dnia tego błądził długo po mieście, z ulicy
+na ulicę, niezmęczony, jakby ciekawy każdego
+zakątka. Powietrze, już blizkością wiosny wonne,
+swobodniej przenikało mu do piersi: po raz
+pierwszy od dni tylu zmysłowa rozkosz życia,
+rozkosz wiatru i światła budziła się w nim z
+uśpienia. Widoki, wpadające mu w oczy, chwytał
+skwapliwie i czuł nieraz, że myśl jego, dotąd
+beznadziejnie zapatrzona w jedno wspomnienie,
+drgnęła raz i drugi, i uniosła się nieco,
+i spostrzegła skrawek błękitu nad domami
+i piosnkę usłyszała, kt&oacute;rą nucił ktoś wysoko na
+poddaszu. Uczuwał w sobie, jakby nowy przypływ
+i pełnię sił, chęci przebłyskujące i jeszcze
+ukryte, pożądania nowe i możność nowych radości.
+<span class='pagenum'><a name="Str_156" id="Str_156">[Str. 156]</a></span>
+Mimowoli dzwoniły mu oderwane nuty
+melodyj, śpiewanych gdzieś dawno, i niespodziewanie
+stanęła mu nawet w pamięci strofa
+ostatnia ostatniego wiersza, kt&oacute;ry pisał przy niej.</p>
+
+<div class="blockquot"><p>
+.....I duch m&oacute;j wziąwszy skrzydła purpurowe<br />
+Już się do lotu zrywa, tam gdzie nowe<br />
+Światło.....
+</p></div>
+
+<p>I nagle podrażniony w nieświadomej jakiejś
+pr&oacute;żności, nie zastanawiając się, co czyni, w myślach
+dobierać zaczął po cichu innych sł&oacute;w,
+dźwięczniejszych, głębszych, żywszych, kt&oacute;remi
+powiedzieć by można wszystko, co się w duszy
+dzieje... W miarę jak te słowa bezgłośne
+układały się w rytmy i jednoczyły w obrazy,
+rosła w nim chęć, aby je wym&oacute;wić i obrazy
+te zatrzymać. O niej przecież m&oacute;wić miał i o tem
+co przeżyli razem; zadowolenie artysty łączyło
+się zdradziecko z rozkoszą głośnego wyznania...
+Zasłuchany teraz w muzykę własnych myśli,
+kt&oacute;re brzmiały mu jeszcze echem niezapomnianej
+kościelnej melodyi, Karski zdążał ku odludnym
+stronom miasta, gdzie gwar nie przeszkadzał
+jego tw&oacute;rczej pracy. Wydostał się na daleką,
+zrzadka zabudowaną aleję i tam na pierwszej
+napotkanej ławce siadł...</p>
+
+<p>Zmierzch zapadał i w suchem powietrzu zach&oacute;d
+płonął jeszcze ognistą czerwienią; lecz ku
+zenitom nieba nad głowami czerwień jaśniała,
+ż&oacute;łkła aż nieuchwytnym szeregiem odcieni rozpływała
+<span class='pagenum'><a name="Str_157" id="Str_157">[Str. 157]</a></span>
+się w głębokiem zielono-błękitnem sklepieniu,
+gdzie kilka gwiazd lśniło, jakby srebrne
+szpilki. Karski parę chwil przyglądał się blaskom
+gasnącym na zachodzie: majestatyczny widok
+światła i barw rozbudził w nim zn&oacute;w żywiej
+wrażenia, kt&oacute;re rankiem po nim przebiegły.
+I wtedy na starym świstku gazety oł&oacute;wkiem
+zaczął pisać wiersze niedbałe, jakby spowiedź
+rzuconą w świat, niewiadomo przed kim i dla
+kogo.</p>
+
+<p>
+<span style="margin-left: 2em;">Kiedyś przybiegła ty do mnie i białą</span><br />
+<span style="margin-left: 2em;">Dłoń mi na usta położyła drżące</span><br />
+<span style="margin-left: 2em;">I pokraśniała milcząc, mnie się zdało,</span><br />
+<span style="margin-left: 2em;">Że nagle kwiat&oacute;w zakwitło tysiące,</span><br />
+<span style="margin-left: 2em;">Że ciebie nagle otoczyły całą</span><br />
+<span style="margin-left: 2em;">Mgły przeźroczyste i złotem świecące,</span><br />
+<span style="margin-left: 2em;">I w złotych blaskach tak byłaś mi piękną,</span><br />
+<span style="margin-left: 2em;">Że czułem, jak mi słowa w ustach miękną,</span><br />
+<span style="margin-left: 5em;">I że się oto modlić będę... tobie.</span><br />
+<span style="margin-left: 2em;">I jużem ukląkł...</span><br />
+</p>
+
+<p>Karski wstrzymał się na chwilę i w zmroku
+pospiesznie przeczytał to, co był napisał. Nagle
+zdało mu się, że ciemny pąsowy rumieniec
+wystąpił mu na twarz. Więc doprawdy stała
+mu się już tak obojętną i obcą, że wiersze teraz
+o niej pisać m&oacute;gł spokojnie, gdy przedtem
+każde jej wspomnienie wstrząsało go do głębi?
+Więc ze śmiesznym pośpiechem poety korzystać
+chciał z okazyi, aby w szeregu pustych,
+bezsilnych sł&oacute;w roztopić pamięć tej chwili jedynej
+<span class='pagenum'><a name="Str_158" id="Str_158">[Str. 158]</a></span>
+nadziemskiego widzenia i radości? Więc
+spieszył się przystroić ją w fałszywe blaski fantazyi
+i uczynić przedmiotem swoim i natchnieniem,
+aby tem łatwiej wydrzeć ją ze swego
+życia, i o żywej i kochanej zapomnieć?... Ogarnęło
+go gorzkie uczucie pogardy dla tej małoduszności
+poety, kt&oacute;ry skarżyć się chce z gadatliwością
+dziecka i jak dziecko pociesza się
+swym płaczem. Zdjął go żal wielki za tą szczerą
+i potężną miłością, kt&oacute;rą połamać miał na
+drzazgi i w pieśniach rozproszyć, i żal jeszcze
+większy za tą tęsknotą, że przestała go dławić
+tak, jak dawniej. Jakby przytłoczony świadomością
+winy, pochylił się w ławce i bezwładnie
+ręce opuścił; oł&oacute;wek wysunął mu się z palc&oacute;w
+i upadł na ziemię.</p>
+
+<p>Z mrokiem nocy, co od krańca w kraniec
+nad miastem się roztoczyła i błysnęła tysiącem
+gwiazd zimnych, spadał mu na duszę smutek
+coraz cięższy, jakgdyby po raz drugi ją stracił
+gorzej jeszcze i nieodwołalniej...</p>
+
+<hr style="width: 65%;" />
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_159" id="Str_159">[Str. 159]</a></span></p>
+
+<h2><a name="TRZY_DUSZE" id="TRZY_DUSZE"></a>TRZY DUSZE</h2>
+
+<p style="text-align: right;">dramat w jednym akcie.</p>
+
+<hr style="width: 65%;" />
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_160" id="Str_160">[Str. 160]</a></span></p>
+
+<h3>OSOBY:</h3>
+
+<p style="text-align: center;">
+ANDRZEJ TUROWICZ lat 34.<br />
+ZOFIA, jego żona lat 25.<br />
+JAN KARSKI lat 28.<br />
+</p>
+
+<hr style="width: 35%;" />
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_161" id="Str_161">[Str. 161]</a></span></p>
+
+<p>Ubogie mieszkanie studenckie w Paryżu; drzwi
+w głębi; z prawej strony dwa ł&oacute;żka ustawione
+jedno za drugiem. Szafa, ubrania męskie i kobiece
+zasłonięte pł&oacute;tnem. Na lewo na przedzie
+st&oacute;ł, dwa krzesła i kanapka. W tylnej części ściany
+mała kuchenka. Ciepły letni zmierzch, pełen
+r&oacute;żowych odblask&oacute;w zachodu zapada zwolna.</p>
+
+<p>Przy stole na kanapce siedzi Zofia, zamyślona
+lecz pogodna, zajęta szyciem, kt&oacute;re pozornie
+pochłania jej uwagę.</p>
+
+<p>Drzwi w głębi otwierają się: wchodzi Karski&mdash;z
+wyrazem znużenia i zdenerwowania na
+twarzy.</p>
+
+<p>ZOFIA [obracając się ku wchodzącemu, z uśmiechem].
+Tak p&oacute;źno wracasz, jedyny?</p>
+
+<p>KARSKI [wita się z nią pobieżnie i siada
+przy niej na kanapie]. Miałem dużo roboty
+i niesporo mi idzie. Ciężko mi jeszcze pisać po
+francusku.</p>
+
+<p>ZOFIA [troskliwie]. Zmęczony jesteś? Jak ty
+źle wyglądasz?</p>
+
+<p>KARSKI [znużonym głosem]. Tak. Zmęczyłem
+się trochę, bom szedł najpierw odwiedzić
+Henryka&mdash;wiesz Rzeckiego, ale p&oacute;źniej rozmyśliłem
+się i zn&oacute;w odłożyłem na p&oacute;źniej. Czas
+jeszcze. Przysporzyło mi to jednak drogi.</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_162" id="Str_162">[Str. 162]</a></span></p>
+
+<p>ZOFIA. Nie ciekaw jesteś go widzieć? tylekroć
+m&oacute;wiłeś mi o nim jeszcze w Warszawie.
+Tyle lat nie widzieliście się...</p>
+
+<p>KARSKI. I możemy się nie zobaczyć. Wszystko
+jedno! M&oacute;j Boże, c&oacute;ż nas dziś łączy? Od tych
+lat, kiedyśmy się znali, kilku ludzi przesunęło
+się przezemnie, a ja sam nawet nie wiem, jak
+się zwali i dokąd poszli. Mniejsza o nich zresztą.
+[weselszym tonem]. Coś tak posmutniała,
+Zosieńko moja? czemu? No, sp&oacute;jrz na mnie.</p>
+
+<p>ZOFIA [smutnie]. Jakiś ty dziwny; m&oacute;wisz
+czasem tak smutnie, tak beznadziejnie i gniewasz
+się, że mi nie do śmiechu. Niedobry jesteś,
+nie, nie.</p>
+
+<p>KARSKI [wesoło, p&oacute;ł żartem, p&oacute;ł seryo].
+<a class="ins" href="#tnote_24" name="tAnchor_24" title="Uspok&oacute;j &mdash; że">Uspok&oacute;j-że</a> się, dziecko. Najpierw nie powiedziałem
+nic smutnego. Bo czyż jestem dziś
+taki, jak byłem dawniej, nimem ciebie poznał?
+I ty, ty sama nie odmieniłaś się nic a nic?
+Jest pani zawsze tą samą wesołą a tęskną
+trzpiotką, z kt&oacute;rą przed rokiem tańczyłem kadryla
+u Łempickich?</p>
+
+<p>ZOFIA. O nie, nie.</p>
+
+<p>KARSKI [już z pewnem zamyśleniem, jakby
+ulegając nadchodzącym wspomnieniom]. Pamiętasz
+ten wiecz&oacute;r? W jakiej byłaś sukni?</p>
+
+<p>ZOFIA [nieco zdziwiona]. Jaki wiecz&oacute;r, kochanie?</p>
+
+<p>KARSKI [ciszej]. Ach, ten pierwszy.&mdash;Ty
+<span class='pagenum'><a name="Str_163" id="Str_163">[Str. 163]</a></span>
+nic nie pamiętasz... Nie znałem cię jeszcze
+wtedy. Przyszłaś sama z jakąś ciotką, jakgdybyś
+panną była. Miałaś na sobie taką bladą,
+blador&oacute;żową suknię jak najranniejszy świt i fiołki
+we włosach. I tyle woni fiołk&oacute;w w koło
+ciebie. Ach, ty kwiecie! [obejmuje ją wp&oacute;ł
+i przytula do siebie].</p>
+
+<p>ZOFIA [bezdźwięcznie]. To było tak dawno,
+tak dawno.</p>
+
+<p>KARSKI [odsuwa ją od siebie, porywczo]. Żal
+ci tego?</p>
+
+<p>ZOFIA [pieszczotliwie]. Mnie żal, mnie? Czem
+ja byłam? Ot dzieckiem, kt&oacute;re chodziło z balu
+na bal, śmiało się, tańcowało, i prawie nie wiedziało,
+że jest nikomu niepotrzebne, że nic nie
+kocha. Wiesz ja dawniej naprawdę myślałam,
+że ja jego... Dopieroś ty przyszedł. Jakiś ty
+był smutny; ciebie jednego mi tak żal było.
+[chwyta go za rękę].</p>
+
+<p>KARSKI [jakgdyby nie do Zofii m&oacute;wiąc].
+Byłem smutny? Nie, to nie jest smutek, co się
+w duszach naszych lęgnie. To coś gorszego,
+coś czarniejszego. Takie znużenie straszne,
+kt&oacute;re wygryza wreszcie i b&oacute;l, i tęsknotę i pożądanie,
+i nie pozostawia nic, na czem oprzeć
+by się można. I ta pogarda, ta żrąca, uśmiechnięta
+pogarda dla ludzi, dla siebie, dla każdej
+myśli mojej, dla każdego tchnienia mego. Takie
+obrzydzenie do siebie, do ciała i duszy, że błogosławiłbym
+<span class='pagenum'><a name="Str_164" id="Str_164">[Str. 164]</a></span>
+stopę, kt&oacute;raby mię rozdeptać
+chciała... I te nagłe martwe cisze, gdzie wszystko
+zapada, gubi się, ginie, jakgdyby fale śmierci
+zalały nas powyżej głowy. [pod koniec mowa
+staje się coraz prędszą]. Nie wiem co czuję,
+każda myśl moja, każde drgnienie jakimś
+wiatrem zagnane przychodzi, ucieka jedno za
+drugiem w pędzie, splątane jak dym. I zn&oacute;w
+pustka, pogodna bezsłoneczna pustka, kt&oacute;ra
+milczeniem swojem zdaje się pytać: po co, po
+co żyjesz? Po co żyjesz?</p>
+
+<p>ZOFIA [przysuwa się ku niemu sama, tkliwie].
+Jakie to straszne! Ale to było dawniej,
+dawniej, prawda, dawniej? Ty tego nie czujesz
+teraz, nigdy? nigdy?</p>
+
+<p>KARSKI [po chwili ciszy]. Nigdy.</p>
+
+<p>ZOFIA [coraz tkliwiej]. Prawda? ty żyjesz
+dla mnie, dla swojej Zosi, musisz żyć dla mnie.
+Twoja Zosia jest sierota, samiuteńka jedna,
+nikogo nie ma na świecie, umarłaby z głodu
+bez ciebie.</p>
+
+<p>KARSKI [ironicznie, zrywa się z kanapy i zaczyna
+chodzić po pokoju] I ze mną ci niewiele
+do tego brakuje. Żyję dla ciebie, a ty w takiej
+nędzy.</p>
+
+<p>ZOFIA. A wiesz co, że ty śmieszny jesteś.
+No i czego mi potrzeba. Gdybym nie wiem
+wiele miała pieniędzy, nie wiedziałabym, co
+z niemi tu począć. W Warszawie co innego,
+<span class='pagenum'><a name="Str_165" id="Str_165">[Str. 165]</a></span>
+ale tu... A zresztą to zabawne tak liczyć te
+susy. Nigdy nie umiałam tego dawniej, a już
+się wyuczyłam. Widzisz, jaka Zońka twoja pojętna.
+I jeszcze bym ci coś powiedziała, ale ty
+się będziesz śmiał ze mnie.</p>
+
+<p>KARSKI [stając przed nią, miękkim, kochającym
+głosem]. Z ciebie, duszo moja, z ciebie?</p>
+
+<p>ZOFIA [nieśmiało]. Widzisz&mdash;mnie się czasem
+zdaje, że to dobrze, że my jesteśmy w biedzie.
+Już za nic bym nie chciała, abyś ty
+był bogatszy od Andrzeja. Nie, nie. Ja mogę
+być wesoła, lekkomyślna i bardzo niemoralna,
+ale ja wiem, wiem bardzo dobrze, że to jest
+źle, źle to wszystko, co ja z tobą zrobiłam.
+Nie śmiej się z tego, bo to jest wielki grzech.
+M&oacute;wił mi to jeszcze ksiądz na spowiedzi, nimem
+ciebie znała. Może ta bieda nasza będzie
+mi za pokutę policzona. [Z pewnym przymusem].
+No, nie śmiej się.</p>
+
+<p>KARSKI [chodząc po pokoju]. Jaki ja jestem
+podły, podły! Ja wiem, tyś wszystko poświęciła
+dla mnie: religię twoją, opinię, przyszłość, bogactwa;
+narażasz się na zniewagi, na gł&oacute;d&mdash;dla
+mnie, wszystko dla mnie; a ja co, co ja ci
+dałem? [szyderczo] Ja mam przygodę miłosną.
+Nic dla ciebie zrobić nie mogę, nawet zapracować
+nie mogę tyle, żebyś ty biedy nie cierpiała,
+[jakgdyby z trudem m&oacute;wiąc]. Wiesz, obcięli
+mi połowę godzin w redakcyi. Ośmdziesiąt frank&oacute;w
+<span class='pagenum'><a name="Str_166" id="Str_166">[Str. 166]</a></span>
+na nas oboje! A przyjąłem to zupełnie spokojnie,
+apatycznie, tak, jak gdybym ciebie nie
+znał, jak gdybyś nie ty na tem cierpiała. Czyż
+ja ciebie nie kocham?</p>
+
+<p>ZOFIA [powtarza bezdźwięcznie]. Ośmdziesiąt
+frank&oacute;w. Połowa tego, cośmy dotąd mieli...</p>
+
+<p>KARSKI [staje zn&oacute;w, m&oacute;wi namiętnie]. Słuchaj!
+Uczucie moje dla ciebie to ostatnia moja
+świętość: gardziłem wszystkiem, oplułem w sobie
+wszystko, pr&oacute;cz tej jednej, jedynej miłości. Ty
+musisz być dla mnie wszystkiem, ty jesteś moją
+wiarą, siłą, moją duszą. Jeśli mi się jednę chwilę
+zdaje, że ja ciebie nie kocham&mdash;tak jak tam
+w redakcyi&mdash;zdaje mi się, że oszaleję. Nie,
+nie oszaleję. [z rozpaczą]. Ale jeśli ja ciebie nawet
+nie kocham, to chyba już dziś jestem trupem.</p>
+
+<p>ZOFIA [wstaje i bierze jego głowę w ręce
+i przytula do siebie; łagodnym, kojącym głosem].
+Ty moje szalone, biedne dziecko! Ty mnie nie
+kochasz, ty? Czy ja tego nie widzę, czy jabym
+mogła choć jedną chwilę o tem wątpić? ty mnie
+nie kochasz, tyś mi nic nie poświęcił? Tyś
+chciał poświęcić wszystko, siebie całego. [z pewną
+grozą w głosie]. Och! ja pamiętam to dobrze!</p>
+
+<p>KARSKI [zdziwiony]. Co ty pamiętasz Zosiu?</p>
+
+<p>ZOFIA. To, coś mi m&oacute;wił wtedy, dawno jeszcze.
+<span class='pagenum'><a name="Str_167" id="Str_167">[Str. 167]</a></span>
+Ah! to nie był żart. Tyś tak okropnie patrzył
+wtedy.</p>
+
+<p>KARSKI [z rosnącem zdziwieniem]. Kiedy? co?</p>
+
+<p>ZOFIA. Wtedy, pierwszym razem... u ciebie...
+na Ż&oacute;rawiej. O nie, nie <a class="ins" href="#tnote_25" name="tAnchor_25" title="chciałem">chciałam</a> przyjść. Jeszcze
+nic nie było między nami, jeszcze mogło
+być wszystko inaczej. I nie byłabym przyszła.
+Tak się długo modliłam do Matki Boskiej, i tyle
+sił miałam i tak się chciałam poświęcić, i tak
+cię kochałam! Chciałam się na zawsze zakopać
+na wsi&mdash;u nas w Golewicach, ukryć i zdusić
+tę miłość, kt&oacute;ra mię dławiła. [smętnie]. Byłbyś
+szczęśliwszy może.</p>
+
+<p>KARSKI [silnie]. Bez ciebie? nie m&oacute;w tak
+nigdy.</p>
+
+<p>ZOFIA [m&oacute;wi z trudem, pokonywując uczucie
+zawstydzenia i winy]. Przyszłam wtedy do ciebie,
+żeby cię pożegnać, powiedzieć ci to wszystko,
+powiedzieć ci, że musimy się rozstać, że
+będziesz zawsze wybranym mojej duszy, ale że
+ja twoją być nie mogę, że ja twoją być nie chcę&mdash;Boże,
+Boże.... Myślałam, że się będziesz gniewał,
+przekonywał. A ty nic, tylkoś mi powiedział
+to jedno, ale takim głosem strasznym, że
+mię dreszcz zdjął, jakgdybym już gr&oacute;b przed
+sobą zobaczyła. Klęczałeś przedemną i oczy
+twoje, twoje śliczne oczy, patrzyły gdzieś w dal
+nieprzytomne i powtarzałeś, jakby już nie myśląc
+nawet: Zosiu, Zosiu, rozstanie z tobą mnie
+<span class='pagenum'><a name="Str_168" id="Str_168">[Str. 168]</a></span>
+zabije. [z wybuchem, chwytając go za ręce
+i cisnąc ku sobie]. Janku m&oacute;j, ty nie pogardzaj
+mną, ale ja nie mogłam inaczej, ja nie mogłam
+cię zabić. Przysięgnij! ty nigdy nie będziesz
+mną pogardzał? Nigdy? Widzisz&mdash;ja nie wiem,
+za co ty mnie tak kochasz, mnie cudzą, wiarołomną
+żonę.</p>
+
+<p>KARSKI [bezdźwięcznie, jakgdyby powtarzając
+dawniej powiedziane słowa]. Rozstanie z tobą
+mnie zabije; tak powiedziałem ci to&mdash;rozstanie
+mnie zabije.</p>
+
+<p>ZOFIA [trwożnie]. Jak ty dziwnie patrzysz!
+Nie rozstaniemy się przecież nigdy, nie opuszczę
+cię nigdy. Słyszysz? Nie wierzysz mi?</p>
+
+<p>KARSKI [chłodno, z zamyśleniem]. Nie, nie...
+Ale dziękuję ci, żeś mi to przypomniała teraz.
+Jak błądzącego w g&oacute;rach otoczyły mię mgły,
+i zdawało mi się, że na ok&oacute;ł r&oacute;wnina, zewsząd
+gładka i czysta. Rozdarłaś mi mgły, i widzę, że
+tam jest otchłań, tam musi być... [pewnym głosem]
+i będzie.</p>
+
+<p>ZOFIA [trwożniej]. Na Boga&mdash;co ci jest dzisiaj?
+Janek, tyś nie zdr&oacute;w: położysz się zaraz,
+dobrze? [podchodzi do ł&oacute;żek, chcąc zdjąć i przygotować
+pościel].</p>
+
+<p>KARSKI [powstrzymując Zofię]. Nie jestem
+chory, nawet nie jestem zdenerwowany. Nic mi
+nie jest. Ale ja siebie nie znam, ja siebie się
+lękam. Ja byłem takiem dziwnem dzieckiem.
+<span class='pagenum'><a name="Str_169" id="Str_169">[Str. 169]</a></span>
+Dorastającym chłopcem krajałem sobie ramię
+nożem, aby jakiś jęk z siebie wydobyć, jakimś
+b&oacute;lem powiedzieć sobie, że żyję.&mdash;I
+dziś niewiem nawet, czy mię te rany bolały.
+Czytałem kiedyś Irydjona: nie wzruszył mię
+szatan Massynissa, nie wzruszył mię bohater,
+ani Grecya, tylko ten smutny, znudzony Cezar.
+Czternastoletni sztubak płakał nad Heljogabalem!
+Czasem mi się zdaje, że jak u niego,
+każde czucie moje jest fałszem, każda żądza
+moja jest starczą, bezsilną, zap&oacute;źną ciekawością,
+bańką błota co nie błyśnie nawet i pęka.
+Ja nie pamiętam dziś, jakem ja zaczął cię
+kochać. [ironicznie]. Możem był ciekawy twej
+miłości? [z pogardą]. Tylko trochę drogo cię ta
+ciekawość moja kosztuje.</p>
+
+<p>ZOFIA [głosem, w kt&oacute;rym przebija już zdenerwowanie
+i cierpienie]. Powiedz, powiedz, poco
+ty dręczysz mnie i siebie? Doprawdy ty mnie
+chyba mało znasz. Że jestem wesoła i nieraz
+rozbawiona, to nie wyobrażaj sobie jeszcze, że
+jestem naiwnem dziewczątkiem, kt&oacute;re panu podobało
+się zabrać z sobą. Wiem, co zrobiłam&mdash;i
+to chciałam zrobić. Czy ty nie rozumiesz, że
+obrażasz mnie, gdy mi wspominasz dawny dobrobyt,
+i sądzisz, że mogę za tem tęsknić? Nie
+m&oacute;w mi o tem nigdy, pamiętaj, bo mnie to boli.
+[przekonywująco i weselej]. Ty się dręczysz,
+że będziemy teraz mieli mniejsze dochody, a już
+<span class='pagenum'><a name="Str_170" id="Str_170">[Str. 170]</a></span>
+przedtem nie zawsze wystarczało. Ale i to przejdzie.
+Ty znajdziesz jeszcze inne zajęcie&mdash;za miesiąc,
+dwa&mdash;to się już zupełnie wyuczysz po francuzku.
+Zobaczysz, jeszcze będziesz zamiast Lemaitre'a
+feljetony do Debat&oacute;w pisywał. A i pani
+twoja weźmie się do roboty. Ty nie wiesz, jak
+ja kapelusze ubieram; doprawdy, nie <a class="ins" href="#tnote_26" name="tAnchor_26" title="widziałem">widziałam</a>
+ładniejszych na bulwarach. [coraz weselej, ze
+śmiechem]. Założę jeszcze wielki magazyn m&oacute;d;
+będzie taki wielki szyld: „<i>Madame Sophie, Maison
+des confections</i>” na Rivoli, albo na rue de la
+Paix, obok Wortha dla konkurencyi. Wszystkie
+elegantki się do nas przeniosą. [z głośnym śmiechem].
+Pokażę ci księżnę Chimay z jej cyganem,
+chcesz?</p>
+
+<p>KARSKI [nieprzezwyciężony wesołością, poważnym
+głosem]. Ty się modlisz, Zosiu?</p>
+
+<p>ZOFIA [zdziwiona]. Ty wiesz przecie...</p>
+
+<p>KARSKI [poważniej jeszcze]. I spowiadasz
+się?</p>
+
+<p>ZOFIA [niechętnie odpowiadając, smutnie].
+Teraz, teraz...</p>
+
+<p>KARSKI<a class="ins" href="#tnote_27" name="tAnchor_27" title="">.</a> Ty wiesz, co jest kłamstwo?</p>
+
+<p style="text-align: center;">[Długa chwila ciszy].</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_171" id="Str_171">[Str. 171]</a></span></p>
+
+<p>Czy ty wierzysz, że ja nigdy przed tobą nie
+kłamałem, nigdy, ani wtedy, gdyś po raz pierwszy
+przyszła do mnie? Czy ty mi wierzysz?</p>
+
+<p>ZOFIA [uczuciowo]. Wierzę, wierzę.</p>
+
+<p>KARSKI [dobitniej, prawie natarczywie]. Tak
+jak sobie wierzysz?</p>
+
+<p>ZOFIA. Tak jak sobie.</p>
+
+<p>KARSKI. Czy ty wierzysz, że cię kocham
+nad wszystko, że nigdy cię nikt nie kochał
+więcej odemnie?</p>
+
+<p>ZOFIA [zmęczona]. Wierzę, jak duszy swojej,
+wierzę.</p>
+
+<p>KARSKI [z silnym wybuchem]. Bogdajbym
+zginął, gdybyś ty się zawieść miała.</p>
+
+<p>ZOFIA [ze zmęczeniem, ogarniającem ją nad
+siły]. Ja tego nie chcę, tak być nie może. Te
+ciągłe wyrzuty cię zamęczą. No i o co, o co?
+Jedno jedyne miałam pragnienie, abyś ty, m&oacute;j
+najdroższy był szczęśliwy. I patrz co się z tem
+dzieje! Przecież ja widzę, że ty nie jesteś
+szczęśliwy. Czemu&mdash;czemu? Chciałeś mię
+mieć&mdash;jestem twoją, na zawsze twoją. Chciałeś
+mię mieć tylko dla siebie, zdala od wszystkich,
+od niego&mdash;przyjechaliśmy tutaj. C&oacute;ż ja
+jeszcze zrobić mam dla ciebie? Bo widzisz,
+gdybyś ty nigdy nie był szczęśliwy ze mną,
+to byłaby dla mnie taka kara, taka kara. [ze
+łzami]. Oh, nie...</p>
+
+<p>KARSKI [spokojniej znacznie]. Ale ja jestem
+<span class='pagenum'><a name="Str_172" id="Str_172">[Str. 172]</a></span>
+szczęśliwy,&mdash;jeśli ty mi wierzysz. Nie uwierzyłbym
+Bogu, gdyby mi stanął tu w płomiennym
+krzaku, ale tobie wierzę.</p>
+
+<p>ZOFIA. Ach, nie m&oacute;w tego. Tak chciałabym,
+abyś ty choć trochę wierzył. Ale to niemożliwe.</p>
+
+<p>KARSKI [p&oacute;ł-prosząco, p&oacute;ł-żartobliwie] Nawr&oacute;ć
+mnie.</p>
+
+<p>ZOFIA [przejmując się słowami swemi, miękko].
+Ach, gdybyś ty naprawdę chciał. To tak
+dobrze zapomnieć wszystkich zgryzot, b&oacute;l&oacute;w,
+tęsknot; taki spok&oacute;j, taka jasność nachodzi
+wtedy na mnie. I to, że całą wieczność będzie
+się miało przy sobie tych, kt&oacute;rych się kocha.
+Wiesz, wtedy co to nas już mieli wyrzucać
+z mieszkania, bo nie było pieniędzy na komorne,&mdash;tyś
+wybiegł, jak szalony, poszukać gdzie
+u kogo chociaż kilku frank&oacute;w; zostawiłeś mnie
+samą. Mnie tak było straszno, ciągle mi się
+zdawało, że ktoś przyjdzie i zacznie mnie stąd
+wypędzać. Jeszcze byłam taka naiwna i nic nie
+wiedziałam, że tak prędko wyszły nasze pieniądze...
+Lękałam się zostać w domu i wyszłam
+na ulicę. Poszłam przez Boul'Mich. Długo, długo
+stałam na moście: szara, mętna woda płynęła
+bez końca i jakgdyby podnosiła się i podchodziła
+ku mnie. I pomyślałam sobie, że sama
+nie potrafię tu przyjść więcej; ale z tobą&mdash;jeśli
+ty nic nie znajdziesz&mdash;dobrze. Ty nawet
+nie wiedziałeś, jak mi wtedy było straszno
+<span class='pagenum'><a name="Str_173" id="Str_173">[Str. 173]</a></span>
+i ciemno dokoła! Wracając przechodziłam koło
+Notre Dame; drzwi były otwarte, grały organy,
+poszłam. Było tak pełno, a nad nami
+leciały tony głębokie, wielkie, jakby wicher
+z organ&oacute;w zrywał się i rozpędzał nam dusze,
+gdzieś daleko, po nieskończonościach, już u samych
+st&oacute;p Boga. Nie, ja się nie modliłam, ale
+byłam tak wysoko, tak daleko i od Sekwany,
+i od tego pokoju na Glacierze...</p>
+
+<p>KARSKI [zazdrośnie]. I odemnie?</p>
+
+<p>ZOFIA [jakby w zachwyceniu]. Tak,&mdash;i od
+ciebie. Ty się gniewasz o to? Ale jak wr&oacute;ciłam,
+to byłam taka silna, taka pewna, taka
+spokojna. Gdybyśmy na ulicy nocować mieli,
+to wiedziałam, że się nam nic nie stanie i że
+ja nic złego do ciebie i do mnie nie dopuszczę.</p>
+
+<p>KARSKI [po kr&oacute;tkiej ciszy]. Daj mi swą
+duszę.</p>
+
+<p>ZOFIA [pieszczotliwie]. A kt&oacute;ż to ją ma?</p>
+
+<p>KARSKI. Nie, nie tak, nie tak. Ja mam być
+poetą, artystą, ale ja nic nie stworzę, ja nic
+nie kocham. Ja się niczego, niczego nie lękam,
+ale i nic nie kocham. Słucham, śledzę twe czucia,
+ja wiem, że tam nic nie ma, ale wierzyć
+w Boga jest pięknie, bardzo pięknie. [z smutną
+ironią]. Co jest pięknego we mnie?</p>
+
+<p>ZOFIA. Ty nic nie stworzysz? A kto napisał:
+&raquo;Widziałem krew na duszy mojej&laquo;? Kto napisał:
+&raquo;Złote gromy&laquo;?</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_174" id="Str_174">[Str. 174]</a></span></p>
+
+<p>KARSKI [smutniej]. Dzisiaj już nic nie ma we
+mnie.</p>
+
+<p>ZOFIA. Bo się męczysz, bo się trujesz głupstwami,
+o kt&oacute;rych m&oacute;wić nie warto nawet.
+[z dziecinnym zapałem]. Słuchaj, ty musisz
+być wielki! zrobisz to dla mnie, prawda? [jakby
+chwytając z radością myśl, kt&oacute;ra się jej nawinęła].
+Jak to dobrze, że masz teraz mniej
+roboty w redakcyi! No bo wprost nie miałeś
+czasu, ale teraz codzień popołudniu zasiądziesz
+do pisania. [żartobliwie]. Tak, m&oacute;j drogi, skończyło
+się pr&oacute;żniactwo! Już Zośka cię dopilnuje.
+Dokończy pan tę komedyę kt&oacute;rąś mi czytał
+kiedyś&mdash;pamiętasz u mnie jeszcze. To takie
+śliczne było. Poślemy to do Warszawy. [opamiętuje
+się]. Nie do Warszawy, nie&mdash;gdzieindziej,
+do Krakowa lub Lwowa. A p&oacute;źniej pojedziemy
+na przedstawienie. [smutnie]. Tak dawno
+już nie słyszałam, jak dokoła m&oacute;wią po polsku...
+[zn&oacute;w żywiej]. Ty p&oacute;jdziesz sobie do loży,
+a ja schowam się gdzieś cichutko, skromniutko,
+na galeryi, w takim kąciku, aby mię nikt nie
+widział. Potem oklaski, krzyczą: autor, autor!
+Ty się kłaniasz. [dziecinnie, klaszcze w dłonie].
+Ja się chyba spalę z radości, że to ty, ty mnie
+kochasz. A może ty wtedy przestaniesz twoją
+Zońkę kochać?</p>
+
+<p>KARSKI [słucha, nieco zamyślony, zdjęty
+rozkoszą]. M&oacute;w, m&oacute;w dalej... Jaki ty masz głos!</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_175" id="Str_175">[Str. 175]</a></span></p>
+
+<p>ZOFIA [bardzo wesoło]. No widzisz, zn&oacute;w
+to samo, a ja tego tak nie lubię. Napewno nawet
+nie wiesz co ja m&oacute;wiłam. Tak mnie słuchasz?
+Myślisz, że to przyjemnie... Ty mnie
+chyba masz za bardzo głupią. Może masz racyę
+nawet. Ja jestem taka roztrzepana.</p>
+
+<p>KARSKI [powoli]. Chciałbym nic w życiu nie
+słyszeć opr&oacute;cz głosu twego. Tak, głos tw&oacute;j pokochałem
+najpierw.</p>
+
+<p>ZOFIA [z wybuchem śmiechu]. Najgorzej
+w świecie! No już teraz nic, nic nie słucham.
+Ot do czego to prowadzi! Zapomnieliśmy na
+śmierć o obiedzie. A jestem taka głodna. A jak
+Zońka jest głodna to jest taka zła, zła...</p>
+
+<p>KARSKI. Dziecko, dziecko moje.</p>
+
+<p>ZOFIA [podbiega do szafy, otwiera ją i przegląda
+p&oacute;łki]. Ale nic nie ma w domu. Tylko kawałek
+masła od wczoraj został. Trzeba jeszcze
+zejść do miasta. [wracając zn&oacute;w do Karskiego,
+kt&oacute;ry stoi przy stole]. Czekaj, pomyślimy co
+będzie na obiad. Najpierw... najpierw sardynki&mdash;ty
+lubisz sardynki&mdash;prawda? Potem kupimy dwa
+duże befsztyki, takie po sześć sus&oacute;w, a na deser...
+[wesoło] no zgadnij, co ci kupię na deser,
+zgadnij!</p>
+
+<p>KARSKI [pieszczotliwie, wesoło]. Nie wiem,
+ty szalona gł&oacute;wko.</p>
+
+<p>ZOFIA. Bo nie zgadniesz. R&oacute;że, r&oacute;że. Widziałam
+wczoraj takie śliczne r&oacute;że, białe, ledwie</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_176" id="Str_176">[Str. 176]</a></span>
+ledwie r&oacute;żowe. I tak tanio, duży bukiet za cztery
+susy. W Warszawie toby ze trzy ruble kosztowało.
+[z pewnem wahaniem]. A może to źle,
+że ja chcę r&oacute;że kupić?...</p>
+
+<p>KARSKI [wesoło]. Dlaczego zn&oacute;w źle?</p>
+
+<p>ZOFIA [poważniej nieco]. Najpierw, to jest
+zbytek, a my teraz musimy oszczędzać bardzo.
+A powt&oacute;re to jest deser dla mnie, bo ty kwiaty
+nie zbyt lubisz, i może będziesz głodny.</p>
+
+<p>KARSKI [z rozrzewnieniem]. Nie, nie, nie chce
+mi się jeść; nie będę głodny.</p>
+
+<p>ZOFIA [całuje go, uradowana]. Ach! jakiś ty
+dobry! Widzisz mnie się tak strasznie chciało
+mieć te kwiaty... Przepadam za r&oacute;żami, już
+wczoraj chciałam zaraz je kupić, ale nie miałam
+ani susa. W Warszawie w każdym pokoju były
+u mnie kwiaty. A teraz daj mi pieniądze, polecę
+prędziutko [liczy prędko]. Sześćdziesiąt,
+siedemdziesiąt, dwadzieścia... Daj mi p&oacute;łtora
+franka [odwracając się od Karskiego podchodzi
+do wieszadła z ubraniami, wkłada zarzutkę
+i lekki słomkowym kapelusz. Chwila ciszy]. Janek,
+ja już idę...</p>
+
+<p>KARSKI [chodzi po pokoju, nie patrząc na
+Zofię, m&oacute;wi zimno, a jednak ze wstydem]. Zosiu,
+ja nie mam tyle.</p>
+
+<p>ZOFIA [zdziwiona]. Przecież dostałeś trzy
+franki w Journalu<a class="ins" href="#tnote_28" name="tAnchor_28" title="">.</a></p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_177" id="Str_177">[Str. 177]</a></span></p>
+
+<p>KARSKI. Tak, dostałem. Ale przechodziłem
+koło Odeonu, zacząłem czytać i kupiłem książkę.</p>
+
+<p>ZOFIA [z uczuciem zawodu]. Kupiłeś książkę...</p>
+
+<p>KARSKI [usprawiedliwiając się, prędko]. Verlaine,
+poezye Verlaine'a. Ale ja to będę tłomaczył.
+To takie modne dziś u nas. [rzuca książkę
+wydobytą z płaszcza na st&oacute;ł].</p>
+
+<p>ZOFIA [opanowując się, zn&oacute;w wesoło, by
+oszczędzić Karskiemu wyrzutu]. Jak to dobrze,
+żeś kupił Verlaine'a. Tak mało go znam. Będziemy
+to czytali razem. Ty tak ładnie umiesz
+czytać. Pamiętasz w Zurichu, jakeś mi czytał
+&raquo;w Szwajcaryi&laquo; na jeziorze... Byłam jeziora błękitnego
+panią. Ach! poezya...</p>
+
+<p>KARSKI [chodzi po pokoju, zaciskając dłonie].
+Podłość, podłość, podłość!</p>
+
+<p>ZOFIA [swobodnie, początkowo z nieco sztuczną,
+p&oacute;źniej zupełnie szczerą wesołością]. O,
+już pan znowu znowu zaczyna? Nie ma czasu
+na to. Ile masz pieniędzy? [Karski podaje jej pieniądze].
+Siedemdziesiąt pięć centim&oacute;w; trzeba
+zmienić <i>menu</i>. Ja i to umiem. Niedarmo <a class="ins" href="#tnote_29" name="tAnchor_29" title="czytywałem">czytywałam</a>
+w Warszawie Kurjerek Poranny. Przepisy
+gospodarskie: najpierw wspaniały obiad,
+a potem u dołu skromny; i zupełnie to samo.
+Więc teraz będzie tak: sardynki są nieświeże
+w lecie&mdash;zawsze mię tak uczono&mdash;a r&oacute;że od
+wczoraj napewno powiędły. Befsztyk sześćdziesiąt
+<span class='pagenum'><a name="Str_178" id="Str_178">[Str. 178]</a></span>
+centim&oacute;w, chleb dziesięć, jeszcze nam zostanie
+cały sus na zapas. Zaraz wr&oacute;cę. Zapal
+tymczasem lampę [zwraca się ku drzwiom].</p>
+
+<p>KARSKI [szybko zastępuje jej drogę]. Czekaj,
+wolę sam iść. Nie chcę żebyś teraz tyle chodziła
+po świecie, zmęczysz się...</p>
+
+<p>ZOFlA [zmieszana, nieco trwożna, jakby starając
+się Karskiego wybadać i zrozumieć]. Dlaczego
+teraz nie chcesz? Przecież zawsze ja
+chodziłam po sprawunki. Czy ty?...</p>
+
+<p>KARSKI [wybuchając]. Na Boga, przecież to
+chyba mogę zrobić dla ciebie, aby iść na d&oacute;ł
+po obiad!</p>
+
+<p>ZOFIA [na p&oacute;ł już zawiedziona]. Więc tylko
+dlatego chcesz sam iść, żebym ja się nie zmęczyła?
+Nic więcej?</p>
+
+<p>KARSKI. Ja nie mogę patrzeć, jak ty się tu
+niszczysz, bez tchu przebiegasz te sześć pięter.
+Przecież to ciebie z n&oacute;g zupełnie zbija.</p>
+
+<p>ZOFIA [z rezygnacyą w głosie]. Idź, idź najdroższy.
+[Karski wychodzi. Zofia spostrzega, że
+zostały jej w ręku pieniądze, kt&oacute;rych Karski
+zapomniał. Wybiega więc za nim ku drzwiom].</p>
+
+<p>Weźże pieniądze [podaje mu przez drzwi,
+podchodzi do kuchenki, zaczyna rozpalać
+ogień, wraca następnie ku stolikowi i zapala
+lampę]. On się niczego nie domyśla! Może
+to ja się <a class="ins" href="#tnote_30" name="tAnchor_30" title="łudzą">łudzę</a>? Nie, nie, to się czuje. I nie mogę
+mu powiedzieć: on taki zdenerwowany i w
+<span class='pagenum'><a name="Str_179" id="Str_179">[Str. 179]</a></span>
+Journal'u mu wym&oacute;wiono popołudnie... [siada,
+i z wyrazem smutku i zniechęcenia opiera się
+rękami na stole]. Tak marzyłam o tem niegdyś,
+tak pragnęłam, a dziś, dziś... wstydzę się nawet
+to wym&oacute;wić. Może on tego nie chce... Boże,
+Boże! tylko Ty tego dziecka za mnie nie
+karz... Ach co tam! już jestem tak zmęczona...
+[Machinalnie bierze książkę leżącą na stole,
+i przerzuca kartki, czyta bardzo wolno i cicho].</p>
+
+<p>
+Les sanglots longs<br />
+Des violons<br />
+De l'automne,<br />
+Blessent mon coeur<br />
+D'une langueur<br />
+Monotonne.<br />
+</p>
+
+<p>[ciszej jeszcze].</p>
+
+<p>
+Et je m'en vais<br />
+Au vent mauvais,<br />
+Qui m'emporte<br />
+De &ccedil;a, de l&agrave;<br />
+Pareil &agrave; la<br />
+Feuille morte.<br />
+</p>
+
+<p>Ach! jakie strasznie smutne! śliczne! Ale on
+pisze ładniej &raquo;Widziałem krew na duszy mojej
+[rozlega się stukanie przez drzwi].&laquo; To ty Janek?
+[stukanie ponowne]. Qui est l&agrave;? [stukanie].
+Entrez [wchodzi Andrzej].</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_180" id="Str_180">[Str. 180]</a></span></p>
+
+<p>ZOFIA [z przerażeniem, zrywając się z miejsca].
+Andrzej!</p>
+
+<p>ANDRZEJ [spokojnie]. Dobry wiecz&oacute;r Zofio!</p>
+
+<p>ZOFIA [z trwogą obłędną]. Gdzie Janek?</p>
+
+<p>ANDRZEJ [poważnie]. Czego się lękasz? Uspok&oacute;j
+się. Przyszedłem teraz, bo tylko ciebie chciałem
+widzieć. Szukałem cię wszędzie. Byłem
+w Berlinie, w Wiedniu, Szwajcaryi, tu jestem
+już od miesiąca i dopiero wczoraj wieczorem cię
+spotkałem. Co się z tobą stało, co się z tobą
+stało? Jak ty wyglądasz tutaj?</p>
+
+<p>ZOFIA [bezdźwięcznie, z przygnębieniem]. Co
+się ze mną stało, czy ja wiem.</p>
+
+<p>ANDRZEJ. Nie, to być nie może, nie może.
+Za coś ty mnie opuściła? Bez słowa jednego
+rzuciłaś mnie jak łachman. Wracam, jak zawsze,
+z biura, przychodzę do domu, szukam cię po
+wszystkich pokojach. Służący powiada mi, że
+pani wyszła i podaje mi kartkę twoją. Nie, to
+być nie może, ja temu nie wierzę&mdash;to nieprawda,
+to sen. Nikt o tem w Warszawie nie wie, moja
+matka codzień pyta się ciebie&mdash;ona kochała
+cię jak własną c&oacute;rkę. A ty taka święta, taka
+czysta, ty tutaj, ty...</p>
+
+<p>ZOFIA [szybko]. Nie m&oacute;w! nie myśl tak
+o mnie Andrzeju! Ty mnie znasz, tyś był moim
+mężem, ty wiesz, jaka ja jestem. To nie rozpusta,
+nie, nie rozpusta, co mnie tu przywiodła,
+[prawie tkliwie]. Przysięgam tobie...</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_181" id="Str_181">[Str. 181]</a></span></p>
+
+<p>ANDRZEJ [z uczuciem głębokiego b&oacute;lu]. Nie?...
+Wiec tyś mnie nie kochała&mdash;to był fałsz, twoja
+miłość, twoje szczęście, uśmiechy, wesołość,
+pustota. To była komedya, twoja radość, te
+podr&oacute;że nasze... Jak dziecko nosiłem cię na rękach.
+Przytulałaś się do mnie, zarzucałaś mi
+ręce na szyję. To była komedya.</p>
+
+<p>ZOFIA [jednocześnie, przyciszonym głosem].
+Tyś był bardzo silny, Andrzeju.</p>
+
+<p>ANDRZEJ. To wszystko komedya. Więc ty
+nie byłaś szczęśliwą ze mną? Powiedz, powiedz!</p>
+
+<p>ZOFIA [bardzo smutnie]. Szczęśliwą? tak mi
+się może zdawało niegdyś; nie, nie było we
+mnie fałszu, choć dziś wiem, że nie byłam
+szczęśliwą. Ale ja i tu nią nie jestem.</p>
+
+<p>ANDRZEJ. Nie byłaś szczęśliwą... Czemu? czemu?
+Co ja ci zawiniłem Zofio?</p>
+
+<p>ZOFIA [głośniej, szczerze]. Andrzeju, ty nie
+gardź mną. Ty nawet nie wiesz, jak ja cię szanuję.
+Mnie dużo, dużo m&oacute;wiono o tobie, jeszcze
+nim byłam twoją żoną. Mnie taki wstyd ogarnia,
+kiedy ja o tobie pomyślę. Ale ja nie mogłam;
+ja wiem, tyś był taki dobry dla mnie,
+otoczyłeś mnie bogactwem, przepychem...</p>
+
+<p>ANDRZEJ [p&oacute;ł szyderczo]. Ty myślisz, że
+chciałem cię kupić...</p>
+
+<p>ZOFIA ...ja tobie zawdzięczam wszystko.
+Byłam biedną głupią panienką. Ty z twojem
+nazwiskiem, twojem znaczeniem, tyś m&oacute;gł się
+<span class='pagenum'><a name="Str_182" id="Str_182">[Str. 182]</a></span>
+ożenić nie wiem z kim, tyś wybrał mnie, dałeś
+mi wszystko, a ja co zrobiłam! [przybliża się
+ku niemu nieśmiało] Andrzeju, ja ciebie przepraszam,
+ja ciebie przepraszam bardzo [chce całować
+jego rękę].</p>
+
+<p>ANDRZEJ [powstrzymuje ją]. Zofio!</p>
+
+<p>ZOFIA [stojąc blisko Andrzeja, oparta z tyłu
+rękami o st&oacute;ł]. Byłam głupiem, lekkomyślnem
+dzieckiem: tyś mię psuł, myślałeś tylko o życzeniach
+moich, tyś mi nigdy nie dał cierpieć,
+nie pokazałeś mi, co to jest b&oacute;l. [naiwnie i uczuciowo].
+A widzisz, cierpieć trzeba, trzeba się
+poświęcać. Ja tak chciałam dawniej być szarytką.
+Mnie przy tobie było za dobrze. O! nie
+łatwo mi było wyjeżdżać. Mnie i ciebie było
+bardzo żal, i twojej matki, i małej Anki, kt&oacute;ra
+codzień przychodziła do cioci Zosi&mdash;wyście
+wszyscy byli tacy dobrzy dla mnie. Ale mi was
+było żal dla siebie samej. A on jest taki biedny,
+taki sam. Ty masz matkę, Ankę, ciebie tylu
+ludzi kocha, ja tobie nie byłam potrzebna. Ciebie
+tak życie, praca twoja pochłaniała.&mdash;A
+w nim się dusza tak męczy, rwie, miota&mdash;ja
+się o niego tak bałam. Ty wiesz, jego brat
+się zastrzelił, on zawsze nosi rewolwer przy
+sobie. Ja się i dziś o niego lękam, ja go muszę
+ocalić. On zginie bezemnie. [z rozpaczliwą
+trwogą]. Przebacz mi, ja nie mogę już teraz
+kłamać! Czy ty mnie rozumiesz?</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_183" id="Str_183">[Str. 183]</a></span></p>
+
+<p>ANDRZEJ [spokojnie, nieco ironicznie]. Tak;
+masz racyę. Mnie kochają moi robotnicy, urzędnicy,
+wszyscy chłopi u nas w Golewicach.
+I ja ich kocham. Los dał mi majątek, dał mi
+obowiązki. Tyś nie była przy śmierci mego
+ojca; to, co on zostawił, ja dokończyć muszę.
+Ale i ja chciałem mieć coś wyłącznie
+dla siebie, jeden promień złoty w życiu, jeden
+pogodny blask dla mnie tylko. Tyś była tym
+blaskiem moim. Chciałem cię mieć tak radosną,
+chciałem, żeby cię nic nie dotknęło, żeby
+nic nie płoszyło twojego uśmiechu. Nie m&oacute;wiłem
+ci nigdy o zgryzotach swych, o zawodach.
+Nie znałaś mnie. Mnie jest bez ciebie bardzo
+ciężko&mdash;ale nie mylisz się&mdash;mnie się nic nie
+stanie, mnie się nie może nic stać...</p>
+
+<p>ZOFIA [boleśnie]. Nie m&oacute;w, nie m&oacute;w...</p>
+
+<p>ANDRZEJ. Ale jest mi ciężko. I trzeba to
+kryć. Oni nie wiedzą o niczem. Ty dla nich
+jesteś na wsi. Ja nigdy nic nie kryłem przed
+matką, ale matka moja nawet sobie nie wyobraża,
+że coś podobnego być może; jej się
+w głowie pomiesza, jeśli się dowie...</p>
+
+<p>ZOFIA. Andrzeju, miej litość nademną.</p>
+
+<p>ANDRZEJ [prosząco, namiętnie]. Zofio, Zosiu,
+ty wr&oacute;cisz do mnie, ty musisz wr&oacute;cić. Zapomnimy
+o wszystkiem. Zaczniemy nowe życie.
+Tak, ja byłem szczęśliwy, silny, dumny,
+<span class='pagenum'><a name="Str_184" id="Str_184">[Str. 184]</a></span>
+ale i ja tak chciałem być kochany. Jeśli nadzieję
+stracę, że ty wr&oacute;cisz do mnie, to będę
+wiedział już, żeś mnie oszukiwała zawsze. Nie
+byłem kochany nigdy&mdash;powiedz jest-żem podlejszy
+od innych?</p>
+
+<p>ZOFIA [jakby z wahaniem i niedowierzając
+sobie]. Wr&oacute;cić, wr&oacute;cić? Tybyś chciał mnie dzisiaj
+mieć taką, po tem wszystkiem? I czy ty
+naprawdę sądzisz, że jabym się mogła zbliżyć
+do twej matki?</p>
+
+<p>ANDRZEJ [namiętniej]. Dla matki chociaż mnie
+nie poświęcaj, Zofio; a ja, ja zapomnę. Ty wiesz
+że ja umiem rozkazywać sobie... ja zapomnę.
+Nie odtrącaj mnie od siebie!</p>
+
+<p>ZOFIA [zupełnie bezdźwięcznym głosem]. Nie
+można, nie można.</p>
+
+<p>ANDRZEJ. Zofio, ty się tu zgubisz. Ja go
+znam, on spali ciebie i siebie. On ciebie nie
+kocha.</p>
+
+<p>ZOFIA [żywiej znacznie]. Nie m&oacute;w tego do
+mnie.</p>
+
+<p>...Drzwi się uchylają zlekka i w drzwiach p&oacute;łotwartych
+ukazuje się Karski; nieruchomo przygląda
+się Zofii i Andrzejowi, kt&oacute;rzy go nie dostrzegają.
+Na twarzy Karskiego zupełna nieruchomość
+zwolna ustępuje wyrazowi b&oacute;lu, wargi
+się ściskają, zmarszczki nadbiegają nad oczy.
+W ręku Karski trzyma małą paczkę i białą
+r&oacute;żę.</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_185" id="Str_185">[Str. 185]</a></span></p>
+
+
+<p>ANDRZEJ [silniej, nieco pogardliwie i wyniośle].
+Ja nie kłamię. Tyle wiesz o mnie, żem
+nie kłamał nigdy. Na gr&oacute;b ojca ci przysięgam,
+że on cię nie kocha. Ja znam te dusze, bezsilne,
+rozbite, kt&oacute;re nic nie stworzą i nic nie
+oszczędzą. On się nawet poświęcić nie umiał,
+on cię zabrał na nędzę, srom i hańbę&mdash;i on
+ciebie kocha!</p>
+
+<p>ZOFIA [wybuchowo, rozpaczliwie]. Tak, on
+mnie kocha nad życie. Ty jego nie potępiaj,
+ja sama wszystkiego chciałam. On temu nie jest
+winien.</p>
+
+<p>ANDRZEJ [prosząco, szczerze]. Zosiu, zlituj
+się nad sobą. Ufaj mi. Gdybym wiedział, że
+znajdziesz tu szczęście, kt&oacute;regoś zemną nie
+miała, że on ciebie jest godzien, dałbym ci swobodę,
+niezależność, nie widziałabyś mnie więcej,
+nie stanąłbym już nigdy na twej drodze.
+Nie zasłużyłem u ciebie twej miłości, nie dałem
+ci szczęścia, mniejsza więc o mnie. Przysięgałem
+ci jednak wiarę, że cię nie opuszczę; jesteś
+moją żoną, ja nie mogę pozwolić, abyś ty się
+zgubiła&mdash;a tu czeka cię tylko zguba. Możesz
+nie żyć ze mną, możesz nie znać mnie, ale ztąd
+uciekaj!</p>
+
+<p>ZOFIA [ze łzami w głosie wciąż rosnącym].
+Ty mnie zabijasz twą dobrocią. Ty jesteś święty&mdash;a
+ja taka podła byłam z tobą. [prawie
+<span class='pagenum'><a name="Str_186" id="Str_186">[Str. 186]</a></span>
+
+owładnięta już płaczem]. Ale ty mi wierzysz, że
+ja ciebie kochałam, ja może i dziś ciebie jeszcze
+kocham...</p>
+
+<p>ANDRZEJ. Zosiu, więc ty wr&oacute;cisz do mnie,
+wr&oacute;cisz?</p>
+
+<p>ZOFIA [spokojniej, z wielkim wysiłkiem]. Nigdy,
+nigdy. Ty się nie łudź, Andrzeju... Ja się
+będę u n&oacute;g twoich tarzać, ja mogę głowę położyć
+pod twą stopę, abyś mię zadeptał, jak ladacznicę,
+ale ja nie wr&oacute;cę, nie! Słuchaj, gdybym
+go nawet kochać przestała, gdyby on nie
+żył, nie wr&oacute;cę do ciebie, nie wr&oacute;cę...</p>
+
+<p>ANDRZEJ. Tak bardzo go kochasz?</p>
+
+<p>ZOFIA [nie mogąc przenieść wzruszenia].
+Tak, tak kocham jego, jego&mdash;i już nie tylko
+jego!! [spazmatyczny płacz. Odwraca się od
+Andrzeja, pada na kanapę, kryjąc twarz w
+ręce].</p>
+
+<p>ANDRZEJ. Jezus Marya!! [ciszej znacznie,
+prawie bezmyślnie] Jezus Marya... [spokojnie]
+O dziecku twojem nie zapomnę, Zofio! [zwraca
+się ku wyjściu, spostrzega Karskiego. Karski
+podchodzi zwolna na prz&oacute;d pokoju].</p>
+
+<p>KARSKI [do Andrzeja]. Pamiętaj pan i o niej
+[do Zofii, kt&oacute;ra patrzy nań prawie osłupiała].
+Tyś krzywoprzysięgła dzisiaj Zosiu; on ciebie
+więcej kochał.</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_187" id="Str_187">[Str. 187]</a></span>
+[wychodzi z pokoju, długa chwila ciszy, słychać
+strzał i odgłos ciała, spadającego po schodach].</p>
+
+<p>ZOFIA [krzyk straszny, przeraźliwy].
+Aah!</p>
+
+
+
+<p style="text-align: center;">Koniec sztuki.</p>
+
+
+<hr style="width: 65%;" />
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_189" id="Str_189">[Str. 189]</a></span></p>
+<h2>TREŚĆ.</h2>
+<hr style="width: 35%;" />
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_191" id="Str_191">[Str. 191]</a></span></p>
+
+<table>
+<tr>
+<td></td>
+<td>Str.</td>
+</tr>
+<tr>
+<td><a href="#JEDEN_MIESIAC_ZYCIA">JEDEN MIESIĄC ŻYCIA</a></td>
+<td><a href="#Str_1">1</a></td>
+</tr>
+<tr>
+<td><a href="#HAMLET">HAMLET</a></td>
+<td><a href="#Str_65">65</a></td>
+</tr>
+<tr>
+<td><a href="#PRZYSIEGLY">PRZYSIĘGŁY</a></td>
+<td><a href="#Str_85">85</a></td>
+</tr>
+<tr>
+<td><a href="#SPOTKANIE">SPOTKANIE</a></td>
+<td><a href="#Str_115">115</a></td>
+</tr>
+<tr>
+<td><a href="#W_PELNEM_SLONCU">W PEŁNEM SŁOŃCU, sielanka</a></td>
+<td><a href="#Str_133">133</a></td>
+</tr>
+<tr>
+<td><a href="#PIERWSZY_WIERSZ">PIERWSZY WIERSZ</a></td>
+<td><a href="#Str_145">145</a></td>
+</tr>
+<tr>
+<td><a href="#TRZY_DUSZE">TRZY DUSZE, dramat w jednym akcie</a></td>
+<td><a href="#Str_159">159</a></td>
+</tr>
+</table>
+
+
+<div id="TRANSCRIBERS_NOTES" class="tnote">
+<h2>Uwagi do wydania elektronicznego.</h2>
+
+<p>Dokonano następujących poprawek:</p>
+
+<table class="wide bordered">
+<tr>
+ <th>strona</th>
+ <th>tekst pierwotny</th>
+ <th>tekst poprawiony</th>
+ <th>uwagi</th>
+
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_1" href="#tAnchor_1" class="cor">9</a></td>
+ <td>podobało sie</td>
+ <td><a href="#tAnchor_1" class="cor">podobało się</a></td>
+ <td>'e' zamieniono na 'ę'.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_2" href="#tAnchor_2" class="cor">10</a></td>
+ <td>doskonanym</td>
+ <td><a href="#tAnchor_2" class="cor">doskonałym</a></td>
+ <td>'n' zamieniono na 'ł'.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_3" href="#tAnchor_3" class="cor">10</a></td>
+ <td>powiedzizć</td>
+ <td><a href="#tAnchor_3" class="cor">powiedzieć</a></td>
+ <td>'z' zamieniono na 'e'.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_4" href="#tAnchor_4" class="cor">15</a></td>
+ <td>gruduia</td>
+ <td><a href="#tAnchor_4" class="cor">grudnia</a></td>
+ <td>'u' zamieniono na 'n'.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_5" href="#tAnchor_5" class="cor">38</a></td>
+ <td>modgło,</td>
+ <td><a href="#tAnchor_5" class="cor">mogło.</a></td>
+ <td>Przecinek zamieniono na kropkę.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_6" href="#tAnchor_6" class="cor">40</a></td>
+ <td>yną</td>
+ <td><a href="#tAnchor_6" class="cor">jedyną</a></td>
+ <td>'yną' zamieniono na 'jedyną'</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_7" href="#tAnchor_7" class="cor">41</a></td>
+ <td>swiata</td>
+ <td><a href="#tAnchor_7" class="cor">świata</a></td>
+ <td>'s' zamieniono na 'ś'</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_8" href="#tAnchor_8" class="cor">47</a></td>
+ <td>zwierze</td>
+ <td><a href="#tAnchor_8" class="cor">zwierzę</a></td>
+ <td>'e' zamieniono na 'ę'</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_9" href="#tAnchor_9" class="cor">57</a></td>
+ <td>do</td>
+ <td><a href="#tAnchor_9" class="cor">po</a></td>
+ <td>'do' zamieniono na 'po'</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_10" href="#tAnchor_10" class="cor">62</a></td>
+ <td>Włbściwie</td>
+ <td><a href="#tAnchor_10" class="cor">Właściwie</a></td>
+ <td>'b' zamieniono na 'a'</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_11" href="#tAnchor_11" class="cor">62</a></td>
+ <td>planu,</td>
+ <td><a href="#tAnchor_11" class="cor">planu.</a></td>
+ <td>Przecinek zamieniono na kropkę</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_12" href="#tAnchor_12" class="cor">63</a></td>
+ <td>jakdybym</td>
+ <td><a href="#tAnchor_12" class="cor">jakgdybym</a></td>
+ <td>'jakdybym' zamieniono na 'jakgdybym'</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_13" href="#tAnchor_13" class="cor">78</a></td>
+ <td>Naprożno</td>
+ <td><a href="#tAnchor_13" class="cor">Napróżno</a></td>
+ <td>'o' zamieniono na 'ó'</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_14" href="#tAnchor_14" class="cor">87</a></td>
+ <td>wszyskie</td>
+ <td><a href="#tAnchor_14" class="cor">wszystkie</a></td>
+ <td>Dodano 't'.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_15" href="#tAnchor_15" class="cor">95</a></td>
+ <td>znanym</td>
+ <td><a href="#tAnchor_15" class="cor">znanym.</a></td>
+ <td>Dodano kropkę</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_16" href="#tAnchor_16" class="cor">120</a></td>
+ <td>&raquo;&raquo;</td>
+ <td><a href="#tAnchor_16" class="cor">&raquo;</a></td>
+ <td>Usunięto cudzysłów.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_17" href="#tAnchor_17" class="cor">122</a></td>
+ <td>dostrzedz</td>
+ <td><a href="#tAnchor_17" class="cor">dostrzec</a></td>
+ <td>'dz' zamieniono na 'c'.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_18" href="#tAnchor_18" class="cor">124</a></td>
+ <td>kolana,</td>
+ <td><a href="#tAnchor_18" class="cor">kolana.</a></td>
+ <td>Przecinek zamieniono na kropkę.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_19" href="#tAnchor_19" class="cor">143</a></td>
+ <td>niobezpieczeństwo</td>
+ <td><a href="#tAnchor_19" class="cor">niebezpieczeństwo</a></td>
+ <td>'o' zamieniono na 'e'.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_20" href="#tAnchor_20" class="cor">143</a></td>
+ <td>Czemu</td>
+ <td><a href="#tAnchor_20" class="cor">Czemu,</a></td>
+ <td>Dodano przecinek.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_21" href="#tAnchor_21" class="cor">148</a></td>
+ <td>wyobrażnia</td>
+ <td><a href="#tAnchor_21" class="cor">wyobraźnia</a></td>
+ <td>'ż' zamieniono na 'ź'.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_22" href="#tAnchor_22" class="cor">149</a></td>
+ <td>tęskoty</td>
+ <td><a href="#tAnchor_22" class="cor">tęsknoty</a></td>
+ <td>Dodano 'n'.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_23" href="#tAnchor_23" class="cor">153</a></td>
+ <td>jakydyby</td>
+ <td><a href="#tAnchor_23" class="cor">jakgdyby</a></td>
+ <td>'y' zamieniono na 'g'.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_24" href="#tAnchor_24" class="cor">162</a></td>
+ <td>Uspokój - że</td>
+ <td><a href="#tAnchor_24" class="cor">Uspok&oacute;j-że</a></td>
+ <td>Usunięto przerwy.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_25" href="#tAnchor_25" class="cor">167</a></td>
+ <td>chciałem</td>
+ <td><a href="#tAnchor_25" class="cor">chciałam</a></td>
+ <td>Poprawiono rodzaj.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_26" href="#tAnchor_26" class="cor">170</a></td>
+ <td>widziałem</td>
+ <td><a href="#tAnchor_26" class="cor">widziałam</a></td>
+ <td>Poprawiono rodzaj.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_27" href="#tAnchor_27" class="cor">170</a></td>
+ <td>KARSKI</td>
+ <td><a href="#tAnchor_27" class="cor">KARSKI.</a></td>
+ <td>Dodano kropkę.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_28" href="#tAnchor_28" class="cor">176</a></td>
+ <td>w Journalu</td>
+ <td><a href="#tAnchor_28" class="cor">w Journalu.</a></td>
+ <td>Dodano kropkę.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_29" href="#tAnchor_29" class="cor">177</a></td>
+ <td>czytywałem</td>
+ <td><a href="#tAnchor_29" class="cor">czytywałam</a></td>
+ <td>Poprawiono rodzaj.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_30" href="#tAnchor_30" class="cor">178</a></td>
+ <td>łudzą</td>
+ <td><a href="#tAnchor_30" class="cor">łudzę</a></td>
+ <td>Poprawiono osobę.</td>
+</tr>
+</table>
+</div>
+
+
+
+
+
+
+
+
+<pre>
+
+
+
+
+
+End of the Project Gutenberg EBook of Jeden miesiac zycia, by Jan Sten
+
+*** END OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK JEDEN MIESIAC ZYCIA ***
+
+***** This file should be named 28014-h.htm or 28014-h.zip *****
+This and all associated files of various formats will be found in:
+ https://www.gutenberg.org/2/8/0/1/28014/
+
+Produced by Jimmy O'Regan, Ewa Jaros and the Online
+Distributed Proofreading Team at http://dp.rastko.net
+
+
+Updated editions will replace the previous one--the old editions
+will be renamed.
+
+Creating the works from public domain print editions means that no
+one owns a United States copyright in these works, so the Foundation
+(and you!) can copy and distribute it in the United States without
+permission and without paying copyright royalties. Special rules,
+set forth in the General Terms of Use part of this license, apply to
+copying and distributing Project Gutenberg-tm electronic works to
+protect the PROJECT GUTENBERG-tm concept and trademark. Project
+Gutenberg is a registered trademark, and may not be used if you
+charge for the eBooks, unless you receive specific permission. If you
+do not charge anything for copies of this eBook, complying with the
+rules is very easy. You may use this eBook for nearly any purpose
+such as creation of derivative works, reports, performances and
+research. They may be modified and printed and given away--you may do
+practically ANYTHING with public domain eBooks. Redistribution is
+subject to the trademark license, especially commercial
+redistribution.
+
+
+
+*** START: FULL LICENSE ***
+
+THE FULL PROJECT GUTENBERG LICENSE
+PLEASE READ THIS BEFORE YOU DISTRIBUTE OR USE THIS WORK
+
+To protect the Project Gutenberg-tm mission of promoting the free
+distribution of electronic works, by using or distributing this work
+(or any other work associated in any way with the phrase "Project
+Gutenberg"), you agree to comply with all the terms of the Full Project
+Gutenberg-tm License (available with this file or online at
+https://gutenberg.org/license).
+
+
+Section 1. General Terms of Use and Redistributing Project Gutenberg-tm
+electronic works
+
+1.A. By reading or using any part of this Project Gutenberg-tm
+electronic work, you indicate that you have read, understand, agree to
+and accept all the terms of this license and intellectual property
+(trademark/copyright) agreement. If you do not agree to abide by all
+the terms of this agreement, you must cease using and return or destroy
+all copies of Project Gutenberg-tm electronic works in your possession.
+If you paid a fee for obtaining a copy of or access to a Project
+Gutenberg-tm electronic work and you do not agree to be bound by the
+terms of this agreement, you may obtain a refund from the person or
+entity to whom you paid the fee as set forth in paragraph 1.E.8.
+
+1.B. "Project Gutenberg" is a registered trademark. It may only be
+used on or associated in any way with an electronic work by people who
+agree to be bound by the terms of this agreement. There are a few
+things that you can do with most Project Gutenberg-tm electronic works
+even without complying with the full terms of this agreement. See
+paragraph 1.C below. There are a lot of things you can do with Project
+Gutenberg-tm electronic works if you follow the terms of this agreement
+and help preserve free future access to Project Gutenberg-tm electronic
+works. See paragraph 1.E below.
+
+1.C. The Project Gutenberg Literary Archive Foundation ("the Foundation"
+or PGLAF), owns a compilation copyright in the collection of Project
+Gutenberg-tm electronic works. Nearly all the individual works in the
+collection are in the public domain in the United States. If an
+individual work is in the public domain in the United States and you are
+located in the United States, we do not claim a right to prevent you from
+copying, distributing, performing, displaying or creating derivative
+works based on the work as long as all references to Project Gutenberg
+are removed. Of course, we hope that you will support the Project
+Gutenberg-tm mission of promoting free access to electronic works by
+freely sharing Project Gutenberg-tm works in compliance with the terms of
+this agreement for keeping the Project Gutenberg-tm name associated with
+the work. You can easily comply with the terms of this agreement by
+keeping this work in the same format with its attached full Project
+Gutenberg-tm License when you share it without charge with others.
+
+1.D. The copyright laws of the place where you are located also govern
+what you can do with this work. Copyright laws in most countries are in
+a constant state of change. If you are outside the United States, check
+the laws of your country in addition to the terms of this agreement
+before downloading, copying, displaying, performing, distributing or
+creating derivative works based on this work or any other Project
+Gutenberg-tm work. The Foundation makes no representations concerning
+the copyright status of any work in any country outside the United
+States.
+
+1.E. Unless you have removed all references to Project Gutenberg:
+
+1.E.1. The following sentence, with active links to, or other immediate
+access to, the full Project Gutenberg-tm License must appear prominently
+whenever any copy of a Project Gutenberg-tm work (any work on which the
+phrase "Project Gutenberg" appears, or with which the phrase "Project
+Gutenberg" is associated) is accessed, displayed, performed, viewed,
+copied or distributed:
+
+This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with
+almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or
+re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included
+with this eBook or online at www.gutenberg.org
+
+1.E.2. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is derived
+from the public domain (does not contain a notice indicating that it is
+posted with permission of the copyright holder), the work can be copied
+and distributed to anyone in the United States without paying any fees
+or charges. If you are redistributing or providing access to a work
+with the phrase "Project Gutenberg" associated with or appearing on the
+work, you must comply either with the requirements of paragraphs 1.E.1
+through 1.E.7 or obtain permission for the use of the work and the
+Project Gutenberg-tm trademark as set forth in paragraphs 1.E.8 or
+1.E.9.
+
+1.E.3. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is posted
+with the permission of the copyright holder, your use and distribution
+must comply with both paragraphs 1.E.1 through 1.E.7 and any additional
+terms imposed by the copyright holder. Additional terms will be linked
+to the Project Gutenberg-tm License for all works posted with the
+permission of the copyright holder found at the beginning of this work.
+
+1.E.4. Do not unlink or detach or remove the full Project Gutenberg-tm
+License terms from this work, or any files containing a part of this
+work or any other work associated with Project Gutenberg-tm.
+
+1.E.5. Do not copy, display, perform, distribute or redistribute this
+electronic work, or any part of this electronic work, without
+prominently displaying the sentence set forth in paragraph 1.E.1 with
+active links or immediate access to the full terms of the Project
+Gutenberg-tm License.
+
+1.E.6. You may convert to and distribute this work in any binary,
+compressed, marked up, nonproprietary or proprietary form, including any
+word processing or hypertext form. However, if you provide access to or
+distribute copies of a Project Gutenberg-tm work in a format other than
+"Plain Vanilla ASCII" or other format used in the official version
+posted on the official Project Gutenberg-tm web site (www.gutenberg.org),
+you must, at no additional cost, fee or expense to the user, provide a
+copy, a means of exporting a copy, or a means of obtaining a copy upon
+request, of the work in its original "Plain Vanilla ASCII" or other
+form. Any alternate format must include the full Project Gutenberg-tm
+License as specified in paragraph 1.E.1.
+
+1.E.7. Do not charge a fee for access to, viewing, displaying,
+performing, copying or distributing any Project Gutenberg-tm works
+unless you comply with paragraph 1.E.8 or 1.E.9.
+
+1.E.8. You may charge a reasonable fee for copies of or providing
+access to or distributing Project Gutenberg-tm electronic works provided
+that
+
+- You pay a royalty fee of 20% of the gross profits you derive from
+ the use of Project Gutenberg-tm works calculated using the method
+ you already use to calculate your applicable taxes. The fee is
+ owed to the owner of the Project Gutenberg-tm trademark, but he
+ has agreed to donate royalties under this paragraph to the
+ Project Gutenberg Literary Archive Foundation. Royalty payments
+ must be paid within 60 days following each date on which you
+ prepare (or are legally required to prepare) your periodic tax
+ returns. Royalty payments should be clearly marked as such and
+ sent to the Project Gutenberg Literary Archive Foundation at the
+ address specified in Section 4, "Information about donations to
+ the Project Gutenberg Literary Archive Foundation."
+
+- You provide a full refund of any money paid by a user who notifies
+ you in writing (or by e-mail) within 30 days of receipt that s/he
+ does not agree to the terms of the full Project Gutenberg-tm
+ License. You must require such a user to return or
+ destroy all copies of the works possessed in a physical medium
+ and discontinue all use of and all access to other copies of
+ Project Gutenberg-tm works.
+
+- You provide, in accordance with paragraph 1.F.3, a full refund of any
+ money paid for a work or a replacement copy, if a defect in the
+ electronic work is discovered and reported to you within 90 days
+ of receipt of the work.
+
+- You comply with all other terms of this agreement for free
+ distribution of Project Gutenberg-tm works.
+
+1.E.9. If you wish to charge a fee or distribute a Project Gutenberg-tm
+electronic work or group of works on different terms than are set
+forth in this agreement, you must obtain permission in writing from
+both the Project Gutenberg Literary Archive Foundation and Michael
+Hart, the owner of the Project Gutenberg-tm trademark. Contact the
+Foundation as set forth in Section 3 below.
+
+1.F.
+
+1.F.1. Project Gutenberg volunteers and employees expend considerable
+effort to identify, do copyright research on, transcribe and proofread
+public domain works in creating the Project Gutenberg-tm
+collection. Despite these efforts, Project Gutenberg-tm electronic
+works, and the medium on which they may be stored, may contain
+"Defects," such as, but not limited to, incomplete, inaccurate or
+corrupt data, transcription errors, a copyright or other intellectual
+property infringement, a defective or damaged disk or other medium, a
+computer virus, or computer codes that damage or cannot be read by
+your equipment.
+
+1.F.2. LIMITED WARRANTY, DISCLAIMER OF DAMAGES - Except for the "Right
+of Replacement or Refund" described in paragraph 1.F.3, the Project
+Gutenberg Literary Archive Foundation, the owner of the Project
+Gutenberg-tm trademark, and any other party distributing a Project
+Gutenberg-tm electronic work under this agreement, disclaim all
+liability to you for damages, costs and expenses, including legal
+fees. YOU AGREE THAT YOU HAVE NO REMEDIES FOR NEGLIGENCE, STRICT
+LIABILITY, BREACH OF WARRANTY OR BREACH OF CONTRACT EXCEPT THOSE
+PROVIDED IN PARAGRAPH F3. YOU AGREE THAT THE FOUNDATION, THE
+TRADEMARK OWNER, AND ANY DISTRIBUTOR UNDER THIS AGREEMENT WILL NOT BE
+LIABLE TO YOU FOR ACTUAL, DIRECT, INDIRECT, CONSEQUENTIAL, PUNITIVE OR
+INCIDENTAL DAMAGES EVEN IF YOU GIVE NOTICE OF THE POSSIBILITY OF SUCH
+DAMAGE.
+
+1.F.3. LIMITED RIGHT OF REPLACEMENT OR REFUND - If you discover a
+defect in this electronic work within 90 days of receiving it, you can
+receive a refund of the money (if any) you paid for it by sending a
+written explanation to the person you received the work from. If you
+received the work on a physical medium, you must return the medium with
+your written explanation. The person or entity that provided you with
+the defective work may elect to provide a replacement copy in lieu of a
+refund. If you received the work electronically, the person or entity
+providing it to you may choose to give you a second opportunity to
+receive the work electronically in lieu of a refund. If the second copy
+is also defective, you may demand a refund in writing without further
+opportunities to fix the problem.
+
+1.F.4. Except for the limited right of replacement or refund set forth
+in paragraph 1.F.3, this work is provided to you 'AS-IS' WITH NO OTHER
+WARRANTIES OF ANY KIND, EXPRESS OR IMPLIED, INCLUDING BUT NOT LIMITED TO
+WARRANTIES OF MERCHANTIBILITY OR FITNESS FOR ANY PURPOSE.
+
+1.F.5. Some states do not allow disclaimers of certain implied
+warranties or the exclusion or limitation of certain types of damages.
+If any disclaimer or limitation set forth in this agreement violates the
+law of the state applicable to this agreement, the agreement shall be
+interpreted to make the maximum disclaimer or limitation permitted by
+the applicable state law. The invalidity or unenforceability of any
+provision of this agreement shall not void the remaining provisions.
+
+1.F.6. INDEMNITY - You agree to indemnify and hold the Foundation, the
+trademark owner, any agent or employee of the Foundation, anyone
+providing copies of Project Gutenberg-tm electronic works in accordance
+with this agreement, and any volunteers associated with the production,
+promotion and distribution of Project Gutenberg-tm electronic works,
+harmless from all liability, costs and expenses, including legal fees,
+that arise directly or indirectly from any of the following which you do
+or cause to occur: (a) distribution of this or any Project Gutenberg-tm
+work, (b) alteration, modification, or additions or deletions to any
+Project Gutenberg-tm work, and (c) any Defect you cause.
+
+
+Section 2. Information about the Mission of Project Gutenberg-tm
+
+Project Gutenberg-tm is synonymous with the free distribution of
+electronic works in formats readable by the widest variety of computers
+including obsolete, old, middle-aged and new computers. It exists
+because of the efforts of hundreds of volunteers and donations from
+people in all walks of life.
+
+Volunteers and financial support to provide volunteers with the
+assistance they need are critical to reaching Project Gutenberg-tm's
+goals and ensuring that the Project Gutenberg-tm collection will
+remain freely available for generations to come. In 2001, the Project
+Gutenberg Literary Archive Foundation was created to provide a secure
+and permanent future for Project Gutenberg-tm and future generations.
+To learn more about the Project Gutenberg Literary Archive Foundation
+and how your efforts and donations can help, see Sections 3 and 4
+and the Foundation web page at https://www.pglaf.org.
+
+
+Section 3. Information about the Project Gutenberg Literary Archive
+Foundation
+
+The Project Gutenberg Literary Archive Foundation is a non profit
+501(c)(3) educational corporation organized under the laws of the
+state of Mississippi and granted tax exempt status by the Internal
+Revenue Service. The Foundation's EIN or federal tax identification
+number is 64-6221541. Its 501(c)(3) letter is posted at
+https://pglaf.org/fundraising. Contributions to the Project Gutenberg
+Literary Archive Foundation are tax deductible to the full extent
+permitted by U.S. federal laws and your state's laws.
+
+The Foundation's principal office is located at 4557 Melan Dr. S.
+Fairbanks, AK, 99712., but its volunteers and employees are scattered
+throughout numerous locations. Its business office is located at
+809 North 1500 West, Salt Lake City, UT 84116, (801) 596-1887, email
+business@pglaf.org. Email contact links and up to date contact
+information can be found at the Foundation's web site and official
+page at https://pglaf.org
+
+For additional contact information:
+ Dr. Gregory B. Newby
+ Chief Executive and Director
+ gbnewby@pglaf.org
+
+
+Section 4. Information about Donations to the Project Gutenberg
+Literary Archive Foundation
+
+Project Gutenberg-tm depends upon and cannot survive without wide
+spread public support and donations to carry out its mission of
+increasing the number of public domain and licensed works that can be
+freely distributed in machine readable form accessible by the widest
+array of equipment including outdated equipment. Many small donations
+($1 to $5,000) are particularly important to maintaining tax exempt
+status with the IRS.
+
+The Foundation is committed to complying with the laws regulating
+charities and charitable donations in all 50 states of the United
+States. Compliance requirements are not uniform and it takes a
+considerable effort, much paperwork and many fees to meet and keep up
+with these requirements. We do not solicit donations in locations
+where we have not received written confirmation of compliance. To
+SEND DONATIONS or determine the status of compliance for any
+particular state visit https://pglaf.org
+
+While we cannot and do not solicit contributions from states where we
+have not met the solicitation requirements, we know of no prohibition
+against accepting unsolicited donations from donors in such states who
+approach us with offers to donate.
+
+International donations are gratefully accepted, but we cannot make
+any statements concerning tax treatment of donations received from
+outside the United States. U.S. laws alone swamp our small staff.
+
+Please check the Project Gutenberg Web pages for current donation
+methods and addresses. Donations are accepted in a number of other
+ways including including checks, online payments and credit card
+donations. To donate, please visit: https://pglaf.org/donate
+
+
+Section 5. General Information About Project Gutenberg-tm electronic
+works.
+
+Professor Michael S. Hart was the originator of the Project Gutenberg-tm
+concept of a library of electronic works that could be freely shared
+with anyone. For thirty years, he produced and distributed Project
+Gutenberg-tm eBooks with only a loose network of volunteer support.
+
+
+Project Gutenberg-tm eBooks are often created from several printed
+editions, all of which are confirmed as Public Domain in the U.S.
+unless a copyright notice is included. Thus, we do not necessarily
+keep eBooks in compliance with any particular paper edition.
+
+
+Most people start at our Web site which has the main PG search facility:
+
+ https://www.gutenberg.org
+
+This Web site includes information about Project Gutenberg-tm,
+including how to make donations to the Project Gutenberg Literary
+Archive Foundation, how to help produce our new eBooks, and how to
+subscribe to our email newsletter to hear about new eBooks.
+
+
+</pre>
+
+</body>
+</html>
+
+