diff options
| author | Roger Frank <rfrank@pglaf.org> | 2025-10-15 02:37:02 -0700 |
|---|---|---|
| committer | Roger Frank <rfrank@pglaf.org> | 2025-10-15 02:37:02 -0700 |
| commit | 90b68e67e4c1ace10981372599c4703383413c2f (patch) | |
| tree | ee87925149c18d5c60b43405ec5d4ba42c2f1a5b | |
| -rw-r--r-- | .gitattributes | 3 | ||||
| -rw-r--r-- | 28014-0.txt | 4434 | ||||
| -rw-r--r-- | 28014-0.zip | bin | 0 -> 99756 bytes | |||
| -rw-r--r-- | 28014-h.zip | bin | 0 -> 109209 bytes | |||
| -rw-r--r-- | 28014-h/28014-h.htm | 6673 | ||||
| -rw-r--r-- | LICENSE.txt | 11 | ||||
| -rw-r--r-- | README.md | 2 |
7 files changed, 11123 insertions, 0 deletions
diff --git a/.gitattributes b/.gitattributes new file mode 100644 index 0000000..6833f05 --- /dev/null +++ b/.gitattributes @@ -0,0 +1,3 @@ +* text=auto +*.txt text +*.md text diff --git a/28014-0.txt b/28014-0.txt new file mode 100644 index 0000000..6d845e1 --- /dev/null +++ b/28014-0.txt @@ -0,0 +1,4434 @@ +The Project Gutenberg EBook of Jeden miesiac zycia, by Jan Sten + +This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with +almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or +re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included +with this eBook or online at www.gutenberg.org + + +Title: Jeden miesiac zycia + utwory proza + +Author: Jan Sten + +Release Date: February 7, 2009 [EBook #28014] + +Language: Polish + +Character set encoding: UTF-8 + +*** START OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK JEDEN MIESIAC ZYCIA *** + + + + +Produced by Jimmy O'Regan, Ewa Jaros and the Online +Distributed Proofreading Team at http://dp.rastko.net + + + + + + + + + +JAN STEN + + +JEDEN MIESIĄC +ŻYCIA + + +UTWORY PROZĄ: + +JEDEN MIESIĄC ŻYCIA. HAMLET. PRZYSIĘGŁY. +SPOTKANIE. W PEŁNEM SŁOŃCU. PIERWSZY +WIERSZ. TRZY DUSZE. + + + + KRAKÓW + NAKŁADEM WYDAWNICTWA KRYTYKI + SKŁAD GŁÓWNY GEBETHNER I S-KA + 1900 + + + + +JEDEN MIESIĄC ŻYCIA. + + +Jeden miesiąc życia. + + +_Paryż, dnia 10 grudnia._ + +Kochana Wandziu, nie pisałem do Ciebie przez kilka pierwszych dni po +przyjeździe; spodziewam się, że nie masz mi tego za złe i rozumiesz, żem +doprawdy czasu na listy nie miał. Chodziłem już ogromnie dużo i +pobieżnie zwiedziłem prawie całe miasto. Nie będę Ci tego opisywał, bo +wiesz, że nie lubię się nad takiemi rzeczami rozwodzić. Od dwóch dni +jestem zainternowany w domu, bo przyplątał mi się ohydny katar z bólem +głowy i całym szeregiem innych roskoszy; wszystkiemu winien tutejszy +miły klimat. Kiedym przyjechał przed tygodniem, było coś koło 0°, +później nagle podskoczyło do 20° i jest znowu najzupełniejsza wiosna. +Uwięzienie w domu jest mi tem przykrzejsze, że mieszkam dotąd u +Turskiego, a jego pokoik jest tak mały, iż trudno się we dwóch tutaj +obrócić. Rozumiesz, jak to drażni, gdy za każdym ruchem w dosłownem +znaczeniu tego słowa trzeba o coś potrącać; a mebli znów nie jest tak +wiele: łóżko, stół, półka na książki, umywalnia i nieodzowny tu zawsze +kominek--marmurowy, szykowny,--na którym się nigdy nb. nie pali. + +Turski nie wiele się zmienił od tego czasu, kiedy przychodził do mnie w +Warszawie. Nie urósł, nie zmężniał, taksamo zawsze łagodny i spokojny, +że tą powagą do rozpaczy przyprowadzić może. Zastałem go w usposobieniu +o wiele weselszem, niż to z jego listów wnosić można było. Sądzę, że +dużo przesadzał, choć doprawdy bieda rzeczywiście dawała mu się we +znaki. Czy miał jakie inne zgryzoty jeszcze, nie wiem. Kilkoletnie +oddalenie okropnie nas rozłączyło jednak: stosunki są najprzyjaźniejsze, +ale skrępowane jakieś i sztuczne. Ostatecznie, może mi się tylko źle +zdaje i z biegiem czasu przyzwyczaimy się do siebie, choć wątpię, czy +dojdziemy kiedykolwiek do takiej zażyłości, w jakiej byłem w ostatnich +czasach z Bolesławem. Oczywiście, ten nie pisał do mnie i nie wiem +zupełnie, co się z nim dzieje. + +Z dawnych znajomych prócz Turskiego jest tu jeszcze Poliński; przyjechał +coś miesiąc przedemną i miał już zabrać się do pracy, ale nic nie robi +dotąd; chodzi po mieście i uczy się niby po francusku. Poznałem kilka +osób nowych, przeważnie studentów, którzy się stołują w tej samej, co +my restauracyi--nb. podłej, która tylko dla tego do cna nas nie struje, +że daje porcye mikroskopowo-homeopatyczne. Byliśmy też z wizytą u dwóch +»koleżanek«--ma to pewien swój urok, choć o tej szpetocie, nie widząc, +trudno mieć pojęcie. Te, których nie znam jeszcze, mają być nie lepsze. + +Wobec stanu mego nosa i gardła, nie wiem, czy uda mi się wziąć do roboty +przed Nowym Rokiem. Turski opowiada mi niestworzone rzeczy o +trudnościach, które przezwyciężyć trzeba, aby się gdziekolwiekbądź +dostać; taki ma być natłok po wszystkich pracowniach. Pewno przesadza, +jak zawsze. Chociaż do nauki Paryż nie jest stosownem +miejscem--zwłaszcza dla nas barbarzyńców. Taki tu wir, gwar, taka moc +rzeczy nowych, których się nie widziało, takie mnóstwo rozrywek, +znajomości, że trzeba żelaznej woli, aby nad sobą odrazu zapanować i do +pracy się zaprzągnąć. Zdaje się, że moja »żelazna« wola będzie +pochodziła z braku »złotej« monety. Niestety, tylko takie alchemiczne +cuda dziś się dzieją. A Paryż jest drogi piekielnie. Tu się czuje ten +dreszcz złota. + +--Muszę urwać ten list, bo przyszedł właśnie Turski z Polińskim i +postanowili mię wyciągnąć z wizytą do jakiejś nowej koleżanki, która +przed tygodniem tu przybyła z Lublina; mieszka jeszcze na drugim końcu +Paryża na Montmartre. Turski zaręcza, że podróż na Montmartre jest +najlepszym środkiem na katar. Kończę więc--bo i tak już nic nie mam do +doniesienia i proszę Cię, abyś odpisała natychmiast. + + Twój brat + + _Jan_. + +Adres: Rue de la Sorbonne 5. + + +_Dnia 12 grudnia._ + +Nie rozumiem, czemu się Turski tak zachwycał tą lubelską koleżanką. +Zdaje się, że szło mu o to, aby mię wyciągnąć z domu i samemu później +nie wracać. Wcale nie jest ładna, choć rzeczywiście ma miłą, dobrą +twarz, a że jest samotna jeszcze i nie ma znajomych, przyjmuje nas z +otwartemi ramionami. Byliśmy tam i wczoraj, gdyż ona lęka się chodzić po +Paryżu sama, choć umie nieźle po francusku. Oprowadzaliśmy ją po +mieście, i to byłoby znośne, gdyby nie trwało zbyt długo. Zabawna +dziewczyna: przyjechała niby studyować medycynę; zaprowadziliśmy więc ją +najpierw do szkoły medycznej, do prosektoryum. Rzeczywiście panuje tam +straszny zaduch, bo sala jest mała i źle przewietrzana. Stoły drewniane +i niepodobna nigdy porządnie ich oczyścić. Rozćwiertowany trup sprawił +na niej tak straszne wrażenie, że trzeba ją było czemprędzej +wyprowadzić. Przez kilka godzin nie mogła się uspokoić. Postanowiła też +odrazu, że porzuci medycynę i przeniesie się do Sorbonny na nauki +przyrodnicze. Ja radziłem jej, żeby się wstrzymała z zapisem, bo +panieńskim zwyczajem skończy zapewne na literaturze. + +Jutro, jako człowiek jeszcze bez zajęcia, umówiłem się, że pójdę z nią +załatwiać sprawunki. Musimy wyszukać nowe mieszkanie dla niej w +dzielnicy studenckiej, kupić meble i tysiące innych drobiazgów. Nie +miałem wielkiej ochoty na ten spacer, bo niewiele mam już pieniędzy, ale +niepodobna było się wymówić. + + +_Dnia 16 grudnia._ + +Dobrze, że Turskiego nie było już w domu, kiedym powrócił. Byłby to +koniec naszej znajomości i przyjaźni. Jestem na niego tak zły, że gdybym +się nie wstydził sam siebie, wyrządziłbym mu chętnie jaką przykrość. Zły +jestem tem więcej, że ta cała tak drobna w istocie rzeczy sprawa, tak +mocno mię obeszła. Do wielu zawodów przybył jeszcze jeden; dlaczegóż ten +właśnie gniewa mię więcej od innych? Trzeba raz na zawsze pamiętać, że +wyzysk jest pierwotną zasadniczą formą, w której się odciskają wszystkie +na świecie stosunki. + +Zimne ciało pochłania z gorętszego ciepło, elektryczny ładunek znika +rozszarpany przez sąsiadów. Tu rabunek trwa jedną chwilę; ale wśród +ludzi, którzy sami mogą się nanowo rozgrzewać i elektryzować, wyzysk ten +przeciąga się żywiołowo, bez końca. Jakikolwiek stosunek wziąć, zawsze +jedna strona kocha więcej, druga więcej korzysta. Tak chce fizyka. + +Tylko po co ten fałsz: narzekania w listach, skargi na samotność +duchową, prośby, abym przyjechał. Dlaczego kłamać przed innymi i przed +sobą, dlaczego łudzić się nazwami uczuć, których nie ma? Gdyby nie +nazwy, które są symbolami, uczucia nasze nie różniłyby się wiele od +uczuć ślimaka lub pająka. + +Wczoraj nie miałem najmniejszej ochoty wychodzić wieczorem po obiedzie. +Niezupełnie pozbyłem się jeszcze bólu głowy. Chciałem zresztą pomówić +trochę z Turskim, bo w istocie rzeczy nie wiem, co on robi, nad czem +pracuje, jakie są jego plany. Tymczasem Turski uparł się koniecznie, aby +iść odwiedzić Zaleską, tę nową lubelską koleżankę--»bo ona jest sama i +potrzebuje życzliwej opieki i towarzystwa«. Namawiałem go, żeby został, +ale on uparł się dlatego, że z »zasady nie zmienia swych postanowień«. +Czy taki koźli upór nie może do rozpaczy doprowadzić? Naturalnie i ja +się zaciąłem, dysputa stała się ostrą. Turski wyszedł, trzasnąwszy +drzwiami, a ja zostałem sam. Byłem tak zirytowany kłótnią, że niepodobna +mi było czemkolwiek się zająć; zresztą, jak czytać przy lampie, w której +zabrakło nafty! Ogarnęła mię taka złość, jakgdyby Turski naumyślnie był +mię zostawił bez światła. Położyłem się na łóżku, lecz nawet z bólem +głowy niepodobna zasnąć o dziewiątej. Cisza jest tu straszna, bo okno +wychodzi na podwórze, a w domach francuskich ogromnie spokoju pilnują. +Tuż obok huczy gwarem i krzykiem Boul-Mich, a w tym pokoju nawet mysz +nie zaskrobie. Zdjął mię jakiś niemiły lęk, dziwne wrażenie, które +obiega po całej skórze i zewsząd w głąb się przeciska. + +Zdawało mi się, że lada chwila drzwi się usuną i będzie można spojrzeć w +ciemny, długi korytarz, w którym zwykle okropny przeciąg wieje. +Gdziekolwiekbądź próbowałem patrzeć, po chwili musiałem zwracać oczy, +aby się przekonać, że drzwi są jeszcze--choć czyniłem to bez strachu. I +znosić to wszystko dlatego, że Turskiemu podobało się odwiedzać na +Montmartre głupią pannę i wypalać naftę do ostatniej kropli!! + +Nie mogłem wytrzymać dłużej w mieszkaniu i wyszedłem na miasto. Wszędzie +tłok i wrzawa, kawiarnie przepełnione; mimo chłodnego wieczoru wszyscy +siedzą na ulicy, wszędzie porozstawiane stoliki, między którymi +przesuwać się trzeba. Doszedłem do Sekwany, przyglądałem się +różnobarwnym światełkom nanizanym, jak paciorki, na jej brzegi, ale +rozdrażniała mię ta ciemność i zawróciłem na Boul-Mich. Chodziłem bez +celu znudzony i zły na samotność, którą najgorzej odczuwa się w tłumie. +Wreszcie po jedynastej spotkałem Polińskiego: wracał z Folies Bergéres; +był zachwycony, bo widział wystawę przepysznych ciał, które przecież nie +jemu się dostaną. Ale przeciętny człowiek jest już z urodzenia altruistą +i gdy nie ma własnej, cieszy się rozkoszą cudzą. Przecież gdyby radość +bliźniego nas bolała, to w takim Paryżu, gdzie jest tyle do wzięcia, że +ciągle czegoś sobie odmawiać trzeba--jutro nie byłoby nic, prócz mordu i +pożogi. Poliński nie był jednak doskonałym altruistą, bo zapragnął +czegoś i dla siebie i namówił mię, abyśmy poszli »na piwo« do Café +d'Harcourt. Mnóstwo studentów i drugie tyle dziewczyn »étudiantes«, nb. +o wiele ładniejszych od tych prawdziwych »studentek«, których my do +Paryża dostarczamy... Poliński odnalazł jakąś znajomą swoją Jeanne, ta +sprowadziła swą koleżankę »Gabrielle« i zaczęliśmy się bawić--po +francusku t. j. gadać tysiące głupstw w mniej lub więcej swobodnej +pozie, popijając kufelkiem piwa. Potem biegaliśmy po bulwarze, +śpiewając: »ce n'est pas de la merde ça, c'est du chocolat«, potem +rozeszliśmy się parami... Potem wróciliśmy do domów każdy oddzielnie, +unosząc wspomnienie, a zostawiając dwa luidory, które nas »cet amour« +kosztował. »Cet amour« gdyż to tutaj w potocznym języku nazywa się +miłością; taksamo jak to, co u nas jest ordynarnem przekleństwem, tutaj +zwie się »pocałunkiem«. To jest potęga kultury, ale my barbarzyńcy tak +nie umiemy się bawić. Tak długo śpiewano nam o świętości uczucia, że +przynajmniej rozpusta musi być dla nas dzikszą, bardziej szaloną i +bardziej rozpasaną. Cośmy wyprawiali w Warszawie z tą Mańką modelką... I +bawić się na trzeźwo--nie umiemy także, a tu się nie upija nikt. + +Gabrielie jest wcale przystojna, i gdybym był więcej zmysłowy, +powinienbym być zadowolony z tej świeżej znajomości. Wątpię jednak, czy +ją odnowię, bo... cena. Wobec tego, co ma przeciętny student-Francuz, my +jesteśmy nędzarzami. + +Tymczasem korzystam z nieobecności Turskiego, aby zapakować rzeczy i +książki, bo dziś lub najdalej jutro chcę stanowczo od niego się +wyprowadzić. Gdybym to robił przy nim, zacząłby mię napewne zatrzymywać, +boby mu się zdawało, że jestem zagniewany i nic chcę dłużej jego +gościnności. Ostatecznie miałby może racyę, ale nie chcę, aby to po mnie +poznał. Właściwie są to tylko drobnostki: nie rozumiemy się już tak, +jakeśmy się rozumieli i znali dawniej; oto cała sprawa. + + + +_Dnia 18 grudnia_. + +Przechodząc koło Sorbonny, spotkałem wczoraj Zaleską. Robiła mi wymówki, +dlaczego nie byłem u niej razem z Turskim. Pytała o Turskiego, ale nie +mogłem jej nic powiedzieć, gdyż wyprowadziłem się od niego jeszcze dzień +przedtem, i od tej chwili go nie widziałem. Zaproponowała mi, aby pójść +z nią do teatru, bo jest już późno, a nie wie, gdzieby Władka Turskiego +znaleźć mogła. Zgodziłem się chętnie, bo chciałem widzieć teatra +paryskie, a sam długobym się namyślał, aby się na wielkie bulwary +wybrać. Poszliśmy do Renaissance, gdzie grywa Sarah Bernhardt. Widziałem +już niejedną aktorkę--i Modrzejewską i Duze, ale żadna z nich mierzyć +się z nią nie może. Przepyszny glos: miękki, potoczysty, melodyjny. +Mogłaby stać bez ruchu i mówić tylko, a byłaby to już nieporównana gra. +Najpierwsza aktorka świata. + +Moja towarzyszka, jak prawdziwe dziecko barbarzyńców, wpadła w taki +zachwyt, że musiałem ją wciąż powstrzymywać, aby zachowywała się +spokojnie i nie przeszkadzała sąsiadom. + +Po spuszczeniu zasłony była jakby nieprzytomna: gwar i huk bulwarowy +odurzył ją do reszty; niezmiernie zabawny miałem widok. Uparła się, żeby +wziąć ją w pół, pod pachę, jak zwykle chodzi się z »etudiantkami«, i +pójść z nią przez bulwary. Zaprowadziłem ją do Café Riche: olśniło to ją +do reszty. + +Przechadzka taka jest wcale przyjemna, przyjemniejsza może niż ta sama +rozrywka z Gabryelą. Za to brak zakończenia. Cóż robić... + + +_Dnia 19 grudnia_. + +Kochana Wandziu, list ten piszę do Ciebie już z nowego mieszkania; od +trzech dni mieszkam już sam, na rue des Ecoles 1. 72. Mam ładny pokó; na +czwartem wprawdzie piętrze, ale za to widok na cały plac przed Collège +de France prześliczny. Pokój ustronny, cichy, doskonały do pracy, ale +nie wiem zupełnie, jak ta praca pójdzie. Wstęp do wszystkich bibliotek +już uzyskałem i o ilem przejrzał pobieżnie katalogi, znajdę tu mnóstwo +materyałów do wszystkich robót, które rozpocząłem. Zaraz po świętach, +spróbuję zmusić się do systematycznych zajęć, choć nie wierzę w ich +rezultat. + +Pytasz mi się, czy piszę co obecnie i czy wykończę tę powieść, które; +urywki Ci czytałem. Odpowiedź, znając mnie, zgadujesz dobrze. Niestety, +nie piszę nic... prócz pamiętnika. Ale pochodzi to nie tyle z braku +czasu--jakeś wywnioskowała z pierwszego mego listu--ile z braku chęci, +zapału i poprostu--mocy. Przechodzę jakieś dziwne osłabienie duchowe; +chwilami zdaje mi się, że wszystko się rozsypuje we mnie; taka próżnia +tworzy się w myślach. Nie wiem, czy to jest skutek tego, żem się wyrwał +z otoczenia, w którem wzrosłem i do którego przywykłem--ale Paryż +szalenie mię przygnębia. Tu gdzie wszystko tryska namiętnością, szałem, +przepychem, wszystko wre, krąży i huczy, gdy się czuje dreszcz, który +przenika i pali te trzy miliony istot ludzkich--wtedy nie można znieść +tej myśli, że się nie ma nic, nic zupełnie. Nietylko o majątku mówię; +ale czem jest to wszystko, co czułem lub czuć mogę, wobec ogromu, co tu +na okół mnie szumi... Gdy chodzę czasem wieczorem po ulicach, to +poczucie obcości, znikomości tak mię przeraża, że szarpałbym palcami +kamień, aby rysę w nim wyżłobić, ślad jakiś, żem istniał. + +Dobrze, żeś mi na święta nic nie przysłała, bo tu jest mnóstwo utrudnień +celnych, i miałbym tylko kłopotów i wydatków bez liku. Święta +prawdopodobnie spędzę w domu: tu nie obchodzą Bożego Narodzenia tak +uroczyście, jak u nas. Na Wiliją mam dwa zaproszenia: jedno do panny +Zaleskiej, naszej koleżanki, o której bodaj, że ci wspominałem w +uprzednim liście; drugie--do doktora Korzyckiego, który tu od dziesięciu +przeszło lat jest osiedlony i zwykle zbiera u siebie na Wiliją +towarzystwo polskie. Tam w każdym razie nie pójdę, bo nie lubię +towarzystwa zupełnie obcych ludzi. Najchętniej rzeczywiście zostanę w +domu. + +Nie piszesz mi nic o zdrowiu swojem: zwykle zmiana pory roku Ci szkodzi, +zwłaszcza, gdy przy tych słotach biegasz za lekcyami. Nie czytałem dawno +»Kuryera«; nie wiem więc, jaka u was pogoda. Tu wiosna bez ustanku: +sypiam przy otwartych oknach. + +Odpisz mi jaknajrychlej, bo jestem zawsze niespokojny, kiedy zbyt długo +nie ma od Ciebie wiadomości. Pisząc zrobisz miłosierny uczynek, bo +wierzaj mi, że Paryż nie jest dla mnie dotąd wcale obiecaną ziemią +wesela i rozkoszy. Przypominam Ci nowy adres (rue des Ecoles 1. 72). + + Twój _Janek_. + + Na Wiliji będziesz u wuja? + + +_Dnia 21 grudnia._ + +Po co ja wczoraj ten list do siostry wysłałem? Nie pamiętam już +dokładnie, com napisał, ale napewne za dużo. Chyba po to wspominałem +jej o tem rozdrażnieniu i przygnębieniu, aby dręczyć to +najszlachetniejsze i jedyne zapewne przywiązanie, którego doznałem. +Miłość matki ma w sobie zawsze coś zwierzęcego, jak przywiązanie samicy +do płodu; miłość kochanki--to maniackie zaspokojenie potrzeby; miłość +siostry dopiero jest świadomem, prawdziwie ludzkiem uczuciem, którego +żadne inne zwierzę nie zna, choć wszystkie płodzą się i przyjaźnią. +Rozumiem, dla czego we wszystkich pierwotnych mytach ludzkości występuje +zawsze związek brata i siostry, jako naturalne, jakby od przyrody samej +przeznaczone stadło. + +Jestem przekonany, że list mój zmartwi Wandę do żywego. Gotowa sobie Bóg +wie co o mnie wyobrażać. Ostatecznie wprawdzie nie skłamałem o swojem +rozdrażnieniu, ale w każdym razie bardzo przesadziłem, bo w ogóle +przecież czas upływa mi dość przyjemnie. Jestto mała, obrzydliwa +nikczemność, bawiąc w Paryżu, dręczyć biedną dziewczynę pisaniem +podobnych listów. Tym głupsza, że bezcelowa. + + +_Dnia 22 grudnia._ + +Dziś rano przyszedł do mnie Turski po raz pierwszy. Przepraszał mię +bardzo, że wcześniej przyjść nie miał czasu, gdyż przygotowywał się do +egzaminu i nawet wieczorem przesiadywał się do egzaminu i nawet +wieczorem przesiadywał w bibliotece. Do naszej zwykłej restauracyi też +nie mógł przychodzić, gdyż musiał towarzyszyć Zaleskiej na obiady, a +tam, gdzieśmy się stołowali, kobietom bywać nie wypada. Na tem rozmowa +się urwała, gdyż właściwie nie mieliśmy sobie nic do powiedzenia. +Wreszcie Turski przypomniał mi, że jestem na Wilią proszony do +Zaleskiej, ale że za to muszę przyjść dziś do niej popołudniu +pomagać--jako dragoman--w kupowaniu zapasów, i jako tragarz--w +przynoszeniu ich do domu. Turski prosił mię, abym idąc tam wstąpił po +niego, gdyż nie mając zegarka, mógłby się łatwo zasiedzieć i spóźnić. Z +zachowania się Turskiego mogłem wnosić, iż zupełnie nie zdaje sobie +sprawy, jak bardzo mię raził nasz dzisiejszy stosunek tak różny od +dawnej przyjaźni. Rozdrażnienie moje tłomaczył sobie, jako kaprys +wywołany kaszlem i katarem. I mnie dziś ten stosunek nasz mniej drażni, +skoro rozstaliśmy się i widujemy się o tyle rzadziej. Ostatecznie, +wszystko jedno. + +Popołudniu, wybraliśmy się, jak było umówione, po sprawunki. Pierwszy +raz byłem u Zaleskiej w jej nowem mieszkaniu, już w naszej dzielnicy. +Przyzwyczaiła się trochę do Paryża, do życia tutejszego i nowych nieco +dla niej stosunków koleżeńskich. Do Wilii nie czyni się tu wielkich +przygotowań i nie ma też w sklepach takiego niemiłosiernego tłoku, jak +u nas: można więc było swobodnie rozmawiać. Jest to sympatyczna +dziewczyna, zwłaszcza, że w niczem niepodobna do przeciętnego typu +studentek. _Au phisique_--umie się ubrać i ma bardzo zręczne ruchy; _au +moral_--nie ma w niej tego zacietrzewienia i cierpkości, słusznej może, +ale tak niemiłej w uczących się kobietach. Chyba nie będzie długim +gościem w Paryżu; jej za bardzo obojętne jest, co ma studyować, aby w +ogóle miała na seryo coś robić. Zdaje mi się, że przyjechała tu, aby +wydobyć się z domu i pozbyć dawnego otoczenia. Mogę się mylić zresztą, +bo o tem rozmawialiśmy tylko urywanemi zdaniami. + +Sprawunków zakupiliśmy tyle--niepodobna było Zaleską wyrwać od +Potina--że trzeba było wziąć doróżkę, aby odwieść wszystko do domu. +Zaleska pojechała z Turskim, a ja zostałem, bo nie chciało mi się tak +wcześnie wracać z bulwarów na lewy brzeg. Siadłem przy stoliku w +kawiarni niedaleko Opery i przyglądałem się przez kilka godzin tym +tłumom, które przesypywały się bezustanku z jednego końca bulwarów na +drugi. Ten tłum nie rozdrażniał mię tak, jak zwykle, lecz dziwnie jakoś +kołysał, wciągał w siebie i pochłaniał. Pamiętam, że podobnego wrażenia +doznawałem niegdyś, leżąc nad brzegiem morza, gdy fala, jedna za drugą, +bez ustanku, pchana wiatrem, którego wyczuć niepodobna było, biegła na +piasek z pluskiem i tysiącem szemrzących strumyków nazad się cofała. I +tu i tam nieskończoność ruchu, która pociąga i znicestwia. Wróciłem +późno w nocy. + + +_Dnia 23 grudnia._ + +Zabawił mię dziś Poliński. Po obiedzie byłem z nim w kawiarni. W +ogromnie ciężkich i zawiłych, jak zawsze, frazesach opowiadał mi--z +tajemniczą miną--że mu się zdaje, jakoby Turski miał się do Zaleskiej, a +i »ona na to, jak na lato«. Przestrzegał ich nawet żartobliwie słowami +bajki: + + Ostrożnie dzieci, wy się źle bawicie, + Dla was jest to igraszką, tu chodzi o życie. + +Pyszny materyał na wujaszka z tego Polińskiego! + +Poliński ogromnie lubi udawać człeka przemyślnego a znawcę dusz +ludzkich--ale tu zdaje mi się, że się pomylił i puścił tylko głupią +plotkę. Jak tam z panną, nic wiem: ani mię to obchodzi, ani ją znam +dostatecznie, abym wiedział, jak się u niej słabość sercowa objawia, +choć taki spacerek do Café-Riche kobiety zakochanej wcale nie zdradza. +Ale Turskiego to Poliński znów wcale nie zna. On zawsze i wszędzie +lubił się opiekować, patronować komuś, jeśli sądził, że jestto +potrzebne. Lubi, żeby go poważano i słuchano jego słowa i rady. Dlaczego +więc i tutaj nie ma się zaopiekować, zwłaszcza, gdy ta opieka ma +przecież swoje smaczne strony. W tej posusze rodaczek Zaleska doprawdy +jest najprzystojniejsza, a wydaje się miłą, bo bardzo jest wdzięczna +każdemu, kto ją odwiedza. + +Na plotkarskiej psychologii Polińskiego zarobię dziesięć franków; +zabawiliśmy się bowiem w miłosnego totalizatora: meta--pierścionek +zaręczynowy na palcu, czas--Wielkanoc, stawka--dziesięć franków. Szkoda, +że nie setka. + +Poliński ma też być na Wilii u Zaleskiej. Będzie więc nas czworo. + + +_Dnia 24 grudnia._ + +Nie miałem najmniejszej ochoty pójść do Zaleskiej, a kiedym został w +domu, zły jestem na siebie i żałuję tego. Wola moja składa się zawsze +jakby z dwóch połów, z których jedna jest zaprzeczeniem drugiej. Jaka +połowa stanie na wierzchu i wysunie się jako czyn--jestto rzeczą +przypadku, przelotnego wpływu, którego nieraz nawet sam nie dostrzegam. +Zarówno w drobnostkach, jak i w najważniejszych sprawach--postanowienie +jest dla mnie męczarnią, której nie znam równej. + +Jakbądź się stało, siedzę w domu sam, a jest już po dziesiątej, a więc +za późno, żeby wyjść do Zaleskiej. Mogli zresztą przysłać po mnie, jeśli +byli zaniepokojeni lub jeśli im zależało rzeczywiście na mojej +obecności. Niechaj się bawią... W mieście wszystko pozamykane; nawet +kawiarnie zaświętowały od dziewiątej. Zresztą codziennie mam dosyć +wrzawy i gazet. + +Cisza, cisza... Wypełza z kątów, wylata ciężkiemi skrzydłami, +potężnieje, nabrzmiewa, wznosi się jak fala i usta, oczy, głowę mi +zatapia. Wszystkiemi szczelinami wchodzi do wnętrza mej istoty, rozlewa +się w krwi i kościach, sączy się do serca, a dzwoni i huczy, jak muszla +pusta, gdy do ucha ją przyłożyć. I nie lęka się ani szelestu kroków, gdy +chodzę po pokoju, ani szmeru kartek książki, którą przerzucałem, ani +dźwięku piosenki, którą próbowałem nucić--ale wchłania je w siebie, +przetrawia i w ciszę taką samą, niezmąconą, przemienia... Rozpacz! + +Nie chciałem iść do Zaleskiej, bo ostatecznie, cóż mię z nią i tymi +wszystkimi ludźmi wiąże; ale teraz dałbym nie wiem co, aby wyrwać się z +tej ciszy, mówić i słyszeć głos ludzki. + +I to jest życie, młodość? Ta ohydna pustka, nicość? Chciałbym raz żyć, +szaleć, płonąć, chociażby cierpieć przyszło i zginąć. Ale pragnę, a nie +umiem tego--lub też dla mnie innych potrzeba rozkoszy, niż te, które +wszystkich sycą. Mam może za twardą duszę, aby ją zwykłe rylce rysować i +rzeźbić mogły. A może tylko nie umiem czuć, nie umiem żyć i radować się +życiem--bo i to jest sztuka, którą wyssać lub której nauczyć się trzeba. +Cała przeszłość moja prześlizgnęła się dotąd po mnie, jak fala po +głazie, nie zostawiając w swym odwrocie nic, prócz piany i szumowin. +Miałem może zadowolenia i radości, ale szczęścia, tego wielkiego +słonecznego szczęścia nie widziałem nigdy. A wszystko inne jest +surrogatem, blichtrem, fałszem, tylko szczęście jest pięknem i prawdą. A +jednak... drżało mi niegdyś w rękach serce dziewczęce, niewymownie +piękne i czyste--i porzuciłem je wprzód, zanim może zdołałem się +przesycić. Marzyłem o sztuce, o poezyi--i napisałem kilkadziesiąt +wierszy, gdy przecież życic, samo życie powinno być pięknem. Żyć każdą +iskrą krwi, każdym błyskiem duszy--to tylko jest sztuką. + +Tymczasem jest cisza, cisza... Minęła już północ, a nie nadchodzi ani +sen, ani znużenie, nic, prócz ciszy. + +................................ +................................ + + Na niebie mojem chmury, +Lecz z nich nie strzelą gromy, zwiastuny złotych burz. + Ogrody moje kwitną, +Lecz niema fiołków w nich, lilij białych, ani róż. + Ponure moje oczy, +Lecz suchej ich źrenicy nie zwilży srebrna łza. + Zmęczone moje dłonie, +Lecz ręka, co omdlewa, nie rwała paszczy lwa. + Stęsknione moje serce, +Lecz w piersi rozmarzonej ohydna żądza trwa. + Pogodne moje czoło +Lecz w czaszce rozpalonej bezsilna rozpacz łka. + +To prawda... lecz na cały wieczór męki, to za mało. + + +_Dnia 26 grudnia._ + +Od dzisiaj zabrałem się do pracy; biblioteka jest otwarta i myślę +przesiadywać tam codziennie pięć do sześciu godzin. Opracowywanie +materyałów w domu też pochłonie czasu sporo. Po za swoją pracą nie chcę +o niczem wiedzieć, nic więcej mię tu nie powinno obchodzić. Życie w +Paryżu może być równie jednostajne, jak w każdem innem ludzkiem +gnieździe. Ten gwar wielkoświatowy, umysłowe i polityczne prądy, całe +tętno świata, którego byłem tak ciekaw, o wiele wspanialej przedstawiają +się zdaleka, aniżeli tu na miejscu wśród wrzawy drobnych, codziennych +wypadków. Jak zawsze drzewa zasłaniają las. + +Przyroda tak samo jak ja, zabrała się do zimowej pracy i osypała nas +śniegiem i opadła mrozem, jak na Paryż, niezwykłym. Zimno, które tu +panuje zwykle w mieszkaniach, ożywia zawsze stosunki towarzyskie w +kolonii polskiej. Ludzie zbierają się razem i grzeją się... ciepłem +zwierzęcem. Dzisiaj wybieram się z Polińskim na wieczór do Łużeckiej. + +Wczoraj byłem u Zaleskiej, aby się wytłómaczyć, żem na Wilią nie +przyszedł. Zaleska udawała zagniewaną, nie chciała słuchać wymówek, +powtarzając, że zrobiłem jej tylko niegrzeczny kaprys. Zresztą miałem za +ten »kaprys« najwięcej żałować sam, bo bawili się doskonale. Poliński +był zmęczony i wyszedł wcześniej, ale z Turskim doczekali północy. + +Zaleska była w ogóle niezwykle wesoła i rozbawiona. Prosiła mię, abym +zabrał ze sobą Turskiego i przyszedł do niej po raz drugi +popołudniu--ale odmówiłem, bo nie chcę zupełnie zacieśniać swego +stosunku z Turskim więcej, niż jest obecnie. Najlepiej będzie, jeśli +będziemy chodzili każden swojemi drogami. + + +_Dnia 27 grudnia._ + +Dzień dziesiejszy należy do najciekawszych w mojem życiu. Spotkałem +Turskiego na obiedzie, siadł przy mnie. Przypomniałem mu, że mamy się +zejść z Polińskim i Starzewiczem w kawiarni wieczorem i iść razem na +posiedzenie francuskiego towarzystwa studenckiego. Zaproszono nas, i +chciałem bardzo poznać życie francuskie nieco bliżej, niż to można +uczynić na ulicy. Odpowiedział mi, że musimy mu wybaczyć i iść bez jego +przewodnictwa--on przecież najdawniej z nas mieszka w Paryżu--gdyż on +wieczorem wybiera się do Zaleskiej. Powiadam mu pół żartem, że to +zaczyna być podejrzane. A on mi na to, patrząc zabawnie w oczy: +»dlaczego?«--i dodaje zwolna: przegrałeś dziesięć franków... Tak mi się +wydawały dziwne mina jego, głos i ta radość cała, widoczna na twarzy, że +początkowo po prostu trudno mi było z nim mówić. + +Ale potem rozgadaliśmy się i miałem takie wrażenie, jakgdyby przegroda, +która nas dzieliła upadła nagle i wróciły dawne czasy nieograniczonej +ufności i przyjaźni. Opowiedział mi wszystko. Właściwie zakochał się +jakoś nagle i niespodzianie, i już w kilka dni po moim przyjeździe nie +mógł sobie dać rady z tem uczuciem, które chciał zdławić, bo nie śmiał +wierzyć, aby ona go kochała. Był tak rozdrażniony, że tylko udając +zupełną na wszystko obojętność, mógł jakoś ukrywać, co się z nim dzieje. +Tymczasem ona kochała go już wtedy, kiedy jeszcze ledwie się znali, i +płakała po nocach i uspokoić się nie mogła, jeśli go przez dzień cały +nie widziała. Widziałem dobrze, jak jej był za tę miłość wdzięczny. +Oświadczyli się sobie w dzień wilii, po odejściu Polińskiego, tak jakoś +znienacka, że trudnoby powiedzieć, kto właściwie dał początek. +Przesiedzieli wtedy razem prawie do rana. Był zakochany, kochany, +zaręczony, szczęśliwy. To wszystko i chyba dosyć. + +Rozmawialiśmy długo, bardzo długo. Ja mówiłem nie wiele, bo tak mię nowe +położenie Turskiego dziwiło, a nawet, czegom się nie spodziewał, +wzruszało, że trudno mi było myśl jakąś skleić; natomiast on opowiadał +bez przerwy. Naturalnie, chciał się żenić, ale nie było to możliwe +prędzej niż za trzy lata, po ukończeniu studyów: czas ten jednak +przeleci prędko, o tem nie ma mowy. Ona zgadzała się na wszystko, byle +być z nim. + +Nie spotkałem jeszcze w życiu człowieka tak uradowanego: radował się w +nim doprawdy każdy atom krwi. I czegóż w radości tej nie było: miłość, +wdzięczność, nadzieja, duma, szczęście, wszystko! + +To jednak niezwykły charakter jest Władek Turski. Wśród nas, którzy z +rodzinnego domu nie dostajemy nic, prócz banalnych przepisów, a z życia +bierzemy tylko to, co na wierzchu najdostępniejsze, on rzeczywiście +sprawia wrażenie arystokratycznego dziecka, które się urodziło w +wysokich komnatach i w kołysce słyszało nie jęk nianiek, lecz organy. Co +ten człowiek już stracił, a ileż mu jeszcze pozostało! Szmat za szmatem +wyrwał z siebie wiarę, ale zachował cały bezmiar uwielbienia dla tego, +co czcić chciał; gardził prostytutką i dusił w sobie zmysły, a nie +brakowało uniesień w jego miłości. Jestto człowiek czysty. + +Radość Turskiego udzieliła mi się: słuchając go czułem się odmłodzony +jakiś i rzeźwiejszy. Byłem zadowolony, że fałszywy nasz stosunek raz się +wyjaśnił i to pomyślniej, niż przewidzieć mogłem. Wszystko było teraz +wytłómaczone. Cieszyłem się również jego szczęściem: gdy mi o niem +opowiadał, kilka razy kręciły mi się łzy w oczach. + +Dla jego narzeczonej posłałem bukiet; kontent jestem, że mogłem jej +zrobić przyjemność, gdyż ona przepada za kwiatami. + +Przykro mi tylko trochę, że byłem złym obserwatorem, ale czyż można było +się tego po cichym Władku Turskim spodziewać. Jestem pewien, że każden z +jego dawnych kolegów trzymałby też w zakładzie moją stronę. + + +_Dnia 29 grudnia._ + +Władek źle jednak robi, że swych zaręczyn publicznie nie ogłasza; przez +to plotki tylko powstawać będą. Niby nie ma w tem tajemnicy; kto chce, +może domyślać się i wiedzieć. Przed nami t. j. przedemną i Polińskim, +Turski mówi wciąż o swej miłości; widać, że tylko ten przedmiot go +zajmuje. Zdaje mi się, że w podobnym wypadku byłbym więcej skryty. +Chociaż... nie wiem. To powtarzanie: kocham, kocham, kocham... jest +czysto odruchowe i niewłasnowolne, jak śpiew ptaka na wiosnę. + +Pomimo, że zaręczyny nie są wszystkim oznajmione, w damskiej kolonii +naszej panuje już straszne oburzenie. Mężczyzna tak jest rzadki i tak +często sprzedaje się teraz »en détail«, że dostać całego odrazu jest +świetnym interesem. Wystawić sobie można wściekłość koleżanek, że +przyjechała obca intruzka, nawet na żadnym wykładzie się nie zjawiła i +rogów wielkiej mądrości nie pokazała, a już męża trzyma. Nie ma nic +pocieszniejszego nad ich ironiczne miny, w których świetnie widać tę +utajoną i niby nie istniejącą złość. Zwykle mię to śmieszy, lecz dzisiaj +Łużecka zirytowała mię do żywego. Jest głupota, która już graniczy z +podłością. Zarzucała Zaleskiej wręcz, że przyjechała tylko, aby wydać +się za mąż--co wiem, że nie jest prawdą. Natarłem na nią ostro i +ostrzegałem, żeby nigdy nie mówiła o małżeństwie i miłości, bo jestto +dla niej teren na zawsze obcy, na którym wygląda, jak kaczka ucząca się +latać. Moja opinia złośliwego gbura jest ustalona na długo. + +Teraz jednak, ochłonąwszy z pierwszego wrażenia, widzę, że może nie +miałem tyle racyi, ilem sobie początkowo przypisywał. Mniejsza zresztą o +racyę, ale rola szlachetnego obrońcy bywa czasem śmieszna i kto wie, +czym właśnie takiej roli tutaj nie odegrał. Gdyby Łużecka była dowcipna, +przysłałaby mi paczkę biletów wizytowych z takim np. napisem: + + JEAN KARSKI + défenseur de l'amour outragé. + +Tak; śmiesznie się wygląda, broniąc, czego się nie posiada. + + +_Dnia 30 grudnia_. + +Dotąd nie chciałem przeszkadzać Turskiemu w jego sielance; widziałem +zresztą, że sobie nie życzył, aby Zaleską kto z nim razem odwiedzał. +Dziś jednak nie miałem nic do roboty po obiedzie, a upłynął już tydzień +od oświadczyn, więc wypadało nawet narzeczonej powinszować. Kupiłem +bukiet białych róż i narcyzów i poszedłem do niej; mieszka teraz przy +ulicy des Feuillantines, na wprost klasztoru. + +Widzę z ulicy, że jest światło w pokoju, ale przyćmione; paliło się +tylko na kominku. Pukam do drzwi; otwierają mi. Naturalnie, Turski jest +u niej. Witając się z nimi czuję, że mają dłonie wilgotne i ciepłe. Daję +Zaleskiej bukiet i nie wiem dlaczego, pomimo, że słowa płyną mi dość +gładko, nie zdobywam się na żadne powinszowania lub życzenia. Cała +uroczystość sprowadza się szczęśliwie do mocnego, znaczącego uściśnienia +ręki. + +Nie zdaje mi się, żebym im był zawadzał. Siedzieli dalej przy sobie na +kanapie, trzymając się wpół i przytulając do siebie. Siadłem opodal na +krześle; rozmawialiśmy trochę, chociaż najczęściej milczeliśmy--i to +było najwymowniejsze. + +Oni są w tem stadyum, że obecność osoby trzeciej nic a nic im nie +przeszkadza. »Ten trzeci« nie istnieje dla nich. Całowali się przy mnie +tak, jakgdyby byli we dwoje. Poliński, którego spotkałem wracając +później, mówił mi, że to samo robili przy nim i przy Starzewiczu, +chociaż go prawie wcale nie znają. + +Zaleska jest jednak strasznie zakochana. Dość spojrzeć na jej oczy i +ruchy; a nie przypuszczałem nigdy, żeby panna »z dobrej sfery«, napojona +po uszy konwenansami, dała się publicznie tak całować i pieścić. +Widocznie nie znam się na kobietach--ale Zaleska jest wyjątkowo +uczuciowa, impulsywna, pierwotna. + +Jest ona teraz tak naiwnie i niewinnie bezwstydna--co zresztą bardzo +jej do twarzy--że gdy patrzę na nią mimowoli przypomina mi się +nieśmiertelna Haida z Don-Juana. Widzę teraz nawet, że i dla niej i dla +Turskiego przyjemnie jest, jeżeli mają świadków, którzy mogą patrzeć na +nich i podziwiać ich miłość. + +Władek ma jednak ogromne szczęście. Narzeczeństwo wśród rodziny, w +rodzinnem mieście jest obstawione tak obrzydliwie ohydnym ceremoniałem +zwyczajów, że wątpię, czy może się tam ostać choćby krzynka szczęścia. +Tutaj, w olbrzymiem obcem mieście, w zupełnej samotności, którą można +stworzyć jednym obrotem klucza, narzeczeństwo staje się piękną uwerturą, +której słuchając, można zapomnieć doprawdy, że czekają całe akty długiej +opery. Bo kto wie, jakie śpiewacy mają głosy i ile dysonansów się +wkradnie. + +Za długo widocznie siedziałem w gniazdku przy ulicy Feuillantines, bo mi +się teraz wciąż przed oczami kręci Zaleska w tych wszystkich +rozmiłowanych pozach, w których ją widziałem. Ależ ona ogromnie w +ostatnich czasach wyprzystojniała... Kobieta, która kocha, jest nietylko +najmądrzejszą, ale i najpiękniejszą. + + +_Dnia 31 grudnia._ + +Kochana Wandziu, piszę do Ciebie tylko kilka słów na karcie pocztowej, +żeby Ci powinszować--choć może zbyt późno--Nowego Roku. Jestem ogromnie +zajęty i dla tego niemam czasu na obszerniejsze listy. Nie miej mi tego +za złe. Nie mam Ci zresztą nic do oznajmienia, bo u mnie nic nowego nie +zaszło. Ale... Władek Turski zaręczył się z tą koleżanką Zaleską, o +której Ci kiedyś pisałem. Stosunki nasze stały się serdeczniejsze +obecnie i częściej się z nim widuję. + +Twoją kartkę, pisaną w pierwszy dzień świąt, otrzymałem. Czyś była +jeszcze u kogo podczas świąt? Byłaś zapewne u pani Reuter. Podobno macie +ciągłe odwilże w Warszawie; czy nie szkodzi ci to na zdrowie? + + Twój _Janek_. + + +_Dnia 2 stycznia._ + +Od kilku dni absolutnie nic nie robię. Przerwałem studya w bibliotece, +bo czeka mię mnóstwo przepisywania starych dokumentów, a to przejmuje +mię niewysłowionym wstrętem. Natomiast chodzę po obiedzie z Turskim do +kawiarni i przez kilka godzin słucham, czasami nawet z radością, jego +spowiedzi i wynurzeń, które płyną teraz bez końca. On wprost spieszy się +donieść i mówić mi o swem szczęściu. Jestem mu wdzięczny za tę przyjaźń +i za tę ufność. Potem odprowadzam Turskiego do uniwersytetu na wykłady +i idę zwykle nad brzeg Sekwany i chodzę tam dopóty, dopóki zmęczenie +zupełne nie zmusi mię do powrotu. + +Nie znam nic piękniejszego nad Sekwanę od Katedry do Luwru, ale teraz +prawie nie przyglądam się temu widokowi; pamiętam go doskonale w +najdrobniejszych szczegółach, a powtóre głowa mię boli jakimś głuchym, +rozsadzającym bólem, i chodzę nie po to, aby patrzeć, lecz aby ukołysać +myśli. + +Dawno już nie miałem takiego wrażenia próżni, bezsilności, +bezużyteczności mojej i wszystkiego, co mię otacza--jak w tych dniach +ostatnich. Wstaję, jem, chodzę, myślę, piszę jakąś rozprawę, lecz żeby +mię zabito, nie wiem, po co to wszystko się robi. O tyle jestem +inteligentny, iż rozumiem, że--jak się to mówi--ze mnie nic nie będzie, +że przestanę kiedyś jeść, chodzić i myśleć, że rozprawy moje tak samo +nie obchodzą nikogo, jak moja osoba, jednem słowem, że jestem absolutnie +niczem, jedną wielomilionową częścią czegoś, co samo jest może także +tylko milionową częścią. + +A uczucie takie jest stokroć bardziej przykre, jeżeli na początku swego +świadomego życia miało się marzenia i nadzieje, jeżeli wschód życia, jak +wschód słońca rzucał długie, piękne cienie. Sądziłem, będąc dzieckiem, +że wielkość cienia tego, to moja własna wielkość. Teraz jest południe: +cień się zwinął, a ja się zgarbiłem. + +Chociaż dzisiaj mi się wydaje, że gdyby mi coś nawet pozostało: jakaś +idea, zdolność jaka--i to byłoby mi obojętnem. Ażeby łzę rozdąć na +poemat, trzeba mieć dużo wody i bezwstydu. + + Karg ist Natur, ein Schein die Kunst, dem Triebe + Der Sehnsucht schenkt Gewährung nur die Liebe. + +To chyba prawda... bo Turski jest teraz tak żywy i dzielny, tak sobą +tylko zajęty, że mimo swej czułej wrażliwości, zdaje się wcale nie +spostrzegać męczącego mego stanu i świdruje mi uszy nieustannym hymnem +miłości. Potrzeba mu słuchacza, aby mógł śpiewać; a któż lepiej do tego +się nadaje, niż stary, zaufany przyjaciel. Moja teorya stosunków +ludzkich sprawdza się raz jeszcze. Wieczny, wieczny wyzysk. + + +_Dnia 4 stycznia._ + +Nie, nie idzie mi praca. Wszystkie usiłowania, aby zmusić się i +przezwyciężyć, spełzają nadaremnie. Robota nie posuwa się, i tylko ból +głowy, gorący, szalony, wzmaga się i przenika wszędzie, szarpiąc i +gniotąc--niby rozpaloną ręką. Zmarnowałem cały dzień na przechadzkę. +Błądziłem po zaułkach, przedmieściach, po ustronnych kątach, byle być w +miejscach jak najspokojniejszych i jaknajdalej od domu. I chodzić i nie +myśleć o niczem... Wreszcie znalazłem się w Auteuil i ztamtąd wróciłem +rzeką. Ta cudowna panorama od wiaduktu w Auteuil, koło Marsowego pola i +Trocadera, koło Luwru, Katedry uspokoiła mię trochę swą kamienną +pięknością--tym łatwiej, że statek o tej porze dnia i roku był pusty. + +Już koło domu w Quartier spotkałem Polińskiego, który szedł do mnie, aby +mię zabrać na wielkie bulwary. Lubię z nim chodzić, bo jest tak +gadatliwy, że prędzej wówczas przestaję myśleć, niż gdy jestem +sam--zgodziłem się więc chętnie. Pojechaliśmy na bulwary, siedzieliśmy w +kawiarni, słuchaliśmy ludowych piosnek gdzieś w Café-Concert--nie wiem +już zresztą, cośmy robili. Mój ból głowy stał się podobny do +przepaścistej nudy; a Poliński twierdził, że nie mam humoru i muszę być +zaziębiony. + +Wracając już po północy przechodziliśmy przez ulicę Feuillantines. +Świeciło się w oknach, więc zaczęliśmy wydawać okrzyki, służące nam za +hasło porozumienia w takich wypadkach. Poliński świetnie naśladuje ryk +wołu i bek barani. Okno się otworzyło i ukazali się... oczywiście oboje. +Turski powiedział nam, abyśmy chwilę poczekali, a zaraz zejdzie i +pójdzie razem z nami do domu. Okno się zamknęło i na tle firanek +ujrzeliśmy scenę pożegnania, jak zawsze... + +W Paryżu, w tem klasycznem mieście rozpasania, staję się strasznym +świętoszkiem: widok ten mię gorszył i poważnie gniewał. Przypuszczalnie, +za jaki tydzień zapiszę się do ligi Berengera. + +Turski wyszedł. Był trochę zarumieniony, a na powiekach lśniły mu się +drobne kropelki. Sześć razy kłaniał się oknu, w którem była już tylko +bezkształtna sylwetka. Bałwochwalca! + +Scenka ta zirytowała mię tak, że byłbym błogosławił wszystko, coby +Turskiemu mogło sprawić jakąkolwiek przykrość; sam nie wyrządziłbym jej +jednak nigdy. Chciałbym tylko módz się litować nad nim i pocieszać, bo +mimo chwilowej złości, jestem jego przyjacielem. Nie prędko jednak +będzie potrzebował tej przyjaźni. + + +_Dnia 5 stycznia._ + +Logika formalna jest stekiem błędów, a największym i najjaskrawszym +_tertium non datur_. Duch nasz jest autokratą i niema sprzeczności, +którejby zgodzić nie mógł. + +Jestem szczęśliwy, bardzo szczęśliwy radością Władka. Kilka razy na +prawdę się rozrzewniłem słuchając jego wynurzeń. Przytem cieszę się +jeszcze dla tego, że jednocześnie przekonywam się, iż jestem głęboko +wrażliwy na cudze szczęście, a więc jestem uczciwym, szlachetnym +człowiekiem. Mimo to, ani jednej chwili nie przestaję teraz czuć, że +gdyby Turski utracił swe szczęście, byłbym... może kontent. To jest... +zależnie od tego, jakby je stracił. Gdyby Zaleska umarła, płakałbym z +Turskim; gdyby ją nagle potrafił zyskać kto inny, pomagałbym może zabić +uwodziciela, lecz z tego co zaszło, byłbym prawie rad--nie jakąś +radością określoną, zdecydowaną, jasną, ale tym niezwykłym nastrojem, +wewnętrzną pogodą, która się tworzy w najskrytszych podwalinach duszy. + +To, do czegom się przed sobą przyznał, nazywa się zwykle nikczemnością, +i z tego jestem dumny. Świadczy to, że uczucia moje są nieustraszone i +potrafią jak bohater z baśni, wtargnąć na każdy szczyt--mimo larw, które +zewsząd grożą. + +Dziś zadałem sobie pytanie, którego uniknąć dłużej nie mogę w żaden +sposób. Może ja Zaleską kocham? Jeżeli kobieta, której obecność jest dla +mnie niepotrzebną, twarz--obojętną, pieszczota--zbyteczną, może być +jednocześnie kobietą kochaną;--ha, w takim razie ja Zaleską kocham. +Zdaje mi się, że cierpię nie przez to, że ona kocha innego, lecz przez +to, że mnie teraz kochaćby już nie mogła. + +Zabrano mi to, co do mnie należeć mogło. Utracić możność jestto więcej, +niż utracić rzeczywistość. Nie módz istnieć jest gorzej, niż nie +istnieć. + + +_Dnia 6 stycznia._ + +Nie przypuszczałem nawet, że tak lubię dawać kobietom prezenty. W +ostatnich dniach byłem kilka razy u Zaleskiej, i nie mogłem iść tam ani +razu, żeby nie przynieść jej chociażby kilku kwiatów. Dziś wydałem na to +ostatniego franka i jestem z tego ogromnie kontent. Mówię sobie, że +tylko głupiec nie rozumie, co to za rozkosz rujnować się dla kobiety. U +Zaleskiej przesiadywałem krótko. Chociaż obecność moja im nie zawadza, +zdaje mi się, że wypada możliwie się usuwać. Zresztą widok ciągłych +pieszczot i uścisków drażni: czuję prędko ogień w skroniach i pot na +ciele. Nie ja sam tylko tak na to reaguję. Mówił mi Poliński, że odczuwa +zupełnie to samo: jestto przecież całkiem naturalne. Dziwię się, jak oni +mogą to wytrzymać. + +Równie naturalne, jak ogień w skroniach, jest myśl, która mię poprostu +opętała. Dlaczego ja tak nigdy nie kochałem? Dlaczego w mojem życiu nie +zeszło się nigdy pytanie z odpowiedzią? Dlaczego odepchnięto mię, kiedym +pożądał, dlaczego, kiedy pożądano mię, odczuwałem tylko wstręt lub +pogardę? Dlaczego dla mnie miłość była zawsze zimną, zaciekłą, złą grą, +której wygrana hańbi jak złodziejstwo? + +Patrząc na Władka, czuję, że nie mógłbym kochać tak szczerze, otwarcie, +tak prosto--i tego zazdroszczę mu najwięcej. Bo czyż nie jest to +wyrafinowanem okrucieństwem pysznić się przedemną tem szczęściem, które +ostatecznie dostało mu się trafem... Tak, przyjemniej i łatwiej wygrać +majątek, niż się go dorabiać. + +Ohydnie śmieszne w tem wszystkiem jest to, gdy Władkowi się zdaje, że +sprawia mi największą przyjemność, odsłaniając przedemną swą miłość. W +tych pieszczotach, których ani on, ani ona się nie żenuje, jest tyleż +bezmyślnej, żywiołowej swobody, ile chęci pokazania, jak szczęśliwym być +można... Wygląda to, jak wyzwanie, jak pogróżka: »Będziemy jeszcze +szczęśliwsi«. Będziecie; wierzę wam. + +Postępowanie Turskiego jest nietylko okrutne, ale niemiłosiernie głupie, +bo nie sądzę ani jednej chwili, aby naumyślnie chciał przykrość mi +sprawić i dokuczyć. Doprawdy zgłupiał. + + +_Dnia 7 stycznia._ + +Zwiedzaliśmy dziś Luwr. Poszedłem najpierw z Zaleską sam, a Turski +dopiero później po wykładzie z nami w muzeum się spotkał. Luwr nie +zajmował mię wcale; nie lubię tych olbrzymich zbiorów, gdzie wszystko +zbite jest bezładnie w jakąś pstrą mięszaninę, która przytłacza tylko i +dławi. Nie doznaje się tam tego uczucia swobody, bezkresu marzenia, +które przecież jest istotą rozkoszy, jaką dać może sztuka. Arcydzieła +powinno by się chyba wystawiać w oddzielnych kaplicach. + +Zdaje mi się, że napisałem kłamstwo. Prawdą jest, że nie lubię muzeów; +ale mimo to, zwiedzałem je nieraz i sztuka, którą widziałem, porywała +mię i czarowała. Dziś nie zajmował mię Luwr, bo była Zaleska i wszystkie +myśli moje są jakby opętane. Sprawia mi teraz okrutną przyjemność +wszystko, co może tę dziewczynę przedemną poniżyć. W ten sposób biorę +jakąś idealną choćby zemstę nad Turskim: znieważam w myśli jego bóstwo. +Naumyślnie nie pokazywałem Zaleskiej arcydzieł i śledziłem, czy je +odczuje i odnajdzie. Ona nie ma wcale zmysłu artystycznego; zatrzymywała +się przed najmarniejszymi obrazami i wygłaszała takie śmiesznie naiwne +zdania, że tylko ta otwarta szczerość była jedyną ozdobą tego, co +mówiła. Wmawiam w siebie, że nie można się zakochać w kobiecie +niewrażliwej na piękno: jestto gminność na cale życie. + +Potem przyszedł Turski; nie patrzyli więc już na obrazy, tylko na +siebie. I wtedy byli szczęśliwi. + +Nie, ja stanowczo do szczęścia nie jestem zdatny. Szczęście to jest taka +wyłączność, takie zaprzepaszczenie, że na to nie zdobyłbym się nigdy. +Nie wiem, czy za dużo mam zmysłów, czy za wiele w duszy pożądań, ale +jabym skorzystał z każdej szczeliny, aby się ze złotej klatki szczęścia +choć na ból i cierpienie wydostać. Tam gdzie inni oddychają, ja zaraz +się duszę. Było tak już przecież. + +Mogę się więc, tak jak teraz, pocieszać cudzem szczęściem. Tylko, że ta +pociecha jest tak gorzka, iż jak dobry absynt, staje się nawet +przyjemną. Tylko, tak jak absynt, pobudza łaknienie. + +Łaknienie za czem? Za miłością? Za miłością Zaleskiej? Nie kochałem i +nie kocham nic w tej chwili. Za szczęściem? Nie potrafię go odczuć i +zrozumieć. Za bogactwem? Nie wiem, na co bym go użyć miał. Łaknę życia; +czem jest i gdzie jest--niewiem. Podobne łaknienie uczuwać musi chyba +pisklę, gdy wychyla dziób, aby uderzyć i rozbić skorupę, która dzieli je +od świata. Ale pisklę wiedzie instynkt, a mnie nie wiedzie nic. +Chciałbym wysunąć żądze, jak szpony, i chwycić i zdruzgotać zaporę, co +mi światło kradnie. Lecz nie wiem, gdzie iść, gdzie jest skorupa mej +duszy. + + +_Dnia 8 stycznia._ + +Po wczorajszej wycieczce do Luwru Zaleska była trochę słaba i Władek mię +prosił, abym ją odwiózł do Korzyckiego. Korzycki przyjmuje chorych o +trzeciej, a o tej porze Turski ma zawsze zajęcie w uniwersytecie. +Początkowo wymawiałem się wykładami; zdaje mi się, że chciałem Władkowi +zrobić na złość. Potem jednak ustąpiłem i pojechałem z Zaleską do +Korzyckiego, na drugi kraniec Paryża. + +Ta dziewczyna, gdy Władka przy niej nie ma, wydaje mi się zupełnie inną. +Rozmawialiśmy cały czas spokojnie, po cichu, ufnie, jak rozmawiają +starzy i dobrzy znajomi. Mimo całej życzliwości dla niej miałem chwilami +dokładne wrażenie, że ta kobieta jest mi chyba obojętną, że nie pociąga +mię do nie; nic nad to, czem każda kobieta pociągnąć może. Gdy nie +mówiła o Turskim, co niestety zbyt rzadko się zdarzało, mogłem czasami +zapomnieć o stosunku, jaki ją z nim łączy: tego mi tylko trzeba. + +Coraz więcej mi się zdaje, że w tej dziewczynie ponętną jest tylko jej +miłość. To uczucie działa na nią, jak ów pierścień z bajki, który +posiadaczowi zapewniał wszystkie piękności i skarby. Gdy się przymila do +Władka, rzeczywiście jest prawie piękna i ma taki wyraz w oczach, że +wtedy oddałbym wszystko za to, aby przestała go kochać. Chyba trudno +mniej żądać w życiu. Nie żądam miłości, lecz tylko spokoju, bezczucia, +jak dawniej. Dopóki widzę, że ona jest zakochana, coś mię nurtuje, +łamie, dręczy, odbiera swobodę myśli. Ja nie chcę o tem myśleć. Byłem +tylko zasnął! + + +_Dnia 9 stycznia._ + +Jest okropnem błagać kobietę o miłość, wić się u jej stóp, wołając: +kocham, kocham;--i nie słyszeć nic, oprócz echa własnych słów, odbitych +o próżnię, i odejść z myślą, że jest gdzieś marny, podły człowiek, dla +którego kobieta ta tęskni i gardzi wszystkiem: miłością, bólem, +rozpaczą-- + +Ale gorzej jest, jeżeli w takiej chwili nie można zawołać nic więcej nad +to: nie kochaj go. Są teraz chwile, gdy zazdroszczę Władkowi tak, że +chociaż nie umarłem, zazdroszczę mu życia, jakgdybym wiedział, że on +mnie przeżyje. Zresztą, takie istnienie jak moje, z wiecznem pożądaniem +czegoś nieuchwytnego, niewymarzonego nawet, z ciągłym niepokojem w +duszy, na łasce każdego wrażenia, to nie jest życie, to sen gorączkowy +i tak męczący, że często niewiadomo, czy nie lepiej raz się już obudzić. +Mam takie dziwne zmysły, że potrafię odczuwać tylko gorycz, a to w końcu +mdli i truć zaczyna. Jak zniszczony lubieżnik przez chłostę, +przepędziłem się przez wszystko, co zawiść dać może--i nie doznałem +nawet miłości, która temu dobremu, szczęśliwemu przyjacielowi dostała +się tak łatwo. Nie kocham Zaleskiej i wiem, że w chwili, gdy ona +przestanie kochać Władka, będzie mi tak obcą, jak kobieta, którą +pierwszy raz widzę na ulicy. Jest to straszne, bo pozbawia mię wszelkiej +nadziei. Nie mam się o co starać, bo jeślibym co osiągnął, zyskam mniej +jeszcze, niż mam teraz. + +Kłamstwo, ohydne kłamstwo... Nie kocham Zaleskiej?... Za cóż bym więc +tak cierpiał? + +Mam chwilami złudzenie, jakgdyby wszystko, co mię otacza: domy, drzewa, +ludzie, chwiało się nagle i groziło zawaleniem. Lękam się trochę sam +chodzić i tego mi wstyd przed sobą. Zawsze gardziłem nerwowymi ludźmi. + + +_Dnia 10 stycznia._ + +Godzina siódma rano. Brzask szary wstał i sączy się przez okno. Siedzę +na krześle zbłocony, znużony, złamany, a sen nie przychodzi do mnie. +Ledwie pomnę, co się ze mną działo tej nocy, bo to już nie ma nazwy. +Szaleństwo? Trwoga?... Gorzej. Jakaś odwieczna modlitwa jaskiniowców +świdruje mi mózg: Grozo, Potęgo--jakakolwiek jesteś--bądź litościwa +duszy mojej! Ale nie, nie, nie... jestem znów silny, zdrów i twardy. + +Wczoraj wieczór cały spędziłem w kawiarni. Do Zaleskiej nie chciałem, +nie mogłem iść; Polińskiego nie było w domu; innych ludzi szukać +niepodobna było. Wszystko mi było zresztą jedno, gdzie się znajdować, +byle nie być w domu, nie widzieć tych cieni, które jak złe psy kryją się +po kątach i chodzą od stołu do krzeseł, od krzeseł do łóżka, byle nie +kłaść się i nie rozbierać w tem gęstem powietrzu, gdzie jakieś +niewidzialne dotknięcia palą mi skórę, byle nie czuć tej ciemności, +która jak na żer nalatuje na mnie i kładzie mi się na piersiach. Nie +mogłem iść do domu; niewysłowiony lęk, obawa samotności, obawa spokoju i +martwoty gryzła mię nieustannym, prawie fizycznym bólem. + +Ale o pierwszej zamknięto kawiarnię i musiałem wyjść. Poszedłem wprost +przed siebie i zacząłem błądzić. Bez celu, pierwszą lepszą ulicą, która +się nawinęła, przez bulwary, przez place, przez zaułki. A za mną +błądziły jakieś wizye potworne i zarzucały mi czarne swe ręce na oczy; +wtedy gasło mi światło, zdawało się, jakby świat cały zapadał się w +ciemność, a słońce nigdy już więcej powstać nie miało. Stawałem wtedy +przed latarnią i wlepiwszy oczy w żółte jej światełko stałem bez ruchu, +drżąc we wnętrzu i słuchem rozognionym przysłuchując się ciszy. Kto wie +co tam siedzi w tem czarnem jądrze, które nieprzejrzyście rozciąga się +aż po same szkła latarni? Tam może czyhać człowiek z nożem, czyhać na +mnie i uderzyć mię w szyję, tam może być tak gęsto, że padnę odrazu bez +tchu... Lub może tam być gwarno od jakiegoś nieznanego życia nocy, może +tam być tak ludno, że zatrzymają mię i przepadnę bez śladu, jakgdybym w +otchłań wleciał. + +I nagle zrywał się nademną strach ohydny, niewypowiedziany i jak wicher +zmiatał mię od latarni i w ciemność na zgubę własną odrzucał. Biegłem +nieprzytomny przez ulice, potykając się o kostki, rozrzucone do +brukowania, uciekałem na place widniejsze od ulic i kryłem się jak +zbrodniarz, gdym zdała straż policyjną zobaczył. Rozszalały tabun nędz +tratował mi duszę i szarpał mózgi, jak padlinę. Rozplatały się +wszystkie węzły duszy i było mi, jakbym cały zapadał się w sobie. Pot, +jak w łaźni występował mi na czoło, spływał na szyję i oblepiał na mnie +bieliznę; gorąca para żarła mi oczy; zdało mi się, że w powietrzu jest +jakiś nieznany kwas; gryzący i trujący, jak żaden inny, który wgryza mi +się w ciało i roztlenia tkanki. Koło mnie rozsuwały się tylko i zbiegały +gmachy martwe, bo wszystko, co nie jest kamieniem, zostało spopielone, +rozsypane, wyżarte. Zamknąłem usta, bo piersi mi płoną. I biegłem, +biegłem co raz szybciej ze schylonym karkiem, jak ścigane i oszalałe +zwierzę... + +Wybiegłem do Hal. Przedemną w prostych, pewnych, olbrzymich liniach +piętrzyły się żelazne sklepienia. Wielkie lampy błyszczały niebieskawem +światłem, a ku górze pod dachem szklanym, jasność ich jednoczyła się w +jakiś drżący blask, który sypał się na plac cały. Tłok na dole. Kręcą +się tłumy ludzi, wozy podjeżdżają i bez przerwy sypią się z nich wory, +kosze, paki. Mimo to nie było wrzawy. Ludzie pracują cicho, niegłośnie, +jak widma. Tylko czasem zaskrzypi koło łub stuknie o kamień żelaztwo. I +znowu cisza. + +Jasność przykuła mię do siebie. Siadłem na ławce; pot stygnął na mnie, +chłodził i orzeźwiał. Bezmyślnie patrzyłem w głąb tego pałacu, na wir +ludzi, kołujący przy mnie, na stosy jarzyn, które co raz wyżej i +gęściej zasypywały chodnik, na żelazne belki, z których zwieszały się +jakieś chorągwie czy płachty, na strop z błękitnemi gwiazdami--i znów +spełzałem oczami z tych wyżyn po belkach na bruk. I znów patrzyłem, jak +schylają się karki parobków, ręce wyrzucają zielone kule kapusty, jak +wozy przesuwają się zwolna--i łowiłem w tej ciszy jakieś szmery, brzęki, +czasem zwrotkę dalekiej piosnki lub przekleństwo. Patrzyłem, słuchałem i +żar odchodził odemnie. Spokój. I chciałem tu zostać, zdala od widm, +które za mną biegły--i czekać ranka. + +--_Viens, chéri._ + +Powiedziano coś blisko mnie: + +--_Viens donc, chéri._ + +Przy mnie na pustej dotąd ławce siedziała teraz pogięta postać, w +czarnych łachmanach, niewyraźna; tylko twarz sprośna, nabrzękła, +czerwona z otwartemi śmiejącemi się usty, patrzyła na mnie zblizka, +coraz bliżej. I ja patrzyłem na tego potwora, który nagle przy mnie się +wylągł i widziałem, jak sinieją mu wargi i jak trupio wyglądają duże +ostre zęby z tych żałobnych obwódek. Brzydzę się... a oczu oderwać nie +mogę, i boję się... a jednak patrzę. + +--_Qu'as tu donc peur, mon petit loup?_ + +Tak, rzeczywiście lękam się; czuję, że roztwierają mi się i +nieruchomieją źrenice. Rękami chwytam się ławki, mdło mi się robi w +duszy i tak smutno i fala jakaś wzbiera mi w piersi, dławi w gardle i +ściska. Suchemi oczami patrzę, patrzę ciągle. Jaka ona podobna, coraz +podobniejsza, coraz młodsza, tamta... + +Nagle rozległo się gdzieś nademną przekleństwo furmana; huk zbudził się +we mnie, jakby Halle się ocknęły i z krzykiem rzucały ku mnie. I +przypomniałem sobie gdzie jestem, zerwałem się z miejsca i pobiegłem +przed siebie, wprost w Halle, byle dale; od tej... i od tamtej. + +--_Va, sale bête_. + +Dogonił mię tylko ohydny śmiech i złorzeczenie. + +................................ + +I znów począłem iść, iść bez przerwy. Wyobraźnia moja, jak motyl bez +skrzydeł, legła ranna śmiertelnie i nie zrywała się więcej. Szał odszedł +mię, a zmysły postrzegały wszystko z jasnością przerażającą. Ale nad +wszystkiemi wrażeniami górowała nieprzeparta, w całej krwi rozlana myśl: +iść, iść. Ta myśl wszechmocna dała mi jakąś potęgę ciała, +niezniszczalność mięśni. Szedłem krokiem sprężystym, jędrnym, jak +wyćwiczony żołnierz. Jak długo szedłem, nie wiem. Nie myślałem o niczem, +nie czułem nic. Tylko chwilami zdawało mi się, że po drugiej stronie +ulicy w mroku prześlizguje się cicho taka sama postać błędna, idąca bez +celu, potępiona. I byłem jej wdzięczny, że idzie ze mną i nie trwożyła +mię wcale, jakgdybym ją znał od wieków. Chciałem się zbliżyć do niej i +przeszedłem przez ulicę: przyspieszyła kroku. Począłem iść prędzej: +pobiegła. Zacząłem biedz--i znów rozpoczął się pościg, aż w mroku +gęstszym widmo odwróciło się, spojrzało mi w twarz i znikło. Lecz na +karku jego widziałem swoją twarz, swoje oczy, nienawiści pełne i +pogardy. I zrozumiałem, że to dusza moja uciekła odemnie. Trwoga +nieludzka mię ogarnęła znowu, która ścina krew w żyłach i ciału +kamienieć każe; zdało mi się, żem skonał już i lada wiatr, co kłosa +rosnącego w ziemi nie zakołysze nawet, trąci mnie lekko, zdmuchnie i +rozkruszy. + +Nagle z załomu ulicy jakiejś wyleciał wiatr--i zdało mi się, jakgdyby +ktoś ostrze chłodne przesunął mi wzdłuż--między duszą a ciałem. Zmąciło +mi się wszystko; przypadłem do muru. A kiedy omdlenie przeszło i +poczułem, że żyję--zerwałem się i począłem biedz, byle uciec z tej nocy +bezkresnej, zabójczej. + +................................ + +...Przybiegłem nad rzekę. Ognie latarń nadbrzeżnych paliły się w falach +i rzucane wiatrem tańczyły koło brzegów jakieś szalone zaloty. Środek +rzeki był czarny, głęboki, tak że odbite blaski gwiazd zginęły gdzieś w +tej otchłani. Przechyliwszy się przez poręcz, opuściwszy głowę, z +której wiatr strącił mi kapelusz, trzymałem się prętów baryery i nie +mogłem spuścić oczu z rzeki. Kocham i boję się tej głębi. I dla tego że +wiem, że kiedyś muszę się w nią rzucić, że wiem, że woda ta jest zimna, +dławiąca, duszna--trzymałem się rękami mostu i patrzyłem z zachwytem i +dreszczem. Śmierć w wodzie... tak, ona czeka mię na pewne. Gorączce +mojej raz warto dać ochłody. Uderzy mię zimno ze wszech stron, +wstrząśnie mną nagle aż do głębi myśli, a potem zacznie się coś szarpać +wewnątrz mnie i wyrywać i szamotać strasznie, aż mimowoli otworzę usta, +i napiję się wody--i wtedy wszystko zgaśnie. Dobroć jakaś, łagodność, +jasność mię otoczy i w oczach będą mi latały obrazy, szybkie, piękne. I +będę chwilę znów żył tem dzieciństwem, co tak prędko przeszło, i zobaczę +śliczne słońce, które ścigałem dawniej po tapetach mieszkania i pudla +swego zobaczę. A kiedy teatr ten się skończy i zasłona zapadnie, nie +będę już czuł ani zmory, ani zimna, ani opuchlizny, od której +nabrzmiewać będę. Dobrze... + +Nie, nie, nie... Wiedziałem przecież, że to nie dziś jeszcze, a jednak +na sam widok tej wody podemną drętwiałem i kurczyły mi się palce koło +prętów. I wtedy, gdy będę skakał z tego mostu--bo na pewno zeń skoczę--w +głębię, w spokój, kląć będę jeszcze i rzekę i siebie i wyciągnę ręce, +aby ją odepchnąć. I wpadłszy, wyć będę jeszcze wszystkimi głosami duszy +o ratunek, i przed wodą zadławi mię strach. A jednak nie mogłem ztamtąd +odejść, i wtedy... znów tam przyjdę. + +--Co pan tu robi? + +Przedemną stał robotnik, z oskardem i łopatą na ramieniu. Spoglądał na +mnie bystro. + +--Przyglądam się rzece. + +--Tak... a gdzie pański kapelusz? + +--Wpadł do wody. + +--A gdzie pan mieszka? + +--Na rue des Ecoles.--Nudziły mię te pytania i ciekawe spojrzenia, lecz +doprawdy nie miałem jakoś siły się gniewać. Odwróciłem się od rzeki i +zacząłem sam pytać: + +--A pan dokąd idzie? + +--Do roboty. + +--To pewnie już będzie szósta? + +--Jest szósta. + +Wreszcie! Tak, musiała być już szósta, bo spostrzegłem dopiero, że +żółknie zlekka wschodnia strona nieba. Rozmowa się urwała. + +--Przechodzę przez Boul. Mich'. Panu zdaje się nie dobrze--niech Pan +idzie ze mną. + +--Nie, ja wolno chodzę; lubię sam chodzić. + +Stał parę chwil bez ruchu i nie decydował się, co ma zrobić. Patrzył mi +badawczo w twarz--miał ogromnie sprytne oczy. Dodałem więc: + +--Może pan iść śmiało. Daję panu słowo, _to_ jeszcze nie tej nocy. + +Popatrzył chwilę jeszcze. Odszedł. A ja stałem jeszcze długo, dygocąc z +zimna rannego. + +Świtało. Niebo przystrajało się do dnia, powoli nasiąkało światłem, +błękitniało, aż powlekło się złotem i czerwienią. Z przepychu tego +ulicom dostawała się tylko grzązka, mglista szarość, w której bez blasku +płonęły żółte latarnie. I ponuro ciągnęły się jednostajne kamienice, +straszne i bardziej martwe niż w nocy, kiedym wieszał na nich swoje +widma. Ale widziałem już dość, a nim doszedłem do końca ulicy, +rozświetliło się wszystko. I mogłem wracać; wróciłem. I oto siedzę w +swym pokoju w szarym brzasku, co jak błoto wciska się zewsząd. + +Gdybym wszystkie noce trawił na rozpustę, nie byłbym tak zmęczony, +bezsilny. Poprostu z blaskiem dnia odeszła odemnie cała moc, i znużenie +rzuciło się na mnie, jak na łatwą zdobycz. Mimo chłodu, oblewa mię pot. +Stopy mam poodbijane, ranne i w karku jakieś osłabienie, schylenie, żar, +jakąś chęć rzucenia się na wznak, aby leżeć bez ruchu, bez dreszczu na +czemś twardem, jędrnem, zimnem. Wszystko omdlewa we mnie jakby na śmierć +i znicestwia się. + +Lecz zanim spadnie sen, długo jeszcze nad oczami memi trzepotać się +będzie, jakby szelestem skrzydeł uciszyć wpierw musiał myśli--i te, +które szydzą i te, które płaczą, i te które przeklinają. I zanim zasnę, +słuchać będę tych myśli: i tej szydzącej, która szepnie mi, żem podły, +bo od zbawienia uciekłem--i tej płaczącej, która przypomni, żem +nędzny--i tej przeklinającej, która spyta: czemu, czemu?--i odpowie, że +cudzych losów zagadkowy skręt, to jest moja nędza. + +A! Spijmy... + + +_Dnia 12 stycznia._ + +Uspokoiłem się znacznie. Onegdaj przeleżałem prawie dzień cały, +zapuściwszy story. Wczoraj byłem »normalny«. Miałem nawet gości. Jestem +bowiem dobrym przyjacielem. Odkąd te zaręczyny stały się głośne w naszej +kolonii, postanowiłem wyprawić dla narzeczonych mały wieczorek. Wczoraj +to uskuteczniłem. Miałem wiele zachodów, bo ona jest jeszcze chora i +musi wystrzegać się w jedzeniu. Pół dnia przesiedziałem w kuchni swojej +gospodyni, przeszkadzając jej uwagami i ostrzeżeniami. Ostatecznie +zebranie udało się dobrze i wszyscy, kto miał przybyć, przyszli, bo dla +Turskiego wszędzie są jaknajżyczliwsi. Był Poliński, doktór Korzycki, +Starzewicz, koleżanka Łużecka z Woydówną, Kloss z żoną... + +Przy wejściu dałem Zaleskiej bukiet z samych prawie żółtych róż, ale ona +ma takie zamyślenie w oczach, że nie widziała koloru i nie zrozumiała +symbolu. Dzisiaj jestem z tego kontent, bo byłaby zadziwiona i +zirytowana;--choć właściwie wszystko mi jedno, bo tu niema przecież mowy +o »nadziei«. Wznoszono toasty. Rozeszliśmy się dobrze po północy. + +Za to wszystko zostałem wynagrodzony. Na pożegnanie, przekomarzając się +niby z Władkiem, podała mnie, tylko mnie, rękę do pocałowania. Ma +niezmiernie delikatną dłoń. Samo dotknięcie tej skóry jest pocałunkiem. +Palą mię trochę usta i czoło, bo zdaje mi się, że jestem już nędzarzem, +któremu rzucono ogryzki z pańskiego stołu. + +Z całego jej zachowania, dawniej i teraz--widzę, że ona ma dla mnie +ogromną przyjaźń. Wiem dobrze, że nie zawdzięczam tego sobie, lecz +Władkowi. Władek ma o mnie bardzo wysokie wyobrażenie; wierzy w mój +talent i zdolności, ceni mój charakter i kocha mię rzeczywiście. +Odmalował mię w takich barwach, że i jej udzieliła się jego przyjaźń. + +To jednak śmiesznie przykre zawdzięczać odrobinę, którą się ma, temu, co +wydarł nam wszystko. Jestem na łaskawym chlebie z odpadków jego uczuć. + + +_Dnia 13 stycznia._ + +Nie dostałem nigdy w twarz--lecz zdaje mi się, że pręgi policzka pieką +mniej od drogi, którą ściekły mi te łzy. Kilka razy podchodzę do lustra, +aby spojrzeć, czy twarz jeszcze gładka, czy nie tryśnie z niej smugami +krew. Wstyd płomienny położył mi na lica rozognione palce, i ciśnie i +pali. + +Wczoraj zachęcony moim przykładem Poliński urządził również mały +wieczorek. Ma on tu mniej znajomych, więc byliśmy tylko _en famille_, we +czworo. Przy kolacyi Poliński i ja staraliśmy się zabawić tych gości, +lecz było to niemożliwe: oni najlepiej bawią się sami--pocałunkami. + +Dopiero wczoraj zrozumiałem z całą dokładnością, że niczem, niczem nie +zwrócę jej uwagi. Wprost nie tylko nie mógłbym wyrwać jej miłości, ale +teraz nie mogę jej zmusić nawet do tego, aby choć na chwilę zapomniała, +że jest zakochaną. W niej zabita jest do szczętu wszelka ciekawość, ma +raz na zawsze spuszczone powieki. Choćbym głowę roztrzaskał przed nią, +nie zobaczy tego nawet. + +Gdy sprzątnięto ze stołu, Poliński u nóg jej położył dużą skórzaną +poduszkę; Władek, niby żartując, ukląkł zaraz na niej, a myśmy się +dyskretnie usunęli w drugi koniec pokoju i paliliśmy papierosy, +słuchając w półcieniu ściszone odgłosy pieszczotliwej ich rozmowy. +Widziałem, że Władek położył głowę na jej kolanach i rękami ująwszy ją +za szyję, przysunął jej usta do swoich. Była to śliczna grupa... z +lichej gliny, bo przecież on jest brzydki. + +A myśmy tymczasem z Polińskim rozmawiali po niemiecku--oni nie rozumieją +tego języka--i instynktownieśmy czuli, że trzeba mówić rzeczy +bezwstydne, sprośne, aby znieść spokojnie ten widok. Przynajmniej odrazu +trafiliśmy na ten wyuzdany ton i przy tych zakochanych wspominaliśmy +dumnie najbezczelniejsze nasze wyprawy i doświadczenia. Śmialiśmy się +kilka razy do rozpuku... z naszych wspomnień, z ich miłości. Mimo to, +obaj czuliśmy dreszcz w ciele i pot na skroniach. Mnie przebiegały parę +razy przed oczami czarne plamy; po kawie to przeszło. + +Gdyśmy już wychodzić mieli, spotkała mię wielka przyjemność. Dokuczyłem +trochę Władkowi. Ona przed lustrem przymierzała kapelusz. Poliński +świecił jej lampą, ja stałem z drugiej strony, trzymając zarzutkę. +Władek, który się wcześniej był ubrał, chciał się do niej zbliżyć. Pod +pozorem, że będzie pieszczotami przeszkadzał, a czas już iść, nie +dopuszczałem go do niej--pierwszy raz mogłem go nie dopuścić. Pchnął mię +kilka razy, naturalnie żartem. Nie drgnąłem z miejsca. Po tej utarczce +byłem bardzo blady: to z zadowolenia, żem był silniejszy--i z odwagi. +Ściskałem bokser w ręku. + +Wyszliśmy we troje od Polińskiego i najpierw odprowadziliśmy Zaleską. +Towarzyszyliśmy jej aż na schody, aby świecić zapałkami. Z Turskim +pożegnała się już w drzwiach pokoju: w ciemności zapałki zgasły. Potem +odprowadziłem Turskiego, który miał zdaje mi się ogromną ochotę mówić i +wywnętrzać się--ale ja byłem milczący i zły, więc rozmowa się rwała. +Mówiliśmy trochę o głupstwach, o Polińskim. Potem zostałem sam i +poszedłem do domu przez Boul.-Mich. Tu jeszcze było gwarno. Studenci +siedzieli po kawiarniach na ulicy; dziewczęta szeleszcząc tanimi +jedwabiami uwijały się z kwiatami w rękach, goniły się po kilka razem +lub zaczepiały znajomych _amis_. Widok ten oblał mię jakby żarem. Odgłos +pieszczot przez wieczór cały rozkołysał mi zmysły, bolesny zawrót +ogarnął je, obudziła się żądza. Ani cienia rozkoszy nie było w tem +pożądaniu: nic, tylko nieprzeparta, maniacka chęć, aby ściskać, chwytać +jakieś ciało, ślizgać się po niem ustami, stopić się z niem, i giąć i +ginąć w nierozplecionych skrętach. Oczy zaczęły mi płonąć i piec +powieki: żar mię owionął duszny, jaki czasem przed burzą spada z +pochmurnego już nieba. Widocznie, że nie mogłem ukryć, co się ze mną +dzieje, bo kilkanaście dziewcząt zaczepiło mię odrazu. Wszedłem do Café +d'Harcourt. Tam gwar był jeszcze większy. W kącie przy stoliku siedziała +z jedną z »koleżanek« i jakimś studentem, Gabryela. Zbliżyłem się do +stolika. Gabryela, widocznie nie mając zamówienia, zerwała się, rzuciła +mi się na szyję, zaczęła mię zasypywać pocałunkami i wymówkami, żem tak +dawno u niej nie był; siadła mi wreszcie na kolanach i zaproponowała, +żebyśmy wypili butelkę Chablis z ostrygami. Powiedziałem jej do ucha, że +nie mam czasu ani ochoty, i że muszę i chcę wyjść natychmiast i żeby +szła ze mną, jeśli jest wolna.--_Pour toi, chéri!_ Zgodziła się wyjść +odrazu. Wyszliśmy; para przy stoliku zaśmiała się za nami w głos: _Vous +êtes bien pressés, vous autres!_ + +Po chwili byłem u Gabryeli. Mieszka zawsze bardzo blisko: na rue +Tournon. W obu pokojach u niej był straszny nieład i zaduch. Zdejmując +zarzutkę i stanik opowiadała mi, że wczoraj wróciła bardzo późno z +Bullier i musiała przyjąć na noc jedną koleżankę.--_Une amie c'est pire, +qu'un ami, tu sais?_ Wstały bardzo późno i nie było już komu sprzątać. + +Gabryela postawiła świecę na stoliku nocnym i zaczęła porządkować i +układać pierzyny i poduszki rozrzucone po łóżku. Siadłem w sypialni na +fotelu i patrzyłem bezmyślnie. Na toalecie leżał rozsypany puder +fiołkowy i woń koło siebie roztaczał... Ta woń sprawiła mi ból prawie i +zdławiła odrazu pół żądzy. Fiołki... ulubione perfumy Zaleskiej. + +Tymczasem Gabryela ułożyła łóżko, zakrzątnęła się jeszcze po pokoju, +wypiła zapomniany gdzieś na stole kieliszek likieru i pocałowawszy mię +głośno w usta, zaczęła się rozbierać, ziewając: + +--_On est rentré tard, je t'avais dit._ + +Nie ruszyłem się z miejsca. + +Gabryela rozebrana wskoczyła na posłanie i wyciągnęła się jak długa. +Koszula odpięła się jej na ramieniu i prawa pierś wychyliła się okrągle. +Bodaj zrobiła to naumyślnie, bo ma i pierś i ramię prześliczne. Biodra +smukłe rysowały się przez batystową koszulę wyraźnie. Twarz jej +zasłaniał cieniem róg poduszki. + +Patrzyłem jeszcze chwilę na nią, i żądza znowu ogniem mię przebiegła. +Zerwałem się ubrany jeszcze, aby całować, ująć, pochwycić to ciało, +które ku mnie wynurzyło się z bieli. Wpijałem usta do jej ust i +piersi... gdy ostatnia zabłąkana smuga fiołkowej woni owinęła mi duszę i +dusić poczęła mi oddech: + +Zamiast Zaleskiej biorę prostytutkę... + +Żądza zgasła--jak zdmuchnięta świeca. Łzy schwyciły mię za gardło, +wybuchnąłem płaczem, rykiem ohydnym, niepowstrzymanym. + +--_Mais qu'as tu donc? T'es fou._ + +Tak!... Uciekłem, zbiegłem ze schodów, jak szalony--jestem w domu, +zamknąłem się na klucz. Łzy już wyschły--ale palą. Wycisną mi chyba na +licach pod oczami piętno na wieczność całą. Wszystka duma moja stopiła +się w tych łzach. Ktoby chciał, mógłby plunąć mi w twarz, bo tak płacze +tylko niemoc, nędza, miłość, która nawet przed ulicznicą nie wstydzi się +hańby, że jest pogardzona. + +Więc ją kocham? Kocham Zaleską?--Zapewne. + + +_Dnia 15 stycznia._ + +Od kilku dni kręci mi się przed oczami jedna myśl, decyzya prawie, +zagadnienie. Czy ja mógłbym Zaleską uwieść? Jest-że to możliwe, czy też +nie? Wzgląd na Władka nie gra tu żadnej roli; nie uznaję innego +obowiązku, oprócz swej chęci, i on może tu być najwyżej przeszkodą lub +tryumfem. Idzie tylko o to, czy rzecz jest możliwa. + +Badałem szanse. Ona jest zakochaną, prawie bez pamięci--to jest źle; są +dopiero zaręczeni i mają tak zostać długo--to jest dobrze. Jestto bowiem +ciągłe podrażnienie nie zaspokojone, ciągły śpiew na wysoką nutę, który +nuży gardło. Może nadejść taka przelotna chwila, gdy ona poczuje, że +śpiewak jest zmęczony i trzeba go zluzować: to może być podwaliną +zwycięztwa. + +Jestem raczej brzydki, niż piękny, ale nie mam w sobie nic odrażającego +i siły mi nie brak. Jestem wymowny i mam pewną aureolę talentu, która +może mi pomódz. Zobaczę, czy muza moja zdatna na stręczycielkę. Jestem +wytrwały... Zdaje mi się, żem sobie nie podchlebił. + +Właściwie rozumowanie jest tu niepotrzebne. Nie ma rzeczy niemożliwych, +są tylko bardzo trudne. Im większa stawka, tym większa wygrana. Zacznę. +Jeśli przegram, nie stracę nic, bo nic nie mam. Jeżeli wygram... Tak +cicho, abym sam siebie nie słyszał, szepcę czasem słowa, które wtedy na +usta mi wystrzelą. Może jakaś nowa moc, wielkość zrodzi się we mnie, +krwią i ciałem nasyci me widmo, i stworzy, i przywoła do życia. Może ona +jest życiem--i dla tego bez niej zewsząd jest tylko trwoga, rozpacz i +śmierć. Więc trzeba działać, bo lepszy jest zły czyn od najpiękniejszego +marzenia. + +Zastanawiałem się już nad sposobami wykonania planu. Roztrząsam to na +zimno, jak równanie. Droga gwałtowna, zaklęcia, listy jest wykluczona. +Ona jest na to za łagodna, za dobra i trochę... za głupia. Zresztą... +Władek. Działać można tylko powoli, zwolna, krok za krokiem, jak fala, +która pieści i podmywa brzegi, zanim je zatopi. Należy im nie odmówić +tej przyjemności, którą tak lubią, i żyć z nimi, jak najbliżej. Trzeba +wejść do tej rodziny... we troje, aby później zostać można bez +trzeciego. + +Ta droga jest przykra i grozi mi paleniem skroni przez czas długi, lecz +jest jedyna, a zatem dobra. + +Będzie to... ćwiczenie z algebry psychologicznej. + + +_Dnia 16 stycznia._ + +Wczoraj byłem z nimi w teatrze. Kupiłem bilety; dla Zaleskiej +przyniosłem mój zwykły bukiecik. Działałem w myśl swego planu, choć +coraz więcej widzę, że _contra spem spero_. I on, i ona są jakby +opętani; wszystko, co się koło nich dzieje, dochodzi ich, jakby +stłumione i dalekie. Szedłem przy niej, ale wszelka rozmowa, zarówno we +dwoje, jak i we troje rwała się bez przerwy, jak między obcymi. Były +chwile w tej drodze, że mi ręce drżały, jakgdybym chciał schwycić--wroga +lub siebie--za gardło i zadusić. W teatrze oni mieli oczy spuszczone i +trzymali się za ręce pod parapetem. Ja... ja słuchałem opery i na moją +duszę, nie przeszkadzałem im wcale. Wracając mówiliśmy trochę więcej... +o muzyce, o poezyi, o sztuce. Władek, który nieco ochłonął i bardzo +lubi moje wiersze, prosił mię, abym im coś powiedział. Naturalnie +zgodziłem się chętnie i powiedziałem ten smutny, napisany na Wiliją. + + Na niebie mojem chmury... + +Wiersz się jej podobał, tylko się dziwiła, czemu piszę takie rzeczy +ponure i rozpaczliwe. Czy mi źle z nimi, wśród przyjaciół? Piekło! Ale +Władek, który mię kocha coraz więcej, ogłosi mię niedługo za pierwszego +poetę w Polsce. + +Kiedyśmy doszli do domu, Zaleska przypomniała sobie, że nie kazała +zapalić w piecu i w pokoju będzie zimno. Władek wszedł z nią na górę, +aby rozpalić ogień. Czekałem na niego kilka minut, aż wreszcie znudziło +mi się stać na mrozie, znudziło czysto fizycznie--i odszedłem. Chodziłem +długo nad Sekwaną i myślałem. Myślałem, dla czego Sekwana nie zalewa +brzegów. + +................................ + +Przed chwilą wyszedł ztąd Poliński. Przybiegł z plotką. Spotkał się na +obiedzie z Turskim. Turski był strasznie zgorączkowany: biega po +wszystkich urzędach Paryża, wyrabia dla siebie i narzeczonej dokumenty. +Ślub odbyć się ma koniecznie jeszcze w tym miesiącu. + +Czy rozumiesz? + +Czy rozumiesz, ty podła, trupia masko!? + + + + +HAMLET. + + +Hamlet. + +Dyrektor wielkiej przędzalni Senger & C-ie w Pabianicach wstał, jak +zwykle, o godzinie siódmej. Buty elegancko świecące i ubranie +przygotowane były z należytą punktualnością. + +Kawa, której dyrektor wielkim był amatorem, była mocna; masło--świeże i +zimne, bułki--chrupiące; posiłek ranny najmniejszego powodu +niezadowolenia mu nie dał. Pokrzepiwszy się, dyrektor włożył kapelusz, +przejrzał się w lustrze, musnął cokolwiek siwiejące już wąsy, i +widocznie zadowolony ze swej postaci, wolnym krokiem do fabryki się +udał. Tam też wszystko we wzorowym znajdowało się porządku: maszyny były +w pełnym biegu, robotnicy na miejscach swoich. Dyrektor obszedł +wszystkie sale, wydał parę drobnych rozporządzeń, zajrzał do wydziału +administracyi, gdzie go o niewielkiej, zawsze jednak korzystnej zwyżce +zawiadomiono; w końcu wrócił do swego laboratoryum, gdzie się główne +jego zajęcie skupiało. I tu miara powodzeń się nie przerwała; +przeciwnie, wiadomości były pomyślniejsze jeszcze niż w fabryce. Zaraz +na wstępie powitał go pomocnik chemika radosną nowiną, że nowa farba +»trzyma«. Nowa farba była własnym pomysłem dyrektora, który od dawna się +trudził, aby drogą, rektyfikowaną benzynę tańszymi materyałami zastąpić. +Długie były niepowodzenia, zanim przed tygodniem udało się otrzymać +równie piękny błękit, jak ten, który znacznym kosztem z zagranicy +sprowadzano. Pozostawało zbadać, czy barwnik da się do tkanin +zastosować. Dyrektor zrzucił marynarkę, wdział ceratowy fartuch, i z +namaszczeniem zasiadł do pracy przed stołem zastawionym próbkami, +kolbami, flaszkami. Robota aczkolwiek nie trudna, zajęła jednak dość +czasu. Trzeba było z każdej flaszki wylać kropel parę na długie +zabarwione nową farbą paski sukna, suszyć je na słońcu, badać przez +szkła, zapisywać i porównywać rezultaty. To też kiedy dyrektor próby +swoje skończył i z lubością na fotelu się przeciągnął--było południe. +Rozległ się dzwon oznajmiający robotnikom obiad i godzinny odpoczynek. +Dyrektor spojrzał na zegarek, przekonał się, że sygnał obiadu dany +został punktualnie i zaczął się namyślać, co robić z dwiema godzinami, +które mu jeszcze do chwili obiadu pozostawały. Pracę skończył, do domu +nieuporządkowanego wracać nie lubił, zdecydował się więc wstąpić do +biblioteki. + +Biblioteka była dziełem samego dyrektora, który w początkach swego +dyrektorstwa dość żywo pamiętał o hasłach młodzieńczych. Obejmując swoje +obowiązki, wymógł na kompanii kapitalistów, że dali na bibliotekę salę i +zgodzili się z rocznego obrotu pewną sumę na zakup książek wyznaczać. + +Bibliotece tej z zapałem założonej początkowo nieźle się wiodło; były +książki, byli i czytelnicy. Powoli jednak, bez widocznego powodu, jad +ospałości się wcisnął; robotnicy wrócili do szynkowni, oficyaliści do +kart, książek kupowano mniej, i już od roku rzadko można było kogo +zastać w bibliotece. Gdy dyrektor wszedł do sali, pustka tam panująca +niemile go uderzyła: był to pierwszy wyłom w murze zadowolenia, które od +rana duszę jego otaczało. + +Wziął ze stołu »Kuryer« i zabrał się do czytania: warszawska brukowa +gazeta stanowiła jedną z jego potrzeb. Przeczytał sumiennie pełną +animuszu kronikę polityczną, przerzucił część rozporządzeń urzędowych, +doszedł do doniesień osobistych, gdzie na pierwszem miejscu, wyczytał: +»Znakomity profesor uniwersytetu w Bonn p. Zygmunt Rosicki na dni kilka +do miasta naszego zawitał. Z Warszawy udaje się na letni wypoczynek do +majątku swojego w kieleckiem«. + +Wiadomość ta zastanowiła dyrektora. Rosicki był jego uniwersyteckim +kolegą, i dźwięk tego nazwiska odrazu przerzucił mu myśli o dwadzieścia +lat wstecz, w dawno upłynione chwile wspólnie spędzonej młodości. +Napróżno próbował czytać dalej. Wspomnienia, pełzając jak węże, jedno po +drugiem wślizgiwały mu się w duszę. Odłożył gazetę, machinalnie podszedł +do okna, spojrzał na podwórze, gdzie grupami siedząc na cegłach +obiadowali robotnicy, i począł chodzić zwolna po pustej, cichej sali. + +Przeszłość daleka i zwykle zamglona, odżywała nagle w oderwanych +obrazach jaskrawych i światła pełnych. Przemyślane marzenia, uczucia +przecierpiane, zdarzenia przeżyte, to, co powiązane i spojone, zda się, +w jedną całość, stanowiło jego przeszłość, jego życie, powstawało +rozbite na części i porozrywane: jedno życie rozkładało się na sceny +obce sobie, jak figury kalejdoskopu. + +Jak dawno, jak dawno był tym młodzieńcem, pełnym wygórowanych acz +nieświadomych nadziei, niespełnionych marzeń, młodzieńcem, któremu wolno +nie mieć jeszcze wspomnień, żelaznym ciężarem kładących się na duszę! I +wyobraźnia rysowała mu własną jego postać, nie tę, jaką widział w +lustrze i której kłaniali się obywatele pabianiccy, lecz tę, która tam +przed laty, w starych murach akademickiego grodu, myślała i żyła, +cieszyła się z pochlebstw przyjaciół, cieszyła sie z śpiących na dnie +piersi sił, które ockną się kiedyś i pójdą niewiadomo gdzie, lecz zawsze +po zwycieztwo. Młodość jest wielkim czarodziejem. Lekkomyślnie i +nieświadomie upiększa sobie życie potęgą wielkich słów, których +działania zda się niewiedzieć, jak lufa nie zna działania zabójczych +kul, które wyrzuca. Miłość, rozkosz, sława, społeczeństwo, +ludzkość--wszystkie hasła, które dla dorosłego człowieka, świadomego cen +życia, rzadkim są pokarmem, dla młodzieńca zwyczajna to strawa. Uścisk +służącej w ważkim korytarzu--to miłość; serdelek pokropiony szklanką +piwa--to rozkosz; wierszyk zaśpiewany kolegom--sława. Błogosławione +kłamstwa! ... lecz biada tym, którym ambitna żądza zapomnieć nie da, że +te słowa--to tylko fałszywie ponaklejane etykiety, które odjąć trzeba, +gdy handel idzie na seryo. Ci zechcą w życiu, tak jak w młodości: +rozkoszy, miłości, sławy ... i życie im nie odmówi: dostaną małżeństwo z +przyzwyczajenia za miłość, drugorzędną restauracyę za rozkosz, +kuryerkową pochwalę za sławę. Rosicki znakomitym uczonym! Dobre to +kadzidło dla tłumu, który zapomni o tej sławie, jak zapomni o dźwięku +nazwiska, którego nie słyszał nigdy. On przecież wiedział, bo za ruchem +naukowym śledził machinalnie, co to za sława ta i setki jej podobnych. +Całe życie spędzone w jednej myśli, poświęcone odnalezieniu jednego +prawa, jednego objaśnienia, cała praca rozpalonego przypływem krwi +mózgu, oczu roziskrzonych nadzieją odkrycia--zaklęta w długich szeregach +cyfr i wierszów, które przeczyta równy autorowi szaleniec po to, aby +nazwać prawa pierwszego błędem, rachunki--fałszem, oczekiwania--ułudą. A +nad obydwoma za lat parę przejdzie potężnie tłoczący walec czasu; ktoś +jeszcze może o nich wspomni, choć dla niego życia w pracach ich nie +będzie. Minie jeszcze lat kilka i nazwiska ich porosną wiecznem +zapomnieniem, jak zarasta wydeptana w trawie nogą wędrownika ścieżka, po +której nikt nigdy nie przejdzie. Oto był los tego, na kim w młodych +latach zdawał się leżeć promień nieśmiertelności, on to był przecież, +który w ciszy pokoju, oderwawszy się na chwilę od pracy, mówił do siebie +cichemi i drżącemi ustami, że ślad jego nie zaginie, że ręka, która +wyrwie naturze prawdę, sterczeć będzie świetlana z nocy zapomnienia +długo, długo--może wiecznie. A jednak ten homunkulusowy gieniusz był +szczęśliwy; dyrektor widział go przed rokiem: był przekonany o ważności +i potrzebie prac swoich, wierzył w miniaturowe prawdy, które głosił, był +upojony wzmiankami i pochwałami gazet. Był szczęśliwy--szczęśliwością +skazańca, który idzie na nieznaną śmierć z zawiązanemi oczami. Dyrektor +czuł teraz dla przyjaciela swego dziwną zazdrość, której mękę łagodziła +tylko wyrafinowana rozkosz i duma, że on tak szczęśliwym być nie mógł. +On widział teraz, gdy wspomnienia młodości wionęły mu na duszę, jak na +spopielone ognisko, gdy w roznieconym ogniu odżyły dawne marzenia, że +życie ich zawiodło, nie dało im nic, nie zbliżyło na krok do wielkich +świateł, ku którym płynąć chcieli. + +Z gorączkową niecierpliwością, zagłębiony w siebie, zaczął rozdzierać na +kawały swe życie, badać każdą chwilę, każdą myśl, każde wzruszenie, +wszystko, co przeżył przez lat dwadzieścia. Badana z nienawiścią, +oświecana blaskiem znów rozgorzałych marzeń powstawała teraz przeszłość +o barwach trupich, o kształtach zgiętych i spodlonych. + +Jakiem było to jego życie, za które go chwalono i na wzór dorastającej +okolicznej młodzieży podawano!.. Czyż od chwili, kiedy po raz ostatni z +murów wszechnicy zabrzmiały za nim hasła świetnej młodości, nie był to +jeden nieprzerwany upadek, powolne pogrążanie w trzęsawisku codziennych +trosk i codziennych rozkoszy? Czyż od dnia, kiedy rozpoczął samodzielny +żywot i wstąpił do fabryki, początkowo jako bezpłatny praktykant, miał +chociaż jedną chwilę, które; by mógł powiedzieć: »stój jesteś piękną«? O +tak; przebiegał szybko stopnie hierarchii fabrycznej, aż dziś stanął na +jej niewysokim szczycie; miał coraz, więcej pieniędzy i coraz mniej +marzeń i nadziei, jadał coraz lepsze kolacye, spędzał noce u coraz +droższych dziewczyn. To były rozkosze jego kawalerskich czasów; a prace? +Pracował nad farbowaniem perkalu od rana do wieczora, wynalazł nowy +błękit, doglądał biblioteki, założył szkółkę. Pusta sala czytelniana i +szkółka z dziesięciorgiem leniwych dzieci, to było wszystko, co w życiu +swem stworzył i czego dokonał... Później znudziły go kolacye i +dziewczyny, znudziła samotność obszernego mieszkania, więc postanowił +się ożenić. On, którego wyśmiewali trochę koledzy za romantyzm, za to, +że szukał w kobiecie poezyi, niepowszedniego wdzięku, ożenił się z +najprzeciętniejszą panną, córką swego byłego zwierzchnika, ożenił z +nudów i przyzwyczajenia, bo swoją przyszłą codzień przy obiedzie +widywał. O miłości, uczuciu, o namiętnem, pełnem męki pożądaniu nie było +tam mowy. Było to małżeństwo jakich wiele, jakie wszystkie. +Przyzwyczajenie, przyjaźń, oparta na przyzwoitości, sympatya towarzyska +była jedyną treścią ich stosunku. Pożycie małżeńskie płynęło im +spokojnie i szczęśliwie, od chwili kiedy ją, wiedzącą wszystko z książek +i ledwie drżącą wprowadził po raz pierwszy do sypialni, aż do dnia +dzisiejszego, kiedy posuwający się wiek rzadszymi uczynił wybuchy +czułości. Nie zdradziła go żona--wiedział o tem; nawet myśl podobna nie +przesunęła się nigdy przez jej umysł; był że to dowód miłości i +przywiązania? Chłodne z natury miała zmysły--a zresztą na tem pustkowiu, +gdzie się osiedlili, nie miała z kim go oszukiwać; nie upadła, bo droga +jej była równa i prosta. + +I poczuł nagle dziką złość do kobiety, która była jego żoną, złość za +wszystkie niedoznane pieszczoty miłości i męki zdrady, za dziesięć lat +spokojnego filisterskiego szczęścia w zawsze ciepłych i zawsze otwartych +ramionach. + +Nie, nie miał racyi złorzeczyć jej. Czyż nie dbała o jego wygody, czyż +nie dawała mu dowodów uległości, czyż nie obdarzyła go dwojgiem dzieci, +które od lat ośmiu krzykiem, i kłótniami dziecięcemi zapoznawały go z +rozkoszami ojcostwa? Myśl o dzieciach przywiodła mu na pamięć, że +obiecał był wcześniej do domu powrócić i po obiedzie z rodziną udać się +do pobliskiego lasu. Nagle wyobraźnia, jak znarowiony koń rzuciwszy się +w bok, jaskrawo i dobitnie przedstawiła mu obraz takiej rodzinnej +wycieczki... + +...Po rżysku, oblanem promieniami zachodzącego słońca, idą dzieci, +prowadzone przez guwernantkę; za nimi w odległości kilku kroków, on, pod +rękę z żoną, której nie ma nic do powiedzenia, prócz zapytań, co będzie +dziś na kolacyę lub jutro na obiad. Słońce rzuca coraz krwawsze blaski, +z ziemi wilgotnej po deszczu powstają fioletowe opary, nadając odległym +drzewom fantastyczne kształty widm; zbliża się pełna uroku godzina +zmierzchu; oni nie widzą, nie czują, wszyscy idą spiesznym krokiem, +skarżąc się na zimno: herbata na wieczerzę przygotowana, wystygnąć może. +Nie takiem okiem i sercem spotykał niegdyś wschodzącą noc!!... + +Wzdrygnął się przed tym obrazem dyrektor, i jakby pragnąc odeń uciec +wyszedł gwałtownie z sali. Chciał iść gdziebądź w pole, ale mimowoli +tyloletniem przyzwyczajeniem wiedziony skierował się przez podwórze do +domku swego, naprzeciw fabryki. Nie widział ukłonów składanych mu przez +robotników i oficyalistów, przeszedł ogródek, który dworek jego otaczał, +i przez podjazd szybko wbiegł na schody, prowadzące do mieszkania; +nerwowo, silnie, dwukrotnie zadzwonił. Po chwili drzwi się otworzyły. W +drzwiach ukazała się sama pani domu, elegancko ubrana; w ręku trzymała +miotełkę--znak, że mimo kokieteryjnego stroju, gospodarskich kłopotów +jeszcze nie ukończyła. Powitała męża zwykłym uśmiechem i wyciągnęła doń +usta dość jeszcze świeże i ponętne. Dyrektor nie miał jednak humoru do +pieszczot. Na uśmiech nie odpowiedział, usta pocałował machinalnie bez +zwykłej czułości, i nic nie mówiąc wszedł do swego gabinetu. Żona nie +próbowała nawet pytać o przyczynę złego humoru, wiedziała, że mąż +najłatwiej sam się uspakaja, zamknęła więc drzwi i do przerwanej roboty +wróciła. + +Dyrektor tymczasem dalekim był do uspokojenia; przeciwnie, spotęgowały +się jeszcze rozstrój i niezadowolenie z siebie w domu, gdy codzienne +życie mocniej go objęło. Przeszedł kilkakrotnie pokój szybkimi krokami, +rzucając dla siebie tylko zrozumiałe wyrazy; w końcu zmęczony usiadł +przy biurku i znów zagłębił się w ponurą zadumę. + +Tak; zmarnował życie; czuł to aż nadto dobrze; zapóźno już teraz, gdy +czwarty krzyżyk do ziemi go przygniata, nowe zaczynać. Zresztą, czyż +warto? Gdzież pewność, że nie byłby po raz drugi zawiedziony gorzej, niż +teraz? Gdyby można porzucić szalone marzenia, zgodnie zadawalniać się +tem, co życie dało: spokojnem ciepłem domowego ogniska, względnym +mieszczańskim dobrobytem, tem wszystkiem, co położenie jego dla wielu +zazdrości godnem czyniło! Nie czuć, nie myśleć, nie przypominać sobie... +w bezmyślnym spokoju dobrze karmionego zwierzęcia korzystać z okruszyn +życia byłoby najlepiej! Wszak upływały całe lata, kiedy podobne myśli do +głowy mu nie przychodziły, gdy żył, jak inni, z zimną głową i jak inni +był szczęśliwy. Niestety, spokój długich lat zatruć mogła jedna taka, +jak obecna, godzina. + +Bezcelowy wzrok podniósłszy z ziemi, obrzucił nim cały pokój: wstrętnemi +mu były drogie obicia, sztychy na ścianach, świecidełka stojące na +biurku, te wszystkie oznaki średniej zamożności, upiększającej swe +siedlisko parodyą bogactwa i sztuki. Od figurki saskiej wzrok jego +przesunął się po biurku i padł na rozłożoną książkę. Książka ta zwróciła +jego uwagę. Przypomniał sobie, że ubiegłego dnia wieczorem czytał w +gabinecie, lecz co, nie pamiętał. Wziął rozwartą książkę, spojrzał w +nią--był to tom poezyi Krasińskiego. Oczy jego błądziły chwilę po +otwartej stronie, w końcu zatrzymały się, jakby przykute: »Trzeba być +Bogiem lub nicością«. + +...Tak, gdyby, nawet całkiem inaczej życiem swem pokierował, +niezadowolenie, wieczny wielkich żądań towarzysz, nie odstąpiłoby go ani +na chwilę... Teraz zrozumiał się jasno. »Trzeba być Bogiem, lub +nicością«. + +Bogiem niemożliwa, nicością zostać łatwo. Jedna krótka chwila bólu, +chwila pasowania się życia ze śmiercią i później wieczna noc: zniknie i +rozprószy się, jak zdmuchnięty płomień. + +Pociągnęła go ta myśl. Napróżno? nadludzkim wysiłkiem duszy chciał +odczuć to, co będzie czuł, gdy czuć przestanie, chciał Odczuć siebie, +jako zimnego trupa; wyobraźnia smagana biczem woli, cofała się z +drżeniem przed nieuchwytnością śmierci. A jednak ten przeraźliwy spokój +i cisza nęciły go coraz więcej. Leżeć tak z zamkniętemi oczami, z +rozchylonemi usty, z pogardliwym uśmiechem dla wszystkich rozkoszy i +zgryzot, które po jego śmierci, jak dawniej, będą dusiły ludzi w +wiecznej z sobą walce, wyrwać się wszystkim myślom, które dręczą, uciec +tam żalowi za młodością, za siłami, które znikły, za marzeniami, które +się rozpłynęły--co za rozkosz! Czyż nie przyjemna, że śmierć jego +zadziwi wszystkich, śmierć człowieka, który był bogaty, młody, +szczęśliwy, że go zaczną podziwiać, zanim nie nazwą głupcem, łub +waryatem, bo rozumieć nie będą? + +Dyrektor otworzył szufladę, wydobył mały błyszczący rewolwer i z uwagą +zaczął mu się przypatrywać. Rewolwer był nabity: jeden otwór bębenka +ukryty w lufie, pięć innych świeciło niklowymi stożkami kul. Dość +zbliżyć lufę na odległość cala, potem jedno pociśnięcie, jeden błysk i +grom, jedno uderzenie krótkie i druzgoczące, a kula przebije skórę, +wciśnie się w warstwy mięśni, strzaska szaniec kości, aż zmęczona walką, +obmytą w krwi odpocznie w miękkich zwojach mózgu. Z dziwną lubością +zatrzymał się na tym obrazie. Widział się leżącym na kanapie z ustami +szeroko rozwartemi, pełnemi na wpół skrzepłej krwi, z rysami +wykrzywionymi przez ból, z ręką daleko odrzuconą, z rewolwerem w +kurczowo zaciśniętej dłoni. Widział naokoło siebie domowników, zbiegłych +na odgłos strzału, żonę ze łzami w oczach, dzieci przerażone nowością +widoku, sługi, zaglądające ciekawie przez uchylone drzwi, i gdy naokoło +niego krążyć będzie ten cały tłum, pełen zgryzot i kłopotów, które jutro +już inne zastąpią, pełen szczerego smutku, skazanego na prędkie +pocieszenie, on leżeć będzie spokojny i pogardliwy. Nawet ta myśl, która +często głowę mu rozsadza, ta myśl, że śmierć--to ostateczny koniec jego +istnienia, przerwanie gwałtowne jego ja, które myśli, czuje i chce, +nawet ta myśl, która dziś jest w nim nie przeciśnie się przez spokój +grobu. + +Dyrektor zanurzał się w otchłań śmierci, jak pływak nierozważny idący w +morze, które falą ruchliwą i wiotką, pieszczotliwą a figlarną otacza mu +kolana i biodra, łechce piersi, szyję całuje, to zbliża się, to ucieka, +a wabi zawsze. Za zmienną falą idzie odurzony pływak coraz dalej; nie +widzi, że uciekła mu już ziemia, nie czuje, że noga dna nie chwyta, że +fala do ust mu się skrada, tysiącem pereł oczy mu oślepia, do uszu +rozkoszne obietnice szepce. Jeszcze jeden krok--i roztwiera się toń, +która ma go schłonąć. Dyrektor zbliżył się już do tej granicy. Żądza +spokoju, niebytu, coraz potężnie; ogarniała mu duszę; błyszcząca lufa, +świecące ostrza kul zdawały się go hypnotyzować i usypiać zwykle nie +drzemiącą chęć życia. Wolną bezmyślna ręka zaczął kręcić bębenek +rewolweru; słuchał chrzęstu, jaki wydawała każda kula, stając przed +otworem lufy i znów przysuwał do lufy następną, jakby nie wiedząc, +której poruczyć wykonanie nieświadomego jeszcze, choć już zapadłego +wyroku. Znów obrócił bębenek dokoła; teraz wybierze trzecią kulę. Trójka +była zawsze jego ulubioną liczbą. + +Nagle zapukano do drzwi. Cienki dziecięcy głosik odezwał się: »Tatusiu, +mama prosi na obiad«. + +Na dźwięk głosu dyrektor wzdrygnął się i rewolwer prędko rzucił na stół, +jak żak schwytany na gorącym uczynku. Spojrzał na zegarek. Była druga: +obiad podano punktualnie, godzinę już rozkoszował się przedsmakiem +śmierci. Ale teraz wykonać zamiar jawnem było niepodobieństwem: cały +obraz, który sobie wymarzył i ukochał, mógłby ulec zmianie: zresztą +dziecko przeraziłoby się strzału i strasznego widoku trupa. Nie iść na +obiad nie można; przyjdzie żona, zapyta o powód, zobaczy rewolwer; jeśli +się domyśli lub przeczuje, zaczną się płacze i spazmy. Najlepszem więc +zdało mu się udać spokój i siąść do stołu a zamiaru zaraz po obiedzie +dokonać. + +Dyrektor wstał, twarz do zwykłego wyrazu ułożył, rewolwer schował i +wyszedł do jadalnego. Dzieci pocałowały go w rękę i zaczęły gwałtownie +wspinać się na swe krzesełka. Jadalnia mimo jego woli przyjemne na nim +sprawiła wrażenie: uderzyły go mile jasne tapety, których barwę +podnosiło łagodne światło słoneczne, przecedzone przez gęste story, +uderzył go zapach róż z bukietu, stojącego na kredensie. Duży stół +czysto był nakryty i symetrycznie zastawiony srebrnymi przyborami; na +środku pyszniła się waza; pokrywa broniła jeszcze parze wydostać się z +ukrycia i roznieść po pokoju woń podanej zupy. + +Cały ten widok zamożnej jadalni podczas smacznego obiadu bił żywo w +najgłębsze struny ludzkie; zwierzęcości, zdawał się wysławiać wszystkie +rozkosze jedzenia... jak zachwycone nozdrza rozszerzają się z lubością, +aby wciągnąć podniecający aromat; język wybredny kochanek, krótko się +pieści z każdym kąskiem, lecz i w szybkim uścisku potrafi wyssać całą +skalę uniesień; żołądek mniej zręczny i gibki zadawalniać się musi +odpadkami języka, aż wreszcie zlekka wzdęty nakaże koniec biesiadzie. +Ciepłe strumyki rozchodzą się po całem ciele, tysiącznemi korytami do +serca i mózgu, do piersi i ręki biegnie od żołądka radosna wieść, dobra +nowina: »jestem zdrów i pełen«. Serce chciało kochać i cierpieć, +mózg--zwyciężać i ginąć, ręka--tworzyć i opadać; żołądek zmusił ich do +milczenia, on sam tylko jest panem. + +Dyrektor siadł. Czuł, że myśli, które w głowie ułożyły się w systemat i +żądały wniosku, pierzchnęły, jakby wsiąkły w parę, buchającą z wazy i +jak mgła rozprószyły się w nicość; czuł, że _ten on_, który z zimną +krwią przykładał rewolwer do ust, wymykał mu się; napróżno go +przywoływał; czuł, że gdyby nim był teraz, wśród żony i dzieci, udawałby +tylko. Chciał się gniewać na siebie i oburzać--nie mógł. + +Rozlano zupę. Żona wybrała mu najładniejsze i najcieńsze uszka. +Machinalnie wziął łyżkę, zanurzył w talerz i poniósł do ust. Gorący, +ostry, zaprawny korzeniami barszcz, jaki bardzo lubił, połechtał mu +podniebienie. Myśli, które jak ćmy płomień otaczały go przed godziną, +pierzchnęły jeszcze dalej; jeszcze jedna łyżka--już ich nie widać, tylko +cień ich padał mu wciąż na duszę; jeszcze jedna--i cień zniknął, jak +ostatnia chmura po letniej burzy. + +Dyrektor się uśmiechnął: był to znak pożegnania dla znikomych +przywidzeń, pobłażania dla siebie; z tym uśmiechem spojrzy teraz w +przeszłość. + +Wziął jeszcze parę łyżek, zaśmiał się do żony, poklepał ją po ramieniu i +do dzieci zawalał: »No dzieci zaraz po obiedzie mi się ubrać i marsz na +spacer«. + +Barszcz był tak smaczny. + + + + +PRZYSIĘGŁY. + +Przysięgły. + + +_Dnia 5 maja._ + +Skazaliśmy go na śmierć. Sprawa była tak prosta, że obrady nasze, nie +wiem czy pół godziny trwały. O piątej popołudniu przewodniczący wręczył +nam pytania i objaśnił, co każde z nich znaczy i jakie za sobą pociąga +skutki, a już przed szóstą oddaliśmy nasze głosy. Na wszystkie pytania +odpowiedzieliśmy _tak_, jednomyślnie. Nawet doktór Kuczyński, który od +czasu, jak się hypnotyzmem zajął, wszędzie upatruje suggestyą, nawet ten +musiał odrzucić swą łagodność i skrupuły. Bo też rzeczywiście ani jednej +okoliczności, zmniejszającej winę. Chłopak 25-letni, nicpoń, leniuch +wypędzony z warsztatów za ciągle awantury z majstrami i kolegami, +dręczył matkę, która go napominała; ostatni, ciężko zapracowany grosz od +niej wyłudzał, aż wreszcie, aby sprzedać resztę jej rzeczy, których +oddać nie chciała, zabił ją trzykrotnem uderzeniem siekiery. I żeby choć +cień skruchy. Wiedział, że kary nie ujdzie, więc, aby korzystać z +czasu, rzeczy za bezcen sprzedał i poszedł pić do szynku ze znajomemi +prostytutkami; u jednej z nich go znaleziono. W sądzie opowiadał o +zabójstwie z krwią najzimniejszą, choć rozumiał dobrze co go czeka, bo +siostrze, gdy zeznawała, pokazywał wciąż na gardło swoje, jakby chciał +rzec: »ostrożnie ze słowami, bo powieszą«. + +Zresztą był spokojny. Zupełne zwierzę: zgoła uczuć moralnych; wrażliwość +nawet zmysłowa osłabiona, dotyk nieczuły, zwyrodnienie najwidoczniejsze. + +Wyszedłem z gmachu sądowego z radcą Tańskim; spieszyliśmy się bardzo: o +godzinie 12-stej zaczęło się to ostatnie posiedzenie, do godziny 6-tej +pozostaliśmy bez jedzenia. Regulamin zabrania jadać w sądzie. Z +prawdziwą rozkoszą wyobrażałem sobie powrót do domu. Sprawa ciągnęła się +tydzień i przez ten czas prawie wcale w domu nie bywałem. Nie wiedziałem +jak dzieci stoją w naukach; mały Franuś trochę kaszlał, nie zdążyłem +nawet posłać po lekarza, z żoną od dwóch dni chyba nie mówiłem nawet. +Wyobrażałem sobie szczekanie psa w przedpokoju, radość dzieciaków, +uśmiech żony, że wreszcie do nich wróciłem. O samej sprawie już nie +myślałem. + +Przechodząc koło sklepu z zabawkami, kupiłem dla Jasia pałasz, dla Zosi +i Franka--łamigłówkę. Toż będzie uciecha!... + +Kiedy w końcu dostałem się do swego mieszkania i zadzwoniłem, zdziwiłem +się, bo długo kazano mi czekać. Czyżby wyszli? Zadzwoniłem raz, drugi. +Po chwili dopiero otworzono. Ani światła w przedpokoju, ani dzieci nie +widzę, tylko słyszę z kuchni lament i płacz. »Co się stało?«--zapytałem +przestraszony. + +--Hektora tramwaj przejechał i dzieci tak po nim lamentują. + +Odetchnąłem lżej, choć psa żal mi było bardzo, bo dziewięć lat był u +mnie i do dzieci się przywiązał. Wszedłem do kuchni. Na ziemi leży +Hektor z otwartym brzuchem i połamanemi nogami; dzieci nad nim +szlochają, a żona napróżno stara się je pocieszyć, bo widzę, że sama +zmartwiona i gdyby nie dzieci, też by się rozpłakała. + +Dzieci nawet nie zwróciły na mnie uwagi; zbyt były zajęte swym +bólem.--Zły byłem, że mi się popsuła cała przyjemność, które; się +spodziewałem. Psa mi też żal było: dziewięć lat trzymać zwierzę, to +można je prawie pokochać. + +--Weźże dzieci; to nie dla nich widok, rzekłem do żony. Przemocą prawie +trzeba je było wyprowadzić. Słyszałem przez drzwi, jak płakały. + +Pochyliłem się nad Hektorem, chcąc zobaczyć, czy nie możnaby go +uratować. Żył jeszcze; widocznie bokiem na szyny upadł, bo obie tylne +nogi były w kilku miejscach złamane i brzuch miał rozpłatany brzegiem +koła, i trzewia przecięte zupełnie prawie z jamy brzusznej wypadły; krwi +naokoło wylała się kałuża. Dotknąłem go ręką; drgnął, lecz już nie +jęknął wcale. Nie ma co myśleć o ratunku. I żal mi się go zrobiło tak +bardzo, że sam uczułem łzę w oku. Mój biedny Hektor! + +Trzeba go było dobić, bo inaczej mógłby parę godzin konać. Poszedłem po +rewolwer; nie wiedziałem jeszcze, czy będę miał odwagę do psa strzelić. +Przy pomocy służącej włożyłem go do drewnianej wanienki. Zawył, gdyśmy +go przenosili. Na ziemi, prócz krwi, została kupka skrwawionych kiszek. + +Służąca wyszła z kuchni; nie chciała na ten widok patrzeć. Nabiłem +rewolwer; czułem, że mi się mdło robi i ręka mi skacze i rewolweru +prawie nie trzyma. Jak mogłem, psu w ucho lufę wsadziłem i zamknąwszy +oczy, strzeliłem. Po strzale nie śmiałem otworzyć oczu. Słyszałem, że +drzwi skrzypnęły; spojrzałem, to żona weszła. Kula rozbiła psu czaszkę; +nie drgał już, tylko mu skóra na szyi dygotała i nozdrza trochę się +ruszały. Trwało to chwilę--ustało w końcu. Nie żył. + +Wróciłem do pokoju. Słyszałem jak się żona krzątała w kuchni, +rozmawiała ze stróżem, potem z kucharką, kazała dać obiad. Nie ma co +mówić, ładny obiad! A ja się tak spieszyłem na ten rodzinny obiad z +wesołymi memi dzieciakami. Dzieci wciąż ucierają nosy, jedzą, ale do +łyżki łzy im kapią; są tak smutne, że nawet moje podarki ich nie +pocieszyły. Żona siedzi chmurna; widzę, że jej psa żal. I mnie żal +Hektora i zły jestem, żem sam smutny i że inni naokoło mnie smutni. + +Wreszcie się ten ponury obiad skończył. Wyszedłszy z sądu, cieszyłem +się, że wieczór w domu spędzę. Nie mogłem jednak teraz usiedzieć. +Poszedłem do kawiarni na gazety. Rzeczywiście dobrze mi się wiodło! W +domu zmartwienie, a tu wpadli na mnie dwaj znajomi i kazali opowiadać +wszystkie szczegóły przeklętego procesu. Przecież to była _cause +célèbre_! I znów musiałem przeżywać te wszystkie obrzydliwości, któremi +mi cały tydzień zajęto. Trzymali mnie do pierwszej po północy. Musiałem +im opowiadać dokładnie akt oskarżenia, zeznania świadków, odpowiedzi +oskarżonego, wszystko. To nieznośne. Na drugi raz po takim procesie, na +miesiąc w domu się zamknę, o ile mi naturalnie psa znów nie przejadą. +Wróciłem późno do domu, z bólem głowy, zły na wszystkich. + + +_Dnia 6 maja._ + +Nie wiem, czy mnie śmierć mego ulubionego psa tak rozstroiła, że dotąd +się wzdrygam, gdy na rewolwer spojrzę, czy też dlatego, żem wczoraj do +późnej nocy o tym procesie mówił, ale dziś od rana z myśli mi nie +schodzi. Jestto tak męczące, to zwrócenie wszystkich myśli na jeden +punkt, którego żadną siłą ruszyć nie można, że doprawdy mam zawrót +głowy, jak ten, kto tak długo w jedno miejsce się wpatrzy, aż mu barwne +kółka przed oczami skakać zaczną. i nie tylko myśli mam jakby +zaczarowane, na zmysłach moich jakieś przekleństwo. Widzę, ależ +najrealniej wyobrażam sobie tego Pułkowskiego zabójcę i te całe hordy +jego przyjaciół i przyjaciółek, których tam za świadków spędzono. Nie +jestem muzykalny, melodyi zapamiętać nie umiem, a teraz zdaje mi się, że +mógłbym odtworzyć każdy ton jego chrapliwej mowy. Musiałem bacznie +czuwać nad sobą, abym nie spróbował _jego_ głosem mówić. Przypominam +sobie najdrobniejsze szczegóły sprawy; z pamięci mógłbym chyba powtórzyć +wszystkie akty. + +Co to jest? Przecież między nami skończone wszystko. Spełniłem swój +obowiązek; wybrano mnie, osądziłem według sumienia, nie miałem żadnych +wątpliwości, powinienem wrócić do swych zajęć, a nie myśleć o tem, +gdziem wszystkiego, czego odemnie żądano, dokonał. Stanowczo muszę być +niezdrów, to tylko mnie ten proces tak dokucza. Po obiedzie był u nas +Tański; mówił wciąż o swej podróży do Wiednia i o tem, że zapewne +dostanie tam awans; przecież, gdyby go coś dręczyło, mówiłby o tem ze +mną najprędzej. Gdzie tam... Zacząłem mu wspominać o wczorajszym sądzie, +ale widziałem, że go ten przedmiot wcale nie zajmował. Muszę się +przezwyciężyć. Zresztą to samo przejdzie; nie wiem, coby mnie zmusić +mogło, abym bez przerwy, jak ćma koło świecy, kolo tego zabójstwa w +myśli się kręcił. Matkę już pochowano, jego powieszą. Co mnie to teraz +obchodzi? + + +_Dnia 8 maja._ + +...A jednak myślę wciąż o nim. Przedmiot ten jedyny tak mnie ciągnie, +tak zajmuje, że już nie staram mu się oprzeć. Przeciwnie, wczorajsze +rozumowania moje były błędne. Ja rozstrzygałem o jego losie, słuszną +więc jest rzeczą, abym dopóki on jest jeszcze, o niego się troszczył. +Nie należy przecież obowiązków swoich zbywać machinalnie. To dobre dla +panów urzędników, radców i nadradców, podpisać papier i sądzić, że już +cały obowiązek wykonali. Nie, papier podpisywany przeczytać, rozkaz +wydany śledzić należy, wtedy jest się wzorowym działaczem. Ja takim +chcę być, dlatego śledzę i śledzić muszę.--Tembardziej, że ten człowiek +mnie obchodzi, obchodzi bardzo żywo. Cały tydzień się z nim spotykałem, +zadawałem mu pytania, zaglądałem mu w duszę i... poznałem ją trochę. +Chcę więc wiedzieć, co się z nim dzieje. Przyjść do sądu, słuchać, potem +wydać wyrok, choćby na śmierć i wyjść i o nic więcej się nie +troszczyć--to nie dosyć. Przecież słowa nasze, to nie Jowiszowe gromy, +nie zabijają od razu. Od wyroku naszego, od chwili, kiedy przewodniczący +odczytał: Pułkowski Jan skazany jest na powieszenie--do samej śmierci +ten człowiek żyje. Ja powinienem wiedzieć, czy to trochę życia, które mu +zostaje, czy to rozkosz dla niego, czy kara. + +W imię sprawiedliwości, ja powinienem wiedzieć, co on teraz czuje, +powinienem z nim być. + +Pójdę do prezydenta i zażądam, aby mnie do jego celi wpuścić kazał. Ja +muszę go widzieć, muszę zobaczyć, czyśmy go rzeczywiście ukarali. + + +_Dnia 9 maja._ + +Prezydent zdziwił się mojemu żądaniu. Argumenty moje są przecież jak +najściślejsze i nie do zbicia, a on doprawdy nie rozumiał. Już to +prezydent orłem się nie urodził. W końcu mi oświadczył, że nie może nic +dla mnie uczynić, albowiem skazany na śmierć z nikim, prócz dozorcy, +widywać się nie ma prawa; ostatniego dnia wolno skazańcowi zażądać do +celi, kogo zechce. Potem mi mówił, że moja chęć jest wysoce +niehumanitarna: wyzyskiwać dla swego kaprysu tak wyjątkowe położenie +człowieka. Czyż mu się zdawało, że ja chciałem tam studya powieściowe +robić? Ja chcę zbogacić kodeks o jedną grozę nową, a znieść tę krew, +która się tam leje. Bo kto wie... jeśli ten czas przedśmiertny jest +straszną karą, to będzie można skazywać już nie na śmierć, lecz na +krótszą lub dłuższą obawę śmierci. Oto skazujemy Pułkowskiego na 5 lat +ciągłego lęku śmierci. Przez 5 lat w każdej chwili może wejść oprawca i +zażądać swej ofiary, a ona przez 5 lat nie wie czy kat wejdzie--i umiera +przy każdem skrzypnięciu rygli, przy każdym odgłosie kroków,--a jednak +żyje. + +Rekursu nie założył, zrzekł się więc już wszelkiej nadziei. + +Chociaż mnie do więzienia nie wpuszczono, ale ja znajdę sposób. Tak mi +się ten Pułkowski blizkim wydaje, tak znanym. Cóżby mi jego słowa +powiedzieć mogły? + + +_Dnia 10 maja._ + +Co on czuje, nie wiem. Wysilam się próżno, a jednak powinienem i muszę +wiedzieć. + + +_Dnia 11 maja._ + +Nie wiem nic, ani wczoraj, ani dziś. Te daremne wysiłki mnie męczą. +Jestem zdenerwowany, silnie zdenerwowany. Unikam wszystkich; siedzę w +swoim pokoju. Mam odszukać duszę, która zniknąć musi, i uczynić ją +swoją. + + +_Dnia 13 maja._ + +To, co się ze mną zdarzyło, jest tak straszne, tak niesłychane, a jednak +tak naturalne, że nie wiem czy znajdę siły, aby o tem pisać. Łudziłem +się, łudziłem się jeszcze dziś rano. Jak mogło mi się zdawać, że to mój +obowiązek, obowiązek sędziego pcha mnie, żebym szedł wolny do jego celi +i dygotał z nim razem w przedśmiertnych drgawkach? Kto niewinny mógłby +sobie zadać taką tytaniczną, a próżną katuszę? Komuby to na myśl +przyszło? Dziś wiem, że to była obłuda, przed samym sobą obłuda. + +Dziś czuję, co on czuje, rozumiem, szaleję, bom sam zbrodniarz, bo on +mnie duszą swoją zaraził. I jak mogą ludzie się nie domyślać, że tak +być musi, że na duszę też przyjść może zaraza? Marnej choroby, tyfusu +lub ospy strzeżemy się, uciekamy, gdy twarz rażoną krostami widzimy; a z +dotknięć zbrodni--tego krwawego karbunkułu duszy, wyjść chcemy czyści i +zdrowi? Zamiast uciekać od zbrodniarza, jak psy przed widmem, wiążemy +go, sprowadzamy do sądu, wybieramy przysięgłych: czoło obywateli, +najzacniejszych ojców rodzin posyłamy i każemy im iść w tę zarazę. + +I narażać musiałem to, co mam najświętszego--czystość swoją, nie dla +bliźnich, lecz dla słowa, dla bezkształtnego bałwana, dla +sprawiedliwości. Kogo śmierć tego człowieka obchodzi? Ta, przed którą +zawinił, już zgniła i może błogosławi mu z nieba. A ja obcy, ja, +którybym go nigdy nie spotkał w życiu i nie widział nawet, i dwunastu +takich jak ja, poszliśmy i zabiliśmy go... + +Dziś rano stanąłem przed lustrem, jak zawsze, aby zaczesać włosy i +odrazu zobaczyłem, jak jestem do Pułkowskiego podobny: te same rysy, te +same wydęte wargi i czoło cofnięte w tył--dziedzictwo po przodkach +naszych dzikich. I kiedym ujrzał tam w lustrze siebie, zabójcę, jak +szalony wybiegłem z domu. Uciec, uciec gdziebądź, gdzie nie ma +zwierciadeł, nie ma szkieł, nie ma wody, gdzie zobaczyć się nie można! +Ale to napróżno. Potwór mój szedł ze mną i każda twarz ludzka była mu +zwierciadłem. Czułem dobrze, jak każdy przechodzień musiał we mnie +zbrodniarza widzieć, tem nikczemniejszego, że go kara nie dosięgnie. +Wiem dobrze, żem dla sądu niewinny, żem jeszcze ten sam szanowny +obywatel. Bo dusze nasze są wolne. Świat do myśli się nie wtrąca; byle +czyny dobre, nikt się nie troszczy, jaka zgnilizna wewnątrz? Kto +pomyślał o zbrodni, może być zbrodniarzem. Ale ludzkość na łąkach +zbrodni ścina tylko kwiaty czerwone od przelanej krwi; korzeni nie +dotyka: to też o bezkwiatowe, zielone badyle ranimy się, jak o stalowe +rżyska. + +Nie zabiłem matki i nie zabiję jej; dzięki Bogu umarła. Ale, gdyby żyła, +czyż nie zabiłbym jej? Wszak mogę o tem myśleć, mogę ją sobie tu, pod +moją siekierą, wyobrazić z rozpłataną czaszką, z okrwawioną twarzą. Kto +mi dowiedzie, że nie mógłbym tego uczynić, kto? + +A zresztą, choć skonała we własnem łóżku, choć płakałem po niej, czyż +codzień nie wpychałem je; w grób? Gdym się rodził, rozdzierałem jej +wnętrzności; gdym żył, rozdzierałem jej serce. Pułkowski zabijał minutę, +ja--lat 30. He razy w duszy życzyłem jej śmierci, ile razy chciałem, aby +tą siekierą, której udźwignąć nie mogłem, ugodził ja ktoś z góry, szatan +czy Bóg--wszystko jedno! A przecież nie kląłem jej, kochałem ją; +zdawała mi się tylko, jak każdemu, raz za złą, raz za głupią, raz za +starą, i chciałem ją mieć lepszą, mądrzejszą, młodszą, inną; nie +chciałem je; mieć taką, jaką była, chciałem, żeby ta istniejąca, ta +żywa, ta matka, żeby skonała... dla zmartwychwstania wprawdzie; lecz +śmierć jest, a w zmartwychwstanie kto dziś wierzy? + +Zbrodnia jest jak szczyt w chmurach: sępy na skałę lecą, a nietoperze o +miękkich skrzydłach u stóp je; się kręcą, ku górze patrzą, łzy mają w +oczach, a wzlecieć nie mogą, więc zataczają kręgi nisko, a gdy na ziemię +spadną, chowane są ze czcią. Lecz kto więcej chmury kochał, kto silniej +do skały się rwał, czy sęp, który na niej siedział, czy nietoperz, który +na nią wzbić się nie mógł? Ja dziś wiem, że nietoperz, że ja, że my. I +pod ciężarem wiedzy tej upadam. + +Zaraził mnie, zaraził nas wszystkich. Widziałem ich, kolegów +przysięgłych, uśmiechniętych, zdrowych, szczęśliwych. Nie wierzę im: już +jad w nich krąży; że na twarz im nie wybiegł, świadomości nie +zmącił--cóż to znaczy; wybuchnie. Osłabiony jestem, praca mnie +wycieńczyła, więc prędzej uległem; na nich też przyjdzie kolej. + +Zbrodniarzem jestem, zbrodniarza też teraz rozumiem. Jeszcze wczoraj +nie mogłem odgadnąć jego myśli, dręczyłem się próżnem usiłowaniem, a +dziś wiem, co on czuje, z nim jestem, jego męczarnią się męczę. + +On wie, że żyć będzie tydzień, że po siedmiu dniach otworzą się drzwi i +kat go poprosi, żeby wyszedł z nim... na szubienicę. Może zliczyć w +każdej chwili, ile mu zostaje nocy do przespania, godzin do oglądania +słońca, może zliczyć, ile jeszcze razy puls uderzy, a że myśli wolno, +wie, ile razy jeszcze myśleć będzie mógł. W każdej chwili powiedzieć +sobie może: oto np. trzysta siedemnasta przed śmiercią myśl moja; a że +nie chce kończyć, lęka się myśleć, lęka się tej następnej myśli, która +już trzysta szesnastą będzie, i nie myśli. A jeśli nie myśli, nie żyje. +Czy tak, czy tak umiera. + +Każda sekunda, każdy krok zegara przybliża go do grobu, i chociażby z +czasem całą siłą woli się borykał, ani jednej chwili nie powstrzyma. To +też spadają one jednostajne, nieubłagane, zimne, wolne. Tak, bo czas mu +wolno płynie. W sobie rozdziera go na niteczki tak cienkie, że wydłuża +mu się stokrotnie, tysiąckrotnie, lecz jeśli niteczka taka, cienka +niteczka pęknie--to jego śmierć. + +Ale nie to jest straszne. + +Straszne jest, że on to spadanie chwil słyszy i czuje. Każda chwila +zdaje się żelaznym ciężarem, który na wieko jego trumny--spada i +dzwoni. Dzwoni tak głośno, że on zatyka uszy i głowę w poduszkę chowa, +ale głos ten słyszy: dzwon, dzwon, dzwon... A każdy nowy ton łączy się z +echem poprzednich i biją coraz dźwięczniej, coraz silniej, aż dusza +rozkołysana ich dźwiękiem drga i odrywać się poczyna. O żelazne chwile! + +I czuje je. Zdarto mu skalp z głowy i na nagą kość z góry padają krople, +pluszcza i zalewają mu oczy. Spadają te krople wciąż: raz, dwa, trzy... +raz, dwa, trzy... Dłużej liczyć nie może. On szaleje, lecz umrze. Ja +szaleję... a pewno żyć będę. + +Myśli moje, zostańcie zemną!! + + +_Dnia 16 maja._ + +Obawiam się pomieszania zmysłów. Nie mogę wyjść z pokoju, nic prawie nie +jem, głowę mam rozpaloną. Zdaje mi się wciąż, że jestem z nim pod +kluczem, że z nim razem przed śmiercią... konam. Żona jest niespokojna; +chciałaby posłać po lekarza, lecz boi się; dobrze robi, że się boi. +Przysłała mi dzieci do pokoju; wypędziłem je. Ja nie mogę, nie +powinienem mieć dzieci. Dzwony w uszach dzwonią; krople spadają i +pluszczą, pluszczą, pluszczą. + +Głowa mi pęka. Nie sypiam. I czegóż się lękam, jeśli wiem, że nie umrę +na szubienicy? czemu się dręczę, jeśli wiem, żem nie zabił? Ale umrzeć +mogę, zabić mogę! Chciałbym oszaleć! + + +_Dnia 18 maja._ + +Nie, śmierć jest inna, straszniejsza, groźniejsza, niż dotąd pojąć +mogłem. Teraz ona jest bliżej i lepiej ją widzę. I tragedya ta leży w +tem, że to nie śmierć nieubłagana, ponura ku nam się zbliża; to byłaby +rozkosz jeszcze. Śmierć czeka spokojna, nieruchoma, a on żywy jeszcze ku +niej schodzi po szczeblach, coraz niżej. Jak grzechotnik na spętaną +czarem wiewiórkę, utkwiła w nim swe oczy i stalowe sznury z oczów tych +wychodzą, wiążą i ciągną ku sobie. I czuję, że żadna wola nie pomoże, że +próżno szamotać się w tej pajęczynie, która zwiąże, ściśnie, ściągnie. + +Choć chwilę snu! + + +_Dnia 19 maja._ + +Jutro go powieszą, a wieszanie odbędzie się tak: + +Ranek. Siódma godzina dzwoniła ledwie na wieżach: śpi jeszcze, bez +marzeń, bez widziadeł, słodkim, czarnym snem. Otwierają się drzwi, +klucze brzęczą, zawiasy skrzypią. Budzi się, ale nie wie, nie czuje +jeszcze nic. Wchodzi cały szereg ludzi, cały tłum bez końca. +Prokurator, dyrektor więzienia, pisarz, ksiądz, stróż, żołnierze, +ludzkość cała się zbiegła: jak oni się tam pomieścić mogą? On wstaje; +jak przed tyloma panami nie wstać? Prokurator czyta dźwięcznym, zimnym +głosem: Wyrok z dnia... zatwierdzony... wedle prawa... dziś o siódmej i +pół wykonanym zostanie. On słyszy doskonale; mógłby powtórzyć wszystko, +choć pamięć ma nędzną--ale nie rozumie, nie wie co to ma znaczyć; wie, +że się zdarzyło, że się zdarzy coś wielkiego, strasznego, nic więcej. +Pytają go, czy niema jakich życzeń. Nie odpowiada. Życzenia? Pytają raz +drugi. Nie odpowiada; sylabizuje po cichu: ży-cze-nia. + +Wychodzą wszyscy,--nareszcie--ryglują znów drzwi. To chyba sen. Zostaje +tylko ksiądz--wysoki, cienki, chudy. Bierze go za rękę, mówi coś +jednostajnym, bezmyślnym głosem. Nagle on pada na łóżko, z ust wybiega +mu jakieś krótkie, gardłowe chrypienie, niby śmiech, niby zdławiony ryk. +Zrozumiał. I znów cisza, tylko ksiądz dalej mówi swe pociechy. Teraz on +nic nie widzi, nie słyszy, rozumie tylko. Jest mu tylko ciężko w głowie, +w piersiach; nawet wnętrzności mu coś ciśnie, rozpiera; rozluźnia się w +nim wszystko, rozrywa. Chciałby się wyprostować, odchylić głowę, +odetchnąć, krzyknąć, nie może; tak duszno, tak ciężko. + +Ruszyć się nie może; żaden mięsień woli jego nie usłucha. Jest +bezwładny; nawet serce bezwładnieje i wolniej, trudniej się kurczy. +Ciężko, duszno--tylko ksiądz wciąż mówi. + +Jak długo to trwa, nie czuje. Tak się boi, tak drży, że nawet nie wie o +tem; nie została mu taka cząstka świadomości, któraby na ten strach +spojrzeć mogła. Czego się boi, nie wyobraża sobie. Będzie _coś, coś_ +musi być. To coś już jest. + +Minęło pół godziny. Wchodzą znów ci sami, te same tłumy. »Czas +iść«--mówi dozorca. Znów wstał bezwiednie. Kolana ma tak miękkie, że gną +się pod nim. Ksiądz bierze go pod pachę z jednej,--dozorca więzienia z +drugiej strony. Podparty stoi--bezsilny, bezmyślny, prawie martwy. +Takiego trupa nie można wlec. Dyrektor każe podać napój wzmacniający. +Czekają wszyscy, milczą. + +Sługa więzienny wnosi napój: mocny arak, gorący, z korzeniami. Nie pije. +Nie wie, czego od niego chcą. Sługa bierze kieliszek i wlewa mu do ust. +Nie wypluwa, połyka--wszyscy czekają i milczą. + +Mija chwila; wódka działa; zmysły zaczynają żyć; przedtem był ślepy i +głuchy, teraz widzi i słyszy, jaskrawo, dobitnie; może się poruszyć. + +Dyrektor komenderuje znów: »Iść«. Wychodzą: naprzód prokurator, potem +dozorca, potem on między księdzem a sługą, potem 12 żołnierzy z +obnażonemi szablami. On idzie wprawdzie; stąpa, ale przewróciłby się, +gdyby go wypuszczono z rąk. Idą wolno, więc ma czas przyjrzeć się +wszystkiemu, a zmysły od wódki ma żywe. + +Korytarz długi, trzykrotnie zagięty, jasny, tak jasny mu się zdaje. +Okienka są małe, ale dzień jest letni, słoneczny, i na przeciwległej +ścianie okna występują jak złote plamy. Bawią go te świeciste plamy, +które z oknem drgający pył łączy; cieszy się, że przez te pyty iskrzące +przechodzić musi. Obejrzałby się za siebie, gdyby więcej miał życia w +karku... i gdyby nie wiedział, że ten korytarz nie ma końca, bo nie +wierzy, żeby się ta droga kiedy przerwać mogła: tak bez ustanku, wciąż +krążyć będą wszyscy, między temi murami, to kąpiąc się w cieniu, to +nurzając znów w złotych blaskach. Idzie więc coraz śmielej i za siebie +się nie ogląda, bo wie, że to wszystko jeszcze setki, tysiące razy +zobaczy. Idzie na śmierć spokojnie... + +Nagle wszystko się zapada, wszystko tonie w szumiących jasnych +kaskadach. Jak kamień rzucony w wodę, opada ku dnu w głąb fal. Dobrze, +że z tyłu podbiega dozorca i chwyta go za rękę, bo ksiądz i posługacz +nie unieśliby nagłego ciężaru. Korytarz się skończył: są u wrót +podwórza. + +Podwórze jest uśmiechnięte, jasne, wesołe. Słońce obryzgało światłem mur +sąsiedniego domu i wapno bieli się tam i błyszczy, jakby srebrne. Niebo +szafirowe, lśniące. Powietrze ciepłe, świeże, wonne. W powietrzu słychać +jakieś szmery z miasta, z pól, z życia. + +Zatrzymują się wszyscy. On nie może jeszcze iść naprzód. Ksiądz szepce +mu do ucha. On pociech jego nie słyszy. Patrzy, patrzy w niebo, potem +spuszcza wzrok na mur przeciwległy. Kominy pobliskiego domu ostremi +cieniami odbijają się w słońcu. Te silne, ciemne linie podobają się jego +oczom. Opuszcza wzrok; na prawo od muru... Ten widok mąci mu mózg; w +głowie ma zawrót, zamęt, druzgotanie; mdłość go ogarnia, wymiotowałby +prawie, gdyby był co jadł. To szubienica. Dwie belki, na nich poprzeczna +trzecia, w poprzecznej hak, na haku długi, skręcony w pętlę rzemień. Pod +szubienicą para schodków: dla niego jedne, dla kata drugie. Przy +schodkach orszak katowski w odzieży czarnej, jak żałobnicy; pięciu +ludzi: kat główny, który wiesza; czterej pachołkowie, którzy trzymają +ciało, nim trupem się stanie. I to wszystko widać jasno, o trzydzieści, +o dwadzieścia kroków--na tle błękitu, zielonych drzew i białego muru. + +Patrzy, stoi. Wszystko mu mętnieje w oczach, szubienica zaczyna tańczyć +i w podskokach ku niemu się zbliża. Nie cofa się; żaden mięsień twarzy +mu nie drga, źrenice utkwione spokojnie, tylko dusza, nawpół wyrwana z +ciała, dygoce. Ktoś z obecnych powiada półgłosem, że skazaniec jest +nieprzytomny. Stoi wciąż. + +Niepodobna czekać i przedłużać egzekucyę. Dyrektor daje znak--kilku +żołnierzy się zbliża; jeden pomaga księdzu, drugi bierze za rękę, trzeci +podpiera z tyłu. Popychają go raczej, niż prowadzą. Początkowo daje się +posuwać, jak martwy; za trzecim krokiem machinalnie podnosi +nogi--przecież jeszcze żyje; idzie wolno, bardzo wolno, ale idzie. Ma +tylko dwadzieścia kroków do przebycia: kto mógłby żądać, żeby się +spieszyć miał? + +Obserwuje każdą piędź ziemi; oczy ma spuszczone na dół. Zbyt osłabiony +jest, aby źrenice ku górze podnieść. Spogląda pod siebie, widzi każde +ziarnko piasku, każdą wśród kamieni trawę. Każdy krok naprzód boli go +fizycznie... + +Nad uchem zabrzęczała mu mucha i siadła na czole; schodzi teraz od +włosów ku brwiom. Swędzą go dotknięcia je; łapek, lecz nie odpędza jej; +niech chodzi--przecież są równi: ona żywa i on żywy. Za chwilę przylecą +doń cale roje much i pieścić go będą skrzydełkami, a on nie będzie ich +czuł, tak jak teraz tę jedną małą czuje... Te muchy będą żyły. Idzie. +Nagle ci, którzy go prowadzą, stają--i on staje. Unosi trochę oczy: +przed nim żółte schodki... Więc już przeszli, dwadzieścia kroków +przeszli! To nie może być, szubienicę przysunięto! Wrócić, wrócić! Chce +obejrzeć się za siebie, brak mu sił, aby wykręcić ciało, pochyla się +więc tylko trochę, i ciężej na żołnierzu opiera. Podchodzi kat z +pachołkami: on teraz do nich należy; żołnierze czynność swą skończyli... + +Dwaj pachołkowie stają po bokach schodków; dwaj biorą go pod pachy, +wchodzą na pierwszy stopień i jego tam wciągają. Na szczeblu tym ocknął +się: dotąd był równy wśród równych--wszyscy szli, pełzali po ziemi; +teraz on o głowę wyższy od nich. Dotąd, gdzieś w duszy, pod duszą, +głęboko było coś, niby nadzieja, że ta śmierć nie przyjdzie, że zerwie +się jakiś huragan, wichry, gromy i deszcze rozbiją, rozsypią, rozniosą +więzienie, ziemię, świat... Niebo szafirowe, powietrze ciepłe, słońce +złote, tak blisko nad głową, że gdyby podniósł rękę, umaczałby palce w +promieniach. To śmierć przyszła. + +Z sąsiednich schodków kat mówi cicho: _schneller!_--Wnoszą go na następny +szczebel. Stal jakaś ściska mu mózg i trzewia. Czczość go mdli, czkawka +wstrząsa mu gardło. _Schneller!_ Są na szczycie. Kat bierze pętlę, +próbuje w ręku, zakłada mu na szyję, poprawia węzeł z tyłu, wprost na +kręgi. Ścisnął, rzemień dotknął skóry. Rzemień zimny, tak zimny, że go +parzy. Dotknięcie pętli wyrywa mu duszę. Dusza szaleje z lęku: tłucze w +ściany czaszki, rani skrzydła swoje, zrozpaczona upada i znów zrywa się, +jak przerażony ptak i wali w czaszkę nieprzytomna, wściekła... + +_Fertig!_ Pachołkowie zeskakują z schodków i wytrącają mu je z pod nóg. +Opada pół łokcia niżej. Naprzód brak powietrza, usta otwierają się +szeroko i drgają, oczy wyskakują z orbit; potem lubieżny dreszcz--węzeł +ruszył rdzenia--naga halucynacya przed nim, potem trzask, jakby świat +się zwalił, tuż pod uchem, pod mózgem: czaszka pęka, wszystko się +rozkrusza, węzeł lamie kręgi--i potem nic, nic... drgawki. Kat jedną +ręką oparł mu się na ramionach, drugą zakrył mu usta; pachołkowie +trzymają ręce i nogi; nie łatwo utrzymać, bo kurcze miotają ciałem +silnie. Wreszcie kurcze słabną, można puścić. Wisi prawie nieruchomy. +Skończone. + +Widzowie rozchodzą się do swych zajęć; prokurator do sądu, żołnierze do +koszar, dozorca do biura. Wszyscy z tym widokiem w oczach będą żyć, +jeść, pić, całować, mordować. + +Trup zostaje na szubienicy sam; grzebać wolno dopiero po sześciu +godzinach. Nie... nie sarn, bo słońce wtargnęło wyże; na niebo i z za +muru zagląda mu ciekawie w twarz. Słońce, bezmyślne słońce, wszystkim +równie jasne, patrzy oko w oko sprawiedliwości ludzkiej, promienne, +obojętne, pogardliwe. + +To jest wieszanie. Światu się zdaje, że jednego dostał trupa, a przecież +posiał śmierć w dziesiątkach ludzi. Aby ukarać jednego +zbrodniarza--dziesięciu, stu mniejszych stworzył. Ci wszyscy, którzy +jutro na to patrzeć będą, czy zapomną? Zagłuszą! ale nie zapomną! +Ściskać będzie który pierś, szyję kochanki, pieścić dzieci swoje--i +nagle jak rekin, wynurzy żarłoczną paszczę ten obraz: otwarte usta, +łaknące powietrza, wysadzone przeraźliwie źrenice--i szepnie: mocniej +całuj, silniej ściśnij. I ręka bezwiedna, nieubłagana posłucha, ulegnie, +ściśnie i zadławi. Ten widok tam u tych ludzi, żywy w mózgu--to Moloch, +który zażądać kiedyś może i zażąda swe; krwawe; ofiary. + +A kat, pięciu katów? Ja, matkobójca, gdym dobijał swego chorego, +martwego psa, drżałem i płakałem. A oni zabijają człowieka spokojnie, +fachowo, trzymają mu ręce, zatykają mu usta. Kat wraca do domu z +odciśniętemi na dłoni zębami skazańca! Te fioletowe plamy w ręce się nie +wryją, znikną. Biedna lady Macbeth! Myśli, które się w ich mózgach +kojarzą, muszą się o siebie zaczepiać jak rzemień o hak, jak pętlica o +szyję. Myślenie tych ludzi, to syllogizmy z szubienic, stryczków, +trupów. I zbrodniarzy tych, zbrodniarzy płatnych, stwarza sobie +społeczeństwo przez mój wyrok, przezemnie. To los mój, konieczność. Ślad +swój znaczyć muszę trupami, których nikt nie dojrzy, nie pomści. A ja +się tych niewidzialnych trupów tak lękam; lękam się, że staną kiedyś w +urocznej godzinie te białe upiory, widome oczom wszystkich i zduszą +mnie, wołając: »tyś nasz morderca!« Jam ich morderca! + + +_Dnia 19 maja, wieczorem._ + +Ocalę Pułkowskiego, ocalę wszystkich, odmienię wyrok, własną bronią +pobiję tych, co go wydali. Bo przecież oszukano nas, przysięgłych, +oszukano haniebnie. Jak mogłem odrazu tego nie spostrzedz! + +My, sąd, skazaliśmy go na śmierć, lecz nie na umieranie. Kazaliśmy mu +nie istnieć, nie kazaliśmy mu przestać być. Niech go nie będzie, lecz +niechaj nie znika. Śmierć, nieistnienie, jak wielkość ujemna jest też +rodzajem bytu, ujemnem życiem--tylko zero, przejście, zgon jest niczem, +przerażającem niczem. A przecież katowska kara, którą jutro spełnić +miano, jest tylko umieraniem, męczarnią. Tego w wyroku naszym nie było. +Niech geniusz ludzki znajdzie środek; niech go wtrącą w grób, tak, aby +ani jednej chwili nie umierał, zgoda! Trzeba tłomaczyć wyrok dobrze i +wykonać go ściśle. Niech szukają sposobu, niech wyplączą się z sidełt, +które obłudnie na nas zastawili! + +Biegnę do sądu. + +................................ +................................ + +Wyśmiano mnie. Ha! ha! ha! ha! + + +_Dnia 1 czerwca._ + +Powracam do zdrowia. W nocy, przed tym dniem, kiedy go powieszono, +dostałem gwałtownej gorączki. Majaczyłem, byłem cały tydzień +nieprzytomny. Żona mi mówi, żem krzyczał wciąż: »nie dajcie mnie +powiesić«; podarłem wszystkie koszule, każde dotknięcie do szyi +wprawiało mnie w szał. Musiano mnie posadzić na niskim fotelu, ubrania i +kołdry podwiązano mi pod ramionami. Lekarz sądził, że umrę; nie umiał +mnie leczyć, bo takiej choroby jeszcze nie widział. Przeżyłem. Będę +zdrów, bo tylko dusza we mnie umarła, nie cała. Zostało mi jej właśnie +tyle, ile trzeba, by wolno, zdrowo dojść do grobu. I tym ułamkiem będę +musiał wystarczyć sobie i... światu. Bo społeczeństwo ma swoje +wymagania; jestem zdrów, mam żonę i dzieci, obowiązki. Muszę dzieci +chować, z żoną żyć, z ludźmi handlować, myśleć, działać. Zabijałem +matkę, lecz bez przelewu krwi--nikt, nawet Bóg mnie za to nie ukarze: +zabiłem Pułkowskiego w sądzie--wszyscy mnie za to pochwalą. Kodeks +milczy i serca moich bliźnich milczą. Nie jestem więc w więzieniu. A że +ten okruch duszy zdrowej, który mi pozostał, nie wyplątał się z kajdan i +idzie drogą innych--nie jestem szaleńcem. Gdybym oszalał był, gdyby +świadomość w tych mękach zatonęła, byłbym wolny, chociażby... w +szpitalu; dzisiaj w domu, na ulicach miasta jestem niewolnikiem... nawet +logiki własnych myśli. I muszę drżeć, kiedy dotykam żony lub całuję +dzieci, abym ich niewinnie nie zadusił, muszę się bać każdego swego +czynu, bo może być sprawiedliwy, a ja wiem teraz, że sprawiedliwość jest +większą zbrodnią, aniżeli mord. + +Jak będę żył?... + + + + +SPOTKANIE. + + +Spotkanie. + +Nieraz czuje się nieprzepartą potrzebę, prawie żądzę pogrążyć się w +błocie, duszą i ciałem wykąpać w brudzie..., aby potem czystszym +podnieść się z upadku. Na dnie tej dziwnej kuracyi leży brutalne +zadowolenie egoizmu, ogłuszenie czasem budzącej się samokrytyki widokiem +istot bardziej upadłych, bardziej podłych.--Zkąd nagle rodzi się to +głębokie niezadowolenie z siebie, które kładłoby nam rewolwery w ręce, +gdyby nie zawsze gotowe ujście do rozpusty? Zdaje mi się, że ani mię kto +obraził i nicość moją wykazał, ani nie zrobiłem nic takiego, czegobym +się wstydzić potrzebował, a jednak... niezadowolony jestem z siebie, i +chciałbym się siebie pozbyć łub zapomnieć. Lada drobnostka, lada błahe +zdarzenie może być szczeliną duszy, kędy, jak z wulkanu, wychodzi dym, +zwykle tłumiony w głębi. + +Przyszło na mnie to pęknięcie duszy, tak »bez powodu«, w słotnym +październiku, kiedy bez ustanku spadające krople roztapiały, zda się, +mury domów i mózgi ludzi. Wiatr wył po ulicach, zrzucał czapki i +płaszcze, podnosił suknie i zrywał szmaty zawsze tam, gdzie na ciele +rana była, lub obrzydliwość jaka. I zdawało mi się, że październik ten +nie będzie miał końca--tak dawno zaczęły się niepogody--że stanął bieg +czasu i chwila ostatnia zastanie nas w tym samym październiku, tego +samego dnia. Obrzydł mi spokój i komfort domu, ładnie umeblowany +gabinet, zarzucony stosem bezmyślnych książek, obrzydło mi życie +codzienne, obrzydła mi nawet żona, stworzenie ładne i dobre: raz +sądziłem się jej niegodnym, i dąsałem na nią, że podchodziła do mnie z +pieszczotami, to znów upatrywałem w niej wszystkie wady i twierdziłem w +sobie, że mię unieszczęśliwiła. + +Lecz to wszystko znieść jeszcze można. Najbardziej było mi męczącem, że +dwie pęknięte moje połowy jakby się całkiem rozdzieliły i stały się +sobie i obce i wrogie. Wszystko co robiłem, wydawało mi się, jakby +robionem przez kogoś innego. Krytykowałem wszystkie czyny swoje, i +widziałem, że były bezmyślne i podłe. Z ironią mówiłem do siebie: patrz, +to ty zrobiłeś. I ten ironiczny śmiech powtarzał się wciąż, na każdym +kroku. + +Wyszedłem późnym wieczorem z domu, i pomęczywszy się trochę po ulicach +wstąpiłem do knajpy. Rozejrzałem się po sali: zastałem kilku znajomych, +dawnych kolegów, nieżonatych jeszcze, więc korzystali z pełni swobody. +Zwykle towarzystwo ich nie sprawiało mi przyjemności, unikałem ich +nawet, mając za ludzi głupich i nie wiele wartych. Wtedy jednak kontent +byłem, że ich widzę i zbliżyłem się do nich. Przywitali mię okrzykami: +»Oho, nasz żonkoś, co to? Z domu ucieka« i t. p. Nie pamiętam, ale zdaje +mi się, że pozwolili sobie kilku docinków dla mojej żony, za które +zwykle bym wypoliczkował; wtedy jednak znosiłem spokojnie... sam się +śmiałem. Kazaliśmy podać wódki, potem piwa, potem znów wódki, potem +likieru, i tak siedziałem w nocy, słuchając banalnych dowcipów i starych +plotek, któremi dawno niewidzianego przyjaciela raczyli. Była już późna +noc. + +--Pojedziesz, zapytał jeden drugiego. + +--Jeżeli chcesz... nie idę jutro do biura, to można się wysypiać. + +--To pojedziemy. Jak się bawić, to porządnie. + +--Dokąd pojedziecie, zapytałem obu. + +--Eh! Niby to można, odpowiedział twórca projektu, przy +żonkosiu--żonkosiem stale mnie nazywali--o tem mówić, jeszcze się +pogniewa i obrazi. + +--Ależ mówcie, cóż to szkodzi, rzekłem trochę zirytowany. + +--Żonkoś pewnie nawet nie wie, co to jest. + +--Mówcież, bo się pogniewam, u furgonów mil beczek--miałem dobrze w +głowie. + +--Powiedzieć mu? zapytali jeden drugiego jednocześnie. + +--Mów; i jeden nachylił mi się do ucha i zaczął szeptem: »pojedziemy do +... Loli. »Loli« wrzasnął prawie na całe gardło. + +Spojrzeli na mnie, jakby ciekawi wrażenia, jakie to na mnie wywrze. +Przeszedłem ich oczekiwania. + +--Pojadę z wami, rzekłem. + +Była chwila zdziwienia; i za kawalerskich czasów chodziłem tam rzadko. +Wnet posypały się zmieszane okrzyki radości i wybuchy śmiechu tem +głośniejsze, że dwie butelki wódki były próżne, a piwo poodnosił już +kelner, bo inaczej cały stół byłby zastawiony. + +--Brawo! Dzielny chłop! To mi zabawa: zawieziemy żonkosia zdrajcę. +Zapoznamy go z Lolą. Daj buzi! Jak Boga kocham, nie zbabiał!... + +Pocałowaliśmy się. + +Wyszliśmy z restauracyi, bo już nas przepraszano, że zakład zamykać +muszą. Dorożka była tuż zaraz. Pojechaliśmy, ściskając się i całując z +rozczulenia przez całą drogę. + +Na miejscu nie zastaliśmy wiele osób. Było dość późno i dzień powszedni: +pięć czy sześć dziewcząt, porozkładanych na fotelach w jaskrawych +kostyumach i paru mężczyzn. Stary, siwy jegomość umawiał się z jedną w +kącie sali; jakiś bezwąsy młokos leżał wyciągnięty na fotelu: oczy +szklane, bez wyrazu utkwione w jeden punkt sufitu, mówiły, że mu już nic +do szczęścia na ziemi nie brakuje. Był jeszcze trzeci mężczyzna oprócz +nas--siedział na kanapie, tyłem zwrócony do mnie. Nie widziałem jego +twarzy, uderzyła mię tylko wysoka postawa i bujne krucze włosy, które, +niestrzyżone widać dawno, spadały mu na szyję. Ubranie na nim było +obdarte i brudne. Przyciskał na kolanach siedzącą wątłą, szczupłą +blondynkę i mówił je; coś, co jak mi się zdawało, nie zawsze i nie +każden w takiem miejscu mówi. Moi towarzysze przywitali się z nim; podał +im rękę obojętnie i nie przeszkadzał sobie w rozmowie. Zapytałem ich, +kto to taki. + +--Widać, że tu nie bywasz; toć to stały gość, niejaki Rysiński, literat +podobno i adwokat. + +--Co? Rysiński, Jerzy, zawołałem i spojrzałem raz jeszcze uważnie na +tego, który mi się dotąd nieznajomym wydawał. + +Tak, to on! Jak mogłem go nie poznać! Wszak to jego wzrost i zarost i +twarz nieprawidłowa, powykręcana, a jednak prawie piękna, i te usta +ogromne, czerwone, jakby rozkazujące kiedy mówić zaczynały. Nie +widziałem go lat tyle, a jednak niema najmniejszej wątpliwości--to on. + +Podszedłem ku niemu, i kładąc mu rękę na ramię, zawołałem po imieniu. +Obejrzał się na mnie, trochę zły na intruza, który mu przeszkadzał; nie +poznał mnie. Rzeczywiście, zmieniłem się znacznie od chwili ukończenia +gimnazyum. + +Przedstawiłem się. + +Wstał i patrząc wciąż na mnie, silnie, dwukrotnie uścisnął mi rękę. +Teraz, gdy widziałem go przed sobą, twarzą w twarz, poznałem go jeszcze +lepiej. Rzeczywiście, mało się zmienił, tylko zarost miał bujniejszy i +we włosach nad skronią--czego nie mogłem dostrzec z tyłu--przeświecała +gdzieniegdzie dość gęsta siwizna. + +To on! Mój dawny antagonista ze szkolnych czasów, któryby zawsze w +niwecz obrócił pracowitość mych domowych godzin, gdyby nie sprawowanie. +Zawsze z nauczycielami miał zatargi, a gdy się uniósł, na słowa nie +zważał, więc mu ledwie tylko dostateczny stopień ze sprawowania dawano. +Ileż razy chciano go wydalić! Ocalił go tylko nasz filolog--ważna figura +w gimnazyum--który dyrektora upewniał, że czterdzieści lat uczy, a nie +spotkał ucznia, któryby tak łacinę i grekę pojmował. I w historyku miał +przyjaciela, bo ten lubił, gdy mu kto obszernie lekcyę wydawał, a Jerzy +miał zawsze jakieś swoje fakty i poglądy, o które się spierali. + +Po ukończeniu gimnazyum, rozeszliśmy się. Studyowałem zagranicą, +podróżowałem, długi czas mieszkałem na prowincyi; co się z nim działo, +słyszałem tylko urywkami. Z trudem przeszedł przez wydział prawny, +został adwokatem, gwałtowną mową w jakimś skandalicznym procesie zyskał +sobie imię i wziętość. Pisał trochę; parę utworów jego czytałem; były +może nie tyle piękne, ale tak osobliwe i niezwykle, jakich dotąd u nas +nie spotykałem. Nawet urzędowa krytyka chwaliła go, choć nie zbyt +chętnie. Lecz wszystko to były wspomnienia dawne. Od pięciu, sześciu lat +straciłem go całkiem z oczu. Nikt prawie nie wiedział, co robi i gdzie +się obraca. + +I oto spotkałem go tam... + +--Tyle lat, co za szczególny traf. Ale mówże, co się z tobą dzieje. Od +nikogo wiadomości o tobie dostać nie można. + +--Udzieli ci ich nawet szwajcar z przed bramy. + +--Wiesz, nie przychodziło mi na myśl tu się o ciebie dopytywać. + +--Tak, zawsze unikaliście tego, co z pierwszej ręki płynie. + +Rozmowa nasza była co najmniej dziwną. Stałem też zmieszany prawie, nie +wiedząc, czy się żegnać, czy dalej rozmawiać. + +--Ale czegóż stoisz, siadaj. + +Schwycił mię za rękę, aby przy sobie posadzić. Po gwałtownem, +nieelastycznem szarpnięciu poznałem, że musiał był pić dosyć. + +--Albo po co tu, gdzie te małpy na nas patrzą. Weź klucz--zwrócił się do +dziewczyny--i chodź z nami na górę, tylko każ przynieść piwa. + +Zrozumiałem, że początek naszej rozmowy nie zdradzał wcale osobliwej ku +mnie antypatyi. Ta szorstkość, prawie gburowatość, stała się zapewne +jego manierą w stosunkach towarzyskich. + +Dziewczyna wstała, aby spełnić polecenie. Zobaczyłem teraz, że była +ubrana w półkrótki kostyum. Nogi w czarnych ażurowych pończochach +delikatnemi liniami zarysowały się po kolana. + +--Ładna, rzekłem odprowadzając ją wilgotnym wzrokiem. + +--Ładna; ale co tam, zdechnie ta, to będzie inna. + +Poszliśmy za dziewczyną. Z towarzyszami moimi nie pożegnałem się nawet. +Od nowych wrażeń zaczynałem już trzeźwieć, towarzystwo ich znów stawało +mi się wstrętnem. Byłem kontent, że przy kuflach o mnie zapomnieli. + +Po chwili siedzieliśmy troje w jednym z tych małych pokoików na trzeciem +piętrze, jak zawsze w takich domach. Przed nami na stole paliła się +lampa, naokoło obstawiona butelkami, które wniósł posługacz. Za +wychodzącym nasza gospodyni zamknęła drzwi na klucz. Potem zdjęła stanik +i chciała odwiązywać spódnicę; gotowała się widać na zabawę. Jerzy +przerwał jej i podchodzącą ku nam podniósł w górę, i nieruchomą, +zduszoną posadził sobie na kolanach. Piwo było w naszych trzech +szklankach. + +--A ty ciągle to samo; pisujesz do dzienników? + +--Tak, jestem współredaktorem Przeglądu; + +--Cóż? Podobają ci się twoje artykuły, co? + +Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. + +--Przecież mój drogi, nie są gorsze ... + +--Tak, tak, ale pocóż je pisać? Niby nie wiesz, co się robi z +zeszłotygodniową gazetą. Więc ty nie wstydzisz się pisać po to, aby +inni... Wybuchnął głośnym pijackim śmiechem. + +--Przyznam ci się... + +--Tak, tak, przerwał spieszniej, niewłaściwe żarty; obraź się, obraziło +się już tylu; dlaczego ty masz być wyjątkiem? Tak, obrażać ci się wolno, +tylko nie wolno ci udawać, że wiesz, poco pracujesz. Ot, jak stare konie +w kieracie, jeden za drugim ślepy, zawsze w kółko obraca swe jarzmo i +powiada: pracuję dla ludzkości, dla kraju, dla rodziny... Kłamstwa, +kłamstwa! + +Rysiński milczał chwilę, patrząc bez wyrazu przed siebie, jak gdyby +szukał słów, które oddawna miał w pogotowiu, tylko gdzieś nagle ich +zapomniał. + +--Rozgłos, pieniądze, nic, błahostka, choćby chęć droższej kolacyi, to +was pcha da roboty. Praca dla innych, altruizm, ha, ha! Człowiek, +któryby chciał być altruistą, musiałby od tego zacząć, żeby przestał +istnieć. Spróbuj pracować, gdyby każde słowo prawdy--tej prawdy, która +wiesz, że nie istnieje--miało cię kosztować jedną ranę. Co? Pracowałbyś? +Ale dla was to waryackie myśli; wy macie swoje teorye, zgodności +społeczne: jednostka i ogół, egoizm i altruizm, wszystko się ze sobą +godzi; jednego mniej, drugiego więcej, a zawsze jakieś ciasto wyjdzie. +Istne z was centaury. Głowy kawałek w was ludzkiej, lub małpiej, lecz +reszta nawet nie końska, ale świńska. I wy się macie za ludzi, za całych +ludzi, kiedy zręczny nóż tak zawsze wykroić was może, że wam człowieka +wytnie, a zwierzę na cztery wiatry światu puści!.. Ale krótki macie +wzrok, nie widzicie własnych racic. Dla kawałka ludzkiej głowy brać się +za człowieka, to zabawne! Zaśmiał się serdecznie. + +--Może swoje postępowanie wystawiasz za wzór ludzkiego życia, odparłem +trochę zirytowany. + +Rozmowa po tylu latach niewidzenia nie była zbyt serdeczną. + +--Co, ty myślisz, że po ludzku żyć to wygrzewać się w pielusze waszej +moralności. Świetna ta stara bajka o lisie, któremu ogon odcięto: +obowiązki, przepisy ma ten, kto nie ma sił. Wybyście wszyscy tutaj +przyszli, nie wychodzilibyście ztąd, i z gorszych jeszcze nor, gdyby wam +sił starczyło. Przyjdą, popatrzą, i spluną, jak lis na zielone +winogrona. Przychodź tygodniami, tak jak ja, a zobaczymy, czy będziesz +tak wyglądał. + +Rysiński był znanym w szkole siłaczem i pomimo zmęczonych oczu i cery, +widać było, że mięśni swych nie stracił. + +--Tak, ale dla was to niepotrzebne, wy używacie zawsze umiarkowanie, po +ludzku. Trochę prostytucyi, trochę małżeństwa, wszystko w takiej samej +miksturze, jaką wy jesteście. Gardło mi zaschło. + +Wypił duszkiem szklankę piwa i pochylił się w tył na fotelu. Ruch ten +rozbudził dziewczynę, która znudzona rozmową, zasnęła mu była na +kolanach. Jak nieprzytomna otworzyła oczy, ziewnęła, ale wnet przyszła +do siebie. + +--Pójdę spać, rzekła do Jerzego. + +--Dobrze, odpowiedział jej krótko. + +Dziewczyna wstała, podeszła do łóżka, obojętnie zrzuciła spódnicę, +zdjęła pończochy; położyła się pół naga na kołdrze. Po chwili miarowy, +głośny oddech dał nam poznać, że zasnęła. Milczeliśmy w tej ciężkiej +ciszy, przepełnionej zapachami perfum i ciał. + +Otrzeźwiałem był zupełnie. Dziwna, gwałtowna tęsknota za żoną, za tak +nikczemnie poniewieranem domowem ogniskiem mnie opanowała. Obrzydzenie +do wszystkiego, co mię otaczało, rosło z każdą chwilą. + +--Żal mi cię, Jerzy. Twoje życie wystarczy ci na miesiąc, na rok... + +--Starczyło już na pięć lat. + +--Wszystko jedno, ale co później? Co będzie, gdy się ockniesz z swego +zaślepienia, bo inaczej przecież zdań twoich nazwać nie można? Gdyby +tylko już o zmysłach mówić, co za przyjemność żyć z taką dziewczyną, +która dziś z tobą, jutro z innym, a zawsze z obcym? Czyż nie mógłbyś +nawet znaleźć większego upojenia zmysłów z żoną, kochanką? Marnować, +młodość na taką szarą, powszednią rozpustę... + +--I ja tak dawniej myślałem: nie odrazu przecież tu przyszedłem. Raz +chciałem się żenić, a kochanek miałem kilka. Ale to złudzenie. +Westchnienia, zachwyty, oczekiwania, po co to? na co? Aby skończyć na +tym samym, zawsze niezmiennym końcu? I ty przecież czasem, widzisz, że +to wszystko blaga. Są kobiety, które tu nie były i nie będą, nie ma +żadnej, któraby tu być nie mogła. Tu nie ma fałszu, tu kobieta jest +naga i życie nagie. A ja za tą nagością szaleję! Ja się w waszych +kołnierzach i kaftanach duszę! + +Słowa te wykrzyczał prawie. Był pijany tem upojeniem, które do mózgu +bije i nadmiernem pobudzeniem myśli i ruchów się objawia. + +Milczałem. Cóż miałem mówić? + +--Mówią, że ja się marnuję, że gubię karyerę swą i sławę. Ja się chcę +zmarnować! Ja nie chcę, jak wy bezsilni, kłamać sobie i jakąś umocowaną +cegiełką się pysznić. Jestem dumny, że mogę być czemś, a będę niczem, +ale nie takim podłym, jak wy. Ty tego nie rozumiesz. Ja tu siedząc +jestem jak wielki pan, bogacz bez granic, który za każdy kęs chleba +płaci garścią złota. Inni tu zostawiają ruble, ja siebie całego po +kawałku. I ta świadomość to jest moja duma. Ja nie będę, jak podły +parweniusz, szczycił się tem, com zbudował i co stoi nieudolne, +zlepione, nikczemne. Chlubić się można tylko z niespełnionych czynów. A +to bydło mówi, że ja nie mam ambicyi!.. Żeby mieć ich ambicyę, jestem +zbyt ambitny. Ja nie mogę, jak zwierzę, pracować bez celu. Ja się +zmarnuję, jak oni mówią, ale się zmarnować chcę, chcę! + +To »chcę« wrzasnął i wypił duszkiem zwietrzałą już szklankę piwa. +Przestał mówić, i jakby ciężki nagle od wypitych trunków osunął się +głębiej na fotelu, milcząc. + +Wstałem. Szarzało już. Niebo, zaciągnięte chmurami, zkąd pruszył +drobniutki deszcz, zdawało się dalszym ciągiem czarnych dachów. Dziwna, +że pomimo swej ciemnej szarości, promieniało jakimś smutnym +grobowo-zimnym świtem. Pokój w tem oświetleniu, które kłóciło się z +żółtem światłem lampy, jeszcze ohydniejszym mi się wydawał. Rozróżnić +już można było i tapety, odpadające od wilgotnych ścian, i puder, +pościerany na pięknej może niegdyś twarzy dziewczyny. Czułem, że +powinienem, że muszę iść do domu. + +--Żegnam cię--powiedziałem, podając rękę Jerzemu. Zajdź do mnie. +Mieszkam na Senatorskie; pod dwudziestym drugim. Chciałbym cię w innej +chwili widzieć. + +--Po co? Nie chodzę nigdzie, nie bywam nigdzie. Ja nie mogę bywać w +porządnym domu.--Zaśmiał się ironicznie.--Bądź zdrów! + +Wyszedłem. Na schodach słyszałem, jak wołał: Franka! Franka! Widocznie +budził uśpioną dziewczynę. + +Chcąc dostać się do bramy, musiałem przejść przez salę. Na szczęście +kompanionów moich już nie było. Zadowolony, że będę mógł wrócić sam, bez +ich głupiego szwargotu, znalazłem się na ulicy. Przejmujący, cienki, +zimny deszcz orzeźwił mię z resztek trunku i niezdrowych zapachów. +Gardząc ofertami usłużnych dorożkarzy, szedłem wolno, wdychając +wilgotne powietrze najpierwszego ranka. Z tym dniem wschodzącym czułem +jakąś błogość miłą, jaką odczuwa podróżny, gdy z dalekiej drogi wraca w +rodzinne, ciepłe strony. Może tam, na samym spodzie tej błogości była +zadowolona duma, że oto ten rywal dawny ustąpił z placu, że ze mnie, com +mu się czasem i na drugiego ucznia nie dochrapał, dziś redaktor i +pisarz, człowiek ceniony i zacny; a on co? Wielkie zdolności, żałowane +trochę, ale zawsze zapomniane, nieuczczone. A zresztą, kto tam wie, z +temi zdolnościami! W tej trudnej sprawie nieocenionych lub niedoszłych +geniuszów, najlepsza może ta surowa, lecz krótka zasada: co nie jest, +nie mogło być. + +Czułem coraz większe zadowolenie, im więcej zbliżałem się do domu. Błoto +na ulicy zaczynało mi już trochę dokuczać. Jak dobrze będzie rozebrać +się w ciepłym pokoju, zrzucić zmoczone suknie i wyciągnąć się w wygodnem +łóżku, gdzie obok na stoliku przyszykowano mi już zapewne szklankę +lemoniady i moje ulubione papierosy!... Po chwili byłem u siebie. Dla +ostrożności, aby żony nie obudzić, buty zdjąłem w przedpokoju i po cichu +na palcach wszedłem do sypialni. Mała lampka nocna dostatecznie pokój +oświetlała. Zbliżyłem się do łóżek; żona spala. Długie opuszczone rzęsy +nadawały uśpionej twarzy wyraz rozkosznego skupienia. Już dawno nie +wydała mi się tak piękną. Umyślnie rozbierałem się jak najciszej. +Położywszy się już obracałem się ku niej, aby zasnąć mając tę śliczną +twarz przed oczami, gdy wtem na głos prawie wybiegła mi na usta myśl, +której na pozór w duszy mej nie było i nie wiem, zkąd się wzięła: _Das +Laster ist doch schön..._ + + + + +W PEŁNEM SŁOŃCU. + +(SIELANKA). + + +W pełnem słońcu. + +--Jakaś ty śliczna, jaka śliczna, śliczna--powtarzał prawie bezwiednie, +wpatrzony w jej twarzyczkę zgrabną, w oczy żywe i radosne, w usta +drobne, pulchne, jakby uśmiechów pełne i pieszczoty. Tyle razy spotykał +ją tutaj i za każdym razem odnosił to wrażenie, że ona nie jest +właściwie piękna, ani nawet może ładna, ale właśnie śliczna: tak jakoś +dziwnie zestrojona z tą przyrodą, która ich otaczała, tak jasna, jak +jasnem jest światło, i tak uśmiechnięta, jak uśmiecha się błękit, i tak +nęcąca, jak nęci sina dal przezroczej przestrzeni, i tak nieprzeparcie +pociągająca, jak ciągnie zieleń lasów i szmer strumieni. Chwilami +wierzyć mu się nie chciało, że przyszła tu z domu, a nie wyrosła, jak +kwiat, na polu. + +Objął ją wpół i szybkimi pocałunkami obsypywał jej oczy, skronie, włosy +ciemnozłote, jedwabiste, miękkie. Głowę położyła mu na ramieniu, +zmrużyła oczy, oparła się na nim cała, bezwładnie zdawała się roztapiać +pod pieszczotą całunków i słońca. Dreszcz po niej przebiegł. + +--Dosyć, dosyć... chodźmy. + +Nie odrazu jej usłuchał. Oderwał się wreszcie. + +Wzięli się za ręce i, nie mówiąc do siebie nic, poszli. + +Szli miedzą. + +Złotozielony owies ścielił się im do stóp; chabry błękitne, białe +rumianki, kąkole krwiste wychylały się ku nim. Nieopodal, na wzgórzu +jasnoniebieski łan lnu kołysał się lekko, jakby rzucony na trawę szmat +nieba i jeszcze drżący. A dalej znów lśniła w słońcu jasna zieleń +dojrzewających zbóż, gdzieniegdzie prawie czarne wystrzelały z ziemi +jodły wysmukłe; na krańcu, jak gęsty cień, ułożyły się góry. Lekka mgła +srebrzysta wieszała się na skałach, a niżej w świetliste zasłony +przystrajała ciemne plamy lasów, łagodziła ostrość załamów, a nie +odbierała światła. Jasność ogromna, szczęśliwa, słoneczna unosiła się w +błękitnem powietrzu, trącała rozłogi pól, i lasy i skały, i odbita +wracała znów w przestrzeń, jaśniejsza. + +Była cisza. Wiatr zasnął i nie ocierał już z szumem skrzydeł swych o +trawy. Kiście mietlicy nie uderzały o siebie, i nawet lekkie drżączki +stały nieruchome. Tylko dwa białe motyle okręciły się kilka razy w +gonitwie, lecz jakby zmęczone nagle i ciężkie spadły cicho na jeden +kwiat chabrowy. Tylko z dali, z dali dobiegał szum potoku, radosny +zgiełk fali, skaczącej po kamieniach, tak jednostajny, że niknął wnet +dla ucha i zdawał się jednym z tonów wielkie; ciszy. + +Z kwiatów i ziół, z ziemi rozgrzanej i zbóż buchał odurzający miodowy +zapach południa. Z najtajniejszych soków żywych upał wydobył wonie mocne +i ciepłe. Pachniało życie w powietrzu... i chęć życia. + +Gdy szli tą miedzą, zdawało się im, że doprawdy tyle tylko jest świata, +ile wzrok ogarnie, i tyle szczęścia, ile jest w tej chwili. + +Miedza się skończyła; wyszli na większą drożynkę wśród łąki. Zatrzymali +się mimowolnie i spojrzeli na siebie. Rozmarzył ich żar. Opasał ją nagle +rękami, przycisnął ku sobie i przytulił, jak dziecko. Czuł przy sobie +jej postać wiotką i miękką; przez lekkie suknie przenikało doń zbliska +ciepło jej ciała. Patrzyli na siebie jeszcze. Usta ich złączyły się w +pocałunku długim, głębokim. Po chwili chciała usunąć odeń głowę. Nie +mógł oderwać się od niej, upajał się jej tchnieniem. + +--Daj mi odetchnąć sobą, daj mi odetchnąć sobą... Pił oddech jej ust, +jak woń kwiatu. Świat zakręcił mu się w oczach. + +Usiedli na trawie. Nie prowadzili nigdy ze sobą rozmów długich. Wśród +tej przyrody, szczęśliwi jak ona, stawali się też, jak ona, cisi. +Położył się na wznak, głowę na jej kolanach. Na tle jasnego błękitu +widział nad sobą owal jej twarzy i złote płomyki jej włosów. Otulało ją +powietrze błękitne, rozgrzane, przenizane nitkami światła i czyniło ją +samą podobną do światła. Cisnęła się do niej zieleń murawy, wszystko się +ku niej chyliło miłośnie. + +--Śliczna ty moja--szepnął. + +Uśmiech radości przeleciał po niej. Nakryła mu jednak usta dłonią. Od +dotknięcia tej ręki gładkiej a drżącej, jak schwytany ptak, przebudziły +mu się w krwi ogniki. Spojrzał na nią. Rumieniec ją oblał. Odwróciła od +niego oczy, czuła na sobie jednak wzrok gorący, nieruchomy, chciwy. + +--Nie patrz na mnie, nie patrz... + +Uniósł się na rękach i schował głowę na jej piersiach; w skroniach i +czole czuł dreszcz i ciepło. + +Ujęła mu głowę w ręce, odsunęła od siebie nieco i patrząc prosząco, a +zalotnie w oczy, powiedziała pieszczotliwie: + +--Kochany mój, nie... nie, drogi. + +I pocałowała go w usta. + +Wstał na chwilę, wyprostował się, usiadł obok niej. + +--Chodźże bliżej. + +Przybliżył się. Podjęła kapelusz pilśniowy, który był rzucił na ziemię, +zgniotła go, położyła sobie pod głowę, wyciągnęła się na wznak. + +--Lubię patrzeć w niebo. + +Mimowoli pobiegł oczami za jek wzrokiem. + +Błękit był bezchmurny, jasny i bardzo głęboki. Wzrok, wpadłszy tam, wnet +uczuwał znużenie, jakgdyby jasność ta była dlań zbyt lekka i subtelna. +Zaraz też nadbiegała siatka drżąca, czarna, i rozpościerała się po +niebie, jakby na ratunek oczom. Lub też głębia nieba zdawała się +skrysztalać, twardnieć i odrzucała od siebie wzrok ku ziemi, nie +pozwalając mu wybiedz tam, w przestrzenie. Ale już po chwili złudzenia +lazurowy kamień nieba rzedniał, kryształ stawał się znów podobny do pary +bardzo lekkiej i tak zupełnie przeźroczystej, że przez nią silny wzrok +starał się dostrzedz... nieskończoności. + +Położył się przy niej bez ruchu; do uszu z gęstwy traw dochodził czasem +tylko trzask świerszcza lub szelest mrówek, ciągnących do gniazda +ciężary. + +Nieruchomość skuła mu mięśnie i uśpiła na jawie krew; odbierała mu życie +własne, i zespalała natomiast z życiem ziemi. Kilka mgnień zdawało mu +się, że nie potrafi już sobą ruszyć--ale w dreszczach ciała czuł za to +pęd ziemi, rwącej w przestworach. Zapomniał, że nie jest sam i milcząc, +pogrążał się w rozkosz unicestwienia. + +Na powiekach uczuł nagle jej palce. Zasłoniła mu oczy ręką. + +--Co widzisz teraz?--zapytała go z uśmiechem w głosie. + +--Krew twoją. + +--Bardzo czerwona? + +--O nie, różowa ledwo, jak...--Urwał. + +--Jak... no... powiedz. + +--Jak u ryb.--Uśmiechnął się. + +Odwrócili się nagle ku sobie, nie wstając z ziemi. Na wpół rozplotły się +jej włosy i na czarną pilśń, na której opartą miała głowę, ściekały, jak +strumień złota pociemniałego w ogniu. Od przypływu krwi rozpaliły się +jej na licach rumieńce i usta pokraśniały żywiej. Czuł jak z pod rzęsów +długich padało nań spojrzenie rozmiłowane, pieszczotliwe. + +Leżąc przysunęła się ku niemu trochę, i z groźnym niby wyrzutem w oczach +szepnęła: Ty, ty... + +Zaczął całować jej usta, rozchylone w tym uśmiechu; zarzuciła mu ręce na +szyję, tuląc ku sobie. + +................................ + +Z łąki spędziło ich słońce. Zatoczywszy kawał kręgu, stanęło wprost nad +nimi, oblało ich żarem, świeciło w oczy. + +--Trzeba iść. + +--Ale dokąd?--Zamyślili się oboje. + +--Chyba ku potokowi: Tam cień jest napewne. + +Zgodziła się odrazu. + +Trudno im było wstać; osłabił ich upał. Podnieśli się jednak i poszli. +Wzgórze niewysokie, lasem świerkowym porosłe, wznosiło się przed nimi +tak blisko, że wierzchołkami swych drzew sięgało połowy nieba prawie. Ku +stronie gór pochylało się zwolna na równinę: urywał się las i ciągnęły +zagony zielonych i złotych zbóż. Małe, do gniazd podobne, chaty, +rozrzucone tu i owdzie, czerniały na skrajach lasu. + +Pod wzgórzem strumień szumiał. Ścieżynka polna gubiła się wnet wśród +gęstwy krzaków, którymi porastał brzeg parowu. Weszli w wilgotny cień i +krętą drożyną schodzić poczęli w dół. Minęli mały lasek osiny i zbiegli +już prawie pędem na polankę, nad brzeg potoku. W zamkniętej kotlinie aż +huczało od kłótni fal. + +Przeciwległa ściana wzgórza wyrastała teraz tuż przed nimi, prostopadle. +Nie widać już było ani pól na stokach dalekich, ani chat, tylko świerków +zieleń, jakby zwieszoną z nieba zasłonę ciężką. Błękit zdawał się +ciemniejszym i bliższym, jakby na szczytach drzew tych się rozpostarł. +Był cień, i tylko gdzieniegdzie przekradał się promień słoneczny, +zaigrał na liściach, plamą jasną zadrżał na trawach, lub przejrzał się +w pianach i snopem iskier strzeliwszy, zagasnął z sykiem na dnie wód. + +Strumień z za zakrętu wybiegał wartko, i w płytkiem łożysku rwąc +osrebrzył się cały pianą. Po warstwach łupku, równych jak schody, +staczały się fale, jak kaskada srebra płynnego. A dale; rozszerzało się +nagle koryto i woda natrafiwszy na miękki grunt i piasek, wyżłobiła +sobie jamę głęboką. Zwalniał się tu pęd fali, a grzbiet jej nabierał +barwy i błysku szmaragdów. I raz jeszcze trąciwszy o rozrzucone głazy, +rozpryskały się szmaragdy, i fale tak jak wbiegły srebrne, srebrne +przepadały z oczu. + +Zacisznie tu było i samotnie. Świat, który zginął dla oczu, wysuwał się +też mimowoli i z pamięci. Oboje odczuli odrazu tę wielką radość, że +zagubili się w gąszczu takim, gdzie nikt ich nie odnajdzie, że przepadli +dla wszystkich i wszystkiego, prócz dla siebie. Dopiero tu naprawdę +poczuli się razem, sobie blizcy. + +W parowie, mimo cienia, upalnie było, nie upałem suchym, płomiennym, jak +na łące, ale wilgotnym, ciężkim żarem dusznym. + +Zbliżyli się do brzegu i po kamieniach zaczęli przechodzić przez +potok--ale przejść nie mogli, gdyż droga przez głazy utworzona, urywała +się w połowie, zostawiając jako ostatni kres skalistą wśród fal wysepkę. +Na omszonym wilgotnym głazie, po którym jeszcze niedawno fala się +ślizgała, siedli, trzymając się w pół i cisnąc ku sobie, gdyż zewsząd +potok rwący im groził. Mniemane niebezpieczeństwo, które zewsząd niby +ich otaczało w potoku pół łokcia głębokim, czarowało ją i zachwycało. + +--Jak tu dobrze, jak pięknie--najdroższy. + +--Ubóstwiam ciebie. + +Ale zgiełk monotonny jakąś zadumę smętną w niej rozkołysał, gdyż +umilkła, zamyśliła się i pochyliła główkę, patrząc na piany, tańczące po +fali. Na miękką linię jej ramion i szyję odsłoniętą upadł, wymknąwszy +się z liści, blask słoneczny, pełen zielonawych refleksów i śniadą nieco +jej płeć rozświecił tysiącem iskierek złotych. Przez migotanie tych +błysków złotawych, jasnoróżowa przelśniewała krew ciepła. Patrzył z +zachwytem na te plamy słoneczne, drżące barwami ognia i krwi. Ale ona +zamyśliwszy się nie czuła wzroku, który z uwielbieniem po niej +przebiegał. I nie odwróciła oczu. Więc przyklęknąwszy jak mógł, pochylił +się, aby zajrzeć jej w twarz i spytał: + +--Co tobie? + +--Smutno mi, smutno. + +--Czemu, jedyna? + +--Czemu? Tak wszystko płynie, przechodzi, ucieka... Już sierpień... + +Łza zakręciła się w jej głosie; schwyciła go za szyję i zaczęła całować +po ustach, po czole, po oczach--bez pamięci. Przebiegł oboje dreszcz +chłodny, jesienny, trwożny. + +Nagle zabrzmiał gdzieś w górze odgłos dzwonków miedzianych--powracały +stada. + +Oderwała się od niego, wybuchła śmiechem i zanurzywszy dłoń w wodzie, +prysnęła mu na twarz. Wyrwali się tęsknocie. + +Schwycił jej dłoń, z której ociekały krople, niby rozsypane klejnoty, i +całować ją począł i pić tę wilgoć, przesyconą rozkoszą jej ciała. + +--Puść mnie, puść mnie. + +Zerwała się i podniosła, ale pantofelek luźno zapięty przechylił się i o +wilgotny mech poślizgnął. Byłaby osunęła się w wodę, lecz zdążył ująć ją +wpół i podtrzymywać. + +--Jakiś ty silny. + +Chciał okazać swą siłę i zatrzymać w swym uścisku, lecz wysunęła mu się +z rąk. + +--Drogi, muszę już iść, muszę wrócić koniecznie. Dzwoniły stada--już +szósta. Spostrzegą, żem wyszła. + +Skoczyła na następny kamień, i znów na kamień--wreszcie wybiegła na +brzeg. + +--Kochany, drogi, do jutra. + +Pomknęła przez gąszcz zieloną; mignęła raz i drugi jasnoróżowa jej +suknia. + +Ledwie zdążył rzucić w ślad za nią: + +--Do jutra. + + + + +PIERWSZY WIERSZ. + + +Pierwszy wiersz. + +Kiedy po zerwaniu z Maryą minęła pierwsza, nieutulona, nieokiełzana, +prawie głośna rozpacz, Jan Karski jeszcze więcej odsunął się od ludzi--i +wtedy zaczął tęsknić. W oczach pobladły mu wszystkie barwy i w szarą +mgłę smutku, jednostajną i miękką owinęły się dlań wszystkie kształty. +Wielkie ukojenie ztąd czerpał, bo ból jego stracił wtedy tę okrutną +jasność, która przedtem mieszała mu zmysły. Pożądanie zasnęło w nim +jakby na śmierć zmęczone, i gorzki żal zawodu uciszał się zwolna, +roztapiając się w senną tęsknotę, w wielki, odczuwany wszędzie brak. +Nieraz w ciszy samotnych wieczorów z długiego udręczenia rozdartej +miłości zostawało mu tylko to poczucie braku, świadomość mętna, że +czegoś niema, czegoś, co może życiem jest, marzeniem, szczęściem, snem, +lub może.. jej postacią. Wtedy wszystko, co posiąść można wydawało mu +się tak lichem i śmiechu wartem, że drwić mu się chciało z całego życia +swego, z zabiegów różnych, nadziei i dążeń. Nawet te zbiory wierszy +dźwięcznych, pieszczonych, w które wkładał cały swój kunszt wytworny i +subtelny, cały talent i miłość poety, tylko pogardliwą litość w nim +budziły. W tych dniach ponurych, beznadziejnych i nic już nie pragnących +było mu gorzką radością, gdy mógł w tęsknocie swojej zatopić się tak +niepodzielnie, że nie rozniecały się w nim nawet wyobraźnia i zdolność +poety, ta chęć twórcza, by o łzach swych mówić tak, jak nikt inny. +Rozmiłowywał się w unicestwieniu swojem, w ubóstwie ducha, skazanego na +jedno wrażenie, w tej dobrowolnej ofierze, którą bez przerwy składał dla +niej. Wdzięczność wielka i uwielbienie, które mimo przekleństw rozłąki +przepełniały mu serce, szukały sobie wyrazu w tem całopaleniu własnem, w +samobójstwie, którego jedyną trucizną był żal. + +Odtąd samotność stała się jedyną towarzyszką długich godzin, które +spędzał błądząc po mieście bez celu, obojętny wszystkiemu, z +uśmiechniętą twarzą. Gwar życia, łoskot kół, szum tłumów, obijał się o +jego uszy i rodził w nim tylko--chwilami--wielkie zdziwienie. Im więcej +obcym wydawał mu się zgiełk i to życie, tym lepiej czuł, że bliższą mu +jest i żywszą--przeszłość. Niekiedy przesiadywał też do późnej nocy na +werandach kawiarń i znajomi rozmawiali z nim wtedy wesoło o wypadkach +dni ostatnich, nie wiedząc nawet, że człowiekowi temu życie ich jest +niczem. Dopiero gdy ich żegnał w najciekawszym nieraz zwrocie rozmowy, +niejeden uczuł, że nie wiążą ich już nawet słowa. + +Najchętniej jednak Karski krył się w ciszę kościelną, w pół jasny brzask +pod sklepionymi łukami chłodnych, pustych świątyń. Siadał wtedy w ławce +i zasłuchiwał się w niezmierny spokój, niezmącony nawet szeptem +modlitwy; wzrok jego rozpraszał się na złotych aniołach ołtarzów, na +szafirowych smugach, rozwieszonych w powietrzu, na liniach wysmukłych, +lecących gdzieś ku górze, jakby w przepaście nieba. Jakaś głąb wielka i +jasna opływała mu wtedy duszę, i wyrwawszy ją prawie z zawiasów +cielesnych, niosła na przestwory dalekie, gdzie zostawał już całkiem sam +z tą jedną myślą swoją. I wtedy przeczucie tej wieczności, w którą nie +wierzył, lecz której nie zaprzeczał nigdy, ogarniało go--na +chwilę--lękiem tęsknoty zaziemskiej, samotności bezgranicznej. Więc z +zamyśleń takich dusza jego przebudzała się nietylko już tęskna, lecz i +trwożna, i z trwogi prawie o łaskę wołająca. Pod groźbą tego strachu, +jak w dziecku, rodziła się w nim pierwotna chęć, aby upaść na kolana i +szlochać i błagać Boga, żeby go tą wiecznością nie karał, lub ją +błagać, aby go na wieczność te nie odbiegała. + +A gdy na ulicy potem blask słońca przywracał mu trzeźwą równowagę myśli, +z widzeń zaśmiertnych zostawała mu złowroga radość, że tęsknota +przerwała już tamy, któremi rozum graniczy z obłędem. + +Ze wszystkich kościołów miasta najwięcej upodobał sobie ogromny na rynku +kościół gotycki. + +Potężna wyobraźnia mistrza rzuciła tam na mury splątane pasma jaskrawych +barw; na purpurowych płomieniach kolumn oparła błękitne gwiaździste +sklepienie, za czarnym krzyżem z kroplami krwi rozpostarła wśród zieleni +chóry aniołów. Przepych barw potrącał w jego duszy tajemnicze struny, +ubierał w blaski każde ogniwo jego wspomnień i jej blednące widmo czynił +nietylko nad inne kochanem, lecz i nad inne pięknem. Wielka ekstaza +owładała tu nim często i słowa gorące, pełne czci nieskończonej, dławiły +go wtedy w gardle--ze łzami żalu marnego, że żywej tych słów nie +powiedział. Szczypta zdrowego sądu, która za hulacynacyami jego się +wlokła, bryzgała mu tym żalem w twarz, jak zniewagą, jak winą hańbiącą, +i w uczuciu rodzącej się skruchy wzmagała w nim jeszcze bolesną chęć, +aby przykuć się na zawsze do tej tęsknoty. W takich chwilach mógł +godziny całe trawić w tym kościele, ciężko oparty o poręcz ławki, z +oczami nawpół przymkniętemi, niebaczny już nawet na kaskady świateł, +które słońce kolumnom rzucało na czoła. Usta jego były wtedy ciche i do +westchnień nawet już niezdolne, lecz z dna jego istoty wyrywało się z +uporem szaleństwa jedno imię, jedno błaganie. W chwilach ocknienia czuł +wtedy w piersiach taki gniotący ból, jakgdyby gardło był zerwał na krzyk +i wołanie. Nie wychodził nieraz z kościoła, dopóki zachrystyan nie +trącił go w ramię, przypominając, że zamykać musi. Spostrzegał dopiero, +że zeszły mu w myślach godziny dnia, i zimny zmierzch otoczył już +pobladłe nawy. Uciekał wtedy czemprędzej z tych ołowianych sklepień, +martwych nagłe i ciszą przerażających. Lecz nazajutrz znów jedyną jego +chęcią było wrócić do tego kościoła, do tych barw i do tych myśli. + +W godzinach południa, gdy gwar pobożnych i odgłosy ich kroków wyrywały +go z cichego upojenia, przechadzał się bezmyślnie z nawy do nawy i +niedbałym wzrokiem przerzucał po raz tysiączny skarby katedry. Wychudłe +ascetyczne twarze drewnianych świętych w gotyckich niszach nad stallami, +duże czarne krucyfiksy z krwawiącą raną w boku Zbawiciela, tłuste +anioły, uśmiechnięte nad cudacznymi gzemsami późniejszych ołtarzów, +obrazy wyblakłe, szare od kurzu i starości wpadały mu w oczy, nie +budząc żadnych wrażeń, i na chwilę nawet przykuć nie mogły jego uwagi. + +A jednak wśród takiej wędrówki stanął kiedyś natychmiast, jakby w ziemię +wrósł, gdy wzrok jego po raz pierwszy przesunął się przelotnie po +»Zwiastowaniu«, które zapomniane wisiało w ukryciu wśród tablic +nadgrobnych. Na małem spękanem płótnie nieznanego włoskiego mistrza była +sama tylko twarz Madonny, promienna i słodka. Zdawało mu się przecież--i +nie było to złudzenie, bo im lepiej się wpatrywał, tym więcej ufać +musiał swoim oczom--że przez te rysy błogosławione i natchnione dojrzał +twarz inną, więcej mu blizką i więcej kochaną. + +Więc patrzeć zaczął... Tak spragnionym był jej widoku, tak często w +bezsenności nocnej wyczekiwał w naprężeniu wszystkich zmysłów snu +dobrego, który mógł mu jej postać przywieść przed oczy i rzucić w +objęcia, że teraz, kiedy ją ujrzał tak blizką, tak świętą i tak +uśmiechnioną, jakaś rzewność miękka, jakaś tkliwość rozbudzonych +wspomnień oblała mu serce, i wargi mimowoli się rozchyliły i na usta +wybiegał już okrzyk ten, którymby ją powitał obecną. I skoro opanował +pierwsze wzruszenie, z tego chwilowego omdlenia przyniósł ze sobą jedno +szczęście wielkie, na całe życie łaskę jedną. Bo oto ona została z nim +i będzie mógł tak jak dawniej klęczeć przed nią i mówić jej na głos +zaklęcia, prośby pełne i poddania, i będzie mógł, tak jak dawniej, +złożyć usta na jej ciepłych, gładkich dłoniach... W kącikach oczu +zakręciły mu się drobne łzy lśniące i radość dziwna, nieoczekiwana +ścisnęła mu krtań, jakgdyby oto miał wybuchnąć szlochaniem. Odstąpił +krok jeden od obrazu, i oparłszy się o mur, patrzył, patrzył jeszcze. +Zapomniane wrażenia dzieciństwa ocknęły się nagle w tym człowieku bez +wiary, wróciła mu nagle pamięć godzin modlitwy i długich tych chwil, +kiedy dzieckiem jeszcze klękał i zwierzał się Bogu z pragnień swych i +żalów. Wspomnienia te jasne i czyste, jak lilje, plątały się bezładnie z +innemi świeższemi stokroć, gdy w niej jednej znajdował spokój swój i +szczęście. Powoli zacierały mu się jak we mgle, granice istot i czasów; +w oczach przyćmionych łzami postać Madonny olbrzymiała, coraz +podobniejszą się stając do straconej, obcej i dalekiej. I zarazem +odrywała się myśl jego zupełnie od wszystkiego, co go tu na dole +otaczało. Wpatrzony w ubóstwione rysy nie spostrzegał, że kościół +napełniał się ludźmi, że księża w ornatach wychodzili z zakrystyi... + +Odezwały się organy. Jakby z oddala, z głębokiej otchłani polał się +potężny hymn żalu; pieśń rozpaczy i skruchy, zmiłowania i łaski +prosząca, wybuchnęła głośnymi akordami i biegła roztrącić się i +rozsypać w jęki o gwiaździsty, nieruchomy strop. Jęk za jękiem uderzał o +kamianne sklepienia, które zdawały się wtórować im i dźwięczeć. I wtedy +jakieś czarodziejstwo naszło na Karskiego; zmąciło mu się wszystko w +oczach i w myśli; kolumny kościelne zapaliły się jak pochodnie od +płomieni, które je obejmowały, sklepienie się rozwarło, dając jasnym +błękitom dostęp, i ona, kochana, święta zdawała się zrywać z tego +płótna, schodzić ku ziemi i wyciągnąwszy ku niemu ręce mówić to jedno +tylko: Oto jestem. Wtedy radość przesilna złamała go i rzuciła na +kolana; gwałtowne łkanie rozdarło mu pierś, a zaciśnięte usta powtarzać +zaczęły bezwiednym, bardzo cichym szeptem: Droga, droga, droga... + +................................ +................................ + +Kiedy Karski znalazł się potem na ulicy, czuł w sobie wielkie zmęczenie +ciała, ale w myślach miał teraz spokojność łagodną i cichą, jakgdyby +odblask tej wielkiej radości, którąby odzyskanie jej mu dało. Rozumiał +dokładnie, że to było chwilowe oczarowanie, które prysnęło jak tęcza, że +miał widzenie bardzo niejasne i nie wiedział właściwie, przed kim czy +przed czem modlił się i klęczał. Rozumiał też, że ten zachwyt nie +powtórzy się więcej, że nie uda mu się zapomnieć życia tak doszczętnie i +doczekać po raz drugi jej zwiastowania. Lecz po tem spazmatycznem prawie +wrażeniu ukojenie słodkie otuliło jego myśli, jakgdyby na skronie spadła +mu jeszcze jedna jej pieszczota długa, na życie całe zostająca. Chwilami +zdawało mu się bardzo wyraźnie, że jakaś drobna cząstka jej, jakiś cień +jej drżący jest tuż za nim obecny po to, aby nie opuścić go więcej i nie +rozstać się z nim nigdy. W ekstatycznem podnieceniu wyobraźni tęsknota +jego zbladła i odstępowała go zwolna; i ten ciężki przygnębiający +smutek, gdy czuł tylko to, że jej nie ma, osuwał mu się z piersi. + +Dnia tego błądził długo po mieście, z ulicy na ulicę, niezmęczony, jakby +ciekawy każdego zakątka. Powietrze, już blizkością wiosny wonne, +swobodniej przenikało mu do piersi: po raz pierwszy od dni tylu zmysłowa +rozkosz życia, rozkosz wiatru i światła budziła się w nim z uśpienia. +Widoki, wpadające mu w oczy, chwytał skwapliwie i czuł nieraz, że myśl +jego, dotąd beznadziejnie zapatrzona w jedno wspomnienie, drgnęła raz i +drugi, i uniosła się nieco, i spostrzegła skrawek błękitu nad domami i +piosnkę usłyszała, którą nucił ktoś wysoko na poddaszu. Uczuwał w sobie, +jakby nowy przypływ i pełnię sił, chęci przebłyskujące i jeszcze ukryte, +pożądania nowe i możność nowych radości. Mimowoli dzwoniły mu oderwane +nuty melodyj, śpiewanych gdzieś dawno, i niespodziewanie stanęła mu +nawet w pamięci strofa ostatnia ostatniego wiersza, który pisał przy +niej. + + .....I duch mój wziąwszy skrzydła purpurowe + Już się do lotu zrywa, tam gdzie nowe + Światło..... + +I nagle podrażniony w nieświadomej jakiejś próżności, nie zastanawiając +się, co czyni, w myślach dobierać zaczął po cichu innych słów, +dźwięczniejszych, głębszych, żywszych, któremi powiedzieć by można +wszystko, co się w duszy dzieje... W miarę jak te słowa bezgłośne +układały się w rytmy i jednoczyły w obrazy, rosła w nim chęć, aby je +wymówić i obrazy te zatrzymać. O niej przecież mówić miał i o tem co +przeżyli razem; zadowolenie artysty łączyło się zdradziecko z rozkoszą +głośnego wyznania... Zasłuchany teraz w muzykę własnych myśli, które +brzmiały mu jeszcze echem niezapomnianej kościelnej melodyi, Karski +zdążał ku odludnym stronom miasta, gdzie gwar nie przeszkadzał jego +twórczej pracy. Wydostał się na daleką, zrzadka zabudowaną aleję i tam +na pierwszej napotkanej ławce siadł... + +Zmierzch zapadał i w suchem powietrzu zachód płonął jeszcze ognistą +czerwienią; lecz ku zenitom nieba nad głowami czerwień jaśniała, żółkła +aż nieuchwytnym szeregiem odcieni rozpływała się w głębokiem +zielono-błękitnem sklepieniu, gdzie kilka gwiazd lśniło, jakby srebrne +szpilki. Karski parę chwil przyglądał się blaskom gasnącym na zachodzie: +majestatyczny widok światła i barw rozbudził w nim znów żywiej wrażenia, +które rankiem po nim przebiegły. I wtedy na starym świstku gazety +ołówkiem zaczął pisać wiersze niedbałe, jakby spowiedź rzuconą w świat, +niewiadomo przed kim i dla kogo. + + Kiedyś przybiegła ty do mnie i białą + Dłoń mi na usta położyła drżące + I pokraśniała milcząc, mnie się zdało, + Że nagle kwiatów zakwitło tysiące, + Że ciebie nagle otoczyły całą + Mgły przeźroczyste i złotem świecące, + I w złotych blaskach tak byłaś mi piękną, + Że czułem, jak mi słowa w ustach miękną, + I że się oto modlić będę... tobie. + I jużem ukląkł... + +Karski wstrzymał się na chwilę i w zmroku pospiesznie przeczytał to, co +był napisał. Nagle zdało mu się, że ciemny pąsowy rumieniec wystąpił mu +na twarz. Więc doprawdy stała mu się już tak obojętną i obcą, że wiersze +teraz o niej pisać mógł spokojnie, gdy przedtem każde jej wspomnienie +wstrząsało go do głębi? Więc ze śmiesznym pośpiechem poety korzystać +chciał z okazyi, aby w szeregu pustych, bezsilnych słów roztopić pamięć +tej chwili jedynej nadziemskiego widzenia i radości? Więc spieszył się +przystroić ją w fałszywe blaski fantazyi i uczynić przedmiotem swoim i +natchnieniem, aby tem łatwiej wydrzeć ją ze swego życia, i o żywej i +kochanej zapomnieć?... Ogarnęło go gorzkie uczucie pogardy dla tej +małoduszności poety, który skarżyć się chce z gadatliwością dziecka i +jak dziecko pociesza się swym płaczem. Zdjął go żal wielki za tą szczerą +i potężną miłością, którą połamać miał na drzazgi i w pieśniach +rozproszyć, i żal jeszcze większy za tą tęsknotą, że przestała go dławić +tak, jak dawniej. Jakby przytłoczony świadomością winy, pochylił się w +ławce i bezwładnie ręce opuścił; ołówek wysunął mu się z palców i upadł +na ziemię. + +Z mrokiem nocy, co od krańca w kraniec nad miastem się roztoczyła i +błysnęła tysiącem gwiazd zimnych, spadał mu na duszę smutek coraz +cięższy, jakgdyby po raz drugi ją stracił gorzej jeszcze i +nieodwołalniej... + + + + +TRZY DUSZE + +dramat w jednym akcie. + + + + +OSOBY: + + + ANDRZEJ TUROWICZ lat 34. + ZOFIA, jego żona lat 25. + JAN KARSKI lat 28. + + + +Ubogie mieszkanie studenckie w Paryżu; drzwi w głębi; z prawej strony +dwa łóżka ustawione jedno za drugiem. Szafa, ubrania męskie i kobiece +zasłonięte płótnem. Na lewo na przedzie stół, dwa krzesła i kanapka. W +tylnej części ściany mała kuchenka. Ciepły letni zmierzch, pełen +różowych odblasków zachodu zapada zwolna. + +Przy stole na kanapce siedzi Zofia, zamyślona lecz pogodna, zajęta +szyciem, które pozornie pochłania jej uwagę. + +Drzwi w głębi otwierają się: wchodzi Karski--z wyrazem znużenia i +zdenerwowania na twarzy. + +ZOFIA [obracając się ku wchodzącemu, z uśmiechem]. Tak późno wracasz, +jedyny? + +KARSKI [wita się z nią pobieżnie i siada przy niej na kanapie]. Miałem +dużo roboty i niesporo mi idzie. Ciężko mi jeszcze pisać po francusku. + +ZOFIA [troskliwie]. Zmęczony jesteś? Jak ty źle wyglądasz? + +KARSKI [znużonym głosem]. Tak. Zmęczyłem się trochę, bom szedł najpierw +odwiedzić Henryka--wiesz Rzeckiego, ale później rozmyśliłem się i znów +odłożyłem na później. Czas jeszcze. Przysporzyło mi to jednak drogi. + +ZOFIA. Nie ciekaw jesteś go widzieć? tylekroć mówiłeś mi o nim jeszcze w +Warszawie. Tyle lat nie widzieliście się... + +KARSKI. I możemy się nie zobaczyć. Wszystko jedno! Mój Boże, cóż nas +dziś łączy? Od tych lat, kiedyśmy się znali, kilku ludzi przesunęło się +przezemnie, a ja sam nawet nie wiem, jak się zwali i dokąd poszli. +Mniejsza o nich zresztą. [weselszym tonem]. Coś tak posmutniała, +Zosieńko moja? czemu? No, spójrz na mnie. + +ZOFIA [smutnie]. Jakiś ty dziwny; mówisz czasem tak smutnie, tak +beznadziejnie i gniewasz się, że mi nie do śmiechu. Niedobry jesteś, +nie, nie. + +KARSKI [wesoło, pół żartem, pół seryo]. Uspokój-że się, dziecko. +Najpierw nie powiedziałem nic smutnego. Bo czyż jestem dziś taki, jak +byłem dawniej, nimem ciebie poznał? I ty, ty sama nie odmieniłaś się nic +a nic? Jest pani zawsze tą samą wesołą a tęskną trzpiotką, z którą przed +rokiem tańczyłem kadryla u Łempickich? + +ZOFIA. O nie, nie. + +KARSKI [już z pewnem zamyśleniem, jakby ulegając nadchodzącym +wspomnieniom]. Pamiętasz ten wieczór? W jakiej byłaś sukni? + +ZOFIA [nieco zdziwiona]. Jaki wieczór, kochanie? + +KARSKI [ciszej]. Ach, ten pierwszy.--Ty nic nie pamiętasz... Nie znałem +cię jeszcze wtedy. Przyszłaś sama z jakąś ciotką, jakgdybyś panną była. +Miałaś na sobie taką bladą, bladoróżową suknię jak najranniejszy świt i +fiołki we włosach. I tyle woni fiołków w koło ciebie. Ach, ty kwiecie! +[obejmuje ją wpół i przytula do siebie]. + +ZOFIA [bezdźwięcznie]. To było tak dawno, tak dawno. + +KARSKI [odsuwa ją od siebie, porywczo]. Żal ci tego? + +ZOFIA [pieszczotliwie]. Mnie żal, mnie? Czem ja byłam? Ot dzieckiem, +które chodziło z balu na bal, śmiało się, tańcowało, i prawie nie +wiedziało, że jest nikomu niepotrzebne, że nic nie kocha. Wiesz ja +dawniej naprawdę myślałam, że ja jego... Dopieroś ty przyszedł. Jakiś ty +był smutny; ciebie jednego mi tak żal było. [chwyta go za rękę]. + +KARSKI [jakgdyby nie do Zofii mówiąc]. Byłem smutny? Nie, to nie jest +smutek, co się w duszach naszych lęgnie. To coś gorszego, coś +czarniejszego. Takie znużenie straszne, które wygryza wreszcie i ból, i +tęsknotę i pożądanie, i nie pozostawia nic, na czem oprzeć by się można. +I ta pogarda, ta żrąca, uśmiechnięta pogarda dla ludzi, dla siebie, dla +każdej myśli mojej, dla każdego tchnienia mego. Takie obrzydzenie do +siebie, do ciała i duszy, że błogosławiłbym stopę, któraby mię +rozdeptać chciała... I te nagłe martwe cisze, gdzie wszystko zapada, +gubi się, ginie, jakgdyby fale śmierci zalały nas powyżej głowy. [pod +koniec mowa staje się coraz prędszą]. Nie wiem co czuję, każda myśl +moja, każde drgnienie jakimś wiatrem zagnane przychodzi, ucieka jedno za +drugiem w pędzie, splątane jak dym. I znów pustka, pogodna bezsłoneczna +pustka, która milczeniem swojem zdaje się pytać: po co, po co żyjesz? Po +co żyjesz? + +ZOFIA [przysuwa się ku niemu sama, tkliwie]. Jakie to straszne! Ale to +było dawniej, dawniej, prawda, dawniej? Ty tego nie czujesz teraz, +nigdy? nigdy? + +KARSKI [po chwili ciszy]. Nigdy. + +ZOFIA [coraz tkliwiej]. Prawda? ty żyjesz dla mnie, dla swojej Zosi, +musisz żyć dla mnie. Twoja Zosia jest sierota, samiuteńka jedna, nikogo +nie ma na świecie, umarłaby z głodu bez ciebie. + +KARSKI [ironicznie, zrywa się z kanapy i zaczyna chodzić po pokoju] I ze +mną ci niewiele do tego brakuje. Żyję dla ciebie, a ty w takiej nędzy. + +ZOFIA. A wiesz co, że ty śmieszny jesteś. No i czego mi potrzeba. Gdybym +nie wiem wiele miała pieniędzy, nie wiedziałabym, co z niemi tu począć. +W Warszawie co innego, ale tu... A zresztą to zabawne tak liczyć te +susy. Nigdy nie umiałam tego dawniej, a już się wyuczyłam. Widzisz, jaka +Zońka twoja pojętna. I jeszcze bym ci coś powiedziała, ale ty się +będziesz śmiał ze mnie. + +KARSKI [stając przed nią, miękkim, kochającym głosem]. Z ciebie, duszo +moja, z ciebie? + +ZOFIA [nieśmiało]. Widzisz--mnie się czasem zdaje, że to dobrze, że my +jesteśmy w biedzie. Już za nic bym nie chciała, abyś ty był bogatszy od +Andrzeja. Nie, nie. Ja mogę być wesoła, lekkomyślna i bardzo niemoralna, +ale ja wiem, wiem bardzo dobrze, że to jest źle, źle to wszystko, co ja +z tobą zrobiłam. Nie śmiej się z tego, bo to jest wielki grzech. Mówił +mi to jeszcze ksiądz na spowiedzi, nimem ciebie znała. Może ta bieda +nasza będzie mi za pokutę policzona. [Z pewnym przymusem]. No, nie śmiej +się. + +KARSKI [chodząc po pokoju]. Jaki ja jestem podły, podły! Ja wiem, tyś +wszystko poświęciła dla mnie: religię twoją, opinię, przyszłość, +bogactwa; narażasz się na zniewagi, na głód--dla mnie, wszystko dla +mnie; a ja co, co ja ci dałem? [szyderczo] Ja mam przygodę miłosną. Nic +dla ciebie zrobić nie mogę, nawet zapracować nie mogę tyle, żebyś ty +biedy nie cierpiała, [jakgdyby z trudem mówiąc]. Wiesz, obcięli mi +połowę godzin w redakcyi. Ośmdziesiąt franków na nas oboje! A przyjąłem +to zupełnie spokojnie, apatycznie, tak, jak gdybym ciebie nie znał, jak +gdybyś nie ty na tem cierpiała. Czyż ja ciebie nie kocham? + +ZOFIA [powtarza bezdźwięcznie]. Ośmdziesiąt franków. Połowa tego, cośmy +dotąd mieli... + +KARSKI [staje znów, mówi namiętnie]. Słuchaj! Uczucie moje dla ciebie to +ostatnia moja świętość: gardziłem wszystkiem, oplułem w sobie wszystko, +prócz tej jednej, jedynej miłości. Ty musisz być dla mnie wszystkiem, ty +jesteś moją wiarą, siłą, moją duszą. Jeśli mi się jednę chwilę zdaje, że +ja ciebie nie kocham--tak jak tam w redakcyi--zdaje mi się, że oszaleję. +Nie, nie oszaleję. [z rozpaczą]. Ale jeśli ja ciebie nawet nie kocham, +to chyba już dziś jestem trupem. + +ZOFIA [wstaje i bierze jego głowę w ręce i przytula do siebie; łagodnym, +kojącym głosem]. Ty moje szalone, biedne dziecko! Ty mnie nie kochasz, +ty? Czy ja tego nie widzę, czy jabym mogła choć jedną chwilę o tem +wątpić? ty mnie nie kochasz, tyś mi nic nie poświęcił? Tyś chciał +poświęcić wszystko, siebie całego. [z pewną grozą w głosie]. Och! ja +pamiętam to dobrze! + +KARSKI [zdziwiony]. Co ty pamiętasz Zosiu? + +ZOFIA. To, coś mi mówił wtedy, dawno jeszcze. Ah! to nie był żart. Tyś +tak okropnie patrzył wtedy. + +KARSKI [z rosnącem zdziwieniem]. Kiedy? co? + +ZOFIA. Wtedy, pierwszym razem... u ciebie... na Żórawiej. O nie, nie +chciałam przyjść. Jeszcze nic nie było między nami, jeszcze mogło być +wszystko inaczej. I nie byłabym przyszła. Tak się długo modliłam do +Matki Boskiej, i tyle sił miałam i tak się chciałam poświęcić, i tak cię +kochałam! Chciałam się na zawsze zakopać na wsi--u nas w Golewicach, +ukryć i zdusić tę miłość, która mię dławiła. [smętnie]. Byłbyś +szczęśliwszy może. + +KARSKI [silnie]. Bez ciebie? nie mów tak nigdy. + +ZOFIA [mówi z trudem, pokonywując uczucie zawstydzenia i winy]. +Przyszłam wtedy do ciebie, żeby cię pożegnać, powiedzieć ci to wszystko, +powiedzieć ci, że musimy się rozstać, że będziesz zawsze wybranym mojej +duszy, ale że ja twoją być nie mogę, że ja twoją być nie chcę--Boże, +Boże.... Myślałam, że się będziesz gniewał, przekonywał. A ty nic, +tylkoś mi powiedział to jedno, ale takim głosem strasznym, że mię +dreszcz zdjął, jakgdybym już grób przed sobą zobaczyła. Klęczałeś +przedemną i oczy twoje, twoje śliczne oczy, patrzyły gdzieś w dal +nieprzytomne i powtarzałeś, jakby już nie myśląc nawet: Zosiu, Zosiu, +rozstanie z tobą mnie zabije. [z wybuchem, chwytając go za ręce i +cisnąc ku sobie]. Janku mój, ty nie pogardzaj mną, ale ja nie mogłam +inaczej, ja nie mogłam cię zabić. Przysięgnij! ty nigdy nie będziesz mną +pogardzał? Nigdy? Widzisz--ja nie wiem, za co ty mnie tak kochasz, mnie +cudzą, wiarołomną żonę. + +KARSKI [bezdźwięcznie, jakgdyby powtarzając dawniej powiedziane słowa]. +Rozstanie z tobą mnie zabije; tak powiedziałem ci to--rozstanie mnie +zabije. + +ZOFIA [trwożnie]. Jak ty dziwnie patrzysz! Nie rozstaniemy się przecież +nigdy, nie opuszczę cię nigdy. Słyszysz? Nie wierzysz mi? + +KARSKI [chłodno, z zamyśleniem]. Nie, nie... Ale dziękuję ci, żeś mi to +przypomniała teraz. Jak błądzącego w górach otoczyły mię mgły, i zdawało +mi się, że na okół równina, zewsząd gładka i czysta. Rozdarłaś mi mgły, +i widzę, że tam jest otchłań, tam musi być... [pewnym głosem] i będzie. + +ZOFIA [trwożniej]. Na Boga--co ci jest dzisiaj? Janek, tyś nie zdrów: +położysz się zaraz, dobrze? [podchodzi do łóżek, chcąc zdjąć i +przygotować pościel]. + +KARSKI [powstrzymując Zofię]. Nie jestem chory, nawet nie jestem +zdenerwowany. Nic mi nie jest. Ale ja siebie nie znam, ja siebie się +lękam. Ja byłem takiem dziwnem dzieckiem. Dorastającym chłopcem +krajałem sobie ramię nożem, aby jakiś jęk z siebie wydobyć, jakimś bólem +powiedzieć sobie, że żyję.--I dziś niewiem nawet, czy mię te rany +bolały. Czytałem kiedyś Irydjona: nie wzruszył mię szatan Massynissa, +nie wzruszył mię bohater, ani Grecya, tylko ten smutny, znudzony Cezar. +Czternastoletni sztubak płakał nad Heljogabalem! Czasem mi się zdaje, że +jak u niego, każde czucie moje jest fałszem, każda żądza moja jest +starczą, bezsilną, zapóźną ciekawością, bańką błota co nie błyśnie nawet +i pęka. Ja nie pamiętam dziś, jakem ja zaczął cię kochać. [ironicznie]. +Możem był ciekawy twej miłości? [z pogardą]. Tylko trochę drogo cię ta +ciekawość moja kosztuje. + +ZOFIA [głosem, w którym przebija już zdenerwowanie i cierpienie]. +Powiedz, powiedz, poco ty dręczysz mnie i siebie? Doprawdy ty mnie chyba +mało znasz. Że jestem wesoła i nieraz rozbawiona, to nie wyobrażaj sobie +jeszcze, że jestem naiwnem dziewczątkiem, które panu podobało się zabrać +z sobą. Wiem, co zrobiłam--i to chciałam zrobić. Czy ty nie rozumiesz, +że obrażasz mnie, gdy mi wspominasz dawny dobrobyt, i sądzisz, że mogę +za tem tęsknić? Nie mów mi o tem nigdy, pamiętaj, bo mnie to boli. +[przekonywująco i weselej]. Ty się dręczysz, że będziemy teraz mieli +mniejsze dochody, a już przedtem nie zawsze wystarczało. Ale i to +przejdzie. Ty znajdziesz jeszcze inne zajęcie--za miesiąc, dwa--to się +już zupełnie wyuczysz po francuzku. Zobaczysz, jeszcze będziesz zamiast +Lemaitre'a feljetony do Debatów pisywał. A i pani twoja weźmie się do +roboty. Ty nie wiesz, jak ja kapelusze ubieram; doprawdy, nie widziałam +ładniejszych na bulwarach. [coraz weselej, ze śmiechem]. Założę jeszcze +wielki magazyn mód; będzie taki wielki szyld: „_Madame Sophie, Maison +des confections_” na Rivoli, albo na rue de la Paix, obok Wortha dla +konkurencyi. Wszystkie elegantki się do nas przeniosą. [z głośnym +śmiechem]. Pokażę ci księżnę Chimay z jej cyganem, chcesz? + +KARSKI [nieprzezwyciężony wesołością, poważnym głosem]. Ty się modlisz, +Zosiu? + +ZOFIA [zdziwiona]. Ty wiesz przecie... + +KARSKI [poważniej jeszcze]. I spowiadasz się? + +ZOFIA [niechętnie odpowiadając, smutnie]. Teraz, teraz... + +KARSKI. Ty wiesz, co jest kłamstwo? + +[Długa chwila ciszy]. + +Czy ty wierzysz, że ja nigdy przed tobą nie kłamałem, nigdy, ani wtedy, +gdyś po raz pierwszy przyszła do mnie? Czy ty mi wierzysz? + +ZOFIA [uczuciowo]. Wierzę, wierzę. + +KARSKI [dobitniej, prawie natarczywie]. Tak jak sobie wierzysz? + +ZOFIA. Tak jak sobie. + +KARSKI. Czy ty wierzysz, że cię kocham nad wszystko, że nigdy cię nikt +nie kochał więcej odemnie? + +ZOFIA [zmęczona]. Wierzę, jak duszy swojej, wierzę. + +KARSKI [z silnym wybuchem]. Bogdajbym zginął, gdybyś ty się zawieść +miała. + +ZOFIA [ze zmęczeniem, ogarniającem ją nad siły]. Ja tego nie chcę, tak +być nie może. Te ciągłe wyrzuty cię zamęczą. No i o co, o co? Jedno +jedyne miałam pragnienie, abyś ty, mój najdroższy był szczęśliwy. I +patrz co się z tem dzieje! Przecież ja widzę, że ty nie jesteś +szczęśliwy. Czemu--czemu? Chciałeś mię mieć--jestem twoją, na zawsze +twoją. Chciałeś mię mieć tylko dla siebie, zdala od wszystkich, od +niego--przyjechaliśmy tutaj. Cóż ja jeszcze zrobić mam dla ciebie? Bo +widzisz, gdybyś ty nigdy nie był szczęśliwy ze mną, to byłaby dla mnie +taka kara, taka kara. [ze łzami]. Oh, nie... + +KARSKI [spokojniej znacznie]. Ale ja jestem szczęśliwy,--jeśli ty mi +wierzysz. Nie uwierzyłbym Bogu, gdyby mi stanął tu w płomiennym krzaku, +ale tobie wierzę. + +ZOFIA. Ach, nie mów tego. Tak chciałabym, abyś ty choć trochę wierzył. +Ale to niemożliwe. + +KARSKI [pół-prosząco, pół-żartobliwie] Nawróć mnie. + +ZOFIA [przejmując się słowami swemi, miękko]. Ach, gdybyś ty naprawdę +chciał. To tak dobrze zapomnieć wszystkich zgryzot, bólów, tęsknot; taki +spokój, taka jasność nachodzi wtedy na mnie. I to, że całą wieczność +będzie się miało przy sobie tych, których się kocha. Wiesz, wtedy co to +nas już mieli wyrzucać z mieszkania, bo nie było pieniędzy na +komorne,--tyś wybiegł, jak szalony, poszukać gdzie u kogo chociaż kilku +franków; zostawiłeś mnie samą. Mnie tak było straszno, ciągle mi się +zdawało, że ktoś przyjdzie i zacznie mnie stąd wypędzać. Jeszcze byłam +taka naiwna i nic nie wiedziałam, że tak prędko wyszły nasze +pieniądze... Lękałam się zostać w domu i wyszłam na ulicę. Poszłam przez +Boul'Mich. Długo, długo stałam na moście: szara, mętna woda płynęła bez +końca i jakgdyby podnosiła się i podchodziła ku mnie. I pomyślałam +sobie, że sama nie potrafię tu przyjść więcej; ale z tobą--jeśli ty nic +nie znajdziesz--dobrze. Ty nawet nie wiedziałeś, jak mi wtedy było +straszno i ciemno dokoła! Wracając przechodziłam koło Notre Dame; drzwi +były otwarte, grały organy, poszłam. Było tak pełno, a nad nami leciały +tony głębokie, wielkie, jakby wicher z organów zrywał się i rozpędzał +nam dusze, gdzieś daleko, po nieskończonościach, już u samych stóp Boga. +Nie, ja się nie modliłam, ale byłam tak wysoko, tak daleko i od Sekwany, +i od tego pokoju na Glacierze... + +KARSKI [zazdrośnie]. I odemnie? + +ZOFIA [jakby w zachwyceniu]. Tak,--i od ciebie. Ty się gniewasz o to? +Ale jak wróciłam, to byłam taka silna, taka pewna, taka spokojna. +Gdybyśmy na ulicy nocować mieli, to wiedziałam, że się nam nic nie +stanie i że ja nic złego do ciebie i do mnie nie dopuszczę. + +KARSKI [po krótkiej ciszy]. Daj mi swą duszę. + +ZOFIA [pieszczotliwie]. A któż to ją ma? + +KARSKI. Nie, nie tak, nie tak. Ja mam być poetą, artystą, ale ja nic nie +stworzę, ja nic nie kocham. Ja się niczego, niczego nie lękam, ale i nic +nie kocham. Słucham, śledzę twe czucia, ja wiem, że tam nic nie ma, ale +wierzyć w Boga jest pięknie, bardzo pięknie. [z smutną ironią]. Co jest +pięknego we mnie? + +ZOFIA. Ty nic nie stworzysz? A kto napisał: »Widziałem krew na duszy +mojej«? Kto napisał: »Złote gromy«? + +KARSKI [smutniej]. Dzisiaj już nic nie ma we mnie. + +ZOFIA. Bo się męczysz, bo się trujesz głupstwami, o których mówić nie +warto nawet. [z dziecinnym zapałem]. Słuchaj, ty musisz być wielki! +zrobisz to dla mnie, prawda? [jakby chwytając z radością myśl, która się +jej nawinęła]. Jak to dobrze, że masz teraz mniej roboty w redakcyi! No +bo wprost nie miałeś czasu, ale teraz codzień popołudniu zasiądziesz do +pisania. [żartobliwie]. Tak, mój drogi, skończyło się próżniactwo! Już +Zośka cię dopilnuje. Dokończy pan tę komedyę którąś mi czytał +kiedyś--pamiętasz u mnie jeszcze. To takie śliczne było. Poślemy to do +Warszawy. [opamiętuje się]. Nie do Warszawy, nie--gdzieindziej, do +Krakowa lub Lwowa. A później pojedziemy na przedstawienie. [smutnie]. +Tak dawno już nie słyszałam, jak dokoła mówią po polsku... [znów +żywiej]. Ty pójdziesz sobie do loży, a ja schowam się gdzieś cichutko, +skromniutko, na galeryi, w takim kąciku, aby mię nikt nie widział. Potem +oklaski, krzyczą: autor, autor! Ty się kłaniasz. [dziecinnie, klaszcze w +dłonie]. Ja się chyba spalę z radości, że to ty, ty mnie kochasz. A może +ty wtedy przestaniesz twoją Zońkę kochać? + +KARSKI [słucha, nieco zamyślony, zdjęty rozkoszą]. Mów, mów dalej... +Jaki ty masz głos! + +ZOFIA [bardzo wesoło]. No widzisz, znów to samo, a ja tego tak nie +lubię. Napewno nawet nie wiesz co ja mówiłam. Tak mnie słuchasz? +Myślisz, że to przyjemnie... Ty mnie chyba masz za bardzo głupią. Może +masz racyę nawet. Ja jestem taka roztrzepana. + +KARSKI [powoli]. Chciałbym nic w życiu nie słyszeć oprócz głosu twego. +Tak, głos twój pokochałem najpierw. + +ZOFIA [z wybuchem śmiechu]. Najgorzej w świecie! No już teraz nic, nic +nie słucham. Ot do czego to prowadzi! Zapomnieliśmy na śmierć o +obiedzie. A jestem taka głodna. A jak Zońka jest głodna to jest taka +zła, zła... + +KARSKI. Dziecko, dziecko moje. + +ZOFIA [podbiega do szafy, otwiera ją i przegląda półki]. Ale nic nie ma +w domu. Tylko kawałek masła od wczoraj został. Trzeba jeszcze zejść do +miasta. [wracając znów do Karskiego, który stoi przy stole]. Czekaj, +pomyślimy co będzie na obiad. Najpierw... najpierw sardynki--ty lubisz +sardynki--prawda? Potem kupimy dwa duże befsztyki, takie po sześć susów, +a na deser... [wesoło] no zgadnij, co ci kupię na deser, zgadnij! + +KARSKI [pieszczotliwie, wesoło]. Nie wiem, ty szalona główko. + +ZOFIA. Bo nie zgadniesz. Róże, róże. Widziałam wczoraj takie śliczne +róże, białe, ledwie ledwie różowe. I tak tanio, duży bukiet za cztery +susy. W Warszawie toby ze trzy ruble kosztowało. [z pewnem wahaniem]. A +może to źle, że ja chcę róże kupić?... + +KARSKI [wesoło]. Dlaczego znów źle? + +ZOFIA [poważniej nieco]. Najpierw, to jest zbytek, a my teraz musimy +oszczędzać bardzo. A powtóre to jest deser dla mnie, bo ty kwiaty nie +zbyt lubisz, i może będziesz głodny. + +KARSKI [z rozrzewnieniem]. Nie, nie, nie chce mi się jeść; nie będę +głodny. + +ZOFIA [całuje go, uradowana]. Ach! jakiś ty dobry! Widzisz mnie się tak +strasznie chciało mieć te kwiaty... Przepadam za różami, już wczoraj +chciałam zaraz je kupić, ale nie miałam ani susa. W Warszawie w każdym +pokoju były u mnie kwiaty. A teraz daj mi pieniądze, polecę prędziutko +[liczy prędko]. Sześćdziesiąt, siedemdziesiąt, dwadzieścia... Daj mi +półtora franka [odwracając się od Karskiego podchodzi do wieszadła z +ubraniami, wkłada zarzutkę i lekki słomkowym kapelusz. Chwila ciszy]. +Janek, ja już idę... + +KARSKI [chodzi po pokoju, nie patrząc na Zofię, mówi zimno, a jednak ze +wstydem]. Zosiu, ja nie mam tyle. + +ZOFIA [zdziwiona]. Przecież dostałeś trzy franki w Journalu. + +KARSKI. Tak, dostałem. Ale przechodziłem koło Odeonu, zacząłem czytać i +kupiłem książkę. + +ZOFIA [z uczuciem zawodu]. Kupiłeś książkę... + +KARSKI [usprawiedliwiając się, prędko]. Verlaine, poezye Verlaine'a. Ale +ja to będę tłomaczył. To takie modne dziś u nas. [rzuca książkę wydobytą +z płaszcza na stół]. + +ZOFIA [opanowując się, znów wesoło, by oszczędzić Karskiemu wyrzutu]. +Jak to dobrze, żeś kupił Verlaine'a. Tak mało go znam. Będziemy to +czytali razem. Ty tak ładnie umiesz czytać. Pamiętasz w Zurichu, jakeś +mi czytał »w Szwajcaryi« na jeziorze... Byłam jeziora błękitnego panią. +Ach! poezya... + +KARSKI [chodzi po pokoju, zaciskając dłonie]. Podłość, podłość, podłość! + +ZOFIA [swobodnie, początkowo z nieco sztuczną, później zupełnie szczerą +wesołością]. O, już pan znowu znowu zaczyna? Nie ma czasu na to. Ile +masz pieniędzy? [Karski podaje jej pieniądze]. Siedemdziesiąt pięć +centimów; trzeba zmienić _menu_. Ja i to umiem. Niedarmo czytywałam w +Warszawie Kurjerek Poranny. Przepisy gospodarskie: najpierw wspaniały +obiad, a potem u dołu skromny; i zupełnie to samo. Więc teraz będzie +tak: sardynki są nieświeże w lecie--zawsze mię tak uczono--a róże od +wczoraj napewno powiędły. Befsztyk sześćdziesiąt centimów, chleb +dziesięć, jeszcze nam zostanie cały sus na zapas. Zaraz wrócę. Zapal +tymczasem lampę [zwraca się ku drzwiom]. + +KARSKI [szybko zastępuje jej drogę]. Czekaj, wolę sam iść. Nie chcę +żebyś teraz tyle chodziła po świecie, zmęczysz się... + +ZOFlA [zmieszana, nieco trwożna, jakby starając się Karskiego wybadać i +zrozumieć]. Dlaczego teraz nie chcesz? Przecież zawsze ja chodziłam po +sprawunki. Czy ty?... + +KARSKI [wybuchając]. Na Boga, przecież to chyba mogę zrobić dla ciebie, +aby iść na dół po obiad! + +ZOFIA [na pół już zawiedziona]. Więc tylko dlatego chcesz sam iść, żebym +ja się nie zmęczyła? Nic więcej? + +KARSKI. Ja nie mogę patrzeć, jak ty się tu niszczysz, bez tchu +przebiegasz te sześć pięter. Przecież to ciebie z nóg zupełnie zbija. + +ZOFIA [z rezygnacyą w głosie]. Idź, idź najdroższy. [Karski wychodzi. +Zofia spostrzega, że zostały jej w ręku pieniądze, których Karski +zapomniał. Wybiega więc za nim ku drzwiom]. + +Weźże pieniądze [podaje mu przez drzwi, podchodzi do kuchenki, zaczyna +rozpalać ogień, wraca następnie ku stolikowi i zapala lampę]. On się +niczego nie domyśla! Może to ja się łudzę? Nie, nie, to się czuje. I nie +mogę mu powiedzieć: on taki zdenerwowany i w Journal'u mu wymówiono +popołudnie... [siada, i z wyrazem smutku i zniechęcenia opiera się +rękami na stole]. Tak marzyłam o tem niegdyś, tak pragnęłam, a dziś, +dziś... wstydzę się nawet to wymówić. Może on tego nie chce... Boże, +Boże! tylko Ty tego dziecka za mnie nie karz... Ach co tam! już jestem +tak zmęczona... [Machinalnie bierze książkę leżącą na stole, i przerzuca +kartki, czyta bardzo wolno i cicho]. + + Les sanglots longs + Des violons + De l'automne, + Blessent mon coeur + D'une langueur + Monotonne. + +[ciszej jeszcze]. + + Et je m'en vais + Au vent mauvais, + Qui m'emporte + De ça, de là + Pareil à la + Feuille morte. + +Ach! jakie strasznie smutne! śliczne! Ale on pisze ładniej »Widziałem +krew na duszy mojej [rozlega się stukanie przez drzwi].« To ty Janek? +[stukanie ponowne]. Qui est là? [stukanie]. Entrez [wchodzi Andrzej]. + +ZOFIA [z przerażeniem, zrywając się z miejsca]. Andrzej! + +ANDRZEJ [spokojnie]. Dobry wieczór Zofio! + +ZOFIA [z trwogą obłędną]. Gdzie Janek? + +ANDRZEJ [poważnie]. Czego się lękasz? Uspokój się. Przyszedłem teraz, bo +tylko ciebie chciałem widzieć. Szukałem cię wszędzie. Byłem w Berlinie, +w Wiedniu, Szwajcaryi, tu jestem już od miesiąca i dopiero wczoraj +wieczorem cię spotkałem. Co się z tobą stało, co się z tobą stało? Jak +ty wyglądasz tutaj? + +ZOFIA [bezdźwięcznie, z przygnębieniem]. Co się ze mną stało, czy ja +wiem. + +ANDRZEJ. Nie, to być nie może, nie może. Za coś ty mnie opuściła? Bez +słowa jednego rzuciłaś mnie jak łachman. Wracam, jak zawsze, z biura, +przychodzę do domu, szukam cię po wszystkich pokojach. Służący powiada +mi, że pani wyszła i podaje mi kartkę twoją. Nie, to być nie może, ja +temu nie wierzę--to nieprawda, to sen. Nikt o tem w Warszawie nie wie, +moja matka codzień pyta się ciebie--ona kochała cię jak własną córkę. A +ty taka święta, taka czysta, ty tutaj, ty... + +ZOFIA [szybko]. Nie mów! nie myśl tak o mnie Andrzeju! Ty mnie znasz, +tyś był moim mężem, ty wiesz, jaka ja jestem. To nie rozpusta, nie, nie +rozpusta, co mnie tu przywiodła, [prawie tkliwie]. Przysięgam tobie... + +ANDRZEJ [z uczuciem głębokiego bólu]. Nie?... Wiec tyś mnie nie +kochała--to był fałsz, twoja miłość, twoje szczęście, uśmiechy, +wesołość, pustota. To była komedya, twoja radość, te podróże nasze... +Jak dziecko nosiłem cię na rękach. Przytulałaś się do mnie, zarzucałaś +mi ręce na szyję. To była komedya. + +ZOFIA [jednocześnie, przyciszonym głosem]. Tyś był bardzo silny, +Andrzeju. + +ANDRZEJ. To wszystko komedya. Więc ty nie byłaś szczęśliwą ze mną? +Powiedz, powiedz! + +ZOFIA [bardzo smutnie]. Szczęśliwą? tak mi się może zdawało niegdyś; +nie, nie było we mnie fałszu, choć dziś wiem, że nie byłam szczęśliwą. +Ale ja i tu nią nie jestem. + +ANDRZEJ. Nie byłaś szczęśliwą... Czemu? czemu? Co ja ci zawiniłem Zofio? + +ZOFIA [głośniej, szczerze]. Andrzeju, ty nie gardź mną. Ty nawet nie +wiesz, jak ja cię szanuję. Mnie dużo, dużo mówiono o tobie, jeszcze nim +byłam twoją żoną. Mnie taki wstyd ogarnia, kiedy ja o tobie pomyślę. Ale +ja nie mogłam; ja wiem, tyś był taki dobry dla mnie, otoczyłeś mnie +bogactwem, przepychem... + +ANDRZEJ [pół szyderczo]. Ty myślisz, że chciałem cię kupić... + +ZOFIA ...ja tobie zawdzięczam wszystko. Byłam biedną głupią panienką. Ty +z twojem nazwiskiem, twojem znaczeniem, tyś mógł się ożenić nie wiem z +kim, tyś wybrał mnie, dałeś mi wszystko, a ja co zrobiłam! [przybliża +się ku niemu nieśmiało] Andrzeju, ja ciebie przepraszam, ja ciebie +przepraszam bardzo [chce całować jego rękę]. + +ANDRZEJ [powstrzymuje ją]. Zofio! + +ZOFIA [stojąc blisko Andrzeja, oparta z tyłu rękami o stół]. Byłam +głupiem, lekkomyślnem dzieckiem: tyś mię psuł, myślałeś tylko o +życzeniach moich, tyś mi nigdy nie dał cierpieć, nie pokazałeś mi, co to +jest ból. [naiwnie i uczuciowo]. A widzisz, cierpieć trzeba, trzeba się +poświęcać. Ja tak chciałam dawniej być szarytką. Mnie przy tobie było za +dobrze. O! nie łatwo mi było wyjeżdżać. Mnie i ciebie było bardzo żal, i +twojej matki, i małej Anki, która codzień przychodziła do cioci +Zosi--wyście wszyscy byli tacy dobrzy dla mnie. Ale mi was było żal dla +siebie samej. A on jest taki biedny, taki sam. Ty masz matkę, Ankę, +ciebie tylu ludzi kocha, ja tobie nie byłam potrzebna. Ciebie tak życie, +praca twoja pochłaniała.--A w nim się dusza tak męczy, rwie, miota--ja +się o niego tak bałam. Ty wiesz, jego brat się zastrzelił, on zawsze +nosi rewolwer przy sobie. Ja się i dziś o niego lękam, ja go muszę +ocalić. On zginie bezemnie. [z rozpaczliwą trwogą]. Przebacz mi, ja nie +mogę już teraz kłamać! Czy ty mnie rozumiesz? + +ANDRZEJ [spokojnie, nieco ironicznie]. Tak; masz racyę. Mnie kochają +moi robotnicy, urzędnicy, wszyscy chłopi u nas w Golewicach. I ja ich +kocham. Los dał mi majątek, dał mi obowiązki. Tyś nie była przy śmierci +mego ojca; to, co on zostawił, ja dokończyć muszę. Ale i ja chciałem +mieć coś wyłącznie dla siebie, jeden promień złoty w życiu, jeden +pogodny blask dla mnie tylko. Tyś była tym blaskiem moim. Chciałem cię +mieć tak radosną, chciałem, żeby cię nic nie dotknęło, żeby nic nie +płoszyło twojego uśmiechu. Nie mówiłem ci nigdy o zgryzotach swych, o +zawodach. Nie znałaś mnie. Mnie jest bez ciebie bardzo ciężko--ale nie +mylisz się--mnie się nic nie stanie, mnie się nie może nic stać... + +ZOFIA [boleśnie]. Nie mów, nie mów... + +ANDRZEJ. Ale jest mi ciężko. I trzeba to kryć. Oni nie wiedzą o niczem. +Ty dla nich jesteś na wsi. Ja nigdy nic nie kryłem przed matką, ale +matka moja nawet sobie nie wyobraża, że coś podobnego być może; jej się +w głowie pomiesza, jeśli się dowie... + +ZOFIA. Andrzeju, miej litość nademną. + +ANDRZEJ [prosząco, namiętnie]. Zofio, Zosiu, ty wrócisz do mnie, ty +musisz wrócić. Zapomnimy o wszystkiem. Zaczniemy nowe życie. Tak, ja +byłem szczęśliwy, silny, dumny, ale i ja tak chciałem być kochany. +Jeśli nadzieję stracę, że ty wrócisz do mnie, to będę wiedział już, żeś +mnie oszukiwała zawsze. Nie byłem kochany nigdy--powiedz jest-żem +podlejszy od innych? + +ZOFIA [jakby z wahaniem i niedowierzając sobie]. Wrócić, wrócić? Tybyś +chciał mnie dzisiaj mieć taką, po tem wszystkiem? I czy ty naprawdę +sądzisz, że jabym się mogła zbliżyć do twej matki? + +ANDRZEJ [namiętniej]. Dla matki chociaż mnie nie poświęcaj, Zofio; a ja, +ja zapomnę. Ty wiesz że ja umiem rozkazywać sobie... ja zapomnę. Nie +odtrącaj mnie od siebie! + +ZOFIA [zupełnie bezdźwięcznym głosem]. Nie można, nie można. + +ANDRZEJ. Zofio, ty się tu zgubisz. Ja go znam, on spali ciebie i siebie. +On ciebie nie kocha. + +ZOFIA [żywiej znacznie]. Nie mów tego do mnie. + +...Drzwi się uchylają zlekka i w drzwiach półotwartych ukazuje się +Karski; nieruchomo przygląda się Zofii i Andrzejowi, którzy go nie +dostrzegają. Na twarzy Karskiego zupełna nieruchomość zwolna ustępuje +wyrazowi bólu, wargi się ściskają, zmarszczki nadbiegają nad oczy. W +ręku Karski trzyma małą paczkę i białą różę. + +ANDRZEJ [silniej, nieco pogardliwie i wyniośle]. Ja nie kłamię. Tyle +wiesz o mnie, żem nie kłamał nigdy. Na grób ojca ci przysięgam, że on +cię nie kocha. Ja znam te dusze, bezsilne, rozbite, które nic nie +stworzą i nic nie oszczędzą. On się nawet poświęcić nie umiał, on cię +zabrał na nędzę, srom i hańbę--i on ciebie kocha! + +ZOFIA [wybuchowo, rozpaczliwie]. Tak, on mnie kocha nad życie. Ty jego +nie potępiaj, ja sama wszystkiego chciałam. On temu nie jest winien. + +ANDRZEJ [prosząco, szczerze]. Zosiu, zlituj się nad sobą. Ufaj mi. +Gdybym wiedział, że znajdziesz tu szczęście, któregoś zemną nie miała, +że on ciebie jest godzien, dałbym ci swobodę, niezależność, nie +widziałabyś mnie więcej, nie stanąłbym już nigdy na twej drodze. Nie +zasłużyłem u ciebie twej miłości, nie dałem ci szczęścia, mniejsza więc +o mnie. Przysięgałem ci jednak wiarę, że cię nie opuszczę; jesteś moją +żoną, ja nie mogę pozwolić, abyś ty się zgubiła--a tu czeka cię tylko +zguba. Możesz nie żyć ze mną, możesz nie znać mnie, ale ztąd uciekaj! + +ZOFIA [ze łzami w głosie wciąż rosnącym]. Ty mnie zabijasz twą dobrocią. +Ty jesteś święty--a ja taka podła byłam z tobą. [prawie owładnięta już +płaczem]. Ale ty mi wierzysz, że ja ciebie kochałam, ja może i dziś +ciebie jeszcze kocham... + +ANDRZEJ. Zosiu, więc ty wrócisz do mnie, wrócisz? + +ZOFIA [spokojniej, z wielkim wysiłkiem]. Nigdy, nigdy. Ty się nie łudź, +Andrzeju... Ja się będę u nóg twoich tarzać, ja mogę głowę położyć pod +twą stopę, abyś mię zadeptał, jak ladacznicę, ale ja nie wrócę, nie! +Słuchaj, gdybym go nawet kochać przestała, gdyby on nie żył, nie wrócę +do ciebie, nie wrócę... + +ANDRZEJ. Tak bardzo go kochasz? + +ZOFIA [nie mogąc przenieść wzruszenia]. Tak, tak kocham jego, jego--i +już nie tylko jego!! [spazmatyczny płacz. Odwraca się od Andrzeja, pada +na kanapę, kryjąc twarz w ręce]. + +ANDRZEJ. Jezus Marya!! [ciszej znacznie, prawie bezmyślnie] Jezus +Marya... [spokojnie] O dziecku twojem nie zapomnę, Zofio! [zwraca się ku +wyjściu, spostrzega Karskiego. Karski podchodzi zwolna na przód pokoju]. + +KARSKI [do Andrzeja]. Pamiętaj pan i o niej [do Zofii, która patrzy nań +prawie osłupiała]. Tyś krzywoprzysięgła dzisiaj Zosiu; on ciebie więcej +kochał. + +[wychodzi z pokoju, długa chwila ciszy, słychać strzał i odgłos ciała, +spadającego po schodach]. + +ZOFIA [krzyk straszny, przeraźliwy]. Aah! + + + + +Koniec sztuki. + + + + +TREŚĆ. + + Str. + +JEDEN MIESIĄC ŻYCIA 1 + +HAMLET 65 + +PRZYSIĘGŁY 85 + +SPOTKANIE 115 + +W PEŁNEM SŁOŃCU, sielanka 133 + +PIERWSZY WIERSZ 145 + +TRZY DUSZE, dramat w jednym akcie 159 + + + + + Uwagi do wydania elektronicznego. + +Dokonano następujących poprawek: + +str. tekst pierwotny tekst poprawiony uwagi + + 9 podobało sie podobało się 'e' zamieniono na 'ę'. + 10 doskonanym doskonałym 'n' zamieniono na 'ł'. + 10 powiedzizć powiedzieć 'z' zamieniono na 'e'. + 15 gruduia grudnia 'u' zamieniono na 'n'. + 38 modgło, mogło. Przecinek zamieniono na kropkę. + 40 yną jedyną 'yną' zamieniono na 'jedyną' + 41 swiata świata 's' zamieniono na 'ś' + 47 zwierze zwierzę 'e' zamieniono na 'ę' + 57 do po 'do' zamieniono na 'po' + 62 Włbściwie Właściwie 'b' zamieniono na 'a' + 62 planu, planu. Przecinek zamieniono na kropkę + 63 jakdybym jakgdybym 'jakdybym' zamieniono na 'jakgdybym' + 78 Naprożno Napróżno 'o' zamieniono na 'ó' + 87 wszyskie wszystkie Dodano 't'. + 95 znanym znanym. Dodano kropkę +120 »» » Usunięto cudzysłów. +122 dostrzedz dostrzec 'dz' zamieniono na 'c'. +124 kolana, kolana. Przecinek zamieniono na kropkę. +143 niobezpieczeństwo niebezpieczeństwo 'o' zamieniono na 'e'. +143 Czemu Czemu, Dodano przecinek. +148 wyobrażnia wyobraźnia 'ż' zamieniono na 'ź'. +149 tęskoty tęsknoty Dodano 'n'. +153 jakydyby jakgdyby 'y' zamieniono na 'g'. +162 Uspokój - że Uspokój-że Usunięto przerwy. +167 chciałem chciałam Poprawiono rodzaj. +170 widziałem widziałam Poprawiono rodzaj. +170 KARSKI KARSKI. Dodano kropkę. +176 w Journalu w Journalu. Dodano kropkę. +177 czytywałem czytywałam Poprawiono rodzaj. +178 łudzą łudzę Poprawiono osobę. + + + + + + + + +End of the Project Gutenberg EBook of Jeden miesiac zycia, by Jan Sten + +*** END OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK JEDEN MIESIAC ZYCIA *** + +***** This file should be named 28014-0.txt or 28014-0.zip ***** +This and all associated files of various formats will be found in: + https://www.gutenberg.org/2/8/0/1/28014/ + +Produced by Jimmy O'Regan, Ewa Jaros and the Online +Distributed Proofreading Team at http://dp.rastko.net + + +Updated editions will replace the previous one--the old editions +will be renamed. + +Creating the works from public domain print editions means that no +one owns a United States copyright in these works, so the Foundation +(and you!) can copy and distribute it in the United States without +permission and without paying copyright royalties. Special rules, +set forth in the General Terms of Use part of this license, apply to +copying and distributing Project Gutenberg-tm electronic works to +protect the PROJECT GUTENBERG-tm concept and trademark. Project +Gutenberg is a registered trademark, and may not be used if you +charge for the eBooks, unless you receive specific permission. If you +do not charge anything for copies of this eBook, complying with the +rules is very easy. You may use this eBook for nearly any purpose +such as creation of derivative works, reports, performances and +research. They may be modified and printed and given away--you may do +practically ANYTHING with public domain eBooks. Redistribution is +subject to the trademark license, especially commercial +redistribution. + + + +*** START: FULL LICENSE *** + +THE FULL PROJECT GUTENBERG LICENSE +PLEASE READ THIS BEFORE YOU DISTRIBUTE OR USE THIS WORK + +To protect the Project Gutenberg-tm mission of promoting the free +distribution of electronic works, by using or distributing this work +(or any other work associated in any way with the phrase "Project +Gutenberg"), you agree to comply with all the terms of the Full Project +Gutenberg-tm License (available with this file or online at +https://gutenberg.org/license). + + +Section 1. General Terms of Use and Redistributing Project Gutenberg-tm +electronic works + +1.A. By reading or using any part of this Project Gutenberg-tm +electronic work, you indicate that you have read, understand, agree to +and accept all the terms of this license and intellectual property +(trademark/copyright) agreement. If you do not agree to abide by all +the terms of this agreement, you must cease using and return or destroy +all copies of Project Gutenberg-tm electronic works in your possession. +If you paid a fee for obtaining a copy of or access to a Project +Gutenberg-tm electronic work and you do not agree to be bound by the +terms of this agreement, you may obtain a refund from the person or +entity to whom you paid the fee as set forth in paragraph 1.E.8. + +1.B. "Project Gutenberg" is a registered trademark. It may only be +used on or associated in any way with an electronic work by people who +agree to be bound by the terms of this agreement. There are a few +things that you can do with most Project Gutenberg-tm electronic works +even without complying with the full terms of this agreement. See +paragraph 1.C below. There are a lot of things you can do with Project +Gutenberg-tm electronic works if you follow the terms of this agreement +and help preserve free future access to Project Gutenberg-tm electronic +works. See paragraph 1.E below. + +1.C. The Project Gutenberg Literary Archive Foundation ("the Foundation" +or PGLAF), owns a compilation copyright in the collection of Project +Gutenberg-tm electronic works. Nearly all the individual works in the +collection are in the public domain in the United States. If an +individual work is in the public domain in the United States and you are +located in the United States, we do not claim a right to prevent you from +copying, distributing, performing, displaying or creating derivative +works based on the work as long as all references to Project Gutenberg +are removed. Of course, we hope that you will support the Project +Gutenberg-tm mission of promoting free access to electronic works by +freely sharing Project Gutenberg-tm works in compliance with the terms of +this agreement for keeping the Project Gutenberg-tm name associated with +the work. You can easily comply with the terms of this agreement by +keeping this work in the same format with its attached full Project +Gutenberg-tm License when you share it without charge with others. + +1.D. The copyright laws of the place where you are located also govern +what you can do with this work. Copyright laws in most countries are in +a constant state of change. If you are outside the United States, check +the laws of your country in addition to the terms of this agreement +before downloading, copying, displaying, performing, distributing or +creating derivative works based on this work or any other Project +Gutenberg-tm work. The Foundation makes no representations concerning +the copyright status of any work in any country outside the United +States. + +1.E. Unless you have removed all references to Project Gutenberg: + +1.E.1. The following sentence, with active links to, or other immediate +access to, the full Project Gutenberg-tm License must appear prominently +whenever any copy of a Project Gutenberg-tm work (any work on which the +phrase "Project Gutenberg" appears, or with which the phrase "Project +Gutenberg" is associated) is accessed, displayed, performed, viewed, +copied or distributed: + +This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with +almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or +re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included +with this eBook or online at www.gutenberg.org + +1.E.2. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is derived +from the public domain (does not contain a notice indicating that it is +posted with permission of the copyright holder), the work can be copied +and distributed to anyone in the United States without paying any fees +or charges. If you are redistributing or providing access to a work +with the phrase "Project Gutenberg" associated with or appearing on the +work, you must comply either with the requirements of paragraphs 1.E.1 +through 1.E.7 or obtain permission for the use of the work and the +Project Gutenberg-tm trademark as set forth in paragraphs 1.E.8 or +1.E.9. + +1.E.3. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is posted +with the permission of the copyright holder, your use and distribution +must comply with both paragraphs 1.E.1 through 1.E.7 and any additional +terms imposed by the copyright holder. Additional terms will be linked +to the Project Gutenberg-tm License for all works posted with the +permission of the copyright holder found at the beginning of this work. + +1.E.4. Do not unlink or detach or remove the full Project Gutenberg-tm +License terms from this work, or any files containing a part of this +work or any other work associated with Project Gutenberg-tm. + +1.E.5. Do not copy, display, perform, distribute or redistribute this +electronic work, or any part of this electronic work, without +prominently displaying the sentence set forth in paragraph 1.E.1 with +active links or immediate access to the full terms of the Project +Gutenberg-tm License. + +1.E.6. You may convert to and distribute this work in any binary, +compressed, marked up, nonproprietary or proprietary form, including any +word processing or hypertext form. However, if you provide access to or +distribute copies of a Project Gutenberg-tm work in a format other than +"Plain Vanilla ASCII" or other format used in the official version +posted on the official Project Gutenberg-tm web site (www.gutenberg.org), +you must, at no additional cost, fee or expense to the user, provide a +copy, a means of exporting a copy, or a means of obtaining a copy upon +request, of the work in its original "Plain Vanilla ASCII" or other +form. Any alternate format must include the full Project Gutenberg-tm +License as specified in paragraph 1.E.1. + +1.E.7. Do not charge a fee for access to, viewing, displaying, +performing, copying or distributing any Project Gutenberg-tm works +unless you comply with paragraph 1.E.8 or 1.E.9. + +1.E.8. You may charge a reasonable fee for copies of or providing +access to or distributing Project Gutenberg-tm electronic works provided +that + +- You pay a royalty fee of 20% of the gross profits you derive from + the use of Project Gutenberg-tm works calculated using the method + you already use to calculate your applicable taxes. The fee is + owed to the owner of the Project Gutenberg-tm trademark, but he + has agreed to donate royalties under this paragraph to the + Project Gutenberg Literary Archive Foundation. Royalty payments + must be paid within 60 days following each date on which you + prepare (or are legally required to prepare) your periodic tax + returns. Royalty payments should be clearly marked as such and + sent to the Project Gutenberg Literary Archive Foundation at the + address specified in Section 4, "Information about donations to + the Project Gutenberg Literary Archive Foundation." + +- You provide a full refund of any money paid by a user who notifies + you in writing (or by e-mail) within 30 days of receipt that s/he + does not agree to the terms of the full Project Gutenberg-tm + License. You must require such a user to return or + destroy all copies of the works possessed in a physical medium + and discontinue all use of and all access to other copies of + Project Gutenberg-tm works. + +- You provide, in accordance with paragraph 1.F.3, a full refund of any + money paid for a work or a replacement copy, if a defect in the + electronic work is discovered and reported to you within 90 days + of receipt of the work. + +- You comply with all other terms of this agreement for free + distribution of Project Gutenberg-tm works. + +1.E.9. If you wish to charge a fee or distribute a Project Gutenberg-tm +electronic work or group of works on different terms than are set +forth in this agreement, you must obtain permission in writing from +both the Project Gutenberg Literary Archive Foundation and Michael +Hart, the owner of the Project Gutenberg-tm trademark. Contact the +Foundation as set forth in Section 3 below. + +1.F. + +1.F.1. Project Gutenberg volunteers and employees expend considerable +effort to identify, do copyright research on, transcribe and proofread +public domain works in creating the Project Gutenberg-tm +collection. Despite these efforts, Project Gutenberg-tm electronic +works, and the medium on which they may be stored, may contain +"Defects," such as, but not limited to, incomplete, inaccurate or +corrupt data, transcription errors, a copyright or other intellectual +property infringement, a defective or damaged disk or other medium, a +computer virus, or computer codes that damage or cannot be read by +your equipment. + +1.F.2. LIMITED WARRANTY, DISCLAIMER OF DAMAGES - Except for the "Right +of Replacement or Refund" described in paragraph 1.F.3, the Project +Gutenberg Literary Archive Foundation, the owner of the Project +Gutenberg-tm trademark, and any other party distributing a Project +Gutenberg-tm electronic work under this agreement, disclaim all +liability to you for damages, costs and expenses, including legal +fees. YOU AGREE THAT YOU HAVE NO REMEDIES FOR NEGLIGENCE, STRICT +LIABILITY, BREACH OF WARRANTY OR BREACH OF CONTRACT EXCEPT THOSE +PROVIDED IN PARAGRAPH F3. YOU AGREE THAT THE FOUNDATION, THE +TRADEMARK OWNER, AND ANY DISTRIBUTOR UNDER THIS AGREEMENT WILL NOT BE +LIABLE TO YOU FOR ACTUAL, DIRECT, INDIRECT, CONSEQUENTIAL, PUNITIVE OR +INCIDENTAL DAMAGES EVEN IF YOU GIVE NOTICE OF THE POSSIBILITY OF SUCH +DAMAGE. + +1.F.3. LIMITED RIGHT OF REPLACEMENT OR REFUND - If you discover a +defect in this electronic work within 90 days of receiving it, you can +receive a refund of the money (if any) you paid for it by sending a +written explanation to the person you received the work from. If you +received the work on a physical medium, you must return the medium with +your written explanation. The person or entity that provided you with +the defective work may elect to provide a replacement copy in lieu of a +refund. If you received the work electronically, the person or entity +providing it to you may choose to give you a second opportunity to +receive the work electronically in lieu of a refund. If the second copy +is also defective, you may demand a refund in writing without further +opportunities to fix the problem. + +1.F.4. Except for the limited right of replacement or refund set forth +in paragraph 1.F.3, this work is provided to you 'AS-IS' WITH NO OTHER +WARRANTIES OF ANY KIND, EXPRESS OR IMPLIED, INCLUDING BUT NOT LIMITED TO +WARRANTIES OF MERCHANTIBILITY OR FITNESS FOR ANY PURPOSE. + +1.F.5. Some states do not allow disclaimers of certain implied +warranties or the exclusion or limitation of certain types of damages. +If any disclaimer or limitation set forth in this agreement violates the +law of the state applicable to this agreement, the agreement shall be +interpreted to make the maximum disclaimer or limitation permitted by +the applicable state law. The invalidity or unenforceability of any +provision of this agreement shall not void the remaining provisions. + +1.F.6. INDEMNITY - You agree to indemnify and hold the Foundation, the +trademark owner, any agent or employee of the Foundation, anyone +providing copies of Project Gutenberg-tm electronic works in accordance +with this agreement, and any volunteers associated with the production, +promotion and distribution of Project Gutenberg-tm electronic works, +harmless from all liability, costs and expenses, including legal fees, +that arise directly or indirectly from any of the following which you do +or cause to occur: (a) distribution of this or any Project Gutenberg-tm +work, (b) alteration, modification, or additions or deletions to any +Project Gutenberg-tm work, and (c) any Defect you cause. + + +Section 2. Information about the Mission of Project Gutenberg-tm + +Project Gutenberg-tm is synonymous with the free distribution of +electronic works in formats readable by the widest variety of computers +including obsolete, old, middle-aged and new computers. It exists +because of the efforts of hundreds of volunteers and donations from +people in all walks of life. + +Volunteers and financial support to provide volunteers with the +assistance they need are critical to reaching Project Gutenberg-tm's +goals and ensuring that the Project Gutenberg-tm collection will +remain freely available for generations to come. In 2001, the Project +Gutenberg Literary Archive Foundation was created to provide a secure +and permanent future for Project Gutenberg-tm and future generations. +To learn more about the Project Gutenberg Literary Archive Foundation +and how your efforts and donations can help, see Sections 3 and 4 +and the Foundation web page at https://www.pglaf.org. + + +Section 3. Information about the Project Gutenberg Literary Archive +Foundation + +The Project Gutenberg Literary Archive Foundation is a non profit +501(c)(3) educational corporation organized under the laws of the +state of Mississippi and granted tax exempt status by the Internal +Revenue Service. The Foundation's EIN or federal tax identification +number is 64-6221541. Its 501(c)(3) letter is posted at +https://pglaf.org/fundraising. Contributions to the Project Gutenberg +Literary Archive Foundation are tax deductible to the full extent +permitted by U.S. federal laws and your state's laws. + +The Foundation's principal office is located at 4557 Melan Dr. S. +Fairbanks, AK, 99712., but its volunteers and employees are scattered +throughout numerous locations. Its business office is located at +809 North 1500 West, Salt Lake City, UT 84116, (801) 596-1887, email +business@pglaf.org. Email contact links and up to date contact +information can be found at the Foundation's web site and official +page at https://pglaf.org + +For additional contact information: + Dr. Gregory B. Newby + Chief Executive and Director + gbnewby@pglaf.org + + +Section 4. Information about Donations to the Project Gutenberg +Literary Archive Foundation + +Project Gutenberg-tm depends upon and cannot survive without wide +spread public support and donations to carry out its mission of +increasing the number of public domain and licensed works that can be +freely distributed in machine readable form accessible by the widest +array of equipment including outdated equipment. Many small donations +($1 to $5,000) are particularly important to maintaining tax exempt +status with the IRS. + +The Foundation is committed to complying with the laws regulating +charities and charitable donations in all 50 states of the United +States. Compliance requirements are not uniform and it takes a +considerable effort, much paperwork and many fees to meet and keep up +with these requirements. We do not solicit donations in locations +where we have not received written confirmation of compliance. To +SEND DONATIONS or determine the status of compliance for any +particular state visit https://pglaf.org + +While we cannot and do not solicit contributions from states where we +have not met the solicitation requirements, we know of no prohibition +against accepting unsolicited donations from donors in such states who +approach us with offers to donate. + +International donations are gratefully accepted, but we cannot make +any statements concerning tax treatment of donations received from +outside the United States. U.S. laws alone swamp our small staff. + +Please check the Project Gutenberg Web pages for current donation +methods and addresses. Donations are accepted in a number of other +ways including including checks, online payments and credit card +donations. To donate, please visit: https://pglaf.org/donate + + +Section 5. General Information About Project Gutenberg-tm electronic +works. + +Professor Michael S. Hart was the originator of the Project Gutenberg-tm +concept of a library of electronic works that could be freely shared +with anyone. For thirty years, he produced and distributed Project +Gutenberg-tm eBooks with only a loose network of volunteer support. + + +Project Gutenberg-tm eBooks are often created from several printed +editions, all of which are confirmed as Public Domain in the U.S. +unless a copyright notice is included. Thus, we do not necessarily +keep eBooks in compliance with any particular paper edition. + + +Most people start at our Web site which has the main PG search facility: + + https://www.gutenberg.org + +This Web site includes information about Project Gutenberg-tm, +including how to make donations to the Project Gutenberg Literary +Archive Foundation, how to help produce our new eBooks, and how to +subscribe to our email newsletter to hear about new eBooks. diff --git a/28014-0.zip b/28014-0.zip Binary files differnew file mode 100644 index 0000000..d35bb7b --- /dev/null +++ b/28014-0.zip diff --git a/28014-h.zip b/28014-h.zip Binary files differnew file mode 100644 index 0000000..f7f8e2f --- /dev/null +++ b/28014-h.zip diff --git a/28014-h/28014-h.htm b/28014-h/28014-h.htm new file mode 100644 index 0000000..14a830f --- /dev/null +++ b/28014-h/28014-h.htm @@ -0,0 +1,6673 @@ +<!DOCTYPE html PUBLIC "-//W3C//DTD XHTML 1.0 Strict//EN" + "http://www.w3.org/TR/xhtml1/DTD/xhtml1-strict.dtd"> + +<html xmlns="http://www.w3.org/1999/xhtml"> + <head> + <meta http-equiv="Content-Type" content="text/html;charset=utf-8" /> + <title> + The Project Gutenberg eBook of Jeden Miesiąc Życia, by Jan Sten. + </title> + <style type="text/css"> +/*<![CDATA[ XML blockout */ +<!-- + p { margin-top: .75em; + text-align: justify; + margin-bottom: .75em; + } + h1,h2,h3,h4,h5,h6 { + text-align: center; /* all headings centered */ + clear: both; + } + hr { width: 33%; + margin-top: 2em; + margin-bottom: 2em; + margin-left: auto; + margin-right: auto; + clear: both; + } + + table {margin-left: auto; margin-right: auto;} + + body{margin-left: 10%; + margin-right: 10%; + } + + .pagenum { /* uncomment the next line for invisible page numbers */ + /* visibility: hidden; */ + position: absolute; + left: 92%; + font-size: smaller; + text-align: right; + } /* page numbers */ + + .linenum {position: absolute; top: auto; left: 4%;} /* poetry number */ + .blockquot{margin-left: 5%; margin-right: 10%;} + .sidenote {width: 20%; padding-bottom: .5em; padding-top: .5em; + padding-left: .5em; padding-right: .5em; margin-left: 1em; + float: right; clear: right; margin-top: 1em; + font-size: smaller; color: black; background: #eeeeee; border: dashed 1px;} + + .bb {border-bottom: solid 2px;} + .bl {border-left: solid 2px;} + .bt {border-top: solid 2px;} + .br {border-right: solid 2px;} + .bbox {border: solid 2px;} + + .center {text-align: center;} + .smcap {font-variant: small-caps;} + .u {text-decoration: underline;} + + .caption {font-weight: bold;} + + .figcenter {margin: auto; text-align: center;} + + .figleft {float: left; clear: left; margin-left: 0; margin-bottom: 1em; margin-top: + 1em; margin-right: 1em; padding: 0; text-align: center;} + + .figright {float: right; clear: right; margin-left: 1em; margin-bottom: 1em; + margin-top: 1em; margin-right: 0; padding: 0; text-align: center;} + + .footnotes {border: dashed 1px;} + .footnote {margin-left: 10%; margin-right: 10%; font-size: 0.9em;} + .footnote .label {position: absolute; right: 84%; text-align: right;} + .fnanchor {vertical-align: super; font-size: .8em; text-decoration: none;} + + .poem {margin-left:10%; margin-right:10%; text-align: left;} + .poem br {display: none;} + .poem .stanza {margin: 1em 0em 1em 0em;} + .poem span.i0 {display: block; margin-left: 0em; padding-left: 3em; text-indent: -3em;} + .poem span.i2 {display: block; margin-left: 2em; padding-left: 3em; text-indent: -3em;} + .poem span.i4 {display: block; margin-left: 4em; padding-left: 3em; text-indent: -3em;} + + .ins, a.ins {color:#111; text-decoration: none; border-bottom: 1px dashed #039; } + .cor {color:#111; } + .tnote { width: 34em; + border: 1px dashed #808080; + background-color: #f6f6f6; + text-align: justify; + padding: 0.5em; + margin: 80px auto 80px auto; + } + + + // --> + /* XML end ]]>*/ + </style> + </head> +<body> + + +<pre> + +The Project Gutenberg EBook of Jeden miesiac zycia, by Jan Sten + +This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with +almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or +re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included +with this eBook or online at www.gutenberg.org + + +Title: Jeden miesiac zycia + utwory proza + +Author: Jan Sten + +Release Date: February 7, 2009 [EBook #28014] + +Language: Polish + +Character set encoding: UTF-8 + +*** START OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK JEDEN MIESIAC ZYCIA *** + + + + +Produced by Jimmy O'Regan, Ewa Jaros and the Online +Distributed Proofreading Team at http://dp.rastko.net + + + + + + +</pre> + + + + +<h3>JAN STEN</h3> + +<h1>JEDEN MIESIĄC +ŻYCIA</h1> + +<p style="text-align: center;">UTWORY PROZĄ:</p> + +<p style="text-align: center;">JEDEN MIESIĄC ŻYCIA. HAMLET. PRZYSIĘGŁY. +SPOTKANIE. W PEŁNEM SŁOŃCU. PIERWSZY +WIERSZ. TRZY DUSZE.</p> + +<p> +<br /> +<br /> +</p> + +<p> +<span style="margin-left: 2em;">KRAKÓW</span><br /> +<span style="margin-left: 2em;">NAKŁADEM WYDAWNICTWA KRYTYKI</span><br /> +<span style="margin-left: 2em;">SKŁAD GŁÓWNY GEBETHNER I S-KA</span><br /> +<span style="margin-left: 2em;">1900</span><br /> +</p> + + +<hr style="width: 65%;" /> +<p><span class='pagenum'><a name="Str_1" id="Str_1">[Str. 1]</a></span></p> + +<h2><a name="JEDEN_MIESIAC_ZYCIA" id="JEDEN_MIESIAC_ZYCIA"></a>JEDEN MIESIĄC ŻYCIA.</h2> +<hr style="width: 65%;" /> + +<p><span class='pagenum'><a name="Str_3" id="Str_3">[Str. 3]</a></span></p> + +<h3>Jeden miesiąc życia.</h3> + + +<p style="text-align: right;"><i>Paryż, dnia 10 grudnia.</i></p> + +<p>Kochana Wandziu, nie pisałem do Ciebie +przez kilka pierwszych dni po przyjeździe; spodziewam +się, że nie masz mi tego za złe i rozumiesz, +żem doprawdy czasu na listy nie miał. +Chodziłem już ogromnie dużo i pobieżnie zwiedziłem +prawie całe miasto. Nie będę Ci tego +opisywał, bo wiesz, że nie lubię się nad takiemi +rzeczami rozwodzić. Od dwóch dni jestem +zainternowany w domu, bo przyplątał mi +się ohydny katar z bólem głowy i całym szeregiem +innych roskoszy; wszystkiemu winien +tutejszy miły klimat. Kiedym przyjechał przed +tygodniem, było coś koło 0°, później nagle podskoczyło +do 20° i jest znowu najzupełniejsza +wiosna. Uwięzienie w domu jest mi tem przykrzejsze, +że mieszkam dotąd u Turskiego, a jego +pokoik jest tak mały, iż trudno się we dwóch +tutaj obrócić. Rozumiesz, jak to drażni, gdy za +każdym ruchem w dosłownem znaczeniu tego +<span class='pagenum'><a name="Str_4" id="Str_4">[Str. 4]</a></span> +słowa trzeba o coś potrącać; a mebli znów nie +jest tak wiele: łóżko, stół, półka na książki, +umywalnia i nieodzowny tu zawsze kominek—marmurowy, +szykowny,—na którym się nigdy +nb. nie pali.</p> + +<p>Turski nie wiele się zmienił od tego czasu, +kiedy przychodził do mnie w Warszawie. Nie +urósł, nie zmężniał, taksamo zawsze łagodny +i spokojny, że tą powagą do rozpaczy przyprowadzić +może. Zastałem go w usposobieniu +o wiele weselszem, niż to z jego listów wnosić +można było. Sądzę, że dużo przesadzał, choć +doprawdy bieda rzeczywiście dawała mu się +we znaki. Czy miał jakie inne zgryzoty jeszcze, +nie wiem. Kilkoletnie oddalenie okropnie nas +rozłączyło jednak: stosunki są najprzyjaźniejsze, +ale skrępowane jakieś i sztuczne. Ostatecznie, +może mi się tylko źle zdaje i z biegiem +czasu przyzwyczaimy się do siebie, choć wątpię, +czy dojdziemy kiedykolwiek do takiej zażyłości, +w jakiej byłem w ostatnich czasach z Bolesławem. +Oczywiście, ten nie pisał do mnie i nie wiem +zupełnie, co się z nim dzieje.</p> + +<p>Z dawnych znajomych prócz Turskiego jest +tu jeszcze Poliński; przyjechał coś miesiąc przedemną +i miał już zabrać się do pracy, ale nic +nie robi dotąd; chodzi po mieście i uczy się +niby po francusku. Poznałem kilka osób nowych, +przeważnie studentów, którzy się stołują w tej +<span class='pagenum'><a name="Str_5" id="Str_5">[Str. 5]</a></span> +samej, co my restauracyi—nb. podłej, która +tylko dla tego do cna nas nie struje, że daje +porcye mikroskopowo-homeopatyczne. Byliśmy +też z wizytą u dwóch »koleżanek«—ma to +pewien swój urok, choć o tej szpetocie, nie +widząc, trudno mieć pojęcie. Te, których nie +znam jeszcze, mają być nie lepsze.</p> + +<p>Wobec stanu mego nosa i gardła, nie wiem, +czy uda mi się wziąć do roboty przed Nowym +Rokiem. Turski opowiada mi niestworzone rzeczy +o trudnościach, które przezwyciężyć trzeba, +aby się gdziekolwiekbądź dostać; taki ma być +natłok po wszystkich pracowniach. Pewno przesadza, +jak zawsze. Chociaż do nauki Paryż nie +jest stosownem miejscem—zwłaszcza dla nas +barbarzyńców. Taki tu wir, gwar, taka moc +rzeczy nowych, których się nie widziało, takie +mnóstwo rozrywek, znajomości, że trzeba żelaznej +woli, aby nad sobą odrazu zapanować +i do pracy się zaprzągnąć. Zdaje się, że moja +»żelazna« wola będzie pochodziła z braku »złotej« +monety. Niestety, tylko takie alchemiczne +cuda dziś się dzieją. A Paryż jest drogi piekielnie. +Tu się czuje ten dreszcz złota.</p> + +<p>—Muszę urwać ten list, bo przyszedł właśnie +Turski z Polińskim i postanowili mię wyciągnąć +z wizytą do jakiejś nowej koleżanki, +która przed tygodniem tu przybyła z Lublina; +mieszka jeszcze na drugim końcu Paryża na +<span class='pagenum'><a name="Str_6" id="Str_6">[Str. 6]</a></span> +Montmartre. Turski zaręcza, że podróż na +Montmartre jest najlepszym środkiem na katar. +Kończę więc—bo i tak już nic nie mam do +doniesienia i proszę Cię, abyś odpisała natychmiast.</p> + +<p style="margin-left: 4em;">Twój brat</p> + +<p style="margin-left: 6em;"><i>Jan</i>.</p> + +<p>Adres: Rue de la Sorbonne 5.</p> + +<p> +<br /> +<br /> +</p> + +<p style="text-align: right;"><i>Dnia 12 grudnia.</i></p> + +<p>Nie rozumiem, czemu się Turski tak zachwycał +tą lubelską koleżanką. Zdaje się, że szło +mu o to, aby mię wyciągnąć z domu i samemu +później nie wracać. Wcale nie jest ładna, choć +rzeczywiście ma miłą, dobrą twarz, a że jest +samotna jeszcze i nie ma znajomych, przyjmuje +nas z otwartemi ramionami. Byliśmy tam i wczoraj, +gdyż ona lęka się chodzić po Paryżu sama, +choć umie nieźle po francusku. Oprowadzaliśmy +ją po mieście, i to byłoby znośne, gdyby nie +trwało zbyt długo. Zabawna dziewczyna: przyjechała +niby studyować medycynę; zaprowadziliśmy +więc ją najpierw do szkoły medycznej, +do prosektoryum. Rzeczywiście panuje tam +straszny zaduch, bo sala jest mała i źle przewietrzana. +Stoły drewniane i niepodobna nigdy +porządnie ich oczyścić. Rozćwiertowany trup +sprawił na niej tak straszne wrażenie, że trzeba +<span class='pagenum'><a name="Str_7" id="Str_7">[Str. 7]</a></span> +ją było czemprędzej wyprowadzić. Przez kilka +godzin nie mogła się uspokoić. Postanowiła też +odrazu, że porzuci medycynę i przeniesie się +do Sorbonny na nauki przyrodnicze. Ja radziłem +jej, żeby się wstrzymała z zapisem, bo panieńskim +zwyczajem skończy zapewne na literaturze.</p> + +<p>Jutro, jako człowiek jeszcze bez zajęcia, +umówiłem się, że pójdę z nią załatwiać sprawunki. +Musimy wyszukać nowe mieszkanie dla +niej w dzielnicy studenckiej, kupić meble i tysiące +innych drobiazgów. Nie miałem wielkiej +ochoty na ten spacer, bo niewiele mam już +pieniędzy, ale niepodobna było się wymówić.</p> + + +<p style="text-align: right;"><i>Dnia 16 grudnia.</i></p> + +<p>Dobrze, że Turskiego nie było już w domu, +kiedym powrócił. Byłby to koniec naszej znajomości +i przyjaźni. Jestem na niego tak zły, +że gdybym się nie wstydził sam siebie, wyrządziłbym +mu chętnie jaką przykrość. Zły jestem +tem więcej, że ta cała tak drobna w istocie +rzeczy sprawa, tak mocno mię obeszła. Do +wielu zawodów przybył jeszcze jeden; dlaczegóż +ten właśnie gniewa mię więcej od innych? +Trzeba raz na zawsze pamiętać, że wyzysk +jest pierwotną zasadniczą formą, w której +się odciskają wszystkie na świecie stosunki.</p> + +<p><span class='pagenum'><a name="Str_8" id="Str_8">[Str. 8]</a></span> +Zimne ciało pochłania z gorętszego ciepło, +elektryczny ładunek znika rozszarpany przez +sąsiadów. Tu rabunek trwa jedną chwilę; ale +wśród ludzi, którzy sami mogą się nanowo +rozgrzewać i elektryzować, wyzysk ten przeciąga +się żywiołowo, bez końca. Jakikolwiek +stosunek wziąć, zawsze jedna strona kocha +więcej, druga więcej korzysta. Tak chce fizyka.</p> + +<p>Tylko po co ten fałsz: narzekania w listach, +skargi na samotność duchową, prośby, abym +przyjechał. Dlaczego kłamać przed innymi +i przed sobą, dlaczego łudzić się nazwami uczuć, +których nie ma? Gdyby nie nazwy, które są +symbolami, uczucia nasze nie różniłyby się +wiele od uczuć ślimaka lub pająka.</p> + +<p>Wczoraj nie miałem najmniejszej ochoty wychodzić +wieczorem po obiedzie. Niezupełnie pozbyłem +się jeszcze bólu głowy. Chciałem zresztą +pomówić trochę z Turskim, bo w istocie +rzeczy nie wiem, co on robi, nad czem pracuje, +jakie są jego plany. Tymczasem Turski uparł +się koniecznie, aby iść odwiedzić Zaleską, tę +nową lubelską koleżankę—»bo ona jest sama +i potrzebuje życzliwej opieki i towarzystwa«. +Namawiałem go, żeby został, ale on uparł się +dlatego, że z »zasady nie zmienia swych postanowień«. +Czy taki koźli upór nie może do +rozpaczy doprowadzić? Naturalnie i ja się zaciąłem, +dysputa stała się ostrą. Turski wyszedł,</p> + +<p><span class='pagenum'><a name="Str_9" id="Str_9">[Str. 9]</a></span> +trzasnąwszy drzwiami, a ja zostałem sam. Byłem +tak zirytowany kłótnią, że niepodobna mi +było czemkolwiek się zająć; zresztą, jak czytać +przy lampie, w której zabrakło nafty! Ogarnęła +mię taka złość, jakgdyby Turski naumyślnie +był mię zostawił bez światła. Położyłem się na +łóżku, lecz nawet z bólem głowy niepodobna +zasnąć o dziewiątej. Cisza jest tu straszna, bo +okno wychodzi na podwórze, a w domach francuskich +ogromnie spokoju pilnują. Tuż obok +huczy gwarem i krzykiem Boul-Mich, a w tym +pokoju nawet mysz nie zaskrobie. Zdjął mię +jakiś niemiły lęk, dziwne wrażenie, które obiega +po całej skórze i zewsząd w głąb się przeciska.</p> + +<p>Zdawało mi się, że lada chwila drzwi się +usuną i będzie można spojrzeć w ciemny, długi +korytarz, w którym zwykle okropny przeciąg +wieje. Gdziekolwiekbądź próbowałem patrzeć, +po chwili musiałem zwracać oczy, aby się +przekonać, że drzwi są jeszcze—choć czyniłem +to bez strachu. I znosić to wszystko dlatego, +że Turskiemu podobało <a class="ins" href="#tnote_1" name="tAnchor_1" title="sie">się</a> odwiedzać +na Montmartre głupią pannę i wypalać naftę +do ostatniej kropli!!</p> + +<p>Nie mogłem wytrzymać dłużej w mieszkaniu +i wyszedłem na miasto. Wszędzie tłok i wrzawa, +kawiarnie przepełnione; mimo chłodnego wieczoru +wszyscy siedzą na ulicy, wszędzie porozstawiane +stoliki, między którymi przesuwać +<span class='pagenum'><a name="Str_10" id="Str_10">[Str. 10]</a></span> +się trzeba. Doszedłem do Sekwany, przyglądałem +się różnobarwnym światełkom nanizanym, +jak paciorki, na jej brzegi, ale rozdrażniała mię +ta ciemność i zawróciłem na Boul-Mich. Chodziłem +bez celu znudzony i zły na samotność, +którą najgorzej odczuwa się w tłumie. Wreszcie +po jedynastej spotkałem Polińskiego: wracał +z Folies Bergéres; był zachwycony, bo widział +wystawę przepysznych ciał, które przecież nie +jemu się dostaną. Ale przeciętny człowiek jest +już z urodzenia altruistą i gdy nie ma własnej, +cieszy się rozkoszą cudzą. Przecież gdyby radość +bliźniego nas bolała, to w takim Paryżu, +gdzie jest tyle do wzięcia, że ciągle czegoś sobie +odmawiać trzeba—jutro nie byłoby nic, +prócz mordu i pożogi. Poliński nie był jednak +<a class="ins" href="#tnote_2" name="tAnchor_2" title="doskonanym">doskonałym</a> altruistą, bo zapragnął czegoś i dla +siebie i namówił mię, abyśmy poszli »na piwo« +do Café d'Harcourt. Mnóstwo studentów i drugie +tyle dziewczyn »étudiantes«, nb. o wiele ładniejszych +od tych prawdziwych »studentek«, których +my do Paryża dostarczamy... Poliński odnalazł +jakąś znajomą swoją Jeanne, ta sprowadziła +swą koleżankę »Gabrielle« i zaczęliśmy się +bawić—po francusku t. j. gadać tysiące głupstw +w mniej lub więcej swobodnej pozie, popijając +kufelkiem piwa. Potem biegaliśmy po bulwarze, +śpiewając: »ce n'est pas de la merde ça, c'est +du chocolat«, potem rozeszliśmy się parami... +<span class='pagenum'><a name="Str_11" id="Str_11">[Str. 11]</a></span> +Potem wróciliśmy do domów każdy oddzielnie, +unosząc wspomnienie, a zostawiając dwa luidory, +które nas »cet amour« kosztował. »Cet +amour« gdyż to tutaj w potocznym języku nazywa +się miłością; taksamo jak to, co u nas +jest ordynarnem przekleństwem, tutaj zwie się +»pocałunkiem«. To jest potęga kultury, ale my +barbarzyńcy tak nie umiemy się bawić. Tak +długo śpiewano nam o świętości uczucia, że +przynajmniej rozpusta musi być dla nas dzikszą, +bardziej szaloną i bardziej rozpasaną. Cośmy wyprawiali +w Warszawie z tą Mańką modelką... I bawić +się na trzeźwo—nie umiemy także, a tu się +nie upija nikt.</p> + +<p>Gabrielie jest wcale przystojna, i gdybym +był więcej zmysłowy, powinienbym być zadowolony +z tej świeżej znajomości. Wątpię jednak, +czy ją odnowię, bo... cena. Wobec tego, +co ma przeciętny student-Francuz, my jesteśmy +nędzarzami.</p> + +<p>Tymczasem korzystam z nieobecności Turskiego, +aby zapakować rzeczy i książki, +bo dziś lub najdalej jutro chcę stanowczo od +niego się wyprowadzić. Gdybym to robił przy +nim, zacząłby mię napewne zatrzymywać, boby +mu się zdawało, że jestem zagniewany i nic +chcę dłużej jego gościnności. Ostatecznie miałby +może racyę, ale nie chcę, aby to po mnie +poznał. Właściwie są to tylko drobnostki: nie rozumiemy +<span class='pagenum'><a name="Str_12" id="Str_12">[Str. 12]</a></span> +się już tak, jakeśmy się rozumieli +i znali dawniej; oto cała sprawa.</p> + +<p> +<br /> +<br /> +</p> + + +<p style="text-align: right;"><i>Dnia 18 grudnia</i>.</p> + +<p>Przechodząc koło Sorbonny, spotkałem wczoraj +Zaleską. Robiła mi wymówki, dlaczego nie +byłem u niej razem z Turskim. Pytała o Turskiego, +ale nie mogłem jej nic <a class="ins" href="#tnote_3" name="tAnchor_3" title="powiedzizć">powiedzieć</a>, gdyż +wyprowadziłem się od niego jeszcze dzień przedtem, +i od tej chwili go nie widziałem. Zaproponowała +mi, aby pójść z nią do teatru, bo +jest już późno, a nie wie, gdzieby Władka Turskiego +znaleźć mogła. Zgodziłem się chętnie, +bo chciałem widzieć teatra paryskie, a sam +długobym się namyślał, aby się na wielkie bulwary +wybrać. Poszliśmy do Renaissance, gdzie +grywa Sarah Bernhardt. Widziałem już niejedną +aktorkę—i Modrzejewską i Duze, ale żadna z nich +mierzyć się z nią nie może. Przepyszny glos: +miękki, potoczysty, melodyjny. Mogłaby stać +bez ruchu i mówić tylko, a byłaby to już nieporównana +gra. Najpierwsza aktorka świata.</p> + +<p>Moja towarzyszka, jak prawdziwe dziecko +barbarzyńców, wpadła w taki zachwyt, że musiałem +ją wciąż powstrzymywać, aby zachowywała +się spokojnie i nie przeszkadzała sąsiadom.</p> + +<p>Po spuszczeniu zasłony była jakby nieprzytomna: +<span class='pagenum'><a name="Str_13" id="Str_13">[Str. 13]</a></span> +gwar i huk bulwarowy odurzył ją do +reszty; niezmiernie zabawny miałem widok. +Uparła się, żeby wziąć ją w pół, pod pachę, +jak zwykle chodzi się z »etudiantkami«, i pójść +z nią przez bulwary. Zaprowadziłem ją do Café +Riche: olśniło to ją do reszty.</p> + +<p>Przechadzka taka jest wcale przyjemna, przyjemniejsza +może niż ta sama rozrywka z Gabryelą. +Za to brak zakończenia. Cóż robić...</p> + +<p> +<br /> +<br /> +</p> + +<p style="text-align: right;"> +<i>Dnia 19 grudnia</i>. +</p> + +<p>Kochana Wandziu, list ten piszę do Ciebie +już z nowego mieszkania; od trzech dni mieszkam +już sam, na rue des Ecoles 1. 72. Mam +ładny pokó; na czwartem wprawdzie piętrze, +ale za to widok na cały plac przed Collège de +France prześliczny. Pokój ustronny, cichy, +doskonały do pracy, ale nie wiem zupełnie, jak +ta praca pójdzie. Wstęp do wszystkich bibliotek +już uzyskałem i o ilem przejrzał pobieżnie katalogi, +znajdę tu mnóstwo materyałów do +wszystkich robót, które rozpocząłem. Zaraz po +świętach, spróbuję zmusić się do systematycznych +zajęć, choć nie wierzę w ich rezultat.</p> + +<p>Pytasz mi się, czy piszę co obecnie i czy +wykończę tę powieść, które; urywki Ci czytałem. +Odpowiedź, znając mnie, zgadujesz dobrze. +Niestety, nie piszę nic... prócz pamiętnika. +<span class='pagenum'><a name="Str_14" id="Str_14">[Str. 14]</a></span> +Ale pochodzi to nie tyle z braku czasu—jakeś +wywnioskowała z pierwszego mego listu—ile +z braku chęci, zapału i poprostu—mocy. Przechodzę +jakieś dziwne osłabienie duchowe; chwilami +zdaje mi się, że wszystko się rozsypuje +we mnie; taka próżnia tworzy się w myślach. +Nie wiem, czy to jest skutek tego, żem się +wyrwał z otoczenia, w którem wzrosłem i do +którego przywykłem—ale Paryż szalenie mię +przygnębia. Tu gdzie wszystko tryska namiętnością, +szałem, przepychem, wszystko wre, +krąży i huczy, gdy się czuje dreszcz, który +przenika i pali te trzy miliony istot ludzkich—wtedy +nie można znieść tej myśli, że się nie +ma nic, nic zupełnie. Nietylko o majątku mówię; +ale czem jest to wszystko, co czułem +lub czuć mogę, wobec ogromu, co tu na okół +mnie szumi... Gdy chodzę czasem wieczorem +po ulicach, to poczucie obcości, znikomości +tak mię przeraża, że szarpałbym palcami +kamień, aby rysę w nim wyżłobić, ślad jakiś, +żem istniał.</p> + +<p>Dobrze, żeś mi na święta nic nie przysłała, +bo tu jest mnóstwo utrudnień celnych, i miałbym +tylko kłopotów i wydatków bez liku. Święta +prawdopodobnie spędzę w domu: tu nie obchodzą +Bożego Narodzenia tak uroczyście, jak +u nas. Na Wiliją mam dwa zaproszenia: jedno +do panny Zaleskiej, naszej koleżanki, o której +<span class='pagenum'><a name="Str_15" id="Str_15">[Str. 15]</a></span> +bodaj, że ci wspominałem w uprzednim liście; +drugie—do doktora Korzyckiego, który tu od +dziesięciu przeszło lat jest osiedlony i zwykle +zbiera u siebie na Wiliją towarzystwo polskie. +Tam w każdym razie nie pójdę, bo nie lubię +towarzystwa zupełnie obcych ludzi. Najchętniej +rzeczywiście zostanę w domu.</p> + +<p>Nie piszesz mi nic o zdrowiu swojem: zwykle +zmiana pory roku Ci szkodzi, zwłaszcza, gdy +przy tych słotach biegasz za lekcyami. Nie czytałem +dawno »Kuryera«; nie wiem więc, jaka +u was pogoda. Tu wiosna bez ustanku: sypiam +przy otwartych oknach.</p> + +<p>Odpisz mi jaknajrychlej, bo jestem zawsze +niespokojny, kiedy zbyt długo nie ma od Ciebie +wiadomości. Pisząc zrobisz miłosierny uczynek, +bo wierzaj mi, że Paryż nie jest dla mnie dotąd +wcale obiecaną ziemią wesela i rozkoszy. Przypominam +Ci nowy adres (rue des Ecoles 1. 72).</p> + +<p style="margin-left: 12em;">Twój <i>Janek</i>.</p> + +<p style="margin-left: 2em;">Na Wiliji będziesz u wuja?</p> + +<p> +<br /> +<br /> +</p> + +<p style="text-align: right;"><i>Dnia 21 <a class="ins" href="#tnote_4" name="tAnchor_4" title="gruduia">grudnia</a>.</i></p> + +<p>Po co ja wczoraj ten list do siostry wysłałem? +Nie pamiętam już dokładnie, com napisał, ale +napewne za dużo. Chyba po to wspominałem +<span class='pagenum'><a name="Str_16" id="Str_16">[Str. 16]</a></span> +jej o tem rozdrażnieniu i przygnębieniu, aby +dręczyć to najszlachetniejsze i jedyne zapewne +przywiązanie, którego doznałem. Miłość matki +ma w sobie zawsze coś zwierzęcego, jak przywiązanie +samicy do płodu; miłość kochanki—to +maniackie zaspokojenie potrzeby; miłość +siostry dopiero jest świadomem, prawdziwie +ludzkiem uczuciem, którego żadne inne zwierzę +nie zna, choć wszystkie płodzą się i przyjaźnią. +Rozumiem, dla czego we wszystkich pierwotnych +mytach ludzkości występuje zawsze +związek brata i siostry, jako naturalne, jakby +od przyrody samej przeznaczone stadło.</p> + +<p>Jestem przekonany, że list mój zmartwi Wandę +do żywego. Gotowa sobie Bóg wie co o mnie +wyobrażać. Ostatecznie wprawdzie nie skłamałem +o swojem rozdrażnieniu, ale w każdym +razie bardzo przesadziłem, bo w ogóle przecież +czas upływa mi dość przyjemnie. Jestto mała, +obrzydliwa nikczemność, bawiąc w Paryżu, +dręczyć biedną dziewczynę pisaniem podobnych +listów. Tym głupsza, że bezcelowa.</p> + +<p> +<br /> +<br /> +</p> + +<p style="text-align: right;"><i>Dnia 22 grudnia.</i></p> + +<p>Dziś rano przyszedł do mnie Turski po raz +pierwszy. Przepraszał mię bardzo, że wcześniej +przyjść nie miał czasu, gdyż przygotowywał się +do egzaminu i nawet wieczorem przesiadywał +<span class='pagenum'><a name="Str_17" id="Str_17">[Str. 17]</a></span> +się do egzaminu i nawet wieczorem przesiadywał +w bibliotece. Do naszej zwykłej restauracyi +też nie mógł przychodzić, gdyż musiał +towarzyszyć Zaleskiej na obiady, a tam, gdzieśmy +się stołowali, kobietom bywać nie wypada. Na +tem rozmowa się urwała, gdyż właściwie nie mieliśmy +sobie nic do powiedzenia. Wreszcie Turski +przypomniał mi, że jestem na Wilią proszony +do Zaleskiej, ale że za to muszę przyjść +dziś do niej popołudniu pomagać—jako dragoman—w +kupowaniu zapasów, i jako tragarz—w +przynoszeniu ich do domu. Turski +prosił mię, abym idąc tam wstąpił po niego, gdyż +nie mając zegarka, mógłby się łatwo zasiedzieć +i spóźnić. Z zachowania się Turskiego mogłem +wnosić, iż zupełnie nie zdaje sobie sprawy, jak +bardzo mię raził nasz dzisiejszy stosunek tak +różny od dawnej przyjaźni. Rozdrażnienie moje +tłomaczył sobie, jako kaprys wywołany kaszlem +i katarem. I mnie dziś ten stosunek nasz mniej +drażni, skoro rozstaliśmy się i widujemy się +o tyle rzadziej. Ostatecznie, wszystko jedno.</p> + +<p>Popołudniu, wybraliśmy się, jak było umówione, +po sprawunki. Pierwszy raz byłem u Zaleskiej +w jej nowem mieszkaniu, już w naszej +dzielnicy. Przyzwyczaiła się trochę do Paryża, +do życia tutejszego i nowych nieco +dla niej stosunków koleżeńskich. Do Wilii nie +czyni się tu wielkich przygotowań i nie ma też +<span class='pagenum'><a name="Str_18" id="Str_18">[Str. 18]</a></span> +w sklepach takiego niemiłosiernego tłoku, jak +u nas: można więc było swobodnie rozmawiać. +Jest to sympatyczna dziewczyna, zwłaszcza, że +w niczem niepodobna do przeciętnego typu studentek. +<i>Au phisique</i>—umie się ubrać i ma bardzo +zręczne ruchy; <i>au moral</i>—nie ma w niej tego +zacietrzewienia i cierpkości, słusznej może, ale +tak niemiłej w uczących się kobietach. Chyba +nie będzie długim gościem w Paryżu; jej za +bardzo obojętne jest, co ma studyować, +aby w ogóle miała na seryo coś robić. Zdaje +mi się, że przyjechała tu, aby wydobyć się +z domu i pozbyć dawnego otoczenia. Mogę +się mylić zresztą, bo o tem rozmawialiśmy tylko +urywanemi zdaniami.</p> + +<p>Sprawunków zakupiliśmy tyle—niepodobna +było Zaleską wyrwać od Potina—że trzeba +było wziąć doróżkę, aby odwieść wszystko do +domu. Zaleska pojechała z Turskim, a ja zostałem, +bo nie chciało mi się tak wcześnie +wracać z bulwarów na lewy brzeg. Siadłem +przy stoliku w kawiarni niedaleko Opery i przyglądałem +się przez kilka godzin tym tłumom, +które przesypywały się bezustanku z jednego +końca bulwarów na drugi. Ten tłum nie rozdrażniał +mię tak, jak zwykle, lecz dziwnie jakoś +kołysał, wciągał w siebie i pochłaniał. Pamiętam, +że podobnego wrażenia doznawałem niegdyś, +leżąc nad brzegiem morza, gdy fala, jedna za +<span class='pagenum'><a name="Str_19" id="Str_19">[Str. 19]</a></span> +drugą, bez ustanku, pchana wiatrem, którego +wyczuć niepodobna było, biegła na piasek z pluskiem +i tysiącem szemrzących strumyków nazad +się cofała. I tu i tam nieskończoność ruchu, +która pociąga i znicestwia. Wróciłem późno +w nocy.</p> + +<p> +<br /> +<br /> +</p> + +<p style="text-align: right;"><i>Dnia 23 grudnia.</i></p> + +<p>Zabawił mię dziś Poliński. Po obiedzie byłem +z nim w kawiarni. W ogromnie ciężkich i zawiłych, +jak zawsze, frazesach opowiadał mi—z +tajemniczą miną—że mu się zdaje, jakoby +Turski miał się do Zaleskiej, a i »ona na to, +jak na lato«. Przestrzegał ich nawet żartobliwie +słowami bajki:</p> + +<p> +Ostrożnie dzieci, wy się źle bawicie,<br /> +Dla was jest to igraszką, tu chodzi o życie.<br /> +</p> + +<p>Pyszny materyał na wujaszka z tego Polińskiego!</p> + +<p>Poliński ogromnie lubi udawać człeka przemyślnego +a znawcę dusz ludzkich—ale tu +zdaje mi się, że się pomylił i puścił tylko głupią +plotkę. Jak tam z panną, nic wiem: ani mię +to obchodzi, ani ją znam dostatecznie, abym +wiedział, jak się u niej słabość sercowa objawia, +choć taki spacerek do Café-Riche kobiety zakochanej +wcale nie zdradza. Ale Turskiego to +<span class='pagenum'><a name="Str_20" id="Str_20">[Str. 20]</a></span> +Poliński znów wcale nie zna. On zawsze i wszędzie +lubił się opiekować, patronować komuś, +jeśli sądził, że jestto potrzebne. Lubi, żeby go +poważano i słuchano jego słowa i rady. Dlaczego +więc i tutaj nie ma się zaopiekować, +zwłaszcza, gdy ta opieka ma przecież swoje +smaczne strony. W tej posusze rodaczek Zaleska +doprawdy jest najprzystojniejsza, a wydaje +się miłą, bo bardzo jest wdzięczna każdemu, +kto ją odwiedza.</p> + +<p>Na plotkarskiej psychologii Polińskiego zarobię +dziesięć franków; zabawiliśmy się bowiem +w miłosnego totalizatora: meta—pierścionek +zaręczynowy na palcu, czas—Wielkanoc, +stawka—dziesięć franków. Szkoda, że nie +setka.</p> + +<p>Poliński ma też być na Wilii u Zaleskiej. +Będzie więc nas czworo.</p> + +<p> +<br /> +<br /> +</p> + +<p style="text-align: right;"><i>Dnia 24 grudnia.</i></p> + +<p>Nie miałem najmniejszej ochoty pójść do Zaleskiej, +a kiedym został w domu, zły jestem na +siebie i żałuję tego. Wola moja składa się zawsze +jakby z dwóch połów, z których jedna jest zaprzeczeniem +drugiej. Jaka połowa stanie na +wierzchu i wysunie się jako czyn—jestto +rzeczą przypadku, przelotnego wpływu, którego +nieraz nawet sam nie dostrzegam. Zarówno +<span class='pagenum'><a name="Str_21" id="Str_21">[Str. 21]</a></span> +w drobnostkach, jak i w najważniejszych sprawach—postanowienie +jest dla mnie męczarnią, +której nie znam równej.</p> + +<p>Jakbądź się stało, siedzę w domu sam, a jest +już po dziesiątej, a więc za późno, żeby wyjść +do Zaleskiej. Mogli zresztą przysłać po mnie, +jeśli byli zaniepokojeni lub jeśli im zależało +rzeczywiście na mojej obecności. Niechaj się +bawią... W mieście wszystko pozamykane; nawet +kawiarnie zaświętowały od dziewiątej. Zresztą +codziennie mam dosyć wrzawy i gazet.</p> + +<p>Cisza, cisza... Wypełza z kątów, wylata ciężkiemi +skrzydłami, potężnieje, nabrzmiewa, wznosi +się jak fala i usta, oczy, głowę mi zatapia. +Wszystkiemi szczelinami wchodzi do wnętrza +mej istoty, rozlewa się w krwi i kościach, sączy +się do serca, a dzwoni i huczy, jak muszla +pusta, gdy do ucha ją przyłożyć. I nie lęka się +ani szelestu kroków, gdy chodzę po pokoju, +ani szmeru kartek książki, którą przerzucałem, +ani dźwięku piosenki, którą próbowałem nucić—ale +wchłania je w siebie, przetrawia i w ciszę +taką samą, niezmąconą, przemienia... Rozpacz!</p> + +<p>Nie chciałem iść do Zaleskiej, bo ostatecznie, +cóż mię z nią i tymi wszystkimi ludźmi wiąże; +ale teraz dałbym nie wiem co, aby wyrwać +się z tej ciszy, mówić i słyszeć głos ludzki.</p> + +<p>I to jest życie, młodość? Ta ohydna pustka, +nicość? Chciałbym raz żyć, szaleć, płonąć, chociażby +<span class='pagenum'><a name="Str_22" id="Str_22">[Str. 22]</a></span> +cierpieć przyszło i zginąć. Ale pragnę, +a nie umiem tego—lub też dla mnie innych +potrzeba rozkoszy, niż te, które wszystkich +sycą. Mam może za twardą duszę, aby ją +zwykłe rylce rysować i rzeźbić mogły. A może +tylko nie umiem czuć, nie umiem żyć i radować +się życiem—bo i to jest sztuka, którą +wyssać lub której nauczyć się trzeba. Cała +przeszłość moja prześlizgnęła się dotąd po mnie, +jak fala po głazie, nie zostawiając w swym +odwrocie nic, prócz piany i szumowin. Miałem +może zadowolenia i radości, ale szczęścia, tego +wielkiego słonecznego szczęścia nie widziałem nigdy. +A wszystko inne jest surrogatem, blichtrem, +fałszem, tylko szczęście jest pięknem i prawdą. +A jednak... drżało mi niegdyś w rękach serce +dziewczęce, niewymownie piękne i czyste—i +porzuciłem je wprzód, zanim może zdołałem +się przesycić. Marzyłem o sztuce, o poezyi—i +napisałem kilkadziesiąt wierszy, gdy przecież +życic, samo życie powinno być pięknem. Żyć +każdą iskrą krwi, każdym błyskiem duszy—to +tylko jest sztuką.</p> + +<p>Tymczasem jest cisza, cisza... Minęła już +północ, a nie nadchodzi ani sen, ani znużenie, +nic, prócz ciszy.</p> + +<p> +..............................................<br /> +..............................................<br /> +<span class='pagenum'><a name="Str_23" id="Str_23">[Str. 23]</a></span> +<span style="margin-left: 7.5em;">Na niebie mojem chmury,</span><br /> +Lecz z nich nie strzelą gromy, zwiastuny złotych burz.<br /> +<span style="margin-left: 7.5em;">Ogrody moje kwitną,</span><br /> +Lecz niema fiołków w nich, lilij białych, ani róż.<br /> +<span style="margin-left: 7.5em;">Ponure moje oczy,</span><br /> +Lecz suchej ich źrenicy nie zwilży srebrna łza.<br /> +<span style="margin-left: 7.5em;">Zmęczone moje dłonie,</span><br /> +Lecz ręka, co omdlewa, nie rwała paszczy lwa.<br /> +<span style="margin-left: 7.5em;">Stęsknione moje serce,</span><br /> +Lecz w piersi rozmarzonej ohydna żądza trwa.<br /> +<span style="margin-left: 7.5em;">Pogodne moje czoło</span><br /> +Lecz w czaszce rozpalonej bezsilna rozpacz łka.<br /> +</p> + +<p>To prawda... lecz na cały wieczór męki, +to za mało.</p> + + +<p> +Od dzisiaj zabrałem się do pracy; biblioteka +jest otwarta i myślę przesiadywać tam codziennie +pięć do sześciu godzin. Opracowywanie +materyałów w domu też pochłonie czasu +sporo. Po za swoją pracą nie chcę o niczem +wiedzieć, nic więcej mię tu nie powinno obchodzić. +Życie w Paryżu może być równie jednostajne, +jak w każdem innem ludzkiem gnieździe. +Ten gwar wielkoświatowy, umysłowe i polityczne +prądy, całe tętno świata, którego byłem +tak ciekaw, o wiele wspanialej przedstawiają +się zdaleka, aniżeli tu na miejscu wśród wrzawy +drobnych, codziennych wypadków. Jak zawsze +drzewa zasłaniają las. +</p> +<p> +<span class='pagenum'><a name="Str_24" id="Str_24">[Str. 24]</a></span> +Przyroda tak samo jak ja, zabrała się do zimowej +pracy i osypała nas śniegiem i opadła +mrozem, jak na Paryż, niezwykłym. Zimno, które +tu panuje zwykle w mieszkaniach, ożywia +zawsze stosunki towarzyskie w kolonii polskiej. +Ludzie zbierają się razem i grzeją się... ciepłem +zwierzęcem. Dzisiaj wybieram się z Polińskim +na wieczór do Łużeckiej. +</p> +<p> +Wczoraj byłem u Zaleskiej, aby się wytłómaczyć, +żem na Wilią nie przyszedł. Zaleska +udawała zagniewaną, nie chciała słuchać wymówek, +powtarzając, że zrobiłem jej tylko niegrzeczny +kaprys. Zresztą miałem za ten »kaprys« +najwięcej żałować sam, bo bawili się +doskonale. Poliński był zmęczony i wyszedł +wcześniej, ale z Turskim doczekali północy. +</p> +<p> +Zaleska była w ogóle niezwykle wesoła i rozbawiona. +Prosiła mię, abym zabrał ze sobą Turskiego +i przyszedł do niej po raz drugi popołudniu—ale +odmówiłem, bo nie chcę zupełnie +zacieśniać swego stosunku z Turskim więcej, +niż jest obecnie. Najlepiej będzie, jeśli będziemy +chodzili każden swojemi drogami. +</p> +<p> +<br /> +<br /> +</p> +<p style="text-align: right;"><i>Dnia 27 grudnia.</i></p> +<p> +Dzień dziesiejszy należy do najciekawszych +w mojem życiu. Spotkałem Turskiego na obiedzie, +siadł przy mnie. Przypomniałem mu, że +<span class='pagenum'><a name="Str_25" id="Str_25">[Str. 25]</a></span> +mamy się zejść z Polińskim i Starzewiczem +w kawiarni wieczorem i iść razem na posiedzenie +francuskiego towarzystwa studenckiego. +Zaproszono nas, i chciałem bardzo poznać +życie francuskie nieco bliżej, niż to można +uczynić na ulicy. Odpowiedział mi, że musimy +mu wybaczyć i iść bez jego przewodnictwa—on +przecież najdawniej z nas mieszka w Paryżu—gdyż +on wieczorem wybiera się do +Zaleskiej. Powiadam mu pół żartem, że to zaczyna +być podejrzane. A on mi na to, patrząc +zabawnie w oczy: »dlaczego?«—i dodaje +zwolna: przegrałeś dziesięć franków... Tak mi +się wydawały dziwne mina jego, głos i ta radość +cała, widoczna na twarzy, że początkowo +po prostu trudno mi było z nim mówić. +</p> +<p> +Ale potem rozgadaliśmy się i miałem takie +wrażenie, jakgdyby przegroda, która nas dzieliła +upadła nagle i wróciły dawne czasy nieograniczonej +ufności i przyjaźni. Opowiedział mi +wszystko. Właściwie zakochał się jakoś nagle +i niespodzianie, i już w kilka dni po moim przyjeździe +nie mógł sobie dać rady z tem uczuciem, +które chciał zdławić, bo nie śmiał wierzyć, +aby ona go kochała. Był tak rozdrażniony, że +tylko udając zupełną na wszystko obojętność, +mógł jakoś ukrywać, co się z nim dzieje. Tymczasem +ona kochała go już wtedy, kiedy jeszcze +ledwie się znali, i płakała po nocach i uspokoić +<span class='pagenum'><a name="Str_26" id="Str_26">[Str. 26]</a></span> +się nie mogła, jeśli go przez dzień cały nie +widziała. Widziałem dobrze, jak jej był za tę +miłość wdzięczny. Oświadczyli się sobie w dzień +wilii, po odejściu Polińskiego, tak jakoś znienacka, +że trudnoby powiedzieć, kto właściwie +dał początek. Przesiedzieli wtedy razem prawie +do rana. Był zakochany, kochany, zaręczony, +szczęśliwy. To wszystko i chyba dosyć. +</p> +<p> +Rozmawialiśmy długo, bardzo długo. Ja mówiłem +nie wiele, bo tak mię nowe położenie +Turskiego dziwiło, a nawet, czegom się nie spodziewał, +wzruszało, że trudno mi było myśl jakąś +skleić; natomiast on opowiadał bez przerwy. +Naturalnie, chciał się żenić, ale nie było to możliwe +prędzej niż za trzy lata, po ukończeniu +studyów: czas ten jednak przeleci prędko, o tem +nie ma mowy. Ona zgadzała się na wszystko, +byle być z nim. +</p> +<p> +Nie spotkałem jeszcze w życiu człowieka tak +uradowanego: radował się w nim doprawdy +każdy atom krwi. I czegóż w radości tej nie +było: miłość, wdzięczność, nadzieja, duma, +szczęście, wszystko! +</p> +<p> +To jednak niezwykły charakter jest Władek +Turski. Wśród nas, którzy z rodzinnego domu +nie dostajemy nic, prócz banalnych przepisów, +a z życia bierzemy tylko to, co na wierzchu +najdostępniejsze, on rzeczywiście sprawia wrażenie +arystokratycznego dziecka, które się urodziło +<span class='pagenum'><a name="Str_27" id="Str_27">[Str. 27]</a></span> +w wysokich komnatach i w kołysce słyszało +nie jęk nianiek, lecz organy. Co ten +człowiek już stracił, a ileż mu jeszcze pozostało! +Szmat za szmatem wyrwał z siebie wiarę, ale +zachował cały bezmiar uwielbienia dla tego, co +czcić chciał; gardził prostytutką i dusił w sobie +zmysły, a nie brakowało uniesień w jego miłości. +Jestto człowiek czysty. +</p> +<p> +Radość Turskiego udzieliła mi się: słuchając +go czułem się odmłodzony jakiś i rzeźwiejszy. +Byłem zadowolony, że fałszywy nasz stosunek +raz się wyjaśnił i to pomyślniej, niż przewidzieć +mogłem. Wszystko było teraz wytłómaczone. +Cieszyłem się również jego szczęściem: +gdy mi o niem opowiadał, kilka razy kręciły +mi się łzy w oczach. +</p> +<p> +Dla jego narzeczonej posłałem bukiet; kontent +jestem, że mogłem jej zrobić przyjemność, +gdyż ona przepada za kwiatami. + +Przykro mi tylko trochę, że byłem złym obserwatorem, +ale czyż można było się tego po cichym +Władku Turskim spodziewać. Jestem +pewien, że każden z jego dawnych kolegów +trzymałby też w zakładzie moją stronę. +</p> + +<p> +<br /> +<br /> +</p> +<p style="text-align: right;"><i>Dnia 29 grudnia.</i></p> + +<p> +Władek źle jednak robi, że swych zaręczyn +publicznie nie ogłasza; przez to plotki tylko +<span class='pagenum'><a name="Str_28" id="Str_28">[Str. 28]</a></span> +powstawać będą. Niby nie ma w tem tajemnicy; +kto chce, może domyślać się i wiedzieć. Przed +nami t. j. przedemną i Polińskim, Turski mówi +wciąż o swej miłości; widać, że tylko ten przedmiot +go zajmuje. Zdaje mi się, że w podobnym +wypadku byłbym więcej skryty. Chociaż... nie +wiem. To powtarzanie: kocham, kocham, +kocham... jest czysto odruchowe i niewłasnowolne, +jak śpiew ptaka na wiosnę. +</p> +<p> +Pomimo, że zaręczyny nie są wszystkim oznajmione, +w damskiej kolonii naszej panuje już +straszne oburzenie. Mężczyzna tak jest rzadki +i tak często sprzedaje się teraz »en détail«, że +dostać całego odrazu jest świetnym interesem. +Wystawić sobie można wściekłość koleżanek, +że przyjechała obca intruzka, nawet na żadnym +wykładzie się nie zjawiła i rogów wielkiej mądrości +nie pokazała, a już męża trzyma. Nie ma +nic pocieszniejszego nad ich ironiczne miny, +w których świetnie widać tę utajoną i niby nie +istniejącą złość. Zwykle mię to śmieszy, lecz +dzisiaj Łużecka zirytowała mię do żywego. +Jest głupota, która już graniczy z podłością. +Zarzucała Zaleskiej wręcz, że przyjechała +tylko, aby wydać się za mąż—co wiem, że +nie jest prawdą. Natarłem na nią ostro i ostrzegałem, +żeby nigdy nie mówiła o małżeństwie +i miłości, bo jestto dla niej teren na zawsze obcy, +na którym wygląda, jak kaczka ucząca się latać. +<span class='pagenum'><a name="Str_29" id="Str_29">[Str. 29]</a></span> +Moja opinia złośliwego gbura jest ustalona +na długo. +</p> +<p> +Teraz jednak, ochłonąwszy z pierwszego +wrażenia, widzę, że może nie miałem tyle racyi, +ilem sobie początkowo przypisywał. Mniejsza +zresztą o racyę, ale rola szlachetnego obrońcy +bywa czasem śmieszna i kto wie, czym właśnie +takiej roli tutaj nie odegrał. Gdyby Łużecka +była dowcipna, przysłałaby mi paczkę biletów +wizytowych z takim np. napisem: +</p> + +<p style="text-align: center">JEAN KARSKI</p> +<p style="text-align: center">défenseur de l'amour outragé.</p> + +<p> +Tak; śmiesznie się wygląda, broniąc, czego +się nie posiada. +</p> +<p> +<br /> +<br /> +</p> +<p style="text-align: right;"><i>Dnia 30 grudnia</i>.</p> +<p> +Dotąd nie chciałem przeszkadzać Turskiemu +w jego sielance; widziałem zresztą, że sobie +nie życzył, aby Zaleską kto z nim razem odwiedzał. +Dziś jednak nie miałem nic do roboty +po obiedzie, a upłynął już tydzień od oświadczyn, +więc wypadało nawet narzeczonej powinszować. +Kupiłem bukiet białych róż i narcyzów +i poszedłem do niej; mieszka teraz przy ulicy +des Feuillantines, na wprost klasztoru. +</p> +<p> +Widzę z ulicy, że jest światło w pokoju, ale +przyćmione; paliło się tylko na kominku. Pukam +<span class='pagenum'><a name="Str_30" id="Str_30">[Str. 30]</a></span> +do drzwi; otwierają mi. Naturalnie, Turski jest +u niej. Witając się z nimi czuję, że mają dłonie +wilgotne i ciepłe. Daję Zaleskiej bukiet i nie +wiem dlaczego, pomimo, że słowa płyną mi +dość gładko, nie zdobywam się na żadne powinszowania +lub życzenia. Cała uroczystość +sprowadza się szczęśliwie do mocnego, znaczącego +uściśnienia ręki. +</p> +<p> +Nie zdaje mi się, żebym im był zawadzał. +Siedzieli dalej przy sobie na kanapie, trzymając +się wpół i przytulając do siebie. Siadłem opodal +na krześle; rozmawialiśmy trochę, chociaż +najczęściej milczeliśmy—i to było najwymowniejsze. +</p> +<p> +Oni są w tem stadyum, że obecność osoby +trzeciej nic a nic im nie przeszkadza. »Ten +trzeci« nie istnieje dla nich. Całowali się przy +mnie tak, jakgdyby byli we dwoje. Poliński, +którego spotkałem wracając później, mówił mi, +że to samo robili przy nim i przy Starzewiczu, +chociaż go prawie wcale nie znają. +</p> +<p> +Zaleska jest jednak strasznie zakochana. Dość +spojrzeć na jej oczy i ruchy; a nie przypuszczałem +nigdy, żeby panna »z dobrej sfery«, napojona +po uszy konwenansami, dała się publicznie +tak całować i pieścić. Widocznie nie znam się +na kobietach—ale Zaleska jest wyjątkowo +uczuciowa, impulsywna, pierwotna. +</p> +<p> +Jest ona teraz tak naiwnie i niewinnie bezwstydna—co +<span class='pagenum'><a name="Str_31" id="Str_31">[Str. 31]</a></span> +zresztą bardzo jej do twarzy—że +gdy patrzę na nią mimowoli przypomina mi +się nieśmiertelna Haida z Don-Juana. Widzę +teraz nawet, że i dla niej i dla Turskiego przyjemnie +jest, jeżeli mają świadków, którzy mogą +patrzeć na nich i podziwiać ich miłość. +</p> +<p> +Władek ma jednak ogromne szczęście. Narzeczeństwo +wśród rodziny, w rodzinnem mieście +jest obstawione tak obrzydliwie ohydnym ceremoniałem +zwyczajów, że wątpię, czy może się +tam ostać choćby krzynka szczęścia. Tutaj, +w olbrzymiem obcem mieście, w zupełnej samotności, +którą można stworzyć jednym obrotem +klucza, narzeczeństwo staje się piękną uwerturą, +której słuchając, można zapomnieć doprawdy, +że czekają całe akty długiej opery. Bo kto wie, +jakie śpiewacy mają głosy i ile dysonansów się +wkradnie. +</p> +<p> +Za długo widocznie siedziałem w gniazdku +przy ulicy Feuillantines, bo mi się teraz wciąż +przed oczami kręci Zaleska w tych wszystkich +rozmiłowanych pozach, w których ją widziałem. +Ależ ona ogromnie w ostatnich czasach wyprzystojniała... +Kobieta, która kocha, jest nietylko +najmądrzejszą, ale i najpiękniejszą. +</p> +<p> +<br /> +<br /> +</p> + +<p style="text-align: right;"><i>Dnia 31 grudnia.</i></p> +<p> +Kochana Wandziu, piszę do Ciebie tylko kilka +słów na karcie pocztowej, żeby Ci powinszować—choć +<span class='pagenum'><a name="Str_32" id="Str_32">[Str. 32]</a></span> +może zbyt późno—Nowego Roku. +Jestem ogromnie zajęty i dla tego niemam czasu +na obszerniejsze listy. Nie miej mi tego za złe. +Nie mam Ci zresztą nic do oznajmienia, bo u mnie +nic nowego nie zaszło. Ale... Władek Turski +zaręczył się z tą koleżanką Zaleską, o której +Ci kiedyś pisałem. Stosunki nasze stały się serdeczniejsze +obecnie i częściej się z nim widuję. +</p> +<p> +Twoją kartkę, pisaną w pierwszy dzień świąt, +otrzymałem. Czyś była jeszcze u kogo podczas +świąt? Byłaś zapewne u pani Reuter. Podobno +macie ciągłe odwilże w Warszawie; czy nie +szkodzi ci to na zdrowie? +</p> +<p style="margin-left: 4em;"> +Twój <i>Janek</i>. +</p> +<p> +<br /> +<br /> +</p> + +<p style="text-align: right;"><i>Dnia 2 stycznia.</i></p> +<p> +Od kilku dni absolutnie nic nie robię. Przerwałem +studya w bibliotece, bo czeka mię mnóstwo +przepisywania starych dokumentów, a to +przejmuje mię niewysłowionym wstrętem. Natomiast +chodzę po obiedzie z Turskim do kawiarni +i przez kilka godzin słucham, czasami +nawet z radością, jego spowiedzi i wynurzeń, +które płyną teraz bez końca. On wprost spieszy +się donieść i mówić mi o swem szczęściu. Jestem +mu wdzięczny za tę przyjaźń i za tę ufność. +Potem odprowadzam Turskiego do uniwersytetu +<span class='pagenum'><a name="Str_33" id="Str_33">[Str. 33]</a></span> +na wykłady i idę zwykle nad brzeg Sekwany +i chodzę tam dopóty, dopóki zmęczenie zupełne +nie zmusi mię do powrotu. +</p> +<p> +Nie znam nic piękniejszego nad Sekwanę od Katedry +do Luwru, ale teraz prawie nie przyglądam +się temu widokowi; pamiętam go doskonale w najdrobniejszych +szczegółach, a powtóre głowa mię +boli jakimś głuchym, rozsadzającym bólem, i chodzę +nie po to, aby patrzeć, lecz aby ukołysać +myśli. +</p> +<p> +Dawno już nie miałem takiego wrażenia próżni, +bezsilności, bezużyteczności mojej i wszystkiego, +co mię otacza—jak w tych dniach +ostatnich. Wstaję, jem, chodzę, myślę, piszę +jakąś rozprawę, lecz żeby mię zabito, nie wiem, +po co to wszystko się robi. O tyle jestem inteligentny, +iż rozumiem, że—jak się to mówi—ze +mnie nic nie będzie, że przestanę kiedyś +jeść, chodzić i myśleć, że rozprawy moje tak +samo nie obchodzą nikogo, jak moja osoba, +jednem słowem, że jestem absolutnie niczem, +jedną wielomilionową częścią czegoś, co samo +jest może także tylko milionową częścią. +</p> +<p> +A uczucie takie jest stokroć bardziej przykre, +jeżeli na początku swego świadomego życia +miało się marzenia i nadzieje, jeżeli wschód +życia, jak wschód słońca rzucał długie, piękne +cienie. Sądziłem, będąc dzieckiem, że wielkość +<span class='pagenum'><a name="Str_34" id="Str_34">[Str. 34]</a></span> +cienia tego, to moja własna wielkość. Teraz +jest południe: cień się zwinął, a ja się zgarbiłem. +</p> +<p> +Chociaż dzisiaj mi się wydaje, że gdyby mi +coś nawet pozostało: jakaś idea, zdolność jaka—i +to byłoby mi obojętnem. Ażeby łzę rozdąć na +poemat, trzeba mieć dużo wody i bezwstydu. +</p> +<p> +Karg ist Natur, ein Schein die Kunst, dem Triebe<br /> +Der Sehnsucht schenkt Gewährung nur die Liebe.<br /> +</p> + +<p>To chyba prawda... bo Turski jest teraz tak żywy +i dzielny, tak sobą tylko zajęty, że mimo swej +czułej wrażliwości, zdaje się wcale nie spostrzegać +męczącego mego stanu i świdruje mi uszy +nieustannym hymnem miłości. Potrzeba mu słuchacza, +aby mógł śpiewać; a któż lepiej do +tego się nadaje, niż stary, zaufany przyjaciel. +Moja teorya stosunków ludzkich sprawdza się +raz jeszcze. Wieczny, wieczny wyzysk.</p> + +<p> +<br /> +<br /> +</p> + +<p style="text-align: right;"><i>Dnia 4 stycznia.</i></p> + +<p>Nie, nie idzie mi praca. Wszystkie usiłowania, +aby zmusić się i przezwyciężyć, spełzają nadaremnie. +Robota nie posuwa się, i tylko ból głowy, +gorący, szalony, wzmaga się i przenika wszędzie, +szarpiąc i gniotąc—niby rozpaloną ręką. +Zmarnowałem cały dzień na przechadzkę. Błądziłem +po zaułkach, przedmieściach, po ustronnych +kątach, byle być w miejscach jak najspokojniejszych +<span class='pagenum'><a name="Str_35" id="Str_35">[Str. 35]</a></span> +i jaknajdalej od domu. I chodzić i nie +myśleć o niczem... Wreszcie znalazłem się w Auteuil +i ztamtąd wróciłem rzeką. Ta cudowna panorama +od wiaduktu w Auteuil, koło Marsowego +pola i Trocadera, koło Luwru, Katedry uspokoiła +mię trochę swą kamienną pięknością—tym +łatwiej, że statek o tej porze dnia i roku +był pusty.</p> + +<p>Już koło domu w Quartier spotkałem Polińskiego, +który szedł do mnie, aby mię zabrać +na wielkie bulwary. Lubię z nim chodzić, bo +jest tak gadatliwy, że prędzej wówczas przestaję +myśleć, niż gdy jestem sam—zgodziłem +się więc chętnie. Pojechaliśmy na bulwary, siedzieliśmy +w kawiarni, słuchaliśmy ludowych +piosnek gdzieś w Café-Concert—nie wiem +już zresztą, cośmy robili. Mój ból głowy stał +się podobny do przepaścistej nudy; a Poliński +twierdził, że nie mam humoru i muszę być zaziębiony.</p> + +<p>Wracając już po północy przechodziliśmy przez +ulicę Feuillantines. Świeciło się w oknach, więc +zaczęliśmy wydawać okrzyki, służące nam za +hasło porozumienia w takich wypadkach. Poliński +świetnie naśladuje ryk wołu i bek barani. Okno +się otworzyło i ukazali się... oczywiście oboje. +Turski powiedział nam, abyśmy chwilę poczekali, +a zaraz zejdzie i pójdzie razem z nami +<span class='pagenum'><a name="Str_36" id="Str_36">[Str. 36]</a></span> +do domu. Okno się zamknęło i na tle firanek +ujrzeliśmy scenę pożegnania, jak zawsze...</p> + +<p>W Paryżu, w tem klasycznem mieście rozpasania, +staję się strasznym świętoszkiem: widok +ten mię gorszył i poważnie gniewał. Przypuszczalnie, +za jaki tydzień zapiszę się do ligi +Berengera.</p> + +<p>Turski wyszedł. Był trochę zarumieniony, +a na powiekach lśniły mu się drobne kropelki. +Sześć razy kłaniał się oknu, w którem była +już tylko bezkształtna sylwetka. Bałwochwalca!</p> + +<p>Scenka ta zirytowała mię tak, że byłbym +błogosławił wszystko, coby Turskiemu mogło +sprawić jakąkolwiek przykrość; sam nie wyrządziłbym +jej jednak nigdy. Chciałbym tylko +módz się litować nad nim i pocieszać, bo mimo +chwilowej złości, jestem jego przyjacielem. Nie +prędko jednak będzie potrzebował tej przyjaźni.</p> + +<p> +<br /> +<br /> +</p> + +<p style="text-align: right;"><i>Dnia 5 stycznia.</i></p> + +<p>Logika formalna jest stekiem błędów, a największym +i najjaskrawszym <i>tertium non datur</i>. +Duch nasz jest autokratą i niema sprzeczności, +którejby zgodzić nie mógł.</p> + +<p>Jestem szczęśliwy, bardzo szczęśliwy radością +Władka. Kilka razy na prawdę się rozrzewniłem +słuchając jego wynurzeń. Przytem cieszę +się jeszcze dla tego, że jednocześnie przekonywam +<span class='pagenum'><a name="Str_37" id="Str_37">[Str. 37]</a></span> +się, iż jestem głęboko wrażliwy na cudze +szczęście, a więc jestem uczciwym, szlachetnym +człowiekiem. Mimo to, ani jednej chwili +nie przestaję teraz czuć, że gdyby Turski utracił +swe szczęście, byłbym... może kontent. To +jest... zależnie od tego, jakby je stracił. Gdyby +Zaleska umarła, płakałbym z Turskim; gdyby +ją nagle potrafił zyskać kto inny, pomagałbym +może zabić uwodziciela, lecz z tego co zaszło, +byłbym prawie rad—nie jakąś radością określoną, +zdecydowaną, jasną, ale tym niezwykłym +nastrojem, wewnętrzną pogodą, która się tworzy +w najskrytszych podwalinach duszy.</p> + +<p>To, do czegom się przed sobą przyznał, nazywa +się zwykle nikczemnością, i z tego jestem +dumny. Świadczy to, że uczucia moje są nieustraszone +i potrafią jak bohater z baśni, wtargnąć +na każdy szczyt—mimo larw, które +zewsząd grożą.</p> + +<p>Dziś zadałem sobie pytanie, którego uniknąć +dłużej nie mogę w żaden sposób. Może ja Zaleską +kocham? Jeżeli kobieta, której obecność +jest dla mnie niepotrzebną, twarz—obojętną, +pieszczota—zbyteczną, może być jednocześnie +kobietą kochaną;—ha, w takim razie ja Zaleską +kocham. Zdaje mi się, że cierpię nie przez +to, że ona kocha innego, lecz przez to, że mnie +teraz kochaćby już nie mogła. +</p> +<p> + +<span class='pagenum'><a name="Str_38" id="Str_38">[Str. 38]</a></span> +Zabrano mi to, co do mnie należeć mogło<a class="ins" href="#tnote_5" name="tAnchor_5" title=",">.</a> +Utracić możność jestto więcej, niż utracić +rzeczywistość. Nie módz istnieć jest gorzej, niż +nie istnieć.</p> + +<p> +<br /> +<br /> +</p> + +<p style="text-align: right;"><i>Dnia 6 stycznia.</i></p> + +<p>Nie przypuszczałem nawet, że tak lubię dawać +kobietom prezenty. W ostatnich dniach +byłem kilka razy u Zaleskiej, i nie mogłem iść +tam ani razu, żeby nie przynieść jej chociażby +kilku kwiatów. Dziś wydałem na to ostatniego +franka i jestem z tego ogromnie kontent. Mówię +sobie, że tylko głupiec nie rozumie, co to za +rozkosz rujnować się dla kobiety. U Zaleskiej +przesiadywałem krótko. Chociaż obecność moja +im nie zawadza, zdaje mi się, że wypada możliwie +się usuwać. Zresztą widok ciągłych pieszczot +i uścisków drażni: czuję prędko ogień +w skroniach i pot na ciele. Nie ja sam tylko +tak na to reaguję. Mówił mi Poliński, że odczuwa +zupełnie to samo: jestto przecież całkiem +naturalne. Dziwię się, jak oni mogą to +wytrzymać.</p> + +<p>Równie naturalne, jak ogień w skroniach, +jest myśl, która mię poprostu opętała. Dlaczego +ja tak nigdy nie kochałem? Dlaczego w mojem +życiu nie zeszło się nigdy pytanie z odpowiedzią? +Dlaczego odepchnięto mię, kiedym pożądał, +<span class='pagenum'><a name="Str_39" id="Str_39">[Str. 39]</a></span> +dlaczego, kiedy pożądano mię, odczuwałem +tylko wstręt lub pogardę? Dlaczego dla mnie miłość +była zawsze zimną, zaciekłą, złą grą, której +wygrana hańbi jak złodziejstwo?</p> + +<p>Patrząc na Władka, czuję, że nie mógłbym +kochać tak szczerze, otwarcie, tak prosto—i +tego zazdroszczę mu najwięcej. Bo czyż nie +jest to wyrafinowanem okrucieństwem pysznić się +przedemną tem szczęściem, które ostatecznie +dostało mu się trafem... Tak, przyjemniej i łatwiej +wygrać majątek, niż się go dorabiać.</p> + +<p>Ohydnie śmieszne w tem wszystkiem jest to, +gdy Władkowi się zdaje, że sprawia mi największą +przyjemność, odsłaniając przedemną +swą miłość. W tych pieszczotach, których ani +on, ani ona się nie żenuje, jest tyleż bezmyślnej, +żywiołowej swobody, ile chęci pokazania, jak +szczęśliwym być można... Wygląda to, jak wyzwanie, +jak pogróżka: »Będziemy jeszcze szczęśliwsi«. +Będziecie; wierzę wam.</p> + +<p>Postępowanie Turskiego jest nietylko okrutne, +ale niemiłosiernie głupie, bo nie sądzę ani jednej +chwili, aby naumyślnie chciał przykrość mi +sprawić i dokuczyć. Doprawdy zgłupiał. +</p> +<p><span class='pagenum'><a name="Str_40" id="Str_40">[Str. 40]</a></span></p> + +<p> +<br /> +<br /> +</p> + +<p style="text-align: right;"><i>Dnia 7 stycznia.</i></p> + +<p>Zwiedzaliśmy dziś Luwr. Poszedłem najpierw +z Zaleską sam, a Turski dopiero później po +wykładzie z nami w muzeum się spotkał. Luwr +nie zajmował mię wcale; nie lubię tych olbrzymich +zbiorów, gdzie wszystko zbite jest bezładnie +w jakąś pstrą mięszaninę, która przytłacza +tylko i dławi. Nie doznaje się tam tego uczucia +swobody, bezkresu marzenia, które przecież jest +istotą rozkoszy, jaką dać może sztuka. Arcydzieła +powinno by się chyba wystawiać w oddzielnych +kaplicach.</p> + +<p>Zdaje mi się, że napisałem kłamstwo. Prawdą +jest, że nie lubię muzeów; ale mimo to, zwiedzałem +je nieraz i sztuka, którą widziałem, porywała +mię i czarowała. Dziś nie zajmował mię +Luwr, bo była Zaleska i wszystkie myśli moje +są jakby opętane. Sprawia mi teraz okrutną przyjemność +wszystko, co może tę dziewczynę +przedemną poniżyć. W ten sposób biorę jakąś +idealną choćby zemstę nad Turskim: znieważam +w myśli jego bóstwo. Naumyślnie nie pokazywałem +Zaleskiej arcydzieł i śledziłem, czy je +odczuje i odnajdzie. Ona nie ma wcale zmysłu +artystycznego; zatrzymywała się przed najmarniejszymi +obrazami i wygłaszała takie śmiesznie +naiwne zdania, że tylko ta otwarta szczerość była +<a class="ins" href="#tnote_6" name="tAnchor_6" title="yną">jedyną</a> ozdobą tego, co mówiła. Wmawiam +<span class='pagenum'><a name="Str_41" id="Str_41">[Str. 41]</a></span> +w siebie, że nie można się zakochać w kobiecie +niewrażliwej na piękno: jestto gminność na +cale życie.</p> + +<p>Potem przyszedł Turski; nie patrzyli więc +już na obrazy, tylko na siebie. I wtedy byli +szczęśliwi.</p> + +<p>Nie, ja stanowczo do szczęścia nie jestem +zdatny. Szczęście to jest taka wyłączność, takie +zaprzepaszczenie, że na to nie zdobyłbym +się nigdy. Nie wiem, czy za dużo mam zmysłów, +czy za wiele w duszy pożądań, ale jabym +skorzystał z każdej szczeliny, aby się ze złotej +klatki szczęścia choć na ból i cierpienie wydostać. +Tam gdzie inni oddychają, ja zaraz się +duszę. Było tak już przecież.</p> + +<p>Mogę się więc, tak jak teraz, pocieszać cudzem +szczęściem. Tylko, że ta pociecha jest +tak gorzka, iż jak dobry absynt, staje się nawet +przyjemną. Tylko, tak jak absynt, pobudza +łaknienie.</p> + +<p>Łaknienie za czem? Za miłością? Za miłością +Zaleskiej? Nie kochałem i nie kocham nic w tej +chwili. Za szczęściem? Nie potrafię go odczuć +i zrozumieć. Za bogactwem? Nie wiem, na co +bym go użyć miał. Łaknę życia; czem jest +i gdzie jest—niewiem. Podobne łaknienie uczuwać +musi chyba pisklę, gdy wychyla dziób, aby +uderzyć i rozbić skorupę, która dzieli je od <a class="ins" href="#tnote_7" name="tAnchor_7" title="swiata">świata</a>. +Ale pisklę wiedzie instynkt, a mnie nie wiedzie +<span class='pagenum'><a name="Str_42" id="Str_42">[Str. 42]</a></span> +nic. Chciałbym wysunąć żądze, jak szpony, +i chwycić i zdruzgotać zaporę, co mi światło +kradnie. Lecz nie wiem, gdzie iść, gdzie jest +skorupa mej duszy.</p> + +<p> +<br /> +<br /> +</p> + +<p style="text-align: right;"> +<i>Dnia 8 stycznia.</i><br /> +</p> + +<p>Po wczorajszej wycieczce do Luwru Zaleska +była trochę słaba i Władek mię prosił, abym ją +odwiózł do Korzyckiego. Korzycki przyjmuje +chorych o trzeciej, a o tej porze Turski ma zawsze +zajęcie w uniwersytecie. Początkowo wymawiałem +się wykładami; zdaje mi się, że chciałem +Władkowi zrobić na złość. Potem jednak +ustąpiłem i pojechałem z Zaleską do Korzyckiego, +na drugi kraniec Paryża.</p> + +<p>Ta dziewczyna, gdy Władka przy niej nie ma, +wydaje mi się zupełnie inną. Rozmawialiśmy +cały czas spokojnie, po cichu, ufnie, jak rozmawiają +starzy i dobrzy znajomi. Mimo całej +życzliwości dla niej miałem chwilami dokładne +wrażenie, że ta kobieta jest mi chyba obojętną, +że nie pociąga mię do nie; nic nad to, czem +każda kobieta pociągnąć może. Gdy nie mówiła +o Turskim, co niestety zbyt rzadko się zdarzało, +mogłem czasami zapomnieć o stosunku, jaki ją +z nim łączy: tego mi tylko trzeba.</p> + +<p>Coraz więcej mi się zdaje, że w tej dziewczynie +ponętną jest tylko jej miłość. To uczucie +<span class='pagenum'><a name="Str_43" id="Str_43">[Str. 43]</a></span> +działa na nią, jak ów pierścień z bajki, który +posiadaczowi zapewniał wszystkie piękności +i skarby. Gdy się przymila do Władka, rzeczywiście +jest prawie piękna i ma taki wyraz +w oczach, że wtedy oddałbym wszystko za to, +aby przestała go kochać. Chyba trudno mniej +żądać w życiu. Nie żądam miłości, lecz tylko +spokoju, bezczucia, jak dawniej. Dopóki widzę, +że ona jest zakochana, coś mię nurtuje, łamie, +dręczy, odbiera swobodę myśli. Ja nie chcę o tem +myśleć. Byłem tylko zasnął!</p> + +<p> +<br /> +<br /> +</p> + +<p style="text-align: right;"> +<i>Dnia 9 stycznia.</i> +</p> + +<p>Jest okropnem błagać kobietę o miłość, wić +się u jej stóp, wołając: kocham, kocham;—i nie +słyszeć nic, oprócz echa własnych słów, odbitych +o próżnię, i odejść z myślą, że jest gdzieś +marny, podły człowiek, dla którego kobieta ta +tęskni i gardzi wszystkiem: miłością, bólem, +rozpaczą—</p> + +<p>Ale gorzej jest, jeżeli w takiej chwili nie można +zawołać nic więcej nad to: nie kochaj go. Są +teraz chwile, gdy zazdroszczę Władkowi tak, +że chociaż nie umarłem, zazdroszczę mu życia, +jakgdybym wiedział, że on mnie przeżyje. Zresztą, +takie istnienie jak moje, z wiecznem pożądaniem +czegoś nieuchwytnego, niewymarzonego +nawet, z ciągłym niepokojem w duszy, na +<span class='pagenum'><a name="Str_44" id="Str_44">[Str. 44]</a></span> +łasce każdego wrażenia, to nie jest życie, to +sen gorączkowy i tak męczący, że często niewiadomo, +czy nie lepiej raz się już obudzić. +Mam takie dziwne zmysły, że potrafię odczuwać +tylko gorycz, a to w końcu mdli i truć zaczyna. +Jak zniszczony lubieżnik przez chłostę, +przepędziłem się przez wszystko, co zawiść dać +może—i nie doznałem nawet miłości, która +temu dobremu, szczęśliwemu przyjacielowi dostała +się tak łatwo. Nie kocham Zaleskiej i wiem, +że w chwili, gdy ona przestanie kochać Władka, +będzie mi tak obcą, jak kobieta, którą pierwszy +raz widzę na ulicy. Jest to straszne, bo pozbawia +mię wszelkiej nadziei. Nie mam się o co +starać, bo jeślibym co osiągnął, zyskam mniej +jeszcze, niż mam teraz.</p> + +<p>Kłamstwo, ohydne kłamstwo... Nie kocham +Zaleskiej?... Za cóż bym więc tak cierpiał?</p> + +<p>Mam chwilami złudzenie, jakgdyby wszystko, +co mię otacza: domy, drzewa, ludzie, chwiało +się nagle i groziło zawaleniem. Lękam się trochę +sam chodzić i tego mi wstyd przed sobą. +Zawsze gardziłem nerwowymi ludźmi.</p> + +<p> +<br /> +<br /> +</p> + +<p><span class='pagenum'><a name="Str_45" id="Str_45">[Str. 45]</a></span></p> +<p style="text-align: right;"><i>Dnia 10 stycznia.</i><br /> +</p> + +<p>Godzina siódma rano. Brzask szary wstał +i sączy się przez okno. Siedzę na krześle zbłocony, +znużony, złamany, a sen nie przychodzi +do mnie. Ledwie pomnę, co się ze mną działo +tej nocy, bo to już nie ma nazwy. Szaleństwo? +Trwoga?... Gorzej. Jakaś odwieczna modlitwa +jaskiniowców świdruje mi mózg: Grozo, Potęgo—jakakolwiek +jesteś—bądź litościwa duszy mojej! +Ale nie, nie, nie... jestem znów silny, zdrów +i twardy.</p> + +<p>Wczoraj wieczór cały spędziłem w kawiarni. +Do Zaleskiej nie chciałem, nie mogłem iść; Polińskiego +nie było w domu; innych ludzi szukać +niepodobna było. Wszystko mi było zresztą jedno, +gdzie się znajdować, byle nie być w domu, +nie widzieć tych cieni, które jak złe psy kryją +się po kątach i chodzą od stołu do krzeseł, od +krzeseł do łóżka, byle nie kłaść się i nie rozbierać +w tem gęstem powietrzu, gdzie jakieś +niewidzialne dotknięcia palą mi skórę, byle nie +czuć tej ciemności, która jak na żer nalatuje +na mnie i kładzie mi się na piersiach. Nie mogłem +iść do domu; niewysłowiony lęk, obawa +samotności, obawa spokoju i martwoty gryzła +mię nieustannym, prawie fizycznym bólem.</p> + +<p>Ale o pierwszej zamknięto kawiarnię i musiałem +wyjść. Poszedłem wprost przed siebie +<span class='pagenum'><a name="Str_46" id="Str_46">[Str. 46]</a></span> +i zacząłem błądzić. Bez celu, pierwszą lepszą +ulicą, która się nawinęła, przez bulwary, przez +place, przez zaułki. A za mną błądziły jakieś +wizye potworne i zarzucały mi czarne swe +ręce na oczy; wtedy gasło mi światło, zdawało +się, jakby świat cały zapadał się w ciemność, +a słońce nigdy już więcej powstać nie miało. +Stawałem wtedy przed latarnią i wlepiwszy +oczy w żółte jej światełko stałem bez ruchu, +drżąc we wnętrzu i słuchem rozognionym przysłuchując +się ciszy. Kto wie co tam siedzi +w tem czarnem jądrze, które nieprzejrzyście rozciąga +się aż po same szkła latarni? Tam może +czyhać człowiek z nożem, czyhać na mnie +i uderzyć mię w szyję, tam może być tak gęsto, +że padnę odrazu bez tchu... Lub może tam być +gwarno od jakiegoś nieznanego życia nocy, +może tam być tak ludno, że zatrzymają mię +i przepadnę bez śladu, jakgdybym w otchłań +wleciał.</p> + +<p>I nagle zrywał się nademną strach ohydny, +niewypowiedziany i jak wicher zmiatał mię od +latarni i w ciemność na zgubę własną odrzucał. +Biegłem nieprzytomny przez ulice, potykając +się o kostki, rozrzucone do brukowania, uciekałem +na place widniejsze od ulic i kryłem się +jak zbrodniarz, gdym zdała straż policyjną zobaczył. +Rozszalały tabun nędz tratował mi duszę +i szarpał mózgi, jak padlinę. Rozplatały się +<span class='pagenum'><a name="Str_47" id="Str_47">[Str. 47]</a></span> +wszystkie węzły duszy i było mi, jakbym cały +zapadał się w sobie. Pot, jak w łaźni występował +mi na czoło, spływał na szyję i oblepiał +na mnie bieliznę; gorąca para żarła mi oczy; +zdało mi się, że w powietrzu jest jakiś nieznany +kwas; gryzący i trujący, jak żaden inny, który +wgryza mi się w ciało i roztlenia tkanki. Koło +mnie rozsuwały się tylko i zbiegały gmachy +martwe, bo wszystko, co nie jest kamieniem, +zostało spopielone, rozsypane, wyżarte. Zamknąłem +usta, bo piersi mi płoną. I biegłem, biegłem +co raz szybciej ze schylonym karkiem, +jak ścigane i oszalałe <a class="ins" href="#tnote_8" name="tAnchor_8" title="zwierze">zwierzę</a>...</p> + +<p>Wybiegłem do Hal. Przedemną w prostych, +pewnych, olbrzymich liniach piętrzyły się żelazne +sklepienia. Wielkie lampy błyszczały niebieskawem +światłem, a ku górze pod dachem szklanym, jasność +ich jednoczyła się w jakiś drżący blask, który +sypał się na plac cały. Tłok na dole. Kręcą się +tłumy ludzi, wozy podjeżdżają i bez przerwy +sypią się z nich wory, kosze, paki. Mimo to +nie było wrzawy. Ludzie pracują cicho, niegłośnie, +jak widma. Tylko czasem zaskrzypi +koło łub stuknie o kamień żelaztwo. I znowu +cisza.</p> + +<p>Jasność przykuła mię do siebie. Siadłem na +ławce; pot stygnął na mnie, chłodził i orzeźwiał. +Bezmyślnie patrzyłem w głąb tego pałacu, na +wir ludzi, kołujący przy mnie, na stosy jarzyn, +<span class='pagenum'><a name="Str_48" id="Str_48">[Str. 48]</a></span> +które co raz wyżej i gęściej zasypywały chodnik, +na żelazne belki, z których zwieszały się +jakieś chorągwie czy płachty, na strop z błękitnemi +gwiazdami—i znów spełzałem oczami +z tych wyżyn po belkach na bruk. I znów patrzyłem, +jak schylają się karki parobków, ręce +wyrzucają zielone kule kapusty, jak wozy przesuwają +się zwolna—i łowiłem w tej ciszy +jakieś szmery, brzęki, czasem zwrotkę dalekiej +piosnki lub przekleństwo. Patrzyłem, słuchałem +i żar odchodził odemnie. Spokój. I chciałem tu +zostać, zdala od widm, które za mną biegły—i +czekać ranka.</p> + +<p>—<i>Viens, chéri.</i></p> + +<p>Powiedziano coś blisko mnie:</p> + +<p>—<i>Viens donc, chéri.</i></p> + +<p>Przy mnie na pustej dotąd ławce siedziała +teraz pogięta postać, w czarnych łachmanach, +niewyraźna; tylko twarz sprośna, nabrzękła, +czerwona z otwartemi śmiejącemi się usty, patrzyła +na mnie zblizka, coraz bliżej. I ja patrzyłem +na tego potwora, który nagle przy mnie +się wylągł i widziałem, jak sinieją mu wargi +i jak trupio wyglądają duże ostre zęby z tych +żałobnych obwódek. Brzydzę się... a oczu oderwać +nie mogę, i boję się... a jednak patrzę.</p> + +<p>—<i>Qu'as tu donc peur, mon petit loup?</i></p> + +<p>Tak, rzeczywiście lękam się; czuję, że roztwierają +mi się i nieruchomieją źrenice. Rękami +<span class='pagenum'><a name="Str_49" id="Str_49">[Str. 49]</a></span> +chwytam się ławki, mdło mi się robi w duszy +i tak smutno i fala jakaś wzbiera mi w piersi, +dławi w gardle i ściska. Suchemi oczami patrzę, +patrzę ciągle. Jaka ona podobna, coraz podobniejsza, +coraz młodsza, tamta...</p> + +<p>Nagle rozległo się gdzieś nademną przekleństwo +furmana; huk zbudził się we mnie, jakby +Halle się ocknęły i z krzykiem rzucały ku mnie. +I przypomniałem sobie gdzie jestem, zerwałem +się z miejsca i pobiegłem przed siebie, wprost +w Halle, byle dale; od tej... i od tamtej.</p> + +<p>—<i>Va, sale bête</i>.</p> + +<p>Dogonił mię tylko ohydny śmiech i złorzeczenie.</p> + +<p>..............................................</p> + +<p>I znów począłem iść, iść bez przerwy. Wyobraźnia +moja, jak motyl bez skrzydeł, legła +ranna śmiertelnie i nie zrywała się więcej. Szał +odszedł mię, a zmysły postrzegały wszystko +z jasnością przerażającą. Ale nad wszystkiemi +wrażeniami górowała nieprzeparta, w całej krwi +rozlana myśl: iść, iść. Ta myśl wszechmocna +dała mi jakąś potęgę ciała, niezniszczalność mięśni. +Szedłem krokiem sprężystym, jędrnym, jak +wyćwiczony żołnierz. Jak długo szedłem, nie +wiem. Nie myślałem o niczem, nie czułem nic. +Tylko chwilami zdawało mi się, że po drugiej +stronie ulicy w mroku prześlizguje się cicho +taka sama postać błędna, idąca bez celu, potępiona. +<span class='pagenum'><a name="Str_50" id="Str_50">[Str. 50]</a></span> +I byłem jej wdzięczny, że idzie ze mną +i nie trwożyła mię wcale, jakgdybym ją znał +od wieków. Chciałem się zbliżyć do niej i przeszedłem +przez ulicę: przyspieszyła kroku. Począłem +iść prędzej: pobiegła. Zacząłem biedz—i +znów rozpoczął się pościg, aż w mroku gęstszym +widmo odwróciło się, spojrzało mi w twarz +i znikło. Lecz na karku jego widziałem swoją +twarz, swoje oczy, nienawiści pełne i pogardy. +I zrozumiałem, że to dusza moja uciekła odemnie. +Trwoga nieludzka mię ogarnęła znowu, +która ścina krew w żyłach i ciału kamienieć +każe; zdało mi się, żem skonał już i lada wiatr, +co kłosa rosnącego w ziemi nie zakołysze nawet, +trąci mnie lekko, zdmuchnie i rozkruszy.</p> + +<p>Nagle z załomu ulicy jakiejś wyleciał wiatr—i +zdało mi się, jakgdyby ktoś ostrze chłodne +przesunął mi wzdłuż—między duszą a ciałem. +Zmąciło mi się wszystko; przypadłem do muru. +A kiedy omdlenie przeszło i poczułem, że +żyję—zerwałem się i począłem biedz, byle +uciec z tej nocy bezkresnej, zabójczej.</p> + +<p>..............................................</p> + +<p>...Przybiegłem nad rzekę. Ognie latarń nadbrzeżnych +paliły się w falach i rzucane wiatrem +tańczyły koło brzegów jakieś szalone zaloty. +Środek rzeki był czarny, głęboki, tak że odbite +blaski gwiazd zginęły gdzieś w tej otchłani. +Przechyliwszy się przez poręcz, opuściwszy +<span class='pagenum'><a name="Str_51" id="Str_51">[Str. 51]</a></span> +głowę, z której wiatr strącił mi kapelusz, trzymałem +się prętów baryery i nie mogłem spuścić +oczu z rzeki. Kocham i boję się tej głębi. I dla +tego że wiem, że kiedyś muszę się w nią rzucić, +że wiem, że woda ta jest zimna, dławiąca, +duszna—trzymałem się rękami mostu i patrzyłem +z zachwytem i dreszczem. Śmierć w wodzie... +tak, ona czeka mię na pewne. Gorączce +mojej raz warto dać ochłody. Uderzy mię zimno +ze wszech stron, wstrząśnie mną nagle +aż do głębi myśli, a potem zacznie się coś +szarpać wewnątrz mnie i wyrywać i szamotać +strasznie, aż mimowoli otworzę usta, i napiję +się wody—i wtedy wszystko zgaśnie. Dobroć +jakaś, łagodność, jasność mię otoczy i w oczach +będą mi latały obrazy, szybkie, piękne. I będę +chwilę znów żył tem dzieciństwem, co tak +prędko przeszło, i zobaczę śliczne słońce, które +ścigałem dawniej po tapetach mieszkania i pudla +swego zobaczę. A kiedy teatr ten się skończy +i zasłona zapadnie, nie będę już czuł ani zmory, +ani zimna, ani opuchlizny, od której nabrzmiewać +będę. Dobrze...</p> + +<p>Nie, nie, nie... Wiedziałem przecież, że to nie +dziś jeszcze, a jednak na sam widok tej wody +podemną drętwiałem i kurczyły mi się palce +koło prętów. I wtedy, gdy będę skakał z tego +mostu—bo na pewno zeń skoczę—w głębię, +w spokój, kląć będę jeszcze i rzekę i siebie +<span class='pagenum'><a name="Str_52" id="Str_52">[Str. 52]</a></span> +i wyciągnę ręce, aby ją odepchnąć. I wpadłszy, +wyć będę jeszcze wszystkimi głosami duszy +o ratunek, i przed wodą zadławi mię strach. +A jednak nie mogłem ztamtąd odejść, i wtedy... +znów tam przyjdę.</p> + +<p>—Co pan tu robi?</p> + +<p>Przedemną stał robotnik, z oskardem i łopatą +na ramieniu. Spoglądał na mnie bystro.</p> + +<p>—Przyglądam się rzece.</p> + +<p>—Tak... a gdzie pański kapelusz?</p> + +<p>—Wpadł do wody.</p> + +<p>—A gdzie pan mieszka?</p> + +<p>—Na rue des Ecoles.—Nudziły mię te pytania +i ciekawe spojrzenia, lecz doprawdy nie +miałem jakoś siły się gniewać. Odwróciłem się +od rzeki i zacząłem sam pytać:</p> + +<p>—A pan dokąd idzie?</p> + +<p>—Do roboty.</p> + +<p>—To pewnie już będzie szósta?</p> + +<p>—Jest szósta.</p> + +<p>Wreszcie! Tak, musiała być już szósta, bo +spostrzegłem dopiero, że żółknie zlekka wschodnia +strona nieba. Rozmowa się urwała.</p> + +<p>—Przechodzę przez Boul. Mich'. Panu zdaje +się nie dobrze—niech Pan idzie ze mną.</p> + +<p>—Nie, ja wolno chodzę; lubię sam chodzić.</p> + +<p>Stał parę chwil bez ruchu i nie decydował +się, co ma zrobić. Patrzył mi badawczo w twarz—miał +ogromnie sprytne oczy. Dodałem więc:</p> + +<p><span class='pagenum'><a name="Str_53" id="Str_53">[Str. 53]</a></span> +—Może pan iść śmiało. Daję panu słowo, +<i>to</i> jeszcze nie tej nocy.</p> + +<p>Popatrzył chwilę jeszcze. Odszedł. A ja stałem +jeszcze długo, dygocąc z zimna rannego.</p> + +<p>Świtało. Niebo przystrajało się do dnia, powoli +nasiąkało światłem, błękitniało, aż powlekło się +złotem i czerwienią. Z przepychu tego ulicom +dostawała się tylko grzązka, mglista szarość, +w której bez blasku płonęły żółte latarnie. +I ponuro ciągnęły się jednostajne kamienice, straszne +i bardziej martwe niż w nocy, kiedym +wieszał na nich swoje widma. Ale widziałem +już dość, a nim doszedłem do końca ulicy, rozświetliło +się wszystko. I mogłem wracać; wróciłem. +I oto siedzę w swym pokoju w szarym +brzasku, co jak błoto wciska się zewsząd.</p> + +<p>Gdybym wszystkie noce trawił na rozpustę, +nie byłbym tak zmęczony, bezsilny. Poprostu +z blaskiem dnia odeszła odemnie cała moc, i znużenie +rzuciło się na mnie, jak na łatwą zdobycz. +Mimo chłodu, oblewa mię pot. Stopy mam poodbijane, +ranne i w karku jakieś osłabienie, +schylenie, żar, jakąś chęć rzucenia się na wznak, +aby leżeć bez ruchu, bez dreszczu na czemś +twardem, jędrnem, zimnem. Wszystko omdlewa +we mnie jakby na śmierć i znicestwia się.</p> + +<p>Lecz zanim spadnie sen, długo jeszcze nad +oczami memi trzepotać się będzie, jakby szelestem +skrzydeł uciszyć wpierw musiał myśli—i +<span class='pagenum'><a name="Str_54" id="Str_54">[Str. 54]</a></span> +te, które szydzą i te, które płaczą, i te które +przeklinają. I zanim zasnę, słuchać będę tych myśli: +i tej szydzącej, która szepnie mi, żem podły, +bo od zbawienia uciekłem—i tej płaczącej, która +przypomni, żem nędzny—i tej przeklinającej, +która spyta: czemu, czemu?—i odpowie, że +cudzych losów zagadkowy skręt, to jest <span style="letter-spacing: 0.3em;">moja</span> +nędza.</p> + +<p>A! Spijmy...</p> + +<p> +<br /> +<br /> +</p> + +<p style="text-align: right;"><i>Dnia 12 stycznia.</i></p> + +<p>Uspokoiłem się znacznie. Onegdaj przeleżałem +prawie dzień cały, zapuściwszy story. Wczoraj +byłem »normalny«. Miałem nawet gości. +Jestem bowiem dobrym przyjacielem. Odkąd te +zaręczyny stały się głośne w naszej kolonii, +postanowiłem wyprawić dla narzeczonych mały +wieczorek. Wczoraj to uskuteczniłem. Miałem +wiele zachodów, bo ona jest jeszcze chora +i musi wystrzegać się w jedzeniu. Pół dnia +przesiedziałem w kuchni swojej gospodyni, przeszkadzając +jej uwagami i ostrzeżeniami. Ostatecznie +zebranie udało się dobrze i wszyscy, +kto miał przybyć, przyszli, bo dla Turskiego +wszędzie są jaknajżyczliwsi. Był Poliński, doktór +Korzycki, Starzewicz, koleżanka Łużecka z Woydówną, +Kloss z żoną...</p> + +<p>Przy wejściu dałem Zaleskiej bukiet z samych +<span class='pagenum'><a name="Str_55" id="Str_55">[Str. 55]</a></span> +prawie żółtych róż, ale ona ma takie zamyślenie +w oczach, że nie widziała koloru i nie zrozumiała +symbolu. Dzisiaj jestem z tego kontent, +bo byłaby zadziwiona i zirytowana;—choć +właściwie wszystko mi jedno, bo tu niema przecież +mowy o »nadziei«. Wznoszono toasty. Rozeszliśmy +się dobrze po północy.</p> + +<p>Za to wszystko zostałem wynagrodzony. Na +pożegnanie, przekomarzając się niby z Władkiem, +podała mnie, tylko mnie, rękę do pocałowania. +Ma niezmiernie delikatną dłoń. Samo dotknięcie +tej skóry jest pocałunkiem. Palą mię trochę usta +i czoło, bo zdaje mi się, że jestem już nędzarzem, +któremu rzucono ogryzki z pańskiego stołu.</p> + +<p>Z całego jej zachowania, dawniej i teraz—widzę, +że ona ma dla mnie ogromną przyjaźń. +Wiem dobrze, że nie zawdzięczam tego sobie, +lecz Władkowi. Władek ma o mnie bardzo wysokie +wyobrażenie; wierzy w mój talent i zdolności, +ceni mój charakter i kocha mię rzeczywiście. +Odmalował mię w takich barwach, że +i jej udzieliła się jego przyjaźń.</p> + +<p>To jednak śmiesznie przykre zawdzięczać +odrobinę, którą się ma, temu, co wydarł nam +wszystko. Jestem na łaskawym chlebie z odpadków +jego uczuć. +</p> + +<p> +<br /> +<br /> +</p> +<p><span class='pagenum'><a name="Str_56" id="Str_56">[Str. 56]</a></span></p> + + +<p style="text-align: right;"><i>Dnia 13 stycznia.</i></p> + +<p>Nie dostałem nigdy w twarz—lecz zdaje +mi się, że pręgi policzka pieką mniej od drogi, +którą ściekły mi te łzy. Kilka razy podchodzę +do lustra, aby spojrzeć, czy twarz jeszcze +gładka, czy nie tryśnie z niej smugami krew. +Wstyd płomienny położył mi na lica rozognione +palce, i ciśnie i pali.</p> + +<p>Wczoraj zachęcony moim przykładem Poliński +urządził również mały wieczorek. Ma on +tu mniej znajomych, więc byliśmy tylko <i>en famille</i>, +we czworo. Przy kolacyi Poliński i ja staraliśmy +się zabawić tych gości, lecz było to +niemożliwe: oni najlepiej bawią się sami—pocałunkami.</p> + +<p>Dopiero wczoraj zrozumiałem z całą dokładnością, +że niczem, niczem nie zwrócę jej uwagi. +Wprost nie tylko nie mógłbym wyrwać jej miłości, +ale teraz nie mogę jej zmusić nawet do tego, +aby choć na chwilę zapomniała, że jest zakochaną. +W niej zabita jest do szczętu wszelka +ciekawość, ma raz na zawsze spuszczone powieki. +Choćbym głowę roztrzaskał przed nią, +nie zobaczy tego nawet.</p> + +<p>Gdy sprzątnięto ze stołu, Poliński u nóg jej +położył dużą skórzaną poduszkę; Władek, niby +żartując, ukląkł zaraz na niej, a myśmy się dyskretnie +usunęli w drugi koniec pokoju i paliliśmy +<span class='pagenum'><a name="Str_57" id="Str_57">[Str. 57]</a></span> +papierosy, słuchając w półcieniu ściszone +odgłosy pieszczotliwej ich rozmowy. Widziałem, +że Władek położył głowę na jej kolanach i rękami +ująwszy ją za szyję, przysunął jej usta +do swoich. Była to śliczna grupa... z lichej +gliny, bo przecież on jest brzydki.</p> + +<p>A myśmy tymczasem z Polińskim rozmawiali +po niemiecku—oni nie rozumieją tego języka—i +instynktownieśmy czuli, że trzeba +mówić rzeczy bezwstydne, sprośne, aby znieść +spokojnie ten widok. Przynajmniej odrazu trafiliśmy +na ten wyuzdany ton i przy tych zakochanych +wspominaliśmy dumnie najbezczelniejsze +nasze wyprawy i doświadczenia. Śmialiśmy +się kilka razy do rozpuku... z naszych wspomnień, +z ich miłości. Mimo to, obaj czuliśmy +dreszcz w ciele i pot na skroniach. Mnie przebiegały +parę razy przed oczami czarne plamy; +<a class="ins" href="#tnote_9" name="tAnchor_9" title="do">po</a> kawie to przeszło.</p> + +<p>Gdyśmy już wychodzić mieli, spotkała mię +wielka przyjemność. Dokuczyłem trochę Władkowi. +Ona przed lustrem przymierzała kapelusz. +Poliński świecił jej lampą, ja stałem z drugiej +strony, trzymając zarzutkę. Władek, który się +wcześniej był ubrał, chciał się do niej zbliżyć. +Pod pozorem, że będzie pieszczotami przeszkadzał, +a czas już iść, nie dopuszczałem go +do niej—pierwszy raz mogłem go nie dopuścić. +Pchnął mię kilka razy, naturalnie żartem. +<span class='pagenum'><a name="Str_58" id="Str_58">[Str. 58]</a></span> +Nie drgnąłem z miejsca. Po tej utarczce byłem +bardzo blady: to z zadowolenia, żem był silniejszy—i +z odwagi. Ściskałem bokser w ręku.</p> + +<p>Wyszliśmy we troje od Polińskiego i najpierw +odprowadziliśmy Zaleską. Towarzyszyliśmy jej +aż na schody, aby świecić zapałkami. Z Turskim +pożegnała się już w drzwiach pokoju: +w ciemności zapałki zgasły. Potem odprowadziłem +Turskiego, który miał zdaje mi się ogromną +ochotę mówić i wywnętrzać się—ale ja byłem +milczący i zły, więc rozmowa się rwała. +Mówiliśmy trochę o głupstwach, o Polińskim. +Potem zostałem sam i poszedłem do domu +przez Boul.-Mich. Tu jeszcze było gwarno. Studenci +siedzieli po kawiarniach na ulicy; dziewczęta +szeleszcząc tanimi jedwabiami uwijały +się z kwiatami w rękach, goniły się po kilka +razem lub zaczepiały znajomych <i>amis</i>. Widok +ten oblał mię jakby żarem. Odgłos pieszczot +przez wieczór cały rozkołysał mi zmysły, bolesny +zawrót ogarnął je, obudziła się żądza. +Ani cienia rozkoszy nie było w tem pożądaniu: +nic, tylko nieprzeparta, maniacka chęć, aby ściskać, +chwytać jakieś ciało, ślizgać się po niem +ustami, stopić się z niem, i giąć i ginąć w nierozplecionych +skrętach. Oczy zaczęły mi płonąć +i piec powieki: żar mię owionął duszny, +jaki czasem przed burzą spada z pochmurnego +<span class='pagenum'><a name="Str_59" id="Str_59">[Str. 59]</a></span> +już nieba. Widocznie, że nie mogłem ukryć, +co się ze mną dzieje, bo kilkanaście dziewcząt +zaczepiło mię odrazu. Wszedłem do Café d'Harcourt. +Tam gwar był jeszcze większy. W kącie +przy stoliku siedziała z jedną z »koleżanek« +i jakimś studentem, Gabryela. Zbliżyłem się do +stolika. Gabryela, widocznie nie mając zamówienia, +zerwała się, rzuciła mi się na szyję, +zaczęła mię zasypywać pocałunkami i wymówkami, +żem tak dawno u niej nie był; siadła +mi wreszcie na kolanach i zaproponowała, żebyśmy +wypili butelkę Chablis z ostrygami. Powiedziałem +jej do ucha, że nie mam czasu ani +ochoty, i że muszę i chcę wyjść natychmiast +i żeby szła ze mną, jeśli jest wolna.—<i>Pour +toi, chéri!</i> Zgodziła się wyjść odrazu. Wyszliśmy; +para przy stoliku zaśmiała się za nami +w głos: <i>Vous êtes bien pressés, vous autres!</i></p> + +<p>Po chwili byłem u Gabryeli. Mieszka zawsze +bardzo blisko: na rue Tournon. W obu pokojach +u niej był straszny nieład i zaduch. Zdejmując +zarzutkę i stanik opowiadała mi, że +wczoraj wróciła bardzo późno z Bullier i musiała +przyjąć na noc jedną koleżankę.—<i>Une amie +c'est pire, qu'un ami, tu sais?</i> Wstały bardzo +późno i nie było już komu sprzątać.</p> + +<p>Gabryela postawiła świecę na stoliku nocnym +i zaczęła porządkować i układać pierzyny +i poduszki rozrzucone po łóżku. Siadłem w sypialni +<span class='pagenum'><a name="Str_60" id="Str_60">[Str. 60]</a></span> +na fotelu i patrzyłem bezmyślnie. Na toalecie +leżał rozsypany puder fiołkowy i woń koło +siebie roztaczał... Ta woń sprawiła mi ból prawie +i zdławiła odrazu pół żądzy. Fiołki... ulubione +perfumy Zaleskiej.</p> + +<p>Tymczasem Gabryela ułożyła łóżko, zakrzątnęła +się jeszcze po pokoju, wypiła zapomniany +gdzieś na stole kieliszek likieru i pocałowawszy +mię głośno w usta, zaczęła się rozbierać, ziewając:</p> + +<p>—<i>On est rentré tard, je t'avais dit.</i></p> + +<p>Nie ruszyłem się z miejsca.</p> + +<p>Gabryela rozebrana wskoczyła na posłanie +i wyciągnęła się jak długa. Koszula odpięła się +jej na ramieniu i prawa pierś wychyliła się +okrągle. Bodaj zrobiła to naumyślnie, bo ma +i pierś i ramię prześliczne. Biodra smukłe rysowały +się przez batystową koszulę wyraźnie. +Twarz jej zasłaniał cieniem róg poduszki.</p> + +<p>Patrzyłem jeszcze chwilę na nią, i żądza +znowu ogniem mię przebiegła. Zerwałem się +ubrany jeszcze, aby całować, ująć, pochwycić +to ciało, które ku mnie wynurzyło się z bieli. +Wpijałem usta do jej ust i piersi... gdy ostatnia +zabłąkana smuga fiołkowej woni owinęła mi +duszę i dusić poczęła mi oddech:</p> + +<p>Zamiast Zaleskiej biorę prostytutkę...</p> + +<p>Żądza zgasła—jak zdmuchnięta świeca. +<span class='pagenum'><a name="Str_61" id="Str_61">[Str. 61]</a></span> +Łzy schwyciły mię za gardło, wybuchnąłem płaczem, +rykiem ohydnym, niepowstrzymanym.</p> + +<p>—<i>Mais qu'as tu donc? T'es fou.</i></p> + +<p>Tak!... Uciekłem, zbiegłem ze schodów, jak +szalony—jestem w domu, zamknąłem się na +klucz. Łzy już wyschły—ale palą. Wycisną +mi chyba na licach pod oczami piętno na wieczność +całą. Wszystka duma moja stopiła się +w tych łzach. Ktoby chciał, mógłby plunąć mi +w twarz, bo tak płacze tylko niemoc, nędza, +miłość, która nawet przed ulicznicą nie wstydzi +się hańby, że jest pogardzona.</p> + +<p>Więc ją kocham? Kocham Zaleską?—Zapewne.</p> + +<p> +<br /> +<br /> +</p> + +<p style="text-align: right;"><i>Dnia 15 stycznia.</i></p> + +<p>Od kilku dni kręci mi się przed oczami jedna +myśl, decyzya prawie, zagadnienie. Czy ja +mógłbym Zaleską uwieść? Jest-że to możliwe, +czy też nie? Wzgląd na Władka nie gra tu +żadnej roli; nie uznaję innego obowiązku, +oprócz swej chęci, i on może tu być najwyżej +przeszkodą lub tryumfem. Idzie tylko o to, czy +rzecz jest możliwa.</p> + +<p>Badałem szanse. Ona jest zakochaną, prawie +bez pamięci—to jest źle; są dopiero zaręczeni +i mają tak zostać długo—to jest dobrze. +Jestto bowiem ciągłe podrażnienie nie zaspokojone, +<span class='pagenum'><a name="Str_62" id="Str_62">[Str. 62]</a></span> +ciągły śpiew na wysoką nutę, który nuży +gardło. Może nadejść taka przelotna chwila, +gdy ona poczuje, że śpiewak jest zmęczony +i trzeba go zluzować: to może być podwaliną +zwycięztwa.</p> + +<p>Jestem raczej brzydki, niż piękny, ale nie +mam w sobie nic odrażającego i siły mi nie +brak. Jestem wymowny i mam pewną aureolę +talentu, która może mi pomódz. Zobaczę, czy +muza moja zdatna na stręczycielkę. Jestem wytrwały... +Zdaje mi się, żem sobie nie podchlebił.</p> + +<p><a class="ins" href="#tnote_10" name="tAnchor_10" title="Włbściwie">Właściwie</a> rozumowanie jest tu niepotrzebne. +Nie ma rzeczy niemożliwych, są tylko bardzo +trudne. Im większa stawka, tym większa wygrana. +Zacznę. Jeśli przegram, nie stracę nic, +bo nic nie mam. Jeżeli wygram... Tak cicho, +abym sam siebie nie słyszał, szepcę czasem +słowa, które wtedy na usta mi wystrzelą. Może +jakaś nowa moc, wielkość zrodzi się we mnie, +krwią i ciałem nasyci me widmo, i stworzy, +i przywoła do życia. Może ona jest <span style="letter-spacing: 0.3em;">życiem</span>—i +dla tego bez niej zewsząd jest tylko trwoga, +rozpacz i śmierć. Więc trzeba działać, bo lepszy +jest zły czyn od najpiękniejszego marzenia.</p> + +<p>Zastanawiałem się już nad sposobami wykonania +planu<a class="ins" href="#tnote_11" name="tAnchor_11" title=",">.</a> Roztrząsam to na zimno, jak równanie. +Droga gwałtowna, zaklęcia, listy jest +wykluczona. Ona jest na to za łagodna, za +dobra i trochę... za głupia. Zresztą... Władek. +<span class='pagenum'><a name="Str_63" id="Str_63">[Str. 63]</a></span> +Działać można tylko powoli, zwolna, krok za +krokiem, jak fala, która pieści i podmywa brzegi, +zanim je zatopi. Należy im nie odmówić tej +przyjemności, którą tak lubią, i żyć z nimi, jak +najbliżej. Trzeba wejść do tej rodziny... we +troje, aby później zostać można bez trzeciego.</p> + +<p>Ta droga jest przykra i grozi mi paleniem +skroni przez czas długi, lecz jest jedyna, a zatem +dobra.</p> + +<p>Będzie to... ćwiczenie z algebry psychologicznej.</p> + +<p> +<br /> +<br /> +</p> + +<p style="text-align: right;"><i>Dnia 16 stycznia.</i></p> + +<p>Wczoraj byłem z nimi w teatrze. Kupiłem +bilety; dla Zaleskiej przyniosłem mój zwykły +bukiecik. Działałem w myśl swego planu, choć +coraz więcej widzę, że <i>contra spem spero</i>. I on, +i ona są jakby opętani; wszystko, co się koło +nich dzieje, dochodzi ich, jakby stłumione i dalekie. +Szedłem przy niej, ale wszelka rozmowa, +zarówno we dwoje, jak i we troje rwała się +bez przerwy, jak między obcymi. Były chwile +w tej drodze, że mi ręce drżały, <a class="ins" href="#tnote_12" name="tAnchor_12" title="jakdybym">jakgdybym</a> +chciał schwycić—wroga lub siebie—za +gardło i zadusić. W teatrze oni mieli oczy spuszczone +i trzymali się za ręce pod parapetem. +Ja... ja słuchałem opery i na moją duszę, +nie przeszkadzałem im wcale. Wracając mówiliśmy +trochę więcej... o muzyce, o poezyi, +<span class='pagenum'><a name="Str_64" id="Str_64">[Str. 64]</a></span> +o sztuce. Władek, który nieco ochłonął i bardzo +lubi moje wiersze, prosił mię, abym im coś powiedział. +Naturalnie zgodziłem się chętnie i powiedziałem +ten smutny, napisany na Wiliją.</p> + +<p> +Na niebie mojem chmury...<br /> +</p> + +<p>Wiersz się jej podobał, tylko się dziwiła, czemu +piszę takie rzeczy ponure i rozpaczliwe. Czy mi +źle z nimi, wśród przyjaciół? Piekło! Ale Władek, +który mię kocha coraz więcej, ogłosi mię +niedługo za pierwszego poetę w Polsce.</p> + +<p>Kiedyśmy doszli do domu, Zaleska przypomniała +sobie, że nie kazała zapalić w piecu +i w pokoju będzie zimno. Władek wszedł z nią +na górę, aby rozpalić ogień. Czekałem na niego +kilka minut, aż wreszcie znudziło mi się stać +na mrozie, znudziło czysto fizycznie—i odszedłem. +Chodziłem długo nad Sekwaną i myślałem. +Myślałem, dla czego Sekwana nie zalewa +brzegów.</p> + +<p>..............................................</p> + +<p>Przed chwilą wyszedł ztąd Poliński. Przybiegł +z plotką. Spotkał się na obiedzie z Turskim. +Turski był strasznie zgorączkowany: +biega po wszystkich urzędach Paryża, wyrabia +dla siebie i narzeczonej dokumenty. Ślub odbyć +się ma koniecznie jeszcze w tym miesiącu.</p> + +<p>Czy rozumiesz?</p> + +<p>Czy rozumiesz, ty podła, trupia masko!?</p> + +<hr style="width: 65%;" /> +<p> +<span class='pagenum'><a name="Str_65" id="Str_65">[Str. 65]</a></span></p> + +<h2><a name="HAMLET" id="HAMLET"></a>HAMLET.</h2> +<hr style="width: 65%;" /> + +<p><span class='pagenum'><a name="Str_67" id="Str_67">[Str. 67]</a></span></p> + + +<h3>Hamlet.</h3> + + +<p>Dyrektor wielkiej przędzalni Senger & C-ie w Pabianicach +wstał, jak zwykle, o godzinie siódmej. +Buty elegancko świecące i ubranie przygotowane +były z należytą punktualnością.</p> + +<p>Kawa, której dyrektor wielkim był amatorem, +była mocna; masło—świeże i zimne, bułki—chrupiące; +posiłek ranny najmniejszego powodu niezadowolenia +mu nie dał. Pokrzepiwszy się, dyrektor +włożył kapelusz, przejrzał się w lustrze, +musnął cokolwiek siwiejące już wąsy, i widocznie +zadowolony ze swej postaci, wolnym +krokiem do fabryki się udał. Tam też wszystko +we wzorowym znajdowało się porządku: maszyny +były w pełnym biegu, robotnicy na miejscach +swoich. Dyrektor obszedł wszystkie sale, +wydał parę drobnych rozporządzeń, zajrzał do +wydziału administracyi, gdzie go o niewielkiej, +zawsze jednak korzystnej zwyżce zawiadomiono; +w końcu wrócił do swego laboratoryum, gdzie +się główne jego zajęcie skupiało. I tu miara +powodzeń się nie przerwała; przeciwnie, wiadomości +<span class='pagenum'><a name="Str_68" id="Str_68">[Str. 68]</a></span> +były pomyślniejsze jeszcze niż w fabryce. +Zaraz na wstępie powitał go pomocnik +chemika radosną nowiną, że nowa farba »trzyma«. +Nowa farba była własnym pomysłem dyrektora, +który od dawna się trudził, aby drogą, rektyfikowaną +benzynę tańszymi materyałami zastąpić. +Długie były niepowodzenia, zanim przed tygodniem +udało się otrzymać równie piękny błękit, +jak ten, który znacznym kosztem z zagranicy +sprowadzano. Pozostawało zbadać, czy barwnik +da się do tkanin zastosować. Dyrektor zrzucił +marynarkę, wdział ceratowy fartuch, i z namaszczeniem +zasiadł do pracy przed stołem zastawionym +próbkami, kolbami, flaszkami. Robota +aczkolwiek nie trudna, zajęła jednak dość czasu. +Trzeba było z każdej flaszki wylać kropel parę +na długie zabarwione nową farbą paski sukna, +suszyć je na słońcu, badać przez szkła, zapisywać +i porównywać rezultaty. To też kiedy +dyrektor próby swoje skończył i z lubością na +fotelu się przeciągnął—było południe. Rozległ +się dzwon oznajmiający robotnikom obiad i godzinny +odpoczynek. Dyrektor spojrzał na zegarek, +przekonał się, że sygnał obiadu dany +został punktualnie i zaczął się namyślać, co +robić z dwiema godzinami, które mu jeszcze +do chwili obiadu pozostawały. Pracę skończył, +do domu nieuporządkowanego wracać nie lubił, +zdecydował się więc wstąpić do biblioteki. +</p> + +<p><span class='pagenum'><a name="Str_69" id="Str_69">[Str. 69]</a></span> +Biblioteka była dziełem samego dyrektora, +który w początkach swego dyrektorstwa dość +żywo pamiętał o hasłach młodzieńczych. Obejmując +swoje obowiązki, wymógł na kompanii +kapitalistów, że dali na bibliotekę salę i zgodzili +się z rocznego obrotu pewną sumę na +zakup książek wyznaczać.</p> + +<p>Bibliotece tej z zapałem założonej początkowo +nieźle się wiodło; były książki, byli i czytelnicy. +Powoli jednak, bez widocznego powodu, +jad ospałości się wcisnął; robotnicy wrócili do +szynkowni, oficyaliści do kart, książek kupowano +mniej, i już od roku rzadko można było +kogo zastać w bibliotece. Gdy dyrektor wszedł +do sali, pustka tam panująca niemile go uderzyła: +był to pierwszy wyłom w murze zadowolenia, +które od rana duszę jego otaczało.</p> + +<p>Wziął ze stołu »Kuryer« i zabrał się do czytania: +warszawska brukowa gazeta stanowiła +jedną z jego potrzeb. Przeczytał sumiennie pełną +animuszu kronikę polityczną, przerzucił część +rozporządzeń urzędowych, doszedł do doniesień +osobistych, gdzie na pierwszem miejscu, wyczytał: +»Znakomity profesor uniwersytetu w Bonn +p. Zygmunt Rosicki na dni kilka do miasta naszego +zawitał. Z Warszawy udaje się na letni +wypoczynek do majątku swojego w kieleckiem«.</p> + +<p>Wiadomość ta zastanowiła dyrektora. Rosicki +<span class='pagenum'><a name="Str_70" id="Str_70">[Str. 70]</a></span> +był jego uniwersyteckim kolegą, i dźwięk tego +nazwiska odrazu przerzucił mu myśli o dwadzieścia +lat wstecz, w dawno upłynione chwile +wspólnie spędzonej młodości. Napróżno próbował +czytać dalej. Wspomnienia, pełzając jak +węże, jedno po drugiem wślizgiwały mu się +w duszę. Odłożył gazetę, machinalnie podszedł +do okna, spojrzał na podwórze, gdzie grupami +siedząc na cegłach obiadowali robotnicy, i począł +chodzić zwolna po pustej, cichej sali.</p> + +<p>Przeszłość daleka i zwykle zamglona, odżywała +nagle w oderwanych obrazach jaskrawych +i światła pełnych. Przemyślane marzenia, uczucia +przecierpiane, zdarzenia przeżyte, to, co powiązane +i spojone, zda się, w jedną całość, stanowiło +jego przeszłość, jego życie, powstawało +rozbite na części i porozrywane: jedno +życie rozkładało się na sceny obce sobie, jak +figury kalejdoskopu.</p> + +<p>Jak dawno, jak dawno był tym młodzieńcem, +pełnym wygórowanych acz nieświadomych nadziei, +niespełnionych marzeń, młodzieńcem, któremu +wolno nie mieć jeszcze wspomnień, żelaznym +ciężarem kładących się na duszę! I wyobraźnia +rysowała mu własną jego postać, nie +tę, jaką widział w lustrze i której kłaniali się +obywatele pabianiccy, lecz tę, która tam przed +laty, w starych murach akademickiego grodu, +myślała i żyła, cieszyła się z pochlebstw przyjaciół, +<span class='pagenum'><a name="Str_71" id="Str_71">[Str. 71]</a></span> +cieszyła sie z śpiących na dnie piersi sił, +które ockną się kiedyś i pójdą niewiadomo +gdzie, lecz zawsze po zwycieztwo. Młodość jest +wielkim czarodziejem. Lekkomyślnie i nieświadomie +upiększa sobie życie potęgą wielkich +słów, których działania zda się niewiedzieć, +jak lufa nie zna działania zabójczych kul, które +wyrzuca. Miłość, rozkosz, sława, społeczeństwo, +ludzkość—wszystkie hasła, które dla dorosłego +człowieka, świadomego cen życia, rzadkim są +pokarmem, dla młodzieńca zwyczajna to strawa. +Uścisk służącej w ważkim korytarzu—to miłość; +serdelek pokropiony szklanką piwa—to +rozkosz; wierszyk zaśpiewany kolegom—sława. +Błogosławione kłamstwa! ... lecz biada tym, +którym ambitna żądza zapomnieć nie da, że te +słowa—to tylko fałszywie ponaklejane etykiety, +które odjąć trzeba, gdy handel idzie na seryo. +Ci zechcą w życiu, tak jak w młodości: rozkoszy, +miłości, sławy ... i życie im nie odmówi: +dostaną małżeństwo z przyzwyczajenia za miłość, +drugorzędną restauracyę za rozkosz, +kuryerkową pochwalę za sławę. Rosicki znakomitym +uczonym! Dobre to kadzidło dla tłumu, +który zapomni o tej sławie, jak zapomni o dźwięku +nazwiska, którego nie słyszał nigdy. On przecież +wiedział, bo za ruchem naukowym śledził +machinalnie, co to za sława ta i setki jej podobnych. +Całe życie spędzone w jednej myśli, +<span class='pagenum'><a name="Str_72" id="Str_72">[Str. 72]</a></span> +poświęcone odnalezieniu jednego prawa, jednego +objaśnienia, cała praca rozpalonego przypływem +krwi mózgu, oczu roziskrzonych nadzieją odkrycia—zaklęta +w długich szeregach cyfr +i wierszów, które przeczyta równy autorowi +szaleniec po to, aby nazwać prawa pierwszego +błędem, rachunki—fałszem, oczekiwania—ułudą. +A nad obydwoma za lat parę przejdzie +potężnie tłoczący walec czasu; ktoś jeszcze +może o nich wspomni, choć dla niego życia +w pracach ich nie będzie. Minie jeszcze lat +kilka i nazwiska ich porosną wiecznem zapomnieniem, +jak zarasta wydeptana w trawie nogą +wędrownika ścieżka, po której nikt nigdy nie +przejdzie. Oto był los tego, na kim w młodych +latach zdawał się leżeć promień nieśmiertelności, +on to był przecież, który w ciszy pokoju, oderwawszy +się na chwilę od pracy, mówił do siebie +cichemi i drżącemi ustami, że ślad jego nie zaginie, +że ręka, która wyrwie naturze prawdę, +sterczeć będzie świetlana z nocy zapomnienia +długo, długo—może wiecznie. A jednak ten +homunkulusowy gieniusz był szczęśliwy; dyrektor +widział go przed rokiem: był przekonany +o ważności i potrzebie prac swoich, wierzył +w miniaturowe prawdy, które głosił, był upojony +wzmiankami i pochwałami gazet. Był szczęśliwy—szczęśliwością +skazańca, który idzie +na nieznaną śmierć z zawiązanemi oczami. Dyrektor +<span class='pagenum'><a name="Str_73" id="Str_73">[Str. 73]</a></span> +czuł teraz dla przyjaciela swego dziwną +zazdrość, której mękę łagodziła tylko wyrafinowana +rozkosz i duma, że on tak szczęśliwym +być nie mógł. On widział teraz, gdy wspomnienia +młodości wionęły mu na duszę, jak na +spopielone ognisko, gdy w roznieconym ogniu +odżyły dawne marzenia, że życie ich zawiodło, +nie dało im nic, nie zbliżyło na krok do wielkich +świateł, ku którym płynąć chcieli.</p> + +<p>Z gorączkową niecierpliwością, zagłębiony +w siebie, zaczął rozdzierać na kawały swe życie, +badać każdą chwilę, każdą myśl, każde +wzruszenie, wszystko, co przeżył przez lat dwadzieścia. +Badana z nienawiścią, oświecana blaskiem +znów rozgorzałych marzeń powstawała +teraz przeszłość o barwach trupich, o kształtach +zgiętych i spodlonych.</p> + +<p>Jakiem było to jego życie, za które go chwalono +i na wzór dorastającej okolicznej młodzieży +podawano!.. Czyż od chwili, kiedy po raz ostatni +z murów wszechnicy zabrzmiały za nim +hasła świetnej młodości, nie był to jeden +nieprzerwany upadek, powolne pogrążanie +w trzęsawisku codziennych trosk i codziennych +rozkoszy? Czyż od dnia, kiedy rozpoczął samodzielny +żywot i wstąpił do fabryki, początkowo +jako bezpłatny praktykant, miał chociaż +jedną chwilę, które; by mógł powiedzieć: »stój +jesteś piękną«? O tak; przebiegał szybko stopnie +<span class='pagenum'><a name="Str_74" id="Str_74">[Str. 74]</a></span> +hierarchii fabrycznej, aż dziś stanął na jej +niewysokim szczycie; miał coraz, więcej pieniędzy +i coraz mniej marzeń i nadziei, jadał coraz +lepsze kolacye, spędzał noce u coraz droższych +dziewczyn. To były rozkosze jego kawalerskich +czasów; a prace? Pracował nad farbowaniem +perkalu od rana do wieczora, wynalazł nowy +błękit, doglądał biblioteki, założył szkółkę. Pusta +sala czytelniana i szkółka z dziesięciorgiem +leniwych dzieci, to było wszystko, co w życiu +swem stworzył i czego dokonał... Później znudziły +go kolacye i dziewczyny, znudziła samotność +obszernego mieszkania, więc postanowił +się ożenić. On, którego wyśmiewali trochę koledzy +za romantyzm, za to, że szukał w kobiecie +poezyi, niepowszedniego wdzięku, ożenił +się z najprzeciętniejszą panną, córką swego +byłego zwierzchnika, ożenił z nudów i przyzwyczajenia, +bo swoją przyszłą codzień przy +obiedzie widywał. O miłości, uczuciu, o namiętnem, +pełnem męki pożądaniu nie było tam +mowy. Było to małżeństwo jakich wiele, jakie +wszystkie. Przyzwyczajenie, przyjaźń, oparta na +przyzwoitości, sympatya towarzyska była jedyną +treścią ich stosunku. Pożycie małżeńskie płynęło +im spokojnie i szczęśliwie, od chwili kiedy +ją, wiedzącą wszystko z książek i ledwie drżącą +wprowadził po raz pierwszy do sypialni, aż do +dnia dzisiejszego, kiedy posuwający się wiek +<span class='pagenum'><a name="Str_75" id="Str_75">[Str. 75]</a></span> +rzadszymi uczynił wybuchy czułości. Nie zdradziła +go żona—wiedział o tem; nawet myśl podobna +nie przesunęła się nigdy przez jej umysł; +był że to dowód miłości i przywiązania? Chłodne +z natury miała zmysły—a zresztą na +tem pustkowiu, gdzie się osiedlili, nie miała +z kim go oszukiwać; nie upadła, bo droga jej +była równa i prosta.</p> + +<p>I poczuł nagle dziką złość do kobiety, która +była jego żoną, złość za wszystkie niedoznane +pieszczoty miłości i męki zdrady, za dziesięć +lat spokojnego filisterskiego szczęścia w zawsze +ciepłych i zawsze otwartych ramionach.</p> + +<p>Nie, nie miał racyi złorzeczyć jej. Czyż nie +dbała o jego wygody, czyż nie dawała mu +dowodów uległości, czyż nie obdarzyła go +dwojgiem dzieci, które od lat ośmiu krzykiem, +i kłótniami dziecięcemi zapoznawały go z rozkoszami +ojcostwa? Myśl o dzieciach przywiodła +mu na pamięć, że obiecał był wcześniej do +domu powrócić i po obiedzie z rodziną udać +się do pobliskiego lasu. Nagle wyobraźnia, jak +znarowiony koń rzuciwszy się w bok, jaskrawo +i dobitnie przedstawiła mu obraz takiej rodzinnej +wycieczki...</p> + +<p>...Po rżysku, oblanem promieniami zachodzącego +słońca, idą dzieci, prowadzone przez +guwernantkę; za nimi w odległości kilku kroków, +on, pod rękę z żoną, której nie ma nic do powiedzenia, +<span class='pagenum'><a name="Str_76" id="Str_76">[Str. 76]</a></span> +prócz zapytań, co będzie dziś na +kolacyę lub jutro na obiad. Słońce rzuca coraz +krwawsze blaski, z ziemi wilgotnej po deszczu +powstają fioletowe opary, nadając odległym +drzewom fantastyczne kształty widm; zbliża się +pełna uroku godzina zmierzchu; oni nie widzą, +nie czują, wszyscy idą spiesznym krokiem, +skarżąc się na zimno: herbata na wieczerzę +przygotowana, wystygnąć może. Nie takiem +okiem i sercem spotykał niegdyś wschodzącą +noc!!...</p> + +<p>Wzdrygnął się przed tym obrazem dyrektor, +i jakby pragnąc odeń uciec wyszedł gwałtownie +z sali. Chciał iść gdziebądź w pole, ale +mimowoli tyloletniem przyzwyczajeniem wiedziony +skierował się przez podwórze do domku +swego, naprzeciw fabryki. Nie widział ukłonów +składanych mu przez robotników i oficyalistów, +przeszedł ogródek, który dworek jego otaczał, +i przez podjazd szybko wbiegł na schody, prowadzące +do mieszkania; nerwowo, silnie, dwukrotnie +zadzwonił. Po chwili drzwi się otworzyły. +W drzwiach ukazała się sama pani domu, +elegancko ubrana; w ręku trzymała miotełkę—znak, +że mimo kokieteryjnego stroju, gospodarskich +kłopotów jeszcze nie ukończyła. Powitała +męża zwykłym uśmiechem i wyciągnęła doń +usta dość jeszcze świeże i ponętne. Dyrektor +nie miał jednak humoru do pieszczot. Na uśmiech +<span class='pagenum'><a name="Str_77" id="Str_77">[Str. 77]</a></span> +nie odpowiedział, usta pocałował machinalnie +bez zwykłej czułości, i nic nie mówiąc wszedł +do swego gabinetu. Żona nie próbowała +nawet pytać o przyczynę złego humoru, wiedziała, +że mąż najłatwiej sam się uspakaja, zamknęła +więc drzwi i do przerwanej roboty wróciła.</p> + +<p>Dyrektor tymczasem dalekim był do uspokojenia; +przeciwnie, spotęgowały się jeszcze +rozstrój i niezadowolenie z siebie w domu, gdy +codzienne życie mocniej go objęło. Przeszedł +kilkakrotnie pokój szybkimi krokami, rzucając +dla siebie tylko zrozumiałe wyrazy; w końcu +zmęczony usiadł przy biurku i znów zagłębił +się w ponurą zadumę.</p> + +<p>Tak; zmarnował życie; czuł to aż nadto dobrze; +zapóźno już teraz, gdy czwarty krzyżyk +do ziemi go przygniata, nowe zaczynać. Zresztą, +czyż warto? Gdzież pewność, że nie byłby po +raz drugi zawiedziony gorzej, niż teraz? Gdyby +można porzucić szalone marzenia, zgodnie zadawalniać +się tem, co życie dało: spokojnem +ciepłem domowego ogniska, względnym mieszczańskim +dobrobytem, tem wszystkiem, co +położenie jego dla wielu zazdrości godnem czyniło! +Nie czuć, nie myśleć, nie przypominać +sobie... w bezmyślnym spokoju dobrze karmionego +zwierzęcia korzystać z okruszyn życia +byłoby najlepiej! Wszak upływały całe lata, kiedy +podobne myśli do głowy mu nie przychodziły, +<span class='pagenum'><a name="Str_78" id="Str_78">[Str. 78]</a></span> +gdy żył, jak inni, z zimną głową i jak inni był +szczęśliwy. Niestety, spokój długich lat zatruć +mogła jedna taka, jak obecna, godzina.</p> + +<p>Bezcelowy wzrok podniósłszy z ziemi, +obrzucił nim cały pokój: wstrętnemi mu były +drogie obicia, sztychy na ścianach, świecidełka +stojące na biurku, te wszystkie oznaki średniej +zamożności, upiększającej swe siedlisko parodyą +bogactwa i sztuki. Od figurki saskiej wzrok +jego przesunął się po biurku i padł na rozłożoną +książkę. Książka ta zwróciła jego uwagę. +Przypomniał sobie, że ubiegłego dnia wieczorem +czytał w gabinecie, lecz co, nie pamiętał. Wziął +rozwartą książkę, spojrzał w nią—był to tom +poezyi Krasińskiego. Oczy jego błądziły chwilę +po otwartej stronie, w końcu zatrzymały się, +jakby przykute: »Trzeba być Bogiem lub nicością«.</p> + +<p>...Tak, gdyby, nawet całkiem inaczej życiem +swem pokierował, niezadowolenie, wieczny wielkich +żądań towarzysz, nie odstąpiłoby go ani +na chwilę... Teraz zrozumiał się jasno. »Trzeba +być Bogiem, lub nicością«.</p> + +<p>Bogiem niemożliwa, nicością zostać łatwo. +Jedna krótka chwila bólu, chwila pasowania +się życia ze śmiercią i później wieczna noc: +zniknie i rozprószy się, jak zdmuchnięty +płomień.</p> + +<p>Pociągnęła go ta myśl. <a class="ins" href="#tnote_13" name="tAnchor_13" title="Naprożno">Napróżno</a> nadludzkim +<span class='pagenum'><a name="Str_79" id="Str_79">[Str. 79]</a></span> +wysiłkiem duszy chciał odczuć to, co będzie +czuł, gdy czuć przestanie, chciał Odczuć siebie, +jako zimnego trupa; wyobraźnia smagana biczem +woli, cofała się z drżeniem przed nieuchwytnością +śmierci. A jednak ten przeraźliwy +spokój i cisza nęciły go coraz więcej. Leżeć +tak z zamkniętemi oczami, z rozchylonemi usty, +z pogardliwym uśmiechem dla wszystkich rozkoszy +i zgryzot, które po jego śmierci, jak dawniej, +będą dusiły ludzi w wiecznej z sobą +walce, wyrwać się wszystkim myślom, które +dręczą, uciec tam żalowi za młodością, za siłami, +które znikły, za marzeniami, które się +rozpłynęły—co za rozkosz! Czyż nie przyjemna, +że śmierć jego zadziwi wszystkich, śmierć człowieka, +który był bogaty, młody, szczęśliwy, że +go zaczną podziwiać, zanim nie nazwą głupcem, +łub waryatem, bo rozumieć nie będą?</p> + +<p>Dyrektor otworzył szufladę, wydobył mały +błyszczący rewolwer i z uwagą zaczął mu się +przypatrywać. Rewolwer był nabity: jeden +otwór bębenka ukryty w lufie, pięć innych +świeciło niklowymi stożkami kul. Dość zbliżyć +lufę na odległość cala, potem jedno pociśnięcie, +jeden błysk i grom, jedno uderzenie krótkie +i druzgoczące, a kula przebije skórę, wciśnie +się w warstwy mięśni, strzaska szaniec kości, +aż zmęczona walką, obmytą w krwi odpocznie +w miękkich zwojach mózgu. Z dziwną lubością +<span class='pagenum'><a name="Str_80" id="Str_80">[Str. 80]</a></span> +zatrzymał się na tym obrazie. Widział się leżącym +na kanapie z ustami szeroko rozwartemi, +pełnemi na wpół skrzepłej krwi, z rysami wykrzywionymi +przez ból, z ręką daleko odrzuconą, +z rewolwerem w kurczowo zaciśniętej +dłoni. Widział naokoło siebie domowników, +zbiegłych na odgłos strzału, żonę ze łzami +w oczach, dzieci przerażone nowością widoku, +sługi, zaglądające ciekawie przez uchylone +drzwi, i gdy naokoło niego krążyć będzie ten +cały tłum, pełen zgryzot i kłopotów, które jutro +już inne zastąpią, pełen szczerego smutku, skazanego +na prędkie pocieszenie, on leżeć będzie +spokojny i pogardliwy. Nawet ta myśl, która +często głowę mu rozsadza, ta myśl, że śmierć—to +ostateczny koniec jego istnienia, przerwanie +gwałtowne jego ja, które myśli, czuje +i chce, nawet ta myśl, która dziś jest w nim +nie przeciśnie się przez spokój grobu.</p> + +<p>Dyrektor zanurzał się w otchłań śmierci, jak +pływak nierozważny idący w morze, które falą +ruchliwą i wiotką, pieszczotliwą a figlarną otacza +mu kolana i biodra, łechce piersi, szyję całuje, +to zbliża się, to ucieka, a wabi zawsze. +Za zmienną falą idzie odurzony pływak coraz +dalej; nie widzi, że uciekła mu już ziemia, nie +czuje, że noga dna nie chwyta, że fala do ust +mu się skrada, tysiącem pereł oczy mu oślepia, +do uszu rozkoszne obietnice szepce. Jeszcze +<span class='pagenum'><a name="Str_81" id="Str_81">[Str. 81]</a></span> +jeden krok—i roztwiera się toń, która ma go +schłonąć. Dyrektor zbliżył się już do tej granicy. +Żądza spokoju, niebytu, coraz potężnie; ogarniała +mu duszę; błyszcząca lufa, świecące ostrza +kul zdawały się go hypnotyzować i usypiać +zwykle nie drzemiącą chęć życia. Wolną bezmyślna +ręka zaczął kręcić bębenek rewolweru; +słuchał chrzęstu, jaki wydawała każda kula, +stając przed otworem lufy i znów przysuwał +do lufy następną, jakby nie wiedząc, której poruczyć +wykonanie nieświadomego jeszcze, choć +już zapadłego wyroku. Znów obrócił bębenek +dokoła; teraz wybierze trzecią kulę. Trójka była +zawsze jego ulubioną liczbą.</p> + +<p>Nagle zapukano do drzwi. Cienki dziecięcy +głosik odezwał się: »Tatusiu, mama prosi na +obiad«.</p> + +<p>Na dźwięk głosu dyrektor wzdrygnął się i rewolwer +prędko rzucił na stół, jak żak schwytany +na gorącym uczynku. Spojrzał na zegarek. +Była druga: obiad podano punktualnie, godzinę +już rozkoszował się przedsmakiem śmierci. Ale +teraz wykonać zamiar jawnem było niepodobieństwem: +cały obraz, który sobie wymarzył +i ukochał, mógłby ulec zmianie: zresztą dziecko +przeraziłoby się strzału i strasznego widoku +trupa. Nie iść na obiad nie można; przyjdzie +żona, zapyta o powód, zobaczy rewolwer; jeśli +się domyśli lub przeczuje, zaczną się płacze +<span class='pagenum'><a name="Str_82" id="Str_82">[Str. 82]</a></span> +i spazmy. Najlepszem więc zdało mu się udać +spokój i siąść do stołu a zamiaru zaraz po +obiedzie dokonać.</p> + +<p>Dyrektor wstał, twarz do zwykłego wyrazu +ułożył, rewolwer schował i wyszedł do jadalnego. +Dzieci pocałowały go w rękę i zaczęły +gwałtownie wspinać się na swe krzesełka. Jadalnia +mimo jego woli przyjemne na nim sprawiła +wrażenie: uderzyły go mile jasne tapety, +których barwę podnosiło łagodne światło słoneczne, +przecedzone przez gęste story, uderzył +go zapach róż z bukietu, stojącego na kredensie. +Duży stół czysto był nakryty i symetrycznie +zastawiony srebrnymi przyborami; na +środku pyszniła się waza; pokrywa broniła +jeszcze parze wydostać się z ukrycia i roznieść +po pokoju woń podanej zupy.</p> + +<p>Cały ten widok zamożnej jadalni podczas +smacznego obiadu bił żywo w najgłębsze struny +ludzkie; zwierzęcości, zdawał się wysławiać +wszystkie rozkosze jedzenia... jak zachwycone +nozdrza rozszerzają się z lubością, aby wciągnąć +podniecający aromat; język wybredny kochanek, +krótko się pieści z każdym kąskiem, +lecz i w szybkim uścisku potrafi wyssać całą +skalę uniesień; żołądek mniej zręczny i gibki +zadawalniać się musi odpadkami języka, aż +wreszcie zlekka wzdęty nakaże koniec biesiadzie. +Ciepłe strumyki rozchodzą się po całem +<span class='pagenum'><a name="Str_83" id="Str_83">[Str. 83]</a></span> +ciele, tysiącznemi korytami do serca i mózgu, +do piersi i ręki biegnie od żołądka radosna +wieść, dobra nowina: »jestem zdrów i pełen«. +Serce chciało kochać i cierpieć, mózg—zwyciężać +i ginąć, ręka—tworzyć i opadać; żołądek +zmusił ich do milczenia, on sam tylko +jest panem.</p> + +<p>Dyrektor siadł. Czuł, że myśli, które w głowie +ułożyły się w systemat i żądały wniosku, +pierzchnęły, jakby wsiąkły w parę, buchającą +z wazy i jak mgła rozprószyły się w nicość; +czuł, że <i>ten on</i>, który z zimną krwią przykładał +rewolwer do ust, wymykał mu się; napróżno +go przywoływał; czuł, że gdyby nim +był teraz, wśród żony i dzieci, udawałby tylko. +Chciał się gniewać na siebie i oburzać—nie +mógł.</p> + +<p>Rozlano zupę. Żona wybrała mu najładniejsze +i najcieńsze uszka. Machinalnie wziął łyżkę, +zanurzył w talerz i poniósł do ust. Gorący, +ostry, zaprawny korzeniami barszcz, jaki bardzo +lubił, połechtał mu podniebienie. Myśli, które +jak ćmy płomień otaczały go przed godziną, +pierzchnęły jeszcze dalej; jeszcze jedna +łyżka—już ich nie widać, tylko cień ich +padał mu wciąż na duszę; jeszcze jedna—i +cień zniknął, jak ostatnia chmura po letniej +burzy.</p> + +<p>Dyrektor się uśmiechnął: był to znak pożegnania +<span class='pagenum'><a name="Str_84" id="Str_84">[Str. 84]</a></span> +dla znikomych przywidzeń, pobłażania +dla siebie; z tym uśmiechem spojrzy teraz +w przeszłość.</p> + +<p>Wziął jeszcze parę łyżek, zaśmiał się do +żony, poklepał ją po ramieniu i do dzieci zawalał: +»No dzieci zaraz po obiedzie mi się +ubrać i marsz na spacer«.</p> + +<p>Barszcz był tak smaczny.</p> +<hr style="width: 65%;" /> + +<p><span class='pagenum'><a name="Str_85" id="Str_85">[Str. 85]</a></span></p> + +<h2><a name="PRZYSIEGLY" id="PRZYSIEGLY"></a>PRZYSIĘGŁY.</h2> +<hr style="width: 65%;" /> + + +<p><span class='pagenum'><a name="Str_87" id="Str_87">[Str. 87]</a></span></p> + +<h3>Przysięgły.</h3> + +<p style="text-align: right;"> +<i>Dnia 5 maja.</i> +</p> + +<p>Skazaliśmy go na śmierć. Sprawa była tak +prosta, że obrady nasze, nie wiem czy pół godziny +trwały. O piątej popołudniu przewodniczący +wręczył nam pytania i objaśnił, co każde +z nich znaczy i jakie za sobą pociąga skutki, +a już przed szóstą oddaliśmy nasze głosy. Na +<a class="ins" href="#tnote_14" name="tAnchor_14" title="wszyskie">wszystkie</a> pytania odpowiedzieliśmy <i>tak</i>, jednomyślnie. +Nawet doktór Kuczyński, który od +czasu, jak się hypnotyzmem zajął, wszędzie +upatruje suggestyą, nawet ten musiał odrzucić +swą łagodność i skrupuły. Bo też rzeczywiście +ani jednej okoliczności, zmniejszającej winę. +Chłopak 25-letni, nicpoń, leniuch wypędzony +z warsztatów za ciągle awantury z majstrami +i kolegami, dręczył matkę, która go napominała; +ostatni, ciężko zapracowany grosz od niej wyłudzał, +aż wreszcie, aby sprzedać resztę jej +rzeczy, których oddać nie chciała, zabił ją trzykrotnem +uderzeniem siekiery. I żeby choć cień +<span class='pagenum'><a name="Str_88" id="Str_88">[Str. 88]</a></span> +skruchy. Wiedział, że kary nie ujdzie, więc, +aby korzystać z czasu, rzeczy za bezcen sprzedał +i poszedł pić do szynku ze znajomemi prostytutkami; +u jednej z nich go znaleziono. +W sądzie opowiadał o zabójstwie z krwią najzimniejszą, +choć rozumiał dobrze co go czeka, +bo siostrze, gdy zeznawała, pokazywał wciąż +na gardło swoje, jakby chciał rzec: »ostrożnie +ze słowami, bo powieszą«.</p> + +<p>Zresztą był spokojny. Zupełne zwierzę: zgoła +uczuć moralnych; wrażliwość nawet zmysłowa +osłabiona, dotyk nieczuły, zwyrodnienie najwidoczniejsze.</p> + +<p>Wyszedłem z gmachu sądowego z radcą +Tańskim; spieszyliśmy się bardzo: o godzinie +12-stej zaczęło się to ostatnie posiedzenie, do +godziny 6-tej pozostaliśmy bez jedzenia. Regulamin +zabrania jadać w sądzie. Z prawdziwą +rozkoszą wyobrażałem sobie powrót do domu. +Sprawa ciągnęła się tydzień i przez ten czas +prawie wcale w domu nie bywałem. Nie wiedziałem +jak dzieci stoją w naukach; mały Franuś +trochę kaszlał, nie zdążyłem nawet posłać +po lekarza, z żoną od dwóch dni chyba nie +mówiłem nawet. Wyobrażałem sobie szczekanie +psa w przedpokoju, radość dzieciaków, uśmiech +żony, że wreszcie do nich wróciłem. O samej +sprawie już nie myślałem.</p> + +<p>Przechodząc koło sklepu z zabawkami, kupiłem +<span class='pagenum'><a name="Str_89" id="Str_89">[Str. 89]</a></span> +dla Jasia pałasz, dla Zosi i Franka—łamigłówkę. +Toż będzie uciecha!...</p> + +<p>Kiedy w końcu dostałem się do swego mieszkania +i zadzwoniłem, zdziwiłem się, bo długo +kazano mi czekać. Czyżby wyszli? Zadzwoniłem +raz, drugi. Po chwili dopiero otworzono. +Ani światła w przedpokoju, ani dzieci nie widzę, +tylko słyszę z kuchni lament i płacz. »Co +się stało?«—zapytałem przestraszony.</p> + +<p>—Hektora tramwaj przejechał i dzieci tak po +nim lamentują.</p> + +<p>Odetchnąłem lżej, choć psa żal mi było bardzo, +bo dziewięć lat był u mnie i do dzieci się +przywiązał. Wszedłem do kuchni. Na ziemi leży +Hektor z otwartym brzuchem i połamanemi nogami; +dzieci nad nim szlochają, a żona napróżno +stara się je pocieszyć, bo widzę, że sama +zmartwiona i gdyby nie dzieci, też by się rozpłakała.</p> + +<p>Dzieci nawet nie zwróciły na mnie uwagi; +zbyt były zajęte swym bólem.—Zły byłem, +że mi się popsuła cała przyjemność, które; się +spodziewałem. Psa mi też żal było: dziewięć +lat trzymać zwierzę, to można je prawie pokochać.</p> + +<p>—Weźże dzieci; to nie dla nich widok, rzekłem +do żony. Przemocą prawie trzeba je było +wyprowadzić. Słyszałem przez drzwi, jak płakały.</p> + +<p>Pochyliłem się nad Hektorem, chcąc zobaczyć, +<span class='pagenum'><a name="Str_90" id="Str_90">[Str. 90]</a></span> +czy nie możnaby go uratować. Żył jeszcze; +widocznie bokiem na szyny upadł, bo obie +tylne nogi były w kilku miejscach złamane +i brzuch miał rozpłatany brzegiem koła, i trzewia +przecięte zupełnie prawie z jamy brzusznej wypadły; +krwi naokoło wylała się kałuża. Dotknąłem +go ręką; drgnął, lecz już nie jęknął +wcale. Nie ma co myśleć o ratunku. I żal mi +się go zrobiło tak bardzo, że sam uczułem łzę +w oku. Mój biedny Hektor!</p> + +<p>Trzeba go było dobić, bo inaczej mógłby +parę godzin konać. Poszedłem po rewolwer; +nie wiedziałem jeszcze, czy będę miał odwagę +do psa strzelić. Przy pomocy służącej włożyłem +go do drewnianej wanienki. Zawył, gdyśmy +go przenosili. Na ziemi, prócz krwi, została +kupka skrwawionych kiszek.</p> + +<p>Służąca wyszła z kuchni; nie chciała na ten +widok patrzeć. Nabiłem rewolwer; czułem, że +mi się mdło robi i ręka mi skacze i rewolweru +prawie nie trzyma. Jak mogłem, psu w ucho +lufę wsadziłem i zamknąwszy oczy, strzeliłem. +Po strzale nie śmiałem otworzyć oczu. Słyszałem, +że drzwi skrzypnęły; spojrzałem, to +żona weszła. Kula rozbiła psu czaszkę; nie +drgał już, tylko mu skóra na szyi dygotała +i nozdrza trochę się ruszały. Trwało to chwilę—ustało +w końcu. Nie żył.</p> + +<p>Wróciłem do pokoju. Słyszałem jak się żona +<span class='pagenum'><a name="Str_91" id="Str_91">[Str. 91]</a></span> +krzątała w kuchni, rozmawiała ze stróżem, +potem z kucharką, kazała dać obiad. Nie ma +co mówić, ładny obiad! A ja się tak spieszyłem +na ten rodzinny obiad z wesołymi memi dzieciakami. +Dzieci wciąż ucierają nosy, jedzą, ale +do łyżki łzy im kapią; są tak smutne, że nawet +moje podarki ich nie pocieszyły. Żona siedzi +chmurna; widzę, że jej psa żal. I mnie żal Hektora +i zły jestem, żem sam smutny i że inni +naokoło mnie smutni.</p> + +<p>Wreszcie się ten ponury obiad skończył. Wyszedłszy +z sądu, cieszyłem się, że wieczór +w domu spędzę. Nie mogłem jednak teraz usiedzieć. +Poszedłem do kawiarni na gazety. Rzeczywiście +dobrze mi się wiodło! W domu zmartwienie, +a tu wpadli na mnie dwaj znajomi +i kazali opowiadać wszystkie szczegóły przeklętego +procesu. Przecież to była <i>cause célèbre</i>! +I znów musiałem przeżywać te wszystkie obrzydliwości, +któremi mi cały tydzień zajęto. Trzymali +mnie do pierwszej po północy. Musiałem +im opowiadać dokładnie akt oskarżenia, zeznania +świadków, odpowiedzi oskarżonego, wszystko. +To nieznośne. Na drugi raz po takim procesie, +na miesiąc w domu się zamknę, o ile mi naturalnie +psa znów nie przejadą. Wróciłem późno +do domu, z bólem głowy, zły na wszystkich.</p> + +<p> +<br /> +<br /> +</p> +<p><span class='pagenum'><a name="Str_92" id="Str_92">[Str. 92]</a></span></p> + + +<p style="text-align: right;"> +<i>Dnia 6 maja</i>. +</p> + +<p>Nie wiem, czy mnie śmierć mego ulubionego +psa tak rozstroiła, że dotąd się wzdrygam, gdy +na rewolwer spojrzę, czy też dlatego, żem wczoraj +do późnej nocy o tym procesie mówił, ale +dziś od rana z myśli mi nie schodzi. Jestto +tak męczące, to zwrócenie wszystkich myśli na +jeden punkt, którego żadną siłą ruszyć nie można, +że doprawdy mam zawrót głowy, jak ten, +kto tak długo w jedno miejsce się wpatrzy, aż +mu barwne kółka przed oczami skakać zaczną. +i nie tylko myśli mam jakby zaczarowane, na +zmysłach moich jakieś przekleństwo. Widzę, +ależ najrealniej wyobrażam sobie tego Pułkowskiego +zabójcę i te całe hordy jego przyjaciół +i przyjaciółek, których tam za świadków spędzono. +Nie jestem muzykalny, melodyi zapamiętać +nie umiem, a teraz zdaje mi się, że mógłbym +odtworzyć każdy ton jego chrapliwej mowy. +Musiałem bacznie czuwać nad sobą, abym nie +spróbował <i>jego</i> głosem mówić. Przypominam +sobie najdrobniejsze szczegóły sprawy; z pamięci +mógłbym chyba powtórzyć wszystkie akty.</p> + +<p>Co to jest? Przecież między nami skończone +wszystko. Spełniłem swój obowiązek; wybrano +mnie, osądziłem według sumienia, nie miałem +żadnych wątpliwości, powinienem wrócić do +swych zajęć, a nie myśleć o tem, gdziem wszystkiego, +<span class='pagenum'><a name="Str_93" id="Str_93">[Str. 93]</a></span> +czego odemnie żądano, dokonał. Stanowczo +muszę być niezdrów, to tylko mnie ten +proces tak dokucza. Po obiedzie był u nas Tański; +mówił wciąż o swej podróży do Wiednia +i o tem, że zapewne dostanie tam awans; przecież, +gdyby go coś dręczyło, mówiłby o tem +ze mną najprędzej. Gdzie tam... Zacząłem mu +wspominać o wczorajszym sądzie, ale widziałem, +że go ten przedmiot wcale nie zajmował. +Muszę się przezwyciężyć. Zresztą to samo +przejdzie; nie wiem, coby mnie zmusić mogło, +abym bez przerwy, jak ćma koło świecy, kolo +tego zabójstwa w myśli się kręcił. Matkę już +pochowano, jego powieszą. Co mnie to teraz +obchodzi?</p> + +<p> +<br /> +<br /> +</p> + +<p style="text-align: right;"> +<i>Dnia 8 maja.</i><br /> +</p> + +<p>...A jednak myślę wciąż o nim. Przedmiot ten +jedyny tak mnie ciągnie, tak zajmuje, że już +nie staram mu się oprzeć. Przeciwnie, wczorajsze +rozumowania moje były błędne. Ja rozstrzygałem +o jego losie, słuszną więc jest rzeczą, +abym dopóki on jest jeszcze, o niego się +troszczył. Nie należy przecież obowiązków swoich +zbywać machinalnie. To dobre dla panów urzędników, +radców i nadradców, podpisać papier i sądzić, +że już cały obowiązek wykonali. Nie, papier +podpisywany przeczytać, rozkaz wydany +<span class='pagenum'><a name="Str_94" id="Str_94">[Str. 94]</a></span> +śledzić należy, wtedy jest się wzorowym działaczem. +Ja takim chcę być, dlatego śledzę i śledzić +muszę.—Tembardziej, że ten człowiek +mnie obchodzi, obchodzi bardzo żywo. Cały +tydzień się z nim spotykałem, zadawałem mu +pytania, zaglądałem mu w duszę i... poznałem +ją trochę. Chcę więc wiedzieć, co się z nim +dzieje. Przyjść do sądu, słuchać, potem wydać +wyrok, choćby na śmierć i wyjść i o nic więcej +się nie troszczyć—to nie dosyć. Przecież słowa +nasze, to nie Jowiszowe gromy, nie zabijają +od razu. Od wyroku naszego, od chwili, kiedy +przewodniczący odczytał: Pułkowski Jan skazany +jest na powieszenie—do samej śmierci ten +człowiek żyje. Ja powinienem wiedzieć, czy to +trochę życia, które mu zostaje, czy to rozkosz +dla niego, czy kara.</p> + +<p>W imię sprawiedliwości, ja powinienem wiedzieć, +co on teraz czuje, powinienem z nim być.</p> + +<p>Pójdę do prezydenta i zażądam, aby mnie do +jego celi wpuścić kazał. Ja muszę go widzieć, +muszę zobaczyć, czyśmy go rzeczywiście ukarali.</p> + +<p> +<br /> +<br /> +</p> + +<p style="text-align: right;"> +<i>Dnia 9 maja.</i> +</p> + +<p>Prezydent zdziwił się mojemu żądaniu. Argumenty +moje są przecież jak najściślejsze i nie +do zbicia, a on doprawdy nie rozumiał. Już to +prezydent orłem się nie urodził. W końcu mi +<span class='pagenum'><a name="Str_95" id="Str_95">[Str. 95]</a></span> +oświadczył, że nie może nic dla mnie uczynić, +albowiem skazany na śmierć z nikim, prócz +dozorcy, widywać się nie ma prawa; ostatniego +dnia wolno skazańcowi zażądać do celi, kogo +zechce. Potem mi mówił, że moja chęć jest +wysoce niehumanitarna: wyzyskiwać dla swego +kaprysu tak wyjątkowe położenie człowieka. +Czyż mu się zdawało, że ja chciałem tam studya +powieściowe robić? Ja chcę zbogacić kodeks +o jedną grozę nową, a znieść tę krew, która +się tam leje. Bo kto wie... jeśli ten czas przedśmiertny +jest straszną karą, to będzie można +skazywać już nie na śmierć, lecz na krótszą +lub dłuższą obawę śmierci. Oto skazujemy Pułkowskiego +na 5 lat ciągłego lęku śmierci. Przez +5 lat w każdej chwili może wejść oprawca +i zażądać swej ofiary, a ona przez 5 lat nie wie +czy kat wejdzie—i umiera przy każdem skrzypnięciu +rygli, przy każdym odgłosie kroków,—a +jednak żyje.</p> + +<p>Rekursu nie założył, zrzekł się więc już +wszelkiej nadziei.</p> + +<p>Chociaż mnie do więzienia nie wpuszczono, +ale ja znajdę sposób. Tak mi się ten Pułkowski +blizkim wydaje, tak znanym<a class="ins" href="#tnote_15" name="tAnchor_15" title="">.</a> Cóżby mi jego +słowa powiedzieć mogły?</p> + +<p> +<br /> +<br /> +</p> + +<p><span class='pagenum'><a name="Str_96" id="Str_96">[Str. 96]</a></span></p> + + +<p style="text-align: right;"> +<i>Dnia 10 maja</i>. +</p> + +<p>Co on czuje, nie wiem. Wysilam się próżno, +a jednak powinienem i muszę wiedzieć.</p> + +<p> +<br /> +<br /> +</p> + +<p style="text-align: right;"> +<i>Dnia 11 maja</i>. +</p> + +<p>Nie wiem nic, ani wczoraj, ani dziś. Te daremne +wysiłki mnie męczą. Jestem zdenerwowany, +silnie zdenerwowany. Unikam wszystkich; +siedzę w swoim pokoju. Mam odszukać +duszę, która zniknąć musi, i uczynić ją swoją.</p> + + +<p> +<br /> +<br /> +</p> + +<p style="text-align: right;"> +<i>Dnia 13 maja</i>. +</p> + +<p>To, co się ze mną zdarzyło, jest tak straszne, +tak niesłychane, a jednak tak naturalne, +że nie wiem czy znajdę siły, aby o tem pisać. +Łudziłem się, łudziłem się jeszcze dziś rano. +Jak mogło mi się zdawać, że to mój obowiązek, +obowiązek sędziego pcha mnie, żebym +szedł wolny do jego celi i dygotał z nim razem +w przedśmiertnych drgawkach? Kto niewinny +mógłby sobie zadać taką tytaniczną, a próżną +katuszę? Komuby to na myśl przyszło? Dziś +wiem, że to była obłuda, przed samym sobą +obłuda.</p> + +<p>Dziś czuję, co on czuje, rozumiem, szaleję, +bom sam zbrodniarz, bo on mnie duszą swoją +<span class='pagenum'><a name="Str_97" id="Str_97">[Str. 97]</a></span> +zaraził. I jak mogą ludzie się nie domyślać, że +tak być musi, że na duszę też przyjść może +zaraza? Marnej choroby, tyfusu lub ospy strzeżemy +się, uciekamy, gdy twarz rażoną krostami +widzimy; a z dotknięć zbrodni—tego krwawego +karbunkułu duszy, wyjść chcemy czyści +i zdrowi? Zamiast uciekać od zbrodniarza, jak +psy przed widmem, wiążemy go, sprowadzamy +do sądu, wybieramy przysięgłych: czoło obywateli, +najzacniejszych ojców rodzin posyłamy +i każemy im iść w tę zarazę.</p> + +<p>I narażać musiałem to, co mam najświętszego—czystość +swoją, nie dla bliźnich, lecz dla słowa, +dla bezkształtnego bałwana, dla sprawiedliwości. +Kogo śmierć tego człowieka obchodzi? +Ta, przed którą zawinił, już zgniła i może błogosławi +mu z nieba. A ja obcy, ja, którybym +go nigdy nie spotkał w życiu i nie widział +nawet, i dwunastu takich jak ja, poszliśmy +i zabiliśmy go...</p> + +<p>Dziś rano stanąłem przed lustrem, jak zawsze, +aby zaczesać włosy i odrazu zobaczyłem, jak +jestem do Pułkowskiego podobny: te same rysy, +te same wydęte wargi i czoło cofnięte w tył—dziedzictwo +po przodkach naszych dzikich. +I kiedym ujrzał tam w lustrze siebie, zabójcę, +jak szalony wybiegłem z domu. Uciec, uciec +gdziebądź, gdzie nie ma zwierciadeł, nie ma +szkieł, nie ma wody, gdzie zobaczyć się nie +<span class='pagenum'><a name="Str_98" id="Str_98">[Str. 98]</a></span> +można! Ale to napróżno. Potwór mój szedł ze +mną i każda twarz ludzka była mu zwierciadłem. +Czułem dobrze, jak każdy przechodzień musiał +we mnie zbrodniarza widzieć, tem nikczemniejszego, +że go kara nie dosięgnie. Wiem dobrze, +żem dla sądu niewinny, żem jeszcze ten sam +szanowny obywatel. Bo dusze nasze są wolne. +Świat do myśli się nie wtrąca; byle czyny +dobre, nikt się nie troszczy, jaka zgnilizna wewnątrz? +Kto pomyślał o zbrodni, może być +zbrodniarzem. Ale ludzkość na łąkach zbrodni +ścina tylko kwiaty czerwone od przelanej krwi; +korzeni nie dotyka: to też o bezkwiatowe, zielone +badyle ranimy się, jak o stalowe rżyska.</p> + +<p>Nie zabiłem matki i nie zabiję jej; dzięki +Bogu umarła. Ale, gdyby żyła, czyż nie zabiłbym +jej? Wszak mogę o tem myśleć, mogę +ją sobie tu, pod moją siekierą, wyobrazić z rozpłataną +czaszką, z okrwawioną twarzą. Kto +mi dowiedzie, że nie mógłbym tego uczynić, +kto?</p> + +<p>A zresztą, choć skonała we własnem łóżku, +choć płakałem po niej, czyż codzień nie wpychałem +je; w grób? Gdym się rodził, rozdzierałem +jej wnętrzności; gdym żył, rozdzierałem +jej serce. Pułkowski zabijał minutę, ja—lat 30. +He razy w duszy życzyłem jej śmierci, ile razy +chciałem, aby tą siekierą, której udźwignąć nie +mogłem, ugodził ja ktoś z góry, szatan czy +<span class='pagenum'><a name="Str_99" id="Str_99">[Str. 99]</a></span> +Bóg—wszystko jedno! A przecież nie kląłem +jej, kochałem ją; zdawała mi się tylko, jak każdemu, +raz za złą, raz za głupią, raz za starą, +i chciałem ją mieć lepszą, mądrzejszą, młodszą, +inną; nie chciałem je; mieć taką, jaką była, +chciałem, żeby ta istniejąca, ta żywa, ta matka, +żeby skonała... dla zmartwychwstania wprawdzie; +lecz śmierć jest, a w zmartwychwstanie kto dziś +wierzy?</p> + +<p>Zbrodnia jest jak szczyt w chmurach: sępy +na skałę lecą, a nietoperze o miękkich skrzydłach +u stóp je; się kręcą, ku górze patrzą, łzy +mają w oczach, a wzlecieć nie mogą, więc zataczają +kręgi nisko, a gdy na ziemię spadną, +chowane są ze czcią. Lecz kto więcej chmury +kochał, kto silniej do skały się rwał, czy sęp, +który na niej siedział, czy nietoperz, który na +nią wzbić się nie mógł? Ja dziś wiem, że nietoperz, +że ja, że my. I pod ciężarem wiedzy +tej upadam.</p> + +<p>Zaraził mnie, zaraził nas wszystkich. Widziałem +ich, kolegów przysięgłych, uśmiechniętych, +zdrowych, szczęśliwych. Nie wierzę im: już jad +w nich krąży; że na twarz im nie wybiegł, +świadomości nie zmącił—cóż to znaczy; wybuchnie. +Osłabiony jestem, praca mnie wycieńczyła, +więc prędzej uległem; na nich też przyjdzie +kolej.</p> + +<p>Zbrodniarzem jestem, zbrodniarza też teraz +<span class='pagenum'><a name="Str_100" id="Str_100">[Str. 100]</a></span> +rozumiem. Jeszcze wczoraj nie mogłem odgadnąć +jego myśli, dręczyłem się próżnem usiłowaniem, +a dziś wiem, co on czuje, z nim jestem, +jego męczarnią się męczę.</p> + +<p>On wie, że żyć będzie tydzień, że po siedmiu +dniach otworzą się drzwi i kat go poprosi, żeby +wyszedł z nim... na szubienicę. Może zliczyć +w każdej chwili, ile mu zostaje nocy do przespania, +godzin do oglądania słońca, może zliczyć, +ile jeszcze razy puls uderzy, a że myśli +wolno, wie, ile razy jeszcze myśleć będzie mógł. +W każdej chwili powiedzieć sobie może: oto +np. trzysta siedemnasta przed śmiercią myśl +moja; a że nie chce kończyć, lęka się myśleć, +lęka się tej następnej myśli, która już trzysta +szesnastą będzie, i nie myśli. A jeśli nie myśli, +nie żyje. Czy tak, czy tak umiera.</p> + +<p>Każda sekunda, każdy krok zegara przybliża +go do grobu, i chociażby z czasem całą siłą +woli się borykał, ani jednej chwili nie powstrzyma. +To też spadają one jednostajne, nieubłagane, +zimne, wolne. Tak, bo czas mu wolno +płynie. W sobie rozdziera go na niteczki tak +cienkie, że wydłuża mu się stokrotnie, tysiąckrotnie, +lecz jeśli niteczka taka, cienka niteczka +pęknie—to jego śmierć.</p> + +<p>Ale nie to jest straszne.</p> + +<p>Straszne jest, że on to spadanie chwil słyszy +i czuje. Każda chwila zdaje się żelaznym ciężarem, +<span class='pagenum'><a name="Str_101" id="Str_101">[Str. 101]</a></span> +który na wieko jego trumny—spada +i dzwoni. Dzwoni tak głośno, że on zatyka +uszy i głowę w poduszkę chowa, ale głos ten +słyszy: dzwon, dzwon, dzwon... A każdy nowy +ton łączy się z echem poprzednich i biją coraz +dźwięczniej, coraz silniej, aż dusza rozkołysana +ich dźwiękiem drga i odrywać się poczyna. +O żelazne chwile!</p> + +<p>I czuje je. Zdarto mu skalp z głowy i na +nagą kość z góry padają krople, pluszcza i zalewają +mu oczy. Spadają te krople wciąż: raz, +dwa, trzy... raz, dwa, trzy... Dłużej liczyć nie +może. On szaleje, lecz umrze. Ja szaleję... a pewno +żyć będę.</p> + +<p>Myśli moje, zostańcie zemną!!</p> + + +<p> +<br /> +<br /> +</p> + +<p style="text-align: right;"> +<i>Dnia 16 maja</i>. +</p> + +<p>Obawiam się pomieszania zmysłów. Nie mogę +wyjść z pokoju, nic prawie nie jem, głowę mam +rozpaloną. Zdaje mi się wciąż, że jestem z nim +pod kluczem, że z nim razem przed śmiercią... +konam. Żona jest niespokojna; chciałaby posłać +po lekarza, lecz boi się; dobrze robi, że się boi. +Przysłała mi dzieci do pokoju; wypędziłem je. +Ja nie mogę, nie powinienem mieć dzieci. Dzwony +w uszach dzwonią; krople spadają i pluszczą, +pluszczą, pluszczą.</p> + +<p>Głowa mi pęka. Nie sypiam. I czegóż się +<span class='pagenum'><a name="Str_102" id="Str_102">[Str. 102]</a></span> +lękam, jeśli wiem, że nie umrę na szubienicy? +czemu się dręczę, jeśli wiem, żem nie zabił? +Ale umrzeć mogę, zabić mogę! Chciałbym +oszaleć!</p> + + +<p> +<br /> +<br /> +</p> + +<p style="text-align: right;"> +<i>Dnia 18 maja</i>. +</p> + +<p>Nie, śmierć jest inna, straszniejsza, groźniejsza, +niż dotąd pojąć mogłem. Teraz ona jest +bliżej i lepiej ją widzę. I tragedya ta leży w tem, +że to nie śmierć nieubłagana, ponura ku nam +się zbliża; to byłaby rozkosz jeszcze. Śmierć +czeka spokojna, nieruchoma, a on żywy jeszcze +ku niej schodzi po szczeblach, coraz niżej. Jak +grzechotnik na spętaną czarem wiewiórkę, utkwiła +w nim swe oczy i stalowe sznury z oczów +tych wychodzą, wiążą i ciągną ku sobie. I czuję, +że żadna wola nie pomoże, że próżno szamotać +się w tej pajęczynie, która zwiąże, ściśnie, +ściągnie.</p> + +<p>Choć chwilę snu!</p> + + +<p> +<br /> +<br /> +</p> + +<p style="text-align: right;"> +<i>Dnia 19 maja</i>. +</p> + +<p>Jutro go powieszą, a wieszanie odbędzie +się tak:</p> + +<p>Ranek. Siódma godzina dzwoniła ledwie na +wieżach: śpi jeszcze, bez marzeń, bez widziadeł, +słodkim, czarnym snem. Otwierają się drzwi, +klucze brzęczą, zawiasy skrzypią. Budzi się, ale +nie wie, nie czuje jeszcze nic. Wchodzi cały +<span class='pagenum'><a name="Str_103" id="Str_103">[Str. 103]</a></span> +szereg ludzi, cały tłum bez końca. Prokurator, +dyrektor więzienia, pisarz, ksiądz, stróż, żołnierze, +ludzkość cała się zbiegła: jak oni się +tam pomieścić mogą? On wstaje; jak przed tyloma +panami nie wstać? Prokurator czyta dźwięcznym, +zimnym głosem: Wyrok z dnia... zatwierdzony... +wedle prawa... dziś o siódmej +i pół wykonanym zostanie. On słyszy doskonale; +mógłby powtórzyć wszystko, choć pamięć +ma nędzną—ale nie rozumie, nie wie co to +ma znaczyć; wie, że się zdarzyło, że się zdarzy +coś wielkiego, strasznego, nic więcej. Pytają +go, czy niema jakich życzeń. Nie odpowiada. +Życzenia? Pytają raz drugi. Nie odpowiada; +sylabizuje po cichu: ży-cze-nia.</p> + +<p>Wychodzą wszyscy,—nareszcie—ryglują +znów drzwi. To chyba sen. Zostaje tylko ksiądz—wysoki, +cienki, chudy. Bierze go za rękę, +mówi coś jednostajnym, bezmyślnym głosem. +Nagle on pada na łóżko, z ust wybiega mu +jakieś krótkie, gardłowe chrypienie, niby śmiech, +niby zdławiony ryk. Zrozumiał. I znów cisza, +tylko ksiądz dalej mówi swe pociechy. Teraz +on nic nie widzi, nie słyszy, rozumie tylko. +Jest mu tylko ciężko w głowie, w piersiach; +nawet wnętrzności mu coś ciśnie, rozpiera; rozluźnia +się w nim wszystko, rozrywa. Chciałby +się wyprostować, odchylić głowę, odetchnąć, +krzyknąć, nie może; tak duszno, tak ciężko.</p> + +<p><span class='pagenum'><a name="Str_104" id="Str_104">[Str. 104]</a></span></p> + +<p>Ruszyć się nie może; żaden mięsień woli jego +nie usłucha. Jest bezwładny; nawet serce bezwładnieje +i wolniej, trudniej się kurczy. Ciężko, +duszno—tylko ksiądz wciąż mówi.</p> + +<p>Jak długo to trwa, nie czuje. Tak się boi, +tak drży, że nawet nie wie o tem; nie została +mu taka cząstka świadomości, któraby na ten +strach spojrzeć mogła. Czego się boi, nie wyobraża +sobie. Będzie <i>coś, coś</i> musi być. To +coś już jest.</p> + +<p>Minęło pół godziny. Wchodzą znów ci sami, +te same tłumy. »Czas iść«—mówi dozorca. +Znów wstał bezwiednie. Kolana ma tak miękkie, +że gną się pod nim. Ksiądz bierze go pod pachę +z jednej,—dozorca więzienia z drugiej +strony. Podparty stoi—bezsilny, bezmyślny, prawie +martwy. Takiego trupa nie można wlec. +Dyrektor każe podać napój wzmacniający. Czekają +wszyscy, milczą.</p> + +<p>Sługa więzienny wnosi napój: mocny arak, +gorący, z korzeniami. Nie pije. Nie wie, czego +od niego chcą. Sługa bierze kieliszek i wlewa +mu do ust. Nie wypluwa, połyka—wszyscy +czekają i milczą.</p> + +<p>Mija chwila; wódka działa; zmysły zaczynają +żyć; przedtem był ślepy i głuchy, teraz widzi +i słyszy, jaskrawo, dobitnie; może się poruszyć.</p> + +<p>Dyrektor komenderuje znów: »Iść«. Wychodzą: +naprzód prokurator, potem dozorca, potem +<span class='pagenum'><a name="Str_105" id="Str_105">[Str. 105]</a></span> +on między księdzem a sługą, potem 12 żołnierzy +z obnażonemi szablami. On idzie wprawdzie; +stąpa, ale przewróciłby się, gdyby go wypuszczono +z rąk. Idą wolno, więc ma czas przyjrzeć +się wszystkiemu, a zmysły od wódki ma żywe.</p> + +<p>Korytarz długi, trzykrotnie zagięty, jasny, +tak jasny mu się zdaje. Okienka są małe, ale +dzień jest letni, słoneczny, i na przeciwległej +ścianie okna występują jak złote plamy. +Bawią go te świeciste plamy, które z oknem +drgający pył łączy; cieszy się, że przez te pyty +iskrzące przechodzić musi. Obejrzałby się za +siebie, gdyby więcej miał życia w karku... +i gdyby nie wiedział, że ten korytarz nie ma +końca, bo nie wierzy, żeby się ta droga kiedy +przerwać mogła: tak bez ustanku, wciąż krążyć +będą wszyscy, między temi murami, to kąpiąc +się w cieniu, to nurzając znów w złotych +blaskach. Idzie więc coraz śmielej i za +siebie się nie ogląda, bo wie, że to wszystko +jeszcze setki, tysiące razy zobaczy. Idzie na +śmierć spokojnie...</p> + +<p>Nagle wszystko się zapada, wszystko tonie +w szumiących jasnych kaskadach. Jak kamień +rzucony w wodę, opada ku dnu w głąb fal. +Dobrze, że z tyłu podbiega dozorca i chwyta +go za rękę, bo ksiądz i posługacz nie unieśliby +nagłego ciężaru. Korytarz się skończył: są +u wrót podwórza.</p> + +<p><span class='pagenum'><a name="Str_106" id="Str_106">[Str. 106]</a></span></p> + +<p>Podwórze jest uśmiechnięte, jasne, wesołe. +Słońce obryzgało światłem mur sąsiedniego domu +i wapno bieli się tam i błyszczy, jakby +srebrne. Niebo szafirowe, lśniące. Powietrze +ciepłe, świeże, wonne. W powietrzu słychać +jakieś szmery z miasta, z pól, z życia.</p> + +<p>Zatrzymują się wszyscy. On nie może jeszcze +iść naprzód. Ksiądz szepce mu do ucha. On +pociech jego nie słyszy. Patrzy, patrzy w niebo, +potem spuszcza wzrok na mur przeciwległy. +Kominy pobliskiego domu ostremi cieniami odbijają +się w słońcu. Te silne, ciemne linie podobają +się jego oczom. Opuszcza wzrok; na +prawo od muru... Ten widok mąci mu mózg; +w głowie ma zawrót, zamęt, druzgotanie; mdłość +go ogarnia, wymiotowałby prawie, gdyby był +co jadł. To szubienica. Dwie belki, na nich +poprzeczna trzecia, w poprzecznej hak, na haku +długi, skręcony w pętlę rzemień. Pod szubienicą +para schodków: dla niego jedne, dla kata +drugie. Przy schodkach orszak katowski w odzieży +czarnej, jak żałobnicy; pięciu ludzi: kat +główny, który wiesza; czterej pachołkowie, którzy +trzymają ciało, nim trupem się stanie. I to +wszystko widać jasno, o trzydzieści, o dwadzieścia +kroków—na tle błękitu, zielonych +drzew i białego muru.</p> + +<p>Patrzy, stoi. Wszystko mu mętnieje w oczach, +szubienica zaczyna tańczyć i w podskokach ku +<span class='pagenum'><a name="Str_107" id="Str_107">[Str. 107]</a></span> +niemu się zbliża. Nie cofa się; żaden mięsień +twarzy mu nie drga, źrenice utkwione spokojnie, +tylko dusza, nawpół wyrwana z ciała, dygoce. +Ktoś z obecnych powiada półgłosem, że skazaniec +jest nieprzytomny. Stoi wciąż.</p> + +<p>Niepodobna czekać i przedłużać egzekucyę. +Dyrektor daje znak—kilku żołnierzy się zbliża; +jeden pomaga księdzu, drugi bierze za rękę, +trzeci podpiera z tyłu. Popychają go raczej, niż +prowadzą. Początkowo daje się posuwać, jak +martwy; za trzecim krokiem machinalnie podnosi +nogi—przecież jeszcze żyje; idzie wolno, +bardzo wolno, ale idzie. Ma tylko dwadzieścia +kroków do przebycia: kto mógłby żądać, żeby +się spieszyć miał?</p> + +<p>Obserwuje każdą piędź ziemi; oczy ma spuszczone +na dół. Zbyt osłabiony jest, aby źrenice +ku górze podnieść. Spogląda pod siebie, +widzi każde ziarnko piasku, każdą wśród kamieni +trawę. Każdy krok naprzód boli go fizycznie...</p> + +<p>Nad uchem zabrzęczała mu mucha i siadła +na czole; schodzi teraz od włosów ku brwiom. +Swędzą go dotknięcia je; łapek, lecz nie odpędza +jej; niech chodzi—przecież są równi: ona +żywa i on żywy. Za chwilę przylecą doń cale +roje much i pieścić go będą skrzydełkami, a on +nie będzie ich czuł, tak jak teraz tę jedną małą +czuje... Te muchy będą żyły. Idzie. Nagle ci, +którzy go prowadzą, stają—i on staje. Unosi +<span class='pagenum'><a name="Str_108" id="Str_108">[Str. 108]</a></span> +trochę oczy: przed nim żółte schodki... Więc już +przeszli, dwadzieścia kroków przeszli! To nie +może być, szubienicę przysunięto! Wrócić, +wrócić! Chce obejrzeć się za siebie, brak mu +sił, aby wykręcić ciało, pochyla się więc tylko +trochę, i ciężej na żołnierzu opiera. Podchodzi +kat z pachołkami: on teraz do nich należy; żołnierze +czynność swą skończyli...</p> + +<p>Dwaj pachołkowie stają po bokach schodków; +dwaj biorą go pod pachy, wchodzą na pierwszy +stopień i jego tam wciągają. Na szczeblu tym +ocknął się: dotąd był równy wśród równych—wszyscy +szli, pełzali po ziemi; teraz on o głowę +wyższy od nich. Dotąd, gdzieś w duszy, pod +duszą, głęboko było coś, niby nadzieja, że +ta śmierć nie przyjdzie, że zerwie się jakiś +huragan, wichry, gromy i deszcze rozbiją, rozsypią, +rozniosą więzienie, ziemię, świat... Niebo +szafirowe, powietrze ciepłe, słońce złote, tak +blisko nad głową, że gdyby podniósł rękę, umaczałby +palce w promieniach. To śmierć przyszła.</p> + +<p>Z sąsiednich schodków kat mówi cicho: +<i>schneller!</i>—Wnoszą go na następny szczebel. +Stal jakaś ściska mu mózg i trzewia. Czczość +go mdli, czkawka wstrząsa mu gardło. <i>Schneller!</i> +Są na szczycie. Kat bierze pętlę, próbuje w ręku, +zakłada mu na szyję, poprawia węzeł z tyłu, +wprost na kręgi. Ścisnął, rzemień dotknął skóry. +Rzemień zimny, tak zimny, że go parzy. Dotknięcie +<span class='pagenum'><a name="Str_109" id="Str_109">[Str. 109]</a></span> +pętli wyrywa mu duszę. Dusza szaleje +z lęku: tłucze w ściany czaszki, rani skrzydła +swoje, zrozpaczona upada i znów zrywa się, +jak przerażony ptak i wali w czaszkę nieprzytomna, +wściekła...</p> + +<p><i>Fertig!</i> Pachołkowie zeskakują z schodków +i wytrącają mu je z pod nóg. Opada pół łokcia +niżej. Naprzód brak powietrza, usta otwierają +się szeroko i drgają, oczy wyskakują z orbit; +potem lubieżny dreszcz—węzeł ruszył rdzenia—naga +halucynacya przed nim, potem +trzask, jakby świat się zwalił, tuż pod uchem, +pod mózgem: czaszka pęka, wszystko się rozkrusza, +węzeł lamie kręgi—i potem nic, nic... +drgawki. Kat jedną ręką oparł mu się na ramionach, +drugą zakrył mu usta; pachołkowie +trzymają ręce i nogi; nie łatwo utrzymać, bo +kurcze miotają ciałem silnie. Wreszcie kurcze +słabną, można puścić. Wisi prawie nieruchomy. +Skończone.</p> + +<p>Widzowie rozchodzą się do swych zajęć; prokurator +do sądu, żołnierze do koszar, dozorca +do biura. Wszyscy z tym widokiem w oczach +będą żyć, jeść, pić, całować, mordować.</p> + +<p>Trup zostaje na szubienicy sam; grzebać +wolno dopiero po sześciu godzinach. Nie... nie +sarn, bo słońce wtargnęło wyże; na niebo i z za +muru zagląda mu ciekawie w twarz. Słońce, +bezmyślne słońce, wszystkim równie jasne, patrzy +<span class='pagenum'><a name="Str_110" id="Str_110">[Str. 110]</a></span> +oko w oko sprawiedliwości ludzkiej, promienne, +obojętne, pogardliwe.</p> + +<p>To jest wieszanie. Światu się zdaje, że jednego +dostał trupa, a przecież posiał śmierć +w dziesiątkach ludzi. Aby ukarać jednego zbrodniarza—dziesięciu, +stu mniejszych stworzył. +Ci wszyscy, którzy jutro na to patrzeć będą, +czy zapomną? Zagłuszą! ale nie zapomną! +Ściskać będzie który pierś, szyję kochanki, +pieścić dzieci swoje—i nagle jak rekin, wynurzy +żarłoczną paszczę ten obraz: otwarte usta, łaknące +powietrza, wysadzone przeraźliwie źrenice—i +szepnie: mocniej całuj, silniej ściśnij. +I ręka bezwiedna, nieubłagana posłucha, ulegnie, +ściśnie i zadławi. Ten widok tam u tych ludzi, +żywy w mózgu—to Moloch, który zażądać kiedyś +może i zażąda swe; krwawe; ofiary.</p> + +<p>A kat, pięciu katów? Ja, matkobójca, +gdym dobijał swego chorego, martwego psa, +drżałem i płakałem. A oni zabijają człowieka +spokojnie, fachowo, trzymają mu ręce, zatykają +mu usta. Kat wraca do domu z odciśniętemi +na dłoni zębami skazańca! Te fioletowe plamy +w ręce się nie wryją, znikną. Biedna lady Macbeth! +Myśli, które się w ich mózgach kojarzą, +muszą się o siebie zaczepiać jak rzemień +o hak, jak pętlica o szyję. Myślenie tych ludzi, +to syllogizmy z szubienic, stryczków, trupów. +I zbrodniarzy tych, zbrodniarzy płatnych, stwarza +<span class='pagenum'><a name="Str_111" id="Str_111">[Str. 111]</a></span> +sobie społeczeństwo przez mój wyrok, przezemnie. +To los mój, konieczność. Ślad swój +znaczyć muszę trupami, których nikt nie dojrzy, +nie pomści. A ja się tych niewidzialnych trupów +tak lękam; lękam się, że staną kiedyś w urocznej +godzinie te białe upiory, widome oczom +wszystkich i zduszą mnie, wołając: »tyś nasz +morderca!« Jam ich morderca!</p> + +<p> +<br /> +<br /> +</p> + +<p style="text-align: right;"> +<i>Dnia 19 maja, wieczorem.</i> +</p> + +<p>Ocalę Pułkowskiego, ocalę wszystkich, odmienię +wyrok, własną bronią pobiję tych, co go +wydali. Bo przecież oszukano nas, przysięgłych, +oszukano haniebnie. Jak mogłem odrazu tego +nie spostrzedz!</p> + +<p>My, sąd, skazaliśmy go na śmierć, lecz nie +na umieranie. Kazaliśmy mu nie istnieć, nie kazaliśmy +mu przestać być. Niech go nie będzie, +lecz niechaj nie znika. Śmierć, nieistnienie, jak +wielkość ujemna jest też rodzajem bytu, ujemnem +życiem—tylko zero, przejście, zgon jest niczem, +przerażającem niczem. A przecież katowska +kara, którą jutro spełnić miano, jest tylko umieraniem, +męczarnią. Tego w wyroku naszym +nie było. Niech geniusz ludzki znajdzie środek; +niech go wtrącą w grób, tak, aby ani jednej +chwili nie umierał, zgoda! Trzeba tłomaczyć +wyrok dobrze i wykonać go ściśle. Niech szukają +<span class='pagenum'><a name="Str_112" id="Str_112">[Str. 112]</a></span> +sposobu, niech wyplączą się z sidełt, które +obłudnie na nas zastawili!</p> + +<p>Biegnę do sądu.</p> + +<p> +..............................................<br /> +.............................................. +</p> + +<p>Wyśmiano mnie. Ha! ha! ha! ha!</p> + + +<p> +<br /> +<br /> +</p> + +<p style="text-align: right;"> +<i>Dnia 1 czerwca.</i> +</p> + +<p>Powracam do zdrowia. W nocy, przed tym +dniem, kiedy go powieszono, dostałem gwałtownej +gorączki. Majaczyłem, byłem cały tydzień +nieprzytomny. Żona mi mówi, żem krzyczał +wciąż: »nie dajcie mnie powiesić«; podarłem +wszystkie koszule, każde dotknięcie do szyi +wprawiało mnie w szał. Musiano mnie posadzić +na niskim fotelu, ubrania i kołdry podwiązano +mi pod ramionami. Lekarz sądził, że umrę; nie +umiał mnie leczyć, bo takiej choroby jeszcze +nie widział. Przeżyłem. Będę zdrów, bo tylko +dusza we mnie umarła, nie cała. Zostało mi jej +właśnie tyle, ile trzeba, by wolno, zdrowo dojść +do grobu. I tym ułamkiem będę musiał wystarczyć +sobie i... światu. Bo społeczeństwo ma +swoje wymagania; jestem zdrów, mam żonę +i dzieci, obowiązki. Muszę dzieci chować, z żoną +żyć, z ludźmi handlować, myśleć, działać. Zabijałem +matkę, lecz bez przelewu krwi—nikt, +<span class='pagenum'><a name="Str_113" id="Str_113">[Str. 113]</a></span> +nawet Bóg mnie za to nie ukarze: zabiłem Pułkowskiego +w sądzie—wszyscy mnie za to pochwalą. +Kodeks milczy i serca moich bliźnich +milczą. Nie jestem więc w więzieniu. A że ten +okruch duszy zdrowej, który mi pozostał, nie +wyplątał się z kajdan i idzie drogą innych—nie +jestem szaleńcem. Gdybym oszalał był, gdyby +świadomość w tych mękach zatonęła, byłbym +wolny, chociażby... w szpitalu; dzisiaj w domu, +na ulicach miasta jestem niewolnikiem... nawet +logiki własnych myśli. I muszę drżeć, kiedy dotykam +żony lub całuję dzieci, abym ich niewinnie +nie zadusił, muszę się bać każdego +swego czynu, bo może być sprawiedliwy, a ja +wiem teraz, że sprawiedliwość jest większą +zbrodnią, aniżeli mord.</p> + +<p>Jak będę żył?...</p> + +<hr style="width: 65%;" /> +<p><span class='pagenum'><a name="Str_115" id="Str_115">[Str. 115]</a></span></p> + + +<h2><a name="SPOTKANIE" id="SPOTKANIE"></a>SPOTKANIE.</h2> +<hr style="width: 65%;" /> + +<p><span class='pagenum'><a name="Str_117" id="Str_117">[Str. 117]</a></span></p> + + +<h3><a name="Spotkanie" id="Spotkanie"></a>Spotkanie.</h3> + +<p>Nieraz czuje się nieprzepartą potrzebę, prawie +żądzę pogrążyć się w błocie, duszą i ciałem +wykąpać w brudzie..., aby potem czystszym +podnieść się z upadku. Na dnie tej dziwnej +kuracyi leży brutalne zadowolenie egoizmu, +ogłuszenie czasem budzącej się samokrytyki +widokiem istot bardziej upadłych, bardziej podłych.—Zkąd +nagle rodzi się to głębokie niezadowolenie +z siebie, które kładłoby nam rewolwery +w ręce, gdyby nie zawsze gotowe +ujście do rozpusty? Zdaje mi się, że ani mię kto +obraził i nicość moją wykazał, ani nie zrobiłem +nic takiego, czegobym się wstydzić potrzebował, +a jednak... niezadowolony jestem z siebie, +i chciałbym się siebie pozbyć łub zapomnieć. +Lada drobnostka, lada błahe zdarzenie może +być szczeliną duszy, kędy, jak z wulkanu, wychodzi +dym, zwykle tłumiony w głębi.</p> + +<p>Przyszło na mnie to pęknięcie duszy, tak »bez +powodu«, w słotnym październiku, kiedy bez +<span class='pagenum'><a name="Str_118" id="Str_118">[Str. 118]</a></span> +ustanku spadające krople roztapiały, zda się, +mury domów i mózgi ludzi. Wiatr wył po ulicach, +zrzucał czapki i płaszcze, podnosił suknie +i zrywał szmaty zawsze tam, gdzie na ciele +rana była, lub obrzydliwość jaka. I zdawało mi +się, że październik ten nie będzie miał końca—tak +dawno zaczęły się niepogody—że stanął +bieg czasu i chwila ostatnia zastanie nas w tym +samym październiku, tego samego dnia. Obrzydł +mi spokój i komfort domu, ładnie umeblowany +gabinet, zarzucony stosem bezmyślnych książek, +obrzydło mi życie codzienne, obrzydła mi +nawet żona, stworzenie ładne i dobre: raz sądziłem +się jej niegodnym, i dąsałem na nią, +że podchodziła do mnie z pieszczotami, to znów +upatrywałem w niej wszystkie wady i twierdziłem +w sobie, że mię unieszczęśliwiła.</p> + +<p>Lecz to wszystko znieść jeszcze można. Najbardziej +było mi męczącem, że dwie pęknięte +moje połowy jakby się całkiem rozdzieliły i stały +się sobie i obce i wrogie. Wszystko co robiłem, +wydawało mi się, jakby robionem przez kogoś +innego. Krytykowałem wszystkie czyny swoje, +i widziałem, że były bezmyślne i podłe. Z ironią +mówiłem do siebie: patrz, to ty zrobiłeś. +I ten ironiczny śmiech powtarzał się wciąż, na +każdym kroku.</p> + +<p>Wyszedłem późnym wieczorem z domu, i pomęczywszy +się trochę po ulicach wstąpiłem do +<span class='pagenum'><a name="Str_119" id="Str_119">[Str. 119]</a></span> +knajpy. Rozejrzałem się po sali: zastałem kilku +znajomych, dawnych kolegów, nieżonatych jeszcze, +więc korzystali z pełni swobody. Zwykle +towarzystwo ich nie sprawiało mi przyjemności, +unikałem ich nawet, mając za ludzi głupich i nie +wiele wartych. Wtedy jednak kontent byłem, że +ich widzę i zbliżyłem się do nich. Przywitali mię +okrzykami: »Oho, nasz żonkoś, co to? Z domu +ucieka« i t. p. Nie pamiętam, ale zdaje mi się, +że pozwolili sobie kilku docinków dla mojej żony, +za które zwykle bym wypoliczkował; wtedy +jednak znosiłem spokojnie... sam się śmiałem. +Kazaliśmy podać wódki, potem piwa, potem znów +wódki, potem likieru, i tak siedziałem w nocy, +słuchając banalnych dowcipów i starych plotek, +któremi dawno niewidzianego przyjaciela raczyli. +Była już późna noc.</p> + +<p>—Pojedziesz, zapytał jeden drugiego.</p> + +<p>—Jeżeli chcesz... nie idę jutro do biura, to +można się wysypiać.</p> + +<p>—To pojedziemy. Jak się bawić, to porządnie.</p> + +<p>—Dokąd pojedziecie, zapytałem obu.</p> + +<p>—Eh! Niby to można, odpowiedział twórca +projektu, przy żonkosiu—żonkosiem stale mnie +nazywali—o tem mówić, jeszcze się pogniewa +i obrazi.</p> + +<p>—Ależ mówcie, cóż to szkodzi, rzekłem trochę +zirytowany.</p> + +<p><span class='pagenum'><a name="Str_120" id="Str_120">[Str. 120]</a></span> +—Żonkoś pewnie nawet nie wie, co to jest.</p> + +<p>—Mówcież, bo się pogniewam, u furgonów +mil beczek—miałem dobrze w głowie.</p> + +<p>—Powiedzieć mu? zapytali jeden drugiego +jednocześnie.</p> + +<p>—Mów; i jeden nachylił mi się do ucha +i zaczął szeptem: »pojedziemy do ... Loli. <a class="ins" href="#tnote_16" name="tAnchor_16" title="»»">»</a>Loli« +wrzasnął prawie na całe gardło.</p> + +<p>Spojrzeli na mnie, jakby ciekawi wrażenia, +jakie to na mnie wywrze. Przeszedłem ich oczekiwania.</p> + +<p>—Pojadę z wami, rzekłem.</p> + +<p>Była chwila zdziwienia; i za kawalerskich +czasów chodziłem tam rzadko. Wnet posypały +się zmieszane okrzyki radości i wybuchy śmiechu +tem głośniejsze, że dwie butelki wódki były +próżne, a piwo poodnosił już kelner, bo inaczej +cały stół byłby zastawiony.</p> + +<p>—Brawo! Dzielny chłop! To mi zabawa: zawieziemy +żonkosia zdrajcę. Zapoznamy go z Lolą. +Daj buzi! Jak Boga kocham, nie zbabiał!...</p> + +<p>Pocałowaliśmy się.</p> + +<p>Wyszliśmy z restauracyi, bo już nas przepraszano, +że zakład zamykać muszą. Dorożka +była tuż zaraz. Pojechaliśmy, ściskając się i całując +z rozczulenia przez całą drogę.</p> + +<p>Na miejscu nie zastaliśmy wiele osób. Było +dość późno i dzień powszedni: pięć czy sześć +dziewcząt, porozkładanych na fotelach w jaskrawych +<span class='pagenum'><a name="Str_121" id="Str_121">[Str. 121]</a></span> +kostyumach i paru mężczyzn. Stary, siwy +jegomość umawiał się z jedną w kącie sali; +jakiś bezwąsy młokos leżał wyciągnięty na fotelu: +oczy szklane, bez wyrazu utkwione w jeden +punkt sufitu, mówiły, że mu już nic do +szczęścia na ziemi nie brakuje. Był jeszcze +trzeci mężczyzna oprócz nas—siedział na kanapie, +tyłem zwrócony do mnie. Nie widziałem +jego twarzy, uderzyła mię tylko wysoka postawa +i bujne krucze włosy, które, niestrzyżone +widać dawno, spadały mu na szyję. Ubranie na +nim było obdarte i brudne. Przyciskał na kolanach +siedzącą wątłą, szczupłą blondynkę i mówił +je; coś, co jak mi się zdawało, nie zawsze +i nie każden w takiem miejscu mówi. Moi towarzysze +przywitali się z nim; podał im rękę +obojętnie i nie przeszkadzał sobie w rozmowie. +Zapytałem ich, kto to taki.</p> + +<p>—Widać, że tu nie bywasz; toć to stały +gość, niejaki Rysiński, literat podobno i adwokat.</p> + +<p>—Co? Rysiński, Jerzy, zawołałem i spojrzałem +raz jeszcze uważnie na tego, który mi się +dotąd nieznajomym wydawał.</p> + +<p>Tak, to on! Jak mogłem go nie poznać! +Wszak to jego wzrost i zarost i twarz nieprawidłowa, +powykręcana, a jednak prawie piękna, +i te usta ogromne, czerwone, jakby rozkazujące +kiedy mówić zaczynały. Nie widziałem go lat +<span class='pagenum'><a name="Str_122" id="Str_122">[Str. 122]</a></span> +tyle, a jednak niema najmniejszej wątpliwości—to +on.</p> + +<p>Podszedłem ku niemu, i kładąc mu rękę na ramię, +zawołałem po imieniu. Obejrzał się na mnie, +trochę zły na intruza, który mu przeszkadzał; +nie poznał mnie. Rzeczywiście, zmieniłem się +znacznie od chwili ukończenia gimnazyum.</p> + +<p>Przedstawiłem się.</p> + +<p>Wstał i patrząc wciąż na mnie, silnie, dwukrotnie +uścisnął mi rękę. Teraz, gdy widziałem +go przed sobą, twarzą w twarz, poznałem go +jeszcze lepiej. Rzeczywiście, mało się zmienił, +tylko zarost miał bujniejszy i we włosach nad +skronią—czego nie mogłem <a class="ins" href="#tnote_17" name="tAnchor_17" title="dostrzedz">dostrzec</a> z tyłu—przeświecała +gdzieniegdzie dość gęsta siwizna.</p> + +<p>To on! Mój dawny antagonista ze szkolnych +czasów, któryby zawsze w niwecz obrócił pracowitość +mych domowych godzin, gdyby nie +sprawowanie. Zawsze z nauczycielami miał zatargi, +a gdy się uniósł, na słowa nie zważał, +więc mu ledwie tylko dostateczny stopień ze +sprawowania dawano. Ileż razy chciano go wydalić! +Ocalił go tylko nasz filolog—ważna figura +w gimnazyum—który dyrektora upewniał, +że czterdzieści lat uczy, a nie spotkał ucznia, +któryby tak łacinę i grekę pojmował. I w historyku +miał przyjaciela, bo ten lubił, gdy mu kto +obszernie lekcyę wydawał, a Jerzy miał zawsze +jakieś swoje fakty i poglądy, o które się spierali.</p> + +<p><span class='pagenum'><a name="Str_123" id="Str_123">[Str. 123]</a></span> +Po ukończeniu gimnazyum, rozeszliśmy się. +Studyowałem zagranicą, podróżowałem, długi +czas mieszkałem na prowincyi; co się z nim +działo, słyszałem tylko urywkami. Z trudem +przeszedł przez wydział prawny, został adwokatem, +gwałtowną mową w jakimś skandalicznym +procesie zyskał sobie imię i wziętość. Pisał trochę; +parę utworów jego czytałem; były może +nie tyle piękne, ale tak osobliwe i niezwykle, +jakich dotąd u nas nie spotykałem. Nawet urzędowa +krytyka chwaliła go, choć nie zbyt chętnie. +Lecz wszystko to były wspomnienia dawne. +Od pięciu, sześciu lat straciłem go całkiem +z oczu. Nikt prawie nie wiedział, co robi i gdzie +się obraca.</p> + +<p>I oto spotkałem go tam...</p> + +<p>—Tyle lat, co za szczególny traf. Ale mówże, +co się z tobą dzieje. Od nikogo wiadomości +o tobie dostać nie można.</p> + +<p>—Udzieli ci ich nawet szwajcar z przed bramy.</p> + +<p>—Wiesz, nie przychodziło mi na myśl tu +się o ciebie dopytywać.</p> + +<p>—Tak, zawsze unikaliście tego, co z pierwszej +ręki płynie.</p> + +<p>Rozmowa nasza była co najmniej dziwną. +Stałem też zmieszany prawie, nie wiedząc, czy +się żegnać, czy dalej rozmawiać.</p> + +<p>—Ale czegóż stoisz, siadaj.</p> + +<p>Schwycił mię za rękę, aby przy sobie posadzić. +<span class='pagenum'><a name="Str_124" id="Str_124">[Str. 124]</a></span> +Po gwałtownem, nieelastycznem szarpnięciu +poznałem, że musiał był pić dosyć.</p> + +<p>—Albo po co tu, gdzie te małpy na nas patrzą. +Weź klucz—zwrócił się do dziewczyny—i +chodź z nami na górę, tylko każ przynieść +piwa.</p> + +<p>Zrozumiałem, że początek naszej rozmowy +nie zdradzał wcale osobliwej ku mnie antypatyi. +Ta szorstkość, prawie gburowatość, stała się +zapewne jego manierą w stosunkach towarzyskich.</p> + +<p>Dziewczyna wstała, aby spełnić polecenie. +Zobaczyłem teraz, że była ubrana w półkrótki +kostyum. Nogi w czarnych ażurowych pończochach +delikatnemi liniami zarysowały się po kolana<a class="ins" href="#tnote_18" name="tAnchor_18" title=",">.</a></p> + +<p>—Ładna, rzekłem odprowadzając ją wilgotnym +wzrokiem.</p> + +<p>—Ładna; ale co tam, zdechnie ta, to będzie +inna.</p> + +<p>Poszliśmy za dziewczyną. Z towarzyszami +moimi nie pożegnałem się nawet. Od nowych +wrażeń zaczynałem już trzeźwieć, towarzystwo +ich znów stawało mi się wstrętnem. Byłem kontent, +że przy kuflach o mnie zapomnieli.</p> + +<p>Po chwili siedzieliśmy troje w jednym z tych +małych pokoików na trzeciem piętrze, jak zawsze +w takich domach. Przed nami na stole +paliła się lampa, naokoło obstawiona butelkami, +<span class='pagenum'><a name="Str_125" id="Str_125">[Str. 125]</a></span> +które wniósł posługacz. Za wychodzącym nasza +gospodyni zamknęła drzwi na klucz. Potem +zdjęła stanik i chciała odwiązywać spódnicę; +gotowała się widać na zabawę. Jerzy przerwał +jej i podchodzącą ku nam podniósł w górę, +i nieruchomą, zduszoną posadził sobie na kolanach. +Piwo było w naszych trzech szklankach.</p> + +<p>—A ty ciągle to samo; pisujesz do dzienników?</p> + +<p>—Tak, jestem współredaktorem Przeglądu;</p> + +<p>—Cóż? Podobają ci się twoje artykuły, co?</p> + +<p>Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.</p> + +<p>—Przecież mój drogi, nie są gorsze ...</p> + +<p>—Tak, tak, ale pocóż je pisać? Niby nie +wiesz, co się robi z zeszłotygodniową gazetą. +Więc ty nie wstydzisz się pisać po to, aby +inni... Wybuchnął głośnym pijackim śmiechem.</p> + +<p>—Przyznam ci się...</p> + +<p>—Tak, tak, przerwał spieszniej, niewłaściwe +żarty; obraź się, obraziło się już tylu; dlaczego +ty masz być wyjątkiem? Tak, obrażać ci się +wolno, tylko nie wolno ci udawać, że wiesz, +poco pracujesz. Ot, jak stare konie w kieracie, +jeden za drugim ślepy, zawsze w kółko obraca +swe jarzmo i powiada: pracuję dla ludzkości, +dla kraju, dla rodziny... Kłamstwa, kłamstwa!</p> + +<p><span class='pagenum'><a name="Str_126" id="Str_126">[Str. 126]</a></span> +Rysiński milczał chwilę, patrząc bez wyrazu +przed siebie, jak gdyby szukał słów, które oddawna +miał w pogotowiu, tylko gdzieś nagle +ich zapomniał.</p> + +<p>—Rozgłos, pieniądze, nic, błahostka, choćby +chęć droższej kolacyi, to was pcha da roboty. +Praca dla innych, altruizm, ha, ha! Człowiek, +któryby chciał być altruistą, musiałby od tego +zacząć, żeby przestał istnieć. Spróbuj pracować, +gdyby każde słowo prawdy—tej prawdy, która +wiesz, że nie istnieje—miało cię kosztować jedną +ranę. Co? Pracowałbyś? Ale dla was to waryackie +myśli; wy macie swoje teorye, zgodności +społeczne: jednostka i ogół, egoizm i altruizm, +wszystko się ze sobą godzi; jednego +mniej, drugiego więcej, a zawsze jakieś ciasto +wyjdzie. Istne z was centaury. Głowy kawałek +w was ludzkiej, lub małpiej, lecz reszta nawet +nie końska, ale świńska. I wy się macie za ludzi, +za całych ludzi, kiedy zręczny nóż tak zawsze +wykroić was może, że wam człowieka wytnie, +a zwierzę na cztery wiatry światu puści!.. +Ale krótki macie wzrok, nie widzicie własnych +racic. Dla kawałka ludzkiej głowy brać się za +człowieka, to zabawne! Zaśmiał się serdecznie.</p> + +<p>—Może swoje postępowanie wystawiasz za +wzór ludzkiego życia, odparłem trochę zirytowany.</p> + +<p><span class='pagenum'><a name="Str_127" id="Str_127">[Str. 127]</a></span> +Rozmowa po tylu latach niewidzenia nie była +zbyt serdeczną.</p> + +<p>—Co, ty myślisz, że po ludzku żyć to wygrzewać +się w pielusze waszej moralności. Świetna +ta stara bajka o lisie, któremu ogon odcięto: +obowiązki, przepisy ma ten, kto nie ma +sił. Wybyście wszyscy tutaj przyszli, nie wychodzilibyście +ztąd, i z gorszych jeszcze nor, +gdyby wam sił starczyło. Przyjdą, popatrzą, +i spluną, jak lis na zielone winogrona. Przychodź +tygodniami, tak jak ja, a zobaczymy, +czy będziesz tak wyglądał.</p> + +<p>Rysiński był znanym w szkole siłaczem i pomimo +zmęczonych oczu i cery, widać było, że +mięśni swych nie stracił.</p> + +<p>—Tak, ale dla was to niepotrzebne, wy +używacie zawsze umiarkowanie, po ludzku. +Trochę prostytucyi, trochę małżeństwa, wszystko +w takiej samej miksturze, jaką wy jesteście. +Gardło mi zaschło.</p> + +<p>Wypił duszkiem szklankę piwa i pochylił się +w tył na fotelu. Ruch ten rozbudził dziewczynę, +która znudzona rozmową, zasnęła mu była na +kolanach. Jak nieprzytomna otworzyła oczy, +ziewnęła, ale wnet przyszła do siebie.</p> + +<p>—Pójdę spać, rzekła do Jerzego.</p> + +<p>—Dobrze, odpowiedział jej krótko.</p> + +<p>Dziewczyna wstała, podeszła do łóżka, obojętnie +zrzuciła spódnicę, zdjęła pończochy; położyła +<span class='pagenum'><a name="Str_128" id="Str_128">[Str. 128]</a></span> +się pół naga na kołdrze. Po chwili miarowy, +głośny oddech dał nam poznać, że zasnęła. +Milczeliśmy w tej ciężkiej ciszy, przepełnionej +zapachami perfum i ciał.</p> + +<p>Otrzeźwiałem był zupełnie. Dziwna, gwałtowna +tęsknota za żoną, za tak nikczemnie poniewieranem +domowem ogniskiem mnie opanowała. +Obrzydzenie do wszystkiego, co mię otaczało, +rosło z każdą chwilą.</p> + +<p>—Żal mi cię, Jerzy. Twoje życie wystarczy +ci na miesiąc, na rok...</p> + +<p>—Starczyło już na pięć lat.</p> + +<p>—Wszystko jedno, ale co później? Co będzie, +gdy się ockniesz z swego zaślepienia, bo +inaczej przecież zdań twoich nazwać nie można? +Gdyby tylko już o zmysłach mówić, co za +przyjemność żyć z taką dziewczyną, która dziś +z tobą, jutro z innym, a zawsze z obcym? +Czyż nie mógłbyś nawet znaleźć większego +upojenia zmysłów z żoną, kochanką? Marnować, +młodość na taką szarą, powszednią rozpustę...</p> + +<p>—I ja tak dawniej myślałem: nie odrazu +przecież tu przyszedłem. Raz chciałem się żenić, +a kochanek miałem kilka. Ale to złudzenie. +Westchnienia, zachwyty, oczekiwania, po co to? +na co? Aby skończyć na tym samym, zawsze +niezmiennym końcu? I ty przecież czasem, widzisz, +że to wszystko blaga. Są kobiety, które +tu nie były i nie będą, nie ma żadnej, któraby +<span class='pagenum'><a name="Str_129" id="Str_129">[Str. 129]</a></span> +tu być nie mogła. Tu nie ma fałszu, tu kobieta jest +naga i życie nagie. A ja za tą nagością szaleję! Ja +się w waszych kołnierzach i kaftanach duszę!</p> + +<p>Słowa te wykrzyczał prawie. Był pijany tem +upojeniem, które do mózgu bije i nadmiernem +pobudzeniem myśli i ruchów się objawia.</p> + +<p>Milczałem. Cóż miałem mówić?</p> + +<p>—Mówią, że ja się marnuję, że gubię karyerę +swą i sławę. Ja się chcę zmarnować! Ja +nie chcę, jak wy bezsilni, kłamać sobie i jakąś +umocowaną cegiełką się pysznić. Jestem dumny, +że mogę być czemś, a będę niczem, ale nie takim +podłym, jak wy. Ty tego nie rozumiesz. Ja tu siedząc +jestem jak wielki pan, bogacz bez granic, +który za każdy kęs chleba płaci garścią złota. Inni +tu zostawiają ruble, ja siebie całego po kawałku. +I ta świadomość to jest moja duma. Ja nie +będę, jak podły parweniusz, szczycił się tem, +com zbudował i co stoi nieudolne, zlepione, +nikczemne. Chlubić się można tylko z niespełnionych +czynów. A to bydło mówi, że ja nie +mam ambicyi!.. Żeby mieć ich ambicyę, jestem +zbyt ambitny. Ja nie mogę, jak zwierzę, pracować +bez celu. Ja się zmarnuję, jak oni mówią, +ale się zmarnować chcę, chcę!</p> + +<p>To »chcę« wrzasnął i wypił duszkiem zwietrzałą +już szklankę piwa. Przestał mówić, i jakby +ciężki nagle od wypitych trunków osunął się +głębiej na fotelu, milcząc.</p> + +<p><span class='pagenum'><a name="Str_130" id="Str_130">[Str. 130]</a></span> +Wstałem. Szarzało już. Niebo, zaciągnięte +chmurami, zkąd pruszył drobniutki deszcz, zdawało +się dalszym ciągiem czarnych dachów. +Dziwna, że pomimo swej ciemnej szarości, promieniało +jakimś smutnym grobowo-zimnym świtem. +Pokój w tem oświetleniu, które kłóciło się +z żółtem światłem lampy, jeszcze ohydniejszym +mi się wydawał. Rozróżnić już można było i tapety, +odpadające od wilgotnych ścian, i puder, +pościerany na pięknej może niegdyś twarzy +dziewczyny. Czułem, że powinienem, że muszę +iść do domu.</p> + +<p>—Żegnam cię—powiedziałem, podając rękę +Jerzemu. Zajdź do mnie. Mieszkam na Senatorskie; +pod dwudziestym drugim. Chciałbym cię +w innej chwili widzieć.</p> + +<p>—Po co? Nie chodzę nigdzie, nie bywam +nigdzie. Ja nie mogę bywać w porządnym +domu.—Zaśmiał się ironicznie.—Bądź zdrów!</p> + +<p>Wyszedłem. Na schodach słyszałem, jak wołał: +Franka! Franka! Widocznie budził uśpioną +dziewczynę.</p> + +<p>Chcąc dostać się do bramy, musiałem przejść +przez salę. Na szczęście kompanionów moich już +nie było. Zadowolony, że będę mógł wrócić sam, +bez ich głupiego szwargotu, znalazłem się na +ulicy. Przejmujący, cienki, zimny deszcz orzeźwił +mię z resztek trunku i niezdrowych zapachów. +Gardząc ofertami usłużnych dorożkarzy, +<span class='pagenum'><a name="Str_131" id="Str_131">[Str. 131]</a></span> +szedłem wolno, wdychając wilgotne powietrze +najpierwszego ranka. Z tym dniem wschodzącym +czułem jakąś błogość miłą, jaką odczuwa +podróżny, gdy z dalekiej drogi wraca w rodzinne, +ciepłe strony. Może tam, na samym spodzie tej +błogości była zadowolona duma, że oto ten rywal +dawny ustąpił z placu, że ze mnie, com +mu się czasem i na drugiego ucznia nie dochrapał, +dziś redaktor i pisarz, człowiek ceniony +i zacny; a on co? Wielkie zdolności, żałowane +trochę, ale zawsze zapomniane, nieuczczone. +A zresztą, kto tam wie, z temi zdolnościami! +W tej trudnej sprawie nieocenionych +lub niedoszłych geniuszów, najlepsza może ta +surowa, lecz krótka zasada: co nie jest, nie +mogło być.</p> + +<p>Czułem coraz większe zadowolenie, im więcej +zbliżałem się do domu. Błoto na ulicy zaczynało +mi już trochę dokuczać. Jak dobrze +będzie rozebrać się w ciepłym pokoju, zrzucić +zmoczone suknie i wyciągnąć się w wygodnem +łóżku, gdzie obok na stoliku przyszykowano mi +już zapewne szklankę lemoniady i moje ulubione +papierosy!... Po chwili byłem u siebie. Dla ostrożności, +aby żony nie obudzić, buty zdjąłem +w przedpokoju i po cichu na palcach wszedłem +do sypialni. Mała lampka nocna dostatecznie +pokój oświetlała. Zbliżyłem się do łóżek; żona +spala. Długie opuszczone rzęsy nadawały uśpionej +<span class='pagenum'><a name="Str_132" id="Str_132">[Str. 132]</a></span> +twarzy wyraz rozkosznego skupienia. Już +dawno nie wydała mi się tak piękną. Umyślnie +rozbierałem się jak najciszej. Położywszy się +już obracałem się ku niej, aby zasnąć mając +tę śliczną twarz przed oczami, gdy wtem na głos +prawie wybiegła mi na usta myśl, której na +pozór w duszy mej nie było i nie wiem, zkąd +się wzięła: <i>Das Laster ist doch schön...</i></p> + + +<hr style="width: 65%;" /> +<p><span class='pagenum'><a name="Str_133" id="Str_133">[Str. 133]</a></span></p> +<h2><a name="W_PELNEM_SLONCU" id="W_PELNEM_SLONCU"></a>W PEŁNEM SŁOŃCU.</h2> + +<p style="text-align: center;">(SIELANKA).</p> +<hr style="width: 65%;" /> + +<p><span class='pagenum'><a name="Str_135" id="Str_135">[Str. 135]</a></span></p> + +<h3><a name="W_pelnem_sloncu" id="W_pelnem_sloncu"></a>W pełnem słońcu.</h3> + + +<p>—Jakaś ty śliczna, jaka śliczna, śliczna—powtarzał +prawie bezwiednie, wpatrzony w jej +twarzyczkę zgrabną, w oczy żywe i radosne, +w usta drobne, pulchne, jakby uśmiechów pełne +i pieszczoty. Tyle razy spotykał ją tutaj i za +każdym razem odnosił to wrażenie, że ona nie +jest właściwie piękna, ani nawet może ładna, +ale właśnie śliczna: tak jakoś dziwnie zestrojona +z tą przyrodą, która ich otaczała, tak jasna, jak +jasnem jest światło, i tak uśmiechnięta, jak +uśmiecha się błękit, i tak nęcąca, jak nęci sina +dal przezroczej przestrzeni, i tak nieprzeparcie +pociągająca, jak ciągnie zieleń lasów i szmer strumieni. +Chwilami wierzyć mu się nie chciało, że +przyszła tu z domu, a nie wyrosła, jak kwiat, +na polu.</p> + +<p>Objął ją wpół i szybkimi pocałunkami obsypywał +jej oczy, skronie, włosy ciemnozłote, jedwabiste, +miękkie. Głowę położyła mu na ramieniu, +zmrużyła oczy, oparła się na nim cała, +<span class='pagenum'><a name="Str_136" id="Str_136">[Str. 136]</a></span> +bezwładnie zdawała się roztapiać pod pieszczotą +całunków i słońca. Dreszcz po niej przebiegł.</p> + +<p>—Dosyć, dosyć... chodźmy.</p> + +<p>Nie odrazu jej usłuchał. Oderwał się wreszcie.</p> + +<p>Wzięli się za ręce i, nie mówiąc do siebie +nic, poszli.</p> + +<p>Szli miedzą.</p> + +<p>Złotozielony owies ścielił się im do stóp; +chabry błękitne, białe rumianki, kąkole krwiste +wychylały się ku nim. Nieopodal, na wzgórzu +jasnoniebieski łan lnu kołysał się lekko, jakby +rzucony na trawę szmat nieba i jeszcze drżący. +A dalej znów lśniła w słońcu jasna zieleń dojrzewających +zbóż, gdzieniegdzie prawie czarne +wystrzelały z ziemi jodły wysmukłe; na krańcu, +jak gęsty cień, ułożyły się góry. Lekka mgła +srebrzysta wieszała się na skałach, a niżej +w świetliste zasłony przystrajała ciemne plamy +lasów, łagodziła ostrość załamów, a nie odbierała +światła. Jasność ogromna, szczęśliwa, słoneczna +unosiła się w błękitnem powietrzu, trącała +rozłogi pól, i lasy i skały, i odbita wracała +znów w przestrzeń, jaśniejsza.</p> + +<p>Była cisza. Wiatr zasnął i nie ocierał już +z szumem skrzydeł swych o trawy. Kiście mietlicy +nie uderzały o siebie, i nawet lekkie drżączki +stały nieruchome. Tylko dwa białe motyle +okręciły się kilka razy w gonitwie, lecz jakby +zmęczone nagle i ciężkie spadły cicho na jeden +<span class='pagenum'><a name="Str_137" id="Str_137">[Str. 137]</a></span> +kwiat chabrowy. Tylko z dali, z dali dobiegał +szum potoku, radosny zgiełk fali, skaczącej po +kamieniach, tak jednostajny, że niknął wnet dla +ucha i zdawał się jednym z tonów wielkie; +ciszy.</p> + +<p>Z kwiatów i ziół, z ziemi rozgrzanej i zbóż +buchał odurzający miodowy zapach południa. +Z najtajniejszych soków żywych upał wydobył +wonie mocne i ciepłe. Pachniało życie w powietrzu... +i chęć życia.</p> + +<p>Gdy szli tą miedzą, zdawało się im, że doprawdy +tyle tylko jest świata, ile wzrok ogarnie, +i tyle szczęścia, ile jest w tej chwili.</p> + +<p>Miedza się skończyła; wyszli na większą drożynkę +wśród łąki. Zatrzymali się mimowolnie +i spojrzeli na siebie. Rozmarzył ich żar. Opasał +ją nagle rękami, przycisnął ku sobie i przytulił, +jak dziecko. Czuł przy sobie jej postać wiotką +i miękką; przez lekkie suknie przenikało doń +zbliska ciepło jej ciała. Patrzyli na siebie jeszcze. +Usta ich złączyły się w pocałunku długim, głębokim. +Po chwili chciała usunąć odeń głowę. +Nie mógł oderwać się od niej, upajał się jej +tchnieniem.</p> + +<p>—Daj mi odetchnąć sobą, daj mi odetchnąć +sobą... Pił oddech jej ust, jak woń kwiatu. +Świat zakręcił mu się w oczach.</p> + +<p>Usiedli na trawie. Nie prowadzili nigdy ze +sobą rozmów długich. Wśród tej przyrody, +<span class='pagenum'><a name="Str_138" id="Str_138">[Str. 138]</a></span> +szczęśliwi jak ona, stawali się też, jak ona, cisi. +Położył się na wznak, głowę na jej kolanach. +Na tle jasnego błękitu widział nad sobą owal +jej twarzy i złote płomyki jej włosów. Otulało +ją powietrze błękitne, rozgrzane, przenizane nitkami +światła i czyniło ją samą podobną do +światła. Cisnęła się do niej zieleń murawy, +wszystko się ku niej chyliło miłośnie.</p> + +<p>—Śliczna ty moja—szepnął.</p> + +<p>Uśmiech radości przeleciał po niej. Nakryła +mu jednak usta dłonią. Od dotknięcia tej ręki +gładkiej a drżącej, jak schwytany ptak, przebudziły +mu się w krwi ogniki. Spojrzał na nią. +Rumieniec ją oblał. Odwróciła od niego oczy, +czuła na sobie jednak wzrok gorący, nieruchomy, +chciwy.</p> + +<p>—Nie patrz na mnie, nie patrz...</p> + +<p>Uniósł się na rękach i schował głowę na jej +piersiach; w skroniach i czole czuł dreszcz +i ciepło.</p> + +<p>Ujęła mu głowę w ręce, odsunęła od siebie +nieco i patrząc prosząco, a zalotnie w oczy, +powiedziała pieszczotliwie:</p> + +<p>—Kochany mój, nie... nie, drogi.</p> + +<p>I pocałowała go w usta.</p> + +<p>Wstał na chwilę, wyprostował się, usiadł +obok niej.</p> + +<p>—Chodźże bliżej.</p> + +<p>Przybliżył się. Podjęła kapelusz pilśniowy, +<span class='pagenum'><a name="Str_139" id="Str_139">[Str. 139]</a></span> +który był rzucił na ziemię, zgniotła go, położyła +sobie pod głowę, wyciągnęła się na wznak.</p> + +<p>—Lubię patrzeć w niebo.</p> + +<p>Mimowoli pobiegł oczami za jek wzrokiem.</p> + +<p>Błękit był bezchmurny, jasny i bardzo głęboki. +Wzrok, wpadłszy tam, wnet uczuwał znużenie, +jakgdyby jasność ta była dlań zbyt lekka +i subtelna. Zaraz też nadbiegała siatka drżąca, +czarna, i rozpościerała się po niebie, jakby na +ratunek oczom. Lub też głębia nieba zdawała +się skrysztalać, twardnieć i odrzucała od siebie +wzrok ku ziemi, nie pozwalając mu wybiedz +tam, w przestrzenie. Ale już po chwili złudzenia +lazurowy kamień nieba rzedniał, kryształ +stawał się znów podobny do pary bardzo lekkiej +i tak zupełnie przeźroczystej, że przez nią +silny wzrok starał się dostrzedz... nieskończoności.</p> + +<p>Położył się przy niej bez ruchu; do uszu +z gęstwy traw dochodził czasem tylko trzask +świerszcza lub szelest mrówek, ciągnących do +gniazda ciężary.</p> + +<p>Nieruchomość skuła mu mięśnie i uśpiła na +jawie krew; odbierała mu życie własne, i zespalała +natomiast z życiem ziemi. Kilka mgnień +zdawało mu się, że nie potrafi już sobą ruszyć—ale +w dreszczach ciała czuł za to pęd ziemi, +rwącej w przestworach. Zapomniał, że nie jest +<span class='pagenum'><a name="Str_140" id="Str_140">[Str. 140]</a></span> +sam i milcząc, pogrążał się w rozkosz unicestwienia.</p> + +<p>Na powiekach uczuł nagle jej palce. Zasłoniła +mu oczy ręką.</p> + +<p>—Co widzisz teraz?—zapytała go z uśmiechem +w głosie.</p> + +<p>—Krew twoją.</p> + +<p>—Bardzo czerwona?</p> + +<p>—O nie, różowa ledwo, jak...—Urwał.</p> + +<p>—Jak... no... powiedz.</p> + +<p>—Jak u ryb.—Uśmiechnął się.</p> + +<p>Odwrócili się nagle ku sobie, nie wstając +z ziemi. Na wpół rozplotły się jej włosy i na +czarną pilśń, na której opartą miała głowę, ściekały, +jak strumień złota pociemniałego w ogniu. +Od przypływu krwi rozpaliły się jej na licach +rumieńce i usta pokraśniały żywiej. Czuł jak +z pod rzęsów długich padało nań spojrzenie +rozmiłowane, pieszczotliwe.</p> + +<p>Leżąc przysunęła się ku niemu trochę, i z groźnym +niby wyrzutem w oczach szepnęła: Ty, ty...</p> + +<p>Zaczął całować jej usta, rozchylone w tym uśmiechu; +zarzuciła mu ręce na szyję, tuląc ku sobie.</p> + +<p>..............................................</p> + +<p>Z łąki spędziło ich słońce. Zatoczywszy kawał +kręgu, stanęło wprost nad nimi, oblało ich +żarem, świeciło w oczy.</p> + +<p>—Trzeba iść.</p> + +<p><span class='pagenum'><a name="Str_141" id="Str_141">[Str. 141]</a></span></p> + +<p>—Ale dokąd?—Zamyślili się oboje.</p> + +<p>—Chyba ku potokowi: Tam cień jest napewne.</p> + +<p>Zgodziła się odrazu.</p> + +<p>Trudno im było wstać; osłabił ich upał. Podnieśli +się jednak i poszli. Wzgórze niewysokie, +lasem świerkowym porosłe, wznosiło się przed +nimi tak blisko, że wierzchołkami swych drzew +sięgało połowy nieba prawie. Ku stronie gór +pochylało się zwolna na równinę: urywał się +las i ciągnęły zagony zielonych i złotych zbóż. +Małe, do gniazd podobne, chaty, rozrzucone tu +i owdzie, czerniały na skrajach lasu.</p> + +<p>Pod wzgórzem strumień szumiał. Ścieżynka +polna gubiła się wnet wśród gęstwy krzaków, +którymi porastał brzeg parowu. Weszli w wilgotny +cień i krętą drożyną schodzić poczęli +w dół. Minęli mały lasek osiny i zbiegli już prawie +pędem na polankę, nad brzeg potoku. +W zamkniętej kotlinie aż huczało od kłótni fal.</p> + +<p>Przeciwległa ściana wzgórza wyrastała teraz +tuż przed nimi, prostopadle. Nie widać już było +ani pól na stokach dalekich, ani chat, tylko +świerków zieleń, jakby zwieszoną z nieba zasłonę +ciężką. Błękit zdawał się ciemniejszym +i bliższym, jakby na szczytach drzew tych się +rozpostarł. Był cień, i tylko gdzieniegdzie przekradał +się promień słoneczny, zaigrał na liściach, +plamą jasną zadrżał na trawach, lub przejrzał +<span class='pagenum'><a name="Str_142" id="Str_142">[Str. 142]</a></span> +się w pianach i snopem iskier strzeliwszy, zagasnął +z sykiem na dnie wód.</p> + +<p>Strumień z za zakrętu wybiegał wartko, +i w płytkiem łożysku rwąc osrebrzył się cały +pianą. Po warstwach łupku, równych jak schody, +staczały się fale, jak kaskada srebra płynnego. +A dale; rozszerzało się nagle koryto i woda +natrafiwszy na miękki grunt i piasek, wyżłobiła +sobie jamę głęboką. Zwalniał się tu pęd fali, +a grzbiet jej nabierał barwy i błysku szmaragdów. +I raz jeszcze trąciwszy o rozrzucone +głazy, rozpryskały się szmaragdy, i fale tak jak +wbiegły srebrne, srebrne przepadały z oczu.</p> + +<p>Zacisznie tu było i samotnie. Świat, który +zginął dla oczu, wysuwał się też mimowoli +i z pamięci. Oboje odczuli odrazu tę wielką +radość, że zagubili się w gąszczu takim, gdzie +nikt ich nie odnajdzie, że przepadli dla wszystkich +i wszystkiego, prócz dla siebie. Dopiero +tu naprawdę poczuli się razem, sobie blizcy.</p> + +<p>W parowie, mimo cienia, upalnie było, nie +upałem suchym, płomiennym, jak na łące, ale +wilgotnym, ciężkim żarem dusznym.</p> + +<p>Zbliżyli się do brzegu i po kamieniach zaczęli +przechodzić przez potok—ale przejść nie +mogli, gdyż droga przez głazy utworzona, urywała +się w połowie, zostawiając jako ostatni +kres skalistą wśród fal wysepkę. Na omszonym +wilgotnym głazie, po którym jeszcze niedawno +<span class='pagenum'><a name="Str_143" id="Str_143">[Str. 143]</a></span> +fala się ślizgała, siedli, trzymając się w pół i cisnąc +ku sobie, gdyż zewsząd potok rwący im groził. +Mniemane <a class="ins" href="#tnote_19" name="tAnchor_19" title="niobezpieczeństwo">niebezpieczeństwo</a>, które zewsząd +niby ich otaczało w potoku pół łokcia głębokim, +czarowało ją i zachwycało.</p> + +<p>—Jak tu dobrze, jak pięknie—najdroższy.</p> + +<p>—Ubóstwiam ciebie.</p> + +<p>Ale zgiełk monotonny jakąś zadumę smętną +w niej rozkołysał, gdyż umilkła, zamyśliła się +i pochyliła główkę, patrząc na piany, tańczące +po fali. Na miękką linię jej ramion i szyję odsłoniętą +upadł, wymknąwszy się z liści, blask +słoneczny, pełen zielonawych refleksów i śniadą +nieco jej płeć rozświecił tysiącem iskierek złotych. +Przez migotanie tych błysków złotawych, +jasnoróżowa przelśniewała krew ciepła. Patrzył +z zachwytem na te plamy słoneczne, drżące +barwami ognia i krwi. Ale ona zamyśliwszy się +nie czuła wzroku, który z uwielbieniem po niej +przebiegał. I nie odwróciła oczu. Więc przyklęknąwszy +jak mógł, pochylił się, aby zajrzeć +jej w twarz i spytał:</p> + +<p>—Co tobie?</p> + +<p>—Smutno mi, smutno.</p> + +<p>—Czemu<a class="ins" href="#tnote_20" name="tAnchor_20" title="">,</a> jedyna?</p> + +<p>—Czemu? Tak wszystko płynie, przechodzi, +ucieka... Już sierpień...</p> + +<p>Łza zakręciła się w jej głosie; schwyciła go +za szyję i zaczęła całować po ustach, po czole, +<span class='pagenum'><a name="Str_144" id="Str_144">[Str. 144]</a></span> +po oczach—bez pamięci. Przebiegł oboje +dreszcz chłodny, jesienny, trwożny.</p> + +<p>Nagle zabrzmiał gdzieś w górze odgłos +dzwonków miedzianych—powracały stada.</p> + +<p>Oderwała się od niego, wybuchła śmiechem +i zanurzywszy dłoń w wodzie, prysnęła mu na +twarz. Wyrwali się tęsknocie.</p> + +<p>Schwycił jej dłoń, z której ociekały krople, +niby rozsypane klejnoty, i całować ją począł +i pić tę wilgoć, przesyconą rozkoszą jej ciała.</p> + +<p>—Puść mnie, puść mnie.</p> + +<p>Zerwała się i podniosła, ale pantofelek luźno +zapięty przechylił się i o wilgotny mech poślizgnął. +Byłaby osunęła się w wodę, lecz zdążył +ująć ją wpół i podtrzymywać.</p> + +<p>—Jakiś ty silny.</p> + +<p>Chciał okazać swą siłę i zatrzymać w swym +uścisku, lecz wysunęła mu się z rąk.</p> + +<p>—Drogi, muszę już iść, muszę wrócić koniecznie. +Dzwoniły stada—już szósta. Spostrzegą, +żem wyszła.</p> + +<p>Skoczyła na następny kamień, i znów na +kamień—wreszcie wybiegła na brzeg.</p> + +<p>—Kochany, drogi, do jutra.</p> + +<p>Pomknęła przez gąszcz zieloną; mignęła raz +i drugi jasnoróżowa jej suknia.</p> + +<p>Ledwie zdążył rzucić w ślad za nią:</p> + +<p>—Do jutra.</p> + + + +<hr style="width: 65%;" /> +<p><span class='pagenum'><a name="Str_145" id="Str_145">[Str. 145]</a></span></p> +<h2><a name="PIERWSZY_WIERSZ" id="PIERWSZY_WIERSZ"></a>PIERWSZY WIERSZ.</h2> + +<hr style="width: 65%;" /> +<p><span class='pagenum'><a name="Str_147" id="Str_147">[Str. 147]</a></span></p> + + + +<h3><a name="Pierwszy_wiersz" id="Pierwszy_wiersz"></a>Pierwszy wiersz.</h3> + +<p>Kiedy po zerwaniu z Maryą minęła pierwsza, +nieutulona, nieokiełzana, prawie głośna rozpacz, +Jan Karski jeszcze więcej odsunął się od ludzi—i +wtedy zaczął tęsknić. W oczach pobladły mu +wszystkie barwy i w szarą mgłę smutku, jednostajną +i miękką owinęły się dlań wszystkie +kształty. Wielkie ukojenie ztąd czerpał, bo ból +jego stracił wtedy tę okrutną jasność, która +przedtem mieszała mu zmysły. Pożądanie zasnęło +w nim jakby na śmierć zmęczone, i gorzki +żal zawodu uciszał się zwolna, roztapiając +się w senną tęsknotę, w wielki, odczuwany +wszędzie brak. Nieraz w ciszy samotnych wieczorów +z długiego udręczenia rozdartej miłości +zostawało mu tylko to poczucie braku, świadomość +mętna, że czegoś niema, czegoś, co może +życiem jest, marzeniem, szczęściem, snem, lub +może.. jej postacią. Wtedy wszystko, co posiąść +można wydawało mu się tak lichem +i śmiechu wartem, że drwić mu się chciało +<span class='pagenum'><a name="Str_148" id="Str_148">[Str. 148]</a></span> +z całego życia swego, z zabiegów różnych, nadziei +i dążeń. Nawet te zbiory wierszy dźwięcznych, +pieszczonych, w które wkładał cały +swój kunszt wytworny i subtelny, cały talent +i miłość poety, tylko pogardliwą litość w nim +budziły. W tych dniach ponurych, beznadziejnych +i nic już nie pragnących było mu gorzką +radością, gdy mógł w tęsknocie swojej zatopić +się tak niepodzielnie, że nie rozniecały się w nim +nawet <a class="ins" href="#tnote_21" name="tAnchor_21" title="wyobrażnia">wyobraźnia</a> i zdolność poety, ta chęć +twórcza, by o łzach swych mówić tak, jak nikt +inny. Rozmiłowywał się w unicestwieniu swojem, +w ubóstwie ducha, skazanego na jedno +wrażenie, w tej dobrowolnej ofierze, którą bez +przerwy składał dla niej. Wdzięczność wielka +i uwielbienie, które mimo przekleństw rozłąki +przepełniały mu serce, szukały sobie wyrazu +w tem całopaleniu własnem, w samobójstwie, +którego jedyną trucizną był żal.</p> + +<p>Odtąd samotność stała się jedyną towarzyszką +długich godzin, które spędzał błądząc po mieście +bez celu, obojętny wszystkiemu, z uśmiechniętą +twarzą. Gwar życia, łoskot kół, szum +tłumów, obijał się o jego uszy i rodził w nim +tylko—chwilami—wielkie zdziwienie. Im +więcej obcym wydawał mu się zgiełk i to życie, +tym lepiej czuł, że bliższą mu jest i żywszą—przeszłość. +Niekiedy przesiadywał też do +późnej nocy na werandach kawiarń i znajomi +<span class='pagenum'><a name="Str_149" id="Str_149">[Str. 149]</a></span> +rozmawiali z nim wtedy wesoło o wypadkach +dni ostatnich, nie wiedząc nawet, że człowiekowi +temu życie ich jest niczem. Dopiero gdy +ich żegnał w najciekawszym nieraz zwrocie rozmowy, +niejeden uczuł, że nie wiążą ich już +nawet słowa.</p> + +<p>Najchętniej jednak Karski krył się w ciszę +kościelną, w pół jasny brzask pod sklepionymi +łukami chłodnych, pustych świątyń. Siadał wtedy +w ławce i zasłuchiwał się w niezmierny spokój, +niezmącony nawet szeptem modlitwy; wzrok +jego rozpraszał się na złotych aniołach ołtarzów, +na szafirowych smugach, rozwieszonych w powietrzu, +na liniach wysmukłych, lecących gdzieś +ku górze, jakby w przepaście nieba. Jakaś głąb +wielka i jasna opływała mu wtedy duszę, i wyrwawszy +ją prawie z zawiasów cielesnych, niosła +na przestwory dalekie, gdzie zostawał już +całkiem sam z tą jedną myślą swoją. I wtedy +przeczucie tej wieczności, w którą nie wierzył, +lecz której nie zaprzeczał nigdy, ogarniało +go—na chwilę—lękiem <a class="ins" href="#tnote_22" name="tAnchor_22" title="tęskoty">tęsknoty</a> zaziemskiej, +samotności bezgranicznej. Więc z zamyśleń takich +dusza jego przebudzała się nietylko już tęskna, +lecz i trwożna, i z trwogi prawie o łaskę +wołająca. Pod groźbą tego strachu, jak w dziecku, +rodziła się w nim pierwotna chęć, aby upaść +na kolana i szlochać i błagać Boga, żeby go tą +<span class='pagenum'><a name="Str_150" id="Str_150">[Str. 150]</a></span> +wiecznością nie karał, lub ją błagać, aby go na +wieczność te nie odbiegała.</p> + +<p>A gdy na ulicy potem blask słońca przywracał +mu trzeźwą równowagę myśli, z widzeń zaśmiertnych +zostawała mu złowroga radość, że +tęsknota przerwała już tamy, któremi rozum graniczy +z obłędem.</p> + +<p>Ze wszystkich kościołów miasta najwięcej +upodobał sobie ogromny na rynku kościół gotycki.</p> + +<p>Potężna wyobraźnia mistrza rzuciła tam na +mury splątane pasma jaskrawych barw; na purpurowych +płomieniach kolumn oparła błękitne +gwiaździste sklepienie, za czarnym krzyżem +z kroplami krwi rozpostarła wśród zieleni chóry +aniołów. Przepych barw potrącał w jego duszy +tajemnicze struny, ubierał w blaski każde ogniwo +jego wspomnień i jej blednące widmo czynił +nietylko nad inne kochanem, lecz i nad inne +pięknem. Wielka ekstaza owładała tu nim często +i słowa gorące, pełne czci nieskończonej, +dławiły go wtedy w gardle—ze łzami żalu +marnego, że żywej tych słów nie powiedział. +Szczypta zdrowego sądu, która za hulacynacyami +jego się wlokła, bryzgała mu tym żalem +w twarz, jak zniewagą, jak winą hańbiącą, +i w uczuciu rodzącej się skruchy wzmagała +w nim jeszcze bolesną chęć, aby przykuć się +na zawsze do tej tęsknoty. W takich chwilach +<span class='pagenum'><a name="Str_151" id="Str_151">[Str. 151]</a></span> +mógł godziny całe trawić w tym kościele, ciężko +oparty o poręcz ławki, z oczami nawpół przymkniętemi, +niebaczny już nawet na kaskady świateł, +które słońce kolumnom rzucało na czoła. +Usta jego były wtedy ciche i do westchnień +nawet już niezdolne, lecz z dna jego istoty wyrywało +się z uporem szaleństwa jedno imię, jedno +błaganie. W chwilach ocknienia czuł wtedy +w piersiach taki gniotący ból, jakgdyby gardło +był zerwał na krzyk i wołanie. Nie wychodził +nieraz z kościoła, dopóki zachrystyan nie trącił +go w ramię, przypominając, że zamykać musi. +Spostrzegał dopiero, że zeszły mu w myślach +godziny dnia, i zimny zmierzch otoczył już pobladłe +nawy. Uciekał wtedy czemprędzej z tych +ołowianych sklepień, martwych nagłe i ciszą +przerażających. Lecz nazajutrz znów jedyną jego +chęcią było wrócić do tego kościoła, do tych +barw i do tych myśli.</p> + +<p>W godzinach południa, gdy gwar pobożnych +i odgłosy ich kroków wyrywały go z cichego +upojenia, przechadzał się bezmyślnie z nawy +do nawy i niedbałym wzrokiem przerzucał po +raz tysiączny skarby katedry. Wychudłe ascetyczne +twarze drewnianych świętych w gotyckich +niszach nad stallami, duże czarne krucyfiksy +z krwawiącą raną w boku Zbawiciela, +tłuste anioły, uśmiechnięte nad cudacznymi gzemsami +późniejszych ołtarzów, obrazy wyblakłe, +<span class='pagenum'><a name="Str_152" id="Str_152">[Str. 152]</a></span> +szare od kurzu i starości wpadały mu w oczy, +nie budząc żadnych wrażeń, i na chwilę nawet +przykuć nie mogły jego uwagi.</p> + +<p>A jednak wśród takiej wędrówki stanął kiedyś +natychmiast, jakby w ziemię wrósł, gdy +wzrok jego po raz pierwszy przesunął się przelotnie +po »Zwiastowaniu«, które zapomniane wisiało +w ukryciu wśród tablic nadgrobnych. Na +małem spękanem płótnie nieznanego włoskiego +mistrza była sama tylko twarz Madonny, promienna +i słodka. Zdawało mu się przecież—i +nie było to złudzenie, bo im lepiej się wpatrywał, +tym więcej ufać musiał swoim oczom—że +przez te rysy błogosławione i natchnione +dojrzał twarz inną, więcej mu blizką i więcej +kochaną.</p> + +<p>Więc patrzeć zaczął... Tak spragnionym był +jej widoku, tak często w bezsenności nocnej +wyczekiwał w naprężeniu wszystkich zmysłów +snu dobrego, który mógł mu jej postać przywieść +przed oczy i rzucić w objęcia, że teraz, +kiedy ją ujrzał tak blizką, tak świętą i tak uśmiechnioną, +jakaś rzewność miękka, jakaś tkliwość +rozbudzonych wspomnień oblała mu serce, i wargi +mimowoli się rozchyliły i na usta wybiegał +już okrzyk ten, którymby ją powitał obecną. +I skoro opanował pierwsze wzruszenie, z tego +chwilowego omdlenia przyniósł ze sobą jedno +szczęście wielkie, na całe życie łaskę jedną. Bo +<span class='pagenum'><a name="Str_153" id="Str_153">[Str. 153]</a></span> +oto ona została z nim i będzie mógł tak jak +dawniej klęczeć przed nią i mówić jej na głos +zaklęcia, prośby pełne i poddania, i będzie mógł, +tak jak dawniej, złożyć usta na jej ciepłych, +gładkich dłoniach... W kącikach oczu zakręciły +mu się drobne łzy lśniące i radość dziwna, nieoczekiwana +ścisnęła mu krtań, <a class="ins" href="#tnote_23" name="tAnchor_23" title="jakydyby">jakgdyby</a> oto miał +wybuchnąć szlochaniem. Odstąpił krok jeden od +obrazu, i oparłszy się o mur, patrzył, patrzył jeszcze. +Zapomniane wrażenia dzieciństwa ocknęły +się nagle w tym człowieku bez wiary, wróciła mu +nagle pamięć godzin modlitwy i długich tych +chwil, kiedy dzieckiem jeszcze klękał i zwierzał +się Bogu z pragnień swych i żalów. Wspomnienia +te jasne i czyste, jak lilje, plątały się bezładnie +z innemi świeższemi stokroć, gdy w niej +jednej znajdował spokój swój i szczęście. Powoli +zacierały mu się jak we mgle, granice istot +i czasów; w oczach przyćmionych łzami postać +Madonny olbrzymiała, coraz podobniejszą się +stając do straconej, obcej i dalekiej. I zarazem +odrywała się myśl jego zupełnie od wszystkiego, +co go tu na dole otaczało. Wpatrzony w ubóstwione +rysy nie spostrzegał, że kościół napełniał +się ludźmi, że księża w ornatach wychodzili +z zakrystyi...</p> + +<p>Odezwały się organy. Jakby z oddala, z głębokiej +otchłani polał się potężny hymn żalu; +pieśń rozpaczy i skruchy, zmiłowania i łaski +<span class='pagenum'><a name="Str_154" id="Str_154">[Str. 154]</a></span> +prosząca, wybuchnęła głośnymi akordami i biegła +roztrącić się i rozsypać w jęki o gwiaździsty, +nieruchomy strop. Jęk za jękiem uderzał +o kamianne sklepienia, które zdawały się wtórować +im i dźwięczeć. I wtedy jakieś czarodziejstwo +naszło na Karskiego; zmąciło mu się +wszystko w oczach i w myśli; kolumny kościelne +zapaliły się jak pochodnie od płomieni, +które je obejmowały, sklepienie się rozwarło, +dając jasnym błękitom dostęp, i ona, kochana, +święta zdawała się zrywać z tego płótna, schodzić +ku ziemi i wyciągnąwszy ku niemu ręce +mówić to jedno tylko: Oto jestem. Wtedy radość +przesilna złamała go i rzuciła na kolana; gwałtowne +łkanie rozdarło mu pierś, a zaciśnięte +usta powtarzać zaczęły bezwiednym, bardzo cichym +szeptem: Droga, droga, droga...</p> + +<p> +..............................................<br /> +.............................................. +</p> + +<p>Kiedy Karski znalazł się potem na ulicy, czuł +w sobie wielkie zmęczenie ciała, ale w myślach +miał teraz spokojność łagodną i cichą, jakgdyby +odblask tej wielkiej radości, którąby odzyskanie +jej mu dało. Rozumiał dokładnie, że to było +chwilowe oczarowanie, które prysnęło jak tęcza, +że miał widzenie bardzo niejasne i nie wiedział +właściwie, przed kim czy przed czem modlił +się i klęczał. Rozumiał też, że ten zachwyt +<span class='pagenum'><a name="Str_155" id="Str_155">[Str. 155]</a></span> +nie powtórzy się więcej, że nie uda mu się zapomnieć +życia tak doszczętnie i doczekać po raz +drugi jej zwiastowania. Lecz po tem spazmatycznem +prawie wrażeniu ukojenie słodkie otuliło +jego myśli, jakgdyby na skronie spadła mu +jeszcze jedna jej pieszczota długa, na życie całe +zostająca. Chwilami zdawało mu się bardzo wyraźnie, +że jakaś drobna cząstka jej, jakiś cień +jej drżący jest tuż za nim obecny po to, aby +nie opuścić go więcej i nie rozstać się z nim +nigdy. W ekstatycznem podnieceniu wyobraźni +tęsknota jego zbladła i odstępowała go zwolna; +i ten ciężki przygnębiający smutek, gdy czuł +tylko to, że jej nie ma, osuwał mu się z piersi.</p> + +<p>Dnia tego błądził długo po mieście, z ulicy +na ulicę, niezmęczony, jakby ciekawy każdego +zakątka. Powietrze, już blizkością wiosny wonne, +swobodniej przenikało mu do piersi: po raz +pierwszy od dni tylu zmysłowa rozkosz życia, +rozkosz wiatru i światła budziła się w nim z +uśpienia. Widoki, wpadające mu w oczy, chwytał +skwapliwie i czuł nieraz, że myśl jego, dotąd +beznadziejnie zapatrzona w jedno wspomnienie, +drgnęła raz i drugi, i uniosła się nieco, +i spostrzegła skrawek błękitu nad domami +i piosnkę usłyszała, którą nucił ktoś wysoko na +poddaszu. Uczuwał w sobie, jakby nowy przypływ +i pełnię sił, chęci przebłyskujące i jeszcze +ukryte, pożądania nowe i możność nowych radości. +<span class='pagenum'><a name="Str_156" id="Str_156">[Str. 156]</a></span> +Mimowoli dzwoniły mu oderwane nuty +melodyj, śpiewanych gdzieś dawno, i niespodziewanie +stanęła mu nawet w pamięci strofa +ostatnia ostatniego wiersza, który pisał przy niej.</p> + +<div class="blockquot"><p> +.....I duch mój wziąwszy skrzydła purpurowe<br /> +Już się do lotu zrywa, tam gdzie nowe<br /> +Światło..... +</p></div> + +<p>I nagle podrażniony w nieświadomej jakiejś +próżności, nie zastanawiając się, co czyni, w myślach +dobierać zaczął po cichu innych słów, +dźwięczniejszych, głębszych, żywszych, któremi +powiedzieć by można wszystko, co się w duszy +dzieje... W miarę jak te słowa bezgłośne +układały się w rytmy i jednoczyły w obrazy, +rosła w nim chęć, aby je wymówić i obrazy +te zatrzymać. O niej przecież mówić miał i o tem +co przeżyli razem; zadowolenie artysty łączyło +się zdradziecko z rozkoszą głośnego wyznania... +Zasłuchany teraz w muzykę własnych myśli, +które brzmiały mu jeszcze echem niezapomnianej +kościelnej melodyi, Karski zdążał ku odludnym +stronom miasta, gdzie gwar nie przeszkadzał +jego twórczej pracy. Wydostał się na daleką, +zrzadka zabudowaną aleję i tam na pierwszej +napotkanej ławce siadł...</p> + +<p>Zmierzch zapadał i w suchem powietrzu zachód +płonął jeszcze ognistą czerwienią; lecz ku +zenitom nieba nad głowami czerwień jaśniała, +żółkła aż nieuchwytnym szeregiem odcieni rozpływała +<span class='pagenum'><a name="Str_157" id="Str_157">[Str. 157]</a></span> +się w głębokiem zielono-błękitnem sklepieniu, +gdzie kilka gwiazd lśniło, jakby srebrne +szpilki. Karski parę chwil przyglądał się blaskom +gasnącym na zachodzie: majestatyczny widok +światła i barw rozbudził w nim znów żywiej +wrażenia, które rankiem po nim przebiegły. +I wtedy na starym świstku gazety ołówkiem +zaczął pisać wiersze niedbałe, jakby spowiedź +rzuconą w świat, niewiadomo przed kim i dla +kogo.</p> + +<p> +<span style="margin-left: 2em;">Kiedyś przybiegła ty do mnie i białą</span><br /> +<span style="margin-left: 2em;">Dłoń mi na usta położyła drżące</span><br /> +<span style="margin-left: 2em;">I pokraśniała milcząc, mnie się zdało,</span><br /> +<span style="margin-left: 2em;">Że nagle kwiatów zakwitło tysiące,</span><br /> +<span style="margin-left: 2em;">Że ciebie nagle otoczyły całą</span><br /> +<span style="margin-left: 2em;">Mgły przeźroczyste i złotem świecące,</span><br /> +<span style="margin-left: 2em;">I w złotych blaskach tak byłaś mi piękną,</span><br /> +<span style="margin-left: 2em;">Że czułem, jak mi słowa w ustach miękną,</span><br /> +<span style="margin-left: 5em;">I że się oto modlić będę... tobie.</span><br /> +<span style="margin-left: 2em;">I jużem ukląkł...</span><br /> +</p> + +<p>Karski wstrzymał się na chwilę i w zmroku +pospiesznie przeczytał to, co był napisał. Nagle +zdało mu się, że ciemny pąsowy rumieniec +wystąpił mu na twarz. Więc doprawdy stała +mu się już tak obojętną i obcą, że wiersze teraz +o niej pisać mógł spokojnie, gdy przedtem +każde jej wspomnienie wstrząsało go do głębi? +Więc ze śmiesznym pośpiechem poety korzystać +chciał z okazyi, aby w szeregu pustych, +bezsilnych słów roztopić pamięć tej chwili jedynej +<span class='pagenum'><a name="Str_158" id="Str_158">[Str. 158]</a></span> +nadziemskiego widzenia i radości? Więc +spieszył się przystroić ją w fałszywe blaski fantazyi +i uczynić przedmiotem swoim i natchnieniem, +aby tem łatwiej wydrzeć ją ze swego +życia, i o żywej i kochanej zapomnieć?... Ogarnęło +go gorzkie uczucie pogardy dla tej małoduszności +poety, który skarżyć się chce z gadatliwością +dziecka i jak dziecko pociesza się +swym płaczem. Zdjął go żal wielki za tą szczerą +i potężną miłością, którą połamać miał na +drzazgi i w pieśniach rozproszyć, i żal jeszcze +większy za tą tęsknotą, że przestała go dławić +tak, jak dawniej. Jakby przytłoczony świadomością +winy, pochylił się w ławce i bezwładnie +ręce opuścił; ołówek wysunął mu się z palców +i upadł na ziemię.</p> + +<p>Z mrokiem nocy, co od krańca w kraniec +nad miastem się roztoczyła i błysnęła tysiącem +gwiazd zimnych, spadał mu na duszę smutek +coraz cięższy, jakgdyby po raz drugi ją stracił +gorzej jeszcze i nieodwołalniej...</p> + +<hr style="width: 65%;" /> + +<p><span class='pagenum'><a name="Str_159" id="Str_159">[Str. 159]</a></span></p> + +<h2><a name="TRZY_DUSZE" id="TRZY_DUSZE"></a>TRZY DUSZE</h2> + +<p style="text-align: right;">dramat w jednym akcie.</p> + +<hr style="width: 65%;" /> + +<p><span class='pagenum'><a name="Str_160" id="Str_160">[Str. 160]</a></span></p> + +<h3>OSOBY:</h3> + +<p style="text-align: center;"> +ANDRZEJ TUROWICZ lat 34.<br /> +ZOFIA, jego żona lat 25.<br /> +JAN KARSKI lat 28.<br /> +</p> + +<hr style="width: 35%;" /> + +<p><span class='pagenum'><a name="Str_161" id="Str_161">[Str. 161]</a></span></p> + +<p>Ubogie mieszkanie studenckie w Paryżu; drzwi +w głębi; z prawej strony dwa łóżka ustawione +jedno za drugiem. Szafa, ubrania męskie i kobiece +zasłonięte płótnem. Na lewo na przedzie +stół, dwa krzesła i kanapka. W tylnej części ściany +mała kuchenka. Ciepły letni zmierzch, pełen +różowych odblasków zachodu zapada zwolna.</p> + +<p>Przy stole na kanapce siedzi Zofia, zamyślona +lecz pogodna, zajęta szyciem, które pozornie +pochłania jej uwagę.</p> + +<p>Drzwi w głębi otwierają się: wchodzi Karski—z +wyrazem znużenia i zdenerwowania na +twarzy.</p> + +<p>ZOFIA [obracając się ku wchodzącemu, z uśmiechem]. +Tak późno wracasz, jedyny?</p> + +<p>KARSKI [wita się z nią pobieżnie i siada +przy niej na kanapie]. Miałem dużo roboty +i niesporo mi idzie. Ciężko mi jeszcze pisać po +francusku.</p> + +<p>ZOFIA [troskliwie]. Zmęczony jesteś? Jak ty +źle wyglądasz?</p> + +<p>KARSKI [znużonym głosem]. Tak. Zmęczyłem +się trochę, bom szedł najpierw odwiedzić +Henryka—wiesz Rzeckiego, ale później rozmyśliłem +się i znów odłożyłem na później. Czas +jeszcze. Przysporzyło mi to jednak drogi.</p> + +<p><span class='pagenum'><a name="Str_162" id="Str_162">[Str. 162]</a></span></p> + +<p>ZOFIA. Nie ciekaw jesteś go widzieć? tylekroć +mówiłeś mi o nim jeszcze w Warszawie. +Tyle lat nie widzieliście się...</p> + +<p>KARSKI. I możemy się nie zobaczyć. Wszystko +jedno! Mój Boże, cóż nas dziś łączy? Od tych +lat, kiedyśmy się znali, kilku ludzi przesunęło +się przezemnie, a ja sam nawet nie wiem, jak +się zwali i dokąd poszli. Mniejsza o nich zresztą. +[weselszym tonem]. Coś tak posmutniała, +Zosieńko moja? czemu? No, spójrz na mnie.</p> + +<p>ZOFIA [smutnie]. Jakiś ty dziwny; mówisz +czasem tak smutnie, tak beznadziejnie i gniewasz +się, że mi nie do śmiechu. Niedobry jesteś, +nie, nie.</p> + +<p>KARSKI [wesoło, pół żartem, pół seryo]. +<a class="ins" href="#tnote_24" name="tAnchor_24" title="Uspokój — że">Uspokój-że</a> się, dziecko. Najpierw nie powiedziałem +nic smutnego. Bo czyż jestem dziś +taki, jak byłem dawniej, nimem ciebie poznał? +I ty, ty sama nie odmieniłaś się nic a nic? +Jest pani zawsze tą samą wesołą a tęskną +trzpiotką, z którą przed rokiem tańczyłem kadryla +u Łempickich?</p> + +<p>ZOFIA. O nie, nie.</p> + +<p>KARSKI [już z pewnem zamyśleniem, jakby +ulegając nadchodzącym wspomnieniom]. Pamiętasz +ten wieczór? W jakiej byłaś sukni?</p> + +<p>ZOFIA [nieco zdziwiona]. Jaki wieczór, kochanie?</p> + +<p>KARSKI [ciszej]. Ach, ten pierwszy.—Ty +<span class='pagenum'><a name="Str_163" id="Str_163">[Str. 163]</a></span> +nic nie pamiętasz... Nie znałem cię jeszcze +wtedy. Przyszłaś sama z jakąś ciotką, jakgdybyś +panną była. Miałaś na sobie taką bladą, +bladoróżową suknię jak najranniejszy świt i fiołki +we włosach. I tyle woni fiołków w koło +ciebie. Ach, ty kwiecie! [obejmuje ją wpół +i przytula do siebie].</p> + +<p>ZOFIA [bezdźwięcznie]. To było tak dawno, +tak dawno.</p> + +<p>KARSKI [odsuwa ją od siebie, porywczo]. Żal +ci tego?</p> + +<p>ZOFIA [pieszczotliwie]. Mnie żal, mnie? Czem +ja byłam? Ot dzieckiem, które chodziło z balu +na bal, śmiało się, tańcowało, i prawie nie wiedziało, +że jest nikomu niepotrzebne, że nic nie +kocha. Wiesz ja dawniej naprawdę myślałam, +że ja jego... Dopieroś ty przyszedł. Jakiś ty +był smutny; ciebie jednego mi tak żal było. +[chwyta go za rękę].</p> + +<p>KARSKI [jakgdyby nie do Zofii mówiąc]. +Byłem smutny? Nie, to nie jest smutek, co się +w duszach naszych lęgnie. To coś gorszego, +coś czarniejszego. Takie znużenie straszne, +które wygryza wreszcie i ból, i tęsknotę i pożądanie, +i nie pozostawia nic, na czem oprzeć +by się można. I ta pogarda, ta żrąca, uśmiechnięta +pogarda dla ludzi, dla siebie, dla każdej +myśli mojej, dla każdego tchnienia mego. Takie +obrzydzenie do siebie, do ciała i duszy, że błogosławiłbym +<span class='pagenum'><a name="Str_164" id="Str_164">[Str. 164]</a></span> +stopę, któraby mię rozdeptać +chciała... I te nagłe martwe cisze, gdzie wszystko +zapada, gubi się, ginie, jakgdyby fale śmierci +zalały nas powyżej głowy. [pod koniec mowa +staje się coraz prędszą]. Nie wiem co czuję, +każda myśl moja, każde drgnienie jakimś +wiatrem zagnane przychodzi, ucieka jedno za +drugiem w pędzie, splątane jak dym. I znów +pustka, pogodna bezsłoneczna pustka, która +milczeniem swojem zdaje się pytać: po co, po +co żyjesz? Po co żyjesz?</p> + +<p>ZOFIA [przysuwa się ku niemu sama, tkliwie]. +Jakie to straszne! Ale to było dawniej, +dawniej, prawda, dawniej? Ty tego nie czujesz +teraz, nigdy? nigdy?</p> + +<p>KARSKI [po chwili ciszy]. Nigdy.</p> + +<p>ZOFIA [coraz tkliwiej]. Prawda? ty żyjesz +dla mnie, dla swojej Zosi, musisz żyć dla mnie. +Twoja Zosia jest sierota, samiuteńka jedna, +nikogo nie ma na świecie, umarłaby z głodu +bez ciebie.</p> + +<p>KARSKI [ironicznie, zrywa się z kanapy i zaczyna +chodzić po pokoju] I ze mną ci niewiele +do tego brakuje. Żyję dla ciebie, a ty w takiej +nędzy.</p> + +<p>ZOFIA. A wiesz co, że ty śmieszny jesteś. +No i czego mi potrzeba. Gdybym nie wiem +wiele miała pieniędzy, nie wiedziałabym, co +z niemi tu począć. W Warszawie co innego, +<span class='pagenum'><a name="Str_165" id="Str_165">[Str. 165]</a></span> +ale tu... A zresztą to zabawne tak liczyć te +susy. Nigdy nie umiałam tego dawniej, a już +się wyuczyłam. Widzisz, jaka Zońka twoja pojętna. +I jeszcze bym ci coś powiedziała, ale ty +się będziesz śmiał ze mnie.</p> + +<p>KARSKI [stając przed nią, miękkim, kochającym +głosem]. Z ciebie, duszo moja, z ciebie?</p> + +<p>ZOFIA [nieśmiało]. Widzisz—mnie się czasem +zdaje, że to dobrze, że my jesteśmy w biedzie. +Już za nic bym nie chciała, abyś ty +był bogatszy od Andrzeja. Nie, nie. Ja mogę +być wesoła, lekkomyślna i bardzo niemoralna, +ale ja wiem, wiem bardzo dobrze, że to jest +źle, źle to wszystko, co ja z tobą zrobiłam. +Nie śmiej się z tego, bo to jest wielki grzech. +Mówił mi to jeszcze ksiądz na spowiedzi, nimem +ciebie znała. Może ta bieda nasza będzie +mi za pokutę policzona. [Z pewnym przymusem]. +No, nie śmiej się.</p> + +<p>KARSKI [chodząc po pokoju]. Jaki ja jestem +podły, podły! Ja wiem, tyś wszystko poświęciła +dla mnie: religię twoją, opinię, przyszłość, bogactwa; +narażasz się na zniewagi, na głód—dla +mnie, wszystko dla mnie; a ja co, co ja ci +dałem? [szyderczo] Ja mam przygodę miłosną. +Nic dla ciebie zrobić nie mogę, nawet zapracować +nie mogę tyle, żebyś ty biedy nie cierpiała, +[jakgdyby z trudem mówiąc]. Wiesz, obcięli +mi połowę godzin w redakcyi. Ośmdziesiąt franków +<span class='pagenum'><a name="Str_166" id="Str_166">[Str. 166]</a></span> +na nas oboje! A przyjąłem to zupełnie spokojnie, +apatycznie, tak, jak gdybym ciebie nie +znał, jak gdybyś nie ty na tem cierpiała. Czyż +ja ciebie nie kocham?</p> + +<p>ZOFIA [powtarza bezdźwięcznie]. Ośmdziesiąt +franków. Połowa tego, cośmy dotąd mieli...</p> + +<p>KARSKI [staje znów, mówi namiętnie]. Słuchaj! +Uczucie moje dla ciebie to ostatnia moja +świętość: gardziłem wszystkiem, oplułem w sobie +wszystko, prócz tej jednej, jedynej miłości. Ty +musisz być dla mnie wszystkiem, ty jesteś moją +wiarą, siłą, moją duszą. Jeśli mi się jednę chwilę +zdaje, że ja ciebie nie kocham—tak jak tam +w redakcyi—zdaje mi się, że oszaleję. Nie, +nie oszaleję. [z rozpaczą]. Ale jeśli ja ciebie nawet +nie kocham, to chyba już dziś jestem trupem.</p> + +<p>ZOFIA [wstaje i bierze jego głowę w ręce +i przytula do siebie; łagodnym, kojącym głosem]. +Ty moje szalone, biedne dziecko! Ty mnie nie +kochasz, ty? Czy ja tego nie widzę, czy jabym +mogła choć jedną chwilę o tem wątpić? ty mnie +nie kochasz, tyś mi nic nie poświęcił? Tyś +chciał poświęcić wszystko, siebie całego. [z pewną +grozą w głosie]. Och! ja pamiętam to dobrze!</p> + +<p>KARSKI [zdziwiony]. Co ty pamiętasz Zosiu?</p> + +<p>ZOFIA. To, coś mi mówił wtedy, dawno jeszcze. +<span class='pagenum'><a name="Str_167" id="Str_167">[Str. 167]</a></span> +Ah! to nie był żart. Tyś tak okropnie patrzył +wtedy.</p> + +<p>KARSKI [z rosnącem zdziwieniem]. Kiedy? co?</p> + +<p>ZOFIA. Wtedy, pierwszym razem... u ciebie... +na Żórawiej. O nie, nie <a class="ins" href="#tnote_25" name="tAnchor_25" title="chciałem">chciałam</a> przyjść. Jeszcze +nic nie było między nami, jeszcze mogło +być wszystko inaczej. I nie byłabym przyszła. +Tak się długo modliłam do Matki Boskiej, i tyle +sił miałam i tak się chciałam poświęcić, i tak +cię kochałam! Chciałam się na zawsze zakopać +na wsi—u nas w Golewicach, ukryć i zdusić +tę miłość, która mię dławiła. [smętnie]. Byłbyś +szczęśliwszy może.</p> + +<p>KARSKI [silnie]. Bez ciebie? nie mów tak +nigdy.</p> + +<p>ZOFIA [mówi z trudem, pokonywując uczucie +zawstydzenia i winy]. Przyszłam wtedy do ciebie, +żeby cię pożegnać, powiedzieć ci to wszystko, +powiedzieć ci, że musimy się rozstać, że +będziesz zawsze wybranym mojej duszy, ale że +ja twoją być nie mogę, że ja twoją być nie chcę—Boże, +Boże.... Myślałam, że się będziesz gniewał, +przekonywał. A ty nic, tylkoś mi powiedział +to jedno, ale takim głosem strasznym, że +mię dreszcz zdjął, jakgdybym już grób przed +sobą zobaczyła. Klęczałeś przedemną i oczy +twoje, twoje śliczne oczy, patrzyły gdzieś w dal +nieprzytomne i powtarzałeś, jakby już nie myśląc +nawet: Zosiu, Zosiu, rozstanie z tobą mnie +<span class='pagenum'><a name="Str_168" id="Str_168">[Str. 168]</a></span> +zabije. [z wybuchem, chwytając go za ręce +i cisnąc ku sobie]. Janku mój, ty nie pogardzaj +mną, ale ja nie mogłam inaczej, ja nie mogłam +cię zabić. Przysięgnij! ty nigdy nie będziesz +mną pogardzał? Nigdy? Widzisz—ja nie wiem, +za co ty mnie tak kochasz, mnie cudzą, wiarołomną +żonę.</p> + +<p>KARSKI [bezdźwięcznie, jakgdyby powtarzając +dawniej powiedziane słowa]. Rozstanie z tobą +mnie zabije; tak powiedziałem ci to—rozstanie +mnie zabije.</p> + +<p>ZOFIA [trwożnie]. Jak ty dziwnie patrzysz! +Nie rozstaniemy się przecież nigdy, nie opuszczę +cię nigdy. Słyszysz? Nie wierzysz mi?</p> + +<p>KARSKI [chłodno, z zamyśleniem]. Nie, nie... +Ale dziękuję ci, żeś mi to przypomniała teraz. +Jak błądzącego w górach otoczyły mię mgły, +i zdawało mi się, że na okół równina, zewsząd +gładka i czysta. Rozdarłaś mi mgły, i widzę, że +tam jest otchłań, tam musi być... [pewnym głosem] +i będzie.</p> + +<p>ZOFIA [trwożniej]. Na Boga—co ci jest dzisiaj? +Janek, tyś nie zdrów: położysz się zaraz, +dobrze? [podchodzi do łóżek, chcąc zdjąć i przygotować +pościel].</p> + +<p>KARSKI [powstrzymując Zofię]. Nie jestem +chory, nawet nie jestem zdenerwowany. Nic mi +nie jest. Ale ja siebie nie znam, ja siebie się +lękam. Ja byłem takiem dziwnem dzieckiem. +<span class='pagenum'><a name="Str_169" id="Str_169">[Str. 169]</a></span> +Dorastającym chłopcem krajałem sobie ramię +nożem, aby jakiś jęk z siebie wydobyć, jakimś +bólem powiedzieć sobie, że żyję.—I +dziś niewiem nawet, czy mię te rany bolały. +Czytałem kiedyś Irydjona: nie wzruszył mię +szatan Massynissa, nie wzruszył mię bohater, +ani Grecya, tylko ten smutny, znudzony Cezar. +Czternastoletni sztubak płakał nad Heljogabalem! +Czasem mi się zdaje, że jak u niego, +każde czucie moje jest fałszem, każda żądza +moja jest starczą, bezsilną, zapóźną ciekawością, +bańką błota co nie błyśnie nawet i pęka. +Ja nie pamiętam dziś, jakem ja zaczął cię +kochać. [ironicznie]. Możem był ciekawy twej +miłości? [z pogardą]. Tylko trochę drogo cię ta +ciekawość moja kosztuje.</p> + +<p>ZOFIA [głosem, w którym przebija już zdenerwowanie +i cierpienie]. Powiedz, powiedz, poco +ty dręczysz mnie i siebie? Doprawdy ty mnie +chyba mało znasz. Że jestem wesoła i nieraz +rozbawiona, to nie wyobrażaj sobie jeszcze, że +jestem naiwnem dziewczątkiem, które panu podobało +się zabrać z sobą. Wiem, co zrobiłam—i +to chciałam zrobić. Czy ty nie rozumiesz, że +obrażasz mnie, gdy mi wspominasz dawny dobrobyt, +i sądzisz, że mogę za tem tęsknić? Nie +mów mi o tem nigdy, pamiętaj, bo mnie to boli. +[przekonywująco i weselej]. Ty się dręczysz, +że będziemy teraz mieli mniejsze dochody, a już +<span class='pagenum'><a name="Str_170" id="Str_170">[Str. 170]</a></span> +przedtem nie zawsze wystarczało. Ale i to przejdzie. +Ty znajdziesz jeszcze inne zajęcie—za miesiąc, +dwa—to się już zupełnie wyuczysz po francuzku. +Zobaczysz, jeszcze będziesz zamiast Lemaitre'a +feljetony do Debatów pisywał. A i pani +twoja weźmie się do roboty. Ty nie wiesz, jak +ja kapelusze ubieram; doprawdy, nie <a class="ins" href="#tnote_26" name="tAnchor_26" title="widziałem">widziałam</a> +ładniejszych na bulwarach. [coraz weselej, ze +śmiechem]. Założę jeszcze wielki magazyn mód; +będzie taki wielki szyld: „<i>Madame Sophie, Maison +des confections</i>” na Rivoli, albo na rue de la +Paix, obok Wortha dla konkurencyi. Wszystkie +elegantki się do nas przeniosą. [z głośnym śmiechem]. +Pokażę ci księżnę Chimay z jej cyganem, +chcesz?</p> + +<p>KARSKI [nieprzezwyciężony wesołością, poważnym +głosem]. Ty się modlisz, Zosiu?</p> + +<p>ZOFIA [zdziwiona]. Ty wiesz przecie...</p> + +<p>KARSKI [poważniej jeszcze]. I spowiadasz +się?</p> + +<p>ZOFIA [niechętnie odpowiadając, smutnie]. +Teraz, teraz...</p> + +<p>KARSKI<a class="ins" href="#tnote_27" name="tAnchor_27" title="">.</a> Ty wiesz, co jest kłamstwo?</p> + +<p style="text-align: center;">[Długa chwila ciszy].</p> + +<p><span class='pagenum'><a name="Str_171" id="Str_171">[Str. 171]</a></span></p> + +<p>Czy ty wierzysz, że ja nigdy przed tobą nie +kłamałem, nigdy, ani wtedy, gdyś po raz pierwszy +przyszła do mnie? Czy ty mi wierzysz?</p> + +<p>ZOFIA [uczuciowo]. Wierzę, wierzę.</p> + +<p>KARSKI [dobitniej, prawie natarczywie]. Tak +jak sobie wierzysz?</p> + +<p>ZOFIA. Tak jak sobie.</p> + +<p>KARSKI. Czy ty wierzysz, że cię kocham +nad wszystko, że nigdy cię nikt nie kochał +więcej odemnie?</p> + +<p>ZOFIA [zmęczona]. Wierzę, jak duszy swojej, +wierzę.</p> + +<p>KARSKI [z silnym wybuchem]. Bogdajbym +zginął, gdybyś ty się zawieść miała.</p> + +<p>ZOFIA [ze zmęczeniem, ogarniającem ją nad +siły]. Ja tego nie chcę, tak być nie może. Te +ciągłe wyrzuty cię zamęczą. No i o co, o co? +Jedno jedyne miałam pragnienie, abyś ty, mój +najdroższy był szczęśliwy. I patrz co się z tem +dzieje! Przecież ja widzę, że ty nie jesteś +szczęśliwy. Czemu—czemu? Chciałeś mię +mieć—jestem twoją, na zawsze twoją. Chciałeś +mię mieć tylko dla siebie, zdala od wszystkich, +od niego—przyjechaliśmy tutaj. Cóż ja +jeszcze zrobić mam dla ciebie? Bo widzisz, +gdybyś ty nigdy nie był szczęśliwy ze mną, +to byłaby dla mnie taka kara, taka kara. [ze +łzami]. Oh, nie...</p> + +<p>KARSKI [spokojniej znacznie]. Ale ja jestem +<span class='pagenum'><a name="Str_172" id="Str_172">[Str. 172]</a></span> +szczęśliwy,—jeśli ty mi wierzysz. Nie uwierzyłbym +Bogu, gdyby mi stanął tu w płomiennym +krzaku, ale tobie wierzę.</p> + +<p>ZOFIA. Ach, nie mów tego. Tak chciałabym, +abyś ty choć trochę wierzył. Ale to niemożliwe.</p> + +<p>KARSKI [pół-prosząco, pół-żartobliwie] Nawróć +mnie.</p> + +<p>ZOFIA [przejmując się słowami swemi, miękko]. +Ach, gdybyś ty naprawdę chciał. To tak +dobrze zapomnieć wszystkich zgryzot, bólów, +tęsknot; taki spokój, taka jasność nachodzi +wtedy na mnie. I to, że całą wieczność będzie +się miało przy sobie tych, których się kocha. +Wiesz, wtedy co to nas już mieli wyrzucać +z mieszkania, bo nie było pieniędzy na komorne,—tyś +wybiegł, jak szalony, poszukać gdzie +u kogo chociaż kilku franków; zostawiłeś mnie +samą. Mnie tak było straszno, ciągle mi się +zdawało, że ktoś przyjdzie i zacznie mnie stąd +wypędzać. Jeszcze byłam taka naiwna i nic nie +wiedziałam, że tak prędko wyszły nasze pieniądze... +Lękałam się zostać w domu i wyszłam +na ulicę. Poszłam przez Boul'Mich. Długo, długo +stałam na moście: szara, mętna woda płynęła +bez końca i jakgdyby podnosiła się i podchodziła +ku mnie. I pomyślałam sobie, że sama +nie potrafię tu przyjść więcej; ale z tobą—jeśli +ty nic nie znajdziesz—dobrze. Ty nawet +nie wiedziałeś, jak mi wtedy było straszno +<span class='pagenum'><a name="Str_173" id="Str_173">[Str. 173]</a></span> +i ciemno dokoła! Wracając przechodziłam koło +Notre Dame; drzwi były otwarte, grały organy, +poszłam. Było tak pełno, a nad nami +leciały tony głębokie, wielkie, jakby wicher +z organów zrywał się i rozpędzał nam dusze, +gdzieś daleko, po nieskończonościach, już u samych +stóp Boga. Nie, ja się nie modliłam, ale +byłam tak wysoko, tak daleko i od Sekwany, +i od tego pokoju na Glacierze...</p> + +<p>KARSKI [zazdrośnie]. I odemnie?</p> + +<p>ZOFIA [jakby w zachwyceniu]. Tak,—i od +ciebie. Ty się gniewasz o to? Ale jak wróciłam, +to byłam taka silna, taka pewna, taka +spokojna. Gdybyśmy na ulicy nocować mieli, +to wiedziałam, że się nam nic nie stanie i że +ja nic złego do ciebie i do mnie nie dopuszczę.</p> + +<p>KARSKI [po krótkiej ciszy]. Daj mi swą +duszę.</p> + +<p>ZOFIA [pieszczotliwie]. A któż to ją ma?</p> + +<p>KARSKI. Nie, nie tak, nie tak. Ja mam być +poetą, artystą, ale ja nic nie stworzę, ja nic +nie kocham. Ja się niczego, niczego nie lękam, +ale i nic nie kocham. Słucham, śledzę twe czucia, +ja wiem, że tam nic nie ma, ale wierzyć +w Boga jest pięknie, bardzo pięknie. [z smutną +ironią]. Co jest pięknego we mnie?</p> + +<p>ZOFIA. Ty nic nie stworzysz? A kto napisał: +»Widziałem krew na duszy mojej«? Kto napisał: +»Złote gromy«?</p> + +<p><span class='pagenum'><a name="Str_174" id="Str_174">[Str. 174]</a></span></p> + +<p>KARSKI [smutniej]. Dzisiaj już nic nie ma we +mnie.</p> + +<p>ZOFIA. Bo się męczysz, bo się trujesz głupstwami, +o których mówić nie warto nawet. +[z dziecinnym zapałem]. Słuchaj, ty musisz +być wielki! zrobisz to dla mnie, prawda? [jakby +chwytając z radością myśl, która się jej nawinęła]. +Jak to dobrze, że masz teraz mniej +roboty w redakcyi! No bo wprost nie miałeś +czasu, ale teraz codzień popołudniu zasiądziesz +do pisania. [żartobliwie]. Tak, mój drogi, skończyło +się próżniactwo! Już Zośka cię dopilnuje. +Dokończy pan tę komedyę którąś mi czytał +kiedyś—pamiętasz u mnie jeszcze. To takie +śliczne było. Poślemy to do Warszawy. [opamiętuje +się]. Nie do Warszawy, nie—gdzieindziej, +do Krakowa lub Lwowa. A później pojedziemy +na przedstawienie. [smutnie]. Tak dawno +już nie słyszałam, jak dokoła mówią po polsku... +[znów żywiej]. Ty pójdziesz sobie do loży, +a ja schowam się gdzieś cichutko, skromniutko, +na galeryi, w takim kąciku, aby mię nikt nie +widział. Potem oklaski, krzyczą: autor, autor! +Ty się kłaniasz. [dziecinnie, klaszcze w dłonie]. +Ja się chyba spalę z radości, że to ty, ty mnie +kochasz. A może ty wtedy przestaniesz twoją +Zońkę kochać?</p> + +<p>KARSKI [słucha, nieco zamyślony, zdjęty +rozkoszą]. Mów, mów dalej... Jaki ty masz głos!</p> + +<p><span class='pagenum'><a name="Str_175" id="Str_175">[Str. 175]</a></span></p> + +<p>ZOFIA [bardzo wesoło]. No widzisz, znów +to samo, a ja tego tak nie lubię. Napewno nawet +nie wiesz co ja mówiłam. Tak mnie słuchasz? +Myślisz, że to przyjemnie... Ty mnie +chyba masz za bardzo głupią. Może masz racyę +nawet. Ja jestem taka roztrzepana.</p> + +<p>KARSKI [powoli]. Chciałbym nic w życiu nie +słyszeć oprócz głosu twego. Tak, głos twój pokochałem +najpierw.</p> + +<p>ZOFIA [z wybuchem śmiechu]. Najgorzej +w świecie! No już teraz nic, nic nie słucham. +Ot do czego to prowadzi! Zapomnieliśmy na +śmierć o obiedzie. A jestem taka głodna. A jak +Zońka jest głodna to jest taka zła, zła...</p> + +<p>KARSKI. Dziecko, dziecko moje.</p> + +<p>ZOFIA [podbiega do szafy, otwiera ją i przegląda +półki]. Ale nic nie ma w domu. Tylko kawałek +masła od wczoraj został. Trzeba jeszcze +zejść do miasta. [wracając znów do Karskiego, +który stoi przy stole]. Czekaj, pomyślimy co +będzie na obiad. Najpierw... najpierw sardynki—ty +lubisz sardynki—prawda? Potem kupimy dwa +duże befsztyki, takie po sześć susów, a na deser... +[wesoło] no zgadnij, co ci kupię na deser, +zgadnij!</p> + +<p>KARSKI [pieszczotliwie, wesoło]. Nie wiem, +ty szalona główko.</p> + +<p>ZOFIA. Bo nie zgadniesz. Róże, róże. Widziałam +wczoraj takie śliczne róże, białe, ledwie</p> + +<p><span class='pagenum'><a name="Str_176" id="Str_176">[Str. 176]</a></span> +ledwie różowe. I tak tanio, duży bukiet za cztery +susy. W Warszawie toby ze trzy ruble kosztowało. +[z pewnem wahaniem]. A może to źle, +że ja chcę róże kupić?...</p> + +<p>KARSKI [wesoło]. Dlaczego znów źle?</p> + +<p>ZOFIA [poważniej nieco]. Najpierw, to jest +zbytek, a my teraz musimy oszczędzać bardzo. +A powtóre to jest deser dla mnie, bo ty kwiaty +nie zbyt lubisz, i może będziesz głodny.</p> + +<p>KARSKI [z rozrzewnieniem]. Nie, nie, nie chce +mi się jeść; nie będę głodny.</p> + +<p>ZOFIA [całuje go, uradowana]. Ach! jakiś ty +dobry! Widzisz mnie się tak strasznie chciało +mieć te kwiaty... Przepadam za różami, już +wczoraj chciałam zaraz je kupić, ale nie miałam +ani susa. W Warszawie w każdym pokoju były +u mnie kwiaty. A teraz daj mi pieniądze, polecę +prędziutko [liczy prędko]. Sześćdziesiąt, +siedemdziesiąt, dwadzieścia... Daj mi półtora +franka [odwracając się od Karskiego podchodzi +do wieszadła z ubraniami, wkłada zarzutkę +i lekki słomkowym kapelusz. Chwila ciszy]. Janek, +ja już idę...</p> + +<p>KARSKI [chodzi po pokoju, nie patrząc na +Zofię, mówi zimno, a jednak ze wstydem]. Zosiu, +ja nie mam tyle.</p> + +<p>ZOFIA [zdziwiona]. Przecież dostałeś trzy +franki w Journalu<a class="ins" href="#tnote_28" name="tAnchor_28" title="">.</a></p> + +<p><span class='pagenum'><a name="Str_177" id="Str_177">[Str. 177]</a></span></p> + +<p>KARSKI. Tak, dostałem. Ale przechodziłem +koło Odeonu, zacząłem czytać i kupiłem książkę.</p> + +<p>ZOFIA [z uczuciem zawodu]. Kupiłeś książkę...</p> + +<p>KARSKI [usprawiedliwiając się, prędko]. Verlaine, +poezye Verlaine'a. Ale ja to będę tłomaczył. +To takie modne dziś u nas. [rzuca książkę +wydobytą z płaszcza na stół].</p> + +<p>ZOFIA [opanowując się, znów wesoło, by +oszczędzić Karskiemu wyrzutu]. Jak to dobrze, +żeś kupił Verlaine'a. Tak mało go znam. Będziemy +to czytali razem. Ty tak ładnie umiesz +czytać. Pamiętasz w Zurichu, jakeś mi czytał +»w Szwajcaryi« na jeziorze... Byłam jeziora błękitnego +panią. Ach! poezya...</p> + +<p>KARSKI [chodzi po pokoju, zaciskając dłonie]. +Podłość, podłość, podłość!</p> + +<p>ZOFIA [swobodnie, początkowo z nieco sztuczną, +później zupełnie szczerą wesołością]. O, +już pan znowu znowu zaczyna? Nie ma czasu +na to. Ile masz pieniędzy? [Karski podaje jej pieniądze]. +Siedemdziesiąt pięć centimów; trzeba +zmienić <i>menu</i>. Ja i to umiem. Niedarmo <a class="ins" href="#tnote_29" name="tAnchor_29" title="czytywałem">czytywałam</a> +w Warszawie Kurjerek Poranny. Przepisy +gospodarskie: najpierw wspaniały obiad, +a potem u dołu skromny; i zupełnie to samo. +Więc teraz będzie tak: sardynki są nieświeże +w lecie—zawsze mię tak uczono—a róże od +wczoraj napewno powiędły. Befsztyk sześćdziesiąt +<span class='pagenum'><a name="Str_178" id="Str_178">[Str. 178]</a></span> +centimów, chleb dziesięć, jeszcze nam zostanie +cały sus na zapas. Zaraz wrócę. Zapal +tymczasem lampę [zwraca się ku drzwiom].</p> + +<p>KARSKI [szybko zastępuje jej drogę]. Czekaj, +wolę sam iść. Nie chcę żebyś teraz tyle chodziła +po świecie, zmęczysz się...</p> + +<p>ZOFlA [zmieszana, nieco trwożna, jakby starając +się Karskiego wybadać i zrozumieć]. Dlaczego +teraz nie chcesz? Przecież zawsze ja +chodziłam po sprawunki. Czy ty?...</p> + +<p>KARSKI [wybuchając]. Na Boga, przecież to +chyba mogę zrobić dla ciebie, aby iść na dół +po obiad!</p> + +<p>ZOFIA [na pół już zawiedziona]. Więc tylko +dlatego chcesz sam iść, żebym ja się nie zmęczyła? +Nic więcej?</p> + +<p>KARSKI. Ja nie mogę patrzeć, jak ty się tu +niszczysz, bez tchu przebiegasz te sześć pięter. +Przecież to ciebie z nóg zupełnie zbija.</p> + +<p>ZOFIA [z rezygnacyą w głosie]. Idź, idź najdroższy. +[Karski wychodzi. Zofia spostrzega, że +zostały jej w ręku pieniądze, których Karski +zapomniał. Wybiega więc za nim ku drzwiom].</p> + +<p>Weźże pieniądze [podaje mu przez drzwi, +podchodzi do kuchenki, zaczyna rozpalać +ogień, wraca następnie ku stolikowi i zapala +lampę]. On się niczego nie domyśla! Może +to ja się <a class="ins" href="#tnote_30" name="tAnchor_30" title="łudzą">łudzę</a>? Nie, nie, to się czuje. I nie mogę +mu powiedzieć: on taki zdenerwowany i w +<span class='pagenum'><a name="Str_179" id="Str_179">[Str. 179]</a></span> +Journal'u mu wymówiono popołudnie... [siada, +i z wyrazem smutku i zniechęcenia opiera się +rękami na stole]. Tak marzyłam o tem niegdyś, +tak pragnęłam, a dziś, dziś... wstydzę się nawet +to wymówić. Może on tego nie chce... Boże, +Boże! tylko Ty tego dziecka za mnie nie +karz... Ach co tam! już jestem tak zmęczona... +[Machinalnie bierze książkę leżącą na stole, +i przerzuca kartki, czyta bardzo wolno i cicho].</p> + +<p> +Les sanglots longs<br /> +Des violons<br /> +De l'automne,<br /> +Blessent mon coeur<br /> +D'une langueur<br /> +Monotonne.<br /> +</p> + +<p>[ciszej jeszcze].</p> + +<p> +Et je m'en vais<br /> +Au vent mauvais,<br /> +Qui m'emporte<br /> +De ça, de là<br /> +Pareil à la<br /> +Feuille morte.<br /> +</p> + +<p>Ach! jakie strasznie smutne! śliczne! Ale on +pisze ładniej »Widziałem krew na duszy mojej +[rozlega się stukanie przez drzwi].« To ty Janek? +[stukanie ponowne]. Qui est là? [stukanie]. +Entrez [wchodzi Andrzej].</p> + +<p><span class='pagenum'><a name="Str_180" id="Str_180">[Str. 180]</a></span></p> + +<p>ZOFIA [z przerażeniem, zrywając się z miejsca]. +Andrzej!</p> + +<p>ANDRZEJ [spokojnie]. Dobry wieczór Zofio!</p> + +<p>ZOFIA [z trwogą obłędną]. Gdzie Janek?</p> + +<p>ANDRZEJ [poważnie]. Czego się lękasz? Uspokój +się. Przyszedłem teraz, bo tylko ciebie chciałem +widzieć. Szukałem cię wszędzie. Byłem +w Berlinie, w Wiedniu, Szwajcaryi, tu jestem +już od miesiąca i dopiero wczoraj wieczorem cię +spotkałem. Co się z tobą stało, co się z tobą +stało? Jak ty wyglądasz tutaj?</p> + +<p>ZOFIA [bezdźwięcznie, z przygnębieniem]. Co +się ze mną stało, czy ja wiem.</p> + +<p>ANDRZEJ. Nie, to być nie może, nie może. +Za coś ty mnie opuściła? Bez słowa jednego +rzuciłaś mnie jak łachman. Wracam, jak zawsze, +z biura, przychodzę do domu, szukam cię po +wszystkich pokojach. Służący powiada mi, że +pani wyszła i podaje mi kartkę twoją. Nie, to +być nie może, ja temu nie wierzę—to nieprawda, +to sen. Nikt o tem w Warszawie nie wie, moja +matka codzień pyta się ciebie—ona kochała +cię jak własną córkę. A ty taka święta, taka +czysta, ty tutaj, ty...</p> + +<p>ZOFIA [szybko]. Nie mów! nie myśl tak +o mnie Andrzeju! Ty mnie znasz, tyś był moim +mężem, ty wiesz, jaka ja jestem. To nie rozpusta, +nie, nie rozpusta, co mnie tu przywiodła, +[prawie tkliwie]. Przysięgam tobie...</p> + +<p><span class='pagenum'><a name="Str_181" id="Str_181">[Str. 181]</a></span></p> + +<p>ANDRZEJ [z uczuciem głębokiego bólu]. Nie?... +Wiec tyś mnie nie kochała—to był fałsz, twoja +miłość, twoje szczęście, uśmiechy, wesołość, +pustota. To była komedya, twoja radość, te +podróże nasze... Jak dziecko nosiłem cię na rękach. +Przytulałaś się do mnie, zarzucałaś mi +ręce na szyję. To była komedya.</p> + +<p>ZOFIA [jednocześnie, przyciszonym głosem]. +Tyś był bardzo silny, Andrzeju.</p> + +<p>ANDRZEJ. To wszystko komedya. Więc ty +nie byłaś szczęśliwą ze mną? Powiedz, powiedz!</p> + +<p>ZOFIA [bardzo smutnie]. Szczęśliwą? tak mi +się może zdawało niegdyś; nie, nie było we +mnie fałszu, choć dziś wiem, że nie byłam +szczęśliwą. Ale ja i tu nią nie jestem.</p> + +<p>ANDRZEJ. Nie byłaś szczęśliwą... Czemu? czemu? +Co ja ci zawiniłem Zofio?</p> + +<p>ZOFIA [głośniej, szczerze]. Andrzeju, ty nie +gardź mną. Ty nawet nie wiesz, jak ja cię szanuję. +Mnie dużo, dużo mówiono o tobie, jeszcze +nim byłam twoją żoną. Mnie taki wstyd ogarnia, +kiedy ja o tobie pomyślę. Ale ja nie mogłam; +ja wiem, tyś był taki dobry dla mnie, +otoczyłeś mnie bogactwem, przepychem...</p> + +<p>ANDRZEJ [pół szyderczo]. Ty myślisz, że +chciałem cię kupić...</p> + +<p>ZOFIA ...ja tobie zawdzięczam wszystko. +Byłam biedną głupią panienką. Ty z twojem +nazwiskiem, twojem znaczeniem, tyś mógł się +<span class='pagenum'><a name="Str_182" id="Str_182">[Str. 182]</a></span> +ożenić nie wiem z kim, tyś wybrał mnie, dałeś +mi wszystko, a ja co zrobiłam! [przybliża się +ku niemu nieśmiało] Andrzeju, ja ciebie przepraszam, +ja ciebie przepraszam bardzo [chce całować +jego rękę].</p> + +<p>ANDRZEJ [powstrzymuje ją]. Zofio!</p> + +<p>ZOFIA [stojąc blisko Andrzeja, oparta z tyłu +rękami o stół]. Byłam głupiem, lekkomyślnem +dzieckiem: tyś mię psuł, myślałeś tylko o życzeniach +moich, tyś mi nigdy nie dał cierpieć, +nie pokazałeś mi, co to jest ból. [naiwnie i uczuciowo]. +A widzisz, cierpieć trzeba, trzeba się +poświęcać. Ja tak chciałam dawniej być szarytką. +Mnie przy tobie było za dobrze. O! nie +łatwo mi było wyjeżdżać. Mnie i ciebie było +bardzo żal, i twojej matki, i małej Anki, która +codzień przychodziła do cioci Zosi—wyście +wszyscy byli tacy dobrzy dla mnie. Ale mi was +było żal dla siebie samej. A on jest taki biedny, +taki sam. Ty masz matkę, Ankę, ciebie tylu +ludzi kocha, ja tobie nie byłam potrzebna. Ciebie +tak życie, praca twoja pochłaniała.—A +w nim się dusza tak męczy, rwie, miota—ja +się o niego tak bałam. Ty wiesz, jego brat +się zastrzelił, on zawsze nosi rewolwer przy +sobie. Ja się i dziś o niego lękam, ja go muszę +ocalić. On zginie bezemnie. [z rozpaczliwą +trwogą]. Przebacz mi, ja nie mogę już teraz +kłamać! Czy ty mnie rozumiesz?</p> + +<p><span class='pagenum'><a name="Str_183" id="Str_183">[Str. 183]</a></span></p> + +<p>ANDRZEJ [spokojnie, nieco ironicznie]. Tak; +masz racyę. Mnie kochają moi robotnicy, urzędnicy, +wszyscy chłopi u nas w Golewicach. +I ja ich kocham. Los dał mi majątek, dał mi +obowiązki. Tyś nie była przy śmierci mego +ojca; to, co on zostawił, ja dokończyć muszę. +Ale i ja chciałem mieć coś wyłącznie +dla siebie, jeden promień złoty w życiu, jeden +pogodny blask dla mnie tylko. Tyś była tym +blaskiem moim. Chciałem cię mieć tak radosną, +chciałem, żeby cię nic nie dotknęło, żeby +nic nie płoszyło twojego uśmiechu. Nie mówiłem +ci nigdy o zgryzotach swych, o zawodach. +Nie znałaś mnie. Mnie jest bez ciebie bardzo +ciężko—ale nie mylisz się—mnie się nic nie +stanie, mnie się nie może nic stać...</p> + +<p>ZOFIA [boleśnie]. Nie mów, nie mów...</p> + +<p>ANDRZEJ. Ale jest mi ciężko. I trzeba to +kryć. Oni nie wiedzą o niczem. Ty dla nich +jesteś na wsi. Ja nigdy nic nie kryłem przed +matką, ale matka moja nawet sobie nie wyobraża, +że coś podobnego być może; jej się +w głowie pomiesza, jeśli się dowie...</p> + +<p>ZOFIA. Andrzeju, miej litość nademną.</p> + +<p>ANDRZEJ [prosząco, namiętnie]. Zofio, Zosiu, +ty wrócisz do mnie, ty musisz wrócić. Zapomnimy +o wszystkiem. Zaczniemy nowe życie. +Tak, ja byłem szczęśliwy, silny, dumny, +<span class='pagenum'><a name="Str_184" id="Str_184">[Str. 184]</a></span> +ale i ja tak chciałem być kochany. Jeśli nadzieję +stracę, że ty wrócisz do mnie, to będę +wiedział już, żeś mnie oszukiwała zawsze. Nie +byłem kochany nigdy—powiedz jest-żem podlejszy +od innych?</p> + +<p>ZOFIA [jakby z wahaniem i niedowierzając +sobie]. Wrócić, wrócić? Tybyś chciał mnie dzisiaj +mieć taką, po tem wszystkiem? I czy ty +naprawdę sądzisz, że jabym się mogła zbliżyć +do twej matki?</p> + +<p>ANDRZEJ [namiętniej]. Dla matki chociaż mnie +nie poświęcaj, Zofio; a ja, ja zapomnę. Ty wiesz +że ja umiem rozkazywać sobie... ja zapomnę. +Nie odtrącaj mnie od siebie!</p> + +<p>ZOFIA [zupełnie bezdźwięcznym głosem]. Nie +można, nie można.</p> + +<p>ANDRZEJ. Zofio, ty się tu zgubisz. Ja go +znam, on spali ciebie i siebie. On ciebie nie +kocha.</p> + +<p>ZOFIA [żywiej znacznie]. Nie mów tego do +mnie.</p> + +<p>...Drzwi się uchylają zlekka i w drzwiach półotwartych +ukazuje się Karski; nieruchomo przygląda +się Zofii i Andrzejowi, którzy go nie dostrzegają. +Na twarzy Karskiego zupełna nieruchomość +zwolna ustępuje wyrazowi bólu, wargi +się ściskają, zmarszczki nadbiegają nad oczy. +W ręku Karski trzyma małą paczkę i białą +różę.</p> + +<p><span class='pagenum'><a name="Str_185" id="Str_185">[Str. 185]</a></span></p> + + +<p>ANDRZEJ [silniej, nieco pogardliwie i wyniośle]. +Ja nie kłamię. Tyle wiesz o mnie, żem +nie kłamał nigdy. Na grób ojca ci przysięgam, +że on cię nie kocha. Ja znam te dusze, bezsilne, +rozbite, które nic nie stworzą i nic nie +oszczędzą. On się nawet poświęcić nie umiał, +on cię zabrał na nędzę, srom i hańbę—i on +ciebie kocha!</p> + +<p>ZOFIA [wybuchowo, rozpaczliwie]. Tak, on +mnie kocha nad życie. Ty jego nie potępiaj, +ja sama wszystkiego chciałam. On temu nie jest +winien.</p> + +<p>ANDRZEJ [prosząco, szczerze]. Zosiu, zlituj +się nad sobą. Ufaj mi. Gdybym wiedział, że +znajdziesz tu szczęście, któregoś zemną nie +miała, że on ciebie jest godzien, dałbym ci swobodę, +niezależność, nie widziałabyś mnie więcej, +nie stanąłbym już nigdy na twej drodze. +Nie zasłużyłem u ciebie twej miłości, nie dałem +ci szczęścia, mniejsza więc o mnie. Przysięgałem +ci jednak wiarę, że cię nie opuszczę; jesteś +moją żoną, ja nie mogę pozwolić, abyś ty się +zgubiła—a tu czeka cię tylko zguba. Możesz +nie żyć ze mną, możesz nie znać mnie, ale ztąd +uciekaj!</p> + +<p>ZOFIA [ze łzami w głosie wciąż rosnącym]. +Ty mnie zabijasz twą dobrocią. Ty jesteś święty—a +ja taka podła byłam z tobą. [prawie +<span class='pagenum'><a name="Str_186" id="Str_186">[Str. 186]</a></span> + +owładnięta już płaczem]. Ale ty mi wierzysz, że +ja ciebie kochałam, ja może i dziś ciebie jeszcze +kocham...</p> + +<p>ANDRZEJ. Zosiu, więc ty wrócisz do mnie, +wrócisz?</p> + +<p>ZOFIA [spokojniej, z wielkim wysiłkiem]. Nigdy, +nigdy. Ty się nie łudź, Andrzeju... Ja się +będę u nóg twoich tarzać, ja mogę głowę położyć +pod twą stopę, abyś mię zadeptał, jak ladacznicę, +ale ja nie wrócę, nie! Słuchaj, gdybym +go nawet kochać przestała, gdyby on nie +żył, nie wrócę do ciebie, nie wrócę...</p> + +<p>ANDRZEJ. Tak bardzo go kochasz?</p> + +<p>ZOFIA [nie mogąc przenieść wzruszenia]. +Tak, tak kocham jego, jego—i już nie tylko +jego!! [spazmatyczny płacz. Odwraca się od +Andrzeja, pada na kanapę, kryjąc twarz w +ręce].</p> + +<p>ANDRZEJ. Jezus Marya!! [ciszej znacznie, +prawie bezmyślnie] Jezus Marya... [spokojnie] +O dziecku twojem nie zapomnę, Zofio! [zwraca +się ku wyjściu, spostrzega Karskiego. Karski +podchodzi zwolna na przód pokoju].</p> + +<p>KARSKI [do Andrzeja]. Pamiętaj pan i o niej +[do Zofii, która patrzy nań prawie osłupiała]. +Tyś krzywoprzysięgła dzisiaj Zosiu; on ciebie +więcej kochał.</p> + +<p><span class='pagenum'><a name="Str_187" id="Str_187">[Str. 187]</a></span> +[wychodzi z pokoju, długa chwila ciszy, słychać +strzał i odgłos ciała, spadającego po schodach].</p> + +<p>ZOFIA [krzyk straszny, przeraźliwy]. +Aah!</p> + + + +<p style="text-align: center;">Koniec sztuki.</p> + + +<hr style="width: 65%;" /> +<p><span class='pagenum'><a name="Str_189" id="Str_189">[Str. 189]</a></span></p> +<h2>TREŚĆ.</h2> +<hr style="width: 35%;" /> + +<p><span class='pagenum'><a name="Str_191" id="Str_191">[Str. 191]</a></span></p> + +<table> +<tr> +<td></td> +<td>Str.</td> +</tr> +<tr> +<td><a href="#JEDEN_MIESIAC_ZYCIA">JEDEN MIESIĄC ŻYCIA</a></td> +<td><a href="#Str_1">1</a></td> +</tr> +<tr> +<td><a href="#HAMLET">HAMLET</a></td> +<td><a href="#Str_65">65</a></td> +</tr> +<tr> +<td><a href="#PRZYSIEGLY">PRZYSIĘGŁY</a></td> +<td><a href="#Str_85">85</a></td> +</tr> +<tr> +<td><a href="#SPOTKANIE">SPOTKANIE</a></td> +<td><a href="#Str_115">115</a></td> +</tr> +<tr> +<td><a href="#W_PELNEM_SLONCU">W PEŁNEM SŁOŃCU, sielanka</a></td> +<td><a href="#Str_133">133</a></td> +</tr> +<tr> +<td><a href="#PIERWSZY_WIERSZ">PIERWSZY WIERSZ</a></td> +<td><a href="#Str_145">145</a></td> +</tr> +<tr> +<td><a href="#TRZY_DUSZE">TRZY DUSZE, dramat w jednym akcie</a></td> +<td><a href="#Str_159">159</a></td> +</tr> +</table> + + +<div id="TRANSCRIBERS_NOTES" class="tnote"> +<h2>Uwagi do wydania elektronicznego.</h2> + +<p>Dokonano następujących poprawek:</p> + +<table class="wide bordered"> +<tr> + <th>strona</th> + <th>tekst pierwotny</th> + <th>tekst poprawiony</th> + <th>uwagi</th> + +</tr> +<tr> + <td><a name="tnote_1" href="#tAnchor_1" class="cor">9</a></td> + <td>podobało sie</td> + <td><a href="#tAnchor_1" class="cor">podobało się</a></td> + <td>'e' zamieniono na 'ę'.</td> +</tr> +<tr> + <td><a name="tnote_2" href="#tAnchor_2" class="cor">10</a></td> + <td>doskonanym</td> + <td><a href="#tAnchor_2" class="cor">doskonałym</a></td> + <td>'n' zamieniono na 'ł'.</td> +</tr> +<tr> + <td><a name="tnote_3" href="#tAnchor_3" class="cor">10</a></td> + <td>powiedzizć</td> + <td><a href="#tAnchor_3" class="cor">powiedzieć</a></td> + <td>'z' zamieniono na 'e'.</td> +</tr> +<tr> + <td><a name="tnote_4" href="#tAnchor_4" class="cor">15</a></td> + <td>gruduia</td> + <td><a href="#tAnchor_4" class="cor">grudnia</a></td> + <td>'u' zamieniono na 'n'.</td> +</tr> +<tr> + <td><a name="tnote_5" href="#tAnchor_5" class="cor">38</a></td> + <td>modgło,</td> + <td><a href="#tAnchor_5" class="cor">mogło.</a></td> + <td>Przecinek zamieniono na kropkę.</td> +</tr> +<tr> + <td><a name="tnote_6" href="#tAnchor_6" class="cor">40</a></td> + <td>yną</td> + <td><a href="#tAnchor_6" class="cor">jedyną</a></td> + <td>'yną' zamieniono na 'jedyną'</td> +</tr> +<tr> + <td><a name="tnote_7" href="#tAnchor_7" class="cor">41</a></td> + <td>swiata</td> + <td><a href="#tAnchor_7" class="cor">świata</a></td> + <td>'s' zamieniono na 'ś'</td> +</tr> +<tr> + <td><a name="tnote_8" href="#tAnchor_8" class="cor">47</a></td> + <td>zwierze</td> + <td><a href="#tAnchor_8" class="cor">zwierzę</a></td> + <td>'e' zamieniono na 'ę'</td> +</tr> +<tr> + <td><a name="tnote_9" href="#tAnchor_9" class="cor">57</a></td> + <td>do</td> + <td><a href="#tAnchor_9" class="cor">po</a></td> + <td>'do' zamieniono na 'po'</td> +</tr> +<tr> + <td><a name="tnote_10" href="#tAnchor_10" class="cor">62</a></td> + <td>Włbściwie</td> + <td><a href="#tAnchor_10" class="cor">Właściwie</a></td> + <td>'b' zamieniono na 'a'</td> +</tr> +<tr> + <td><a name="tnote_11" href="#tAnchor_11" class="cor">62</a></td> + <td>planu,</td> + <td><a href="#tAnchor_11" class="cor">planu.</a></td> + <td>Przecinek zamieniono na kropkę</td> +</tr> +<tr> + <td><a name="tnote_12" href="#tAnchor_12" class="cor">63</a></td> + <td>jakdybym</td> + <td><a href="#tAnchor_12" class="cor">jakgdybym</a></td> + <td>'jakdybym' zamieniono na 'jakgdybym'</td> +</tr> +<tr> + <td><a name="tnote_13" href="#tAnchor_13" class="cor">78</a></td> + <td>Naprożno</td> + <td><a href="#tAnchor_13" class="cor">Napróżno</a></td> + <td>'o' zamieniono na 'ó'</td> +</tr> +<tr> + <td><a name="tnote_14" href="#tAnchor_14" class="cor">87</a></td> + <td>wszyskie</td> + <td><a href="#tAnchor_14" class="cor">wszystkie</a></td> + <td>Dodano 't'.</td> +</tr> +<tr> + <td><a name="tnote_15" href="#tAnchor_15" class="cor">95</a></td> + <td>znanym</td> + <td><a href="#tAnchor_15" class="cor">znanym.</a></td> + <td>Dodano kropkę</td> +</tr> +<tr> + <td><a name="tnote_16" href="#tAnchor_16" class="cor">120</a></td> + <td>»»</td> + <td><a href="#tAnchor_16" class="cor">»</a></td> + <td>Usunięto cudzysłów.</td> +</tr> +<tr> + <td><a name="tnote_17" href="#tAnchor_17" class="cor">122</a></td> + <td>dostrzedz</td> + <td><a href="#tAnchor_17" class="cor">dostrzec</a></td> + <td>'dz' zamieniono na 'c'.</td> +</tr> +<tr> + <td><a name="tnote_18" href="#tAnchor_18" class="cor">124</a></td> + <td>kolana,</td> + <td><a href="#tAnchor_18" class="cor">kolana.</a></td> + <td>Przecinek zamieniono na kropkę.</td> +</tr> +<tr> + <td><a name="tnote_19" href="#tAnchor_19" class="cor">143</a></td> + <td>niobezpieczeństwo</td> + <td><a href="#tAnchor_19" class="cor">niebezpieczeństwo</a></td> + <td>'o' zamieniono na 'e'.</td> +</tr> +<tr> + <td><a name="tnote_20" href="#tAnchor_20" class="cor">143</a></td> + <td>Czemu</td> + <td><a href="#tAnchor_20" class="cor">Czemu,</a></td> + <td>Dodano przecinek.</td> +</tr> +<tr> + <td><a name="tnote_21" href="#tAnchor_21" class="cor">148</a></td> + <td>wyobrażnia</td> + <td><a href="#tAnchor_21" class="cor">wyobraźnia</a></td> + <td>'ż' zamieniono na 'ź'.</td> +</tr> +<tr> + <td><a name="tnote_22" href="#tAnchor_22" class="cor">149</a></td> + <td>tęskoty</td> + <td><a href="#tAnchor_22" class="cor">tęsknoty</a></td> + <td>Dodano 'n'.</td> +</tr> +<tr> + <td><a name="tnote_23" href="#tAnchor_23" class="cor">153</a></td> + <td>jakydyby</td> + <td><a href="#tAnchor_23" class="cor">jakgdyby</a></td> + <td>'y' zamieniono na 'g'.</td> +</tr> +<tr> + <td><a name="tnote_24" href="#tAnchor_24" class="cor">162</a></td> + <td>Uspokój - że</td> + <td><a href="#tAnchor_24" class="cor">Uspokój-że</a></td> + <td>Usunięto przerwy.</td> +</tr> +<tr> + <td><a name="tnote_25" href="#tAnchor_25" class="cor">167</a></td> + <td>chciałem</td> + <td><a href="#tAnchor_25" class="cor">chciałam</a></td> + <td>Poprawiono rodzaj.</td> +</tr> +<tr> + <td><a name="tnote_26" href="#tAnchor_26" class="cor">170</a></td> + <td>widziałem</td> + <td><a href="#tAnchor_26" class="cor">widziałam</a></td> + <td>Poprawiono rodzaj.</td> +</tr> +<tr> + <td><a name="tnote_27" href="#tAnchor_27" class="cor">170</a></td> + <td>KARSKI</td> + <td><a href="#tAnchor_27" class="cor">KARSKI.</a></td> + <td>Dodano kropkę.</td> +</tr> +<tr> + <td><a name="tnote_28" href="#tAnchor_28" class="cor">176</a></td> + <td>w Journalu</td> + <td><a href="#tAnchor_28" class="cor">w Journalu.</a></td> + <td>Dodano kropkę.</td> +</tr> +<tr> + <td><a name="tnote_29" href="#tAnchor_29" class="cor">177</a></td> + <td>czytywałem</td> + <td><a href="#tAnchor_29" class="cor">czytywałam</a></td> + <td>Poprawiono rodzaj.</td> +</tr> +<tr> + <td><a name="tnote_30" href="#tAnchor_30" class="cor">178</a></td> + <td>łudzą</td> + <td><a href="#tAnchor_30" class="cor">łudzę</a></td> + <td>Poprawiono osobę.</td> +</tr> +</table> +</div> + + + + + + + + +<pre> + + + + + +End of the Project Gutenberg EBook of Jeden miesiac zycia, by Jan Sten + +*** END OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK JEDEN MIESIAC ZYCIA *** + +***** This file should be named 28014-h.htm or 28014-h.zip ***** +This and all associated files of various formats will be found in: + https://www.gutenberg.org/2/8/0/1/28014/ + +Produced by Jimmy O'Regan, Ewa Jaros and the Online +Distributed Proofreading Team at http://dp.rastko.net + + +Updated editions will replace the previous one--the old editions +will be renamed. + +Creating the works from public domain print editions means that no +one owns a United States copyright in these works, so the Foundation +(and you!) can copy and distribute it in the United States without +permission and without paying copyright royalties. Special rules, +set forth in the General Terms of Use part of this license, apply to +copying and distributing Project Gutenberg-tm electronic works to +protect the PROJECT GUTENBERG-tm concept and trademark. Project +Gutenberg is a registered trademark, and may not be used if you +charge for the eBooks, unless you receive specific permission. If you +do not charge anything for copies of this eBook, complying with the +rules is very easy. You may use this eBook for nearly any purpose +such as creation of derivative works, reports, performances and +research. They may be modified and printed and given away--you may do +practically ANYTHING with public domain eBooks. Redistribution is +subject to the trademark license, especially commercial +redistribution. + + + +*** START: FULL LICENSE *** + +THE FULL PROJECT GUTENBERG LICENSE +PLEASE READ THIS BEFORE YOU DISTRIBUTE OR USE THIS WORK + +To protect the Project Gutenberg-tm mission of promoting the free +distribution of electronic works, by using or distributing this work +(or any other work associated in any way with the phrase "Project +Gutenberg"), you agree to comply with all the terms of the Full Project +Gutenberg-tm License (available with this file or online at +https://gutenberg.org/license). + + +Section 1. General Terms of Use and Redistributing Project Gutenberg-tm +electronic works + +1.A. By reading or using any part of this Project Gutenberg-tm +electronic work, you indicate that you have read, understand, agree to +and accept all the terms of this license and intellectual property +(trademark/copyright) agreement. If you do not agree to abide by all +the terms of this agreement, you must cease using and return or destroy +all copies of Project Gutenberg-tm electronic works in your possession. +If you paid a fee for obtaining a copy of or access to a Project +Gutenberg-tm electronic work and you do not agree to be bound by the +terms of this agreement, you may obtain a refund from the person or +entity to whom you paid the fee as set forth in paragraph 1.E.8. + +1.B. "Project Gutenberg" is a registered trademark. It may only be +used on or associated in any way with an electronic work by people who +agree to be bound by the terms of this agreement. There are a few +things that you can do with most Project Gutenberg-tm electronic works +even without complying with the full terms of this agreement. See +paragraph 1.C below. There are a lot of things you can do with Project +Gutenberg-tm electronic works if you follow the terms of this agreement +and help preserve free future access to Project Gutenberg-tm electronic +works. See paragraph 1.E below. + +1.C. The Project Gutenberg Literary Archive Foundation ("the Foundation" +or PGLAF), owns a compilation copyright in the collection of Project +Gutenberg-tm electronic works. Nearly all the individual works in the +collection are in the public domain in the United States. If an +individual work is in the public domain in the United States and you are +located in the United States, we do not claim a right to prevent you from +copying, distributing, performing, displaying or creating derivative +works based on the work as long as all references to Project Gutenberg +are removed. Of course, we hope that you will support the Project +Gutenberg-tm mission of promoting free access to electronic works by +freely sharing Project Gutenberg-tm works in compliance with the terms of +this agreement for keeping the Project Gutenberg-tm name associated with +the work. You can easily comply with the terms of this agreement by +keeping this work in the same format with its attached full Project +Gutenberg-tm License when you share it without charge with others. + +1.D. The copyright laws of the place where you are located also govern +what you can do with this work. Copyright laws in most countries are in +a constant state of change. If you are outside the United States, check +the laws of your country in addition to the terms of this agreement +before downloading, copying, displaying, performing, distributing or +creating derivative works based on this work or any other Project +Gutenberg-tm work. The Foundation makes no representations concerning +the copyright status of any work in any country outside the United +States. + +1.E. Unless you have removed all references to Project Gutenberg: + +1.E.1. The following sentence, with active links to, or other immediate +access to, the full Project Gutenberg-tm License must appear prominently +whenever any copy of a Project Gutenberg-tm work (any work on which the +phrase "Project Gutenberg" appears, or with which the phrase "Project +Gutenberg" is associated) is accessed, displayed, performed, viewed, +copied or distributed: + +This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with +almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or +re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included +with this eBook or online at www.gutenberg.org + +1.E.2. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is derived +from the public domain (does not contain a notice indicating that it is +posted with permission of the copyright holder), the work can be copied +and distributed to anyone in the United States without paying any fees +or charges. If you are redistributing or providing access to a work +with the phrase "Project Gutenberg" associated with or appearing on the +work, you must comply either with the requirements of paragraphs 1.E.1 +through 1.E.7 or obtain permission for the use of the work and the +Project Gutenberg-tm trademark as set forth in paragraphs 1.E.8 or +1.E.9. + +1.E.3. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is posted +with the permission of the copyright holder, your use and distribution +must comply with both paragraphs 1.E.1 through 1.E.7 and any additional +terms imposed by the copyright holder. Additional terms will be linked +to the Project Gutenberg-tm License for all works posted with the +permission of the copyright holder found at the beginning of this work. + +1.E.4. Do not unlink or detach or remove the full Project Gutenberg-tm +License terms from this work, or any files containing a part of this +work or any other work associated with Project Gutenberg-tm. + +1.E.5. Do not copy, display, perform, distribute or redistribute this +electronic work, or any part of this electronic work, without +prominently displaying the sentence set forth in paragraph 1.E.1 with +active links or immediate access to the full terms of the Project +Gutenberg-tm License. + +1.E.6. You may convert to and distribute this work in any binary, +compressed, marked up, nonproprietary or proprietary form, including any +word processing or hypertext form. However, if you provide access to or +distribute copies of a Project Gutenberg-tm work in a format other than +"Plain Vanilla ASCII" or other format used in the official version +posted on the official Project Gutenberg-tm web site (www.gutenberg.org), +you must, at no additional cost, fee or expense to the user, provide a +copy, a means of exporting a copy, or a means of obtaining a copy upon +request, of the work in its original "Plain Vanilla ASCII" or other +form. Any alternate format must include the full Project Gutenberg-tm +License as specified in paragraph 1.E.1. + +1.E.7. Do not charge a fee for access to, viewing, displaying, +performing, copying or distributing any Project Gutenberg-tm works +unless you comply with paragraph 1.E.8 or 1.E.9. + +1.E.8. You may charge a reasonable fee for copies of or providing +access to or distributing Project Gutenberg-tm electronic works provided +that + +- You pay a royalty fee of 20% of the gross profits you derive from + the use of Project Gutenberg-tm works calculated using the method + you already use to calculate your applicable taxes. The fee is + owed to the owner of the Project Gutenberg-tm trademark, but he + has agreed to donate royalties under this paragraph to the + Project Gutenberg Literary Archive Foundation. Royalty payments + must be paid within 60 days following each date on which you + prepare (or are legally required to prepare) your periodic tax + returns. Royalty payments should be clearly marked as such and + sent to the Project Gutenberg Literary Archive Foundation at the + address specified in Section 4, "Information about donations to + the Project Gutenberg Literary Archive Foundation." + +- You provide a full refund of any money paid by a user who notifies + you in writing (or by e-mail) within 30 days of receipt that s/he + does not agree to the terms of the full Project Gutenberg-tm + License. You must require such a user to return or + destroy all copies of the works possessed in a physical medium + and discontinue all use of and all access to other copies of + Project Gutenberg-tm works. + +- You provide, in accordance with paragraph 1.F.3, a full refund of any + money paid for a work or a replacement copy, if a defect in the + electronic work is discovered and reported to you within 90 days + of receipt of the work. + +- You comply with all other terms of this agreement for free + distribution of Project Gutenberg-tm works. + +1.E.9. If you wish to charge a fee or distribute a Project Gutenberg-tm +electronic work or group of works on different terms than are set +forth in this agreement, you must obtain permission in writing from +both the Project Gutenberg Literary Archive Foundation and Michael +Hart, the owner of the Project Gutenberg-tm trademark. Contact the +Foundation as set forth in Section 3 below. + +1.F. + +1.F.1. Project Gutenberg volunteers and employees expend considerable +effort to identify, do copyright research on, transcribe and proofread +public domain works in creating the Project Gutenberg-tm +collection. Despite these efforts, Project Gutenberg-tm electronic +works, and the medium on which they may be stored, may contain +"Defects," such as, but not limited to, incomplete, inaccurate or +corrupt data, transcription errors, a copyright or other intellectual +property infringement, a defective or damaged disk or other medium, a +computer virus, or computer codes that damage or cannot be read by +your equipment. + +1.F.2. LIMITED WARRANTY, DISCLAIMER OF DAMAGES - Except for the "Right +of Replacement or Refund" described in paragraph 1.F.3, the Project +Gutenberg Literary Archive Foundation, the owner of the Project +Gutenberg-tm trademark, and any other party distributing a Project +Gutenberg-tm electronic work under this agreement, disclaim all +liability to you for damages, costs and expenses, including legal +fees. YOU AGREE THAT YOU HAVE NO REMEDIES FOR NEGLIGENCE, STRICT +LIABILITY, BREACH OF WARRANTY OR BREACH OF CONTRACT EXCEPT THOSE +PROVIDED IN PARAGRAPH F3. YOU AGREE THAT THE FOUNDATION, THE +TRADEMARK OWNER, AND ANY DISTRIBUTOR UNDER THIS AGREEMENT WILL NOT BE +LIABLE TO YOU FOR ACTUAL, DIRECT, INDIRECT, CONSEQUENTIAL, PUNITIVE OR +INCIDENTAL DAMAGES EVEN IF YOU GIVE NOTICE OF THE POSSIBILITY OF SUCH +DAMAGE. + +1.F.3. LIMITED RIGHT OF REPLACEMENT OR REFUND - If you discover a +defect in this electronic work within 90 days of receiving it, you can +receive a refund of the money (if any) you paid for it by sending a +written explanation to the person you received the work from. If you +received the work on a physical medium, you must return the medium with +your written explanation. The person or entity that provided you with +the defective work may elect to provide a replacement copy in lieu of a +refund. If you received the work electronically, the person or entity +providing it to you may choose to give you a second opportunity to +receive the work electronically in lieu of a refund. If the second copy +is also defective, you may demand a refund in writing without further +opportunities to fix the problem. + +1.F.4. Except for the limited right of replacement or refund set forth +in paragraph 1.F.3, this work is provided to you 'AS-IS' WITH NO OTHER +WARRANTIES OF ANY KIND, EXPRESS OR IMPLIED, INCLUDING BUT NOT LIMITED TO +WARRANTIES OF MERCHANTIBILITY OR FITNESS FOR ANY PURPOSE. + +1.F.5. Some states do not allow disclaimers of certain implied +warranties or the exclusion or limitation of certain types of damages. +If any disclaimer or limitation set forth in this agreement violates the +law of the state applicable to this agreement, the agreement shall be +interpreted to make the maximum disclaimer or limitation permitted by +the applicable state law. The invalidity or unenforceability of any +provision of this agreement shall not void the remaining provisions. + +1.F.6. INDEMNITY - You agree to indemnify and hold the Foundation, the +trademark owner, any agent or employee of the Foundation, anyone +providing copies of Project Gutenberg-tm electronic works in accordance +with this agreement, and any volunteers associated with the production, +promotion and distribution of Project Gutenberg-tm electronic works, +harmless from all liability, costs and expenses, including legal fees, +that arise directly or indirectly from any of the following which you do +or cause to occur: (a) distribution of this or any Project Gutenberg-tm +work, (b) alteration, modification, or additions or deletions to any +Project Gutenberg-tm work, and (c) any Defect you cause. + + +Section 2. Information about the Mission of Project Gutenberg-tm + +Project Gutenberg-tm is synonymous with the free distribution of +electronic works in formats readable by the widest variety of computers +including obsolete, old, middle-aged and new computers. It exists +because of the efforts of hundreds of volunteers and donations from +people in all walks of life. + +Volunteers and financial support to provide volunteers with the +assistance they need are critical to reaching Project Gutenberg-tm's +goals and ensuring that the Project Gutenberg-tm collection will +remain freely available for generations to come. In 2001, the Project +Gutenberg Literary Archive Foundation was created to provide a secure +and permanent future for Project Gutenberg-tm and future generations. +To learn more about the Project Gutenberg Literary Archive Foundation +and how your efforts and donations can help, see Sections 3 and 4 +and the Foundation web page at https://www.pglaf.org. + + +Section 3. Information about the Project Gutenberg Literary Archive +Foundation + +The Project Gutenberg Literary Archive Foundation is a non profit +501(c)(3) educational corporation organized under the laws of the +state of Mississippi and granted tax exempt status by the Internal +Revenue Service. The Foundation's EIN or federal tax identification +number is 64-6221541. Its 501(c)(3) letter is posted at +https://pglaf.org/fundraising. Contributions to the Project Gutenberg +Literary Archive Foundation are tax deductible to the full extent +permitted by U.S. federal laws and your state's laws. + +The Foundation's principal office is located at 4557 Melan Dr. S. +Fairbanks, AK, 99712., but its volunteers and employees are scattered +throughout numerous locations. Its business office is located at +809 North 1500 West, Salt Lake City, UT 84116, (801) 596-1887, email +business@pglaf.org. Email contact links and up to date contact +information can be found at the Foundation's web site and official +page at https://pglaf.org + +For additional contact information: + Dr. Gregory B. Newby + Chief Executive and Director + gbnewby@pglaf.org + + +Section 4. Information about Donations to the Project Gutenberg +Literary Archive Foundation + +Project Gutenberg-tm depends upon and cannot survive without wide +spread public support and donations to carry out its mission of +increasing the number of public domain and licensed works that can be +freely distributed in machine readable form accessible by the widest +array of equipment including outdated equipment. Many small donations +($1 to $5,000) are particularly important to maintaining tax exempt +status with the IRS. + +The Foundation is committed to complying with the laws regulating +charities and charitable donations in all 50 states of the United +States. Compliance requirements are not uniform and it takes a +considerable effort, much paperwork and many fees to meet and keep up +with these requirements. We do not solicit donations in locations +where we have not received written confirmation of compliance. To +SEND DONATIONS or determine the status of compliance for any +particular state visit https://pglaf.org + +While we cannot and do not solicit contributions from states where we +have not met the solicitation requirements, we know of no prohibition +against accepting unsolicited donations from donors in such states who +approach us with offers to donate. + +International donations are gratefully accepted, but we cannot make +any statements concerning tax treatment of donations received from +outside the United States. U.S. laws alone swamp our small staff. + +Please check the Project Gutenberg Web pages for current donation +methods and addresses. Donations are accepted in a number of other +ways including including checks, online payments and credit card +donations. To donate, please visit: https://pglaf.org/donate + + +Section 5. General Information About Project Gutenberg-tm electronic +works. + +Professor Michael S. Hart was the originator of the Project Gutenberg-tm +concept of a library of electronic works that could be freely shared +with anyone. For thirty years, he produced and distributed Project +Gutenberg-tm eBooks with only a loose network of volunteer support. + + +Project Gutenberg-tm eBooks are often created from several printed +editions, all of which are confirmed as Public Domain in the U.S. +unless a copyright notice is included. Thus, we do not necessarily +keep eBooks in compliance with any particular paper edition. + + +Most people start at our Web site which has the main PG search facility: + + https://www.gutenberg.org + +This Web site includes information about Project Gutenberg-tm, +including how to make donations to the Project Gutenberg Literary +Archive Foundation, how to help produce our new eBooks, and how to +subscribe to our email newsletter to hear about new eBooks. + + +</pre> + +</body> +</html> + + diff --git a/LICENSE.txt b/LICENSE.txt new file mode 100644 index 0000000..6312041 --- /dev/null +++ b/LICENSE.txt @@ -0,0 +1,11 @@ +This eBook, including all associated images, markup, improvements, +metadata, and any other content or labor, has been confirmed to be +in the PUBLIC DOMAIN IN THE UNITED STATES. + +Procedures for determining public domain status are described in +the "Copyright How-To" at https://www.gutenberg.org. + +No investigation has been made concerning possible copyrights in +jurisdictions other than the United States. Anyone seeking to utilize +this eBook outside of the United States should confirm copyright +status under the laws that apply to them. diff --git a/README.md b/README.md new file mode 100644 index 0000000..3674694 --- /dev/null +++ b/README.md @@ -0,0 +1,2 @@ +Project Gutenberg (https://www.gutenberg.org) public repository for +eBook #28014 (https://www.gutenberg.org/ebooks/28014) |
