summaryrefslogtreecommitdiff
diff options
context:
space:
mode:
authorRoger Frank <rfrank@pglaf.org>2025-10-15 02:37:02 -0700
committerRoger Frank <rfrank@pglaf.org>2025-10-15 02:37:02 -0700
commit90b68e67e4c1ace10981372599c4703383413c2f (patch)
treeee87925149c18d5c60b43405ec5d4ba42c2f1a5b
initial commit of ebook 28014HEADmain
-rw-r--r--.gitattributes3
-rw-r--r--28014-0.txt4434
-rw-r--r--28014-0.zipbin0 -> 99756 bytes
-rw-r--r--28014-h.zipbin0 -> 109209 bytes
-rw-r--r--28014-h/28014-h.htm6673
-rw-r--r--LICENSE.txt11
-rw-r--r--README.md2
7 files changed, 11123 insertions, 0 deletions
diff --git a/.gitattributes b/.gitattributes
new file mode 100644
index 0000000..6833f05
--- /dev/null
+++ b/.gitattributes
@@ -0,0 +1,3 @@
+* text=auto
+*.txt text
+*.md text
diff --git a/28014-0.txt b/28014-0.txt
new file mode 100644
index 0000000..6d845e1
--- /dev/null
+++ b/28014-0.txt
@@ -0,0 +1,4434 @@
+The Project Gutenberg EBook of Jeden miesiac zycia, by Jan Sten
+
+This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with
+almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or
+re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included
+with this eBook or online at www.gutenberg.org
+
+
+Title: Jeden miesiac zycia
+ utwory proza
+
+Author: Jan Sten
+
+Release Date: February 7, 2009 [EBook #28014]
+
+Language: Polish
+
+Character set encoding: UTF-8
+
+*** START OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK JEDEN MIESIAC ZYCIA ***
+
+
+
+
+Produced by Jimmy O'Regan, Ewa Jaros and the Online
+Distributed Proofreading Team at http://dp.rastko.net
+
+
+
+
+
+
+
+
+
+JAN STEN
+
+
+JEDEN MIESIĄC
+ŻYCIA
+
+
+UTWORY PROZĄ:
+
+JEDEN MIESIĄC ŻYCIA. HAMLET. PRZYSIĘGŁY.
+SPOTKANIE. W PEŁNEM SŁOŃCU. PIERWSZY
+WIERSZ. TRZY DUSZE.
+
+
+
+ KRAKÓW
+ NAKŁADEM WYDAWNICTWA KRYTYKI
+ SKŁAD GŁÓWNY GEBETHNER I S-KA
+ 1900
+
+
+
+
+JEDEN MIESIĄC ŻYCIA.
+
+
+Jeden miesiąc życia.
+
+
+_Paryż, dnia 10 grudnia._
+
+Kochana Wandziu, nie pisałem do Ciebie przez kilka pierwszych dni po
+przyjeździe; spodziewam się, że nie masz mi tego za złe i rozumiesz, żem
+doprawdy czasu na listy nie miał. Chodziłem już ogromnie dużo i
+pobieżnie zwiedziłem prawie całe miasto. Nie będę Ci tego opisywał, bo
+wiesz, że nie lubię się nad takiemi rzeczami rozwodzić. Od dwóch dni
+jestem zainternowany w domu, bo przyplątał mi się ohydny katar z bólem
+głowy i całym szeregiem innych roskoszy; wszystkiemu winien tutejszy
+miły klimat. Kiedym przyjechał przed tygodniem, było coś koło 0°,
+później nagle podskoczyło do 20° i jest znowu najzupełniejsza wiosna.
+Uwięzienie w domu jest mi tem przykrzejsze, że mieszkam dotąd u
+Turskiego, a jego pokoik jest tak mały, iż trudno się we dwóch tutaj
+obrócić. Rozumiesz, jak to drażni, gdy za każdym ruchem w dosłownem
+znaczeniu tego słowa trzeba o coś potrącać; a mebli znów nie jest tak
+wiele: łóżko, stół, półka na książki, umywalnia i nieodzowny tu zawsze
+kominek--marmurowy, szykowny,--na którym się nigdy nb. nie pali.
+
+Turski nie wiele się zmienił od tego czasu, kiedy przychodził do mnie w
+Warszawie. Nie urósł, nie zmężniał, taksamo zawsze łagodny i spokojny,
+że tą powagą do rozpaczy przyprowadzić może. Zastałem go w usposobieniu
+o wiele weselszem, niż to z jego listów wnosić można było. Sądzę, że
+dużo przesadzał, choć doprawdy bieda rzeczywiście dawała mu się we
+znaki. Czy miał jakie inne zgryzoty jeszcze, nie wiem. Kilkoletnie
+oddalenie okropnie nas rozłączyło jednak: stosunki są najprzyjaźniejsze,
+ale skrępowane jakieś i sztuczne. Ostatecznie, może mi się tylko źle
+zdaje i z biegiem czasu przyzwyczaimy się do siebie, choć wątpię, czy
+dojdziemy kiedykolwiek do takiej zażyłości, w jakiej byłem w ostatnich
+czasach z Bolesławem. Oczywiście, ten nie pisał do mnie i nie wiem
+zupełnie, co się z nim dzieje.
+
+Z dawnych znajomych prócz Turskiego jest tu jeszcze Poliński; przyjechał
+coś miesiąc przedemną i miał już zabrać się do pracy, ale nic nie robi
+dotąd; chodzi po mieście i uczy się niby po francusku. Poznałem kilka
+osób nowych, przeważnie studentów, którzy się stołują w tej samej, co
+my restauracyi--nb. podłej, która tylko dla tego do cna nas nie struje,
+że daje porcye mikroskopowo-homeopatyczne. Byliśmy też z wizytą u dwóch
+»koleżanek«--ma to pewien swój urok, choć o tej szpetocie, nie widząc,
+trudno mieć pojęcie. Te, których nie znam jeszcze, mają być nie lepsze.
+
+Wobec stanu mego nosa i gardła, nie wiem, czy uda mi się wziąć do roboty
+przed Nowym Rokiem. Turski opowiada mi niestworzone rzeczy o
+trudnościach, które przezwyciężyć trzeba, aby się gdziekolwiekbądź
+dostać; taki ma być natłok po wszystkich pracowniach. Pewno przesadza,
+jak zawsze. Chociaż do nauki Paryż nie jest stosownem
+miejscem--zwłaszcza dla nas barbarzyńców. Taki tu wir, gwar, taka moc
+rzeczy nowych, których się nie widziało, takie mnóstwo rozrywek,
+znajomości, że trzeba żelaznej woli, aby nad sobą odrazu zapanować i do
+pracy się zaprzągnąć. Zdaje się, że moja »żelazna« wola będzie
+pochodziła z braku »złotej« monety. Niestety, tylko takie alchemiczne
+cuda dziś się dzieją. A Paryż jest drogi piekielnie. Tu się czuje ten
+dreszcz złota.
+
+--Muszę urwać ten list, bo przyszedł właśnie Turski z Polińskim i
+postanowili mię wyciągnąć z wizytą do jakiejś nowej koleżanki, która
+przed tygodniem tu przybyła z Lublina; mieszka jeszcze na drugim końcu
+Paryża na Montmartre. Turski zaręcza, że podróż na Montmartre jest
+najlepszym środkiem na katar. Kończę więc--bo i tak już nic nie mam do
+doniesienia i proszę Cię, abyś odpisała natychmiast.
+
+ Twój brat
+
+ _Jan_.
+
+Adres: Rue de la Sorbonne 5.
+
+
+_Dnia 12 grudnia._
+
+Nie rozumiem, czemu się Turski tak zachwycał tą lubelską koleżanką.
+Zdaje się, że szło mu o to, aby mię wyciągnąć z domu i samemu później
+nie wracać. Wcale nie jest ładna, choć rzeczywiście ma miłą, dobrą
+twarz, a że jest samotna jeszcze i nie ma znajomych, przyjmuje nas z
+otwartemi ramionami. Byliśmy tam i wczoraj, gdyż ona lęka się chodzić po
+Paryżu sama, choć umie nieźle po francusku. Oprowadzaliśmy ją po
+mieście, i to byłoby znośne, gdyby nie trwało zbyt długo. Zabawna
+dziewczyna: przyjechała niby studyować medycynę; zaprowadziliśmy więc ją
+najpierw do szkoły medycznej, do prosektoryum. Rzeczywiście panuje tam
+straszny zaduch, bo sala jest mała i źle przewietrzana. Stoły drewniane
+i niepodobna nigdy porządnie ich oczyścić. Rozćwiertowany trup sprawił
+na niej tak straszne wrażenie, że trzeba ją było czemprędzej
+wyprowadzić. Przez kilka godzin nie mogła się uspokoić. Postanowiła też
+odrazu, że porzuci medycynę i przeniesie się do Sorbonny na nauki
+przyrodnicze. Ja radziłem jej, żeby się wstrzymała z zapisem, bo
+panieńskim zwyczajem skończy zapewne na literaturze.
+
+Jutro, jako człowiek jeszcze bez zajęcia, umówiłem się, że pójdę z nią
+załatwiać sprawunki. Musimy wyszukać nowe mieszkanie dla niej w
+dzielnicy studenckiej, kupić meble i tysiące innych drobiazgów. Nie
+miałem wielkiej ochoty na ten spacer, bo niewiele mam już pieniędzy, ale
+niepodobna było się wymówić.
+
+
+_Dnia 16 grudnia._
+
+Dobrze, że Turskiego nie było już w domu, kiedym powrócił. Byłby to
+koniec naszej znajomości i przyjaźni. Jestem na niego tak zły, że gdybym
+się nie wstydził sam siebie, wyrządziłbym mu chętnie jaką przykrość. Zły
+jestem tem więcej, że ta cała tak drobna w istocie rzeczy sprawa, tak
+mocno mię obeszła. Do wielu zawodów przybył jeszcze jeden; dlaczegóż ten
+właśnie gniewa mię więcej od innych? Trzeba raz na zawsze pamiętać, że
+wyzysk jest pierwotną zasadniczą formą, w której się odciskają wszystkie
+na świecie stosunki.
+
+Zimne ciało pochłania z gorętszego ciepło, elektryczny ładunek znika
+rozszarpany przez sąsiadów. Tu rabunek trwa jedną chwilę; ale wśród
+ludzi, którzy sami mogą się nanowo rozgrzewać i elektryzować, wyzysk ten
+przeciąga się żywiołowo, bez końca. Jakikolwiek stosunek wziąć, zawsze
+jedna strona kocha więcej, druga więcej korzysta. Tak chce fizyka.
+
+Tylko po co ten fałsz: narzekania w listach, skargi na samotność
+duchową, prośby, abym przyjechał. Dlaczego kłamać przed innymi i przed
+sobą, dlaczego łudzić się nazwami uczuć, których nie ma? Gdyby nie
+nazwy, które są symbolami, uczucia nasze nie różniłyby się wiele od
+uczuć ślimaka lub pająka.
+
+Wczoraj nie miałem najmniejszej ochoty wychodzić wieczorem po obiedzie.
+Niezupełnie pozbyłem się jeszcze bólu głowy. Chciałem zresztą pomówić
+trochę z Turskim, bo w istocie rzeczy nie wiem, co on robi, nad czem
+pracuje, jakie są jego plany. Tymczasem Turski uparł się koniecznie, aby
+iść odwiedzić Zaleską, tę nową lubelską koleżankę--»bo ona jest sama i
+potrzebuje życzliwej opieki i towarzystwa«. Namawiałem go, żeby został,
+ale on uparł się dlatego, że z »zasady nie zmienia swych postanowień«.
+Czy taki koźli upór nie może do rozpaczy doprowadzić? Naturalnie i ja
+się zaciąłem, dysputa stała się ostrą. Turski wyszedł, trzasnąwszy
+drzwiami, a ja zostałem sam. Byłem tak zirytowany kłótnią, że niepodobna
+mi było czemkolwiek się zająć; zresztą, jak czytać przy lampie, w której
+zabrakło nafty! Ogarnęła mię taka złość, jakgdyby Turski naumyślnie był
+mię zostawił bez światła. Położyłem się na łóżku, lecz nawet z bólem
+głowy niepodobna zasnąć o dziewiątej. Cisza jest tu straszna, bo okno
+wychodzi na podwórze, a w domach francuskich ogromnie spokoju pilnują.
+Tuż obok huczy gwarem i krzykiem Boul-Mich, a w tym pokoju nawet mysz
+nie zaskrobie. Zdjął mię jakiś niemiły lęk, dziwne wrażenie, które
+obiega po całej skórze i zewsząd w głąb się przeciska.
+
+Zdawało mi się, że lada chwila drzwi się usuną i będzie można spojrzeć w
+ciemny, długi korytarz, w którym zwykle okropny przeciąg wieje.
+Gdziekolwiekbądź próbowałem patrzeć, po chwili musiałem zwracać oczy,
+aby się przekonać, że drzwi są jeszcze--choć czyniłem to bez strachu. I
+znosić to wszystko dlatego, że Turskiemu podobało się odwiedzać na
+Montmartre głupią pannę i wypalać naftę do ostatniej kropli!!
+
+Nie mogłem wytrzymać dłużej w mieszkaniu i wyszedłem na miasto. Wszędzie
+tłok i wrzawa, kawiarnie przepełnione; mimo chłodnego wieczoru wszyscy
+siedzą na ulicy, wszędzie porozstawiane stoliki, między którymi
+przesuwać się trzeba. Doszedłem do Sekwany, przyglądałem się
+różnobarwnym światełkom nanizanym, jak paciorki, na jej brzegi, ale
+rozdrażniała mię ta ciemność i zawróciłem na Boul-Mich. Chodziłem bez
+celu znudzony i zły na samotność, którą najgorzej odczuwa się w tłumie.
+Wreszcie po jedynastej spotkałem Polińskiego: wracał z Folies Bergéres;
+był zachwycony, bo widział wystawę przepysznych ciał, które przecież nie
+jemu się dostaną. Ale przeciętny człowiek jest już z urodzenia altruistą
+i gdy nie ma własnej, cieszy się rozkoszą cudzą. Przecież gdyby radość
+bliźniego nas bolała, to w takim Paryżu, gdzie jest tyle do wzięcia, że
+ciągle czegoś sobie odmawiać trzeba--jutro nie byłoby nic, prócz mordu i
+pożogi. Poliński nie był jednak doskonałym altruistą, bo zapragnął
+czegoś i dla siebie i namówił mię, abyśmy poszli »na piwo« do Café
+d'Harcourt. Mnóstwo studentów i drugie tyle dziewczyn »étudiantes«, nb.
+o wiele ładniejszych od tych prawdziwych »studentek«, których my do
+Paryża dostarczamy... Poliński odnalazł jakąś znajomą swoją Jeanne, ta
+sprowadziła swą koleżankę »Gabrielle« i zaczęliśmy się bawić--po
+francusku t. j. gadać tysiące głupstw w mniej lub więcej swobodnej
+pozie, popijając kufelkiem piwa. Potem biegaliśmy po bulwarze,
+śpiewając: »ce n'est pas de la merde ça, c'est du chocolat«, potem
+rozeszliśmy się parami... Potem wróciliśmy do domów każdy oddzielnie,
+unosząc wspomnienie, a zostawiając dwa luidory, które nas »cet amour«
+kosztował. »Cet amour« gdyż to tutaj w potocznym języku nazywa się
+miłością; taksamo jak to, co u nas jest ordynarnem przekleństwem, tutaj
+zwie się »pocałunkiem«. To jest potęga kultury, ale my barbarzyńcy tak
+nie umiemy się bawić. Tak długo śpiewano nam o świętości uczucia, że
+przynajmniej rozpusta musi być dla nas dzikszą, bardziej szaloną i
+bardziej rozpasaną. Cośmy wyprawiali w Warszawie z tą Mańką modelką... I
+bawić się na trzeźwo--nie umiemy także, a tu się nie upija nikt.
+
+Gabrielie jest wcale przystojna, i gdybym był więcej zmysłowy,
+powinienbym być zadowolony z tej świeżej znajomości. Wątpię jednak, czy
+ją odnowię, bo... cena. Wobec tego, co ma przeciętny student-Francuz, my
+jesteśmy nędzarzami.
+
+Tymczasem korzystam z nieobecności Turskiego, aby zapakować rzeczy i
+książki, bo dziś lub najdalej jutro chcę stanowczo od niego się
+wyprowadzić. Gdybym to robił przy nim, zacząłby mię napewne zatrzymywać,
+boby mu się zdawało, że jestem zagniewany i nic chcę dłużej jego
+gościnności. Ostatecznie miałby może racyę, ale nie chcę, aby to po mnie
+poznał. Właściwie są to tylko drobnostki: nie rozumiemy się już tak,
+jakeśmy się rozumieli i znali dawniej; oto cała sprawa.
+
+
+
+_Dnia 18 grudnia_.
+
+Przechodząc koło Sorbonny, spotkałem wczoraj Zaleską. Robiła mi wymówki,
+dlaczego nie byłem u niej razem z Turskim. Pytała o Turskiego, ale nie
+mogłem jej nic powiedzieć, gdyż wyprowadziłem się od niego jeszcze dzień
+przedtem, i od tej chwili go nie widziałem. Zaproponowała mi, aby pójść
+z nią do teatru, bo jest już późno, a nie wie, gdzieby Władka Turskiego
+znaleźć mogła. Zgodziłem się chętnie, bo chciałem widzieć teatra
+paryskie, a sam długobym się namyślał, aby się na wielkie bulwary
+wybrać. Poszliśmy do Renaissance, gdzie grywa Sarah Bernhardt. Widziałem
+już niejedną aktorkę--i Modrzejewską i Duze, ale żadna z nich mierzyć
+się z nią nie może. Przepyszny glos: miękki, potoczysty, melodyjny.
+Mogłaby stać bez ruchu i mówić tylko, a byłaby to już nieporównana gra.
+Najpierwsza aktorka świata.
+
+Moja towarzyszka, jak prawdziwe dziecko barbarzyńców, wpadła w taki
+zachwyt, że musiałem ją wciąż powstrzymywać, aby zachowywała się
+spokojnie i nie przeszkadzała sąsiadom.
+
+Po spuszczeniu zasłony była jakby nieprzytomna: gwar i huk bulwarowy
+odurzył ją do reszty; niezmiernie zabawny miałem widok. Uparła się, żeby
+wziąć ją w pół, pod pachę, jak zwykle chodzi się z »etudiantkami«, i
+pójść z nią przez bulwary. Zaprowadziłem ją do Café Riche: olśniło to ją
+do reszty.
+
+Przechadzka taka jest wcale przyjemna, przyjemniejsza może niż ta sama
+rozrywka z Gabryelą. Za to brak zakończenia. Cóż robić...
+
+
+_Dnia 19 grudnia_.
+
+Kochana Wandziu, list ten piszę do Ciebie już z nowego mieszkania; od
+trzech dni mieszkam już sam, na rue des Ecoles 1. 72. Mam ładny pokó; na
+czwartem wprawdzie piętrze, ale za to widok na cały plac przed Collège
+de France prześliczny. Pokój ustronny, cichy, doskonały do pracy, ale
+nie wiem zupełnie, jak ta praca pójdzie. Wstęp do wszystkich bibliotek
+już uzyskałem i o ilem przejrzał pobieżnie katalogi, znajdę tu mnóstwo
+materyałów do wszystkich robót, które rozpocząłem. Zaraz po świętach,
+spróbuję zmusić się do systematycznych zajęć, choć nie wierzę w ich
+rezultat.
+
+Pytasz mi się, czy piszę co obecnie i czy wykończę tę powieść, które;
+urywki Ci czytałem. Odpowiedź, znając mnie, zgadujesz dobrze. Niestety,
+nie piszę nic... prócz pamiętnika. Ale pochodzi to nie tyle z braku
+czasu--jakeś wywnioskowała z pierwszego mego listu--ile z braku chęci,
+zapału i poprostu--mocy. Przechodzę jakieś dziwne osłabienie duchowe;
+chwilami zdaje mi się, że wszystko się rozsypuje we mnie; taka próżnia
+tworzy się w myślach. Nie wiem, czy to jest skutek tego, żem się wyrwał
+z otoczenia, w którem wzrosłem i do którego przywykłem--ale Paryż
+szalenie mię przygnębia. Tu gdzie wszystko tryska namiętnością, szałem,
+przepychem, wszystko wre, krąży i huczy, gdy się czuje dreszcz, który
+przenika i pali te trzy miliony istot ludzkich--wtedy nie można znieść
+tej myśli, że się nie ma nic, nic zupełnie. Nietylko o majątku mówię;
+ale czem jest to wszystko, co czułem lub czuć mogę, wobec ogromu, co tu
+na okół mnie szumi... Gdy chodzę czasem wieczorem po ulicach, to
+poczucie obcości, znikomości tak mię przeraża, że szarpałbym palcami
+kamień, aby rysę w nim wyżłobić, ślad jakiś, żem istniał.
+
+Dobrze, żeś mi na święta nic nie przysłała, bo tu jest mnóstwo utrudnień
+celnych, i miałbym tylko kłopotów i wydatków bez liku. Święta
+prawdopodobnie spędzę w domu: tu nie obchodzą Bożego Narodzenia tak
+uroczyście, jak u nas. Na Wiliją mam dwa zaproszenia: jedno do panny
+Zaleskiej, naszej koleżanki, o której bodaj, że ci wspominałem w
+uprzednim liście; drugie--do doktora Korzyckiego, który tu od dziesięciu
+przeszło lat jest osiedlony i zwykle zbiera u siebie na Wiliją
+towarzystwo polskie. Tam w każdym razie nie pójdę, bo nie lubię
+towarzystwa zupełnie obcych ludzi. Najchętniej rzeczywiście zostanę w
+domu.
+
+Nie piszesz mi nic o zdrowiu swojem: zwykle zmiana pory roku Ci szkodzi,
+zwłaszcza, gdy przy tych słotach biegasz za lekcyami. Nie czytałem dawno
+»Kuryera«; nie wiem więc, jaka u was pogoda. Tu wiosna bez ustanku:
+sypiam przy otwartych oknach.
+
+Odpisz mi jaknajrychlej, bo jestem zawsze niespokojny, kiedy zbyt długo
+nie ma od Ciebie wiadomości. Pisząc zrobisz miłosierny uczynek, bo
+wierzaj mi, że Paryż nie jest dla mnie dotąd wcale obiecaną ziemią
+wesela i rozkoszy. Przypominam Ci nowy adres (rue des Ecoles 1. 72).
+
+ Twój _Janek_.
+
+ Na Wiliji będziesz u wuja?
+
+
+_Dnia 21 grudnia._
+
+Po co ja wczoraj ten list do siostry wysłałem? Nie pamiętam już
+dokładnie, com napisał, ale napewne za dużo. Chyba po to wspominałem
+jej o tem rozdrażnieniu i przygnębieniu, aby dręczyć to
+najszlachetniejsze i jedyne zapewne przywiązanie, którego doznałem.
+Miłość matki ma w sobie zawsze coś zwierzęcego, jak przywiązanie samicy
+do płodu; miłość kochanki--to maniackie zaspokojenie potrzeby; miłość
+siostry dopiero jest świadomem, prawdziwie ludzkiem uczuciem, którego
+żadne inne zwierzę nie zna, choć wszystkie płodzą się i przyjaźnią.
+Rozumiem, dla czego we wszystkich pierwotnych mytach ludzkości występuje
+zawsze związek brata i siostry, jako naturalne, jakby od przyrody samej
+przeznaczone stadło.
+
+Jestem przekonany, że list mój zmartwi Wandę do żywego. Gotowa sobie Bóg
+wie co o mnie wyobrażać. Ostatecznie wprawdzie nie skłamałem o swojem
+rozdrażnieniu, ale w każdym razie bardzo przesadziłem, bo w ogóle
+przecież czas upływa mi dość przyjemnie. Jestto mała, obrzydliwa
+nikczemność, bawiąc w Paryżu, dręczyć biedną dziewczynę pisaniem
+podobnych listów. Tym głupsza, że bezcelowa.
+
+
+_Dnia 22 grudnia._
+
+Dziś rano przyszedł do mnie Turski po raz pierwszy. Przepraszał mię
+bardzo, że wcześniej przyjść nie miał czasu, gdyż przygotowywał się do
+egzaminu i nawet wieczorem przesiadywał się do egzaminu i nawet
+wieczorem przesiadywał w bibliotece. Do naszej zwykłej restauracyi też
+nie mógł przychodzić, gdyż musiał towarzyszyć Zaleskiej na obiady, a
+tam, gdzieśmy się stołowali, kobietom bywać nie wypada. Na tem rozmowa
+się urwała, gdyż właściwie nie mieliśmy sobie nic do powiedzenia.
+Wreszcie Turski przypomniał mi, że jestem na Wilią proszony do
+Zaleskiej, ale że za to muszę przyjść dziś do niej popołudniu
+pomagać--jako dragoman--w kupowaniu zapasów, i jako tragarz--w
+przynoszeniu ich do domu. Turski prosił mię, abym idąc tam wstąpił po
+niego, gdyż nie mając zegarka, mógłby się łatwo zasiedzieć i spóźnić. Z
+zachowania się Turskiego mogłem wnosić, iż zupełnie nie zdaje sobie
+sprawy, jak bardzo mię raził nasz dzisiejszy stosunek tak różny od
+dawnej przyjaźni. Rozdrażnienie moje tłomaczył sobie, jako kaprys
+wywołany kaszlem i katarem. I mnie dziś ten stosunek nasz mniej drażni,
+skoro rozstaliśmy się i widujemy się o tyle rzadziej. Ostatecznie,
+wszystko jedno.
+
+Popołudniu, wybraliśmy się, jak było umówione, po sprawunki. Pierwszy
+raz byłem u Zaleskiej w jej nowem mieszkaniu, już w naszej dzielnicy.
+Przyzwyczaiła się trochę do Paryża, do życia tutejszego i nowych nieco
+dla niej stosunków koleżeńskich. Do Wilii nie czyni się tu wielkich
+przygotowań i nie ma też w sklepach takiego niemiłosiernego tłoku, jak
+u nas: można więc było swobodnie rozmawiać. Jest to sympatyczna
+dziewczyna, zwłaszcza, że w niczem niepodobna do przeciętnego typu
+studentek. _Au phisique_--umie się ubrać i ma bardzo zręczne ruchy; _au
+moral_--nie ma w niej tego zacietrzewienia i cierpkości, słusznej może,
+ale tak niemiłej w uczących się kobietach. Chyba nie będzie długim
+gościem w Paryżu; jej za bardzo obojętne jest, co ma studyować, aby w
+ogóle miała na seryo coś robić. Zdaje mi się, że przyjechała tu, aby
+wydobyć się z domu i pozbyć dawnego otoczenia. Mogę się mylić zresztą,
+bo o tem rozmawialiśmy tylko urywanemi zdaniami.
+
+Sprawunków zakupiliśmy tyle--niepodobna było Zaleską wyrwać od
+Potina--że trzeba było wziąć doróżkę, aby odwieść wszystko do domu.
+Zaleska pojechała z Turskim, a ja zostałem, bo nie chciało mi się tak
+wcześnie wracać z bulwarów na lewy brzeg. Siadłem przy stoliku w
+kawiarni niedaleko Opery i przyglądałem się przez kilka godzin tym
+tłumom, które przesypywały się bezustanku z jednego końca bulwarów na
+drugi. Ten tłum nie rozdrażniał mię tak, jak zwykle, lecz dziwnie jakoś
+kołysał, wciągał w siebie i pochłaniał. Pamiętam, że podobnego wrażenia
+doznawałem niegdyś, leżąc nad brzegiem morza, gdy fala, jedna za drugą,
+bez ustanku, pchana wiatrem, którego wyczuć niepodobna było, biegła na
+piasek z pluskiem i tysiącem szemrzących strumyków nazad się cofała. I
+tu i tam nieskończoność ruchu, która pociąga i znicestwia. Wróciłem
+późno w nocy.
+
+
+_Dnia 23 grudnia._
+
+Zabawił mię dziś Poliński. Po obiedzie byłem z nim w kawiarni. W
+ogromnie ciężkich i zawiłych, jak zawsze, frazesach opowiadał mi--z
+tajemniczą miną--że mu się zdaje, jakoby Turski miał się do Zaleskiej, a
+i »ona na to, jak na lato«. Przestrzegał ich nawet żartobliwie słowami
+bajki:
+
+ Ostrożnie dzieci, wy się źle bawicie,
+ Dla was jest to igraszką, tu chodzi o życie.
+
+Pyszny materyał na wujaszka z tego Polińskiego!
+
+Poliński ogromnie lubi udawać człeka przemyślnego a znawcę dusz
+ludzkich--ale tu zdaje mi się, że się pomylił i puścił tylko głupią
+plotkę. Jak tam z panną, nic wiem: ani mię to obchodzi, ani ją znam
+dostatecznie, abym wiedział, jak się u niej słabość sercowa objawia,
+choć taki spacerek do Café-Riche kobiety zakochanej wcale nie zdradza.
+Ale Turskiego to Poliński znów wcale nie zna. On zawsze i wszędzie
+lubił się opiekować, patronować komuś, jeśli sądził, że jestto
+potrzebne. Lubi, żeby go poważano i słuchano jego słowa i rady. Dlaczego
+więc i tutaj nie ma się zaopiekować, zwłaszcza, gdy ta opieka ma
+przecież swoje smaczne strony. W tej posusze rodaczek Zaleska doprawdy
+jest najprzystojniejsza, a wydaje się miłą, bo bardzo jest wdzięczna
+każdemu, kto ją odwiedza.
+
+Na plotkarskiej psychologii Polińskiego zarobię dziesięć franków;
+zabawiliśmy się bowiem w miłosnego totalizatora: meta--pierścionek
+zaręczynowy na palcu, czas--Wielkanoc, stawka--dziesięć franków. Szkoda,
+że nie setka.
+
+Poliński ma też być na Wilii u Zaleskiej. Będzie więc nas czworo.
+
+
+_Dnia 24 grudnia._
+
+Nie miałem najmniejszej ochoty pójść do Zaleskiej, a kiedym został w
+domu, zły jestem na siebie i żałuję tego. Wola moja składa się zawsze
+jakby z dwóch połów, z których jedna jest zaprzeczeniem drugiej. Jaka
+połowa stanie na wierzchu i wysunie się jako czyn--jestto rzeczą
+przypadku, przelotnego wpływu, którego nieraz nawet sam nie dostrzegam.
+Zarówno w drobnostkach, jak i w najważniejszych sprawach--postanowienie
+jest dla mnie męczarnią, której nie znam równej.
+
+Jakbądź się stało, siedzę w domu sam, a jest już po dziesiątej, a więc
+za późno, żeby wyjść do Zaleskiej. Mogli zresztą przysłać po mnie, jeśli
+byli zaniepokojeni lub jeśli im zależało rzeczywiście na mojej
+obecności. Niechaj się bawią... W mieście wszystko pozamykane; nawet
+kawiarnie zaświętowały od dziewiątej. Zresztą codziennie mam dosyć
+wrzawy i gazet.
+
+Cisza, cisza... Wypełza z kątów, wylata ciężkiemi skrzydłami,
+potężnieje, nabrzmiewa, wznosi się jak fala i usta, oczy, głowę mi
+zatapia. Wszystkiemi szczelinami wchodzi do wnętrza mej istoty, rozlewa
+się w krwi i kościach, sączy się do serca, a dzwoni i huczy, jak muszla
+pusta, gdy do ucha ją przyłożyć. I nie lęka się ani szelestu kroków, gdy
+chodzę po pokoju, ani szmeru kartek książki, którą przerzucałem, ani
+dźwięku piosenki, którą próbowałem nucić--ale wchłania je w siebie,
+przetrawia i w ciszę taką samą, niezmąconą, przemienia... Rozpacz!
+
+Nie chciałem iść do Zaleskiej, bo ostatecznie, cóż mię z nią i tymi
+wszystkimi ludźmi wiąże; ale teraz dałbym nie wiem co, aby wyrwać się z
+tej ciszy, mówić i słyszeć głos ludzki.
+
+I to jest życie, młodość? Ta ohydna pustka, nicość? Chciałbym raz żyć,
+szaleć, płonąć, chociażby cierpieć przyszło i zginąć. Ale pragnę, a nie
+umiem tego--lub też dla mnie innych potrzeba rozkoszy, niż te, które
+wszystkich sycą. Mam może za twardą duszę, aby ją zwykłe rylce rysować i
+rzeźbić mogły. A może tylko nie umiem czuć, nie umiem żyć i radować się
+życiem--bo i to jest sztuka, którą wyssać lub której nauczyć się trzeba.
+Cała przeszłość moja prześlizgnęła się dotąd po mnie, jak fala po
+głazie, nie zostawiając w swym odwrocie nic, prócz piany i szumowin.
+Miałem może zadowolenia i radości, ale szczęścia, tego wielkiego
+słonecznego szczęścia nie widziałem nigdy. A wszystko inne jest
+surrogatem, blichtrem, fałszem, tylko szczęście jest pięknem i prawdą. A
+jednak... drżało mi niegdyś w rękach serce dziewczęce, niewymownie
+piękne i czyste--i porzuciłem je wprzód, zanim może zdołałem się
+przesycić. Marzyłem o sztuce, o poezyi--i napisałem kilkadziesiąt
+wierszy, gdy przecież życic, samo życie powinno być pięknem. Żyć każdą
+iskrą krwi, każdym błyskiem duszy--to tylko jest sztuką.
+
+Tymczasem jest cisza, cisza... Minęła już północ, a nie nadchodzi ani
+sen, ani znużenie, nic, prócz ciszy.
+
+................................
+................................
+
+ Na niebie mojem chmury,
+Lecz z nich nie strzelą gromy, zwiastuny złotych burz.
+ Ogrody moje kwitną,
+Lecz niema fiołków w nich, lilij białych, ani róż.
+ Ponure moje oczy,
+Lecz suchej ich źrenicy nie zwilży srebrna łza.
+ Zmęczone moje dłonie,
+Lecz ręka, co omdlewa, nie rwała paszczy lwa.
+ Stęsknione moje serce,
+Lecz w piersi rozmarzonej ohydna żądza trwa.
+ Pogodne moje czoło
+Lecz w czaszce rozpalonej bezsilna rozpacz łka.
+
+To prawda... lecz na cały wieczór męki, to za mało.
+
+
+_Dnia 26 grudnia._
+
+Od dzisiaj zabrałem się do pracy; biblioteka jest otwarta i myślę
+przesiadywać tam codziennie pięć do sześciu godzin. Opracowywanie
+materyałów w domu też pochłonie czasu sporo. Po za swoją pracą nie chcę
+o niczem wiedzieć, nic więcej mię tu nie powinno obchodzić. Życie w
+Paryżu może być równie jednostajne, jak w każdem innem ludzkiem
+gnieździe. Ten gwar wielkoświatowy, umysłowe i polityczne prądy, całe
+tętno świata, którego byłem tak ciekaw, o wiele wspanialej przedstawiają
+się zdaleka, aniżeli tu na miejscu wśród wrzawy drobnych, codziennych
+wypadków. Jak zawsze drzewa zasłaniają las.
+
+Przyroda tak samo jak ja, zabrała się do zimowej pracy i osypała nas
+śniegiem i opadła mrozem, jak na Paryż, niezwykłym. Zimno, które tu
+panuje zwykle w mieszkaniach, ożywia zawsze stosunki towarzyskie w
+kolonii polskiej. Ludzie zbierają się razem i grzeją się... ciepłem
+zwierzęcem. Dzisiaj wybieram się z Polińskim na wieczór do Łużeckiej.
+
+Wczoraj byłem u Zaleskiej, aby się wytłómaczyć, żem na Wilią nie
+przyszedł. Zaleska udawała zagniewaną, nie chciała słuchać wymówek,
+powtarzając, że zrobiłem jej tylko niegrzeczny kaprys. Zresztą miałem za
+ten »kaprys« najwięcej żałować sam, bo bawili się doskonale. Poliński
+był zmęczony i wyszedł wcześniej, ale z Turskim doczekali północy.
+
+Zaleska była w ogóle niezwykle wesoła i rozbawiona. Prosiła mię, abym
+zabrał ze sobą Turskiego i przyszedł do niej po raz drugi
+popołudniu--ale odmówiłem, bo nie chcę zupełnie zacieśniać swego
+stosunku z Turskim więcej, niż jest obecnie. Najlepiej będzie, jeśli
+będziemy chodzili każden swojemi drogami.
+
+
+_Dnia 27 grudnia._
+
+Dzień dziesiejszy należy do najciekawszych w mojem życiu. Spotkałem
+Turskiego na obiedzie, siadł przy mnie. Przypomniałem mu, że mamy się
+zejść z Polińskim i Starzewiczem w kawiarni wieczorem i iść razem na
+posiedzenie francuskiego towarzystwa studenckiego. Zaproszono nas, i
+chciałem bardzo poznać życie francuskie nieco bliżej, niż to można
+uczynić na ulicy. Odpowiedział mi, że musimy mu wybaczyć i iść bez jego
+przewodnictwa--on przecież najdawniej z nas mieszka w Paryżu--gdyż on
+wieczorem wybiera się do Zaleskiej. Powiadam mu pół żartem, że to
+zaczyna być podejrzane. A on mi na to, patrząc zabawnie w oczy:
+»dlaczego?«--i dodaje zwolna: przegrałeś dziesięć franków... Tak mi się
+wydawały dziwne mina jego, głos i ta radość cała, widoczna na twarzy, że
+początkowo po prostu trudno mi było z nim mówić.
+
+Ale potem rozgadaliśmy się i miałem takie wrażenie, jakgdyby przegroda,
+która nas dzieliła upadła nagle i wróciły dawne czasy nieograniczonej
+ufności i przyjaźni. Opowiedział mi wszystko. Właściwie zakochał się
+jakoś nagle i niespodzianie, i już w kilka dni po moim przyjeździe nie
+mógł sobie dać rady z tem uczuciem, które chciał zdławić, bo nie śmiał
+wierzyć, aby ona go kochała. Był tak rozdrażniony, że tylko udając
+zupełną na wszystko obojętność, mógł jakoś ukrywać, co się z nim dzieje.
+Tymczasem ona kochała go już wtedy, kiedy jeszcze ledwie się znali, i
+płakała po nocach i uspokoić się nie mogła, jeśli go przez dzień cały
+nie widziała. Widziałem dobrze, jak jej był za tę miłość wdzięczny.
+Oświadczyli się sobie w dzień wilii, po odejściu Polińskiego, tak jakoś
+znienacka, że trudnoby powiedzieć, kto właściwie dał początek.
+Przesiedzieli wtedy razem prawie do rana. Był zakochany, kochany,
+zaręczony, szczęśliwy. To wszystko i chyba dosyć.
+
+Rozmawialiśmy długo, bardzo długo. Ja mówiłem nie wiele, bo tak mię nowe
+położenie Turskiego dziwiło, a nawet, czegom się nie spodziewał,
+wzruszało, że trudno mi było myśl jakąś skleić; natomiast on opowiadał
+bez przerwy. Naturalnie, chciał się żenić, ale nie było to możliwe
+prędzej niż za trzy lata, po ukończeniu studyów: czas ten jednak
+przeleci prędko, o tem nie ma mowy. Ona zgadzała się na wszystko, byle
+być z nim.
+
+Nie spotkałem jeszcze w życiu człowieka tak uradowanego: radował się w
+nim doprawdy każdy atom krwi. I czegóż w radości tej nie było: miłość,
+wdzięczność, nadzieja, duma, szczęście, wszystko!
+
+To jednak niezwykły charakter jest Władek Turski. Wśród nas, którzy z
+rodzinnego domu nie dostajemy nic, prócz banalnych przepisów, a z życia
+bierzemy tylko to, co na wierzchu najdostępniejsze, on rzeczywiście
+sprawia wrażenie arystokratycznego dziecka, które się urodziło w
+wysokich komnatach i w kołysce słyszało nie jęk nianiek, lecz organy. Co
+ten człowiek już stracił, a ileż mu jeszcze pozostało! Szmat za szmatem
+wyrwał z siebie wiarę, ale zachował cały bezmiar uwielbienia dla tego,
+co czcić chciał; gardził prostytutką i dusił w sobie zmysły, a nie
+brakowało uniesień w jego miłości. Jestto człowiek czysty.
+
+Radość Turskiego udzieliła mi się: słuchając go czułem się odmłodzony
+jakiś i rzeźwiejszy. Byłem zadowolony, że fałszywy nasz stosunek raz się
+wyjaśnił i to pomyślniej, niż przewidzieć mogłem. Wszystko było teraz
+wytłómaczone. Cieszyłem się również jego szczęściem: gdy mi o niem
+opowiadał, kilka razy kręciły mi się łzy w oczach.
+
+Dla jego narzeczonej posłałem bukiet; kontent jestem, że mogłem jej
+zrobić przyjemność, gdyż ona przepada za kwiatami.
+
+Przykro mi tylko trochę, że byłem złym obserwatorem, ale czyż można było
+się tego po cichym Władku Turskim spodziewać. Jestem pewien, że każden z
+jego dawnych kolegów trzymałby też w zakładzie moją stronę.
+
+
+_Dnia 29 grudnia._
+
+Władek źle jednak robi, że swych zaręczyn publicznie nie ogłasza; przez
+to plotki tylko powstawać będą. Niby nie ma w tem tajemnicy; kto chce,
+może domyślać się i wiedzieć. Przed nami t. j. przedemną i Polińskim,
+Turski mówi wciąż o swej miłości; widać, że tylko ten przedmiot go
+zajmuje. Zdaje mi się, że w podobnym wypadku byłbym więcej skryty.
+Chociaż... nie wiem. To powtarzanie: kocham, kocham, kocham... jest
+czysto odruchowe i niewłasnowolne, jak śpiew ptaka na wiosnę.
+
+Pomimo, że zaręczyny nie są wszystkim oznajmione, w damskiej kolonii
+naszej panuje już straszne oburzenie. Mężczyzna tak jest rzadki i tak
+często sprzedaje się teraz »en détail«, że dostać całego odrazu jest
+świetnym interesem. Wystawić sobie można wściekłość koleżanek, że
+przyjechała obca intruzka, nawet na żadnym wykładzie się nie zjawiła i
+rogów wielkiej mądrości nie pokazała, a już męża trzyma. Nie ma nic
+pocieszniejszego nad ich ironiczne miny, w których świetnie widać tę
+utajoną i niby nie istniejącą złość. Zwykle mię to śmieszy, lecz dzisiaj
+Łużecka zirytowała mię do żywego. Jest głupota, która już graniczy z
+podłością. Zarzucała Zaleskiej wręcz, że przyjechała tylko, aby wydać
+się za mąż--co wiem, że nie jest prawdą. Natarłem na nią ostro i
+ostrzegałem, żeby nigdy nie mówiła o małżeństwie i miłości, bo jestto
+dla niej teren na zawsze obcy, na którym wygląda, jak kaczka ucząca się
+latać. Moja opinia złośliwego gbura jest ustalona na długo.
+
+Teraz jednak, ochłonąwszy z pierwszego wrażenia, widzę, że może nie
+miałem tyle racyi, ilem sobie początkowo przypisywał. Mniejsza zresztą o
+racyę, ale rola szlachetnego obrońcy bywa czasem śmieszna i kto wie,
+czym właśnie takiej roli tutaj nie odegrał. Gdyby Łużecka była dowcipna,
+przysłałaby mi paczkę biletów wizytowych z takim np. napisem:
+
+ JEAN KARSKI
+ défenseur de l'amour outragé.
+
+Tak; śmiesznie się wygląda, broniąc, czego się nie posiada.
+
+
+_Dnia 30 grudnia_.
+
+Dotąd nie chciałem przeszkadzać Turskiemu w jego sielance; widziałem
+zresztą, że sobie nie życzył, aby Zaleską kto z nim razem odwiedzał.
+Dziś jednak nie miałem nic do roboty po obiedzie, a upłynął już tydzień
+od oświadczyn, więc wypadało nawet narzeczonej powinszować. Kupiłem
+bukiet białych róż i narcyzów i poszedłem do niej; mieszka teraz przy
+ulicy des Feuillantines, na wprost klasztoru.
+
+Widzę z ulicy, że jest światło w pokoju, ale przyćmione; paliło się
+tylko na kominku. Pukam do drzwi; otwierają mi. Naturalnie, Turski jest
+u niej. Witając się z nimi czuję, że mają dłonie wilgotne i ciepłe. Daję
+Zaleskiej bukiet i nie wiem dlaczego, pomimo, że słowa płyną mi dość
+gładko, nie zdobywam się na żadne powinszowania lub życzenia. Cała
+uroczystość sprowadza się szczęśliwie do mocnego, znaczącego uściśnienia
+ręki.
+
+Nie zdaje mi się, żebym im był zawadzał. Siedzieli dalej przy sobie na
+kanapie, trzymając się wpół i przytulając do siebie. Siadłem opodal na
+krześle; rozmawialiśmy trochę, chociaż najczęściej milczeliśmy--i to
+było najwymowniejsze.
+
+Oni są w tem stadyum, że obecność osoby trzeciej nic a nic im nie
+przeszkadza. »Ten trzeci« nie istnieje dla nich. Całowali się przy mnie
+tak, jakgdyby byli we dwoje. Poliński, którego spotkałem wracając
+później, mówił mi, że to samo robili przy nim i przy Starzewiczu,
+chociaż go prawie wcale nie znają.
+
+Zaleska jest jednak strasznie zakochana. Dość spojrzeć na jej oczy i
+ruchy; a nie przypuszczałem nigdy, żeby panna »z dobrej sfery«, napojona
+po uszy konwenansami, dała się publicznie tak całować i pieścić.
+Widocznie nie znam się na kobietach--ale Zaleska jest wyjątkowo
+uczuciowa, impulsywna, pierwotna.
+
+Jest ona teraz tak naiwnie i niewinnie bezwstydna--co zresztą bardzo
+jej do twarzy--że gdy patrzę na nią mimowoli przypomina mi się
+nieśmiertelna Haida z Don-Juana. Widzę teraz nawet, że i dla niej i dla
+Turskiego przyjemnie jest, jeżeli mają świadków, którzy mogą patrzeć na
+nich i podziwiać ich miłość.
+
+Władek ma jednak ogromne szczęście. Narzeczeństwo wśród rodziny, w
+rodzinnem mieście jest obstawione tak obrzydliwie ohydnym ceremoniałem
+zwyczajów, że wątpię, czy może się tam ostać choćby krzynka szczęścia.
+Tutaj, w olbrzymiem obcem mieście, w zupełnej samotności, którą można
+stworzyć jednym obrotem klucza, narzeczeństwo staje się piękną uwerturą,
+której słuchając, można zapomnieć doprawdy, że czekają całe akty długiej
+opery. Bo kto wie, jakie śpiewacy mają głosy i ile dysonansów się
+wkradnie.
+
+Za długo widocznie siedziałem w gniazdku przy ulicy Feuillantines, bo mi
+się teraz wciąż przed oczami kręci Zaleska w tych wszystkich
+rozmiłowanych pozach, w których ją widziałem. Ależ ona ogromnie w
+ostatnich czasach wyprzystojniała... Kobieta, która kocha, jest nietylko
+najmądrzejszą, ale i najpiękniejszą.
+
+
+_Dnia 31 grudnia._
+
+Kochana Wandziu, piszę do Ciebie tylko kilka słów na karcie pocztowej,
+żeby Ci powinszować--choć może zbyt późno--Nowego Roku. Jestem ogromnie
+zajęty i dla tego niemam czasu na obszerniejsze listy. Nie miej mi tego
+za złe. Nie mam Ci zresztą nic do oznajmienia, bo u mnie nic nowego nie
+zaszło. Ale... Władek Turski zaręczył się z tą koleżanką Zaleską, o
+której Ci kiedyś pisałem. Stosunki nasze stały się serdeczniejsze
+obecnie i częściej się z nim widuję.
+
+Twoją kartkę, pisaną w pierwszy dzień świąt, otrzymałem. Czyś była
+jeszcze u kogo podczas świąt? Byłaś zapewne u pani Reuter. Podobno macie
+ciągłe odwilże w Warszawie; czy nie szkodzi ci to na zdrowie?
+
+ Twój _Janek_.
+
+
+_Dnia 2 stycznia._
+
+Od kilku dni absolutnie nic nie robię. Przerwałem studya w bibliotece,
+bo czeka mię mnóstwo przepisywania starych dokumentów, a to przejmuje
+mię niewysłowionym wstrętem. Natomiast chodzę po obiedzie z Turskim do
+kawiarni i przez kilka godzin słucham, czasami nawet z radością, jego
+spowiedzi i wynurzeń, które płyną teraz bez końca. On wprost spieszy się
+donieść i mówić mi o swem szczęściu. Jestem mu wdzięczny za tę przyjaźń
+i za tę ufność. Potem odprowadzam Turskiego do uniwersytetu na wykłady
+i idę zwykle nad brzeg Sekwany i chodzę tam dopóty, dopóki zmęczenie
+zupełne nie zmusi mię do powrotu.
+
+Nie znam nic piękniejszego nad Sekwanę od Katedry do Luwru, ale teraz
+prawie nie przyglądam się temu widokowi; pamiętam go doskonale w
+najdrobniejszych szczegółach, a powtóre głowa mię boli jakimś głuchym,
+rozsadzającym bólem, i chodzę nie po to, aby patrzeć, lecz aby ukołysać
+myśli.
+
+Dawno już nie miałem takiego wrażenia próżni, bezsilności,
+bezużyteczności mojej i wszystkiego, co mię otacza--jak w tych dniach
+ostatnich. Wstaję, jem, chodzę, myślę, piszę jakąś rozprawę, lecz żeby
+mię zabito, nie wiem, po co to wszystko się robi. O tyle jestem
+inteligentny, iż rozumiem, że--jak się to mówi--ze mnie nic nie będzie,
+że przestanę kiedyś jeść, chodzić i myśleć, że rozprawy moje tak samo
+nie obchodzą nikogo, jak moja osoba, jednem słowem, że jestem absolutnie
+niczem, jedną wielomilionową częścią czegoś, co samo jest może także
+tylko milionową częścią.
+
+A uczucie takie jest stokroć bardziej przykre, jeżeli na początku swego
+świadomego życia miało się marzenia i nadzieje, jeżeli wschód życia, jak
+wschód słońca rzucał długie, piękne cienie. Sądziłem, będąc dzieckiem,
+że wielkość cienia tego, to moja własna wielkość. Teraz jest południe:
+cień się zwinął, a ja się zgarbiłem.
+
+Chociaż dzisiaj mi się wydaje, że gdyby mi coś nawet pozostało: jakaś
+idea, zdolność jaka--i to byłoby mi obojętnem. Ażeby łzę rozdąć na
+poemat, trzeba mieć dużo wody i bezwstydu.
+
+ Karg ist Natur, ein Schein die Kunst, dem Triebe
+ Der Sehnsucht schenkt Gewährung nur die Liebe.
+
+To chyba prawda... bo Turski jest teraz tak żywy i dzielny, tak sobą
+tylko zajęty, że mimo swej czułej wrażliwości, zdaje się wcale nie
+spostrzegać męczącego mego stanu i świdruje mi uszy nieustannym hymnem
+miłości. Potrzeba mu słuchacza, aby mógł śpiewać; a któż lepiej do tego
+się nadaje, niż stary, zaufany przyjaciel. Moja teorya stosunków
+ludzkich sprawdza się raz jeszcze. Wieczny, wieczny wyzysk.
+
+
+_Dnia 4 stycznia._
+
+Nie, nie idzie mi praca. Wszystkie usiłowania, aby zmusić się i
+przezwyciężyć, spełzają nadaremnie. Robota nie posuwa się, i tylko ból
+głowy, gorący, szalony, wzmaga się i przenika wszędzie, szarpiąc i
+gniotąc--niby rozpaloną ręką. Zmarnowałem cały dzień na przechadzkę.
+Błądziłem po zaułkach, przedmieściach, po ustronnych kątach, byle być w
+miejscach jak najspokojniejszych i jaknajdalej od domu. I chodzić i nie
+myśleć o niczem... Wreszcie znalazłem się w Auteuil i ztamtąd wróciłem
+rzeką. Ta cudowna panorama od wiaduktu w Auteuil, koło Marsowego pola i
+Trocadera, koło Luwru, Katedry uspokoiła mię trochę swą kamienną
+pięknością--tym łatwiej, że statek o tej porze dnia i roku był pusty.
+
+Już koło domu w Quartier spotkałem Polińskiego, który szedł do mnie, aby
+mię zabrać na wielkie bulwary. Lubię z nim chodzić, bo jest tak
+gadatliwy, że prędzej wówczas przestaję myśleć, niż gdy jestem
+sam--zgodziłem się więc chętnie. Pojechaliśmy na bulwary, siedzieliśmy w
+kawiarni, słuchaliśmy ludowych piosnek gdzieś w Café-Concert--nie wiem
+już zresztą, cośmy robili. Mój ból głowy stał się podobny do
+przepaścistej nudy; a Poliński twierdził, że nie mam humoru i muszę być
+zaziębiony.
+
+Wracając już po północy przechodziliśmy przez ulicę Feuillantines.
+Świeciło się w oknach, więc zaczęliśmy wydawać okrzyki, służące nam za
+hasło porozumienia w takich wypadkach. Poliński świetnie naśladuje ryk
+wołu i bek barani. Okno się otworzyło i ukazali się... oczywiście oboje.
+Turski powiedział nam, abyśmy chwilę poczekali, a zaraz zejdzie i
+pójdzie razem z nami do domu. Okno się zamknęło i na tle firanek
+ujrzeliśmy scenę pożegnania, jak zawsze...
+
+W Paryżu, w tem klasycznem mieście rozpasania, staję się strasznym
+świętoszkiem: widok ten mię gorszył i poważnie gniewał. Przypuszczalnie,
+za jaki tydzień zapiszę się do ligi Berengera.
+
+Turski wyszedł. Był trochę zarumieniony, a na powiekach lśniły mu się
+drobne kropelki. Sześć razy kłaniał się oknu, w którem była już tylko
+bezkształtna sylwetka. Bałwochwalca!
+
+Scenka ta zirytowała mię tak, że byłbym błogosławił wszystko, coby
+Turskiemu mogło sprawić jakąkolwiek przykrość; sam nie wyrządziłbym jej
+jednak nigdy. Chciałbym tylko módz się litować nad nim i pocieszać, bo
+mimo chwilowej złości, jestem jego przyjacielem. Nie prędko jednak
+będzie potrzebował tej przyjaźni.
+
+
+_Dnia 5 stycznia._
+
+Logika formalna jest stekiem błędów, a największym i najjaskrawszym
+_tertium non datur_. Duch nasz jest autokratą i niema sprzeczności,
+którejby zgodzić nie mógł.
+
+Jestem szczęśliwy, bardzo szczęśliwy radością Władka. Kilka razy na
+prawdę się rozrzewniłem słuchając jego wynurzeń. Przytem cieszę się
+jeszcze dla tego, że jednocześnie przekonywam się, iż jestem głęboko
+wrażliwy na cudze szczęście, a więc jestem uczciwym, szlachetnym
+człowiekiem. Mimo to, ani jednej chwili nie przestaję teraz czuć, że
+gdyby Turski utracił swe szczęście, byłbym... może kontent. To jest...
+zależnie od tego, jakby je stracił. Gdyby Zaleska umarła, płakałbym z
+Turskim; gdyby ją nagle potrafił zyskać kto inny, pomagałbym może zabić
+uwodziciela, lecz z tego co zaszło, byłbym prawie rad--nie jakąś
+radością określoną, zdecydowaną, jasną, ale tym niezwykłym nastrojem,
+wewnętrzną pogodą, która się tworzy w najskrytszych podwalinach duszy.
+
+To, do czegom się przed sobą przyznał, nazywa się zwykle nikczemnością,
+i z tego jestem dumny. Świadczy to, że uczucia moje są nieustraszone i
+potrafią jak bohater z baśni, wtargnąć na każdy szczyt--mimo larw, które
+zewsząd grożą.
+
+Dziś zadałem sobie pytanie, którego uniknąć dłużej nie mogę w żaden
+sposób. Może ja Zaleską kocham? Jeżeli kobieta, której obecność jest dla
+mnie niepotrzebną, twarz--obojętną, pieszczota--zbyteczną, może być
+jednocześnie kobietą kochaną;--ha, w takim razie ja Zaleską kocham.
+Zdaje mi się, że cierpię nie przez to, że ona kocha innego, lecz przez
+to, że mnie teraz kochaćby już nie mogła.
+
+Zabrano mi to, co do mnie należeć mogło. Utracić możność jestto więcej,
+niż utracić rzeczywistość. Nie módz istnieć jest gorzej, niż nie
+istnieć.
+
+
+_Dnia 6 stycznia._
+
+Nie przypuszczałem nawet, że tak lubię dawać kobietom prezenty. W
+ostatnich dniach byłem kilka razy u Zaleskiej, i nie mogłem iść tam ani
+razu, żeby nie przynieść jej chociażby kilku kwiatów. Dziś wydałem na to
+ostatniego franka i jestem z tego ogromnie kontent. Mówię sobie, że
+tylko głupiec nie rozumie, co to za rozkosz rujnować się dla kobiety. U
+Zaleskiej przesiadywałem krótko. Chociaż obecność moja im nie zawadza,
+zdaje mi się, że wypada możliwie się usuwać. Zresztą widok ciągłych
+pieszczot i uścisków drażni: czuję prędko ogień w skroniach i pot na
+ciele. Nie ja sam tylko tak na to reaguję. Mówił mi Poliński, że odczuwa
+zupełnie to samo: jestto przecież całkiem naturalne. Dziwię się, jak oni
+mogą to wytrzymać.
+
+Równie naturalne, jak ogień w skroniach, jest myśl, która mię poprostu
+opętała. Dlaczego ja tak nigdy nie kochałem? Dlaczego w mojem życiu nie
+zeszło się nigdy pytanie z odpowiedzią? Dlaczego odepchnięto mię, kiedym
+pożądał, dlaczego, kiedy pożądano mię, odczuwałem tylko wstręt lub
+pogardę? Dlaczego dla mnie miłość była zawsze zimną, zaciekłą, złą grą,
+której wygrana hańbi jak złodziejstwo?
+
+Patrząc na Władka, czuję, że nie mógłbym kochać tak szczerze, otwarcie,
+tak prosto--i tego zazdroszczę mu najwięcej. Bo czyż nie jest to
+wyrafinowanem okrucieństwem pysznić się przedemną tem szczęściem, które
+ostatecznie dostało mu się trafem... Tak, przyjemniej i łatwiej wygrać
+majątek, niż się go dorabiać.
+
+Ohydnie śmieszne w tem wszystkiem jest to, gdy Władkowi się zdaje, że
+sprawia mi największą przyjemność, odsłaniając przedemną swą miłość. W
+tych pieszczotach, których ani on, ani ona się nie żenuje, jest tyleż
+bezmyślnej, żywiołowej swobody, ile chęci pokazania, jak szczęśliwym być
+można... Wygląda to, jak wyzwanie, jak pogróżka: »Będziemy jeszcze
+szczęśliwsi«. Będziecie; wierzę wam.
+
+Postępowanie Turskiego jest nietylko okrutne, ale niemiłosiernie głupie,
+bo nie sądzę ani jednej chwili, aby naumyślnie chciał przykrość mi
+sprawić i dokuczyć. Doprawdy zgłupiał.
+
+
+_Dnia 7 stycznia._
+
+Zwiedzaliśmy dziś Luwr. Poszedłem najpierw z Zaleską sam, a Turski
+dopiero później po wykładzie z nami w muzeum się spotkał. Luwr nie
+zajmował mię wcale; nie lubię tych olbrzymich zbiorów, gdzie wszystko
+zbite jest bezładnie w jakąś pstrą mięszaninę, która przytłacza tylko i
+dławi. Nie doznaje się tam tego uczucia swobody, bezkresu marzenia,
+które przecież jest istotą rozkoszy, jaką dać może sztuka. Arcydzieła
+powinno by się chyba wystawiać w oddzielnych kaplicach.
+
+Zdaje mi się, że napisałem kłamstwo. Prawdą jest, że nie lubię muzeów;
+ale mimo to, zwiedzałem je nieraz i sztuka, którą widziałem, porywała
+mię i czarowała. Dziś nie zajmował mię Luwr, bo była Zaleska i wszystkie
+myśli moje są jakby opętane. Sprawia mi teraz okrutną przyjemność
+wszystko, co może tę dziewczynę przedemną poniżyć. W ten sposób biorę
+jakąś idealną choćby zemstę nad Turskim: znieważam w myśli jego bóstwo.
+Naumyślnie nie pokazywałem Zaleskiej arcydzieł i śledziłem, czy je
+odczuje i odnajdzie. Ona nie ma wcale zmysłu artystycznego; zatrzymywała
+się przed najmarniejszymi obrazami i wygłaszała takie śmiesznie naiwne
+zdania, że tylko ta otwarta szczerość była jedyną ozdobą tego, co
+mówiła. Wmawiam w siebie, że nie można się zakochać w kobiecie
+niewrażliwej na piękno: jestto gminność na cale życie.
+
+Potem przyszedł Turski; nie patrzyli więc już na obrazy, tylko na
+siebie. I wtedy byli szczęśliwi.
+
+Nie, ja stanowczo do szczęścia nie jestem zdatny. Szczęście to jest taka
+wyłączność, takie zaprzepaszczenie, że na to nie zdobyłbym się nigdy.
+Nie wiem, czy za dużo mam zmysłów, czy za wiele w duszy pożądań, ale
+jabym skorzystał z każdej szczeliny, aby się ze złotej klatki szczęścia
+choć na ból i cierpienie wydostać. Tam gdzie inni oddychają, ja zaraz
+się duszę. Było tak już przecież.
+
+Mogę się więc, tak jak teraz, pocieszać cudzem szczęściem. Tylko, że ta
+pociecha jest tak gorzka, iż jak dobry absynt, staje się nawet
+przyjemną. Tylko, tak jak absynt, pobudza łaknienie.
+
+Łaknienie za czem? Za miłością? Za miłością Zaleskiej? Nie kochałem i
+nie kocham nic w tej chwili. Za szczęściem? Nie potrafię go odczuć i
+zrozumieć. Za bogactwem? Nie wiem, na co bym go użyć miał. Łaknę życia;
+czem jest i gdzie jest--niewiem. Podobne łaknienie uczuwać musi chyba
+pisklę, gdy wychyla dziób, aby uderzyć i rozbić skorupę, która dzieli je
+od świata. Ale pisklę wiedzie instynkt, a mnie nie wiedzie nic.
+Chciałbym wysunąć żądze, jak szpony, i chwycić i zdruzgotać zaporę, co
+mi światło kradnie. Lecz nie wiem, gdzie iść, gdzie jest skorupa mej
+duszy.
+
+
+_Dnia 8 stycznia._
+
+Po wczorajszej wycieczce do Luwru Zaleska była trochę słaba i Władek mię
+prosił, abym ją odwiózł do Korzyckiego. Korzycki przyjmuje chorych o
+trzeciej, a o tej porze Turski ma zawsze zajęcie w uniwersytecie.
+Początkowo wymawiałem się wykładami; zdaje mi się, że chciałem Władkowi
+zrobić na złość. Potem jednak ustąpiłem i pojechałem z Zaleską do
+Korzyckiego, na drugi kraniec Paryża.
+
+Ta dziewczyna, gdy Władka przy niej nie ma, wydaje mi się zupełnie inną.
+Rozmawialiśmy cały czas spokojnie, po cichu, ufnie, jak rozmawiają
+starzy i dobrzy znajomi. Mimo całej życzliwości dla niej miałem chwilami
+dokładne wrażenie, że ta kobieta jest mi chyba obojętną, że nie pociąga
+mię do nie; nic nad to, czem każda kobieta pociągnąć może. Gdy nie
+mówiła o Turskim, co niestety zbyt rzadko się zdarzało, mogłem czasami
+zapomnieć o stosunku, jaki ją z nim łączy: tego mi tylko trzeba.
+
+Coraz więcej mi się zdaje, że w tej dziewczynie ponętną jest tylko jej
+miłość. To uczucie działa na nią, jak ów pierścień z bajki, który
+posiadaczowi zapewniał wszystkie piękności i skarby. Gdy się przymila do
+Władka, rzeczywiście jest prawie piękna i ma taki wyraz w oczach, że
+wtedy oddałbym wszystko za to, aby przestała go kochać. Chyba trudno
+mniej żądać w życiu. Nie żądam miłości, lecz tylko spokoju, bezczucia,
+jak dawniej. Dopóki widzę, że ona jest zakochana, coś mię nurtuje,
+łamie, dręczy, odbiera swobodę myśli. Ja nie chcę o tem myśleć. Byłem
+tylko zasnął!
+
+
+_Dnia 9 stycznia._
+
+Jest okropnem błagać kobietę o miłość, wić się u jej stóp, wołając:
+kocham, kocham;--i nie słyszeć nic, oprócz echa własnych słów, odbitych
+o próżnię, i odejść z myślą, że jest gdzieś marny, podły człowiek, dla
+którego kobieta ta tęskni i gardzi wszystkiem: miłością, bólem,
+rozpaczą--
+
+Ale gorzej jest, jeżeli w takiej chwili nie można zawołać nic więcej nad
+to: nie kochaj go. Są teraz chwile, gdy zazdroszczę Władkowi tak, że
+chociaż nie umarłem, zazdroszczę mu życia, jakgdybym wiedział, że on
+mnie przeżyje. Zresztą, takie istnienie jak moje, z wiecznem pożądaniem
+czegoś nieuchwytnego, niewymarzonego nawet, z ciągłym niepokojem w
+duszy, na łasce każdego wrażenia, to nie jest życie, to sen gorączkowy
+i tak męczący, że często niewiadomo, czy nie lepiej raz się już obudzić.
+Mam takie dziwne zmysły, że potrafię odczuwać tylko gorycz, a to w końcu
+mdli i truć zaczyna. Jak zniszczony lubieżnik przez chłostę,
+przepędziłem się przez wszystko, co zawiść dać może--i nie doznałem
+nawet miłości, która temu dobremu, szczęśliwemu przyjacielowi dostała
+się tak łatwo. Nie kocham Zaleskiej i wiem, że w chwili, gdy ona
+przestanie kochać Władka, będzie mi tak obcą, jak kobieta, którą
+pierwszy raz widzę na ulicy. Jest to straszne, bo pozbawia mię wszelkiej
+nadziei. Nie mam się o co starać, bo jeślibym co osiągnął, zyskam mniej
+jeszcze, niż mam teraz.
+
+Kłamstwo, ohydne kłamstwo... Nie kocham Zaleskiej?... Za cóż bym więc
+tak cierpiał?
+
+Mam chwilami złudzenie, jakgdyby wszystko, co mię otacza: domy, drzewa,
+ludzie, chwiało się nagle i groziło zawaleniem. Lękam się trochę sam
+chodzić i tego mi wstyd przed sobą. Zawsze gardziłem nerwowymi ludźmi.
+
+
+_Dnia 10 stycznia._
+
+Godzina siódma rano. Brzask szary wstał i sączy się przez okno. Siedzę
+na krześle zbłocony, znużony, złamany, a sen nie przychodzi do mnie.
+Ledwie pomnę, co się ze mną działo tej nocy, bo to już nie ma nazwy.
+Szaleństwo? Trwoga?... Gorzej. Jakaś odwieczna modlitwa jaskiniowców
+świdruje mi mózg: Grozo, Potęgo--jakakolwiek jesteś--bądź litościwa
+duszy mojej! Ale nie, nie, nie... jestem znów silny, zdrów i twardy.
+
+Wczoraj wieczór cały spędziłem w kawiarni. Do Zaleskiej nie chciałem,
+nie mogłem iść; Polińskiego nie było w domu; innych ludzi szukać
+niepodobna było. Wszystko mi było zresztą jedno, gdzie się znajdować,
+byle nie być w domu, nie widzieć tych cieni, które jak złe psy kryją się
+po kątach i chodzą od stołu do krzeseł, od krzeseł do łóżka, byle nie
+kłaść się i nie rozbierać w tem gęstem powietrzu, gdzie jakieś
+niewidzialne dotknięcia palą mi skórę, byle nie czuć tej ciemności,
+która jak na żer nalatuje na mnie i kładzie mi się na piersiach. Nie
+mogłem iść do domu; niewysłowiony lęk, obawa samotności, obawa spokoju i
+martwoty gryzła mię nieustannym, prawie fizycznym bólem.
+
+Ale o pierwszej zamknięto kawiarnię i musiałem wyjść. Poszedłem wprost
+przed siebie i zacząłem błądzić. Bez celu, pierwszą lepszą ulicą, która
+się nawinęła, przez bulwary, przez place, przez zaułki. A za mną
+błądziły jakieś wizye potworne i zarzucały mi czarne swe ręce na oczy;
+wtedy gasło mi światło, zdawało się, jakby świat cały zapadał się w
+ciemność, a słońce nigdy już więcej powstać nie miało. Stawałem wtedy
+przed latarnią i wlepiwszy oczy w żółte jej światełko stałem bez ruchu,
+drżąc we wnętrzu i słuchem rozognionym przysłuchując się ciszy. Kto wie
+co tam siedzi w tem czarnem jądrze, które nieprzejrzyście rozciąga się
+aż po same szkła latarni? Tam może czyhać człowiek z nożem, czyhać na
+mnie i uderzyć mię w szyję, tam może być tak gęsto, że padnę odrazu bez
+tchu... Lub może tam być gwarno od jakiegoś nieznanego życia nocy, może
+tam być tak ludno, że zatrzymają mię i przepadnę bez śladu, jakgdybym w
+otchłań wleciał.
+
+I nagle zrywał się nademną strach ohydny, niewypowiedziany i jak wicher
+zmiatał mię od latarni i w ciemność na zgubę własną odrzucał. Biegłem
+nieprzytomny przez ulice, potykając się o kostki, rozrzucone do
+brukowania, uciekałem na place widniejsze od ulic i kryłem się jak
+zbrodniarz, gdym zdała straż policyjną zobaczył. Rozszalały tabun nędz
+tratował mi duszę i szarpał mózgi, jak padlinę. Rozplatały się
+wszystkie węzły duszy i było mi, jakbym cały zapadał się w sobie. Pot,
+jak w łaźni występował mi na czoło, spływał na szyję i oblepiał na mnie
+bieliznę; gorąca para żarła mi oczy; zdało mi się, że w powietrzu jest
+jakiś nieznany kwas; gryzący i trujący, jak żaden inny, który wgryza mi
+się w ciało i roztlenia tkanki. Koło mnie rozsuwały się tylko i zbiegały
+gmachy martwe, bo wszystko, co nie jest kamieniem, zostało spopielone,
+rozsypane, wyżarte. Zamknąłem usta, bo piersi mi płoną. I biegłem,
+biegłem co raz szybciej ze schylonym karkiem, jak ścigane i oszalałe
+zwierzę...
+
+Wybiegłem do Hal. Przedemną w prostych, pewnych, olbrzymich liniach
+piętrzyły się żelazne sklepienia. Wielkie lampy błyszczały niebieskawem
+światłem, a ku górze pod dachem szklanym, jasność ich jednoczyła się w
+jakiś drżący blask, który sypał się na plac cały. Tłok na dole. Kręcą
+się tłumy ludzi, wozy podjeżdżają i bez przerwy sypią się z nich wory,
+kosze, paki. Mimo to nie było wrzawy. Ludzie pracują cicho, niegłośnie,
+jak widma. Tylko czasem zaskrzypi koło łub stuknie o kamień żelaztwo. I
+znowu cisza.
+
+Jasność przykuła mię do siebie. Siadłem na ławce; pot stygnął na mnie,
+chłodził i orzeźwiał. Bezmyślnie patrzyłem w głąb tego pałacu, na wir
+ludzi, kołujący przy mnie, na stosy jarzyn, które co raz wyżej i
+gęściej zasypywały chodnik, na żelazne belki, z których zwieszały się
+jakieś chorągwie czy płachty, na strop z błękitnemi gwiazdami--i znów
+spełzałem oczami z tych wyżyn po belkach na bruk. I znów patrzyłem, jak
+schylają się karki parobków, ręce wyrzucają zielone kule kapusty, jak
+wozy przesuwają się zwolna--i łowiłem w tej ciszy jakieś szmery, brzęki,
+czasem zwrotkę dalekiej piosnki lub przekleństwo. Patrzyłem, słuchałem i
+żar odchodził odemnie. Spokój. I chciałem tu zostać, zdala od widm,
+które za mną biegły--i czekać ranka.
+
+--_Viens, chéri._
+
+Powiedziano coś blisko mnie:
+
+--_Viens donc, chéri._
+
+Przy mnie na pustej dotąd ławce siedziała teraz pogięta postać, w
+czarnych łachmanach, niewyraźna; tylko twarz sprośna, nabrzękła,
+czerwona z otwartemi śmiejącemi się usty, patrzyła na mnie zblizka,
+coraz bliżej. I ja patrzyłem na tego potwora, który nagle przy mnie się
+wylągł i widziałem, jak sinieją mu wargi i jak trupio wyglądają duże
+ostre zęby z tych żałobnych obwódek. Brzydzę się... a oczu oderwać nie
+mogę, i boję się... a jednak patrzę.
+
+--_Qu'as tu donc peur, mon petit loup?_
+
+Tak, rzeczywiście lękam się; czuję, że roztwierają mi się i
+nieruchomieją źrenice. Rękami chwytam się ławki, mdło mi się robi w
+duszy i tak smutno i fala jakaś wzbiera mi w piersi, dławi w gardle i
+ściska. Suchemi oczami patrzę, patrzę ciągle. Jaka ona podobna, coraz
+podobniejsza, coraz młodsza, tamta...
+
+Nagle rozległo się gdzieś nademną przekleństwo furmana; huk zbudził się
+we mnie, jakby Halle się ocknęły i z krzykiem rzucały ku mnie. I
+przypomniałem sobie gdzie jestem, zerwałem się z miejsca i pobiegłem
+przed siebie, wprost w Halle, byle dale; od tej... i od tamtej.
+
+--_Va, sale bête_.
+
+Dogonił mię tylko ohydny śmiech i złorzeczenie.
+
+................................
+
+I znów począłem iść, iść bez przerwy. Wyobraźnia moja, jak motyl bez
+skrzydeł, legła ranna śmiertelnie i nie zrywała się więcej. Szał odszedł
+mię, a zmysły postrzegały wszystko z jasnością przerażającą. Ale nad
+wszystkiemi wrażeniami górowała nieprzeparta, w całej krwi rozlana myśl:
+iść, iść. Ta myśl wszechmocna dała mi jakąś potęgę ciała,
+niezniszczalność mięśni. Szedłem krokiem sprężystym, jędrnym, jak
+wyćwiczony żołnierz. Jak długo szedłem, nie wiem. Nie myślałem o niczem,
+nie czułem nic. Tylko chwilami zdawało mi się, że po drugiej stronie
+ulicy w mroku prześlizguje się cicho taka sama postać błędna, idąca bez
+celu, potępiona. I byłem jej wdzięczny, że idzie ze mną i nie trwożyła
+mię wcale, jakgdybym ją znał od wieków. Chciałem się zbliżyć do niej i
+przeszedłem przez ulicę: przyspieszyła kroku. Począłem iść prędzej:
+pobiegła. Zacząłem biedz--i znów rozpoczął się pościg, aż w mroku
+gęstszym widmo odwróciło się, spojrzało mi w twarz i znikło. Lecz na
+karku jego widziałem swoją twarz, swoje oczy, nienawiści pełne i
+pogardy. I zrozumiałem, że to dusza moja uciekła odemnie. Trwoga
+nieludzka mię ogarnęła znowu, która ścina krew w żyłach i ciału
+kamienieć każe; zdało mi się, żem skonał już i lada wiatr, co kłosa
+rosnącego w ziemi nie zakołysze nawet, trąci mnie lekko, zdmuchnie i
+rozkruszy.
+
+Nagle z załomu ulicy jakiejś wyleciał wiatr--i zdało mi się, jakgdyby
+ktoś ostrze chłodne przesunął mi wzdłuż--między duszą a ciałem. Zmąciło
+mi się wszystko; przypadłem do muru. A kiedy omdlenie przeszło i
+poczułem, że żyję--zerwałem się i począłem biedz, byle uciec z tej nocy
+bezkresnej, zabójczej.
+
+................................
+
+...Przybiegłem nad rzekę. Ognie latarń nadbrzeżnych paliły się w falach
+i rzucane wiatrem tańczyły koło brzegów jakieś szalone zaloty. Środek
+rzeki był czarny, głęboki, tak że odbite blaski gwiazd zginęły gdzieś w
+tej otchłani. Przechyliwszy się przez poręcz, opuściwszy głowę, z
+której wiatr strącił mi kapelusz, trzymałem się prętów baryery i nie
+mogłem spuścić oczu z rzeki. Kocham i boję się tej głębi. I dla tego że
+wiem, że kiedyś muszę się w nią rzucić, że wiem, że woda ta jest zimna,
+dławiąca, duszna--trzymałem się rękami mostu i patrzyłem z zachwytem i
+dreszczem. Śmierć w wodzie... tak, ona czeka mię na pewne. Gorączce
+mojej raz warto dać ochłody. Uderzy mię zimno ze wszech stron,
+wstrząśnie mną nagle aż do głębi myśli, a potem zacznie się coś szarpać
+wewnątrz mnie i wyrywać i szamotać strasznie, aż mimowoli otworzę usta,
+i napiję się wody--i wtedy wszystko zgaśnie. Dobroć jakaś, łagodność,
+jasność mię otoczy i w oczach będą mi latały obrazy, szybkie, piękne. I
+będę chwilę znów żył tem dzieciństwem, co tak prędko przeszło, i zobaczę
+śliczne słońce, które ścigałem dawniej po tapetach mieszkania i pudla
+swego zobaczę. A kiedy teatr ten się skończy i zasłona zapadnie, nie
+będę już czuł ani zmory, ani zimna, ani opuchlizny, od której
+nabrzmiewać będę. Dobrze...
+
+Nie, nie, nie... Wiedziałem przecież, że to nie dziś jeszcze, a jednak
+na sam widok tej wody podemną drętwiałem i kurczyły mi się palce koło
+prętów. I wtedy, gdy będę skakał z tego mostu--bo na pewno zeń skoczę--w
+głębię, w spokój, kląć będę jeszcze i rzekę i siebie i wyciągnę ręce,
+aby ją odepchnąć. I wpadłszy, wyć będę jeszcze wszystkimi głosami duszy
+o ratunek, i przed wodą zadławi mię strach. A jednak nie mogłem ztamtąd
+odejść, i wtedy... znów tam przyjdę.
+
+--Co pan tu robi?
+
+Przedemną stał robotnik, z oskardem i łopatą na ramieniu. Spoglądał na
+mnie bystro.
+
+--Przyglądam się rzece.
+
+--Tak... a gdzie pański kapelusz?
+
+--Wpadł do wody.
+
+--A gdzie pan mieszka?
+
+--Na rue des Ecoles.--Nudziły mię te pytania i ciekawe spojrzenia, lecz
+doprawdy nie miałem jakoś siły się gniewać. Odwróciłem się od rzeki i
+zacząłem sam pytać:
+
+--A pan dokąd idzie?
+
+--Do roboty.
+
+--To pewnie już będzie szósta?
+
+--Jest szósta.
+
+Wreszcie! Tak, musiała być już szósta, bo spostrzegłem dopiero, że
+żółknie zlekka wschodnia strona nieba. Rozmowa się urwała.
+
+--Przechodzę przez Boul. Mich'. Panu zdaje się nie dobrze--niech Pan
+idzie ze mną.
+
+--Nie, ja wolno chodzę; lubię sam chodzić.
+
+Stał parę chwil bez ruchu i nie decydował się, co ma zrobić. Patrzył mi
+badawczo w twarz--miał ogromnie sprytne oczy. Dodałem więc:
+
+--Może pan iść śmiało. Daję panu słowo, _to_ jeszcze nie tej nocy.
+
+Popatrzył chwilę jeszcze. Odszedł. A ja stałem jeszcze długo, dygocąc z
+zimna rannego.
+
+Świtało. Niebo przystrajało się do dnia, powoli nasiąkało światłem,
+błękitniało, aż powlekło się złotem i czerwienią. Z przepychu tego
+ulicom dostawała się tylko grzązka, mglista szarość, w której bez blasku
+płonęły żółte latarnie. I ponuro ciągnęły się jednostajne kamienice,
+straszne i bardziej martwe niż w nocy, kiedym wieszał na nich swoje
+widma. Ale widziałem już dość, a nim doszedłem do końca ulicy,
+rozświetliło się wszystko. I mogłem wracać; wróciłem. I oto siedzę w
+swym pokoju w szarym brzasku, co jak błoto wciska się zewsząd.
+
+Gdybym wszystkie noce trawił na rozpustę, nie byłbym tak zmęczony,
+bezsilny. Poprostu z blaskiem dnia odeszła odemnie cała moc, i znużenie
+rzuciło się na mnie, jak na łatwą zdobycz. Mimo chłodu, oblewa mię pot.
+Stopy mam poodbijane, ranne i w karku jakieś osłabienie, schylenie, żar,
+jakąś chęć rzucenia się na wznak, aby leżeć bez ruchu, bez dreszczu na
+czemś twardem, jędrnem, zimnem. Wszystko omdlewa we mnie jakby na śmierć
+i znicestwia się.
+
+Lecz zanim spadnie sen, długo jeszcze nad oczami memi trzepotać się
+będzie, jakby szelestem skrzydeł uciszyć wpierw musiał myśli--i te,
+które szydzą i te, które płaczą, i te które przeklinają. I zanim zasnę,
+słuchać będę tych myśli: i tej szydzącej, która szepnie mi, żem podły,
+bo od zbawienia uciekłem--i tej płaczącej, która przypomni, żem
+nędzny--i tej przeklinającej, która spyta: czemu, czemu?--i odpowie, że
+cudzych losów zagadkowy skręt, to jest moja nędza.
+
+A! Spijmy...
+
+
+_Dnia 12 stycznia._
+
+Uspokoiłem się znacznie. Onegdaj przeleżałem prawie dzień cały,
+zapuściwszy story. Wczoraj byłem »normalny«. Miałem nawet gości. Jestem
+bowiem dobrym przyjacielem. Odkąd te zaręczyny stały się głośne w naszej
+kolonii, postanowiłem wyprawić dla narzeczonych mały wieczorek. Wczoraj
+to uskuteczniłem. Miałem wiele zachodów, bo ona jest jeszcze chora i
+musi wystrzegać się w jedzeniu. Pół dnia przesiedziałem w kuchni swojej
+gospodyni, przeszkadzając jej uwagami i ostrzeżeniami. Ostatecznie
+zebranie udało się dobrze i wszyscy, kto miał przybyć, przyszli, bo dla
+Turskiego wszędzie są jaknajżyczliwsi. Był Poliński, doktór Korzycki,
+Starzewicz, koleżanka Łużecka z Woydówną, Kloss z żoną...
+
+Przy wejściu dałem Zaleskiej bukiet z samych prawie żółtych róż, ale ona
+ma takie zamyślenie w oczach, że nie widziała koloru i nie zrozumiała
+symbolu. Dzisiaj jestem z tego kontent, bo byłaby zadziwiona i
+zirytowana;--choć właściwie wszystko mi jedno, bo tu niema przecież mowy
+o »nadziei«. Wznoszono toasty. Rozeszliśmy się dobrze po północy.
+
+Za to wszystko zostałem wynagrodzony. Na pożegnanie, przekomarzając się
+niby z Władkiem, podała mnie, tylko mnie, rękę do pocałowania. Ma
+niezmiernie delikatną dłoń. Samo dotknięcie tej skóry jest pocałunkiem.
+Palą mię trochę usta i czoło, bo zdaje mi się, że jestem już nędzarzem,
+któremu rzucono ogryzki z pańskiego stołu.
+
+Z całego jej zachowania, dawniej i teraz--widzę, że ona ma dla mnie
+ogromną przyjaźń. Wiem dobrze, że nie zawdzięczam tego sobie, lecz
+Władkowi. Władek ma o mnie bardzo wysokie wyobrażenie; wierzy w mój
+talent i zdolności, ceni mój charakter i kocha mię rzeczywiście.
+Odmalował mię w takich barwach, że i jej udzieliła się jego przyjaźń.
+
+To jednak śmiesznie przykre zawdzięczać odrobinę, którą się ma, temu, co
+wydarł nam wszystko. Jestem na łaskawym chlebie z odpadków jego uczuć.
+
+
+_Dnia 13 stycznia._
+
+Nie dostałem nigdy w twarz--lecz zdaje mi się, że pręgi policzka pieką
+mniej od drogi, którą ściekły mi te łzy. Kilka razy podchodzę do lustra,
+aby spojrzeć, czy twarz jeszcze gładka, czy nie tryśnie z niej smugami
+krew. Wstyd płomienny położył mi na lica rozognione palce, i ciśnie i
+pali.
+
+Wczoraj zachęcony moim przykładem Poliński urządził również mały
+wieczorek. Ma on tu mniej znajomych, więc byliśmy tylko _en famille_, we
+czworo. Przy kolacyi Poliński i ja staraliśmy się zabawić tych gości,
+lecz było to niemożliwe: oni najlepiej bawią się sami--pocałunkami.
+
+Dopiero wczoraj zrozumiałem z całą dokładnością, że niczem, niczem nie
+zwrócę jej uwagi. Wprost nie tylko nie mógłbym wyrwać jej miłości, ale
+teraz nie mogę jej zmusić nawet do tego, aby choć na chwilę zapomniała,
+że jest zakochaną. W niej zabita jest do szczętu wszelka ciekawość, ma
+raz na zawsze spuszczone powieki. Choćbym głowę roztrzaskał przed nią,
+nie zobaczy tego nawet.
+
+Gdy sprzątnięto ze stołu, Poliński u nóg jej położył dużą skórzaną
+poduszkę; Władek, niby żartując, ukląkł zaraz na niej, a myśmy się
+dyskretnie usunęli w drugi koniec pokoju i paliliśmy papierosy,
+słuchając w półcieniu ściszone odgłosy pieszczotliwej ich rozmowy.
+Widziałem, że Władek położył głowę na jej kolanach i rękami ująwszy ją
+za szyję, przysunął jej usta do swoich. Była to śliczna grupa... z
+lichej gliny, bo przecież on jest brzydki.
+
+A myśmy tymczasem z Polińskim rozmawiali po niemiecku--oni nie rozumieją
+tego języka--i instynktownieśmy czuli, że trzeba mówić rzeczy
+bezwstydne, sprośne, aby znieść spokojnie ten widok. Przynajmniej odrazu
+trafiliśmy na ten wyuzdany ton i przy tych zakochanych wspominaliśmy
+dumnie najbezczelniejsze nasze wyprawy i doświadczenia. Śmialiśmy się
+kilka razy do rozpuku... z naszych wspomnień, z ich miłości. Mimo to,
+obaj czuliśmy dreszcz w ciele i pot na skroniach. Mnie przebiegały parę
+razy przed oczami czarne plamy; po kawie to przeszło.
+
+Gdyśmy już wychodzić mieli, spotkała mię wielka przyjemność. Dokuczyłem
+trochę Władkowi. Ona przed lustrem przymierzała kapelusz. Poliński
+świecił jej lampą, ja stałem z drugiej strony, trzymając zarzutkę.
+Władek, który się wcześniej był ubrał, chciał się do niej zbliżyć. Pod
+pozorem, że będzie pieszczotami przeszkadzał, a czas już iść, nie
+dopuszczałem go do niej--pierwszy raz mogłem go nie dopuścić. Pchnął mię
+kilka razy, naturalnie żartem. Nie drgnąłem z miejsca. Po tej utarczce
+byłem bardzo blady: to z zadowolenia, żem był silniejszy--i z odwagi.
+Ściskałem bokser w ręku.
+
+Wyszliśmy we troje od Polińskiego i najpierw odprowadziliśmy Zaleską.
+Towarzyszyliśmy jej aż na schody, aby świecić zapałkami. Z Turskim
+pożegnała się już w drzwiach pokoju: w ciemności zapałki zgasły. Potem
+odprowadziłem Turskiego, który miał zdaje mi się ogromną ochotę mówić i
+wywnętrzać się--ale ja byłem milczący i zły, więc rozmowa się rwała.
+Mówiliśmy trochę o głupstwach, o Polińskim. Potem zostałem sam i
+poszedłem do domu przez Boul.-Mich. Tu jeszcze było gwarno. Studenci
+siedzieli po kawiarniach na ulicy; dziewczęta szeleszcząc tanimi
+jedwabiami uwijały się z kwiatami w rękach, goniły się po kilka razem
+lub zaczepiały znajomych _amis_. Widok ten oblał mię jakby żarem. Odgłos
+pieszczot przez wieczór cały rozkołysał mi zmysły, bolesny zawrót
+ogarnął je, obudziła się żądza. Ani cienia rozkoszy nie było w tem
+pożądaniu: nic, tylko nieprzeparta, maniacka chęć, aby ściskać, chwytać
+jakieś ciało, ślizgać się po niem ustami, stopić się z niem, i giąć i
+ginąć w nierozplecionych skrętach. Oczy zaczęły mi płonąć i piec
+powieki: żar mię owionął duszny, jaki czasem przed burzą spada z
+pochmurnego już nieba. Widocznie, że nie mogłem ukryć, co się ze mną
+dzieje, bo kilkanaście dziewcząt zaczepiło mię odrazu. Wszedłem do Café
+d'Harcourt. Tam gwar był jeszcze większy. W kącie przy stoliku siedziała
+z jedną z »koleżanek« i jakimś studentem, Gabryela. Zbliżyłem się do
+stolika. Gabryela, widocznie nie mając zamówienia, zerwała się, rzuciła
+mi się na szyję, zaczęła mię zasypywać pocałunkami i wymówkami, żem tak
+dawno u niej nie był; siadła mi wreszcie na kolanach i zaproponowała,
+żebyśmy wypili butelkę Chablis z ostrygami. Powiedziałem jej do ucha, że
+nie mam czasu ani ochoty, i że muszę i chcę wyjść natychmiast i żeby
+szła ze mną, jeśli jest wolna.--_Pour toi, chéri!_ Zgodziła się wyjść
+odrazu. Wyszliśmy; para przy stoliku zaśmiała się za nami w głos: _Vous
+êtes bien pressés, vous autres!_
+
+Po chwili byłem u Gabryeli. Mieszka zawsze bardzo blisko: na rue
+Tournon. W obu pokojach u niej był straszny nieład i zaduch. Zdejmując
+zarzutkę i stanik opowiadała mi, że wczoraj wróciła bardzo późno z
+Bullier i musiała przyjąć na noc jedną koleżankę.--_Une amie c'est pire,
+qu'un ami, tu sais?_ Wstały bardzo późno i nie było już komu sprzątać.
+
+Gabryela postawiła świecę na stoliku nocnym i zaczęła porządkować i
+układać pierzyny i poduszki rozrzucone po łóżku. Siadłem w sypialni na
+fotelu i patrzyłem bezmyślnie. Na toalecie leżał rozsypany puder
+fiołkowy i woń koło siebie roztaczał... Ta woń sprawiła mi ból prawie i
+zdławiła odrazu pół żądzy. Fiołki... ulubione perfumy Zaleskiej.
+
+Tymczasem Gabryela ułożyła łóżko, zakrzątnęła się jeszcze po pokoju,
+wypiła zapomniany gdzieś na stole kieliszek likieru i pocałowawszy mię
+głośno w usta, zaczęła się rozbierać, ziewając:
+
+--_On est rentré tard, je t'avais dit._
+
+Nie ruszyłem się z miejsca.
+
+Gabryela rozebrana wskoczyła na posłanie i wyciągnęła się jak długa.
+Koszula odpięła się jej na ramieniu i prawa pierś wychyliła się okrągle.
+Bodaj zrobiła to naumyślnie, bo ma i pierś i ramię prześliczne. Biodra
+smukłe rysowały się przez batystową koszulę wyraźnie. Twarz jej
+zasłaniał cieniem róg poduszki.
+
+Patrzyłem jeszcze chwilę na nią, i żądza znowu ogniem mię przebiegła.
+Zerwałem się ubrany jeszcze, aby całować, ująć, pochwycić to ciało,
+które ku mnie wynurzyło się z bieli. Wpijałem usta do jej ust i
+piersi... gdy ostatnia zabłąkana smuga fiołkowej woni owinęła mi duszę i
+dusić poczęła mi oddech:
+
+Zamiast Zaleskiej biorę prostytutkę...
+
+Żądza zgasła--jak zdmuchnięta świeca. Łzy schwyciły mię za gardło,
+wybuchnąłem płaczem, rykiem ohydnym, niepowstrzymanym.
+
+--_Mais qu'as tu donc? T'es fou._
+
+Tak!... Uciekłem, zbiegłem ze schodów, jak szalony--jestem w domu,
+zamknąłem się na klucz. Łzy już wyschły--ale palą. Wycisną mi chyba na
+licach pod oczami piętno na wieczność całą. Wszystka duma moja stopiła
+się w tych łzach. Ktoby chciał, mógłby plunąć mi w twarz, bo tak płacze
+tylko niemoc, nędza, miłość, która nawet przed ulicznicą nie wstydzi się
+hańby, że jest pogardzona.
+
+Więc ją kocham? Kocham Zaleską?--Zapewne.
+
+
+_Dnia 15 stycznia._
+
+Od kilku dni kręci mi się przed oczami jedna myśl, decyzya prawie,
+zagadnienie. Czy ja mógłbym Zaleską uwieść? Jest-że to możliwe, czy też
+nie? Wzgląd na Władka nie gra tu żadnej roli; nie uznaję innego
+obowiązku, oprócz swej chęci, i on może tu być najwyżej przeszkodą lub
+tryumfem. Idzie tylko o to, czy rzecz jest możliwa.
+
+Badałem szanse. Ona jest zakochaną, prawie bez pamięci--to jest źle; są
+dopiero zaręczeni i mają tak zostać długo--to jest dobrze. Jestto bowiem
+ciągłe podrażnienie nie zaspokojone, ciągły śpiew na wysoką nutę, który
+nuży gardło. Może nadejść taka przelotna chwila, gdy ona poczuje, że
+śpiewak jest zmęczony i trzeba go zluzować: to może być podwaliną
+zwycięztwa.
+
+Jestem raczej brzydki, niż piękny, ale nie mam w sobie nic odrażającego
+i siły mi nie brak. Jestem wymowny i mam pewną aureolę talentu, która
+może mi pomódz. Zobaczę, czy muza moja zdatna na stręczycielkę. Jestem
+wytrwały... Zdaje mi się, żem sobie nie podchlebił.
+
+Właściwie rozumowanie jest tu niepotrzebne. Nie ma rzeczy niemożliwych,
+są tylko bardzo trudne. Im większa stawka, tym większa wygrana. Zacznę.
+Jeśli przegram, nie stracę nic, bo nic nie mam. Jeżeli wygram... Tak
+cicho, abym sam siebie nie słyszał, szepcę czasem słowa, które wtedy na
+usta mi wystrzelą. Może jakaś nowa moc, wielkość zrodzi się we mnie,
+krwią i ciałem nasyci me widmo, i stworzy, i przywoła do życia. Może ona
+jest życiem--i dla tego bez niej zewsząd jest tylko trwoga, rozpacz i
+śmierć. Więc trzeba działać, bo lepszy jest zły czyn od najpiękniejszego
+marzenia.
+
+Zastanawiałem się już nad sposobami wykonania planu. Roztrząsam to na
+zimno, jak równanie. Droga gwałtowna, zaklęcia, listy jest wykluczona.
+Ona jest na to za łagodna, za dobra i trochę... za głupia. Zresztą...
+Władek. Działać można tylko powoli, zwolna, krok za krokiem, jak fala,
+która pieści i podmywa brzegi, zanim je zatopi. Należy im nie odmówić
+tej przyjemności, którą tak lubią, i żyć z nimi, jak najbliżej. Trzeba
+wejść do tej rodziny... we troje, aby później zostać można bez
+trzeciego.
+
+Ta droga jest przykra i grozi mi paleniem skroni przez czas długi, lecz
+jest jedyna, a zatem dobra.
+
+Będzie to... ćwiczenie z algebry psychologicznej.
+
+
+_Dnia 16 stycznia._
+
+Wczoraj byłem z nimi w teatrze. Kupiłem bilety; dla Zaleskiej
+przyniosłem mój zwykły bukiecik. Działałem w myśl swego planu, choć
+coraz więcej widzę, że _contra spem spero_. I on, i ona są jakby
+opętani; wszystko, co się koło nich dzieje, dochodzi ich, jakby
+stłumione i dalekie. Szedłem przy niej, ale wszelka rozmowa, zarówno we
+dwoje, jak i we troje rwała się bez przerwy, jak między obcymi. Były
+chwile w tej drodze, że mi ręce drżały, jakgdybym chciał schwycić--wroga
+lub siebie--za gardło i zadusić. W teatrze oni mieli oczy spuszczone i
+trzymali się za ręce pod parapetem. Ja... ja słuchałem opery i na moją
+duszę, nie przeszkadzałem im wcale. Wracając mówiliśmy trochę więcej...
+o muzyce, o poezyi, o sztuce. Władek, który nieco ochłonął i bardzo
+lubi moje wiersze, prosił mię, abym im coś powiedział. Naturalnie
+zgodziłem się chętnie i powiedziałem ten smutny, napisany na Wiliją.
+
+ Na niebie mojem chmury...
+
+Wiersz się jej podobał, tylko się dziwiła, czemu piszę takie rzeczy
+ponure i rozpaczliwe. Czy mi źle z nimi, wśród przyjaciół? Piekło! Ale
+Władek, który mię kocha coraz więcej, ogłosi mię niedługo za pierwszego
+poetę w Polsce.
+
+Kiedyśmy doszli do domu, Zaleska przypomniała sobie, że nie kazała
+zapalić w piecu i w pokoju będzie zimno. Władek wszedł z nią na górę,
+aby rozpalić ogień. Czekałem na niego kilka minut, aż wreszcie znudziło
+mi się stać na mrozie, znudziło czysto fizycznie--i odszedłem. Chodziłem
+długo nad Sekwaną i myślałem. Myślałem, dla czego Sekwana nie zalewa
+brzegów.
+
+................................
+
+Przed chwilą wyszedł ztąd Poliński. Przybiegł z plotką. Spotkał się na
+obiedzie z Turskim. Turski był strasznie zgorączkowany: biega po
+wszystkich urzędach Paryża, wyrabia dla siebie i narzeczonej dokumenty.
+Ślub odbyć się ma koniecznie jeszcze w tym miesiącu.
+
+Czy rozumiesz?
+
+Czy rozumiesz, ty podła, trupia masko!?
+
+
+
+
+HAMLET.
+
+
+Hamlet.
+
+Dyrektor wielkiej przędzalni Senger & C-ie w Pabianicach wstał, jak
+zwykle, o godzinie siódmej. Buty elegancko świecące i ubranie
+przygotowane były z należytą punktualnością.
+
+Kawa, której dyrektor wielkim był amatorem, była mocna; masło--świeże i
+zimne, bułki--chrupiące; posiłek ranny najmniejszego powodu
+niezadowolenia mu nie dał. Pokrzepiwszy się, dyrektor włożył kapelusz,
+przejrzał się w lustrze, musnął cokolwiek siwiejące już wąsy, i
+widocznie zadowolony ze swej postaci, wolnym krokiem do fabryki się
+udał. Tam też wszystko we wzorowym znajdowało się porządku: maszyny były
+w pełnym biegu, robotnicy na miejscach swoich. Dyrektor obszedł
+wszystkie sale, wydał parę drobnych rozporządzeń, zajrzał do wydziału
+administracyi, gdzie go o niewielkiej, zawsze jednak korzystnej zwyżce
+zawiadomiono; w końcu wrócił do swego laboratoryum, gdzie się główne
+jego zajęcie skupiało. I tu miara powodzeń się nie przerwała;
+przeciwnie, wiadomości były pomyślniejsze jeszcze niż w fabryce. Zaraz
+na wstępie powitał go pomocnik chemika radosną nowiną, że nowa farba
+»trzyma«. Nowa farba była własnym pomysłem dyrektora, który od dawna się
+trudził, aby drogą, rektyfikowaną benzynę tańszymi materyałami zastąpić.
+Długie były niepowodzenia, zanim przed tygodniem udało się otrzymać
+równie piękny błękit, jak ten, który znacznym kosztem z zagranicy
+sprowadzano. Pozostawało zbadać, czy barwnik da się do tkanin
+zastosować. Dyrektor zrzucił marynarkę, wdział ceratowy fartuch, i z
+namaszczeniem zasiadł do pracy przed stołem zastawionym próbkami,
+kolbami, flaszkami. Robota aczkolwiek nie trudna, zajęła jednak dość
+czasu. Trzeba było z każdej flaszki wylać kropel parę na długie
+zabarwione nową farbą paski sukna, suszyć je na słońcu, badać przez
+szkła, zapisywać i porównywać rezultaty. To też kiedy dyrektor próby
+swoje skończył i z lubością na fotelu się przeciągnął--było południe.
+Rozległ się dzwon oznajmiający robotnikom obiad i godzinny odpoczynek.
+Dyrektor spojrzał na zegarek, przekonał się, że sygnał obiadu dany
+został punktualnie i zaczął się namyślać, co robić z dwiema godzinami,
+które mu jeszcze do chwili obiadu pozostawały. Pracę skończył, do domu
+nieuporządkowanego wracać nie lubił, zdecydował się więc wstąpić do
+biblioteki.
+
+Biblioteka była dziełem samego dyrektora, który w początkach swego
+dyrektorstwa dość żywo pamiętał o hasłach młodzieńczych. Obejmując swoje
+obowiązki, wymógł na kompanii kapitalistów, że dali na bibliotekę salę i
+zgodzili się z rocznego obrotu pewną sumę na zakup książek wyznaczać.
+
+Bibliotece tej z zapałem założonej początkowo nieźle się wiodło; były
+książki, byli i czytelnicy. Powoli jednak, bez widocznego powodu, jad
+ospałości się wcisnął; robotnicy wrócili do szynkowni, oficyaliści do
+kart, książek kupowano mniej, i już od roku rzadko można było kogo
+zastać w bibliotece. Gdy dyrektor wszedł do sali, pustka tam panująca
+niemile go uderzyła: był to pierwszy wyłom w murze zadowolenia, które od
+rana duszę jego otaczało.
+
+Wziął ze stołu »Kuryer« i zabrał się do czytania: warszawska brukowa
+gazeta stanowiła jedną z jego potrzeb. Przeczytał sumiennie pełną
+animuszu kronikę polityczną, przerzucił część rozporządzeń urzędowych,
+doszedł do doniesień osobistych, gdzie na pierwszem miejscu, wyczytał:
+»Znakomity profesor uniwersytetu w Bonn p. Zygmunt Rosicki na dni kilka
+do miasta naszego zawitał. Z Warszawy udaje się na letni wypoczynek do
+majątku swojego w kieleckiem«.
+
+Wiadomość ta zastanowiła dyrektora. Rosicki był jego uniwersyteckim
+kolegą, i dźwięk tego nazwiska odrazu przerzucił mu myśli o dwadzieścia
+lat wstecz, w dawno upłynione chwile wspólnie spędzonej młodości.
+Napróżno próbował czytać dalej. Wspomnienia, pełzając jak węże, jedno po
+drugiem wślizgiwały mu się w duszę. Odłożył gazetę, machinalnie podszedł
+do okna, spojrzał na podwórze, gdzie grupami siedząc na cegłach
+obiadowali robotnicy, i począł chodzić zwolna po pustej, cichej sali.
+
+Przeszłość daleka i zwykle zamglona, odżywała nagle w oderwanych
+obrazach jaskrawych i światła pełnych. Przemyślane marzenia, uczucia
+przecierpiane, zdarzenia przeżyte, to, co powiązane i spojone, zda się,
+w jedną całość, stanowiło jego przeszłość, jego życie, powstawało
+rozbite na części i porozrywane: jedno życie rozkładało się na sceny
+obce sobie, jak figury kalejdoskopu.
+
+Jak dawno, jak dawno był tym młodzieńcem, pełnym wygórowanych acz
+nieświadomych nadziei, niespełnionych marzeń, młodzieńcem, któremu wolno
+nie mieć jeszcze wspomnień, żelaznym ciężarem kładących się na duszę! I
+wyobraźnia rysowała mu własną jego postać, nie tę, jaką widział w
+lustrze i której kłaniali się obywatele pabianiccy, lecz tę, która tam
+przed laty, w starych murach akademickiego grodu, myślała i żyła,
+cieszyła się z pochlebstw przyjaciół, cieszyła sie z śpiących na dnie
+piersi sił, które ockną się kiedyś i pójdą niewiadomo gdzie, lecz zawsze
+po zwycieztwo. Młodość jest wielkim czarodziejem. Lekkomyślnie i
+nieświadomie upiększa sobie życie potęgą wielkich słów, których
+działania zda się niewiedzieć, jak lufa nie zna działania zabójczych
+kul, które wyrzuca. Miłość, rozkosz, sława, społeczeństwo,
+ludzkość--wszystkie hasła, które dla dorosłego człowieka, świadomego cen
+życia, rzadkim są pokarmem, dla młodzieńca zwyczajna to strawa. Uścisk
+służącej w ważkim korytarzu--to miłość; serdelek pokropiony szklanką
+piwa--to rozkosz; wierszyk zaśpiewany kolegom--sława. Błogosławione
+kłamstwa! ... lecz biada tym, którym ambitna żądza zapomnieć nie da, że
+te słowa--to tylko fałszywie ponaklejane etykiety, które odjąć trzeba,
+gdy handel idzie na seryo. Ci zechcą w życiu, tak jak w młodości:
+rozkoszy, miłości, sławy ... i życie im nie odmówi: dostaną małżeństwo z
+przyzwyczajenia za miłość, drugorzędną restauracyę za rozkosz,
+kuryerkową pochwalę za sławę. Rosicki znakomitym uczonym! Dobre to
+kadzidło dla tłumu, który zapomni o tej sławie, jak zapomni o dźwięku
+nazwiska, którego nie słyszał nigdy. On przecież wiedział, bo za ruchem
+naukowym śledził machinalnie, co to za sława ta i setki jej podobnych.
+Całe życie spędzone w jednej myśli, poświęcone odnalezieniu jednego
+prawa, jednego objaśnienia, cała praca rozpalonego przypływem krwi
+mózgu, oczu roziskrzonych nadzieją odkrycia--zaklęta w długich szeregach
+cyfr i wierszów, które przeczyta równy autorowi szaleniec po to, aby
+nazwać prawa pierwszego błędem, rachunki--fałszem, oczekiwania--ułudą. A
+nad obydwoma za lat parę przejdzie potężnie tłoczący walec czasu; ktoś
+jeszcze może o nich wspomni, choć dla niego życia w pracach ich nie
+będzie. Minie jeszcze lat kilka i nazwiska ich porosną wiecznem
+zapomnieniem, jak zarasta wydeptana w trawie nogą wędrownika ścieżka, po
+której nikt nigdy nie przejdzie. Oto był los tego, na kim w młodych
+latach zdawał się leżeć promień nieśmiertelności, on to był przecież,
+który w ciszy pokoju, oderwawszy się na chwilę od pracy, mówił do siebie
+cichemi i drżącemi ustami, że ślad jego nie zaginie, że ręka, która
+wyrwie naturze prawdę, sterczeć będzie świetlana z nocy zapomnienia
+długo, długo--może wiecznie. A jednak ten homunkulusowy gieniusz był
+szczęśliwy; dyrektor widział go przed rokiem: był przekonany o ważności
+i potrzebie prac swoich, wierzył w miniaturowe prawdy, które głosił, był
+upojony wzmiankami i pochwałami gazet. Był szczęśliwy--szczęśliwością
+skazańca, który idzie na nieznaną śmierć z zawiązanemi oczami. Dyrektor
+czuł teraz dla przyjaciela swego dziwną zazdrość, której mękę łagodziła
+tylko wyrafinowana rozkosz i duma, że on tak szczęśliwym być nie mógł.
+On widział teraz, gdy wspomnienia młodości wionęły mu na duszę, jak na
+spopielone ognisko, gdy w roznieconym ogniu odżyły dawne marzenia, że
+życie ich zawiodło, nie dało im nic, nie zbliżyło na krok do wielkich
+świateł, ku którym płynąć chcieli.
+
+Z gorączkową niecierpliwością, zagłębiony w siebie, zaczął rozdzierać na
+kawały swe życie, badać każdą chwilę, każdą myśl, każde wzruszenie,
+wszystko, co przeżył przez lat dwadzieścia. Badana z nienawiścią,
+oświecana blaskiem znów rozgorzałych marzeń powstawała teraz przeszłość
+o barwach trupich, o kształtach zgiętych i spodlonych.
+
+Jakiem było to jego życie, za które go chwalono i na wzór dorastającej
+okolicznej młodzieży podawano!.. Czyż od chwili, kiedy po raz ostatni z
+murów wszechnicy zabrzmiały za nim hasła świetnej młodości, nie był to
+jeden nieprzerwany upadek, powolne pogrążanie w trzęsawisku codziennych
+trosk i codziennych rozkoszy? Czyż od dnia, kiedy rozpoczął samodzielny
+żywot i wstąpił do fabryki, początkowo jako bezpłatny praktykant, miał
+chociaż jedną chwilę, które; by mógł powiedzieć: »stój jesteś piękną«? O
+tak; przebiegał szybko stopnie hierarchii fabrycznej, aż dziś stanął na
+jej niewysokim szczycie; miał coraz, więcej pieniędzy i coraz mniej
+marzeń i nadziei, jadał coraz lepsze kolacye, spędzał noce u coraz
+droższych dziewczyn. To były rozkosze jego kawalerskich czasów; a prace?
+Pracował nad farbowaniem perkalu od rana do wieczora, wynalazł nowy
+błękit, doglądał biblioteki, założył szkółkę. Pusta sala czytelniana i
+szkółka z dziesięciorgiem leniwych dzieci, to było wszystko, co w życiu
+swem stworzył i czego dokonał... Później znudziły go kolacye i
+dziewczyny, znudziła samotność obszernego mieszkania, więc postanowił
+się ożenić. On, którego wyśmiewali trochę koledzy za romantyzm, za to,
+że szukał w kobiecie poezyi, niepowszedniego wdzięku, ożenił się z
+najprzeciętniejszą panną, córką swego byłego zwierzchnika, ożenił z
+nudów i przyzwyczajenia, bo swoją przyszłą codzień przy obiedzie
+widywał. O miłości, uczuciu, o namiętnem, pełnem męki pożądaniu nie było
+tam mowy. Było to małżeństwo jakich wiele, jakie wszystkie.
+Przyzwyczajenie, przyjaźń, oparta na przyzwoitości, sympatya towarzyska
+była jedyną treścią ich stosunku. Pożycie małżeńskie płynęło im
+spokojnie i szczęśliwie, od chwili kiedy ją, wiedzącą wszystko z książek
+i ledwie drżącą wprowadził po raz pierwszy do sypialni, aż do dnia
+dzisiejszego, kiedy posuwający się wiek rzadszymi uczynił wybuchy
+czułości. Nie zdradziła go żona--wiedział o tem; nawet myśl podobna nie
+przesunęła się nigdy przez jej umysł; był że to dowód miłości i
+przywiązania? Chłodne z natury miała zmysły--a zresztą na tem pustkowiu,
+gdzie się osiedlili, nie miała z kim go oszukiwać; nie upadła, bo droga
+jej była równa i prosta.
+
+I poczuł nagle dziką złość do kobiety, która była jego żoną, złość za
+wszystkie niedoznane pieszczoty miłości i męki zdrady, za dziesięć lat
+spokojnego filisterskiego szczęścia w zawsze ciepłych i zawsze otwartych
+ramionach.
+
+Nie, nie miał racyi złorzeczyć jej. Czyż nie dbała o jego wygody, czyż
+nie dawała mu dowodów uległości, czyż nie obdarzyła go dwojgiem dzieci,
+które od lat ośmiu krzykiem, i kłótniami dziecięcemi zapoznawały go z
+rozkoszami ojcostwa? Myśl o dzieciach przywiodła mu na pamięć, że
+obiecał był wcześniej do domu powrócić i po obiedzie z rodziną udać się
+do pobliskiego lasu. Nagle wyobraźnia, jak znarowiony koń rzuciwszy się
+w bok, jaskrawo i dobitnie przedstawiła mu obraz takiej rodzinnej
+wycieczki...
+
+...Po rżysku, oblanem promieniami zachodzącego słońca, idą dzieci,
+prowadzone przez guwernantkę; za nimi w odległości kilku kroków, on, pod
+rękę z żoną, której nie ma nic do powiedzenia, prócz zapytań, co będzie
+dziś na kolacyę lub jutro na obiad. Słońce rzuca coraz krwawsze blaski,
+z ziemi wilgotnej po deszczu powstają fioletowe opary, nadając odległym
+drzewom fantastyczne kształty widm; zbliża się pełna uroku godzina
+zmierzchu; oni nie widzą, nie czują, wszyscy idą spiesznym krokiem,
+skarżąc się na zimno: herbata na wieczerzę przygotowana, wystygnąć może.
+Nie takiem okiem i sercem spotykał niegdyś wschodzącą noc!!...
+
+Wzdrygnął się przed tym obrazem dyrektor, i jakby pragnąc odeń uciec
+wyszedł gwałtownie z sali. Chciał iść gdziebądź w pole, ale mimowoli
+tyloletniem przyzwyczajeniem wiedziony skierował się przez podwórze do
+domku swego, naprzeciw fabryki. Nie widział ukłonów składanych mu przez
+robotników i oficyalistów, przeszedł ogródek, który dworek jego otaczał,
+i przez podjazd szybko wbiegł na schody, prowadzące do mieszkania;
+nerwowo, silnie, dwukrotnie zadzwonił. Po chwili drzwi się otworzyły. W
+drzwiach ukazała się sama pani domu, elegancko ubrana; w ręku trzymała
+miotełkę--znak, że mimo kokieteryjnego stroju, gospodarskich kłopotów
+jeszcze nie ukończyła. Powitała męża zwykłym uśmiechem i wyciągnęła doń
+usta dość jeszcze świeże i ponętne. Dyrektor nie miał jednak humoru do
+pieszczot. Na uśmiech nie odpowiedział, usta pocałował machinalnie bez
+zwykłej czułości, i nic nie mówiąc wszedł do swego gabinetu. Żona nie
+próbowała nawet pytać o przyczynę złego humoru, wiedziała, że mąż
+najłatwiej sam się uspakaja, zamknęła więc drzwi i do przerwanej roboty
+wróciła.
+
+Dyrektor tymczasem dalekim był do uspokojenia; przeciwnie, spotęgowały
+się jeszcze rozstrój i niezadowolenie z siebie w domu, gdy codzienne
+życie mocniej go objęło. Przeszedł kilkakrotnie pokój szybkimi krokami,
+rzucając dla siebie tylko zrozumiałe wyrazy; w końcu zmęczony usiadł
+przy biurku i znów zagłębił się w ponurą zadumę.
+
+Tak; zmarnował życie; czuł to aż nadto dobrze; zapóźno już teraz, gdy
+czwarty krzyżyk do ziemi go przygniata, nowe zaczynać. Zresztą, czyż
+warto? Gdzież pewność, że nie byłby po raz drugi zawiedziony gorzej, niż
+teraz? Gdyby można porzucić szalone marzenia, zgodnie zadawalniać się
+tem, co życie dało: spokojnem ciepłem domowego ogniska, względnym
+mieszczańskim dobrobytem, tem wszystkiem, co położenie jego dla wielu
+zazdrości godnem czyniło! Nie czuć, nie myśleć, nie przypominać sobie...
+w bezmyślnym spokoju dobrze karmionego zwierzęcia korzystać z okruszyn
+życia byłoby najlepiej! Wszak upływały całe lata, kiedy podobne myśli do
+głowy mu nie przychodziły, gdy żył, jak inni, z zimną głową i jak inni
+był szczęśliwy. Niestety, spokój długich lat zatruć mogła jedna taka,
+jak obecna, godzina.
+
+Bezcelowy wzrok podniósłszy z ziemi, obrzucił nim cały pokój: wstrętnemi
+mu były drogie obicia, sztychy na ścianach, świecidełka stojące na
+biurku, te wszystkie oznaki średniej zamożności, upiększającej swe
+siedlisko parodyą bogactwa i sztuki. Od figurki saskiej wzrok jego
+przesunął się po biurku i padł na rozłożoną książkę. Książka ta zwróciła
+jego uwagę. Przypomniał sobie, że ubiegłego dnia wieczorem czytał w
+gabinecie, lecz co, nie pamiętał. Wziął rozwartą książkę, spojrzał w
+nią--był to tom poezyi Krasińskiego. Oczy jego błądziły chwilę po
+otwartej stronie, w końcu zatrzymały się, jakby przykute: »Trzeba być
+Bogiem lub nicością«.
+
+...Tak, gdyby, nawet całkiem inaczej życiem swem pokierował,
+niezadowolenie, wieczny wielkich żądań towarzysz, nie odstąpiłoby go ani
+na chwilę... Teraz zrozumiał się jasno. »Trzeba być Bogiem, lub
+nicością«.
+
+Bogiem niemożliwa, nicością zostać łatwo. Jedna krótka chwila bólu,
+chwila pasowania się życia ze śmiercią i później wieczna noc: zniknie i
+rozprószy się, jak zdmuchnięty płomień.
+
+Pociągnęła go ta myśl. Napróżno? nadludzkim wysiłkiem duszy chciał
+odczuć to, co będzie czuł, gdy czuć przestanie, chciał Odczuć siebie,
+jako zimnego trupa; wyobraźnia smagana biczem woli, cofała się z
+drżeniem przed nieuchwytnością śmierci. A jednak ten przeraźliwy spokój
+i cisza nęciły go coraz więcej. Leżeć tak z zamkniętemi oczami, z
+rozchylonemi usty, z pogardliwym uśmiechem dla wszystkich rozkoszy i
+zgryzot, które po jego śmierci, jak dawniej, będą dusiły ludzi w
+wiecznej z sobą walce, wyrwać się wszystkim myślom, które dręczą, uciec
+tam żalowi za młodością, za siłami, które znikły, za marzeniami, które
+się rozpłynęły--co za rozkosz! Czyż nie przyjemna, że śmierć jego
+zadziwi wszystkich, śmierć człowieka, który był bogaty, młody,
+szczęśliwy, że go zaczną podziwiać, zanim nie nazwą głupcem, łub
+waryatem, bo rozumieć nie będą?
+
+Dyrektor otworzył szufladę, wydobył mały błyszczący rewolwer i z uwagą
+zaczął mu się przypatrywać. Rewolwer był nabity: jeden otwór bębenka
+ukryty w lufie, pięć innych świeciło niklowymi stożkami kul. Dość
+zbliżyć lufę na odległość cala, potem jedno pociśnięcie, jeden błysk i
+grom, jedno uderzenie krótkie i druzgoczące, a kula przebije skórę,
+wciśnie się w warstwy mięśni, strzaska szaniec kości, aż zmęczona walką,
+obmytą w krwi odpocznie w miękkich zwojach mózgu. Z dziwną lubością
+zatrzymał się na tym obrazie. Widział się leżącym na kanapie z ustami
+szeroko rozwartemi, pełnemi na wpół skrzepłej krwi, z rysami
+wykrzywionymi przez ból, z ręką daleko odrzuconą, z rewolwerem w
+kurczowo zaciśniętej dłoni. Widział naokoło siebie domowników, zbiegłych
+na odgłos strzału, żonę ze łzami w oczach, dzieci przerażone nowością
+widoku, sługi, zaglądające ciekawie przez uchylone drzwi, i gdy naokoło
+niego krążyć będzie ten cały tłum, pełen zgryzot i kłopotów, które jutro
+już inne zastąpią, pełen szczerego smutku, skazanego na prędkie
+pocieszenie, on leżeć będzie spokojny i pogardliwy. Nawet ta myśl, która
+często głowę mu rozsadza, ta myśl, że śmierć--to ostateczny koniec jego
+istnienia, przerwanie gwałtowne jego ja, które myśli, czuje i chce,
+nawet ta myśl, która dziś jest w nim nie przeciśnie się przez spokój
+grobu.
+
+Dyrektor zanurzał się w otchłań śmierci, jak pływak nierozważny idący w
+morze, które falą ruchliwą i wiotką, pieszczotliwą a figlarną otacza mu
+kolana i biodra, łechce piersi, szyję całuje, to zbliża się, to ucieka,
+a wabi zawsze. Za zmienną falą idzie odurzony pływak coraz dalej; nie
+widzi, że uciekła mu już ziemia, nie czuje, że noga dna nie chwyta, że
+fala do ust mu się skrada, tysiącem pereł oczy mu oślepia, do uszu
+rozkoszne obietnice szepce. Jeszcze jeden krok--i roztwiera się toń,
+która ma go schłonąć. Dyrektor zbliżył się już do tej granicy. Żądza
+spokoju, niebytu, coraz potężnie; ogarniała mu duszę; błyszcząca lufa,
+świecące ostrza kul zdawały się go hypnotyzować i usypiać zwykle nie
+drzemiącą chęć życia. Wolną bezmyślna ręka zaczął kręcić bębenek
+rewolweru; słuchał chrzęstu, jaki wydawała każda kula, stając przed
+otworem lufy i znów przysuwał do lufy następną, jakby nie wiedząc,
+której poruczyć wykonanie nieświadomego jeszcze, choć już zapadłego
+wyroku. Znów obrócił bębenek dokoła; teraz wybierze trzecią kulę. Trójka
+była zawsze jego ulubioną liczbą.
+
+Nagle zapukano do drzwi. Cienki dziecięcy głosik odezwał się: »Tatusiu,
+mama prosi na obiad«.
+
+Na dźwięk głosu dyrektor wzdrygnął się i rewolwer prędko rzucił na stół,
+jak żak schwytany na gorącym uczynku. Spojrzał na zegarek. Była druga:
+obiad podano punktualnie, godzinę już rozkoszował się przedsmakiem
+śmierci. Ale teraz wykonać zamiar jawnem było niepodobieństwem: cały
+obraz, który sobie wymarzył i ukochał, mógłby ulec zmianie: zresztą
+dziecko przeraziłoby się strzału i strasznego widoku trupa. Nie iść na
+obiad nie można; przyjdzie żona, zapyta o powód, zobaczy rewolwer; jeśli
+się domyśli lub przeczuje, zaczną się płacze i spazmy. Najlepszem więc
+zdało mu się udać spokój i siąść do stołu a zamiaru zaraz po obiedzie
+dokonać.
+
+Dyrektor wstał, twarz do zwykłego wyrazu ułożył, rewolwer schował i
+wyszedł do jadalnego. Dzieci pocałowały go w rękę i zaczęły gwałtownie
+wspinać się na swe krzesełka. Jadalnia mimo jego woli przyjemne na nim
+sprawiła wrażenie: uderzyły go mile jasne tapety, których barwę
+podnosiło łagodne światło słoneczne, przecedzone przez gęste story,
+uderzył go zapach róż z bukietu, stojącego na kredensie. Duży stół
+czysto był nakryty i symetrycznie zastawiony srebrnymi przyborami; na
+środku pyszniła się waza; pokrywa broniła jeszcze parze wydostać się z
+ukrycia i roznieść po pokoju woń podanej zupy.
+
+Cały ten widok zamożnej jadalni podczas smacznego obiadu bił żywo w
+najgłębsze struny ludzkie; zwierzęcości, zdawał się wysławiać wszystkie
+rozkosze jedzenia... jak zachwycone nozdrza rozszerzają się z lubością,
+aby wciągnąć podniecający aromat; język wybredny kochanek, krótko się
+pieści z każdym kąskiem, lecz i w szybkim uścisku potrafi wyssać całą
+skalę uniesień; żołądek mniej zręczny i gibki zadawalniać się musi
+odpadkami języka, aż wreszcie zlekka wzdęty nakaże koniec biesiadzie.
+Ciepłe strumyki rozchodzą się po całem ciele, tysiącznemi korytami do
+serca i mózgu, do piersi i ręki biegnie od żołądka radosna wieść, dobra
+nowina: »jestem zdrów i pełen«. Serce chciało kochać i cierpieć,
+mózg--zwyciężać i ginąć, ręka--tworzyć i opadać; żołądek zmusił ich do
+milczenia, on sam tylko jest panem.
+
+Dyrektor siadł. Czuł, że myśli, które w głowie ułożyły się w systemat i
+żądały wniosku, pierzchnęły, jakby wsiąkły w parę, buchającą z wazy i
+jak mgła rozprószyły się w nicość; czuł, że _ten on_, który z zimną
+krwią przykładał rewolwer do ust, wymykał mu się; napróżno go
+przywoływał; czuł, że gdyby nim był teraz, wśród żony i dzieci, udawałby
+tylko. Chciał się gniewać na siebie i oburzać--nie mógł.
+
+Rozlano zupę. Żona wybrała mu najładniejsze i najcieńsze uszka.
+Machinalnie wziął łyżkę, zanurzył w talerz i poniósł do ust. Gorący,
+ostry, zaprawny korzeniami barszcz, jaki bardzo lubił, połechtał mu
+podniebienie. Myśli, które jak ćmy płomień otaczały go przed godziną,
+pierzchnęły jeszcze dalej; jeszcze jedna łyżka--już ich nie widać, tylko
+cień ich padał mu wciąż na duszę; jeszcze jedna--i cień zniknął, jak
+ostatnia chmura po letniej burzy.
+
+Dyrektor się uśmiechnął: był to znak pożegnania dla znikomych
+przywidzeń, pobłażania dla siebie; z tym uśmiechem spojrzy teraz w
+przeszłość.
+
+Wziął jeszcze parę łyżek, zaśmiał się do żony, poklepał ją po ramieniu i
+do dzieci zawalał: »No dzieci zaraz po obiedzie mi się ubrać i marsz na
+spacer«.
+
+Barszcz był tak smaczny.
+
+
+
+
+PRZYSIĘGŁY.
+
+Przysięgły.
+
+
+_Dnia 5 maja._
+
+Skazaliśmy go na śmierć. Sprawa była tak prosta, że obrady nasze, nie
+wiem czy pół godziny trwały. O piątej popołudniu przewodniczący wręczył
+nam pytania i objaśnił, co każde z nich znaczy i jakie za sobą pociąga
+skutki, a już przed szóstą oddaliśmy nasze głosy. Na wszystkie pytania
+odpowiedzieliśmy _tak_, jednomyślnie. Nawet doktór Kuczyński, który od
+czasu, jak się hypnotyzmem zajął, wszędzie upatruje suggestyą, nawet ten
+musiał odrzucić swą łagodność i skrupuły. Bo też rzeczywiście ani jednej
+okoliczności, zmniejszającej winę. Chłopak 25-letni, nicpoń, leniuch
+wypędzony z warsztatów za ciągle awantury z majstrami i kolegami,
+dręczył matkę, która go napominała; ostatni, ciężko zapracowany grosz od
+niej wyłudzał, aż wreszcie, aby sprzedać resztę jej rzeczy, których
+oddać nie chciała, zabił ją trzykrotnem uderzeniem siekiery. I żeby choć
+cień skruchy. Wiedział, że kary nie ujdzie, więc, aby korzystać z
+czasu, rzeczy za bezcen sprzedał i poszedł pić do szynku ze znajomemi
+prostytutkami; u jednej z nich go znaleziono. W sądzie opowiadał o
+zabójstwie z krwią najzimniejszą, choć rozumiał dobrze co go czeka, bo
+siostrze, gdy zeznawała, pokazywał wciąż na gardło swoje, jakby chciał
+rzec: »ostrożnie ze słowami, bo powieszą«.
+
+Zresztą był spokojny. Zupełne zwierzę: zgoła uczuć moralnych; wrażliwość
+nawet zmysłowa osłabiona, dotyk nieczuły, zwyrodnienie najwidoczniejsze.
+
+Wyszedłem z gmachu sądowego z radcą Tańskim; spieszyliśmy się bardzo: o
+godzinie 12-stej zaczęło się to ostatnie posiedzenie, do godziny 6-tej
+pozostaliśmy bez jedzenia. Regulamin zabrania jadać w sądzie. Z
+prawdziwą rozkoszą wyobrażałem sobie powrót do domu. Sprawa ciągnęła się
+tydzień i przez ten czas prawie wcale w domu nie bywałem. Nie wiedziałem
+jak dzieci stoją w naukach; mały Franuś trochę kaszlał, nie zdążyłem
+nawet posłać po lekarza, z żoną od dwóch dni chyba nie mówiłem nawet.
+Wyobrażałem sobie szczekanie psa w przedpokoju, radość dzieciaków,
+uśmiech żony, że wreszcie do nich wróciłem. O samej sprawie już nie
+myślałem.
+
+Przechodząc koło sklepu z zabawkami, kupiłem dla Jasia pałasz, dla Zosi
+i Franka--łamigłówkę. Toż będzie uciecha!...
+
+Kiedy w końcu dostałem się do swego mieszkania i zadzwoniłem, zdziwiłem
+się, bo długo kazano mi czekać. Czyżby wyszli? Zadzwoniłem raz, drugi.
+Po chwili dopiero otworzono. Ani światła w przedpokoju, ani dzieci nie
+widzę, tylko słyszę z kuchni lament i płacz. »Co się stało?«--zapytałem
+przestraszony.
+
+--Hektora tramwaj przejechał i dzieci tak po nim lamentują.
+
+Odetchnąłem lżej, choć psa żal mi było bardzo, bo dziewięć lat był u
+mnie i do dzieci się przywiązał. Wszedłem do kuchni. Na ziemi leży
+Hektor z otwartym brzuchem i połamanemi nogami; dzieci nad nim
+szlochają, a żona napróżno stara się je pocieszyć, bo widzę, że sama
+zmartwiona i gdyby nie dzieci, też by się rozpłakała.
+
+Dzieci nawet nie zwróciły na mnie uwagi; zbyt były zajęte swym
+bólem.--Zły byłem, że mi się popsuła cała przyjemność, które; się
+spodziewałem. Psa mi też żal było: dziewięć lat trzymać zwierzę, to
+można je prawie pokochać.
+
+--Weźże dzieci; to nie dla nich widok, rzekłem do żony. Przemocą prawie
+trzeba je było wyprowadzić. Słyszałem przez drzwi, jak płakały.
+
+Pochyliłem się nad Hektorem, chcąc zobaczyć, czy nie możnaby go
+uratować. Żył jeszcze; widocznie bokiem na szyny upadł, bo obie tylne
+nogi były w kilku miejscach złamane i brzuch miał rozpłatany brzegiem
+koła, i trzewia przecięte zupełnie prawie z jamy brzusznej wypadły; krwi
+naokoło wylała się kałuża. Dotknąłem go ręką; drgnął, lecz już nie
+jęknął wcale. Nie ma co myśleć o ratunku. I żal mi się go zrobiło tak
+bardzo, że sam uczułem łzę w oku. Mój biedny Hektor!
+
+Trzeba go było dobić, bo inaczej mógłby parę godzin konać. Poszedłem po
+rewolwer; nie wiedziałem jeszcze, czy będę miał odwagę do psa strzelić.
+Przy pomocy służącej włożyłem go do drewnianej wanienki. Zawył, gdyśmy
+go przenosili. Na ziemi, prócz krwi, została kupka skrwawionych kiszek.
+
+Służąca wyszła z kuchni; nie chciała na ten widok patrzeć. Nabiłem
+rewolwer; czułem, że mi się mdło robi i ręka mi skacze i rewolweru
+prawie nie trzyma. Jak mogłem, psu w ucho lufę wsadziłem i zamknąwszy
+oczy, strzeliłem. Po strzale nie śmiałem otworzyć oczu. Słyszałem, że
+drzwi skrzypnęły; spojrzałem, to żona weszła. Kula rozbiła psu czaszkę;
+nie drgał już, tylko mu skóra na szyi dygotała i nozdrza trochę się
+ruszały. Trwało to chwilę--ustało w końcu. Nie żył.
+
+Wróciłem do pokoju. Słyszałem jak się żona krzątała w kuchni,
+rozmawiała ze stróżem, potem z kucharką, kazała dać obiad. Nie ma co
+mówić, ładny obiad! A ja się tak spieszyłem na ten rodzinny obiad z
+wesołymi memi dzieciakami. Dzieci wciąż ucierają nosy, jedzą, ale do
+łyżki łzy im kapią; są tak smutne, że nawet moje podarki ich nie
+pocieszyły. Żona siedzi chmurna; widzę, że jej psa żal. I mnie żal
+Hektora i zły jestem, żem sam smutny i że inni naokoło mnie smutni.
+
+Wreszcie się ten ponury obiad skończył. Wyszedłszy z sądu, cieszyłem
+się, że wieczór w domu spędzę. Nie mogłem jednak teraz usiedzieć.
+Poszedłem do kawiarni na gazety. Rzeczywiście dobrze mi się wiodło! W
+domu zmartwienie, a tu wpadli na mnie dwaj znajomi i kazali opowiadać
+wszystkie szczegóły przeklętego procesu. Przecież to była _cause
+célèbre_! I znów musiałem przeżywać te wszystkie obrzydliwości, któremi
+mi cały tydzień zajęto. Trzymali mnie do pierwszej po północy. Musiałem
+im opowiadać dokładnie akt oskarżenia, zeznania świadków, odpowiedzi
+oskarżonego, wszystko. To nieznośne. Na drugi raz po takim procesie, na
+miesiąc w domu się zamknę, o ile mi naturalnie psa znów nie przejadą.
+Wróciłem późno do domu, z bólem głowy, zły na wszystkich.
+
+
+_Dnia 6 maja._
+
+Nie wiem, czy mnie śmierć mego ulubionego psa tak rozstroiła, że dotąd
+się wzdrygam, gdy na rewolwer spojrzę, czy też dlatego, żem wczoraj do
+późnej nocy o tym procesie mówił, ale dziś od rana z myśli mi nie
+schodzi. Jestto tak męczące, to zwrócenie wszystkich myśli na jeden
+punkt, którego żadną siłą ruszyć nie można, że doprawdy mam zawrót
+głowy, jak ten, kto tak długo w jedno miejsce się wpatrzy, aż mu barwne
+kółka przed oczami skakać zaczną. i nie tylko myśli mam jakby
+zaczarowane, na zmysłach moich jakieś przekleństwo. Widzę, ależ
+najrealniej wyobrażam sobie tego Pułkowskiego zabójcę i te całe hordy
+jego przyjaciół i przyjaciółek, których tam za świadków spędzono. Nie
+jestem muzykalny, melodyi zapamiętać nie umiem, a teraz zdaje mi się, że
+mógłbym odtworzyć każdy ton jego chrapliwej mowy. Musiałem bacznie
+czuwać nad sobą, abym nie spróbował _jego_ głosem mówić. Przypominam
+sobie najdrobniejsze szczegóły sprawy; z pamięci mógłbym chyba powtórzyć
+wszystkie akty.
+
+Co to jest? Przecież między nami skończone wszystko. Spełniłem swój
+obowiązek; wybrano mnie, osądziłem według sumienia, nie miałem żadnych
+wątpliwości, powinienem wrócić do swych zajęć, a nie myśleć o tem,
+gdziem wszystkiego, czego odemnie żądano, dokonał. Stanowczo muszę być
+niezdrów, to tylko mnie ten proces tak dokucza. Po obiedzie był u nas
+Tański; mówił wciąż o swej podróży do Wiednia i o tem, że zapewne
+dostanie tam awans; przecież, gdyby go coś dręczyło, mówiłby o tem ze
+mną najprędzej. Gdzie tam... Zacząłem mu wspominać o wczorajszym sądzie,
+ale widziałem, że go ten przedmiot wcale nie zajmował. Muszę się
+przezwyciężyć. Zresztą to samo przejdzie; nie wiem, coby mnie zmusić
+mogło, abym bez przerwy, jak ćma koło świecy, kolo tego zabójstwa w
+myśli się kręcił. Matkę już pochowano, jego powieszą. Co mnie to teraz
+obchodzi?
+
+
+_Dnia 8 maja._
+
+...A jednak myślę wciąż o nim. Przedmiot ten jedyny tak mnie ciągnie,
+tak zajmuje, że już nie staram mu się oprzeć. Przeciwnie, wczorajsze
+rozumowania moje były błędne. Ja rozstrzygałem o jego losie, słuszną
+więc jest rzeczą, abym dopóki on jest jeszcze, o niego się troszczył.
+Nie należy przecież obowiązków swoich zbywać machinalnie. To dobre dla
+panów urzędników, radców i nadradców, podpisać papier i sądzić, że już
+cały obowiązek wykonali. Nie, papier podpisywany przeczytać, rozkaz
+wydany śledzić należy, wtedy jest się wzorowym działaczem. Ja takim
+chcę być, dlatego śledzę i śledzić muszę.--Tembardziej, że ten człowiek
+mnie obchodzi, obchodzi bardzo żywo. Cały tydzień się z nim spotykałem,
+zadawałem mu pytania, zaglądałem mu w duszę i... poznałem ją trochę.
+Chcę więc wiedzieć, co się z nim dzieje. Przyjść do sądu, słuchać, potem
+wydać wyrok, choćby na śmierć i wyjść i o nic więcej się nie
+troszczyć--to nie dosyć. Przecież słowa nasze, to nie Jowiszowe gromy,
+nie zabijają od razu. Od wyroku naszego, od chwili, kiedy przewodniczący
+odczytał: Pułkowski Jan skazany jest na powieszenie--do samej śmierci
+ten człowiek żyje. Ja powinienem wiedzieć, czy to trochę życia, które mu
+zostaje, czy to rozkosz dla niego, czy kara.
+
+W imię sprawiedliwości, ja powinienem wiedzieć, co on teraz czuje,
+powinienem z nim być.
+
+Pójdę do prezydenta i zażądam, aby mnie do jego celi wpuścić kazał. Ja
+muszę go widzieć, muszę zobaczyć, czyśmy go rzeczywiście ukarali.
+
+
+_Dnia 9 maja._
+
+Prezydent zdziwił się mojemu żądaniu. Argumenty moje są przecież jak
+najściślejsze i nie do zbicia, a on doprawdy nie rozumiał. Już to
+prezydent orłem się nie urodził. W końcu mi oświadczył, że nie może nic
+dla mnie uczynić, albowiem skazany na śmierć z nikim, prócz dozorcy,
+widywać się nie ma prawa; ostatniego dnia wolno skazańcowi zażądać do
+celi, kogo zechce. Potem mi mówił, że moja chęć jest wysoce
+niehumanitarna: wyzyskiwać dla swego kaprysu tak wyjątkowe położenie
+człowieka. Czyż mu się zdawało, że ja chciałem tam studya powieściowe
+robić? Ja chcę zbogacić kodeks o jedną grozę nową, a znieść tę krew,
+która się tam leje. Bo kto wie... jeśli ten czas przedśmiertny jest
+straszną karą, to będzie można skazywać już nie na śmierć, lecz na
+krótszą lub dłuższą obawę śmierci. Oto skazujemy Pułkowskiego na 5 lat
+ciągłego lęku śmierci. Przez 5 lat w każdej chwili może wejść oprawca i
+zażądać swej ofiary, a ona przez 5 lat nie wie czy kat wejdzie--i umiera
+przy każdem skrzypnięciu rygli, przy każdym odgłosie kroków,--a jednak
+żyje.
+
+Rekursu nie założył, zrzekł się więc już wszelkiej nadziei.
+
+Chociaż mnie do więzienia nie wpuszczono, ale ja znajdę sposób. Tak mi
+się ten Pułkowski blizkim wydaje, tak znanym. Cóżby mi jego słowa
+powiedzieć mogły?
+
+
+_Dnia 10 maja._
+
+Co on czuje, nie wiem. Wysilam się próżno, a jednak powinienem i muszę
+wiedzieć.
+
+
+_Dnia 11 maja._
+
+Nie wiem nic, ani wczoraj, ani dziś. Te daremne wysiłki mnie męczą.
+Jestem zdenerwowany, silnie zdenerwowany. Unikam wszystkich; siedzę w
+swoim pokoju. Mam odszukać duszę, która zniknąć musi, i uczynić ją
+swoją.
+
+
+_Dnia 13 maja._
+
+To, co się ze mną zdarzyło, jest tak straszne, tak niesłychane, a jednak
+tak naturalne, że nie wiem czy znajdę siły, aby o tem pisać. Łudziłem
+się, łudziłem się jeszcze dziś rano. Jak mogło mi się zdawać, że to mój
+obowiązek, obowiązek sędziego pcha mnie, żebym szedł wolny do jego celi
+i dygotał z nim razem w przedśmiertnych drgawkach? Kto niewinny mógłby
+sobie zadać taką tytaniczną, a próżną katuszę? Komuby to na myśl
+przyszło? Dziś wiem, że to była obłuda, przed samym sobą obłuda.
+
+Dziś czuję, co on czuje, rozumiem, szaleję, bom sam zbrodniarz, bo on
+mnie duszą swoją zaraził. I jak mogą ludzie się nie domyślać, że tak
+być musi, że na duszę też przyjść może zaraza? Marnej choroby, tyfusu
+lub ospy strzeżemy się, uciekamy, gdy twarz rażoną krostami widzimy; a z
+dotknięć zbrodni--tego krwawego karbunkułu duszy, wyjść chcemy czyści i
+zdrowi? Zamiast uciekać od zbrodniarza, jak psy przed widmem, wiążemy
+go, sprowadzamy do sądu, wybieramy przysięgłych: czoło obywateli,
+najzacniejszych ojców rodzin posyłamy i każemy im iść w tę zarazę.
+
+I narażać musiałem to, co mam najświętszego--czystość swoją, nie dla
+bliźnich, lecz dla słowa, dla bezkształtnego bałwana, dla
+sprawiedliwości. Kogo śmierć tego człowieka obchodzi? Ta, przed którą
+zawinił, już zgniła i może błogosławi mu z nieba. A ja obcy, ja,
+którybym go nigdy nie spotkał w życiu i nie widział nawet, i dwunastu
+takich jak ja, poszliśmy i zabiliśmy go...
+
+Dziś rano stanąłem przed lustrem, jak zawsze, aby zaczesać włosy i
+odrazu zobaczyłem, jak jestem do Pułkowskiego podobny: te same rysy, te
+same wydęte wargi i czoło cofnięte w tył--dziedzictwo po przodkach
+naszych dzikich. I kiedym ujrzał tam w lustrze siebie, zabójcę, jak
+szalony wybiegłem z domu. Uciec, uciec gdziebądź, gdzie nie ma
+zwierciadeł, nie ma szkieł, nie ma wody, gdzie zobaczyć się nie można!
+Ale to napróżno. Potwór mój szedł ze mną i każda twarz ludzka była mu
+zwierciadłem. Czułem dobrze, jak każdy przechodzień musiał we mnie
+zbrodniarza widzieć, tem nikczemniejszego, że go kara nie dosięgnie.
+Wiem dobrze, żem dla sądu niewinny, żem jeszcze ten sam szanowny
+obywatel. Bo dusze nasze są wolne. Świat do myśli się nie wtrąca; byle
+czyny dobre, nikt się nie troszczy, jaka zgnilizna wewnątrz? Kto
+pomyślał o zbrodni, może być zbrodniarzem. Ale ludzkość na łąkach
+zbrodni ścina tylko kwiaty czerwone od przelanej krwi; korzeni nie
+dotyka: to też o bezkwiatowe, zielone badyle ranimy się, jak o stalowe
+rżyska.
+
+Nie zabiłem matki i nie zabiję jej; dzięki Bogu umarła. Ale, gdyby żyła,
+czyż nie zabiłbym jej? Wszak mogę o tem myśleć, mogę ją sobie tu, pod
+moją siekierą, wyobrazić z rozpłataną czaszką, z okrwawioną twarzą. Kto
+mi dowiedzie, że nie mógłbym tego uczynić, kto?
+
+A zresztą, choć skonała we własnem łóżku, choć płakałem po niej, czyż
+codzień nie wpychałem je; w grób? Gdym się rodził, rozdzierałem jej
+wnętrzności; gdym żył, rozdzierałem jej serce. Pułkowski zabijał minutę,
+ja--lat 30. He razy w duszy życzyłem jej śmierci, ile razy chciałem, aby
+tą siekierą, której udźwignąć nie mogłem, ugodził ja ktoś z góry, szatan
+czy Bóg--wszystko jedno! A przecież nie kląłem jej, kochałem ją;
+zdawała mi się tylko, jak każdemu, raz za złą, raz za głupią, raz za
+starą, i chciałem ją mieć lepszą, mądrzejszą, młodszą, inną; nie
+chciałem je; mieć taką, jaką była, chciałem, żeby ta istniejąca, ta
+żywa, ta matka, żeby skonała... dla zmartwychwstania wprawdzie; lecz
+śmierć jest, a w zmartwychwstanie kto dziś wierzy?
+
+Zbrodnia jest jak szczyt w chmurach: sępy na skałę lecą, a nietoperze o
+miękkich skrzydłach u stóp je; się kręcą, ku górze patrzą, łzy mają w
+oczach, a wzlecieć nie mogą, więc zataczają kręgi nisko, a gdy na ziemię
+spadną, chowane są ze czcią. Lecz kto więcej chmury kochał, kto silniej
+do skały się rwał, czy sęp, który na niej siedział, czy nietoperz, który
+na nią wzbić się nie mógł? Ja dziś wiem, że nietoperz, że ja, że my. I
+pod ciężarem wiedzy tej upadam.
+
+Zaraził mnie, zaraził nas wszystkich. Widziałem ich, kolegów
+przysięgłych, uśmiechniętych, zdrowych, szczęśliwych. Nie wierzę im: już
+jad w nich krąży; że na twarz im nie wybiegł, świadomości nie
+zmącił--cóż to znaczy; wybuchnie. Osłabiony jestem, praca mnie
+wycieńczyła, więc prędzej uległem; na nich też przyjdzie kolej.
+
+Zbrodniarzem jestem, zbrodniarza też teraz rozumiem. Jeszcze wczoraj
+nie mogłem odgadnąć jego myśli, dręczyłem się próżnem usiłowaniem, a
+dziś wiem, co on czuje, z nim jestem, jego męczarnią się męczę.
+
+On wie, że żyć będzie tydzień, że po siedmiu dniach otworzą się drzwi i
+kat go poprosi, żeby wyszedł z nim... na szubienicę. Może zliczyć w
+każdej chwili, ile mu zostaje nocy do przespania, godzin do oglądania
+słońca, może zliczyć, ile jeszcze razy puls uderzy, a że myśli wolno,
+wie, ile razy jeszcze myśleć będzie mógł. W każdej chwili powiedzieć
+sobie może: oto np. trzysta siedemnasta przed śmiercią myśl moja; a że
+nie chce kończyć, lęka się myśleć, lęka się tej następnej myśli, która
+już trzysta szesnastą będzie, i nie myśli. A jeśli nie myśli, nie żyje.
+Czy tak, czy tak umiera.
+
+Każda sekunda, każdy krok zegara przybliża go do grobu, i chociażby z
+czasem całą siłą woli się borykał, ani jednej chwili nie powstrzyma. To
+też spadają one jednostajne, nieubłagane, zimne, wolne. Tak, bo czas mu
+wolno płynie. W sobie rozdziera go na niteczki tak cienkie, że wydłuża
+mu się stokrotnie, tysiąckrotnie, lecz jeśli niteczka taka, cienka
+niteczka pęknie--to jego śmierć.
+
+Ale nie to jest straszne.
+
+Straszne jest, że on to spadanie chwil słyszy i czuje. Każda chwila
+zdaje się żelaznym ciężarem, który na wieko jego trumny--spada i
+dzwoni. Dzwoni tak głośno, że on zatyka uszy i głowę w poduszkę chowa,
+ale głos ten słyszy: dzwon, dzwon, dzwon... A każdy nowy ton łączy się z
+echem poprzednich i biją coraz dźwięczniej, coraz silniej, aż dusza
+rozkołysana ich dźwiękiem drga i odrywać się poczyna. O żelazne chwile!
+
+I czuje je. Zdarto mu skalp z głowy i na nagą kość z góry padają krople,
+pluszcza i zalewają mu oczy. Spadają te krople wciąż: raz, dwa, trzy...
+raz, dwa, trzy... Dłużej liczyć nie może. On szaleje, lecz umrze. Ja
+szaleję... a pewno żyć będę.
+
+Myśli moje, zostańcie zemną!!
+
+
+_Dnia 16 maja._
+
+Obawiam się pomieszania zmysłów. Nie mogę wyjść z pokoju, nic prawie nie
+jem, głowę mam rozpaloną. Zdaje mi się wciąż, że jestem z nim pod
+kluczem, że z nim razem przed śmiercią... konam. Żona jest niespokojna;
+chciałaby posłać po lekarza, lecz boi się; dobrze robi, że się boi.
+Przysłała mi dzieci do pokoju; wypędziłem je. Ja nie mogę, nie
+powinienem mieć dzieci. Dzwony w uszach dzwonią; krople spadają i
+pluszczą, pluszczą, pluszczą.
+
+Głowa mi pęka. Nie sypiam. I czegóż się lękam, jeśli wiem, że nie umrę
+na szubienicy? czemu się dręczę, jeśli wiem, żem nie zabił? Ale umrzeć
+mogę, zabić mogę! Chciałbym oszaleć!
+
+
+_Dnia 18 maja._
+
+Nie, śmierć jest inna, straszniejsza, groźniejsza, niż dotąd pojąć
+mogłem. Teraz ona jest bliżej i lepiej ją widzę. I tragedya ta leży w
+tem, że to nie śmierć nieubłagana, ponura ku nam się zbliża; to byłaby
+rozkosz jeszcze. Śmierć czeka spokojna, nieruchoma, a on żywy jeszcze ku
+niej schodzi po szczeblach, coraz niżej. Jak grzechotnik na spętaną
+czarem wiewiórkę, utkwiła w nim swe oczy i stalowe sznury z oczów tych
+wychodzą, wiążą i ciągną ku sobie. I czuję, że żadna wola nie pomoże, że
+próżno szamotać się w tej pajęczynie, która zwiąże, ściśnie, ściągnie.
+
+Choć chwilę snu!
+
+
+_Dnia 19 maja._
+
+Jutro go powieszą, a wieszanie odbędzie się tak:
+
+Ranek. Siódma godzina dzwoniła ledwie na wieżach: śpi jeszcze, bez
+marzeń, bez widziadeł, słodkim, czarnym snem. Otwierają się drzwi,
+klucze brzęczą, zawiasy skrzypią. Budzi się, ale nie wie, nie czuje
+jeszcze nic. Wchodzi cały szereg ludzi, cały tłum bez końca.
+Prokurator, dyrektor więzienia, pisarz, ksiądz, stróż, żołnierze,
+ludzkość cała się zbiegła: jak oni się tam pomieścić mogą? On wstaje;
+jak przed tyloma panami nie wstać? Prokurator czyta dźwięcznym, zimnym
+głosem: Wyrok z dnia... zatwierdzony... wedle prawa... dziś o siódmej i
+pół wykonanym zostanie. On słyszy doskonale; mógłby powtórzyć wszystko,
+choć pamięć ma nędzną--ale nie rozumie, nie wie co to ma znaczyć; wie,
+że się zdarzyło, że się zdarzy coś wielkiego, strasznego, nic więcej.
+Pytają go, czy niema jakich życzeń. Nie odpowiada. Życzenia? Pytają raz
+drugi. Nie odpowiada; sylabizuje po cichu: ży-cze-nia.
+
+Wychodzą wszyscy,--nareszcie--ryglują znów drzwi. To chyba sen. Zostaje
+tylko ksiądz--wysoki, cienki, chudy. Bierze go za rękę, mówi coś
+jednostajnym, bezmyślnym głosem. Nagle on pada na łóżko, z ust wybiega
+mu jakieś krótkie, gardłowe chrypienie, niby śmiech, niby zdławiony ryk.
+Zrozumiał. I znów cisza, tylko ksiądz dalej mówi swe pociechy. Teraz on
+nic nie widzi, nie słyszy, rozumie tylko. Jest mu tylko ciężko w głowie,
+w piersiach; nawet wnętrzności mu coś ciśnie, rozpiera; rozluźnia się w
+nim wszystko, rozrywa. Chciałby się wyprostować, odchylić głowę,
+odetchnąć, krzyknąć, nie może; tak duszno, tak ciężko.
+
+Ruszyć się nie może; żaden mięsień woli jego nie usłucha. Jest
+bezwładny; nawet serce bezwładnieje i wolniej, trudniej się kurczy.
+Ciężko, duszno--tylko ksiądz wciąż mówi.
+
+Jak długo to trwa, nie czuje. Tak się boi, tak drży, że nawet nie wie o
+tem; nie została mu taka cząstka świadomości, któraby na ten strach
+spojrzeć mogła. Czego się boi, nie wyobraża sobie. Będzie _coś, coś_
+musi być. To coś już jest.
+
+Minęło pół godziny. Wchodzą znów ci sami, te same tłumy. »Czas
+iść«--mówi dozorca. Znów wstał bezwiednie. Kolana ma tak miękkie, że gną
+się pod nim. Ksiądz bierze go pod pachę z jednej,--dozorca więzienia z
+drugiej strony. Podparty stoi--bezsilny, bezmyślny, prawie martwy.
+Takiego trupa nie można wlec. Dyrektor każe podać napój wzmacniający.
+Czekają wszyscy, milczą.
+
+Sługa więzienny wnosi napój: mocny arak, gorący, z korzeniami. Nie pije.
+Nie wie, czego od niego chcą. Sługa bierze kieliszek i wlewa mu do ust.
+Nie wypluwa, połyka--wszyscy czekają i milczą.
+
+Mija chwila; wódka działa; zmysły zaczynają żyć; przedtem był ślepy i
+głuchy, teraz widzi i słyszy, jaskrawo, dobitnie; może się poruszyć.
+
+Dyrektor komenderuje znów: »Iść«. Wychodzą: naprzód prokurator, potem
+dozorca, potem on między księdzem a sługą, potem 12 żołnierzy z
+obnażonemi szablami. On idzie wprawdzie; stąpa, ale przewróciłby się,
+gdyby go wypuszczono z rąk. Idą wolno, więc ma czas przyjrzeć się
+wszystkiemu, a zmysły od wódki ma żywe.
+
+Korytarz długi, trzykrotnie zagięty, jasny, tak jasny mu się zdaje.
+Okienka są małe, ale dzień jest letni, słoneczny, i na przeciwległej
+ścianie okna występują jak złote plamy. Bawią go te świeciste plamy,
+które z oknem drgający pył łączy; cieszy się, że przez te pyty iskrzące
+przechodzić musi. Obejrzałby się za siebie, gdyby więcej miał życia w
+karku... i gdyby nie wiedział, że ten korytarz nie ma końca, bo nie
+wierzy, żeby się ta droga kiedy przerwać mogła: tak bez ustanku, wciąż
+krążyć będą wszyscy, między temi murami, to kąpiąc się w cieniu, to
+nurzając znów w złotych blaskach. Idzie więc coraz śmielej i za siebie
+się nie ogląda, bo wie, że to wszystko jeszcze setki, tysiące razy
+zobaczy. Idzie na śmierć spokojnie...
+
+Nagle wszystko się zapada, wszystko tonie w szumiących jasnych
+kaskadach. Jak kamień rzucony w wodę, opada ku dnu w głąb fal. Dobrze,
+że z tyłu podbiega dozorca i chwyta go za rękę, bo ksiądz i posługacz
+nie unieśliby nagłego ciężaru. Korytarz się skończył: są u wrót
+podwórza.
+
+Podwórze jest uśmiechnięte, jasne, wesołe. Słońce obryzgało światłem mur
+sąsiedniego domu i wapno bieli się tam i błyszczy, jakby srebrne. Niebo
+szafirowe, lśniące. Powietrze ciepłe, świeże, wonne. W powietrzu słychać
+jakieś szmery z miasta, z pól, z życia.
+
+Zatrzymują się wszyscy. On nie może jeszcze iść naprzód. Ksiądz szepce
+mu do ucha. On pociech jego nie słyszy. Patrzy, patrzy w niebo, potem
+spuszcza wzrok na mur przeciwległy. Kominy pobliskiego domu ostremi
+cieniami odbijają się w słońcu. Te silne, ciemne linie podobają się jego
+oczom. Opuszcza wzrok; na prawo od muru... Ten widok mąci mu mózg; w
+głowie ma zawrót, zamęt, druzgotanie; mdłość go ogarnia, wymiotowałby
+prawie, gdyby był co jadł. To szubienica. Dwie belki, na nich poprzeczna
+trzecia, w poprzecznej hak, na haku długi, skręcony w pętlę rzemień. Pod
+szubienicą para schodków: dla niego jedne, dla kata drugie. Przy
+schodkach orszak katowski w odzieży czarnej, jak żałobnicy; pięciu
+ludzi: kat główny, który wiesza; czterej pachołkowie, którzy trzymają
+ciało, nim trupem się stanie. I to wszystko widać jasno, o trzydzieści,
+o dwadzieścia kroków--na tle błękitu, zielonych drzew i białego muru.
+
+Patrzy, stoi. Wszystko mu mętnieje w oczach, szubienica zaczyna tańczyć
+i w podskokach ku niemu się zbliża. Nie cofa się; żaden mięsień twarzy
+mu nie drga, źrenice utkwione spokojnie, tylko dusza, nawpół wyrwana z
+ciała, dygoce. Ktoś z obecnych powiada półgłosem, że skazaniec jest
+nieprzytomny. Stoi wciąż.
+
+Niepodobna czekać i przedłużać egzekucyę. Dyrektor daje znak--kilku
+żołnierzy się zbliża; jeden pomaga księdzu, drugi bierze za rękę, trzeci
+podpiera z tyłu. Popychają go raczej, niż prowadzą. Początkowo daje się
+posuwać, jak martwy; za trzecim krokiem machinalnie podnosi
+nogi--przecież jeszcze żyje; idzie wolno, bardzo wolno, ale idzie. Ma
+tylko dwadzieścia kroków do przebycia: kto mógłby żądać, żeby się
+spieszyć miał?
+
+Obserwuje każdą piędź ziemi; oczy ma spuszczone na dół. Zbyt osłabiony
+jest, aby źrenice ku górze podnieść. Spogląda pod siebie, widzi każde
+ziarnko piasku, każdą wśród kamieni trawę. Każdy krok naprzód boli go
+fizycznie...
+
+Nad uchem zabrzęczała mu mucha i siadła na czole; schodzi teraz od
+włosów ku brwiom. Swędzą go dotknięcia je; łapek, lecz nie odpędza jej;
+niech chodzi--przecież są równi: ona żywa i on żywy. Za chwilę przylecą
+doń cale roje much i pieścić go będą skrzydełkami, a on nie będzie ich
+czuł, tak jak teraz tę jedną małą czuje... Te muchy będą żyły. Idzie.
+Nagle ci, którzy go prowadzą, stają--i on staje. Unosi trochę oczy:
+przed nim żółte schodki... Więc już przeszli, dwadzieścia kroków
+przeszli! To nie może być, szubienicę przysunięto! Wrócić, wrócić! Chce
+obejrzeć się za siebie, brak mu sił, aby wykręcić ciało, pochyla się
+więc tylko trochę, i ciężej na żołnierzu opiera. Podchodzi kat z
+pachołkami: on teraz do nich należy; żołnierze czynność swą skończyli...
+
+Dwaj pachołkowie stają po bokach schodków; dwaj biorą go pod pachy,
+wchodzą na pierwszy stopień i jego tam wciągają. Na szczeblu tym ocknął
+się: dotąd był równy wśród równych--wszyscy szli, pełzali po ziemi;
+teraz on o głowę wyższy od nich. Dotąd, gdzieś w duszy, pod duszą,
+głęboko było coś, niby nadzieja, że ta śmierć nie przyjdzie, że zerwie
+się jakiś huragan, wichry, gromy i deszcze rozbiją, rozsypią, rozniosą
+więzienie, ziemię, świat... Niebo szafirowe, powietrze ciepłe, słońce
+złote, tak blisko nad głową, że gdyby podniósł rękę, umaczałby palce w
+promieniach. To śmierć przyszła.
+
+Z sąsiednich schodków kat mówi cicho: _schneller!_--Wnoszą go na następny
+szczebel. Stal jakaś ściska mu mózg i trzewia. Czczość go mdli, czkawka
+wstrząsa mu gardło. _Schneller!_ Są na szczycie. Kat bierze pętlę,
+próbuje w ręku, zakłada mu na szyję, poprawia węzeł z tyłu, wprost na
+kręgi. Ścisnął, rzemień dotknął skóry. Rzemień zimny, tak zimny, że go
+parzy. Dotknięcie pętli wyrywa mu duszę. Dusza szaleje z lęku: tłucze w
+ściany czaszki, rani skrzydła swoje, zrozpaczona upada i znów zrywa się,
+jak przerażony ptak i wali w czaszkę nieprzytomna, wściekła...
+
+_Fertig!_ Pachołkowie zeskakują z schodków i wytrącają mu je z pod nóg.
+Opada pół łokcia niżej. Naprzód brak powietrza, usta otwierają się
+szeroko i drgają, oczy wyskakują z orbit; potem lubieżny dreszcz--węzeł
+ruszył rdzenia--naga halucynacya przed nim, potem trzask, jakby świat
+się zwalił, tuż pod uchem, pod mózgem: czaszka pęka, wszystko się
+rozkrusza, węzeł lamie kręgi--i potem nic, nic... drgawki. Kat jedną
+ręką oparł mu się na ramionach, drugą zakrył mu usta; pachołkowie
+trzymają ręce i nogi; nie łatwo utrzymać, bo kurcze miotają ciałem
+silnie. Wreszcie kurcze słabną, można puścić. Wisi prawie nieruchomy.
+Skończone.
+
+Widzowie rozchodzą się do swych zajęć; prokurator do sądu, żołnierze do
+koszar, dozorca do biura. Wszyscy z tym widokiem w oczach będą żyć,
+jeść, pić, całować, mordować.
+
+Trup zostaje na szubienicy sam; grzebać wolno dopiero po sześciu
+godzinach. Nie... nie sarn, bo słońce wtargnęło wyże; na niebo i z za
+muru zagląda mu ciekawie w twarz. Słońce, bezmyślne słońce, wszystkim
+równie jasne, patrzy oko w oko sprawiedliwości ludzkiej, promienne,
+obojętne, pogardliwe.
+
+To jest wieszanie. Światu się zdaje, że jednego dostał trupa, a przecież
+posiał śmierć w dziesiątkach ludzi. Aby ukarać jednego
+zbrodniarza--dziesięciu, stu mniejszych stworzył. Ci wszyscy, którzy
+jutro na to patrzeć będą, czy zapomną? Zagłuszą! ale nie zapomną!
+Ściskać będzie który pierś, szyję kochanki, pieścić dzieci swoje--i
+nagle jak rekin, wynurzy żarłoczną paszczę ten obraz: otwarte usta,
+łaknące powietrza, wysadzone przeraźliwie źrenice--i szepnie: mocniej
+całuj, silniej ściśnij. I ręka bezwiedna, nieubłagana posłucha, ulegnie,
+ściśnie i zadławi. Ten widok tam u tych ludzi, żywy w mózgu--to Moloch,
+który zażądać kiedyś może i zażąda swe; krwawe; ofiary.
+
+A kat, pięciu katów? Ja, matkobójca, gdym dobijał swego chorego,
+martwego psa, drżałem i płakałem. A oni zabijają człowieka spokojnie,
+fachowo, trzymają mu ręce, zatykają mu usta. Kat wraca do domu z
+odciśniętemi na dłoni zębami skazańca! Te fioletowe plamy w ręce się nie
+wryją, znikną. Biedna lady Macbeth! Myśli, które się w ich mózgach
+kojarzą, muszą się o siebie zaczepiać jak rzemień o hak, jak pętlica o
+szyję. Myślenie tych ludzi, to syllogizmy z szubienic, stryczków,
+trupów. I zbrodniarzy tych, zbrodniarzy płatnych, stwarza sobie
+społeczeństwo przez mój wyrok, przezemnie. To los mój, konieczność. Ślad
+swój znaczyć muszę trupami, których nikt nie dojrzy, nie pomści. A ja
+się tych niewidzialnych trupów tak lękam; lękam się, że staną kiedyś w
+urocznej godzinie te białe upiory, widome oczom wszystkich i zduszą
+mnie, wołając: »tyś nasz morderca!« Jam ich morderca!
+
+
+_Dnia 19 maja, wieczorem._
+
+Ocalę Pułkowskiego, ocalę wszystkich, odmienię wyrok, własną bronią
+pobiję tych, co go wydali. Bo przecież oszukano nas, przysięgłych,
+oszukano haniebnie. Jak mogłem odrazu tego nie spostrzedz!
+
+My, sąd, skazaliśmy go na śmierć, lecz nie na umieranie. Kazaliśmy mu
+nie istnieć, nie kazaliśmy mu przestać być. Niech go nie będzie, lecz
+niechaj nie znika. Śmierć, nieistnienie, jak wielkość ujemna jest też
+rodzajem bytu, ujemnem życiem--tylko zero, przejście, zgon jest niczem,
+przerażającem niczem. A przecież katowska kara, którą jutro spełnić
+miano, jest tylko umieraniem, męczarnią. Tego w wyroku naszym nie było.
+Niech geniusz ludzki znajdzie środek; niech go wtrącą w grób, tak, aby
+ani jednej chwili nie umierał, zgoda! Trzeba tłomaczyć wyrok dobrze i
+wykonać go ściśle. Niech szukają sposobu, niech wyplączą się z sidełt,
+które obłudnie na nas zastawili!
+
+Biegnę do sądu.
+
+................................
+................................
+
+Wyśmiano mnie. Ha! ha! ha! ha!
+
+
+_Dnia 1 czerwca._
+
+Powracam do zdrowia. W nocy, przed tym dniem, kiedy go powieszono,
+dostałem gwałtownej gorączki. Majaczyłem, byłem cały tydzień
+nieprzytomny. Żona mi mówi, żem krzyczał wciąż: »nie dajcie mnie
+powiesić«; podarłem wszystkie koszule, każde dotknięcie do szyi
+wprawiało mnie w szał. Musiano mnie posadzić na niskim fotelu, ubrania i
+kołdry podwiązano mi pod ramionami. Lekarz sądził, że umrę; nie umiał
+mnie leczyć, bo takiej choroby jeszcze nie widział. Przeżyłem. Będę
+zdrów, bo tylko dusza we mnie umarła, nie cała. Zostało mi jej właśnie
+tyle, ile trzeba, by wolno, zdrowo dojść do grobu. I tym ułamkiem będę
+musiał wystarczyć sobie i... światu. Bo społeczeństwo ma swoje
+wymagania; jestem zdrów, mam żonę i dzieci, obowiązki. Muszę dzieci
+chować, z żoną żyć, z ludźmi handlować, myśleć, działać. Zabijałem
+matkę, lecz bez przelewu krwi--nikt, nawet Bóg mnie za to nie ukarze:
+zabiłem Pułkowskiego w sądzie--wszyscy mnie za to pochwalą. Kodeks
+milczy i serca moich bliźnich milczą. Nie jestem więc w więzieniu. A że
+ten okruch duszy zdrowej, który mi pozostał, nie wyplątał się z kajdan i
+idzie drogą innych--nie jestem szaleńcem. Gdybym oszalał był, gdyby
+świadomość w tych mękach zatonęła, byłbym wolny, chociażby... w
+szpitalu; dzisiaj w domu, na ulicach miasta jestem niewolnikiem... nawet
+logiki własnych myśli. I muszę drżeć, kiedy dotykam żony lub całuję
+dzieci, abym ich niewinnie nie zadusił, muszę się bać każdego swego
+czynu, bo może być sprawiedliwy, a ja wiem teraz, że sprawiedliwość jest
+większą zbrodnią, aniżeli mord.
+
+Jak będę żył?...
+
+
+
+
+SPOTKANIE.
+
+
+Spotkanie.
+
+Nieraz czuje się nieprzepartą potrzebę, prawie żądzę pogrążyć się w
+błocie, duszą i ciałem wykąpać w brudzie..., aby potem czystszym
+podnieść się z upadku. Na dnie tej dziwnej kuracyi leży brutalne
+zadowolenie egoizmu, ogłuszenie czasem budzącej się samokrytyki widokiem
+istot bardziej upadłych, bardziej podłych.--Zkąd nagle rodzi się to
+głębokie niezadowolenie z siebie, które kładłoby nam rewolwery w ręce,
+gdyby nie zawsze gotowe ujście do rozpusty? Zdaje mi się, że ani mię kto
+obraził i nicość moją wykazał, ani nie zrobiłem nic takiego, czegobym
+się wstydzić potrzebował, a jednak... niezadowolony jestem z siebie, i
+chciałbym się siebie pozbyć łub zapomnieć. Lada drobnostka, lada błahe
+zdarzenie może być szczeliną duszy, kędy, jak z wulkanu, wychodzi dym,
+zwykle tłumiony w głębi.
+
+Przyszło na mnie to pęknięcie duszy, tak »bez powodu«, w słotnym
+październiku, kiedy bez ustanku spadające krople roztapiały, zda się,
+mury domów i mózgi ludzi. Wiatr wył po ulicach, zrzucał czapki i
+płaszcze, podnosił suknie i zrywał szmaty zawsze tam, gdzie na ciele
+rana była, lub obrzydliwość jaka. I zdawało mi się, że październik ten
+nie będzie miał końca--tak dawno zaczęły się niepogody--że stanął bieg
+czasu i chwila ostatnia zastanie nas w tym samym październiku, tego
+samego dnia. Obrzydł mi spokój i komfort domu, ładnie umeblowany
+gabinet, zarzucony stosem bezmyślnych książek, obrzydło mi życie
+codzienne, obrzydła mi nawet żona, stworzenie ładne i dobre: raz
+sądziłem się jej niegodnym, i dąsałem na nią, że podchodziła do mnie z
+pieszczotami, to znów upatrywałem w niej wszystkie wady i twierdziłem w
+sobie, że mię unieszczęśliwiła.
+
+Lecz to wszystko znieść jeszcze można. Najbardziej było mi męczącem, że
+dwie pęknięte moje połowy jakby się całkiem rozdzieliły i stały się
+sobie i obce i wrogie. Wszystko co robiłem, wydawało mi się, jakby
+robionem przez kogoś innego. Krytykowałem wszystkie czyny swoje, i
+widziałem, że były bezmyślne i podłe. Z ironią mówiłem do siebie: patrz,
+to ty zrobiłeś. I ten ironiczny śmiech powtarzał się wciąż, na każdym
+kroku.
+
+Wyszedłem późnym wieczorem z domu, i pomęczywszy się trochę po ulicach
+wstąpiłem do knajpy. Rozejrzałem się po sali: zastałem kilku znajomych,
+dawnych kolegów, nieżonatych jeszcze, więc korzystali z pełni swobody.
+Zwykle towarzystwo ich nie sprawiało mi przyjemności, unikałem ich
+nawet, mając za ludzi głupich i nie wiele wartych. Wtedy jednak kontent
+byłem, że ich widzę i zbliżyłem się do nich. Przywitali mię okrzykami:
+»Oho, nasz żonkoś, co to? Z domu ucieka« i t. p. Nie pamiętam, ale zdaje
+mi się, że pozwolili sobie kilku docinków dla mojej żony, za które
+zwykle bym wypoliczkował; wtedy jednak znosiłem spokojnie... sam się
+śmiałem. Kazaliśmy podać wódki, potem piwa, potem znów wódki, potem
+likieru, i tak siedziałem w nocy, słuchając banalnych dowcipów i starych
+plotek, któremi dawno niewidzianego przyjaciela raczyli. Była już późna
+noc.
+
+--Pojedziesz, zapytał jeden drugiego.
+
+--Jeżeli chcesz... nie idę jutro do biura, to można się wysypiać.
+
+--To pojedziemy. Jak się bawić, to porządnie.
+
+--Dokąd pojedziecie, zapytałem obu.
+
+--Eh! Niby to można, odpowiedział twórca projektu, przy
+żonkosiu--żonkosiem stale mnie nazywali--o tem mówić, jeszcze się
+pogniewa i obrazi.
+
+--Ależ mówcie, cóż to szkodzi, rzekłem trochę zirytowany.
+
+--Żonkoś pewnie nawet nie wie, co to jest.
+
+--Mówcież, bo się pogniewam, u furgonów mil beczek--miałem dobrze w
+głowie.
+
+--Powiedzieć mu? zapytali jeden drugiego jednocześnie.
+
+--Mów; i jeden nachylił mi się do ucha i zaczął szeptem: »pojedziemy do
+... Loli. »Loli« wrzasnął prawie na całe gardło.
+
+Spojrzeli na mnie, jakby ciekawi wrażenia, jakie to na mnie wywrze.
+Przeszedłem ich oczekiwania.
+
+--Pojadę z wami, rzekłem.
+
+Była chwila zdziwienia; i za kawalerskich czasów chodziłem tam rzadko.
+Wnet posypały się zmieszane okrzyki radości i wybuchy śmiechu tem
+głośniejsze, że dwie butelki wódki były próżne, a piwo poodnosił już
+kelner, bo inaczej cały stół byłby zastawiony.
+
+--Brawo! Dzielny chłop! To mi zabawa: zawieziemy żonkosia zdrajcę.
+Zapoznamy go z Lolą. Daj buzi! Jak Boga kocham, nie zbabiał!...
+
+Pocałowaliśmy się.
+
+Wyszliśmy z restauracyi, bo już nas przepraszano, że zakład zamykać
+muszą. Dorożka była tuż zaraz. Pojechaliśmy, ściskając się i całując z
+rozczulenia przez całą drogę.
+
+Na miejscu nie zastaliśmy wiele osób. Było dość późno i dzień powszedni:
+pięć czy sześć dziewcząt, porozkładanych na fotelach w jaskrawych
+kostyumach i paru mężczyzn. Stary, siwy jegomość umawiał się z jedną w
+kącie sali; jakiś bezwąsy młokos leżał wyciągnięty na fotelu: oczy
+szklane, bez wyrazu utkwione w jeden punkt sufitu, mówiły, że mu już nic
+do szczęścia na ziemi nie brakuje. Był jeszcze trzeci mężczyzna oprócz
+nas--siedział na kanapie, tyłem zwrócony do mnie. Nie widziałem jego
+twarzy, uderzyła mię tylko wysoka postawa i bujne krucze włosy, które,
+niestrzyżone widać dawno, spadały mu na szyję. Ubranie na nim było
+obdarte i brudne. Przyciskał na kolanach siedzącą wątłą, szczupłą
+blondynkę i mówił je; coś, co jak mi się zdawało, nie zawsze i nie
+każden w takiem miejscu mówi. Moi towarzysze przywitali się z nim; podał
+im rękę obojętnie i nie przeszkadzał sobie w rozmowie. Zapytałem ich,
+kto to taki.
+
+--Widać, że tu nie bywasz; toć to stały gość, niejaki Rysiński, literat
+podobno i adwokat.
+
+--Co? Rysiński, Jerzy, zawołałem i spojrzałem raz jeszcze uważnie na
+tego, który mi się dotąd nieznajomym wydawał.
+
+Tak, to on! Jak mogłem go nie poznać! Wszak to jego wzrost i zarost i
+twarz nieprawidłowa, powykręcana, a jednak prawie piękna, i te usta
+ogromne, czerwone, jakby rozkazujące kiedy mówić zaczynały. Nie
+widziałem go lat tyle, a jednak niema najmniejszej wątpliwości--to on.
+
+Podszedłem ku niemu, i kładąc mu rękę na ramię, zawołałem po imieniu.
+Obejrzał się na mnie, trochę zły na intruza, który mu przeszkadzał; nie
+poznał mnie. Rzeczywiście, zmieniłem się znacznie od chwili ukończenia
+gimnazyum.
+
+Przedstawiłem się.
+
+Wstał i patrząc wciąż na mnie, silnie, dwukrotnie uścisnął mi rękę.
+Teraz, gdy widziałem go przed sobą, twarzą w twarz, poznałem go jeszcze
+lepiej. Rzeczywiście, mało się zmienił, tylko zarost miał bujniejszy i
+we włosach nad skronią--czego nie mogłem dostrzec z tyłu--przeświecała
+gdzieniegdzie dość gęsta siwizna.
+
+To on! Mój dawny antagonista ze szkolnych czasów, któryby zawsze w
+niwecz obrócił pracowitość mych domowych godzin, gdyby nie sprawowanie.
+Zawsze z nauczycielami miał zatargi, a gdy się uniósł, na słowa nie
+zważał, więc mu ledwie tylko dostateczny stopień ze sprawowania dawano.
+Ileż razy chciano go wydalić! Ocalił go tylko nasz filolog--ważna figura
+w gimnazyum--który dyrektora upewniał, że czterdzieści lat uczy, a nie
+spotkał ucznia, któryby tak łacinę i grekę pojmował. I w historyku miał
+przyjaciela, bo ten lubił, gdy mu kto obszernie lekcyę wydawał, a Jerzy
+miał zawsze jakieś swoje fakty i poglądy, o które się spierali.
+
+Po ukończeniu gimnazyum, rozeszliśmy się. Studyowałem zagranicą,
+podróżowałem, długi czas mieszkałem na prowincyi; co się z nim działo,
+słyszałem tylko urywkami. Z trudem przeszedł przez wydział prawny,
+został adwokatem, gwałtowną mową w jakimś skandalicznym procesie zyskał
+sobie imię i wziętość. Pisał trochę; parę utworów jego czytałem; były
+może nie tyle piękne, ale tak osobliwe i niezwykle, jakich dotąd u nas
+nie spotykałem. Nawet urzędowa krytyka chwaliła go, choć nie zbyt
+chętnie. Lecz wszystko to były wspomnienia dawne. Od pięciu, sześciu lat
+straciłem go całkiem z oczu. Nikt prawie nie wiedział, co robi i gdzie
+się obraca.
+
+I oto spotkałem go tam...
+
+--Tyle lat, co za szczególny traf. Ale mówże, co się z tobą dzieje. Od
+nikogo wiadomości o tobie dostać nie można.
+
+--Udzieli ci ich nawet szwajcar z przed bramy.
+
+--Wiesz, nie przychodziło mi na myśl tu się o ciebie dopytywać.
+
+--Tak, zawsze unikaliście tego, co z pierwszej ręki płynie.
+
+Rozmowa nasza była co najmniej dziwną. Stałem też zmieszany prawie, nie
+wiedząc, czy się żegnać, czy dalej rozmawiać.
+
+--Ale czegóż stoisz, siadaj.
+
+Schwycił mię za rękę, aby przy sobie posadzić. Po gwałtownem,
+nieelastycznem szarpnięciu poznałem, że musiał był pić dosyć.
+
+--Albo po co tu, gdzie te małpy na nas patrzą. Weź klucz--zwrócił się do
+dziewczyny--i chodź z nami na górę, tylko każ przynieść piwa.
+
+Zrozumiałem, że początek naszej rozmowy nie zdradzał wcale osobliwej ku
+mnie antypatyi. Ta szorstkość, prawie gburowatość, stała się zapewne
+jego manierą w stosunkach towarzyskich.
+
+Dziewczyna wstała, aby spełnić polecenie. Zobaczyłem teraz, że była
+ubrana w półkrótki kostyum. Nogi w czarnych ażurowych pończochach
+delikatnemi liniami zarysowały się po kolana.
+
+--Ładna, rzekłem odprowadzając ją wilgotnym wzrokiem.
+
+--Ładna; ale co tam, zdechnie ta, to będzie inna.
+
+Poszliśmy za dziewczyną. Z towarzyszami moimi nie pożegnałem się nawet.
+Od nowych wrażeń zaczynałem już trzeźwieć, towarzystwo ich znów stawało
+mi się wstrętnem. Byłem kontent, że przy kuflach o mnie zapomnieli.
+
+Po chwili siedzieliśmy troje w jednym z tych małych pokoików na trzeciem
+piętrze, jak zawsze w takich domach. Przed nami na stole paliła się
+lampa, naokoło obstawiona butelkami, które wniósł posługacz. Za
+wychodzącym nasza gospodyni zamknęła drzwi na klucz. Potem zdjęła stanik
+i chciała odwiązywać spódnicę; gotowała się widać na zabawę. Jerzy
+przerwał jej i podchodzącą ku nam podniósł w górę, i nieruchomą,
+zduszoną posadził sobie na kolanach. Piwo było w naszych trzech
+szklankach.
+
+--A ty ciągle to samo; pisujesz do dzienników?
+
+--Tak, jestem współredaktorem Przeglądu;
+
+--Cóż? Podobają ci się twoje artykuły, co?
+
+Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.
+
+--Przecież mój drogi, nie są gorsze ...
+
+--Tak, tak, ale pocóż je pisać? Niby nie wiesz, co się robi z
+zeszłotygodniową gazetą. Więc ty nie wstydzisz się pisać po to, aby
+inni... Wybuchnął głośnym pijackim śmiechem.
+
+--Przyznam ci się...
+
+--Tak, tak, przerwał spieszniej, niewłaściwe żarty; obraź się, obraziło
+się już tylu; dlaczego ty masz być wyjątkiem? Tak, obrażać ci się wolno,
+tylko nie wolno ci udawać, że wiesz, poco pracujesz. Ot, jak stare konie
+w kieracie, jeden za drugim ślepy, zawsze w kółko obraca swe jarzmo i
+powiada: pracuję dla ludzkości, dla kraju, dla rodziny... Kłamstwa,
+kłamstwa!
+
+Rysiński milczał chwilę, patrząc bez wyrazu przed siebie, jak gdyby
+szukał słów, które oddawna miał w pogotowiu, tylko gdzieś nagle ich
+zapomniał.
+
+--Rozgłos, pieniądze, nic, błahostka, choćby chęć droższej kolacyi, to
+was pcha da roboty. Praca dla innych, altruizm, ha, ha! Człowiek,
+któryby chciał być altruistą, musiałby od tego zacząć, żeby przestał
+istnieć. Spróbuj pracować, gdyby każde słowo prawdy--tej prawdy, która
+wiesz, że nie istnieje--miało cię kosztować jedną ranę. Co? Pracowałbyś?
+Ale dla was to waryackie myśli; wy macie swoje teorye, zgodności
+społeczne: jednostka i ogół, egoizm i altruizm, wszystko się ze sobą
+godzi; jednego mniej, drugiego więcej, a zawsze jakieś ciasto wyjdzie.
+Istne z was centaury. Głowy kawałek w was ludzkiej, lub małpiej, lecz
+reszta nawet nie końska, ale świńska. I wy się macie za ludzi, za całych
+ludzi, kiedy zręczny nóż tak zawsze wykroić was może, że wam człowieka
+wytnie, a zwierzę na cztery wiatry światu puści!.. Ale krótki macie
+wzrok, nie widzicie własnych racic. Dla kawałka ludzkiej głowy brać się
+za człowieka, to zabawne! Zaśmiał się serdecznie.
+
+--Może swoje postępowanie wystawiasz za wzór ludzkiego życia, odparłem
+trochę zirytowany.
+
+Rozmowa po tylu latach niewidzenia nie była zbyt serdeczną.
+
+--Co, ty myślisz, że po ludzku żyć to wygrzewać się w pielusze waszej
+moralności. Świetna ta stara bajka o lisie, któremu ogon odcięto:
+obowiązki, przepisy ma ten, kto nie ma sił. Wybyście wszyscy tutaj
+przyszli, nie wychodzilibyście ztąd, i z gorszych jeszcze nor, gdyby wam
+sił starczyło. Przyjdą, popatrzą, i spluną, jak lis na zielone
+winogrona. Przychodź tygodniami, tak jak ja, a zobaczymy, czy będziesz
+tak wyglądał.
+
+Rysiński był znanym w szkole siłaczem i pomimo zmęczonych oczu i cery,
+widać było, że mięśni swych nie stracił.
+
+--Tak, ale dla was to niepotrzebne, wy używacie zawsze umiarkowanie, po
+ludzku. Trochę prostytucyi, trochę małżeństwa, wszystko w takiej samej
+miksturze, jaką wy jesteście. Gardło mi zaschło.
+
+Wypił duszkiem szklankę piwa i pochylił się w tył na fotelu. Ruch ten
+rozbudził dziewczynę, która znudzona rozmową, zasnęła mu była na
+kolanach. Jak nieprzytomna otworzyła oczy, ziewnęła, ale wnet przyszła
+do siebie.
+
+--Pójdę spać, rzekła do Jerzego.
+
+--Dobrze, odpowiedział jej krótko.
+
+Dziewczyna wstała, podeszła do łóżka, obojętnie zrzuciła spódnicę,
+zdjęła pończochy; położyła się pół naga na kołdrze. Po chwili miarowy,
+głośny oddech dał nam poznać, że zasnęła. Milczeliśmy w tej ciężkiej
+ciszy, przepełnionej zapachami perfum i ciał.
+
+Otrzeźwiałem był zupełnie. Dziwna, gwałtowna tęsknota za żoną, za tak
+nikczemnie poniewieranem domowem ogniskiem mnie opanowała. Obrzydzenie
+do wszystkiego, co mię otaczało, rosło z każdą chwilą.
+
+--Żal mi cię, Jerzy. Twoje życie wystarczy ci na miesiąc, na rok...
+
+--Starczyło już na pięć lat.
+
+--Wszystko jedno, ale co później? Co będzie, gdy się ockniesz z swego
+zaślepienia, bo inaczej przecież zdań twoich nazwać nie można? Gdyby
+tylko już o zmysłach mówić, co za przyjemność żyć z taką dziewczyną,
+która dziś z tobą, jutro z innym, a zawsze z obcym? Czyż nie mógłbyś
+nawet znaleźć większego upojenia zmysłów z żoną, kochanką? Marnować,
+młodość na taką szarą, powszednią rozpustę...
+
+--I ja tak dawniej myślałem: nie odrazu przecież tu przyszedłem. Raz
+chciałem się żenić, a kochanek miałem kilka. Ale to złudzenie.
+Westchnienia, zachwyty, oczekiwania, po co to? na co? Aby skończyć na
+tym samym, zawsze niezmiennym końcu? I ty przecież czasem, widzisz, że
+to wszystko blaga. Są kobiety, które tu nie były i nie będą, nie ma
+żadnej, któraby tu być nie mogła. Tu nie ma fałszu, tu kobieta jest
+naga i życie nagie. A ja za tą nagością szaleję! Ja się w waszych
+kołnierzach i kaftanach duszę!
+
+Słowa te wykrzyczał prawie. Był pijany tem upojeniem, które do mózgu
+bije i nadmiernem pobudzeniem myśli i ruchów się objawia.
+
+Milczałem. Cóż miałem mówić?
+
+--Mówią, że ja się marnuję, że gubię karyerę swą i sławę. Ja się chcę
+zmarnować! Ja nie chcę, jak wy bezsilni, kłamać sobie i jakąś umocowaną
+cegiełką się pysznić. Jestem dumny, że mogę być czemś, a będę niczem,
+ale nie takim podłym, jak wy. Ty tego nie rozumiesz. Ja tu siedząc
+jestem jak wielki pan, bogacz bez granic, który za każdy kęs chleba
+płaci garścią złota. Inni tu zostawiają ruble, ja siebie całego po
+kawałku. I ta świadomość to jest moja duma. Ja nie będę, jak podły
+parweniusz, szczycił się tem, com zbudował i co stoi nieudolne,
+zlepione, nikczemne. Chlubić się można tylko z niespełnionych czynów. A
+to bydło mówi, że ja nie mam ambicyi!.. Żeby mieć ich ambicyę, jestem
+zbyt ambitny. Ja nie mogę, jak zwierzę, pracować bez celu. Ja się
+zmarnuję, jak oni mówią, ale się zmarnować chcę, chcę!
+
+To »chcę« wrzasnął i wypił duszkiem zwietrzałą już szklankę piwa.
+Przestał mówić, i jakby ciężki nagle od wypitych trunków osunął się
+głębiej na fotelu, milcząc.
+
+Wstałem. Szarzało już. Niebo, zaciągnięte chmurami, zkąd pruszył
+drobniutki deszcz, zdawało się dalszym ciągiem czarnych dachów. Dziwna,
+że pomimo swej ciemnej szarości, promieniało jakimś smutnym
+grobowo-zimnym świtem. Pokój w tem oświetleniu, które kłóciło się z
+żółtem światłem lampy, jeszcze ohydniejszym mi się wydawał. Rozróżnić
+już można było i tapety, odpadające od wilgotnych ścian, i puder,
+pościerany na pięknej może niegdyś twarzy dziewczyny. Czułem, że
+powinienem, że muszę iść do domu.
+
+--Żegnam cię--powiedziałem, podając rękę Jerzemu. Zajdź do mnie.
+Mieszkam na Senatorskie; pod dwudziestym drugim. Chciałbym cię w innej
+chwili widzieć.
+
+--Po co? Nie chodzę nigdzie, nie bywam nigdzie. Ja nie mogę bywać w
+porządnym domu.--Zaśmiał się ironicznie.--Bądź zdrów!
+
+Wyszedłem. Na schodach słyszałem, jak wołał: Franka! Franka! Widocznie
+budził uśpioną dziewczynę.
+
+Chcąc dostać się do bramy, musiałem przejść przez salę. Na szczęście
+kompanionów moich już nie było. Zadowolony, że będę mógł wrócić sam, bez
+ich głupiego szwargotu, znalazłem się na ulicy. Przejmujący, cienki,
+zimny deszcz orzeźwił mię z resztek trunku i niezdrowych zapachów.
+Gardząc ofertami usłużnych dorożkarzy, szedłem wolno, wdychając
+wilgotne powietrze najpierwszego ranka. Z tym dniem wschodzącym czułem
+jakąś błogość miłą, jaką odczuwa podróżny, gdy z dalekiej drogi wraca w
+rodzinne, ciepłe strony. Może tam, na samym spodzie tej błogości była
+zadowolona duma, że oto ten rywal dawny ustąpił z placu, że ze mnie, com
+mu się czasem i na drugiego ucznia nie dochrapał, dziś redaktor i
+pisarz, człowiek ceniony i zacny; a on co? Wielkie zdolności, żałowane
+trochę, ale zawsze zapomniane, nieuczczone. A zresztą, kto tam wie, z
+temi zdolnościami! W tej trudnej sprawie nieocenionych lub niedoszłych
+geniuszów, najlepsza może ta surowa, lecz krótka zasada: co nie jest,
+nie mogło być.
+
+Czułem coraz większe zadowolenie, im więcej zbliżałem się do domu. Błoto
+na ulicy zaczynało mi już trochę dokuczać. Jak dobrze będzie rozebrać
+się w ciepłym pokoju, zrzucić zmoczone suknie i wyciągnąć się w wygodnem
+łóżku, gdzie obok na stoliku przyszykowano mi już zapewne szklankę
+lemoniady i moje ulubione papierosy!... Po chwili byłem u siebie. Dla
+ostrożności, aby żony nie obudzić, buty zdjąłem w przedpokoju i po cichu
+na palcach wszedłem do sypialni. Mała lampka nocna dostatecznie pokój
+oświetlała. Zbliżyłem się do łóżek; żona spala. Długie opuszczone rzęsy
+nadawały uśpionej twarzy wyraz rozkosznego skupienia. Już dawno nie
+wydała mi się tak piękną. Umyślnie rozbierałem się jak najciszej.
+Położywszy się już obracałem się ku niej, aby zasnąć mając tę śliczną
+twarz przed oczami, gdy wtem na głos prawie wybiegła mi na usta myśl,
+której na pozór w duszy mej nie było i nie wiem, zkąd się wzięła: _Das
+Laster ist doch schön..._
+
+
+
+
+W PEŁNEM SŁOŃCU.
+
+(SIELANKA).
+
+
+W pełnem słońcu.
+
+--Jakaś ty śliczna, jaka śliczna, śliczna--powtarzał prawie bezwiednie,
+wpatrzony w jej twarzyczkę zgrabną, w oczy żywe i radosne, w usta
+drobne, pulchne, jakby uśmiechów pełne i pieszczoty. Tyle razy spotykał
+ją tutaj i za każdym razem odnosił to wrażenie, że ona nie jest
+właściwie piękna, ani nawet może ładna, ale właśnie śliczna: tak jakoś
+dziwnie zestrojona z tą przyrodą, która ich otaczała, tak jasna, jak
+jasnem jest światło, i tak uśmiechnięta, jak uśmiecha się błękit, i tak
+nęcąca, jak nęci sina dal przezroczej przestrzeni, i tak nieprzeparcie
+pociągająca, jak ciągnie zieleń lasów i szmer strumieni. Chwilami
+wierzyć mu się nie chciało, że przyszła tu z domu, a nie wyrosła, jak
+kwiat, na polu.
+
+Objął ją wpół i szybkimi pocałunkami obsypywał jej oczy, skronie, włosy
+ciemnozłote, jedwabiste, miękkie. Głowę położyła mu na ramieniu,
+zmrużyła oczy, oparła się na nim cała, bezwładnie zdawała się roztapiać
+pod pieszczotą całunków i słońca. Dreszcz po niej przebiegł.
+
+--Dosyć, dosyć... chodźmy.
+
+Nie odrazu jej usłuchał. Oderwał się wreszcie.
+
+Wzięli się za ręce i, nie mówiąc do siebie nic, poszli.
+
+Szli miedzą.
+
+Złotozielony owies ścielił się im do stóp; chabry błękitne, białe
+rumianki, kąkole krwiste wychylały się ku nim. Nieopodal, na wzgórzu
+jasnoniebieski łan lnu kołysał się lekko, jakby rzucony na trawę szmat
+nieba i jeszcze drżący. A dalej znów lśniła w słońcu jasna zieleń
+dojrzewających zbóż, gdzieniegdzie prawie czarne wystrzelały z ziemi
+jodły wysmukłe; na krańcu, jak gęsty cień, ułożyły się góry. Lekka mgła
+srebrzysta wieszała się na skałach, a niżej w świetliste zasłony
+przystrajała ciemne plamy lasów, łagodziła ostrość załamów, a nie
+odbierała światła. Jasność ogromna, szczęśliwa, słoneczna unosiła się w
+błękitnem powietrzu, trącała rozłogi pól, i lasy i skały, i odbita
+wracała znów w przestrzeń, jaśniejsza.
+
+Była cisza. Wiatr zasnął i nie ocierał już z szumem skrzydeł swych o
+trawy. Kiście mietlicy nie uderzały o siebie, i nawet lekkie drżączki
+stały nieruchome. Tylko dwa białe motyle okręciły się kilka razy w
+gonitwie, lecz jakby zmęczone nagle i ciężkie spadły cicho na jeden
+kwiat chabrowy. Tylko z dali, z dali dobiegał szum potoku, radosny
+zgiełk fali, skaczącej po kamieniach, tak jednostajny, że niknął wnet
+dla ucha i zdawał się jednym z tonów wielkie; ciszy.
+
+Z kwiatów i ziół, z ziemi rozgrzanej i zbóż buchał odurzający miodowy
+zapach południa. Z najtajniejszych soków żywych upał wydobył wonie mocne
+i ciepłe. Pachniało życie w powietrzu... i chęć życia.
+
+Gdy szli tą miedzą, zdawało się im, że doprawdy tyle tylko jest świata,
+ile wzrok ogarnie, i tyle szczęścia, ile jest w tej chwili.
+
+Miedza się skończyła; wyszli na większą drożynkę wśród łąki. Zatrzymali
+się mimowolnie i spojrzeli na siebie. Rozmarzył ich żar. Opasał ją nagle
+rękami, przycisnął ku sobie i przytulił, jak dziecko. Czuł przy sobie
+jej postać wiotką i miękką; przez lekkie suknie przenikało doń zbliska
+ciepło jej ciała. Patrzyli na siebie jeszcze. Usta ich złączyły się w
+pocałunku długim, głębokim. Po chwili chciała usunąć odeń głowę. Nie
+mógł oderwać się od niej, upajał się jej tchnieniem.
+
+--Daj mi odetchnąć sobą, daj mi odetchnąć sobą... Pił oddech jej ust,
+jak woń kwiatu. Świat zakręcił mu się w oczach.
+
+Usiedli na trawie. Nie prowadzili nigdy ze sobą rozmów długich. Wśród
+tej przyrody, szczęśliwi jak ona, stawali się też, jak ona, cisi.
+Położył się na wznak, głowę na jej kolanach. Na tle jasnego błękitu
+widział nad sobą owal jej twarzy i złote płomyki jej włosów. Otulało ją
+powietrze błękitne, rozgrzane, przenizane nitkami światła i czyniło ją
+samą podobną do światła. Cisnęła się do niej zieleń murawy, wszystko się
+ku niej chyliło miłośnie.
+
+--Śliczna ty moja--szepnął.
+
+Uśmiech radości przeleciał po niej. Nakryła mu jednak usta dłonią. Od
+dotknięcia tej ręki gładkiej a drżącej, jak schwytany ptak, przebudziły
+mu się w krwi ogniki. Spojrzał na nią. Rumieniec ją oblał. Odwróciła od
+niego oczy, czuła na sobie jednak wzrok gorący, nieruchomy, chciwy.
+
+--Nie patrz na mnie, nie patrz...
+
+Uniósł się na rękach i schował głowę na jej piersiach; w skroniach i
+czole czuł dreszcz i ciepło.
+
+Ujęła mu głowę w ręce, odsunęła od siebie nieco i patrząc prosząco, a
+zalotnie w oczy, powiedziała pieszczotliwie:
+
+--Kochany mój, nie... nie, drogi.
+
+I pocałowała go w usta.
+
+Wstał na chwilę, wyprostował się, usiadł obok niej.
+
+--Chodźże bliżej.
+
+Przybliżył się. Podjęła kapelusz pilśniowy, który był rzucił na ziemię,
+zgniotła go, położyła sobie pod głowę, wyciągnęła się na wznak.
+
+--Lubię patrzeć w niebo.
+
+Mimowoli pobiegł oczami za jek wzrokiem.
+
+Błękit był bezchmurny, jasny i bardzo głęboki. Wzrok, wpadłszy tam, wnet
+uczuwał znużenie, jakgdyby jasność ta była dlań zbyt lekka i subtelna.
+Zaraz też nadbiegała siatka drżąca, czarna, i rozpościerała się po
+niebie, jakby na ratunek oczom. Lub też głębia nieba zdawała się
+skrysztalać, twardnieć i odrzucała od siebie wzrok ku ziemi, nie
+pozwalając mu wybiedz tam, w przestrzenie. Ale już po chwili złudzenia
+lazurowy kamień nieba rzedniał, kryształ stawał się znów podobny do pary
+bardzo lekkiej i tak zupełnie przeźroczystej, że przez nią silny wzrok
+starał się dostrzedz... nieskończoności.
+
+Położył się przy niej bez ruchu; do uszu z gęstwy traw dochodził czasem
+tylko trzask świerszcza lub szelest mrówek, ciągnących do gniazda
+ciężary.
+
+Nieruchomość skuła mu mięśnie i uśpiła na jawie krew; odbierała mu życie
+własne, i zespalała natomiast z życiem ziemi. Kilka mgnień zdawało mu
+się, że nie potrafi już sobą ruszyć--ale w dreszczach ciała czuł za to
+pęd ziemi, rwącej w przestworach. Zapomniał, że nie jest sam i milcząc,
+pogrążał się w rozkosz unicestwienia.
+
+Na powiekach uczuł nagle jej palce. Zasłoniła mu oczy ręką.
+
+--Co widzisz teraz?--zapytała go z uśmiechem w głosie.
+
+--Krew twoją.
+
+--Bardzo czerwona?
+
+--O nie, różowa ledwo, jak...--Urwał.
+
+--Jak... no... powiedz.
+
+--Jak u ryb.--Uśmiechnął się.
+
+Odwrócili się nagle ku sobie, nie wstając z ziemi. Na wpół rozplotły się
+jej włosy i na czarną pilśń, na której opartą miała głowę, ściekały, jak
+strumień złota pociemniałego w ogniu. Od przypływu krwi rozpaliły się
+jej na licach rumieńce i usta pokraśniały żywiej. Czuł jak z pod rzęsów
+długich padało nań spojrzenie rozmiłowane, pieszczotliwe.
+
+Leżąc przysunęła się ku niemu trochę, i z groźnym niby wyrzutem w oczach
+szepnęła: Ty, ty...
+
+Zaczął całować jej usta, rozchylone w tym uśmiechu; zarzuciła mu ręce na
+szyję, tuląc ku sobie.
+
+................................
+
+Z łąki spędziło ich słońce. Zatoczywszy kawał kręgu, stanęło wprost nad
+nimi, oblało ich żarem, świeciło w oczy.
+
+--Trzeba iść.
+
+--Ale dokąd?--Zamyślili się oboje.
+
+--Chyba ku potokowi: Tam cień jest napewne.
+
+Zgodziła się odrazu.
+
+Trudno im było wstać; osłabił ich upał. Podnieśli się jednak i poszli.
+Wzgórze niewysokie, lasem świerkowym porosłe, wznosiło się przed nimi
+tak blisko, że wierzchołkami swych drzew sięgało połowy nieba prawie. Ku
+stronie gór pochylało się zwolna na równinę: urywał się las i ciągnęły
+zagony zielonych i złotych zbóż. Małe, do gniazd podobne, chaty,
+rozrzucone tu i owdzie, czerniały na skrajach lasu.
+
+Pod wzgórzem strumień szumiał. Ścieżynka polna gubiła się wnet wśród
+gęstwy krzaków, którymi porastał brzeg parowu. Weszli w wilgotny cień i
+krętą drożyną schodzić poczęli w dół. Minęli mały lasek osiny i zbiegli
+już prawie pędem na polankę, nad brzeg potoku. W zamkniętej kotlinie aż
+huczało od kłótni fal.
+
+Przeciwległa ściana wzgórza wyrastała teraz tuż przed nimi, prostopadle.
+Nie widać już było ani pól na stokach dalekich, ani chat, tylko świerków
+zieleń, jakby zwieszoną z nieba zasłonę ciężką. Błękit zdawał się
+ciemniejszym i bliższym, jakby na szczytach drzew tych się rozpostarł.
+Był cień, i tylko gdzieniegdzie przekradał się promień słoneczny,
+zaigrał na liściach, plamą jasną zadrżał na trawach, lub przejrzał się
+w pianach i snopem iskier strzeliwszy, zagasnął z sykiem na dnie wód.
+
+Strumień z za zakrętu wybiegał wartko, i w płytkiem łożysku rwąc
+osrebrzył się cały pianą. Po warstwach łupku, równych jak schody,
+staczały się fale, jak kaskada srebra płynnego. A dale; rozszerzało się
+nagle koryto i woda natrafiwszy na miękki grunt i piasek, wyżłobiła
+sobie jamę głęboką. Zwalniał się tu pęd fali, a grzbiet jej nabierał
+barwy i błysku szmaragdów. I raz jeszcze trąciwszy o rozrzucone głazy,
+rozpryskały się szmaragdy, i fale tak jak wbiegły srebrne, srebrne
+przepadały z oczu.
+
+Zacisznie tu było i samotnie. Świat, który zginął dla oczu, wysuwał się
+też mimowoli i z pamięci. Oboje odczuli odrazu tę wielką radość, że
+zagubili się w gąszczu takim, gdzie nikt ich nie odnajdzie, że przepadli
+dla wszystkich i wszystkiego, prócz dla siebie. Dopiero tu naprawdę
+poczuli się razem, sobie blizcy.
+
+W parowie, mimo cienia, upalnie było, nie upałem suchym, płomiennym, jak
+na łące, ale wilgotnym, ciężkim żarem dusznym.
+
+Zbliżyli się do brzegu i po kamieniach zaczęli przechodzić przez
+potok--ale przejść nie mogli, gdyż droga przez głazy utworzona, urywała
+się w połowie, zostawiając jako ostatni kres skalistą wśród fal wysepkę.
+Na omszonym wilgotnym głazie, po którym jeszcze niedawno fala się
+ślizgała, siedli, trzymając się w pół i cisnąc ku sobie, gdyż zewsząd
+potok rwący im groził. Mniemane niebezpieczeństwo, które zewsząd niby
+ich otaczało w potoku pół łokcia głębokim, czarowało ją i zachwycało.
+
+--Jak tu dobrze, jak pięknie--najdroższy.
+
+--Ubóstwiam ciebie.
+
+Ale zgiełk monotonny jakąś zadumę smętną w niej rozkołysał, gdyż
+umilkła, zamyśliła się i pochyliła główkę, patrząc na piany, tańczące po
+fali. Na miękką linię jej ramion i szyję odsłoniętą upadł, wymknąwszy
+się z liści, blask słoneczny, pełen zielonawych refleksów i śniadą nieco
+jej płeć rozświecił tysiącem iskierek złotych. Przez migotanie tych
+błysków złotawych, jasnoróżowa przelśniewała krew ciepła. Patrzył z
+zachwytem na te plamy słoneczne, drżące barwami ognia i krwi. Ale ona
+zamyśliwszy się nie czuła wzroku, który z uwielbieniem po niej
+przebiegał. I nie odwróciła oczu. Więc przyklęknąwszy jak mógł, pochylił
+się, aby zajrzeć jej w twarz i spytał:
+
+--Co tobie?
+
+--Smutno mi, smutno.
+
+--Czemu, jedyna?
+
+--Czemu? Tak wszystko płynie, przechodzi, ucieka... Już sierpień...
+
+Łza zakręciła się w jej głosie; schwyciła go za szyję i zaczęła całować
+po ustach, po czole, po oczach--bez pamięci. Przebiegł oboje dreszcz
+chłodny, jesienny, trwożny.
+
+Nagle zabrzmiał gdzieś w górze odgłos dzwonków miedzianych--powracały
+stada.
+
+Oderwała się od niego, wybuchła śmiechem i zanurzywszy dłoń w wodzie,
+prysnęła mu na twarz. Wyrwali się tęsknocie.
+
+Schwycił jej dłoń, z której ociekały krople, niby rozsypane klejnoty, i
+całować ją począł i pić tę wilgoć, przesyconą rozkoszą jej ciała.
+
+--Puść mnie, puść mnie.
+
+Zerwała się i podniosła, ale pantofelek luźno zapięty przechylił się i o
+wilgotny mech poślizgnął. Byłaby osunęła się w wodę, lecz zdążył ująć ją
+wpół i podtrzymywać.
+
+--Jakiś ty silny.
+
+Chciał okazać swą siłę i zatrzymać w swym uścisku, lecz wysunęła mu się
+z rąk.
+
+--Drogi, muszę już iść, muszę wrócić koniecznie. Dzwoniły stada--już
+szósta. Spostrzegą, żem wyszła.
+
+Skoczyła na następny kamień, i znów na kamień--wreszcie wybiegła na
+brzeg.
+
+--Kochany, drogi, do jutra.
+
+Pomknęła przez gąszcz zieloną; mignęła raz i drugi jasnoróżowa jej
+suknia.
+
+Ledwie zdążył rzucić w ślad za nią:
+
+--Do jutra.
+
+
+
+
+PIERWSZY WIERSZ.
+
+
+Pierwszy wiersz.
+
+Kiedy po zerwaniu z Maryą minęła pierwsza, nieutulona, nieokiełzana,
+prawie głośna rozpacz, Jan Karski jeszcze więcej odsunął się od ludzi--i
+wtedy zaczął tęsknić. W oczach pobladły mu wszystkie barwy i w szarą
+mgłę smutku, jednostajną i miękką owinęły się dlań wszystkie kształty.
+Wielkie ukojenie ztąd czerpał, bo ból jego stracił wtedy tę okrutną
+jasność, która przedtem mieszała mu zmysły. Pożądanie zasnęło w nim
+jakby na śmierć zmęczone, i gorzki żal zawodu uciszał się zwolna,
+roztapiając się w senną tęsknotę, w wielki, odczuwany wszędzie brak.
+Nieraz w ciszy samotnych wieczorów z długiego udręczenia rozdartej
+miłości zostawało mu tylko to poczucie braku, świadomość mętna, że
+czegoś niema, czegoś, co może życiem jest, marzeniem, szczęściem, snem,
+lub może.. jej postacią. Wtedy wszystko, co posiąść można wydawało mu
+się tak lichem i śmiechu wartem, że drwić mu się chciało z całego życia
+swego, z zabiegów różnych, nadziei i dążeń. Nawet te zbiory wierszy
+dźwięcznych, pieszczonych, w które wkładał cały swój kunszt wytworny i
+subtelny, cały talent i miłość poety, tylko pogardliwą litość w nim
+budziły. W tych dniach ponurych, beznadziejnych i nic już nie pragnących
+było mu gorzką radością, gdy mógł w tęsknocie swojej zatopić się tak
+niepodzielnie, że nie rozniecały się w nim nawet wyobraźnia i zdolność
+poety, ta chęć twórcza, by o łzach swych mówić tak, jak nikt inny.
+Rozmiłowywał się w unicestwieniu swojem, w ubóstwie ducha, skazanego na
+jedno wrażenie, w tej dobrowolnej ofierze, którą bez przerwy składał dla
+niej. Wdzięczność wielka i uwielbienie, które mimo przekleństw rozłąki
+przepełniały mu serce, szukały sobie wyrazu w tem całopaleniu własnem, w
+samobójstwie, którego jedyną trucizną był żal.
+
+Odtąd samotność stała się jedyną towarzyszką długich godzin, które
+spędzał błądząc po mieście bez celu, obojętny wszystkiemu, z
+uśmiechniętą twarzą. Gwar życia, łoskot kół, szum tłumów, obijał się o
+jego uszy i rodził w nim tylko--chwilami--wielkie zdziwienie. Im więcej
+obcym wydawał mu się zgiełk i to życie, tym lepiej czuł, że bliższą mu
+jest i żywszą--przeszłość. Niekiedy przesiadywał też do późnej nocy na
+werandach kawiarń i znajomi rozmawiali z nim wtedy wesoło o wypadkach
+dni ostatnich, nie wiedząc nawet, że człowiekowi temu życie ich jest
+niczem. Dopiero gdy ich żegnał w najciekawszym nieraz zwrocie rozmowy,
+niejeden uczuł, że nie wiążą ich już nawet słowa.
+
+Najchętniej jednak Karski krył się w ciszę kościelną, w pół jasny brzask
+pod sklepionymi łukami chłodnych, pustych świątyń. Siadał wtedy w ławce
+i zasłuchiwał się w niezmierny spokój, niezmącony nawet szeptem
+modlitwy; wzrok jego rozpraszał się na złotych aniołach ołtarzów, na
+szafirowych smugach, rozwieszonych w powietrzu, na liniach wysmukłych,
+lecących gdzieś ku górze, jakby w przepaście nieba. Jakaś głąb wielka i
+jasna opływała mu wtedy duszę, i wyrwawszy ją prawie z zawiasów
+cielesnych, niosła na przestwory dalekie, gdzie zostawał już całkiem sam
+z tą jedną myślą swoją. I wtedy przeczucie tej wieczności, w którą nie
+wierzył, lecz której nie zaprzeczał nigdy, ogarniało go--na
+chwilę--lękiem tęsknoty zaziemskiej, samotności bezgranicznej. Więc z
+zamyśleń takich dusza jego przebudzała się nietylko już tęskna, lecz i
+trwożna, i z trwogi prawie o łaskę wołająca. Pod groźbą tego strachu,
+jak w dziecku, rodziła się w nim pierwotna chęć, aby upaść na kolana i
+szlochać i błagać Boga, żeby go tą wiecznością nie karał, lub ją
+błagać, aby go na wieczność te nie odbiegała.
+
+A gdy na ulicy potem blask słońca przywracał mu trzeźwą równowagę myśli,
+z widzeń zaśmiertnych zostawała mu złowroga radość, że tęsknota
+przerwała już tamy, któremi rozum graniczy z obłędem.
+
+Ze wszystkich kościołów miasta najwięcej upodobał sobie ogromny na rynku
+kościół gotycki.
+
+Potężna wyobraźnia mistrza rzuciła tam na mury splątane pasma jaskrawych
+barw; na purpurowych płomieniach kolumn oparła błękitne gwiaździste
+sklepienie, za czarnym krzyżem z kroplami krwi rozpostarła wśród zieleni
+chóry aniołów. Przepych barw potrącał w jego duszy tajemnicze struny,
+ubierał w blaski każde ogniwo jego wspomnień i jej blednące widmo czynił
+nietylko nad inne kochanem, lecz i nad inne pięknem. Wielka ekstaza
+owładała tu nim często i słowa gorące, pełne czci nieskończonej, dławiły
+go wtedy w gardle--ze łzami żalu marnego, że żywej tych słów nie
+powiedział. Szczypta zdrowego sądu, która za hulacynacyami jego się
+wlokła, bryzgała mu tym żalem w twarz, jak zniewagą, jak winą hańbiącą,
+i w uczuciu rodzącej się skruchy wzmagała w nim jeszcze bolesną chęć,
+aby przykuć się na zawsze do tej tęsknoty. W takich chwilach mógł
+godziny całe trawić w tym kościele, ciężko oparty o poręcz ławki, z
+oczami nawpół przymkniętemi, niebaczny już nawet na kaskady świateł,
+które słońce kolumnom rzucało na czoła. Usta jego były wtedy ciche i do
+westchnień nawet już niezdolne, lecz z dna jego istoty wyrywało się z
+uporem szaleństwa jedno imię, jedno błaganie. W chwilach ocknienia czuł
+wtedy w piersiach taki gniotący ból, jakgdyby gardło był zerwał na krzyk
+i wołanie. Nie wychodził nieraz z kościoła, dopóki zachrystyan nie
+trącił go w ramię, przypominając, że zamykać musi. Spostrzegał dopiero,
+że zeszły mu w myślach godziny dnia, i zimny zmierzch otoczył już
+pobladłe nawy. Uciekał wtedy czemprędzej z tych ołowianych sklepień,
+martwych nagłe i ciszą przerażających. Lecz nazajutrz znów jedyną jego
+chęcią było wrócić do tego kościoła, do tych barw i do tych myśli.
+
+W godzinach południa, gdy gwar pobożnych i odgłosy ich kroków wyrywały
+go z cichego upojenia, przechadzał się bezmyślnie z nawy do nawy i
+niedbałym wzrokiem przerzucał po raz tysiączny skarby katedry. Wychudłe
+ascetyczne twarze drewnianych świętych w gotyckich niszach nad stallami,
+duże czarne krucyfiksy z krwawiącą raną w boku Zbawiciela, tłuste
+anioły, uśmiechnięte nad cudacznymi gzemsami późniejszych ołtarzów,
+obrazy wyblakłe, szare od kurzu i starości wpadały mu w oczy, nie
+budząc żadnych wrażeń, i na chwilę nawet przykuć nie mogły jego uwagi.
+
+A jednak wśród takiej wędrówki stanął kiedyś natychmiast, jakby w ziemię
+wrósł, gdy wzrok jego po raz pierwszy przesunął się przelotnie po
+»Zwiastowaniu«, które zapomniane wisiało w ukryciu wśród tablic
+nadgrobnych. Na małem spękanem płótnie nieznanego włoskiego mistrza była
+sama tylko twarz Madonny, promienna i słodka. Zdawało mu się przecież--i
+nie było to złudzenie, bo im lepiej się wpatrywał, tym więcej ufać
+musiał swoim oczom--że przez te rysy błogosławione i natchnione dojrzał
+twarz inną, więcej mu blizką i więcej kochaną.
+
+Więc patrzeć zaczął... Tak spragnionym był jej widoku, tak często w
+bezsenności nocnej wyczekiwał w naprężeniu wszystkich zmysłów snu
+dobrego, który mógł mu jej postać przywieść przed oczy i rzucić w
+objęcia, że teraz, kiedy ją ujrzał tak blizką, tak świętą i tak
+uśmiechnioną, jakaś rzewność miękka, jakaś tkliwość rozbudzonych
+wspomnień oblała mu serce, i wargi mimowoli się rozchyliły i na usta
+wybiegał już okrzyk ten, którymby ją powitał obecną. I skoro opanował
+pierwsze wzruszenie, z tego chwilowego omdlenia przyniósł ze sobą jedno
+szczęście wielkie, na całe życie łaskę jedną. Bo oto ona została z nim
+i będzie mógł tak jak dawniej klęczeć przed nią i mówić jej na głos
+zaklęcia, prośby pełne i poddania, i będzie mógł, tak jak dawniej,
+złożyć usta na jej ciepłych, gładkich dłoniach... W kącikach oczu
+zakręciły mu się drobne łzy lśniące i radość dziwna, nieoczekiwana
+ścisnęła mu krtań, jakgdyby oto miał wybuchnąć szlochaniem. Odstąpił
+krok jeden od obrazu, i oparłszy się o mur, patrzył, patrzył jeszcze.
+Zapomniane wrażenia dzieciństwa ocknęły się nagle w tym człowieku bez
+wiary, wróciła mu nagle pamięć godzin modlitwy i długich tych chwil,
+kiedy dzieckiem jeszcze klękał i zwierzał się Bogu z pragnień swych i
+żalów. Wspomnienia te jasne i czyste, jak lilje, plątały się bezładnie z
+innemi świeższemi stokroć, gdy w niej jednej znajdował spokój swój i
+szczęście. Powoli zacierały mu się jak we mgle, granice istot i czasów;
+w oczach przyćmionych łzami postać Madonny olbrzymiała, coraz
+podobniejszą się stając do straconej, obcej i dalekiej. I zarazem
+odrywała się myśl jego zupełnie od wszystkiego, co go tu na dole
+otaczało. Wpatrzony w ubóstwione rysy nie spostrzegał, że kościół
+napełniał się ludźmi, że księża w ornatach wychodzili z zakrystyi...
+
+Odezwały się organy. Jakby z oddala, z głębokiej otchłani polał się
+potężny hymn żalu; pieśń rozpaczy i skruchy, zmiłowania i łaski
+prosząca, wybuchnęła głośnymi akordami i biegła roztrącić się i
+rozsypać w jęki o gwiaździsty, nieruchomy strop. Jęk za jękiem uderzał o
+kamianne sklepienia, które zdawały się wtórować im i dźwięczeć. I wtedy
+jakieś czarodziejstwo naszło na Karskiego; zmąciło mu się wszystko w
+oczach i w myśli; kolumny kościelne zapaliły się jak pochodnie od
+płomieni, które je obejmowały, sklepienie się rozwarło, dając jasnym
+błękitom dostęp, i ona, kochana, święta zdawała się zrywać z tego
+płótna, schodzić ku ziemi i wyciągnąwszy ku niemu ręce mówić to jedno
+tylko: Oto jestem. Wtedy radość przesilna złamała go i rzuciła na
+kolana; gwałtowne łkanie rozdarło mu pierś, a zaciśnięte usta powtarzać
+zaczęły bezwiednym, bardzo cichym szeptem: Droga, droga, droga...
+
+................................
+................................
+
+Kiedy Karski znalazł się potem na ulicy, czuł w sobie wielkie zmęczenie
+ciała, ale w myślach miał teraz spokojność łagodną i cichą, jakgdyby
+odblask tej wielkiej radości, którąby odzyskanie jej mu dało. Rozumiał
+dokładnie, że to było chwilowe oczarowanie, które prysnęło jak tęcza, że
+miał widzenie bardzo niejasne i nie wiedział właściwie, przed kim czy
+przed czem modlił się i klęczał. Rozumiał też, że ten zachwyt nie
+powtórzy się więcej, że nie uda mu się zapomnieć życia tak doszczętnie i
+doczekać po raz drugi jej zwiastowania. Lecz po tem spazmatycznem prawie
+wrażeniu ukojenie słodkie otuliło jego myśli, jakgdyby na skronie spadła
+mu jeszcze jedna jej pieszczota długa, na życie całe zostająca. Chwilami
+zdawało mu się bardzo wyraźnie, że jakaś drobna cząstka jej, jakiś cień
+jej drżący jest tuż za nim obecny po to, aby nie opuścić go więcej i nie
+rozstać się z nim nigdy. W ekstatycznem podnieceniu wyobraźni tęsknota
+jego zbladła i odstępowała go zwolna; i ten ciężki przygnębiający
+smutek, gdy czuł tylko to, że jej nie ma, osuwał mu się z piersi.
+
+Dnia tego błądził długo po mieście, z ulicy na ulicę, niezmęczony, jakby
+ciekawy każdego zakątka. Powietrze, już blizkością wiosny wonne,
+swobodniej przenikało mu do piersi: po raz pierwszy od dni tylu zmysłowa
+rozkosz życia, rozkosz wiatru i światła budziła się w nim z uśpienia.
+Widoki, wpadające mu w oczy, chwytał skwapliwie i czuł nieraz, że myśl
+jego, dotąd beznadziejnie zapatrzona w jedno wspomnienie, drgnęła raz i
+drugi, i uniosła się nieco, i spostrzegła skrawek błękitu nad domami i
+piosnkę usłyszała, którą nucił ktoś wysoko na poddaszu. Uczuwał w sobie,
+jakby nowy przypływ i pełnię sił, chęci przebłyskujące i jeszcze ukryte,
+pożądania nowe i możność nowych radości. Mimowoli dzwoniły mu oderwane
+nuty melodyj, śpiewanych gdzieś dawno, i niespodziewanie stanęła mu
+nawet w pamięci strofa ostatnia ostatniego wiersza, który pisał przy
+niej.
+
+ .....I duch mój wziąwszy skrzydła purpurowe
+ Już się do lotu zrywa, tam gdzie nowe
+ Światło.....
+
+I nagle podrażniony w nieświadomej jakiejś próżności, nie zastanawiając
+się, co czyni, w myślach dobierać zaczął po cichu innych słów,
+dźwięczniejszych, głębszych, żywszych, któremi powiedzieć by można
+wszystko, co się w duszy dzieje... W miarę jak te słowa bezgłośne
+układały się w rytmy i jednoczyły w obrazy, rosła w nim chęć, aby je
+wymówić i obrazy te zatrzymać. O niej przecież mówić miał i o tem co
+przeżyli razem; zadowolenie artysty łączyło się zdradziecko z rozkoszą
+głośnego wyznania... Zasłuchany teraz w muzykę własnych myśli, które
+brzmiały mu jeszcze echem niezapomnianej kościelnej melodyi, Karski
+zdążał ku odludnym stronom miasta, gdzie gwar nie przeszkadzał jego
+twórczej pracy. Wydostał się na daleką, zrzadka zabudowaną aleję i tam
+na pierwszej napotkanej ławce siadł...
+
+Zmierzch zapadał i w suchem powietrzu zachód płonął jeszcze ognistą
+czerwienią; lecz ku zenitom nieba nad głowami czerwień jaśniała, żółkła
+aż nieuchwytnym szeregiem odcieni rozpływała się w głębokiem
+zielono-błękitnem sklepieniu, gdzie kilka gwiazd lśniło, jakby srebrne
+szpilki. Karski parę chwil przyglądał się blaskom gasnącym na zachodzie:
+majestatyczny widok światła i barw rozbudził w nim znów żywiej wrażenia,
+które rankiem po nim przebiegły. I wtedy na starym świstku gazety
+ołówkiem zaczął pisać wiersze niedbałe, jakby spowiedź rzuconą w świat,
+niewiadomo przed kim i dla kogo.
+
+ Kiedyś przybiegła ty do mnie i białą
+ Dłoń mi na usta położyła drżące
+ I pokraśniała milcząc, mnie się zdało,
+ Że nagle kwiatów zakwitło tysiące,
+ Że ciebie nagle otoczyły całą
+ Mgły przeźroczyste i złotem świecące,
+ I w złotych blaskach tak byłaś mi piękną,
+ Że czułem, jak mi słowa w ustach miękną,
+ I że się oto modlić będę... tobie.
+ I jużem ukląkł...
+
+Karski wstrzymał się na chwilę i w zmroku pospiesznie przeczytał to, co
+był napisał. Nagle zdało mu się, że ciemny pąsowy rumieniec wystąpił mu
+na twarz. Więc doprawdy stała mu się już tak obojętną i obcą, że wiersze
+teraz o niej pisać mógł spokojnie, gdy przedtem każde jej wspomnienie
+wstrząsało go do głębi? Więc ze śmiesznym pośpiechem poety korzystać
+chciał z okazyi, aby w szeregu pustych, bezsilnych słów roztopić pamięć
+tej chwili jedynej nadziemskiego widzenia i radości? Więc spieszył się
+przystroić ją w fałszywe blaski fantazyi i uczynić przedmiotem swoim i
+natchnieniem, aby tem łatwiej wydrzeć ją ze swego życia, i o żywej i
+kochanej zapomnieć?... Ogarnęło go gorzkie uczucie pogardy dla tej
+małoduszności poety, który skarżyć się chce z gadatliwością dziecka i
+jak dziecko pociesza się swym płaczem. Zdjął go żal wielki za tą szczerą
+i potężną miłością, którą połamać miał na drzazgi i w pieśniach
+rozproszyć, i żal jeszcze większy za tą tęsknotą, że przestała go dławić
+tak, jak dawniej. Jakby przytłoczony świadomością winy, pochylił się w
+ławce i bezwładnie ręce opuścił; ołówek wysunął mu się z palców i upadł
+na ziemię.
+
+Z mrokiem nocy, co od krańca w kraniec nad miastem się roztoczyła i
+błysnęła tysiącem gwiazd zimnych, spadał mu na duszę smutek coraz
+cięższy, jakgdyby po raz drugi ją stracił gorzej jeszcze i
+nieodwołalniej...
+
+
+
+
+TRZY DUSZE
+
+dramat w jednym akcie.
+
+
+
+
+OSOBY:
+
+
+ ANDRZEJ TUROWICZ lat 34.
+ ZOFIA, jego żona lat 25.
+ JAN KARSKI lat 28.
+
+
+
+Ubogie mieszkanie studenckie w Paryżu; drzwi w głębi; z prawej strony
+dwa łóżka ustawione jedno za drugiem. Szafa, ubrania męskie i kobiece
+zasłonięte płótnem. Na lewo na przedzie stół, dwa krzesła i kanapka. W
+tylnej części ściany mała kuchenka. Ciepły letni zmierzch, pełen
+różowych odblasków zachodu zapada zwolna.
+
+Przy stole na kanapce siedzi Zofia, zamyślona lecz pogodna, zajęta
+szyciem, które pozornie pochłania jej uwagę.
+
+Drzwi w głębi otwierają się: wchodzi Karski--z wyrazem znużenia i
+zdenerwowania na twarzy.
+
+ZOFIA [obracając się ku wchodzącemu, z uśmiechem]. Tak późno wracasz,
+jedyny?
+
+KARSKI [wita się z nią pobieżnie i siada przy niej na kanapie]. Miałem
+dużo roboty i niesporo mi idzie. Ciężko mi jeszcze pisać po francusku.
+
+ZOFIA [troskliwie]. Zmęczony jesteś? Jak ty źle wyglądasz?
+
+KARSKI [znużonym głosem]. Tak. Zmęczyłem się trochę, bom szedł najpierw
+odwiedzić Henryka--wiesz Rzeckiego, ale później rozmyśliłem się i znów
+odłożyłem na później. Czas jeszcze. Przysporzyło mi to jednak drogi.
+
+ZOFIA. Nie ciekaw jesteś go widzieć? tylekroć mówiłeś mi o nim jeszcze w
+Warszawie. Tyle lat nie widzieliście się...
+
+KARSKI. I możemy się nie zobaczyć. Wszystko jedno! Mój Boże, cóż nas
+dziś łączy? Od tych lat, kiedyśmy się znali, kilku ludzi przesunęło się
+przezemnie, a ja sam nawet nie wiem, jak się zwali i dokąd poszli.
+Mniejsza o nich zresztą. [weselszym tonem]. Coś tak posmutniała,
+Zosieńko moja? czemu? No, spójrz na mnie.
+
+ZOFIA [smutnie]. Jakiś ty dziwny; mówisz czasem tak smutnie, tak
+beznadziejnie i gniewasz się, że mi nie do śmiechu. Niedobry jesteś,
+nie, nie.
+
+KARSKI [wesoło, pół żartem, pół seryo]. Uspokój-że się, dziecko.
+Najpierw nie powiedziałem nic smutnego. Bo czyż jestem dziś taki, jak
+byłem dawniej, nimem ciebie poznał? I ty, ty sama nie odmieniłaś się nic
+a nic? Jest pani zawsze tą samą wesołą a tęskną trzpiotką, z którą przed
+rokiem tańczyłem kadryla u Łempickich?
+
+ZOFIA. O nie, nie.
+
+KARSKI [już z pewnem zamyśleniem, jakby ulegając nadchodzącym
+wspomnieniom]. Pamiętasz ten wieczór? W jakiej byłaś sukni?
+
+ZOFIA [nieco zdziwiona]. Jaki wieczór, kochanie?
+
+KARSKI [ciszej]. Ach, ten pierwszy.--Ty nic nie pamiętasz... Nie znałem
+cię jeszcze wtedy. Przyszłaś sama z jakąś ciotką, jakgdybyś panną była.
+Miałaś na sobie taką bladą, bladoróżową suknię jak najranniejszy świt i
+fiołki we włosach. I tyle woni fiołków w koło ciebie. Ach, ty kwiecie!
+[obejmuje ją wpół i przytula do siebie].
+
+ZOFIA [bezdźwięcznie]. To było tak dawno, tak dawno.
+
+KARSKI [odsuwa ją od siebie, porywczo]. Żal ci tego?
+
+ZOFIA [pieszczotliwie]. Mnie żal, mnie? Czem ja byłam? Ot dzieckiem,
+które chodziło z balu na bal, śmiało się, tańcowało, i prawie nie
+wiedziało, że jest nikomu niepotrzebne, że nic nie kocha. Wiesz ja
+dawniej naprawdę myślałam, że ja jego... Dopieroś ty przyszedł. Jakiś ty
+był smutny; ciebie jednego mi tak żal było. [chwyta go za rękę].
+
+KARSKI [jakgdyby nie do Zofii mówiąc]. Byłem smutny? Nie, to nie jest
+smutek, co się w duszach naszych lęgnie. To coś gorszego, coś
+czarniejszego. Takie znużenie straszne, które wygryza wreszcie i ból, i
+tęsknotę i pożądanie, i nie pozostawia nic, na czem oprzeć by się można.
+I ta pogarda, ta żrąca, uśmiechnięta pogarda dla ludzi, dla siebie, dla
+każdej myśli mojej, dla każdego tchnienia mego. Takie obrzydzenie do
+siebie, do ciała i duszy, że błogosławiłbym stopę, któraby mię
+rozdeptać chciała... I te nagłe martwe cisze, gdzie wszystko zapada,
+gubi się, ginie, jakgdyby fale śmierci zalały nas powyżej głowy. [pod
+koniec mowa staje się coraz prędszą]. Nie wiem co czuję, każda myśl
+moja, każde drgnienie jakimś wiatrem zagnane przychodzi, ucieka jedno za
+drugiem w pędzie, splątane jak dym. I znów pustka, pogodna bezsłoneczna
+pustka, która milczeniem swojem zdaje się pytać: po co, po co żyjesz? Po
+co żyjesz?
+
+ZOFIA [przysuwa się ku niemu sama, tkliwie]. Jakie to straszne! Ale to
+było dawniej, dawniej, prawda, dawniej? Ty tego nie czujesz teraz,
+nigdy? nigdy?
+
+KARSKI [po chwili ciszy]. Nigdy.
+
+ZOFIA [coraz tkliwiej]. Prawda? ty żyjesz dla mnie, dla swojej Zosi,
+musisz żyć dla mnie. Twoja Zosia jest sierota, samiuteńka jedna, nikogo
+nie ma na świecie, umarłaby z głodu bez ciebie.
+
+KARSKI [ironicznie, zrywa się z kanapy i zaczyna chodzić po pokoju] I ze
+mną ci niewiele do tego brakuje. Żyję dla ciebie, a ty w takiej nędzy.
+
+ZOFIA. A wiesz co, że ty śmieszny jesteś. No i czego mi potrzeba. Gdybym
+nie wiem wiele miała pieniędzy, nie wiedziałabym, co z niemi tu począć.
+W Warszawie co innego, ale tu... A zresztą to zabawne tak liczyć te
+susy. Nigdy nie umiałam tego dawniej, a już się wyuczyłam. Widzisz, jaka
+Zońka twoja pojętna. I jeszcze bym ci coś powiedziała, ale ty się
+będziesz śmiał ze mnie.
+
+KARSKI [stając przed nią, miękkim, kochającym głosem]. Z ciebie, duszo
+moja, z ciebie?
+
+ZOFIA [nieśmiało]. Widzisz--mnie się czasem zdaje, że to dobrze, że my
+jesteśmy w biedzie. Już za nic bym nie chciała, abyś ty był bogatszy od
+Andrzeja. Nie, nie. Ja mogę być wesoła, lekkomyślna i bardzo niemoralna,
+ale ja wiem, wiem bardzo dobrze, że to jest źle, źle to wszystko, co ja
+z tobą zrobiłam. Nie śmiej się z tego, bo to jest wielki grzech. Mówił
+mi to jeszcze ksiądz na spowiedzi, nimem ciebie znała. Może ta bieda
+nasza będzie mi za pokutę policzona. [Z pewnym przymusem]. No, nie śmiej
+się.
+
+KARSKI [chodząc po pokoju]. Jaki ja jestem podły, podły! Ja wiem, tyś
+wszystko poświęciła dla mnie: religię twoją, opinię, przyszłość,
+bogactwa; narażasz się na zniewagi, na głód--dla mnie, wszystko dla
+mnie; a ja co, co ja ci dałem? [szyderczo] Ja mam przygodę miłosną. Nic
+dla ciebie zrobić nie mogę, nawet zapracować nie mogę tyle, żebyś ty
+biedy nie cierpiała, [jakgdyby z trudem mówiąc]. Wiesz, obcięli mi
+połowę godzin w redakcyi. Ośmdziesiąt franków na nas oboje! A przyjąłem
+to zupełnie spokojnie, apatycznie, tak, jak gdybym ciebie nie znał, jak
+gdybyś nie ty na tem cierpiała. Czyż ja ciebie nie kocham?
+
+ZOFIA [powtarza bezdźwięcznie]. Ośmdziesiąt franków. Połowa tego, cośmy
+dotąd mieli...
+
+KARSKI [staje znów, mówi namiętnie]. Słuchaj! Uczucie moje dla ciebie to
+ostatnia moja świętość: gardziłem wszystkiem, oplułem w sobie wszystko,
+prócz tej jednej, jedynej miłości. Ty musisz być dla mnie wszystkiem, ty
+jesteś moją wiarą, siłą, moją duszą. Jeśli mi się jednę chwilę zdaje, że
+ja ciebie nie kocham--tak jak tam w redakcyi--zdaje mi się, że oszaleję.
+Nie, nie oszaleję. [z rozpaczą]. Ale jeśli ja ciebie nawet nie kocham,
+to chyba już dziś jestem trupem.
+
+ZOFIA [wstaje i bierze jego głowę w ręce i przytula do siebie; łagodnym,
+kojącym głosem]. Ty moje szalone, biedne dziecko! Ty mnie nie kochasz,
+ty? Czy ja tego nie widzę, czy jabym mogła choć jedną chwilę o tem
+wątpić? ty mnie nie kochasz, tyś mi nic nie poświęcił? Tyś chciał
+poświęcić wszystko, siebie całego. [z pewną grozą w głosie]. Och! ja
+pamiętam to dobrze!
+
+KARSKI [zdziwiony]. Co ty pamiętasz Zosiu?
+
+ZOFIA. To, coś mi mówił wtedy, dawno jeszcze. Ah! to nie był żart. Tyś
+tak okropnie patrzył wtedy.
+
+KARSKI [z rosnącem zdziwieniem]. Kiedy? co?
+
+ZOFIA. Wtedy, pierwszym razem... u ciebie... na Żórawiej. O nie, nie
+chciałam przyjść. Jeszcze nic nie było między nami, jeszcze mogło być
+wszystko inaczej. I nie byłabym przyszła. Tak się długo modliłam do
+Matki Boskiej, i tyle sił miałam i tak się chciałam poświęcić, i tak cię
+kochałam! Chciałam się na zawsze zakopać na wsi--u nas w Golewicach,
+ukryć i zdusić tę miłość, która mię dławiła. [smętnie]. Byłbyś
+szczęśliwszy może.
+
+KARSKI [silnie]. Bez ciebie? nie mów tak nigdy.
+
+ZOFIA [mówi z trudem, pokonywując uczucie zawstydzenia i winy].
+Przyszłam wtedy do ciebie, żeby cię pożegnać, powiedzieć ci to wszystko,
+powiedzieć ci, że musimy się rozstać, że będziesz zawsze wybranym mojej
+duszy, ale że ja twoją być nie mogę, że ja twoją być nie chcę--Boże,
+Boże.... Myślałam, że się będziesz gniewał, przekonywał. A ty nic,
+tylkoś mi powiedział to jedno, ale takim głosem strasznym, że mię
+dreszcz zdjął, jakgdybym już grób przed sobą zobaczyła. Klęczałeś
+przedemną i oczy twoje, twoje śliczne oczy, patrzyły gdzieś w dal
+nieprzytomne i powtarzałeś, jakby już nie myśląc nawet: Zosiu, Zosiu,
+rozstanie z tobą mnie zabije. [z wybuchem, chwytając go za ręce i
+cisnąc ku sobie]. Janku mój, ty nie pogardzaj mną, ale ja nie mogłam
+inaczej, ja nie mogłam cię zabić. Przysięgnij! ty nigdy nie będziesz mną
+pogardzał? Nigdy? Widzisz--ja nie wiem, za co ty mnie tak kochasz, mnie
+cudzą, wiarołomną żonę.
+
+KARSKI [bezdźwięcznie, jakgdyby powtarzając dawniej powiedziane słowa].
+Rozstanie z tobą mnie zabije; tak powiedziałem ci to--rozstanie mnie
+zabije.
+
+ZOFIA [trwożnie]. Jak ty dziwnie patrzysz! Nie rozstaniemy się przecież
+nigdy, nie opuszczę cię nigdy. Słyszysz? Nie wierzysz mi?
+
+KARSKI [chłodno, z zamyśleniem]. Nie, nie... Ale dziękuję ci, żeś mi to
+przypomniała teraz. Jak błądzącego w górach otoczyły mię mgły, i zdawało
+mi się, że na okół równina, zewsząd gładka i czysta. Rozdarłaś mi mgły,
+i widzę, że tam jest otchłań, tam musi być... [pewnym głosem] i będzie.
+
+ZOFIA [trwożniej]. Na Boga--co ci jest dzisiaj? Janek, tyś nie zdrów:
+położysz się zaraz, dobrze? [podchodzi do łóżek, chcąc zdjąć i
+przygotować pościel].
+
+KARSKI [powstrzymując Zofię]. Nie jestem chory, nawet nie jestem
+zdenerwowany. Nic mi nie jest. Ale ja siebie nie znam, ja siebie się
+lękam. Ja byłem takiem dziwnem dzieckiem. Dorastającym chłopcem
+krajałem sobie ramię nożem, aby jakiś jęk z siebie wydobyć, jakimś bólem
+powiedzieć sobie, że żyję.--I dziś niewiem nawet, czy mię te rany
+bolały. Czytałem kiedyś Irydjona: nie wzruszył mię szatan Massynissa,
+nie wzruszył mię bohater, ani Grecya, tylko ten smutny, znudzony Cezar.
+Czternastoletni sztubak płakał nad Heljogabalem! Czasem mi się zdaje, że
+jak u niego, każde czucie moje jest fałszem, każda żądza moja jest
+starczą, bezsilną, zapóźną ciekawością, bańką błota co nie błyśnie nawet
+i pęka. Ja nie pamiętam dziś, jakem ja zaczął cię kochać. [ironicznie].
+Możem był ciekawy twej miłości? [z pogardą]. Tylko trochę drogo cię ta
+ciekawość moja kosztuje.
+
+ZOFIA [głosem, w którym przebija już zdenerwowanie i cierpienie].
+Powiedz, powiedz, poco ty dręczysz mnie i siebie? Doprawdy ty mnie chyba
+mało znasz. Że jestem wesoła i nieraz rozbawiona, to nie wyobrażaj sobie
+jeszcze, że jestem naiwnem dziewczątkiem, które panu podobało się zabrać
+z sobą. Wiem, co zrobiłam--i to chciałam zrobić. Czy ty nie rozumiesz,
+że obrażasz mnie, gdy mi wspominasz dawny dobrobyt, i sądzisz, że mogę
+za tem tęsknić? Nie mów mi o tem nigdy, pamiętaj, bo mnie to boli.
+[przekonywująco i weselej]. Ty się dręczysz, że będziemy teraz mieli
+mniejsze dochody, a już przedtem nie zawsze wystarczało. Ale i to
+przejdzie. Ty znajdziesz jeszcze inne zajęcie--za miesiąc, dwa--to się
+już zupełnie wyuczysz po francuzku. Zobaczysz, jeszcze będziesz zamiast
+Lemaitre'a feljetony do Debatów pisywał. A i pani twoja weźmie się do
+roboty. Ty nie wiesz, jak ja kapelusze ubieram; doprawdy, nie widziałam
+ładniejszych na bulwarach. [coraz weselej, ze śmiechem]. Założę jeszcze
+wielki magazyn mód; będzie taki wielki szyld: „_Madame Sophie, Maison
+des confections_” na Rivoli, albo na rue de la Paix, obok Wortha dla
+konkurencyi. Wszystkie elegantki się do nas przeniosą. [z głośnym
+śmiechem]. Pokażę ci księżnę Chimay z jej cyganem, chcesz?
+
+KARSKI [nieprzezwyciężony wesołością, poważnym głosem]. Ty się modlisz,
+Zosiu?
+
+ZOFIA [zdziwiona]. Ty wiesz przecie...
+
+KARSKI [poważniej jeszcze]. I spowiadasz się?
+
+ZOFIA [niechętnie odpowiadając, smutnie]. Teraz, teraz...
+
+KARSKI. Ty wiesz, co jest kłamstwo?
+
+[Długa chwila ciszy].
+
+Czy ty wierzysz, że ja nigdy przed tobą nie kłamałem, nigdy, ani wtedy,
+gdyś po raz pierwszy przyszła do mnie? Czy ty mi wierzysz?
+
+ZOFIA [uczuciowo]. Wierzę, wierzę.
+
+KARSKI [dobitniej, prawie natarczywie]. Tak jak sobie wierzysz?
+
+ZOFIA. Tak jak sobie.
+
+KARSKI. Czy ty wierzysz, że cię kocham nad wszystko, że nigdy cię nikt
+nie kochał więcej odemnie?
+
+ZOFIA [zmęczona]. Wierzę, jak duszy swojej, wierzę.
+
+KARSKI [z silnym wybuchem]. Bogdajbym zginął, gdybyś ty się zawieść
+miała.
+
+ZOFIA [ze zmęczeniem, ogarniającem ją nad siły]. Ja tego nie chcę, tak
+być nie może. Te ciągłe wyrzuty cię zamęczą. No i o co, o co? Jedno
+jedyne miałam pragnienie, abyś ty, mój najdroższy był szczęśliwy. I
+patrz co się z tem dzieje! Przecież ja widzę, że ty nie jesteś
+szczęśliwy. Czemu--czemu? Chciałeś mię mieć--jestem twoją, na zawsze
+twoją. Chciałeś mię mieć tylko dla siebie, zdala od wszystkich, od
+niego--przyjechaliśmy tutaj. Cóż ja jeszcze zrobić mam dla ciebie? Bo
+widzisz, gdybyś ty nigdy nie był szczęśliwy ze mną, to byłaby dla mnie
+taka kara, taka kara. [ze łzami]. Oh, nie...
+
+KARSKI [spokojniej znacznie]. Ale ja jestem szczęśliwy,--jeśli ty mi
+wierzysz. Nie uwierzyłbym Bogu, gdyby mi stanął tu w płomiennym krzaku,
+ale tobie wierzę.
+
+ZOFIA. Ach, nie mów tego. Tak chciałabym, abyś ty choć trochę wierzył.
+Ale to niemożliwe.
+
+KARSKI [pół-prosząco, pół-żartobliwie] Nawróć mnie.
+
+ZOFIA [przejmując się słowami swemi, miękko]. Ach, gdybyś ty naprawdę
+chciał. To tak dobrze zapomnieć wszystkich zgryzot, bólów, tęsknot; taki
+spokój, taka jasność nachodzi wtedy na mnie. I to, że całą wieczność
+będzie się miało przy sobie tych, których się kocha. Wiesz, wtedy co to
+nas już mieli wyrzucać z mieszkania, bo nie było pieniędzy na
+komorne,--tyś wybiegł, jak szalony, poszukać gdzie u kogo chociaż kilku
+franków; zostawiłeś mnie samą. Mnie tak było straszno, ciągle mi się
+zdawało, że ktoś przyjdzie i zacznie mnie stąd wypędzać. Jeszcze byłam
+taka naiwna i nic nie wiedziałam, że tak prędko wyszły nasze
+pieniądze... Lękałam się zostać w domu i wyszłam na ulicę. Poszłam przez
+Boul'Mich. Długo, długo stałam na moście: szara, mętna woda płynęła bez
+końca i jakgdyby podnosiła się i podchodziła ku mnie. I pomyślałam
+sobie, że sama nie potrafię tu przyjść więcej; ale z tobą--jeśli ty nic
+nie znajdziesz--dobrze. Ty nawet nie wiedziałeś, jak mi wtedy było
+straszno i ciemno dokoła! Wracając przechodziłam koło Notre Dame; drzwi
+były otwarte, grały organy, poszłam. Było tak pełno, a nad nami leciały
+tony głębokie, wielkie, jakby wicher z organów zrywał się i rozpędzał
+nam dusze, gdzieś daleko, po nieskończonościach, już u samych stóp Boga.
+Nie, ja się nie modliłam, ale byłam tak wysoko, tak daleko i od Sekwany,
+i od tego pokoju na Glacierze...
+
+KARSKI [zazdrośnie]. I odemnie?
+
+ZOFIA [jakby w zachwyceniu]. Tak,--i od ciebie. Ty się gniewasz o to?
+Ale jak wróciłam, to byłam taka silna, taka pewna, taka spokojna.
+Gdybyśmy na ulicy nocować mieli, to wiedziałam, że się nam nic nie
+stanie i że ja nic złego do ciebie i do mnie nie dopuszczę.
+
+KARSKI [po krótkiej ciszy]. Daj mi swą duszę.
+
+ZOFIA [pieszczotliwie]. A któż to ją ma?
+
+KARSKI. Nie, nie tak, nie tak. Ja mam być poetą, artystą, ale ja nic nie
+stworzę, ja nic nie kocham. Ja się niczego, niczego nie lękam, ale i nic
+nie kocham. Słucham, śledzę twe czucia, ja wiem, że tam nic nie ma, ale
+wierzyć w Boga jest pięknie, bardzo pięknie. [z smutną ironią]. Co jest
+pięknego we mnie?
+
+ZOFIA. Ty nic nie stworzysz? A kto napisał: »Widziałem krew na duszy
+mojej«? Kto napisał: »Złote gromy«?
+
+KARSKI [smutniej]. Dzisiaj już nic nie ma we mnie.
+
+ZOFIA. Bo się męczysz, bo się trujesz głupstwami, o których mówić nie
+warto nawet. [z dziecinnym zapałem]. Słuchaj, ty musisz być wielki!
+zrobisz to dla mnie, prawda? [jakby chwytając z radością myśl, która się
+jej nawinęła]. Jak to dobrze, że masz teraz mniej roboty w redakcyi! No
+bo wprost nie miałeś czasu, ale teraz codzień popołudniu zasiądziesz do
+pisania. [żartobliwie]. Tak, mój drogi, skończyło się próżniactwo! Już
+Zośka cię dopilnuje. Dokończy pan tę komedyę którąś mi czytał
+kiedyś--pamiętasz u mnie jeszcze. To takie śliczne było. Poślemy to do
+Warszawy. [opamiętuje się]. Nie do Warszawy, nie--gdzieindziej, do
+Krakowa lub Lwowa. A później pojedziemy na przedstawienie. [smutnie].
+Tak dawno już nie słyszałam, jak dokoła mówią po polsku... [znów
+żywiej]. Ty pójdziesz sobie do loży, a ja schowam się gdzieś cichutko,
+skromniutko, na galeryi, w takim kąciku, aby mię nikt nie widział. Potem
+oklaski, krzyczą: autor, autor! Ty się kłaniasz. [dziecinnie, klaszcze w
+dłonie]. Ja się chyba spalę z radości, że to ty, ty mnie kochasz. A może
+ty wtedy przestaniesz twoją Zońkę kochać?
+
+KARSKI [słucha, nieco zamyślony, zdjęty rozkoszą]. Mów, mów dalej...
+Jaki ty masz głos!
+
+ZOFIA [bardzo wesoło]. No widzisz, znów to samo, a ja tego tak nie
+lubię. Napewno nawet nie wiesz co ja mówiłam. Tak mnie słuchasz?
+Myślisz, że to przyjemnie... Ty mnie chyba masz za bardzo głupią. Może
+masz racyę nawet. Ja jestem taka roztrzepana.
+
+KARSKI [powoli]. Chciałbym nic w życiu nie słyszeć oprócz głosu twego.
+Tak, głos twój pokochałem najpierw.
+
+ZOFIA [z wybuchem śmiechu]. Najgorzej w świecie! No już teraz nic, nic
+nie słucham. Ot do czego to prowadzi! Zapomnieliśmy na śmierć o
+obiedzie. A jestem taka głodna. A jak Zońka jest głodna to jest taka
+zła, zła...
+
+KARSKI. Dziecko, dziecko moje.
+
+ZOFIA [podbiega do szafy, otwiera ją i przegląda półki]. Ale nic nie ma
+w domu. Tylko kawałek masła od wczoraj został. Trzeba jeszcze zejść do
+miasta. [wracając znów do Karskiego, który stoi przy stole]. Czekaj,
+pomyślimy co będzie na obiad. Najpierw... najpierw sardynki--ty lubisz
+sardynki--prawda? Potem kupimy dwa duże befsztyki, takie po sześć susów,
+a na deser... [wesoło] no zgadnij, co ci kupię na deser, zgadnij!
+
+KARSKI [pieszczotliwie, wesoło]. Nie wiem, ty szalona główko.
+
+ZOFIA. Bo nie zgadniesz. Róże, róże. Widziałam wczoraj takie śliczne
+róże, białe, ledwie ledwie różowe. I tak tanio, duży bukiet za cztery
+susy. W Warszawie toby ze trzy ruble kosztowało. [z pewnem wahaniem]. A
+może to źle, że ja chcę róże kupić?...
+
+KARSKI [wesoło]. Dlaczego znów źle?
+
+ZOFIA [poważniej nieco]. Najpierw, to jest zbytek, a my teraz musimy
+oszczędzać bardzo. A powtóre to jest deser dla mnie, bo ty kwiaty nie
+zbyt lubisz, i może będziesz głodny.
+
+KARSKI [z rozrzewnieniem]. Nie, nie, nie chce mi się jeść; nie będę
+głodny.
+
+ZOFIA [całuje go, uradowana]. Ach! jakiś ty dobry! Widzisz mnie się tak
+strasznie chciało mieć te kwiaty... Przepadam za różami, już wczoraj
+chciałam zaraz je kupić, ale nie miałam ani susa. W Warszawie w każdym
+pokoju były u mnie kwiaty. A teraz daj mi pieniądze, polecę prędziutko
+[liczy prędko]. Sześćdziesiąt, siedemdziesiąt, dwadzieścia... Daj mi
+półtora franka [odwracając się od Karskiego podchodzi do wieszadła z
+ubraniami, wkłada zarzutkę i lekki słomkowym kapelusz. Chwila ciszy].
+Janek, ja już idę...
+
+KARSKI [chodzi po pokoju, nie patrząc na Zofię, mówi zimno, a jednak ze
+wstydem]. Zosiu, ja nie mam tyle.
+
+ZOFIA [zdziwiona]. Przecież dostałeś trzy franki w Journalu.
+
+KARSKI. Tak, dostałem. Ale przechodziłem koło Odeonu, zacząłem czytać i
+kupiłem książkę.
+
+ZOFIA [z uczuciem zawodu]. Kupiłeś książkę...
+
+KARSKI [usprawiedliwiając się, prędko]. Verlaine, poezye Verlaine'a. Ale
+ja to będę tłomaczył. To takie modne dziś u nas. [rzuca książkę wydobytą
+z płaszcza na stół].
+
+ZOFIA [opanowując się, znów wesoło, by oszczędzić Karskiemu wyrzutu].
+Jak to dobrze, żeś kupił Verlaine'a. Tak mało go znam. Będziemy to
+czytali razem. Ty tak ładnie umiesz czytać. Pamiętasz w Zurichu, jakeś
+mi czytał »w Szwajcaryi« na jeziorze... Byłam jeziora błękitnego panią.
+Ach! poezya...
+
+KARSKI [chodzi po pokoju, zaciskając dłonie]. Podłość, podłość, podłość!
+
+ZOFIA [swobodnie, początkowo z nieco sztuczną, później zupełnie szczerą
+wesołością]. O, już pan znowu znowu zaczyna? Nie ma czasu na to. Ile
+masz pieniędzy? [Karski podaje jej pieniądze]. Siedemdziesiąt pięć
+centimów; trzeba zmienić _menu_. Ja i to umiem. Niedarmo czytywałam w
+Warszawie Kurjerek Poranny. Przepisy gospodarskie: najpierw wspaniały
+obiad, a potem u dołu skromny; i zupełnie to samo. Więc teraz będzie
+tak: sardynki są nieświeże w lecie--zawsze mię tak uczono--a róże od
+wczoraj napewno powiędły. Befsztyk sześćdziesiąt centimów, chleb
+dziesięć, jeszcze nam zostanie cały sus na zapas. Zaraz wrócę. Zapal
+tymczasem lampę [zwraca się ku drzwiom].
+
+KARSKI [szybko zastępuje jej drogę]. Czekaj, wolę sam iść. Nie chcę
+żebyś teraz tyle chodziła po świecie, zmęczysz się...
+
+ZOFlA [zmieszana, nieco trwożna, jakby starając się Karskiego wybadać i
+zrozumieć]. Dlaczego teraz nie chcesz? Przecież zawsze ja chodziłam po
+sprawunki. Czy ty?...
+
+KARSKI [wybuchając]. Na Boga, przecież to chyba mogę zrobić dla ciebie,
+aby iść na dół po obiad!
+
+ZOFIA [na pół już zawiedziona]. Więc tylko dlatego chcesz sam iść, żebym
+ja się nie zmęczyła? Nic więcej?
+
+KARSKI. Ja nie mogę patrzeć, jak ty się tu niszczysz, bez tchu
+przebiegasz te sześć pięter. Przecież to ciebie z nóg zupełnie zbija.
+
+ZOFIA [z rezygnacyą w głosie]. Idź, idź najdroższy. [Karski wychodzi.
+Zofia spostrzega, że zostały jej w ręku pieniądze, których Karski
+zapomniał. Wybiega więc za nim ku drzwiom].
+
+Weźże pieniądze [podaje mu przez drzwi, podchodzi do kuchenki, zaczyna
+rozpalać ogień, wraca następnie ku stolikowi i zapala lampę]. On się
+niczego nie domyśla! Może to ja się łudzę? Nie, nie, to się czuje. I nie
+mogę mu powiedzieć: on taki zdenerwowany i w Journal'u mu wymówiono
+popołudnie... [siada, i z wyrazem smutku i zniechęcenia opiera się
+rękami na stole]. Tak marzyłam o tem niegdyś, tak pragnęłam, a dziś,
+dziś... wstydzę się nawet to wymówić. Może on tego nie chce... Boże,
+Boże! tylko Ty tego dziecka za mnie nie karz... Ach co tam! już jestem
+tak zmęczona... [Machinalnie bierze książkę leżącą na stole, i przerzuca
+kartki, czyta bardzo wolno i cicho].
+
+ Les sanglots longs
+ Des violons
+ De l'automne,
+ Blessent mon coeur
+ D'une langueur
+ Monotonne.
+
+[ciszej jeszcze].
+
+ Et je m'en vais
+ Au vent mauvais,
+ Qui m'emporte
+ De ça, de là
+ Pareil à la
+ Feuille morte.
+
+Ach! jakie strasznie smutne! śliczne! Ale on pisze ładniej »Widziałem
+krew na duszy mojej [rozlega się stukanie przez drzwi].« To ty Janek?
+[stukanie ponowne]. Qui est là? [stukanie]. Entrez [wchodzi Andrzej].
+
+ZOFIA [z przerażeniem, zrywając się z miejsca]. Andrzej!
+
+ANDRZEJ [spokojnie]. Dobry wieczór Zofio!
+
+ZOFIA [z trwogą obłędną]. Gdzie Janek?
+
+ANDRZEJ [poważnie]. Czego się lękasz? Uspokój się. Przyszedłem teraz, bo
+tylko ciebie chciałem widzieć. Szukałem cię wszędzie. Byłem w Berlinie,
+w Wiedniu, Szwajcaryi, tu jestem już od miesiąca i dopiero wczoraj
+wieczorem cię spotkałem. Co się z tobą stało, co się z tobą stało? Jak
+ty wyglądasz tutaj?
+
+ZOFIA [bezdźwięcznie, z przygnębieniem]. Co się ze mną stało, czy ja
+wiem.
+
+ANDRZEJ. Nie, to być nie może, nie może. Za coś ty mnie opuściła? Bez
+słowa jednego rzuciłaś mnie jak łachman. Wracam, jak zawsze, z biura,
+przychodzę do domu, szukam cię po wszystkich pokojach. Służący powiada
+mi, że pani wyszła i podaje mi kartkę twoją. Nie, to być nie może, ja
+temu nie wierzę--to nieprawda, to sen. Nikt o tem w Warszawie nie wie,
+moja matka codzień pyta się ciebie--ona kochała cię jak własną córkę. A
+ty taka święta, taka czysta, ty tutaj, ty...
+
+ZOFIA [szybko]. Nie mów! nie myśl tak o mnie Andrzeju! Ty mnie znasz,
+tyś był moim mężem, ty wiesz, jaka ja jestem. To nie rozpusta, nie, nie
+rozpusta, co mnie tu przywiodła, [prawie tkliwie]. Przysięgam tobie...
+
+ANDRZEJ [z uczuciem głębokiego bólu]. Nie?... Wiec tyś mnie nie
+kochała--to był fałsz, twoja miłość, twoje szczęście, uśmiechy,
+wesołość, pustota. To była komedya, twoja radość, te podróże nasze...
+Jak dziecko nosiłem cię na rękach. Przytulałaś się do mnie, zarzucałaś
+mi ręce na szyję. To była komedya.
+
+ZOFIA [jednocześnie, przyciszonym głosem]. Tyś był bardzo silny,
+Andrzeju.
+
+ANDRZEJ. To wszystko komedya. Więc ty nie byłaś szczęśliwą ze mną?
+Powiedz, powiedz!
+
+ZOFIA [bardzo smutnie]. Szczęśliwą? tak mi się może zdawało niegdyś;
+nie, nie było we mnie fałszu, choć dziś wiem, że nie byłam szczęśliwą.
+Ale ja i tu nią nie jestem.
+
+ANDRZEJ. Nie byłaś szczęśliwą... Czemu? czemu? Co ja ci zawiniłem Zofio?
+
+ZOFIA [głośniej, szczerze]. Andrzeju, ty nie gardź mną. Ty nawet nie
+wiesz, jak ja cię szanuję. Mnie dużo, dużo mówiono o tobie, jeszcze nim
+byłam twoją żoną. Mnie taki wstyd ogarnia, kiedy ja o tobie pomyślę. Ale
+ja nie mogłam; ja wiem, tyś był taki dobry dla mnie, otoczyłeś mnie
+bogactwem, przepychem...
+
+ANDRZEJ [pół szyderczo]. Ty myślisz, że chciałem cię kupić...
+
+ZOFIA ...ja tobie zawdzięczam wszystko. Byłam biedną głupią panienką. Ty
+z twojem nazwiskiem, twojem znaczeniem, tyś mógł się ożenić nie wiem z
+kim, tyś wybrał mnie, dałeś mi wszystko, a ja co zrobiłam! [przybliża
+się ku niemu nieśmiało] Andrzeju, ja ciebie przepraszam, ja ciebie
+przepraszam bardzo [chce całować jego rękę].
+
+ANDRZEJ [powstrzymuje ją]. Zofio!
+
+ZOFIA [stojąc blisko Andrzeja, oparta z tyłu rękami o stół]. Byłam
+głupiem, lekkomyślnem dzieckiem: tyś mię psuł, myślałeś tylko o
+życzeniach moich, tyś mi nigdy nie dał cierpieć, nie pokazałeś mi, co to
+jest ból. [naiwnie i uczuciowo]. A widzisz, cierpieć trzeba, trzeba się
+poświęcać. Ja tak chciałam dawniej być szarytką. Mnie przy tobie było za
+dobrze. O! nie łatwo mi było wyjeżdżać. Mnie i ciebie było bardzo żal, i
+twojej matki, i małej Anki, która codzień przychodziła do cioci
+Zosi--wyście wszyscy byli tacy dobrzy dla mnie. Ale mi was było żal dla
+siebie samej. A on jest taki biedny, taki sam. Ty masz matkę, Ankę,
+ciebie tylu ludzi kocha, ja tobie nie byłam potrzebna. Ciebie tak życie,
+praca twoja pochłaniała.--A w nim się dusza tak męczy, rwie, miota--ja
+się o niego tak bałam. Ty wiesz, jego brat się zastrzelił, on zawsze
+nosi rewolwer przy sobie. Ja się i dziś o niego lękam, ja go muszę
+ocalić. On zginie bezemnie. [z rozpaczliwą trwogą]. Przebacz mi, ja nie
+mogę już teraz kłamać! Czy ty mnie rozumiesz?
+
+ANDRZEJ [spokojnie, nieco ironicznie]. Tak; masz racyę. Mnie kochają
+moi robotnicy, urzędnicy, wszyscy chłopi u nas w Golewicach. I ja ich
+kocham. Los dał mi majątek, dał mi obowiązki. Tyś nie była przy śmierci
+mego ojca; to, co on zostawił, ja dokończyć muszę. Ale i ja chciałem
+mieć coś wyłącznie dla siebie, jeden promień złoty w życiu, jeden
+pogodny blask dla mnie tylko. Tyś była tym blaskiem moim. Chciałem cię
+mieć tak radosną, chciałem, żeby cię nic nie dotknęło, żeby nic nie
+płoszyło twojego uśmiechu. Nie mówiłem ci nigdy o zgryzotach swych, o
+zawodach. Nie znałaś mnie. Mnie jest bez ciebie bardzo ciężko--ale nie
+mylisz się--mnie się nic nie stanie, mnie się nie może nic stać...
+
+ZOFIA [boleśnie]. Nie mów, nie mów...
+
+ANDRZEJ. Ale jest mi ciężko. I trzeba to kryć. Oni nie wiedzą o niczem.
+Ty dla nich jesteś na wsi. Ja nigdy nic nie kryłem przed matką, ale
+matka moja nawet sobie nie wyobraża, że coś podobnego być może; jej się
+w głowie pomiesza, jeśli się dowie...
+
+ZOFIA. Andrzeju, miej litość nademną.
+
+ANDRZEJ [prosząco, namiętnie]. Zofio, Zosiu, ty wrócisz do mnie, ty
+musisz wrócić. Zapomnimy o wszystkiem. Zaczniemy nowe życie. Tak, ja
+byłem szczęśliwy, silny, dumny, ale i ja tak chciałem być kochany.
+Jeśli nadzieję stracę, że ty wrócisz do mnie, to będę wiedział już, żeś
+mnie oszukiwała zawsze. Nie byłem kochany nigdy--powiedz jest-żem
+podlejszy od innych?
+
+ZOFIA [jakby z wahaniem i niedowierzając sobie]. Wrócić, wrócić? Tybyś
+chciał mnie dzisiaj mieć taką, po tem wszystkiem? I czy ty naprawdę
+sądzisz, że jabym się mogła zbliżyć do twej matki?
+
+ANDRZEJ [namiętniej]. Dla matki chociaż mnie nie poświęcaj, Zofio; a ja,
+ja zapomnę. Ty wiesz że ja umiem rozkazywać sobie... ja zapomnę. Nie
+odtrącaj mnie od siebie!
+
+ZOFIA [zupełnie bezdźwięcznym głosem]. Nie można, nie można.
+
+ANDRZEJ. Zofio, ty się tu zgubisz. Ja go znam, on spali ciebie i siebie.
+On ciebie nie kocha.
+
+ZOFIA [żywiej znacznie]. Nie mów tego do mnie.
+
+...Drzwi się uchylają zlekka i w drzwiach półotwartych ukazuje się
+Karski; nieruchomo przygląda się Zofii i Andrzejowi, którzy go nie
+dostrzegają. Na twarzy Karskiego zupełna nieruchomość zwolna ustępuje
+wyrazowi bólu, wargi się ściskają, zmarszczki nadbiegają nad oczy. W
+ręku Karski trzyma małą paczkę i białą różę.
+
+ANDRZEJ [silniej, nieco pogardliwie i wyniośle]. Ja nie kłamię. Tyle
+wiesz o mnie, żem nie kłamał nigdy. Na grób ojca ci przysięgam, że on
+cię nie kocha. Ja znam te dusze, bezsilne, rozbite, które nic nie
+stworzą i nic nie oszczędzą. On się nawet poświęcić nie umiał, on cię
+zabrał na nędzę, srom i hańbę--i on ciebie kocha!
+
+ZOFIA [wybuchowo, rozpaczliwie]. Tak, on mnie kocha nad życie. Ty jego
+nie potępiaj, ja sama wszystkiego chciałam. On temu nie jest winien.
+
+ANDRZEJ [prosząco, szczerze]. Zosiu, zlituj się nad sobą. Ufaj mi.
+Gdybym wiedział, że znajdziesz tu szczęście, któregoś zemną nie miała,
+że on ciebie jest godzien, dałbym ci swobodę, niezależność, nie
+widziałabyś mnie więcej, nie stanąłbym już nigdy na twej drodze. Nie
+zasłużyłem u ciebie twej miłości, nie dałem ci szczęścia, mniejsza więc
+o mnie. Przysięgałem ci jednak wiarę, że cię nie opuszczę; jesteś moją
+żoną, ja nie mogę pozwolić, abyś ty się zgubiła--a tu czeka cię tylko
+zguba. Możesz nie żyć ze mną, możesz nie znać mnie, ale ztąd uciekaj!
+
+ZOFIA [ze łzami w głosie wciąż rosnącym]. Ty mnie zabijasz twą dobrocią.
+Ty jesteś święty--a ja taka podła byłam z tobą. [prawie owładnięta już
+płaczem]. Ale ty mi wierzysz, że ja ciebie kochałam, ja może i dziś
+ciebie jeszcze kocham...
+
+ANDRZEJ. Zosiu, więc ty wrócisz do mnie, wrócisz?
+
+ZOFIA [spokojniej, z wielkim wysiłkiem]. Nigdy, nigdy. Ty się nie łudź,
+Andrzeju... Ja się będę u nóg twoich tarzać, ja mogę głowę położyć pod
+twą stopę, abyś mię zadeptał, jak ladacznicę, ale ja nie wrócę, nie!
+Słuchaj, gdybym go nawet kochać przestała, gdyby on nie żył, nie wrócę
+do ciebie, nie wrócę...
+
+ANDRZEJ. Tak bardzo go kochasz?
+
+ZOFIA [nie mogąc przenieść wzruszenia]. Tak, tak kocham jego, jego--i
+już nie tylko jego!! [spazmatyczny płacz. Odwraca się od Andrzeja, pada
+na kanapę, kryjąc twarz w ręce].
+
+ANDRZEJ. Jezus Marya!! [ciszej znacznie, prawie bezmyślnie] Jezus
+Marya... [spokojnie] O dziecku twojem nie zapomnę, Zofio! [zwraca się ku
+wyjściu, spostrzega Karskiego. Karski podchodzi zwolna na przód pokoju].
+
+KARSKI [do Andrzeja]. Pamiętaj pan i o niej [do Zofii, która patrzy nań
+prawie osłupiała]. Tyś krzywoprzysięgła dzisiaj Zosiu; on ciebie więcej
+kochał.
+
+[wychodzi z pokoju, długa chwila ciszy, słychać strzał i odgłos ciała,
+spadającego po schodach].
+
+ZOFIA [krzyk straszny, przeraźliwy]. Aah!
+
+
+
+
+Koniec sztuki.
+
+
+
+
+TREŚĆ.
+
+ Str.
+
+JEDEN MIESIĄC ŻYCIA 1
+
+HAMLET 65
+
+PRZYSIĘGŁY 85
+
+SPOTKANIE 115
+
+W PEŁNEM SŁOŃCU, sielanka 133
+
+PIERWSZY WIERSZ 145
+
+TRZY DUSZE, dramat w jednym akcie 159
+
+
+
+
+ Uwagi do wydania elektronicznego.
+
+Dokonano następujących poprawek:
+
+str. tekst pierwotny tekst poprawiony uwagi
+
+ 9 podobało sie podobało się 'e' zamieniono na 'ę'.
+ 10 doskonanym doskonałym 'n' zamieniono na 'ł'.
+ 10 powiedzizć powiedzieć 'z' zamieniono na 'e'.
+ 15 gruduia grudnia 'u' zamieniono na 'n'.
+ 38 modgło, mogło. Przecinek zamieniono na kropkę.
+ 40 yną jedyną 'yną' zamieniono na 'jedyną'
+ 41 swiata świata 's' zamieniono na 'ś'
+ 47 zwierze zwierzę 'e' zamieniono na 'ę'
+ 57 do po 'do' zamieniono na 'po'
+ 62 Włbściwie Właściwie 'b' zamieniono na 'a'
+ 62 planu, planu. Przecinek zamieniono na kropkę
+ 63 jakdybym jakgdybym 'jakdybym' zamieniono na 'jakgdybym'
+ 78 Naprożno Napróżno 'o' zamieniono na 'ó'
+ 87 wszyskie wszystkie Dodano 't'.
+ 95 znanym znanym. Dodano kropkę
+120 »» » Usunięto cudzysłów.
+122 dostrzedz dostrzec 'dz' zamieniono na 'c'.
+124 kolana, kolana. Przecinek zamieniono na kropkę.
+143 niobezpieczeństwo niebezpieczeństwo 'o' zamieniono na 'e'.
+143 Czemu Czemu, Dodano przecinek.
+148 wyobrażnia wyobraźnia 'ż' zamieniono na 'ź'.
+149 tęskoty tęsknoty Dodano 'n'.
+153 jakydyby jakgdyby 'y' zamieniono na 'g'.
+162 Uspokój - że Uspokój-że Usunięto przerwy.
+167 chciałem chciałam Poprawiono rodzaj.
+170 widziałem widziałam Poprawiono rodzaj.
+170 KARSKI KARSKI. Dodano kropkę.
+176 w Journalu w Journalu. Dodano kropkę.
+177 czytywałem czytywałam Poprawiono rodzaj.
+178 łudzą łudzę Poprawiono osobę.
+
+
+
+
+
+
+
+
+End of the Project Gutenberg EBook of Jeden miesiac zycia, by Jan Sten
+
+*** END OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK JEDEN MIESIAC ZYCIA ***
+
+***** This file should be named 28014-0.txt or 28014-0.zip *****
+This and all associated files of various formats will be found in:
+ https://www.gutenberg.org/2/8/0/1/28014/
+
+Produced by Jimmy O'Regan, Ewa Jaros and the Online
+Distributed Proofreading Team at http://dp.rastko.net
+
+
+Updated editions will replace the previous one--the old editions
+will be renamed.
+
+Creating the works from public domain print editions means that no
+one owns a United States copyright in these works, so the Foundation
+(and you!) can copy and distribute it in the United States without
+permission and without paying copyright royalties. Special rules,
+set forth in the General Terms of Use part of this license, apply to
+copying and distributing Project Gutenberg-tm electronic works to
+protect the PROJECT GUTENBERG-tm concept and trademark. Project
+Gutenberg is a registered trademark, and may not be used if you
+charge for the eBooks, unless you receive specific permission. If you
+do not charge anything for copies of this eBook, complying with the
+rules is very easy. You may use this eBook for nearly any purpose
+such as creation of derivative works, reports, performances and
+research. They may be modified and printed and given away--you may do
+practically ANYTHING with public domain eBooks. Redistribution is
+subject to the trademark license, especially commercial
+redistribution.
+
+
+
+*** START: FULL LICENSE ***
+
+THE FULL PROJECT GUTENBERG LICENSE
+PLEASE READ THIS BEFORE YOU DISTRIBUTE OR USE THIS WORK
+
+To protect the Project Gutenberg-tm mission of promoting the free
+distribution of electronic works, by using or distributing this work
+(or any other work associated in any way with the phrase "Project
+Gutenberg"), you agree to comply with all the terms of the Full Project
+Gutenberg-tm License (available with this file or online at
+https://gutenberg.org/license).
+
+
+Section 1. General Terms of Use and Redistributing Project Gutenberg-tm
+electronic works
+
+1.A. By reading or using any part of this Project Gutenberg-tm
+electronic work, you indicate that you have read, understand, agree to
+and accept all the terms of this license and intellectual property
+(trademark/copyright) agreement. If you do not agree to abide by all
+the terms of this agreement, you must cease using and return or destroy
+all copies of Project Gutenberg-tm electronic works in your possession.
+If you paid a fee for obtaining a copy of or access to a Project
+Gutenberg-tm electronic work and you do not agree to be bound by the
+terms of this agreement, you may obtain a refund from the person or
+entity to whom you paid the fee as set forth in paragraph 1.E.8.
+
+1.B. "Project Gutenberg" is a registered trademark. It may only be
+used on or associated in any way with an electronic work by people who
+agree to be bound by the terms of this agreement. There are a few
+things that you can do with most Project Gutenberg-tm electronic works
+even without complying with the full terms of this agreement. See
+paragraph 1.C below. There are a lot of things you can do with Project
+Gutenberg-tm electronic works if you follow the terms of this agreement
+and help preserve free future access to Project Gutenberg-tm electronic
+works. See paragraph 1.E below.
+
+1.C. The Project Gutenberg Literary Archive Foundation ("the Foundation"
+or PGLAF), owns a compilation copyright in the collection of Project
+Gutenberg-tm electronic works. Nearly all the individual works in the
+collection are in the public domain in the United States. If an
+individual work is in the public domain in the United States and you are
+located in the United States, we do not claim a right to prevent you from
+copying, distributing, performing, displaying or creating derivative
+works based on the work as long as all references to Project Gutenberg
+are removed. Of course, we hope that you will support the Project
+Gutenberg-tm mission of promoting free access to electronic works by
+freely sharing Project Gutenberg-tm works in compliance with the terms of
+this agreement for keeping the Project Gutenberg-tm name associated with
+the work. You can easily comply with the terms of this agreement by
+keeping this work in the same format with its attached full Project
+Gutenberg-tm License when you share it without charge with others.
+
+1.D. The copyright laws of the place where you are located also govern
+what you can do with this work. Copyright laws in most countries are in
+a constant state of change. If you are outside the United States, check
+the laws of your country in addition to the terms of this agreement
+before downloading, copying, displaying, performing, distributing or
+creating derivative works based on this work or any other Project
+Gutenberg-tm work. The Foundation makes no representations concerning
+the copyright status of any work in any country outside the United
+States.
+
+1.E. Unless you have removed all references to Project Gutenberg:
+
+1.E.1. The following sentence, with active links to, or other immediate
+access to, the full Project Gutenberg-tm License must appear prominently
+whenever any copy of a Project Gutenberg-tm work (any work on which the
+phrase "Project Gutenberg" appears, or with which the phrase "Project
+Gutenberg" is associated) is accessed, displayed, performed, viewed,
+copied or distributed:
+
+This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with
+almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or
+re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included
+with this eBook or online at www.gutenberg.org
+
+1.E.2. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is derived
+from the public domain (does not contain a notice indicating that it is
+posted with permission of the copyright holder), the work can be copied
+and distributed to anyone in the United States without paying any fees
+or charges. If you are redistributing or providing access to a work
+with the phrase "Project Gutenberg" associated with or appearing on the
+work, you must comply either with the requirements of paragraphs 1.E.1
+through 1.E.7 or obtain permission for the use of the work and the
+Project Gutenberg-tm trademark as set forth in paragraphs 1.E.8 or
+1.E.9.
+
+1.E.3. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is posted
+with the permission of the copyright holder, your use and distribution
+must comply with both paragraphs 1.E.1 through 1.E.7 and any additional
+terms imposed by the copyright holder. Additional terms will be linked
+to the Project Gutenberg-tm License for all works posted with the
+permission of the copyright holder found at the beginning of this work.
+
+1.E.4. Do not unlink or detach or remove the full Project Gutenberg-tm
+License terms from this work, or any files containing a part of this
+work or any other work associated with Project Gutenberg-tm.
+
+1.E.5. Do not copy, display, perform, distribute or redistribute this
+electronic work, or any part of this electronic work, without
+prominently displaying the sentence set forth in paragraph 1.E.1 with
+active links or immediate access to the full terms of the Project
+Gutenberg-tm License.
+
+1.E.6. You may convert to and distribute this work in any binary,
+compressed, marked up, nonproprietary or proprietary form, including any
+word processing or hypertext form. However, if you provide access to or
+distribute copies of a Project Gutenberg-tm work in a format other than
+"Plain Vanilla ASCII" or other format used in the official version
+posted on the official Project Gutenberg-tm web site (www.gutenberg.org),
+you must, at no additional cost, fee or expense to the user, provide a
+copy, a means of exporting a copy, or a means of obtaining a copy upon
+request, of the work in its original "Plain Vanilla ASCII" or other
+form. Any alternate format must include the full Project Gutenberg-tm
+License as specified in paragraph 1.E.1.
+
+1.E.7. Do not charge a fee for access to, viewing, displaying,
+performing, copying or distributing any Project Gutenberg-tm works
+unless you comply with paragraph 1.E.8 or 1.E.9.
+
+1.E.8. You may charge a reasonable fee for copies of or providing
+access to or distributing Project Gutenberg-tm electronic works provided
+that
+
+- You pay a royalty fee of 20% of the gross profits you derive from
+ the use of Project Gutenberg-tm works calculated using the method
+ you already use to calculate your applicable taxes. The fee is
+ owed to the owner of the Project Gutenberg-tm trademark, but he
+ has agreed to donate royalties under this paragraph to the
+ Project Gutenberg Literary Archive Foundation. Royalty payments
+ must be paid within 60 days following each date on which you
+ prepare (or are legally required to prepare) your periodic tax
+ returns. Royalty payments should be clearly marked as such and
+ sent to the Project Gutenberg Literary Archive Foundation at the
+ address specified in Section 4, "Information about donations to
+ the Project Gutenberg Literary Archive Foundation."
+
+- You provide a full refund of any money paid by a user who notifies
+ you in writing (or by e-mail) within 30 days of receipt that s/he
+ does not agree to the terms of the full Project Gutenberg-tm
+ License. You must require such a user to return or
+ destroy all copies of the works possessed in a physical medium
+ and discontinue all use of and all access to other copies of
+ Project Gutenberg-tm works.
+
+- You provide, in accordance with paragraph 1.F.3, a full refund of any
+ money paid for a work or a replacement copy, if a defect in the
+ electronic work is discovered and reported to you within 90 days
+ of receipt of the work.
+
+- You comply with all other terms of this agreement for free
+ distribution of Project Gutenberg-tm works.
+
+1.E.9. If you wish to charge a fee or distribute a Project Gutenberg-tm
+electronic work or group of works on different terms than are set
+forth in this agreement, you must obtain permission in writing from
+both the Project Gutenberg Literary Archive Foundation and Michael
+Hart, the owner of the Project Gutenberg-tm trademark. Contact the
+Foundation as set forth in Section 3 below.
+
+1.F.
+
+1.F.1. Project Gutenberg volunteers and employees expend considerable
+effort to identify, do copyright research on, transcribe and proofread
+public domain works in creating the Project Gutenberg-tm
+collection. Despite these efforts, Project Gutenberg-tm electronic
+works, and the medium on which they may be stored, may contain
+"Defects," such as, but not limited to, incomplete, inaccurate or
+corrupt data, transcription errors, a copyright or other intellectual
+property infringement, a defective or damaged disk or other medium, a
+computer virus, or computer codes that damage or cannot be read by
+your equipment.
+
+1.F.2. LIMITED WARRANTY, DISCLAIMER OF DAMAGES - Except for the "Right
+of Replacement or Refund" described in paragraph 1.F.3, the Project
+Gutenberg Literary Archive Foundation, the owner of the Project
+Gutenberg-tm trademark, and any other party distributing a Project
+Gutenberg-tm electronic work under this agreement, disclaim all
+liability to you for damages, costs and expenses, including legal
+fees. YOU AGREE THAT YOU HAVE NO REMEDIES FOR NEGLIGENCE, STRICT
+LIABILITY, BREACH OF WARRANTY OR BREACH OF CONTRACT EXCEPT THOSE
+PROVIDED IN PARAGRAPH F3. YOU AGREE THAT THE FOUNDATION, THE
+TRADEMARK OWNER, AND ANY DISTRIBUTOR UNDER THIS AGREEMENT WILL NOT BE
+LIABLE TO YOU FOR ACTUAL, DIRECT, INDIRECT, CONSEQUENTIAL, PUNITIVE OR
+INCIDENTAL DAMAGES EVEN IF YOU GIVE NOTICE OF THE POSSIBILITY OF SUCH
+DAMAGE.
+
+1.F.3. LIMITED RIGHT OF REPLACEMENT OR REFUND - If you discover a
+defect in this electronic work within 90 days of receiving it, you can
+receive a refund of the money (if any) you paid for it by sending a
+written explanation to the person you received the work from. If you
+received the work on a physical medium, you must return the medium with
+your written explanation. The person or entity that provided you with
+the defective work may elect to provide a replacement copy in lieu of a
+refund. If you received the work electronically, the person or entity
+providing it to you may choose to give you a second opportunity to
+receive the work electronically in lieu of a refund. If the second copy
+is also defective, you may demand a refund in writing without further
+opportunities to fix the problem.
+
+1.F.4. Except for the limited right of replacement or refund set forth
+in paragraph 1.F.3, this work is provided to you 'AS-IS' WITH NO OTHER
+WARRANTIES OF ANY KIND, EXPRESS OR IMPLIED, INCLUDING BUT NOT LIMITED TO
+WARRANTIES OF MERCHANTIBILITY OR FITNESS FOR ANY PURPOSE.
+
+1.F.5. Some states do not allow disclaimers of certain implied
+warranties or the exclusion or limitation of certain types of damages.
+If any disclaimer or limitation set forth in this agreement violates the
+law of the state applicable to this agreement, the agreement shall be
+interpreted to make the maximum disclaimer or limitation permitted by
+the applicable state law. The invalidity or unenforceability of any
+provision of this agreement shall not void the remaining provisions.
+
+1.F.6. INDEMNITY - You agree to indemnify and hold the Foundation, the
+trademark owner, any agent or employee of the Foundation, anyone
+providing copies of Project Gutenberg-tm electronic works in accordance
+with this agreement, and any volunteers associated with the production,
+promotion and distribution of Project Gutenberg-tm electronic works,
+harmless from all liability, costs and expenses, including legal fees,
+that arise directly or indirectly from any of the following which you do
+or cause to occur: (a) distribution of this or any Project Gutenberg-tm
+work, (b) alteration, modification, or additions or deletions to any
+Project Gutenberg-tm work, and (c) any Defect you cause.
+
+
+Section 2. Information about the Mission of Project Gutenberg-tm
+
+Project Gutenberg-tm is synonymous with the free distribution of
+electronic works in formats readable by the widest variety of computers
+including obsolete, old, middle-aged and new computers. It exists
+because of the efforts of hundreds of volunteers and donations from
+people in all walks of life.
+
+Volunteers and financial support to provide volunteers with the
+assistance they need are critical to reaching Project Gutenberg-tm's
+goals and ensuring that the Project Gutenberg-tm collection will
+remain freely available for generations to come. In 2001, the Project
+Gutenberg Literary Archive Foundation was created to provide a secure
+and permanent future for Project Gutenberg-tm and future generations.
+To learn more about the Project Gutenberg Literary Archive Foundation
+and how your efforts and donations can help, see Sections 3 and 4
+and the Foundation web page at https://www.pglaf.org.
+
+
+Section 3. Information about the Project Gutenberg Literary Archive
+Foundation
+
+The Project Gutenberg Literary Archive Foundation is a non profit
+501(c)(3) educational corporation organized under the laws of the
+state of Mississippi and granted tax exempt status by the Internal
+Revenue Service. The Foundation's EIN or federal tax identification
+number is 64-6221541. Its 501(c)(3) letter is posted at
+https://pglaf.org/fundraising. Contributions to the Project Gutenberg
+Literary Archive Foundation are tax deductible to the full extent
+permitted by U.S. federal laws and your state's laws.
+
+The Foundation's principal office is located at 4557 Melan Dr. S.
+Fairbanks, AK, 99712., but its volunteers and employees are scattered
+throughout numerous locations. Its business office is located at
+809 North 1500 West, Salt Lake City, UT 84116, (801) 596-1887, email
+business@pglaf.org. Email contact links and up to date contact
+information can be found at the Foundation's web site and official
+page at https://pglaf.org
+
+For additional contact information:
+ Dr. Gregory B. Newby
+ Chief Executive and Director
+ gbnewby@pglaf.org
+
+
+Section 4. Information about Donations to the Project Gutenberg
+Literary Archive Foundation
+
+Project Gutenberg-tm depends upon and cannot survive without wide
+spread public support and donations to carry out its mission of
+increasing the number of public domain and licensed works that can be
+freely distributed in machine readable form accessible by the widest
+array of equipment including outdated equipment. Many small donations
+($1 to $5,000) are particularly important to maintaining tax exempt
+status with the IRS.
+
+The Foundation is committed to complying with the laws regulating
+charities and charitable donations in all 50 states of the United
+States. Compliance requirements are not uniform and it takes a
+considerable effort, much paperwork and many fees to meet and keep up
+with these requirements. We do not solicit donations in locations
+where we have not received written confirmation of compliance. To
+SEND DONATIONS or determine the status of compliance for any
+particular state visit https://pglaf.org
+
+While we cannot and do not solicit contributions from states where we
+have not met the solicitation requirements, we know of no prohibition
+against accepting unsolicited donations from donors in such states who
+approach us with offers to donate.
+
+International donations are gratefully accepted, but we cannot make
+any statements concerning tax treatment of donations received from
+outside the United States. U.S. laws alone swamp our small staff.
+
+Please check the Project Gutenberg Web pages for current donation
+methods and addresses. Donations are accepted in a number of other
+ways including including checks, online payments and credit card
+donations. To donate, please visit: https://pglaf.org/donate
+
+
+Section 5. General Information About Project Gutenberg-tm electronic
+works.
+
+Professor Michael S. Hart was the originator of the Project Gutenberg-tm
+concept of a library of electronic works that could be freely shared
+with anyone. For thirty years, he produced and distributed Project
+Gutenberg-tm eBooks with only a loose network of volunteer support.
+
+
+Project Gutenberg-tm eBooks are often created from several printed
+editions, all of which are confirmed as Public Domain in the U.S.
+unless a copyright notice is included. Thus, we do not necessarily
+keep eBooks in compliance with any particular paper edition.
+
+
+Most people start at our Web site which has the main PG search facility:
+
+ https://www.gutenberg.org
+
+This Web site includes information about Project Gutenberg-tm,
+including how to make donations to the Project Gutenberg Literary
+Archive Foundation, how to help produce our new eBooks, and how to
+subscribe to our email newsletter to hear about new eBooks.
diff --git a/28014-0.zip b/28014-0.zip
new file mode 100644
index 0000000..d35bb7b
--- /dev/null
+++ b/28014-0.zip
Binary files differ
diff --git a/28014-h.zip b/28014-h.zip
new file mode 100644
index 0000000..f7f8e2f
--- /dev/null
+++ b/28014-h.zip
Binary files differ
diff --git a/28014-h/28014-h.htm b/28014-h/28014-h.htm
new file mode 100644
index 0000000..14a830f
--- /dev/null
+++ b/28014-h/28014-h.htm
@@ -0,0 +1,6673 @@
+<!DOCTYPE html PUBLIC "-//W3C//DTD XHTML 1.0 Strict//EN"
+ "http://www.w3.org/TR/xhtml1/DTD/xhtml1-strict.dtd">
+
+<html xmlns="http://www.w3.org/1999/xhtml">
+ <head>
+ <meta http-equiv="Content-Type" content="text/html;charset=utf-8" />
+ <title>
+ The Project Gutenberg eBook of Jeden Miesiąc Życia, by Jan Sten.
+ </title>
+ <style type="text/css">
+/*<![CDATA[ XML blockout */
+<!--
+ p { margin-top: .75em;
+ text-align: justify;
+ margin-bottom: .75em;
+ }
+ h1,h2,h3,h4,h5,h6 {
+ text-align: center; /* all headings centered */
+ clear: both;
+ }
+ hr { width: 33%;
+ margin-top: 2em;
+ margin-bottom: 2em;
+ margin-left: auto;
+ margin-right: auto;
+ clear: both;
+ }
+
+ table {margin-left: auto; margin-right: auto;}
+
+ body{margin-left: 10%;
+ margin-right: 10%;
+ }
+
+ .pagenum { /* uncomment the next line for invisible page numbers */
+ /* visibility: hidden; */
+ position: absolute;
+ left: 92%;
+ font-size: smaller;
+ text-align: right;
+ } /* page numbers */
+
+ .linenum {position: absolute; top: auto; left: 4%;} /* poetry number */
+ .blockquot{margin-left: 5%; margin-right: 10%;}
+ .sidenote {width: 20%; padding-bottom: .5em; padding-top: .5em;
+ padding-left: .5em; padding-right: .5em; margin-left: 1em;
+ float: right; clear: right; margin-top: 1em;
+ font-size: smaller; color: black; background: #eeeeee; border: dashed 1px;}
+
+ .bb {border-bottom: solid 2px;}
+ .bl {border-left: solid 2px;}
+ .bt {border-top: solid 2px;}
+ .br {border-right: solid 2px;}
+ .bbox {border: solid 2px;}
+
+ .center {text-align: center;}
+ .smcap {font-variant: small-caps;}
+ .u {text-decoration: underline;}
+
+ .caption {font-weight: bold;}
+
+ .figcenter {margin: auto; text-align: center;}
+
+ .figleft {float: left; clear: left; margin-left: 0; margin-bottom: 1em; margin-top:
+ 1em; margin-right: 1em; padding: 0; text-align: center;}
+
+ .figright {float: right; clear: right; margin-left: 1em; margin-bottom: 1em;
+ margin-top: 1em; margin-right: 0; padding: 0; text-align: center;}
+
+ .footnotes {border: dashed 1px;}
+ .footnote {margin-left: 10%; margin-right: 10%; font-size: 0.9em;}
+ .footnote .label {position: absolute; right: 84%; text-align: right;}
+ .fnanchor {vertical-align: super; font-size: .8em; text-decoration: none;}
+
+ .poem {margin-left:10%; margin-right:10%; text-align: left;}
+ .poem br {display: none;}
+ .poem .stanza {margin: 1em 0em 1em 0em;}
+ .poem span.i0 {display: block; margin-left: 0em; padding-left: 3em; text-indent: -3em;}
+ .poem span.i2 {display: block; margin-left: 2em; padding-left: 3em; text-indent: -3em;}
+ .poem span.i4 {display: block; margin-left: 4em; padding-left: 3em; text-indent: -3em;}
+
+ .ins, a.ins {color:#111; text-decoration: none; border-bottom: 1px dashed #039; }
+ .cor {color:#111; }
+ .tnote { width: 34em;
+ border: 1px dashed #808080;
+ background-color: #f6f6f6;
+ text-align: justify;
+ padding: 0.5em;
+ margin: 80px auto 80px auto;
+ }
+
+
+ // -->
+ /* XML end ]]>*/
+ </style>
+ </head>
+<body>
+
+
+<pre>
+
+The Project Gutenberg EBook of Jeden miesiac zycia, by Jan Sten
+
+This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with
+almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or
+re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included
+with this eBook or online at www.gutenberg.org
+
+
+Title: Jeden miesiac zycia
+ utwory proza
+
+Author: Jan Sten
+
+Release Date: February 7, 2009 [EBook #28014]
+
+Language: Polish
+
+Character set encoding: UTF-8
+
+*** START OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK JEDEN MIESIAC ZYCIA ***
+
+
+
+
+Produced by Jimmy O'Regan, Ewa Jaros and the Online
+Distributed Proofreading Team at http://dp.rastko.net
+
+
+
+
+
+
+</pre>
+
+
+
+
+<h3>JAN STEN</h3>
+
+<h1>JEDEN MIESIĄC
+ŻYCIA</h1>
+
+<p style="text-align: center;">UTWORY PROZĄ:</p>
+
+<p style="text-align: center;">JEDEN MIESIĄC ŻYCIA. HAMLET. PRZYSIĘGŁY.
+SPOTKANIE. W PEŁNEM SŁOŃCU. PIERWSZY
+WIERSZ. TRZY DUSZE.</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p>
+<span style="margin-left: 2em;">KRAK&Oacute;W</span><br />
+<span style="margin-left: 2em;">NAKŁADEM WYDAWNICTWA KRYTYKI</span><br />
+<span style="margin-left: 2em;">SKŁAD GŁ&Oacute;WNY GEBETHNER I S-KA</span><br />
+<span style="margin-left: 2em;">1900</span><br />
+</p>
+
+
+<hr style="width: 65%;" />
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_1" id="Str_1">[Str. 1]</a></span></p>
+
+<h2><a name="JEDEN_MIESIAC_ZYCIA" id="JEDEN_MIESIAC_ZYCIA"></a>JEDEN MIESIĄC ŻYCIA.</h2>
+<hr style="width: 65%;" />
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_3" id="Str_3">[Str. 3]</a></span></p>
+
+<h3>Jeden miesiąc życia.</h3>
+
+
+<p style="text-align: right;"><i>Paryż, dnia 10 grudnia.</i></p>
+
+<p>Kochana Wandziu, nie pisałem do Ciebie
+przez kilka pierwszych dni po przyjeździe; spodziewam
+się, że nie masz mi tego za złe i rozumiesz,
+żem doprawdy czasu na listy nie miał.
+Chodziłem już ogromnie dużo i pobieżnie zwiedziłem
+prawie całe miasto. Nie będę Ci tego
+opisywał, bo wiesz, że nie lubię się nad takiemi
+rzeczami rozwodzić. Od dw&oacute;ch dni jestem
+zainternowany w domu, bo przyplątał mi
+się ohydny katar z b&oacute;lem głowy i całym szeregiem
+innych roskoszy; wszystkiemu winien
+tutejszy miły klimat. Kiedym przyjechał przed
+tygodniem, było coś koło 0&deg;, p&oacute;źniej nagle podskoczyło
+do 20&deg; i jest znowu najzupełniejsza
+wiosna. Uwięzienie w domu jest mi tem przykrzejsze,
+że mieszkam dotąd u Turskiego, a jego
+pokoik jest tak mały, iż trudno się we dw&oacute;ch
+tutaj obr&oacute;cić. Rozumiesz, jak to drażni, gdy za
+każdym ruchem w dosłownem znaczeniu tego
+<span class='pagenum'><a name="Str_4" id="Str_4">[Str. 4]</a></span>
+słowa trzeba o coś potrącać; a mebli zn&oacute;w nie
+jest tak wiele: ł&oacute;żko, st&oacute;ł, p&oacute;łka na książki,
+umywalnia i nieodzowny tu zawsze kominek&mdash;marmurowy,
+szykowny,&mdash;na kt&oacute;rym się nigdy
+nb. nie pali.</p>
+
+<p>Turski nie wiele się zmienił od tego czasu,
+kiedy przychodził do mnie w Warszawie. Nie
+ur&oacute;sł, nie zmężniał, taksamo zawsze łagodny
+i spokojny, że tą powagą do rozpaczy przyprowadzić
+może. Zastałem go w usposobieniu
+o wiele weselszem, niż to z jego list&oacute;w wnosić
+można było. Sądzę, że dużo przesadzał, choć
+doprawdy bieda rzeczywiście dawała mu się
+we znaki. Czy miał jakie inne zgryzoty jeszcze,
+nie wiem. Kilkoletnie oddalenie okropnie nas
+rozłączyło jednak: stosunki są najprzyjaźniejsze,
+ale skrępowane jakieś i sztuczne. Ostatecznie,
+może mi się tylko źle zdaje i z biegiem
+czasu przyzwyczaimy się do siebie, choć wątpię,
+czy dojdziemy kiedykolwiek do takiej zażyłości,
+w jakiej byłem w ostatnich czasach z Bolesławem.
+Oczywiście, ten nie pisał do mnie i nie wiem
+zupełnie, co się z nim dzieje.</p>
+
+<p>Z dawnych znajomych pr&oacute;cz Turskiego jest
+tu jeszcze Poliński; przyjechał coś miesiąc przedemną
+i miał już zabrać się do pracy, ale nic
+nie robi dotąd; chodzi po mieście i uczy się
+niby po francusku. Poznałem kilka os&oacute;b nowych,
+przeważnie student&oacute;w, kt&oacute;rzy się stołują w tej
+<span class='pagenum'><a name="Str_5" id="Str_5">[Str. 5]</a></span>
+samej, co my restauracyi&mdash;nb. podłej, kt&oacute;ra
+tylko dla tego do cna nas nie struje, że daje
+porcye mikroskopowo-homeopatyczne. Byliśmy
+też z wizytą u dw&oacute;ch &raquo;koleżanek&laquo;&mdash;ma to
+pewien sw&oacute;j urok, choć o tej szpetocie, nie
+widząc, trudno mieć pojęcie. Te, kt&oacute;rych nie
+znam jeszcze, mają być nie lepsze.</p>
+
+<p>Wobec stanu mego nosa i gardła, nie wiem,
+czy uda mi się wziąć do roboty przed Nowym
+Rokiem. Turski opowiada mi niestworzone rzeczy
+o trudnościach, kt&oacute;re przezwyciężyć trzeba,
+aby się gdziekolwiekbądź dostać; taki ma być
+natłok po wszystkich pracowniach. Pewno przesadza,
+jak zawsze. Chociaż do nauki Paryż nie
+jest stosownem miejscem&mdash;zwłaszcza dla nas
+barbarzyńc&oacute;w. Taki tu wir, gwar, taka moc
+rzeczy nowych, kt&oacute;rych się nie widziało, takie
+mn&oacute;stwo rozrywek, znajomości, że trzeba żelaznej
+woli, aby nad sobą odrazu zapanować
+i do pracy się zaprzągnąć. Zdaje się, że moja
+&raquo;żelazna&laquo; wola będzie pochodziła z braku &raquo;złotej&laquo;
+monety. Niestety, tylko takie alchemiczne
+cuda dziś się dzieją. A Paryż jest drogi piekielnie.
+Tu się czuje ten dreszcz złota.</p>
+
+<p>&mdash;Muszę urwać ten list, bo przyszedł właśnie
+Turski z Polińskim i postanowili mię wyciągnąć
+z wizytą do jakiejś nowej koleżanki,
+kt&oacute;ra przed tygodniem tu przybyła z Lublina;
+mieszka jeszcze na drugim końcu Paryża na
+<span class='pagenum'><a name="Str_6" id="Str_6">[Str. 6]</a></span>
+Montmartre. Turski zaręcza, że podr&oacute;ż na
+Montmartre jest najlepszym środkiem na katar.
+Kończę więc&mdash;bo i tak już nic nie mam do
+doniesienia i proszę Cię, abyś odpisała natychmiast.</p>
+
+<p style="margin-left: 4em;">Tw&oacute;j brat</p>
+
+<p style="margin-left: 6em;"><i>Jan</i>.</p>
+
+<p>Adres: Rue de la Sorbonne 5.</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 12 grudnia.</i></p>
+
+<p>Nie rozumiem, czemu się Turski tak zachwycał
+tą lubelską koleżanką. Zdaje się, że szło
+mu o to, aby mię wyciągnąć z domu i samemu
+p&oacute;źniej nie wracać. Wcale nie jest ładna, choć
+rzeczywiście ma miłą, dobrą twarz, a że jest
+samotna jeszcze i nie ma znajomych, przyjmuje
+nas z otwartemi ramionami. Byliśmy tam i wczoraj,
+gdyż ona lęka się chodzić po Paryżu sama,
+choć umie nieźle po francusku. Oprowadzaliśmy
+ją po mieście, i to byłoby znośne, gdyby nie
+trwało zbyt długo. Zabawna dziewczyna: przyjechała
+niby studyować medycynę; zaprowadziliśmy
+więc ją najpierw do szkoły medycznej,
+do prosektoryum. Rzeczywiście panuje tam
+straszny zaduch, bo sala jest mała i źle przewietrzana.
+Stoły drewniane i niepodobna nigdy
+porządnie ich oczyścić. Rozćwiertowany trup
+sprawił na niej tak straszne wrażenie, że trzeba
+<span class='pagenum'><a name="Str_7" id="Str_7">[Str. 7]</a></span>
+ją było czemprędzej wyprowadzić. Przez kilka
+godzin nie mogła się uspokoić. Postanowiła też
+odrazu, że porzuci medycynę i przeniesie się
+do Sorbonny na nauki przyrodnicze. Ja radziłem
+jej, żeby się wstrzymała z zapisem, bo panieńskim
+zwyczajem skończy zapewne na literaturze.</p>
+
+<p>Jutro, jako człowiek jeszcze bez zajęcia,
+um&oacute;wiłem się, że p&oacute;jdę z nią załatwiać sprawunki.
+Musimy wyszukać nowe mieszkanie dla
+niej w dzielnicy studenckiej, kupić meble i tysiące
+innych drobiazg&oacute;w. Nie miałem wielkiej
+ochoty na ten spacer, bo niewiele mam już
+pieniędzy, ale niepodobna było się wym&oacute;wić.</p>
+
+
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 16 grudnia.</i></p>
+
+<p>Dobrze, że Turskiego nie było już w domu,
+kiedym powr&oacute;cił. Byłby to koniec naszej znajomości
+i przyjaźni. Jestem na niego tak zły,
+że gdybym się nie wstydził sam siebie, wyrządziłbym
+mu chętnie jaką przykrość. Zły jestem
+tem więcej, że ta cała tak drobna w istocie
+rzeczy sprawa, tak mocno mię obeszła. Do
+wielu zawod&oacute;w przybył jeszcze jeden; dlaczeg&oacute;ż
+ten właśnie gniewa mię więcej od innych?
+Trzeba raz na zawsze pamiętać, że wyzysk
+jest pierwotną zasadniczą formą, w kt&oacute;rej
+się odciskają wszystkie na świecie stosunki.</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_8" id="Str_8">[Str. 8]</a></span>
+Zimne ciało pochłania z gorętszego ciepło,
+elektryczny ładunek znika rozszarpany przez
+sąsiad&oacute;w. Tu rabunek trwa jedną chwilę; ale
+wśr&oacute;d ludzi, kt&oacute;rzy sami mogą się nanowo
+rozgrzewać i elektryzować, wyzysk ten przeciąga
+się żywiołowo, bez końca. Jakikolwiek
+stosunek wziąć, zawsze jedna strona kocha
+więcej, druga więcej korzysta. Tak chce fizyka.</p>
+
+<p>Tylko po co ten fałsz: narzekania w listach,
+skargi na samotność duchową, prośby, abym
+przyjechał. Dlaczego kłamać przed innymi
+i przed sobą, dlaczego łudzić się nazwami uczuć,
+kt&oacute;rych nie ma? Gdyby nie nazwy, kt&oacute;re są
+symbolami, uczucia nasze nie r&oacute;żniłyby się
+wiele od uczuć ślimaka lub pająka.</p>
+
+<p>Wczoraj nie miałem najmniejszej ochoty wychodzić
+wieczorem po obiedzie. Niezupełnie pozbyłem
+się jeszcze b&oacute;lu głowy. Chciałem zresztą
+pom&oacute;wić trochę z Turskim, bo w istocie
+rzeczy nie wiem, co on robi, nad czem pracuje,
+jakie są jego plany. Tymczasem Turski uparł
+się koniecznie, aby iść odwiedzić Zaleską, tę
+nową lubelską koleżankę&mdash;&raquo;bo ona jest sama
+i potrzebuje życzliwej opieki i towarzystwa&laquo;.
+Namawiałem go, żeby został, ale on uparł się
+dlatego, że z &raquo;zasady nie zmienia swych postanowień&laquo;.
+Czy taki koźli up&oacute;r nie może do
+rozpaczy doprowadzić? Naturalnie i ja się zaciąłem,
+dysputa stała się ostrą. Turski wyszedł,</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_9" id="Str_9">[Str. 9]</a></span>
+trzasnąwszy drzwiami, a ja zostałem sam. Byłem
+tak zirytowany kł&oacute;tnią, że niepodobna mi
+było czemkolwiek się zająć; zresztą, jak czytać
+przy lampie, w kt&oacute;rej zabrakło nafty! Ogarnęła
+mię taka złość, jakgdyby Turski naumyślnie
+był mię zostawił bez światła. Położyłem się na
+ł&oacute;żku, lecz nawet z b&oacute;lem głowy niepodobna
+zasnąć o dziewiątej. Cisza jest tu straszna, bo
+okno wychodzi na podw&oacute;rze, a w domach francuskich
+ogromnie spokoju pilnują. Tuż obok
+huczy gwarem i krzykiem Boul-Mich, a w tym
+pokoju nawet mysz nie zaskrobie. Zdjął mię
+jakiś niemiły lęk, dziwne wrażenie, kt&oacute;re obiega
+po całej sk&oacute;rze i zewsząd w głąb się przeciska.</p>
+
+<p>Zdawało mi się, że lada chwila drzwi się
+usuną i będzie można spojrzeć w ciemny, długi
+korytarz, w kt&oacute;rym zwykle okropny przeciąg
+wieje. Gdziekolwiekbądź pr&oacute;bowałem patrzeć,
+po chwili musiałem zwracać oczy, aby się
+przekonać, że drzwi są jeszcze&mdash;choć czyniłem
+to bez strachu. I znosić to wszystko dlatego,
+że Turskiemu podobało <a class="ins" href="#tnote_1" name="tAnchor_1" title="sie">się</a> odwiedzać
+na Montmartre głupią pannę i wypalać naftę
+do ostatniej kropli!!</p>
+
+<p>Nie mogłem wytrzymać dłużej w mieszkaniu
+i wyszedłem na miasto. Wszędzie tłok i wrzawa,
+kawiarnie przepełnione; mimo chłodnego wieczoru
+wszyscy siedzą na ulicy, wszędzie porozstawiane
+stoliki, między kt&oacute;rymi przesuwać
+<span class='pagenum'><a name="Str_10" id="Str_10">[Str. 10]</a></span>
+się trzeba. Doszedłem do Sekwany, przyglądałem
+się r&oacute;żnobarwnym światełkom nanizanym,
+jak paciorki, na jej brzegi, ale rozdrażniała mię
+ta ciemność i zawr&oacute;ciłem na Boul-Mich. Chodziłem
+bez celu znudzony i zły na samotność,
+kt&oacute;rą najgorzej odczuwa się w tłumie. Wreszcie
+po jedynastej spotkałem Polińskiego: wracał
+z Folies Berg&eacute;res; był zachwycony, bo widział
+wystawę przepysznych ciał, kt&oacute;re przecież nie
+jemu się dostaną. Ale przeciętny człowiek jest
+już z urodzenia altruistą i gdy nie ma własnej,
+cieszy się rozkoszą cudzą. Przecież gdyby radość
+bliźniego nas bolała, to w takim Paryżu,
+gdzie jest tyle do wzięcia, że ciągle czegoś sobie
+odmawiać trzeba&mdash;jutro nie byłoby nic,
+pr&oacute;cz mordu i pożogi. Poliński nie był jednak
+<a class="ins" href="#tnote_2" name="tAnchor_2" title="doskonanym">doskonałym</a> altruistą, bo zapragnął czegoś i dla
+siebie i nam&oacute;wił mię, abyśmy poszli &raquo;na piwo&laquo;
+do Caf&eacute; d'Harcourt. Mn&oacute;stwo student&oacute;w i drugie
+tyle dziewczyn &raquo;&eacute;tudiantes&laquo;, nb. o wiele ładniejszych
+od tych prawdziwych &raquo;studentek&laquo;, kt&oacute;rych
+my do Paryża dostarczamy... Poliński odnalazł
+jakąś znajomą swoją Jeanne, ta sprowadziła
+swą koleżankę &raquo;Gabrielle&laquo; i zaczęliśmy się
+bawić&mdash;po francusku t. j. gadać tysiące głupstw
+w mniej lub więcej swobodnej pozie, popijając
+kufelkiem piwa. Potem biegaliśmy po bulwarze,
+śpiewając: &raquo;ce n'est pas de la merde &ccedil;a, c'est
+du chocolat&laquo;, potem rozeszliśmy się parami...
+<span class='pagenum'><a name="Str_11" id="Str_11">[Str. 11]</a></span>
+Potem wr&oacute;ciliśmy do dom&oacute;w każdy oddzielnie,
+unosząc wspomnienie, a zostawiając dwa luidory,
+kt&oacute;re nas &raquo;cet amour&laquo; kosztował. &raquo;Cet
+amour&laquo; gdyż to tutaj w potocznym języku nazywa
+się miłością; taksamo jak to, co u nas
+jest ordynarnem przekleństwem, tutaj zwie się
+&raquo;pocałunkiem&laquo;. To jest potęga kultury, ale my
+barbarzyńcy tak nie umiemy się bawić. Tak
+długo śpiewano nam o świętości uczucia, że
+przynajmniej rozpusta musi być dla nas dzikszą,
+bardziej szaloną i bardziej rozpasaną. Cośmy wyprawiali
+w Warszawie z tą Mańką modelką... I bawić
+się na trzeźwo&mdash;nie umiemy także, a tu się
+nie upija nikt.</p>
+
+<p>Gabrielie jest wcale przystojna, i gdybym
+był więcej zmysłowy, powinienbym być zadowolony
+z tej świeżej znajomości. Wątpię jednak,
+czy ją odnowię, bo... cena. Wobec tego,
+co ma przeciętny student-Francuz, my jesteśmy
+nędzarzami.</p>
+
+<p>Tymczasem korzystam z nieobecności Turskiego,
+aby zapakować rzeczy i książki,
+bo dziś lub najdalej jutro chcę stanowczo od
+niego się wyprowadzić. Gdybym to robił przy
+nim, zacząłby mię napewne zatrzymywać, boby
+mu się zdawało, że jestem zagniewany i nic
+chcę dłużej jego gościnności. Ostatecznie miałby
+może racyę, ale nie chcę, aby to po mnie
+poznał. Właściwie są to tylko drobnostki: nie rozumiemy
+<span class='pagenum'><a name="Str_12" id="Str_12">[Str. 12]</a></span>
+się już tak, jakeśmy się rozumieli
+i znali dawniej; oto cała sprawa.</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 18 grudnia</i>.</p>
+
+<p>Przechodząc koło Sorbonny, spotkałem wczoraj
+Zaleską. Robiła mi wym&oacute;wki, dlaczego nie
+byłem u niej razem z Turskim. Pytała o Turskiego,
+ale nie mogłem jej nic <a class="ins" href="#tnote_3" name="tAnchor_3" title="powiedzizć">powiedzieć</a>, gdyż
+wyprowadziłem się od niego jeszcze dzień przedtem,
+i od tej chwili go nie widziałem. Zaproponowała
+mi, aby p&oacute;jść z nią do teatru, bo
+jest już p&oacute;źno, a nie wie, gdzieby Władka Turskiego
+znaleźć mogła. Zgodziłem się chętnie,
+bo chciałem widzieć teatra paryskie, a sam
+długobym się namyślał, aby się na wielkie bulwary
+wybrać. Poszliśmy do Renaissance, gdzie
+grywa Sarah Bernhardt. Widziałem już niejedną
+aktorkę&mdash;i Modrzejewską i Duze, ale żadna z nich
+mierzyć się z nią nie może. Przepyszny glos:
+miękki, potoczysty, melodyjny. Mogłaby stać
+bez ruchu i m&oacute;wić tylko, a byłaby to już niepor&oacute;wnana
+gra. Najpierwsza aktorka świata.</p>
+
+<p>Moja towarzyszka, jak prawdziwe dziecko
+barbarzyńc&oacute;w, wpadła w taki zachwyt, że musiałem
+ją wciąż powstrzymywać, aby zachowywała
+się spokojnie i nie przeszkadzała sąsiadom.</p>
+
+<p>Po spuszczeniu zasłony była jakby nieprzytomna:
+<span class='pagenum'><a name="Str_13" id="Str_13">[Str. 13]</a></span>
+gwar i huk bulwarowy odurzył ją do
+reszty; niezmiernie zabawny miałem widok.
+Uparła się, żeby wziąć ją w p&oacute;ł, pod pachę,
+jak zwykle chodzi się z &raquo;etudiantkami&laquo;, i p&oacute;jść
+z nią przez bulwary. Zaprowadziłem ją do Caf&eacute;
+Riche: olśniło to ją do reszty.</p>
+
+<p>Przechadzka taka jest wcale przyjemna, przyjemniejsza
+może niż ta sama rozrywka z Gabryelą.
+Za to brak zakończenia. C&oacute;ż robić...</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;">
+<i>Dnia 19 grudnia</i>.
+</p>
+
+<p>Kochana Wandziu, list ten piszę do Ciebie
+już z nowego mieszkania; od trzech dni mieszkam
+już sam, na rue des Ecoles 1. 72. Mam
+ładny pok&oacute;; na czwartem wprawdzie piętrze,
+ale za to widok na cały plac przed Coll&egrave;ge de
+France prześliczny. Pok&oacute;j ustronny, cichy,
+doskonały do pracy, ale nie wiem zupełnie, jak
+ta praca p&oacute;jdzie. Wstęp do wszystkich bibliotek
+już uzyskałem i o ilem przejrzał pobieżnie katalogi,
+znajdę tu mn&oacute;stwo materyał&oacute;w do
+wszystkich rob&oacute;t, kt&oacute;re rozpocząłem. Zaraz po
+świętach, spr&oacute;buję zmusić się do systematycznych
+zajęć, choć nie wierzę w ich rezultat.</p>
+
+<p>Pytasz mi się, czy piszę co obecnie i czy
+wykończę tę powieść, kt&oacute;re; urywki Ci czytałem.
+Odpowiedź, znając mnie, zgadujesz dobrze.
+Niestety, nie piszę nic... pr&oacute;cz pamiętnika.
+<span class='pagenum'><a name="Str_14" id="Str_14">[Str. 14]</a></span>
+Ale pochodzi to nie tyle z braku czasu&mdash;jakeś
+wywnioskowała z pierwszego mego listu&mdash;ile
+z braku chęci, zapału i poprostu&mdash;mocy. Przechodzę
+jakieś dziwne osłabienie duchowe; chwilami
+zdaje mi się, że wszystko się rozsypuje
+we mnie; taka pr&oacute;żnia tworzy się w myślach.
+Nie wiem, czy to jest skutek tego, żem się
+wyrwał z otoczenia, w kt&oacute;rem wzrosłem i do
+kt&oacute;rego przywykłem&mdash;ale Paryż szalenie mię
+przygnębia. Tu gdzie wszystko tryska namiętnością,
+szałem, przepychem, wszystko wre,
+krąży i huczy, gdy się czuje dreszcz, kt&oacute;ry
+przenika i pali te trzy miliony istot ludzkich&mdash;wtedy
+nie można znieść tej myśli, że się nie
+ma nic, nic zupełnie. Nietylko o majątku m&oacute;wię;
+ale czem jest to wszystko, co czułem
+lub czuć mogę, wobec ogromu, co tu na ok&oacute;ł
+mnie szumi... Gdy chodzę czasem wieczorem
+po ulicach, to poczucie obcości, znikomości
+tak mię przeraża, że szarpałbym palcami
+kamień, aby rysę w nim wyżłobić, ślad jakiś,
+żem istniał.</p>
+
+<p>Dobrze, żeś mi na święta nic nie przysłała,
+bo tu jest mn&oacute;stwo utrudnień celnych, i miałbym
+tylko kłopot&oacute;w i wydatk&oacute;w bez liku. Święta
+prawdopodobnie spędzę w domu: tu nie obchodzą
+Bożego Narodzenia tak uroczyście, jak
+u nas. Na Wiliją mam dwa zaproszenia: jedno
+do panny Zaleskiej, naszej koleżanki, o kt&oacute;rej
+<span class='pagenum'><a name="Str_15" id="Str_15">[Str. 15]</a></span>
+bodaj, że ci wspominałem w uprzednim liście;
+drugie&mdash;do doktora Korzyckiego, kt&oacute;ry tu od
+dziesięciu przeszło lat jest osiedlony i zwykle
+zbiera u siebie na Wiliją towarzystwo polskie.
+Tam w każdym razie nie p&oacute;jdę, bo nie lubię
+towarzystwa zupełnie obcych ludzi. Najchętniej
+rzeczywiście zostanę w domu.</p>
+
+<p>Nie piszesz mi nic o zdrowiu swojem: zwykle
+zmiana pory roku Ci szkodzi, zwłaszcza, gdy
+przy tych słotach biegasz za lekcyami. Nie czytałem
+dawno &raquo;Kuryera&laquo;; nie wiem więc, jaka
+u was pogoda. Tu wiosna bez ustanku: sypiam
+przy otwartych oknach.</p>
+
+<p>Odpisz mi jaknajrychlej, bo jestem zawsze
+niespokojny, kiedy zbyt długo nie ma od Ciebie
+wiadomości. Pisząc zrobisz miłosierny uczynek,
+bo wierzaj mi, że Paryż nie jest dla mnie dotąd
+wcale obiecaną ziemią wesela i rozkoszy. Przypominam
+Ci nowy adres (rue des Ecoles 1. 72).</p>
+
+<p style="margin-left: 12em;">Tw&oacute;j <i>Janek</i>.</p>
+
+<p style="margin-left: 2em;">Na Wiliji będziesz u wuja?</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 21 <a class="ins" href="#tnote_4" name="tAnchor_4" title="gruduia">grudnia</a>.</i></p>
+
+<p>Po co ja wczoraj ten list do siostry wysłałem?
+Nie pamiętam już dokładnie, com napisał, ale
+napewne za dużo. Chyba po to wspominałem
+<span class='pagenum'><a name="Str_16" id="Str_16">[Str. 16]</a></span>
+jej o tem rozdrażnieniu i przygnębieniu, aby
+dręczyć to najszlachetniejsze i jedyne zapewne
+przywiązanie, kt&oacute;rego doznałem. Miłość matki
+ma w sobie zawsze coś zwierzęcego, jak przywiązanie
+samicy do płodu; miłość kochanki&mdash;to
+maniackie zaspokojenie potrzeby; miłość
+siostry dopiero jest świadomem, prawdziwie
+ludzkiem uczuciem, kt&oacute;rego żadne inne zwierzę
+nie zna, choć wszystkie płodzą się i przyjaźnią.
+Rozumiem, dla czego we wszystkich pierwotnych
+mytach ludzkości występuje zawsze
+związek brata i siostry, jako naturalne, jakby
+od przyrody samej przeznaczone stadło.</p>
+
+<p>Jestem przekonany, że list m&oacute;j zmartwi Wandę
+do żywego. Gotowa sobie B&oacute;g wie co o mnie
+wyobrażać. Ostatecznie wprawdzie nie skłamałem
+o swojem rozdrażnieniu, ale w każdym
+razie bardzo przesadziłem, bo w og&oacute;le przecież
+czas upływa mi dość przyjemnie. Jestto mała,
+obrzydliwa nikczemność, bawiąc w Paryżu,
+dręczyć biedną dziewczynę pisaniem podobnych
+list&oacute;w. Tym głupsza, że bezcelowa.</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 22 grudnia.</i></p>
+
+<p>Dziś rano przyszedł do mnie Turski po raz
+pierwszy. Przepraszał mię bardzo, że wcześniej
+przyjść nie miał czasu, gdyż przygotowywał się
+do egzaminu i nawet wieczorem przesiadywał
+<span class='pagenum'><a name="Str_17" id="Str_17">[Str. 17]</a></span>
+się do egzaminu i nawet wieczorem przesiadywał
+w bibliotece. Do naszej zwykłej restauracyi
+też nie m&oacute;gł przychodzić, gdyż musiał
+towarzyszyć Zaleskiej na obiady, a tam, gdzieśmy
+się stołowali, kobietom bywać nie wypada. Na
+tem rozmowa się urwała, gdyż właściwie nie mieliśmy
+sobie nic do powiedzenia. Wreszcie Turski
+przypomniał mi, że jestem na Wilią proszony
+do Zaleskiej, ale że za to muszę przyjść
+dziś do niej popołudniu pomagać&mdash;jako dragoman&mdash;w
+kupowaniu zapas&oacute;w, i jako tragarz&mdash;w
+przynoszeniu ich do domu. Turski
+prosił mię, abym idąc tam wstąpił po niego, gdyż
+nie mając zegarka, m&oacute;głby się łatwo zasiedzieć
+i sp&oacute;źnić. Z zachowania się Turskiego mogłem
+wnosić, iż zupełnie nie zdaje sobie sprawy, jak
+bardzo mię raził nasz dzisiejszy stosunek tak
+r&oacute;żny od dawnej przyjaźni. Rozdrażnienie moje
+tłomaczył sobie, jako kaprys wywołany kaszlem
+i katarem. I mnie dziś ten stosunek nasz mniej
+drażni, skoro rozstaliśmy się i widujemy się
+o tyle rzadziej. Ostatecznie, wszystko jedno.</p>
+
+<p>Popołudniu, wybraliśmy się, jak było um&oacute;wione,
+po sprawunki. Pierwszy raz byłem u Zaleskiej
+w jej nowem mieszkaniu, już w naszej
+dzielnicy. Przyzwyczaiła się trochę do Paryża,
+do życia tutejszego i nowych nieco
+dla niej stosunk&oacute;w koleżeńskich. Do Wilii nie
+czyni się tu wielkich przygotowań i nie ma też
+<span class='pagenum'><a name="Str_18" id="Str_18">[Str. 18]</a></span>
+w sklepach takiego niemiłosiernego tłoku, jak
+u nas: można więc było swobodnie rozmawiać.
+Jest to sympatyczna dziewczyna, zwłaszcza, że
+w niczem niepodobna do przeciętnego typu studentek.
+<i>Au phisique</i>&mdash;umie się ubrać i ma bardzo
+zręczne ruchy; <i>au moral</i>&mdash;nie ma w niej tego
+zacietrzewienia i cierpkości, słusznej może, ale
+tak niemiłej w uczących się kobietach. Chyba
+nie będzie długim gościem w Paryżu; jej za
+bardzo obojętne jest, co ma studyować,
+aby w og&oacute;le miała na seryo coś robić. Zdaje
+mi się, że przyjechała tu, aby wydobyć się
+z domu i pozbyć dawnego otoczenia. Mogę
+się mylić zresztą, bo o tem rozmawialiśmy tylko
+urywanemi zdaniami.</p>
+
+<p>Sprawunk&oacute;w zakupiliśmy tyle&mdash;niepodobna
+było Zaleską wyrwać od Potina&mdash;że trzeba
+było wziąć dor&oacute;żkę, aby odwieść wszystko do
+domu. Zaleska pojechała z Turskim, a ja zostałem,
+bo nie chciało mi się tak wcześnie
+wracać z bulwar&oacute;w na lewy brzeg. Siadłem
+przy stoliku w kawiarni niedaleko Opery i przyglądałem
+się przez kilka godzin tym tłumom,
+kt&oacute;re przesypywały się bezustanku z jednego
+końca bulwar&oacute;w na drugi. Ten tłum nie rozdrażniał
+mię tak, jak zwykle, lecz dziwnie jakoś
+kołysał, wciągał w siebie i pochłaniał. Pamiętam,
+że podobnego wrażenia doznawałem niegdyś,
+leżąc nad brzegiem morza, gdy fala, jedna za
+<span class='pagenum'><a name="Str_19" id="Str_19">[Str. 19]</a></span>
+drugą, bez ustanku, pchana wiatrem, kt&oacute;rego
+wyczuć niepodobna było, biegła na piasek z pluskiem
+i tysiącem szemrzących strumyk&oacute;w nazad
+się cofała. I tu i tam nieskończoność ruchu,
+kt&oacute;ra pociąga i znicestwia. Wr&oacute;ciłem p&oacute;źno
+w nocy.</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 23 grudnia.</i></p>
+
+<p>Zabawił mię dziś Poliński. Po obiedzie byłem
+z nim w kawiarni. W ogromnie ciężkich i zawiłych,
+jak zawsze, frazesach opowiadał mi&mdash;z
+tajemniczą miną&mdash;że mu się zdaje, jakoby
+Turski miał się do Zaleskiej, a i &raquo;ona na to,
+jak na lato&laquo;. Przestrzegał ich nawet żartobliwie
+słowami bajki:</p>
+
+<p>
+Ostrożnie dzieci, wy się źle bawicie,<br />
+Dla was jest to igraszką, tu chodzi o życie.<br />
+</p>
+
+<p>Pyszny materyał na wujaszka z tego Polińskiego!</p>
+
+<p>Poliński ogromnie lubi udawać człeka przemyślnego
+a znawcę dusz ludzkich&mdash;ale tu
+zdaje mi się, że się pomylił i puścił tylko głupią
+plotkę. Jak tam z panną, nic wiem: ani mię
+to obchodzi, ani ją znam dostatecznie, abym
+wiedział, jak się u niej słabość sercowa objawia,
+choć taki spacerek do Caf&eacute;-Riche kobiety zakochanej
+wcale nie zdradza. Ale Turskiego to
+<span class='pagenum'><a name="Str_20" id="Str_20">[Str. 20]</a></span>
+Poliński zn&oacute;w wcale nie zna. On zawsze i wszędzie
+lubił się opiekować, patronować komuś,
+jeśli sądził, że jestto potrzebne. Lubi, żeby go
+poważano i słuchano jego słowa i rady. Dlaczego
+więc i tutaj nie ma się zaopiekować,
+zwłaszcza, gdy ta opieka ma przecież swoje
+smaczne strony. W tej posusze rodaczek Zaleska
+doprawdy jest najprzystojniejsza, a wydaje
+się miłą, bo bardzo jest wdzięczna każdemu,
+kto ją odwiedza.</p>
+
+<p>Na plotkarskiej psychologii Polińskiego zarobię
+dziesięć frank&oacute;w; zabawiliśmy się bowiem
+w miłosnego totalizatora: meta&mdash;pierścionek
+zaręczynowy na palcu, czas&mdash;Wielkanoc,
+stawka&mdash;dziesięć frank&oacute;w. Szkoda, że nie
+setka.</p>
+
+<p>Poliński ma też być na Wilii u Zaleskiej.
+Będzie więc nas czworo.</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 24 grudnia.</i></p>
+
+<p>Nie miałem najmniejszej ochoty p&oacute;jść do Zaleskiej,
+a kiedym został w domu, zły jestem na
+siebie i żałuję tego. Wola moja składa się zawsze
+jakby z dw&oacute;ch poł&oacute;w, z kt&oacute;rych jedna jest zaprzeczeniem
+drugiej. Jaka połowa stanie na
+wierzchu i wysunie się jako czyn&mdash;jestto
+rzeczą przypadku, przelotnego wpływu, kt&oacute;rego
+nieraz nawet sam nie dostrzegam. Zar&oacute;wno
+<span class='pagenum'><a name="Str_21" id="Str_21">[Str. 21]</a></span>
+w drobnostkach, jak i w najważniejszych sprawach&mdash;postanowienie
+jest dla mnie męczarnią,
+kt&oacute;rej nie znam r&oacute;wnej.</p>
+
+<p>Jakbądź się stało, siedzę w domu sam, a jest
+już po dziesiątej, a więc za p&oacute;źno, żeby wyjść
+do Zaleskiej. Mogli zresztą przysłać po mnie,
+jeśli byli zaniepokojeni lub jeśli im zależało
+rzeczywiście na mojej obecności. Niechaj się
+bawią... W mieście wszystko pozamykane; nawet
+kawiarnie zaświętowały od dziewiątej. Zresztą
+codziennie mam dosyć wrzawy i gazet.</p>
+
+<p>Cisza, cisza... Wypełza z kąt&oacute;w, wylata ciężkiemi
+skrzydłami, potężnieje, nabrzmiewa, wznosi
+się jak fala i usta, oczy, głowę mi zatapia.
+Wszystkiemi szczelinami wchodzi do wnętrza
+mej istoty, rozlewa się w krwi i kościach, sączy
+się do serca, a dzwoni i huczy, jak muszla
+pusta, gdy do ucha ją przyłożyć. I nie lęka się
+ani szelestu krok&oacute;w, gdy chodzę po pokoju,
+ani szmeru kartek książki, kt&oacute;rą przerzucałem,
+ani dźwięku piosenki, kt&oacute;rą pr&oacute;bowałem nucić&mdash;ale
+wchłania je w siebie, przetrawia i w ciszę
+taką samą, niezmąconą, przemienia... Rozpacz!</p>
+
+<p>Nie chciałem iść do Zaleskiej, bo ostatecznie,
+c&oacute;ż mię z nią i tymi wszystkimi ludźmi wiąże;
+ale teraz dałbym nie wiem co, aby wyrwać
+się z tej ciszy, m&oacute;wić i słyszeć głos ludzki.</p>
+
+<p>I to jest życie, młodość? Ta ohydna pustka,
+nicość? Chciałbym raz żyć, szaleć, płonąć, chociażby
+<span class='pagenum'><a name="Str_22" id="Str_22">[Str. 22]</a></span>
+cierpieć przyszło i zginąć. Ale pragnę,
+a nie umiem tego&mdash;lub też dla mnie innych
+potrzeba rozkoszy, niż te, kt&oacute;re wszystkich
+sycą. Mam może za twardą duszę, aby ją
+zwykłe rylce rysować i rzeźbić mogły. A może
+tylko nie umiem czuć, nie umiem żyć i radować
+się życiem&mdash;bo i to jest sztuka, kt&oacute;rą
+wyssać lub kt&oacute;rej nauczyć się trzeba. Cała
+przeszłość moja prześlizgnęła się dotąd po mnie,
+jak fala po głazie, nie zostawiając w swym
+odwrocie nic, pr&oacute;cz piany i szumowin. Miałem
+może zadowolenia i radości, ale szczęścia, tego
+wielkiego słonecznego szczęścia nie widziałem nigdy.
+A wszystko inne jest surrogatem, blichtrem,
+fałszem, tylko szczęście jest pięknem i prawdą.
+A jednak... drżało mi niegdyś w rękach serce
+dziewczęce, niewymownie piękne i czyste&mdash;i
+porzuciłem je wprz&oacute;d, zanim może zdołałem
+się przesycić. Marzyłem o sztuce, o poezyi&mdash;i
+napisałem kilkadziesiąt wierszy, gdy przecież
+życic, samo życie powinno być pięknem. Żyć
+każdą iskrą krwi, każdym błyskiem duszy&mdash;to
+tylko jest sztuką.</p>
+
+<p>Tymczasem jest cisza, cisza... Minęła już
+p&oacute;łnoc, a nie nadchodzi ani sen, ani znużenie,
+nic, pr&oacute;cz ciszy.</p>
+
+<p>
+..............................................<br />
+..............................................<br />
+<span class='pagenum'><a name="Str_23" id="Str_23">[Str. 23]</a></span>
+<span style="margin-left: 7.5em;">Na niebie mojem chmury,</span><br />
+Lecz z nich nie strzelą gromy, zwiastuny złotych burz.<br />
+<span style="margin-left: 7.5em;">Ogrody moje kwitną,</span><br />
+Lecz niema fiołk&oacute;w w nich, lilij białych, ani r&oacute;ż.<br />
+<span style="margin-left: 7.5em;">Ponure moje oczy,</span><br />
+Lecz suchej ich źrenicy nie zwilży srebrna łza.<br />
+<span style="margin-left: 7.5em;">Zmęczone moje dłonie,</span><br />
+Lecz ręka, co omdlewa, nie rwała paszczy lwa.<br />
+<span style="margin-left: 7.5em;">Stęsknione moje serce,</span><br />
+Lecz w piersi rozmarzonej ohydna żądza trwa.<br />
+<span style="margin-left: 7.5em;">Pogodne moje czoło</span><br />
+Lecz w czaszce rozpalonej bezsilna rozpacz łka.<br />
+</p>
+
+<p>To prawda... lecz na cały wiecz&oacute;r męki,
+to za mało.</p>
+
+
+<p>
+Od dzisiaj zabrałem się do pracy; biblioteka
+jest otwarta i myślę przesiadywać tam codziennie
+pięć do sześciu godzin. Opracowywanie
+materyał&oacute;w w domu też pochłonie czasu
+sporo. Po za swoją pracą nie chcę o niczem
+wiedzieć, nic więcej mię tu nie powinno obchodzić.
+Życie w Paryżu może być r&oacute;wnie jednostajne,
+jak w każdem innem ludzkiem gnieździe.
+Ten gwar wielkoświatowy, umysłowe i polityczne
+prądy, całe tętno świata, kt&oacute;rego byłem
+tak ciekaw, o wiele wspanialej przedstawiają
+się zdaleka, aniżeli tu na miejscu wśr&oacute;d wrzawy
+drobnych, codziennych wypadk&oacute;w. Jak zawsze
+drzewa zasłaniają las.
+</p>
+<p>
+<span class='pagenum'><a name="Str_24" id="Str_24">[Str. 24]</a></span>
+Przyroda tak samo jak ja, zabrała się do zimowej
+pracy i osypała nas śniegiem i opadła
+mrozem, jak na Paryż, niezwykłym. Zimno, kt&oacute;re
+tu panuje zwykle w mieszkaniach, ożywia
+zawsze stosunki towarzyskie w kolonii polskiej.
+Ludzie zbierają się razem i grzeją się... ciepłem
+zwierzęcem. Dzisiaj wybieram się z Polińskim
+na wiecz&oacute;r do Łużeckiej.
+</p>
+<p>
+Wczoraj byłem u Zaleskiej, aby się wytł&oacute;maczyć,
+żem na Wilią nie przyszedł. Zaleska
+udawała zagniewaną, nie chciała słuchać wym&oacute;wek,
+powtarzając, że zrobiłem jej tylko niegrzeczny
+kaprys. Zresztą miałem za ten &raquo;kaprys&laquo;
+najwięcej żałować sam, bo bawili się
+doskonale. Poliński był zmęczony i wyszedł
+wcześniej, ale z Turskim doczekali p&oacute;łnocy.
+</p>
+<p>
+Zaleska była w og&oacute;le niezwykle wesoła i rozbawiona.
+Prosiła mię, abym zabrał ze sobą Turskiego
+i przyszedł do niej po raz drugi popołudniu&mdash;ale
+odm&oacute;wiłem, bo nie chcę zupełnie
+zacieśniać swego stosunku z Turskim więcej,
+niż jest obecnie. Najlepiej będzie, jeśli będziemy
+chodzili każden swojemi drogami.
+</p>
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 27 grudnia.</i></p>
+<p>
+Dzień dziesiejszy należy do najciekawszych
+w mojem życiu. Spotkałem Turskiego na obiedzie,
+siadł przy mnie. Przypomniałem mu, że
+<span class='pagenum'><a name="Str_25" id="Str_25">[Str. 25]</a></span>
+mamy się zejść z Polińskim i Starzewiczem
+w kawiarni wieczorem i iść razem na posiedzenie
+francuskiego towarzystwa studenckiego.
+Zaproszono nas, i chciałem bardzo poznać
+życie francuskie nieco bliżej, niż to można
+uczynić na ulicy. Odpowiedział mi, że musimy
+mu wybaczyć i iść bez jego przewodnictwa&mdash;on
+przecież najdawniej z nas mieszka w Paryżu&mdash;gdyż
+on wieczorem wybiera się do
+Zaleskiej. Powiadam mu p&oacute;ł żartem, że to zaczyna
+być podejrzane. A on mi na to, patrząc
+zabawnie w oczy: &raquo;dlaczego?&laquo;&mdash;i dodaje
+zwolna: przegrałeś dziesięć frank&oacute;w... Tak mi
+się wydawały dziwne mina jego, głos i ta radość
+cała, widoczna na twarzy, że początkowo
+po prostu trudno mi było z nim m&oacute;wić.
+</p>
+<p>
+Ale potem rozgadaliśmy się i miałem takie
+wrażenie, jakgdyby przegroda, kt&oacute;ra nas dzieliła
+upadła nagle i wr&oacute;ciły dawne czasy nieograniczonej
+ufności i przyjaźni. Opowiedział mi
+wszystko. Właściwie zakochał się jakoś nagle
+i niespodzianie, i już w kilka dni po moim przyjeździe
+nie m&oacute;gł sobie dać rady z tem uczuciem,
+kt&oacute;re chciał zdławić, bo nie śmiał wierzyć,
+aby ona go kochała. Był tak rozdrażniony, że
+tylko udając zupełną na wszystko obojętność,
+m&oacute;gł jakoś ukrywać, co się z nim dzieje. Tymczasem
+ona kochała go już wtedy, kiedy jeszcze
+ledwie się znali, i płakała po nocach i uspokoić
+<span class='pagenum'><a name="Str_26" id="Str_26">[Str. 26]</a></span>
+się nie mogła, jeśli go przez dzień cały nie
+widziała. Widziałem dobrze, jak jej był za tę
+miłość wdzięczny. Oświadczyli się sobie w dzień
+wilii, po odejściu Polińskiego, tak jakoś znienacka,
+że trudnoby powiedzieć, kto właściwie
+dał początek. Przesiedzieli wtedy razem prawie
+do rana. Był zakochany, kochany, zaręczony,
+szczęśliwy. To wszystko i chyba dosyć.
+</p>
+<p>
+Rozmawialiśmy długo, bardzo długo. Ja m&oacute;wiłem
+nie wiele, bo tak mię nowe położenie
+Turskiego dziwiło, a nawet, czegom się nie spodziewał,
+wzruszało, że trudno mi było myśl jakąś
+skleić; natomiast on opowiadał bez przerwy.
+Naturalnie, chciał się żenić, ale nie było to możliwe
+prędzej niż za trzy lata, po ukończeniu
+study&oacute;w: czas ten jednak przeleci prędko, o tem
+nie ma mowy. Ona zgadzała się na wszystko,
+byle być z nim.
+</p>
+<p>
+Nie spotkałem jeszcze w życiu człowieka tak
+uradowanego: radował się w nim doprawdy
+każdy atom krwi. I czeg&oacute;ż w radości tej nie
+było: miłość, wdzięczność, nadzieja, duma,
+szczęście, wszystko!
+</p>
+<p>
+To jednak niezwykły charakter jest Władek
+Turski. Wśr&oacute;d nas, kt&oacute;rzy z rodzinnego domu
+nie dostajemy nic, pr&oacute;cz banalnych przepis&oacute;w,
+a z życia bierzemy tylko to, co na wierzchu
+najdostępniejsze, on rzeczywiście sprawia wrażenie
+arystokratycznego dziecka, kt&oacute;re się urodziło
+<span class='pagenum'><a name="Str_27" id="Str_27">[Str. 27]</a></span>
+w wysokich komnatach i w kołysce słyszało
+nie jęk nianiek, lecz organy. Co ten
+człowiek już stracił, a ileż mu jeszcze pozostało!
+Szmat za szmatem wyrwał z siebie wiarę, ale
+zachował cały bezmiar uwielbienia dla tego, co
+czcić chciał; gardził prostytutką i dusił w sobie
+zmysły, a nie brakowało uniesień w jego miłości.
+Jestto człowiek czysty.
+</p>
+<p>
+Radość Turskiego udzieliła mi się: słuchając
+go czułem się odmłodzony jakiś i rzeźwiejszy.
+Byłem zadowolony, że fałszywy nasz stosunek
+raz się wyjaśnił i to pomyślniej, niż przewidzieć
+mogłem. Wszystko było teraz wytł&oacute;maczone.
+Cieszyłem się r&oacute;wnież jego szczęściem:
+gdy mi o niem opowiadał, kilka razy kręciły
+mi się łzy w oczach.
+</p>
+<p>
+Dla jego narzeczonej posłałem bukiet; kontent
+jestem, że mogłem jej zrobić przyjemność,
+gdyż ona przepada za kwiatami.
+
+Przykro mi tylko trochę, że byłem złym obserwatorem,
+ale czyż można było się tego po cichym
+Władku Turskim spodziewać. Jestem
+pewien, że każden z jego dawnych koleg&oacute;w
+trzymałby też w zakładzie moją stronę.
+</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 29 grudnia.</i></p>
+
+<p>
+Władek źle jednak robi, że swych zaręczyn
+publicznie nie ogłasza; przez to plotki tylko
+<span class='pagenum'><a name="Str_28" id="Str_28">[Str. 28]</a></span>
+powstawać będą. Niby nie ma w tem tajemnicy;
+kto chce, może domyślać się i wiedzieć. Przed
+nami t. j. przedemną i Polińskim, Turski m&oacute;wi
+wciąż o swej miłości; widać, że tylko ten przedmiot
+go zajmuje. Zdaje mi się, że w podobnym
+wypadku byłbym więcej skryty. Chociaż... nie
+wiem. To powtarzanie: kocham, kocham,
+kocham... jest czysto odruchowe i niewłasnowolne,
+jak śpiew ptaka na wiosnę.
+</p>
+<p>
+Pomimo, że zaręczyny nie są wszystkim oznajmione,
+w damskiej kolonii naszej panuje już
+straszne oburzenie. Mężczyzna tak jest rzadki
+i tak często sprzedaje się teraz &raquo;en d&eacute;tail&laquo;, że
+dostać całego odrazu jest świetnym interesem.
+Wystawić sobie można wściekłość koleżanek,
+że przyjechała obca intruzka, nawet na żadnym
+wykładzie się nie zjawiła i rog&oacute;w wielkiej mądrości
+nie pokazała, a już męża trzyma. Nie ma
+nic pocieszniejszego nad ich ironiczne miny,
+w kt&oacute;rych świetnie widać tę utajoną i niby nie
+istniejącą złość. Zwykle mię to śmieszy, lecz
+dzisiaj Łużecka zirytowała mię do żywego.
+Jest głupota, kt&oacute;ra już graniczy z podłością.
+Zarzucała Zaleskiej wręcz, że przyjechała
+tylko, aby wydać się za mąż&mdash;co wiem, że
+nie jest prawdą. Natarłem na nią ostro i ostrzegałem,
+żeby nigdy nie m&oacute;wiła o małżeństwie
+i miłości, bo jestto dla niej teren na zawsze obcy,
+na kt&oacute;rym wygląda, jak kaczka ucząca się latać.
+<span class='pagenum'><a name="Str_29" id="Str_29">[Str. 29]</a></span>
+Moja opinia złośliwego gbura jest ustalona
+na długo.
+</p>
+<p>
+Teraz jednak, ochłonąwszy z pierwszego
+wrażenia, widzę, że może nie miałem tyle racyi,
+ilem sobie początkowo przypisywał. Mniejsza
+zresztą o racyę, ale rola szlachetnego obrońcy
+bywa czasem śmieszna i kto wie, czym właśnie
+takiej roli tutaj nie odegrał. Gdyby Łużecka
+była dowcipna, przysłałaby mi paczkę bilet&oacute;w
+wizytowych z takim np. napisem:
+</p>
+
+<p style="text-align: center">JEAN KARSKI</p>
+<p style="text-align: center">d&eacute;fenseur de l'amour outrag&eacute;.</p>
+
+<p>
+Tak; śmiesznie się wygląda, broniąc, czego
+się nie posiada.
+</p>
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 30 grudnia</i>.</p>
+<p>
+Dotąd nie chciałem przeszkadzać Turskiemu
+w jego sielance; widziałem zresztą, że sobie
+nie życzył, aby Zaleską kto z nim razem odwiedzał.
+Dziś jednak nie miałem nic do roboty
+po obiedzie, a upłynął już tydzień od oświadczyn,
+więc wypadało nawet narzeczonej powinszować.
+Kupiłem bukiet białych r&oacute;ż i narcyz&oacute;w
+i poszedłem do niej; mieszka teraz przy ulicy
+des Feuillantines, na wprost klasztoru.
+</p>
+<p>
+Widzę z ulicy, że jest światło w pokoju, ale
+przyćmione; paliło się tylko na kominku. Pukam
+<span class='pagenum'><a name="Str_30" id="Str_30">[Str. 30]</a></span>
+do drzwi; otwierają mi. Naturalnie, Turski jest
+u niej. Witając się z nimi czuję, że mają dłonie
+wilgotne i ciepłe. Daję Zaleskiej bukiet i nie
+wiem dlaczego, pomimo, że słowa płyną mi
+dość gładko, nie zdobywam się na żadne powinszowania
+lub życzenia. Cała uroczystość
+sprowadza się szczęśliwie do mocnego, znaczącego
+uściśnienia ręki.
+</p>
+<p>
+Nie zdaje mi się, żebym im był zawadzał.
+Siedzieli dalej przy sobie na kanapie, trzymając
+się wp&oacute;ł i przytulając do siebie. Siadłem opodal
+na krześle; rozmawialiśmy trochę, chociaż
+najczęściej milczeliśmy&mdash;i to było najwymowniejsze.
+</p>
+<p>
+Oni są w tem stadyum, że obecność osoby
+trzeciej nic a nic im nie przeszkadza. &raquo;Ten
+trzeci&laquo; nie istnieje dla nich. Całowali się przy
+mnie tak, jakgdyby byli we dwoje. Poliński,
+kt&oacute;rego spotkałem wracając p&oacute;źniej, m&oacute;wił mi,
+że to samo robili przy nim i przy Starzewiczu,
+chociaż go prawie wcale nie znają.
+</p>
+<p>
+Zaleska jest jednak strasznie zakochana. Dość
+spojrzeć na jej oczy i ruchy; a nie przypuszczałem
+nigdy, żeby panna &raquo;z dobrej sfery&laquo;, napojona
+po uszy konwenansami, dała się publicznie
+tak całować i pieścić. Widocznie nie znam się
+na kobietach&mdash;ale Zaleska jest wyjątkowo
+uczuciowa, impulsywna, pierwotna.
+</p>
+<p>
+Jest ona teraz tak naiwnie i niewinnie bezwstydna&mdash;co
+<span class='pagenum'><a name="Str_31" id="Str_31">[Str. 31]</a></span>
+zresztą bardzo jej do twarzy&mdash;że
+gdy patrzę na nią mimowoli przypomina mi
+się nieśmiertelna Haida z Don-Juana. Widzę
+teraz nawet, że i dla niej i dla Turskiego przyjemnie
+jest, jeżeli mają świadk&oacute;w, kt&oacute;rzy mogą
+patrzeć na nich i podziwiać ich miłość.
+</p>
+<p>
+Władek ma jednak ogromne szczęście. Narzeczeństwo
+wśr&oacute;d rodziny, w rodzinnem mieście
+jest obstawione tak obrzydliwie ohydnym ceremoniałem
+zwyczaj&oacute;w, że wątpię, czy może się
+tam ostać choćby krzynka szczęścia. Tutaj,
+w olbrzymiem obcem mieście, w zupełnej samotności,
+kt&oacute;rą można stworzyć jednym obrotem
+klucza, narzeczeństwo staje się piękną uwerturą,
+kt&oacute;rej słuchając, można zapomnieć doprawdy,
+że czekają całe akty długiej opery. Bo kto wie,
+jakie śpiewacy mają głosy i ile dysonans&oacute;w się
+wkradnie.
+</p>
+<p>
+Za długo widocznie siedziałem w gniazdku
+przy ulicy Feuillantines, bo mi się teraz wciąż
+przed oczami kręci Zaleska w tych wszystkich
+rozmiłowanych pozach, w kt&oacute;rych ją widziałem.
+Ależ ona ogromnie w ostatnich czasach wyprzystojniała...
+Kobieta, kt&oacute;ra kocha, jest nietylko
+najmądrzejszą, ale i najpiękniejszą.
+</p>
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 31 grudnia.</i></p>
+<p>
+Kochana Wandziu, piszę do Ciebie tylko kilka
+sł&oacute;w na karcie pocztowej, żeby Ci powinszować&mdash;choć
+<span class='pagenum'><a name="Str_32" id="Str_32">[Str. 32]</a></span>
+może zbyt p&oacute;źno&mdash;Nowego Roku.
+Jestem ogromnie zajęty i dla tego niemam czasu
+na obszerniejsze listy. Nie miej mi tego za złe.
+Nie mam Ci zresztą nic do oznajmienia, bo u mnie
+nic nowego nie zaszło. Ale... Władek Turski
+zaręczył się z tą koleżanką Zaleską, o kt&oacute;rej
+Ci kiedyś pisałem. Stosunki nasze stały się serdeczniejsze
+obecnie i częściej się z nim widuję.
+</p>
+<p>
+Twoją kartkę, pisaną w pierwszy dzień świąt,
+otrzymałem. Czyś była jeszcze u kogo podczas
+świąt? Byłaś zapewne u pani Reuter. Podobno
+macie ciągłe odwilże w Warszawie; czy nie
+szkodzi ci to na zdrowie?
+</p>
+<p style="margin-left: 4em;">
+Tw&oacute;j <i>Janek</i>.
+</p>
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 2 stycznia.</i></p>
+<p>
+Od kilku dni absolutnie nic nie robię. Przerwałem
+studya w bibliotece, bo czeka mię mn&oacute;stwo
+przepisywania starych dokument&oacute;w, a to
+przejmuje mię niewysłowionym wstrętem. Natomiast
+chodzę po obiedzie z Turskim do kawiarni
+i przez kilka godzin słucham, czasami
+nawet z radością, jego spowiedzi i wynurzeń,
+kt&oacute;re płyną teraz bez końca. On wprost spieszy
+się donieść i m&oacute;wić mi o swem szczęściu. Jestem
+mu wdzięczny za tę przyjaźń i za tę ufność.
+Potem odprowadzam Turskiego do uniwersytetu
+<span class='pagenum'><a name="Str_33" id="Str_33">[Str. 33]</a></span>
+na wykłady i idę zwykle nad brzeg Sekwany
+i chodzę tam dop&oacute;ty, dop&oacute;ki zmęczenie zupełne
+nie zmusi mię do powrotu.
+</p>
+<p>
+Nie znam nic piękniejszego nad Sekwanę od Katedry
+do Luwru, ale teraz prawie nie przyglądam
+się temu widokowi; pamiętam go doskonale w najdrobniejszych
+szczeg&oacute;łach, a powt&oacute;re głowa mię
+boli jakimś głuchym, rozsadzającym b&oacute;lem, i chodzę
+nie po to, aby patrzeć, lecz aby ukołysać
+myśli.
+</p>
+<p>
+Dawno już nie miałem takiego wrażenia pr&oacute;żni,
+bezsilności, bezużyteczności mojej i wszystkiego,
+co mię otacza&mdash;jak w tych dniach
+ostatnich. Wstaję, jem, chodzę, myślę, piszę
+jakąś rozprawę, lecz żeby mię zabito, nie wiem,
+po co to wszystko się robi. O tyle jestem inteligentny,
+iż rozumiem, że&mdash;jak się to m&oacute;wi&mdash;ze
+mnie nic nie będzie, że przestanę kiedyś
+jeść, chodzić i myśleć, że rozprawy moje tak
+samo nie obchodzą nikogo, jak moja osoba,
+jednem słowem, że jestem absolutnie niczem,
+jedną wielomilionową częścią czegoś, co samo
+jest może także tylko milionową częścią.
+</p>
+<p>
+A uczucie takie jest stokroć bardziej przykre,
+jeżeli na początku swego świadomego życia
+miało się marzenia i nadzieje, jeżeli wsch&oacute;d
+życia, jak wsch&oacute;d słońca rzucał długie, piękne
+cienie. Sądziłem, będąc dzieckiem, że wielkość
+<span class='pagenum'><a name="Str_34" id="Str_34">[Str. 34]</a></span>
+cienia tego, to moja własna wielkość. Teraz
+jest południe: cień się zwinął, a ja się zgarbiłem.
+</p>
+<p>
+Chociaż dzisiaj mi się wydaje, że gdyby mi
+coś nawet pozostało: jakaś idea, zdolność jaka&mdash;i
+to byłoby mi obojętnem. Ażeby łzę rozdąć na
+poemat, trzeba mieć dużo wody i bezwstydu.
+</p>
+<p>
+Karg ist Natur, ein Schein die Kunst, dem Triebe<br />
+Der Sehnsucht schenkt Gew&auml;hrung nur die Liebe.<br />
+</p>
+
+<p>To chyba prawda... bo Turski jest teraz tak żywy
+i dzielny, tak sobą tylko zajęty, że mimo swej
+czułej wrażliwości, zdaje się wcale nie spostrzegać
+męczącego mego stanu i świdruje mi uszy
+nieustannym hymnem miłości. Potrzeba mu słuchacza,
+aby m&oacute;gł śpiewać; a kt&oacute;ż lepiej do
+tego się nadaje, niż stary, zaufany przyjaciel.
+Moja teorya stosunk&oacute;w ludzkich sprawdza się
+raz jeszcze. Wieczny, wieczny wyzysk.</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 4 stycznia.</i></p>
+
+<p>Nie, nie idzie mi praca. Wszystkie usiłowania,
+aby zmusić się i przezwyciężyć, spełzają nadaremnie.
+Robota nie posuwa się, i tylko b&oacute;l głowy,
+gorący, szalony, wzmaga się i przenika wszędzie,
+szarpiąc i gniotąc&mdash;niby rozpaloną ręką.
+Zmarnowałem cały dzień na przechadzkę. Błądziłem
+po zaułkach, przedmieściach, po ustronnych
+kątach, byle być w miejscach jak najspokojniejszych
+<span class='pagenum'><a name="Str_35" id="Str_35">[Str. 35]</a></span>
+i jaknajdalej od domu. I chodzić i nie
+myśleć o niczem... Wreszcie znalazłem się w Auteuil
+i ztamtąd wr&oacute;ciłem rzeką. Ta cudowna panorama
+od wiaduktu w Auteuil, koło Marsowego
+pola i Trocadera, koło Luwru, Katedry uspokoiła
+mię trochę swą kamienną pięknością&mdash;tym
+łatwiej, że statek o tej porze dnia i roku
+był pusty.</p>
+
+<p>Już koło domu w Quartier spotkałem Polińskiego,
+kt&oacute;ry szedł do mnie, aby mię zabrać
+na wielkie bulwary. Lubię z nim chodzić, bo
+jest tak gadatliwy, że prędzej w&oacute;wczas przestaję
+myśleć, niż gdy jestem sam&mdash;zgodziłem
+się więc chętnie. Pojechaliśmy na bulwary, siedzieliśmy
+w kawiarni, słuchaliśmy ludowych
+piosnek gdzieś w Caf&eacute;-Concert&mdash;nie wiem
+już zresztą, cośmy robili. M&oacute;j b&oacute;l głowy stał
+się podobny do przepaścistej nudy; a Poliński
+twierdził, że nie mam humoru i muszę być zaziębiony.</p>
+
+<p>Wracając już po p&oacute;łnocy przechodziliśmy przez
+ulicę Feuillantines. Świeciło się w oknach, więc
+zaczęliśmy wydawać okrzyki, służące nam za
+hasło porozumienia w takich wypadkach. Poliński
+świetnie naśladuje ryk wołu i bek barani. Okno
+się otworzyło i ukazali się... oczywiście oboje.
+Turski powiedział nam, abyśmy chwilę poczekali,
+a zaraz zejdzie i p&oacute;jdzie razem z nami
+<span class='pagenum'><a name="Str_36" id="Str_36">[Str. 36]</a></span>
+do domu. Okno się zamknęło i na tle firanek
+ujrzeliśmy scenę pożegnania, jak zawsze...</p>
+
+<p>W Paryżu, w tem klasycznem mieście rozpasania,
+staję się strasznym świętoszkiem: widok
+ten mię gorszył i poważnie gniewał. Przypuszczalnie,
+za jaki tydzień zapiszę się do ligi
+Berengera.</p>
+
+<p>Turski wyszedł. Był trochę zarumieniony,
+a na powiekach lśniły mu się drobne kropelki.
+Sześć razy kłaniał się oknu, w kt&oacute;rem była
+już tylko bezkształtna sylwetka. Bałwochwalca!</p>
+
+<p>Scenka ta zirytowała mię tak, że byłbym
+błogosławił wszystko, coby Turskiemu mogło
+sprawić jakąkolwiek przykrość; sam nie wyrządziłbym
+jej jednak nigdy. Chciałbym tylko
+m&oacute;dz się litować nad nim i pocieszać, bo mimo
+chwilowej złości, jestem jego przyjacielem. Nie
+prędko jednak będzie potrzebował tej przyjaźni.</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 5 stycznia.</i></p>
+
+<p>Logika formalna jest stekiem błęd&oacute;w, a największym
+i najjaskrawszym <i>tertium non datur</i>.
+Duch nasz jest autokratą i niema sprzeczności,
+kt&oacute;rejby zgodzić nie m&oacute;gł.</p>
+
+<p>Jestem szczęśliwy, bardzo szczęśliwy radością
+Władka. Kilka razy na prawdę się rozrzewniłem
+słuchając jego wynurzeń. Przytem cieszę
+się jeszcze dla tego, że jednocześnie przekonywam
+<span class='pagenum'><a name="Str_37" id="Str_37">[Str. 37]</a></span>
+się, iż jestem głęboko wrażliwy na cudze
+szczęście, a więc jestem uczciwym, szlachetnym
+człowiekiem. Mimo to, ani jednej chwili
+nie przestaję teraz czuć, że gdyby Turski utracił
+swe szczęście, byłbym... może kontent. To
+jest... zależnie od tego, jakby je stracił. Gdyby
+Zaleska umarła, płakałbym z Turskim; gdyby
+ją nagle potrafił zyskać kto inny, pomagałbym
+może zabić uwodziciela, lecz z tego co zaszło,
+byłbym prawie rad&mdash;nie jakąś radością określoną,
+zdecydowaną, jasną, ale tym niezwykłym
+nastrojem, wewnętrzną pogodą, kt&oacute;ra się tworzy
+w najskrytszych podwalinach duszy.</p>
+
+<p>To, do czegom się przed sobą przyznał, nazywa
+się zwykle nikczemnością, i z tego jestem
+dumny. Świadczy to, że uczucia moje są nieustraszone
+i potrafią jak bohater z baśni, wtargnąć
+na każdy szczyt&mdash;mimo larw, kt&oacute;re
+zewsząd grożą.</p>
+
+<p>Dziś zadałem sobie pytanie, kt&oacute;rego uniknąć
+dłużej nie mogę w żaden spos&oacute;b. Może ja Zaleską
+kocham? Jeżeli kobieta, kt&oacute;rej obecność
+jest dla mnie niepotrzebną, twarz&mdash;obojętną,
+pieszczota&mdash;zbyteczną, może być jednocześnie
+kobietą kochaną;&mdash;ha, w takim razie ja Zaleską
+kocham. Zdaje mi się, że cierpię nie przez
+to, że ona kocha innego, lecz przez to, że mnie
+teraz kochaćby już nie mogła.
+</p>
+<p>
+
+<span class='pagenum'><a name="Str_38" id="Str_38">[Str. 38]</a></span>
+Zabrano mi to, co do mnie należeć mogło<a class="ins" href="#tnote_5" name="tAnchor_5" title=",">.</a>
+Utracić możność jestto więcej, niż utracić
+rzeczywistość. Nie m&oacute;dz istnieć jest gorzej, niż
+nie istnieć.</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 6 stycznia.</i></p>
+
+<p>Nie przypuszczałem nawet, że tak lubię dawać
+kobietom prezenty. W ostatnich dniach
+byłem kilka razy u Zaleskiej, i nie mogłem iść
+tam ani razu, żeby nie przynieść jej chociażby
+kilku kwiat&oacute;w. Dziś wydałem na to ostatniego
+franka i jestem z tego ogromnie kontent. M&oacute;wię
+sobie, że tylko głupiec nie rozumie, co to za
+rozkosz rujnować się dla kobiety. U Zaleskiej
+przesiadywałem kr&oacute;tko. Chociaż obecność moja
+im nie zawadza, zdaje mi się, że wypada możliwie
+się usuwać. Zresztą widok ciągłych pieszczot
+i uścisk&oacute;w drażni: czuję prędko ogień
+w skroniach i pot na ciele. Nie ja sam tylko
+tak na to reaguję. M&oacute;wił mi Poliński, że odczuwa
+zupełnie to samo: jestto przecież całkiem
+naturalne. Dziwię się, jak oni mogą to
+wytrzymać.</p>
+
+<p>R&oacute;wnie naturalne, jak ogień w skroniach,
+jest myśl, kt&oacute;ra mię poprostu opętała. Dlaczego
+ja tak nigdy nie kochałem? Dlaczego w mojem
+życiu nie zeszło się nigdy pytanie z odpowiedzią?
+Dlaczego odepchnięto mię, kiedym pożądał,
+<span class='pagenum'><a name="Str_39" id="Str_39">[Str. 39]</a></span>
+dlaczego, kiedy pożądano mię, odczuwałem
+tylko wstręt lub pogardę? Dlaczego dla mnie miłość
+była zawsze zimną, zaciekłą, złą grą, kt&oacute;rej
+wygrana hańbi jak złodziejstwo?</p>
+
+<p>Patrząc na Władka, czuję, że nie m&oacute;głbym
+kochać tak szczerze, otwarcie, tak prosto&mdash;i
+tego zazdroszczę mu najwięcej. Bo czyż nie
+jest to wyrafinowanem okrucieństwem pysznić się
+przedemną tem szczęściem, kt&oacute;re ostatecznie
+dostało mu się trafem... Tak, przyjemniej i łatwiej
+wygrać majątek, niż się go dorabiać.</p>
+
+<p>Ohydnie śmieszne w tem wszystkiem jest to,
+gdy Władkowi się zdaje, że sprawia mi największą
+przyjemność, odsłaniając przedemną
+swą miłość. W tych pieszczotach, kt&oacute;rych ani
+on, ani ona się nie żenuje, jest tyleż bezmyślnej,
+żywiołowej swobody, ile chęci pokazania, jak
+szczęśliwym być można... Wygląda to, jak wyzwanie,
+jak pogr&oacute;żka: &raquo;Będziemy jeszcze szczęśliwsi&laquo;.
+Będziecie; wierzę wam.</p>
+
+<p>Postępowanie Turskiego jest nietylko okrutne,
+ale niemiłosiernie głupie, bo nie sądzę ani jednej
+chwili, aby naumyślnie chciał przykrość mi
+sprawić i dokuczyć. Doprawdy zgłupiał.
+</p>
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_40" id="Str_40">[Str. 40]</a></span></p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 7 stycznia.</i></p>
+
+<p>Zwiedzaliśmy dziś Luwr. Poszedłem najpierw
+z Zaleską sam, a Turski dopiero p&oacute;źniej po
+wykładzie z nami w muzeum się spotkał. Luwr
+nie zajmował mię wcale; nie lubię tych olbrzymich
+zbior&oacute;w, gdzie wszystko zbite jest bezładnie
+w jakąś pstrą mięszaninę, kt&oacute;ra przytłacza
+tylko i dławi. Nie doznaje się tam tego uczucia
+swobody, bezkresu marzenia, kt&oacute;re przecież jest
+istotą rozkoszy, jaką dać może sztuka. Arcydzieła
+powinno by się chyba wystawiać w oddzielnych
+kaplicach.</p>
+
+<p>Zdaje mi się, że napisałem kłamstwo. Prawdą
+jest, że nie lubię muze&oacute;w; ale mimo to, zwiedzałem
+je nieraz i sztuka, kt&oacute;rą widziałem, porywała
+mię i czarowała. Dziś nie zajmował mię
+Luwr, bo była Zaleska i wszystkie myśli moje
+są jakby opętane. Sprawia mi teraz okrutną przyjemność
+wszystko, co może tę dziewczynę
+przedemną poniżyć. W ten spos&oacute;b biorę jakąś
+idealną choćby zemstę nad Turskim: znieważam
+w myśli jego b&oacute;stwo. Naumyślnie nie pokazywałem
+Zaleskiej arcydzieł i śledziłem, czy je
+odczuje i odnajdzie. Ona nie ma wcale zmysłu
+artystycznego; zatrzymywała się przed najmarniejszymi
+obrazami i wygłaszała takie śmiesznie
+naiwne zdania, że tylko ta otwarta szczerość była
+<a class="ins" href="#tnote_6" name="tAnchor_6" title="yną">jedyną</a> ozdobą tego, co m&oacute;wiła. Wmawiam
+<span class='pagenum'><a name="Str_41" id="Str_41">[Str. 41]</a></span>
+w siebie, że nie można się zakochać w kobiecie
+niewrażliwej na piękno: jestto gminność na
+cale życie.</p>
+
+<p>Potem przyszedł Turski; nie patrzyli więc
+już na obrazy, tylko na siebie. I wtedy byli
+szczęśliwi.</p>
+
+<p>Nie, ja stanowczo do szczęścia nie jestem
+zdatny. Szczęście to jest taka wyłączność, takie
+zaprzepaszczenie, że na to nie zdobyłbym
+się nigdy. Nie wiem, czy za dużo mam zmysł&oacute;w,
+czy za wiele w duszy pożądań, ale jabym
+skorzystał z każdej szczeliny, aby się ze złotej
+klatki szczęścia choć na b&oacute;l i cierpienie wydostać.
+Tam gdzie inni oddychają, ja zaraz się
+duszę. Było tak już przecież.</p>
+
+<p>Mogę się więc, tak jak teraz, pocieszać cudzem
+szczęściem. Tylko, że ta pociecha jest
+tak gorzka, iż jak dobry absynt, staje się nawet
+przyjemną. Tylko, tak jak absynt, pobudza
+łaknienie.</p>
+
+<p>Łaknienie za czem? Za miłością? Za miłością
+Zaleskiej? Nie kochałem i nie kocham nic w tej
+chwili. Za szczęściem? Nie potrafię go odczuć
+i zrozumieć. Za bogactwem? Nie wiem, na co
+bym go użyć miał. Łaknę życia; czem jest
+i gdzie jest&mdash;niewiem. Podobne łaknienie uczuwać
+musi chyba pisklę, gdy wychyla dzi&oacute;b, aby
+uderzyć i rozbić skorupę, kt&oacute;ra dzieli je od <a class="ins" href="#tnote_7" name="tAnchor_7" title="swiata">świata</a>.
+Ale pisklę wiedzie instynkt, a mnie nie wiedzie
+<span class='pagenum'><a name="Str_42" id="Str_42">[Str. 42]</a></span>
+nic. Chciałbym wysunąć żądze, jak szpony,
+i chwycić i zdruzgotać zaporę, co mi światło
+kradnie. Lecz nie wiem, gdzie iść, gdzie jest
+skorupa mej duszy.</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;">
+<i>Dnia 8 stycznia.</i><br />
+</p>
+
+<p>Po wczorajszej wycieczce do Luwru Zaleska
+była trochę słaba i Władek mię prosił, abym ją
+odwi&oacute;zł do Korzyckiego. Korzycki przyjmuje
+chorych o trzeciej, a o tej porze Turski ma zawsze
+zajęcie w uniwersytecie. Początkowo wymawiałem
+się wykładami; zdaje mi się, że chciałem
+Władkowi zrobić na złość. Potem jednak
+ustąpiłem i pojechałem z Zaleską do Korzyckiego,
+na drugi kraniec Paryża.</p>
+
+<p>Ta dziewczyna, gdy Władka przy niej nie ma,
+wydaje mi się zupełnie inną. Rozmawialiśmy
+cały czas spokojnie, po cichu, ufnie, jak rozmawiają
+starzy i dobrzy znajomi. Mimo całej
+życzliwości dla niej miałem chwilami dokładne
+wrażenie, że ta kobieta jest mi chyba obojętną,
+że nie pociąga mię do nie; nic nad to, czem
+każda kobieta pociągnąć może. Gdy nie m&oacute;wiła
+o Turskim, co niestety zbyt rzadko się zdarzało,
+mogłem czasami zapomnieć o stosunku, jaki ją
+z nim łączy: tego mi tylko trzeba.</p>
+
+<p>Coraz więcej mi się zdaje, że w tej dziewczynie
+ponętną jest tylko jej miłość. To uczucie
+<span class='pagenum'><a name="Str_43" id="Str_43">[Str. 43]</a></span>
+działa na nią, jak &oacute;w pierścień z bajki, kt&oacute;ry
+posiadaczowi zapewniał wszystkie piękności
+i skarby. Gdy się przymila do Władka, rzeczywiście
+jest prawie piękna i ma taki wyraz
+w oczach, że wtedy oddałbym wszystko za to,
+aby przestała go kochać. Chyba trudno mniej
+żądać w życiu. Nie żądam miłości, lecz tylko
+spokoju, bezczucia, jak dawniej. Dop&oacute;ki widzę,
+że ona jest zakochana, coś mię nurtuje, łamie,
+dręczy, odbiera swobodę myśli. Ja nie chcę o tem
+myśleć. Byłem tylko zasnął!</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;">
+<i>Dnia 9 stycznia.</i>
+</p>
+
+<p>Jest okropnem błagać kobietę o miłość, wić
+się u jej st&oacute;p, wołając: kocham, kocham;&mdash;i nie
+słyszeć nic, opr&oacute;cz echa własnych sł&oacute;w, odbitych
+o pr&oacute;żnię, i odejść z myślą, że jest gdzieś
+marny, podły człowiek, dla kt&oacute;rego kobieta ta
+tęskni i gardzi wszystkiem: miłością, b&oacute;lem,
+rozpaczą&mdash;</p>
+
+<p>Ale gorzej jest, jeżeli w takiej chwili nie można
+zawołać nic więcej nad to: nie kochaj go. Są
+teraz chwile, gdy zazdroszczę Władkowi tak,
+że chociaż nie umarłem, zazdroszczę mu życia,
+jakgdybym wiedział, że on mnie przeżyje. Zresztą,
+takie istnienie jak moje, z wiecznem pożądaniem
+czegoś nieuchwytnego, niewymarzonego
+nawet, z ciągłym niepokojem w duszy, na
+<span class='pagenum'><a name="Str_44" id="Str_44">[Str. 44]</a></span>
+łasce każdego wrażenia, to nie jest życie, to
+sen gorączkowy i tak męczący, że często niewiadomo,
+czy nie lepiej raz się już obudzić.
+Mam takie dziwne zmysły, że potrafię odczuwać
+tylko gorycz, a to w końcu mdli i truć zaczyna.
+Jak zniszczony lubieżnik przez chłostę,
+przepędziłem się przez wszystko, co zawiść dać
+może&mdash;i nie doznałem nawet miłości, kt&oacute;ra
+temu dobremu, szczęśliwemu przyjacielowi dostała
+się tak łatwo. Nie kocham Zaleskiej i wiem,
+że w chwili, gdy ona przestanie kochać Władka,
+będzie mi tak obcą, jak kobieta, kt&oacute;rą pierwszy
+raz widzę na ulicy. Jest to straszne, bo pozbawia
+mię wszelkiej nadziei. Nie mam się o co
+starać, bo jeślibym co osiągnął, zyskam mniej
+jeszcze, niż mam teraz.</p>
+
+<p>Kłamstwo, ohydne kłamstwo... Nie kocham
+Zaleskiej?... Za c&oacute;ż bym więc tak cierpiał?</p>
+
+<p>Mam chwilami złudzenie, jakgdyby wszystko,
+co mię otacza: domy, drzewa, ludzie, chwiało
+się nagle i groziło zawaleniem. Lękam się trochę
+sam chodzić i tego mi wstyd przed sobą.
+Zawsze gardziłem nerwowymi ludźmi.</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_45" id="Str_45">[Str. 45]</a></span></p>
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 10 stycznia.</i><br />
+</p>
+
+<p>Godzina si&oacute;dma rano. Brzask szary wstał
+i sączy się przez okno. Siedzę na krześle zbłocony,
+znużony, złamany, a sen nie przychodzi
+do mnie. Ledwie pomnę, co się ze mną działo
+tej nocy, bo to już nie ma nazwy. Szaleństwo?
+Trwoga?... Gorzej. Jakaś odwieczna modlitwa
+jaskiniowc&oacute;w świdruje mi m&oacute;zg: Grozo, Potęgo&mdash;jakakolwiek
+jesteś&mdash;bądź litościwa duszy mojej!
+Ale nie, nie, nie... jestem zn&oacute;w silny, zdr&oacute;w
+i twardy.</p>
+
+<p>Wczoraj wiecz&oacute;r cały spędziłem w kawiarni.
+Do Zaleskiej nie chciałem, nie mogłem iść; Polińskiego
+nie było w domu; innych ludzi szukać
+niepodobna było. Wszystko mi było zresztą jedno,
+gdzie się znajdować, byle nie być w domu,
+nie widzieć tych cieni, kt&oacute;re jak złe psy kryją
+się po kątach i chodzą od stołu do krzeseł, od
+krzeseł do ł&oacute;żka, byle nie kłaść się i nie rozbierać
+w tem gęstem powietrzu, gdzie jakieś
+niewidzialne dotknięcia palą mi sk&oacute;rę, byle nie
+czuć tej ciemności, kt&oacute;ra jak na żer nalatuje
+na mnie i kładzie mi się na piersiach. Nie mogłem
+iść do domu; niewysłowiony lęk, obawa
+samotności, obawa spokoju i martwoty gryzła
+mię nieustannym, prawie fizycznym b&oacute;lem.</p>
+
+<p>Ale o pierwszej zamknięto kawiarnię i musiałem
+wyjść. Poszedłem wprost przed siebie
+<span class='pagenum'><a name="Str_46" id="Str_46">[Str. 46]</a></span>
+i zacząłem błądzić. Bez celu, pierwszą lepszą
+ulicą, kt&oacute;ra się nawinęła, przez bulwary, przez
+place, przez zaułki. A za mną błądziły jakieś
+wizye potworne i zarzucały mi czarne swe
+ręce na oczy; wtedy gasło mi światło, zdawało
+się, jakby świat cały zapadał się w ciemność,
+a słońce nigdy już więcej powstać nie miało.
+Stawałem wtedy przed latarnią i wlepiwszy
+oczy w ż&oacute;łte jej światełko stałem bez ruchu,
+drżąc we wnętrzu i słuchem rozognionym przysłuchując
+się ciszy. Kto wie co tam siedzi
+w tem czarnem jądrze, kt&oacute;re nieprzejrzyście rozciąga
+się aż po same szkła latarni? Tam może
+czyhać człowiek z nożem, czyhać na mnie
+i uderzyć mię w szyję, tam może być tak gęsto,
+że padnę odrazu bez tchu... Lub może tam być
+gwarno od jakiegoś nieznanego życia nocy,
+może tam być tak ludno, że zatrzymają mię
+i przepadnę bez śladu, jakgdybym w otchłań
+wleciał.</p>
+
+<p>I nagle zrywał się nademną strach ohydny,
+niewypowiedziany i jak wicher zmiatał mię od
+latarni i w ciemność na zgubę własną odrzucał.
+Biegłem nieprzytomny przez ulice, potykając
+się o kostki, rozrzucone do brukowania, uciekałem
+na place widniejsze od ulic i kryłem się
+jak zbrodniarz, gdym zdała straż policyjną zobaczył.
+Rozszalały tabun nędz tratował mi duszę
+i szarpał m&oacute;zgi, jak padlinę. Rozplatały się
+<span class='pagenum'><a name="Str_47" id="Str_47">[Str. 47]</a></span>
+wszystkie węzły duszy i było mi, jakbym cały
+zapadał się w sobie. Pot, jak w łaźni występował
+mi na czoło, spływał na szyję i oblepiał
+na mnie bieliznę; gorąca para żarła mi oczy;
+zdało mi się, że w powietrzu jest jakiś nieznany
+kwas; gryzący i trujący, jak żaden inny, kt&oacute;ry
+wgryza mi się w ciało i roztlenia tkanki. Koło
+mnie rozsuwały się tylko i zbiegały gmachy
+martwe, bo wszystko, co nie jest kamieniem,
+zostało spopielone, rozsypane, wyżarte. Zamknąłem
+usta, bo piersi mi płoną. I biegłem, biegłem
+co raz szybciej ze schylonym karkiem,
+jak ścigane i oszalałe <a class="ins" href="#tnote_8" name="tAnchor_8" title="zwierze">zwierzę</a>...</p>
+
+<p>Wybiegłem do Hal. Przedemną w prostych,
+pewnych, olbrzymich liniach piętrzyły się żelazne
+sklepienia. Wielkie lampy błyszczały niebieskawem
+światłem, a ku g&oacute;rze pod dachem szklanym, jasność
+ich jednoczyła się w jakiś drżący blask, kt&oacute;ry
+sypał się na plac cały. Tłok na dole. Kręcą się
+tłumy ludzi, wozy podjeżdżają i bez przerwy
+sypią się z nich wory, kosze, paki. Mimo to
+nie było wrzawy. Ludzie pracują cicho, niegłośnie,
+jak widma. Tylko czasem zaskrzypi
+koło łub stuknie o kamień żelaztwo. I znowu
+cisza.</p>
+
+<p>Jasność przykuła mię do siebie. Siadłem na
+ławce; pot stygnął na mnie, chłodził i orzeźwiał.
+Bezmyślnie patrzyłem w głąb tego pałacu, na
+wir ludzi, kołujący przy mnie, na stosy jarzyn,
+<span class='pagenum'><a name="Str_48" id="Str_48">[Str. 48]</a></span>
+kt&oacute;re co raz wyżej i gęściej zasypywały chodnik,
+na żelazne belki, z kt&oacute;rych zwieszały się
+jakieś chorągwie czy płachty, na strop z błękitnemi
+gwiazdami&mdash;i zn&oacute;w spełzałem oczami
+z tych wyżyn po belkach na bruk. I zn&oacute;w patrzyłem,
+jak schylają się karki parobk&oacute;w, ręce
+wyrzucają zielone kule kapusty, jak wozy przesuwają
+się zwolna&mdash;i łowiłem w tej ciszy
+jakieś szmery, brzęki, czasem zwrotkę dalekiej
+piosnki lub przekleństwo. Patrzyłem, słuchałem
+i żar odchodził odemnie. Spok&oacute;j. I chciałem tu
+zostać, zdala od widm, kt&oacute;re za mną biegły&mdash;i
+czekać ranka.</p>
+
+<p>&mdash;<i>Viens, ch&eacute;ri.</i></p>
+
+<p>Powiedziano coś blisko mnie:</p>
+
+<p>&mdash;<i>Viens donc, ch&eacute;ri.</i></p>
+
+<p>Przy mnie na pustej dotąd ławce siedziała
+teraz pogięta postać, w czarnych łachmanach,
+niewyraźna; tylko twarz sprośna, nabrzękła,
+czerwona z otwartemi śmiejącemi się usty, patrzyła
+na mnie zblizka, coraz bliżej. I ja patrzyłem
+na tego potwora, kt&oacute;ry nagle przy mnie
+się wylągł i widziałem, jak sinieją mu wargi
+i jak trupio wyglądają duże ostre zęby z tych
+żałobnych obw&oacute;dek. Brzydzę się... a oczu oderwać
+nie mogę, i boję się... a jednak patrzę.</p>
+
+<p>&mdash;<i>Qu'as tu donc peur, mon petit loup?</i></p>
+
+<p>Tak, rzeczywiście lękam się; czuję, że roztwierają
+mi się i nieruchomieją źrenice. Rękami
+<span class='pagenum'><a name="Str_49" id="Str_49">[Str. 49]</a></span>
+chwytam się ławki, mdło mi się robi w duszy
+i tak smutno i fala jakaś wzbiera mi w piersi,
+dławi w gardle i ściska. Suchemi oczami patrzę,
+patrzę ciągle. Jaka ona podobna, coraz podobniejsza,
+coraz młodsza, tamta...</p>
+
+<p>Nagle rozległo się gdzieś nademną przekleństwo
+furmana; huk zbudził się we mnie, jakby
+Halle się ocknęły i z krzykiem rzucały ku mnie.
+I przypomniałem sobie gdzie jestem, zerwałem
+się z miejsca i pobiegłem przed siebie, wprost
+w Halle, byle dale; od tej... i od tamtej.</p>
+
+<p>&mdash;<i>Va, sale b&ecirc;te</i>.</p>
+
+<p>Dogonił mię tylko ohydny śmiech i złorzeczenie.</p>
+
+<p>..............................................</p>
+
+<p>I zn&oacute;w począłem iść, iść bez przerwy. Wyobraźnia
+moja, jak motyl bez skrzydeł, legła
+ranna śmiertelnie i nie zrywała się więcej. Szał
+odszedł mię, a zmysły postrzegały wszystko
+z jasnością przerażającą. Ale nad wszystkiemi
+wrażeniami g&oacute;rowała nieprzeparta, w całej krwi
+rozlana myśl: iść, iść. Ta myśl wszechmocna
+dała mi jakąś potęgę ciała, niezniszczalność mięśni.
+Szedłem krokiem sprężystym, jędrnym, jak
+wyćwiczony żołnierz. Jak długo szedłem, nie
+wiem. Nie myślałem o niczem, nie czułem nic.
+Tylko chwilami zdawało mi się, że po drugiej
+stronie ulicy w mroku prześlizguje się cicho
+taka sama postać błędna, idąca bez celu, potępiona.
+<span class='pagenum'><a name="Str_50" id="Str_50">[Str. 50]</a></span>
+I byłem jej wdzięczny, że idzie ze mną
+i nie trwożyła mię wcale, jakgdybym ją znał
+od wiek&oacute;w. Chciałem się zbliżyć do niej i przeszedłem
+przez ulicę: przyspieszyła kroku. Począłem
+iść prędzej: pobiegła. Zacząłem biedz&mdash;i
+zn&oacute;w rozpoczął się pościg, aż w mroku gęstszym
+widmo odwr&oacute;ciło się, spojrzało mi w twarz
+i znikło. Lecz na karku jego widziałem swoją
+twarz, swoje oczy, nienawiści pełne i pogardy.
+I zrozumiałem, że to dusza moja uciekła odemnie.
+Trwoga nieludzka mię ogarnęła znowu,
+kt&oacute;ra ścina krew w żyłach i ciału kamienieć
+każe; zdało mi się, żem skonał już i lada wiatr,
+co kłosa rosnącego w ziemi nie zakołysze nawet,
+trąci mnie lekko, zdmuchnie i rozkruszy.</p>
+
+<p>Nagle z załomu ulicy jakiejś wyleciał wiatr&mdash;i
+zdało mi się, jakgdyby ktoś ostrze chłodne
+przesunął mi wzdłuż&mdash;między duszą a ciałem.
+Zmąciło mi się wszystko; przypadłem do muru.
+A kiedy omdlenie przeszło i poczułem, że
+żyję&mdash;zerwałem się i począłem biedz, byle
+uciec z tej nocy bezkresnej, zab&oacute;jczej.</p>
+
+<p>..............................................</p>
+
+<p>...Przybiegłem nad rzekę. Ognie latarń nadbrzeżnych
+paliły się w falach i rzucane wiatrem
+tańczyły koło brzeg&oacute;w jakieś szalone zaloty.
+Środek rzeki był czarny, głęboki, tak że odbite
+blaski gwiazd zginęły gdzieś w tej otchłani.
+Przechyliwszy się przez poręcz, opuściwszy
+<span class='pagenum'><a name="Str_51" id="Str_51">[Str. 51]</a></span>
+głowę, z kt&oacute;rej wiatr strącił mi kapelusz, trzymałem
+się pręt&oacute;w baryery i nie mogłem spuścić
+oczu z rzeki. Kocham i boję się tej głębi. I dla
+tego że wiem, że kiedyś muszę się w nią rzucić,
+że wiem, że woda ta jest zimna, dławiąca,
+duszna&mdash;trzymałem się rękami mostu i patrzyłem
+z zachwytem i dreszczem. Śmierć w wodzie...
+tak, ona czeka mię na pewne. Gorączce
+mojej raz warto dać ochłody. Uderzy mię zimno
+ze wszech stron, wstrząśnie mną nagle
+aż do głębi myśli, a potem zacznie się coś
+szarpać wewnątrz mnie i wyrywać i szamotać
+strasznie, aż mimowoli otworzę usta, i napiję
+się wody&mdash;i wtedy wszystko zgaśnie. Dobroć
+jakaś, łagodność, jasność mię otoczy i w oczach
+będą mi latały obrazy, szybkie, piękne. I będę
+chwilę zn&oacute;w żył tem dzieciństwem, co tak
+prędko przeszło, i zobaczę śliczne słońce, kt&oacute;re
+ścigałem dawniej po tapetach mieszkania i pudla
+swego zobaczę. A kiedy teatr ten się skończy
+i zasłona zapadnie, nie będę już czuł ani zmory,
+ani zimna, ani opuchlizny, od kt&oacute;rej nabrzmiewać
+będę. Dobrze...</p>
+
+<p>Nie, nie, nie... Wiedziałem przecież, że to nie
+dziś jeszcze, a jednak na sam widok tej wody
+podemną drętwiałem i kurczyły mi się palce
+koło pręt&oacute;w. I wtedy, gdy będę skakał z tego
+mostu&mdash;bo na pewno zeń skoczę&mdash;w głębię,
+w spok&oacute;j, kląć będę jeszcze i rzekę i siebie
+<span class='pagenum'><a name="Str_52" id="Str_52">[Str. 52]</a></span>
+i wyciągnę ręce, aby ją odepchnąć. I wpadłszy,
+wyć będę jeszcze wszystkimi głosami duszy
+o ratunek, i przed wodą zadławi mię strach.
+A jednak nie mogłem ztamtąd odejść, i wtedy...
+zn&oacute;w tam przyjdę.</p>
+
+<p>&mdash;Co pan tu robi?</p>
+
+<p>Przedemną stał robotnik, z oskardem i łopatą
+na ramieniu. Spoglądał na mnie bystro.</p>
+
+<p>&mdash;Przyglądam się rzece.</p>
+
+<p>&mdash;Tak... a gdzie pański kapelusz?</p>
+
+<p>&mdash;Wpadł do wody.</p>
+
+<p>&mdash;A gdzie pan mieszka?</p>
+
+<p>&mdash;Na rue des Ecoles.&mdash;Nudziły mię te pytania
+i ciekawe spojrzenia, lecz doprawdy nie
+miałem jakoś siły się gniewać. Odwr&oacute;ciłem się
+od rzeki i zacząłem sam pytać:</p>
+
+<p>&mdash;A pan dokąd idzie?</p>
+
+<p>&mdash;Do roboty.</p>
+
+<p>&mdash;To pewnie już będzie sz&oacute;sta?</p>
+
+<p>&mdash;Jest sz&oacute;sta.</p>
+
+<p>Wreszcie! Tak, musiała być już sz&oacute;sta, bo
+spostrzegłem dopiero, że ż&oacute;łknie zlekka wschodnia
+strona nieba. Rozmowa się urwała.</p>
+
+<p>&mdash;Przechodzę przez Boul. Mich'. Panu zdaje
+się nie dobrze&mdash;niech Pan idzie ze mną.</p>
+
+<p>&mdash;Nie, ja wolno chodzę; lubię sam chodzić.</p>
+
+<p>Stał parę chwil bez ruchu i nie decydował
+się, co ma zrobić. Patrzył mi badawczo w twarz&mdash;miał
+ogromnie sprytne oczy. Dodałem więc:</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_53" id="Str_53">[Str. 53]</a></span>
+&mdash;Może pan iść śmiało. Daję panu słowo,
+<i>to</i> jeszcze nie tej nocy.</p>
+
+<p>Popatrzył chwilę jeszcze. Odszedł. A ja stałem
+jeszcze długo, dygocąc z zimna rannego.</p>
+
+<p>Świtało. Niebo przystrajało się do dnia, powoli
+nasiąkało światłem, błękitniało, aż powlekło się
+złotem i czerwienią. Z przepychu tego ulicom
+dostawała się tylko grzązka, mglista szarość,
+w kt&oacute;rej bez blasku płonęły ż&oacute;łte latarnie.
+I ponuro ciągnęły się jednostajne kamienice, straszne
+i bardziej martwe niż w nocy, kiedym
+wieszał na nich swoje widma. Ale widziałem
+już dość, a nim doszedłem do końca ulicy, rozświetliło
+się wszystko. I mogłem wracać; wr&oacute;ciłem.
+I oto siedzę w swym pokoju w szarym
+brzasku, co jak błoto wciska się zewsząd.</p>
+
+<p>Gdybym wszystkie noce trawił na rozpustę,
+nie byłbym tak zmęczony, bezsilny. Poprostu
+z blaskiem dnia odeszła odemnie cała moc, i znużenie
+rzuciło się na mnie, jak na łatwą zdobycz.
+Mimo chłodu, oblewa mię pot. Stopy mam poodbijane,
+ranne i w karku jakieś osłabienie,
+schylenie, żar, jakąś chęć rzucenia się na wznak,
+aby leżeć bez ruchu, bez dreszczu na czemś
+twardem, jędrnem, zimnem. Wszystko omdlewa
+we mnie jakby na śmierć i znicestwia się.</p>
+
+<p>Lecz zanim spadnie sen, długo jeszcze nad
+oczami memi trzepotać się będzie, jakby szelestem
+skrzydeł uciszyć wpierw musiał myśli&mdash;i
+<span class='pagenum'><a name="Str_54" id="Str_54">[Str. 54]</a></span>
+te, kt&oacute;re szydzą i te, kt&oacute;re płaczą, i te kt&oacute;re
+przeklinają. I zanim zasnę, słuchać będę tych myśli:
+i tej szydzącej, kt&oacute;ra szepnie mi, żem podły,
+bo od zbawienia uciekłem&mdash;i tej płaczącej, kt&oacute;ra
+przypomni, żem nędzny&mdash;i tej przeklinającej,
+kt&oacute;ra spyta: czemu, czemu?&mdash;i odpowie, że
+cudzych los&oacute;w zagadkowy skręt, to jest <span style="letter-spacing: 0.3em;">moja</span>
+nędza.</p>
+
+<p>A! Spijmy...</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 12 stycznia.</i></p>
+
+<p>Uspokoiłem się znacznie. Onegdaj przeleżałem
+prawie dzień cały, zapuściwszy story. Wczoraj
+byłem &raquo;normalny&laquo;. Miałem nawet gości.
+Jestem bowiem dobrym przyjacielem. Odkąd te
+zaręczyny stały się głośne w naszej kolonii,
+postanowiłem wyprawić dla narzeczonych mały
+wieczorek. Wczoraj to uskuteczniłem. Miałem
+wiele zachod&oacute;w, bo ona jest jeszcze chora
+i musi wystrzegać się w jedzeniu. P&oacute;ł dnia
+przesiedziałem w kuchni swojej gospodyni, przeszkadzając
+jej uwagami i ostrzeżeniami. Ostatecznie
+zebranie udało się dobrze i wszyscy,
+kto miał przybyć, przyszli, bo dla Turskiego
+wszędzie są jaknajżyczliwsi. Był Poliński, dokt&oacute;r
+Korzycki, Starzewicz, koleżanka Łużecka z Woyd&oacute;wną,
+Kloss z żoną...</p>
+
+<p>Przy wejściu dałem Zaleskiej bukiet z samych
+<span class='pagenum'><a name="Str_55" id="Str_55">[Str. 55]</a></span>
+prawie ż&oacute;łtych r&oacute;ż, ale ona ma takie zamyślenie
+w oczach, że nie widziała koloru i nie zrozumiała
+symbolu. Dzisiaj jestem z tego kontent,
+bo byłaby zadziwiona i zirytowana;&mdash;choć
+właściwie wszystko mi jedno, bo tu niema przecież
+mowy o &raquo;nadziei&laquo;. Wznoszono toasty. Rozeszliśmy
+się dobrze po p&oacute;łnocy.</p>
+
+<p>Za to wszystko zostałem wynagrodzony. Na
+pożegnanie, przekomarzając się niby z Władkiem,
+podała mnie, tylko mnie, rękę do pocałowania.
+Ma niezmiernie delikatną dłoń. Samo dotknięcie
+tej sk&oacute;ry jest pocałunkiem. Palą mię trochę usta
+i czoło, bo zdaje mi się, że jestem już nędzarzem,
+kt&oacute;remu rzucono ogryzki z pańskiego stołu.</p>
+
+<p>Z całego jej zachowania, dawniej i teraz&mdash;widzę,
+że ona ma dla mnie ogromną przyjaźń.
+Wiem dobrze, że nie zawdzięczam tego sobie,
+lecz Władkowi. Władek ma o mnie bardzo wysokie
+wyobrażenie; wierzy w m&oacute;j talent i zdolności,
+ceni m&oacute;j charakter i kocha mię rzeczywiście.
+Odmalował mię w takich barwach, że
+i jej udzieliła się jego przyjaźń.</p>
+
+<p>To jednak śmiesznie przykre zawdzięczać
+odrobinę, kt&oacute;rą się ma, temu, co wydarł nam
+wszystko. Jestem na łaskawym chlebie z odpadk&oacute;w
+jego uczuć.
+</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_56" id="Str_56">[Str. 56]</a></span></p>
+
+
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 13 stycznia.</i></p>
+
+<p>Nie dostałem nigdy w twarz&mdash;lecz zdaje
+mi się, że pręgi policzka pieką mniej od drogi,
+kt&oacute;rą ściekły mi te łzy. Kilka razy podchodzę
+do lustra, aby spojrzeć, czy twarz jeszcze
+gładka, czy nie tryśnie z niej smugami krew.
+Wstyd płomienny położył mi na lica rozognione
+palce, i ciśnie i pali.</p>
+
+<p>Wczoraj zachęcony moim przykładem Poliński
+urządził r&oacute;wnież mały wieczorek. Ma on
+tu mniej znajomych, więc byliśmy tylko <i>en famille</i>,
+we czworo. Przy kolacyi Poliński i ja staraliśmy
+się zabawić tych gości, lecz było to
+niemożliwe: oni najlepiej bawią się sami&mdash;pocałunkami.</p>
+
+<p>Dopiero wczoraj zrozumiałem z całą dokładnością,
+że niczem, niczem nie zwr&oacute;cę jej uwagi.
+Wprost nie tylko nie m&oacute;głbym wyrwać jej miłości,
+ale teraz nie mogę jej zmusić nawet do tego,
+aby choć na chwilę zapomniała, że jest zakochaną.
+W niej zabita jest do szczętu wszelka
+ciekawość, ma raz na zawsze spuszczone powieki.
+Choćbym głowę roztrzaskał przed nią,
+nie zobaczy tego nawet.</p>
+
+<p>Gdy sprzątnięto ze stołu, Poliński u n&oacute;g jej
+położył dużą sk&oacute;rzaną poduszkę; Władek, niby
+żartując, ukląkł zaraz na niej, a myśmy się dyskretnie
+usunęli w drugi koniec pokoju i paliliśmy
+<span class='pagenum'><a name="Str_57" id="Str_57">[Str. 57]</a></span>
+papierosy, słuchając w p&oacute;łcieniu ściszone
+odgłosy pieszczotliwej ich rozmowy. Widziałem,
+że Władek położył głowę na jej kolanach i rękami
+ująwszy ją za szyję, przysunął jej usta
+do swoich. Była to śliczna grupa... z lichej
+gliny, bo przecież on jest brzydki.</p>
+
+<p>A myśmy tymczasem z Polińskim rozmawiali
+po niemiecku&mdash;oni nie rozumieją tego języka&mdash;i
+instynktownieśmy czuli, że trzeba
+m&oacute;wić rzeczy bezwstydne, sprośne, aby znieść
+spokojnie ten widok. Przynajmniej odrazu trafiliśmy
+na ten wyuzdany ton i przy tych zakochanych
+wspominaliśmy dumnie najbezczelniejsze
+nasze wyprawy i doświadczenia. Śmialiśmy
+się kilka razy do rozpuku... z naszych wspomnień,
+z ich miłości. Mimo to, obaj czuliśmy
+dreszcz w ciele i pot na skroniach. Mnie przebiegały
+parę razy przed oczami czarne plamy;
+<a class="ins" href="#tnote_9" name="tAnchor_9" title="do">po</a> kawie to przeszło.</p>
+
+<p>Gdyśmy już wychodzić mieli, spotkała mię
+wielka przyjemność. Dokuczyłem trochę Władkowi.
+Ona przed lustrem przymierzała kapelusz.
+Poliński świecił jej lampą, ja stałem z drugiej
+strony, trzymając zarzutkę. Władek, kt&oacute;ry się
+wcześniej był ubrał, chciał się do niej zbliżyć.
+Pod pozorem, że będzie pieszczotami przeszkadzał,
+a czas już iść, nie dopuszczałem go
+do niej&mdash;pierwszy raz mogłem go nie dopuścić.
+Pchnął mię kilka razy, naturalnie żartem.
+<span class='pagenum'><a name="Str_58" id="Str_58">[Str. 58]</a></span>
+Nie drgnąłem z miejsca. Po tej utarczce byłem
+bardzo blady: to z zadowolenia, żem był silniejszy&mdash;i
+z odwagi. Ściskałem bokser w ręku.</p>
+
+<p>Wyszliśmy we troje od Polińskiego i najpierw
+odprowadziliśmy Zaleską. Towarzyszyliśmy jej
+aż na schody, aby świecić zapałkami. Z Turskim
+pożegnała się już w drzwiach pokoju:
+w ciemności zapałki zgasły. Potem odprowadziłem
+Turskiego, kt&oacute;ry miał zdaje mi się ogromną
+ochotę m&oacute;wić i wywnętrzać się&mdash;ale ja byłem
+milczący i zły, więc rozmowa się rwała.
+M&oacute;wiliśmy trochę o głupstwach, o Polińskim.
+Potem zostałem sam i poszedłem do domu
+przez Boul.-Mich. Tu jeszcze było gwarno. Studenci
+siedzieli po kawiarniach na ulicy; dziewczęta
+szeleszcząc tanimi jedwabiami uwijały
+się z kwiatami w rękach, goniły się po kilka
+razem lub zaczepiały znajomych <i>amis</i>. Widok
+ten oblał mię jakby żarem. Odgłos pieszczot
+przez wiecz&oacute;r cały rozkołysał mi zmysły, bolesny
+zawr&oacute;t ogarnął je, obudziła się żądza.
+Ani cienia rozkoszy nie było w tem pożądaniu:
+nic, tylko nieprzeparta, maniacka chęć, aby ściskać,
+chwytać jakieś ciało, ślizgać się po niem
+ustami, stopić się z niem, i giąć i ginąć w nierozplecionych
+skrętach. Oczy zaczęły mi płonąć
+i piec powieki: żar mię owionął duszny,
+jaki czasem przed burzą spada z pochmurnego
+<span class='pagenum'><a name="Str_59" id="Str_59">[Str. 59]</a></span>
+już nieba. Widocznie, że nie mogłem ukryć,
+co się ze mną dzieje, bo kilkanaście dziewcząt
+zaczepiło mię odrazu. Wszedłem do Caf&eacute; d'Harcourt.
+Tam gwar był jeszcze większy. W kącie
+przy stoliku siedziała z jedną z &raquo;koleżanek&laquo;
+i jakimś studentem, Gabryela. Zbliżyłem się do
+stolika. Gabryela, widocznie nie mając zam&oacute;wienia,
+zerwała się, rzuciła mi się na szyję,
+zaczęła mię zasypywać pocałunkami i wym&oacute;wkami,
+żem tak dawno u niej nie był; siadła
+mi wreszcie na kolanach i zaproponowała, żebyśmy
+wypili butelkę Chablis z ostrygami. Powiedziałem
+jej do ucha, że nie mam czasu ani
+ochoty, i że muszę i chcę wyjść natychmiast
+i żeby szła ze mną, jeśli jest wolna.&mdash;<i>Pour
+toi, ch&eacute;ri!</i> Zgodziła się wyjść odrazu. Wyszliśmy;
+para przy stoliku zaśmiała się za nami
+w głos: <i>Vous &ecirc;tes bien press&eacute;s, vous autres!</i></p>
+
+<p>Po chwili byłem u Gabryeli. Mieszka zawsze
+bardzo blisko: na rue Tournon. W obu pokojach
+u niej był straszny nieład i zaduch. Zdejmując
+zarzutkę i stanik opowiadała mi, że
+wczoraj wr&oacute;ciła bardzo p&oacute;źno z Bullier i musiała
+przyjąć na noc jedną koleżankę.&mdash;<i>Une amie
+c'est pire, qu'un ami, tu sais?</i> Wstały bardzo
+p&oacute;źno i nie było już komu sprzątać.</p>
+
+<p>Gabryela postawiła świecę na stoliku nocnym
+i zaczęła porządkować i układać pierzyny
+i poduszki rozrzucone po ł&oacute;żku. Siadłem w sypialni
+<span class='pagenum'><a name="Str_60" id="Str_60">[Str. 60]</a></span>
+na fotelu i patrzyłem bezmyślnie. Na toalecie
+leżał rozsypany puder fiołkowy i woń koło
+siebie roztaczał... Ta woń sprawiła mi b&oacute;l prawie
+i zdławiła odrazu p&oacute;ł żądzy. Fiołki... ulubione
+perfumy Zaleskiej.</p>
+
+<p>Tymczasem Gabryela ułożyła ł&oacute;żko, zakrzątnęła
+się jeszcze po pokoju, wypiła zapomniany
+gdzieś na stole kieliszek likieru i pocałowawszy
+mię głośno w usta, zaczęła się rozbierać, ziewając:</p>
+
+<p>&mdash;<i>On est rentr&eacute; tard, je t'avais dit.</i></p>
+
+<p>Nie ruszyłem się z miejsca.</p>
+
+<p>Gabryela rozebrana wskoczyła na posłanie
+i wyciągnęła się jak długa. Koszula odpięła się
+jej na ramieniu i prawa pierś wychyliła się
+okrągle. Bodaj zrobiła to naumyślnie, bo ma
+i pierś i ramię prześliczne. Biodra smukłe rysowały
+się przez batystową koszulę wyraźnie.
+Twarz jej zasłaniał cieniem r&oacute;g poduszki.</p>
+
+<p>Patrzyłem jeszcze chwilę na nią, i żądza
+znowu ogniem mię przebiegła. Zerwałem się
+ubrany jeszcze, aby całować, ująć, pochwycić
+to ciało, kt&oacute;re ku mnie wynurzyło się z bieli.
+Wpijałem usta do jej ust i piersi... gdy ostatnia
+zabłąkana smuga fiołkowej woni owinęła mi
+duszę i dusić poczęła mi oddech:</p>
+
+<p>Zamiast Zaleskiej biorę prostytutkę...</p>
+
+<p>Żądza zgasła&mdash;jak zdmuchnięta świeca.
+<span class='pagenum'><a name="Str_61" id="Str_61">[Str. 61]</a></span>
+Łzy schwyciły mię za gardło, wybuchnąłem płaczem,
+rykiem ohydnym, niepowstrzymanym.</p>
+
+<p>&mdash;<i>Mais qu'as tu donc? T'es fou.</i></p>
+
+<p>Tak!... Uciekłem, zbiegłem ze schod&oacute;w, jak
+szalony&mdash;jestem w domu, zamknąłem się na
+klucz. Łzy już wyschły&mdash;ale palą. Wycisną
+mi chyba na licach pod oczami piętno na wieczność
+całą. Wszystka duma moja stopiła się
+w tych łzach. Ktoby chciał, m&oacute;głby plunąć mi
+w twarz, bo tak płacze tylko niemoc, nędza,
+miłość, kt&oacute;ra nawet przed ulicznicą nie wstydzi
+się hańby, że jest pogardzona.</p>
+
+<p>Więc ją kocham? Kocham Zaleską?&mdash;Zapewne.</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 15 stycznia.</i></p>
+
+<p>Od kilku dni kręci mi się przed oczami jedna
+myśl, decyzya prawie, zagadnienie. Czy ja
+m&oacute;głbym Zaleską uwieść? Jest-że to możliwe,
+czy też nie? Wzgląd na Władka nie gra tu
+żadnej roli; nie uznaję innego obowiązku,
+opr&oacute;cz swej chęci, i on może tu być najwyżej
+przeszkodą lub tryumfem. Idzie tylko o to, czy
+rzecz jest możliwa.</p>
+
+<p>Badałem szanse. Ona jest zakochaną, prawie
+bez pamięci&mdash;to jest źle; są dopiero zaręczeni
+i mają tak zostać długo&mdash;to jest dobrze.
+Jestto bowiem ciągłe podrażnienie nie zaspokojone,
+<span class='pagenum'><a name="Str_62" id="Str_62">[Str. 62]</a></span>
+ciągły śpiew na wysoką nutę, kt&oacute;ry nuży
+gardło. Może nadejść taka przelotna chwila,
+gdy ona poczuje, że śpiewak jest zmęczony
+i trzeba go zluzować: to może być podwaliną
+zwycięztwa.</p>
+
+<p>Jestem raczej brzydki, niż piękny, ale nie
+mam w sobie nic odrażającego i siły mi nie
+brak. Jestem wymowny i mam pewną aureolę
+talentu, kt&oacute;ra może mi pom&oacute;dz. Zobaczę, czy
+muza moja zdatna na stręczycielkę. Jestem wytrwały...
+Zdaje mi się, żem sobie nie podchlebił.</p>
+
+<p><a class="ins" href="#tnote_10" name="tAnchor_10" title="Włbściwie">Właściwie</a> rozumowanie jest tu niepotrzebne.
+Nie ma rzeczy niemożliwych, są tylko bardzo
+trudne. Im większa stawka, tym większa wygrana.
+Zacznę. Jeśli przegram, nie stracę nic,
+bo nic nie mam. Jeżeli wygram... Tak cicho,
+abym sam siebie nie słyszał, szepcę czasem
+słowa, kt&oacute;re wtedy na usta mi wystrzelą. Może
+jakaś nowa moc, wielkość zrodzi się we mnie,
+krwią i ciałem nasyci me widmo, i stworzy,
+i przywoła do życia. Może ona jest <span style="letter-spacing: 0.3em;">życiem</span>&mdash;i
+dla tego bez niej zewsząd jest tylko trwoga,
+rozpacz i śmierć. Więc trzeba działać, bo lepszy
+jest zły czyn od najpiękniejszego marzenia.</p>
+
+<p>Zastanawiałem się już nad sposobami wykonania
+planu<a class="ins" href="#tnote_11" name="tAnchor_11" title=",">.</a> Roztrząsam to na zimno, jak r&oacute;wnanie.
+Droga gwałtowna, zaklęcia, listy jest
+wykluczona. Ona jest na to za łagodna, za
+dobra i trochę... za głupia. Zresztą... Władek.
+<span class='pagenum'><a name="Str_63" id="Str_63">[Str. 63]</a></span>
+Działać można tylko powoli, zwolna, krok za
+krokiem, jak fala, kt&oacute;ra pieści i podmywa brzegi,
+zanim je zatopi. Należy im nie odm&oacute;wić tej
+przyjemności, kt&oacute;rą tak lubią, i żyć z nimi, jak
+najbliżej. Trzeba wejść do tej rodziny... we
+troje, aby p&oacute;źniej zostać można bez trzeciego.</p>
+
+<p>Ta droga jest przykra i grozi mi paleniem
+skroni przez czas długi, lecz jest jedyna, a zatem
+dobra.</p>
+
+<p>Będzie to... ćwiczenie z algebry psychologicznej.</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;"><i>Dnia 16 stycznia.</i></p>
+
+<p>Wczoraj byłem z nimi w teatrze. Kupiłem
+bilety; dla Zaleskiej przyniosłem m&oacute;j zwykły
+bukiecik. Działałem w myśl swego planu, choć
+coraz więcej widzę, że <i>contra spem spero</i>. I on,
+i ona są jakby opętani; wszystko, co się koło
+nich dzieje, dochodzi ich, jakby stłumione i dalekie.
+Szedłem przy niej, ale wszelka rozmowa,
+zar&oacute;wno we dwoje, jak i we troje rwała się
+bez przerwy, jak między obcymi. Były chwile
+w tej drodze, że mi ręce drżały, <a class="ins" href="#tnote_12" name="tAnchor_12" title="jakdybym">jakgdybym</a>
+chciał schwycić&mdash;wroga lub siebie&mdash;za
+gardło i zadusić. W teatrze oni mieli oczy spuszczone
+i trzymali się za ręce pod parapetem.
+Ja... ja słuchałem opery i na moją duszę,
+nie przeszkadzałem im wcale. Wracając m&oacute;wiliśmy
+trochę więcej... o muzyce, o poezyi,
+<span class='pagenum'><a name="Str_64" id="Str_64">[Str. 64]</a></span>
+o sztuce. Władek, kt&oacute;ry nieco ochłonął i bardzo
+lubi moje wiersze, prosił mię, abym im coś powiedział.
+Naturalnie zgodziłem się chętnie i powiedziałem
+ten smutny, napisany na Wiliją.</p>
+
+<p>
+Na niebie mojem chmury...<br />
+</p>
+
+<p>Wiersz się jej podobał, tylko się dziwiła, czemu
+piszę takie rzeczy ponure i rozpaczliwe. Czy mi
+źle z nimi, wśr&oacute;d przyjaci&oacute;ł? Piekło! Ale Władek,
+kt&oacute;ry mię kocha coraz więcej, ogłosi mię
+niedługo za pierwszego poetę w Polsce.</p>
+
+<p>Kiedyśmy doszli do domu, Zaleska przypomniała
+sobie, że nie kazała zapalić w piecu
+i w pokoju będzie zimno. Władek wszedł z nią
+na g&oacute;rę, aby rozpalić ogień. Czekałem na niego
+kilka minut, aż wreszcie znudziło mi się stać
+na mrozie, znudziło czysto fizycznie&mdash;i odszedłem.
+Chodziłem długo nad Sekwaną i myślałem.
+Myślałem, dla czego Sekwana nie zalewa
+brzeg&oacute;w.</p>
+
+<p>..............................................</p>
+
+<p>Przed chwilą wyszedł ztąd Poliński. Przybiegł
+z plotką. Spotkał się na obiedzie z Turskim.
+Turski był strasznie zgorączkowany:
+biega po wszystkich urzędach Paryża, wyrabia
+dla siebie i narzeczonej dokumenty. Ślub odbyć
+się ma koniecznie jeszcze w tym miesiącu.</p>
+
+<p>Czy rozumiesz?</p>
+
+<p>Czy rozumiesz, ty podła, trupia masko!?</p>
+
+<hr style="width: 65%;" />
+<p>
+<span class='pagenum'><a name="Str_65" id="Str_65">[Str. 65]</a></span></p>
+
+<h2><a name="HAMLET" id="HAMLET"></a>HAMLET.</h2>
+<hr style="width: 65%;" />
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_67" id="Str_67">[Str. 67]</a></span></p>
+
+
+<h3>Hamlet.</h3>
+
+
+<p>Dyrektor wielkiej przędzalni Senger &amp; C-ie w Pabianicach
+wstał, jak zwykle, o godzinie si&oacute;dmej.
+Buty elegancko świecące i ubranie przygotowane
+były z należytą punktualnością.</p>
+
+<p>Kawa, kt&oacute;rej dyrektor wielkim był amatorem,
+była mocna; masło&mdash;świeże i zimne, bułki&mdash;chrupiące;
+posiłek ranny najmniejszego powodu niezadowolenia
+mu nie dał. Pokrzepiwszy się, dyrektor
+włożył kapelusz, przejrzał się w lustrze,
+musnął cokolwiek siwiejące już wąsy, i widocznie
+zadowolony ze swej postaci, wolnym
+krokiem do fabryki się udał. Tam też wszystko
+we wzorowym znajdowało się porządku: maszyny
+były w pełnym biegu, robotnicy na miejscach
+swoich. Dyrektor obszedł wszystkie sale,
+wydał parę drobnych rozporządzeń, zajrzał do
+wydziału administracyi, gdzie go o niewielkiej,
+zawsze jednak korzystnej zwyżce zawiadomiono;
+w końcu wr&oacute;cił do swego laboratoryum, gdzie
+się gł&oacute;wne jego zajęcie skupiało. I tu miara
+powodzeń się nie przerwała; przeciwnie, wiadomości
+<span class='pagenum'><a name="Str_68" id="Str_68">[Str. 68]</a></span>
+były pomyślniejsze jeszcze niż w fabryce.
+Zaraz na wstępie powitał go pomocnik
+chemika radosną nowiną, że nowa farba &raquo;trzyma&laquo;.
+Nowa farba była własnym pomysłem dyrektora,
+kt&oacute;ry od dawna się trudził, aby drogą, rektyfikowaną
+benzynę tańszymi materyałami zastąpić.
+Długie były niepowodzenia, zanim przed tygodniem
+udało się otrzymać r&oacute;wnie piękny błękit,
+jak ten, kt&oacute;ry znacznym kosztem z zagranicy
+sprowadzano. Pozostawało zbadać, czy barwnik
+da się do tkanin zastosować. Dyrektor zrzucił
+marynarkę, wdział ceratowy fartuch, i z namaszczeniem
+zasiadł do pracy przed stołem zastawionym
+pr&oacute;bkami, kolbami, flaszkami. Robota
+aczkolwiek nie trudna, zajęła jednak dość czasu.
+Trzeba było z każdej flaszki wylać kropel parę
+na długie zabarwione nową farbą paski sukna,
+suszyć je na słońcu, badać przez szkła, zapisywać
+i por&oacute;wnywać rezultaty. To też kiedy
+dyrektor pr&oacute;by swoje skończył i z lubością na
+fotelu się przeciągnął&mdash;było południe. Rozległ
+się dzwon oznajmiający robotnikom obiad i godzinny
+odpoczynek. Dyrektor spojrzał na zegarek,
+przekonał się, że sygnał obiadu dany
+został punktualnie i zaczął się namyślać, co
+robić z dwiema godzinami, kt&oacute;re mu jeszcze
+do chwili obiadu pozostawały. Pracę skończył,
+do domu nieuporządkowanego wracać nie lubił,
+zdecydował się więc wstąpić do biblioteki.
+</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_69" id="Str_69">[Str. 69]</a></span>
+Biblioteka była dziełem samego dyrektora,
+kt&oacute;ry w początkach swego dyrektorstwa dość
+żywo pamiętał o hasłach młodzieńczych. Obejmując
+swoje obowiązki, wym&oacute;gł na kompanii
+kapitalist&oacute;w, że dali na bibliotekę salę i zgodzili
+się z rocznego obrotu pewną sumę na
+zakup książek wyznaczać.</p>
+
+<p>Bibliotece tej z zapałem założonej początkowo
+nieźle się wiodło; były książki, byli i czytelnicy.
+Powoli jednak, bez widocznego powodu,
+jad ospałości się wcisnął; robotnicy wr&oacute;cili do
+szynkowni, oficyaliści do kart, książek kupowano
+mniej, i już od roku rzadko można było
+kogo zastać w bibliotece. Gdy dyrektor wszedł
+do sali, pustka tam panująca niemile go uderzyła:
+był to pierwszy wyłom w murze zadowolenia,
+kt&oacute;re od rana duszę jego otaczało.</p>
+
+<p>Wziął ze stołu &raquo;Kuryer&laquo; i zabrał się do czytania:
+warszawska brukowa gazeta stanowiła
+jedną z jego potrzeb. Przeczytał sumiennie pełną
+animuszu kronikę polityczną, przerzucił część
+rozporządzeń urzędowych, doszedł do doniesień
+osobistych, gdzie na pierwszem miejscu, wyczytał:
+&raquo;Znakomity profesor uniwersytetu w Bonn
+p. Zygmunt Rosicki na dni kilka do miasta naszego
+zawitał. Z Warszawy udaje się na letni
+wypoczynek do majątku swojego w kieleckiem&laquo;.</p>
+
+<p>Wiadomość ta zastanowiła dyrektora. Rosicki
+<span class='pagenum'><a name="Str_70" id="Str_70">[Str. 70]</a></span>
+był jego uniwersyteckim kolegą, i dźwięk tego
+nazwiska odrazu przerzucił mu myśli o dwadzieścia
+lat wstecz, w dawno upłynione chwile
+wsp&oacute;lnie spędzonej młodości. Napr&oacute;żno pr&oacute;bował
+czytać dalej. Wspomnienia, pełzając jak
+węże, jedno po drugiem wślizgiwały mu się
+w duszę. Odłożył gazetę, machinalnie podszedł
+do okna, spojrzał na podw&oacute;rze, gdzie grupami
+siedząc na cegłach obiadowali robotnicy, i począł
+chodzić zwolna po pustej, cichej sali.</p>
+
+<p>Przeszłość daleka i zwykle zamglona, odżywała
+nagle w oderwanych obrazach jaskrawych
+i światła pełnych. Przemyślane marzenia, uczucia
+przecierpiane, zdarzenia przeżyte, to, co powiązane
+i spojone, zda się, w jedną całość, stanowiło
+jego przeszłość, jego życie, powstawało
+rozbite na części i porozrywane: jedno
+życie rozkładało się na sceny obce sobie, jak
+figury kalejdoskopu.</p>
+
+<p>Jak dawno, jak dawno był tym młodzieńcem,
+pełnym wyg&oacute;rowanych acz nieświadomych nadziei,
+niespełnionych marzeń, młodzieńcem, kt&oacute;remu
+wolno nie mieć jeszcze wspomnień, żelaznym
+ciężarem kładących się na duszę! I wyobraźnia
+rysowała mu własną jego postać, nie
+tę, jaką widział w lustrze i kt&oacute;rej kłaniali się
+obywatele pabianiccy, lecz tę, kt&oacute;ra tam przed
+laty, w starych murach akademickiego grodu,
+myślała i żyła, cieszyła się z pochlebstw przyjaci&oacute;ł,
+<span class='pagenum'><a name="Str_71" id="Str_71">[Str. 71]</a></span>
+cieszyła sie z śpiących na dnie piersi sił,
+kt&oacute;re ockną się kiedyś i p&oacute;jdą niewiadomo
+gdzie, lecz zawsze po zwycieztwo. Młodość jest
+wielkim czarodziejem. Lekkomyślnie i nieświadomie
+upiększa sobie życie potęgą wielkich
+sł&oacute;w, kt&oacute;rych działania zda się niewiedzieć,
+jak lufa nie zna działania zab&oacute;jczych kul, kt&oacute;re
+wyrzuca. Miłość, rozkosz, sława, społeczeństwo,
+ludzkość&mdash;wszystkie hasła, kt&oacute;re dla dorosłego
+człowieka, świadomego cen życia, rzadkim są
+pokarmem, dla młodzieńca zwyczajna to strawa.
+Uścisk służącej w ważkim korytarzu&mdash;to miłość;
+serdelek pokropiony szklanką piwa&mdash;to
+rozkosz; wierszyk zaśpiewany kolegom&mdash;sława.
+Błogosławione kłamstwa! ... lecz biada tym,
+kt&oacute;rym ambitna żądza zapomnieć nie da, że te
+słowa&mdash;to tylko fałszywie ponaklejane etykiety,
+kt&oacute;re odjąć trzeba, gdy handel idzie na seryo.
+Ci zechcą w życiu, tak jak w młodości: rozkoszy,
+miłości, sławy ... i życie im nie odm&oacute;wi:
+dostaną małżeństwo z przyzwyczajenia za miłość,
+drugorzędną restauracyę za rozkosz,
+kuryerkową pochwalę za sławę. Rosicki znakomitym
+uczonym! Dobre to kadzidło dla tłumu,
+kt&oacute;ry zapomni o tej sławie, jak zapomni o dźwięku
+nazwiska, kt&oacute;rego nie słyszał nigdy. On przecież
+wiedział, bo za ruchem naukowym śledził
+machinalnie, co to za sława ta i setki jej podobnych.
+Całe życie spędzone w jednej myśli,
+<span class='pagenum'><a name="Str_72" id="Str_72">[Str. 72]</a></span>
+poświęcone odnalezieniu jednego prawa, jednego
+objaśnienia, cała praca rozpalonego przypływem
+krwi m&oacute;zgu, oczu roziskrzonych nadzieją odkrycia&mdash;zaklęta
+w długich szeregach cyfr
+i wiersz&oacute;w, kt&oacute;re przeczyta r&oacute;wny autorowi
+szaleniec po to, aby nazwać prawa pierwszego
+błędem, rachunki&mdash;fałszem, oczekiwania&mdash;ułudą.
+A nad obydwoma za lat parę przejdzie
+potężnie tłoczący walec czasu; ktoś jeszcze
+może o nich wspomni, choć dla niego życia
+w pracach ich nie będzie. Minie jeszcze lat
+kilka i nazwiska ich porosną wiecznem zapomnieniem,
+jak zarasta wydeptana w trawie nogą
+wędrownika ścieżka, po kt&oacute;rej nikt nigdy nie
+przejdzie. Oto był los tego, na kim w młodych
+latach zdawał się leżeć promień nieśmiertelności,
+on to był przecież, kt&oacute;ry w ciszy pokoju, oderwawszy
+się na chwilę od pracy, m&oacute;wił do siebie
+cichemi i drżącemi ustami, że ślad jego nie zaginie,
+że ręka, kt&oacute;ra wyrwie naturze prawdę,
+sterczeć będzie świetlana z nocy zapomnienia
+długo, długo&mdash;może wiecznie. A jednak ten
+homunkulusowy gieniusz był szczęśliwy; dyrektor
+widział go przed rokiem: był przekonany
+o ważności i potrzebie prac swoich, wierzył
+w miniaturowe prawdy, kt&oacute;re głosił, był upojony
+wzmiankami i pochwałami gazet. Był szczęśliwy&mdash;szczęśliwością
+skazańca, kt&oacute;ry idzie
+na nieznaną śmierć z zawiązanemi oczami. Dyrektor
+<span class='pagenum'><a name="Str_73" id="Str_73">[Str. 73]</a></span>
+czuł teraz dla przyjaciela swego dziwną
+zazdrość, kt&oacute;rej mękę łagodziła tylko wyrafinowana
+rozkosz i duma, że on tak szczęśliwym
+być nie m&oacute;gł. On widział teraz, gdy wspomnienia
+młodości wionęły mu na duszę, jak na
+spopielone ognisko, gdy w roznieconym ogniu
+odżyły dawne marzenia, że życie ich zawiodło,
+nie dało im nic, nie zbliżyło na krok do wielkich
+świateł, ku kt&oacute;rym płynąć chcieli.</p>
+
+<p>Z gorączkową niecierpliwością, zagłębiony
+w siebie, zaczął rozdzierać na kawały swe życie,
+badać każdą chwilę, każdą myśl, każde
+wzruszenie, wszystko, co przeżył przez lat dwadzieścia.
+Badana z nienawiścią, oświecana blaskiem
+zn&oacute;w rozgorzałych marzeń powstawała
+teraz przeszłość o barwach trupich, o kształtach
+zgiętych i spodlonych.</p>
+
+<p>Jakiem było to jego życie, za kt&oacute;re go chwalono
+i na wz&oacute;r dorastającej okolicznej młodzieży
+podawano!.. Czyż od chwili, kiedy po raz ostatni
+z mur&oacute;w wszechnicy zabrzmiały za nim
+hasła świetnej młodości, nie był to jeden
+nieprzerwany upadek, powolne pogrążanie
+w trzęsawisku codziennych trosk i codziennych
+rozkoszy? Czyż od dnia, kiedy rozpoczął samodzielny
+żywot i wstąpił do fabryki, początkowo
+jako bezpłatny praktykant, miał chociaż
+jedną chwilę, kt&oacute;re; by m&oacute;gł powiedzieć: &raquo;st&oacute;j
+jesteś piękną&laquo;? O tak; przebiegał szybko stopnie
+<span class='pagenum'><a name="Str_74" id="Str_74">[Str. 74]</a></span>
+hierarchii fabrycznej, aż dziś stanął na jej
+niewysokim szczycie; miał coraz, więcej pieniędzy
+i coraz mniej marzeń i nadziei, jadał coraz
+lepsze kolacye, spędzał noce u coraz droższych
+dziewczyn. To były rozkosze jego kawalerskich
+czas&oacute;w; a prace? Pracował nad farbowaniem
+perkalu od rana do wieczora, wynalazł nowy
+błękit, doglądał biblioteki, założył szk&oacute;łkę. Pusta
+sala czytelniana i szk&oacute;łka z dziesięciorgiem
+leniwych dzieci, to było wszystko, co w życiu
+swem stworzył i czego dokonał... P&oacute;źniej znudziły
+go kolacye i dziewczyny, znudziła samotność
+obszernego mieszkania, więc postanowił
+się ożenić. On, kt&oacute;rego wyśmiewali trochę koledzy
+za romantyzm, za to, że szukał w kobiecie
+poezyi, niepowszedniego wdzięku, ożenił
+się z najprzeciętniejszą panną, c&oacute;rką swego
+byłego zwierzchnika, ożenił z nud&oacute;w i przyzwyczajenia,
+bo swoją przyszłą codzień przy
+obiedzie widywał. O miłości, uczuciu, o namiętnem,
+pełnem męki pożądaniu nie było tam
+mowy. Było to małżeństwo jakich wiele, jakie
+wszystkie. Przyzwyczajenie, przyjaźń, oparta na
+przyzwoitości, sympatya towarzyska była jedyną
+treścią ich stosunku. Pożycie małżeńskie płynęło
+im spokojnie i szczęśliwie, od chwili kiedy
+ją, wiedzącą wszystko z książek i ledwie drżącą
+wprowadził po raz pierwszy do sypialni, aż do
+dnia dzisiejszego, kiedy posuwający się wiek
+<span class='pagenum'><a name="Str_75" id="Str_75">[Str. 75]</a></span>
+rzadszymi uczynił wybuchy czułości. Nie zdradziła
+go żona&mdash;wiedział o tem; nawet myśl podobna
+nie przesunęła się nigdy przez jej umysł;
+był że to dow&oacute;d miłości i przywiązania? Chłodne
+z natury miała zmysły&mdash;a zresztą na
+tem pustkowiu, gdzie się osiedlili, nie miała
+z kim go oszukiwać; nie upadła, bo droga jej
+była r&oacute;wna i prosta.</p>
+
+<p>I poczuł nagle dziką złość do kobiety, kt&oacute;ra
+była jego żoną, złość za wszystkie niedoznane
+pieszczoty miłości i męki zdrady, za dziesięć
+lat spokojnego filisterskiego szczęścia w zawsze
+ciepłych i zawsze otwartych ramionach.</p>
+
+<p>Nie, nie miał racyi złorzeczyć jej. Czyż nie
+dbała o jego wygody, czyż nie dawała mu
+dowod&oacute;w uległości, czyż nie obdarzyła go
+dwojgiem dzieci, kt&oacute;re od lat ośmiu krzykiem,
+i kł&oacute;tniami dziecięcemi zapoznawały go z rozkoszami
+ojcostwa? Myśl o dzieciach przywiodła
+mu na pamięć, że obiecał był wcześniej do
+domu powr&oacute;cić i po obiedzie z rodziną udać
+się do pobliskiego lasu. Nagle wyobraźnia, jak
+znarowiony koń rzuciwszy się w bok, jaskrawo
+i dobitnie przedstawiła mu obraz takiej rodzinnej
+wycieczki...</p>
+
+<p>...Po rżysku, oblanem promieniami zachodzącego
+słońca, idą dzieci, prowadzone przez
+guwernantkę; za nimi w odległości kilku krok&oacute;w,
+on, pod rękę z żoną, kt&oacute;rej nie ma nic do powiedzenia,
+<span class='pagenum'><a name="Str_76" id="Str_76">[Str. 76]</a></span>
+pr&oacute;cz zapytań, co będzie dziś na
+kolacyę lub jutro na obiad. Słońce rzuca coraz
+krwawsze blaski, z ziemi wilgotnej po deszczu
+powstają fioletowe opary, nadając odległym
+drzewom fantastyczne kształty widm; zbliża się
+pełna uroku godzina zmierzchu; oni nie widzą,
+nie czują, wszyscy idą spiesznym krokiem,
+skarżąc się na zimno: herbata na wieczerzę
+przygotowana, wystygnąć może. Nie takiem
+okiem i sercem spotykał niegdyś wschodzącą
+noc!!...</p>
+
+<p>Wzdrygnął się przed tym obrazem dyrektor,
+i jakby pragnąc odeń uciec wyszedł gwałtownie
+z sali. Chciał iść gdziebądź w pole, ale
+mimowoli tyloletniem przyzwyczajeniem wiedziony
+skierował się przez podw&oacute;rze do domku
+swego, naprzeciw fabryki. Nie widział ukłon&oacute;w
+składanych mu przez robotnik&oacute;w i oficyalist&oacute;w,
+przeszedł ogr&oacute;dek, kt&oacute;ry dworek jego otaczał,
+i przez podjazd szybko wbiegł na schody, prowadzące
+do mieszkania; nerwowo, silnie, dwukrotnie
+zadzwonił. Po chwili drzwi się otworzyły.
+W drzwiach ukazała się sama pani domu,
+elegancko ubrana; w ręku trzymała miotełkę&mdash;znak,
+że mimo kokieteryjnego stroju, gospodarskich
+kłopot&oacute;w jeszcze nie ukończyła. Powitała
+męża zwykłym uśmiechem i wyciągnęła doń
+usta dość jeszcze świeże i ponętne. Dyrektor
+nie miał jednak humoru do pieszczot. Na uśmiech
+<span class='pagenum'><a name="Str_77" id="Str_77">[Str. 77]</a></span>
+nie odpowiedział, usta pocałował machinalnie
+bez zwykłej czułości, i nic nie m&oacute;wiąc wszedł
+do swego gabinetu. Żona nie pr&oacute;bowała
+nawet pytać o przyczynę złego humoru, wiedziała,
+że mąż najłatwiej sam się uspakaja, zamknęła
+więc drzwi i do przerwanej roboty wr&oacute;ciła.</p>
+
+<p>Dyrektor tymczasem dalekim był do uspokojenia;
+przeciwnie, spotęgowały się jeszcze
+rozstr&oacute;j i niezadowolenie z siebie w domu, gdy
+codzienne życie mocniej go objęło. Przeszedł
+kilkakrotnie pok&oacute;j szybkimi krokami, rzucając
+dla siebie tylko zrozumiałe wyrazy; w końcu
+zmęczony usiadł przy biurku i zn&oacute;w zagłębił
+się w ponurą zadumę.</p>
+
+<p>Tak; zmarnował życie; czuł to aż nadto dobrze;
+zap&oacute;źno już teraz, gdy czwarty krzyżyk
+do ziemi go przygniata, nowe zaczynać. Zresztą,
+czyż warto? Gdzież pewność, że nie byłby po
+raz drugi zawiedziony gorzej, niż teraz? Gdyby
+można porzucić szalone marzenia, zgodnie zadawalniać
+się tem, co życie dało: spokojnem
+ciepłem domowego ogniska, względnym mieszczańskim
+dobrobytem, tem wszystkiem, co
+położenie jego dla wielu zazdrości godnem czyniło!
+Nie czuć, nie myśleć, nie przypominać
+sobie... w bezmyślnym spokoju dobrze karmionego
+zwierzęcia korzystać z okruszyn życia
+byłoby najlepiej! Wszak upływały całe lata, kiedy
+podobne myśli do głowy mu nie przychodziły,
+<span class='pagenum'><a name="Str_78" id="Str_78">[Str. 78]</a></span>
+gdy żył, jak inni, z zimną głową i jak inni był
+szczęśliwy. Niestety, spok&oacute;j długich lat zatruć
+mogła jedna taka, jak obecna, godzina.</p>
+
+<p>Bezcelowy wzrok podni&oacute;słszy z ziemi,
+obrzucił nim cały pok&oacute;j: wstrętnemi mu były
+drogie obicia, sztychy na ścianach, świecidełka
+stojące na biurku, te wszystkie oznaki średniej
+zamożności, upiększającej swe siedlisko parodyą
+bogactwa i sztuki. Od figurki saskiej wzrok
+jego przesunął się po biurku i padł na rozłożoną
+książkę. Książka ta zwr&oacute;ciła jego uwagę.
+Przypomniał sobie, że ubiegłego dnia wieczorem
+czytał w gabinecie, lecz co, nie pamiętał. Wziął
+rozwartą książkę, spojrzał w nią&mdash;był to tom
+poezyi Krasińskiego. Oczy jego błądziły chwilę
+po otwartej stronie, w końcu zatrzymały się,
+jakby przykute: &raquo;Trzeba być Bogiem lub nicością&laquo;.</p>
+
+<p>...Tak, gdyby, nawet całkiem inaczej życiem
+swem pokierował, niezadowolenie, wieczny wielkich
+żądań towarzysz, nie odstąpiłoby go ani
+na chwilę... Teraz zrozumiał się jasno. &raquo;Trzeba
+być Bogiem, lub nicością&laquo;.</p>
+
+<p>Bogiem niemożliwa, nicością zostać łatwo.
+Jedna kr&oacute;tka chwila b&oacute;lu, chwila pasowania
+się życia ze śmiercią i p&oacute;źniej wieczna noc:
+zniknie i rozpr&oacute;szy się, jak zdmuchnięty
+płomień.</p>
+
+<p>Pociągnęła go ta myśl. <a class="ins" href="#tnote_13" name="tAnchor_13" title="Naprożno">Napr&oacute;żno</a> nadludzkim
+<span class='pagenum'><a name="Str_79" id="Str_79">[Str. 79]</a></span>
+wysiłkiem duszy chciał odczuć to, co będzie
+czuł, gdy czuć przestanie, chciał Odczuć siebie,
+jako zimnego trupa; wyobraźnia smagana biczem
+woli, cofała się z drżeniem przed nieuchwytnością
+śmierci. A jednak ten przeraźliwy
+spok&oacute;j i cisza nęciły go coraz więcej. Leżeć
+tak z zamkniętemi oczami, z rozchylonemi usty,
+z pogardliwym uśmiechem dla wszystkich rozkoszy
+i zgryzot, kt&oacute;re po jego śmierci, jak dawniej,
+będą dusiły ludzi w wiecznej z sobą
+walce, wyrwać się wszystkim myślom, kt&oacute;re
+dręczą, uciec tam żalowi za młodością, za siłami,
+kt&oacute;re znikły, za marzeniami, kt&oacute;re się
+rozpłynęły&mdash;co za rozkosz! Czyż nie przyjemna,
+że śmierć jego zadziwi wszystkich, śmierć człowieka,
+kt&oacute;ry był bogaty, młody, szczęśliwy, że
+go zaczną podziwiać, zanim nie nazwą głupcem,
+łub waryatem, bo rozumieć nie będą?</p>
+
+<p>Dyrektor otworzył szufladę, wydobył mały
+błyszczący rewolwer i z uwagą zaczął mu się
+przypatrywać. Rewolwer był nabity: jeden
+otw&oacute;r bębenka ukryty w lufie, pięć innych
+świeciło niklowymi stożkami kul. Dość zbliżyć
+lufę na odległość cala, potem jedno pociśnięcie,
+jeden błysk i grom, jedno uderzenie kr&oacute;tkie
+i druzgoczące, a kula przebije sk&oacute;rę, wciśnie
+się w warstwy mięśni, strzaska szaniec kości,
+aż zmęczona walką, obmytą w krwi odpocznie
+w miękkich zwojach m&oacute;zgu. Z dziwną lubością
+<span class='pagenum'><a name="Str_80" id="Str_80">[Str. 80]</a></span>
+zatrzymał się na tym obrazie. Widział się leżącym
+na kanapie z ustami szeroko rozwartemi,
+pełnemi na wp&oacute;ł skrzepłej krwi, z rysami wykrzywionymi
+przez b&oacute;l, z ręką daleko odrzuconą,
+z rewolwerem w kurczowo zaciśniętej
+dłoni. Widział naokoło siebie domownik&oacute;w,
+zbiegłych na odgłos strzału, żonę ze łzami
+w oczach, dzieci przerażone nowością widoku,
+sługi, zaglądające ciekawie przez uchylone
+drzwi, i gdy naokoło niego krążyć będzie ten
+cały tłum, pełen zgryzot i kłopot&oacute;w, kt&oacute;re jutro
+już inne zastąpią, pełen szczerego smutku, skazanego
+na prędkie pocieszenie, on leżeć będzie
+spokojny i pogardliwy. Nawet ta myśl, kt&oacute;ra
+często głowę mu rozsadza, ta myśl, że śmierć&mdash;to
+ostateczny koniec jego istnienia, przerwanie
+gwałtowne jego ja, kt&oacute;re myśli, czuje
+i chce, nawet ta myśl, kt&oacute;ra dziś jest w nim
+nie przeciśnie się przez spok&oacute;j grobu.</p>
+
+<p>Dyrektor zanurzał się w otchłań śmierci, jak
+pływak nierozważny idący w morze, kt&oacute;re falą
+ruchliwą i wiotką, pieszczotliwą a figlarną otacza
+mu kolana i biodra, łechce piersi, szyję całuje,
+to zbliża się, to ucieka, a wabi zawsze.
+Za zmienną falą idzie odurzony pływak coraz
+dalej; nie widzi, że uciekła mu już ziemia, nie
+czuje, że noga dna nie chwyta, że fala do ust
+mu się skrada, tysiącem pereł oczy mu oślepia,
+do uszu rozkoszne obietnice szepce. Jeszcze
+<span class='pagenum'><a name="Str_81" id="Str_81">[Str. 81]</a></span>
+jeden krok&mdash;i roztwiera się toń, kt&oacute;ra ma go
+schłonąć. Dyrektor zbliżył się już do tej granicy.
+Żądza spokoju, niebytu, coraz potężnie; ogarniała
+mu duszę; błyszcząca lufa, świecące ostrza
+kul zdawały się go hypnotyzować i usypiać
+zwykle nie drzemiącą chęć życia. Wolną bezmyślna
+ręka zaczął kręcić bębenek rewolweru;
+słuchał chrzęstu, jaki wydawała każda kula,
+stając przed otworem lufy i zn&oacute;w przysuwał
+do lufy następną, jakby nie wiedząc, kt&oacute;rej poruczyć
+wykonanie nieświadomego jeszcze, choć
+już zapadłego wyroku. Zn&oacute;w obr&oacute;cił bębenek
+dokoła; teraz wybierze trzecią kulę. Tr&oacute;jka była
+zawsze jego ulubioną liczbą.</p>
+
+<p>Nagle zapukano do drzwi. Cienki dziecięcy
+głosik odezwał się: &raquo;Tatusiu, mama prosi na
+obiad&laquo;.</p>
+
+<p>Na dźwięk głosu dyrektor wzdrygnął się i rewolwer
+prędko rzucił na st&oacute;ł, jak żak schwytany
+na gorącym uczynku. Spojrzał na zegarek.
+Była druga: obiad podano punktualnie, godzinę
+już rozkoszował się przedsmakiem śmierci. Ale
+teraz wykonać zamiar jawnem było niepodobieństwem:
+cały obraz, kt&oacute;ry sobie wymarzył
+i ukochał, m&oacute;głby ulec zmianie: zresztą dziecko
+przeraziłoby się strzału i strasznego widoku
+trupa. Nie iść na obiad nie można; przyjdzie
+żona, zapyta o pow&oacute;d, zobaczy rewolwer; jeśli
+się domyśli lub przeczuje, zaczną się płacze
+<span class='pagenum'><a name="Str_82" id="Str_82">[Str. 82]</a></span>
+i spazmy. Najlepszem więc zdało mu się udać
+spok&oacute;j i siąść do stołu a zamiaru zaraz po
+obiedzie dokonać.</p>
+
+<p>Dyrektor wstał, twarz do zwykłego wyrazu
+ułożył, rewolwer schował i wyszedł do jadalnego.
+Dzieci pocałowały go w rękę i zaczęły
+gwałtownie wspinać się na swe krzesełka. Jadalnia
+mimo jego woli przyjemne na nim sprawiła
+wrażenie: uderzyły go mile jasne tapety,
+kt&oacute;rych barwę podnosiło łagodne światło słoneczne,
+przecedzone przez gęste story, uderzył
+go zapach r&oacute;ż z bukietu, stojącego na kredensie.
+Duży st&oacute;ł czysto był nakryty i symetrycznie
+zastawiony srebrnymi przyborami; na
+środku pyszniła się waza; pokrywa broniła
+jeszcze parze wydostać się z ukrycia i roznieść
+po pokoju woń podanej zupy.</p>
+
+<p>Cały ten widok zamożnej jadalni podczas
+smacznego obiadu bił żywo w najgłębsze struny
+ludzkie; zwierzęcości, zdawał się wysławiać
+wszystkie rozkosze jedzenia... jak zachwycone
+nozdrza rozszerzają się z lubością, aby wciągnąć
+podniecający aromat; język wybredny kochanek,
+kr&oacute;tko się pieści z każdym kąskiem,
+lecz i w szybkim uścisku potrafi wyssać całą
+skalę uniesień; żołądek mniej zręczny i gibki
+zadawalniać się musi odpadkami języka, aż
+wreszcie zlekka wzdęty nakaże koniec biesiadzie.
+Ciepłe strumyki rozchodzą się po całem
+<span class='pagenum'><a name="Str_83" id="Str_83">[Str. 83]</a></span>
+ciele, tysiącznemi korytami do serca i m&oacute;zgu,
+do piersi i ręki biegnie od żołądka radosna
+wieść, dobra nowina: &raquo;jestem zdr&oacute;w i pełen&laquo;.
+Serce chciało kochać i cierpieć, m&oacute;zg&mdash;zwyciężać
+i ginąć, ręka&mdash;tworzyć i opadać; żołądek
+zmusił ich do milczenia, on sam tylko
+jest panem.</p>
+
+<p>Dyrektor siadł. Czuł, że myśli, kt&oacute;re w głowie
+ułożyły się w systemat i żądały wniosku,
+pierzchnęły, jakby wsiąkły w parę, buchającą
+z wazy i jak mgła rozpr&oacute;szyły się w nicość;
+czuł, że <i>ten on</i>, kt&oacute;ry z zimną krwią przykładał
+rewolwer do ust, wymykał mu się; napr&oacute;żno
+go przywoływał; czuł, że gdyby nim
+był teraz, wśr&oacute;d żony i dzieci, udawałby tylko.
+Chciał się gniewać na siebie i oburzać&mdash;nie
+m&oacute;gł.</p>
+
+<p>Rozlano zupę. Żona wybrała mu najładniejsze
+i najcieńsze uszka. Machinalnie wziął łyżkę,
+zanurzył w talerz i poni&oacute;sł do ust. Gorący,
+ostry, zaprawny korzeniami barszcz, jaki bardzo
+lubił, połechtał mu podniebienie. Myśli, kt&oacute;re
+jak ćmy płomień otaczały go przed godziną,
+pierzchnęły jeszcze dalej; jeszcze jedna
+łyżka&mdash;już ich nie widać, tylko cień ich
+padał mu wciąż na duszę; jeszcze jedna&mdash;i
+cień zniknął, jak ostatnia chmura po letniej
+burzy.</p>
+
+<p>Dyrektor się uśmiechnął: był to znak pożegnania
+<span class='pagenum'><a name="Str_84" id="Str_84">[Str. 84]</a></span>
+dla znikomych przywidzeń, pobłażania
+dla siebie; z tym uśmiechem spojrzy teraz
+w przeszłość.</p>
+
+<p>Wziął jeszcze parę łyżek, zaśmiał się do
+żony, poklepał ją po ramieniu i do dzieci zawalał:
+&raquo;No dzieci zaraz po obiedzie mi się
+ubrać i marsz na spacer&laquo;.</p>
+
+<p>Barszcz był tak smaczny.</p>
+<hr style="width: 65%;" />
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_85" id="Str_85">[Str. 85]</a></span></p>
+
+<h2><a name="PRZYSIEGLY" id="PRZYSIEGLY"></a>PRZYSIĘGŁY.</h2>
+<hr style="width: 65%;" />
+
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_87" id="Str_87">[Str. 87]</a></span></p>
+
+<h3>Przysięgły.</h3>
+
+<p style="text-align: right;">
+<i>Dnia 5 maja.</i>
+</p>
+
+<p>Skazaliśmy go na śmierć. Sprawa była tak
+prosta, że obrady nasze, nie wiem czy p&oacute;ł godziny
+trwały. O piątej popołudniu przewodniczący
+wręczył nam pytania i objaśnił, co każde
+z nich znaczy i jakie za sobą pociąga skutki,
+a już przed sz&oacute;stą oddaliśmy nasze głosy. Na
+<a class="ins" href="#tnote_14" name="tAnchor_14" title="wszyskie">wszystkie</a> pytania odpowiedzieliśmy <i>tak</i>, jednomyślnie.
+Nawet dokt&oacute;r Kuczyński, kt&oacute;ry od
+czasu, jak się hypnotyzmem zajął, wszędzie
+upatruje suggestyą, nawet ten musiał odrzucić
+swą łagodność i skrupuły. Bo też rzeczywiście
+ani jednej okoliczności, zmniejszającej winę.
+Chłopak 25-letni, nicpoń, leniuch wypędzony
+z warsztat&oacute;w za ciągle awantury z majstrami
+i kolegami, dręczył matkę, kt&oacute;ra go napominała;
+ostatni, ciężko zapracowany grosz od niej wyłudzał,
+aż wreszcie, aby sprzedać resztę jej
+rzeczy, kt&oacute;rych oddać nie chciała, zabił ją trzykrotnem
+uderzeniem siekiery. I żeby choć cień
+<span class='pagenum'><a name="Str_88" id="Str_88">[Str. 88]</a></span>
+skruchy. Wiedział, że kary nie ujdzie, więc,
+aby korzystać z czasu, rzeczy za bezcen sprzedał
+i poszedł pić do szynku ze znajomemi prostytutkami;
+u jednej z nich go znaleziono.
+W sądzie opowiadał o zab&oacute;jstwie z krwią najzimniejszą,
+choć rozumiał dobrze co go czeka,
+bo siostrze, gdy zeznawała, pokazywał wciąż
+na gardło swoje, jakby chciał rzec: &raquo;ostrożnie
+ze słowami, bo powieszą&laquo;.</p>
+
+<p>Zresztą był spokojny. Zupełne zwierzę: zgoła
+uczuć moralnych; wrażliwość nawet zmysłowa
+osłabiona, dotyk nieczuły, zwyrodnienie najwidoczniejsze.</p>
+
+<p>Wyszedłem z gmachu sądowego z radcą
+Tańskim; spieszyliśmy się bardzo: o godzinie
+12-stej zaczęło się to ostatnie posiedzenie, do
+godziny 6-tej pozostaliśmy bez jedzenia. Regulamin
+zabrania jadać w sądzie. Z prawdziwą
+rozkoszą wyobrażałem sobie powr&oacute;t do domu.
+Sprawa ciągnęła się tydzień i przez ten czas
+prawie wcale w domu nie bywałem. Nie wiedziałem
+jak dzieci stoją w naukach; mały Franuś
+trochę kaszlał, nie zdążyłem nawet posłać
+po lekarza, z żoną od dw&oacute;ch dni chyba nie
+m&oacute;wiłem nawet. Wyobrażałem sobie szczekanie
+psa w przedpokoju, radość dzieciak&oacute;w, uśmiech
+żony, że wreszcie do nich wr&oacute;ciłem. O samej
+sprawie już nie myślałem.</p>
+
+<p>Przechodząc koło sklepu z zabawkami, kupiłem
+<span class='pagenum'><a name="Str_89" id="Str_89">[Str. 89]</a></span>
+dla Jasia pałasz, dla Zosi i Franka&mdash;łamigł&oacute;wkę.
+Toż będzie uciecha!...</p>
+
+<p>Kiedy w końcu dostałem się do swego mieszkania
+i zadzwoniłem, zdziwiłem się, bo długo
+kazano mi czekać. Czyżby wyszli? Zadzwoniłem
+raz, drugi. Po chwili dopiero otworzono.
+Ani światła w przedpokoju, ani dzieci nie widzę,
+tylko słyszę z kuchni lament i płacz. &raquo;Co
+się stało?&laquo;&mdash;zapytałem przestraszony.</p>
+
+<p>&mdash;Hektora tramwaj przejechał i dzieci tak po
+nim lamentują.</p>
+
+<p>Odetchnąłem lżej, choć psa żal mi było bardzo,
+bo dziewięć lat był u mnie i do dzieci się
+przywiązał. Wszedłem do kuchni. Na ziemi leży
+Hektor z otwartym brzuchem i połamanemi nogami;
+dzieci nad nim szlochają, a żona napr&oacute;żno
+stara się je pocieszyć, bo widzę, że sama
+zmartwiona i gdyby nie dzieci, też by się rozpłakała.</p>
+
+<p>Dzieci nawet nie zwr&oacute;ciły na mnie uwagi;
+zbyt były zajęte swym b&oacute;lem.&mdash;Zły byłem,
+że mi się popsuła cała przyjemność, kt&oacute;re; się
+spodziewałem. Psa mi też żal było: dziewięć
+lat trzymać zwierzę, to można je prawie pokochać.</p>
+
+<p>&mdash;Weźże dzieci; to nie dla nich widok, rzekłem
+do żony. Przemocą prawie trzeba je było
+wyprowadzić. Słyszałem przez drzwi, jak płakały.</p>
+
+<p>Pochyliłem się nad Hektorem, chcąc zobaczyć,
+<span class='pagenum'><a name="Str_90" id="Str_90">[Str. 90]</a></span>
+czy nie możnaby go uratować. Żył jeszcze;
+widocznie bokiem na szyny upadł, bo obie
+tylne nogi były w kilku miejscach złamane
+i brzuch miał rozpłatany brzegiem koła, i trzewia
+przecięte zupełnie prawie z jamy brzusznej wypadły;
+krwi naokoło wylała się kałuża. Dotknąłem
+go ręką; drgnął, lecz już nie jęknął
+wcale. Nie ma co myśleć o ratunku. I żal mi
+się go zrobiło tak bardzo, że sam uczułem łzę
+w oku. M&oacute;j biedny Hektor!</p>
+
+<p>Trzeba go było dobić, bo inaczej m&oacute;głby
+parę godzin konać. Poszedłem po rewolwer;
+nie wiedziałem jeszcze, czy będę miał odwagę
+do psa strzelić. Przy pomocy służącej włożyłem
+go do drewnianej wanienki. Zawył, gdyśmy
+go przenosili. Na ziemi, pr&oacute;cz krwi, została
+kupka skrwawionych kiszek.</p>
+
+<p>Służąca wyszła z kuchni; nie chciała na ten
+widok patrzeć. Nabiłem rewolwer; czułem, że
+mi się mdło robi i ręka mi skacze i rewolweru
+prawie nie trzyma. Jak mogłem, psu w ucho
+lufę wsadziłem i zamknąwszy oczy, strzeliłem.
+Po strzale nie śmiałem otworzyć oczu. Słyszałem,
+że drzwi skrzypnęły; spojrzałem, to
+żona weszła. Kula rozbiła psu czaszkę; nie
+drgał już, tylko mu sk&oacute;ra na szyi dygotała
+i nozdrza trochę się ruszały. Trwało to chwilę&mdash;ustało
+w końcu. Nie żył.</p>
+
+<p>Wr&oacute;ciłem do pokoju. Słyszałem jak się żona
+<span class='pagenum'><a name="Str_91" id="Str_91">[Str. 91]</a></span>
+krzątała w kuchni, rozmawiała ze str&oacute;żem,
+potem z kucharką, kazała dać obiad. Nie ma
+co m&oacute;wić, ładny obiad! A ja się tak spieszyłem
+na ten rodzinny obiad z wesołymi memi dzieciakami.
+Dzieci wciąż ucierają nosy, jedzą, ale
+do łyżki łzy im kapią; są tak smutne, że nawet
+moje podarki ich nie pocieszyły. Żona siedzi
+chmurna; widzę, że jej psa żal. I mnie żal Hektora
+i zły jestem, żem sam smutny i że inni
+naokoło mnie smutni.</p>
+
+<p>Wreszcie się ten ponury obiad skończył. Wyszedłszy
+z sądu, cieszyłem się, że wiecz&oacute;r
+w domu spędzę. Nie mogłem jednak teraz usiedzieć.
+Poszedłem do kawiarni na gazety. Rzeczywiście
+dobrze mi się wiodło! W domu zmartwienie,
+a tu wpadli na mnie dwaj znajomi
+i kazali opowiadać wszystkie szczeg&oacute;ły przeklętego
+procesu. Przecież to była <i>cause c&eacute;l&egrave;bre</i>!
+I zn&oacute;w musiałem przeżywać te wszystkie obrzydliwości,
+kt&oacute;remi mi cały tydzień zajęto. Trzymali
+mnie do pierwszej po p&oacute;łnocy. Musiałem
+im opowiadać dokładnie akt oskarżenia, zeznania
+świadk&oacute;w, odpowiedzi oskarżonego, wszystko.
+To nieznośne. Na drugi raz po takim procesie,
+na miesiąc w domu się zamknę, o ile mi naturalnie
+psa zn&oacute;w nie przejadą. Wr&oacute;ciłem p&oacute;źno
+do domu, z b&oacute;lem głowy, zły na wszystkich.</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_92" id="Str_92">[Str. 92]</a></span></p>
+
+
+<p style="text-align: right;">
+<i>Dnia 6 maja</i>.
+</p>
+
+<p>Nie wiem, czy mnie śmierć mego ulubionego
+psa tak rozstroiła, że dotąd się wzdrygam, gdy
+na rewolwer spojrzę, czy też dlatego, żem wczoraj
+do p&oacute;źnej nocy o tym procesie m&oacute;wił, ale
+dziś od rana z myśli mi nie schodzi. Jestto
+tak męczące, to zwr&oacute;cenie wszystkich myśli na
+jeden punkt, kt&oacute;rego żadną siłą ruszyć nie można,
+że doprawdy mam zawr&oacute;t głowy, jak ten,
+kto tak długo w jedno miejsce się wpatrzy, aż
+mu barwne k&oacute;łka przed oczami skakać zaczną.
+i nie tylko myśli mam jakby zaczarowane, na
+zmysłach moich jakieś przekleństwo. Widzę,
+ależ najrealniej wyobrażam sobie tego Pułkowskiego
+zab&oacute;jcę i te całe hordy jego przyjaci&oacute;ł
+i przyjaci&oacute;łek, kt&oacute;rych tam za świadk&oacute;w spędzono.
+Nie jestem muzykalny, melodyi zapamiętać
+nie umiem, a teraz zdaje mi się, że m&oacute;głbym
+odtworzyć każdy ton jego chrapliwej mowy.
+Musiałem bacznie czuwać nad sobą, abym nie
+spr&oacute;bował <i>jego</i> głosem m&oacute;wić. Przypominam
+sobie najdrobniejsze szczeg&oacute;ły sprawy; z pamięci
+m&oacute;głbym chyba powt&oacute;rzyć wszystkie akty.</p>
+
+<p>Co to jest? Przecież między nami skończone
+wszystko. Spełniłem sw&oacute;j obowiązek; wybrano
+mnie, osądziłem według sumienia, nie miałem
+żadnych wątpliwości, powinienem wr&oacute;cić do
+swych zajęć, a nie myśleć o tem, gdziem wszystkiego,
+<span class='pagenum'><a name="Str_93" id="Str_93">[Str. 93]</a></span>
+czego odemnie żądano, dokonał. Stanowczo
+muszę być niezdr&oacute;w, to tylko mnie ten
+proces tak dokucza. Po obiedzie był u nas Tański;
+m&oacute;wił wciąż o swej podr&oacute;ży do Wiednia
+i o tem, że zapewne dostanie tam awans; przecież,
+gdyby go coś dręczyło, m&oacute;wiłby o tem
+ze mną najprędzej. Gdzie tam... Zacząłem mu
+wspominać o wczorajszym sądzie, ale widziałem,
+że go ten przedmiot wcale nie zajmował.
+Muszę się przezwyciężyć. Zresztą to samo
+przejdzie; nie wiem, coby mnie zmusić mogło,
+abym bez przerwy, jak ćma koło świecy, kolo
+tego zab&oacute;jstwa w myśli się kręcił. Matkę już
+pochowano, jego powieszą. Co mnie to teraz
+obchodzi?</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;">
+<i>Dnia 8 maja.</i><br />
+</p>
+
+<p>...A jednak myślę wciąż o nim. Przedmiot ten
+jedyny tak mnie ciągnie, tak zajmuje, że już
+nie staram mu się oprzeć. Przeciwnie, wczorajsze
+rozumowania moje były błędne. Ja rozstrzygałem
+o jego losie, słuszną więc jest rzeczą,
+abym dop&oacute;ki on jest jeszcze, o niego się
+troszczył. Nie należy przecież obowiązk&oacute;w swoich
+zbywać machinalnie. To dobre dla pan&oacute;w urzędnik&oacute;w,
+radc&oacute;w i nadradc&oacute;w, podpisać papier i sądzić,
+że już cały obowiązek wykonali. Nie, papier
+podpisywany przeczytać, rozkaz wydany
+<span class='pagenum'><a name="Str_94" id="Str_94">[Str. 94]</a></span>
+śledzić należy, wtedy jest się wzorowym działaczem.
+Ja takim chcę być, dlatego śledzę i śledzić
+muszę.&mdash;Tembardziej, że ten człowiek
+mnie obchodzi, obchodzi bardzo żywo. Cały
+tydzień się z nim spotykałem, zadawałem mu
+pytania, zaglądałem mu w duszę i... poznałem
+ją trochę. Chcę więc wiedzieć, co się z nim
+dzieje. Przyjść do sądu, słuchać, potem wydać
+wyrok, choćby na śmierć i wyjść i o nic więcej
+się nie troszczyć&mdash;to nie dosyć. Przecież słowa
+nasze, to nie Jowiszowe gromy, nie zabijają
+od razu. Od wyroku naszego, od chwili, kiedy
+przewodniczący odczytał: Pułkowski Jan skazany
+jest na powieszenie&mdash;do samej śmierci ten
+człowiek żyje. Ja powinienem wiedzieć, czy to
+trochę życia, kt&oacute;re mu zostaje, czy to rozkosz
+dla niego, czy kara.</p>
+
+<p>W imię sprawiedliwości, ja powinienem wiedzieć,
+co on teraz czuje, powinienem z nim być.</p>
+
+<p>P&oacute;jdę do prezydenta i zażądam, aby mnie do
+jego celi wpuścić kazał. Ja muszę go widzieć,
+muszę zobaczyć, czyśmy go rzeczywiście ukarali.</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;">
+<i>Dnia 9 maja.</i>
+</p>
+
+<p>Prezydent zdziwił się mojemu żądaniu. Argumenty
+moje są przecież jak najściślejsze i nie
+do zbicia, a on doprawdy nie rozumiał. Już to
+prezydent orłem się nie urodził. W końcu mi
+<span class='pagenum'><a name="Str_95" id="Str_95">[Str. 95]</a></span>
+oświadczył, że nie może nic dla mnie uczynić,
+albowiem skazany na śmierć z nikim, pr&oacute;cz
+dozorcy, widywać się nie ma prawa; ostatniego
+dnia wolno skazańcowi zażądać do celi, kogo
+zechce. Potem mi m&oacute;wił, że moja chęć jest
+wysoce niehumanitarna: wyzyskiwać dla swego
+kaprysu tak wyjątkowe położenie człowieka.
+Czyż mu się zdawało, że ja chciałem tam studya
+powieściowe robić? Ja chcę zbogacić kodeks
+o jedną grozę nową, a znieść tę krew, kt&oacute;ra
+się tam leje. Bo kto wie... jeśli ten czas przedśmiertny
+jest straszną karą, to będzie można
+skazywać już nie na śmierć, lecz na kr&oacute;tszą
+lub dłuższą obawę śmierci. Oto skazujemy Pułkowskiego
+na 5 lat ciągłego lęku śmierci. Przez
+5 lat w każdej chwili może wejść oprawca
+i zażądać swej ofiary, a ona przez 5 lat nie wie
+czy kat wejdzie&mdash;i umiera przy każdem skrzypnięciu
+rygli, przy każdym odgłosie krok&oacute;w,&mdash;a
+jednak żyje.</p>
+
+<p>Rekursu nie założył, zrzekł się więc już
+wszelkiej nadziei.</p>
+
+<p>Chociaż mnie do więzienia nie wpuszczono,
+ale ja znajdę spos&oacute;b. Tak mi się ten Pułkowski
+blizkim wydaje, tak znanym<a class="ins" href="#tnote_15" name="tAnchor_15" title="">.</a> C&oacute;żby mi jego
+słowa powiedzieć mogły?</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_96" id="Str_96">[Str. 96]</a></span></p>
+
+
+<p style="text-align: right;">
+<i>Dnia 10 maja</i>.
+</p>
+
+<p>Co on czuje, nie wiem. Wysilam się pr&oacute;żno,
+a jednak powinienem i muszę wiedzieć.</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;">
+<i>Dnia 11 maja</i>.
+</p>
+
+<p>Nie wiem nic, ani wczoraj, ani dziś. Te daremne
+wysiłki mnie męczą. Jestem zdenerwowany,
+silnie zdenerwowany. Unikam wszystkich;
+siedzę w swoim pokoju. Mam odszukać
+duszę, kt&oacute;ra zniknąć musi, i uczynić ją swoją.</p>
+
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;">
+<i>Dnia 13 maja</i>.
+</p>
+
+<p>To, co się ze mną zdarzyło, jest tak straszne,
+tak niesłychane, a jednak tak naturalne,
+że nie wiem czy znajdę siły, aby o tem pisać.
+Łudziłem się, łudziłem się jeszcze dziś rano.
+Jak mogło mi się zdawać, że to m&oacute;j obowiązek,
+obowiązek sędziego pcha mnie, żebym
+szedł wolny do jego celi i dygotał z nim razem
+w przedśmiertnych drgawkach? Kto niewinny
+m&oacute;głby sobie zadać taką tytaniczną, a pr&oacute;żną
+katuszę? Komuby to na myśl przyszło? Dziś
+wiem, że to była obłuda, przed samym sobą
+obłuda.</p>
+
+<p>Dziś czuję, co on czuje, rozumiem, szaleję,
+bom sam zbrodniarz, bo on mnie duszą swoją
+<span class='pagenum'><a name="Str_97" id="Str_97">[Str. 97]</a></span>
+zaraził. I jak mogą ludzie się nie domyślać, że
+tak być musi, że na duszę też przyjść może
+zaraza? Marnej choroby, tyfusu lub ospy strzeżemy
+się, uciekamy, gdy twarz rażoną krostami
+widzimy; a z dotknięć zbrodni&mdash;tego krwawego
+karbunkułu duszy, wyjść chcemy czyści
+i zdrowi? Zamiast uciekać od zbrodniarza, jak
+psy przed widmem, wiążemy go, sprowadzamy
+do sądu, wybieramy przysięgłych: czoło obywateli,
+najzacniejszych ojc&oacute;w rodzin posyłamy
+i każemy im iść w tę zarazę.</p>
+
+<p>I narażać musiałem to, co mam najświętszego&mdash;czystość
+swoją, nie dla bliźnich, lecz dla słowa,
+dla bezkształtnego bałwana, dla sprawiedliwości.
+Kogo śmierć tego człowieka obchodzi?
+Ta, przed kt&oacute;rą zawinił, już zgniła i może błogosławi
+mu z nieba. A ja obcy, ja, kt&oacute;rybym
+go nigdy nie spotkał w życiu i nie widział
+nawet, i dwunastu takich jak ja, poszliśmy
+i zabiliśmy go...</p>
+
+<p>Dziś rano stanąłem przed lustrem, jak zawsze,
+aby zaczesać włosy i odrazu zobaczyłem, jak
+jestem do Pułkowskiego podobny: te same rysy,
+te same wydęte wargi i czoło cofnięte w tył&mdash;dziedzictwo
+po przodkach naszych dzikich.
+I kiedym ujrzał tam w lustrze siebie, zab&oacute;jcę,
+jak szalony wybiegłem z domu. Uciec, uciec
+gdziebądź, gdzie nie ma zwierciadeł, nie ma
+szkieł, nie ma wody, gdzie zobaczyć się nie
+<span class='pagenum'><a name="Str_98" id="Str_98">[Str. 98]</a></span>
+można! Ale to napr&oacute;żno. Potw&oacute;r m&oacute;j szedł ze
+mną i każda twarz ludzka była mu zwierciadłem.
+Czułem dobrze, jak każdy przechodzień musiał
+we mnie zbrodniarza widzieć, tem nikczemniejszego,
+że go kara nie dosięgnie. Wiem dobrze,
+żem dla sądu niewinny, żem jeszcze ten sam
+szanowny obywatel. Bo dusze nasze są wolne.
+Świat do myśli się nie wtrąca; byle czyny
+dobre, nikt się nie troszczy, jaka zgnilizna wewnątrz?
+Kto pomyślał o zbrodni, może być
+zbrodniarzem. Ale ludzkość na łąkach zbrodni
+ścina tylko kwiaty czerwone od przelanej krwi;
+korzeni nie dotyka: to też o bezkwiatowe, zielone
+badyle ranimy się, jak o stalowe rżyska.</p>
+
+<p>Nie zabiłem matki i nie zabiję jej; dzięki
+Bogu umarła. Ale, gdyby żyła, czyż nie zabiłbym
+jej? Wszak mogę o tem myśleć, mogę
+ją sobie tu, pod moją siekierą, wyobrazić z rozpłataną
+czaszką, z okrwawioną twarzą. Kto
+mi dowiedzie, że nie m&oacute;głbym tego uczynić,
+kto?</p>
+
+<p>A zresztą, choć skonała we własnem ł&oacute;żku,
+choć płakałem po niej, czyż codzień nie wpychałem
+je; w gr&oacute;b? Gdym się rodził, rozdzierałem
+jej wnętrzności; gdym żył, rozdzierałem
+jej serce. Pułkowski zabijał minutę, ja&mdash;lat 30.
+He razy w duszy życzyłem jej śmierci, ile razy
+chciałem, aby tą siekierą, kt&oacute;rej udźwignąć nie
+mogłem, ugodził ja ktoś z g&oacute;ry, szatan czy
+<span class='pagenum'><a name="Str_99" id="Str_99">[Str. 99]</a></span>
+B&oacute;g&mdash;wszystko jedno! A przecież nie kląłem
+jej, kochałem ją; zdawała mi się tylko, jak każdemu,
+raz za złą, raz za głupią, raz za starą,
+i chciałem ją mieć lepszą, mądrzejszą, młodszą,
+inną; nie chciałem je; mieć taką, jaką była,
+chciałem, żeby ta istniejąca, ta żywa, ta matka,
+żeby skonała... dla zmartwychwstania wprawdzie;
+lecz śmierć jest, a w zmartwychwstanie kto dziś
+wierzy?</p>
+
+<p>Zbrodnia jest jak szczyt w chmurach: sępy
+na skałę lecą, a nietoperze o miękkich skrzydłach
+u st&oacute;p je; się kręcą, ku g&oacute;rze patrzą, łzy
+mają w oczach, a wzlecieć nie mogą, więc zataczają
+kręgi nisko, a gdy na ziemię spadną,
+chowane są ze czcią. Lecz kto więcej chmury
+kochał, kto silniej do skały się rwał, czy sęp,
+kt&oacute;ry na niej siedział, czy nietoperz, kt&oacute;ry na
+nią wzbić się nie m&oacute;gł? Ja dziś wiem, że nietoperz,
+że ja, że my. I pod ciężarem wiedzy
+tej upadam.</p>
+
+<p>Zaraził mnie, zaraził nas wszystkich. Widziałem
+ich, koleg&oacute;w przysięgłych, uśmiechniętych,
+zdrowych, szczęśliwych. Nie wierzę im: już jad
+w nich krąży; że na twarz im nie wybiegł,
+świadomości nie zmącił&mdash;c&oacute;ż to znaczy; wybuchnie.
+Osłabiony jestem, praca mnie wycieńczyła,
+więc prędzej uległem; na nich też przyjdzie
+kolej.</p>
+
+<p>Zbrodniarzem jestem, zbrodniarza też teraz
+<span class='pagenum'><a name="Str_100" id="Str_100">[Str. 100]</a></span>
+rozumiem. Jeszcze wczoraj nie mogłem odgadnąć
+jego myśli, dręczyłem się pr&oacute;żnem usiłowaniem,
+a dziś wiem, co on czuje, z nim jestem,
+jego męczarnią się męczę.</p>
+
+<p>On wie, że żyć będzie tydzień, że po siedmiu
+dniach otworzą się drzwi i kat go poprosi, żeby
+wyszedł z nim... na szubienicę. Może zliczyć
+w każdej chwili, ile mu zostaje nocy do przespania,
+godzin do oglądania słońca, może zliczyć,
+ile jeszcze razy puls uderzy, a że myśli
+wolno, wie, ile razy jeszcze myśleć będzie m&oacute;gł.
+W każdej chwili powiedzieć sobie może: oto
+np. trzysta siedemnasta przed śmiercią myśl
+moja; a że nie chce kończyć, lęka się myśleć,
+lęka się tej następnej myśli, kt&oacute;ra już trzysta
+szesnastą będzie, i nie myśli. A jeśli nie myśli,
+nie żyje. Czy tak, czy tak umiera.</p>
+
+<p>Każda sekunda, każdy krok zegara przybliża
+go do grobu, i chociażby z czasem całą siłą
+woli się borykał, ani jednej chwili nie powstrzyma.
+To też spadają one jednostajne, nieubłagane,
+zimne, wolne. Tak, bo czas mu wolno
+płynie. W sobie rozdziera go na niteczki tak
+cienkie, że wydłuża mu się stokrotnie, tysiąckrotnie,
+lecz jeśli niteczka taka, cienka niteczka
+pęknie&mdash;to jego śmierć.</p>
+
+<p>Ale nie to jest straszne.</p>
+
+<p>Straszne jest, że on to spadanie chwil słyszy
+i czuje. Każda chwila zdaje się żelaznym ciężarem,
+<span class='pagenum'><a name="Str_101" id="Str_101">[Str. 101]</a></span>
+kt&oacute;ry na wieko jego trumny&mdash;spada
+i dzwoni. Dzwoni tak głośno, że on zatyka
+uszy i głowę w poduszkę chowa, ale głos ten
+słyszy: dzwon, dzwon, dzwon... A każdy nowy
+ton łączy się z echem poprzednich i biją coraz
+dźwięczniej, coraz silniej, aż dusza rozkołysana
+ich dźwiękiem drga i odrywać się poczyna.
+O żelazne chwile!</p>
+
+<p>I czuje je. Zdarto mu skalp z głowy i na
+nagą kość z g&oacute;ry padają krople, pluszcza i zalewają
+mu oczy. Spadają te krople wciąż: raz,
+dwa, trzy... raz, dwa, trzy... Dłużej liczyć nie
+może. On szaleje, lecz umrze. Ja szaleję... a pewno
+żyć będę.</p>
+
+<p>Myśli moje, zostańcie zemną!!</p>
+
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;">
+<i>Dnia 16 maja</i>.
+</p>
+
+<p>Obawiam się pomieszania zmysł&oacute;w. Nie mogę
+wyjść z pokoju, nic prawie nie jem, głowę mam
+rozpaloną. Zdaje mi się wciąż, że jestem z nim
+pod kluczem, że z nim razem przed śmiercią...
+konam. Żona jest niespokojna; chciałaby posłać
+po lekarza, lecz boi się; dobrze robi, że się boi.
+Przysłała mi dzieci do pokoju; wypędziłem je.
+Ja nie mogę, nie powinienem mieć dzieci. Dzwony
+w uszach dzwonią; krople spadają i pluszczą,
+pluszczą, pluszczą.</p>
+
+<p>Głowa mi pęka. Nie sypiam. I czeg&oacute;ż się
+<span class='pagenum'><a name="Str_102" id="Str_102">[Str. 102]</a></span>
+lękam, jeśli wiem, że nie umrę na szubienicy?
+czemu się dręczę, jeśli wiem, żem nie zabił?
+Ale umrzeć mogę, zabić mogę! Chciałbym
+oszaleć!</p>
+
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;">
+<i>Dnia 18 maja</i>.
+</p>
+
+<p>Nie, śmierć jest inna, straszniejsza, groźniejsza,
+niż dotąd pojąć mogłem. Teraz ona jest
+bliżej i lepiej ją widzę. I tragedya ta leży w tem,
+że to nie śmierć nieubłagana, ponura ku nam
+się zbliża; to byłaby rozkosz jeszcze. Śmierć
+czeka spokojna, nieruchoma, a on żywy jeszcze
+ku niej schodzi po szczeblach, coraz niżej. Jak
+grzechotnik na spętaną czarem wiewi&oacute;rkę, utkwiła
+w nim swe oczy i stalowe sznury z ocz&oacute;w
+tych wychodzą, wiążą i ciągną ku sobie. I czuję,
+że żadna wola nie pomoże, że pr&oacute;żno szamotać
+się w tej pajęczynie, kt&oacute;ra zwiąże, ściśnie,
+ściągnie.</p>
+
+<p>Choć chwilę snu!</p>
+
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;">
+<i>Dnia 19 maja</i>.
+</p>
+
+<p>Jutro go powieszą, a wieszanie odbędzie
+się tak:</p>
+
+<p>Ranek. Si&oacute;dma godzina dzwoniła ledwie na
+wieżach: śpi jeszcze, bez marzeń, bez widziadeł,
+słodkim, czarnym snem. Otwierają się drzwi,
+klucze brzęczą, zawiasy skrzypią. Budzi się, ale
+nie wie, nie czuje jeszcze nic. Wchodzi cały
+<span class='pagenum'><a name="Str_103" id="Str_103">[Str. 103]</a></span>
+szereg ludzi, cały tłum bez końca. Prokurator,
+dyrektor więzienia, pisarz, ksiądz, str&oacute;ż, żołnierze,
+ludzkość cała się zbiegła: jak oni się
+tam pomieścić mogą? On wstaje; jak przed tyloma
+panami nie wstać? Prokurator czyta dźwięcznym,
+zimnym głosem: Wyrok z dnia... zatwierdzony...
+wedle prawa... dziś o si&oacute;dmej
+i p&oacute;ł wykonanym zostanie. On słyszy doskonale;
+m&oacute;głby powt&oacute;rzyć wszystko, choć pamięć
+ma nędzną&mdash;ale nie rozumie, nie wie co to
+ma znaczyć; wie, że się zdarzyło, że się zdarzy
+coś wielkiego, strasznego, nic więcej. Pytają
+go, czy niema jakich życzeń. Nie odpowiada.
+Życzenia? Pytają raz drugi. Nie odpowiada;
+sylabizuje po cichu: ży-cze-nia.</p>
+
+<p>Wychodzą wszyscy,&mdash;nareszcie&mdash;ryglują
+zn&oacute;w drzwi. To chyba sen. Zostaje tylko ksiądz&mdash;wysoki,
+cienki, chudy. Bierze go za rękę,
+m&oacute;wi coś jednostajnym, bezmyślnym głosem.
+Nagle on pada na ł&oacute;żko, z ust wybiega mu
+jakieś kr&oacute;tkie, gardłowe chrypienie, niby śmiech,
+niby zdławiony ryk. Zrozumiał. I zn&oacute;w cisza,
+tylko ksiądz dalej m&oacute;wi swe pociechy. Teraz
+on nic nie widzi, nie słyszy, rozumie tylko.
+Jest mu tylko ciężko w głowie, w piersiach;
+nawet wnętrzności mu coś ciśnie, rozpiera; rozluźnia
+się w nim wszystko, rozrywa. Chciałby
+się wyprostować, odchylić głowę, odetchnąć,
+krzyknąć, nie może; tak duszno, tak ciężko.</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_104" id="Str_104">[Str. 104]</a></span></p>
+
+<p>Ruszyć się nie może; żaden mięsień woli jego
+nie usłucha. Jest bezwładny; nawet serce bezwładnieje
+i wolniej, trudniej się kurczy. Ciężko,
+duszno&mdash;tylko ksiądz wciąż m&oacute;wi.</p>
+
+<p>Jak długo to trwa, nie czuje. Tak się boi,
+tak drży, że nawet nie wie o tem; nie została
+mu taka cząstka świadomości, kt&oacute;raby na ten
+strach spojrzeć mogła. Czego się boi, nie wyobraża
+sobie. Będzie <i>coś, coś</i> musi być. To
+coś już jest.</p>
+
+<p>Minęło p&oacute;ł godziny. Wchodzą zn&oacute;w ci sami,
+te same tłumy. &raquo;Czas iść&laquo;&mdash;m&oacute;wi dozorca.
+Zn&oacute;w wstał bezwiednie. Kolana ma tak miękkie,
+że gną się pod nim. Ksiądz bierze go pod pachę
+z jednej,&mdash;dozorca więzienia z drugiej
+strony. Podparty stoi&mdash;bezsilny, bezmyślny, prawie
+martwy. Takiego trupa nie można wlec.
+Dyrektor każe podać nap&oacute;j wzmacniający. Czekają
+wszyscy, milczą.</p>
+
+<p>Sługa więzienny wnosi nap&oacute;j: mocny arak,
+gorący, z korzeniami. Nie pije. Nie wie, czego
+od niego chcą. Sługa bierze kieliszek i wlewa
+mu do ust. Nie wypluwa, połyka&mdash;wszyscy
+czekają i milczą.</p>
+
+<p>Mija chwila; w&oacute;dka działa; zmysły zaczynają
+żyć; przedtem był ślepy i głuchy, teraz widzi
+i słyszy, jaskrawo, dobitnie; może się poruszyć.</p>
+
+<p>Dyrektor komenderuje zn&oacute;w: &raquo;Iść&laquo;. Wychodzą:
+naprz&oacute;d prokurator, potem dozorca, potem
+<span class='pagenum'><a name="Str_105" id="Str_105">[Str. 105]</a></span>
+on między księdzem a sługą, potem 12 żołnierzy
+z obnażonemi szablami. On idzie wprawdzie;
+stąpa, ale przewr&oacute;ciłby się, gdyby go wypuszczono
+z rąk. Idą wolno, więc ma czas przyjrzeć
+się wszystkiemu, a zmysły od w&oacute;dki ma żywe.</p>
+
+<p>Korytarz długi, trzykrotnie zagięty, jasny,
+tak jasny mu się zdaje. Okienka są małe, ale
+dzień jest letni, słoneczny, i na przeciwległej
+ścianie okna występują jak złote plamy.
+Bawią go te świeciste plamy, kt&oacute;re z oknem
+drgający pył łączy; cieszy się, że przez te pyty
+iskrzące przechodzić musi. Obejrzałby się za
+siebie, gdyby więcej miał życia w karku...
+i gdyby nie wiedział, że ten korytarz nie ma
+końca, bo nie wierzy, żeby się ta droga kiedy
+przerwać mogła: tak bez ustanku, wciąż krążyć
+będą wszyscy, między temi murami, to kąpiąc
+się w cieniu, to nurzając zn&oacute;w w złotych
+blaskach. Idzie więc coraz śmielej i za
+siebie się nie ogląda, bo wie, że to wszystko
+jeszcze setki, tysiące razy zobaczy. Idzie na
+śmierć spokojnie...</p>
+
+<p>Nagle wszystko się zapada, wszystko tonie
+w szumiących jasnych kaskadach. Jak kamień
+rzucony w wodę, opada ku dnu w głąb fal.
+Dobrze, że z tyłu podbiega dozorca i chwyta
+go za rękę, bo ksiądz i posługacz nie unieśliby
+nagłego ciężaru. Korytarz się skończył: są
+u wr&oacute;t podw&oacute;rza.</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_106" id="Str_106">[Str. 106]</a></span></p>
+
+<p>Podw&oacute;rze jest uśmiechnięte, jasne, wesołe.
+Słońce obryzgało światłem mur sąsiedniego domu
+i wapno bieli się tam i błyszczy, jakby
+srebrne. Niebo szafirowe, lśniące. Powietrze
+ciepłe, świeże, wonne. W powietrzu słychać
+jakieś szmery z miasta, z p&oacute;l, z życia.</p>
+
+<p>Zatrzymują się wszyscy. On nie może jeszcze
+iść naprz&oacute;d. Ksiądz szepce mu do ucha. On
+pociech jego nie słyszy. Patrzy, patrzy w niebo,
+potem spuszcza wzrok na mur przeciwległy.
+Kominy pobliskiego domu ostremi cieniami odbijają
+się w słońcu. Te silne, ciemne linie podobają
+się jego oczom. Opuszcza wzrok; na
+prawo od muru... Ten widok mąci mu m&oacute;zg;
+w głowie ma zawr&oacute;t, zamęt, druzgotanie; mdłość
+go ogarnia, wymiotowałby prawie, gdyby był
+co jadł. To szubienica. Dwie belki, na nich
+poprzeczna trzecia, w poprzecznej hak, na haku
+długi, skręcony w pętlę rzemień. Pod szubienicą
+para schodk&oacute;w: dla niego jedne, dla kata
+drugie. Przy schodkach orszak katowski w odzieży
+czarnej, jak żałobnicy; pięciu ludzi: kat
+gł&oacute;wny, kt&oacute;ry wiesza; czterej pachołkowie, kt&oacute;rzy
+trzymają ciało, nim trupem się stanie. I to
+wszystko widać jasno, o trzydzieści, o dwadzieścia
+krok&oacute;w&mdash;na tle błękitu, zielonych
+drzew i białego muru.</p>
+
+<p>Patrzy, stoi. Wszystko mu mętnieje w oczach,
+szubienica zaczyna tańczyć i w podskokach ku
+<span class='pagenum'><a name="Str_107" id="Str_107">[Str. 107]</a></span>
+niemu się zbliża. Nie cofa się; żaden mięsień
+twarzy mu nie drga, źrenice utkwione spokojnie,
+tylko dusza, nawp&oacute;ł wyrwana z ciała, dygoce.
+Ktoś z obecnych powiada p&oacute;łgłosem, że skazaniec
+jest nieprzytomny. Stoi wciąż.</p>
+
+<p>Niepodobna czekać i przedłużać egzekucyę.
+Dyrektor daje znak&mdash;kilku żołnierzy się zbliża;
+jeden pomaga księdzu, drugi bierze za rękę,
+trzeci podpiera z tyłu. Popychają go raczej, niż
+prowadzą. Początkowo daje się posuwać, jak
+martwy; za trzecim krokiem machinalnie podnosi
+nogi&mdash;przecież jeszcze żyje; idzie wolno,
+bardzo wolno, ale idzie. Ma tylko dwadzieścia
+krok&oacute;w do przebycia: kto m&oacute;głby żądać, żeby
+się spieszyć miał?</p>
+
+<p>Obserwuje każdą piędź ziemi; oczy ma spuszczone
+na d&oacute;ł. Zbyt osłabiony jest, aby źrenice
+ku g&oacute;rze podnieść. Spogląda pod siebie,
+widzi każde ziarnko piasku, każdą wśr&oacute;d kamieni
+trawę. Każdy krok naprz&oacute;d boli go fizycznie...</p>
+
+<p>Nad uchem zabrzęczała mu mucha i siadła
+na czole; schodzi teraz od włos&oacute;w ku brwiom.
+Swędzą go dotknięcia je; łapek, lecz nie odpędza
+jej; niech chodzi&mdash;przecież są r&oacute;wni: ona
+żywa i on żywy. Za chwilę przylecą doń cale
+roje much i pieścić go będą skrzydełkami, a on
+nie będzie ich czuł, tak jak teraz tę jedną małą
+czuje... Te muchy będą żyły. Idzie. Nagle ci,
+kt&oacute;rzy go prowadzą, stają&mdash;i on staje. Unosi
+<span class='pagenum'><a name="Str_108" id="Str_108">[Str. 108]</a></span>
+trochę oczy: przed nim ż&oacute;łte schodki... Więc już
+przeszli, dwadzieścia krok&oacute;w przeszli! To nie
+może być, szubienicę przysunięto! Wr&oacute;cić,
+wr&oacute;cić! Chce obejrzeć się za siebie, brak mu
+sił, aby wykręcić ciało, pochyla się więc tylko
+trochę, i ciężej na żołnierzu opiera. Podchodzi
+kat z pachołkami: on teraz do nich należy; żołnierze
+czynność swą skończyli...</p>
+
+<p>Dwaj pachołkowie stają po bokach schodk&oacute;w;
+dwaj biorą go pod pachy, wchodzą na pierwszy
+stopień i jego tam wciągają. Na szczeblu tym
+ocknął się: dotąd był r&oacute;wny wśr&oacute;d r&oacute;wnych&mdash;wszyscy
+szli, pełzali po ziemi; teraz on o głowę
+wyższy od nich. Dotąd, gdzieś w duszy, pod
+duszą, głęboko było coś, niby nadzieja, że
+ta śmierć nie przyjdzie, że zerwie się jakiś
+huragan, wichry, gromy i deszcze rozbiją, rozsypią,
+rozniosą więzienie, ziemię, świat... Niebo
+szafirowe, powietrze ciepłe, słońce złote, tak
+blisko nad głową, że gdyby podni&oacute;sł rękę, umaczałby
+palce w promieniach. To śmierć przyszła.</p>
+
+<p>Z sąsiednich schodk&oacute;w kat m&oacute;wi cicho:
+<i>schneller!</i>&mdash;Wnoszą go na następny szczebel.
+Stal jakaś ściska mu m&oacute;zg i trzewia. Czczość
+go mdli, czkawka wstrząsa mu gardło. <i>Schneller!</i>
+Są na szczycie. Kat bierze pętlę, pr&oacute;buje w ręku,
+zakłada mu na szyję, poprawia węzeł z tyłu,
+wprost na kręgi. Ścisnął, rzemień dotknął sk&oacute;ry.
+Rzemień zimny, tak zimny, że go parzy. Dotknięcie
+<span class='pagenum'><a name="Str_109" id="Str_109">[Str. 109]</a></span>
+pętli wyrywa mu duszę. Dusza szaleje
+z lęku: tłucze w ściany czaszki, rani skrzydła
+swoje, zrozpaczona upada i zn&oacute;w zrywa się,
+jak przerażony ptak i wali w czaszkę nieprzytomna,
+wściekła...</p>
+
+<p><i>Fertig!</i> Pachołkowie zeskakują z schodk&oacute;w
+i wytrącają mu je z pod n&oacute;g. Opada p&oacute;ł łokcia
+niżej. Naprz&oacute;d brak powietrza, usta otwierają
+się szeroko i drgają, oczy wyskakują z orbit;
+potem lubieżny dreszcz&mdash;węzeł ruszył rdzenia&mdash;naga
+halucynacya przed nim, potem
+trzask, jakby świat się zwalił, tuż pod uchem,
+pod m&oacute;zgem: czaszka pęka, wszystko się rozkrusza,
+węzeł lamie kręgi&mdash;i potem nic, nic...
+drgawki. Kat jedną ręką oparł mu się na ramionach,
+drugą zakrył mu usta; pachołkowie
+trzymają ręce i nogi; nie łatwo utrzymać, bo
+kurcze miotają ciałem silnie. Wreszcie kurcze
+słabną, można puścić. Wisi prawie nieruchomy.
+Skończone.</p>
+
+<p>Widzowie rozchodzą się do swych zajęć; prokurator
+do sądu, żołnierze do koszar, dozorca
+do biura. Wszyscy z tym widokiem w oczach
+będą żyć, jeść, pić, całować, mordować.</p>
+
+<p>Trup zostaje na szubienicy sam; grzebać
+wolno dopiero po sześciu godzinach. Nie... nie
+sarn, bo słońce wtargnęło wyże; na niebo i z za
+muru zagląda mu ciekawie w twarz. Słońce,
+bezmyślne słońce, wszystkim r&oacute;wnie jasne, patrzy
+<span class='pagenum'><a name="Str_110" id="Str_110">[Str. 110]</a></span>
+oko w oko sprawiedliwości ludzkiej, promienne,
+obojętne, pogardliwe.</p>
+
+<p>To jest wieszanie. Światu się zdaje, że jednego
+dostał trupa, a przecież posiał śmierć
+w dziesiątkach ludzi. Aby ukarać jednego zbrodniarza&mdash;dziesięciu,
+stu mniejszych stworzył.
+Ci wszyscy, kt&oacute;rzy jutro na to patrzeć będą,
+czy zapomną? Zagłuszą! ale nie zapomną!
+Ściskać będzie kt&oacute;ry pierś, szyję kochanki,
+pieścić dzieci swoje&mdash;i nagle jak rekin, wynurzy
+żarłoczną paszczę ten obraz: otwarte usta, łaknące
+powietrza, wysadzone przeraźliwie źrenice&mdash;i
+szepnie: mocniej całuj, silniej ściśnij.
+I ręka bezwiedna, nieubłagana posłucha, ulegnie,
+ściśnie i zadławi. Ten widok tam u tych ludzi,
+żywy w m&oacute;zgu&mdash;to Moloch, kt&oacute;ry zażądać kiedyś
+może i zażąda swe; krwawe; ofiary.</p>
+
+<p>A kat, pięciu kat&oacute;w? Ja, matkob&oacute;jca,
+gdym dobijał swego chorego, martwego psa,
+drżałem i płakałem. A oni zabijają człowieka
+spokojnie, fachowo, trzymają mu ręce, zatykają
+mu usta. Kat wraca do domu z odciśniętemi
+na dłoni zębami skazańca! Te fioletowe plamy
+w ręce się nie wryją, znikną. Biedna lady Macbeth!
+Myśli, kt&oacute;re się w ich m&oacute;zgach kojarzą,
+muszą się o siebie zaczepiać jak rzemień
+o hak, jak pętlica o szyję. Myślenie tych ludzi,
+to syllogizmy z szubienic, stryczk&oacute;w, trup&oacute;w.
+I zbrodniarzy tych, zbrodniarzy płatnych, stwarza
+<span class='pagenum'><a name="Str_111" id="Str_111">[Str. 111]</a></span>
+sobie społeczeństwo przez m&oacute;j wyrok, przezemnie.
+To los m&oacute;j, konieczność. Ślad sw&oacute;j
+znaczyć muszę trupami, kt&oacute;rych nikt nie dojrzy,
+nie pomści. A ja się tych niewidzialnych trup&oacute;w
+tak lękam; lękam się, że staną kiedyś w urocznej
+godzinie te białe upiory, widome oczom
+wszystkich i zduszą mnie, wołając: &raquo;tyś nasz
+morderca!&laquo; Jam ich morderca!</p>
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;">
+<i>Dnia 19 maja, wieczorem.</i>
+</p>
+
+<p>Ocalę Pułkowskiego, ocalę wszystkich, odmienię
+wyrok, własną bronią pobiję tych, co go
+wydali. Bo przecież oszukano nas, przysięgłych,
+oszukano haniebnie. Jak mogłem odrazu tego
+nie spostrzedz!</p>
+
+<p>My, sąd, skazaliśmy go na śmierć, lecz nie
+na umieranie. Kazaliśmy mu nie istnieć, nie kazaliśmy
+mu przestać być. Niech go nie będzie,
+lecz niechaj nie znika. Śmierć, nieistnienie, jak
+wielkość ujemna jest też rodzajem bytu, ujemnem
+życiem&mdash;tylko zero, przejście, zgon jest niczem,
+przerażającem niczem. A przecież katowska
+kara, kt&oacute;rą jutro spełnić miano, jest tylko umieraniem,
+męczarnią. Tego w wyroku naszym
+nie było. Niech geniusz ludzki znajdzie środek;
+niech go wtrącą w gr&oacute;b, tak, aby ani jednej
+chwili nie umierał, zgoda! Trzeba tłomaczyć
+wyrok dobrze i wykonać go ściśle. Niech szukają
+<span class='pagenum'><a name="Str_112" id="Str_112">[Str. 112]</a></span>
+sposobu, niech wyplączą się z sidełt, kt&oacute;re
+obłudnie na nas zastawili!</p>
+
+<p>Biegnę do sądu.</p>
+
+<p>
+..............................................<br />
+..............................................
+</p>
+
+<p>Wyśmiano mnie. Ha! ha! ha! ha!</p>
+
+
+<p>
+<br />
+<br />
+</p>
+
+<p style="text-align: right;">
+<i>Dnia 1 czerwca.</i>
+</p>
+
+<p>Powracam do zdrowia. W nocy, przed tym
+dniem, kiedy go powieszono, dostałem gwałtownej
+gorączki. Majaczyłem, byłem cały tydzień
+nieprzytomny. Żona mi m&oacute;wi, żem krzyczał
+wciąż: &raquo;nie dajcie mnie powiesić&laquo;; podarłem
+wszystkie koszule, każde dotknięcie do szyi
+wprawiało mnie w szał. Musiano mnie posadzić
+na niskim fotelu, ubrania i kołdry podwiązano
+mi pod ramionami. Lekarz sądził, że umrę; nie
+umiał mnie leczyć, bo takiej choroby jeszcze
+nie widział. Przeżyłem. Będę zdr&oacute;w, bo tylko
+dusza we mnie umarła, nie cała. Zostało mi jej
+właśnie tyle, ile trzeba, by wolno, zdrowo dojść
+do grobu. I tym ułamkiem będę musiał wystarczyć
+sobie i... światu. Bo społeczeństwo ma
+swoje wymagania; jestem zdr&oacute;w, mam żonę
+i dzieci, obowiązki. Muszę dzieci chować, z żoną
+żyć, z ludźmi handlować, myśleć, działać. Zabijałem
+matkę, lecz bez przelewu krwi&mdash;nikt,
+<span class='pagenum'><a name="Str_113" id="Str_113">[Str. 113]</a></span>
+nawet B&oacute;g mnie za to nie ukarze: zabiłem Pułkowskiego
+w sądzie&mdash;wszyscy mnie za to pochwalą.
+Kodeks milczy i serca moich bliźnich
+milczą. Nie jestem więc w więzieniu. A że ten
+okruch duszy zdrowej, kt&oacute;ry mi pozostał, nie
+wyplątał się z kajdan i idzie drogą innych&mdash;nie
+jestem szaleńcem. Gdybym oszalał był, gdyby
+świadomość w tych mękach zatonęła, byłbym
+wolny, chociażby... w szpitalu; dzisiaj w domu,
+na ulicach miasta jestem niewolnikiem... nawet
+logiki własnych myśli. I muszę drżeć, kiedy dotykam
+żony lub całuję dzieci, abym ich niewinnie
+nie zadusił, muszę się bać każdego
+swego czynu, bo może być sprawiedliwy, a ja
+wiem teraz, że sprawiedliwość jest większą
+zbrodnią, aniżeli mord.</p>
+
+<p>Jak będę żył?...</p>
+
+<hr style="width: 65%;" />
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_115" id="Str_115">[Str. 115]</a></span></p>
+
+
+<h2><a name="SPOTKANIE" id="SPOTKANIE"></a>SPOTKANIE.</h2>
+<hr style="width: 65%;" />
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_117" id="Str_117">[Str. 117]</a></span></p>
+
+
+<h3><a name="Spotkanie" id="Spotkanie"></a>Spotkanie.</h3>
+
+<p>Nieraz czuje się nieprzepartą potrzebę, prawie
+żądzę pogrążyć się w błocie, duszą i ciałem
+wykąpać w brudzie..., aby potem czystszym
+podnieść się z upadku. Na dnie tej dziwnej
+kuracyi leży brutalne zadowolenie egoizmu,
+ogłuszenie czasem budzącej się samokrytyki
+widokiem istot bardziej upadłych, bardziej podłych.&mdash;Zkąd
+nagle rodzi się to głębokie niezadowolenie
+z siebie, kt&oacute;re kładłoby nam rewolwery
+w ręce, gdyby nie zawsze gotowe
+ujście do rozpusty? Zdaje mi się, że ani mię kto
+obraził i nicość moją wykazał, ani nie zrobiłem
+nic takiego, czegobym się wstydzić potrzebował,
+a jednak... niezadowolony jestem z siebie,
+i chciałbym się siebie pozbyć łub zapomnieć.
+Lada drobnostka, lada błahe zdarzenie może
+być szczeliną duszy, kędy, jak z wulkanu, wychodzi
+dym, zwykle tłumiony w głębi.</p>
+
+<p>Przyszło na mnie to pęknięcie duszy, tak &raquo;bez
+powodu&laquo;, w słotnym październiku, kiedy bez
+<span class='pagenum'><a name="Str_118" id="Str_118">[Str. 118]</a></span>
+ustanku spadające krople roztapiały, zda się,
+mury dom&oacute;w i m&oacute;zgi ludzi. Wiatr wył po ulicach,
+zrzucał czapki i płaszcze, podnosił suknie
+i zrywał szmaty zawsze tam, gdzie na ciele
+rana była, lub obrzydliwość jaka. I zdawało mi
+się, że październik ten nie będzie miał końca&mdash;tak
+dawno zaczęły się niepogody&mdash;że stanął
+bieg czasu i chwila ostatnia zastanie nas w tym
+samym październiku, tego samego dnia. Obrzydł
+mi spok&oacute;j i komfort domu, ładnie umeblowany
+gabinet, zarzucony stosem bezmyślnych książek,
+obrzydło mi życie codzienne, obrzydła mi
+nawet żona, stworzenie ładne i dobre: raz sądziłem
+się jej niegodnym, i dąsałem na nią,
+że podchodziła do mnie z pieszczotami, to zn&oacute;w
+upatrywałem w niej wszystkie wady i twierdziłem
+w sobie, że mię unieszczęśliwiła.</p>
+
+<p>Lecz to wszystko znieść jeszcze można. Najbardziej
+było mi męczącem, że dwie pęknięte
+moje połowy jakby się całkiem rozdzieliły i stały
+się sobie i obce i wrogie. Wszystko co robiłem,
+wydawało mi się, jakby robionem przez kogoś
+innego. Krytykowałem wszystkie czyny swoje,
+i widziałem, że były bezmyślne i podłe. Z ironią
+m&oacute;wiłem do siebie: patrz, to ty zrobiłeś.
+I ten ironiczny śmiech powtarzał się wciąż, na
+każdym kroku.</p>
+
+<p>Wyszedłem p&oacute;źnym wieczorem z domu, i pomęczywszy
+się trochę po ulicach wstąpiłem do
+<span class='pagenum'><a name="Str_119" id="Str_119">[Str. 119]</a></span>
+knajpy. Rozejrzałem się po sali: zastałem kilku
+znajomych, dawnych koleg&oacute;w, nieżonatych jeszcze,
+więc korzystali z pełni swobody. Zwykle
+towarzystwo ich nie sprawiało mi przyjemności,
+unikałem ich nawet, mając za ludzi głupich i nie
+wiele wartych. Wtedy jednak kontent byłem, że
+ich widzę i zbliżyłem się do nich. Przywitali mię
+okrzykami: &raquo;Oho, nasz żonkoś, co to? Z domu
+ucieka&laquo; i t. p. Nie pamiętam, ale zdaje mi się,
+że pozwolili sobie kilku docink&oacute;w dla mojej żony,
+za kt&oacute;re zwykle bym wypoliczkował; wtedy
+jednak znosiłem spokojnie... sam się śmiałem.
+Kazaliśmy podać w&oacute;dki, potem piwa, potem zn&oacute;w
+w&oacute;dki, potem likieru, i tak siedziałem w nocy,
+słuchając banalnych dowcip&oacute;w i starych plotek,
+kt&oacute;remi dawno niewidzianego przyjaciela raczyli.
+Była już p&oacute;źna noc.</p>
+
+<p>&mdash;Pojedziesz, zapytał jeden drugiego.</p>
+
+<p>&mdash;Jeżeli chcesz... nie idę jutro do biura, to
+można się wysypiać.</p>
+
+<p>&mdash;To pojedziemy. Jak się bawić, to porządnie.</p>
+
+<p>&mdash;Dokąd pojedziecie, zapytałem obu.</p>
+
+<p>&mdash;Eh! Niby to można, odpowiedział tw&oacute;rca
+projektu, przy żonkosiu&mdash;żonkosiem stale mnie
+nazywali&mdash;o tem m&oacute;wić, jeszcze się pogniewa
+i obrazi.</p>
+
+<p>&mdash;Ależ m&oacute;wcie, c&oacute;ż to szkodzi, rzekłem trochę
+zirytowany.</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_120" id="Str_120">[Str. 120]</a></span>
+&mdash;Żonkoś pewnie nawet nie wie, co to jest.</p>
+
+<p>&mdash;M&oacute;wcież, bo się pogniewam, u furgon&oacute;w
+mil beczek&mdash;miałem dobrze w głowie.</p>
+
+<p>&mdash;Powiedzieć mu? zapytali jeden drugiego
+jednocześnie.</p>
+
+<p>&mdash;M&oacute;w; i jeden nachylił mi się do ucha
+i zaczął szeptem: &raquo;pojedziemy do ... Loli. <a class="ins" href="#tnote_16" name="tAnchor_16" title="&raquo;&raquo;">&raquo;</a>Loli&laquo;
+wrzasnął prawie na całe gardło.</p>
+
+<p>Spojrzeli na mnie, jakby ciekawi wrażenia,
+jakie to na mnie wywrze. Przeszedłem ich oczekiwania.</p>
+
+<p>&mdash;Pojadę z wami, rzekłem.</p>
+
+<p>Była chwila zdziwienia; i za kawalerskich
+czas&oacute;w chodziłem tam rzadko. Wnet posypały
+się zmieszane okrzyki radości i wybuchy śmiechu
+tem głośniejsze, że dwie butelki w&oacute;dki były
+pr&oacute;żne, a piwo poodnosił już kelner, bo inaczej
+cały st&oacute;ł byłby zastawiony.</p>
+
+<p>&mdash;Brawo! Dzielny chłop! To mi zabawa: zawieziemy
+żonkosia zdrajcę. Zapoznamy go z Lolą.
+Daj buzi! Jak Boga kocham, nie zbabiał!...</p>
+
+<p>Pocałowaliśmy się.</p>
+
+<p>Wyszliśmy z restauracyi, bo już nas przepraszano,
+że zakład zamykać muszą. Dorożka
+była tuż zaraz. Pojechaliśmy, ściskając się i całując
+z rozczulenia przez całą drogę.</p>
+
+<p>Na miejscu nie zastaliśmy wiele os&oacute;b. Było
+dość p&oacute;źno i dzień powszedni: pięć czy sześć
+dziewcząt, porozkładanych na fotelach w jaskrawych
+<span class='pagenum'><a name="Str_121" id="Str_121">[Str. 121]</a></span>
+kostyumach i paru mężczyzn. Stary, siwy
+jegomość umawiał się z jedną w kącie sali;
+jakiś bezwąsy młokos leżał wyciągnięty na fotelu:
+oczy szklane, bez wyrazu utkwione w jeden
+punkt sufitu, m&oacute;wiły, że mu już nic do
+szczęścia na ziemi nie brakuje. Był jeszcze
+trzeci mężczyzna opr&oacute;cz nas&mdash;siedział na kanapie,
+tyłem zwr&oacute;cony do mnie. Nie widziałem
+jego twarzy, uderzyła mię tylko wysoka postawa
+i bujne krucze włosy, kt&oacute;re, niestrzyżone
+widać dawno, spadały mu na szyję. Ubranie na
+nim było obdarte i brudne. Przyciskał na kolanach
+siedzącą wątłą, szczupłą blondynkę i m&oacute;wił
+je; coś, co jak mi się zdawało, nie zawsze
+i nie każden w takiem miejscu m&oacute;wi. Moi towarzysze
+przywitali się z nim; podał im rękę
+obojętnie i nie przeszkadzał sobie w rozmowie.
+Zapytałem ich, kto to taki.</p>
+
+<p>&mdash;Widać, że tu nie bywasz; toć to stały
+gość, niejaki Rysiński, literat podobno i adwokat.</p>
+
+<p>&mdash;Co? Rysiński, Jerzy, zawołałem i spojrzałem
+raz jeszcze uważnie na tego, kt&oacute;ry mi się
+dotąd nieznajomym wydawał.</p>
+
+<p>Tak, to on! Jak mogłem go nie poznać!
+Wszak to jego wzrost i zarost i twarz nieprawidłowa,
+powykręcana, a jednak prawie piękna,
+i te usta ogromne, czerwone, jakby rozkazujące
+kiedy m&oacute;wić zaczynały. Nie widziałem go lat
+<span class='pagenum'><a name="Str_122" id="Str_122">[Str. 122]</a></span>
+tyle, a jednak niema najmniejszej wątpliwości&mdash;to
+on.</p>
+
+<p>Podszedłem ku niemu, i kładąc mu rękę na ramię,
+zawołałem po imieniu. Obejrzał się na mnie,
+trochę zły na intruza, kt&oacute;ry mu przeszkadzał;
+nie poznał mnie. Rzeczywiście, zmieniłem się
+znacznie od chwili ukończenia gimnazyum.</p>
+
+<p>Przedstawiłem się.</p>
+
+<p>Wstał i patrząc wciąż na mnie, silnie, dwukrotnie
+uścisnął mi rękę. Teraz, gdy widziałem
+go przed sobą, twarzą w twarz, poznałem go
+jeszcze lepiej. Rzeczywiście, mało się zmienił,
+tylko zarost miał bujniejszy i we włosach nad
+skronią&mdash;czego nie mogłem <a class="ins" href="#tnote_17" name="tAnchor_17" title="dostrzedz">dostrzec</a> z tyłu&mdash;przeświecała
+gdzieniegdzie dość gęsta siwizna.</p>
+
+<p>To on! M&oacute;j dawny antagonista ze szkolnych
+czas&oacute;w, kt&oacute;ryby zawsze w niwecz obr&oacute;cił pracowitość
+mych domowych godzin, gdyby nie
+sprawowanie. Zawsze z nauczycielami miał zatargi,
+a gdy się uni&oacute;sł, na słowa nie zważał,
+więc mu ledwie tylko dostateczny stopień ze
+sprawowania dawano. Ileż razy chciano go wydalić!
+Ocalił go tylko nasz filolog&mdash;ważna figura
+w gimnazyum&mdash;kt&oacute;ry dyrektora upewniał,
+że czterdzieści lat uczy, a nie spotkał ucznia,
+kt&oacute;ryby tak łacinę i grekę pojmował. I w historyku
+miał przyjaciela, bo ten lubił, gdy mu kto
+obszernie lekcyę wydawał, a Jerzy miał zawsze
+jakieś swoje fakty i poglądy, o kt&oacute;re się spierali.</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_123" id="Str_123">[Str. 123]</a></span>
+Po ukończeniu gimnazyum, rozeszliśmy się.
+Studyowałem zagranicą, podr&oacute;żowałem, długi
+czas mieszkałem na prowincyi; co się z nim
+działo, słyszałem tylko urywkami. Z trudem
+przeszedł przez wydział prawny, został adwokatem,
+gwałtowną mową w jakimś skandalicznym
+procesie zyskał sobie imię i wziętość. Pisał trochę;
+parę utwor&oacute;w jego czytałem; były może
+nie tyle piękne, ale tak osobliwe i niezwykle,
+jakich dotąd u nas nie spotykałem. Nawet urzędowa
+krytyka chwaliła go, choć nie zbyt chętnie.
+Lecz wszystko to były wspomnienia dawne.
+Od pięciu, sześciu lat straciłem go całkiem
+z oczu. Nikt prawie nie wiedział, co robi i gdzie
+się obraca.</p>
+
+<p>I oto spotkałem go tam...</p>
+
+<p>&mdash;Tyle lat, co za szczeg&oacute;lny traf. Ale m&oacute;wże,
+co się z tobą dzieje. Od nikogo wiadomości
+o tobie dostać nie można.</p>
+
+<p>&mdash;Udzieli ci ich nawet szwajcar z przed bramy.</p>
+
+<p>&mdash;Wiesz, nie przychodziło mi na myśl tu
+się o ciebie dopytywać.</p>
+
+<p>&mdash;Tak, zawsze unikaliście tego, co z pierwszej
+ręki płynie.</p>
+
+<p>Rozmowa nasza była co najmniej dziwną.
+Stałem też zmieszany prawie, nie wiedząc, czy
+się żegnać, czy dalej rozmawiać.</p>
+
+<p>&mdash;Ale czeg&oacute;ż stoisz, siadaj.</p>
+
+<p>Schwycił mię za rękę, aby przy sobie posadzić.
+<span class='pagenum'><a name="Str_124" id="Str_124">[Str. 124]</a></span>
+Po gwałtownem, nieelastycznem szarpnięciu
+poznałem, że musiał był pić dosyć.</p>
+
+<p>&mdash;Albo po co tu, gdzie te małpy na nas patrzą.
+Weź klucz&mdash;zwr&oacute;cił się do dziewczyny&mdash;i
+chodź z nami na g&oacute;rę, tylko każ przynieść
+piwa.</p>
+
+<p>Zrozumiałem, że początek naszej rozmowy
+nie zdradzał wcale osobliwej ku mnie antypatyi.
+Ta szorstkość, prawie gburowatość, stała się
+zapewne jego manierą w stosunkach towarzyskich.</p>
+
+<p>Dziewczyna wstała, aby spełnić polecenie.
+Zobaczyłem teraz, że była ubrana w p&oacute;łkr&oacute;tki
+kostyum. Nogi w czarnych ażurowych pończochach
+delikatnemi liniami zarysowały się po kolana<a class="ins" href="#tnote_18" name="tAnchor_18" title=",">.</a></p>
+
+<p>&mdash;Ładna, rzekłem odprowadzając ją wilgotnym
+wzrokiem.</p>
+
+<p>&mdash;Ładna; ale co tam, zdechnie ta, to będzie
+inna.</p>
+
+<p>Poszliśmy za dziewczyną. Z towarzyszami
+moimi nie pożegnałem się nawet. Od nowych
+wrażeń zaczynałem już trzeźwieć, towarzystwo
+ich zn&oacute;w stawało mi się wstrętnem. Byłem kontent,
+że przy kuflach o mnie zapomnieli.</p>
+
+<p>Po chwili siedzieliśmy troje w jednym z tych
+małych pokoik&oacute;w na trzeciem piętrze, jak zawsze
+w takich domach. Przed nami na stole
+paliła się lampa, naokoło obstawiona butelkami,
+<span class='pagenum'><a name="Str_125" id="Str_125">[Str. 125]</a></span>
+kt&oacute;re wni&oacute;sł posługacz. Za wychodzącym nasza
+gospodyni zamknęła drzwi na klucz. Potem
+zdjęła stanik i chciała odwiązywać sp&oacute;dnicę;
+gotowała się widać na zabawę. Jerzy przerwał
+jej i podchodzącą ku nam podni&oacute;sł w g&oacute;rę,
+i nieruchomą, zduszoną posadził sobie na kolanach.
+Piwo było w naszych trzech szklankach.</p>
+
+<p>&mdash;A ty ciągle to samo; pisujesz do dziennik&oacute;w?</p>
+
+<p>&mdash;Tak, jestem wsp&oacute;łredaktorem Przeglądu;</p>
+
+<p>&mdash;C&oacute;ż? Podobają ci się twoje artykuły, co?</p>
+
+<p>Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.</p>
+
+<p>&mdash;Przecież m&oacute;j drogi, nie są gorsze ...</p>
+
+<p>&mdash;Tak, tak, ale poc&oacute;ż je pisać? Niby nie
+wiesz, co się robi z zeszłotygodniową gazetą.
+Więc ty nie wstydzisz się pisać po to, aby
+inni... Wybuchnął głośnym pijackim śmiechem.</p>
+
+<p>&mdash;Przyznam ci się...</p>
+
+<p>&mdash;Tak, tak, przerwał spieszniej, niewłaściwe
+żarty; obraź się, obraziło się już tylu; dlaczego
+ty masz być wyjątkiem? Tak, obrażać ci się
+wolno, tylko nie wolno ci udawać, że wiesz,
+poco pracujesz. Ot, jak stare konie w kieracie,
+jeden za drugim ślepy, zawsze w k&oacute;łko obraca
+swe jarzmo i powiada: pracuję dla ludzkości,
+dla kraju, dla rodziny... Kłamstwa, kłamstwa!</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_126" id="Str_126">[Str. 126]</a></span>
+Rysiński milczał chwilę, patrząc bez wyrazu
+przed siebie, jak gdyby szukał sł&oacute;w, kt&oacute;re oddawna
+miał w pogotowiu, tylko gdzieś nagle
+ich zapomniał.</p>
+
+<p>&mdash;Rozgłos, pieniądze, nic, błahostka, choćby
+chęć droższej kolacyi, to was pcha da roboty.
+Praca dla innych, altruizm, ha, ha! Człowiek,
+kt&oacute;ryby chciał być altruistą, musiałby od tego
+zacząć, żeby przestał istnieć. Spr&oacute;buj pracować,
+gdyby każde słowo prawdy&mdash;tej prawdy, kt&oacute;ra
+wiesz, że nie istnieje&mdash;miało cię kosztować jedną
+ranę. Co? Pracowałbyś? Ale dla was to waryackie
+myśli; wy macie swoje teorye, zgodności
+społeczne: jednostka i og&oacute;ł, egoizm i altruizm,
+wszystko się ze sobą godzi; jednego
+mniej, drugiego więcej, a zawsze jakieś ciasto
+wyjdzie. Istne z was centaury. Głowy kawałek
+w was ludzkiej, lub małpiej, lecz reszta nawet
+nie końska, ale świńska. I wy się macie za ludzi,
+za całych ludzi, kiedy zręczny n&oacute;ż tak zawsze
+wykroić was może, że wam człowieka wytnie,
+a zwierzę na cztery wiatry światu puści!..
+Ale kr&oacute;tki macie wzrok, nie widzicie własnych
+racic. Dla kawałka ludzkiej głowy brać się za
+człowieka, to zabawne! Zaśmiał się serdecznie.</p>
+
+<p>&mdash;Może swoje postępowanie wystawiasz za
+wz&oacute;r ludzkiego życia, odparłem trochę zirytowany.</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_127" id="Str_127">[Str. 127]</a></span>
+Rozmowa po tylu latach niewidzenia nie była
+zbyt serdeczną.</p>
+
+<p>&mdash;Co, ty myślisz, że po ludzku żyć to wygrzewać
+się w pielusze waszej moralności. Świetna
+ta stara bajka o lisie, kt&oacute;remu ogon odcięto:
+obowiązki, przepisy ma ten, kto nie ma
+sił. Wybyście wszyscy tutaj przyszli, nie wychodzilibyście
+ztąd, i z gorszych jeszcze nor,
+gdyby wam sił starczyło. Przyjdą, popatrzą,
+i spluną, jak lis na zielone winogrona. Przychodź
+tygodniami, tak jak ja, a zobaczymy,
+czy będziesz tak wyglądał.</p>
+
+<p>Rysiński był znanym w szkole siłaczem i pomimo
+zmęczonych oczu i cery, widać było, że
+mięśni swych nie stracił.</p>
+
+<p>&mdash;Tak, ale dla was to niepotrzebne, wy
+używacie zawsze umiarkowanie, po ludzku.
+Trochę prostytucyi, trochę małżeństwa, wszystko
+w takiej samej miksturze, jaką wy jesteście.
+Gardło mi zaschło.</p>
+
+<p>Wypił duszkiem szklankę piwa i pochylił się
+w tył na fotelu. Ruch ten rozbudził dziewczynę,
+kt&oacute;ra znudzona rozmową, zasnęła mu była na
+kolanach. Jak nieprzytomna otworzyła oczy,
+ziewnęła, ale wnet przyszła do siebie.</p>
+
+<p>&mdash;P&oacute;jdę spać, rzekła do Jerzego.</p>
+
+<p>&mdash;Dobrze, odpowiedział jej kr&oacute;tko.</p>
+
+<p>Dziewczyna wstała, podeszła do ł&oacute;żka, obojętnie
+zrzuciła sp&oacute;dnicę, zdjęła pończochy; położyła
+<span class='pagenum'><a name="Str_128" id="Str_128">[Str. 128]</a></span>
+się p&oacute;ł naga na kołdrze. Po chwili miarowy,
+głośny oddech dał nam poznać, że zasnęła.
+Milczeliśmy w tej ciężkiej ciszy, przepełnionej
+zapachami perfum i ciał.</p>
+
+<p>Otrzeźwiałem był zupełnie. Dziwna, gwałtowna
+tęsknota za żoną, za tak nikczemnie poniewieranem
+domowem ogniskiem mnie opanowała.
+Obrzydzenie do wszystkiego, co mię otaczało,
+rosło z każdą chwilą.</p>
+
+<p>&mdash;Żal mi cię, Jerzy. Twoje życie wystarczy
+ci na miesiąc, na rok...</p>
+
+<p>&mdash;Starczyło już na pięć lat.</p>
+
+<p>&mdash;Wszystko jedno, ale co p&oacute;źniej? Co będzie,
+gdy się ockniesz z swego zaślepienia, bo
+inaczej przecież zdań twoich nazwać nie można?
+Gdyby tylko już o zmysłach m&oacute;wić, co za
+przyjemność żyć z taką dziewczyną, kt&oacute;ra dziś
+z tobą, jutro z innym, a zawsze z obcym?
+Czyż nie m&oacute;głbyś nawet znaleźć większego
+upojenia zmysł&oacute;w z żoną, kochanką? Marnować,
+młodość na taką szarą, powszednią rozpustę...</p>
+
+<p>&mdash;I ja tak dawniej myślałem: nie odrazu
+przecież tu przyszedłem. Raz chciałem się żenić,
+a kochanek miałem kilka. Ale to złudzenie.
+Westchnienia, zachwyty, oczekiwania, po co to?
+na co? Aby skończyć na tym samym, zawsze
+niezmiennym końcu? I ty przecież czasem, widzisz,
+że to wszystko blaga. Są kobiety, kt&oacute;re
+tu nie były i nie będą, nie ma żadnej, kt&oacute;raby
+<span class='pagenum'><a name="Str_129" id="Str_129">[Str. 129]</a></span>
+tu być nie mogła. Tu nie ma fałszu, tu kobieta jest
+naga i życie nagie. A ja za tą nagością szaleję! Ja
+się w waszych kołnierzach i kaftanach duszę!</p>
+
+<p>Słowa te wykrzyczał prawie. Był pijany tem
+upojeniem, kt&oacute;re do m&oacute;zgu bije i nadmiernem
+pobudzeniem myśli i ruch&oacute;w się objawia.</p>
+
+<p>Milczałem. C&oacute;ż miałem m&oacute;wić?</p>
+
+<p>&mdash;M&oacute;wią, że ja się marnuję, że gubię karyerę
+swą i sławę. Ja się chcę zmarnować! Ja
+nie chcę, jak wy bezsilni, kłamać sobie i jakąś
+umocowaną cegiełką się pysznić. Jestem dumny,
+że mogę być czemś, a będę niczem, ale nie takim
+podłym, jak wy. Ty tego nie rozumiesz. Ja tu siedząc
+jestem jak wielki pan, bogacz bez granic,
+kt&oacute;ry za każdy kęs chleba płaci garścią złota. Inni
+tu zostawiają ruble, ja siebie całego po kawałku.
+I ta świadomość to jest moja duma. Ja nie
+będę, jak podły parweniusz, szczycił się tem,
+com zbudował i co stoi nieudolne, zlepione,
+nikczemne. Chlubić się można tylko z niespełnionych
+czyn&oacute;w. A to bydło m&oacute;wi, że ja nie
+mam ambicyi!.. Żeby mieć ich ambicyę, jestem
+zbyt ambitny. Ja nie mogę, jak zwierzę, pracować
+bez celu. Ja się zmarnuję, jak oni m&oacute;wią,
+ale się zmarnować chcę, chcę!</p>
+
+<p>To &raquo;chcę&laquo; wrzasnął i wypił duszkiem zwietrzałą
+już szklankę piwa. Przestał m&oacute;wić, i jakby
+ciężki nagle od wypitych trunk&oacute;w osunął się
+głębiej na fotelu, milcząc.</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_130" id="Str_130">[Str. 130]</a></span>
+Wstałem. Szarzało już. Niebo, zaciągnięte
+chmurami, zkąd pruszył drobniutki deszcz, zdawało
+się dalszym ciągiem czarnych dach&oacute;w.
+Dziwna, że pomimo swej ciemnej szarości, promieniało
+jakimś smutnym grobowo-zimnym świtem.
+Pok&oacute;j w tem oświetleniu, kt&oacute;re kł&oacute;ciło się
+z ż&oacute;łtem światłem lampy, jeszcze ohydniejszym
+mi się wydawał. Rozr&oacute;żnić już można było i tapety,
+odpadające od wilgotnych ścian, i puder,
+pościerany na pięknej może niegdyś twarzy
+dziewczyny. Czułem, że powinienem, że muszę
+iść do domu.</p>
+
+<p>&mdash;Żegnam cię&mdash;powiedziałem, podając rękę
+Jerzemu. Zajdź do mnie. Mieszkam na Senatorskie;
+pod dwudziestym drugim. Chciałbym cię
+w innej chwili widzieć.</p>
+
+<p>&mdash;Po co? Nie chodzę nigdzie, nie bywam
+nigdzie. Ja nie mogę bywać w porządnym
+domu.&mdash;Zaśmiał się ironicznie.&mdash;Bądź zdr&oacute;w!</p>
+
+<p>Wyszedłem. Na schodach słyszałem, jak wołał:
+Franka! Franka! Widocznie budził uśpioną
+dziewczynę.</p>
+
+<p>Chcąc dostać się do bramy, musiałem przejść
+przez salę. Na szczęście kompanion&oacute;w moich już
+nie było. Zadowolony, że będę m&oacute;gł wr&oacute;cić sam,
+bez ich głupiego szwargotu, znalazłem się na
+ulicy. Przejmujący, cienki, zimny deszcz orzeźwił
+mię z resztek trunku i niezdrowych zapach&oacute;w.
+Gardząc ofertami usłużnych dorożkarzy,
+<span class='pagenum'><a name="Str_131" id="Str_131">[Str. 131]</a></span>
+szedłem wolno, wdychając wilgotne powietrze
+najpierwszego ranka. Z tym dniem wschodzącym
+czułem jakąś błogość miłą, jaką odczuwa
+podr&oacute;żny, gdy z dalekiej drogi wraca w rodzinne,
+ciepłe strony. Może tam, na samym spodzie tej
+błogości była zadowolona duma, że oto ten rywal
+dawny ustąpił z placu, że ze mnie, com
+mu się czasem i na drugiego ucznia nie dochrapał,
+dziś redaktor i pisarz, człowiek ceniony
+i zacny; a on co? Wielkie zdolności, żałowane
+trochę, ale zawsze zapomniane, nieuczczone.
+A zresztą, kto tam wie, z temi zdolnościami!
+W tej trudnej sprawie nieocenionych
+lub niedoszłych geniusz&oacute;w, najlepsza może ta
+surowa, lecz kr&oacute;tka zasada: co nie jest, nie
+mogło być.</p>
+
+<p>Czułem coraz większe zadowolenie, im więcej
+zbliżałem się do domu. Błoto na ulicy zaczynało
+mi już trochę dokuczać. Jak dobrze
+będzie rozebrać się w ciepłym pokoju, zrzucić
+zmoczone suknie i wyciągnąć się w wygodnem
+ł&oacute;żku, gdzie obok na stoliku przyszykowano mi
+już zapewne szklankę lemoniady i moje ulubione
+papierosy!... Po chwili byłem u siebie. Dla ostrożności,
+aby żony nie obudzić, buty zdjąłem
+w przedpokoju i po cichu na palcach wszedłem
+do sypialni. Mała lampka nocna dostatecznie
+pok&oacute;j oświetlała. Zbliżyłem się do ł&oacute;żek; żona
+spala. Długie opuszczone rzęsy nadawały uśpionej
+<span class='pagenum'><a name="Str_132" id="Str_132">[Str. 132]</a></span>
+twarzy wyraz rozkosznego skupienia. Już
+dawno nie wydała mi się tak piękną. Umyślnie
+rozbierałem się jak najciszej. Położywszy się
+już obracałem się ku niej, aby zasnąć mając
+tę śliczną twarz przed oczami, gdy wtem na głos
+prawie wybiegła mi na usta myśl, kt&oacute;rej na
+poz&oacute;r w duszy mej nie było i nie wiem, zkąd
+się wzięła: <i>Das Laster ist doch sch&ouml;n...</i></p>
+
+
+<hr style="width: 65%;" />
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_133" id="Str_133">[Str. 133]</a></span></p>
+<h2><a name="W_PELNEM_SLONCU" id="W_PELNEM_SLONCU"></a>W PEŁNEM SŁOŃCU.</h2>
+
+<p style="text-align: center;">(SIELANKA).</p>
+<hr style="width: 65%;" />
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_135" id="Str_135">[Str. 135]</a></span></p>
+
+<h3><a name="W_pelnem_sloncu" id="W_pelnem_sloncu"></a>W pełnem słońcu.</h3>
+
+
+<p>&mdash;Jakaś ty śliczna, jaka śliczna, śliczna&mdash;powtarzał
+prawie bezwiednie, wpatrzony w jej
+twarzyczkę zgrabną, w oczy żywe i radosne,
+w usta drobne, pulchne, jakby uśmiech&oacute;w pełne
+i pieszczoty. Tyle razy spotykał ją tutaj i za
+każdym razem odnosił to wrażenie, że ona nie
+jest właściwie piękna, ani nawet może ładna,
+ale właśnie śliczna: tak jakoś dziwnie zestrojona
+z tą przyrodą, kt&oacute;ra ich otaczała, tak jasna, jak
+jasnem jest światło, i tak uśmiechnięta, jak
+uśmiecha się błękit, i tak nęcąca, jak nęci sina
+dal przezroczej przestrzeni, i tak nieprzeparcie
+pociągająca, jak ciągnie zieleń las&oacute;w i szmer strumieni.
+Chwilami wierzyć mu się nie chciało, że
+przyszła tu z domu, a nie wyrosła, jak kwiat,
+na polu.</p>
+
+<p>Objął ją wp&oacute;ł i szybkimi pocałunkami obsypywał
+jej oczy, skronie, włosy ciemnozłote, jedwabiste,
+miękkie. Głowę położyła mu na ramieniu,
+zmrużyła oczy, oparła się na nim cała,
+<span class='pagenum'><a name="Str_136" id="Str_136">[Str. 136]</a></span>
+bezwładnie zdawała się roztapiać pod pieszczotą
+całunk&oacute;w i słońca. Dreszcz po niej przebiegł.</p>
+
+<p>&mdash;Dosyć, dosyć... chodźmy.</p>
+
+<p>Nie odrazu jej usłuchał. Oderwał się wreszcie.</p>
+
+<p>Wzięli się za ręce i, nie m&oacute;wiąc do siebie
+nic, poszli.</p>
+
+<p>Szli miedzą.</p>
+
+<p>Złotozielony owies ścielił się im do st&oacute;p;
+chabry błękitne, białe rumianki, kąkole krwiste
+wychylały się ku nim. Nieopodal, na wzg&oacute;rzu
+jasnoniebieski łan lnu kołysał się lekko, jakby
+rzucony na trawę szmat nieba i jeszcze drżący.
+A dalej zn&oacute;w lśniła w słońcu jasna zieleń dojrzewających
+zb&oacute;ż, gdzieniegdzie prawie czarne
+wystrzelały z ziemi jodły wysmukłe; na krańcu,
+jak gęsty cień, ułożyły się g&oacute;ry. Lekka mgła
+srebrzysta wieszała się na skałach, a niżej
+w świetliste zasłony przystrajała ciemne plamy
+las&oacute;w, łagodziła ostrość załam&oacute;w, a nie odbierała
+światła. Jasność ogromna, szczęśliwa, słoneczna
+unosiła się w błękitnem powietrzu, trącała
+rozłogi p&oacute;l, i lasy i skały, i odbita wracała
+zn&oacute;w w przestrzeń, jaśniejsza.</p>
+
+<p>Była cisza. Wiatr zasnął i nie ocierał już
+z szumem skrzydeł swych o trawy. Kiście mietlicy
+nie uderzały o siebie, i nawet lekkie drżączki
+stały nieruchome. Tylko dwa białe motyle
+okręciły się kilka razy w gonitwie, lecz jakby
+zmęczone nagle i ciężkie spadły cicho na jeden
+<span class='pagenum'><a name="Str_137" id="Str_137">[Str. 137]</a></span>
+kwiat chabrowy. Tylko z dali, z dali dobiegał
+szum potoku, radosny zgiełk fali, skaczącej po
+kamieniach, tak jednostajny, że niknął wnet dla
+ucha i zdawał się jednym z ton&oacute;w wielkie;
+ciszy.</p>
+
+<p>Z kwiat&oacute;w i zi&oacute;ł, z ziemi rozgrzanej i zb&oacute;ż
+buchał odurzający miodowy zapach południa.
+Z najtajniejszych sok&oacute;w żywych upał wydobył
+wonie mocne i ciepłe. Pachniało życie w powietrzu...
+i chęć życia.</p>
+
+<p>Gdy szli tą miedzą, zdawało się im, że doprawdy
+tyle tylko jest świata, ile wzrok ogarnie,
+i tyle szczęścia, ile jest w tej chwili.</p>
+
+<p>Miedza się skończyła; wyszli na większą drożynkę
+wśr&oacute;d łąki. Zatrzymali się mimowolnie
+i spojrzeli na siebie. Rozmarzył ich żar. Opasał
+ją nagle rękami, przycisnął ku sobie i przytulił,
+jak dziecko. Czuł przy sobie jej postać wiotką
+i miękką; przez lekkie suknie przenikało doń
+zbliska ciepło jej ciała. Patrzyli na siebie jeszcze.
+Usta ich złączyły się w pocałunku długim, głębokim.
+Po chwili chciała usunąć odeń głowę.
+Nie m&oacute;gł oderwać się od niej, upajał się jej
+tchnieniem.</p>
+
+<p>&mdash;Daj mi odetchnąć sobą, daj mi odetchnąć
+sobą... Pił oddech jej ust, jak woń kwiatu.
+Świat zakręcił mu się w oczach.</p>
+
+<p>Usiedli na trawie. Nie prowadzili nigdy ze
+sobą rozm&oacute;w długich. Wśr&oacute;d tej przyrody,
+<span class='pagenum'><a name="Str_138" id="Str_138">[Str. 138]</a></span>
+szczęśliwi jak ona, stawali się też, jak ona, cisi.
+Położył się na wznak, głowę na jej kolanach.
+Na tle jasnego błękitu widział nad sobą owal
+jej twarzy i złote płomyki jej włos&oacute;w. Otulało
+ją powietrze błękitne, rozgrzane, przenizane nitkami
+światła i czyniło ją samą podobną do
+światła. Cisnęła się do niej zieleń murawy,
+wszystko się ku niej chyliło miłośnie.</p>
+
+<p>&mdash;Śliczna ty moja&mdash;szepnął.</p>
+
+<p>Uśmiech radości przeleciał po niej. Nakryła
+mu jednak usta dłonią. Od dotknięcia tej ręki
+gładkiej a drżącej, jak schwytany ptak, przebudziły
+mu się w krwi ogniki. Spojrzał na nią.
+Rumieniec ją oblał. Odwr&oacute;ciła od niego oczy,
+czuła na sobie jednak wzrok gorący, nieruchomy,
+chciwy.</p>
+
+<p>&mdash;Nie patrz na mnie, nie patrz...</p>
+
+<p>Uni&oacute;sł się na rękach i schował głowę na jej
+piersiach; w skroniach i czole czuł dreszcz
+i ciepło.</p>
+
+<p>Ujęła mu głowę w ręce, odsunęła od siebie
+nieco i patrząc prosząco, a zalotnie w oczy,
+powiedziała pieszczotliwie:</p>
+
+<p>&mdash;Kochany m&oacute;j, nie... nie, drogi.</p>
+
+<p>I pocałowała go w usta.</p>
+
+<p>Wstał na chwilę, wyprostował się, usiadł
+obok niej.</p>
+
+<p>&mdash;Chodźże bliżej.</p>
+
+<p>Przybliżył się. Podjęła kapelusz pilśniowy,
+<span class='pagenum'><a name="Str_139" id="Str_139">[Str. 139]</a></span>
+kt&oacute;ry był rzucił na ziemię, zgniotła go, położyła
+sobie pod głowę, wyciągnęła się na wznak.</p>
+
+<p>&mdash;Lubię patrzeć w niebo.</p>
+
+<p>Mimowoli pobiegł oczami za jek wzrokiem.</p>
+
+<p>Błękit był bezchmurny, jasny i bardzo głęboki.
+Wzrok, wpadłszy tam, wnet uczuwał znużenie,
+jakgdyby jasność ta była dlań zbyt lekka
+i subtelna. Zaraz też nadbiegała siatka drżąca,
+czarna, i rozpościerała się po niebie, jakby na
+ratunek oczom. Lub też głębia nieba zdawała
+się skrysztalać, twardnieć i odrzucała od siebie
+wzrok ku ziemi, nie pozwalając mu wybiedz
+tam, w przestrzenie. Ale już po chwili złudzenia
+lazurowy kamień nieba rzedniał, kryształ
+stawał się zn&oacute;w podobny do pary bardzo lekkiej
+i tak zupełnie przeźroczystej, że przez nią
+silny wzrok starał się dostrzedz... nieskończoności.</p>
+
+<p>Położył się przy niej bez ruchu; do uszu
+z gęstwy traw dochodził czasem tylko trzask
+świerszcza lub szelest mr&oacute;wek, ciągnących do
+gniazda ciężary.</p>
+
+<p>Nieruchomość skuła mu mięśnie i uśpiła na
+jawie krew; odbierała mu życie własne, i zespalała
+natomiast z życiem ziemi. Kilka mgnień
+zdawało mu się, że nie potrafi już sobą ruszyć&mdash;ale
+w dreszczach ciała czuł za to pęd ziemi,
+rwącej w przestworach. Zapomniał, że nie jest
+<span class='pagenum'><a name="Str_140" id="Str_140">[Str. 140]</a></span>
+sam i milcząc, pogrążał się w rozkosz unicestwienia.</p>
+
+<p>Na powiekach uczuł nagle jej palce. Zasłoniła
+mu oczy ręką.</p>
+
+<p>&mdash;Co widzisz teraz?&mdash;zapytała go z uśmiechem
+w głosie.</p>
+
+<p>&mdash;Krew twoją.</p>
+
+<p>&mdash;Bardzo czerwona?</p>
+
+<p>&mdash;O nie, r&oacute;żowa ledwo, jak...&mdash;Urwał.</p>
+
+<p>&mdash;Jak... no... powiedz.</p>
+
+<p>&mdash;Jak u ryb.&mdash;Uśmiechnął się.</p>
+
+<p>Odwr&oacute;cili się nagle ku sobie, nie wstając
+z ziemi. Na wp&oacute;ł rozplotły się jej włosy i na
+czarną pilśń, na kt&oacute;rej opartą miała głowę, ściekały,
+jak strumień złota pociemniałego w ogniu.
+Od przypływu krwi rozpaliły się jej na licach
+rumieńce i usta pokraśniały żywiej. Czuł jak
+z pod rzęs&oacute;w długich padało nań spojrzenie
+rozmiłowane, pieszczotliwe.</p>
+
+<p>Leżąc przysunęła się ku niemu trochę, i z groźnym
+niby wyrzutem w oczach szepnęła: Ty, ty...</p>
+
+<p>Zaczął całować jej usta, rozchylone w tym uśmiechu;
+zarzuciła mu ręce na szyję, tuląc ku sobie.</p>
+
+<p>..............................................</p>
+
+<p>Z łąki spędziło ich słońce. Zatoczywszy kawał
+kręgu, stanęło wprost nad nimi, oblało ich
+żarem, świeciło w oczy.</p>
+
+<p>&mdash;Trzeba iść.</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_141" id="Str_141">[Str. 141]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;Ale dokąd?&mdash;Zamyślili się oboje.</p>
+
+<p>&mdash;Chyba ku potokowi: Tam cień jest napewne.</p>
+
+<p>Zgodziła się odrazu.</p>
+
+<p>Trudno im było wstać; osłabił ich upał. Podnieśli
+się jednak i poszli. Wzg&oacute;rze niewysokie,
+lasem świerkowym porosłe, wznosiło się przed
+nimi tak blisko, że wierzchołkami swych drzew
+sięgało połowy nieba prawie. Ku stronie g&oacute;r
+pochylało się zwolna na r&oacute;wninę: urywał się
+las i ciągnęły zagony zielonych i złotych zb&oacute;ż.
+Małe, do gniazd podobne, chaty, rozrzucone tu
+i owdzie, czerniały na skrajach lasu.</p>
+
+<p>Pod wzg&oacute;rzem strumień szumiał. Ścieżynka
+polna gubiła się wnet wśr&oacute;d gęstwy krzak&oacute;w,
+kt&oacute;rymi porastał brzeg parowu. Weszli w wilgotny
+cień i krętą drożyną schodzić poczęli
+w d&oacute;ł. Minęli mały lasek osiny i zbiegli już prawie
+pędem na polankę, nad brzeg potoku.
+W zamkniętej kotlinie aż huczało od kł&oacute;tni fal.</p>
+
+<p>Przeciwległa ściana wzg&oacute;rza wyrastała teraz
+tuż przed nimi, prostopadle. Nie widać już było
+ani p&oacute;l na stokach dalekich, ani chat, tylko
+świerk&oacute;w zieleń, jakby zwieszoną z nieba zasłonę
+ciężką. Błękit zdawał się ciemniejszym
+i bliższym, jakby na szczytach drzew tych się
+rozpostarł. Był cień, i tylko gdzieniegdzie przekradał
+się promień słoneczny, zaigrał na liściach,
+plamą jasną zadrżał na trawach, lub przejrzał
+<span class='pagenum'><a name="Str_142" id="Str_142">[Str. 142]</a></span>
+się w pianach i snopem iskier strzeliwszy, zagasnął
+z sykiem na dnie w&oacute;d.</p>
+
+<p>Strumień z za zakrętu wybiegał wartko,
+i w płytkiem łożysku rwąc osrebrzył się cały
+pianą. Po warstwach łupku, r&oacute;wnych jak schody,
+staczały się fale, jak kaskada srebra płynnego.
+A dale; rozszerzało się nagle koryto i woda
+natrafiwszy na miękki grunt i piasek, wyżłobiła
+sobie jamę głęboką. Zwalniał się tu pęd fali,
+a grzbiet jej nabierał barwy i błysku szmaragd&oacute;w.
+I raz jeszcze trąciwszy o rozrzucone
+głazy, rozpryskały się szmaragdy, i fale tak jak
+wbiegły srebrne, srebrne przepadały z oczu.</p>
+
+<p>Zacisznie tu było i samotnie. Świat, kt&oacute;ry
+zginął dla oczu, wysuwał się też mimowoli
+i z pamięci. Oboje odczuli odrazu tę wielką
+radość, że zagubili się w gąszczu takim, gdzie
+nikt ich nie odnajdzie, że przepadli dla wszystkich
+i wszystkiego, pr&oacute;cz dla siebie. Dopiero
+tu naprawdę poczuli się razem, sobie blizcy.</p>
+
+<p>W parowie, mimo cienia, upalnie było, nie
+upałem suchym, płomiennym, jak na łące, ale
+wilgotnym, ciężkim żarem dusznym.</p>
+
+<p>Zbliżyli się do brzegu i po kamieniach zaczęli
+przechodzić przez potok&mdash;ale przejść nie
+mogli, gdyż droga przez głazy utworzona, urywała
+się w połowie, zostawiając jako ostatni
+kres skalistą wśr&oacute;d fal wysepkę. Na omszonym
+wilgotnym głazie, po kt&oacute;rym jeszcze niedawno
+<span class='pagenum'><a name="Str_143" id="Str_143">[Str. 143]</a></span>
+fala się ślizgała, siedli, trzymając się w p&oacute;ł i cisnąc
+ku sobie, gdyż zewsząd potok rwący im groził.
+Mniemane <a class="ins" href="#tnote_19" name="tAnchor_19" title="niobezpieczeństwo">niebezpieczeństwo</a>, kt&oacute;re zewsząd
+niby ich otaczało w potoku p&oacute;ł łokcia głębokim,
+czarowało ją i zachwycało.</p>
+
+<p>&mdash;Jak tu dobrze, jak pięknie&mdash;najdroższy.</p>
+
+<p>&mdash;Ub&oacute;stwiam ciebie.</p>
+
+<p>Ale zgiełk monotonny jakąś zadumę smętną
+w niej rozkołysał, gdyż umilkła, zamyśliła się
+i pochyliła gł&oacute;wkę, patrząc na piany, tańczące
+po fali. Na miękką linię jej ramion i szyję odsłoniętą
+upadł, wymknąwszy się z liści, blask
+słoneczny, pełen zielonawych refleks&oacute;w i śniadą
+nieco jej płeć rozświecił tysiącem iskierek złotych.
+Przez migotanie tych błysk&oacute;w złotawych,
+jasnor&oacute;żowa przelśniewała krew ciepła. Patrzył
+z zachwytem na te plamy słoneczne, drżące
+barwami ognia i krwi. Ale ona zamyśliwszy się
+nie czuła wzroku, kt&oacute;ry z uwielbieniem po niej
+przebiegał. I nie odwr&oacute;ciła oczu. Więc przyklęknąwszy
+jak m&oacute;gł, pochylił się, aby zajrzeć
+jej w twarz i spytał:</p>
+
+<p>&mdash;Co tobie?</p>
+
+<p>&mdash;Smutno mi, smutno.</p>
+
+<p>&mdash;Czemu<a class="ins" href="#tnote_20" name="tAnchor_20" title="">,</a> jedyna?</p>
+
+<p>&mdash;Czemu? Tak wszystko płynie, przechodzi,
+ucieka... Już sierpień...</p>
+
+<p>Łza zakręciła się w jej głosie; schwyciła go
+za szyję i zaczęła całować po ustach, po czole,
+<span class='pagenum'><a name="Str_144" id="Str_144">[Str. 144]</a></span>
+po oczach&mdash;bez pamięci. Przebiegł oboje
+dreszcz chłodny, jesienny, trwożny.</p>
+
+<p>Nagle zabrzmiał gdzieś w g&oacute;rze odgłos
+dzwonk&oacute;w miedzianych&mdash;powracały stada.</p>
+
+<p>Oderwała się od niego, wybuchła śmiechem
+i zanurzywszy dłoń w wodzie, prysnęła mu na
+twarz. Wyrwali się tęsknocie.</p>
+
+<p>Schwycił jej dłoń, z kt&oacute;rej ociekały krople,
+niby rozsypane klejnoty, i całować ją począł
+i pić tę wilgoć, przesyconą rozkoszą jej ciała.</p>
+
+<p>&mdash;Puść mnie, puść mnie.</p>
+
+<p>Zerwała się i podniosła, ale pantofelek luźno
+zapięty przechylił się i o wilgotny mech poślizgnął.
+Byłaby osunęła się w wodę, lecz zdążył
+ująć ją wp&oacute;ł i podtrzymywać.</p>
+
+<p>&mdash;Jakiś ty silny.</p>
+
+<p>Chciał okazać swą siłę i zatrzymać w swym
+uścisku, lecz wysunęła mu się z rąk.</p>
+
+<p>&mdash;Drogi, muszę już iść, muszę wr&oacute;cić koniecznie.
+Dzwoniły stada&mdash;już sz&oacute;sta. Spostrzegą,
+żem wyszła.</p>
+
+<p>Skoczyła na następny kamień, i zn&oacute;w na
+kamień&mdash;wreszcie wybiegła na brzeg.</p>
+
+<p>&mdash;Kochany, drogi, do jutra.</p>
+
+<p>Pomknęła przez gąszcz zieloną; mignęła raz
+i drugi jasnor&oacute;żowa jej suknia.</p>
+
+<p>Ledwie zdążył rzucić w ślad za nią:</p>
+
+<p>&mdash;Do jutra.</p>
+
+
+
+<hr style="width: 65%;" />
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_145" id="Str_145">[Str. 145]</a></span></p>
+<h2><a name="PIERWSZY_WIERSZ" id="PIERWSZY_WIERSZ"></a>PIERWSZY WIERSZ.</h2>
+
+<hr style="width: 65%;" />
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_147" id="Str_147">[Str. 147]</a></span></p>
+
+
+
+<h3><a name="Pierwszy_wiersz" id="Pierwszy_wiersz"></a>Pierwszy wiersz.</h3>
+
+<p>Kiedy po zerwaniu z Maryą minęła pierwsza,
+nieutulona, nieokiełzana, prawie głośna rozpacz,
+Jan Karski jeszcze więcej odsunął się od ludzi&mdash;i
+wtedy zaczął tęsknić. W oczach pobladły mu
+wszystkie barwy i w szarą mgłę smutku, jednostajną
+i miękką owinęły się dlań wszystkie
+kształty. Wielkie ukojenie ztąd czerpał, bo b&oacute;l
+jego stracił wtedy tę okrutną jasność, kt&oacute;ra
+przedtem mieszała mu zmysły. Pożądanie zasnęło
+w nim jakby na śmierć zmęczone, i gorzki
+żal zawodu uciszał się zwolna, roztapiając
+się w senną tęsknotę, w wielki, odczuwany
+wszędzie brak. Nieraz w ciszy samotnych wieczor&oacute;w
+z długiego udręczenia rozdartej miłości
+zostawało mu tylko to poczucie braku, świadomość
+mętna, że czegoś niema, czegoś, co może
+życiem jest, marzeniem, szczęściem, snem, lub
+może.. jej postacią. Wtedy wszystko, co posiąść
+można wydawało mu się tak lichem
+i śmiechu wartem, że drwić mu się chciało
+<span class='pagenum'><a name="Str_148" id="Str_148">[Str. 148]</a></span>
+z całego życia swego, z zabieg&oacute;w r&oacute;żnych, nadziei
+i dążeń. Nawet te zbiory wierszy dźwięcznych,
+pieszczonych, w kt&oacute;re wkładał cały
+sw&oacute;j kunszt wytworny i subtelny, cały talent
+i miłość poety, tylko pogardliwą litość w nim
+budziły. W tych dniach ponurych, beznadziejnych
+i nic już nie pragnących było mu gorzką
+radością, gdy m&oacute;gł w tęsknocie swojej zatopić
+się tak niepodzielnie, że nie rozniecały się w nim
+nawet <a class="ins" href="#tnote_21" name="tAnchor_21" title="wyobrażnia">wyobraźnia</a> i zdolność poety, ta chęć
+tw&oacute;rcza, by o łzach swych m&oacute;wić tak, jak nikt
+inny. Rozmiłowywał się w unicestwieniu swojem,
+w ub&oacute;stwie ducha, skazanego na jedno
+wrażenie, w tej dobrowolnej ofierze, kt&oacute;rą bez
+przerwy składał dla niej. Wdzięczność wielka
+i uwielbienie, kt&oacute;re mimo przekleństw rozłąki
+przepełniały mu serce, szukały sobie wyrazu
+w tem całopaleniu własnem, w samob&oacute;jstwie,
+kt&oacute;rego jedyną trucizną był żal.</p>
+
+<p>Odtąd samotność stała się jedyną towarzyszką
+długich godzin, kt&oacute;re spędzał błądząc po mieście
+bez celu, obojętny wszystkiemu, z uśmiechniętą
+twarzą. Gwar życia, łoskot k&oacute;ł, szum
+tłum&oacute;w, obijał się o jego uszy i rodził w nim
+tylko&mdash;chwilami&mdash;wielkie zdziwienie. Im
+więcej obcym wydawał mu się zgiełk i to życie,
+tym lepiej czuł, że bliższą mu jest i żywszą&mdash;przeszłość.
+Niekiedy przesiadywał też do
+p&oacute;źnej nocy na werandach kawiarń i znajomi
+<span class='pagenum'><a name="Str_149" id="Str_149">[Str. 149]</a></span>
+rozmawiali z nim wtedy wesoło o wypadkach
+dni ostatnich, nie wiedząc nawet, że człowiekowi
+temu życie ich jest niczem. Dopiero gdy
+ich żegnał w najciekawszym nieraz zwrocie rozmowy,
+niejeden uczuł, że nie wiążą ich już
+nawet słowa.</p>
+
+<p>Najchętniej jednak Karski krył się w ciszę
+kościelną, w p&oacute;ł jasny brzask pod sklepionymi
+łukami chłodnych, pustych świątyń. Siadał wtedy
+w ławce i zasłuchiwał się w niezmierny spok&oacute;j,
+niezmącony nawet szeptem modlitwy; wzrok
+jego rozpraszał się na złotych aniołach ołtarz&oacute;w,
+na szafirowych smugach, rozwieszonych w powietrzu,
+na liniach wysmukłych, lecących gdzieś
+ku g&oacute;rze, jakby w przepaście nieba. Jakaś głąb
+wielka i jasna opływała mu wtedy duszę, i wyrwawszy
+ją prawie z zawias&oacute;w cielesnych, niosła
+na przestwory dalekie, gdzie zostawał już
+całkiem sam z tą jedną myślą swoją. I wtedy
+przeczucie tej wieczności, w kt&oacute;rą nie wierzył,
+lecz kt&oacute;rej nie zaprzeczał nigdy, ogarniało
+go&mdash;na chwilę&mdash;lękiem <a class="ins" href="#tnote_22" name="tAnchor_22" title="tęskoty">tęsknoty</a> zaziemskiej,
+samotności bezgranicznej. Więc z zamyśleń takich
+dusza jego przebudzała się nietylko już tęskna,
+lecz i trwożna, i z trwogi prawie o łaskę
+wołająca. Pod groźbą tego strachu, jak w dziecku,
+rodziła się w nim pierwotna chęć, aby upaść
+na kolana i szlochać i błagać Boga, żeby go tą
+<span class='pagenum'><a name="Str_150" id="Str_150">[Str. 150]</a></span>
+wiecznością nie karał, lub ją błagać, aby go na
+wieczność te nie odbiegała.</p>
+
+<p>A gdy na ulicy potem blask słońca przywracał
+mu trzeźwą r&oacute;wnowagę myśli, z widzeń zaśmiertnych
+zostawała mu złowroga radość, że
+tęsknota przerwała już tamy, kt&oacute;remi rozum graniczy
+z obłędem.</p>
+
+<p>Ze wszystkich kościoł&oacute;w miasta najwięcej
+upodobał sobie ogromny na rynku kości&oacute;ł gotycki.</p>
+
+<p>Potężna wyobraźnia mistrza rzuciła tam na
+mury splątane pasma jaskrawych barw; na purpurowych
+płomieniach kolumn oparła błękitne
+gwiaździste sklepienie, za czarnym krzyżem
+z kroplami krwi rozpostarła wśr&oacute;d zieleni ch&oacute;ry
+anioł&oacute;w. Przepych barw potrącał w jego duszy
+tajemnicze struny, ubierał w blaski każde ogniwo
+jego wspomnień i jej blednące widmo czynił
+nietylko nad inne kochanem, lecz i nad inne
+pięknem. Wielka ekstaza owładała tu nim często
+i słowa gorące, pełne czci nieskończonej,
+dławiły go wtedy w gardle&mdash;ze łzami żalu
+marnego, że żywej tych sł&oacute;w nie powiedział.
+Szczypta zdrowego sądu, kt&oacute;ra za hulacynacyami
+jego się wlokła, bryzgała mu tym żalem
+w twarz, jak zniewagą, jak winą hańbiącą,
+i w uczuciu rodzącej się skruchy wzmagała
+w nim jeszcze bolesną chęć, aby przykuć się
+na zawsze do tej tęsknoty. W takich chwilach
+<span class='pagenum'><a name="Str_151" id="Str_151">[Str. 151]</a></span>
+m&oacute;gł godziny całe trawić w tym kościele, ciężko
+oparty o poręcz ławki, z oczami nawp&oacute;ł przymkniętemi,
+niebaczny już nawet na kaskady świateł,
+kt&oacute;re słońce kolumnom rzucało na czoła.
+Usta jego były wtedy ciche i do westchnień
+nawet już niezdolne, lecz z dna jego istoty wyrywało
+się z uporem szaleństwa jedno imię, jedno
+błaganie. W chwilach ocknienia czuł wtedy
+w piersiach taki gniotący b&oacute;l, jakgdyby gardło
+był zerwał na krzyk i wołanie. Nie wychodził
+nieraz z kościoła, dop&oacute;ki zachrystyan nie trącił
+go w ramię, przypominając, że zamykać musi.
+Spostrzegał dopiero, że zeszły mu w myślach
+godziny dnia, i zimny zmierzch otoczył już pobladłe
+nawy. Uciekał wtedy czemprędzej z tych
+ołowianych sklepień, martwych nagłe i ciszą
+przerażających. Lecz nazajutrz zn&oacute;w jedyną jego
+chęcią było wr&oacute;cić do tego kościoła, do tych
+barw i do tych myśli.</p>
+
+<p>W godzinach południa, gdy gwar pobożnych
+i odgłosy ich krok&oacute;w wyrywały go z cichego
+upojenia, przechadzał się bezmyślnie z nawy
+do nawy i niedbałym wzrokiem przerzucał po
+raz tysiączny skarby katedry. Wychudłe ascetyczne
+twarze drewnianych świętych w gotyckich
+niszach nad stallami, duże czarne krucyfiksy
+z krwawiącą raną w boku Zbawiciela,
+tłuste anioły, uśmiechnięte nad cudacznymi gzemsami
+p&oacute;źniejszych ołtarz&oacute;w, obrazy wyblakłe,
+<span class='pagenum'><a name="Str_152" id="Str_152">[Str. 152]</a></span>
+szare od kurzu i starości wpadały mu w oczy,
+nie budząc żadnych wrażeń, i na chwilę nawet
+przykuć nie mogły jego uwagi.</p>
+
+<p>A jednak wśr&oacute;d takiej wędr&oacute;wki stanął kiedyś
+natychmiast, jakby w ziemię wr&oacute;sł, gdy
+wzrok jego po raz pierwszy przesunął się przelotnie
+po &raquo;Zwiastowaniu&laquo;, kt&oacute;re zapomniane wisiało
+w ukryciu wśr&oacute;d tablic nadgrobnych. Na
+małem spękanem pł&oacute;tnie nieznanego włoskiego
+mistrza była sama tylko twarz Madonny, promienna
+i słodka. Zdawało mu się przecież&mdash;i
+nie było to złudzenie, bo im lepiej się wpatrywał,
+tym więcej ufać musiał swoim oczom&mdash;że
+przez te rysy błogosławione i natchnione
+dojrzał twarz inną, więcej mu blizką i więcej
+kochaną.</p>
+
+<p>Więc patrzeć zaczął... Tak spragnionym był
+jej widoku, tak często w bezsenności nocnej
+wyczekiwał w naprężeniu wszystkich zmysł&oacute;w
+snu dobrego, kt&oacute;ry m&oacute;gł mu jej postać przywieść
+przed oczy i rzucić w objęcia, że teraz,
+kiedy ją ujrzał tak blizką, tak świętą i tak uśmiechnioną,
+jakaś rzewność miękka, jakaś tkliwość
+rozbudzonych wspomnień oblała mu serce, i wargi
+mimowoli się rozchyliły i na usta wybiegał
+już okrzyk ten, kt&oacute;rymby ją powitał obecną.
+I skoro opanował pierwsze wzruszenie, z tego
+chwilowego omdlenia przyni&oacute;sł ze sobą jedno
+szczęście wielkie, na całe życie łaskę jedną. Bo
+<span class='pagenum'><a name="Str_153" id="Str_153">[Str. 153]</a></span>
+oto ona została z nim i będzie m&oacute;gł tak jak
+dawniej klęczeć przed nią i m&oacute;wić jej na głos
+zaklęcia, prośby pełne i poddania, i będzie m&oacute;gł,
+tak jak dawniej, złożyć usta na jej ciepłych,
+gładkich dłoniach... W kącikach oczu zakręciły
+mu się drobne łzy lśniące i radość dziwna, nieoczekiwana
+ścisnęła mu krtań, <a class="ins" href="#tnote_23" name="tAnchor_23" title="jakydyby">jakgdyby</a> oto miał
+wybuchnąć szlochaniem. Odstąpił krok jeden od
+obrazu, i oparłszy się o mur, patrzył, patrzył jeszcze.
+Zapomniane wrażenia dzieciństwa ocknęły
+się nagle w tym człowieku bez wiary, wr&oacute;ciła mu
+nagle pamięć godzin modlitwy i długich tych
+chwil, kiedy dzieckiem jeszcze klękał i zwierzał
+się Bogu z pragnień swych i żal&oacute;w. Wspomnienia
+te jasne i czyste, jak lilje, plątały się bezładnie
+z innemi świeższemi stokroć, gdy w niej
+jednej znajdował spok&oacute;j sw&oacute;j i szczęście. Powoli
+zacierały mu się jak we mgle, granice istot
+i czas&oacute;w; w oczach przyćmionych łzami postać
+Madonny olbrzymiała, coraz podobniejszą się
+stając do straconej, obcej i dalekiej. I zarazem
+odrywała się myśl jego zupełnie od wszystkiego,
+co go tu na dole otaczało. Wpatrzony w ub&oacute;stwione
+rysy nie spostrzegał, że kości&oacute;ł napełniał
+się ludźmi, że księża w ornatach wychodzili
+z zakrystyi...</p>
+
+<p>Odezwały się organy. Jakby z oddala, z głębokiej
+otchłani polał się potężny hymn żalu;
+pieśń rozpaczy i skruchy, zmiłowania i łaski
+<span class='pagenum'><a name="Str_154" id="Str_154">[Str. 154]</a></span>
+prosząca, wybuchnęła głośnymi akordami i biegła
+roztrącić się i rozsypać w jęki o gwiaździsty,
+nieruchomy strop. Jęk za jękiem uderzał
+o kamianne sklepienia, kt&oacute;re zdawały się wt&oacute;rować
+im i dźwięczeć. I wtedy jakieś czarodziejstwo
+naszło na Karskiego; zmąciło mu się
+wszystko w oczach i w myśli; kolumny kościelne
+zapaliły się jak pochodnie od płomieni,
+kt&oacute;re je obejmowały, sklepienie się rozwarło,
+dając jasnym błękitom dostęp, i ona, kochana,
+święta zdawała się zrywać z tego pł&oacute;tna, schodzić
+ku ziemi i wyciągnąwszy ku niemu ręce
+m&oacute;wić to jedno tylko: Oto jestem. Wtedy radość
+przesilna złamała go i rzuciła na kolana; gwałtowne
+łkanie rozdarło mu pierś, a zaciśnięte
+usta powtarzać zaczęły bezwiednym, bardzo cichym
+szeptem: Droga, droga, droga...</p>
+
+<p>
+..............................................<br />
+..............................................
+</p>
+
+<p>Kiedy Karski znalazł się potem na ulicy, czuł
+w sobie wielkie zmęczenie ciała, ale w myślach
+miał teraz spokojność łagodną i cichą, jakgdyby
+odblask tej wielkiej radości, kt&oacute;rąby odzyskanie
+jej mu dało. Rozumiał dokładnie, że to było
+chwilowe oczarowanie, kt&oacute;re prysnęło jak tęcza,
+że miał widzenie bardzo niejasne i nie wiedział
+właściwie, przed kim czy przed czem modlił
+się i klęczał. Rozumiał też, że ten zachwyt
+<span class='pagenum'><a name="Str_155" id="Str_155">[Str. 155]</a></span>
+nie powt&oacute;rzy się więcej, że nie uda mu się zapomnieć
+życia tak doszczętnie i doczekać po raz
+drugi jej zwiastowania. Lecz po tem spazmatycznem
+prawie wrażeniu ukojenie słodkie otuliło
+jego myśli, jakgdyby na skronie spadła mu
+jeszcze jedna jej pieszczota długa, na życie całe
+zostająca. Chwilami zdawało mu się bardzo wyraźnie,
+że jakaś drobna cząstka jej, jakiś cień
+jej drżący jest tuż za nim obecny po to, aby
+nie opuścić go więcej i nie rozstać się z nim
+nigdy. W ekstatycznem podnieceniu wyobraźni
+tęsknota jego zbladła i odstępowała go zwolna;
+i ten ciężki przygnębiający smutek, gdy czuł
+tylko to, że jej nie ma, osuwał mu się z piersi.</p>
+
+<p>Dnia tego błądził długo po mieście, z ulicy
+na ulicę, niezmęczony, jakby ciekawy każdego
+zakątka. Powietrze, już blizkością wiosny wonne,
+swobodniej przenikało mu do piersi: po raz
+pierwszy od dni tylu zmysłowa rozkosz życia,
+rozkosz wiatru i światła budziła się w nim z
+uśpienia. Widoki, wpadające mu w oczy, chwytał
+skwapliwie i czuł nieraz, że myśl jego, dotąd
+beznadziejnie zapatrzona w jedno wspomnienie,
+drgnęła raz i drugi, i uniosła się nieco,
+i spostrzegła skrawek błękitu nad domami
+i piosnkę usłyszała, kt&oacute;rą nucił ktoś wysoko na
+poddaszu. Uczuwał w sobie, jakby nowy przypływ
+i pełnię sił, chęci przebłyskujące i jeszcze
+ukryte, pożądania nowe i możność nowych radości.
+<span class='pagenum'><a name="Str_156" id="Str_156">[Str. 156]</a></span>
+Mimowoli dzwoniły mu oderwane nuty
+melodyj, śpiewanych gdzieś dawno, i niespodziewanie
+stanęła mu nawet w pamięci strofa
+ostatnia ostatniego wiersza, kt&oacute;ry pisał przy niej.</p>
+
+<div class="blockquot"><p>
+.....I duch m&oacute;j wziąwszy skrzydła purpurowe<br />
+Już się do lotu zrywa, tam gdzie nowe<br />
+Światło.....
+</p></div>
+
+<p>I nagle podrażniony w nieświadomej jakiejś
+pr&oacute;żności, nie zastanawiając się, co czyni, w myślach
+dobierać zaczął po cichu innych sł&oacute;w,
+dźwięczniejszych, głębszych, żywszych, kt&oacute;remi
+powiedzieć by można wszystko, co się w duszy
+dzieje... W miarę jak te słowa bezgłośne
+układały się w rytmy i jednoczyły w obrazy,
+rosła w nim chęć, aby je wym&oacute;wić i obrazy
+te zatrzymać. O niej przecież m&oacute;wić miał i o tem
+co przeżyli razem; zadowolenie artysty łączyło
+się zdradziecko z rozkoszą głośnego wyznania...
+Zasłuchany teraz w muzykę własnych myśli,
+kt&oacute;re brzmiały mu jeszcze echem niezapomnianej
+kościelnej melodyi, Karski zdążał ku odludnym
+stronom miasta, gdzie gwar nie przeszkadzał
+jego tw&oacute;rczej pracy. Wydostał się na daleką,
+zrzadka zabudowaną aleję i tam na pierwszej
+napotkanej ławce siadł...</p>
+
+<p>Zmierzch zapadał i w suchem powietrzu zach&oacute;d
+płonął jeszcze ognistą czerwienią; lecz ku
+zenitom nieba nad głowami czerwień jaśniała,
+ż&oacute;łkła aż nieuchwytnym szeregiem odcieni rozpływała
+<span class='pagenum'><a name="Str_157" id="Str_157">[Str. 157]</a></span>
+się w głębokiem zielono-błękitnem sklepieniu,
+gdzie kilka gwiazd lśniło, jakby srebrne
+szpilki. Karski parę chwil przyglądał się blaskom
+gasnącym na zachodzie: majestatyczny widok
+światła i barw rozbudził w nim zn&oacute;w żywiej
+wrażenia, kt&oacute;re rankiem po nim przebiegły.
+I wtedy na starym świstku gazety oł&oacute;wkiem
+zaczął pisać wiersze niedbałe, jakby spowiedź
+rzuconą w świat, niewiadomo przed kim i dla
+kogo.</p>
+
+<p>
+<span style="margin-left: 2em;">Kiedyś przybiegła ty do mnie i białą</span><br />
+<span style="margin-left: 2em;">Dłoń mi na usta położyła drżące</span><br />
+<span style="margin-left: 2em;">I pokraśniała milcząc, mnie się zdało,</span><br />
+<span style="margin-left: 2em;">Że nagle kwiat&oacute;w zakwitło tysiące,</span><br />
+<span style="margin-left: 2em;">Że ciebie nagle otoczyły całą</span><br />
+<span style="margin-left: 2em;">Mgły przeźroczyste i złotem świecące,</span><br />
+<span style="margin-left: 2em;">I w złotych blaskach tak byłaś mi piękną,</span><br />
+<span style="margin-left: 2em;">Że czułem, jak mi słowa w ustach miękną,</span><br />
+<span style="margin-left: 5em;">I że się oto modlić będę... tobie.</span><br />
+<span style="margin-left: 2em;">I jużem ukląkł...</span><br />
+</p>
+
+<p>Karski wstrzymał się na chwilę i w zmroku
+pospiesznie przeczytał to, co był napisał. Nagle
+zdało mu się, że ciemny pąsowy rumieniec
+wystąpił mu na twarz. Więc doprawdy stała
+mu się już tak obojętną i obcą, że wiersze teraz
+o niej pisać m&oacute;gł spokojnie, gdy przedtem
+każde jej wspomnienie wstrząsało go do głębi?
+Więc ze śmiesznym pośpiechem poety korzystać
+chciał z okazyi, aby w szeregu pustych,
+bezsilnych sł&oacute;w roztopić pamięć tej chwili jedynej
+<span class='pagenum'><a name="Str_158" id="Str_158">[Str. 158]</a></span>
+nadziemskiego widzenia i radości? Więc
+spieszył się przystroić ją w fałszywe blaski fantazyi
+i uczynić przedmiotem swoim i natchnieniem,
+aby tem łatwiej wydrzeć ją ze swego
+życia, i o żywej i kochanej zapomnieć?... Ogarnęło
+go gorzkie uczucie pogardy dla tej małoduszności
+poety, kt&oacute;ry skarżyć się chce z gadatliwością
+dziecka i jak dziecko pociesza się
+swym płaczem. Zdjął go żal wielki za tą szczerą
+i potężną miłością, kt&oacute;rą połamać miał na
+drzazgi i w pieśniach rozproszyć, i żal jeszcze
+większy za tą tęsknotą, że przestała go dławić
+tak, jak dawniej. Jakby przytłoczony świadomością
+winy, pochylił się w ławce i bezwładnie
+ręce opuścił; oł&oacute;wek wysunął mu się z palc&oacute;w
+i upadł na ziemię.</p>
+
+<p>Z mrokiem nocy, co od krańca w kraniec
+nad miastem się roztoczyła i błysnęła tysiącem
+gwiazd zimnych, spadał mu na duszę smutek
+coraz cięższy, jakgdyby po raz drugi ją stracił
+gorzej jeszcze i nieodwołalniej...</p>
+
+<hr style="width: 65%;" />
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_159" id="Str_159">[Str. 159]</a></span></p>
+
+<h2><a name="TRZY_DUSZE" id="TRZY_DUSZE"></a>TRZY DUSZE</h2>
+
+<p style="text-align: right;">dramat w jednym akcie.</p>
+
+<hr style="width: 65%;" />
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_160" id="Str_160">[Str. 160]</a></span></p>
+
+<h3>OSOBY:</h3>
+
+<p style="text-align: center;">
+ANDRZEJ TUROWICZ lat 34.<br />
+ZOFIA, jego żona lat 25.<br />
+JAN KARSKI lat 28.<br />
+</p>
+
+<hr style="width: 35%;" />
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_161" id="Str_161">[Str. 161]</a></span></p>
+
+<p>Ubogie mieszkanie studenckie w Paryżu; drzwi
+w głębi; z prawej strony dwa ł&oacute;żka ustawione
+jedno za drugiem. Szafa, ubrania męskie i kobiece
+zasłonięte pł&oacute;tnem. Na lewo na przedzie
+st&oacute;ł, dwa krzesła i kanapka. W tylnej części ściany
+mała kuchenka. Ciepły letni zmierzch, pełen
+r&oacute;żowych odblask&oacute;w zachodu zapada zwolna.</p>
+
+<p>Przy stole na kanapce siedzi Zofia, zamyślona
+lecz pogodna, zajęta szyciem, kt&oacute;re pozornie
+pochłania jej uwagę.</p>
+
+<p>Drzwi w głębi otwierają się: wchodzi Karski&mdash;z
+wyrazem znużenia i zdenerwowania na
+twarzy.</p>
+
+<p>ZOFIA [obracając się ku wchodzącemu, z uśmiechem].
+Tak p&oacute;źno wracasz, jedyny?</p>
+
+<p>KARSKI [wita się z nią pobieżnie i siada
+przy niej na kanapie]. Miałem dużo roboty
+i niesporo mi idzie. Ciężko mi jeszcze pisać po
+francusku.</p>
+
+<p>ZOFIA [troskliwie]. Zmęczony jesteś? Jak ty
+źle wyglądasz?</p>
+
+<p>KARSKI [znużonym głosem]. Tak. Zmęczyłem
+się trochę, bom szedł najpierw odwiedzić
+Henryka&mdash;wiesz Rzeckiego, ale p&oacute;źniej rozmyśliłem
+się i zn&oacute;w odłożyłem na p&oacute;źniej. Czas
+jeszcze. Przysporzyło mi to jednak drogi.</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_162" id="Str_162">[Str. 162]</a></span></p>
+
+<p>ZOFIA. Nie ciekaw jesteś go widzieć? tylekroć
+m&oacute;wiłeś mi o nim jeszcze w Warszawie.
+Tyle lat nie widzieliście się...</p>
+
+<p>KARSKI. I możemy się nie zobaczyć. Wszystko
+jedno! M&oacute;j Boże, c&oacute;ż nas dziś łączy? Od tych
+lat, kiedyśmy się znali, kilku ludzi przesunęło
+się przezemnie, a ja sam nawet nie wiem, jak
+się zwali i dokąd poszli. Mniejsza o nich zresztą.
+[weselszym tonem]. Coś tak posmutniała,
+Zosieńko moja? czemu? No, sp&oacute;jrz na mnie.</p>
+
+<p>ZOFIA [smutnie]. Jakiś ty dziwny; m&oacute;wisz
+czasem tak smutnie, tak beznadziejnie i gniewasz
+się, że mi nie do śmiechu. Niedobry jesteś,
+nie, nie.</p>
+
+<p>KARSKI [wesoło, p&oacute;ł żartem, p&oacute;ł seryo].
+<a class="ins" href="#tnote_24" name="tAnchor_24" title="Uspok&oacute;j &mdash; że">Uspok&oacute;j-że</a> się, dziecko. Najpierw nie powiedziałem
+nic smutnego. Bo czyż jestem dziś
+taki, jak byłem dawniej, nimem ciebie poznał?
+I ty, ty sama nie odmieniłaś się nic a nic?
+Jest pani zawsze tą samą wesołą a tęskną
+trzpiotką, z kt&oacute;rą przed rokiem tańczyłem kadryla
+u Łempickich?</p>
+
+<p>ZOFIA. O nie, nie.</p>
+
+<p>KARSKI [już z pewnem zamyśleniem, jakby
+ulegając nadchodzącym wspomnieniom]. Pamiętasz
+ten wiecz&oacute;r? W jakiej byłaś sukni?</p>
+
+<p>ZOFIA [nieco zdziwiona]. Jaki wiecz&oacute;r, kochanie?</p>
+
+<p>KARSKI [ciszej]. Ach, ten pierwszy.&mdash;Ty
+<span class='pagenum'><a name="Str_163" id="Str_163">[Str. 163]</a></span>
+nic nie pamiętasz... Nie znałem cię jeszcze
+wtedy. Przyszłaś sama z jakąś ciotką, jakgdybyś
+panną była. Miałaś na sobie taką bladą,
+blador&oacute;żową suknię jak najranniejszy świt i fiołki
+we włosach. I tyle woni fiołk&oacute;w w koło
+ciebie. Ach, ty kwiecie! [obejmuje ją wp&oacute;ł
+i przytula do siebie].</p>
+
+<p>ZOFIA [bezdźwięcznie]. To było tak dawno,
+tak dawno.</p>
+
+<p>KARSKI [odsuwa ją od siebie, porywczo]. Żal
+ci tego?</p>
+
+<p>ZOFIA [pieszczotliwie]. Mnie żal, mnie? Czem
+ja byłam? Ot dzieckiem, kt&oacute;re chodziło z balu
+na bal, śmiało się, tańcowało, i prawie nie wiedziało,
+że jest nikomu niepotrzebne, że nic nie
+kocha. Wiesz ja dawniej naprawdę myślałam,
+że ja jego... Dopieroś ty przyszedł. Jakiś ty
+był smutny; ciebie jednego mi tak żal było.
+[chwyta go za rękę].</p>
+
+<p>KARSKI [jakgdyby nie do Zofii m&oacute;wiąc].
+Byłem smutny? Nie, to nie jest smutek, co się
+w duszach naszych lęgnie. To coś gorszego,
+coś czarniejszego. Takie znużenie straszne,
+kt&oacute;re wygryza wreszcie i b&oacute;l, i tęsknotę i pożądanie,
+i nie pozostawia nic, na czem oprzeć
+by się można. I ta pogarda, ta żrąca, uśmiechnięta
+pogarda dla ludzi, dla siebie, dla każdej
+myśli mojej, dla każdego tchnienia mego. Takie
+obrzydzenie do siebie, do ciała i duszy, że błogosławiłbym
+<span class='pagenum'><a name="Str_164" id="Str_164">[Str. 164]</a></span>
+stopę, kt&oacute;raby mię rozdeptać
+chciała... I te nagłe martwe cisze, gdzie wszystko
+zapada, gubi się, ginie, jakgdyby fale śmierci
+zalały nas powyżej głowy. [pod koniec mowa
+staje się coraz prędszą]. Nie wiem co czuję,
+każda myśl moja, każde drgnienie jakimś
+wiatrem zagnane przychodzi, ucieka jedno za
+drugiem w pędzie, splątane jak dym. I zn&oacute;w
+pustka, pogodna bezsłoneczna pustka, kt&oacute;ra
+milczeniem swojem zdaje się pytać: po co, po
+co żyjesz? Po co żyjesz?</p>
+
+<p>ZOFIA [przysuwa się ku niemu sama, tkliwie].
+Jakie to straszne! Ale to było dawniej,
+dawniej, prawda, dawniej? Ty tego nie czujesz
+teraz, nigdy? nigdy?</p>
+
+<p>KARSKI [po chwili ciszy]. Nigdy.</p>
+
+<p>ZOFIA [coraz tkliwiej]. Prawda? ty żyjesz
+dla mnie, dla swojej Zosi, musisz żyć dla mnie.
+Twoja Zosia jest sierota, samiuteńka jedna,
+nikogo nie ma na świecie, umarłaby z głodu
+bez ciebie.</p>
+
+<p>KARSKI [ironicznie, zrywa się z kanapy i zaczyna
+chodzić po pokoju] I ze mną ci niewiele
+do tego brakuje. Żyję dla ciebie, a ty w takiej
+nędzy.</p>
+
+<p>ZOFIA. A wiesz co, że ty śmieszny jesteś.
+No i czego mi potrzeba. Gdybym nie wiem
+wiele miała pieniędzy, nie wiedziałabym, co
+z niemi tu począć. W Warszawie co innego,
+<span class='pagenum'><a name="Str_165" id="Str_165">[Str. 165]</a></span>
+ale tu... A zresztą to zabawne tak liczyć te
+susy. Nigdy nie umiałam tego dawniej, a już
+się wyuczyłam. Widzisz, jaka Zońka twoja pojętna.
+I jeszcze bym ci coś powiedziała, ale ty
+się będziesz śmiał ze mnie.</p>
+
+<p>KARSKI [stając przed nią, miękkim, kochającym
+głosem]. Z ciebie, duszo moja, z ciebie?</p>
+
+<p>ZOFIA [nieśmiało]. Widzisz&mdash;mnie się czasem
+zdaje, że to dobrze, że my jesteśmy w biedzie.
+Już za nic bym nie chciała, abyś ty
+był bogatszy od Andrzeja. Nie, nie. Ja mogę
+być wesoła, lekkomyślna i bardzo niemoralna,
+ale ja wiem, wiem bardzo dobrze, że to jest
+źle, źle to wszystko, co ja z tobą zrobiłam.
+Nie śmiej się z tego, bo to jest wielki grzech.
+M&oacute;wił mi to jeszcze ksiądz na spowiedzi, nimem
+ciebie znała. Może ta bieda nasza będzie
+mi za pokutę policzona. [Z pewnym przymusem].
+No, nie śmiej się.</p>
+
+<p>KARSKI [chodząc po pokoju]. Jaki ja jestem
+podły, podły! Ja wiem, tyś wszystko poświęciła
+dla mnie: religię twoją, opinię, przyszłość, bogactwa;
+narażasz się na zniewagi, na gł&oacute;d&mdash;dla
+mnie, wszystko dla mnie; a ja co, co ja ci
+dałem? [szyderczo] Ja mam przygodę miłosną.
+Nic dla ciebie zrobić nie mogę, nawet zapracować
+nie mogę tyle, żebyś ty biedy nie cierpiała,
+[jakgdyby z trudem m&oacute;wiąc]. Wiesz, obcięli
+mi połowę godzin w redakcyi. Ośmdziesiąt frank&oacute;w
+<span class='pagenum'><a name="Str_166" id="Str_166">[Str. 166]</a></span>
+na nas oboje! A przyjąłem to zupełnie spokojnie,
+apatycznie, tak, jak gdybym ciebie nie
+znał, jak gdybyś nie ty na tem cierpiała. Czyż
+ja ciebie nie kocham?</p>
+
+<p>ZOFIA [powtarza bezdźwięcznie]. Ośmdziesiąt
+frank&oacute;w. Połowa tego, cośmy dotąd mieli...</p>
+
+<p>KARSKI [staje zn&oacute;w, m&oacute;wi namiętnie]. Słuchaj!
+Uczucie moje dla ciebie to ostatnia moja
+świętość: gardziłem wszystkiem, oplułem w sobie
+wszystko, pr&oacute;cz tej jednej, jedynej miłości. Ty
+musisz być dla mnie wszystkiem, ty jesteś moją
+wiarą, siłą, moją duszą. Jeśli mi się jednę chwilę
+zdaje, że ja ciebie nie kocham&mdash;tak jak tam
+w redakcyi&mdash;zdaje mi się, że oszaleję. Nie,
+nie oszaleję. [z rozpaczą]. Ale jeśli ja ciebie nawet
+nie kocham, to chyba już dziś jestem trupem.</p>
+
+<p>ZOFIA [wstaje i bierze jego głowę w ręce
+i przytula do siebie; łagodnym, kojącym głosem].
+Ty moje szalone, biedne dziecko! Ty mnie nie
+kochasz, ty? Czy ja tego nie widzę, czy jabym
+mogła choć jedną chwilę o tem wątpić? ty mnie
+nie kochasz, tyś mi nic nie poświęcił? Tyś
+chciał poświęcić wszystko, siebie całego. [z pewną
+grozą w głosie]. Och! ja pamiętam to dobrze!</p>
+
+<p>KARSKI [zdziwiony]. Co ty pamiętasz Zosiu?</p>
+
+<p>ZOFIA. To, coś mi m&oacute;wił wtedy, dawno jeszcze.
+<span class='pagenum'><a name="Str_167" id="Str_167">[Str. 167]</a></span>
+Ah! to nie był żart. Tyś tak okropnie patrzył
+wtedy.</p>
+
+<p>KARSKI [z rosnącem zdziwieniem]. Kiedy? co?</p>
+
+<p>ZOFIA. Wtedy, pierwszym razem... u ciebie...
+na Ż&oacute;rawiej. O nie, nie <a class="ins" href="#tnote_25" name="tAnchor_25" title="chciałem">chciałam</a> przyjść. Jeszcze
+nic nie było między nami, jeszcze mogło
+być wszystko inaczej. I nie byłabym przyszła.
+Tak się długo modliłam do Matki Boskiej, i tyle
+sił miałam i tak się chciałam poświęcić, i tak
+cię kochałam! Chciałam się na zawsze zakopać
+na wsi&mdash;u nas w Golewicach, ukryć i zdusić
+tę miłość, kt&oacute;ra mię dławiła. [smętnie]. Byłbyś
+szczęśliwszy może.</p>
+
+<p>KARSKI [silnie]. Bez ciebie? nie m&oacute;w tak
+nigdy.</p>
+
+<p>ZOFIA [m&oacute;wi z trudem, pokonywując uczucie
+zawstydzenia i winy]. Przyszłam wtedy do ciebie,
+żeby cię pożegnać, powiedzieć ci to wszystko,
+powiedzieć ci, że musimy się rozstać, że
+będziesz zawsze wybranym mojej duszy, ale że
+ja twoją być nie mogę, że ja twoją być nie chcę&mdash;Boże,
+Boże.... Myślałam, że się będziesz gniewał,
+przekonywał. A ty nic, tylkoś mi powiedział
+to jedno, ale takim głosem strasznym, że
+mię dreszcz zdjął, jakgdybym już gr&oacute;b przed
+sobą zobaczyła. Klęczałeś przedemną i oczy
+twoje, twoje śliczne oczy, patrzyły gdzieś w dal
+nieprzytomne i powtarzałeś, jakby już nie myśląc
+nawet: Zosiu, Zosiu, rozstanie z tobą mnie
+<span class='pagenum'><a name="Str_168" id="Str_168">[Str. 168]</a></span>
+zabije. [z wybuchem, chwytając go za ręce
+i cisnąc ku sobie]. Janku m&oacute;j, ty nie pogardzaj
+mną, ale ja nie mogłam inaczej, ja nie mogłam
+cię zabić. Przysięgnij! ty nigdy nie będziesz
+mną pogardzał? Nigdy? Widzisz&mdash;ja nie wiem,
+za co ty mnie tak kochasz, mnie cudzą, wiarołomną
+żonę.</p>
+
+<p>KARSKI [bezdźwięcznie, jakgdyby powtarzając
+dawniej powiedziane słowa]. Rozstanie z tobą
+mnie zabije; tak powiedziałem ci to&mdash;rozstanie
+mnie zabije.</p>
+
+<p>ZOFIA [trwożnie]. Jak ty dziwnie patrzysz!
+Nie rozstaniemy się przecież nigdy, nie opuszczę
+cię nigdy. Słyszysz? Nie wierzysz mi?</p>
+
+<p>KARSKI [chłodno, z zamyśleniem]. Nie, nie...
+Ale dziękuję ci, żeś mi to przypomniała teraz.
+Jak błądzącego w g&oacute;rach otoczyły mię mgły,
+i zdawało mi się, że na ok&oacute;ł r&oacute;wnina, zewsząd
+gładka i czysta. Rozdarłaś mi mgły, i widzę, że
+tam jest otchłań, tam musi być... [pewnym głosem]
+i będzie.</p>
+
+<p>ZOFIA [trwożniej]. Na Boga&mdash;co ci jest dzisiaj?
+Janek, tyś nie zdr&oacute;w: położysz się zaraz,
+dobrze? [podchodzi do ł&oacute;żek, chcąc zdjąć i przygotować
+pościel].</p>
+
+<p>KARSKI [powstrzymując Zofię]. Nie jestem
+chory, nawet nie jestem zdenerwowany. Nic mi
+nie jest. Ale ja siebie nie znam, ja siebie się
+lękam. Ja byłem takiem dziwnem dzieckiem.
+<span class='pagenum'><a name="Str_169" id="Str_169">[Str. 169]</a></span>
+Dorastającym chłopcem krajałem sobie ramię
+nożem, aby jakiś jęk z siebie wydobyć, jakimś
+b&oacute;lem powiedzieć sobie, że żyję.&mdash;I
+dziś niewiem nawet, czy mię te rany bolały.
+Czytałem kiedyś Irydjona: nie wzruszył mię
+szatan Massynissa, nie wzruszył mię bohater,
+ani Grecya, tylko ten smutny, znudzony Cezar.
+Czternastoletni sztubak płakał nad Heljogabalem!
+Czasem mi się zdaje, że jak u niego,
+każde czucie moje jest fałszem, każda żądza
+moja jest starczą, bezsilną, zap&oacute;źną ciekawością,
+bańką błota co nie błyśnie nawet i pęka.
+Ja nie pamiętam dziś, jakem ja zaczął cię
+kochać. [ironicznie]. Możem był ciekawy twej
+miłości? [z pogardą]. Tylko trochę drogo cię ta
+ciekawość moja kosztuje.</p>
+
+<p>ZOFIA [głosem, w kt&oacute;rym przebija już zdenerwowanie
+i cierpienie]. Powiedz, powiedz, poco
+ty dręczysz mnie i siebie? Doprawdy ty mnie
+chyba mało znasz. Że jestem wesoła i nieraz
+rozbawiona, to nie wyobrażaj sobie jeszcze, że
+jestem naiwnem dziewczątkiem, kt&oacute;re panu podobało
+się zabrać z sobą. Wiem, co zrobiłam&mdash;i
+to chciałam zrobić. Czy ty nie rozumiesz, że
+obrażasz mnie, gdy mi wspominasz dawny dobrobyt,
+i sądzisz, że mogę za tem tęsknić? Nie
+m&oacute;w mi o tem nigdy, pamiętaj, bo mnie to boli.
+[przekonywująco i weselej]. Ty się dręczysz,
+że będziemy teraz mieli mniejsze dochody, a już
+<span class='pagenum'><a name="Str_170" id="Str_170">[Str. 170]</a></span>
+przedtem nie zawsze wystarczało. Ale i to przejdzie.
+Ty znajdziesz jeszcze inne zajęcie&mdash;za miesiąc,
+dwa&mdash;to się już zupełnie wyuczysz po francuzku.
+Zobaczysz, jeszcze będziesz zamiast Lemaitre'a
+feljetony do Debat&oacute;w pisywał. A i pani
+twoja weźmie się do roboty. Ty nie wiesz, jak
+ja kapelusze ubieram; doprawdy, nie <a class="ins" href="#tnote_26" name="tAnchor_26" title="widziałem">widziałam</a>
+ładniejszych na bulwarach. [coraz weselej, ze
+śmiechem]. Założę jeszcze wielki magazyn m&oacute;d;
+będzie taki wielki szyld: „<i>Madame Sophie, Maison
+des confections</i>” na Rivoli, albo na rue de la
+Paix, obok Wortha dla konkurencyi. Wszystkie
+elegantki się do nas przeniosą. [z głośnym śmiechem].
+Pokażę ci księżnę Chimay z jej cyganem,
+chcesz?</p>
+
+<p>KARSKI [nieprzezwyciężony wesołością, poważnym
+głosem]. Ty się modlisz, Zosiu?</p>
+
+<p>ZOFIA [zdziwiona]. Ty wiesz przecie...</p>
+
+<p>KARSKI [poważniej jeszcze]. I spowiadasz
+się?</p>
+
+<p>ZOFIA [niechętnie odpowiadając, smutnie].
+Teraz, teraz...</p>
+
+<p>KARSKI<a class="ins" href="#tnote_27" name="tAnchor_27" title="">.</a> Ty wiesz, co jest kłamstwo?</p>
+
+<p style="text-align: center;">[Długa chwila ciszy].</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_171" id="Str_171">[Str. 171]</a></span></p>
+
+<p>Czy ty wierzysz, że ja nigdy przed tobą nie
+kłamałem, nigdy, ani wtedy, gdyś po raz pierwszy
+przyszła do mnie? Czy ty mi wierzysz?</p>
+
+<p>ZOFIA [uczuciowo]. Wierzę, wierzę.</p>
+
+<p>KARSKI [dobitniej, prawie natarczywie]. Tak
+jak sobie wierzysz?</p>
+
+<p>ZOFIA. Tak jak sobie.</p>
+
+<p>KARSKI. Czy ty wierzysz, że cię kocham
+nad wszystko, że nigdy cię nikt nie kochał
+więcej odemnie?</p>
+
+<p>ZOFIA [zmęczona]. Wierzę, jak duszy swojej,
+wierzę.</p>
+
+<p>KARSKI [z silnym wybuchem]. Bogdajbym
+zginął, gdybyś ty się zawieść miała.</p>
+
+<p>ZOFIA [ze zmęczeniem, ogarniającem ją nad
+siły]. Ja tego nie chcę, tak być nie może. Te
+ciągłe wyrzuty cię zamęczą. No i o co, o co?
+Jedno jedyne miałam pragnienie, abyś ty, m&oacute;j
+najdroższy był szczęśliwy. I patrz co się z tem
+dzieje! Przecież ja widzę, że ty nie jesteś
+szczęśliwy. Czemu&mdash;czemu? Chciałeś mię
+mieć&mdash;jestem twoją, na zawsze twoją. Chciałeś
+mię mieć tylko dla siebie, zdala od wszystkich,
+od niego&mdash;przyjechaliśmy tutaj. C&oacute;ż ja
+jeszcze zrobić mam dla ciebie? Bo widzisz,
+gdybyś ty nigdy nie był szczęśliwy ze mną,
+to byłaby dla mnie taka kara, taka kara. [ze
+łzami]. Oh, nie...</p>
+
+<p>KARSKI [spokojniej znacznie]. Ale ja jestem
+<span class='pagenum'><a name="Str_172" id="Str_172">[Str. 172]</a></span>
+szczęśliwy,&mdash;jeśli ty mi wierzysz. Nie uwierzyłbym
+Bogu, gdyby mi stanął tu w płomiennym
+krzaku, ale tobie wierzę.</p>
+
+<p>ZOFIA. Ach, nie m&oacute;w tego. Tak chciałabym,
+abyś ty choć trochę wierzył. Ale to niemożliwe.</p>
+
+<p>KARSKI [p&oacute;ł-prosząco, p&oacute;ł-żartobliwie] Nawr&oacute;ć
+mnie.</p>
+
+<p>ZOFIA [przejmując się słowami swemi, miękko].
+Ach, gdybyś ty naprawdę chciał. To tak
+dobrze zapomnieć wszystkich zgryzot, b&oacute;l&oacute;w,
+tęsknot; taki spok&oacute;j, taka jasność nachodzi
+wtedy na mnie. I to, że całą wieczność będzie
+się miało przy sobie tych, kt&oacute;rych się kocha.
+Wiesz, wtedy co to nas już mieli wyrzucać
+z mieszkania, bo nie było pieniędzy na komorne,&mdash;tyś
+wybiegł, jak szalony, poszukać gdzie
+u kogo chociaż kilku frank&oacute;w; zostawiłeś mnie
+samą. Mnie tak było straszno, ciągle mi się
+zdawało, że ktoś przyjdzie i zacznie mnie stąd
+wypędzać. Jeszcze byłam taka naiwna i nic nie
+wiedziałam, że tak prędko wyszły nasze pieniądze...
+Lękałam się zostać w domu i wyszłam
+na ulicę. Poszłam przez Boul'Mich. Długo, długo
+stałam na moście: szara, mętna woda płynęła
+bez końca i jakgdyby podnosiła się i podchodziła
+ku mnie. I pomyślałam sobie, że sama
+nie potrafię tu przyjść więcej; ale z tobą&mdash;jeśli
+ty nic nie znajdziesz&mdash;dobrze. Ty nawet
+nie wiedziałeś, jak mi wtedy było straszno
+<span class='pagenum'><a name="Str_173" id="Str_173">[Str. 173]</a></span>
+i ciemno dokoła! Wracając przechodziłam koło
+Notre Dame; drzwi były otwarte, grały organy,
+poszłam. Było tak pełno, a nad nami
+leciały tony głębokie, wielkie, jakby wicher
+z organ&oacute;w zrywał się i rozpędzał nam dusze,
+gdzieś daleko, po nieskończonościach, już u samych
+st&oacute;p Boga. Nie, ja się nie modliłam, ale
+byłam tak wysoko, tak daleko i od Sekwany,
+i od tego pokoju na Glacierze...</p>
+
+<p>KARSKI [zazdrośnie]. I odemnie?</p>
+
+<p>ZOFIA [jakby w zachwyceniu]. Tak,&mdash;i od
+ciebie. Ty się gniewasz o to? Ale jak wr&oacute;ciłam,
+to byłam taka silna, taka pewna, taka
+spokojna. Gdybyśmy na ulicy nocować mieli,
+to wiedziałam, że się nam nic nie stanie i że
+ja nic złego do ciebie i do mnie nie dopuszczę.</p>
+
+<p>KARSKI [po kr&oacute;tkiej ciszy]. Daj mi swą
+duszę.</p>
+
+<p>ZOFIA [pieszczotliwie]. A kt&oacute;ż to ją ma?</p>
+
+<p>KARSKI. Nie, nie tak, nie tak. Ja mam być
+poetą, artystą, ale ja nic nie stworzę, ja nic
+nie kocham. Ja się niczego, niczego nie lękam,
+ale i nic nie kocham. Słucham, śledzę twe czucia,
+ja wiem, że tam nic nie ma, ale wierzyć
+w Boga jest pięknie, bardzo pięknie. [z smutną
+ironią]. Co jest pięknego we mnie?</p>
+
+<p>ZOFIA. Ty nic nie stworzysz? A kto napisał:
+&raquo;Widziałem krew na duszy mojej&laquo;? Kto napisał:
+&raquo;Złote gromy&laquo;?</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_174" id="Str_174">[Str. 174]</a></span></p>
+
+<p>KARSKI [smutniej]. Dzisiaj już nic nie ma we
+mnie.</p>
+
+<p>ZOFIA. Bo się męczysz, bo się trujesz głupstwami,
+o kt&oacute;rych m&oacute;wić nie warto nawet.
+[z dziecinnym zapałem]. Słuchaj, ty musisz
+być wielki! zrobisz to dla mnie, prawda? [jakby
+chwytając z radością myśl, kt&oacute;ra się jej nawinęła].
+Jak to dobrze, że masz teraz mniej
+roboty w redakcyi! No bo wprost nie miałeś
+czasu, ale teraz codzień popołudniu zasiądziesz
+do pisania. [żartobliwie]. Tak, m&oacute;j drogi, skończyło
+się pr&oacute;żniactwo! Już Zośka cię dopilnuje.
+Dokończy pan tę komedyę kt&oacute;rąś mi czytał
+kiedyś&mdash;pamiętasz u mnie jeszcze. To takie
+śliczne było. Poślemy to do Warszawy. [opamiętuje
+się]. Nie do Warszawy, nie&mdash;gdzieindziej,
+do Krakowa lub Lwowa. A p&oacute;źniej pojedziemy
+na przedstawienie. [smutnie]. Tak dawno
+już nie słyszałam, jak dokoła m&oacute;wią po polsku...
+[zn&oacute;w żywiej]. Ty p&oacute;jdziesz sobie do loży,
+a ja schowam się gdzieś cichutko, skromniutko,
+na galeryi, w takim kąciku, aby mię nikt nie
+widział. Potem oklaski, krzyczą: autor, autor!
+Ty się kłaniasz. [dziecinnie, klaszcze w dłonie].
+Ja się chyba spalę z radości, że to ty, ty mnie
+kochasz. A może ty wtedy przestaniesz twoją
+Zońkę kochać?</p>
+
+<p>KARSKI [słucha, nieco zamyślony, zdjęty
+rozkoszą]. M&oacute;w, m&oacute;w dalej... Jaki ty masz głos!</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_175" id="Str_175">[Str. 175]</a></span></p>
+
+<p>ZOFIA [bardzo wesoło]. No widzisz, zn&oacute;w
+to samo, a ja tego tak nie lubię. Napewno nawet
+nie wiesz co ja m&oacute;wiłam. Tak mnie słuchasz?
+Myślisz, że to przyjemnie... Ty mnie
+chyba masz za bardzo głupią. Może masz racyę
+nawet. Ja jestem taka roztrzepana.</p>
+
+<p>KARSKI [powoli]. Chciałbym nic w życiu nie
+słyszeć opr&oacute;cz głosu twego. Tak, głos tw&oacute;j pokochałem
+najpierw.</p>
+
+<p>ZOFIA [z wybuchem śmiechu]. Najgorzej
+w świecie! No już teraz nic, nic nie słucham.
+Ot do czego to prowadzi! Zapomnieliśmy na
+śmierć o obiedzie. A jestem taka głodna. A jak
+Zońka jest głodna to jest taka zła, zła...</p>
+
+<p>KARSKI. Dziecko, dziecko moje.</p>
+
+<p>ZOFIA [podbiega do szafy, otwiera ją i przegląda
+p&oacute;łki]. Ale nic nie ma w domu. Tylko kawałek
+masła od wczoraj został. Trzeba jeszcze
+zejść do miasta. [wracając zn&oacute;w do Karskiego,
+kt&oacute;ry stoi przy stole]. Czekaj, pomyślimy co
+będzie na obiad. Najpierw... najpierw sardynki&mdash;ty
+lubisz sardynki&mdash;prawda? Potem kupimy dwa
+duże befsztyki, takie po sześć sus&oacute;w, a na deser...
+[wesoło] no zgadnij, co ci kupię na deser,
+zgadnij!</p>
+
+<p>KARSKI [pieszczotliwie, wesoło]. Nie wiem,
+ty szalona gł&oacute;wko.</p>
+
+<p>ZOFIA. Bo nie zgadniesz. R&oacute;że, r&oacute;że. Widziałam
+wczoraj takie śliczne r&oacute;że, białe, ledwie</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_176" id="Str_176">[Str. 176]</a></span>
+ledwie r&oacute;żowe. I tak tanio, duży bukiet za cztery
+susy. W Warszawie toby ze trzy ruble kosztowało.
+[z pewnem wahaniem]. A może to źle,
+że ja chcę r&oacute;że kupić?...</p>
+
+<p>KARSKI [wesoło]. Dlaczego zn&oacute;w źle?</p>
+
+<p>ZOFIA [poważniej nieco]. Najpierw, to jest
+zbytek, a my teraz musimy oszczędzać bardzo.
+A powt&oacute;re to jest deser dla mnie, bo ty kwiaty
+nie zbyt lubisz, i może będziesz głodny.</p>
+
+<p>KARSKI [z rozrzewnieniem]. Nie, nie, nie chce
+mi się jeść; nie będę głodny.</p>
+
+<p>ZOFIA [całuje go, uradowana]. Ach! jakiś ty
+dobry! Widzisz mnie się tak strasznie chciało
+mieć te kwiaty... Przepadam za r&oacute;żami, już
+wczoraj chciałam zaraz je kupić, ale nie miałam
+ani susa. W Warszawie w każdym pokoju były
+u mnie kwiaty. A teraz daj mi pieniądze, polecę
+prędziutko [liczy prędko]. Sześćdziesiąt,
+siedemdziesiąt, dwadzieścia... Daj mi p&oacute;łtora
+franka [odwracając się od Karskiego podchodzi
+do wieszadła z ubraniami, wkłada zarzutkę
+i lekki słomkowym kapelusz. Chwila ciszy]. Janek,
+ja już idę...</p>
+
+<p>KARSKI [chodzi po pokoju, nie patrząc na
+Zofię, m&oacute;wi zimno, a jednak ze wstydem]. Zosiu,
+ja nie mam tyle.</p>
+
+<p>ZOFIA [zdziwiona]. Przecież dostałeś trzy
+franki w Journalu<a class="ins" href="#tnote_28" name="tAnchor_28" title="">.</a></p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_177" id="Str_177">[Str. 177]</a></span></p>
+
+<p>KARSKI. Tak, dostałem. Ale przechodziłem
+koło Odeonu, zacząłem czytać i kupiłem książkę.</p>
+
+<p>ZOFIA [z uczuciem zawodu]. Kupiłeś książkę...</p>
+
+<p>KARSKI [usprawiedliwiając się, prędko]. Verlaine,
+poezye Verlaine'a. Ale ja to będę tłomaczył.
+To takie modne dziś u nas. [rzuca książkę
+wydobytą z płaszcza na st&oacute;ł].</p>
+
+<p>ZOFIA [opanowując się, zn&oacute;w wesoło, by
+oszczędzić Karskiemu wyrzutu]. Jak to dobrze,
+żeś kupił Verlaine'a. Tak mało go znam. Będziemy
+to czytali razem. Ty tak ładnie umiesz
+czytać. Pamiętasz w Zurichu, jakeś mi czytał
+&raquo;w Szwajcaryi&laquo; na jeziorze... Byłam jeziora błękitnego
+panią. Ach! poezya...</p>
+
+<p>KARSKI [chodzi po pokoju, zaciskając dłonie].
+Podłość, podłość, podłość!</p>
+
+<p>ZOFIA [swobodnie, początkowo z nieco sztuczną,
+p&oacute;źniej zupełnie szczerą wesołością]. O,
+już pan znowu znowu zaczyna? Nie ma czasu
+na to. Ile masz pieniędzy? [Karski podaje jej pieniądze].
+Siedemdziesiąt pięć centim&oacute;w; trzeba
+zmienić <i>menu</i>. Ja i to umiem. Niedarmo <a class="ins" href="#tnote_29" name="tAnchor_29" title="czytywałem">czytywałam</a>
+w Warszawie Kurjerek Poranny. Przepisy
+gospodarskie: najpierw wspaniały obiad,
+a potem u dołu skromny; i zupełnie to samo.
+Więc teraz będzie tak: sardynki są nieświeże
+w lecie&mdash;zawsze mię tak uczono&mdash;a r&oacute;że od
+wczoraj napewno powiędły. Befsztyk sześćdziesiąt
+<span class='pagenum'><a name="Str_178" id="Str_178">[Str. 178]</a></span>
+centim&oacute;w, chleb dziesięć, jeszcze nam zostanie
+cały sus na zapas. Zaraz wr&oacute;cę. Zapal
+tymczasem lampę [zwraca się ku drzwiom].</p>
+
+<p>KARSKI [szybko zastępuje jej drogę]. Czekaj,
+wolę sam iść. Nie chcę żebyś teraz tyle chodziła
+po świecie, zmęczysz się...</p>
+
+<p>ZOFlA [zmieszana, nieco trwożna, jakby starając
+się Karskiego wybadać i zrozumieć]. Dlaczego
+teraz nie chcesz? Przecież zawsze ja
+chodziłam po sprawunki. Czy ty?...</p>
+
+<p>KARSKI [wybuchając]. Na Boga, przecież to
+chyba mogę zrobić dla ciebie, aby iść na d&oacute;ł
+po obiad!</p>
+
+<p>ZOFIA [na p&oacute;ł już zawiedziona]. Więc tylko
+dlatego chcesz sam iść, żebym ja się nie zmęczyła?
+Nic więcej?</p>
+
+<p>KARSKI. Ja nie mogę patrzeć, jak ty się tu
+niszczysz, bez tchu przebiegasz te sześć pięter.
+Przecież to ciebie z n&oacute;g zupełnie zbija.</p>
+
+<p>ZOFIA [z rezygnacyą w głosie]. Idź, idź najdroższy.
+[Karski wychodzi. Zofia spostrzega, że
+zostały jej w ręku pieniądze, kt&oacute;rych Karski
+zapomniał. Wybiega więc za nim ku drzwiom].</p>
+
+<p>Weźże pieniądze [podaje mu przez drzwi,
+podchodzi do kuchenki, zaczyna rozpalać
+ogień, wraca następnie ku stolikowi i zapala
+lampę]. On się niczego nie domyśla! Może
+to ja się <a class="ins" href="#tnote_30" name="tAnchor_30" title="łudzą">łudzę</a>? Nie, nie, to się czuje. I nie mogę
+mu powiedzieć: on taki zdenerwowany i w
+<span class='pagenum'><a name="Str_179" id="Str_179">[Str. 179]</a></span>
+Journal'u mu wym&oacute;wiono popołudnie... [siada,
+i z wyrazem smutku i zniechęcenia opiera się
+rękami na stole]. Tak marzyłam o tem niegdyś,
+tak pragnęłam, a dziś, dziś... wstydzę się nawet
+to wym&oacute;wić. Może on tego nie chce... Boże,
+Boże! tylko Ty tego dziecka za mnie nie
+karz... Ach co tam! już jestem tak zmęczona...
+[Machinalnie bierze książkę leżącą na stole,
+i przerzuca kartki, czyta bardzo wolno i cicho].</p>
+
+<p>
+Les sanglots longs<br />
+Des violons<br />
+De l'automne,<br />
+Blessent mon coeur<br />
+D'une langueur<br />
+Monotonne.<br />
+</p>
+
+<p>[ciszej jeszcze].</p>
+
+<p>
+Et je m'en vais<br />
+Au vent mauvais,<br />
+Qui m'emporte<br />
+De &ccedil;a, de l&agrave;<br />
+Pareil &agrave; la<br />
+Feuille morte.<br />
+</p>
+
+<p>Ach! jakie strasznie smutne! śliczne! Ale on
+pisze ładniej &raquo;Widziałem krew na duszy mojej
+[rozlega się stukanie przez drzwi].&laquo; To ty Janek?
+[stukanie ponowne]. Qui est l&agrave;? [stukanie].
+Entrez [wchodzi Andrzej].</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_180" id="Str_180">[Str. 180]</a></span></p>
+
+<p>ZOFIA [z przerażeniem, zrywając się z miejsca].
+Andrzej!</p>
+
+<p>ANDRZEJ [spokojnie]. Dobry wiecz&oacute;r Zofio!</p>
+
+<p>ZOFIA [z trwogą obłędną]. Gdzie Janek?</p>
+
+<p>ANDRZEJ [poważnie]. Czego się lękasz? Uspok&oacute;j
+się. Przyszedłem teraz, bo tylko ciebie chciałem
+widzieć. Szukałem cię wszędzie. Byłem
+w Berlinie, w Wiedniu, Szwajcaryi, tu jestem
+już od miesiąca i dopiero wczoraj wieczorem cię
+spotkałem. Co się z tobą stało, co się z tobą
+stało? Jak ty wyglądasz tutaj?</p>
+
+<p>ZOFIA [bezdźwięcznie, z przygnębieniem]. Co
+się ze mną stało, czy ja wiem.</p>
+
+<p>ANDRZEJ. Nie, to być nie może, nie może.
+Za coś ty mnie opuściła? Bez słowa jednego
+rzuciłaś mnie jak łachman. Wracam, jak zawsze,
+z biura, przychodzę do domu, szukam cię po
+wszystkich pokojach. Służący powiada mi, że
+pani wyszła i podaje mi kartkę twoją. Nie, to
+być nie może, ja temu nie wierzę&mdash;to nieprawda,
+to sen. Nikt o tem w Warszawie nie wie, moja
+matka codzień pyta się ciebie&mdash;ona kochała
+cię jak własną c&oacute;rkę. A ty taka święta, taka
+czysta, ty tutaj, ty...</p>
+
+<p>ZOFIA [szybko]. Nie m&oacute;w! nie myśl tak
+o mnie Andrzeju! Ty mnie znasz, tyś był moim
+mężem, ty wiesz, jaka ja jestem. To nie rozpusta,
+nie, nie rozpusta, co mnie tu przywiodła,
+[prawie tkliwie]. Przysięgam tobie...</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_181" id="Str_181">[Str. 181]</a></span></p>
+
+<p>ANDRZEJ [z uczuciem głębokiego b&oacute;lu]. Nie?...
+Wiec tyś mnie nie kochała&mdash;to był fałsz, twoja
+miłość, twoje szczęście, uśmiechy, wesołość,
+pustota. To była komedya, twoja radość, te
+podr&oacute;że nasze... Jak dziecko nosiłem cię na rękach.
+Przytulałaś się do mnie, zarzucałaś mi
+ręce na szyję. To była komedya.</p>
+
+<p>ZOFIA [jednocześnie, przyciszonym głosem].
+Tyś był bardzo silny, Andrzeju.</p>
+
+<p>ANDRZEJ. To wszystko komedya. Więc ty
+nie byłaś szczęśliwą ze mną? Powiedz, powiedz!</p>
+
+<p>ZOFIA [bardzo smutnie]. Szczęśliwą? tak mi
+się może zdawało niegdyś; nie, nie było we
+mnie fałszu, choć dziś wiem, że nie byłam
+szczęśliwą. Ale ja i tu nią nie jestem.</p>
+
+<p>ANDRZEJ. Nie byłaś szczęśliwą... Czemu? czemu?
+Co ja ci zawiniłem Zofio?</p>
+
+<p>ZOFIA [głośniej, szczerze]. Andrzeju, ty nie
+gardź mną. Ty nawet nie wiesz, jak ja cię szanuję.
+Mnie dużo, dużo m&oacute;wiono o tobie, jeszcze
+nim byłam twoją żoną. Mnie taki wstyd ogarnia,
+kiedy ja o tobie pomyślę. Ale ja nie mogłam;
+ja wiem, tyś był taki dobry dla mnie,
+otoczyłeś mnie bogactwem, przepychem...</p>
+
+<p>ANDRZEJ [p&oacute;ł szyderczo]. Ty myślisz, że
+chciałem cię kupić...</p>
+
+<p>ZOFIA ...ja tobie zawdzięczam wszystko.
+Byłam biedną głupią panienką. Ty z twojem
+nazwiskiem, twojem znaczeniem, tyś m&oacute;gł się
+<span class='pagenum'><a name="Str_182" id="Str_182">[Str. 182]</a></span>
+ożenić nie wiem z kim, tyś wybrał mnie, dałeś
+mi wszystko, a ja co zrobiłam! [przybliża się
+ku niemu nieśmiało] Andrzeju, ja ciebie przepraszam,
+ja ciebie przepraszam bardzo [chce całować
+jego rękę].</p>
+
+<p>ANDRZEJ [powstrzymuje ją]. Zofio!</p>
+
+<p>ZOFIA [stojąc blisko Andrzeja, oparta z tyłu
+rękami o st&oacute;ł]. Byłam głupiem, lekkomyślnem
+dzieckiem: tyś mię psuł, myślałeś tylko o życzeniach
+moich, tyś mi nigdy nie dał cierpieć,
+nie pokazałeś mi, co to jest b&oacute;l. [naiwnie i uczuciowo].
+A widzisz, cierpieć trzeba, trzeba się
+poświęcać. Ja tak chciałam dawniej być szarytką.
+Mnie przy tobie było za dobrze. O! nie
+łatwo mi było wyjeżdżać. Mnie i ciebie było
+bardzo żal, i twojej matki, i małej Anki, kt&oacute;ra
+codzień przychodziła do cioci Zosi&mdash;wyście
+wszyscy byli tacy dobrzy dla mnie. Ale mi was
+było żal dla siebie samej. A on jest taki biedny,
+taki sam. Ty masz matkę, Ankę, ciebie tylu
+ludzi kocha, ja tobie nie byłam potrzebna. Ciebie
+tak życie, praca twoja pochłaniała.&mdash;A
+w nim się dusza tak męczy, rwie, miota&mdash;ja
+się o niego tak bałam. Ty wiesz, jego brat
+się zastrzelił, on zawsze nosi rewolwer przy
+sobie. Ja się i dziś o niego lękam, ja go muszę
+ocalić. On zginie bezemnie. [z rozpaczliwą
+trwogą]. Przebacz mi, ja nie mogę już teraz
+kłamać! Czy ty mnie rozumiesz?</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_183" id="Str_183">[Str. 183]</a></span></p>
+
+<p>ANDRZEJ [spokojnie, nieco ironicznie]. Tak;
+masz racyę. Mnie kochają moi robotnicy, urzędnicy,
+wszyscy chłopi u nas w Golewicach.
+I ja ich kocham. Los dał mi majątek, dał mi
+obowiązki. Tyś nie była przy śmierci mego
+ojca; to, co on zostawił, ja dokończyć muszę.
+Ale i ja chciałem mieć coś wyłącznie
+dla siebie, jeden promień złoty w życiu, jeden
+pogodny blask dla mnie tylko. Tyś była tym
+blaskiem moim. Chciałem cię mieć tak radosną,
+chciałem, żeby cię nic nie dotknęło, żeby
+nic nie płoszyło twojego uśmiechu. Nie m&oacute;wiłem
+ci nigdy o zgryzotach swych, o zawodach.
+Nie znałaś mnie. Mnie jest bez ciebie bardzo
+ciężko&mdash;ale nie mylisz się&mdash;mnie się nic nie
+stanie, mnie się nie może nic stać...</p>
+
+<p>ZOFIA [boleśnie]. Nie m&oacute;w, nie m&oacute;w...</p>
+
+<p>ANDRZEJ. Ale jest mi ciężko. I trzeba to
+kryć. Oni nie wiedzą o niczem. Ty dla nich
+jesteś na wsi. Ja nigdy nic nie kryłem przed
+matką, ale matka moja nawet sobie nie wyobraża,
+że coś podobnego być może; jej się
+w głowie pomiesza, jeśli się dowie...</p>
+
+<p>ZOFIA. Andrzeju, miej litość nademną.</p>
+
+<p>ANDRZEJ [prosząco, namiętnie]. Zofio, Zosiu,
+ty wr&oacute;cisz do mnie, ty musisz wr&oacute;cić. Zapomnimy
+o wszystkiem. Zaczniemy nowe życie.
+Tak, ja byłem szczęśliwy, silny, dumny,
+<span class='pagenum'><a name="Str_184" id="Str_184">[Str. 184]</a></span>
+ale i ja tak chciałem być kochany. Jeśli nadzieję
+stracę, że ty wr&oacute;cisz do mnie, to będę
+wiedział już, żeś mnie oszukiwała zawsze. Nie
+byłem kochany nigdy&mdash;powiedz jest-żem podlejszy
+od innych?</p>
+
+<p>ZOFIA [jakby z wahaniem i niedowierzając
+sobie]. Wr&oacute;cić, wr&oacute;cić? Tybyś chciał mnie dzisiaj
+mieć taką, po tem wszystkiem? I czy ty
+naprawdę sądzisz, że jabym się mogła zbliżyć
+do twej matki?</p>
+
+<p>ANDRZEJ [namiętniej]. Dla matki chociaż mnie
+nie poświęcaj, Zofio; a ja, ja zapomnę. Ty wiesz
+że ja umiem rozkazywać sobie... ja zapomnę.
+Nie odtrącaj mnie od siebie!</p>
+
+<p>ZOFIA [zupełnie bezdźwięcznym głosem]. Nie
+można, nie można.</p>
+
+<p>ANDRZEJ. Zofio, ty się tu zgubisz. Ja go
+znam, on spali ciebie i siebie. On ciebie nie
+kocha.</p>
+
+<p>ZOFIA [żywiej znacznie]. Nie m&oacute;w tego do
+mnie.</p>
+
+<p>...Drzwi się uchylają zlekka i w drzwiach p&oacute;łotwartych
+ukazuje się Karski; nieruchomo przygląda
+się Zofii i Andrzejowi, kt&oacute;rzy go nie dostrzegają.
+Na twarzy Karskiego zupełna nieruchomość
+zwolna ustępuje wyrazowi b&oacute;lu, wargi
+się ściskają, zmarszczki nadbiegają nad oczy.
+W ręku Karski trzyma małą paczkę i białą
+r&oacute;żę.</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_185" id="Str_185">[Str. 185]</a></span></p>
+
+
+<p>ANDRZEJ [silniej, nieco pogardliwie i wyniośle].
+Ja nie kłamię. Tyle wiesz o mnie, żem
+nie kłamał nigdy. Na gr&oacute;b ojca ci przysięgam,
+że on cię nie kocha. Ja znam te dusze, bezsilne,
+rozbite, kt&oacute;re nic nie stworzą i nic nie
+oszczędzą. On się nawet poświęcić nie umiał,
+on cię zabrał na nędzę, srom i hańbę&mdash;i on
+ciebie kocha!</p>
+
+<p>ZOFIA [wybuchowo, rozpaczliwie]. Tak, on
+mnie kocha nad życie. Ty jego nie potępiaj,
+ja sama wszystkiego chciałam. On temu nie jest
+winien.</p>
+
+<p>ANDRZEJ [prosząco, szczerze]. Zosiu, zlituj
+się nad sobą. Ufaj mi. Gdybym wiedział, że
+znajdziesz tu szczęście, kt&oacute;regoś zemną nie
+miała, że on ciebie jest godzien, dałbym ci swobodę,
+niezależność, nie widziałabyś mnie więcej,
+nie stanąłbym już nigdy na twej drodze.
+Nie zasłużyłem u ciebie twej miłości, nie dałem
+ci szczęścia, mniejsza więc o mnie. Przysięgałem
+ci jednak wiarę, że cię nie opuszczę; jesteś
+moją żoną, ja nie mogę pozwolić, abyś ty się
+zgubiła&mdash;a tu czeka cię tylko zguba. Możesz
+nie żyć ze mną, możesz nie znać mnie, ale ztąd
+uciekaj!</p>
+
+<p>ZOFIA [ze łzami w głosie wciąż rosnącym].
+Ty mnie zabijasz twą dobrocią. Ty jesteś święty&mdash;a
+ja taka podła byłam z tobą. [prawie
+<span class='pagenum'><a name="Str_186" id="Str_186">[Str. 186]</a></span>
+
+owładnięta już płaczem]. Ale ty mi wierzysz, że
+ja ciebie kochałam, ja może i dziś ciebie jeszcze
+kocham...</p>
+
+<p>ANDRZEJ. Zosiu, więc ty wr&oacute;cisz do mnie,
+wr&oacute;cisz?</p>
+
+<p>ZOFIA [spokojniej, z wielkim wysiłkiem]. Nigdy,
+nigdy. Ty się nie łudź, Andrzeju... Ja się
+będę u n&oacute;g twoich tarzać, ja mogę głowę położyć
+pod twą stopę, abyś mię zadeptał, jak ladacznicę,
+ale ja nie wr&oacute;cę, nie! Słuchaj, gdybym
+go nawet kochać przestała, gdyby on nie
+żył, nie wr&oacute;cę do ciebie, nie wr&oacute;cę...</p>
+
+<p>ANDRZEJ. Tak bardzo go kochasz?</p>
+
+<p>ZOFIA [nie mogąc przenieść wzruszenia].
+Tak, tak kocham jego, jego&mdash;i już nie tylko
+jego!! [spazmatyczny płacz. Odwraca się od
+Andrzeja, pada na kanapę, kryjąc twarz w
+ręce].</p>
+
+<p>ANDRZEJ. Jezus Marya!! [ciszej znacznie,
+prawie bezmyślnie] Jezus Marya... [spokojnie]
+O dziecku twojem nie zapomnę, Zofio! [zwraca
+się ku wyjściu, spostrzega Karskiego. Karski
+podchodzi zwolna na prz&oacute;d pokoju].</p>
+
+<p>KARSKI [do Andrzeja]. Pamiętaj pan i o niej
+[do Zofii, kt&oacute;ra patrzy nań prawie osłupiała].
+Tyś krzywoprzysięgła dzisiaj Zosiu; on ciebie
+więcej kochał.</p>
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_187" id="Str_187">[Str. 187]</a></span>
+[wychodzi z pokoju, długa chwila ciszy, słychać
+strzał i odgłos ciała, spadającego po schodach].</p>
+
+<p>ZOFIA [krzyk straszny, przeraźliwy].
+Aah!</p>
+
+
+
+<p style="text-align: center;">Koniec sztuki.</p>
+
+
+<hr style="width: 65%;" />
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_189" id="Str_189">[Str. 189]</a></span></p>
+<h2>TREŚĆ.</h2>
+<hr style="width: 35%;" />
+
+<p><span class='pagenum'><a name="Str_191" id="Str_191">[Str. 191]</a></span></p>
+
+<table>
+<tr>
+<td></td>
+<td>Str.</td>
+</tr>
+<tr>
+<td><a href="#JEDEN_MIESIAC_ZYCIA">JEDEN MIESIĄC ŻYCIA</a></td>
+<td><a href="#Str_1">1</a></td>
+</tr>
+<tr>
+<td><a href="#HAMLET">HAMLET</a></td>
+<td><a href="#Str_65">65</a></td>
+</tr>
+<tr>
+<td><a href="#PRZYSIEGLY">PRZYSIĘGŁY</a></td>
+<td><a href="#Str_85">85</a></td>
+</tr>
+<tr>
+<td><a href="#SPOTKANIE">SPOTKANIE</a></td>
+<td><a href="#Str_115">115</a></td>
+</tr>
+<tr>
+<td><a href="#W_PELNEM_SLONCU">W PEŁNEM SŁOŃCU, sielanka</a></td>
+<td><a href="#Str_133">133</a></td>
+</tr>
+<tr>
+<td><a href="#PIERWSZY_WIERSZ">PIERWSZY WIERSZ</a></td>
+<td><a href="#Str_145">145</a></td>
+</tr>
+<tr>
+<td><a href="#TRZY_DUSZE">TRZY DUSZE, dramat w jednym akcie</a></td>
+<td><a href="#Str_159">159</a></td>
+</tr>
+</table>
+
+
+<div id="TRANSCRIBERS_NOTES" class="tnote">
+<h2>Uwagi do wydania elektronicznego.</h2>
+
+<p>Dokonano następujących poprawek:</p>
+
+<table class="wide bordered">
+<tr>
+ <th>strona</th>
+ <th>tekst pierwotny</th>
+ <th>tekst poprawiony</th>
+ <th>uwagi</th>
+
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_1" href="#tAnchor_1" class="cor">9</a></td>
+ <td>podobało sie</td>
+ <td><a href="#tAnchor_1" class="cor">podobało się</a></td>
+ <td>'e' zamieniono na 'ę'.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_2" href="#tAnchor_2" class="cor">10</a></td>
+ <td>doskonanym</td>
+ <td><a href="#tAnchor_2" class="cor">doskonałym</a></td>
+ <td>'n' zamieniono na 'ł'.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_3" href="#tAnchor_3" class="cor">10</a></td>
+ <td>powiedzizć</td>
+ <td><a href="#tAnchor_3" class="cor">powiedzieć</a></td>
+ <td>'z' zamieniono na 'e'.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_4" href="#tAnchor_4" class="cor">15</a></td>
+ <td>gruduia</td>
+ <td><a href="#tAnchor_4" class="cor">grudnia</a></td>
+ <td>'u' zamieniono na 'n'.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_5" href="#tAnchor_5" class="cor">38</a></td>
+ <td>modgło,</td>
+ <td><a href="#tAnchor_5" class="cor">mogło.</a></td>
+ <td>Przecinek zamieniono na kropkę.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_6" href="#tAnchor_6" class="cor">40</a></td>
+ <td>yną</td>
+ <td><a href="#tAnchor_6" class="cor">jedyną</a></td>
+ <td>'yną' zamieniono na 'jedyną'</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_7" href="#tAnchor_7" class="cor">41</a></td>
+ <td>swiata</td>
+ <td><a href="#tAnchor_7" class="cor">świata</a></td>
+ <td>'s' zamieniono na 'ś'</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_8" href="#tAnchor_8" class="cor">47</a></td>
+ <td>zwierze</td>
+ <td><a href="#tAnchor_8" class="cor">zwierzę</a></td>
+ <td>'e' zamieniono na 'ę'</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_9" href="#tAnchor_9" class="cor">57</a></td>
+ <td>do</td>
+ <td><a href="#tAnchor_9" class="cor">po</a></td>
+ <td>'do' zamieniono na 'po'</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_10" href="#tAnchor_10" class="cor">62</a></td>
+ <td>Włbściwie</td>
+ <td><a href="#tAnchor_10" class="cor">Właściwie</a></td>
+ <td>'b' zamieniono na 'a'</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_11" href="#tAnchor_11" class="cor">62</a></td>
+ <td>planu,</td>
+ <td><a href="#tAnchor_11" class="cor">planu.</a></td>
+ <td>Przecinek zamieniono na kropkę</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_12" href="#tAnchor_12" class="cor">63</a></td>
+ <td>jakdybym</td>
+ <td><a href="#tAnchor_12" class="cor">jakgdybym</a></td>
+ <td>'jakdybym' zamieniono na 'jakgdybym'</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_13" href="#tAnchor_13" class="cor">78</a></td>
+ <td>Naprożno</td>
+ <td><a href="#tAnchor_13" class="cor">Napróżno</a></td>
+ <td>'o' zamieniono na 'ó'</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_14" href="#tAnchor_14" class="cor">87</a></td>
+ <td>wszyskie</td>
+ <td><a href="#tAnchor_14" class="cor">wszystkie</a></td>
+ <td>Dodano 't'.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_15" href="#tAnchor_15" class="cor">95</a></td>
+ <td>znanym</td>
+ <td><a href="#tAnchor_15" class="cor">znanym.</a></td>
+ <td>Dodano kropkę</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_16" href="#tAnchor_16" class="cor">120</a></td>
+ <td>&raquo;&raquo;</td>
+ <td><a href="#tAnchor_16" class="cor">&raquo;</a></td>
+ <td>Usunięto cudzysłów.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_17" href="#tAnchor_17" class="cor">122</a></td>
+ <td>dostrzedz</td>
+ <td><a href="#tAnchor_17" class="cor">dostrzec</a></td>
+ <td>'dz' zamieniono na 'c'.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_18" href="#tAnchor_18" class="cor">124</a></td>
+ <td>kolana,</td>
+ <td><a href="#tAnchor_18" class="cor">kolana.</a></td>
+ <td>Przecinek zamieniono na kropkę.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_19" href="#tAnchor_19" class="cor">143</a></td>
+ <td>niobezpieczeństwo</td>
+ <td><a href="#tAnchor_19" class="cor">niebezpieczeństwo</a></td>
+ <td>'o' zamieniono na 'e'.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_20" href="#tAnchor_20" class="cor">143</a></td>
+ <td>Czemu</td>
+ <td><a href="#tAnchor_20" class="cor">Czemu,</a></td>
+ <td>Dodano przecinek.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_21" href="#tAnchor_21" class="cor">148</a></td>
+ <td>wyobrażnia</td>
+ <td><a href="#tAnchor_21" class="cor">wyobraźnia</a></td>
+ <td>'ż' zamieniono na 'ź'.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_22" href="#tAnchor_22" class="cor">149</a></td>
+ <td>tęskoty</td>
+ <td><a href="#tAnchor_22" class="cor">tęsknoty</a></td>
+ <td>Dodano 'n'.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_23" href="#tAnchor_23" class="cor">153</a></td>
+ <td>jakydyby</td>
+ <td><a href="#tAnchor_23" class="cor">jakgdyby</a></td>
+ <td>'y' zamieniono na 'g'.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_24" href="#tAnchor_24" class="cor">162</a></td>
+ <td>Uspokój - że</td>
+ <td><a href="#tAnchor_24" class="cor">Uspok&oacute;j-że</a></td>
+ <td>Usunięto przerwy.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_25" href="#tAnchor_25" class="cor">167</a></td>
+ <td>chciałem</td>
+ <td><a href="#tAnchor_25" class="cor">chciałam</a></td>
+ <td>Poprawiono rodzaj.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_26" href="#tAnchor_26" class="cor">170</a></td>
+ <td>widziałem</td>
+ <td><a href="#tAnchor_26" class="cor">widziałam</a></td>
+ <td>Poprawiono rodzaj.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_27" href="#tAnchor_27" class="cor">170</a></td>
+ <td>KARSKI</td>
+ <td><a href="#tAnchor_27" class="cor">KARSKI.</a></td>
+ <td>Dodano kropkę.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_28" href="#tAnchor_28" class="cor">176</a></td>
+ <td>w Journalu</td>
+ <td><a href="#tAnchor_28" class="cor">w Journalu.</a></td>
+ <td>Dodano kropkę.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_29" href="#tAnchor_29" class="cor">177</a></td>
+ <td>czytywałem</td>
+ <td><a href="#tAnchor_29" class="cor">czytywałam</a></td>
+ <td>Poprawiono rodzaj.</td>
+</tr>
+<tr>
+ <td><a name="tnote_30" href="#tAnchor_30" class="cor">178</a></td>
+ <td>łudzą</td>
+ <td><a href="#tAnchor_30" class="cor">łudzę</a></td>
+ <td>Poprawiono osobę.</td>
+</tr>
+</table>
+</div>
+
+
+
+
+
+
+
+
+<pre>
+
+
+
+
+
+End of the Project Gutenberg EBook of Jeden miesiac zycia, by Jan Sten
+
+*** END OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK JEDEN MIESIAC ZYCIA ***
+
+***** This file should be named 28014-h.htm or 28014-h.zip *****
+This and all associated files of various formats will be found in:
+ https://www.gutenberg.org/2/8/0/1/28014/
+
+Produced by Jimmy O'Regan, Ewa Jaros and the Online
+Distributed Proofreading Team at http://dp.rastko.net
+
+
+Updated editions will replace the previous one--the old editions
+will be renamed.
+
+Creating the works from public domain print editions means that no
+one owns a United States copyright in these works, so the Foundation
+(and you!) can copy and distribute it in the United States without
+permission and without paying copyright royalties. Special rules,
+set forth in the General Terms of Use part of this license, apply to
+copying and distributing Project Gutenberg-tm electronic works to
+protect the PROJECT GUTENBERG-tm concept and trademark. Project
+Gutenberg is a registered trademark, and may not be used if you
+charge for the eBooks, unless you receive specific permission. If you
+do not charge anything for copies of this eBook, complying with the
+rules is very easy. You may use this eBook for nearly any purpose
+such as creation of derivative works, reports, performances and
+research. They may be modified and printed and given away--you may do
+practically ANYTHING with public domain eBooks. Redistribution is
+subject to the trademark license, especially commercial
+redistribution.
+
+
+
+*** START: FULL LICENSE ***
+
+THE FULL PROJECT GUTENBERG LICENSE
+PLEASE READ THIS BEFORE YOU DISTRIBUTE OR USE THIS WORK
+
+To protect the Project Gutenberg-tm mission of promoting the free
+distribution of electronic works, by using or distributing this work
+(or any other work associated in any way with the phrase "Project
+Gutenberg"), you agree to comply with all the terms of the Full Project
+Gutenberg-tm License (available with this file or online at
+https://gutenberg.org/license).
+
+
+Section 1. General Terms of Use and Redistributing Project Gutenberg-tm
+electronic works
+
+1.A. By reading or using any part of this Project Gutenberg-tm
+electronic work, you indicate that you have read, understand, agree to
+and accept all the terms of this license and intellectual property
+(trademark/copyright) agreement. If you do not agree to abide by all
+the terms of this agreement, you must cease using and return or destroy
+all copies of Project Gutenberg-tm electronic works in your possession.
+If you paid a fee for obtaining a copy of or access to a Project
+Gutenberg-tm electronic work and you do not agree to be bound by the
+terms of this agreement, you may obtain a refund from the person or
+entity to whom you paid the fee as set forth in paragraph 1.E.8.
+
+1.B. "Project Gutenberg" is a registered trademark. It may only be
+used on or associated in any way with an electronic work by people who
+agree to be bound by the terms of this agreement. There are a few
+things that you can do with most Project Gutenberg-tm electronic works
+even without complying with the full terms of this agreement. See
+paragraph 1.C below. There are a lot of things you can do with Project
+Gutenberg-tm electronic works if you follow the terms of this agreement
+and help preserve free future access to Project Gutenberg-tm electronic
+works. See paragraph 1.E below.
+
+1.C. The Project Gutenberg Literary Archive Foundation ("the Foundation"
+or PGLAF), owns a compilation copyright in the collection of Project
+Gutenberg-tm electronic works. Nearly all the individual works in the
+collection are in the public domain in the United States. If an
+individual work is in the public domain in the United States and you are
+located in the United States, we do not claim a right to prevent you from
+copying, distributing, performing, displaying or creating derivative
+works based on the work as long as all references to Project Gutenberg
+are removed. Of course, we hope that you will support the Project
+Gutenberg-tm mission of promoting free access to electronic works by
+freely sharing Project Gutenberg-tm works in compliance with the terms of
+this agreement for keeping the Project Gutenberg-tm name associated with
+the work. You can easily comply with the terms of this agreement by
+keeping this work in the same format with its attached full Project
+Gutenberg-tm License when you share it without charge with others.
+
+1.D. The copyright laws of the place where you are located also govern
+what you can do with this work. Copyright laws in most countries are in
+a constant state of change. If you are outside the United States, check
+the laws of your country in addition to the terms of this agreement
+before downloading, copying, displaying, performing, distributing or
+creating derivative works based on this work or any other Project
+Gutenberg-tm work. The Foundation makes no representations concerning
+the copyright status of any work in any country outside the United
+States.
+
+1.E. Unless you have removed all references to Project Gutenberg:
+
+1.E.1. The following sentence, with active links to, or other immediate
+access to, the full Project Gutenberg-tm License must appear prominently
+whenever any copy of a Project Gutenberg-tm work (any work on which the
+phrase "Project Gutenberg" appears, or with which the phrase "Project
+Gutenberg" is associated) is accessed, displayed, performed, viewed,
+copied or distributed:
+
+This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with
+almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or
+re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included
+with this eBook or online at www.gutenberg.org
+
+1.E.2. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is derived
+from the public domain (does not contain a notice indicating that it is
+posted with permission of the copyright holder), the work can be copied
+and distributed to anyone in the United States without paying any fees
+or charges. If you are redistributing or providing access to a work
+with the phrase "Project Gutenberg" associated with or appearing on the
+work, you must comply either with the requirements of paragraphs 1.E.1
+through 1.E.7 or obtain permission for the use of the work and the
+Project Gutenberg-tm trademark as set forth in paragraphs 1.E.8 or
+1.E.9.
+
+1.E.3. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is posted
+with the permission of the copyright holder, your use and distribution
+must comply with both paragraphs 1.E.1 through 1.E.7 and any additional
+terms imposed by the copyright holder. Additional terms will be linked
+to the Project Gutenberg-tm License for all works posted with the
+permission of the copyright holder found at the beginning of this work.
+
+1.E.4. Do not unlink or detach or remove the full Project Gutenberg-tm
+License terms from this work, or any files containing a part of this
+work or any other work associated with Project Gutenberg-tm.
+
+1.E.5. Do not copy, display, perform, distribute or redistribute this
+electronic work, or any part of this electronic work, without
+prominently displaying the sentence set forth in paragraph 1.E.1 with
+active links or immediate access to the full terms of the Project
+Gutenberg-tm License.
+
+1.E.6. You may convert to and distribute this work in any binary,
+compressed, marked up, nonproprietary or proprietary form, including any
+word processing or hypertext form. However, if you provide access to or
+distribute copies of a Project Gutenberg-tm work in a format other than
+"Plain Vanilla ASCII" or other format used in the official version
+posted on the official Project Gutenberg-tm web site (www.gutenberg.org),
+you must, at no additional cost, fee or expense to the user, provide a
+copy, a means of exporting a copy, or a means of obtaining a copy upon
+request, of the work in its original "Plain Vanilla ASCII" or other
+form. Any alternate format must include the full Project Gutenberg-tm
+License as specified in paragraph 1.E.1.
+
+1.E.7. Do not charge a fee for access to, viewing, displaying,
+performing, copying or distributing any Project Gutenberg-tm works
+unless you comply with paragraph 1.E.8 or 1.E.9.
+
+1.E.8. You may charge a reasonable fee for copies of or providing
+access to or distributing Project Gutenberg-tm electronic works provided
+that
+
+- You pay a royalty fee of 20% of the gross profits you derive from
+ the use of Project Gutenberg-tm works calculated using the method
+ you already use to calculate your applicable taxes. The fee is
+ owed to the owner of the Project Gutenberg-tm trademark, but he
+ has agreed to donate royalties under this paragraph to the
+ Project Gutenberg Literary Archive Foundation. Royalty payments
+ must be paid within 60 days following each date on which you
+ prepare (or are legally required to prepare) your periodic tax
+ returns. Royalty payments should be clearly marked as such and
+ sent to the Project Gutenberg Literary Archive Foundation at the
+ address specified in Section 4, "Information about donations to
+ the Project Gutenberg Literary Archive Foundation."
+
+- You provide a full refund of any money paid by a user who notifies
+ you in writing (or by e-mail) within 30 days of receipt that s/he
+ does not agree to the terms of the full Project Gutenberg-tm
+ License. You must require such a user to return or
+ destroy all copies of the works possessed in a physical medium
+ and discontinue all use of and all access to other copies of
+ Project Gutenberg-tm works.
+
+- You provide, in accordance with paragraph 1.F.3, a full refund of any
+ money paid for a work or a replacement copy, if a defect in the
+ electronic work is discovered and reported to you within 90 days
+ of receipt of the work.
+
+- You comply with all other terms of this agreement for free
+ distribution of Project Gutenberg-tm works.
+
+1.E.9. If you wish to charge a fee or distribute a Project Gutenberg-tm
+electronic work or group of works on different terms than are set
+forth in this agreement, you must obtain permission in writing from
+both the Project Gutenberg Literary Archive Foundation and Michael
+Hart, the owner of the Project Gutenberg-tm trademark. Contact the
+Foundation as set forth in Section 3 below.
+
+1.F.
+
+1.F.1. Project Gutenberg volunteers and employees expend considerable
+effort to identify, do copyright research on, transcribe and proofread
+public domain works in creating the Project Gutenberg-tm
+collection. Despite these efforts, Project Gutenberg-tm electronic
+works, and the medium on which they may be stored, may contain
+"Defects," such as, but not limited to, incomplete, inaccurate or
+corrupt data, transcription errors, a copyright or other intellectual
+property infringement, a defective or damaged disk or other medium, a
+computer virus, or computer codes that damage or cannot be read by
+your equipment.
+
+1.F.2. LIMITED WARRANTY, DISCLAIMER OF DAMAGES - Except for the "Right
+of Replacement or Refund" described in paragraph 1.F.3, the Project
+Gutenberg Literary Archive Foundation, the owner of the Project
+Gutenberg-tm trademark, and any other party distributing a Project
+Gutenberg-tm electronic work under this agreement, disclaim all
+liability to you for damages, costs and expenses, including legal
+fees. YOU AGREE THAT YOU HAVE NO REMEDIES FOR NEGLIGENCE, STRICT
+LIABILITY, BREACH OF WARRANTY OR BREACH OF CONTRACT EXCEPT THOSE
+PROVIDED IN PARAGRAPH F3. YOU AGREE THAT THE FOUNDATION, THE
+TRADEMARK OWNER, AND ANY DISTRIBUTOR UNDER THIS AGREEMENT WILL NOT BE
+LIABLE TO YOU FOR ACTUAL, DIRECT, INDIRECT, CONSEQUENTIAL, PUNITIVE OR
+INCIDENTAL DAMAGES EVEN IF YOU GIVE NOTICE OF THE POSSIBILITY OF SUCH
+DAMAGE.
+
+1.F.3. LIMITED RIGHT OF REPLACEMENT OR REFUND - If you discover a
+defect in this electronic work within 90 days of receiving it, you can
+receive a refund of the money (if any) you paid for it by sending a
+written explanation to the person you received the work from. If you
+received the work on a physical medium, you must return the medium with
+your written explanation. The person or entity that provided you with
+the defective work may elect to provide a replacement copy in lieu of a
+refund. If you received the work electronically, the person or entity
+providing it to you may choose to give you a second opportunity to
+receive the work electronically in lieu of a refund. If the second copy
+is also defective, you may demand a refund in writing without further
+opportunities to fix the problem.
+
+1.F.4. Except for the limited right of replacement or refund set forth
+in paragraph 1.F.3, this work is provided to you 'AS-IS' WITH NO OTHER
+WARRANTIES OF ANY KIND, EXPRESS OR IMPLIED, INCLUDING BUT NOT LIMITED TO
+WARRANTIES OF MERCHANTIBILITY OR FITNESS FOR ANY PURPOSE.
+
+1.F.5. Some states do not allow disclaimers of certain implied
+warranties or the exclusion or limitation of certain types of damages.
+If any disclaimer or limitation set forth in this agreement violates the
+law of the state applicable to this agreement, the agreement shall be
+interpreted to make the maximum disclaimer or limitation permitted by
+the applicable state law. The invalidity or unenforceability of any
+provision of this agreement shall not void the remaining provisions.
+
+1.F.6. INDEMNITY - You agree to indemnify and hold the Foundation, the
+trademark owner, any agent or employee of the Foundation, anyone
+providing copies of Project Gutenberg-tm electronic works in accordance
+with this agreement, and any volunteers associated with the production,
+promotion and distribution of Project Gutenberg-tm electronic works,
+harmless from all liability, costs and expenses, including legal fees,
+that arise directly or indirectly from any of the following which you do
+or cause to occur: (a) distribution of this or any Project Gutenberg-tm
+work, (b) alteration, modification, or additions or deletions to any
+Project Gutenberg-tm work, and (c) any Defect you cause.
+
+
+Section 2. Information about the Mission of Project Gutenberg-tm
+
+Project Gutenberg-tm is synonymous with the free distribution of
+electronic works in formats readable by the widest variety of computers
+including obsolete, old, middle-aged and new computers. It exists
+because of the efforts of hundreds of volunteers and donations from
+people in all walks of life.
+
+Volunteers and financial support to provide volunteers with the
+assistance they need are critical to reaching Project Gutenberg-tm's
+goals and ensuring that the Project Gutenberg-tm collection will
+remain freely available for generations to come. In 2001, the Project
+Gutenberg Literary Archive Foundation was created to provide a secure
+and permanent future for Project Gutenberg-tm and future generations.
+To learn more about the Project Gutenberg Literary Archive Foundation
+and how your efforts and donations can help, see Sections 3 and 4
+and the Foundation web page at https://www.pglaf.org.
+
+
+Section 3. Information about the Project Gutenberg Literary Archive
+Foundation
+
+The Project Gutenberg Literary Archive Foundation is a non profit
+501(c)(3) educational corporation organized under the laws of the
+state of Mississippi and granted tax exempt status by the Internal
+Revenue Service. The Foundation's EIN or federal tax identification
+number is 64-6221541. Its 501(c)(3) letter is posted at
+https://pglaf.org/fundraising. Contributions to the Project Gutenberg
+Literary Archive Foundation are tax deductible to the full extent
+permitted by U.S. federal laws and your state's laws.
+
+The Foundation's principal office is located at 4557 Melan Dr. S.
+Fairbanks, AK, 99712., but its volunteers and employees are scattered
+throughout numerous locations. Its business office is located at
+809 North 1500 West, Salt Lake City, UT 84116, (801) 596-1887, email
+business@pglaf.org. Email contact links and up to date contact
+information can be found at the Foundation's web site and official
+page at https://pglaf.org
+
+For additional contact information:
+ Dr. Gregory B. Newby
+ Chief Executive and Director
+ gbnewby@pglaf.org
+
+
+Section 4. Information about Donations to the Project Gutenberg
+Literary Archive Foundation
+
+Project Gutenberg-tm depends upon and cannot survive without wide
+spread public support and donations to carry out its mission of
+increasing the number of public domain and licensed works that can be
+freely distributed in machine readable form accessible by the widest
+array of equipment including outdated equipment. Many small donations
+($1 to $5,000) are particularly important to maintaining tax exempt
+status with the IRS.
+
+The Foundation is committed to complying with the laws regulating
+charities and charitable donations in all 50 states of the United
+States. Compliance requirements are not uniform and it takes a
+considerable effort, much paperwork and many fees to meet and keep up
+with these requirements. We do not solicit donations in locations
+where we have not received written confirmation of compliance. To
+SEND DONATIONS or determine the status of compliance for any
+particular state visit https://pglaf.org
+
+While we cannot and do not solicit contributions from states where we
+have not met the solicitation requirements, we know of no prohibition
+against accepting unsolicited donations from donors in such states who
+approach us with offers to donate.
+
+International donations are gratefully accepted, but we cannot make
+any statements concerning tax treatment of donations received from
+outside the United States. U.S. laws alone swamp our small staff.
+
+Please check the Project Gutenberg Web pages for current donation
+methods and addresses. Donations are accepted in a number of other
+ways including including checks, online payments and credit card
+donations. To donate, please visit: https://pglaf.org/donate
+
+
+Section 5. General Information About Project Gutenberg-tm electronic
+works.
+
+Professor Michael S. Hart was the originator of the Project Gutenberg-tm
+concept of a library of electronic works that could be freely shared
+with anyone. For thirty years, he produced and distributed Project
+Gutenberg-tm eBooks with only a loose network of volunteer support.
+
+
+Project Gutenberg-tm eBooks are often created from several printed
+editions, all of which are confirmed as Public Domain in the U.S.
+unless a copyright notice is included. Thus, we do not necessarily
+keep eBooks in compliance with any particular paper edition.
+
+
+Most people start at our Web site which has the main PG search facility:
+
+ https://www.gutenberg.org
+
+This Web site includes information about Project Gutenberg-tm,
+including how to make donations to the Project Gutenberg Literary
+Archive Foundation, how to help produce our new eBooks, and how to
+subscribe to our email newsletter to hear about new eBooks.
+
+
+</pre>
+
+</body>
+</html>
+
+
diff --git a/LICENSE.txt b/LICENSE.txt
new file mode 100644
index 0000000..6312041
--- /dev/null
+++ b/LICENSE.txt
@@ -0,0 +1,11 @@
+This eBook, including all associated images, markup, improvements,
+metadata, and any other content or labor, has been confirmed to be
+in the PUBLIC DOMAIN IN THE UNITED STATES.
+
+Procedures for determining public domain status are described in
+the "Copyright How-To" at https://www.gutenberg.org.
+
+No investigation has been made concerning possible copyrights in
+jurisdictions other than the United States. Anyone seeking to utilize
+this eBook outside of the United States should confirm copyright
+status under the laws that apply to them.
diff --git a/README.md b/README.md
new file mode 100644
index 0000000..3674694
--- /dev/null
+++ b/README.md
@@ -0,0 +1,2 @@
+Project Gutenberg (https://www.gutenberg.org) public repository for
+eBook #28014 (https://www.gutenberg.org/ebooks/28014)