summaryrefslogtreecommitdiff
path: root/28014-0.txt
diff options
context:
space:
mode:
authorRoger Frank <rfrank@pglaf.org>2025-10-15 02:37:02 -0700
committerRoger Frank <rfrank@pglaf.org>2025-10-15 02:37:02 -0700
commit90b68e67e4c1ace10981372599c4703383413c2f (patch)
treeee87925149c18d5c60b43405ec5d4ba42c2f1a5b /28014-0.txt
initial commit of ebook 28014HEADmain
Diffstat (limited to '28014-0.txt')
-rw-r--r--28014-0.txt4434
1 files changed, 4434 insertions, 0 deletions
diff --git a/28014-0.txt b/28014-0.txt
new file mode 100644
index 0000000..6d845e1
--- /dev/null
+++ b/28014-0.txt
@@ -0,0 +1,4434 @@
+The Project Gutenberg EBook of Jeden miesiac zycia, by Jan Sten
+
+This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with
+almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or
+re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included
+with this eBook or online at www.gutenberg.org
+
+
+Title: Jeden miesiac zycia
+ utwory proza
+
+Author: Jan Sten
+
+Release Date: February 7, 2009 [EBook #28014]
+
+Language: Polish
+
+Character set encoding: UTF-8
+
+*** START OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK JEDEN MIESIAC ZYCIA ***
+
+
+
+
+Produced by Jimmy O'Regan, Ewa Jaros and the Online
+Distributed Proofreading Team at http://dp.rastko.net
+
+
+
+
+
+
+
+
+
+JAN STEN
+
+
+JEDEN MIESIĄC
+ŻYCIA
+
+
+UTWORY PROZĄ:
+
+JEDEN MIESIĄC ŻYCIA. HAMLET. PRZYSIĘGŁY.
+SPOTKANIE. W PEŁNEM SŁOŃCU. PIERWSZY
+WIERSZ. TRZY DUSZE.
+
+
+
+ KRAKÓW
+ NAKŁADEM WYDAWNICTWA KRYTYKI
+ SKŁAD GŁÓWNY GEBETHNER I S-KA
+ 1900
+
+
+
+
+JEDEN MIESIĄC ŻYCIA.
+
+
+Jeden miesiąc życia.
+
+
+_Paryż, dnia 10 grudnia._
+
+Kochana Wandziu, nie pisałem do Ciebie przez kilka pierwszych dni po
+przyjeździe; spodziewam się, że nie masz mi tego za złe i rozumiesz, żem
+doprawdy czasu na listy nie miał. Chodziłem już ogromnie dużo i
+pobieżnie zwiedziłem prawie całe miasto. Nie będę Ci tego opisywał, bo
+wiesz, że nie lubię się nad takiemi rzeczami rozwodzić. Od dwóch dni
+jestem zainternowany w domu, bo przyplątał mi się ohydny katar z bólem
+głowy i całym szeregiem innych roskoszy; wszystkiemu winien tutejszy
+miły klimat. Kiedym przyjechał przed tygodniem, było coś koło 0°,
+później nagle podskoczyło do 20° i jest znowu najzupełniejsza wiosna.
+Uwięzienie w domu jest mi tem przykrzejsze, że mieszkam dotąd u
+Turskiego, a jego pokoik jest tak mały, iż trudno się we dwóch tutaj
+obrócić. Rozumiesz, jak to drażni, gdy za każdym ruchem w dosłownem
+znaczeniu tego słowa trzeba o coś potrącać; a mebli znów nie jest tak
+wiele: łóżko, stół, półka na książki, umywalnia i nieodzowny tu zawsze
+kominek--marmurowy, szykowny,--na którym się nigdy nb. nie pali.
+
+Turski nie wiele się zmienił od tego czasu, kiedy przychodził do mnie w
+Warszawie. Nie urósł, nie zmężniał, taksamo zawsze łagodny i spokojny,
+że tą powagą do rozpaczy przyprowadzić może. Zastałem go w usposobieniu
+o wiele weselszem, niż to z jego listów wnosić można było. Sądzę, że
+dużo przesadzał, choć doprawdy bieda rzeczywiście dawała mu się we
+znaki. Czy miał jakie inne zgryzoty jeszcze, nie wiem. Kilkoletnie
+oddalenie okropnie nas rozłączyło jednak: stosunki są najprzyjaźniejsze,
+ale skrępowane jakieś i sztuczne. Ostatecznie, może mi się tylko źle
+zdaje i z biegiem czasu przyzwyczaimy się do siebie, choć wątpię, czy
+dojdziemy kiedykolwiek do takiej zażyłości, w jakiej byłem w ostatnich
+czasach z Bolesławem. Oczywiście, ten nie pisał do mnie i nie wiem
+zupełnie, co się z nim dzieje.
+
+Z dawnych znajomych prócz Turskiego jest tu jeszcze Poliński; przyjechał
+coś miesiąc przedemną i miał już zabrać się do pracy, ale nic nie robi
+dotąd; chodzi po mieście i uczy się niby po francusku. Poznałem kilka
+osób nowych, przeważnie studentów, którzy się stołują w tej samej, co
+my restauracyi--nb. podłej, która tylko dla tego do cna nas nie struje,
+że daje porcye mikroskopowo-homeopatyczne. Byliśmy też z wizytą u dwóch
+»koleżanek«--ma to pewien swój urok, choć o tej szpetocie, nie widząc,
+trudno mieć pojęcie. Te, których nie znam jeszcze, mają być nie lepsze.
+
+Wobec stanu mego nosa i gardła, nie wiem, czy uda mi się wziąć do roboty
+przed Nowym Rokiem. Turski opowiada mi niestworzone rzeczy o
+trudnościach, które przezwyciężyć trzeba, aby się gdziekolwiekbądź
+dostać; taki ma być natłok po wszystkich pracowniach. Pewno przesadza,
+jak zawsze. Chociaż do nauki Paryż nie jest stosownem
+miejscem--zwłaszcza dla nas barbarzyńców. Taki tu wir, gwar, taka moc
+rzeczy nowych, których się nie widziało, takie mnóstwo rozrywek,
+znajomości, że trzeba żelaznej woli, aby nad sobą odrazu zapanować i do
+pracy się zaprzągnąć. Zdaje się, że moja »żelazna« wola będzie
+pochodziła z braku »złotej« monety. Niestety, tylko takie alchemiczne
+cuda dziś się dzieją. A Paryż jest drogi piekielnie. Tu się czuje ten
+dreszcz złota.
+
+--Muszę urwać ten list, bo przyszedł właśnie Turski z Polińskim i
+postanowili mię wyciągnąć z wizytą do jakiejś nowej koleżanki, która
+przed tygodniem tu przybyła z Lublina; mieszka jeszcze na drugim końcu
+Paryża na Montmartre. Turski zaręcza, że podróż na Montmartre jest
+najlepszym środkiem na katar. Kończę więc--bo i tak już nic nie mam do
+doniesienia i proszę Cię, abyś odpisała natychmiast.
+
+ Twój brat
+
+ _Jan_.
+
+Adres: Rue de la Sorbonne 5.
+
+
+_Dnia 12 grudnia._
+
+Nie rozumiem, czemu się Turski tak zachwycał tą lubelską koleżanką.
+Zdaje się, że szło mu o to, aby mię wyciągnąć z domu i samemu później
+nie wracać. Wcale nie jest ładna, choć rzeczywiście ma miłą, dobrą
+twarz, a że jest samotna jeszcze i nie ma znajomych, przyjmuje nas z
+otwartemi ramionami. Byliśmy tam i wczoraj, gdyż ona lęka się chodzić po
+Paryżu sama, choć umie nieźle po francusku. Oprowadzaliśmy ją po
+mieście, i to byłoby znośne, gdyby nie trwało zbyt długo. Zabawna
+dziewczyna: przyjechała niby studyować medycynę; zaprowadziliśmy więc ją
+najpierw do szkoły medycznej, do prosektoryum. Rzeczywiście panuje tam
+straszny zaduch, bo sala jest mała i źle przewietrzana. Stoły drewniane
+i niepodobna nigdy porządnie ich oczyścić. Rozćwiertowany trup sprawił
+na niej tak straszne wrażenie, że trzeba ją było czemprędzej
+wyprowadzić. Przez kilka godzin nie mogła się uspokoić. Postanowiła też
+odrazu, że porzuci medycynę i przeniesie się do Sorbonny na nauki
+przyrodnicze. Ja radziłem jej, żeby się wstrzymała z zapisem, bo
+panieńskim zwyczajem skończy zapewne na literaturze.
+
+Jutro, jako człowiek jeszcze bez zajęcia, umówiłem się, że pójdę z nią
+załatwiać sprawunki. Musimy wyszukać nowe mieszkanie dla niej w
+dzielnicy studenckiej, kupić meble i tysiące innych drobiazgów. Nie
+miałem wielkiej ochoty na ten spacer, bo niewiele mam już pieniędzy, ale
+niepodobna było się wymówić.
+
+
+_Dnia 16 grudnia._
+
+Dobrze, że Turskiego nie było już w domu, kiedym powrócił. Byłby to
+koniec naszej znajomości i przyjaźni. Jestem na niego tak zły, że gdybym
+się nie wstydził sam siebie, wyrządziłbym mu chętnie jaką przykrość. Zły
+jestem tem więcej, że ta cała tak drobna w istocie rzeczy sprawa, tak
+mocno mię obeszła. Do wielu zawodów przybył jeszcze jeden; dlaczegóż ten
+właśnie gniewa mię więcej od innych? Trzeba raz na zawsze pamiętać, że
+wyzysk jest pierwotną zasadniczą formą, w której się odciskają wszystkie
+na świecie stosunki.
+
+Zimne ciało pochłania z gorętszego ciepło, elektryczny ładunek znika
+rozszarpany przez sąsiadów. Tu rabunek trwa jedną chwilę; ale wśród
+ludzi, którzy sami mogą się nanowo rozgrzewać i elektryzować, wyzysk ten
+przeciąga się żywiołowo, bez końca. Jakikolwiek stosunek wziąć, zawsze
+jedna strona kocha więcej, druga więcej korzysta. Tak chce fizyka.
+
+Tylko po co ten fałsz: narzekania w listach, skargi na samotność
+duchową, prośby, abym przyjechał. Dlaczego kłamać przed innymi i przed
+sobą, dlaczego łudzić się nazwami uczuć, których nie ma? Gdyby nie
+nazwy, które są symbolami, uczucia nasze nie różniłyby się wiele od
+uczuć ślimaka lub pająka.
+
+Wczoraj nie miałem najmniejszej ochoty wychodzić wieczorem po obiedzie.
+Niezupełnie pozbyłem się jeszcze bólu głowy. Chciałem zresztą pomówić
+trochę z Turskim, bo w istocie rzeczy nie wiem, co on robi, nad czem
+pracuje, jakie są jego plany. Tymczasem Turski uparł się koniecznie, aby
+iść odwiedzić Zaleską, tę nową lubelską koleżankę--»bo ona jest sama i
+potrzebuje życzliwej opieki i towarzystwa«. Namawiałem go, żeby został,
+ale on uparł się dlatego, że z »zasady nie zmienia swych postanowień«.
+Czy taki koźli upór nie może do rozpaczy doprowadzić? Naturalnie i ja
+się zaciąłem, dysputa stała się ostrą. Turski wyszedł, trzasnąwszy
+drzwiami, a ja zostałem sam. Byłem tak zirytowany kłótnią, że niepodobna
+mi było czemkolwiek się zająć; zresztą, jak czytać przy lampie, w której
+zabrakło nafty! Ogarnęła mię taka złość, jakgdyby Turski naumyślnie był
+mię zostawił bez światła. Położyłem się na łóżku, lecz nawet z bólem
+głowy niepodobna zasnąć o dziewiątej. Cisza jest tu straszna, bo okno
+wychodzi na podwórze, a w domach francuskich ogromnie spokoju pilnują.
+Tuż obok huczy gwarem i krzykiem Boul-Mich, a w tym pokoju nawet mysz
+nie zaskrobie. Zdjął mię jakiś niemiły lęk, dziwne wrażenie, które
+obiega po całej skórze i zewsząd w głąb się przeciska.
+
+Zdawało mi się, że lada chwila drzwi się usuną i będzie można spojrzeć w
+ciemny, długi korytarz, w którym zwykle okropny przeciąg wieje.
+Gdziekolwiekbądź próbowałem patrzeć, po chwili musiałem zwracać oczy,
+aby się przekonać, że drzwi są jeszcze--choć czyniłem to bez strachu. I
+znosić to wszystko dlatego, że Turskiemu podobało się odwiedzać na
+Montmartre głupią pannę i wypalać naftę do ostatniej kropli!!
+
+Nie mogłem wytrzymać dłużej w mieszkaniu i wyszedłem na miasto. Wszędzie
+tłok i wrzawa, kawiarnie przepełnione; mimo chłodnego wieczoru wszyscy
+siedzą na ulicy, wszędzie porozstawiane stoliki, między którymi
+przesuwać się trzeba. Doszedłem do Sekwany, przyglądałem się
+różnobarwnym światełkom nanizanym, jak paciorki, na jej brzegi, ale
+rozdrażniała mię ta ciemność i zawróciłem na Boul-Mich. Chodziłem bez
+celu znudzony i zły na samotność, którą najgorzej odczuwa się w tłumie.
+Wreszcie po jedynastej spotkałem Polińskiego: wracał z Folies Bergéres;
+był zachwycony, bo widział wystawę przepysznych ciał, które przecież nie
+jemu się dostaną. Ale przeciętny człowiek jest już z urodzenia altruistą
+i gdy nie ma własnej, cieszy się rozkoszą cudzą. Przecież gdyby radość
+bliźniego nas bolała, to w takim Paryżu, gdzie jest tyle do wzięcia, że
+ciągle czegoś sobie odmawiać trzeba--jutro nie byłoby nic, prócz mordu i
+pożogi. Poliński nie był jednak doskonałym altruistą, bo zapragnął
+czegoś i dla siebie i namówił mię, abyśmy poszli »na piwo« do Café
+d'Harcourt. Mnóstwo studentów i drugie tyle dziewczyn »étudiantes«, nb.
+o wiele ładniejszych od tych prawdziwych »studentek«, których my do
+Paryża dostarczamy... Poliński odnalazł jakąś znajomą swoją Jeanne, ta
+sprowadziła swą koleżankę »Gabrielle« i zaczęliśmy się bawić--po
+francusku t. j. gadać tysiące głupstw w mniej lub więcej swobodnej
+pozie, popijając kufelkiem piwa. Potem biegaliśmy po bulwarze,
+śpiewając: »ce n'est pas de la merde ça, c'est du chocolat«, potem
+rozeszliśmy się parami... Potem wróciliśmy do domów każdy oddzielnie,
+unosząc wspomnienie, a zostawiając dwa luidory, które nas »cet amour«
+kosztował. »Cet amour« gdyż to tutaj w potocznym języku nazywa się
+miłością; taksamo jak to, co u nas jest ordynarnem przekleństwem, tutaj
+zwie się »pocałunkiem«. To jest potęga kultury, ale my barbarzyńcy tak
+nie umiemy się bawić. Tak długo śpiewano nam o świętości uczucia, że
+przynajmniej rozpusta musi być dla nas dzikszą, bardziej szaloną i
+bardziej rozpasaną. Cośmy wyprawiali w Warszawie z tą Mańką modelką... I
+bawić się na trzeźwo--nie umiemy także, a tu się nie upija nikt.
+
+Gabrielie jest wcale przystojna, i gdybym był więcej zmysłowy,
+powinienbym być zadowolony z tej świeżej znajomości. Wątpię jednak, czy
+ją odnowię, bo... cena. Wobec tego, co ma przeciętny student-Francuz, my
+jesteśmy nędzarzami.
+
+Tymczasem korzystam z nieobecności Turskiego, aby zapakować rzeczy i
+książki, bo dziś lub najdalej jutro chcę stanowczo od niego się
+wyprowadzić. Gdybym to robił przy nim, zacząłby mię napewne zatrzymywać,
+boby mu się zdawało, że jestem zagniewany i nic chcę dłużej jego
+gościnności. Ostatecznie miałby może racyę, ale nie chcę, aby to po mnie
+poznał. Właściwie są to tylko drobnostki: nie rozumiemy się już tak,
+jakeśmy się rozumieli i znali dawniej; oto cała sprawa.
+
+
+
+_Dnia 18 grudnia_.
+
+Przechodząc koło Sorbonny, spotkałem wczoraj Zaleską. Robiła mi wymówki,
+dlaczego nie byłem u niej razem z Turskim. Pytała o Turskiego, ale nie
+mogłem jej nic powiedzieć, gdyż wyprowadziłem się od niego jeszcze dzień
+przedtem, i od tej chwili go nie widziałem. Zaproponowała mi, aby pójść
+z nią do teatru, bo jest już późno, a nie wie, gdzieby Władka Turskiego
+znaleźć mogła. Zgodziłem się chętnie, bo chciałem widzieć teatra
+paryskie, a sam długobym się namyślał, aby się na wielkie bulwary
+wybrać. Poszliśmy do Renaissance, gdzie grywa Sarah Bernhardt. Widziałem
+już niejedną aktorkę--i Modrzejewską i Duze, ale żadna z nich mierzyć
+się z nią nie może. Przepyszny glos: miękki, potoczysty, melodyjny.
+Mogłaby stać bez ruchu i mówić tylko, a byłaby to już nieporównana gra.
+Najpierwsza aktorka świata.
+
+Moja towarzyszka, jak prawdziwe dziecko barbarzyńców, wpadła w taki
+zachwyt, że musiałem ją wciąż powstrzymywać, aby zachowywała się
+spokojnie i nie przeszkadzała sąsiadom.
+
+Po spuszczeniu zasłony była jakby nieprzytomna: gwar i huk bulwarowy
+odurzył ją do reszty; niezmiernie zabawny miałem widok. Uparła się, żeby
+wziąć ją w pół, pod pachę, jak zwykle chodzi się z »etudiantkami«, i
+pójść z nią przez bulwary. Zaprowadziłem ją do Café Riche: olśniło to ją
+do reszty.
+
+Przechadzka taka jest wcale przyjemna, przyjemniejsza może niż ta sama
+rozrywka z Gabryelą. Za to brak zakończenia. Cóż robić...
+
+
+_Dnia 19 grudnia_.
+
+Kochana Wandziu, list ten piszę do Ciebie już z nowego mieszkania; od
+trzech dni mieszkam już sam, na rue des Ecoles 1. 72. Mam ładny pokó; na
+czwartem wprawdzie piętrze, ale za to widok na cały plac przed Collège
+de France prześliczny. Pokój ustronny, cichy, doskonały do pracy, ale
+nie wiem zupełnie, jak ta praca pójdzie. Wstęp do wszystkich bibliotek
+już uzyskałem i o ilem przejrzał pobieżnie katalogi, znajdę tu mnóstwo
+materyałów do wszystkich robót, które rozpocząłem. Zaraz po świętach,
+spróbuję zmusić się do systematycznych zajęć, choć nie wierzę w ich
+rezultat.
+
+Pytasz mi się, czy piszę co obecnie i czy wykończę tę powieść, które;
+urywki Ci czytałem. Odpowiedź, znając mnie, zgadujesz dobrze. Niestety,
+nie piszę nic... prócz pamiętnika. Ale pochodzi to nie tyle z braku
+czasu--jakeś wywnioskowała z pierwszego mego listu--ile z braku chęci,
+zapału i poprostu--mocy. Przechodzę jakieś dziwne osłabienie duchowe;
+chwilami zdaje mi się, że wszystko się rozsypuje we mnie; taka próżnia
+tworzy się w myślach. Nie wiem, czy to jest skutek tego, żem się wyrwał
+z otoczenia, w którem wzrosłem i do którego przywykłem--ale Paryż
+szalenie mię przygnębia. Tu gdzie wszystko tryska namiętnością, szałem,
+przepychem, wszystko wre, krąży i huczy, gdy się czuje dreszcz, który
+przenika i pali te trzy miliony istot ludzkich--wtedy nie można znieść
+tej myśli, że się nie ma nic, nic zupełnie. Nietylko o majątku mówię;
+ale czem jest to wszystko, co czułem lub czuć mogę, wobec ogromu, co tu
+na okół mnie szumi... Gdy chodzę czasem wieczorem po ulicach, to
+poczucie obcości, znikomości tak mię przeraża, że szarpałbym palcami
+kamień, aby rysę w nim wyżłobić, ślad jakiś, żem istniał.
+
+Dobrze, żeś mi na święta nic nie przysłała, bo tu jest mnóstwo utrudnień
+celnych, i miałbym tylko kłopotów i wydatków bez liku. Święta
+prawdopodobnie spędzę w domu: tu nie obchodzą Bożego Narodzenia tak
+uroczyście, jak u nas. Na Wiliją mam dwa zaproszenia: jedno do panny
+Zaleskiej, naszej koleżanki, o której bodaj, że ci wspominałem w
+uprzednim liście; drugie--do doktora Korzyckiego, który tu od dziesięciu
+przeszło lat jest osiedlony i zwykle zbiera u siebie na Wiliją
+towarzystwo polskie. Tam w każdym razie nie pójdę, bo nie lubię
+towarzystwa zupełnie obcych ludzi. Najchętniej rzeczywiście zostanę w
+domu.
+
+Nie piszesz mi nic o zdrowiu swojem: zwykle zmiana pory roku Ci szkodzi,
+zwłaszcza, gdy przy tych słotach biegasz za lekcyami. Nie czytałem dawno
+»Kuryera«; nie wiem więc, jaka u was pogoda. Tu wiosna bez ustanku:
+sypiam przy otwartych oknach.
+
+Odpisz mi jaknajrychlej, bo jestem zawsze niespokojny, kiedy zbyt długo
+nie ma od Ciebie wiadomości. Pisząc zrobisz miłosierny uczynek, bo
+wierzaj mi, że Paryż nie jest dla mnie dotąd wcale obiecaną ziemią
+wesela i rozkoszy. Przypominam Ci nowy adres (rue des Ecoles 1. 72).
+
+ Twój _Janek_.
+
+ Na Wiliji będziesz u wuja?
+
+
+_Dnia 21 grudnia._
+
+Po co ja wczoraj ten list do siostry wysłałem? Nie pamiętam już
+dokładnie, com napisał, ale napewne za dużo. Chyba po to wspominałem
+jej o tem rozdrażnieniu i przygnębieniu, aby dręczyć to
+najszlachetniejsze i jedyne zapewne przywiązanie, którego doznałem.
+Miłość matki ma w sobie zawsze coś zwierzęcego, jak przywiązanie samicy
+do płodu; miłość kochanki--to maniackie zaspokojenie potrzeby; miłość
+siostry dopiero jest świadomem, prawdziwie ludzkiem uczuciem, którego
+żadne inne zwierzę nie zna, choć wszystkie płodzą się i przyjaźnią.
+Rozumiem, dla czego we wszystkich pierwotnych mytach ludzkości występuje
+zawsze związek brata i siostry, jako naturalne, jakby od przyrody samej
+przeznaczone stadło.
+
+Jestem przekonany, że list mój zmartwi Wandę do żywego. Gotowa sobie Bóg
+wie co o mnie wyobrażać. Ostatecznie wprawdzie nie skłamałem o swojem
+rozdrażnieniu, ale w każdym razie bardzo przesadziłem, bo w ogóle
+przecież czas upływa mi dość przyjemnie. Jestto mała, obrzydliwa
+nikczemność, bawiąc w Paryżu, dręczyć biedną dziewczynę pisaniem
+podobnych listów. Tym głupsza, że bezcelowa.
+
+
+_Dnia 22 grudnia._
+
+Dziś rano przyszedł do mnie Turski po raz pierwszy. Przepraszał mię
+bardzo, że wcześniej przyjść nie miał czasu, gdyż przygotowywał się do
+egzaminu i nawet wieczorem przesiadywał się do egzaminu i nawet
+wieczorem przesiadywał w bibliotece. Do naszej zwykłej restauracyi też
+nie mógł przychodzić, gdyż musiał towarzyszyć Zaleskiej na obiady, a
+tam, gdzieśmy się stołowali, kobietom bywać nie wypada. Na tem rozmowa
+się urwała, gdyż właściwie nie mieliśmy sobie nic do powiedzenia.
+Wreszcie Turski przypomniał mi, że jestem na Wilią proszony do
+Zaleskiej, ale że za to muszę przyjść dziś do niej popołudniu
+pomagać--jako dragoman--w kupowaniu zapasów, i jako tragarz--w
+przynoszeniu ich do domu. Turski prosił mię, abym idąc tam wstąpił po
+niego, gdyż nie mając zegarka, mógłby się łatwo zasiedzieć i spóźnić. Z
+zachowania się Turskiego mogłem wnosić, iż zupełnie nie zdaje sobie
+sprawy, jak bardzo mię raził nasz dzisiejszy stosunek tak różny od
+dawnej przyjaźni. Rozdrażnienie moje tłomaczył sobie, jako kaprys
+wywołany kaszlem i katarem. I mnie dziś ten stosunek nasz mniej drażni,
+skoro rozstaliśmy się i widujemy się o tyle rzadziej. Ostatecznie,
+wszystko jedno.
+
+Popołudniu, wybraliśmy się, jak było umówione, po sprawunki. Pierwszy
+raz byłem u Zaleskiej w jej nowem mieszkaniu, już w naszej dzielnicy.
+Przyzwyczaiła się trochę do Paryża, do życia tutejszego i nowych nieco
+dla niej stosunków koleżeńskich. Do Wilii nie czyni się tu wielkich
+przygotowań i nie ma też w sklepach takiego niemiłosiernego tłoku, jak
+u nas: można więc było swobodnie rozmawiać. Jest to sympatyczna
+dziewczyna, zwłaszcza, że w niczem niepodobna do przeciętnego typu
+studentek. _Au phisique_--umie się ubrać i ma bardzo zręczne ruchy; _au
+moral_--nie ma w niej tego zacietrzewienia i cierpkości, słusznej może,
+ale tak niemiłej w uczących się kobietach. Chyba nie będzie długim
+gościem w Paryżu; jej za bardzo obojętne jest, co ma studyować, aby w
+ogóle miała na seryo coś robić. Zdaje mi się, że przyjechała tu, aby
+wydobyć się z domu i pozbyć dawnego otoczenia. Mogę się mylić zresztą,
+bo o tem rozmawialiśmy tylko urywanemi zdaniami.
+
+Sprawunków zakupiliśmy tyle--niepodobna było Zaleską wyrwać od
+Potina--że trzeba było wziąć doróżkę, aby odwieść wszystko do domu.
+Zaleska pojechała z Turskim, a ja zostałem, bo nie chciało mi się tak
+wcześnie wracać z bulwarów na lewy brzeg. Siadłem przy stoliku w
+kawiarni niedaleko Opery i przyglądałem się przez kilka godzin tym
+tłumom, które przesypywały się bezustanku z jednego końca bulwarów na
+drugi. Ten tłum nie rozdrażniał mię tak, jak zwykle, lecz dziwnie jakoś
+kołysał, wciągał w siebie i pochłaniał. Pamiętam, że podobnego wrażenia
+doznawałem niegdyś, leżąc nad brzegiem morza, gdy fala, jedna za drugą,
+bez ustanku, pchana wiatrem, którego wyczuć niepodobna było, biegła na
+piasek z pluskiem i tysiącem szemrzących strumyków nazad się cofała. I
+tu i tam nieskończoność ruchu, która pociąga i znicestwia. Wróciłem
+późno w nocy.
+
+
+_Dnia 23 grudnia._
+
+Zabawił mię dziś Poliński. Po obiedzie byłem z nim w kawiarni. W
+ogromnie ciężkich i zawiłych, jak zawsze, frazesach opowiadał mi--z
+tajemniczą miną--że mu się zdaje, jakoby Turski miał się do Zaleskiej, a
+i »ona na to, jak na lato«. Przestrzegał ich nawet żartobliwie słowami
+bajki:
+
+ Ostrożnie dzieci, wy się źle bawicie,
+ Dla was jest to igraszką, tu chodzi o życie.
+
+Pyszny materyał na wujaszka z tego Polińskiego!
+
+Poliński ogromnie lubi udawać człeka przemyślnego a znawcę dusz
+ludzkich--ale tu zdaje mi się, że się pomylił i puścił tylko głupią
+plotkę. Jak tam z panną, nic wiem: ani mię to obchodzi, ani ją znam
+dostatecznie, abym wiedział, jak się u niej słabość sercowa objawia,
+choć taki spacerek do Café-Riche kobiety zakochanej wcale nie zdradza.
+Ale Turskiego to Poliński znów wcale nie zna. On zawsze i wszędzie
+lubił się opiekować, patronować komuś, jeśli sądził, że jestto
+potrzebne. Lubi, żeby go poważano i słuchano jego słowa i rady. Dlaczego
+więc i tutaj nie ma się zaopiekować, zwłaszcza, gdy ta opieka ma
+przecież swoje smaczne strony. W tej posusze rodaczek Zaleska doprawdy
+jest najprzystojniejsza, a wydaje się miłą, bo bardzo jest wdzięczna
+każdemu, kto ją odwiedza.
+
+Na plotkarskiej psychologii Polińskiego zarobię dziesięć franków;
+zabawiliśmy się bowiem w miłosnego totalizatora: meta--pierścionek
+zaręczynowy na palcu, czas--Wielkanoc, stawka--dziesięć franków. Szkoda,
+że nie setka.
+
+Poliński ma też być na Wilii u Zaleskiej. Będzie więc nas czworo.
+
+
+_Dnia 24 grudnia._
+
+Nie miałem najmniejszej ochoty pójść do Zaleskiej, a kiedym został w
+domu, zły jestem na siebie i żałuję tego. Wola moja składa się zawsze
+jakby z dwóch połów, z których jedna jest zaprzeczeniem drugiej. Jaka
+połowa stanie na wierzchu i wysunie się jako czyn--jestto rzeczą
+przypadku, przelotnego wpływu, którego nieraz nawet sam nie dostrzegam.
+Zarówno w drobnostkach, jak i w najważniejszych sprawach--postanowienie
+jest dla mnie męczarnią, której nie znam równej.
+
+Jakbądź się stało, siedzę w domu sam, a jest już po dziesiątej, a więc
+za późno, żeby wyjść do Zaleskiej. Mogli zresztą przysłać po mnie, jeśli
+byli zaniepokojeni lub jeśli im zależało rzeczywiście na mojej
+obecności. Niechaj się bawią... W mieście wszystko pozamykane; nawet
+kawiarnie zaświętowały od dziewiątej. Zresztą codziennie mam dosyć
+wrzawy i gazet.
+
+Cisza, cisza... Wypełza z kątów, wylata ciężkiemi skrzydłami,
+potężnieje, nabrzmiewa, wznosi się jak fala i usta, oczy, głowę mi
+zatapia. Wszystkiemi szczelinami wchodzi do wnętrza mej istoty, rozlewa
+się w krwi i kościach, sączy się do serca, a dzwoni i huczy, jak muszla
+pusta, gdy do ucha ją przyłożyć. I nie lęka się ani szelestu kroków, gdy
+chodzę po pokoju, ani szmeru kartek książki, którą przerzucałem, ani
+dźwięku piosenki, którą próbowałem nucić--ale wchłania je w siebie,
+przetrawia i w ciszę taką samą, niezmąconą, przemienia... Rozpacz!
+
+Nie chciałem iść do Zaleskiej, bo ostatecznie, cóż mię z nią i tymi
+wszystkimi ludźmi wiąże; ale teraz dałbym nie wiem co, aby wyrwać się z
+tej ciszy, mówić i słyszeć głos ludzki.
+
+I to jest życie, młodość? Ta ohydna pustka, nicość? Chciałbym raz żyć,
+szaleć, płonąć, chociażby cierpieć przyszło i zginąć. Ale pragnę, a nie
+umiem tego--lub też dla mnie innych potrzeba rozkoszy, niż te, które
+wszystkich sycą. Mam może za twardą duszę, aby ją zwykłe rylce rysować i
+rzeźbić mogły. A może tylko nie umiem czuć, nie umiem żyć i radować się
+życiem--bo i to jest sztuka, którą wyssać lub której nauczyć się trzeba.
+Cała przeszłość moja prześlizgnęła się dotąd po mnie, jak fala po
+głazie, nie zostawiając w swym odwrocie nic, prócz piany i szumowin.
+Miałem może zadowolenia i radości, ale szczęścia, tego wielkiego
+słonecznego szczęścia nie widziałem nigdy. A wszystko inne jest
+surrogatem, blichtrem, fałszem, tylko szczęście jest pięknem i prawdą. A
+jednak... drżało mi niegdyś w rękach serce dziewczęce, niewymownie
+piękne i czyste--i porzuciłem je wprzód, zanim może zdołałem się
+przesycić. Marzyłem o sztuce, o poezyi--i napisałem kilkadziesiąt
+wierszy, gdy przecież życic, samo życie powinno być pięknem. Żyć każdą
+iskrą krwi, każdym błyskiem duszy--to tylko jest sztuką.
+
+Tymczasem jest cisza, cisza... Minęła już północ, a nie nadchodzi ani
+sen, ani znużenie, nic, prócz ciszy.
+
+................................
+................................
+
+ Na niebie mojem chmury,
+Lecz z nich nie strzelą gromy, zwiastuny złotych burz.
+ Ogrody moje kwitną,
+Lecz niema fiołków w nich, lilij białych, ani róż.
+ Ponure moje oczy,
+Lecz suchej ich źrenicy nie zwilży srebrna łza.
+ Zmęczone moje dłonie,
+Lecz ręka, co omdlewa, nie rwała paszczy lwa.
+ Stęsknione moje serce,
+Lecz w piersi rozmarzonej ohydna żądza trwa.
+ Pogodne moje czoło
+Lecz w czaszce rozpalonej bezsilna rozpacz łka.
+
+To prawda... lecz na cały wieczór męki, to za mało.
+
+
+_Dnia 26 grudnia._
+
+Od dzisiaj zabrałem się do pracy; biblioteka jest otwarta i myślę
+przesiadywać tam codziennie pięć do sześciu godzin. Opracowywanie
+materyałów w domu też pochłonie czasu sporo. Po za swoją pracą nie chcę
+o niczem wiedzieć, nic więcej mię tu nie powinno obchodzić. Życie w
+Paryżu może być równie jednostajne, jak w każdem innem ludzkiem
+gnieździe. Ten gwar wielkoświatowy, umysłowe i polityczne prądy, całe
+tętno świata, którego byłem tak ciekaw, o wiele wspanialej przedstawiają
+się zdaleka, aniżeli tu na miejscu wśród wrzawy drobnych, codziennych
+wypadków. Jak zawsze drzewa zasłaniają las.
+
+Przyroda tak samo jak ja, zabrała się do zimowej pracy i osypała nas
+śniegiem i opadła mrozem, jak na Paryż, niezwykłym. Zimno, które tu
+panuje zwykle w mieszkaniach, ożywia zawsze stosunki towarzyskie w
+kolonii polskiej. Ludzie zbierają się razem i grzeją się... ciepłem
+zwierzęcem. Dzisiaj wybieram się z Polińskim na wieczór do Łużeckiej.
+
+Wczoraj byłem u Zaleskiej, aby się wytłómaczyć, żem na Wilią nie
+przyszedł. Zaleska udawała zagniewaną, nie chciała słuchać wymówek,
+powtarzając, że zrobiłem jej tylko niegrzeczny kaprys. Zresztą miałem za
+ten »kaprys« najwięcej żałować sam, bo bawili się doskonale. Poliński
+był zmęczony i wyszedł wcześniej, ale z Turskim doczekali północy.
+
+Zaleska była w ogóle niezwykle wesoła i rozbawiona. Prosiła mię, abym
+zabrał ze sobą Turskiego i przyszedł do niej po raz drugi
+popołudniu--ale odmówiłem, bo nie chcę zupełnie zacieśniać swego
+stosunku z Turskim więcej, niż jest obecnie. Najlepiej będzie, jeśli
+będziemy chodzili każden swojemi drogami.
+
+
+_Dnia 27 grudnia._
+
+Dzień dziesiejszy należy do najciekawszych w mojem życiu. Spotkałem
+Turskiego na obiedzie, siadł przy mnie. Przypomniałem mu, że mamy się
+zejść z Polińskim i Starzewiczem w kawiarni wieczorem i iść razem na
+posiedzenie francuskiego towarzystwa studenckiego. Zaproszono nas, i
+chciałem bardzo poznać życie francuskie nieco bliżej, niż to można
+uczynić na ulicy. Odpowiedział mi, że musimy mu wybaczyć i iść bez jego
+przewodnictwa--on przecież najdawniej z nas mieszka w Paryżu--gdyż on
+wieczorem wybiera się do Zaleskiej. Powiadam mu pół żartem, że to
+zaczyna być podejrzane. A on mi na to, patrząc zabawnie w oczy:
+»dlaczego?«--i dodaje zwolna: przegrałeś dziesięć franków... Tak mi się
+wydawały dziwne mina jego, głos i ta radość cała, widoczna na twarzy, że
+początkowo po prostu trudno mi było z nim mówić.
+
+Ale potem rozgadaliśmy się i miałem takie wrażenie, jakgdyby przegroda,
+która nas dzieliła upadła nagle i wróciły dawne czasy nieograniczonej
+ufności i przyjaźni. Opowiedział mi wszystko. Właściwie zakochał się
+jakoś nagle i niespodzianie, i już w kilka dni po moim przyjeździe nie
+mógł sobie dać rady z tem uczuciem, które chciał zdławić, bo nie śmiał
+wierzyć, aby ona go kochała. Był tak rozdrażniony, że tylko udając
+zupełną na wszystko obojętność, mógł jakoś ukrywać, co się z nim dzieje.
+Tymczasem ona kochała go już wtedy, kiedy jeszcze ledwie się znali, i
+płakała po nocach i uspokoić się nie mogła, jeśli go przez dzień cały
+nie widziała. Widziałem dobrze, jak jej był za tę miłość wdzięczny.
+Oświadczyli się sobie w dzień wilii, po odejściu Polińskiego, tak jakoś
+znienacka, że trudnoby powiedzieć, kto właściwie dał początek.
+Przesiedzieli wtedy razem prawie do rana. Był zakochany, kochany,
+zaręczony, szczęśliwy. To wszystko i chyba dosyć.
+
+Rozmawialiśmy długo, bardzo długo. Ja mówiłem nie wiele, bo tak mię nowe
+położenie Turskiego dziwiło, a nawet, czegom się nie spodziewał,
+wzruszało, że trudno mi było myśl jakąś skleić; natomiast on opowiadał
+bez przerwy. Naturalnie, chciał się żenić, ale nie było to możliwe
+prędzej niż za trzy lata, po ukończeniu studyów: czas ten jednak
+przeleci prędko, o tem nie ma mowy. Ona zgadzała się na wszystko, byle
+być z nim.
+
+Nie spotkałem jeszcze w życiu człowieka tak uradowanego: radował się w
+nim doprawdy każdy atom krwi. I czegóż w radości tej nie było: miłość,
+wdzięczność, nadzieja, duma, szczęście, wszystko!
+
+To jednak niezwykły charakter jest Władek Turski. Wśród nas, którzy z
+rodzinnego domu nie dostajemy nic, prócz banalnych przepisów, a z życia
+bierzemy tylko to, co na wierzchu najdostępniejsze, on rzeczywiście
+sprawia wrażenie arystokratycznego dziecka, które się urodziło w
+wysokich komnatach i w kołysce słyszało nie jęk nianiek, lecz organy. Co
+ten człowiek już stracił, a ileż mu jeszcze pozostało! Szmat za szmatem
+wyrwał z siebie wiarę, ale zachował cały bezmiar uwielbienia dla tego,
+co czcić chciał; gardził prostytutką i dusił w sobie zmysły, a nie
+brakowało uniesień w jego miłości. Jestto człowiek czysty.
+
+Radość Turskiego udzieliła mi się: słuchając go czułem się odmłodzony
+jakiś i rzeźwiejszy. Byłem zadowolony, że fałszywy nasz stosunek raz się
+wyjaśnił i to pomyślniej, niż przewidzieć mogłem. Wszystko było teraz
+wytłómaczone. Cieszyłem się również jego szczęściem: gdy mi o niem
+opowiadał, kilka razy kręciły mi się łzy w oczach.
+
+Dla jego narzeczonej posłałem bukiet; kontent jestem, że mogłem jej
+zrobić przyjemność, gdyż ona przepada za kwiatami.
+
+Przykro mi tylko trochę, że byłem złym obserwatorem, ale czyż można było
+się tego po cichym Władku Turskim spodziewać. Jestem pewien, że każden z
+jego dawnych kolegów trzymałby też w zakładzie moją stronę.
+
+
+_Dnia 29 grudnia._
+
+Władek źle jednak robi, że swych zaręczyn publicznie nie ogłasza; przez
+to plotki tylko powstawać będą. Niby nie ma w tem tajemnicy; kto chce,
+może domyślać się i wiedzieć. Przed nami t. j. przedemną i Polińskim,
+Turski mówi wciąż o swej miłości; widać, że tylko ten przedmiot go
+zajmuje. Zdaje mi się, że w podobnym wypadku byłbym więcej skryty.
+Chociaż... nie wiem. To powtarzanie: kocham, kocham, kocham... jest
+czysto odruchowe i niewłasnowolne, jak śpiew ptaka na wiosnę.
+
+Pomimo, że zaręczyny nie są wszystkim oznajmione, w damskiej kolonii
+naszej panuje już straszne oburzenie. Mężczyzna tak jest rzadki i tak
+często sprzedaje się teraz »en détail«, że dostać całego odrazu jest
+świetnym interesem. Wystawić sobie można wściekłość koleżanek, że
+przyjechała obca intruzka, nawet na żadnym wykładzie się nie zjawiła i
+rogów wielkiej mądrości nie pokazała, a już męża trzyma. Nie ma nic
+pocieszniejszego nad ich ironiczne miny, w których świetnie widać tę
+utajoną i niby nie istniejącą złość. Zwykle mię to śmieszy, lecz dzisiaj
+Łużecka zirytowała mię do żywego. Jest głupota, która już graniczy z
+podłością. Zarzucała Zaleskiej wręcz, że przyjechała tylko, aby wydać
+się za mąż--co wiem, że nie jest prawdą. Natarłem na nią ostro i
+ostrzegałem, żeby nigdy nie mówiła o małżeństwie i miłości, bo jestto
+dla niej teren na zawsze obcy, na którym wygląda, jak kaczka ucząca się
+latać. Moja opinia złośliwego gbura jest ustalona na długo.
+
+Teraz jednak, ochłonąwszy z pierwszego wrażenia, widzę, że może nie
+miałem tyle racyi, ilem sobie początkowo przypisywał. Mniejsza zresztą o
+racyę, ale rola szlachetnego obrońcy bywa czasem śmieszna i kto wie,
+czym właśnie takiej roli tutaj nie odegrał. Gdyby Łużecka była dowcipna,
+przysłałaby mi paczkę biletów wizytowych z takim np. napisem:
+
+ JEAN KARSKI
+ défenseur de l'amour outragé.
+
+Tak; śmiesznie się wygląda, broniąc, czego się nie posiada.
+
+
+_Dnia 30 grudnia_.
+
+Dotąd nie chciałem przeszkadzać Turskiemu w jego sielance; widziałem
+zresztą, że sobie nie życzył, aby Zaleską kto z nim razem odwiedzał.
+Dziś jednak nie miałem nic do roboty po obiedzie, a upłynął już tydzień
+od oświadczyn, więc wypadało nawet narzeczonej powinszować. Kupiłem
+bukiet białych róż i narcyzów i poszedłem do niej; mieszka teraz przy
+ulicy des Feuillantines, na wprost klasztoru.
+
+Widzę z ulicy, że jest światło w pokoju, ale przyćmione; paliło się
+tylko na kominku. Pukam do drzwi; otwierają mi. Naturalnie, Turski jest
+u niej. Witając się z nimi czuję, że mają dłonie wilgotne i ciepłe. Daję
+Zaleskiej bukiet i nie wiem dlaczego, pomimo, że słowa płyną mi dość
+gładko, nie zdobywam się na żadne powinszowania lub życzenia. Cała
+uroczystość sprowadza się szczęśliwie do mocnego, znaczącego uściśnienia
+ręki.
+
+Nie zdaje mi się, żebym im był zawadzał. Siedzieli dalej przy sobie na
+kanapie, trzymając się wpół i przytulając do siebie. Siadłem opodal na
+krześle; rozmawialiśmy trochę, chociaż najczęściej milczeliśmy--i to
+było najwymowniejsze.
+
+Oni są w tem stadyum, że obecność osoby trzeciej nic a nic im nie
+przeszkadza. »Ten trzeci« nie istnieje dla nich. Całowali się przy mnie
+tak, jakgdyby byli we dwoje. Poliński, którego spotkałem wracając
+później, mówił mi, że to samo robili przy nim i przy Starzewiczu,
+chociaż go prawie wcale nie znają.
+
+Zaleska jest jednak strasznie zakochana. Dość spojrzeć na jej oczy i
+ruchy; a nie przypuszczałem nigdy, żeby panna »z dobrej sfery«, napojona
+po uszy konwenansami, dała się publicznie tak całować i pieścić.
+Widocznie nie znam się na kobietach--ale Zaleska jest wyjątkowo
+uczuciowa, impulsywna, pierwotna.
+
+Jest ona teraz tak naiwnie i niewinnie bezwstydna--co zresztą bardzo
+jej do twarzy--że gdy patrzę na nią mimowoli przypomina mi się
+nieśmiertelna Haida z Don-Juana. Widzę teraz nawet, że i dla niej i dla
+Turskiego przyjemnie jest, jeżeli mają świadków, którzy mogą patrzeć na
+nich i podziwiać ich miłość.
+
+Władek ma jednak ogromne szczęście. Narzeczeństwo wśród rodziny, w
+rodzinnem mieście jest obstawione tak obrzydliwie ohydnym ceremoniałem
+zwyczajów, że wątpię, czy może się tam ostać choćby krzynka szczęścia.
+Tutaj, w olbrzymiem obcem mieście, w zupełnej samotności, którą można
+stworzyć jednym obrotem klucza, narzeczeństwo staje się piękną uwerturą,
+której słuchając, można zapomnieć doprawdy, że czekają całe akty długiej
+opery. Bo kto wie, jakie śpiewacy mają głosy i ile dysonansów się
+wkradnie.
+
+Za długo widocznie siedziałem w gniazdku przy ulicy Feuillantines, bo mi
+się teraz wciąż przed oczami kręci Zaleska w tych wszystkich
+rozmiłowanych pozach, w których ją widziałem. Ależ ona ogromnie w
+ostatnich czasach wyprzystojniała... Kobieta, która kocha, jest nietylko
+najmądrzejszą, ale i najpiękniejszą.
+
+
+_Dnia 31 grudnia._
+
+Kochana Wandziu, piszę do Ciebie tylko kilka słów na karcie pocztowej,
+żeby Ci powinszować--choć może zbyt późno--Nowego Roku. Jestem ogromnie
+zajęty i dla tego niemam czasu na obszerniejsze listy. Nie miej mi tego
+za złe. Nie mam Ci zresztą nic do oznajmienia, bo u mnie nic nowego nie
+zaszło. Ale... Władek Turski zaręczył się z tą koleżanką Zaleską, o
+której Ci kiedyś pisałem. Stosunki nasze stały się serdeczniejsze
+obecnie i częściej się z nim widuję.
+
+Twoją kartkę, pisaną w pierwszy dzień świąt, otrzymałem. Czyś była
+jeszcze u kogo podczas świąt? Byłaś zapewne u pani Reuter. Podobno macie
+ciągłe odwilże w Warszawie; czy nie szkodzi ci to na zdrowie?
+
+ Twój _Janek_.
+
+
+_Dnia 2 stycznia._
+
+Od kilku dni absolutnie nic nie robię. Przerwałem studya w bibliotece,
+bo czeka mię mnóstwo przepisywania starych dokumentów, a to przejmuje
+mię niewysłowionym wstrętem. Natomiast chodzę po obiedzie z Turskim do
+kawiarni i przez kilka godzin słucham, czasami nawet z radością, jego
+spowiedzi i wynurzeń, które płyną teraz bez końca. On wprost spieszy się
+donieść i mówić mi o swem szczęściu. Jestem mu wdzięczny za tę przyjaźń
+i za tę ufność. Potem odprowadzam Turskiego do uniwersytetu na wykłady
+i idę zwykle nad brzeg Sekwany i chodzę tam dopóty, dopóki zmęczenie
+zupełne nie zmusi mię do powrotu.
+
+Nie znam nic piękniejszego nad Sekwanę od Katedry do Luwru, ale teraz
+prawie nie przyglądam się temu widokowi; pamiętam go doskonale w
+najdrobniejszych szczegółach, a powtóre głowa mię boli jakimś głuchym,
+rozsadzającym bólem, i chodzę nie po to, aby patrzeć, lecz aby ukołysać
+myśli.
+
+Dawno już nie miałem takiego wrażenia próżni, bezsilności,
+bezużyteczności mojej i wszystkiego, co mię otacza--jak w tych dniach
+ostatnich. Wstaję, jem, chodzę, myślę, piszę jakąś rozprawę, lecz żeby
+mię zabito, nie wiem, po co to wszystko się robi. O tyle jestem
+inteligentny, iż rozumiem, że--jak się to mówi--ze mnie nic nie będzie,
+że przestanę kiedyś jeść, chodzić i myśleć, że rozprawy moje tak samo
+nie obchodzą nikogo, jak moja osoba, jednem słowem, że jestem absolutnie
+niczem, jedną wielomilionową częścią czegoś, co samo jest może także
+tylko milionową częścią.
+
+A uczucie takie jest stokroć bardziej przykre, jeżeli na początku swego
+świadomego życia miało się marzenia i nadzieje, jeżeli wschód życia, jak
+wschód słońca rzucał długie, piękne cienie. Sądziłem, będąc dzieckiem,
+że wielkość cienia tego, to moja własna wielkość. Teraz jest południe:
+cień się zwinął, a ja się zgarbiłem.
+
+Chociaż dzisiaj mi się wydaje, że gdyby mi coś nawet pozostało: jakaś
+idea, zdolność jaka--i to byłoby mi obojętnem. Ażeby łzę rozdąć na
+poemat, trzeba mieć dużo wody i bezwstydu.
+
+ Karg ist Natur, ein Schein die Kunst, dem Triebe
+ Der Sehnsucht schenkt Gewährung nur die Liebe.
+
+To chyba prawda... bo Turski jest teraz tak żywy i dzielny, tak sobą
+tylko zajęty, że mimo swej czułej wrażliwości, zdaje się wcale nie
+spostrzegać męczącego mego stanu i świdruje mi uszy nieustannym hymnem
+miłości. Potrzeba mu słuchacza, aby mógł śpiewać; a któż lepiej do tego
+się nadaje, niż stary, zaufany przyjaciel. Moja teorya stosunków
+ludzkich sprawdza się raz jeszcze. Wieczny, wieczny wyzysk.
+
+
+_Dnia 4 stycznia._
+
+Nie, nie idzie mi praca. Wszystkie usiłowania, aby zmusić się i
+przezwyciężyć, spełzają nadaremnie. Robota nie posuwa się, i tylko ból
+głowy, gorący, szalony, wzmaga się i przenika wszędzie, szarpiąc i
+gniotąc--niby rozpaloną ręką. Zmarnowałem cały dzień na przechadzkę.
+Błądziłem po zaułkach, przedmieściach, po ustronnych kątach, byle być w
+miejscach jak najspokojniejszych i jaknajdalej od domu. I chodzić i nie
+myśleć o niczem... Wreszcie znalazłem się w Auteuil i ztamtąd wróciłem
+rzeką. Ta cudowna panorama od wiaduktu w Auteuil, koło Marsowego pola i
+Trocadera, koło Luwru, Katedry uspokoiła mię trochę swą kamienną
+pięknością--tym łatwiej, że statek o tej porze dnia i roku był pusty.
+
+Już koło domu w Quartier spotkałem Polińskiego, który szedł do mnie, aby
+mię zabrać na wielkie bulwary. Lubię z nim chodzić, bo jest tak
+gadatliwy, że prędzej wówczas przestaję myśleć, niż gdy jestem
+sam--zgodziłem się więc chętnie. Pojechaliśmy na bulwary, siedzieliśmy w
+kawiarni, słuchaliśmy ludowych piosnek gdzieś w Café-Concert--nie wiem
+już zresztą, cośmy robili. Mój ból głowy stał się podobny do
+przepaścistej nudy; a Poliński twierdził, że nie mam humoru i muszę być
+zaziębiony.
+
+Wracając już po północy przechodziliśmy przez ulicę Feuillantines.
+Świeciło się w oknach, więc zaczęliśmy wydawać okrzyki, służące nam za
+hasło porozumienia w takich wypadkach. Poliński świetnie naśladuje ryk
+wołu i bek barani. Okno się otworzyło i ukazali się... oczywiście oboje.
+Turski powiedział nam, abyśmy chwilę poczekali, a zaraz zejdzie i
+pójdzie razem z nami do domu. Okno się zamknęło i na tle firanek
+ujrzeliśmy scenę pożegnania, jak zawsze...
+
+W Paryżu, w tem klasycznem mieście rozpasania, staję się strasznym
+świętoszkiem: widok ten mię gorszył i poważnie gniewał. Przypuszczalnie,
+za jaki tydzień zapiszę się do ligi Berengera.
+
+Turski wyszedł. Był trochę zarumieniony, a na powiekach lśniły mu się
+drobne kropelki. Sześć razy kłaniał się oknu, w którem była już tylko
+bezkształtna sylwetka. Bałwochwalca!
+
+Scenka ta zirytowała mię tak, że byłbym błogosławił wszystko, coby
+Turskiemu mogło sprawić jakąkolwiek przykrość; sam nie wyrządziłbym jej
+jednak nigdy. Chciałbym tylko módz się litować nad nim i pocieszać, bo
+mimo chwilowej złości, jestem jego przyjacielem. Nie prędko jednak
+będzie potrzebował tej przyjaźni.
+
+
+_Dnia 5 stycznia._
+
+Logika formalna jest stekiem błędów, a największym i najjaskrawszym
+_tertium non datur_. Duch nasz jest autokratą i niema sprzeczności,
+którejby zgodzić nie mógł.
+
+Jestem szczęśliwy, bardzo szczęśliwy radością Władka. Kilka razy na
+prawdę się rozrzewniłem słuchając jego wynurzeń. Przytem cieszę się
+jeszcze dla tego, że jednocześnie przekonywam się, iż jestem głęboko
+wrażliwy na cudze szczęście, a więc jestem uczciwym, szlachetnym
+człowiekiem. Mimo to, ani jednej chwili nie przestaję teraz czuć, że
+gdyby Turski utracił swe szczęście, byłbym... może kontent. To jest...
+zależnie od tego, jakby je stracił. Gdyby Zaleska umarła, płakałbym z
+Turskim; gdyby ją nagle potrafił zyskać kto inny, pomagałbym może zabić
+uwodziciela, lecz z tego co zaszło, byłbym prawie rad--nie jakąś
+radością określoną, zdecydowaną, jasną, ale tym niezwykłym nastrojem,
+wewnętrzną pogodą, która się tworzy w najskrytszych podwalinach duszy.
+
+To, do czegom się przed sobą przyznał, nazywa się zwykle nikczemnością,
+i z tego jestem dumny. Świadczy to, że uczucia moje są nieustraszone i
+potrafią jak bohater z baśni, wtargnąć na każdy szczyt--mimo larw, które
+zewsząd grożą.
+
+Dziś zadałem sobie pytanie, którego uniknąć dłużej nie mogę w żaden
+sposób. Może ja Zaleską kocham? Jeżeli kobieta, której obecność jest dla
+mnie niepotrzebną, twarz--obojętną, pieszczota--zbyteczną, może być
+jednocześnie kobietą kochaną;--ha, w takim razie ja Zaleską kocham.
+Zdaje mi się, że cierpię nie przez to, że ona kocha innego, lecz przez
+to, że mnie teraz kochaćby już nie mogła.
+
+Zabrano mi to, co do mnie należeć mogło. Utracić możność jestto więcej,
+niż utracić rzeczywistość. Nie módz istnieć jest gorzej, niż nie
+istnieć.
+
+
+_Dnia 6 stycznia._
+
+Nie przypuszczałem nawet, że tak lubię dawać kobietom prezenty. W
+ostatnich dniach byłem kilka razy u Zaleskiej, i nie mogłem iść tam ani
+razu, żeby nie przynieść jej chociażby kilku kwiatów. Dziś wydałem na to
+ostatniego franka i jestem z tego ogromnie kontent. Mówię sobie, że
+tylko głupiec nie rozumie, co to za rozkosz rujnować się dla kobiety. U
+Zaleskiej przesiadywałem krótko. Chociaż obecność moja im nie zawadza,
+zdaje mi się, że wypada możliwie się usuwać. Zresztą widok ciągłych
+pieszczot i uścisków drażni: czuję prędko ogień w skroniach i pot na
+ciele. Nie ja sam tylko tak na to reaguję. Mówił mi Poliński, że odczuwa
+zupełnie to samo: jestto przecież całkiem naturalne. Dziwię się, jak oni
+mogą to wytrzymać.
+
+Równie naturalne, jak ogień w skroniach, jest myśl, która mię poprostu
+opętała. Dlaczego ja tak nigdy nie kochałem? Dlaczego w mojem życiu nie
+zeszło się nigdy pytanie z odpowiedzią? Dlaczego odepchnięto mię, kiedym
+pożądał, dlaczego, kiedy pożądano mię, odczuwałem tylko wstręt lub
+pogardę? Dlaczego dla mnie miłość była zawsze zimną, zaciekłą, złą grą,
+której wygrana hańbi jak złodziejstwo?
+
+Patrząc na Władka, czuję, że nie mógłbym kochać tak szczerze, otwarcie,
+tak prosto--i tego zazdroszczę mu najwięcej. Bo czyż nie jest to
+wyrafinowanem okrucieństwem pysznić się przedemną tem szczęściem, które
+ostatecznie dostało mu się trafem... Tak, przyjemniej i łatwiej wygrać
+majątek, niż się go dorabiać.
+
+Ohydnie śmieszne w tem wszystkiem jest to, gdy Władkowi się zdaje, że
+sprawia mi największą przyjemność, odsłaniając przedemną swą miłość. W
+tych pieszczotach, których ani on, ani ona się nie żenuje, jest tyleż
+bezmyślnej, żywiołowej swobody, ile chęci pokazania, jak szczęśliwym być
+można... Wygląda to, jak wyzwanie, jak pogróżka: »Będziemy jeszcze
+szczęśliwsi«. Będziecie; wierzę wam.
+
+Postępowanie Turskiego jest nietylko okrutne, ale niemiłosiernie głupie,
+bo nie sądzę ani jednej chwili, aby naumyślnie chciał przykrość mi
+sprawić i dokuczyć. Doprawdy zgłupiał.
+
+
+_Dnia 7 stycznia._
+
+Zwiedzaliśmy dziś Luwr. Poszedłem najpierw z Zaleską sam, a Turski
+dopiero później po wykładzie z nami w muzeum się spotkał. Luwr nie
+zajmował mię wcale; nie lubię tych olbrzymich zbiorów, gdzie wszystko
+zbite jest bezładnie w jakąś pstrą mięszaninę, która przytłacza tylko i
+dławi. Nie doznaje się tam tego uczucia swobody, bezkresu marzenia,
+które przecież jest istotą rozkoszy, jaką dać może sztuka. Arcydzieła
+powinno by się chyba wystawiać w oddzielnych kaplicach.
+
+Zdaje mi się, że napisałem kłamstwo. Prawdą jest, że nie lubię muzeów;
+ale mimo to, zwiedzałem je nieraz i sztuka, którą widziałem, porywała
+mię i czarowała. Dziś nie zajmował mię Luwr, bo była Zaleska i wszystkie
+myśli moje są jakby opętane. Sprawia mi teraz okrutną przyjemność
+wszystko, co może tę dziewczynę przedemną poniżyć. W ten sposób biorę
+jakąś idealną choćby zemstę nad Turskim: znieważam w myśli jego bóstwo.
+Naumyślnie nie pokazywałem Zaleskiej arcydzieł i śledziłem, czy je
+odczuje i odnajdzie. Ona nie ma wcale zmysłu artystycznego; zatrzymywała
+się przed najmarniejszymi obrazami i wygłaszała takie śmiesznie naiwne
+zdania, że tylko ta otwarta szczerość była jedyną ozdobą tego, co
+mówiła. Wmawiam w siebie, że nie można się zakochać w kobiecie
+niewrażliwej na piękno: jestto gminność na cale życie.
+
+Potem przyszedł Turski; nie patrzyli więc już na obrazy, tylko na
+siebie. I wtedy byli szczęśliwi.
+
+Nie, ja stanowczo do szczęścia nie jestem zdatny. Szczęście to jest taka
+wyłączność, takie zaprzepaszczenie, że na to nie zdobyłbym się nigdy.
+Nie wiem, czy za dużo mam zmysłów, czy za wiele w duszy pożądań, ale
+jabym skorzystał z każdej szczeliny, aby się ze złotej klatki szczęścia
+choć na ból i cierpienie wydostać. Tam gdzie inni oddychają, ja zaraz
+się duszę. Było tak już przecież.
+
+Mogę się więc, tak jak teraz, pocieszać cudzem szczęściem. Tylko, że ta
+pociecha jest tak gorzka, iż jak dobry absynt, staje się nawet
+przyjemną. Tylko, tak jak absynt, pobudza łaknienie.
+
+Łaknienie za czem? Za miłością? Za miłością Zaleskiej? Nie kochałem i
+nie kocham nic w tej chwili. Za szczęściem? Nie potrafię go odczuć i
+zrozumieć. Za bogactwem? Nie wiem, na co bym go użyć miał. Łaknę życia;
+czem jest i gdzie jest--niewiem. Podobne łaknienie uczuwać musi chyba
+pisklę, gdy wychyla dziób, aby uderzyć i rozbić skorupę, która dzieli je
+od świata. Ale pisklę wiedzie instynkt, a mnie nie wiedzie nic.
+Chciałbym wysunąć żądze, jak szpony, i chwycić i zdruzgotać zaporę, co
+mi światło kradnie. Lecz nie wiem, gdzie iść, gdzie jest skorupa mej
+duszy.
+
+
+_Dnia 8 stycznia._
+
+Po wczorajszej wycieczce do Luwru Zaleska była trochę słaba i Władek mię
+prosił, abym ją odwiózł do Korzyckiego. Korzycki przyjmuje chorych o
+trzeciej, a o tej porze Turski ma zawsze zajęcie w uniwersytecie.
+Początkowo wymawiałem się wykładami; zdaje mi się, że chciałem Władkowi
+zrobić na złość. Potem jednak ustąpiłem i pojechałem z Zaleską do
+Korzyckiego, na drugi kraniec Paryża.
+
+Ta dziewczyna, gdy Władka przy niej nie ma, wydaje mi się zupełnie inną.
+Rozmawialiśmy cały czas spokojnie, po cichu, ufnie, jak rozmawiają
+starzy i dobrzy znajomi. Mimo całej życzliwości dla niej miałem chwilami
+dokładne wrażenie, że ta kobieta jest mi chyba obojętną, że nie pociąga
+mię do nie; nic nad to, czem każda kobieta pociągnąć może. Gdy nie
+mówiła o Turskim, co niestety zbyt rzadko się zdarzało, mogłem czasami
+zapomnieć o stosunku, jaki ją z nim łączy: tego mi tylko trzeba.
+
+Coraz więcej mi się zdaje, że w tej dziewczynie ponętną jest tylko jej
+miłość. To uczucie działa na nią, jak ów pierścień z bajki, który
+posiadaczowi zapewniał wszystkie piękności i skarby. Gdy się przymila do
+Władka, rzeczywiście jest prawie piękna i ma taki wyraz w oczach, że
+wtedy oddałbym wszystko za to, aby przestała go kochać. Chyba trudno
+mniej żądać w życiu. Nie żądam miłości, lecz tylko spokoju, bezczucia,
+jak dawniej. Dopóki widzę, że ona jest zakochana, coś mię nurtuje,
+łamie, dręczy, odbiera swobodę myśli. Ja nie chcę o tem myśleć. Byłem
+tylko zasnął!
+
+
+_Dnia 9 stycznia._
+
+Jest okropnem błagać kobietę o miłość, wić się u jej stóp, wołając:
+kocham, kocham;--i nie słyszeć nic, oprócz echa własnych słów, odbitych
+o próżnię, i odejść z myślą, że jest gdzieś marny, podły człowiek, dla
+którego kobieta ta tęskni i gardzi wszystkiem: miłością, bólem,
+rozpaczą--
+
+Ale gorzej jest, jeżeli w takiej chwili nie można zawołać nic więcej nad
+to: nie kochaj go. Są teraz chwile, gdy zazdroszczę Władkowi tak, że
+chociaż nie umarłem, zazdroszczę mu życia, jakgdybym wiedział, że on
+mnie przeżyje. Zresztą, takie istnienie jak moje, z wiecznem pożądaniem
+czegoś nieuchwytnego, niewymarzonego nawet, z ciągłym niepokojem w
+duszy, na łasce każdego wrażenia, to nie jest życie, to sen gorączkowy
+i tak męczący, że często niewiadomo, czy nie lepiej raz się już obudzić.
+Mam takie dziwne zmysły, że potrafię odczuwać tylko gorycz, a to w końcu
+mdli i truć zaczyna. Jak zniszczony lubieżnik przez chłostę,
+przepędziłem się przez wszystko, co zawiść dać może--i nie doznałem
+nawet miłości, która temu dobremu, szczęśliwemu przyjacielowi dostała
+się tak łatwo. Nie kocham Zaleskiej i wiem, że w chwili, gdy ona
+przestanie kochać Władka, będzie mi tak obcą, jak kobieta, którą
+pierwszy raz widzę na ulicy. Jest to straszne, bo pozbawia mię wszelkiej
+nadziei. Nie mam się o co starać, bo jeślibym co osiągnął, zyskam mniej
+jeszcze, niż mam teraz.
+
+Kłamstwo, ohydne kłamstwo... Nie kocham Zaleskiej?... Za cóż bym więc
+tak cierpiał?
+
+Mam chwilami złudzenie, jakgdyby wszystko, co mię otacza: domy, drzewa,
+ludzie, chwiało się nagle i groziło zawaleniem. Lękam się trochę sam
+chodzić i tego mi wstyd przed sobą. Zawsze gardziłem nerwowymi ludźmi.
+
+
+_Dnia 10 stycznia._
+
+Godzina siódma rano. Brzask szary wstał i sączy się przez okno. Siedzę
+na krześle zbłocony, znużony, złamany, a sen nie przychodzi do mnie.
+Ledwie pomnę, co się ze mną działo tej nocy, bo to już nie ma nazwy.
+Szaleństwo? Trwoga?... Gorzej. Jakaś odwieczna modlitwa jaskiniowców
+świdruje mi mózg: Grozo, Potęgo--jakakolwiek jesteś--bądź litościwa
+duszy mojej! Ale nie, nie, nie... jestem znów silny, zdrów i twardy.
+
+Wczoraj wieczór cały spędziłem w kawiarni. Do Zaleskiej nie chciałem,
+nie mogłem iść; Polińskiego nie było w domu; innych ludzi szukać
+niepodobna było. Wszystko mi było zresztą jedno, gdzie się znajdować,
+byle nie być w domu, nie widzieć tych cieni, które jak złe psy kryją się
+po kątach i chodzą od stołu do krzeseł, od krzeseł do łóżka, byle nie
+kłaść się i nie rozbierać w tem gęstem powietrzu, gdzie jakieś
+niewidzialne dotknięcia palą mi skórę, byle nie czuć tej ciemności,
+która jak na żer nalatuje na mnie i kładzie mi się na piersiach. Nie
+mogłem iść do domu; niewysłowiony lęk, obawa samotności, obawa spokoju i
+martwoty gryzła mię nieustannym, prawie fizycznym bólem.
+
+Ale o pierwszej zamknięto kawiarnię i musiałem wyjść. Poszedłem wprost
+przed siebie i zacząłem błądzić. Bez celu, pierwszą lepszą ulicą, która
+się nawinęła, przez bulwary, przez place, przez zaułki. A za mną
+błądziły jakieś wizye potworne i zarzucały mi czarne swe ręce na oczy;
+wtedy gasło mi światło, zdawało się, jakby świat cały zapadał się w
+ciemność, a słońce nigdy już więcej powstać nie miało. Stawałem wtedy
+przed latarnią i wlepiwszy oczy w żółte jej światełko stałem bez ruchu,
+drżąc we wnętrzu i słuchem rozognionym przysłuchując się ciszy. Kto wie
+co tam siedzi w tem czarnem jądrze, które nieprzejrzyście rozciąga się
+aż po same szkła latarni? Tam może czyhać człowiek z nożem, czyhać na
+mnie i uderzyć mię w szyję, tam może być tak gęsto, że padnę odrazu bez
+tchu... Lub może tam być gwarno od jakiegoś nieznanego życia nocy, może
+tam być tak ludno, że zatrzymają mię i przepadnę bez śladu, jakgdybym w
+otchłań wleciał.
+
+I nagle zrywał się nademną strach ohydny, niewypowiedziany i jak wicher
+zmiatał mię od latarni i w ciemność na zgubę własną odrzucał. Biegłem
+nieprzytomny przez ulice, potykając się o kostki, rozrzucone do
+brukowania, uciekałem na place widniejsze od ulic i kryłem się jak
+zbrodniarz, gdym zdała straż policyjną zobaczył. Rozszalały tabun nędz
+tratował mi duszę i szarpał mózgi, jak padlinę. Rozplatały się
+wszystkie węzły duszy i było mi, jakbym cały zapadał się w sobie. Pot,
+jak w łaźni występował mi na czoło, spływał na szyję i oblepiał na mnie
+bieliznę; gorąca para żarła mi oczy; zdało mi się, że w powietrzu jest
+jakiś nieznany kwas; gryzący i trujący, jak żaden inny, który wgryza mi
+się w ciało i roztlenia tkanki. Koło mnie rozsuwały się tylko i zbiegały
+gmachy martwe, bo wszystko, co nie jest kamieniem, zostało spopielone,
+rozsypane, wyżarte. Zamknąłem usta, bo piersi mi płoną. I biegłem,
+biegłem co raz szybciej ze schylonym karkiem, jak ścigane i oszalałe
+zwierzę...
+
+Wybiegłem do Hal. Przedemną w prostych, pewnych, olbrzymich liniach
+piętrzyły się żelazne sklepienia. Wielkie lampy błyszczały niebieskawem
+światłem, a ku górze pod dachem szklanym, jasność ich jednoczyła się w
+jakiś drżący blask, który sypał się na plac cały. Tłok na dole. Kręcą
+się tłumy ludzi, wozy podjeżdżają i bez przerwy sypią się z nich wory,
+kosze, paki. Mimo to nie było wrzawy. Ludzie pracują cicho, niegłośnie,
+jak widma. Tylko czasem zaskrzypi koło łub stuknie o kamień żelaztwo. I
+znowu cisza.
+
+Jasność przykuła mię do siebie. Siadłem na ławce; pot stygnął na mnie,
+chłodził i orzeźwiał. Bezmyślnie patrzyłem w głąb tego pałacu, na wir
+ludzi, kołujący przy mnie, na stosy jarzyn, które co raz wyżej i
+gęściej zasypywały chodnik, na żelazne belki, z których zwieszały się
+jakieś chorągwie czy płachty, na strop z błękitnemi gwiazdami--i znów
+spełzałem oczami z tych wyżyn po belkach na bruk. I znów patrzyłem, jak
+schylają się karki parobków, ręce wyrzucają zielone kule kapusty, jak
+wozy przesuwają się zwolna--i łowiłem w tej ciszy jakieś szmery, brzęki,
+czasem zwrotkę dalekiej piosnki lub przekleństwo. Patrzyłem, słuchałem i
+żar odchodził odemnie. Spokój. I chciałem tu zostać, zdala od widm,
+które za mną biegły--i czekać ranka.
+
+--_Viens, chéri._
+
+Powiedziano coś blisko mnie:
+
+--_Viens donc, chéri._
+
+Przy mnie na pustej dotąd ławce siedziała teraz pogięta postać, w
+czarnych łachmanach, niewyraźna; tylko twarz sprośna, nabrzękła,
+czerwona z otwartemi śmiejącemi się usty, patrzyła na mnie zblizka,
+coraz bliżej. I ja patrzyłem na tego potwora, który nagle przy mnie się
+wylągł i widziałem, jak sinieją mu wargi i jak trupio wyglądają duże
+ostre zęby z tych żałobnych obwódek. Brzydzę się... a oczu oderwać nie
+mogę, i boję się... a jednak patrzę.
+
+--_Qu'as tu donc peur, mon petit loup?_
+
+Tak, rzeczywiście lękam się; czuję, że roztwierają mi się i
+nieruchomieją źrenice. Rękami chwytam się ławki, mdło mi się robi w
+duszy i tak smutno i fala jakaś wzbiera mi w piersi, dławi w gardle i
+ściska. Suchemi oczami patrzę, patrzę ciągle. Jaka ona podobna, coraz
+podobniejsza, coraz młodsza, tamta...
+
+Nagle rozległo się gdzieś nademną przekleństwo furmana; huk zbudził się
+we mnie, jakby Halle się ocknęły i z krzykiem rzucały ku mnie. I
+przypomniałem sobie gdzie jestem, zerwałem się z miejsca i pobiegłem
+przed siebie, wprost w Halle, byle dale; od tej... i od tamtej.
+
+--_Va, sale bête_.
+
+Dogonił mię tylko ohydny śmiech i złorzeczenie.
+
+................................
+
+I znów począłem iść, iść bez przerwy. Wyobraźnia moja, jak motyl bez
+skrzydeł, legła ranna śmiertelnie i nie zrywała się więcej. Szał odszedł
+mię, a zmysły postrzegały wszystko z jasnością przerażającą. Ale nad
+wszystkiemi wrażeniami górowała nieprzeparta, w całej krwi rozlana myśl:
+iść, iść. Ta myśl wszechmocna dała mi jakąś potęgę ciała,
+niezniszczalność mięśni. Szedłem krokiem sprężystym, jędrnym, jak
+wyćwiczony żołnierz. Jak długo szedłem, nie wiem. Nie myślałem o niczem,
+nie czułem nic. Tylko chwilami zdawało mi się, że po drugiej stronie
+ulicy w mroku prześlizguje się cicho taka sama postać błędna, idąca bez
+celu, potępiona. I byłem jej wdzięczny, że idzie ze mną i nie trwożyła
+mię wcale, jakgdybym ją znał od wieków. Chciałem się zbliżyć do niej i
+przeszedłem przez ulicę: przyspieszyła kroku. Począłem iść prędzej:
+pobiegła. Zacząłem biedz--i znów rozpoczął się pościg, aż w mroku
+gęstszym widmo odwróciło się, spojrzało mi w twarz i znikło. Lecz na
+karku jego widziałem swoją twarz, swoje oczy, nienawiści pełne i
+pogardy. I zrozumiałem, że to dusza moja uciekła odemnie. Trwoga
+nieludzka mię ogarnęła znowu, która ścina krew w żyłach i ciału
+kamienieć każe; zdało mi się, żem skonał już i lada wiatr, co kłosa
+rosnącego w ziemi nie zakołysze nawet, trąci mnie lekko, zdmuchnie i
+rozkruszy.
+
+Nagle z załomu ulicy jakiejś wyleciał wiatr--i zdało mi się, jakgdyby
+ktoś ostrze chłodne przesunął mi wzdłuż--między duszą a ciałem. Zmąciło
+mi się wszystko; przypadłem do muru. A kiedy omdlenie przeszło i
+poczułem, że żyję--zerwałem się i począłem biedz, byle uciec z tej nocy
+bezkresnej, zabójczej.
+
+................................
+
+...Przybiegłem nad rzekę. Ognie latarń nadbrzeżnych paliły się w falach
+i rzucane wiatrem tańczyły koło brzegów jakieś szalone zaloty. Środek
+rzeki był czarny, głęboki, tak że odbite blaski gwiazd zginęły gdzieś w
+tej otchłani. Przechyliwszy się przez poręcz, opuściwszy głowę, z
+której wiatr strącił mi kapelusz, trzymałem się prętów baryery i nie
+mogłem spuścić oczu z rzeki. Kocham i boję się tej głębi. I dla tego że
+wiem, że kiedyś muszę się w nią rzucić, że wiem, że woda ta jest zimna,
+dławiąca, duszna--trzymałem się rękami mostu i patrzyłem z zachwytem i
+dreszczem. Śmierć w wodzie... tak, ona czeka mię na pewne. Gorączce
+mojej raz warto dać ochłody. Uderzy mię zimno ze wszech stron,
+wstrząśnie mną nagle aż do głębi myśli, a potem zacznie się coś szarpać
+wewnątrz mnie i wyrywać i szamotać strasznie, aż mimowoli otworzę usta,
+i napiję się wody--i wtedy wszystko zgaśnie. Dobroć jakaś, łagodność,
+jasność mię otoczy i w oczach będą mi latały obrazy, szybkie, piękne. I
+będę chwilę znów żył tem dzieciństwem, co tak prędko przeszło, i zobaczę
+śliczne słońce, które ścigałem dawniej po tapetach mieszkania i pudla
+swego zobaczę. A kiedy teatr ten się skończy i zasłona zapadnie, nie
+będę już czuł ani zmory, ani zimna, ani opuchlizny, od której
+nabrzmiewać będę. Dobrze...
+
+Nie, nie, nie... Wiedziałem przecież, że to nie dziś jeszcze, a jednak
+na sam widok tej wody podemną drętwiałem i kurczyły mi się palce koło
+prętów. I wtedy, gdy będę skakał z tego mostu--bo na pewno zeń skoczę--w
+głębię, w spokój, kląć będę jeszcze i rzekę i siebie i wyciągnę ręce,
+aby ją odepchnąć. I wpadłszy, wyć będę jeszcze wszystkimi głosami duszy
+o ratunek, i przed wodą zadławi mię strach. A jednak nie mogłem ztamtąd
+odejść, i wtedy... znów tam przyjdę.
+
+--Co pan tu robi?
+
+Przedemną stał robotnik, z oskardem i łopatą na ramieniu. Spoglądał na
+mnie bystro.
+
+--Przyglądam się rzece.
+
+--Tak... a gdzie pański kapelusz?
+
+--Wpadł do wody.
+
+--A gdzie pan mieszka?
+
+--Na rue des Ecoles.--Nudziły mię te pytania i ciekawe spojrzenia, lecz
+doprawdy nie miałem jakoś siły się gniewać. Odwróciłem się od rzeki i
+zacząłem sam pytać:
+
+--A pan dokąd idzie?
+
+--Do roboty.
+
+--To pewnie już będzie szósta?
+
+--Jest szósta.
+
+Wreszcie! Tak, musiała być już szósta, bo spostrzegłem dopiero, że
+żółknie zlekka wschodnia strona nieba. Rozmowa się urwała.
+
+--Przechodzę przez Boul. Mich'. Panu zdaje się nie dobrze--niech Pan
+idzie ze mną.
+
+--Nie, ja wolno chodzę; lubię sam chodzić.
+
+Stał parę chwil bez ruchu i nie decydował się, co ma zrobić. Patrzył mi
+badawczo w twarz--miał ogromnie sprytne oczy. Dodałem więc:
+
+--Może pan iść śmiało. Daję panu słowo, _to_ jeszcze nie tej nocy.
+
+Popatrzył chwilę jeszcze. Odszedł. A ja stałem jeszcze długo, dygocąc z
+zimna rannego.
+
+Świtało. Niebo przystrajało się do dnia, powoli nasiąkało światłem,
+błękitniało, aż powlekło się złotem i czerwienią. Z przepychu tego
+ulicom dostawała się tylko grzązka, mglista szarość, w której bez blasku
+płonęły żółte latarnie. I ponuro ciągnęły się jednostajne kamienice,
+straszne i bardziej martwe niż w nocy, kiedym wieszał na nich swoje
+widma. Ale widziałem już dość, a nim doszedłem do końca ulicy,
+rozświetliło się wszystko. I mogłem wracać; wróciłem. I oto siedzę w
+swym pokoju w szarym brzasku, co jak błoto wciska się zewsząd.
+
+Gdybym wszystkie noce trawił na rozpustę, nie byłbym tak zmęczony,
+bezsilny. Poprostu z blaskiem dnia odeszła odemnie cała moc, i znużenie
+rzuciło się na mnie, jak na łatwą zdobycz. Mimo chłodu, oblewa mię pot.
+Stopy mam poodbijane, ranne i w karku jakieś osłabienie, schylenie, żar,
+jakąś chęć rzucenia się na wznak, aby leżeć bez ruchu, bez dreszczu na
+czemś twardem, jędrnem, zimnem. Wszystko omdlewa we mnie jakby na śmierć
+i znicestwia się.
+
+Lecz zanim spadnie sen, długo jeszcze nad oczami memi trzepotać się
+będzie, jakby szelestem skrzydeł uciszyć wpierw musiał myśli--i te,
+które szydzą i te, które płaczą, i te które przeklinają. I zanim zasnę,
+słuchać będę tych myśli: i tej szydzącej, która szepnie mi, żem podły,
+bo od zbawienia uciekłem--i tej płaczącej, która przypomni, żem
+nędzny--i tej przeklinającej, która spyta: czemu, czemu?--i odpowie, że
+cudzych losów zagadkowy skręt, to jest moja nędza.
+
+A! Spijmy...
+
+
+_Dnia 12 stycznia._
+
+Uspokoiłem się znacznie. Onegdaj przeleżałem prawie dzień cały,
+zapuściwszy story. Wczoraj byłem »normalny«. Miałem nawet gości. Jestem
+bowiem dobrym przyjacielem. Odkąd te zaręczyny stały się głośne w naszej
+kolonii, postanowiłem wyprawić dla narzeczonych mały wieczorek. Wczoraj
+to uskuteczniłem. Miałem wiele zachodów, bo ona jest jeszcze chora i
+musi wystrzegać się w jedzeniu. Pół dnia przesiedziałem w kuchni swojej
+gospodyni, przeszkadzając jej uwagami i ostrzeżeniami. Ostatecznie
+zebranie udało się dobrze i wszyscy, kto miał przybyć, przyszli, bo dla
+Turskiego wszędzie są jaknajżyczliwsi. Był Poliński, doktór Korzycki,
+Starzewicz, koleżanka Łużecka z Woydówną, Kloss z żoną...
+
+Przy wejściu dałem Zaleskiej bukiet z samych prawie żółtych róż, ale ona
+ma takie zamyślenie w oczach, że nie widziała koloru i nie zrozumiała
+symbolu. Dzisiaj jestem z tego kontent, bo byłaby zadziwiona i
+zirytowana;--choć właściwie wszystko mi jedno, bo tu niema przecież mowy
+o »nadziei«. Wznoszono toasty. Rozeszliśmy się dobrze po północy.
+
+Za to wszystko zostałem wynagrodzony. Na pożegnanie, przekomarzając się
+niby z Władkiem, podała mnie, tylko mnie, rękę do pocałowania. Ma
+niezmiernie delikatną dłoń. Samo dotknięcie tej skóry jest pocałunkiem.
+Palą mię trochę usta i czoło, bo zdaje mi się, że jestem już nędzarzem,
+któremu rzucono ogryzki z pańskiego stołu.
+
+Z całego jej zachowania, dawniej i teraz--widzę, że ona ma dla mnie
+ogromną przyjaźń. Wiem dobrze, że nie zawdzięczam tego sobie, lecz
+Władkowi. Władek ma o mnie bardzo wysokie wyobrażenie; wierzy w mój
+talent i zdolności, ceni mój charakter i kocha mię rzeczywiście.
+Odmalował mię w takich barwach, że i jej udzieliła się jego przyjaźń.
+
+To jednak śmiesznie przykre zawdzięczać odrobinę, którą się ma, temu, co
+wydarł nam wszystko. Jestem na łaskawym chlebie z odpadków jego uczuć.
+
+
+_Dnia 13 stycznia._
+
+Nie dostałem nigdy w twarz--lecz zdaje mi się, że pręgi policzka pieką
+mniej od drogi, którą ściekły mi te łzy. Kilka razy podchodzę do lustra,
+aby spojrzeć, czy twarz jeszcze gładka, czy nie tryśnie z niej smugami
+krew. Wstyd płomienny położył mi na lica rozognione palce, i ciśnie i
+pali.
+
+Wczoraj zachęcony moim przykładem Poliński urządził również mały
+wieczorek. Ma on tu mniej znajomych, więc byliśmy tylko _en famille_, we
+czworo. Przy kolacyi Poliński i ja staraliśmy się zabawić tych gości,
+lecz było to niemożliwe: oni najlepiej bawią się sami--pocałunkami.
+
+Dopiero wczoraj zrozumiałem z całą dokładnością, że niczem, niczem nie
+zwrócę jej uwagi. Wprost nie tylko nie mógłbym wyrwać jej miłości, ale
+teraz nie mogę jej zmusić nawet do tego, aby choć na chwilę zapomniała,
+że jest zakochaną. W niej zabita jest do szczętu wszelka ciekawość, ma
+raz na zawsze spuszczone powieki. Choćbym głowę roztrzaskał przed nią,
+nie zobaczy tego nawet.
+
+Gdy sprzątnięto ze stołu, Poliński u nóg jej położył dużą skórzaną
+poduszkę; Władek, niby żartując, ukląkł zaraz na niej, a myśmy się
+dyskretnie usunęli w drugi koniec pokoju i paliliśmy papierosy,
+słuchając w półcieniu ściszone odgłosy pieszczotliwej ich rozmowy.
+Widziałem, że Władek położył głowę na jej kolanach i rękami ująwszy ją
+za szyję, przysunął jej usta do swoich. Była to śliczna grupa... z
+lichej gliny, bo przecież on jest brzydki.
+
+A myśmy tymczasem z Polińskim rozmawiali po niemiecku--oni nie rozumieją
+tego języka--i instynktownieśmy czuli, że trzeba mówić rzeczy
+bezwstydne, sprośne, aby znieść spokojnie ten widok. Przynajmniej odrazu
+trafiliśmy na ten wyuzdany ton i przy tych zakochanych wspominaliśmy
+dumnie najbezczelniejsze nasze wyprawy i doświadczenia. Śmialiśmy się
+kilka razy do rozpuku... z naszych wspomnień, z ich miłości. Mimo to,
+obaj czuliśmy dreszcz w ciele i pot na skroniach. Mnie przebiegały parę
+razy przed oczami czarne plamy; po kawie to przeszło.
+
+Gdyśmy już wychodzić mieli, spotkała mię wielka przyjemność. Dokuczyłem
+trochę Władkowi. Ona przed lustrem przymierzała kapelusz. Poliński
+świecił jej lampą, ja stałem z drugiej strony, trzymając zarzutkę.
+Władek, który się wcześniej był ubrał, chciał się do niej zbliżyć. Pod
+pozorem, że będzie pieszczotami przeszkadzał, a czas już iść, nie
+dopuszczałem go do niej--pierwszy raz mogłem go nie dopuścić. Pchnął mię
+kilka razy, naturalnie żartem. Nie drgnąłem z miejsca. Po tej utarczce
+byłem bardzo blady: to z zadowolenia, żem był silniejszy--i z odwagi.
+Ściskałem bokser w ręku.
+
+Wyszliśmy we troje od Polińskiego i najpierw odprowadziliśmy Zaleską.
+Towarzyszyliśmy jej aż na schody, aby świecić zapałkami. Z Turskim
+pożegnała się już w drzwiach pokoju: w ciemności zapałki zgasły. Potem
+odprowadziłem Turskiego, który miał zdaje mi się ogromną ochotę mówić i
+wywnętrzać się--ale ja byłem milczący i zły, więc rozmowa się rwała.
+Mówiliśmy trochę o głupstwach, o Polińskim. Potem zostałem sam i
+poszedłem do domu przez Boul.-Mich. Tu jeszcze było gwarno. Studenci
+siedzieli po kawiarniach na ulicy; dziewczęta szeleszcząc tanimi
+jedwabiami uwijały się z kwiatami w rękach, goniły się po kilka razem
+lub zaczepiały znajomych _amis_. Widok ten oblał mię jakby żarem. Odgłos
+pieszczot przez wieczór cały rozkołysał mi zmysły, bolesny zawrót
+ogarnął je, obudziła się żądza. Ani cienia rozkoszy nie było w tem
+pożądaniu: nic, tylko nieprzeparta, maniacka chęć, aby ściskać, chwytać
+jakieś ciało, ślizgać się po niem ustami, stopić się z niem, i giąć i
+ginąć w nierozplecionych skrętach. Oczy zaczęły mi płonąć i piec
+powieki: żar mię owionął duszny, jaki czasem przed burzą spada z
+pochmurnego już nieba. Widocznie, że nie mogłem ukryć, co się ze mną
+dzieje, bo kilkanaście dziewcząt zaczepiło mię odrazu. Wszedłem do Café
+d'Harcourt. Tam gwar był jeszcze większy. W kącie przy stoliku siedziała
+z jedną z »koleżanek« i jakimś studentem, Gabryela. Zbliżyłem się do
+stolika. Gabryela, widocznie nie mając zamówienia, zerwała się, rzuciła
+mi się na szyję, zaczęła mię zasypywać pocałunkami i wymówkami, żem tak
+dawno u niej nie był; siadła mi wreszcie na kolanach i zaproponowała,
+żebyśmy wypili butelkę Chablis z ostrygami. Powiedziałem jej do ucha, że
+nie mam czasu ani ochoty, i że muszę i chcę wyjść natychmiast i żeby
+szła ze mną, jeśli jest wolna.--_Pour toi, chéri!_ Zgodziła się wyjść
+odrazu. Wyszliśmy; para przy stoliku zaśmiała się za nami w głos: _Vous
+êtes bien pressés, vous autres!_
+
+Po chwili byłem u Gabryeli. Mieszka zawsze bardzo blisko: na rue
+Tournon. W obu pokojach u niej był straszny nieład i zaduch. Zdejmując
+zarzutkę i stanik opowiadała mi, że wczoraj wróciła bardzo późno z
+Bullier i musiała przyjąć na noc jedną koleżankę.--_Une amie c'est pire,
+qu'un ami, tu sais?_ Wstały bardzo późno i nie było już komu sprzątać.
+
+Gabryela postawiła świecę na stoliku nocnym i zaczęła porządkować i
+układać pierzyny i poduszki rozrzucone po łóżku. Siadłem w sypialni na
+fotelu i patrzyłem bezmyślnie. Na toalecie leżał rozsypany puder
+fiołkowy i woń koło siebie roztaczał... Ta woń sprawiła mi ból prawie i
+zdławiła odrazu pół żądzy. Fiołki... ulubione perfumy Zaleskiej.
+
+Tymczasem Gabryela ułożyła łóżko, zakrzątnęła się jeszcze po pokoju,
+wypiła zapomniany gdzieś na stole kieliszek likieru i pocałowawszy mię
+głośno w usta, zaczęła się rozbierać, ziewając:
+
+--_On est rentré tard, je t'avais dit._
+
+Nie ruszyłem się z miejsca.
+
+Gabryela rozebrana wskoczyła na posłanie i wyciągnęła się jak długa.
+Koszula odpięła się jej na ramieniu i prawa pierś wychyliła się okrągle.
+Bodaj zrobiła to naumyślnie, bo ma i pierś i ramię prześliczne. Biodra
+smukłe rysowały się przez batystową koszulę wyraźnie. Twarz jej
+zasłaniał cieniem róg poduszki.
+
+Patrzyłem jeszcze chwilę na nią, i żądza znowu ogniem mię przebiegła.
+Zerwałem się ubrany jeszcze, aby całować, ująć, pochwycić to ciało,
+które ku mnie wynurzyło się z bieli. Wpijałem usta do jej ust i
+piersi... gdy ostatnia zabłąkana smuga fiołkowej woni owinęła mi duszę i
+dusić poczęła mi oddech:
+
+Zamiast Zaleskiej biorę prostytutkę...
+
+Żądza zgasła--jak zdmuchnięta świeca. Łzy schwyciły mię za gardło,
+wybuchnąłem płaczem, rykiem ohydnym, niepowstrzymanym.
+
+--_Mais qu'as tu donc? T'es fou._
+
+Tak!... Uciekłem, zbiegłem ze schodów, jak szalony--jestem w domu,
+zamknąłem się na klucz. Łzy już wyschły--ale palą. Wycisną mi chyba na
+licach pod oczami piętno na wieczność całą. Wszystka duma moja stopiła
+się w tych łzach. Ktoby chciał, mógłby plunąć mi w twarz, bo tak płacze
+tylko niemoc, nędza, miłość, która nawet przed ulicznicą nie wstydzi się
+hańby, że jest pogardzona.
+
+Więc ją kocham? Kocham Zaleską?--Zapewne.
+
+
+_Dnia 15 stycznia._
+
+Od kilku dni kręci mi się przed oczami jedna myśl, decyzya prawie,
+zagadnienie. Czy ja mógłbym Zaleską uwieść? Jest-że to możliwe, czy też
+nie? Wzgląd na Władka nie gra tu żadnej roli; nie uznaję innego
+obowiązku, oprócz swej chęci, i on może tu być najwyżej przeszkodą lub
+tryumfem. Idzie tylko o to, czy rzecz jest możliwa.
+
+Badałem szanse. Ona jest zakochaną, prawie bez pamięci--to jest źle; są
+dopiero zaręczeni i mają tak zostać długo--to jest dobrze. Jestto bowiem
+ciągłe podrażnienie nie zaspokojone, ciągły śpiew na wysoką nutę, który
+nuży gardło. Może nadejść taka przelotna chwila, gdy ona poczuje, że
+śpiewak jest zmęczony i trzeba go zluzować: to może być podwaliną
+zwycięztwa.
+
+Jestem raczej brzydki, niż piękny, ale nie mam w sobie nic odrażającego
+i siły mi nie brak. Jestem wymowny i mam pewną aureolę talentu, która
+może mi pomódz. Zobaczę, czy muza moja zdatna na stręczycielkę. Jestem
+wytrwały... Zdaje mi się, żem sobie nie podchlebił.
+
+Właściwie rozumowanie jest tu niepotrzebne. Nie ma rzeczy niemożliwych,
+są tylko bardzo trudne. Im większa stawka, tym większa wygrana. Zacznę.
+Jeśli przegram, nie stracę nic, bo nic nie mam. Jeżeli wygram... Tak
+cicho, abym sam siebie nie słyszał, szepcę czasem słowa, które wtedy na
+usta mi wystrzelą. Może jakaś nowa moc, wielkość zrodzi się we mnie,
+krwią i ciałem nasyci me widmo, i stworzy, i przywoła do życia. Może ona
+jest życiem--i dla tego bez niej zewsząd jest tylko trwoga, rozpacz i
+śmierć. Więc trzeba działać, bo lepszy jest zły czyn od najpiękniejszego
+marzenia.
+
+Zastanawiałem się już nad sposobami wykonania planu. Roztrząsam to na
+zimno, jak równanie. Droga gwałtowna, zaklęcia, listy jest wykluczona.
+Ona jest na to za łagodna, za dobra i trochę... za głupia. Zresztą...
+Władek. Działać można tylko powoli, zwolna, krok za krokiem, jak fala,
+która pieści i podmywa brzegi, zanim je zatopi. Należy im nie odmówić
+tej przyjemności, którą tak lubią, i żyć z nimi, jak najbliżej. Trzeba
+wejść do tej rodziny... we troje, aby później zostać można bez
+trzeciego.
+
+Ta droga jest przykra i grozi mi paleniem skroni przez czas długi, lecz
+jest jedyna, a zatem dobra.
+
+Będzie to... ćwiczenie z algebry psychologicznej.
+
+
+_Dnia 16 stycznia._
+
+Wczoraj byłem z nimi w teatrze. Kupiłem bilety; dla Zaleskiej
+przyniosłem mój zwykły bukiecik. Działałem w myśl swego planu, choć
+coraz więcej widzę, że _contra spem spero_. I on, i ona są jakby
+opętani; wszystko, co się koło nich dzieje, dochodzi ich, jakby
+stłumione i dalekie. Szedłem przy niej, ale wszelka rozmowa, zarówno we
+dwoje, jak i we troje rwała się bez przerwy, jak między obcymi. Były
+chwile w tej drodze, że mi ręce drżały, jakgdybym chciał schwycić--wroga
+lub siebie--za gardło i zadusić. W teatrze oni mieli oczy spuszczone i
+trzymali się za ręce pod parapetem. Ja... ja słuchałem opery i na moją
+duszę, nie przeszkadzałem im wcale. Wracając mówiliśmy trochę więcej...
+o muzyce, o poezyi, o sztuce. Władek, który nieco ochłonął i bardzo
+lubi moje wiersze, prosił mię, abym im coś powiedział. Naturalnie
+zgodziłem się chętnie i powiedziałem ten smutny, napisany na Wiliją.
+
+ Na niebie mojem chmury...
+
+Wiersz się jej podobał, tylko się dziwiła, czemu piszę takie rzeczy
+ponure i rozpaczliwe. Czy mi źle z nimi, wśród przyjaciół? Piekło! Ale
+Władek, który mię kocha coraz więcej, ogłosi mię niedługo za pierwszego
+poetę w Polsce.
+
+Kiedyśmy doszli do domu, Zaleska przypomniała sobie, że nie kazała
+zapalić w piecu i w pokoju będzie zimno. Władek wszedł z nią na górę,
+aby rozpalić ogień. Czekałem na niego kilka minut, aż wreszcie znudziło
+mi się stać na mrozie, znudziło czysto fizycznie--i odszedłem. Chodziłem
+długo nad Sekwaną i myślałem. Myślałem, dla czego Sekwana nie zalewa
+brzegów.
+
+................................
+
+Przed chwilą wyszedł ztąd Poliński. Przybiegł z plotką. Spotkał się na
+obiedzie z Turskim. Turski był strasznie zgorączkowany: biega po
+wszystkich urzędach Paryża, wyrabia dla siebie i narzeczonej dokumenty.
+Ślub odbyć się ma koniecznie jeszcze w tym miesiącu.
+
+Czy rozumiesz?
+
+Czy rozumiesz, ty podła, trupia masko!?
+
+
+
+
+HAMLET.
+
+
+Hamlet.
+
+Dyrektor wielkiej przędzalni Senger & C-ie w Pabianicach wstał, jak
+zwykle, o godzinie siódmej. Buty elegancko świecące i ubranie
+przygotowane były z należytą punktualnością.
+
+Kawa, której dyrektor wielkim był amatorem, była mocna; masło--świeże i
+zimne, bułki--chrupiące; posiłek ranny najmniejszego powodu
+niezadowolenia mu nie dał. Pokrzepiwszy się, dyrektor włożył kapelusz,
+przejrzał się w lustrze, musnął cokolwiek siwiejące już wąsy, i
+widocznie zadowolony ze swej postaci, wolnym krokiem do fabryki się
+udał. Tam też wszystko we wzorowym znajdowało się porządku: maszyny były
+w pełnym biegu, robotnicy na miejscach swoich. Dyrektor obszedł
+wszystkie sale, wydał parę drobnych rozporządzeń, zajrzał do wydziału
+administracyi, gdzie go o niewielkiej, zawsze jednak korzystnej zwyżce
+zawiadomiono; w końcu wrócił do swego laboratoryum, gdzie się główne
+jego zajęcie skupiało. I tu miara powodzeń się nie przerwała;
+przeciwnie, wiadomości były pomyślniejsze jeszcze niż w fabryce. Zaraz
+na wstępie powitał go pomocnik chemika radosną nowiną, że nowa farba
+»trzyma«. Nowa farba była własnym pomysłem dyrektora, który od dawna się
+trudził, aby drogą, rektyfikowaną benzynę tańszymi materyałami zastąpić.
+Długie były niepowodzenia, zanim przed tygodniem udało się otrzymać
+równie piękny błękit, jak ten, który znacznym kosztem z zagranicy
+sprowadzano. Pozostawało zbadać, czy barwnik da się do tkanin
+zastosować. Dyrektor zrzucił marynarkę, wdział ceratowy fartuch, i z
+namaszczeniem zasiadł do pracy przed stołem zastawionym próbkami,
+kolbami, flaszkami. Robota aczkolwiek nie trudna, zajęła jednak dość
+czasu. Trzeba było z każdej flaszki wylać kropel parę na długie
+zabarwione nową farbą paski sukna, suszyć je na słońcu, badać przez
+szkła, zapisywać i porównywać rezultaty. To też kiedy dyrektor próby
+swoje skończył i z lubością na fotelu się przeciągnął--było południe.
+Rozległ się dzwon oznajmiający robotnikom obiad i godzinny odpoczynek.
+Dyrektor spojrzał na zegarek, przekonał się, że sygnał obiadu dany
+został punktualnie i zaczął się namyślać, co robić z dwiema godzinami,
+które mu jeszcze do chwili obiadu pozostawały. Pracę skończył, do domu
+nieuporządkowanego wracać nie lubił, zdecydował się więc wstąpić do
+biblioteki.
+
+Biblioteka była dziełem samego dyrektora, który w początkach swego
+dyrektorstwa dość żywo pamiętał o hasłach młodzieńczych. Obejmując swoje
+obowiązki, wymógł na kompanii kapitalistów, że dali na bibliotekę salę i
+zgodzili się z rocznego obrotu pewną sumę na zakup książek wyznaczać.
+
+Bibliotece tej z zapałem założonej początkowo nieźle się wiodło; były
+książki, byli i czytelnicy. Powoli jednak, bez widocznego powodu, jad
+ospałości się wcisnął; robotnicy wrócili do szynkowni, oficyaliści do
+kart, książek kupowano mniej, i już od roku rzadko można było kogo
+zastać w bibliotece. Gdy dyrektor wszedł do sali, pustka tam panująca
+niemile go uderzyła: był to pierwszy wyłom w murze zadowolenia, które od
+rana duszę jego otaczało.
+
+Wziął ze stołu »Kuryer« i zabrał się do czytania: warszawska brukowa
+gazeta stanowiła jedną z jego potrzeb. Przeczytał sumiennie pełną
+animuszu kronikę polityczną, przerzucił część rozporządzeń urzędowych,
+doszedł do doniesień osobistych, gdzie na pierwszem miejscu, wyczytał:
+»Znakomity profesor uniwersytetu w Bonn p. Zygmunt Rosicki na dni kilka
+do miasta naszego zawitał. Z Warszawy udaje się na letni wypoczynek do
+majątku swojego w kieleckiem«.
+
+Wiadomość ta zastanowiła dyrektora. Rosicki był jego uniwersyteckim
+kolegą, i dźwięk tego nazwiska odrazu przerzucił mu myśli o dwadzieścia
+lat wstecz, w dawno upłynione chwile wspólnie spędzonej młodości.
+Napróżno próbował czytać dalej. Wspomnienia, pełzając jak węże, jedno po
+drugiem wślizgiwały mu się w duszę. Odłożył gazetę, machinalnie podszedł
+do okna, spojrzał na podwórze, gdzie grupami siedząc na cegłach
+obiadowali robotnicy, i począł chodzić zwolna po pustej, cichej sali.
+
+Przeszłość daleka i zwykle zamglona, odżywała nagle w oderwanych
+obrazach jaskrawych i światła pełnych. Przemyślane marzenia, uczucia
+przecierpiane, zdarzenia przeżyte, to, co powiązane i spojone, zda się,
+w jedną całość, stanowiło jego przeszłość, jego życie, powstawało
+rozbite na części i porozrywane: jedno życie rozkładało się na sceny
+obce sobie, jak figury kalejdoskopu.
+
+Jak dawno, jak dawno był tym młodzieńcem, pełnym wygórowanych acz
+nieświadomych nadziei, niespełnionych marzeń, młodzieńcem, któremu wolno
+nie mieć jeszcze wspomnień, żelaznym ciężarem kładących się na duszę! I
+wyobraźnia rysowała mu własną jego postać, nie tę, jaką widział w
+lustrze i której kłaniali się obywatele pabianiccy, lecz tę, która tam
+przed laty, w starych murach akademickiego grodu, myślała i żyła,
+cieszyła się z pochlebstw przyjaciół, cieszyła sie z śpiących na dnie
+piersi sił, które ockną się kiedyś i pójdą niewiadomo gdzie, lecz zawsze
+po zwycieztwo. Młodość jest wielkim czarodziejem. Lekkomyślnie i
+nieświadomie upiększa sobie życie potęgą wielkich słów, których
+działania zda się niewiedzieć, jak lufa nie zna działania zabójczych
+kul, które wyrzuca. Miłość, rozkosz, sława, społeczeństwo,
+ludzkość--wszystkie hasła, które dla dorosłego człowieka, świadomego cen
+życia, rzadkim są pokarmem, dla młodzieńca zwyczajna to strawa. Uścisk
+służącej w ważkim korytarzu--to miłość; serdelek pokropiony szklanką
+piwa--to rozkosz; wierszyk zaśpiewany kolegom--sława. Błogosławione
+kłamstwa! ... lecz biada tym, którym ambitna żądza zapomnieć nie da, że
+te słowa--to tylko fałszywie ponaklejane etykiety, które odjąć trzeba,
+gdy handel idzie na seryo. Ci zechcą w życiu, tak jak w młodości:
+rozkoszy, miłości, sławy ... i życie im nie odmówi: dostaną małżeństwo z
+przyzwyczajenia za miłość, drugorzędną restauracyę za rozkosz,
+kuryerkową pochwalę za sławę. Rosicki znakomitym uczonym! Dobre to
+kadzidło dla tłumu, który zapomni o tej sławie, jak zapomni o dźwięku
+nazwiska, którego nie słyszał nigdy. On przecież wiedział, bo za ruchem
+naukowym śledził machinalnie, co to za sława ta i setki jej podobnych.
+Całe życie spędzone w jednej myśli, poświęcone odnalezieniu jednego
+prawa, jednego objaśnienia, cała praca rozpalonego przypływem krwi
+mózgu, oczu roziskrzonych nadzieją odkrycia--zaklęta w długich szeregach
+cyfr i wierszów, które przeczyta równy autorowi szaleniec po to, aby
+nazwać prawa pierwszego błędem, rachunki--fałszem, oczekiwania--ułudą. A
+nad obydwoma za lat parę przejdzie potężnie tłoczący walec czasu; ktoś
+jeszcze może o nich wspomni, choć dla niego życia w pracach ich nie
+będzie. Minie jeszcze lat kilka i nazwiska ich porosną wiecznem
+zapomnieniem, jak zarasta wydeptana w trawie nogą wędrownika ścieżka, po
+której nikt nigdy nie przejdzie. Oto był los tego, na kim w młodych
+latach zdawał się leżeć promień nieśmiertelności, on to był przecież,
+który w ciszy pokoju, oderwawszy się na chwilę od pracy, mówił do siebie
+cichemi i drżącemi ustami, że ślad jego nie zaginie, że ręka, która
+wyrwie naturze prawdę, sterczeć będzie świetlana z nocy zapomnienia
+długo, długo--może wiecznie. A jednak ten homunkulusowy gieniusz był
+szczęśliwy; dyrektor widział go przed rokiem: był przekonany o ważności
+i potrzebie prac swoich, wierzył w miniaturowe prawdy, które głosił, był
+upojony wzmiankami i pochwałami gazet. Był szczęśliwy--szczęśliwością
+skazańca, który idzie na nieznaną śmierć z zawiązanemi oczami. Dyrektor
+czuł teraz dla przyjaciela swego dziwną zazdrość, której mękę łagodziła
+tylko wyrafinowana rozkosz i duma, że on tak szczęśliwym być nie mógł.
+On widział teraz, gdy wspomnienia młodości wionęły mu na duszę, jak na
+spopielone ognisko, gdy w roznieconym ogniu odżyły dawne marzenia, że
+życie ich zawiodło, nie dało im nic, nie zbliżyło na krok do wielkich
+świateł, ku którym płynąć chcieli.
+
+Z gorączkową niecierpliwością, zagłębiony w siebie, zaczął rozdzierać na
+kawały swe życie, badać każdą chwilę, każdą myśl, każde wzruszenie,
+wszystko, co przeżył przez lat dwadzieścia. Badana z nienawiścią,
+oświecana blaskiem znów rozgorzałych marzeń powstawała teraz przeszłość
+o barwach trupich, o kształtach zgiętych i spodlonych.
+
+Jakiem było to jego życie, za które go chwalono i na wzór dorastającej
+okolicznej młodzieży podawano!.. Czyż od chwili, kiedy po raz ostatni z
+murów wszechnicy zabrzmiały za nim hasła świetnej młodości, nie był to
+jeden nieprzerwany upadek, powolne pogrążanie w trzęsawisku codziennych
+trosk i codziennych rozkoszy? Czyż od dnia, kiedy rozpoczął samodzielny
+żywot i wstąpił do fabryki, początkowo jako bezpłatny praktykant, miał
+chociaż jedną chwilę, które; by mógł powiedzieć: »stój jesteś piękną«? O
+tak; przebiegał szybko stopnie hierarchii fabrycznej, aż dziś stanął na
+jej niewysokim szczycie; miał coraz, więcej pieniędzy i coraz mniej
+marzeń i nadziei, jadał coraz lepsze kolacye, spędzał noce u coraz
+droższych dziewczyn. To były rozkosze jego kawalerskich czasów; a prace?
+Pracował nad farbowaniem perkalu od rana do wieczora, wynalazł nowy
+błękit, doglądał biblioteki, założył szkółkę. Pusta sala czytelniana i
+szkółka z dziesięciorgiem leniwych dzieci, to było wszystko, co w życiu
+swem stworzył i czego dokonał... Później znudziły go kolacye i
+dziewczyny, znudziła samotność obszernego mieszkania, więc postanowił
+się ożenić. On, którego wyśmiewali trochę koledzy za romantyzm, za to,
+że szukał w kobiecie poezyi, niepowszedniego wdzięku, ożenił się z
+najprzeciętniejszą panną, córką swego byłego zwierzchnika, ożenił z
+nudów i przyzwyczajenia, bo swoją przyszłą codzień przy obiedzie
+widywał. O miłości, uczuciu, o namiętnem, pełnem męki pożądaniu nie było
+tam mowy. Było to małżeństwo jakich wiele, jakie wszystkie.
+Przyzwyczajenie, przyjaźń, oparta na przyzwoitości, sympatya towarzyska
+była jedyną treścią ich stosunku. Pożycie małżeńskie płynęło im
+spokojnie i szczęśliwie, od chwili kiedy ją, wiedzącą wszystko z książek
+i ledwie drżącą wprowadził po raz pierwszy do sypialni, aż do dnia
+dzisiejszego, kiedy posuwający się wiek rzadszymi uczynił wybuchy
+czułości. Nie zdradziła go żona--wiedział o tem; nawet myśl podobna nie
+przesunęła się nigdy przez jej umysł; był że to dowód miłości i
+przywiązania? Chłodne z natury miała zmysły--a zresztą na tem pustkowiu,
+gdzie się osiedlili, nie miała z kim go oszukiwać; nie upadła, bo droga
+jej była równa i prosta.
+
+I poczuł nagle dziką złość do kobiety, która była jego żoną, złość za
+wszystkie niedoznane pieszczoty miłości i męki zdrady, za dziesięć lat
+spokojnego filisterskiego szczęścia w zawsze ciepłych i zawsze otwartych
+ramionach.
+
+Nie, nie miał racyi złorzeczyć jej. Czyż nie dbała o jego wygody, czyż
+nie dawała mu dowodów uległości, czyż nie obdarzyła go dwojgiem dzieci,
+które od lat ośmiu krzykiem, i kłótniami dziecięcemi zapoznawały go z
+rozkoszami ojcostwa? Myśl o dzieciach przywiodła mu na pamięć, że
+obiecał był wcześniej do domu powrócić i po obiedzie z rodziną udać się
+do pobliskiego lasu. Nagle wyobraźnia, jak znarowiony koń rzuciwszy się
+w bok, jaskrawo i dobitnie przedstawiła mu obraz takiej rodzinnej
+wycieczki...
+
+...Po rżysku, oblanem promieniami zachodzącego słońca, idą dzieci,
+prowadzone przez guwernantkę; za nimi w odległości kilku kroków, on, pod
+rękę z żoną, której nie ma nic do powiedzenia, prócz zapytań, co będzie
+dziś na kolacyę lub jutro na obiad. Słońce rzuca coraz krwawsze blaski,
+z ziemi wilgotnej po deszczu powstają fioletowe opary, nadając odległym
+drzewom fantastyczne kształty widm; zbliża się pełna uroku godzina
+zmierzchu; oni nie widzą, nie czują, wszyscy idą spiesznym krokiem,
+skarżąc się na zimno: herbata na wieczerzę przygotowana, wystygnąć może.
+Nie takiem okiem i sercem spotykał niegdyś wschodzącą noc!!...
+
+Wzdrygnął się przed tym obrazem dyrektor, i jakby pragnąc odeń uciec
+wyszedł gwałtownie z sali. Chciał iść gdziebądź w pole, ale mimowoli
+tyloletniem przyzwyczajeniem wiedziony skierował się przez podwórze do
+domku swego, naprzeciw fabryki. Nie widział ukłonów składanych mu przez
+robotników i oficyalistów, przeszedł ogródek, który dworek jego otaczał,
+i przez podjazd szybko wbiegł na schody, prowadzące do mieszkania;
+nerwowo, silnie, dwukrotnie zadzwonił. Po chwili drzwi się otworzyły. W
+drzwiach ukazała się sama pani domu, elegancko ubrana; w ręku trzymała
+miotełkę--znak, że mimo kokieteryjnego stroju, gospodarskich kłopotów
+jeszcze nie ukończyła. Powitała męża zwykłym uśmiechem i wyciągnęła doń
+usta dość jeszcze świeże i ponętne. Dyrektor nie miał jednak humoru do
+pieszczot. Na uśmiech nie odpowiedział, usta pocałował machinalnie bez
+zwykłej czułości, i nic nie mówiąc wszedł do swego gabinetu. Żona nie
+próbowała nawet pytać o przyczynę złego humoru, wiedziała, że mąż
+najłatwiej sam się uspakaja, zamknęła więc drzwi i do przerwanej roboty
+wróciła.
+
+Dyrektor tymczasem dalekim był do uspokojenia; przeciwnie, spotęgowały
+się jeszcze rozstrój i niezadowolenie z siebie w domu, gdy codzienne
+życie mocniej go objęło. Przeszedł kilkakrotnie pokój szybkimi krokami,
+rzucając dla siebie tylko zrozumiałe wyrazy; w końcu zmęczony usiadł
+przy biurku i znów zagłębił się w ponurą zadumę.
+
+Tak; zmarnował życie; czuł to aż nadto dobrze; zapóźno już teraz, gdy
+czwarty krzyżyk do ziemi go przygniata, nowe zaczynać. Zresztą, czyż
+warto? Gdzież pewność, że nie byłby po raz drugi zawiedziony gorzej, niż
+teraz? Gdyby można porzucić szalone marzenia, zgodnie zadawalniać się
+tem, co życie dało: spokojnem ciepłem domowego ogniska, względnym
+mieszczańskim dobrobytem, tem wszystkiem, co położenie jego dla wielu
+zazdrości godnem czyniło! Nie czuć, nie myśleć, nie przypominać sobie...
+w bezmyślnym spokoju dobrze karmionego zwierzęcia korzystać z okruszyn
+życia byłoby najlepiej! Wszak upływały całe lata, kiedy podobne myśli do
+głowy mu nie przychodziły, gdy żył, jak inni, z zimną głową i jak inni
+był szczęśliwy. Niestety, spokój długich lat zatruć mogła jedna taka,
+jak obecna, godzina.
+
+Bezcelowy wzrok podniósłszy z ziemi, obrzucił nim cały pokój: wstrętnemi
+mu były drogie obicia, sztychy na ścianach, świecidełka stojące na
+biurku, te wszystkie oznaki średniej zamożności, upiększającej swe
+siedlisko parodyą bogactwa i sztuki. Od figurki saskiej wzrok jego
+przesunął się po biurku i padł na rozłożoną książkę. Książka ta zwróciła
+jego uwagę. Przypomniał sobie, że ubiegłego dnia wieczorem czytał w
+gabinecie, lecz co, nie pamiętał. Wziął rozwartą książkę, spojrzał w
+nią--był to tom poezyi Krasińskiego. Oczy jego błądziły chwilę po
+otwartej stronie, w końcu zatrzymały się, jakby przykute: »Trzeba być
+Bogiem lub nicością«.
+
+...Tak, gdyby, nawet całkiem inaczej życiem swem pokierował,
+niezadowolenie, wieczny wielkich żądań towarzysz, nie odstąpiłoby go ani
+na chwilę... Teraz zrozumiał się jasno. »Trzeba być Bogiem, lub
+nicością«.
+
+Bogiem niemożliwa, nicością zostać łatwo. Jedna krótka chwila bólu,
+chwila pasowania się życia ze śmiercią i później wieczna noc: zniknie i
+rozprószy się, jak zdmuchnięty płomień.
+
+Pociągnęła go ta myśl. Napróżno? nadludzkim wysiłkiem duszy chciał
+odczuć to, co będzie czuł, gdy czuć przestanie, chciał Odczuć siebie,
+jako zimnego trupa; wyobraźnia smagana biczem woli, cofała się z
+drżeniem przed nieuchwytnością śmierci. A jednak ten przeraźliwy spokój
+i cisza nęciły go coraz więcej. Leżeć tak z zamkniętemi oczami, z
+rozchylonemi usty, z pogardliwym uśmiechem dla wszystkich rozkoszy i
+zgryzot, które po jego śmierci, jak dawniej, będą dusiły ludzi w
+wiecznej z sobą walce, wyrwać się wszystkim myślom, które dręczą, uciec
+tam żalowi za młodością, za siłami, które znikły, za marzeniami, które
+się rozpłynęły--co za rozkosz! Czyż nie przyjemna, że śmierć jego
+zadziwi wszystkich, śmierć człowieka, który był bogaty, młody,
+szczęśliwy, że go zaczną podziwiać, zanim nie nazwą głupcem, łub
+waryatem, bo rozumieć nie będą?
+
+Dyrektor otworzył szufladę, wydobył mały błyszczący rewolwer i z uwagą
+zaczął mu się przypatrywać. Rewolwer był nabity: jeden otwór bębenka
+ukryty w lufie, pięć innych świeciło niklowymi stożkami kul. Dość
+zbliżyć lufę na odległość cala, potem jedno pociśnięcie, jeden błysk i
+grom, jedno uderzenie krótkie i druzgoczące, a kula przebije skórę,
+wciśnie się w warstwy mięśni, strzaska szaniec kości, aż zmęczona walką,
+obmytą w krwi odpocznie w miękkich zwojach mózgu. Z dziwną lubością
+zatrzymał się na tym obrazie. Widział się leżącym na kanapie z ustami
+szeroko rozwartemi, pełnemi na wpół skrzepłej krwi, z rysami
+wykrzywionymi przez ból, z ręką daleko odrzuconą, z rewolwerem w
+kurczowo zaciśniętej dłoni. Widział naokoło siebie domowników, zbiegłych
+na odgłos strzału, żonę ze łzami w oczach, dzieci przerażone nowością
+widoku, sługi, zaglądające ciekawie przez uchylone drzwi, i gdy naokoło
+niego krążyć będzie ten cały tłum, pełen zgryzot i kłopotów, które jutro
+już inne zastąpią, pełen szczerego smutku, skazanego na prędkie
+pocieszenie, on leżeć będzie spokojny i pogardliwy. Nawet ta myśl, która
+często głowę mu rozsadza, ta myśl, że śmierć--to ostateczny koniec jego
+istnienia, przerwanie gwałtowne jego ja, które myśli, czuje i chce,
+nawet ta myśl, która dziś jest w nim nie przeciśnie się przez spokój
+grobu.
+
+Dyrektor zanurzał się w otchłań śmierci, jak pływak nierozważny idący w
+morze, które falą ruchliwą i wiotką, pieszczotliwą a figlarną otacza mu
+kolana i biodra, łechce piersi, szyję całuje, to zbliża się, to ucieka,
+a wabi zawsze. Za zmienną falą idzie odurzony pływak coraz dalej; nie
+widzi, że uciekła mu już ziemia, nie czuje, że noga dna nie chwyta, że
+fala do ust mu się skrada, tysiącem pereł oczy mu oślepia, do uszu
+rozkoszne obietnice szepce. Jeszcze jeden krok--i roztwiera się toń,
+która ma go schłonąć. Dyrektor zbliżył się już do tej granicy. Żądza
+spokoju, niebytu, coraz potężnie; ogarniała mu duszę; błyszcząca lufa,
+świecące ostrza kul zdawały się go hypnotyzować i usypiać zwykle nie
+drzemiącą chęć życia. Wolną bezmyślna ręka zaczął kręcić bębenek
+rewolweru; słuchał chrzęstu, jaki wydawała każda kula, stając przed
+otworem lufy i znów przysuwał do lufy następną, jakby nie wiedząc,
+której poruczyć wykonanie nieświadomego jeszcze, choć już zapadłego
+wyroku. Znów obrócił bębenek dokoła; teraz wybierze trzecią kulę. Trójka
+była zawsze jego ulubioną liczbą.
+
+Nagle zapukano do drzwi. Cienki dziecięcy głosik odezwał się: »Tatusiu,
+mama prosi na obiad«.
+
+Na dźwięk głosu dyrektor wzdrygnął się i rewolwer prędko rzucił na stół,
+jak żak schwytany na gorącym uczynku. Spojrzał na zegarek. Była druga:
+obiad podano punktualnie, godzinę już rozkoszował się przedsmakiem
+śmierci. Ale teraz wykonać zamiar jawnem było niepodobieństwem: cały
+obraz, który sobie wymarzył i ukochał, mógłby ulec zmianie: zresztą
+dziecko przeraziłoby się strzału i strasznego widoku trupa. Nie iść na
+obiad nie można; przyjdzie żona, zapyta o powód, zobaczy rewolwer; jeśli
+się domyśli lub przeczuje, zaczną się płacze i spazmy. Najlepszem więc
+zdało mu się udać spokój i siąść do stołu a zamiaru zaraz po obiedzie
+dokonać.
+
+Dyrektor wstał, twarz do zwykłego wyrazu ułożył, rewolwer schował i
+wyszedł do jadalnego. Dzieci pocałowały go w rękę i zaczęły gwałtownie
+wspinać się na swe krzesełka. Jadalnia mimo jego woli przyjemne na nim
+sprawiła wrażenie: uderzyły go mile jasne tapety, których barwę
+podnosiło łagodne światło słoneczne, przecedzone przez gęste story,
+uderzył go zapach róż z bukietu, stojącego na kredensie. Duży stół
+czysto był nakryty i symetrycznie zastawiony srebrnymi przyborami; na
+środku pyszniła się waza; pokrywa broniła jeszcze parze wydostać się z
+ukrycia i roznieść po pokoju woń podanej zupy.
+
+Cały ten widok zamożnej jadalni podczas smacznego obiadu bił żywo w
+najgłębsze struny ludzkie; zwierzęcości, zdawał się wysławiać wszystkie
+rozkosze jedzenia... jak zachwycone nozdrza rozszerzają się z lubością,
+aby wciągnąć podniecający aromat; język wybredny kochanek, krótko się
+pieści z każdym kąskiem, lecz i w szybkim uścisku potrafi wyssać całą
+skalę uniesień; żołądek mniej zręczny i gibki zadawalniać się musi
+odpadkami języka, aż wreszcie zlekka wzdęty nakaże koniec biesiadzie.
+Ciepłe strumyki rozchodzą się po całem ciele, tysiącznemi korytami do
+serca i mózgu, do piersi i ręki biegnie od żołądka radosna wieść, dobra
+nowina: »jestem zdrów i pełen«. Serce chciało kochać i cierpieć,
+mózg--zwyciężać i ginąć, ręka--tworzyć i opadać; żołądek zmusił ich do
+milczenia, on sam tylko jest panem.
+
+Dyrektor siadł. Czuł, że myśli, które w głowie ułożyły się w systemat i
+żądały wniosku, pierzchnęły, jakby wsiąkły w parę, buchającą z wazy i
+jak mgła rozprószyły się w nicość; czuł, że _ten on_, który z zimną
+krwią przykładał rewolwer do ust, wymykał mu się; napróżno go
+przywoływał; czuł, że gdyby nim był teraz, wśród żony i dzieci, udawałby
+tylko. Chciał się gniewać na siebie i oburzać--nie mógł.
+
+Rozlano zupę. Żona wybrała mu najładniejsze i najcieńsze uszka.
+Machinalnie wziął łyżkę, zanurzył w talerz i poniósł do ust. Gorący,
+ostry, zaprawny korzeniami barszcz, jaki bardzo lubił, połechtał mu
+podniebienie. Myśli, które jak ćmy płomień otaczały go przed godziną,
+pierzchnęły jeszcze dalej; jeszcze jedna łyżka--już ich nie widać, tylko
+cień ich padał mu wciąż na duszę; jeszcze jedna--i cień zniknął, jak
+ostatnia chmura po letniej burzy.
+
+Dyrektor się uśmiechnął: był to znak pożegnania dla znikomych
+przywidzeń, pobłażania dla siebie; z tym uśmiechem spojrzy teraz w
+przeszłość.
+
+Wziął jeszcze parę łyżek, zaśmiał się do żony, poklepał ją po ramieniu i
+do dzieci zawalał: »No dzieci zaraz po obiedzie mi się ubrać i marsz na
+spacer«.
+
+Barszcz był tak smaczny.
+
+
+
+
+PRZYSIĘGŁY.
+
+Przysięgły.
+
+
+_Dnia 5 maja._
+
+Skazaliśmy go na śmierć. Sprawa była tak prosta, że obrady nasze, nie
+wiem czy pół godziny trwały. O piątej popołudniu przewodniczący wręczył
+nam pytania i objaśnił, co każde z nich znaczy i jakie za sobą pociąga
+skutki, a już przed szóstą oddaliśmy nasze głosy. Na wszystkie pytania
+odpowiedzieliśmy _tak_, jednomyślnie. Nawet doktór Kuczyński, który od
+czasu, jak się hypnotyzmem zajął, wszędzie upatruje suggestyą, nawet ten
+musiał odrzucić swą łagodność i skrupuły. Bo też rzeczywiście ani jednej
+okoliczności, zmniejszającej winę. Chłopak 25-letni, nicpoń, leniuch
+wypędzony z warsztatów za ciągle awantury z majstrami i kolegami,
+dręczył matkę, która go napominała; ostatni, ciężko zapracowany grosz od
+niej wyłudzał, aż wreszcie, aby sprzedać resztę jej rzeczy, których
+oddać nie chciała, zabił ją trzykrotnem uderzeniem siekiery. I żeby choć
+cień skruchy. Wiedział, że kary nie ujdzie, więc, aby korzystać z
+czasu, rzeczy za bezcen sprzedał i poszedł pić do szynku ze znajomemi
+prostytutkami; u jednej z nich go znaleziono. W sądzie opowiadał o
+zabójstwie z krwią najzimniejszą, choć rozumiał dobrze co go czeka, bo
+siostrze, gdy zeznawała, pokazywał wciąż na gardło swoje, jakby chciał
+rzec: »ostrożnie ze słowami, bo powieszą«.
+
+Zresztą był spokojny. Zupełne zwierzę: zgoła uczuć moralnych; wrażliwość
+nawet zmysłowa osłabiona, dotyk nieczuły, zwyrodnienie najwidoczniejsze.
+
+Wyszedłem z gmachu sądowego z radcą Tańskim; spieszyliśmy się bardzo: o
+godzinie 12-stej zaczęło się to ostatnie posiedzenie, do godziny 6-tej
+pozostaliśmy bez jedzenia. Regulamin zabrania jadać w sądzie. Z
+prawdziwą rozkoszą wyobrażałem sobie powrót do domu. Sprawa ciągnęła się
+tydzień i przez ten czas prawie wcale w domu nie bywałem. Nie wiedziałem
+jak dzieci stoją w naukach; mały Franuś trochę kaszlał, nie zdążyłem
+nawet posłać po lekarza, z żoną od dwóch dni chyba nie mówiłem nawet.
+Wyobrażałem sobie szczekanie psa w przedpokoju, radość dzieciaków,
+uśmiech żony, że wreszcie do nich wróciłem. O samej sprawie już nie
+myślałem.
+
+Przechodząc koło sklepu z zabawkami, kupiłem dla Jasia pałasz, dla Zosi
+i Franka--łamigłówkę. Toż będzie uciecha!...
+
+Kiedy w końcu dostałem się do swego mieszkania i zadzwoniłem, zdziwiłem
+się, bo długo kazano mi czekać. Czyżby wyszli? Zadzwoniłem raz, drugi.
+Po chwili dopiero otworzono. Ani światła w przedpokoju, ani dzieci nie
+widzę, tylko słyszę z kuchni lament i płacz. »Co się stało?«--zapytałem
+przestraszony.
+
+--Hektora tramwaj przejechał i dzieci tak po nim lamentują.
+
+Odetchnąłem lżej, choć psa żal mi było bardzo, bo dziewięć lat był u
+mnie i do dzieci się przywiązał. Wszedłem do kuchni. Na ziemi leży
+Hektor z otwartym brzuchem i połamanemi nogami; dzieci nad nim
+szlochają, a żona napróżno stara się je pocieszyć, bo widzę, że sama
+zmartwiona i gdyby nie dzieci, też by się rozpłakała.
+
+Dzieci nawet nie zwróciły na mnie uwagi; zbyt były zajęte swym
+bólem.--Zły byłem, że mi się popsuła cała przyjemność, które; się
+spodziewałem. Psa mi też żal było: dziewięć lat trzymać zwierzę, to
+można je prawie pokochać.
+
+--Weźże dzieci; to nie dla nich widok, rzekłem do żony. Przemocą prawie
+trzeba je było wyprowadzić. Słyszałem przez drzwi, jak płakały.
+
+Pochyliłem się nad Hektorem, chcąc zobaczyć, czy nie możnaby go
+uratować. Żył jeszcze; widocznie bokiem na szyny upadł, bo obie tylne
+nogi były w kilku miejscach złamane i brzuch miał rozpłatany brzegiem
+koła, i trzewia przecięte zupełnie prawie z jamy brzusznej wypadły; krwi
+naokoło wylała się kałuża. Dotknąłem go ręką; drgnął, lecz już nie
+jęknął wcale. Nie ma co myśleć o ratunku. I żal mi się go zrobiło tak
+bardzo, że sam uczułem łzę w oku. Mój biedny Hektor!
+
+Trzeba go było dobić, bo inaczej mógłby parę godzin konać. Poszedłem po
+rewolwer; nie wiedziałem jeszcze, czy będę miał odwagę do psa strzelić.
+Przy pomocy służącej włożyłem go do drewnianej wanienki. Zawył, gdyśmy
+go przenosili. Na ziemi, prócz krwi, została kupka skrwawionych kiszek.
+
+Służąca wyszła z kuchni; nie chciała na ten widok patrzeć. Nabiłem
+rewolwer; czułem, że mi się mdło robi i ręka mi skacze i rewolweru
+prawie nie trzyma. Jak mogłem, psu w ucho lufę wsadziłem i zamknąwszy
+oczy, strzeliłem. Po strzale nie śmiałem otworzyć oczu. Słyszałem, że
+drzwi skrzypnęły; spojrzałem, to żona weszła. Kula rozbiła psu czaszkę;
+nie drgał już, tylko mu skóra na szyi dygotała i nozdrza trochę się
+ruszały. Trwało to chwilę--ustało w końcu. Nie żył.
+
+Wróciłem do pokoju. Słyszałem jak się żona krzątała w kuchni,
+rozmawiała ze stróżem, potem z kucharką, kazała dać obiad. Nie ma co
+mówić, ładny obiad! A ja się tak spieszyłem na ten rodzinny obiad z
+wesołymi memi dzieciakami. Dzieci wciąż ucierają nosy, jedzą, ale do
+łyżki łzy im kapią; są tak smutne, że nawet moje podarki ich nie
+pocieszyły. Żona siedzi chmurna; widzę, że jej psa żal. I mnie żal
+Hektora i zły jestem, żem sam smutny i że inni naokoło mnie smutni.
+
+Wreszcie się ten ponury obiad skończył. Wyszedłszy z sądu, cieszyłem
+się, że wieczór w domu spędzę. Nie mogłem jednak teraz usiedzieć.
+Poszedłem do kawiarni na gazety. Rzeczywiście dobrze mi się wiodło! W
+domu zmartwienie, a tu wpadli na mnie dwaj znajomi i kazali opowiadać
+wszystkie szczegóły przeklętego procesu. Przecież to była _cause
+célèbre_! I znów musiałem przeżywać te wszystkie obrzydliwości, któremi
+mi cały tydzień zajęto. Trzymali mnie do pierwszej po północy. Musiałem
+im opowiadać dokładnie akt oskarżenia, zeznania świadków, odpowiedzi
+oskarżonego, wszystko. To nieznośne. Na drugi raz po takim procesie, na
+miesiąc w domu się zamknę, o ile mi naturalnie psa znów nie przejadą.
+Wróciłem późno do domu, z bólem głowy, zły na wszystkich.
+
+
+_Dnia 6 maja._
+
+Nie wiem, czy mnie śmierć mego ulubionego psa tak rozstroiła, że dotąd
+się wzdrygam, gdy na rewolwer spojrzę, czy też dlatego, żem wczoraj do
+późnej nocy o tym procesie mówił, ale dziś od rana z myśli mi nie
+schodzi. Jestto tak męczące, to zwrócenie wszystkich myśli na jeden
+punkt, którego żadną siłą ruszyć nie można, że doprawdy mam zawrót
+głowy, jak ten, kto tak długo w jedno miejsce się wpatrzy, aż mu barwne
+kółka przed oczami skakać zaczną. i nie tylko myśli mam jakby
+zaczarowane, na zmysłach moich jakieś przekleństwo. Widzę, ależ
+najrealniej wyobrażam sobie tego Pułkowskiego zabójcę i te całe hordy
+jego przyjaciół i przyjaciółek, których tam za świadków spędzono. Nie
+jestem muzykalny, melodyi zapamiętać nie umiem, a teraz zdaje mi się, że
+mógłbym odtworzyć każdy ton jego chrapliwej mowy. Musiałem bacznie
+czuwać nad sobą, abym nie spróbował _jego_ głosem mówić. Przypominam
+sobie najdrobniejsze szczegóły sprawy; z pamięci mógłbym chyba powtórzyć
+wszystkie akty.
+
+Co to jest? Przecież między nami skończone wszystko. Spełniłem swój
+obowiązek; wybrano mnie, osądziłem według sumienia, nie miałem żadnych
+wątpliwości, powinienem wrócić do swych zajęć, a nie myśleć o tem,
+gdziem wszystkiego, czego odemnie żądano, dokonał. Stanowczo muszę być
+niezdrów, to tylko mnie ten proces tak dokucza. Po obiedzie był u nas
+Tański; mówił wciąż o swej podróży do Wiednia i o tem, że zapewne
+dostanie tam awans; przecież, gdyby go coś dręczyło, mówiłby o tem ze
+mną najprędzej. Gdzie tam... Zacząłem mu wspominać o wczorajszym sądzie,
+ale widziałem, że go ten przedmiot wcale nie zajmował. Muszę się
+przezwyciężyć. Zresztą to samo przejdzie; nie wiem, coby mnie zmusić
+mogło, abym bez przerwy, jak ćma koło świecy, kolo tego zabójstwa w
+myśli się kręcił. Matkę już pochowano, jego powieszą. Co mnie to teraz
+obchodzi?
+
+
+_Dnia 8 maja._
+
+...A jednak myślę wciąż o nim. Przedmiot ten jedyny tak mnie ciągnie,
+tak zajmuje, że już nie staram mu się oprzeć. Przeciwnie, wczorajsze
+rozumowania moje były błędne. Ja rozstrzygałem o jego losie, słuszną
+więc jest rzeczą, abym dopóki on jest jeszcze, o niego się troszczył.
+Nie należy przecież obowiązków swoich zbywać machinalnie. To dobre dla
+panów urzędników, radców i nadradców, podpisać papier i sądzić, że już
+cały obowiązek wykonali. Nie, papier podpisywany przeczytać, rozkaz
+wydany śledzić należy, wtedy jest się wzorowym działaczem. Ja takim
+chcę być, dlatego śledzę i śledzić muszę.--Tembardziej, że ten człowiek
+mnie obchodzi, obchodzi bardzo żywo. Cały tydzień się z nim spotykałem,
+zadawałem mu pytania, zaglądałem mu w duszę i... poznałem ją trochę.
+Chcę więc wiedzieć, co się z nim dzieje. Przyjść do sądu, słuchać, potem
+wydać wyrok, choćby na śmierć i wyjść i o nic więcej się nie
+troszczyć--to nie dosyć. Przecież słowa nasze, to nie Jowiszowe gromy,
+nie zabijają od razu. Od wyroku naszego, od chwili, kiedy przewodniczący
+odczytał: Pułkowski Jan skazany jest na powieszenie--do samej śmierci
+ten człowiek żyje. Ja powinienem wiedzieć, czy to trochę życia, które mu
+zostaje, czy to rozkosz dla niego, czy kara.
+
+W imię sprawiedliwości, ja powinienem wiedzieć, co on teraz czuje,
+powinienem z nim być.
+
+Pójdę do prezydenta i zażądam, aby mnie do jego celi wpuścić kazał. Ja
+muszę go widzieć, muszę zobaczyć, czyśmy go rzeczywiście ukarali.
+
+
+_Dnia 9 maja._
+
+Prezydent zdziwił się mojemu żądaniu. Argumenty moje są przecież jak
+najściślejsze i nie do zbicia, a on doprawdy nie rozumiał. Już to
+prezydent orłem się nie urodził. W końcu mi oświadczył, że nie może nic
+dla mnie uczynić, albowiem skazany na śmierć z nikim, prócz dozorcy,
+widywać się nie ma prawa; ostatniego dnia wolno skazańcowi zażądać do
+celi, kogo zechce. Potem mi mówił, że moja chęć jest wysoce
+niehumanitarna: wyzyskiwać dla swego kaprysu tak wyjątkowe położenie
+człowieka. Czyż mu się zdawało, że ja chciałem tam studya powieściowe
+robić? Ja chcę zbogacić kodeks o jedną grozę nową, a znieść tę krew,
+która się tam leje. Bo kto wie... jeśli ten czas przedśmiertny jest
+straszną karą, to będzie można skazywać już nie na śmierć, lecz na
+krótszą lub dłuższą obawę śmierci. Oto skazujemy Pułkowskiego na 5 lat
+ciągłego lęku śmierci. Przez 5 lat w każdej chwili może wejść oprawca i
+zażądać swej ofiary, a ona przez 5 lat nie wie czy kat wejdzie--i umiera
+przy każdem skrzypnięciu rygli, przy każdym odgłosie kroków,--a jednak
+żyje.
+
+Rekursu nie założył, zrzekł się więc już wszelkiej nadziei.
+
+Chociaż mnie do więzienia nie wpuszczono, ale ja znajdę sposób. Tak mi
+się ten Pułkowski blizkim wydaje, tak znanym. Cóżby mi jego słowa
+powiedzieć mogły?
+
+
+_Dnia 10 maja._
+
+Co on czuje, nie wiem. Wysilam się próżno, a jednak powinienem i muszę
+wiedzieć.
+
+
+_Dnia 11 maja._
+
+Nie wiem nic, ani wczoraj, ani dziś. Te daremne wysiłki mnie męczą.
+Jestem zdenerwowany, silnie zdenerwowany. Unikam wszystkich; siedzę w
+swoim pokoju. Mam odszukać duszę, która zniknąć musi, i uczynić ją
+swoją.
+
+
+_Dnia 13 maja._
+
+To, co się ze mną zdarzyło, jest tak straszne, tak niesłychane, a jednak
+tak naturalne, że nie wiem czy znajdę siły, aby o tem pisać. Łudziłem
+się, łudziłem się jeszcze dziś rano. Jak mogło mi się zdawać, że to mój
+obowiązek, obowiązek sędziego pcha mnie, żebym szedł wolny do jego celi
+i dygotał z nim razem w przedśmiertnych drgawkach? Kto niewinny mógłby
+sobie zadać taką tytaniczną, a próżną katuszę? Komuby to na myśl
+przyszło? Dziś wiem, że to była obłuda, przed samym sobą obłuda.
+
+Dziś czuję, co on czuje, rozumiem, szaleję, bom sam zbrodniarz, bo on
+mnie duszą swoją zaraził. I jak mogą ludzie się nie domyślać, że tak
+być musi, że na duszę też przyjść może zaraza? Marnej choroby, tyfusu
+lub ospy strzeżemy się, uciekamy, gdy twarz rażoną krostami widzimy; a z
+dotknięć zbrodni--tego krwawego karbunkułu duszy, wyjść chcemy czyści i
+zdrowi? Zamiast uciekać od zbrodniarza, jak psy przed widmem, wiążemy
+go, sprowadzamy do sądu, wybieramy przysięgłych: czoło obywateli,
+najzacniejszych ojców rodzin posyłamy i każemy im iść w tę zarazę.
+
+I narażać musiałem to, co mam najświętszego--czystość swoją, nie dla
+bliźnich, lecz dla słowa, dla bezkształtnego bałwana, dla
+sprawiedliwości. Kogo śmierć tego człowieka obchodzi? Ta, przed którą
+zawinił, już zgniła i może błogosławi mu z nieba. A ja obcy, ja,
+którybym go nigdy nie spotkał w życiu i nie widział nawet, i dwunastu
+takich jak ja, poszliśmy i zabiliśmy go...
+
+Dziś rano stanąłem przed lustrem, jak zawsze, aby zaczesać włosy i
+odrazu zobaczyłem, jak jestem do Pułkowskiego podobny: te same rysy, te
+same wydęte wargi i czoło cofnięte w tył--dziedzictwo po przodkach
+naszych dzikich. I kiedym ujrzał tam w lustrze siebie, zabójcę, jak
+szalony wybiegłem z domu. Uciec, uciec gdziebądź, gdzie nie ma
+zwierciadeł, nie ma szkieł, nie ma wody, gdzie zobaczyć się nie można!
+Ale to napróżno. Potwór mój szedł ze mną i każda twarz ludzka była mu
+zwierciadłem. Czułem dobrze, jak każdy przechodzień musiał we mnie
+zbrodniarza widzieć, tem nikczemniejszego, że go kara nie dosięgnie.
+Wiem dobrze, żem dla sądu niewinny, żem jeszcze ten sam szanowny
+obywatel. Bo dusze nasze są wolne. Świat do myśli się nie wtrąca; byle
+czyny dobre, nikt się nie troszczy, jaka zgnilizna wewnątrz? Kto
+pomyślał o zbrodni, może być zbrodniarzem. Ale ludzkość na łąkach
+zbrodni ścina tylko kwiaty czerwone od przelanej krwi; korzeni nie
+dotyka: to też o bezkwiatowe, zielone badyle ranimy się, jak o stalowe
+rżyska.
+
+Nie zabiłem matki i nie zabiję jej; dzięki Bogu umarła. Ale, gdyby żyła,
+czyż nie zabiłbym jej? Wszak mogę o tem myśleć, mogę ją sobie tu, pod
+moją siekierą, wyobrazić z rozpłataną czaszką, z okrwawioną twarzą. Kto
+mi dowiedzie, że nie mógłbym tego uczynić, kto?
+
+A zresztą, choć skonała we własnem łóżku, choć płakałem po niej, czyż
+codzień nie wpychałem je; w grób? Gdym się rodził, rozdzierałem jej
+wnętrzności; gdym żył, rozdzierałem jej serce. Pułkowski zabijał minutę,
+ja--lat 30. He razy w duszy życzyłem jej śmierci, ile razy chciałem, aby
+tą siekierą, której udźwignąć nie mogłem, ugodził ja ktoś z góry, szatan
+czy Bóg--wszystko jedno! A przecież nie kląłem jej, kochałem ją;
+zdawała mi się tylko, jak każdemu, raz za złą, raz za głupią, raz za
+starą, i chciałem ją mieć lepszą, mądrzejszą, młodszą, inną; nie
+chciałem je; mieć taką, jaką była, chciałem, żeby ta istniejąca, ta
+żywa, ta matka, żeby skonała... dla zmartwychwstania wprawdzie; lecz
+śmierć jest, a w zmartwychwstanie kto dziś wierzy?
+
+Zbrodnia jest jak szczyt w chmurach: sępy na skałę lecą, a nietoperze o
+miękkich skrzydłach u stóp je; się kręcą, ku górze patrzą, łzy mają w
+oczach, a wzlecieć nie mogą, więc zataczają kręgi nisko, a gdy na ziemię
+spadną, chowane są ze czcią. Lecz kto więcej chmury kochał, kto silniej
+do skały się rwał, czy sęp, który na niej siedział, czy nietoperz, który
+na nią wzbić się nie mógł? Ja dziś wiem, że nietoperz, że ja, że my. I
+pod ciężarem wiedzy tej upadam.
+
+Zaraził mnie, zaraził nas wszystkich. Widziałem ich, kolegów
+przysięgłych, uśmiechniętych, zdrowych, szczęśliwych. Nie wierzę im: już
+jad w nich krąży; że na twarz im nie wybiegł, świadomości nie
+zmącił--cóż to znaczy; wybuchnie. Osłabiony jestem, praca mnie
+wycieńczyła, więc prędzej uległem; na nich też przyjdzie kolej.
+
+Zbrodniarzem jestem, zbrodniarza też teraz rozumiem. Jeszcze wczoraj
+nie mogłem odgadnąć jego myśli, dręczyłem się próżnem usiłowaniem, a
+dziś wiem, co on czuje, z nim jestem, jego męczarnią się męczę.
+
+On wie, że żyć będzie tydzień, że po siedmiu dniach otworzą się drzwi i
+kat go poprosi, żeby wyszedł z nim... na szubienicę. Może zliczyć w
+każdej chwili, ile mu zostaje nocy do przespania, godzin do oglądania
+słońca, może zliczyć, ile jeszcze razy puls uderzy, a że myśli wolno,
+wie, ile razy jeszcze myśleć będzie mógł. W każdej chwili powiedzieć
+sobie może: oto np. trzysta siedemnasta przed śmiercią myśl moja; a że
+nie chce kończyć, lęka się myśleć, lęka się tej następnej myśli, która
+już trzysta szesnastą będzie, i nie myśli. A jeśli nie myśli, nie żyje.
+Czy tak, czy tak umiera.
+
+Każda sekunda, każdy krok zegara przybliża go do grobu, i chociażby z
+czasem całą siłą woli się borykał, ani jednej chwili nie powstrzyma. To
+też spadają one jednostajne, nieubłagane, zimne, wolne. Tak, bo czas mu
+wolno płynie. W sobie rozdziera go na niteczki tak cienkie, że wydłuża
+mu się stokrotnie, tysiąckrotnie, lecz jeśli niteczka taka, cienka
+niteczka pęknie--to jego śmierć.
+
+Ale nie to jest straszne.
+
+Straszne jest, że on to spadanie chwil słyszy i czuje. Każda chwila
+zdaje się żelaznym ciężarem, który na wieko jego trumny--spada i
+dzwoni. Dzwoni tak głośno, że on zatyka uszy i głowę w poduszkę chowa,
+ale głos ten słyszy: dzwon, dzwon, dzwon... A każdy nowy ton łączy się z
+echem poprzednich i biją coraz dźwięczniej, coraz silniej, aż dusza
+rozkołysana ich dźwiękiem drga i odrywać się poczyna. O żelazne chwile!
+
+I czuje je. Zdarto mu skalp z głowy i na nagą kość z góry padają krople,
+pluszcza i zalewają mu oczy. Spadają te krople wciąż: raz, dwa, trzy...
+raz, dwa, trzy... Dłużej liczyć nie może. On szaleje, lecz umrze. Ja
+szaleję... a pewno żyć będę.
+
+Myśli moje, zostańcie zemną!!
+
+
+_Dnia 16 maja._
+
+Obawiam się pomieszania zmysłów. Nie mogę wyjść z pokoju, nic prawie nie
+jem, głowę mam rozpaloną. Zdaje mi się wciąż, że jestem z nim pod
+kluczem, że z nim razem przed śmiercią... konam. Żona jest niespokojna;
+chciałaby posłać po lekarza, lecz boi się; dobrze robi, że się boi.
+Przysłała mi dzieci do pokoju; wypędziłem je. Ja nie mogę, nie
+powinienem mieć dzieci. Dzwony w uszach dzwonią; krople spadają i
+pluszczą, pluszczą, pluszczą.
+
+Głowa mi pęka. Nie sypiam. I czegóż się lękam, jeśli wiem, że nie umrę
+na szubienicy? czemu się dręczę, jeśli wiem, żem nie zabił? Ale umrzeć
+mogę, zabić mogę! Chciałbym oszaleć!
+
+
+_Dnia 18 maja._
+
+Nie, śmierć jest inna, straszniejsza, groźniejsza, niż dotąd pojąć
+mogłem. Teraz ona jest bliżej i lepiej ją widzę. I tragedya ta leży w
+tem, że to nie śmierć nieubłagana, ponura ku nam się zbliża; to byłaby
+rozkosz jeszcze. Śmierć czeka spokojna, nieruchoma, a on żywy jeszcze ku
+niej schodzi po szczeblach, coraz niżej. Jak grzechotnik na spętaną
+czarem wiewiórkę, utkwiła w nim swe oczy i stalowe sznury z oczów tych
+wychodzą, wiążą i ciągną ku sobie. I czuję, że żadna wola nie pomoże, że
+próżno szamotać się w tej pajęczynie, która zwiąże, ściśnie, ściągnie.
+
+Choć chwilę snu!
+
+
+_Dnia 19 maja._
+
+Jutro go powieszą, a wieszanie odbędzie się tak:
+
+Ranek. Siódma godzina dzwoniła ledwie na wieżach: śpi jeszcze, bez
+marzeń, bez widziadeł, słodkim, czarnym snem. Otwierają się drzwi,
+klucze brzęczą, zawiasy skrzypią. Budzi się, ale nie wie, nie czuje
+jeszcze nic. Wchodzi cały szereg ludzi, cały tłum bez końca.
+Prokurator, dyrektor więzienia, pisarz, ksiądz, stróż, żołnierze,
+ludzkość cała się zbiegła: jak oni się tam pomieścić mogą? On wstaje;
+jak przed tyloma panami nie wstać? Prokurator czyta dźwięcznym, zimnym
+głosem: Wyrok z dnia... zatwierdzony... wedle prawa... dziś o siódmej i
+pół wykonanym zostanie. On słyszy doskonale; mógłby powtórzyć wszystko,
+choć pamięć ma nędzną--ale nie rozumie, nie wie co to ma znaczyć; wie,
+że się zdarzyło, że się zdarzy coś wielkiego, strasznego, nic więcej.
+Pytają go, czy niema jakich życzeń. Nie odpowiada. Życzenia? Pytają raz
+drugi. Nie odpowiada; sylabizuje po cichu: ży-cze-nia.
+
+Wychodzą wszyscy,--nareszcie--ryglują znów drzwi. To chyba sen. Zostaje
+tylko ksiądz--wysoki, cienki, chudy. Bierze go za rękę, mówi coś
+jednostajnym, bezmyślnym głosem. Nagle on pada na łóżko, z ust wybiega
+mu jakieś krótkie, gardłowe chrypienie, niby śmiech, niby zdławiony ryk.
+Zrozumiał. I znów cisza, tylko ksiądz dalej mówi swe pociechy. Teraz on
+nic nie widzi, nie słyszy, rozumie tylko. Jest mu tylko ciężko w głowie,
+w piersiach; nawet wnętrzności mu coś ciśnie, rozpiera; rozluźnia się w
+nim wszystko, rozrywa. Chciałby się wyprostować, odchylić głowę,
+odetchnąć, krzyknąć, nie może; tak duszno, tak ciężko.
+
+Ruszyć się nie może; żaden mięsień woli jego nie usłucha. Jest
+bezwładny; nawet serce bezwładnieje i wolniej, trudniej się kurczy.
+Ciężko, duszno--tylko ksiądz wciąż mówi.
+
+Jak długo to trwa, nie czuje. Tak się boi, tak drży, że nawet nie wie o
+tem; nie została mu taka cząstka świadomości, któraby na ten strach
+spojrzeć mogła. Czego się boi, nie wyobraża sobie. Będzie _coś, coś_
+musi być. To coś już jest.
+
+Minęło pół godziny. Wchodzą znów ci sami, te same tłumy. »Czas
+iść«--mówi dozorca. Znów wstał bezwiednie. Kolana ma tak miękkie, że gną
+się pod nim. Ksiądz bierze go pod pachę z jednej,--dozorca więzienia z
+drugiej strony. Podparty stoi--bezsilny, bezmyślny, prawie martwy.
+Takiego trupa nie można wlec. Dyrektor każe podać napój wzmacniający.
+Czekają wszyscy, milczą.
+
+Sługa więzienny wnosi napój: mocny arak, gorący, z korzeniami. Nie pije.
+Nie wie, czego od niego chcą. Sługa bierze kieliszek i wlewa mu do ust.
+Nie wypluwa, połyka--wszyscy czekają i milczą.
+
+Mija chwila; wódka działa; zmysły zaczynają żyć; przedtem był ślepy i
+głuchy, teraz widzi i słyszy, jaskrawo, dobitnie; może się poruszyć.
+
+Dyrektor komenderuje znów: »Iść«. Wychodzą: naprzód prokurator, potem
+dozorca, potem on między księdzem a sługą, potem 12 żołnierzy z
+obnażonemi szablami. On idzie wprawdzie; stąpa, ale przewróciłby się,
+gdyby go wypuszczono z rąk. Idą wolno, więc ma czas przyjrzeć się
+wszystkiemu, a zmysły od wódki ma żywe.
+
+Korytarz długi, trzykrotnie zagięty, jasny, tak jasny mu się zdaje.
+Okienka są małe, ale dzień jest letni, słoneczny, i na przeciwległej
+ścianie okna występują jak złote plamy. Bawią go te świeciste plamy,
+które z oknem drgający pył łączy; cieszy się, że przez te pyty iskrzące
+przechodzić musi. Obejrzałby się za siebie, gdyby więcej miał życia w
+karku... i gdyby nie wiedział, że ten korytarz nie ma końca, bo nie
+wierzy, żeby się ta droga kiedy przerwać mogła: tak bez ustanku, wciąż
+krążyć będą wszyscy, między temi murami, to kąpiąc się w cieniu, to
+nurzając znów w złotych blaskach. Idzie więc coraz śmielej i za siebie
+się nie ogląda, bo wie, że to wszystko jeszcze setki, tysiące razy
+zobaczy. Idzie na śmierć spokojnie...
+
+Nagle wszystko się zapada, wszystko tonie w szumiących jasnych
+kaskadach. Jak kamień rzucony w wodę, opada ku dnu w głąb fal. Dobrze,
+że z tyłu podbiega dozorca i chwyta go za rękę, bo ksiądz i posługacz
+nie unieśliby nagłego ciężaru. Korytarz się skończył: są u wrót
+podwórza.
+
+Podwórze jest uśmiechnięte, jasne, wesołe. Słońce obryzgało światłem mur
+sąsiedniego domu i wapno bieli się tam i błyszczy, jakby srebrne. Niebo
+szafirowe, lśniące. Powietrze ciepłe, świeże, wonne. W powietrzu słychać
+jakieś szmery z miasta, z pól, z życia.
+
+Zatrzymują się wszyscy. On nie może jeszcze iść naprzód. Ksiądz szepce
+mu do ucha. On pociech jego nie słyszy. Patrzy, patrzy w niebo, potem
+spuszcza wzrok na mur przeciwległy. Kominy pobliskiego domu ostremi
+cieniami odbijają się w słońcu. Te silne, ciemne linie podobają się jego
+oczom. Opuszcza wzrok; na prawo od muru... Ten widok mąci mu mózg; w
+głowie ma zawrót, zamęt, druzgotanie; mdłość go ogarnia, wymiotowałby
+prawie, gdyby był co jadł. To szubienica. Dwie belki, na nich poprzeczna
+trzecia, w poprzecznej hak, na haku długi, skręcony w pętlę rzemień. Pod
+szubienicą para schodków: dla niego jedne, dla kata drugie. Przy
+schodkach orszak katowski w odzieży czarnej, jak żałobnicy; pięciu
+ludzi: kat główny, który wiesza; czterej pachołkowie, którzy trzymają
+ciało, nim trupem się stanie. I to wszystko widać jasno, o trzydzieści,
+o dwadzieścia kroków--na tle błękitu, zielonych drzew i białego muru.
+
+Patrzy, stoi. Wszystko mu mętnieje w oczach, szubienica zaczyna tańczyć
+i w podskokach ku niemu się zbliża. Nie cofa się; żaden mięsień twarzy
+mu nie drga, źrenice utkwione spokojnie, tylko dusza, nawpół wyrwana z
+ciała, dygoce. Ktoś z obecnych powiada półgłosem, że skazaniec jest
+nieprzytomny. Stoi wciąż.
+
+Niepodobna czekać i przedłużać egzekucyę. Dyrektor daje znak--kilku
+żołnierzy się zbliża; jeden pomaga księdzu, drugi bierze za rękę, trzeci
+podpiera z tyłu. Popychają go raczej, niż prowadzą. Początkowo daje się
+posuwać, jak martwy; za trzecim krokiem machinalnie podnosi
+nogi--przecież jeszcze żyje; idzie wolno, bardzo wolno, ale idzie. Ma
+tylko dwadzieścia kroków do przebycia: kto mógłby żądać, żeby się
+spieszyć miał?
+
+Obserwuje każdą piędź ziemi; oczy ma spuszczone na dół. Zbyt osłabiony
+jest, aby źrenice ku górze podnieść. Spogląda pod siebie, widzi każde
+ziarnko piasku, każdą wśród kamieni trawę. Każdy krok naprzód boli go
+fizycznie...
+
+Nad uchem zabrzęczała mu mucha i siadła na czole; schodzi teraz od
+włosów ku brwiom. Swędzą go dotknięcia je; łapek, lecz nie odpędza jej;
+niech chodzi--przecież są równi: ona żywa i on żywy. Za chwilę przylecą
+doń cale roje much i pieścić go będą skrzydełkami, a on nie będzie ich
+czuł, tak jak teraz tę jedną małą czuje... Te muchy będą żyły. Idzie.
+Nagle ci, którzy go prowadzą, stają--i on staje. Unosi trochę oczy:
+przed nim żółte schodki... Więc już przeszli, dwadzieścia kroków
+przeszli! To nie może być, szubienicę przysunięto! Wrócić, wrócić! Chce
+obejrzeć się za siebie, brak mu sił, aby wykręcić ciało, pochyla się
+więc tylko trochę, i ciężej na żołnierzu opiera. Podchodzi kat z
+pachołkami: on teraz do nich należy; żołnierze czynność swą skończyli...
+
+Dwaj pachołkowie stają po bokach schodków; dwaj biorą go pod pachy,
+wchodzą na pierwszy stopień i jego tam wciągają. Na szczeblu tym ocknął
+się: dotąd był równy wśród równych--wszyscy szli, pełzali po ziemi;
+teraz on o głowę wyższy od nich. Dotąd, gdzieś w duszy, pod duszą,
+głęboko było coś, niby nadzieja, że ta śmierć nie przyjdzie, że zerwie
+się jakiś huragan, wichry, gromy i deszcze rozbiją, rozsypią, rozniosą
+więzienie, ziemię, świat... Niebo szafirowe, powietrze ciepłe, słońce
+złote, tak blisko nad głową, że gdyby podniósł rękę, umaczałby palce w
+promieniach. To śmierć przyszła.
+
+Z sąsiednich schodków kat mówi cicho: _schneller!_--Wnoszą go na następny
+szczebel. Stal jakaś ściska mu mózg i trzewia. Czczość go mdli, czkawka
+wstrząsa mu gardło. _Schneller!_ Są na szczycie. Kat bierze pętlę,
+próbuje w ręku, zakłada mu na szyję, poprawia węzeł z tyłu, wprost na
+kręgi. Ścisnął, rzemień dotknął skóry. Rzemień zimny, tak zimny, że go
+parzy. Dotknięcie pętli wyrywa mu duszę. Dusza szaleje z lęku: tłucze w
+ściany czaszki, rani skrzydła swoje, zrozpaczona upada i znów zrywa się,
+jak przerażony ptak i wali w czaszkę nieprzytomna, wściekła...
+
+_Fertig!_ Pachołkowie zeskakują z schodków i wytrącają mu je z pod nóg.
+Opada pół łokcia niżej. Naprzód brak powietrza, usta otwierają się
+szeroko i drgają, oczy wyskakują z orbit; potem lubieżny dreszcz--węzeł
+ruszył rdzenia--naga halucynacya przed nim, potem trzask, jakby świat
+się zwalił, tuż pod uchem, pod mózgem: czaszka pęka, wszystko się
+rozkrusza, węzeł lamie kręgi--i potem nic, nic... drgawki. Kat jedną
+ręką oparł mu się na ramionach, drugą zakrył mu usta; pachołkowie
+trzymają ręce i nogi; nie łatwo utrzymać, bo kurcze miotają ciałem
+silnie. Wreszcie kurcze słabną, można puścić. Wisi prawie nieruchomy.
+Skończone.
+
+Widzowie rozchodzą się do swych zajęć; prokurator do sądu, żołnierze do
+koszar, dozorca do biura. Wszyscy z tym widokiem w oczach będą żyć,
+jeść, pić, całować, mordować.
+
+Trup zostaje na szubienicy sam; grzebać wolno dopiero po sześciu
+godzinach. Nie... nie sarn, bo słońce wtargnęło wyże; na niebo i z za
+muru zagląda mu ciekawie w twarz. Słońce, bezmyślne słońce, wszystkim
+równie jasne, patrzy oko w oko sprawiedliwości ludzkiej, promienne,
+obojętne, pogardliwe.
+
+To jest wieszanie. Światu się zdaje, że jednego dostał trupa, a przecież
+posiał śmierć w dziesiątkach ludzi. Aby ukarać jednego
+zbrodniarza--dziesięciu, stu mniejszych stworzył. Ci wszyscy, którzy
+jutro na to patrzeć będą, czy zapomną? Zagłuszą! ale nie zapomną!
+Ściskać będzie który pierś, szyję kochanki, pieścić dzieci swoje--i
+nagle jak rekin, wynurzy żarłoczną paszczę ten obraz: otwarte usta,
+łaknące powietrza, wysadzone przeraźliwie źrenice--i szepnie: mocniej
+całuj, silniej ściśnij. I ręka bezwiedna, nieubłagana posłucha, ulegnie,
+ściśnie i zadławi. Ten widok tam u tych ludzi, żywy w mózgu--to Moloch,
+który zażądać kiedyś może i zażąda swe; krwawe; ofiary.
+
+A kat, pięciu katów? Ja, matkobójca, gdym dobijał swego chorego,
+martwego psa, drżałem i płakałem. A oni zabijają człowieka spokojnie,
+fachowo, trzymają mu ręce, zatykają mu usta. Kat wraca do domu z
+odciśniętemi na dłoni zębami skazańca! Te fioletowe plamy w ręce się nie
+wryją, znikną. Biedna lady Macbeth! Myśli, które się w ich mózgach
+kojarzą, muszą się o siebie zaczepiać jak rzemień o hak, jak pętlica o
+szyję. Myślenie tych ludzi, to syllogizmy z szubienic, stryczków,
+trupów. I zbrodniarzy tych, zbrodniarzy płatnych, stwarza sobie
+społeczeństwo przez mój wyrok, przezemnie. To los mój, konieczność. Ślad
+swój znaczyć muszę trupami, których nikt nie dojrzy, nie pomści. A ja
+się tych niewidzialnych trupów tak lękam; lękam się, że staną kiedyś w
+urocznej godzinie te białe upiory, widome oczom wszystkich i zduszą
+mnie, wołając: »tyś nasz morderca!« Jam ich morderca!
+
+
+_Dnia 19 maja, wieczorem._
+
+Ocalę Pułkowskiego, ocalę wszystkich, odmienię wyrok, własną bronią
+pobiję tych, co go wydali. Bo przecież oszukano nas, przysięgłych,
+oszukano haniebnie. Jak mogłem odrazu tego nie spostrzedz!
+
+My, sąd, skazaliśmy go na śmierć, lecz nie na umieranie. Kazaliśmy mu
+nie istnieć, nie kazaliśmy mu przestać być. Niech go nie będzie, lecz
+niechaj nie znika. Śmierć, nieistnienie, jak wielkość ujemna jest też
+rodzajem bytu, ujemnem życiem--tylko zero, przejście, zgon jest niczem,
+przerażającem niczem. A przecież katowska kara, którą jutro spełnić
+miano, jest tylko umieraniem, męczarnią. Tego w wyroku naszym nie było.
+Niech geniusz ludzki znajdzie środek; niech go wtrącą w grób, tak, aby
+ani jednej chwili nie umierał, zgoda! Trzeba tłomaczyć wyrok dobrze i
+wykonać go ściśle. Niech szukają sposobu, niech wyplączą się z sidełt,
+które obłudnie na nas zastawili!
+
+Biegnę do sądu.
+
+................................
+................................
+
+Wyśmiano mnie. Ha! ha! ha! ha!
+
+
+_Dnia 1 czerwca._
+
+Powracam do zdrowia. W nocy, przed tym dniem, kiedy go powieszono,
+dostałem gwałtownej gorączki. Majaczyłem, byłem cały tydzień
+nieprzytomny. Żona mi mówi, żem krzyczał wciąż: »nie dajcie mnie
+powiesić«; podarłem wszystkie koszule, każde dotknięcie do szyi
+wprawiało mnie w szał. Musiano mnie posadzić na niskim fotelu, ubrania i
+kołdry podwiązano mi pod ramionami. Lekarz sądził, że umrę; nie umiał
+mnie leczyć, bo takiej choroby jeszcze nie widział. Przeżyłem. Będę
+zdrów, bo tylko dusza we mnie umarła, nie cała. Zostało mi jej właśnie
+tyle, ile trzeba, by wolno, zdrowo dojść do grobu. I tym ułamkiem będę
+musiał wystarczyć sobie i... światu. Bo społeczeństwo ma swoje
+wymagania; jestem zdrów, mam żonę i dzieci, obowiązki. Muszę dzieci
+chować, z żoną żyć, z ludźmi handlować, myśleć, działać. Zabijałem
+matkę, lecz bez przelewu krwi--nikt, nawet Bóg mnie za to nie ukarze:
+zabiłem Pułkowskiego w sądzie--wszyscy mnie za to pochwalą. Kodeks
+milczy i serca moich bliźnich milczą. Nie jestem więc w więzieniu. A że
+ten okruch duszy zdrowej, który mi pozostał, nie wyplątał się z kajdan i
+idzie drogą innych--nie jestem szaleńcem. Gdybym oszalał był, gdyby
+świadomość w tych mękach zatonęła, byłbym wolny, chociażby... w
+szpitalu; dzisiaj w domu, na ulicach miasta jestem niewolnikiem... nawet
+logiki własnych myśli. I muszę drżeć, kiedy dotykam żony lub całuję
+dzieci, abym ich niewinnie nie zadusił, muszę się bać każdego swego
+czynu, bo może być sprawiedliwy, a ja wiem teraz, że sprawiedliwość jest
+większą zbrodnią, aniżeli mord.
+
+Jak będę żył?...
+
+
+
+
+SPOTKANIE.
+
+
+Spotkanie.
+
+Nieraz czuje się nieprzepartą potrzebę, prawie żądzę pogrążyć się w
+błocie, duszą i ciałem wykąpać w brudzie..., aby potem czystszym
+podnieść się z upadku. Na dnie tej dziwnej kuracyi leży brutalne
+zadowolenie egoizmu, ogłuszenie czasem budzącej się samokrytyki widokiem
+istot bardziej upadłych, bardziej podłych.--Zkąd nagle rodzi się to
+głębokie niezadowolenie z siebie, które kładłoby nam rewolwery w ręce,
+gdyby nie zawsze gotowe ujście do rozpusty? Zdaje mi się, że ani mię kto
+obraził i nicość moją wykazał, ani nie zrobiłem nic takiego, czegobym
+się wstydzić potrzebował, a jednak... niezadowolony jestem z siebie, i
+chciałbym się siebie pozbyć łub zapomnieć. Lada drobnostka, lada błahe
+zdarzenie może być szczeliną duszy, kędy, jak z wulkanu, wychodzi dym,
+zwykle tłumiony w głębi.
+
+Przyszło na mnie to pęknięcie duszy, tak »bez powodu«, w słotnym
+październiku, kiedy bez ustanku spadające krople roztapiały, zda się,
+mury domów i mózgi ludzi. Wiatr wył po ulicach, zrzucał czapki i
+płaszcze, podnosił suknie i zrywał szmaty zawsze tam, gdzie na ciele
+rana była, lub obrzydliwość jaka. I zdawało mi się, że październik ten
+nie będzie miał końca--tak dawno zaczęły się niepogody--że stanął bieg
+czasu i chwila ostatnia zastanie nas w tym samym październiku, tego
+samego dnia. Obrzydł mi spokój i komfort domu, ładnie umeblowany
+gabinet, zarzucony stosem bezmyślnych książek, obrzydło mi życie
+codzienne, obrzydła mi nawet żona, stworzenie ładne i dobre: raz
+sądziłem się jej niegodnym, i dąsałem na nią, że podchodziła do mnie z
+pieszczotami, to znów upatrywałem w niej wszystkie wady i twierdziłem w
+sobie, że mię unieszczęśliwiła.
+
+Lecz to wszystko znieść jeszcze można. Najbardziej było mi męczącem, że
+dwie pęknięte moje połowy jakby się całkiem rozdzieliły i stały się
+sobie i obce i wrogie. Wszystko co robiłem, wydawało mi się, jakby
+robionem przez kogoś innego. Krytykowałem wszystkie czyny swoje, i
+widziałem, że były bezmyślne i podłe. Z ironią mówiłem do siebie: patrz,
+to ty zrobiłeś. I ten ironiczny śmiech powtarzał się wciąż, na każdym
+kroku.
+
+Wyszedłem późnym wieczorem z domu, i pomęczywszy się trochę po ulicach
+wstąpiłem do knajpy. Rozejrzałem się po sali: zastałem kilku znajomych,
+dawnych kolegów, nieżonatych jeszcze, więc korzystali z pełni swobody.
+Zwykle towarzystwo ich nie sprawiało mi przyjemności, unikałem ich
+nawet, mając za ludzi głupich i nie wiele wartych. Wtedy jednak kontent
+byłem, że ich widzę i zbliżyłem się do nich. Przywitali mię okrzykami:
+»Oho, nasz żonkoś, co to? Z domu ucieka« i t. p. Nie pamiętam, ale zdaje
+mi się, że pozwolili sobie kilku docinków dla mojej żony, za które
+zwykle bym wypoliczkował; wtedy jednak znosiłem spokojnie... sam się
+śmiałem. Kazaliśmy podać wódki, potem piwa, potem znów wódki, potem
+likieru, i tak siedziałem w nocy, słuchając banalnych dowcipów i starych
+plotek, któremi dawno niewidzianego przyjaciela raczyli. Była już późna
+noc.
+
+--Pojedziesz, zapytał jeden drugiego.
+
+--Jeżeli chcesz... nie idę jutro do biura, to można się wysypiać.
+
+--To pojedziemy. Jak się bawić, to porządnie.
+
+--Dokąd pojedziecie, zapytałem obu.
+
+--Eh! Niby to można, odpowiedział twórca projektu, przy
+żonkosiu--żonkosiem stale mnie nazywali--o tem mówić, jeszcze się
+pogniewa i obrazi.
+
+--Ależ mówcie, cóż to szkodzi, rzekłem trochę zirytowany.
+
+--Żonkoś pewnie nawet nie wie, co to jest.
+
+--Mówcież, bo się pogniewam, u furgonów mil beczek--miałem dobrze w
+głowie.
+
+--Powiedzieć mu? zapytali jeden drugiego jednocześnie.
+
+--Mów; i jeden nachylił mi się do ucha i zaczął szeptem: »pojedziemy do
+... Loli. »Loli« wrzasnął prawie na całe gardło.
+
+Spojrzeli na mnie, jakby ciekawi wrażenia, jakie to na mnie wywrze.
+Przeszedłem ich oczekiwania.
+
+--Pojadę z wami, rzekłem.
+
+Była chwila zdziwienia; i za kawalerskich czasów chodziłem tam rzadko.
+Wnet posypały się zmieszane okrzyki radości i wybuchy śmiechu tem
+głośniejsze, że dwie butelki wódki były próżne, a piwo poodnosił już
+kelner, bo inaczej cały stół byłby zastawiony.
+
+--Brawo! Dzielny chłop! To mi zabawa: zawieziemy żonkosia zdrajcę.
+Zapoznamy go z Lolą. Daj buzi! Jak Boga kocham, nie zbabiał!...
+
+Pocałowaliśmy się.
+
+Wyszliśmy z restauracyi, bo już nas przepraszano, że zakład zamykać
+muszą. Dorożka była tuż zaraz. Pojechaliśmy, ściskając się i całując z
+rozczulenia przez całą drogę.
+
+Na miejscu nie zastaliśmy wiele osób. Było dość późno i dzień powszedni:
+pięć czy sześć dziewcząt, porozkładanych na fotelach w jaskrawych
+kostyumach i paru mężczyzn. Stary, siwy jegomość umawiał się z jedną w
+kącie sali; jakiś bezwąsy młokos leżał wyciągnięty na fotelu: oczy
+szklane, bez wyrazu utkwione w jeden punkt sufitu, mówiły, że mu już nic
+do szczęścia na ziemi nie brakuje. Był jeszcze trzeci mężczyzna oprócz
+nas--siedział na kanapie, tyłem zwrócony do mnie. Nie widziałem jego
+twarzy, uderzyła mię tylko wysoka postawa i bujne krucze włosy, które,
+niestrzyżone widać dawno, spadały mu na szyję. Ubranie na nim było
+obdarte i brudne. Przyciskał na kolanach siedzącą wątłą, szczupłą
+blondynkę i mówił je; coś, co jak mi się zdawało, nie zawsze i nie
+każden w takiem miejscu mówi. Moi towarzysze przywitali się z nim; podał
+im rękę obojętnie i nie przeszkadzał sobie w rozmowie. Zapytałem ich,
+kto to taki.
+
+--Widać, że tu nie bywasz; toć to stały gość, niejaki Rysiński, literat
+podobno i adwokat.
+
+--Co? Rysiński, Jerzy, zawołałem i spojrzałem raz jeszcze uważnie na
+tego, który mi się dotąd nieznajomym wydawał.
+
+Tak, to on! Jak mogłem go nie poznać! Wszak to jego wzrost i zarost i
+twarz nieprawidłowa, powykręcana, a jednak prawie piękna, i te usta
+ogromne, czerwone, jakby rozkazujące kiedy mówić zaczynały. Nie
+widziałem go lat tyle, a jednak niema najmniejszej wątpliwości--to on.
+
+Podszedłem ku niemu, i kładąc mu rękę na ramię, zawołałem po imieniu.
+Obejrzał się na mnie, trochę zły na intruza, który mu przeszkadzał; nie
+poznał mnie. Rzeczywiście, zmieniłem się znacznie od chwili ukończenia
+gimnazyum.
+
+Przedstawiłem się.
+
+Wstał i patrząc wciąż na mnie, silnie, dwukrotnie uścisnął mi rękę.
+Teraz, gdy widziałem go przed sobą, twarzą w twarz, poznałem go jeszcze
+lepiej. Rzeczywiście, mało się zmienił, tylko zarost miał bujniejszy i
+we włosach nad skronią--czego nie mogłem dostrzec z tyłu--przeświecała
+gdzieniegdzie dość gęsta siwizna.
+
+To on! Mój dawny antagonista ze szkolnych czasów, któryby zawsze w
+niwecz obrócił pracowitość mych domowych godzin, gdyby nie sprawowanie.
+Zawsze z nauczycielami miał zatargi, a gdy się uniósł, na słowa nie
+zważał, więc mu ledwie tylko dostateczny stopień ze sprawowania dawano.
+Ileż razy chciano go wydalić! Ocalił go tylko nasz filolog--ważna figura
+w gimnazyum--który dyrektora upewniał, że czterdzieści lat uczy, a nie
+spotkał ucznia, któryby tak łacinę i grekę pojmował. I w historyku miał
+przyjaciela, bo ten lubił, gdy mu kto obszernie lekcyę wydawał, a Jerzy
+miał zawsze jakieś swoje fakty i poglądy, o które się spierali.
+
+Po ukończeniu gimnazyum, rozeszliśmy się. Studyowałem zagranicą,
+podróżowałem, długi czas mieszkałem na prowincyi; co się z nim działo,
+słyszałem tylko urywkami. Z trudem przeszedł przez wydział prawny,
+został adwokatem, gwałtowną mową w jakimś skandalicznym procesie zyskał
+sobie imię i wziętość. Pisał trochę; parę utworów jego czytałem; były
+może nie tyle piękne, ale tak osobliwe i niezwykle, jakich dotąd u nas
+nie spotykałem. Nawet urzędowa krytyka chwaliła go, choć nie zbyt
+chętnie. Lecz wszystko to były wspomnienia dawne. Od pięciu, sześciu lat
+straciłem go całkiem z oczu. Nikt prawie nie wiedział, co robi i gdzie
+się obraca.
+
+I oto spotkałem go tam...
+
+--Tyle lat, co za szczególny traf. Ale mówże, co się z tobą dzieje. Od
+nikogo wiadomości o tobie dostać nie można.
+
+--Udzieli ci ich nawet szwajcar z przed bramy.
+
+--Wiesz, nie przychodziło mi na myśl tu się o ciebie dopytywać.
+
+--Tak, zawsze unikaliście tego, co z pierwszej ręki płynie.
+
+Rozmowa nasza była co najmniej dziwną. Stałem też zmieszany prawie, nie
+wiedząc, czy się żegnać, czy dalej rozmawiać.
+
+--Ale czegóż stoisz, siadaj.
+
+Schwycił mię za rękę, aby przy sobie posadzić. Po gwałtownem,
+nieelastycznem szarpnięciu poznałem, że musiał był pić dosyć.
+
+--Albo po co tu, gdzie te małpy na nas patrzą. Weź klucz--zwrócił się do
+dziewczyny--i chodź z nami na górę, tylko każ przynieść piwa.
+
+Zrozumiałem, że początek naszej rozmowy nie zdradzał wcale osobliwej ku
+mnie antypatyi. Ta szorstkość, prawie gburowatość, stała się zapewne
+jego manierą w stosunkach towarzyskich.
+
+Dziewczyna wstała, aby spełnić polecenie. Zobaczyłem teraz, że była
+ubrana w półkrótki kostyum. Nogi w czarnych ażurowych pończochach
+delikatnemi liniami zarysowały się po kolana.
+
+--Ładna, rzekłem odprowadzając ją wilgotnym wzrokiem.
+
+--Ładna; ale co tam, zdechnie ta, to będzie inna.
+
+Poszliśmy za dziewczyną. Z towarzyszami moimi nie pożegnałem się nawet.
+Od nowych wrażeń zaczynałem już trzeźwieć, towarzystwo ich znów stawało
+mi się wstrętnem. Byłem kontent, że przy kuflach o mnie zapomnieli.
+
+Po chwili siedzieliśmy troje w jednym z tych małych pokoików na trzeciem
+piętrze, jak zawsze w takich domach. Przed nami na stole paliła się
+lampa, naokoło obstawiona butelkami, które wniósł posługacz. Za
+wychodzącym nasza gospodyni zamknęła drzwi na klucz. Potem zdjęła stanik
+i chciała odwiązywać spódnicę; gotowała się widać na zabawę. Jerzy
+przerwał jej i podchodzącą ku nam podniósł w górę, i nieruchomą,
+zduszoną posadził sobie na kolanach. Piwo było w naszych trzech
+szklankach.
+
+--A ty ciągle to samo; pisujesz do dzienników?
+
+--Tak, jestem współredaktorem Przeglądu;
+
+--Cóż? Podobają ci się twoje artykuły, co?
+
+Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.
+
+--Przecież mój drogi, nie są gorsze ...
+
+--Tak, tak, ale pocóż je pisać? Niby nie wiesz, co się robi z
+zeszłotygodniową gazetą. Więc ty nie wstydzisz się pisać po to, aby
+inni... Wybuchnął głośnym pijackim śmiechem.
+
+--Przyznam ci się...
+
+--Tak, tak, przerwał spieszniej, niewłaściwe żarty; obraź się, obraziło
+się już tylu; dlaczego ty masz być wyjątkiem? Tak, obrażać ci się wolno,
+tylko nie wolno ci udawać, że wiesz, poco pracujesz. Ot, jak stare konie
+w kieracie, jeden za drugim ślepy, zawsze w kółko obraca swe jarzmo i
+powiada: pracuję dla ludzkości, dla kraju, dla rodziny... Kłamstwa,
+kłamstwa!
+
+Rysiński milczał chwilę, patrząc bez wyrazu przed siebie, jak gdyby
+szukał słów, które oddawna miał w pogotowiu, tylko gdzieś nagle ich
+zapomniał.
+
+--Rozgłos, pieniądze, nic, błahostka, choćby chęć droższej kolacyi, to
+was pcha da roboty. Praca dla innych, altruizm, ha, ha! Człowiek,
+któryby chciał być altruistą, musiałby od tego zacząć, żeby przestał
+istnieć. Spróbuj pracować, gdyby każde słowo prawdy--tej prawdy, która
+wiesz, że nie istnieje--miało cię kosztować jedną ranę. Co? Pracowałbyś?
+Ale dla was to waryackie myśli; wy macie swoje teorye, zgodności
+społeczne: jednostka i ogół, egoizm i altruizm, wszystko się ze sobą
+godzi; jednego mniej, drugiego więcej, a zawsze jakieś ciasto wyjdzie.
+Istne z was centaury. Głowy kawałek w was ludzkiej, lub małpiej, lecz
+reszta nawet nie końska, ale świńska. I wy się macie za ludzi, za całych
+ludzi, kiedy zręczny nóż tak zawsze wykroić was może, że wam człowieka
+wytnie, a zwierzę na cztery wiatry światu puści!.. Ale krótki macie
+wzrok, nie widzicie własnych racic. Dla kawałka ludzkiej głowy brać się
+za człowieka, to zabawne! Zaśmiał się serdecznie.
+
+--Może swoje postępowanie wystawiasz za wzór ludzkiego życia, odparłem
+trochę zirytowany.
+
+Rozmowa po tylu latach niewidzenia nie była zbyt serdeczną.
+
+--Co, ty myślisz, że po ludzku żyć to wygrzewać się w pielusze waszej
+moralności. Świetna ta stara bajka o lisie, któremu ogon odcięto:
+obowiązki, przepisy ma ten, kto nie ma sił. Wybyście wszyscy tutaj
+przyszli, nie wychodzilibyście ztąd, i z gorszych jeszcze nor, gdyby wam
+sił starczyło. Przyjdą, popatrzą, i spluną, jak lis na zielone
+winogrona. Przychodź tygodniami, tak jak ja, a zobaczymy, czy będziesz
+tak wyglądał.
+
+Rysiński był znanym w szkole siłaczem i pomimo zmęczonych oczu i cery,
+widać było, że mięśni swych nie stracił.
+
+--Tak, ale dla was to niepotrzebne, wy używacie zawsze umiarkowanie, po
+ludzku. Trochę prostytucyi, trochę małżeństwa, wszystko w takiej samej
+miksturze, jaką wy jesteście. Gardło mi zaschło.
+
+Wypił duszkiem szklankę piwa i pochylił się w tył na fotelu. Ruch ten
+rozbudził dziewczynę, która znudzona rozmową, zasnęła mu była na
+kolanach. Jak nieprzytomna otworzyła oczy, ziewnęła, ale wnet przyszła
+do siebie.
+
+--Pójdę spać, rzekła do Jerzego.
+
+--Dobrze, odpowiedział jej krótko.
+
+Dziewczyna wstała, podeszła do łóżka, obojętnie zrzuciła spódnicę,
+zdjęła pończochy; położyła się pół naga na kołdrze. Po chwili miarowy,
+głośny oddech dał nam poznać, że zasnęła. Milczeliśmy w tej ciężkiej
+ciszy, przepełnionej zapachami perfum i ciał.
+
+Otrzeźwiałem był zupełnie. Dziwna, gwałtowna tęsknota za żoną, za tak
+nikczemnie poniewieranem domowem ogniskiem mnie opanowała. Obrzydzenie
+do wszystkiego, co mię otaczało, rosło z każdą chwilą.
+
+--Żal mi cię, Jerzy. Twoje życie wystarczy ci na miesiąc, na rok...
+
+--Starczyło już na pięć lat.
+
+--Wszystko jedno, ale co później? Co będzie, gdy się ockniesz z swego
+zaślepienia, bo inaczej przecież zdań twoich nazwać nie można? Gdyby
+tylko już o zmysłach mówić, co za przyjemność żyć z taką dziewczyną,
+która dziś z tobą, jutro z innym, a zawsze z obcym? Czyż nie mógłbyś
+nawet znaleźć większego upojenia zmysłów z żoną, kochanką? Marnować,
+młodość na taką szarą, powszednią rozpustę...
+
+--I ja tak dawniej myślałem: nie odrazu przecież tu przyszedłem. Raz
+chciałem się żenić, a kochanek miałem kilka. Ale to złudzenie.
+Westchnienia, zachwyty, oczekiwania, po co to? na co? Aby skończyć na
+tym samym, zawsze niezmiennym końcu? I ty przecież czasem, widzisz, że
+to wszystko blaga. Są kobiety, które tu nie były i nie będą, nie ma
+żadnej, któraby tu być nie mogła. Tu nie ma fałszu, tu kobieta jest
+naga i życie nagie. A ja za tą nagością szaleję! Ja się w waszych
+kołnierzach i kaftanach duszę!
+
+Słowa te wykrzyczał prawie. Był pijany tem upojeniem, które do mózgu
+bije i nadmiernem pobudzeniem myśli i ruchów się objawia.
+
+Milczałem. Cóż miałem mówić?
+
+--Mówią, że ja się marnuję, że gubię karyerę swą i sławę. Ja się chcę
+zmarnować! Ja nie chcę, jak wy bezsilni, kłamać sobie i jakąś umocowaną
+cegiełką się pysznić. Jestem dumny, że mogę być czemś, a będę niczem,
+ale nie takim podłym, jak wy. Ty tego nie rozumiesz. Ja tu siedząc
+jestem jak wielki pan, bogacz bez granic, który za każdy kęs chleba
+płaci garścią złota. Inni tu zostawiają ruble, ja siebie całego po
+kawałku. I ta świadomość to jest moja duma. Ja nie będę, jak podły
+parweniusz, szczycił się tem, com zbudował i co stoi nieudolne,
+zlepione, nikczemne. Chlubić się można tylko z niespełnionych czynów. A
+to bydło mówi, że ja nie mam ambicyi!.. Żeby mieć ich ambicyę, jestem
+zbyt ambitny. Ja nie mogę, jak zwierzę, pracować bez celu. Ja się
+zmarnuję, jak oni mówią, ale się zmarnować chcę, chcę!
+
+To »chcę« wrzasnął i wypił duszkiem zwietrzałą już szklankę piwa.
+Przestał mówić, i jakby ciężki nagle od wypitych trunków osunął się
+głębiej na fotelu, milcząc.
+
+Wstałem. Szarzało już. Niebo, zaciągnięte chmurami, zkąd pruszył
+drobniutki deszcz, zdawało się dalszym ciągiem czarnych dachów. Dziwna,
+że pomimo swej ciemnej szarości, promieniało jakimś smutnym
+grobowo-zimnym świtem. Pokój w tem oświetleniu, które kłóciło się z
+żółtem światłem lampy, jeszcze ohydniejszym mi się wydawał. Rozróżnić
+już można było i tapety, odpadające od wilgotnych ścian, i puder,
+pościerany na pięknej może niegdyś twarzy dziewczyny. Czułem, że
+powinienem, że muszę iść do domu.
+
+--Żegnam cię--powiedziałem, podając rękę Jerzemu. Zajdź do mnie.
+Mieszkam na Senatorskie; pod dwudziestym drugim. Chciałbym cię w innej
+chwili widzieć.
+
+--Po co? Nie chodzę nigdzie, nie bywam nigdzie. Ja nie mogę bywać w
+porządnym domu.--Zaśmiał się ironicznie.--Bądź zdrów!
+
+Wyszedłem. Na schodach słyszałem, jak wołał: Franka! Franka! Widocznie
+budził uśpioną dziewczynę.
+
+Chcąc dostać się do bramy, musiałem przejść przez salę. Na szczęście
+kompanionów moich już nie było. Zadowolony, że będę mógł wrócić sam, bez
+ich głupiego szwargotu, znalazłem się na ulicy. Przejmujący, cienki,
+zimny deszcz orzeźwił mię z resztek trunku i niezdrowych zapachów.
+Gardząc ofertami usłużnych dorożkarzy, szedłem wolno, wdychając
+wilgotne powietrze najpierwszego ranka. Z tym dniem wschodzącym czułem
+jakąś błogość miłą, jaką odczuwa podróżny, gdy z dalekiej drogi wraca w
+rodzinne, ciepłe strony. Może tam, na samym spodzie tej błogości była
+zadowolona duma, że oto ten rywal dawny ustąpił z placu, że ze mnie, com
+mu się czasem i na drugiego ucznia nie dochrapał, dziś redaktor i
+pisarz, człowiek ceniony i zacny; a on co? Wielkie zdolności, żałowane
+trochę, ale zawsze zapomniane, nieuczczone. A zresztą, kto tam wie, z
+temi zdolnościami! W tej trudnej sprawie nieocenionych lub niedoszłych
+geniuszów, najlepsza może ta surowa, lecz krótka zasada: co nie jest,
+nie mogło być.
+
+Czułem coraz większe zadowolenie, im więcej zbliżałem się do domu. Błoto
+na ulicy zaczynało mi już trochę dokuczać. Jak dobrze będzie rozebrać
+się w ciepłym pokoju, zrzucić zmoczone suknie i wyciągnąć się w wygodnem
+łóżku, gdzie obok na stoliku przyszykowano mi już zapewne szklankę
+lemoniady i moje ulubione papierosy!... Po chwili byłem u siebie. Dla
+ostrożności, aby żony nie obudzić, buty zdjąłem w przedpokoju i po cichu
+na palcach wszedłem do sypialni. Mała lampka nocna dostatecznie pokój
+oświetlała. Zbliżyłem się do łóżek; żona spala. Długie opuszczone rzęsy
+nadawały uśpionej twarzy wyraz rozkosznego skupienia. Już dawno nie
+wydała mi się tak piękną. Umyślnie rozbierałem się jak najciszej.
+Położywszy się już obracałem się ku niej, aby zasnąć mając tę śliczną
+twarz przed oczami, gdy wtem na głos prawie wybiegła mi na usta myśl,
+której na pozór w duszy mej nie było i nie wiem, zkąd się wzięła: _Das
+Laster ist doch schön..._
+
+
+
+
+W PEŁNEM SŁOŃCU.
+
+(SIELANKA).
+
+
+W pełnem słońcu.
+
+--Jakaś ty śliczna, jaka śliczna, śliczna--powtarzał prawie bezwiednie,
+wpatrzony w jej twarzyczkę zgrabną, w oczy żywe i radosne, w usta
+drobne, pulchne, jakby uśmiechów pełne i pieszczoty. Tyle razy spotykał
+ją tutaj i za każdym razem odnosił to wrażenie, że ona nie jest
+właściwie piękna, ani nawet może ładna, ale właśnie śliczna: tak jakoś
+dziwnie zestrojona z tą przyrodą, która ich otaczała, tak jasna, jak
+jasnem jest światło, i tak uśmiechnięta, jak uśmiecha się błękit, i tak
+nęcąca, jak nęci sina dal przezroczej przestrzeni, i tak nieprzeparcie
+pociągająca, jak ciągnie zieleń lasów i szmer strumieni. Chwilami
+wierzyć mu się nie chciało, że przyszła tu z domu, a nie wyrosła, jak
+kwiat, na polu.
+
+Objął ją wpół i szybkimi pocałunkami obsypywał jej oczy, skronie, włosy
+ciemnozłote, jedwabiste, miękkie. Głowę położyła mu na ramieniu,
+zmrużyła oczy, oparła się na nim cała, bezwładnie zdawała się roztapiać
+pod pieszczotą całunków i słońca. Dreszcz po niej przebiegł.
+
+--Dosyć, dosyć... chodźmy.
+
+Nie odrazu jej usłuchał. Oderwał się wreszcie.
+
+Wzięli się za ręce i, nie mówiąc do siebie nic, poszli.
+
+Szli miedzą.
+
+Złotozielony owies ścielił się im do stóp; chabry błękitne, białe
+rumianki, kąkole krwiste wychylały się ku nim. Nieopodal, na wzgórzu
+jasnoniebieski łan lnu kołysał się lekko, jakby rzucony na trawę szmat
+nieba i jeszcze drżący. A dalej znów lśniła w słońcu jasna zieleń
+dojrzewających zbóż, gdzieniegdzie prawie czarne wystrzelały z ziemi
+jodły wysmukłe; na krańcu, jak gęsty cień, ułożyły się góry. Lekka mgła
+srebrzysta wieszała się na skałach, a niżej w świetliste zasłony
+przystrajała ciemne plamy lasów, łagodziła ostrość załamów, a nie
+odbierała światła. Jasność ogromna, szczęśliwa, słoneczna unosiła się w
+błękitnem powietrzu, trącała rozłogi pól, i lasy i skały, i odbita
+wracała znów w przestrzeń, jaśniejsza.
+
+Była cisza. Wiatr zasnął i nie ocierał już z szumem skrzydeł swych o
+trawy. Kiście mietlicy nie uderzały o siebie, i nawet lekkie drżączki
+stały nieruchome. Tylko dwa białe motyle okręciły się kilka razy w
+gonitwie, lecz jakby zmęczone nagle i ciężkie spadły cicho na jeden
+kwiat chabrowy. Tylko z dali, z dali dobiegał szum potoku, radosny
+zgiełk fali, skaczącej po kamieniach, tak jednostajny, że niknął wnet
+dla ucha i zdawał się jednym z tonów wielkie; ciszy.
+
+Z kwiatów i ziół, z ziemi rozgrzanej i zbóż buchał odurzający miodowy
+zapach południa. Z najtajniejszych soków żywych upał wydobył wonie mocne
+i ciepłe. Pachniało życie w powietrzu... i chęć życia.
+
+Gdy szli tą miedzą, zdawało się im, że doprawdy tyle tylko jest świata,
+ile wzrok ogarnie, i tyle szczęścia, ile jest w tej chwili.
+
+Miedza się skończyła; wyszli na większą drożynkę wśród łąki. Zatrzymali
+się mimowolnie i spojrzeli na siebie. Rozmarzył ich żar. Opasał ją nagle
+rękami, przycisnął ku sobie i przytulił, jak dziecko. Czuł przy sobie
+jej postać wiotką i miękką; przez lekkie suknie przenikało doń zbliska
+ciepło jej ciała. Patrzyli na siebie jeszcze. Usta ich złączyły się w
+pocałunku długim, głębokim. Po chwili chciała usunąć odeń głowę. Nie
+mógł oderwać się od niej, upajał się jej tchnieniem.
+
+--Daj mi odetchnąć sobą, daj mi odetchnąć sobą... Pił oddech jej ust,
+jak woń kwiatu. Świat zakręcił mu się w oczach.
+
+Usiedli na trawie. Nie prowadzili nigdy ze sobą rozmów długich. Wśród
+tej przyrody, szczęśliwi jak ona, stawali się też, jak ona, cisi.
+Położył się na wznak, głowę na jej kolanach. Na tle jasnego błękitu
+widział nad sobą owal jej twarzy i złote płomyki jej włosów. Otulało ją
+powietrze błękitne, rozgrzane, przenizane nitkami światła i czyniło ją
+samą podobną do światła. Cisnęła się do niej zieleń murawy, wszystko się
+ku niej chyliło miłośnie.
+
+--Śliczna ty moja--szepnął.
+
+Uśmiech radości przeleciał po niej. Nakryła mu jednak usta dłonią. Od
+dotknięcia tej ręki gładkiej a drżącej, jak schwytany ptak, przebudziły
+mu się w krwi ogniki. Spojrzał na nią. Rumieniec ją oblał. Odwróciła od
+niego oczy, czuła na sobie jednak wzrok gorący, nieruchomy, chciwy.
+
+--Nie patrz na mnie, nie patrz...
+
+Uniósł się na rękach i schował głowę na jej piersiach; w skroniach i
+czole czuł dreszcz i ciepło.
+
+Ujęła mu głowę w ręce, odsunęła od siebie nieco i patrząc prosząco, a
+zalotnie w oczy, powiedziała pieszczotliwie:
+
+--Kochany mój, nie... nie, drogi.
+
+I pocałowała go w usta.
+
+Wstał na chwilę, wyprostował się, usiadł obok niej.
+
+--Chodźże bliżej.
+
+Przybliżył się. Podjęła kapelusz pilśniowy, który był rzucił na ziemię,
+zgniotła go, położyła sobie pod głowę, wyciągnęła się na wznak.
+
+--Lubię patrzeć w niebo.
+
+Mimowoli pobiegł oczami za jek wzrokiem.
+
+Błękit był bezchmurny, jasny i bardzo głęboki. Wzrok, wpadłszy tam, wnet
+uczuwał znużenie, jakgdyby jasność ta była dlań zbyt lekka i subtelna.
+Zaraz też nadbiegała siatka drżąca, czarna, i rozpościerała się po
+niebie, jakby na ratunek oczom. Lub też głębia nieba zdawała się
+skrysztalać, twardnieć i odrzucała od siebie wzrok ku ziemi, nie
+pozwalając mu wybiedz tam, w przestrzenie. Ale już po chwili złudzenia
+lazurowy kamień nieba rzedniał, kryształ stawał się znów podobny do pary
+bardzo lekkiej i tak zupełnie przeźroczystej, że przez nią silny wzrok
+starał się dostrzedz... nieskończoności.
+
+Położył się przy niej bez ruchu; do uszu z gęstwy traw dochodził czasem
+tylko trzask świerszcza lub szelest mrówek, ciągnących do gniazda
+ciężary.
+
+Nieruchomość skuła mu mięśnie i uśpiła na jawie krew; odbierała mu życie
+własne, i zespalała natomiast z życiem ziemi. Kilka mgnień zdawało mu
+się, że nie potrafi już sobą ruszyć--ale w dreszczach ciała czuł za to
+pęd ziemi, rwącej w przestworach. Zapomniał, że nie jest sam i milcząc,
+pogrążał się w rozkosz unicestwienia.
+
+Na powiekach uczuł nagle jej palce. Zasłoniła mu oczy ręką.
+
+--Co widzisz teraz?--zapytała go z uśmiechem w głosie.
+
+--Krew twoją.
+
+--Bardzo czerwona?
+
+--O nie, różowa ledwo, jak...--Urwał.
+
+--Jak... no... powiedz.
+
+--Jak u ryb.--Uśmiechnął się.
+
+Odwrócili się nagle ku sobie, nie wstając z ziemi. Na wpół rozplotły się
+jej włosy i na czarną pilśń, na której opartą miała głowę, ściekały, jak
+strumień złota pociemniałego w ogniu. Od przypływu krwi rozpaliły się
+jej na licach rumieńce i usta pokraśniały żywiej. Czuł jak z pod rzęsów
+długich padało nań spojrzenie rozmiłowane, pieszczotliwe.
+
+Leżąc przysunęła się ku niemu trochę, i z groźnym niby wyrzutem w oczach
+szepnęła: Ty, ty...
+
+Zaczął całować jej usta, rozchylone w tym uśmiechu; zarzuciła mu ręce na
+szyję, tuląc ku sobie.
+
+................................
+
+Z łąki spędziło ich słońce. Zatoczywszy kawał kręgu, stanęło wprost nad
+nimi, oblało ich żarem, świeciło w oczy.
+
+--Trzeba iść.
+
+--Ale dokąd?--Zamyślili się oboje.
+
+--Chyba ku potokowi: Tam cień jest napewne.
+
+Zgodziła się odrazu.
+
+Trudno im było wstać; osłabił ich upał. Podnieśli się jednak i poszli.
+Wzgórze niewysokie, lasem świerkowym porosłe, wznosiło się przed nimi
+tak blisko, że wierzchołkami swych drzew sięgało połowy nieba prawie. Ku
+stronie gór pochylało się zwolna na równinę: urywał się las i ciągnęły
+zagony zielonych i złotych zbóż. Małe, do gniazd podobne, chaty,
+rozrzucone tu i owdzie, czerniały na skrajach lasu.
+
+Pod wzgórzem strumień szumiał. Ścieżynka polna gubiła się wnet wśród
+gęstwy krzaków, którymi porastał brzeg parowu. Weszli w wilgotny cień i
+krętą drożyną schodzić poczęli w dół. Minęli mały lasek osiny i zbiegli
+już prawie pędem na polankę, nad brzeg potoku. W zamkniętej kotlinie aż
+huczało od kłótni fal.
+
+Przeciwległa ściana wzgórza wyrastała teraz tuż przed nimi, prostopadle.
+Nie widać już było ani pól na stokach dalekich, ani chat, tylko świerków
+zieleń, jakby zwieszoną z nieba zasłonę ciężką. Błękit zdawał się
+ciemniejszym i bliższym, jakby na szczytach drzew tych się rozpostarł.
+Był cień, i tylko gdzieniegdzie przekradał się promień słoneczny,
+zaigrał na liściach, plamą jasną zadrżał na trawach, lub przejrzał się
+w pianach i snopem iskier strzeliwszy, zagasnął z sykiem na dnie wód.
+
+Strumień z za zakrętu wybiegał wartko, i w płytkiem łożysku rwąc
+osrebrzył się cały pianą. Po warstwach łupku, równych jak schody,
+staczały się fale, jak kaskada srebra płynnego. A dale; rozszerzało się
+nagle koryto i woda natrafiwszy na miękki grunt i piasek, wyżłobiła
+sobie jamę głęboką. Zwalniał się tu pęd fali, a grzbiet jej nabierał
+barwy i błysku szmaragdów. I raz jeszcze trąciwszy o rozrzucone głazy,
+rozpryskały się szmaragdy, i fale tak jak wbiegły srebrne, srebrne
+przepadały z oczu.
+
+Zacisznie tu było i samotnie. Świat, który zginął dla oczu, wysuwał się
+też mimowoli i z pamięci. Oboje odczuli odrazu tę wielką radość, że
+zagubili się w gąszczu takim, gdzie nikt ich nie odnajdzie, że przepadli
+dla wszystkich i wszystkiego, prócz dla siebie. Dopiero tu naprawdę
+poczuli się razem, sobie blizcy.
+
+W parowie, mimo cienia, upalnie było, nie upałem suchym, płomiennym, jak
+na łące, ale wilgotnym, ciężkim żarem dusznym.
+
+Zbliżyli się do brzegu i po kamieniach zaczęli przechodzić przez
+potok--ale przejść nie mogli, gdyż droga przez głazy utworzona, urywała
+się w połowie, zostawiając jako ostatni kres skalistą wśród fal wysepkę.
+Na omszonym wilgotnym głazie, po którym jeszcze niedawno fala się
+ślizgała, siedli, trzymając się w pół i cisnąc ku sobie, gdyż zewsząd
+potok rwący im groził. Mniemane niebezpieczeństwo, które zewsząd niby
+ich otaczało w potoku pół łokcia głębokim, czarowało ją i zachwycało.
+
+--Jak tu dobrze, jak pięknie--najdroższy.
+
+--Ubóstwiam ciebie.
+
+Ale zgiełk monotonny jakąś zadumę smętną w niej rozkołysał, gdyż
+umilkła, zamyśliła się i pochyliła główkę, patrząc na piany, tańczące po
+fali. Na miękką linię jej ramion i szyję odsłoniętą upadł, wymknąwszy
+się z liści, blask słoneczny, pełen zielonawych refleksów i śniadą nieco
+jej płeć rozświecił tysiącem iskierek złotych. Przez migotanie tych
+błysków złotawych, jasnoróżowa przelśniewała krew ciepła. Patrzył z
+zachwytem na te plamy słoneczne, drżące barwami ognia i krwi. Ale ona
+zamyśliwszy się nie czuła wzroku, który z uwielbieniem po niej
+przebiegał. I nie odwróciła oczu. Więc przyklęknąwszy jak mógł, pochylił
+się, aby zajrzeć jej w twarz i spytał:
+
+--Co tobie?
+
+--Smutno mi, smutno.
+
+--Czemu, jedyna?
+
+--Czemu? Tak wszystko płynie, przechodzi, ucieka... Już sierpień...
+
+Łza zakręciła się w jej głosie; schwyciła go za szyję i zaczęła całować
+po ustach, po czole, po oczach--bez pamięci. Przebiegł oboje dreszcz
+chłodny, jesienny, trwożny.
+
+Nagle zabrzmiał gdzieś w górze odgłos dzwonków miedzianych--powracały
+stada.
+
+Oderwała się od niego, wybuchła śmiechem i zanurzywszy dłoń w wodzie,
+prysnęła mu na twarz. Wyrwali się tęsknocie.
+
+Schwycił jej dłoń, z której ociekały krople, niby rozsypane klejnoty, i
+całować ją począł i pić tę wilgoć, przesyconą rozkoszą jej ciała.
+
+--Puść mnie, puść mnie.
+
+Zerwała się i podniosła, ale pantofelek luźno zapięty przechylił się i o
+wilgotny mech poślizgnął. Byłaby osunęła się w wodę, lecz zdążył ująć ją
+wpół i podtrzymywać.
+
+--Jakiś ty silny.
+
+Chciał okazać swą siłę i zatrzymać w swym uścisku, lecz wysunęła mu się
+z rąk.
+
+--Drogi, muszę już iść, muszę wrócić koniecznie. Dzwoniły stada--już
+szósta. Spostrzegą, żem wyszła.
+
+Skoczyła na następny kamień, i znów na kamień--wreszcie wybiegła na
+brzeg.
+
+--Kochany, drogi, do jutra.
+
+Pomknęła przez gąszcz zieloną; mignęła raz i drugi jasnoróżowa jej
+suknia.
+
+Ledwie zdążył rzucić w ślad za nią:
+
+--Do jutra.
+
+
+
+
+PIERWSZY WIERSZ.
+
+
+Pierwszy wiersz.
+
+Kiedy po zerwaniu z Maryą minęła pierwsza, nieutulona, nieokiełzana,
+prawie głośna rozpacz, Jan Karski jeszcze więcej odsunął się od ludzi--i
+wtedy zaczął tęsknić. W oczach pobladły mu wszystkie barwy i w szarą
+mgłę smutku, jednostajną i miękką owinęły się dlań wszystkie kształty.
+Wielkie ukojenie ztąd czerpał, bo ból jego stracił wtedy tę okrutną
+jasność, która przedtem mieszała mu zmysły. Pożądanie zasnęło w nim
+jakby na śmierć zmęczone, i gorzki żal zawodu uciszał się zwolna,
+roztapiając się w senną tęsknotę, w wielki, odczuwany wszędzie brak.
+Nieraz w ciszy samotnych wieczorów z długiego udręczenia rozdartej
+miłości zostawało mu tylko to poczucie braku, świadomość mętna, że
+czegoś niema, czegoś, co może życiem jest, marzeniem, szczęściem, snem,
+lub może.. jej postacią. Wtedy wszystko, co posiąść można wydawało mu
+się tak lichem i śmiechu wartem, że drwić mu się chciało z całego życia
+swego, z zabiegów różnych, nadziei i dążeń. Nawet te zbiory wierszy
+dźwięcznych, pieszczonych, w które wkładał cały swój kunszt wytworny i
+subtelny, cały talent i miłość poety, tylko pogardliwą litość w nim
+budziły. W tych dniach ponurych, beznadziejnych i nic już nie pragnących
+było mu gorzką radością, gdy mógł w tęsknocie swojej zatopić się tak
+niepodzielnie, że nie rozniecały się w nim nawet wyobraźnia i zdolność
+poety, ta chęć twórcza, by o łzach swych mówić tak, jak nikt inny.
+Rozmiłowywał się w unicestwieniu swojem, w ubóstwie ducha, skazanego na
+jedno wrażenie, w tej dobrowolnej ofierze, którą bez przerwy składał dla
+niej. Wdzięczność wielka i uwielbienie, które mimo przekleństw rozłąki
+przepełniały mu serce, szukały sobie wyrazu w tem całopaleniu własnem, w
+samobójstwie, którego jedyną trucizną był żal.
+
+Odtąd samotność stała się jedyną towarzyszką długich godzin, które
+spędzał błądząc po mieście bez celu, obojętny wszystkiemu, z
+uśmiechniętą twarzą. Gwar życia, łoskot kół, szum tłumów, obijał się o
+jego uszy i rodził w nim tylko--chwilami--wielkie zdziwienie. Im więcej
+obcym wydawał mu się zgiełk i to życie, tym lepiej czuł, że bliższą mu
+jest i żywszą--przeszłość. Niekiedy przesiadywał też do późnej nocy na
+werandach kawiarń i znajomi rozmawiali z nim wtedy wesoło o wypadkach
+dni ostatnich, nie wiedząc nawet, że człowiekowi temu życie ich jest
+niczem. Dopiero gdy ich żegnał w najciekawszym nieraz zwrocie rozmowy,
+niejeden uczuł, że nie wiążą ich już nawet słowa.
+
+Najchętniej jednak Karski krył się w ciszę kościelną, w pół jasny brzask
+pod sklepionymi łukami chłodnych, pustych świątyń. Siadał wtedy w ławce
+i zasłuchiwał się w niezmierny spokój, niezmącony nawet szeptem
+modlitwy; wzrok jego rozpraszał się na złotych aniołach ołtarzów, na
+szafirowych smugach, rozwieszonych w powietrzu, na liniach wysmukłych,
+lecących gdzieś ku górze, jakby w przepaście nieba. Jakaś głąb wielka i
+jasna opływała mu wtedy duszę, i wyrwawszy ją prawie z zawiasów
+cielesnych, niosła na przestwory dalekie, gdzie zostawał już całkiem sam
+z tą jedną myślą swoją. I wtedy przeczucie tej wieczności, w którą nie
+wierzył, lecz której nie zaprzeczał nigdy, ogarniało go--na
+chwilę--lękiem tęsknoty zaziemskiej, samotności bezgranicznej. Więc z
+zamyśleń takich dusza jego przebudzała się nietylko już tęskna, lecz i
+trwożna, i z trwogi prawie o łaskę wołająca. Pod groźbą tego strachu,
+jak w dziecku, rodziła się w nim pierwotna chęć, aby upaść na kolana i
+szlochać i błagać Boga, żeby go tą wiecznością nie karał, lub ją
+błagać, aby go na wieczność te nie odbiegała.
+
+A gdy na ulicy potem blask słońca przywracał mu trzeźwą równowagę myśli,
+z widzeń zaśmiertnych zostawała mu złowroga radość, że tęsknota
+przerwała już tamy, któremi rozum graniczy z obłędem.
+
+Ze wszystkich kościołów miasta najwięcej upodobał sobie ogromny na rynku
+kościół gotycki.
+
+Potężna wyobraźnia mistrza rzuciła tam na mury splątane pasma jaskrawych
+barw; na purpurowych płomieniach kolumn oparła błękitne gwiaździste
+sklepienie, za czarnym krzyżem z kroplami krwi rozpostarła wśród zieleni
+chóry aniołów. Przepych barw potrącał w jego duszy tajemnicze struny,
+ubierał w blaski każde ogniwo jego wspomnień i jej blednące widmo czynił
+nietylko nad inne kochanem, lecz i nad inne pięknem. Wielka ekstaza
+owładała tu nim często i słowa gorące, pełne czci nieskończonej, dławiły
+go wtedy w gardle--ze łzami żalu marnego, że żywej tych słów nie
+powiedział. Szczypta zdrowego sądu, która za hulacynacyami jego się
+wlokła, bryzgała mu tym żalem w twarz, jak zniewagą, jak winą hańbiącą,
+i w uczuciu rodzącej się skruchy wzmagała w nim jeszcze bolesną chęć,
+aby przykuć się na zawsze do tej tęsknoty. W takich chwilach mógł
+godziny całe trawić w tym kościele, ciężko oparty o poręcz ławki, z
+oczami nawpół przymkniętemi, niebaczny już nawet na kaskady świateł,
+które słońce kolumnom rzucało na czoła. Usta jego były wtedy ciche i do
+westchnień nawet już niezdolne, lecz z dna jego istoty wyrywało się z
+uporem szaleństwa jedno imię, jedno błaganie. W chwilach ocknienia czuł
+wtedy w piersiach taki gniotący ból, jakgdyby gardło był zerwał na krzyk
+i wołanie. Nie wychodził nieraz z kościoła, dopóki zachrystyan nie
+trącił go w ramię, przypominając, że zamykać musi. Spostrzegał dopiero,
+że zeszły mu w myślach godziny dnia, i zimny zmierzch otoczył już
+pobladłe nawy. Uciekał wtedy czemprędzej z tych ołowianych sklepień,
+martwych nagłe i ciszą przerażających. Lecz nazajutrz znów jedyną jego
+chęcią było wrócić do tego kościoła, do tych barw i do tych myśli.
+
+W godzinach południa, gdy gwar pobożnych i odgłosy ich kroków wyrywały
+go z cichego upojenia, przechadzał się bezmyślnie z nawy do nawy i
+niedbałym wzrokiem przerzucał po raz tysiączny skarby katedry. Wychudłe
+ascetyczne twarze drewnianych świętych w gotyckich niszach nad stallami,
+duże czarne krucyfiksy z krwawiącą raną w boku Zbawiciela, tłuste
+anioły, uśmiechnięte nad cudacznymi gzemsami późniejszych ołtarzów,
+obrazy wyblakłe, szare od kurzu i starości wpadały mu w oczy, nie
+budząc żadnych wrażeń, i na chwilę nawet przykuć nie mogły jego uwagi.
+
+A jednak wśród takiej wędrówki stanął kiedyś natychmiast, jakby w ziemię
+wrósł, gdy wzrok jego po raz pierwszy przesunął się przelotnie po
+»Zwiastowaniu«, które zapomniane wisiało w ukryciu wśród tablic
+nadgrobnych. Na małem spękanem płótnie nieznanego włoskiego mistrza była
+sama tylko twarz Madonny, promienna i słodka. Zdawało mu się przecież--i
+nie było to złudzenie, bo im lepiej się wpatrywał, tym więcej ufać
+musiał swoim oczom--że przez te rysy błogosławione i natchnione dojrzał
+twarz inną, więcej mu blizką i więcej kochaną.
+
+Więc patrzeć zaczął... Tak spragnionym był jej widoku, tak często w
+bezsenności nocnej wyczekiwał w naprężeniu wszystkich zmysłów snu
+dobrego, który mógł mu jej postać przywieść przed oczy i rzucić w
+objęcia, że teraz, kiedy ją ujrzał tak blizką, tak świętą i tak
+uśmiechnioną, jakaś rzewność miękka, jakaś tkliwość rozbudzonych
+wspomnień oblała mu serce, i wargi mimowoli się rozchyliły i na usta
+wybiegał już okrzyk ten, którymby ją powitał obecną. I skoro opanował
+pierwsze wzruszenie, z tego chwilowego omdlenia przyniósł ze sobą jedno
+szczęście wielkie, na całe życie łaskę jedną. Bo oto ona została z nim
+i będzie mógł tak jak dawniej klęczeć przed nią i mówić jej na głos
+zaklęcia, prośby pełne i poddania, i będzie mógł, tak jak dawniej,
+złożyć usta na jej ciepłych, gładkich dłoniach... W kącikach oczu
+zakręciły mu się drobne łzy lśniące i radość dziwna, nieoczekiwana
+ścisnęła mu krtań, jakgdyby oto miał wybuchnąć szlochaniem. Odstąpił
+krok jeden od obrazu, i oparłszy się o mur, patrzył, patrzył jeszcze.
+Zapomniane wrażenia dzieciństwa ocknęły się nagle w tym człowieku bez
+wiary, wróciła mu nagle pamięć godzin modlitwy i długich tych chwil,
+kiedy dzieckiem jeszcze klękał i zwierzał się Bogu z pragnień swych i
+żalów. Wspomnienia te jasne i czyste, jak lilje, plątały się bezładnie z
+innemi świeższemi stokroć, gdy w niej jednej znajdował spokój swój i
+szczęście. Powoli zacierały mu się jak we mgle, granice istot i czasów;
+w oczach przyćmionych łzami postać Madonny olbrzymiała, coraz
+podobniejszą się stając do straconej, obcej i dalekiej. I zarazem
+odrywała się myśl jego zupełnie od wszystkiego, co go tu na dole
+otaczało. Wpatrzony w ubóstwione rysy nie spostrzegał, że kościół
+napełniał się ludźmi, że księża w ornatach wychodzili z zakrystyi...
+
+Odezwały się organy. Jakby z oddala, z głębokiej otchłani polał się
+potężny hymn żalu; pieśń rozpaczy i skruchy, zmiłowania i łaski
+prosząca, wybuchnęła głośnymi akordami i biegła roztrącić się i
+rozsypać w jęki o gwiaździsty, nieruchomy strop. Jęk za jękiem uderzał o
+kamianne sklepienia, które zdawały się wtórować im i dźwięczeć. I wtedy
+jakieś czarodziejstwo naszło na Karskiego; zmąciło mu się wszystko w
+oczach i w myśli; kolumny kościelne zapaliły się jak pochodnie od
+płomieni, które je obejmowały, sklepienie się rozwarło, dając jasnym
+błękitom dostęp, i ona, kochana, święta zdawała się zrywać z tego
+płótna, schodzić ku ziemi i wyciągnąwszy ku niemu ręce mówić to jedno
+tylko: Oto jestem. Wtedy radość przesilna złamała go i rzuciła na
+kolana; gwałtowne łkanie rozdarło mu pierś, a zaciśnięte usta powtarzać
+zaczęły bezwiednym, bardzo cichym szeptem: Droga, droga, droga...
+
+................................
+................................
+
+Kiedy Karski znalazł się potem na ulicy, czuł w sobie wielkie zmęczenie
+ciała, ale w myślach miał teraz spokojność łagodną i cichą, jakgdyby
+odblask tej wielkiej radości, którąby odzyskanie jej mu dało. Rozumiał
+dokładnie, że to było chwilowe oczarowanie, które prysnęło jak tęcza, że
+miał widzenie bardzo niejasne i nie wiedział właściwie, przed kim czy
+przed czem modlił się i klęczał. Rozumiał też, że ten zachwyt nie
+powtórzy się więcej, że nie uda mu się zapomnieć życia tak doszczętnie i
+doczekać po raz drugi jej zwiastowania. Lecz po tem spazmatycznem prawie
+wrażeniu ukojenie słodkie otuliło jego myśli, jakgdyby na skronie spadła
+mu jeszcze jedna jej pieszczota długa, na życie całe zostająca. Chwilami
+zdawało mu się bardzo wyraźnie, że jakaś drobna cząstka jej, jakiś cień
+jej drżący jest tuż za nim obecny po to, aby nie opuścić go więcej i nie
+rozstać się z nim nigdy. W ekstatycznem podnieceniu wyobraźni tęsknota
+jego zbladła i odstępowała go zwolna; i ten ciężki przygnębiający
+smutek, gdy czuł tylko to, że jej nie ma, osuwał mu się z piersi.
+
+Dnia tego błądził długo po mieście, z ulicy na ulicę, niezmęczony, jakby
+ciekawy każdego zakątka. Powietrze, już blizkością wiosny wonne,
+swobodniej przenikało mu do piersi: po raz pierwszy od dni tylu zmysłowa
+rozkosz życia, rozkosz wiatru i światła budziła się w nim z uśpienia.
+Widoki, wpadające mu w oczy, chwytał skwapliwie i czuł nieraz, że myśl
+jego, dotąd beznadziejnie zapatrzona w jedno wspomnienie, drgnęła raz i
+drugi, i uniosła się nieco, i spostrzegła skrawek błękitu nad domami i
+piosnkę usłyszała, którą nucił ktoś wysoko na poddaszu. Uczuwał w sobie,
+jakby nowy przypływ i pełnię sił, chęci przebłyskujące i jeszcze ukryte,
+pożądania nowe i możność nowych radości. Mimowoli dzwoniły mu oderwane
+nuty melodyj, śpiewanych gdzieś dawno, i niespodziewanie stanęła mu
+nawet w pamięci strofa ostatnia ostatniego wiersza, który pisał przy
+niej.
+
+ .....I duch mój wziąwszy skrzydła purpurowe
+ Już się do lotu zrywa, tam gdzie nowe
+ Światło.....
+
+I nagle podrażniony w nieświadomej jakiejś próżności, nie zastanawiając
+się, co czyni, w myślach dobierać zaczął po cichu innych słów,
+dźwięczniejszych, głębszych, żywszych, któremi powiedzieć by można
+wszystko, co się w duszy dzieje... W miarę jak te słowa bezgłośne
+układały się w rytmy i jednoczyły w obrazy, rosła w nim chęć, aby je
+wymówić i obrazy te zatrzymać. O niej przecież mówić miał i o tem co
+przeżyli razem; zadowolenie artysty łączyło się zdradziecko z rozkoszą
+głośnego wyznania... Zasłuchany teraz w muzykę własnych myśli, które
+brzmiały mu jeszcze echem niezapomnianej kościelnej melodyi, Karski
+zdążał ku odludnym stronom miasta, gdzie gwar nie przeszkadzał jego
+twórczej pracy. Wydostał się na daleką, zrzadka zabudowaną aleję i tam
+na pierwszej napotkanej ławce siadł...
+
+Zmierzch zapadał i w suchem powietrzu zachód płonął jeszcze ognistą
+czerwienią; lecz ku zenitom nieba nad głowami czerwień jaśniała, żółkła
+aż nieuchwytnym szeregiem odcieni rozpływała się w głębokiem
+zielono-błękitnem sklepieniu, gdzie kilka gwiazd lśniło, jakby srebrne
+szpilki. Karski parę chwil przyglądał się blaskom gasnącym na zachodzie:
+majestatyczny widok światła i barw rozbudził w nim znów żywiej wrażenia,
+które rankiem po nim przebiegły. I wtedy na starym świstku gazety
+ołówkiem zaczął pisać wiersze niedbałe, jakby spowiedź rzuconą w świat,
+niewiadomo przed kim i dla kogo.
+
+ Kiedyś przybiegła ty do mnie i białą
+ Dłoń mi na usta położyła drżące
+ I pokraśniała milcząc, mnie się zdało,
+ Że nagle kwiatów zakwitło tysiące,
+ Że ciebie nagle otoczyły całą
+ Mgły przeźroczyste i złotem świecące,
+ I w złotych blaskach tak byłaś mi piękną,
+ Że czułem, jak mi słowa w ustach miękną,
+ I że się oto modlić będę... tobie.
+ I jużem ukląkł...
+
+Karski wstrzymał się na chwilę i w zmroku pospiesznie przeczytał to, co
+był napisał. Nagle zdało mu się, że ciemny pąsowy rumieniec wystąpił mu
+na twarz. Więc doprawdy stała mu się już tak obojętną i obcą, że wiersze
+teraz o niej pisać mógł spokojnie, gdy przedtem każde jej wspomnienie
+wstrząsało go do głębi? Więc ze śmiesznym pośpiechem poety korzystać
+chciał z okazyi, aby w szeregu pustych, bezsilnych słów roztopić pamięć
+tej chwili jedynej nadziemskiego widzenia i radości? Więc spieszył się
+przystroić ją w fałszywe blaski fantazyi i uczynić przedmiotem swoim i
+natchnieniem, aby tem łatwiej wydrzeć ją ze swego życia, i o żywej i
+kochanej zapomnieć?... Ogarnęło go gorzkie uczucie pogardy dla tej
+małoduszności poety, który skarżyć się chce z gadatliwością dziecka i
+jak dziecko pociesza się swym płaczem. Zdjął go żal wielki za tą szczerą
+i potężną miłością, którą połamać miał na drzazgi i w pieśniach
+rozproszyć, i żal jeszcze większy za tą tęsknotą, że przestała go dławić
+tak, jak dawniej. Jakby przytłoczony świadomością winy, pochylił się w
+ławce i bezwładnie ręce opuścił; ołówek wysunął mu się z palców i upadł
+na ziemię.
+
+Z mrokiem nocy, co od krańca w kraniec nad miastem się roztoczyła i
+błysnęła tysiącem gwiazd zimnych, spadał mu na duszę smutek coraz
+cięższy, jakgdyby po raz drugi ją stracił gorzej jeszcze i
+nieodwołalniej...
+
+
+
+
+TRZY DUSZE
+
+dramat w jednym akcie.
+
+
+
+
+OSOBY:
+
+
+ ANDRZEJ TUROWICZ lat 34.
+ ZOFIA, jego żona lat 25.
+ JAN KARSKI lat 28.
+
+
+
+Ubogie mieszkanie studenckie w Paryżu; drzwi w głębi; z prawej strony
+dwa łóżka ustawione jedno za drugiem. Szafa, ubrania męskie i kobiece
+zasłonięte płótnem. Na lewo na przedzie stół, dwa krzesła i kanapka. W
+tylnej części ściany mała kuchenka. Ciepły letni zmierzch, pełen
+różowych odblasków zachodu zapada zwolna.
+
+Przy stole na kanapce siedzi Zofia, zamyślona lecz pogodna, zajęta
+szyciem, które pozornie pochłania jej uwagę.
+
+Drzwi w głębi otwierają się: wchodzi Karski--z wyrazem znużenia i
+zdenerwowania na twarzy.
+
+ZOFIA [obracając się ku wchodzącemu, z uśmiechem]. Tak późno wracasz,
+jedyny?
+
+KARSKI [wita się z nią pobieżnie i siada przy niej na kanapie]. Miałem
+dużo roboty i niesporo mi idzie. Ciężko mi jeszcze pisać po francusku.
+
+ZOFIA [troskliwie]. Zmęczony jesteś? Jak ty źle wyglądasz?
+
+KARSKI [znużonym głosem]. Tak. Zmęczyłem się trochę, bom szedł najpierw
+odwiedzić Henryka--wiesz Rzeckiego, ale później rozmyśliłem się i znów
+odłożyłem na później. Czas jeszcze. Przysporzyło mi to jednak drogi.
+
+ZOFIA. Nie ciekaw jesteś go widzieć? tylekroć mówiłeś mi o nim jeszcze w
+Warszawie. Tyle lat nie widzieliście się...
+
+KARSKI. I możemy się nie zobaczyć. Wszystko jedno! Mój Boże, cóż nas
+dziś łączy? Od tych lat, kiedyśmy się znali, kilku ludzi przesunęło się
+przezemnie, a ja sam nawet nie wiem, jak się zwali i dokąd poszli.
+Mniejsza o nich zresztą. [weselszym tonem]. Coś tak posmutniała,
+Zosieńko moja? czemu? No, spójrz na mnie.
+
+ZOFIA [smutnie]. Jakiś ty dziwny; mówisz czasem tak smutnie, tak
+beznadziejnie i gniewasz się, że mi nie do śmiechu. Niedobry jesteś,
+nie, nie.
+
+KARSKI [wesoło, pół żartem, pół seryo]. Uspokój-że się, dziecko.
+Najpierw nie powiedziałem nic smutnego. Bo czyż jestem dziś taki, jak
+byłem dawniej, nimem ciebie poznał? I ty, ty sama nie odmieniłaś się nic
+a nic? Jest pani zawsze tą samą wesołą a tęskną trzpiotką, z którą przed
+rokiem tańczyłem kadryla u Łempickich?
+
+ZOFIA. O nie, nie.
+
+KARSKI [już z pewnem zamyśleniem, jakby ulegając nadchodzącym
+wspomnieniom]. Pamiętasz ten wieczór? W jakiej byłaś sukni?
+
+ZOFIA [nieco zdziwiona]. Jaki wieczór, kochanie?
+
+KARSKI [ciszej]. Ach, ten pierwszy.--Ty nic nie pamiętasz... Nie znałem
+cię jeszcze wtedy. Przyszłaś sama z jakąś ciotką, jakgdybyś panną była.
+Miałaś na sobie taką bladą, bladoróżową suknię jak najranniejszy świt i
+fiołki we włosach. I tyle woni fiołków w koło ciebie. Ach, ty kwiecie!
+[obejmuje ją wpół i przytula do siebie].
+
+ZOFIA [bezdźwięcznie]. To było tak dawno, tak dawno.
+
+KARSKI [odsuwa ją od siebie, porywczo]. Żal ci tego?
+
+ZOFIA [pieszczotliwie]. Mnie żal, mnie? Czem ja byłam? Ot dzieckiem,
+które chodziło z balu na bal, śmiało się, tańcowało, i prawie nie
+wiedziało, że jest nikomu niepotrzebne, że nic nie kocha. Wiesz ja
+dawniej naprawdę myślałam, że ja jego... Dopieroś ty przyszedł. Jakiś ty
+był smutny; ciebie jednego mi tak żal było. [chwyta go za rękę].
+
+KARSKI [jakgdyby nie do Zofii mówiąc]. Byłem smutny? Nie, to nie jest
+smutek, co się w duszach naszych lęgnie. To coś gorszego, coś
+czarniejszego. Takie znużenie straszne, które wygryza wreszcie i ból, i
+tęsknotę i pożądanie, i nie pozostawia nic, na czem oprzeć by się można.
+I ta pogarda, ta żrąca, uśmiechnięta pogarda dla ludzi, dla siebie, dla
+każdej myśli mojej, dla każdego tchnienia mego. Takie obrzydzenie do
+siebie, do ciała i duszy, że błogosławiłbym stopę, któraby mię
+rozdeptać chciała... I te nagłe martwe cisze, gdzie wszystko zapada,
+gubi się, ginie, jakgdyby fale śmierci zalały nas powyżej głowy. [pod
+koniec mowa staje się coraz prędszą]. Nie wiem co czuję, każda myśl
+moja, każde drgnienie jakimś wiatrem zagnane przychodzi, ucieka jedno za
+drugiem w pędzie, splątane jak dym. I znów pustka, pogodna bezsłoneczna
+pustka, która milczeniem swojem zdaje się pytać: po co, po co żyjesz? Po
+co żyjesz?
+
+ZOFIA [przysuwa się ku niemu sama, tkliwie]. Jakie to straszne! Ale to
+było dawniej, dawniej, prawda, dawniej? Ty tego nie czujesz teraz,
+nigdy? nigdy?
+
+KARSKI [po chwili ciszy]. Nigdy.
+
+ZOFIA [coraz tkliwiej]. Prawda? ty żyjesz dla mnie, dla swojej Zosi,
+musisz żyć dla mnie. Twoja Zosia jest sierota, samiuteńka jedna, nikogo
+nie ma na świecie, umarłaby z głodu bez ciebie.
+
+KARSKI [ironicznie, zrywa się z kanapy i zaczyna chodzić po pokoju] I ze
+mną ci niewiele do tego brakuje. Żyję dla ciebie, a ty w takiej nędzy.
+
+ZOFIA. A wiesz co, że ty śmieszny jesteś. No i czego mi potrzeba. Gdybym
+nie wiem wiele miała pieniędzy, nie wiedziałabym, co z niemi tu począć.
+W Warszawie co innego, ale tu... A zresztą to zabawne tak liczyć te
+susy. Nigdy nie umiałam tego dawniej, a już się wyuczyłam. Widzisz, jaka
+Zońka twoja pojętna. I jeszcze bym ci coś powiedziała, ale ty się
+będziesz śmiał ze mnie.
+
+KARSKI [stając przed nią, miękkim, kochającym głosem]. Z ciebie, duszo
+moja, z ciebie?
+
+ZOFIA [nieśmiało]. Widzisz--mnie się czasem zdaje, że to dobrze, że my
+jesteśmy w biedzie. Już za nic bym nie chciała, abyś ty był bogatszy od
+Andrzeja. Nie, nie. Ja mogę być wesoła, lekkomyślna i bardzo niemoralna,
+ale ja wiem, wiem bardzo dobrze, że to jest źle, źle to wszystko, co ja
+z tobą zrobiłam. Nie śmiej się z tego, bo to jest wielki grzech. Mówił
+mi to jeszcze ksiądz na spowiedzi, nimem ciebie znała. Może ta bieda
+nasza będzie mi za pokutę policzona. [Z pewnym przymusem]. No, nie śmiej
+się.
+
+KARSKI [chodząc po pokoju]. Jaki ja jestem podły, podły! Ja wiem, tyś
+wszystko poświęciła dla mnie: religię twoją, opinię, przyszłość,
+bogactwa; narażasz się na zniewagi, na głód--dla mnie, wszystko dla
+mnie; a ja co, co ja ci dałem? [szyderczo] Ja mam przygodę miłosną. Nic
+dla ciebie zrobić nie mogę, nawet zapracować nie mogę tyle, żebyś ty
+biedy nie cierpiała, [jakgdyby z trudem mówiąc]. Wiesz, obcięli mi
+połowę godzin w redakcyi. Ośmdziesiąt franków na nas oboje! A przyjąłem
+to zupełnie spokojnie, apatycznie, tak, jak gdybym ciebie nie znał, jak
+gdybyś nie ty na tem cierpiała. Czyż ja ciebie nie kocham?
+
+ZOFIA [powtarza bezdźwięcznie]. Ośmdziesiąt franków. Połowa tego, cośmy
+dotąd mieli...
+
+KARSKI [staje znów, mówi namiętnie]. Słuchaj! Uczucie moje dla ciebie to
+ostatnia moja świętość: gardziłem wszystkiem, oplułem w sobie wszystko,
+prócz tej jednej, jedynej miłości. Ty musisz być dla mnie wszystkiem, ty
+jesteś moją wiarą, siłą, moją duszą. Jeśli mi się jednę chwilę zdaje, że
+ja ciebie nie kocham--tak jak tam w redakcyi--zdaje mi się, że oszaleję.
+Nie, nie oszaleję. [z rozpaczą]. Ale jeśli ja ciebie nawet nie kocham,
+to chyba już dziś jestem trupem.
+
+ZOFIA [wstaje i bierze jego głowę w ręce i przytula do siebie; łagodnym,
+kojącym głosem]. Ty moje szalone, biedne dziecko! Ty mnie nie kochasz,
+ty? Czy ja tego nie widzę, czy jabym mogła choć jedną chwilę o tem
+wątpić? ty mnie nie kochasz, tyś mi nic nie poświęcił? Tyś chciał
+poświęcić wszystko, siebie całego. [z pewną grozą w głosie]. Och! ja
+pamiętam to dobrze!
+
+KARSKI [zdziwiony]. Co ty pamiętasz Zosiu?
+
+ZOFIA. To, coś mi mówił wtedy, dawno jeszcze. Ah! to nie był żart. Tyś
+tak okropnie patrzył wtedy.
+
+KARSKI [z rosnącem zdziwieniem]. Kiedy? co?
+
+ZOFIA. Wtedy, pierwszym razem... u ciebie... na Żórawiej. O nie, nie
+chciałam przyjść. Jeszcze nic nie było między nami, jeszcze mogło być
+wszystko inaczej. I nie byłabym przyszła. Tak się długo modliłam do
+Matki Boskiej, i tyle sił miałam i tak się chciałam poświęcić, i tak cię
+kochałam! Chciałam się na zawsze zakopać na wsi--u nas w Golewicach,
+ukryć i zdusić tę miłość, która mię dławiła. [smętnie]. Byłbyś
+szczęśliwszy może.
+
+KARSKI [silnie]. Bez ciebie? nie mów tak nigdy.
+
+ZOFIA [mówi z trudem, pokonywując uczucie zawstydzenia i winy].
+Przyszłam wtedy do ciebie, żeby cię pożegnać, powiedzieć ci to wszystko,
+powiedzieć ci, że musimy się rozstać, że będziesz zawsze wybranym mojej
+duszy, ale że ja twoją być nie mogę, że ja twoją być nie chcę--Boże,
+Boże.... Myślałam, że się będziesz gniewał, przekonywał. A ty nic,
+tylkoś mi powiedział to jedno, ale takim głosem strasznym, że mię
+dreszcz zdjął, jakgdybym już grób przed sobą zobaczyła. Klęczałeś
+przedemną i oczy twoje, twoje śliczne oczy, patrzyły gdzieś w dal
+nieprzytomne i powtarzałeś, jakby już nie myśląc nawet: Zosiu, Zosiu,
+rozstanie z tobą mnie zabije. [z wybuchem, chwytając go za ręce i
+cisnąc ku sobie]. Janku mój, ty nie pogardzaj mną, ale ja nie mogłam
+inaczej, ja nie mogłam cię zabić. Przysięgnij! ty nigdy nie będziesz mną
+pogardzał? Nigdy? Widzisz--ja nie wiem, za co ty mnie tak kochasz, mnie
+cudzą, wiarołomną żonę.
+
+KARSKI [bezdźwięcznie, jakgdyby powtarzając dawniej powiedziane słowa].
+Rozstanie z tobą mnie zabije; tak powiedziałem ci to--rozstanie mnie
+zabije.
+
+ZOFIA [trwożnie]. Jak ty dziwnie patrzysz! Nie rozstaniemy się przecież
+nigdy, nie opuszczę cię nigdy. Słyszysz? Nie wierzysz mi?
+
+KARSKI [chłodno, z zamyśleniem]. Nie, nie... Ale dziękuję ci, żeś mi to
+przypomniała teraz. Jak błądzącego w górach otoczyły mię mgły, i zdawało
+mi się, że na okół równina, zewsząd gładka i czysta. Rozdarłaś mi mgły,
+i widzę, że tam jest otchłań, tam musi być... [pewnym głosem] i będzie.
+
+ZOFIA [trwożniej]. Na Boga--co ci jest dzisiaj? Janek, tyś nie zdrów:
+położysz się zaraz, dobrze? [podchodzi do łóżek, chcąc zdjąć i
+przygotować pościel].
+
+KARSKI [powstrzymując Zofię]. Nie jestem chory, nawet nie jestem
+zdenerwowany. Nic mi nie jest. Ale ja siebie nie znam, ja siebie się
+lękam. Ja byłem takiem dziwnem dzieckiem. Dorastającym chłopcem
+krajałem sobie ramię nożem, aby jakiś jęk z siebie wydobyć, jakimś bólem
+powiedzieć sobie, że żyję.--I dziś niewiem nawet, czy mię te rany
+bolały. Czytałem kiedyś Irydjona: nie wzruszył mię szatan Massynissa,
+nie wzruszył mię bohater, ani Grecya, tylko ten smutny, znudzony Cezar.
+Czternastoletni sztubak płakał nad Heljogabalem! Czasem mi się zdaje, że
+jak u niego, każde czucie moje jest fałszem, każda żądza moja jest
+starczą, bezsilną, zapóźną ciekawością, bańką błota co nie błyśnie nawet
+i pęka. Ja nie pamiętam dziś, jakem ja zaczął cię kochać. [ironicznie].
+Możem był ciekawy twej miłości? [z pogardą]. Tylko trochę drogo cię ta
+ciekawość moja kosztuje.
+
+ZOFIA [głosem, w którym przebija już zdenerwowanie i cierpienie].
+Powiedz, powiedz, poco ty dręczysz mnie i siebie? Doprawdy ty mnie chyba
+mało znasz. Że jestem wesoła i nieraz rozbawiona, to nie wyobrażaj sobie
+jeszcze, że jestem naiwnem dziewczątkiem, które panu podobało się zabrać
+z sobą. Wiem, co zrobiłam--i to chciałam zrobić. Czy ty nie rozumiesz,
+że obrażasz mnie, gdy mi wspominasz dawny dobrobyt, i sądzisz, że mogę
+za tem tęsknić? Nie mów mi o tem nigdy, pamiętaj, bo mnie to boli.
+[przekonywująco i weselej]. Ty się dręczysz, że będziemy teraz mieli
+mniejsze dochody, a już przedtem nie zawsze wystarczało. Ale i to
+przejdzie. Ty znajdziesz jeszcze inne zajęcie--za miesiąc, dwa--to się
+już zupełnie wyuczysz po francuzku. Zobaczysz, jeszcze będziesz zamiast
+Lemaitre'a feljetony do Debatów pisywał. A i pani twoja weźmie się do
+roboty. Ty nie wiesz, jak ja kapelusze ubieram; doprawdy, nie widziałam
+ładniejszych na bulwarach. [coraz weselej, ze śmiechem]. Założę jeszcze
+wielki magazyn mód; będzie taki wielki szyld: „_Madame Sophie, Maison
+des confections_” na Rivoli, albo na rue de la Paix, obok Wortha dla
+konkurencyi. Wszystkie elegantki się do nas przeniosą. [z głośnym
+śmiechem]. Pokażę ci księżnę Chimay z jej cyganem, chcesz?
+
+KARSKI [nieprzezwyciężony wesołością, poważnym głosem]. Ty się modlisz,
+Zosiu?
+
+ZOFIA [zdziwiona]. Ty wiesz przecie...
+
+KARSKI [poważniej jeszcze]. I spowiadasz się?
+
+ZOFIA [niechętnie odpowiadając, smutnie]. Teraz, teraz...
+
+KARSKI. Ty wiesz, co jest kłamstwo?
+
+[Długa chwila ciszy].
+
+Czy ty wierzysz, że ja nigdy przed tobą nie kłamałem, nigdy, ani wtedy,
+gdyś po raz pierwszy przyszła do mnie? Czy ty mi wierzysz?
+
+ZOFIA [uczuciowo]. Wierzę, wierzę.
+
+KARSKI [dobitniej, prawie natarczywie]. Tak jak sobie wierzysz?
+
+ZOFIA. Tak jak sobie.
+
+KARSKI. Czy ty wierzysz, że cię kocham nad wszystko, że nigdy cię nikt
+nie kochał więcej odemnie?
+
+ZOFIA [zmęczona]. Wierzę, jak duszy swojej, wierzę.
+
+KARSKI [z silnym wybuchem]. Bogdajbym zginął, gdybyś ty się zawieść
+miała.
+
+ZOFIA [ze zmęczeniem, ogarniającem ją nad siły]. Ja tego nie chcę, tak
+być nie może. Te ciągłe wyrzuty cię zamęczą. No i o co, o co? Jedno
+jedyne miałam pragnienie, abyś ty, mój najdroższy był szczęśliwy. I
+patrz co się z tem dzieje! Przecież ja widzę, że ty nie jesteś
+szczęśliwy. Czemu--czemu? Chciałeś mię mieć--jestem twoją, na zawsze
+twoją. Chciałeś mię mieć tylko dla siebie, zdala od wszystkich, od
+niego--przyjechaliśmy tutaj. Cóż ja jeszcze zrobić mam dla ciebie? Bo
+widzisz, gdybyś ty nigdy nie był szczęśliwy ze mną, to byłaby dla mnie
+taka kara, taka kara. [ze łzami]. Oh, nie...
+
+KARSKI [spokojniej znacznie]. Ale ja jestem szczęśliwy,--jeśli ty mi
+wierzysz. Nie uwierzyłbym Bogu, gdyby mi stanął tu w płomiennym krzaku,
+ale tobie wierzę.
+
+ZOFIA. Ach, nie mów tego. Tak chciałabym, abyś ty choć trochę wierzył.
+Ale to niemożliwe.
+
+KARSKI [pół-prosząco, pół-żartobliwie] Nawróć mnie.
+
+ZOFIA [przejmując się słowami swemi, miękko]. Ach, gdybyś ty naprawdę
+chciał. To tak dobrze zapomnieć wszystkich zgryzot, bólów, tęsknot; taki
+spokój, taka jasność nachodzi wtedy na mnie. I to, że całą wieczność
+będzie się miało przy sobie tych, których się kocha. Wiesz, wtedy co to
+nas już mieli wyrzucać z mieszkania, bo nie było pieniędzy na
+komorne,--tyś wybiegł, jak szalony, poszukać gdzie u kogo chociaż kilku
+franków; zostawiłeś mnie samą. Mnie tak było straszno, ciągle mi się
+zdawało, że ktoś przyjdzie i zacznie mnie stąd wypędzać. Jeszcze byłam
+taka naiwna i nic nie wiedziałam, że tak prędko wyszły nasze
+pieniądze... Lękałam się zostać w domu i wyszłam na ulicę. Poszłam przez
+Boul'Mich. Długo, długo stałam na moście: szara, mętna woda płynęła bez
+końca i jakgdyby podnosiła się i podchodziła ku mnie. I pomyślałam
+sobie, że sama nie potrafię tu przyjść więcej; ale z tobą--jeśli ty nic
+nie znajdziesz--dobrze. Ty nawet nie wiedziałeś, jak mi wtedy było
+straszno i ciemno dokoła! Wracając przechodziłam koło Notre Dame; drzwi
+były otwarte, grały organy, poszłam. Było tak pełno, a nad nami leciały
+tony głębokie, wielkie, jakby wicher z organów zrywał się i rozpędzał
+nam dusze, gdzieś daleko, po nieskończonościach, już u samych stóp Boga.
+Nie, ja się nie modliłam, ale byłam tak wysoko, tak daleko i od Sekwany,
+i od tego pokoju na Glacierze...
+
+KARSKI [zazdrośnie]. I odemnie?
+
+ZOFIA [jakby w zachwyceniu]. Tak,--i od ciebie. Ty się gniewasz o to?
+Ale jak wróciłam, to byłam taka silna, taka pewna, taka spokojna.
+Gdybyśmy na ulicy nocować mieli, to wiedziałam, że się nam nic nie
+stanie i że ja nic złego do ciebie i do mnie nie dopuszczę.
+
+KARSKI [po krótkiej ciszy]. Daj mi swą duszę.
+
+ZOFIA [pieszczotliwie]. A któż to ją ma?
+
+KARSKI. Nie, nie tak, nie tak. Ja mam być poetą, artystą, ale ja nic nie
+stworzę, ja nic nie kocham. Ja się niczego, niczego nie lękam, ale i nic
+nie kocham. Słucham, śledzę twe czucia, ja wiem, że tam nic nie ma, ale
+wierzyć w Boga jest pięknie, bardzo pięknie. [z smutną ironią]. Co jest
+pięknego we mnie?
+
+ZOFIA. Ty nic nie stworzysz? A kto napisał: »Widziałem krew na duszy
+mojej«? Kto napisał: »Złote gromy«?
+
+KARSKI [smutniej]. Dzisiaj już nic nie ma we mnie.
+
+ZOFIA. Bo się męczysz, bo się trujesz głupstwami, o których mówić nie
+warto nawet. [z dziecinnym zapałem]. Słuchaj, ty musisz być wielki!
+zrobisz to dla mnie, prawda? [jakby chwytając z radością myśl, która się
+jej nawinęła]. Jak to dobrze, że masz teraz mniej roboty w redakcyi! No
+bo wprost nie miałeś czasu, ale teraz codzień popołudniu zasiądziesz do
+pisania. [żartobliwie]. Tak, mój drogi, skończyło się próżniactwo! Już
+Zośka cię dopilnuje. Dokończy pan tę komedyę którąś mi czytał
+kiedyś--pamiętasz u mnie jeszcze. To takie śliczne było. Poślemy to do
+Warszawy. [opamiętuje się]. Nie do Warszawy, nie--gdzieindziej, do
+Krakowa lub Lwowa. A później pojedziemy na przedstawienie. [smutnie].
+Tak dawno już nie słyszałam, jak dokoła mówią po polsku... [znów
+żywiej]. Ty pójdziesz sobie do loży, a ja schowam się gdzieś cichutko,
+skromniutko, na galeryi, w takim kąciku, aby mię nikt nie widział. Potem
+oklaski, krzyczą: autor, autor! Ty się kłaniasz. [dziecinnie, klaszcze w
+dłonie]. Ja się chyba spalę z radości, że to ty, ty mnie kochasz. A może
+ty wtedy przestaniesz twoją Zońkę kochać?
+
+KARSKI [słucha, nieco zamyślony, zdjęty rozkoszą]. Mów, mów dalej...
+Jaki ty masz głos!
+
+ZOFIA [bardzo wesoło]. No widzisz, znów to samo, a ja tego tak nie
+lubię. Napewno nawet nie wiesz co ja mówiłam. Tak mnie słuchasz?
+Myślisz, że to przyjemnie... Ty mnie chyba masz za bardzo głupią. Może
+masz racyę nawet. Ja jestem taka roztrzepana.
+
+KARSKI [powoli]. Chciałbym nic w życiu nie słyszeć oprócz głosu twego.
+Tak, głos twój pokochałem najpierw.
+
+ZOFIA [z wybuchem śmiechu]. Najgorzej w świecie! No już teraz nic, nic
+nie słucham. Ot do czego to prowadzi! Zapomnieliśmy na śmierć o
+obiedzie. A jestem taka głodna. A jak Zońka jest głodna to jest taka
+zła, zła...
+
+KARSKI. Dziecko, dziecko moje.
+
+ZOFIA [podbiega do szafy, otwiera ją i przegląda półki]. Ale nic nie ma
+w domu. Tylko kawałek masła od wczoraj został. Trzeba jeszcze zejść do
+miasta. [wracając znów do Karskiego, który stoi przy stole]. Czekaj,
+pomyślimy co będzie na obiad. Najpierw... najpierw sardynki--ty lubisz
+sardynki--prawda? Potem kupimy dwa duże befsztyki, takie po sześć susów,
+a na deser... [wesoło] no zgadnij, co ci kupię na deser, zgadnij!
+
+KARSKI [pieszczotliwie, wesoło]. Nie wiem, ty szalona główko.
+
+ZOFIA. Bo nie zgadniesz. Róże, róże. Widziałam wczoraj takie śliczne
+róże, białe, ledwie ledwie różowe. I tak tanio, duży bukiet za cztery
+susy. W Warszawie toby ze trzy ruble kosztowało. [z pewnem wahaniem]. A
+może to źle, że ja chcę róże kupić?...
+
+KARSKI [wesoło]. Dlaczego znów źle?
+
+ZOFIA [poważniej nieco]. Najpierw, to jest zbytek, a my teraz musimy
+oszczędzać bardzo. A powtóre to jest deser dla mnie, bo ty kwiaty nie
+zbyt lubisz, i może będziesz głodny.
+
+KARSKI [z rozrzewnieniem]. Nie, nie, nie chce mi się jeść; nie będę
+głodny.
+
+ZOFIA [całuje go, uradowana]. Ach! jakiś ty dobry! Widzisz mnie się tak
+strasznie chciało mieć te kwiaty... Przepadam za różami, już wczoraj
+chciałam zaraz je kupić, ale nie miałam ani susa. W Warszawie w każdym
+pokoju były u mnie kwiaty. A teraz daj mi pieniądze, polecę prędziutko
+[liczy prędko]. Sześćdziesiąt, siedemdziesiąt, dwadzieścia... Daj mi
+półtora franka [odwracając się od Karskiego podchodzi do wieszadła z
+ubraniami, wkłada zarzutkę i lekki słomkowym kapelusz. Chwila ciszy].
+Janek, ja już idę...
+
+KARSKI [chodzi po pokoju, nie patrząc na Zofię, mówi zimno, a jednak ze
+wstydem]. Zosiu, ja nie mam tyle.
+
+ZOFIA [zdziwiona]. Przecież dostałeś trzy franki w Journalu.
+
+KARSKI. Tak, dostałem. Ale przechodziłem koło Odeonu, zacząłem czytać i
+kupiłem książkę.
+
+ZOFIA [z uczuciem zawodu]. Kupiłeś książkę...
+
+KARSKI [usprawiedliwiając się, prędko]. Verlaine, poezye Verlaine'a. Ale
+ja to będę tłomaczył. To takie modne dziś u nas. [rzuca książkę wydobytą
+z płaszcza na stół].
+
+ZOFIA [opanowując się, znów wesoło, by oszczędzić Karskiemu wyrzutu].
+Jak to dobrze, żeś kupił Verlaine'a. Tak mało go znam. Będziemy to
+czytali razem. Ty tak ładnie umiesz czytać. Pamiętasz w Zurichu, jakeś
+mi czytał »w Szwajcaryi« na jeziorze... Byłam jeziora błękitnego panią.
+Ach! poezya...
+
+KARSKI [chodzi po pokoju, zaciskając dłonie]. Podłość, podłość, podłość!
+
+ZOFIA [swobodnie, początkowo z nieco sztuczną, później zupełnie szczerą
+wesołością]. O, już pan znowu znowu zaczyna? Nie ma czasu na to. Ile
+masz pieniędzy? [Karski podaje jej pieniądze]. Siedemdziesiąt pięć
+centimów; trzeba zmienić _menu_. Ja i to umiem. Niedarmo czytywałam w
+Warszawie Kurjerek Poranny. Przepisy gospodarskie: najpierw wspaniały
+obiad, a potem u dołu skromny; i zupełnie to samo. Więc teraz będzie
+tak: sardynki są nieświeże w lecie--zawsze mię tak uczono--a róże od
+wczoraj napewno powiędły. Befsztyk sześćdziesiąt centimów, chleb
+dziesięć, jeszcze nam zostanie cały sus na zapas. Zaraz wrócę. Zapal
+tymczasem lampę [zwraca się ku drzwiom].
+
+KARSKI [szybko zastępuje jej drogę]. Czekaj, wolę sam iść. Nie chcę
+żebyś teraz tyle chodziła po świecie, zmęczysz się...
+
+ZOFlA [zmieszana, nieco trwożna, jakby starając się Karskiego wybadać i
+zrozumieć]. Dlaczego teraz nie chcesz? Przecież zawsze ja chodziłam po
+sprawunki. Czy ty?...
+
+KARSKI [wybuchając]. Na Boga, przecież to chyba mogę zrobić dla ciebie,
+aby iść na dół po obiad!
+
+ZOFIA [na pół już zawiedziona]. Więc tylko dlatego chcesz sam iść, żebym
+ja się nie zmęczyła? Nic więcej?
+
+KARSKI. Ja nie mogę patrzeć, jak ty się tu niszczysz, bez tchu
+przebiegasz te sześć pięter. Przecież to ciebie z nóg zupełnie zbija.
+
+ZOFIA [z rezygnacyą w głosie]. Idź, idź najdroższy. [Karski wychodzi.
+Zofia spostrzega, że zostały jej w ręku pieniądze, których Karski
+zapomniał. Wybiega więc za nim ku drzwiom].
+
+Weźże pieniądze [podaje mu przez drzwi, podchodzi do kuchenki, zaczyna
+rozpalać ogień, wraca następnie ku stolikowi i zapala lampę]. On się
+niczego nie domyśla! Może to ja się łudzę? Nie, nie, to się czuje. I nie
+mogę mu powiedzieć: on taki zdenerwowany i w Journal'u mu wymówiono
+popołudnie... [siada, i z wyrazem smutku i zniechęcenia opiera się
+rękami na stole]. Tak marzyłam o tem niegdyś, tak pragnęłam, a dziś,
+dziś... wstydzę się nawet to wymówić. Może on tego nie chce... Boże,
+Boże! tylko Ty tego dziecka za mnie nie karz... Ach co tam! już jestem
+tak zmęczona... [Machinalnie bierze książkę leżącą na stole, i przerzuca
+kartki, czyta bardzo wolno i cicho].
+
+ Les sanglots longs
+ Des violons
+ De l'automne,
+ Blessent mon coeur
+ D'une langueur
+ Monotonne.
+
+[ciszej jeszcze].
+
+ Et je m'en vais
+ Au vent mauvais,
+ Qui m'emporte
+ De ça, de là
+ Pareil à la
+ Feuille morte.
+
+Ach! jakie strasznie smutne! śliczne! Ale on pisze ładniej »Widziałem
+krew na duszy mojej [rozlega się stukanie przez drzwi].« To ty Janek?
+[stukanie ponowne]. Qui est là? [stukanie]. Entrez [wchodzi Andrzej].
+
+ZOFIA [z przerażeniem, zrywając się z miejsca]. Andrzej!
+
+ANDRZEJ [spokojnie]. Dobry wieczór Zofio!
+
+ZOFIA [z trwogą obłędną]. Gdzie Janek?
+
+ANDRZEJ [poważnie]. Czego się lękasz? Uspokój się. Przyszedłem teraz, bo
+tylko ciebie chciałem widzieć. Szukałem cię wszędzie. Byłem w Berlinie,
+w Wiedniu, Szwajcaryi, tu jestem już od miesiąca i dopiero wczoraj
+wieczorem cię spotkałem. Co się z tobą stało, co się z tobą stało? Jak
+ty wyglądasz tutaj?
+
+ZOFIA [bezdźwięcznie, z przygnębieniem]. Co się ze mną stało, czy ja
+wiem.
+
+ANDRZEJ. Nie, to być nie może, nie może. Za coś ty mnie opuściła? Bez
+słowa jednego rzuciłaś mnie jak łachman. Wracam, jak zawsze, z biura,
+przychodzę do domu, szukam cię po wszystkich pokojach. Służący powiada
+mi, że pani wyszła i podaje mi kartkę twoją. Nie, to być nie może, ja
+temu nie wierzę--to nieprawda, to sen. Nikt o tem w Warszawie nie wie,
+moja matka codzień pyta się ciebie--ona kochała cię jak własną córkę. A
+ty taka święta, taka czysta, ty tutaj, ty...
+
+ZOFIA [szybko]. Nie mów! nie myśl tak o mnie Andrzeju! Ty mnie znasz,
+tyś był moim mężem, ty wiesz, jaka ja jestem. To nie rozpusta, nie, nie
+rozpusta, co mnie tu przywiodła, [prawie tkliwie]. Przysięgam tobie...
+
+ANDRZEJ [z uczuciem głębokiego bólu]. Nie?... Wiec tyś mnie nie
+kochała--to był fałsz, twoja miłość, twoje szczęście, uśmiechy,
+wesołość, pustota. To była komedya, twoja radość, te podróże nasze...
+Jak dziecko nosiłem cię na rękach. Przytulałaś się do mnie, zarzucałaś
+mi ręce na szyję. To była komedya.
+
+ZOFIA [jednocześnie, przyciszonym głosem]. Tyś był bardzo silny,
+Andrzeju.
+
+ANDRZEJ. To wszystko komedya. Więc ty nie byłaś szczęśliwą ze mną?
+Powiedz, powiedz!
+
+ZOFIA [bardzo smutnie]. Szczęśliwą? tak mi się może zdawało niegdyś;
+nie, nie było we mnie fałszu, choć dziś wiem, że nie byłam szczęśliwą.
+Ale ja i tu nią nie jestem.
+
+ANDRZEJ. Nie byłaś szczęśliwą... Czemu? czemu? Co ja ci zawiniłem Zofio?
+
+ZOFIA [głośniej, szczerze]. Andrzeju, ty nie gardź mną. Ty nawet nie
+wiesz, jak ja cię szanuję. Mnie dużo, dużo mówiono o tobie, jeszcze nim
+byłam twoją żoną. Mnie taki wstyd ogarnia, kiedy ja o tobie pomyślę. Ale
+ja nie mogłam; ja wiem, tyś był taki dobry dla mnie, otoczyłeś mnie
+bogactwem, przepychem...
+
+ANDRZEJ [pół szyderczo]. Ty myślisz, że chciałem cię kupić...
+
+ZOFIA ...ja tobie zawdzięczam wszystko. Byłam biedną głupią panienką. Ty
+z twojem nazwiskiem, twojem znaczeniem, tyś mógł się ożenić nie wiem z
+kim, tyś wybrał mnie, dałeś mi wszystko, a ja co zrobiłam! [przybliża
+się ku niemu nieśmiało] Andrzeju, ja ciebie przepraszam, ja ciebie
+przepraszam bardzo [chce całować jego rękę].
+
+ANDRZEJ [powstrzymuje ją]. Zofio!
+
+ZOFIA [stojąc blisko Andrzeja, oparta z tyłu rękami o stół]. Byłam
+głupiem, lekkomyślnem dzieckiem: tyś mię psuł, myślałeś tylko o
+życzeniach moich, tyś mi nigdy nie dał cierpieć, nie pokazałeś mi, co to
+jest ból. [naiwnie i uczuciowo]. A widzisz, cierpieć trzeba, trzeba się
+poświęcać. Ja tak chciałam dawniej być szarytką. Mnie przy tobie było za
+dobrze. O! nie łatwo mi było wyjeżdżać. Mnie i ciebie było bardzo żal, i
+twojej matki, i małej Anki, która codzień przychodziła do cioci
+Zosi--wyście wszyscy byli tacy dobrzy dla mnie. Ale mi was było żal dla
+siebie samej. A on jest taki biedny, taki sam. Ty masz matkę, Ankę,
+ciebie tylu ludzi kocha, ja tobie nie byłam potrzebna. Ciebie tak życie,
+praca twoja pochłaniała.--A w nim się dusza tak męczy, rwie, miota--ja
+się o niego tak bałam. Ty wiesz, jego brat się zastrzelił, on zawsze
+nosi rewolwer przy sobie. Ja się i dziś o niego lękam, ja go muszę
+ocalić. On zginie bezemnie. [z rozpaczliwą trwogą]. Przebacz mi, ja nie
+mogę już teraz kłamać! Czy ty mnie rozumiesz?
+
+ANDRZEJ [spokojnie, nieco ironicznie]. Tak; masz racyę. Mnie kochają
+moi robotnicy, urzędnicy, wszyscy chłopi u nas w Golewicach. I ja ich
+kocham. Los dał mi majątek, dał mi obowiązki. Tyś nie była przy śmierci
+mego ojca; to, co on zostawił, ja dokończyć muszę. Ale i ja chciałem
+mieć coś wyłącznie dla siebie, jeden promień złoty w życiu, jeden
+pogodny blask dla mnie tylko. Tyś była tym blaskiem moim. Chciałem cię
+mieć tak radosną, chciałem, żeby cię nic nie dotknęło, żeby nic nie
+płoszyło twojego uśmiechu. Nie mówiłem ci nigdy o zgryzotach swych, o
+zawodach. Nie znałaś mnie. Mnie jest bez ciebie bardzo ciężko--ale nie
+mylisz się--mnie się nic nie stanie, mnie się nie może nic stać...
+
+ZOFIA [boleśnie]. Nie mów, nie mów...
+
+ANDRZEJ. Ale jest mi ciężko. I trzeba to kryć. Oni nie wiedzą o niczem.
+Ty dla nich jesteś na wsi. Ja nigdy nic nie kryłem przed matką, ale
+matka moja nawet sobie nie wyobraża, że coś podobnego być może; jej się
+w głowie pomiesza, jeśli się dowie...
+
+ZOFIA. Andrzeju, miej litość nademną.
+
+ANDRZEJ [prosząco, namiętnie]. Zofio, Zosiu, ty wrócisz do mnie, ty
+musisz wrócić. Zapomnimy o wszystkiem. Zaczniemy nowe życie. Tak, ja
+byłem szczęśliwy, silny, dumny, ale i ja tak chciałem być kochany.
+Jeśli nadzieję stracę, że ty wrócisz do mnie, to będę wiedział już, żeś
+mnie oszukiwała zawsze. Nie byłem kochany nigdy--powiedz jest-żem
+podlejszy od innych?
+
+ZOFIA [jakby z wahaniem i niedowierzając sobie]. Wrócić, wrócić? Tybyś
+chciał mnie dzisiaj mieć taką, po tem wszystkiem? I czy ty naprawdę
+sądzisz, że jabym się mogła zbliżyć do twej matki?
+
+ANDRZEJ [namiętniej]. Dla matki chociaż mnie nie poświęcaj, Zofio; a ja,
+ja zapomnę. Ty wiesz że ja umiem rozkazywać sobie... ja zapomnę. Nie
+odtrącaj mnie od siebie!
+
+ZOFIA [zupełnie bezdźwięcznym głosem]. Nie można, nie można.
+
+ANDRZEJ. Zofio, ty się tu zgubisz. Ja go znam, on spali ciebie i siebie.
+On ciebie nie kocha.
+
+ZOFIA [żywiej znacznie]. Nie mów tego do mnie.
+
+...Drzwi się uchylają zlekka i w drzwiach półotwartych ukazuje się
+Karski; nieruchomo przygląda się Zofii i Andrzejowi, którzy go nie
+dostrzegają. Na twarzy Karskiego zupełna nieruchomość zwolna ustępuje
+wyrazowi bólu, wargi się ściskają, zmarszczki nadbiegają nad oczy. W
+ręku Karski trzyma małą paczkę i białą różę.
+
+ANDRZEJ [silniej, nieco pogardliwie i wyniośle]. Ja nie kłamię. Tyle
+wiesz o mnie, żem nie kłamał nigdy. Na grób ojca ci przysięgam, że on
+cię nie kocha. Ja znam te dusze, bezsilne, rozbite, które nic nie
+stworzą i nic nie oszczędzą. On się nawet poświęcić nie umiał, on cię
+zabrał na nędzę, srom i hańbę--i on ciebie kocha!
+
+ZOFIA [wybuchowo, rozpaczliwie]. Tak, on mnie kocha nad życie. Ty jego
+nie potępiaj, ja sama wszystkiego chciałam. On temu nie jest winien.
+
+ANDRZEJ [prosząco, szczerze]. Zosiu, zlituj się nad sobą. Ufaj mi.
+Gdybym wiedział, że znajdziesz tu szczęście, któregoś zemną nie miała,
+że on ciebie jest godzien, dałbym ci swobodę, niezależność, nie
+widziałabyś mnie więcej, nie stanąłbym już nigdy na twej drodze. Nie
+zasłużyłem u ciebie twej miłości, nie dałem ci szczęścia, mniejsza więc
+o mnie. Przysięgałem ci jednak wiarę, że cię nie opuszczę; jesteś moją
+żoną, ja nie mogę pozwolić, abyś ty się zgubiła--a tu czeka cię tylko
+zguba. Możesz nie żyć ze mną, możesz nie znać mnie, ale ztąd uciekaj!
+
+ZOFIA [ze łzami w głosie wciąż rosnącym]. Ty mnie zabijasz twą dobrocią.
+Ty jesteś święty--a ja taka podła byłam z tobą. [prawie owładnięta już
+płaczem]. Ale ty mi wierzysz, że ja ciebie kochałam, ja może i dziś
+ciebie jeszcze kocham...
+
+ANDRZEJ. Zosiu, więc ty wrócisz do mnie, wrócisz?
+
+ZOFIA [spokojniej, z wielkim wysiłkiem]. Nigdy, nigdy. Ty się nie łudź,
+Andrzeju... Ja się będę u nóg twoich tarzać, ja mogę głowę położyć pod
+twą stopę, abyś mię zadeptał, jak ladacznicę, ale ja nie wrócę, nie!
+Słuchaj, gdybym go nawet kochać przestała, gdyby on nie żył, nie wrócę
+do ciebie, nie wrócę...
+
+ANDRZEJ. Tak bardzo go kochasz?
+
+ZOFIA [nie mogąc przenieść wzruszenia]. Tak, tak kocham jego, jego--i
+już nie tylko jego!! [spazmatyczny płacz. Odwraca się od Andrzeja, pada
+na kanapę, kryjąc twarz w ręce].
+
+ANDRZEJ. Jezus Marya!! [ciszej znacznie, prawie bezmyślnie] Jezus
+Marya... [spokojnie] O dziecku twojem nie zapomnę, Zofio! [zwraca się ku
+wyjściu, spostrzega Karskiego. Karski podchodzi zwolna na przód pokoju].
+
+KARSKI [do Andrzeja]. Pamiętaj pan i o niej [do Zofii, która patrzy nań
+prawie osłupiała]. Tyś krzywoprzysięgła dzisiaj Zosiu; on ciebie więcej
+kochał.
+
+[wychodzi z pokoju, długa chwila ciszy, słychać strzał i odgłos ciała,
+spadającego po schodach].
+
+ZOFIA [krzyk straszny, przeraźliwy]. Aah!
+
+
+
+
+Koniec sztuki.
+
+
+
+
+TREŚĆ.
+
+ Str.
+
+JEDEN MIESIĄC ŻYCIA 1
+
+HAMLET 65
+
+PRZYSIĘGŁY 85
+
+SPOTKANIE 115
+
+W PEŁNEM SŁOŃCU, sielanka 133
+
+PIERWSZY WIERSZ 145
+
+TRZY DUSZE, dramat w jednym akcie 159
+
+
+
+
+ Uwagi do wydania elektronicznego.
+
+Dokonano następujących poprawek:
+
+str. tekst pierwotny tekst poprawiony uwagi
+
+ 9 podobało sie podobało się 'e' zamieniono na 'ę'.
+ 10 doskonanym doskonałym 'n' zamieniono na 'ł'.
+ 10 powiedzizć powiedzieć 'z' zamieniono na 'e'.
+ 15 gruduia grudnia 'u' zamieniono na 'n'.
+ 38 modgło, mogło. Przecinek zamieniono na kropkę.
+ 40 yną jedyną 'yną' zamieniono na 'jedyną'
+ 41 swiata świata 's' zamieniono na 'ś'
+ 47 zwierze zwierzę 'e' zamieniono na 'ę'
+ 57 do po 'do' zamieniono na 'po'
+ 62 Włbściwie Właściwie 'b' zamieniono na 'a'
+ 62 planu, planu. Przecinek zamieniono na kropkę
+ 63 jakdybym jakgdybym 'jakdybym' zamieniono na 'jakgdybym'
+ 78 Naprożno Napróżno 'o' zamieniono na 'ó'
+ 87 wszyskie wszystkie Dodano 't'.
+ 95 znanym znanym. Dodano kropkę
+120 »» » Usunięto cudzysłów.
+122 dostrzedz dostrzec 'dz' zamieniono na 'c'.
+124 kolana, kolana. Przecinek zamieniono na kropkę.
+143 niobezpieczeństwo niebezpieczeństwo 'o' zamieniono na 'e'.
+143 Czemu Czemu, Dodano przecinek.
+148 wyobrażnia wyobraźnia 'ż' zamieniono na 'ź'.
+149 tęskoty tęsknoty Dodano 'n'.
+153 jakydyby jakgdyby 'y' zamieniono na 'g'.
+162 Uspokój - że Uspokój-że Usunięto przerwy.
+167 chciałem chciałam Poprawiono rodzaj.
+170 widziałem widziałam Poprawiono rodzaj.
+170 KARSKI KARSKI. Dodano kropkę.
+176 w Journalu w Journalu. Dodano kropkę.
+177 czytywałem czytywałam Poprawiono rodzaj.
+178 łudzą łudzę Poprawiono osobę.
+
+
+
+
+
+
+
+
+End of the Project Gutenberg EBook of Jeden miesiac zycia, by Jan Sten
+
+*** END OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK JEDEN MIESIAC ZYCIA ***
+
+***** This file should be named 28014-0.txt or 28014-0.zip *****
+This and all associated files of various formats will be found in:
+ https://www.gutenberg.org/2/8/0/1/28014/
+
+Produced by Jimmy O'Regan, Ewa Jaros and the Online
+Distributed Proofreading Team at http://dp.rastko.net
+
+
+Updated editions will replace the previous one--the old editions
+will be renamed.
+
+Creating the works from public domain print editions means that no
+one owns a United States copyright in these works, so the Foundation
+(and you!) can copy and distribute it in the United States without
+permission and without paying copyright royalties. Special rules,
+set forth in the General Terms of Use part of this license, apply to
+copying and distributing Project Gutenberg-tm electronic works to
+protect the PROJECT GUTENBERG-tm concept and trademark. Project
+Gutenberg is a registered trademark, and may not be used if you
+charge for the eBooks, unless you receive specific permission. If you
+do not charge anything for copies of this eBook, complying with the
+rules is very easy. You may use this eBook for nearly any purpose
+such as creation of derivative works, reports, performances and
+research. They may be modified and printed and given away--you may do
+practically ANYTHING with public domain eBooks. Redistribution is
+subject to the trademark license, especially commercial
+redistribution.
+
+
+
+*** START: FULL LICENSE ***
+
+THE FULL PROJECT GUTENBERG LICENSE
+PLEASE READ THIS BEFORE YOU DISTRIBUTE OR USE THIS WORK
+
+To protect the Project Gutenberg-tm mission of promoting the free
+distribution of electronic works, by using or distributing this work
+(or any other work associated in any way with the phrase "Project
+Gutenberg"), you agree to comply with all the terms of the Full Project
+Gutenberg-tm License (available with this file or online at
+https://gutenberg.org/license).
+
+
+Section 1. General Terms of Use and Redistributing Project Gutenberg-tm
+electronic works
+
+1.A. By reading or using any part of this Project Gutenberg-tm
+electronic work, you indicate that you have read, understand, agree to
+and accept all the terms of this license and intellectual property
+(trademark/copyright) agreement. If you do not agree to abide by all
+the terms of this agreement, you must cease using and return or destroy
+all copies of Project Gutenberg-tm electronic works in your possession.
+If you paid a fee for obtaining a copy of or access to a Project
+Gutenberg-tm electronic work and you do not agree to be bound by the
+terms of this agreement, you may obtain a refund from the person or
+entity to whom you paid the fee as set forth in paragraph 1.E.8.
+
+1.B. "Project Gutenberg" is a registered trademark. It may only be
+used on or associated in any way with an electronic work by people who
+agree to be bound by the terms of this agreement. There are a few
+things that you can do with most Project Gutenberg-tm electronic works
+even without complying with the full terms of this agreement. See
+paragraph 1.C below. There are a lot of things you can do with Project
+Gutenberg-tm electronic works if you follow the terms of this agreement
+and help preserve free future access to Project Gutenberg-tm electronic
+works. See paragraph 1.E below.
+
+1.C. The Project Gutenberg Literary Archive Foundation ("the Foundation"
+or PGLAF), owns a compilation copyright in the collection of Project
+Gutenberg-tm electronic works. Nearly all the individual works in the
+collection are in the public domain in the United States. If an
+individual work is in the public domain in the United States and you are
+located in the United States, we do not claim a right to prevent you from
+copying, distributing, performing, displaying or creating derivative
+works based on the work as long as all references to Project Gutenberg
+are removed. Of course, we hope that you will support the Project
+Gutenberg-tm mission of promoting free access to electronic works by
+freely sharing Project Gutenberg-tm works in compliance with the terms of
+this agreement for keeping the Project Gutenberg-tm name associated with
+the work. You can easily comply with the terms of this agreement by
+keeping this work in the same format with its attached full Project
+Gutenberg-tm License when you share it without charge with others.
+
+1.D. The copyright laws of the place where you are located also govern
+what you can do with this work. Copyright laws in most countries are in
+a constant state of change. If you are outside the United States, check
+the laws of your country in addition to the terms of this agreement
+before downloading, copying, displaying, performing, distributing or
+creating derivative works based on this work or any other Project
+Gutenberg-tm work. The Foundation makes no representations concerning
+the copyright status of any work in any country outside the United
+States.
+
+1.E. Unless you have removed all references to Project Gutenberg:
+
+1.E.1. The following sentence, with active links to, or other immediate
+access to, the full Project Gutenberg-tm License must appear prominently
+whenever any copy of a Project Gutenberg-tm work (any work on which the
+phrase "Project Gutenberg" appears, or with which the phrase "Project
+Gutenberg" is associated) is accessed, displayed, performed, viewed,
+copied or distributed:
+
+This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with
+almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or
+re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included
+with this eBook or online at www.gutenberg.org
+
+1.E.2. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is derived
+from the public domain (does not contain a notice indicating that it is
+posted with permission of the copyright holder), the work can be copied
+and distributed to anyone in the United States without paying any fees
+or charges. If you are redistributing or providing access to a work
+with the phrase "Project Gutenberg" associated with or appearing on the
+work, you must comply either with the requirements of paragraphs 1.E.1
+through 1.E.7 or obtain permission for the use of the work and the
+Project Gutenberg-tm trademark as set forth in paragraphs 1.E.8 or
+1.E.9.
+
+1.E.3. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is posted
+with the permission of the copyright holder, your use and distribution
+must comply with both paragraphs 1.E.1 through 1.E.7 and any additional
+terms imposed by the copyright holder. Additional terms will be linked
+to the Project Gutenberg-tm License for all works posted with the
+permission of the copyright holder found at the beginning of this work.
+
+1.E.4. Do not unlink or detach or remove the full Project Gutenberg-tm
+License terms from this work, or any files containing a part of this
+work or any other work associated with Project Gutenberg-tm.
+
+1.E.5. Do not copy, display, perform, distribute or redistribute this
+electronic work, or any part of this electronic work, without
+prominently displaying the sentence set forth in paragraph 1.E.1 with
+active links or immediate access to the full terms of the Project
+Gutenberg-tm License.
+
+1.E.6. You may convert to and distribute this work in any binary,
+compressed, marked up, nonproprietary or proprietary form, including any
+word processing or hypertext form. However, if you provide access to or
+distribute copies of a Project Gutenberg-tm work in a format other than
+"Plain Vanilla ASCII" or other format used in the official version
+posted on the official Project Gutenberg-tm web site (www.gutenberg.org),
+you must, at no additional cost, fee or expense to the user, provide a
+copy, a means of exporting a copy, or a means of obtaining a copy upon
+request, of the work in its original "Plain Vanilla ASCII" or other
+form. Any alternate format must include the full Project Gutenberg-tm
+License as specified in paragraph 1.E.1.
+
+1.E.7. Do not charge a fee for access to, viewing, displaying,
+performing, copying or distributing any Project Gutenberg-tm works
+unless you comply with paragraph 1.E.8 or 1.E.9.
+
+1.E.8. You may charge a reasonable fee for copies of or providing
+access to or distributing Project Gutenberg-tm electronic works provided
+that
+
+- You pay a royalty fee of 20% of the gross profits you derive from
+ the use of Project Gutenberg-tm works calculated using the method
+ you already use to calculate your applicable taxes. The fee is
+ owed to the owner of the Project Gutenberg-tm trademark, but he
+ has agreed to donate royalties under this paragraph to the
+ Project Gutenberg Literary Archive Foundation. Royalty payments
+ must be paid within 60 days following each date on which you
+ prepare (or are legally required to prepare) your periodic tax
+ returns. Royalty payments should be clearly marked as such and
+ sent to the Project Gutenberg Literary Archive Foundation at the
+ address specified in Section 4, "Information about donations to
+ the Project Gutenberg Literary Archive Foundation."
+
+- You provide a full refund of any money paid by a user who notifies
+ you in writing (or by e-mail) within 30 days of receipt that s/he
+ does not agree to the terms of the full Project Gutenberg-tm
+ License. You must require such a user to return or
+ destroy all copies of the works possessed in a physical medium
+ and discontinue all use of and all access to other copies of
+ Project Gutenberg-tm works.
+
+- You provide, in accordance with paragraph 1.F.3, a full refund of any
+ money paid for a work or a replacement copy, if a defect in the
+ electronic work is discovered and reported to you within 90 days
+ of receipt of the work.
+
+- You comply with all other terms of this agreement for free
+ distribution of Project Gutenberg-tm works.
+
+1.E.9. If you wish to charge a fee or distribute a Project Gutenberg-tm
+electronic work or group of works on different terms than are set
+forth in this agreement, you must obtain permission in writing from
+both the Project Gutenberg Literary Archive Foundation and Michael
+Hart, the owner of the Project Gutenberg-tm trademark. Contact the
+Foundation as set forth in Section 3 below.
+
+1.F.
+
+1.F.1. Project Gutenberg volunteers and employees expend considerable
+effort to identify, do copyright research on, transcribe and proofread
+public domain works in creating the Project Gutenberg-tm
+collection. Despite these efforts, Project Gutenberg-tm electronic
+works, and the medium on which they may be stored, may contain
+"Defects," such as, but not limited to, incomplete, inaccurate or
+corrupt data, transcription errors, a copyright or other intellectual
+property infringement, a defective or damaged disk or other medium, a
+computer virus, or computer codes that damage or cannot be read by
+your equipment.
+
+1.F.2. LIMITED WARRANTY, DISCLAIMER OF DAMAGES - Except for the "Right
+of Replacement or Refund" described in paragraph 1.F.3, the Project
+Gutenberg Literary Archive Foundation, the owner of the Project
+Gutenberg-tm trademark, and any other party distributing a Project
+Gutenberg-tm electronic work under this agreement, disclaim all
+liability to you for damages, costs and expenses, including legal
+fees. YOU AGREE THAT YOU HAVE NO REMEDIES FOR NEGLIGENCE, STRICT
+LIABILITY, BREACH OF WARRANTY OR BREACH OF CONTRACT EXCEPT THOSE
+PROVIDED IN PARAGRAPH F3. YOU AGREE THAT THE FOUNDATION, THE
+TRADEMARK OWNER, AND ANY DISTRIBUTOR UNDER THIS AGREEMENT WILL NOT BE
+LIABLE TO YOU FOR ACTUAL, DIRECT, INDIRECT, CONSEQUENTIAL, PUNITIVE OR
+INCIDENTAL DAMAGES EVEN IF YOU GIVE NOTICE OF THE POSSIBILITY OF SUCH
+DAMAGE.
+
+1.F.3. LIMITED RIGHT OF REPLACEMENT OR REFUND - If you discover a
+defect in this electronic work within 90 days of receiving it, you can
+receive a refund of the money (if any) you paid for it by sending a
+written explanation to the person you received the work from. If you
+received the work on a physical medium, you must return the medium with
+your written explanation. The person or entity that provided you with
+the defective work may elect to provide a replacement copy in lieu of a
+refund. If you received the work electronically, the person or entity
+providing it to you may choose to give you a second opportunity to
+receive the work electronically in lieu of a refund. If the second copy
+is also defective, you may demand a refund in writing without further
+opportunities to fix the problem.
+
+1.F.4. Except for the limited right of replacement or refund set forth
+in paragraph 1.F.3, this work is provided to you 'AS-IS' WITH NO OTHER
+WARRANTIES OF ANY KIND, EXPRESS OR IMPLIED, INCLUDING BUT NOT LIMITED TO
+WARRANTIES OF MERCHANTIBILITY OR FITNESS FOR ANY PURPOSE.
+
+1.F.5. Some states do not allow disclaimers of certain implied
+warranties or the exclusion or limitation of certain types of damages.
+If any disclaimer or limitation set forth in this agreement violates the
+law of the state applicable to this agreement, the agreement shall be
+interpreted to make the maximum disclaimer or limitation permitted by
+the applicable state law. The invalidity or unenforceability of any
+provision of this agreement shall not void the remaining provisions.
+
+1.F.6. INDEMNITY - You agree to indemnify and hold the Foundation, the
+trademark owner, any agent or employee of the Foundation, anyone
+providing copies of Project Gutenberg-tm electronic works in accordance
+with this agreement, and any volunteers associated with the production,
+promotion and distribution of Project Gutenberg-tm electronic works,
+harmless from all liability, costs and expenses, including legal fees,
+that arise directly or indirectly from any of the following which you do
+or cause to occur: (a) distribution of this or any Project Gutenberg-tm
+work, (b) alteration, modification, or additions or deletions to any
+Project Gutenberg-tm work, and (c) any Defect you cause.
+
+
+Section 2. Information about the Mission of Project Gutenberg-tm
+
+Project Gutenberg-tm is synonymous with the free distribution of
+electronic works in formats readable by the widest variety of computers
+including obsolete, old, middle-aged and new computers. It exists
+because of the efforts of hundreds of volunteers and donations from
+people in all walks of life.
+
+Volunteers and financial support to provide volunteers with the
+assistance they need are critical to reaching Project Gutenberg-tm's
+goals and ensuring that the Project Gutenberg-tm collection will
+remain freely available for generations to come. In 2001, the Project
+Gutenberg Literary Archive Foundation was created to provide a secure
+and permanent future for Project Gutenberg-tm and future generations.
+To learn more about the Project Gutenberg Literary Archive Foundation
+and how your efforts and donations can help, see Sections 3 and 4
+and the Foundation web page at https://www.pglaf.org.
+
+
+Section 3. Information about the Project Gutenberg Literary Archive
+Foundation
+
+The Project Gutenberg Literary Archive Foundation is a non profit
+501(c)(3) educational corporation organized under the laws of the
+state of Mississippi and granted tax exempt status by the Internal
+Revenue Service. The Foundation's EIN or federal tax identification
+number is 64-6221541. Its 501(c)(3) letter is posted at
+https://pglaf.org/fundraising. Contributions to the Project Gutenberg
+Literary Archive Foundation are tax deductible to the full extent
+permitted by U.S. federal laws and your state's laws.
+
+The Foundation's principal office is located at 4557 Melan Dr. S.
+Fairbanks, AK, 99712., but its volunteers and employees are scattered
+throughout numerous locations. Its business office is located at
+809 North 1500 West, Salt Lake City, UT 84116, (801) 596-1887, email
+business@pglaf.org. Email contact links and up to date contact
+information can be found at the Foundation's web site and official
+page at https://pglaf.org
+
+For additional contact information:
+ Dr. Gregory B. Newby
+ Chief Executive and Director
+ gbnewby@pglaf.org
+
+
+Section 4. Information about Donations to the Project Gutenberg
+Literary Archive Foundation
+
+Project Gutenberg-tm depends upon and cannot survive without wide
+spread public support and donations to carry out its mission of
+increasing the number of public domain and licensed works that can be
+freely distributed in machine readable form accessible by the widest
+array of equipment including outdated equipment. Many small donations
+($1 to $5,000) are particularly important to maintaining tax exempt
+status with the IRS.
+
+The Foundation is committed to complying with the laws regulating
+charities and charitable donations in all 50 states of the United
+States. Compliance requirements are not uniform and it takes a
+considerable effort, much paperwork and many fees to meet and keep up
+with these requirements. We do not solicit donations in locations
+where we have not received written confirmation of compliance. To
+SEND DONATIONS or determine the status of compliance for any
+particular state visit https://pglaf.org
+
+While we cannot and do not solicit contributions from states where we
+have not met the solicitation requirements, we know of no prohibition
+against accepting unsolicited donations from donors in such states who
+approach us with offers to donate.
+
+International donations are gratefully accepted, but we cannot make
+any statements concerning tax treatment of donations received from
+outside the United States. U.S. laws alone swamp our small staff.
+
+Please check the Project Gutenberg Web pages for current donation
+methods and addresses. Donations are accepted in a number of other
+ways including including checks, online payments and credit card
+donations. To donate, please visit: https://pglaf.org/donate
+
+
+Section 5. General Information About Project Gutenberg-tm electronic
+works.
+
+Professor Michael S. Hart was the originator of the Project Gutenberg-tm
+concept of a library of electronic works that could be freely shared
+with anyone. For thirty years, he produced and distributed Project
+Gutenberg-tm eBooks with only a loose network of volunteer support.
+
+
+Project Gutenberg-tm eBooks are often created from several printed
+editions, all of which are confirmed as Public Domain in the U.S.
+unless a copyright notice is included. Thus, we do not necessarily
+keep eBooks in compliance with any particular paper edition.
+
+
+Most people start at our Web site which has the main PG search facility:
+
+ https://www.gutenberg.org
+
+This Web site includes information about Project Gutenberg-tm,
+including how to make donations to the Project Gutenberg Literary
+Archive Foundation, how to help produce our new eBooks, and how to
+subscribe to our email newsletter to hear about new eBooks.