diff options
Diffstat (limited to '6000-h')
| -rw-r--r-- | 6000-h/6000-h.htm | 15469 |
1 files changed, 15469 insertions, 0 deletions
diff --git a/6000-h/6000-h.htm b/6000-h/6000-h.htm new file mode 100644 index 0000000..03f7117 --- /dev/null +++ b/6000-h/6000-h.htm @@ -0,0 +1,15469 @@ +<!DOCTYPE HTML PUBLIC "-//W3C//DTD HTML 4.01 Transitional//EN"> +<html> +<head> +<META HTTP-EQUIV="Content-Type" CONTENT="text/html; charset=UTF-8"> +<title> +The Project Gutenberg EBook of Ironia Pozorow, by Maciej hr. Lubienski +</title> +</head> + +<body> + + +<pre> + +The Project Gutenberg EBook of Ironia Pozorow, by Maciej hr. Lubienski + +This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with +almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or +re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included +with this eBook or online at www.gutenberg.org + + +Title: Ironia Pozorow + +Author: Maciej hr. Lubienski + +Posting Date: May 2, 2013 [EBook #6000] +Release Date: June, 2004 +First Posted: September 22, 2002 + +Language: Polish + +Character set encoding: UTF-8 + +*** START OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK IRONIA POZOROW *** + + + + +Produced by Michalina Makowska, Eve Sobol, and Julia Jezierska. + + + + + +</pre> + + + +<p> </p> + +<p>Title: "Ironia Pozorów"</p> + +<p>Author: Maciej hr. Łubieński</p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p>PROLOG</p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p>Dniało...</p> + +<p> </p> + +<p>Leniwo, sennie pierzchały mgły przezrocze, +tulące się dotąd w niemej pieszczocie do ścian wielkiego +grodu i wodnej, płynącej u stóp jego fali.</p> + +<p>Wreszcie - znikły...</p> + +<p>Na wzgórzu ukazało się miasto. Z wysoka, iglicami +katedry, licznymi gmachami i zżółkłą zielenią ogrodów +przejrzało się dumnie w nurtach szarych rzeki, a po szybach okien +domów jego zamigotał równocześnie pierwszy bladawy promyk chmurnego +jesiennego świtu.</p> + +<p>Na poddaszach krytego cegłą staromiejskiego domku +nieprzesłonięte niczem okno jedno zaśmiało się weselej +od innych do matowego porannego światła. Ciekawie do wnętrza +facyatki wśliznął się brzask smętny.</p> + +<p>W pokoiku, o paru najniezbędniejszych tylko +sprzętach, na razie nie było nikogo.</p> + +<p>Pościel nienaruszona bieliła się +dość schludnie, wszystko wokoło zaś wskazywało +wyraźnie, iż właściciela siedziby tej od wczoraj już +nie było, puls bowiem kiełkującej tu jakiegoś jednego +życia, zastygły w panującym wszędzie nieporządku, +wyraźnie oczekiwać się zdawał cierpliwie na swego pana i władcę.</p> + +<p>Tymczasem zaś tylko po niezamiecionych kątach +błąkały się pustka i nuda, a nietrudno było +domyśleć się, że bieda w swej ziemskiej wędrówce +zaglądać tu nieraz musiała...</p> + +<p>Gościnę jej bowiem zdradzało tutaj - +wszystko. A więc i ubożyzna mebli i atmosfera jakaś duszna, +wreszcie to coś niewidzialnego, nieokreślonego, z kątów, ze +ścian, zewsząd, wyzierającego, co, jak widma cień, szeptem +jakby, mówi wciąż o sobie i łzawo się skarży.</p> + +<p>W +przedziwnie zgodnej, panującej tu ogólnie harmonii szarzyzny, melancholii +i smutku, dźwięczała jednak, drgała, niby uśmieszek +radosny, jasny, nuta weselsza. Była zaś nią stojąca w rogu +pokoju, na komódce staroświeckiej, zniszczonej, w inkrustowane, wykwintne +ramy oprawna fotografia gabinetowa młodej dziewczyny, ku której z obok +stojącej szklaneczki małej wychylała się pieszczotliwie w +rozkwicie swym śliczna aksamitna pąsowa świeża róża.</p> + +<p>Dziewczę i róża patrzyły na siebie, lecz +królowa kwiatów z sąsiedztwa swego dumną być tylko mogła.</p> + +<p>Z martwej bowiem kartki kartonu, spoglądała na +świat dużemi oczyma cudna twarz dziewczyny, a zaklęty w rysach i +układzie całej postaci nieujęty jakiś wdzięk - ta +siła największa kobiety, oporna na lata i burze życia, świeża +zawsze, jak kwiecie wiosny - szła na widza i chwytała go za serce, +czarując natychmiast swem słabem bądź co bądź +tylko artyzmu ludzkiego odbiciem.</p> + +<p>Odosobnienie zaś wyraźne rogu izdebki, gdzie +stała fotografia, od otaczających i rozrzuconych po pokoju +sprzętów, oraz pewna czystość staranna, cechująca to +miejsce - świadczyły sobą również aż nadto, że +nieobecny właściciel mieszkanka tego dbał wielce o ten +zakątek, zdradzając przytem, że i on w biedzie swej miał +może jakąś chwilkę jasną, jakieś swoje +marzenie!...</p> + +<p>Tak,niewątpliwie!...</p> + +<p>Siła bowiem jakby ukryta, a nieujęta jednocześnie +i dziwna, biła od tego kącika pamiątek; zdawał się +być on jedynym uśmiechem smutnego zkądinąd tu bytu i jedyna +również kapliczka, nikłego złudnego zapewne jakiegoś +szczęścia, ale zawsze - szczęścia.</p> + +<p>W szarą nędzę istnienia „pana", +zamkniętej w tych ścianach biedy, życie wplątało +widać jakąś nić złotą, rzuciło na +osłodę hojnie i litościwie pęk duchowych promieni!...</p> + +<p>Tymczasem w ciszy izdebki nie przerywało nic +zgoła... Przez małe okienko widać tu było spiętrzone +dachy z czerwonej cegły, kominy; dalej, w dole, srebrzyła się +rzeka, a środkiem niej cicho sunęła właśnie berlinka, +zdążając ku miejskiej przystani.</p> + +<p>Z wieży którejś z poblizkich +świątyń w ogólnem milczeniu melodyjnie rozległ się +niebawem dźwięk sygnaturki porannej. Monotonne nieco +popłynęło w dal echo z dzwonu, a zawtórowały mu wkrótce +świstawki licznych fabryk, turkot wozów z mlekiem i pieczywem, oraz inne, +płynące zewsząd odgłosy.</p> + +<p>Powolnie budziło się już miasto.</p> + +<p>Krętymi uliczkami staromiejskiej dzielnicy +zdążał krokiem równym i szybkim ku opisanej powyżej +siedziby swojej młody mężczyzna, rosły i gibki, ubrany w +jesienne palto i pognieciony miękki kastrowy kapelusz, nadający +śniademu obliczu jego i bujnemu zarostowi wyraźny typ jakby południowca +z Zachodu. Szedł on, pogwizdując z cicha, z rękami w +kieszeniach, zamyślony, a po wyminięciu kilku przechodniów, +skręciwszy w uliczkę wązką i głuchą, znalazł +się na niej sam zupełnie.</p> + +<p>Po chwili jednak z poza węgła +staroświeckiego domu, tworzącego róg tej ulicy, wysunęła +się pewna postać i poczęła iść w ślad za +nim.</p> + +<p>Była to biedna jakaś babina, a snać nieco +podpita, bo zataczając się z lekka, krzykliwie +podśpiewywała coś sobie. Mała, krępa, okręcona +czerwoną wełnianą chustką i w takiejże spódnicy, +kołysała się ona zabawnie, przystając co kroków kilka, i +niby baletnica szybko wykręcając się na jednej nodze.</p> + +<p>W swe kościste ręce spódnicę +ujmowała przytem pociesznym ruchem, a z pełną komizmu +gracyą unosząc ją wyraźniej i głośniej +powtarzała ostatnią piosenki zwrotkę, i szła dalej, aby w +parę minut ponownie wykonać też same identycznie produkcye.</p> + +<p>Idący ulicą mężczyzna +przystanął i patrzał ciekawie na babinę, wkrótce jednak, +znudzony, obojętnie odwrócił się i począł +iść dalej.</p> + +<p>W tej samej chwili posłyszał za sobą wołanie:</p> + +<p>- Hej, panoczku, panoczku! Stójcie-no ino tam, +stójcie!...</p> + +<p>Młody człowiek odwrócił się i ujrzał zmierzającą ku niemu +kobiecinę; trzymała coś w ręku i kiwała nań. +Zdziwiony podszedł bliżej i zapytał:</p> + +<p>- Cóż to, czegóż ode mnie chcecie?</p> + +<p>Babina zaś, podając mu jakiś przedmiot, +objaśniła:</p> + +<p>- A dyć zgubiliśta to panoczku!... Przez +mała psewróciłabym se bez tę torbę...</p> + +<p>Nieznajomy machinalnie ujął w rękę, +co mu dawano.</p> + +<p>Trzymał pugilares duży, ciężki i +elegancki; był on ze skóry koloru wiśniowego i mile dotknięciem +swem pieścił.</p> + +<p>Na ten widok zarumienione od porannego chłodu +oblicze młodzieńca zbladło, ręka mu zadrżała +nerwowo, a na ustach, które z lekka poruszyły się niedostrzegalnie, +zamarły, jakby niewypowiedziane jakieś słowa.</p> + +<p>Jednocześnie spojrzenie jego dużych ciemnych +oczu obrzuciło badawczo uliczkę: wokół nie było nikogo, +tylko zapuszczone story licznych okien u domów patrzyły przed siebie +martwem okiem - w ciszy uśpienia jeszcze drzemało tu miasto.</p> + +<p>Przenikliwy, rozumny wzrok nieznajomego +spoczął z kolei na twarzy stojącej przed nim kobieciny, i +zatrzymał się na niej długą chwilę...</p> + +<p>Zdawała się ona być ze wsi, a Bogu +duszę winna, ucierała w tej chwili swój nos zamaszyście, +nieestetycznym i prymitywnym, ludowi naszemu właściwym sposobem, +mrugając równocześnie małemi, zaszłemi krwią, jak u +królika, oczkami. Niewątpliwie była przytem poweselałą od +trunku, a nie pijaną przed chwilą widać +śpiewającą tylko - tak sobie, gwoli zadośćuczynienia +nastrojowi swemu, czy też może zbytkowi przyrodzonego temperamentu.</p> + +<p>- Dziękuję wam! - Lakonicznie rzucił +nagle nieznajomy, prosto w piegowatą i czerwoną twarz babiny i +odwróciwszy się z pośpiechem, podniósł kołnierz paltota, +wtulił w niego głowę, nasunął na oczy kapelusz i +począł iść bardzo szybko, wkrótce zaś puścił +się prawie że biegiem.</p> + +<p>- A to ci leci!... Niby ta elektryka, zrozumienia +nijakiego niemająca, - zawyrokowała głośno do siebie, +wzruszając ramionami, kobiecina.</p> + +<p>Raźno z miejsca ruszyła i śpiewać +znowu poczęła, echo zaś jej piosenki, odbiwszy się o mury +charakterystycznych, przygarbionych wiekiem kamienic Starego Miasta - +pognało za niknącym już w głębi uliczki +mężczyzną, ostatnią swą, dwukrotnie powtórzoną, +zwrotką:</p> + +<p> + "A kto kocha, ten jest zdrów,<br> + A kto kocha - ten jest zdrów...";</p> + +<p> </p> + +<p>Zgrzytnął klucz w zamku cichej facyatki, +otworzyły się gwałtownie drzwiczki, i na progu stanął +właściciel tego mieszkanka. Od powiewu, wywołanego prądem +powietrza, zadrżały firanki u małego okienka, ze szklanego zaś +kielicha pochyliła się ku fotografii młodej dziewczyny róża +aksamitna, jakby pragnąc z nią wspólnie powitać pana swego.</p> + +<p>- Nareszcie!... - wyszeptały z ulgą usta +przybyłego i ruchem nerwowym, zamknąwszy cicho drzwi za sobą, +przekręcił klucz w zamku.</p> + +<p>Rzecz dziwna - natychmiast w czterech ścianach +smutnej dotąd izdebki zrobiło się jakoś weselej i +jaśniej!...</p> + +<p>Młodość bowiem i siła szły, +biły od młodego mieszkańca facyatki, i niby brakujący +promień światła, ożywiły, zda się, wnętrze +poddasza.</p> + +<p>Rzuciwszy kapelusz i paltot na krzesło, +młodzieniec bacznie rozejrzał się po swym pokoiku, a +zmarszczywszy brwi i jakby coś rozważając, pozostał w +pozycyi stojącej dłuższą chwilę.</p> + +<p>Poruszył się jednak niebawem i podszedł +do drzwi, nadsłuchując równocześnie. Postawszy zaś tam +minut parę, zbliżył się następnie do okna, a +wpatrzywszy się w nie przez sekundę może, po krótkiem wahaniu, +powolnym ruchem spuścił roletę.</p> + +<p>Szarawa ciemność zaległa izdebkę.</p> + +<p>Młodzieniec podszedł do kanapy, przed +którą stał stoliczek mahoniowy, i usiadł. Wkrótce w ciszy +rozległ się zgrzyt zapałki. Po chwili mała lampka +oświetlała już poddasze, młody człowiek zaś, raz +jeszcze obejrzawszy się wkoło, szybko, sięgnął do +kieszeni swego ubrania.</p> + +<p>Nerwowo, śpiesznie wydobył stamtąd +wręczony niedawno portfel skórzany i, z błyskiem ciekawości w +oczach roztworzywszy go, położył na stole.</p> + +<p>Z sześciu, zapiętych małemi klapkami, +przedziałów złożony, z wielką spodnią, idącą +przez całą długość jego kieszenią, w oczekiwaniu, +cicho, pugilares patrzeć się zdawał na siedzącego +mężczyznę...</p> + +<p>Ręce jego jednak, dotknąwszy się tylko pobieżnie +wypełnionych kryjówek, zatrzymały się chwilę bezczynnie, a +na nerwowej twarzy odbiło zdumienie, połączone jakby z +przestrachem.</p> + +<p>- +Jak to, więc tak dużo tu czegoś? -mówiły wyraźnie +wielkie, wyrazu pełne oczy młodzieńca, i jednocześnie +pytać się zdawały niepewne: - Czy tylko to aby pieniądze?..</p> + +<p>I +dziwna reakcya odbywała się w duszy jego. </p> + +<p>Gdy krętemi uliczkami leciał +do swego mieszkanka, paliła go chęć ujrzenia, co zawiera +portfel, a obecnie?... Lęk oto jakiś niewytłumaczony +zawładnął nim nagle.</p> + +<p>Przeczucie mówiło mu +wyraźnie, że tu, przed nim, w pugilaresie tym, ukryty na razie od +oczu ludzkich, mieścił się majątek może, tkwił +pieniądz - ten talizman ludzkiego dobrobytu i szczęścia, drzemała +świata tego potęga - złoto...</p> + +<p>A jednak nie poruszył on +dotąd wcale portfelu... Dlaczego?</p> + +<p>Bo z przeczuciem bogactw, które +czekać się zdawały tylko dotknięcia jego, czuł dobrze, +zdawał sobie on sprawę z czegoś innego również.</p> + +<p>To była własność +cudza!...</p> + +<p>Upomną się o nią +niewątpliwie; on zaś, nie wiedząc, co się tam znajduje, +możeby mógł jeszcze, pomimo swej nędzy, zwrócić +właścicielowi ten oto przedmiot, czy uczyni to jednak, unurzawszy +ręce w zawartości jego?</p> + +<p>Z ręką na portfelu +opartą mężczyzna zamyślił się bardziej jeszcze.</p> + +<p>Wszak, choć z pozoru wesół i +syty, nie posiadał on w istocie na razie złamanego szeląga przy +duszy. Ostatnie pieniądze wydał na bilet kolejowy, który +pozwolił mu wrócić w ściany poddasza z wczorajszej zamiejskiej +wycieczki, związanej z nadzieją otrzymania posady.</p> + +<p>Nie otrzymał jej - wracał z +niczem; głodne dzisiaj już teraz pytająco zaglądało mu +w oczy zimnem nieubłaganem spojrzeniem.</p> + +<p>A tu, przed nim!...</p> + +<p>Młodzieniec zerwał się +z kanapki i przebiegł pokój kilka razy. Nagle, wytrzymać snadź +już nie mogąc, pochwycił w drżące ręce +leżący portfel i rozpiął ruchem gwałtownym po kolei +wszystkie jego kieszonki...</p> + +<p>I oto z jednego przedziału +natychmiast z przyciszonym brzękiem posypały się na +wyszarzałą serwetę stolika rulony złota, +błyszczące, nowe - zamigotały w niepewnem świetle lampy i +ułożyły się cicho... W ślad za nimi z innych kieszonek +portfelu z szelestem wypadły pliki storublówek, w opaskach, a z kryjówki +jego spodniej wysunęły się do połowy wielkie kwadraty +pięćsetrublówek!...</p> + +<p>Więc nie było to urojeniem, +marzeniem, mrzonką!.. Rzeczywiście zatem drzemał tu +pieniądz w swym majestacie!..</p> + +<p>Młody człowiek +odskoczył od stołu i wpatrzył się w nagromadzoną +kupę grosza. </p> + +<p>Na twarz jego wystąpił wyraz +chciwości i oszpecił ją, oczy głębokie, duże, +przybrały połysk koci i wpiły się uporczywie w banknoty i +złoto.</p> + +<p>Po chwili zbliżył się +ponownie do stolika. Lubieżnym ruchem swej delikatnej ręki +przesunął po nagromadzonych pieniądzach, a po ciele jego +równocześnie przeleciał dreszcz.</p> + +<p>Jak włosy pięknej kobiety, +jak ciało jej zmysłowe, aksamitne, pieściły go banknoty... +Zanurzył rękę głębiej i dotknął się +złota.</p> + +<p>Z cichym brzękiem rozsypało +się ono w strumyk błyszczący, a nim do głębi ponownie +wstrząsnął dreszcz.</p> + +<p>Nigdy w życiu swem nie miał +tyle pieniędzy u siebie. Fortuna zawsze impertynencko odwracała +się od niego, szczęście dotychczas uciekało odeń +również, jak od zapowietrzonego, pieniądz zaś, drwiąco +unosząc się w niedostępnych dlań wyżynach, +niepochwytny, szyderczy - stronił od niego stale.</p> + +<p>Młodzieniec przesuwał +wciąż machinalnie ręką po storublówkach. Przed oczyma +migały mu wizerunki, podpisy na banknotach, złote imperyały +zimnym dotykiem głaskały jego dłoń...</p> + +<p>Wyrwawszy rękę wreszcie z +pieszczotliwego uścisku złota, mężczyzna pochwycił +nagle pliki storublówek i liczyć począł.</p> + +<p>Drżące ręce jego brały +i porzucały co chwila zwitki banknotów; szelest papieru, zduszony +dźwięk monety zagrały w ciszy izdebki, zdziwiły te biedne +ściany, tak zdawna odwykłe od brzęku pieniędzy, +wyganiając, zdawało się, biedę, przykucłą +gdzieś w kącie, z legowiska swego. I widmo jej w łachmanach +zniknęło przestraszone, wygnane szmerem poddanych Złotego Cielca +- umknęło, szukając gdzie indziej schronienia.</p> + +<p>A młody człowiek +wciąż liczył... Teraz dłoń jego dotykała zwitka +pięćsetrublówek. Było ich dwadzieścia.</p> + +<p>Ciemny rumieniec powoli +występował na śniadą twarz młodzieńca, oczy +zaś jego paliły się bezustannie chciwości niezdrowym +blaskiem.</p> + +<p>W papierach i złocie, z +pewną, drobną tylko różnicą, było wszystkiego +dwadzieścia siedem tysięcy.</p> + +<p>Młodzieniec odstąpił od +stołu i wolno z rozmysłem począł przechadzać się +po izdebce.</p> + +<p>- Dwadzieścia i siedem +tysięcy!.. Dwadzieścia i siedem...</p> + +<p>Powtarzając się bezustanku, +w głowie jego huczała i wracała myśl jedna, a +dziesiątki innych ginęły, topiły się tylko w niej, jak +w chaosie, zanikały - milkły... </p> + +<p>On zatem, który prócz jedynego na +sobie odzienia i tych paru sprzętów wokoło, nie posiadał nic na +świecie, on - za jednym zamachem mógł stać się oto +właścicielem owych, rozsypanych przed </p> + +<p>nim pieniędzy?..</p> + +<p>Młodzieniec zadrżał.</p> + +<p>- A moralność? a etyka? To +własność nie twoja, to zguba czyjaś tylko, ty +powinieneś pieniądz ten zwrócić, zwrócić, zwrócić!.. +jak rój owadów nagle zabrzmiały w uszach mężczyzny jakieś +szepty i głosy.</p> + +<p>- Oddać? ha-ha-ha!.. A to +dlaczego? ciekawym? - zadrwił rozsądek zimny natychmiast. - "On +prend son bien, ou on le trouve." - Znalazłeś - to twoje! A +zresztą, gdyby to samo, co ty, znalazł był kto inny, czy +myślisz, że postąpiłby on inaczej?</p> + +<p>- Oddałby, oddał na pewno, +bo chciałby pozostać uczciwym!.. - silny głos prawości rozległ +się śmiało w duszy mężczyzny.</p> + +<p>Wstrząsnął się +młody mieszkaniec facyatki i przetarł ręką czoło, po +chwili zaś zmęczony usiadł na jednym z koszlawych fotelików i, +podparłszy głowę dłonią, zadumał się +głęboko.</p> + +<p>A rozum drwił dalej +bezlitośnie, zjadliwie, sącząc się kroplami ironii:</p> + +<p>- Nie słuchaj bredni i +sentymentalnych mrzonek! - szeptał. - Uczciwość - frazesa!.. +Któż naprawdę uczciwym jest w czasach obecnych? Obejrzyj się +tylko i wpatrz uważnie w ludzi, walczących o byt obok ciebie. Czyń +wreszcie, jak chcesz... odtrąć łaskawy uśmiech fortuny!..</p> + +<p>Los, odbierając może +naumyślnie drugiemu, co miał zanadto w swym trzosie, pragnie +dobrotliwy, obdarzyć ciebie, nie chcesz-li?</p> + +<p>- Ha, to bądź sobie zatem +wspaniałomyślnym, szlachetnym, wielkim! Umieraj z głodu, bądź +głupim!.. Ale pamiętaj, że gorzkiemi łzami +żałować kiedyś będziesz chwili swojego szału - +pamiętaj, żeś biednym!</p> + +<p> </p> + +<p>Zaśmiał się jeszcze +rozum szyderczo i umilkł, mężczyzna zaś, zadumany, +pochylił się na krześle, jakby przygnieciony do ziemi, +oparłszy przytem łokcie na kolanach, ukrył twarz w dłonie.</p> + +<p>Tak, niestety, był on biednym!..</p> + +<p>Straciwszy matkę lat temu +parę, uczył się następnie za granicą: w Niemczech i we +Francyi. odebrawszy kosztem bogatego stryja wykształcenie nie fachowe, +lecz ogólne i staranne, zdecydował się rok temu właśnie +powrócić do miasta, gdzie ujrzał był światło dzienne, +by zbliżyć się do dotychczasowego opiekuna swego, a brata +rodzonego nieżyjącego już ojca.</p> + +<p>W młodzieńczej +wyobraźni studenta roiła się nawet podówczas nadzieja +śmiała owładnięcia sercem starego bogacza, aby po +najdłuższem życiu zapisał mu mienie.</p> + +<p>Tembardziej zatem śpieszył +się z swoim wyjazdem, lecz przybył za późno niestety; stryja +swego już nie zastał.</p> + +<p>Łożący tylko z +obowiązku na studya bratanka, a nie przywiązany doń zgoła +innym, serdeczniejszym węzłem, parę tygodni temu +właśnie starzec przeniósł się był do wieczności, +zapisawszy cały majątek na dobroczynne cele.</p> + +<p>Nie zastawszy więc w mieście +nikogo na razie, kto by go znał lub pamiętał, odważnie z +biedą wziął się on wówczas za bary.</p> + +<p>Przepisywał referaty, polisy +ubezpieczeniowe, dawał lekcye, czynił, co tylko mógł i +zdobywał miejsce przy biesiadnym, ogólno ludzkim, a tak zazwyczaj +niegościnnym stole...</p> + +<p>0 chłodzie i głodzie +mijały mu w ten sposób dnie całe, gorycz jednak do życia, w +walce o byt ciągłej, nie rozgaszczała się w duszy jego, nie +mającego po prostu czasu w bezbarwnej swej biedzie i gorączce zarobku +analizować ciemnych stron swego żywota. Miesięcy parę temu +dopiero siła okoliczności i ludzi, o których ocierać się +począł, żal wykluł mu się w duszy do świata, +sącząc z niej niezadowolenie i gorycz.</p> + +<p>Traf ślepy zrządził +pewnego dnia, iż spotkał rówieśnika swego z lat dawnych.</p> + +<p>Przy wspomnieniu tem ostatniem, +młody mieszkaniec poddasza zmarszczył brwi i zamyślił +się jeszcze głębiej, niż przedtem.</p> + +<p>Dawny jego kolega szkolny z kraju i +zagranicy, Edmund R-ski, potrosze nawet kuzyn i towarzysz zabaw dziecinnych - +dziś bywalec stolicznych salonów, chłopiec zamożny, +zbliżył się do niego pierwszy wówczas. Było to podczas +karnawału, w zimie, w jednej z kawiarń, bardziej uczęszczanych w +mieście.</p> + +<p>Po dłuższej gawędzie i +rozpamiętywaniu młodzieńczych lat ubiegłych, Edumund R-ski +rzekł mu wtedy:</p> + +<p>- Wiesz co, mój drogi? Dobrze się +nazywasz, ładne masz maniery, które pozostały ci po rodzicach i +wychowaniu starannem, notabene wcale dobrze i z akcentem mówisz po francusku, +tandem tedy zaproponowałbym ci coś... tylko nie obraź się +na mnie przypadkiem... Gdyby cię tak ubrać elegancko, bardzo dobry i okazały +byłby z ciebie tancerz... He, cóż ty na to? Proszony +właśnie jestem o młodzież do państwa W. na bal, +pojutrze, chodź ze mną... Siedzisz i marnujesz się gdzieś w +kącie, qui lo sa, przystojnym jesteś, a nuż podobasz się +komu?.. Ja ci pomogę i ułatwię wszystko...</p> + +<p>Od słowa do słowa, dał +się namówić wtedy. Otrzymawszy od bogatego i hojnego, oraz uprzejmego +kuzyna pożyczkę, wyekwipował się i poszedł na bal z +nim razem.</p> + +<p>Edmund R. przeprowadził rzecz +całą bardzo zręcznie. Przedstawiwszy protegowanego swego, nie +omieszkał przypomnieć wszystkim z osobna o stryju jego, +filantropijnym zapisodawcy, a także o rodzicach, ongi, przed laty, +zamożnych i wpływowych. Dobrze wychowanego, eleganckiego i +miłego tancerza zapraszać poczęto chętnie, tembardziej, iż +powszechnie wiedziano o przyjaźni jego z Edmundem R., znanym i cenionym +bywalcem.</p> + +<p>Młody mieszkaniec skromnego +poddasza poruszył się niespokojnie na krześle i spojrzał +przed siebie wzrokiem zamglonym, zapatrzonym we wspomnienia własne.</p> + +<p>Wówczas to, po owym pierwszym balu, +przestąpił on zaczarowany dlań dotąd próg salonów i +zapamiętale bawić się począł. Życie, które +prowadził, upajało go. Niepomny jutra - szalał.</p> + +<p>Trwało to tygodni parę, i +nagle skończyło się wszystko... Edmund R-ski, wezwany +telegraficznie do umierającej siostry za granicę, wyjechał, +pieniądze wyczerpały się równocześnie, a zaniedbana czasowo +jego własna zarobkowa praca wysunęła mu się z rąk; +ktoś inny, także potrzebujący biedak, zastąpił go.</p> + +<p>W okienko facyatki karnawałowicza +zajrzał głód; po wizytach i balach pozostał w pamięci jego +tylko chaos ogólny - wrażenie chwil rozkosznie jakby prześnionych, i +jedno wspomnienie trwałe.</p> + +<p>Oczy młodego mężczyzny +zadumane, w tej chwili błyszczące i jakby tkliwe, skierowały +się w róg izdebki, gdzie w półświetle lampy majaczyła +fotografia.</p> + +<p>Nabył ją u fotografa i +niemal codziennie stroił w kwiaty; przedstawiała zaś ona +elegancką pannę z towarzystwa, córkę ukraińskiego magnata, +błyszczącą ubiegłego karnawału w salonach pięknością, +dowcipem, otoczona rojem wielbicieli, a którą pokochał uczuciem +miłości pierwszej - prawdziwej.</p> + +<p>Dla niej rzucił się w wir +czczych zabaw bez środków po temu, bez pamięci...</p> + +<p>Odepchniętemu twardą +ręką biedy od rydwanu bawiącego się świata - +przesłoniętego w pamięci jego gazą ułudną, +mieniącego się setkami odcieni i blasków - pozostały tylko +wspomnienia dręczące, rozkoszne, kilkunastu rozmów, tańców, +uścisków dłoni, spojrzeń... i - nabyta za pieniądz +własny fotografia pięknej dziewczyny.</p> + +<p>Mydlana bańka złudna - +marzenie!..</p> + +<p>Siedzący wciąż w +zamyśleniu przed stolikiem młodzieniec głowę pochylił +i ponownie ukrył ją w dłonie. Niby na jawie, przed oczyma +żywo stanął mu bal ostatni... W jarzącej się +świateł powodzi, wśród kołyszących się w takt melodyjnego +walca par, sunęli oni wówczas po szklistej posadzce salonów...</p> + +<p>Ona miała spuszczoną +główkę cudną i opierała się z wdziękiem na jego +ramieniu, on zaś, tuląc nieznacznie tancerkę swą do piersi, +pożerał wzrokiem jej twarz, nagie ramiona i szyję kształtną, +a długą i giętka, jak kwiat, o łodydze wysokiej.</p> + +<p>Od czasu do czasu piękna panna +wznosiła na niego swoje głębokie, mieniące się +źrenice, i spojrzenia ich spotykały się na chwilę...</p> + +<p>Potem śliczne dziewczę +przykrywało znów oczy długiemi rzęsami; on rzucał +słówko, przyciskał machinalnie kibić jej do siebie, +czekając ponownie niemej źrenic rozmowy. Nagle uciszyło się +w balowej sali...</p> + +<p>To muzyka ustała była, a oni +walcowali jeszcze, ciągle przytuleni do siebie - zrośli skrytem jakby +pragnieniem.</p> + +<p>Później odprowadził +znużoną swą tancerkę, a ona leciuteńko, +dziękczynnie paluszkami drobnemi ścisnęła jego +dłoń...</p> + +<p>Młodzieniec zerwał się +z krzesła, potrącił je gwałtownie, i dużymi krokami +zaczął przebiegać szybko swój pokoik. Jednocześnie z +wyrazem miłości bezgranicznej spojrzenie jego pobiegło do +komódki małej, gdzie stała fotografia z różą.</p> + +<p>Z kryształowego kielicha +delikatnie wychylał się kwiat purpurowy, dotykając warg prawie +dziewczyny. Usteczka jej małe uśmiechały się rozkosznie, +pocałunku zda się spragnione...</p> + +<p>Młody człowiek +pozostawał chwilę w niemej kontemplacyi ubóstwianego przez się +kącika izdebki, aż wreszcie powoli wzrok swój przeniósł w +stronę stolika, gdzie leżały cicho banknoty i złoto.</p> + +<p>Wyraz marzenia, ekstazy +błyskawicznie znikł z jego oblicza - przypomniał sobie +chwilę obecną.</p> + +<p>Zwolna do stolika zbliżać +się począł; utkwiwszy spojrzenie w rozsypanych pieniądzach, +jednocześnie myślał:</p> + +<p>- Niemi tylko może zdobyć +bym mógł swe marzenie, one pozwolą mi i ułatwią +zbliżenie do ukochanej! A potem...</p> + +<p>I mimo woli znowu spojrzał +młodzieniec w róg pokoiku.</p> + +<p>Oczy dziewczyny kuszące patrzyły +zalotnie, paliły go, obiecywać się zdawały rozkoszy +ułudę, miłość - szczęście!.. Rumieniec +oblał twarz mężczyzny.</p> + +<p> </p> + +<p>- Ach, mieć ją, +posiadać, i żyć jej życiem, zlać się z nią +istnieniem i duszą!.. - zawirowała mu w głowie myśl +uporczywa.</p> + +<p>- Przecież to córka magnata; +książęta, hrabiowie ubiegają się o nią, +czemże ty jesteś dla niej? - zerem, nie otrzymasz jej nigdy, - +uspakajała mózg, nerwy wzburzone, trzeźwa, zimna logika. - Chyba, +że pieniędzy tych oto posiądziesz wiele... wiele...</p> + +<p>- Z małych strumieni tworzą +się rzeki; weź to, a może ci więcej przybędzie!.. - +szepnął rozum podstępnie.</p> + +<p> </p> + +<p>Młody mieszkaniec facyatki +schwycił się nagle za głowę.</p> + +<p>Boże, Boże! - wyszeptał +- cóż jednak uczyniło ze mnie to, tak krótkie zetknięcie +się z światem zbytku, to zbratanie się, otarcie z ludźmi +szychu i złota! Jakże innym byłem dawniej! Jakże - +lepszym!..</p> + +<p>Mężczyzna smutnie +zwiesił głowę.</p> + +<p>Teraz, przyjrzawszy się niedawno +ludziom bogatym, ich trybowi życia, czuł w sobie, poza uczuciem +miłości, dziesiątki związanych z niem pragnień. +Złoto, ten bożek dumny i wspaniały, przed którym korzyły +się miliony, olśniewał go, mamił... Przedsmak zaś +możliwych w dalekiej przyszłości bogactw, użycia, a kto +wie, może znaczenia i wpływów, wespół z osiągnięciem +najprzód ukochanej kobiety, za pomocą tego oto, rozsypanego przed nim +grosza - odbierał mu równowagę duchową, mieszał myśli.</p> + +<p>Porwał się znowu z miejsca i +po pokoju biegać począł, niebawem jednak rzucił się na +krzesło, wyczerpany, uporczywie, ponownie wpatrzywszy się w +fotografie ukochanej.</p> + +<p>Od czasu do czasu odrywał wzrok +od drogich rysów kobiety i przenosił go z wolna na stos banknotów i +złota. Później spojrzenie jego, wewnętrznej pracy myśli +jakby posłuszne, wracało powtórnie do lubego wizerunku.</p> + +<p>Przy samych wargach dziewczyny +drżał kwiat purpurowy obecnie - dziewczę i róża +całowały się teraz lubieżnie...</p> + +<p>A w izdebce tymczasem lampa powoli +dogasać poczęła stopniowo, niepewnem, migocącem +światłem kłócąc się jakby z rąbkiem radosnego +słońca, poprzez rolety zaglądającego co chwila do +wnętrza facyaty.</p> + +<p>I półcienie jakieś, +tajemnicze, mgliste wsunęły się równocześnie na poddasze - +zaludniły cicho puste, zakurzone kąty jego...</p> + +<p>Siedzący młody człowiek +zrywa się nagle z krzesła swego.</p> + +<p>Bo oto niespodzianie dwoić mu +się w oczach zaczyna...</p> + +<p>Rozsypane na stole złoto zalewa +izdebkę całą, a z komódki starej zstępować zaczyna z +wolna ona sama, zamglona i powiewna postać... Dotykając stopkami +drobnemi złota, idzie ku niemu ona, z zalotnym uśmiechem, piękna +niewinna - chyli się rozkosznie w jego ramiona!.. </p> + +<p>Mężczyzna ku zjawisku temu +wyciąga instynktownie ręce, na wpół przytomnie naprzód +pochyla...</p> + +<p>Lecz oto nagle czar pryska...</p> + +<p>Wypełniająca wnętrze +izdebki złocista przestrzeń znika, zjawisko eteryczne zaś +zaczyna oddalać się coraz bardziej, unosi w górę, niepochwytne, +a za niem tylko na ciemnawem tle facyatki, jak wąż ognisty, wije +się struga błyszcząca ścieżka, dotyka stóp jego - +pomostem złota łącząc go w ten sposób z uchodzącym +cieniem ubóstwianej przezeń kobiety.</p> + +<p>Wreszcie znika wszystko.</p> + +<p>Młody mężczyzna +przeciera dłonią czoło, rozgląda się...</p> + +<p>Niema nikogo!</p> + +<p>Cóż to więc było?</p> + +<p>Hallucynacya zapewne +naprężonych nerwów i rozigranej wyobraźni, rzucająca mu na +ekran półcieniów izdebki fantasmagoryczny obraz noszonego ciągle w +duszy dziewczęcia! Wpływ to rozprzężonych wrażeń +i myśli, skutkiem wysiłku, szumiącego jak potok, nawałem +zwątpień i pytań mózgu. Zapewne...</p> + +<p>I młodzieniec powtórnie przeciera +dłonią zmęczone czoło, a jednocześnie żałuje +jakby, że widzenie już pierzchło. Przed oczyma stoi mu +ciągle, jak żywy, obraz jej, ukochanej - chłonie w siebie jej +postać wdzięczną, całuje myślą oczy jej i usta.</p> + +<p>W przelocie zarazem, po raz nie +wiadomo już który, wzrok jego dotyka banknotów i złota, a w duszy +bunt mu się zrywa.</p> + +<p>- Jak to?.. On miałby odtrącić +od siebie ten grosz, i w ten sposób stracić, na zawsze może, +środki ku zdobyciu drogiej sercu kobiety?.. Zniszczyć bezpowrotnie +pomost złocisty, łączący go z nią jakby w widzeniu +proroczem?</p> + +<p>Nie, przenigdy. Tak naiwnym nie +będzie...</p> + +<p>Pieniądz ten potroi, majątek +zrobi, fortunę - złotem przełamie, zwalczy przeszkody wszelkie.</p> + +<p>- Zrobić majątek, czyż +to tak łatwo? - na dnie duszy gdzieś zatajone zwątpienie nagle +ironicznie pyta, jakby ostudzić pragnąc przedwczesną +radość.</p> + +<p>Chmura niezadowolenia przelatuje po +czole mężczyzny.</p> + +<p>- Tak, zaiste, prawda, to nie tak +łatwo. Lecz z potęgą pieniędzy w dłoni tak, czy +też inaczej, do wszystkiego zawsze dojść łacniej w +życiu; - klucz złoty otwiera wszystkie bramy!..</p> + +<p>I ostateczna, przełomowa walka +odbywać się w tej chwili zdaje w duszy mężczyzny. Na +wysokiem czole naprężają mu się żyły, oczy +ciemnieją, a twarz bledszą się staje... Z nęcącą +pokusą zawładnięcia cudzem mieniem, po raz ostatni stają do +boju wpojone w młodocianych latach jeszcze zasady.</p> + +<p>Powrotną falą z daleka cicho +płyną i płyną coraz potężniejsze, bliższe i +zalewają stopniowo umysł młodzieńca. Szemrzą coraz +donośniej, silniej...</p> + +<p>A z przypływem ich +jednocześnie mięknąć poczyna coś w duchu młodego +mężczyzny, bo oblicze jego wzburzone uspakaja się stopniowo. Co +myśli, z rysów twarzy odgadnąć jeszcze trudno, +domyśleć się jednak można, że poryw jakiś, +szlachetniejszy od poprzednich, czystszy, opanowywać go - w swoje +posiadanie bierze.</p> + +<p>Po chwili machinalnie ujmuje on w +ręce porzucony na stoliku obok pieniędzy pugilares i milcząc, +zgarniać poczyna rozsypany stos banknotów i rulonów monety.</p> + +<p>Przy czynności zaś tej, +zagadkowej jeszcze, bezustannie tak samo zamyślony młodzieniec +odwraca niebawem w dłoni trzymany portfel, a równocześnie spojrzenie +jego pada na coś, czego nie zauważył dotąd wcale.</p> + +<p>W rogu pugilaresu, u góry, +maleńka, dziewięciopałkowa rzuca mu się w oczy korona +hrabiowska; wdzięcznie granacikami oprawionemi w złoto mieni się +ona, szyderczo zda się patrzy... Na ten widok poprzedni spokój i wyraz pierzchają +nagle z rysów mężczyzny, i rzuca się w tył gwałtownie.</p> + +<p>Źrenice jego, zmatowane +dotychczas cichem zamyśleniem, złowrogim teraz błyszczą +ogniem, a jednocześnie w duszy następuje momentalnie przewrót +nagły.</p> + +<p>Znowu poczyna biegać po pokoju +wzdłuż i wszerz...</p> + +<p>I jak kępa drzew gdzieś w +polu samotna, co ugina się pod gwałtownym naporem wichru ku ziemi, +zwyciężona, pokorna - tak duch młodzieńca, miotany ponownie +burzą myśli, kołysać i giąć się poczyna.</p> + +<p>Gdy ujrzał on bowiem emblement +ludzi utytułowanych, żywo stanęły mu przed oczyma salony, +których miesięcy temu parę był gościem i sylwetki +hrabiczów, kręcących się koło jego ukochanej.</p> + +<p>Widzi ich jak na dłoni, +wszystkich, niby na jawie!..</p> + +<p>Widzi dumnego ojca pięknej +dziewczyny, zazwyczaj traktującego go z góry - dla nich, potomków +starożytnych rodów, chociaż częstokroć biednych - +pełnym uprzejmości wyrafinowanej i uniżonej niemal +grzeczności. Widzi wreszcie siebie samego bezkarnie i dotkliwie +obrażanym przez tychże arystokratów, lecz tak zręcznie, że +na pozór nieraz nie można zda się było winić ich, czynili +to bowiem oni, z tą subtelnością, oraz jubilerskiem jakby +wykończeniem, jak dotknąć potrafią tylko ludzie +"bardzo dobrze wychowani."</p> + +<p>I przy tem wspomnieniu ostatniem, +jakby zraniony, mieszkaniec małej izdebki, wzdryga się i wyrzuca +szeptem:</p> + +<p>- Jak to? te dwadzieścia +parę tysięcy należy do jakiegoś hrabiego? Zatem los +ślepy i ironiczny zarazem wsuwa mi w ręce część mienia +jednego z tych właśnie, którym tak często zazdrościłem +bogactwa, znaczenia i tytułów!..</p> + +<p>I ja, wobec jednostki takiej, +miałbym grać rolę szlachetnego, zwracać mu to, co dlań +może kropla w morzu tylko, fundusikiem, przeznaczonym zapewne na hulanki +nocne i zabawę?</p> + +<p>- Ha-ha-ha!.. - rozlega się po +pokoiku szyderczy, szatański prawie śmiech mężczyzny, i +odbija od ścian niemiłem dla ucha brzmieniem.</p> + +<p>- Ha-ha-ha, niedoczekanie twoje, panie +hrabio!.. - szepcze dalej półgłosem, a krew w żyłach kipi +mu nieustannie - wre niespokojna, burzliwa.</p> + +<p>I z duszy jego jednocześnie +pierzchają bezpowrotnie, zda się, nikną, jak ułuda i +marzenie, wszelkie dobre zamiary, wszystkie, tak niedawne jeszcze, wahania +pomiędzy prawami uczciwości i ich pogwałceniem.</p> + +<p>Zwycięzka, jedyna, jedna +rozgaszcza się tam nienawiść tylko do kasty uprzywilejowanej i +wyróżnianej w społeczeństwie. Wypielęgnowana cierpieniem i +biedą, wysubtelniona wykształceniem, a szczególniej przestawaniem +jeszcze za granicą w kołach różnych zapalonych głów, o +przekonaniach skrajnie demokratycznych - rozogniona wreszcie +nadczułością nerwową w zbliżeniu się i czasowem +powierzchownem zżyciu z przedstawicielami tej sfery - buchała obecnie +gorącym płomieniem, wszystko sobą przewyższając i +tłumiąc.</p> + +<p>- Za moje upokorzenia, tak niedawne - +zaszeptały znów cicho usta mężczyzny - za moje cierpienia i +biedę - za to, że ja nie mam takich przodków, jak ty, panie hrabio, +ani twych bogactw, blasku i złota - mam życie całe w nędzy +cierpieć, i to, gdy los sprawiedliwie bez wątpienia, odbiera ci +cząstkę mienia, przypadkiem, i mnie nią w zamian obdarza?.. 0, +nie, panie hrabio!.. Żydowi, cyganowi, wrogowi - każdemu bym +zwrócił może, lecz tobie - nigdy!..</p> + +<p>Ostatnie słowa mieszkaniec +poddasza wymówił w zapamiętaniu głośno całkiem i z +mocą jakąś dziwną. Twarz zaś jego dziko po prostu +wyglądała w tej chwili; pociemniawszy, jakby od wewnętrznego +ognia, demonicznie piękna i straszną zarazem była ona, a +zajadły płomień szczerej nienawiści do tak zwanych +powszechnie "arystokratów" zajaśniał na niej pełnym +blaskiem.</p> + +<p>Odruchem nagłym zbliżył +się do stołu i obie dłonie położył na plikach banknotów +i złocie. Czego nie zdołały stanowczo uczynić +okoliczności inne, sprawiła chęć dokuczenia w czemkolwiek +wyżej postawionej społecznej jednostce, jedna chwilka nienawiści +i szału.</p> + +<p>- Moje, moje!.. - wyszeptały usta +mężczyzny zwycięzko, jakby z mimowolną, ukrytą w sobie +radości nutą, a echo słów tych, urywanych, cichych, dziwną +mocą rozbrzmiało w martwem milczeniu facyatki.</p> + +<p>Cisza nastała znowu.</p> + +<p>Tylko w piersiach mieszkańca +poddasza przelęknione jakby swym czynem serce poczęło bić +przyciszonym tętnem, a szelest ten miarowy, jak zegaru wahadło, +mierzyć się zdawało te chwile przełomową w duszy +człowieka, depczącego uczciwość prawą dla +miłości, nienawiści i złota!..</p> + +<p>Nagle martwotę pokoju +przerwało coś gwałtownie. Były to czyjeś kroki silne, +przyśpieszone, idące po schodach, a coraz wyraźniejsze, +bliższe... Niebawem rozległy się tuż za drzwiami, +ucichły, i jakaś ręka wstrząsnęła lekko +klamką, w ślad zatem zaś rozległo się trzykrotne +pukanie.</p> + +<p>Gdyby w kataklizmie niespodzianym +runęła ziemia, zapadając się gdzie w niezmierzone +głębie wszechświata - mniejsze to chyba uczyniłoby +wrażenie na stojącym przed stołem mężczyźnie, +niż chwila obecna...</p> + +<p>Nogi zadrżały mu, a +bojaźliwa trwoga ścięła krew w żyłach, coś +zaś, niby gad obślizły, przemknęło po krzyżach i +za kark chwyciło despotycznie, zaparłszy dech w piersiach.</p> + +<p>W półświatłach +dogorywającego właśnie płomyka lampy twarz pochylonego nad +pieniędzmi młodzieńca nabrała strasznego, a zarazem +dojmująco trupio-bladego wyrazu, ręce zaś, jak kleszcze, wpiły +się w leżące pod niemi banknoty.</p> + +<p>- Nie oddam was, nie zwrócę za +nic w świecie! - mówić się zdawały wyraźnie kurczowo +zaciśnięte palce, drżące w zwojach papierów i złocie.</p> + +<p>Z ekranu izdebki, majaczącego +coraz bledszymi cieniami, światło w tej samej chwili znikło; +zapanowała tu szarawa ciemność, a w ślad zatem +rozległo się powtórne, tym razem silniejsze pukanie, poza drzwiami +zaś jednocześnie dały się słyszeć słowa, +wyrzeczone głosem męskim, dźwięcznym i młodym. </p> + +<p>- Widać, że śpi, lub go +nie ma...</p> + +<p>- Ale to oryginalne - +zauważył ktoś drugi, ciszej nieco. - Zaręczam ci, iż +przed chwilą paliła się wewnątrz pokoju lampa, przez szpary +u drzwi ślizgało się światło! - słowo!</p> + +<p>- Ha, jeśli tak, to może +Romanek ma u siebie jakąś dyskretną, a wesołą +wizytkę - snać z rozmysłem donośnie rozległ się +głos pierwszy. - Nie przeszkadzajmy mu. Chodź, Hermanie!..</p> + +<p>- Wesołej zabawy! - +krzyknął ironicznie nazwany Hermanem, nachyliwszy się do drzwi, +zapewne blizko, bo echo głosu jego wstrząsnęło +ścianami poddasza, poczem kroki przybyłych oddalać się +zaczęły.</p> + +<p>Westchnienie ulgi podniosło +pierś mężczyzny.</p> + +<p>Kilka kropel zimnego potu upadło +mu na rozpostarte dłonie; zbudzony tem jakby, odstąpił od +stołu i rzucił się w wycieńczeniu na kanapkę.</p> + +<p>Poznał po głosie tych dwóch, +dobijających się doń przed chwilą, poczciwych studentów +uniwersytetu - widział w wyobraźni swej teraz niemal obok siebie +wyraźne postacie ich, w wytartych mundurach i spłowiałych od +słót i słońca czapkach, pokrzywionych butach... Biedni +chłopcy!</p> + +<p>Przypadkowo zaprzyjaźnił +się z nimi, jak tylko przybył tu, do miasta - oni, zacne serca, +pierwsi uczynnie nastręczyli mu zarobkową pracę...</p> + +<p>Dawno już nie widział ich. +Ba, parę razy nawet w epoce owego kilkutygodniowego światowego +szału, spotykając ich na ulicy, a będąc w towarzystwie +eleganckich karnawałowiczów, mimo woli powstydził się ich i +udał, że nie dostrzega. Nie pamiętali mu tego - przyszli.</p> + +<p>Mieszkaniec poddasza w zamyśleniu +przesunął dłonią po jedwabistych swych włosach.</p> + +<p>- Gdybyż oni wiedzieli i +czytać mogli w duszy jego?</p> + +<p>Rumieniec palącego wstydu i +upokorzenia zakwitł na twarzy młodzieńca, a wyraz cierpienia i +wewnętrznego bólu rylcem swym żłobić mu począł +rysy wyrazistego oblicza.</p> + +<p>Długo jeszcze przesiedział +tak w zadumie...</p> + +<p>A gdy po niejakim czasie +słońce zajrzało znów do poddasza, nie było już +złota na stole; schowane - znikło, młody zaś człowiek, +śmiertelnie znużony moralną walką, na wpół ubrany, +cicho zdawał się drzemać na łóżku.</p> + +<p>Niebawem zasnął.....</p> + +<p>I sen oto, przed wewnętrznym +wzrokiem duszy młodzieńca, w tem tajemniczem jej życiu +marzeń i rojeń, snuć mu zaczął przedziwne obrazy... </p> + +<p>A więc najprzód zdało +się śpiącemu, iż leci on w przestrzeń bez końca, +ciemną i mroczną, unoszony niewidzialną jakąś +siłą...</p> + +<p>Tuli w objęciach swych przytem +jakąś powiewną kobiecą postać... Podobną, +choć nie identycznie i całkiem, jest ona do ukochanej przezeń +dziewczyny, a objąwszy pieszczotliwie szyje jego nagiemi ramiony, tak +zawisła, ustami lgnie do jego ust rozkosznie - on zaś, jak z kielicha +pieniące się, musujące wino, pije nektar warg tych wilgotnych, +tonąc w pocałunku ciągłym, nieustannym, zda się - +wiecznym.</p> + +<p>Upajający wreszcie jednak zawrót +głowy i osłabienie omdlewające jakieś i dziwne z wolna +poczyna go ogarniać.</p> + +<p>Za wiele, zanadto upajającej, +oszałamiającej słodyczy dają mu już te kobiece usta, +jak pieczęć do warg jego bez końca przylgnięte.</p> + +<p>Lecz oto nagle ciemnieje mu w oczach +wszystko dokoła i sił swoich nie czuje już prawie. Przymyka wiec +powieki i leci znów tak samo dalej w przestrzeń, niczego niepomny i nic +zgoła w okrąg siebie nie widząc.</p> + +<p>Trwa tak dość długo...</p> + +<p>Wreszcie, wypocząwszy w ten +sposób po swem wyczerpaniu, nie czując już ani ciężaru +zwisłej na jego szyi kobiety, ani zawrotnego czasu jej tchnienia... +otwiera oczy...</p> + +<p>Tamte, widziane przed chwila obrazy, +bezpowrotnie pierzchły; obecnie znajduje się zupełnie sam. Stoi +teraz na ziemi, a stopy jego dotykają jakiejś kamienistej +płaszczyzny, szarej, bezludnej i smutnej. Promienie zachodzącego +słońca złocą ją i krwawią swym dogasającym, +zamierającym blaskiem... </p> + +<p>On zaś nieporuszony stoi i +bezustannie patrzy. </p> + +<p>Nagle promienie gasną... Mrok +szary pokrywa płaszczem swym wszystko dokoła, a w cieniach tych +tajemniczych, cichych, szeptać i ruszać się coś poczyna.</p> + +<p>Z rumowisk i kamienistych szczelin +podstępnie wypełzły oto jakieś postacie, mary, i jak duchy +nie z tej jakby ziemi, skrzydlate - rozpierzchają się po równinie, z +przytłumionym szelestem. Nad głowami ich lecą wielkie czarne +złowróżbne ptaki, szumem swych skrzydeł mącąc +martwotę rozlanej wokoło pustki i ciszy.</p> + +<p>On, nic zgoła nie pojmując, +spogląda wciąż, przelękły, zdziwiony... Po chwili +dopiero zdaje się rozumieć...</p> + +<p>To - posłuszne niewidzialnemu, a +nadprzyrodzonemu skinieniu - lecą tak zapewne żerować na +padół ziemski - wyrzuty sumienia!...</p> + +<p>Tymczasem szmer lotu ptaków - +olbrzymów cichnie, zmierzch pochłania ich postacie - nikną.</p> + +<p>On z ulgą oddycha i instynktownie +postępuje parę kroków naprzód.</p> + +<p>Nagle wyrywa mu się z piersi +przenikliwy krzyk!... Nad jego głową wisząc, chwieje się +ptak czarnopióry, a zniżywszy lotu swego, wkrótce siada mu na ramionach, +niemiłosiernie wpiwszy w nie swe szpony, równocześnie zaś w +głowie uczuwa uderzenia miarowe.</p> + +<p>To ptak ów straszny i wielki, niby +dzięcioł w pień drzewa, stuka jemu tak w czaszkę +jednostajnie...</p> + +<p>W ślad za tem jedna z pierzchających +wokoło postaci zjawia się przed nim blizko. Ubrana w łachmany, +czarna i brudna, przyskakuje doń obcesowo, drapieżna, i utkwiwszy w +oblicze ofiary swej palące żarem, płomienne, dzikie +źrenice, nachyla się bardziej jeszcze i plwać mu w samą +twarz poczyna.</p> + +<p>Z ust jej, wykrzywionych, +wstrętnych, leją się strumienie lawy złotej i palą, +bolą...</p> + +<p>A jednocześnie tańczą +oto w krąg, z szelestem widziane niedawno w portfelu zwitki storublówek i +innych banknotów. Dwojąc się, trojąc w oczach, przybierają +one fantastyczne kształty, a niektóre, przedzierzgnięte jakby w +jakieś karły złowrogie, szponami drobnemi rwą mu ciało +bez litości. Inne znowu, z głowami wężów obrzydliwych, +sycząc, kąsają go zewsząd.</p> + +<p>Napastowany, nieprzytomny, +opędzając się rozpaczliwie, rękami, nogami - ciągle, +tarzając się nawet od jakiegoś czasu po kamienistych +zrębach - uciekać w końcu zaczyna równiną, jak szalony. +Potyka się co chwila, pada i ucieka znowu, gnany czeredą karłów +i olbrzymików, o głowach, szyjach gadów, z błyszczącemi +żądłami ze złota.</p> + +<p>Nad głową, z ramion +przemocą spędzony, wisi wciąż ptak olbrzymi, a postać +główna, mglista, leci z nim wespół w mroczną dal...</p> + +<p>Nagle, niewiadomo jak, skąd i +kiedy zjawia się znowu poprzednia kobieca postać.</p> + +<p>Śpiący, w swem majaczeniu +sennem - odczuwa niewysłowioną radość; a ona, podawszy +swą rączkę drobną, z uśmiechem zalotnym na +ślicznie wykrojonych usteczkach, towarzyszyć mu zaczyna.</p> + +<p>Razem bezustannie biegną teraz po +kamienistej równinie. Czarowna towarzyszka jednak nie czuje, jakoby, co dolega +mężczyźnie, i nie widzi roju prześladowców jego.</p> + +<p>Dziewczę to, czy kobieta, ubrana +cała w bieli, zasypana kwieciem róż i konwalii - cudna, lecz lekko, +dotykając się zaledwie stopkami swemi ostrych kamieni. Nad +główką jej, jakby w przeciwieństwie ptakiem czarnym, +lecącym obok - chwieje się duży ptak biały...</p> + +<p>Zjawisko śnieżnego ptaka +trwa jednak bardzo krótko, bo oto jemu, wpatrzonemu uporczywie w swą +towarzyszkę, zdaje się nagle, że pióra u skrzydeł tych +mlecznych z lekka szarzeć poczynają, stopniowo ciemniejszą +przybierając barwę...</p> + +<p>Wytęża wzrok coraz bardziej, +ale niebawem nic wokoło, nawet prześladujących go mar, +rozpoznać nie jest w stanie.</p> + +<p>Noc czarna, despotyczna, rozpinać +właśnie poczyna nad płaszczyzna ponurą swą oponę.</p> + +<p>Naraz znika wszystko...</p> + +<p>On równocześnie czuje, że +leci w przepaść bez dna, treści, oraz w chaos, z którego ocuca +go dopiero uderzenie silne o coś całem ciałem.</p> + +<p>Spogląda...</p> + +<p>Przed nim obecnie wznosi się +sfinks olbrzymi; o niego to w rozpędzie uderzył się przed +chwila. W jasnościach aureoli gorzeje fosforycznym blaskiem, +uśmiechając się zagadkowo. Na olbrzymich barkach jego, na +tułowiu - obliczu, wszędzie, niedostrzegalne zrazu dla ludzkiego oka, +wiją się, ruszają miryady drobnych lilipucich postaci.</p> + +<p>Jedne z nich rodzą się tu z +uśmiechem na ustach i piskiem, innych do grobu zanoszą; ci +walczą, depczą po sobie, zabijają się, wzajem w +przepaście spychają - tamci w ramionach drugich piją +miłości rozkosze, a tam znów inni jeszcze głodne twarze i +ręce wynędzniałe wyciągają po datek, sąsiadując +z blizka z takimi, co w bogactwie i zbytkach nurzają się po uszy, lub +grzęzną ciałem w rozpuście, jak w błocie.</p> + +<p>A środkiem - rozbite na +tysiące strumieni, na kropel miliony rozprysłe, płynie, faluje +złoto...</p> + +<p>I przed promienistymi jego potoki, jak +przed świętością - korzy się pokornie, +służalczo, wszystko dokoła.</p> + +<p>Czołem lilipucie biją przed +nim miryady - to też ono nadaje owemu sfinksowi tajemniczemu blask +fosforyczny - ono króluje tu, bezpodzielnie panuje.</p> + +<p>Lecz oto nagle olbrzymia głowa +sfinksa ujrzała snać nowego przybysza.</p> + +<p>Usta jego, wyniosłe i dumne, +rozchylają się szerzej, i miast zwykłego uśmiechu zagadki, +sardoniczny, szyderczy, wstrząsa przestrzeniami śmiech. </p> + +<p>Ha-ha-ha!... Ha-ha-ha!... sfinks +śmieje się - śmieje szatańsko i zwycięzko jakby - +wyniośle - strasznie!...</p> + +<p> </p> + +<p>............................................</p> + +<p> </p> + +<p>Głuchy jęk wyrwał +się z piersi uśpionego człowieka. Wstrząsnął on +murami pogrążonej w ciszy izdebki, krając zali serce swem echem +smutnem, cichł i gasł, zamierając powoli...</p> + +<p>............................................</p> + +<p>Obudził się +śpiący.</p> + +<p>Wylękłym, zamglonym jeszcze +wzrokiem szklanym popatrzył zaspany wokoło siebie bezprzytomnie i +niebawem przymknął na powrót ociężałe powieki, +obróciwszy się równocześnie do ściany.</p> + +<p>W kilka zaś minut później, +blada twarz mieszkańca facyatki, spokojna, nieruchomo spoczywała na +poduszce, pogrążona w twardem uśpieniu. Dusza tym razem +zdrzemnęła się w nim zapewne również, oddech bowiem +śpiącego miarowy rozlegał się już swobodnie +całkiem w samotnej, cichej izdebce.</p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p>CZĘŚĆ PIERWSZA.</p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p>Zdążając do poblizkiej +Wenecyi, wpadł pociąg kuryerski w morze, i hucząc, leciał, +płynął niby po powierzchni fali. W przedziale wagonu drugiej +klasy było tylko dwoje ludzi. Kobieta młoda, ubrana w strój lekki, +dystyngowany, z szarego materyału, drzemała, czy spała, +wciśnięta w głąb, z główką opartą o +poduszkę boczną - mężczyzna zaś, siedzący +naprzeciw, trzymał delikatnie w dłoniach pozostawioną w +uścisku jej rączkę drobną, i pochylony z lekka, +patrzył z miłością w znużone rysy i bladą +twarzyczkę kobiety.</p> + +<p>Od czasu do czasu wzrok jego +odrywał się od oblicza towarzyszki, biegł poprzez otwarte okno, +ścigając, zda się, pogrążone w ciemnościach +bezgwiezdnej nocy, niewidzialne tuż poza mknącym pociągiem +Adryatyku fale.</p> + +<p>I wtedy, za każdym razem +przesuwała się chmurka jakby po czole jego, osiadał tam +jakiś cień niepochwytny, a usta jednocześnie drgały +skrzywieniem goryczy, czy bólu pełnem.</p> + +<p>Gdy jednak wzrok zniżał +ponownie, to w zetknięciu się z obliczem młodej kobiety, +pogrążonem w cichem uśpieniu - oczy smutkiem zamglone +łagodniały mu prawie natychmiast, a choć pomimo woli i +bezustannie myśl rozpamiętywać się coś zdawała - +z ust momentalnie znikało zagięcie cierpienia i powoli +przeistaczało się w uśmiech, oraz zapatrzenie się w ukochane +rysy.</p> + +<p>Siedzący tak w zamyśleniu +nieruchomo - a w widocznej obawie zbudzenia towarzyszki - podróżny +posiadał cechy zewnętrzne dość interesujące.</p> + +<p>Był to przede wszystkiem +mężczyzna piękny bardzo; ciemny brunet, o wytwornej +powierzchowności i układzie, charakterystycznej owalnej głowie i +czole wypukłem, upiększonem łukiem brwi czarnych, +wąziutkich i regularnych, miał on pociągłą, +śniadą twarz, okoloną średniej wielkości brodą. +Nerwowe, wyraziste rysy oblicza tego wyraźnie zdradzały przytem +pochodzenie południowe, zarówno jak i piękne, duże oczy, +patrzące na świat gorąco, z rozmarzeniem nieokreślonem, +aksamitnem spojrzeniem dziecka Italii.</p> + +<p>Do drugiej ojczyzny swej poniekąd +rzeczywiście dążył tak lat trzydzieści zaledwie +mający młody człowiek.</p> + +<p>Noszący jedno ze +staroszlacheckich nazwisk, Roman Dzierżymirski, był synem +nieżyjącego już, a dawniej bogatego bardzo i znanego w szerokich +kołach własnego kraju, Oskara Dzierżymirskiego, oraz żony +jego, rodem Włoszki, a byłej przed swoim ślubem śpiewaczki.</p> + +<p>Pochodzenia pono wątpliwego +bardzo, choć niezwykłej urody i wdzięku, była ta matka +Dzierżymirskiego Romana, będąca, jak mówili jedni, dzieckiem +miłości wolnej pewnego dorobkiewicza rzymskiego - jak twierdzili +drudzy, podrzutkiem tylko, z mętów społecznych dzisiejszej Romy, +wychowanem i uposażonem przez tegoż przemysłowca włoskiego.</p> + +<p>Po niej piękność +odziedziczył syn, po ojcu zaś niewątpliwie tę +wytworność, która cechowała najmniejsze nawet poruszenie +siedzącego podróżnika, i postawę jakby pańską, mimo +woli nieco wyniosłą.</p> + +<p>Roman Dzierżymirski jechał +właśnie z małżonką swą w podróż +poślubną, a raczej z kraju uciekał, ojciec bowiem +śpiącej cicho naprzeciwko niego kobiety, szatynki, o ślicznych +rysach, January Gowartowski, bogaty i dumny magnat kresowy, odmówił był +jemu jej ręki...</p> + +<p>Lecz miłość +namiętna nie pyta, gdy idzie o posiadanie kobiety!</p> + +<p>Roman zdobył swą +żonę dzisiejszą, porwawszy ją za jej zgodą. Ślub +ich tajemny, w małej wioseczce, w zaciszu Karpat - odbył się +właśnie dwa dni temu...</p> + +<p>Przyszło mu to wszystko z +łatwością. Ola kochała go, ubóstwiała, nic zgoła +nie widząc poza nim, na stronę materyalna zaś i koszta, +wynikłe z takiego niespodzianego obrotu rzeczy, zwracać on uwagi nie +miał potrzeby.</p> + +<p>W rodzinnem mieście wiadomem +było powszechnie, iż rok, czy dwa lata temu odziedziczył Roman +Dzierżymirski fortunkę w kapitale, po dalekim krewnym, osiadłym +i zmarłym w Stanach Zjednoczonych.</p> + +<p>Jechał zatem dziś młody +i ostatni potomek dogasającej już w nim rodziny Dzierżymirskich, +ze skarbem swym, drogą sercu małżonką, do Włoch, +ojczyzny matczynej. Wzrok jego, błąkający się bezustannie +pomiędzy twarzą żony, a skrytym cieniami nocy krajobrazem, +zamglony, myślący, w dalszym ciągu wspominać się coś +zdawał.</p> + +<p>Poza oknami wagonu fale morza +nieustannie szemrały wciąż cicho, w dali zaś, na czarnem +tle widnokręgu, stopniowo, coraz bliższe, błyszczały +już światełka Wenecyi.</p> + +<p>- Oto tam - mówiły niejako +marzące oczy mężczyzny - za godzin kilka czekają mnie +uśmiechy pierwsze i rozkosze ziemskiego szczęścia w +objęciach ukochanej ponad wszystko kobiety! Oto tam, wymarzony od tak +dawna, oczekuje na mnie raj własny ułudnego podziału wzajemnego +uczucia, w zupełnem oddaniu się niepokalanego niczem dotąd +kwiatu - niewinnego dziewczęcia...</p> + +<p>Wzrok Romana z zachwytem +spoczął na twarzy śpiącej kobiety. Równocześnie +pociąg, pozostawiwszy morze za sobą, wpadł w jakieś gaje, +brzęczące rojem owadów. Jednostajna, monotonna ich muzyka +wpadała uporczywie w uszy podróżnego, a on, cały zasłuchany, +spojrzeniem swem znowu ogarnął ciemną przestrzeń poza oknem +wagonu.</p> + +<p>- Co, zagadkowa przyszłości, +niesiesz mi w darze?.. Czy zapłacisz mi za to, com przebył +dotąd, przecierpiał, dla zdobycia drogiego dzisiaj? Czy wynagrodzisz, +czy skarzesz? - pytać się zdawały czarnej nocnej dali +posmutniałe nagle chwilowo oczy mężczyzny.</p> + +<p>I ponownie w kąciku warg jego +pojawiło się bolesne, przelotne zagięcie ust, a snać +usiłując odpędzić myśl przykrą, +Dzierżymirski powstał ostrożnie, nie wypuszczając wciąż +z dłoni rączki uśpionej swej towarzyszki. Wychylił przez +otwarte okno głowę... Na tle ciemności połyskiwały +już teraz rzęsiście światła - pociąg +wjeżdżał właśnie na stacyę. W sekundę, z +nagła szarpnięte, gwałtownie zatrzymały się wagony.</p> + +<p>Dzierżymirski o mało nie +upadł, straciwszy na razie równowagę, i pociągnął za +sobą rączkę żony, ściskającą jego +dłoń lewą - prawa zaś oparł się silnie o +ramę okna.</p> + +<p>- Ach!.. ach!.. - z trwogą, +wyrwało się z ust młodej kobiety, i otworzyła szeroko oczy, +zdziwiona.</p> + +<p>Szybko Roman pochylił się ku +niej i przemówił miękko:</p> + +<p>- Przepraszam cię, kochanie, +przestraszyłaś się, prawda?.. Ale to wina nie moja - wagony szarpnęły tak silnie...</p> + +<p>- To ty... Romanie!.. - +szepnęła kobieta i zarzuciwszy w ślad za tem, z +niewysłowionym wdziękiem, obie ręce na szyję +mężczyzny, przytuliła się doń czule, +składając równocześnie pocałunek na pięknem czole.</p> + +<p>- Wysiądziemy, złotko, +już Wenecya! - rzekł Roman, wysuwając się delikatnie z +objęć młodej żony uniósłszy ją w ramionach, +postawił na równe nogi.</p> + +<p>- Nareszcie!... - +wykrzyknęła Ola radośnie, oprzytomniawszy całkiem na widok +jaśniejącego dworca.</p> + +<p>- We-ne-cya! - zabrzmiało +donośnie pod samem oknem wagonu, gdzie ukazała się +kędzierzawa głowa i śmiejąca twarz konduktora.</p> + +<p>- Statione Ve-ne-tia!.. - +przeciągle, śpiewnie odpowiedział głosowi pierwszego +konduktora okrzyk drugi, dalszy, i zginął.</p> + +<p>Pociąg, którym jechali +Dzierżymirscy, zatrzymujac się tylko kilka minut, jechal dalej wprost +do Medyolanu - należało się śpieszyć...</p> + +<p>Roman pobiegł do +przeciwległego okna, otworzył gwałtownie drzwiczki od wagonu, i +począł wołać donośnie:</p> + +<p>- Facchino!.. facchino!.. *)</p> + +<p>[*) Po włosku tragarz.]</p> + +<p>Za mężem zręcznie +wyskoczyła z wagonu Ola Dzierżymirska. Niebawem zjawił się +pożądany tragarz i ruszono z bagażem do dworca. Tu +obstąpiono przyjezdnych.</p> + +<p>Cały rój przeróżnych figur +hałaśliwie ofiarowywać im począł swoje usługi, +rząd zaś służby hotelowej, w galonach, z ożywieniem i +gestykulacyą namawiał ich każdy z osobna do siebie. +Gadatliwość Włochów oszołomiła na razie +Dzierżymirskich.</p> + +<p>Po chwili dopiero Roman, znający +kilka włoskich wyrazów, zdołał się porozumieć i +wybrawszy hotel, kazał się prowadzić do przystani.</p> + +<p>Niebawem młoda para +podróżnych sadowiła się już w wygodnej, na czarno +pomalowanej gondoli, obsługiwana z natarczywością przez +różnorodnych oberwańców i gapiów, stojących w pobliżu.</p> + +<p>- Pysznie się siedzi! - +zawyrokowała głośno Ola, wyciągnąwszy się na +miękkiem, czarną skórą obitem, siedzeniu.</p> + +<p>Roman usiadł przy niej - gondola +zakołysała się lekko...</p> + +<p>Powoli odpychano już ją od +brzegu, gdy oto z kilkunastu stron naraz wyciągnęły się ku +mającym odjeżdżać proszące dłonie z kapeluszami, +i chórem zabrzmiała prośba o datek. "Soldo, soldo!" +choć uniżenie, lecz z odcieniem lekkiej jakby groźby, +rozlegało się dokoła ustawicznie powtarzane na wszystkie tony.</p> + +<p>- A to złodzieje!.. - +mruknął Dzierżymirski; zmuszony jednak wyjąć z +kieszeni portmonetkę, rzucił tam i ówdzie z humorem drobne monety.</p> + +<p>Gondola ruszyła już - +płynęli...</p> + +<p>Młodą kobietę +zabawiła ta scena. Perlisty śmieszek jej, wesoły, rozlegał +się wokoło, gdy oto nagle, jakby czemś zmrożony, ucichł. +I Ola, objąwszy wzrokiem roztaczający się przed nią +krajobraz, ruchem wdzięcznym przytuliła się do męża.</p> + +<p>- Jak tu czarno, Romanie, +nieprawdaż? - szepnęła.</p> + +<p>Dzierżymirski, milcząc, +opiekuńczo objął ramieniem kibić żony i +przycisnął ją miękko do piersi, rozejrzawszy się +zarazem.</p> + +<p>Rzeczywiście, czarno tu +było.</p> + +<p>Wenecya już spała. +Skłębione chmurami niebo odbijało się w mętnej wodzie +kanałów i powlekało je kirem ciemności, po którym tylko +błędnym ognikiem przeświecało, wiło się czerwone +światełko latarni, umieszczonej u spiczastego, zębatego +końca gondoli.</p> + +<p>Płynęli przez Canale +Grande*).</p> + +<p>[*) Po włosku : Kanał +Wielki.]</p> + +<p>Jak gdyby śniąc o swej +dawnej potędze i chwale, wokoło nich zadumane, ciche stały +wyniośle rzędem weneckie pałace. W żadnem oknie nie paliło +się już światło, otulało je milczenie zupełne.</p> + +<p>Gondola, kołysząc się z +lekka, unosząc co chwila swe przednie i tylne dzioby, +płynęła spokojnie, z jednostajnym pluskiem wioseł i szmerem +rozstępującej się pod nią fali.</p> + +<p>Przytuleni do siebie, +dłuższą chwilę z ciekawością patrzyli +Dzierżymirscy wokoło. Z ustek pierwszej Oli niebawem posypały +się rozliczne uwagi.</p> + +<p>- Patrz, patrz, Romanie! - +wołała ona co chwila, wskazując z zajęciem na +wznoszące się zewsząd budowle.</p> + +<p>Dzierżymirski potakiwał +żonie, objaśniał, i półgłosem prowadzona swobodna +pomiędzy jadącymi rozmowa zbudziła milczenie śniące - +rozniosła się echem wyraźnem po grodzie weneckim, o tej porze +tak bardzo cichym.</p> + +<p>Tymczasem po obu stronach kanału +kolejno przesuwały się, jak w kalejdoskopie, cudne swą +archaiczną strukturą pałace.</p> + +<p>A więc, najpiękniejszy +może z prywatnych siedzib Wenecyi, własność +książąt della Grazia, wychylał się z cieni +"Palazzo Vendramin-Calergi", z roku 1841 w stylu początkowego +odrodzenia; z nim sąsiadował skromny, sięgający XV wieku, +pałac "Erizzo" - dalej zwracał znów uwagę inny, z +pozłacanym niegdyś frontem, do dziś dnia zwany "Ca +Doro".</p> + +<p>Opodal bardzo piękny wznosił +się majestatycznie dzisiejszy lombard miejski, pałac "Corner +della Regina", wzniesiony w r. 1724 na tem samem miejscu, gdzie +ujrzała świat królowa Cypru, wenecyanka, Katarzyna Cornaro.</p> + +<p>Wkrótce, tuż poza dzisiejszą +pocztą w Wenecyi, zajmującą dawniejszy niemiecki magazyn towarów +"Fondaco de Tedeschi", zamajaczył olbrzymi most "Ponte di +Rialto", w kształcie murowanego łuku wzniesiony.</p> + +<p>Wsunąwszy się pod jego +arkady, gondola Dzierżymirskich cichutko prześliznęła +się tamtędy i skręciła wkrótce na lewo, w wązki +kanalik, stanowiący arteryę boczną "Canale Grando". +Szeroka taśma wielkiego kanału znikła wkrótce z oczu i jadąca +barka, zagłębiając się coraz bardziej w szyję wodnej +uliczki, wymijać poczęła coraz ciaśniejsze i +węższe zaułki. Ściany domów odrapane, ponure, szły, +zdawało się, na płynących w gondoli, a +ścieśniając się coraz bardziej, pragnęły +pochłonąć, gubić ją niejako w swym labiryncie.</p> + +<p>Ciemności nocne panowały tu +jeszcze większe. Gdzieniegdzie tylko lśniła zółtawo +mdłym światłem latarnia - żywego ducha zaś nigdzie +dopatrzeć się nie można było.</p> + +<p>Umilkła od paru minut Ola +trwożnie przylgnęła główką do ramienia Romana.</p> + +<p>- Brr! straszno tu jakoś... - +szepnęła.</p> + +<p>- Nic, kochanie - odparł +Dzierżymirski, musnąwszy pocałunkiem jej włosy - zaraz +dojeżdżamy. </p> + +<p>Nieprawdaż, że już +blizko? - zwrócił się do gondoliera łamanem włoskiem +narzeczem.</p> + +<p>- Si, signore. - odparł żywo +zapytany, a nudząc się znać, bo z cudzoziemcem +gawędzić nie mógł, zanucił półgłosem +jakąś smętną piosenkę.</p> + +<p>Ubrany całkiem biało, +wahadłowym ruchem przechylając się bezustannie przy +wiosłowaniu w prawo i lewo, na tle otaczających ciemności, +czynił on wrażenie fantastycznego zjawiska, głos zaś jego +monotonny błąkał się po kątach i odbijał dziwnem +echem o mury, oraz zakratowane okna w swym śnie zaklętych jakby +domów. Roman milczał.</p> + +<p>Ujmując dłoń i +tuląc miękko w objęciu Olę, wsłuchiwał się w +ten śpiew jednostajny, mrukliwy, i dziwnego doznawał wrażenia. +Zdawało mu się mianowicie, że on nie do cywilizowanego, +dzisiejszego, ale jakiegoś zbójeckiego z zamierzchłej +przeszłości dojeżdża grodu; że ucieka, kryje się +tu ze swym porwanym, czy też skradzionym łupem... Oto z ciemnych +zaułków i kątów śpiącej Wenecyi wysuwają się po +prostu jakby wyraźne jakieś cienie, mary, czy odbicie dawnych +zbrodni, mordu i gwałtów, tak licznych w historyi krwawej tego dziwnego +miasta...</p> + +<p>- A ňel! *) - rozległ się +nagle tuż za Dzierżymirskim krzykliwy głos gondoliera, i +łódź jednocześnie zboczyła w zaułek ciemny.</p> + +<p>[*) Uwaga!]</p> + +<p>- Sia-stali! *) - przeciągle +odpowiedział ktoś z innej gondoli.</p> + +<p>[*) Na prawo!]</p> + +<p>Roman i Ola spojrzeli ciekawie.</p> + +<p>W nadpływającej weneckiej +barce siedział mężczyzna czarno ubrany, w białym kapeluszu, +brunet, o ponurem wejrzeniu.</p> + +<p>Gondola, otarłszy się prawie +o napotkaną łódkę, prześliznęła się cicho - +znowu byli sami.</p> + +<p>- Patrz, tam się świeci, co +się stało?... - rzekła półgłosem Ola, kręcąc +główką i wskazując piętro jednego z domów.</p> + +<p>Roman spojrzał.</p> + +<p>- A, rzeczywiście - odparł - +przecież choć jeden jakiś znak życia...</p> + +<p>Na brudną wodę kanału, +porysowaną ścianę i kołyszący się kadłub +pustej gondoli, przywiązanej u stopni marmurowych wielkich kutych drzwi, +kładło się cieniem przyćmione czerwonawe światło, +idące z okna oświetlonej komnaty. Jednocześnie +płynęły melodyjne, ciche akordy fortepianu, wydobywane znać +miękka kobiecą rączką. Wtórował im nieśmiały +brzęk mandoliny.</p> + +<p>Rozpływając się powoli, +w milczeniu, muzyczne tony łączyły się zgodnie co parę +minut ze śpiewem, męskim, silnym tenorem, i szły ponad dachy, +kanały, leciały daleko, drżące...</p> + +<p>Poruszony muzyką i śpiewem, +Dzierżymirski silniej przycisnął do siebie Olę. +Wsłuchani w melodyę miłosnej pieśni południa, +zbliżyli się oni instynktownie, a twarze ich, parte ku sobie, +pochyliły się.</p> + +<p>Pocałunek gorący +złączył usta mężczyzny i kobiety; nie odrywając +warg, w dreszczu wzajemnej rozkoszy, wśród deszczu spadających, jak +drobne krople rosy, dźwięków - przepłynęli Dzierżymirscy +pod oknami domu. Coraz cichsze fale granej melodyi goniły ich, +powodzią zalewały jeszcze czas jakiś, aż umilkły.</p> + +<p>Gondola w tej samej właśnie +chwili wjechała na kanał ś-go Marka; plac tejże nazwy, +gdzie w całej pełni ogniskowało się jeszcze życie +miasta, zamigotał rzęsiście w oddali dziesiątkami +niebieskawych i żółtych świateł - przewoźnik +oznajmił głośno podróżnym, że są już na +miejscu.</p> + +<p>- Dojeżdżamy, Oluniu! - +poinformował Roman i z uśmiechem wpatrzył się +namiętnie i czule w twarz swej towarzyszki.</p> + +<p>W ciemnościach nawet nocy, +widoczny rumieniec objął płomieniem twarz kobiety, i wzrok w +zawstydzeniu spuściła przed palącem spojrzeniem +mężczyzny, które zapewne swym blaskiem mówiło coś nad wyraz +śmiałego.</p> + +<p>W tej chwili właśnie przedni +dziób gondoli stuknął o marmurowe stopnie hotelowego balkonu, a w +parę minut później Roman i Ola znajdowali się już w +obszernym, o marmurowych ścianach i posadzce pokoju, rozbrzmiewającym +w ciszy stłumionem, głuchem brzęczeniem mustyków.</p> + +<p>Odprawiwszy natarczywego +sługę, proponującego im przysłać natychmiast +przewodnika, w celu obejrzenia powierzchownego na przechadzce placu San Marco, +bazyliki i pałacu Dożów -Dzierżymirscy wkrótce pozostali +zupełnie sami.....</p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p>W Wenecyi wszędzie pogasły +już światła. Noc zupełna, czarna, zawisła chwilowo nad +grodem. Nie trwało to jednak długo; stopniowo chmury na niebie +rozstępować się poczęły i rąbek +księżyca nieśmiało wychylił się z poza nich.</p> + +<p>Zamigotał na wieżycach +kościoła ś-go Marka, złotawym brązie czterech rumaków, +królujących na szczycie tej katedry - musnął swym blaskiem +ściany pałacu Dożów, a przeszedłszy się po jego +galeryach ponurych, zajrzał w zakratowane okna wiszącego mostu, +łączącego pałac z dawnem więzieniem, a znanego +powszechnie pod nazwą "Mostu Westchnień".</p> + +<p>Wyjrzawszy zaś już odważniej nieco, +trącił srebrzysty lśniącą taflę laguny, +zadrgał siecią światła na powierzchni wód, a +niebieskawą ścieżyną dotknąwszy się ich +pieszczotliwie, otworzył nagle perspektywę daleką, hen! aż +ku Lido-na morze...</p> + +<p>W niezamąconej niczem ciszy, starożytne zegary +licznych kościelnych i klasztornych wieżycach wybijać +poczęły rytmicznie którąś godzinę. Jedne z nich +brzmiały basem, inne kwiliły wiolinem, lub brzęczały +melodyjnie, łącząc w sobie te dwa melodyjne klucze, a bijąc +w ten sposób, zdawały się mierzyć w milczeniu chwile +czyjegoś może szczęścia...</p> + +<p>Niedyskretne, ciekawe, promienie księżyca +zaszkliły się jasnem światłem na taflach szyb hotelowych, +dawnego pałacu Dandolo. Zatrzymały zda się dłużej przy +jednem oknie i pomknęły znowu obojętne w dal...</p> + +<p>A posągowo uśmiechnięte, wiecznie tak samo +szerokie oblicze księżyca nie zmieniło wcale wyrazu.</p> + +<p>Bo cóż go zaiste, obchodzić mogło tych dwoje +ludzi, którzy przybyli aż tutaj po ułudę rozkoszy? Cóż +znaczyły dlań dwa serca, zrywające wspólnie kwiat +miłości i zapomnienia?</p> + +<p>On, filozof, wszak w swem życiu prawiecznem +widział podobnych zdarzeń aż nadto wiele; on znał +nicość tych chwil, umiał na pamięć kochanków +zaklęcia i ich nieraz słomiane zapały, gasnące za +życia podmuchem - pod rzeczywistości bezlitosną ręką. Wiedział +również, że zapały te same, odegrzane częstokroć i +ożyłe, kiedyś, w przyszłości, obosiecznem cięciem +ranić może będą tych samych ludzi, skierowane do jednostek +innych, zarówno łaknących uczucia i użycia...</p> + +<p>Powiewna chmurka pieszczotliwie przytuliła się do +twarzy księżyca i przesłoniła go leciutko, kaskada zaś +miesięcznych promieni, zbladłszy, niepewnym, migotliwym blaskiem +zalała uśpioną Wenecyę.</p> + +<p>W tej samej chwili dwie jakieś postacie, zbliżone +do siebie, zamajaczyły poza taflą jednego z okien hotelowych, i dwie +głowy, dotykając się wzajemnie, zapatrzyły się we +wdzięczny krajobraz laguny i morza, zamglonych chwilowo +półświatłem, oraz cieniami księżyca.</p> + +<p>I postawszy tak długą chwilę, jakby +rozmarzone, znikły niebawem, splecione w uścisku, niezdolne +napawać się długo poza sobą niczem, nawet pięknem +przyrody...</p> + +<p>W ślad prawie zatem nastała ciemność +nieprzejrzana i zapanowała nad miastem pamiątek.</p> + +<p> </p> + +<center>---------</center> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p>Zadumany i jakby tęskny tulił się zmierzch +szary do ścian kamienic wielkiego miasta, do witryn wspaniałych +sklepów jego, pełzał u podnóży pomników, ścierał +kontury gmachów kościołów - wszystko dokoła +pogrążał w mroki i cienie.</p> + +<p>W wykwintnie umeblowanem swem pomieszkaniu siedziała na +fotelu Melania, marszałkowa Warnicka, rodzona siostra ojca dzisiejszej Oli +Dzierżymirskiej, a dotychczasowa od dzieciństwa prawie opiekunka tej +ostatniej.</p> + +<p>Przez otwarte okno, łącznie z echami +wielkomiejskiego gwaru, wciskał się tutaj wolno zmrok, a +ściemniając się stopniowo coraz bardziej, pocieszająco +jakby wygładzać się starał zmarszczone wysokie czoło +wiekowej już matrony, łagodnie muskał jej siwe włosy, i +zaglądając jednocześnie nieśmiało w oczy rozumne, +wyraźnie zdawał się współczuć smutnemu jej +zamyśleniu.</p> + +<p>Na małym stoliku przed marszałkową +leżał otwarty telegram. Opiewał on zaś lakonicznie: +"Przewidzenia słuszne. Ola już po ślubie z +Dzierżymirskim. Przyjeżdżam. Ładyżyński."</p> + +<p>Już może pół godziny po przeczytaniu +powyższej wiadomości, nieruchomo w swym fotelu siedziała pani +Melania.</p> + +<p>Od trzech dni - to jest od czasu gdy Ola zniknęła +z domu swej ciotki, by więcej nie wrócić - marszałkowa Warnicka +z niepokoju postarzała się była o lat co najmniej +kilkanaście.</p> + +<p>Początkowo nie mogła zrozumieć postępku +swej siostrzenicy; tak dobrze było jej u niej, może zatem powróci ona +lada chwila - niewątpliwie.</p> + +<p>Musiała wyjechać z miasta na parę godzin, +znaglona interesem ważnym... mówiła sobie, perswadowała +staruszka.</p> + +<p>Nazajutrz jednak wieczorem, gdy żadnej o Oli nie +było wieści, obawa kochającej dziewczę ciotki wzrosła +o nią do tego stopnia, iż myślała, że zwaryuje. Dom +cały był przerażony, latano, szukano rozpaczliwie nieobecnej po +mieście, na chybił trafił - wszędzie, oczekując +zarazem z trwogą wiszącej zda się w powietrzu katastrofy - +wiadomości jakiej strasznej, o nieszczęściu, lub nawet o +śmierci.</p> + +<p>Zbawcą pełnej niepokoju marszałkowej +okazał się wówczas Emil Ładyżyński, przyjaciel +całego domu Gowartowskich, stary kawaler, sprytny wyga wielkomiejski, a +poza tem człowiek rozumny i bystry bardzo. Zebrawszy naprędce +wskazówek tu i ówdzie, wpadł od razu na trop właściwy. +Domysły jego były trafne.</p> + +<p>- A ja powiadam pani marszałkowej, że panna Ola +używa już miodowych miesięcy! Młodość nie +żartuje, gdy kocha... były to ostatnie słowa jego i +sprawdziły się, niestety...</p> + +<p>Przez samego ojca panny, Januarego Gowartowskiego, +pogardliwie odrzucony konkurent, inaczej poradził sobie.</p> + +<p>Marszałkowa w zadumie westchnęła cicho, +ciężkie bowiem, zaiste, czekały ją niebawem przejścia. +Brat jej, January, którego, o niczem jeszcze nie wiedząc, +powiadomiła, wzywając go, natychmiast po zniknięciu Oli, lada +oto chwila nadjedzie...</p> + +<p>Cóż ona, na Boga, powie ubóstwiającemu córkę +ojcu, jak się potrafi wytłumaczyć przed nim ze wszystkiego? +Wszak to na jej opiece pozostawił on był, wyjeżdżając, +jedyne swe dziecię...</p> + +<p>Lecz czyż mogła przewidzieć podobne +rozwiązanie sprawy?</p> + +<p>Przenigdy!...</p> + +<p>I marszałkowa Warnicka niżej jeszcze +pochyliła na piersi głowę swą siwą, a czoło jej +poorały zmarszczki, znacząc jakby ślad męczących +ścigających się myśli.</p> + +<p>- A ją, Olę, to dziecię, które wespół z +bratem i ona kochała całą siłą swej duszy, czyż +tak znów dalece winić można było?... </p> + +<p>Zapewne... </p> + +<p>Nie porzuca się od razu wszystkiego, nie ucieka +chyłkiem, choćby nawet w ramiona ukochanego mężczyzny, gdy +sprzeciwia się temu wola rodzica, gdy...</p> + +<p>Pani Melania przetarła czoło pomarszczoną +dłonią. "Młodość nie żartuje, gdy +kocha!" zabrzmiały jej w uszach słowa Emila +Ładyżyńskiego. Miał słuszność...</p> + +<p>I nagle, z początku nieokreślone, później +coraz głośniejsze, śmielsze, zakiełkowały w duszy staruszki +wyrzuty sumienia. Bo czyż doprawdy, Ola nieszczęśliwa tak bardzo +była winna?... Miłość oszołomiła ją, +porwała, a reszty niewątpliwie dokonało wychowanie młodej +panny, kapryśnej pieszczotki ojca, ulubienicy również jej, +marszałkowej, zawsze dlań pobłażliwej i słabej.</p> + +<p>I pani Melania znów zadawała sobie dalej w myśli +pytania...</p> + +<p>- Czy Ola posiadała w duszy swej to, coby ją od +popełnionego kroku wstrzymać mogło? Czy wpajano w nią te +zasady młodych, takie na przykład, jakiemi ją karmiono lat temu +wiele, w których pokolenie jej podobnych wyrosło?... Marszałkowa w +zadumie spuściła nisko głowę.</p> + +<p>- Nie, nie! - odpowiadało coś skrycie na dnie jej +duszy.</p> + +<p>Ola zasad takich nie miała, a z czyjejże to +było winy?</p> + +<p>Najprzód, naturalnie, ojca, Januarego, lecz następnie i +jej przecie, zastępującą Oli odeszłą z tej ziemi +matkę.</p> + +<p>I z szarą godziną, coraz bardziej +rozgaszczają się po buduarze - z mrokiem, pełnym cichej +melancholii lipcowego wieczora, wkradające się do duszy +marszałkowej wyrzuty potężniały, rosły... Samokrytyka +zaś własnego postępowania zgryźliwie szarpać +poczęła jej mózg, coraz to nowemi pytaniami ją zasypując:</p> + +<p>- Czy starałaś się wniknąć do duszy +młodego dziewczęcia, a potem, zbadawszy ją, formować i +ukształcać? - mówiła ona. - Czy wtedy - pytała dalej - gdy +po niewinnem dzieciństwie i młodocianych leciech po raz pierwszy +wstąpiła Ola, już jako dorosła panna, na śliską +arenę salonów i światowego życia, dałaś ty jej, prócz +wskazówek powierzchownych, banalnych, jakie przestrogi inne, +głębszej, poważniejszej natury?...</p> + +<p>A później - gdy rozbawiona, rozmarzona zabawą, +flirtami i tańcem, z pobudzonymi zmysłami i wyobraźnią, +wracała ona do domu z towarzyskich balów i zebrań - czy +zastanowiliście się wy kiedyś, ty i brat twój, January nad tem, +co przechodziło tam przez ową młodą główkę, co +zapalało wyobraźnię jej i w bezsennych nocach może +marzeniem ułudnem na skrzydłach niezdrowych fantazyj nie +pozwalało zamknąć źrenic do snu cichego?...</p> + +<p>Uczyniliście wy to wszystko? +Zastąpiliścież dziewczęciu temu matkę, wykonywując +wspólnie ten nałożony na was obowiązek, z tą konieczną +drobiazgowością, z którą w istocie częstokroć nie +rachują się rodzicielki same?...</p> + +<p>Oblicze zadumanej marszałkowej wyrażało teraz +ciche cierpienie, żal jakby i skruchę, w tym bowiem wewnętrznym, +milczącym rachunku sumienia coraz cięższe odczuwała winy po +swojej i brata stronie.</p> + +<p>A raz poruszone sumienie znów pytało dalej +nielitościwie: - Czy pochwyciłaś ty również te chwile, gdy +do krysztalnej młodej dotąd jeszcze duszy zapukała +miłość, wkradła się tam, i rozkwitła bujnie? +Czuwałażeś razem z ojcem Oli nad sercem swej pieszczotki? +Rozumnem słowem, uwagą głęboką, +kształciliścież je? hodowali, strzegąc to serce, niby kwiat +cieplarniany, od temperatury niezdrowej? Myśleliścież wy o tem, +iż tam, zamiast skromnego, pięknego pączka, o barwie +łagodnej, może wzrość ukrycie i bezkształtną +zajaśnieć purpurą kwiat namiętności cichy, wszystko +dokoła duszący swą wonią?..</p> + +<p>Czy uczyniliście wy to wszystko? - powtórnie, jako +konkluzya wątpliwości wszelkich, szarpnęło pytanie ostatnie +duszą marszałkowej.</p> + +<p>Przygnębiona oparła znużoną +głowę o poduszkę staroświeckiego mebla.</p> + +<p>Odpowiedzieć nie mogła obroną na zarzuty, +powstałe w jej myślach za podszeptem sumienia - milczała zatem.</p> + +<p>- Nie! - szyderczo odpowiedział z kolei rozum!... +Wypieściliście tylko ulubione swe dziecko, nie odmawialiście mu +niczego - osypywaliście wszystkiem, czego zapragnęło, +znosząc nawet kaprysy, zachcianki i urojenia; ustępując woli, +którą rozumnie powinniście byli kształcić; +słuchając - a nie rozkazując!</p> + +<p>- O, wy! wychowawcy młodego pokolenia, jakże +daleko jesteście od powinności swoich!.. zaśmiał się w +końcu rozum z goryczą.</p> + +<p>Marszałkowa Warnicka, nie ruszając się z +miejsca, przymknęła powieki, chwilę dłuższą w +jednej i tej samej zostawszy pozycyi, wreszcie wstała ociężale z +miejsca swego i powoli zbliżyła się ku oknu. </p> + +<p>Zapalono już latarnie w mieście. Po szerokich - +trotuarach pierwszorzędnej ulicy snuły się tłumy. Pani +Melania wpatrzyła się w nie, a w jej myślach jednocześnie +szumiało: </p> + +<p>- Uderz się w piersi!... Mea culpa, mea culpa! - +boś winna, bardzo winna! </p> + +<p>Zamigotał, zabłysł snopem promieni i iskier +miłości płomyk, i dziewczyna wyciągnęła ku niemu +pragnące ramiona, jak łódź bez steru na morzu rozhukanem - +dziewczyna, którą wychowałaś - zdeptawszy uczucia drogich sobie +osób, nie oglądając się nawet za ich +błogosławieństwem! </p> + +<p>- Zbieracie, coście zasiali! - głos jakiś w +uszach marszałkowej rozbrzmiewał i rósł, pełen potęgi. +</p> + +<p>Nagle staruszka cofnęła się wstecz całem +ciałem i drgnęła nerwowo. W ciszy apartamentów rozległ +się w tej chwili pokilkakroć silnie dzwonek. </p> + +<p>To był January Gowartowski. Marszałkowa +przeczuciem już zgadywała przybycie brata, a przetarłszy +czoło ręką, z głębokiem westchnieniem +odstąpiła od okna.</p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p>W sąsiednim salonie, na odgłos dzwonka, +zapalał właśnie mały lokajczyk światło, w +przedpokoju rozbierał się ktoś i rozmawiał ze +służącym. </p> + +<p>Pani Melania, wsłuchawszy się pilnie, poznała +głos brata. Wysiłkiem woli rozpogodziwszy, jak umiała, oblicze, +przestąpiła próg buduaru, i weszła powolnym krokiem do salonu. W +tej samej chwili we drzwiach ukazał się przybyły. </p> + +<p>Był to mężczyzna, lat koło +sześćdziesięciu może, chudy, wysoki, i pomimo wieku, +trzymający się jeszcze bardzo prosto, oraz gibki, jak trzcina, o +wyglądzie i układzie delikatnym, zręcznym i dystyngowanym. Twarz +January Gowartowski miał wygoloną starannie, głowę +piękną, z przyprószonym nieco włosem, a wąs sumiasty, +biały, okalał mu wargi, wygięte nieco dumnie - oblicze zaś +jego, nacechowane jakby wyrazem wyniosłości, nerwowe, zmienne, +znamionowało człowieka, na. pierwszy rzut oka, nader wrażliwego +i uczuciowego może nad miarę. </p> + +<p>Ujrzawszy siostrę, podbiegł ku niej szybko i +złożył w milczeniu na jej ręce pełen uszanowania +pocałunek. Przytem spojrzenie Gowartowskiego spoczęło na jej +twarzy pytająco, i dopiero po przelotnej chwili oczekiwania jakby, +widząc marszałkową nieco zmieszaną, odezwał się +pierwszy:</p> + +<p>- Odebrałem telegram twój, pani siostro, niepokój +przygnał mię tu natychmiast... Ola wyjechała podobno, gdzie? po +co? na co?.. Czy tylko jej co złego się nie stało? może ona +chora, groźnie, broń Boże?.. Powiedz, Melanio, szczerą +prawdę, mów prędzej, bo wytrzymać z niepokoju nie mogę!.. - +drżąco wymówił pan January słowa ostatnie, z akcentem +prośby, głosem pełnym obawy, i z troską na wyrazistej +twarzy czekał na odpowiedź. </p> + +<p>Tymczasem zmieszanie marszałkowej rosło. +Unikając spojrzenia brata, rzekła: </p> + +<p>- Ależ uspokój się, mój drogi, cóż znowu?.. +Upewniam cię, iż Ola najzdrowsza się czuje i że zgoła +nic złego jej nie grozi... </p> + +<p>Twarz Gowartowskiego natychmiast rozpogodziła się +i westchnienie ulgi podniosło pierś jego, odczuł bowiem +szczerość w słowach siostry. </p> + +<p>Rzuciwszy opodal kapelusz i podróżna torebkę, +usiadł wygodnie na fotelu i spokojnym już zupełnie głosem +zapytał: </p> + +<p>- No, więc cóż, na Boga, stało się z +Olą? wyjechała - dokąd?... </p> + +<p>- Zmęczonym pewnie jesteś i głodnym - +przerwała bratu Melania - może kazać dać ci herbaty, +przekąski?... - i mówiąc to, przycisnęła guzik +elektrycznego dzwonka. </p> + +<p>- Ależ, ma chčre, - żachnął się +trochę niecierpliwie Gowartowski - to wszystko zrobimy później, po +cóż te ze mną ceremonie; co ci się dzisiaj stało, taka +nienaturalna jakaś jesteś? - zatrzymał się pan January i +spojrzał siostrze badawczo w oczy.</p> + +<p>- Nakarmisz mnie potem - dorzucił po chwili, z uśmiechem +- lecz opowiedz mi najprzód, co się tutaj stało?... </p> + +<p>Marszałkowa i na to nic zupełnie nie +odpowiedziała, bo w tej właśnie chwili na progu salonu +ukazał się przywołany lokaj. Wszystko, co dotąd +czyniła, miało za cel zyskać tylko na czasie, po prostu bowiem +nie wiedziała, w jaki sposób podać bratu smutną i +wstrząsającą odpowiedź i w jakiej uczynić to formie. +Zwróciła się do służącego. </p> + +<p>- Zapal lampę w buduarze, a gdyby kto tam +przyszedł, to powiedz, żem cierpiąca, i nie przyjmuję... </p> + +<p>- Wszak prawda - z kolei pytająco na pozór +skierowała się do brata - i ty zapewne nie masz dziś ochoty +widzieć gości?... </p> + +<p>Za całą odpowiedź Gowartowski wzruszył z +lekka ramionami, jednocześnie jednak z pod oka kilkakrotnie spojrzał +na siostrę, a z twarzy jego pierzchła pogoda. </p> + +<p>Coś poza kulisami działo się w tym domu +niedobrego, czul to pan January nerwami, więc czoło +zasępiło mu się i brwi przelotnie zmarszczyły. Powstał +gorączkowo z siedzenia, nieobecny myślą, szukający zagadki, +nie rozumiejąc słów siostry, znajdującej się już w +oświetlonym buduarze i mówiącej coś do niego.</p> + +<p>- Co mówisz? nie słyszę... - rzucił po +chwili. - Może tu przejdziesz, będzie nam wygodniej rozmawiać... +- powtórzyła głośniej tym razem marszałkowa. </p> + +<p>Gowartowski posłusznie podszedł ku drzwiom i +przestąpił próg buduaru. </p> + +<p>Zamknij drzwi za sobą, mój kochany, i siadaj, +proszę cię! - bezdźwięcznym głosem odezwała +się pani Melania, sama zaś skierowała się, by +przymknąć drzwi do pokoju jeszcze jedne. </p> + +<p>Pan January tymczasem usiadł i ze wzrastającym coraz +bardziej niepokojem śledził ruchy swej siostry. Teraz był +już pewnym, że czeka go coś niezwykłego, i złego, tak +bowiem ostrożnej i dziwnie postępującej siostry dawno już +nie oglądał. </p> + +<p>Marszałkowa zbliżała się +właśnie ku niemu, a usadowiwszy się obok, na kanapie, +ujęła w obie dłonie ręce brata. Postanowiła w +myśli zaraz od razu przeciąć drażniące pęta +wstępnej rozmowy, rzekła zatem łagodnie i serdecznie, +wpatrzywszy się rozumnemi i dobremi oczami w twarz brata. </p> + +<p>- Przyrzeknij mi przede wszystkiem, mój drogi, że nie +zanadto zmartwisz się tem, co ci powiem, i zniesiesz wiadomość +bardzo smutną, co ci zakomunikować muszę - prawdziwie po +męsku... </p> + +<p>- Ależ dobrze, dobrze, moja kochana... Lecz +powiedz-że mi nareszcie, o co chodzi, bo siedzę, jak na +rozżarzonych węglach, i po głowie latają mi wprost +niemożliwe przypuszczenia!.. Mów prędzej, błagam - cóż z +Olą się stało?.. - wybuchnął Gowartowski, ostatnie +zaś słowa jego drgały wymówką i prośbą. </p> + +<p>Wyraz współczucia przemknął po twarzy matrony +siwej, i objąwszy rękami głowę brata, ucałowała +ją czule. </p> + +<p>- Ola... już po ślubie... - rzekła +równocześnie szeptem. </p> + +<p>Gowartowski, jak podrzucony, zerwał się z fotelu, +i wzrokiem błędnym na marszałkową spojrzał. - Kiedy? +jak? co? gdzie? - wykrzyknął w pierwszej chwili. - To być nie +może!... - dorzucił i urwał... Wpatrzywszy się bowiem +uważniej w twarz siostry, poznał, iż ona mówi prawdę, po +chwili jęknął więc tylko cicho: </p> + +<p>- Z kim?... i cały, zdawało się, zawisł +na ustach pani Melanii... Głos zadrżał marszałkowej, gdy, +jak mogła najspokojniej, panując nad własnem wzruszeniem, +odpowiedziała wolno: </p> + +<p>- Z Romanem Dzierżymirskim... </p> + +<p>- Z Dzierżymirskim... z tym hołyszem... synem +tej... tej Włoszki, śpiewaczki!... - głos załamał +się panu Januaremu, i schwycił się on obiema rękami za +głowę. - I bez... bez... - tu głos Gowartowskiego przeszedł +w chrypkę, snać wstrząsająca nowina zatamowała mu dech +w piersiach - bez mego... pozwolenia... błogosławieństwa!... - +wykrztusił; dokończył nareszcie, z bólem i gniewem... Twarz +przytem znękanego otrzymaną wiadomością ojca, dotąd +blada bardzo, zakwitła nagle ceglastym rumieńcem, nogi zaś +widocznie zachwiały się pod nim, gdyż ciężko, +bezsilnie, upadł na pobliski głęboki fotel. </p> + +<p>Powtórnie, z macierzyńską iście +troskliwością, objęła głowę stroskanego brata +marszałkowa Warnicka, jakby ta czuła pieszczota siostrzana ukoić +pragnęła, choć chwilowo, cios, przed chwilą słowami +przez nią zadany. </p> + +<p>Lecz Gowartowski odtrącił ją prawie że +brutalnie, niepomny niczego, a chwyciwszy w dłoni rękę siostry, +przemówił zapalczywie, urywanym głosem. </p> + +<p>- Jak to? I ty, Melanio, pozwoliłaś na to? ty, na +opiece której, niby matki rodzonej, zostawiłem moje dziecię? Ty +dałaś zezwolenie, nie zawiadomiwszy mnie o niczem? </p> + +<p>I pan January ponownie z miejsca swego się zerwał, +i wykrzyknął wzburzony: </p> + +<p>- Wiedząc, że temu młokosowi, awanturnikowi +odmówiłem dawniej, naumyślnie usypialiście czujność +moją, by mnie podejść, oszukać, i myśleliście +może, iż ja to przyjmę post factum, "tak sobie!" </p> + +<p>- Ależ zmiłuj się, uspokój ! - pospiesznie +przerwała marszałkowa. - Nic jeszcze nie wiesz dokładnie, a +już obwiniasz innych na chybił-trafił. Proszę cię, +bardzo proszę, cierpliwości trochę, spokoju, aż opowiem ci +wszystko, - dodała błagalnie. </p> + +<p>Pan January mimo woli ucichł i spojrzał +pytająco na siostrę. </p> + +<p>- Serce-ż ty moje, posłuchaj, a nie martw się +tak okrutnie - drżącym od wzruszenia głosem, ze +współczuciem, przemówiła znowu pani Melania, w nagłem +rozczuleniu zatrącając przytem wyraźnie rodzonym ukraińskim +akcentem, od którego odzwyczaiła się była swą +ciągłą bytnością w mieście. - Posłuchaj, jak +się rzecz miała - zaczęła marszałkowa, i +ciągnęła tak dalej : - Przede wszystkiem, kiedy już tak +boleśnie dotknąłeś mię przypuszczeniem, że +byłam w zmowie przeciwko tobie, wytłumaczyć się winnam... Tak +nie było wcale, jak sądzisz; przeciwnie do ostatniej chwili ja o +niczem zgoła nie wiedziałam... </p> + +<p>Jak to? - przerwał siostrze zdumiony Gowartowski. </p> + +<p>- Tak, serce, tak, Januarku, ja nic zupełnie nie +wiedziałam - powtórzyła marszałkowa, z widocznym żalem w +głosie - a dlaczego? Dlatego, że oni poradzili sobie bez nas... Roman +porwał Olę i natychmiast wyjechali razem za granicę.</p> + +<p>I pani Melania umilkła, wszystko najgorsze już +było bratu wiadomem. Pod nowym ciosem pochyliła się głowa +mężczyzny, i odbiło się na niej jeszcze boleśniejsze +cierpienie.</p> + +<p>- Olu!... Olu!... dziecko moje!.. Jakże zawiodłem +się na, tobie! - z ciężkiem westchnieniem wymknęło +się z ust biednego ojca.</p> + +<p>Marszałkowa spoglądała wzruszona na brata. +Gniewu jego nie bała się ona; uniesienie przechodzi. Lecz czego +lękała się dotąd najbardziej, to tej rany +właśnie, zadanej kochającemu sercu ojcowskiemu przez córkę, +depczącą przywiązanie do niej silne i bez upamiętania - dla +ułudnej fatamorgany zmysłowych rozkoszy, dla miłości +kwiatów i ponęt...</p> + +<p>Pan January, z głową na piersi schyloną, +milczał teraz, ukrywszy twarz w dłonie. Ze wzrastającem coraz +bardziej współczuciem patrzyła wciąż pani Melania na brata +i myślała: </p> + +<p>- 0, dzieci, dzieci, pokolenia młode, jakże wy +często i okrutnie ranicie serca starych! Przywiązuje się ich +jesień smutna do waszych wiosen, pełnych wesela, a wy, jak te ptaki, +szukające wciąż ciepła i słońca, +lekkomyślnie rzucacie te serca, tratujecie miłość, zaparcia +siebie pełną, a pogardzając dogasającemi, +popielejącemi iskrami - szukacie, garniecie się do ognia, do +młodych!.. </p> + +<p>Przecież i dla mnie pieszczotka Ola była +dotąd wszystkiem, lube dziecię! </p> + +<p>Tak, lecz od genezy uczucia jej i brata nie biło +słońce miłości młodej, ptaszyna zerwała jedwabne +pęta przywiązań domowych, bo w mroki cichych, dotychczasowych +jej uczuć, do serduszka dziewczęcego, wdarł się promienisty +blask potężniejszy, silniejszy! Zwykła kolej rzeczy tego +świata... </p> + +<p>Chcąc przerwać milczenie, pełne dla obojga +rozmyślań przykrych, pani Melania poczęła mówić znowu +przyciszonym głosem: </p> + +<p>- Podziękujmy Bogu jeszcze, mój drogi January, że +ślubem skończyło się to wszystko. Teraz z wolą +Bożą pogodzić się należy, i z przeznaczeniem, to +trudno... - ciągnęła dalej, widząc, że na jej +słowa wyrwany z głębokiej zadumy brat podniósł +głowę i słucha - Nie uwierzysz, ile ja przecierpiałam, nim +doniesiono mi o tem, że oni gdzieś w pobliżu austryackiej +granicy, w jakiejś tam wioszczynie ślub wzięli. </p> + +<p>- Zkądże masz tę wiadomość? - +złamanym i cichym głosem spytał Gowartowski.</p> + +<p>- Marszałkowa ze smutkiem spojrzała na brata. +Serce zabolało ją, jakże bowiem innym, odmiennym całkiem, +stał się on nagle teraz, po odebraniu wiadomości, tak dlań +wszechstronnie bolesnej. Powoli, miękko, opowiadać mu ona +poczęła stopniowo wszystko.</p> + +<p>A więc, o ucieczce Oli, o +własnych cierpieniach, o tem, że z tak licznych znajomych prawdy nie +domyśla się dotąd nikt jeszcze, o Ładyżyńskim...</p> + +<p>Pan January, przybity, +słuchał teraz słów siostry pokornie, jak dziecko, nie +odzywał się już wcale, trudno zaś było +zaręczyć, czy w myślach bezustannie zatopiony - +słyszał.</p> + +<p>Skończywszy swą +opowieść, marszałkowa rzekła:</p> + +<p>- Bóg mi świadkiem, iż nic +winną nie jestem... Po wyjeździe twoim i odmowie, którą +dałeś Dzierżymirskiemu, gdy oświadczył się o +Olę przed paru tygodniami, nie przyjmowałam go wcale. Gdzie +widywał się z Olą, jak i kiedy ułożyli ze sobą +wszystko? Dotychczas żadnego o tem nie mam pojęcia. Cóż +robić - wola Boska!..</p> + +<p>Gdy marszałkowa wymawiała te +ostatnie wyrazy, instynktownie przysunęła się do brata, +chcąc pocieszyć go zapewne, lecz w tej samej chwili spojrzenie jej +padło na drzwi od salonu, i drgnęła nerwowo. Zdało jej +się, że ktoś dotyka właśnie klamki...</p> + +<p>Rzeczywiście, w sekundę +później rozległo się trzykrotne pukanie, w ślad za tem +zaś służący zawiadomił, że podano kolacyę i +herbatę.</p> + +<p>- Czy masz ochotę jeść +teraz? - spytała łagodnie brata pani Melania.</p> + +<p>Pan January, machnąwszy +poprzednio ręką, zrobił głową ruch negatywy, +pełny obojętności i zniechęcenia.</p> + +<p>Marszałkowa westchnęła +cicho.</p> + +<p>-Będziemy jedli później! - +rzuciła głośno.</p> + +<p>Po drugiej stronie drzwi buduaru +zaintrygowany lokaj schylił się i spojrzał przez dziurkę od +klucza, poczem jeszcze bardziej zaciekawiony przyciszoną rozmową, +której wątka schwycić nie mógł, postawszy chwilę, +oddalił się na palcach by zakomunikować wiadomość +tę pozostałej służbie.</p> + +<p>Z dobrą godzinę, a może +i więcej jeszcze, minęło nim roztworzyły się owe drzwi +buduaru, i wyszło z niego rodzeństwo. Jakież jednak było +zdumienie domowników, gdy zamiast spożyć wieczerzę, oboje +rozeszli się do swoich komnat, nie tknąwszy jej wcale.</p> + +<p>I późno potem w apartamentach +marszałkowej Warnickiej paliły się dwa światła.</p> + +<p>Długo, bardzo długo, na +klęczkach przed zapaloną lampką i wizerunkiem Matki Bożej +modliła się gorąco polska matrona, zanosząc prośby do +nieba. Ukrywszy głowę w dłonie, rozmyślała ona o +ulubienicy swej, Oli, modliła się za nią, za brata wreszcie, by +mu los przyszłość osłodził. W końcu +światło u niej zgasło. Zmęczona wrażeniami +ciężkich trzech dni ostatnich, staruszka zasnęła twardo, +pojednana z przeznaczeniem - wzmocniona modlitwą...</p> + +<p>Inaczej się działo w +komnacie Gowartowskiego. I on po niejakim czasie, zmęczony +jednostajną po pokoju wędrówką, zgasił lampę, +ułożywszy się do snu.</p> + +<p>Lecz sen - ukoiciel daleko odleciał od znękanego +starca. </p> + +<p>Przez wielkie okno wkradało się +półświatło usianej gwiazdami nocy letniej, sennej i cichej; +mrugające na niebie gwiazdy zaglądały do wnętrza - komnaty, +położonej na dole i zwróconej ku ogrodowi, a zawisłszy nad +łożem, wpatrywały się błyszczące, pytań +niedyskretnych pełne, w pobladłe lica bolejącego tu +człowieka. </p> + +<p>0! jakże noc ta polska, swobodna, zadumana i jasna +była inną dla zapomnianego ojca, a jak inna, choć ta sama, +rozpięta na włoskiem niebie, dla dwojga młodych w Wenecyi!... </p> + +<p>Tam, w upojeniu, w miłosnej ekstazie, dwie dusze, dwa +młode istnienia zlewały się w jedno!... Na zegarach ich +przeznaczeń teraz właśnie biła może zgodnie +aksamitnymi cichymi tony, ziemska ułudna szczęścia godzina... </p> + +<p>A tu?... </p> + +<p>Z cierpieniem i bólem sam na sam borykał się +starzec, tłumiąc łzy, cisnące mu się gwałtem do +oczu... </p> + +<p>Bo czyż, zaiste, to dziecię własne, drogie, +nie sponiewierało go bezlitośnie? Czyż za tyle lat ojcowskich +trudów, miłości i zaparcia się siebie, on, rodzic +kochający, jak rzadko który może, zasłużył tego +ostatecznego, pogardliwego zdeptania? </p> + +<p>Więc on wobec córki własnej nic nie znaczył? +Błogosławieństwo jego jest niczem, pozwolenie - zerem! On sam +zaś, jego własne "ja," którego odzwierciedlenie +niezatartem, zdawało mu się piętnem, odbite było na duszy +Oli, także okazało się tak słabem tylko? 0! do jakiego +stopnia słabem nawet, kiedy nie potrafiło oprzeć się nowemu +uczuciu - intruzowi!... </p> + +<p>Uśmiech gorzki, boleści pełny, +przemknął się po ustach Gowartowskiego. </p> + +<p>- Więc nic trwałego na tym padole! - +myślał - wszystko marnością... rozwiewającym +puchem!... Więc drogie kamienie, perły uczucia, powstałe w +ojcowskiej duszy z tysiącznych życia szczegółów, cicho +wyrosłe tam kwiaty trwałego rodzicielskiego przywiązania, z góry +już skazane być muszą niemiłosiernie, by zwiędnąć +zapoznane...</p> + +<p>Ach, jakże on, naiwny, dalekim był myślą +od tego! Jakiemże przykrem rozczarowaniem była dlań ta naga +rzeczywistość, brutalna, bez zasłon, choćby +konwencyonalnych tylko! </p> + +<p>Gowartowski ścisnął głowę +rękami, zdawało mu się bowiem, iż ona pęknie od +myśli, cisnących się, jak nieproszone tłumy... Subtelny +umysł jego giął się pod ich naporem, szumiał, niby rój +brzęczących, dokuczliwych owadów. </p> + +<p>Nagle, jakby dziwnym wpływem reakcyi, w głowie +leżącego zapanowała próżnia... </p> + +<p>Gowartowski na małą sekundę tylko +przestał myśleć... </p> + +<p>I natychmiast zręcznie z chwili tej skorzystała +samowiedza. </p> + +<p>- Przypomnij sobie własną +przeszłość - szepnęła - bądź +wyrozumiałym!... Poszukaj dobrze, a niewątpliwie znajdziesz tam +moment, analogiczny z chwilą obecną!... </p> + +<p>Wszak młodość ma swoje silne prawa, +każdy w tym czasie korzysta z nich, a starość, ubrana w +pożółkłe, lecące liście jesieni życia, swą +głowę srebrną pochylić zawsze musi przed jej +oślepiającym blaskiem, pomna, że i ona kiedyś taka sama +była. </p> + +<p>I pan January wysiłkiem woli uprzytomnił sobie +nagle minione lata swoje, wpatrzył się w nie na chwilę... </p> + +<p>- Nie, nie!... - wołać poczęło we +wzburzeniu całe jego jestestwo. </p> + +<p>Tego, co go dzisiaj spotykało, nie było tam +zgoła. On szanował sędziwy wiek, przywiązania starych nie +tratował; choć kochał i szalał, jednak zawsze godził +jedno z drugiem. </p> + +<p>Tu zaś obecnie działo się zupełnie co +innego. I Gowartowski w tej samej chwili odwrócił się do ściany, +a przymknąwszy machinalnie powieki, i jakby chroniąc słuch od +jakichś odgłosów, jak dziecię wcisnął w poduszki +głowę swą siwą. Bo nagle zdało mu się +wyraźnie, że czyn Oli przyoblekł się w słowa i w +pustych, cichych ścianach pokoju krzyczy wielkim głosem: </p> + +<p>- Idź w kąt, stary niedołęgo! Czyż +ja potrzebuję ciebie się pytać? Ja chcę żyć, +kochać! Pragnę za męża mężczyzny drogiego sercu, +a tu ty myślisz mi przeszkodzić?... </p> + +<p>W ciszy pokoju, w uśpieniu letniej nocy, rozległo +się bolesne, stłumione łkanie - starzec płakał... </p> + +<p>Dawno niezmoczone łzą sędziwe męskie +powieki, zaszkliły się rosą - stroskanego ojca uniósł ból +począł rozsadzać piersi. </p> + +<p>A jednocześnie przywidziało mu się, jakby w +halucynacyi nagłej, że oto skądsiś nagle, do ciasnych ram +sypialni wpada, jak huragan, dziwny rydwan złocisty... Przytuleni, +zrośli jakoby ze sobą, siedzą na nim Roman i Ola, zapatrzeni w +siebie, nie widząc nic dokoła.</p> + +<p>Rydwan zaś wspaniały zbliża się coraz +bardziej... </p> + +<p>Ciągną go ogniste piękne rumaki białe, a +po jego stopniach, ozdobach i kobiercach, wszędzie sypią się +kwiaty; zasypują go, pochłaniają... </p> + +<p>Muzyka wesoła, skoczna, zagłusza tymczasem +tętent koni - nad zakochaną parą młodych roje cherubów +unoszą się w górze, skrzydełka ich szumią radośnie, a +czarowna miłość toruje im</p> + +<p>drogę!... </p> + +<p>I Gowartowskiemu zdaje się równocześnie, że +pojazd ten wprost na niego wpada. </p> + +<p>Tak jest, wyraźnie, wyraźnie!... </p> + +<p>Czuje bo oto na piersiach swych bolesne grubijańskie +uderzenia kopyt końskich... </p> + +<p>Ach!... </p> + +<p>To koła rydwanu przemknęły po nim +zwycięsko!... </p> + +<p>Zaszumiało... Posypały się znowu wonnym +deszczem kwiaty, muzyka głośniej zabrzmiała. </p> + +<p>Minęła chwila... </p> + +<p>Ucichło wszystko, znikło i tylko jeszcze w +milczeniu echem ostatnim zadrżał miłośnie pocałunku +szmer...</p> + +<p>Pojechali.</p> + +<p>Zimny pot zaperlił się na czole Gowartowskiego. - +Przez myśl przemknęło mu słowo: Waryuję?... </p> + +<p>Lecz niebawem znowu powróciła myśl +zbłąkana. </p> + +<p>I cierpienie natychmiast ukłuciami drobnemi ranić +go ponownie zaczęło. </p> + +<p>Powtórnie, umilkłe na drobną chwilę, jak +przypływ morza, niepowstrzymany, powrotny, rozległo się w cichym +spokoju komnaty zduszone łkanie... </p> + +<p>Szerokiem korytem rozlewała się boleść +upokorzonego, zranionego ojcowskiego serca, i przez otwarte okno cicho +płynęła eterami, w dal... </p> + +<p>Na dworze ściemniło się tymczasem; +gdzieniegdzie na czystem niebie pojawiły się małe chmurki, +przesłoniły zaglądające ciekawie do pokoju gwiazdy... </p> + +<p>Cienie rozkładały się obecnie w sypialni, a z +nimi powoli, zmęczeniem snać zwyciężane i wyczerpaniem, +milkło bolesne łkanie starca, przechodząc stopniowo w płacz +cichy. Cóż stało się powodem tego ukojenia, działającego +łagodnie, jak balsam, na znękaną cierpieniami duszę +stroskanego ojca? </p> + +<p>Może to było przywidzeniem tylko, jednak w +majaczących, coraz więcej zasiedlających pokój półcieniach, +na ich tle widoczna zarysowała się niewyraźna jakaś +postać, nachylona ze współczuciem... </p> + +<p>Któż to był tak niepochwytny, z eterów zaledwie +złożony cały? Mara, czy złudzenie? </p> + +<p>Jednocześnie jakiś dziwny szelest jakby +rozległ się również po pokoju... Z przytłumionym szelestem, +jednostajnie, kropla po kropelce spadało coś w pewnych od siebie +odstępach, za spadnięciem zaś każdej kropli rozlegał +się w cichej komnacie jakiś pełny, oddzielny, harmonijny ton +stłumiony - grała jednolita, oderwana, melodyjna nuta. </p> + +<p>Cichła - i znów to samo czyniła druga, trzecia, +czwarta... </p> + +<p>Cóż to było na Boga? Czary, czy też tylko +igraszka cieni i słuchu?.. Nie. To niewidzialny dla ludzkiego oka, +przywołany ze sfer niebieskich prawdziwem cierpieniem, +spłynął był Anioł pocieszenia, a siadłszy cicho +przy łożu szarpiącego się z hydrą bólu starca, +niósł mu ukojenie - od Boga!... </p> + +<p>Ściany pokoju tymczasem coraz ciszej grały +swą muzykę dziwną... </p> + +<p>To ostatnie, do czary konchowej w dłoniach +Pocieszyciela, zmieniając się tam w piękne drogocenne +perły, spadały z oczu człowieka-ojca - łzy...</p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<center>------------</center> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p>Nad lekko zmarszczoną, a mieniącą się +jeszcze w zielonkawe blaski powierzchnia Adryatyckiego morza, daleko na +widnokręgu, łagodniała coraz bardziej czerwona wstęga +zachodu, aż znikła, spełzła zupełnie, wyparta mrokiem +idącego wieczoru. </p> + +<p>W zakładzie kąpielowym, na Lido, zapóźnieni, +w rozmaitych kostyumach goście, powoli, stopniowo, zdążali do +kabin swych, aż objęta palami i sznurem ogromna przestrzeń +morza, przeznaczona na kąpiel, zupełnie opustoszała niebawem. </p> + +<p>Natomiast na werandzie pośrodku zakładu, na rubieży +kąpieli, zaroiło się od gości, spragnionych wypoczynku. </p> + +<p>Odcinając się od innych wysoką, +smukłą swą postawą i dystynkcyą, zmierzający do +wolnego miejsca tuż pod balustradą, nad morzem, przeciskał +się pomiędzy licznymi zajętymi już stolikami, Roman Dzierżymirski, +w ubraniu całem białem, licującem bardzo korzystnie z +piękną śniadą twarzą jego i czarnym zarostem. +Znalazłszy w korku wolne miejsce, usiadł i kazał podać +sobie napój odświeżający, a zdjąwszy zarazem biały +kapelusz - z tegoż materyału, co odzienie zrobiony - spojrzał +wokoło... </p> + +<p>Przytłumionym szmerem rozmów, prowadzonych w +przeróżnych językach, brzęczał w jego uszach, jak rój +owadów, zebrany tłum; na pięknego, a samotnego cudzoziemca +spoglądało ciekawie i zalotnie kilka siedzących opodal, przystojnych +Włoszek o grubych zmysłowych wargach i dużych, +błyszczących, czarnych, jak węgiel, oczach. </p> + +<p>Dzierżymirski przetarł czoło ręką, +i popatrzył z kolei przed siebie. Otulone już mgłami zmierzchu +morze marzyło jakby zadumane. Przyciszonym łoskotem uderzało o +brzeg falą, mówiło coś, szeptało...</p> + +<p>Na pokarbowanej, coraz bardziej ciemniejącej jego fali +ścigały się teraz mroki, jakieś cienie tajemniczo +pływały po niem, gwarzyły ze sobą gdzieś w oddali, a +tłumione ich głosy niósł echem łagodny szmer fali... </p> + +<p>Tęsknym wzrokiem wpatrzył się +Dzierżymirski w bezmiar wód Adryatyku, zdało mu się bowiem, +że wśród tych otaczających go, obcych ludzi, ono jedno brata +się z nim obecnie, i przyjacielskiem uchem myśli jego słucha. </p> + +<p>A Roman całkiem swobodnie poddać się im mógł +po raz pierwszy od bardzo dawna; nie oczekiwał bowiem na nikogo, był +sam zupełnie; żonę, cierpiącą na migrenę, +pozostawił w hotelu na własne jej żądanie. </p> + +<p>Dotąd zaś po prostu nie miał czasu +pomyśleć, wniknąć w siebie.</p> + +<p>Od chwili przyjazdu Romana do Wenecyi mijało dwa +tygodnie, a w całym tym okresie, upojony haszyszem miłości +dzielonej, przykuty do Oli złotymi łańcuchy uczucia, +wprzągnięty w oszałamiające, ułudne jarzmo chwil +miodowych - śnił on, spał, żyjąc życiem nie +rzeczywistem, ale jakiemś innem, oderwanem, lśniącem się li +tylko jasnością, promieniami i blaskiem. </p> + +<p>Prócz tego, jednocześnie doznawał on i +wrażeń innych, subtelniejszych. Były zaś niemi: po +pierwsze, wrażenia czysto zewnętrzne, a więc ciągłe, +bezustanne pobudzenie poczucia piękna, wyzwane zetknięciem się z +sztuką tego zakątka pamiątek Italii; - wewnętrzne, a tym +razem również w ścisłej pozostające +łączności z osią wszystkiego dlań teraz - z Olą. </p> + +<p>Dzierżymirski z licznych dotąd miłostek +obeznany był dobrze z kobietami, po raz jednak pierwszy odczuwał to, +co dziś... </p> + +<p>Bo dotąd tak zwykle zdarzało się zazwyczaj; +że on był w miłości zawsze prawie nastrojonym na silniejszy +diapazon, a kobieta bierniejszą była - poddawała się tylko +sile jego uczucia. </p> + +<p>Teraz zaś działo się wręcz przeciwnie: +to on czuł się więcej pragnionym i kochanym - to on +poddawał się sile szałów, pożądań... </p> + +<p>Po stronie kobiety była widoczna przewaga, Roman +zaś nurzał się w tej czystej toni niepokalanego dotąd +niczem uczucia, jak w źródle świeżem, krynicznem nowego +złotego życia, odmładzał się w niem, +orzeźwiał, i upojony, odurzony - zasypiał życie, +marzył i śnił, wchłaniając w siebie całą moc +i potęgę skierowanej ku niemu miłości. </p> + +<p>A jednak, wszak i on kochał Olę: Któż by +wątpił o tem, gdyby tylko mógł spojrzeć na ukrytą, starannie +od ludzkiego oka, a zapisaną kartę jego tak niedawnej jeszcze +przeszłości. </p> + +<p>W tej chwili Roman, przeżywając jakby w +myślach swych, poza teraźniejszością i lata minione, +wzdrygnął się, brwi zmarszczył, i machinalnie spojrzał +przed siebie. </p> + +<p>Zupełnie spowił już morze mrok ciemny. Hen, +daleko, błyszczały światła, pozapalane na niewidzialnych +prawie gołem okiem parowcach. Trzy z nich mrugały już na +kołyszącym się wodnym obszarze, po chwili zabłysło +czwarte, piąte... </p> + +<p>Lekki wietrzyk wionął po fali, poruszył +się zadumany wód olbrzym, zakołysał, zaszumiał tajemniczo +głośniejszym, niż dotąd, chórem podszeptów, szelestów i +szmerów - melodyjnie zagrał... </p> + +<p>U stóp Romana silniej zapluskały fale. </p> + +<p>W uderzeniach zaś ich, teraz już zupełnie +bliskich, wyraźnych, powtarzających się co chwila, jakiś +ukryty, szyderczy, szemrzący jakby głos wołał, zda +się, gdzieś z głębin dalekich: </p> + +<p>- No, i cóż, przywłaszczycielu cudzego złota, +dobrze ci z niem, co, nieprawdaż? Ubóstwiają cię, grasz +rolę milionera!</p> + +<p>Ha-ha!-ha-ha!.. z kolei zaśmiały się nagle +wody. </p> + +<p>- Myślisz może, że teraz, dotykając +się już pieniędzy innych, wytłumaczonym przez to +jesteś? Że zapomniano, zagrzebano twą tajemnicę? </p> + +<p>- Ha-ha!-ha-ha!.. - śmiało się morze +ironicznie, i dalej znowu szydziło:</p> + +<p>- A widzisz - +zbladłeś! Ty dotychczas pewnym byłeś, że nikt nic nie +wie o tem!..</p> + +<p>- A ja wiem, dobrze +wiem!... - szyderczo zaśmiało się morze, a śmiech ten wód +ogromy coraz głośniej przedrzeźniać poczęły.</p> + +<p>Teraz już całe morze bezlitośnie drwiło.</p> + +<p>Naraz głos Adryatyku ustał i cichym szeptem +zaszemrała fala:</p> + +<p>- Nie bój się! ja żartuję tylko... nie +trwóż się, ja cię nie zdradzę...</p> + +<p>- Patrz, jakie głębie kryją się w mem +łonie jak wielkiem jestem ja!..</p> + +<p>- Tajemnicę twą zachowam, zginie ona w obszarach, +w bezdnach utonie...</p> + +<p>- Nie powiem, ci... cho będę... ci... cho... - +zaszeptała znów fala, i szept ten powtórzyły fal miliony...</p> + +<p>I jak śmiech szyderczy, tak i teraz ten półszept +cichy, stłumiony, drżący, szedł znowu po łuskach fal, +tajemniczy, straszny...</p> + +<p>Nie... po... wiem!.. ci-cho będę, ccci-cho... </p> + +<p>Nerwy Romana zadrgały; podrażniły go te dziwne +głosy Adryatyku, odsunął krzesło na drugi koniec stolika, +podparł rękami głowę, a zatkawszy uszy przed pomrukiem wód, +wzburzony jeszcze, blady, zadumał się głęboko.</p> + +<p>Przeszłość, wywołana chwilą +samotności, i dziwnymi morza pogwary, świeża i żywa, niby +wczorajsza, stanęła mu przed oczyma, jak widmo.</p> + +<p>Na ubogiem poddaszu, ujrzał zatem siebie budzącym +się po śnie strasznym!</p> + +<p>Dwa już lata od tej chwili mijały. A co on od +owego czasu przecierpiał, przeżył, przewalczył! - nie +zliczyć!..</p> + +<p>Długo nie tknął wówczas cudzych +pieniędzy; tajemniczy portfel leżał pod kluczem, pozornie +zapomniany.</p> + +<p>A on ciągle walczył ze sobą!..</p> + +<p>Nie zanosił jednak zguby do biura policyjnego, sam +osobiście właściciela nie szukał. Czekał... </p> + +<p>Pod tym względem niepokojąca, tłocząca +swą zagadką, głucha panowała cisza.</p> + +<p>W żadnem piśmie nie było wzmianki o zgubionym +pugilaresie - nikt o tem władzom nie doniósł...</p> + +<p>A on wciąż szalał.</p> + +<p>Wreszcie wyczerpały się wszystkie jego własne +fundusze, parę ostatnich lekcyi stracił bezpowrotnie; głód +zajrzał do jego izdebki... Nie było rady, napoczął wówczas +cudzego złota.</p> + +<p>Jakby to było wczoraj, dziś zaledwie, pamięta +wyraźnie te tygodnie męczarni, bojaźni, wyrzutów, gdy siłą +okoliczności zmuszonym został „żyć" z mienia +przywłaszczonego... Pamięta swą trwogę dziecinną przy +zmianie pierwszej sztuki znalezionych pieniędzy, i innych, +następnych... Widzi siebie, jak naumyślnie zmieniał je na +drugim końcu miasta, jak bał się wtedy własnego cienia, i +tak dalej, tak dalej!..</p> + +<p>Każda drobnostka żywo, jawnie staje mu przed +wzrokiem.</p> + +<p>A później znowu w murach rodzinnego miasta +wytrzymać już nie mógł!..</p> + +<p>Wyjechał. Błąkał się za +granicą długo, bezmyślnie, aż dotarł do Monte-Carlo.</p> + +<p>Tam, opanowany gorączką złota, widząc, +jak strumienie jego, rzeki całe, płyną hojnie wokoło - do +gry w ruletę rzucił się z zapałem.</p> + +<p>Początkowo miał szczęście szalone. Cudzy +pieniądz dwoił się, troił cudownie, pewnego poranku jednak +przegrał wszystko co do grosza. Nie stracił jednak odwagi. Dawszy +się już poznać w domu gry, jako człowiek bogaty i +nierachujący się wcale z groszem, oraz rozpowszechniwszy +fałszywą pogłoskę o olbrzymich swych jakoby dobrach, +pożyczył u poznanego amerykańskiego miliardera trzykroć +sto tysięcy franków.</p> + +<p>Poręczył za niego pewien lord angielski, z którym +się on, Roman, poprzyjaźnił bardzo. Począł +grać... Pieniądze Amerykanina, (który, mówiąc nawiasem, +wygrywał w tym sezonie sumy olbrzymie), przyniosły mu +szczęście.</p> + +<p>Dzięki parokrotnym, a nader rzadkim i nieprawdopodobnej +długości seryom "rouge", oraz kilku wygranym "en +plein", pewnego dnia ujrzał się panem miliona franków. +Uśmiech fortuny oszołomił +go na razie. Począł grać ze zdwojoną energią i +ryzykiem.</p> + +<p>Znowu wygrał kilkakrotnie, lecz z kolei niebawem +począł znowu przegrywać, z przerażającą +szybkością. Opamiętał się. Przyszła chwila +rozwagi; oddał dług milionerowi zza oceanu i wyjechał. +Względnie był jeszcze wygranym, i to dostatecznie. Przywoził z +sobą do kraju blizko sześćdziesiąt tysięcy, a +wyjeżdżając miał tylko dwadzieścia kilka.</p> + +<p>Wówczas rozpoczęło się dlań nowe +życie... </p> + +<p>Przede wszystkiem wracał spokojny. Niezrozumiały +na razie, subtelny bardzo, posiadający jednak pewną podstawę +ściśle logiczną, owładnął nim wtedy w duszy +proces dedukcyjny, i zwyciężył.</p> + +<p>Roman Dzierżymirski, cały pogrążony w +swych wspomnieniach, odsłonił twarz, machinalnie powstał, i +oparłszy się o balustradę, wpatrzył w bezmiar morza, coraz +ciemniejszy i cichszy.</p> + +<p>- Tak, zwyciężył! - myślał Roman +dalej. Zdawało mu się bowiem wówczas, że nie jest tak bardzo +winnym.</p> + +<p>- Te pieniądze są teraz moje, +"prawdziwie" moje - powiedział sobie wtedy, doszedłszy do +tej pewności całem poprzedniem skojarzeniem wywodzeń. A +mianowicie: Złoto znalezione wszak przegrał; stopiło się +ono, znikło, zlało w całość jedną z morzem +przegrywanych w jaskini gry pieniędzy. Mienie zaś jego obecne - to +była tylko wygrana z pożyczki Amerykanina, a zatem suma grosza, +niemająca już bezpośredniego, dotykalnego związku ze +znalezionym portfelem.</p> + +<p>Jemu, Dzierżymirskiemu, w dziedzinie sumienia +wyrzutów, dociekań, zwątpień, ubywał jeden szkopuł +poważny - nie dotykał się on już wyjętego z +"cudzego" pugilaresu grosza. Niezaprzeczenie przytem +należał do niego ten pieniądz, ślepą igraszką +losu nabyty; podwaliną zaś, przeszłością tylko +fortunki tej było przywłaszczenie.</p> + +<p>Pozostawał fakt, wprawdzie już daleki, znalezienia +i nieoddania - pozostawało niezmienne przekroczenie etyki ludzkiej, i +uczciwości ze strony jego, jako jednostki społecznej - niczem +niestarta, wieczna tego plama, ale w ówczesnem przynajmniej przekonaniu jego, +to wszystko znośniejszem, nie tak piekącem, lżejszem bez +porównania było od odległego strasznego wczoraj.</p> + +<p>Z głową podniesioną zatem do góry, pokrzepiony +powyższymi w swoim rodzaju sofizmatami, rozejrzał się wówczas po +świecie i począł działać. Rozpowszechniwszy, za +pomocą ponownie odnalezionego przyjaciela i dawnego +kolegi-światowca, pogłoskę o dziedzictwie niespodzianem, a +dość pokaźnem, po stryju, zmarłym w Stanach Zjednoczonych, +rzucił się w wir zabaw eleganckiego świata, w celu +zbliżenia się do Oli. Dopiął togo, zawładnąć +jej sercem potrafił, oświadczył się o jej rękę, +odrzuconym został, i...</p> + +<p>Powierzchnia morza spokojną już była. Obojętna +całkiem równomiernie i łagodnie uderzała fala o podnóże +werandy - milczała cicha...</p> + +<p>Dzierżymirski obudził się ze swych +myśli, zanurzył ręce w bujnej czuprynie, głową +wstrząsnął, jakby pragnąc odpędzić roje +wspomnień, i odwrócił się od wodnej toni.</p> + +<p>Publiczności nie było już prawie, po platformie +kawiarni, ziewając, przechadzała się służba. +Zawoławszy kelnera, Roman rzucił mu dużą srebrną +monetę, i odprowadzony głębokim jego ukłonem, +opuścił zakład kąpielowy.</p> + +<p>Niebawem znalazł się na drodze szerokiej, +ocienionej drzewami, z szerokiemi po bokach alejami dla pieszych.</p> + +<p>W umyśle jego cichł szept przeszłości, +niepostrzeżenie, stopniowo, obrazy jej niknęły - +teraźniejszość wracała... Przed wzrokiem +mężczyzny mignęła naraz rozkosznie sylwetka Oli; pragnienie +miłości, życia, silnie nim owładnęło.</p> + +<p>Śpieszył się.</p> + +<p>Odpędził natrętnego wyrostka, +zachwalającego mu świeże ostrygi i jakieś ślimaczki +nadzwyczajne; niebawem żachnął się znowu niecierpliwie, +ujrzawszy zastępującego mu drogę rozczochranego starego +Włocha, z maneżkami, pełnemi pieczonych homarów i drobnych +raczków.</p> + +<p>Po bokach drogi, w licznie rozsypanych restauracyach, +roiło się od spożywających i zapijających wino ludzi, +z oddali dolatywało echo muzyki. Roman, przyśpieszając +bezustannie kroku, wyrzucać teraz począł sobie, że zostawił +żonę samą; niepokoiła go myśl uporczywa, iż nie +cierpi ona może na migrenę, lecz, że to początek zapewne +słabości zupełnie innej; wszak wszystkie choroby zazwyczaj +rozpoczynają się bólem głowy.</p> + +<p>Po co tu przyszedł?... By bezużytecznie +odgrzebywać minione chwile? Ależ to nonsens zupełny. A tam ona, +Ola, sama zupełnie - niewątpliwe chora!..</p> + +<p>Miłość pani, z całem bogactwem +bezpodstawnych swych wzruszeń i niepokojów, zawładnęła +niepodzielnie Dzierżymirskim.</p> + +<p>Spojrzał na zegarek - dochodziła dziewiąta. +Przed nim już bardzo blisko widniały dwie małe platformy +przystani; pełne były ludzi, przed jedną z nich stał +parowiec, gotowy do odejścia. Dzierżymirski w obawie, że +się spóźni, puścił się pędem, i spotniały +dobiegł do przystani w tej samej właśnie chwili, gdy na +pokład odrzucano już sznur gruby, przytrzymujący parowiec. +Wskoczywszy nań szybko, Roman znalazł się pomiędzy +natłoczoną ciżbą ludzi, jak głośny rój +pszczół gwarzącą pomiędzy sobą, ze śmiechem i +giestykulacyą.</p> + +<p>Otarłszy pot z czoła, Dzierżymirski wsparł +się o poręcz balustrady pokładu. Boki statku łagodnie +pruły fale; oddzielona ciemną tonią, w bliskiej już +odległości mrugała kręgiem świateł rzucona na wód +obszary Wenecya.</p> + +<p>Podniósłszy do oczu dalekonośną lunetę, +wpatrzył się Roman w rząd domów, położonych nad +brzegiem, ku któremu szybko płynący parowiec zbliżał +się coraz bardziej. Szukał hotelu swego, i okna pokoju, gdzie +pozostawił Olę.</p> + +<p>Okno komnaty tej właśnie otwartem było szeroko. +W ramie zaś jego stała kobieta, szatynka, smukła, o jasnem, habrowem +spojrzeniu podłużnych, mieniących się oczu, o piersiach +wypukłych, wznoszących się jak fala, a kształtach +ponętnych, pełnych, jakby pragnących gwałtem wydostać +się z ciasnych ram opiętej, białej, pikowej sukni. Małe +wklęśnięcia po obu stronach wązkich usteczek zdradzały +przy uśmiechu rozkoszne dołeczki, rączka maleńka i +dystyngowana całość postaci mówiły wyraźnie o rasie +młodej osóbki.</p> + +<p>Ola, wypocząwszy w łóżku godzin kilka, +wstała właśnie przed chwilą, czując, że nerwowy, +spowodowany upałem i zmęczeniem ból głowy ustaje. +Pragnęła po za tem rozerwać trochę myśli, z +wyjściem bowiem Romana zasnęła i śnił jej się +rodzinny Gowartów i ojciec, jak żywy, tylko jakiś smutny i +zbolały.</p> + +<p>I po przebudzeniu myśl Oli pobiegła stąd daleko... +Mimo woli sama uleciała do ojczystych obszarów i jarów. Powonienie jej +podrażnił wyraźny zapach polnego kwiecia, ziół i bodjaków, +w uszach zabrzmiała melodya cicha szumiących borów, +kołyszącego się miarowo stepu - smętna rodzinna Ukraina, z +poza setek mil, ogarnęła ją tu, pod włoskiem niebem, +poczuła, zda się, powiew jej, tęsknoty pełny, do uszu +zaś doleciało jakby ginące echo żałosnej dumki, +śpiewanej nieuczonym głosem mołodycy...</p> + +<p>I smutek ogarnął Olę... Czy wróci tam kiedy, +czy wróci?</p> + +<p>Wszak podeptała wszystko - jednem szarpnięciem +się zerwała wszelkie więzy - sama otworzyła sobie +przemocą bramę do wymarzonego szczęścia. Tak jest. Bo Ola +czuła się przecież rzeczywiście szczęśliwą.</p> + +<p>- Biedny ten ojciec jednak, który po swojemu, jak +umiał, tak ją kochał - +myślała dalej. - A droga ciotka Melania i przyjaciel ich, +Ładyżyński? Gdzie Gowartów, z którym zrosła się jej +dusza cała? Co się tam dzieje? Gdzie oni teraz, ci wszyscy, tak +dotychczas sercu drodzy?..</p> + +<p>Rozpamiętując w ten sposób +przeszłość, przepędziła Ola z godzinę.</p> + +<p>Moc upajającej rzeczywistości tak silną +była, jednak, że stopniowo ścierać poczęła +wrażenie snu i ożyłe chwilowo wspomnienia. Obecnie stojąca +w oknie młoda kobieta myślą daleką już była od +tego wszystkiego. Obejmując wzrokiem panoramę portu i morza - +oświetloną Wenecyę, wysepkę z kościołem S-to +Giorgio Maggiore, oraz kanały z mknącemi cicho po nich licznemi +gondolami, - Ola z niecierpliwością wypatrywała Romana.</p> + +<p>Pragnęła już bowiem widoku męża. +Przedłużona nieobecność Dzierżymirskiego i w jej duszy +zasiała ziarnka niepokoju; tęskniła już za jego pieszczotą, +zapragnęła czułości i pocałunków...</p> + +<p>Wziąwszy lornetkę, przyłożyła +ją Ola do swych oczu, ścigając po chwili widnokrąg +spojrzeniem. Pierś jej przytem unosić się poczęła +miarowo, usteczka zaś zdawały się całować +przestrzeń, rozchylone, proszące...</p> + +<p>Zniechęcona, odjęła niebawem lornetkę od +oczu. Jakiś statek w kierunku Lido zbliżał się wprawdzie, +lecz znajdował się jeszcze tak daleko...</p> + +<p>Ola odstąpiła od okna, i szeleszcząc jedwabiami +swych spódniczek, poczęła niecierpliwie przechadzać się po +pokoju, pytając sama siebie:</p> + +<p>- Któż widział spóźniać się tak +dalece? Widocznie zobojętniała już ona Romanowi, czyż to +jednak możliwe? Wszak tak niedługo trwa ich szczęście...</p> + +<p>Myśli ostatnie i wątpliwości śmiesznemi +widocznie zdały się młodej kobiecie, bo po zastanowieniu +się twarz jej poweselała, a w ciszy pokoju rozległ się +śmieszek srebrzysty. W ślad za tem zapaliła dwie świece i +przystąpiła do dużego lustra. Długo, z lubością, +wpatrywała się w nadobne własne oblicze. Przymknąwszy z +lekka powieki, lecz tak, by mogła widzieć siebie, przegięła +swą ładną główkę i kibić nieco w tył, oraz +rozchyliła usteczka...</p> + +<p>Kształty postaci jej całej uwypukliły +się ponętnie; w pozycyi tej zatrzymała się chwilę... +Uśmieszek zwycięski przewinął się niebawem po +drobnych wargach pięknej kobiety; podniosła do góry ręce, +łasząco, jak kocię, wyprężyła naprzód swe +ciało, i uczyniwszy gest, podobny do przeciągającego się po +śnie człowieka, wymówiła głośne: Aaaa...</p> + +<p>Po chwili zaś, poprawiwszy poprzednio zalotnie +tualetę swą i włosy, stanęła znowu w pierwotnej +pozycyi u okna, w ciemnym tak samo i tym razem pokoju, z lornetką przy +oczach.</p> + +<p>Zbliżający się tymczasem od strony morza +parowiec stawał właśnie już w przystani. Po drewnianych pomostach +wysypał się na ulicę tłum różnolity i barwny; +światła, pozapalane w pobliżu padały nań +skośnie, oświetlając wyraźnie ruszających się +ludzi. Ola wśród nich starała się odnaleźć sylwetkę +męża, niebawem dojrzała go rzeczywiście i z +radością wykrzyknęła do siebie:</p> + +<p>- Jest! jest!..</p> + +<p>W oka mgnieniu odskoczyła od okna, zapaliła +świecę, odnalazła szybko kapelusz i parasolkę, i +wybiegła z hotelu. Zdążała na spotkanie Romana, +śmiejąc się z góry na myśl, jak on się zdziwi, ujrzawszy +ją na nogach.</p> + +<p>Na Riva degli Schiavoni, spacerowem miejscu Wenecyi, +roiło się od publiczności. W pobliżu hotelu, +zamieszkiwanego przez Dzierżymirskich, muzyka grająca zazwyczaj na +placu Świętego Marka, rozbrzmiewała kaskadą ochoczych tonów +przed kawiarnią, przepełnioną ludźmi, snującymi +się również wszędzie, gdzie tylko było rzucić okiem. +Ola, zdążając ku przystani, wymijała ich szybko, w oddali +widziała już wśród idących sylwetkę Romana, +całą białą, górującą wzrostem nad innymi.</p> + +<p>Dzierżymirski, niespokojny snać dotąd +jeszcze, szedł krokiem raźnym, z cygarem zapalonem w ustach, a +kroczył tak zamyślony, że byłby, nie widząc +wyminął Olę niewątpliwie, gdyby ta, ubawiona, nie +roześmiała się wesoło i nie pochwyciła go za +ramię. Na dźwięk znajomego srebrnego śmiechu podniósł +Roman głowę i twarz, chmurna dotychczas nieco, rozpogodziła mu +się natychmiast.</p> + +<p>- Ty tu, filutko?.. - wykrzyknął radośnie, i +ująwszy obie rączki Oli w swe dłonie, obsypywać je +zaczął pocałunkami, a następnie pociągnął +ją ku sobie, i nie zwracając zgoła uwagi na kilka +mijających ich osób, ucałował w twarz serdecznie.</p> + +<p>- A tak, Romeczku! - odparła żywo Ola - +wybiegłam, bo zobaczyłam przez lornetkę, jak wysiadałeś! +Fe! któż widział siedzieć tak długo, gdy się ma tak +ładną, jak ja żoneczkę... - dorzuciła, +przymilając się, z lekką wymówką w głosie, i dodała +jeszcze:</p> + +<p>- Myślałam już, że ci się co +złego stało!</p> + +<p> Promień +przebiegł po twarzy mężczyzny, ujął ramię Oli, i +odparł:</p> + +<p>- A wiesz, moje życie, że i ja miałem co do +ciebie myśl podobną?.. - uśmiechnął się i +dodał - ale z mej strony to usprawiedliwione, zostawiłem cię +przecie bowiem w łóżku...</p> + +<p>Idąc wciąż szybko przed siebie, zamilkli +oboje. Miłość odczuta, taka sama, drobną swą +powyższą oznaką zamknęła im usta na chwilę.</p> + +<p>- Skądsiś od Wielkiego Kanału, w pewnych od siebie, +odstępach, dolatywało właśnie echo silnego męskiego +głosu, przy akompaniamencie chóru innych.</p> + +<p>- Pojedziemy może gondolą, jak myślisz? - +zapytała Ola - słyszysz jak ładnie śpiewają?..</p> + +<p>- Dobrze, moje życie, jedziemy!.. - odparł +wesoło Roman.</p> + +<p>Jak na zawołanie, w tej samej chwili Dzierżymirscy +usłyszeli za sobą kilka okrzyków, silnie akcentowanych na pierwszej +sylabie: "Gón-dola,. gón-dola signore... gón-dola!.."</p> + +<p>Na lewo, obok idących, znajdowała się +"Piazzeta", a naprzeciw wznoszącego się majestatycznie +pałacu Dożów, największa przystań gondolierów.</p> + +<p>Dzierżymirski, wybrawszy jednego z licznych, +napraszających się przewoźników, podszedł ku przystani, +gdzie wespół z Olą usadowił się niebawem w gondoli.</p> + +<p>- Serenada, Canale Grande! - rzucił ubranemu biało +Włochowi.</p> + +<p>"Rematore"*) uderzył w wiosła, i gondola +z wolna, cicha, wysunęła się z pomiędzy dziesiątek +innych, a kołysząc się na, czarnej fali kanału, +pomknęła we wskazanym kierunku. Roman objął kibić +żony i począł muskać delikatnie ustami jej oczy, czoło, +szyję i usta. Ona zaś uchylała się wciąż +figlarnie, szepcząc:</p> + +<p>[*) Wioślarz.]</p> + +<p>- Wstydź się... gondolier patrzy...</p> + +<p>Lecz mężczyzna nie przestawał. Kilkakrotnie +usta ich złączyły się w pocałunku gorącym, +długim, od którego zadrżeli oboje, z ust Romana sypały się +ciche i urywane, dyszące uczuciem i namiętnością, +pieszczotliwe wyrazy...</p> + +<p>A wkoło nich, szeleszcząc uderzeniami wioseł, +sunąc również, jak i oni cicho, mknęły, migocząc +kolorowemi światełkami, gondole, zmierzając wszystkie w jednym +kierunku - ku Wielkiemu Kanałowi, całemu rozbrzmiewającemu w tej +chwili, jak harfa ruszona śpiewem i muzyką. Oświetlone, ubrane +kolorowemi, papierowemi latarniami, migały w oddali wielkie gondole, a +raczej statki małe, tak zwane „serenady", na których orkiestry cale +grajków i śpiewaków-samouków popisywały się ze swym wrodzonym, +a rzetelnym nawet częstokroć artyzmem.</p> + +<p>Kilka podobnych serenad, rozrzuconych po kanale; +wabiło światłami i stłumionym śpiewu odgłosem, +koło nich zaś, w pobliżu, grupowały się kręgiem +dziesiątki czarnych gondoli, z rozpostartymi w nich niedbale i wygodnie +słuchaczami. Niektóre z rozbrzmiewających śpiewem i muzyką +bark podjeżdżały pod okna dawnych dworców, a dzisiejszych +pierwszorzędnych hoteli i koncertując tam wyłącznie dla +hotelowych gości, zbierali od nich dla siebie datki, sunąc +różnobarwnemi światłami i gorejącym kadłubem stateczku +zwolna u marmurowych stopni pałacowych balkonów.</p> + +<p>Naprzeciwko dwóch podobnych serenad, śpiewających +wprost kościoła S-ta Maria della Salute, pod oknami pałaców +Ferro i Zucchelli, (dzisiejsze Grand-Hotel i hotel Britania) dalej nieco, poza +kościołem, zabrzmiała właśnie nagle pieśń +solowa ..</p> + +<p>Zagłuszając inne głosy śpiewaków +bliższych i dalszych, zadrgała ona uczuciem, i zręcznie +modulowana przyjemnie pieściła słuch, coraz donioślejsza, +bliższa...</p> + +<p>- Pojedziemy tam! dobrze, Romciu?.. - zaproponowała +Ola, ujęta głosem śpiewaka.</p> + +<p>- Bene, carissima! - odparł Roman, i skinął +na wiosłującego. Gondola ich, kierowana umiejętną +ręką, wymijać zaczęła łodzie, coraz liczniejsze.</p> + +<p>Roman i Ola, widząc się coraz bardziej otoczonymi, +przestali pocałunków i pieszczot, chwilowo poddawszy się +zupełnie czarowi pieśni, płynącej ku nim w ciszy wieczoru. </p> + +<p>Oboje milczeli...</p> + +<p>Gondola tymczasem skręciła powoli w lewo, ku +rozśpiewanej barce, i wśliznąwszy się swym wysokim przednim +dziobem, jak wąż, pomiędzy kołyszące się +dziesiątki innych gondol - stanęła wreszcie, zatrzymana +zręcznie. Gondolier przymocował sznurem swój pojazd do +sąsiednich i założywszy na krzyż ręce, w skupieniu +wespół z innymi zasłuchał w pieśń...</p> + +<p>Szerokiem półkolem, ciche, kołysały się +wszędy inne gondole; wsparci w nich słuchacze poddawali się +niewytłumaczonemu czarowi tej weneckiej, cichej nocy, tej pieśni +szczerej, niewykwintnej, chwytającej jednak mimo woli niejednego za +serce, zapadającej w duszę głęboko.</p> + +<p>Po smętnych pieśniach następowały +skoczne, i tak dalej, bez zmiany. Co kilka "numerów" z barki +"serenady" schodził włoch, rozczochrany, od śpiewu +wzruszony jeszcze, i z czapką w ręku zbierał "co +łaska", przestępując ostrożnie z jednej gondoli na +drugą.</p> + +<p>W ciszy zaś względnej, a spowodowanej tym swego +rodzaju antraktem, ruszały się z miejsc swoich niektóre łodzie, +wracając, lub zdążając dalej do innych serenad; na puste +miejsce wsuwała się milcząco nowoprzybyła gondola, a +publiczność, zebrana w tych zaimprowizowanych wodnych lożach, +natychmiast spoglądała ciekawie na swego sąsiada, +półgłosem komunikowała sobie uwagi, w rozmaitych językach.</p> + +<p>I w cichości powoli milkły, to znów z kolei +rozbrzmiewały dalsze i bliższe rozśpiewane barki, wreszcie +antrakt się kończył, po wodach kanału mknęła znów +ze „sceny" serenady pieśń namiętna... </p> + +<p>Słuchały jej echa zdawało się, +pobłażliwie i ciekawie gwiazdki, licznie rozsiane po +gwiaździstem niebie południa - słuchały krzyże, i +wieżyce licznych świątyni, i zadumane marmury wiekopomnych +dworców.</p> + +<p>Od czasu do czasu komunikując sobie przyciszoną +uwagę, Roman i Ola słuchali również uważnie włoskich +pieśni, nastrój zaś dzisiejszego wieczora rozmarzająco +działał na nich. Myśli ich daleko ulatywały, pod +wpływem tej nocy, tego krajobrazu niezwykłego, a pełnego czaru, +i tej niewymuszonej, tchnącej uczuciem pieśni, wyrzucanej z ust ludzi +prostych, dziwnie jednak atoli przejmujących się melodyą +słów swoich, kochających tak wyraźnie pieśni owe, narodowe +- własne!</p> + +<p>Wywołana zatem świeżemi, tak niedawnemi +wspomnieniami dzisiejszego popołudnia, myśl Oli biegła +nieprzeparcie do stron ojczystych - przymrużała oczy, i +widziała ogród Gowartowski... wyniosłe oblicze ojca...</p> + +<p>Romana zaś trapiły z kolei te same, co i nad +morzem myśli... Fałsz obecnego położenia, przyszłość +niejasna, zakryta, ciemna, z tajemnicą na dnie duszy ukrywać się +zmuszoną, przed okiem najdroższej nawet teraz dlań na +świecie istoty, zaciemniały chmurą troski czoło Dzierżymirskiego, +mgłą smutku matowały spojrzenie czarnych, rozumnych oczu.</p> + +<p>I żal jakiś niezmierny, żal do życia, +rozpierał mu piersi, do losu, że, postawił go na tak +śliskim i kołyszącym się gruncie, że tylko za +cenę tego fałszu i wyrzutów sumienia, pozwolił mu zdobyć to +jego dzisiejsze nieograniczone szczęście!</p> + +<p>Zatopiony w swem skrytem cierpieniu, Roman od czasu do czasu +spoglądał na Olę. Ta, ze spuszczonemi oczami, oparta niedbale na +skórzanych poduszkach gondoli, zadumana, również marzyła cicho... +Cienie przechodziły, przemykały się po jej wdzięcznem, +zamyślonem obliczu, czasem na usteczkach zagaszczał +błąkający się uśmieszek.</p> + +<p>Roman wtedy z miłością bezgraniczną +zatrzymywał dłuższą chwilę spojrzenie na ukochanych +rysach, i znowu popadał w zadumę, lub słówkiem pieszczoty, albo +spostrzeżeniem jakiem przerywał milczenie. Ola odpowiadała mu +skinieniem główki - zamieniali pomiędzy sobą zdań urywanych +kilkanaście, i znowu milkli, poddając się nastrojowi zewnętrznemu +otoczenia i wewnętrznemu dusz własnych. W ten sposób czas mijał.</p> + +<p>Powoli, stopniowo rozluźniło się +ścieśnione gondol półkole... Z cichym wioseł szelestem i +pluskiem ruszonej wody odpływały one jedne po drugich - duże +barki sąsiednich serenad ginęły również w oddali, +śpiewy ich cichły...</p> + +<p>Kilka tylko z nich jeszcze rozbrzmiewało po kanale +ostatnimi tony, a między innemi i barka, koło której +kołysała się gondola Dzierżymirskich. Z okien i balkonów +hoteli poznikały już także liczne sylwetki i twarze gości, +w pobliżu, na wieży kościelnej, wybiła rytmicznie godzina +jedenasta...</p> + +<p>Roman ocknął się pierwszy, dotknął +delikatnie dłonią rączki Oli i rzekł:</p> + +<p>- Pora już nam, kochanie... prawdaż?..</p> + +<p>- Która? - zapytała Ola, zbudzona.</p> + +<p>- Jedenasta, moje życie - odparł Roman.</p> + +<p>- Już?.. - zdziwiła się Ola, westchnąwszy. +To jedźmy, nie sądziłam nigdy, by już tyle czasu +minęło...</p> + +<p>- O czemże tak dumała moja pani? - zapytał +Roman, z uśmiechem.</p> + +<p>- A ty? - odpowiedziała pytaniem Ola.</p> + +<p>- 0... ja?.. nic ciekawego - odparł pośpiesznie +Roman, i jakby pragnąc, by powtórnie nie pytano go o to samo, +odwrócił się szybko do gondoliera, informując go, dokąd ma +ich zawieźć.</p> + +<p>Gondola, wycofana z łatwością z +przerzedzonego już kręgu, zawróciła i pomknęła ku +oświetlonemu niebieskawym światłem latarni elektrycznych +placowi San Marco. Na wieżach odległych kościołów, +układającej się do snu Wenecyi, w milczeniu, różnymi tony +dzwoniła godzina jedenasta, zdała dochodził jeszcze przyciszony +odgłos muzyki...</p> + +<p>Wyciągnąwszy się wygodnie w gondoli, Roman +ujął znów kibić żony, i pieszcząc wargami jej +szyję, począł mówić cicho, długo, ciągle.</p> + +<p>Czuł potrzebę mówienia; chciał +zagłuszyć, odpędzić natrętne myśli, wspomnienia, +przechodził z tematu na temat, śmiał się, dowcipkował, +całował Olę co chwila. A ona szczebiotała również...</p> + +<p>Pełne wesela głosy dwojga młodych +złączonym akordem przerywały co chwila milczenie i spokój +"Canale Grande", padały i ślizgały się echem po +ciemnej tafli jego wód, w których z kolei pławiły się cienie pałaców, +złotym deszczem igrały gwiazdy i swawolił powiew wietrzyka, idącego +z morza, pokrytego ciemnością, śniącego w oddali...</p> + +<p>Dostawszy się na pełnię wód kanału +św. Marka gondola pomknęła chyżo, a niebawem po falistej +tafli włoskiej laguny rozległa się śpiewana zgodnym liórem +męskiego barytonu i kobiecego sopranu pieśń polska: +"Szumią jodły"...</p> + +<p>- A co, nie mówiłem, że to nasi, choć on taki +czarny, jak Włoch - odezwał się po polsku, z gondoli, +którą mijali Dzierżymirscy, rubaszny trochę głos +mężczyzny.</p> + +<p>- No, tak dziobać się, jak gołąbki, to +i inni potrafią... odpowiedział +ironicznie ktoś drugi.</p> + +<p>- Ba, ale, panie dobrodzieju, z takim humorom - to nie!... +z przekonaniem, stanowcza, rozległa się odpowiedź szlagona.</p> + +<p>Tymczasem gondola Dzierżymirskich malała już +coraz bardziej, na tle nocy tylko czerwonawem światełkiem migocąc +z oddali. Wkrótce, zaleciała jeszcze ostatnia zwrotka ,znanej +Moniuszkowskiej melodyi: Oj, Halino, oj, je - dy - no, dzie - wczy - no mooo - +ja!... </p> + +<p>- Moo - ja!... oddało echo lagun morza i zmilkło, +cały zaś kadłub czarnej gondoli znikł gdzieś niebawem, +ustępując miejsca innym, nadciągającym coraz +gęściej od strony Wielkiego Kanału, coraz cichszego, coraz +bardziej pogrążającego się w czerni bezbarwną, +głuchą, zapadającego tam uśpienia - Nocy!</p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<center>* *</center> + +<center>*</center> + +<p> </p> + +<p>- Patrz, patrz! jakież to piękne!..</p> + +<p>Słowa te, półgłosem, z akcentem zachwytu, wymówiła +Ola, i oboje wraz z Romanem stanęli na miejscu, jak przykuci. Nad ich +głowami wznosiła swe dumne gotyckie arkady jedna z +najpiękniejszych, po bazylice San Marco, świątyń w Wenecyi, +Santa Maria Gloriosa dei Frari - stali zaś przed mauzoleum Canovy.</p> + +<p>- Prawda! - szepnął w odpowiedzi żonie Dzierżymirski. +- Zdawałoby się, iż ten oto anioł, czy geniusz +uśpiony, żyje, oddycha, stróż czujny... urwał, +studjując dalej pomnik z uwagą.</p> + +<p>- A te postacie, nieprawdaż, iż rzeczywiście +idą, ruszają się wolno, pogrążone w cichej boleści +i smutku! - podchwyciła żywo Ola, podniecona widokiem, oraz wyrazem +zakutego w marmurze piękna.</p> + +<p>Oboje umilkli, z niekłamanym zachwytem wpatrując +się w rzeźbę.</p> + +<p>Od grobowca bowiem, przez samego Canovę modelowanego +niegdyś na pomnik dla Tycyana, biło rzeczywiste, szczere piękno +i chwytało za serce - mówiło...</p> + +<p>Przyparty do ściany, cały z białego marmuru, +a trójkątnym kształtem w minjaturze przypominający, piramidy +Egiptu, stał sarkofag otworem...</p> + +<p>Na lewo, jakby strzegąc doń wchodu, olbrzymi lew +marmurowy leżał, z obwisłemi łapami, potężny, +srogi, i jakby smętnie zadumany, a na nim, z rozpostartemi skrzydły, +opierał się wielki Anioł uśpiony... </p> + +<p>I tchnące łagodnością, cudne oblicze +Anioła zda się być rzeczywiście nie z tego nędz +padołu!..</p> + +<p>Z ludzką twarzą, to prawda, spoglądać +się zdaje na widza, lecz oczy jego przymknięte nieco, skupienia i +zadum pełne - znieruchomione w nadziemskim spokoju, ciszą +zaświatów, wieczności milczeniem i bytu zagadką, nęcą +oto wyraźnie, wzrok ciągną za sobą, unoszą duszę, +myśl... gdzieś w strefy nadziemskie +do nieba!...</p> + +<p>A z prawej znów strony grobowca, jakby z ziemi, ze +świata, wolno suną jakieś postacie, zmierzając do +otwartych na ścieżaj wrót sarkofagu...</p> + +<p>Pierwsza z nich, proporcyonalnie do innych, większa, +kobieta młoda, jest już tuż blizko, u grobu prawie, w ślad +za nią, z girlandami kwiatów, postępują postacie mniejsze - to +dziatki.</p> + +<p>Idą... Kroczą, z pochyloną głową, +przygnębieni, smutni, niebawem już cisi przestąpią oni próg +grobowca...</p> + +<p>- Chodźmy! - szepnęła Ola +pociągając lekko Romana za rękę.</p> + +<p>Z widoczną niechęcią, jakby nie mogąc +oderwać wzroku od pięknego pomnika, poruszył się +Dzierżymirski, i wyrzekł półgłosem:</p> + +<p>- Czy już obejrzeliśmy tutaj wszystko?</p> + +<p>- Zdaje mi się, że wszystko - odpowiedziała +Ola.</p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p>W pustej i cichej świątyni rozlegały się +wyraźnie ich kroki, prócz nich bowiem obecnie nie było tu nikogo.</p> + +<p>Dzierżymirski wyjął zegarek.</p> + +<p>- Szósta! Wracajmy, +musimy pożegnać jeszcze +Wenecyę z Campanili - rzucił żywo, i ująwszy ramię +żony, skierował się ku wyjściu z kościoła.</p> + +<p>Na progu Dzierżymirscy stanęli, obrzucając +ostatniem spojrzeniem kościół; wzrok ich przesunął się +raz jeszcze po wspaniałych grobowcach dożów, Tycyana i wyszli.</p> + +<p>Upalny spokój włoskiego popołudnia objął +ich natychmiast. Słońce paliło jeszcze, na uliczkach Wenecyi +było pusto.</p> + +<p>Dzierżymirscy szli przyśpieszonym krokiem, +zmierzając ku mostowi "di Rialto." Był to ostatni już +dzień pobytu ich w Wenecyi, wyjeżdżali nazajutrz, żegnając +dziś po raz ostatni urocze miasto pamiątek.</p> + +<p>A żegnali je sumiennie. Zwiedziwszy bowiem kilka +nieznanych sobie jeszcze kościołów, po raz wtóry obeszli wszystkie +miejsca, dokąd zachęcało ich do powrotu wspomnienie zoczonego +tam piękna.</p> + +<p>A więc pałac Dożów, jego archeologiczne muzeum +i liczne przepiękne sale i ponure więzienia, pałac królewski, +bazylikę, a także zarówno arcydzieła pędzla Tycyana, +Tintoretta, Pawła Veronese, Belliniego, i innych, w Akademii "delle +belle Arti."</p> + +<p>- Wiesz, kochanie? musimy spieszyć się +porządnie, gdyż o siódmej podobno zamykają już +Campanillię*)-odezwał się Roman po dłuższem milczeniu +idąc z Olą bezustannie tak sarno szybko i słuchając zarazem +szczebiotu jej, wciąż jeszcze znajdującej się pod +wrażeniem pysznego dzieła Canovy.</p> + +<p>[*)Znana powszechnie pod tą nazwą dzwonnica +Świętego Marka w Wenecyi, siegająca budową i stylem X +wieku, dziś, jak wiadomo, już nie istnieje. Runęła dnia +14-go Lipca 1902 roku.]</p> + +<p>- Co za świetną doprawdy miałeś +myśl, Romciu, zestawić to obejrzenie Wenecyi z wyżyn na +zakończenie! - rzekła Ola, i dorzuciła z ożywieniem: - Bo +ostateczne owe wrażenie nie zużyte dotąd jeszcze, nowe, idealnie +zamknie nasz pobyt tutaj...</p> + +<p>- A widzisz, me życie, że nietylko moja pani miewa +genialne koncepty - z uśmiechem odparł Roman, miłą mu +bowiem była myśl, że ich wzajemne zapatrywania estetyczne +zgadzają się tak dobrze.</p> + +<p>W tem bo ostatniem los rzeczywiście nie był +poskąpił zadowolenia Romanowi. Ola, była to dusza obdarzona zarówno, jak i on, wykwintnem poczuciem +piękna i niezmierną wrażliwością na dzieła +sztuki, zgrzytów pod tym względem pomiędzy nimi nie było wcale - +dopełniali się wzajemnie.</p> + +<p>- Poczekaj, kochanie - odezwał się znów Roman - +spożyjemy sobie parę brzoskwiń... Mam ogromne pragnienie, a +ty?...</p> + +<p>- O! ja także!.. wykrzyknęła +potwierdzająco i wesoło Ola, poczem oboje zbliżyli się do +charakterystycznego, szerokiego, pod płóciennem okryciem od +słońca, weneckiego straganu, przepełnionego różnemi owocami +i jarzynami.</p> + +<p>Minęli już byli waśnie "ponte di +Rialto", znajdując się obecnie w okolicy i punkcie targu, oraz +ożywionego ruchu. Wokoło nich szwendali się liczni przechodnie, +przekupnie wychwalali głośno swój towar, t. j. drobiazgi, owoce, lub +rzadkość w Wenecyi - zimną wodę do picia, mówiąc +nawiasem, nadzwyczaj niezdrową.</p> + +<p>Wybrawszy kilka przepysznych, wielkich brzoskwiń, i +spożywając je, Dzierżymirscy puścili się znowu w +dalszą drogę. Szli obecnie najbardziej ożywioną i +handlową ulicą w Wenecyi, tak zwaną "la Merceria", +wijącą się w kształcie szerokiego trotuaru pomiędzy +domami i szeregiem ciasno jeden przy drugim położonych sklepów, a +wiodącej zygzakiem od mostu di Rialto do wieży zegarowej na placu +San Marco.</p> + +<p>Zaczepiani co chwila przez natrętnych właścicieli +magazynów, przekupniów mozaiki i małych bosonogich chłopaków, +narzucających się im co chwila, z pytającem słowem i +spojrzeniem ładnych, czarnych ocząt: "Accompagnare, +signore?...", Dzierżymirscy szli szybko, wygodną, choć +krętą ulicą, rozmawiając wciąż ze sobą.</p> + +<p>Niedosłyszane wzajemnie często w gwarliwym hałasie +"Mercerii" słowa ich ginęły bez echa, gdy naraz i tym +razem zupełnie głośno, po niewiele znaczących uwagach, +odezwał się pierwszy Dzierżymirski.</p> + +<p>-Czy wiesz, moje życie, iż to już trzy tygodnie +blisko, jak wyjechaliśmy z kraju? Czas leci, kto by pomyślał, +że niebawem już minie miesiąc, jak porwałem ciebie, +szczęście moje, z łona rodziny?..</p> + +<p>Choć w ostatnich słowach brzmiał ton +żartobliwo-dobroduszny, jednak Roman niespokojnie spojrzał na +żonę, pierwszy to bowiem raz tak wyraźną czynił +alluzyę do niedawnej, a przełomowej chwili ich życia; +dorzucił zaraz:</p> + +<p>- Ciekawy jestem, co o tem wszystkiem myśli i co czyni +w tej chwili twój ojciec... przytem wahająco spojrzał z pod oka na +Olę, uważnie, jakby zbadać pragnąc, do jakiego stopnia +odczuwa ona to wspomnienie.</p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p>Lekka mgła jakby przemknęła po twarzy +młodej kobiety, a brewki jej zmarszczyły się przelotnie, +jednakże odpowiedziała natychmiast.</p> + +<p>- Wiesz co, mój drogi? ja.... - i tu spuściła +oczy, zarumieniwszy się lekko - bardzo często... +podkreśliła akcentem te słowa, - myślę o tem...</p> + +<p>I Ola z kolei podniosła swe przymglone oczy na +Dzierżymirskiego, a jemu zdało się jednocześnie, że +wilgotnemi były one...</p> + +<p>W tej samej chwili młoda kobieta ruchem łagodnym, +a wdzięku pełnym, położyła swą rączkę +drobną na ręku męża.</p> + +<p>- Nie gniewaj się, mój drogi, że ci to mówię +- rzekła miękko - ale... ale wierz mi, że ja nieraz lękam +się jakby po prostu, by ta przeszłość nasza, a w +szczególności gwałtowna chwila ucieczki mojej, nie przyniosła +nam nieszczęścia... Biedny ojciec! - cicho westchnęła Ola i +umilkła, spuściwszy nieśmiało wzrok ku ziemi, jak gdyby +przestraszywszy się słów ostatnich.</p> + +<p>Teraz Roman z kolei pochwycił rękę żony +i uścisnąwszy ją serdecznie kilka razy, wzruszony, +począł pocieszać Olę z cicha, w końcu zmienił +zupełnie temat rozmowy, przeszedłszy pośpiesznie na +przyszłe zamiary wspólnej podróży. Równocześnie jednak sposępniał, +i, choć drobna, mała chmurka, co niby cień, +wśliznęła się pomiędzy ich dusze - względnie +rozwiała się dość prędko, zostawiła jednak w +umyśle Dzierżymirskiego ślad trwały. Teraz zatem, gdy znowu +zamieniał z Olą banalne nieco frazesy, myśl jego pracowała +uparcie w dalszym ciągu.</p> + +<p>Więc on nie mylił się, będąc +częstokroć niespokojnym, gdy widział przychodzącą na +czoło żony nagłą zadumę, na pozór +niewytłumaczoną zgoła niczem.</p> + +<p>Więc w główce tej, w której, prócz +miłości dla niego, długo nie przypuszczał innego uczucia - +tkwił jednak w swoim rodzaju wyrzut sumienia?.. Odmiennemi zatem +krocząc drogami, dusze ich - ze źródła tylko innego całkiem +płynące - obie jednocześnie miały swoje skryte zgryzoty i +cierpienia. Zarówno, jak i on, tylko inaczej, Ola więc także +cierpiała...</p> + +<p>- Dziwne, to życie, dziwne! - omal że nie głośno +wymówił Roman.</p> + +<p>- 0! patrz, już plac św. Marka - wesoło +wykrzyknęła Ola w tej samej chwili, i wydobywszy miniaturowy zegarek, +jednocześnie dodała:</p> + +<p>- Wpół do siódmej! - Zdążymy!.. </p> + +<p>Dzierżymirski nie podniósł uwagi żony, przelotnie +spojrzał tylko w jej twarz, a widząc Olę +uśmiechniętą, poweselał sam również.</p> + +<p>Wydostawszy się z wąskiej szyi ruchliwej ulicy, +znajdowali się już oni na kwadratowym placu, obszernym, z trzech +stron ramowanym wokoło kolumnami pałacu królewskiego. Pod temi +kolumnami, w pierwszorzędnych kawiarniach Wenecyi, roiło się od +ludzi; na mozajkach, krzyżach, brązowych koniach i kopułach +bazyliki św. Marka grały promienie słońca, u stóp zaś +Campanili, dokąd zmierzali Dzierżymirscy, i przed +kościołem, pośrodku placu, gruchały i latały setki +gołębi, karmionych ręką publiczności. Zapłaciwszy +za wejście, Roman i Ola powoli zaczęli wstępować na +górę.</p> + +<p>Na szczyt dzwonnicy San Marco, oddzielonej od katedry, a +strzelającej w górę wysoko i samotnie, szło się nie po +schodach, lecz po lekko pochylonej płaszczyźnie spiralnej, nader +wygodnej, choć krętej, wchodzącego wcale nie +męczącej.</p> + +<p>Co kilka minut postępującym na szczyt dzwonnicy +Dzierżymirskim migały z prawej strony małe okienka, +pozwalające im pochwycić rąbek krajobrazu, ściany zaś +wieży przepełnione były licznymi podpisami turystów.</p> + +<p>Względnie dość długo, bo powoli, +zmęczeni poprzednim pośpiechem, szli pod górę Roman i Ola, +zanim dostali się wreszcie na obszerną szczytową platformę +dzwonnicy. Prócz sprzedającego w zaimprowizowanym sklepie fotografie i +albumiki: "ricordo di Venetia," kilka zaledwie osób znajdowało +się tutaj. Dzierżymirscy zbliżyli się do balustrady, +obrzuciwszy spojrzeniem cały widok, u stóp ich i henhen, daleko!...</p> + +<p>- Śliczne, prześliczne! - rzekła po chwili +Ola półgłosem, z przejęciem, Roman zaś, potakując +żonie, wyjął noszoną stale ze sobą lunetę i +regulować ją począł.</p> + +<p>Słońce właśnie zniżało +się ku zachodowi. Z jednej strony krajobrazu, na prawo, tarcza jego, +ziejąc purpurą, kąpała się promienistymi blaskami w +morzu, rozświetlała jego tajemniczą głębię, +rozżarzała, na kształt głowni, czerwonawym ogniem +zmarszczone grzbiety fal, złotym prostopadłym gościńcem +zanurzając się stopniowo coraz bardziej w iskrzącą +się światłami toń. I zielonkawe, łagodne Adryatyku fale, +rozchylały się przyjacielsko i gościnnie - roztwierały swe +nurty do idącego na spoczynek słońca, wód szmerem +kołysać się je zdając do snu cichego...</p> + +<p>Po bokach fal tymczasem coraz dalej i dalej biegły +ostatnie promienie jego; rozlewały się wkoło pożegnalnym +odblaskiem - pieściły już morze całe, zapalały na niem +miljony barw i odcieni, skośne leciały w lewo ku Lido, +"giardini publici," słały się krwawiące na +dachach i wieżach leżącej w dole Wenecyi - i ginęły +nareszcie w zamglonej gdzieś dali, tuląc się do majaczących +hen, hen, w perspektywie górskich alpejskich szczytów...</p> + +<p>Roman i Ola, zapatrzeni, stali nieruchomo, w milczeniu.</p> + +<p>Otulony ciszą bezmiarów, tchnący spokojem +idącego wieczora, zachwycał ich ten krajobraz. </p> + +<p>- Spojrzyj-no, jak smacznie zajadają sobie nasi brudni +włosi swoje "pranzo" - rzekła nagle do męża Ola, +wskazując ręką spiętrzoną u stóp ich, wśród +wąskich kanałów, Wenecyę, i ścieśnione dachy jej +domów, gdzie na werandach spożywano właśnie posiłek.</p> + +<p>- A, prawda! - potwierdził Roman.</p> + +<p>- Zabawnie wyglądają na swoich daszkach, jak +liliputy... - zauważył jeszcze i ująwszy ramię żony, +zbliżył się znów ku balustradzie od strony morza.</p> + +<p>- Patrz! - rzekł przyciszonym głosem, +wskazując na prawo ląd stały - widzisz te otulone mgłami +sylwety miast i gór?..</p> + +<p>- Widzę - potwierdziła Ola.</p> + +<p>- Oto Fusina - objaśniać począł +żonie Roman - tam znów głębiej, to Padwa i Treviso...</p> + +<p>Tu, na zachodzie - to otaczające Weronę szczyty +górskie, a tam - wskazując ruchem ręki kolistym krajobraz, mówił +dalej Dzierżymirski - to Monte Baldo, i u stóp jego jezioro Garda.</p> + +<p>I Roman manewrując równocześnie lunetą +odkrywał coraz to inne odległe góry i miasta, a użyczając +lornety swej żonie, objaśniał ją, tłumaczył.</p> + +<p>Tymczasem zaś platforma dzwonnicy opustoszała +stopniowo. Prócz przekupniów, zalecających swe "ricorda," i +miejscowych ludzi, nie było tu już prócz Dzierżymirskich, +nikogo. Roman i Ola gotowali się do odejścia, gdy oto nagle +przystanęli znowu, zasłuchani.</p> + +<p>Z weneckiego starego grodu szła muzyka dziwna... Jak +orkiestrą dobraną grana, wędrowała przez otulone milczeniem +przestworza melodya kościelnych dzwonów...</p> + +<p>Rozpoczęły ją, na wprost Campanili dzwony +kościołów: Redentore, na wysepce Giudecca, i Santo Giorgio Maggiore, +opodal, a w ślad za niemi powtórzyły inne świątynie. Z +Santa Maria della Salute na czele rozbrzmiały kolejno po całej Wenecyi, +wstrząsnęły ciszą „królowej Adryatyku" - tu donośnie +bijąc basem, tam znów skarżąc się łagodnie, +kwiląc - wspólnie zagrały chórem swą pieśń wieczorną...</p> + +<p>Dobranymi jakby akordy popłynęły +dźwięcznie tony poprzez laguny i kanały, morzem, po grzbietach +fal, uleciały w dal siną, zda się, niosąc swe echa aż +do podnóży gór.</p> + +<p>Roman, nachyliwszy się ku żonie, rzucił +półgłosem:</p> + +<p> - Co za +wspaniałe i silne wrażenie, nieprawdaż?...</p> + +<p>Chciał powiedzieć coś jeszcze, lecz w tej +samej chwili instynktownie urwał...</p> + +<p>Dzierżymirscy zadrżeli oboje. Kobieta przytuliła +się, jak powój, do mężczyzny, on zaś objął +opiekuńczym ruchem jej kibić i silnem ramieniem przycisnął +wylękłą do siebie.</p> + +<p>To z dzwonnicy św. Marka, tu, na szczycie jej, o +parę zaledwie kroków od nich, zagrzmiał właśnie do wtóru +innym, zadudnił, głusząc wszystko swą siłą, +dzwon olbrzymi i potężny - "San Marco."</p> + +<p>Głos jego tubalny, huczący, zmieszał się +z ogólną aryą dzwonów, napełniając echami grzmotów, +trzęsąc platformą wieżycy.</p> + +<p>A jednocześnie Roman i Ola dziwnego doznawali +wrażenia. Zdało się im bowiem, jakby ich tutaj nie było +już zupełnie.</p> + +<p>Nie, oni stanowczo znikli, a znajdował się tu jeno +jeden jedyny olbrzymi dźwięk, z którym istnienia wspólne zlały +się, złączyły. Glos dzwonu przenikał ich do +głębi, szedł aż do dna dusz, grał na fibrach nerwów; +trząsł nimi, potężny w swej mocy - wielki...</p> + +<p>Ola jeszcze bardziej przytuliła się do +męża, jakby szukając obrony przed czemś, czy przed +kimś, Dzierżymirski silniej przygarnął ją do siebie. +Równocześnie, jakby kierowane wzajemnym odruchem jednomyślnym i +uczuciem wzajemnem, twarze ich zbliżyły się i +złączyły usta!...</p> + +<p>Ostatni z ostatnich promień zachodu zapalił na +sekundę jedną gwiazdę na czołach mężczyzny i +kobiety, skojarzył się z ich pieszczotą i znikł. +Słońce zgasło... Roman i Ola jednak nie odrywali ust od +pocałunku, a trwali w nim jeszcze...</p> + +<p>Jakaś bowiem niewytłumaczona niczem chęć +przedłużenia jakby tej chwili ogarnęła +Dzierżymirskich.</p> + +<p>W zapomnieniu pieszczoty jestestwa ich drgały uczuciem, +a huczący głos dzwonu zdawał się bardziej jeszcze +kojarzyć ich ze sobą... Łączył się sam niby z +ekstazą ich pocałunku, a usuwając z niego zarazem pierwiastek +zmysłów poziomy - wznosił dusze Romana i Oli w nadziemskie +gdzieś strefy, uszlachetniał, budził w nich jakieś +chęci i pragnienia i przypinał skrzydła do lotu i +rozszerzał piersi i kazał się modlić pokornie...</p> + +<p>Z ekstazy pierwsza zbudziła się kobieta. </p> + +<p>Przybladła nieco, oderwała drobne wargi od ust +Romana i szepnęła cichutko: - Chodźmy już!.. </p> + +<p>- Dobrze, złoto moje, kochanie najmilsze! - odparł +pieszczotliwie Dzierżymirski, i oboje w ślad za tem skierowali +się ku wyjściu.</p> + +<p>Nic nie mówili teraz do siebie. Zamyśleni, pogrążeni +w swój dziwny stan duchowy, zapatrzeni w swe dusze, schodzili powoli, schodzili +w dół ciągle.</p> + +<p>I stopniowo, nieznacznie, reakcya nastroju wślizgiwać +się poczęła w ich dusze, mózgi i serca... </p> + +<p>Przy dźwiękach bo oto grającego obecnie nad +nimi dzwonu-olbrzyma, jakieś zwątpienia obsiadły nagle ich +dusze, a czar, tam, na górze, odczuty - niknął, wewnętrzne zadowolenie +i napięcie duchowe słabło!..</p> + +<p>Lecz czyż to złudzenie? Wszak głos tegoż +samego dzwonu jest teraz jakimś całkiem innym, odrębnym; to nie +ten na górze, wysoko!</p> + +<p>Tamten, pełen otuchy, dodawał odwagi, wzmacniał. +A ten, wstrząsając murami wyniosłej wieżycy, +błąka się gdzieś tylko po jej zakamarkach, szczelinach, +taki odmienny, ponury, smutny...</p> + +<p>I pod jego wpływem, jakby pod działaniem czarodziejskiej +siły, w myślach Dzierżymirskich, każdemu z osobna, +zaszumiały znowu wyrzuty sumienia.</p> + +<p>Jej, Oli, stanęła przed oczami, jak żywa, marsowa +twarz ojca, i jego spojrzenie smutne, wyrzutów pełne. Źrenice +rodzica wyraźnie przytem zdawały się skarżyć, +mówić: Ja cię kochałem, drogie dziecię, a ty tak +pogardziłaś mną, zraniłaś tak dotkliwie i +boleśnie!</p> + +<p>Romanowi zaś tak żywo przypomniała się z +przed laty chwila pewna, iż zdziwił się sam niepomiernie. +Swą ubogą izdebką z przed laty, straszną noc walki ze +sobą samym, i zwycięstwo złota ujrzał tu w +Campanili-wszystko!..</p> + +<p>A dzwon tymczasem huczał coraz bardziej, i przytem +coraz jakby sroższy i bezwzględniejszy, surowszy... +Dzierżymirscy bezwiednie, w mimowolnej po prostu obawie przed tym +głosem karcącym z wysoka, pospieszniej w dół schodzić +poczęli.</p> + +<p>Cienie wieczorne kładły się już po +pustych zakątkach starej, jak świat, wieżycy, mroki tajemnicze +pełzały tu swobodnie. Przy dźwiękach dzwonu, który +wciąż trząsł jej ścianami, wśród +ciemniejącej stopniowo, a zamkniętej w nich pustki, schodziła, +spuszczając się coraz szybciej, zniżała się para +młodych.</p> + +<p>Wreszcie zmierzch szary pochłonął zgrabne +postacie, i zapanował bezpodzielnie w Campanili. Jednocześnie o jej +mury odbiło się echo ostatniego uderzenia dzwonu, niby ostatnie dla +Dzierżymirskich przypomnienie przeszłości...</p> + +<p>W ślad za tem uspokoiło się wkrótce wszystko.</p> + +<p>Wiekopomna wieżyca, zasłuchana jakby jeszcze w +końcowy zamierający dźwięk dzwonu, przycichła; +szarość, smutek i głusza rozsiadły się tu +wokoło... W milczącą senną zadumę, we wspomnienia +przebrzmiałe, zapadała powoli Campanile.</p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<center>---------------</center> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p>- Rojno i gwarno było dziś u marszałkowej nieprawdaż? +Ha-ha-ha, wiedziałem doskonale, że się stawią wszyscy... +Poczciwa jednak ta nasza światowa menażerya.... No, i cóż? +Uwierzyli?</p> + +<p>Pytanie to, zwrócone do pani Melanii Warnickiej w jej +dużym, pięknym salonie, wygłosił, sadowiąc się +wygodnie na fotelu, Emil Ładyżyński. Był to mężczyzna +lat przeszło pięćdziesięciu, wysoki, szczupły, od +stóp do głów drobiazgowo wytworny, o wyrazie twarzy szyderczym, +przyrosłym jakby do rysów jego, świeżych i żywych jeszcze, +oraz pięknych oczu podłużnych, zielonkawych, z pod pincenez +patrzących rozumnie.</p> + +<p>- Uwierzyli. To jest, może udali tylko, że +wierzą... odpowiedziała marszałkowa rozpartemu z gracyą w +krześle gościowi swemu.</p> + +<p>- No, c'est tout ce qu'il faut, na razie; teraz damy sobie +wielkiego i dystyngowanego nura n'est ce pas?.. A niech tam wszyscy +myślą sobie, co im się żywnie podoba!- zawyrokował +tenże głosem stanowczym.</p> + +<p>- C'est ce qui me tranquillise, iż zamknęłam +zupełnie dziś już rachunki z towarzystwem tutejszem - +odparła z westchnieniem ulgi pani Melania.</p> + +<p>Rozmowa potoczyła się dalej; treścią jej +był przebieg dzisiejszego, a ostatniego czwartkowego przyjęcia u +Marszałkowej.</p> + +<p>Zniknięcie Oli, choć trzymane pilnie w tajemnicy, +jak to zwykle bywa w takich razach, nagle, pewnego poranku przedostało +się niewiadomo przez kogo, jak i kiedy, do miasta, a wieść ta, +podawana z początku ostrożnie, cicho i pod wielkim sekretem, wkrótce +była już na wszystkich ustach, komentowana, przeinaczona, a +plotką i skrzydlatym ptakiem obmowy obleciała niebawem wszystkie +niemal salony towarzyskiego świata w mieście. Pomimo to, nikt nie +wiedział nic jeszcze dokładnie. Zaalarmowany pierwszy +Ładyżyński, który, jako przyjaciel domu Gowartowskich, a zarazem +bywający wszędzie światowiec, osaczonym był ciągle +pytaniami, odbył dni temu parę istną sessyjną +konferencyę z marszałkową: Co czynić, by ocalić +pozory?.. I wówczas to postanowiono, co następuje:</p> + +<p>Puścić natychmiast w świat niejasną +pogłoskę o ślubie Oli z Dzierżymirskim, i opowiedzieć +wyjazd marszałkowej, która, postanowiwszy już poprzednio +przenieść się całkiem na wieś, teraz, po naradzie z +Ładyżyńskim, zgadzała się tę chwilę odjazdu +swego przyśpieszyć. Za parę dni właśnie przypadał +czwartek, jour fixe pani Melanii; łatwo było przewidzieć, +iż towarzystwo cale, wobec rozsiewanych zręcznie półsłówek +o wielkiej powyższej nowinie, nie omieszka, przywiedzione +ciekawością i chęcią pożegnania czcigodnej matrony, +zawitać na jej salony...</p> + +<p> - Wówczas to +wszystkim i każdemu z osobna damy do spożycia +następującą pigułkę! - zadecydował wesoło na +owej konferencyi pan Emil:</p> + +<p>- Powiemy, że Ola i Dzierżymirski są już +po ślubie, uznanym przez rodzinę najbliższą i przez +nią urządzonym, lecz cichym i bez rozgłosu, a to na własne +i wyraźne żądanie państwa młodych...</p> + +<p>- Co się zaś tyczy dotychczasowej o tem wszystkiem +tajemnicy, wytłumaczymy ją tem, iż dzisiejsi państwo +Dzierżymirscy kochali się w sobie na zabój od dawna, od lat, +przypuśćmy, ośmiu... że ojciec srogi nie chciał o +związku tym słyszeć nawet, iż zmiękczony wreszcie +zgodził się nań... Pani marszałkowa nie była na +ślubie, no... bo jest słabego zdrowia, January zaś, w ostatniej +chwili, gdy jechał na kolej, zachorował... Państwo młodzi +obecnie bawią zagranicą. Gdzie? - nie wiemy. Pour dérouter - powiemy +na przykład, że w Szwecyi... Całą tę historyjkę, +pani marszałkowa na przyjęciu u siebie, a ja u innych, tegoż +samego dnia i w tychże godzinach ukoloryzujemy jeszcze należycie +kilkoma pseudo-autentycznymi szczegółami, no... et il faut espérer, +że nam chyba uwierzą!..</p> + +<p>Tak ostatecznie uradził Ładyżyński, a do +ultimatum owego, uznawszy jego słuszność, marszałkowa +Warnicka zastosowała się ściśle przez cały dzień +dzisiejszego czwartkowego u siebie przyjęcia. Obecnie zaś w dalszym +ciągu informowała przybyłego swego wspólnika o wywiązaniu +się z zadania i roli własnych, opowiadając mu zarazem, jak wiele +dnia tego odwiedziło ją osób ze świata, do tego stopnia +licznych, iż chwilami w ogromnym jej salonie brakło po prostu dla +nich miejsca.</p> + +<p>- Każdy niemal po banalnym wstępie grzecznostek, +pytał mnie o Olę, nie przeoczył tego nikt -mówiła pani +Melania, kończąc opowiadanie swoje - aż w duchu sama +śmiałam się z tego...</p> + +<p>- Więc któż był? któż był? - +pytał ciekawie Ładyżyński.</p> + +<p>- Wszyscy, powiadam panu, towarzystwo całe, nie +zawiódł nikt - opowiadała dalej marszałkowa - szli wielcy i +mali, sympatyczni i niemili, oraz nawet, którym się zdaje, że +obecnością swoją czynią mi łaskę +najwyższą, raz na rok zaledwie bywając u mnie... i +lekceważąco na pozór przy tych wyrazach pani Melania +machnęła ręką...</p> + +<p>Pan Emil zaś słuchał i nieznacznie +uśmiechał się pod wąsem, znał bowiem dobrze +słabą stronę staruszki, którą gniewało zawsze, gdy +ktoś ze „świata," mieszkający stale w mieście, +omijał jej dom w wizytach.</p> + +<p>- Par exemple... - odezwał się - +ręczyłbym, że księżna Marya i hrabiowie Doliwscy...</p> + +<p>- Oh! pas seulement, oni naturalnie, ale i książe +Jerzy, hrabia Alfred, księstwo Staniccy, hrabina Manfredowa z córką i +jej narzeczonym... Vous savez, ona wychodzi za tego księcia Ryszarda S. z +Poznańskiego... A także Otoccy, Daworowscy, Igelhausenowie... +już nie pamiętam wszystkich nawet... kończyła pani Melania, +zadowolona w duszy z szumnej nomenklatury.</p> + +<p>- Oh! mais, sapristi, c'est la fine fleur, śmietaneczka +ze śmietanki naszej... Powinszować marszałkowej, +powinszować... - rzekł z lekka drwiąco pan Emil. -L'essentiel - +ciągnął dalej, - że wszyscy, jak przewidywałem, +połknęli przygotowaną przez nas wiadomostkę.</p> + +<p>- Wszyscy, bez wyjątku; robiłam przecież, co +tylko mogłam - potwierdziła pani Melania.</p> + +<p>- A więc n... i-ni-c'est fini; nie pokażemy +się my im tu tak prędko na oczy; by sprawdzić to, co +posłyszeli, Dzierżymirskich również mieć nie +będą, a zresztą - pan Emil niedbale poruszył ręką +- tout passe, tout casse, tout lasse... Niebawem wszyscy zawieszą sobie +nowe sitko na kołek i... zapomną. Ainsi va le monde - +dokończył, i wyjmując srebrną z monogramem +papierośnicę, ujął w palce delikatnej swej ręki cienki +papieros, uprzejmie pytając zarazem pani domu: - Vous permettez?..</p> + +<p>Marszałkowa, z uśmiechem, przyzwalająco kiwnęła +głową. Ładyżyński zapalił, i wypuściwszy z +ust mały obłoczek dymu, pogładził wytwornym ruchem +ręki swe siwiejące już nieco, a starannie wyczesane, bokobrody.</p> + +<p>- Ja także, według programu, nie +próżnowałem, - odezwał się po chwili swobodnym tonem. - +Wyszedłszy stąd temu godzin parę, byłem na jour fixe u +Leliwów, hr. Dezydery Otockiej, u księstwa Pilanich... Zastałem tam +wiele bardzo osób i wszędzie opowiadałem, naturalnie en long et en +large la nouvelle du jour, co należy, o Romanie i Oli - bref, Januarek +powinien być kontent ze mnie: wykryłem, jak, co i dokąd +wyfrunęła mu jedynaczka, teraz znów my z panią +marszałkową tuszujemy za młodą parą ślady, z +kunsztem prawdziwie artystycznym...</p> + +<p>- Że też pan wszystko z wesołej tylko strony +bierze - nieco smutnie i pobłażliwie jakby uśmiechnęła +się pani Melania.</p> + +<p>- Que voulez vous, pani marszałkowo, świat +pełen dramatów i tragedyj w teatrze i w życiu, że cóżby +wartem było ono, gdybyśmy się czasem starali przynajmniej komizmu +choć trochę zeń wycisnąć - odparł pan Emil, +poczem zaś dodał: - Więc pani marszałkowa jutro na Podole, +do Ulanówki?</p> + +<p>- Tak - potwierdziła pani Melania - do siebie jadę +na dni kilka, potem zaś natychmiast do Januarego, a pan +wyjeżdża?.. Il faudrait.</p> + +<p>- Comme de raison, prawdopodobnie do Szwajcaryi, na +sześć tygodni... Ale, a propos, +cóż January?..</p> + +<p>- Niespokojną jestem o niego - odpowiedziała +marszałkowa - jak panu wiadomo, bawił tu u mnie tylko dzień +jeden; nazajutrz po otrzymaniu smutnej wiadomości odjechał, +pożegnawszy się ze mną, notabene, bardzo chłodno, i +odtąd żadnej odeń z Gowartowa nie mam wiadomości. Może +chory...</p> + +<p>- Eee! cóż znowu!.. - okrzyczał się +Ładyżyński - pani marszałkowa niech będzie +spokojną, poluje sobie na kaczki, i jedynaczkę swą wydziedzicza. +Dobrze robi zresztą, bardzo dobrze... Wydziedziczać młodych! +Niech nie lekceważą woli starszego pokolenia!.. Wydziedziczać!.. +dokończył pan Emil z patosem, i powstawszy z fotelu, +jednocześnie z panią Melanią żegnać się +począł.</p> + +<p>- Uciekam już, bo mam jeszcze parę wizyt, +ale... Ładyżyński +urwał - Wszak pani marszałkowa jedzie jutro dopiero o 3-ej, +nieprawdaż? - mówił, całując z wdziękiem +rękę staruszki - nie żegnam się więc, będę +na dworcu, może wypadnie coś ułatwić, dopomóc...</p> + +<p>- Dziękuję panu, dziękuję bardzo - +odparła z uśmiechem pani Warnicka - do miłego zobaczenia +się. .</p> + +<p>Pan Emil, z cylindrem w ręku, ukłonił +się u drzwi raz jeszcze, poczem jego elegancka, opięta w tużurek, +zgrabna sylweta zniknęła za portyerą salonu.</p> + +<p>Znalazłszy się zaś przed domem, na ulicy, +Ładyżyński wskoczył pośpiesznie do oczekującej +nań dorożki na gumach, i rzuciwszy niedbale adres, kazał +się wieźć dalej.</p> + +<p>Już na ulicach i w magazynach jaśniały +rzęsiście światła, gdy w dwie godziny później +wysiadał z tegoż pojazdu przed piękną kamienicą w +śródmieściu, a odprawiwszy swój kawalerski ekwipaż, +skierował się w bramę czteropiętrowego domu, gdzie na +pierwszem piętrze zajmował eleganckie, z trzech pokoi, mieszkanie.</p> + +<p>Mały, zwinny chłopczyna, ubrany w liberyjną, +ze złotemi guziczkami, granatową kurtkę, przekomarzał +się właśnie na dziedzińcu, z którąś +chichoczącą młodszą, gdy pan jego zjawił się +nagle w bramie, a ujrzawszy śmiejącą się dwójkę, +pogroził jej laską, z uśmiechem. Służąca +zaśmiała się zalotnie i głośno, lokajczyk zaś +pędem porwał się z miejsca i poleciał na górę, w +parę minut później, z pokorną miną, otwierając drzwi +Ładyżyńskiemu.</p> + +<p>- Ej, malutki!.. pogroził mu znów palcem pan Emil, +poczem, zdjąwszy paltot, zapytał: - Był tu kto? </p> + +<p>- Owszem, proszę jaśnie pana, oto bilety +odparł chłopak pośpiesznie, podając małą +tackę ze stołu.</p> + +<p>Pan Emil obojętnie przerzucił kilka biletów. </p> + +<p>- Aaa!.. zadziwił się głośno przy jednym +z nich, poczem odłożył wszystko na bok.</p> + +<p>- Frak od krawca przynieśli? - zapytał jeszcze - +wyprasowany?</p> + +<p>- W sypialni u jaśnie pana powiesiłem - +objaśnił mały lokajczyk. </p> + +<p>- Dobrze. Siedź tu, smyku, i nie łobuzuj +się!.. rzekł Ładyżyński, a minąwszy przedpokój, +zatrzasnął za sobą +drzwi od gabinetu, prowadzącego do sypialni i ubieralni, +gwiżdżąc jednocześnie pod nosem aryę z modnej +podówczas operetkowej premiery.</p> + +<p>Jako szanujący się kawaler, pan Emil, stale +żadnego wieczoru nie przepędzał u siebie w domu. Dziś +zatem również wybierał się na raut +artystyczno-wokalno-literacki, punktualnie rozpoczynający się +już o dziesiątej.</p> + +<p>Dziewiąta właśnie biła na kilku zegarach +w mieszkaniu, pan Emil więc, znalazłszy się w gustownie +umeblowanej sypialni, przystąpił natychmiast do tualety swej +wieczorowej.</p> + +<p>W tym celu wygodnie zasiadł na foteliku przed +małą gotowalnią, przepełnioną wytwornymi, w srebrnych +pudełkach i przykrywkach, przyborami tualetowymi.</p> + +<p>Gdy tak stoliczny bywalec drobiazgowo i systematycznie +stroił się na raut, marszałkowa, po wyjściu ostatnich, +zapóźnionych, gości, przykazawszy pogasić światła, +odpoczywała na kanapce znużona, po dniu tak pełnym dla niej +zmęczenia i wysiłków. Oparłszy głowę o poduszki +mebla, pani Melania, położyła się, i +wyciągnąwszy wygodnie swe członki, przymknęła powieki, +stan zaś błogi nie krępowanego niczem spoczynku +owładnął nią bezpodzielnie.</p> + +<p>Jak szum niknący, daleki, w uszach jej tylko +brzmiał jeszcze gwar prowadzonych do niedawna rozmów, dolatywały +urywki z dali, a przed oczyma majaczyły, zmieniając się kolejno, +postacie, zaludniające w ciągu kilku godzin jej salony...</p> + +<p>Ponownie zatem widziała przed sobą staruszka w +sąsiednim pokoju tłum elegancki, rozbawiony... </p> + +<p>Mile pieścił on wzrok wytwornym wdziękiem +kobiecych tualet, szeleszczących łagodnie, a zgoła nie +krzyczących barwą i gustownych - nęcił powabem na +jedną modłę elegancko skrojonych ubiorów męskich, +pławił się cały w estetyce ogólnej manier, ukłonów, w +szablonie światowej salonowej komedyi, a poprawny - nie raził niczem +harmonii, w całości swej nie wywołując również wcale +fałszywo brzmiących zgrzytów. I uśmiech pół gorzki, +pół smutny, w zamyśleniu okolił wąskie usta +marszałkowej Warnickiej. </p> + +<p>Jak nicości pełnem bowiem wydało jej się +teraz, w oświetleniu dzisiejszej złośliwej ciekawości, to +całe towarzyskie stado, kryjące swą przewrotność pod +blichtrem i szychem zewnętrznych pozorów, jak mało godnem żalu i +marnem!</p> + +<p>Ach, bo ileż schowanej zręcznie złości, +tłumionych chęci sponiewierania rodziny jej i Oli, jej samej, ile +wreszcie jadowitego fałszu kryło się w duszach tych wszystkich +oto dzisiejszych jej światowych pseudo-przyjaciół i gości!..</p> + +<p>Marszałkowa czyniła dalej w myśli +przegląd galeryi osobników, widzianych na dzisiejszem przyjęciu; we +wspomnieniu ich słów, wyrazów twarzy i gestów powtórnie czytała, zda +się, ukryte myśli przybyłych; moralnie obnażała ich +wszystkich, starając się zarazem znaleźć, przypomnieć +choć jeden kwiatek prawdziwie przyjaznego uczucia, wykwitły +wśród tych chwastów obłudy!..</p> + +<p>Nie znalazła nic podobnego jednak. Były tam tylko +same śmiecie.</p> + +<p>Pani Melania, dumając w ten sposób, miała oczy wciąż +przymknięte, niebawem znużenie wzięło górę nad jej +myślami, głowa staruszki pochyliła się na piersi, cichy +mrok wieczoru otulił postać marszałkowej. Zdrzemnęła +się.</p> + +<p>W kwandrans może później, w milczeniu wypoczywających +po najściu gości apartamentów, rozległ się; silny +odgłos dzwonka... Staruszka rzuciła się z lekka na kanapie, a +otworzywszy swe rozumne szare oczy, poczęła wsłuchiwać +się w mącący ciszę odgłos. </p> + +<p>W drzwiach buduaru po chwili stanął lokaj i +zaanonsował:</p> + +<p>- Pan plenipotent z Gowartowa; mówi, że chciałby +koniecznie widzieć się z jaśnie panią.</p> + +<p>- Proś, proś natychmiast tutaj! - rzekła +żywa marszałkowa i równocześnie powstała z kanapki. Lokaj +wyszedł.</p> + +<p>Zadowolenie, połączone z ciekawością +osiadło na twarzy staruszki. </p> + +<p>Bolesław Krasnostawski, syn szkolnego kolegi nieboszczyka marszałka, a zaprotegowany +ongi przez nią samą na zajmowaną dotąd posadę ogólnego +i głównego zarządcy dóbr pana Januarego, nareszcie więc +przynosił jej wiadomość o bracie!..</p> + +<p>Młodzieniec, lat dwudziestu ośmiu, ciemny brunet, +ogorzały i przystojny, z dziarsko do góry podkręconym wąsem, +stanął na progu.</p> + +<p>- Sługa pani marszałkowej, moje uszanowanie - +przemówił swobodnie, i podbiegłszy, ucałował z szacunkiem +rękę staruszki.</p> + +<p>Ubrany był niewykwintnie, ale starannie i czysto, +ruchy zaś jego, oraz sposób mówienia, zdradzały człowieka, +choć nie obytego może zupełnie z wytworniejszem towarzystwem, +lecz dobrze wychowanego.</p> + +<p>- Kochany mój panie Bolesławie, - zaczęła +staruszka, zwracając się dobrotliwie ku przybyłemu - siadaj, proszę, +i mów, mów jak najprędzej, co słychać?..</p> + +<p>Młody człowiek, widząc zaniepokojenie w +oczach matrony, wyrzekł pośpiesznie:</p> + +<p>- O, nic złego... zupełnie nic złego, pani +marszałkowo, ale... i nic również dobrego - dokończył +wahająco i ostrożnie.</p> + +<p>- Jak to?.. -- zapytała pani Melania. Krasnostawski +oczy spuścił, i ukrywszy je po za swemi, jak u kobiety, długiemi +rzęsami, mówić czął zwolna:</p> + +<p>- Pani marszałkowej wiadomo, zarówno jak i mnie, co za +cios dotknął pana Gowartowskiego, z powodu panny Oli...</p> + +<p>- Więc pan już wiesz?.. Skąd? - z okrzykiem +niepohamowanego zdziwienia, wyrwało się staruszce, pytanie.</p> + +<p>Coś niemiłego snać dla ucha +młodzieńca zabrzmiało nagle w tych kilku słowach, bo nie +podnosząc oczu, jakby nie chcąc onieśmielać +marszałkowej swym wzrokiem, spokojnie i poważnie odrzekł:</p> + +<p>- Wiem wszystko, bo mi pan January, nie mając nikogo, +zwierzył się z troski własnej, naturalnie pod słowem +honoru z mojej strony, że słówkiem nawet o tem nikomu nie +wspomnę...</p> + +<p>Krasnostawski zatrzymał się chwilkę, i +ciągnął dalej:</p> + +<p>- Obowiązki, jakie mam dla całej rodziny +państwa, szacunek i poważanie me osobiste wzglem pana Gowartowskiego, +stanowią, chyba dość trwałą rękojmię, +iż słowa dotrzymam... I... o tem... nikt z państwa, +przypuszczam, nie wątpi... - dokończył młody +człowiek, podnosząc tym razem wzrok, jasny i pytający na +marszałkową.</p> + +<p>- Ależ naturalnie, panie Bolesławie, naturalnie! +- skwapliwie pośpieszyła z odpowiedzią staruszka. - Lecz +mówże mi pan, co się tam w Gowartowie tak niedobrego dzieje? - +zapytała niespokojnie.</p> + +<p>- To, pani marszałkowo, że z panem Gowartowskim +jest źle... - i Krasnostawski, spuściwszy znów wzrok, +ciągnął dalej:</p> + +<p>- Pannę Olę, jak pani marszałkowej wiadomo, +ojciec kochał bardzo, prawie, że bałwochwalczo; otóż skutki +wypadków ostatnich bardzo, bardzo silnie odbiły się na nim. Nic go +już prawie teraz nie zajmuje, ani gospodarstwo, ni wieś, ni inne +zajęcia, do sąsiadów nie jeździ, u siebie nikogo nie przyjmuje +- słowem obecnie z niego zupełnie inny człowiek... </p> + +<p>Krasnostawski przerwał opowiadanie, jakby +namyślając się, co mówić dalej. Staruszka, w zadumie, ze +wzrokiem na dół spuszczonym, milczała.</p> + +<p>Po chwili wahająco ciągnął dalej:</p> + +<p>- Wobec tego samotność dla pana Gowartowskiego +jest wprost zabójczą, koniecznie potrzebuje on nieustającego +towarzystwa, jednem słowem - +potrzebuje obok siebie przyjaciela.</p> + +<p>Krasnostawski ponownie zatrzymał się na sekundę.</p> + +<p>- Moja osoba nie wystarcza - mówił dalej - zajęcia +liczne, mieszkanie nie w samym Gowartowie, lecz gdzie indziej, stanowisko +wreszcie moje... tu po twarzy młodego człowieka przemknął +lekki cień - wszystko składa się na to, iż pan Gowartowski, +choć zawsze dla mnie tak samo łaskaw, jest obecnie moralnie +bezustannie - sam...</p> + +<p>Z pod oka, przelotnie, spojrzał Krasnostawski na +marszałkową. Z misyą nader delikatną i przykrą +przybył on tutaj; w kieszeni surduta palił go własnoręczny +list pana Januarego, w którym ten ostatni, żywiący jeszcze do siostry +bardzo głęboką urazę za spełnione wypadki, pomimo +wszystko, w głębi duszy posądzający nawet staruszkę, +iż była, może w tajnej zmowie z jego córką - delikatnie, +lecz stanowczo, odmawiał jej gościnności u siebie, wobec +zapowiedzianego przez nią przyjazdu do Gowartowa.</p> + +<p>Krasnostawski o zawartości listu wiedział, w +chwili żalu bowiem Gowartowski wypowiedział mu wszystko, ba, +polecił jemu nawet, jako protegowanemu i lubianemu przez +marszałkowę, napomknąć jej o tem przed wręczeniem +listu.</p> + +<p>Przerwawszy na chwilę opowiadanie, Krasnostawski +ostatecznie zastanawiał się właśnie, czy poruszyć w +rozmowie, lub nie, temat drażliwy. Postanowił jednak nie czynić +tego wcale, a natomiast, czując, że na ustach domyślającej +się już czegoś: marszałkowej, zawisa jakby jakieś +pytanie, by powstrzymać je, odezwał się pośpiesznie:</p> + +<p>- I dlatego, pani marszałkowo, polecił mi pan +January, łącznie z innymi interesami, powoływującymi mnie +tutaj, zaprosić do Gowartowa na czas dłuższy pana +Ładyżyńskiego, jego bowiem obecności tylko pragnie, jako +prawdziwego swego przyjaciela... Muszę zatem być dzisiaj u niego w +tej sprawie, nie wiem jednak, gdzie mieszka... Adres pana +Ładyżyńskiego niewątpliwie znanym jest pani +marszałkowej?..</p> + +<p>Słowa powyższe i pytanie ostatnie zabrzmiały +w ustach młodzieńca pomimo woli zimniej nieco. Nerwami uczuł +chłód jakby w zachowaniu się staruszki, milczącej wciąż +od chwili, gdy jej powiedział, iż: wie o wszystkiem. Gniewało go +to spostrzeżenie i raniło dotkliwie dumę jego.</p> + +<p>Wypowiedziana głosem miarowym, a wskazująca +ulicę i numer domu, zamieszkałego przez pana Emila, zabrzmiała +odpowiedź marszałkowej.</p> + +<p>Krasnostawski zerwał się natychmiast i rzekł +szybko:</p> + +<p>- Dziękuję stokrotnie pani marszałkowej...</p> + +<p>Z udaną zaś swobodą, powodowany silnem +życzeniem wycofania się stąd co prędzej, +ciągnął żywo dalej:</p> + +<p>- Nie zajmuję już więcej czasu pani +marszałkowej, zapomniałem zupełnie, wszak to dzisiaj czwartek, +dzień przyjęć - uciekam...</p> + +<p>- Ach, tak... - z uśmiechem protekcyjnym nieco +rzekła sędziwa matrona. - Ale już po wszystkiem, wszak wieczór +nadchodzi...</p> + +<p>- Tak... tak, prawda, zapomniałem - +bąknął Krasnostawski, sięgając jednocześnie +ręką do kieszeni. - Przepraszam najmocniej panią +marszałkową dobrodziejkę, cóż za roztrzepaniec ze mnie, +doprawdy! Byłbym zapomniał... Mam list od pana Gowartowskiego, +służę pani marszałkowej.</p> + +<p>Pani Warnicka schwyciła list, Krasnostawski jednak +równocześnie pochylił się do ręki jej, w ukłonie.</p> + +<p>- Do widzenia, mój panie Bolesławie, do widzenia! - z +roztargnieniem pożegnała go staruszka, podając mu rękę +do ucałowania, poczem zaś gorączkowo rozerwała +kopertę.</p> + +<p>Młody człowiek już był na progu, ale, +spojrzawszy z pod oka na marszałkową, zdążył był +jeszcze dojrzeć na jej twarzy rumieniec oburzenia, zakwitły tam, po +przeczytaniu pierwszych kilku wierszy. Dostrzegłszy to, młody +plenipotent, jak szczupak w wodę, rzucił się całem +ciałem w ciemności sąsiedniego salonu, pobiegłszy zaś +na palcach do przedpokoju, chwycił paltot swój i umknął z +mieszkania. Na schodach dopiero odetchnął.</p> + +<p>- Uf! wyrwałem się wreszcie... - +szepnął. - Ładniebym się ubrał, gdyby tak przy mnie +list czytała!..</p> + +<p>W ślad zatem wypadł na miasto, a mijając +ulice jednocześnie pogrążał się w myślach.</p> + +<p>Wywołana wspomnieniem apartamentów marszałkowej, +stanęła mu nagle przed oczyma powabna sylwetka Oli, zamajaczyło +jej głębokie i zalotne spojrzenie, którem, jak wielu innych +zresztą, witała i jego, gdy przypadek łączył ich kiedy +na chwilę.</p> + +<p>Krasnostawski od kilku już lat znał córkę pana +Januarego; etykietalne utrzymując stosunki z pałacem Gowartowskim na +wsi, widywał ją rzadko, najczęściej z daleka, na spacerze, +w kościele, lub przelotnie w powozie - kilka razy u marszałkowej w +mieście. Podobała mu się piękna panna, bo komuż +zresztą nie potrafiła ona się przypodobać, pełna +wdzięku, uprzejma i zalotna?.. Przedstawiała poza tem typ kobiecy +Krasnostawskiego... Nie kochał się w niej jednak bynajmniej, za +trzeźwym był na to; choć z upokorzeniem dumy własnej, stanowisko +swe podrzędne oceniać potrafił, a jednak...</p> + +<p>Ździwiony analizą duszy własnej, +przyznać się sam przed sobą musiał, że wieść +o ucieczce i ślubie Oli zabolała go, a raczej, bezpodstawnie na +pozór, po prostu rozgniewała.</p> + +<p>Rozmyślając w ten sposób, Krasnostawski +wszedł do kamienicy, wskazanej przez marszałkową. Za parę +chwil znalazł się już na pierwszem piętrze, ledwie jednak +zadzwonił u drzwi apartamentów Ładyżyńskiego, w ramie ich, +natychmiast prawie, w cylindrze i paltocie, ukazał się pan Emil, jak +zwykle uśmiechnięty ironicznie i z pogodą na czole.</p> + +<p>- A!.. pan Bolesław, herbu Rawita, powitać, +prawico Januarego de Gowartów-Gowartowskiego, powitać!.. - i +uścisnął serdecznie wyciągniętą rękę +młodzieńca.</p> + +<p>- Przepraszam, że nie proszę pana kochanego do +siebie, lecz postacią swoją do odejścia gotową +wypędzam go raczej, lecz powody ważne... - tu pan Emil uczynił +obydwiema rękami ruch półokrągły, - skłaniają +mnie do tego! - dokończył, i mówiąc to, elegancko +zamknął drzwi przed nosem Krasnostawskiemu, a +uśmiechnąwszy się pod wąsem ciągnął dalej +wesoło, poufale wsunąwszy zarazem rękę pod ramię +Krasnostawskiego.</p> + +<p>- Nie gniewasz się na mnie, kochany panie +Bolesławie, wszak prawda?.. Spieszę na raut; no, mówże tam, co +słychać?.. Kochany Januarek cóż tam porabia, poluje; weseli +się, czy smuci?</p> + +<p>Krasnostawski już chciał wypowiedzieć, z czem +przyszedł, gdy Ładyżyński znowu odezwał się +żartobliwie:</p> + +<p>- Ale, zaiste, pysznie pan wyglądasz, jak rydz w +maśle, powinszować! Nadobne grodu naszego mieszkanki lgnąć +będą do pana, jak pszczółki do miodu! Słyszałem o +pańskich sprawkach za studenckich czasów, za młodu! - tu +poklepał z lekka młodzieńca poufale po plecach - +słyszałem - powtórzył - nie będę więc wzajemnie +nudził pana swoją osobą, opowiesz mi pan en rčgle, lecz szybko, +co cię do mnie sprowadza, a posiedzenie to odbędziemy w dorożce. +Podwiozę pana... Zgoda?</p> + +<p>- Ależ i owszem, dziękuję bardzo! - +odparł Krasnostawski, z pośpiechem.</p> + +<p>Znajdowali się już na ulicy, pan Emil +skinął na stangreta parokonnej dorożki, rzucił adres, i +pojechali.</p> + +<p>Ruchem codziennym wrzało wkoło nich strojne +wesołe miasto:</p> + +<p>- Słucham pana - rzekł Ładyżyński.</p> + +<p>Młody człowiek w krótkich słowach opowiedział +mu o niepomyślnym stanie zdrowia i moralnego usposobienia pana Januarego, +zamilczawszy zaś tylko o liście do marszałkowej, zakomunikował +zaproszenie do Gowartowa.</p> + +<p>Skrzywił się lekko przy ostatnich słowach pan +Emil i odrzekł:</p> + +<p>- Zapewne, zapewne, bardzo bym rad pocieszyć drogiego +Januarka, ale właśnie wyjeżdżam za granicę i +przyznać muszę, że na razie wybrał on się z +zaproszeniem wcale nie na czasie! No, zobaczymy zresztą... Co pan wiesz, +- tu spojrzał uważnie na Krasnostawskiego - o pani Oli i Dzierżymirskim?..</p> + +<p>Zapytanie to postawionem było bardzo zręcznie +mówiło nic, a pytało wiele. Krasnostawski natychmiast +poinformował krótko i zwięźle pana Emila, iż wiadomem mu +jest wszystko.</p> + +<p>- Aaa!.. - wyrwało się tylko z ust +Ładyżyńskiego, i dodał ironicznie:</p> + +<p>- No, to w takim razie wiesz pan nie tylko o płaszczu +gronostajowym przywiązania dziecinnego, szalonej miłości +młodzieńczej, weselu pod niebem Italii, et caetera i t. d. ale i o +odzieży codziennej, ukrytej przez nas starannie przed plotką, +jedną - purpurą drugiej; zatem wobec tego, możemy mówić +szczerze...</p> + +<p>- Widzi pan - tu Ładyżyński spojrzał +znów na Krasnostawskiego, jakby pragnąc się przekonać, czy warto +wywnętrzać się przed nim - ta cała rozpacz „górna +chmurna" Januarka, ta dobrowolna wiwisekcya przywiązania do córki i +ów od początku do końca poemat „zbolałego ojcowskiego +serca" - bref ten wielki w duszy jego ostatniemi czasy fajerwerk +romantyzmu... entre nous soit dit - jest tylko od początku do końca +jednym nonsensem. Czy nie miała racyi?</p> + +<p>Krasnostawski milczał.</p> + +<p>- Pieścili dziewczynę - ciągnął w +tym samym tonie Ładyżyński - upodobała sobie +Dzierżymirskiego - wara! Tego, owego - odmówili... To trudno, panie, +kobiety także mają serca i temperament... Zachciało się +Oli ładnego chłopca - nie dali jej go - wzięła go sobie sama, +a raczej wziąć się pozwoliła... Niech Januarek lepiej +dziękuje i śpiewa Hosannę na wysokościach, że bez +plebana się nie obeszło! Lub niechże nawet gniewa się, i +wydziedziczy córunię, lecz nie lamentuje, bo to i nie po męsku, i +wcale nie ma sensu! Dixi. To moje zdanie. Cóż na to pan, panie Bolesławie, +herbu Rawita?..</p> + +<p>Krasnostawski zżymnął się niecierpliwie; +denerwował go zwykle ton rozmowy Ładyżyńskiego, dziś +jeszcze bardziej rozgniewał go przycinek "herbu Rawita", +będący widoczną alluzyą do używanych niegdyś +przez niego biletów wizytowych: Rawita-Krasnowstawski. .</p> + +<p>Podrażniony zatem, siląc się na spokój, +odparł zimno:</p> + +<p>- Przepraszam, ale całkiem inaczej i zupełnie +przeciwnie zapatruję się na tę sprawę, oraz rozumiem +doskonale pana Januarego.</p> + +<p>- Ha-ha-ha-! nie masz pan za co przepraszać, +wiedziałem tylko, że i z kochanego pana także romantyk; w takim +razie w korcu maku dobraliście się razem z Januarym... Wobec tego, +ja w Gowartowie zgoła potrzebny nie jestem, doskonale się tam obadwa +rozumiecie...</p> + +<p>- Ale, cóż znowu! - przerwał żywo Krasnostawski, +bojąc się, czy czasem mimo woli nieostrożnem słowem nie +zepsuł danego sobie polecenia. - Mogę być tych samych +zapatrywań na tę sprawę, co i pan Gowartowski i odczuwać +jego charakter, lecz przecież w żadnym razie nie potrafię +zastąpić szanownego pana, który jest tak dobrym jego przyjacielem...</p> + +<p>- No tak, tak..., - urwał z kolei pan Emil - +"Wszystko ginie bez litości, nic stałego na tej ziemi, prócz +przyjaźni i miłości;" to wszystko nader pięknie brzmi +i wygląda, lecz mego zdania, ja osobiście nawet dla przyjaźni +zmieniać, niestety, nie uważam za stosowne. Czy zaś ono +Januarciowi się spodoba - grubo wątpię..</p> + +<p>Dorożka w tej samej chwili zatrzymała się.</p> + +<p>- No, kochany mój panie Bolesławie, addio!.. - +odezwał się protekcyjnym nieco tonem Ładyżyński podając +Krasnostawskiemu rękę.</p> + +<p>- Zakomunikuj pan z łaski swojej mój sposób widzenia +rzeczy panu na Gowartowie, a jeśli potem jeszcze znać mnie +będzie chciał - niechże mi napisze, a może przyjadę...</p> + +<p>Wysiedli obaj. Pan Emil uchylił cylindra i +skierował się ku bramie, na progu zaś jej rzucił jeszcze +młodemu człowiekowi, tym razem jednak przyjaźniej nieco:</p> + +<p>- A trzymaj się tam pan dzielnie, ba płeć +nadobna ma tu na wieśniaków wilczy apetyt!.. Au revoir...</p> + +<p>Ładyżyński znikł, Krasnostawski +pozostał sam ulicy. Rozejrzał się...</p> + +<p>Był w jednym z najruchliwszych punktów miasta; wieczór +już rozpoczynał swe panowanie, nadchodziła noc, wielki gród +żarzył się setkami świateł; środkiem ulicy +pędziły pojazdy, po chodnikach szerokich zwartą gromadą +wymijał go pośpiesznie tłum ludzi.</p> + +<p>Piękne, zgrabne mieszczanki prawie że ocierały +się o niego, rzucając co chwila zalotne spojrzenia na ładnego +chłopca. Niewiele jednak z nich szło samych, większość +miała już przy sobie czulących się towarzyszy, +szepczących im z uśmiechem słodkie słówka.</p> + +<p>Pod wpływem ostatniej uwagi pana Emila, Krasnostawski +mimo woli przejrzał się uważniej w witrynie jednego z +okazalszych magazynów, a zadowolony z przeglądu własnej osoby, +spojrzał wesoło przed siebie. Jakieś puste pragnienie zabawienia +się, oszołomienia, podobnie tym wszystkim, snującym się +parom, owładnęło nim.</p> + +<p>Przekształcony okolicznościami życia w wieśniaka +mieszczuch przypomniał sobie naraz lata dawne, studenckie, pełne +niefrasobliwego jutra i wesołych kawałów, a choć przeplatane +często biedą i głodem, bogate jednak w miłość i +swobodę! </p> + +<p>Bawiąc przelotnie w murach miasta, którego każdy +zaułek znał na pamięć, a mijających go +mieszkańców, szczególniej kobiety, jednym rzutem oka nieomylnie +segregował, jak znawca, - zapragnął nagle Krasnostawski +napić się koniecznie z musującego uciech miłosnych +kielicha.</p> + +<p>I mimo woli młody człowiek począł +uważniej przyglądać się kobietom. Ubrane „szykownie", +cienkie w talii, wysmukłe i zgrabne, mijały go one, +śmiejące się i wesołe, uprawiając z zamiłowaniem +flirt uliczny, skrzący się miejscowym brukowym dowcipem, czujne +jednak poza nim na każde spojrzenie przystojniejszego mężczyzny, +odwzajemniające mu się zalotnem źrenic +błyśnięciem - "oczkiem" i obiecującym nieraz +wiele uśmiechem.</p> + +<p>A rozmaitość dzisiaj była wielka. Wieczór +przedświąteczny, pogodny, lwią część +właścicielek nadobnych twarzyczek wywabił na pierwszorzędne +ulice - na wspólną arenę letniego jakby "demisalonu" +pewnych, a szerokich warstw miasta. Brunetki zatem, śniade, czarnobrewe, +blondynki, powiewne - białe, szatynki, o ruchach omdlewających, a +wszystkie prawie ubrane elegancko i z pewnym, właściwym tylko Polce +naszej, gustem, wystrojone, żwawe - sunęły przed zachwyconym +wzrokiem wieśniaka.</p> + +<p>I od tego rozpędzonego, barwnego, poruszanego jakby +tajną jakąś sprężyną tłumu, bił na +Krasnostawskiego świeży, bo odzwyczajeniem dłuższem starty, +urok; nozdrza grać mu poczęły, wchłaniał w siebie +niewyraźny, niepochwytny powiew, sunący jakby ponad głowami publiczności, +gorętszem okiem patrzył w twarz kobietom, swawolnie i +niechcący, na pozór, zaglądał im prosto w oczy...</p> + +<p>Co zaś przeważnie czytał w owych czarnych, +szarawych, fijołkowych i modrych oczach, z natury już swej, +zalotnych, bynajmniej nie zrażało go do tej; czynności. </p> + +<p>- Pójdź, pójdź, nie zrażaj się pozornie +skromną minką, bądź odważnym, śmiałym, a +może... może... - szeptały, zda się, cicho wejrzenia +nieśmialsze, gorejąc ogniem, nieprzeparcie ciągnąc ku +sobie; daleko więcej jeszcze mówiły spojrzenia inne, a wszystkie +razem, wyzywane śmiałym wzrokiem mężczyzny, +całować go jakby się zdawały, obiecując +miłość-pieszczotę!...</p> + +<p>Ruchliwą falą w pewnych godzinach przelewający +się przez ulice miasta, a obejmujący sobą oddzielną +warstwę wracających z zajęcia pracownic różnej kategoryi, +na wylot znany Krasnostawskiemu, roił się dalej przed oczyma jego +kobieco-dziewczęcy światek, i coraz bardziej liczny, barwniejszy - +obejmował go swym ruchomym uściskiem. I młody człowiek, +ulegając stopniowo nastrojowi chwili, wspomnieniom dawnym, a +związanym ściśle z tymże samym światkiem, +zapomniał o wszystkiem.</p> + +<p>Znikły mu z pamięci Gowartów, pan January, +marszałkowa, Ładyżyński, Ola, a odżył w nim tylko +dawny łobuz i bałamut, żądny swawoli i użycia.</p> + +<p>Z szelestem spódniczek, zgrabnie ujętych małą +rączką, a odkrywających modelowaną ślicznie, zgrabnie +obutą, w ażurowej pończoszce, nóżkę, otarła +się prawie o Krasnostawskiego wysoka dziewczyna, smukła, jak +gazella, czarnowłosa, i rzuciła młodzieńcowi przelotne +spojrzenie. Spotkawszy wzrok jego, palący , śmiały, rzuciła +mu takie same drugie, uważniejniejsze jednak, gorętsze. Z dwojga par +młodych oczu posypały się iskry, a panu Bolesławowi +stanęło w tej chwili w mózgu, nieodwołalne ultimatum: Ta, lub +żadna!</p> + +<p>Puścił się w pogoń za piękną +dziewczyną. Dognał ją niebawem, zajrzał w oczy raz, drugi, +trzeci, i począł iść w ślad za nią. Przy zbiegu +jednak ulic kilku, dziewczę skręciło nagle w bok i znikło w +bramie domu.</p> + +<p>Zawiedziony i zły, Krasnostawski obrócił się +na pięcie, a włożywszy rękę w kieszenie od palta, z +humorem przystanął. W oddali zachęcająco zieleniał +ogród śródmiejski, jakby zapraszając gościnnie.</p> + +<p>Młodzieniec skierował się w tę +stronę, i w dziesięć minut potem wchodził już w +bramę ogrodu.</p> + +<p>O tej wieczornej i spóźnionej już porze cienie +jago, tajemnicze i ciche, pochłonęły Krasnostawskiego +natychmiast, a do uszu jego doleciały jednocześnie, z pogwarem drzew +szumiących splecione, jakieś szelesty, i szepty, i przyciszone +gwary...</p> + +<p>To przytulone do siebie, tam i ówdzie po ławkach +siedząc samotnych, gruchające przeróżne "pary" +fabrykowały najczęściej udaną, rzadko szczerą +miłość... Miejscami nieestetyczny, czasami wprost brutalny, tam +znów, w kontraście subtelniejszy, miękkszy, ten sam flirt brukowy, +rdzennie miejscowy, musował, kipiał po kątach ogrodu, +przyczajony do tego stopnia, iż w niektórych alejach dla uważnego +słuchacza grała po prostu, zda się, powszechna jakby i wspólnie +harmonijna nuta, złożona ze szmeru pocałunków, +głośniejszych półsłówek, namiętnych protestów, zgody +cichej, lub srebrzystego śmiechu...</p> + +<p>Odgłosy te, drgając w powietrzu, leciały +cicho ku wierzchołkom drzew, z których co chwila gdzieniegdzie spadał +wolno pożółkły liść wczesnej jesieni, - jakby +pragnąc przypomnieć bawiącym się tu ludziom, o końcu +wszystkiego na świecie. </p> + +<p>Przeszedłszy się po ogrodzie, Krasnostawski +usiadł na jednej z ławek. Zmęczonym był nieco... +Przyjechał kilka godzin temu zaledwie. Marszałkowa, +Ładyżyński, piękna nieznajoma, gwar miasta - wszystko to +znużyło młodzieńca, przywykłego od lat paru do ciszy +i regularnego wiejskiego życia.</p> + +<p>Wyjąwszy papierośnicę, zapalił +papierosa, ziewnął, a spojrzawszy obojętnie na siedzących +obok na ławce sąsiadów, wpadł w mimowolną zadumę.</p> + +<p>W myślach stanęła mu nagle własna +przeszłość w tem samem mieście i przed oczyma migać +poczęły przeróżne minionych lat obrazy.</p> + +<p>Ujrzał zatem siebie maleńkim, u rodziców jeszcze, +chłopcem, potem gimnazistą, a następnie akademikiem. Oblicza +rozpierzchłych gdzieś po świecie, a dawno niewidzianych kolegów +zamajaczyły mu żywo, wspomniał ich przywary, zalety charaktery i +serca... </p> + +<p>W kalejdoskopie wspomnień odbiło się, przesunęło +również, kilka twarzyczek kobiecych, parę szałów, niepomnych +jutra, gorączkowych, pieniących się wówczas rozkoszą, +płomieniem uczucia, a dziś spopielałych już i +zagasłych zupełnie.</p> + +<p>A wszystko w tem mieście, z którego murami +zżyła się, zrosła jego dusza. Dla chleba porzucił +kolebkę dzieciństwa - młodości...</p> + +<p>- Cha!... - westchnął głośno młody +plenipotent gowartowski, poczem instynktownie obejrzał się +wokoło, i jakby nieco zawstydzony swem westchnieniem, z pod oka +uważnie popatrzył na swoich sąsiadów.</p> + +<p>Obok niego, w wytartej czapce, z daszkiem, nasuniętym +na oczy, w wyszarzałej kapocie i z rękami w kieszeniach, +drzemała jakaś męska figura, z głową, +wciśniętą w ramiona, zgarbiona, o nędznej +powierzchowności; był to zapewne pijak jaki ululany, lub może +biedak bezdomny; z przeciwległego zaś krańca ławki +jakiś staruszek zbierał się do odejścia...</p> + +<p>- Przepraszam pana, która godzina? - zapytał go Krasnostawski, +pamiętając, iż zegarek zostawił przez roztargnienie w +hotelu.</p> + +<p>Staruszek malutki, siwiuteńki, o jowialnym wyrazie +twarzy, zerknął przyjaźnie na młodego człowieka, oczy +przymrużył i roześmiał się głośno i +dobrotliwie.</p> + +<p>- Ha-ha ha.., a widzisz... - dorzucił w ślad za +tem - nie przyszła... Ba!... la donna č mobile... - szczerze +zaśmiał się jeszcze do siebie i podreptał dalej, nie +odpowiadając na pytanie młodzieńca.</p> + +<p>- A to ci mantyka +jakiś ! - uśmiechnął się Krasnostawski i +wzruszył ramionami, a zapaliwszy papierosa, instynktownie +zamyślił się znowu. </p> + +<p>Tymczasem w tej samej właśnie chwili siadała +obok niego wysoka, zgrabna, przystojna brunetka. Gdy odchodzący staruszek +wygłaszał swą sentencyę, pośpiesznie przechodziła +ona drogą, a usłyszawszy głośno wyrzeczono słowa, +zwróciła uwagę na siedzącego młodzieńca i +uważnie spojrzała nań; poczem zwolniła kroku, a po +przelotnej wahania chwilce usiadła na ławce. Teraz zaś, +uporczywie z pod oka, patrzyła na Krasnostawskiego.</p> + +<p>Ten zaś poczuł snać na swojej twarzy magnetyczny +wzrok kobiety, bo po chwili machinalnie obrócił głowę w jej +stronę.</p> + +<p>Na widok nowej sąsiadki, wyraz przyjemnego zdziwienia +odbił się na jego twarzy, w towarzyszce obecnej bowiem poznawać +się zdawał piękną nieznajomą sprzed półgodziny. Spojrzenia młodych skrzyżowały +się. Z czarnych źrenic ładnej dziewczyny posypały się +iskry, poczem opuściła na oczy powieki, z rzęsami długiemi.</p> + +<p>Krasnostawski jednak milczał w niepewności.</p> + +<p>- Nie, to nie ona - myślał - tamta, smukła +gazella, piękniejszą była, lecz ta znów... tu spojrzał +przeciągle na dziewczę - kto wie, czy nie ponętniejsza, +milsza?... Bez wątpienia... co za oczy!... - dopowiedział sobie w +duchu.</p> + +<p>Nie ruszał się jednak z miejsca, nieznajoma bowiem +wydała mu się dziwnie nieprzystępną - przynajmniej z +powierzchowności. Ubrana była z miejskim szykiem, przeciętnym +wprawdzie, ale nie rażąco bynajmniej, całkiem ciemno, z pewnym +gustem, ba... nawet jakąś nieujętą jakby dystynkcyą.</p> + +<p>Tak się zdało Krasnostawskiemu.</p> + +<p>W tej samej chwili nieznajoma podniosła nań znowu +oczy. Powoli zdjęła woalkę, wciąż paląc +spojrzeniem pięknych, dużych źrenic i westchnęła +cicho...</p> + +<p>Krasnostawski instynktownie przysunął się do +dziewczęcia bliżej. W parę jednak sekund później, raz +jeszcze przyjrzawszy się delikatnemu profilowi nieznajomej i +przywoławszy w pamięci całe swe znawstwo dawnego +"don-juana", zawyrokował w myśli: - "szyk facetka, +ale szkoda czasu," i obojętnie zgasłego zapalił papierosa.</p> + +<p>Poza tem, przed godziną pełen werwy i animuszu, +teraz czuł się zmęczonym i spać mu się po prostu +chciało, rój myśli zaś, poruszonych niedawno, bezustannie +mącił mu się w głowie. Ziewnął więc +przeciągle i zamierzał już powstać, gdy oto nagle, +prosząco, posłyszał wyrzeczone głosikiem +dźwięcznym swej sąsiadki:</p> + +<p>- Przepraszam pana... ale.... nie mogę dać sobie +sama rady... Czy... nie byłby pan tak uprzejmym i grzecznym +zwinąć mi parasolkę?...</p> + +<p>Słowom tym towarzyszył wyraz twarzy, pełny +milutkiego wdzięku i przybranej okolicznościowo zaambarasowanej niby +nieśmiałości; zatrzymała się pytająco...</p> + +<p>Widząc jednak na obliczu młodego człowieka +uśmiech i wyciągniętą już rękę po +parasolkę, dokończyła zalotnie, podając mu ją:</p> + +<p>- Tylko... tak ładnie... cieniutko...</p> + +<p>- Pan się dziwi, zapewne - dygnęła już +śmiało, lecz z tym samym nieokreślonym nieco twarzy wyrazem, - +że ja, nie znając pana, ośmielam się, pomimo to, +trudzić go... ale...</p> + +<p>- Boli rączka? - podchwycił Krasnostawski +śpiesznie i pochylił się ku dziewczęciu, z uśmiechem.</p> + +<p>W oczach dziewczyny zapaliły się skry, nerwowo +zadrżały jej wiśniowe usta i rozchyliły się +kusząco... Zaśmiała się...</p> + +<p>- Tak, mam reumatyzm w prawej dłoni... - odparła z +powłóczystem spojrzeniem.</p> + +<p>I rozmowa w ślad zatem potoczyła się +gładko... Krasnostawski poczuł się w swoim żywiole, +wpadł w zapał, dowcipkował, śmiał się, +opowiadał. Towarzyszka zaimprowizowanego flirtu odcinała mu się +dowcipnie, podtrzymywała rozmowę...</p> + +<p>Gwar dwojga młodych odbijał się echem po coraz +to pustszym ogrodzie; śpiący dotąd spokojnie na ławce +sąsiad ich, bezdomny biedak, zbudzony, zaklął z cicha i bez +ceremonyi położył się na ławce, jak długi.</p> + +<p>Wespół z towarzyszem roześmiało się +piękne dziewczę. Powstali.</p> + +<p>Pobłądziwszy zaś samotnie po alejach ogrodu, +w pół godziny później wychodzili z niego, ochoczo i żwawo, na +pustą ulicę, trzymając się pod ręce, po przyjacielsku +już zupełnie. Młody pan plenipotent gowartowski skinął +na stojące opodal "gumy", kazał stangretowi +podnieść budę, wsiadł do powozu razem z piękną +nową znajomą, rzucił adres - i pojechali...</p> + +<p>Gdy w ten sposób odżyły w wieśniaku +łobuz zabawiał się swobodnie w wesołym grodzie - na +Ukrainie, w pałacu gowartowskim, który zaledwie opuścił był +dwa dni temu, w tą samą noc wrześniową, pomimo +spóźnionej już wielce pory, paliły się, jeszcze +światła.</p> + +<p>Po obszernych komnatach dużego piętrowego domu, +otoczonego cienistym parkiem, przechadzał się, zamyślony, pan +January Gowartowski, z rękami założonemi na piersiach. +Kłaść się na spoczynek wcale nie miał ochoty, od +czasu bowiem powrotu z miasta i otrzymania wiadomości o ślubie Oli, +sen, wypłoszony cierpieniem i myślami, bezpowrotnie, zda się, +uleciał od powiek starca.</p> + +<p>Pan January już od kilku tygodni, ku wielkiemu +zdziwieniu domowników, nie sypiał wcale. Chodził po pustych +komnatach, myślał, czytał, czasami wychodził na +przechadzkę, błąkał się po polach, z rzadka bardzo +polując do świta na kaczki - ulubionej tej swej rozrywce, +oddając się teraz tylko odruchowo, machinalnie, nawet z pewnem jakby +zniechęceniem.</p> + +<p>By sobie zaś te nudne bezsenne noce czemkolwiek +urozmaicić, pan January wziął się do pisania własnych +pamiętników, a sunąc piórem po papierze i godzinami +zapełniając go swem drobnem pismem, nieraz potem, znużony, +zasypiał przy biurku, i tak go nazajutrz nad ranem zastawał lokaj. W +ciągu dnia zaś wyraźnie nudził się coraz bardziej; +czasami odwetował sobie długie białe noce ciężkim +snem po obiedzie; poza tem nie wyjeżdżał nigdzie, ani do sąsiadów, +ani nawet do kościoła, nikogo również nie przyjmując.</p> + +<p>W pałacu wszyscy po cichu niepomiernie ubolewali nad +panem, dziwiąc się stanowi jego, kontrast bowiem dzisiejszego pana na +Gowartowie był iście rażącym. Poprzednio, wesoły, +uśmiechnięty, rzeźki, nad wiek swój żywy, biorący +udział we wszystkich sprawach wiejskich, interesujący się +najdrobniejszym niemal szczegółem, obecnie zmienił się +rzeczywiście do niepoznania.</p> + +<p>Wróciwszy do Gowartowa, po kilku dniach popadł pan +January w trwający dotąd stan apatyi, zniechęcenia i nudy, a +powiększający się ciągle i coraz bardziej. Z +małżeństwem Oli pogodził się, bo zgodzić się +na nie musiał, rana jednak, zadana nieopatrznie lekkomyślną +ręką córki, w ojcowskiem sercu, nie zagoiła się +bynajmniej. Pan January zamknął się w sobie i +przeżuwał cierpienie własne, nie mogąc o niem +zapomnieć.</p> + +<p>I czyż nawet można było dziwić się +temu? Każdy kąt, każda ścieżka i sprzęt w +pałacu nasuwały biednemu ojcu na pamięć jedynaczkę, +martwota zaś i cisza komnat, oraz ich głucha pustka przypominały +stale nieobecność jej bezpowrotną.</p> + +<p>Gdy Krasnostawski, zamieszkały w pobliskim folwarku, +Tomaszówce, wpadał tu czasem w interesach i sprawach majątkowych, - +ożywiał nieco obecnością swą te mury, teraz jednak, od +czasu jego wyjazdu, dnie jeszcze bardziej dłużyły się panu +Januaremu. </p> + +<p>Na stole w jadalni gowartowskiego pałacu leżało +kilka książek, obok w salonie i buduarze widniały porzucone +pisma świeże - na biurku w gabinecie przyległym bielały +rozłożone arkusze, zapełnionego pismem papieru. Pan January +przed chwilą przestał był czytać, oraz pisać teraz +zamierzał, a przechadzając się tymczasem poprzez szereg +czterech leżących obok siebie, otwartych, pooświetlanych pokoi, +myślał.</p> + +<p>W ciszy uśpionego już od dawna domu wybiła +godzina druga...</p> + +<p>Monotonny odgłos zegara zbudził Gowartowskiego z +zadumy. Poruszył się szybciej, sam pogasił światła w +czterech sąsiednich komnatach, poczem, westchnąwszy cicho, +przetarł dłonią czoło i usiadł przy biurku przed +rozłożonemi ćwiartkami papieru. </p> + +<p>Nie wziął jednak pióra do ręki... Myśl +leniwa odbiec na rozkaz nie chciała, podparł więc pan January +dłońmi głowę i zamyślił się znowu.</p> + +<p>Wokoło, z umilkłem echem jego miarowych kroków, +zapanowała niezamącona niczem cisza, i trwale dość +długo, nie przerywana zgoła niczem.</p> + +<p>Wreszcie, zbudzony z swej zadumy, podniósł +głowę dziedzic Gowartowa, sięgnął po pióro i +zaczął pisać szybko. Jedne po drugich wypełniały +się jego drobnem pismem arkusiki papieru, rozrzucone na biurku, zgrzyt +zaś stalki w milczeniu głuchem donośnie rozbrzmiewał po +pokoju. W ten sposób minęła godzina, a może i więcej...</p> + +<p>Przestał wreszcie pisać ojciec Oli, +odłożył pióro i schowawszy starannie papiery do szuflady biurka +- powstał.</p> + +<p>Wywołany zazwyczaj umysłowem znużeniem, sen nie +kleił jednak dzisiaj powiek jego.</p> + +<p>Przeciwnie. Zmuszony przed chwilą jeszcze, oderwawszy +się od teraźniejszości, zanurzyć w +przeszłość własnego życia, którą opisywał - +pan January orzeźwionym był jakby, a wyraz melancholyi smutnej +znikł z oblicza jego, oczy patrzały jaśniej jakoś, +zapatrzone, zda się, w odległe dawne wspomnienia... </p> + +<p>I wyparte tą chwilą obecną, cierpienie +pierzchło na chwilę, ojciec Oli zaś, spragniony snać +powietrza, otworzył okno, wychodzące na ogród.</p> + +<p>Dotykając szyb, zaszeleściły cicho +gałęzie pnącego się wysoko po murze winogradu, i powiew +balsamiczny, świeży, wpłynął do pokoju.</p> + +<p>Pałac gowartowski górował nad okolicą. Do +stóp jego, poza parkiem i stawem, w półkole, tuliła się wioska, +a dalej widniały uprawne pola, odcinał się na widnokręgu +sinawy pas lasów, wśród rozległych zaś, jak okiem +sięgnąć, płaskich obszarów - majaczyło kilka dalekich +siół i futorów...</p> + +<p>W chwili, gdy pan January stanął w oknie gabinetu, +z którego krajobraz ten cały, jak na dłoni, można było +objąć okiem - nad otaczającemi Gowartów wkoło równinami, +pełnemi nieujętego jakby smutku i niewysłowionej dziwnej +tęsknoty - nad zadumanymi jarami, sennymi łanami i bielejącymi +szerokimi traktami - z wolna gasła właśnie jesienna noc, +pogodna, a z nieba, stopniowo niknąc, pierzchały ostatnie gwiazdy... +Jeszcze tylko mgły przedporanne błąkały się tam i +ówdzie, półmrok zaś szarawy przedświtu, walczący z cieniami +nocy, coraz bardziej zwycięski, hardy, panoszył się już +dokoła.</p> + +<p>Gowartowski stał nieruchomo w oknie, a odczuwając +głęboko nieujęty czar, płynący ku niemu senną +falą z ziemi rodzinnej, jednocześnie uczuwał w duszy +chęć konieczną wyrwania się, choć na krótko z tych +ciasnych ram pokoju.</p> + +<p>W tej samej chwili ciszę drzemiącą +przerwał nagle pojedynczy dźwięk, rytmiczny i daleki. +Wplótłszy się melodyjnym akordem w ogólne milczenie, szedł coraz +donioślejszy... bliższy...</p> + +<p>Przez perlące się jeszcze nocną rosą +łany zboża i łąki, zagony buraków i jary, leciało +monotonne echo dzwonka, żałosne sobą i jakby smętne, +błąkając się po uśpionych jeszcze obszarach, +budząc drzemiące ptactwo, leniwo i niechętnie zrywające +się gdzieniegdzie do lotu.</p> + +<p>- Telegram! Może do mnie, pójdę i zobaczę... +mruknął do siebie półgłosem pan January, i odstąpiwszy +od okna, sięgnął kapelusz.</p> + +<p>W tej samej chwili wzrok jego przesunął się +po ścianie, na której wisiała strzelba i przybory myśliwskie. +Gowartowski spojrzał mimo woli na swój ubiór.</p> + +<p>Był w butach wysokich z cholewami, których dobę +całą nie zmienił, pełen apatyi.</p> + +<p>Po przelotnej chwilce wahania, pan January wziął +strzelbę, torbę, naboje i wyszedł przez balkon do ogrodu. +Czuł potrzebę ruchu, powietrza i postanowił zapolować na +dzikie kaczki. Drzemiąca żyłka myśliwska przebudziła +się w Gowartowskim, a odnalazłszy ulubieńca swego, legawca, +śpiącego w ładnej budce, wyruszył przez park na pola.</p> + +<p>Myśl jego była jakby wolniejsza, wzrok zaś +uporczywie ścigał krajobraz, niejako wsłuchując się w +bliski już teraz zupełnie odgłos dzwonka. Nadzieja zwodnicza +podsunęła mu bezpodstawne przypuszczenie, iż może ten oto +znajomy dźwięk, zwiastujący telegraficznego posłańca, +przyniesie mu jakąś dobrą, a niespodzianą od Oli +wiadomość.</p> + +<p>Rzeczywistość, jak zwykle, rozwiała chwilowe +złudzenie. Spokojnie i równomiernie, u rozstajnych dróg, przy krzyżu +drewnianym, przesunęła się sennie, w jednego konia, +dwukołowa bida, z siedzącą na niej skuloną postacią, i +brzęcząc dzwonkiem, zginęła w mgłach porannych.</p> + +<p>Dziedzic Gowartowa westchnął, i minąwszy +park oraz wioskę, boczną ścieżyną skierował +się ku polom. Poprzedzany kręcącym się wesoło, +całym czarnym, z białemi łapami, legawcem, w pól godziny potem +spuszczał się w jar głęboki.</p> + +<p>Otulony ciszą przedświtu, drzemał tu staw obszerny, +cały zarosły sitowiem - siedziba kaczek dzikich; mały +młynek drewniany, cichutko szemrząc przelewającą się +wodą, odpoczywał, przyparty do wązkiej grobelki; w jej +pobliża maleńka, garbata chatynka młynarza dopełniała +krajobrazu.</p> + +<p>Po raz pierwszy od bardzo dawna poddał się pan +January obecnej chwili tylko, zapomniawszy momentalnie o dręczącem go +cierpieniu. Stąpając ostrożnie i cicho po zroszonej trawie, +szedł wzdłuż stawu, nad jego brzegiem, rozglądając +się bystro dokoła. </p> + +<p>Milczenie i spokój panowały niepodzielnie w tym zakątku. +Czasem tylko załopotało coś w sitowiach i zaraz zcichło; +tuż ponad senną taflą wód przeleciał wolno koło +idącego myśliwca jastrząb wodny, kulik, zniknąwszy niebawem +z oczu...</p> + +<p>I melancholijna szarość, jeszcze na wpół +pogrążona we śnie, cicha, królowała dalej znowu, skupiona +w sobie, niezamącona niczem, chyba tylko szelestem kroków ludzkich i +biegiem legawca.</p> + +<p>Nagle pan January przystanął:</p> + +<p>- Wara! do nogi! - syknął cicho na psa. Legawiec, +podniósłszy lewą łapę i wyprostowawszy ogon +sprężyście, znieruchomiał.</p> + +<p>Na czystą taflę wód stawu, rzecz rzadka, +wypływały poważnie dwie kaczki dzikie i kołysząc +się niedostrzegalnie, zbliżały się, ufne, z wolna +płynąc, na odległość strzału. Myśliwiec +odwiódł kurka u strzelby, jak mógł najciszej, i +przyłożył broń do ramienia.</p> + +<p>Przeczekał chwilę jeszcze, i +pociągnął za cyngiel...</p> + +<p>Odbity w milczeniu dziesięciokrotnem echem +huknął w ciszy pierwszy strzał!... Dosiągł on +jednocześnie obie kaczki, położył je trupem, i zbudził +zarazem śpiącą w sitowiach zwierzynę.</p> + +<p>Zagotowało się tam teraz wszędzie; +tłumione szelesty rozległy się na wsze strony; kurki wodne, +kaczęta, kaczki nawoływały się wzajemnie, kilka z tych +ostatnich poderwało się nawet hen, w perspektywie, na drugim +krańcu stawu... daleko. Jedna zaś, wynurzywszy skądś, z +charakterystycznym poświstem skrzydeł, przeleciała: wysoko +prostopadle ponad głową myśliwego.</p> + +<p>Posłuszny legawiec jednocześnie przynosił +panu w zębach zabitą zwierzynę; Gowartowski, odebrawszy psu +kaczki, zawiesił je u torby i poszedł dalej. </p> + +<p>Powoli, stopniowo, rozjaśniało się +tymczasem.. Na wschodzie, gdzieś w oddali, widnokrąg +zaróżawiał się, niedostrzegalnie, leciutko...</p> + +<p>Ojciec Oli Dzierżymirskiej, ze spuszczoną +głową, postępował wciąż brzegiem stawu. Kilka +kaczek po drodze jego zerwało się trwożliwie, myśliwiec +jednak nie zadawał sobie trudu strzelać do nich, bo oto znowu, +wywołane na pozór drobnostką, pochłonęły +bezpodzielnie pana Januarego wspomnienia smutne.</p> + +<p>Rok temu, podobnie jak dziś, polował on tutaj. </p> + +<p>Razem z Olą wyjechali o drugiej, nocą, i przybyli +nad staw przy księżycu jeszcze. Tak samo cisza uśpienia +panowała dokoła, tak samo, jak przed chwilą, na toń +czystą, lśniącą się tylko w dogorywających, +drżących promieniach miesiąca - wypłynęła +zwierzyna...</p> + +<p>Pamięta, jak dziś, ową chwilę, +radość córki z tej przejażdżki i jej ciekawość +asystowania przy polowaniu. Stoi mu żywo przed oczyma twarzyczka jej +zarumieniona, ładniutka, wzruszona, ciekawie śledząca wzrokiem +kaczki, płynące po wodach... </p> + +<p>Pamięta doskonale, jak w ostatniej chwili, gdy już +cyngla dłonią dotykał, szczebiot jej wesoły +spłoszył zwierzynę, i jak wówczas Ola tego sobie darować +nie mogła...</p> + +<p>Westchnienie ciche podniosło pierś Gowartowskiego, +brwi zmarszczył i zatopił się w myślach niepomny +zupełnie otoczenia swego.</p> + +<p>Tymczasem zwierzyna co chwila podrywała się tam i +ówdzie, przelatując blisko idącego machinalnie naprzód +myśliwego.</p> + +<p>Legawiec, kręcąc ogonem, wiercił się na +wszystkie strony, skamlał nieśmiało, z cicha, gonił +uciekające kaczki i powracał, podnosząc rozumny swój wzrok na +zamyślonego pana, z wyrazem zdziwienia, iż nie słyszy już +strzałów - wyraźnie zgorszony postępowaniem jego.</p> + +<p>Staw tymczasem już się kończył..</p> + +<p>W pobliżu, nieco dalej, oddzielony od pierwszego stawu +pasmem błotnistych moczarów, widniał taki sam prawie drugi, mniejszy +tylko i sitowiem zarośnięty cały.</p> + +<p>Znając snać dobrze drogę ku niemu, pan +January nie zatrzymał się, a tylko ciągle tak samo zadumany, +ruszył w drogę dalej, prosto przez bagno, stawiając powoli stopy +na trzęsących się kępkach zielonych.</p> + +<p>Pod ciężarem ciała idącego myśliwca +grunt uginał sie, kołysał niedostrzegalnie, a pod nim +chlupotała woda i poruszał się krąg cały wodnistej +ziemi.</p> + +<p>Pan January nie zwracał jednak na to żadnej +uwagi; w myślach rozpamiętywał coś ciągle, w oczach zaś +uporczywie majaczyła mu wywołana przypomnieniem twarz i postać +Oli, przesłaniając sylwetką swą wzrok jego zamglony.</p> + +<p>Roztargniony jakby, tu, gdzie się znajdował, +zgoła nieobecny, Gowartowski szedł przez moczary, coraz dalej, a raz +nawet noga niespodzianie obsunęła mu się na małej +kępce, i mało, mało, że nie stracił równowagi...</p> + +<p>Tymczasem poza nim, w dal roztwierały się niby +widnokręgu podwoje...</p> + +<p>Stopniowo, wąskie pasmo skrytego jeszcze słonecznego +światła, rosło na niebiosach. Z pod białych puchów +posłania i spuszczonych dyskretnie jakby gazowych u łoża +zasłon - zarumieniona, wstydliwa wychylać się poczęła +jutrzenka różana, przeciągając się lubieżnie jeszcze +poza przejrzystą oponą obłoków bladych...</p> + +<p>Ponad stawem latały teraz ciągle kuliki; w dali na +horyzoncie, z innego snać legowiska, wysoko na pogodnem niebie, +ciągnęło tutaj całe stado dzikich kaczek - prostopadle pod +niemi ogromny jastrząb krążył majestatycznie nad łanem +zboża...</p> + +<p>Ostatnie wreszcie cienie przedświtu pierzchły +nagle... Pierwszy promień słońca wyjrzał +nieśmiało, błysnął po białych ścianach +chatynki i blaszanym dachu starego młyna, dotknął się tafli +stawu, zamigotał w mętnych błotach moczarów i musnął +pieszczotliwie odwróconą sylwetę idącego mężczyzny.</p> + +<p>Na błyszczącej lufie przełożonej przez +plecy strzelby zapalił się blaskiem. Minęła chwila... i +już tryumfalnie zajaśniał on, objąwszy płomieniem +świateł liście kilkunastu drzew, rosnących wśród +bagien. Postać kroczącego miarowo po moczarach człowieka na +zakręcie, czy też w drzew cieniu, znikła nagle w mgnieniu oka...</p> + +<p>Po chwili w dali rozległo się tylko +głośne szczekanie psa.</p> + +<p>Umilkło...</p> + +<p>Nad ziemią w tej samej chwili wstał dzień nowy, +pełen nadziei, z radością na promienistem czole.</p> + +<p> </p> + +<center>---------</center> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p>Na platformie kawiarni, położonej na szczycie góry +"Gűtsch," wznoszącej swój cypel wyniosły ponad +wdzięcznie rozrzuconą u jej stóp Lucerną, roiło się od +turystów, siedzących przy stolikach.</p> + +<p>Szmery prowadzonych rozmów łączyły się w +akord wspólny z grającą smętnie i cicho orkiestrą, wzrok +zaś wypoczywających gości pieścił widok cudny i +wspaniały na miasto, tulące się zacisznie do brzegów jeziora, +zapatrzone w jego ciemnoszafirowe głębie, w których lustrzanej toni +milcząco przyglądały się również zadumane +wierzchołki gór.</p> + +<p>Zamykały one łańcuchem swym cały +widnokrąg naprzeciw miasta, po drugiej stronie jeziora, i ramowały na +prawo krętą szyję wód jego, płynących cicho w dal...</p> + +<p>Ozłociwszy purpurą i złotem śnieżne +szczyty ginących we mgle Alp, zamigotawszy krwawo na białych +frontach nadbrzeżnych hoteli, spiczastych wieżach +"Hofkirche" i szybach pomniejszych domostw, właśnie przed +chwilą zgasł ostatni promyk słońca... </p> + +<p>Natomiast zmierzch szary już obecnie wychylał +się skądś nieśmiało, ślizgał się po +gładkiej tafli jeziora, przechadzał po dwóch, krytych daszkiem, +drewnianych mostach, starożytnych i wąskich, a omraczając +sześciokątny czubek, położonej tuż przy jednym z nich, +oryginalnej wodnej wieżycy, swawolnie zdawał się zatapiać +ją, jedynaczkę, sterczącą zabawnie pośród wód szafiru.</p> + +<p>A tymczasem, pod wpływem idącego wieczora, +cichło jakby jeszcze bardziej wszystko dokoła... Senny spokój +płynąć się zdawał od Lucerny, która, choć +przepełniona gośćmi z całego świata, tętnić +poczynająca właśnie o tej porze muzyką i gwarem - obserwowana +jednak stąd, z "Gűtsch" wierzchołka, wydawała +się tak spokojną - tak cichą, jakby nie była zgoła +punktem zbornym kosmopolitycznej towarzystw śmietanki, ale tylko - +oazą wytchnienia i swobody.</p> + +<p>W jednym z najlepszych punktów obserwacyjnych kawiarnianej +platformy, przy stoliku, siedziało pięć osób.</p> + +<p>Towarzystwo to składali: starsza wiekiem osoba, Polka, +z córką i poważnym jegomościem, ojcem zapewne rodziny - +młody, żwawy, przystojny Francuz i Dzierżymirscy.</p> + +<p>Ożywiona, niemilknąca rozmowa, podtrzymywana +głównie przez Olę i młodego Francuza, panowała przy tym, +odosobnionym od innych, stoliku. Stary jegomość śmiał +się co chwila serdecznie i jowialnie z dowcipów młodzieńca, +panienka również rozmawiała +wesoło i jeden tylko Dzierżymirski stanowił w tym akordzie +dobranym kontrast aż nadto wyraźny, zachowanie się zaś jego +milczące i bierny, li tylko konieczny, udział w rozmowie, +świadczyły dobitnie, że to wszystko nudzi go nad wyraz.</p> + +<p>Oczy Dzierżymirskiego, pełne zamyślenia, prawie +bezustannie spoczywały na krajobrazie u podnóża góry, z rzadka +przenosząc się, obojętne, na towarzystwo. Wzrok jego wtedy +zatrzymywał się głównie na Oli. Zaduma smętna, od otoczenia +daleka, znikała wówczas na chwilę z jego oblicza, źrenice +zaś czarne Romana, ciemniejszemi stawały się, badawcze... Nader +korzystnie zaś dnia tego wyglądała pani Ola. Ubrana w +zgrabną suknię, z jasnej materyi, czyniła wrażenie wytworne +i eleganckie; obnażone zaś dość głęboko, z okazyi +niby gorąca, pierś, szyja i ramiona, przykryte tylko +ażurową koronką, stanowiącą całość z +suknią - podnosiły jeszcze wdzięk jej postaci. Siedząc +obok młodego Francuza, rozmawiali z nim przeważnie, śmiejąc +się, dowcipkując, i bezwiednie zapewne tylko, rzucając mu od +czasu do czasu rozbawione, zalotne jakby spojrzenia.</p> + +<p>Trwało tak dosyć długo. Po niejakim czasie +jednak Ola zauważyła snać dziwne trochę zachowanie +się męża, bo, skorzystawszy z ogólnego powstania, spowodowanego +czyjąś uwagą o krajobrazie, zbliżyła się do +Dzierżymirskiego, i przytuliwszy się, otarłszy, jak kocię, +swą rozkwitłą kibicią o niego, miękko i czule +zapytała:</p> + +<p>- Coś taki smutny, Romciu, co ci?</p> + +<p>-Nic, kochanie! - odparł krótko Dzierżymirski i +dorzucił po chwili:</p> + +<p>- Ale, a propos, ja cię tu zostawię, bo sam +wpaść jeszcze muszę na pocztę, tam, na dole...</p> + +<p>- Koniecznie chcesz tam iść? To może +jedźmy już razem?..</p> + +<p>Dzierżymirski odczuł niechęć lekką +w głosie żony; cień ledwie dostrzegalnego niezadowolenia, +przemknął mu po twarzy, odezwał się jednak szybko: </p> + +<p>- Nie, nie, zostań, ma chčre, proszę cię... +Spotkamy się później w alei nadbrzeżnej, będę +czekał na ciebie... au revoir...</p> + +<p>Dzierżymirski ścisnął zlekka +rączkę żony i zręcznie wycofał się z platformy, +zdążając po schodkach na dół, do stacyi kolejki +zębatej, zwanej "funiculaire," a łączącej w +pięciu minutach czasu górę z miastem.</p> + +<p>Zajęte lornetowaniem krajobrazu - którego wdzięk +teraz dopiero, po chwilowem wyczerpaniu tematu rozmowy, zdołał +przemówić do ich poczucia piękna. Towarzystwo nie zauważyło +nawet odejścia Romana. Ten ostatni spuszczał się powoli po schodkach +i zasiadł niebawem w wagoniku kolejki, wkrótce ruszyć mającej +do Lucerny.</p> + +<p>- A to mnie znudzili - mruknął - zakazane towarzystwo...</p> + +<p>W tej samej chwili rozległ się sygnał odjazdowy, +wagoniki poruszyły się z chrzęstem, i hamowane, powoli w +dół spuszczać się zaczęły.</p> + +<p>Roman obejrzał się; w wagonie, dziwnym zbiegiem +okoliczności, znajdował się zupełnie sam. </p> + +<p>Wygodnie wyciągnął nogi, rozparł +się i patrzył w dół.</p> + +<p>Przed nim czerniała stromo idąca para szyn kolei, +z położonym pośrodku trzecim, dziurkowatym relsem; w dole, +otulone mrokiem, drzemało jezioro - wierzchołki gór stopiły +się w zmierzchu, zlały jakby z chmurami niebios, w ciemnościach +zaś, coraz to większych, występowały teraz szaro domy +miasta, w których, jak ogniki błędne, zapalały się co chwila +tu i tam światełka.</p> + +<p>Roman nagle przymknął oczy.</p> + +<p>Bo oto jemu - wpatrzonemu ciągle w dół, w stromą +pochyłość i powietrzną próżnię, +dzielącą jeszcze kolejkę od jeziora i, miasta - +zakręciło się w głowie, w wirze zaś tym +wyłoniła nagle się jedyna szalona myśl, spowodowana +jakimś jednoczesnym, nic nie znaczącym wagonów hałasem. +Mianowicie zdało mu się po prostu, że oberwany pociąg leci +w dół, coraz szybciej, i... że już... już oto w katastrofie, +chaosie impetycznym - dotknie się on niebawem szklistej toni wód...</p> + +<p>Po krótkiej atoli chwilce Dzierżymirski otworzył +oczy i roześmiał się głośno.</p> + +<p>Nic wokoło nie zmieniło poprzedniego wyglądu. +Wolno i ostrożnie staczała się kolejka dalej, jezioro byłe +już tylko znacznie bliżej, u brzegu jego mrugała, iskrząca się +dziesiątkami światełek, Lucerna; wagony, brzęcząc, +spuszczały się ciągle, zawieszone nad miastem.</p> + +<p>Roman wzruszył ramionami.</p> + +<p>- Co mi dziś jest! sarn nie wiem! - mruknął. </p> + +<p>W istocie był nie swój od samego rana. W silnej mierze +niewątpliwie przyczyniło się do tego postępowanie +żony.</p> + +<p>Zapoznawszy się sama z kilkoma osobami, o natrętnej +manji zaznajamiania się, zanudzała go od kilku dni pobytu w Lucernie +ich obecnością bezustanną, bawiąc się wszakże +sama znakomicie. I to właśnie ostatnie najbardziej irytowało +Romana. Tak unikał dotąd ludzi, tak uciekał od nich, by być +samym tylko z Olą, by bez zamącenia niczem pić szczęście +chwili i tą miłością w sobie wszystko zagłuszyć!..</p> + +<p>Ominął wszak nawet dobrowolnie Medyolan, rodzinne +miasto swej matki, gdzie pochowaną była na miejscowem "Cimitero +Monumentale," gdzie poza tem posiadał jeszcze krewnych nieboszczki - +uczyniwszy to w jedynym celu uniknięcia musu obcowania z ludźmi, +innymi, prócz niej, Oli...</p> + +<p>A tu tymczasem ona sama wyszukiwała sobie jakieś +zakazane figury!..</p> + +<p>Roman przy tej ostatniej myśli, wyrzuciwszy z ust +dogasającego papierosa, żachnął się niecierpliwie.</p> + +<p>Bo na przykład ten Francuz, czyż nie wzbudzał +w nim słusznego gniewu? Młodzik nieznośny, z bezmyślnym, +banalnym wiecznie na ustach uśmiechem, z którego jednak Ola bezustannie +tak szczerze się śmiała...</p> + +<p>- Albo ta jej tualeta dzisiejsza, - mówił sobie dalej +Roman, - w Wenecyi przecież było daleko goręcej, nie +ubierała ona jednak gorsu swego tak przejrzyście, a tu chłód w +porównaniu...</p> + +<p>- Dla tego osła z Paryża niewątpliwie, by +mógł cynicznie i lubieżnie napawać się kształtem i +ciałem jej kibici! - półgłosem dopowiedział +podrażniony Dzierżymirski.</p> + +<p>- Że też te kobiety bez wabienia +mężczyzny po prostu żyć nie mogą!.. - wyrwało mu, +się jeszcze. </p> + +<p>Spostrzeżenie powyższe, a tyczące się w +danym wypadku własnej żony, gniewało go niepomiernie.. Od +pewnego czasu bowiem, obserwując Olę, dostrzegł cechę w +charakterze jej, nieznaną mu dotąd: chęć zalotną +przypodobania się innemu mężczyźnie - nie jemu... +Jątrzyło go to bardzo, choć pragnął pozornie +traktować fakt ów lekko.</p> + +<p>Wagoniki stanęły właśnie. Roman +wyskoczył szybko i skierował się ku gmachowi poczty, +położonemu koło głównego mostu, tuż przy dworcu +kolejowym. Przed paru dniami wysłał list do kraju, do jednego ze +swych dobrych znajomych. Powiadamiał go o swoim ślubie i zarazem +prosił usilnie o napisanie mu, co w rodzinnem mieście mówią o +jego małżeństwie i co porabia January Gowartowski.</p> + +<p>Dzierżymirski najbardziej był ciekawym tej +ostatniej wiadomości, ze względu na Olę i smutek, od niedawna, +stopniowo żłobiący, coraz częściej jej twarzyczkę.</p> + +<p>Podał adres: "Poste-restante, Lucerna," teraz +zatem, wyskoczywszy raźno z wagonu kolejki, w kilka sekund znalazł +się już przy właściwem okienku, w obszernej sali gmachu +szwajcarskiej poczty. Śpiesznie powiedział urzędnikowi swe +imię i nazwisko.</p> + +<p>Grymas pocieszny wykrzywił twarz tego ostatniego, i +wykrztusił z trudnością:</p> + +<p>- Dziez-Dzier... Cornment? Čcrivez, monsieur, sil vous +plait! - podał kartkę Dzierżymirskiemu. </p> + +<p>Roman posłusznie napisał swe nazwisko. </p> + +<p>Urzędnik wziął papier do ręki, +skrzywił się raz jeszcze, poczem wzruszył wymownie ramionami, a +po chwili dopiero podał cudzoziemcowi list.</p> + +<p>Roman chwycił go śpiesznie i wybiegł na +ulicę.</p> + +<p>Przy świetle latarni rozerwał kopertę i +czytać począł zapełnioną bitem pismem +ćwiartkę. Twarz jego wyrażała niepokój i zaciekawienie +widoczne, które po chwili dopiero ustąpiły wrażeniom, otrzymanym +bezpośrednio z lektury pisma.</p> + +<p>List ten, donoszący o towarzyskiem życiu w rodzinnem +mieście, o ostatniem przyjęciu u marszałkowej, i +pogłoskach o stanie Gowartowskiego, nic w sobie zatrważającego +nie miał.</p> + +<p>"Znam pana Krasnostawskiego, plenipotenta gowartowskiego; +jeśli chcesz koniecznie mieć dokładne wiadomości o +wszystkiem, tyczącem się Gowartowa, napisz mi i podaj adres, a +doniosę ci szczegółowo.." opiewał koniec listu szkolnego +kolegi Romana, w postscriptum...</p> + +<p>Uspokojony, Dzierżymirski złożył list i +schował go do kieszeni; pod wpływem jednak ostatnich słów pisma, +zawrócił, przestąpił raz jeszcze próg gmachu poczty, i kupiwszy +pocztówkę z widokiem, napisał szybko, odręcznie, przyjacielowi +swemu kilka słów szczerego podziękowania, z prośbą o dalsze +wiadomości, podawszy adres "Vevey", dokąd zamierzał z +Olą udać się nazajutrz. Poczem wyszedł śpiesznie i +wrzuciwszy kartę, skierował się przez szeroki most ku +nadbrzeżnej, ocienionej drzewami, szerokiej alei, spacerowemu miejscu +Lucerny, pełnemu w obecnej chwili publiczności, +rozbrzmiewającemu muzyką, wesołością i gwarem. </p> + +<p>Minąwszy most, Roman wkrótce znalazł się w +cieniu drzew i uszedłszy paręset kroków, siadł na samotnej +ławeczce, kapelusz zdjął i położył obok siebie.</p> + +<p>Wpółobróciwszy się jednocześnie, ujrzał +stragan z owocami. Poczuł nagle pragnienie, i skinął, kazawszy +sobie przynieść parę gruszek i brzoskwiń.</p> + +<p>Gdy usłużny szwajcar podawał mu je, z ugrzecznieniem, +Dzierżymirski sięgnął do kieszeni, a wyjęta ruchem +szybkim sakiewka jego roztworzyła się, i zawartość jej +cała wysypała się szeroko i z brzękiem na ziemię.</p> + +<p>Roman, widząc to, machinalnie schylał się +już, by zebrać leżące na żwirze alei kilkaset +może franków, w złocie i srebrze, gdy oto jakaś refleksja +nagła powstrzymała go w pół ruchu. Wyprostował się.</p> + +<p>Rzuciwszy zaś oczekującemu na zapłatę +przekupniowi po francusku, niedbale: "Ramassez Ça.! - odwrócił +się obojętnie na pozór w drugą stronę, i utkwił wzrok +w jezioro.</p> + +<p>Po chwili, w półobrocie głowy, z pod oka, +spojrzawszy raz jeszcze na zoraną bruzdami, opaloną twarz szwajcara, +zbierającego już rozsypany pieniądz - zamyślił +się...</p> + +<p>O, jakże on pragnął w tej chwili, by z garści +tych oto pieniędzy, które mu wręczonemi będą za parę +minut , zabrakło pięciofrankówki choć jednej!...</p> + +<p>Podarowałby on ją śmiałkowi temu, a +biedakowi zapewne, z pewnością!... Bo czyż?... Czyż +godziłoby się "jemu" rzucać na niego kamieniem?...</p> + +<p>Roman, wpatrzony bezustannie w zadumie przed siebie, +gorączkowo, niecierpliwie oczekiwał rezultatu swej próby.</p> + +<p>- Weźmie, z pewnością weźmie! - +mówił sobie równocześnie w duszy i głos jakiś cyniczny, +drwią co wołał w nim szyderski.</p> + +<p>- "Uczciwość ludzka!... ha... ha... ha!.. +Frazesy, frazesy!.. malowana, wzorzysta zewnętrznie kraszanka, +wewnątrz zaś skrycie cuchnąca!..."</p> + +<p>Przed Dzierżymirskim roztaczał się tymczasem +krajobraz wdzięczny nad wyraz. W drżących więc oto +głębiach jeziora, na prawo, przeglądało się +tysiącem światełek miasto... płynące wody, o kilka +kroków od alei, skręcały w bok, tocząc swe ciemne fale, jak rozpięta +nad niemi wrześniowa noc cicha, hen! daleko, ku górom; po powierzchni jeziora +błąkały się łódki i małe stateczki, przy +każdym zaś błyszczała czerwona, duża, +okrągła latarka, krwawym śladem, ścieżyną +purpury znacząc głęboko swe przejście w przezroczej toni.</p> + +<p>I ogniki owe, łącznie ze swem odbiciem, drżały +tak bezustannie po jeziorze, sunęły z wolna, zmieniały miejsce - +wreszcie malały, utożsamiając się jakby w dali +latającym gdzieś świętojańskim robaczkom...</p> + +<p>Na lewo zaś, tuż przy brzegu, u przystani statków +parowych, inne znów ognie dotrzymywały tamtym towarzystwa. Ku uciesze +zapewne spacerujących gości puszczano tam fajerwerki; +kręciły się zatem młyńce, pękały rzymskie +świece, strzelały wysoko barwne rakiety - spadały snopami +iskier, ginęły w ciemnych falach jeziora.</p> + +<p>Dzierżymirski, wpatrzony początkowo +bezmyślnie, począł się teraz właśnie +przyglądać uważniej, ujęty wdziękiem widoku, gdy nagle +posłyszał głośno wyrzeczone koło siebie słowa:</p> + +<p>- S'il vous +plait, monsieur!</p> + +<p>Roman odwrócił się szybko. Szwajcar, pozbierawszy +pieniądze, oddawał mu sakiewkę.</p> + +<p>- To dobrze, macie za owoce i fatygę! - pośpiesznie +odparł Dzierżymirski i wręczył przekupniowi dwa franki, w +srebrze.</p> + +<p>- Merci, monsieur! - akcentując przeciągle +ostatnią sylabę u wyrazu: pan, odparł zadowolony Szwajcar, +skłonił się, bez uniżoności jednak, i odszedł.</p> + +<p>Dzierżymirski wstał i skierował się ku +innej, odleglejszej, skrytej cieniem drzew, a pustej również ławce. +Wychodząc z domu, dziwnym trafem okoliczności, przerachował +właśnie pieniądze i wiedział co do grosza, ile ich +znajdowało się w portmonetce. Odtrąciwszy w myśli wydanych +kilkanaście franków, począł gorączkowo liczyć +złoto i srebro.</p> + +<p>Nie brakowało ani jednego centa.</p> + +<p>Widoczne rozczarowanie odbiło się na twarzy +Dzierżymirskiego. Pochylił się na siedzeniu, oparł +łokcie na kolanach i ukrył twarz w dłonie.</p> + +<p>- Więc ludzi uczciwych na świecie nie brak... +Uczciwym być potrafi nawet człek prosty, więc tylko ty... ty!.. +- huczało mu bezlitośnie w głowie, i rumieniec wstydu +palił policzki.</p> + +<p>Nie mogąc usiedzieć, Roman zerwał się po +chwili z ławki i skierował przed siebie nadbrzeżną +aleją.</p> + +<p>Minął niebawem jeden z pierwszorzędnych +hoteli, przed którym co wieczór stale grywała orkiestra, dotarł +aż do położonego na końcu "quai" - kursalu, - +zawrócił, wciąż opanowany jedną i tą samą +myślą.</p> + +<p>W około niego roiło się teraz od eleganckiej, +wytwornej publiczności; piękne kobiety, ubrane bogato i gustownie, +wymuskani panowie przechadzali z wolna przed olbrzymim i urządzonym z +wielkim komfortem hotelem "National", towarzyskie kółka siedziały +grupami na bambusowych fotelach - bawiono się wesoło; wykwintnych +gości pełno było również i wewnątrz hotelu, we +wspaniałych salach na dole; przez otwarte na ścieżaj okna +dochodziły dźwięki walca - tańczono.</p> + +<p>Kosmopolityczny próżniaczy high-life, zjechawszy +się tutaj, używał do woli wywczasu i przyjemności, +starając się zarazem opróżnić kieszenie z niepotrzebnego +złota, oraz zabić czas miło i połknąć +trawiącą nudę.</p> + +<p>- A może między nimi znajduje się on +"właściciel", "on", wówczas, przed laty, przez +ciebie, kto wie, czy nie skrzywdzony - drażniąc Romana uporczywie, +myśl dziwaczna męczyć go nagle poczęła. +Wstrząsnął się i skrzywił boleśnie... </p> + +<p>W tej samej chwili jednak, do uszu jego doleciał +świeży, jędrny głos kobiecy.</p> + +<p>Pieśń włoska, namiętna, jak krew i +miłość dzieci południa, drżąca uczuciem, +pomknęła po drżącej fali jeziora, ponad głowy przechadzających +się gości, odbiła się o echo gór... </p> + +<p>Ktoś z płci nadobnej śpiewał +artystycznie i pięknie w jednej z sal "National'u"; +Dzierżymirski podszedł bliżej i słuchać +począł, zniewolony pięknością głosu.</p> + +<p>I powoli, rozpędzona czarem pieśni, w jego duszy +równocześnie uspakajała się burza.</p> + +<p>Gdy śpiew ustał, Roman już myślą +był gdzie indziej; jak wpływ zewnętrzny życia przed +chwilą poruszył był dotkliwie struny duszy jego - tak samo, +ułagodziwszy je teraz, przeniósł naraz myśl Romana do chwili +obecnej.</p> + +<p>Dzierżymirski przypomniał sobie żonę, +spojrzał na zegarek i skierował się drogą powrotną do +mostu; zaniepokojony raptem, że dotąd nie ma jeszcze Oli. Idąc +zaś, przesuwał wzrok uważny po twarzach przechodniów.</p> + +<p>Nagle brwi zmarszczył. Bo oto o kroków kilkanaście +przed sobą ujrzał Olę, ale samą i w towarzystwie tylko +młodego Francuza, w ciemnej narzutce na ramionach, snać nie swojej, +gdyż żadnej podobnej ze sobą nie miała.</p> + +<p>Roman uśmiechnął się ironicznie:</p> + +<p>- Zmarzła, biedaczka! - mruknął z zadowoleniem. +- Przyśpieszył kroku, a znalazłszy się tuż przy +idącej parze, pochylonej z lekka ku sobie, szyderczo odezwał się +po francusku:</p> + +<p>- A, powitać !. . Cóż to, Ola w pożyczanych +szatach?...</p> + +<p>Urwawszy w pół zdania rozmowę, idący +podnieśli jednocześnie głowy, Ola zaś zarumieniła +się nieco i odparła:</p> + +<p>- A tak. Pożyczyłam okrycia u panny K... po +zachodzie słońca tak chłodno...</p> + +<p>- Można się było z góry tego spodziewać; +bardzoś źle zrobiła, wyletniając się, a z +odsyłaniem znów owych zarzutek kłopot tylko będzie! - +rzucił Roman opryskliwie.</p> + +<p>- Wiesz przecie, że jutro raniutko jedziemy! A te panie +gdzież?...</p> + +<p>Dwa ostatnie zdania wymówił Dzierżymirski po +polsku tym samym, niezadowolonym wciąż głosem.</p> + +<p>- Wstąpiły po drodze do znajomych - odparła +Ola, onieśmielona nieco tonem męża.</p> + +<p>- A... tak. No, to wracamy do domu! - zadecydował +Dzierżymirski w tymże, co poprzednio języku, i odwrócił +się szybko, pragnąc w duszy co prędzej pozbyć się +towarzysza żony.</p> + +<p>- Przecież już Ola nigdy tego cymbała nie ujrzy! +- dodał w myśli zarazem.</p> + +<p>- Państwo jadą jutro? O której? - pytał tymczasem +właśnie młodzieniec.</p> + +<p>Widząc, iż Ola pragnie poinformować Francuza, +Roman rzekł śpiesznie.</p> + +<p>- O, panie!... nie wiemy jeszcze!... Au plaisir - i +wyciągnął rękę...</p> + +<p>- Ach, więc już może nie będę +miał szczęścia oglądać państwa? Doprawdy, +jakże mi przykro! - rzekł młody Francuzik, ściskając +podaną dłoń; nie odchodząc jednak, wciąż +szedł obok Oli.</p> + +<p>- Państwo w którą stronę? - +zagadnął uprzejmie. - Tak mało miałem sposobności +rozmawiać dziś z panem... - słodziutko ciągnął +dalej, zwracając się do Dzierżymirskiego - umknął nam +pan tak prędko...</p> + +<p> </p> + +<p>Bawidamek z nad Sekwany umilkł nagle pod drwiącem +spojrzeniem Romana.</p> + +<p>- Państwo... w roku przyszłym zapewne przyjadą tu również? - +jęknął jeszcze, podtrzymując rozmowę.</p> + +<p>- A pan ?.... - słodko i uprzejmie zapytał +Dzierżymirski.</p> + +<p>- O, naturalnie, iż będę! - +pośpieszył z odpowiedzią młodzieniec.</p> + +<p>- No, to my - nie! - odparł z przyciskiem, całkiem +seryo Roman, lodowatym głosem, i uchyliwszy ledwo kapelusza, +skinął na tramwaj elektryczny, by stanął.</p> + +<p>- Wsiadamy! - rzucił krótko żonie.</p> + +<p>- Przecież ten tramwaj do naszego hotelu nie idzie, a +tylko w przeciwną stronę?! - zauważyła zdziwiona Ola.</p> + +<p>- Nic nie szkodzi. Pozbędziemy się tego kulfona!- +odrzekł po polsku Roman. - No, wsiadaj!... - rzucił gniewnie do +ociągającej się żony, i pchnął ją z lekka do +czekającego na nich tramwaju.</p> + +<p>W sekundę później Dzierżymirscy ruszyli; +wehikuł elektryczny pomknął i znikł, odprowadzony +osłupiałym wzrokiem Francuza, który, postawszy na chodniku +chwilę, cały, jak burak, czerwony, ruszył w drogę, i +zginął niebawem w różnobarwnym tłumie.</p> + +<p>Gdy w Lucernie odbywał się ten drobny epizod, +jednocześnie prawie, szerokim ukraińskim traktem, w bezgwiezdną +i ciemną noc wrześniową, pędził konno na oklep +wyrostek, w burej świtce, trzymając w ręku smolne łuczywo, +tak zwany kaganiec.</p> + +<p>Krwawy blask jego rozświetlał panujące wokoło +nieprzejrzane ciemności, torując w ten sposób w ślad za jeźdźcem +drogę małemu koczykowi, zaprzężonemu w cztery bułane +żwawe koniki. W powoziku siedział Bolesław Krasnostawski, +otulony burką i obłożony pakunkami. Jechał +właśnie od kolei, a powracał z podróży swej do miasta.</p> + +<p>Zabawiwszy tam, zamiast trzech dni, jak mu polecono, - +dziesięć, dziś dopiero pośpieszał do swoich +obowiązków, przez całą drogę łamiąc sobie +właśnie głowę, jak upozorować przed starym +Gowartowskim swą przydłużoną trochę +nieobecność.</p> + +<p>Bo zgoła nie interesy służby +przytrzymały pana Bolesława w wielkim mieście; o, bynajmniej! +Młody pan plenipotent wracał goły, jak święty turecki. +Całkowitą, naturalnie że tylko własną, zarobioną +gotowiznę przehulał bowiem tam doszczętnie.</p> + +<p>A teraz na ostatek, jadąc w swoim koczyku, +rozpamiętywał on jeszcze miło, na odległość nawet +nęcące chwile, w wesołym grodzie spędzone... Myśląc +zaś jednocześnie o swym chlebodawcy, jedna szczególniej rzecz +dziwiła go niepomiernie; mianowicie, dlaczego z Gowartowa nie +otrzymał on dotąd wcale żadnej, naglącej do powrotu, depeszy, +lub przynajmniej choćby jakiego listu ?... Bo że on nie dawał +znaku życia - nie było w tem nic dziwnego - ale Gowartowski?... To +zaiste, było całkiem niezrozumiałem...</p> + +<p>I analizując fakt ten, po raz nie wiadomo już +który, Krasnostawski ziewnął przeciągle i roztworzył oczy, +przymknięte dotąd, usiłował bowiem zdrzemnąć +się w powozie.</p> + +<p>Patrzał teraz wokoło nieco bezmyślnie, +dość szybko względnie wśród ciemności jadąc swym +powozikiem. Na tle czarnej nocnej opony czerwony od blask kagańca +ślizgał się szerokiem kołem po obu stronach drogi i +zapalał się kolejno na zżętych rżyskach, zaoranych +polach, lub majaczył po grzędach zielonych plantacyj buraczanych, +ugorach, stepowych bodjakach - kwiatach i trawach. Czasem zajrzał do rowu, +musnął kurhan, z pochylonym krzyżem, oświetlił +przydrożne samotne drzewo...</p> + +<p>- Żeby się tylko stary na mnie nie +zaciął i za nieposłuszeństwo nie wymówił miejsca, +hm... hm!.. - chrząkając niespokojnie, wymówił do siebie pan +plenipotent, półgłosem. - E, chyba że nie... zanadto mnie potrzebuje! +- uspokojony zakonkludował głośno.</p> + +<p>Nagle wytężył wzrok, bo oto zdało mu +się, że w ciemnościach, w oddali, na prawo, rysują się +jakieś cienie, a tuż, niedaleko, środkiem pola, jak gdyby +drogą, posuwają się z wolna, zbliżają, dwa inne +migocące małe światełka, eskortowane z przodu kręgiem, +czerwoną plamą światła.</p> + +<p>- Hej, Stepan, czujesz *) ? ha?... - krzyknął na +furmana.</p> + +<p>[*) Słyszysz.]</p> + +<p>Człowiek, siedzący na koźle, w burce i ceratowej +czapce, odwrócił się leniwie. Krasnostawski wskazał +ręką na prawo.</p> + +<p>- Co to takiego? - zapytał.</p> + +<p>- Ktoś z kahańcem jide od Howartowa, - taj hodi +**) - zawyrokował stanowczo woźnica.</p> + +<p>[**)Ktoś z kagańcem jedzie od Gowartowa - i +już.]</p> + +<p>- To już Gowartów? - zdziwił się Krasnostawski.</p> + +<p>Jadąc do folwarku Tomaszówki, rezydencyi pana +plenipotenta, przejeżdżało się pod sam Gowartów, oddalony +ledwo od traktu o pół wiorsty.</p> + +<p>Kocz Krasnostawskiego, podniszczony nieco i roztrzęsiony, +klekotał po drodze, konie szły raźno, wyciągniętym +kłusem, czując snać w pobliżu już domową stajnię. +Krasnostawski zapalił zapałkę i spojrzał na zegarek: +dochodziła druga po północy.</p> + +<p>- Hm... hm!.. Stary znów nie śpi, bo widocznie to we +dworze się pali - ponownie mruknął, wpatrzony w gorejące w +oddali podłużne wstęgi świateł.</p> + +<p>- Koło hresta - stanesz! - rozkazał, +zwracając się do furmana, zaciekawiony naraz, kto może +jechać z Gowartowa o tak późnej porze? </p> + +<p>Furman huknięciem donośnem zakomunikował +rozkaz wyrostkowi z kagańcem.</p> + +<p>Na rozdrożu stanęli. Ramiona stojącego tu, omszałego +starego krzyża, zabarwiły się od łuczywa purpurą. +Czekali.</p> + +<p>W nocnej ciszy dochodził już turkot powozu, +tętent koni i dźwięk jazd zbliżał się szybko.</p> + +<p>- Semen - Howartowskije koni! - nachyliwszy się ku +Krasnostawskiemu z kozła, furman pospieszył z informacyą.</p> + +<p>Pierwszy pod krzyżem zjawił się na +rosłym stajennym kasztanie parobek, z kagańcem, a poznawszy +gowartowskiego plenipotenta, uchylił pokornie czapki.</p> + +<p>- Kto to jide? - rzucił pytanie Krasnostawski.</p> + +<p>- Pan dochtór! - brzmiała odpowiedź.</p> + +<p>Pod krzyż nadjeżdżała zaprzężona +w parę rasowych gniadoszów nejtyczanka, powożona przez wąsatego +i porządnie ubranego stangreta.</p> + +<p>Krasnostawski wychylił się ze swego kocza, +począł machać kapeluszem i krzyknął donośnie: </p> + +<p>- A!... pan konsyliarz kochany!... Powitać, witać! +Stój, Semenie!...</p> + +<p>Nejtyczanka zatrzymała się posłusznie i w podwójnem +migocącem świetle kagańców u rozstajnego drzemiącego +krzyża, zeszło się dwóch mężczyzn.</p> + +<p>- To pan? - Nie poznałem... - odezwał się nazwany +przez Krasnostawskiego konsyliarzem.</p> + +<p>- Dobry wieczór, a raczej dzień dobry! - pozdrowił +młody człowiek przybyłego - bo to już dobrze po +północy - dorzucił. - Czy szanowny pan z Gowartowa? Cóż to tak +późno, ktoś chory, broń Boże, a może tylko z +wincika?....</p> + +<p>Z pod czapki spojrzała uważnie na Krasnostawskiego +zdziwiona twarz doktora, okolona długą brodą.</p> + +<p>- Jak to? To pan nic nie wiesz? - zapytał.</p> + +<p>- Wracam z podróży... - objaśnił Krasnostawski.</p> + +<p>- Aaa! nic nie wiedziałem... Pan January, chory od +tygodnia, rozwinął się tyfus, o przebiegu silnym bardzo i niebezpiecznym... +Poza tem komplikacye inne, nerwy et caetera... Teraz zresztą już +lepiej... może Bóg da... doktór zatrzymał się.</p> + +<p>- Ale, nie mówię panu, od czego się to wszystko +zaczęło - dorzucił informująco.- Już był pono +niezdrów, moralnie przynajmniej; wpadł, polując na moczarach, w +wodę po szyję i zaziębił się...</p> + +<p>- Nikt mi znać nie dał, mój Boże! - szczerze +zasmucił się Krasnostawski. - Więc pan mówisz, że dziś +lepiej?...</p> + +<p>- O tyle, o ile!.. teraz śpi po lekarstwie, gorączka +spadła nieco, lecz wczoraj było źle bardzo; notabene, prócz +klucznicy - staruszki, w całym domu nikogo nie ma przy sobie...</p> + +<p>- Możebym ja pojechał tam teraz, do pana +Januarego, na noc, co? - rzekł Krasnostawski, na dobre zmartwiony.</p> + +<p>Doktór przyjaźnie spojrzał na +młodzieńca, uśmiechnął się z dobrocią i +rzekł:</p> + +<p>- No, zmęczony jesteś, kochany panie, podróż, +mości dobrodzieju, wspomnienia po niej miłe zapewne, panie tego - tu +poklepał Krasnostawskiego po plecach. - Nie, nie potrzeba - +ciągnął dalej seryo - wyśpij się pan i jutro tam +pojedziesz, bo zresztą, mówiąc między nami, przeszkadzać +tam tylko będziesz... Niech śpi sobie, nieborak, klucznica i +służba przypilnują go. Ba ! żeby to tylko zawsze tak +było, jak dziś....</p> + +<p>- Jak to? więc obawa jest jeszcze? - zaniepokojonym +znów głosem zapytał Krasnostawski.</p> + +<p>- Obawa jest, jeszcze! - przedrzeźnił szorstko +doktór i widocznie nadrabiając miną, dorzucił. - Wam wszystkim +się zdaje, że doktór to prorok!... Naturalnie, że jest!... Czy +ja wiem zresztą - wszystko w ręku Najwyższego - zobaczymy... +No, tymczasem dobranoc! - doktor wyciągnął rękę na pożegnanie.</p> + +<p>Krasnostawskiemu twarz spochmurniała, i niepokój +wyraźny odbił się na niej; odczuł nerwami, czego nie +było w słowach doktora i co on usiłował widocznie +pokryć przed nim na razie, i posmutniał jeszcze bardziej.</p> + +<p>Jednocześnie jakiś jakby wyrzut sumienia +wezbrał mimo woli w jego duszy, iż on tak długo pozostawił +starca w samotności, bez opieki, sam bawiąc się wesoło. +Pożegnawszy lekarza, pomógł mu wsiąść do bryczki.</p> + +<p>- Jakże tam zdrowie wszystkich u szanownego doktora, +żony, dzieci?... - bąknął, aby coś powiedzieć.</p> + +<p>- Dobrze, dobrze, serdecznie, dziękuję, dobranoc!</p> + +<p>- Dobranoc! - powtórzył, jak echo, Krasnostawski, i +ruszył do swego pojazdu.</p> + +<p>- Czohoś meni ne skazał, szczo pan słabujut - +rzucił wymówkę furmanowi.</p> + +<p>Tenże odparł lakonicznie:</p> + +<p>- Zabuł, pane!</p> + +<p>- Do Tomaszówki! - rozkazał Krasnostawski. </p> + +<p>Powozik ruszył w dalszą drogę. Turkot jego w +milczeniu nocy połączył się z cichnącym coraz bardziej +odgłosem kół i dzwonków nejtyczanki lekarza, a dwa kagańce, w +dwie przeciwne strony, rzuciły znowu ruchome swe kręgi krwawe w pasmo +uśpionych, kirem nocy pokrytych, obszarów. Oddalając się od +siebie, długo tak na horyzoncie, malejąc coraz bardziej, +świeciły ich łuczywa, aż wreszcie, zamigotawszy czas +jeszcze jakiś purpurowymi punkcikami na niezmierzonych płaszczyznach +- spełzły całkiem na widnokręgu, znikłszy, zlawszy +się z ciemnością, która wchłonęła je w siebie.</p> + +<p>Turkot na trakcie ucichł. Szeroka taśma ukraińskiego +szlaku, rozjaśniona na chwilę, znikła i czarność +jeszcze większa zawisła nad polami, stepami i krzyżami kurhanów.</p> + +<p>W milczeniu nocy, pełnem zagadek i szeptów +tajemniczych, wszystko dokoła zapadło w sen twardy i cichy.</p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<center>---------</center> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p>- Bo ty nie wiesz, nie czujesz może i nie przypuszczasz +nawet, jak ja cię kocham, jak bardzo ubóstwiam, ty skarbie mój +najdroższy, ty moje życie, me wszystko!... - szeptał gorąco +Dzierżymirski, nachyliwszy się ku Oli i tuląc ją do +siebie.</p> + +<p>- Ty zdać sobie sprawy nie potrafisz - ciągnął +dalej, zapalając się coraz bardziej do słów własnych - ile +ja gotów jestem rzeczy najdroższych nawet - poświęcić dla +ciebie, co dla cię zdolnym stłumić, przecierpieć!... Ja +gdybym był cię nie posiadł - podeptałbym bez namysłu +wszelkie prawa ludzkie, jeśliby one stanąć mi śmiały +wówczas oporem do zdobycia ciebie!... +Ty nie wiesz... nie wiesz!...</p> + +<p>Roman, pobladłszy, umilkł. Chmura osiadła mu +na czole, skrzywienie bolesne zadrgało w ust kącikach. Pochylił +na moment głowę.</p> + +<p>Och, czemuż nie mógł, czemuż, powiedzieć +jej Oli, wszystkiego?.. Na ustach mu drżało, przemocą prawie +wyrywało się z nich wyznanie przeszłości, zdusił je +jednak, wtłumił w siebie, z obawy, by te piękne lica ukochane +nie odwróciły się odeń z pogardą. Po chwili znów +mówił:</p> + +<p>- Tak, ty obszaru, ty głębi uczucia, które wre we +mnie, które dla ciebie niejedną już tamę zerwało, nie +oceniasz, nie rozumiesz...</p> + +<p>Dzierżymirski silniej przycisnął do siebie +kibić żony, a pochwyciwszy jej ręce, przywarł do nich +ustami, i pocałunkami okrywać je począł.</p> + +<p>- Ty... moja... moja! - szeptał w kółko +namiętnie, coraz czulej... ciszej...</p> + +<p>- Ty moja!... Ja za nic w świecie nikomu cię nie +oddam, wydrzeć sobie nie pozwolę!...</p> + +<p>A uspokoiwszy się stopniowo, ciągnął:</p> + +<p>- I czyż wobec tego zatem dziwić się nawet +możesz złemu humorowi memu, owego wieczora, pamiętasz, w +Lucernie!... To nie był gniew, opryskliwość, jak to +nazwałaś, dziwactwo! O, wierz mi - nie!... To była, +wywołana cierpieniem tylko - zazdrość i żal duszy, że +komu innemu pozwalasz choć częścią wdzięków twych +się napawać, że na nie patrzy, rościć sobie może +jakieś urojone, choćby imaginacyjne do nich prawa - +mężczyzna inny - niźli... ja...</p> + +<p>Roman mówić przestał wzburzony i wzruszony. </p> + +<p>- Rozumiesz więc teraz, kochanie ty moje? rzekł +znowu po chwili miękko, łagodnie, i spojrzawszy prosząco w oczy +słuchającej go w milczeniu Oli, rzucił pytająco: +-Przebaczasz?..</p> + +<p>- Ależ przebaczam... przebaczam!... - rzekła, +uśmiechem, pieszczotliwie Ola, a że nikogo podówczas +właśnie w pobliżu nie było - siedzieli w cieniu alei +nadbrzeżnej nad Lemanem - zarzuciła na szyję Romana swe +długie białe ręce, i przytuliwszy się doń, +poczęła mu z kolei szeptać:</p> + +<p>- Ty mój drogi, jedyny!... Od kwadransa patrzę na +ciebie i rosnę w duszy, takiś szlachetny, rozumny, piękny... +Piękny!... - powtórzyła z zalotnością, namiętnie i +przymilająco się musnęła wargami śniadą twarz +Dzierżymirskiego.</p> + +<p>- Nie taki, jak wówczas, zazdrosny, zły, brzydki!...- +przekomarzała się z wdziękiem - ale taki zakochany... wielki!...</p> + +<p>I Ola czulej jeszcze przycisnęła się do Romana, +zbliżyła swe wargi świeże do jego ust zmysłowych, i +mówić poczęła głuchym szeptem, urywanym od uczucia nadmiaru +- przeplatanym pieszczotą, pełnym tętniących w nim +młodych pragnień:</p> + +<p>- Kocham cię!... kocham... kocham!... Jak nikogo +dotąd... nigdy, nigdy!... - szept przy tem młodej kobiety +zadrżał namiętniej jeszcze. - Nie ja - to ty przeciwnie nie +rozumiesz, nie czujesz, jak cię kocham, uwielbiam !...</p> + +<p>- Wszak dla ciebie porzuciłam ojca, Gowartów, +rodzinę! Stłumiłam, zgniotłam uczucia inne!... Pośpieszyłam +na twe wołanie, pobiegłam za tobą, w twe objęcia, +podeptałam wszystko... wszystko!.. O!... Ja bym sobie zarówno wydrzeć +ciebie nie dała - tyś także mój!... mój!...</p> + +<p>I szept młodej kobiety łaszący się, +palący, zawrotny - skonał...</p> + +<p>Zbliżone usta młodych silnie zwarły się +w pocałunku. Na chwilę, minut parę, znikło im z oczu +wszystko, przesłonięte mgłą jakby, z której jedna jedyna +wyłoniła się tylko - miłość.</p> + +<p>Wokoło zaś wciąż nie było nikogo. W +cieniu drzew tonął w mroku tajemniczym, cisz zadumanych pełnym +"quai Perdonnet," nadbrzeżna aleja w Vevey, wijąc się +brzegiem Lemanu, u stóp rozrzuconego w górze szwajcarskiego miasta.</p> + +<p>Nad "Lac Leman" drżał księżyc +w pełni; przeglądał się w głębokich jego +toniach, z pieszczotą ślizgał swe promienie po ciemno-modrych +falach...</p> + +<p>I w blasku miesięcznego światła +tchnął krajobraz cały jakimś czarem dziwnym...</p> + +<p>A więc, poza jeziorem, hen, gdzieś, w perspektywie, +niewyraźnie srebrzył się mglisto Alpejski szczyt wyniosły - +w tafli Lemanu, ogromnej, szklistej, niby morze, odbijały się +gwiazdy, topił w nich swe wierzchołki wieniec pobliskich gór. Masy +ich kadłubów miejscami zaciemniały jezioro, a w ciemniach tych, +odbijających rażąco na obszarach wód od fali, tych +oświetlonych taśm jasnych, błąkały - się jakieś +mary i cienie, ze śnieżnym żaglem sunęła cicho +zgrabna, wysmukła barka...</p> + +<p>Księżyc tymczasem wzbijał się coraz bardziej +i wyżej, malał, stawał się jaśniejszym, przezroczym - +milczenie wzrastało... Fala u stóp Dzierżymirskich szemrała +teraz cichutko, a tam, z mroków, od gór podnóża, na przestrzenie wód +Lemanu, skrzące się pyłem srebrzystych promieni, marząco, +niepokalana, biała, spokojnie wypływała z wolna ta sama +łódź żaglista...</p> + +<p>Oderwawszy usta od gorących pocałunków, Roman i +Ola patrzyli w zachwycie.</p> + +<p>Do dusz ich, na piękno czułych, +wślizgiwał się czar tej szwajcarskiej, boskiej nocy, +studził krew rozigraną swym bezmiernym, majestatycznym spokojem, +poniżał, równał z zerem ich troski ziemskie ogromem i potęgą +przyrody - podnosił, wzmacniał ducha, dodawał mu skrzydeł, +lecących w zaświaty...</p> + +<p>Pierwszy z nastroju tego ocknął się +Dzierżymirski i spojrzał na zegarek. - O, już mija dwunasta! +Chodźmy, moje życie! - odezwał się do Oli. </p> + +<p>Powstali.</p> + +<p>- Ach, jakże noc dzisiejsza jest piękną - jak +piękną!.. - z zachwytem szepnęła Ola - nie zapomnę jej +chyba nigdy.</p> + +<p>- Ani ja również! - potwierdził Roman w zadumie.</p> + +<p>Wziął pod ramię żonę i ruszyli z +miejsca, kierując się pod górę, ku rozsianym willom miasta.</p> + +<p>Milczeli. W głowie Romana huczał chaos różnorodnych +myśli. Z nich zaś jedna, najuporczywsza, wyłoniła się +zwycięska.</p> + +<p>- Miłość, miłość raz jeszcze, +i miłość tylko, jedyna, wielka! - krzyczał w nim głos +podnieconego mózgu - ocalić cię jest w stanie! W niej tylko +znajdziesz zapomnienie, nią się upijesz, przy jej pomocy zmatujesz +bolesną ranę przeszłości, zdusisz sumienia wyrzuty !..</p> + +<p>- Bo miłość, to haszysz - wołał ten +sam głos dalej - bo miłość, to szczęście na ziemi +- to raj, to jedna rzecz z tych, tak rzadkich na świecie, dla której warto +może walczyć i trudzić się, by ją zdobyć! - Ona +częstokroć cierpieniem i rozczarowaniem tylko, lecz ileż razy +bólów życia nagrodą - jego zapomnieniem!..</p> + +<p>Dzierżymirski zdjął kapelusz z głowy, +pod wpływem zaś myśli ostatnich, opiekuńczo i czule +objął silnem ramieniem kibić żony.</p> + +<p>Postępowali krokiem raźnym, idąc pustemi, cichemi +uliczkami bezustannie pod górę. Roman odezwał się po chwili:</p> + +<p>- Zostaniemy dłużej w Vevey; tu tak cicho, +samotnie, tak z dala od ludzi, od świata i jego pogwarów - zostaniemy, +Oluniu, cóż ty na to? - pytająco nachylił się ku młodej kobiecie.</p> + +<p>- Ależ i owszem, mój ty samotniku - odparła z +uśmiechem Ola - a zresztą, wszak nie zwiedziliśmy jeszcze +wszystkiego...</p> + +<p>- Ach tak, prawda... moje życie, prawda... Koniecznie +zobaczyć musimy wszystko! - mówił Roman. Umilkli znowu, zatopieni w +myślach.</p> + +<p>Od parodniowego pobytu swego w małem nadlemańskiem +miasteczku, Dzierżymirscy prowadzili żywot pracowity. Wstawali +raniutko, odbywali wycieczki i spacery po okolicy; nie dalej, jak dziś, +zwiedzili pobliskie Montreux i sławny "Chateau Chillon;" +obejrzawszy go wewnątrz dokładnie, jego starożytne , sale i +wieżyce, miejsca kaźni - ponure więzienia, z zachowaną +dotąd tak zwaną "oubliette," nad trzystumetrową +głębią Lemanu.</p> + +<p>Wśród narodowych śpiewów szwajcarskiego ludu, +towarzyszącego im w kolejce, zwiedzili oni również przed paru +godzinami górę "Soim-Pčlerin," mając świeżo +jeszcze w pamięci cudny z wierzchołka jej widok na szafiry jeziora i +miasto Vevey, zaciszne, pogodne, rzucone niby na ekran zielonego podnóża +gór - zadumane, pełne melancholyi i cichego smutku...</p> + +<p>- Wiesz, Oluniu, co ci powiem? - odezwał się nagle +do żony Roman, gdy, mijając właśnie wysokie, gotyckie +wieżyce pięknego kościoła katolickiego, +zagłębiali się w aleję, poprzez drzew liście, +rozjaśnioną tajemniczo cieniami księżycowego +światła...</p> + +<p>- Otóż - ciągnął po przelotnej chwilce +wahania - że napisałem do jednego z dawnych znajomych, by +donosił mi, co się dzieje z ojcem twoim w Gowartowie...</p> + +<p>- Ty zrobiłeś to? O, mój drogi, najdroższy, +jakiś ty dobry, poczciwy, złoty! - wykrzyknęła szczerze +uradowana Ola i przytuliwszy się do Romana, uściskała go +serdecznie.</p> + +<p>- A tak, ja, we własnej osobie, tak często bowiem +smutną bywałaś... - potwierdził Dzierżymirski, i +urwał nagle.</p> + +<p>Przyjemnego a jednocześnie i przykrego doznał on +wrażenia. Miłą była mu myśl, że odgadłszy +utrapienie żony, ulżył jej. Smutno nieco, widząc bowiem na +twarzy żony tak pogodną radość, poczuł, iż o odebranym +już liście wspomnieć nie mógł. Ten, choć nie +wesoły, nie wiózł jednak jeszcze ze sobą złych +wiadomości, gdy natomiast następne - kto wie?</p> + +<p>- Ha, trudno, - powiedział sobie w duszy +Dzierżymirski - niech cieszy się! Nie zatruję ja jej tej chwilki +zadowolenia.</p> + +<p>- I dotąd niema żadnej odpowiedzi? - skwapliwie +pytała tymczasem Ola.</p> + +<p>- Nie, kochanie - skłamał gładko Roman - ale +nadejdzie niebawem, podałem adres Vevey...</p> + +<p>- Podałeś? - ucieszyła się znów Ola - +no, to dobrze, bo ja mimo woli biję się z przypuszczeniami nieraz, co +tam oni wszyscy myślą o mnie, czy potępiają bardzo, czy +gniewają się, czy smucą?..</p> + +<p>Ola ucichła i cień smutku przemknął po +jej twarzy.</p> + +<p>- No, no, cóż to znów za niepokoje? - podchwycił +Roman, korzystając zaś, iż na ulicy nikogo nie było, +pośpieszył z pocieszeniem, pieszcząc czule młodą +kobietę.</p> + +<p>I znowu zagrała w nim nienasycona miłość +namiętna, ogarnęła, zdeptała wspomnienia - +zakrólowała sama!..</p> + +<p>Niebawem Dzierżymirscy odszukali swą willę, +już ciemną całkiem i uśpioną, a błądząc +chwilę po pustych korytarzach, dotarli nareszcie do dużego pokoju z +balkonem, który zajmowali tu na pierwszem piętrze.</p> + +<p>Kroki zapóźnionych przybyszów zmąciły +ciszę willi, skrzyp drzwi zgrzytnął fałszywym +dźwiękiem w ogólnej harmonii powszechnego milczenia.</p> + +<p>W pokoju okna były otwarte, i panowało w nim +powietrze rzeźkie, świeże, od gór płynące. +Wchłaniając je z lubością, Dzierżymirscy poczęli +gospodarzyć u siebie. Roman po chwili wziął się do zamykania +okien, Ola zaś, zapaliwszy światło, zdjęła kapelusz i +wolno poczęła się rozbierać.</p> + +<p>Lecz oto nagle podskoczyli oboje. W zupełnej bowiem +ciszy uśpionego domu, tuż po za ścianą sąsiedniego +pokoju, rozległy się silne uderzenia. Ktoś bez ceremonii +walił w mur pięściami, chcąc widocznie zamanifestować +swoją tam obecność, a zarówno i fakt że, +hałasując, spać mu przeszkadzano.</p> + +<p>Wkrótce jednak rozjątrzone uderzenia ustały i +posypała się garść nieestetycznych, wyrażonych +głośno i ze złością epitetów.</p> + +<p>Tyle było bezwiednego komizmu w stukaniu tem i w +poirytowanym głosie, zaspanym jeszcze, że Dzierżymirscy +roześmieli się wspólnie i szczerze.</p> + +<p>- To ta słodziutko-grzeczna rozwódka, podstarzała, +pseudo - wielka pani, elegantka, wiesz .. co to przy obiedzie, siedzi koło +nas - objaśniła półgłosem Ola - (w szwajcarskich +hotelach-willach, zwanych "pensions," obiadują wszyscy razem).</p> + +<p>- Tak?.. - zdziwił się Roman - nie wiedziałem... +A to oryginał baba, naturalnie, nie przypuszcza zapewne, iż my tu +mieszkamy... Złapała się... Jak to jednak i pozory +fałszywej układności zdradzają częstokroć to +zwierzę, ukryte w człowieku - filozoficznie dorzucił. - Ale, ale... +- ciągnął dalej, z uśmiechem - wyobraź sobie, +Oluniu... Zapomniałem ci powiedzieć. Tu, na górze nad nami - +wskazał sufit palcem i roześmiał się - mieszka drugie +dziwadło: Pamiętasz... ta mała, nasze vis-a-vis, żółta +stara panna... Otóż wynajmuje ona aż pięć pokoi +próżnych naokoło siebie, a wiesz dlaczego? - Tu Roman po raz drugi +głośniej jeszcze parsknął śmiechem. - Żeby jej w +nocy nie hałasowano! Mądrzejsza od naszej sąsiadki, co?...</p> + +<p>Ola zaśmiała się z kolei srebrzyście. +Słuchając męża, zdjęła właśnie przed +chwilą suknię, i siadała obecnie przed lustrem, z +obnażoną szyją i ramionami. Pragnąc rozczesać +włosy, przechyliła się w tył i poczęła +rozwiązywać je leniwym ruchem rąk.</p> + +<p>- Poczekaj - rzucił żywo Dzierżymirscy - damy +tej babie odpowiedź muzyką całusów!.. Przypomni sobie może +luba rozwódka małżonka!.. Ha-haha, a to się wściekać +dopiero będzie!..</p> + +<p>I swawolnie, ze śmiechem, Roman przylgnął +wargami do ramion Oli, i począł całować je +głośno, cmokając z lubością.</p> + +<p>- Ohe!.. la - +bas!.. On dort ici!.. - rozległ się po chwili za +ścianą gardłowy, świszczący glos, pełen +nienawiści i jadu.</p> + +<p>- Buch! buch! buch! - rozległy się znów w pasyi +uderzenia o mur wściekłe.</p> + +<p>Ola śmiała się serdecznie, Roman nie przestawał +całować zamaszyście.</p> + +<p>- Dosyć już, dosyć! - szepnęła +młoda kobieta, z trudnością hamując +wesołość, - proszę mi wynosić się teraz - +szepnęła w ślad za tem, z pieszczotą w głosie. - +Idź na balkon! - dodała, i przechyliwszy wysoko giętką +swą szyję na poręcz krzesła, podała Romanowi do +pocałunku rozchylone swe wargi zalotnie patrząc nań z pod +długich rzęs...</p> + +<p>Cudną i wdzięczną swych linji harmonią, +biust kobiecy przemknął ponętnie w tym ruchu falistym przed +rozkochanym wzrokiem mężczyzny.</p> + +<p>Dotknął ustami ust i z wezbraną +miłością w sercu wyszedł na balkon.</p> + +<p>Tu zapalił cygaru i znowu wchłonął w siebie +pełnym, szerokim oddechem, orzeźwiającą atmosferę +cichej szwajcarskiej nocy. Spojrzał w dół. U stóp jego szkliło +się w dali tam i ówdzie srebrem rozbłękitnione jezioro. Do +powierzchni jego pieszczotliwie tuliły się jeszcze gdzieniegdzie +ostatnie mgiełki, błąkające się zazwyczaj dzień +cały, od rana, po Lemanie, i wespół z białemi mewami +muskające stale grzbiety jego fal.</p> + +<p>Księżyc już był bardzo wysoko. Snopami +światła dotykał teraz grzbietów gór, mienił się fosforycznie +na wierzchołkach dalekich śnieżnych szczytów.</p> + +<p>A tam, w dole, zadumane, ciche usypiało miasto... +Jedne po drugich, jak iskry dopalającego się płomienia, ogniki - +gasły w domostwach Vevey światełka, kolejno - stopniowo +nikły...</p> + +<p>Dzierżymirski, z zadowoleniem, wciągał +wciąż w piersi zdrowy powiew, płynący z dali, +wypuszczając zarazem z ust małe obłoczki niebieskawego dymu.</p> + +<p>Obecnie - chwilowo, był on zupełnie +szczęśliwym! Tu, w zacisznym gór zakątku, czuł on podwójnie, +jako swoją wyłączną własność ubóstwianą +kobietę, kochał ją zdwojonym sił żywotnych zapasem, a +czując równocześnie wzajemność jej ku sobie niekłamaną, +nurzał się w uczuciu tem, z rozkoszą pływaka, rzeźko +wśród rozsłonecznionych wód wesołych płynącego w dal +radosnego jutra! Wizye przykre zniknęły zupełnie, robak +wewnętrzny, toczący ducha Romana, przestał go dręczyć +na chwilę... Dawką miłości ukołysane sumienie - +spało.</p> + +<p>- Romciu!.. Romeczku!.. - usłyszał naraz Dzierżymirski +pieszczot obietnic pełny, wołający go głos kobiety.</p> + +<p>- Idę... idę! - odparł pośpiesznie i +rzuciwszy cygaro, przestąpił próg balkonu.</p> + +<p>Światło w pokoju zgaszonem już było. +Tajemnicze natomiast błękitno-srebrne księżycowe fale +zalewały komnatkę, a w półświetle tem majaczyła +postać Oli i bielały alabastrowe jej ramiona.</p> + +<p>Dzierżymirski, wchodząc, chciał +przymknąć za sobą obite szarem suknem balkonowe okiennice.</p> + +<p>- O, nie... nie zamykaj !.. Tak ładnie +księżyc świeci, tak ślicznie!.. - posłyszał w +tejże samej chwili prośbę Oli. Roman usłuchał, a +zamknąwszy tylko szczelnie okienne ramy balkonu, skierował się +szybko w głąb pokoju.</p> + +<center>***</center> + +<p>Jeszcze we mgłach wczesnego poranku drzemały góry, +jezioro i niezbudzone, senne miasto Vevey, gdy do drzwi pokoju +Dzierżymirskich zapukał ktoś dyskretnie.</p> + +<p>Roman, który obserwował właśnie przez okna +mglisty krajobraz, na ten odgłos zerwał się pośpiesznie. +Odziawszy się szybko, nie pytając przez drzwi głośno, kto +zacz, by nie zbudzić Oli, skierował się ku wyjściu z +komnaty... Otworzył drzwi cicho...</p> + +<p>- Bonjour, monsieur! - pozdrowiła go, przeciągając +śpiewnie, wpółubrana, uśmiechnięta wstydliwie, młoda +Szwajcarka, i podała jakiś papier.</p> + +<p>- Co to jest? - z cicha pytająco rzucił po francusku.</p> + +<p>- Telegram! - brzmiała odpowiedź.</p> + +<p>- A... dziękuję - odparł Roman i +zamknął drzwi. Niepokój wyraźny odbił się na +wyrazistem obliczu jego; cichutko podbiegł na palcach do okna i gorączkowo +rozwinął ćwiartkę papieru.</p> + +<p>Stłumiony gwałtem okrzyk zabrzmiał w pokoju +przyciszonem echem, i telegram z ręki Romana upadł mu na +posadzkę. Poprzez szyby balkonu Dzierżymirski spojrzał +błędnym wzrokiem przed siebie.</p> + +<p>Tam, gdzieś w oddali, poza wierzchołkami gór, +zaróżowiało się coś niewyraźnie, płoniło... +W mgłach tajemniczych zniknął cały wczorajszy krajobraz, a +poza niewidzialnymi tylko szczytami Alp, pokrytymi jakby woalem, gdzieś, +daleko, - zakryta wstydliwie, wschodziła snać jutrzenka...</p> + +<p>Roman, blady jak płótno, przeniósł wzrok swój w +przeciwną stronę komnaty. Uśmiechnięta, cicha spała +tam Ola... Z pod lekkiej kołdry wysunęła się jej +główka urocza, rzęsy długie kładły swe cienie na +rumianą twarzyczkę, usteczka ponętne z koralu marzącym, od +rzeczywistości dalekim, rozchylały się uśmiechem...</p> + +<p>Dzierżymirski patrzył wciąż na nią, +z czułością współczuciem, bólem...</p> + +<p>- Biedna!.. biedna!.. - wyszeptał - Biedna!.. +powtórzył ciszej jeszcze. Bolesne skrzywienie przemknęło mu po +ustach, i odwróciwszy twarz, - nieruchomy, oparł się w zadumie o +szyby okien balkonu.</p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<center>---------</center> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p>Babie lato snuło swą przędzę... +Czepiało się na zagonach poruszonej świeżo czarnoziemnej +gleby; łaskotało nozdrza siwych wołów, w trzy pary leniwie +sunących u pługów, obmotywało się swawolnie wokoło +ich przepysznie rozrosłych rogów i biegło dalej, unoszone +wietrzykiem, by przytulić się do rozgorzałej w słońcu +czerwienią i złotem ściany borów, do samotnych grusz polowych i +zgarbionych strzech ukraińskich chatek, a zaglądając po drodze +w ukołysane jesienną ciszą jary - ginęło gdzieś +w stepie dalekim, splatając tam ze sobą uściskiem trawy, bodjaki +i polne kwiecie - pracowicie przędząc wszędy ustawiczną +nić swą białą.</p> + +<p>Drogą do Gowartowa, galopem, co koń wyskoczy, +pędziła czwórka koni, unosząc w tumanie iskrzącej się +od słońca kurzawy powóz, a w nim dwie osoby. Pierwszą z nich +był ksiądz proboszcz, z pobliskiego miasteczka, drugą - Krasnostawski.</p> + +<p>Jak huragan, minąwszy pochyloną garstkę ludzi, +kopiących w pobliżu łan buraków, oraz cmentarzyk wiejski, cichy, +pełen uroku - pojazd wpadł do sioła. Z zagród chłopskich +wyskoczyły psy i szczekać poczęły zajadle; wystraszone +dzieciaki, o płowych, prawie białych, włosach, rzuciły +się, uciekając w popłochu, a przędzące konopie +wieśniaczki, w barwnych swych strojach, chustkach i wyszywanych +koszulach, stawały zdziwione, przeprowadzając migający +pędem pojazd niespokojnem okiem.</p> + +<p>Zziajana, okryta potem czwórka koni, zwolniła wreszcie +biegu, i stępa, wolniutko, ostrożnie spuszczać się +zaczęła z pagórka na wiejską groblę.</p> + +<p>- Czy księdza dobrodzieja nie znużyła nasza +tak prędka jazda?.. Cóż robić jednak, kiedy inaczej nie +zdążylibyśmy może... - odezwał się Krasnostawski, +korzystając z mniejszego pędu powietrza.</p> + +<p>Barczysty ksiądz, o inteligentnem wejrzeniu dużych +czarnych oczu i brwiach kruczych, odbijających wyraziście od +białych włosów, wymykających mu się spod kapelusza, +obruszył się na to pytanie.</p> + +<p>- Ale, cóż znowu!.. - odparł. - Oby tylko ten +zacny pan January dożył błogosławionej chwili i mógł +pojednać się z Bogiem!..</p> + +<p>Umilkł ksiądz, i niebawem z pobożnem +westchnieniem, dorzucił:</p> + +<p>- O to ostatnie właśnie od czasu, gdy jedziemy, +myśl mą ku Najwyższemu wznoszę... Może jej +usłuchać raczy!..</p> + +<p>- Doktór mówił, że z godzin trzy pożyje - +odparł Krasnostawski, a wyjmując zegarek, rzekł jeszcze: - Od +chwili tej minęło dwie godziny...</p> + +<p>- Ach, ci lekarze! - machnął ręką +ksiądz stary - cóż tam ostatecznie wiedzieć oni mogą - +wszak wszystko w ręku Stwórcy-Pana! Ja, na przykład, pewnego razu +byłem już konającym, a jednak, po przyjęciu +Przenajświętszego Sakramentu i Olejów Świętych - +wyzdrowiałem...</p> + +<p>Umilkli. Ksiądz zaś po chwili, widząc, +że furman wciąż jedzie stępa, zauważył:</p> + +<p>- Ale może byśmy znów pojechali nieco +prędzej, nieprawdaż?</p> + +<p>- Naturalnie, niech minie tylko most i groblę - +odrzekł Krasnostawski.</p> + +<p>U stóp ich szumiało w tej chwili koło u młyna, +pryskająca odeń wodna piana szeroko rozlewała się na +senną taflę dużego stawu, w której przeglądały +się pożółkłe szczyty gowartowskiego parku.</p> + +<p>Za groblą znowu ruszyli galopem, i niebawem, +wyminąwszy jeszcze część wsi, zajechali przed ganek +pałacu. Na spotkanie wybiegł stary lokaj, klucznica i kilku domowników.</p> + +<p>W ciszy, przerywanej tylko parskaniem i sapaniem spienionej +zziajanej czwórki koni, z lękiem, na stopniach kocza, Krasnostawski +zapytał głośnym szeptem:</p> + +<p>- Żyje?..</p> + +<p>- Żyje !.. Żyje !.. - odparli wszyscy chórem, +lokaj zaś natychmiast dorzucił:</p> + +<p>- Chwała Bogu na wysokościach... Pan doktór +powiedział, że może i do jutra rana...</p> + +<p>- A gdzież pan doktór? - pytał dalej Krasnostawski.</p> + +<p>- A ot, tylko co patrzeć, jak odjechał.. Pono do +Karolówki, bo tam młodsza jaśnie pani niezdrowa...</p> + +<p>- Niezdrowa!.. - obruszył się plenipotent. - Tu +przecież konający w domu, mógł chyba zostać jeszcze! - +dorzucił gniewnie, zły na widoczną obojętność wiejskiego +eskulapa. Obejrzał się.</p> + +<p>Ksiądz z nim przybyły wysiadał +właśnie z powozu, poprzedzany towarzyszącym mu chłopaczkiem... +Rozległ się wkrótce dźwięk uroczysty kościelnego +dzwonka - w progi pałacu wstępował Syn Boży, utajony w +Przenajświętszym Sakramencie...</p> + +<p>W parę minut później, do pokoju chorego już +wchodził ksiądz; idący w ślad za nim Krasnostawski +został na progu i spojrzał w głąb sypialni chorego.</p> + +<p>Na łóżku zamajaczyła mu blada, już nie z +tego prawie świata, sędziwa twarz pana Januarego. Drzwi +zamknięto jednak w tej chwili - Krasnostawski cofnął się +dyskretnie i począł przechadzać się wielkiemi krokami po +pokoju.</p> + +<p>Od czasu powrotu z podróży swej do miasta, na nim +jednym prawie spoczywało wszystko. Przepędzał noce całe u +chorego, doglądał go osobiście, wzywał lekarzy, konsylia.</p> + +<p>Dziś, widząc, iż już koniec +nieodwołalny się zbliża, a śmierci widmo błąka u +progów pałacu, znaglony, pojechał po księdza, dnia poprzedniego +już, cięty przeczuciem, zatelegrafowawszy o nieszczęściu do +marszałkowej, Ładyżyńskiego oraz do dawnego kolegi swego, +Tarnopolskiego.</p> + +<p>Od tego ostatniego bowiem odebrał list iście +enigmatyczny, w którym proszono go usilnie, by doniósł szczegółowo o +wszystkiem, co się dzieje w Gowartowie.</p> + +<p>Zanadto przyrodzonego sprytu posiadał w sobie +Krasnostawski, by nie odgadnąć, że poza kolegą jego, +Tarnopolskim, ukrywa się ktoś inny, zainteresowany bardzo. Domyślił +się, iż był nim prawdopodobnie dobry znajomy tegoż, +Dzierżymirski, i dlatego nie ominął wyżej wzmiankowanego +Tarnopolskiego, również donosząc mu, że Gowartowski umiera.</p> + +<p>Smutny i blady, w przechadzce swej po pokoju, +przystanął nagle Krasnostawski, posłyszał bowiem w tej +właśnie chwili głosy i szepty w przyległej komnacie +chorego.</p> + +<p>- Spowiada się... - rzekł do siebie, i zbliżywszy +się do okna, spojrzał w zadumie.</p> + +<p>Tak samo, jak codzień, podlewano dzisiaj pod +zbliżający się wieczór klomby kwiatów, tak samo +zniżające się już słońce słało cienie +na aleje parku, na staw, porozrzucane w ogrodzie ławki, na chaty +sioła, i step w perspektywie.</p> + +<p>- I tak samo będzie jutro, pojutrze - zawsze! Tak samo +słońce i wszystko weselić się będzie, nic +porządku swego nie zmieni, choć dusza tego zakątka uleci w +zaświaty!.. - szeptał Krasnostawski, i rzuciwszy się na fotel, +podparł rękami głowę, a myśli goniąc się +przelatywały mu po głowie.</p> + +<p>- O, jakże okrutną jest śmierć! - +myślał. - Jak pełną zagadki niezwalczonej potęgi, +przed którą tylko w pokorze chylić musimy milcząco czoła!</p> + +<p>I nic kamiennego jej serca nie wzruszy, nic nie zatrzyma - +ona w swej nieubłaganej godzinie przyjść musi !..</p> + +<p>- Straszne, straszne!.. - szepnął znów do siebie +pochylony mężczyzna. - Tem straszniejsze, iż niezrozumiałe, +nieujęte rozumem ludzkim, zawsze, zda się, nowe, choć prawieczne +w sobie; zawsze tak samo niedościgłe, niezmiennie na wszelkie +pytania odpowiadające sfinksa zagadką...</p> + +<p>- I mnie to kiedyś przecie spotka, wszak i ja +umrę!.. - rzekł głośno do siebie Krasnostawski. - A potem +?.. - szepnął z trwogą.</p> + +<p>I z pytaniem tem na ustach utkwił wzrok błędny +we drzwi sąsiedniego pokoju...</p> + +<p>Drzwi te tymczasem roztwarły się cicho i na progu +ukazała się, natchniona w tej chwili jakby twarz księdza i +postać jego wyniosła. Krasnostawski, zbudzony ze swych myśli +ponurych, żywo podbiegł ku niemu.</p> + +<p>- Cóż, księże proboszczu? - zapytał.</p> + +<p>- Wszystko dobrze... Zbratała się dusza jego z +Panem... - odparł tenże z powagą.</p> + +<p>- Ale? ale, czy ksiądz dobrodziej nie uważał +przypadkiem ?... To jest... - plątał się Krasnostawski - +powiedzieć chciałem, czy choremu przypadkiem nie lepiej?...</p> + +<p>- Ha, Bóg wiedzieć raczy... Nam pozostaje pogodzić +się tylko z Jego Najwyższą Wolą!.. - tym samym tonem +odrzekł sługa Pański.</p> + +<p>- Zapewne!.. - bąknął Krasnostawski. +Zapanowało chwilę ciężkie, ołowiane milczenie. - Ach, +ale przepraszam najmocniej księdza dobrodzieja - uprzejmie przerwał +pierwszy młody człowiek - w tej chwili podwieczorek podać +każę, ksiądz dobrodziej utrudzony drogą, głodny +zapewne!... - i Krasnostawski ku drzwiom się skierował pośpiesznie.</p> + +<p>- Nie, dziękuję ci, panie Bolesławie! +Jechać muszę...</p> + +<p>- Już? - zdziwił się młody plenipotent.</p> + +<p>- A tak, serce, jutro odpust u mnie, roboty huk!.. Każ +zaprzęgać, jeśli łaska, a ja tymczasem w ogrodzie poczekam +i modlitwy swe przedwieczorne odmówię.</p> + +<p>- W tej chwili służę księdzu +dobrodziejowi... - rzucił w półukłonie Krasnostawski i +znikł za drzwiami.</p> + +<p>Ksiądz zajrzał jeszcze do chorego; pozostawiony na +opiece staruszki-klucznicy, z pogodą na obliczu swem dziwną +leżał on spokojnie.</p> + +<p>Widząc to, proboszcz wyszedł.</p> + +<p>Z dobry kwadrans migała wysoka, czarna sylwetka jego +na tle zieleni, po wygracowanych starannie alejach parku, poczem w +pobliżu modlącego się w skupieniu księdza pojawił +się Krasnostawski.</p> + +<p>Zaturkotało jednocześnie... Z uszanowaniem przez +wszystkich odprowadzony, proboszcz wsiadł niebawem do powozu. W parę +minut później pojazd, unoszący go, znikł za wjazdową +bramą pałacu...</p> + +<p>Stojący na ganku Krasnostawski poruszył się machinalnie +i przez milczące pałacowe komnaty skierował do pokoju pana +Januarego.</p> + +<p>- Cóż? jakże?.. - zapytał zapłakanej +staruszki, siedzącej koło łoża chorego.</p> + +<p>- Teraz... leży niby spokojnie - wyjąkała +cicho.</p> + +<p>- No, to proszę iść odpocząć, ja +zostanę i dam znać, gdy zajdzie tego potrzeba - stanowczo +odezwał się Krasnostawski.</p> + +<p>Po opieraniu się dłuższem, staruszka, +znużona i senna wysunęła się z pokoju, Krasnostawski +zaś, podszedłszy do fotelu, stojącego przy łóżku, +usiadł ciężko.</p> + +<p>Cisza martwa zagościła w komnacie... Gowartowski, +oddychając niepostrzeżenie lekko, spokojny, leżał +wciąż nieruchomo; znużeni domownicy rozpierzchli się, +każdy do swego zakątka i odgłos żadny nie dochodził +tutaj, tylko poprzez zapuszczone firanki oraz story rzucało swe jaskrawe blaski +zniżające się już słońce...</p> + +<p>Krasnostawski, zmęczony życiem ostatnich dni +kilku, zamyślił się głęboko, fizycznie +wypoczywając zarazem.</p> + +<p>Od czasu do czasu spojrzenie przenosił na starca, +poczem zapadał znów w zadumę, połączoną z +nieokreśloną apatyą, gniotącą go swym +ciężarem, z poczuciem bezradności, w obliczu +zbliżającej się nie odwołalnie, kroczącej +śmiało śmierci!</p> + +<p>Minęło w ten sposób dwie godziny.</p> + +<p>Na ciemne żaluzye u okien padały teraz prostopadle +dogasającą czerwoną łuną ostatnie zachodu promienie, +majaczyły ognikami krwawymi po posadzce i ścianach, a spoza parku, z +oddali, niewyraźnie jakieś dla ucha dochodziły odgłosy...</p> + +<p>To pracowity, znojny kończył się gdzieś +tam, po polach i siołach pogodny dzień jesieni; to, +śpiewając chórem smętną ukraińską dumkę - +wracały po pracy dziewczęta i mołodycye, z buraczanych +łanów, gromadą...</p> + +<p>Nagle Krasnostawski, z przymkniętymi oczyma w fotelu +swym zagłębiony, ocknął się, drgnąwszy na +całem ciele nerwowo. Spojrzał na chorego...</p> + +<p>Usta pana Januarego szeptały coś niewyraźnie, +poruszały się szybko - wreszcie uniósł się on na poduszkach +i wzrokiem błędnym spojrzał wokoło.</p> + +<p>Krasnostawski już był się zerwał i +stał teraz koło łóżka blisko.</p> + +<p>- Kto to jest?.. Kto to?.. - wyszeptał chory, z +trudnością.</p> + +<p>- To ja, Krasnostawski, Kra-sno-staw-ski - powtórzył +dobitnie.</p> + +<p>- A, a... to dobrze... dobrze... - pan January +zaczerpnął płucami powietrza i po chwili zupełnie już +przytomnie przemówił łamanym, cichym głosem:</p> + +<p>-Mój panie Bolesławie, odsłoń, proszę +cię, okno, choć jedno... Tak tu ciemno...</p> + +<p>Krasnostawski, usłuchawszy natychmiast zlecenia, +podniósł roletę.</p> + +<p>Słońce już było zaszło. W +pierwszych uściskach nadchodzącego zmierzchu stały cicho +półobnażone drzewa parku, przeplatane gdzieniegdzie czerwienią, +słały się aleje żółtawym od opadłych liście +kobiercem - bielały niewyraźnie w dali zagrody sioła, +ciemniały jego osady, senna i mroczna świeciła tafla stawu.</p> + +<p>Krasnostawski, odwróciwszy się od okna, spotkał +smutny, pełen tęsknoty wzrok starca, utkwiony w roztaczający +się poza oknem krajobraz.</p> + +<p>Do łóżka zbliżył się +pośpiesznie.</p> + +<p>- Dziękuję ci... mój kochany... pani +Bolesławie... dziękuję - odetchnął Gowartowski i +dokończył ciszej:</p> + +<p>- Ostatni to raz... ostatni widzę to wszystko! - +uczynił ręką ruch słaby, a wskazujący widok otulonego +mrokiem sioła i pól szerokich.</p> + +<p>- Dlaczego? - podchwycił szybko Krasnostawski, - +uważam właśnie, że głos pański ma dziwnie zdrowe +brzmienie - da Bóg, będzie lepiej...</p> + +<p>- Och... nie! Nie będzie lepiej - westchnął +pan January - nie będzie... to tylko na chwilę...</p> + +<p>Znów przestał, i zaczerpnąwszy powietrza, +ciągnął dalej, uczyniwszy jednocześnie prawą +ręką ruch zniechęcenia pełny.</p> + +<p>- Ja czuję, widzę, że koniec, +śmierć się zbliża... Nic mi już nie pomoże - wola +Boska!.. - znów przerwał... w minutę zaś mówił:</p> + +<p>- Właśnie... właśnie powiedzieć +coś chciałem tobie... kochany panie Bolesławie... +usiądź... - i pan January wskazał swą woskowo - +żółtą ręką taborecik.</p> + +<p>Krasnostawski usłuchał.</p> + +<p>- Poczekaj chwilę... odpocznę... - wyszeptał +osłabiony bardzo. Oparł głowę o poduszki i oddychać +począł ciężko, na bladej zaś twarzy jego zakwitł +i zgasł niebawem rumieniec nikły.</p> + +<p>Krasnostawski wyczekiwał, milcząc.</p> + +<p>- Może podać panu co do picia? - zapytał po +chwili.</p> + +<p>Przeczący ruch ręki był całą +odpowiedzią pana Januarego. W dziesięć zaś może minut +później głosem słabym, przerywanym co chwila ciężkim +oddechem, przemówił cicho :</p> + +<p>- Tyś dobry... ty jeden... tak, jeden, jedyny, coś +mnie nie opuścił... Uczynili to wszyscy: siostra, +Ładyżyński, córka... - spuścił głowę i +umilkł, a dwie łzy duże, perliste zabłysły w jego +niebieskich, przybladłych źrenicach i stoczyły się z wolna +po wychudłej twarzy. Po chwili ciągnął znowu:</p> + +<p>- Źle uczyniła Ola, źle bardzo... Nie +poniewiera się tak rodzicem, nie depce się tak przywiązania +ojca... nie, nie, po stokroć razy nie!... - powtórzył z mocą w +osłabłym głosie, i z tą skargą na ustach przeciw +dziecku ostatnią, upadł na poduszki w znużeniu, jak ściana +blady.</p> + +<p>Krasnostawski, ze współczuciem, ujął +rękę starca w dłoń prawą, a gdy Gowartowski ponownie +uniósł się na posłaniu, opiekuńczo i silnie podparł, +podtrzymał swem lewem ramieniem jego ciało wychudłe.</p> + +<p>- Dziękuję ci, bardzo dziękuję!.. - +wyszeptał pan January i mówić począł dalej, +głośniej nieco, lecz ochrypłym już od zmęczenia i +wysiłku głosem :</p> + +<p>- Ale nie o tem mówić chciałem, nie o tem! +Przeciwnie... - znów zamilkł sekund kilka.</p> + +<p>- Przeciwnie - powtórzył - ja Oli przebaczam, +majątek cały zapisałem jej wyłącznie, tylko... tu +zatrzymał się starzec dłużej nieco, jakby w ostatnim +wysiłku trudno mu było jasno wyrazić myśl swoją - +tylko - ciągnął - że testamentów jest dwa: jeden u +notaryusza, złożony dawno, na korzyść Oli... drugi... na +jej niekorzyść...</p> + +<p>Umilkł znów Gowartowski blady i zmęczony, a po +chwili kończył:</p> + +<p>- Ten ostatni, późniejszy, napisałem w chwili +nierozumnego gniewu... Jest w mojem biurku, szuflada lewa, na wierzchu... +Podrę go!..</p> + +<p>Tu pan January, oswobodziwszy się od podtrzymującego +go ramienia Krasnostawskiego, opadł na poduszki wycieńczony.</p> + +<p>- Czy przynieść mam ten testament? - poddał +Krasnostawski.</p> + +<p>Ojciec Oli Dzierżymirskiej przyzwalająco +skinął głową i słabym ruchem ręki poruszył +kluczyk od szufladki stojącego obok łoża stoliczka.</p> + +<p>Krasnostawski zrozumiał. Wysunął szybko szufladę, +wziął stamtąd pęk kluczy i oddalił się cicho. </p> + +<p>Blady, oddychając ciężko, w oczekiwaniu +młodego człowieka, odpoczywał Gowartowski... W ciszy +głuchej minęło z dziesięć minut. Na progu wreszcie +ukazał się Krasnostawski, trzymając w ręku dużą +kopertę.</p> + +<p>Na jego widok pan January gorączkowo, o własnych +siłach, uniósł się na posłaniu i wyciągnął +rękę po testament.</p> + +<p>- Dziękuję... - wyszeptał.</p> + +<p>Odebrawszy zaś od Krasnostawskiego kopertę, +otworzył ją drżącą ręką, wyjął +arkusz papieru, znajdujący się tam i rozerwał zwolna na cztery +części. Potem włożył na powrót do koperty zniszczony +test, a zwróciwszy się do Krasnostawskiego, głosem dziwnie +dźwięcznym, stanowczym, wymówił:</p> + +<p>- Oddasz to jej... Oli - i umilkł, opadłszy znowu +na poduszki.</p> + +<p>Młody plenipotent machinalnie wziął +kopertę schował ją do kieszeni surduta. Wpatrzony w starca, na +którego twarzy igrał w tej chwili jakiś pełny dobroci +uśmiech, blady, tkliwy - milczał wzruszony, a dwie łzy +nieposłuszne zakręciły mu się w oczach.</p> + +<p>Głosem cichym, jakby dogasającym, mówił tymczasem +jeszcze pan January:</p> + +<p>- Nie zapomnij oddać... Pamiętaj!.. - urwał, +a po chwili:</p> + +<p>- Powiedz... także Oli... że przebaczam... jej... +i... jemu!..- dokończył z trudnością, w wysiłku +ostatnim i z wypiekami na twarzy, trupio blady, umilkł...</p> + +<p>Paląca się u obrazu Matki Boskiej nad łóżkiem, +z czerwonego szkła, lampka rzuciła w tej chwili promień jasny na +oblicze starca...</p> + +<p>W zmierzchu idącego wieczora twarz Gowartowskiego +zajaśniała jakimś nadziemskim jakby wyrazem szlachetnej +dobroci... Krasnostawski jednocześnie poprawił poduszki u łoża +i pochylił się nad chorym, zdało mu się bowiem, iż +tenże porusza ustami.</p> + +<p>Rzeczywiście. Niedosłyszalnym, urywanym szeptem +młody człowiek posłyszał jeszcze:</p> + +<p>- Dziękuję... tyś dobry!.. Mówić +już... więcej... nie... mogę...</p> + +<p>Poruszony słowami chorego starca, zdenerwowany, +wzruszony odstąpił od łóżka Krasnostawski i +przygnębiony, usiadł w fotelu.</p> + +<p>Minęło z dziesięć minut.</p> + +<p>Widząc, że chory leży teraz zupełnie +już cicho, młody człowiek po chwili powstał, +posłuchał oddechu jego, poczem wysunął się cichutko z +pokoju. Dusiło go coś w gardle...</p> + +<p>W sąsiednich komnatach pusto było całkiem i +szaro już zupełnie. Mrok wieczora wciskał się do +pałacu coraz natarczywszy, wszędzie, samotny, cichy, smutny. +Krasnostawski bez hałasu otworzył podwoje balkonu i wyszedł na +werandę, spragniony odetchnąć świeższem powietrzem...</p> + +<p>Oparł się o balustradę, chłodzić +począł rozpalone czoło zimnym powiewem jesiennego wieczora i +stał tak nieruchomy dość długo, ogłupiały jakby +na razie, bezmyślny...</p> + +<p>Nagle milczenie pogrążającego się coraz +bardziej w mroki domu i parku, przerwał jednostajny donośny, +odgłos dzwonu w pobliżu. To codziennym, panującym w Gowartowie, +zwyczajem, zwoływana służbę na wieczorną kolacyę.</p> + +<p>Krasnostawski się ocknął, a jednocześnie +poczuł pragnienie i głód.</p> + +<p>Wrócił do komnaty, zamknął drzwi oszklone od +werandy, a napotkawszy po drodze jakąś pozostawioną +świecę, zapalił ją pośpiesznie i na palcach +skierował się poprzez kilka komnat do jadalnej sali. Dobę +całą Krasnostawski nic, prócz kilku szklanek herbaty, w ustach nie +miał - młody organizm dopominał się o swoje prawa.</p> + +<p>W kredensie znalazł pochowane zimne mięsiwa i +chleb razowy; posilił się, popił wodą i przez puste komnaty +znowu skierował się do pokoju Gowartowskiego.</p> + +<p>Tu już zupełne panowały ciemności. +Krasnostawski zapalił lampkę, przykrył ją abażurem i +spojrzał na chorego.</p> + +<p>Leżał w tej samej pozycyi, tak samo spokojny, +oddychając lekko, cicho, bledszy tylko, żółtszy jakby... I w +jednem również zaszła, zmiana nagła.</p> + +<p>Oto ręce pana Januarego wykonywały po kołdrze +jakieś niewyraźne i dziwne ruchy, jakby szukały czegoś, +szczypały powierzchnię sukna, zatrzymywaly się chwilę, i +znów rytmiczne poruszały się zwolna, jednostajnie...</p> + +<p>Krasnostawski, postawszy czas jakiś, zbliżył +się do stolika, wziąwszy do ręki machinalnie stojące tam +lekarstwo. Spojrzał na receptę. Przeczytawszy zaś, +westchnął.</p> + +<p>Były to leki zwykle, przepisywane dogorywającym...</p> + +<p>- Czyżby naprawdę tak źle już było? +- szepnął do siebie młodzieniec - tak przytomnym był jednak +przed chwilą!.. E!.. może Bóg da... pocieszając się - +dokończył głośno.</p> + +<p>Tymczasem zmęczenie fizyczne i moralne waliło +wprost z nóg Krasnostawskiego.</p> + +<p>Zbliżył się chwiejny do fotelu. Usiadł i +po kilkakrotnie ziewnął mimo woli nerwowo. Po chwili jednak +energicznie wstrząsnął się...</p> + +<p>- Ooo... jakże mi się spać chce!.. - +mruknął i ponownie ziewnął przeciągle z cicha.</p> + +<p>- Ale nie można... nie można!.. - +szepnął znów do siebie przekonywająco i sięgnął +po stojącą opodal flaszkę kolońskiej wody.</p> + +<p>Przetarł sobie skronie, powąchał, poczem +napił się zimnej wody ze szklanki, i jak mu się zdawało, +zupełnie obecnie rzeźki, zagłębił się w fotelu.</p> + +<p>Tymczasem minęło minut dziesięć +zaledwie, gdy młody pan plenipotent spał już na dobre, pochrapując +nawet z lekka czasami.</p> + +<p>Sen zwyciężył... Milczenie i spokój +jakiś złowrogi zapanowały w komnacie.</p> + +<p>A zewnątrz pałacu tymczasem noc z wolna i stopniowo +królować zaczęła.</p> + +<p>Na ciemnem tle nieba zamrugały wkrótce gwiazdy, od pól +wionął wietrzyk i cichym żółkniejących liści +pogwarem zaszumiał nad domem park stary.</p> + +<p>Wewnątrz zaś dworu usnęli wszyscy... +Milczały tu wszystkie kąty, a w oddzielonej kilkoma komnatami +jadalnej sali dochodził tylko regularny odgłos staroświeckiego +zegara, który brzdąkał i tykał i bił przeciągle +godziny jedna za drugą.</p> + +<p>Nagle w głuchej ciszy sypialni pana Januarego +rozległo się początkowo słabsze, niebawem coraz silniejsze +charczenie. To chory starzec już konał...</p> + +<p>Za łożem, w półświetle komnaty, +niewidzialna dla oka ludzkiego, stanęła śmierć, lepu swego +chciwa - jęki zgłuszone umierającego dziesięciokrotnem +echem wstrząsnęły ciszą domu...</p> + +<p>Coś zbudziło Krasnostawskiego. Co? - sam nie +wiedział na razie. Zerwał się z fotelu, oczy przetarł i +spojrzał na pogrążone w cieniu łoże. +Zdrętwiał nagle i włosy dębem stanęły mu na +głowie.</p> + +<p>Z oczyma, wywróconemi po białka źrenic, postawionemi +w słup, nieprzytomny, z ustami otworzonemi, zżółkły, +zzieleniały - straszny, jęczał starzec, łapał +powietrze, stękał żałośnie - charczał +złowrogo...</p> + +<p>Krasnostawski zrozumiał, lecz znieruchomiał na +razie do tego stopnia, że nie był w stanie poruszyć się z +miejsca.. Po raz pierwszy w życiu znajdował się wobec +konającego człowieka, patrzał więc bezprzytomny prawie i +błędny nieustannie na Gowartowskiego... Drżał przy tem na +całem ciele, chwytało go coś za gardło, przykuwało do +miejsca, do ziemi.</p> + +<p>Równocześnie przygnębiająca cisza +gniotła mu piersi ciężarem, konające drgnienia i jęki +umierającego, niby ostrzem ze stali krajały niemiłosiernie +wyprężone nerwy, a zarazem lęk niewytłumaczony, dziwny, +zatrząsł nim.</p> + +<p>Więc to śmierć!.. śmierć idzie +już, przybliża się, okropna, bezzębna, oto jej szkielet +sunie obok, mija go!.. Zbliża się teraz obojętna do +łoża... nachyla nad konającym...</p> + +<p>- Ha-ha-ha!.. ha-ha-ha!.. ha-ha-ha!.. - wstrząsa +ścianami pokoju - oto śmiech jej straszny!.. Rzężenie +konającego odpowiada mu echem coraz przeraźliwiej, +głośniej... Ponuro jęczy on, skarży się, miota !..</p> + +<p>- Boże!.. Boże!.. Co... to? Co... to? - krzyknął +Krasnostawski, schwycił się za głowę, zadygotał raz +jeszcze i porwawszy ze stołu dzwonek - wybiegł.</p> + +<p>W milczeniu powszechnego uśpienia rozległ się +niebawem rozpaczliwy dźwięk pokojowego dzwonka, +wstrząsnął murami !..</p> + +<p>Gowartowski tymczasem czynić począł teraz +rękami jakieś szalone ruchy, gwałtownie odpędzał +coś, bronił się przed kimś, jęczał jeszcze +donośniej, chwytał powietrze, bezustannie charczał..</p> + +<p>Bieganie napełniło niebawem dom cały. Garstka +domowników i służby w kilka chwil później napełniła +pokój dogorywającego człowieka. Ostatnia przyszła staruszka, +klucznica, z gromnicą w ręku.</p> + +<p>Żałobną świecę zapalono +pośpiesznie i uklękli wszyscy. Krasnostawski przy samem +łożu, trzymając w dłoni rękę pana Januarego.</p> + +<p>Chłodła mu ona w palcach coraz bardziej; stopniowo, +powoli, charczenie, jęki, również ustawały, ucichły +wreszcie...</p> + +<p>Skupione milczenie komnaty, zamagnetyzowane wyczekiwaniem, +trwogą, przerwał szelest, dla ucha prawie niedosłyszalny. +Ostatnie w tej chwili ziemskie westchnienie człowiecze ulatywało z +piersi starca - mknęło w zaświaty...</p> + +<p>- Skończył... - szepnął Krasnostawski. +Wśród klęczących rozległ się płacz... Gdzieniegdzie +płomyk zapalonej gromnicy oświetlił ponuro +żółtawą plamą ściany, sprzęty i szyby komnaty, +drgać zaczął błyskotliwy po twarzach klęczących +ludzi.</p> + +<p>Poczęto się żegnać pobożnie...</p> + +<p>Wspólna, cicha, a pełna głębokiej wiary +prostych dusz modlitwa, z wolą Najwyższego godząca się, +pokorna, napełniła mury pokoju, i aż do stóp Stwórcy-Pana +uleciała skrzydlata - wzniosła się tam, gdzieś wysoko, w +ślad za zagadkową drogą duszy zmarłego, jakby mu niebo +otworzyć pragnęła.</p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<center>---------</center> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p>Pokraśniałe, czerwono-złote dzikiego wina +liście, pnące się po białych ścianach gowartowskiego +dworu, zaglądają przez otwarte okno do małego gabinetu, obitego +kirem, a ruszane z lekka wietrzykiem, kołyszą się w promieniach +jesiennego słońca, powiew zaś zefiru delikatnym dreszczem +przebiega również po rzędzie żółtawych u świec +płomyków, palących się wokoło katafalku, ginącego w +zieleni cieplarnianych kwiatów.</p> + +<p>Obciśnięty w ubranie czarne, wytworny - pan, nawet +tu, za życia progiem, na podwyższeniu leży January +Gowartowski...</p> + +<p>Zesztywniałe palce jego trzymają kurczowo w +dłoni krucyfiks, zaczesany starannie wąs mlecznosiwy, sumiasty, +polski, odbija pięknie na białem, jak marmur, obliczu starca, a twarz +ta, zadum pełna, pogrążoną być tylko się zdaje w +głębokim, cichym śnie.</p> + +<p>Kamienny to sen!.. Sen zaświatów, wieczności, +zagadki bytu i świadomości prawdopodobnie tego, o co w dumie swej +pokorny, rozbić się musi rozum ludzki; sen straszny - obojętny +na wszystko dokoła!..</p> + +<p>I niczem już są dla niego sprawy tego padołu; +niczem troski, cierpienia ziemskie i niepokoje, niczem radośnie +igrające po pokoju słońce - niczem wreszcie boleść i +smutek klęczącej u stóp katafalku, sędziwej kobiety-siostry!..</p> + +<p>Przybyła w przeddzień marszałkowa Warnicka, +drżącemi, zbielałemi usty szepcze teraz modlitwy, z ócz jej +zmęczonych co minut parę upada łza cicha, a wzrok z +boleścią tłumioną wpatruje się w rysy ukochane.</p> + +<p>I modli się znów pokorna!..</p> + +<p>Lica Gowartowskiego bowiem nic nie mówią zupełnie +!.. Spokój i martwota nieziemska wyryte są na nich, a pogoda tylko +jakaś nieuchwytna, cicha, świadczyć się zdaje, że nie +czuje on już nic, a w każdym razie, iż docześnie na pewno +nie cierpi już wcale.</p> + +<p>- Módlcie się, płaczcie... przyjdźcie - +odejdźcie... zakopcie w ziemię... Róbcie, co chcecie - wszystko mi +jedno!.. - mówią sobą wyraźnie zesztywniałe członki +zmarłego.</p> + +<p>A tymczasem przez otwarte okno do ciasnego narożnego +pokoju wpadają, igrają coraz radośniej promienie +słońca, płyną jakieś dalekie z pól pieśni, +pogwary - oddalone życiowe echa...</p> + +<p>Babiego lata nić wpada tu z wietrzykiem i osiada cicho +na bujnej siwej czuprynie zmarłego... W tej samej chwili drzwi od komnatki +odmykają się ostrożnie i do pokoju wsuwa się rosły, +siwiejący już mężczyzna...</p> + +<p>To Ładyżyński. I on, przygnany straszną +wieścią choroby groźnej, podążył do przyjaciela +lat młodych, przybywszy jednak - za późno.</p> + +<p>Twarz jego, zazwyczaj pogodna, ironiczna, wyraża w tej +chwili ból niekłamany. Zbliża się milcząco, opatruje +płomyki świec, przestawia kwiaty, a poprawiwszy poduszkę - +zrzuca z głowy Gowartowskiego swawolną nić jesieni, i +ukląkłszy, głowę opiera o katafalk, w bolesnej zadumie.</p> + +<p>Mija tak długa chwila.</p> + +<p>Poczem drzwi skrzypią znowu, na progu ukazuje się +dorodna Krasnostawskiego postać. Objąwszy wzrokiem pokój i +znajdujące się w nim osoby, wzdycha ciężko, następnie +zaś zbliża się do Ładyżyńskiego i opiera lekko +swą rękę na jego ramieniu. Potrząsa niem delikatnie raz, drugi...</p> + +<p>Za trzeciem dopiero dotknięciem budzi się Ładyżyński +z bolesnego zamyślenia i unosi głowę.. </p> + +<p>- A, to pan? - pyta cicho - cóż to?... </p> + +<p>Jakby w odpowiedzi jednocześnie do pokoju wpada +wyraźnie oddalony jeszcze nieco dźwięk dzwonków, i +zgłuszony gdzieś po sioła drodze, daleki tętent i turkot +kół powozu.</p> + +<p>I w ślad za tem szeptem na pytanie pana Emila +odpowiada Krasnostawski.</p> + +<p>- Ze stacyi konie wracają... O ile wzrok mnie nie myli, +ktoś jest w faetonie... Zdaje mi się, że to - oni...</p> + +<p>Ładyżyński, słuchając go +uważnie, już powoli powstał był z klęczek.</p> + +<p>- Może szanowny pan dobrodziej będzie tak +łaskaw wyjść na ganek - ciągnie dalej Krasnostawski. - +Panią marszałkowę - tu zniża głos jeszcze bardziej - +fatygować nie wypada... Ja zaś pana Dzierżymirskiego nie znam... +A tu, do wiadomości zgonu...</p> + +<p>- Tak, tak! - przerywa pan Emil, - dobrze, mój panie, +idę... Ale prawda - zatrzymuje się - trzeba uprzedzić +marszałkowę, bo się biedaczka wystraszy.</p> + +<p>Ładyżyński pochyla się ku +klęczącej pani Melanji i szeptem coś jej przekłada.</p> + +<p>Wpółprzytomnie słucha go marszałkowa Warnicka, +po chwili zaś wstaje i ze smutkiem bezbrzeżnym, wzdycha +kilkakrotnie...</p> + +<p>Jednocześnie dwaj mężczyźni +wychodzą szybko, oddalony bowiem przed chwilą jeszcze turkot pojazdu +wstrząsa już oto murami domu i powóz snać zajeżdża +śpiesznie na dziedziniec. Odgłos dzwonków donośnie przerywa +martwą ciszę... Powóz staje.</p> + +<p>A następnie, aż tu, popod stopy umarłego +człowieka niewyraźne jakieś zgłuszone dochodzą +głosy i szmery...</p> + +<p>Nagle, o milczące ściany pałacu obija +się krzyk kobiecy bolesny, straszny, oraz stłumiony jeszcze oddaleniem +jęk rozpaczliwy. W ślad za tem rozlegają się kroki, coraz +szybsze, bliższe, a później już całkiem donośnie tym +razem, szelest sukni i łkanie. </p> + +<p>Jeszcze chwila...</p> + +<p>I cisza pokrytego kirem, tonącego w słońcu i +gromnic świetle, zakątka, sfinksowy, dumny majestat śmierci +brutalnie przerywanym zostaje.</p> + +<p>Drzwi roztwierają się nerwowo, ruchem gwałtownym, +od silniejszego prądu powietrza gaśnie przy katafalku świec +kilka, i do pokoju wbiega ubrana w podróżne szaty, płacząca +Ola...</p> + +<p>Za nią, ukazuje się śniade spokojne oblicze +Dzierżymirskiego i wytworna sylwetka jego.</p> + +<p>Jednocześnie murami komnaty wstrząsa krzyk bólu, +rozpaczy, a zarazem hałas drugorzędny jakiś, inny...</p> + +<p>To Ola już na kolanach... Obejmuje ona ramionami +zimne, martwe ciało rodzica, odtrąciwszy równocześnie niebacznie +przeszkadzające jej wysokie srebrne lichtarze, z chrzęstem +padające w tej samej chwili na ziemię...</p> + +<p>Ktoś schyla się pośpiesznie i opodal ustawia +je ponownie...</p> + +<p>Tymczasem krzyk beznadziejnego cierpienia wydziera się +z ust Oli.</p> + +<p>- Tato !... tatusiu !.. przebacz!.. - woła młoda +kobieta, płacząc, wijąc się z rozpaczy. - Ojcze!.. +ojczulku!.. przebacz!.. - kończy w łkaniu, szlochając.</p> + +<p>Na dźwięk słów ostatnich chmura osiada na +wyniosłem czole Romana.</p> + +<p>- Tyś winien także!.. ty również!.. To +dzieło także twoje! - szepce mu coś w duszy w tej chwili i +instynktownie blednie, pochyla się i klęka po drugiej stronie +katafalku.</p> + +<p>A Ola ściska, całuje teraz ręce, twarz i zimne +czoło starca, oblewa je łzami, włosy ojcowskie pieści i +tuli swą głowę do serca, co bić już na zawsze +przestało!..</p> + +<p>- Ty nie umarłeś - szepce - ty śpisz tylko!.. +ty nie umarłeś!.. - powtarza uparcie. - To być nie może - +nie może!!..</p> + +<p>Powstała z klęczek marszałkowa Warnicka podtrzymuje +wijącą się w bólu kobietę z jednej strony - z drugiej +opiekuńczo podpiera ją Ładyżyński.</p> + +<p>Wszystkim łzy kręcą się w oczach, jeden +Roman tylko nieczułym być się zdaje pozornie, ale twarz jego +kredowo - blada i brwi ściągnięte świadczą, iż i +on, w tej chwili przynajmniej - cierpi. Klęczy wciąż nieruchomo, +myśli...</p> + +<p>Poza nim, świadek niemy tej sceny, stoi Krasnostawski, +wzruszony, bezradny. Opodal stary lokaj domowy patrzy osowiały.</p> + +<p>- Złoty tatuniu !!.. złoty !!.. - woła znów +Ola, prosząco, błagalnie; z przerwami małemi, jękliwy, przeplatany +łkaniem, odzywa się bezustannie głos córki-sieroty, a echo jego +płynie przez okno w dal, do parku, na step i pola!.. </p> + +<p>I za głosem zrozpaczonej jedynaczki, hejnałem +wspólnym płakać, łkać oto zdają się stare drzewa +parku; szumem swych liści drobnych brzoza nad wodą wieść +tę powtarza dalej, płacząc sama, a jęk boleści, +podchwycony akordami przyrody, płynie, płynie w dal...</p> + +<p>I wszystko, zda się teraz, za panem swym boleje !..</p> + +<p>A więc i staw, śniący fali swej szmerem, i +łany, i polne kwiecie, i step, strząsający z traw swych niby +łzy żalu - drobne kropelki rosy...</p> + +<p>Jeden tylko umarły, jak głaz nieczułym jest +na jęk, ból swego dziecka.</p> + +<p>Lecz czyż to złudzenie?..</p> + +<p>Pod pocałunkami przed chwilą i łzą +jedynaczki, zdawało się, że oto znika z alabastrowego czoła +starca głęboka, zastygła tam zmarszczka, i całkiem +już teraz pogodne, obojętne, śni ono dalej bez końca...</p> + +<p>Może dusza z poza stref świata niewidzialna +zabłąkała się jeszcze tutaj przed dalszą w +wieczność zagadkową wędrówką?.. A może trup +słyszał jeszcze ?</p> + +<p>Któż wie? któż zgadnie?</p> + +<p>- Ojcze!.. ty żyjesz!!.. tato... tatusiu!.. Biedna +ja... biedna... nieszczęśliwa... - bezzmiennie; tylko coraz ciszej i +ciszej, rozlega się dalej u stóp starca wołanie Oli, w spazmach +łkań bolesnych, bezsilne, straszne w swej grozie, bólu - coraz +beznadziejniejsze.</p> + +<p>- Tatuniu!!.. Ta... tu... niu!.. - kona wreszcie krzyk +młodej kokiety... Milknie, oddany echem parku, pogwarami sioła i pól +szerokich... półomdlałą i słabą żonę wynosi +pośpiesznie na rękach Dzierżymirski z powleczonej kirem komnaty.</p> + +<p>Wystraszeni podążają za nim wszyscy...</p> + +<p>To życie już ze śmiercią walczyć +poczynało. Przepotężne w swej sile, nie lubiące, by zapominano +o niem, odrywało w tej chwili despotycznie od nieboszczyka, w skupieniu +otaczających go dotąd ludzi. Troska o żywym wzięła +górę!..</p> + +<p>W promieniach radosnych jesiennego słońca, w +ciszy, grającej tylko poważnym szumem drzew ogrodu - w chwilowym +nieładzie wpół przygasłych świec i poodsuwanych kwiatów, +niewzruszony w swym majestacie śmierci - umarły pozostał sam.</p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<center>***</center> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p>Od pogrzebu Januarego Gowartowskiego minęło dni +kilka.</p> + +<p>W pogrążonym już we śnie pałacu w +Gowartowie paliło się jeszcze światło w jednym pokoju, +rzucając w noc ciemną promień jaskrawy przez okienne szyby.</p> + +<p>W kancelaryjnym gabinecie dawnego pana, a dziś sypialni +nowego dziedzica, Dzierżymirskiego, on sam, znużony dniem minionym, a +nader dlań obfitym w niezwykłe zdarzenia, kładł się do +snu i z wolna rozbierał +leniwie.</p> + +<p>Na stoliku obok łóżka stała odkorkowana butelka +szampana i kieliszek wysoki, z kryształu, oraz odemknięte +pudełko cygar.</p> + +<p>Roman po chwili zapalił jedno z nich, nalał sobie +wina i wypił haustem jeden kielich, poczem zmęczony, wsunąwszy +się pod kołdrę, zgasił światło.</p> + +<p>Odetchnął parę razy głośno, z +ulgą, przeciągnął się, aż zatrzeszczało +staroświeckie łoże, ziewnął smakowicie, +zaciągnąwszy się zaś wyborowem cygarem, myśleć +począł o ukończonym dniu dzisiejszym, a przełomowym w +dotychczasowem życiu jego.</p> + +<p>Dziś to bowiem odbyło się otwarcie testamentu +nieboszczyka.</p> + +<p>Stosownie do woli zmarłego, córka jego stawała +się jedyną spadkobierczynią kilkakroćstotysięcznego +majątku...</p> + +<p>Dzierżymirski powtórnie wyciągnął +się z lubością w szerokiem, szeleszczącem +pościelą łożu.</p> + +<p>- Tak, kilkakroć-stoty-sięcz-nego... - +szepnął do siebie z zadowoleniem. Uśmiechnął +się... Dwa dni temu jeszcze, jadąc tu, a przeczuwając zgon ojca +Oli, - był pewnym niemal, iż on córkę za +nieposłuszeństwo wydziedziczył.</p> + +<p>Już dnia następnego po przybyciu do Gowartowa +przyjemnie bardzo rozwiały się jego trwogi; wzruszonej opowiadaniem o +ostatnich chwilach pana Januarego córce, w obecności Romana, +wręczył był Krasnostawski podarty własnoręcznie przez +umierającego ojca testament.</p> + +<p>On zaś, pomimo to, wątpił jeszcze... Bał +się otwarcia ostatniej woli nieboszczyka, złożonej oficyalnie u +notaryusza; i tutaj zdawał się przeczuwać podstęp +jakiś może i przykrą niespodziankę. </p> + +<p>Dziś wreszcie pierzchły bezpowrotnie niepokoje +ostatnie. Z nią uciekał również strach bliskiego +bezpieniężnego jutra, które czekało nań, czyhało z +wydaniem ostatnich paru tysięcy, pozostałych z poprzedniej fortunki, +życiem nad stan przez lat trzy lekkomyślnie wydanej.</p> + +<p>Tu Dzierżymirski uśmiechnął się +szydersko. </p> + +<p>Nie, stanowczo, pieniądz do niego się garnie!.. +Ten, który posiadał dotąd, choć wygrany, palił go +częstokroć, pomimo wszystko, przypomnieniem przeszłości. +Sofizmatami wtłumiał w siebie wspomnienia gryzące, lecz +jednocześnie i instynktownie jakby rozrzucał, pozbawiał +się grosza, tam, gdzieś na dnie duszy własnej, choć nie +przyznawał się pozornie do tego, rad nawet będąc, iż +złoto wątpliwe szło - nikło...</p> + +<p>Jakby otrząsając się z tego samopoczucia, +Dzierżymirski poruszył się niespokojnie i powrócił +myślą do teraźniejszości miłej.</p> + +<p>On i Ola - wszak to jedno. Dziś zatem, pomimo praw +miejscowych, de facto, stawał się panem okazałej i +pańskiej, własnej fortuny.</p> + +<p>I pokryta, stłumiona ważnością chwili, +smutkiem Oli, oraz całego domu - przez dzień cały - teraz dopiero, +w ciszy uśpienia pałacu, w czterech ścianach sypialni, +rozsadzać poczęło Dzierżymirskiemu piersi egoistyczne +zadowolenie wewnętrzne.</p> + +<p>Szczerze żałować zmarłego Roman w +istocie nie mógł. Poza innemi cechami charakteru dodatniemu i miłemi, +arystokrata z przekonań, nieprzystępny i dumny względem tych, +których pragnął trzymać od siebie z daleka, takim tylko, a nie +innym, okazał się nieżyjący pan January, w stosunku do +dzisiejszego swego zięcia.</p> + +<p>Dzierżymirski nie bolał więc wcale nad +stratą teścia swego... Teraz zaś, powoli paląc cygaro, +myśl jego, przesunąwszy się obojętnie po wypadkach +śmierci pana Januarego i jego pogrzebu, zatrzymując się przy +tych zdarzeniach tylko ze względu na boleść drogiej mu Oli - +swobodna, pomykała obecnie chyżo w przyszłość.</p> + +<p>Od jutra staje się panem!.. Będzie administrował +dobra, zbierał dochody...</p> + +<p>I Romana upajało to jutro!..</p> + +<p>Lat temu parę skromny student, korepetytor bez grosza +przy duszy, źle odziany, odżywiany - biedny... Później +zrządzeniem losu ślepego właściciel sumki pokaźnej +grosza... Dziś dziedzic, pan całą, gębą!..</p> + +<p>- Do dyaska !.. - mruknął Dzierżymirski i +uśmiechnąwszy się z zadowoleniem, musiał przyznać +jednak, że świat nie tak zły i nic nie wart, jak nazywał go +ongi, w pesymizmu chwilach, i że życie czasami bywa wcale miłem.</p> + +<p>- I cóż mogą o mnie złego powiedzieć +ludzie, świat cały? - rezonował dalej w myślach swych +Roman.</p> + +<p>- Nic zupełnie. O zgubie niezwróconej wszak nikt nic +nie wie, każdy zaś znający mnie przedtem, gdy dziś mnie +spotka, powie tylko z przekonaniem: Zuch, poradził sobie w życiu!..</p> + +<p>- A jak? któż o to pytać będzie...</p> + +<p>Dzierżymirski, poczuwszy znów pragnienie, w +półświetle pokoju odnalazł kieliszek i butelkę szampana, +którą, powodowany jakimś dziecinnym wprost kaprysem, przyniósł +sam sobie wieczorem z "własnej" piwnicy; nalawszy wina, +napił się chciwie.</p> + +<p>Radość zaś jego wewnętrzna, poza +egoistyczną samowiedzą przyszłego bytu, miała również +na jego obronę, przyznać należy, i szlachetniejszą podstawę.</p> + +<p>- Teraz będę miał na to, by oddać to, co +znalazłem - mówił sobie właśnie w tej chwili, trzymając +machinalnie w ręku wysoki kryształowy kielich od wina, a w +myślach bezwiednie i niejasno zarazem układał już +względem tego plany na przyszłość.</p> + +<p>- Ukrytym celem życia mego będzie +znaleźć, odszukać koniecznie zagadkowego właściciela +zgubionych dwudziestu siedmiu tysięcy - szeptał cicho Roman do +siebie, - a oddawszy mu jego pieniądze, oczyścić się w ten +sposób z plamy przeszłości!..</p> + +<p>- Muszę ją zmazać! Czystym być +muszę!.. - z siłą powtórzył głośniej. - +Choćbym miał świat z posad poruszyć! - dokończył +z mocą i umilkł, a równocześnie w piersiach jego zapalała +się teraz jakaś gorączka czynu.</p> + +<p>Zdawszy zaś sobie natychmiast sprawę z tego stanu +swego, Dzierżymirski poruszył się w pościeli swej +niespokojnie.</p> + +<p>- Tak, ja go znajdę! - mówił sobie w myśli +dalej. - Znajdę, dla tego choćby, iż nie unikać bojaźliwie, +jak dotąd, ale śmiało szukać go będę. Ale... - tu +Roman zatrzymał się w myślach, - ale, by dopiąć tego +- powtórzył - wszak muszę wypłynąć na arenę +szerszą świata!.. Bo przecież tu, choć będę panem +Gowartowa, nic przecie w tym względzie uczynić nie zdołam!..</p> + +<p>- A więc - gdzie ?.. - dręczyć go, +męczyć poczęło pytanie. Dzierżymirski brwi +zmarszczył. </p> + +<p>Powtórnie, znowu poczuł w sobie jakąś +nieprzepartą chęć czynu, a równocześnie zrozumiał +nagle, że radość jego chwilowa, przelotna z odziedziczenia +majątku była słomianym tylko ogniem!</p> + +<p>Bo, rzeczywiście...</p> + +<p>Ambicya bowiem, czasem źle umieszczona - pojęta, +lecz jedna i ta sama zawsze, która dotąd pchała go ślepo +naprzód, i teraz, choć został panem i zdobył, czego +pragnął, ukaże mu niewątpliwie inne znów braki obecnego +położenia, "iść" naprzód każe, +wynieść się ponad drugich zachęcać będzie - +nurtująca, despotyczna - nie pozostawi go w spokoju!</p> + +<p>Wziąwszy zaś jeszcze pod uwagę uśpiony +wyrzut sumienia i chęć zmazania plamy z własnej uczciwości +- przyszłość ta, przed chwilą jeszcze wymarzona, idealna... +już teraz przed wzrokiem Romana pokrywała się cieniem.</p> + +<p>Samowiedza powyższa pokryła chmurą na +chwilę piękne rysy Dzierżymirskiego.</p> + +<p>- Ha!.. zobaczymy!.. - rzekł zupełnie +głośno, a wypiwszy do końca szampańskie wino, postawił +kielich na stole tak silnie, że lejkowaty, delikatny, prysł on i +szczątki kryształu upadły z brzękiem na ziemię.</p> + +<p>Pierwszym ruchem pana na Gowartowie było +sięgnięcie po zapałki, myśl zaś zapalenia świecy, +by zebrać szkło stłuczone, przemknęła mu przez +głowę.</p> + +<p>Powstrzymał się jednak i mruknął zcicha:</p> + +<p>- Po co? Mam przecie na zawołanie kamerdyra i dwóch +lokai... Sprzątną jutro...</p> + +<p>Poczem, znużony myślami, przytulił +głowę do poduszki, usiłując zasnąć.</p> + +<center>--------------</center> + +<p> </p> + +<p>CZĘŚĆ DRUGA</p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p>Była wiosna...</p> + +<p>Od opisanych zdarzeń piąta już z kolei tak +samo urocza zawsze, uśmiechnięta i wesoła - nowa wiecznie, w +zieleni i blaskach wschodziła ona znowu nad światem. Pełna w +przyszłość wiary i nadziei krzepiła serca, +rozjaśniała umysły, siała po twarzach ludzkich +uśmiechy radosne, a rozogniając wyobraźnię, zmysły - +upajając swem tchnieniem, majowem, świeżem - szła +zwycięska, królewska, wspaniała...</p> + +<p>Przez wpółprzymknięte okno powiew jej, +łącznie z głuchym gwarem ulic wielkiego miasta, wdzierał +się do umeblowanego poważnie, obszernego gabinetu, gdzie przy biurku +okazałem, a zarzuconem papierami, listami, księgami i pismami, +siedział Roman Dzierżymirski i słuchał mówiącego +coś do niego młodego mężczyzny.</p> + +<p>Po chwili tenże umilkł, w pokoju zapanowała cisza, +zamykająca snać poważną i czas dłuższy +toczącą się rozmowę.</p> + +<p>Roman zamyślony, ująwszy w dwa palce jakiś +papier, złożony we czworo, postukiwał nim machinalnie o +amarantowe sukno biurka, przybysz zaś milczał, wpatrzony w niego - +na odpowiedź czekał cierpliwie, bawiąc się tymczasowo +trzymanem w ręku nożem do rozcinania.</p> + +<p>Gość nieznajomy był niskiego wzrostu; twarz +miał myślącą, ruchliwą i zmienną, cała +zaś jego powierzchowność, wyraźnie zdradzać się +zdawała, kogoś ze sfer finansów, lub przemysłu.</p> + +<p>Przeniósłszy niebawem wzrok z twarzy Dzierżymirskiego +na otaczające go sprzęty w gabinecie, pobieżnie +przyglądać mu się zaczął.</p> + +<p>Rzucił więc okiem na stojący opodal stół +duży, przykryty zielonem suknem, a przeznaczony zapewne do sesyi i narad, +na otaczające go fotele, skórą kryte, na dwie, szafy +książek, zegar - cacko starożytne; spojrzał na parę +konsol, stolików, i innych zbytkownych gracików - wreszcie, zniecierpliwiony +dłuższem milczeniem gospodarza, zagadnął:</p> + +<p>- Zatem... panie prezesie?</p> + +<p>Dzierżymirski ocknął się, i już +otwierał właśnie usta, by coś odrzec, lecz zatrzymał +się nagle, drzwi bowiem skrzypnęły, i wszedł lokaj, +trzymając duży list na tacy.</p> + +<p>- Jakiś pan to przyniósł, czekał bardzo +długo, - objaśnił, - w końcu kazał mi list oddać +jaśnie panu, a sam poszedł...</p> + +<p>- Przepraszam pana!.. - rzucił Roman gościowi +swemu - pan pozwoli, nieprawdaż? - i rozerwał kopertę +przyniesionego pisma.</p> + +<p>Spojrzał na ćwiartkę papieru formatu +handlowego, z kilkunastoma tylko wierszami, pisanymi czytelnie na maszynie, i +kilkoma hieroglifami podpisów.</p> + +<p>Lokaj znikł tymczasem, a, jednocześnie +Dzierżymirski, skończywszy czytanie, ponownie zwrócił się +do gościa swego, lecz i tym razem znowu przeszkodzono mu.</p> + +<p>Ktoś pukał do drzwi dyskretnie.</p> + +<p>- Proszę!.. - rzekł Roman głośno.</p> + +<p>Drzwi roztworzyły się szybko. Do gabinetu +wszedł młodzieniec bardzo wysoki, ubrany modnie, o +powierzchowności wytwornej i pańskiej, oraz ruchach naturalnych, +swobodnych, nerwowych nieco tylko i zbyt prędkich.</p> + +<p>Przeprosiwszy pośpiesznie siedzącego przemysłowca, +Dzierżymirski zerwał się na widok wchodzącego.</p> + +<p>- Pardon... +mille fois... pardon!.. Kochany prezesie, słówko tylko +jedno - mówił już tymczasem przybyły, a ujrzawszy +powstającego instynktownie gościa, dość grzecznie +rzucił w jego stronę.</p> + +<p>- Przepraszam bardzo, stokrotnie... pana... sekundę +tylko!.. - ująwszy zaś ramię Dzierżymirskiego, +nachylił się ku niemu, odprowadził dalej nieco i +półgłosem mówić począł coś, z +żywością i gestykulacyą, stojąc z nim razem +pośrodku gabinetu.</p> + +<p>Po chwili, odprowadzony aż do drzwi, z atencyą +wyraźną, pożegnał się serdecznie z Romanem i +zniknął za portyerą i drzwiami.</p> + +<p>Dzierżymirski tymczasem powracał już do gościa +swego, a przeprosiwszy go raz jeszcze, dodał na pozór niedbale:</p> + +<p>- To właśnie książę-ordynat B... nie +zna pan?... Miał do mnie interes bardzo pilny... Tu znów - wskazał +na otrzymaną przed chwilą korespondencyę, - zaproszenie na +ogólne zebranie akcyonaryuszów jednej z naszych kolei. Dziś mam +pięć sesyj... - ciągnął dalej w tym samym tonie, - tam +- uczynił głową niewyraźny ruch ku drzwiom, - czeka masa +interesantów... Wszystkie godziny dnia policzone...</p> + +<p>- Wobec tego - zatrzymał się znowu Roman - nie +wiem doprawdy - mówił zwolna - czy przyjąć mogę tak +zaszczytny wybór panów... Po prostu nie mam w ogóle czasu... Nie, nie mogę +!</p> + +<p>Cień przeszedł po obliczu nieznajomego, +chciał coś zaprotestować, lecz Dzierżymirski już +mówił: </p> + +<p>- Przykro mi tylko, iż panowie z tego powodu ambaras +prawdopodobnie mieć będą... - zatrzymał się +chwilę i wskazał na trzymaną do niedawna, w ręku +odezwę jednego z pierwszorzędnych akcyjnych towarzystw +węglowych, w której donoszono mu właśnie o wyborze go podczas +ostatniego zebrania akcyonaryuszów na przewodniczącego w komisyi rewizyjnej.</p> + +<p>- Lecz wyznać muszę - ciągnął dalej +i uśmiechnął się przy tem z lekka, - że nawet +czynność, proponowana mi przez panów, zastaje mnie całkiem nie +przygotowanym. Po prostu - tu po wargach Romana przemknął powtórnie +uśmiech - dziedzina to rzeczy, dla mnie nie tak dokładnie i +zupełnie znanych... Terra incognita... - skłonił głowę +ruchem lekkim - stanowiska podobnego nie miałem jeszcze dotąd...</p> + +<p>I Dzierżymirski zamilkł na chwilę poczem swobodnie +dorzucił:</p> + +<p>- Ale! prawda... Zapomniałem jeszcze powiedzieć +szanownemu panu... Za parę dni wyjeżdżam na czas +dłuższy za granicę, dla wypoczynku.</p> + +<p>Roman zatrzymał się i pytająco spojrzał +na gościa swego.</p> + +<p>- O!.. to najmniejsza... - odparł szybko przemysłowiec +- czynność komisyi w roku bieżącym wypada dopiero za +miesięcy kilka, a odbywa się w ogó1e nieczęsto... Co zaś do +pierwszego punktu... rzecz to również małej wagi...</p> + +<p>- Nie chodzi nam bynajmniej o jednostkę tak dalece +rutynowaną, - przepraszam za wyrażenie i młody człowiek +uśmiechnął się lekko - lecz o człowieka tych +wpływów i stanowiska, oraz zaufania szerokich kół naszego miasta, +jakie pan prezes po paru latach zaledwie zdobyć sobie potrafił, i +które niewątpliwie, rzec można, posiada obecnie już w zupełności...</p> + +<p>Dzierżymirski teraz z kolei uśmiechnął +się na tak jasne postawienie kwestyi. </p> + +<p>Rzeczywiście, lat temu kilka, gdy nieznany tu +zgoła jeszcze przybył osiedlić się w mieście, +czyżby śniło się nawet komu przyjść doń z +tego rodzaju propozycyą. Błysk zadowolenia miłości własnej +przemknął w tej chwili po licach Dzierżymirskiego.</p> + +<p>- Nie traciłeś czasu daremnie - mówił mu +wewnętrzny głos i uczucie pychy rozpierało piersi. </p> + +<p>Milczeniu zaległe przerwał tymczasem głos +przemysłowca.</p> + +<p>- Zatem - rzecz załatwiona nieprawdaż? Pan prezes +- przyjmuje?...</p> + +<p>Dzierżymirski zawahał się sekundę +jeszcze, pochlebstwo jednak, podane zręcznie, działać +poczynało. Zdecydował się dać odpowiedź +przychylną.</p> + +<p>- No... trudno!.. - wycedził z wolna, obojętnie i +z pozornym przymusem. Pomimo obowiązków i odpowiedzialności, które +wkładają na mnie czynności i stanowisko przewodniczącego w +komisyi, przyjąć już chyba muszę!..</p> + +<p>- Wybór panów akcyonaryuszów zresztą takiego +związku, jakiem jest Towarzystwo panów - tu Roman skłonił +się grzecznie w stronę gościa swego, a będącego - +ciągnął dalej - bez pochwał i przesady, w rozkwicie obecnym +jednem z pierwszorzędnych w kraju - zaszczyt mi tylko przynosi - i +Dzierżymirski w tem miejscu przemówienia swego pochylił z lekka +głowę. - Co zaś do czynności rewizyjnych, mam nadzieję +również - kończył - iż chyba im podołam, tymbardziej - +uśmiechnął się tym razem nieco dumnie - że +zajęć bardzo podobnych, choć tak różnorodnych, +piastuję od pewnego czasu moc niezliczoną...</p> + +<p>- O, naturalnie! - przyświadczył gość +skwapliwie, - zresztą przyjemność miałem powiedzieć +już panu prezesowi w toku rozmowy dzisiejszej, że zdaniem jest +jednogłośnem akcyonaryuszów naszego Towarzystwa, iż w całem +mieście nie ma formalnie nikogo, kto by lepiej od pana prezesa +czynność wzmiankowaną objąć zdołał.</p> + +<p>Dzierżymirski na to znowu pochlebstwo nowe w milczeniu +nisko pochylił tylko głowę i powstał z siedzenia.</p> + +<p>Gość jednocześnie z krzesła zerwał +się szybko.</p> + +<p>- Dziękuję i uciekam, panie prezesie, czas - to +pieniądz, a przysłowie to nigdzie chyba lepiej, niż tutaj, +zastosowanem być nie może.</p> + +<p>- Proszę wyrazić tymczasowo moje podziękowanie +panom z Rady Zarządzającej,- odparł uprzejmie +Dzierżymirski. - W sprawie tej zresztą wpadnę osobiście do +biur Towarzystwa, przed mym wyjazdem.</p> + +<p>- Sługa pański!.. - rzucił jeszcze +przybyły w ukłonie i w ślad za tem znikł za drzwiami. Dzierżymirski +krokiem miarowym przechadzać się począł po pokoju.</p> + +<p>- Więc i ta akcyjna spółka węglowa - myślał +- obracająca kapitałami, najpotężniejszymi może w +kraju, ceniona, znana, wybrała go również! Więc i oni doń +przyszli! Wpośród siebie nie znaleźli nikogo, godniejszego, by +piastować urząd, tak pełen zaufania!.. - w umyśle Romana +bezustannie nad innemi górowało wrażenie wizyty ostatniej.</p> + +<p>Duma wciąż rozsadzała mu piersi, uśmiech +zadowolenia błąkał się po ustach; Roman, zamyślony, +przebiegał ciągle swój gabinet wielkimi krokami.</p> + +<p>Nagle rozmyślanie to, tak wielce dlań miłe, +przerwane zostało wejściem lokaja.</p> + +<p>- Jakaś nieznajoma pani w żałobie chce widzieć +się z jaśnie panem - zaanonsował.</p> + +<p>- Jak się nazywa?</p> + +<p>- Oto bilet, jaśnie panie...</p> + +<p>Dzierżymirski wziął z rąk sługi +kartkę brystolu i przeczytał wylitografowane na niej nazwisko; nic +jednak nie powiedziało mu ono. </p> + +<p>- Proś! - rzekł krótko.</p> + +<p>Lokaj wyszedł, a Dzierżymirski zbliżył +się z wolna do swego biurka i usiadł przed niem, spojrzawszy przy +tem mimo woli na leżące tam porozrzucane papiery.</p> + +<p>- A... prawda!.. - mruknął półgłosem do +siebie i sięgnął jednocześnie po papier listowy, oraz +kopertę.</p> + +<p>Przed nim, jako wice - prezesem zakładów dobroczynnych, +leżał list znanego w mieście i wpływowego księcia S., +z prośbą o umieszczenie w jednym z przytułków jakiegoś +schorzałego biedaka.</p> + +<p>Odpowiedzi przychylnej w tej sprawie - którą dnia +poprzedniego sam już załatwił osobiście - nie dał +jeszcze księciu; umoczywszy więc pióro, Roman począł +pisać zamaszyście.</p> + +<p>W tej samej chwili do komnaty wsunęła się +przysadzista, krępa postać czarno ubranej kobiety. Małymi +kroczkami podeszła natychmiast do biurka i przemówiła +głośno:</p> + +<p>- Przepraszam bardzo, że tak natarczywie... </p> + +<p>Dzierżymirski, niezadowolony nieco, że mu tak z +nagła przerwano wątek listu, spojrzał niechętnie z pod oka +na nowo przybyłą.</p> + +<p>Przed nim stała kobieta lat +pięćdziesięciu może, o znękanych rysach, ubrana nieco +z staroświecka, dość zresztą poza tem układnej +powierzchowności.</p> + +<p>- Niech pani spocznie, proszę... za chwilę +służę! - rzekł uprzejmie i począł pisać +znowu.</p> + +<p>- Doprawdy nie rozumiem sama, jak ośmieliłam +się przyjść tutaj, ale szlachetność, zacność +szanownego prezesa... - usłyszał znowu Roman.</p> + +<p>Niecierpliwie tym razem wzniósł na przybyłą +spojrzenie i przerwał jej grzecznie, lecz sucho:</p> + +<p>- Przepraszam. Jak widzi szanowna pani, chwilowo +zajęty jestem... Wszak pani nie pilno?..</p> + +<p>- O, nie... przeciwnie... Tylko...</p> + +<p>Roman spuścił oczy i myślące czoło, +oraz począł pisać dalej, najspokojniej w świecie. W pokoju +zaległo milczenie, przerywane li tylko zgrzytem pióra po papierze.</p> + +<p>Gdy Dzierżymirski list skończył, +podniósł machinalnie oczy na nieznajomą.</p> + +<p>Uśmiechnął się mimo woli; spotkał +się bowiem z dziwnie zabawnym i uszczypliwym wyrazem jej twarzy, oraz +wejrzeniem złem i jakby obrażonem, które pod niespodzianym wzrokiem +jego złagodniało jednak natychmiast, przeistoczyło się w +słodkie i potulne, jak u baranka.</p> + +<p>Zaadresowawszy list, Dzierżymirski zadzwonił na +lokaja. Gdy ten się zjawił, polecił mu odesłać pismo +natychmiast.</p> + +<p>- Czy jest kto? - zapytał.</p> + +<p>- Pan hrabia z Melsztyna... Czeka w salonie - brzmiała +odpowiedź.</p> + +<p>- Powiedz, że przepraszam, i za chwilę go +proszę! - rozkazał Roman, gdy zaś lokaj znikł za drzwiami, +uprzejmie z kolei zwrócił się do nieznajomej.</p> + +<p>- Słucham panią... Czem służyć +mogę?</p> + +<p>Przybyła poprawiła się na krześle, +zrobiła minę słodszą jeszcze, i zmieszana nieco +przemówiła: </p> + +<p>- Mój mąż, znając tak dobrze szanownego pana +prezesa, tak często wspominał mi o jego szlachetności, +zacności, dobrem sercu, że... - tu przerwała na chwilę, +widząc zdumioną minę Dzierżymirskiego, poczem +ciągnęła znów dalej, straciwszy widocznie wątek +poprzednich myśli, bo nie dokończyła już poprzedniego +zdania:</p> + +<p>- Mój mąż, Nepomucyn, zawsze mawiał mi takich +ludzi potrzeba nam więcej, jak prezes Dzierżymirski; ludzi hartu, +żelaznej woli, inteligencyi rzutkiej, prawości charakteru... O, mój +mąż bardzo, bardzo cenił pana prezesa... - i zawikławszy +się ponownie w wygłaszane przez się pochwały, nieznajoma +zatrzymała się chwilę.</p> + +<p>Dzierżymirski, zniecierpliwiony nieco, skorzystał +skwapliwie z przerwy.</p> + +<p>- Przepraszam panią - spytał grzecznie - jak +godność i imię męża pani? Czy żyje?...</p> + +<p>- Nepomucyn Wygrzywalski - odparła zapytana - +zmarł rok temu... Świeć, Panie, nad jego duszą! - +westchnęła.</p> + +<p>Dzierżymirski zmarszczył brwi i zamyślił +się chwilę.</p> + +<p>- Nie przypominam sobie, bym miał przyjemność +znać osobę tego nazwiska... - wycedził z wolna. </p> + +<p>Z pod uśmiechniętych słodkawo i mile, +siłą woli ułożonych rysów przybyłej, błysło +ku Romanowi urażone i groźne spojrzenie.</p> + +<p>- Jak to ? - odezwała się obrażonym nieco i +kwaskowatym jakby tonem. - Być nie może ?.. Pan prezes chyba +przypomnieć sobie tylko nie raczy...</p> + +<p>- A jak dawno? - łagodniej nieco przemówił +Dzierżymirski. - I ile razy - słowa ostatnie podkreślił, +uśmiechnąwszy się ironicznie - widział mnie mąż +pani?</p> + +<p>- O! kilka razy zaledwie miał sposobność... +- pośpieszyła z odpowiedzią przybyła. - Dwa, trzy +może... Ale widzenie się to było dlań przyjemnem nad wyraz +- utkwiło mu w pamięci...</p> + +<p>- Ach, mąż mówił mi tyle razy - +ciągnęła dalej słodkawo, z wymuszonym +okolicznościowym uśmiechem, - że, naturalnie, poza +zasługami społecznemi, tak przyjemnego, sympatycznego, miłego +człowieka, jak pan, nie znał był dotąd, i dla tego +też myślałam, że i pan prezes... - tu urwała swe +przemówienie pani Wygrzywalska, śledząc na twarzy Romana +wrażenie słów swoich.</p> + +<p>Ten jednakże, zrażony nieco rzucanemi mu w twarz +ni przypiął, ni przyłatał, pochlebstwami już +powtórnie, i całkiem notabene, niezręcznie, odrzekł zimno:</p> + +<p>- O, proszę pani... Ja widuję po trzydzieści, +czterdzieści interesantów dziennie... Połowa z nich nieznaną mi +bywa zazwyczaj - liczbie tych więc znajdował się zapewne +mąż pani... Dlatego też nie przypominam go sobie.</p> + +<p>Jak pocisk zjadliwe tym razem i całkiem już +obrażone uderzyło w lica Dzierżymirskiego spojrzenie pani +Wygrzywalskiej.</p> + +<p>- Dziwi mnie to niewymownie, że tak uporczywie pan +prezes przypomnieć sobie mego męża nie raczy... - odezwała +się uszczypliwie, a w glosie jej czuć było śmiertelną +obrazę.</p> + +<p>- Przecież ostatecznie - mówiła w tym samym tonie +dalej - jak i mnie, tak i jego, tu w mieście znało dużo osób... +Nie dalej, jak hrabiowie Olscy, zacności i poczciwości ludzie, z +którymi mnie łączy nawet stosunek przyjaźni... Wyjechali za granicę +wczoraj właśnie... Następnie również i +nieodżałowanej pamięci książę Topór-Toporski +Alfred tak łaskaw był za życia opiekować się nami... - +kończyła przybyła z godnością.</p> + +<p>- Chce zaimponować mi znajomością z +książętami, a to oryginał baba, - przemknęło +przez myśl Dzierżymirskiemu i uśmiechnął się +jednocześnie, zrobił bowiem i inną w tej chwili uwagę, a +mianowicie, że jakoś za wiele było nieboszczyków w gronie +ludzi, na których powoływała się siedząca przed nim +jejmość.</p> + +<p>Chcąc przytem przeciąć zarazem +zapowiadającą się prawdopodobnie znów na długo tyradę +słów, pozbawionych, jak i poprzednie, ścisłej logiki, rzekł +szybko:</p> + +<p>- Przepraszam bardzo: Nie mogła by mnie szanowna pani +powiadomić jednak, czemu właściwie zawdzięczam jej +wizytę?</p> + +<p>Na tak jasno postawione ultimatum zmieszała się +przybyła i wyjąkała:</p> + +<p>- Nie wiem doprawdy, jak ja, wdowa nieszczęśliwa, +zdobyłam się na taką śmiałość... Ale, +przynaglona materyalnem położeniem bez wyjścia, ufając w +przyjaźń, którą żywił mój mąż nieboszczyk do +pana prezesa, chciałam prosić o drobną pożyczkę... - +urwała na chwilę, poczem głosem śmiałym już teraz +i godności pełnym, dodała:</p> + +<p>- Co do oddania - nie może być obawy żadnej, +ponieważ ludzie mnie znają... A zresztą... - tu uśmiechnęła +się z dumną - pochodzę sama z arystokracyi, więc...</p> + +<p>To „więc" było wypowiedziane takim tonem, +iż rozwiewać się zdawało wszelkie co do zwrócenia kwoty +wątpliwości; jejmość nie dokończyła zdania, a +spojrzała tylko przenikliwie na słuchacza swego, jakby pragnąc +odgadnąć, jakie wrażenie nań uczyniło powiedzenie jej +ostatnie.</p> + +<p>Dzierżymirski zaś tymczasem, zdziwiony nieco tym +epilogiem, uśmiechnął się pod wąsem nieznacznie.</p> + +<p>- Czy wolno wiedzieć - z której? - z kurtuazyą +zapytał.</p> + +<p>- Rodzę się z domu kniaziówna Rąrowska - z +godnością i namaszczeniem odparła dumnie wdowa.</p> + +<p>Dzierżymirski ponownie uśmiechnął +się z ironią. Rodzina ta prawie, że już całkiem +wygasła, aczkolwiek dawna bardzo, według heraldycznych i +historycznych danych, nigdy nie miała praw do żadnych w ogóle +tytułów, prócz kopertowych chyba. </p> + +<p>Słysząc zatem wypowiedziane tak czelne kłamstwo, +Roman nie odpowiedział nic, a tylko wpatrzył się badawczo, z +uwagą, w twarz siedzącej przed nim kobiety.</p> + +<p>Od początku już samego dziwiły go jej rozmowa +i zachowanie całe, teraz więc, gdy wiedział cel wizyty, bystrym +wzrokiem rozumnych oczu wpatrywał się wciąż w rysy +przybyłej. Trwało tak minut parę.</p> + +<p>I pod spojrzeniem tem nagle spuściła wzrok +kobieta...</p> + +<p>Po raz pierwszy od kwadransa spadła z twarzy jej +obłudna, fałszywa i układna, a przyodziana li tylko w imię +pozorów, maska. Zorane policzki wdowy okrasił lekki rumieniec, a pod +wpływem jakiejś myśli zapewne, wyraz jej oblicza, prawdziwy i +szczery, mignął na chwilę przed oczyma obserwującego +mężczyzny.</p> + +<p>I to ocaliło nieboraczkę. Zniecierpliwiony bowiem +dotąd obecnością jej Roman, i zdecydowany już prawie +wyprosić za drzwi kniaziównę "de domo", zamyślił +się nagle.</p> + +<p>Po chwili zaś, jakby wynik przelotnego egzaminu +fizyonomii przybyłej, był dlań wystarczającym +zupełnie, spuścił wzrok.</p> + +<p>I snać wiele niekłamanego, a tajonego bólu, oraz +nieszczęścia prawdziwego może wyczytał był na tej +twarzy gościa swego; bo po minutach jeszcze paru zastanowienia i wahania, +milcząc, sięgnął rękę klamki drzwiczek wbitej w +ścianie ogniotrwałej kasy, i - wyjąwszy stamtąd papierek +dziesięciorublowy, położył go na stole.</p> + +<p>Posunąwszy zaś banknot ten z lekka ku siedzącej, +rzekł tylko:</p> + +<p>- Służę pani!</p> + +<p>Poczem, gdy pieniądz ów schowała, obsypując +ofiarodawcę swego potokiem słodko przyprawionych komunałów, +zadzwonił na lokaja:</p> + +<p>Posłuszny, zjawił się sługa za +chwilę.</p> + +<p>- Proś pana hrabiego! - rozkazał Dzierżymirski.</p> + +<p>- Już wyszedł. Mówił, że wpadnie kiedy +indziej, bo czekać więcej nie miał czasu... Kazał przeprosić +jaśnie pana, bardzo i zostawił tu bilet swój, na którym coś napisał, +- i przy tych słowach lokaj podał bilet.</p> + +<p>Roman rzucił nań okiem...</p> + +<p>Pani Wygrzywalska jednak przerwała mu czytanie. Do +swej roli wracała powtórnie.</p> + +<p>- Przepraszam bardzo szanownego pana prezesa - +poczęła mówić swym poprzednim tonikiem - ale wiedzieć +chciałam właśnie, jak adresować mam przy zwrocie tej kwoty, +tak wspaniałomyślnie, szlachetnie, mi udzielonej... Pan prezes +podobno na długo wyjeżdża?..</p> + +<p>Roman na te słowa uśmiechnął się +złośliwie i odparł:</p> + +<p>- O, łaskawa pani ! Adresem zupełnie dostatecznym +będą dwa słowa : "R. Dzierżymirski." Żegnam +panią... - tu powstał z siedzenia i skłonił się z +daleka.</p> + +<p>Pożegnany z kolei ukłonem sztywnym nieco odchodzącej +"pseudo-arystokratki", Dzierżymirski zwrócił się do +lokaja:</p> + +<p>- Jest kto? - zapytał. </p> + +<p>- Jakiś pan powiada, że jaśnie pana zna dawno, +chce się widzieć koniecznie.</p> + +<p>- Jak wygląda?</p> + +<p>- Taki sobie... nie bardzo pokaźny... </p> + +<p>Codziennie, od dziewiątej do dwunastej z rana, +każdy miał wstęp wolny do "pana prezesa". +Dzierżymirski nie odstępował nigdy od powziętej raz +reguły, tym razem więc zarówno rzucił obojętnie:</p> + +<p>- Proś!..</p> + +<p>Sam zaś do biurka zasiadł, by skończyć +czytanie biletu hrabiego z Melsztyna.</p> + +<p>Minęło parę minut.</p> + +<p>Zaczytany, nie spostrzegł był Roman, że na +środku pokoju od pewnego już czasu stał młody +człowiek, lat około trzydziestu pięciu, i patrzył nań +uporczywie.</p> + +<p>Pod siłą tego wzroku podniósł oczy +Dzierżymirski, a ujrzawszy przybysza zbladł; poznał go bowiem +od razu, nie dał jednak poznać tego po sobie, nie podniósł +się z miejsca nawet, a tylko ruchem ręki obojętnym wskazał +krzesło.</p> + +<p>- Proszę pana... Przepraszam... za chwilę... +Nieznajomy zarumienił się, nie rzekłszy nic jednak, usiadł +pokornie na koniuszczku stołka, Dzierżymirski zaś +sięgnął po jakieś księgi, leżące - opodal i +zagłębił się w nich, ze skupieniem.</p> + +<p>Ale tylko na pozór... W rzeczywistości zaś potrzebował +czasu, by ochłonąć z doznanego przed chwilą wrażenia.</p> + +<p>Przed nim znajdował się towarzysz, niewidziany +już od lat siedmiu - jeden z dwóch pierwszych ludzi, z którymi się był +zbratał, przyjechawszy niegdyś +do kraju sam, nieznany i biedny!..</p> + +<p>I nagle, wywołane przypomnieniem, stanęły mu +w myśli jasno te chwile dawne !.. Ukazała mu się żywo w +wyobraźni straszna noc moralnego przełomu jego życia, noc +udręczeń w izdebce na poddaszu - noc walki z uczciwością z +jednej strony, a nędzą, ułudą miłości, +pragnieniem życia - z drugiej!...</p> + +<p>Wszak siedzący oto teraz przed nim młody człowiek +był jednym z tych dwóch właśnie, którzy, gdy on nurzał +ręce w kuszącem go swą potęgą złocie, stukaniem +nagłem we drzwi izdebki wstrząsnęli nim tak silnie...</p> + +<p>I Roman, przebiegając spojrzeniem w duchu to wszystko, +mówił do siebie jednocześnie:</p> + +<p>- Dziwnem jednak jest to życie nasze... O, jakże +dziwnem !.. Gdyby nie to złoto, a później Monte Carlo, Ola i +śmierć jej ojca, oraz dziedzictwo po nim, nie byłbym przecie +nigdy tem, czem dziś jestem!..</p> + +<p>Przepastna ironia - koło bez wyjścia!.. </p> + +<p>Dzierżymirski, pochylony nad grubą +księgą, której cyfr i kolumn ich nie widział zgoła - +pogrążonym się ciągle być zdawał całkowicie, +w rachunku i pracy.</p> + +<p>Milczenie zupełne - panowało w pokoju, w ciszy +zegar wydzwonił niebawem godzinę wpół do dwunastej. Roman +się ocknął; zostawało mu już tylko pół godziny +czasu. Uczynił nad sobą wysiłek i głosem spokojnym +zupełnie przemówił obojętnie:</p> + +<p>- Z kim mam przyjemność i czem +służyć mogę?..</p> + +<p>- Herman Zieliński. Czy pan.. prezes naprawdę +mnie sobie nie przypomina? - odparł młody człowiek dobitnie.</p> + +<p>Dzierżymirski zawahał się chwilę.</p> + +<p>- Zielińskich znam wielu - rzekł z wolna - nazwisko +pańskie ma przedstawicieli tak licznych... Zresztą... może... +Przykro mi bardzo, lecz doprawdy nie przypominam sobie...</p> + +<p>- Ja za to - odpowiedział młodzieniec, akcentując +silnie słowa - przypominam sobie aż nadto dobrze... Poznaliśmy +się przed laty siedmiu; ja, pan i Jasio Zboiński stanowiliśmy +przez czas jakiś nierozerwalną nawet trójkę. Potem... pan +przestałeś stopniowo nas poznawać... Kolej to zwykła rzeczy +świata tego, prawo ludzkie - być może... Pan +wznosiłeś się po drabinie społecznej wysoko, my ginęliśmy +w cieniu... Pan dosięgłeś jej szczytów obecnie, my, to jest ja, +zostałem u jej podnóża...</p> + +<p>Zatrzymał się w przemówieniu swem młody +człowiek, po chwili zaś dodał; z goryczą:</p> + +<p>- Jednak... myślałem, że pan... prezes, pomimo +to, raczy mnie sobie przypomnieć. Cóż robić - omyliłem +się!.. - młodzieniec powstał, gotów do wyjścia.</p> + +<p>- Ale cóż znowu !.. - wykrzyknął +słuchający go dotąd w milczeniu wahającem się +Dzierżymirski, a zarazem, powstawszy śpiesznie z miejsca, przyjaźnie +wyciągnął rękę ku przybyłemu.</p> + +<p>- Witam i przepraszam... Pamiętam te czasy doskonale, +tylko pan zmieniłeś się do niepoznania. Cóż Zboiński, +cóż pan - porabiacie teraz?.. Niechże pan spocznie, proszę +bardzo... - dorzucił Roman łaskawie i swobodnie, teraz bowiem +panował już całkiem nad sobą.</p> + +<p>Zieliński, poznany, usiadł i ośmielony +odparł: </p> + +<p>- Cieszy mnie niewymownie, że pan przypominasz sobie +lata owe.. Dla mnie, wyznać muszę, okres ten cały życia +mego stanowi przyjemne nader wspomnienie - urwał, i +uśmiechnąwszy się ironicznie, zachowując jeszcze swój +ton sprzed chwili, dorzucił +dobitnie:</p> + +<p>- Ba, dawniej przecie my ze Zboińskim, we trójkę, +mówiliśmy sobie "ty" nawet!</p> + +<p>- Cóż pana obecnie do mnie sprowadza? - przerwał +Dzierżymirski pośpiesznie, niechcący jakby, puszczając mimo +uszu ostatnią uwagę.</p> + +<p>- Rad jestem niezmiernie z widzenia się naszego, z +przyjemnością usłużę, jeśli będę +mógł to uczynić...- dodał jeszcze, jak mógł +najprzychylniej.</p> + +<p>Choć zmrożony nieco początkiem zdania, Zieliński +spojrzał przyjaźnie na Romana, poczem odezwał się:</p> + +<p>- Dziękuję, i zobowiązany jestem panu bardzo, +bardzo, panie... prezesie!., - uśmiechnął się znowu,</p> + +<p>z goryczą - początkowo jednak winienem w krótkich +słowach objaśnić go nieco o położeniu mem obecnem.</p> + +<p>- Słucham - przerwał szybko Dzierżymirski i +spojrzał na wiszący mały zegarek, wskazujący w tej chwili +trzy kwadranse na dwunastą.</p> + +<p>Zieliński dostrzegł ruch jego.</p> + +<p>- O! to niedługo potrwa! - pośpieszył z zapewnieniem.</p> + +<p>- Nic nie szkodzi, proszę bardzo... - odparł +Roman. - O pierwszej mam ważną sesyę, a że +wyjeżdżam już za dni parę, obecność moja jest tam +bez opóźnienia konieczną. Ale... słucham pana... - powtórzył +znowu uprzejmie.</p> + +<p>- Otóż więc, streszczam - rzekł +Zieliński.</p> + +<p>- Życie moje odmiennem potoczyło się korytem +od życia pańskiego, a nawet Zboińskiego Jana. Pan - nie ma co +mówić o tem ; całe miasto godzi się jednogłośnie, +że o zdolniejszego i bardziej wpływowego zarazem człowieka u nas +trudno... Zboiński jest lekarzem na prowincyi i wiedzie mu się niezgorzej, +a ja... - tu Zieliński zatrzymał się chwilę - zostałem +za wami, panowie, w tyle, o, bardzo w tyle nawet!... Dlaczego? któż +odgadnie ?.. Zdawałoby się, że los nie poskąpił mi +zdolności; szkoły ukończyłem, z medalem, prawo, z +odznaczeniem, ale, niestety, los nie obdarzył mnie szczęściem +do życia! - Młody człowiek znowu, wzruszony jakby mimowolnie, +mówić przestał.</p> + +<p>- Trzy lata temu - ciągnął dalej niebawem - +ożeniłem się z miłości, bez grosza... - rysy, +dość regularne Zielińskiego ożywiły się +promieniem wewnętrznym - kochałem ją, tę moją +Maniutę, tak, jak kocham ją do dziś dnia jeszcze, choć jak +nie miała, tak i nie ma ani szeląga posagu!.. Obecnie mam troje +drobiazgu... - tu z kolei twarz gościa Romana zasępiła się +smutnie, zatrzymał się, jakby trudno mu było wykrztusić +resztę, czoło zaś białe pociemniało mu od +rumieńca - jednem słowem - dokończył - w domu u mnie - +nędza!..</p> + +<p>Umilkł, nie podnosząc oczu. Po dłuższej +chwili, ciągnął:</p> + +<p>- Pomny naszej dawnej znajomości, przyszedłem tu, +do pana prezesa, z pokorną prośbą o posadę, o pracę, +choć byle jaką, ale - płatną, o zarobek, bo +jałmużny nie zwykłem przyjmować!.. Byle z głodu nie +umrzeć... byle osłodzić życie tej kobiecie, która mnie +kocha, a której doli dotąd w żadny sposób ulżyć nie +mogę!.. - wyrzucił z siebie z mocą.</p> + +<p>Zamilkł i wstydząc się jakby słów +własnych, nie podnosił już wcale oczu na Romana. </p> + +<p>Dzierżymirski zaś z kolei przez czas ten cały +śledził słowa i grę fizyonomii Zielińskiego, a w myślach +jego równocześnie stanął wyraźnie kontrast rażący, +pełny ironii, między życiem jego, a życiem tego oto +Hermana, znanego mu dobrze, jako najzdolniejszego studenta uniwersytetu - z +przed laty... Stanowczo nie popłaca być idealistą!</p> + +<p>Ożenił się bez majątku... No, a gdyby +tak on, Roman Dzierżymirski, zgrzeszył był idealizmem, i biedak, +ale nieposzlakowany, uczciwy, pozbył się przed laty nietkniętych +banknotów i ożenił się następnie z jaką +dziewczyną zupełnie biedną ?..</p> + +<p>- No, w każdym bądź razie, jakoś +dałbym tam sobie radę! - odpowiedziało coś butnie w duchu +Roman natychmiast. - Posiadam hart, wolę, rozum, rzutkość, dar +oryentowania się trafnego, i spryt - to wiele; a on? Szlachetny, zdolny, +lecz jednak trochę... głupi!</p> + +<p>- Ale czysty ! - ukłuło coś, jakby +żądłem Romana. Spuścił głowę i +słuchając dalej losów kolegi Zielińskiego, mówił sobie +zarazem:</p> + +<p>- Jednak pomóc trzeba... należy. Dla wspomnień, +no, i dla zasady.</p> + +<p>Gdy zaś dawny towarzysz mówić już +przestał, odezwał się z kolei:</p> + +<p> - Więc +życzyłby pan sobie otrzymać zapewne miejsce na kolei, gdzie +jestem prezesem... Niestety, nie mogę, postanowiłem bowiem podczas +całego trwania tam moich rządów, od siebie nie narzucać +nikogo... Ale mógłbym pomieścić pana gdzie indziej. W Banku +Handlowo-Przemysłowym, na przykład, należę do +zarządu... Czy znane są panu: rachunkowość kupiecka, +buchalterya i języki obce biegle, jak francuski, niemiecki, a może i +angielski`?..</p> + +<p>- Niestety, nie! - odparł Zieliński. - Fachowego +wykształcenia nie posiadam, gimnazya klasyczne zaś i wydział +prawny uniwersytetu nie wyszkoliły mnie dostatecznie w żadnym z +nowożytnych języków europejskich... Co innego grecki i +łacina... Co się zaś tyczy rachunkowości, poza +arytmetyką i matematyką wyższą, t. j. algebrą, +geometryą, trygonometryą, inną służyć nie +mogę...</p> + +<p>I machnąwszy przy tych słowach ręką, w +zniechęceniu, młodzieniec, westchnąwszy smutnie, dodał. </p> + +<p>- Zresztą, panie prezesie, mówiąc szczerze +całkiem, przekonywam się teraz coraz bardziej, iż szkoły +nie dały mi zgoła żadnej nauki życiowej i praktycznej.</p> + +<p>- Ma pan słuszność, zapewne... - +potwierdził Roman. - Niedaleko, szczególniej przy obecnej nadprodukcyi w +naszem mieście ludzi fachowych, zajechałbyś pan ze swym +dyplomem, ale nie martw się pan... Spotkałeś mnie na swej +drodze. Ja zaproteguję pana po pierwsze w imię lat dawnych, po +drugie, że należysz pan, jak widzę, do prawdziwie +potrzebujących pracy! - ostatnie słowa silniej zaakcentował +Dzierżymirski. - Czy ładny i czytelny masz pan charakter pisma?</p> + +<p>- Owszem, staranny i czytelny w zupełności! - pośpieszył +z odpowiedzią Herman.</p> + +<p>- No, to dobrze - odparł Roman, i przy tych +słowach sięgnął do stojącego na biurku pudełeczka +po bilet wizytowy. - Napiszę słówko do Dyrekcyi Towarzystwa Ogniowego +"Esperanza"... Z dyrektorem jestem w ścisłych bardzo +stosunkach, w tych dniach oprócz tego sam z nim pomówię - odmówić mi +nie może... Od pierwszego przyszłego miesiąca dadzą panu +posadę. Przypuszczam, iż... na początek z jakieś 500 +rubli... Będziesz pan obrachowywał, sprawdzał, a potem +przepisywał zapewne ubezpieczeniowe polisy... Jak się pan zaś +wprawisz w owem przepisywaniu, wyrobię, iż dadzą panu polisy do +kopjowania w domu, w ten sposób zarobisz pan więcej. Zgoda?...</p> + +<p>- Ależ naturalnie - dziękuję stokrotnie, +dziękuję po tysiąc razy! Wdzięczność moja, panie +prezesie, nie ma granic!... - i zerwawszy się z krzesła, Zieliński, +wzruszony i uradowany, uścisnął z przejęciem dłoń +Romana.</p> + +<p>Ten ostatni, napisawszy słów kilka, +zapieczętował list i powstał, a podając go młodemu +człowiekowi, rzekł:</p> + +<p>- Życzę szczęścia i powodzenia!.. Bardzo +kontent również jestem, że pan zwróciłeś się +bezpośrednio do mnie, i że znajomość naszą +odnowiliśmy znowu... Doktorowi Zboińskiemu moje ukłony, gdy go +pan zobaczysz!..</p> + +<p>I Roman Zielińskiemu podał rękę.</p> + +<p>- Dziękuję... Nie zapomnę tego panu nigdy!.. +- z serdecznem ciepłem w głosie odparł młodzieniec, +ściskając dłoń dawnego swego towarzysza.</p> + +<p>Dzierżymirski odprowadził go uprzejmie do drzwi, a +gdy z Zielińskim znikło mu z przed oczu przeszłości widmo, +odetchnął swobodniej, i zadzwonił na, lokaja.</p> + +<p>Ten zjawił się natychmiast, niosąc w +ręku tacę z kilkoma biletami.</p> + +<p>- Czekają jeszcze? - zapytał Roman, i +spojrzał pobieżnie na bilety, a równocześnie wyjął z +kieszeni zegarek, wskazujący już parę minut po dwunastej.</p> + +<p>- Przeproś tych panów i powiedz, że dziś za późno!.. +- rzucił czekającemu słudze.</p> + +<p>Lokaj wyszedł, a Dzierżymirski przechadzać +się począł z wolna po pokoju i cygaro zapalił, +wypuszczając od niechcenia z ust małe kółeczka dymu.</p> + +<p>Cały był jeszcze pod wrażeniem ostatniej wizyty, +oraz tej odżyłej z nią tak nagle świeżo minionej +przeszłości.</p> + +<p>I Dzierżymirskiemu czoło poorało się w +drobne bruzdy, zamyślony wciąż tak samo, nerwowym krokiem +przebiegał komnatę.</p> + +<p>Od lat kilku, gdy ożenił się był z +Olą, nie zmienił się Roman prawie że wcale. Ta sama +inteligentna i piękna twarz południowca, taż sama młodzieńcza +szybkość ruchów, oraz niezmienna wytworność sylwetki +całej - cechowały go obecnie tak, jak i przed paru laty.</p> + +<p>A ileż, ileż zdarzeń przewinęło +się dotąd w życiu jego!</p> + +<p>Po odbyciu żałoby na wsi, w Gowartowie, przyjechał +z Olą do miasta. Tu, dzięki dziedzictwu pana Januarego, +położeniu towarzyskiemu żony i, odnowionym własnym +stosunkom, zdobył Roman to, co do dziś dnia posiadał.</p> + +<p>Energiczny, rzutki, giętki, sprytny i pełen ambicyi +zaszedł wysoko. Ola kochała go dotąd niezmiennie, ludzie korzyli +się przed jego rozumem, stosunkami, wpływami, a jednak nie był +on zgoła szczęśliwym!..</p> + +<p>I teraz po twarzy jego odgadnąć to również +łatwe było. Cierpiał...</p> + +<p>Rozpamiętując w myślach +przeszłość własną, zapomniał widać +zupełnie o teraźniejszości. Niby wczorajsze świeże, we +wspomnieniach żyły znów te lata minione, dawne... Jak fata morgana +ułudna mamiły wzrok duszy jego niedościgłą, bo +bezpowrotną już dalą, rozpierzchały się, nieuchwytne, +to znów wracały jawne - żywe!</p> + +<p>Widział się więc Roman w poślubnym roku +miłości wzajemnej, haszyszów i upojeń, z dysonansem +śmierci teścia swego na końcu i widział siebie potem lata +całe w ciągłych zabiegach, trudach, w prawdziwej, +namiętnej energii czynu, w bezustannej gonitwie za +popularnością, wielkością i znaczeniem.</p> + +<p>Wznieść się!.. wznieść ponad +drugich, ponad tłumy - to stało się życia jego celem!.. +Widzieć kornemi te ludzkie masy u stóp swoich - marzeniem - pomimo +samopoznania w głębi duszy, że na to wszystko nie zasługuje +się zgoła, pomimo gryzącej go, jak jad, toczącej go, jak +robak, samowiedzy, że on moralnie nie godzien może żadnego z +tych, którzy go ponad siebie wynoszą!..</p> + +<p>Bo rzecz zaiste dziwna... Setki zdarzeń, tysiące +ludzi przemknęły, jak w kalejdoskopie, w życiu Romana, a +tajemnica jego odległego "wczoraj", pozostała nadal - +tajemnicą... Nikt jej nie odkrył, nikt nie przypomniał. O +właścicielu dwudziestu siedmiu tysięcy głucho i cicho +było, jakby fakt ten cały był li tylko snem strasznym, +zaklętą bajką z tysiąca i jednej nocy!</p> + +<p>A tymczasem życie, tocząc się wartkiem +kołem, pochłaniało sobą Romana, pochłaniało go +tak dalece, że bywały chwile, iż zapominał. Ale, niestety, +były to tylko... chwile.</p> + +<p>Sumienie uparcie czuwało bezustannie. Nie było +dnia jednego, by Dzierżymirski w cichości ducha nie uchylił +głowy przed przypomnieniem strasznem; nie mijał miesiąc, by +godzin kilka, z dala od ludzi, nie był zmuszonym przepędzić sam +na sam ze sobą i z wyrzutami sumienia.</p> + +<p>O! jakże pragnął on nieraz oddać to +złoto cudze, jak pragnął!..</p> + +<p>Oddać! Ale komu?.. Zwrócić, ale jak, nawet gdyby +się i znałazł właściciel zagadkowy, by nie +splamić nieskazitelnego połysku czci własnej, honoru i opinii +człowieka, przodującego społeczeństwu całemu?..</p> + +<p>W tym samym, ozdobionym granacikową koroną +hrabiowską, pugilaresie, leżały odłożone przezeń +na miejsce, owe dwadzieścia siedem tysięcy, w banknotach i rulonach +złota, schowane w tajemnej i nikomu nie znanej skrytce. Przeznaczone dla +zagadkowego właściciela - czekały one nań tam daremnie.</p> + +<p>Bo gdybyż przynajmniej, choć promykiem małym, +rozdarła się ta tajemnicza ciemność, kryjąca +dotąd w swych czeluściach bezustannej zagadki prawnego +pieniędzy tych pana!</p> + +<p>Och, wtedy, będąc choć trochę +przygotowanym, niewątpliwie dałby on jakoś sobie radę! +Wolałby bowiem zobaczyć nawet roztwierającą się przed +nim przepaść bez wyjścia, gdyż ufny w swój rozum, znalazłby +je na pewno, niż widzieć ciągle przed sobą ten pełny +milczenia sfinksowy spokój, idącego przed nim ciemnego, +nieodwołalnego jutra!.. Przestraszał go on - przejmował +zgrozą...</p> + +<p>Bo Dzierżymirski poza licznemi zajęciami swemi +społecznej natury, czynił dotąd niemal bez skutku wszystko, aby +zrzucić z siebie, już raz na dobre, gniotący go skrycie +ciężar wspomnienia!..</p> + +<p>Podawał więc kilkakrotnie nad wyraz przebiegle i +sprytnie ogłoszenia w pismach, nie tylko w kraju, ale i za granicą, +w nadziei, iż wpadnie na trop właściwy.</p> + +<p>Sam pozatem odbył kilka tajnych wycieczek do ludzi, o +których wiedział, że zgubili niegdyś, bez znalezienia, sumy +większe...</p> + +<p>Zbadawszy ich jednak podstępnie, z ostrożna, wracał +zawsze z niczem. Zagadka trwała.</p> + +<p>Teraz wreszcie również, nie dalej, jak za dni już +kilka, postanowił Roman raz jeszcze uczynić próbę w tym +względzie i wyjazd za granicę, zapowiedziany przezeń, dla +wypoczynku, "de facto" był związanym ściśle z +tą tylko samą, wiecznie jedną, sprawą.</p> + +<p>Przechadzający się wciąż szybko po +gabinecie Dzierżymirski, w chaosie jątrzących go myśli i +wspomnień, schwycił się nagle za głowę i +szepnął do siebie przejmująco:</p> + +<p>- Och, czemuż, czemuż, na Boga, natura obdarzyła +mnie sumieniem tak czujnem, wrażliwem, czemu?.. Byłbym +położenie moje brał filozoficzniej, prościej... Wszak z +pieniędzy znalezionych w rzeczy samej korzystałem tak mało! +Przegrałem je przecie wszystkie w Monaco, do ostatniego grosza, a wygrałem +z pieniędzy zupełnie innych! - sofizmat, niezmiennie ten sam, +powracał w umyśle Romana.</p> + +<p>O ile jednak dawniej pocieszał on go chwilami, teraz, +dziś - nie działał już bynajmniej.</p> + +<p>Dojrzalszy obecnie, w niejednem jeszcze przekształcony +życia szkołą, patrzący z odległości lat kilku +zimniej daleko na uczynek swój własny "przywłaszczenia", +Dzierżymirski, nie wyzbywszy się dotąd wcale wszczepionych +silnie w dzieciństwie zasad uczciwości, nieprzejednanej, prawej, +czystej, - rozumiał, iż, pomimo pochłonięcia cudzego +złota przez jaskinię gry i dotychczasowej bezkarności - +zbłądził, i że wina jego zgoła nie była +mniejszą. Czuł, że życie moralne wykoleiło go +niemiłosiernie, i cierpiał...</p> + +<p>Roman przetarł ręką rozpaloną +głowę; atak apatyi nerwowej pesymizmu, żalu i goryczy, szeroką +falą napływał znowu do duszy jego.</p> + +<p>W tej samej chwili na ściennym zegarze wybiło +wpół do pierwszej. Roman się wstrząsnął.</p> + +<p>Sesya, obowiązki, przodownictwo społeczne - trzeba +być silnym!.. Odpocznie później, gdy wyjedzie - za dni parę, +teraz odwagi!.. spokoju!..</p> + +<p>I uczyniwszy nad nerwami swymi i myślą wysiłek, +Dzierżymirski wyprostował się. Rzuciwszy opodal do połowy +spopielałe, cygaro, począł porządkować śpiesznie +porozrzucane na biurku papiery.</p> + +<p>W tej samej chwili do drzwi zapukano trzykrotnie. Roman +drgnął i odwrócił się. Poznał sposób stukania +żony, co dzień bowiem, o tej porze, Ola zwykła była +odwiedzać go po pracy.</p> + +<p>- Entrez!.. - rzucił donośnie i czoło jego wypogodziło +się natychmiast.</p> + +<p>Ma ją przecież, najdroższą +żonę, podporę-kochankę i przyjaciela ! Wszak wzajemnie nie +posiadają przed sobą żadnych tajemnic, prócz jednej - jedynej!</p> + +<p>Przez próg komnaty do gabinetu wchodziła już Ola, +ubrana do wyjścia, w kapeluszu i sukni, skrojonej elegancko i +szeleszczącej jedwabiami spódnic.</p> + +<p>I ona od lat tych pięciu nie zmieniła się prawie. +Wypiękniała tylko jeszcze bardziej, bujniejszemi stały się +kształty i linie jej ciała, ponętniejszemi, w całym swym +czerwcowym rozkwicie, lat już niespełna trzydziestu.</p> + +<p>Z uśmiechem, przywitali się małżonkowie; +Roman ucałował żonę w czoło i zapytał:</p> + +<p>- Dokądże to tak moja pani?</p> + +<p>- Na ogólne zebranie pań Opieki Ś-go Franciszka z +Assyżu; a ty wychodzisz także?..</p> + +<p>- A jakże. Na sesyę Związku Kredytowego. </p> + +<p>- Na którą godzinę?</p> + +<p>- O pierwszej się rozpoczyna...</p> + +<p>- Pysznie!.. - zawołała uradowana Ola.- Kazałam +właśnie do powozu zaprządz, podwiozę cię... A +śniadanie drugie już jadłeś?</p> + +<p>- Nie, kochanie, czasu mi nie starczyło. Przekąszę +coś nie coś na mieście...</p> + +<p>- Mój ty biedaku !.. - i pogłaskawszy pieszczotliwie +męża po twarzy, uściskała go Ola serdecznie, - taki +zajęty zawsze, że nawet prawie nie można nigdy pomówić z +tobą swobodnie...</p> + +<p>- A czyja wina? - przekomarzał się wesoło +Dzierżymirski.- Gdy ja do domu wpadnę, nigdy pani mej nie ma... To +zebranie Ś-go Antoniego, Kalsantego, Ambrożego, - wszystkich +świętych jednem słowem... To znów z kolei opatrywaniu chorych, +wenta na przytułki, obrady na zabawy filantropijne, rozdawnictwa, gwiazdki +dla dzieci, rozbieranie ich, ubieranie... Czy ja w końcu wiem i +pamiętam, wszystkie owe tam wasze damskie pseudo-prace?..</p> + +<p>- No, no... Bardzo proszę, nie wyśmiewać mi +się z nas... Niby to wy, panowie, robicie co na owych sesyach. A +jakże! Rozmawiacie zgoła o czem innem, papierosy palicie, +kłócicie się i rozchodzicie. Ho-ho, już ja wiem dobrze, co +mówię!..- odparła z przekonaniem obrażona niby Ola.</p> + +<p>I w ten sam sposób dłużej jeszcze przekomarzaliby +się żartobliwie małżonkowie, gdyby nie wejście +lokaja, który zaanonsował:</p> + +<p>- Proszę jaśnie państwa, powóz już +czeka... </p> + +<p>- Aaa... to dobrze! - rzekł Roman żwawo, daleki +już myślą od dręczących go do niedawna wspomnień.</p> + +<p>- Nie przebierzesz się Romciu? - zapytała Ola.</p> + +<p>- Ani myślę, nie mam czasu! Patrz, dochodzi +już pierwsza... Cóż to, moje życie, uważasz może, +że nie po dżentlemeńsku wyglądam?... - zapytał lekko.</p> + +<p>- Ale gdzież tam... Cóż znowu?.. Tego myśleć +się nie ośmielam - roześmiała się Ola. - tylko tak +trochę... nie świeżo... Czekaj, przeczeszę cię, +poprawimy krawat i oczyszczę...</p> + +<p>Dzierżymirski poddał się pokornie wymaganiom +estetycznym żony.</p> + +<p>- No, fertig! Wyglądasz znośnie!.. - +zadecydowała Ola po chwili.</p> + +<p>- Phi... tylko? To niezbyt pocieszające, - odparł, +śmiejąc się, Roman - i wyszedł z Olą do przedpokoju.</p> + +<p>W bramie domu czekał już powóz odkryty; +Dzierżymirscy wsiedli doń pośpiesznie, lokaj wskoczył na +kozły i ruszyli. Znany w całem mieście pojazd +"prezesowstwa", zaprzężony w dwa rosłe mieszańce, +krwi anglo-arabskiej, wytoczył się na ulicę i pomknął +chyżo.</p> + +<p>Co chwila z pośród idącej po szerokich chodnikach +publiczności, lub z wymijanych powozów, kłaniał się +ktoś uprzejmie Dzierżymirskim, a oni, uśmiechnięci, weseli, +tak samo grzecznie oddawali wszystkim ukłony. Po dłuższej +chwili milczenia, odezwał się Roman:</p> + +<p>- Ale, a propos, musisz się tem zająć, +Oluniu, bo ja, doprawdy, czasu nie mam. Dziś, lub najdalej jutro, +wysyłamy zaproszenia do wszystkich naszych znajomych... W sobotę damy +raut pożegnalny... J'espere, że nic nie masz przeciwko temu, moje +życie ?..</p> + +<p>- Ależ, naturalnie!.. - pośpieszyła z +zapewnieniem Ola, - lecz musimy przecież złożyć wizyty... </p> + +<p>- Nie ja, nie ja, cherie!.. To ty za mnie nieodzownie +zrobić musisz, kochanie... Kto nie przyjdzie - pal go licho!.. A +zresztą, pas de crainte, stawią się wszyscy...</p> + +<p>- Dlaczego nie chcesz jechać ze mną?</p> + +<p>- Nie nie chcę, lecz nie mogę. Mam przed wyjazdem +jeszcze zajęcia huk! Nie możesz mieć nawet wyobrażenia, +moja droga, co to znaczy wyrwać się na miesięcy kilka, jak tego +pragnę, z tego kołamych rozlicznych obowiązków - c'est un vrai +tour de force!.. - Dzierżymirski zamilkł na chwilę, poczem +kończył:</p> + +<p>- Bo pomyśl tylko... Tu znaleźć na czas ten +cały zastępcę, tam znów wycofać się zręcznie, by +nie obrazić nikogo i załatwić wszystkie czynności już +z góry... Więc chyba rozumiesz teraz, iż w wizyty światowe +bawić się nie mogę, najwyżej do kilkunastu wybitniejszych +osobistości, i koniec.</p> + +<p>- Ależ dobrze, już dobrze, nie tłumacz +się, nie broń - zrobię wszystko, mój władco i panie! - z +uśmiechem, pocieszyła go Ola. - Pytałam się tak tylko... +Czy wracasz dziś na obiad ?..</p> + +<p>- Pas possible! - odparł Dzierżymirski stanowczo. +- Akurat o szóstej zebranie nadzwyczajne akcyonaryuszów i komitetu nowego +przedsiębiorstwa, wiesz, Komercyjno -Agronomiczny Związek krajowy... +Zjem na mieście.</p> + +<p>- A wieczorem? - pytała dalej Ola.</p> + +<p>- Muszę być koniecznie u księcia Artura, w +sprawie budowy nowego kościoła Św. Jana Chrzciciela; zebranie +prywatne w jego mieszkaniu - obiecałem.</p> + +<p>- Niemożliwym jesteś człowiekiem !.. - roześmiała +się Ola, - ja już o czwartej wracam do domu.</p> + +<p>Umilkli. Wkoło nich śmiało się w +słońcu miasto; wiosna czarodziejka nawet tu, w ciasne ogrodu mury, +swój powiew balsamiczny tchnąć potrafiła - oddychało +się swobodniej, szerzej, świeżość majowa +pieściła twarze śpieszących zewsząd tłumów, +śmiejących się i wesołych.</p> + +<p>- Stań! - rzucił nagle i rozkaz +Dzierżymirski, dotykając z lekka laską liberyjnych pleców +stangreta. Dojeżdżali do wspaniałego gmachu Związku Kredytowego.</p> + +<p>Powóz zatrzymał się posłusznie.</p> + +<p>- A ce soir! - rzekł Roman, i lekkiem uściśnieniem +ręki pożegnawszy żonę, wyskoczył z ekwipażu. Po +kamiennych stopniach krużganka skierował się ku olbrzymim kutym +drzwiom, które, w powitalnym, niskim ukłonie, otwierał już +usłużnie szwajcar miejscowy.</p> + +<p>Na progu gmachu Dzierżymirski obejrzał się i +spotkał ze wzrokiem Oli. Spojrzeniami wzajemnie pożegnali się +jeszcze pieszczotliwie, poczem Ola odwróciła się pierwsza, Roman +zaś, ścigając ją oczyma, zatrzymał się i +uśmiechnął...</p> + +<p>W oddalającym się powozie, młoda kobieta po +chwili, instynktownie jakby, raz drugi spojrzała za siebie. +Dzierżymirski jednocześnie skinął głową i +znikł za drzwiami, Ola zaś odwróciła się i niedbale rozpięła +białą, koronkami obszytą, parasolkę. Promienie i blaski +majowe zalśniły się jeszcze na jej postaci chwilę, i powóz +znikł, pochłonięty wielkomiejskim wirem.</p> + +<p> </p> + +<center>------------</center> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p>Kaskadą świateł i blasków płoną +rzęsiście apartamenty Romanowstwa Dzierżymirskich...</p> + +<p>Z pół otwartych lilii z kryształu, zdobiących +gazowe po bocznych ścianach kinkiety, z żyrandoli i lamp - tu +jaskrawo, tam znów łagodniej, drżą w dusznej atmosferze salonów +pęki promieni, spadają deszczem na tłum wesoły, elegancki +i strojny, grają, załamując się w klejnotach kobiet - +pieszczą ich nagie gorsy i ramiona, głaszczą je swym +niewidzialnym dotykiem.</p> + +<p>Gwar stłumiony prowadzonych z ożywieniem rozmów, +oraz tłok i ciasnota panuje w kilku obszerych salonach; +część tylko gości siedzi, większość, +wahadłowym ruchem płynącej fali, przechadza się +bezustannie, a raczej dyskretnie przeciska.</p> + +<p>Nie omylił się bowiem w przewidzeniach swych +Dzierżymirski. Całe towarzystwo i wszystkie jego sfery stawiły +się na raut pożegnalny prezesa, wice prezesa, dyrektora i +członka licznych instytucyi -rade i poczuwające się do +obowiązku obecnością swą złożyć daninę +grzeczności światowej temu, kto trzymał obecnie w silnej +dłoni wątek ich spraw i interesów - natury społecznej, +przemysłowej, filantropijnej, a często gęsto i osobistej nawet.</p> + +<p>Pełni uprzejmości, dystynkcyi i +gościnności szczerej, wśród tłumu swych gości, uwijali +się Dzierżymirscy, zmieniając się kolejno w pobliżu +wejścia pierwszego salonu, dla witania wchodzących co chwila nowych +przybyszów. W końcu jednak i ten czasowy posterunek ich okazał +się wprost niemożliwym...</p> + +<p>Roman i Ola zmuszeni zostali zmieszać się z +tłumem rautujących gości, ustępując sami naporowi +ścisku.</p> + +<p>A kwadranse tymczasem mijały szybko. Liczba +napływających osób powiększała się coraz bardziej, +wśród szeleszczącej zaś, barwnej fali gości, w liberyi i +pończochach, ukazywać się poczęli, posuwając się +z trudem, lokaje, z wielkiemi srebrnemi tacami... U wejścia zaś +salonów, wyparta zwiększającą się falą ludzi, +stanęła zwarta gromada mężczyzn, tamując w ten sposób +po prostu komunikacyę do przepełnionych nad miarę apartamentów.</p> + +<p>Młodzieniec, ciemny szatyn, nieposzlakowanie elegancki, +o impertynenckiej nieco, choć wielkoświatowej powierzchowności, +wchodził w tej chwili do mieszkania prezesowstwa Dzierżymirskich.</p> + +<p>Znalazłszy się niebawem poza zbitą u drzwi +garstką panów, na razie nie mógł postąpić ani kroku +naprzód. Widząc to, skrzywił swe wąskie usta, i wspiął +się dyskretnie na palce.</p> + +<p>Ponad zbliżonemi, wypomadowanemi głowami +stojących mężczyzn, ujrzał dokładnie +kołyszące się morze kobiecych biustów, główek czarownych, +pięknych, różnobarwnych tualet, gorsów i fraków i mruknął +do siebie:</p> + +<p>- Ho-ho!.. pas +mal...</p> + +<p>Spojrzał następnie na stojących opodal rautowiczów. +Nie znał żadnego z nich. Żachnął się +niecierpliwie i szepnął znów z cicha do siebie, po francuzku:</p> + +<p>- Que diable, je ne suis pas venu ici pour garder +l'antichambre...</p> + +<p>I jednocześnie posunął się zręcznie +naprzód, potrąciwszy zaś lekko po drodze swej paru sąsiadów, +rzucił, z wytwornym ukłonem, kilka: "Pardon", w rezultacie +jednak znalazł się zaledwie o parę kroków naprzód.</p> + +<p>Popatrzył znowu przed siebie, wspiąwszy się +na palce.</p> + +<p>- Ach, przecież choć jeden!.. - szepnął +z ulgą, tym razem już po polsku, dojrzał bowiem właśnie +poznanego w przeddzień Emila Ładyżyńskiego.</p> + +<p>Rzuciwszy po francusku parę ugrzecznionych +przeproszeń, młodzieniec postąpił znów kroków kilka, +aż stopniowo, przepraszając dalej bezustannie, zdołał +dotrzeć do Ładyżyńskiego.</p> + +<p>Ten już go był zoczył. Podali sobie +ręce, witając się uprzejmie.</p> + +<p>- Eh bien, chčr comte - zagadnął, z uśmiechem +pierwszy pan Emil - jakież wrażenie z rautu "koroniarzy?.." +Trudno się dostać, co? Et, ce qui touche, gospodarza, prezesa, vous +ne le verrez probablement pas, bo jest akurat pod przeciwnym biegunem.</p> + +<p>- A ja właśnie muszę, bo go nie znam. Pani +Dzierżymirska była tak bardzo uprzejmą zaprosić mnie, bo +złożyłem jej wizytę, lecz prezesa, jako nader zwykle +zajętego podobno, nie widziałem...</p> + +<p>- Ba... ba... c'est simple - potwierdził Ładyżyński +- nasz prezesunio jest to człowiek, który jest wszędzie, ale nigdy u +siebie w domu... Voulez - vous, przedstawię pana. W drogę zatem... +Płyńmy, płyńmy, póki czas!.. - zanuciwszy +półgłosem wyrazy ostatnie, rzekł starzejący się +kawaler, i prowadząc za sobą przybysza, puścił się +naprzód.</p> + +<p>Ostrożnie, z wolna, dwaj panowie posuwać się +zaczęli. Czynność to zaś niełatwą była. +Prócz obawy niezręcznego potrącenia kogoś z wytwornego, a +ścieśnionego grona - musieli oni pozatem lawirować jeszcze +bardzo zręcznie pomiędzy długiemi trenami pań... +Ładyżyński jednak radził sobie wybornie. Co chwila +kłaniał się komuś uprzejmie z daleka, lub witał z +bliska, przystawał, rzucał dowcipnych słów parę - +rozstępowano się przed nim. Szedł dalej.</p> + +<p>- Uf, nous y voilŕ!..- rzucił po niejakim czasie +towarzyszowi swemu.</p> + +<p>- Widzę Romana, jak peroruje, cŕ va sans dire, o +społecznych sprawach... - Och, i pani Ola jest również niedaleko!.. +Quelle chance...</p> + +<p>I pan Emil, odwróciwszy się, skorzystał z wolniejszej +nieco około siebie przestrzeni, wziął pod ramię +młodego człowieka i zbliżać się począł +wolno, ku otoczonemu kilkoma rozmawiającymi żywo panami, +Dzierżymirskiemu. Idąc zaś, podrwiwał z cicha, cytując +dolatujące głośniejsze wyrazy i zdania.</p> + +<p>- A co? nie miałem racyi ? słyszy pan ? Cel +społeczny, - potęga działalności, - punkt kulminacyjny, - +przesilenie finansowe - etc. i tak dalej. Jak dowodzi, co? Prawdziwa +dystyngowana wieża Babel szumnych frazesów!</p> + +<p>Młody człowiek słuchał uważnie, +uśmiechając się z lekka, tymczasem zaś jednak znaleźli +się obaj tuż koło grupy rozprawiających zapalczywie +mężczyzn.</p> + +<p>- Stój, panie hrabio, skromnie, aż ja zatamuję, +przerwę ten oto rwący potok dyskusyi!.. - odezwał się znów +Ładyżyński.</p> + +<p>Nie okazało się to jednak potrzebnem. Dzierżymirski, +bierniej od innych biorący udział w rozmowie, dojrzał już +właśnie zbliżającego się pana Emila. +Wyciągając przyjaźnie rękę ku niemu, z +serdecznością, przemówił:</p> + +<p>- Emilu? Jak się masz? cóż tak późno? </p> + +<p>Romana z Ładyżyńskim łączyły +obecnie stosunki przyjaźni szczerej. Dzierżymirski polubił +szczerze tego wesołego zawsze, patrzącego na życie trzeźwo +bywalca, a przyjaciela rodziny - żony, nie mającego mu przytem za +złe - jak wiadomo - postępku ongi z Olą.</p> + +<p>- Bynajmniej nie za późno - odrzekł swobodnie +zapytany, - od godziny dziś tak rojno, niby u ministra... Dojść +do Jego Ekscelencyi nie mogłem... - z ukłonem, dokończył +ironicznie.</p> + +<p>- A... tak. Rzeczywiście. Żegnają mnie czule, +- w tym samym tonie odparł z uśmiechem Dzierżymirski.</p> + +<p>- Czy widzisz, Romanie, - ciągnął +Ładyżyński - tego młodzieńca w monoklu, z takiem znawstwem +dyskretnem oglądającego w tej chwili tors hrabiny P ?</p> + +<p>- Widzę i nie znam!.. - zadziwił się +Dzierżymirski.</p> + +<p>- Co? pas possible!., - zadrwił pan Emil. - Nie znasz +swoich gości? O, panie prezesie, wstyd i hańba!.. No, ale nic, +wybawię cię z kłopotu i przedstawię ci go. Ja go znam!..</p> + +<p>- Jak się nazywa? Il a l'air assez bien!..</p> + +<p>- Parbleu, çŕ va sans dire. Potomek znakomitego rodu: hrabia +Topola-Topolski - objaśnił Ładyżyński, z ironią.</p> + +<p>- No, już "Topola", to pewnie dodatek twój, +Emilu - zaśmiał się Roman - ale skądże go wyrwałeś?..</p> + +<p>- Przybył z Galicyi, rodem z Księstwa Poznańskiego +- zaprosiła go twoja żona. Strzeż się, prezesie, pani +prezesowa ma swoich protegowanych!..</p> + +<p>- No, nie gawędź, przedstaw mi go, bo biedak +się zanudzi, tak czekając - rzekł Roman, i ująwszy +ramię przyjaciela, skierował się ku Topolskiemu, idąc +zaś, nachylony dyskretnie, szepnął:</p> + +<p>- Tylko nie przedstawiaj mi go comte Topolski, bo ja +zmuszonym będę wobec drugich uczynić to samo... Przecież to +nonsens wierutny tytułować jakiegoś tam Topolskiego hrabią +tu u nas, gdzie roi się od autentycznych, historycznych rodów...</p> + +<p>- E !.. daj pokój, obrazi się, zresztą bogaty i +epuzer... - odrzekł z niechęcią Ładyżyński - in +faut lui laisser son illustre illusion.</p> + +<p>- Ależ właśnie, przeciwnie! - przerwał +Dzierżymirski. - "Bez złudzeń", to najlepsza +reguła. Et je t'en prie, zrób, jak cię proszę...</p> + +<p>- No, dobrze, dobrze... Uspokój się zresztą... +Połknę "comte", ale jeśli mnie ten dudek wyzwie na +pojedynek, to musisz być sekundantem! - zawyrokował, po swojemu, +Ładyżyński.</p> + +<p>- Monsieur Topolski... - szybko wyrzucił po chwili, gdy +znaleźli się koło czekającego na nich młodzieńca.</p> + +<p>- Dzierżymirski... </p> + +<p>Pośpieszył osobiście przedstawić +się Roman uprzejmie i natychmiast zagaił rozmowę.</p> + +<p>- Bardzo mi miło widzieć u siebie gościa z za +Kordonu... Wszak pan przybywa z Galicyi?..</p> + +<p>- Tak jest. Wczoraj właśnie miałem zaszczyt +przedstawić się... i tam dalej - recytował pośpiesznie +Topolski banalną światową odpowiedź, +wyjaśniającą jego tutaj obecność i dotychczasową +znajomość z gospodarzem.</p> + +<p>- Nie zna pan zatem pewnie wiele osób - wysłuchawszy +go cierpliwie do końca, przemówił Dzierżymirski - tymczasem +przedstawię pana par ci, par lŕ, zgoda?.. Venons! - dorzucił +przyjaźnie.</p> + +<p>- Bonsoir, monsieur le comte! - w tej samej chwili tuż +obok nich rozległo się powitanie zwrócone do młodzieńca, i +przed trzema panami stanęła Ola, w prześlicznej jasnozielonej +sukni balowej, mieniącej się, przetykanej srebrem, wdzięcznie ubranej kwieciem wodnych +nenufarów.</p> + +<p>Topolski skłonił się wytwornie i +przywitał z gospodynią domu, oraz, z wprawą obytego +światowca, rozpoczął natychmiast rozmowę.</p> + +<p>Po twarzy Dzierżymirskiego tymczasem na słowa +powitalne żony przemknęło niezadowolenie widoczne i +skrzywił się nieznacznie. Postał chwilę w niepewności, +poczem, zrezygnowany, rzucił Topolskiemu uprzejmych słów parę i +znikł w tłumie gości.</p> + +<p>Topolski tymczasem, pomimo powierzchowności, na +pierwszy rzut oka aroganckiej nieco, okazał się miłym i wprawnym +"causeur em", a idąc wolno obok Oli, z ożywieniem +rozmawiać z nią nie przestawał.</p> + +<p>- Jak to? - mówiła Dzierżymirska - więc to +pan odziedziczył majątek w naszych stronach... Wolno wiedzieć +nazwisko dóbr pańskich?..</p> + +<p>- Szczęsnaja - odparł Topolski.</p> + +<p>- Ależ to zaledwie o pięć mil od Gowartowa, +gdzie z mężem mieszkamy - objaśniła towarzysza Ola. - +Śliczna rezydencya, znam z widzenia... Nie przypuszczałam zgoła, +że będę miała w pana sąsiada. Bardzo mi miło! - +dokończyła uprzejmie. Topolski skłonił się, rzuciwszy +jednocześnie zdawkowo - banalną grzeczność.</p> + +<p>- To pan dziedziczy po hrabi Teodorze Irenhauzie? wszak +prawda? - pytała dalej Ola.</p> + +<p>- Tak, pani; to był mój dziad stryjeczny... - Tak? no, +widzi pan... Znałam doskonale swego czasu dziadka, pańskiego, nous +sommes donc en pays de connaissance... Był to bardzo dystyngowany, zacny +i miły człowiek...</p> + +<p>- Oh, vous ętes bien aimable, madame...- zaczął +swą wytworną francuszczyzną młodzieniec, lecz +przerwała mu, snać niedosłyszawszy, Ola:</p> + +<p>- I objął pan już swe dobra ?.. </p> + +<p>- Nie, pani, jadę tam dopiero za parę tygodni...</p> + +<p>- Pozna pan zatem Ukrainę, - ciągnęła dalej +swobodnie młoda kobieta, - kraj to cudny, śliczny, zobaczy pan... Ja +go tak lubię, tak kocham, z całego serca!.. - kończyła, z +ożywieniem.</p> + +<p>- Ot bynajmniej nie jest mi obcą Ukraina - +pośpieszył z odpowiedzią Topolski. - Zaznałem już jej +uroku, bywałem bowiem u stryja dawniej, et je suis tout ŕ fait de votre +opinion madame, c'est un pays charmant... Tyle wdzięku, cichego czaru, w +tych drzemiących stepach i polach, tyle poezyi, w jej dumkach, a tyle, +tyle tęsknoty we wszystkiem!.. - z zapałem, wygłosił +ostatnie słowa Topolski.</p> + +<p>Ola, po raz pierwszy, spojrzała nań uważniej. +Twarz młodzieńca w tej chwili pozbyła się całkiem +nałożonej konwenansowej maski światowca, złagodniała +jakby i wypiękniała.</p> + +<p>Przesunąwszy uważnie swe rozumne spojrzenie po +twarzy swego nowopoznanego sąsiada wiejskiego w przyszłości, Ola +zdziwiła się w duszy niepomiernie, tymbardziej, że nie poza +bynajmniej, ale przeciwnie, szczerość w ostatnich słowach jego +dźwięczała. Nie spodziewała się podobnego zwrotu w +rozmowie banalnej przeciętnego salonowca, za jakiego wzięła +nowego gościa, zamyśliła się zatem chwilę, +umilkła, i dopiero, w parę minut później, przypomniawszy +snać sobie obowiązki gospodyni, uprzejmie bardzo zwróciła +się do Topolskiego.</p> + +<p>- Gawędzę z panem, et j'oublie tout ŕ fait, comte, +que vous connaissez ici trčs peu de monde... Wszak prawda? Przyjechał pan +dni temu parę zaledwie... Przedstawię pana... donnez moi votre bras, +s'il vous plait.</p> + +<p>Z wdziękiem, Topolski podał natychmiast Oli swe +ramię, rozpływając się jednocześnie w +podziękowaniach, grzecznościach i zasypując zręcznymi komplementami +młodą kobietę... Uprzejma gospodyni tymczasem prowadziła go +ku grupie siedzących starszych dam. Im naprzód przedstawiwszy +gościa, skinęła następnie na jednego z kręcących +się bezczynnie młodych ludzi, a zapoznawszy z nim swego protegowanego, +poleciła zaprezentować go młodszym paniom i pannom.</p> + +<p>- Comte Topolski... hrabia Topolski... monsieur le comte +Topolski...- rozległo się po chwili tu i tam po salonach, w +milknącym właśnie rozmów gwarze, tło fortepianu bowiem, +stojącego na zaimprowizowanej estradzie, zbliżała się w +tej samej właśnie chwili sławna artystka, śpiewaczka +włoska...</p> + +<p>Akompaniować jej zamierzał znany profesor i muzyk.</p> + +<p>Topolski zaczął przyciszonym głosem +zabawiać grupę pań i panien, wespół z wyfraczoną i +wymuskaną młodzieżą, uwaga zaś powszechna +zwróciła się jednocześnie na młodą i piękną +Włoszkę.</p> + +<p>Coraz ciszej i ciszej, choć opornie, umilkł w +końcu, niby morze, tłum wytworny i słuchać poczęto, z +pozornem zajęciem...</p> + +<p>Wreszcie, w ciszy względnej jeszcze, odezwały +się pierwsze akordy, a w ślad zatem obił się o ściany +salonów i uszy słuchaczy melodyjny, o cudnem aksamitnem brzmieniu, +kontralt kobiecy. Złączona w harmonijną całość z +muzyką fortepianu, rozległa się, zadrżała uczuciem +włoska pieśń namiętna i jak świeże tchnienie z pod +nieba Italii, spłynęła urocza, na rojną masę +gości...</p> + +<p>Wstrząsnąwszy zaś gamą tonów +przepełnione salony, poleciała pieśń czysta, skrzydlata, +daleko - wyrwała się przez okna na ulice miasta potężna, +silna, wcisnęła się do każdego zakątka mieszkania +Dzierżymirskich - zbudziła swym czarem dalekim siedzącego w +zadumie w jednym z najbardziej oddalonych fumoir'ów, Romana.</p> + +<p>Podniósł głowę instynktownie, +wsłuchał się w modulowaną artystycznie pieśń i +westchnął po kilkakrotnie...</p> + +<p>Korzystając ze zwróconej ogólnie uwagi na mający +się rozpocząć wkrótce popis koncertowy, Dzierżymirski +znużony schronił się był tutaj.</p> + +<p>Myśli dłużej go przytrzymały. Teraz +zaś, słysząc daleki, cichnący stopniowo szmer +tłumnego zebrania, a później wyraźne tony pieśni znakomitej +śpiewaczki, złagodzone oddaleniem, piękne, marzące, +drgające uczuciem i siłą - Roman, w milczeniu słuchał +nieporuszony - jakby zaklęty... I odejść stąd nie +chciało mu się wcale...</p> + +<p>Poddając się bowiem urokowi słuchanej +pieśni, poruszały się, trącone jakby czyjąś dłonią +z lekka, jakieś struny w jego duszy, kwiliły cicho, grały...</p> + +<p>Tymczasem namiętny glos Włoszki rósł, +potężniał...</p> + +<p>Wreszcie w pożegnalnym rytmie ostatnie, donośne, +słowa pieśni zabrzmiały - polały się lawą jakby +ekstazy, rozkoszy, upojenia, wstrząsnęły ścianami cichej +komnaty, a dobiegły aż tu, pod stopy Dzierżymirskiego, i +zgasły...</p> + +<p>Nastała drobna chwilka zupełnego milczenia, +poczem, zgłuszony nieco oddaleniem, zabrzmiał oklask +przeciągły, długi, szczery...</p> + +<p>Roman przetarł dłonią czoło i +powstał... Trzeba było powracać do obowiązków +niestrudzonego gospodarza domu.</p> + +<p>A tak dobrze było mu tutaj! Dawno nie pamięta tak +cichej, niczem nie zamąconej chwili, bez zgrzytu żadnego, bez +rozterki...</p> + +<p>Rozterka!.. Była przecież ona jego życiem. +Tak. Nie tem zewnętrznem, dla ludzi, dla świata, ale tem prawdziwem, +wewnętrznem - dla siebie.</p> + +<p>Cień smutku powlekł piękne rysy +Dzierżymirskiego; rozpamiętując coś, zadumał się +on znowu.</p> + +<p>Nagle brwi zmarszczył, i jakby przypomniawszy coś +sobie, sięgnął szybko do kieszeni fraka, skąd +wyjął welinową podłużną kopertę. Rzuciwszy +uważnem okiem na wypisany, drżącą ręką, +dokładny adres, odczytywać go począł. Był to zaś +list do niejakiego pana Wiktora Orlęckiego w Paryżu. O pismo to +chodziło Romanowi bardzo od kilku już tygodni, to jest od czasu, gdy +się dowiedział, że wzmiankowany powyżej, Wiktor +Orlęcki, zamieszkał w stolicy świata z oszczędności i +musu po stracie -majątkowej, wynikłej, jak mówiono, ze zguby, przed +samym terminem licytacyi majątkowej, sumy pieniężnej.</p> + +<p>Opowiadanie to, posłyszane przypadkiem, uderzyło +Romana Dzierżymirskiego. Rodziny Orlęckich nie znał, +szczegółów dowiedzieć się nie mógł... Wiadomość +ta jednak niepokoiła go; ogarniać go poczęła +chęć niezbadana stanowczego zobaczenia się, z owym Wiktorem +Orlęckim, oraz wybadania go zręcznego.</p> + +<p>I od chwili tej nie znał już pragnień +innych...</p> + +<p>Wreszcie poznał się umyślnie pewnego dnia z +bogaczem, sławnym odludkiem i dziwakiem, Hugonem Orlęckim, jedynym +krewnym zamieszkałego, w Paryżu Wiktora, by w jakikolwiek bądź +sposób móc dotrzeć przez niego do nieznanego mu zgoła +człowieka, a trzymającego, może, kto wie, nić jego +własnej zagadki! Dziś dopiero, na kilka godzin przed rautem, +udało się zdobyć list od starego samoluba, dla którego +napisanie go nawet było ofiarą niewątpliwie wielką, +zerwał bowiem zupełnie stosunki ze swym krewnym.</p> + +<p>Pismo to było w kwestyi oderwanej całkiem; +treść, poddana przez samego Romana, polecała tylko oddawcę +w pewnej sprawie względem synowca starego bogacza, posiadając jednak +list ów w kieszeni, Dzierżymirski odetchnął. Łatwiej mu +już bowiem było, mając sposobność poznania owego +Orlęckiego, potrącić w rozmowie z nim o temat +pieniężnej zguby, którego, jako obcy zupełnie, prawdopodobnie +tknąć by nawet z nim nie mógł.</p> + +<p>- Ba!.. jeszcze jeden... - westchnął Dzierżymirski +i skierował się śpiesznym krokiem ku rozbrzmiewającym +już wrzawą salonom.</p> + +<p>Tam, po uczcie artystycznej ducha, przechodzono +właśnie do dużej pustej jadalnej sali, by z kolei +przystąpić do uczty ciała i pokrzepić się jadłem, +za stawionem pokaźnie i suto, na olbrzymim podłużnym, przybranym +kwiatami, stole.</p> + +<p>Roman stanął w cieniu portyery, u wejścia jednego +z ustronnych buduarów, gdzie w tej chwili nie było nikogo, i +objął spojrzeniem swych gości.</p> + +<p>W jego ogromnych salonach było już nieco przestronniej; +tu i tam siedziano jeszcze, rozmawiano, lub przechadzano się swobodniej... +Wypuklej występowały teraz wspaniałe toalety kobiet, +mieniły się tęczowymi kolory.</p> + +<p>Na alabastrowych szyjach, piersiach i ramionach +wachlujących się zalotnie dam, łatwiej można było +dojrzeć obecnie wspaniałe klejnoty, połyskujące, na równi +ze spojrzeniami ich oczu...</p> + +<p>Na lewo zaś, ku sali jadalnej, ścisk natomiast +panował. Wiele osób dyskretnie w ostatnim, trzecim z rzędu, salonie, +oczekiwało, rautując tymczasowo, kolei swej, bo przy stołach +biesiadnych pełno już było gości, posilających +się, przeważnie stojąc, wystawną, urządzoną na +zimno kolacyą. Paniom i pannom usługiwali panowie, jedząc, +flirtując, śmiejąc się i bawiąc wesoło.</p> + +<p>Obejmując sale wzrokiem, dłuższą +już chwilę stał tak Dzierżymirski, a na twarzy jego, w +ślad za</p> + +<p>pewnym jakby odblaskiem wewnętrznej +próżności, zawitał teraz melancholijny cień...</p> + +<p>- Przyszli tutaj - myślał - tak, stawili się +z różnych obozów, sfer, przybyli i wielcy, i mali, bawią się +obecnie swobodnie, weseli, splatając zarazem swą obecnością +dług grzeczności światowej, zaciągnięty u niego - +pożyczkę moralnych usług, czynności, zabiegów...</p> + +<p>Ha, zapewne! Lecz gdyby tak oto niespodzianie, nagle, +dowiedzieli się tutaj oni wszyscy, co poza jego, Dzierżymirskiego, +powłoką się kryje, gdyby w zawrotną głąb duszy +jego zajrzeli!..</p> + +<p>O, niewątpliwie! Przeczytawszy ukrytą tam tajemnicę, +odwróciliby się ze wzgardą...</p> + +<p>Dzierżymirski nieuczciwy? Jak to?.. Prezes, wiceprezes, +człowiek czynu, energii, żelaznej woli, nasz najzdolniejszy, znany i +poważany w szerokich kołach miasta?..</p> + +<p>Jakaś pełna zgrzytów, piekąca ironia +roześmiała się na glos w duszy Romana.</p> + +<p>- Ha-ha-ha!.. ha-ha-ha !.. Oszukujesz ich ty!.. Ty, czczony, +wielki! Zasypujesz im oczy błyszczącym piaskiem, kpisz sobie w duchu +z nich wszystkich!..</p> + +<p>Roman wstrząsnął się... W przywidzeniu +nagłem ujrzał on te klasy, sfery - tych wszystkich, +przechadzających się przed nim, strojnych ludzi, unikających +jego wzroku, ukłonu, uchylających się od podania mu ręki, +ze wzgardą zimną, suchą na obliczu...</p> + +<p>I Dzierżymirski, wzburzony nagle, podniósł +głowę hardo, wstrząsnął bujną czupryną, +śniada twarz jego przybrała wyraz energii, oraz niezłomnej woli, +i wyszeptał:</p> + +<p>- Nie dam się, nie dam!.. - zacisnął instynktownie +pięści i dokończył ciszej jeszcze: - Korzą się +oni przede mną, kornymi zostaną; bo ja tak chcę i tak być +musi!..</p> + +<p>Dzierżymirski bowiem w tej chwili nie bał się +rzeczywiście ciemnej, nierozwiązanej jeszcze życia zagadki - +ufał w siebie!..</p> + +<p>W ukryciu swem, niedostrzeżony przez nikogo, stał +długo jeszcze... Uspakajał się stopniowo, a z równowagą +umysłową, wywalczaną zwykle wolą żelazną - +codzienny, tajony przed drugimi, smutek, pełny samowiedzy, po raz setny +znowu wstępował do duszy jego.</p> + +<p>- Galernikiem jestem!... - szepnął Roman z +goryczą. - Nie tym, z piętnem ludzkiej sprawiedliwości na czole, +potępianym, ale może gorszym jeszcze, bo moralnym - tym, któremu +honory pod nogi rzucają hojnie, a on je z rumieńcem wstydu +ukryć by rad przed sumieniem, lecz nie może!. W ciemnię zagadki +wpatrzony błędnie, wijący się bezustannie w ducha rozterce, +niewolnikiem błędnego koła przeznaczenia własnego jestem, +bryzgającym światu fałszem mego "ja", +potrafiącym go odurzyć komedyą, graną znakomicie, nie mogącym +zaś, niestety, zagłuszyli tylko - siebie!..</p> + +<p>(przypis - tu książką jest spalona, elementy +wzięte w nawias kwadratowy są dokończeniem wyrazu, +bądź oznaczeniem przerwy w tekście)</p> + +<p>I Dzierżymirski przesunął dłoń po +czole, jakby pragnąc zetrzeć z niego ostatecznie myśli +nieposłuszne. Stanął po chwili przed lustrem, rozczesał +starannie włosy i brodę, poprawił szczegó[ły swej] toalety, +a przybrawszy zwykłą codzie[nną pozę] oblicza - przestąpił +sprężyście próg z[ +bu]duaru... Rzucił znowu oczyma po salac[h ].</p> + +<p>Druga, czy trzecia partya gości [ ]raz wieczerzę, a tamci, syci, +przechad[zali się po] nim. Nagle ujrzał w dali sylwetkę w[ ] szukającej uparcie wzrokiem +kogoś ws[zak po] chwili oczy ich spotkały się, Ola +uśmie[chnęła się ] i przyzywać go poczęła +skinieniem głowy. [Równocze]śnie ktoś szybko uchwycił za +rękę Romana.</p> + +<p>- Qua diable, ekscelencyo!.. - zabrzmiał głos +Ładyżyńskiego. - Co z tobą się dzieje? Kolacya +rozpoczęta, pani Ola cię szuka, goście dopytują się o +ciebie bezustannie, a tyś, jak w wodę wpadł... Bój się +Boga, wielki człowieku, cóż z ciebie za gospodarz domu!?.. - i pan +Emil, wziąwszy pod rękę Dzierżymirskiego, prowadzić go +począł poprzez salony.</p> + +<p>Roman zaś teraz dopiero zdał sobie sprawy +dokładnie, jak widocznie długo nie było go pomiędzy +gośćmi.</p> + +<p>- Telefonowano do mnie, interes bardzo ważny!.. +Naprędce załatwić musiałem korespondencyę... - skłamał gładko.</p> + +<p>- Ach, zawsze z ciebie ten sam interesoman - +zaśmiał się Ładyżyński - wiesz co ? Ja +myślę, że jeżeli tak dłużej potrwa, to i w nocy +będziesz przewodniczył sesyom, a niby ś. p. Napoleon godzin +parę tylko spoczywał w objęciach Morfeusza!..</p> + +<p>(przypis - druga strona spalenizny)</p> + +<p>[Rom]an na tę uwagę nic nie odpowiedział, bo +[ ]go. Panowie i panie +przywłaszczali so[bie ]gi nieobecnego tak długo gospodarza do[ ]ię z nim w rozmowy, na których +dnie, [ ]rył się i tu +nawet, zręcznie wyzyskujący [ +int]eres osobisty.</p> + +<p>[Dzierży]mirski zaś, ze zwykłą sobie +pozorną po[wagą ] poddawał +się temu wszystkiemu uprzej[mie rozmaw]iał z ożywieniem i +niebawem znikł z oczu, [ ] +falą gości. W tryby swe, kółeczka i koła [ ]ała go znowu machina życia, ścierając +walkę [my]śli, wrażenia z przed chwili, barwnym, bawiącym +się "towarzyskim światem", tak, jak wczoraj czyniła to +interesami, sesyami, pracą społeczną, lub czem innem +wreszcie...</p> + +<p>To właśnie życie czynne było największem może czasowem +lekarstwem Romana - było jego morfiną, której za moralną +dawką zapominał chwilowo o wszystkiem.</p> + +<p>Tymczasem czas mknął szybko. Po skończonej +już zupełnie kolacyi, przez czas krótki do kulminacyjnego punktu +ożywienia doszedł raut prezesowstwa Dzierżymirskich... Salony +rozbrzmiały zdwojoną zabawą i rozmową. Na wszystkich +prawie twarzach widniało szczere zadowolenie, co w wielkiej mierze +zawdzięczano niezmordowanym, gościnnej uprzejmości pełnym +zabiegom Romana i Oli.</p> + +<p>Eleganckie ich sylwetki, wśród barwnej lśniącej +fali zaproszonych osób, migały szybko, znajdowały, zdawało +się, wszędzie, by tylko uprzyjemnić, rozruszać i +zabawić wszystkich, umiejętnem przedstawianiem, dobieraniem wzajemnem +kół i kółeczek swych gości.</p> + +<p>Wreszcie stopniowo, z wolna, w salonach ukazywać +się poczęło coraz więcej swobodnego miejsca...</p> + +<p>Wybiła gdzieś godzina wpół do trzeciej. High +life miejscowy pierwszy dało hasło do odwrotu, za jego +przykładem, śladem poszły i sfery inne... Przed domem, oraz na +asfalcie obszernego dziedzińca zatętniały liczne uderzenia +kopyt końskich, zamajaczyły ogniki u latarń dziesiątek +powozów i karet. Rozjeżdżało się tłumnie i coraz +szybciej.</p> + +<p>U wejścia wyludniających się coraz bardziej +salonów, znowu stali teraz Dzierżymirscy, żegnając wszystkich +serdecznie i grzecznie nad wyraz.</p> + +<p>- N'est ce pas ? do zahaczenia w Gowartowie?.. - +rzuciła na pożegnanie Ola odchodzącemu już w tejże +chwili Topolskiemu.</p> + +<p>- Najmilszym to dla mnie będzie obowiązkiem!.. - +zabrzmiała, w ukłonie wytwornym skwapliwa jego odpowiedź.</p> + +<center>*******************************************</center> + +<p>Noc wiosenna, cicha, przez otwarte wszystkich apartamentów +okna, zajrzała w swej gwiaździstej szacie do salonów +Dzierżymirskich.</p> + +<p>Ciepłym, rzeźkim powiewem zmieszała się +ona z pozostałą tu wonią perfum, potu ciała i oddechów +ludzkich, - tchnieniem swem dotknęła głów siedzących w +zacisznym buduarze Romana i Oli.</p> + +<p>Ola z lubością wciągnęła w piersi +oddech wiosennej nocy, poczem rzekła:</p> + +<p>- Ach, jak przyjemnie... czujesz, Romciu? Co za miły i +świeży powiew!..</p> + +<p>Dzierżymirski, palący w zamyśleniu papierosa, +spojrzał na wdzięczną postać żony, opiętą +zgrabnie w śliczną dekoltowaną suknię, i dłużej +zatrzymawszy na niej spojrzenie, milcząc, z uśmiechem +skinął potakująco głową; po chwili zaś +rzucił papierosa precz od siebie i przysunąwszy fotel bliżej do +kanapki; gdzie siedziała Ola, położył miękką +dłoń swą na jej małej rączce.</p> + +<p>- Wiesz, kochanie - rzekł łagodnie i z wolna - że +ja już jutro do Paryża jechać muszę...</p> + +<p>- Już jutro?.. - wykrzyknęła ze zdziwieniem +Ola. - Mieliśmy jechać razem do Gowartowa - dodała +następnie z żalem - a ty za granicę dopiero później...</p> + +<p>I oczy Oli pociemniały nieco, na twarzy zaś +odbił się cień widocznego jakby rozczarowania. +Dzierżymirski uśmiechnął się na tę minkę +niezadowoloną.</p> + +<p>- Dba jednak o mnie i kocha... - przemknęło mu +przez myśl, poczem łagodnie, głaszcząc dłonią +rączkę Oli, mówił pieszczotliwie znów dalej, paliły go +już bowiem gorączką: list schowany w kieszeni i nadzieja +wpadnięcia może na tak dawno poszukiwany trop.</p> + +<p>- Wierz mi, zwlekać nie mogę, muszę +jechać natychmiast... Zresztą przyjadę do Gowartowa +później.</p> + +<p>- Ależ wczoraj jeszcze - żachnęła się +Ola - mówiłeś mi, że nic tak dalece pilnego nie powołuje +cię...</p> + +<p>- Ho-ho gniewy!.. - zauważył lekko i żartobliwie +Dzierżymirski. - Cóż to, może moja pani chciałaby mnie +mieć tak ciągle ŕ ses trousses?.. - I mówiąc to, powstał, +zbliżył się do żony, a ująwszy jej obie dłonie, +położył je uśmiechnięty sobie na twarzy i wargami +muskać począł delikatnie, bawiąc się jednocześnie +brzęczącemi na rączkach Oli bransoletkami.</p> + +<p>- Oj, kotku, koteczku ty mój drogi, kochany! wczoraj... - +przedrzeźniał z kolei - wczoraj nic nie wiedziałem jeszcze, a +dziś... - tu Roman spuścił oczy - na raucie właśnie +uchwaliliśmy razem z członkami nowozakładającej się +współki Przemysłu Fabryczno - Krajowego, że ja, jako delegowany, +muszę, jechać czemprędzej do Paryża, w celu obejrzenia na +miejscu udoskonaleń fabrycznych...</p> + +<p>Roman umilkł, puścił delikatnie dłonie +żony i wyjął ruchem szybkim zegarek.</p> + +<p>- Oho - po trzeciej... Późno, cherie, już +kłaść się pora - i kończąc jakby poprzednią +rozmowę, dorzucił: - No, i cóż, moje życie, widzisz teraz, +iż nie jechać jutro nie mogę...</p> + +<p>- Zapewne. Ty zawsze nie możesz, gdy nie chcesz! No, +ale cóż robić... Jedź... Tylko w takim razie proszę mi +długo tam nie siedzieć i pisać listy codziennie. Koniecznie... +By nie zapomnieć o mnie zupełnie - tu Ola z uśmiechem +pogroziła mężowi palcem i dodała jeszcze: - bo Paryż +- Paryżem, ho, ho, ja znam się na tem!.. Nie oszukasz mnie tak +łatwo...</p> + +<p>- Ale cóż znowu? - żachnął się +Dzierżymirski, ale tym razem zupełnie szczerze. - Cóż za +myśli - uśmiechnął +się, a potem dorzucił całkiem poważnie: - Wiesz przecie, +że prócz ciebie, żadna na świecie kobieta nie obchodzi mnie +zgoła!..</p> + +<p>Z wdzięcznością spojrzała nań Ola.</p> + +<p>- Wiem i wierzę - rzekła - a ponieważ i mnie +tęskno bez pana mego będzie, więc i ja jutro pojadę...</p> + +<p>Zatrzymała się, spojrzawszy filuternie na męża, +cień bowiem mimowolny przebiegł po twarzy jego...</p> + +<p>- Nie, nie do Paryża!.. - roześmiała się +szczerze, jakby myśli Romana zgadując - ale do Gowartowa!..</p> + +<p>Uśmiechnął się z kolei +Dzierżymirski.</p> + +<p>- Dobrze! - wykrzyknął wesoło. - Zatem jutro +- marsz! Ponieważ zaś pociąg mój wychodzi później od twego, +wyślę pakunki nasze przez służbę i odwiozę +cię na kolej powozem. A teraz - ciągnął dalej - +spać!... Dobranoc, kochanie, zmęczoną jesteś.</p> + +<p>Pocałował Olę serdecznie w obie ręce i +czoło - małżeństwo znużone rozeszło się...</p> + +<p>Niebawem w apartamentach prezesowstwa Dzierżymirskich +pogasły wszystkie światła. Cisza i uśpienie, +prowadząc się za ręce, wstąpiły do rojących +się tak niedawno od ludzi salonów, buduarów - rozpostarły się +wszędzie i mrokiem sennym otuliły wszystko dokoła.</p> + +<p> </p> + +<center>--------</center> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p>- Paris!.. Tout +le monde descend!.. Paris!..</p> + +<p> Okrzyk ten +jędrny, donośny, a wyrzeczony najczystszym francuskim akcentem, +obił się o słuch pasażerów pociągu, +podjeżdżającego pod oszklone arkady paryskiego dworca, i +zbudził drzemiącego w wagonowym przedziale Dzierżymirskiego.</p> + +<p>- Par... - ris !.. - zabrzmiało przeciągle raz +jeszcze pod samem oknem wagonu i drzwiczki szybko roztworzono nagle... Roman +zerwał się, a pochwyciwszy podróżną torebkę, +wyskoczył śpiesznie na peron.</p> + +<p>Bieganina, ruch, zgiełk, ogarnęły go natychmiast, +oszołomiły chwilowo całkiem; w parę minut dopiero, +zoryentowawszy się, poszedł Dzierżymirski do rewizyjnej sali, +gdzie pobieżną z bagażem swym załatwiwszy formalność, +w kwadrans później znalazł się już w dorożce, na +bulwarach.</p> + +<p>Zapaliwszy cygaro i rozparłszy się wygodnie, z +przyjemnością przypatrywał się on teraz od bardzo już +dawna nie widzianej nadsekwańskiej stolicy.</p> + +<p>Środkiem bulwaru Sewastopolskiego, ulicą, wymijały +go ogromne, zielone tramwaje elektryczne, różnobarwne omnibusy konne, +ekwipaże, samochody; cały zastęp ruchliwy pojazdów tamował +co chwila wir miasta, na sekund kilka wielokrotnie zatrzymywać się +była zmuszona wioząca Romana dorożka; policyjna w mantylach +ciemnych krzykliwie czyniła porządek - poczem ruszano znowu.</p> + +<p>A pod wyniosłemi drzewami, po bokach, snuły +się pośpiesznie przechodniów roje; na werandach mnogich kawiarni, +zajmujących część chodnika, pełno było +również i gwarno od konsumentów - płci obojga oraz różnych +stanów.</p> + +<p>I jakiś prąd kiełkującego, czynnego +bezustannie życia, lecącego na oślep jakby przed siebie, +niepomnego byłego, znikłego już "wczoraj", w +ciągłej, śpiesznej pogoni teraźniejszości i jutra - +bił od tych uganiających się mas ludzkich, zawrotną +siłą ciągnął jakby ku sobie - pochłaniał i +wabił...</p> + +<p>W płuca swe wciągając bezwiednie tchnienie +tego życia, toczącego się z łoskotem swego perpetuum +mobile, Roman dojechał wreszcie do jednego z centralnych hoteli, gdzie +rozlokowawszy się niebawem, znużony położył się +i zasnął.</p> + +<p>Przespawszy w kamiennym śnie zmęczenia dobrych +godzin kilka, Dzierżymirski zabrał się energicznie do celu swego +tutaj przybycia. Wybiegł na miasto.</p> + +<p>Dla oryginalności i pod wpływem przypomnienia +używanej za studenckich jeszcze czasów jazdy na "impérial'i" +omnibusów, "pan prezes" usadowił się na dachu jednego z +nich i z zadowoleniem, rozglądać się począł +wokoło.</p> + +<p>U stóp jego, blisko, w granitowem podłożu toczyła +sennie swe ciemne, stalowe fale Sekwana. U jej brzegów w oddali, na lewo, +wznosiły się ponure nieco kwadraty wieżyc katedry Notre Dame, w +prawo zaś majaczył Luwr olbrzymi. Dalej znów błyszczał +ozdobami most Aleksandra III-go, odcinała się na tle nieba wieża +Eiffel - w perspektywie, kopuła pałacu Inwalidów złociła +się w promieniach majowego słońca...</p> + +<p>A po Sekwanie, krążąc, uwijały się +parowe statki, zatrzymywały się u licznych przystani, obsługując +bezustannie mieszkańców stolicy.</p> + +<p>Trzęsąc niemiłosiernie, żółtawy, w +trzy siwe konie zaprzężony, omnibus zatrzymywał się +właśnie na jednym z przystanków, gdy obserwujący ciągle +Paryż Dzierżymirski, zdał sobie nagle sprawę, że +mieszkanie Orlęckiego może być już blisko, i począł +schodzić szybko po krętych schodkach, łączących +piętnastocentymową impériale z trzydziestocentymowym padołem.</p> + +<p>Znalazłszy się na bruku, Roman +przyśpieszył kroku, i wyminąwszy kilka wąskich +zaułków, znikł w bramie jednego z domów. W chwilę później +dzwonił na krętych ciemnych schodach starej, jak świat, +kamienicy - u drzwi pomieszkania Orlęckiego. Otworzyła mu +młoda, fertyczna służąca, w charakterystycznym białym +czepeczku na głowie.</p> + +<p>- Monsieur Orlęcki? - zapytał Dzierżymirski. </p> + +<p>- Sorti et ne reviendra qu'a dix heures du soir - +posłyszał zwięzłą odpowiedź.</p> + +<p>Zawiedziony Roman skrzywił się, z +niechęcią i zagadnął:</p> + +<p>- A jutro o której godzinie zastać go będzie +można?</p> + +<p>- O, jutro zgoła co innego. W Niedzielę pan +przyjmuje od drugiej do obiadu - poinformowała przybysza młoda +Francuzka.</p> + +<p>- A zatem przyjdę jutro o tejże godzinie - +odparł Dzierżymirski, i sięgnąwszy po bilet wizytowy, oraz +list Hugona Orlęckiego, wręczył je służącej,</p> + +<p>- Proszę oddać to panu... Do widzenia!.. - +skinął głową uprzejmie.</p> + +<p>- Bonjour, monsieur!.. - odwzajemniając się +dzień dobrym, według miejscowego zwyczaju, pożegnała go +dziewczyna uśmiechem i zalotnem błyśnięciem czarnych oczu.</p> + +<p>Wydostawszy się na ulicę, Dzierżymirski, +niezadowolony ze zwłoki, a cały pochłonięty nadzieją +rozwiązania za pomocą Orlęckiego dręczącej go zagadki +- szedł naprzód przed siebie odruchowo czas dłuższy. Od +otoczenia swego daleki jeszcze myślami, nagle zatrzymał się +jednak, spojrzawszy uważnie dokoła siebie.</p> + +<p>Znajdował się obok filarów wejściowych +Panteonu - przed nim zaś w perspektywie już bliskiej zieleniał +za kratą ogród Luksemburski.</p> + +<p>Pustymi chodnikami skierował się w tą +stronę; wkrótce był już w ogrodzie i iść +zaczął bez celu szerokiemi alejami, niebawem zaś znalazł +się na obszernym tarasie. Na lewo, w oddali, zamajaczyły wieżyce +Obserwatoryum, przed nim wznosiło się muzeum Luksemburskie.</p> + +<p> </p> + +<p>- Wpadnę tam i obejrzę, co jest!.. - pomyślał, +zadowolony nagle na widok gmachu, a ponieważ wejście do pałacu +nie było od ogrodu, lecz od strony bulwaru Ś-go Michała, +Dzierżymirski skierował się boczną aleją parku ku +wyjściu, na prawo. Twarz chmurną, znudzoną, okrasił mu +uśmiech; przestąpił sprężyście próg muzeum i +spojrzał jednocześnie na zegarek - mijała czwarta, podwoje +pałacu zaś zamykano o piątej.</p> + +<p>- Zdążę chyba zobaczyć wszystko!.. - +mruknął, kontent już tym razem zupełnie, z przyjemnego zabicia +czasu.</p> + +<p>I rzeczywiście.. Pod wpływem bowiem pierwszego +rzutu oka na salon sztuki, Dzierżymirski zapomniał o wszystkiem, co +go dręczyło.</p> + +<p>Znajdował się w otoczeniu, ustawionych w pierwszej +sali, licznych rzeźb nowożytnych...</p> + +<p>Więc oto najprzód spojrzenie jego przykuła +ustawiona na małem wzniesieniu, w pobliżu wejścia, rzeźba +Moreau-Vauthier'a, a była nią postać naga, leżącej na +wznak, w lubieżnej pozie i upojeniu, bachantki, z gronem winogron w lewej +dłoni... Naturalność pozy i ruchu, a szczególniej modelowane doskonale +ciało kobiece, tętniące po prostu w zimnym białym marmurze, +żarem krwi młodej - zatrzymało dłużej na sobie wzrok +Romana.</p> + +<p>Rozglądając się, przystając co chwila, +poszedł dalej!.. I niebawem znowu zapatrzył się +dłużej, tym razem przed przegiętą w tył, w +stojącej postawie, i unoszącą się jakby w przestrzeni, +postacią nagiej również dziewczyny. Oczy jej były +przymkniętemi, twarz owiana mgłą uśpienia, w ręku +trzymane chwiało się kwiecie...</p> + +<p>Było to "Złudzenie" F. Charpentier'a, +oddające subtelnie pochwyconą nieuchwytność illuzyi, jak +sen, jak marzenie, nieujętej - rozpływającej się jakby w +przestrzeniach...</p> + +<p>Niezrównanem bowiem oddaniem czaru uśpionych +pięknych rysów kobiecych, zdawało się, że znajdujący +się tutaj przedstawiciele rzeźby turniej urządzili sobie.</p> + +<p>Wśród wielu innych w tymże rodzaju posągów, +wyróżniała się jeszcze rzeźba, nader piękna, +zatytułowana : "Wspomnienie". Twórcą jej był Mercié +Autonin.</p> + +<p>Przedstawiała ona młode dziewczę, o rysach +drobnych, z głową przechyloną w tył nieco, z obliczem, +tonącem jakby w głębokim, cichym śnie. Na kolanach jej, na +ziemi - wszędzie, widniały rozsypane kwiaty; dwa gołąbki, +niosąc w dzióbkach również kwiecie, leciały ku niej, +rozmarzonej cicho, we wspomnieniu dalekiem...</p> + +<p>Poświęciwszy względnie dość czasu +na rzeźbę, Dzierżymirski przeszedł spiesznie do salonów, +zawieszonych obrazami, dochodziła już bowiem godzina +zamknięcia. Szybko, jak mógł najuważniej, począł +oglądać obrazy wszystkie; w ten sposób dobiegł do sali +ostatniej. Poczem, wolniej nieco, powracać zaczął.</p> + +<p>I teraz w jednym salonie uwagę jego zwrócił nader +oryginalnie, bo, jakby całkiem po świecku traktowany, a mimo to +nadziemskością tchnący, obraz: "Najświętsza Marya +Pocieszycielka..." Z ram patrzyła na widza, natchnionego oblicza, o +dużych oczach czarnych, siedząca postać Niebios Królowej... Na +kolanach Jej, rzucona na klęczkach, oparła się kobieta, z +twarzą ukrytą, z rękoma załamanemi, w bezbrzeżnym +bólu, szukająca na łonie Świętej Maryi pocieszenia! U stóp +tych dwóch postaci kobiecych - poniżej, leżało wdzięcznie +uśpione dzieciątko, śniło, osypane całe, obrzucone +puchem białych róż śnieżnych, w rozkwicie...</p> + +<p>Dzierżymirski, zachwycony wdziękiem i poezyą, +bijącemi z obrazu tego, pędzla "Bouguereau"; po chwili znów +pospieszył dalej.</p> + +<p>Naraz zatrzymał się ponownie. Ujrzał bowiem +naprzeciwko siebie obraz dość duży, przez Detaille Edwarda. +Nosił miano "Le ręve (Sen)".</p> + +<p>Na olbrzymiem oto polu, otuleni płaszczami, z czapkami +nasuniętemi na czoło, pokotem, jeden obok drugiego, leżą +setki odpoczywających, pogrążonych we śnie +żołnierzy... Poranek cichy; niebo hen! daleko zaróżawia się +leniwie jutrzenką, - wśród śpiących ludzi +błyszczą w szarem świtaniu rzędem poustawiane, +ułożone w kozły bronie, a gdzieś z boku, blisko, dogasa +już ognisko...</p> + +<p>Lecz cóż to za cienie majaczą tam, w górze, nad +nimi?</p> + +<p>To górą, w obłokach, płynie mgłą +przesłonięty jakiś hufiec inny, zwycięzki - mar i duchów, +nie ludzi!.. Grzmi tam muzyka, bębnią, strzelają, proporce +się chwieją, chorągwie szumią... tamci, tam, zwyciężają +niezawodnie!..</p> + +<p>I ponad głowy uśpionych żołnierzy, +których potwór wojny może już jutro pochłonie, przesuwa +się, jak marzenie, ułudne widzenie ostatnie: oni śpiąc, +widzą siebie, jak zwyciężają, pełni chwały!..</p> + +<p>To sen...</p> + +<p>Piąta wybiła głośno w salonach sztuki, i +Dzierżymirski opuścić musiał muzeum. Niebawem znalazł +się na bulwarach Paryża i równocześnie instynktownie +poczuł głód.</p> + +<p>Włoch z matki i duszą całą artysta, +myślą wspominał on jeszcze widziane przed chwilą +dzieła sztuki i pogodnem spojrzeniem ogarniał biegnące +wokoło siebie tłumy, przepełnione kawiarnie i huczące +pojazdy.</p> + +<p>- La Presse!.. La Patrie... La Pres-se!.. - krzyczano mu nad uchem na wszystkie strony; +w restauracyach, na platformach, spożywano już posiłek, popijano +wino, absynt i inne wyskokowe napoje - cały Paryż obiadował.</p> + +<p>Na świeżem powietrzu, przy jednym z takich +stolików, zachęcony przykładem, zasiadł i Roman, a kazawszy +podać obiad, zapalił swobodnie cygaro.</p> + +<p>Niebawem przyniesiono pierwszą potrawę. Wśród +przelewającego się kaskadą paryskiego życia i huku +ruchliwej stolicy, Dzierżymirski spokojnie zaczął +spożywać zupę, słuchając ciekawie, z uśmiechem, +głośnych rozmów swych przerozmaitych sąsiadów i +charakterystycznych częstokroć ich bulwarowych dowcipów.</p> + +<center>***</center> + +<p>Punktualny, pomiędzy drugą, a trzecią po +południu, wchodził nazajutrz Roman do mieszkania Orlęckiego. +Służąca wprowadziła go natychmiast do saloniku, zaledwie +jednak wszedł tam, roztworzyły się już zamaszyście +boczne drzwi komnatki i w ramie ich ukazał się mężczyzna +rosły, blondyn; łysawy i dość otyły, o +siwiejącym, z polska podkręconym, wąsie.</p> + +<p>- Jakże mi miło... Jak miło mieć w +swoich progach tak dostojnego gościa... rodaka!.. - zaczął od +proga, z polską szczerością i uprzejmością w +głosie, roztworzył przytem machinalnie ramiona, jakby chciał do +piersi przycisnąć niemi przybyłego, po chwili +opamiętał się jednak i wyciągając uprzejmie +prawicę; czysto już tylko salonowym gestem, przedstawił +się: Orlęcki... Wiktor... - siostrzeniec Hugona.</p> + +<p>- Nie uwierzy pan - ciągnął natychmiast bardzo +grzecznie - jaką rzetelnie prawdziwą radość uczynił mi +list stryja i zapowiedź tej pańskiej wizyty... Proszę, niech pan +prezes siada!... Proszę bardzo...</p> + +<p>I Orlęcki wskazał, z grzecznością, +fotele, widząc zaś zdziwienie na twarzy Romana, na dźwięk +tytułu "prezesa", uśmiechnął się, +odgadłszy myśl gościa.</p> + +<p>- Dziwnem się panu prezesowi, jak widzę, wydaje - +przemówił, - że tytułuje go... Cóż to, przypuszcza pan +może, - ciągnął dalej, ze swadą, - że my tu na +obczyźnie nic nie wiemy, kto w kraju u nas przoduje? Przeciwnie, +przeciwnie! - śledzimy gorączkowo i z uwagą ruch naszych +ziomków, współbraci !.. A jakże... a jakże!.. Ja sam +osobiście trzymam wiele gazet polskich, wiem o wszystkiem, a z nazwiskiem +pańskiem - tu skłonił się grzecznie w stronę Romana - +spotykałem się w nich tylokrotnie, ceniąc zawsze +ruchliwość pana prezesa i oddaniu się jego +społeczeństwu naszemu...</p> + +<p>Umilkł, a po chwili</p> + +<p>- Ale!.. przepraszam bardzo!.. Pan prezes wszak pali +zapewne?.. służę natychmiast - i zerwał się miejsca, +przynosząc wkrótce Dzierżymirskiemu pudełko papierosów.</p> + +<p>Roman sięgnął po jednego z nich i +bąknął niewyraźnie:</p> + +<p>- Dziękuję bardzo!..</p> + +<p>Obserwując wciąż ciekawie, spod oka swego +gospodarza, chciał przytem już przemówić, lecz pełny bezustannej +uprzejmości Orlęcki przerwał mu zanim usta otworzyć +zdołał:</p> + +<p>- A może cygarko?.. Przepraszam stokrotnie... Za +chwilę! - i nie czekając odpowiedzi, znikł za drzwiami +przyległego pokoju, Dzierżymirski zaś uśmiechnął +się.</p> + +<p>Poczciwy człowiek jakiś - pomyślał - i +choć, zdaje się, blagier nieco, lecz szczery i z gatunku +nieszkodliwych. Dowiem się prawdopodobnie, czego chciałem...</p> + +<p>Ledwie Roman określenie to w umyśle sformułować +zdołał, gospodarz domu stał już przed nim, podając +szerokie puzderko cygar.</p> + +<p>- Doskonałe - pochwalił - prawdziwe pruskie... O, +bynajmniej nie tutejsze, które są po prostu ohydne - zaopiniował.</p> + +<p>- Dziękuję bardzo. Pan tak łaskaw... - +poczuł się w obowiązku odrzec Dzierżymirski, powstawszy +zarazem z miejsca swego.</p> + +<p>- O, panie prezesie! - pospieszył, z odpowiedzią, +Orlęcki, - Siadać proszę en bons amis... Ot -tutaj... - +wskazał na kanapkę - wygodniej będzie! - i zapaliwszy +równocześnie zapałkę, zbliżył płomień do +koniuszczka cygara Dzierżymirskiego.</p> + +<p>- Merci!.. - skłonił się tenże raz +jeszcze, i wypuściwszy kółeczko dymu, odezwał się wreszcie, +skorzystawszy z sekundy milczenia gościnnego gospodarza.</p> + +<p>- Czytał pan list stryja, pana Hugona, wszak prawda?.. +Wiadomy panu więc zatem cel mego tu przybycia... Nie znąjąc +nikogo w Paryżu, zdecydowałem się prosić stryja +pańskiego, o tarte d'entree do pana...</p> + +<p>- Och, i bez tego, panie prezesie - przerwał +Orlęcki - każdego rodaka witamy tu z całego serca! Tembardziej +zaś pana prezesa, tak w kraju zasłużonego...</p> + +<p>- Ach, tak, nie wątpię - z wolna potwierdził +Roman - lecz i mnie chodziło również - tu uśmiechnął +się z lekka - o specyalną protekcyę do kogoś, by +potrafił ułatwić wiadomą nam sprawę przemysłową...</p> + +<p>- A tak, tak! - przerwał znów Orlęcki, niezadowolony +jakby, że poruszano tę kwestyę. Pan prezes radby obejrzeć +drobiazgowo i gruntownie urządzenia fabryk tutejszych, przy mojej +pomocy... Owszem, postaram się, panie prezesie, choć uprzedzić +muszę, że ja... - zatrzymał się - nie mam tak rozległych +stosunków ze sferą handlowców... to jest, chciałem powiedzieć... +ze sferą fabrykantów... przemysłowców... Paryża... panie +dobrodzieju... Jednakże... - tu zająknął się, +zaplątał w swem przemówienia Orlęcki i zamilkł, widocznie +zmieszany.</p> + +<p>Uśmiech niedostrzegalny okolił wąskie usta Romana.</p> + +<p>- To nic nie szkodzi - odparł. Mam niepłonną +nadzieję, iż razem z panem damy sobie z tem wszystkiem radę... +Zresztą, to chyba drobnostka. Chodzi zaledwie o jakieś +dziesięć fabryk tylko...</p> + +<p>Roman zatrzymał się i zapytał jeszcze, +chcąc konsekwentnie doprowadzić do końca zmyślony swój +interes i misyę:</p> + +<p>- Wszak fabryki owe wymienione są w liście pana +Hugona...</p> + +<p>- Tak jest, tak jest... w istocie...- potwierdził +Orlęcki i zająknął się znowu.</p> + +<p>- To dobrze, mógłby mi może szanowny pan +powiedzieć, czy właściciele ich znani są jemu?.. Gdzie to +zakłady fabryczne znajdują, w jaki sposób, oraz kiedy obejrzeć +je można by było?..</p> + +<p>- Nic doprawdy nie mogę jeszcze panu prezesowi w tym +względzie powiedzieć - odrzekł Orlęcki i dodał +natychmiast:</p> + +<p>- Co się tyczy, czy znam właścicieli, to... +prawdopodobnie... Zresztą zna się tutaj osób tyle... - +zatrzymał się. - Tylko, vous savez, panie prezesie... otrzymałem +list dopiero wczoraj - urwał, i dokończył po chwili - +więc, vous comprenez, czasu nie miałem...</p> + +<p>- Ależ naturalnie!.. - pospieszył z uspakajeniem +Orlęckiego Dzierżymirski. - Ja tylko dlatego się pytam, iż +to jest celem mego tutaj przybycia, i że to mnie nader interesuje, jako +delegata nowa zakładającej się u nas w kraju współki +Handlowo-Przemysłowo-Fabrycznej...</p> + +<p>- A tak, słyszałem,.. Czytałem nawet o tem +gdzieś w gazetach - odparł, z przekonaniem Orlęcki.</p> + +<p>- Kłamie, jak z nut - pomyślał Dzierżymirski, +i uśmiech dyskretny ponownie przemknął po ustach jego. +Zaciągnął się jednocześnie cygarem i wpatrzył +badawczo w Orlęckiego. - Bonne pâte d'homme... - myślał zarazem +- ale jak tu zacząć o tych zgubionych pieniądzach?</p> + +<p>Tymczasem, nielubiący milczeć Orlęcki, +widocznie również pragnący zręcznie odwrócić rozmowę, +już mówił:</p> + +<p>- Pan prezes zapewne nie po raz pierwszy i na +dłużej przybył do Paryża, nieprawdaż?..</p> + +<p>- Och, tak... - odruchowo potwierdził Roman, nie +myśląc o tem, co mówi.</p> + +<p>- No, to mam nadzieję - opowiadał uprzejmy +gospodarz dalej - że będę jeszcze miał okazyę +przedstawić panu prezesowi moją żonę i córkę... +Dziś pojechały do Versailles. Panu prezesowi wiadomo zapewne, iż +w pierwszą niedzielę każdego miesiąca puszczają +wodę ze wszystkich fontann w Wersalskim parku... Widok zaiste bywa wówczas +wspaniały. C'est charmant!.. - zatrzymał się chwilę i +sięgnął po zegarek do kieszeni. - O! trzecia już +dochodzi... Niebawem wrócą...</p> + +<p>Dzierżymirski tymczasem, słuchając, nie +słuchał, pogrążony wciąż w myślach. Naraz +twarz śniada jego ożywiła się, przeleciał po niej +promień... Strzepując delikatnie popiół z cygara, +przemówił z wolna: </p> + +<p>- Proszę pana... - zatrzymał się. - Za +niedyskrecyę popełnianą może, najmocniej przepraszam... +Czyżby pan nie był rad powrócić do kraju..</p> + +<p>I Dzierżymirski badawczo spojrzał w twarz +Orlęckiemu, czekając odpowiedzi, jednocześnie myślał.</p> + +<p>- Każdy Polak na obczyznie tęskni za krajem, +pewnik; dlaczegobym ja nie miał użyć tego sposobu do +osiągnięcia mego prywatnego celu? No, zobaczymy...</p> + +<p>Orlęcki zaś już mówił:</p> + +<p>- Czy ja nie pragnąłbym powrócić do kraju? +Ależ, panie prezesie, to moje najgorętsze życzenie! pragnienie +żony mojej, córki - codzienne marzenie nas wszystkich! - +dokończył, z zapałem.</p> + +<p>- No, dobrze, mam cię!.. - przeleciało przez +umysł Romana.</p> + +<p>- Czy wolno zapytać jeszcze - przemówił - o rzecz +jedną, a mianowicie... Czy życzenie to państw - marzenie - +poprawił, z uśmiechem - ma już dotąd jakie pewne i +konkretne podstawy?..</p> + +<p>Orlęcki na te słowa spuścił wzrok ku +ziemi. </p> + +<p>- O, bynajmniej - odparł... - Tam, w kraju, stosunki +zerwałem wszystkie prawie... tu zaś zawiązałem niektóre, +potrzebne mi. Mam poza tem stałe zajęcie, przynoszące mi dochód +pewny...</p> + +<p>- Tak, tak, zapewne, rozumiem - przerwał szybko +Dzierżymirski - wchodzę w położenie i przepraszam bardzo za +me pytania... - dokończył grzecznie, a widząc równocześnie +na twarzy gospodarza zakłopotanie widoczne...</p> + +<p>- Nie ma za co jechać nieborak - to jasne, i +żyć by z czego nie miał -wśród swoich - pomyślał +i w tejże chwili zapytał:</p> + +<p>- Lecz gdyby tak trafiła się na przykład szanownemu +panu okazya dobra do objęcia w kraju zyskownej posady? Przypuszczam, +że w takim razie przeszkody do wyjazdu nie byłoby żadnej?..</p> + +<p>- No, zapewne... Lecz o tem i myśleć niepodobna, +nie posiadam bowiem już żadnych w kraju stosunków - powtórzył +Orlęcki, ze smutkiem.</p> + +<p>- A pan Hugo, krewny pański?.. - zagadnął +Roman.</p> + +<p>- Och... ten... - przeciągle odparł gospodarz, z +niechęcią wyraźną, i z wybuchem szczerości +nagłej, rzekł z goryczą:</p> + +<p>- Stryj Hugo od czasu, jakem emigrował i +wieść mi się w życiu przestało, znać mnie +już nie chce, ani wiedzieć nic o mnie... Dziwię się nawet +niewymownie, iż raczył napisać pod moim adresem, w interesie +prezesa, słów kilka...</p> + +<p>Na twarzy Orlęckiego, przy tych słowach, +osiadł cień, po chwili dorzucił:</p> + +<p>- Zwykła kolej ludzka... nic dziwnego. Świat +pamięta o tych tylko, którym się powodzi. </p> + +<p>Dzierżymirski wpatrzył się uważnie w +Orlęckiego; ostatnie słowa, wypowiedziane przez niego, odkryły +mu utajoną stronę życia siedzącego przed nim człowieka +- nieszczęście, gorycz skrytą, a powodów jej łacno +domyślił się Roman. Pomimo woli, żal mu się +Orlęckiego zrobiło.</p> + +<p>- To szkoda jednak - przemówił z wolna - że +panowie mieszkają tak od siebie z daleka... Pan Hugo, choć odludek i +egoista, poza tem jednak człowiek nieposzlakowanej opinii i nadzwyczaj +przy tem wpływowy i bogaty.</p> + +<p>Orlęcki na te słowa uczynił niewyraźny +ruch ręką; - nastała chwila milczenia.</p> + +<p>- Wypada mi raz jeszcze przeprosić stokrotnie pana - +odezwał się znów pierwszy Dzierżymirski - że ośmielam +się wkraczać w stosunki jego, tak osobiste, lecz po pierwsze +wyjątkowe położenie nasze tu, na obczyźnie, jako rodaków, +skłania mnie do tego; po drugie zaś, że w tym względzie +może mogę stać panu użytecznym...</p> + +<p>Orlęcki, zdziwiony, spojrzał na Romana.</p> + +<p>- Tak jest - rzekł Dzierżymirski, z uśmiechem +- cóżby szanowny pan bowiem powiedział na to, gdybym... -- tu +zatrzymał się sekundę - ułatwił mu... - +Dzierżymirski przy tem zaakcentował wyraźnie ostatnie wyrazy - +powrót do kraju... Stosunkami zaś dał mu jaką posadę +korzystną?..</p> + +<p>- Ależ, panie prezesie! - wykrzyknął +Orlęcki, i zerwawszy się z fotelu, uchwycił dłoń +gościa swego, ściskając ją serdecznie.. - +Wdzięczność moja i sercu memu bliskich nie miałaby +granic!.. Lecz doprawdy, nie pojmuję... nie rozumiem!.. - urwał +wzruszony... - Skąd taka łaska pana prezesa dla mnie?... Wszak +poznaliśmy się tak niedawno! - dokończył i zamilkł, +nie wiedząc snać, co powiedzieć, jak się obrócić i +znaleźć w sytuacyi, tak dlań niespodzianej...</p> + +<p>Roman tymczasem powstał również z miejsca, i +oddawszy serdecznie uścisk Orlęckiemu, po przyjacielsku +ujął go za ramię.</p> + +<p>Przeszli po pokoju tak razem kroków kilka, poczem +Dzierżymirski, wciąż idąc pod rękę z +Orlęckim, rzekł całkiem swobodnie:</p> + +<p>- Przyznaję, poczułem do szanownego pana +szczerą sympatyę, rozumiem przy tem w zupełności +połóżenie jego tutejsze, i gotów jestem uczynić dla niego +wiele...</p> + +<p>- Dziękuję, po tysiąc razy +dziękuję! - uścisnął Orlęcki serdecznie trzymane +ramię Romana, z równowagi cały wyprowadzony.</p> + +<p>Dzierżymirski mówił tymczasem dalej, pomny celu +swego:</p> + +<p>- Lecz daruje pan rzecz jedną... Nim przystąpimy +mianowicie do obchodzącej pana sprawy, wiedzieć muszę +dokładnie - Roman zatrzymał się - zupełnie +szczegółowo - poprawił - przebieg dotychczasowego jego życia. +Nic w tem dziwnego z mej strony, wszak prawda?.. Znać mam +przyjemność szanownego i kochanego pana od tak bardzo niedawna! - dokończył, +z przyjaznym uśmiechem, i jak najnaturalniej na pozór.</p> + +<p>- Ależ, rzecz prosta! Tajemnicy w tem zresztą nie +ma żadnej! - odparł Orlęcki szybko, przekonany zupełnie. - +Opowiem prezesowi wszystko natychmiast! - ciągnął dalej +rozradowany.</p> + +<p>- No, to siadajmy!.. - rzekł wesoło Dzierżymirski.</p> + +<p>Usiedli jeden naprzeciw drugiego. Roman wpatrzył +się badawczo w twarz Orlęckiego, a w oczekiwaniu zwierzenia, którego +w duszy tak bardzo pragnął, twarz mu pobladła mimo woli, +aksamitne zaś spojrzenie ciemnych oczu stało się bardziej +jeszcze przenikliwem i rozumnem.</p> + +<p>- Słucham pana - rzekł poważnie. </p> + +<p>Uśmiechnięty, radosny, poprawił się +Orlęcki na krześle, i sięgnąwszy po cygara, zapalił +jedno, w roztargnieniu częstując niemi Romana.</p> + +<p>- Dziękuję, palę jeszcze - +uśmiechnął się niedostrzegalnie Roman, i spojrzał z +pod oka na gospodarza. - Rôti ŕ point! - zadecydował w myśli +sarkastycznie.</p> + +<p>- A, przepraszam! -odrzekł Orlęcki i mówił +dalej:</p> + +<p>- Otóż, co do mego, technicznie tak zwanego curriculum +vitae, postaram się opowiedzieć je prezesowi w kilku słowach. +Rzecz ta przedstawia się zatem jak następuje:</p> + +<p>- Urodzony lat temu, czterdzieści i siedem, dobiegam +już bowiem pięćdziesiątki - uśmiechnął +się - z ojca Ryszarda i matki Józefy z Lancjarskich de domo, +przepróżnowałem, kształcąc się w domu, do lat +piętnastu... Potem oddano mnie do Jezuitów, następnie +kończyłem uniwersytet w Bonn, nad Renem, i wróciwszy do kraju, +objąłem klucz majątkowy, dziedziczny Orlin...</p> + +<p>- Bywając w, świecie przez lat kilka, +starając się o pierwsze w kraju partye, żyjąc nieco +szeroko, straciłem majątek... Następnie spotkałem +dzisiejszą żonę moją, z domu hrabiankę +Bożkowską... Przez ż - uśmiechnął się +Orlęcki, - bo są i Borzkowscy przez rz, bez tytułu i nie +pochodzący wcale z karmazynów - zwyczajne szaraki - objaśnił.</p> + +<p>Dzierżymirski w tem miejscu uśmiechnął +się pobłażliwie - sarkastycznie, lecz słuchał w +milczeniu dalej.</p> + +<p>- Pobraliśmy się, - ciągnął +tymczasem Orlęcki - i osiadłem na roli, już nie jako pan, ale +jako skromny obywatel na kilkudziesięciu włókach ziemi, i naturalnie, +z czasem zerwałem przy tem zupełnie dawne światowe stosunki... +Gospodarowałem sobie tak cicho lat kilkanaście, stałem się +domatorem - przekształcałem stopniowo, o ile mogłem, w czcigodnego +pana sąsiada... Wreszcie, niestety, jak piorun z nieba, spadło na +mnie zdarzenie pewne... Nie wspomożony przez nikogo, sprzedać +musiałem dobra, i przybyłem tu - za chlebem!..</p> + +<p>Orlęcki umilkł na chwilę, poczem, dodał +nieco smutnie :</p> + +<p>- Jak najpiękniejsza od słońca płowieje +materya, tak i najbarwniejsze życie blaknie od nieprzychylnych ciosów +życia. Szarzyzną ono dla mnie dzisiaj - trudno! - +westchnął, i zamilkł znowu.</p> + +<p>W nadziei, iż dowie się jeszcze oczekiwanego +przezeń "clou" historyi tej całej, milczenia tego nie +przerywał Dzierżymirski. Po dłuższej jednak chwili, +widząc, że Orlęcki, pochłonięty myślami, +zapominać zdaje się nawet o jego obecności, zagadnął +uprzejmie:</p> + +<p>- I jeśli wiedzieć wolno, cóż dalej?</p> + +<p>Jakby ze snu jakiego dalekiego zbudzony, Orlęcki +podniósł powoli posmutniałe oczy na Romana.</p> + +<p>- Nic! - odrzekł bezbarwnie, głosem twardym. </p> + +<p>- Być nie może? - zadziwił się Roman, +jak mógł najszczerzej. - I pomyśleć - ciągnął +swobodnie - że ja tam w kraju tyle przeróżnych rzeczy o panu +słyszałem...</p> + +<p>Urażony jakby tem, co usłyszał, Orlęcki +zapytał z kolei sucho:</p> + +<p>- No, i cóż takiego, ciekawym, wymyśliła na +mnie luba opinia, czy wiedzieć mogę?</p> + +<p>Roman niecierpliwie poruszył się na krześle. </p> + +<p>- Cóż u licha! - pomyślał - czynię +dotąd tyle, i prawda wciąż wymyka mi się sprzed nosa... </p> + +<p>Po chwili zaś, jak gdyby nagle na coś +zupełnie już stanowczo zdecydowany, odpowiedział z wolna, +przetarłszy przytem ręką czoło:</p> + +<p>- Och!.. potem o tem... Teraz znowu powrócić +muszę do jądra zajmującej nas kwestyi. Pragnę dać panu +posadę... Czy wolno zapytać - jakie są jego mocne - +zaakcentował - kwalifkacye fachowe?..</p> + +<p>- Fachowych ściśle żadnych - przerwał +niezadowolonym trochę głosem Orlęcki. - Posiadam jednak +języki: angielski, francuski, rosyjski i niemiecki, oraz zdobyte +pracą i praktyką obecną - rachunkowość i +buchalteryę - w banku, gdzie urzęduję i skąd w razie +potrzeby otrzymać mogę świadectwo odpowiednie.</p> + +<p>- A! - zadziwił się mimo woli Roman - to dobrze... +to bardzo dobrze...</p> + +<p>Wzrok jego przy tem, z zadowoleniem objął +dłuższą chwilę całą postać Orlęckiego, +mówiąc do siebie mimo woli wyraźnie; - Patrzcie?.. nie spodziewałem +się!..</p> + +<p>- Zatem - odezwał się niebawem - objąć +może szanowny pan inną, lepszą nawet posadę od tej, +którą przeznaczałem w myśli dla niego.</p> + +<p>- Cóż to za miejsce? - zagadnął Orlęcki.</p> + +<p>- Une place de confiance...- wycedził z wolna +Dzierżymirski. - Przy tem równocześnie jedno z wyższych przy +korespondencyi i buchalteryi w Banku Komercyjno-Przemysłowym, +otworzyć się mającym za miesięcy kilka... Do komitetu +należę, odmówić mi nic nie mogą... Skoro zaś pan w tej +właśnie dziedzinie już posiada praktykę pewną, tem +łacniej więc wybór mój zatwierdzą...</p> + +<p>Roman skończył i spojrzał znów spod oka na obywatela - emigranta.</p> + +<p>Zdziwienie radosne biło z twarzy Orlęckiego. </p> + +<p>- No, teraz chyba wyśpiewasz mi wszystko - pomyślał +Roman, w duchu.</p> + +<p>- Pensya znaczna - ciągnął dalej całkiem +obojętnie, - ile, nie wiem jeszcze na pewno... W każdym razie +tysięcy kilka .. - urwał niedbale.</p> + +<p>- Ależ to miejsce idealne! - wykrzyknął +żywo Orlęcki. - Dziękuję po raz wtóry! - +uścisnął dłoń Romana.</p> + +<p>Dzierżymirski uczynił wysiłek nad sobą, +by nie zdradzić się przypadkowo nerwowem głosu brzmieniem i +przemówił:</p> + +<p>- Tylko zachodzi tu jeszcze kwestya jedna... A mianowicie - +zawahał się...</p> + +<p>- Bo to, widzi szanowny i kochany pan, ci panowie, tam, w +Zarządzie, są bardzo trudni... Czepiają się byle czego...</p> + +<p>I znów Roman mówić przestał, poczem zaś, poirytowany +nagle, że będzie zmuszony iść prosto do celu i palcami +dotykać kwestyi, którą zręcznie obejść zamierzał, +wyrzucił z siebie twardo:</p> + +<p>- Mówiono mi tam, o jakichś pieniądzach, zgubionych +przez pana, nieodnalezionych, czy coś tam podobnego... Pojmuje pan zatem, +że ja, protegując - zatrzymał się Roman sekundę, i +uprzejmie nieco dorzucił, z wymuszonym uśmiechem. - Powiedzieć +muszę wszystko, wszak pan to rozumie chyba?.. Nic zaś o tem +dotąd szanowny pan mi nie mówił...</p> + +<p>- Ależ nie powiedziałem? - obruszył się +urażony widocznie Orlęcki. - Bo uważałem to, jak i uważam +dotąd, za sprawę czysto osobistą...</p> + +<p>- Masz tobie! - omal że nie wykrzyknął Dzierżymirski, +ze złością, lecz opamiętał się w porę, i +zapytał w ślad za tem spokojnie, wpadłszy zarazem na pomysł +przebiegły.</p> + +<p>- No tak, zapewne... Czyjeż to jednak pieniądze +były?..</p> + +<p>- Aaa! - wyrwało się z ust Orlęckiego natychmiast, +i powstawszy gwałtownie z krzesła, wykrzyknął:</p> + +<p>- To prezesowi tak powiedziano!.. Rozumiem teraz i +przepraszam... Łotry dopiero, infamisy!.. - wyrzucił z siebie z +oburzeniem.</p> + +<p>Dzierżymirski śpiesznie położył +swą kobiecą miękką dłoń na żylastej +ręce szlachcica i pomimo woli rzucił niecierpliwie:</p> + +<p>- Ja również bardzo przepraszam! - zawahał +się - i słucham..: - dokończył.</p> + +<p>Orlęcki usiadł, wzburzony jeszcze +odsapnął i przemówił:</p> + +<p>Powiesz mi później, prezesie kochany, kto mnie tak +oszkalował. Pierwsza rzecz, gdy do kraju powrócę, wyzwę go na +pojedynek, jak mi Bóg miły, a teraz słuchaj:</p> + +<p>- Było to tak: Posiadałem majątek na Litwie, +gdzie, jak wiadomo, hipoteki nie ma, ni Towarzystwa Kredytowego... Są tam +tylko tak zwane "Banki Ziemskie", które w razie nie uiszczenia +się z wypłaty na termin, egzekwują bardzo szybko... Otóż w +jednym z banków owych miałem grubą pożyczkę... +Minął termin jeden, drugi, trzeci, płaciłem mało, +zebrały się zaległości, wystawiono mi dobra na +sprzedaż... Zapłacić musiałem zaległości - razem +dwanaście tysięcy... Nie miałem ich, pożyczyłem +więc sumę żądaną u paru osób i w drodze, gdym +jechał płacić na miejsce, w ostatniej niemal chwili +pieniądze te zgubiłem... Majątek mi naturalnie sprzedano...</p> + +<p>- To bolesna prawda!.. Chyba pan prezes przysięgi +żądać ode mnie nie będzie, a zresztą?.. Gotowym! - i +Orlęcki powstał uroczyście...</p> + +<p>- Ale, cóż znowu?.. - rozległ się w milczeniu +suchy głos Dzierżymirskiego, a słowa te, wymówione zimno, +zabrzmiały niemiłym dla ucha dźwiękiem:</p> + +<p>Od chwili bowiem, gdy z ust Orlęckiego padła cyfra +"dwanaście tysięcy", Roman zmienił się +całkiem. Giestem, pełnym zniechęcenia, wypuścił z +rąk trzymane cygaro, twarz zaś, przybrawszy wyraz obojętny, +chłodny, poorała się w drobne zmarszczki. Więc ponownie oto +rozprysła mu się w palcach mydlana bańka!.. Życie, z +przerażającą logiką dawało mu do zrozumienia, że +kpić z usiłowań jego nie przestaje... I drwina ta nowa, szydercza, +zraniła go boleśnie, jednocześnie zaś gniew +niewytłumaczony, instynktowny, zawrzał w Dzierżymirskim.</p> + +<p>Cóż go, zaiste obchodzić mógł Orlęcki, +historye i przysięgi jego?</p> + +<p>- Osioł!.. Myśli może - rzucił w duchu +gniewnie - że obecnie, kiedy nie dwadzieścia siedm, a dwanaście +tylko zgubił tysięcy, zajmować się nim będę!.. +Ba, nie głupim! - i uśmiech zły, sarkastyczny wykrzywił +wąskie usta Romana.</p> + +<p>Powstał sztywno, mając zaś już z +wieloletniej swej praktyki na ustach gotowy do pozbycia się ludzi zdawkowy +komunał, wyciągnął rękę na pożegnanie...</p> + +<p>Lecz oto niespodzianie fakt na pozór drobny pomieszał mu +całkiem szyki - zadzwoniono. Gadatliwy Orlęcki, rozpoczynający +właśnie, mało już obchodzący teraz Romana, dalszy +ciąg swych życia kolei, przeprosiwszy, wybiegł do przedpokoju, w +ślad za tem rozległy się dwa głosy kobiece, szelest +okryć i sukien damskich. Rozbierano się, potem szeptać +zaczęto, po chwili zaś znów dwa wykrzykniki zdziwienia i radości +obiły się o słuch Dzierżymirskiego.</p> + +<p>Słysząc je, skrzywił się Roman +nieznacznie, chrząknął i znudzony zbliżył się +powoli ku oknu salonika. Nie trudno było domyśleć się, +że tam, w przedpokoju, ten "poczciwy" Orlęcki wygadał +już rodzinie swej niemal wszystko.</p> + +<p>- Wpadłem! - pomyślał Roman, i zdenerwowany, +stuknął palcami w powietrzu.</p> + +<p>Drzwi zaś poza nim roztwierały się już +spiesznie. Odwrócił się.</p> + +<p>Naprzeciwko niego szły dwie kobiety, zaróżowione, +uśmiechnięte. Jedna z nich, starsza, brunetka, piękna jeszcze, +dobrze zakonserwowana, - druga, dziewczę młodziutkie, szesnastoletnie +zaledwie może, hoże i świeże...</p> + +<p>- Prezes Roman Dzierżymirski, nasz obecny zbawca, opiekun, +a jak ci mówiłem przed chwilą, najszlachetniejszy z ludzi, których +dotąd w życiu poznałem! - przedstawił szumnie Orlęcki +gościa żonie, głosem ciepłym, jakby wzruszonym jeszcze od +doznanych z przed chwili wrażeń.</p> + +<p>Skłonił się Dzierżymirski, a na dźwięk +ostatniego zdania lekki rumieniec pokrył mu lica. Wstydził się +za swe myśli - za siebie...</p> + +<p>Tymczasem ruchem wspólnym, uprzejmie wyciągnęły +się ku niemu dwie małe kobiece rączki. </p> + +<p>- Bardzo mi miło poznać pana, bardzo miło! - mówiła, +ściskając dłoń jego, pani Orlęcka. - Tembardziej, +że jak mi właśnie mąż powiada, pan prezes staje +się aniołem opiekuńczym naszych losów, przyszłości - +zwiastunem, iż zobaczymy kraj nasz, za którym ciągle tak bardzo +tęsknimy! - kończyła wzruszona.</p> + +<p>- Moja córka, Mita - przedstawiła z kolei Romanowi +młodziutką pannę.</p> + +<p>Dzierżymirski trzymał, ściskał +właśnie w dłoniach drobną jej rączkę, a choć +nie powiedziało mu dziewczę nic zgoła, z uścisku jednak +przyjaznego, ciepłego, ze spojrzenia jasnych, niebieskich oczu, w których +czytały się w owej chwili wdzięczność bez granic, +radość i nadzieja - poczuł Roman, iż okrucieństwem +niemiłosiernem byłoby teraz z jego strony cofnięcie obietnicy.</p> + +<p>I jednocześnie reakcya nagła wstąpiła +weń. Jakiś przypływ jakby dobroci zalał mu duszę, serce; +zarazem zaś pomyślał:</p> + +<p>- Nazwano mnie "najszlachetniejszym", ha-ha-ha!.. +Ironii może w tem wiele, ale... jednak... dlaczegóżbym i ja czasami +nie miał być szlachetnym? A poza tem, cóż de facto winien ten +oto Orlęcki, że nie jest tym właśnie, którego tak szukam +bezowocnie?.. Jestem wpływowym, silnym, dlaczegóż więc nie +dopomógłbym człowiekowi, pokrzywdzonemu bądź co +bądź przez nieznanego pieniędzy jego znalazcę, tak, jak +pokrzywdzonym jest może przeze mnie również i ten osobnik nieznany - +"mój!.."</p> + +<p>I starczyło w ślad za tem jednej chwili, by w +głowie Dzierżymirskiego powstał plan gotowy.</p> + +<p>- Cieszy mnie niewymownie, że los pozwala mi stać +się - tu zwrócił się, z uśmiechem, ku pani Orlęckiej - +Aniołem Stróżem tego domu... Dziś zaraz zatelegrafuję do panów +z komitetu nowego banku o kandydaturze pana - wskazał nieznacznie Orlęckiego +ruchem głowy.</p> + +<p>W milczeniu, wzruszony szlachcic uścisnął +dłoń Dzierżymirskiego. Ten ostatni zaś zastanowił +się chwilę...</p> + +<p>Kiedy czynić coś, to czynić zupełnie i +wszechstronnie, - pomyślał, a sięgnąwszy do kieszeni, +dyskretnie począł długo szukać czegoś w portfelu... +Znalazłszy wreszcie tam przekaz na okaziciela w "Credit +Lyonnais", wskazujący sumę dwóch tysięcy franków, +rzekł swobodnie:</p> + +<p>- Choć to niegrzecznie bardzo z mej strony tak zaraz +niemal po poznaniu opuszczać panie, - skłonił się +uprzejmie w stronę dwóch kobiet - jednak panie wybaczą, uczynić +to będę zmuszony, i...</p> + +<p>- Ależ, cóż znowu... - obruszyła się +Orlęcka. - Obiad , podadzą w tej chwili, prosimy bardzo... Mito! - +zwróciła się do córki - każ dawać!..</p> + +<p>- Dziękuję serdecznie! - skłonił +się z uśmiechem Dzierżymirski w stronę młodego +dziewczęcia. - Wychodzę natychmiast, a to z powodu naglących +spraw, które nieodzownie dziś jeszcze załatwić muszę...</p> + +<p>- Żegnam panie! - wyciągnął uprzejmie +rękę do pani domu, a następnie do panny.</p> + +<p>Ta ostatnia podała mu ją, z niewysłowionym +wdziękiem i cicho rzekła:</p> + +<p>- Przyjm pan, panie prezesie, i ode mnie szczere +podziękowanie za to, co czynisz dla ojca mego... Jesteś szlachetnym, +dobrym i wdzięczność moja nie zapomni panu tego - nigdy!..</p> + +<p>- Szczęściem prawdziwem dla mnie, że i pani +będzie z tego korzystać... Bo, o ile zgaduję, pani tu chyba +najwięcej wrócić by rada do rodzinnego kraju?..</p> + +<p>- O! tak... - przyznała, z zapałem, szczerze: +Wykołysały mnie nasze łany i lasy, wychowała ta ziemia +nasza, tak piękna chyba, jak żadna!..</p> + +<p>Z sympatyą, spojrzał Roman na dziewczę, i +skłoniwszy się raz jeszcze, zwrócił się z kolei do +Orlęckiego.</p> + +<p>- A do kochanego pana to mam jeszcze i interesik drobny... +- wziął gospodarza za ramię i poprowadził ku oknu:</p> + +<p>- Rzecz przedstawia się, jak następuje - +rzekł, o ile mógł, najpoważniej. - Na zasadzie jednego z +paragrafów ustawy, urzędnikom nowego banku, naturalnie protegowanym, daje +się z góry na instalacyę... Kwestyę te jednak obmówić +trzeba poprzednio na zebraniu. Otóż, ponieważ pan, pomimo, że +bank nie funkcyonuje jeszcze, za miesiąc najdalej musisz już być +na miejscu, a to, w celu ulokowania się i objęcia, de nomine, +wakansu ofiarowanej posady, ja zaś dopiero za miesięcy kilka tam +będę - zatem...- Roman urwał, dobierając jakby w +umyśle wyrazów. - Zatem - powtórzył - awansuję tu kochanemu, +panu przekazem, sumę właściwą... Przypuszczam, będzie +ona odpowiadać mniej więcej kwocie, którą w swoim czasie +przyznają panu na zebraniu Rady... Cóż, zgoda? Dobrą myśl +miałem? - dokończył Roman.</p> + +<p>- Ależ z kochanego prezesa anioł prawdziwy, nie +człowiek!.. - wykrzyknął Orlęcki i po staropolsku, +uścisnąwszy go szczerze, podziękował, z zapałem.</p> + +<p>- Klociu, czy słyszysz? - zawołał na +żonę. Pan prezes na instalacyę awansuje mi, przekazem! - i +szlachcic poinformował dobrodusznie, szczegółowo +małżonkę o wspaniałomyślności Romana. Nastąpiły +w ślad za tem ponowne podziękowania, wykrzykniki...</p> + +<p>Odprowadzony aż do drzwi, żegnany serdecznie i +czule, Dzierżymirski wydostał się nareszcie na schody, a potem +na ulicę, sam pomimo woli wzruszony, z głową pełną +najsprzeczniejszych myśli.</p> + +<p>Gdy po niejakimś czasie, wracając z wolna do +rzeczywistości, podniósł głowę, spostrzegł w pewnem +oddaleniu przed sobą złoconą kopułę tumu Inwalidów. +Tknięty nagłą myślą, z miejsca natychmiast +skierował się ku furtce, a wyminąwszy ją i strzegącego +wejścia kulawego inwalidę, znalazł się na obszernym placu +tumu, odgrodzonego kratą od ulic miasta.</p> + +<p>Wkrótce, po stopniach wschodów wstępować +począł do wnętrza przybytku, kryjącego w swych murach +grobowiec wielkiego Napoleona.</p> + +<p>W gmachu milczenie i jakby uroczysty powiew jakiś +potęgi niewidzialnej i grozy objął Romana natychmiast.</p> + +<p>Cichym tylko szmerem rozlegały się tu kroki +kilkunastu osób... Na dole, w szerokiem, na kształt basenu, +pogłębieniu, drzemał olbrzymi sarkofag, z ceglasto - +wiśniowego marmuru...</p> + +<p>Dzierżymirski zbliżył się do balustrady +grobowca, i stanął smutny, cichy...</p> + +<p>Wobec prochów możnego władcy poczuł się +równocześnie drobnym, nikłym... Huczące jego troki zmalały +również - uspakajał się...</p> + +<p>I myśli jego nagle wzięły również obrót +zupełnie inny.</p> + +<p>- Więc to tu - mówił sobie Roman - leży +zwycięzca z pod Marengo, Ulm, Austerlitz, i.t.d., i.t.d. Więc tu +spoczywają snem, nieprzebudzonym, wiecznym, prochy tego, wielkiego duchem +- małego imperatora!..</p> + +<p>Dawno bardzo nie bawiący już w Paryżu, pamiętający +go zaledwie w zamglonem tylko wspomnieniu, z minionych lat +młodzieńczych, Dzierżymirski, w skupieniu i z +nabożeństwem w duszy, wpatrzony, milczący, z głową +pochyloną, zadumał się przed trumną cesarza Francyi.</p> + +<p>Wokoło niego z prawej i lewej strony, w wewnętrznym +półkręgu tumu, widniały wklęsłe pogłębienia, +z grobowcami małymi; przed nim zaś, poza drzwiami do grobu, +wznosił się rozpięty na krzyżu Syn Boży +umęczony...</p> + +<p>Dzierżymirski po chwili ocknął się z +zamyślenia i postąpił wzdłuż kolistej baryery +grobowca, w kierunku jego wejścia:</p> + +<p>Zamknięte szczelnie drzwi pomnikowe połyskiwały +hebanem czarnego marmuru; u progu ich i wschodów, wiodących do +wnętrza "tombeau", w mundurze granatowym, poważny, ze +wstęgami i orderami, brodaty, stary, stróżował inwalida...</p> + +<p>Na górze zaś błyszczał wielki napis +złocisty: "Je désire, que mes cendres reposent sur le bord de la +Seine - au milieu de ce peuple francais, que j'avais tant aimé" *).</p> + +<p>[*) "Pragnę, aby me prochy spoczęły u +brzegów Sekwany - wśród tego ludu francuskiego, który tak bardzo +kochałem."]</p> + +<p>Dzierżymirski patrzył, przejęty mimowolnie do +głębi powagą, skupienia pełną, i jakąś +melancholią rzewną, wiejącą od tego grobu zmarłego +geniusza despoty, śniącego tu cicho, zapomnianego jakby w samem +sercu republikańskiego dziś Paryża.</p> + +<p>Nagle, gdy poruszony, niemy, stał tak, wciąż, +zamyślony, drgnął gwałtownie.</p> + +<p>Bo oto w tejże samej chwili wybiła w ciszy +głośno godzina czwarta, a z jej uderzeniem, jako sygnał +zamykania już gmachu, raptowny, rozległ się właśnie +odgłos bębna.</p> + +<p>Grano bojową pobudkę... Donośnie +rozchodził się w milczeniu uderzenia krótkie, wzbijały się +pod strop wysoki, echem dudniły w zagłębieniach, arkadach, +owalnej kopule wysokiej.</p> + +<p>- Messieurs et dames sortez!.. sortez, +s'il vous plait, sortez, sortez!.. - rozległ się jednocześnie +twardy głos szwajcara, stróża Napoleonowego grobowca... Postukując +grubą laską, iść począł on i rozpędzać +energicznie przed sobą, ku wyjściu rozsypanych po gmachu tam i ówdzie +gości.</p> + +<p>- Sortez! - rozkazujący, wojskowo - lakoniczny, - +bezustanny rozbrzmiewał głos jego i mieszał się! z +bojową fanfarą bębna!..</p> + +<p>Dzierżymirski jednak nie ruszał się wcale z +miejsca przeciwnie. Wrósł jakby w ziemię; ucho jego łowiło +łapczywie donośne, jędrne tony pobudki, wyobraźnia, +podsycana nerwami, w rozstroju - poruszona, snuła mu przed oczyma obraz +fantasmagoryczny.</p> + +<p>W gmachu panował mrok...</p> + +<p>Ostatnie dźwięki surmy bojowej konały, a Romanowi +zdało się, iż z milknącem coraz już dalszem echem +bębna, poczynają oto zaludniać tum wspaniały jakieś +wyrosłe jakby zewsząd mary i cienie poległej dawno +Napoleońskiej gwardyi starej, i wyraźny o słuch jego obija +się przy tem stuk ich butów i ostróg o kamienie posadzki!..</p> + +<p>Idą! Ustawieni w szyku, gotowi do walki, stoją +oto niezliczeni wokoło grobu wodza swego... Przebóg, cóż to jest?..</p> + +<p>Huk jakiś rozlega się w gmachu - to marmur +grobowca pęka, unosi się...</p> + +<p>W trójgraniasty kapelusz przybrana, z założonemi +na piersiach rękoma, staje wyraźnie przed wzrokiem Romana postać +Napoleona - wodza!..</p> + +<p>- Paf, paf!.. - w tej samej chwili tuż koło +Dzierżymirskiego o posadzkę uderza ktoś zamaszyście.</p> + +<p>- Sortez, sortez donc, monsieur!.. Quatre heures... la +consigne!.. - rozlega się głos twardy i szorstki.</p> + +<p>Roman budzi się, rozgląda... A zirytowany natychmiast, +że tak obcesowo przerwano mu jego widzenie marzące, gotów już +jest a to rzucić w twarz stającemu nad nim miejscowemu szwajcarowi +jakąś ostrą okolicznościową uwagę... Otwiera +już usta, spojrzawszy jednak na twarz wybladłą, pooraną +zmarszczkami, o wyrazie pełnym melancholii i smutku, milknie.</p> + +<p>W tych rysach bowiem czyta wyraźnie gniew +tłumiony, lecz nie bezmyślny, - bynajmniej. Nie, przeciwnie. +Oburzenie to jakieś inne, szlachetniejszej, podnioślejszej jakby +natury, i mówić zda się:</p> + +<p>- Ach idźcie, już idźcie!.. Odejdźcie wy +wszyscy, profanatorzy wstrętni, kalający te progi +ciekawością banalną - nieprzystojnym szumem, hałasem, +gadaniną i gwarem mącący bezmyślnie spokój i sen wieczny +wielkiego imperatora!..</p> + +<p>- Cóż wy? - mówiły z pogardą te szare smutno +oczy starca. - Cóż wy, karły, nie ludzie dzisiejsi, mali +-wiedzieć możecie? Co sądzić o czynach olbrzymich +"Jego?" Co odczuć? Cóż zrozumieć jesteście +zdolni?..</p> + +<p>Dzierżymirski z uwagą wpatrywał się +dalej w stojącego przed nim niecierpliwie szwajcara - inwalidę.</p> + +<p>Czyżby istotnie w umyśle tego starca uczucia +podobne się kryły? - myślał i zatopiwszy raz jeszcze, +milcząc, badawcze spojrzenie w mętnych źrenicach starca, bez +słowa, skierował się ku wyjściu z tumu.</p> + +<p>Otworzono przed nim, zamknięte przed chwilą: z +hukiem drzwi wchodowe, i zatrzaśnięto je poza nim.</p> + +<p>Wydostawszy się na ulicę, Roman, znużony, +wsiadł do pierwszej dorożki; tu zaś, ochłonąwszy nieco +od wzruszeń i wrażeń, porządkować zaczął w +głośno zdarzenia minionych godzin kilku.</p> + +<p>- Raz jeszcze zatem, miast rzeczywistości, +chwytałem marę, cień ułudny!.. - mówił sobie w duchu, +z nagłą goryczą. - Pochłonięty wciąż +jedną myślą, przybiegłem tutaj nadziei pełny, i znowu +nic - zero!..</p> + +<p>- O, ironio, niezrozumiała, dziwna!.. - dumał +dalej. - Czyż nigdy nie trafię na ślad pewny? Czyż +wiecznie, biczowany sumieniem, dręczyć się tak będę, +zmuszony?</p> + +<p>Dzierżymirski opuścił ręce na kolana, w +zniechęceniu i pochylił nisko głowę. Z chwilową +samotnością, z pogłębieniem się w siebie, wracała +bezlitosna samowiedza, błędne koło tajonego w duszy cierpienia zacieśniało się, +wirowało, rzucając mu jednocześnie na ekran duszy wizerunek +nagły własnego moralnego "ja".</p> + +<p>Nie kryły go obsłony złociste, utkane z +pozorów, zdolności osobistych, rozumu, energii, czynu, bezinteresownego +poświęcenia dla drugich, szlachetności i wielu innych +przymiotów, w które, jak w śnieżną, lamowaną purpurą, +togę patrycyusza - przed ludźmi, przed światem, stroił +się prezes Dzierżymirski...</p> + +<p>Nie, był to szkielet tylko!.. Otulony w +płachtę jaskrawą szalonej ambicyi, krył on za jej +fałdami bagno moralne pamiętnej w życiu Romana chwili, gdy dla +osobistego szczęścia, użycia, pogwałcił on był +etykę społecznego prawa!..</p> + +<p>Z tej kałuży jednak brudnej, a pozornie już +zapomnianej, wyrastał kwiat - niby niepokalana biała lilia - zasiany +ziarnem silnych, choć podeptanych zasad, wszczepionych za młodu - +kiełkujący, przy pomocy czujnego zawsze sumienia!..</p> + +<p>Kwiatem tym - była chęć szlachetna, instynktowna, +konieczna, oddania bądź co bądź, prawemu +właścicielowi przywłaszczonych pieniędzy. Ona, +wytrwała, popychała bezustannie Romana naprzód przed siebie; ona - +ześrodkowywująca w sobie również najpiękniejsze +pierwiastki jego charakteru - zniewalała go - do czynów, tam i ówdzie +szlachetnych. Jej to niewątpliwie zawdzięczał +Dzierżymirski swój postępek z Orlęckim!..</p> + +<p>I Romanowi w tej chwili mignął obraz wdzięczności +tych trojga ludzi ku niemu.</p> + +<p>Znów tu więc fałsz mimowolny - życia +ironia!.. </p> + +<p>Dzierżymirski westchnął. Pomimo jednak, +iż czuł zgrzyt w duszy, rosło tam w nim jednocześnie pewne +zadowolenie, zazwyczaj odczuwane przez subtelniejsze natury, po +spełnieniu dobrego, lub szlachetnego czynu.</p> + +<p>Spojrzał wokoło weselej nieco... Dorożka mijała +właśnie bardzo ożywioną dzielnicę miasta.</p> + +<p>Na lewo widniała wieża St. Jaeques, a tuż +obok kościół St. Germain -l'Auxerrois; naprzeciw ogromem +rozwielmożył się Luwr wspaniały.</p> + +<p>Roman, zapłaciwszy woźnicę, wyskoczył z +dorożki i skierował się ku muzeum.</p> + +<p>Odcięty w podróży od zwykłego, pełnego +czynu, życia, pochłaniającego go całkowicie - +Dzierżymirski poczuł nagle potrzebę nieodzowną, +konieczną, odwrócenia jątrzących mu mózg myśli czemkolwiek, +uciekał się więc znowu do koicielki-sztuki. </p> + +<p>Niebawem przez jedno z licznych wejść wchodził +do jej świątyni, pogrążonej w milczeniu, tchnącej +majestatem zapatrzonych w siebie tworów ludzkiego geniusza, szybującego na +skrzydłach artyzmu we wszelakich jego odmianach i fazach - wcielającego +piękno, by szło, niby tchnienie żywe, do dusz ludzkich, +umiejących wznieść się i oderwać od poziomów!</p> + +<p>Znajdował się w salach dolnych. Zabytki starożytnej +rzeźby romańskiej, greckiej otaczały go zewsząd. Setki ich +z epok różnych patrzyły na niego piękna wyrazem, ręką +mistrzów zakutym w kamień i marmury...</p> + +<p>Dzierżymirski, rozglądając się +wokoło, szedł wolno, zamyślony.</p> + +<p>Jak w kalejdoskopie, przesuwały się +wciąż kolejno przed nim posągi, coraz piękniejsze.</p> + +<p>Tutaj więc wychylały się oto rzędem ku +niemu biusty i srogie oblicza wszystkich prawie imperatorów rzymskich - tam +znów wykwintnie modelowanem ciałem pochylały, gięły +posągi Apollinów - rzymskiego dłuta, o rysach grubszych, pełnych +męskości i siły, - greckiego, traktowane daleko subtelniej z +finezyą, o ciele jakby miękkszem i drobniejszem, przedziwnie +wykończone w szczegółach i wyrazach twarzy...</p> + +<p>W oddzielnej sali, naprzeciw siebie, drzemały, na wzór +oryginałów w Watykanie, olbrzymie odlewy, z bronzu: śpiącej +Aryadny, Laokoona, Apollina i Dyany; dalej znów, z Tripolisu w Afryce +sprowadzona, bez końca nóg i głowy, unosiła powabnie draperye +piękna Venus, bieliły się bez liku dziesiątki rzeźb +pomniejszych - stał Apollo z Lycyi, oparty o pień, koło którego +obwijał się wąż zdradliwy... Apollo z Paros, patrzył +łagodnie na widza; o rysach drobniutkich, w draperyi fałdach - +wdzięczyła się grecka muza...</p> + +<p>Dzierżymirski, z powodu braku czasu spieszyć +się zmuszony, szedł pomimowolnie szybko, zatrzymując się +jednak co chwila to krócej, to dłużej, zniewolony ku temu +pięknem, hojną ręką i dzięki niestrudzonym zabiegom, +nagromadzonemu, tak obficie wokoło.</p> + +<p>Tak więc, pomiędzy wieloma, wieloma innemi +zajęła go jeszcze rzeźba Tyberyusza cesarza, okrytego +fałdami togi, z ręką wyciągniętą przed siebie, w +oratorskim geście, tak wymownie, iż zdawało się, że +oto już zaraz przemówi... Tam znów uwagę zwróciły dwie postacie +kobiece, zabytki, przeniesione z greckich cmentarzy. Jedna z nich, owiana +szatą przejrzystą, w stojącej postawie, zadumana smętnie, +- druga, w takiejże pozycyi, z wieńcem laurowym na głowie, w +bolesnem pogrążona skupieniu, z prześlicznie przytem +wyrzeźbionem obliczem, przybrana w draperyę, której fałdy, +wykończone subtelnie w marmurze, za lada powiewem poruszać się w +oczach zdawały.</p> + +<p>Dzierżymirski wpadł w labirynt sal, salek, i +szedł coraz dalej i dalej... Jednocześnie poddawał się +stopniowo coraz bardziej urokom sztuki, a przypatrując się +ciągle, z uwagą, okazom starożytnego dłuta - zapominał +coraz bardziej o dręczących go myślach z przed chwili; czarne i +smętne niepostrzeżenie pierzchały one cicho...</p> + +<p>I niebawem Romana znowu zajął marmurowy posąg +z wyspy Paros... Przedstawiał on Aleksandra Wielkiego, z połową +włosów złamaną i biustem, bez rąk, z twarzą natomiast +zachowaną doskonale. Później zachwyciła go z kolei "Venus +accroupie" w marmurze, również bez rąk, ze śladem na +plecach odłamanej rączki Amora, potem znów dziesiątki +rzeźb innych, jedne charakterystyczniejsze, piękniejsze od drugich...</p> + +<p>Po chwili, oparty o pień drzewa, zatrzymał go +jeszcze, względnie do otaczających maleńki bardzo +posążek, zatytułowany "Amor, jako Hercules", +następnie inny: "Walczący Gladjator", a w końcu, cudna +w swej prostocie, postać muzy poezyi lirycznej: "Polymnie..."</p> + +<p>Była to rzeźba wziętej z profilu kobiety, +opartej, w zadumie, bokiem o kolumnę, w zwojach fałdzistej draperyi. +Głowę pochyloną miała nieco, a upiększały ją +włosy, falujące z lekka w marmurze, jedną rączką +podpierała oblicze, natchnione, o rysach drobnych i subtelnych - +drugą dotykała niedbale swej sukni, z ujmującym +wdziękiem...</p> + +<p>Wymijając tłum nieruchomych posągów, +gubiąc się wśród tych rzeźb, zadumanych, cichych, +śniących jakby o wielkiej swej przeszłości - znalazł +się wreszcie Roman niebawem w salce kwadratowej, małej, gdzie, +otoczona sznurową baryerą - na wzniesieniu, ubranem bordo +tkaniną, stała, królując, zda się, nad wszystkiem +dokoła, perła zbiorów posągowych Luwru - Venus grecka z Milo.</p> + +<p>Zmęczony nieco, Dzierżymirski usiadł na +ławeczce, zdjął kapelusz i wpatrzył się w +stojącą, bez rąk, półnagą postać z marmuru.</p> + +<p>Pozornie kroczyła ona...</p> + +<p>Wprzód pochylona niedostrzegalnie, przytrzymując +fałdów upadającej w pasie draperyi, zdawało się, że +idzie, z szyją swą, wyciągniętą nieco naprzód, z +oczyma przymrużonemi jakby, z włosami, karbowanemi z lekka i +uwiązanemi z tyłu w węzeł, z twarzą blondynki, +anielską - boską!..</p> + +<p>Od twarzy tej i półciała nagiego do draperyi, +Dzierżymirski oczu oderwać po prostu nie był w stanie...</p> + +<p>On w oblicza tem czytał - a przynajmniej tak mu +się w danej chwili zdawało - zapatrzenie się w siebie i +dumę, ale zarazem i słodycz, zakutą w przedziwnej +regularności rysie każdym, i choć sam osobiście nie +odczuwał w rysach twarzy tej silnego promienia wewnętrznego, jak +zadumy lub marzenia - to jednak piękno linii królowało w nich - tak +niepodzielnie, że zachwyt tylko wzbudzać mogło... A +ciało?..</p> + +<p>Po prostu żyło ono, nie tylko zaś nagie, dla +oka widoczne... Z przodu, pod fałdami draperyi - czyniącej +wrażenie, iż spada - w kilka zaś zgięć karbowanej z +tyłu - tętniło ono, ożyłe jakby, nie martwe, w ruchu +kroczącego, wzniesionego nieco kolana, w odkrytych piersiach i +biuście bez rąk, przegiętym w prawo z zachowaną przedziwnie +w marmurze, miękką, jak w ciele żywem - subtelną linią +przegięcia...</p> + +<p>Czas mijał... Przesiedziawszy na ławeczce +dość długo, Roman z trudnością powstał i +oderwał się od arcydzieła sztuki. Spojrzał na zegarek - +dochodziła piąta - godzina zamknięcia Luwru. Postanowił +obejrzeć jeszcze, choć pobieżnie, galeryę obrazów...</p> + +<p>Skierował się spiesznie na pierwsze piętro +gmachu. Minąwszy salę pierwszą, zatrzymał się w +drugiej, maleńkiej. Dwa, dlań osobiście przepiękne, obrazy +zajęły całkiem jego uwagę.</p> + +<p>Na jednym z nich, w aureoli blasków nad głową, +umarła, cicha, po fali sennej płynęła postać blada z +twarzą anielską i łagodną, - to sławne dzieło +Delaroche'a "La jeune Martyre". Wisiało ono na prawo, równolegle +z wejściem do salki, na ścianie zaś bocznej od tego +wejścia, w lewo, od innych odbijało wdziękiem, pędzla +"Girodet - Trioson'a" Przebudzenie Apollina, pięknego, jak +marzenie, w postawie leżącej, pogrążonego we śnie +głębokim. Na cudne oblicze boga Olimpu i zamknięte jego +źrenice, z wysoka, prostopadły padał promień +światła!.. Roman po chwili ruszył dalej...</p> + +<p>Mijał teraz z wolna jedne za drugiemi olbrzymie sale.</p> + +<p>A w salach tych milczących, wielkich, unosił +się jakby nadprzyrodzony jakiś duch idei piękna, zaklęty, +olbrzymi i brał despotycznie w posiadanie każdego, kto korzył +się przed kultem sztuki, czyja dusza, drgnieniem zachwytu, +wyciągała w ekstazie ku jej nieśmiertelnemu czarowi +pragnące swe ramiona!</p> + +<p>Najpierwsi mistrzowie szkoły włoskiej, flamandzkiej, +francuskiej, hiszpańskiej i innych - wielcy w swym majestacie, w aureoli +wiekopomnej sławy, wyglądali z ram dziełami, niewidzialną +dłonią zatrzymywali, jakby przed sobą, mówiąc, +zdawało się, do Romana dumnie: - "podziwiaj nas!.."</p> + +<p>Idąc wciąż przed siebie w ten sposób, +dotarł wkrótce Dzierżymirski, do sal ostatnich.</p> + +<p>Było ich dwie; w jednej, podłużnej, wielkiej, +a tak zwanej "Rubensa", pełno było przepysznych obrazów, +wziętych przeważnie z życia królowej Maryi Medici - w drugiej, +przedostatniej i mniejszej, noszącej miano "Van-Dycka", +zwróciły uwagę Romana, wśród kilkunastu może dzieł +tego mistrza, portrety: Dzieci Karola I-go; jego samego, stojącego na tle +krajobrazu, obok giermka, z rumakiem, i kardynała Richelieu'go, +całego w purpurze.</p> + +<p>Dotarłszy do końca pałacowych sal, +Dzierżymirski puścił się w powrotną drogę, +zaglądając tam i ówdzie, idąc, wracając - +błądząc wśród tych drzemiących w chwale własnej, +nieprzeliczonych dzieł pędzla - tworów talentu ludzi cenionych i wielkich...</p> + +<p>Setki obrazów przeoczonych, nowych, zastępowały mu +drogę...</p> + +<p>I Dzierżymirski przystawał ciągle... +Zachwycał się niejednym obrazem, ustępującym może +innym, pod względem piękna, lecz przemawiającym żywiej do +indywidualnego jego poczucia i pojęcia sztuki.</p> + +<p>Tak więc w jednej z sal zatrzymał się +dłużej śliczną główką szkoły francuskiej, +"Greuz'a", złotawąblond, z oczyma, wzniesionemi smutnie, w +zamyśleniu błądzącemi gdzieś daleko, może w ideałów +niepochwytnych krainie, z wyrazem twarzy, tchnącym melancholią i +rozmarzeniem...</p> + +<p>Tamże również zajęły go dwa obrazy +tegoż mistrza: pierwszy "La laitičre" przedstawiał +rozwożącą nabiał młodą wiwandyerkę - +wspartą, w zadumie cichej, o karego z białym łbem konia; drugi +pod tytułem: "Rozbity dzban", wdzięczny nad wyraz, +wyobrażał dziewczątko w bieli... Włosy miała ona rozczesane +skromnie na dwie strony, stroiło je białe kwiecie, - w fartuszku +różowo - blade róże, na ręku zawieszony rozbity niebacznie +dzban, a w całej twarzyczce miluchnej nieporównany wyraz dziecinnej +naiwnej rozpaczy.</p> + +<p>Dzierżymirski coraz szybciej wymijał sale; nie znalazł +się w galeryi podłużnej i olbrzymiej, w kształcie +salonowego korytarza, szerokiego i przestronnego.</p> + +<p>Na ścianach wisiało tu wiele pięknych okazów; +między innemi zatem dzieła Rafaela Sanzio, jak na przykład portret +Joanny d'Aragon, w purpurowej sukni, przetkanej złotem, Ś-go Jana +Chrzciciela, oraz śliczny portrecik młodego człowieka, o +włosach blond, w czapeczce czarnej, podpartego, w zamyśleniu i +parę innych tegoż mistrza.</p> + +<p>Patrzyły tu również na Romana rzędem liczne +dzieła Marina, jak Urodzenie Najświętszej Panny Maryi, cud San +Diego, czyli anielska kuchnia... Opodal obraz, przypisywany malarzowi +hiszpańskiemu Riberze, występował z ram postacią +umarłego Chrystusa, o twarzy przedziwnie spokojnej, w wypoczynku jakby po +bólu pozostającej - z ciałem ran pełnem, ociekającem, zda +się, krwią ciepłą jeszcze... Bitwa Salvatora Rosy +tamże nęciła oko realizmem i grozą - dziesiątki, setki +obrazów zatrzymywały spojrzenie, a wreszcie dwa z nich najbardziej; +pędzla Leonarda da Vinci: Jan Chrzciciel i Bachus...</p> + +<p>Oba przedstawiały ciemnookich, pięknych młodzianów, +o bujnie i naturalnie kręcących się włosach, cerze +śniadej i dziwnie wiele, mówiących twarzy, zbliżonych rysami do +siebie...</p> + +<p>Obrazy te, w ogólnym zarysie, również zlewały +się ze sobą. Nagłem skojarzeniem myśli, przypomniały +one Romanowi, podobnież nieco traktowaną głowę o +włosach, złotawo - miedzianych, pędzla Ferrari'ego, w +Pinakotece Medyolańskiej. Przedstawiała ona Matkę +Bożą, całą w czerwieni, z przechyloną w tył +głową i przymkniętemi oczyma, z wyrazem nadziemskiego upojenia, +gdy Dzieciątko Jezus równocześnie wyciąga przed siebie w +przestrzeń swe rączyny maleńkie, jak gdyby niemi pochwycić +coś w powietrzu pragnęło...</p> + +<p>I z przypomnieniem tem nagle do duszy Dzierżymirskiego +spłynęła fala wspomnień...</p> + +<p>Mignął mu więc przed wewnętrznym +wzrokiem duszy Medyolan, rodzinne gniazdo matki i tam "Cimitero +Monumentale", gdzie zapomniane przezeń leżały jej prochy, +wreszcie rysy matczyne, jak żywe, przeszłemi latami zamglone...</p> + +<p>Z powiewem zaś lat tych minionych, z +przeszłości tchnieniem, w mózgu Romana znowu zaświdrowały +wyrzuty sumienia, dawne - te same. </p> + +<p>Zadumany, powracał Dzierżymirski, kierując +się w olbrzymie sale ku wyjściu, opanowany na nowo - +wewnętrzną troską - niezdolny obecnie po prostu patrzeć na +dzieła sztuki.</p> + +<p>Poza tem zresztą i czasu na to nie było... Zamykano +już Luwr.</p> + +<p>Spieszono się powszechnie. Rozrzuceni tam i ów +turyści - malarze, dyletanci pędzla, kopiujący tu +zapamiętale od samego rana na rozstawionych stalugach wszędy, +hałaśliwie składali swe przybory, a odgłos ich rozmów, +zarówno jak i kroki odchodzącej tłumnie gromady ludzkiej, +przeciągłem echem odbijały się o ściany i +próżnię olbrzymich sal muzeum.</p> + +<p>Wyludniały się one nader szybko; niebawem cisza +utulać zaczęła stopniowo twory człowieczego geniusza, a +jeden jeszcze samotny i niewidzialny pozostał tu tylko, zda się, król +Piękna - bóg Sztuki!..</p> + +<p>W dziesięć może minut później +Dzierżymirski wychodził na ulicę, gdzie zoczywszy niebawem napis +podziemnej kolejki elektrycznej zwanej : "Metropolitain", po +schodach spuszczać się zaczął ku stacyi.</p> + +<p>Zagłębiony w myślach, kupił Roman +machinalnie bilet na prawo jazdy i wyszedł na peron podziemnej +poczekalni. W głowie jego, wśród myśli wielu, +nieukształtowany jeszcze, niewyraźny, zakiełkował projekt +opuszczenia Paryża, nieprzedstawiającego dlań już teraz, +jako pobyt, celu żadnego, i udania się do - Medyolanu...</p> + +<p>W tej samej chwili, z chrzęstem, świstem, +wpadł na platformę zręczny, mały, elektryczny pociąg +miejski.</p> + +<p>- Louvre!.. Louvre!.. - wrzaśnięto donośnie, +kilkanaście drzwiczek u wagonów otworzyło się spiesznie... +Wysypała się z nich garstka ludzi, partya druga szybko +zajęła ich miejsce, Dzierżymirski wskoczył za innymi do +pociągu, z wielkim pośpiechem, nie minęła bowiem minuta, +gdy już zatrzaśnięto na powrót z hałasem u wagoników +wszystkie drzwiczki.</p> + +<p>Kolejka ruszyła z miejsca pędem prawie, zanurzyła +się i zniknęła, jak zmyta, w oświetlonej gdzieniegdzie +tylko elektrycznemi lampami czeluści ciemnej podziemnego tunelu, +biegnącego, jak wiadomo, pod większą częścią +nadsekwańskiej stolicy.</p> + +<p> </p> + +<center>-----------</center> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p>Letnie, upalne popołudnie drzemało jeszcze nad +ziemią, skwarne jednak słońca promienie zniżać +się już poczynały stopniowo...</p> + +<p>Ochoczo uwijały się po polach dziewczęta robocze, +w swych krótkich kolorowych spódnicach i haftowanych barwnie koszulach - z +sierpami w ręku, żnąc zboże, układając je w snopy +i kopy, a z łąk i łanów dalszych odzywało się od czasu +do czasu rytmiczne ostrzeżenie kos i ich chrzęst w ślad za tem, +ścinający trawy, owsy i jęczmienie, rozlegał się echem +miarowem.</p> + +<p>W otaczające go, tętniące ruchem i pracą +pola zapatrzony, na ciemnem tle parku nieposzlakowanie biały +milcząco wsłuchiwał się dwór gowartowski w odgłosy, +idące z łanów dalekich.</p> + +<p>Na werandzie, w głębokim fotelu siedziała +marszałkowa Warnicka, pracując z zajęciem nad robótką +ręczną; dalej nieco, w parku, poprzez drzewa alei migała jasna +letnia suknia kobieca i sylwetka siedzącego obok niej mężczyzny; +przez otwarte na ścieżaj wreszcie tuż koło balkonu okno +saloniku dolatywały dwa męskie głosy, zmieszane z miarowemi +uderzeniami kul bilardowych.</p> + +<p>W saloniku owym grali w karambole Ładyżyński +z Krasnostawskim.</p> + +<p>- Patrz, młodzieńcze, i ucz się! - mówił +w tej chwili pan Emil, pochylony nad bilardem.</p> + +<p>Biała bila jego, musnąwszy poprzednio lewy bok +czerwonej drugiej kuli, wracała właśnie teraz posłuszna, +dotykając lekko stojącej opodal trzeciej żółtej bili.</p> + +<p>- Aha!.. - wykrzyknął z tryumfem +Ładyżyński. - Uderzenie znakomite, a rzadkie, jak kruk +biały!..</p> + +<p>Spojrzał na Krasnostawskiego. Ten ostatni, bez +ceremonii zwrócony do okna, stał gdzieś zapatrzony, przez +grzeczność w ostatniej tylko chwili obróciwszy się szybko ku +mówiącemu.</p> + +<p>- Barbarzyńco! - wykrzyknął +Ładyżyński, oburzony szczerze.</p> + +<p>- Jak to? - pytał zdziwiony dalej. - Na seryo zatem +nie widziałeś pan wcale ?</p> + +<p>- Ale cóż znowu, i owszem! - zaprotestował +Krasnostawski, zmieszany nieco.</p> + +<p>Partner z pod oka spojrzał na młodzieńca i +mruknął złośliwie:</p> + +<p>- Co pan ciekawego wypatrujesz wśród alei? Nikt tam, +que je sache, nie spaceruje, prócz Oli i kochanego Topolsia, hrabiego na +Szczęsnojej... A tu tymczasem straciłeś pan coup de maître, cug +iścię wspaniały...</p> + +<p>I wskazując dłonią stojące kule, +objaśnił już spokojnie:</p> + +<p>- Przez czerwoną... Zamiast zwyczajno-pospolicie - +tyłem, przez pięć band, i serya notabene gotowa - +pochwalił się.</p> + +<p>- Wiele mam? - zapytał po chwili. - A, prawda... - +odpowiedział sam sobie pan Emil, - osiemdziesiąt sześć!... +Przepadłeś pan z kretesem. Za chwilę - requiescat in pace!..</p> + +<p>Przy tych słowach, Ładyżyński +pochylił się znów bilardem. Pod wprawnem uderzeniem jego kija, dotykane, +cofane, kierowane zręcznie, posypały się niebawem liczne +karambole.</p> + +<p>Krasnostawski, od początku partyi kilkakrotnie do gry +zaledwie dopuszczony, ziewnął skrycie, znużony.</p> + +<p>- Ta zdradziła Radziwiłła!.. - +wykrzyknął w tej chwili pan Emil. - Chybiłem - graj pan!..</p> + +<p>Krasnostawski z kolei zrobił kilka dość +umiejętnych karamboli.</p> + +<p>- Brawo, bravissimo! - potakiwał +Ładyżyński - Z jakim przestajesz, takim się stajesz, +niedarmo tak głosi przysłowie...</p> + +<p>A ze znawstwem, śledząc dalej uważnie +grę partnera, dorzucił jeszcze, w rodzaju pochwały:</p> + +<p>- Czołem, czołem!.. Wstępujesz w me +ślady.... bardzo dobrze, wcale nieźle!...</p> + +<p>Krasnostawski, z przymusem, uśmiechnął +się lekko, po paru uderzeniach wreszcie chybił.</p> + +<p>- Przeszła, minęła, jak sen jaki złoty! +- zadeklamował Ładyżyński, z patosem. - zgubionyś +młodzieńcze! - dorzucił, i pochylił się nad suknem +zielonem.</p> + +<p>- Gram z tyłu - poinformował - ostatni, śmiertelny +cios...</p> + +<p>Pchnięta, nakredowaną poprzednio starannie, +muszką kija - biała kula, obleciawszy szereg band, w skomplikowanej +geometrycznej figurze - niebawem pokorna, grzeczna, za jednem uderzeniem, +musnęła cicho dwie pozostałe bilardowe kule.</p> + +<p>- N, i... ni - c'est fini !.. - odsapnął z +ulgą pan Emil.</p> + +<p>- No, teraz siadamy! - ciągnął dalej.- +Dziękuję panu za partyę! - podał uprzejmie rękę +Krasnostawskiemu, poczem wyjął papierośnicę.</p> + +<p>- Służę panu! - rzekł, +wyciągając ją w stronę młodego człowieka.</p> + +<p>- Dziękuję bardzo! - odparł Krasnostawski, +skłoniwszy się grzecznie, wziął papierosa, podsuwając +jednocześnie Ładyżyńskiemu zapaloną zapałkę. +- Merci! - mruknął pan Emil. - Ha, zmachałem się nie +gorzej od mołodycy, na polu przy burakach! - westchnął.</p> + +<p>Usiedli, i zapanowało chwilowe milczenie.</p> + +<p>W ciszy pokoju słychać było teraz +wyraźnie jednostajne brzęczenie much; zniżające się +słońce ścieliło swe promienie po zielonej powierzchni +bilardowego sukna - salonik tonął cały w +półświatłach kończącego się letniego +popołudnia.</p> + +<p>Nagle firanki u okien poruszyły się gwałtownie +- ktoś drzwi otwierał...</p> + +<p>Na progu, w szarem sukiennem, liberyjnem ubraniu, +stanął lokajczyk, młode chłopię...</p> + +<p>- Zamykaj, do kroćset! - zagrzmiał +Ładyżyński, porzuciwszy silny przeciąg i zwrócił +się równocześnie do Krasnostawskiego. - Ma pan jeszcze ochotę na +partyjkę?... bo ja - to nie!</p> + +<p>- O, ja również! - odparł szybko Krasnostawski - +Zresztą nie mogę, mam dzisiaj pilne zajęcie jeszcze i +wracać muszę! - Żegnam pana! - dorzucił uprzejmie i +powstawszy, wyciągnął rękę do +Ładyżyńskiego.</p> + +<p>- Adieu!.. - od niechcenia, ale grzecznie, nie ruszając +się z miejsca, odwzajemnił mu tenże uścisk dłoni.</p> + +<p>Krasnostawski, niby szukając czegoś po pokoju, +zbliżył się zręcznie do okna, posławszy wywiadowczy +wzrok raz jeszcze do ogrodu.</p> + +<p>Siedząc wciąż na swem miejscu, +Ładyżyński śledził spod okna, a usta skrzywiły mu +się przy tem sarkastycznie.</p> + +<p>- Cóż to tak zapamiętale pan szukasz? - +rzucił ironicznie - serca, czy głowy?</p> + +<p>- O, nie... tylko kapelusza!.. - odciął +chłodno Krasnostawski, i rzuciwszy siedzącemu powtórnie +pożegnanie uprzejme, wyszedł z saloniku.</p> + +<p>- Hm... hm!.. - mruknął do siebie stary kawaler, i +powstał.</p> + +<p>- Wyczyść bilard szczotką tak, jakem cię +nauczył na wskos, nicponiu!.. - rozkazał kręcącemu się +po pokoju lokajczykowi, i strzepnąwszy ubranie, opuścił +bilardową salkę, zmierzając ku werandzie.</p> + +<p>- Zawsze przy pracy, pani marszałkowo! - powitał +siedzącą przy robótce panią Melanję i usiadł wygodnie +na bujającym się fotelu.</p> + +<p>- No, i pan, panie Emilu, pracowałeś także - +uśmiechnęła się łagodnie matrona. - Stąd +słyszałam, jak stukały karambole i postępował +raźno wykład gry bilardowej...</p> + +<p>- Ano, trudno!.. Trzeba pouczać młodych! - +odparł pan Emil i uśmiechnął się swoim zwyczajem. A +gdzież to młoda para? - rzucił.</p> + +<p>Marszałkowa nie zrozumiała pytania. - Jak to? - zdziwiła +się.</p> + +<p>- No, pani Ola i kochany hrabicz! - objaśnił +niedbale, kołysząc się leciutko w fotelu.</p> + +<p>- Aaa !.. - zaśmiała się marszałkowa - +są w ogrodzie - dodała spokojnie. - A pan Bolesław gdzież +się znajduje? - zapytała z kolei.</p> + +<p>- Przegrawszy partyę karamboli i posławszy +trzydzieści i jedno spojrzeń tęsknych w stronę ogrodu i +przechadzających się tam ludzi, uciekł do domu - +odpowiedział pan Emil.</p> + +<p>- Że też pan ciągle tak samo niepoprawny i +zawsze musi widzieć coś niepotrzebnego! - obruszyła się, z +widocznem niezadowoleniem, marszałkowa.</p> + +<p>- To tak tylko dla kontrastu z panią marszałkową! +- odparł słodziutkim tonem, układnie pan Emil i +uśmiechnął się szyderczo.</p> + +<p>- No, no!.. - udobruchana nieco, pokiwała głową +staruszka. - Żeby to tylko tak było w istocie ! - Ależ upewniam +panią marszałkowę - podchwycił Ładyżyński. +- Wracając jednak do poprzedniej prozy życia, i jego wypadków - +ciągnął wolno - ciekawym, czemu ten Roman nie wraca?..</p> + +<p>- A! - żywo odparła pani Warnicka. - +Zapomniałam powiedzieć panu... Wczoraj wieczorem był list od +niego... Donosi, że z Ostendy, dokąd udał się prosto z +Paryża, dla odpoczynku, przybył już do Mediolanu, gdzie zabawi +dłużej...</p> + +<p>- Hm, hm! - chrząknął pan Emil. - Że +też prezesuniowi kochanemu nie tęskno: do żony primo, do mnie - +secundo, to się wydziwić temu nie mogę - wygłosił +całkiem seryo.</p> + +<p>Marszałkowa na te słowa uśmiechnęła +się do siebie, w milczeniu, Ładyżyński mówił zaś +dalej, wydobywszy zegarek z kieszeni:</p> + +<p>- Patrzcie państwo, już wpół do ósmej!.. O +wpół do szóstej zaczęliśmy grać z Krasnostawskim partyjkę, +a panią marszałkowę pozostawiliśmy wszyscy tu na balkonie +samotną... Tiens... tiens... jak to czas leci.</p> + +<p>Pan Emil spojrzał na ogród, szukając coś +oczyma i w tejże samej chwili zerknął na marszałkowę. +Ta ostatnia również wysłała spojrzenie do parku. +Złośliwie nieco wykrzywił usta pan Emil i wpatrzył +się badawczo w twarz staruszki, lecz ta obojętnie całkiem +odwróciła po chwili głowę i kończyła spokojnie +robótkę.</p> + +<p>Zapanowało milczenie.</p> + +<p>- Dziwny aforyzm przychodzi mi do głowy! - odezwał +się Ładyżyński, w parę minut później.</p> + +<p>- Bardzo, ciekawam, co tam znowu przychodzi panu do +głowy?.. - zaśmiała się staruszka.</p> + +<p>- Piękna kobieta - wygłosił z patosem pan +Emil - to częstokroć wcielenie ślepego trafu igraszki!.. Obdarza +ona bowiem królewską swą łaską nie zasłużonych, +lecz szczęśliwych, choć wszyscy, niby gracze, pragnęliby w +duchu wygrać najwyższą tylko stawkę...</p> + +<p>Siwe oczy marszałkowej na chwilę +zabłysły rozumnie, i odparła lekko, w tym samym tonie:</p> + +<p>- Ho-ho, co za porównania, jaka poezya nagle objawiła +się w panu! - pochwaliła ironicznie i dodała: - Ja nie wiem, +doprawdy, czy potrafię, skromna, wznieść się na takie +wyżyny... Lecz i mnie również, dziwnym zbiegiem okoliczności, +aforyzm świta w myśli:</p> + +<p>I po chwili pani Melanja wygłosiła z przyciskiem:</p> + +<p>- Podejrzliwość - to wcielenie satanizmu!.. +Oczernić, zbrukać potrafi najczystsze, śnieżne jagnię, +tem gorsze zaś ono, że uwierzą mu ludzie, goniący, z +rozkoszą, za obmową, choćby nią był i fałsz wierutny!..</p> + +<p>- Les beaux esprits se rencontrent! - wycedził w +półukłonie pan Emil, i zamilkł.</p> + +<p>- No, żegnam kochanego pana! - odpowiedziała +marszałkowa, i powstała ciężko z fotelu. - Idę - +ciągnęła - wydać rozporządzenia do wieczerzy, bo +gosposia nasza, jak widzę, zapomniała się dzisiaj, a pana - tu +uczyniła ręką niewyraźny ruch w powietrzu - pozostawiam sam +na sam z aforyzmami!.. - zaśmiała się przy tem staruszka +złośliwie nieco, i znikła we drzwiach salonowych.</p> + +<p>Ładyżyński, po wyjściu +marszałkowej, zapalił papierosa i zamaszyście począł +kołysać się na biegunach fotelu.</p> + +<p>- Śmiej się, śmiej, babuleńko! - +mruknął z cicha. - Ja mam swój rozum i węch świetny. O, co +do tego, to zapewnić mogę, że nos mam wyborny!.. - +dotknął twarzy, zaśmiał się do siebie, wciągnął +powietrze, i powstawszy, zeszedł po stopniach schodów balkonu.</p> + +<p>Spojrzał znowu na zegarek i mruknął:</p> + +<p>- Ósma dochodzi... Sapristi, o czemże dwie i pół +godziny sam na sam mówić ze sobą mogą dwoje młodych ludzi, +jeśli nie o miłoś... Psst! - syknął głośno i +położył sobie na ustach palce. - Podejrzliwość +albowiem jest to wcielenie satanizmu... i tak dalej, - dokończył, i +zaśmiał się znowu cicho. - No, zobaczymy! - szepnął do +siebie jeszcze i skierował się do ogrodu.</p> + +<p>Słońce zachodziło właśnie. +Białe ściany gowartowskiego domu gorzały czerwienią, +błyszczały, złociły się okna, dach blaszany +żarzył się, jak głownia, a tam w parku, w oddali, +wstydliwie zaróżowiały się, rumieniły brzozy, mieniły +od gasnących promieni, w odblaski polerowanej miedzi, dęby, lipy, +topole...</p> + +<p>Ładyżyński, zagłębiał się +dalej i dalej w ogród, idąc krokiem pewnym, aż znikł, +pochłonięty cieniami ciemnawej już, drzew wierzchołkami +zrosłej ze sobą alei; poszukiwania jego jednak miały +spełznąć na niczem. Młodej pary, jak ją pan Emil +żartami nazwał, nie było już w ogrodzie.</p> + +<p>Topolski i Ola, przed pół godziną, znalazłszy +się na skraju parku i łanów szerokich, opuścili ogrodową +aleję, pociągnięci współwzajemnie czarem przechadzki po +zielonej, biegnącej wśród pól, ugorów, łączce, w +przedwieczornej świeżości skąpanej całej. </p> + +<p>Gawędząc, śmiejąc się i +przekomarzając na przemian bezustannie, oddalili się oni nawet +już dość ode dworu, nie spostrzegłszy tego naturalnie +wcale.</p> + +<p>Wbrew zapowiedzi, danej pani Oli jeszcze na raucie, +przyśpieszył Topolski swój przyjazd do odziedziczonych w pobliżu +Gowartowa dóbr swoich "Szczęsnaja".</p> + +<p>Bawił już tu przeszło od sześciu +tygodni, będąc nader częstym gościem osamotnionej +prezesowej Dzierżymirskiej; Ola zaś, nie mająca prawie tu ni +rozrywki, ni towarzystwa żadnego, zazwyczaj niezmiernie mu rada była.</p> + +<p>Topolski zaś ze swej strony podobać się +mógł tylko. Ogładzonych form światowych, przystojny i miły, +był również bardzo inteligentnym, a lekki pokład idealnego +marzycielstwa, w kontraście połączony ze szczyptą +sceptycyzmu, czynił go interesującym bardzo, szczególniej dla +kobiet. W kole płci pięknej czuł się zawsze panem... +Posiadając wrażliwość czułostkową +przyrodzoną, rozumiał on kobiety przytem stokroć lepiej od +innych mężczyzn, odczuwał je subtelnie, - w podbijaniu zaś +serc niewieścich, cierpliwem i umiejętnem, - mistrzem go nazywano.</p> + +<p>Próżniacze życie jego, zjadającego dochody +"panka", zabarwione tylko z lekka tam i ówdzie dyletanckiem +zainteresowaniem się sztuką, oraz podróżowaniem po świecie +- składało się też przeważnie z krótszych lub +dłuższych miłostek, z łańcucha: "bonnes fortunes", +które, jak ogniwa, ze sobą bezustannie łączyć sie +starał. </p> + +<p>Poznawszy Olę Dzierżymirską, Topolski postanowił +zdobyć ją nieodzownie. W tym celu więc dowiedziawszy się o +bytności Romana Dzierżymirskiego za granicą, przyspieszył +wyjazd na Ukrainę, i od dwóch już niespełna miesięcy +pracował wytrwale, powoli, ze znawstwem swej sztuki, cegiełka za +cegiełką, budując swe przyszłe, jak nazywał - +szczęście!</p> + +<p>Z początku było mu niezmiernie trudno skierować, +pchnąć Olę, choć nieznacznie tylko, na swe tory.</p> + +<p>Gra ta, złożona z setek subtelnych odcieni, +opartych na gruntownej znajomości "kobiety," parokrotnie srodze +zawiodła go z Olą Dzierżymirską. Lecz po paru już +tygodniach uczuł Topolski wreszcie grunt pod nogami, aczkolwiek jeszcze +bardzo niepewny. Tryumfował skrycie - i szedł dalej...</p> + +<p>Dziś zaś, po tygodniach sześciu pobytu, +miał on już za sobą małą przeszłość w +tym względzie; między nim, a Olą mianowicie biegła nić +trwała obcowania wzajemnego, wspólnych rozmów, dociekań, paradoksów, +określeń - garść faktów jednak na pozór nic nie +znaczących prawie...</p> + +<p>A więc, na przykład, gdy w gronie osób postronnych, +trzecich, toczyła się rozmowa o temacie, poruszonym już przez +nich dwojga niegdyś w pogawędce sam na sam wspólnej - czy to w +zakresie sztuki, literatury, muzyki, czy wreszcie w dziedzinie wypadków +pospolitych codziennego życia - usta ich uśmiechały się +nieznacznie, a równocześnie oczy spotykały się, +posłuszne...</p> + +<p>To znów kiedy indziej, nim jedno z nich zdążyło +wymówić myśl jakąś, częstokroć drugie, +chwytało ją szybko już w lot i na nie wypowiedziane, a przeczute +słowa, dawało trafną odpowiedź, lub rzucało aforyzm +dwuznaczny, mający li tylko dla nich dwojga znaczenie, dla innych +niezrozumiały często wcale - poruszający zaś sobą +wspomnienie, zdarzenie osobiste, wspólne...</p> + +<p>Szukali się wzajemnie również, unikając towarzystwa +drugich, pragnąc zawsze być ze sobą, wyłącznie sami.</p> + +<p>A po za tem? Och, określić nawet trudno. </p> + +<p>Dziesiątki, setki, tysiące maleńkich, +nikłych zdarzeń, powikłań, chwil, chwilek, słów, słówek, +gestów, drgnień twarzy, uśmiechów, niedomówionych spojrzeń, +uściśnień dłoni, przyjaźniejszych, czulszych - w +nieskończoność biegnąc, zacieśniały ich dwie +duchowe jaźnie coraz bardziej, motały ich ze sobą i z nitki +początkowo pojedynczej tylko, czas uprządł tkaninę +przędzę niewidzialną, a nierozerwalną już jednak, co +silnie, a trwale złączyła ich w końcu ze sobą!</p> + +<p>I Topolski, błąkający się z +początku w swej grze trudnej zaplątał się sam wkrótce, nie +wiedząc nawet kiedy, w zastawione zręcznie na Olę sieci.</p> + +<p>Serce w nim obudziło się po raz pierwszy może +w życiu!.. On, motyl niestały, powierzchownie tylko kochliwy, w +każdej zamężnej, wdzięcznej buzi - zakochał się +na seryo w Oli!</p> + +<p>Dziś od dwóch godzin przeszło, w słów dobieranych +szermierce, flirtował z nią - teraz już dlań ukochaną, +a przez to samo upragnioną jeszcze bardziej.</p> + +<p>Mówili dnia tego jak zwykle o literaturze, muzyce i sztuce, +to jest o tem, co zajmowało ich wspólnie najbardziej w krainie, oderwanej +od przędzy codziennego życia.</p> + +<p>On wspominał i opowiadał barwnie wrażenia +licznych podróży, dowcipkował, śmiał się, przytomny +bezustannie gry swojej; Ola słuchała mówiła, opowiadała z +kolei wiele sama... Jak w złocie łanów zboża, jednostajnem od +maków purpurowych i bławatnych chabrów, roiło się w tej ich +słów gawędzie od dwuznaczników, w lekką formę obleczonych +ze strony Topolskiego oświadczyn i półsłówek - połowicznem +niedomówieniem wiele mówiących nieraz rzeczy!..</p> + +<p>Przed chwilą, słońce ułożyło +się do snu. Topolski kończył jednocześnie wywołane faktem +tym opowiadanie wspomnienia, tyczącego się wschodu słońca +obserwowanego z wierzchołka góry "Mont Blanc," spowiadając +się z wrażenia podniosłego, doznanego wysoko!..</p> + +<p>Słowa pełne zapału, efektowne, zamarły +mu właśnie na ustach, na których spojrzeniem całem zawisła +artystyczna dusza idącej obok niego kobiety. </p> + +<p>Zapanowało pomiędzy niemi chwilowe milczenie: </p> + +<p>Ze stepu tymczasem, z łanów, płynęły +wonie zbóż, i polnych kwiatów; żaby i chruściele odzywały +się w moczarach łączki - czar letniego gasnącego dnia +chwytał za duszę...</p> + +<p>- Wie pan, żeśmy porządnie od domu daleko! - pierwsza +wesoło zaśmiała się Ola.</p> + +<p>- A tak? - zadziwił się niby Topolski. - To +wracajmy! - rzekł niechętnie.</p> + +<p>Zawrócili. Szli wolno czas jakiś, pomimo woli +zamyśleni.</p> + +<p>- Tak, pani - przemówił Topolski, snać +błądząc jeszcze myślą hen, daleko, na szczytach Alp, +w Szwajcaryi - wrażenie to było tak silnem, iż nie zapomnę +go do końca życia. - I wie pani? - dorzucił, z uśmiechem +dziwnym i nagłym - o czem mimo woli pomyślałem w owej uroczystej +chwili, gdy pierwszy promyk słońca ozłocił cypl +śnieżny "Mont Blanc?" Nigdy pani nie zgadnie.</p> + +<p>- No, ciekawam bardzo? - zapytała Ola i spojrzenie +piękne utkwiła w twarzy młodego człowieka.</p> + +<p>- O kobiecie!.. - odrzekł Topolski, i zaśmiał +się; nie otrzymawszy zaś na to żadnej odpowiedzi, spojrzał +po chwili spod oka na Olę.</p> + +<p>Z pięknej twarzy młodej kobiety, jakby odpędzany +umyślnie, pierzchał cień wyraźnego niezadowolenia; Topolski +się spostrzegł, iż postąpił niezręcznie, +wiedział bowiem z wieloletniej praktyki doskonale, że nie +należy nigdy wobec kobiety, o której względy ci chodzi, +wspominać dobitnie, że przed nią była inna. Poprawił +się natychmiast.</p> + +<p>- To jest... źle mówię!.. - rzekł seryo +całkiem, uśmiechnąwszy się atoli w duchu do siebie - o +kobiecie, nie jednostce, bynajmniej myślałem wówczas, ale o ogólnym w +niej symbolu kobiecości!..</p> + +<p>- Jak to! nie rozumiem dobrze pana... - zdziwiła +się Ola. - Cóż bowiem wspólnego ma wschód słońca...</p> + +<p>- O, i bardzo! - przerwał Topolski - przynajmniej dla +mnie... Bo gdy, stojąc na wysokościach niebotycznych, - +ciągnął, zapalając się do słów własnych - +ujrzałem nagle, jak zaróżowiona silnie jutrzenka prysła snopem +promieni, jak całując jakby po prostu okoliczne szczyty, +niepokalane, śnieżne - objęła w ramiona zwycięskie +świat cały, tak rozpromieniony za jej przybyciem, tak wyraźnie +szczęśliwy! - Topolski umilkł na chwilę...</p> + +<p>- Skojarzeniem myśli, może dziwnem w istocie w +Chwili danej - kończył już spokojniej - porównałem +majestatyczne, królewskie słońce do uczucia kobiety - +miłości bezbrzeżnej, wielkiej, która również swą +potęgą i blaskiem rozjaśnić, uszczęśliwić +może człowieka, tak, jak "ono," tam, na wysokościach - +świat cały!..</p> + +<p>- Och, jakiż poeta z pana! - zauważyła, z +uśmiechem, Ola i umilkła, poczem jednak dorzuciła całkiem +poważnie:</p> + +<p>- Aczkolwiek mnie osobiście na razie myśl ta do +głowy nie przyszłaby może, gdybym się tam znajdowała +na pańskiem miejscu, rozumiem ją jednak i odczuwam doskonale...</p> + +<p>- Prawda? - uradowany mimo woli podchwycił Topolski. - +Pani przyznaje - ciągnął, - że egzystuje poniekąd w +pojęciach tych analogia pewna... Słuchając pani jednak, +przychodzi mi do głowy jedno spostrzeżenie... - zatrzymał +się...</p> + +<p>- Musiała pani - i instynktownie Topolski nadał +głosowi brzmienie łagodne, czułe - w życiu swem kochać +kogoś bardzo...</p> + +<p>- Dlaczego? - zapytała z uśmiechem Ola.</p> + +<p>- Bo inaczej nie zrozumiała i nie odczułaby pani +wrażenia mego! - rzucił po francusku Topolski.</p> + +<p>- Kochałam! - odparła stanowczo, w tymże +języku, Ola.</p> + +<p>- Kogóż, jeśli spytać wolno i jeśli to +nie jest żadną tajemnicą stanu?</p> + +<p>- Męża! - odparła po polsku, lakonicznie Ola, +patrząc ironicznie nieco Topolskiemu prosto w twarz. Ten ostatni +skrzywił się z lekka.</p> + +<p>- Ach, ja nie myślałem o tem zgoła... +Męża powinno się kochać... Zresztą - uśmiechnął +się złośliwie - użyła pani czasu przeszłego... +Kochałam, j'ai aimé - ciągnął ironicznie, - wszak, o ile +mnie pamięć grammatyki francuzkiej nie zawodzi, to passé défini... - +zaakcentował wyraz ostatni.</p> + +<p>- Och, jakże pan łapiesz za słowa! - +zaśmiała się nieszczerze trochę Ola. - Przy tem +zapragnąłeś pan pochwalić się znajomością +francuskiej grammatyki, i nie udało się... J'ai aimé - to passé, +indéfini - odcięła.</p> + +<p>- Ach, alors votre amour, madame... est indefini? - nie +pozostał dłużnym Topolski.</p> + +<p>- Ech, nieznośnym się pan stajesz! - +zaśmiała się młoda kobieta. - Ot lepiej, niech pan spojrzy +na prawo - wskazała ruchem ręki niebo, widocznie pragnąc +zmienić temat rozmowy. - Jakie piękne chmurki, nieprawdaż?..</p> + +<p>Topolski wolno zwrócił głowę, we wskazanym kierunku.</p> + +<p>- Prześliczne! - potwierdził.</p> + +<p>Niby zaróżowione, zdrowe, w aureoli złocistych +włosów, buziaczki zasypiających rzędem obok siebie smacznie +dorodnych dziatek, układały się do snu na +niebieskawo-perłowem tle nieba obłoczki małe, koralowo-złote, +- zaklęte jakby cudownie w ostatnim odblasku śpiącego już +słońca.</p> + +<p>Dłuższy czas stali Topolski z Olą, zapatrzeni +w grę świateł wieczora; po niejakimś czasie, odwróciwszy +wzrok od nich, kobieta spojrzała przed siebie.</p> + +<p>- Regardez! - przerwała milczenie swym mile +brzmiącym głosem. - Wszak to Krasnostawski, prawda? - zwróciła +się do towarzysza, pokazując mu ruchem głowy +zbliżającego się pędem ku nim jeźdźca.</p> + +<p>- Tak. Zdaje się, że to jaśnie pan +plenipotent pomyka - odparł z przekąsem Topolski, z +zaakcentowaną rozmyślnie obojętnością w głosie. </p> + +<p>Tymczasem kasztanek złotawy, parskając cicho, +przemknął tuż koło nich i ruchem uprzejmym, aczkolwiek +chłodnym nieco, i nie zatrzymując się wcale, skłonił +się Krasnostawski stojącej parze. </p> + +<p>Topolski i Ola w ślad zatem ruszyli powoli miejsca, +rozmawiając znów żywo ze sobą, jeździec zaś, na wskos +przeciąwszy łączkę, wspinać się zaczął +po pochyłości jaru. Z lekkiego początkowo pod górę +truchcika, koń przeszedł w wolnego stępa...</p> + +<p>W ciszy wieczornej, do uszu Krasnostawskiego dochodziły +wyraźnie słowa i śmiechy idącej łączką pary.</p> + +<p>Młody człowiek, uderzywszy gniewnie konia butami i +spicrutą, pochwycił cugle, i pomknął dalej...</p> + +<p>- Że też im nigdy nie zbraknie tematu do rozmowy! +- mruknął.</p> + +<p>Obecność ciągła Topolskiego przy Oli +gniewała niepomiernie młodego plenipotenta. Znał on, jak +wiadomo, dzisiejszą dziedziczkę Gowartowa od lat blisko +dziesięciu. Dziewczęciem jeszcze podobała mu się ona +bardzo.</p> + +<p>A potem?.. Wszak pamięta doskonale tę chwilę, +gdy dowiedział się on od starego Gowartowskiego, że Ola +uciekła z Dzierżymirskim... Dziwnego, och, niepojętego dlań +nawet, na razie doznał wówczas wrażenia! Po śmierci zaś +pana Januarego i przyjeździe młodych, przypadek bardziej jeszcze zbliżył +go do niej, a było nim powtórzenie zbolałej córce dosłownie +ostatnich chwil ojca i słów jego, pełnych przebaczenia...</p> + +<p>Fakt ten, na pozór drobny, stał się jednak dla +Krasnostawskiego wysoce poważnym, postawił go bowiem wobec nowych +chlebodawców na przyjaznej, poufałej niemal stopie, i takim dotąd bez +zmiany pozostał.</p> + +<p>Co rok, gdy Dzierżymirscy przyjeżdżali do +siebie na wieś, pierwszy witał ich na progu Krasnostawski, +bywając potem zawsze stale co dzień niemal w Gowartowie... +Dzierżymirscy traktowali go, jak równego im zupełnie, naturalnie, +uprzejmie przyjmowali zawsze - bez różnicy, o każdej dnia porze, ze +względu zaś na dobre wychowanie jego, i wspomnienie, iż do snu +wiecznego zamknął był Gowartowskiemu powieki, uważano go +nawet jakby za należącego do rodziny.</p> + +<p>Czuł się zatem młody pan plenipotent w +pałacu, jak u siebie w domu, zastępował mu on strzechę +rodzinną, której nie posiadał wcale i trwało tak rok rocznie +przez kilka letnich miesięcy. Potem znów następowała dlań +długa przerwa; - gospodarstwo, samotność, nuda i wyczekiwanie z +upragnieniem chwili przyjazdu Dzierżymirskich! Powtarzało się to +bezzmiennie przez lat ubiegłych parę, i przez czas ten cały +stała się rzecz, której z łatwością domyśleć +się można było...</p> + +<p>Krasnostawski, dawniej Don-Juan wielkomiejski, jeszcze +obecnie na wsi bałamucący wszystkie ładniejsze dziewczyny w +okolicy - niepostrzeżenie, początkowo nie zdając sobie nawet +wcale sprawy, zakochał się na zabój w swej pięknej, młodej +dziedziczce i pani...</p> + +<p>Łatwe sercowe zdobycze pomściły się na +lekkomyślnym panu plenipotencie. Miłość prawdziwa, silno +powaliła go już w drugim roku pobytu u Dzierżymirskich.</p> + +<p>Zabrała mu serce kobieta, dla niego całkiem, i +rzec można, na zawsze, niezdobyta, niepochwytna nawet, ze względu +warunków służebnej różnicy położenia jego w ogóle z +jednej strony, a z drugiej - z powodu charakteru Oli, jak się +zdawało, bez skazy, niezłomnych jej zasad, oraz bezgranicznej, +niezmiennej, a dotąd jedynej - miłości jej dla męża. </p> + +<p>Przebolał zatem Krasnostawski wiele, lecz +zapanował nad sobą. Nikt nie zbadał dotychczas tajemnicy jego +serca, nawet "ona."</p> + +<p>A dziś, uczucie drzemiące i ukryte na dnie duszy +przed sarkazmem ócz i języków ludzkich, przeobraziło się +już było w prawdziwy kult... Codzienny gość Gowartowa, +Krasnostawski, poza obowiązkami, żył "prawdziwie" w +dniu godzin tylko kilka, t.j. tych parę właśnie, podczas których +obcował z Olą, młoda kobieta zaś stanęła w duszy +jego, nie złożonej, nieprzesubtelnionej, lecz szczerej, pięknej +i prostej - na piedestale świętości prawdziwej! Krasnostawski +modlił się niemal do Oli!..</p> + +<p>I oto teraz przyszło mu cierpieć podwójnie: dotąd +odbierała mu ubóstwianą konieczność życia, w postaci +męża... - Dziś przy boku jej się zjawił inny... +Krasnostawski znienawidził pana na Szczęsnej...</p> + +<p>Zazdrość, ta miłości siostrzyca, +pochwyciła go w swe szpony krogulcze, dręcząc bez +litości... Mękę tę zaś powiększało jeszcze +poczucie własnej niemocy.</p> + +<p>Myśląc o tem po raz setny, Krasnostawski pędził +wciąż szybko, nagląc niemiłosiernie spicrutą +wierzchowca.</p> + +<p>- Sługą jestem i na wieki sługą +zostanę!.. Psie życie, psie!.. - rzucił głośno z +goryczą obszarom, śniącym w mroku. - On mi ją weźmie, +pokala, ja to czuję, przeczuwam!.. Lecz co czynić mam, co robić? +- wołał do siebie wzburzony przyjaciel, domownik pałacowy +Dzierżymirskich. - Zastrzeliłbym go, to lisiątko! - mruknął +ciszej.</p> + +<p>W tej samej chwili koń się potknął, +Krasnostawski ściągnął instynktownie cugle, i +począł jechać wolno.</p> + +<p>Wokoło niego, otulony szarzyzną mroku, kołysał +się step mały, wysoka trawa łechtała mu opuszczoną w +dół siodła rękę. W oddali rysowały się już +cienie folwarku Tomaszówki, tak zwanej ukraińskiej fermy, +złożonej tylko z toku, to jest: stodół, spichlerza, paru +jeszcze zabudowań gospodarskich, i jego własnego, niskiego, +mieszkalnego domku - królujących w cieniu kilkunastu drzew wśród pól +i łanów szerokich.</p> + +<p>Krasnostawski zdjął czapkę i przetarł +chustką czoło. W krąg niego latały tysiące muszek +małych, brzęczały żałośnie roje komarów; bąk +grał gdzieś w moczarach, a przepiórka zabłąkana, +wędrująca jeszcze po polach, odzywała się gdzieś +nieśmiało samotna...</p> + +<p>Przejechawszy wolno kawałek stepu, Krasnostawski +puścił się znów poprzez bodziaki i trawy szybkiego nader, tak +zwanego szłapaka. Prychając nozdrzami, czując stajnie blisko, +pomknął kasztan ochoczo. Pędem powietrza i końskiego biegu, +wysokie trawy zakołysały się trwożnie - zaszumiało na +stepie...</p> + +<p>Lecz oto po chwili wierzchowiec skoczył w bok +gwałtownie: to układający się już do snu błogiego +zając pomknął mu chyżo spod nóg i znikł w wieczornym +mroku... Niebawem jeździec z koniem wpadli na trakt szeroki.</p> + +<p>- Zginie mi Ola moja ubóstwiana, najdroższa!.. A szkoda +- szkoda! - szeptał do siebie podniecony Krasnostawski.</p> + +<p>- Co czynić? jak przeszkodzić temu? - huczało +mu dalej w głowie.</p> + +<p>Lecieli wciąż... Domostwa Tomaszówki stawały +się coraz wyraźniejsze, bliższe... Wyminął ich wóz; +jadący w przeciwną stronę, chłop pokłonił +się nisko, lecące za wozem źrebię +przyłączyło się do wierzchowej klaczy Krasnostawskiego.</p> + +<p>- Ksiou, ksiou, ksiou! - zawołał chłop +przeciągle: źrebczyk zastrzygł uszami, prychnął i +zawrócił galopem.</p> + +<p>- Ach, czemuż, czemuż nie wolno mi kochać +ciebie, najdroższa? - wyrzucił z siebie Krasnostawski wymówkę, +pełną goryczy. - Ja bym cię ozłocił, klęczał +przed tobą - zmiatał proch u stóp twoich!..</p> + +<p>Jeździec z koniem, jak huragan, wpadli we wrota i na +dziedziniec małego dworku. Zatrzymali się... Krasnostawski +zeskoczył z kasztanka i huknął donośnie.</p> + +<p>Niebawem zjawił się wyrostek, w rozchylonej +koszuli, boso, odebrawszy wierzchowca, znikł z nim pomiędzy +strzechami podłużnych budynków; młody człowiek zaś, +szepcąc jeszcze smutnie coś z cicha do siebie, schyliwszy +głowę, wszedł do wnętrza małego, krytego +słomą dworku.</p> + +<p>Odemknął drzwi kluczem, a przestąpiwszy próg, +zatrzasnął je z hałasem. W ślad za tem potarł +zapałkę, a zapaliwszy lampę, zbliżył się do +biurka, stojącego pod oknem, wśród skromnie umeblowanej izby, +wybielonej, z niskim sufitem, o dużych wystających u pułapu +belkach.</p> + +<p>- Nie mnie, marnemu pionowi, marzyć i kochać, nie +mnie!.. Do pracy, sługo, płacą ci za to! -szepnął +Krasnostawski, z bezmierną goryczą. Rozłożywszy +jednocześnie na stole olbrzymią rachunkową księgę, +umoczył pióro w kałamarzu i usiadł ciężko przed +biurkiem.</p> + +<p>Cisza zaległa pokoik. Przerywał ją tylko szelest +papieru i zgrzyt donośny stalki w obsadce - czasami zaś akordem w +tę muzykę milczenia i pracy wplotło się z rzadka +stłumione westchnienie ciche.</p> + +<p> </p> + +<center>-------------</center> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p>Ukraińskie lato upalne dobiegało końca, zanikało, +wypierane jesienią wczesną, w tym roku piękną bardzo - +przezroczą...</p> + +<p>Życie w Gowartowie płynęło cicho, a dnie +mijały tutaj za dniami, wszystkie bez zmiany niemal bardzo do siebie +podobne. Ładyżyński zatem tak samo zawsze szyderczy z +marszałkową się sprzeczał i rozmyślnie +przeszkadzał flirtowi Oli z Topolskim... Krasnostawski, tłumiąc +w sercu ból, żal, gorycz i zazdrość, przyjeżdżał +tu jak zwykle, co dzień, a bawiąc w pałacu coraz krócej, po +partyjce bilardu z panem Emilem, uciekał do swej wśród pól samotni.</p> + +<p>Czasem zajrzał do Gowartowa ktoś z dalszych, lub +bliższych sąsiadów, i jak to bywa zazwyczaj na wsi, +zjeżdżając całym rodzinnym taborem, na godzin kilka +rozgaszczał się w pałacu. Dom cały naturalnie zniewolonym +był być na usługi gości, działo się to jednak +zawsze ku wielkiemu zmartwieniu Ładyżyńskiego. Bywalec +eleganckich miejskich salonów, zły chodził wówczas z kąta w +kąt, ziewając skrycie i pokpiwając nieznacznie z przybyłych +w gościnę; sąsiadów Gowartowa nie lubiał bowiem pan Emil i +z góry stale traktował, ochrzciwszy wszystkich ryczałtowo mianem +"serwatki towarzyskiej"...</p> + +<p>W niedzielę wszyscy z pałacu jeździli do +kościoła - w tygodniu, dla ubarwienia jednostajnego +skądinąd życia, oddawano sąsiedzkie wizyty... Pan Emil +wtedy zostawał zawsze w domu, a namawiając panie, by jechały, +starał się zwykle wybrać na to dzień, w którym +spodziewał się odwiedzin Topolskiego.</p> + +<p>Hrabia ze Szczęsnej, przyjeżdżający +teraz, regularnie, co drugi dzień prawie, stawiał się wówczas +niezmiennie. Ładyżyński, uśmiechnięty +złośliwie, przyjmował go z otwartemi ramiony, do karamboli +natychmiast werbował, nic najczęściej przy tem nie mówiąc o +wyjeździe pań, wymijając zręcznie jego pytania w tym +względzie. Dopiero później, po partyi, wychodził na chwilę, +wracał, i spokojnie oznajmiał mu o tem, mniej więcej w ten sposób: +„Wszak hrabia kochany o panie mnie się pytał? n'est ce pas? +Pardon... na śmierć zapomniałem... wyobraź pan sobie, +wyjechały przed godziną na spacer, pewny byłem... A tu, +concevez... Dowiaduję się właśnie, iż palnęły +sobie wizytkę!.."</p> + +<p>Topolski rad nie rad niebawem odjeżdżał, pan +Emil zaś, ironiczny, zjadliwej uprzejmości pełny, odprowadziwszy +go do powozu - zacierał ręce z radości.</p> + +<p>Pomimo jednak usiłowań zręcznych +Ładyżyńskiego, stosunek Topolskiego i Oli zacieśniał +się coraz bardziej; przyjaźń fermentowała już, +potęgowała zaś stosunek ten przedłużana coraz bardziej +nieobecność Dzierżymirskiego, od którego, po liście +oznajmiającym wyjazd do Medyolanu - nie było zgoła żadnej +wiadomości.</p> + +<p>Był wieczór letni, kojący, cichy...</p> + +<p>W pałacu gowartowskim zgaszono już wszystkie światła, +prócz jednego - w jadalni, gdzie marszałkowa przeglądała +świeże gazety. Niebawem odłożywszy je na bok, ze +zmęczonych oczu staruszka zdjęła okulary, a przetarłszy +powieki, powstała i skierowała się ku balkonowi.</p> + +<p>Tam, wziąwszy w rękę laskę, zeszła +do ogrodu, zagłębiwszy się w jedną z cienistych alei.</p> + +<p>Ola, Topolski i nieodstępny ich satelita, pan Emil, +używali przejażdżki łódką po stawie, w tą stronę +więc skierowała kroki marszałkowa. Wkrótce przed nią +zaszkliła się tafla stawu, staruszka usiadła na ławeczce i +posłała spojrzenie w dal...</p> + +<p>Do uszu jej jednocześnie, w wieczornej ciszy +wyraźna, doleciała pieśń, śpiewana zgodnie silnym +męskim tenorem Topolskiego i cieniutkim sopranem Oli, z +przeciągłem do wtóru gwizdaniem pana Emila. Barka znalazła +się niebawem pośrodku stawu. Pieśń, urwana nagle, +zcichła, marszałkowa krzyknęła, jak tylko mogła +najgłośniej: - Hop!.. hop!..</p> + +<p>- By... waj! - odpowiedział natychmiast pan Emil, +rozległy się szybsze uderzenia wioseł, plusk wody i +łódź chyżo kierować się poczęły ku brzegowi, +Ładyżyński po chwili przyłożył do oczu +rękę i krzyknął; </p> + +<p>- Per Bacco! Wszak to pani marszałkowa!.. </p> + +<p>- O, ciociu! Czemuż cioteczka przyszła aż +tutaj? Jakże można... wilgoć ze stawu, opary niezdrowe! - rozległ +się z kolei cieniuchny głosik Oli.</p> + +<p>- Nic, dziecko, nie szkodzi... Posiedzę sobie, taki +śliczny i ciepły wieczór... Jedźcie, jedźcie, jak się +zmęczę, to powrócę! - odkrzyknęła pani Melania.</p> + +<p>- E, cóż znowu? - zagrzmiał basem +Ładyżyński. - I my wracamy. Księżyc zresztą +dziś niecnota nie dopisuje i chowa się ciągle... Naprzód!.. - +zakomenderował donośnie.</p> + +<p>- Nieprawdaż? - dodał ciszej, zwracając +się ku siedzącej w łódce młodej parze.</p> + +<p>- Ależ naturalnie! - potwierdziła szybko Ola, +widząc, iż Topolski milczy dyplomatycznie. - Cioteczka zaziębi +się, jak ją pozostawimy tu dłużej, a sama do domu tak +rychło nie pójdzie...</p> + +<p>Po chwili, łódź stanęła u brzegu. - +Ciotuniu, jesteśmy.. - żywo krzyknęła Ola, i wysiedli +wszyscy. </p> + +<p>Topolski z Olą poszli naprzód, pan Emil zaś +pozostał, systematycznie ułożywszy wiosła i zamknąwszy +na klucz kłódkę u łańcucha, przytwierdzonego do barki, +poczem zapalił z wolna papierosa.</p> + +<p>- Pa -nie E - mi - lu! Wra -ca - my! - rozległ się +z góry, na brzegu, wołający głosik Dzierżymirskiej. </p> + +<p>- Idę, idę! - odpowiedział w ten sam sposób +Emil, nie ruszył się jednak wcale. Po chwili warknął do +siebie półgłosem:</p> + +<p>- O, nie podoba mi się coraz więcej ten farbowany +na hrabicza! Lecz swoją drogą pozycya moja tutaj jest w +zupełności idyotyczną... Marszałkowa, jak ślepa: nic +nie widzi; on, wściekły, zębami na mnie po cichu zgrzyta ona +się dąsa... Que diable! Nie byłem dotąd nigdy stróżem +cnót młodych mężatek!..</p> + +<p>I Ładyżyński wzruszył ramionami, poczem +z wolna skierował się ku pałacowi.</p> + +<p>Pozostała zaś trójka była już daleko. +Topolski podawał kornie ramię marszałkowej, Ola szła obok +niego - rozmawiali wszyscy żywo i wesoło; niebawem znaleźli +się na werandzie i usiedli, zmęczeni nieco przechadzką.</p> + +<p>Topolski, zatrzymany i uproszony przez panie, zostawał +na noc w Gowartowie, obecnie zaś namawiał Olę do zagrania na +fortepianie.</p> + +<p>- Ale kiedy mówię panu - broniła się, +śmiejąc, młoda kobieta, - że teraz właśnie czuje +się niemożliwie usposobioną do muzyki... Upewniam pana, iż +go boleć będą uszy!..</p> + +<p>- O, mnie nigdy! Chyba pana Emila? - odparł Topolski.</p> + +<p>Ładyżyński nie znosił muzyki. +Nazywał ją zawsze "gnębicielką i pierwszym stopniem +do histeryi i neurastenii."</p> + +<p>- Jeżeli nie dla mnie - nachylił się w tej +chwili Topolski ku siedzącej obok Oli - to niech zagra pani dla pana +Emila za to, że nam ciągle swem towarzystwem przeszkadzał...</p> + +<p>- Przeszkadzał?.. w czem? - spytała Ola, z +uśmiechem i zalotnem błyśnięciem oczu.</p> + +<p>- Powiadają, iż przysłowia są +mądrością narodów, a jedno z nich mówi pono: "mądrej +głowie, dość..." i.t.d. Pani nie zrozumiała - to +trudno.</p> + +<p>- Ha, ha, ha! - zaśmiała się Ola - zdrobnia +pan przysłowia, stosownie do okoliczności, ale bogi odmówiły +panu talentu rymowania. Ja szczerze zupełnie powiadam, iż nie +zrozumiałam pana.</p> + +<p>- Honny suit, +qui mal y pense. Lecz pozwolę; sobie tymczasem nie +wierzyć pani...</p> + +<p>Rozmowa ta cała prowadzoną była +półgłosem, tak, iż siedząca w przeciwnym rogu balkonu +marszałkowa nie słyszała jej wcale. Odezwała się +więc, przerywając:</p> + +<p>- Widzę, że na próżno pan Topolski cię +prosi. Zagraj, Oluniu, zagraj, dziecko, w taki cichy wieczór ślicznie +się wyda głos fortepianu.</p> + +<p>- No, jak cioteczka każe, to i owszem! - rzekła z +uśmiechem Ola. - Ale czynię to tylko dla niej; avis au lecteur...</p> + +<p>Zwróciła się do Topolskiego, spojrzawszy mu prosto +w oczy, poczem przestąpiła próg pokoju. Młody człowiek +skłonił się, i powstawszy, podążył do salonu w +ślad za nią.</p> + +<p>- Któż zbadał rzeczywistą pobudkę czynów +kobiety? - szepnął dyskretnie, pochyliwszy się ku idącej. </p> + +<p>- Przepraszam! - zaśmiała się wesoło Ola +- proszę wracać na balkon dotrzymać towarzystwa cioci Melanii, a +zresztą - tu, siadając do fortepianu, uczyniła ręką +ruch w stronę werandy - oto pan Emil...</p> + +<p>- A... więc pani jednak gra... dla niego - rzekł z +wolna Topolski i posłuszny zawrócił.</p> + +<p>Ola nie odpowiedziała... Gamma tonów z pod jej palców +zabrzmiała donośnie... Fantastyczna pieśń norweska +odbiła się o echa parku i głębie śniące do stawu +- namiętna, burzliwa, popłynęła w dal cichą pól i +stepu...</p> + +<p>- Że też pani Ola nie ma litości nad ptaszkami, +co śpią sobie w parku tak cicho. Gdy usłyszą bowiem +parę podobnych fortepianowych trelików, ogłuchną do rana +zupełnie. - odezwał się w tejże chwili ironiczny głos +Ładyżyńskiego.</p> + +<p>- Cóż to pan, jak widzę, prócz ptaków tylko o +sobie nie zapomina, a nas z panią marszałkową z +żyjących wykreśla! - półżartem, półserjo +odciął panu Emilowi Topolski.</p> + +<p>Ładyżyński nie odpowiedział; +wszedłszy do nieoświetlonego salonu, gdzie grała Ola, +odezwał się w ukłonie:</p> + +<p>- Wszak pani pozwoli, nieprawdaż?... Bym zagrał +sobie prozaicznie, terre ŕ terre, w karambole sam ze sobą... Czy +zgrzeszę bardzo?</p> + +<p>- Mais pas du tout, owszem... Staraj się pan +karambolować w takt gry mojej; może tą drogą wreszcie +nauczysz się pan kiedyś odczuwać muzykę...</p> + +<p>- O, dzięki ci, pani! - trzymając się za +serce, skłonił się pan Emil i zadzwoniwszy na lokaja, +kazał zapalić światła w bilardowej salce, a po chwili, +cały zatopiony w grze, z pietyzmem wykonywać zaczął +karambole.</p> + +<p>Pieśnią Schumana rzewną skarżył +się cicho teraz fortepian, płakał, smucił się +żałośnie... Ola grała pięknie, z techniką i +uczuciem. Siedzący na balkonie Topolski łowił tony z +lubością, przez grzeczność tylko prowadząc +rozmowę z marszałkową i klnąc zarazem w duszy jej +obecność, przeszkadzającą mu we flircie z Olą.</p> + +<p>Niebawem wybiła w ciszy domu godzina jedenasta. +Staruszka, zmęczona snać całym dniem, powstała +ciężko i rzekła:</p> + +<p>- No, słuchajcie tu sobie muzyki, moi panowie, ja +zaś idę spać... A pan Emil gdzie - nie widzę go? - +zapytała naraz.</p> + +<p>Topolski zauważył dawno, że +Ładyżyński postukuje na bilardzie; nie chcąc jednak +informować o tem marszałkowej, odparł szybko:</p> + +<p>- Och, nie, wiem. Wyszedł przed chwilą, wróci +zapewne niebawem! - i na dobranoc - pocałował, z uszanowaniem, +rękę staruszki.</p> + +<p>Marszałkowa, nic nie mówiąc, weszła do salonu +i zbliżyła się ku fortepianowi.</p> + +<p>- Bonsoir, chérie! - rzekła, całując Olę +w głowę. </p> + +<p>- Dobranoc, cioteczko! - zerwawszy się z krzesła uściskała +marszałkowę Dzierżymirska; poczem pani Melania skierowała +się wolno do swych pokojów.</p> + +<p>Znikła... Fortepianem wstrząsnęło +gwałtowne intermezzo; do pokoju, tonącego w cieniach, cicho, jak kot, +wsunął się Topolski.</p> + +<p>Usiadł na niskim foteliku obok Oli: -Nareszcie!.. - szepnął.</p> + +<p>- Nareszcie... Co? - ze spojrzeniem zalotnem, zapytała, +nie odrywając paluszków od klawiszy. </p> + +<p>- Jesteśmy z panią sami...- dokończył +Topolski zdanie. - I ten satyr, któremu tu tak wszystko wolno i uchodzi...</p> + +<p>Topolski urwał, a widząc, że Ola już +otwiera usta by coś powiedzieć, wyrzucił z siebie szybko, +czyniąc nieznaczny ruch ręką:</p> + +<p>- Och, wiem już z góry, co pani mi powie... Pan Emil - +przyjaciel nieboszczyka ojca pani, druh marszałkowej, wreszcie zna +panią od dzieciństwa. - Wszak to wszystko wiadomem mi jest +doskonale... Co nie przeszkadza - ciągnął - iż denerwuje +mnie ten pan do niemożliwości... Bo, np. dzisiaj: od rana nie +pozwolił nam być chwilki nawet sam na sam...</p> + +<p>- Ho, ho, cóż to za gorycz i niezadowolenie! - +zdziwiła się niby Ola, a usiłując nadać głosowi +brzmienie twardsze, dodała: - Nie pojmuję zresztą, skąd te +żądania uporczywe sam na sam i urojone jakby jakieś prawa...</p> + +<p>Nie dokończyła... Trel gwałtowny +przebiegł, jak dreszcz, po klawiszach, spojrzenie zaś młodej +kobiety, które dojrzał Topolski w półcieniu i blask jego, co, jak +pieszczota, przesunął mu się po twarzy, zadały kłam +wyraźny wymówionym przez Olę słowom. Topolski zapomniał o +nich. Zapamiętał wzrok tylko i pokorny na pozór pochylił +się ku rączce Oli. </p> + +<p>- Przepraszam stokrotnie!.. przepraszam!.. - i +pocałował biegnącą po fortepianie białą +rączkę, wychylającą się z fałdzistego rękawa +- wyżej łokcia. - Przeprasza się niżej! - rzuciła +żartobliwie Ola.</p> + +<p>- Ciemność winna temu... -- rzucił lekko +Topolski.</p> + +<p>Milczenie parku i domu przerywały teraz tylko tony +fortepianu, coraz namiętniejsze jakby, gwałtowne, burzą +ognistego zapału i pragnień wstrząsające spokojną +ciszą, oraz nerwami dwojga ludzi, słuchających tej orgii +dźwięków rozpasanych, zamkniętych w złocone ramy artyzmu i +techniki.</p> + +<p>Głos Topolskiego wkrótce przeszedł w szept +przyciszony, pieszczotliwy, miękki. Z dala odzywało się +jednostajnie, co sekund kilka, uderzenie kul na bilardzie zajętego +wciąż karambolami pana Emila... I Topolski, flirtując tak +dyskretnie z Olą, podsycającą półsłówkami słów +jego igraszkę, od czasu do czasu wysyłał spojrzenie przelotne na +wywiady, czy pan Emil przypadkiem nie wraca; lecz ten nie myślał o +tem wcale.</p> + +<p>Widząc to, Topolski przysunął się +bliżej do młodej kobiety. Ruch ten jednak zauważyła Ola i +widać chęć przekorna sprzeciwienia się +mężczyźnie przebiegła jej nagle przez główkę, bo +odezwała się w tej chwili:</p> + +<p>- Chciałam właśnie, oto zagrać panu +coś przepięknego, i zapomniałam... Masz tobie! - zatrzymała +się. - Trzeba zapalić świecę! - dokończyła, z +filuternym uśmiechem.</p> + +<p>- Ale, cóż znowu? - podchwycił Topolski. - Po raz +pierwszy dostrzegam u pani - ciągnął niezadowolony widocznie - +brak odczucia nastroju chwili danej... Tak mi miło było +słuchać gry pani w tym właśnie półcieniu, tak +znakomicie godzącym się z muzyką i ciszą wieczorną.</p> + +<p>Śmiech szczery Oli rozległ się w tej chwili. +Zapaliła świece i rzekła swobodnie:</p> + +<p>- Cóż robić! widzi pan teraz, że wcale nie +jestem doskonałością.. Nareszcie pan sam empirycznie +przekonał się o tem. A mówiłam tyle razy...</p> + +<p>Urwała, i otworzywszy nuty, dotknęła się +ręką klawiatury.</p> + +<p>- Niedobra pani... - nadając głosowi brzmienie +pociągające, łagodne, przemówił Topolski. - Niedobra! - powtórzył +ciszej, i podniósł do ust, jej dłoń.</p> + +<p>- Z okazyi czego - zaśmiała się Ola. </p> + +<p>Topolski na pytanie wprost nie odpowiedział, lecz +mówił dalej:</p> + +<p>- Rozwiała mi pani złudzenie! - umilkł na +chwilę.</p> + +<p>Pytająco spojrzała nań Ola.</p> + +<p>- Tak jest - powtórzył mężczyzna - bo uwierzy +pani, jak dziwnego doznałem wrażenia, gdy oto tak przed chwilą +siedzieliśmy w zapomnieniu, ciszy, przy fortepianu dźwiękach - +zupełnie sami... </p> + +<p>- No, ciekawam? Cóż panu się zdawało? - +ironicznie nieco rzuciła Ola, a oderwawszy zarazem ręce od klawiatury +na chwilę, słuchała, patrząc mu w oczy przeciągle:</p> + +<p>- Po prostu zdało mi się, iż jesteśmy +mężem i żoną...</p> + +<p>- Tylko tyle? - zaśmiała się Ola +złośliwie. - No, po prologu spodziewałam się czegoś +nadzwyczajniejszego przyznaję! - dorzuciła lekko, a odwróciwszy +spojrzenie, ułożyła zeszyt nut na stalugach fortepianu, i znów +grać poczęła, tym razem coś smętnego, kojącego +jakby - pełnego cichej tęsknoty...</p> + +<p>- Co to jest? - zżymnął się w duchu +Topolski, rozgniewany: - Że też ta kobieta zawsze zbije mnie z +pantałyku! - Nie wiedział po prostu, co mówić dalej muzyka +zaś jednocześnie łagodna, płynąca</p> + +<p>miękko z pod palców kobiety, nerwową, +drażliwą naturę jego nastrajała dziwnie na nutę, +wręcz przeciwną słowom, jakie same cisnęły mu +się do ust przed chwilą...</p> + +<p>- Jednak, jak ona, niecnota, zna mnie, dobrze! - +zauważył jeszcze w myśli, spojrzawszy z pod oka na Olę, +która, z błąkającym się w kącikach ustek +uśmiechem, grała właśnie, z uczuciem, coraz, subtelniejszem, +miękkszem, aż fortepian martwy skarżyć i płakać +się zdawał.</p> + +<p>Po chwili, Topolski przemówił znowu, głosem jednak +już całkiem innym, niż poprzednio:</p> + +<p>- Pani się śmieje, tymczasem to, co mówię, +wszak takie naturalne...</p> + +<p>- Na - tu - ral- ne! - przedrzeźniła lekko Ola. - +Ha - ha - ha! - zaśmiała się - vous ętes incomparable!..</p> + +<p>- Permettez! - przerwał porywczo nieco mężczyzna +- niech skończę...</p> + +<p>- Ależ słucham, słucham od kwadransa, et vous +n'en finissez pas. Więc, jakież ultimatum? </p> + +<p>- Bardzo proste. Odczuwamy się z panią wzajemnie, +rozumiemy, jak rzadko kto może... Dusze nasze - to jakby niewidzialny +kamerton, który, za uderzeniem myśli, uczuć nam wspólnych, brzmi zawsze +jednakowo... A mąż i żona przecież, poza... </p> + +<p>- Ha, ha, ha.. .- urwała przezornie O1a. - Otóż +mylisz się pan zupełnie, bo ja, na przykład teraz, nic, ale to +nic pana nie rozumiem...</p> + +<p>A zresztą - kończyła, powstawszy szybko od +fortepianu - en voilŕ ascez... - zamknęła fortepian. - Żal mi +pana Emila, który pewnie już darować mi nie może, że gram +tak długo, bo oto właśnie nadchodzi.. </p> + +<p>- A bodajżeś! - zgrzytnął szeptem +Topolski i zerwał się śpiesznie, począwszy odruchowo +układać niby porządnie nuty na etażerce.</p> + +<p>- Silence ŕ mon +approche - quelle galanterie, madame, de votre part!.. Podziwiam, +zaiste! - odezwał się na progu pan Emil, w ukłonie, a +zwracając się ku zmieszanemu pomimowolnie Topolskiemu, rzucił, +z ukrytym sarkazmem:</p> + +<p>- Czy to... może panu zawdzięczam?..</p> + +<p>I podtrzymywana przez Ładyżyńskiego +głównie, popłynęła przez czas krótki jeszcze rozmowa +ogólna, poczem panowie powiedzieli Oli dobranoc i rozeszli się, +pozostawiając ją samą. Zapalone przy fortepianie świece +rzucały teraz na salon migocące światło, lekki zefirek +kołysał ich płomień z lekka, poruszał firanki i +portyery... Ola skierowali się ku werandzie, i oparłszy o +balustradę, zadumała się głęboko.</p> + +<p>- Co to jest, co się z nią dzieje? - +myślała. Od wyjścia za mąż, od lat sześciu +kochała dotąd niezmiennie Romana tylko, choć bezustannie +ocierała się o dziesiątki nadskakujących jej +mężczyzn, na żadnego jednak uwagi nie zwracała nawet. I dopiero teraz, teraz!..</p> + +<p>Ujęła głowę w rozpalone dłonie i +ścisnęła niemi skronie...</p> + +<p>Ten Topolski działa na nią w sposób iście niezwykły. +Tak ją odczuwa, tak dobrze rozumie, tak rozzmysławia po prostu +umiejętnie prowadzoną grą intrygi, flirtu - tak pociąga ku +sobie nieprzeparcie!... Ten jego ujmujący, niezwykły jakiś i +zwodniczy wdzięk osobisty, którym tchnąć się zdaje +postać jego cała, zwycięża ją coraz natarczywiej, +uparciej... Broni się przed nim, w żart jego słowa obraca, a jednak +ona, Ola, czuje, że jeśli tak samo potrwa jeszcze dłużej, +kto wie, czy zdoła oprzeć mu się?..</p> + +<p>Och, gdybyż przynajmniej Roman przybył już +prędzej, gdyby! A tu sama walczyć musi!.. Jeden +Ładyżyński tylko po swojemu broni ją przed "nim" +i przed nią samą...</p> + +<p>I Ola przy ostatniej powyższej myśli podnosi +zwolni głowę, a pociągnięta kojącą ciszą +parku i światłem drżących promieni księżyca, +schodzi z balkonu i zapuszcza się samotna w cienistą ogrodową +aleję.</p> + +<p>Na piasku cień jej rysuje się mały i kroki +rozlegają się donośnie; przez liście niebieskawo-srebrne +plamy światła ścielą się u jej stóp dyskretnie, ukazują +się, to znów nikną...</p> + +<p>- Kocham go, kocham,.. i pragnę! - szepce Ola. - A on?</p> + +<p>- Czyż można nawet wątpić o tem? - odpowiada +samej sobie. - Przyleci na jej pierwsze skinienie, gdyby tylko... +zechciała...</p> + +<p>Zechciała? - Ola przeciera czoło dłonią +i czuje, jak krew młoda igra jej w żyłach nieposłuszna, jak +pragnienie poziome, zmysłowego użycia, rozkoszy - nieprzeparte, silne +ją samą ogarnia wszechpotężnie.</p> + +<p>Idzie coraz wolniej, coraz bardziej pogrążona +cała w myślach i wewnętrznej walce.</p> + +<p>Doszedłszy do końca alei, Ola zawraca machinalnie, +kierując się ku domowi.</p> + +<p>- Romanie!.. Romciu... wybacz mi! - szepce, kładąc +załamane rączki na rozpalone czoło. - Przyjeżdżaj i +obroń mnie!.. Obroń! - woła rozpaczliwie, czując burzę +w piersi, rozsadzanej uczuciem, pragnieniem i rozterką!</p> + +<p>Broniła się dotąd, ale teraz czuje, iż +siły jej zbraknie na pewno... Ileż godzin w dniu samotnych, ile nocy +bezsennych, przemyślała, przecierpiała w walce z pokus +drażniącą, z sercem, wyobraźnią, duszą +całą, - rwącemi się do ukochanego mężczyzny - w +jego ramiona, które czekały tylko jej skinienia, by ją +opleść pieszczotą - unieść w krainę +miłości i rozkoszy!..</p> + +<p>- Marzenia! Ona nie ulegnie!..</p> + +<p>- Nigdy, przenigdy! - szepce Ola, spowiada się przed +zasłuchanemi, cichemi drzewami parku. - Tylko ty, Romanie, ty, co po raz +pierwszy w życiu otworzyłeś mi ułudę +miłości, szczęścia, ty, którego dotąd ponad życie +kochałam - przyjedź, ratuj mnie, swą obecnością +wesprzyj!!!</p> + +<p>Ola już jest w pobliżu pałacu.</p> + +<p>- Nigdy cię nie zdradzę!.. nie zapomnę obowiązku... +nigdy! - szepce po raz wtóry jeszcze i z żywo bijąca w arteryach +krwią - wzburzona cała, z ostatnim wyrazem "nigdy" na +ustach, wstępuje po schodkach pałacowego skrzydła. Daleka +myśli od szczegółów drobiazgowego życia - zapomina o pozostawionych +w salonie światłach - o wszystkiem i skrzypnąwszy drzwiami, +znika za niemi.</p> + +<p>W ciszy uśpionego już domu, gdzieś, w dali, +wydzwania tymczasem po chwili godzina dwunasta.. Kwadranse mijają +stopniowo, a noc letnia, w milczeniu przyrody całej, woniami swemi miarowo +oddychać poczyna...</p> + +<p>W salonie pałacowym dopalają się powoli +świece u fortepianu, płomienie ich drżą bezustannie od nocnych +powiewów, oświetlając fantastycznie pokój cały; czasem wpadnie +tu znienacka księżycowy promień - i złagodzi swym blaskiem +żółte świec płomyki...</p> + +<p>I trwa to tak dość długo jeszcze...</p> + +<p>Nagle jednak drzewa parku szumieć poczynają wraz +głośniej, księżyc gdzieś ginie, przepada, chmurki +zaś drobne pokrywać zaczynają coraz gęściej niebo +dotąd pogodne... I zefirek leciutki, wpadłszy do salonu przez +balkonowe drzwi, hulać po nim zaczyna...</p> + +<p>Jeden płomyczek u świec gaśnie, drugi w pobliżu +okna pali się wciąż, dygocąc...</p> + +<p>Swawolny wietrzyk tymczasem wzdyma teraz firanki, a +podrzuciwszy jedną z nich, nakrywa nią płomień świecy przy stojącym obok okna +fortepianie i jakby pragnąc przypatrzeć się swej psocie, nagle +przestaje powiewem poruszać wszystko dokoła!.. </p> + +<p>Stopniowo firanka zapala się z wolna; płomień +obejmuje ją pieszczotliwie w swój uścisk gorący...</p> + +<p>Wpada znów podmuch zefiru. I płomień idzie w +górę zwycięski, zapala lambrekin. Minut kilka... Okienne ramy +już płoną złocistym ogniem, z trzaskiem +przełamują się po chwili, szyby pękają znienacka, i +wszystko to razem upada na ziemię. Dywan puszysty kopcić poczyna... +Od firanki zajęły się rozrzucone na pianinie nuty, drobiazgi...</p> + +<p>Wietrzyk, jak szatan złośliwy, dodaje tymczasem +animuszu płomieniom, przyspiesza pochód ich po salonie...</p> + +<p>Ogniste węże obejmują już niebawem w +śmiertelny uścisk fortepian, skarży się on +żałośnie... Meble pękają od gorąca - dym, +żar, napełniają pokój cały, kobierzec już płonie +- posadzka pod nim trzeszczeć zaczyna!..</p> + +<p>Wiatr ustaje tymczasem, chmurki stopniowo rozchodzą +się jak przyszły, rozpraszają... Sierp księżyca +ukazuje się znowu, i zagląda ciekawie do wnętrza pałacu...</p> + +<p>Wśród ciszy śpiącego domu pali się +już teraz cała prawa strona salonu; drzwi przymknięte od +sąsiedniej jadalnej sali, pod naporem ognia, walą się, z +trzaskiem - w tejże chwili hufiec płomieni wsuwa się +podstępnie do innych, przyległych komnat... </p> + +<p>Nikt nie spostrzegł jeszcze w pałacu ognia. Cicho.</p> + +<p>W pokoju, na pierwszem piętrze, śpi smacznie +Topolski, a uśmiechnięty, rozmarzony, śni zapewne o Oli.</p> + +<p>Mija jeszcze z kwadrans. W komnacie rozlega się nagle +trzask silny, w ślad za tem podłoga wstrząsa się...</p> + +<p>Topolski budzi się, a ledwo otworzywszy oczy, +kaszleć zaczyna: coś dusi go, w oczy się wżera... </p> + +<p>Zrywa się wystraszony i przytomnieje natychmiast. +Instynktownie otwiera okno...</p> + +<p>- Co to, na Boga, co to? - przenika mu jednocześnie +mózg pytanie. Patrzy w dół przez okno - księżyc świeci, +śpi wszystko!.. Słucha... Włosy jeżą mu się na +głowie, zapala świece, i widzi siebie w obłokach dymu.</p> + +<p>- Pożar!.. - świta mu w głowie. Niepewny +jeszcze, ubiera się pośpiesznie, parę chwil zaś +później jest już na korytarzu - za drzwiami...</p> + +<p>Dymu wszędzie pełno. Echo łoskotu +płomieni na dole dochodzi tu wyraźnie... Poza tem wszędzie +panuje milczenie zupełne...</p> + +<p>- Na Boga, czy Ola śpi? - nikt snać o ogniu nic +jeszcze nie wie! - przemyka przez umysł młodzieńca. Chce +krzyknąć: - Ogień, gore! - waha się...</p> + +<p>Staje strwożony... Może jemu tak tylko się +zdaje?.. Po sekundzie namysłu, rzuca się jednak na lewo, ku schodom, +i biedz na dół zaczyna..</p> + +<p>- Ola... Ola!.. - szepce półgłosem, pomny i tylko +najdroższej sercu istoty, i znalazłszy się na dole, skręca +gwałtownie w prawo, ku pokojom pani domu...</p> + +<p>Po omacku, przewracając meble, biegnie Topolski przed +siebie, jak nieprzytomny...</p> + +<p>We względnej ciszy, towarzyszy mu tylko coraz +wyraźniejszy odgłos palącego się pałacu...</p> + +<p>Nagle rozjaśnia się przed nim +krwawo-złotą plamą przestrzeń ciemna pokoi, głuchy +zaś łoskot, połączony z sykiem i świstem, odbija +się donośnie.. </p> + +<p>To płomienie wdarły się już do +sąsiadującego z sypialnią Oli buduaru... Odblask ich +oświeca jaskrawo białe drzwi, prowadzące doń... Topolski na +ten widok, korzystając z wolnego jeszcze od ognia, miejsca, rzuca się +gwałtownie ku nim. Słucha...</p> + +<p>Do uszu jego dolatują jakieś wołania, krzyki: +</p> + +<p>"Gore, gore! pali się... Ratunku! ratować!.. +Bywaj!" - krzyczą teraz zewsząd zapamiętale, rozpaczliwie +jakieś głosy, a pod samym domem rozlega się równocześnie +przyspieszona bieganina, tupot licznych kroków ludzkich...</p> + +<p>- Już alarm dany - to dobrze! - czyni sobie w duchu +Topolski uwagę i odruchowo wchodzi do sypialni Oli, zamknąwszy drzwi +za sobą.</p> + +<p>Tu jeszcze cicho... Nocna lampka mdłem tylko +światełkiem oświeca komnatę; księżycowy +promień drżący ściele się po ścianie i +łożu, na którem leży Ola, pogrążona we śnie +spokojnym.</p> + +<p>Z pod kapy lekko narzuconej, unosi się jednostajnie +pierś młodej kobiety i rysują wdzięcznie kształty +ciała...</p> + +<p>Pomimo grozy położenia, Topolski zachwytu +powstrzymać nie może. Chwilę stoi nieruchomy...</p> + +<p>Huk tymczasem jakiegoś mebla, pękającego, pod +naporem ognia, odgłosem swym budzi Olę... Strwożona, zrywa +się, zrzuca kapę, i w bieliźnie nóżkami bosymi, dotyka +ziemi...</p> + +<p>Jednocześnie dym napełniać sypialnię +poczyna, a przez dolną szparę u drzwi wciska się przemocą, +niby wąż jadowity, krwawe pasemko ognia... Ola rzuca okrzyk strasznej +trwogi, i wcale nie widząc jeszcze Topolskiego, porywa stojący na +małym stoliczka dzwonek i rozpaczliwie dzwonić poczyna...</p> + +<p>Topolski, widząc i słysząc to wszystko, +szybko otwiera na ścieżaj okno i rzuca się ku Oli... Ona +spostrzegła go właśnie...</p> + +<p>- Co to?.. Pan tu?.. O, jakżeż można!.. i Ola +zarumieniona milknie, a wstyd zarazem staje się silniejszym od trwogi, bo +ruchem nagłym obwija się fałdami porzuconego obok na +krześle szlafroczka...</p> + +<p>Huk ponowny tymczasem wstrząsa murami pokoju. +Ogień zwycięzca wkracza jednocześnie w komnaty, drzwi +pękają i płoną! Topolski porywa drżącą ze +strachu i wstydu młodą kobietę w swe silne ramiona.</p> + +<p>- Co... to?.. Co... to?.. - szepcze Ola jeszcze, z lękiem... +Mężczyzna pragnie coś odpowiedzieć, lecz w tejże +chwili, z łoskotem i chrzęstem, wpadają do sypialni drzwi +roztrzaskane, a ziejąca paszcza płonących komnat pałacu +ukazuje się, jak na dłoni, w całej swej grozie i majestacie...</p> + +<p>Jednocześnie rozlega się przeraźliwy krzyk kobiecy!..</p> + +<p>To zbudzona dzwonieniem swej pani, śpiąca w +sąsiednim pokoju służąca, wołaniem, błaga o +pomoc! </p> + +<p>W sypialni zaś już nie ma nikogo. Wyskoczywszy +zręcznie oknem, Topolski stoi teraz w parku i obrzuca spojrzeniem +płonący pałac. Widzi w oddali ludzi kilkanaście, ekonoma, +parobków i służbę dworską, a w dali zapomnianą +przezeń całkiem sylwetkę marszałkowej...</p> + +<p>W śród gwaru słyszy zarazem donośny głos +pana Emila: "Hej! hej! ludzie, tu! do mnie!! - woła energicznie. - +Ratować młodą panią!!.. W rogu dworu!! +prędzej!!!"</p> + +<p>Słuchając tego rozkazu, kilku ludzi natychmiast +odrywa się do ogólnej gromadki sług i lecieć poczyna ku pokojom +młodej dziedziczki - ku niemu!..</p> + +<p>Wystraszona płomieniem i krzykiem Ola zarzuca +równocześnie Topolskiemu na szyję swe nagie ramiona! On, +wstrząsnąwszy się pod tem dotknięciem, porywa się +nagle z miejsca, jak szalony, i mknie chyżo w ogród... Krew gorąca, +młoda, grać w nim poczyna... Zapomina o wszystkiem, prócz tulącej +się do jego piersi kobiety i ucieka dalej i dalej...</p> + +<p>Do uszu jego dolatują wołania coraz cichsze, +okrzyki!.. Topolski biedz nie przestaje ku znanej sobie altanie, +położonej na końcu ogrodu.</p> + +<p>Prowadząca do niej aleja parku rozbrzmiewa echem +gwałtownego jego biegu, szeleści mu nad głową liści +pogwarem.</p> + +<p>Z zarzuconemi na szyję mężczyzny ramionami, +tuli się wciąż ku niemu, jak powój wiotkie ciało Oli... +Topolski, dotąd zapatrzony wciąż w przestrzeń, opuszcza +naraz głowę i wzrokiem pieści chwilę trzymaną w +uścisku kobietę...</p> + +<p>Oczy jej przymknięte - zemdlała!..</p> + +<p>Topolski zatrzymuje się. Z miłością +bezbrzeżną, pragnieniem, spogląda ciągle na Olę... +Krew uderza mu nagle do głowy!..</p> + +<p>- Mój ty skarbie najdroższy!.. moje ty wszystko!.. - +szepce drżącemi usty, i jak szalony, całować, +pieścić poczyna jej wargi, oczy i ciało!..</p> + +<p>W kilka minut później, dopada cienistej altany i +niknie, ginie w jej głębiach... Niedyskretny, ciekawy wsuwa się +za nim księżyc blady, a kopuła altany, mieniąc się od +jego promieni, drży leciutko - tajemnicza...</p> + +<p>W dalekim zakątku parku znów cicho...</p> + +<p> </p> + +<p>. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . +. . . </p> + +<p> </p> + +<p>Koło płonącego pałacu natomiast ruch +panuje nie do opisania.</p> + +<p>Co chwila od pobliskiego stawu i z powrotem pędzą +galopem konie, wiozące beczki z wodą; wszystkie miejscowe sikawki +są w ruchu, dyrygujący zaś parobkami i służbą +ekonom Gowartowa kręci się, jak mucha w ukropie, krzyczy, gniewa +się, rozkazuje...</p> + +<p>Mężczyźni zalewają wodą dach, +płonące belki, wdrapują się na piętra, wyrzucają +oknami nietknięte jeszcze przez ogień pałacowe meble. Zbudzone +wiejskie kobiety, w ponarzucanych płachtach i koszulach, przypatrują +się bezmyślnie pożarowi, gwarząc z cicha pomiędzy +sobą, lamentując, złorzecząc...</p> + +<p>Grupa ich wystraszona rzuca się nagle w bok, z +okrzykiem...</p> + +<p>To przelękniony hałasem i płomienistą +łuną, pędzi wprost na nie kary, półkrwi arabskiej, ogier, +wyrwawszy się z pozostawionej bez opieki stajni.</p> + +<p>Ucieka strwożony, błędny... Wyminąwszy +zaś rozpierzchłą gromadkę, umyka przed ogniem i ludźmi +do parku, budząc jego drzemiące cisze przerażonem rżeniem.</p> + +<p>Jednocześnie na czele kilkunastu tomaszowieckich +fornali, wpada przez bramę, z impetem, Krasnostawski, a z przybyciem jego +wszystko wre dokoła, ze zdwojoną energią.</p> + +<p>I oto niebawem krwawa ściana ognia, wzbijająca +się ku niebu, miejscami złocista, tam znów, niby krepą, +przesłonięta czarnym gryzącym dymem, zaczyna zniżać +się, zmniejszać powoli... Już obecnie huk pożaru coraz +częściej przerywają syki gasnących płomieni - +opanowany nieco żywioł mniej groźnym się staje, pokornieje, +cichnie...</p> + +<p>Lewe podłużne i największe pałacowe +skrzydło pali się jeszcze, płomień nadal zwycięsko +sieje tam zniszczenie, prawą stronę jednak domu ugaszono już +zupełnie. Z płaszczącego się tu dymu wyłaniają +się teraz białawe, osmalone mury; wśród zgliszcz, już +zwęglonych, pełzają jeszcze tam i ówdzie ogniste węże, +całując lubieżnie, liżąc ścian poczerniałych +podnóże.</p> + +<p>I w porównaniu gwaru, zgiełku, które panują u +płonącego w dali pałacowego skrzydła - cisza króluje tu +względna...</p> + +<p>Tam ruch, krzyki, krzyżujące się rozkazy, +łuna ognia, huk jego, syk, oraz zupełne oddanie się wszystkich +całkowicie dławieniu i walce z żywiołem...</p> + +<p>Tu - srebrzące się, czyste promienie +jaśniejącego wysoko na niebie niepokalanie miesiąca, co +błyszczą na okopconych ścianach, stanowiąc dziwny w sobie, +a pełen spokoju, kontrast, z wrzawą i krwawo-złocistą +pożogą...</p> + +<p>Szelest kroków tymczasem przerywa nagle milczenie. Za +węgłem sterczącego samotnie odłamu murów pogorzeliska, +pojawia się Krasnostawski, i stanąwszy w zamyśleniu, śle +wzrok badawczy w stronę parku.</p> + +<p>- Tam puściłem już w ruch wszystko!.. - mówi +głośno do siebie. - Dokończą gasić i dadzą sobie +radę beze mnie... - mruczy dalej. - Ja zaś ich muszę +znaleźć - muszę!..</p> + +<p>Krasnostawski milknie, i rozglągając się bacznie +dokoła, kieruje się w głąb parku, idzie z wolna +zamyślony, a trzymaną w ręku długą nahajką co +chwila uderza się machinalnie po wysokich, okopconych butach...</p> + +<p>Od czasu, jak tu przybył na ratunek i piąte przez +dziesiąte zdołał rozpytać się o początek i przebieg +pożaru, myśl jedna i ta sama dręczyła go bezustannie: +gdzie są Topolski i Ola?.. Że nic złego im się nie +stało - wiedział... Co robią zatem sami tak długo?..</p> + +<p>Kochając Olę i odczuwając przez to podwójnie +zacieśniający się stosunek jej z Topolskim, młody +człowiek przeczuwał więcej od marszałkowej i +Ładyżyńskiego... Oni, pochłonięci pożarem, jak +wszyscy zresztą, potracili głowy!.. A on?..</p> + +<p>Myśleć o Topolskim i Oli nie przestawał, jak +szalony przy tem siły odpędzał od siebie myśli niektóre.</p> + +<p>Obecnie, tknięty przeczuciem jakby, szedł właśnie +aleją, prowadzącą do ustronnej altany...</p> + +<p>Duszą Krasnostawskiego miotał niepokój. Zazdrość +szarpała nim bez miłosierdzia, sączyła swój jad zatruty, +niepewność męczyła - obawa, że sprawdzą się +skryte jego podejrzenia, tamowała mu oddech w gardle i zniewalała w +bezsilnej wściekłości zaciskać dłonie.</p> + +<p>Poza dziedziną przeczuć bowiem, ów niepokój +Krasnostawskiego miał również źródło i w +następującym, konkretnym fakcie.</p> + +<p>Komenderując i uwijając się przy +pożarze, spotkał Krasnostawski pomagającą również +innym, znoszącą wodę, dziewczynę służebną, +ulubienicę Oli...</p> + +<p>Ta zaś, gdy ją zapytał o panią, +opowiedziała mu bezładnie: - Powiadam paniczowi... Boże, +Boże, jakie to było straszne! Jaśnie młodsza pani dzwoni, i +się budzę, ubieram prędziutko, słyszę jakiś +szum... Otwieram drzwi, a tu - ogień, ogień jak daleko spojrzeć +na pańskie pokoje... Tylko pościel młodej pani pusta i okno +otwarte!..</p> + +<p>Ktoś rozdzielił ich i dalszą indagacyę +przerwał Krasnostawskiemu szerzący się pożar, zamęt i +wrzask. Poprzestać musiał tylko na tem.</p> + +<p>Teraz szedł coraz prędzej. Nagle zatrzymał +się, jak wryty.</p> + +<p>Już od minut paru zauważył na wilgotnym +piasku alei ślad kroków męskich, obutych w zgrabny trzewik, teraz +zaś leżała przed nim dobrze mu znana papierośnica +Topolskiego, a opodal widziany często we włosach Oli grzebień, z +szyldkretu.</p> + +<p>Wątpliwości już być nie mogło... +Krasnostawski pochwycił machinalnie oba leżące przedmioty i +biedz począł...</p> + +<p>Szalała w nim burza.. Nienawiść +mężczyzny, pogardzonego przez ubóstwianą kobietę na +korzyść rywala rozpaliła mu krew, napełniła +jakąś niepohamowaną żądzą pastwienia się i +zemsty!..</p> + +<p>Spocony, blady, stanął wkrótce u wejścia do +altany, i począł nadsłuchiwać, z zapartym oddechem. Pot +kroplisty wystąpił mu na czoło, usta zacisnęły +się boleśnie, oczy zamigotały dzikim ogniem.</p> + +<p>Z cichej, sennej altany dochodziły wyraźnie dwa +głosy - dwa szepty...</p> + +<p>Krasnostawski rozchylił gałęzie... Na szelest +ten w ciemnościach zerwał się ktoś śpiesznie i u progu +stanął Topolski. W półmroku nocy zamajaczyła jego twarz +biała, rasowa, i dwaj mężczyźni spojrzeli sobie, +milcząc, prosto w oczy.</p> + +<p>Trwało to sekundę, lecz wystarczyło +Krasnostawskiemu, bo to, co wyczytał na wzburzonem obliczu Topolskiego, +aż nadto uzasadniło jego obawy. </p> + +<p>Wysiłkiem woli, ochłonąwszy z wrażenia, +przemówił pierwszy Topolski, wskazując swobodnie na pozór ruchem +ręki widnokrąg, gdzie dogorywała już łuna ognia:</p> + +<p>- A zatem, chwała Bogu, już po pożarze!.. My +właśnie...</p> + +<p>- Nikczemny! - zabrzmiało w ciszy słowo jedno. </p> + +<p>Wymówił je głosem drżącym Krasnostawski, +i niepomny niczego, rozszalały, schwyciwszy Topolskiego za gardło, +drugą ręką przerzucił go poprzez siebie i z pasyą +okładać począł trzymaną w ręku nahajką...</p> + +<p>W milczeniu zakątka rozległ się krzyk bitego +i w ślad za tem okrzyk inny - kobiecy!..</p> + +<p>Ku dwom mężczyznom wypadła Ola... Jak lwica, +rzuciła się natychmiast pomiędzy nich, a obroniwszy Topolskiego, +gwałtownie, szybko, wymierzyła Krasnostawskiemu dwukrotny policzek...</p> + +<p>Jak rażony obuchem, zachwiał się pod tem uderzeniem +mężczyzna, cofnął się wstecz, blady, jak ściana, +oszalały, straszny.</p> + +<p>Zaległa chwila milczenia...</p> + +<p>Oswobodzony Topolski znikł we wnętrzu altany, a z +ust stojącej na wprost Krasnostawskiego kobiety wybiegło +drżącym, urywanym szeptem, pełnym oburzenia i zimnej - gorszej +od policzka, pogardy:</p> + +<p>- Podły... sługo!.. Jak śmiałeś? - +Precz!..</p> + +<p>Ze wzruszenia umilkła Ola, po chwili dopiero i +powtórzyła raz jeszcze, przejmująco - ciszej:</p> + +<p>- Precz!..</p> + +<p>Tego nadto już było dla rozbolałego +zazdrością i bólem męskiego serca! Nie czynnie, lecz moralnie +spoliczkowany po raz drugi, Krasnostawski zachwiał się powtórnie, jak +nieprzytomny, w oczach pociemniało mu - zawirowały altana i drzewa +parku...</p> + +<p>- Kocham cię! - +szepnęły w oddechu cichutko, jak skarga, usta jego i omdlały +runął u stóp kobiety, zdeptany jej postępkiem...</p> + +<p> </p> + +<p>. . . . . . . . . . . . . +. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .</p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p>Świt zorzy wyjrzał nieśmiało spoza +stepu, pól szerokich, orzeźwił się w toni sennego jeszcze stawu +i wśliznął do altany ciekawy...</p> + +<p>Nie było w niej już jednak nikogo, zarówno jak i +nigdzie, w pobliżu:</p> + +<p>Niebo zaróżawiało się stopniowo, +początkowo ledwo dostrzegalnie, bojaźliwie, później zaś +coraz silniej i śmielej.</p> + +<p>Przeciągając się lubieżnie, +wstawała jutrzenka z obłoków puszystych pościeli.</p> + +<p>Na powitanie jej tryumfalną fanfarą +rozbrzmiał park cały świergotem ptasząt; zbudzone, +zrywały się one do lotu, otrzepywały zamaszyście +skrzydełka z porannej rosy, rozlatywały się na wsze strony, +siadały na zczerniałych ruinach spalonego pałacu. Dym jeszcze +ścielił się tu gdzieniegdzie... Na pogorzelisku, jak +karbunkuły, błyszczały tam i ówdzie, dopalając się, +belki i inne szczątki pałacu, tliły się w zgliszczach - +tuliły do okopconych zwalisk...</p> + +<p>A wokoło drzemało, spało wszystko!..</p> + +<p>Ze spuszczonemi żaluzyami, spoczywały zatem +pałacowa oficyna, stajnie i gumna, śniły także liczne, +rozsiane za pałacową bramą, białe wieśniacze chatki... +</p> + +<p>Potężny, wspaniały zabłysł pierwszy +promień słońca i obojętny zajaśniał nad +wszystkiem dokoła... </p> + +<p>Nie zbudził jednak nikogo... Na gazonie tylko, pod +górą wyrzuconych z pałacu, leżących na kupie mebli, +duży pies podwórzowy otworzył oczy, mlasnął językiem, +przeciągnął się i zasnął...</p> + +<p>Zadumanej ciszy nie przerywało nadal nic zgoła.</p> + +<p> </p> + +<center>---------------</center> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p>Pomimo, iż przez szpary okiennic Tomaszowieckiego +dworku wślizgiwało się już słońce, w tak zwanym +kancelaryjnym pokoju paliła się jeszcze duża lampa, +oświetlając biurko, przy którym Krasnostawski pisał coś +szybko i zamaszyście. Obok niego stała szklanka z herbatą i leżały +porzucone na ziemi, niedopałki od papierosów... Nagle młody +człowiek porzucił pióro, z hałasem odsunął +krzesło od biurka i zamknąwszy księgę, powstał.</p> + +<p>- Nareszcie! - westchnął głośno z +ulgą i zbliżywszy się do okna, odemknął je, +odczepiwszy zarazem wewnętrzne haczyki okiennic.</p> + +<p>Fala słonecznego światła, wraz z powietrzem +letniego poranka, wpłynęła do pokoju. Krasnostawski zgasił +lampę i spojrzał przed siebie...</p> + +<p>Od pożaru minęła doba tylko, patrząc +jednak na młodego plenipotenta, pomyśleć można było, +iż od tej chwili oddzielały go lata; nie młodzieniec bowiem +obecnie, pełny hartu i życia patrzył przez otwarte okno, ale +mężczyzna, na pozór więcej, niż dojrzały, który +zapominał już jakby, że młodym był tak niedawno.</p> + +<p>Jak burza, przeszła po nim pamiętna noc rozterki, +cierpień, upokorzenia i bólu, ślad wiecznotrwały zostawiwszy po +sobie...</p> + +<p>Twarz Krasnostawskiego bladą była, oczy przymglone +i podkrążone, a na skroniach gdzieniegdzie, wśród czarnych pukli +włosów, bielała nitka przedwcześnie siwa.</p> + +<p>I kontrast przykry prawdziwie stanowił ten +człowiek, stojąc tak w owej chwili w ramie okna... Przed nim, w +perspektywie, jak okiem sięgnąć, kraina cała +złociła się od zżętych kóp zbożowych, +zieleniła od niw i stepów, śpiewała setkami głosów: +uśmiechała się rozkosznie!..</p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p>- Życia!.. Życia!.. Miłości, +szczęścia!.. - wielkim głosem wołało wszystko, a on +jedyny tylko, nieczuły na nic zgoła, stał wciąż tak +samo nieruchomy, zapatrzony nie w dal jasną, lecz w cienie cierpiącej +duszy własnej..</p> + +<p>Po nocy pożaru do Tomaszówki uciekł Krasnostawski +piechotą, obudziwszy się z omdlenia, sam jeden wśród +szumiącego mu łagodnie nad głową parku.</p> + +<p>Tu, u siebie, przemęczył się, jak nieprzytomny, +w bólu - do rana. W końcu jednak zmęczenie fizyczne zabiło +moralną troskę. Snem kamiennym, a zbawczym dlań, przespał +Krasnostawski większość dnia, bo aż do godziny szóstej po +południu. Zbudził się zaś już nieco innym...</p> + +<p>Zebrawszy myśli i wspomnienia, przede wszystkim +postanowił uciec co rychlej z tych miejsc, rzucić się w wir +pracy w warunkach całkiem odmiennych.. Powietrze dusić go +poczęło, ziemia parzyć stopy!.. Chciał już +wskoczyć na konia i opuścić wszystko na zawsze.</p> + +<p>W porę jednak zastanowienie i zimna logika +trzeźwego rozumu powstrzymała go na szczęście od tego +kroku...</p> + +<p>Wszak, poza dziedziną moralnych jego cierpień, +stał przecież jeszcze mur rzeczywistego życia, które chleb mu +dotąd dawało - istniał świat obowiązków +dotychczasowego jego stanowiska tutaj.</p> + +<p>Rzucać tak wszystko byłoby +lekkomyślnością iście chłopięcą.</p> + +<p>- Nie, ja tego nie uczynię! - zadecydował. - W jak +najściślejszym porządku przekażę na odjezdnem +wszystkie gospodarskie księgi, rachunki, kasę i.t.d.</p> + +<p>Po skromnym posiłku, zabrał się Krasnostawski +do wyczerpującej pracy, całych nieledwie dziewiętnaście +godzin pisał, rachował bezustannie. Wreszcie wyczerpany +skończył przed chwilą...</p> + +<p>Był wolnym!.. Za godzin parę będzie mógł +opuścić te strony - na zawsze...</p> + +<p>Zadumany smutnie, stał Krasnostawski wciąż +pod oknem; zapatrzony, nie zauważył on wcale zbliżającego +się ku niemu wyrostka.</p> + +<p>Dźwięk jego głosu zbudził młodego +człowieka. Spuścił wzrok i zapytał głośno:</p> + +<p>- Ha!.. szczo każesz?..</p> + +<p>Wyrostek, był to chłopiec stajenny, wysłany +przezeń do Gowartowa, by sprowadzić tamtejszego starego i zaufanego +rządcę, któremu chciał Krasnostawski zdać klucze kasy, +księgi, i przekazać ostatnie rozporządzenia. Z relacyi +chłopca okazało się, że rządca wyjechał do +miasteczka.</p> + +<p>- A pany? - spytał machinalnie Krasnostawski, +używszy utartego pomiędzy ludem miejscowym wyrażenia, +oznaczającego w liczbie mnogiej, właściciela danej wioski.</p> + +<p>- Nykoho ne baczył! - odrzekł zapytany i dodał +zarazem, że Szmul, żyd z karczmy wiejskiej, powiedział mu, +że państwo na dobre wyjechali. - Każut, szczo do Szczesnoi, do +jasnoho grafa Topolskoho! - poinformował znowu wyrostek.</p> + +<p>Na wybladłem licu słuchającego tych nowin +młodzieńca zakwitł rumieniec oburzenia.</p> + +<p>- Łotr!.. - zgrzytnął cicho, +niedosłyszalnie przez zęby. - Snać potrafił każdego z +osobna podejść, oszukać! Prawdy nie domyślił się +nikt, widocznie...</p> + +<p>Więc teraz ugaszcza wszystkich u siebie... Co za ironia +prawdziwa! - dokończył w myśli, i wściekłość +nagła opanowała go...</p> + +<p>- Czego, durniu, stoisz! - huknął w twarz parobczakowi, +aż zatrzęsły się szyby dworku.</p> + +<p>- Osiodłaj mi zaraz konia! - dokończył spokojniej +nieco.</p> + +<p>Niebawem złotawy kasztan, z białą +gwiazdką na czole, parskał ochoczo pod Krasnostawskim, jadącym +na przełaj przez pola do Gowartowa.</p> + +<p>Wokoło niego praca wrzała. Krzątający +się lud roboczy: parobcy i gospodarze kłaniali się nisko +czapkami panu plenipotentowi; czarnookie, czarno brewe mołodyce i +dziewczęta, w jaskrawych spódnicach i chustkach, pozdrawiały, +również życzliwie młodzieńca zerkając z uśmiechem +i lubością na "harnoho chłopcia*)". </p> + +<p>[*) Pięknego chłopca.]</p> + +<p>W kwadrans później, Krasnostawski +zjeżdżał już stępa na groblę gowartowską...</p> + +<p>W głębiach stawu, otoczonego zielenią parku, +odbijały się dawniej, jak w lustrze, mleczną +białością ściany dworu. Teraz czerniały zarysy +pogorzeliska, a tam - na górze, zgliszcza, zakopconem pałacowem skrzydłem, +królowały smutnie nad leżącem dokoła siołem...</p> + +<p>Jeździec odwrócił oczy i wspiął konia. +Jak strzała, przeleciał przez groblę i stanął niebawem +przed zamkniętą wjazdową bramą pałacu; tu hukać +począł, by mu ją otworzono.</p> + +<p>Nadbiegło kilku stajennych; oddawszy im spienionego +konia począł Krasnostawski wypytywać się o mieszkańców +pałacu. Okazało się, iż dom cały wyjechał +nazajutrz po pożarze, rankiem i bawił teraz w gościnie u +Topolskiego, w Szczęsnojej.</p> + +<p>- A to co? - zapytał nagle, furmana zdziwiony Krasnostawski, +wskazując spicrutą, na całe stosy czegoś, ponakrywanego +płachtami.</p> + +<p>- To, paniczu, meble z pałacu; pan ekonom kazał +poprzykrywać tymczasem! - odpowiedział zapytany.</p> + +<p>Krasnostawskiego zirytowało to niedbalstwo, +względem ocalałych, i cennych, a tak dobrze mu znanych, mebli +pałacowych. Zdecydował głośno.</p> + +<p>- To tak zostać nie może! - i ruszył +spiesznie ku środkowi gazonu, gdzie leżały meble. Kazawszy +pozdejmować w ślad za tem wszystkie przykrycia i opony, ujrzał, +iż mebli uratowanych było sporo.</p> + +<p>- Są parobcy na toku? - zapytał.</p> + +<p>- Są... są! - poświadczyła +krzątająca się wokoło niego służba.</p> + +<p>- Siergieju! - rozkazał Krasnostawski po małorusku +starszemu furmanowi, - idźcie powiedzieć, niech zaprzęgają +do wozów, ile się da i zajeżdżają tutaj, a gumienny, niech +da klucze od pustej stodoły!.. Trzeba to wszystko - wskazał ruchem +ręki meble - tam zaraz zawieźć tymczasem i zamknąć!..</p> + +<p>Plenipotenta dóbr gowartowskich lubiano powszechnie i +słuchano chętnie.</p> + +<p>Natychmiast zatem furman skierował się do gumien; +wyprzedził go chłopiec stajenny, by rozgłosić pierwej +rozkazy "panycza."</p> + +<p>Krasnostawski pozostał sam i uważnie +zaczął przeglądać nagromadzone meble. Tam i ówdzie +rozpoznawał na wpół uszkodzony sprzęt i przypominał sobie +miejsce, gdzie on stał dotąd w pałacu...</p> + +<p>Spojrzał na pogorzelisko... Grozą i bolesnym +smutkiem wiało od tego zakątka - ruina zwycięsko szczerzyła +trupią paszczękę - śmiałą się jakby +szyderczo...</p> + +<p>Z mimowolnym wstrętem, odwrócił się Krasnostawski +i na nowo począł przyglądać się, z uwagą, +pałacowym sprzętom. Uśmiechnął się smutnie...</p> + +<p>Obok na wpół pękniętego dużego +salonowego zwierciadła, złamane tuliło się łoże +pozłacane, w stylu "empire," z pokoju Oli Dzierżymirskiej. +Tam znów jej szafa odemknięta, z kilkoma pozostawionemi w pośpiechu +sukniami - walała się obok szczątków pianina...</p> + +<p>Dziwna rzecz jednak - pomyślał w tej chwili - jak +sprzęt przypomina człowieka!.. Ola, Ola i jeszcze Ola!.. Widział +on ją tu - wszędzie, te odłamy zachowały jakby +część jej osoby - dusza ukochanej przezeń kobiety +błąkała się w nich, martwych i obojętnych...</p> + +<p>Młody człowiek znalazł wiele rzeczy nieuszkodzonych +prawie; niektóre z nich sam odsuwał od innych, segregował.</p> + +<p>- Ooo!.. - wyrwało mu się nagle z ust, z ubolewaniem.</p> + +<p>Przed nim, zdruzgotane, przepalone nielitościwie do +połowy, leżało w pyle piękne, ulubione biurko Romana, +antyk pamiątkowy, z mahoniowego drzewa, wykładany bogato srebrem, +subtelnie inkrustowany perłową masą. Krasnostawski +zaczął macać uważnie dokoła przepalony sprzęt +drogocenny. Obejrzawszy go dokładnie, zajrzał do kilku szufladek i +skrytek.</p> + +<p>Lecz nagle koło pobliskich gumien +zatętniało... Wykonywając rozkaz, nadjeżdżały +już wozy. Turkot przybliżał się coraz wyraźniejszy, +donośniejszy, bliższy. Krasnostawski, zajęty biurem, +drgnął, lecz nie na odgłos wozów bynajmniej.</p> + +<p>To ruszona w tej chwili bezwiednie dłonią jego +zgrzytnęła niebawem jakaś sprężyna i szufladka, +dotąd dla oka niewidzialna - roztworzyła się przed nim, a w +niej, o, dziwo... leżał oto spokojnie portfel niewielki, z +eleganckiej, brunatno - wiśniowej skóry. W rogu pugilaresu +połyskiwała granatów korona hrabiowska, - błyszcząc +mętno - czerwonym ogniem. Ochłonąwszy ze zdziwienia, +Krasnostawski rozśmiał się swobodnie i wziął portfel +w ręce.</p> + +<p>W tejże chwili jednak na dziedzińcu zadudniły +drabiniaste wozy, parobcy, zdejmując czapki, witali go wesoło i +dziarsko, a zeskoczywszy na ziemię, brać się zaczęli do +roboty.</p> + +<p>Chcąc nie chcąc, musiał Krasnostawski +stłumić na razie ciekawość, i schowawszy tajemniczy +pugilares do kieszeni, począł energicznie wydawać rozkazy.</p> + +<p>Wozów było kilkanaście. W pół godziny, plac +przed zgliszczami pałacu opustoszał; wozy, jeden za drugim, +skierowały się powoli ku tokowi.</p> + +<p>Do gumien przyjechano niebawem; przed otwartą +pustą stodołą zawrzał ruch; wkrótce ułożono +porządnie pałacowe meble, przykryto je, drzwi zamknięto +szczelnie i Krasnostawski, rad z ostatniego na służbie +spełnionego obowiązku - wyjechał z wioski.</p> + +<p>Puściwszy konia luzem, zamyślony, znalazł +się w kwadrans później w lesie, gdzie, znużony, zsiadł z konia +i rozłożył się swobodnie na murawie. Zdjąwszy kapelusz +z głowy i wciągnąwszy w siebie świeżą, +aromatyczną woń boru, sięgnął on do kieszeni po +pugilares, roztworzył go i począł szperać ciekawie.</p> + +<p>W portfelu leżały ułożone porządnie +banknoty, w osobnych przedziałkach rulony złota.</p> + +<p>- No, no! - mruknął parokrotnie Krasnostawski i z +coraz wzrastającem zdziwieniem, pieniądze zaczął +liczyć sumiennie.</p> + +<p>Wszystkich razem było dwadzieścia siedm tysięcy +kilkaset. Ułożywszy na powrót banknoty i złoto, Krasnostawski +portfel zamknął i spojrzawszy raz jeszcze na koronę z +granacików, potrzymał go jakiś czas w dłoni, poczem +wpuścił do kieszeni. Widoczne zakłopotanie malowało +się na jego twarzy. Czuł +się zaambarasowanym, co czynić z tym fantem?..</p> + +<p>Wypadało go zwrócić niezwłocznie, w +zastępstwie prawego właściciela, jego żonie - Oli. Zatem +jechać do Szczęsnej osobiście?..</p> + +<p>- Nigdy w życiu! - rzekł głośno do +siebie młodzieniec. Zasępił się. Nagle myśl +jakaś nowa zrodziła mu się widocznie w głowie, bo +zerwał się żywo i wskoczywszy na konia, wjechał w las +drożyną. Wkrótce w borze rozległy się głośne ujadania +psów, i Krasnostawski, opędzając się od natarczywych kundli, +wchodził do małej chatki leśniczego...</p> + +<p>W chałupie panowała cisza. Rozciągnięty +na ławie, spał snem sprawiedliwego mężczyzna, w sile wieku, +barczysty, ubrany w kurtę myśliwską; dubeltówka +leżała opodal, w kącie drzemał pies legawy.</p> + +<p>Krasnostawski potrząsnął energicznie +ramieniem śpiącego leśnika. Ten ostatni zerwał się, a +ujrzawszy plenipotenta, zawstydzony począł bąkać...</p> + +<p>- Słucham panicza, słucham... Padam do nóg... Tak +mnie jakoś zmroczyło... Zasnąłem, ale to, jak Boga kocham, +nigdy mi się nie zdarza...</p> + +<p>- Nic nie szkodzi, mój Rzemięcki! - uspokoił go +natychmiast Krasnostawski, klepiąc poufale po ramieniu. - Potrzebuję +was, i to natychmiast... Pojedziecie z pieniędzmi i z listem do +Szczęsnojej, gdzie są teraz państwo... Ja oto teraz sam +jadę konno do domu, a wy w ślad za mną idźcie do Tomaszówki +piechotą. Tylko idźcież zaraz!</p> + +<p>- Duchem, proszę panicza, duchem! - odparł +żwawo leśniczy w ślad za odjeżdżającym.</p> + +<p>W pół godziny później, młody plenipotent siedział +już przy biurku w Tomaszówce i kreślił słów parę do +pana Emila.</p> + +<p>Jako nic niewiedzącemu o zajściu z Topolskim i +Olą, napisał Ładyżyńskiemu tylko, iż musi +niezwłocznie jechać do miasta rodzinnego na wakującą +intratną posadę, nie chcąc zamykać karyery tutaj, bez +widoków na przyszłość...</p> + +<p>Nadzieją otrzymania miejsca natychmiast motywował +także wyjazd bez pożegnania, jak i przesyłkę również +kluczy od kasy, ksiąg rachunkowych, oraz znalezionego pugilaresu. W +końcu listu, Krasnostawski przepraszał pana Emila za trud i dodawał +sucho, że pensyi nic mu się nie należy, bo czyni niespodziany +zawód swym dotychczasowym chlebodawcom.</p> + +<p>We wrotach dziedzińca tymczasem majaczyła już +barczystą postać Rzemięckiego, pies legawy, poszczekując +radośnie, wyprzedzał go...</p> + +<p>Uświadomiwszy o czem należało starego +sługę, wręczył mu Krasnostawski: papiery, księgi i +klucze, oraz portfel znaleziony, z nadmienieniem zawartości jego, a +przerwawszy szereg utyskiwań i szczerych żalów tyczących +się jego stąd odjazdu, - wyprawił do Szczęsnej. </p> + +<p>Sam zaś do kancelaryi powrócił i znużony +padł na otomanę...</p> + +<p>Widocznem było przy tem, iż w mózgu jego odbywała +się jakaś walka...</p> + +<p>- Nie, nie daruję!... To ponad siły moje! - +rzekł wreszcie kilkakrotnie, urywanym szeptem, porywczo.</p> + +<p>- Nie daruję! - powtórzył: - On o wszystkiem +wiedzieć musi! Tak każe sprawiedliwość, tak być musi, +tak będzie! - głośno już zupełnie wyrzucił z +siebie wzburzony, a przysunąwszy fotel do biurka, sięgnął +ponownie po papier listowy, i umoczył pióro w atramencie.</p> + +<p>Zatrzymał się... Po chwili cisnął pióro, +wstał i znów zaczął chodzić gorączkowo po pokoju.</p> + +<p>- Jak to? - szeptać zaczął. - Ja +miałbym, niby pies sponiewierany, odejść stąd, +usunąć się, zniknąć?.. Ja miałbym +zamknąć w sercu ich wspólną tajemnicę, i tem samem +ocalić tego chłystka!.. Prawda, jednak, że i o nią tu +chodzi, najdroż... - nie +dokończył, sponsowiał...</p> + +<p>Nie! W nim tliła jeszcze miłość dla +niej, ale policzek kobiety i poniewierka - zdeptana miłość +własna, - wszystko było od iskry tej silniejszem.</p> + +<p>W dziesięć minut, młody człowiek +uspokoił się zupełnie; znać z gotowym już w +głowie planem, list pisać począł szybko, +zamaszyście...</p> + +<p>W ciszy pokoju rozległ się nerwowy zgrzyt pióra i +długo, długo nie ustawał.</p> + +<p>Cały żal, całą gorycz na papier +przelewał z duszy swej Krasnostawski.</p> + +<p>Opisał szczerze życie własne... I swą +miłość ku Oli, tajoną od lat pięciu, idealną, +czystą!.. Własne bóle cierpienia przez czas ten cały, i ostatnie +podejrzenia, co do Topolskiego oraz zachowanie się tych dwojga, i +pożar pałacu wreszcie, i zdradę i noc straszną - +wszystko!..</p> + +<p>List skończył, podpisał, +złożył, i sięgnąwszy po kopertę, +zaadresował: Italia, Milano, Signor Roman Dzierżymirski, Hotel +"Europa," Corso Vittorio Emanuele 9.</p> + +<p>Odrzuciwszy pióro, ujął Krasnostawski +głowę w dłonie.</p> + +<p>- Stało się!.. - szepnął po chwili i +powstał. </p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p>- Nic cię już tu nie wiąże!.. - +Jechać, jechać stąd czem prędzej! Obszaru, świata i +ludzi, byle nie Ukrainy i Gowartowa!..- zawrzało w nim i odemknąwszy +drzwi, hukać począł na służbę.</p> + +<p>W pół godziny potem na całym folwarku wrzało... +Jak grom, spadła na wszystkich wieść, że pan plenipotent, +"panycz," wyjeżdża na zawsze. Zlecieli się wszyscy. W +domu pakowano na gwałt rzeczy, daleko bowiem było do kolei, a +Krasnostawski - koniecznie chciał zdążyć jeszcze na +wieczorny pociąg.</p> + +<p>Promienie zniżającego się słońca +całowały już strzechę i rumieniły białe +ściany domu, gdy odprowadzany, otoczony, całowany po rękach +przez czeladź i służbę, żegnał się ze +wszystkimi Krasnostawski, rozdawał tam i ówdzie sprzęty własne, +rzeczy i pieniądze, sam wzruszony, smutny... </p> + +<p>Wreszcie ulokował się na bryczce, konie +ruszyły, przed oczyma mignęły mu ogorzałe twarze +żegnającego go tak serdecznie ukraińskiego ludu - wrota +skrzypnęły żałośnie po raz ostatni, i bryczka potoczyła +się, brzęcząc, po gładkim drogowym szlaku, zginąwszy +wkrótce wśród roztoczy łanów zżętego zboża, ugorów i +kurhanów.</p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p>Do stacyi kolejowej było już tylko wiorst +parę... Czwórka Krasnostawskiego +spuszczała się właśnie z pochyłości jaru na +niepewny dziurawy drewniany mostek, gdy konie, z lękiem poczęły +się nagle wspinać cofać, nie chcąc przejechać przez +grobelkę. Furman zaklął po małorusku, i parokrotnie uderzył +biczem konie...</p> + +<p>- Stań! - rzucił naraz krótko Krasnostawski i +zeskoczył z bryczki.</p> + +<p>- Kto tam jide! Baczysz? - zaciekawiony zwrócił +się nagle do mruczącego wciąż furmana, wskazując +ręką zbliżający się na bocznym trakcie obłok kurzawy.</p> + +<p>- A kto ich znaje!.. Pewno zwitkiś *) pany! - +odburknął furman, który zlazłszy także z kozła i +poprawiając uprząż u koni, częstował właśnie +jednego z nich energicznem w pysk uderzeniem.</p> + +<p>[*) Skądsiś.]</p> + +<p>Krasnostawski nie zauważył tego znęcania +się nad ulubionymi dotąd przezeń końmi...</p> + +<p>- Dlaczego pany? - spytał z roztargnieniem, a +później zaraz w tym samym języku dorzucił: - A, prawda, +poznajesz po turkocie...</p> + +<p>Odmienny bowiem rzeczywiście od furkotu kół bryki, +czy też innego pojaździku, stłumiony, jednostajny i nieco +głuchy przerywał ciszę przestrzeni turkot powozowy, regularny. +Niebawem też zgrabny faeton wyłonił się z obłoków +pyłu; konie siwe, w angielskich szorach, zaprzężone w leje, i +dwoje ludzi siedzących na koźle, ubranych w liberyę +granatową, ze złotymi guzikami.</p> + +<p>Zaprząg w parę minut stanął przy +moście. Krasnostawski wydał okrzyk zdziwienia, taki sam drugi +podpowiedział mu z zewnątrz powozu i odemknąwszy z hałasem +drzwiczki, wyskoczył z niego zapylony Ładyżyński.</p> + +<p>- No, goniłem pana, ale nie spodziewałem się, +że go złapię! - zaśmiał się wesoło pan Emil +i uścisnął wyciągniętą dłoń +Krasnostawskiego.</p> + +<p>- Witam, witam!.. - ciągnął dalej. - Cóż +to, bułanki kapryszą i przez most nie chcą przejść? +Obserwowałem... no, siadaj pan ze mną; zobaczysz, jak hrabiowskie +angliki przejdą spokojnie.</p> + +<p>Ładyżyński pociągnął +Krasnostawskiego do powozu.</p> + +<p>- Cóż to, pan także na kolej, czy tylko po mnie? - +uśmiechnął się Krasnostawski, nieco zmieszany i zaskoczony +widokiem pana Emila.</p> + +<p>- Wyjeżdżam - odrzekł tenże krótko, i +dorzucił swobodnie, zauważywszy wyraz twarzy młodego +człowieka: - Nie bój się pan, nie trwóż!.. Nie myślę +wcale i nie mam polecenia zawracać pana z drogi do dawnych +obowiązków... Przeciwnie, mojem zdaniem czynisz pan bardzo dobrze, iż +rzucasz te kąty...</p> + +<p>W Gowartowie nie doszedłbyś nigdy do niczego, a +szkoda młodość swoją zamykać tu i tracić!..</p> + +<p>I Ładyżyński wyciągnął, przy +tych słowach, rękę do Krasnostawskiego, a ścisnąwszy +ją silnie, rzekł jeszcze.</p> + +<p>- Powinszować mogę tylko, żeś się +pan otrząsł ze skrupułów, i życzyć powodzenia na +przyszłość!.. </p> + +<p>Krasnostawski skłonił się, milcząc. Pan +Emil zaś, przechodząc natychmiast na inny temat, już mówił:</p> + +<p>- Wiesz pan co?.. Siadaj pan ze mną!.. Mam panu X +rzeczy ciekawych do opowiedzenia. Cóż, zgoda?</p> + +<p>Krasnostawski usłuchał; bryka cofnęła +się nieco, a powóz, przejechawszy spokojnie przez mostek, potoczył +się znów równo i szybko dalej.</p> + +<p>- Służę panu! - rzeki +Ładyżyński, częstując Krasnostawskiego cygarem. +Zapalili...</p> + +<p>Oparłszy się wygodnie o poduszki i +zaciągnąwszy cygarem, pan Emil rzekł.</p> + +<p>- Nadstawiaj pan uszu!... Tandem tędy, zaczynam...</p> + +<p>- Słucham, słucham! - potwierdził +młodzieniec, kontent w duszy, że go coś, choć na +chwilę, odrywa od smutnych myśli.</p> + +<p>- Przedstaw pan sobie zatem, panie kochany, że +jesteś w teatrze na jednoaktowej szaradzie. Uważa pan: sza - ra - +dzie...</p> + +<p>Rzecz dzieje się, mówiąc właściwym +stylem, za naszych czasów, na Ukrainie, w Szczęsnojej, majątku grafa +Topola - Topolskiego. Popołudniowa, przedobiednia godzina - cisza... +Pałac pogrążony w milczeniu... W tej samej jednak chwili +stojący na ganku strzelec, w pokornym zgięty ukłonie, podaje +coś mężczyźnie, ubranemu w smoking. Mówiąc nawiasem to +ja - uśmiechnął się pan Emil, po chwili +ciągnął dalej:</p> + +<p>- Kurtyna spada, następuje odsłona druga: Sala +portretowa jadalna, do stołu zasiada ze trzydzieści eleganckich +osób... Jedno tylko krzesło wolne... Wchodzi ten sam mężczyzna w +smokingu, trzymając coś w ręku. Wita tam i ówdzie osób +parę, zbliża się do młodej nadobnej damy i wręcza jej z +ukłonem portfel, mówiąc coś objaśniająco... Nagle +siedzący obok sam "graf" zrywa się od stołu, jak +oparzony, i robiąc arcygłupią minę, wpatruje się w +portfel... Zaintrygowanie ogólne, sytuacya jednak wyjaśnia się +wkrótce...</p> + +<p>W tej chwili spojrzawszy na zasłuchanego towarzysza, +pan Emil rozśmiał się serdecznie.</p> + +<p>- No, dosyć ma już pan tych efektów scenicznych, +dokończę panu zatem tę szaradę zwyczajnemi tylko +słowy...</p> + +<p>- Dziwi pana zapewne - mówił dalej, - arcygłupia +mina Topolsia, gdy ujrzał portfel, z połyskującą +koroną, symbolem jego wielkości!..</p> + +<p>- Otóż w tem ma się rzecz cała, że +portfel ten nie Dzierżymirskiego, i nie jego pieniądze, ani pani Oli, +lecz, ni plus ni minus, tylko Topolskiego...</p> + +<p>- Nie może być! - wykrzyknął +Krasnostawski, szczerze zdziwiony.</p> + +<p>- No, cóż! szarada dobra... co? - rzucił +wesoło Ładyżyński.</p> + +<p>- Niezła - uśmiechnął się z kolei +młodzieniec - bo dotąd przynajmniej nic a nic jej nie rozumiem. </p> + +<p>- Cierpliwości! Zaraz pan pojmiesz wszystko - +uspakajać zaczął pan Emil swego słuchacza.</p> + +<p>- Zapalić musimy poprzednio cygara, bo i pańskie +zgasło, nieprawdaż? - rzekł w ślad za tem, a wydobywszy +zapałki, zapalić jedną z nich usiłował, lecz wietrzyk +swawolny zgasił mu ją i następnych kilka. - Sapristi! - +zaklął z cicha. - Stańcie-no, hej! tam! - krzyknął na +furmana.</p> + +<p>Konie zatrzymane stanęły; wspomagany przez +młodego plenipotenta, Ładyżyński zapalił wreszcie cygaro, +a podniósłszy głowę, spojrzał przed siebie.</p> + +<p>- Cóż to? Wyżyczpol? - zapytał +służby.</p> + +<p>- A tak, proszę jaśnie pana! - potwierdził +lokaj, zdejmując liberyjną czapkę.</p> + +<p>- Tiens, tiens, widzi pan jak to czas leci - zwrócił +się do Krasnostawskiego; - za jakie pół godziny będziemy na +stacyi, patrz pan, - i wskazał ręką krajobraz.</p> + +<p>Błyszcząc w mroku, lśniła się +opodal wstęga rzeki, na górze malowniczo rozrzucone dość +duże miasteczko mrugało dziesiątkami światełek...</p> + +<p>- Jechać! - rozkazał Ładyżyński.</p> + +<p>Powóz ruszył; pan Emil, po chwili milczenia, +przemówił nagle:</p> + +<p>- Przepraszam stokrotnie, że widząc ciekawość +w oczach pańskich, nie kończę opowiadania... Pozwolisz pan, +że mu zadam dwa pytania: czy masz pan dobrą pamięć i +dokąd pan jedziesz?</p> + +<p>- Jadę do rodzinnego miasta, a pamięć mam +wyborną! - uśmiechnął się Krasnostawski.</p> + +<p>- Otóż to - bardzo dobrze. Napisałem, bo widzi +pan, list do Romana, ze szczegółowym opisem tego, co teraz tu opowiadam. +Mam pamięć jednak fatalną... Zapomnę listu wrzucić na +pewno! Mój panie kochany, weź go i wrzuć na dworcu... Cóż, +dobrze? Przy tych słowach, Ładyżyński wyjął +pospiesznie z surduta gruby list i podał go Krasnostawskiemu. Ten machinalnie +schował go do kieszeni, gdzie spoczywało i jego do Romana pismo.</p> + +<p>- No, więc kończę!.. - zaciągając +się dymem, rzekł pan Emil.</p> + +<p>- Słucham i to bardzo ciekawie - przerwał z +zainteresowaniem Krasnostawski.</p> + +<p>- Dziwił więc pana fakt, - ciągnął +Ładyżyński - że pugilares i tysiączki są +własnością hrabicza, choć znalazły się w +szufladzie Romka?.. W tem sęk właśnie, że Topolski +dziś dopiero przekonał się, iż są one w innem, +niż przypuszczał, ręku.</p> + +<p>Wyobraź pan sobie bowiem, jaki był przebieg zguby +tych pieniędzy...</p> + +<p>- Temu lat sześć, czy ośm, Topolski miał +przyjaciółkę w teatralnych sferach.. Otóż pewnego wieczora, +zaprzysięgając sobie w duszy uroczyście, że puści w +trąbę swoją magnifikę, idzie Topolski do niej na ostatnie +randez vous... Naturalnie w kieszeni kilka tysiączków mając w zapasie +- Ładyżyński urwał, zaśmiał się i puściwszy z ust kółko dymu, +mówił dalej.</p> + +<p>- Lecz i tym razem spotyka pana na Szczęsnojej +niepowodzenie... Nadobna córa Melpomeny nie chce nawet słyszeć o +rozstaniu... Scena więc z tego naturalnie, płacze! On przeprasza +- ona w końcu daje się +przebłagać - amor vincens tuszuje wreszcie wszystko!..</p> + +<p>Pan Emil odsapnął - i swobodnie po chwili +ciągnął dalej:</p> + +<p>- Nad ranem, z miłością gruntownie +odegrzaną w sercu, przysięgając sobie, iż przyjaciółki +nie porzuci nigdy, powraca Topolski do siebie... Nagle, dotknąwszy +się kieszeni surduta, nie znajduje tam - pugilaresu! Ona, ta +nieprzejednana, zagrała z nim komedyę; za mało jej było +dziewięciu tysięcy, które jej pono dawał, najbezczelniej okradła +go więc, po prostu na całe dwadzieścia i siedm, znajdujące +się w portfelu.</p> + +<p>Topolski jednak wobec powyższego faktu, po +głębszem wniknięciu w siebie, decyduje, że bądź +co bądź pozbył się baby...</p> + +<p>Oddychając zatem pełną piersią - +swobodny wyjeżdża do dóbr swych "krzyżyk na +świśniętym pugilaresie postawiwszy" - jak powiedzieliby +bracia nasi, Litwini...</p> + +<p>Tu pan Emil przerwał opowieść raz jeszcze, +zapalił na nowo zgasłe cygaro i kończył.</p> + +<p>- Od tej chwili minęło lat ośm, a tych dwoje +nie widziało się wcale.</p> + +<p>Skończyłem...</p> + +<p>Ładyżyński odetchnął i umilkł.</p> + +<p>- Dziękuję panu za opowiadanie - +pośpieszył z odpowiedzią, Krasnostawski. - Rzeczywiście, +szarada prawdziwa... Ale w Szczęsnojej zdziwienie było wielkie?</p> + +<p>- Ogromne! - odparł pan Emil. - Notabene, wyobraź +pan sobie, w Szczęsnojej pełno gości... Mieszka tam więc +stale: primo jakaś poważna wielce krewna Topolskiego, zapewne +dlatego, by do kawalerskiej siedziby pana na Szczęsnojej mogły +przybywać i damy; secundo, prócz męskiego towarzystwa, +przybyłego niespodzianie z kolei dziś z rana - a w których to gronie +nie brakowało i jednego prezesa, społecznego koleżki Romana - +znajdowało się też w siedzibie Topolska kilka osób, które +przyjechały specyalnie do naszych: pań, z kondolencyą po +pożarze.</p> + +<p>Więc powiadam panu! - mówił wesoło dalej +Ładyżyński - gdy to co mówiłem, nam, mężczyznom, +opowiedział Topolski po kolacyi przy cygarze, i kiedy wiadomość +ta do pań się przedostała, Topolski został bohaterem +dnia!..</p> + +<p>- No, a pani Ola nic o istnieniu tego portfelu nie wiedziała?</p> + +<p>- Ależ, nic zupełnie! - podchwycił +Ładyżyński. Tem większe zaintrygowanie, domysły!.. +Wszyscy, a szczególniej panie, wsiadły na mnie, bym natychmiast +opisał to wszystko Romanowi, chciały nawet, bym specyalnie w tej +sprawie pojechał do niego... Prezes zaś, książe +Szydłowiecki, zrobił nawet w liście moim dopisek, żeby +Romek powiadomił go telegraficznie o swym przyjeździe, to on wyprawi +wówczas raut na cześć jego i Topolskiego, jako bohaterów tej +zagadkowej sprawy... Jednem słowem, powiadam panu - komedya...</p> + +<p>Ładyżyński mówić przestał, +strzepując popiół z cygara. Lecz trwało to krótko...</p> + +<p>Rozmowa wkrótce potoczyła się znowu błyskotliwa, +lekka...</p> + +<p>A powóz tymczasem dudnił właśnie teraz po +moście, rzuconym przez rzekę, i wtoczył się w wąskie +brudne uliczki żydowskiego miasteczka; niebawem wyminął je i +znalazł się na szerokim trakcie, prowadzącym do kolejowego +dworca.</p> + +<p>Jednocześnie w oddali ukazały się trzy +gorejące światła: - to pociąg zbliżał się +już do stacyi. Pierwszy dojrzał go Krasnostawski. Sięgnął +szybko po zegarek i spojrzał:</p> + +<p>- Oho, już po dziewiątej! to pański +pociąg... </p> + +<p>- Do djaska! - zżymnął się pan Emil i - +wytężył wzrok w kierunku pociągu.</p> + +<p>- Janie! galopem! - krzyknął, zwracając +się energicznie do furmana... Dam ci na mohorycz... nocować tu ani +myślę!.. Może zdążymy! Jazda, a ostro!..</p> + +<p>Stangret trzasnął z bicza, czwórka +puściła się pędem po gładkim szlaku.</p> + +<p>Zziajane już konie, galopując, sapały i tak +dojechano aż pod sztachety drewniane, okalające stacyę... Tu +pełno już było wozów, bryk, obywatelskich czwórek, +oczekujących na swych panów.</p> + +<p>Gdy elegancki ekwipaż pana Emila wtoczył się +na brukowany placyk przed stacyą, jednocześnie na platformie +rozległ się dzwonek i wpadł tam, z hukiem pociąg, +zatrzymujący się tu tylko parę minut. </p> + +<p>- Zuch z ciebie! - pochwalił Ładyżyński +furmana, i rzuciwszy mu półimperyała, wyskoczył szybko. +Rzeczy, przytwierdzone za powozem, odwiązywano już; dwaj panowie, +zarządziwszy pośpiech, pobiegli do sali.</p> + +<p>Tu ruch panował nielada..</p> + +<p>Pasażerowie przyjezdni wysypywali się z wagonów i +tłoczyli do wnętrza dworca; jadący kupowali bilety, +służba kolejowa nosiła ręczne bagaże, zdawała +kufry, biegała gorączkowo, kręciła się, jak w ukropie.</p> + +<p>Przecisnąwszy się energicznie przez tłum, pan +Emil zdobył bilet pierwszej klasy i w minutę potem, wychylony z +wagonowego okna, rozmawiał z żegnającym go Krasnostawskim.</p> + +<p>Uderzył trzykrotnie dzwonek, konduktor gwizdnął, +lokomotywa odpowiedziała mu przeciągle - pociąg ruszył +powoli z miejsca.</p> + +<p>- Do widzenia!... Powodzenia na nowej drodze życia!..- +mówił pan Emil, uśmiechając się przyjaźnie, +serdecznie ściskając dłoń Krasnostawskiego.</p> + +<p>Ten ostatni zaś, widocznie pod wpływem jakiejś +nagłej myśli, puścił szybko rękę +Ładyżyńskiego, skłonił się, i wydobywszy szybko +z kieszeni dwa listy, podbiegł ku uchodzącemu wagonowi pocztowemu. +Dogonił go i zręcznie wrzucił w otwór właściwy oba +pisma.</p> + +<p>- Addio... dziękuję! - posłyszał jeszcze +głos pana Emila, i pociąg znikł niebawem. </p> + +<p>Krasnostawski pozostał sam. Następny pociąg +miał przyjść już wkrótce, poszedł więc do kasy, +kupił bilet, a wróciwszy na platformę, usiadł na ławeczce +samotny.</p> + +<p>Zamyślił się...</p> + +<p>Poza nim zamykał się teraz na zawsze jeden okres +dotychczasowego jego życia.</p> + +<p>Płatny sługa bogatszych od siebie ludzi +zżył się on jednak, zbratał z ich życiem - z nimi... I +po co?.. Po to, by obrachunek ten pożycia wspólnego zakończyć +tak marnie?.. </p> + +<p>Krasnostawski pochylił głowę, ująwszy +ją w dłonie. Jakiś bunt mimowolny podnosił się w nim +przeciwko życiu, losowi i ironii jego.</p> + +<p>Po co tu przybył lat temu kilka, po co przywiązał +się do tego cudzego kątka ziemi, po co tak gorąco ukochał +Olę?</p> + +<p>Dlaczego to wcielenie wdzięku, czaru, wiosny, miłości +i piękna, w osobie tej kobiety, stanęło, jak cień +niepochwytne, na drodze jego życia?..</p> + +<p>Krasnostawski pochylił się bardziej jeszcze i +długi czas pozostał nieruchomy.</p> + +<p>Nagle drgnął całem ciałem i +podniósł głowę. Gwizd donośny przeszył powietrze, na +dworzec z hukiem, szumem, w kłębach pary wpadł pociąg +kuryerski.</p> + +<p>Krasnostawski począł szukać miejsca w wagonach. +Ulokowawszy się wreszcie, zbliżył się do okna wagonu i +wyjrzał.</p> + +<p>Zamykano już właśnie z pośpiechem +drzwiczki, wśród zgiełku rozlegał się trzeci dzwonek. </p> + +<p>Krasnostawski ostatniem spojrzeniem smutnem objął +raz jeszcze wszystko i cofnął się w głąb wagonu...</p> + +<p>Zagrała w tejże chwili trąbka drożnika, +mignęły latarnie sygnałów i pociąg kuryerski znikł, +pochłonięty cieniami nocy.</p> + +<p>Na dworcu zagościł znowu spokój. Wszyscy rozeszli +się teraz na dobre, pogaszono latarnie, a w oknach stacyi niebawem również +znikły światła.</p> + +<p>Na bagnach chór żabi grał tylko swą +pieśń jednostajną gdzieś w dali, w pobliskim lesie +słyszeć się dawały jakieś, szmery i senna noc cicha, +zasiadłszy, jak królowa, na tronie z tkanego złotem szafiru - +rozpostarła panowanie nad światem...</p> + +<p>Cisza zupełna zawładnęła okolicą.</p> + +<p>Mierząc tylko mknący chyżo czas, olbrzymi zegar +stacyjny wydzwaniał godziny miarowo...</p> + +<p>W milczeniu ogólnem, jak szept człowieka, głos +jego odzywał się bezustannie:</p> + +<p>Tik - tak! tik - tak! tik - tak!..</p> + +<p> </p> + +<center>-------------</center> + +<p> </p> + +<p>W centrum Medyolanu, na placu "Del Duomo," w +powodzi jaskrawych promieni upalnego, kończącego się już +popołudnia, leniwie snuły się po chodnikach sylwetki niezbyt +licznych przechodniów, kryjąc się od słońca pod kolumny +frontowe i oszkloną galeryę "Vittorio Emanuele."</p> + +<p>Wokoło klombów, zajmujących środek placu, i +otaczających stojący tam pomnik, kręciły się +jednostajnie elektryczne tramwaje, dzwoniąc co chwila, rozbiegając +się i ginąc w sieci ulic miasta, sam zaś na koniu majestatyczny +Wiktor Emanuel II, z brązu, z piedestału pomnika, wpatrywać +się zdawał ciekawie w otwarte drzwi królującego tu na placu katedralnego +tumu, pociągającego z oddali tajemniczą wejścia +głębiną... Koronkowej roboty marmurowe jego ściany, dach, +kilkadziesiąt wieżyc i zdobiące go statuy, w liczbie około +dwóch tysięcy, wznosiły się dumnie, i wystrzelały wysoko w +niebo włoskie, szafirowe, czyste, zadziwiając misternem wykończeniem, +dając sobą najlepsze nieśmiertelne świadectwo genialnej +pracy człowieka.</p> + +<p>Po marmurowych stopniach schodów tej okazałej, +gotyckiej katedry, mogącej w swojem wnętrzu pomieścić do +40,000 ludzi, co chwila wchodził ktoś do jej środka, lub +wychodził na ulicę - z kojącej ciszy świątyni +wpadając nagle w hałaśliwy wir miasta, i natręctwo jego +mieszkańców, w osobie spacerującego po trotuarze tuż koło +tumu przekupnia, cisnącego w ręce każdemu gwałtem +mozaikowe wyroby weneckie.</p> + +<p>- Uno liro, signore, solamente uno liro! - na pół +rozpaczliwym, na pół przekonywającym głosem napierał +się właśnie ten ostatni, śniady Włoch, o przebiegłem +spojrzeniu, i trzymając w ręku jakąś podejrzanej roboty +broszkę, zagradzał drogę młodemu mężczyźnie, +wstępującemu, w zamyśleniu; po stopniach katedry.</p> + +<p>Dzierżymirski przystanął; podniósł +głowę, i spojrzał w oczy natrętowi, a żachnąwszy +się niecierpliwie, rzucił mu coś energicznie po włosku. +Przestąpiwszy próg kościoła, zdjął kapelusz i +odetchnął z ulgą.</p> + +<p>Przyjemnym chłodem w przeciwstawieniu do +panującego na dworze upału; powiało nań z wnętrza tumu +i milczeniem skupionem, powagi i - majestatu pełnem... Cień, pustka i +tajemniczość niewytłumaczona objęły go zarazem +niepodzielnie. W ciszy; po mozaykowej posadzce, z marmuru, donośnie, +rozległy się kroki Romana.</p> + +<p>Poza amfiladą 52 kolumn olbrzymich, kolosów, +szesnaście kroków każda obchodu mających - w perspektywie, +daleko, widniał wielki ołtarz, chór i rzędy plecionych +krzesełek świeciły przyćmionym blaskiem kolorowe +szkła okien, ponad głową zaś Dzierżymirskiego, +opiekuńczo jakby, wznosiły się marmurowo wyniosłe gotyckie +arkady; z wierzchołków kolumn, zdobiąc je grupami każdą z +osobna, patrzyły na niego dziesiątki statuetek małych...</p> + +<p>Odblask słoneczny dotknął delikatnie +pięknych rysów przybysza, jego smagłych policzków, wypukłego +czoła, i oświetlił je przelotnie.. Rażony +światłem w oczy, Roman usunął się w cień, i +spuściwszy głowę na piersi, zadumał się +głęboko.</p> + +<p>Godzin temu dwie zaledwie odebrał jednocześnie +dwa listy...</p> + +<p>Pierwszy od Emila Ładyżyńskiego, sarkastyczno +- szyderski, opisujący mu szczegółowo i swobodnie fakt znalezienia +pugilaresu, - powalił go w pierwszej chwili, niby uderzenie obucha.</p> + +<p>Drugi, przepełnił miarę jeszcze!..</p> + +<p>Ze słów tak szczerych, iż nie mogły +nasunąć nawet momentalnej wątpliwości, wyrwanych prosto z +bolejącej duszy ludzkiej, dowiedział się Dzierżymirski o +zdradzie Oli...</p> + +<p>Chwili tej nie zapomni do grobu!..</p> + +<p>Otchłań, zda się, głęboka i +bezdenna rozwarła mu się pod stopami, dusić go w gardle +poczęło, w głowie powstał zamęt - w piersiach dotkliwy +ból!.. Wybiegł jak nieprzytomny na ulicę... +Półobłąkany prawie przybył pod stopnie marmurów katedry po +ukojenie...</p> + +<p>Za progiem świątyni, rzeczywiście cudem po +prostu jakimś, powróciła mu samowiedza i względna równowaga +umysłowa..</p> + +<p>I oto teraz Roman porządkować zaczyna uciążliwie +myśli. Wzrok jego machinalnie błądzi po wspaniałych +freskach, z dziełami mistrzów, ołtarzach, marmurowych rzeźbach i +pomnikach, zatrzymuje się instynktownie na siedmioramiennym kandelabrze olbrzymim, +kosztownej roboty, w kształcie drzewa... Potem oczy jego spoczywają +bezmyślnie na kopule, przed chórem i znajdującej się pod +nią podziemnej kaplicy świętego Karola Boromeusza, ozdobionej bogato +drogimi kamieniami i złotem...</p> + +<p>Dzierżymirski sięga nagle do kieszeni i wyjmuje +otrzymane listy... usiłuje przeczytać je po raz wtóry...</p> + +<p>Przed nim, przeświecane błyśnięciem +słońca, zmatowanym blaskiem łagodnie świecą w +zmierzchach katedry wspaniałe trzy okna chóru, jak mówią, +największe na świecie całym.</p> + +<p>Niby żywe, patrzą na Romana z okiennych witryn +miniaturowe postacie świętych; malowane barwnie na szkle, na +małych kwadratowych tafelkach - 350 obok siebie reprodukcyj scen +religijnych, wzorowanych na najsławniejszych mistrzach wychyla się, +płonie setkami kolorów i cieni...</p> + +<p>Dzierżymirski wypuszcza listy z ręki i ukrywa +twarz w dłonie...</p> + +<p>Pod wpływem bowiem jednego rzutu oka tylko na pisma, +cierpienie bezbrzeżne i rozpacz tłoczącą falą +zalewają mu duszę...</p> + +<p>Więc zdradziła go!.. Zdradziła nikczemnie, +dla zmysłowego upojenia - dla szału!.. Zdeptała jego +miłość, uczucia, oszukała go - zapomniała!..</p> + +<p>Więc takim ironii zgrzytem nagradza jego los szyderca, +za to, co dla kobiety tej niegdyś uczynił!..</p> + +<p>Ależ on dla niej przecież poświęcił +wszystko!.. Siebie oddał!.. Swą cześć, uczciwość +- sumienie!.. </p> + +<p>- Przez ciebie wszystko tom uczynił, przez ciebie! - głuchy +jęk unosi pierś mężczyzny. - O, Olu!.. Olu!.. przez +ciebie!..</p> + +<p>I milknie skarga...</p> + +<p>A potem niezrozumiałego już coś coś +tylko, niedosłyszalnego poczynają naraz szeptać cicho do siebie +Dzierżymirskiego usta.</p> + +<p>Klęka i jakieś bóle i żale +płynąć się zdają pod strop milczącego tumu, +biegną trwożnie pod wyniosłe jego arkady, odbijają +się o statuy, rzeźby i pomniki - na kolana padają u ołtarzy +- lecą, tam, gdzieś wysoko... do Boga!..</p> + +<p>Lecz oto nagle spokój świątyni brutalnie przerwanym +zostaje...</p> + +<p>- Yes, yes, yes!.. - odzywa się co chwila i dowcipy +francuskie wtórują angielszczyźnie, - z przewodnikami Baedeker'a w +ręku przesuwa się tuż koło Romana garstka osób, z udanem +znawstwem oglądając wszystkie zabytki tumu.</p> + +<p>Gwarząc wesoło, dzielą się turyści +na dwie połowy. Jedna z nich zmierza zobaczyć wnętrze kaplicy +św. Karola Boromeusza, druga, pobrzękując pieniędzmi, +kupuje niebawem prawo obejrzenia dachu katedry, przy stoliku, postawionym we +wnętrzu świątyni, na prawo, w głębi, u wejścia do +prowadzących tamże schodów.</p> + +<p>Roman powstaje i z kościoła uchodzi pośpiesznie. +Na ulicy wskakuje do dorożki, i rzuca głośno jakiś rozkaz +woźnicy.</p> + +<p>Powozik rusza... Stopniowo, coraz szybciej wymija ulice, +uliczki, place targowe; starożytne kościoły i pałace... +Ruch miejski wokoło zmniejszać się poczyna i powóz +wjeżdża niebawem w szeroką aleję, gdzie, oprócz +biegnących gdzieniegdzie tramwai, nie ma zgoła nikogo.</p> + +<p>W ślad za tem również roztwiera się perspektywa...</p> + +<p>Poza obszernym placem, bieleje kwadrat wielkiej kolumnady, +zieleń świeża ramuje ją wdzięcznie. To już miasto +umarłych, - jeden z najpiękniejszych włoskich pomnikowych +cmentarzy, medyolańskie "Cimitero Monumentale."</p> + +<p>Powóz podjeżdża bliżej nieco, +Dzierżymirski wysiada i idąc piechotą, kieruje się ku +rysującej się teraz całkiem już wyraźnie i okazale, +cmentarnej kolumnadzie wejściowej. Krocząc zaś tak powoli, +myśli: Nareszcie... tu, u grobu matki, dadzą mi spokój przynajmniej +ludzie!.. Tu zdobędę samotności chwilę z jej prochami tylko +i z samym sobą!..</p> + +<p>Wstępując po stopniach schodów, Dzierżymirski +znajduje się niebawem pod dachem kolumnady, kwadratowym frantom, +ozdobionym wieżycami, zamykającej z zewnątrz widok i +wejście na cmentarz.</p> + +<p>U stóp Romana obecnie, w potokach słonecznych +promieni, na tle zieleni gaju, bieleją setki marmurów, wystrzelają w +niebo dziesiątki gotyckich wieżyczek, mauzoleów i pomników...</p> + +<p>Nie patrząc nawet na nie, obojętny, Dzierżymirski, +skręca w lewo, a wzrok jego przesuwa się machinalnie po małych +zadrukowanych tabliczkach marmurowych wprawionych gęsto obok siebie w +ścianę kolumnady, a oznaczających miejsce trumienek, z +popiołami nieboszczyków.</p> + +<p>I Roman w ten sposób dochodzi do kąta frontowego +czworoboku, widząc zaś naprzeciw siebie mur, skręca, idąc +wciąż jeszcze pod dachem kolumnady, posłusznie, na prawo...</p> + +<p>Zadumany, mija wprawiony w ścianę pomnik rodziny +Volonte, pełny artyzmu, piękny bardzo w oddaniu grozy i bólu...</p> + +<p>Na ciało już oto martwe pięknego +mężczyzny i leżące w pościeli na łożu z +kamienia, w zgięciu bolesnem postaci całej, rzucona w szale rozpaczy, +klęczy młoda kobieta i całuje drogą dla się twarz +zmarłego... Całuje, pieści w zapamiętaniu ślepem, +upojeniu strasznem, bo ostatniego, a nieodwołalnego już +pożegnania!..</p> + +<p>Roman, wszedłszy po schodach bocznego skrzydła +kolumnady, jest już na cmentarzu.</p> + +<p>Idzie wolno, kierując się bezwiednie aleją +znaną, wiodącą ku mogile matczynej.</p> + +<p>Wkoło niego wznoszą się zewsząd +wspaniałe grobowce: Verazzich, Sonzognich, Nasonich, Turatich, +Brambillich, Pagnonich i innych włoskich rodzin i rodów. Pieścidełka +kamieniarskiej, rzeźbiarskiej i budowlanej roboty, mauzolea, w +kształcie gotyckich kapliczek, z pięknymi ołtarzykami, +mozayką, obrazami i innemi ozdobami wewnątrz śliczne, odcinają +się licznie na tle zieleni drzew cmentarza... Po wsze strony zaś, +gdzie okiem rzucić tylko, w tych wszystkich białych grobowych +sylwetach pochwycony artystycznie, w kamień martwy i marmury +rzeźbiarskim dłutem zakuty, drży, zdawało by się +wszędzie... ból!..</p> + +<p>Słońce, zniżające się już +stopniowo coraz bardziej, złoci teraz rzęsiście rój +białych postaci... W pobliżu Dzierżymirskiego, z krawędzi +odłamu - na wpół obrosłego zielenią, a doskonale imitowanej +skały górskiej - z jej szczytu, iskrzący się w blaskach +słońca, spogląda wyniośle dokoła wspaniały +orzeł z bromu.</p> + +<p>To odznaczający się od drugich +oryginalnością pomysłu, grobowiec Poggich...</p> + +<p>Dalej zaś nieco pomnik rodziny Rusconi; rzeźba +kobiety, o oczach, pełnych wyrazu, wpatrzonej smutnie w dal, z testamentem +nieboszczyka w ręku, na którym wyryte widnieją zapisy..</p> + +<p>W innej znów stronie, wdowa w półleżącej pozycyi, +zapłakana; twarzy jej nie widać wcale - ukryta w dłonie. +Cała postać wyraża ból niezmierny.</p> + +<p>W swej wśród grobowców wędrówce, Dzierżymirski +przystaje nagle... W zamyśleniu - zbłądził... +Oryentując się, zawraca, i ponownie mija mnóstwo grobowców, +okazalszych, skromniejszych - przechodzi mimo pięknego nader pomnika.</p> + +<p>Na grób z marmuru rzucona duża kotwica; pod +krzyżem siedzi na mogile anioł-kobieta, o prześlicznym wyrazie +twarzy, pogrążona w smutnem zamyśleniu, z wieńcem w +dłoni...</p> + +<p>Niebawem, tuż obok idącego wciąż Romana, +wyrasta znów pomnik z kamienia. Na wierzchołku jego, z rękoma +wzniesionemi do góry, modli się wielki Anioł, z pięknymi bardzo +rysami twarzy, u stóp grobu klęczy kobieta, ze wzrokiem spuszczonym +wdzięcznie, w ekstazie jakby bólu, odziana cała w zwoje subtelnie +odrzeźbionych koronek.</p> + +<p>Wkrótce przed grobowcem, banalnym nieco, a w porównaniu z +innymi nader skromnym, Dzierżymirski pochyla się, zdejmuje kapelusz i +klęka, oparłszy głowę o zimny kamień pomnika Na grobie +wyrzeźbiony subtelnie w białym marmurze biust pięknej kobiety, +oczyma wielkiemi, pełnemi wyrazu, z odcieniem litości, czy bólu, +patrzeć się zdaje badawczo na pochyloną postać i +głowę mężczyzny...</p> + +<p>Tymczasem rozsiana dokoła cisza, tchnąca spokojem, +momentalnie ukajać poczyna Romana. Z chaosu, dotychczas panującego +mu w mózgu, jedna po drugiej wyłaniają się doniesione mu fakta, +ustawiają rzędem w symetryczną całość i niby +ogniwa, logiką, rozumu spojone, wiążą się ze +sobą, grupują...</p> + +<p>I kara życia, nieubłagana, zimna, choć +moralna tylko, staje Dzierżymirskiemu teraz przed oczyma wyraźnie...</p> + +<p>Pozornie otrzymał on wszystko: W obliczu świata +pozostał bezkarnym; był bogatym, wpływowym i wielkim, +kłaniano mu się, żebrano jego łaski, protekcyi.</p> + +<p>Życie całe dotąd opromieniała mu Ola +miłością swą, bez granic...</p> + +<p>Posiadał skarb największy - kochał i był +kochanym...</p> + +<p>To było wczoraj jeszcze, a dziś?.. +Dzierżymirski, pod ciężarem cierpienia, pochylił się +w tej chwili bardziej jeszcze, skulił się, zmalał...</p> + +<p>I w jasnowidzeniu jakby nagłem, ujrzał on +równocześnie, co innego jeszcze...</p> + +<p>Przyszłość własną!..</p> + +<p>On więc, w społeczeństwie swem jeden z pierwszych +niemal; on, stojący na jego świeczniku, nie skażony moralnie, +"na zewnątrz" - niczem, sponiewierany może, zbrukany +posądzeniem, lub domysłami, a wreszcie, - kto wie, czy nie +stojący w obliczu tłumów, pod pręgierzem prawdy, tajonej +skrycie do dziś dnia na dnie duszy?</p> + +<p>- O Boże!.. Boże! - jęk mimowolny wydobywa +się z piersi Romana, oczy zaś jego wznoszą się +jednocześnie i spotykają na grobie, z wizerunkiem matczynym. Oblicze +rodzicielki patrzy teraz na niego, z wyraźnem współczuciem, +współboleje z nim jakby. Jak żywa, spogląda na Romana matczyna, +twarz smutna; kilka kropelek rosy, czy deszczu, ukrytych dotąd w +załomach kamienia, spływa nagle po wykutem obliczu pięknej +kobiety...</p> + +<p>Zachodzące słońce zakrwawia je swym +blaskiem... </p> + +<p>I krwią oto serdeczną, zdaje się matka +płakać nad synem - łzami litości i bólu.</p> + +<p>A Roman jednocześnie, w porywie cierpienia, +wyciąga ramiona do rzeźby twarzy drogiej, obejmuje niemi +głowę z marmuru i krzyż pomnika, a dotknąwszy czołem +czoła matki, szepce coś jak dziecko, kwili...</p> + +<p>- Matko... +mateńko! - słychać dokładnie, i cicha skarga z piersi mu +się wyrywa! Z bólem jutra, łączy się w nim zarazem +jakiś bunt niewytłumaczony do świata, do ludzi - do życia!... +I w szepcie słów urywanych, zmieszanych, wymówka wnet cierpka +słyszeć się daje.</p> + +<p>- Matko! - szepcze Roman, z wyrzutem. - Dlaczegoż +że po tobie odziedziczyłem gorącą krew tej ziemi? Czemu, +ach, czemu, z mlekiem twem wyssałem zapalczywy ogień pragnień, +zmysłowego szału, który zniweczył we mnie wszystko, któremu +oprzeć się nie zdołałem, i upadłem tak nisko... tak... +nisko!</p> + +<p>Nie mogłem odmówić sobie posiadania kobiety, +którą ukochałem, bo w żyłach mych płonęła, +jak lawa twych, matko, ojczystych wulkanów, krew dzieci południa, bo +natura ich gwałtowna, przewrotna, bez niezłomnych uczciwości +zasad, zakorzeniła się w mej istocie... Podeptałem wszystko... +wszystko...</p> + +<p>- Matko, tyś temu niewinna, ja wiem, tyś niewinna! +- skarżył się dalej Roman, przepraszając jakby, - ale, +czemuż twym wpływem, kiedy ojca straciłem tak wcześnie, nie +starałaś się złagodzić we mnie tej natury narodu +twego? Dlaczego nie mogłaś wytępić ze mnie złego +ziarna? Czemu?.. czemu?.. czemu?..</p> + +<p>I pytanie to Dzierżymirskiego ostatnie, rozpaczliwe, +uleciało, półpokorne, półgroźne jakby i zamarło w +ciszy!</p> + +<p>A rodzicielka Romana mówiła pięknym, wyrazistym w +białej rzeźbie wzrokiem - odpowiadała mu, zda się +również:</p> + +<p>- Nie bluźnij, synu, nie rozpaczaj!.. Nie ja tu +winnam!.. Wierz mi!.. Czyniłam, co mogłam... Wpajałam w twą +duszę niezłomne zasady, wzmacniałam twój umysł, twe serce! +Nie miej żalu do mnie, me dziecię!.. Popsuł się świat, +co skala, zbruka niejedno swem błotem!.. Zbłądziłeś...</p> + +<p>A tymczasem zbielałe usta Dzierżymirskiego, +wijącego się wciąż u stóp grobowca, w bólu i +niepewności jutra, zaszeptały znów rozpaczliwie, z cicha...</p> + +<p>- Co czynić? co czynić? - Wszak tam wszyscy +czekają teraz ode mnie wyjaśnienia o pieniężnej zgubie, +którego dać im, niestety, nie potrafię. Cóż im powiem? co +wymyślę, a zresztą, cóż mi po tem? Gdybym po wysiłku +mózgowym i znalazł może przemądre nawet rozwiązanie jakie, +czyż nie takiem samem, nie do zniesienia piekłem, stałoby +się to moje jutro! - odpowiadały w duchu Romana: bezmierne +zniechęcenie i gorycz.</p> + +<p>- W ciągłej, podwójnej jeszcze, niż +dotąd, obawie skandalu, z tajoną, tłumioną w duszy tajemnicą, +bez miłości, bez niej, bez Oli, sam, opuszczony, z widmem wyrzutu +sumienia?.. - Nie! - wyrzucił z siebie Dzierżymirski, z mocą. - +Ja tak żyć nie potrafię!.. </p> + +<p>Szept urywany Romana ustał. Tuląc wciąż +w ramionach ciemny marmur grobowca, milczącą snać już +teraz z rodzicielką swą, a może i z Panem Wszechrzeczy, +prowadził on rozmowę.</p> + +<p>Nagle jednak w stłoczonej piersi Romana cierpienia +dłużej nie zdołało już się ukryć - spazmem +łkania wydobyło się na zewnątrz!</p> + +<p>Milczenie cmentarnego zacisza wstrząsnął +płacz męski, przejmujący, głęboki i przykrem nader +echem rozległ się dokoła.</p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<center>**********************************************************</center> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p>A tymczasem nad Medyolańskiom przepięknem +"Campo Santo," w całem swym majestacie zachodziło +słońce...</p> + +<p>Mieniły się w odblaskach jego dachy i wieżyczki +licznych kapliczek, mauzoleów; przez kolorowe wąskie szyby okienek, drzwi +i kraty wślizgiwała się wewnątrz ich cicho czerwień +promieni, pełzała po mozayce posadzek, muskała ubrane +wdzięcznie kwiatami ołtarzyki, kandelabry, posągi i piękne +świętych obrazy...</p> + +<p>Wspaniała wejściowa kolumnada iskrzyła +się również tęczą blasków; ściany, dach i +wieżyczki położonego na drugim końcu cmentarza "Tempio +di Crematione" gorzały pąsową grą +światła...</p> + +<p>A mleczno-białe, ciche i zadumane dotąd sennie +posągi pomników ocknęły się po prostu jakby +ożyły... </p> + +<p>Kształty ich, misternie w kamieniu wykute, rysy, +odrzeźbione, przebudziły się niby z martwoty dotychczasowej na +drobną, przelotną chwilkę - na mgnienie!..</p> + +<p>I nie są to już allegoryczne postacie, ni +podobizny zmarłych dawno - nie, to wszak żywi ludzie, z krwi i kości! +Ciało ich przecież, zaróżowione leciutko, drżeć oto +zda się, poruszać, w żyłach krew płynie, usta coś +mówią, a oczy ich, rysy, wyrazu pełne, boleją, płaczą, +smucą się - myślą!..</p> + +<p>Patrzcie... patrzcie!..</p> + +<p>Tam, na, wspaniałym grobowcu, po obu stronach siedzącej +na szczycie, zadumanej symbolicznej postaci kobiecej, dwaj aniołowie +zalewają się gorzkiemi łzami, szlochają!.. Tu znów, przy +innym pomniku, po stopniach jego porusza się, kroczy wzwyż niewiasta +młoda, - ku dwóm posągom, stojącym na górze grobowca, prowadzi +chłopczyka, ślicznotę, w którego dłoni zaciśnięty +kwiatuszek się chwieje... A tam, znów dalej, w innej stronie...</p> + +<p>W otwarte drzwi małego mauzoleum, po stopniach schodów +wchodzi wolno, szeleszcząc jakby fałdami swej sukni, ze spuszczonym +wzrokiem - w trzymany w dłoni różaniec wpatrzona, cudnej +piękności kobieta...</p> + +<p>I tak dalej, i tak dalej...</p> + +<p>Dziesiątki białoskrzydłych aniołów, wdów +bolejących, załamujących dłonie, tarzających się +gwałtownie, czy też +pogrążonych w martwocie rozpaczy, - setki biustów, postaci - +zda się, w cmentarnej ciszy nucą oto hymn bólu, w zgodnym akordzie z +piersi jakby wyrzucają wszechogólny krzyk cierpienia!..</p> + +<p>A promienie zachodu zniżają się tymczasem +coraz bardziej... </p> + +<p>Purpura ich ciemnieje w końcu, niebawem niknąć +powoli zaczyna tam i ówdzie. Zakątki cmentarza dalsze, pod murem, +stoją już w cieniach - środkowe kąpią się jeszcze +w ostatnich pożegnalnych drgnieniach czerwieni i złota...</p> + +<p>Wokoło klęczącego Romana, i obejmującego +wciąż w jednej i tej samej pozycyi pomnik, z posągiem matczynym, +palą się w całej pełni jeszcze dogasająco +słońca blaski.</p> + +<p>Dzierżymirski, szukając dalej ulgi w cierpieniu, +jak nieprzytomny, wciąż szepcze coś niezrozumiałego do +skąpanej w purpurze promieni rzeźby z marmuru... I niebawem, w ciszy, +przerywanej tylko łagodnym szmerem poruszanych u drzew liści, +drżeć głośniej znów skarga poczyna.</p> + +<p>- Nie, matko! - szepce Roman - nie, matko! zrozum mnie, nie +gań!.. Ja tam, do nich wrócić nie mogę, to przechodzi siły +moje!.. Wszak ja jego, kochanka Oli - tłumaczy się dalej +Dzierżymirski - jego, mego wroga, zabić powinienem! A jakże ja +to uczynię? Przecież oczyszczać pojedynkiem nawet mego honoru +nie mogę! - z goryczą w głosie, niby żywej osobie, +perswaduje Roman, coraz ciszej, złamanym szeptem... - Zrozum, +mateńko!.. Nie... mogę!..</p> + +<p>Milknie na chwilę, poczem urywanym głosem, z +beznadziejną rozpaczą, mówi, zwierza się jeszcze... - Tak, +mateńko! bo honoru wszak ja... sam... nie... posiadam!..</p> + +<p>I Dzierżymirski kończy głucho: - On w twarz +mi to rzucić może, jeśli się dowie o wszystkiem, a wtedy?.. +Nie, matko! - powtarza głośniej Roman nie żądaj tego ode +mnie! - Ja, z piętnem pogardy na czole, bez czci tych tłumów, które +ujarzmiłem - żyć nie potrafię!..</p> + +<p>A szczególniej z jej... Oli możliwą pogardą - +bez jej uczucia żyć - nie mogę!..</p> + +<p>I tem kończy spowiedź przed rodzicielką syn +zbolały, a po chwili dorzuca, z mocą. - I... nie chcę!!!</p> + +<p>Milknie Dzierżymirski, twarzy nie odrywa jednak od +marmuru grobowca, pogrążywszy się w jakiemś +półodrętwieniu głębokiem.</p> + +<p>A wkoło niego tymczasem gaśnie już +całkiem łuna zachodu... Jak przed chwilą, niby dotknięte +czarowną różdżką, ożywiały się posągi z +marmurów, tak teraz kolejno do martwoty swej powracają.</p> + +<p>Położony tylko tuż obok Dzierżymirskiego +symboliczny grobowiec jaśnieje jeszcze... Na wpół różowy od +blasków czerwonych, blednieć oto właśnie coraz bardziej poczyna w +tył przegięty, eteryczny i wielki na grobie tym anioł z marmuru, +o rysach przecudnych, o rysach kobiecych, dziwnie nadziemsko zadumanych, a postaci +całej wiotkiej i ustawionej na piedestale w ten sposób w powietrzu +unosił się, leciał...</p> + +<p>Anioł patrzeć się zdaje na Romana, ze +współczuciem, spod rzęs spuszczonych, oczyma żyjącego jakby +ducha. Nad urną, którą trzyma w dłoniach i tuli do piersi i unieść z sobą jakby pragnie +w zaświaty, odrzeźbiony, palący się ognik płonie +rzeczywistem światłem, pieszczony ostatnim promyczkiem słońca!..</p> + +<p>Wreszcie i on zupełnie gaśnie.</p> + +<p>Korowód wieczornych cieni z mrokiem, wodzem na czele, wsuwa +się teraz cicho na "Campo-Santo" i welonem szarym wkrótce +przesłania z wolna wszystko... W oczekiwaniu jutrzenki różanej, która +ich znowu przebudzi - zasypiają, symbole snu wiecznego, marmurowe +rzeźby białe, doczesną zda się tylko drzemką...</p> + +<p>Stopniowo ścierają się zarysy posągów, +kapliczek, mauzoleów...</p> + +<p>Zmierzch ciemnieje. +Święcąc swój tryumf, a śmierć słońca po +coraz bardziej mrocznych zakątkach "Cimitero" cienie wieczoru +pląsają już obecnie swobodnie całkiem - drużyna ich +weseli się, tańczy, pusta, skracając godziny do przyjścia +nocy-władczyni.</p> + +<p> Po pewnym czasie +jednak staje się wśród tego grona jej paziów coś +niewątpliwie szczególnego bardzo... Wszystkie sylwety bowiem +bawiących się cieni łączą się oto w jedną +grupę, zwartem kołem otaczając któryś z licznych +grobowców.</p> + +<p>Obejmując ramionami krzyż i posąg marmurowy, +klęczy tu nieruchomo, zlewająca się prawie z pomnikiem, +pochylona, biała sylwetka mężczyzny... Cienie pochylają +się ciekawie nad nią, dotykają jej ciała, +zaglądają w twarz, dziwnie bladą. </p> + +<p>I raptownie szept jakiś trwożny przelatuje po +szeregu paziów nocy... Bezradni stoją wciąż gromadką, +przelęknieni czemś jakby, przejęci, cisi... Niektórzy z nich +nawet załamują ręce, drudzy kręcą z niedowierzaniem +głowami - inni wpatrują się smutnie w majaczącą +postać ludzką.</p> + +<p>Nagle koło ich rozprzęga się gwałtownie, +milkną - pozostawiają w zapomnieniu zupełnem pomnik i +znajdującego się u stóp jego człowieka. Momentalnie, szybko, +ustawiają się składnie w dwa szeregi, pochylają z +gracyą i pokorą, szacunku pełną, w powitalnym +ukłonie...</p> + +<p>To pani ich i królowa - Noc, strojna, wspaniała z +wyżyn na ziemię zestąpiła właśnie w tej chwili, w +czarnym swym płaszczu i w gwiazd aureoli.</p> + +<center>--------------</center> + +<p>Poranek sierpniowy uśmiechał się tego dnia +radośnie do tętniącego zwykłym ruchem wielkiego miasta. +Pogodny, jasny, niósł on jednak w powiewach swych, chłodniejszych +już nieco i świeższych, zapowiedź idącej wczesnej jesieni, tej czarownej, pięknej jesieni +polskiej, tak zadumanej zda się i marzącej cicho, po otulonych +mgłami płaszczyznach i tak pełnej porywającej sobą +tęsknoty.</p> + +<p>Na jednej z głównych ulic miasta uwijano się +żwawo. Przechodnie, wszyscy skwapliwie spieszący w jedną +stronę, wymijali się gorączkowo, dzwoniły tramwaje, +dorożki turkotały głośno - lekko, z cicha przesuwały +się liczne, na gumowych kołach, ekwipaże i karety, +dążąc również w tymże, co i piesi, kierunku.</p> + +<p>Niebawem jednak liczba jadących powozów poczęła +się zmniejszać stopniowo coraz bardziej, w końcu zaś +ustała zupełnie.</p> + +<p>Ulicę ruchu kołowego zamknięto. Ostatnie, +zabłąkane dorożki zawracano, zmuszając do natychmiastowego +skręcania w pierwszą lepszą boczną ulicę, a we +względnej, panującej obecnie, uroczystej ciszy rozlegał +się tylko zgłuszony szmer licznych stóp idącej po trotuarach +gromady ludzkiej.</p> + +<p>Pół-milczenie to dyskretne trwało dobre pół +godziny.</p> + +<p>Wreszcie z wieżyc jednego z pobliskich kościołów +odezwały się poważnie i rzewnie żałobne dzwony i +smutne - zabrzmiały donośnie.</p> + +<p>Ruch powstał na chodnikach... Zbierano się +grupami, przystawano, policya i żandarmi na koniach poczęli +czynić porządek, niebawem zaś w perspektywie wielkomiejskiej, +opustoszałej środkiem ulicy, ukazał się kondukt pogrzebowy. +Na progach magazynów, balkonach i w oknach domów zaroiło się od +widzów ciekawych...</p> + +<p>Z kilkunastoma księżmi i licznym klerem, żałobny +korowód przesuwać się zaczął z wolna aleją.</p> + +<p>Ramowały go wdzięcznie niewinne główki +idących regularnie rzędami chłopaczków i dziewczynek - a +wychowańców z licznych miejscowych ochronek, zakładów dobroczynnych - +za trumną zaś okazałą, złożoną na bogatym +sześciokonnym karawanie i jadącymi w ślad za tem, +uginającymi się od wieńców, żałobnymi wozami, +postępował tłum niezliczony - kołysało się morze +głów ludzkich...</p> + +<p>Hen! daleko zaś, poza ciżbą, ginąc +gdzieś w perspektywie ulic miasta, lśnił się w promieniach +słońca sznur powozów i karet.</p> + +<p>Wśród uczestniczącej w pogrzebie rzeszy rozlega +się stłumiony gwar ogólnie prowadzonych rozmów. Na wszystkich +zaś ustach było teraz jedno tylko imię!</p> + +<p>Bez zmazy i skazy wobec świata zeszedł do grobu - +Roman Dzierżymirski.</p> + +<p>W ostatnich dniach lipca społeczeństwem miasta, w +którem żył, pracował, któremu na różnych polach +działalności przewodził, wstrząsnęła +wiadomość niespodziana, zakomunikowana przez gazety. Telegramem +mianowicie doniesiono lakonicznie o śmierci prezesa +Dzierżymirskiego, we Włoszech, w Medyolanie, na grobie matki, z +anewryzmu serca. Powodem nagłego zgonu było, jak mówili jedni, silne +wstrząśnienie moralne i bolesna wiadomość z kraju, jak +utrzymywali po cichu inni - straty poważne, czysto finansowej natury i +położenie bez wyjścia!..</p> + +<p>Ciało sprowadzono do kraju i dziś oto to same +miasto, któremu Dzierżymirski tak wiele zasłużył się +za życia, oddawało byłemu przodownikowi ostatnią +posługę.</p> + +<p>Stawiły się wszystkie sfery i stany - wszyscy +zaś z niekłamanym żalem, szli obecnie za trumną +człowieka, z którego śmiercią, zdaniem ogólnem, ubywała +miastu i krajowi nawet poważna społeczna siła...</p> + +<p>A dość było posłuchać tylko +uważnie tam i ówdzie co mówiono o zmarłym, by przekonać +się, jak szczerym, jak powszechnym prawdziwie był ten żal po +nim!</p> + +<p>Jednogłośnie bowiem i wszechogólnie wynoszono po +niebiosa czyny prezesa Dzierżymirskiego, poświęcenie dla +ogółu, zdolności, rozum, szlachetność i energię - +jednobrzmiąco ubolewano nad stratą jego niepowetowaną! Czasami, naturalnie, +wplątała się i tu fałszywa gdzieniegdzie nuta, lecz +ginęła natychmiast w akordzie powszechnego uwielbienia i żalu z +przedwczesnego zgonu, tak zasłużonego społeczeństwu +człowieka...</p> + +<p>Z trudnością przeciskając się +pomiędzy dwoma sznurami ciekawych na chodnikach, wspaniały pogrzebowy +korowód oddalał się tymczasem stopniowo w perspektywie ulicy, - +wreszcie księża, karawani i dążące za trumną +tłumy skręciły w lewo, i po pewnym czasie znikły...</p> + +<p>Na pierwszorzędnej ulicy w mieście przywrócono +ruch natychmiast. Z bocznych ulic wysypały się dziesiątki +zatrzymanych dotąd pojazdów, potoczyły się, dzwoniąc, +ponownie tramwaje, zadudniły dorożki, omnibusy - do spowodowanych +ściskiem wypadków kilku, wpadło na ruchliwą arteryę grodu +wezwane Pogotowie Ratunkowe, donośną na trąbce pobudką +torując sobie drogę!</p> + +<p>Uroczysty nastrój sprzed chwili pierzchł bezpowrotnie. +Szerokiem korytem życie brutalnie deptało śmierci widmo - w +codzienną szatę gorączka codziennego bytu przyoblekło +się wszystko dokoła.</p> + +<p>Na ustach tylko, snujących się po trotuarach +przechodniów, biernych widzów żałobnego konduktu, +błąkało się jeszcze nazwisko Dzierżymirskiego, +roznosiciele zaś dzienników zaroili się niebawem, a korzystając +z chwilowego nastroju publiczności, sprzedawać poczęli z powodzeniem +nadzwyczajne dodatki do gazet, z portretem i życiorysem zmarłego.</p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<center>*************************************************</center> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p>Minął rok czasu...</p> + +<p>Powodzią świateł w mglisty wieczór pierwszego +Listopada gorzał cmentarz miejski rozległy, i roje ludzi tłoczyły +się na nim. Poukładane wzorzyście paliły się na +bogatych grobach i ubogich mogiłkach kolorowe lampiony, kwiaty i +wieńce stroiły umarłych zakątek...</p> + +<p>Przy grobowcach niektórych, ubranych wspaniała, nie +było żywej duszy. Przy innych formalne odbywały się +zebrania. Środkiem zaś ulicy wystrojony, "szykowny", a +przeważnie bezmyślny, wśród dowcipów brukowych, +wygłaszanych donośnie, spacerował tłum ciekawskich +obojętny.</p> + +<p>Tu i tam z rzadka czerniała przy świeżym pomniku +postać schylona, zadumana tęsknie, cierpiąca... Tam i ówdzie na +skromnej mogiłce, w bardziej oddalonej cmentarnej alei, szlochała +cicho jakaś kobiecina, gdzie indziej znów klęczący syn, czy +mąż, samotny, modlił się, lub nie widząc nic +zgoła, nie słysząc, zapatrzony w ból własny - połykał +łzy.</p> + +<p>W samotnej bocznej alei cmentarza wesoła młoda +para, pochylona wzajemnie, szeptała sobie czułe czule słówka +mijając obojętnie groby, a pomiędzy innymi i mogiłkę +jedną darniową, skromniutką... Zapłakana dziewczynina +kilkunastoletnia, ze złożonemi pobożnie rączkami, +klęczała na niej i sama jedna, biedziła się w tej chwili z +jedyną zapaloną, a gasnącą za każdym podmuchem wiatru, +świeczką, którą, wespół z dziesięciogroszowym z choiny +wianuszkiem, i białym wielkanocnym barankiem - ustroiła grobek matuli.</p> + +<p>Od żebraków, bab i dziadów, mruczących modły, +zawodzących żałośnie, roiło się na cmentarzu.</p> + +<p>Co chwila ktoś z publiczności zbliżał +się do nich i dając jałmużnę, dodawał: - Za +duszę nieżyjącego Piotra, Maryi i.t.d.</p> + +<p>- Litości godna osobo! - skarżył się głośno +żebrak stary, wyciągając dłoń kościstą do +przechodzących właśnie aleją trzech ładniutkich +podlotków, rozmawiających wesoło.</p> + +<p>- Czekajcie! - do rówieśnic odezwała się +żywo jedna z panienek, zatrzymując się przed dziadem. - Dam +mu, niech się pomodli za duszę mego pana Stanisława...</p> + +<p>- Ależ kiedy on żyje! po co? - zadziwiła +się naiwnie najmłodsza z trójki.</p> + +<p>- Ha-ha-ha! - zaśmiała się pierwsza serdecznie, +- a cóż to szkodzi, niech się tam za niego, grzesznika, pomodli!..</p> + +<p>I wręczając następnie dziadowi szóstaka, +rzekła: - Macie, dziadku, za Stanisława!..</p> + +<p>- Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie, a +światłość wiekuista niechaj mu świeci! - +zaintonował żebrak uroczyście.</p> + +<p>Śmiech rozległ się w alei; koncept +podobał się figlarnej trójce, a kilka babek i dziadów, +znajdujących się w pobliżu, skorzystało na tem, bo +obdzielono ich groszakami na tąż samą intencyę. Pan Stanisław +został za życia pogrzebanym, modlono się już z góry za +niego, a pusta, niefrasobliwa młodość, nie znająca zapewne +jeszcze, co to ból prawdziwy i żal po drogiej sercu stracie - poszła +dalej, śmiech zaś jej srebrzysty odbił się raz jeszcze na +zakręcie alei o ukryty w drzew cieniu pomnik okazały.</p> + +<p>Na wysokiej kolumnie z połyskującego marmuru +widniał jakiś posąg stojącej osoby... Na grobowcu nie +było żadnego kwiatka i żadnych świateł... Zapatrzony +jakby smutnie sam w siebie, stał on ciemny na uboczu, opuszczony i +widocznie zapomniany. Jarzący się tylko blask lampek czerwonych, któremi +ozdobiono grób sąsiedni, rzucał nań niepewne, dalekie światło. +W półświetle tem, kto znał za życia Romana +Dzierżymirskiego, z łatwością mógł go poznać +teraz w stojącej rzeźbie z marmuru.</p> + +<p>I idącego przechodnia przykuwało do miejsca +zdziwienie nagłe.</p> + +<p>- Jak to? - zadawał sobie mimowolnie pytanie. - W +powodzi świateł, blasków tysiąca, dających tak wymowne i +chlubne świadectwo, że żywi pamiętają jednak o +umarłych, dzisiaj o Dzierżymirskim już zapomniano?.. Czyż +to możliwe, by świat był tak niewdzięcznym, żeby +wykreślał z pamięci jednostki, tak głośne za +życia - tak możnowładne!...</p> + +<p>I dziwił się przechodzień... Dziwił +się w dalszym ciągu naiwnie, nie zdając sobie sprawy z tego +pewnika życiowej ironii, która prawem "teraźniejszości" +się zowie, a która, z małymi wyjątkami, uwielbia tylko +żyjących i na widowni obecnych, umarłych zasypując +pyłem zapomnienia.</p> + +<p>I spacerujący po cmentarzu widz ciekawy +przybliżał się do grobowca, z trudnością +odczytywał napisy, a później szedł dalej, zamyślony mimo +woli nad nietrwałością doczesnego bytu.</p> + +<p>Lecz o niewdzięczność tym razem posądzał +ludzi niesłusznie. Bo los szyderca, któryby może i rzeczywiście +starł u świata wspomnienie innego, prawdziwie i wszechstronnie +zasłużonego człowieka, niezbrukanego życiem, czystego - +okazał się łaskawszym jednak, dla ubranego w togę pozorów +moralnego wykolejeńca!</p> + +<p>W kwadrans później, trzy osoby, oglądające +się wokoło, skupiły się przed grobem Dzierżymirskiego. +Wkrótce, tamże zjawił się również mężczyzna, z +kobietą młodą dość jeszcze i garstką dziatek.</p> + +<p>Przed ginącym w cieniach wieczora pomnikiem Romana, +poklękli oni niebawem wszyscy...</p> + +<p>Byli to Orlęccy: ojciec, matka i córka, oraz Zieliński +Herman, z rodziną.</p> + +<p>Młody głosik dziewczęcy pierwszy +przerwał nieśmiało milczenie cmentarnego zakątka. Silny, +jędrny zawtórował mu głos męski i szept otaczających...</p> + +<p>Wśród dalekiego echa kroków gromady ludzkiej, ich +rozmów, śmiechu i płaczu - popłynęła z serc +wdzięcznych za duszę zmarłego modlitwa!..</p> + +<p>. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . +. . . . . . </p> + +<p>Nazajutrz osamotnienia i zapomnienia żywych +wstydzić się już nie potrzebował przed innymi - wspaniały +grobowiec prezesa Dzierżymirskiego.</p> + +<p>Czyjaś troskliwa ręka ustawiła na grobie +palmy i świeże kwiaty... W krzyż ułożonych +różnokolorowych lampionów kilkanaście nęciły tu oko i +skromny, aczkolwiek gustowny wieniec zielony u pomnikowego tulił się +podnóża. Tamże błyszczał o nieboszczyku napis +złocisty, złożony z samych tytułów i godności...</p> + +<p>I w blasków powodzi, na szczycie kolumny jaśniała +zarówno teraz wdzięcznie odrzeźbiona sylweta pięknego, +młodego jeszcze mężczyzny.</p> + +<p>Królując nad wszystkiem dokoła, niepokalanie +biały, stał on i patrzył zamyślony! Na ustach z kamienia +błąkać się zdawał dyskretny uśmiech zwycięskiej +ironii...</p> + +<p>A poniżej - u stóp posągu, na czarnem tle marmuru, +wielkiemi literami, rzucały się w oczy te oto wyryte słowa:</p> + +<p> </p> + +<p> </p> + +<p>Uczciwy, szlachetny i prawy,</p> + +<p>Ukochał bliźnich i społeczeństwu oddal +życie całe - </p> + +<p>Nagrodź go, Panie!..</p> + +<p> </p> + +<p> </p> + + + + + + + + + +<pre> + + + + + +End of the Project Gutenberg EBook of Ironia Pozorow, by Maciej hr. Lubienski + +*** END OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK IRONIA POZOROW *** + +***** This file should be named 6000-h.htm or 6000-h.zip ***** +This and all associated files of various formats will be found in: + http://www.gutenberg.org/6/0/0/6000/ + +Produced by Michalina Makowska, Eve Sobol, and Julia Jezierska. + +Updated editions will replace the previous one--the old editions +will be renamed. + +Creating the works from public domain print editions means that no +one owns a United States copyright in these works, so the Foundation +(and you!) can copy and distribute it in the United States without +permission and without paying copyright royalties. Special rules, +set forth in the General Terms of Use part of this license, apply to +copying and distributing Project Gutenberg-tm electronic works to +protect the PROJECT GUTENBERG-tm concept and trademark. Project +Gutenberg is a registered trademark, and may not be used if you +charge for the eBooks, unless you receive specific permission. If you +do not charge anything for copies of this eBook, complying with the +rules is very easy. You may use this eBook for nearly any purpose +such as creation of derivative works, reports, performances and +research. They may be modified and printed and given away--you may do +practically ANYTHING with public domain eBooks. Redistribution is +subject to the trademark license, especially commercial +redistribution. + + + +*** START: FULL LICENSE *** + +THE FULL PROJECT GUTENBERG LICENSE +PLEASE READ THIS BEFORE YOU DISTRIBUTE OR USE THIS WORK + +To protect the Project Gutenberg-tm mission of promoting the free +distribution of electronic works, by using or distributing this work +(or any other work associated in any way with the phrase "Project +Gutenberg"), you agree to comply with all the terms of the Full Project +Gutenberg-tm License available with this file or online at + www.gutenberg.org/license. + + +Section 1. General Terms of Use and Redistributing Project Gutenberg-tm +electronic works + +1.A. By reading or using any part of this Project Gutenberg-tm +electronic work, you indicate that you have read, understand, agree to +and accept all the terms of this license and intellectual property +(trademark/copyright) agreement. If you do not agree to abide by all +the terms of this agreement, you must cease using and return or destroy +all copies of Project Gutenberg-tm electronic works in your possession. +If you paid a fee for obtaining a copy of or access to a Project +Gutenberg-tm electronic work and you do not agree to be bound by the +terms of this agreement, you may obtain a refund from the person or +entity to whom you paid the fee as set forth in paragraph 1.E.8. + +1.B. "Project Gutenberg" is a registered trademark. It may only be +used on or associated in any way with an electronic work by people who +agree to be bound by the terms of this agreement. There are a few +things that you can do with most Project Gutenberg-tm electronic works +even without complying with the full terms of this agreement. See +paragraph 1.C below. There are a lot of things you can do with Project +Gutenberg-tm electronic works if you follow the terms of this agreement +and help preserve free future access to Project Gutenberg-tm electronic +works. See paragraph 1.E below. + +1.C. The Project Gutenberg Literary Archive Foundation ("the Foundation" +or PGLAF), owns a compilation copyright in the collection of Project +Gutenberg-tm electronic works. Nearly all the individual works in the +collection are in the public domain in the United States. If an +individual work is in the public domain in the United States and you are +located in the United States, we do not claim a right to prevent you from +copying, distributing, performing, displaying or creating derivative +works based on the work as long as all references to Project Gutenberg +are removed. Of course, we hope that you will support the Project +Gutenberg-tm mission of promoting free access to electronic works by +freely sharing Project Gutenberg-tm works in compliance with the terms of +this agreement for keeping the Project Gutenberg-tm name associated with +the work. You can easily comply with the terms of this agreement by +keeping this work in the same format with its attached full Project +Gutenberg-tm License when you share it without charge with others. + +1.D. The copyright laws of the place where you are located also govern +what you can do with this work. Copyright laws in most countries are in +a constant state of change. If you are outside the United States, check +the laws of your country in addition to the terms of this agreement +before downloading, copying, displaying, performing, distributing or +creating derivative works based on this work or any other Project +Gutenberg-tm work. The Foundation makes no representations concerning +the copyright status of any work in any country outside the United +States. + +1.E. Unless you have removed all references to Project Gutenberg: + +1.E.1. The following sentence, with active links to, or other immediate +access to, the full Project Gutenberg-tm License must appear prominently +whenever any copy of a Project Gutenberg-tm work (any work on which the +phrase "Project Gutenberg" appears, or with which the phrase "Project +Gutenberg" is associated) is accessed, displayed, performed, viewed, +copied or distributed: + +This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with +almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or +re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included +with this eBook or online at www.gutenberg.org + +1.E.2. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is derived +from the public domain (does not contain a notice indicating that it is +posted with permission of the copyright holder), the work can be copied +and distributed to anyone in the United States without paying any fees +or charges. If you are redistributing or providing access to a work +with the phrase "Project Gutenberg" associated with or appearing on the +work, you must comply either with the requirements of paragraphs 1.E.1 +through 1.E.7 or obtain permission for the use of the work and the +Project Gutenberg-tm trademark as set forth in paragraphs 1.E.8 or +1.E.9. + +1.E.3. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is posted +with the permission of the copyright holder, your use and distribution +must comply with both paragraphs 1.E.1 through 1.E.7 and any additional +terms imposed by the copyright holder. Additional terms will be linked +to the Project Gutenberg-tm License for all works posted with the +permission of the copyright holder found at the beginning of this work. + +1.E.4. Do not unlink or detach or remove the full Project Gutenberg-tm +License terms from this work, or any files containing a part of this +work or any other work associated with Project Gutenberg-tm. + +1.E.5. Do not copy, display, perform, distribute or redistribute this +electronic work, or any part of this electronic work, without +prominently displaying the sentence set forth in paragraph 1.E.1 with +active links or immediate access to the full terms of the Project +Gutenberg-tm License. + +1.E.6. You may convert to and distribute this work in any binary, +compressed, marked up, nonproprietary or proprietary form, including any +word processing or hypertext form. However, if you provide access to or +distribute copies of a Project Gutenberg-tm work in a format other than +"Plain Vanilla ASCII" or other format used in the official version +posted on the official Project Gutenberg-tm web site (www.gutenberg.org), +you must, at no additional cost, fee or expense to the user, provide a +copy, a means of exporting a copy, or a means of obtaining a copy upon +request, of the work in its original "Plain Vanilla ASCII" or other +form. Any alternate format must include the full Project Gutenberg-tm +License as specified in paragraph 1.E.1. + +1.E.7. Do not charge a fee for access to, viewing, displaying, +performing, copying or distributing any Project Gutenberg-tm works +unless you comply with paragraph 1.E.8 or 1.E.9. + +1.E.8. You may charge a reasonable fee for copies of or providing +access to or distributing Project Gutenberg-tm electronic works provided +that + +- You pay a royalty fee of 20% of the gross profits you derive from + the use of Project Gutenberg-tm works calculated using the method + you already use to calculate your applicable taxes. The fee is + owed to the owner of the Project Gutenberg-tm trademark, but he + has agreed to donate royalties under this paragraph to the + Project Gutenberg Literary Archive Foundation. Royalty payments + must be paid within 60 days following each date on which you + prepare (or are legally required to prepare) your periodic tax + returns. Royalty payments should be clearly marked as such and + sent to the Project Gutenberg Literary Archive Foundation at the + address specified in Section 4, "Information about donations to + the Project Gutenberg Literary Archive Foundation." + +- You provide a full refund of any money paid by a user who notifies + you in writing (or by e-mail) within 30 days of receipt that s/he + does not agree to the terms of the full Project Gutenberg-tm + License. You must require such a user to return or + destroy all copies of the works possessed in a physical medium + and discontinue all use of and all access to other copies of + Project Gutenberg-tm works. + +- You provide, in accordance with paragraph 1.F.3, a full refund of any + money paid for a work or a replacement copy, if a defect in the + electronic work is discovered and reported to you within 90 days + of receipt of the work. + +- You comply with all other terms of this agreement for free + distribution of Project Gutenberg-tm works. + +1.E.9. If you wish to charge a fee or distribute a Project Gutenberg-tm +electronic work or group of works on different terms than are set +forth in this agreement, you must obtain permission in writing from +both the Project Gutenberg Literary Archive Foundation and Michael +Hart, the owner of the Project Gutenberg-tm trademark. Contact the +Foundation as set forth in Section 3 below. + +1.F. + +1.F.1. Project Gutenberg volunteers and employees expend considerable +effort to identify, do copyright research on, transcribe and proofread +public domain works in creating the Project Gutenberg-tm +collection. Despite these efforts, Project Gutenberg-tm electronic +works, and the medium on which they may be stored, may contain +"Defects," such as, but not limited to, incomplete, inaccurate or +corrupt data, transcription errors, a copyright or other intellectual +property infringement, a defective or damaged disk or other medium, a +computer virus, or computer codes that damage or cannot be read by +your equipment. + +1.F.2. LIMITED WARRANTY, DISCLAIMER OF DAMAGES - Except for the "Right +of Replacement or Refund" described in paragraph 1.F.3, the Project +Gutenberg Literary Archive Foundation, the owner of the Project +Gutenberg-tm trademark, and any other party distributing a Project +Gutenberg-tm electronic work under this agreement, disclaim all +liability to you for damages, costs and expenses, including legal +fees. YOU AGREE THAT YOU HAVE NO REMEDIES FOR NEGLIGENCE, STRICT +LIABILITY, BREACH OF WARRANTY OR BREACH OF CONTRACT EXCEPT THOSE +PROVIDED IN PARAGRAPH 1.F.3. YOU AGREE THAT THE FOUNDATION, THE +TRADEMARK OWNER, AND ANY DISTRIBUTOR UNDER THIS AGREEMENT WILL NOT BE +LIABLE TO YOU FOR ACTUAL, DIRECT, INDIRECT, CONSEQUENTIAL, PUNITIVE OR +INCIDENTAL DAMAGES EVEN IF YOU GIVE NOTICE OF THE POSSIBILITY OF SUCH +DAMAGE. + +1.F.3. LIMITED RIGHT OF REPLACEMENT OR REFUND - If you discover a +defect in this electronic work within 90 days of receiving it, you can +receive a refund of the money (if any) you paid for it by sending a +written explanation to the person you received the work from. If you +received the work on a physical medium, you must return the medium with +your written explanation. The person or entity that provided you with +the defective work may elect to provide a replacement copy in lieu of a +refund. If you received the work electronically, the person or entity +providing it to you may choose to give you a second opportunity to +receive the work electronically in lieu of a refund. If the second copy +is also defective, you may demand a refund in writing without further +opportunities to fix the problem. + +1.F.4. Except for the limited right of replacement or refund set forth +in paragraph 1.F.3, this work is provided to you 'AS-IS', WITH NO OTHER +WARRANTIES OF ANY KIND, EXPRESS OR IMPLIED, INCLUDING BUT NOT LIMITED TO +WARRANTIES OF MERCHANTABILITY OR FITNESS FOR ANY PURPOSE. + +1.F.5. Some states do not allow disclaimers of certain implied +warranties or the exclusion or limitation of certain types of damages. +If any disclaimer or limitation set forth in this agreement violates the +law of the state applicable to this agreement, the agreement shall be +interpreted to make the maximum disclaimer or limitation permitted by +the applicable state law. The invalidity or unenforceability of any +provision of this agreement shall not void the remaining provisions. + +1.F.6. INDEMNITY - You agree to indemnify and hold the Foundation, the +trademark owner, any agent or employee of the Foundation, anyone +providing copies of Project Gutenberg-tm electronic works in accordance +with this agreement, and any volunteers associated with the production, +promotion and distribution of Project Gutenberg-tm electronic works, +harmless from all liability, costs and expenses, including legal fees, +that arise directly or indirectly from any of the following which you do +or cause to occur: (a) distribution of this or any Project Gutenberg-tm +work, (b) alteration, modification, or additions or deletions to any +Project Gutenberg-tm work, and (c) any Defect you cause. + + +Section 2. Information about the Mission of Project Gutenberg-tm + +Project Gutenberg-tm is synonymous with the free distribution of +electronic works in formats readable by the widest variety of computers +including obsolete, old, middle-aged and new computers. It exists +because of the efforts of hundreds of volunteers and donations from +people in all walks of life. + +Volunteers and financial support to provide volunteers with the +assistance they need are critical to reaching Project Gutenberg-tm's +goals and ensuring that the Project Gutenberg-tm collection will +remain freely available for generations to come. In 2001, the Project +Gutenberg Literary Archive Foundation was created to provide a secure +and permanent future for Project Gutenberg-tm and future generations. +To learn more about the Project Gutenberg Literary Archive Foundation +and how your efforts and donations can help, see Sections 3 and 4 +and the Foundation information page at www.gutenberg.org + + +Section 3. Information about the Project Gutenberg Literary Archive +Foundation + +The Project Gutenberg Literary Archive Foundation is a non profit +501(c)(3) educational corporation organized under the laws of the +state of Mississippi and granted tax exempt status by the Internal +Revenue Service. The Foundation's EIN or federal tax identification +number is 64-6221541. Contributions to the Project Gutenberg +Literary Archive Foundation are tax deductible to the full extent +permitted by U.S. federal laws and your state's laws. + +The Foundation's principal office is located at 4557 Melan Dr. S. +Fairbanks, AK, 99712., but its volunteers and employees are scattered +throughout numerous locations. Its business office is located at 809 +North 1500 West, Salt Lake City, UT 84116, (801) 596-1887. Email +contact links and up to date contact information can be found at the +Foundation's web site and official page at www.gutenberg.org/contact + +For additional contact information: + Dr. Gregory B. Newby + Chief Executive and Director + gbnewby@pglaf.org + +Section 4. Information about Donations to the Project Gutenberg +Literary Archive Foundation + +Project Gutenberg-tm depends upon and cannot survive without wide +spread public support and donations to carry out its mission of +increasing the number of public domain and licensed works that can be +freely distributed in machine readable form accessible by the widest +array of equipment including outdated equipment. Many small donations +($1 to $5,000) are particularly important to maintaining tax exempt +status with the IRS. + +The Foundation is committed to complying with the laws regulating +charities and charitable donations in all 50 states of the United +States. Compliance requirements are not uniform and it takes a +considerable effort, much paperwork and many fees to meet and keep up +with these requirements. We do not solicit donations in locations +where we have not received written confirmation of compliance. To +SEND DONATIONS or determine the status of compliance for any +particular state visit www.gutenberg.org/donate + +While we cannot and do not solicit contributions from states where we +have not met the solicitation requirements, we know of no prohibition +against accepting unsolicited donations from donors in such states who +approach us with offers to donate. + +International donations are gratefully accepted, but we cannot make +any statements concerning tax treatment of donations received from +outside the United States. U.S. laws alone swamp our small staff. + +Please check the Project Gutenberg Web pages for current donation +methods and addresses. Donations are accepted in a number of other +ways including checks, online payments and credit card donations. +To donate, please visit: www.gutenberg.org/donate + + +Section 5. General Information About Project Gutenberg-tm electronic +works. + +Professor Michael S. Hart was the originator of the Project Gutenberg-tm +concept of a library of electronic works that could be freely shared +with anyone. For forty years, he produced and distributed Project +Gutenberg-tm eBooks with only a loose network of volunteer support. + +Project Gutenberg-tm eBooks are often created from several printed +editions, all of which are confirmed as Public Domain in the U.S. +unless a copyright notice is included. Thus, we do not necessarily +keep eBooks in compliance with any particular paper edition. + +Most people start at our Web site which has the main PG search facility: + + www.gutenberg.org + +This Web site includes information about Project Gutenberg-tm, +including how to make donations to the Project Gutenberg Literary +Archive Foundation, how to help produce our new eBooks, and how to +subscribe to our email newsletter to hear about new eBooks. + + +</pre> + +</body> + +</html> + + |
