summaryrefslogtreecommitdiff
path: root/6000-h
diff options
context:
space:
mode:
Diffstat (limited to '6000-h')
-rw-r--r--6000-h/6000-h.htm15469
1 files changed, 15469 insertions, 0 deletions
diff --git a/6000-h/6000-h.htm b/6000-h/6000-h.htm
new file mode 100644
index 0000000..03f7117
--- /dev/null
+++ b/6000-h/6000-h.htm
@@ -0,0 +1,15469 @@
+<!DOCTYPE HTML PUBLIC "-//W3C//DTD HTML 4.01 Transitional//EN">
+<html>
+<head>
+<META HTTP-EQUIV="Content-Type" CONTENT="text/html; charset=UTF-8">
+<title>
+The Project Gutenberg EBook of Ironia Pozorow, by Maciej hr. Lubienski
+</title>
+</head>
+
+<body>
+
+
+<pre>
+
+The Project Gutenberg EBook of Ironia Pozorow, by Maciej hr. Lubienski
+
+This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with
+almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or
+re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included
+with this eBook or online at www.gutenberg.org
+
+
+Title: Ironia Pozorow
+
+Author: Maciej hr. Lubienski
+
+Posting Date: May 2, 2013 [EBook #6000]
+Release Date: June, 2004
+First Posted: September 22, 2002
+
+Language: Polish
+
+Character set encoding: UTF-8
+
+*** START OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK IRONIA POZOROW ***
+
+
+
+
+Produced by Michalina Makowska, Eve Sobol, and Julia Jezierska.
+
+
+
+
+
+</pre>
+
+
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Title: "Ironia Pozorów"</p>
+
+<p>Author: Maciej hr. &#321;ubie&#324;ski</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>PROLOG</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Dnia&#322;o...</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Leniwo, sennie pierzcha&#322;y mg&#322;y przezrocze,
+tul&#261;ce si&#281; dot&#261;d w niemej pieszczocie do &#347;cian wielkiego
+grodu i wodnej, p&#322;yn&#261;cej u stóp jego fali.</p>
+
+<p>Wreszcie - znik&#322;y...</p>
+
+<p>Na wzgórzu ukaza&#322;o si&#281; miasto. Z wysoka, iglicami
+katedry, licznymi gmachami i z&#380;ó&#322;k&#322;&#261; zieleni&#261; ogrodów
+przejrza&#322;o si&#281; dumnie w nurtach szarych rzeki, a po szybach okien
+domów jego zamigota&#322; równocze&#347;nie pierwszy bladawy promyk chmurnego
+jesiennego &#347;witu.</p>
+
+<p>Na poddaszach krytego ceg&#322;&#261; staromiejskiego domku
+nieprzes&#322;oni&#281;te niczem okno jedno za&#347;mia&#322;o si&#281; weselej
+od innych do matowego porannego &#347;wiat&#322;a. Ciekawie do wn&#281;trza
+facyatki w&#347;lizn&#261;&#322; si&#281; brzask sm&#281;tny.</p>
+
+<p>W pokoiku, o paru najniezb&#281;dniejszych tylko
+sprz&#281;tach, na razie nie by&#322;o nikogo.</p>
+
+<p>Po&#347;ciel nienaruszona bieli&#322;a si&#281;
+do&#347;&#263; schludnie, wszystko woko&#322;o za&#347; wskazywa&#322;o
+wyra&#378;nie, i&#380; w&#322;a&#347;ciciela siedziby tej od wczoraj ju&#380;
+nie by&#322;o, puls bowiem kie&#322;kuj&#261;cej tu jakiego&#347; jednego
+&#380;ycia, zastyg&#322;y w panuj&#261;cym wsz&#281;dzie nieporz&#261;dku,
+wyra&#378;nie oczekiwa&#263; si&#281; zdawa&#322; cierpliwie na swego pana i w&#322;adc&#281;.</p>
+
+<p>Tymczasem za&#347; tylko po niezamiecionych k&#261;tach
+b&#322;&#261;ka&#322;y si&#281; pustka i nuda, a nietrudno by&#322;o
+domy&#347;le&#263; si&#281;, &#380;e bieda w swej ziemskiej w&#281;drówce
+zagl&#261;da&#263; tu nieraz musia&#322;a...</p>
+
+<p>Go&#347;cin&#281; jej bowiem zdradza&#322;o tutaj -
+wszystko. A wi&#281;c i ubo&#380;yzna mebli i atmosfera jaka&#347; duszna,
+wreszcie to co&#347; niewidzialnego, nieokre&#347;lonego, z k&#261;tów, ze
+&#347;cian, zewsz&#261;d, wyzieraj&#261;cego, co, jak widma cie&#324;, szeptem
+jakby, mówi wci&#261;&#380; o sobie i &#322;zawo si&#281; skar&#380;y.</p>
+
+<p>W
+przedziwnie zgodnej, panuj&#261;cej tu ogólnie harmonii szarzyzny, melancholii
+i smutku, d&#378;wi&#281;cza&#322;a jednak, drga&#322;a, niby u&#347;mieszek
+radosny, jasny, nuta weselsza. By&#322;a za&#347; ni&#261; stoj&#261;ca w rogu
+pokoju, na komódce staro&#347;wieckiej, zniszczonej, w inkrustowane, wykwintne
+ramy oprawna fotografia gabinetowa m&#322;odej dziewczyny, ku której z obok
+stoj&#261;cej szklaneczki ma&#322;ej wychyla&#322;a si&#281; pieszczotliwie w
+rozkwicie swym &#347;liczna aksamitna p&#261;sowa &#347;wie&#380;a ró&#380;a.</p>
+
+<p>Dziewcz&#281; i ró&#380;a patrzy&#322;y na siebie, lecz
+królowa kwiatów z s&#261;siedztwa swego dumn&#261; by&#263; tylko mog&#322;a.</p>
+
+<p>Z martwej bowiem kartki kartonu, spogl&#261;da&#322;a na
+&#347;wiat du&#380;emi oczyma cudna twarz dziewczyny, a zakl&#281;ty w rysach i
+uk&#322;adzie ca&#322;ej postaci nieuj&#281;ty jaki&#347; wdzi&#281;k - ta
+si&#322;a najwi&#281;ksza kobiety, oporna na lata i burze &#380;ycia, &#347;wie&#380;a
+zawsze, jak kwiecie wiosny - sz&#322;a na widza i chwyta&#322;a go za serce,
+czaruj&#261;c natychmiast swem s&#322;abem b&#261;d&#378; co b&#261;d&#378;
+tylko artyzmu ludzkiego odbiciem.</p>
+
+<p>Odosobnienie za&#347; wyra&#378;ne rogu izdebki, gdzie
+sta&#322;a fotografia, od otaczaj&#261;cych i rozrzuconych po pokoju
+sprz&#281;tów, oraz pewna czysto&#347;&#263; staranna, cechuj&#261;ca to
+miejsce - &#347;wiadczy&#322;y sob&#261; równie&#380; a&#380; nadto, &#380;e
+nieobecny w&#322;a&#347;ciciel mieszkanka tego dba&#322; wielce o ten
+zak&#261;tek, zdradzaj&#261;c przytem, &#380;e i on w biedzie swej mia&#322;
+mo&#380;e jak&#261;&#347; chwilk&#281; jasn&#261;, jakie&#347; swoje
+marzenie!...</p>
+
+<p>Tak,niew&#261;tpliwie!...</p>
+
+<p>Si&#322;a bowiem jakby ukryta, a nieuj&#281;ta jednocze&#347;nie
+i dziwna, bi&#322;a od tego k&#261;cika pami&#261;tek; zdawa&#322; si&#281;
+by&#263; on jedynym u&#347;miechem smutnego zk&#261;din&#261;d tu bytu i jedyna
+równie&#380; kapliczka, nik&#322;ego z&#322;udnego zapewne jakiego&#347;
+szcz&#281;&#347;cia, ale zawsze - szcz&#281;&#347;cia.</p>
+
+<p>W szar&#261; n&#281;dz&#281; istnienia &#8222;pana",
+zamkni&#281;tej w tych &#347;cianach biedy, &#380;ycie wpl&#261;ta&#322;o
+wida&#263; jak&#261;&#347; ni&#263; z&#322;ot&#261;, rzuci&#322;o na
+os&#322;od&#281; hojnie i lito&#347;ciwie p&#281;k duchowych promieni!...</p>
+
+<p>Tymczasem w ciszy izdebki nie przerywa&#322;o nic
+zgo&#322;a... Przez ma&#322;e okienko wida&#263; tu by&#322;o spi&#281;trzone
+dachy z czerwonej ceg&#322;y, kominy; dalej, w dole, srebrzy&#322;a si&#281;
+rzeka, a &#347;rodkiem niej cicho sun&#281;&#322;a w&#322;a&#347;nie berlinka,
+zd&#261;&#380;aj&#261;c ku miejskiej przystani.</p>
+
+<p>Z wie&#380;y której&#347; z poblizkich
+&#347;wi&#261;ty&#324; w ogólnem milczeniu melodyjnie rozleg&#322; si&#281;
+niebawem d&#378;wi&#281;k sygnaturki porannej. Monotonne nieco
+pop&#322;yn&#281;&#322;o w dal echo z dzwonu, a zawtórowa&#322;y mu wkrótce
+&#347;wistawki licznych fabryk, turkot wozów z mlekiem i pieczywem, oraz inne,
+p&#322;yn&#261;ce zewsz&#261;d odg&#322;osy.</p>
+
+<p>Powolnie budzi&#322;o si&#281; ju&#380; miasto.</p>
+
+<p>Kr&#281;tymi uliczkami staromiejskiej dzielnicy
+zd&#261;&#380;a&#322; krokiem równym i szybkim ku opisanej powy&#380;ej
+siedziby swojej m&#322;ody m&#281;&#380;czyzna, ros&#322;y i gibki, ubrany w
+jesienne palto i pognieciony mi&#281;kki kastrowy kapelusz, nadaj&#261;cy
+&#347;niademu obliczu jego i bujnemu zarostowi wyra&#378;ny typ jakby po&#322;udniowca
+z Zachodu. Szed&#322; on, pogwizduj&#261;c z cicha, z r&#281;kami w
+kieszeniach, zamy&#347;lony, a po wymini&#281;ciu kilku przechodniów,
+skr&#281;ciwszy w uliczk&#281; w&#261;zk&#261; i g&#322;uch&#261;, znalaz&#322;
+si&#281; na niej sam zupe&#322;nie.</p>
+
+<p>Po chwili jednak z poza w&#281;g&#322;a
+staro&#347;wieckiego domu, tworz&#261;cego róg tej ulicy, wysun&#281;&#322;a
+si&#281; pewna posta&#263; i pocz&#281;&#322;a i&#347;&#263; w &#347;lad za
+nim.</p>
+
+<p>By&#322;a to biedna jaka&#347; babina, a sna&#263; nieco
+podpita, bo zataczaj&#261;c si&#281; z lekka, krzykliwie
+pod&#347;piewywa&#322;a co&#347; sobie. Ma&#322;a, kr&#281;pa, okr&#281;cona
+czerwon&#261; we&#322;nian&#261; chustk&#261; i w takiej&#380;e spódnicy,
+ko&#322;ysa&#322;a si&#281; ona zabawnie, przystaj&#261;c co kroków kilka, i
+niby baletnica szybko wykr&#281;caj&#261;c si&#281; na jednej nodze.</p>
+
+<p>W swe ko&#347;ciste r&#281;ce spódnic&#281;
+ujmowa&#322;a przytem pociesznym ruchem, a z pe&#322;n&#261; komizmu
+gracy&#261; unosz&#261;c j&#261; wyra&#378;niej i g&#322;o&#347;niej
+powtarza&#322;a ostatni&#261; piosenki zwrotk&#281;, i sz&#322;a dalej, aby w
+par&#281; minut ponownie wykona&#263; te&#380; same identycznie produkcye.</p>
+
+<p>Id&#261;cy ulic&#261; m&#281;&#380;czyzna
+przystan&#261;&#322; i patrza&#322; ciekawie na babin&#281;, wkrótce jednak,
+znudzony, oboj&#281;tnie odwróci&#322; si&#281; i pocz&#261;&#322;
+i&#347;&#263; dalej.</p>
+
+<p>W tej samej chwili pos&#322;ysza&#322; za sob&#261; wo&#322;anie:</p>
+
+<p>- Hej, panoczku, panoczku! Stójcie-no ino tam,
+stójcie!...</p>
+
+<p>M&#322;ody cz&#322;owiek odwróci&#322; si&#281;  i ujrza&#322; zmierzaj&#261;c&#261; ku niemu
+kobiecin&#281;; trzyma&#322;a co&#347; w r&#281;ku i kiwa&#322;a na&#324;.
+Zdziwiony podszed&#322; bli&#380;ej i zapyta&#322;:</p>
+
+<p>- Có&#380; to, czegó&#380; ode mnie chcecie?</p>
+
+<p>Babina za&#347;, podaj&#261;c mu jaki&#347; przedmiot,
+obja&#347;ni&#322;a:</p>
+
+<p>- A dy&#263; zgubili&#347;ta to panoczku!... Przez
+ma&#322;a psewróci&#322;abym se bez t&#281; torb&#281;...</p>
+
+<p>Nieznajomy machinalnie uj&#261;&#322; w r&#281;k&#281;,
+co mu dawano.</p>
+
+<p>Trzyma&#322; pugilares du&#380;y, ci&#281;&#380;ki i
+elegancki; by&#322; on ze skóry koloru wi&#347;niowego i mile dotkni&#281;ciem
+swem pie&#347;ci&#322;.</p>
+
+<p>Na ten widok zarumienione od porannego ch&#322;odu
+oblicze m&#322;odzie&#324;ca zblad&#322;o, r&#281;ka mu zadr&#380;a&#322;a
+nerwowo, a na ustach, które z lekka poruszy&#322;y si&#281; niedostrzegalnie,
+zamar&#322;y, jakby niewypowiedziane jakie&#347; s&#322;owa.</p>
+
+<p>Jednocze&#347;nie spojrzenie jego du&#380;ych ciemnych
+oczu obrzuci&#322;o badawczo uliczk&#281;: wokó&#322; nie by&#322;o nikogo,
+tylko zapuszczone story licznych okien u domów patrzy&#322;y przed siebie
+martwem okiem - w ciszy u&#347;pienia jeszcze drzema&#322;o tu miasto.</p>
+
+<p>Przenikliwy, rozumny wzrok nieznajomego
+spocz&#261;&#322; z kolei na twarzy stoj&#261;cej przed nim kobieciny, i
+zatrzyma&#322; si&#281; na niej d&#322;ug&#261; chwil&#281;...</p>
+
+<p>Zdawa&#322;a si&#281; ona by&#263; ze wsi, a Bogu
+dusz&#281; winna, uciera&#322;a w tej chwili swój nos zamaszy&#347;cie,
+nieestetycznym i prymitywnym, ludowi naszemu w&#322;a&#347;ciwym sposobem,
+mrugaj&#261;c równocze&#347;nie ma&#322;emi, zasz&#322;emi krwi&#261;, jak u
+królika, oczkami. Niew&#261;tpliwie by&#322;a przytem powesela&#322;&#261; od
+trunku, a nie pijan&#261; przed chwil&#261; wida&#263;
+&#347;piewaj&#261;c&#261; tylko - tak sobie, gwoli zado&#347;&#263;uczynienia
+nastrojowi swemu, czy te&#380; mo&#380;e zbytkowi przyrodzonego temperamentu.</p>
+
+<p>- Dzi&#281;kuj&#281; wam! - Lakonicznie rzuci&#322;
+nagle nieznajomy, prosto w piegowat&#261; i czerwon&#261; twarz babiny i
+odwróciwszy si&#281; z po&#347;piechem, podniós&#322; ko&#322;nierz paltota,
+wtuli&#322; w niego g&#322;ow&#281;, nasun&#261;&#322; na oczy kapelusz i
+pocz&#261;&#322; i&#347;&#263; bardzo szybko, wkrótce za&#347; pu&#347;ci&#322;
+si&#281; prawie &#380;e biegiem.</p>
+
+<p>- A to ci leci!... Niby ta elektryka, zrozumienia
+nijakiego niemaj&#261;ca, - zawyrokowa&#322;a g&#322;o&#347;no do siebie,
+wzruszaj&#261;c ramionami, kobiecina.</p>
+
+<p>Ra&#378;no z miejsca ruszy&#322;a i &#347;piewa&#263;
+znowu pocz&#281;&#322;a, echo za&#347; jej piosenki, odbiwszy si&#281; o mury
+charakterystycznych, przygarbionych wiekiem kamienic Starego Miasta -
+pogna&#322;o za nikn&#261;cym ju&#380; w g&#322;&#281;bi uliczki
+m&#281;&#380;czyzn&#261;, ostatni&#261; sw&#261;, dwukrotnie powtórzon&#261;,
+zwrotk&#261;:</p>
+
+<p>
+&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp; "A kto kocha, ten jest zdrów,<br>
+&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp; A kto kocha -  ten jest zdrów...";</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Zgrzytn&#261;&#322; klucz w zamku cichej facyatki,
+otworzy&#322;y si&#281; gwa&#322;townie drzwiczki, i na progu stan&#261;&#322;
+w&#322;a&#347;ciciel tego mieszkanka. Od powiewu, wywo&#322;anego pr&#261;dem
+powietrza, zadr&#380;a&#322;y firanki u ma&#322;ego okienka, ze szklanego za&#347;
+kielicha pochyli&#322;a si&#281; ku fotografii m&#322;odej dziewczyny ró&#380;a
+aksamitna, jakby pragn&#261;c z ni&#261; wspólnie powita&#263; pana swego.</p>
+
+<p>- Nareszcie!... - wyszepta&#322;y z ulg&#261; usta
+przyby&#322;ego i ruchem nerwowym, zamkn&#261;wszy cicho drzwi za sob&#261;,
+przekr&#281;ci&#322; klucz w zamku.</p>
+
+<p>Rzecz dziwna - natychmiast w czterech &#347;cianach
+smutnej dot&#261;d izdebki zrobi&#322;o si&#281; jako&#347; weselej i
+ja&#347;niej!...</p>
+
+<p>M&#322;odo&#347;&#263; bowiem i si&#322;a sz&#322;y,
+bi&#322;y od m&#322;odego mieszka&#324;ca facyatki, i niby brakuj&#261;cy
+promie&#324; &#347;wiat&#322;a, o&#380;ywi&#322;y, zda si&#281;, wn&#281;trze
+poddasza.</p>
+
+<p>Rzuciwszy kapelusz i paltot na krzes&#322;o,
+m&#322;odzieniec bacznie rozejrza&#322; si&#281; po swym pokoiku, a
+zmarszczywszy brwi i jakby co&#347; rozwa&#380;aj&#261;c, pozosta&#322; w
+pozycyi stoj&#261;cej d&#322;u&#380;sz&#261; chwil&#281;.</p>
+
+<p>Poruszy&#322; si&#281; jednak niebawem i podszed&#322;
+do drzwi, nads&#322;uchuj&#261;c równocze&#347;nie. Postawszy za&#347; tam
+minut par&#281;, zbli&#380;y&#322; si&#281; nast&#281;pnie do okna, a
+wpatrzywszy si&#281; w nie przez sekund&#281; mo&#380;e, po krótkiem wahaniu,
+powolnym ruchem spu&#347;ci&#322; rolet&#281;.</p>
+
+<p>Szarawa ciemno&#347;&#263; zaleg&#322;a izdebk&#281;.</p>
+
+<p>M&#322;odzieniec podszed&#322; do kanapy, przed
+któr&#261; sta&#322; stoliczek mahoniowy, i usiad&#322;. Wkrótce w ciszy
+rozleg&#322; si&#281; zgrzyt zapa&#322;ki. Po chwili ma&#322;a lampka
+o&#347;wietla&#322;a ju&#380; poddasze, m&#322;ody cz&#322;owiek za&#347;, raz
+jeszcze obejrzawszy si&#281; wko&#322;o, szybko, si&#281;gn&#261;&#322; do
+kieszeni swego ubrania.</p>
+
+<p>Nerwowo, &#347;piesznie wydoby&#322; stamt&#261;d
+wr&#281;czony niedawno portfel skórzany i, z b&#322;yskiem ciekawo&#347;ci w
+oczach roztworzywszy go, po&#322;o&#380;y&#322; na stole.</p>
+
+<p>Z sze&#347;ciu, zapi&#281;tych ma&#322;emi klapkami,
+przedzia&#322;ów z&#322;o&#380;ony, z wielk&#261; spodni&#261;, id&#261;c&#261;
+przez ca&#322;&#261; d&#322;ugo&#347;&#263; jego kieszeni&#261;, w oczekiwaniu,
+cicho, pugilares patrze&#263; si&#281; zdawa&#322; na siedz&#261;cego
+m&#281;&#380;czyzn&#281;...</p>
+
+<p>R&#281;ce jego jednak, dotkn&#261;wszy si&#281; tylko pobie&#380;nie
+wype&#322;nionych kryjówek, zatrzyma&#322;y si&#281; chwil&#281; bezczynnie, a
+na nerwowej twarzy odbi&#322;o zdumienie, po&#322;&#261;czone jakby z
+przestrachem.</p>
+
+<p>-
+Jak to, wi&#281;c tak du&#380;o tu czego&#347;? -mówi&#322;y wyra&#378;nie
+wielkie, wyrazu pe&#322;ne oczy m&#322;odzie&#324;ca, i jednocze&#347;nie
+pyta&#263; si&#281; zdawa&#322;y niepewne: - Czy tylko to aby pieni&#261;dze?..</p>
+
+<p>I
+dziwna reakcya odbywa&#322;a si&#281; w duszy jego. </p>
+
+<p>Gdy kr&#281;temi uliczkami lecia&#322;
+do swego mieszkanka, pali&#322;a go ch&#281;&#263; ujrzenia, co zawiera
+portfel, a obecnie?... L&#281;k oto jaki&#347; niewyt&#322;umaczony
+zaw&#322;adn&#261;&#322; nim nagle.</p>
+
+<p>Przeczucie mówi&#322;o mu
+wyra&#378;nie, &#380;e tu, przed nim, w pugilaresie tym, ukryty na razie od
+oczu ludzkich, mie&#347;ci&#322; si&#281; maj&#261;tek mo&#380;e, tkwi&#322;
+pieni&#261;dz - ten talizman ludzkiego dobrobytu i szcz&#281;&#347;cia, drzema&#322;a
+&#347;wiata tego pot&#281;ga - z&#322;oto...</p>
+
+<p>A jednak nie poruszy&#322; on
+dot&#261;d wcale portfelu... Dlaczego?</p>
+
+<p>Bo z przeczuciem bogactw, które
+czeka&#263; si&#281; zdawa&#322;y tylko dotkni&#281;cia jego, czu&#322; dobrze,
+zdawa&#322; sobie on spraw&#281; z czego&#347; innego równie&#380;.</p>
+
+<p>To by&#322;a w&#322;asno&#347;&#263;
+cudza!...</p>
+
+<p>Upomn&#261; si&#281; o ni&#261;
+niew&#261;tpliwie; on za&#347;, nie wiedz&#261;c, co si&#281; tam znajduje,
+mo&#380;eby móg&#322; jeszcze, pomimo swej n&#281;dzy, zwróci&#263;
+w&#322;a&#347;cicielowi ten oto przedmiot, czy uczyni to jednak, unurzawszy
+r&#281;ce w zawarto&#347;ci jego?</p>
+
+<p>Z r&#281;k&#261; na portfelu
+opart&#261; m&#281;&#380;czyzna zamy&#347;li&#322; si&#281; bardziej jeszcze.</p>
+
+<p>Wszak, cho&#263; z pozoru wesó&#322; i
+syty, nie posiada&#322; on w istocie na razie z&#322;amanego szel&#261;ga przy
+duszy. Ostatnie pieni&#261;dze wyda&#322; na bilet kolejowy, który
+pozwoli&#322; mu wróci&#263; w &#347;ciany poddasza z wczorajszej zamiejskiej
+wycieczki, zwi&#261;zanej z nadziej&#261; otrzymania posady.</p>
+
+<p>Nie otrzyma&#322; jej - wraca&#322; z
+niczem; g&#322;odne dzisiaj ju&#380; teraz pytaj&#261;co zagl&#261;da&#322;o mu
+w oczy zimnem nieub&#322;aganem spojrzeniem.</p>
+
+<p>A tu, przed nim!...</p>
+
+<p>M&#322;odzieniec zerwa&#322; si&#281;
+z kanapki i przebieg&#322; pokój kilka razy. Nagle, wytrzyma&#263; snad&#378;
+ju&#380; nie mog&#261;c, pochwyci&#322; w dr&#380;&#261;ce r&#281;ce
+le&#380;&#261;cy portfel i rozpi&#261;&#322; ruchem gwa&#322;townym po kolei
+wszystkie jego kieszonki...</p>
+
+<p>I oto z jednego przedzia&#322;u
+natychmiast z przyciszonym brz&#281;kiem posypa&#322;y si&#281; na
+wyszarza&#322;&#261; serwet&#281; stolika rulony z&#322;ota,
+b&#322;yszcz&#261;ce, nowe - zamigota&#322;y w niepewnem &#347;wietle lampy i
+u&#322;o&#380;y&#322;y si&#281; cicho... W &#347;lad za nimi z innych kieszonek
+portfelu z szelestem wypad&#322;y pliki storublówek, w opaskach, a z kryjówki
+jego spodniej wysun&#281;&#322;y si&#281; do po&#322;owy wielkie kwadraty
+pi&#281;&#263;setrublówek!...</p>
+
+<p>Wi&#281;c nie by&#322;o to urojeniem,
+marzeniem, mrzonk&#261;!.. Rzeczywi&#347;cie zatem drzema&#322; tu
+pieni&#261;dz w swym majestacie!..</p>
+
+<p>M&#322;ody cz&#322;owiek
+odskoczy&#322; od sto&#322;u i wpatrzy&#322; si&#281; w nagromadzon&#261;
+kup&#281; grosza. </p>
+
+<p>Na twarz jego wyst&#261;pi&#322; wyraz
+chciwo&#347;ci i oszpeci&#322; j&#261;, oczy g&#322;&#281;bokie, du&#380;e,
+przybra&#322;y po&#322;ysk koci i wpi&#322;y si&#281; uporczywie w banknoty i
+z&#322;oto.</p>
+
+<p>Po chwili zbli&#380;y&#322; si&#281;
+ponownie do stolika. Lubie&#380;nym ruchem swej delikatnej r&#281;ki
+przesun&#261;&#322; po nagromadzonych pieni&#261;dzach, a po ciele jego
+równocze&#347;nie przelecia&#322; dreszcz.</p>
+
+<p>Jak w&#322;osy pi&#281;knej kobiety,
+jak cia&#322;o jej zmys&#322;owe, aksamitne, pie&#347;ci&#322;y go banknoty...
+Zanurzy&#322; r&#281;k&#281; g&#322;&#281;biej i dotkn&#261;&#322; si&#281;
+z&#322;ota.</p>
+
+<p>Z cichym brz&#281;kiem rozsypa&#322;o
+si&#281; ono w strumyk b&#322;yszcz&#261;cy, a nim do g&#322;&#281;bi ponownie
+wstrz&#261;sn&#261;&#322; dreszcz.</p>
+
+<p>Nigdy w &#380;yciu swem nie mia&#322;
+tyle pieni&#281;dzy u siebie. Fortuna zawsze impertynencko odwraca&#322;a
+si&#281; od niego, szcz&#281;&#347;cie dotychczas ucieka&#322;o ode&#324;
+równie&#380;, jak od zapowietrzonego, pieni&#261;dz za&#347;, drwi&#261;co
+unosz&#261;c si&#281; w niedost&#281;pnych dla&#324; wy&#380;ynach,
+niepochwytny, szyderczy - stroni&#322; od niego stale.</p>
+
+<p>M&#322;odzieniec przesuwa&#322;
+wci&#261;&#380; machinalnie r&#281;k&#261; po storublówkach. Przed oczyma
+miga&#322;y mu wizerunki, podpisy na banknotach, z&#322;ote imperya&#322;y
+zimnym dotykiem g&#322;aska&#322;y jego d&#322;o&#324;...</p>
+
+<p>Wyrwawszy r&#281;k&#281; wreszcie z
+pieszczotliwego u&#347;cisku z&#322;ota, m&#281;&#380;czyzna pochwyci&#322;
+nagle pliki storublówek i liczy&#263; pocz&#261;&#322;.</p>
+
+<p>Dr&#380;&#261;ce r&#281;ce jego bra&#322;y
+i porzuca&#322;y co chwila zwitki banknotów; szelest papieru, zduszony
+d&#378;wi&#281;k monety zagra&#322;y w ciszy izdebki, zdziwi&#322;y te biedne
+&#347;ciany, tak zdawna odwyk&#322;e od brz&#281;ku pieni&#281;dzy,
+wyganiaj&#261;c, zdawa&#322;o si&#281;, bied&#281;, przykuc&#322;&#261;
+gdzie&#347; w k&#261;cie, z legowiska swego. I widmo jej w &#322;achmanach
+znikn&#281;&#322;o przestraszone, wygnane szmerem poddanych Z&#322;otego Cielca
+- umkn&#281;&#322;o, szukaj&#261;c gdzie indziej schronienia.</p>
+
+<p>A m&#322;ody cz&#322;owiek
+wci&#261;&#380; liczy&#322;... Teraz d&#322;o&#324; jego dotyka&#322;a zwitka
+pi&#281;&#263;setrublówek. By&#322;o ich dwadzie&#347;cia.</p>
+
+<p>Ciemny rumieniec powoli
+wyst&#281;powa&#322; na &#347;niad&#261; twarz m&#322;odzie&#324;ca, oczy
+za&#347; jego pali&#322;y si&#281; bezustannie chciwo&#347;ci niezdrowym
+blaskiem.</p>
+
+<p>W papierach i z&#322;ocie, z
+pewn&#261;, drobn&#261; tylko ró&#380;nic&#261;, by&#322;o wszystkiego
+dwadzie&#347;cia siedem tysi&#281;cy.</p>
+
+<p>M&#322;odzieniec odst&#261;pi&#322; od
+sto&#322;u i wolno z rozmys&#322;em pocz&#261;&#322; przechadza&#263; si&#281;
+po izdebce.</p>
+
+<p>- Dwadzie&#347;cia i siedem
+tysi&#281;cy!.. Dwadzie&#347;cia i siedem...</p>
+
+<p>Powtarzaj&#261;c si&#281; bezustanku,
+w g&#322;owie jego hucza&#322;a i wraca&#322;a my&#347;l jedna, a
+dziesi&#261;tki innych gin&#281;&#322;y, topi&#322;y si&#281; tylko w niej, jak
+w chaosie, zanika&#322;y - milk&#322;y... </p>
+
+<p>On zatem, który prócz jedynego na
+sobie odzienia i tych paru sprz&#281;tów woko&#322;o, nie posiada&#322; nic na
+&#347;wiecie, on - za jednym zamachem móg&#322; sta&#263; si&#281; oto
+w&#322;a&#347;cicielem owych, rozsypanych przed </p>
+
+<p>nim pieni&#281;dzy?..</p>
+
+<p>M&#322;odzieniec zadr&#380;a&#322;.</p>
+
+<p>- A moralno&#347;&#263;? a etyka? To
+w&#322;asno&#347;&#263; nie twoja, to zguba czyja&#347; tylko, ty
+powiniene&#347; pieni&#261;dz ten zwróci&#263;, zwróci&#263;, zwróci&#263;!..
+jak rój owadów nagle zabrzmia&#322;y w uszach m&#281;&#380;czyzny jakie&#347;
+szepty i g&#322;osy.</p>
+
+<p>- Odda&#263;? ha-ha-ha!.. A to
+dlaczego? ciekawym? - zadrwi&#322; rozs&#261;dek zimny natychmiast. - "On
+prend son bien, ou on le trouve." - Znalaz&#322;e&#347; - to twoje! A
+zreszt&#261;, gdyby to samo, co ty, znalaz&#322; by&#322; kto inny, czy
+my&#347;lisz, &#380;e post&#261;pi&#322;by on inaczej?</p>
+
+<p>- Odda&#322;by, odda&#322; na pewno,
+bo chcia&#322;by pozosta&#263; uczciwym!.. - silny g&#322;os prawo&#347;ci rozleg&#322;
+si&#281; &#347;mia&#322;o w duszy m&#281;&#380;czyzny.</p>
+
+<p>Wstrz&#261;sn&#261;&#322; si&#281;
+m&#322;ody mieszkaniec facyatki i przetar&#322; r&#281;k&#261; czo&#322;o, po
+chwili za&#347; zm&#281;czony usiad&#322; na jednym z koszlawych fotelików i,
+podpar&#322;szy g&#322;ow&#281; d&#322;oni&#261;, zaduma&#322; si&#281;
+g&#322;&#281;boko.</p>
+
+<p>A rozum drwi&#322; dalej
+bezlito&#347;nie, zjadliwie, s&#261;cz&#261;c si&#281; kroplami ironii:</p>
+
+<p>- Nie s&#322;uchaj bredni i
+sentymentalnych mrzonek! - szepta&#322;. - Uczciwo&#347;&#263; - frazesa!..
+Któ&#380; naprawd&#281; uczciwym jest w czasach obecnych? Obejrzyj si&#281;
+tylko i wpatrz uwa&#380;nie w ludzi, walcz&#261;cych o byt obok ciebie. Czy&#324;
+wreszcie, jak chcesz... odtr&#261;&#263; &#322;askawy u&#347;miech fortuny!..</p>
+
+<p>Los, odbieraj&#261;c mo&#380;e
+naumy&#347;lnie drugiemu, co mia&#322; zanadto w swym trzosie, pragnie
+dobrotliwy, obdarzy&#263; ciebie, nie chcesz-li?</p>
+
+<p>- Ha, to b&#261;d&#378; sobie zatem
+wspania&#322;omy&#347;lnym, szlachetnym, wielkim! Umieraj z g&#322;odu, b&#261;d&#378;
+g&#322;upim!.. Ale pami&#281;taj, &#380;e gorzkiemi &#322;zami
+&#380;a&#322;owa&#263; kiedy&#347; b&#281;dziesz chwili swojego sza&#322;u -
+pami&#281;taj, &#380;e&#347; biednym!</p>
+
+<p> </p>
+
+<p>Za&#347;mia&#322; si&#281; jeszcze
+rozum szyderczo i umilk&#322;, m&#281;&#380;czyzna za&#347;, zadumany,
+pochyli&#322; si&#281; na krze&#347;le, jakby przygnieciony do ziemi,
+opar&#322;szy przytem &#322;okcie na kolanach, ukry&#322; twarz w d&#322;onie.</p>
+
+<p>Tak, niestety, by&#322; on biednym!..</p>
+
+<p>Straciwszy matk&#281; lat temu
+par&#281;, uczy&#322; si&#281; nast&#281;pnie za granic&#261;: w Niemczech i we
+Francyi. odebrawszy kosztem bogatego stryja wykszta&#322;cenie nie fachowe,
+lecz ogólne i staranne, zdecydowa&#322; si&#281; rok temu w&#322;a&#347;nie
+powróci&#263; do miasta, gdzie ujrza&#322; by&#322; &#347;wiat&#322;o dzienne,
+by zbli&#380;y&#263; si&#281; do dotychczasowego opiekuna swego, a brata
+rodzonego nie&#380;yj&#261;cego ju&#380; ojca.</p>
+
+<p>W m&#322;odzie&#324;czej
+wyobra&#378;ni studenta roi&#322;a si&#281; nawet podówczas nadzieja
+&#347;mia&#322;a ow&#322;adni&#281;cia sercem starego bogacza, aby po
+najd&#322;u&#380;szem &#380;yciu zapisa&#322; mu mienie.</p>
+
+<p>Tembardziej zatem &#347;pieszy&#322;
+si&#281; z swoim wyjazdem, lecz przyby&#322; za pó&#378;no niestety; stryja
+swego ju&#380; nie zasta&#322;.</p>
+
+<p>&#321;o&#380;&#261;cy tylko z
+obowi&#261;zku na studya bratanka, a nie przywi&#261;zany do&#324; zgo&#322;a
+innym, serdeczniejszym w&#281;z&#322;em, par&#281; tygodni temu
+w&#322;a&#347;nie starzec przeniós&#322; si&#281; by&#322; do wieczno&#347;ci,
+zapisawszy ca&#322;y maj&#261;tek na dobroczynne cele.</p>
+
+<p>Nie zastawszy wi&#281;c w mie&#347;cie
+nikogo na razie, kto by go zna&#322; lub pami&#281;ta&#322;, odwa&#380;nie z
+bied&#261; wzi&#261;&#322; si&#281; on wówczas za bary.</p>
+
+<p>Przepisywa&#322; referaty, polisy
+ubezpieczeniowe, dawa&#322; lekcye, czyni&#322;, co tylko móg&#322; i
+zdobywa&#322; miejsce przy biesiadnym, ogólno ludzkim, a tak zazwyczaj
+niego&#347;cinnym stole...</p>
+
+<p>0 ch&#322;odzie i g&#322;odzie
+mija&#322;y mu w ten sposób dnie ca&#322;e, gorycz jednak do &#380;ycia, w
+walce o byt ci&#261;g&#322;ej, nie rozgaszcza&#322;a si&#281; w duszy jego, nie
+maj&#261;cego po prostu czasu w bezbarwnej swej biedzie i gor&#261;czce zarobku
+analizowa&#263; ciemnych stron swego &#380;ywota. Miesi&#281;cy par&#281; temu
+dopiero si&#322;a okoliczno&#347;ci i ludzi, o których ociera&#263; si&#281;
+pocz&#261;&#322;, &#380;al wyklu&#322; mu si&#281; w duszy do &#347;wiata,
+s&#261;cz&#261;c z niej niezadowolenie i gorycz.</p>
+
+<p>Traf &#347;lepy zrz&#261;dzi&#322;
+pewnego dnia, i&#380; spotka&#322; rówie&#347;nika swego z lat dawnych.</p>
+
+<p>Przy wspomnieniu tem ostatniem,
+m&#322;ody mieszkaniec poddasza zmarszczy&#322; brwi i zamy&#347;li&#322;
+si&#281; jeszcze g&#322;&#281;biej, ni&#380; przedtem.</p>
+
+<p>Dawny jego kolega szkolny z kraju i
+zagranicy, Edmund R-ski, potrosze nawet kuzyn i towarzysz zabaw dziecinnych -
+dzi&#347; bywalec stolicznych salonów, ch&#322;opiec zamo&#380;ny,
+zbli&#380;y&#322; si&#281; do niego pierwszy wówczas. By&#322;o to podczas
+karnawa&#322;u, w zimie, w jednej z kawiar&#324;, bardziej ucz&#281;szczanych w
+mie&#347;cie.</p>
+
+<p>Po d&#322;u&#380;szej gaw&#281;dzie i
+rozpami&#281;tywaniu m&#322;odzie&#324;czych lat ubieg&#322;ych, Edumund R-ski
+rzek&#322; mu wtedy:</p>
+
+<p>- Wiesz co, mój drogi? Dobrze si&#281;
+nazywasz, &#322;adne masz maniery, które pozosta&#322;y ci po rodzicach i
+wychowaniu starannem, notabene wcale dobrze i z akcentem mówisz po francusku,
+tandem tedy zaproponowa&#322;bym ci co&#347;... tylko nie obra&#378; si&#281;
+na mnie przypadkiem... Gdyby ci&#281; tak ubra&#263; elegancko, bardzo dobry i okaza&#322;y
+by&#322;by z ciebie tancerz... He, có&#380; ty na to? Proszony
+w&#322;a&#347;nie jestem o m&#322;odzie&#380; do pa&#324;stwa W. na bal,
+pojutrze, chod&#378; ze mn&#261;... Siedzisz i marnujesz si&#281; gdzie&#347; w
+k&#261;cie, qui lo sa, przystojnym jeste&#347;, a nu&#380; podobasz si&#281;
+komu?.. Ja ci pomog&#281; i u&#322;atwi&#281; wszystko...</p>
+
+<p>Od s&#322;owa do s&#322;owa, da&#322;
+si&#281; namówi&#263; wtedy. Otrzymawszy od bogatego i hojnego, oraz uprzejmego
+kuzyna po&#380;yczk&#281;, wyekwipowa&#322; si&#281; i poszed&#322; na bal z
+nim razem.</p>
+
+<p>Edmund R. przeprowadzi&#322; rzecz
+ca&#322;&#261; bardzo zr&#281;cznie. Przedstawiwszy protegowanego swego, nie
+omieszka&#322; przypomnie&#263; wszystkim z osobna o stryju jego,
+filantropijnym zapisodawcy, a tak&#380;e o rodzicach, ongi, przed laty,
+zamo&#380;nych i wp&#322;ywowych. Dobrze wychowanego, eleganckiego i
+mi&#322;ego tancerza zaprasza&#263; pocz&#281;to ch&#281;tnie, tembardziej, i&#380;
+powszechnie wiedziano o przyja&#378;ni jego z Edmundem R., znanym i cenionym
+bywalcem.</p>
+
+<p>M&#322;ody mieszkaniec skromnego
+poddasza poruszy&#322; si&#281; niespokojnie na krze&#347;le i spojrza&#322;
+przed siebie wzrokiem zamglonym, zapatrzonym we wspomnienia w&#322;asne.</p>
+
+<p>Wówczas to, po owym pierwszym balu,
+przest&#261;pi&#322; on zaczarowany dla&#324; dot&#261;d próg salonów i
+zapami&#281;tale bawi&#263; si&#281; pocz&#261;&#322;. &#379;ycie, które
+prowadzi&#322;, upaja&#322;o go. Niepomny jutra - szala&#322;.</p>
+
+<p>Trwa&#322;o to tygodni par&#281;, i
+nagle sko&#324;czy&#322;o si&#281; wszystko... Edmund R-ski, wezwany
+telegraficznie do umieraj&#261;cej siostry za granic&#281;, wyjecha&#322;,
+pieni&#261;dze wyczerpa&#322;y si&#281; równocze&#347;nie, a zaniedbana czasowo
+jego w&#322;asna zarobkowa praca wysun&#281;&#322;a mu si&#281; z r&#261;k;
+kto&#347; inny, tak&#380;e potrzebuj&#261;cy biedak, zast&#261;pi&#322; go.</p>
+
+<p>W okienko facyatki karnawa&#322;owicza
+zajrza&#322; g&#322;ód; po wizytach i balach pozosta&#322; w pami&#281;ci jego
+tylko chaos ogólny - wra&#380;enie chwil rozkosznie jakby prze&#347;nionych, i
+jedno wspomnienie trwa&#322;e.</p>
+
+<p>Oczy m&#322;odego m&#281;&#380;czyzny
+zadumane, w tej chwili b&#322;yszcz&#261;ce i jakby tkliwe, skierowa&#322;y
+si&#281; w róg izdebki, gdzie w pó&#322;&#347;wietle lampy majaczy&#322;a
+fotografia.</p>
+
+<p>Naby&#322; j&#261; u fotografa i
+niemal codziennie stroi&#322; w kwiaty; przedstawia&#322;a za&#347; ona
+eleganck&#261; pann&#281; z towarzystwa, córk&#281; ukrai&#324;skiego magnata,
+b&#322;yszcz&#261;c&#261; ubieg&#322;ego karnawa&#322;u w salonach pi&#281;kno&#347;ci&#261;,
+dowcipem, otoczona rojem wielbicieli, a któr&#261; pokocha&#322; uczuciem
+mi&#322;o&#347;ci pierwszej - prawdziwej.</p>
+
+<p>Dla niej rzuci&#322; si&#281; w wir
+czczych zabaw bez &#347;rodków po temu, bez pami&#281;ci...</p>
+
+<p>Odepchni&#281;temu tward&#261;
+r&#281;k&#261; biedy od rydwanu bawi&#261;cego si&#281; &#347;wiata -
+przes&#322;oni&#281;tego w pami&#281;ci jego gaz&#261; u&#322;udn&#261;,
+mieni&#261;cego si&#281; setkami odcieni i blasków - pozosta&#322;y tylko
+wspomnienia dr&#281;cz&#261;ce, rozkoszne, kilkunastu rozmów, ta&#324;ców,
+u&#347;cisków d&#322;oni, spojrze&#324;... i - nabyta za pieni&#261;dz
+w&#322;asny fotografia pi&#281;knej dziewczyny.</p>
+
+<p>Mydlana ba&#324;ka z&#322;udna -
+marzenie!..</p>
+
+<p>Siedz&#261;cy wci&#261;&#380; w
+zamy&#347;leniu przed stolikiem m&#322;odzieniec g&#322;ow&#281; pochyli&#322;
+i ponownie ukry&#322; j&#261; w d&#322;onie. Niby na jawie, przed oczyma
+&#380;ywo stan&#261;&#322; mu bal ostatni... W jarz&#261;cej si&#281;
+&#347;wiate&#322; powodzi, w&#347;ród ko&#322;ysz&#261;cych si&#281; w takt melodyjnego
+walca par, sun&#281;li oni wówczas po szklistej posadzce salonów...</p>
+
+<p>Ona mia&#322;a spuszczon&#261;
+g&#322;ówk&#281; cudn&#261; i opiera&#322;a si&#281; z wdzi&#281;kiem na jego
+ramieniu, on za&#347;, tul&#261;c nieznacznie tancerk&#281; sw&#261; do piersi,
+po&#380;era&#322; wzrokiem jej twarz, nagie ramiona i szyj&#281; kszta&#322;tn&#261;,
+a d&#322;ug&#261; i gi&#281;tka, jak kwiat, o &#322;odydze wysokiej.</p>
+
+<p>Od czasu do czasu pi&#281;kna panna
+wznosi&#322;a na niego swoje g&#322;&#281;bokie, mieni&#261;ce si&#281;
+&#378;renice, i spojrzenia ich spotyka&#322;y si&#281; na chwil&#281;...</p>
+
+<p>Potem &#347;liczne dziewcz&#281;
+przykrywa&#322;o znów oczy d&#322;ugiemi rz&#281;sami; on rzuca&#322;
+s&#322;ówko, przyciska&#322; machinalnie kibi&#263; jej do siebie,
+czekaj&#261;c ponownie niemej &#378;renic rozmowy. Nagle uciszy&#322;o si&#281;
+w balowej sali...</p>
+
+<p>To muzyka usta&#322;a by&#322;a, a oni
+walcowali jeszcze, ci&#261;gle przytuleni do siebie - zro&#347;li skrytem jakby
+pragnieniem.</p>
+
+<p>Pó&#378;niej odprowadzi&#322;
+znu&#380;on&#261; sw&#261; tancerk&#281;, a ona leciute&#324;ko,
+dzi&#281;kczynnie paluszkami drobnemi &#347;cisn&#281;&#322;a jego
+d&#322;o&#324;...</p>
+
+<p>M&#322;odzieniec zerwa&#322; si&#281;
+z krzes&#322;a, potr&#261;ci&#322; je gwa&#322;townie, i du&#380;ymi krokami
+zacz&#261;&#322; przebiega&#263; szybko swój pokoik. Jednocze&#347;nie z
+wyrazem mi&#322;o&#347;ci bezgranicznej spojrzenie jego pobieg&#322;o do
+komódki ma&#322;ej, gdzie sta&#322;a fotografia z ró&#380;&#261;.</p>
+
+<p>Z kryszta&#322;owego kielicha
+delikatnie wychyla&#322; si&#281; kwiat purpurowy, dotykaj&#261;c warg prawie
+dziewczyny. Usteczka jej ma&#322;e u&#347;miecha&#322;y si&#281; rozkosznie,
+poca&#322;unku zda si&#281; spragnione...</p>
+
+<p>M&#322;ody cz&#322;owiek
+pozostawa&#322; chwil&#281; w niemej kontemplacyi ubóstwianego przez si&#281;
+k&#261;cika izdebki, a&#380; wreszcie powoli wzrok swój przeniós&#322; w
+stron&#281; stolika, gdzie le&#380;a&#322;y cicho banknoty i z&#322;oto.</p>
+
+<p>Wyraz marzenia, ekstazy
+b&#322;yskawicznie znik&#322; z jego oblicza - przypomnia&#322; sobie
+chwil&#281; obecn&#261;.</p>
+
+<p>Zwolna do stolika zbli&#380;a&#263;
+si&#281; pocz&#261;&#322;; utkwiwszy spojrzenie w rozsypanych pieni&#261;dzach,
+jednocze&#347;nie my&#347;la&#322;:</p>
+
+<p>- Niemi tylko mo&#380;e zdoby&#263;
+bym móg&#322; swe marzenie, one pozwol&#261; mi i u&#322;atwi&#261;
+zbli&#380;enie do ukochanej!  A potem...</p>
+
+<p>I mimo woli znowu spojrza&#322;
+m&#322;odzieniec w róg pokoiku.</p>
+
+<p>Oczy dziewczyny kusz&#261;ce patrzy&#322;y
+zalotnie, pali&#322;y go, obiecywa&#263; si&#281; zdawa&#322;y rozkoszy
+u&#322;ud&#281;, mi&#322;o&#347;&#263; - szcz&#281;&#347;cie!.. Rumieniec
+obla&#322; twarz m&#281;&#380;czyzny.</p>
+
+<p> </p>
+
+<p>- Ach, mie&#263; j&#261;,
+posiada&#263;, i &#380;y&#263; jej &#380;yciem, zla&#263; si&#281; z ni&#261;
+istnieniem i dusz&#261;!.. - zawirowa&#322;a mu w g&#322;owie my&#347;l
+uporczywa.</p>
+
+<p>- Przecie&#380; to córka magnata;
+ksi&#261;&#380;&#281;ta, hrabiowie ubiegaj&#261; si&#281; o ni&#261;,
+czem&#380;e ty jeste&#347; dla niej? - zerem, nie otrzymasz jej nigdy, -
+uspakaja&#322;a mózg, nerwy wzburzone, trze&#378;wa, zimna logika. - Chyba,
+&#380;e pieni&#281;dzy tych oto posi&#261;dziesz wiele... wiele...</p>
+
+<p>- Z ma&#322;ych strumieni tworz&#261;
+si&#281; rzeki; we&#378; to, a mo&#380;e ci wi&#281;cej przyb&#281;dzie!.. -
+szepn&#261;&#322; rozum podst&#281;pnie.</p>
+
+<p> </p>
+
+<p>M&#322;ody mieszkaniec facyatki
+schwyci&#322; si&#281; nagle za g&#322;ow&#281;.</p>
+
+<p>Bo&#380;e, Bo&#380;e! - wyszepta&#322;
+- có&#380; jednak uczyni&#322;o ze mnie to, tak krótkie zetkni&#281;cie
+si&#281; z &#347;wiatem zbytku, to zbratanie si&#281;, otarcie z lud&#378;mi
+szychu i z&#322;ota! Jak&#380;e innym by&#322;em dawniej! Jak&#380;e -
+lepszym!..</p>
+
+<p>M&#281;&#380;czyzna smutnie
+zwiesi&#322; g&#322;ow&#281;.</p>
+
+<p>Teraz, przyjrzawszy si&#281; niedawno
+ludziom bogatym, ich trybowi &#380;ycia, czu&#322; w sobie, poza uczuciem
+mi&#322;o&#347;ci, dziesi&#261;tki zwi&#261;zanych z niem pragnie&#324;.
+Z&#322;oto, ten bo&#380;ek dumny i wspania&#322;y, przed którym korzy&#322;y
+si&#281; miliony, ol&#347;niewa&#322; go, mami&#322;... Przedsmak za&#347;
+mo&#380;liwych w dalekiej przysz&#322;o&#347;ci bogactw, u&#380;ycia, a kto
+wie, mo&#380;e znaczenia i wp&#322;ywów, wespó&#322; z osi&#261;gni&#281;ciem
+najprzód ukochanej kobiety, za pomoc&#261; tego oto, rozsypanego przed nim
+grosza - odbiera&#322; mu równowag&#281; duchow&#261;, miesza&#322; my&#347;li.</p>
+
+<p>Porwa&#322; si&#281; znowu z miejsca i
+po pokoju biega&#263; pocz&#261;&#322;, niebawem jednak rzuci&#322; si&#281; na
+krzes&#322;o, wyczerpany, uporczywie, ponownie wpatrzywszy si&#281; w
+fotografie ukochanej.</p>
+
+<p>Od czasu do czasu odrywa&#322; wzrok
+od drogich rysów kobiety i przenosi&#322; go z wolna na stos banknotów i
+z&#322;ota. Pó&#378;niej spojrzenie jego, wewn&#281;trznej pracy my&#347;li
+jakby pos&#322;uszne, wraca&#322;o powtórnie do lubego wizerunku.</p>
+
+<p>Przy samych wargach dziewczyny
+dr&#380;a&#322; kwiat purpurowy obecnie - dziewcz&#281; i ró&#380;a
+ca&#322;owa&#322;y si&#281; teraz lubie&#380;nie...</p>
+
+<p>A w izdebce tymczasem lampa powoli
+dogasa&#263; pocz&#281;&#322;a stopniowo, niepewnem, migoc&#261;cem
+&#347;wiat&#322;em k&#322;óc&#261;c si&#281; jakby z r&#261;bkiem radosnego
+s&#322;o&#324;ca, poprzez rolety zagl&#261;daj&#261;cego co chwila do
+wn&#281;trza facyaty.</p>
+
+<p>I pó&#322;cienie jakie&#347;,
+tajemnicze, mgliste wsun&#281;&#322;y si&#281; równocze&#347;nie na poddasze -
+zaludni&#322;y cicho puste, zakurzone k&#261;ty jego...</p>
+
+<p>Siedz&#261;cy m&#322;ody cz&#322;owiek
+zrywa si&#281; nagle z krzes&#322;a swego.</p>
+
+<p>Bo oto niespodzianie dwoi&#263; mu
+si&#281; w oczach zaczyna...</p>
+
+<p>Rozsypane na stole z&#322;oto zalewa
+izdebk&#281; ca&#322;&#261;, a z komódki starej zst&#281;powa&#263; zaczyna z
+wolna ona sama, zamglona i powiewna posta&#263;... Dotykaj&#261;c stopkami
+drobnemi z&#322;ota, idzie ku niemu ona, z zalotnym u&#347;miechem, pi&#281;kna
+niewinna - chyli si&#281; rozkosznie w jego ramiona!.. </p>
+
+<p>M&#281;&#380;czyzna ku zjawisku temu
+wyci&#261;ga instynktownie r&#281;ce, na wpó&#322; przytomnie naprzód
+pochyla...</p>
+
+<p>Lecz oto nagle czar pryska...</p>
+
+<p>Wype&#322;niaj&#261;ca wn&#281;trze
+izdebki z&#322;ocista przestrze&#324; znika, zjawisko eteryczne za&#347;
+zaczyna oddala&#263; si&#281; coraz bardziej, unosi w gór&#281;, niepochwytne,
+a za niem tylko na ciemnawem tle facyatki, jak w&#261;&#380; ognisty, wije
+si&#281; struga b&#322;yszcz&#261;ca &#347;cie&#380;ka, dotyka stóp jego -
+pomostem z&#322;ota &#322;&#261;cz&#261;c go w ten sposób z uchodz&#261;cym
+cieniem ubóstwianej przeze&#324; kobiety.</p>
+
+<p>Wreszcie znika wszystko.</p>
+
+<p>M&#322;ody m&#281;&#380;czyzna
+przeciera d&#322;oni&#261; czo&#322;o, rozgl&#261;da si&#281;...</p>
+
+<p>Niema nikogo!</p>
+
+<p>Có&#380; to wi&#281;c by&#322;o?</p>
+
+<p>Hallucynacya zapewne
+napr&#281;&#380;onych nerwów i rozigranej wyobra&#378;ni, rzucaj&#261;ca mu na
+ekran pó&#322;cieniów izdebki fantasmagoryczny obraz noszonego ci&#261;gle w
+duszy dziewcz&#281;cia! Wp&#322;yw to rozprz&#281;&#380;onych wra&#380;e&#324;
+i my&#347;li, skutkiem wysi&#322;ku, szumi&#261;cego jak potok, nawa&#322;em
+zw&#261;tpie&#324; i pyta&#324; mózgu. Zapewne...</p>
+
+<p>I m&#322;odzieniec powtórnie przeciera
+d&#322;oni&#261; zm&#281;czone czo&#322;o, a jednocze&#347;nie &#380;a&#322;uje
+jakby, &#380;e widzenie ju&#380; pierzch&#322;o. Przed oczyma stoi mu
+ci&#261;gle, jak &#380;ywy, obraz jej, ukochanej - ch&#322;onie w siebie jej
+posta&#263; wdzi&#281;czn&#261;, ca&#322;uje my&#347;l&#261; oczy jej i usta.</p>
+
+<p>W przelocie zarazem, po raz nie
+wiadomo ju&#380; który, wzrok jego dotyka banknotów i z&#322;ota, a w duszy
+bunt mu si&#281; zrywa.</p>
+
+<p>- Jak to?.. On mia&#322;by odtr&#261;ci&#263;
+od siebie ten grosz, i w ten sposób straci&#263;, na zawsze mo&#380;e,
+&#347;rodki ku zdobyciu drogiej sercu kobiety?.. Zniszczy&#263; bezpowrotnie
+pomost z&#322;ocisty, &#322;&#261;cz&#261;cy go z ni&#261; jakby w widzeniu
+proroczem?</p>
+
+<p>Nie, przenigdy. Tak naiwnym nie
+b&#281;dzie...</p>
+
+<p>Pieni&#261;dz ten potroi, maj&#261;tek
+zrobi, fortun&#281; - z&#322;otem prze&#322;amie, zwalczy przeszkody wszelkie.</p>
+
+<p>- Zrobi&#263; maj&#261;tek, czy&#380;
+to tak &#322;atwo? - na dnie duszy gdzie&#347; zatajone zw&#261;tpienie nagle
+ironicznie pyta, jakby ostudzi&#263; pragn&#261;c przedwczesn&#261;
+rado&#347;&#263;.</p>
+
+<p>Chmura niezadowolenia przelatuje po
+czole m&#281;&#380;czyzny.</p>
+
+<p>- Tak, zaiste, prawda, to nie tak
+&#322;atwo. Lecz z pot&#281;g&#261; pieni&#281;dzy w d&#322;oni tak, czy
+te&#380; inaczej, do wszystkiego zawsze doj&#347;&#263; &#322;acniej w
+&#380;yciu; - klucz z&#322;oty otwiera wszystkie bramy!..</p>
+
+<p>I ostateczna, prze&#322;omowa walka
+odbywa&#263; si&#281; w tej chwili zdaje w duszy m&#281;&#380;czyzny. Na
+wysokiem czole napr&#281;&#380;aj&#261; mu si&#281; &#380;y&#322;y, oczy
+ciemniej&#261;, a twarz bledsz&#261; si&#281; staje... Z n&#281;c&#261;c&#261;
+pokus&#261; zaw&#322;adni&#281;cia cudzem mieniem, po raz ostatni staj&#261; do
+boju wpojone w m&#322;odocianych latach jeszcze zasady.</p>
+
+<p>Powrotn&#261; fal&#261; z daleka cicho
+p&#322;yn&#261; i p&#322;yn&#261; coraz pot&#281;&#380;niejsze, bli&#380;sze i
+zalewaj&#261; stopniowo umys&#322; m&#322;odzie&#324;ca. Szemrz&#261; coraz
+dono&#347;niej, silniej...</p>
+
+<p>A z przyp&#322;ywem ich
+jednocze&#347;nie mi&#281;kn&#261;&#263; poczyna co&#347; w duchu m&#322;odego
+m&#281;&#380;czyzny, bo oblicze jego wzburzone uspakaja si&#281; stopniowo. Co
+my&#347;li, z rysów twarzy odgadn&#261;&#263; jeszcze trudno,
+domy&#347;le&#263; si&#281; jednak mo&#380;na, &#380;e poryw jaki&#347;,
+szlachetniejszy od poprzednich, czystszy, opanowywa&#263; go - w swoje
+posiadanie bierze.</p>
+
+<p>Po chwili machinalnie ujmuje on w
+r&#281;ce porzucony na stoliku obok pieni&#281;dzy pugilares i milcz&#261;c,
+zgarnia&#263; poczyna rozsypany stos banknotów i rulonów monety.</p>
+
+<p>Przy czynno&#347;ci za&#347; tej,
+zagadkowej jeszcze, bezustannie tak samo zamy&#347;lony m&#322;odzieniec
+odwraca niebawem w d&#322;oni trzymany portfel, a równocze&#347;nie spojrzenie
+jego pada na co&#347;, czego nie zauwa&#380;y&#322; dot&#261;d wcale.</p>
+
+<p>W rogu pugilaresu, u góry,
+male&#324;ka, dziewi&#281;ciopa&#322;kowa rzuca mu si&#281; w oczy korona
+hrabiowska; wdzi&#281;cznie granacikami oprawionemi w z&#322;oto mieni si&#281;
+ona, szyderczo zda si&#281; patrzy... Na ten widok poprzedni spokój i wyraz pierzchaj&#261;
+nagle z rysów m&#281;&#380;czyzny, i rzuca si&#281; w ty&#322; gwa&#322;townie.</p>
+
+<p>&#377;renice jego, zmatowane
+dotychczas cichem zamy&#347;leniem, z&#322;owrogim teraz b&#322;yszcz&#261;
+ogniem, a jednocze&#347;nie w duszy nast&#281;puje momentalnie przewrót
+nag&#322;y.</p>
+
+<p>Znowu poczyna biega&#263; po pokoju
+wzd&#322;u&#380; i wszerz...</p>
+
+<p>I jak k&#281;pa drzew gdzie&#347; w
+polu samotna, co ugina si&#281; pod gwa&#322;townym naporem wichru ku ziemi,
+zwyci&#281;&#380;ona, pokorna - tak duch m&#322;odzie&#324;ca, miotany ponownie
+burz&#261; my&#347;li, ko&#322;ysa&#263; i gi&#261;&#263; si&#281; poczyna.</p>
+
+<p>Gdy ujrza&#322; on bowiem emblement
+ludzi utytu&#322;owanych, &#380;ywo stan&#281;&#322;y mu przed oczyma salony,
+których miesi&#281;cy temu par&#281; by&#322; go&#347;ciem i sylwetki
+hrabiczów, kr&#281;c&#261;cych si&#281; ko&#322;o jego ukochanej.</p>
+
+<p>Widzi ich jak na d&#322;oni,
+wszystkich, niby na jawie!..</p>
+
+<p>Widzi dumnego ojca pi&#281;knej
+dziewczyny, zazwyczaj traktuj&#261;cego go z góry - dla nich, potomków
+staro&#380;ytnych rodów, chocia&#380; cz&#281;stokro&#263; biednych -
+pe&#322;nym uprzejmo&#347;ci wyrafinowanej i uni&#380;onej niemal
+grzeczno&#347;ci. Widzi wreszcie siebie samego bezkarnie i dotkliwie
+obra&#380;anym przez tych&#380;e arystokratów, lecz tak zr&#281;cznie, &#380;e
+na pozór nieraz nie mo&#380;na zda si&#281; by&#322;o wini&#263; ich, czynili
+to bowiem oni, z t&#261; subtelno&#347;ci&#261;, oraz jubilerskiem jakby
+wyko&#324;czeniem, jak dotkn&#261;&#263; potrafi&#261; tylko ludzie
+"bardzo dobrze wychowani."</p>
+
+<p>I przy tem wspomnieniu ostatniem,
+jakby zraniony, mieszkaniec ma&#322;ej izdebki, wzdryga si&#281; i wyrzuca
+szeptem:</p>
+
+<p>- Jak to? te dwadzie&#347;cia
+par&#281; tysi&#281;cy nale&#380;y do jakiego&#347; hrabiego? Zatem los
+&#347;lepy i ironiczny zarazem wsuwa mi w r&#281;ce cz&#281;&#347;&#263; mienia
+jednego z tych w&#322;a&#347;nie, którym tak cz&#281;sto zazdro&#347;ci&#322;em
+bogactwa, znaczenia i tytu&#322;ów!..</p>
+
+<p>I ja, wobec jednostki takiej,
+mia&#322;bym gra&#263; rol&#281; szlachetnego, zwraca&#263; mu to, co dla&#324;
+mo&#380;e kropla w morzu tylko, fundusikiem, przeznaczonym zapewne na hulanki
+nocne i zabaw&#281;?</p>
+
+<p>- Ha-ha-ha!.. - rozlega si&#281; po
+pokoiku szyderczy, szata&#324;ski prawie &#347;miech m&#281;&#380;czyzny, i
+odbija od &#347;cian niemi&#322;em dla ucha brzmieniem.</p>
+
+<p>- Ha-ha-ha, niedoczekanie twoje, panie
+hrabio!.. - szepcze dalej pó&#322;g&#322;osem, a krew w &#380;y&#322;ach kipi
+mu nieustannie - wre niespokojna, burzliwa.</p>
+
+<p>I z duszy jego jednocze&#347;nie
+pierzchaj&#261; bezpowrotnie, zda si&#281;, nikn&#261;, jak u&#322;uda i
+marzenie, wszelkie dobre zamiary, wszystkie, tak niedawne jeszcze, wahania
+pomi&#281;dzy prawami uczciwo&#347;ci i ich pogwa&#322;ceniem.</p>
+
+<p>Zwyci&#281;zka, jedyna, jedna
+rozgaszcza si&#281; tam nienawi&#347;&#263; tylko do kasty uprzywilejowanej i
+wyró&#380;nianej w spo&#322;ecze&#324;stwie. Wypiel&#281;gnowana cierpieniem i
+bied&#261;, wysubtelniona wykszta&#322;ceniem, a szczególniej przestawaniem
+jeszcze za granic&#261; w ko&#322;ach ró&#380;nych zapalonych g&#322;ów, o
+przekonaniach skrajnie demokratycznych - rozogniona wreszcie
+nadczu&#322;o&#347;ci&#261; nerwow&#261; w zbli&#380;eniu si&#281; i czasowem
+powierzchownem z&#380;yciu z przedstawicielami tej sfery - bucha&#322;a obecnie
+gor&#261;cym p&#322;omieniem, wszystko sob&#261; przewy&#380;szaj&#261;c i
+t&#322;umi&#261;c.</p>
+
+<p>- Za moje upokorzenia, tak niedawne -
+zaszepta&#322;y znów cicho usta m&#281;&#380;czyzny - za moje cierpienia i
+bied&#281; - za to, &#380;e ja nie mam takich przodków, jak ty, panie hrabio,
+ani twych bogactw, blasku i z&#322;ota - mam &#380;ycie ca&#322;e w n&#281;dzy
+cierpie&#263;, i to, gdy los sprawiedliwie bez w&#261;tpienia, odbiera ci
+cz&#261;stk&#281; mienia, przypadkiem, i mnie ni&#261; w zamian obdarza?.. 0,
+nie, panie hrabio!.. &#379;ydowi, cyganowi, wrogowi - ka&#380;demu bym
+zwróci&#322; mo&#380;e, lecz tobie - nigdy!..</p>
+
+<p>Ostatnie s&#322;owa mieszkaniec
+poddasza wymówi&#322; w zapami&#281;taniu g&#322;o&#347;no ca&#322;kiem i z
+moc&#261; jak&#261;&#347; dziwn&#261;. Twarz za&#347; jego dziko po prostu
+wygl&#261;da&#322;a w tej chwili; pociemniawszy, jakby od wewn&#281;trznego
+ognia, demonicznie pi&#281;kna i straszn&#261; zarazem by&#322;a ona, a
+zajad&#322;y p&#322;omie&#324; szczerej nienawi&#347;ci do tak zwanych
+powszechnie "arystokratów" zaja&#347;nia&#322; na niej pe&#322;nym
+blaskiem.</p>
+
+<p>Odruchem nag&#322;ym zbli&#380;y&#322;
+si&#281; do sto&#322;u i obie d&#322;onie po&#322;o&#380;y&#322; na plikach banknotów
+i z&#322;ocie. Czego nie zdo&#322;a&#322;y stanowczo uczyni&#263;
+okoliczno&#347;ci inne, sprawi&#322;a ch&#281;&#263; dokuczenia w czemkolwiek
+wy&#380;ej postawionej spo&#322;ecznej jednostce, jedna chwilka nienawi&#347;ci
+i sza&#322;u.</p>
+
+<p>- Moje, moje!.. - wyszepta&#322;y usta
+m&#281;&#380;czyzny zwyci&#281;zko, jakby z mimowoln&#261;, ukryt&#261; w sobie
+rado&#347;ci nut&#261;, a echo s&#322;ów tych, urywanych, cichych, dziwn&#261;
+moc&#261; rozbrzmia&#322;o w martwem milczeniu facyatki.</p>
+
+<p>Cisza nasta&#322;a znowu.</p>
+
+<p>Tylko w piersiach mieszka&#324;ca
+poddasza przel&#281;knione jakby swym czynem serce pocz&#281;&#322;o bi&#263;
+przyciszonym t&#281;tnem, a szelest ten miarowy, jak zegaru wahad&#322;o,
+mierzy&#263; si&#281; zdawa&#322;o te chwile prze&#322;omow&#261; w duszy
+cz&#322;owieka, depcz&#261;cego uczciwo&#347;&#263; praw&#261; dla
+mi&#322;o&#347;ci, nienawi&#347;ci i z&#322;ota!..</p>
+
+<p>Nagle martwot&#281; pokoju
+przerwa&#322;o co&#347; gwa&#322;townie. By&#322;y to czyje&#347; kroki silne,
+przy&#347;pieszone, id&#261;ce po schodach, a coraz wyra&#378;niejsze,
+bli&#380;sze... Niebawem rozleg&#322;y si&#281; tu&#380; za drzwiami,
+ucich&#322;y, i jaka&#347; r&#281;ka wstrz&#261;sn&#281;&#322;a lekko
+klamk&#261;, w &#347;lad zatem za&#347; rozleg&#322;o si&#281; trzykrotne
+pukanie.</p>
+
+<p>Gdyby w kataklizmie niespodzianym
+run&#281;&#322;a ziemia, zapadaj&#261;c si&#281; gdzie w niezmierzone
+g&#322;&#281;bie wszech&#347;wiata - mniejsze to chyba uczyni&#322;oby
+wra&#380;enie na stoj&#261;cym przed sto&#322;em m&#281;&#380;czy&#378;nie,
+ni&#380; chwila obecna...</p>
+
+<p>Nogi zadr&#380;a&#322;y mu, a
+boja&#378;liwa trwoga &#347;ci&#281;&#322;a krew w &#380;y&#322;ach, co&#347;
+za&#347;, niby gad ob&#347;liz&#322;y, przemkn&#281;&#322;o po krzy&#380;ach i
+za kark chwyci&#322;o despotycznie, zapar&#322;szy dech w piersiach.</p>
+
+<p>W pó&#322;&#347;wiat&#322;ach
+dogorywaj&#261;cego w&#322;a&#347;nie p&#322;omyka lampy twarz pochylonego nad
+pieni&#281;dzmi m&#322;odzie&#324;ca nabra&#322;a strasznego, a zarazem
+dojmuj&#261;co trupio-bladego wyrazu, r&#281;ce za&#347;, jak kleszcze, wpi&#322;y
+si&#281; w le&#380;&#261;ce pod niemi banknoty.</p>
+
+<p>- Nie oddam was, nie zwróc&#281; za
+nic w &#347;wiecie! - mówi&#263; si&#281; zdawa&#322;y wyra&#378;nie kurczowo
+zaci&#347;ni&#281;te palce, dr&#380;&#261;ce w zwojach papierów i z&#322;ocie.</p>
+
+<p>Z ekranu izdebki, majacz&#261;cego
+coraz bledszymi cieniami, &#347;wiat&#322;o w tej samej chwili znik&#322;o;
+zapanowa&#322;a tu szarawa ciemno&#347;&#263;, a w &#347;lad zatem
+rozleg&#322;o si&#281; powtórne, tym razem silniejsze pukanie, poza drzwiami
+za&#347; jednocze&#347;nie da&#322;y si&#281; s&#322;ysze&#263; s&#322;owa,
+wyrzeczone g&#322;osem m&#281;skim, d&#378;wi&#281;cznym i m&#322;odym. </p>
+
+<p>- Wida&#263;, &#380;e &#347;pi, lub go
+nie ma...</p>
+
+<p>- Ale to oryginalne -
+zauwa&#380;y&#322; kto&#347; drugi, ciszej nieco. - Zar&#281;czam ci, i&#380;
+przed chwil&#261; pali&#322;a si&#281; wewn&#261;trz pokoju lampa, przez szpary
+u drzwi &#347;lizga&#322;o si&#281; &#347;wiat&#322;o! - s&#322;owo!</p>
+
+<p>- Ha, je&#347;li tak, to mo&#380;e
+Romanek ma u siebie jak&#261;&#347; dyskretn&#261;, a weso&#322;&#261;
+wizytk&#281; - sna&#263; z rozmys&#322;em dono&#347;nie rozleg&#322; si&#281;
+g&#322;os pierwszy. - Nie przeszkadzajmy mu. Chod&#378;, Hermanie!..</p>
+
+<p>- Weso&#322;ej zabawy! -
+krzykn&#261;&#322; ironicznie nazwany Hermanem, nachyliwszy si&#281; do drzwi,
+zapewne blizko, bo echo g&#322;osu jego wstrz&#261;sn&#281;&#322;o
+&#347;cianami poddasza, poczem kroki przyby&#322;ych oddala&#263; si&#281;
+zacz&#281;&#322;y.</p>
+
+<p>Westchnienie ulgi podnios&#322;o
+pier&#347; m&#281;&#380;czyzny.</p>
+
+<p>Kilka kropel zimnego potu upad&#322;o
+mu na rozpostarte d&#322;onie; zbudzony tem jakby, odst&#261;pi&#322; od
+sto&#322;u i rzuci&#322; si&#281; w wycie&#324;czeniu na kanapk&#281;.</p>
+
+<p>Pozna&#322; po g&#322;osie tych dwóch,
+dobijaj&#261;cych si&#281; do&#324; przed chwil&#261;, poczciwych studentów
+uniwersytetu - widzia&#322; w wyobra&#378;ni swej teraz niemal obok siebie
+wyra&#378;ne postacie ich, w wytartych mundurach i sp&#322;owia&#322;ych od
+s&#322;ót i s&#322;o&#324;ca czapkach, pokrzywionych butach... Biedni
+ch&#322;opcy!</p>
+
+<p>Przypadkowo zaprzyja&#378;ni&#322;
+si&#281; z nimi, jak tylko przyby&#322; tu, do miasta - oni, zacne serca,
+pierwsi uczynnie nastr&#281;czyli mu zarobkow&#261; prac&#281;...</p>
+
+<p>Dawno ju&#380; nie widzia&#322; ich.
+Ba, par&#281; razy nawet w epoce owego kilkutygodniowego &#347;wiatowego
+sza&#322;u, spotykaj&#261;c ich na ulicy, a b&#281;d&#261;c w towarzystwie
+eleganckich karnawa&#322;owiczów, mimo woli powstydzi&#322; si&#281; ich i
+uda&#322;, &#380;e nie dostrzega. Nie pami&#281;tali mu tego - przyszli.</p>
+
+<p>Mieszkaniec poddasza w zamy&#347;leniu
+przesun&#261;&#322; d&#322;oni&#261; po jedwabistych swych w&#322;osach.</p>
+
+<p>- Gdyby&#380; oni wiedzieli i
+czyta&#263; mogli w duszy jego?</p>
+
+<p>Rumieniec pal&#261;cego wstydu i
+upokorzenia zakwit&#322; na twarzy m&#322;odzie&#324;ca, a wyraz cierpienia i
+wewn&#281;trznego bólu rylcem swym &#380;&#322;obi&#263; mu pocz&#261;&#322;
+rysy wyrazistego oblicza.</p>
+
+<p>D&#322;ugo jeszcze przesiedzia&#322;
+tak w zadumie...</p>
+
+<p>A gdy po niejakim czasie
+s&#322;o&#324;ce zajrza&#322;o znów do poddasza, nie by&#322;o ju&#380;
+z&#322;ota na stole; schowane - znik&#322;o, m&#322;ody za&#347; cz&#322;owiek,
+&#347;miertelnie znu&#380;ony moraln&#261; walk&#261;, na wpó&#322; ubrany,
+cicho zdawa&#322; si&#281; drzema&#263; na &#322;ó&#380;ku.</p>
+
+<p>Niebawem zasn&#261;&#322;.....</p>
+
+<p>I sen oto, przed wewn&#281;trznym
+wzrokiem duszy m&#322;odzie&#324;ca, w tem tajemniczem jej &#380;yciu
+marze&#324; i roje&#324;, snu&#263; mu zacz&#261;&#322; przedziwne obrazy... </p>
+
+<p>A wi&#281;c najprzód zda&#322;o
+si&#281; &#347;pi&#261;cemu, i&#380; leci on w przestrze&#324; bez ko&#324;ca,
+ciemn&#261; i mroczn&#261;, unoszony niewidzialn&#261; jak&#261;&#347;
+si&#322;&#261;...</p>
+
+<p>Tuli w obj&#281;ciach swych przytem
+jak&#261;&#347; powiewn&#261; kobiec&#261; posta&#263;... Podobn&#261;,
+cho&#263; nie identycznie i ca&#322;kiem, jest ona do ukochanej przeze&#324;
+dziewczyny, a obj&#261;wszy pieszczotliwie szyje jego nagiemi ramiony, tak
+zawis&#322;a, ustami lgnie do jego ust rozkosznie - on za&#347;, jak z kielicha
+pieni&#261;ce si&#281;, musuj&#261;ce wino, pije nektar warg tych wilgotnych,
+ton&#261;c w poca&#322;unku ci&#261;g&#322;ym, nieustannym, zda si&#281; -
+wiecznym.</p>
+
+<p>Upajaj&#261;cy wreszcie jednak zawrót
+g&#322;owy i os&#322;abienie omdlewaj&#261;ce jakie&#347; i dziwne z wolna
+poczyna go ogarnia&#263;.</p>
+
+<p>Za wiele, zanadto upajaj&#261;cej,
+osza&#322;amiaj&#261;cej s&#322;odyczy daj&#261; mu ju&#380; te kobiece usta,
+jak piecz&#281;&#263; do warg jego bez ko&#324;ca przylgni&#281;te.</p>
+
+<p>Lecz oto nagle ciemnieje mu w oczach
+wszystko doko&#322;a i si&#322; swoich nie czuje ju&#380; prawie. Przymyka wiec
+powieki i leci znów tak samo dalej w przestrze&#324;, niczego niepomny i nic
+zgo&#322;a w okr&#261;g siebie nie widz&#261;c.</p>
+
+<p>Trwa tak do&#347;&#263; d&#322;ugo...</p>
+
+<p>Wreszcie, wypocz&#261;wszy w ten
+sposób po swem wyczerpaniu, nie czuj&#261;c ju&#380; ani ci&#281;&#380;aru
+zwis&#322;ej na jego szyi kobiety, ani zawrotnego czasu jej tchnienia...
+otwiera oczy...</p>
+
+<p>Tamte, widziane przed chwila obrazy,
+bezpowrotnie pierzch&#322;y; obecnie znajduje si&#281; zupe&#322;nie sam. Stoi
+teraz na ziemi, a stopy jego dotykaj&#261; jakiej&#347; kamienistej
+p&#322;aszczyzny, szarej, bezludnej i smutnej. Promienie zachodz&#261;cego
+s&#322;o&#324;ca z&#322;oc&#261; j&#261; i krwawi&#261; swym dogasaj&#261;cym,
+zamieraj&#261;cym blaskiem... </p>
+
+<p>On za&#347; nieporuszony stoi i
+bezustannie patrzy. </p>
+
+<p>Nagle promienie gasn&#261;... Mrok
+szary pokrywa p&#322;aszczem swym wszystko doko&#322;a, a w cieniach tych
+tajemniczych, cichych, szepta&#263; i rusza&#263; si&#281; co&#347; poczyna.</p>
+
+<p>Z rumowisk i kamienistych szczelin
+podst&#281;pnie wype&#322;z&#322;y oto jakie&#347; postacie, mary, i jak duchy
+nie z tej jakby ziemi, skrzydlate - rozpierzchaj&#261; si&#281; po równinie, z
+przyt&#322;umionym szelestem. Nad g&#322;owami ich lec&#261; wielkie czarne
+z&#322;owró&#380;bne ptaki, szumem swych skrzyde&#322; m&#261;c&#261;c
+martwot&#281; rozlanej woko&#322;o pustki i ciszy.</p>
+
+<p>On, nic zgo&#322;a nie pojmuj&#261;c,
+spogl&#261;da wci&#261;&#380;, przel&#281;k&#322;y, zdziwiony... Po chwili
+dopiero zdaje si&#281; rozumie&#263;...</p>
+
+<p>To - pos&#322;uszne niewidzialnemu, a
+nadprzyrodzonemu skinieniu - lec&#261; tak zapewne &#380;erowa&#263; na
+padó&#322; ziemski - wyrzuty sumienia!...</p>
+
+<p>Tymczasem szmer lotu ptaków -
+olbrzymów cichnie, zmierzch poch&#322;ania ich postacie - nikn&#261;.</p>
+
+<p>On z ulg&#261; oddycha i instynktownie
+post&#281;puje par&#281; kroków naprzód.</p>
+
+<p>Nagle wyrywa mu si&#281; z piersi
+przenikliwy krzyk!... Nad jego g&#322;ow&#261; wisz&#261;c, chwieje si&#281;
+ptak czarnopióry, a zni&#380;ywszy lotu swego, wkrótce siada mu na ramionach,
+niemi&#322;osiernie wpiwszy w nie swe szpony, równocze&#347;nie za&#347; w
+g&#322;owie uczuwa uderzenia miarowe.</p>
+
+<p>To ptak ów straszny i wielki, niby
+dzi&#281;cio&#322; w pie&#324; drzewa, stuka jemu tak w czaszk&#281;
+jednostajnie...</p>
+
+<p>W &#347;lad za tem jedna z pierzchaj&#261;cych
+woko&#322;o postaci zjawia si&#281; przed nim blizko. Ubrana w &#322;achmany,
+czarna i brudna, przyskakuje do&#324; obcesowo, drapie&#380;na, i utkwiwszy w
+oblicze ofiary swej pal&#261;ce &#380;arem, p&#322;omienne, dzikie
+&#378;renice, nachyla si&#281; bardziej jeszcze i plwa&#263; mu w sam&#261;
+twarz poczyna.</p>
+
+<p>Z ust jej, wykrzywionych,
+wstr&#281;tnych, lej&#261; si&#281; strumienie lawy z&#322;otej i pal&#261;,
+bol&#261;...</p>
+
+<p>A jednocze&#347;nie ta&#324;cz&#261;
+oto w kr&#261;g, z szelestem widziane niedawno w portfelu zwitki storublówek i
+innych banknotów. Dwoj&#261;c si&#281;, troj&#261;c w oczach, przybieraj&#261;
+one fantastyczne kszta&#322;ty, a niektóre, przedzierzgni&#281;te jakby w
+jakie&#347; kar&#322;y z&#322;owrogie, szponami drobnemi rw&#261; mu cia&#322;o
+bez lito&#347;ci. Inne znowu, z g&#322;owami w&#281;&#380;ów obrzydliwych,
+sycz&#261;c, k&#261;saj&#261; go zewsz&#261;d.</p>
+
+<p>Napastowany, nieprzytomny,
+op&#281;dzaj&#261;c si&#281; rozpaczliwie, r&#281;kami, nogami - ci&#261;gle,
+tarzaj&#261;c si&#281; nawet od jakiego&#347; czasu po kamienistych
+zr&#281;bach - ucieka&#263; w ko&#324;cu zaczyna równin&#261;, jak szalony.
+Potyka si&#281; co chwila, pada i ucieka znowu, gnany czered&#261; kar&#322;ów
+i olbrzymików, o g&#322;owach, szyjach gadów, z b&#322;yszcz&#261;cemi
+&#380;&#261;d&#322;ami ze z&#322;ota.</p>
+
+<p>Nad g&#322;ow&#261;, z ramion
+przemoc&#261; sp&#281;dzony, wisi wci&#261;&#380; ptak olbrzymi, a posta&#263;
+g&#322;ówna, mglista, leci z nim wespó&#322; w mroczn&#261; dal...</p>
+
+<p>Nagle, niewiadomo jak, sk&#261;d i
+kiedy zjawia si&#281; znowu poprzednia kobieca posta&#263;.</p>
+
+<p>&#346;pi&#261;cy, w swem majaczeniu
+sennem - odczuwa niewys&#322;owion&#261; rado&#347;&#263;; a ona, podawszy
+sw&#261; r&#261;czk&#281; drobn&#261;, z u&#347;miechem zalotnym na
+&#347;licznie wykrojonych usteczkach, towarzyszy&#263; mu zaczyna.</p>
+
+<p>Razem bezustannie biegn&#261; teraz po
+kamienistej równinie. Czarowna towarzyszka jednak nie czuje, jakoby, co dolega
+m&#281;&#380;czy&#378;nie, i nie widzi roju prze&#347;ladowców jego.</p>
+
+<p>Dziewcz&#281; to, czy kobieta, ubrana
+ca&#322;a w bieli, zasypana kwieciem ró&#380; i konwalii - cudna, lecz lekko,
+dotykaj&#261;c si&#281; zaledwie stopkami swemi ostrych kamieni. Nad
+g&#322;ówk&#261; jej, jakby w przeciwie&#324;stwie ptakiem czarnym,
+lec&#261;cym obok - chwieje si&#281; du&#380;y ptak bia&#322;y...</p>
+
+<p>Zjawisko &#347;nie&#380;nego ptaka
+trwa jednak bardzo krótko, bo oto jemu, wpatrzonemu uporczywie w sw&#261;
+towarzyszk&#281;, zdaje si&#281; nagle, &#380;e pióra u skrzyde&#322; tych
+mlecznych z lekka szarze&#263; poczynaj&#261;, stopniowo ciemniejsz&#261;
+przybieraj&#261;c barw&#281;...</p>
+
+<p>Wyt&#281;&#380;a wzrok coraz bardziej,
+ale niebawem nic woko&#322;o, nawet prze&#347;laduj&#261;cych go mar,
+rozpozna&#263; nie jest w stanie.</p>
+
+<p>Noc czarna, despotyczna, rozpina&#263;
+w&#322;a&#347;nie poczyna nad p&#322;aszczyzna ponur&#261; sw&#261; opon&#281;.</p>
+
+<p>Naraz znika wszystko...</p>
+
+<p>On równocze&#347;nie czuje, &#380;e
+leci w przepa&#347;&#263; bez dna, tre&#347;ci, oraz w chaos, z którego ocuca
+go dopiero uderzenie silne o co&#347; ca&#322;em cia&#322;em.</p>
+
+<p>Spogl&#261;da...</p>
+
+<p>Przed nim obecnie wznosi si&#281;
+sfinks olbrzymi; o niego to w rozp&#281;dzie uderzy&#322; si&#281; przed
+chwila. W jasno&#347;ciach aureoli gorzeje fosforycznym blaskiem,
+u&#347;miechaj&#261;c si&#281; zagadkowo. Na olbrzymich barkach jego, na
+tu&#322;owiu - obliczu, wsz&#281;dzie, niedostrzegalne zrazu dla ludzkiego oka,
+wij&#261; si&#281;, ruszaj&#261; miryady drobnych lilipucich postaci.</p>
+
+<p>Jedne z nich rodz&#261; si&#281; tu z
+u&#347;miechem na ustach i piskiem, innych do grobu zanosz&#261;; ci
+walcz&#261;, depcz&#261; po sobie, zabijaj&#261; si&#281;, wzajem w
+przepa&#347;cie spychaj&#261; - tamci w ramionach drugich pij&#261;
+mi&#322;o&#347;ci rozkosze, a tam znów inni jeszcze g&#322;odne twarze i
+r&#281;ce wyn&#281;dznia&#322;e wyci&#261;gaj&#261; po datek, s&#261;siaduj&#261;c
+z blizka z takimi, co w bogactwie i zbytkach nurzaj&#261; si&#281; po uszy, lub
+grz&#281;zn&#261; cia&#322;em w rozpu&#347;cie, jak w b&#322;ocie.</p>
+
+<p>A &#347;rodkiem - rozbite na
+tysi&#261;ce strumieni, na kropel miliony rozprys&#322;e, p&#322;ynie, faluje
+z&#322;oto...</p>
+
+<p>I przed promienistymi jego potoki, jak
+przed &#347;wi&#281;to&#347;ci&#261; - korzy si&#281; pokornie,
+s&#322;u&#380;alczo, wszystko doko&#322;a.</p>
+
+<p>Czo&#322;em lilipucie bij&#261; przed
+nim miryady - to te&#380; ono nadaje owemu sfinksowi tajemniczemu blask
+fosforyczny - ono króluje tu, bezpodzielnie panuje.</p>
+
+<p>Lecz oto nagle olbrzymia g&#322;owa
+sfinksa ujrza&#322;a sna&#263; nowego przybysza.</p>
+
+<p>Usta jego, wynios&#322;e i dumne,
+rozchylaj&#261; si&#281; szerzej, i miast zwyk&#322;ego u&#347;miechu zagadki,
+sardoniczny, szyderczy, wstrz&#261;sa przestrzeniami &#347;miech. </p>
+
+<p>Ha-ha-ha!... Ha-ha-ha!... sfinks
+&#347;mieje si&#281; - &#347;mieje szata&#324;sko i zwyci&#281;zko jakby -
+wynio&#347;le - strasznie!...</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>............................................</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>G&#322;uchy j&#281;k wyrwa&#322;
+si&#281; z piersi u&#347;pionego cz&#322;owieka. Wstrz&#261;sn&#261;&#322; on
+murami pogr&#261;&#380;onej w ciszy izdebki, kraj&#261;c zali serce swem echem
+smutnem, cich&#322; i gas&#322;, zamieraj&#261;c powoli...</p>
+
+<p>............................................</p>
+
+<p>Obudzi&#322; si&#281;
+&#347;pi&#261;cy.</p>
+
+<p>Wyl&#281;k&#322;ym, zamglonym jeszcze
+wzrokiem szklanym popatrzy&#322; zaspany woko&#322;o siebie bezprzytomnie i
+niebawem przymkn&#261;&#322; na powrót oci&#281;&#380;a&#322;e powieki,
+obróciwszy si&#281; równocze&#347;nie do &#347;ciany.</p>
+
+<p>W kilka za&#347; minut pó&#378;niej,
+blada twarz mieszka&#324;ca facyatki, spokojna, nieruchomo spoczywa&#322;a na
+poduszce, pogr&#261;&#380;ona w twardem u&#347;pieniu. Dusza tym razem
+zdrzemn&#281;&#322;a si&#281; w nim zapewne równie&#380;, oddech bowiem
+&#347;pi&#261;cego miarowy rozlega&#322; si&#281; ju&#380; swobodnie
+ca&#322;kiem w samotnej, cichej izdebce.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>CZ&#280;&#346;&#262; PIERWSZA.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Zd&#261;&#380;aj&#261;c do poblizkiej
+Wenecyi, wpad&#322; poci&#261;g kuryerski w morze, i hucz&#261;c, lecia&#322;,
+p&#322;yn&#261;&#322; niby po powierzchni fali. W przedziale wagonu drugiej
+klasy by&#322;o tylko dwoje ludzi. Kobieta m&#322;oda, ubrana w strój lekki,
+dystyngowany, z szarego materya&#322;u, drzema&#322;a, czy spa&#322;a,
+wci&#347;ni&#281;ta w g&#322;&#261;b, z g&#322;ówk&#261; opart&#261; o
+poduszk&#281; boczn&#261; - m&#281;&#380;czyzna za&#347;, siedz&#261;cy
+naprzeciw, trzyma&#322; delikatnie w d&#322;oniach pozostawion&#261; w
+u&#347;cisku jej r&#261;czk&#281; drobn&#261;, i pochylony z lekka,
+patrzy&#322; z mi&#322;o&#347;ci&#261; w znu&#380;one rysy i blad&#261;
+twarzyczk&#281; kobiety.</p>
+
+<p>Od czasu do czasu wzrok jego
+odrywa&#322; si&#281; od oblicza towarzyszki, bieg&#322; poprzez otwarte okno,
+&#347;cigaj&#261;c, zda si&#281;, pogr&#261;&#380;one w ciemno&#347;ciach
+bezgwiezdnej nocy, niewidzialne tu&#380; poza mkn&#261;cym poci&#261;giem
+Adryatyku fale.</p>
+
+<p>I wtedy, za ka&#380;dym razem
+przesuwa&#322;a si&#281; chmurka jakby po czole jego, osiada&#322; tam
+jaki&#347; cie&#324; niepochwytny, a usta jednocze&#347;nie drga&#322;y
+skrzywieniem goryczy, czy bólu pe&#322;nem.</p>
+
+<p>Gdy jednak wzrok zni&#380;a&#322;
+ponownie, to w zetkni&#281;ciu si&#281; z obliczem m&#322;odej kobiety,
+pogr&#261;&#380;onem w cichem u&#347;pieniu - oczy smutkiem zamglone
+&#322;agodnia&#322;y mu prawie natychmiast, a cho&#263; pomimo woli i
+bezustannie my&#347;l rozpami&#281;tywa&#263; si&#281; co&#347; zdawa&#322;a -
+z ust momentalnie znika&#322;o zagi&#281;cie cierpienia i powoli
+przeistacza&#322;o si&#281; w u&#347;miech, oraz zapatrzenie si&#281; w ukochane
+rysy.</p>
+
+<p>Siedz&#261;cy tak w zamy&#347;leniu
+nieruchomo - a w widocznej obawie zbudzenia towarzyszki - podró&#380;ny
+posiada&#322; cechy zewn&#281;trzne do&#347;&#263; interesuj&#261;ce.</p>
+
+<p>By&#322; to przede wszystkiem
+m&#281;&#380;czyzna pi&#281;kny bardzo; ciemny brunet, o wytwornej
+powierzchowno&#347;ci i uk&#322;adzie, charakterystycznej owalnej g&#322;owie i
+czole wypuk&#322;em, upi&#281;kszonem &#322;ukiem brwi czarnych,
+w&#261;ziutkich i regularnych, mia&#322; on poci&#261;g&#322;&#261;,
+&#347;niad&#261; twarz, okolon&#261; &#347;redniej wielko&#347;ci brod&#261;.
+Nerwowe, wyraziste rysy oblicza tego wyra&#378;nie zdradza&#322;y przytem
+pochodzenie po&#322;udniowe, zarówno jak i pi&#281;kne, du&#380;e oczy,
+patrz&#261;ce na &#347;wiat gor&#261;co, z rozmarzeniem nieokre&#347;lonem,
+aksamitnem spojrzeniem dziecka Italii.</p>
+
+<p>Do drugiej ojczyzny swej poniek&#261;d
+rzeczywi&#347;cie d&#261;&#380;y&#322; tak lat trzydzie&#347;ci zaledwie
+maj&#261;cy m&#322;ody cz&#322;owiek.</p>
+
+<p>Nosz&#261;cy jedno ze
+staroszlacheckich nazwisk, Roman Dzier&#380;ymirski, by&#322; synem
+nie&#380;yj&#261;cego ju&#380;, a dawniej bogatego bardzo i znanego w szerokich
+ko&#322;ach w&#322;asnego kraju, Oskara Dzier&#380;ymirskiego, oraz &#380;ony
+jego, rodem W&#322;oszki, a by&#322;ej przed swoim &#347;lubem &#347;piewaczki.</p>
+
+<p>Pochodzenia pono w&#261;tpliwego
+bardzo, cho&#263; niezwyk&#322;ej urody i wdzi&#281;ku, by&#322;a ta matka
+Dzier&#380;ymirskiego Romana, b&#281;d&#261;ca, jak mówili jedni, dzieckiem
+mi&#322;o&#347;ci wolnej pewnego dorobkiewicza rzymskiego - jak twierdzili
+drudzy, podrzutkiem tylko, z m&#281;tów spo&#322;ecznych dzisiejszej Romy,
+wychowanem i uposa&#380;onem przez tego&#380; przemys&#322;owca w&#322;oskiego.</p>
+
+<p>Po niej pi&#281;kno&#347;&#263;
+odziedziczy&#322; syn, po ojcu za&#347; niew&#261;tpliwie t&#281;
+wytworno&#347;&#263;, która cechowa&#322;a najmniejsze nawet poruszenie
+siedz&#261;cego podró&#380;nika, i postaw&#281; jakby pa&#324;sk&#261;, mimo
+woli nieco wynios&#322;&#261;.</p>
+
+<p>Roman Dzier&#380;ymirski jecha&#322;
+w&#322;a&#347;nie z ma&#322;&#380;onk&#261; sw&#261; w podró&#380;
+po&#347;lubn&#261;, a raczej z kraju ucieka&#322;, ojciec bowiem
+&#347;pi&#261;cej cicho naprzeciwko niego kobiety, szatynki, o &#347;licznych
+rysach, January Gowartowski, bogaty i dumny magnat kresowy, odmówi&#322; by&#322;
+jemu jej r&#281;ki...</p>
+
+<p>Lecz mi&#322;o&#347;&#263;
+nami&#281;tna nie pyta, gdy idzie o posiadanie kobiety!</p>
+
+<p>Roman zdoby&#322; sw&#261;
+&#380;on&#281; dzisiejsz&#261;, porwawszy j&#261; za jej zgod&#261;. &#346;lub
+ich tajemny, w ma&#322;ej wioseczce, w zaciszu Karpat - odby&#322; si&#281;
+w&#322;a&#347;nie dwa dni temu...</p>
+
+<p>Przysz&#322;o mu to wszystko z
+&#322;atwo&#347;ci&#261;. Ola kocha&#322;a go, ubóstwia&#322;a, nic zgo&#322;a
+nie widz&#261;c poza nim, na stron&#281; materyalna za&#347; i koszta,
+wynik&#322;e z takiego niespodzianego obrotu rzeczy, zwraca&#263; on uwagi nie
+mia&#322; potrzeby.</p>
+
+<p>W rodzinnem mie&#347;cie wiadomem
+by&#322;o powszechnie, i&#380; rok, czy dwa lata temu odziedziczy&#322; Roman
+Dzier&#380;ymirski fortunk&#281; w kapitale, po dalekim krewnym, osiad&#322;ym
+i zmar&#322;ym w Stanach Zjednoczonych.</p>
+
+<p>Jecha&#322; zatem dzi&#347; m&#322;ody
+i ostatni potomek dogasaj&#261;cej ju&#380; w nim rodziny Dzier&#380;ymirskich,
+ze skarbem swym, drog&#261; sercu ma&#322;&#380;onk&#261;, do W&#322;och,
+ojczyzny matczynej. Wzrok jego, b&#322;&#261;kaj&#261;cy si&#281; bezustannie
+pomi&#281;dzy twarz&#261; &#380;ony, a skrytym cieniami nocy krajobrazem,
+zamglony, my&#347;l&#261;cy, w dalszym ci&#261;gu wspomina&#263; si&#281; co&#347;
+zdawa&#322;.</p>
+
+<p>Poza oknami wagonu fale morza
+nieustannie szemra&#322;y wci&#261;&#380; cicho, w dali za&#347;, na czarnem
+tle widnokr&#281;gu, stopniowo, coraz bli&#380;sze, b&#322;yszcza&#322;y
+ju&#380; &#347;wiate&#322;ka Wenecyi.</p>
+
+<p>- Oto tam - mówi&#322;y niejako
+marz&#261;ce oczy m&#281;&#380;czyzny - za godzin kilka czekaj&#261; mnie
+u&#347;miechy pierwsze i rozkosze ziemskiego szcz&#281;&#347;cia w
+obj&#281;ciach ukochanej ponad wszystko kobiety! Oto tam, wymarzony od tak
+dawna, oczekuje na mnie raj w&#322;asny u&#322;udnego podzia&#322;u wzajemnego
+uczucia, w zupe&#322;nem oddaniu si&#281; niepokalanego niczem dot&#261;d
+kwiatu - niewinnego dziewcz&#281;cia...</p>
+
+<p>Wzrok Romana z zachwytem
+spocz&#261;&#322; na twarzy &#347;pi&#261;cej kobiety. Równocze&#347;nie
+poci&#261;g, pozostawiwszy morze za sob&#261;, wpad&#322; w jakie&#347; gaje,
+brz&#281;cz&#261;ce rojem owadów. Jednostajna, monotonna ich muzyka
+wpada&#322;a uporczywie w uszy podró&#380;nego, a on, ca&#322;y zas&#322;uchany,
+spojrzeniem swem znowu ogarn&#261;&#322; ciemn&#261; przestrze&#324; poza oknem
+wagonu.</p>
+
+<p>- Co, zagadkowa przysz&#322;o&#347;ci,
+niesiesz mi w darze?.. Czy zap&#322;acisz mi za to, com przeby&#322;
+dot&#261;d, przecierpia&#322;, dla zdobycia drogiego dzisiaj? Czy wynagrodzisz,
+czy skarzesz? - pyta&#263; si&#281; zdawa&#322;y czarnej nocnej dali
+posmutnia&#322;e nagle chwilowo oczy m&#281;&#380;czyzny.</p>
+
+<p>I ponownie w k&#261;ciku warg jego
+pojawi&#322;o si&#281; bolesne, przelotne zagi&#281;cie ust, a sna&#263;
+usi&#322;uj&#261;c odp&#281;dzi&#263; my&#347;l przykr&#261;,
+Dzier&#380;ymirski powsta&#322; ostro&#380;nie, nie wypuszczaj&#261;c wci&#261;&#380;
+z d&#322;oni r&#261;czki u&#347;pionej swej towarzyszki. Wychyli&#322; przez
+otwarte okno g&#322;ow&#281;... Na tle ciemno&#347;ci po&#322;yskiwa&#322;y
+ju&#380; teraz rz&#281;si&#347;cie &#347;wiat&#322;a - poci&#261;g
+wje&#380;d&#380;a&#322; w&#322;a&#347;nie na stacy&#281;. W sekund&#281;, z
+nag&#322;a szarpni&#281;te, gwa&#322;townie zatrzyma&#322;y si&#281; wagony.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski o ma&#322;o nie
+upad&#322;, straciwszy na razie równowag&#281;, i poci&#261;gn&#261;&#322; za
+sob&#261; r&#261;czk&#281; &#380;ony, &#347;ciskaj&#261;c&#261; jego
+d&#322;o&#324; lew&#261; - prawa za&#347; opar&#322; si&#281; silnie o
+ram&#281; okna.</p>
+
+<p>- Ach!.. ach!.. - z trwog&#261;,
+wyrwa&#322;o si&#281; z ust m&#322;odej kobiety, i otworzy&#322;a szeroko oczy,
+zdziwiona.</p>
+
+<p>Szybko Roman pochyli&#322; si&#281; ku
+niej i przemówi&#322; mi&#281;kko:</p>
+
+<p>- Przepraszam ci&#281;, kochanie,
+przestraszy&#322;a&#347; si&#281;, prawda?.. Ale to wina nie moja  - wagony szarpn&#281;&#322;y tak silnie...</p>
+
+<p>- To ty... Romanie!.. -
+szepn&#281;&#322;a kobieta i zarzuciwszy w &#347;lad za tem, z
+niewys&#322;owionym wdzi&#281;kiem, obie r&#281;ce na szyj&#281;
+m&#281;&#380;czyzny, przytuli&#322;a si&#281; do&#324; czule,
+sk&#322;adaj&#261;c równocze&#347;nie poca&#322;unek na pi&#281;knem czole.</p>
+
+<p>- Wysi&#261;dziemy, z&#322;otko,
+ju&#380; Wenecya! - rzek&#322; Roman, wysuwaj&#261;c si&#281; delikatnie z
+obj&#281;&#263; m&#322;odej &#380;ony uniós&#322;szy j&#261; w ramionach,
+postawi&#322; na równe nogi.</p>
+
+<p>- Nareszcie!... -
+wykrzykn&#281;&#322;a Ola rado&#347;nie, oprzytomniawszy ca&#322;kiem na widok
+ja&#347;niej&#261;cego dworca.</p>
+
+<p>- We-ne-cya! - zabrzmia&#322;o
+dono&#347;nie pod samem oknem wagonu, gdzie ukaza&#322;a si&#281;
+k&#281;dzierzawa g&#322;owa i &#347;miej&#261;ca twarz konduktora.</p>
+
+<p>- Statione Ve-ne-tia!.. -
+przeci&#261;gle, &#347;piewnie odpowiedzia&#322; g&#322;osowi pierwszego
+konduktora okrzyk drugi, dalszy, i zgin&#261;&#322;.</p>
+
+<p>Poci&#261;g, którym jechali
+Dzier&#380;ymirscy, zatrzymujac si&#281; tylko kilka minut, jechal dalej wprost
+do Medyolanu - nale&#380;a&#322;o si&#281; &#347;pieszy&#263;...</p>
+
+<p>Roman pobieg&#322; do
+przeciwleg&#322;ego okna, otworzy&#322; gwa&#322;townie drzwiczki od wagonu, i
+pocz&#261;&#322; wo&#322;a&#263; dono&#347;nie:</p>
+
+<p>- Facchino!.. facchino!.. *)</p>
+
+<p>[*) Po w&#322;osku tragarz.]</p>
+
+<p>Za m&#281;&#380;em zr&#281;cznie
+wyskoczy&#322;a z wagonu Ola Dzier&#380;ymirska. Niebawem zjawi&#322; si&#281;
+po&#380;&#261;dany tragarz i ruszono z baga&#380;em do dworca. Tu
+obst&#261;piono przyjezdnych.</p>
+
+<p>Ca&#322;y rój przeró&#380;nych figur
+ha&#322;a&#347;liwie ofiarowywa&#263; im pocz&#261;&#322; swoje us&#322;ugi,
+rz&#261;d za&#347; s&#322;u&#380;by hotelowej, w galonach, z o&#380;ywieniem i
+gestykulacy&#261; namawia&#322; ich ka&#380;dy z osobna do siebie.
+Gadatliwo&#347;&#263; W&#322;ochów oszo&#322;omi&#322;a na razie
+Dzier&#380;ymirskich.</p>
+
+<p>Po chwili dopiero Roman, znaj&#261;cy
+kilka w&#322;oskich wyrazów, zdo&#322;a&#322; si&#281; porozumie&#263; i
+wybrawszy hotel, kaza&#322; si&#281; prowadzi&#263; do przystani.</p>
+
+<p>Niebawem m&#322;oda para
+podró&#380;nych sadowi&#322;a si&#281; ju&#380; w wygodnej, na czarno
+pomalowanej gondoli, obs&#322;ugiwana z natarczywo&#347;ci&#261; przez
+ró&#380;norodnych oberwa&#324;ców i gapiów, stoj&#261;cych w pobli&#380;u.</p>
+
+<p>- Pysznie si&#281; siedzi! -
+zawyrokowa&#322;a g&#322;o&#347;no Ola, wyci&#261;gn&#261;wszy si&#281; na
+mi&#281;kkiem, czarn&#261; skór&#261; obitem, siedzeniu.</p>
+
+<p>Roman usiad&#322; przy niej - gondola
+zako&#322;ysa&#322;a si&#281; lekko...</p>
+
+<p>Powoli odpychano ju&#380; j&#261; od
+brzegu, gdy oto z kilkunastu stron naraz wyci&#261;gn&#281;&#322;y si&#281; ku
+maj&#261;cym odje&#380;d&#380;a&#263; prosz&#261;ce d&#322;onie z kapeluszami,
+i chórem zabrzmia&#322;a pro&#347;ba o datek. "Soldo, soldo!"
+cho&#263; uni&#380;enie, lecz z odcieniem lekkiej jakby gro&#378;by,
+rozlega&#322;o si&#281; doko&#322;a ustawicznie powtarzane na wszystkie tony.</p>
+
+<p>- A to z&#322;odzieje!.. -
+mrukn&#261;&#322; Dzier&#380;ymirski; zmuszony jednak wyj&#261;&#263; z
+kieszeni portmonetk&#281;, rzuci&#322; tam i ówdzie z humorem drobne monety.</p>
+
+<p>Gondola ruszy&#322;a ju&#380; -
+p&#322;yn&#281;li...</p>
+
+<p>M&#322;od&#261; kobiet&#281;
+zabawi&#322;a ta scena. Perlisty &#347;mieszek jej, weso&#322;y, rozlega&#322;
+si&#281; woko&#322;o, gdy oto nagle, jakby czem&#347; zmro&#380;ony, ucich&#322;.
+I Ola, obj&#261;wszy wzrokiem roztaczaj&#261;cy si&#281; przed ni&#261;
+krajobraz, ruchem wdzi&#281;cznym przytuli&#322;a si&#281; do m&#281;&#380;a.</p>
+
+<p>- Jak tu czarno, Romanie,
+nieprawda&#380;? - szepn&#281;&#322;a.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski, milcz&#261;c,
+opieku&#324;czo obj&#261;&#322; ramieniem kibi&#263; &#380;ony i
+przycisn&#261;&#322; j&#261; mi&#281;kko do piersi, rozejrzawszy si&#281;
+zarazem.</p>
+
+<p>Rzeczywi&#347;cie, czarno tu
+by&#322;o.</p>
+
+<p>Wenecya ju&#380; spa&#322;a.
+Sk&#322;&#281;bione chmurami niebo odbija&#322;o si&#281; w m&#281;tnej wodzie
+kana&#322;ów i powleka&#322;o je kirem ciemno&#347;ci, po którym tylko
+b&#322;&#281;dnym ognikiem prze&#347;wieca&#322;o, wi&#322;o si&#281; czerwone
+&#347;wiate&#322;ko latarni, umieszczonej u spiczastego, z&#281;batego
+ko&#324;ca gondoli.</p>
+
+<p>P&#322;yn&#281;li przez Canale
+Grande*).</p>
+
+<p>[*) Po w&#322;osku : Kana&#322;
+Wielki.]</p>
+
+<p>Jak gdyby &#347;ni&#261;c o swej
+dawnej pot&#281;dze i chwale, woko&#322;o nich zadumane, ciche sta&#322;y
+wynio&#347;le rz&#281;dem weneckie pa&#322;ace. W &#380;adnem oknie nie pali&#322;o
+si&#281; ju&#380; &#347;wiat&#322;o, otula&#322;o je milczenie zupe&#322;ne.</p>
+
+<p>Gondola, ko&#322;ysz&#261;c si&#281; z
+lekka, unosz&#261;c co chwila swe przednie i tylne dzioby,
+p&#322;yn&#281;&#322;a spokojnie, z jednostajnym pluskiem wiose&#322; i szmerem
+rozst&#281;puj&#261;cej si&#281; pod ni&#261; fali.</p>
+
+<p>Przytuleni do siebie,
+d&#322;u&#380;sz&#261; chwil&#281; z ciekawo&#347;ci&#261; patrzyli
+Dzier&#380;ymirscy woko&#322;o. Z ustek pierwszej Oli niebawem posypa&#322;y
+si&#281; rozliczne uwagi.</p>
+
+<p>- Patrz, patrz, Romanie! -
+wo&#322;a&#322;a ona co chwila, wskazuj&#261;c z zaj&#281;ciem na
+wznosz&#261;ce si&#281; zewsz&#261;d budowle.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski potakiwa&#322;
+&#380;onie, obja&#347;nia&#322;, i pó&#322;g&#322;osem prowadzona swobodna
+pomi&#281;dzy jad&#261;cymi rozmowa zbudzi&#322;a milczenie &#347;ni&#261;ce -
+roznios&#322;a si&#281; echem wyra&#378;nem po grodzie weneckim, o tej porze
+tak bardzo cichym.</p>
+
+<p>Tymczasem po obu stronach kana&#322;u
+kolejno przesuwa&#322;y si&#281;, jak w kalejdoskopie, cudne sw&#261;
+archaiczn&#261; struktur&#261; pa&#322;ace.</p>
+
+<p>A wi&#281;c, najpi&#281;kniejszy
+mo&#380;e z prywatnych siedzib Wenecyi, w&#322;asno&#347;&#263;
+ksi&#261;&#380;&#261;t della Grazia, wychyla&#322; si&#281; z cieni
+"Palazzo Vendramin-Calergi", z roku 1841 w stylu pocz&#261;tkowego
+odrodzenia; z nim s&#261;siadowa&#322; skromny, si&#281;gaj&#261;cy XV wieku,
+pa&#322;ac "Erizzo" - dalej zwraca&#322; znów uwag&#281; inny, z
+poz&#322;acanym niegdy&#347; frontem, do dzi&#347; dnia zwany "Ca
+Doro".</p>
+
+<p>Opodal bardzo pi&#281;kny wznosi&#322;
+si&#281; majestatycznie dzisiejszy lombard miejski, pa&#322;ac "Corner
+della Regina", wzniesiony w r. 1724 na tem samem miejscu, gdzie
+ujrza&#322;a &#347;wiat królowa Cypru, wenecyanka, Katarzyna Cornaro.</p>
+
+<p>Wkrótce, tu&#380; poza dzisiejsz&#261;
+poczt&#261; w Wenecyi, zajmuj&#261;c&#261; dawniejszy niemiecki magazyn towarów
+"Fondaco de Tedeschi", zamajaczy&#322; olbrzymi most "Ponte di
+Rialto", w kszta&#322;cie murowanego &#322;uku wzniesiony.</p>
+
+<p>Wsun&#261;wszy si&#281; pod jego
+arkady, gondola Dzier&#380;ymirskich cichutko prze&#347;lizn&#281;&#322;a
+si&#281; tamt&#281;dy i skr&#281;ci&#322;a wkrótce na lewo, w w&#261;zki
+kanalik, stanowi&#261;cy artery&#281; boczn&#261; "Canale Grando".
+Szeroka ta&#347;ma wielkiego kana&#322;u znik&#322;a wkrótce z oczu i jad&#261;ca
+barka, zag&#322;&#281;biaj&#261;c si&#281; coraz bardziej w szyj&#281; wodnej
+uliczki, wymija&#263; pocz&#281;&#322;a coraz cia&#347;niejsze i
+w&#281;&#380;sze zau&#322;ki. &#346;ciany domów odrapane, ponure, sz&#322;y,
+zdawa&#322;o si&#281;, na p&#322;yn&#261;cych w gondoli, a
+&#347;cie&#347;niaj&#261;c si&#281; coraz bardziej, pragn&#281;&#322;y
+poch&#322;on&#261;&#263;, gubi&#263; j&#261; niejako w swym labiryncie.</p>
+
+<p>Ciemno&#347;ci nocne panowa&#322;y tu
+jeszcze wi&#281;ksze. Gdzieniegdzie tylko l&#347;ni&#322;a zó&#322;tawo
+md&#322;ym &#347;wiat&#322;em latarnia - &#380;ywego ducha za&#347; nigdzie
+dopatrze&#263; si&#281; nie mo&#380;na by&#322;o.</p>
+
+<p>Umilk&#322;a od paru minut Ola
+trwo&#380;nie przylgn&#281;&#322;a g&#322;ówk&#261; do ramienia Romana.</p>
+
+<p>- Brr! straszno tu jako&#347;... -
+szepn&#281;&#322;a.</p>
+
+<p>- Nic, kochanie - odpar&#322;
+Dzier&#380;ymirski, musn&#261;wszy poca&#322;unkiem jej w&#322;osy - zaraz
+doje&#380;d&#380;amy. </p>
+
+<p>Nieprawda&#380;, &#380;e ju&#380;
+blizko? - zwróci&#322; si&#281; do gondoliera &#322;amanem w&#322;oskiem
+narzeczem.</p>
+
+<p>- Si, signore. - odpar&#322; &#380;ywo
+zapytany, a nudz&#261;c si&#281; zna&#263;, bo z cudzoziemcem
+gaw&#281;dzi&#263; nie móg&#322;, zanuci&#322; pó&#322;g&#322;osem
+jak&#261;&#347; sm&#281;tn&#261; piosenk&#281;.</p>
+
+<p>Ubrany ca&#322;kiem bia&#322;o,
+wahad&#322;owym ruchem przechylaj&#261;c si&#281; bezustannie przy
+wios&#322;owaniu w prawo i lewo, na tle otaczaj&#261;cych ciemno&#347;ci,
+czyni&#322; on wra&#380;enie fantastycznego zjawiska, g&#322;os za&#347; jego
+monotonny b&#322;&#261;ka&#322; si&#281; po k&#261;tach i odbija&#322; dziwnem
+echem o mury, oraz zakratowane okna w swym &#347;nie zakl&#281;tych jakby
+domów. Roman milcza&#322;.</p>
+
+<p>Ujmuj&#261;c d&#322;o&#324; i
+tul&#261;c mi&#281;kko w obj&#281;ciu Ol&#281;, ws&#322;uchiwa&#322; si&#281; w
+ten &#347;piew jednostajny, mrukliwy, i dziwnego doznawa&#322; wra&#380;enia.
+Zdawa&#322;o mu si&#281; mianowicie, &#380;e on nie do cywilizowanego,
+dzisiejszego, ale jakiego&#347; zbójeckiego z zamierzch&#322;ej
+przesz&#322;o&#347;ci doje&#380;d&#380;a grodu; &#380;e ucieka, kryje si&#281;
+tu ze swym porwanym, czy te&#380; skradzionym &#322;upem... Oto z ciemnych
+zau&#322;ków i k&#261;tów &#347;pi&#261;cej Wenecyi wysuwaj&#261; si&#281; po
+prostu jakby wyra&#378;ne jakie&#347; cienie, mary, czy odbicie dawnych
+zbrodni, mordu i gwa&#322;tów, tak licznych w historyi krwawej tego dziwnego
+miasta...</p>
+
+<p>- A ňel! *) - rozleg&#322; si&#281;
+nagle tu&#380; za Dzier&#380;ymirskim krzykliwy g&#322;os gondoliera, i
+&#322;ód&#378; jednocze&#347;nie zboczy&#322;a w zau&#322;ek ciemny.</p>
+
+<p>[*) Uwaga!]</p>
+
+<p>- Sia-stali! *) - przeci&#261;gle
+odpowiedzia&#322; kto&#347; z innej gondoli.</p>
+
+<p>[*) Na prawo!]</p>
+
+<p>Roman i Ola spojrzeli ciekawie.</p>
+
+<p>W nadp&#322;ywaj&#261;cej weneckiej
+barce siedzia&#322; m&#281;&#380;czyzna czarno ubrany, w bia&#322;ym kapeluszu,
+brunet, o ponurem wejrzeniu.</p>
+
+<p>Gondola, otar&#322;szy si&#281; prawie
+o napotkan&#261; &#322;ódk&#281;, prze&#347;lizn&#281;&#322;a si&#281; cicho -
+znowu byli sami.</p>
+
+<p>- Patrz, tam si&#281; &#347;wieci, co
+si&#281; sta&#322;o?... - rzek&#322;a pó&#322;g&#322;osem Ola, kr&#281;c&#261;c
+g&#322;ówk&#261; i wskazuj&#261;c pi&#281;tro jednego z domów.</p>
+
+<p>Roman spojrza&#322;.</p>
+
+<p>- A, rzeczywi&#347;cie - odpar&#322; -
+przecie&#380; cho&#263; jeden jaki&#347; znak &#380;ycia...</p>
+
+<p>Na brudn&#261; wod&#281; kana&#322;u,
+porysowan&#261; &#347;cian&#281; i ko&#322;ysz&#261;cy si&#281; kad&#322;ub
+pustej gondoli, przywi&#261;zanej u stopni marmurowych wielkich kutych drzwi,
+k&#322;ad&#322;o si&#281; cieniem przy&#263;mione czerwonawe &#347;wiat&#322;o,
+id&#261;ce z okna o&#347;wietlonej komnaty. Jednocze&#347;nie
+p&#322;yn&#281;&#322;y melodyjne, ciche akordy fortepianu, wydobywane zna&#263;
+mi&#281;kka kobiec&#261; r&#261;czk&#261;. Wtórowa&#322; im nie&#347;mia&#322;y
+brz&#281;k mandoliny.</p>
+
+<p>Rozp&#322;ywaj&#261;c si&#281; powoli,
+w milczeniu, muzyczne tony &#322;&#261;czy&#322;y si&#281; zgodnie co par&#281;
+minut ze &#347;piewem, m&#281;skim, silnym tenorem, i sz&#322;y ponad dachy,
+kana&#322;y, lecia&#322;y daleko, dr&#380;&#261;ce...</p>
+
+<p>Poruszony muzyk&#261; i &#347;piewem,
+Dzier&#380;ymirski silniej przycisn&#261;&#322; do siebie Ol&#281;.
+Ws&#322;uchani w melody&#281; mi&#322;osnej pie&#347;ni po&#322;udnia,
+zbli&#380;yli si&#281; oni instynktownie, a twarze ich, parte ku sobie,
+pochyli&#322;y si&#281;.</p>
+
+<p>Poca&#322;unek gor&#261;cy
+z&#322;&#261;czy&#322; usta m&#281;&#380;czyzny i kobiety; nie odrywaj&#261;c
+warg, w dreszczu wzajemnej rozkoszy, w&#347;ród deszczu spadaj&#261;cych, jak
+drobne krople rosy, d&#378;wi&#281;ków - przep&#322;yn&#281;li Dzier&#380;ymirscy
+pod oknami domu. Coraz cichsze fale granej melodyi goni&#322;y ich,
+powodzi&#261; zalewa&#322;y jeszcze czas jaki&#347;, a&#380; umilk&#322;y.</p>
+
+<p>Gondola w tej samej w&#322;a&#347;nie
+chwili wjecha&#322;a na kana&#322; &#347;-go Marka; plac tej&#380;e nazwy,
+gdzie w ca&#322;ej pe&#322;ni ogniskowa&#322;o si&#281; jeszcze &#380;ycie
+miasta, zamigota&#322; rz&#281;si&#347;cie w oddali dziesi&#261;tkami
+niebieskawych i &#380;ó&#322;tych &#347;wiate&#322; - przewo&#378;nik
+oznajmi&#322; g&#322;o&#347;no podró&#380;nym, &#380;e s&#261; ju&#380; na
+miejscu.</p>
+
+<p>- Doje&#380;d&#380;amy, Oluniu! -
+poinformowa&#322; Roman i z u&#347;miechem wpatrzy&#322; si&#281;
+nami&#281;tnie i czule w twarz swej towarzyszki.</p>
+
+<p>W ciemno&#347;ciach nawet nocy,
+widoczny rumieniec obj&#261;&#322; p&#322;omieniem twarz kobiety, i wzrok w
+zawstydzeniu spu&#347;ci&#322;a przed pal&#261;cem spojrzeniem
+m&#281;&#380;czyzny, które zapewne swym blaskiem mówi&#322;o co&#347; nad wyraz
+&#347;mia&#322;ego.</p>
+
+<p>W tej chwili w&#322;a&#347;nie przedni
+dziób gondoli stukn&#261;&#322; o marmurowe stopnie hotelowego balkonu, a w
+par&#281; minut pó&#378;niej Roman i Ola znajdowali si&#281; ju&#380; w
+obszernym, o marmurowych &#347;cianach i posadzce pokoju, rozbrzmiewaj&#261;cym
+w ciszy st&#322;umionem, g&#322;uchem brz&#281;czeniem mustyków.</p>
+
+<p>Odprawiwszy natarczywego
+s&#322;ug&#281;, proponuj&#261;cego im przys&#322;a&#263; natychmiast
+przewodnika, w celu obejrzenia powierzchownego na przechadzce placu San Marco,
+bazyliki i pa&#322;acu Do&#380;ów -Dzier&#380;ymirscy wkrótce pozostali
+zupe&#322;nie sami.....</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>W Wenecyi wsz&#281;dzie pogas&#322;y
+ju&#380; &#347;wiat&#322;a. Noc zupe&#322;na, czarna, zawis&#322;a chwilowo nad
+grodem. Nie trwa&#322;o to jednak d&#322;ugo; stopniowo chmury na niebie
+rozst&#281;powa&#263; si&#281; pocz&#281;&#322;y i r&#261;bek
+ksi&#281;&#380;yca nie&#347;mia&#322;o wychyli&#322; si&#281; z poza nich.</p>
+
+<p>Zamigota&#322; na wie&#380;ycach
+ko&#347;cio&#322;a &#347;-go Marka, z&#322;otawym br&#261;zie czterech rumaków,
+króluj&#261;cych na szczycie tej katedry - musn&#261;&#322; swym blaskiem
+&#347;ciany pa&#322;acu Do&#380;ów, a przeszed&#322;szy si&#281; po jego
+galeryach ponurych, zajrza&#322; w zakratowane okna wisz&#261;cego mostu,
+&#322;&#261;cz&#261;cego pa&#322;ac z dawnem wi&#281;zieniem, a znanego
+powszechnie pod nazw&#261; "Mostu Westchnie&#324;".</p>
+
+<p>Wyjrzawszy za&#347; ju&#380; odwa&#380;niej nieco,
+tr&#261;ci&#322; srebrzysty l&#347;ni&#261;c&#261; tafl&#281; laguny,
+zadrga&#322; sieci&#261; &#347;wiat&#322;a na powierzchni wód, a
+niebieskaw&#261; &#347;cie&#380;yn&#261; dotkn&#261;wszy si&#281; ich
+pieszczotliwie, otworzy&#322; nagle perspektyw&#281; dalek&#261;, hen! a&#380;
+ku Lido-na morze...</p>
+
+<p>W niezam&#261;conej niczem ciszy, staro&#380;ytne zegary
+licznych ko&#347;cielnych i klasztornych wie&#380;ycach wybija&#263;
+pocz&#281;&#322;y rytmicznie któr&#261;&#347; godzin&#281;. Jedne z nich
+brzmia&#322;y basem, inne kwili&#322;y wiolinem, lub brz&#281;cza&#322;y
+melodyjnie, &#322;&#261;cz&#261;c w sobie te dwa melodyjne klucze, a bij&#261;c
+w ten sposób, zdawa&#322;y si&#281; mierzy&#263; w milczeniu chwile
+czyjego&#347; mo&#380;e szcz&#281;&#347;cia...</p>
+
+<p>Niedyskretne, ciekawe, promienie ksi&#281;&#380;yca
+zaszkli&#322;y si&#281; jasnem &#347;wiat&#322;em na taflach szyb hotelowych,
+dawnego pa&#322;acu Dandolo. Zatrzyma&#322;y zda si&#281; d&#322;u&#380;ej przy
+jednem oknie i pomkn&#281;&#322;y znowu oboj&#281;tne w dal...</p>
+
+<p>A pos&#261;gowo u&#347;miechni&#281;te, wiecznie tak samo
+szerokie oblicze ksi&#281;&#380;yca nie zmieni&#322;o wcale wyrazu.</p>
+
+<p>Bo có&#380; go zaiste, obchodzi&#263; mog&#322;o tych dwoje
+ludzi, którzy przybyli a&#380; tutaj po u&#322;ud&#281; rozkoszy? Có&#380;
+znaczy&#322;y dla&#324; dwa serca, zrywaj&#261;ce wspólnie kwiat
+mi&#322;o&#347;ci i zapomnienia?</p>
+
+<p>On, filozof, wszak w swem &#380;yciu prawiecznem
+widzia&#322; podobnych zdarze&#324; a&#380; nadto wiele; on zna&#322;
+nico&#347;&#263; tych chwil, umia&#322; na pami&#281;&#263; kochanków
+zakl&#281;cia i ich nieraz s&#322;omiane zapa&#322;y, gasn&#261;ce za
+&#380;ycia podmuchem - pod rzeczywisto&#347;ci bezlitosn&#261; r&#281;k&#261;. Wiedzia&#322;
+równie&#380;, &#380;e zapa&#322;y te same, odegrzane cz&#281;stokro&#263; i
+o&#380;y&#322;e, kiedy&#347;, w przysz&#322;o&#347;ci, obosiecznem ci&#281;ciem
+rani&#263; mo&#380;e b&#281;d&#261; tych samych ludzi, skierowane do jednostek
+innych, zarówno &#322;akn&#261;cych uczucia i u&#380;ycia...</p>
+
+<p>Powiewna chmurka pieszczotliwie przytuli&#322;a si&#281; do
+twarzy ksi&#281;&#380;yca i przes&#322;oni&#322;a go leciutko, kaskada za&#347;
+miesi&#281;cznych promieni, zblad&#322;szy, niepewnym, migotliwym blaskiem
+zala&#322;a u&#347;pion&#261; Wenecy&#281;.</p>
+
+<p>W tej samej chwili dwie jakie&#347; postacie, zbli&#380;one
+do siebie, zamajaczy&#322;y poza tafl&#261; jednego z okien hotelowych, i dwie
+g&#322;owy, dotykaj&#261;c si&#281; wzajemnie, zapatrzy&#322;y si&#281; we
+wdzi&#281;czny krajobraz laguny i morza, zamglonych chwilowo
+pó&#322;&#347;wiat&#322;em, oraz cieniami ksi&#281;&#380;yca.</p>
+
+<p>I postawszy tak d&#322;ug&#261; chwil&#281;, jakby
+rozmarzone, znik&#322;y niebawem, splecione w u&#347;cisku, niezdolne
+napawa&#263; si&#281; d&#322;ugo poza sob&#261; niczem, nawet pi&#281;knem
+przyrody...</p>
+
+<p>W &#347;lad prawie zatem nasta&#322;a ciemno&#347;&#263;
+nieprzejrzana i zapanowa&#322;a nad miastem pami&#261;tek.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<center>---------</center>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Zadumany i jakby t&#281;skny tuli&#322; si&#281; zmierzch
+szary do &#347;cian kamienic wielkiego miasta, do witryn wspania&#322;ych
+sklepów jego, pe&#322;za&#322; u podnó&#380;y pomników, &#347;ciera&#322;
+kontury gmachów ko&#347;cio&#322;ów - wszystko doko&#322;a
+pogr&#261;&#380;a&#322; w mroki i cienie.</p>
+
+<p>W wykwintnie umeblowanem swem pomieszkaniu siedzia&#322;a na
+fotelu Melania, marsza&#322;kowa Warnicka, rodzona siostra ojca dzisiejszej Oli
+Dzier&#380;ymirskiej, a dotychczasowa od dzieci&#324;stwa prawie opiekunka tej
+ostatniej.</p>
+
+<p>Przez otwarte okno, &#322;&#261;cznie z echami
+wielkomiejskiego gwaru, wciska&#322; si&#281; tutaj wolno zmrok, a
+&#347;ciemniaj&#261;c si&#281; stopniowo coraz bardziej, pocieszaj&#261;co
+jakby wyg&#322;adza&#263; si&#281; stara&#322; zmarszczone wysokie czo&#322;o
+wiekowej ju&#380; matrony, &#322;agodnie muska&#322; jej siwe w&#322;osy, i
+zagl&#261;daj&#261;c jednocze&#347;nie nie&#347;mia&#322;o w oczy rozumne,
+wyra&#378;nie zdawa&#322; si&#281; wspó&#322;czu&#263; smutnemu jej
+zamy&#347;leniu.</p>
+
+<p>Na ma&#322;ym stoliku przed marsza&#322;kow&#261;
+le&#380;a&#322; otwarty telegram. Opiewa&#322; on za&#347; lakonicznie:
+"Przewidzenia s&#322;uszne. Ola ju&#380; po &#347;lubie z
+Dzier&#380;ymirskim. Przyje&#380;d&#380;am. &#321;ady&#380;y&#324;ski."</p>
+
+<p>Ju&#380; mo&#380;e pó&#322; godziny po przeczytaniu
+powy&#380;szej wiadomo&#347;ci, nieruchomo w swym fotelu siedzia&#322;a pani
+Melania.</p>
+
+<p>Od trzech dni - to jest od czasu gdy Ola znikn&#281;&#322;a
+z domu swej ciotki, by wi&#281;cej nie wróci&#263; - marsza&#322;kowa Warnicka
+z niepokoju postarza&#322;a si&#281; by&#322;a o lat co najmniej
+kilkana&#347;cie.</p>
+
+<p>Pocz&#261;tkowo nie mog&#322;a zrozumie&#263; post&#281;pku
+swej siostrzenicy; tak dobrze by&#322;o jej u niej, mo&#380;e zatem powróci ona
+lada chwila - niew&#261;tpliwie.</p>
+
+<p>Musia&#322;a wyjecha&#263; z miasta na par&#281; godzin,
+znaglona interesem wa&#380;nym... mówi&#322;a sobie, perswadowa&#322;a
+staruszka.</p>
+
+<p>Nazajutrz jednak wieczorem, gdy &#380;adnej o Oli nie
+by&#322;o wie&#347;ci, obawa kochaj&#261;cej dziewcz&#281; ciotki wzros&#322;a
+o ni&#261; do tego stopnia, i&#380; my&#347;la&#322;a, &#380;e zwaryuje. Dom
+ca&#322;y by&#322; przera&#380;ony, latano, szukano rozpaczliwie nieobecnej po
+mie&#347;cie, na chybi&#322; trafi&#322; - wsz&#281;dzie, oczekuj&#261;c
+zarazem z trwog&#261; wisz&#261;cej zda si&#281; w powietrzu katastrofy -
+wiadomo&#347;ci jakiej strasznej, o nieszcz&#281;&#347;ciu, lub nawet o
+&#347;mierci.</p>
+
+<p>Zbawc&#261; pe&#322;nej niepokoju marsza&#322;kowej
+okaza&#322; si&#281; wówczas Emil &#321;ady&#380;y&#324;ski, przyjaciel
+ca&#322;ego domu Gowartowskich, stary kawaler, sprytny wyga wielkomiejski, a
+poza tem cz&#322;owiek rozumny i bystry bardzo. Zebrawszy napr&#281;dce
+wskazówek tu i ówdzie, wpad&#322; od razu na trop w&#322;a&#347;ciwy.
+Domys&#322;y jego by&#322;y trafne.</p>
+
+<p>- A ja powiadam pani marsza&#322;kowej, &#380;e panna Ola
+u&#380;ywa ju&#380; miodowych miesi&#281;cy! M&#322;odo&#347;&#263; nie
+&#380;artuje, gdy kocha... by&#322;y to ostatnie s&#322;owa jego i
+sprawdzi&#322;y si&#281;, niestety...</p>
+
+<p>Przez samego ojca panny, Januarego Gowartowskiego,
+pogardliwie odrzucony konkurent, inaczej poradzi&#322; sobie.</p>
+
+<p>Marsza&#322;kowa w zadumie westchn&#281;&#322;a cicho,
+ci&#281;&#380;kie bowiem, zaiste, czeka&#322;y j&#261; niebawem przej&#347;cia.
+Brat jej, January, którego, o niczem jeszcze nie wiedz&#261;c,
+powiadomi&#322;a, wzywaj&#261;c go, natychmiast po znikni&#281;ciu Oli, lada
+oto chwila nadjedzie...</p>
+
+<p>Có&#380; ona, na Boga, powie ubóstwiaj&#261;cemu córk&#281;
+ojcu, jak si&#281; potrafi wyt&#322;umaczy&#263; przed nim ze wszystkiego?
+Wszak to na jej opiece pozostawi&#322; on by&#322;, wyje&#380;d&#380;aj&#261;c,
+jedyne swe dzieci&#281;...</p>
+
+<p>Lecz czy&#380; mog&#322;a przewidzie&#263; podobne
+rozwi&#261;zanie sprawy?</p>
+
+<p>Przenigdy!...</p>
+
+<p>I marsza&#322;kowa Warnicka ni&#380;ej jeszcze
+pochyli&#322;a na piersi g&#322;ow&#281; sw&#261; siw&#261;, a czo&#322;o jej
+poora&#322;y zmarszczki, znacz&#261;c jakby &#347;lad m&#281;cz&#261;cych
+&#347;cigaj&#261;cych si&#281; my&#347;li.</p>
+
+<p>- A j&#261;, Ol&#281;, to dzieci&#281;, które wespó&#322; z
+bratem i ona kocha&#322;a ca&#322;&#261; si&#322;&#261; swej duszy, czy&#380;
+tak znów dalece wini&#263; mo&#380;na by&#322;o?... </p>
+
+<p>Zapewne... </p>
+
+<p>Nie porzuca si&#281; od razu wszystkiego, nie ucieka
+chy&#322;kiem, cho&#263;by nawet w ramiona ukochanego m&#281;&#380;czyzny, gdy
+sprzeciwia si&#281; temu wola rodzica, gdy...</p>
+
+<p>Pani Melania przetar&#322;a czo&#322;o pomarszczon&#261;
+d&#322;oni&#261;. "M&#322;odo&#347;&#263; nie &#380;artuje, gdy
+kocha!" zabrzmia&#322;y jej w uszach s&#322;owa Emila
+&#321;ady&#380;y&#324;skiego. Mia&#322; s&#322;uszno&#347;&#263;...</p>
+
+<p>I nagle, z pocz&#261;tku nieokre&#347;lone, pó&#378;niej
+coraz g&#322;o&#347;niejsze, &#347;mielsze, zakie&#322;kowa&#322;y w duszy staruszki
+wyrzuty sumienia. Bo czy&#380; doprawdy, Ola nieszcz&#281;&#347;liwa tak bardzo
+by&#322;a winna?... Mi&#322;o&#347;&#263; oszo&#322;omi&#322;a j&#261;,
+porwa&#322;a, a reszty niew&#261;tpliwie dokona&#322;o wychowanie m&#322;odej
+panny, kapry&#347;nej pieszczotki ojca, ulubienicy równie&#380; jej,
+marsza&#322;kowej, zawsze dla&#324; pob&#322;a&#380;liwej i s&#322;abej.</p>
+
+<p>I pani Melania znów zadawa&#322;a sobie dalej w my&#347;li
+pytania...</p>
+
+<p>- Czy Ola posiada&#322;a w duszy swej to, coby j&#261; od
+pope&#322;nionego kroku wstrzyma&#263; mog&#322;o? Czy wpajano w ni&#261; te
+zasady m&#322;odych, takie na przyk&#322;ad, jakiemi j&#261; karmiono lat temu
+wiele, w których pokolenie jej podobnych wyros&#322;o?... Marsza&#322;kowa w
+zadumie spu&#347;ci&#322;a nisko g&#322;ow&#281;.</p>
+
+<p>- Nie, nie! - odpowiada&#322;o co&#347; skrycie na dnie jej
+duszy.</p>
+
+<p>Ola zasad takich nie mia&#322;a, a z czyjej&#380;e to
+by&#322;o winy?</p>
+
+<p>Najprzód, naturalnie, ojca, Januarego, lecz nast&#281;pnie i
+jej przecie, zast&#281;puj&#261;c&#261; Oli odesz&#322;&#261; z tej ziemi
+matk&#281;.</p>
+
+<p>I z szar&#261; godzin&#261;, coraz bardziej
+rozgaszczaj&#261; si&#281; po buduarze - z mrokiem, pe&#322;nym cichej
+melancholii lipcowego wieczora, wkradaj&#261;ce si&#281; do duszy
+marsza&#322;kowej wyrzuty pot&#281;&#380;nia&#322;y, ros&#322;y... Samokrytyka
+za&#347; w&#322;asnego post&#281;powania zgry&#378;liwie szarpa&#263;
+pocz&#281;&#322;a jej mózg, coraz to nowemi pytaniami j&#261; zasypuj&#261;c:</p>
+
+<p>- Czy stara&#322;a&#347; si&#281; wnikn&#261;&#263; do duszy
+m&#322;odego dziewcz&#281;cia, a potem, zbadawszy j&#261;, formowa&#263; i
+ukszta&#322;ca&#263;? - mówi&#322;a ona. - Czy wtedy - pyta&#322;a dalej - gdy
+po niewinnem dzieci&#324;stwie i m&#322;odocianych leciech po raz pierwszy
+wst&#261;pi&#322;a Ola, ju&#380; jako doros&#322;a panna, na &#347;lisk&#261;
+aren&#281; salonów i &#347;wiatowego &#380;ycia, da&#322;a&#347; ty jej, prócz
+wskazówek powierzchownych, banalnych, jakie przestrogi inne,
+g&#322;&#281;bszej, powa&#380;niejszej natury?...</p>
+
+<p>A pó&#378;niej - gdy rozbawiona, rozmarzona zabaw&#261;,
+flirtami i ta&#324;cem, z pobudzonymi zmys&#322;ami i wyobra&#378;ni&#261;,
+wraca&#322;a ona do domu z towarzyskich balów i zebra&#324; - czy
+zastanowili&#347;cie si&#281; wy kiedy&#347;, ty i brat twój, January nad tem,
+co przechodzi&#322;o tam przez ow&#261; m&#322;od&#261; g&#322;ówk&#281;, co
+zapala&#322;o wyobra&#378;ni&#281; jej i w bezsennych nocach mo&#380;e
+marzeniem u&#322;udnem na skrzyd&#322;ach niezdrowych fantazyj nie
+pozwala&#322;o zamkn&#261;&#263; &#378;renic do snu cichego?...</p>
+
+<p>Uczynili&#347;cie wy to wszystko?
+Zast&#261;pili&#347;cie&#380; dziewcz&#281;ciu temu matk&#281;, wykonywuj&#261;c
+wspólnie ten na&#322;o&#380;ony na was obowi&#261;zek, z t&#261; konieczn&#261;
+drobiazgowo&#347;ci&#261;, z któr&#261; w istocie cz&#281;stokro&#263; nie
+rachuj&#261; si&#281; rodzicielki same?...</p>
+
+<p>Oblicze zadumanej marsza&#322;kowej wyra&#380;a&#322;o teraz
+ciche cierpienie, &#380;al jakby i skruch&#281;, w tym bowiem wewn&#281;trznym,
+milcz&#261;cym rachunku sumienia coraz ci&#281;&#380;sze odczuwa&#322;a winy po
+swojej i brata stronie.</p>
+
+<p>A raz poruszone sumienie znów pyta&#322;o dalej
+nielito&#347;ciwie: - Czy pochwyci&#322;a&#347; ty równie&#380; te chwile, gdy
+do krysztalnej m&#322;odej dot&#261;d jeszcze duszy zapuka&#322;a
+mi&#322;o&#347;&#263;, wkrad&#322;a si&#281; tam, i rozkwit&#322;a bujnie?
+Czuwa&#322;a&#380;e&#347; razem z ojcem Oli nad sercem swej pieszczotki?
+Rozumnem s&#322;owem, uwag&#261; g&#322;&#281;bok&#261;,
+kszta&#322;cili&#347;cie&#380; je? hodowali, strzeg&#261;c to serce, niby kwiat
+cieplarniany, od temperatury niezdrowej? My&#347;leli&#347;cie&#380; wy o tem,
+i&#380; tam, zamiast skromnego, pi&#281;knego p&#261;czka, o barwie
+&#322;agodnej, mo&#380;e wzro&#347;&#263; ukrycie i bezkszta&#322;tn&#261;
+zaja&#347;nie&#263; purpur&#261; kwiat nami&#281;tno&#347;ci cichy, wszystko
+doko&#322;a dusz&#261;cy sw&#261; woni&#261;?..</p>
+
+<p>Czy uczynili&#347;cie wy to wszystko? - powtórnie, jako
+konkluzya w&#261;tpliwo&#347;ci wszelkich, szarpn&#281;&#322;o pytanie ostatnie
+dusz&#261; marsza&#322;kowej.</p>
+
+<p>Przygn&#281;biona opar&#322;a znu&#380;on&#261;
+g&#322;ow&#281; o poduszk&#281; staro&#347;wieckiego mebla.</p>
+
+<p>Odpowiedzie&#263; nie mog&#322;a obron&#261; na zarzuty,
+powsta&#322;e w jej my&#347;lach za podszeptem sumienia - milcza&#322;a zatem.</p>
+
+<p>- Nie! - szyderczo odpowiedzia&#322; z kolei rozum!...
+Wypie&#347;cili&#347;cie tylko ulubione swe dziecko, nie odmawiali&#347;cie mu
+niczego - osypywali&#347;cie wszystkiem, czego zapragn&#281;&#322;o,
+znosz&#261;c nawet kaprysy, zachcianki i urojenia; ust&#281;puj&#261;c woli,
+któr&#261; rozumnie powinni&#347;cie byli kszta&#322;ci&#263;;
+s&#322;uchaj&#261;c - a nie rozkazuj&#261;c!</p>
+
+<p>- O, wy! wychowawcy m&#322;odego pokolenia, jak&#380;e
+daleko jeste&#347;cie od powinno&#347;ci swoich!.. za&#347;mia&#322; si&#281; w
+ko&#324;cu rozum z gorycz&#261;.</p>
+
+<p>Marsza&#322;kowa Warnicka, nie ruszaj&#261;c si&#281; z
+miejsca, przymkn&#281;&#322;a powieki, chwil&#281; d&#322;u&#380;sz&#261; w
+jednej i tej samej zostawszy pozycyi, wreszcie wsta&#322;a oci&#281;&#380;ale z
+miejsca swego i powoli zbli&#380;y&#322;a si&#281; ku oknu. </p>
+
+<p>Zapalono ju&#380; latarnie w mie&#347;cie. Po szerokich -
+trotuarach pierwszorz&#281;dnej ulicy snu&#322;y si&#281; t&#322;umy. Pani
+Melania wpatrzy&#322;a si&#281; w nie, a w jej my&#347;lach jednocze&#347;nie
+szumia&#322;o: </p>
+
+<p>- Uderz si&#281; w piersi!... Mea culpa, mea culpa! -
+bo&#347; winna, bardzo winna! </p>
+
+<p>Zamigota&#322;, zab&#322;ys&#322; snopem promieni i iskier
+mi&#322;o&#347;ci p&#322;omyk, i dziewczyna wyci&#261;gn&#281;&#322;a ku niemu
+pragn&#261;ce ramiona, jak &#322;ód&#378; bez steru na morzu rozhukanem -
+dziewczyna, któr&#261; wychowa&#322;a&#347; - zdeptawszy uczucia drogich sobie
+osób, nie ogl&#261;daj&#261;c si&#281; nawet za ich
+b&#322;ogos&#322;awie&#324;stwem! </p>
+
+<p>- Zbieracie, co&#347;cie zasiali! - g&#322;os jaki&#347; w
+uszach marsza&#322;kowej rozbrzmiewa&#322; i rós&#322;, pe&#322;en pot&#281;gi.
+</p>
+
+<p>Nagle staruszka cofn&#281;&#322;a si&#281; wstecz ca&#322;em
+cia&#322;em i drgn&#281;&#322;a nerwowo. W ciszy apartamentów rozleg&#322;
+si&#281; w tej chwili pokilkakro&#263; silnie dzwonek. </p>
+
+<p>To by&#322; January Gowartowski. Marsza&#322;kowa
+przeczuciem ju&#380; zgadywa&#322;a przybycie brata, a przetar&#322;szy
+czo&#322;o r&#281;k&#261;, z g&#322;&#281;bokiem westchnieniem
+odst&#261;pi&#322;a od okna.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>W s&#261;siednim salonie, na odg&#322;os dzwonka,
+zapala&#322; w&#322;a&#347;nie ma&#322;y lokajczyk &#347;wiat&#322;o, w
+przedpokoju rozbiera&#322; si&#281; kto&#347; i rozmawia&#322; ze
+s&#322;u&#380;&#261;cym. </p>
+
+<p>Pani Melania, ws&#322;uchawszy si&#281; pilnie, pozna&#322;a
+g&#322;os brata. Wysi&#322;kiem woli rozpogodziwszy, jak umia&#322;a, oblicze,
+przest&#261;pi&#322;a próg buduaru, i wesz&#322;a powolnym krokiem do salonu. W
+tej samej chwili we drzwiach ukaza&#322; si&#281; przyby&#322;y. </p>
+
+<p>By&#322; to m&#281;&#380;czyzna, lat ko&#322;o
+sze&#347;&#263;dziesi&#281;ciu mo&#380;e, chudy, wysoki, i pomimo wieku,
+trzymaj&#261;cy si&#281; jeszcze bardzo prosto, oraz gibki, jak trzcina, o
+wygl&#261;dzie i uk&#322;adzie delikatnym, zr&#281;cznym i dystyngowanym. Twarz
+January Gowartowski mia&#322; wygolon&#261; starannie, g&#322;ow&#281;
+pi&#281;kn&#261;, z przyprószonym nieco w&#322;osem, a w&#261;s sumiasty,
+bia&#322;y, okala&#322; mu wargi, wygi&#281;te nieco dumnie - oblicze za&#347;
+jego, nacechowane jakby wyrazem wynios&#322;o&#347;ci, nerwowe, zmienne,
+znamionowa&#322;o cz&#322;owieka, na. pierwszy rzut oka, nader wra&#380;liwego
+i uczuciowego mo&#380;e nad miar&#281;. </p>
+
+<p>Ujrzawszy siostr&#281;, podbieg&#322; ku niej szybko i
+z&#322;o&#380;y&#322; w milczeniu na jej r&#281;ce pe&#322;en uszanowania
+poca&#322;unek. Przytem spojrzenie Gowartowskiego spocz&#281;&#322;o na jej
+twarzy pytaj&#261;co, i dopiero po przelotnej chwili oczekiwania jakby,
+widz&#261;c marsza&#322;kow&#261; nieco zmieszan&#261;, odezwa&#322; si&#281;
+pierwszy:</p>
+
+<p>- Odebra&#322;em telegram twój, pani siostro, niepokój
+przygna&#322; mi&#281; tu natychmiast... Ola wyjecha&#322;a podobno, gdzie? po
+co? na co?.. Czy tylko jej co z&#322;ego si&#281; nie sta&#322;o? mo&#380;e ona
+chora, gro&#378;nie, bro&#324; Bo&#380;e?.. Powiedz, Melanio, szczer&#261;
+prawd&#281;, mów pr&#281;dzej, bo wytrzyma&#263; z niepokoju nie mog&#281;!.. -
+dr&#380;&#261;co wymówi&#322; pan January s&#322;owa ostatnie, z akcentem
+pro&#347;by, g&#322;osem pe&#322;nym obawy, i z trosk&#261; na wyrazistej
+twarzy czeka&#322; na odpowied&#378;. </p>
+
+<p>Tymczasem zmieszanie marsza&#322;kowej ros&#322;o.
+Unikaj&#261;c spojrzenia brata, rzek&#322;a: </p>
+
+<p>- Ale&#380; uspokój si&#281;, mój drogi, có&#380; znowu?..
+Upewniam ci&#281;, i&#380; Ola najzdrowsza si&#281; czuje i &#380;e zgo&#322;a
+nic z&#322;ego jej nie grozi... </p>
+
+<p>Twarz Gowartowskiego natychmiast rozpogodzi&#322;a si&#281;
+i westchnienie ulgi podnios&#322;o pier&#347; jego, odczu&#322; bowiem
+szczero&#347;&#263; w s&#322;owach siostry. </p>
+
+<p>Rzuciwszy opodal kapelusz i podró&#380;na torebk&#281;,
+usiad&#322; wygodnie na fotelu i spokojnym ju&#380; zupe&#322;nie g&#322;osem
+zapyta&#322;: </p>
+
+<p>- No, wi&#281;c có&#380;, na Boga, sta&#322;o si&#281; z
+Ol&#261;? wyjecha&#322;a - dok&#261;d?... </p>
+
+<p>- Zm&#281;czonym pewnie jeste&#347; i g&#322;odnym -
+przerwa&#322;a bratu Melania - mo&#380;e kaza&#263; da&#263; ci herbaty,
+przek&#261;ski?... - i mówi&#261;c to, przycisn&#281;&#322;a guzik
+elektrycznego dzwonka. </p>
+
+<p>- Ale&#380;, ma chčre, - &#380;achn&#261;&#322; si&#281;
+troch&#281; niecierpliwie Gowartowski - to wszystko zrobimy pó&#378;niej, po
+có&#380; te ze mn&#261; ceremonie; co ci si&#281; dzisiaj sta&#322;o, taka
+nienaturalna jaka&#347; jeste&#347;? - zatrzyma&#322; si&#281; pan January i
+spojrza&#322; siostrze badawczo w oczy.</p>
+
+<p>- Nakarmisz mnie potem - dorzuci&#322; po chwili, z u&#347;miechem
+- lecz opowiedz mi najprzód, co si&#281; tutaj sta&#322;o?... </p>
+
+<p>Marsza&#322;kowa i na to nic zupe&#322;nie nie
+odpowiedzia&#322;a, bo w tej w&#322;a&#347;nie chwili na progu salonu
+ukaza&#322; si&#281; przywo&#322;any lokaj. Wszystko, co dot&#261;d
+czyni&#322;a, mia&#322;o za cel zyska&#263; tylko na czasie, po prostu bowiem
+nie wiedzia&#322;a, w jaki sposób poda&#263; bratu smutn&#261; i
+wstrz&#261;saj&#261;c&#261; odpowied&#378; i w jakiej uczyni&#263; to formie.
+Zwróci&#322;a si&#281; do s&#322;u&#380;&#261;cego. </p>
+
+<p>- Zapal lamp&#281; w buduarze, a gdyby kto tam
+przyszed&#322;, to powiedz, &#380;em cierpi&#261;ca, i nie przyjmuj&#281;... </p>
+
+<p>- Wszak prawda - z kolei pytaj&#261;co na pozór
+skierowa&#322;a si&#281; do brata - i ty zapewne nie masz dzi&#347; ochoty
+widzie&#263; go&#347;ci?... </p>
+
+<p>Za ca&#322;&#261; odpowied&#378; Gowartowski wzruszy&#322; z
+lekka ramionami, jednocze&#347;nie jednak z pod oka kilkakrotnie spojrza&#322;
+na siostr&#281;, a z twarzy jego pierzch&#322;a pogoda. </p>
+
+<p>Co&#347; poza kulisami dzia&#322;o si&#281; w tym domu
+niedobrego, czul to pan January nerwami, wi&#281;c czo&#322;o
+zas&#281;pi&#322;o mu si&#281; i brwi przelotnie zmarszczy&#322;y. Powsta&#322;
+gor&#261;czkowo z siedzenia, nieobecny my&#347;l&#261;, szukaj&#261;cy zagadki,
+nie rozumiej&#261;c s&#322;ów siostry, znajduj&#261;cej si&#281; ju&#380; w
+o&#347;wietlonym buduarze i mówi&#261;cej co&#347; do niego.</p>
+
+<p>- Co mówisz? nie s&#322;ysz&#281;... - rzuci&#322; po
+chwili. - Mo&#380;e tu przejdziesz, b&#281;dzie nam wygodniej rozmawia&#263;...
+- powtórzy&#322;a g&#322;o&#347;niej tym razem marsza&#322;kowa. </p>
+
+<p>Gowartowski pos&#322;usznie podszed&#322; ku drzwiom i
+przest&#261;pi&#322; próg buduaru. </p>
+
+<p>Zamknij drzwi za sob&#261;, mój kochany, i siadaj,
+prosz&#281; ci&#281;! - bezd&#378;wi&#281;cznym g&#322;osem odezwa&#322;a
+si&#281; pani Melania, sama za&#347; skierowa&#322;a si&#281;, by
+przymkn&#261;&#263; drzwi do pokoju jeszcze jedne. </p>
+
+<p>Pan January tymczasem usiad&#322; i ze wzrastaj&#261;cym coraz
+bardziej niepokojem &#347;ledzi&#322; ruchy swej siostry. Teraz by&#322;
+ju&#380; pewnym, &#380;e czeka go co&#347; niezwyk&#322;ego, i z&#322;ego, tak
+bowiem ostro&#380;nej i dziwnie post&#281;puj&#261;cej siostry dawno ju&#380;
+nie ogl&#261;da&#322;. </p>
+
+<p>Marsza&#322;kowa zbli&#380;a&#322;a si&#281;
+w&#322;a&#347;nie ku niemu, a usadowiwszy si&#281; obok, na kanapie,
+uj&#281;&#322;a w obie d&#322;onie r&#281;ce brata. Postanowi&#322;a w
+my&#347;li zaraz od razu przeci&#261;&#263; dra&#380;ni&#261;ce p&#281;ta
+wst&#281;pnej rozmowy, rzek&#322;a zatem &#322;agodnie i serdecznie,
+wpatrzywszy si&#281; rozumnemi i dobremi oczami w twarz brata. </p>
+
+<p>- Przyrzeknij mi przede wszystkiem, mój drogi, &#380;e nie
+zanadto zmartwisz si&#281; tem, co ci powiem, i zniesiesz wiadomo&#347;&#263;
+bardzo smutn&#261;, co ci zakomunikowa&#263; musz&#281; - prawdziwie po
+m&#281;sku... </p>
+
+<p>- Ale&#380; dobrze, dobrze, moja kochana... Lecz
+powiedz-&#380;e mi nareszcie, o co chodzi, bo siedz&#281;, jak na
+roz&#380;arzonych w&#281;glach, i po g&#322;owie lataj&#261; mi wprost
+niemo&#380;liwe przypuszczenia!.. Mów pr&#281;dzej, b&#322;agam - có&#380; z
+Ol&#261; si&#281; sta&#322;o?.. - wybuchn&#261;&#322; Gowartowski, ostatnie
+za&#347; s&#322;owa jego drga&#322;y wymówk&#261; i pro&#347;b&#261;. </p>
+
+<p>Wyraz wspó&#322;czucia przemkn&#261;&#322; po twarzy matrony
+siwej, i obj&#261;wszy r&#281;kami g&#322;ow&#281; brata, uca&#322;owa&#322;a
+j&#261; czule. </p>
+
+<p>- Ola... ju&#380; po &#347;lubie... - rzek&#322;a
+równocze&#347;nie szeptem. </p>
+
+<p>Gowartowski, jak podrzucony, zerwa&#322; si&#281; z fotelu,
+i wzrokiem b&#322;&#281;dnym na marsza&#322;kow&#261; spojrza&#322;. - Kiedy?
+jak? co? gdzie? - wykrzykn&#261;&#322; w pierwszej chwili. - To by&#263; nie
+mo&#380;e!... - dorzuci&#322; i urwa&#322;... Wpatrzywszy si&#281; bowiem
+uwa&#380;niej w twarz siostry, pozna&#322;, i&#380; ona mówi prawd&#281;, po
+chwili j&#281;kn&#261;&#322; wi&#281;c tylko cicho: </p>
+
+<p>- Z kim?... i ca&#322;y, zdawa&#322;o si&#281;, zawis&#322;
+na ustach pani Melanii... G&#322;os zadr&#380;a&#322; marsza&#322;kowej, gdy,
+jak mog&#322;a najspokojniej, panuj&#261;c nad w&#322;asnem wzruszeniem,
+odpowiedzia&#322;a wolno: </p>
+
+<p>- Z Romanem Dzier&#380;ymirskim... </p>
+
+<p>- Z Dzier&#380;ymirskim... z tym ho&#322;yszem... synem
+tej... tej W&#322;oszki, &#347;piewaczki!... - g&#322;os za&#322;ama&#322;
+si&#281; panu Januaremu, i schwyci&#322; si&#281; on obiema r&#281;kami za
+g&#322;ow&#281;. - I bez... bez... - tu g&#322;os Gowartowskiego przeszed&#322;
+w chrypk&#281;, sna&#263; wstrz&#261;saj&#261;ca nowina zatamowa&#322;a mu dech
+w piersiach - bez mego... pozwolenia... b&#322;ogos&#322;awie&#324;stwa!... -
+wykrztusi&#322;; doko&#324;czy&#322; nareszcie, z bólem i gniewem... Twarz
+przytem zn&#281;kanego otrzyman&#261; wiadomo&#347;ci&#261; ojca, dot&#261;d
+blada bardzo, zakwit&#322;a nagle ceglastym rumie&#324;cem, nogi za&#347;
+widocznie zachwia&#322;y si&#281; pod nim, gdy&#380; ci&#281;&#380;ko,
+bezsilnie, upad&#322; na pobliski g&#322;&#281;boki fotel. </p>
+
+<p>Powtórnie, z macierzy&#324;sk&#261; i&#347;cie
+troskliwo&#347;ci&#261;, obj&#281;&#322;a g&#322;ow&#281; stroskanego brata
+marsza&#322;kowa Warnicka, jakby ta czu&#322;a pieszczota siostrzana ukoi&#263;
+pragn&#281;&#322;a, cho&#263; chwilowo, cios, przed chwil&#261; s&#322;owami
+przez ni&#261; zadany. </p>
+
+<p>Lecz Gowartowski odtr&#261;ci&#322; j&#261; prawie &#380;e
+brutalnie, niepomny niczego, a chwyciwszy w d&#322;oni r&#281;k&#281; siostry,
+przemówi&#322; zapalczywie, urywanym g&#322;osem. </p>
+
+<p>- Jak to? I ty, Melanio, pozwoli&#322;a&#347; na to? ty, na
+opiece której, niby matki rodzonej, zostawi&#322;em moje dzieci&#281;? Ty
+da&#322;a&#347; zezwolenie, nie zawiadomiwszy mnie o niczem? </p>
+
+<p>I pan January ponownie z miejsca swego si&#281; zerwa&#322;,
+i wykrzykn&#261;&#322; wzburzony: </p>
+
+<p>- Wiedz&#261;c, &#380;e temu m&#322;okosowi, awanturnikowi
+odmówi&#322;em dawniej, naumy&#347;lnie usypiali&#347;cie czujno&#347;&#263;
+moj&#261;, by mnie podej&#347;&#263;, oszuka&#263;, i my&#347;leli&#347;cie
+mo&#380;e, i&#380; ja to przyjm&#281; post factum, "tak sobie!" </p>
+
+<p>- Ale&#380; zmi&#322;uj si&#281;, uspokój ! - pospiesznie
+przerwa&#322;a marsza&#322;kowa. - Nic jeszcze nie wiesz dok&#322;adnie, a
+ju&#380; obwiniasz innych na chybi&#322;-trafi&#322;. Prosz&#281; ci&#281;,
+bardzo prosz&#281;, cierpliwo&#347;ci troch&#281;, spokoju, a&#380; opowiem ci
+wszystko, - doda&#322;a b&#322;agalnie. </p>
+
+<p>Pan January mimo woli ucich&#322; i spojrza&#322;
+pytaj&#261;co na siostr&#281;. </p>
+
+<p>- Serce-&#380; ty moje, pos&#322;uchaj, a nie martw si&#281;
+tak okrutnie - dr&#380;&#261;cym od wzruszenia g&#322;osem, ze
+wspó&#322;czuciem, przemówi&#322;a znowu pani Melania, w nag&#322;em
+rozczuleniu zatr&#261;caj&#261;c przytem wyra&#378;nie rodzonym ukrai&#324;skim
+akcentem, od którego odzwyczai&#322;a si&#281; by&#322;a sw&#261;
+ci&#261;g&#322;&#261; bytno&#347;ci&#261; w mie&#347;cie. - Pos&#322;uchaj, jak
+si&#281; rzecz mia&#322;a - zacz&#281;&#322;a marsza&#322;kowa, i
+ci&#261;gn&#281;&#322;a tak dalej : - Przede wszystkiem, kiedy ju&#380; tak
+bole&#347;nie dotkn&#261;&#322;e&#347; mi&#281; przypuszczeniem, &#380;e
+by&#322;am w zmowie przeciwko tobie, wyt&#322;umaczy&#263; si&#281; winnam... Tak
+nie by&#322;o wcale, jak s&#261;dzisz; przeciwnie do ostatniej chwili ja o
+niczem zgo&#322;a nie wiedzia&#322;am... </p>
+
+<p>Jak to? - przerwa&#322; siostrze zdumiony Gowartowski. </p>
+
+<p>- Tak, serce, tak, Januarku, ja nic zupe&#322;nie nie
+wiedzia&#322;am - powtórzy&#322;a marsza&#322;kowa, z widocznym &#380;alem w
+g&#322;osie - a dlaczego? Dlatego, &#380;e oni poradzili sobie bez nas... Roman
+porwa&#322; Ol&#281; i natychmiast wyjechali razem za granic&#281;.</p>
+
+<p>I pani Melania umilk&#322;a, wszystko najgorsze ju&#380;
+by&#322;o bratu wiadomem. Pod nowym ciosem pochyli&#322;a si&#281; g&#322;owa
+m&#281;&#380;czyzny, i odbi&#322;o si&#281; na niej jeszcze bole&#347;niejsze
+cierpienie.</p>
+
+<p>- Olu!... Olu!... dziecko moje!.. Jak&#380;e zawiod&#322;em
+si&#281; na, tobie! - z ci&#281;&#380;kiem westchnieniem wymkn&#281;&#322;o
+si&#281; z ust biednego ojca.</p>
+
+<p>Marsza&#322;kowa spogl&#261;da&#322;a wzruszona na brata.
+Gniewu jego nie ba&#322;a si&#281; ona; uniesienie przechodzi. Lecz czego
+l&#281;ka&#322;a si&#281; dot&#261;d najbardziej, to tej rany
+w&#322;a&#347;nie, zadanej kochaj&#261;cemu sercu ojcowskiemu przez córk&#281;,
+depcz&#261;c&#261; przywi&#261;zanie do niej silne i bez upami&#281;tania - dla
+u&#322;udnej fatamorgany zmys&#322;owych rozkoszy, dla mi&#322;o&#347;ci
+kwiatów i pon&#281;t...</p>
+
+<p>Pan January, z g&#322;ow&#261; na piersi schylon&#261;,
+milcza&#322; teraz, ukrywszy twarz w d&#322;onie. Ze wzrastaj&#261;cem coraz
+bardziej wspó&#322;czuciem patrzy&#322;a wci&#261;&#380; pani Melania na brata
+i my&#347;la&#322;a: </p>
+
+<p>- 0, dzieci, dzieci, pokolenia m&#322;ode, jak&#380;e wy
+cz&#281;sto i okrutnie ranicie serca starych! Przywi&#261;zuje si&#281; ich
+jesie&#324; smutna do waszych wiosen, pe&#322;nych wesela, a wy, jak te ptaki,
+szukaj&#261;ce wci&#261;&#380; ciep&#322;a i s&#322;o&#324;ca,
+lekkomy&#347;lnie rzucacie te serca, tratujecie mi&#322;o&#347;&#263;, zaparcia
+siebie pe&#322;n&#261;, a pogardzaj&#261;c dogasaj&#261;cemi,
+popielej&#261;cemi iskrami - szukacie, garniecie si&#281; do ognia, do
+m&#322;odych!.. </p>
+
+<p>Przecie&#380; i dla mnie pieszczotka Ola by&#322;a
+dot&#261;d wszystkiem, lube dzieci&#281;! </p>
+
+<p>Tak, lecz od genezy uczucia jej i brata nie bi&#322;o
+s&#322;o&#324;ce mi&#322;o&#347;ci m&#322;odej, ptaszyna zerwa&#322;a jedwabne
+p&#281;ta przywi&#261;za&#324; domowych, bo w mroki cichych, dotychczasowych
+jej uczu&#263;, do serduszka dziewcz&#281;cego, wdar&#322; si&#281; promienisty
+blask pot&#281;&#380;niejszy, silniejszy! Zwyk&#322;a kolej rzeczy tego
+&#347;wiata... </p>
+
+<p>Chc&#261;c przerwa&#263; milczenie, pe&#322;ne dla obojga
+rozmy&#347;la&#324; przykrych, pani Melania pocz&#281;&#322;a mówi&#263; znowu
+przyciszonym g&#322;osem: </p>
+
+<p>- Podzi&#281;kujmy Bogu jeszcze, mój drogi January, &#380;e
+&#347;lubem sko&#324;czy&#322;o si&#281; to wszystko. Teraz z wol&#261;
+Bo&#380;&#261; pogodzi&#263; si&#281; nale&#380;y, i z przeznaczeniem, to
+trudno... - ci&#261;gn&#281;&#322;a dalej, widz&#261;c, &#380;e na jej
+s&#322;owa wyrwany z g&#322;&#281;bokiej zadumy brat podniós&#322;
+g&#322;ow&#281; i s&#322;ucha - Nie uwierzysz, ile ja przecierpia&#322;am, nim
+doniesiono mi o tem, &#380;e oni gdzie&#347; w pobli&#380;u austryackiej
+granicy, w jakiej&#347; tam wioszczynie &#347;lub wzi&#281;li. </p>
+
+<p>- Zk&#261;d&#380;e masz t&#281; wiadomo&#347;&#263;? -
+z&#322;amanym i cichym g&#322;osem spyta&#322; Gowartowski.</p>
+
+<p>- Marsza&#322;kowa ze smutkiem spojrza&#322;a na brata.
+Serce zabola&#322;o j&#261;, jak&#380;e bowiem innym, odmiennym ca&#322;kiem,
+sta&#322; si&#281; on nagle teraz, po odebraniu wiadomo&#347;ci, tak dla&#324;
+wszechstronnie bolesnej. Powoli, mi&#281;kko, opowiada&#263; mu ona
+pocz&#281;&#322;a stopniowo wszystko.</p>
+
+<p>A wi&#281;c, o ucieczce Oli, o
+w&#322;asnych cierpieniach, o tem, &#380;e z tak licznych znajomych prawdy nie
+domy&#347;la si&#281; dot&#261;d nikt jeszcze, o &#321;ady&#380;y&#324;skim...</p>
+
+<p>Pan January, przybity,
+s&#322;ucha&#322; teraz s&#322;ów siostry pokornie, jak dziecko, nie
+odzywa&#322; si&#281; ju&#380; wcale, trudno za&#347; by&#322;o
+zar&#281;czy&#263;, czy w my&#347;lach bezustannie zatopiony -
+s&#322;ysza&#322;.</p>
+
+<p>Sko&#324;czywszy sw&#261;
+opowie&#347;&#263;, marsza&#322;kowa rzek&#322;a:</p>
+
+<p>- Bóg mi &#347;wiadkiem, i&#380; nic
+winn&#261; nie jestem... Po wyje&#378;dzie twoim i odmowie, któr&#261;
+da&#322;e&#347; Dzier&#380;ymirskiemu, gdy o&#347;wiadczy&#322; si&#281; o
+Ol&#281; przed paru tygodniami, nie przyjmowa&#322;am go wcale. Gdzie
+widywa&#322; si&#281; z Ol&#261;, jak i kiedy u&#322;o&#380;yli ze sob&#261;
+wszystko? Dotychczas &#380;adnego o tem nie mam poj&#281;cia. Có&#380;
+robi&#263; - wola Boska!..</p>
+
+<p>Gdy marsza&#322;kowa wymawia&#322;a te
+ostatnie wyrazy, instynktownie przysun&#281;&#322;a si&#281; do brata,
+chc&#261;c pocieszy&#263; go zapewne, lecz w tej samej chwili spojrzenie jej
+pad&#322;o na drzwi od salonu, i drgn&#281;&#322;a nerwowo. Zda&#322;o jej
+si&#281;, &#380;e kto&#347; dotyka w&#322;a&#347;nie klamki...</p>
+
+<p>Rzeczywi&#347;cie, w sekund&#281;
+pó&#378;niej rozleg&#322;o si&#281; trzykrotne pukanie, w &#347;lad za tem
+za&#347; s&#322;u&#380;&#261;cy zawiadomi&#322;, &#380;e podano kolacy&#281; i
+herbat&#281;.</p>
+
+<p>- Czy masz ochot&#281; je&#347;&#263;
+teraz? - spyta&#322;a &#322;agodnie brata pani Melania.</p>
+
+<p>Pan January, machn&#261;wszy
+poprzednio r&#281;k&#261;, zrobi&#322; g&#322;ow&#261; ruch negatywy,
+pe&#322;ny oboj&#281;tno&#347;ci i zniech&#281;cenia.</p>
+
+<p>Marsza&#322;kowa westchn&#281;&#322;a
+cicho.</p>
+
+<p>-B&#281;dziemy jedli pó&#378;niej! -
+rzuci&#322;a g&#322;o&#347;no.</p>
+
+<p>Po drugiej stronie drzwi buduaru
+zaintrygowany lokaj schyli&#322; si&#281; i spojrza&#322; przez dziurk&#281; od
+klucza, poczem jeszcze bardziej zaciekawiony przyciszon&#261; rozmow&#261;,
+której w&#261;tka schwyci&#263; nie móg&#322;, postawszy chwil&#281;,
+oddali&#322; si&#281; na palcach by zakomunikowa&#263; wiadomo&#347;&#263;
+t&#281; pozosta&#322;ej s&#322;u&#380;bie.</p>
+
+<p>Z dobr&#261; godzin&#281;, a mo&#380;e
+i wi&#281;cej jeszcze, min&#281;&#322;o nim roztworzy&#322;y si&#281; owe drzwi
+buduaru, i wysz&#322;o z niego rodze&#324;stwo. Jakie&#380; jednak by&#322;o
+zdumienie domowników, gdy zamiast spo&#380;y&#263; wieczerz&#281;, oboje
+rozeszli si&#281; do swoich komnat, nie tkn&#261;wszy jej wcale.</p>
+
+<p>I pó&#378;no potem w apartamentach
+marsza&#322;kowej Warnickiej pali&#322;y si&#281; dwa &#347;wiat&#322;a.</p>
+
+<p>D&#322;ugo, bardzo d&#322;ugo, na
+kl&#281;czkach przed zapalon&#261; lampk&#261; i wizerunkiem Matki Bo&#380;ej
+modli&#322;a si&#281; gor&#261;co polska matrona, zanosz&#261;c pro&#347;by do
+nieba. Ukrywszy g&#322;ow&#281; w d&#322;onie, rozmy&#347;la&#322;a ona o
+ulubienicy swej, Oli, modli&#322;a si&#281; za ni&#261;, za brata wreszcie, by
+mu los przysz&#322;o&#347;&#263; os&#322;odzi&#322;. W ko&#324;cu
+&#347;wiat&#322;o u niej zgas&#322;o. Zm&#281;czona wra&#380;eniami
+ci&#281;&#380;kich trzech dni ostatnich, staruszka zasn&#281;&#322;a twardo,
+pojednana z przeznaczeniem - wzmocniona modlitw&#261;...</p>
+
+<p>Inaczej si&#281; dzia&#322;o w
+komnacie Gowartowskiego. I on po niejakim czasie, zm&#281;czony
+jednostajn&#261; po pokoju w&#281;drówk&#261;, zgasi&#322; lamp&#281;,
+u&#322;o&#380;ywszy si&#281; do snu.</p>
+
+<p>Lecz sen - ukoiciel daleko odlecia&#322; od zn&#281;kanego
+starca. </p>
+
+<p>Przez wielkie okno wkrada&#322;o si&#281;
+pó&#322;&#347;wiat&#322;o usianej gwiazdami nocy letniej, sennej i cichej;
+mrugaj&#261;ce na niebie gwiazdy zagl&#261;da&#322;y do wn&#281;trza - komnaty,
+po&#322;o&#380;onej na dole i zwróconej ku ogrodowi, a zawis&#322;szy nad
+&#322;o&#380;em, wpatrywa&#322;y si&#281; b&#322;yszcz&#261;ce, pyta&#324;
+niedyskretnych pe&#322;ne, w poblad&#322;e lica bolej&#261;cego tu
+cz&#322;owieka. </p>
+
+<p>0! jak&#380;e noc ta polska, swobodna, zadumana i jasna
+by&#322;a inn&#261; dla zapomnianego ojca, a jak inna, cho&#263; ta sama,
+rozpi&#281;ta na w&#322;oskiem niebie, dla dwojga m&#322;odych w Wenecyi!... </p>
+
+<p>Tam, w upojeniu, w mi&#322;osnej ekstazie, dwie dusze, dwa
+m&#322;ode istnienia zlewa&#322;y si&#281; w jedno!... Na zegarach ich
+przeznacze&#324; teraz w&#322;a&#347;nie bi&#322;a mo&#380;e zgodnie
+aksamitnymi cichymi tony, ziemska u&#322;udna szcz&#281;&#347;cia godzina... </p>
+
+<p>A tu?... </p>
+
+<p>Z cierpieniem i bólem sam na sam boryka&#322; si&#281;
+starzec, t&#322;umi&#261;c &#322;zy, cisn&#261;ce mu si&#281; gwa&#322;tem do
+oczu... </p>
+
+<p>Bo czy&#380;, zaiste, to dzieci&#281; w&#322;asne, drogie,
+nie sponiewiera&#322;o go bezlito&#347;nie? Czy&#380; za tyle lat ojcowskich
+trudów, mi&#322;o&#347;ci i zaparcia si&#281; siebie, on, rodzic
+kochaj&#261;cy, jak rzadko który mo&#380;e, zas&#322;u&#380;y&#322; tego
+ostatecznego, pogardliwego zdeptania? </p>
+
+<p>Wi&#281;c on wobec córki w&#322;asnej nic nie znaczy&#322;?
+B&#322;ogos&#322;awie&#324;stwo jego jest niczem, pozwolenie - zerem! On sam
+za&#347;, jego w&#322;asne "ja," którego odzwierciedlenie
+niezatartem, zdawa&#322;o mu si&#281; pi&#281;tnem, odbite by&#322;o na duszy
+Oli, tak&#380;e okaza&#322;o si&#281; tak s&#322;abem tylko? 0! do jakiego
+stopnia s&#322;abem nawet, kiedy nie potrafi&#322;o oprze&#263; si&#281; nowemu
+uczuciu - intruzowi!... </p>
+
+<p>U&#347;miech gorzki, bole&#347;ci pe&#322;ny,
+przemkn&#261;&#322; si&#281; po ustach Gowartowskiego. </p>
+
+<p>- Wi&#281;c nic trwa&#322;ego na tym padole! -
+my&#347;la&#322; - wszystko marno&#347;ci&#261;... rozwiewaj&#261;cym
+puchem!... Wi&#281;c drogie kamienie, per&#322;y uczucia, powsta&#322;e w
+ojcowskiej duszy z tysi&#261;cznych &#380;ycia szczegó&#322;ów, cicho
+wyros&#322;e tam kwiaty trwa&#322;ego rodzicielskiego przywi&#261;zania, z góry
+ju&#380; skazane by&#263; musz&#261; niemi&#322;osiernie, by zwi&#281;dn&#261;&#263;
+zapoznane...</p>
+
+<p>Ach, jak&#380;e on, naiwny, dalekim by&#322; my&#347;l&#261;
+od tego! Jakiem&#380;e przykrem rozczarowaniem by&#322;a dla&#324; ta naga
+rzeczywisto&#347;&#263;, brutalna, bez zas&#322;on, cho&#263;by
+konwencyonalnych tylko! </p>
+
+<p>Gowartowski &#347;cisn&#261;&#322; g&#322;ow&#281;
+r&#281;kami, zdawa&#322;o mu si&#281; bowiem, i&#380; ona p&#281;knie od
+my&#347;li, cisn&#261;cych si&#281;, jak nieproszone t&#322;umy... Subtelny
+umys&#322; jego gi&#261;&#322; si&#281; pod ich naporem, szumia&#322;, niby rój
+brz&#281;cz&#261;cych, dokuczliwych owadów. </p>
+
+<p>Nagle, jakby dziwnym wp&#322;ywem reakcyi, w g&#322;owie
+le&#380;&#261;cego zapanowa&#322;a pró&#380;nia... </p>
+
+<p>Gowartowski na ma&#322;&#261; sekund&#281; tylko
+przesta&#322; my&#347;le&#263;... </p>
+
+<p>I natychmiast zr&#281;cznie z chwili tej skorzysta&#322;a
+samowiedza. </p>
+
+<p>- Przypomnij sobie w&#322;asn&#261;
+przesz&#322;o&#347;&#263; - szepn&#281;&#322;a - b&#261;d&#378;
+wyrozumia&#322;ym!... Poszukaj dobrze, a niew&#261;tpliwie znajdziesz tam
+moment, analogiczny z chwil&#261; obecn&#261;!... </p>
+
+<p>Wszak m&#322;odo&#347;&#263; ma swoje silne prawa,
+ka&#380;dy w tym czasie korzysta z nich, a staro&#347;&#263;, ubrana w
+po&#380;ó&#322;k&#322;e, lec&#261;ce li&#347;cie jesieni &#380;ycia, sw&#261;
+g&#322;ow&#281; srebrn&#261; pochyli&#263; zawsze musi przed jej
+o&#347;lepiaj&#261;cym blaskiem, pomna, &#380;e i ona kiedy&#347; taka sama
+by&#322;a. </p>
+
+<p>I pan January wysi&#322;kiem woli uprzytomni&#322; sobie
+nagle minione lata swoje, wpatrzy&#322; si&#281; w nie na chwil&#281;... </p>
+
+<p>- Nie, nie!... - wo&#322;a&#263; pocz&#281;&#322;o we
+wzburzeniu ca&#322;e jego jestestwo. </p>
+
+<p>Tego, co go dzisiaj spotyka&#322;o, nie by&#322;o tam
+zgo&#322;a. On szanowa&#322; s&#281;dziwy wiek, przywi&#261;zania starych nie
+tratowa&#322;; cho&#263; kocha&#322; i szala&#322;, jednak zawsze godzi&#322;
+jedno z drugiem. </p>
+
+<p>Tu za&#347; obecnie dzia&#322;o si&#281; zupe&#322;nie co
+innego. I Gowartowski w tej samej chwili odwróci&#322; si&#281; do &#347;ciany,
+a przymkn&#261;wszy machinalnie powieki, i jakby chroni&#261;c s&#322;uch od
+jakich&#347; odg&#322;osów, jak dzieci&#281; wcisn&#261;&#322; w poduszki
+g&#322;ow&#281; sw&#261; siw&#261;. Bo nagle zda&#322;o mu si&#281;
+wyra&#378;nie, &#380;e czyn Oli przyoblek&#322; si&#281; w s&#322;owa i w
+pustych, cichych &#347;cianach pokoju krzyczy wielkim g&#322;osem: </p>
+
+<p>- Id&#378; w k&#261;t, stary niedo&#322;&#281;go! Czy&#380;
+ja potrzebuj&#281; ciebie si&#281; pyta&#263;? Ja chc&#281; &#380;y&#263;,
+kocha&#263;! Pragn&#281; za m&#281;&#380;a m&#281;&#380;czyzny drogiego sercu,
+a tu ty my&#347;lisz mi przeszkodzi&#263;?... </p>
+
+<p>W ciszy pokoju, w u&#347;pieniu letniej nocy, rozleg&#322;o
+si&#281; bolesne, st&#322;umione &#322;kanie - starzec p&#322;aka&#322;... </p>
+
+<p>Dawno niezmoczone &#322;z&#261; s&#281;dziwe m&#281;skie
+powieki, zaszkli&#322;y si&#281; ros&#261; - stroskanego ojca uniós&#322; ból
+pocz&#261;&#322; rozsadza&#263; piersi. </p>
+
+<p>A jednocze&#347;nie przywidzia&#322;o mu si&#281;, jakby w
+halucynacyi nag&#322;ej, &#380;e oto sk&#261;dsi&#347; nagle, do ciasnych ram
+sypialni wpada, jak huragan, dziwny rydwan z&#322;ocisty... Przytuleni,
+zro&#347;li jakoby ze sob&#261;, siedz&#261; na nim Roman i Ola, zapatrzeni w
+siebie, nie widz&#261;c nic doko&#322;a.</p>
+
+<p>Rydwan za&#347; wspania&#322;y zbli&#380;a si&#281; coraz
+bardziej... </p>
+
+<p>Ci&#261;gn&#261; go ogniste pi&#281;kne rumaki bia&#322;e, a
+po jego stopniach, ozdobach i kobiercach, wsz&#281;dzie sypi&#261; si&#281;
+kwiaty; zasypuj&#261; go, poch&#322;aniaj&#261;... </p>
+
+<p>Muzyka weso&#322;a, skoczna, zag&#322;usza tymczasem
+t&#281;tent koni - nad zakochan&#261; par&#261; m&#322;odych roje cherubów
+unosz&#261; si&#281; w górze, skrzyde&#322;ka ich szumi&#261; rado&#347;nie, a
+czarowna mi&#322;o&#347;&#263; toruje im</p>
+
+<p>drog&#281;!... </p>
+
+<p>I Gowartowskiemu zdaje si&#281; równocze&#347;nie, &#380;e
+pojazd ten wprost na niego wpada. </p>
+
+<p>Tak jest, wyra&#378;nie, wyra&#378;nie!... </p>
+
+<p>Czuje bo oto na piersiach swych bolesne grubija&#324;skie
+uderzenia kopyt ko&#324;skich... </p>
+
+<p>Ach!... </p>
+
+<p>To ko&#322;a rydwanu przemkn&#281;&#322;y po nim
+zwyci&#281;sko!... </p>
+
+<p>Zaszumia&#322;o... Posypa&#322;y si&#281; znowu wonnym
+deszczem kwiaty, muzyka g&#322;o&#347;niej zabrzmia&#322;a. </p>
+
+<p>Min&#281;&#322;a chwila... </p>
+
+<p>Ucich&#322;o wszystko, znik&#322;o i tylko jeszcze w
+milczeniu echem ostatnim zadr&#380;a&#322; mi&#322;o&#347;nie poca&#322;unku
+szmer...</p>
+
+<p>Pojechali.</p>
+
+<p>Zimny pot zaperli&#322; si&#281; na czole Gowartowskiego. -
+Przez my&#347;l przemkn&#281;&#322;o mu s&#322;owo: Waryuj&#281;?... </p>
+
+<p>Lecz niebawem znowu powróci&#322;a my&#347;l
+zb&#322;&#261;kana. </p>
+
+<p>I cierpienie natychmiast uk&#322;uciami drobnemi rani&#263;
+go ponownie zacz&#281;&#322;o. </p>
+
+<p>Powtórnie, umilk&#322;e na drobn&#261; chwil&#281;, jak
+przyp&#322;yw morza, niepowstrzymany, powrotny, rozleg&#322;o si&#281; w cichym
+spokoju komnaty zduszone &#322;kanie... </p>
+
+<p>Szerokiem korytem rozlewa&#322;a si&#281; bole&#347;&#263;
+upokorzonego, zranionego ojcowskiego serca, i przez otwarte okno cicho
+p&#322;yn&#281;&#322;a eterami, w dal... </p>
+
+<p>Na dworze &#347;ciemni&#322;o si&#281; tymczasem;
+gdzieniegdzie na czystem niebie pojawi&#322;y si&#281; ma&#322;e chmurki,
+przes&#322;oni&#322;y zagl&#261;daj&#261;ce ciekawie do pokoju gwiazdy... </p>
+
+<p>Cienie rozk&#322;ada&#322;y si&#281; obecnie w sypialni, a z
+nimi powoli, zm&#281;czeniem sna&#263; zwyci&#281;&#380;ane i wyczerpaniem,
+milk&#322;o bolesne &#322;kanie starca, przechodz&#261;c stopniowo w p&#322;acz
+cichy. Có&#380; sta&#322;o si&#281; powodem tego ukojenia, dzia&#322;aj&#261;cego
+&#322;agodnie, jak balsam, na zn&#281;kan&#261; cierpieniami dusz&#281;
+stroskanego ojca? </p>
+
+<p>Mo&#380;e to by&#322;o przywidzeniem tylko, jednak w
+majacz&#261;cych, coraz wi&#281;cej zasiedlaj&#261;cych pokój pó&#322;cieniach,
+na ich tle widoczna zarysowa&#322;a si&#281; niewyra&#378;na jaka&#347;
+posta&#263;, nachylona ze wspó&#322;czuciem... </p>
+
+<p>Któ&#380; to by&#322; tak niepochwytny, z eterów zaledwie
+z&#322;o&#380;ony ca&#322;y? Mara, czy z&#322;udzenie? </p>
+
+<p>Jednocze&#347;nie jaki&#347; dziwny szelest jakby
+rozleg&#322; si&#281; równie&#380; po pokoju... Z przyt&#322;umionym szelestem,
+jednostajnie, kropla po kropelce spada&#322;o co&#347; w pewnych od siebie
+odst&#281;pach, za spadni&#281;ciem za&#347; ka&#380;dej kropli rozlega&#322;
+si&#281; w cichej komnacie jaki&#347; pe&#322;ny, oddzielny, harmonijny ton
+st&#322;umiony - gra&#322;a jednolita, oderwana, melodyjna nuta. </p>
+
+<p>Cich&#322;a - i znów to samo czyni&#322;a druga, trzecia,
+czwarta... </p>
+
+<p>Có&#380; to by&#322;o na Boga? Czary, czy te&#380; tylko
+igraszka cieni i s&#322;uchu?.. Nie. To niewidzialny dla ludzkiego oka,
+przywo&#322;any ze sfer niebieskich prawdziwem cierpieniem,
+sp&#322;yn&#261;&#322; by&#322; Anio&#322; pocieszenia, a siad&#322;szy cicho
+przy &#322;o&#380;u szarpi&#261;cego si&#281; z hydr&#261; bólu starca,
+niós&#322; mu ukojenie - od Boga!... </p>
+
+<p>&#346;ciany pokoju tymczasem coraz ciszej gra&#322;y
+sw&#261; muzyk&#281; dziwn&#261;... </p>
+
+<p>To ostatnie, do czary konchowej w d&#322;oniach
+Pocieszyciela, zmieniaj&#261;c si&#281; tam w pi&#281;kne drogocenne
+per&#322;y, spada&#322;y z oczu cz&#322;owieka-ojca - &#322;zy...</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<center>------------</center>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Nad lekko zmarszczon&#261;, a mieni&#261;c&#261; si&#281;
+jeszcze w zielonkawe blaski powierzchnia Adryatyckiego morza, daleko na
+widnokr&#281;gu, &#322;agodnia&#322;a coraz bardziej czerwona wst&#281;ga
+zachodu, a&#380; znik&#322;a, spe&#322;z&#322;a zupe&#322;nie, wyparta mrokiem
+id&#261;cego wieczoru. </p>
+
+<p>W zak&#322;adzie k&#261;pielowym, na Lido, zapó&#378;nieni,
+w rozmaitych kostyumach go&#347;cie, powoli, stopniowo, zd&#261;&#380;ali do
+kabin swych, a&#380; obj&#281;ta palami i sznurem ogromna przestrze&#324;
+morza, przeznaczona na k&#261;piel, zupe&#322;nie opustosza&#322;a niebawem. </p>
+
+<p>Natomiast na werandzie po&#347;rodku zak&#322;adu, na rubie&#380;y
+k&#261;pieli, zaroi&#322;o si&#281; od go&#347;ci, spragnionych wypoczynku. </p>
+
+<p>Odcinaj&#261;c si&#281; od innych wysok&#261;,
+smuk&#322;&#261; sw&#261; postaw&#261; i dystynkcy&#261;, zmierzaj&#261;cy do
+wolnego miejsca tu&#380; pod balustrad&#261;, nad morzem, przeciska&#322;
+si&#281; pomi&#281;dzy licznymi zaj&#281;tymi ju&#380; stolikami, Roman Dzier&#380;ymirski,
+w ubraniu ca&#322;em bia&#322;em, licuj&#261;cem bardzo korzystnie z
+pi&#281;kn&#261; &#347;niad&#261; twarz&#261; jego i czarnym zarostem.
+Znalaz&#322;szy w korku wolne miejsce, usiad&#322; i kaza&#322; poda&#263;
+sobie napój od&#347;wie&#380;aj&#261;cy, a zdj&#261;wszy zarazem bia&#322;y
+kapelusz - z tego&#380; materya&#322;u, co odzienie zrobiony - spojrza&#322;
+woko&#322;o... </p>
+
+<p>Przyt&#322;umionym szmerem rozmów, prowadzonych w
+przeró&#380;nych j&#281;zykach, brz&#281;cza&#322; w jego uszach, jak rój
+owadów, zebrany t&#322;um; na pi&#281;knego, a samotnego cudzoziemca
+spogl&#261;da&#322;o ciekawie i zalotnie kilka siedz&#261;cych opodal, przystojnych
+W&#322;oszek o grubych zmys&#322;owych wargach i du&#380;ych,
+b&#322;yszcz&#261;cych, czarnych, jak w&#281;giel, oczach. </p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski przetar&#322; czo&#322;o r&#281;k&#261;,
+i popatrzy&#322; z kolei przed siebie. Otulone ju&#380; mg&#322;ami zmierzchu
+morze marzy&#322;o jakby zadumane. Przyciszonym &#322;oskotem uderza&#322;o o
+brzeg fal&#261;, mówi&#322;o co&#347;, szepta&#322;o...</p>
+
+<p>Na pokarbowanej, coraz bardziej ciemniej&#261;cej jego fali
+&#347;ciga&#322;y si&#281; teraz mroki, jakie&#347; cienie tajemniczo
+p&#322;ywa&#322;y po niem, gwarzy&#322;y ze sob&#261; gdzie&#347; w oddali, a
+t&#322;umione ich g&#322;osy niós&#322; echem &#322;agodny szmer fali... </p>
+
+<p>T&#281;sknym wzrokiem wpatrzy&#322; si&#281;
+Dzier&#380;ymirski w bezmiar wód Adryatyku, zda&#322;o mu si&#281; bowiem,
+&#380;e w&#347;ród tych otaczaj&#261;cych go, obcych ludzi, ono jedno brata
+si&#281; z nim obecnie, i przyjacielskiem uchem my&#347;li jego s&#322;ucha. </p>
+
+<p>A Roman ca&#322;kiem swobodnie podda&#263; si&#281; im móg&#322;
+po raz pierwszy od bardzo dawna; nie oczekiwa&#322; bowiem na nikogo, by&#322;
+sam zupe&#322;nie; &#380;on&#281;, cierpi&#261;c&#261; na migren&#281;,
+pozostawi&#322; w hotelu na w&#322;asne jej &#380;&#261;danie. </p>
+
+<p>Dot&#261;d za&#347; po prostu nie mia&#322; czasu
+pomy&#347;le&#263;, wnikn&#261;&#263; w siebie.</p>
+
+<p>Od chwili przyjazdu Romana do Wenecyi mija&#322;o dwa
+tygodnie, a w ca&#322;ym tym okresie, upojony haszyszem mi&#322;o&#347;ci
+dzielonej, przykuty do Oli z&#322;otymi &#322;a&#324;cuchy uczucia,
+wprz&#261;gni&#281;ty w osza&#322;amiaj&#261;ce, u&#322;udne jarzmo chwil
+miodowych - &#347;ni&#322; on, spa&#322;, &#380;yj&#261;c &#380;yciem nie
+rzeczywistem, ale jakiem&#347; innem, oderwanem, l&#347;ni&#261;cem si&#281; li
+tylko jasno&#347;ci&#261;, promieniami i blaskiem. </p>
+
+<p>Prócz tego, jednocze&#347;nie doznawa&#322; on i
+wra&#380;e&#324; innych, subtelniejszych. By&#322;y za&#347; niemi: po
+pierwsze, wra&#380;enia czysto zewn&#281;trzne, a wi&#281;c ci&#261;g&#322;e,
+bezustanne pobudzenie poczucia pi&#281;kna, wyzwane zetkni&#281;ciem si&#281; z
+sztuk&#261; tego zak&#261;tka pami&#261;tek Italii; - wewn&#281;trzne, a tym
+razem równie&#380; w &#347;cis&#322;ej pozostaj&#261;ce
+&#322;&#261;czno&#347;ci z osi&#261; wszystkiego dla&#324; teraz - z Ol&#261;. </p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski z licznych dot&#261;d mi&#322;ostek
+obeznany by&#322; dobrze z kobietami, po raz jednak pierwszy odczuwa&#322; to,
+co dzi&#347;... </p>
+
+<p>Bo dot&#261;d tak zwykle zdarza&#322;o si&#281; zazwyczaj;
+&#380;e on by&#322; w mi&#322;o&#347;ci zawsze prawie nastrojonym na silniejszy
+diapazon, a kobieta bierniejsz&#261; by&#322;a - poddawa&#322;a si&#281; tylko
+sile jego uczucia. </p>
+
+<p>Teraz za&#347; dzia&#322;o si&#281; wr&#281;cz przeciwnie:
+to on czu&#322; si&#281; wi&#281;cej pragnionym i kochanym - to on
+poddawa&#322; si&#281; sile sza&#322;ów, po&#380;&#261;da&#324;... </p>
+
+<p>Po stronie kobiety by&#322;a widoczna przewaga, Roman
+za&#347; nurza&#322; si&#281; w tej czystej toni niepokalanego dot&#261;d
+niczem uczucia, jak w &#378;ródle &#347;wie&#380;em, krynicznem nowego
+z&#322;otego &#380;ycia, odm&#322;adza&#322; si&#281; w niem,
+orze&#378;wia&#322;, i upojony, odurzony - zasypia&#322; &#380;ycie,
+marzy&#322; i &#347;ni&#322;, wch&#322;aniaj&#261;c w siebie ca&#322;&#261; moc
+i pot&#281;g&#281; skierowanej ku niemu mi&#322;o&#347;ci. </p>
+
+<p>A jednak, wszak i on kocha&#322; Ol&#281;: Któ&#380; by
+w&#261;tpi&#322; o tem, gdyby tylko móg&#322; spojrze&#263; na ukryt&#261;, starannie
+od ludzkiego oka, a zapisan&#261; kart&#281; jego tak niedawnej jeszcze
+przesz&#322;o&#347;ci. </p>
+
+<p>W tej chwili Roman, prze&#380;ywaj&#261;c jakby w
+my&#347;lach swych, poza tera&#378;niejszo&#347;ci&#261; i lata minione,
+wzdrygn&#261;&#322; si&#281;, brwi zmarszczy&#322;, i machinalnie spojrza&#322;
+przed siebie. </p>
+
+<p>Zupe&#322;nie spowi&#322; ju&#380; morze mrok ciemny. Hen,
+daleko, b&#322;yszcza&#322;y &#347;wiat&#322;a, pozapalane na niewidzialnych
+prawie go&#322;em okiem parowcach. Trzy z nich mruga&#322;y ju&#380; na
+ko&#322;ysz&#261;cym si&#281; wodnym obszarze, po chwili zab&#322;ys&#322;o
+czwarte, pi&#261;te... </p>
+
+<p>Lekki wietrzyk wion&#261;&#322; po fali, poruszy&#322;
+si&#281; zadumany wód olbrzym, zako&#322;ysa&#322;, zaszumia&#322; tajemniczo
+g&#322;o&#347;niejszym, ni&#380; dot&#261;d, chórem podszeptów, szelestów i
+szmerów - melodyjnie zagra&#322;... </p>
+
+<p>U stóp Romana silniej zapluska&#322;y fale. </p>
+
+<p>W uderzeniach za&#347; ich, teraz ju&#380; zupe&#322;nie
+bliskich, wyra&#378;nych, powtarzaj&#261;cych si&#281; co chwila, jaki&#347;
+ukryty, szyderczy, szemrz&#261;cy jakby g&#322;os wo&#322;a&#322;, zda
+si&#281;, gdzie&#347; z g&#322;&#281;bin dalekich: </p>
+
+<p>- No, i có&#380;, przyw&#322;aszczycielu cudzego z&#322;ota,
+dobrze ci z niem, co, nieprawda&#380;? Ubóstwiaj&#261; ci&#281;, grasz
+rol&#281; milionera!</p>
+
+<p>Ha-ha!-ha-ha!.. z kolei za&#347;mia&#322;y si&#281; nagle
+wody. </p>
+
+<p>- My&#347;lisz mo&#380;e, &#380;e teraz, dotykaj&#261;c
+si&#281; ju&#380; pieni&#281;dzy innych, wyt&#322;umaczonym przez to
+jeste&#347;? &#379;e zapomniano, zagrzebano tw&#261; tajemnic&#281;? </p>
+
+<p>- Ha-ha!-ha-ha!.. - &#347;mia&#322;o si&#281; morze
+ironicznie, i dalej znowu szydzi&#322;o:</p>
+
+<p>- A widzisz -
+zblad&#322;e&#347;! Ty dotychczas pewnym by&#322;e&#347;, &#380;e nikt nic nie
+wie o tem!..</p>
+
+<p>- A ja wiem, dobrze
+wiem!... - szyderczo za&#347;mia&#322;o si&#281; morze, a &#347;miech ten wód
+ogromy coraz g&#322;o&#347;niej przedrze&#378;nia&#263; pocz&#281;&#322;y.</p>
+
+<p>Teraz ju&#380; ca&#322;e morze bezlito&#347;nie drwi&#322;o.</p>
+
+<p>Naraz g&#322;os Adryatyku usta&#322; i cichym szeptem
+zaszemra&#322;a fala:</p>
+
+<p>- Nie bój si&#281;! ja &#380;artuj&#281; tylko... nie
+trwó&#380; si&#281;, ja ci&#281; nie zdradz&#281;...</p>
+
+<p>- Patrz, jakie g&#322;&#281;bie kryj&#261; si&#281; w mem
+&#322;onie jak wielkiem jestem ja!..</p>
+
+<p>- Tajemnic&#281; tw&#261; zachowam, zginie ona w obszarach,
+w bezdnach utonie...</p>
+
+<p>- Nie powiem, ci... cho b&#281;d&#281;... ci... cho... -
+zaszepta&#322;a znów fala, i szept ten powtórzy&#322;y fal miliony...</p>
+
+<p>I jak &#347;miech szyderczy, tak i teraz ten pó&#322;­szept
+cichy, st&#322;umiony, dr&#380;&#261;cy, szed&#322; znowu po &#322;us­kach fal,
+tajemniczy, straszny...</p>
+
+<p>Nie... po... wiem!.. ci-cho b&#281;d&#281;, ccci-cho... </p>
+
+<p>Nerwy Romana zadrga&#322;y; podra&#380;ni&#322;y go te dzi­wne
+g&#322;osy Adryatyku, odsun&#261;&#322; krzes&#322;o na drugi ko­niec stolika,
+podpar&#322; r&#281;kami g&#322;ow&#281;, a zatkawszy uszy przed pomrukiem wód,
+wzburzony jeszcze, bla­dy, zaduma&#322; si&#281; g&#322;&#281;boko.</p>
+
+<p>Przesz&#322;o&#347;&#263;, wywo&#322;ana chwil&#261;
+samotno&#347;ci, i dzi­wnymi morza pogwary, &#347;wie&#380;a i &#380;ywa, niby
+wczorajsza, stan&#281;&#322;a mu przed oczyma, jak widmo.</p>
+
+<p>Na ubogiem poddaszu, ujrza&#322; zatem siebie bu­dz&#261;cym
+si&#281; po &#347;nie strasznym!</p>
+
+<p>Dwa ju&#380; lata od tej chwili mija&#322;y. A co on od
+owego czasu przecierpia&#322;, prze&#380;y&#322;, przewalczy&#322;! - nie
+zliczy&#263;!..</p>
+
+<p>D&#322;ugo nie tkn&#261;&#322; wówczas cudzych
+pieni&#281;dzy; tajemniczy portfel le&#380;a&#322; pod kluczem, pozornie
+zapomniany.</p>
+
+<p>A on ci&#261;gle walczy&#322; ze sob&#261;!..</p>
+
+<p>Nie zanosi&#322; jednak zguby do biura policyjne­go, sam
+osobi&#347;cie w&#322;a&#347;ciciela nie szuka&#322;. Czeka&#322;... </p>
+
+<p>Pod tym wzgl&#281;dem niepokoj&#261;ca, t&#322;ocz&#261;ca
+sw&#261; zagadk&#261;, g&#322;ucha panowa&#322;a cisza.</p>
+
+<p>W &#380;adnem pi&#347;mie nie by&#322;o wzmianki o zgubionym
+pugilaresie - nikt o tem w&#322;adzom nie do­niós&#322;...</p>
+
+<p>A on wci&#261;&#380; szala&#322;.</p>
+
+<p>Wreszcie wyczerpa&#322;y si&#281; wszystkie jego w&#322;a­sne
+fundusze, par&#281; ostatnich lekcyi straci&#322; bezpowrotnie; g&#322;ód
+zajrza&#322; do jego izdebki... Nie by&#322;o rady, napocz&#261;&#322; wówczas
+cudzego z&#322;ota.</p>
+
+<p>Jakby to by&#322;o wczoraj, dzi&#347; zaledwie, pami&#281;ta
+wyra&#378;nie te tygodnie m&#281;czarni, boja&#378;ni, wyrzutów, gdy si&#322;&#261;
+okoliczno&#347;ci zmuszonym zosta&#322; &#8222;&#380;y&#263;" z mienia
+przyw&#322;aszczonego... Pami&#281;ta sw&#261; trwog&#281; dzie­cinn&#261; przy
+zmianie pierwszej sztuki znalezionych pie­ni&#281;dzy, i innych,
+nast&#281;pnych... Widzi siebie, jak na­umy&#347;lnie zmienia&#322; je na
+drugim ko&#324;cu miasta, jak ba&#322; si&#281; wtedy w&#322;asnego cienia, i
+tak dalej, tak dalej!..</p>
+
+<p>Ka&#380;da drobnostka &#380;ywo, jawnie staje mu przed
+wzrokiem.</p>
+
+<p>A pó&#378;niej znowu w murach rodzinnego miasta
+wytrzyma&#263; ju&#380; nie móg&#322;!..</p>
+
+<p>Wyjecha&#322;. B&#322;&#261;ka&#322; si&#281; za
+granic&#261; d&#322;ugo, bez­my&#347;lnie, a&#380; dotar&#322; do Monte-Carlo.</p>
+
+<p>Tam, opanowany gor&#261;czk&#261; z&#322;ota, widz&#261;c,
+jak strumienie jego, rzeki ca&#322;e, p&#322;yn&#261; hojnie woko&#322;o - do
+gry w rulet&#281; rzuci&#322; si&#281; z zapa&#322;em.</p>
+
+<p>Pocz&#261;tkowo mia&#322; szcz&#281;&#347;cie szalone. Cudzy
+pieni&#261;dz dwoi&#322; si&#281;, troi&#322; cudownie, pewnego poranku jednak
+przegra&#322; wszystko co do grosza. Nie straci&#322; jednak odwagi. Dawszy
+si&#281; ju&#380; pozna&#263; w domu gry, jako cz&#322;owiek bogaty i
+nierachuj&#261;cy si&#281; wcale z groszem, oraz rozpowszechniwszy
+fa&#322;szyw&#261; pog&#322;osk&#281; o olbrzymich swych jakoby dobrach,
+po&#380;y­czy&#322; u poznanego ameryka&#324;skiego miliardera trzy­kro&#263;
+sto tysi&#281;cy franków.</p>
+
+<p>Por&#281;czy&#322; za niego pewien lord angielski, z któ­rym
+si&#281; on, Roman, poprzyja&#378;ni&#322; bardzo. Pocz&#261;&#322;
+gra&#263;... Pieni&#261;dze Amerykanina, (który, mówi&#261;c na­wiasem,
+wygrywa&#322; w tym sezonie sumy olbrzymie), przynios&#322;y mu
+szcz&#281;&#347;cie.</p>
+
+<p>Dzi&#281;ki parokrotnym, a nader rzadkim i nie­prawdopodobnej
+d&#322;ugo&#347;ci seryom "rouge", oraz kilku wygranym "en
+plein", pewnego dnia ujrza&#322; si&#281; panem miliona franków.
+U&#347;miech fortuny oszo&#322;o­mi&#322; 
+go na razie. Pocz&#261;&#322; gra&#263; ze zdwojon&#261; energi&#261; i
+ryzykiem.</p>
+
+<p>Znowu wygra&#322; kilkakrotnie, lecz z kolei nie­bawem
+pocz&#261;&#322; znowu przegrywa&#263;, z przera&#380;aj&#261;c&#261;
+szybko&#347;ci&#261;. Opami&#281;ta&#322; si&#281;. Przysz&#322;a chwila
+rozwagi; odda&#322; d&#322;ug milionerowi zza oceanu i wyjecha&#322;.
+Wzgl&#281;dnie by&#322; jeszcze wygranym, i to dostatecznie. Przywozi&#322; z
+sob&#261; do kraju blizko sze&#347;&#263;dziesi&#261;t ty­si&#281;cy, a
+wyje&#380;d&#380;aj&#261;c mia&#322; tylko dwadzie&#347;cia kilka.</p>
+
+<p>Wówczas rozpocz&#281;&#322;o si&#281; dla&#324; nowe
+&#380;ycie... </p>
+
+<p>Przede wszystkiem wraca&#322; spokojny. Niezrozu­mia&#322;y
+na razie, subtelny bardzo, posiadaj&#261;cy jednak pewn&#261; podstaw&#281;
+&#347;ci&#347;le logiczn&#261;, ow&#322;adn&#261;&#322; nim wtedy w duszy
+proces dedukcyjny, i zwyci&#281;&#380;y&#322;.</p>
+
+<p>Roman Dzier&#380;ymirski, ca&#322;y pogr&#261;&#380;ony w
+swych wspomnieniach, ods&#322;oni&#322; twarz, machinalnie powsta&#322;, i
+opar&#322;szy si&#281; o balustrad&#281;, wpatrzy&#322; w bezmiar morza, coraz
+ciemniejszy i cichszy.</p>
+
+<p>- Tak, zwyci&#281;&#380;y&#322;! - my&#347;la&#322; Roman
+dalej. Zdawa&#322;o mu si&#281; bowiem wówczas, &#380;e nie jest tak bardzo
+winnym.</p>
+
+<p>- Te pieni&#261;dze s&#261; teraz moje,
+"prawdziwie" moje - powiedzia&#322; sobie wtedy, doszed&#322;szy do
+tej pewno&#347;ci ca&#322;em poprzedniem skojarzeniem wywodze&#324;. A
+mianowicie: Z&#322;oto znalezione wszak przegra&#322;; sto­pi&#322;o si&#281;
+ono, znik&#322;o, zla&#322;o w ca&#322;o&#347;&#263; jedn&#261; z morzem
+przegrywanych w jaskini gry pieni&#281;dzy. Mienie za&#347; jego obecne - to
+by&#322;a tylko wygrana z po&#380;yczki Amerykanina, a zatem suma grosza,
+niemaj&#261;ca ju&#380; bezpo&#347;redniego, dotykalnego zwi&#261;zku ze
+znalezionym portfelem.</p>
+
+<p>Jemu, Dzier&#380;ymirskiemu, w dziedzinie sumie­nia
+wyrzutów, docieka&#324;, zw&#261;tpie&#324;, ubywa&#322; jeden szkopu&#322;
+powa&#380;ny - nie dotyka&#322; si&#281; on ju&#380; wyj&#281;tego z
+"cudzego" pugilaresu grosza. Niezaprzeczenie przytem
+nale&#380;a&#322; do niego ten pieni&#261;dz, &#347;lep&#261; igrasz­k&#261;
+losu nabyty; podwalin&#261; za&#347;, przesz&#322;o&#347;ci&#261; tylko
+fortunki tej by&#322;o przyw&#322;aszczenie.</p>
+
+<p>Pozostawa&#322; fakt, wprawdzie ju&#380; daleki, znale­zienia
+i nieoddania - pozostawa&#322;o niezmienne przekroczenie etyki ludzkiej, i
+uczciwo&#347;ci ze strony jego, jako jednostki spo&#322;ecznej - niczem
+niestarta, wieczna tego plama, ale w ówczesnem przynajmniej przekonaniu jego,
+to wszystko zno&#347;niejszem, nie tak piek&#261;cem, l&#380;ejszem bez
+porównania by&#322;o od odleg&#322;ego strasz­nego wczoraj.</p>
+
+<p>Z g&#322;ow&#261; podniesion&#261; zatem do góry, pokrze­piony
+powy&#380;szymi w swoim rodzaju sofizmatami, rozejrza&#322; si&#281; wówczas po
+&#347;wiecie i pocz&#261;&#322; dzia&#322;a&#263;. Rozpowszechniwszy, za
+pomoc&#261; ponownie odnalezio­nego przyjaciela i dawnego
+kolegi-&#347;wiatowca, po­g&#322;osk&#281; o dziedzictwie niespodzianem, a
+do&#347;&#263; poka&#378;­nem, po stryju, zmar&#322;ym w Stanach Zjednoczonych,
+rzuci&#322; si&#281; w wir zabaw eleganckiego &#347;wiata, w celu
+zbli&#380;enia si&#281; do Oli. Dopi&#261;&#322; togo, zaw&#322;adn&#261;&#263;
+jej sercem potrafi&#322;, o&#347;wiadczy&#322; si&#281; o jej r&#281;k&#281;,
+odrzuco­nym zosta&#322;, i...</p>
+
+<p>Powierzchnia morza spokojn&#261; ju&#380; by&#322;a. Obo­j&#281;tna
+ca&#322;kiem równomiernie i &#322;agodnie uderza&#322;a fala o podnó&#380;e
+werandy - milcza&#322;a cicha...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski obudzi&#322; si&#281; ze swych
+my&#347;li, za­nurzy&#322; r&#281;ce w bujnej czuprynie, g&#322;ow&#261;
+wstrz&#261;sn&#261;&#322;, jakby pragn&#261;c odp&#281;dzi&#263; roje
+wspomnie&#324;, i odwróci&#322; si&#281; od wodnej toni.</p>
+
+<p>Publiczno&#347;ci nie by&#322;o ju&#380; prawie, po platfor­mie
+kawiarni, ziewaj&#261;c, przechadza&#322;a si&#281; s&#322;u&#380;ba.
+Zawo&#322;awszy kelnera, Roman rzuci&#322; mu du&#380;&#261; srebrn&#261;
+monet&#281;, i odprowadzony g&#322;&#281;bokim jego uk&#322;onem,
+opu&#347;ci&#322; zak&#322;ad k&#261;pielowy.</p>
+
+<p>Niebawem znalaz&#322; si&#281; na drodze szerokiej,
+ocienionej drzewami, z szerokiemi po bokach alejami dla pieszych.</p>
+
+<p>W umy&#347;le jego cich&#322; szept przesz&#322;o&#347;ci,
+niepo­strze&#380;enie, stopniowo, obrazy jej nikn&#281;&#322;y -
+tera&#378;niejszo&#347;&#263; wraca&#322;a... Przed wzrokiem
+m&#281;&#380;czyzny mign&#281;&#322;a naraz rozkosznie sylwetka Oli; pragnienie
+mi&#322;o&#347;ci, &#380;ycia, silnie nim ow&#322;adn&#281;&#322;o.</p>
+
+<p>&#346;pieszy&#322; si&#281;.</p>
+
+<p>Odp&#281;dzi&#322; natr&#281;tnego wyrostka,
+zachwalaj&#261;cego mu &#347;wie&#380;e ostrygi i jakie&#347; &#347;limaczki
+nadzwyczajne; niebawem &#380;achn&#261;&#322; si&#281; znowu niecierpliwie,
+ujrzawszy zast&#281;puj&#261;cego mu drog&#281; rozczochranego stare­go
+W&#322;ocha, z mane&#380;kami, pe&#322;nemi pieczonych homa­rów i drobnych
+raczków.</p>
+
+<p>Po bokach drogi, w licznie rozsypanych restauracyach,
+roi&#322;o si&#281; od spo&#380;ywaj&#261;cych i zapija­j&#261;cych wino ludzi,
+z oddali dolatywa&#322;o echo muzyki. Roman, przy&#347;pieszaj&#261;c
+bezustannie kroku, wyrzuca&#263; teraz pocz&#261;&#322; sobie, &#380;e zostawi&#322;
+&#380;on&#281; sam&#261;; niepoko­i&#322;a go my&#347;l uporczywa, i&#380; nie
+cierpi ona mo&#380;e na migren&#281;, lecz, &#380;e to pocz&#261;tek zapewne
+s&#322;abo&#347;ci zupe&#322;nie innej; wszak wszystkie choroby zazwyczaj
+rozpoczynaj&#261; si&#281; bólem g&#322;owy.</p>
+
+<p>Po co tu przyszed&#322;?... By bezu&#380;ytecznie
+odgrzebywa&#263; minione chwile? Ale&#380; to nonsens zu­pe&#322;ny. A tam ona,
+Ola, sama zupe&#322;nie - niew&#261;tpliwe chora!..</p>
+
+<p>Mi&#322;o&#347;&#263; pani, z ca&#322;em bogactwem
+bezpodstaw­nych swych wzrusze&#324; i niepokojów, zaw&#322;adn&#281;&#322;a
+niepodzielnie Dzier&#380;ymirskim.</p>
+
+<p>Spojrza&#322; na zegarek - dochodzi&#322;a dziewi&#261;ta.
+Przed nim ju&#380; bardzo blisko widnia&#322;y dwie ma&#322;e platformy
+przystani; pe&#322;ne by&#322;y ludzi, przed jedn&#261; z nich sta&#322;
+parowiec, gotowy do odej&#347;cia. Dzier&#380;y­mirski w obawie, &#380;e
+si&#281; spó&#378;ni, pu&#347;ci&#322; si&#281; p&#281;dem, i spotnia&#322;y
+dobieg&#322; do przystani w tej samej w&#322;a­&#347;nie chwili, gdy na
+pok&#322;ad odrzucano ju&#380; sznur gruby, przytrzymuj&#261;cy parowiec.
+Wskoczywszy na&#324; szybko, Roman znalaz&#322; si&#281; pomi&#281;dzy
+nat&#322;oczon&#261; ci&#380;b&#261; ludzi, jak g&#322;o&#347;ny rój
+pszczó&#322; gwarz&#261;c&#261; pomi&#281;dzy sob&#261;, ze &#347;miechem i
+giestykulacy&#261;.</p>
+
+<p>Otar&#322;szy pot z czo&#322;a, Dzier&#380;ymirski wspar&#322;
+si&#281; o por&#281;cz balustrady pok&#322;adu. Boki statku &#322;agodnie
+pru&#322;y fale; oddzielona ciemn&#261; toni&#261;, w bliskiej ju&#380;
+odleg&#322;o&#347;ci mruga&#322;a kr&#281;giem &#347;wiate&#322; rzucona na wód
+obszary Wenecya.</p>
+
+<p>Podniós&#322;szy do oczu dalekono&#347;n&#261; lunet&#281;,
+wpa­trzy&#322; si&#281; Roman w rz&#261;d domów, po&#322;o&#380;onych nad
+brzegiem, ku któremu szybko p&#322;yn&#261;cy parowiec zbli&#380;a&#322;
+si&#281; coraz bardziej. Szuka&#322; hotelu swego, i okna pokoju, gdzie
+pozostawi&#322; Ol&#281;.</p>
+
+<p>Okno komnaty tej w&#322;a&#347;nie otwartem by&#322;o sze­roko.
+W ramie za&#347; jego sta&#322;a kobieta, szatynka, smuk&#322;a, o jasnem, habrowem
+spojrzeniu pod&#322;u&#380;nych, mieni&#261;cych si&#281; oczu, o piersiach
+wypuk&#322;ych, wzno­sz&#261;cych si&#281; jak fala, a kszta&#322;tach
+pon&#281;tnych, pe&#322;­nych, jakby pragn&#261;cych gwa&#322;tem wydosta&#263;
+si&#281; z cia­snych ram opi&#281;tej, bia&#322;ej, pikowej sukni. Ma&#322;e
+wkl&#281;&#347;ni&#281;cia po obu stronach w&#261;zkich usteczek zdra­dza&#322;y
+przy u&#347;miechu rozkoszne do&#322;eczki, r&#261;czka ma­le&#324;ka i
+dystyngowana ca&#322;o&#347;&#263; postaci mówi&#322;y wyra&#378;nie o rasie
+m&#322;odej osóbki.</p>
+
+<p>Ola, wypocz&#261;wszy w &#322;ó&#380;ku godzin kilka,
+wsta&#322;a­ w&#322;a&#347;nie przed chwil&#261;, czuj&#261;c, &#380;e nerwowy,
+spowodo­wany upa&#322;em i zm&#281;czeniem ból g&#322;owy ustaje.
+Pragn&#281;&#322;a po za tem rozerwa&#263; troch&#281; my&#347;li, z
+wyj&#347;ciem bowiem Romana zasn&#281;&#322;a i &#347;ni&#322; jej si&#281;
+rodzinny Gowartów i ojciec, jak &#380;ywy, tylko jaki&#347; smutny i
+zbola&#322;y.</p>
+
+<p>I po przebudzeniu my&#347;l Oli pobieg&#322;a st&#261;d da­leko...
+Mimo woli sama ulecia&#322;a do ojczystych obszarów i jarów. Powonienie jej
+podra&#380;ni&#322; wyra&#378;ny za­pach polnego kwiecia, zió&#322; i bodjaków,
+w uszach zabrzmia&#322;a melodya cicha szumi&#261;cych borów,
+ko&#322;ysz&#261;cego si&#281; miarowo stepu - sm&#281;tna rodzinna Ukra­ina, z
+poza setek mil, ogarn&#281;&#322;a j&#261; tu, pod w&#322;oskiem niebem,
+poczu&#322;a, zda si&#281;, powiew jej, t&#281;sknoty pe&#322;ny, do uszu
+za&#347; dolecia&#322;o jakby gin&#261;ce echo &#380;a&#322;osnej dumki,
+&#347;piewanej nieuczonym g&#322;osem mo&#322;odycy...</p>
+
+<p>I smutek ogarn&#261;&#322; Ol&#281;... Czy wróci tam kiedy,
+czy wróci?</p>
+
+<p>Wszak podepta&#322;a wszystko - jednem szarpni&#281;­ciem
+si&#281; zerwa&#322;a wszelkie wi&#281;zy - sama otworzy&#322;a sobie
+przemoc&#261; bram&#281; do wymarzonego szcz&#281;&#347;cia. Tak jest. Bo Ola
+czu&#322;a si&#281; przecie&#380; rzeczywi&#347;cie szcz&#281;&#347;liw&#261;.</p>
+
+<p>- Biedny ten ojciec jednak, który po swoje­mu, jak
+umia&#322;, tak j&#261; kocha&#322;  -
+my&#347;la&#322;a dalej. - A droga ciotka Melania i przyjaciel ich,
+&#321;ady&#380;y&#324;ski? Gdzie Gowartów, z którym zros&#322;a si&#281; jej
+dusza ca­&#322;a? Co si&#281; tam dzieje? Gdzie oni teraz, ci wszy­scy, tak
+dotychczas sercu drodzy?..</p>
+
+<p>Rozpami&#281;tuj&#261;c w ten sposób
+przesz&#322;o&#347;&#263;, przep&#281;­dzi&#322;a Ola z godzin&#281;.</p>
+
+<p>Moc upajaj&#261;cej rzeczywisto&#347;ci tak siln&#261;
+by&#322;a, jednak, &#380;e stopniowo &#347;ciera&#263; pocz&#281;&#322;a
+wra&#380;enie snu i o&#380;y&#322;e chwilowo wspomnienia. Obecnie stoj&#261;ca
+w oknie m&#322;oda kobieta my&#347;l&#261; dalek&#261; ju&#380; by&#322;a od
+tego wszystkiego. Obejmuj&#261;c wzrokiem pano­ram&#281; portu i morza -
+o&#347;wietlon&#261; Wenecy&#281;, wysepk&#281; z ko&#347;cio&#322;em S-to
+Giorgio Maggiore, oraz kana&#322;y z mkn&#261;cemi cicho po nich licznemi
+gondolami, - Ola z niecierpliwo&#347;ci&#261; wypatrywa&#322;a Romana.</p>
+
+<p>Pragn&#281;&#322;a ju&#380; bowiem widoku m&#281;&#380;a.
+Przed&#322;u&#380;ona nieobecno&#347;&#263; Dzier&#380;ymirskiego i w jej duszy
+zasia&#322;a ziarnka niepokoju; t&#281;skni&#322;a ju&#380; za jego piesz­czot&#261;,
+zapragn&#281;&#322;a czu&#322;o&#347;ci i poca&#322;unków...</p>
+
+<p>Wzi&#261;wszy lornetk&#281;, przy&#322;o&#380;y&#322;a
+j&#261; Ola do swych oczu, &#347;cigaj&#261;c po chwili widnokr&#261;g
+spojrzeniem. Pier&#347; jej przytem unosi&#263; si&#281; pocz&#281;&#322;a
+miarowo, usteczka za&#347; zdawa&#322;y si&#281; ca&#322;owa&#263;
+przestrze&#324;, rozchylone, prosz&#261;ce...</p>
+
+<p>Zniech&#281;cona, odj&#281;&#322;a niebawem lornetk&#281; od
+oczu. Jaki&#347; statek w kierunku Lido zbli&#380;a&#322; si&#281; wprawdzie,
+lecz znajdowa&#322; si&#281; jeszcze tak daleko...</p>
+
+<p>Ola odst&#261;pi&#322;a od okna, i szeleszcz&#261;c jedwabia­mi
+swych spódniczek, pocz&#281;&#322;a niecierpliwie przechadza&#263; si&#281; po
+pokoju, pytaj&#261;c sama siebie:</p>
+
+<p>- Któ&#380; widzia&#322; spó&#378;nia&#263; si&#281; tak
+dalece? Widocznie zoboj&#281;tnia&#322;a ju&#380; ona Romanowi, czy&#380; to
+jednak mo&#380;liwe? Wszak tak nied&#322;ugo trwa ich szcz&#281;&#347;cie...</p>
+
+<p>My&#347;li ostatnie i w&#261;tpliwo&#347;ci &#347;miesznemi
+wi­docznie zda&#322;y si&#281; m&#322;odej kobiecie, bo po zastano­wieniu
+si&#281; twarz jej powesela&#322;a, a w ciszy pokoju rozleg&#322; si&#281;
+&#347;mieszek srebrzysty. W &#347;lad za tem zapali&#322;a dwie &#347;wiece i
+przyst&#261;pi&#322;a do du&#380;ego lustra. D&#322;ugo, z lubo&#347;ci&#261;,
+wpatrywa&#322;a si&#281; w nadobne w&#322;asne oblicze. Przymkn&#261;wszy z
+lekka powieki, lecz tak, by mog&#322;a widzie&#263; siebie, przegi&#281;&#322;a
+sw&#261; &#322;adn&#261; g&#322;ówk&#281; i kibi&#263; nieco w ty&#322;, oraz
+rozchyli&#322;a usteczka...</p>
+
+<p>Kszta&#322;ty postaci jej ca&#322;ej uwypukli&#322;y
+si&#281; po­n&#281;tnie; w pozycyi tej zatrzyma&#322;a si&#281; chwil&#281;...
+U&#347;mie­szek zwyci&#281;ski przewin&#261;&#322; si&#281; niebawem po
+drobnych wargach pi&#281;knej kobiety; podnios&#322;a do góry r&#281;ce,
+&#322;asz&#261;co, jak koci&#281;, wypr&#281;&#380;y&#322;a naprzód swe
+cia&#322;o, i uczyniwszy gest, podobny do przeci&#261;gaj&#261;cego si&#281; po
+&#347;nie cz&#322;owieka, wymówi&#322;a g&#322;o&#347;ne: Aaaa...</p>
+
+<p>Po chwili za&#347;, poprawiwszy poprzednio zalo­tnie
+tualet&#281; sw&#261; i w&#322;osy, stan&#281;&#322;a znowu w pierwotnej
+pozycyi u okna, w ciemnym tak samo i tym razem pokoju, z lornetk&#261; przy
+oczach.</p>
+
+<p>Zbli&#380;aj&#261;cy si&#281; tymczasem od strony morza
+parowiec stawa&#322; w&#322;a&#347;nie ju&#380; w przystani. Po drewnianych pomostach
+wysypa&#322; si&#281; na ulic&#281; t&#322;um ró&#380;nolity i barwny;
+&#347;wiat&#322;a, pozapalane w pobli&#380;u pa­da&#322;y na&#324;
+sko&#347;nie, o&#347;wietlaj&#261;c wyra&#378;nie ruszaj&#261;cych si&#281;
+ludzi. Ola w&#347;ród nich stara&#322;a si&#281; odnale&#378;&#263; syl­wetk&#281;
+m&#281;&#380;a, niebawem dojrza&#322;a go rzeczywi&#347;cie i z
+rado&#347;ci&#261; wykrzykn&#281;&#322;a do siebie:</p>
+
+<p>- Jest! jest!..</p>
+
+<p>W oka mgnieniu odskoczy&#322;a od okna, zapali&#322;a
+&#347;wiec&#281;, odnalaz&#322;a szybko kapelusz i parasolk&#281;, i
+wybieg&#322;a z hotelu. Zd&#261;&#380;a&#322;a na spotkanie Romana,
+&#347;miej&#261;c si&#281; z góry na my&#347;l, jak on si&#281; zdziwi, ujrza­wszy
+j&#261; na nogach.</p>
+
+<p>Na Riva degli Schiavoni, spacerowem miejscu Wenecyi,
+roi&#322;o si&#281; od publiczno&#347;ci. W pobli&#380;u ho­telu,
+zamieszkiwanego przez Dzier&#380;ymirskich, muzyka graj&#261;ca zazwyczaj na
+placu &#346;wi&#281;tego Marka, rozbrzmiewa&#322;a kaskad&#261; ochoczych tonów
+przed kawiarni&#261;, przepe&#322;nion&#261; lud&#378;mi, snuj&#261;cymi
+si&#281; równie&#380; wsz&#281;dzie, gdzie tylko by&#322;o rzuci&#263; okiem.
+Ola, zd&#261;&#380;aj&#261;c ku przystani, wymija&#322;a ich szybko, w oddali
+widzia&#322;a ju&#380; w&#347;ród id&#261;cych sylwetk&#281; Ro­mana,
+ca&#322;&#261; bia&#322;&#261;, góruj&#261;c&#261; wzrostem nad innymi.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski, niespokojny sna&#263; dot&#261;d
+jeszcze, szed&#322; krokiem ra&#378;nym, z cygarem zapalonem w ustach, a
+kroczy&#322; tak zamy&#347;lony, &#380;e by&#322;by, nie widz&#261;c
+wymin&#261;&#322; Ol&#281; niew&#261;tpliwie, gdyby ta, ubawiona, nie
+roze&#347;mia&#322;a si&#281; weso&#322;o i nie pochwyci&#322;a go za
+rami&#281;. Na d&#378;wi&#281;k znajomego srebrnego &#347;miechu podniós&#322;
+Roman g&#322;ow&#281; i twarz, chmurna dotychczas nieco, rozpogodzi&#322;a mu
+si&#281; natychmiast.</p>
+
+<p>- Ty tu, filutko?.. - wykrzykn&#261;&#322; rado&#347;nie, i
+uj&#261;wszy obie r&#261;czki Oli w swe d&#322;onie, obsypywa&#263; je
+zacz&#261;&#322; poca&#322;unkami, a nast&#281;pnie poci&#261;gn&#261;&#322;
+j&#261; ku sobie, i nie zwracaj&#261;c zgo&#322;a uwagi na kilka
+mijaj&#261;cych ich osób, uca&#322;owa&#322; w twarz serdecznie.</p>
+
+<p>- A tak, Romeczku! - odpar&#322;a &#380;ywo Ola -
+wybieg&#322;am, bo zobaczy&#322;am przez lornetk&#281;, jak wy­siada&#322;e&#347;!
+Fe! któ&#380; widzia&#322; siedzie&#263; tak d&#322;ugo, gdy si&#281; ma tak
+&#322;adn&#261;, jak ja &#380;oneczk&#281;... - dorzuci&#322;a,
+przymilaj&#261;c si&#281;, z lekk&#261; wymówk&#261; w g&#322;osie, i do­da&#322;a
+jeszcze:</p>
+
+<p>- My&#347;la&#322;am ju&#380;, &#380;e ci si&#281; co
+z&#322;ego sta&#322;o!</p>
+
+<p> Promie&#324;
+przebieg&#322; po twarzy m&#281;&#380;czyzny, uj&#261;&#322; rami&#281; Oli, i
+odpar&#322;:</p>
+
+<p>- A wiesz, moje &#380;ycie, &#380;e i ja mia&#322;em co do
+ciebie my&#347;l podobn&#261;?.. - u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; i
+doda&#322; - ale z mej strony to usprawiedliwione, zostawi&#322;em ci&#281;
+przecie bowiem w &#322;ó&#380;ku...</p>
+
+<p>Id&#261;c wci&#261;&#380; szybko przed siebie, zamilkli
+oboje. Mi&#322;o&#347;&#263; odczuta, taka sama, drobn&#261; sw&#261;
+powy&#380;sz&#261; oznak&#261; zamkn&#281;&#322;a im usta na chwil&#281;.</p>
+
+<p>- Sk&#261;dsi&#347; od Wielkiego Kana&#322;u, w pewnych od siebie,
+odst&#281;pach, dolatywa&#322;o w&#322;a&#347;nie echo silne­go m&#281;skiego
+g&#322;osu, przy akompaniamencie chóru innych.</p>
+
+<p>- Pojedziemy mo&#380;e gondol&#261;, jak my&#347;lisz? -
+zapyta&#322;a Ola - s&#322;yszysz jak &#322;adnie &#347;piewaj&#261;?..</p>
+
+<p>- Dobrze, moje &#380;ycie, jedziemy!.. - odpar&#322;
+weso&#322;o Roman.</p>
+
+<p>Jak na zawo&#322;anie, w tej samej chwili Dzier&#380;y­mirscy
+us&#322;yszeli za sob&#261; kilka okrzyków, silnie akcentowanych na pierwszej
+sylabie: "Gón-dola,. gón-dola signore... gón-dola!.."</p>
+
+<p>Na lewo, obok id&#261;cych, znajdowa&#322;a si&#281;
+"Piaz­zeta", a naprzeciw wznosz&#261;cego si&#281; majestatycznie
+pa&#322;acu Do&#380;ów, najwi&#281;ksza przysta&#324; gondolierów.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski, wybrawszy jednego z licznych,
+napraszaj&#261;cych si&#281; przewo&#378;ników, podszed&#322; ku przystani,
+gdzie wespó&#322; z Ol&#261; usadowi&#322; si&#281; niebawem w gondoli.</p>
+
+<p>- Serenada, Canale Grande! - rzuci&#322; ubranemu bia&#322;o
+W&#322;ochowi.</p>
+
+<p>"Rematore"*) uderzy&#322; w wios&#322;a, i gondola
+z wolna, cicha, wysun&#281;&#322;a si&#281; z pomi&#281;dzy dziesi&#261;tek
+innych, a ko&#322;ysz&#261;c si&#281; na, czarnej fali kana&#322;u,
+pomkn&#281;&#322;a we wskazanym kierunku. Roman obj&#261;&#322; kibi&#263;
+&#380;ony i po­cz&#261;&#322; muska&#263; delikatnie ustami jej oczy, czo&#322;o,
+szyj&#281; i usta. Ona za&#347; uchyla&#322;a si&#281; wci&#261;&#380;
+figlarnie, szepcz&#261;c:</p>
+
+<p>[*) Wio&#347;larz.]</p>
+
+<p>- Wstyd&#378; si&#281;... gondolier patrzy...</p>
+
+<p>Lecz m&#281;&#380;czyzna nie przestawa&#322;. Kilkakrotnie
+usta ich z&#322;&#261;czy&#322;y si&#281; w poca&#322;unku gor&#261;cym,
+d&#322;ugim, od którego zadr&#380;eli oboje, z ust Romana sypa&#322;y si&#281;
+ciche i urywane, dysz&#261;ce uczuciem i nami&#281;tno&#347;ci&#261;,
+pieszczotliwe wyrazy...</p>
+
+<p>A wko&#322;o nich, szeleszcz&#261;c uderzeniami wiose&#322;,
+sun&#261;c równie&#380;, jak i oni cicho, mkn&#281;&#322;y, migocz&#261;c
+kolorowemi &#347;wiate&#322;kami, gondole, zmierzaj&#261;c wszyst­kie w jednym
+kierunku - ku Wielkiemu Kana&#322;owi, ca&#322;emu rozbrzmiewaj&#261;cemu w tej
+chwili, jak harfa ruszona &#347;piewem i muzyk&#261;. O&#347;wietlone, ubrane
+kolorowemi, papierowemi latarniami, miga&#322;y w oddali wielkie gondole, a
+raczej statki ma&#322;e, tak zwane &#8222;serenady", na których orkiestry cale
+grajków i &#347;piewa­ków-samouków popisywa&#322;y si&#281; ze swym wrodzonym,
+a rzetelnym nawet cz&#281;stokro&#263; artyzmem.</p>
+
+<p>Kilka podobnych serenad, rozrzuconych po ka­nale;
+wabi&#322;o &#347;wiat&#322;ami i st&#322;umionym &#347;piewu odg&#322;osem,
+ko&#322;o nich za&#347;, w pobli&#380;u, grupowa&#322;y si&#281; kr&#281;­giem
+dziesi&#261;tki czarnych gondoli, z rozpostartymi w nich niedbale i wygodnie
+s&#322;uchaczami. Niektóre z rozbrzmiewaj&#261;cych &#347;piewem i muzyk&#261;
+bark pod­je&#380;d&#380;a&#322;y pod okna dawnych dworców, a dzisiejszych
+pierwszorz&#281;dnych hoteli i koncertuj&#261;c tam wy&#322;&#261;cznie dla
+hotelowych go&#347;ci, zbierali od nich dla siebie datki, sun&#261;c
+ró&#380;nobarwnemi &#347;wiat&#322;ami i gorej&#261;cym kad&#322;ubem stateczku
+zwolna u marmurowych stopni pa&#322;acowych balkonów.</p>
+
+<p>Naprzeciwko dwóch podobnych serenad, &#347;pie­waj&#261;cych
+wprost ko&#347;cio&#322;a S-ta Maria della Salute, pod oknami pa&#322;aców
+Ferro i Zucchelli, (dzisiejsze Grand-Hotel i hotel Britania) dalej nieco, poza
+ko&#347;cio&#322;em, zabrzmia&#322;a w&#322;a&#347;nie nagle pie&#347;&#324;
+solowa ..</p>
+
+<p>Zag&#322;uszaj&#261;c inne g&#322;osy &#347;piewaków
+bli&#380;szych i dalszych, zadrga&#322;a ona uczuciem, i zr&#281;cznie
+modulowana przyjemnie pie&#347;ci&#322;a s&#322;uch, coraz donio&#347;lejsza,
+bli&#380;sza...</p>
+
+<p>- Pojedziemy tam! dobrze, Romciu?.. - zapro­ponowa&#322;a
+Ola, uj&#281;ta g&#322;osem &#347;piewaka.</p>
+
+<p>- Bene, carissima! - odpar&#322; Roman, i skin&#261;&#322;
+na wios&#322;uj&#261;cego. Gondola ich, kierowana umiej&#281;tn&#261;
+r&#281;k&#261;, wymija&#263; zacz&#281;&#322;a &#322;odzie, coraz liczniejsze.</p>
+
+<p>Roman i Ola, widz&#261;c si&#281; coraz bardziej oto­czonymi,
+przestali poca&#322;unków i pieszczot, chwilowo poddawszy si&#281;
+zupe&#322;nie czarowi pie&#347;ni, p&#322;yn&#261;cej ku nim w ciszy wieczoru. </p>
+
+<p>Oboje milczeli...</p>
+
+<p>Gondola tymczasem skr&#281;ci&#322;a powoli w lewo, ku
+roz&#347;piewanej barce, i w&#347;lizn&#261;wszy si&#281; swym wysokim przednim
+dziobem, jak w&#261;&#380;, pomi&#281;dzy ko­&#322;ysz&#261;ce si&#281;
+dziesi&#261;tki innych gondol - stan&#281;&#322;a wresz­cie, zatrzymana
+zr&#281;cznie. Gondolier przymocowa&#322; sznurem swój pojazd do
+s&#261;siednich i za&#322;o&#380;ywszy na krzy&#380; r&#281;ce, w skupieniu
+wespó&#322; z innymi zas&#322;ucha&#322; w pie&#347;&#324;...</p>
+
+<p>Szerokiem pó&#322;kolem, ciche, ko&#322;ysa&#322;y si&#281;
+wsz&#281;dy ­inne gondole; wsparci w nich s&#322;uchacze pod­dawali si&#281;
+niewyt&#322;umaczonemu czarowi tej weneckiej, cichej nocy, tej pie&#347;ni
+szczerej, niewykwin­tnej, chwytaj&#261;cej jednak mimo woli niejednego za
+serce, zapadaj&#261;cej w dusz&#281; g&#322;&#281;boko.</p>
+
+<p>Po sm&#281;tnych pie&#347;niach nast&#281;powa&#322;y
+skoczne, i tak dalej, bez zmiany. Co kilka "numerów" z barki
+"serenady" schodzi&#322; w&#322;och, rozczochrany, od &#347;piewu
+wzruszony jeszcze, i z czapk&#261; w r&#281;ku zbiera&#322; "co
+&#322;aska", przest&#281;puj&#261;c ostro&#380;nie z jednej gondoli na
+drug&#261;.</p>
+
+<p>W ciszy za&#347; wzgl&#281;dnej, a spowodowanej tym swe­go
+rodzaju antraktem, rusza&#322;y si&#281; z miejsc swoich nie­które &#322;odzie,
+wracaj&#261;c, lub zd&#261;&#380;aj&#261;c dalej do innych serenad; na puste
+miejsce wsuwa&#322;a si&#281; milcz&#261;co no­woprzyby&#322;a gondola, a
+publiczno&#347;&#263;, zebrana w tych zaimprowizowanych wodnych lo&#380;ach,
+natychmiast spogl&#261;da&#322;a ciekawie na swego s&#261;siada,
+pó&#322;g&#322;osem komunikowa&#322;a sobie uwagi, w rozmaitych j&#281;zykach.</p>
+
+<p>I w cicho&#347;ci powoli milk&#322;y, to znów z kolei
+rozbrzmiewa&#322;y dalsze i bli&#380;sze roz&#347;piewane barki, wreszcie
+antrakt si&#281; ko&#324;czy&#322;, po wodach kana&#322;u mkn&#281;&#322;a znów
+ze &#8222;sceny" serenady pie&#347;&#324; nami&#281;tna... </p>
+
+<p>S&#322;ucha&#322;y jej echa zdawa&#322;o si&#281;,
+pob&#322;a&#380;liwie i cieka­wie gwiazdki, licznie rozsiane po
+gwia&#378;dzistem niebie po&#322;udnia - s&#322;ucha&#322;y krzy&#380;e, i
+wie&#380;yce licznych &#347;wi&#261;tyni, i zadumane marmury wiekopomnych
+dworców.</p>
+
+<p>Od czasu do czasu komunikuj&#261;c sobie przyci­szon&#261;
+uwag&#281;, Roman i Ola s&#322;uchali równie&#380; uwa&#380;nie w&#322;oskich
+pie&#347;ni, nastrój za&#347; dzisiejszego wieczora rozmarzaj&#261;co
+dzia&#322;a&#322; na nich. My&#347;li ich daleko ulatywa&#322;y, pod
+wp&#322;ywem tej nocy, tego krajobrazu nie­zwyk&#322;ego, a pe&#322;nego czaru,
+i tej niewymuszonej, tchn&#261;cej uczuciem pie&#347;ni, wyrzucanej z ust ludzi
+prostych, dziwnie jednak atoli przejmuj&#261;cych si&#281; melody&#261;
+s&#322;ów swoich, kochaj&#261;cych tak wyra&#378;nie pie­&#347;ni owe, narodowe
+- w&#322;asne!</p>
+
+<p>Wywo&#322;ana zatem &#347;wie&#380;emi, tak niedawnemi
+wspomnieniami dzisiejszego popo&#322;udnia, my&#347;l Oli bieg&#322;a
+nieprzeparcie do stron ojczystych - przymru­&#380;a&#322;a oczy, i
+widzia&#322;a ogród Gowartowski... wynios&#322;e oblicze ojca...</p>
+
+<p>Romana za&#347; trapi&#322;y z kolei te same, co i nad
+morzem my&#347;li... Fa&#322;sz obecnego po&#322;o&#380;enia, przy­sz&#322;o&#347;&#263;
+niejasna, zakryta, ciemna, z tajemnic&#261; na dnie duszy ukrywa&#263; si&#281;
+zmuszon&#261;, przed okiem najdro&#380;szej nawet teraz dla&#324; na
+&#347;wiecie istoty, zaciemnia&#322;y chmur&#261; troski czo&#322;o Dzier&#380;ymirskiego,
+mg&#322;&#261; smutku matowa&#322;y spojrzenie czarnych, rozumnych oczu.</p>
+
+<p>I &#380;al jaki&#347; niezmierny, &#380;al do &#380;ycia,
+rozpiera&#322; mu piersi, do losu, &#380;e, postawi&#322; go na tak
+&#347;liskim i ko&#322;ysz&#261;cym si&#281; gruncie, &#380;e tylko za
+cen&#281; tego fa&#322;szu i wyrzutów sumienia, pozwoli&#322; mu zdoby&#263; to
+jego dzisiejsze nieograniczone szcz&#281;&#347;cie!</p>
+
+<p>Zatopiony w swem skrytem cierpieniu, Roman od czasu do czasu
+spogl&#261;da&#322; na Ol&#281;. Ta, ze spuszczonemi oczami, oparta niedbale na
+skórzanych poduszkach gondoli, zadumana, równie&#380; marzy&#322;a cicho...
+Cienie przechodzi&#322;y, przemyka&#322;y si&#281; po jej wdzi&#281;cz­nem,
+zamy&#347;lonem obliczu, czasem na usteczkach za­gaszcza&#322;
+b&#322;&#261;kaj&#261;cy si&#281; u&#347;mieszek.</p>
+
+<p>Roman wtedy z mi&#322;o&#347;ci&#261; bezgraniczn&#261;
+zatrzy­mywa&#322; d&#322;u&#380;sz&#261; chwil&#281; spojrzenie na ukochanych
+rysach, i znowu popada&#322; w zadum&#281;, lub s&#322;ówkiem pieszczoty, albo
+spostrze&#380;eniem jakiem przerywa&#322; milczenie. Ola odpowiada&#322;a mu
+skinieniem g&#322;ówki - zamieniali pomi&#281;dzy sob&#261; zda&#324; urywanych
+kil­kana&#347;cie, i znowu milkli, poddaj&#261;c si&#281; nastrojowi ze­wn&#281;trznemu
+otoczenia i wewn&#281;trznemu dusz w&#322;asnych. W ten sposób czas mija&#322;.</p>
+
+<p>Powoli, stopniowo rozlu&#378;ni&#322;o si&#281;
+&#347;cie&#347;nione gondol pó&#322;kole... Z cichym wiose&#322; szelestem i
+pluskiem ruszonej wody odp&#322;ywa&#322;y one jedne po drugich - du&#380;e
+barki s&#261;siednich serenad gin&#281;&#322;y równie&#380; w oddali,
+&#347;piewy ich cich&#322;y...</p>
+
+<p>Kilka tylko z nich jeszcze rozbrzmiewa&#322;o po kanale
+ostatnimi tony, a mi&#281;dzy innemi i barka, ko&#322;o której
+ko&#322;ysa&#322;a si&#281; gondola Dzier&#380;ymirskich. Z okien i balkonów
+hoteli poznika&#322;y ju&#380; tak&#380;e ­liczne sylwetki i twarze go&#347;ci,
+w pobli&#380;u, na wie&#380;y ko&#347;cielnej, wybi&#322;a rytmicznie godzina
+jedenasta...</p>
+
+<p>Roman ockn&#261;&#322; si&#281; pierwszy, dotkn&#261;&#322;
+delikatnie d&#322;oni&#261; r&#261;czki Oli i rzek&#322;:</p>
+
+<p>- Pora ju&#380; nam, kochanie... prawda&#380;?..</p>
+
+<p>- Która? - zapyta&#322;a Ola, zbudzona.</p>
+
+<p>- Jedenasta, moje &#380;ycie - odpar&#322; Roman.</p>
+
+<p>- Ju&#380;?.. - zdziwi&#322;a si&#281; Ola, westchn&#261;wszy.
+­To jed&#378;my, nie s&#261;dzi&#322;am nigdy, by ju&#380; tyle czasu
+min&#281;&#322;o...</p>
+
+<p>- O czem&#380;e tak duma&#322;a moja pani? - zapyta&#322;
+Roman, z u&#347;miechem.</p>
+
+<p>- A ty? - odpowiedzia&#322;a pytaniem Ola.</p>
+
+<p>- 0... ja?.. nic ciekawego - odpar&#322; po&#347;pie­sznie
+Roman, i jakby pragn&#261;c, by powtórnie nie py­tano go o to samo,
+odwróci&#322; si&#281; szybko do gondo­liera, informuj&#261;c go, dok&#261;d ma
+ich zawie&#378;&#263;.</p>
+
+<p>Gondola, wycofana z &#322;atwo&#347;ci&#261; z
+przerzedzonego ju&#380; kr&#281;gu, zawróci&#322;a i pomkn&#281;&#322;a ku
+o&#347;wietlone­mu niebieskawym &#347;wiat&#322;em latarni elektrycznych
+placowi San Marco. Na wie&#380;ach odleg&#322;ych ko&#347;cio&#322;ów,
+uk&#322;adaj&#261;cej si&#281; do snu Wenecyi, w milczeniu, ró&#380;nymi tony
+dzwoni&#322;a godzina jedenasta, zda&#322;a dochodzi&#322; jesz­cze przyciszony
+odg&#322;os muzyki...</p>
+
+<p>Wyci&#261;gn&#261;wszy si&#281; wygodnie w gondoli, Roman
+uj&#261;&#322; znów kibi&#263; &#380;ony, i pieszcz&#261;c wargami jej
+szyj&#281;, pocz&#261;&#322; mówi&#263; cicho, d&#322;ugo, ci&#261;gle.</p>
+
+<p>Czu&#322; potrzeb&#281; mówienia; chcia&#322;
+zag&#322;uszy&#263;, od­p&#281;dzi&#263; natr&#281;tne my&#347;li, wspomnienia,
+przechodzi&#322; z tematu na temat, &#347;mia&#322; si&#281;, dowcipkowa&#322;,
+ca&#322;owa&#322; Ol&#281; co chwila. A ona szczebiota&#322;a równie&#380;...</p>
+
+<p>Pe&#322;ne wesela g&#322;osy dwojga m&#322;odych
+z&#322;&#261;czonym akordem przerywa&#322;y co chwila milczenie i spokój
+"Canale Grande", pada&#322;y i &#347;lizga&#322;y si&#281; echem po
+ciemnej tafli jego wód, w których z kolei p&#322;awi&#322;y si&#281; cienie pa&#322;aców,
+z&#322;otym deszczem igra&#322;y gwia­zdy i swawoli&#322; powiew wietrzyka, id&#261;cego
+z morza, pokrytego ciemno&#347;ci&#261;, &#347;ni&#261;cego w oddali...</p>
+
+<p>Dostawszy si&#281; na pe&#322;ni&#281; wód kana&#322;u
+&#347;w. Mar­ka gondola pomkn&#281;&#322;a chy&#380;o, a niebawem po falistej
+tafli w&#322;oskiej laguny rozleg&#322;a si&#281; &#347;piewana zgodnym liórem
+m&#281;skiego barytonu i kobiecego sopranu pie&#347;&#324; polska:
+"Szumi&#261; jod&#322;y"...</p>
+
+<p>- A co, nie mówi&#322;em, &#380;e to nasi, cho&#263; on taki
+czarny, jak W&#322;och - odezwa&#322; si&#281; po polsku, z gondo­li,
+któr&#261; mijali Dzier&#380;ymirscy, rubaszny troch&#281; g&#322;os
+m&#281;&#380;czyzny.</p>
+
+<p>- No, tak dzioba&#263; si&#281;, jak go&#322;&#261;bki, to
+i  inni potrafi&#261;... odpowiedzia&#322;
+ironicznie kto&#347; drugi.</p>
+
+<p>- Ba, ale, panie dobrodzieju, z takim humo­rom - to nie!...
+z przekonaniem, stanowcza, rozleg&#322;a si&#281; odpowied&#378; szlagona.</p>
+
+<p>Tymczasem gondola Dzier&#380;ymirskich mala&#322;a ju&#380;
+coraz bardziej, na tle nocy tylko czerwonawem &#347;wiate&#322;kiem migoc&#261;c
+z oddali. Wkrótce, zalecia&#322;a jeszcze ostatnia zwrotka ,znanej
+Moniuszkowskiej melodyi: Oj, Halino, oj, je - dy - no, dzie - wczy - no mooo -
+ja!... </p>
+
+<p>- Moo - ja!... odda&#322;o echo lagun morza i zmilk&#322;o,
+ca&#322;y za&#347; kad&#322;ub czarnej gondoli znik&#322; gdzie&#347; niebawem,
+ust&#281;puj&#261;c miejsca innym, nadci&#261;gaj&#261;cym co­raz
+g&#281;&#347;ciej od strony Wielkiego Kana&#322;u, coraz cichszego, coraz
+bardziej pogr&#261;&#380;aj&#261;cego si&#281; w czerni bezbarwn&#261;,
+g&#322;uch&#261;, zapadaj&#261;cego tam u&#347;pienia - Nocy!</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<center>*             *</center>
+
+<center>*</center>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>- Patrz, patrz! jakie&#380; to pi&#281;kne!..</p>
+
+<p>S&#322;owa te, pó&#322;g&#322;osem, z akcentem zachwytu, wy­mówi&#322;a
+Ola, i oboje wraz z Romanem stan&#281;li na miejscu, jak przykuci. Nad ich
+g&#322;owami wznosi&#322;a swe dumne gotyckie arkady jedna z
+najpi&#281;kniejszych, po bazylice San Marco, &#347;wi&#261;ty&#324; w Wenecyi,
+Santa Maria Gloriosa dei Frari - stali za&#347; przed mauzoleum Canovy.</p>
+
+<p>- Prawda! - szepn&#261;&#322; w odpowiedzi &#380;onie Dzier­&#380;ymirski.
+- Zdawa&#322;oby si&#281;, i&#380; ten oto anio&#322;, czy geniusz
+u&#347;piony, &#380;yje, oddycha, stró&#380; czujny... urwa&#322;,
+studjuj&#261;c dalej pomnik z uwag&#261;.</p>
+
+<p>- A te postacie, nieprawda&#380;, i&#380; rzeczywi­&#347;cie
+id&#261;, ruszaj&#261; si&#281; wolno, pogr&#261;&#380;one w cichej bo­le&#347;ci
+i smutku! - podchwyci&#322;a &#380;ywo Ola, podniecona widokiem, oraz wyrazem
+zakutego w marmurze pi&#281;kna.</p>
+
+<p>Oboje umilkli, z niek&#322;amanym zachwytem wpa­truj&#261;c
+si&#281; w rze&#378;b&#281;.</p>
+
+<p>Od grobowca bowiem, przez samego Canov&#281; modelowanego
+niegdy&#347; na pomnik dla Tycyana, bi&#322;o rzeczywiste, szczere pi&#281;kno
+i chwyta&#322;o za serce­ - mówi&#322;o...</p>
+
+<p>Przyparty do &#347;ciany, ca&#322;y z bia&#322;ego marmuru,
+a trójk&#261;tnym kszta&#322;tem w minjaturze przypominaj&#261;cy­, piramidy
+Egiptu, sta&#322; sarkofag otworem...</p>
+
+<p>Na lewo, jakby strzeg&#261;c do&#324; wchodu, olbrzymi lew
+marmurowy le&#380;a&#322;, z obwis&#322;emi &#322;apami, pot&#281;&#380;ny,
+srogi, i jakby sm&#281;tnie zadumany, a na nim, z rozpostartemi skrzyd&#322;y,
+opiera&#322; si&#281; wielki Anio&#322; u&#347;piony... </p>
+
+<p>I tchn&#261;ce &#322;agodno&#347;ci&#261;, cudne oblicze
+Anio&#322;a zda si&#281; by&#263; rzeczywi&#347;cie nie z tego n&#281;dz
+pado&#322;u!..</p>
+
+<p>Z ludzk&#261; twarz&#261;, to prawda, spogl&#261;da&#263;
+si&#281; zdaje na widza, lecz oczy jego przymkni&#281;te nieco, skupienia i
+zadum pe&#322;ne - znieruchomione w nadziemskim spokoju, cisz&#261;
+za&#347;wiatów, wieczno&#347;ci milczeniem i by­tu zagadk&#261;, n&#281;c&#261;
+oto wyra&#378;nie, wzrok ci&#261;gn&#261; za sob&#261;, unosz&#261; dusz&#281;,
+my&#347;l... gdzie&#347; w strefy nadziemskie 
+do nieba!...</p>
+
+<p>A z prawej znów strony grobowca, jakby z zie­mi, ze
+&#347;wiata, wolno sun&#261; jakie&#347; postacie, zmierza­j&#261;c do
+otwartych na &#347;cie&#380;aj wrót sarkofagu...</p>
+
+<p>Pierwsza z nich, proporcyonalnie do innych, wi&#281;ksza,
+kobieta m&#322;oda, jest ju&#380; tu&#380; blizko, u grobu prawie, w &#347;lad
+za ni&#261;, z girlandami kwiatów, post&#281;puj&#261; postacie mniejsze - to
+dziatki.</p>
+
+<p>Id&#261;... Krocz&#261;, z pochylon&#261; g&#322;ow&#261;,
+przygn&#281;bieni, smutni, niebawem ju&#380; cisi przest&#261;pi&#261; oni próg
+grobowca...</p>
+
+<p>- Chod&#378;my! - szepn&#281;&#322;a Ola
+poci&#261;gaj&#261;c lekko Romana za r&#281;k&#281;.</p>
+
+<p>Z widoczn&#261; niech&#281;ci&#261;, jakby nie mog&#261;c
+oder­wa&#263; wzroku od pi&#281;knego pomnika, poruszy&#322; si&#281;
+Dzier&#380;ymirski, i wyrzek&#322; pó&#322;g&#322;osem:</p>
+
+<p>- Czy ju&#380; obejrzeli&#347;my tutaj wszystko?</p>
+
+<p>- Zdaje mi si&#281;, &#380;e wszystko - odpowiedzia&#322;a
+Ola.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>W pustej i cichej &#347;wi&#261;tyni rozlega&#322;y si&#281;
+wyra&#378;nie ich kroki, ­prócz nich bowiem obecnie nie by&#322;o tu nikogo.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski wyj&#261;&#322; zegarek.</p>
+
+<p>- Szósta!  Wracajmy,
+musimy po&#380;egna&#263;  jesz­cze
+Wenecy&#281; z Campanili - rzuci&#322; &#380;ywo, i uj&#261;wszy rami&#281;
+&#380;ony, skierowa&#322; si&#281; ku wyj&#347;ciu z ko&#347;cio&#322;a.</p>
+
+<p>Na progu Dzier&#380;ymirscy stan&#281;li, obrzucaj&#261;c
+ostatniem spojrzeniem ko&#347;ció&#322;; wzrok ich przesun&#261;&#322; si&#281;
+raz jeszcze po wspania&#322;ych grobowcach do&#380;ów, Tycyana i wyszli.</p>
+
+<p>Upalny spokój w&#322;oskiego popo&#322;udnia obj&#261;&#322;
+ich natychmiast. S&#322;o&#324;ce pali&#322;o jeszcze, na uliczkach Wenecyi
+by&#322;o pusto.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirscy szli przy&#347;pieszonym krokiem,
+zmierzaj&#261;c ku mostowi "di Rialto." By&#322; to ostatni ju&#380;
+dzie&#324; pobytu ich w Wenecyi, wyje&#380;d&#380;ali nazajutrz, &#380;egnaj&#261;c
+dzi&#347; po raz ostatni urocze miasto pami&#261;tek.</p>
+
+<p>A &#380;egnali je sumiennie. Zwiedziwszy bowiem kilka
+nieznanych sobie jeszcze ko&#347;cio&#322;ów, po raz wtóry obeszli wszystkie
+miejsca, dok&#261;d zach&#281;ca&#322;o ich do powrotu wspomnienie zoczonego
+tam pi&#281;kna.</p>
+
+<p>A wi&#281;c pa&#322;ac Do&#380;ów, jego archeologiczne mu­zeum
+i liczne przepi&#281;kne sale i ponure wi&#281;zienia, pa&#322;ac królewski,
+bazylik&#281;, a tak&#380;e zarówno arcydzie&#322;a p&#281;dzla Tycyana,
+Tintoretta, Paw&#322;a Veronese, Belliniego, i innych, w Akademii "delle
+belle Arti."</p>
+
+<p>- Wiesz, kochanie? musimy spieszy&#263; si&#281;
+porz&#261;dnie, gdy&#380; o siódmej podobno zamykaj&#261; ju&#380;
+Campanilli&#281;*)-odezwa&#322; si&#281; Roman po d&#322;u&#380;szem milcze­niu
+id&#261;c z Ol&#261; bezustannie tak sarno szybko i s&#322;uchaj&#261;c zarazem
+szczebiotu jej, wci&#261;&#380; jeszcze znajduj&#261;cej si&#281; pod
+wra&#380;eniem pysznego dzie&#322;a Canovy.</p>
+
+<p>[*)Znana powszechnie pod t&#261; nazw&#261; dzwonnica
+&#346;wi&#281;tego Marka w Wenecyi, siegaj&#261;ca budow&#261; i stylem X
+wieku, dzi&#347;, jak wiadomo, ju&#380; nie istnieje. Run&#281;&#322;a dnia
+14-go Lipca 1902 roku.]</p>
+
+<p>- Co za &#347;wietn&#261; doprawdy mia&#322;e&#347;
+my&#347;l, Rom­ciu, zestawi&#263; to obejrzenie Wenecyi z wy&#380;yn na
+zako&#324;czenie! - rzek&#322;a Ola, i dorzuci&#322;a z o&#380;ywieniem: - Bo
+ostateczne owe wra&#380;enie nie zu&#380;yte dot&#261;d jeszcze, nowe, idealnie
+zamknie nasz pobyt tutaj...</p>
+
+<p>- A widzisz, me &#380;ycie, &#380;e nietylko moja pani miewa
+genialne koncepty - z u&#347;miechem odpar&#322; Roman, mi&#322;&#261; mu
+bowiem by&#322;a my&#347;l, &#380;e ich wzajemne zapatrywania estetyczne
+zgadzaj&#261; si&#281; tak dobrze.</p>
+
+<p>W tem bo ostatniem los rzeczywi&#347;cie nie by&#322;
+posk&#261;pi&#322; zadowolenia Romanowi. Ola, by&#322;a to dusza obdarzona  zarówno, jak i on, wykwintnem poczuciem
+pi&#281;kna i niezmiern&#261; wra&#380;liwo&#347;ci&#261; na dzie&#322;a
+sztuki, zgrzytów pod tym wzgl&#281;dem pomi&#281;dzy nimi nie by&#322;o wcale -
+dope&#322;niali si&#281; wzajemnie.</p>
+
+<p>- Poczekaj, kochanie - odezwa&#322; si&#281; znów Ro­man -
+spo&#380;yjemy sobie par&#281; brzoskwi&#324;... Mam ogrom­ne pragnienie, a
+ty?...</p>
+
+<p>- O! ja tak&#380;e!.. wykrzykn&#281;&#322;a
+potwierdzaj&#261;co i weso&#322;o Ola, poczem oboje zbli&#380;yli si&#281; do
+charakterystycznego, szerokiego, pod p&#322;óciennem okryciem od
+s&#322;o&#324;ca, weneckiego straganu, przepe&#322;nionego ró&#380;nemi owocami
+i jarzynami.</p>
+
+<p>Min&#281;li ju&#380; byli wa&#347;nie "ponte di
+Rialto",­ znajduj&#261;c si&#281; obecnie w okolicy i punkcie targu, oraz
+o&#380;ywionego ruchu. Woko&#322;o nich szwendali si&#281; liczni przechodnie,
+przekupnie wychwalali g&#322;o&#347;no swój towar, t. j. drobiazgi, owoce, lub
+rzadko&#347;&#263; w Wene­cyi - zimn&#261; wod&#281; do picia, mówi&#261;c
+nawiasem, nad­zwyczaj niezdrow&#261;.</p>
+
+<p>Wybrawszy kilka przepysznych, wielkich brzosk­wi&#324;, i
+spo&#380;ywaj&#261;c je, Dzier&#380;ymirscy pu&#347;cili si&#281; znowu w
+dalsz&#261; drog&#281;. Szli obecnie najbardziej o&#380;ywion&#261; i
+handlow&#261; ulic&#261; w Wenecyi, tak zwan&#261; "la Merceria",
+wij&#261;c&#261; si&#281; w kszta&#322;cie szerokiego tro­tuaru pomi&#281;dzy
+domami i szeregiem ciasno jeden przy drugim po&#322;o&#380;onych sklepów, a
+wiod&#261;cej zygza­kiem od mostu di Rialto do wie&#380;y zegarowej na pla­cu
+San Marco.</p>
+
+<p>Zaczepiani co chwila przez natr&#281;tnych w&#322;a&#347;ci­cieli
+magazynów, przekupniów mozaiki i ma&#322;ych bosonogich ch&#322;opaków,
+narzucaj&#261;cych si&#281; im co chwila, z pytaj&#261;cem s&#322;owem i
+spojrzeniem &#322;adnych, czarnych ocz&#261;t: "Accompagnare,
+signore?...", Dzier&#380;ymirscy szli szybko, wygodn&#261;, cho&#263;
+kr&#281;t&#261; ulic&#261;, rozmawiaj&#261;c wci&#261;&#380; ze sob&#261;.</p>
+
+<p>Niedos&#322;yszane wzajemnie cz&#281;sto w gwarliwym ha&#322;asie
+"Mercerii" s&#322;owa ich gin&#281;&#322;y bez echa, gdy naraz i tym
+razem zupe&#322;nie g&#322;o&#347;no, po niewiele znacz&#261;­cych uwagach,
+odezwa&#322; si&#281; pierwszy Dzier&#380;ymirski.</p>
+
+<p>-Czy wiesz, moje &#380;ycie, i&#380; to ju&#380; trzy ty­godnie
+blisko, jak wyjechali&#347;my z kraju? Czas leci, kto by pomy&#347;la&#322;,
+&#380;e niebawem ju&#380; minie miesi&#261;c, jak porwa&#322;em ciebie,
+szcz&#281;&#347;cie moje, z &#322;ona rodziny?..</p>
+
+<p>Cho&#263; w ostatnich s&#322;owach brzmia&#322; ton
+&#380;artobliwo-dobroduszny, jednak Roman niespokojnie spojrza&#322; na
+&#380;on&#281;, pierwszy to bowiem raz tak wyra&#378;n&#261; czy­ni&#322;
+alluzy&#281; do niedawnej, a prze&#322;omowej chwili ich &#380;ycia;
+dorzuci&#322; zaraz:</p>
+
+<p>- Ciekawy jestem, co o tem wszystkiem my­&#347;li i co czyni
+w tej chwili twój ojciec... przytem wahaj&#261;co spojrza&#322; z pod oka na
+Ol&#281;, uwa&#380;nie, jakby zbada&#263; pragn&#261;c, do jakiego stopnia
+odczuwa ona to wspomnienie.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Lekka mg&#322;a jakby przemkn&#281;&#322;a po twarzy
+m&#322;o­dej kobiety, a brewki jej zmarszczy&#322;y si&#281; przelotnie,
+jednak&#380;e odpowiedzia&#322;a natychmiast.</p>
+
+<p>- Wiesz co, mój drogi? ja.... - i tu spu&#347;ci&#322;a
+oczy, zarumieniwszy si&#281; lekko - bardzo cz&#281;sto...
+podkre&#347;li&#322;a akcentem te s&#322;owa, - my&#347;l&#281; o tem...</p>
+
+<p>I Ola z kolei podnios&#322;a swe przymglone oczy na
+Dzier&#380;ymirskiego, a jemu zda&#322;o si&#281; jednocze&#347;nie, &#380;e
+wilgotnemi by&#322;y one...</p>
+
+<p>W tej samej chwili m&#322;oda kobieta ruchem &#322;agodnym,
+a wdzi&#281;ku pe&#322;nym, po&#322;o&#380;y&#322;a sw&#261; r&#261;czk&#281;
+drobn&#261; na r&#281;ku m&#281;&#380;a.</p>
+
+<p>- Nie gniewaj si&#281;, mój drogi, &#380;e ci to mówi&#281;
+- rzek&#322;a mi&#281;kko - ale... ale wierz mi, &#380;e ja nieraz l&#281;kam
+si&#281; jakby po prostu, by ta przesz&#322;o&#347;&#263; nasza, a w
+szczególno&#347;ci gwa&#322;towna chwila ucieczki mojej, nie przynios&#322;a
+nam nieszcz&#281;&#347;cia... Biedny ojciec! - cicho westchn&#281;&#322;a Ola i
+umilk&#322;a, spu&#347;ciwszy nie&#347;mia­&#322;o wzrok ku ziemi, jak gdyby
+przestraszywszy si&#281; s&#322;ów ostatnich.</p>
+
+<p>Teraz Roman z kolei pochwyci&#322; r&#281;k&#281; &#380;ony
+i u&#347;cisn&#261;wszy j&#261; serdecznie kilka razy, wzruszony,
+pocz&#261;&#322; pociesza&#263; Ol&#281; z cicha, w ko&#324;cu zmieni&#322;
+zupe&#322;nie temat rozmowy, przeszed&#322;szy po&#347;piesznie na
+przysz&#322;e zamiary wspólnej podró&#380;y. Równocze&#347;nie jednak spo­s&#281;pnia&#322;,
+i, cho&#263; drobna, ma&#322;a chmurka, co niby cie&#324;,
+w&#347;lizn&#281;&#322;a si&#281; pomi&#281;dzy ich dusze - wzgl&#281;dnie
+rozwia­&#322;a si&#281; do&#347;&#263; pr&#281;dko, zostawi&#322;a jednak w
+umy&#347;le Dzier&#380;ymirskiego &#347;lad trwa&#322;y. Teraz zatem, gdy znowu
+zamienia&#322; z Ol&#261; banalne nieco frazesy, my&#347;l jego pracowa&#322;a
+uparcie w dalszym ci&#261;gu.</p>
+
+<p>Wi&#281;c on nie myli&#322; si&#281;, b&#281;d&#261;c
+cz&#281;stokro&#263; niespo­kojnym, gdy widzia&#322; przychodz&#261;c&#261; na
+czo&#322;o &#380;ony nag&#322;&#261; zadum&#281;, na pozór
+niewyt&#322;umaczon&#261; zgo&#322;a niczem.</p>
+
+<p>Wi&#281;c w g&#322;ówce tej, w której, prócz
+mi&#322;o&#347;ci dla niego, d&#322;ugo nie przypuszcza&#322; innego uczucia -
+tkwi&#322; jednak w swoim rodzaju wyrzut sumienia?.. Odmien­nemi zatem
+krocz&#261;c drogami, dusze ich - ze &#378;ró­d&#322;a tylko innego ca&#322;kiem
+p&#322;yn&#261;ce - obie jednocze&#347;nie mia&#322;y swoje skryte zgryzoty i
+cierpienia. Zarówno, jak i on, tylko inaczej, Ola wi&#281;c tak&#380;e
+cierpia&#322;a...</p>
+
+<p>- Dziwne, to &#380;ycie, dziwne! - omal &#380;e nie g&#322;o­&#347;no
+wymówi&#322; Roman.</p>
+
+<p>- 0! patrz, ju&#380; plac &#347;w. Marka - weso&#322;o
+wykrzykn&#281;&#322;a Ola w tej samej chwili, i wydobywszy miniaturowy zegarek,
+jednocze&#347;nie doda&#322;a:</p>
+
+<p>- Wpó&#322; do siódmej! - Zd&#261;&#380;ymy!.. </p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski nie podniós&#322; uwagi &#380;ony, prze­lotnie
+spojrza&#322; tylko w jej twarz, a widz&#261;c Ol&#281;
+u&#347;miechni&#281;t&#261;, powesela&#322; sam równie&#380;.</p>
+
+<p>Wydostawszy si&#281; z w&#261;skiej szyi ruchliwej ulicy,
+znajdowali si&#281; ju&#380; oni na kwadratowym placu, obszernym, z trzech
+stron ramowanym woko&#322;o ko­lumnami pa&#322;acu królewskiego. Pod temi
+kolumnami, w pierwszorz&#281;dnych kawiarniach Wenecyi, roi&#322;o si&#281; od
+ludzi; na mozajkach, krzy&#380;ach, br&#261;zowych ko­niach i kopu&#322;ach
+bazyliki &#347;w. Marka gra&#322;y promie­nie s&#322;o&#324;ca, u stóp za&#347;
+Campanili, dok&#261;d zmierzali Dzier&#380;ymirscy, i przed
+ko&#347;cio&#322;em, po&#347;rodku placu, grucha&#322;y i lata&#322;y setki
+go&#322;&#281;bi, karmionych r&#281;k&#261; publiczno&#347;ci. Zap&#322;aciwszy
+za wej&#347;cie, Roman i Ola powoli zacz&#281;li wst&#281;powa&#263; na
+gór&#281;.</p>
+
+<p>Na szczyt dzwonnicy San Marco, oddzielonej od katedry, a
+strzelaj&#261;cej w gór&#281; wysoko i samotnie, sz&#322;o si&#281; nie po
+schodach, lecz po lekko pochylonej p&#322;aszczy&#378;nie spiralnej, nader
+wygodnej, cho&#263; kr&#281;tej, wcho­dz&#261;cego wcale nie
+m&#281;cz&#261;cej.</p>
+
+<p>Co kilka minut post&#281;puj&#261;cym na szczyt dzwon­nicy
+Dzier&#380;ymirskim miga&#322;y z prawej strony ma&#322;e okienka,
+pozwalaj&#261;ce im pochwyci&#263; r&#261;bek krajobrazu, &#347;ciany za&#347;
+wie&#380;y przepe&#322;nione by&#322;y licznymi podpisami turystów.</p>
+
+<p>Wzgl&#281;dnie do&#347;&#263; d&#322;ugo, bo powoli,
+zm&#281;czeni po­przednim po&#347;piechem, szli pod gór&#281; Roman i Ola,
+zanim dostali si&#281; wreszcie na obszern&#261; szczytow&#261; platform&#281;
+dzwonnicy. Prócz sprzedaj&#261;cego w zaimprowizowanym sklepie fotografie i
+albumiki: "ri­cordo di Venetia," kilka zaledwie osób znajdowa&#322;o
+si&#281; tutaj. Dzier&#380;ymirscy zbli&#380;yli si&#281; do balustrady,
+obrzuciwszy spojrzeniem ca&#322;y widok, u stóp ich i hen­hen, daleko!...</p>
+
+<p>- &#346;liczne, prze&#347;liczne! - rzek&#322;a po chwili
+Ola pó&#322;g&#322;osem, z przej&#281;ciem, Roman za&#347;, potakuj&#261;c
+&#380;onie, wyj&#261;&#322; noszon&#261; stale ze sob&#261; lunet&#281; i
+regulowa&#263; j&#261; pocz&#261;&#322;.</p>
+
+<p>S&#322;o&#324;ce w&#322;a&#347;nie zni&#380;a&#322;o
+si&#281; ku zachodowi. Z jed­nej strony krajobrazu, na prawo, tarcza jego,
+ziej&#261;c purpur&#261;, k&#261;pa&#322;a si&#281; promienistymi blaskami w
+morzu, roz&#347;wietla&#322;a jego tajemnicz&#261; g&#322;&#281;bi&#281;,
+roz&#380;arza&#322;a, na kszta&#322;t g&#322;owni, czerwonawym ogniem
+zmarszczone grzbiety fal, z&#322;otym prostopad&#322;ym go&#347;ci&#324;cem
+zanu­rzaj&#261;c si&#281; stopniowo coraz bardziej w iskrz&#261;c&#261;
+si&#281; &#347;wiat&#322;ami to&#324;. I zielonkawe, &#322;agodne Adryatyku fa­le,
+rozchyla&#322;y si&#281; przyjacielsko i go&#347;cinnie - roztwie­ra&#322;y swe
+nurty do id&#261;cego na spoczynek s&#322;o&#324;ca, wód szmerem
+ko&#322;ysa&#263; si&#281; je zdaj&#261;c do snu cichego...</p>
+
+<p>Po bokach fal tymczasem coraz dalej i dalej bieg&#322;y
+ostatnie promienie jego; rozlewa&#322;y si&#281; wko&#322;o po&#380;egnalnym
+odblaskiem - pie&#347;ci&#322;y ju&#380; morze ca&#322;e, zapala&#322;y na niem
+miljony barw i odcieni, sko&#347;ne le­cia&#322;y w lewo ku Lido,
+"giardini publici," s&#322;a&#322;y si&#281; krwawi&#261;ce na
+dachach i wie&#380;ach le&#380;&#261;cej w dole We­necyi - i gin&#281;&#322;y
+nareszcie w zamglonej gdzie&#347; dali, tul&#261;c si&#281; do majacz&#261;cych
+hen, hen, w perspektywie górskich alpejskich szczytów...</p>
+
+<p>Roman i Ola, zapatrzeni, stali nieruchomo, w milczeniu.</p>
+
+<p>Otulony cisz&#261; bezmiarów, tchn&#261;cy spokojem
+id&#261;cego wieczora, zachwyca&#322; ich ten krajobraz. </p>
+
+<p>- Spojrzyj-no, jak smacznie zajadaj&#261; sobie nasi brudni
+w&#322;osi swoje "pranzo" - rzek&#322;a nagle do m&#281;&#380;a Ola,
+wskazuj&#261;c r&#281;k&#261; spi&#281;trzon&#261; u stóp ich, w&#347;ród
+w&#261;skich kana&#322;ów, Wenecy&#281;, i &#347;cie&#347;nione da­chy jej
+domów, gdzie na werandach spo&#380;ywano w&#322;a­&#347;nie posi&#322;ek.</p>
+
+<p>- A, prawda! - potwierdzi&#322; Roman.</p>
+
+<p>- Zabawnie wygl&#261;daj&#261; na swoich daszkach, jak
+liliputy... - zauwa&#380;y&#322; jeszcze i uj&#261;wszy rami&#281; &#380;ony,
+zbli&#380;y&#322; si&#281; znów ku balustradzie od strony morza.</p>
+
+<p>- Patrz! - rzek&#322; przyciszonym g&#322;osem,
+wskazuj&#261;c na prawo l&#261;d sta&#322;y - widzisz te otulone mg&#322;ami
+sylwety miast i gór?..</p>
+
+<p>- Widz&#281; - potwierdzi&#322;a Ola.</p>
+
+<p>- Oto Fusina - obja&#347;nia&#263; pocz&#261;&#322;
+&#380;onie Roman - tam znów g&#322;&#281;biej, to Padwa i Treviso...</p>
+
+<p>Tu, na zachodzie - to otaczaj&#261;ce Weron&#281; szczyty
+górskie, a tam - wskazuj&#261;c ruchem r&#281;ki kolistym krajobraz, mówi&#322;
+dalej Dzier&#380;ymirski - to Monte Baldo, i u stóp jego jezioro Garda.</p>
+
+<p>I Roman manewruj&#261;c równocze&#347;nie lunet&#261;
+odkrywa&#322; coraz to inne odleg&#322;e góry i miasta, a u&#380;yczaj&#261;c
+lornety swej &#380;onie, obja&#347;nia&#322; j&#261;, t&#322;umaczy&#322;.</p>
+
+<p>Tymczasem za&#347; platforma dzwonnicy opustosza&#322;a
+stopniowo. Prócz przekupniów, zalecaj&#261;cych swe "ricorda," i
+miejscowych ludzi, nie by&#322;o tu ju&#380; prócz Dzier&#380;ymirskich,
+nikogo. Roman i Ola gotowali si&#281; do odej&#347;cia, gdy oto nagle
+przystan&#281;li znowu, zas&#322;uchani.</p>
+
+<p>Z weneckiego starego grodu sz&#322;a muzyka dzi­wna... Jak
+orkiestr&#261; dobran&#261; grana, w&#281;drowa&#322;a przez otulone milczeniem
+przestworza melodya ko&#347;cielnych dzwonów...</p>
+
+<p>Rozpocz&#281;&#322;y j&#261;, na wprost Campanili dzwony
+ko&#347;cio&#322;ów: Redentore, na wysepce Giudecca, i San­to Giorgio Maggiore,
+opodal, a w &#347;lad za niemi powtórzy&#322;y inne &#347;wi&#261;tynie. Z
+Santa Maria della Salute na czele rozbrzmia&#322;y kolejno po ca&#322;ej Wene­cyi,
+wstrz&#261;sn&#281;&#322;y cisz&#261; &#8222;królowej Adryatyku" - tu do­no&#347;nie
+bij&#261;c basem, tam znów skar&#380;&#261;c si&#281; &#322;agodnie,
+kwil&#261;c - wspólnie zagra&#322;y chórem sw&#261; pie&#347;&#324; wie­czorn&#261;...</p>
+
+<p>Dobranymi jakby akordy pop&#322;yn&#281;&#322;y
+d&#378;wi&#281;cznie tony poprzez laguny i kana&#322;y, morzem, po grzbietach
+fal, ulecia&#322;y w dal sin&#261;, zda si&#281;, nios&#261;c swe echa a&#380;
+do podnó&#380;y gór.</p>
+
+<p>Roman, nachyliwszy si&#281; ku &#380;onie, rzuci&#322;
+pó&#322;g&#322;osem:</p>
+
+<p> - Co za
+wspania&#322;e i silne wra&#380;enie, niepraw­da&#380;?...</p>
+
+<p>Chcia&#322; powiedzie&#263; co&#347; jeszcze, lecz w tej
+samej chwili instynktownie urwa&#322;...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirscy zadr&#380;eli oboje. Kobieta przytu­li&#322;a
+si&#281;, jak powój, do m&#281;&#380;czyzny, on za&#347; obj&#261;&#322;
+opieku&#324;czym ruchem jej kibi&#263; i silnem ramieniem przy­cisn&#261;&#322;
+wyl&#281;k&#322;&#261; do siebie.</p>
+
+<p>To z dzwonnicy &#347;w. Marka, tu, na szczycie jej, o
+par&#281; zaledwie kroków od nich, zagrzmia&#322; w&#322;a&#347;nie do wtóru
+innym, zadudni&#322;, g&#322;usz&#261;c wszystko sw&#261; si­&#322;&#261;,
+dzwon olbrzymi i pot&#281;&#380;ny - "San Marco."</p>
+
+<p>G&#322;os jego tubalny, hucz&#261;cy, zmiesza&#322; si&#281;
+z ogóln&#261; ary&#261; dzwonów, nape&#322;niaj&#261;c echami grzmotów,
+trz&#281;s&#261;c platform&#261; wie&#380;ycy.</p>
+
+<p>A jednocze&#347;nie Roman i Ola dziwnego doznawali
+wra&#380;enia. Zda&#322;o si&#281; im bowiem, jakby ich tutaj nie by&#322;o
+ju&#380; zupe&#322;nie.</p>
+
+<p>Nie, oni stanowczo znikli, a znajdowa&#322; si&#281; tu jeno
+jeden jedyny olbrzymi d&#378;wi&#281;k, z którym istnienia wspólne zla&#322;y
+si&#281;, z&#322;&#261;czy&#322;y. Glos dzwonu przenika&#322; ich do
+g&#322;&#281;bi, szed&#322; a&#380; do dna dusz, gra&#322; na fibrach nerwów;
+trz&#261;s&#322; nimi, pot&#281;&#380;ny w swej mocy  - wielki...</p>
+
+<p>Ola jeszcze bardziej przytuli&#322;a si&#281; do
+m&#281;&#380;a, jakby szukaj&#261;c obrony przed czem&#347;, czy przed
+kim&#347;, Dzier&#380;ymirski silniej przygarn&#261;&#322; j&#261; do siebie.
+Równocze&#347;nie, jakby kierowane wzajemnym odruchem jednomy&#347;lnym i
+uczuciem wzajemnem, twarze ich zbli&#380;y&#322;y si&#281; i
+z&#322;&#261;czy&#322;y usta!...</p>
+
+<p>Ostatni z ostatnich promie&#324; zachodu zapali&#322; na
+sekund&#281; jedn&#261; gwiazd&#281; na czo&#322;ach m&#281;&#380;czyzny i
+kobiety, skojarzy&#322; si&#281; z ich pieszczot&#261; i znik&#322;.
+S&#322;o&#324;ce zgas&#322;o... Roman i Ola jednak nie odrywali ust od
+poca&#322;unku, a trwali w nim jeszcze...</p>
+
+<p>Jaka&#347; bowiem niewyt&#322;umaczona niczem ch&#281;&#263;
+przed&#322;u&#380;enia jakby tej chwili ogarn&#281;&#322;a
+Dzier&#380;ymirskich.</p>
+
+<p>W zapomnieniu pieszczoty jestestwa ich drga&#322;y uczuciem,
+a hucz&#261;cy g&#322;os dzwonu zdawa&#322; si&#281; bardziej jeszcze
+kojarzy&#263; ich ze sob&#261;... &#321;&#261;czy&#322; si&#281; sam niby z
+ekstaz&#261; ich poca&#322;unku, a usuwaj&#261;c z niego zarazem pierwiastek
+zmys&#322;ów poziomy - wznosi&#322; dusze Romana i Oli w nadziemskie
+gdzie&#347; strefy, uszlachetnia&#322;, budzi&#322; w nich jakie&#347;
+ch&#281;ci i pragnienia i przy­pina&#322; skrzyd&#322;a do lotu i
+rozszerza&#322; piersi i kaza&#322; si&#281; modli&#263; pokornie...</p>
+
+<p>Z ekstazy pierwsza zbudzi&#322;a si&#281; kobieta. </p>
+
+<p>Przyblad&#322;a nieco, oderwa&#322;a drobne wargi od ust
+Romana i szepn&#281;&#322;a cichutko: - Chod&#378;my ju&#380;!.. </p>
+
+<p>- Dobrze, z&#322;oto moje, kochanie najmilsze! - odpar&#322;
+pieszczotliwie Dzier&#380;ymirski, i oboje w &#347;lad za tem skierowali
+si&#281; ku wyj&#347;ciu.</p>
+
+<p>Nic nie mówili teraz do siebie. Zamy&#347;leni, po­gr&#261;&#380;eni
+w swój dziwny stan duchowy, zapatrzeni w swe dusze, schodzili powoli, schodzili
+w dó&#322; ci&#261;gle.</p>
+
+<p>I stopniowo, nieznacznie, reakcya nastroju w&#347;li­zgiwa&#263;
+si&#281; pocz&#281;&#322;a w ich dusze, mózgi i serca... </p>
+
+<p>Przy d&#378;wi&#281;kach bo oto graj&#261;cego obecnie nad
+nimi dzwonu-olbrzyma, jakie&#347; zw&#261;tpienia obsiad&#322;y nagle ich
+dusze, a czar, tam, na górze, odczuty - nikn&#261;&#322;, wewn&#281;trzne ­zadowolenie
+i napi&#281;cie duchowe s&#322;ab&#322;o!..</p>
+
+<p>Lecz czy&#380; to z&#322;udzenie? Wszak g&#322;os tego&#380;
+samego dzwonu jest teraz jakim&#347; ca&#322;kiem innym, odr&#281;bnym; to nie
+ten na górze, wysoko!</p>
+
+<p>Tamten, pe&#322;en otuchy, dodawa&#322; odwagi, wzma­cnia&#322;.
+A ten, wstrz&#261;saj&#261;c murami wynios&#322;ej wie&#380;ycy,
+b&#322;&#261;ka si&#281; gdzie&#347; tylko po jej zakamarkach, szczeli­nach,
+taki odmienny, ponury, smutny...</p>
+
+<p>I pod jego wp&#322;ywem, jakby pod dzia&#322;aniem cza­rodziejskiej
+si&#322;y, w my&#347;lach Dzier&#380;ymirskich, ka&#380;demu z osobna,
+zaszumia&#322;y znowu wyrzuty sumienia.</p>
+
+<p>Jej, Oli, stan&#281;&#322;a przed oczami, jak &#380;ywa, mar­sowa
+twarz ojca, i jego spojrzenie smutne, wyrzu­tów pe&#322;ne. &#377;renice
+rodzica wyra&#378;nie przytem zda­wa&#322;y si&#281; skar&#380;y&#263;,
+mówi&#263;: Ja ci&#281; kocha&#322;em, drogie dzieci&#281;, a ty tak
+pogardzi&#322;a&#347; mn&#261;, zrani&#322;a&#347; tak dotkliwie i
+bole&#347;nie!</p>
+
+<p>Romanowi za&#347; tak &#380;ywo przypomnia&#322;a si&#281; z
+przed laty chwila pewna, i&#380; zdziwi&#322; si&#281; sam niepomiernie.
+Sw&#261; ubog&#261; izdebk&#261; z przed laty, straszn&#261; noc walki ze
+sob&#261; samym, i zwyci&#281;stwo z&#322;ota ujrza&#322; tu w
+Campanili-wszystko!..</p>
+
+<p>A dzwon tymczasem hucza&#322; coraz bardziej, i przytem
+coraz jakby sro&#380;szy i bezwzgl&#281;dniejszy, surowsz­y...
+Dzier&#380;ymirscy bezwiednie, w mimowolnej po prostu obawie przed tym
+g&#322;osem karc&#261;cym z wysoka, pospieszniej w dó&#322; schodzi&#263;
+pocz&#281;li.</p>
+
+<p>Cienie wieczorne k&#322;ad&#322;y si&#281; ju&#380; po
+pustych za­k&#261;tkach starej, jak &#347;wiat, wie&#380;ycy, mroki tajemnicze
+pe&#322;za&#322;y tu swobodnie. Przy d&#378;wi&#281;kach dzwonu, któ­ry
+wci&#261;&#380; trz&#261;s&#322; jej &#347;cianami, w&#347;ród
+ciemniej&#261;cej stopniowo, a zamkni&#281;tej w nich pustki, schodzi&#322;a,
+spuszczaj&#261;c si&#281; coraz szybciej, zni&#380;a&#322;a si&#281; para
+m&#322;o­dych.</p>
+
+<p>Wreszcie zmierzch szary poch&#322;on&#261;&#322; zgrabne
+postacie, i zapanowa&#322; bezpodzielnie w Cam­panili. Jednocze&#347;nie o jej
+mury odbi&#322;o si&#281; echo ostatniego uderzenia dzwonu, niby ostatnie dla
+Dzier&#380;ymirskich przypomnienie przesz&#322;o&#347;ci...</p>
+
+<p>W &#347;lad za tem uspokoi&#322;o si&#281; wkrótce wszystko.</p>
+
+<p>Wiekopomna wie&#380;yca, zas&#322;uchana jakby jeszcze w
+ko&#324;cowy zamieraj&#261;cy d&#378;wi&#281;k dzwonu, przycich&#322;a;
+szaro&#347;&#263;, smutek i g&#322;usza rozsiad&#322;y si&#281; tu
+woko&#322;o... W milcz&#261;c&#261; senn&#261; zadum&#281;, we wspomnienia
+przebrzmia&#322;e, zapada&#322;a powoli Campanile.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<center>---------------</center>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>- Rojno i gwarno by&#322;o dzi&#347; u marsza&#322;kowej ­nieprawda&#380;?
+Ha-ha-ha, wiedzia&#322;em doskonale, &#380;e si&#281; stawi&#261; wszyscy...
+Poczciwa jednak ta nasza &#347;wiatowa mena&#380;erya.... No, i có&#380;?
+Uwierzyli?</p>
+
+<p>Pytanie to, zwrócone do pani Melanii Warnickiej w jej
+du&#380;ym, pi&#281;knym salonie, wyg&#322;osi&#322;, sadowi&#261;c si&#281;
+wygodnie na fotelu, Emil &#321;ady&#380;y&#324;ski. By&#322; to m&#281;&#380;­czyzna
+lat przesz&#322;o pi&#281;&#263;dziesi&#281;ciu, wysoki, szczu­p&#322;y, od
+stóp do g&#322;ów drobiazgowo wytworny, o wyrazie twarzy szyderczym,
+przyros&#322;ym jakby do rysów jego, &#347;wie&#380;ych i &#380;ywych jeszcze,
+oraz pi&#281;k­nych oczu pod&#322;u&#380;nych, zielonkawych, z pod pince­nez
+patrz&#261;cych rozumnie.</p>
+
+<p>- Uwierzyli. To jest, mo&#380;e udali tylko, &#380;e
+wierz&#261;... odpowiedzia&#322;a marsza&#322;kowa rozpartemu z gracy&#261; w
+krze&#347;le go&#347;ciowi swemu.</p>
+
+<p>- No, c'est tout ce qu'il faut, na razie; teraz damy sobie
+wielkiego i dystyngowanego nura n'est ce pas?.. A niech tam wszyscy
+my&#347;l&#261; sobie, co im si&#281; &#380;ywnie podoba!- zawyrokowa&#322;
+ten&#380;e g&#322;osem stanowczym.</p>
+
+<p>- C'est ce qui me tranquillise, i&#380; zamkn&#281;&#322;am
+zupe&#322;nie dzi&#347; ju&#380; rachunki z towarzystwem tutejszem -
+odpar&#322;a z westchnieniem ulgi pani Melania.</p>
+
+<p>Rozmowa potoczy&#322;a si&#281; dalej; tre&#347;ci&#261; jej
+by&#322; prze­bieg dzisiejszego, a ostatniego czwartkowego przyj&#281;­cia u
+Marsza&#322;kowej.</p>
+
+<p>Znikni&#281;cie Oli, cho&#263; trzymane pilnie w tajemnicy,
+jak to zwykle bywa w takich razach, nagle, pewnego poranku przedosta&#322;o
+si&#281; niewiadomo przez kogo, jak i kiedy, do miasta, a wie&#347;&#263; ta,
+podawana z pocz&#261;tku ostro&#380;nie, cicho i pod wielkim sekretem, wkrótce
+by&#322;a ju&#380; na wszystkich ustach, komentowa­na, przeinaczona, a
+plotk&#261; i skrzydlatym ptakiem obmowy oblecia&#322;a niebawem wszystkie
+niemal salo­ny towarzyskiego &#347;wiata w mie&#347;cie. Pomimo to, nikt nie
+wiedzia&#322; nic jeszcze dok&#322;adnie. Zaalarmowany pierwszy
+&#321;ady&#380;y&#324;ski, który, jako przyjaciel domu Gowartowskich, a zarazem
+bywaj&#261;cy wsz&#281;dzie &#347;wiatowiec, osaczonym by&#322; ci&#261;gle
+pytaniami, odby&#322; dni temu par&#281; istn&#261; sessyjn&#261;
+konferency&#281; z marsza&#322;ko­w&#261;: Co czyni&#263;, by ocali&#263;
+pozory?.. I wówczas to postanowiono, co nast&#281;puje:</p>
+
+<p>Pu&#347;ci&#263; natychmiast w &#347;wiat niejasn&#261;
+pog&#322;osk&#281; o &#347;lubie Oli z Dzier&#380;ymirskim, i opowiedzie&#263;
+wyjazd marsza&#322;kowej, która, postanowiwszy ju&#380; poprzednio
+przenie&#347;&#263; si&#281; ca&#322;kiem na wie&#347;, teraz, po naradzie z
+&#321;ady&#380;y&#324;skim, zgadza&#322;a si&#281; t&#281; chwil&#281; odjazdu
+swego przy&#347;pieszy&#263;. Za par&#281; dni w&#322;a&#347;nie przy­pada&#322;
+czwartek, jour fixe pani Melanii; &#322;atwo by&#322;o przewidzie&#263;,
+i&#380; towarzystwo cale, wobec rozsiewanych zr&#281;cznie pó&#322;s&#322;ówek
+o wielkiej powy&#380;szej nowinie, nie omieszka, przywiedzione
+ciekawo&#347;ci&#261; i ch&#281;ci&#261; po­&#380;egnania czcigodnej matrony,
+zawita&#263; na jej salony...</p>
+
+<p> - Wówczas to
+wszystkim i ka&#380;demu z osobna da­my do spo&#380;ycia
+nast&#281;puj&#261;c&#261; pigu&#322;k&#281;! - zadecydowa&#322; weso&#322;o na
+owej konferencyi pan Emil:</p>
+
+<p>- Powiemy, &#380;e Ola i Dzier&#380;ymirski s&#261; ju&#380;
+po &#347;lubie, uznanym przez rodzin&#281; najbli&#380;sz&#261; i przez
+ni&#261; urz&#261;dzonym, lecz cichym i bez rozg&#322;osu, a to na w&#322;asne
+i wyra&#378;ne &#380;&#261;danie pa&#324;stwa m&#322;odych...</p>
+
+<p>- Co si&#281; za&#347; tyczy dotychczasowej o tem wszyst­kiem
+tajemnicy, wyt&#322;umaczymy j&#261; tem, i&#380; dzisiejsi pa&#324;stwo
+Dzier&#380;ymirscy kochali si&#281; w sobie na zabój od dawna, od lat,
+przypu&#347;&#263;my, o&#347;miu... &#380;e ojciec srogi nie chcia&#322; o
+zwi&#261;zku tym s&#322;ysze&#263; nawet, i&#380; zmi&#281;kczo­ny wreszcie
+zgodzi&#322; si&#281; na&#324;... Pani marsza&#322;kowa nie by&#322;a na
+&#347;lubie, no... bo jest s&#322;abego zdrowia, Janua­ry za&#347;, w ostatniej
+chwili, gdy jecha&#322; na kolej, za­chorowa&#322;... Pa&#324;stwo m&#322;odzi
+obecnie bawi&#261; zagranic&#261;. Gdzie? - nie wiemy. Pour dérouter - powiemy
+na przyk&#322;ad, &#380;e w Szwecyi... Ca&#322;&#261; t&#281; historyjk&#281;,
+pa­ni marsza&#322;kowa na przyj&#281;ciu u siebie, a ja u innych, tego&#380;
+samego dnia i w tych&#380;e godzinach ukoloryzu­jemy jeszcze nale&#380;ycie
+kilkoma pseudo-autentycznymi szczegó&#322;ami, no... et il faut espérer,
+&#380;e nam chyba uwierz&#261;!..</p>
+
+<p>Tak ostatecznie uradzi&#322; &#321;ady&#380;y&#324;ski, a do
+ulti­matum owego, uznawszy jego s&#322;uszno&#347;&#263;, marsza&#322;ko­wa
+Warnicka zastosowa&#322;a si&#281; &#347;ci&#347;le przez ca&#322;y dzie&#324;
+dzisiejszego czwartkowego u siebie przyj&#281;cia. Obec­nie za&#347; w dalszym
+ci&#261;gu informowa&#322;a przyby&#322;ego swego wspólnika o wywi&#261;zaniu
+si&#281; z zadania i roli w&#322;asnych, opowiadaj&#261;c mu zarazem, jak wiele
+dnia tego odwiedzi&#322;o j&#261; osób ze &#347;wiata, do tego stopnia
+licznych, i&#380; chwilami w ogromnym jej salonie brak&#322;o po prostu dla
+nich miejsca.</p>
+
+<p>- Ka&#380;dy niemal po banalnym wst&#281;pie grzecz­nostek,
+pyta&#322; mnie o Ol&#281;, nie przeoczy&#322; tego nikt -mówi&#322;a pani
+Melania, ko&#324;cz&#261;c opowiadanie swoje - a&#380; w duchu sama
+&#347;mia&#322;am si&#281; z tego...</p>
+
+<p>- Wi&#281;c któ&#380; by&#322;? któ&#380; by&#322;? -
+pyta&#322; ciekawie &#321;ady&#380;y&#324;ski.</p>
+
+<p>- Wszyscy, powiadam panu, towarzystwo ca&#322;e, nie
+zawiód&#322; nikt - opowiada&#322;a dalej marsza&#322;kowa - szli wielcy i
+mali, sympatyczni i niemili, oraz nawet, którym si&#281; zdaje, &#380;e
+obecno&#347;ci&#261; swoj&#261; czyni&#261; mi &#322;ask&#281;
+najwy&#380;sz&#261;, raz na rok zaledwie bywaj&#261;c u mnie... i
+lekcewa&#380;&#261;co na pozór przy tych wyrazach pani Melania
+machn&#281;&#322;a r&#281;k&#261;...</p>
+
+<p>Pan Emil za&#347; s&#322;ucha&#322; i nieznacznie
+u&#347;miecha&#322; si&#281; pod w&#261;sem, zna&#322; bowiem dobrze
+s&#322;ab&#261; stron&#281; staruszki, któr&#261; gniewa&#322;o zawsze, gdy
+kto&#347; ze &#8222;&#347;wiata," mieszka­j&#261;cy stale w mie&#347;cie,
+omija&#322; jej dom w wizytach.</p>
+
+<p>- Par exemple... - odezwa&#322; si&#281; -
+r&#281;czy&#322;bym, &#380;e ksi&#281;&#380;na Marya i hrabiowie Doliwscy...</p>
+
+<p>- Oh! pas seulement, oni naturalnie, ale i ksi&#261;­&#380;e
+Jerzy, hrabia Alfred, ksi&#281;stwo Staniccy, hrabina Manfredowa z córk&#261; i
+jej narzeczonym... Vous savez, ona wychodzi za tego ksi&#281;cia Ryszarda S. z
+Pozna&#324;­skiego... A tak&#380;e Otoccy, Daworowscy, Igelhausenowie...
+ju&#380; nie pami&#281;tam wszystkich nawet... ko&#324;czy&#322;a pani Melania,
+zadowolona w duszy z szumnej nomenklatury.</p>
+
+<p>- Oh! mais, sapristi, c'est la fine fleur, &#347;mietaneczka
+ze &#347;mietanki naszej... Powinszowa&#263; marsza&#322;kowej,
+powinszowa&#263;... - rzek&#322; z lekka drwi&#261;co pan Emil. -L'essentiel -
+ci&#261;gn&#261;&#322; dalej, - &#380;e wszyscy, jak przewidywa&#322;em,
+po&#322;kn&#281;li przygotowan&#261; przez nas wia­domostk&#281;.</p>
+
+<p>- Wszyscy, bez wyj&#261;tku; robi&#322;am przecie&#380;, co
+tylko mog&#322;am - potwierdzi&#322;a pani Melania.</p>
+
+<p>- A wi&#281;c n... i-ni-c'est fini; nie poka&#380;emy
+si&#281; my im tu tak pr&#281;dko na oczy; by sprawdzi&#263; to, co
+pos&#322;yszeli, Dzier&#380;ymirskich równie&#380; mie&#263; nie
+b&#281;d&#261;, a zreszt&#261; - pan Emil niedbale poruszy&#322; r&#281;k&#261;
+- tout passe, tout casse, tout lasse... Niebawem wszyscy zawiesz&#261; sobie
+nowe sitko na ko&#322;ek i... zapomn&#261;. Ainsi va le monde -
+doko&#324;czy&#322;, i wyjmuj&#261;c srebrn&#261; z monogramem
+papiero&#347;nic&#281;, uj&#261;&#322; w palce delikatnej swej r&#281;ki cienki
+papieros, uprzejmie py­taj&#261;c zarazem pani domu: - Vous permettez?..</p>
+
+<p>Marsza&#322;kowa, z u&#347;miechem, przyzwalaj&#261;co kiw­n&#281;&#322;a
+g&#322;ow&#261;. &#321;ady&#380;y&#324;ski zapali&#322;, i wypu&#347;ciwszy z
+ust ma&#322;y ob&#322;oczek dymu, pog&#322;adzi&#322; wytwornym ruchem
+r&#281;ki swe siwiej&#261;ce ju&#380; nieco, a starannie wyczesane, bokobrody.</p>
+
+<p>- Ja tak&#380;e, wed&#322;ug programu, nie
+pró&#380;nowa&#322;em, - odezwa&#322; si&#281; po chwili swobodnym tonem. -
+Wyszed&#322;szy st&#261;d temu godzin par&#281;, by&#322;em na jour fixe u
+Leliwów, hr. Dezydery Otockiej, u ksi&#281;stwa Pila­nich... Zasta&#322;em tam
+wiele bardzo osób i wsz&#281;dzie opowiada&#322;em, naturalnie en long et en
+large la nou­velle du jour, co nale&#380;y, o Romanie i Oli - bref, Ja­nuarek
+powinien by&#263; kontent ze mnie: wykry&#322;em, jak, co i dok&#261;d
+wyfrun&#281;&#322;a mu jedynaczka, teraz znów my z pani&#261;
+marsza&#322;kow&#261; tuszujemy za m&#322;od&#261; par&#261; &#347;lady, z
+kunsztem prawdziwie artystycznym...</p>
+
+<p>- &#379;e te&#380; pan wszystko z weso&#322;ej tylko strony
+bierze - nieco smutnie i pob&#322;a&#380;liwie jakby u&#347;miechn&#281;­&#322;a
+si&#281; pani Melania.</p>
+
+<p>- Que voulez vous, pani marsza&#322;kowo, &#347;wiat
+pe&#322;en dramatów i tragedyj w teatrze i w &#380;yciu, &#380;e có&#380;by
+wartem by&#322;o ono, gdyby&#347;my si&#281; czasem starali przynajmniej komizmu
+cho&#263; troch&#281; ze&#324; wycisn&#261;&#263; - odpar&#322; pan Emil,
+poczem za&#347; doda&#322;: - Wi&#281;c pani marsza&#322;kowa jutro na Podole,
+do Ulanówki?</p>
+
+<p>- Tak - potwierdzi&#322;a pani Melania - do siebie jad&#281;
+na dni kilka, potem za&#347; natychmiast do Januarego, a pan
+wyje&#380;d&#380;a?.. Il faudrait.</p>
+
+<p>- Comme de raison, prawdopodobnie do Szwajcaryi, na
+sze&#347;&#263; tygodni... Ale, a propos,
+có&#380; January?..</p>
+
+<p>- Niespokojn&#261; jestem o niego - odpowiedzia&#322;a
+marsza&#322;kowa - jak panu wiadomo, bawi&#322; tu u mnie tylko dzie&#324;
+jeden; nazajutrz po otrzymaniu smutnej wiadomo&#347;ci odjecha&#322;,
+po&#380;egnawszy si&#281; ze mn&#261;, notabene, bardzo ch&#322;odno, i
+odt&#261;d &#380;adnej ode&#324; z Gowartowa nie mam wiadomo&#347;ci. Mo&#380;e
+chory...</p>
+
+<p>- Eee! có&#380; znowu!.. - okrzycza&#322; si&#281;
+&#321;ady&#380;y&#324;ski - ­pani marsza&#322;kowa niech b&#281;dzie
+spokojn&#261;, poluje sobie na kaczki, i jedynaczk&#281; sw&#261; wydziedzicza.
+Do­brze robi zreszt&#261;, bardzo dobrze... Wydziedzicza&#263; m&#322;odych!
+Niech nie lekcewa&#380;&#261; woli starszego pokolenia!.. Wydziedzicza&#263;!..
+doko&#324;czy&#322; pan Emil z patosem, i powstawszy z fotelu,
+jednocze&#347;nie z pani&#261; Me­lani&#261; &#380;egna&#263; si&#281;
+pocz&#261;&#322;.</p>
+
+<p>- Uciekam ju&#380;, bo mam jeszcze par&#281; wizyt,
+ale...  &#321;ady&#380;y&#324;ski
+urwa&#322; - Wszak pani marsza&#322;kowa jedzie jutro dopiero o 3-ej,
+nieprawda&#380;? - mówi&#322;, ca­&#322;uj&#261;c z wdzi&#281;kiem
+r&#281;k&#281; staruszki - nie &#380;egnam si&#281; wi&#281;c, b&#281;d&#281;
+na dworcu, mo&#380;e wypadnie co&#347; u&#322;atwi&#263;, dopomóc...</p>
+
+<p>- Dzi&#281;kuj&#281; panu, dzi&#281;kuj&#281; bardzo -
+odpar&#322;a z u&#347;miechem pani Warnicka - do mi&#322;ego zobaczenia
+si&#281;. .</p>
+
+<p>Pan Emil, z cylindrem w r&#281;ku, uk&#322;oni&#322;
+si&#281; u drzwi raz jeszcze, poczem jego elegancka, opi&#281;ta w tu&#380;u­rek,
+zgrabna sylweta znikn&#281;&#322;a za portyer&#261; salonu.</p>
+
+<p>Znalaz&#322;szy si&#281; za&#347; przed domem, na ulicy,
+&#321;a­dy&#380;y&#324;ski wskoczy&#322; po&#347;piesznie do oczekuj&#261;cej
+na&#324; doro&#380;ki na gumach, i rzuciwszy niedbale adres, ka­za&#322;
+si&#281; wie&#378;&#263; dalej.</p>
+
+<p>Ju&#380; na ulicach i w magazynach ja&#347;nia&#322;y
+rz&#281;si&#347;cie &#347;wiat&#322;a, gdy w dwie godziny pó&#378;niej
+wysiada&#322; z tego&#380; pojazdu przed pi&#281;kn&#261; kamienic&#261; w
+&#347;ródmie&#347;ciu, a odprawiwszy swój kawalerski ekwipa&#380;,
+skierowa&#322; si&#281; w bram&#281; czteropi&#281;trowego domu, gdzie na
+pierwszem pi&#281;trze zajmowa&#322; eleganckie, z trzech pokoi, mieszkanie.</p>
+
+<p>Ma&#322;y, zwinny ch&#322;opczyna, ubrany w liberyjn&#261;,
+ze z&#322;otemi guziczkami, granatow&#261; kurtk&#281;, przekomarza&#322;
+si&#281; w&#322;a&#347;nie na dziedzi&#324;cu, z któr&#261;&#347;
+chichocz&#261;c&#261; m&#322;odsz&#261;, gdy pan jego zjawi&#322; si&#281;
+nagle w bramie, a ujrzawszy &#347;miej&#261;c&#261; si&#281; dwójk&#281;,
+pogrozi&#322; jej lask&#261;, z u&#347;miechem. S&#322;u&#380;&#261;ca
+za&#347;mia&#322;a si&#281; zalotnie i g&#322;o&#347;no, lokajczyk za&#347;
+p&#281;dem porwa&#322; si&#281; z miejsca i polecia&#322; na gór&#281;, w
+par&#281; minut pó&#378;niej, z pokorn&#261; min&#261;, otwie­raj&#261;c drzwi
+&#321;ady&#380;y&#324;skiemu.</p>
+
+<p>- Ej, malutki!.. pogrozi&#322; mu znów palcem pan Emil,
+poczem, zdj&#261;wszy paltot, zapyta&#322;: - By&#322; tu kto? </p>
+
+<p>- Owszem, prosz&#281; ja&#347;nie pana, oto bilety
+odpar&#322; ch&#322;opak po&#347;piesznie, podaj&#261;c ma&#322;&#261;
+tack&#281; ze sto&#322;u.</p>
+
+<p>Pan Emil oboj&#281;tnie przerzuci&#322; kilka biletów. </p>
+
+<p>- Aaa!.. zadziwi&#322; si&#281; g&#322;o&#347;no przy jednym
+z nich, poczem od&#322;o&#380;y&#322; wszystko na bok.</p>
+
+<p>- Frak od krawca przynie&#347;li? - zapyta&#322; jesz­cze -
+wyprasowany?</p>
+
+<p>- W sypialni u ja&#347;nie pana powiesi&#322;em -
+obja&#347;ni&#322; ma&#322;y lokajczyk. </p>
+
+<p>- Dobrze. Sied&#378; tu, smyku, i nie &#322;obuzuj
+si&#281;!.. rzek&#322; &#321;ady&#380;y&#324;ski, a min&#261;wszy przedpokój,
+za­trzasn&#261;&#322;  za sob&#261;
+drzwi od gabinetu, prowadz&#261;cego do sypialni i ubieralni,
+gwi&#380;d&#380;&#261;c jednocze&#347;nie pod nosem ary&#281; z modnej
+podówczas operetkowej pre­miery.</p>
+
+<p>Jako szanuj&#261;cy si&#281; kawaler, pan Emil, stale
+&#380;ad­nego wieczoru nie przep&#281;dza&#322; u siebie w domu. Dzi&#347;
+zatem równie&#380; wybiera&#322; si&#281; na raut
+artystyczno-wokalno-literacki, punktualnie rozpoczynaj&#261;cy si&#281;
+ju&#380; o dziesi&#261;tej.</p>
+
+<p>Dziewi&#261;ta w&#322;a&#347;nie bi&#322;a na kilku zegarach
+w mieszkaniu, pan Emil wi&#281;c, znalaz&#322;szy si&#281; w gu­stownie
+umeblowanej sypialni, przyst&#261;pi&#322; natychmiast do tualety swej
+wieczorowej.</p>
+
+<p>W tym celu wygodnie zasiad&#322; na foteliku przed
+ma&#322;&#261; gotowalni&#261;, przepe&#322;nion&#261; wytwornymi, w srebrnych
+pude&#322;kach i przykrywkach, przyborami tuale­towymi.</p>
+
+<p>Gdy tak stoliczny bywalec drobiazgowo i systematycznie
+stroi&#322; si&#281; na raut, marsza&#322;kowa, po wyj&#347;ciu ostatnich,
+zapó&#378;nionych, go&#347;ci, przykazaw­szy pogasi&#263; &#347;wiat&#322;a,
+odpoczywa&#322;a na kanapce znu&#380;ona, po dniu tak pe&#322;nym dla niej
+zm&#281;czenia i wy­si&#322;ków. Opar&#322;szy g&#322;ow&#281; o poduszki
+mebla, pani Me­lania, po&#322;o&#380;y&#322;a si&#281;, i
+wyci&#261;gn&#261;wszy wygodnie swe cz&#322;onki, przymkn&#281;&#322;a powieki,
+stan za&#347; b&#322;ogi nie kr&#281;powanego niczem spoczynku
+ow&#322;adn&#261;&#322; ni&#261; bezpo­dzielnie.</p>
+
+<p>Jak szum nikn&#261;cy, daleki, w uszach jej tylko
+brzmia&#322; jeszcze gwar prowadzonych do niedawna rozmów, dolatywa&#322;y
+urywki z dali, a przed oczyma majaczy&#322;y, zmieniaj&#261;c si&#281; kolejno,
+postacie, zaludniaj&#261;ce w ci&#261;gu kilku godzin jej salony...</p>
+
+<p>Ponownie zatem widzia&#322;a przed sob&#261; staruszka w
+s&#261;siednim pokoju t&#322;um elegancki, rozbawiony... </p>
+
+<p>Mile pie&#347;ci&#322; on wzrok wytwornym wdzi&#281;kiem
+kobiecych tualet, szeleszcz&#261;cych &#322;agodnie, a zgo&#322;a nie
+krzycz&#261;cych barw&#261; i gustownych - n&#281;ci&#322; powabem na
+jedn&#261; mod&#322;&#281; elegancko skrojonych ubiorów m&#281;skich,
+p&#322;awi&#322; si&#281; ca&#322;y w estetyce ogólnej manier, uk&#322;onów, w
+szablonie &#347;wiatowej salonowej komedyi, a popraw­ny - nie razi&#322; niczem
+harmonii, w ca&#322;o&#347;ci swej nie wywo&#322;uj&#261;c równie&#380; wcale
+fa&#322;szywo brzmi&#261;cych zgrzy­tów. I u&#347;miech pó&#322; gorzki,
+pó&#322; smutny, w zamy&#347;le­niu okoli&#322; w&#261;skie usta
+marsza&#322;kowej Warnickiej. </p>
+
+<p>Jak nico&#347;ci pe&#322;nem bowiem wyda&#322;o jej si&#281;
+te­raz, w o&#347;wietleniu dzisiejszej z&#322;o&#347;liwej ciekawo&#347;ci, to
+ca&#322;e towarzyskie stado, kryj&#261;ce sw&#261; przewrotno&#347;&#263; pod
+blichtrem i szychem zewn&#281;trznych pozorów, jak ma&#322;o godnem &#380;alu i
+marnem!</p>
+
+<p>Ach, bo ile&#380; schowanej zr&#281;cznie z&#322;o&#347;ci,
+t&#322;umio­nych ch&#281;ci sponiewierania rodziny jej i Oli, jej sa­mej, ile
+wreszcie jadowitego fa&#322;szu kry&#322;o si&#281; w duszach tych wszystkich
+oto dzisiejszych jej &#347;wiatowych pseudo-przyjació&#322; i go&#347;ci!..</p>
+
+<p>Marsza&#322;kowa czyni&#322;a dalej w my&#347;li
+przegl&#261;d galeryi osobników, widzianych na dzisiejszem przy­j&#281;ciu; we
+wspomnieniu ich s&#322;ów, wyrazów twarzy i gestów powtórnie czyta&#322;a, zda
+si&#281;, ukryte my&#347;li przyby&#322;ych; moralnie obna&#380;a&#322;a ich
+wszystkich, staraj&#261;c si&#281; zarazem znale&#378;&#263;, przypomnie&#263;
+cho&#263; jeden kwiatek prawdziwie przyjaznego uczucia, wykwit&#322;y
+w&#347;ród tych chwastów ob&#322;udy!..</p>
+
+<p>Nie znalaz&#322;a nic podobnego jednak. By&#322;y tam tylko
+same &#347;miecie.</p>
+
+<p>Pani Melania, dumaj&#261;c w ten sposób, mia&#322;a oczy wci&#261;&#380;
+przymkni&#281;te, niebawem znu&#380;enie wzi&#281;&#322;o gór&#281; nad jej
+my&#347;lami, g&#322;owa staruszki pochyli&#322;a si&#281; na piersi, cichy
+mrok wieczoru otuli&#322; posta&#263; marsza&#322;kowej. Zdrzemn&#281;&#322;a
+si&#281;.</p>
+
+<p>W kwandrans mo&#380;e pó&#378;niej, w milczeniu wy­poczywaj&#261;cych
+po naj&#347;ciu go&#347;ci apartamentów, rozleg&#322; si&#281;; silny
+odg&#322;os dzwonka... Staruszka rzuci&#322;a si&#281; z lekka na kanapie, a
+otworzywszy swe rozumne szare oczy, pocz&#281;&#322;a ws&#322;uchiwa&#263;
+si&#281; w m&#261;c&#261;cy cisz&#281; odg&#322;os. </p>
+
+<p>W drzwiach buduaru po chwili stan&#261;&#322; lokaj i
+zaanonsowa&#322;:</p>
+
+<p>- Pan plenipotent z Gowartowa; mówi, &#380;e chcia&#322;by
+koniecznie widzie&#263; si&#281; z ja&#347;nie pani&#261;.</p>
+
+<p>- Pro&#347;, pro&#347; natychmiast tutaj! - rzek&#322;a
+&#380;y­wa marsza&#322;kowa i równocze&#347;nie powsta&#322;a z kanapki. Lokaj
+wyszed&#322;.</p>
+
+<p>Zadowolenie, po&#322;&#261;czone z ciekawo&#347;ci&#261;
+osiad&#322;o na twarzy staruszki. </p>
+
+<p>Boles&#322;aw Krasnostawski, syn szkolnego kolegi  nieboszczyka marsza&#322;ka, a zaprotegowany
+ongi przez ni&#261; sam&#261; na zajmowan&#261; dot&#261;d posad&#281; ogólnego
+i g&#322;ównego zarz&#261;dcy dóbr pana Januarego, nareszcie wi&#281;c
+przynosi&#322; jej wiadomo&#347;&#263; o bracie!..</p>
+
+<p>M&#322;odzieniec, lat dwudziestu o&#347;miu, ciemny bru­net,
+ogorza&#322;y i przystojny, z dziarsko do góry podkr&#281;conym w&#261;sem,
+stan&#261;&#322; na progu.</p>
+
+<p>- S&#322;uga pani marsza&#322;kowej, moje uszanowa­nie -
+przemówi&#322; swobodnie, i podbieg&#322;szy, uca&#322;owa&#322; z szacunkiem
+r&#281;k&#281; staruszki.</p>
+
+<p>Ubrany by&#322; niewykwintnie, ale starannie i czy­sto,
+ruchy za&#347; jego, oraz sposób mówienia, zdradza­&#322;y cz&#322;owieka,
+cho&#263; nie obytego mo&#380;e zupe&#322;nie z wytworniejszem towarzystwem,
+lecz dobrze wychowanego.</p>
+
+<p>- Kochany mój panie Boles&#322;awie, - zacz&#281;&#322;a
+staruszka, zwracaj&#261;c si&#281; dobrotliwie ku przyby&#322;emu­ - siadaj, prosz&#281;,
+i mów, mów jak najpr&#281;dzej, co s&#322;y­cha&#263;?..</p>
+
+<p>M&#322;ody cz&#322;owiek, widz&#261;c zaniepokojenie w
+oczach matrony, wyrzek&#322; po&#347;piesznie:</p>
+
+<p>- O, nic z&#322;ego... zupe&#322;nie nic z&#322;ego, pani
+mar­sza&#322;kowo, ale... i nic równie&#380; dobrego - doko&#324;czy&#322;
+wahaj&#261;co i ostro&#380;nie.</p>
+
+<p>- Jak to?.. -- zapyta&#322;a pani Melania. Krasnostawski
+oczy spu&#347;ci&#322;, i ukrywszy je po za swemi, jak u kobiety, d&#322;ugiemi
+rz&#281;sami, mówi&#263; cz&#261;&#322; zwolna:</p>
+
+<p>- Pani marsza&#322;kowej wiadomo, zarówno jak i mnie, co za
+cios dotkn&#261;&#322; pana Gowartowskiego, z powodu panny Oli...</p>
+
+<p>- Wi&#281;c pan ju&#380; wiesz?.. Sk&#261;d? - z okrzykiem
+niepohamowanego zdziwienia, wyrwa&#322;o si&#281; staruszce, pytanie.</p>
+
+<p>Co&#347; niemi&#322;ego sna&#263; dla ucha
+m&#322;odzie&#324;ca zabrzmia&#322;o nagle w tych kilku s&#322;owach, bo nie
+podno­sz&#261;c oczu, jakby nie chc&#261;c onie&#347;miela&#263;
+marsza&#322;kowej swym wzrokiem, spokojnie i powa&#380;nie odrzek&#322;:</p>
+
+<p>- Wiem wszystko, bo mi pan January, nie maj&#261;c nikogo,
+zwierzy&#322; si&#281; z troski w&#322;asnej, natu­ralnie pod s&#322;owem
+honoru z mojej strony, &#380;e s&#322;ów­kiem nawet o tem nikomu nie
+wspomn&#281;...</p>
+
+<p>Krasnostawski zatrzyma&#322; si&#281; chwilk&#281;, i
+ci&#261;gn&#261;&#322; dalej:</p>
+
+<p>- Obowi&#261;zki, jakie mam dla ca&#322;ej rodziny
+pa&#324;stwa, szacunek i powa&#380;anie me osobiste wzglem pana Gowartowskiego,
+stanowi&#261;, chyba do&#347;&#263; trwa&#322;&#261; r&#281;kojmi&#281;,
+i&#380; s&#322;owa dotrzymam... I... o tem... nikt z pa&#324;stwa,
+przypuszczam, nie w&#261;tpi... - doko&#324;­czy&#322; m&#322;ody
+cz&#322;owiek, podnosz&#261;c tym razem wzrok, jasny i pytaj&#261;cy na
+marsza&#322;kow&#261;.</p>
+
+<p>- Ale&#380; naturalnie, panie Boles&#322;awie, natural­nie!
+- skwapliwie po&#347;pieszy&#322;a z odpowiedzi&#261; staruszka. - Lecz
+mów&#380;e mi pan, co si&#281; tam w Go­wartowie tak niedobrego dzieje? -
+zapyta&#322;a niespo­kojnie.</p>
+
+<p>- To, pani marsza&#322;kowo, &#380;e z panem Gowar­towskim
+jest &#378;le... - i Krasnostawski, spu&#347;ciwszy znów wzrok,
+ci&#261;gn&#261;&#322; dalej:</p>
+
+<p>- Pann&#281; Ol&#281;, jak pani marsza&#322;kowej wiado­mo,
+ojciec kocha&#322; bardzo, prawie, &#380;e ba&#322;wochwalczo; otó&#380; skutki
+wypadków ostatnich bardzo, bardzo silnie odbi&#322;y si&#281; na nim. Nic go
+ju&#380; prawie teraz nie zajmuje, ani gospodarstwo, ni wie&#347;, ni inne
+zaj&#281;cia, do s&#261;siadów nie je&#378;dzi, u siebie nikogo nie przyjmu­je
+- s&#322;owem obecnie z niego zupe&#322;nie inny cz&#322;owiek... </p>
+
+<p>Krasnostawski przerwa&#322; opowiadanie, jakby
+namy&#347;laj&#261;c si&#281;, co mówi&#263; dalej. Staruszka, w zadu­mie, ze
+wzrokiem na dó&#322; spuszczonym, milcza&#322;a.</p>
+
+<p>Po chwili wahaj&#261;co ci&#261;gn&#261;&#322; dalej:</p>
+
+<p>- Wobec tego samotno&#347;&#263; dla pana Gowartow­skiego
+jest wprost zabójcz&#261;, koniecznie potrzebuje on nieustaj&#261;cego
+towarzystwa, jednem s&#322;owem - 
+potrzebuje obok siebie przyjaciela.</p>
+
+<p>Krasnostawski ponownie zatrzyma&#322; si&#281; na se­kund&#281;.</p>
+
+<p>- Moja osoba nie wystarcza - mówi&#322; dalej - ­zaj&#281;cia
+liczne, mieszkanie nie w samym Gowartowie, lecz gdzie indziej, stanowisko
+wreszcie moje... tu po twarzy m&#322;odego cz&#322;owieka przemkn&#261;&#322;
+lekki cie&#324; - wszystko sk&#322;ada si&#281; na to, i&#380; pan Gowartowski,
+cho&#263; zawsze dla mnie tak samo &#322;askaw, jest obecnie moralnie
+bezustannie - sam...</p>
+
+<p>Z pod oka, przelotnie, spojrza&#322; Krasnostawski na
+marsza&#322;kow&#261;. Z misy&#261; nader delikatn&#261; i przykr&#261;
+przyby&#322; on tutaj; w kieszeni surduta pali&#322; go w&#322;asnor&#281;czny
+list pana Januarego, w którym ten ostatni, &#380;ywi&#261;cy jeszcze do siostry
+bardzo g&#322;&#281;bok&#261; uraz&#281; za spe&#322;nione wypadki, pomimo
+wszystko, w g&#322;&#281;bi duszy pos&#261;dzaj&#261;cy nawet staruszk&#281;,
+i&#380; by&#322;a, mo&#380;e w tajnej zmowie z jego córk&#261; - delikatnie,
+lecz sta­nowczo, odmawia&#322; jej go&#347;cinno&#347;ci u siebie, wobec
+zapowiedzianego przez ni&#261; przyjazdu do Gowar­towa.</p>
+
+<p>Krasnostawski o zawarto&#347;ci listu wiedzia&#322;, w
+chwili &#380;alu bowiem Gowartowski wypowiedzia&#322; mu wszystko, ba,
+poleci&#322; jemu nawet, jako protego­wanemu i lubianemu przez
+marsza&#322;kow&#281;, napomkn&#261;&#263; jej o tem przed wr&#281;czeniem
+listu.</p>
+
+<p>Przerwawszy na chwil&#281; opowiadanie, Krasnostawski
+ostatecznie zastanawia&#322; si&#281; w&#322;a&#347;nie, czy poruszy&#263; w
+rozmowie, lub nie, temat dra&#380;liwy. Postanowi&#322; jednak nie czyni&#263;
+tego wcale, a natomiast, czuj&#261;c, &#380;e na ustach domy&#347;laj&#261;cej
+si&#281; ju&#380; czego&#347;: marsza&#322;kowej, zawisa jakby jakie&#347;
+pytanie, by po­wstrzyma&#263; je, odezwa&#322; si&#281; po&#347;piesznie:</p>
+
+<p>- I dlatego, pani marsza&#322;kowo, poleci&#322; mi pan
+January, &#322;&#261;cznie z innymi interesami, powo&#322;ywuj&#261;cymi mnie
+tutaj, zaprosi&#263; do Gowartowa na czas d&#322;u&#380;szy pana
+&#321;ady&#380;y&#324;skiego, jego bowiem obec­no&#347;ci tylko pragnie, jako
+prawdziwego swego przyjaciela... Musz&#281; zatem by&#263; dzisiaj u niego w
+tej sprawie, nie wiem jednak, gdzie mieszka... Adres pana
+&#321;ady&#380;y&#324;skiego niew&#261;tpliwie znanym jest pani
+marsza&#322;kowej?..</p>
+
+<p>S&#322;owa powy&#380;sze i pytanie ostatnie zabrzmia&#322;y
+w ustach m&#322;odzie&#324;ca pomimo woli zimniej nieco. Ner­wami uczu&#322;
+ch&#322;ód jakby w zachowaniu si&#281; staruszki, milcz&#261;cej wci&#261;&#380;
+od chwili, gdy jej powiedzia&#322;, i&#380;: wie o wszystkiem. Gniewa&#322;o go
+to spostrze&#380;enie i rani&#322;o dotkliwie dum&#281; jego.</p>
+
+<p>Wypowiedziana g&#322;osem miarowym, a wskazu­j&#261;ca
+ulic&#281; i numer domu, zamieszka&#322;ego przez pana Emila, zabrzmia&#322;a
+odpowied&#378; marsza&#322;kowej.</p>
+
+<p>Krasnostawski zerwa&#322; si&#281; natychmiast i rzek&#322;
+szybko:</p>
+
+<p>- Dzi&#281;kuj&#281; stokrotnie pani marsza&#322;kowej...</p>
+
+<p>Z udan&#261; za&#347; swobod&#261;, powodowany silnem
+&#380;ycze­niem wycofania si&#281; st&#261;d co pr&#281;dzej,
+ci&#261;gn&#261;&#322; &#380;ywo dalej:</p>
+
+<p>- Nie zajmuj&#281; ju&#380; wi&#281;cej czasu pani
+marsza&#322;­kowej, zapomnia&#322;em zupe&#322;nie, wszak to dzisiaj czwartek,
+dzie&#324; przyj&#281;&#263; - uciekam...</p>
+
+<p>- Ach, tak... - z u&#347;miechem protekcyjnym nieco
+rzek&#322;a s&#281;dziwa matrona. - Ale ju&#380; po wszyst­kiem, wszak wieczór
+nadchodzi...</p>
+
+<p>- Tak... tak, prawda, zapomnia&#322;em -
+b&#261;kn&#261;&#322; Krasnostawski, si&#281;gaj&#261;c jednocze&#347;nie
+r&#281;k&#261; do kie­szeni. - Przepraszam najmocniej pani&#261;
+marsza&#322;kow&#261; dobrodziejk&#281;, có&#380; za roztrzepaniec ze mnie,
+doprawdy! By&#322;bym zapomnia&#322;... Mam list od pana Go­wartowskiego,
+s&#322;u&#380;&#281; pani marsza&#322;kowej.</p>
+
+<p>Pani Warnicka schwyci&#322;a list, Krasnostawski jednak
+równocze&#347;nie pochyli&#322; si&#281; do r&#281;ki jej, w uk&#322;onie.</p>
+
+<p>- Do widzenia, mój panie Boles&#322;awie, do wi­dzenia! - z
+roztargnieniem po&#380;egna&#322;a go staruszka, podaj&#261;c mu r&#281;k&#281;
+do uca&#322;owania, poczem za&#347; gor&#261;cz­kowo rozerwa&#322;a
+kopert&#281;.</p>
+
+<p>M&#322;ody cz&#322;owiek ju&#380; by&#322; na progu, ale,
+spojrzaw­szy z pod oka na marsza&#322;kow&#261;, zd&#261;&#380;y&#322; by&#322;
+jeszcze dojrze&#263; na jej twarzy rumieniec oburzenia, zakwit&#322;y tam, po
+przeczytaniu pierwszych kilku wierszy. Do­strzeg&#322;szy to, m&#322;ody
+plenipotent, jak szczupak w wo­d&#281;, rzuci&#322; si&#281; ca&#322;em
+cia&#322;em w ciemno&#347;ci s&#261;siedniego salonu, pobieg&#322;szy za&#347;
+na palcach do przedpokoju, chwyci&#322; paltot swój i umkn&#261;&#322; z
+mieszkania. Na scho­dach dopiero odetchn&#261;&#322;.</p>
+
+<p>- Uf! wyrwa&#322;em si&#281; wreszcie... -
+szepn&#261;&#322;. - &#321;adniebym si&#281; ubra&#322;, gdyby tak przy mnie
+list czyta&#322;a!..</p>
+
+<p>W &#347;lad zatem wypad&#322; na miasto, a mijaj&#261;c
+ulice jednocze&#347;nie pogr&#261;&#380;a&#322; si&#281; w my&#347;lach.</p>
+
+<p>Wywo&#322;ana wspomnieniem apartamentów mar­sza&#322;kowej,
+stan&#281;&#322;a mu nagle przed oczyma powabna sylwetka Oli, zamajaczy&#322;o
+jej g&#322;&#281;bokie i zalotne spojrzenie, którem, jak wielu innych
+zreszt&#261;, wita&#322;a i jego, gdy przypadek &#322;&#261;czy&#322; ich kiedy
+na chwil&#281;.</p>
+
+<p>Krasnostawski od kilku ju&#380; lat zna&#322; córk&#281; pa­na
+Januarego; etykietalne utrzymuj&#261;c stosunki z pa&#322;acem Gowartowskim na
+wsi, widywa&#322; j&#261; rzadko, najcz&#281;&#347;ciej z daleka, na spacerze,
+w ko&#347;ciele, lub przelotnie w powozie - kilka razy u marsza&#322;kowej w
+mie&#347;cie. Podoba&#322;a mu si&#281; pi&#281;kna panna, bo komu&#380;
+zreszt&#261; nie potrafi&#322;a ona si&#281; przypodoba&#263;, pe&#322;na
+wdzi&#281;ku, uprzejma i zalotna?.. Przedstawia&#322;a poza tem typ kobiecy
+Krasnostawskiego... Nie kocha&#322; si&#281; w niej jednak bynajmniej, za
+trze&#378;wym by&#322; na to; cho&#263; z upokorzeniem dumy w&#322;asnej, sta­nowisko
+swe podrz&#281;dne ocenia&#263; potrafi&#322;, a jednak...</p>
+
+<p>&#377;dziwiony analiz&#261; duszy w&#322;asnej,
+przyzna&#263; si&#281; sam przed sob&#261; musia&#322;, &#380;e wie&#347;&#263;
+o ucieczce i &#347;lubie Oli zabola&#322;a go, a raczej, bezpodstawnie na
+pozór, po prostu rozgniewa&#322;a.</p>
+
+<p>Rozmy&#347;laj&#261;c w ten sposób, Krasnostawski
+wszed&#322; do kamienicy, wskazanej przez marsza&#322;kow&#261;. Za par&#281;
+chwil znalaz&#322; si&#281; ju&#380; na pierwszem pi&#281;trze, ledwie jednak
+zadzwoni&#322; u drzwi apartamentów &#321;ady&#380;y&#324;skiego, w ramie ich,
+natychmiast prawie, w cy­lindrze i paltocie, ukaza&#322; si&#281; pan Emil, jak
+zwykle u&#347;miechni&#281;ty ironicznie i z pogod&#261; na czole.</p>
+
+<p>- A!.. pan Boles&#322;aw, herbu Rawita, powita&#263;,
+prawico Januarego de Gowartów-Gowartowskiego, powita&#263;!.. - i
+u&#347;cisn&#261;&#322; serdecznie wyci&#261;gni&#281;t&#261; r&#281;k&#281;
+m&#322;odzie&#324;ca.</p>
+
+<p>- Przepraszam, &#380;e nie prosz&#281; pana kochanego do
+siebie, lecz postaci&#261; swoj&#261; do odej&#347;cia gotow&#261;
+wyp&#281;dzam go raczej, lecz powody wa&#380;ne... - tu pan Emil uczyni&#322;
+obydwiema r&#281;kami ruch pó&#322;okr&#261;g&#322;y, - sk&#322;aniaj&#261;
+mnie do tego! - doko&#324;czy&#322;, i mówi&#261;c to, elegancko
+zamkn&#261;&#322; drzwi przed nosem Krasnostaw­skiemu, a
+u&#347;miechn&#261;wszy si&#281; pod w&#261;sem ci&#261;gn&#261;&#322; dalej
+weso&#322;o, poufale wsun&#261;wszy zarazem r&#281;k&#281; pod rami&#281;
+Krasnostawskiego.</p>
+
+<p>- Nie gniewasz si&#281; na mnie, kochany panie
+Boles&#322;awie, wszak prawda?.. Spiesz&#281; na raut; no, mów&#380;e tam, co
+s&#322;ycha&#263;?.. Kochany Januarek có&#380; tam porabia, poluje; weseli
+si&#281;, czy smuci?</p>
+
+<p>Krasnostawski ju&#380; chcia&#322; wypowiedzie&#263;, z czem
+przyszed&#322;, gdy &#321;ady&#380;y&#324;ski znowu odezwa&#322; si&#281;
+&#380;artobliwie:</p>
+
+<p>- Ale, zaiste, pysznie pan wygl&#261;dasz, jak rydz w
+ma&#347;le, powinszowa&#263;! Nadobne grodu naszego mieszkanki lgn&#261;&#263;
+b&#281;d&#261; do pana, jak pszczó&#322;ki do miodu! S&#322;ysza&#322;em o
+pa&#324;skich sprawkach za studenc­kich czasów, za m&#322;odu! - tu
+poklepa&#322; z lekka m&#322;o­dzie&#324;ca poufale po plecach -
+s&#322;ysza&#322;em - powtó­rzy&#322; - nie b&#281;d&#281; wi&#281;c wzajemnie
+nudzi&#322; pana swoj&#261; osob&#261;, opowiesz mi pan en rčgle, lecz szybko,
+co ci&#281; do mnie sprowadza, a posiedzenie to odb&#281;dziemy w doro&#380;ce.
+Podwioz&#281; pana... Zgoda?</p>
+
+<p>- Ale&#380; i owszem, dzi&#281;kuj&#281; bardzo! -
+odpar&#322; Krasnostawski, z po&#347;piechem.</p>
+
+<p>Znajdowali si&#281; ju&#380; na ulicy, pan Emil
+skin&#261;&#322; na stangreta parokonnej doro&#380;ki, rzuci&#322; adres, i
+pojechali.</p>
+
+<p>Ruchem codziennym wrza&#322;o wko&#322;o nich strojne
+weso&#322;e miasto:</p>
+
+<p>- S&#322;ucham pana - rzek&#322; &#321;ady&#380;y&#324;ski.</p>
+
+<p>M&#322;ody cz&#322;owiek w krótkich s&#322;owach opo­wiedzia&#322;
+mu o niepomy&#347;lnym stanie zdrowia i mo­ralnego usposobienia pana Januarego,
+zamilczawszy za&#347; tylko o li&#347;cie do marsza&#322;kowej, zakomuni­kowa&#322;
+zaproszenie do Gowartowa.</p>
+
+<p>Skrzywi&#322; si&#281; lekko przy ostatnich s&#322;owach pan
+Emil i odrzek&#322;:</p>
+
+<p>- Zapewne, zapewne, bardzo bym rad pocieszy&#263; drogiego
+Januarka, ale w&#322;a&#347;nie wyje&#380;d&#380;am za granic&#281; i
+przyzna&#263; musz&#281;, &#380;e na razie wybra&#322; on si&#281; z
+zaproszeniem wcale nie na czasie! No, zobaczy­my zreszt&#261;... Co pan wiesz,
+- tu spojrza&#322; uwa&#380;nie na Krasnostawskiego -  o pani Oli i Dzier&#380;ymir­skim?..</p>
+
+<p>Zapytanie to postawionem by&#322;o bardzo zr&#281;cz­nie
+mówi&#322;o nic, a pyta&#322;o wiele. Krasnostawski natychmiast
+poinformowa&#322; krót­ko i zwi&#281;&#378;le pana Emila, i&#380; wiadomem mu
+jest wszystko.</p>
+
+<p>- Aaa!.. - wyrwa&#322;o si&#281; tylko z ust
+&#321;ady&#380;y&#324;skiego, i doda&#322; ironicznie:</p>
+
+<p>- No, to w takim razie wiesz pan nie tylko o p&#322;aszczu
+gronostajowym przywi&#261;zania dziecinnego, szalonej mi&#322;o&#347;ci
+m&#322;odzie&#324;czej, weselu pod niebem Italii, et caetera i t. d. ale i o
+odzie&#380;y codziennej, ukrytej przez nas starannie przed plotk&#261;,
+jedn&#261;­ - purpur&#261; drugiej; zatem wobec tego, mo&#380;emy mówi&#263;
+szczerze...</p>
+
+<p>- Widzi pan - tu &#321;ady&#380;y&#324;ski spojrza&#322;
+znów na Krasnostawskiego, jakby pragn&#261;c si&#281; przekona&#263;, czy warto
+wywn&#281;trza&#263; si&#281; przed nim - ta ca&#322;a roz­pacz &#8222;górna
+chmurna" Januarka, ta dobrowolna wi­wisekcya przywi&#261;zania do córki i
+ów od pocz&#261;tku do ko&#324;ca poemat &#8222;zbola&#322;ego ojcowskiego
+serca" - bref ten wielki w duszy jego ostatniemi czasy fajerwerk
+romantyzmu... entre nous soit dit - jest tylko od po­cz&#261;tku do ko&#324;ca
+jednym nonsensem. Czy nie mia&#322;a racyi?</p>
+
+<p>Krasnostawski milcza&#322;.</p>
+
+<p>- Pie&#347;cili dziewczyn&#281; - ci&#261;gn&#261;&#322; w
+tym sa­mym tonie &#321;ady&#380;y&#324;ski - upodoba&#322;a sobie
+Dzier&#380;ymirskiego - wara! Tego, owego - odmówili... To trudno, panie,
+kobiety tak&#380;e maj&#261; serca i tempera­ment... Zachcia&#322;o si&#281;
+Oli &#322;adnego ch&#322;opca - nie dali jej go - wzi&#281;&#322;a go sobie sama,
+a raczej wzi&#261;&#263; si&#281; pozwoli&#322;a... Niech Januarek lepiej
+dzi&#281;kuje i &#347;piewa Hosann&#281; na wysoko&#347;ciach, &#380;e bez
+plebana si&#281; nie obesz&#322;o! Lub niech&#380;e nawet gniewa si&#281;, i
+wydziedziczy córuni&#281;, lecz nie lamen­tuje, bo to i nie po m&#281;sku, i
+wcale nie ma sensu! Dixi. To moje zdanie. Có&#380; na to pan, panie Bole­s&#322;awie,
+herbu Rawita?..</p>
+
+<p>Krasnostawski z&#380;ymn&#261;&#322; si&#281; niecierpliwie;
+de­nerwowa&#322; go zwykle ton rozmowy &#321;ady&#380;y&#324;skiego, dzi&#347;
+jeszcze bardziej rozgniewa&#322; go przycinek "herbu Rawita",
+b&#281;d&#261;cy widoczn&#261; alluzy&#261; do u&#380;ywanych niegdy&#347;
+przez niego biletów wizytowych: Rawita-Krasnowstawski. .</p>
+
+<p>Podra&#380;niony zatem, sil&#261;c si&#281; na spokój,
+odpar&#322; zimno:</p>
+
+<p>- Przepraszam, ale ca&#322;kiem inaczej i zupe&#322;nie
+przeciwnie zapatruj&#281; si&#281; na t&#281; spraw&#281;, oraz rozumiem
+doskonale pana Januarego.</p>
+
+<p>- Ha-ha-ha-! nie masz pan za co przeprasza&#263;,
+wiedzia&#322;em tylko, &#380;e i z kochanego pana tak­&#380;e romantyk; w takim
+razie w korcu maku dobra­li&#347;cie si&#281; razem z Januarym... Wobec tego,
+ja w Gowartowie zgo&#322;a potrzebny nie jestem, doskonale si&#281; tam obadwa
+rozumiecie...</p>
+
+<p>- Ale, có&#380; znowu! - przerwa&#322; &#380;ywo Krasno­stawski,
+boj&#261;c si&#281;, czy czasem mimo woli nieostro&#380;nem s&#322;owem nie
+zepsu&#322; danego sobie polecenia. - Mog&#281; by&#263; tych samych
+zapatrywa&#324; na t&#281; spraw&#281;, co i pan Gowartowski i odczuwa&#263;
+jego charakter, lecz przecie&#380; w &#380;adnym razie nie potrafi&#281;
+zast&#261;pi&#263; szanownego pana, który jest tak dobrym jego przyjacielem...</p>
+
+<p>- No tak, tak..., - urwa&#322; z kolei pan Emil -
+"Wszystko ginie bez lito&#347;ci, nic sta&#322;ego na tej ziemi, prócz
+przyja&#378;ni i mi&#322;o&#347;ci;" to wszystko nader pi&#281;knie brzmi
+i wygl&#261;da, lecz mego zdania, ja osobi&#347;cie ­nawet dla przyja&#378;ni
+zmienia&#263;, niestety, nie uwa&#380;am za stosowne. Czy za&#347; ono
+Januarciowi si&#281; spodoba - grubo w&#261;tpi&#281;..</p>
+
+<p>Doro&#380;ka w tej samej chwili zatrzyma&#322;a si&#281;.</p>
+
+<p>- No, kochany mój panie Boles&#322;awie, addio!.. -
+odezwa&#322; si&#281; protekcyjnym nieco tonem &#321;ady&#380;y&#324;ski ­podaj&#261;c
+Krasnostawskiemu r&#281;k&#281;.</p>
+
+<p>- Zakomunikuj pan z &#322;aski swojej mój sposób widzenia
+rzeczy panu na Gowartowie, a je&#347;li potem jeszcze zna&#263; mnie
+b&#281;dzie chcia&#322; - niech&#380;e mi napisze, a mo&#380;e przyjad&#281;...</p>
+
+<p>Wysiedli obaj. Pan Emil uchyli&#322; cylindra i
+skierowa&#322; si&#281; ku bramie, na progu za&#347; jej rzuci&#322; jeszcze
+m&#322;odemu cz&#322;owiekowi, tym razem jednak przyja&#378;niej nieco:</p>
+
+<p>- A trzymaj si&#281; tam pan dzielnie, ba p&#322;e&#263;
+nadobna ma tu na wie&#347;niaków wilczy apetyt!.. Au revoir...</p>
+
+<p>&#321;ady&#380;y&#324;ski znik&#322;, Krasnostawski
+pozosta&#322; sam ulicy. Rozejrza&#322; si&#281;...</p>
+
+<p>By&#322; w jednym z najruchliwszych punktów miasta; wieczór
+ju&#380; rozpoczyna&#322; swe panowanie, nadchodzi&#322;a noc, wielki gród
+&#380;arzy&#322; si&#281; setkami &#347;wiate&#322;; &#347;rodkiem ulicy
+p&#281;dzi&#322;y pojazdy, po chodnikach sze­rokich zwart&#261; gromad&#261;
+wymija&#322; go po&#347;piesznie t&#322;um ludzi.</p>
+
+<p>Pi&#281;kne, zgrabne mieszczanki prawie &#380;e ocie­ra&#322;y
+si&#281; o niego, rzucaj&#261;c co chwila zalotne spoj­rzenia na &#322;adnego
+ch&#322;opca. Niewiele jednak z nich sz&#322;o samych, wi&#281;kszo&#347;&#263;
+mia&#322;a ju&#380; przy sobie czul&#261;cych si&#281; towarzyszy,
+szepcz&#261;cych im z u&#347;miechem s&#322;odkie s&#322;ówka.</p>
+
+<p>Pod wp&#322;ywem ostatniej uwagi pana Emila, Krasnostawski
+mimo woli przejrza&#322; si&#281; uwa&#380;niej w witrynie jednego z
+okazalszych magazynów, a zado­wolony z przegl&#261;du w&#322;asnej osoby,
+spojrza&#322; weso&#322;o przed siebie. Jakie&#347; puste pragnienie zabawienia
+si&#281;, oszo&#322;omienia, podobnie tym wszystkim, snuj&#261;cym si&#281;
+parom, ow&#322;adn&#281;&#322;o nim.</p>
+
+<p>Przekszta&#322;cony okoliczno&#347;ciami &#380;ycia w wie­&#347;niaka
+mieszczuch przypomnia&#322; sobie naraz lata da­wne, studenckie, pe&#322;ne
+niefrasobliwego jutra i we­so&#322;ych kawa&#322;ów, a cho&#263; przeplatane
+cz&#281;sto bied&#261; i g&#322;odem, bogate jednak w mi&#322;o&#347;&#263; i
+swobod&#281;! </p>
+
+<p>Bawi&#261;c przelotnie w murach miasta, którego ka&#380;dy
+zau&#322;ek zna&#322; na pami&#281;&#263;, a mijaj&#261;cych go
+mieszka&#324;ców, szczególniej kobiety, jednym rzutem oka nieomylnie
+segregowa&#322;, jak znawca, - zapra­gn&#261;&#322; nagle Krasnostawski
+napi&#263; si&#281; koniecznie z mu­suj&#261;cego uciech mi&#322;osnych
+kielicha.</p>
+
+<p>I mimo woli m&#322;ody cz&#322;owiek pocz&#261;&#322;
+uwa&#380;niej przygl&#261;da&#263; si&#281; kobietom. Ubrane &#8222;szykownie",
+cien­kie w talii, wysmuk&#322;e i zgrabne, mija&#322;y go one,
+&#347;miej&#261;ce si&#281; i weso&#322;e, uprawiaj&#261;c z zami&#322;owaniem
+flirt uliczny, skrz&#261;cy si&#281; miejscowym brukowym do­wcipem, czujne
+jednak poza nim na ka&#380;de spojrzenie przystojniejszego m&#281;&#380;czyzny,
+odwzajemniaj&#261;ce mu si&#281; zalotnem &#378;renic
+b&#322;y&#347;ni&#281;ciem - "oczkiem" i obiecuj&#261;­cym nieraz
+wiele u&#347;miechem.</p>
+
+<p>A rozmaito&#347;&#263; dzisiaj by&#322;a wielka. Wieczór
+przed&#347;wi&#261;teczny, pogodny, lwi&#261; cz&#281;&#347;&#263;
+w&#322;a&#347;cicielek nadobnych twarzyczek wywabi&#322; na pierwszorz&#281;dne
+ulice - na wspóln&#261; aren&#281; letniego jakby "demisalo­nu"
+pewnych, a szerokich warstw miasta. Brunetki zatem, &#347;niade, czarnobrewe,
+blondynki, powiewne­ - bia&#322;e, szatynki, o ruchach omdlewaj&#261;cych, a
+wszyst­kie prawie ubrane elegancko i z pewnym, w&#322;a&#347;ci­wym tylko Polce
+naszej, gustem, wystrojone, &#380;wa­we - sun&#281;&#322;y przed zachwyconym
+wzrokiem wie&#347;niaka.</p>
+
+<p>I od tego rozp&#281;dzonego, barwnego, poruszanego jakby
+tajn&#261; jak&#261;&#347; spr&#281;&#380;yn&#261; t&#322;umu, bi&#322; na
+Krasnostawskiego &#347;wie&#380;y, bo odzwyczajeniem d&#322;u&#380;szem star­ty,
+urok; nozdrza gra&#263; mu pocz&#281;&#322;y, wch&#322;ania&#322; w sie­bie
+niewyra&#378;ny, niepochwytny powiew, sun&#261;cy jakby ponad g&#322;owami publiczno&#347;ci,
+gor&#281;tszem okiem pa­trzy&#322; w twarz kobietom, swawolnie i
+niechc&#261;cy, na pozór, zagl&#261;da&#322; im prosto w oczy...</p>
+
+<p>Co za&#347; przewa&#380;nie czyta&#322; w owych czarnych,
+szarawych, fijo&#322;kowych i modrych oczach, z natury ju&#380; swej,
+zalotnych, bynajmniej nie zra&#380;a&#322;o go do tej; czynno&#347;ci. </p>
+
+<p>- Pójd&#378;, pójd&#378;, nie zra&#380;aj si&#281; pozornie
+skro­mn&#261; mink&#261;, b&#261;d&#378; odwa&#380;nym, &#347;mia&#322;ym, a
+mo&#380;e... mo­&#380;e... - szepta&#322;y, zda si&#281;, cicho wejrzenia
+nie&#347;mialsze, gorej&#261;c ogniem, nieprzeparcie ci&#261;gn&#261;c ku
+sobie; da­leko wi&#281;cej jeszcze mówi&#322;y spojrzenia inne, a wszy­stkie
+razem, wyzywane &#347;mia&#322;ym wzrokiem m&#281;&#380;czyz­ny,
+ca&#322;owa&#263; go jakby si&#281; zdawa&#322;y, obiecuj&#261;c
+mi&#322;o&#347;&#263;-­pieszczot&#281;!...</p>
+
+<p>Ruchliw&#261; fal&#261; w pewnych godzinach przelewa­j&#261;cy
+si&#281; przez ulice miasta, a obejmuj&#261;cy sob&#261; oddzieln&#261;
+warstw&#281; wracaj&#261;cych z zaj&#281;cia pracownic ró&#380;nej kategoryi,
+na wylot znany Krasnostawskiemu, roi&#322; si&#281; dalej przed oczyma jego
+kobieco-dziewcz&#281;cy &#347;wiatek, i coraz bardziej liczny, barwniejszy -
+obej­mowa&#322; go swym ruchomym u&#347;ciskiem. I m&#322;ody cz&#322;o­wiek,
+ulegaj&#261;c stopniowo nastrojowi chwili, wspom­nieniom dawnym, a
+zwi&#261;zanym &#347;ci&#347;le z tym&#380;e samym &#347;wiatkiem,
+zapomnia&#322; o wszystkiem.</p>
+
+<p>Znik&#322;y mu z pami&#281;ci Gowartów, pan January,
+marsza&#322;kowa, &#321;ady&#380;y&#324;ski, Ola, a od&#380;y&#322; w nim tylko
+dawny &#322;obuz i ba&#322;amut, &#380;&#261;dny swawoli i u&#380;ycia.</p>
+
+<p>Z szelestem spódniczek, zgrabnie uj&#281;tych ma&#322;&#261;
+r&#261;czk&#261;, a odkrywaj&#261;cych modelowan&#261; &#347;licznie, zgrabnie
+obut&#261;, w a&#380;urowej po&#324;czoszce, nó&#380;k&#281;, otar&#322;a
+si&#281; prawie o Krasnostawskiego wysoka dziewczyna, smu­k&#322;a, jak
+gazella, czarnow&#322;osa, i rzuci&#322;a m&#322;odzie&#324;cowi przelotne
+spojrzenie. Spotkawszy wzrok jego, pal&#261;cy , &#347;mia&#322;y, rzuci&#322;a
+mu takie same drugie, uwa&#380;niej­niejsze jednak, gor&#281;tsze. Z dwojga par
+m&#322;odych oczu posypa&#322;y si&#281; iskry, a panu Boles&#322;awowi
+stan&#281;&#322;o w tej chwili w mózgu, nieodwo&#322;alne ultimatum: Ta, lub
+&#380;adna!</p>
+
+<p>Pu&#347;ci&#322; si&#281; w pogo&#324; za pi&#281;kn&#261;
+dziewczyn&#261;. Dogna&#322; j&#261; niebawem, zajrza&#322; w oczy raz, drugi,
+trzeci, i pocz&#261;&#322; i&#347;&#263; w &#347;lad za ni&#261;. Przy zbiegu
+jednak ulic kilku, dziewcz&#281; skr&#281;ci&#322;o nagle w bok i znik&#322;o w
+bramie domu.</p>
+
+<p>Zawiedziony i z&#322;y, Krasnostawski obróci&#322; si&#281;
+na pi&#281;cie, a w&#322;o&#380;ywszy r&#281;k&#281; w kieszenie od palta, z
+humorem przystan&#261;&#322;. W oddali zach&#281;caj&#261;co zielenia&#322;
+ogród &#347;ródmiejski, jakby zapraszaj&#261;c go&#347;cinnie.</p>
+
+<p>M&#322;odzieniec skierowa&#322; si&#281; w t&#281;
+stron&#281;, i w dziesi&#281;&#263; minut potem wchodzi&#322; ju&#380; w
+bram&#281; ogrodu.</p>
+
+<p>O tej wieczornej i spó&#378;nionej ju&#380; porze cienie
+jago, tajemnicze i ciche, poch&#322;on&#281;&#322;y Krasnostawskiego
+natychmiast, a do uszu jego dolecia&#322;y jednocze&#347;nie­, z pogwarem drzew
+szumi&#261;cych splecione, jakie&#347; szelesty, i szepty, i przyciszone
+gwary...</p>
+
+<p>To przytulone do siebie, tam i ówdzie po &#322;aw­kach
+siedz&#261;c samotnych, gruchaj&#261;ce przeró&#380;ne "pary"
+fabrykowa&#322;y najcz&#281;&#347;ciej udan&#261;, rzadko szczer&#261;
+mi&#322;o&#347;&#263;... Miejscami nieestetyczny, czasami wprost bru­talny, tam
+znów, w kontra&#347;cie subtelniejszy, mi&#281;k­kszy, ten sam flirt brukowy,
+rdzennie miejscowy, musowa&#322;, kipia&#322; po k&#261;tach ogrodu,
+przyczajony do tego stopnia, i&#380; w niektórych alejach dla uwa&#380;nego
+s&#322;uchacza gra&#322;a po prostu, zda si&#281;, powszechna jakby i wspólnie
+harmonijna nuta, z&#322;o&#380;ona ze szmeru po­ca&#322;unków,
+g&#322;o&#347;niejszych pó&#322;s&#322;ówek, nami&#281;tnych prote­stów, zgody
+cichej, lub srebrzystego &#347;miechu...</p>
+
+<p>Odg&#322;osy te, drgaj&#261;c w powietrzu, lecia&#322;y
+cicho ku wierzcho&#322;kom drzew, z których co chwila gdzieniegdzie spada&#322;
+wolno po&#380;ó&#322;k&#322;y li&#347;&#263; wczesnej jesieni, - jakby
+pragn&#261;c przypomnie&#263; bawi&#261;cym si&#281; tu lu­dziom, o ko&#324;cu
+wszystkiego na &#347;wiecie. </p>
+
+<p>Przeszed&#322;szy si&#281; po ogrodzie, Krasnostawski
+usiad&#322; na jednej z &#322;awek. Zm&#281;czonym by&#322; nieco...
+Przyjecha&#322; kilka godzin temu zaledwie. Marsza&#322;kowa,
+&#321;ady&#380;y&#324;ski, pi&#281;kna nieznajoma, gwar miasta - wszystko to
+znu&#380;y&#322;o m&#322;odzie&#324;ca, przy­wyk&#322;ego od lat paru do ciszy
+i regularnego wiejskie­go &#380;ycia.</p>
+
+<p>Wyj&#261;wszy papiero&#347;nic&#281;, zapali&#322;
+papierosa, zie­wn&#261;&#322;, a spojrzawszy oboj&#281;tnie na siedz&#261;cych
+obok na &#322;awce s&#261;siadów, wpad&#322; w mimowoln&#261; zadum&#281;.</p>
+
+<p>W my&#347;lach stan&#281;&#322;a mu nagle w&#322;asna
+przesz&#322;o&#347;&#263; w tem samem mie&#347;cie i przed oczyma miga&#263;
+pocz&#281;&#322;y przeró&#380;ne minionych lat obrazy.</p>
+
+<p>Ujrza&#322; zatem siebie male&#324;kim, u rodziców je­szcze,
+ch&#322;opcem, potem gimnazist&#261;, a nast&#281;pnie akademikiem. Oblicza
+rozpierzch&#322;ych gdzie&#347; po &#347;wiecie, a dawno niewidzianych kolegów
+zamajaczy&#322;y mu &#380;ywo, wspomnia&#322; ich przywary, zalety charaktery i
+serca... </p>
+
+<p>W kalejdoskopie wspomnie&#324; odbi&#322;o si&#281;, prze­sun&#281;&#322;o
+równie&#380;, kilka twarzyczek kobiecych, par&#281; sza&#322;ów, niepomnych
+jutra, gor&#261;czkowych, pieni&#261;cych si&#281; wówczas rozkosz&#261;,
+p&#322;omieniem uczucia, a dzi&#347; spopiela&#322;ych ju&#380; i
+zagas&#322;ych zupe&#322;nie.</p>
+
+<p>A wszystko w tem mie&#347;cie, z którego murami
+z&#380;y&#322;a si&#281;, zros&#322;a jego dusza. Dla chleba porzuci&#322;
+kolebk&#281; dzieci&#324;stwa - m&#322;odo&#347;ci...</p>
+
+<p>- Cha!... - westchn&#261;&#322; g&#322;o&#347;no m&#322;ody
+plenipotent gowartowski, poczem instynktownie obejrza&#322; si&#281;
+woko&#322;o, i jakby nieco zawstydzony swem westchnieniem, z pod oka
+uwa&#380;nie popatrzy&#322; na swoich s&#261;siadów.</p>
+
+<p>Obok niego, w wytartej czapce, z daszkiem, nasuni&#281;tym
+na oczy, w wyszarza&#322;ej kapocie i z r&#281;kami w kieszeniach,
+drzema&#322;a jaka&#347; m&#281;ska figura, z g&#322;ow&#261;,
+wci&#347;ni&#281;t&#261; w ramiona, zgarbiona, o n&#281;dznej
+powierzchowno&#347;ci; by&#322; to zapewne pijak jaki ululany, lub mo&#380;e
+biedak bezdomny; z przeciwleg&#322;ego za&#347; kra&#324;ca &#322;awki
+jaki&#347; staruszek zbiera&#322; si&#281; do odej&#347;cia...</p>
+
+<p>- Przepraszam pana, która godzina? - zapyta&#322; go Krasnostawski,
+pami&#281;taj&#261;c, i&#380; zegarek zostawi&#322; przez roztargnienie w
+hotelu.</p>
+
+<p>Staruszek malutki, siwiute&#324;ki, o jowialnym wy­razie
+twarzy, zerkn&#261;&#322; przyja&#378;nie na m&#322;odego cz&#322;owieka, oczy
+przymru&#380;y&#322; i roze&#347;mia&#322; si&#281; g&#322;o&#347;no i
+dobrotliwie.</p>
+
+<p>- Ha-ha ha.., a widzisz... - dorzuci&#322; w &#347;lad za
+tem - nie przysz&#322;a... Ba!... la donna č mobile... - szcze­rze
+za&#347;mia&#322; si&#281; jeszcze do siebie i podrepta&#322; dalej, nie
+odpowiadaj&#261;c na pytanie m&#322;odzie&#324;ca.</p>
+
+<p>- A to ci mantyka 
+jaki&#347; ! - u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; Krasnostawski i
+wzruszy&#322; ramionami, a zapaliwszy papierosa, instynktownie
+zamy&#347;li&#322; si&#281; znowu. </p>
+
+<p>Tymczasem w tej samej w&#322;a&#347;nie chwili siada&#322;a
+obok niego wysoka, zgrabna, przystojna brunetka. Gdy odchodz&#261;cy staruszek
+wyg&#322;asza&#322; sw&#261; sentency&#281;, po&#347;piesznie przechodzi&#322;a
+ona drog&#261;, a us&#322;yszawszy g&#322;o&#347;no wyrzeczono s&#322;owa,
+zwróci&#322;a uwag&#281; na siedz&#261;­cego m&#322;odzie&#324;ca i
+uwa&#380;nie spojrza&#322;a na&#324;; poczem zwolni&#322;a kroku, a po
+przelotnej wahania chwilce usia­d&#322;a na &#322;awce. Teraz za&#347;,
+uporczywie z pod oka, pa­trzy&#322;a na Krasnostawskiego.</p>
+
+<p>Ten za&#347; poczu&#322; sna&#263; na swojej twarzy magne­tyczny
+wzrok kobiety, bo po chwili machinalnie obró­ci&#322; g&#322;ow&#281; w jej
+stron&#281;.</p>
+
+<p>Na widok nowej s&#261;siadki, wyraz przyjemnego zdziwienia
+odbi&#322; si&#281; na jego twarzy, w towarzyszce obecnej bowiem poznawa&#263;
+si&#281; zdawa&#322; pi&#281;kn&#261; nieznajom&#261;  sprzed pó&#322;godziny. Spojrzenia m&#322;odych skrzy­&#380;owa&#322;y
+si&#281;. Z czarnych &#378;renic &#322;adnej dziewczyny po­sypa&#322;y si&#281;
+iskry, poczem opu&#347;ci&#322;a na oczy powieki, z rz&#281;sami d&#322;ugiemi.</p>
+
+<p>Krasnostawski jednak milcza&#322; w niepewno&#347;ci.</p>
+
+<p>- Nie, to nie ona - my&#347;la&#322; - tamta, smuk&#322;a
+gazella, pi&#281;kniejsz&#261; by&#322;a, lecz ta znów... tu spojrza&#322;
+przeci&#261;gle na dziewcz&#281; - kto wie, czy nie pon&#281;tniej­sza,
+milsza?... Bez w&#261;tpienia... co za oczy!... - dopowie­dzia&#322; sobie w
+duchu.</p>
+
+<p>Nie rusza&#322; si&#281; jednak z miejsca, nieznajoma bo­wiem
+wyda&#322;a mu si&#281; dziwnie nieprzyst&#281;pn&#261; - przynajmniej z
+powierzchowno&#347;ci. Ubrana by&#322;a z miejskim szykiem, przeci&#281;tnym
+wprawdzie, ale nie ra&#380;&#261;­co bynajmniej, ca&#322;kiem ciemno, z pewnym
+gustem, ba... nawet jak&#261;&#347; nieuj&#281;t&#261; jakby dystynkcy&#261;.</p>
+
+<p>Tak si&#281; zda&#322;o Krasnostawskiemu.</p>
+
+<p>W tej samej chwili nieznajoma podnios&#322;a na&#324; znowu
+oczy. Powoli zdj&#281;&#322;a woalk&#281;, wci&#261;&#380; pal&#261;c
+spojrzeniem pi&#281;knych, du&#380;ych &#378;renic i westchn&#281;&#322;a
+cicho...</p>
+
+<p>Krasnostawski instynktownie przysun&#261;&#322; si&#281; do
+dziewcz&#281;cia bli&#380;ej. W par&#281; jednak sekund pó&#378;niej, raz
+jeszcze przyjrzawszy si&#281; delikatnemu profilowi nieznajomej i
+przywo&#322;awszy w pami&#281;ci ca&#322;e swe znawstwo dawnego
+"don-juana", zawyrokowa&#322; w my­&#347;li: - "szyk facetka,
+ale szkoda czasu," i oboj&#281;tnie zgas&#322;ego zapali&#322; papierosa.</p>
+
+<p>Poza tem, przed godzin&#261; pe&#322;en werwy i animu­szu,
+teraz czu&#322; si&#281; zm&#281;czonym i spa&#263; mu si&#281; po prostu
+chcia&#322;o, rój my&#347;li za&#347;, poruszonych niedawno, bezustannie
+m&#261;ci&#322; mu si&#281; w g&#322;owie. Ziewn&#261;&#322; wi&#281;c
+przeci&#261;gle i zamierza&#322; ju&#380; powsta&#263;, gdy oto nagle,
+prosz&#261;co, pos&#322;ysza&#322; wyrzeczone g&#322;osikiem
+d&#378;wi&#281;cznym swej s&#261;siadki:</p>
+
+<p>- Przepraszam pana... ale.... nie mog&#281; da&#263; sobie
+sama rady... Czy... nie by&#322;by pan tak uprzejmym i grzecznym
+zwin&#261;&#263; mi parasolk&#281;?...</p>
+
+<p>S&#322;owom tym towarzyszy&#322; wyraz twarzy, pe&#322;ny
+milutkiego wdzi&#281;ku i przybranej okoliczno&#347;ciowo zaambarasowanej niby
+nie&#347;mia&#322;o&#347;ci; zatrzyma&#322;a si&#281; pytaj&#261;co...</p>
+
+<p>Widz&#261;c jednak na obliczu m&#322;odego cz&#322;owieka
+u&#347;miech i wyci&#261;gni&#281;t&#261; ju&#380; r&#281;k&#281; po
+parasolk&#281;, doko&#324;czy&#322;a zalotnie, podaj&#261;c mu j&#261;:</p>
+
+<p>- Tylko... tak &#322;adnie... cieniutko...</p>
+
+<p>- Pan si&#281; dziwi, zapewne - dygn&#281;&#322;a ju&#380;
+&#347;mia&#322;o, lecz z tym samym nieokre&#347;lonym nieco twarzy wyrazem, -
+&#380;e ja, nie znaj&#261;c pana, o&#347;mielam si&#281;, po­mimo to,
+trudzi&#263; go... ale...</p>
+
+<p>- Boli r&#261;czka? - podchwyci&#322; Krasnostawski
+&#347;piesznie i pochyli&#322; si&#281; ku dziewcz&#281;ciu, z u&#347;mie­chem.</p>
+
+<p>W oczach dziewczyny zapali&#322;y si&#281; skry, nerwo­wo
+zadr&#380;a&#322;y jej wi&#347;niowe usta i rozchyli&#322;y si&#281;
+kusz&#261;co... Za&#347;mia&#322;a si&#281;...</p>
+
+<p>- Tak, mam reumatyzm w prawej d&#322;oni... - odpar&#322;a z
+pow&#322;óczystem spojrzeniem.</p>
+
+<p>I rozmowa w &#347;lad zatem potoczy&#322;a si&#281;
+g&#322;adko... Krasnostawski poczu&#322; si&#281; w swoim &#380;ywiole,
+wpad&#322; w zapa&#322;, dowcipkowa&#322;, &#347;mia&#322; si&#281;,
+opowiada&#322;. Towarzyszka zaimprowizowanego flirtu odcina&#322;a mu si&#281;
+dowcipnie, podtrzymywa&#322;a rozmow&#281;...</p>
+
+<p>Gwar dwojga m&#322;odych odbija&#322; si&#281; echem po co­raz
+to pustszym ogrodzie; &#347;pi&#261;cy dot&#261;d spokojnie na &#322;awce
+s&#261;siad ich, bezdomny biedak, zbudzony, zakl&#261;&#322; z cicha i bez
+ceremonyi po&#322;o&#380;y&#322; si&#281; na &#322;awce, jak d&#322;ugi.</p>
+
+<p>Wespó&#322; z towarzyszem roze&#347;mia&#322;o si&#281;
+pi&#281;kne dziewcz&#281;. Powstali.</p>
+
+<p>Pob&#322;&#261;dziwszy za&#347; samotnie po alejach ogrodu,
+w pó&#322; godziny pó&#378;niej wychodzili z niego, ochoczo i &#380;wawo, na
+pust&#261; ulic&#281;, trzymaj&#261;c si&#281; pod r&#281;ce, po przyjacielsku
+ju&#380; zupe&#322;nie. M&#322;ody pan plenipotent gowartowski skin&#261;&#322;
+na stoj&#261;ce opodal "gumy", ka­za&#322; stangretowi
+podnie&#347;&#263; bud&#281;, wsiad&#322; do powozu razem z pi&#281;kn&#261;
+now&#261; znajom&#261;, rzuci&#322; adres - i pojechali...</p>
+
+<p>Gdy w ten sposób od&#380;y&#322;y w wie&#347;niaku
+&#322;obuz zabawia&#322; si&#281; swobodnie w weso&#322;ym grodzie - na
+Ukrainie, w pa&#322;acu gowartowskim, który zaledwie opu&#347;ci&#322; by&#322;
+dwa dni temu, w t&#261; sam&#261; noc wrze&#347;nio­w&#261;, pomimo
+spó&#378;nionej ju&#380; wielce pory, pali&#322;y si&#281;, jeszcze
+&#347;wiat&#322;a.</p>
+
+<p>Po obszernych komnatach du&#380;ego pi&#281;trowego domu,
+otoczonego cienistym parkiem, przechadza&#322; si&#281;, zamy&#347;lony, pan
+January Gowartowski, z r&#281;kami za&#322;o&#380;onemi na piersiach.
+K&#322;a&#347;&#263; si&#281; na spoczynek wca­le nie mia&#322; ochoty, od
+czasu bowiem powrotu z mia­sta i otrzymania wiadomo&#347;ci o &#347;lubie Oli,
+sen, wyp&#322;oszony cierpieniem i my&#347;lami, bezpowrotnie, zda si&#281;,
+ulecia&#322; od powiek starca.</p>
+
+<p>Pan January ju&#380; od kilku tygodni, ku wielkiemu
+zdziwieniu domowników, nie sypia&#322; wcale. Chodzi&#322; po pustych
+komnatach, my&#347;la&#322;, czyta&#322;, czasami wychodzi&#322; na
+przechadzk&#281;, b&#322;&#261;ka&#322; si&#281; po polach, z rzadka bardzo
+poluj&#261;c do &#347;wita na kaczki - ulubio­nej tej swej rozrywce,
+oddaj&#261;c si&#281; teraz tylko odru­chowo, machinalnie, nawet z pewnem jakby
+zniech&#281;­ceniem.</p>
+
+<p>By sobie za&#347; te nudne bezsenne noce czemkol­wiek
+urozmaici&#263;, pan January wzi&#261;&#322; si&#281; do pisania w&#322;asnych
+pami&#281;tników, a sun&#261;c piórem po papierze i godzinami
+zape&#322;niaj&#261;c go swem drobnem pismem, nieraz potem, znu&#380;ony,
+zasypia&#322; przy biurku, i tak go nazajutrz nad ranem zastawa&#322; lokaj. W
+ci&#261;gu dnia za&#347; wyra&#378;nie nudzi&#322; si&#281; coraz bardziej;
+czasami od­wetowa&#322; sobie d&#322;ugie bia&#322;e noce ci&#281;&#380;kim
+snem po obiedzie; poza tem nie wyje&#380;d&#380;a&#322; nigdzie, ani do s&#261;­siadów,
+ani nawet do ko&#347;cio&#322;a, nikogo równie&#380; nie przyjmuj&#261;c.</p>
+
+<p>W pa&#322;acu wszyscy po cichu niepomiernie ubo­lewali nad
+panem, dziwi&#261;c si&#281; stanowi jego, kontrast bowiem dzisiejszego pana na
+Gowartowie by&#322; i&#347;cie ra&#380;&#261;cym. Poprzednio, weso&#322;y,
+u&#347;miechni&#281;ty, rze&#378;ki, nad wiek swój &#380;ywy, bior&#261;cy
+udzia&#322; we wszystkich sprawach wiejskich, interesuj&#261;cy si&#281;
+najdrobniejszym niemal szczegó&#322;em, obecnie zmieni&#322; si&#281;
+rzeczywi&#347;cie do niepoznania.</p>
+
+<p>Wróciwszy do Gowartowa, po kilku dniach po­pad&#322; pan
+January w trwaj&#261;cy dot&#261;d stan apatyi, zniech&#281;cenia i nudy, a
+powi&#281;kszaj&#261;cy si&#281; ci&#261;gle i coraz bardziej. Z
+ma&#322;&#380;e&#324;stwem Oli pogodzi&#322; si&#281;, bo zgodzi&#263; si&#281;
+na nie musia&#322;, rana jednak, zadana nie­opatrznie lekkomy&#347;ln&#261;
+r&#281;k&#261; córki, w ojcowskiem ser­cu, nie zagoi&#322;a si&#281;
+bynajmniej. Pan January zam­kn&#261;&#322; si&#281; w sobie i
+prze&#380;uwa&#322; cierpienie w&#322;asne, nie mog&#261;c o niem
+zapomnie&#263;.</p>
+
+<p>I czy&#380; nawet mo&#380;na by&#322;o dziwi&#263; si&#281;
+temu? Ka&#380;­dy k&#261;t, ka&#380;da &#347;cie&#380;ka i sprz&#281;t w
+pa&#322;acu nasuwa&#322;y biednemu ojcu na pami&#281;&#263; jedynaczk&#281;,
+martwota za&#347; i cisza komnat, oraz ich g&#322;ucha pustka przypomina&#322;y
+stale nieobecno&#347;&#263; jej bezpowrotn&#261;.</p>
+
+<p>Gdy Krasnostawski, zamieszka&#322;y w pobliskim folwarku,
+Tomaszówce, wpada&#322; tu czasem w interesach i sprawach maj&#261;tkowych, -
+o&#380;ywia&#322; nieco obecno&#347;ci&#261; sw&#261; te mury, teraz jednak, od
+czasu jego wyjazdu, dnie jeszcze bardziej d&#322;u&#380;y&#322;y si&#281; panu
+Januaremu. </p>
+
+<p>Na stole w jadalni gowartowskiego pa&#322;acu le­&#380;a&#322;o
+kilka ksi&#261;&#380;ek, obok w salonie i buduarze wi­dnia&#322;y porzucone
+pisma &#347;wie&#380;e - na biurku w gabinecie przyleg&#322;ym biela&#322;y
+roz&#322;o&#380;one arkusze, zape&#322;nionego pismem papieru. Pan January
+przed chwil&#261; przesta&#322; by&#322; czyta&#263;, oraz pisa&#263; teraz
+zamierza&#322;, a prze­chadzaj&#261;c si&#281; tymczasem poprzez szereg
+czterech le&#380;&#261;cych obok siebie, otwartych, poo&#347;wietlanych pokoi,
+my&#347;la&#322;.</p>
+
+<p>W ciszy u&#347;pionego ju&#380; od dawna domu wybi&#322;a
+godzina druga...</p>
+
+<p>Monotonny odg&#322;os zegara zbudzi&#322; Gowartowskiego z
+zadumy. Poruszy&#322; si&#281; szybciej, sam poga­si&#322; &#347;wiat&#322;a w
+czterech s&#261;siednich komnatach, poczem, westchn&#261;wszy cicho,
+przetar&#322; d&#322;oni&#261; czo&#322;o i usiad&#322; przy biurku przed
+roz&#322;o&#380;onemi &#263;wiartkami papieru. </p>
+
+<p>Nie wzi&#261;&#322; jednak pióra do r&#281;ki... My&#347;l
+leniwa odbiec na rozkaz nie chcia&#322;a, podpar&#322; wi&#281;c pan January
+d&#322;o&#324;mi g&#322;ow&#281; i zamy&#347;li&#322; si&#281; znowu.</p>
+
+<p>Woko&#322;o, z umilk&#322;em echem jego miarowych kroków,
+zapanowa&#322;a niezam&#261;cona niczem cisza, i trwale do&#347;&#263;
+d&#322;ugo, nie przerywana zgo&#322;a niczem.</p>
+
+<p>Wreszcie, zbudzony z swej zadumy, podniós&#322;
+g&#322;ow&#281; dziedzic Gowartowa, si&#281;gn&#261;&#322; po pióro i
+zacz&#261;&#322; pisa&#263; szybko. Jedne po drugich wype&#322;nia&#322;y
+si&#281; jego drobnem pismem arkusiki papieru, rozrzucone na biurku, zgrzyt
+za&#347; stalki w milczeniu g&#322;uchem dono&#347;nie rozbrzmiewa&#322; po
+pokoju. W ten sposób min&#281;&#322;a godzina, a mo&#380;e i wi&#281;cej...</p>
+
+<p>Przesta&#322; wreszcie pisa&#263; ojciec Oli,
+od&#322;o&#380;y&#322; pió­ro i schowawszy starannie papiery do szuflady biurka
+­- powsta&#322;.</p>
+
+<p>Wywo&#322;any zazwyczaj umys&#322;owem znu&#380;eniem, sen ­nie
+klei&#322; jednak dzisiaj powiek jego.</p>
+
+<p>Przeciwnie. Zmuszony przed chwil&#261; jeszcze, oderwawszy
+si&#281; od tera&#378;niejszo&#347;ci, zanurzy&#263; w
+przesz&#322;o&#347;&#263; w&#322;asnego &#380;ycia, któr&#261; opisywa&#322; -
+pan January orze&#378;wionym by&#322; jakby, a wyraz melancholyi smutnej
+znik&#322; z oblicza jego, oczy patrza&#322;y ja&#347;niej jako&#347;,
+zapatrzone, zda si&#281;, w odleg&#322;e dawne wspomnienia... </p>
+
+<p>I wyparte t&#261; chwil&#261; obecn&#261;, cierpienie
+pierzch&#322;o na chwil&#281;, ojciec Oli za&#347;, spragniony sna&#263;
+powietrza, otworzy&#322; okno, wychodz&#261;ce na ogród.</p>
+
+<p>Dotykaj&#261;c szyb, zaszele&#347;ci&#322;y cicho
+ga&#322;&#281;zie pn&#261;cego si&#281; wysoko po murze winogradu, i powiew
+balsamiczny, &#347;wie&#380;y, wp&#322;yn&#261;&#322; do pokoju.</p>
+
+<p>Pa&#322;ac gowartowski górowa&#322; nad okolic&#261;. Do
+stóp jego, poza parkiem i stawem, w pó&#322;kole, tuli&#322;a si&#281; wioska,
+a dalej widnia&#322;y uprawne pola, odcina&#322; si&#281; na widnokr&#281;gu
+sinawy pas lasów, w&#347;ród rozleg&#322;ych za&#347;, jak okiem
+si&#281;gn&#261;&#263;, p&#322;askich obszarów - majaczy&#322;o kilka dalekich
+sió&#322; i futorów...</p>
+
+<p>W chwili, gdy pan January stan&#261;&#322; w oknie gabinetu,
+z którego krajobraz ten ca&#322;y, jak na d&#322;oni, mo&#380;na by&#322;o
+obj&#261;&#263; okiem - nad otaczaj&#261;cemi Gowartów wko&#322;o równinami,
+pe&#322;nemi nieuj&#281;tego jakby smutku i niewys&#322;owionej dziwnej
+t&#281;sknoty - nad zadumanymi jarami, sennymi &#322;anami i bielej&#261;cymi
+szerokimi traktami - z wolna gas&#322;a w&#322;a&#347;nie jesienna noc,
+pogodna, a z nieba, stopniowo nikn&#261;c, pierzcha&#322;y ostatnie gwiazdy...
+Jeszcze tylko mg&#322;y przedporanne b&#322;&#261;ka&#322;y si&#281; tam i
+ówdzie, pó&#322;mrok za&#347; szarawy przed&#347;witu, walcz&#261;cy z cieniami
+nocy, coraz bardziej zwyci&#281;ski, hardy, panoszy&#322; si&#281; ju&#380;
+doko&#322;a.</p>
+
+<p>Gowartowski sta&#322; nieruchomo w oknie, a odczuwaj&#261;c
+g&#322;&#281;boko nieuj&#281;ty czar, p&#322;yn&#261;cy ku niemu senn&#261;
+fal&#261; z ziemi rodzinnej, jednocze&#347;nie uczuwa&#322; w duszy
+ch&#281;&#263; konieczn&#261; wyrwania si&#281;, cho&#263; na krótko z tych
+ciasnych ram pokoju.</p>
+
+<p>W tej samej chwili cisz&#281; drzemi&#261;c&#261;
+przerwa&#322; nagle pojedynczy d&#378;wi&#281;k, rytmiczny i daleki.
+Wplót&#322;szy si&#281; melodyjnym akordem w ogólne milczenie, szed&#322; coraz
+donio&#347;lejszy... bli&#380;szy...</p>
+
+<p>Przez perl&#261;ce si&#281; jeszcze nocn&#261; ros&#261;
+&#322;any zbo&#380;a i &#322;&#261;ki, zagony buraków i jary, lecia&#322;o
+monotonne echo dzwonka, &#380;a&#322;osne sob&#261; i jakby sm&#281;tne,
+b&#322;&#261;kaj&#261;c si&#281; po u&#347;pionych jeszcze obszarach,
+budz&#261;c drzemi&#261;ce ptactwo, leniwo i niech&#281;tnie zrywaj&#261;ce
+si&#281; gdzieniegdzie do lotu.</p>
+
+<p>- Telegram! Mo&#380;e do mnie, pójd&#281; i zobacz&#281;...
+mrukn&#261;&#322; do siebie pó&#322;g&#322;osem pan January, i odst&#261;piwszy
+od okna, si&#281;gn&#261;&#322; kapelusz.</p>
+
+<p>W tej samej chwili wzrok jego przesun&#261;&#322; si&#281;
+po &#347;cianie, na której wisia&#322;a strzelba i przybory my&#347;liwskie.
+Gowartowski spojrza&#322; mimo woli na swój ubiór.</p>
+
+<p>By&#322; w butach wysokich z cholewami, których dob&#281;
+ca&#322;&#261; nie zmieni&#322;, pe&#322;en apatyi.</p>
+
+<p>Po przelotnej chwilce wahania, pan January wzi&#261;&#322;
+strzelb&#281;, torb&#281;, naboje i wyszed&#322; przez balkon do ogrodu.
+Czu&#322; potrzeb&#281; ruchu, powietrza i postanowi&#322; zapolowa&#263; na
+dzikie kaczki. Drzemi&#261;ca &#380;y&#322;ka my&#347;liwska przebudzi&#322;a
+si&#281; w Gowartowskim, a odnalaz&#322;szy ulubie&#324;ca swego, legawca,
+&#347;pi&#261;cego w &#322;adnej budce, wyruszy&#322; przez park na pola.</p>
+
+<p>My&#347;l jego by&#322;a jakby wolniejsza, wzrok za&#347;
+uporczywie &#347;ciga&#322; krajobraz, niejako ws&#322;uchuj&#261;c si&#281; w
+bliski ju&#380; teraz zupe&#322;nie odg&#322;os dzwonka. Nadzieja zwodnicza
+podsun&#281;&#322;a mu bezpodstawne przypuszczenie, i&#380; mo&#380;e ten oto
+znajomy d&#378;wi&#281;k, zwiastuj&#261;cy tele­graficznego pos&#322;a&#324;ca,
+przyniesie mu jak&#261;&#347; dobr&#261;, a niespodzian&#261; od Oli
+wiadomo&#347;&#263;.</p>
+
+<p>Rzeczywisto&#347;&#263;, jak zwykle, rozwia&#322;a chwilowe
+z&#322;udzenie. Spokojnie i równomiernie, u rozstajnych dróg, przy krzy&#380;u
+drewnianym, przesun&#281;&#322;a si&#281; sen­nie, w jednego konia,
+dwuko&#322;owa bida, z siedz&#261;c&#261; na niej skulon&#261; postaci&#261;, i
+brz&#281;cz&#261;c dzwonkiem, zgin&#281;&#322;a w mg&#322;ach porannych.</p>
+
+<p>Dziedzic Gowartowa westchn&#261;&#322;, i min&#261;­wszy
+park oraz wiosk&#281;, boczn&#261; &#347;cie&#380;yn&#261; skierowa&#322;
+si&#281; ku polom. Poprzedzany kr&#281;c&#261;cym si&#281; weso­&#322;o,
+ca&#322;ym czarnym, z bia&#322;emi &#322;apami, legawcem, w pól godziny potem
+spuszcza&#322; si&#281; w jar g&#322;&#281;boki.</p>
+
+<p>Otulony cisz&#261; przed&#347;witu, drzema&#322; tu staw ob­szerny,
+ca&#322;y zaros&#322;y sitowiem - siedziba kaczek dzikich; ma&#322;y
+m&#322;ynek drewniany, cichutko szemrz&#261;c prze­lewaj&#261;c&#261; si&#281;
+wod&#261;, odpoczywa&#322;, przyparty do w&#261;zkiej grobelki; w jej
+pobli&#380;a male&#324;ka, garbata chatynka m&#322;ynarza dope&#322;nia&#322;a
+krajobrazu.</p>
+
+<p>Po raz pierwszy od bardzo dawna podda&#322; si&#281; pan
+January obecnej chwili tylko, zapomniawszy momentalnie o dr&#281;cz&#261;cem go
+cierpieniu. St&#261;paj&#261;c ostro&#380;nie i cicho po zroszonej trawie,
+szed&#322; wzd&#322;u&#380; stawu, nad jego brzegiem, rozgl&#261;daj&#261;c
+si&#281; bystro doko&#322;a. </p>
+
+<p>Milczenie i spokój panowa&#322;y niepodzielnie w tym zak&#261;tku.
+Czasem tylko za&#322;opota&#322;o co&#347; w sitowiach i zaraz zcich&#322;o;
+tu&#380; ponad senn&#261; tafl&#261; wód przelecia&#322; ­wolno ko&#322;o
+id&#261;cego my&#347;liwca jastrz&#261;b wodny, kulik, znikn&#261;wszy niebawem
+z oczu...</p>
+
+<p>I melancholijna szaro&#347;&#263;, jeszcze na wpó&#322;
+pogr&#261;­&#380;ona we &#347;nie, cicha, królowa&#322;a dalej znowu, skupiona
+w sobie, niezam&#261;cona niczem, chyba tylko szelestem kroków ludzkich i
+biegiem legawca.</p>
+
+<p>Nagle pan January przystan&#261;&#322;:</p>
+
+<p>- Wara! do nogi! - sykn&#261;&#322; cicho na psa. Legawiec,
+podniós&#322;szy lew&#261; &#322;ap&#281; i wyprostowaw­szy ogon
+spr&#281;&#380;y&#347;cie, znieruchomia&#322;.</p>
+
+<p>Na czyst&#261; tafl&#281; wód stawu, rzecz rzadka,
+wyp&#322;ywa&#322;y powa&#380;nie dwie kaczki dzikie i ko&#322;ysz&#261;c
+si&#281; niedostrzegalnie, zbli&#380;a&#322;y si&#281;, ufne, z wolna
+p&#322;yn&#261;c, na odleg&#322;o&#347;&#263; strza&#322;u. My&#347;liwiec
+odwiód&#322; kurka u strzelby, jak móg&#322; najciszej, i
+przy&#322;o&#380;y&#322; bro&#324; do ramienia.</p>
+
+<p>Przeczeka&#322; chwil&#281; jeszcze, i
+poci&#261;gn&#261;&#322; za cyngiel...</p>
+
+<p>Odbity w milczeniu dziesi&#281;ciokrotnem echem
+hukn&#261;&#322; w ciszy pierwszy strza&#322;!... Dosi&#261;g&#322; on
+jednocze&#347;nie obie kaczki, po&#322;o&#380;y&#322; je trupem, i zbudzi&#322;
+zarazem &#347;pi&#261;c&#261; w sitowiach zwierzyn&#281;.</p>
+
+<p>Zagotowa&#322;o si&#281; tam teraz wsz&#281;dzie;
+t&#322;umione szelesty rozleg&#322;y si&#281; na wsze strony; kurki wodne,
+kacz&#281;ta, kaczki nawo&#322;ywa&#322;y si&#281; wzajemnie, kilka z tych
+ostatnich poderwa&#322;o si&#281; nawet hen, w perspektywie, na drugim
+kra&#324;cu stawu... daleko. Jedna za&#347;, wy­nurzywszy sk&#261;d&#347;, z
+charakterystycznym po&#347;wistem skrzyde&#322;, przelecia&#322;a: wysoko
+prostopadle ponad g&#322;ow&#261; ­my&#347;liwego.</p>
+
+<p>Pos&#322;uszny legawiec jednocze&#347;nie przynosi&#322;
+panu w z&#281;bach zabit&#261; zwierzyn&#281;; Gowartowski, odebrawszy psu
+kaczki, zawiesi&#322; je u torby i poszed&#322; dalej. </p>
+
+<p>Powoli, stopniowo, rozja&#347;nia&#322;o si&#281;
+tymczasem.. Na wschodzie, gdzie&#347; w oddali, widnokr&#261;g
+zaró&#380;awia&#322; si&#281;, niedostrzegalnie, leciutko...</p>
+
+<p>Ojciec Oli Dzier&#380;ymirskiej, ze spuszczon&#261;
+g&#322;ow&#261;, post&#281;powa&#322; wci&#261;&#380; brzegiem stawu. Kilka
+kaczek po drodze jego zerwa&#322;o si&#281; trwo&#380;liwie, my&#347;liwiec
+jednak nie zadawa&#322; sobie trudu strzela&#263; do nich, bo oto znowu,
+wywo&#322;ane na pozór drobnostk&#261;, poch&#322;o­n&#281;&#322;y
+bezpodzielnie pana Januarego wspomnienia smutne.</p>
+
+<p>Rok temu, podobnie jak dzi&#347;, polowa&#322; on tutaj. </p>
+
+<p>Razem z Ol&#261; wyjechali o drugiej, noc&#261;, i przy­byli
+nad staw przy ksi&#281;&#380;ycu jeszcze. Tak samo cisza u&#347;pienia
+panowa&#322;a doko&#322;a, tak samo, jak przed chwi­l&#261;, na to&#324;
+czyst&#261;, l&#347;ni&#261;c&#261; si&#281; tylko w dogorywaj&#261;­cych,
+dr&#380;&#261;cych promieniach miesi&#261;ca - wyp&#322;yn&#281;&#322;a
+zwierzyna...</p>
+
+<p>Pami&#281;ta, jak dzi&#347;, ow&#261; chwil&#281;,
+rado&#347;&#263; córki z tej przeja&#380;d&#380;ki i jej ciekawo&#347;&#263;
+asystowania przy polowaniu. Stoi mu &#380;ywo przed oczyma twarzyczka jej
+zarumieniona, &#322;adniutka, wzruszona, ciekawie &#347;ledz&#261;ca wzrokiem
+kaczki, p&#322;yn&#261;ce po wodach... </p>
+
+<p>Pami&#281;ta doskonale, jak w ostatniej chwili, gdy ju&#380;
+cyngla d&#322;oni&#261; dotyka&#322;, szczebiot jej weso&#322;y
+sp&#322;oszy&#322; zwierzyn&#281;, i jak wówczas Ola tego sobie da­rowa&#263;
+nie mog&#322;a...</p>
+
+<p>Westchnienie ciche podnios&#322;o pier&#347; Gowartow­skiego,
+brwi zmarszczy&#322; i zatopi&#322; si&#281; w my&#347;lach niepomny
+zupe&#322;nie otoczenia swego.</p>
+
+<p>Tymczasem zwierzyna co chwila podrywa&#322;a si&#281; tam i
+ówdzie, przelatuj&#261;c blisko id&#261;cego machinalnie naprzód
+my&#347;liwego.</p>
+
+<p>Legawiec, kr&#281;c&#261;c ogonem, wierci&#322; si&#281; na
+wszy­stkie strony, skamla&#322; nie&#347;mia&#322;o, z cicha, goni&#322;
+uciekaj&#261;ce kaczki i powraca&#322;, podnosz&#261;c rozumny swój wzrok na
+zamy&#347;lonego pana, z wyrazem zdziwienia, i&#380; nie s&#322;yszy ju&#380;
+strza&#322;ów - wyra&#378;nie zgorszony post&#281;powaniem jego.</p>
+
+<p>Staw tymczasem ju&#380; si&#281; ko&#324;czy&#322;..</p>
+
+<p>W pobli&#380;u, nieco dalej, oddzielony od pierw­szego stawu
+pasmem b&#322;otnistych moczarów, widnia&#322; taki sam prawie drugi, mniejszy
+tylko i sitowiem zaro&#347;ni&#281;ty ca&#322;y.</p>
+
+<p>Znaj&#261;c sna&#263; dobrze drog&#281; ku niemu, pan
+January nie zatrzyma&#322; si&#281;, ­a tylko ci&#261;gle tak samo zadumany,
+ruszy&#322; w drog&#281; dalej, prosto przez bagno, stawiaj&#261;c powoli stopy
+na trz&#281;s&#261;cych si&#281; k&#281;pkach zielonych.</p>
+
+<p>Pod ci&#281;&#380;arem cia&#322;a id&#261;cego my&#347;liwca
+grunt ugina&#322; sie, ko&#322;ysa&#322; niedostrzegalnie, a pod ­nim
+chlupota&#322;a woda i porusza&#322; si&#281; kr&#261;g ca&#322;y wodnistej
+ziemi.</p>
+
+<p>Pan January nie zwraca&#322; jednak na to &#380;ad­nej
+uwagi; w my&#347;lach rozpami&#281;tywa&#322; co&#347; ci&#261;gle, w oczach za&#347;
+uporczywie majaczy&#322;a mu wywo&#322;ana przypomnieniem twarz i posta&#263;
+Oli, przes&#322;aniaj&#261;c syl­wetk&#261; sw&#261; wzrok jego zamglony.</p>
+
+<p>Roztargniony jakby, tu, gdzie si&#281; znajdowa&#322;,
+zgo&#322;a nieobecny, Gowartowski szed&#322; przez moczary, coraz dalej, a raz
+nawet noga niespodzianie obsun&#281;&#322;a mu si&#281; na ma&#322;ej
+k&#281;pce, i ma&#322;o, ma&#322;o, &#380;e nie stra­ci&#322; równowagi...</p>
+
+<p>Tymczasem poza nim, w dal roztwiera&#322;y si&#281; ni­by
+widnokr&#281;gu podwoje...</p>
+
+<p>Stopniowo, w&#261;skie pasmo skrytego jeszcze s&#322;o­necznego
+&#347;wiat&#322;a, ros&#322;o na niebiosach. Z pod bia­&#322;ych puchów
+pos&#322;ania i spuszczonych dyskretnie jakby gazowych u &#322;o&#380;a
+zas&#322;on - zarumieniona, wstydliwa wychyla&#263; si&#281; pocz&#281;&#322;a
+jutrzenka ró&#380;ana, przeci&#261;­gaj&#261;c si&#281; lubie&#380;nie jeszcze
+poza przejrzyst&#261; opon&#261; ob&#322;oków bladych...</p>
+
+<p>Ponad stawem lata&#322;y teraz ci&#261;gle kuliki; w dali na
+horyzoncie, z innego sna&#263; legowiska, wysoko na pogodnem niebie,
+ci&#261;gn&#281;&#322;o tutaj ca&#322;e stado dzikich kaczek - prostopadle pod
+niemi ogromny jastrz&#261;b kr&#261;&#380;y&#322; majestatycznie nad &#322;anem
+zbo&#380;a...</p>
+
+<p>Ostatnie wreszcie cienie przed&#347;witu pierzch&#322;y
+nagle... Pierwszy promie&#324; s&#322;o&#324;ca wyjrza&#322;
+nie&#347;mia&#322;o, b&#322;ysn&#261;&#322; po bia&#322;ych &#347;cianach
+chatynki i blaszanym dachu starego m&#322;yna, dotkn&#261;&#322; si&#281; tafli
+sta­wu, zamigota&#322; w m&#281;tnych b&#322;otach moczarów i mus­n&#261;&#322;
+pieszczotliwie odwrócon&#261; sylwet&#281; id&#261;cego m&#281;&#380;czyzny.</p>
+
+<p>Na b&#322;yszcz&#261;cej lufie prze&#322;o&#380;onej przez
+plecy strzel­by zapali&#322; si&#281; blaskiem. Min&#281;&#322;a chwila... i
+ju&#380; tryumfalnie zaja&#347;nia&#322; on, obj&#261;wszy p&#322;omieniem
+&#347;wiate&#322; li&#347;cie kilkunastu drzew, rosn&#261;cych w&#347;ród
+bagien. Po­sta&#263; krocz&#261;cego miarowo po moczarach cz&#322;owieka na
+zakr&#281;cie, czy te&#380; w drzew cieniu, znik&#322;a nagle w mgnieniu oka...</p>
+
+<p>Po chwili w dali rozleg&#322;o si&#281; tylko
+g&#322;o&#347;ne szcze­kanie psa.</p>
+
+<p>Umilk&#322;o...</p>
+
+<p>Nad ziemi&#261; w tej samej chwili wsta&#322; dzie&#324; no­wy,
+pe&#322;en nadziei, z rado&#347;ci&#261; na promienistem czole.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<center>---------</center>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Na platformie kawiarni, po&#322;o&#380;onej na szczycie góry
+"G&#369;tsch," wznosz&#261;cej swój cypel wynios&#322;y ponad
+wdzi&#281;cznie rozrzucon&#261; u jej stóp Lucern&#261;, roi&#322;o si&#281; od
+turystów, siedz&#261;cych przy stolikach.</p>
+
+<p>Szmery prowadzonych rozmów &#322;&#261;czy&#322;y si&#281; w
+akord wspólny z graj&#261;c&#261; sm&#281;tnie i cicho orkiestr&#261;, wzrok
+za&#347; wypoczywaj&#261;cych go&#347;ci pie&#347;ci&#322; widok cudny i
+wspania&#322;y na miasto, tul&#261;ce si&#281; zacisznie do brzegów jeziora,
+zapatrzone w jego ciemnoszafirowe g&#322;&#281;bie, w których lustrzanej toni
+milcz&#261;co przy­gl&#261;da&#322;y si&#281; równie&#380; zadumane
+wierzcho&#322;ki gór.</p>
+
+<p>Zamyka&#322;y one &#322;a&#324;cuchem swym ca&#322;y
+widnokr&#261;g naprzeciw miasta, po drugiej stronie jeziora, i ramowa&#322;y na
+prawo kr&#281;t&#261; szyj&#281; wód jego, p&#322;yn&#261;cych cicho w dal...</p>
+
+<p>Oz&#322;ociwszy purpur&#261; i z&#322;otem &#347;nie&#380;ne
+szczyty gi­n&#261;cych we mgle Alp, zamigotawszy krwawo na bia&#322;ych
+frontach nadbrze&#380;nych hoteli, spiczastych wie­&#380;ach
+"Hofkirche" i szybach pomniejszych domostw, w&#322;a&#347;nie przed
+chwil&#261; zgas&#322; ostatni promyk s&#322;o&#324;ca... </p>
+
+<p>Natomiast zmierzch szary ju&#380; obecnie wychyla&#322;
+si&#281; sk&#261;d&#347; nie&#347;mia&#322;o, &#347;lizga&#322; si&#281; po
+g&#322;adkiej tafli jeziora, przechadza&#322; po dwóch, krytych daszkiem,
+drewnianych mostach, staro&#380;ytnych i w&#261;skich, a omraczaj&#261;c
+sze&#347;ciok&#261;tny czubek, po&#322;o&#380;onej tu&#380; przy jednym z nich,
+oryginalnej wodnej wie&#380;ycy, swawolnie zda­wa&#322; si&#281; zatapia&#263;
+j&#261;, jedynaczk&#281;, stercz&#261;c&#261; zabawnie po&#347;ród wód szafiru.</p>
+
+<p>A tymczasem, pod wp&#322;ywem id&#261;cego wieczora,
+cich&#322;o jakby jeszcze bardziej wszystko doko&#322;a... Sen­ny spokój
+p&#322;yn&#261;&#263; si&#281; zdawa&#322; od Lucerny, która, cho&#263;
+przepe&#322;niona go&#347;&#263;mi z ca&#322;ego &#347;wiata, t&#281;tni&#263;
+poczynaj&#261;ca w&#322;a&#347;nie o tej porze muzyk&#261; i gwarem - obser­wowana
+jednak st&#261;d, z "G&#369;tsch" wierzcho&#322;ka, wyda­wa&#322;a
+si&#281; tak spokojn&#261; - tak cich&#261;, jakby nie by&#322;a zgo&#322;a
+punktem zbornym kosmopolitycznej towarzystw &#347;mietanki, ale tylko -
+oaz&#261; wytchnienia i swobody.</p>
+
+<p>W jednym z najlepszych punktów obserwacyjnych kawiarnianej
+platformy, przy stoliku, siedzia&#322;o pi&#281;&#263; osób.</p>
+
+<p>Towarzystwo to sk&#322;adali: starsza wiekiem osoba, Polka,
+z córk&#261; i powa&#380;nym jegomo&#347;ciem, ojcem zapewne rodziny -
+m&#322;ody, &#380;wawy, przystojny Francuz i Dzier&#380;ymirscy.</p>
+
+<p>O&#380;ywiona, niemilkn&#261;ca rozmowa, podtrzymy­wana
+g&#322;ównie przez Ol&#281; i m&#322;odego Francuza, panowa&#322;a przy tym,
+odosobnionym od innych, stoliku. Stary jegomo&#347;&#263; &#347;mia&#322;
+si&#281; co chwila serdecznie i jowialnie z dowcipów m&#322;odzie&#324;ca,
+panienka równie&#380;  rozmawia&#322;a
+weso&#322;o i jeden tylko Dzier&#380;ymirski stanowi&#322; w tym akordzie
+dobranym kontrast a&#380; nadto wyra&#378;ny, zachowanie si&#281; za&#347; jego
+milcz&#261;ce i bierny, li tylko konieczny, udzia&#322; w rozmowie,
+&#347;wiadczy&#322;y dobitnie, &#380;e to wszystko nudzi go nad wyraz.</p>
+
+<p>Oczy Dzier&#380;ymirskiego, pe&#322;ne zamy&#347;lenia, pra­wie
+bezustannie spoczywa&#322;y na krajobrazie u podnó­&#380;a góry, z rzadka
+przenosz&#261;c si&#281;, oboj&#281;tne, na towa­rzystwo. Wzrok jego wtedy
+zatrzymywa&#322; si&#281; g&#322;ównie na Oli. Zaduma sm&#281;tna, od otoczenia
+daleka, znika&#322;a wówczas na chwil&#281; z jego oblicza, &#378;renice
+za&#347; czarne Romana, ciemniejszemi stawa&#322;y si&#281;, badawcze... Nader
+korzystnie za&#347; dnia tego wygl&#261;da&#322;a pani Ola. Ubrana w
+zgrabn&#261; sukni&#281;, z jasnej materyi, czyni&#322;a wra&#380;enie wytworne
+i eleganckie; obna&#380;one za&#347; do&#347;&#263; g&#322;&#281;boko, z okazyi
+niby gor&#261;ca, pier&#347;, szyja i ramio­na, przykryte tylko
+a&#380;urow&#261; koronk&#261;, stanowi&#261;c&#261; ca&#322;o&#347;&#263; z
+sukni&#261; - podnosi&#322;y jeszcze wdzi&#281;k jej posta­ci. Siedz&#261;c
+obok m&#322;odego Francuza, rozmawiali z nim przewa&#380;nie, &#347;miej&#261;c
+si&#281;, dowcipkuj&#261;c, i bezwiednie zapewne tylko, rzucaj&#261;c mu od
+czasu do czasu rozba­wione, zalotne jakby spojrzenia.</p>
+
+<p>Trwa&#322;o tak dosy&#263; d&#322;ugo. Po niejakim czasie
+jednak Ola zauwa&#380;y&#322;a sna&#263; dziwne troch&#281; zachowa­nie
+si&#281; m&#281;&#380;a, bo, skorzystawszy z ogólnego powsta­nia, spowodowanego
+czyj&#261;&#347; uwag&#261; o krajobrazie, zbli&#380;y&#322;a si&#281; do
+Dzier&#380;ymirskiego, i przytuliwszy si&#281;, otar&#322;szy, jak koci&#281;,
+sw&#261; rozkwit&#322;&#261; kibici&#261; o niego, mi&#281;kko i czule
+zapyta&#322;a:</p>
+
+<p>- Co&#347; taki smutny, Romciu, co ci?</p>
+
+<p>-Nic, kochanie! - odpar&#322; krótko Dzier&#380;ymir­ski i
+dorzuci&#322; po chwili:</p>
+
+<p>- Ale, a propos, ja ci&#281; tu zostawi&#281;, bo sam
+wpa&#347;&#263; jeszcze musz&#281; na poczt&#281;, tam, na dole...</p>
+
+<p>- Koniecznie chcesz tam i&#347;&#263;? To mo&#380;e
+jed&#378;­my ju&#380; razem?..</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski odczu&#322; niech&#281;&#263; lekk&#261;
+w g&#322;osie &#380;ony; cie&#324; ledwie dostrzegalnego niezadowolenia,
+przemkn&#261;&#322; mu po twarzy, odezwa&#322; si&#281; jednak szybko: </p>
+
+<p>- Nie, nie, zosta&#324;, ma chčre, prosz&#281; ci&#281;...
+Spot­kamy si&#281; pó&#378;niej w alei nadbrze&#380;nej, b&#281;d&#281;
+czeka&#322; na ciebie... au revoir...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski &#347;cisn&#261;&#322; zlekka
+r&#261;czk&#281; &#380;ony i zr&#281;cz­nie wycofa&#322; si&#281; z platformy,
+zd&#261;&#380;aj&#261;c po schodkach na dó&#322;, do stacyi kolejki
+z&#281;batej, zwanej "funiculai­re," a &#322;&#261;cz&#261;cej w
+pi&#281;ciu minutach czasu gór&#281; z mia­stem.</p>
+
+<p>Zaj&#281;te lornetowaniem krajobrazu - którego wdzi&#281;k
+teraz dopiero, po chwilowem wyczerpaniu tematu rozmowy, zdo&#322;a&#322;
+przemówi&#263; do ich poczucia pi&#281;kna. Towarzystwo nie zauwa&#380;y&#322;o
+nawet odej&#347;cia Romana. Ten ostatni spuszcza&#322; si&#281; powoli po schodkach
+i zasiad&#322; niebawem w wagoniku kolejki, wkrótce ru­szy&#263; maj&#261;cej
+do Lucerny.</p>
+
+<p>- A to mnie znudzili - mrukn&#261;&#322; - zakazane to­warzystwo...</p>
+
+<p>W tej samej chwili rozleg&#322; si&#281; sygna&#322; odjazdo­wy,
+wagoniki poruszy&#322;y si&#281; z chrz&#281;stem, i hamowa­ne, powoli w
+dó&#322; spuszcza&#263; si&#281; zacz&#281;&#322;y.</p>
+
+<p>Roman obejrza&#322; si&#281;; w wagonie, dziwnym zbie­giem
+okoliczno&#347;ci, znajdowa&#322; si&#281; zupe&#322;nie sam. </p>
+
+<p>Wygodnie wyci&#261;gn&#261;&#322; nogi, rozpar&#322;
+si&#281; i patrzy&#322; w dó&#322;.</p>
+
+<p>Przed nim czernia&#322;a stromo id&#261;ca para szyn kolei,
+z po&#322;o&#380;onym po&#347;rodku trzecim, dziurkowatym relsem; w dole,
+otulone mrokiem, drzema&#322;o jezioro­ - wierzcho&#322;ki gór stopi&#322;y
+si&#281; w zmierzchu, zla&#322;y jakby z chmurami niebios, w ciemno&#347;ciach
+za&#347;, coraz to wi&#281;kszych, wyst&#281;powa&#322;y teraz szaro domy
+miasta, w których, jak ogniki b&#322;&#281;dne, zapala&#322;y si&#281; co chwi­la
+tu i tam &#347;wiate&#322;ka.</p>
+
+<p>Roman nagle przymkn&#261;&#322; oczy.</p>
+
+<p>Bo oto jemu - wpatrzonemu ci&#261;gle w dó&#322;, w stro­m&#261;
+pochy&#322;o&#347;&#263; i powietrzn&#261; pró&#380;ni&#281;,
+dziel&#261;c&#261; jeszcze kolejk&#281; od jeziora i, miasta -
+zakr&#281;ci&#322;o si&#281; w g&#322;owie, w wirze za&#347; tym
+wy&#322;oni&#322;a nagle si&#281; jedyna szalona my&#347;l, spowodowana
+jakim&#347; jednoczesnym, nic nie znacz&#261;cym wagonów ha&#322;asem.
+Mianowicie zda&#322;o mu si&#281; po prostu, &#380;e oberwany poci&#261;g leci
+w dó&#322;, coraz szybciej, i... &#380;e ju&#380;... ju&#380; oto w katastrofie,
+chaosie impetycz­nym - dotknie si&#281; on niebawem szklistej toni wód...</p>
+
+<p>Po krótkiej atoli chwilce Dzier&#380;ymirski otwo­rzy&#322;
+oczy i roze&#347;mia&#322; si&#281; g&#322;o&#347;no.</p>
+
+<p>Nic woko&#322;o nie zmieni&#322;o poprzedniego wygl&#261;du.
+Wolno i ostro&#380;nie stacza&#322;a si&#281; kolejka dalej, jezioro by&#322;e
+ju&#380; tylko znacznie bli&#380;ej, u brzegu jego mruga&#322;a, iskrz&#261;ca si&#281;
+dziesi&#261;tkami &#347;wiate&#322;ek, Lucerna; wagony, brz&#281;cz&#261;c,
+spuszcza&#322;y si&#281; ci&#261;gle, zawieszone nad miastem.</p>
+
+<p>Roman wzruszy&#322; ramionami.</p>
+
+<p>- Co mi dzi&#347; jest! sarn nie wiem! - mrukn&#261;&#322;. </p>
+
+<p>W istocie by&#322; nie swój od samego rana. W sil­nej mierze
+niew&#261;tpliwie przyczyni&#322;o si&#281; do tego post&#281;powanie
+&#380;ony.</p>
+
+<p>Zapoznawszy si&#281; sama z kilkoma osobami, o na­tr&#281;tnej
+manji zaznajamiania si&#281;, zanudza&#322;a go od kil­ku dni pobytu w Lucernie
+ich obecno&#347;ci&#261; bezustan­n&#261;, bawi&#261;c si&#281; wszak&#380;e
+sama znakomicie. I to w&#322;a­&#347;nie ostatnie najbardziej irytowa&#322;o
+Romana. Tak unika&#322; dot&#261;d ludzi, tak ucieka&#322; od nich, by by&#263;
+sa­mym tylko z Ol&#261;, by bez zam&#261;cenia niczem pi&#263; szcz&#281;­&#347;cie
+chwili i t&#261; mi&#322;o&#347;ci&#261; w sobie wszystko zag&#322;u­szy&#263;!..</p>
+
+<p>Omin&#261;&#322; wszak nawet dobrowolnie Medyolan, ro­dzinne
+miasto swej matki, gdzie pochowan&#261; by&#322;a na miejscowem "Cimitero
+Monumentale," gdzie poza tem posiada&#322; jeszcze krewnych nieboszczki -
+uczyniwszy to w jedynym celu unikni&#281;cia musu obcowania z lud&#378;mi,
+innymi, prócz niej, Oli...</p>
+
+<p>A tu tymczasem ona sama wyszukiwa&#322;a sobie jakie&#347;
+zakazane figury!..</p>
+
+<p>Roman przy tej ostatniej my&#347;li, wyrzuciwszy z ust
+dogasaj&#261;cego papierosa, &#380;achn&#261;&#322; si&#281; niecierpliwie.</p>
+
+<p>Bo na przyk&#322;ad ten Francuz, czy&#380; nie wzbudza&#322;
+w nim s&#322;usznego gniewu? M&#322;odzik niezno&#347;ny, z bezmy&#347;lnym,
+banalnym wiecznie na ustach u&#347;miechem, z którego jednak Ola bezustannie
+tak szczerze si&#281; &#347;mia&#322;a...</p>
+
+<p>- Albo ta jej tualeta dzisiejsza, - mówi&#322; sobie dalej
+Roman, - w Wenecyi przecie&#380; by&#322;o daleko gor&#281;cej, nie
+ubiera&#322;a ona jednak gorsu swego tak przej­rzy&#347;cie, a tu ch&#322;ód w
+porównaniu...</p>
+
+<p>- Dla tego os&#322;a z Pary&#380;a niew&#261;tpliwie, by
+móg&#322; cynicznie i lubie&#380;nie napawa&#263; si&#281; kszta&#322;tem i
+cia&#322;em jej kibici! - pó&#322;g&#322;osem dopowiedzia&#322;
+podra&#380;niony Dzier&#380;ymirski.</p>
+
+<p>- &#379;e te&#380; te kobiety bez wabienia
+m&#281;&#380;czyzny po prostu &#380;y&#263; nie mog&#261;!.. - wyrwa&#322;o mu,
+si&#281; jeszcze. </p>
+
+<p>Spostrze&#380;enie powy&#380;sze, a tycz&#261;ce si&#281; w
+danym wypadku w&#322;asnej &#380;ony, gniewa&#322;o go niepomier­nie.. Od
+pewnego czasu bowiem, obserwuj&#261;c Ol&#281;, dostrzeg&#322; cech&#281; w
+charakterze jej, nieznan&#261; mu dot&#261;d: ch&#281;&#263; zalotn&#261;
+przypodobania si&#281; innemu m&#281;&#380;czy&#378;­nie - nie jemu...
+J&#261;trzy&#322;o go to bardzo, cho&#263; pra­gn&#261;&#322; pozornie
+traktowa&#263; fakt ów lekko.</p>
+
+<p>Wagoniki stan&#281;&#322;y w&#322;a&#347;nie. Roman
+wyskoczy&#322; szybko i skierowa&#322; si&#281; ku gmachowi poczty,
+po&#322;o&#380;onemu ko&#322;o g&#322;ównego mostu, tu&#380; przy dworcu
+kolejowym. Przed paru dniami wys&#322;a&#322; list do kraju, do jednego ze
+swych dobrych znajomych. Powiada­mia&#322; go o swoim &#347;lubie i zarazem
+prosi&#322; usilnie o na­pisanie mu, co w rodzinnem mie&#347;cie mówi&#261; o
+jego ma&#322;&#380;e&#324;stwie i co porabia January Gowartowski.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski najbardziej by&#322; ciekawym tej
+ostatniej wiadomo&#347;ci, ze wzgl&#281;du na Ol&#281; i smutek, od niedawna,
+stopniowo &#380;&#322;obi&#261;cy, coraz cz&#281;&#347;ciej jej twa­rzyczk&#281;.</p>
+
+<p>Poda&#322; adres: "Poste-restante, Lucerna," teraz
+zatem, wyskoczywszy ra&#378;no z wagonu kolejki, w kil­ka sekund znalaz&#322;
+si&#281; ju&#380; przy w&#322;a&#347;ciwem okienku, w obszernej sali gmachu
+szwajcarskiej poczty. &#346;piesznie powiedzia&#322; urz&#281;dnikowi swe
+imi&#281; i na­zwisko.</p>
+
+<p>Grymas pocieszny wykrzywi&#322; twarz tego osta­tniego, i
+wykrztusi&#322; z trudno&#347;ci&#261;:</p>
+
+<p>- Dziez-Dzier... Cornment? Čcrivez, monsieur, sil vous
+plait! - poda&#322; kartk&#281; Dzier&#380;ymirskiemu. </p>
+
+<p>Roman pos&#322;usznie napisa&#322; swe nazwisko. </p>
+
+<p>Urz&#281;dnik wzi&#261;&#322; papier do r&#281;ki,
+skrzywi&#322; si&#281; raz jeszcze, poczem wzruszy&#322; wymownie ramionami, a
+po chwili dopiero poda&#322; cudzoziemcowi list.</p>
+
+<p>Roman chwyci&#322; go &#347;piesznie i wybieg&#322; na
+ulic&#281;.</p>
+
+<p>Przy &#347;wietle latarni rozerwa&#322; kopert&#281; i
+czyta&#263; pocz&#261;&#322; zape&#322;nion&#261; bitem pismem
+&#263;wiartk&#281;. Twarz je­go wyra&#380;a&#322;a niepokój i zaciekawienie
+widoczne, które po chwili dopiero ust&#261;pi&#322;y wra&#380;eniom, otrzymanym
+bezpo&#347;rednio z lektury pisma.</p>
+
+<p>List ten, donosz&#261;cy o towarzyskiem &#380;yciu w ro­dzinnem
+mie&#347;cie, o ostatniem przyj&#281;ciu u marsza&#322;kowe­j, i
+pog&#322;oskach o stanie Gowartowskiego, nic w sobie ­zatrwa&#380;aj&#261;cego
+nie mia&#322;.</p>
+
+<p>"Znam pana Krasnostawskiego, plenipotenta go­wartowskiego;
+je&#347;li chcesz koniecznie mie&#263; dok&#322;adne wiadomo&#347;ci o
+wszystkiem, tycz&#261;cem si&#281; Gowartowa, napisz mi i podaj adres, a
+donios&#281; ci szczegó&#322;owo­.." opiewa&#322; koniec listu szkolnego
+kolegi Romana, w postscriptum...</p>
+
+<p>Uspokojony, Dzier&#380;ymirski z&#322;o&#380;y&#322; list i
+schowa&#322; go do kieszeni; pod wp&#322;ywem jednak ostatnich s&#322;ów pisma,
+zawróci&#322;, przest&#261;pi&#322; raz jeszcze próg gmachu poczty, i kupiwszy
+pocztówk&#281; z widokiem, napi­sa&#322; szybko, odr&#281;cznie, przyjacielowi
+swemu kilka s&#322;ów szczerego podzi&#281;kowania, z pro&#347;b&#261; o dalsze
+wiado­mo&#347;ci, podawszy adres "Vevey", dok&#261;d zamierza&#322; z
+Ol&#261; uda&#263; si&#281; nazajutrz. Poczem wyszed&#322; &#347;piesznie i
+wrzu­ciwszy kart&#281;, skierowa&#322; si&#281; przez szeroki most ku
+nadbrze&#380;nej, ocienionej drzewami, szerokiej alei, spacerowemu miejscu
+Lucerny, pe&#322;nemu w obecnej chwili publiczno&#347;ci,
+rozbrzmiewaj&#261;cemu muzyk&#261;, weso&#322;o&#347;ci&#261; i gwarem. </p>
+
+<p>Min&#261;wszy most, Roman wkrótce znalaz&#322; si&#281; w
+cieniu drzew i uszed&#322;szy par&#281;set kroków, siad&#322; na samotnej
+&#322;aweczce, kapelusz zdj&#261;&#322; i po&#322;o&#380;y&#322; obok siebie.</p>
+
+<p>Wpó&#322;obróciwszy si&#281; jednocze&#347;nie, ujrza&#322;
+stra­gan z owocami. Poczu&#322; nagle pragnienie, i skin&#261;&#322;, kazawszy
+sobie przynie&#347;&#263; par&#281; gruszek i brzoskwi&#324;.</p>
+
+<p>Gdy us&#322;u&#380;ny szwajcar podawa&#322; mu je, z ugrze­cznieniem,
+Dzier&#380;ymirski si&#281;gn&#261;&#322; do kieszeni, a wy­j&#281;ta ruchem
+szybkim sakiewka jego roztworzy&#322;a si&#281;, i zawarto&#347;&#263; jej
+ca&#322;a wysypa&#322;a si&#281; szeroko i z brz&#281;kiem na ziemi&#281;.</p>
+
+<p>Roman, widz&#261;c to, machinalnie schyla&#322; si&#281;
+ju&#380;, by zebra&#263; le&#380;&#261;ce na &#380;wirze alei kilkaset
+mo&#380;e franków, w z&#322;ocie i srebrze, gdy oto jaka&#347; refleksja
+nag&#322;a powstrzyma&#322;a go w pó&#322; ruchu. Wyprostowa&#322; si&#281;.</p>
+
+<p>Rzuciwszy za&#347; oczekuj&#261;cemu na zap&#322;at&#281;
+przeku­pniowi po francusku, niedbale: "Ramassez Ça.! - od­wróci&#322;
+si&#281; oboj&#281;tnie na pozór w drug&#261; stron&#281;, i utkwi&#322; wzrok
+w jezioro.</p>
+
+<p>Po chwili, w pó&#322;obrocie g&#322;owy, z pod oka,
+spojrzawszy raz jeszcze na zoran&#261; bruzdami, opalo­n&#261; twarz szwajcara,
+zbieraj&#261;cego ju&#380; rozsypany pie­ni&#261;dz - zamy&#347;li&#322;
+si&#281;...</p>
+
+<p>O, jak&#380;e on pragn&#261;&#322; w tej chwili, by z gar­&#347;ci
+tych oto pieni&#281;dzy, które mu wr&#281;czonemi b&#281;d&#261; za par&#281;
+minut , zabrak&#322;o pi&#281;ciofrankówki cho&#263; jednej!...</p>
+
+<p>Podarowa&#322;by on j&#261; &#347;mia&#322;kowi temu, a
+biedako­wi zapewne, z pewno&#347;ci&#261;!... Bo czy&#380;?... Czy&#380;
+godzi&#322;oby si&#281; "jemu" rzuca&#263; na niego kamieniem?...</p>
+
+<p>Roman, wpatrzony bezustannie w zadumie przed siebie,
+gor&#261;czkowo, niecierpliwie oczekiwa&#322; rezultatu swej próby.</p>
+
+<p>- We&#378;mie, z pewno&#347;ci&#261; we&#378;mie! -
+mówi&#322; so­bie równocze&#347;nie w duszy i g&#322;os jaki&#347; cyniczny,
+drwi&#261;­ co wo&#322;a&#322; w nim szyderski.</p>
+
+<p>- "Uczciwo&#347;&#263; ludzka!... ha... ha... ha!..
+Frazesy, ­frazesy!.. malowana, wzorzysta zewn&#281;trznie kraszanka,
+wewn&#261;trz za&#347; skrycie cuchn&#261;ca!..."</p>
+
+<p>Przed Dzier&#380;ymirskim roztacza&#322; si&#281; tymczasem
+krajobraz wdzi&#281;czny nad wyraz. W dr&#380;&#261;cych wi&#281;c oto
+g&#322;&#281;biach jeziora, na prawo, przegl&#261;da&#322;o si&#281;
+tysi&#261;cem &#347;wiate&#322;ek miasto... p&#322;yn&#261;ce wody, o kilka
+kroków od alei, skr&#281;ca&#322;y w bok, tocz&#261;c swe ciemne fale, jak rozpi&#281;ta
+nad niemi wrze&#347;niowa noc cicha, hen! dale­ko, ku górom; po powierzchni jeziora
+b&#322;&#261;ka&#322;y si&#281; &#322;ód­ki i ma&#322;e stateczki, przy
+ka&#380;dym za&#347; b&#322;yszcza&#322;a czer­wona, du&#380;a,
+okr&#261;g&#322;a latarka, krwawym &#347;ladem, &#347;cie­&#380;yn&#261;
+purpury znacz&#261;c g&#322;&#281;boko swe przej&#347;cie w prze­zroczej toni.</p>
+
+<p>I ogniki owe, &#322;&#261;cznie ze swem odbiciem, dr&#380;a­&#322;y
+tak bezustannie po jeziorze, sun&#281;&#322;y z wolna, zmienia&#322;y miejsce -
+wreszcie mala&#322;y, uto&#380;samiaj&#261;c si&#281; jakby w dali
+lataj&#261;cym gdzie&#347; &#347;wi&#281;toja&#324;skim robacz­kom...</p>
+
+<p>Na lewo za&#347;, tu&#380; przy brzegu, u przystani statków
+parowych, inne znów ognie dotrzymywa&#322;y tamtym towarzystwa. Ku uciesze
+zapewne spaceruj&#261;cych go&#347;ci puszczano tam fajerwerki;
+kr&#281;ci&#322;y si&#281; zatem m&#322;y&#324;ce, p&#281;ka&#322;y rzymskie
+&#347;wiece, strzela&#322;y wysoko barwne rakiety - spada&#322;y snopami
+iskier, gin&#281;&#322;y w ciemnych falach jeziora.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski, wpatrzony pocz&#261;tkowo
+bezmy&#347;lnie, pocz&#261;&#322; si&#281; teraz w&#322;a&#347;nie
+przygl&#261;da&#263; uwa&#380;niej, uj&#281;ty wdzi&#281;kiem widoku, gdy nagle
+pos&#322;ysza&#322; g&#322;o&#347;no wy­rzeczone ko&#322;o siebie s&#322;owa:</p>
+
+<p>- S'il vous
+plait, monsieur!</p>
+
+<p>Roman odwróci&#322; si&#281; szybko. Szwajcar, pozbieraw­szy
+pieni&#261;dze, oddawa&#322; mu sakiewk&#281;.</p>
+
+<p>- To dobrze, macie za owoce i fatyg&#281;! - po­&#347;piesznie
+odpar&#322; Dzier&#380;ymirski i wr&#281;czy&#322; przekupnio­wi dwa franki, w
+srebrze.</p>
+
+<p>- Merci, monsieur! - akcentuj&#261;c przeci&#261;gle
+ostatni&#261; sylab&#281; u wyrazu: pan, odpar&#322; zadowolony Szwajcar,
+sk&#322;oni&#322; si&#281;, bez uni&#380;ono&#347;ci jednak, i od­szed&#322;.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski wsta&#322; i skierowa&#322; si&#281; ku
+innej, odleglejszej, skrytej cieniem drzew, a pustej równie&#380; &#322;awce.
+Wychodz&#261;c z domu, dziwnym trafem okoliczno&#347;ci, przerachowa&#322;
+w&#322;a&#347;nie pieni&#261;dze i wiedzia&#322; co do grosza, ile ich
+znajdowa&#322;o si&#281; w portmonetce. Od­tr&#261;ciwszy w my&#347;li wydanych
+kilkana&#347;cie franków, po­cz&#261;&#322; gor&#261;czkowo liczy&#263;
+z&#322;oto i srebro.</p>
+
+<p>Nie brakowa&#322;o ani jednego centa.</p>
+
+<p>Widoczne rozczarowanie odbi&#322;o si&#281; na twarzy
+Dzier&#380;ymirskiego. Pochyli&#322; si&#281; na siedzeniu, opar&#322;
+&#322;okcie na kolanach i ukry&#322; twarz w d&#322;onie.</p>
+
+<p>- Wi&#281;c ludzi uczciwych na &#347;wiecie nie brak...
+Uczciwym by&#263; potrafi nawet cz&#322;ek prosty, wi&#281;c tylko ty... ty!..
+- hucza&#322;o mu bezlito&#347;nie w g&#322;owie, i rumie­niec wstydu
+pali&#322; policzki.</p>
+
+<p>Nie mog&#261;c usiedzie&#263;, Roman zerwa&#322; si&#281; po
+chwili z &#322;awki i skierowa&#322; przed siebie nadbrze&#380;n&#261;
+alej&#261;.</p>
+
+<p>Min&#261;&#322; niebawem jeden z pierwszorz&#281;dnych
+hoteli, ­przed którym co wieczór stale grywa&#322;a orkie­stra, dotar&#322;
+a&#380; do po&#322;o&#380;onego na ko&#324;cu "quai" - kursalu, -
+zawróci&#322;, wci&#261;&#380; opanowany jedn&#261; i t&#261; sam&#261;
+my&#347;l&#261;.</p>
+
+<p>W oko&#322;o niego roi&#322;o si&#281; teraz od eleganckiej,
+wytwornej publiczno&#347;ci; pi&#281;kne kobiety, ubrane bogato i gustownie,
+wymuskani panowie przechadzali z wolna przed olbrzymim i urz&#261;dzonym z
+wielkim komfortem hotelem "National", towarzyskie kó&#322;ka sie­dzia&#322;y
+grupami na bambusowych fotelach - bawiono si&#281; weso&#322;o; wykwintnych
+go&#347;ci pe&#322;no by&#322;o rów­nie&#380; i wewn&#261;trz hotelu, we
+wspania&#322;ych salach na dole; przez otwarte na &#347;cie&#380;aj okna
+dochodzi&#322;y d&#378;wi&#281;ki walca - ta&#324;czono.</p>
+
+<p>Kosmopolityczny pró&#380;niaczy high-life, zjechaw­szy
+si&#281; tutaj, u&#380;ywa&#322; do woli wywczasu i przyjemno­&#347;ci,
+staraj&#261;c si&#281; zarazem opró&#380;ni&#263; kieszenie z niepotrzebnego
+z&#322;ota, oraz zabi&#263; czas mi&#322;o i po&#322;kn&#261;&#263;
+trawi&#261;c&#261; nud&#281;.</p>
+
+<p>- A mo&#380;e mi&#281;dzy nimi znajduje si&#281; on
+"w&#322;a&#347;ci­ciel", "on", wówczas, przed laty, przez
+ciebie, kto wie, czy nie skrzywdzony - dra&#380;ni&#261;c Romana uporczy­wie,
+my&#347;l dziwaczna m&#281;czy&#263; go nagle pocz&#281;&#322;a.
+Wstrz&#261;sn&#261;&#322; si&#281; i skrzywi&#322; bole&#347;nie... </p>
+
+<p>W tej samej chwili jednak, do uszu jego dolecia&#322;
+&#347;wie&#380;y, j&#281;drny g&#322;os kobiecy.</p>
+
+<p>Pie&#347;&#324; w&#322;oska, nami&#281;tna, jak krew i
+mi&#322;o&#347;&#263; dzie­ci po&#322;udnia, dr&#380;&#261;ca uczuciem,
+pomkn&#281;&#322;a po dr&#380;&#261;cej fali jeziora, ponad g&#322;owy prze­chadzaj&#261;cych
+si&#281; go&#347;ci, odbi&#322;a si&#281; o echo gór... </p>
+
+<p>Kto&#347; z p&#322;ci nadobnej &#347;piewa&#322;
+artystycznie i pi&#281;­knie w jednej z sal "National'u";
+Dzier&#380;ymirski podszed&#322; bli&#380;ej i s&#322;ucha&#263;
+pocz&#261;&#322;, zniewolony pi&#281;kno&#347;ci&#261; g&#322;osu.</p>
+
+<p>I powoli, rozp&#281;dzona czarem pie&#347;ni, w jego du­szy
+równocze&#347;nie uspakaja&#322;a si&#281; burza.</p>
+
+<p>Gdy &#347;piew usta&#322;, Roman ju&#380; my&#347;l&#261;
+by&#322; gdzie ­indziej; jak wp&#322;yw zewn&#281;trzny &#380;ycia przed
+chwil&#261; poruszy&#322; by&#322; dotkliwie struny duszy jego - tak samo,
+u&#322;agodziwszy je teraz, przeniós&#322; naraz my&#347;l Romana do chwili
+obecnej.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski przypomnia&#322; sobie &#380;on&#281;,
+spojrza&#322; na zegarek i skierowa&#322; si&#281; drog&#261; powrotn&#261; do
+mostu; zaniepokojony raptem, &#380;e dot&#261;d nie ma jeszcze Oli. Id&#261;c
+za&#347;, przesuwa&#322; wzrok uwa&#380;ny po twarzach przechodniów.</p>
+
+<p>Nagle brwi zmarszczy&#322;. Bo oto o kroków kil­kana&#347;cie
+przed sob&#261; ujrza&#322; Ol&#281;, ale sam&#261; i w towarzystwie tylko
+m&#322;odego Francuza, w ciemnej narzutce na ramionach, sna&#263; nie swojej,
+gdy&#380; &#380;adnej podob­nej ze sob&#261; nie mia&#322;a.</p>
+
+<p>Roman u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; ironicznie:</p>
+
+<p>- Zmarz&#322;a, biedaczka! - mrukn&#261;&#322; z zadowole­niem.
+- Przy&#347;pieszy&#322; kroku, a znalaz&#322;szy si&#281; tu&#380; przy
+id&#261;cej parze, pochylonej z lekka ku sobie, szyderczo odezwa&#322; si&#281;
+po francusku:</p>
+
+<p>- A, powita&#263; !. . Có&#380; to, Ola w po&#380;yczanych
+szatach?...</p>
+
+<p>Urwawszy w pó&#322; zdania rozmow&#281;, id&#261;cy
+podnie&#347;li jednocze&#347;nie ­g&#322;owy, Ola za&#347; zarumieni&#322;a
+si&#281; nieco i odpar&#322;a:</p>
+
+<p>- A tak. Po&#380;yczy&#322;am okrycia u panny K... po
+zachodzie s&#322;o&#324;ca tak ch&#322;odno...</p>
+
+<p>- Mo&#380;na si&#281; by&#322;o z góry tego spodziewa&#263;;
+bar­dzo&#347; &#378;le zrobi&#322;a, wyletniaj&#261;c si&#281;, a z
+odsy&#322;aniem znów owych zarzutek k&#322;opot tylko b&#281;dzie! -
+rzuci&#322; Roman opryskliwie.</p>
+
+<p>- Wiesz przecie, &#380;e jutro raniutko jedziemy! A te panie
+gdzie&#380;?...</p>
+
+<p>Dwa ostatnie zdania wymówi&#322; Dzier&#380;ymirski po
+polsku tym samym, niezadowolonym wci&#261;&#380; g&#322;osem.</p>
+
+<p>- Wst&#261;pi&#322;y po drodze do znajomych - odpar&#322;a
+Ola, onie&#347;mielona nieco tonem m&#281;&#380;a.</p>
+
+<p>- A... tak. No, to wracamy do domu! - zade­cydowa&#322;
+Dzier&#380;ymirski w tym&#380;e, co poprzednio j&#281;zy­ku, i odwróci&#322;
+si&#281; szybko, pragn&#261;c w duszy co pr&#281;­dzej pozby&#263; si&#281;
+towarzysza &#380;ony.</p>
+
+<p>- Przecie&#380; ju&#380; Ola nigdy tego cymba&#322;a nie uj­rzy!
+- doda&#322; w my&#347;li zarazem.</p>
+
+<p>- Pa&#324;stwo jad&#261; jutro? O której? - pyta&#322; tym­czasem
+w&#322;a&#347;nie m&#322;odzieniec.</p>
+
+<p>Widz&#261;c, i&#380; Ola pragnie poinformowa&#263; Francuza,
+Roman rzek&#322; &#347;piesznie.</p>
+
+<p>- O, panie!... nie wiemy jeszcze!... Au plaisir - i
+wyci&#261;gn&#261;&#322; r&#281;k&#281;...</p>
+
+<p>- Ach, wi&#281;c ju&#380; mo&#380;e nie b&#281;d&#281;
+mia&#322; szcz&#281;&#347;cia ogl&#261;da&#263; pa&#324;stwa? Doprawdy,
+jak&#380;e mi przykro! - rzek&#322; m&#322;ody Francuzik, &#347;ciskaj&#261;c
+podan&#261; d&#322;o&#324;; nie odcho­dz&#261;c jednak, wci&#261;&#380;
+szed&#322; obok Oli.</p>
+
+<p>- Pa&#324;stwo w któr&#261; stron&#281;? -
+zagadn&#261;&#322; uprzej­mie. - Tak ma&#322;o mia&#322;em sposobno&#347;ci
+rozmawia&#263; dzi&#347; z panem... - s&#322;odziutko ci&#261;gn&#261;&#322;
+dalej, zwracaj&#261;c si&#281; do Dzier&#380;ymirskiego - umkn&#261;&#322; nam
+pan tak pr&#281;dko...</p>
+
+<p> </p>
+
+<p>Bawidamek z nad Sekwany umilk&#322; nagle pod drwi&#261;cem
+spojrzeniem Romana.</p>
+
+<p>- Pa&#324;stwo... w roku przysz&#322;ym  zapewne przyjad&#261; tu równie&#380;? -
+j&#281;kn&#261;&#322; jeszcze, podtrzymuj&#261;c rozmow&#281;.</p>
+
+<p>- A pan ?.... - s&#322;odko i uprzejmie zapyta&#322;
+Dzier&#380;ymirski.</p>
+
+<p>- O, naturalnie, i&#380; b&#281;d&#281;! -
+po&#347;pieszy&#322; z od­powiedzi&#261; m&#322;odzieniec.</p>
+
+<p>- No, to my - nie! - odpar&#322; z przyciskiem, ca&#322;kiem
+seryo Roman, lodowatym g&#322;osem, i uchyliw­szy ledwo kapelusza,
+skin&#261;&#322; na tramwaj elektryczny, by stan&#261;&#322;.</p>
+
+<p>- Wsiadamy! - rzuci&#322; krótko &#380;onie.</p>
+
+<p>- Przecie&#380; ten tramwaj do naszego hotelu nie idzie, a
+tylko w przeciwn&#261; stron&#281;?! - zauwa&#380;y&#322;a zdziwiona Ola.</p>
+
+<p>- Nic nie szkodzi. Pozb&#281;dziemy si&#281; tego kul­fona!-
+odrzek&#322; po polsku Roman. - No, wsiadaj!... - rzuci&#322; gniewnie do
+oci&#261;gaj&#261;cej si&#281; &#380;ony, i pchn&#261;&#322; j&#261; z lekka do
+czekaj&#261;cego na nich tram­waju.</p>
+
+<p>W sekund&#281; pó&#378;niej Dzier&#380;ymirscy ruszyli;
+wehiku&#322; elektryczny pomkn&#261;&#322; i znik&#322;, odprowadzony
+os&#322;upia&#322;ym wzrokiem Francuza, który, postawszy na chodniku
+chwil&#281;, ca&#322;y, jak burak, czerwony, ru­szy&#322; w drog&#281;, i
+zgin&#261;&#322; niebawem w ró&#380;nobarwnym t&#322;umie.</p>
+
+<p>Gdy w Lucernie odbywa&#322; si&#281; ten drobny epi­zod,
+jednocze&#347;nie prawie, szerokim ukrai&#324;skim trak­tem, w bezgwiezdn&#261;
+i ciemn&#261; noc wrze&#347;niow&#261;, p&#281;dzi&#322; konno na oklep
+wyrostek, w burej &#347;witce, trzymaj&#261;c w r&#281;ku smolne &#322;uczywo,
+tak zwany ka­ganiec.</p>
+
+<p>Krwawy blask jego roz&#347;wietla&#322; panuj&#261;ce woko­&#322;o
+nieprzejrzane ciemno&#347;ci, toruj&#261;c w ten spo­sób w &#347;lad za je&#378;d&#378;cem
+drog&#281; ma&#322;emu koczykowi, za­prz&#281;&#380;onemu w cztery bu&#322;ane
+&#380;wawe koniki. W powoziku siedzia&#322; Boles&#322;aw Krasnostawski,
+otulony bur­k&#261; i ob&#322;o&#380;ony pakunkami. Jecha&#322;
+w&#322;a&#347;nie od kolei, a powraca&#322; z podró&#380;y swej do miasta.</p>
+
+<p>Zabawiwszy tam, zamiast trzech dni, jak mu po­lecono, -
+dziesi&#281;&#263;, dzi&#347; dopiero po&#347;piesza&#322; do swoich
+obowi&#261;zków, przez ca&#322;&#261; drog&#281; &#322;ami&#261;c sobie
+w&#322;a&#347;nie g&#322;ow&#281;, jak upozorowa&#263; przed starym
+Gowartowskim sw&#261; przyd&#322;u&#380;on&#261; troch&#281;
+nieobecno&#347;&#263;.</p>
+
+<p>Bo zgo&#322;a nie interesy s&#322;u&#380;by
+przytrzyma&#322;y pa­na Boles&#322;awa w wielkim mie&#347;cie; o, bynajmniej!
+M&#322;ody pan plenipotent wraca&#322; go&#322;y, jak &#347;wi&#281;ty ture­cki.
+Ca&#322;kowit&#261;, naturalnie &#380;e tylko w&#322;asn&#261;, zarobio­n&#261;
+gotowizn&#281; przehula&#322; bowiem tam doszcz&#281;tnie.</p>
+
+<p>A teraz na ostatek, jad&#261;c w swoim koczyku,
+rozpami&#281;tywa&#322; on jeszcze mi&#322;o, na odleg&#322;o&#347;&#263; nawet
+n&#281;c&#261;ce chwile, w weso&#322;ym grodzie sp&#281;dzone... My­&#347;l&#261;c
+za&#347; jednocze&#347;nie o swym chlebodawcy, jedna szcze­gólniej rzecz
+dziwi&#322;a go niepomiernie; mianowicie, dlaczego z Gowartowa nie
+otrzyma&#322; on dot&#261;d wcale &#380;adnej, nagl&#261;cej do powrotu, depeszy,
+lub przynajmniej cho&#263;by jakiego listu ?... Bo &#380;e on nie dawa&#322;
+znaku &#380;ycia - nie by&#322;o w tem nic dziwnego - ale Gowartowski?... To
+zaiste, by&#322;o ca&#322;kiem niezrozu­mia&#322;em...</p>
+
+<p>I analizuj&#261;c fakt ten, po raz nie wiadomo ju&#380;
+który, Krasnostawski ziewn&#261;&#322; przeci&#261;gle i roztworzy&#322; oczy,
+przymkni&#281;te dot&#261;d, usi&#322;owa&#322; bowiem zdrzemn&#261;&#263;
+si&#281; w powozie.</p>
+
+<p>Patrza&#322; teraz woko&#322;o nieco bezmy&#347;lnie,
+do&#347;&#263; szybko wzgl&#281;dnie w&#347;ród ciemno&#347;ci jad&#261;c swym
+powozikiem. Na tle czarnej nocnej opony czerwony od blask kaga&#324;ca
+&#347;lizga&#322; si&#281; szerokiem ko&#322;em po obu stronach drogi i
+zapala&#322; si&#281; kolejno na z&#380;&#281;tych r&#380;y­skach, zaoranych
+polach, lub majaczy&#322; po grz&#281;dach zielonych plantacyj buraczanych,
+ugorach, stepowych bodjakach - kwiatach i trawach. Czasem zajrza&#322; do rowu,
+musn&#261;&#322; kurhan, z pochylonym krzy&#380;em, o&#347;wie­tli&#322;
+przydro&#380;ne samotne drzewo...</p>
+
+<p>- &#379;eby si&#281; tylko stary na mnie nie
+zaci&#261;&#322; i za niepos&#322;usze&#324;stwo nie wymówi&#322; miejsca,
+hm... hm!.. - chrz&#261;kaj&#261;c niespokojnie, wymówi&#322; do siebie pan
+plenipotent, pó&#322;g&#322;osem. - E, chyba &#380;e nie... zanadto mnie potrzebuje!
+- uspokojony zakonkludowa&#322; g&#322;o&#347;no.</p>
+
+<p>Nagle wyt&#281;&#380;y&#322; wzrok, bo oto zda&#322;o mu
+si&#281;, &#380;e w ciemno&#347;ciach, w oddali, na prawo, rysuj&#261; si&#281;
+ja­kie&#347; cienie, a tu&#380;, niedaleko, &#347;rodkiem pola, jak gdyby
+drog&#261;, posuwaj&#261; si&#281; z wolna, zbli&#380;aj&#261;, dwa inne
+migoc&#261;ce ma&#322;e &#347;wiate&#322;ka, eskortowane z przodu kr&#281;­giem,
+czerwon&#261; plam&#261; &#347;wiat&#322;a.</p>
+
+<p>- Hej, Stepan, czujesz *) ? ha?... - krzykn&#261;&#322; na
+furmana.</p>
+
+<p>[*) S&#322;yszysz.]</p>
+
+<p>Cz&#322;owiek, siedz&#261;cy na ko&#378;le, w burce i cerato­wej
+czapce, odwróci&#322; si&#281; leniwie. Krasnostawski wskaza&#322;
+r&#281;k&#261; na prawo.</p>
+
+<p>- Co to takiego? - zapyta&#322;.</p>
+
+<p>- Kto&#347; z kaha&#324;cem jide od Howartowa, - taj hodi
+**) - zawyrokowa&#322; stanowczo wo&#378;nica.</p>
+
+<p>[**)Kto&#347; z kaga&#324;cem jedzie od Gowartowa - i
+ju&#380;.]</p>
+
+<p>- To ju&#380; Gowartów? - zdziwi&#322; si&#281; Krasno­stawski.</p>
+
+<p>Jad&#261;c do folwarku Tomaszówki, rezydencyi pa­na
+plenipotenta, przeje&#380;d&#380;a&#322;o si&#281; pod sam Gowartów, oddalony
+ledwo od traktu o pó&#322; wiorsty.</p>
+
+<p>Kocz Krasnostawskiego, podniszczony nieco i roz­trz&#281;siony,
+klekota&#322; po drodze, konie sz&#322;y ra&#378;no, wyci&#261;gni&#281;tym
+k&#322;usem, czuj&#261;c sna&#263; w pobli&#380;u ju&#380; domow&#261; stajni&#281;.
+Krasnostawski zapali&#322; zapa&#322;k&#281; i spojrza&#322; na zegarek:
+dochodzi&#322;a druga po pó&#322;nocy.</p>
+
+<p>- Hm... hm!.. Stary znów nie &#347;pi, bo widocz­nie to we
+dworze si&#281; pali - ponownie mrukn&#261;&#322;, wpatrzony w gorej&#261;ce w
+oddali pod&#322;u&#380;ne wst&#281;gi &#347;wiate&#322;.</p>
+
+<p>- Ko&#322;o hresta - stanesz! - rozkaza&#322;,
+zwracaj&#261;c si&#281; do furmana, zaciekawiony naraz, kto mo&#380;e
+jecha&#263; z Gowartowa o tak pó&#378;nej porze? </p>
+
+<p>Furman hukni&#281;ciem dono&#347;nem zakomunikowa&#322;
+rozkaz wyrostkowi z kaga&#324;cem.</p>
+
+<p>Na rozdro&#380;u stan&#281;li. Ramiona stoj&#261;cego tu, om­sza&#322;ego
+starego krzy&#380;a, zabarwi&#322;y si&#281; od &#322;uczywa purpur&#261;.
+Czekali.</p>
+
+<p>W nocnej ciszy dochodzi&#322; ju&#380; turkot powozu,
+t&#281;tent koni i d&#378;wi&#281;k jazd zbli&#380;a&#322; si&#281; szybko.</p>
+
+<p>- Semen - Howartowskije koni! - nachyliw­szy si&#281; ku
+Krasnostawskiemu z koz&#322;a, furman pospie­szy&#322; z informacy&#261;.</p>
+
+<p>Pierwszy pod krzy&#380;em zjawi&#322; si&#281; na
+ros&#322;ym sta­jennym kasztanie parobek, z kaga&#324;cem, a poznaw­szy
+gowartowskiego plenipotenta, uchyli&#322; pokornie czapki.</p>
+
+<p>- Kto to jide? - rzuci&#322; pytanie Krasnostawski.</p>
+
+<p>- Pan dochtór! - brzmia&#322;a odpowied&#378;.</p>
+
+<p>Pod krzy&#380; nadje&#380;d&#380;a&#322;a zaprz&#281;&#380;ona
+w par&#281; ra­sowych gniadoszów nejtyczanka, powo&#380;ona przez w&#261;satego
+i porz&#261;dnie ubranego stangreta.</p>
+
+<p>Krasnostawski wychyli&#322; si&#281; ze swego kocza,
+pocz&#261;&#322; macha&#263; kapeluszem i krzykn&#261;&#322; dono&#347;nie: </p>
+
+<p>- A!... pan konsyliarz kochany!... Powita&#263;, wita&#263;!
+Stój, Semenie!...</p>
+
+<p>Nejtyczanka zatrzyma&#322;a si&#281; pos&#322;usznie i w po­dwójnem
+migoc&#261;cem &#347;wietle kaga&#324;ców u rozstajnego drzemi&#261;cego
+krzy&#380;a, zesz&#322;o si&#281; dwóch m&#281;&#380;czyzn.</p>
+
+<p>- To pan? - Nie pozna&#322;em... - odezwa&#322; si&#281; na­zwany
+przez Krasnostawskiego konsyliarzem.</p>
+
+<p>- Dobry wieczór, a raczej dzie&#324; dobry! - po­zdrowi&#322;
+m&#322;ody cz&#322;owiek przyby&#322;ego - bo to ju&#380; do­brze po
+pó&#322;nocy - dorzuci&#322;. - Czy szanowny pan z Gowartowa? Có&#380; to tak
+pó&#378;no, kto&#347; chory, bro&#324; Bo&#380;e, a mo&#380;e tylko z
+wincika?....</p>
+
+<p>Z pod czapki spojrza&#322;a uwa&#380;nie na Krasnosta­wskiego
+zdziwiona twarz doktora, okolona d&#322;ug&#261; brod&#261;.</p>
+
+<p>- Jak to? To pan nic nie wiesz? - zapyta&#322;.</p>
+
+<p>- Wracam z podró&#380;y... - obja&#347;ni&#322; Krasno­stawski.</p>
+
+<p>- Aaa! nic nie wiedzia&#322;em... Pan January, cho­ry od
+tygodnia, rozwin&#261;&#322; si&#281; tyfus, o przebiegu sil­nym bardzo i niebezpiecznym...
+Poza tem kompli­kacye inne, nerwy et caetera... Teraz zreszt&#261; ju&#380;
+lepiej... mo&#380;e Bóg da... doktór zatrzyma&#322; si&#281;.</p>
+
+<p>- Ale, nie mówi&#281; panu, od czego si&#281; to wszy­stko
+zacz&#281;&#322;o - dorzuci&#322; informuj&#261;co.- Ju&#380; by&#322; pono
+niezdrów, moralnie przynajmniej; wpad&#322;, poluj&#261;c na moczarach, w
+wod&#281; po szyj&#281; i zazi&#281;bi&#322; si&#281;...</p>
+
+<p>- Nikt mi zna&#263; nie da&#322;, mój Bo&#380;e! - szczerze
+zasmuci&#322; si&#281; Krasnostawski. - Wi&#281;c pan mówisz, &#380;e dzi&#347;
+lepiej?...</p>
+
+<p>- O tyle, o ile!.. teraz &#347;pi po lekarstwie, go­r&#261;czka
+spad&#322;a nieco, lecz wczoraj by&#322;o &#378;le bar­dzo; notabene, prócz
+klucznicy - staruszki, w ca&#322;ym domu nikogo nie ma przy sobie...</p>
+
+<p>- Mo&#380;ebym ja pojecha&#322; tam teraz, do pana
+Januarego, na noc, co? - rzek&#322; Krasnostawski, na do­bre zmartwiony.</p>
+
+<p>Doktór przyja&#378;nie spojrza&#322; na
+m&#322;odzie&#324;ca, u&#347;mie­chn&#261;&#322; si&#281; z dobroci&#261; i
+rzek&#322;:</p>
+
+<p>- No, zm&#281;czony jeste&#347;, kochany panie, podró&#380;,
+mo&#347;ci dobrodzieju, wspomnienia po niej mi&#322;e zapewne, panie tego - tu
+poklepa&#322; Krasnostawskiego po plecach. - Nie, nie potrzeba -
+ci&#261;gn&#261;&#322; dalej seryo ­- wy&#347;pij si&#281; pan i jutro tam
+pojedziesz, bo zreszt&#261;, mówi&#261;c mi&#281;dzy nami, przeszkadza&#263;
+tam tylko b&#281;­dziesz... Niech &#347;pi sobie, nieborak, klucznica i
+s&#322;u&#380;ba przypilnuj&#261; go. Ba ! &#380;eby to tylko zawsze tak
+by&#322;o, jak dzi&#347;....</p>
+
+<p>- Jak to? wi&#281;c obawa jest jeszcze? - zaniepo­kojonym
+znów g&#322;osem zapyta&#322; Krasnostawski.</p>
+
+<p>- Obawa jest, jeszcze! - przedrze&#378;ni&#322; szorstko
+doktór i widocznie nadrabiaj&#261;c min&#261;, dorzuci&#322;. - Wam wszystkim
+si&#281; zdaje, &#380;e doktór to prorok!... Naturalnie, &#380;e jest!... Czy
+ja wiem zreszt&#261; - wszyst­ko w r&#281;ku Najwy&#380;szego - zobaczymy...
+No, tym­czasem dobranoc! - doktor wyci&#261;gn&#261;&#322; r&#281;k&#281; na po­&#380;egnanie.</p>
+
+<p>Krasnostawskiemu twarz spochmurnia&#322;a, i nie­pokój
+wyra&#378;ny odbi&#322; si&#281; na niej; odczu&#322; nerwami, czego nie
+by&#322;o w s&#322;owach doktora i co on usi&#322;owa&#322; widocznie
+pokry&#263; przed nim na razie, i posmutnia&#322; jeszcze bardziej.</p>
+
+<p>Jednocze&#347;nie jaki&#347; jakby wyrzut sumienia
+wezbra&#322; mimo woli w jego duszy, i&#380; on tak d&#322;ugo pozostawi&#322;
+starca w samotno&#347;ci, bez opieki, sam bawi&#261;c si&#281; weso&#322;o.
+Po&#380;egnawszy lekarza, pomóg&#322; mu wsi&#261;&#347;&#263; do bryczki.</p>
+
+<p>- Jak&#380;e tam zdrowie wszystkich u szanowne­go doktora,
+&#380;ony, dzieci?... - b&#261;kn&#261;&#322;, aby co&#347; powiedzie&#263;.</p>
+
+<p>- Dobrze, dobrze, serdecznie, dzi&#281;kuj&#281;, do­branoc!</p>
+
+<p>- Dobranoc! - powtórzy&#322;, jak echo, Krasnosta­wski, i
+ruszy&#322; do swego pojazdu.</p>
+
+<p>- Czoho&#347; meni ne skaza&#322;, szczo pan s&#322;abujut -
+­rzuci&#322; wymówk&#281; furmanowi.</p>
+
+<p>Ten&#380;e odpar&#322; lakonicznie:</p>
+
+<p>- Zabu&#322;, pane!</p>
+
+<p>- Do Tomaszówki! - rozkaza&#322; Krasnostawski. </p>
+
+<p>Powozik ruszy&#322; w dalsz&#261; drog&#281;. Turkot jego w
+milczeniu nocy po&#322;&#261;czy&#322; si&#281; z cichn&#261;cym coraz bardziej
+odg&#322;osem kó&#322; i dzwonków nejtyczanki lekarza, a dwa kaga&#324;ce, w
+dwie przeciwne strony, rzuci&#322;y znowu ruchome swe kr&#281;gi krwawe w pasmo
+u&#347;pio­nych, kirem nocy pokrytych, obszarów. Oddalaj&#261;c si&#281; od
+siebie, d&#322;ugo tak na horyzoncie, malej&#261;c coraz bardziej,
+&#347;wieci&#322;y ich &#322;uczywa, a&#380; wreszcie, zamigo­tawszy czas
+jeszcze jaki&#347; purpurowymi punkcikami na niezmierzonych p&#322;aszczyznach
+- spe&#322;z&#322;y ca&#322;kiem na widnokr&#281;gu, znik&#322;szy, zlawszy
+si&#281; z ciemno&#347;ci&#261;, która wch&#322;on&#281;&#322;a je w siebie.</p>
+
+<p>Turkot na trakcie ucich&#322;. Szeroka ta&#347;ma ukra­i&#324;skiego
+szlaku, rozja&#347;niona na chwil&#281;, znik&#322;a i czarno&#347;&#263;
+jeszcze wi&#281;ksza zawis&#322;a nad polami, stepami i krzy&#380;ami kurhanów.</p>
+
+<p>W milczeniu nocy, pe&#322;nem zagadek i szeptów
+tajemniczych, wszystko doko&#322;a zapad&#322;o w sen twar­dy i cichy.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<center>---------</center>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>- Bo ty nie wiesz, nie czujesz mo&#380;e i nie przy­puszczasz
+nawet, jak ja ci&#281; kocham, jak bardzo ubóstwiam, ty skarbie mój
+najdro&#380;szy, ty moje &#380;ycie, me wszystko!... - szepta&#322; gor&#261;co
+Dzier&#380;ymirski, na­chyliwszy si&#281; ku Oli i tul&#261;c j&#261; do
+siebie.</p>
+
+<p>- Ty zda&#263; sobie sprawy nie potrafisz - ci&#261;­gn&#261;&#322;
+dalej, zapalaj&#261;c si&#281; coraz bardziej do s&#322;ów w&#322;asnych - ile
+ja gotów jestem rzeczy najdro&#380;szych nawet - po&#347;wi&#281;ci&#263; dla
+ciebie, co dla ci&#281; zdolnym st&#322;umi&#263;, przecierpie&#263;!... Ja
+gdybym by&#322; ci&#281; nie po­siad&#322; - podepta&#322;bym bez namys&#322;u
+wszelkie pra­wa ludzkie, je&#347;liby one stan&#261;&#263; mi &#347;mia&#322;y
+wówczas oporem do zdobycia ciebie!... 
+Ty nie wiesz... nie wiesz!...</p>
+
+<p>Roman, poblad&#322;szy, umilk&#322;. Chmura osiad&#322;a mu
+na czole, skrzywienie bolesne zadrga&#322;o w ust k&#261;cikach. Pochyli&#322;
+na moment g&#322;ow&#281;.</p>
+
+<p>Och, czemu&#380; nie móg&#322;, czemu&#380;, powiedzie&#263;
+jej Oli, wszystkiego?.. Na ustach mu dr&#380;a&#322;o, przemoc&#261; prawie
+wyrywa&#322;o si&#281; z nich wyznanie przesz&#322;o&#347;ci, zdusi&#322; je
+jednak, wt&#322;umi&#322; w siebie, z obawy, by te pi&#281;kne lica ukochane
+nie odwróci&#322;y si&#281; ode&#324; z po­gard&#261;. Po chwili znów
+mówi&#322;:</p>
+
+<p>- Tak, ty obszaru, ty g&#322;&#281;bi uczucia, które wre we
+mnie, które dla ciebie niejedn&#261; ju&#380; tam&#281; zerwa&#322;o, nie
+oceniasz, nie rozumiesz...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski silniej przycisn&#261;&#322; do siebie
+kibi&#263; &#380;ony, a pochwyciwszy jej r&#281;ce, przywar&#322; do nich
+ustami, i poca&#322;unkami okrywa&#263; je pocz&#261;&#322;.</p>
+
+<p>- Ty... moja... moja! - szepta&#322; w kó&#322;ko
+nami&#281;tnie, coraz czulej... ciszej...</p>
+
+<p>- Ty moja!... Ja za nic w &#347;wiecie nikomu ci&#281; nie
+oddam, wydrze&#263; sobie nie pozwol&#281;!...</p>
+
+<p>A uspokoiwszy si&#281; stopniowo, ci&#261;gn&#261;&#322;:</p>
+
+<p>- I czy&#380; wobec tego zatem dziwi&#263; si&#281; nawet
+mo&#380;esz z&#322;emu humorowi memu, owego wieczora, pami&#281;tasz, w
+Lucernie!... To nie by&#322; gniew, opryskliwo&#347;&#263;, jak to
+nazwa&#322;a&#347;, dziwactwo! O, wierz mi - nie!... To by&#322;a,
+wywo&#322;ana cierpieniem tylko - za­zdro&#347;&#263; i &#380;al duszy, &#380;e
+komu innemu pozwalasz cho&#263; cz&#281;&#347;ci&#261; wdzi&#281;ków twych
+si&#281; napawa&#263;, &#380;e na nie pa­trzy, ro&#347;ci&#263; sobie mo&#380;e
+jakie&#347; urojone, cho&#263;by ima­ginacyjne do nich prawa -
+m&#281;&#380;czyzna inny - ni&#378;li... ja...</p>
+
+<p>Roman mówi&#263; przesta&#322; wzburzony i wzruszony. </p>
+
+<p>- Rozumiesz wi&#281;c teraz, kochanie ty moje? ­rzek&#322;
+znowu po chwili mi&#281;kko, &#322;agodnie, i spojrzaw­szy prosz&#261;co w oczy
+s&#322;uchaj&#261;cej go w milczeniu Oli, rzuci&#322; pytaj&#261;co:
+-Przebaczasz?..</p>
+
+<p>- Ale&#380; przebaczam... przebaczam!... - rzek&#322;a,
+u&#347;miechem, pieszczotliwie Ola, a &#380;e nikogo podówczas
+w&#322;a&#347;nie w pobli&#380;u nie by&#322;o - siedzieli w cieniu alei
+nadbrze&#380;nej nad Lemanem - zarzuci&#322;a na szyj&#281; Romana swe
+d&#322;ugie bia&#322;e r&#281;ce, i przytuliwszy si&#281; do&#324;,
+pocz&#281;&#322;a mu z kolei szepta&#263;:</p>
+
+<p>- Ty mój drogi, jedyny!... Od kwadransa pa­trz&#281; na
+ciebie i rosn&#281; w duszy, taki&#347; szlachetny, rozumny, pi&#281;kny...
+Pi&#281;kny!... - powtórzy&#322;a z zalotno&#347;ci&#261;, nami&#281;tnie i
+przymilaj&#261;co si&#281; musn&#281;&#322;a wargami &#347;niad&#261; twarz
+Dzier&#380;ymirskiego.</p>
+
+<p>- Nie taki, jak wówczas, zazdrosny, z&#322;y, brzyd­ki!...-
+przekomarza&#322;a si&#281; z wdzi&#281;kiem - ale taki zakochany... wielki!...</p>
+
+<p>I Ola czulej jeszcze przycisn&#281;&#322;a si&#281; do Romana,
+zbli&#380;y&#322;a swe wargi &#347;wie&#380;e do jego ust zmys&#322;owych, i
+mówi&#263; pocz&#281;&#322;a g&#322;uchym szeptem, urywanym od uczucia nadmiaru
+- przeplatanym pieszczot&#261;, pe&#322;nym t&#281;t­ni&#261;cych w nim
+m&#322;odych pragnie&#324;:</p>
+
+<p>- Kocham ci&#281;!... kocham... kocham!... Jak ni­kogo
+dot&#261;d... nigdy, nigdy!... - szept przy tem m&#322;o­dej kobiety
+zadr&#380;a&#322; nami&#281;tniej jeszcze. - Nie ja - to ty przeciwnie nie
+rozumiesz, nie czujesz, jak ci&#281; kocham, uwielbiam !...</p>
+
+<p>- Wszak dla ciebie porzuci&#322;am ojca, Gowar­tów,
+rodzin&#281;! St&#322;umi&#322;am, zgniot&#322;am uczucia inne!... Po&#347;pieszy&#322;am
+na twe wo&#322;anie, pobieg&#322;am za tob&#261;, w twe obj&#281;cia,
+podepta&#322;am wszystko... wszystko!.. O!... Ja bym sobie zarówno wydrze&#263;
+ciebie nie da&#322;a - ­ty&#347; tak&#380;e mój!... mój!...</p>
+
+<p>I szept m&#322;odej kobiety &#322;asz&#261;cy si&#281;,
+pal&#261;cy, za­wrotny - skona&#322;...</p>
+
+<p>Zbli&#380;one usta m&#322;odych silnie zwar&#322;y si&#281;
+w po­ca&#322;unku. Na chwil&#281;, minut par&#281;, znik&#322;o im z oczu
+wszystko, przes&#322;oni&#281;te mg&#322;&#261; jakby, z której jedna je­dyna
+wy&#322;oni&#322;a si&#281; tylko - mi&#322;o&#347;&#263;.</p>
+
+<p>Woko&#322;o za&#347; wci&#261;&#380; nie by&#322;o nikogo. W
+cieniu drzew ton&#261;&#322; w mroku tajemniczym, cisz zadumanych pe&#322;­nym
+"quai Perdonnet," nadbrze&#380;na aleja w Vevey, wij&#261;c si&#281;
+brzegiem Lemanu, u stóp rozrzuconego w górze szwajcarskiego miasta.</p>
+
+<p>Nad "Lac Leman" dr&#380;a&#322; ksi&#281;&#380;yc
+w pe&#322;ni; prze­gl&#261;da&#322; si&#281; w g&#322;&#281;bokich jego
+toniach, z pieszczot&#261; &#347;lizga&#322; swe promienie po ciemno-modrych
+falach...</p>
+
+<p>I w blasku miesi&#281;cznego &#347;wiat&#322;a
+tchn&#261;&#322; krajobraz ca&#322;y jakim&#347; czarem dziwnym...</p>
+
+<p>A wi&#281;c, poza jeziorem, hen, gdzie&#347;, w perspe­ktywie,
+niewyra&#378;nie srebrzy&#322; si&#281; mglisto Alpejski szczyt wynios&#322;y -
+w tafli Lemanu, ogromnej, szklistej, niby morze, odbija&#322;y si&#281;
+gwiazdy, topi&#322; w nich swe wierzcho&#322;ki wieniec pobliskich gór. Masy
+ich ka­d&#322;ubów miejscami zaciemnia&#322;y jezioro, a w ciemniach tych,
+odbijaj&#261;cych ra&#380;&#261;co na obszarach wód od fali­, tych
+o&#347;wietlonych ta&#347;m jasnych, b&#322;&#261;ka&#322;y - si&#281; ja­kie&#347;
+mary i cienie, ze &#347;nie&#380;nym &#380;aglem sun&#281;&#322;a cicho
+zgrabna, wysmuk&#322;a barka...</p>
+
+<p>Ksi&#281;&#380;yc tymczasem wzbija&#322; si&#281; coraz bar­dziej
+i wy&#380;ej, mala&#322;, stawa&#322; si&#281; ja&#347;niejszym, przezro­czym -
+milczenie wzrasta&#322;o... Fala u stóp Dzier&#380;ymirskich szemra&#322;a
+teraz cichutko, a tam, z mroków, od gór podnó&#380;a, na przestrzenie wód
+Lemanu, skrz&#261;ce si&#281; py&#322;em srebrzystych promieni, marz&#261;co,
+niepokala­na, bia&#322;a, spokojnie wyp&#322;ywa&#322;a z wolna ta sama
+&#322;ód&#378; &#380;aglista...</p>
+
+<p>Oderwawszy usta od gor&#261;cych poca&#322;unków, Ro­man i
+Ola patrzyli w zachwycie.</p>
+
+<p>Do dusz ich, na pi&#281;kno czu&#322;ych,
+w&#347;lizgiwa&#322; si&#281; czar tej szwajcarskiej, boskiej nocy,
+studzi&#322; krew rozigran&#261; swym bezmiernym, majestatycznym spokojem,
+poni&#380;a&#322;, równa&#322; z zerem ich troski ziemskie ogromem i pot&#281;g&#261;
+przyrody - podnosi&#322;, wzmacnia&#322; du­cha, dodawa&#322; mu skrzyde&#322;,
+lec&#261;cych w za&#347;wiaty...</p>
+
+<p>Pierwszy z nastroju tego ockn&#261;&#322; si&#281;
+Dzier&#380;y­mirski i spojrza&#322; na zegarek. - O, ju&#380; mija dwunasta!
+Chod&#378;my, moje &#380;ycie! - odezwa&#322; si&#281; do Oli. </p>
+
+<p>Powstali.</p>
+
+<p>- Ach, jak&#380;e noc dzisiejsza jest pi&#281;kn&#261; - jak
+pi&#281;kn&#261;!.. - z zachwytem szepn&#281;&#322;a Ola - nie zapomn&#281; jej
+chyba nigdy.</p>
+
+<p>- Ani ja równie&#380;! - potwierdzi&#322; Roman w za­dumie.</p>
+
+<p>Wzi&#261;&#322; pod rami&#281; &#380;on&#281; i ruszyli z
+miejsca, kie­ruj&#261;c si&#281; pod gór&#281;, ku rozsianym willom miasta.</p>
+
+<p>Milczeli. W g&#322;owie Romana hucza&#322; chaos ró&#380;no­rodnych
+my&#347;li. Z nich za&#347; jedna, najuporczywsza, wy&#322;oni&#322;a si&#281;
+zwyci&#281;ska.</p>
+
+<p>- Mi&#322;o&#347;&#263;, mi&#322;o&#347;&#263; raz jeszcze,
+i mi&#322;o&#347;&#263; tylko, jedyna, wielka! - krzycza&#322; w nim g&#322;os
+podniecone­go mózgu - ocali&#263; ci&#281; jest w stanie! W niej tylko
+znajdziesz zapomnienie, ni&#261; si&#281; upijesz, przy jej pomocy zmatujesz
+bolesn&#261; ran&#281; przesz&#322;o&#347;ci, zdusisz sumienia wyrzuty !..</p>
+
+<p>- Bo mi&#322;o&#347;&#263;, to haszysz - wo&#322;a&#322; ten
+sam g&#322;os dalej - bo mi&#322;o&#347;&#263;, to szcz&#281;&#347;cie na ziemi
+- to raj, to jedna rzecz z tych, tak rzadkich na &#347;wiecie, dla której warto
+mo&#380;e walczy&#263; i trudzi&#263; si&#281;, by j&#261; zdo­by&#263;! - Ona
+cz&#281;stokro&#263; cierpieniem i rozczarowaniem tylko, lecz ile&#380; razy
+bólów &#380;ycia nagrod&#261; - jego zapomnieniem!..</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski zdj&#261;&#322; kapelusz z g&#322;owy,
+pod wp&#322;ywem za&#347; my&#347;li ostatnich, opieku&#324;czo i czule
+obj&#261;&#322; silnem ramieniem kibi&#263; &#380;ony.</p>
+
+<p>Post&#281;powali krokiem ra&#378;nym, id&#261;c pustemi, ci­chemi
+uliczkami bezustannie pod gór&#281;. Roman odez­wa&#322; si&#281; po chwili:</p>
+
+<p>- Zostaniemy d&#322;u&#380;ej w Vevey; tu tak cicho,
+samotnie, tak z dala od ludzi, od &#347;wiata i jego pogwarów - zostaniemy,
+Oluniu, có&#380; ty na to? -   pytaj&#261;­co nachyli&#322; si&#281; ku m&#322;odej kobiecie.</p>
+
+<p>- Ale&#380; i owszem, mój ty samotniku - odpar&#322;a z
+u&#347;miechem Ola - a zreszt&#261;, wszak nie zwiedzili&#347;­my jeszcze
+wszystkiego...</p>
+
+<p>- Ach tak, prawda... moje &#380;ycie, prawda... Koniecznie
+zobaczy&#263; musimy wszystko! - mówi&#322; Roman. Umilkli znowu, zatopieni w
+my&#347;lach.</p>
+
+<p>Od parodniowego pobytu swego w ma&#322;em nad­lema&#324;skiem
+miasteczku, Dzier&#380;ymirscy prowadzili &#380;y­wot pracowity. Wstawali
+raniutko, odbywali wycieczki i spacery po okolicy; nie dalej, jak dzi&#347;,
+zwie­dzili pobliskie Montreux i s&#322;awny "Chateau Chillon;"
+obejrzawszy go wewn&#261;trz dok&#322;adnie, jego staro&#380;ytne , sale i
+wie&#380;yce, miejsca ka&#378;ni - ponure wi&#281;zienia, z za­chowan&#261;
+dot&#261;d tak zwan&#261; "oubliette," nad trzystumetrow&#261;
+g&#322;&#281;bi&#261; Lemanu.</p>
+
+<p>W&#347;ród narodowych &#347;piewów szwajcarskiego lu­du,
+towarzysz&#261;cego im w kolejce, zwiedzili oni równie&#380; przed paru
+godzinami gór&#281; "Soim-Pčlerin," ma­j&#261;c &#347;wie&#380;o
+jeszcze w pami&#281;ci cudny z wierzcho&#322;ka jej widok na szafiry jeziora i
+miasto Vevey, zaciszne, pogodne, rzucone niby na ekran zielonego podnó­&#380;a
+gór - zadumane, pe&#322;ne melancholyi i cichego smutku...</p>
+
+<p>- Wiesz, Oluniu, co ci powiem? - odezwa&#322; si&#281; nagle
+do &#380;ony Roman, gdy, mijaj&#261;c w&#322;a&#347;nie wyso­kie, gotyckie
+wie&#380;yce pi&#281;knego ko&#347;cio&#322;a katolickie­go,
+zag&#322;&#281;biali si&#281; w alej&#281;, poprzez drzew li­&#347;cie,
+rozja&#347;nion&#261; tajemniczo cieniami ksi&#281;&#380;ycowego
+&#347;wiat&#322;a...</p>
+
+<p>- Otó&#380; - ci&#261;gn&#261;&#322; po przelotnej chwilce
+wa­hania - &#380;e napisa&#322;em do jednego z dawnych zna­jomych, by
+donosi&#322; mi, co si&#281; dzieje z ojcem twoim w Gowartowie...</p>
+
+<p>- Ty zrobi&#322;e&#347; to? O, mój drogi, najdro&#380;szy,
+ja­ki&#347; ty dobry, poczciwy, z&#322;oty! - wykrzykn&#281;&#322;a szcze­rze
+uradowana Ola i przytuliwszy si&#281; do Romana, u&#347;ciska&#322;a go
+serdecznie.</p>
+
+<p>- A tak, ja, we w&#322;asnej osobie, tak cz&#281;sto bo­wiem
+smutn&#261; bywa&#322;a&#347;... - potwierdzi&#322; Dzier&#380;ymirski, i
+urwa&#322; nagle.</p>
+
+<p>Przyjemnego a jednocze&#347;nie i przykrego dozna&#322; on
+wra&#380;enia. Mi&#322;&#261; by&#322;a mu my&#347;l, &#380;e odgad&#322;szy
+utrapienie &#380;ony, ul&#380;y&#322; jej. Smutno nieco, widz&#261;c bowiem na
+twarzy &#380;ony tak pogodn&#261; rado&#347;&#263;, poczu&#322;, i&#380; o ode­branym
+ju&#380; li&#347;cie wspomnie&#263; nie móg&#322;. Ten, cho&#263; nie
+weso&#322;y, nie wióz&#322; jednak jeszcze ze sob&#261; z&#322;ych
+wiadomo&#347;ci, gdy natomiast nast&#281;pne - kto wie?</p>
+
+<p>- Ha, trudno, - powiedzia&#322; sobie w duszy
+Dzier&#380;ymirski - niech cieszy si&#281;! Nie zatruj&#281; ja jej tej chwilki
+zadowolenia.</p>
+
+<p>- I dot&#261;d niema &#380;adnej odpowiedzi? - skwapli­wie
+pyta&#322;a tymczasem Ola.</p>
+
+<p>- Nie, kochanie - sk&#322;ama&#322; g&#322;adko Roman - ale
+nadejdzie niebawem, poda&#322;em adres Vevey...</p>
+
+<p>- Poda&#322;e&#347;? - ucieszy&#322;a si&#281; znów Ola -
+no, to dobrze, bo ja mimo woli bij&#281; si&#281; z przypuszczeniami nieraz, co
+tam oni wszyscy my&#347;l&#261; o mnie, czy pot&#281;­piaj&#261; bardzo, czy
+gniewaj&#261; si&#281;, czy smuc&#261;?..</p>
+
+<p>Ola ucich&#322;a i cie&#324; smutku przemkn&#261;&#322; po
+jej twarzy.</p>
+
+<p>- No, no, có&#380; to znów za niepokoje? - podchwyci&#322;
+Roman, korzystaj&#261;c za&#347;, ­i&#380; na ulicy nikogo nie by&#322;o,
+po&#347;pieszy&#322; z pocieszeniem, pieszcz&#261;c czule m&#322;od&#261;
+kobiet&#281;.</p>
+
+<p>I znowu zagra&#322;a w nim nienasycona mi&#322;o&#347;&#263;
+na­mi&#281;tna, ogarn&#281;&#322;a, zdepta&#322;a wspomnienia -
+zakrólowa&#322;a sama!..</p>
+
+<p>Niebawem Dzier&#380;ymirscy odszukali sw&#261; will&#281;,
+ju&#380; ciemn&#261; ca&#322;kiem i u&#347;pion&#261;, a b&#322;&#261;dz&#261;c
+chwil&#281; po pustych korytarzach, dotarli nareszcie do du&#380;ego pokoju z
+balkonem, który zajmowali tu na pierwszem pi&#281;trze.</p>
+
+<p>Kroki zapó&#378;nionych przybyszów zm&#261;ci&#322;y
+cisz&#281; willi, skrzyp drzwi zgrzytn&#261;&#322; fa&#322;szywym
+d&#378;wi&#281;kiem w ogólnej harmonii powszechnego milczenia.</p>
+
+<p>W pokoju okna by&#322;y otwarte, i panowa&#322;o w nim
+powietrze rze&#378;kie, &#347;wie&#380;e, od gór p&#322;yn&#261;ce.
+Wch&#322;aniaj&#261;c je z lubo&#347;ci&#261;, Dzier&#380;ymirscy pocz&#281;li
+gospoda­rzy&#263; u siebie. Roman po chwili wzi&#261;&#322; si&#281; do zamy­kania
+okien, Ola za&#347;, zapaliwszy &#347;wiat&#322;o, zdj&#281;&#322;a ka­pelusz i
+wolno pocz&#281;&#322;a si&#281; rozbiera&#263;.</p>
+
+<p>Lecz oto nagle podskoczyli oboje. W zupe&#322;nej bowiem
+ciszy u&#347;pionego domu, tu&#380; po za &#347;cian&#261; s&#261;sie­dniego
+pokoju, rozleg&#322;y si&#281; silne uderzenia. Kto&#347; bez ceremonii
+wali&#322; w mur pi&#281;&#347;ciami, chc&#261;c widocznie zamanifestowa&#263;
+swoj&#261; tam obecno&#347;&#263;, a zarówno i fakt &#380;e,
+ha&#322;asuj&#261;c, spa&#263; mu przeszkadzano.</p>
+
+<p>Wkrótce jednak rozj&#261;trzone uderzenia usta&#322;y i
+posypa&#322;a si&#281; gar&#347;&#263; nieestetycznych, wyra&#380;onych
+g&#322;o&#347;no i ze z&#322;o&#347;ci&#261; epitetów.</p>
+
+<p>Tyle by&#322;o bezwiednego komizmu w stukaniu tem i w
+poirytowanym g&#322;osie, zaspanym jeszcze, &#380;e Dzier&#380;ymirscy
+roze&#347;mieli si&#281; wspólnie i szczerze.</p>
+
+<p>- To ta s&#322;odziutko-grzeczna rozwódka, podsta­rza&#322;a,
+pseudo - wielka pani, elegantka, wiesz .. co to przy obiedzie, siedzi ko&#322;o
+nas - obja&#347;ni&#322;a pó&#322;g&#322;osem Ola - (w szwajcarskich
+hotelach-willach, zwanych "pensions," obiaduj&#261; wszyscy razem).</p>
+
+<p>- Tak?.. - zdziwi&#322; si&#281; Roman - nie wiedzia­&#322;em...
+A to orygina&#322; baba, naturalnie, nie przypusz­cza zapewne, i&#380; my tu
+mieszkamy... Z&#322;apa&#322;a si&#281;... Jak to jednak i pozory
+fa&#322;szywej uk&#322;adno&#347;ci zdra­dzaj&#261; cz&#281;stokro&#263; to
+zwierz&#281;, ukryte w cz&#322;owieku - filozoficznie dorzuci&#322;. - Ale, ale...
+- ci&#261;gn&#261;&#322; dalej, z u&#347;miechem - wyobra&#378; sobie,
+Oluniu... Zapomnia­&#322;em ci powiedzie&#263;. Tu, na górze nad nami -
+wskaza&#322; sufit palcem i roze&#347;mia&#322; si&#281; - mieszka drugie
+dziwad&#322;o: Pami&#281;tasz... ta ma&#322;a, nasze vis-a-vis, &#380;ó&#322;­ta
+stara panna... Otó&#380; wynajmuje ona a&#380; pi&#281;&#263; pokoi
+pró&#380;nych naoko&#322;o siebie, a wiesz dlaczego? - Tu Ro­man po raz drugi
+g&#322;o&#347;niej jeszcze parskn&#261;&#322; &#347;mie­chem. - &#379;eby jej w
+nocy nie ha&#322;asowano! M&#261;drzejsza od naszej s&#261;siadki, co?...</p>
+
+<p>Ola za&#347;mia&#322;a si&#281; z kolei srebrzy&#347;cie.
+S&#322;uchaj&#261;c m&#281;&#380;a, zdj&#281;&#322;a w&#322;a&#347;nie przed
+chwil&#261; sukni&#281;, i siada&#322;a obecnie przed lustrem, z
+obna&#380;on&#261; szyj&#261; i ramionami. Pragn&#261;c rozczesa&#263;
+w&#322;osy, przechyli&#322;a si&#281; w ty&#322; i po­cz&#281;&#322;a
+rozwi&#261;zywa&#263; je leniwym ruchem r&#261;k.</p>
+
+<p>- Poczekaj - rzuci&#322; &#380;ywo Dzier&#380;ymirscy - damy
+tej babie odpowied&#378; muzyk&#261; ca&#322;usów!.. Przy­pomni sobie mo&#380;e
+luba rozwódka ma&#322;&#380;onka!.. Ha-ha­ha, a to si&#281; w&#347;cieka&#263;
+dopiero b&#281;dzie!..</p>
+
+<p>I swawolnie, ze &#347;miechem, Roman przylgn&#261;&#322;
+wargami do ramion Oli, i pocz&#261;&#322; ca&#322;owa&#263; je
+g&#322;o&#347;no, cmokaj&#261;c z lubo&#347;ci&#261;.</p>
+
+<p>- Ohe!.. la -
+bas!.. On dort ici!.. - rozleg&#322; si&#281; po chwili za
+&#347;cian&#261; gard&#322;owy, &#347;wiszcz&#261;cy glos, pe&#322;en
+nienawi&#347;ci i jadu.</p>
+
+<p>- Buch! buch! buch! - rozleg&#322;y si&#281; znów w pa­syi
+uderzenia o mur w&#347;ciek&#322;e.</p>
+
+<p>Ola &#347;mia&#322;a si&#281; serdecznie, Roman nie prze­stawa&#322;
+ca&#322;owa&#263; zamaszy&#347;cie.</p>
+
+<p>- Dosy&#263; ju&#380;, dosy&#263;! - szepn&#281;&#322;a
+m&#322;oda kobie­ta, z trudno&#347;ci&#261; hamuj&#261;c
+weso&#322;o&#347;&#263;, - prosz&#281; mi wyno­si&#263; si&#281; teraz -
+szepn&#281;&#322;a w &#347;lad za tem, z pieszczot&#261; w g&#322;osie. -
+Id&#378; na balkon! - doda&#322;a, i przechyliw­szy wysoko gi&#281;tk&#261;
+sw&#261; szyj&#281; na por&#281;cz krzes&#322;a, po­da&#322;a Romanowi do
+poca&#322;unku rozchylone swe wargi zalotnie patrz&#261;c na&#324; z pod
+d&#322;ugich rz&#281;s...</p>
+
+<p>Cudn&#261; i wdzi&#281;czn&#261; swych linji harmoni&#261;,
+biust kobiecy przemkn&#261;&#322; pon&#281;tnie w tym ruchu falistym przed
+rozkochanym wzrokiem m&#281;&#380;czyzny.</p>
+
+<p>Dotkn&#261;&#322; ustami ust i z wezbran&#261;
+mi&#322;o&#347;ci&#261; w ser­cu wyszed&#322; na balkon.</p>
+
+<p>Tu zapali&#322; cygaru i znowu wch&#322;on&#261;&#322; w sie­bie
+pe&#322;nym, szerokim oddechem, orze&#378;wiaj&#261;c&#261; atmo­sfer&#281;
+cichej szwajcarskiej nocy. Spojrza&#322; w dó&#322;. U stóp jego szkli&#322;o
+si&#281; w dali tam i ówdzie srebrem rozb&#322;&#281;kitnione jezioro. Do
+powierzchni jego pieszczot­liwie tuli&#322;y si&#281; jeszcze gdzieniegdzie
+ostatnie mgie&#322;­ki, b&#322;&#261;kaj&#261;ce si&#281; zazwyczaj dzie&#324;
+ca&#322;y, od rana, po Lemanie, i wespó&#322; z bia&#322;emi mewami
+muskaj&#261;ce sta­le grzbiety jego fal.</p>
+
+<p>Ksi&#281;&#380;yc ju&#380; by&#322; bardzo wysoko. Snopami
+&#347;wia­t&#322;a dotyka&#322; teraz grzbietów gór, mieni&#322; si&#281; fo­sforycznie
+na wierzcho&#322;kach dalekich &#347;nie&#380;nych szczytów.</p>
+
+<p>A tam, w dole, zadumane, ciche usypia&#322;o mia­sto...
+Jedne po drugich, jak iskry dopalaj&#261;cego si&#281; p&#322;omienia, ogniki -
+gas&#322;y w domostwach Vevey &#347;wia­te&#322;ka, kolejno - stopniowo
+nik&#322;y...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski, z zadowoleniem, wci&#261;ga&#322;
+wci&#261;&#380; w piersi zdrowy powiew, p&#322;yn&#261;cy z dali,
+wypuszczaj&#261;c zarazem z ust ma&#322;e ob&#322;oczki niebieskawego dymu.</p>
+
+<p>Obecnie - chwilowo, by&#322; on zupe&#322;nie
+szcz&#281;&#347;li­wym! Tu, w zacisznym gór zak&#261;tku, czu&#322; on po­dwójnie,
+jako swoj&#261; wy&#322;&#261;czn&#261; w&#322;asno&#347;&#263; ubóstwian&#261;
+kobiet&#281;, kocha&#322; j&#261; zdwojonym si&#322; &#380;ywotnych zapasem, a
+czuj&#261;c równocze&#347;nie wzajemno&#347;&#263; jej ku sobie nie­k&#322;aman&#261;,
+nurza&#322; si&#281; w uczuciu tem, z rozkosz&#261; p&#322;y­waka, rze&#378;ko
+w&#347;ród rozs&#322;onecznionych wód weso&#322;ych p&#322;yn&#261;cego w dal
+radosnego jutra! Wizye przykre znikn&#281;&#322;y zupe&#322;nie, robak
+wewn&#281;trzny, tocz&#261;cy ducha Romana, przesta&#322; go dr&#281;czy&#263;
+na chwil&#281;... Dawk&#261; mi­&#322;o&#347;ci uko&#322;ysane sumienie -
+spa&#322;o.</p>
+
+<p>- Romciu!.. Romeczku!.. - us&#322;ysza&#322; naraz Dzier­&#380;ymirski
+pieszczot obietnic pe&#322;ny, wo&#322;aj&#261;cy go g&#322;os kobiety.</p>
+
+<p>- Id&#281;... id&#281;! - odpar&#322; po&#347;piesznie i
+rzuciwszy cygaro, przest&#261;pi&#322; próg balkonu.</p>
+
+<p>&#346;wiat&#322;o w pokoju zgaszonem ju&#380; by&#322;o.
+Tajem­nicze natomiast b&#322;&#281;kitno-srebrne ksi&#281;&#380;ycowe fale
+zalewa&#322;y komnatk&#281;, a w pó&#322;&#347;wietle tem majaczy&#322;a
+posta&#263; Oli i biela&#322;y alabastrowe jej ramiona.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski, wchodz&#261;c, chcia&#322;
+przymkn&#261;&#263; za sob&#261; obite szarem suknem balkonowe okiennice.</p>
+
+<p>- O, nie... nie zamykaj !.. Tak &#322;adnie
+ksi&#281;&#380;yc &#347;wieci, tak &#347;licznie!.. - pos&#322;ysza&#322; w
+tej&#380;e samej chwili pro&#347;b&#281; Oli. Roman us&#322;ucha&#322;, a
+zamkn&#261;wszy tylko szczelnie okienne ramy balkonu, skierowa&#322; si&#281;
+szybko w g&#322;&#261;b pokoju.</p>
+
+<center>***</center>
+
+<p>Jeszcze we mg&#322;ach wczesnego poranku drzema&#322;y góry,
+jezioro i niezbudzone, senne miasto Vevey, gdy do drzwi pokoju
+Dzier&#380;ymirskich zapuka&#322; kto&#347; dy­skretnie.</p>
+
+<p>Roman, który obserwowa&#322; w&#322;a&#347;nie przez okna
+mglisty krajobraz, na ten odg&#322;os zerwa&#322; si&#281; po&#347;piesznie.
+Odziawszy si&#281; szybko, nie pytaj&#261;c przez drzwi g&#322;o&#347;no, kto
+zacz, by nie zbudzi&#263; Oli, skie­rowa&#322; si&#281; ku wyj&#347;ciu z
+komnaty... Otworzy&#322; drzwi cicho...</p>
+
+<p>- Bonjour, monsieur! - pozdrowi&#322;a go, prze­ci&#261;gaj&#261;c
+&#347;piewnie, wpó&#322;ubrana, u&#347;miechni&#281;ta wstydli­wie, m&#322;oda
+Szwajcarka, i poda&#322;a jaki&#347; papier.</p>
+
+<p>- Co to jest? - z cicha pytaj&#261;co rzuci&#322; po fran­cusku.</p>
+
+<p>- Telegram! - brzmia&#322;a odpowied&#378;.</p>
+
+<p>- A... dzi&#281;kuj&#281; - odpar&#322; Roman i
+zamkn&#261;&#322; drzwi. Niepokój wyra&#378;ny odbi&#322; si&#281; na
+wyrazistem obli­czu jego; cichutko podbieg&#322; na palcach do okna i go­r&#261;czkowo
+rozwin&#261;&#322; &#263;wiartk&#281; papieru.</p>
+
+<p>St&#322;umiony gwa&#322;tem okrzyk zabrzmia&#322; w pokoju
+przyciszonem echem, i telegram z r&#281;ki Romana upad&#322; mu na
+posadzk&#281;. Poprzez szyby balkonu Dzier­&#380;ymirski spojrza&#322;
+b&#322;&#281;dnym wzrokiem przed siebie.</p>
+
+<p>Tam, gdzie&#347; w oddali, poza wierzcho&#322;kami gór,
+zaró&#380;owia&#322;o si&#281; co&#347; niewyra&#378;nie, p&#322;oni&#322;o...
+W mg&#322;ach tajemniczych znikn&#261;&#322; ca&#322;y wczorajszy krajobraz, a
+poza niewidzialnymi tylko szczytami Alp, pokrytymi jakby woalem, gdzie&#347;,
+daleko, - zakryta wstydliwie, wschodzi&#322;a sna&#263; jutrzenka...</p>
+
+<p>Roman, blady jak p&#322;ótno, przeniós&#322; wzrok swój w
+przeciwn&#261; stron&#281; komnaty. U&#347;miechni&#281;ta, cicha spa&#322;a
+tam Ola... Z pod lekkiej ko&#322;dry wysun&#281;&#322;a si&#281; jej
+g&#322;ówka urocza, rz&#281;sy d&#322;ugie k&#322;ad&#322;y swe cienie na
+rumian&#261; twarzyczk&#281;, usteczka pon&#281;tne z koralu ma­rz&#261;cym, od
+rzeczywisto&#347;ci dalekim, rozchyla&#322;y si&#281; u&#347;miechem...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski patrzy&#322; wci&#261;&#380; na ni&#261;,
+z czu&#322;o&#347;ci&#261; wspó&#322;czuciem, bólem...</p>
+
+<p>- Biedna!.. biedna!.. - wyszepta&#322; - Biedna!..
+powtórzy&#322; ciszej jeszcze. Bolesne skrzywienie przemkn&#281;&#322;o mu po
+ustach, i odwróciwszy twarz, - nieruchomy, opar&#322; si&#281; w zadumie o
+szyby okien balkonu.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<center>---------</center>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Babie lato snu&#322;o sw&#261; prz&#281;dz&#281;...
+Czepia&#322;o si&#281; na zagonach poruszonej &#347;wie&#380;o czarnoziemnej
+gleby; &#322;askota&#322;o nozdrza siwych wo&#322;ów, w trzy pary leniwie
+sun&#261;cych u p&#322;ugów, obmotywa&#322;o si&#281; swawolnie woko­&#322;o
+ich przepysznie rozros&#322;ych rogów i bieg&#322;o dalej, unoszone
+wietrzykiem, by przytuli&#263; si&#281; do rozgorza­&#322;ej w s&#322;o&#324;cu
+czerwieni&#261; i z&#322;otem &#347;ciany borów, do samotnych grusz polowych i
+zgarbionych strzech ukra­i&#324;skich chatek, a zagl&#261;daj&#261;c po drodze
+w uko&#322;ysane je­sienn&#261; cisz&#261; jary - gin&#281;&#322;o gdzie&#347;
+w stepie dalekim, splataj&#261;c tam ze sob&#261; u&#347;ciskiem trawy, bodjaki
+i polne kwiecie - pracowicie prz&#281;dz&#261;c wsz&#281;dy ustawiczn&#261;
+ni&#263; sw&#261; bia&#322;&#261;.</p>
+
+<p>Drog&#261; do Gowartowa, galopem, co ko&#324; wysko­czy,
+p&#281;dzi&#322;a czwórka koni, unosz&#261;c w tumanie iskrz&#261;cej si&#281;
+od s&#322;o&#324;ca kurzawy powóz, a w nim dwie osoby. Pierwsz&#261; z nich
+by&#322; ksi&#261;dz proboszcz, z pobli­skiego miasteczka, drug&#261; - Krasnostawski.</p>
+
+<p>Jak huragan, min&#261;wszy pochylon&#261; garstk&#281; lu­dzi,
+kopi&#261;cych w pobli&#380;u &#322;an buraków, oraz cmentarzyk wiejski, cichy,
+pe&#322;en uroku - pojazd wpad&#322; do sio&#322;a. Z zagród ch&#322;opskich
+wyskoczy&#322;y psy i szczeka&#263; pocz&#281;&#322;y zajadle; wystraszone
+dzieciaki, o p&#322;owych, prawie bia&#322;ych, w&#322;osach, rzuci&#322;y
+si&#281;, ucie­kaj&#261;c w pop&#322;ochu, a prz&#281;dz&#261;ce konopie
+wie&#347;niaczki, w barwnych swych strojach, chustkach i wyszywa­nych
+koszulach, stawa&#322;y zdziwione, przeprowadzaj&#261;c migaj&#261;cy
+p&#281;dem pojazd niespokojnem okiem.</p>
+
+<p>Zziajana, okryta potem czwórka koni, zwolni&#322;a wreszcie
+biegu, i st&#281;pa, wolniutko, ostro&#380;nie spuszcza&#263; si&#281;
+zacz&#281;&#322;a z pagórka na wiejsk&#261; grobl&#281;.</p>
+
+<p>- Czy ksi&#281;dza dobrodzieja nie znu&#380;y&#322;a nasza
+tak pr&#281;dka jazda?.. Có&#380; robi&#263; jednak, kiedy inaczej nie
+zd&#261;&#380;yliby&#347;my mo&#380;e... - odezwa&#322; si&#281; Krasnostaw­ski,
+korzystaj&#261;c z mniejszego p&#281;du powietrza.</p>
+
+<p>Barczysty ksi&#261;dz, o inteligentnem wejrzeniu du­&#380;ych
+czarnych oczu i brwiach kruczych, odbijaj&#261;­cych wyrazi&#347;cie od
+bia&#322;ych w&#322;osów, wymykaj&#261;cych mu si&#281; spod kapelusza,
+obruszy&#322; si&#281; na to py­tanie.</p>
+
+<p>- Ale, có&#380; znowu!.. - odpar&#322;. - Oby tylko ten
+zacny pan January do&#380;y&#322; b&#322;ogos&#322;awionej chwili i móg&#322;
+pojedna&#263; si&#281; z Bogiem!..</p>
+
+<p>Umilk&#322; ksi&#261;dz, i niebawem z pobo&#380;nem
+westchnie­niem, dorzuci&#322;:</p>
+
+<p>- O to ostatnie w&#322;a&#347;nie od czasu, gdy je­dziemy,
+my&#347;l m&#261; ku Najwy&#380;szemu wznosz&#281;... Mo&#380;e jej
+us&#322;ucha&#263; raczy!..</p>
+
+<p>- Doktór mówi&#322;, &#380;e z godzin trzy po&#380;yje -
+odpar&#322; Krasnostawski, a wyjmuj&#261;c zegarek, rzek&#322; jeszcze: - Od
+chwili tej min&#281;&#322;o dwie godziny...</p>
+
+<p>- Ach, ci lekarze! - machn&#261;&#322; r&#281;k&#261;
+ksi&#261;dz sta­ry - có&#380; tam ostatecznie wiedzie&#263; oni mog&#261; -
+wszak wszystko w r&#281;ku Stwórcy-Pana! Ja, na przyk&#322;ad, pewnego razu
+by&#322;em ju&#380; konaj&#261;cym, a jednak, po przy­j&#281;ciu
+Przenaj&#347;wi&#281;tszego Sakramentu i Olejów &#346;wi&#281;­tych -
+wyzdrowia&#322;em...</p>
+
+<p>Umilkli. Ksi&#261;dz za&#347; po chwili, widz&#261;c,
+&#380;e fur­man wci&#261;&#380; jedzie st&#281;pa, zauwa&#380;y&#322;:</p>
+
+<p>- Ale mo&#380;e by&#347;my znów pojechali nieco
+pr&#281;dzej, nieprawda&#380;?</p>
+
+<p>- Naturalnie, niech minie tylko most i grobl&#281;­ -
+odrzek&#322; Krasnostawski.</p>
+
+<p>U stóp ich szumia&#322;o w tej chwili ko&#322;o u m&#322;y­na,
+pryskaj&#261;ca ode&#324; wodna piana szeroko rozlewa&#322;a si&#281; na
+senn&#261; tafl&#281; du&#380;ego stawu, w której przegl&#261;­da&#322;y
+si&#281; po&#380;ó&#322;k&#322;e szczyty gowartowskiego parku.</p>
+
+<p>Za grobl&#261; znowu ruszyli galopem, i niebawem,
+wymin&#261;wszy jeszcze cz&#281;&#347;&#263; wsi, zajechali przed ganek
+pa&#322;acu. Na spotkanie wybieg&#322; stary lokaj, klucznica i kilku domowników.</p>
+
+<p>W ciszy, przerywanej tylko parskaniem i sapa­niem spienionej
+zziajanej czwórki koni, z l&#281;kiem, na stopniach kocza, Krasnostawski
+zapyta&#322; g&#322;o&#347;nym sze­ptem:</p>
+
+<p>- &#379;yje?..</p>
+
+<p>- &#379;yje !.. &#379;yje !.. - odparli wszyscy chórem,
+lokaj za&#347; natychmiast dorzuci&#322;:</p>
+
+<p>- Chwa&#322;a Bogu na wysoko&#347;ciach... Pan doktór
+powiedzia&#322;, &#380;e mo&#380;e i do jutra rana...</p>
+
+<p>- A gdzie&#380; pan doktór? - pyta&#322; dalej Krasno­stawski.</p>
+
+<p>- A ot, tylko co patrze&#263;, jak odjecha&#322;.. Po­no do
+Karolówki, bo tam m&#322;odsza ja&#347;nie pani niezdrowa...</p>
+
+<p>- Niezdrowa!.. - obruszy&#322; si&#281; plenipotent. - Tu
+przecie&#380; konaj&#261;cy w domu, móg&#322; chyba zosta&#263; jeszcze! -
+dorzuci&#322; gniewnie, z&#322;y na widoczn&#261; oboj&#281;tno&#347;&#263; ­wiejskiego
+eskulapa. Obejrza&#322; si&#281;.</p>
+
+<p>Ksi&#261;dz z nim przyby&#322;y wysiada&#322;
+w&#322;a&#347;nie z powozu, poprzedzany towarzysz&#261;cym mu ch&#322;opacz­kiem...
+Rozleg&#322; si&#281; wkrótce d&#378;wi&#281;k uroczysty ko&#347;cielnego
+dzwonka - w progi pa&#322;acu wst&#281;powa&#322; Syn Bo&#380;y, utajony w
+Przenaj&#347;wi&#281;tszym Sakra­mencie...</p>
+
+<p>W par&#281; minut pó&#378;niej, do pokoju chorego ju&#380;
+wchodzi&#322; ksi&#261;dz; id&#261;cy w &#347;lad za nim Krasnostaw­ski
+zosta&#322; na progu i spojrza&#322; w g&#322;&#261;b sypialni cho­rego.</p>
+
+<p>Na &#322;ó&#380;ku zamajaczy&#322;a mu blada, ju&#380; nie z
+tego prawie &#347;wiata, s&#281;dziwa twarz pana Januarego. Drzwi
+zamkni&#281;to jednak w tej chwili - Krasnostawski co­fn&#261;&#322; si&#281;
+dyskretnie i pocz&#261;&#322; przechadza&#263; si&#281; wielkie­mi krokami po
+pokoju.</p>
+
+<p>Od czasu powrotu z podró&#380;y swej do miasta, na nim
+jednym prawie spoczywa&#322;o wszystko. Przep&#281;dza&#322; noce ca&#322;e u
+chorego, dogl&#261;da&#322; go osobi&#347;cie, wzywa&#322; lekarzy, konsylia.</p>
+
+<p>Dzi&#347;, widz&#261;c, i&#380; ju&#380; koniec
+nieodwo&#322;alny si&#281; zbli&#380;a, a &#347;mierci widmo b&#322;&#261;ka u
+progów pa&#322;acu, znaglony, pojecha&#322; po ksi&#281;dza, dnia poprzedniego
+ju&#380;, ci&#281;ty przeczuciem, zatelegrafowawszy o nieszcz&#281;&#347;ciu do
+marsza&#322;kowej, &#321;ady&#380;y&#324;skiego oraz do dawnego kolegi swego,
+Tarnopolskiego.</p>
+
+<p>Od tego ostatniego bowiem odebra&#322; list i&#347;cie
+enigmatyczny, w którym proszono go usilnie, by doniós&#322; szczegó&#322;owo o
+wszystkiem, co si&#281; dzieje w Go­wartowie.</p>
+
+<p>Zanadto przyrodzonego sprytu posiada&#322; w so­bie
+Krasnostawski, by nie odgadn&#261;&#263;, &#380;e poza ko­leg&#261; jego,
+Tarnopolskim, ukrywa si&#281; kto&#347; inny, zainteresowany bardzo. Domy&#347;li&#322;
+si&#281;, i&#380; by&#322; nim prawdopodobnie dobry znajomy tego&#380;,
+Dzier&#380;ymirski, i dlatego nie omin&#261;&#322; wy&#380;ej wzmiankowanego
+Tarno­polskiego, równie&#380; donosz&#261;c mu, &#380;e Gowartowski umiera.</p>
+
+<p>Smutny i blady, w przechadzce swej po pokoju,
+przystan&#261;&#322; nagle Krasnostawski, pos&#322;ysza&#322; bowiem w tej
+w&#322;a&#347;nie chwili g&#322;osy i szepty w przyleg&#322;ej ko­mnacie
+chorego.</p>
+
+<p>- Spowiada si&#281;... - rzek&#322; do siebie, i zbli­&#380;ywszy
+si&#281; do okna, spojrza&#322; w zadumie.</p>
+
+<p>Tak samo, jak codzie&#324;, podlewano dzisiaj pod
+zbli&#380;aj&#261;cy si&#281; wieczór klomby kwiatów, tak samo
+zni&#380;aj&#261;ce si&#281; ju&#380; s&#322;o&#324;ce s&#322;a&#322;o cienie
+na aleje parku, na staw, porozrzucane w ogrodzie &#322;awki, na chaty
+sio&#322;a, i step w perspektywie.</p>
+
+<p>- I tak samo b&#281;dzie jutro, pojutrze - zawsze! Tak samo
+s&#322;o&#324;ce i wszystko weseli&#263; si&#281; b&#281;dzie, nic
+porz&#261;dku swego nie zmieni, cho&#263; dusza tego zak&#261;tka uleci w
+za&#347;wiaty!.. - szepta&#322; Krasnostawski, i rzuciwszy si&#281; na fotel,
+podpar&#322; r&#281;kami g&#322;ow&#281;, a my&#347;li goni&#261;c si&#281;
+przelatywa&#322;y mu po g&#322;owie.</p>
+
+<p>- O, jak&#380;e okrutn&#261; jest &#347;mier&#263;! -
+my&#347;la&#322;. - ­Jak pe&#322;n&#261; zagadki niezwalczonej pot&#281;gi,
+przed któ­r&#261; tylko w pokorze chyli&#263; musimy milcz&#261;co czo&#322;a!</p>
+
+<p>I nic kamiennego jej serca nie wzruszy, nic nie zatrzyma -
+ona w swej nieub&#322;aganej godzinie przyj&#347;&#263; musi !..</p>
+
+<p>- Straszne, straszne!.. - szepn&#261;&#322; znów do sie­bie
+pochylony m&#281;&#380;czyzna. - Tem straszniejsze, i&#380; niezrozumia&#322;e,
+nieuj&#281;te rozumem ludzkim, zawsze, zda si&#281;, nowe, cho&#263; prawieczne
+w sobie; zawsze tak sa­mo niedo&#347;cig&#322;e, niezmiennie na wszelkie
+pytania od­powiadaj&#261;ce sfinksa zagadk&#261;...</p>
+
+<p>- I mnie to kiedy&#347; przecie spotka, wszak i ja
+umr&#281;!.. - rzek&#322; g&#322;o&#347;no do siebie Krasnostawski. - A potem
+?.. - szepn&#261;&#322; z trwog&#261;.</p>
+
+<p>I z pytaniem tem na ustach utkwi&#322; wzrok b&#322;&#281;­dny
+we drzwi s&#261;siedniego pokoju...</p>
+
+<p>Drzwi te tymczasem roztwar&#322;y si&#281; cicho i na progu
+ukaza&#322;a si&#281;, natchniona w tej chwili jakby twarz ksi&#281;dza i
+posta&#263; jego wynios&#322;a. Krasnostawski, zbudzony ze swych my&#347;li
+ponurych, &#380;ywo podbieg&#322; ku niemu.</p>
+
+<p>- Có&#380;, ksi&#281;&#380;e proboszczu? - zapyta&#322;.</p>
+
+<p>- Wszystko dobrze... Zbrata&#322;a si&#281; dusza jego z
+Panem... - odpar&#322; ten&#380;e z powag&#261;.</p>
+
+<p>- Ale? ale, czy ksi&#261;dz dobrodziej nie uwa&#380;a&#322;
+przypadkiem ?... To jest... - pl&#261;ta&#322; si&#281; Krasnosta­wski -
+powiedzie&#263; chcia&#322;em, czy choremu przypad­kiem nie lepiej?...</p>
+
+<p>- Ha, Bóg wiedzie&#263; raczy... Nam pozostaje po­godzi&#263;
+si&#281; tylko z Jego Najwy&#380;sz&#261; Wol&#261;!.. - tym sa­mym tonem
+odrzek&#322; s&#322;uga Pa&#324;ski.</p>
+
+<p>- Zapewne!.. - b&#261;kn&#261;&#322; Krasnostawski.
+Zapanowa&#322;o chwil&#281; ci&#281;&#380;kie, o&#322;owiane milczenie. - Ach,
+ale przepraszam najmocniej ksi&#281;dza dobrodzieja - uprzejmie przerwa&#322;
+pierwszy m&#322;ody cz&#322;o­wiek - w tej chwili podwieczorek poda&#263;
+ka&#380;&#281;, ksi&#261;dz dobrodziej utrudzony drog&#261;, g&#322;odny
+zapewne!... - i Krasnostawski ku drzwiom si&#281; skierowa&#322; po&#347;pie­sznie.</p>
+
+<p>- Nie, dzi&#281;kuj&#281; ci, panie Boles&#322;awie!
+Jecha&#263; musz&#281;...</p>
+
+<p>- Ju&#380;? - zdziwi&#322; si&#281; m&#322;ody plenipotent.</p>
+
+<p>- A tak, serce, jutro odpust u mnie, roboty huk!.. Ka&#380;
+zaprz&#281;ga&#263;, je&#347;li &#322;aska, a ja tymczasem w ogrodzie poczekam
+i modlitwy swe przedwieczor­ne odmówi&#281;.</p>
+
+<p>- W tej chwili s&#322;u&#380;&#281; ksi&#281;dzu
+dobrodziejowi... - rzuci&#322; w pó&#322;uk&#322;onie Krasnostawski i
+znik&#322; za drzwiami.</p>
+
+<p>Ksi&#261;dz zajrza&#322; jeszcze do chorego; pozostawiony na
+opiece staruszki-klucznicy, z pogod&#261; na obliczu swem dziwn&#261;
+le&#380;a&#322; on spokojnie.</p>
+
+<p>Widz&#261;c to, proboszcz wyszed&#322;.</p>
+
+<p>Z dobry kwadrans miga&#322;a wysoka, czarna syl­wetka jego
+na tle zieleni, po wygracowanych staran­nie alejach parku, poczem w
+pobli&#380;u modl&#261;cego si&#281; w skupieniu ksi&#281;dza pojawi&#322;
+si&#281; Krasnostawski.</p>
+
+<p>Zaturkota&#322;o jednocze&#347;nie... Z uszanowaniem przez
+wszystkich odprowadzony, proboszcz wsiad&#322; niebawem do powozu. W par&#281;
+minut pó&#378;niej pojazd, unosz&#261;cy go, znik&#322; za wjazdow&#261;
+bram&#261; pa&#322;acu...</p>
+
+<p>Stoj&#261;cy na ganku Krasnostawski poruszy&#322; si&#281; machinalnie
+i przez milcz&#261;ce pa&#322;acowe komnaty skierowa&#322; do pokoju pana
+Januarego.</p>
+
+<p>- Có&#380;? jak&#380;e?.. - zapyta&#322; zap&#322;akanej
+starusz­ki, siedz&#261;cej ko&#322;o &#322;o&#380;a chorego.</p>
+
+<p>- Teraz... le&#380;y niby spokojnie - wyj&#261;ka&#322;a
+cicho.</p>
+
+<p>- No, to prosz&#281; i&#347;&#263; odpocz&#261;&#263;, ja
+zostan&#281; i dam zna&#263;, gdy zajdzie tego potrzeba - stanowczo
+odezwa&#322; si&#281; Krasnostawski.</p>
+
+<p>Po opieraniu si&#281; d&#322;u&#380;szem, staruszka,
+znu&#380;ona i senna wysun&#281;&#322;a si&#281; z pokoju, Krasnostawski
+za&#347;, podszed&#322;szy do fotelu, stoj&#261;cego przy &#322;ó&#380;ku,
+usiad&#322; ci&#281;&#380;ko.</p>
+
+<p>Cisza martwa zago&#347;ci&#322;a w komnacie... Gowar­towski,
+oddychaj&#261;c niepostrze&#380;enie lekko, spokojny, le&#380;a&#322;
+wci&#261;&#380; nieruchomo; znu&#380;eni domownicy rozpierzchli si&#281;,
+ka&#380;dy do swego zak&#261;tka i odg&#322;os &#380;adny nie dochodzi&#322;
+tutaj, tylko poprzez zapuszczone firanki oraz story rzuca&#322;o swe jaskrawe blaski
+zni&#380;aj&#261;ce si&#281; ju&#380; s&#322;o&#324;ce...</p>
+
+<p>Krasnostawski, zm&#281;czony &#380;yciem ostatnich dni
+kilku, zamy&#347;li&#322; si&#281; g&#322;&#281;boko, fizycznie
+wypoczywaj&#261;c zarazem.</p>
+
+<p>Od czasu do czasu spojrzenie przenosi&#322; na starca,
+poczem zapada&#322; znów w zadum&#281;, po&#322;&#261;czon&#261; z
+nieokre&#347;lon&#261; apaty&#261;, gniot&#261;c&#261; go swym
+ci&#281;&#380;arem, z poczuciem bezradno&#347;ci, w obliczu
+zbli&#380;aj&#261;cej si&#281; nie odwo&#322;alnie, krocz&#261;cej
+&#347;mia&#322;o &#347;mierci!</p>
+
+<p>Min&#281;&#322;o w ten sposób dwie godziny.</p>
+
+<p>Na ciemne &#380;aluzye u okien pada&#322;y teraz prostopadle
+dogasaj&#261;c&#261; czerwon&#261; &#322;un&#261; ostatnie zachodu promienie,
+majaczy&#322;y ognikami krwawymi po posadzce i &#347;cianach, a spoza parku, z
+oddali, niewyra&#378;nie jakie&#347; dla ucha dochodzi&#322;y odg&#322;osy...</p>
+
+<p>To pracowity, znojny ko&#324;czy&#322; si&#281; gdzie&#347;
+tam, po polach i sio&#322;ach pogodny dzie&#324; jesieni; to,
+&#347;piewaj&#261;c chórem sm&#281;tn&#261; ukrai&#324;sk&#261; dumk&#281; -
+wraca&#322;y po pracy dziewcz&#281;ta i mo&#322;odycye, z buraczanych
+&#322;anów, gromad&#261;...</p>
+
+<p>Nagle Krasnostawski, z przymkni&#281;tymi oczyma w fotelu
+swym zag&#322;&#281;biony, ockn&#261;&#322; si&#281;, drgn&#261;wszy na
+ca&#322;em ciele nerwowo. Spojrza&#322; na chorego...</p>
+
+<p>Usta pana Januarego szepta&#322;y co&#347; niewyra&#378;nie,
+porusza&#322;y si&#281; szybko - wreszcie uniós&#322; si&#281; on na poduszkach
+i wzrokiem b&#322;&#281;dnym spojrza&#322; woko&#322;o.</p>
+
+<p>Krasnostawski ju&#380; by&#322; si&#281; zerwa&#322; i
+sta&#322; teraz ko&#322;o &#322;ó&#380;ka blisko.</p>
+
+<p>- Kto to jest?.. Kto to?.. - wyszepta&#322; chory, z
+trudno&#347;ci&#261;.</p>
+
+<p>- To ja, Krasnostawski, Kra-sno-staw-ski - powtórzy&#322;
+dobitnie.</p>
+
+<p>- A, a... to dobrze... dobrze... - pan January
+zaczerpn&#261;&#322; p&#322;ucami powietrza i po chwili zupe&#322;nie ju&#380;
+przytomnie przemówi&#322; &#322;amanym, cichym g&#322;osem:</p>
+
+<p>-Mój panie Boles&#322;awie, ods&#322;o&#324;, prosz&#281;
+ci&#281;, okno, cho&#263; jedno... Tak tu ciemno...</p>
+
+<p>Krasnostawski, us&#322;uchawszy natychmiast zlecenia,
+podniós&#322; rolet&#281;.</p>
+
+<p>S&#322;o&#324;ce ju&#380; by&#322;o zasz&#322;o. W
+pierwszych u&#347;ciskach nadchodz&#261;cego zmierzchu sta&#322;y cicho
+pó&#322;obna&#380;one drzewa parku, przeplatane gdzieniegdzie czerwieni&#261;,
+s&#322;a&#322;y si&#281; aleje &#380;ó&#322;tawym od opad&#322;ych li&#347;cie
+kobiercem - biela&#322;y niewyra&#378;nie w dali zagrody sio&#322;a,
+ciemnia&#322;y jego osady, senna i mroczna &#347;wieci&#322;a tafla stawu.</p>
+
+<p>Krasnostawski, odwróciwszy si&#281; od okna, spotka&#322;
+smutny, pe&#322;en t&#281;sknoty wzrok starca, utkwiony w roztaczaj&#261;cy
+si&#281; poza oknem krajobraz.</p>
+
+<p>Do &#322;ó&#380;ka zbli&#380;y&#322; si&#281;
+po&#347;piesznie.</p>
+
+<p>- Dzi&#281;kuj&#281; ci... mój kochany... pani
+Boles&#322;awie... dzi&#281;kuj&#281; - odetchn&#261;&#322; Gowartowski i
+doko&#324;czy&#322; ciszej:</p>
+
+<p>- Ostatni to raz... ostatni widz&#281; to wszystko! -
+uczyni&#322; r&#281;k&#261; ruch s&#322;aby, a wskazuj&#261;cy widok otulonego
+mrokiem sio&#322;a i pól szerokich.</p>
+
+<p>- Dlaczego? - podchwyci&#322; szybko Krasnostawski, -
+uwa&#380;am w&#322;a&#347;nie, &#380;e g&#322;os pa&#324;ski ma dziwnie zdrowe
+brzmienie - da Bóg, b&#281;dzie lepiej...</p>
+
+<p>- Och... nie! Nie b&#281;dzie lepiej - westchn&#261;&#322;
+pan January - nie b&#281;dzie... to tylko na chwil&#281;...</p>
+
+<p>Znów przesta&#322;, i zaczerpn&#261;wszy powietrza,
+ci&#261;gn&#261;&#322; dalej, uczyniwszy jednocze&#347;nie praw&#261;
+r&#281;k&#261; ruch zniech&#281;cenia pe&#322;ny.</p>
+
+<p>- Ja czuj&#281;, widz&#281;, &#380;e koniec,
+&#347;mier&#263; si&#281; zbli&#380;a... Nic mi ju&#380; nie pomo&#380;e - wola
+Boska!.. - znów przerwa&#322;... w minut&#281; za&#347; mówi&#322;:</p>
+
+<p>- W&#322;a&#347;nie... w&#322;a&#347;nie powiedzie&#263;
+co&#347; chcia&#322;em tobie... kochany panie Boles&#322;awie...
+usi&#261;d&#378;... - i pan January wskaza&#322; sw&#261; woskowo -
+&#380;ó&#322;t&#261; r&#281;k&#261; tabo­recik.</p>
+
+<p>Krasnostawski us&#322;ucha&#322;.</p>
+
+<p>- Poczekaj chwil&#281;... odpoczn&#281;... - wyszepta&#322;
+os&#322;abiony bardzo. Opar&#322; g&#322;ow&#281; o poduszki i oddy­cha&#263;
+pocz&#261;&#322; ci&#281;&#380;ko, na bladej za&#347; twarzy jego za­kwit&#322;
+i zgas&#322; niebawem rumieniec nik&#322;y.</p>
+
+<p>Krasnostawski wyczekiwa&#322;, milcz&#261;c.</p>
+
+<p>- Mo&#380;e poda&#263; panu co do picia? - zapyta&#322; po
+chwili.</p>
+
+<p>Przecz&#261;cy ruch r&#281;ki by&#322; ca&#322;&#261;
+odpowiedzi&#261; pa­na Januarego. W dziesi&#281;&#263; za&#347; mo&#380;e minut
+pó&#378;niej g&#322;osem s&#322;abym, przerywanym co chwila ci&#281;&#380;kim
+oddechem, przemówi&#322; cicho :</p>
+
+<p>- Ty&#347; dobry... ty jeden... tak, jeden, jedyny, co&#347;
+mnie nie opu&#347;ci&#322;... Uczynili to wszyscy: siostra,
+&#321;ady&#380;y&#324;ski, córka... - spu&#347;ci&#322; g&#322;ow&#281; i
+umilk&#322;, a dwie &#322;zy du&#380;e, perliste zab&#322;ys&#322;y w jego
+niebieskich, przy­blad&#322;ych &#378;renicach i stoczy&#322;y si&#281; z wolna
+po wychu­d&#322;ej twarzy. Po chwili ci&#261;gn&#261;&#322; znowu:</p>
+
+<p>- &#377;le uczyni&#322;a Ola, &#378;le bardzo... Nie
+poniewiera si&#281; tak rodzicem, nie depce si&#281; tak przywi&#261;­zania
+ojca... nie, nie, po stokro&#263; razy nie!... - po­wtórzy&#322; z moc&#261; w
+os&#322;ab&#322;ym g&#322;osie, i z t&#261; skarg&#261; na ustach przeciw
+dziecku ostatni&#261;, upad&#322; na poduszki w znu&#380;eniu, jak &#347;ciana
+blady.</p>
+
+<p>Krasnostawski, ze wspó&#322;czuciem, uj&#261;&#322;
+r&#281;k&#281; star­ca w d&#322;o&#324; praw&#261;, a gdy Gowartowski ponownie
+uniós&#322; si&#281; na pos&#322;aniu, opieku&#324;czo i silnie podpar&#322;,
+podtrzyma&#322; swem lewem ramieniem jego cia&#322;o wy­chud&#322;e.</p>
+
+<p>- Dzi&#281;kuj&#281; ci, bardzo dzi&#281;kuj&#281;!.. -
+wyszep­ta&#322; pan January i mówi&#263; pocz&#261;&#322; dalej,
+g&#322;o&#347;niej nieco, lecz ochryp&#322;ym ju&#380; od zm&#281;czenia i
+wysi&#322;ku g&#322;osem :</p>
+
+<p>- Ale nie o tem mówi&#263; chcia&#322;em, nie o tem!
+Przeciwnie... - znów zamilk&#322; sekund kilka.</p>
+
+<p>- Przeciwnie - powtórzy&#322; - ja Oli przeba­czam,
+maj&#261;tek ca&#322;y zapisa&#322;em jej wy&#322;&#261;cznie, tylko...­ tu
+zatrzyma&#322; si&#281; starzec d&#322;u&#380;ej nieco, jakby w ostatnim
+wysi&#322;ku trudno mu by&#322;o jasno wyrazi&#263; my&#347;l swoj&#261; -
+tylko - ci&#261;gn&#261;&#322; - &#380;e testamentów jest dwa: jeden u
+notaryusza, z&#322;o&#380;ony dawno, na korzy&#347;&#263; Oli... drugi... na
+jej niekorzy&#347;&#263;...</p>
+
+<p>Umilk&#322; znów Gowartowski blady i zm&#281;czony, a po
+chwili ko&#324;czy&#322;:</p>
+
+<p>- Ten ostatni, pó&#378;niejszy, napisa&#322;em w chwili
+nierozumnego gniewu... Jest w mojem biurku, szuflada lewa, na wierzchu...
+Podr&#281; go!..</p>
+
+<p>Tu pan January, oswobodziwszy si&#281; od podtrzy­muj&#261;cego
+go ramienia Krasnostawskiego, opad&#322; na poduszki wycie&#324;czony.</p>
+
+<p>- Czy przynie&#347;&#263; mam ten testament? - podda&#322;
+Krasnostawski.</p>
+
+<p>Ojciec Oli Dzier&#380;ymirskiej przyzwalaj&#261;co
+skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261; i s&#322;abym ruchem r&#281;ki poruszy&#322;
+kluczyk od szufladki stoj&#261;cego obok &#322;o&#380;a stoliczka.</p>
+
+<p>Krasnostawski zrozumia&#322;. Wysun&#261;&#322; szybko szu­flad&#281;,
+wzi&#261;&#322; stamt&#261;d p&#281;k kluczy i oddali&#322; si&#281; cicho. </p>
+
+<p>Blady, oddychaj&#261;c ci&#281;&#380;ko, w oczekiwaniu
+m&#322;o­dego cz&#322;owieka, odpoczywa&#322; Gowartowski... W ciszy
+g&#322;uchej min&#281;&#322;o z dziesi&#281;&#263; minut. Na progu wreszcie
+ukaza&#322; si&#281; Krasnostawski, trzymaj&#261;c w r&#281;ku du&#380;&#261;
+kopert&#281;.</p>
+
+<p>Na jego widok pan January gor&#261;czkowo, o w&#322;a­snych
+si&#322;ach, uniós&#322; si&#281; na pos&#322;aniu i wyci&#261;gn&#261;&#322;
+r&#281;k&#281; po testament.</p>
+
+<p>- Dzi&#281;kuj&#281;... - wyszepta&#322;.</p>
+
+<p>Odebrawszy za&#347; od Krasnostawskiego kopert&#281;,
+otworzy&#322; j&#261; dr&#380;&#261;c&#261; r&#281;k&#261;, wyj&#261;&#322;
+arkusz papieru, znajduj&#261;cy si&#281; tam i rozerwa&#322; zwolna na cztery
+cz&#281;&#347;ci. Potem w&#322;o&#380;y&#322; na powrót do koperty zniszczony
+test, a­ zwróciwszy si&#281; do Krasnostawskiego, g&#322;osem dziwnie
+d&#378;wi&#281;cznym, stanowczym, wymówi&#322;:</p>
+
+<p>- Oddasz to jej... Oli - i umilk&#322;, opad&#322;szy zno­wu
+na poduszki.</p>
+
+<p>M&#322;ody plenipotent machinalnie wzi&#261;&#322;
+kopert&#281; schowa&#322; j&#261; do kieszeni surduta. Wpatrzony w star­ca, na
+którego twarzy igra&#322; w tej chwili ja­ki&#347; pe&#322;ny dobroci
+u&#347;miech, blady, tkliwy - milcza&#322; wzruszony, a dwie &#322;zy
+niepos&#322;uszne zakr&#281;ci&#322;y mu si&#281; w oczach.</p>
+
+<p>G&#322;osem cichym, jakby dogasaj&#261;cym, mówi&#322; tym­czasem
+jeszcze pan January:</p>
+
+<p>- Nie zapomnij odda&#263;... Pami&#281;taj!.. - urwa&#322;,
+a po chwili:</p>
+
+<p>- Powiedz... tak&#380;e Oli... &#380;e przebaczam... jej...
+i... jemu!..- doko&#324;czy&#322; z trudno&#347;ci&#261;, w wysi&#322;ku
+ostatnim i z wypiekami na twarzy, trupio blady, umilk&#322;...</p>
+
+<p>Pal&#261;ca si&#281; u obrazu Matki Boskiej nad &#322;ó&#380;kiem,
+z czerwonego szk&#322;a, lampka rzuci&#322;a w tej chwili promie&#324; jasny na
+oblicze starca...</p>
+
+<p>W zmierzchu id&#261;cego wieczora twarz Gowarto­wskiego
+zaja&#347;nia&#322;a jakim&#347; nadziemskim jakby wyrazem szlachetnej
+dobroci... Krasnostawski jednocze&#347;nie poprawi&#322; poduszki u &#322;o&#380;a
+i pochyli&#322; si&#281; nad chorym, zda&#322;o mu si&#281; bowiem, i&#380;
+ten&#380;e porusza ustami.</p>
+
+<p>Rzeczywi&#347;cie. Niedos&#322;yszalnym, urywanym szep­tem
+m&#322;ody cz&#322;owiek pos&#322;ysza&#322; jeszcze:</p>
+
+<p>- Dzi&#281;kuj&#281;... ty&#347; dobry!.. Mówi&#263;
+ju&#380;... wi&#281;cej... nie... mog&#281;...</p>
+
+<p>Poruszony s&#322;owami chorego starca, zdenerwo­wany,
+wzruszony odst&#261;pi&#322; od &#322;ó&#380;ka Krasnostawski i
+przygn&#281;biony, usiad&#322; w fotelu.</p>
+
+<p>Min&#281;&#322;o z dziesi&#281;&#263; minut.</p>
+
+<p>Widz&#261;c, &#380;e chory le&#380;y teraz zupe&#322;nie
+ju&#380; cicho, m&#322;ody cz&#322;owiek po chwili powsta&#322;,
+pos&#322;ucha&#322; oddechu jego, poczem wysun&#261;&#322; si&#281; cichutko z
+pokoju. Du­si&#322;o go co&#347; w gardle...</p>
+
+<p>W s&#261;siednich komnatach pusto by&#322;o ca&#322;kiem i
+szaro ju&#380; zupe&#322;nie. Mrok wieczora wciska&#322; si&#281; do
+pa&#322;acu coraz natarczywszy, wsz&#281;dzie, samotny, cichy, smutny.
+Krasnostawski bez ha&#322;asu otworzy&#322; podwo­je balkonu i wyszed&#322; na
+werand&#281;, spragniony odetchn&#261;&#263; &#347;wie&#380;szem powietrzem...</p>
+
+<p>Opar&#322; si&#281; o balustrad&#281;, ch&#322;odzi&#263;
+pocz&#261;&#322; rozpa­lone czo&#322;o zimnym powiewem jesiennego wieczora i
+sta&#322; tak nieruchomy do&#347;&#263; d&#322;ugo, og&#322;upia&#322;y jakby
+na razie, bezmy&#347;lny...</p>
+
+<p>Nagle milczenie pogr&#261;&#380;aj&#261;cego si&#281; coraz
+bar­dziej w mroki domu i parku, przerwa&#322; jednostajny dono&#347;ny,
+odg&#322;os dzwonu w pobli&#380;u. To codziennym, panuj&#261;cym w Gowartowie,
+zwyczajem, zwo&#322;ywana s&#322;u&#380;b&#281; na wieczorn&#261; kolacy&#281;.</p>
+
+<p>Krasnostawski si&#281; ockn&#261;&#322;, a jednocze&#347;nie
+poczu&#322; pragnienie i g&#322;ód.</p>
+
+<p>Wróci&#322; do komnaty, zamkn&#261;&#322; drzwi oszklone od
+werandy, a napotkawszy po drodze jak&#261;&#347; pozostawion&#261;
+&#347;wiec&#281;, zapali&#322; j&#261; po&#347;piesznie i na palcach
+skierowa&#322; si&#281; poprzez kilka komnat do jadalnej sali. Dob&#281;
+ca&#322;&#261; Krasnostawski nic, prócz kilku szklanek herbaty, w ustach nie
+mia&#322; - m&#322;ody organizm dopo­mina&#322; si&#281; o swoje prawa.</p>
+
+<p>W kredensie znalaz&#322; pochowane zimne mi&#281;siwa i
+chleb razowy; posili&#322; si&#281;, popi&#322; wod&#261; i przez puste komnaty
+znowu skierowa&#322; si&#281; do pokoju Gowartow­skiego.</p>
+
+<p>Tu ju&#380; zupe&#322;ne panowa&#322;y ciemno&#347;ci.
+Krasno­stawski zapali&#322; lampk&#281;, przykry&#322; j&#261; aba&#380;urem i
+spoj­rza&#322; na chorego.</p>
+
+<p>Le&#380;a&#322; w tej samej pozycyi, tak samo spo­kojny,
+oddychaj&#261;c lekko, cicho, bledszy tylko, &#380;ó&#322;­tszy jakby... I w
+jednem równie&#380; zasz&#322;a, zmiana nag&#322;a.</p>
+
+<p>Oto r&#281;ce pana Januarego wykonywa&#322;y po ko&#322;drze
+jakie&#347; niewyra&#378;ne i dziwne ruchy, jakby szu­ka&#322;y czego&#347;,
+szczypa&#322;y powierzchni&#281; sukna, zatrzy­mywaly si&#281; chwil&#281;, i
+znów rytmiczne porusza&#322;y si&#281; zwolna, jednostajnie...</p>
+
+<p>Krasnostawski, postawszy czas jaki&#347;, zbli&#380;y&#322;
+si&#281; do stolika, wzi&#261;wszy do r&#281;ki machinalnie stoj&#261;ce tam
+lekarstwo. Spojrza&#322; na recept&#281;. Przeczytawszy za&#347;,
+westchn&#261;&#322;.</p>
+
+<p>By&#322;y to leki zwykle, przepisywane dogorywa­j&#261;cym...</p>
+
+<p>- Czy&#380;by naprawd&#281; tak &#378;le ju&#380; by&#322;o?
+- szepn&#261;&#322; do siebie m&#322;odzieniec - tak przytomnym by&#322; jed­nak
+przed chwil&#261;!.. E!.. mo&#380;e Bóg da... pocieszaj&#261;c si&#281; -
+doko&#324;czy&#322; g&#322;o&#347;no.</p>
+
+<p>Tymczasem zm&#281;czenie fizyczne i moralne wali&#322;o
+wprost z nóg Krasnostawskiego.</p>
+
+<p>Zbli&#380;y&#322; si&#281; chwiejny do fotelu. Usiad&#322; i
+po kil­kakrotnie ziewn&#261;&#322; mimo woli nerwowo. Po chwili je­dnak
+energicznie wstrz&#261;sn&#261;&#322; si&#281;...</p>
+
+<p>- Ooo... jak&#380;e mi si&#281; spa&#263; chce!.. -
+mrukn&#261;&#322; i ponownie ziewn&#261;&#322; przeci&#261;gle z cicha.</p>
+
+<p>- Ale nie mo&#380;na... nie mo&#380;na!.. -
+szepn&#261;&#322; znów do siebie przekonywaj&#261;co i si&#281;gn&#261;&#322;
+po stoj&#261;c&#261; opodal flaszk&#281; kolo&#324;skiej wody.</p>
+
+<p>Przetar&#322; sobie skronie, pow&#261;cha&#322;, poczem
+napi&#322; si&#281; zimnej wody ze szklanki, i jak mu si&#281; zdawa&#322;o,
+zupe&#322;nie obecnie rze&#378;ki, zag&#322;&#281;bi&#322; si&#281; w fotelu.</p>
+
+<p>Tymczasem min&#281;&#322;o minut dziesi&#281;&#263;
+zaledwie, gdy m&#322;ody pan plenipotent spa&#322; ju&#380; na dobre, pochrapu­j&#261;c
+nawet z lekka czasami.</p>
+
+<p>Sen zwyci&#281;&#380;y&#322;... Milczenie i spokój
+jaki&#347; z&#322;o­wrogi zapanowa&#322;y w komnacie.</p>
+
+<p>A zewn&#261;trz pa&#322;acu tymczasem noc z wolna i sto­pniowo
+królowa&#263; zacz&#281;&#322;a.</p>
+
+<p>Na ciemnem tle nieba zamruga&#322;y wkrótce gwia­zdy, od pól
+wion&#261;&#322; wietrzyk i cichym &#380;ó&#322;kniej&#261;­cych li&#347;ci
+pogwarem zaszumia&#322; nad domem park stary.</p>
+
+<p>Wewn&#261;trz za&#347; dworu usn&#281;li wszyscy...
+Milcza&#322;y tu wszystkie k&#261;ty, a w oddzielonej kilkoma komnatami
+jadalnej sali dochodzi&#322; tylko regularny odg&#322;os staro&#347;wieckiego
+zegara, który brzd&#261;ka&#322; i tyka&#322; i bi&#322; przeci&#261;gle
+godziny jedna za drug&#261;.</p>
+
+<p>Nagle w g&#322;uchej ciszy sypialni pana Januare­go
+rozleg&#322;o si&#281; pocz&#261;tkowo s&#322;absze, niebawem co­raz silniejsze
+charczenie. To chory starzec ju&#380; kona&#322;...</p>
+
+<p>Za &#322;o&#380;em, w pó&#322;&#347;wietle komnaty,
+niewidzialna dla oka ludzkiego, stan&#281;&#322;a &#347;mier&#263;, lepu swego
+chciwa - j&#281;ki zg&#322;uszone umieraj&#261;cego dziesi&#281;ciokrotnem
+echem wstrz&#261;sn&#281;&#322;y cisz&#261; domu...</p>
+
+<p>Co&#347; zbudzi&#322;o Krasnostawskiego. Co? - sam nie
+wiedzia&#322; na razie. Zerwa&#322; si&#281; z fotelu, oczy przetar&#322; i
+spojrza&#322; na pogr&#261;&#380;one w cieniu &#322;o&#380;e.
+Zdr&#281;twia&#322; nagle i w&#322;osy d&#281;bem stan&#281;&#322;y mu na
+g&#322;owie.</p>
+
+<p>Z oczyma, wywróconemi po bia&#322;ka &#378;renic, po­stawionemi
+w s&#322;up, nieprzytomny, z ustami otworzonemi, z&#380;ó&#322;k&#322;y,
+zzielenia&#322;y - straszny, j&#281;cza&#322; starzec, &#322;apa&#322;
+powietrze, st&#281;ka&#322; &#380;a&#322;o&#347;nie - charcza&#322;
+z&#322;owrogo...</p>
+
+<p>Krasnostawski zrozumia&#322;, lecz znieruchomia&#322; na
+razie do tego stopnia, &#380;e nie by&#322; w stanie poruszy&#263; si&#281; z
+miejsca.. Po raz pierwszy w &#380;yciu znajdowa&#322; si&#281; wobec
+konaj&#261;cego cz&#322;owieka, patrza&#322; wi&#281;c bez­przytomny prawie i
+b&#322;&#281;dny nieustannie na Gowarto­wskiego... Dr&#380;a&#322; przy tem na
+ca&#322;em ciele, chwy­ta&#322;o go co&#347; za gard&#322;o, przykuwa&#322;o do
+miejsca, do ziemi.</p>
+
+<p>Równocze&#347;nie przygn&#281;biaj&#261;ca cisza
+gniot&#322;a mu piersi ci&#281;&#380;arem, konaj&#261;ce drgnienia i j&#281;ki
+umieraj&#261;cego, niby ostrzem ze stali kraja&#322;y niemi&#322;osiernie
+wypr&#281;&#380;one nerwy, a zarazem l&#281;k niewyt&#322;umaczony, dziwny,
+zatrz&#261;s&#322; nim.</p>
+
+<p>Wi&#281;c to &#347;mier&#263;!.. &#347;mier&#263; idzie
+ju&#380;, przybli&#380;a si&#281;, okropna, bezz&#281;bna, oto jej szkielet
+sunie obok, mija go!.. Zbli&#380;a si&#281; teraz oboj&#281;tna do
+&#322;o&#380;a... nachy­la nad konaj&#261;cym...</p>
+
+<p>- Ha-ha-ha!.. ha-ha-ha!.. ha-ha-ha!.. - wstrz&#261;­sa
+&#347;cianami pokoju - oto &#347;miech jej straszny!.. Rz&#281;&#380;enie
+konaj&#261;cego odpowiada mu echem coraz przera&#378;liwiej,
+g&#322;o&#347;niej... Ponuro j&#281;czy on, skar&#380;y si&#281;, miota !..</p>
+
+<p>- Bo&#380;e!.. Bo&#380;e!.. Co... to? Co... to? - krzyk­n&#261;&#322;
+Krasnostawski, schwyci&#322; si&#281; za g&#322;ow&#281;, zadygo­ta&#322; raz
+jeszcze i porwawszy ze sto&#322;u dzwonek - wybieg&#322;.</p>
+
+<p>W milczeniu powszechnego u&#347;pienia rozleg&#322; si&#281;
+niebawem rozpaczliwy d&#378;wi&#281;k pokojowego dzwonka,
+wstrz&#261;sn&#261;&#322; murami !..</p>
+
+<p>Gowartowski tymczasem czyni&#263; pocz&#261;&#322; teraz
+r&#281;­kami jakie&#347; szalone ruchy, gwa&#322;townie odp&#281;dza&#322;
+co&#347;, broni&#322; si&#281; przed kim&#347;, j&#281;cza&#322; jeszcze
+dono&#347;niej, chwy­ta&#322; powietrze, bezustannie charcza&#322;..</p>
+
+<p>Bieganie nape&#322;ni&#322;o niebawem dom ca&#322;y. Gar­stka
+domowników i s&#322;u&#380;by w kilka chwil pó&#378;­niej nape&#322;ni&#322;a
+pokój dogorywaj&#261;cego cz&#322;owieka. Ostatnia przysz&#322;a staruszka,
+klucznica, z gromnic&#261; w r&#281;ku.</p>
+
+<p>&#379;a&#322;obn&#261; &#347;wiec&#281; zapalono
+po&#347;piesznie i ukl&#281;kli wszyscy. Krasnostawski przy samem
+&#322;o&#380;u, trzymaj&#261;c w d&#322;oni r&#281;k&#281; pana Januarego.</p>
+
+<p>Ch&#322;od&#322;a mu ona w palcach coraz bardziej; sto­pniowo,
+powoli, charczenie, j&#281;ki, równie&#380; ustawa&#322;y, ucich&#322;y
+wreszcie...</p>
+
+<p>Skupione milczenie komnaty, zamagnetyzowane wyczekiwaniem,
+trwog&#261;, przerwa&#322; szelest, dla ucha prawie niedos&#322;yszalny.
+Ostatnie w tej chwili ziemskie westchnienie cz&#322;owiecze ulatywa&#322;o z
+piersi star­ca - mkn&#281;&#322;o w za&#347;wiaty...</p>
+
+<p>- Sko&#324;czy&#322;... - szepn&#261;&#322; Krasnostawski.
+W&#347;ród kl&#281;cz&#261;cych rozleg&#322; si&#281; p&#322;acz... Gdzienie­gdzie
+p&#322;omyk zapalonej gromnicy o&#347;wietli&#322; ponuro
+&#380;ó&#322;taw&#261; plam&#261; &#347;ciany, sprz&#281;ty i szyby komnaty,
+drga&#263; zacz&#261;&#322; b&#322;yskotliwy po twarzach kl&#281;cz&#261;cych
+ludzi.</p>
+
+<p>Pocz&#281;to si&#281; &#380;egna&#263; pobo&#380;nie...</p>
+
+<p>Wspólna, cicha, a pe&#322;na g&#322;&#281;bokiej wiary
+prostych dusz modlitwa, z wol&#261; Najwy&#380;szego godz&#261;ca si&#281;,
+pokorna, nape&#322;ni&#322;a mury pokoju, i a&#380; do stóp Stwórcy-Pana
+ulecia&#322;a skrzydlata - wznios&#322;a si&#281; tam, gdzie&#347; wysoko, w
+&#347;lad za zagadkow&#261; drog&#261; duszy zmar&#322;ego, jakby mu niebo
+otworzy&#263; pragn&#281;&#322;a.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<center>---------</center>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Pokra&#347;nia&#322;e, czerwono-z&#322;ote dzikiego wina
+li&#347;cie, pn&#261;ce si&#281; po bia&#322;ych &#347;cianach gowartowskiego
+dwo­ru, zagl&#261;daj&#261; przez otwarte okno do ma&#322;ego gabinetu, obitego
+kirem, a ruszane z lekka wietrzykiem, ko&#322;ysz&#261; si&#281; w promieniach
+jesiennego s&#322;o&#324;ca, powiew za&#347; zefiru delikatnym dreszczem
+przebiega równie&#380; po rz&#281;dzie &#380;ó&#322;tawych u &#347;wiec
+p&#322;omyków, pal&#261;cych si&#281; woko&#322;o katafalku, gin&#261;cego w
+zieleni cieplarnianych kwiatów.</p>
+
+<p>Obci&#347;ni&#281;ty w ubranie czarne, wytworny - pan, nawet
+tu, za &#380;ycia progiem, na podwy&#380;szeniu le&#380;y January
+Gowartowski...</p>
+
+<p>Zesztywnia&#322;e palce jego trzymaj&#261; kurczowo w
+d&#322;oni krucyfiks, zaczesany starannie w&#261;s mlecznosiwy, sumiasty,
+polski, odbija pi&#281;knie na bia&#322;em, jak marmur, obliczu starca, a twarz
+ta, zadum pe&#322;na, po­gr&#261;&#380;on&#261; by&#263; tylko si&#281; zdaje w
+g&#322;&#281;bokim, cichym &#347;nie.</p>
+
+<p>Kamienny to sen!.. Sen za&#347;wiatów, wieczno&#347;ci,
+zagadki bytu i &#347;wiadomo&#347;ci prawdopodobnie tego, o co w dumie swej
+pokorny, rozbi&#263; si&#281; musi rozum ludzki; sen straszny - oboj&#281;tny
+na wszystko doko&#322;a!..</p>
+
+<p>I niczem ju&#380; s&#261; dla niego sprawy tego pado&#322;u;
+niczem troski, cierpienia ziemskie i niepokoje, niczem rado&#347;nie
+igraj&#261;ce po pokoju s&#322;o&#324;ce - niczem wreszcie bole&#347;&#263; i
+smutek kl&#281;cz&#261;cej u stóp katafalku, s&#281;dzi­wej kobiety-siostry!..</p>
+
+<p>Przyby&#322;a w przeddzie&#324; marsza&#322;kowa Warnicka,
+dr&#380;&#261;cemi, zbiela&#322;emi usty szepcze teraz modlitwy, z ócz jej
+zm&#281;czonych co minut par&#281; upada &#322;za cicha, a wzrok z
+bole&#347;ci&#261; t&#322;umion&#261; wpatruje si&#281; w rysy ukochane.</p>
+
+<p>I modli si&#281; znów pokorna!..</p>
+
+<p>Lica Gowartowskiego bowiem nic nie mówi&#261; zupe&#322;nie
+!.. Spokój i martwota nieziemska wyry­te s&#261; na nich, a pogoda tylko
+jaka&#347; nieuchwytna, cicha, &#347;wiadczy&#263; si&#281; zdaje, &#380;e nie
+czuje on ju&#380; nic, a w ka&#380;dym razie, i&#380; docze&#347;nie na pewno
+nie cierpi ju&#380; wcale.</p>
+
+<p>- Módlcie si&#281;, p&#322;aczcie... przyjd&#378;cie -
+odejd&#378;­cie... zakopcie w ziemi&#281;... Róbcie, co chcecie - wszyst­ko mi
+jedno!.. - mówi&#261; sob&#261; wyra&#378;nie zesztywnia&#322;e cz&#322;onki
+zmar&#322;ego.</p>
+
+<p>A tymczasem przez otwarte okno do ciasnego naro&#380;nego
+pokoju wpadaj&#261;, igraj&#261; coraz rado&#347;niej promienie
+s&#322;o&#324;ca, p&#322;yn&#261; jakie&#347; dalekie z pól pie&#347;ni,
+pogwary - oddalone &#380;yciowe echa...</p>
+
+<p>Babiego lata ni&#263; wpada tu z wietrzykiem i osia­da cicho
+na bujnej siwej czuprynie zmar&#322;ego... W tej samej chwili drzwi od komnatki
+odmykaj&#261; si&#281; ostro&#380;nie i do pokoju wsuwa si&#281; ros&#322;y,
+siwiej&#261;cy ju&#380; m&#281;&#380;­czyzna...</p>
+
+<p>To &#321;ady&#380;y&#324;ski. I on, przygnany straszn&#261;
+wie­&#347;ci&#261; choroby gro&#378;nej, pod&#261;&#380;y&#322; do przyjaciela
+lat m&#322;odych, przybywszy jednak - za pó&#378;no.</p>
+
+<p>Twarz jego, zazwyczaj pogodna, ironiczna, wy­ra&#380;a w tej
+chwili ból niek&#322;amany. Zbli&#380;a si&#281; mil­cz&#261;co, opatruje
+p&#322;omyki &#347;wiec, przestawia kwiaty, a poprawiwszy poduszk&#281; -
+zrzuca z g&#322;owy Gowartowskiego swawoln&#261; ni&#263; jesieni, i
+ukl&#261;k&#322;szy, g&#322;ow&#281; opie­ra o katafalk, w bolesnej zadumie.</p>
+
+<p>Mija tak d&#322;uga chwila.</p>
+
+<p>Poczem drzwi skrzypi&#261; znowu, na progu uka­zuje si&#281;
+dorodna Krasnostawskiego posta&#263;. Obj&#261;wszy wzrokiem pokój i
+znajduj&#261;ce si&#281; w nim osoby, wzdycha ci&#281;&#380;ko, nast&#281;pnie
+za&#347; zbli&#380;a si&#281; do &#321;ady&#380;y&#324;skiego i opiera lekko
+sw&#261; r&#281;k&#281; na jego ramieniu. Potrz&#261;sa niem delikatnie raz, drugi...</p>
+
+<p>Za trzeciem dopiero dotkni&#281;ciem budzi si&#281; &#321;a­dy&#380;y&#324;ski
+z bolesnego zamy&#347;lenia i unosi g&#322;ow&#281;.. </p>
+
+<p>- A, to pan? - pyta cicho - có&#380; to?... </p>
+
+<p>Jakby w odpowiedzi jednocze&#347;nie do pokoju wpada
+wyra&#378;nie oddalony jeszcze nieco d&#378;wi&#281;k dzwon­ków, i
+zg&#322;uszony gdzie&#347; po sio&#322;a drodze, daleki t&#281;­tent i turkot
+kó&#322; powozu.</p>
+
+<p>I w &#347;lad za tem szeptem na pytanie pana Emi­la
+odpowiada Krasnostawski.</p>
+
+<p>- Ze stacyi konie wracaj&#261;... O ile wzrok mnie nie myli,
+kto&#347; jest w faetonie... Zdaje mi si&#281;, &#380;e to - oni...</p>
+
+<p>&#321;ady&#380;y&#324;ski, s&#322;uchaj&#261;c go
+uwa&#380;nie, ju&#380; powoli powsta&#322; by&#322; z kl&#281;czek.</p>
+
+<p>- Mo&#380;e szanowny pan dobrodziej b&#281;dzie tak
+&#322;askaw wyj&#347;&#263; na ganek - ci&#261;gnie dalej Krasnostaw­ski. -
+Pani&#261; marsza&#322;kow&#281; - tu zni&#380;a g&#322;os jeszcze bardziej -
+fatygowa&#263; nie wypada... Ja za&#347; pana Dzier&#380;ymirskiego nie znam...
+A tu, do wiadomo&#347;ci zgonu...</p>
+
+<p>- Tak, tak! - przerywa pan Emil, - dobrze, mój panie,
+id&#281;... Ale prawda - zatrzymuje si&#281; - trzeba uprzedzi&#263;
+marsza&#322;kow&#281;, bo si&#281; biedaczka wy­straszy.</p>
+
+<p>&#321;ady&#380;y&#324;ski pochyla si&#281; ku
+kl&#281;cz&#261;cej pani Mela­nji i szeptem co&#347; jej przek&#322;ada.</p>
+
+<p>Wpó&#322;przytomnie s&#322;ucha go marsza&#322;kowa War­nicka,
+po chwili za&#347; wstaje i ze smutkiem bezbrze&#380;nym, wzdycha
+kilkakrotnie...</p>
+
+<p>Jednocze&#347;nie dwaj m&#281;&#380;czy&#378;ni
+wychodz&#261; szybko, oddalony bowiem przed chwil&#261; jeszcze turkot pojaz­du
+wstrz&#261;sa ju&#380; oto murami domu i powóz sna&#263; zaje&#380;d&#380;a
+&#347;piesznie na dziedziniec. Odg&#322;os dzwon­ków dono&#347;nie przerywa
+martw&#261; cisz&#281;... Powóz staje.</p>
+
+<p>A nast&#281;pnie, a&#380; tu, popod stopy umar&#322;ego
+cz&#322;o­wieka niewyra&#378;ne jakie&#347; zg&#322;uszone dochodz&#261;
+g&#322;osy i szmery...</p>
+
+<p>Nagle, o milcz&#261;ce &#347;ciany pa&#322;acu obija
+si&#281; krzyk kobiecy bolesny, straszny, oraz st&#322;umiony jeszcze oddaleniem
+j&#281;k rozpaczliwy. W &#347;lad za tem rozlegaj&#261; si&#281; kroki, coraz
+szybsze, bli&#380;sze, a pó&#378;niej ju&#380; ca&#322;kiem dono&#347;nie tym
+razem, szelest sukni i &#322;kanie. </p>
+
+<p>Jeszcze chwila...</p>
+
+<p>I cisza pokrytego kirem, ton&#261;cego w s&#322;o&#324;cu i
+gromnic &#347;wietle, zak&#261;tka, sfinksowy, dumny maje­stat &#347;mierci
+brutalnie przerywanym zostaje.</p>
+
+<p>Drzwi roztwieraj&#261; si&#281; nerwowo, ruchem gwa&#322;­townym,
+od silniejszego pr&#261;du powietrza ga&#347;nie przy katafalku &#347;wiec
+kilka, i do pokoju wbiega ubrana w podró&#380;ne szaty, p&#322;acz&#261;ca
+Ola...</p>
+
+<p>Za ni&#261;, ukazuje si&#281; &#347;niade spokojne oblicze
+Dzier­&#380;ymirskiego i wytworna sylwetka jego.</p>
+
+<p>Jednocze&#347;nie murami komnaty wstrz&#261;sa krzyk bólu,
+rozpaczy, a zarazem ha&#322;as drugorz&#281;dny jaki&#347;, inny...</p>
+
+<p>To Ola ju&#380; na kolanach... Obejmuje ona ra­mionami
+zimne, martwe cia&#322;o rodzica, odtr&#261;ciwszy równocze&#347;nie niebacznie
+przeszkadzaj&#261;ce jej wysokie srebrne lichtarze, z chrz&#281;stem
+padaj&#261;ce w tej samej chwili na ziemi&#281;...</p>
+
+<p>Kto&#347; schyla si&#281; po&#347;piesznie i opodal ustawia
+je ponownie...</p>
+
+<p>Tymczasem krzyk beznadziejnego cierpienia wy­dziera si&#281;
+z ust Oli.</p>
+
+<p>- Tato !... tatusiu !.. przebacz!.. - wo&#322;a m&#322;o­da
+kobieta, p&#322;acz&#261;c, wij&#261;c si&#281; z rozpaczy. - Oj­cze!..
+ojczulku!.. przebacz!.. - ko&#324;czy w &#322;kaniu, szlo­chaj&#261;c.</p>
+
+<p>Na d&#378;wi&#281;k s&#322;ów ostatnich chmura osiada na
+wynios&#322;em czole Romana.</p>
+
+<p>- Ty&#347; winien tak&#380;e!.. ty równie&#380;!.. To
+dzie&#322;o tak&#380;e twoje! - szepce mu co&#347; w duszy w tej chwili i
+instynktownie blednie, pochyla si&#281; i kl&#281;ka po dru­giej stronie
+katafalku.</p>
+
+<p>A Ola &#347;ciska, ca&#322;uje teraz r&#281;ce, twarz i zi­mne
+czo&#322;o starca, oblewa je &#322;zami, w&#322;osy ojcowskie pie&#347;ci i
+tuli sw&#261; g&#322;ow&#281; do serca, co bi&#263; ju&#380; na za­wsze
+przesta&#322;o!..</p>
+
+<p>- Ty nie umar&#322;e&#347; - szepce - ty &#347;pisz tyl­ko!..
+ty nie umar&#322;e&#347;!.. - powtarza uparcie. - To by&#263; nie mo&#380;e -
+nie mo&#380;e!!..</p>
+
+<p>Powsta&#322;a z kl&#281;czek marsza&#322;kowa Warnicka pod­trzymuje
+wij&#261;c&#261; si&#281; w bólu kobiet&#281; z jednej stro­ny - z drugiej
+opieku&#324;czo podpiera j&#261; &#321;ady&#380;y&#324;ski.</p>
+
+<p>Wszystkim &#322;zy kr&#281;c&#261; si&#281; w oczach, jeden
+Roman tyl­ko nieczu&#322;ym by&#263; si&#281; zdaje pozornie, ale twarz jego
+kredowo - blada i brwi &#347;ci&#261;gni&#281;te &#347;wiadcz&#261;, i&#380; i
+on, w tej chwili przynajmniej - cierpi. Kl&#281;czy wci&#261;&#380; nieruchomo,
+my&#347;li...</p>
+
+<p>Poza nim, &#347;wiadek niemy tej sceny, stoi Kra­snostawski,
+wzruszony, bezradny. Opodal stary lokaj domowy patrzy osowia&#322;y.</p>
+
+<p>- Z&#322;oty tatuniu !!.. z&#322;oty !!.. - wo&#322;a znów
+Ola, prosz&#261;co, b&#322;agalnie; z przerwami ma&#322;emi, j&#281;kliwy, przeplatany
+&#322;kaniem, odzywa si&#281; bezustannie g&#322;os cór­ki-sieroty, a echo jego
+p&#322;ynie przez okno w dal, do parku, na step i pola!.. </p>
+
+<p>I za g&#322;osem zrozpaczonej jedynaczki, hejna&#322;em
+wspólnym p&#322;aka&#263;, &#322;ka&#263; oto zdaj&#261; si&#281; stare drzewa
+parku; szumem swych li&#347;ci drobnych brzoza nad wod&#261; wie&#347;&#263;
+t&#281; powtarza dalej, p&#322;acz&#261;c sama, a j&#281;k bo­le&#347;ci,
+podchwycony akordami przyrody, p&#322;ynie, p&#322;ynie w dal...</p>
+
+<p>I wszystko, zda si&#281; teraz, za panem swym bo­leje !..</p>
+
+<p>A wi&#281;c i staw, &#347;ni&#261;cy fali swej szmerem, i
+&#322;a­ny, i polne kwiecie, i step, strz&#261;saj&#261;cy z traw swych niby
+&#322;zy &#380;alu - drobne kropelki rosy...</p>
+
+<p>Jeden tylko umar&#322;y, jak g&#322;az nieczu&#322;ym jest
+na j&#281;k, ból swego dziecka.</p>
+
+<p>Lecz czy&#380; to z&#322;udzenie?..</p>
+
+<p>Pod poca&#322;unkami przed chwil&#261; i &#322;z&#261;
+jedynaczki, zdawa&#322;o si&#281;, &#380;e oto znika z alabastrowego czo&#322;a
+star­ca g&#322;&#281;boka, zastyg&#322;a tam zmarszczka, i ca&#322;kiem
+ju&#380; teraz pogodne, oboj&#281;tne, &#347;ni ono dalej bez ko&#324;ca...</p>
+
+<p>Mo&#380;e dusza z poza stref &#347;wiata niewidzialna
+zab&#322;&#261;ka&#322;a si&#281; jeszcze tutaj przed dalsz&#261; w
+wieczno&#347;&#263; zagadkow&#261; w&#281;drówk&#261;?.. A mo&#380;e trup
+s&#322;ysza&#322; je­szcze ?</p>
+
+<p>Któ&#380; wie? któ&#380; zgadnie?</p>
+
+<p>- Ojcze!.. ty &#380;yjesz!!.. tato... tatusiu!.. Biedna
+ja... biedna... nieszcz&#281;&#347;liwa... - bezzmiennie; tylko coraz ciszej i
+ciszej, rozlega si&#281; dalej u stóp starca wo&#322;anie Oli, w spazmach
+&#322;ka&#324; bolesnych, bezsilne, straszne w swej grozie, bólu - coraz
+beznadziej­niejsze.</p>
+
+<p>- Tatuniu!!.. Ta... tu... niu!.. - kona wreszcie krzyk
+m&#322;odej kokiety... Milknie, oddany echem parku, pogwarami sio&#322;a i pól
+szerokich... pó&#322;omdla&#322;&#261; i s&#322;ab&#261; &#380;on&#281; wynosi
+po&#347;piesznie na r&#281;kach Dzier&#380;ymirski z powleczonej kirem komnaty.</p>
+
+<p>Wystraszeni pod&#261;&#380;aj&#261; za nim wszyscy...</p>
+
+<p>To &#380;ycie ju&#380; ze &#347;mierci&#261; walczy&#263;
+poczyna&#322;o. Przepot&#281;&#380;ne w swej sile, nie lubi&#261;ce, by zapo­minano
+o niem, odrywa&#322;o w tej chwili despotycznie od nieboszczyka, w skupieniu
+otaczaj&#261;cych go dot&#261;d ludzi. Troska o &#380;ywym wzi&#281;&#322;a
+gór&#281;!..</p>
+
+<p>W promieniach radosnych jesiennego s&#322;o&#324;ca, w
+ciszy, graj&#261;cej tylko powa&#380;nym szumem drzew ogrodu - w chwilowym
+nie&#322;adzie wpó&#322; przygas&#322;ych &#347;wiec i poodsuwanych kwiatów,
+niewzruszony w swym majestacie &#347;mierci - umar&#322;y pozosta&#322; sam.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<center>***</center>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Od pogrzebu Januarego Gowartowskiego min&#281;­&#322;o dni
+kilka.</p>
+
+<p>W pogr&#261;&#380;onym ju&#380; we &#347;nie pa&#322;acu w
+Gowarto­wie pali&#322;o si&#281; jeszcze &#347;wiat&#322;o w jednym pokoju,
+rzucaj&#261;c w noc ciemn&#261; promie&#324; jaskrawy przez okien­ne szyby.</p>
+
+<p>W kancelaryjnym gabinecie dawnego pana, a dzi&#347; sypialni
+nowego dziedzica, Dzier&#380;ymirskiego, on sam, znu&#380;ony dniem minionym, a
+nader dla&#324; obfitym w niezwyk&#322;e zdarzenia, k&#322;ad&#322; si&#281; do
+snu i      z wolna rozbiera&#322;
+leniwie.</p>
+
+<p>Na stoliku obok &#322;ó&#380;ka sta&#322;a odkorkowana bu­telka
+szampana i kieliszek wysoki, z kryszta&#322;u, oraz odemkni&#281;te
+pude&#322;ko cygar.</p>
+
+<p>Roman po chwili zapali&#322; jedno z nich, nala&#322; sobie
+wina i wypi&#322; haustem jeden kielich, poczem zm&#281;czony, wsun&#261;wszy
+si&#281; pod ko&#322;dr&#281;, zgasi&#322; &#347;wiat&#322;o.</p>
+
+<p>Odetchn&#261;&#322; par&#281; razy g&#322;o&#347;no, z
+ulg&#261;, przeci&#261;gn&#261;&#322; si&#281;, a&#380; zatrzeszcza&#322;o
+staro&#347;wieckie &#322;o&#380;e, ziewn&#261;&#322; sma­kowicie,
+zaci&#261;gn&#261;wszy si&#281; za&#347; wyborowem cygarem, my&#347;le&#263;
+pocz&#261;&#322; o uko&#324;czonym dniu dzisiejszym, a prze­&#322;omowym w
+dotychczasowem &#380;yciu jego.</p>
+
+<p>Dzi&#347; to bowiem odby&#322;o si&#281; otwarcie testamen­tu
+nieboszczyka.</p>
+
+<p>Stosownie do woli zmar&#322;ego, córka jego stawa­&#322;a
+si&#281; jedyn&#261; spadkobierczyni&#261; kilkakro&#263;stotysi&#281;cznego
+maj&#261;tku...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski powtórnie wyci&#261;gn&#261;&#322;
+si&#281; z lubo­&#347;ci&#261; w szerokiem, szeleszcz&#261;cem
+po&#347;ciel&#261; &#322;o&#380;u.</p>
+
+<p>- Tak, kilkakro&#263;-stoty-si&#281;cz-nego... -
+szepn&#261;&#322; do siebie z zadowoleniem. U&#347;miechn&#261;&#322;
+si&#281;... Dwa dni temu jeszcze, jad&#261;c tu, a przeczuwaj&#261;c zgon ojca
+Oli, - by&#322; pewnym niemal, i&#380; on córk&#281; za
+niepos&#322;usze&#324;stwo wydziedziczy&#322;.</p>
+
+<p>Ju&#380; dnia nast&#281;pnego po przybyciu do Gowarto­wa
+przyjemnie bardzo rozwia&#322;y si&#281; jego trwogi; wzruszonej opowiadaniem o
+ostatnich chwilach pana Januarego córce, w obecno&#347;ci Romana,
+wr&#281;czy&#322; by&#322; Krasnostawski podarty w&#322;asnor&#281;cznie przez
+umiera­j&#261;cego ojca testament.</p>
+
+<p>On za&#347;, pomimo to, w&#261;tpi&#322; jeszcze... Ba&#322;
+si&#281; otwarcia ostatniej woli nieboszczyka, z&#322;o&#380;onej oficyalnie u
+notaryusza; i tutaj zdawa&#322; si&#281; przeczuwa&#263; pod­st&#281;p
+jaki&#347; mo&#380;e i przykr&#261; niespodziank&#281;. </p>
+
+<p>Dzi&#347; wreszcie pierzch&#322;y bezpowrotnie niepokoje
+ostatnie. Z ni&#261; ucieka&#322; równie&#380; strach bliskiego
+bezpieni&#281;&#380;nego jutra, które czeka&#322;o na&#324;, czyha&#322;o z
+wydaniem ostatnich paru tysi&#281;cy, pozosta&#322;ych z poprzedniej fortunki,
+&#380;yciem nad stan przez lat trzy lekko­my&#347;lnie wydanej.</p>
+
+<p>Tu Dzier&#380;ymirski u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;
+szydersko. </p>
+
+<p>Nie, stanowczo, pieni&#261;dz do niego si&#281; garnie!..
+Ten, który posiada&#322; dot&#261;d, cho&#263; wygrany, pali&#322; go
+cz&#281;stokro&#263;, pomimo wszystko, przypomnieniem prze­sz&#322;o&#347;ci.
+Sofizmatami wt&#322;umia&#322; w siebie wspomnienia gryz&#261;ce, lecz
+jednocze&#347;nie i instynktownie jakby roz­rzuca&#322;, pozbawia&#322;
+si&#281; grosza, tam, gdzie&#347; na dnie du­szy w&#322;asnej, cho&#263; nie
+przyznawa&#322; si&#281; pozornie do te­go, rad nawet b&#281;d&#261;c, i&#380;
+z&#322;oto w&#261;tpliwe sz&#322;o - nik&#322;o...</p>
+
+<p>Jakby otrz&#261;saj&#261;c si&#281; z tego samopoczucia,
+Dzier­&#380;ymirski poruszy&#322; si&#281; niespokojnie i powróci&#322;
+my&#347;l&#261; do tera&#378;niejszo&#347;ci mi&#322;ej.</p>
+
+<p>On i Ola - wszak to jedno. Dzi&#347; zatem, po­mimo praw
+miejscowych, de facto, stawa&#322; si&#281; panem okaza&#322;ej i
+pa&#324;skiej, w&#322;asnej fortuny.</p>
+
+<p>I pokryta, st&#322;umiona wa&#380;no&#347;ci&#261; chwili,
+smutkiem Oli, oraz ca&#322;ego domu - przez dzie&#324; ca&#322;y - teraz do­piero,
+w ciszy u&#347;pienia pa&#322;acu, w czterech &#347;cianach sypialni,
+rozsadza&#263; pocz&#281;&#322;o Dzier&#380;ymirskiemu piersi egoistyczne
+zadowolenie wewn&#281;trzne.</p>
+
+<p>Szczerze &#380;a&#322;owa&#263; zmar&#322;ego Roman w
+istocie nie móg&#322;. Poza innemi cechami charakteru dodatniemu i mi&#322;emi,
+arystokrata z przekona&#324;, nieprzyst&#281;pny i dumny wzgl&#281;dem tych,
+których pragn&#261;&#322; trzyma&#263; od siebie z daleka, takim tylko, a nie
+innym, okaza&#322; si&#281; nie&#380;yj&#261;cy pan January, w stosunku do
+dzisiejszego swego zi&#281;cia.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski nie bola&#322; wi&#281;c wcale nad
+strat&#261; te&#347;cia swego... Teraz za&#347;, powoli pal&#261;c cygaro,
+my&#347;l jego, przesun&#261;wszy si&#281; oboj&#281;tnie po wypadkach
+&#347;mierci pana Januarego i jego pogrzebu, zatrzymuj&#261;c si&#281; przy
+tych zdarzeniach tylko ze wzgl&#281;du na bole&#347;&#263; drogiej mu Oli -
+swobodna, pomyka&#322;a obecnie chy&#380;o w przysz&#322;o&#347;&#263;.</p>
+
+<p>Od jutra staje si&#281; panem!.. B&#281;dzie administro­wa&#322;
+dobra, zbiera&#322; dochody...</p>
+
+<p>I Romana upaja&#322;o to jutro!..</p>
+
+<p>Lat temu par&#281; skromny student, korepetytor bez grosza
+przy duszy, &#378;le odziany, od&#380;ywiany - biedny... Pó&#378;niej
+zrz&#261;dzeniem losu &#347;lepego w&#322;a&#347;ciciel sumki poka&#378;nej
+grosza... Dzi&#347; dziedzic, pan ca&#322;&#261;, g&#281;b&#261;!..</p>
+
+<p>- Do dyaska !.. - mrukn&#261;&#322; Dzier&#380;ymirski i
+u&#347;miechn&#261;wszy si&#281; z zadowoleniem, musia&#322; przyzna&#263;
+jednak, &#380;e &#347;wiat nie tak z&#322;y i nic nie wart, jak nazywa&#322; go
+ongi, w pesymizmu chwilach, i &#380;e &#380;ycie czasami bywa wcale mi&#322;em.</p>
+
+<p>- I có&#380; mog&#261; o mnie z&#322;ego powiedzie&#263;
+ludzie, &#347;wiat ca&#322;y? - rezonowa&#322; dalej w my&#347;lach swych
+Roman.</p>
+
+<p>- Nic zupe&#322;nie. O zgubie niezwróconej wszak nikt nic
+nie wie, ka&#380;dy za&#347; znaj&#261;cy mnie przedtem, gdy dzi&#347; mnie
+spotka, powie tylko z przekonaniem: Zuch, poradzi&#322; sobie w &#380;yciu!..</p>
+
+<p>- A jak? któ&#380; o to pyta&#263; b&#281;dzie...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski, poczuwszy znów pragnienie, w
+pó&#322;&#347;wietle pokoju odnalaz&#322; kieliszek i butelk&#281; szampana,
+któr&#261;, powodowany jakim&#347; dziecinnym wprost kaprysem, przyniós&#322;
+sam sobie wieczorem z "w&#322;asnej" piwnicy; nalawszy wina,
+napi&#322; si&#281; chciwie.</p>
+
+<p>Rado&#347;&#263; za&#347; jego wewn&#281;trzna, poza
+egoistycz­n&#261; samowiedz&#261; przysz&#322;ego bytu, mia&#322;a równie&#380;
+na jego obron&#281;, przyzna&#263; nale&#380;y, i szlachetniejsz&#261; pod­staw&#281;.</p>
+
+<p>- Teraz b&#281;d&#281; mia&#322; na to, by odda&#263; to, co
+zna­laz&#322;em - mówi&#322; sobie w&#322;a&#347;nie w tej chwili, trzyma­j&#261;c
+machinalnie w r&#281;ku wysoki kryszta&#322;owy kielich od wina, a w
+my&#347;lach bezwiednie i niejasno zara­zem uk&#322;ada&#322; ju&#380;
+wzgl&#281;dem tego plany na przy­sz&#322;o&#347;&#263;.</p>
+
+<p>- Ukrytym celem &#380;ycia mego b&#281;dzie
+znale&#378;&#263;, odszuka&#263; koniecznie zagadkowego w&#322;a&#347;ciciela
+zgubionych dwudziestu siedmiu tysi&#281;cy - szepta&#322; cicho Roman do
+siebie, - a oddawszy mu jego pieni&#261;dze, oczy&#347;ci&#263; si&#281; w ten
+sposób z plamy prze­sz&#322;o&#347;ci!..</p>
+
+<p>- Musz&#281; j&#261; zmaza&#263;! Czystym by&#263;
+musz&#281;!.. - z si&#322;&#261; powtórzy&#322; g&#322;o&#347;niej. -
+Cho&#263;bym mia&#322; &#347;wiat z posad poruszy&#263;! - doko&#324;czy&#322;
+z moc&#261; i umilk&#322;, a równocze&#347;nie w piersiach jego zapala&#322;a
+si&#281; teraz jaka&#347; gor&#261;czka czynu.</p>
+
+<p>Zdawszy za&#347; sobie natychmiast spraw&#281; z tego stanu
+swego, Dzier&#380;ymirski poruszy&#322; si&#281; w po&#347;cieli swej
+niespokojnie.</p>
+
+<p>- Tak, ja go znajd&#281;! - mówi&#322; sobie w my&#347;li
+dalej. - Znajd&#281;, dla tego cho&#263;by, i&#380; nie unika&#263; bo­ja&#378;liwie,
+jak dot&#261;d, ale &#347;mia&#322;o szuka&#263; go b&#281;d&#281;. Ale... - tu
+Roman zatrzyma&#322; si&#281; w my&#347;lach, - ale, by do­pi&#261;&#263; tego
+- powtórzy&#322; - wszak musz&#281; wyp&#322;yn&#261;&#263; na aren&#281;
+szersz&#261; &#347;wiata!.. Bo przecie&#380; tu, cho&#263; b&#281;d&#281; panem
+Gowartowa, nic przecie w tym wzgl&#281;dzie uczy­ni&#263; nie zdo&#322;am!..</p>
+
+<p>- A wi&#281;c - gdzie ?.. - dr&#281;czy&#263; go,
+m&#281;czy&#263; pocz&#281;&#322;o pytanie. Dzier&#380;ymirski brwi
+zmarszczy&#322;. </p>
+
+<p>Powtórnie, znowu poczu&#322; w sobie jak&#261;&#347;
+nieprzepart&#261; ch&#281;&#263; czynu, a równocze&#347;nie zrozumia&#322;
+nagle, &#380;e rado&#347;&#263; jego chwilowa, przelotna z odziedziczenia
+maj&#261;tku by&#322;a s&#322;omianym tylko ogniem!</p>
+
+<p>Bo, rzeczywi&#347;cie...</p>
+
+<p>Ambicya bowiem, czasem &#378;le umieszczona - poj&#281;ta,
+lecz jedna i ta sama zawsze, która dot&#261;d pcha&#322;a go &#347;lepo
+naprzód, i teraz, cho&#263; zosta&#322; panem i zdoby&#322;, czego
+pragn&#261;&#322;, uka&#380;e mu niew&#261;tpliwie inne znów braki obecnego
+po&#322;o&#380;enia, "i&#347;&#263;" naprzód ka&#380;e,
+wynie&#347;&#263; si&#281; ponad drugich zach&#281;ca&#263; b&#281;dzie -
+nurtuj&#261;ca, despotyczna - nie pozostawi go w spokoju!</p>
+
+<p>Wzi&#261;wszy za&#347; jeszcze pod uwag&#281; u&#347;piony
+wyrzut sumienia i ch&#281;&#263; zmazania plamy z w&#322;asnej uczciwo&#347;ci
+- przysz&#322;o&#347;&#263; ta, przed chwil&#261; jeszcze wymarzona, idealna...
+ju&#380; teraz przed wzrokiem Romana pokrywa&#322;a si&#281; cieniem.</p>
+
+<p>Samowiedza powy&#380;sza pokry&#322;a chmur&#261; na
+chwil&#281; pi&#281;kne rysy Dzier&#380;ymirskiego.</p>
+
+<p>- Ha!.. zobaczymy!.. - rzek&#322; zupe&#322;nie
+g&#322;o&#347;no, a wypiwszy do ko&#324;ca szampa&#324;skie wino, postawi&#322;
+kielich na stole tak silnie, &#380;e lejkowaty, delikatny, prys&#322; on i
+szcz&#261;tki kryszta&#322;u upad&#322;y z brz&#281;kiem na ziemi&#281;.</p>
+
+<p>Pierwszym ruchem pana na Gowartowie by&#322;o
+si&#281;gni&#281;cie po zapa&#322;ki, my&#347;l za&#347; zapalenia &#347;wiecy,
+by zebra&#263; szk&#322;o st&#322;uczone, przemkn&#281;&#322;a mu przez
+g&#322;ow&#281;.</p>
+
+<p>Powstrzyma&#322; si&#281; jednak i mrukn&#261;&#322; zcicha:</p>
+
+<p>- Po co? Mam przecie na zawo&#322;anie kamerdyra i dwóch
+lokai... Sprz&#261;tn&#261; jutro...</p>
+
+<p>Poczem, znu&#380;ony my&#347;lami, przytuli&#322;
+g&#322;ow&#281; do poduszki, usi&#322;uj&#261;c zasn&#261;&#263;.</p>
+
+<center>--------------</center>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>CZ&#280;&#346;&#262; DRUGA</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>By&#322;a wiosna...</p>
+
+<p>Od opisanych zdarze&#324; pi&#261;ta ju&#380; z kolei tak
+samo urocza zawsze, u&#347;miechni&#281;ta i weso&#322;a - nowa wiecznie, w
+zieleni i blaskach wschodzi&#322;a ona znowu nad &#347;wiatem. Pe&#322;na w
+przysz&#322;o&#347;&#263; wiary i nadziei krzepi&#322;a serca,
+rozja&#347;nia&#322;a umys&#322;y, sia&#322;a po twarzach ludzkich
+u&#347;miechy radosne, a rozogniaj&#261;c wyobra&#378;ni&#281;, zmys&#322;y -
+upajaj&#261;c swem tchnieniem, majo­wem, &#347;wie&#380;em - sz&#322;a
+zwyci&#281;ska, królewska, wspania&#322;a...</p>
+
+<p>Przez wpó&#322;przymkni&#281;te okno powiew jej,
+&#322;&#261;cz­nie z g&#322;uchym gwarem ulic wielkiego miasta, wdzie­ra&#322;
+si&#281; do umeblowanego powa&#380;nie, obszernego gabinetu, gdzie przy biurku
+okaza&#322;em, a zarzuconem papierami, listami, ksi&#281;gami i pismami,
+siedzia&#322; Ro­man Dzier&#380;ymirski i s&#322;ucha&#322; mówi&#261;cego
+co&#347; do niego m&#322;odego m&#281;&#380;czyzny.</p>
+
+<p>Po chwili ten&#380;e umilk&#322;, w pokoju zapanowa&#322;a cisza,
+zamykaj&#261;ca sna&#263; powa&#380;n&#261; i czas d&#322;u&#380;szy
+tocz&#261;c&#261; si&#281; rozmow&#281;.</p>
+
+<p>Roman zamy&#347;lony, uj&#261;wszy w dwa palce jaki&#347;
+papier, z&#322;o&#380;ony we czworo, postukiwa&#322; nim machinalnie o
+amarantowe sukno biurka, przybysz za&#347; mil­cza&#322;, wpatrzony w niego -
+na odpowied&#378; czeka&#322; cier­pliwie, bawi&#261;c si&#281; tymczasowo
+trzymanem w r&#281;ku no&#380;em do rozcinania.</p>
+
+<p>Go&#347;&#263; nieznajomy by&#322; niskiego wzrostu; twarz
+mia&#322; my&#347;l&#261;c&#261;, ruchliw&#261; i zmienn&#261;, ca&#322;a
+za&#347; jego powierzchowno&#347;&#263;, wyra&#378;nie zdradza&#263; si&#281;
+zdawa&#322;a, ko­go&#347; ze sfer finansów, lub przemys&#322;u.</p>
+
+<p>Przeniós&#322;szy niebawem wzrok z twarzy Dzier­&#380;ymirskiego
+na otaczaj&#261;ce go sprz&#281;ty w gabinecie, pobie&#380;nie
+przygl&#261;da&#263; mu si&#281; zacz&#261;&#322;.</p>
+
+<p>Rzuci&#322; wi&#281;c okiem na stoj&#261;cy opodal stó&#322;
+du&#380;y, przykryty zielonem suknem, a przeznaczony zapewne do sesyi i narad,
+na otaczaj&#261;ce go fotele, skór&#261; kryte, na dwie, szafy
+ksi&#261;&#380;ek, zegar - cacko staro&#380;ytne; ­spojrza&#322; na par&#281;
+konsol, stolików, i innych zbytkow­nych gracików - wreszcie, zniecierpliwiony
+d&#322;u&#380;­szem milczeniem gospodarza, zagadn&#261;&#322;:</p>
+
+<p>- Zatem... panie prezesie?</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski ockn&#261;&#322; si&#281;, i ju&#380;
+otwiera&#322; w&#322;a­&#347;nie usta, by co&#347; odrzec, lecz zatrzyma&#322;
+si&#281; nagle, drzwi bowiem skrzypn&#281;&#322;y, i wszed&#322; lokaj,
+trzymaj&#261;c du&#380;y list na tacy.</p>
+
+<p>- Jaki&#347; pan to przyniós&#322;, czeka&#322; bardzo
+d&#322;u­go, - obja&#347;ni&#322;, - w ko&#324;cu kaza&#322; mi list odda&#263;
+ja&#347;nie panu, a sam poszed&#322;...</p>
+
+<p>- Przepraszam pana!.. - rzuci&#322; Roman go&#347;cio­wi
+swemu - pan pozwoli, nieprawda&#380;? - i rozer­wa&#322; kopert&#281;
+przyniesionego pisma.</p>
+
+<p>Spojrza&#322; na &#263;wiartk&#281; papieru formatu
+handlowego, z kilkunastoma tylko wierszami, pisanymi czytelnie na maszynie, i
+kilkoma hieroglifami podpisów.</p>
+
+<p>Lokaj znik&#322; tymczasem, a, jednocze&#347;nie
+Dzier&#380;y­mirski, sko&#324;czywszy czytanie, ponownie zwróci&#322; si&#281;
+do go&#347;cia swego, lecz i tym razem znowu przeszko­dzono mu.</p>
+
+<p>Kto&#347; puka&#322; do drzwi dyskretnie.</p>
+
+<p>- Prosz&#281;!.. - rzek&#322; Roman g&#322;o&#347;no.</p>
+
+<p>Drzwi roztworzy&#322;y si&#281; szybko. Do gabinetu
+wszed&#322; m&#322;odzieniec bardzo wysoki, ubrany modnie, o
+powierzchowno&#347;ci wytwornej i pa&#324;skiej, oraz ruchach naturalnych,
+swobodnych, nerwowych nieco tylko i zbyt pr&#281;dkich.</p>
+
+<p>Przeprosiwszy po&#347;piesznie siedz&#261;cego przemy­s&#322;owca,
+Dzier&#380;ymirski zerwa&#322; si&#281; na widok wchodz&#261;cego.</p>
+
+<p>- Pardon...
+mille fois... pardon!.. Kochany pre­zesie, s&#322;ówko tylko
+jedno - mówi&#322; ju&#380; tymcza­sem przyby&#322;y, a ujrzawszy
+powstaj&#261;cego instynktownie go&#347;cia, do&#347;&#263; grzecznie
+rzuci&#322; w jego stron&#281;.</p>
+
+<p>- Przepraszam bardzo, stokrotnie... pana... se­kund&#281;
+tylko!.. - uj&#261;wszy za&#347; rami&#281; Dzier&#380;ymirskie­go,
+nachyli&#322; si&#281; ku niemu, odprowadzi&#322; dalej nieco i
+pó&#322;g&#322;osem mówi&#263; pocz&#261;&#322; co&#347;, z
+&#380;ywo&#347;ci&#261; i gestykulacy&#261;, stoj&#261;c z nim razem
+po&#347;rodku gabinetu.</p>
+
+<p>Po chwili, odprowadzony a&#380; do drzwi, z aten­cy&#261;
+wyra&#378;n&#261;, po&#380;egna&#322; si&#281; serdecznie z Romanem i
+znikn&#261;&#322; za portyer&#261; i drzwiami.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski tymczasem powraca&#322; ju&#380; do go­&#347;cia
+swego, a przeprosiwszy go raz jeszcze, doda&#322; na pozór niedbale:</p>
+
+<p>- To w&#322;a&#347;nie ksi&#261;&#380;&#281;-ordynat B... nie
+zna pan?... Mia&#322; do mnie interes bardzo pilny... Tu znów - wska­za&#322;
+na otrzyman&#261; przed chwil&#261; korespondency&#281;, - zaproszenie na
+ogólne zebranie akcyonaryuszów jednej z naszych kolei. Dzi&#347; mam
+pi&#281;&#263; sesyj... - ci&#261;gn&#261;&#322; dalej w tym samym tonie, - tam
+- uczyni&#322; g&#322;ow&#261; niewyra&#378;ny ruch ku drzwiom, - czeka masa
+interesantów... Wszystkie godziny dnia policzone...</p>
+
+<p>- Wobec tego - zatrzyma&#322; si&#281; znowu Roman­ - nie
+wiem doprawdy - mówi&#322; zwolna - czy przyj&#261;&#263; mog&#281; tak
+zaszczytny wybór panów... Po prostu nie mam w ogóle czasu... Nie, nie mog&#281;
+!</p>
+
+<p>Cie&#324; przeszed&#322; po obliczu nieznajomego,
+chcia&#322; co&#347; zaprotestowa&#263;, lecz Dzier&#380;ymirski ju&#380;
+mówi&#322;: </p>
+
+<p>- Przykro mi tylko, i&#380; panowie z tego powo­du ambaras
+prawdopodobnie mie&#263; b&#281;d&#261;... - zatrzy­ma&#322; si&#281;
+chwil&#281; i wskaza&#322; na trzyman&#261; do niedawna, w r&#281;ku
+odezw&#281; jednego z pierwszorz&#281;dnych akcyjnych towarzystw
+w&#281;glowych, w której donoszono mu w&#322;a&#347;nie o wyborze go podczas
+ostatniego zebrania akcyonaryuszów na przewodnicz&#261;cego w komisyi re­wizyjnej.</p>
+
+<p>- Lecz wyzna&#263; musz&#281; - ci&#261;gn&#261;&#322; dalej
+i u&#347;miech­n&#261;&#322; si&#281; przy tem z lekka, - &#380;e nawet
+czynno&#347;&#263;, proponowana mi przez panów, zastaje mnie ca&#322;kiem nie
+przygotowanym. Po prostu - tu po wargach Roma­na przemkn&#261;&#322; powtórnie
+u&#347;miech - dziedzina to rze­czy, dla mnie nie tak dok&#322;adnie i
+zupe&#322;nie znanych... Terra incognita... - sk&#322;oni&#322; g&#322;ow&#281;
+ruchem lekkim - stanowiska podobnego nie mia&#322;em jeszcze dot&#261;d...</p>
+
+<p>I Dzier&#380;ymirski zamilk&#322; na chwil&#281; poczem swo­bodnie
+dorzuci&#322;:</p>
+
+<p>- Ale! prawda... Zapomnia&#322;em jeszcze powiedzie&#263;
+szanownemu panu... Za par&#281; dni wyje&#380;d&#380;am na czas
+d&#322;u&#380;szy za granic&#281;, dla wypoczynku.</p>
+
+<p>Roman zatrzyma&#322; si&#281; i pytaj&#261;co spojrza&#322;
+na go­&#347;cia swego.</p>
+
+<p>- O!.. to najmniejsza... - odpar&#322; szybko prze­mys&#322;owiec
+- czynno&#347;&#263; komisyi w roku bie&#380;&#261;cym wy­pada dopiero za
+miesi&#281;cy kilka, a odbywa si&#281; w ogó1e niecz&#281;sto... Co za&#347; do
+pierwszego punktu... rzecz to równie&#380; ma&#322;ej wagi...</p>
+
+<p>- Nie chodzi nam bynajmniej o jednostk&#281; tak dalece
+rutynowan&#261;, - przepraszam za wyra&#380;enie ­i m&#322;ody cz&#322;owiek
+u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; lekko - lecz o cz&#322;owieka tych
+wp&#322;ywów i stanowiska, oraz zaufania szerokich kó&#322; naszego miasta,
+jakie pan prezes po paru latach zaledwie zdoby&#263; sobie potrafi&#322;, i
+które niew&#261;tpliwie, rzec mo&#380;na, posiada obecnie ju&#380; w zu­pe&#322;no&#347;ci...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski teraz z kolei u&#347;miechn&#261;&#322;
+si&#281; na tak jasne postawienie kwestyi. </p>
+
+<p>Rzeczywi&#347;cie, lat temu kilka, gdy nieznany tu
+zgo&#322;a jeszcze przyby&#322; osiedli&#263; si&#281; w mie&#347;cie,
+czy&#380;by &#347;ni&#322;o si&#281; nawet komu przyj&#347;&#263; do&#324; z
+tego rodzaju propozycy&#261;. B&#322;ysk zadowolenia mi&#322;o&#347;ci w&#322;asnej
+prze­mkn&#261;&#322; w tej chwili po licach Dzier&#380;ymirskiego.</p>
+
+<p>- Nie traci&#322;e&#347; czasu daremnie - mówi&#322; mu
+wewn&#281;trzny g&#322;os i uczucie pychy rozpiera&#322;o piersi. </p>
+
+<p>Milczeniu zaleg&#322;e przerwa&#322; tymczasem g&#322;os
+prze­mys&#322;owca.</p>
+
+<p>- Zatem - rzecz za&#322;atwiona nieprawda&#380;? Pan prezes
+- przyjmuje?...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski zawaha&#322; si&#281; sekund&#281;
+jeszcze, po­chlebstwo jednak, podane zr&#281;cznie, dzia&#322;a&#263;
+poczyna&#322;o. Zdecydowa&#322; si&#281; da&#263; odpowied&#378;
+przychyln&#261;.</p>
+
+<p>- No... trudno!.. - wycedzi&#322; z wolna, oboj&#281;tnie i
+z pozornym przymusem. Pomimo obowi&#261;zków i odpowiedzialno&#347;ci, które
+wk&#322;adaj&#261; na mnie czynno&#347;ci i stanowisko przewodnicz&#261;cego w
+komisyi, przyj&#261;&#263; ju&#380; chyba musz&#281;!..</p>
+
+<p>- Wybór panów akcyonaryuszów zreszt&#261; ta­kiego
+zwi&#261;zku, jakiem jest Towarzystwo panów - tu Roman sk&#322;oni&#322;
+si&#281; grzecznie w stron&#281; go&#347;cia swego, a b&#281;d&#261;cego -
+ci&#261;gn&#261;&#322; dalej - bez pochwa&#322; i przesady, w rozkwicie obecnym
+jednem z pierwszorz&#281;dnych w kraju - zaszczyt mi tylko przynosi - i
+Dzier&#380;y­mirski w tem miejscu przemówienia swego pochyli&#322; z lekka
+g&#322;ow&#281;. - Co za&#347; do czynno&#347;ci rewizyjnych, mam nadziej&#281;
+równie&#380; - ko&#324;czy&#322; - i&#380; chyba im podo&#322;am, tymbardziej -
+u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; tym razem nieco dumnie - &#380;e
+zaj&#281;&#263; bardzo podobnych, cho&#263; tak ró&#380;norodnych,
+piastuj&#281; od pewnego czasu moc niezli­czon&#261;...</p>
+
+<p>- O, naturalnie! - przy&#347;wiadczy&#322; go&#347;&#263;
+skwa­pliwie, - zreszt&#261; przyjemno&#347;&#263; mia&#322;em powiedzie&#263;
+ju&#380; panu prezesowi w toku rozmowy dzisiejszej, &#380;e zdaniem jest
+jednog&#322;o&#347;nem akcyonaryuszów naszego Towarzystwa, i&#380; w ca&#322;em
+mie&#347;cie nie ma for­malnie nikogo, kto by lepiej od pana prezesa
+czynno&#347;&#263; wzmiankowan&#261; obj&#261;&#263; zdo&#322;a&#322;.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski na to znowu pochlebstwo nowe w milczeniu
+nisko pochyli&#322; tylko g&#322;ow&#281; i powsta&#322; z siedzenia.</p>
+
+<p>Go&#347;&#263; jednocze&#347;nie z krzes&#322;a zerwa&#322;
+si&#281; szybko.</p>
+
+<p>- Dzi&#281;kuj&#281; i uciekam, panie prezesie, czas - to
+pieni&#261;dz, a przys&#322;owie to nigdzie chyba lepiej, ni&#380; tutaj,
+zastosowanem by&#263; nie mo&#380;e.</p>
+
+<p>- Prosz&#281; wyrazi&#263; tymczasowo moje podzi&#281;ko­wanie
+panom z Rady Zarz&#261;dzaj&#261;cej,- odpar&#322; uprzej­mie
+Dzier&#380;ymirski. - W sprawie tej zreszt&#261; wpadn&#281; osobi&#347;cie do
+biur Towarzystwa, przed mym wyjazdem.</p>
+
+<p>- S&#322;uga pa&#324;ski!.. - rzuci&#322; jeszcze
+przyby&#322;y w uk&#322;onie i w &#347;lad za tem znik&#322; za drzwiami. Dzier­&#380;ymirski
+krokiem miarowym przechadza&#263; si&#281; pocz&#261;&#322; po pokoju.</p>
+
+<p>- Wi&#281;c i ta akcyjna spó&#322;ka w&#281;glowa - my­&#347;la&#322;
+- obracaj&#261;ca kapita&#322;ami, najpot&#281;&#380;niejszymi mo&#380;e w
+kraju, ceniona, znana, wybra&#322;a go równie&#380;! Wi&#281;c i oni do&#324;
+przyszli! Wpo&#347;ród siebie nie znale&#378;li nikogo, godniejszego, by
+piastowa&#263; urz&#261;d, tak pe&#322;en zaufania!.. - w umy&#347;le Romana
+bezustannie nad in­nemi górowa&#322;o wra&#380;enie wizyty ostatniej.</p>
+
+<p>Duma wci&#261;&#380; rozsadza&#322;a mu piersi, u&#347;miech
+za­dowolenia b&#322;&#261;ka&#322; si&#281; po ustach; Roman, zamy&#347;lony,
+przebiega&#322; ci&#261;gle swój gabinet wielkimi krokami.</p>
+
+<p>Nagle rozmy&#347;lanie to, tak wielce dla&#324; mi&#322;e,
+przerwane zosta&#322;o wej&#347;ciem lokaja.</p>
+
+<p>- Jaka&#347; nieznajoma pani w &#380;a&#322;obie chce wi­dzie&#263;
+si&#281; z ja&#347;nie panem - zaanonsowa&#322;.</p>
+
+<p>- Jak si&#281; nazywa?</p>
+
+<p>- Oto bilet, ja&#347;nie panie...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski wzi&#261;&#322; z r&#261;k s&#322;ugi
+kartk&#281; brystolu i przeczyta&#322; wylitografowane na niej nazwisko; nic
+jednak nie powiedzia&#322;o mu ono. </p>
+
+<p>- Pro&#347;! - rzek&#322; krótko.</p>
+
+<p>Lokaj wyszed&#322;, a Dzier&#380;ymirski zbli&#380;y&#322;
+si&#281; z wol­na do swego biurka i usiad&#322; przed niem, spojrzaw­szy przy
+tem mimo woli na le&#380;&#261;ce tam porozrzucane papiery.</p>
+
+<p>- A... prawda!.. - mrukn&#261;&#322; pó&#322;g&#322;osem do
+sie­bie i si&#281;gn&#261;&#322; jednocze&#347;nie po papier listowy, oraz
+kopert&#281;.</p>
+
+<p>Przed nim, jako wice - prezesem zak&#322;adów do­broczynnych,
+le&#380;a&#322; list znanego w mie&#347;cie i wp&#322;ywowego ksi&#281;cia S.,
+z pro&#347;b&#261; o umieszczenie w jednym z przy­tu&#322;ków jakiego&#347;
+schorza&#322;ego biedaka.</p>
+
+<p>Odpowiedzi przychylnej w tej sprawie - któr&#261; dnia
+poprzedniego sam ju&#380; za&#322;atwi&#322; osobi&#347;cie - nie da&#322;
+jeszcze ksi&#281;ciu; umoczywszy wi&#281;c pióro, Roman po­cz&#261;&#322;
+pisa&#263; zamaszy&#347;cie.</p>
+
+<p>W tej samej chwili do komnaty wsun&#281;&#322;a si&#281;
+przysadzista, kr&#281;pa posta&#263; czarno ubranej kobiety. Ma&#322;ymi
+kroczkami podesz&#322;a natychmiast do biurka i przemówi&#322;a
+g&#322;o&#347;no:</p>
+
+<p>- Przepraszam bardzo, &#380;e tak natarczywie... </p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski, niezadowolony nieco, &#380;e mu tak z
+nag&#322;a przerwano w&#261;tek listu, spojrza&#322; niech&#281;tnie z pod oka
+na nowo przyby&#322;&#261;.</p>
+
+<p>Przed nim sta&#322;a kobieta lat
+pi&#281;&#263;dziesi&#281;ciu mo­&#380;e, o zn&#281;kanych rysach, ubrana nieco
+z staro&#347;wie­cka, do&#347;&#263; zreszt&#261; poza tem uk&#322;adnej
+powierzchow­no&#347;ci.</p>
+
+<p>- Niech pani spocznie, prosz&#281;... za chwil&#281;
+s&#322;u­&#380;&#281;! - rzek&#322; uprzejmie i pocz&#261;&#322; pisa&#263;
+znowu.</p>
+
+<p>- Doprawdy nie rozumiem sama, jak o&#347;mie­li&#322;am
+si&#281; przyj&#347;&#263; tutaj, ale szlachetno&#347;&#263;, zacno&#347;&#263;
+szanownego prezesa... - us&#322;ysza&#322; znowu Roman.</p>
+
+<p>Niecierpliwie tym razem wzniós&#322; na przyby&#322;&#261;
+spoj­rzenie i przerwa&#322; jej grzecznie, lecz sucho:</p>
+
+<p>- Przepraszam. Jak widzi szanowna pani, chwi­lowo
+zaj&#281;ty jestem... Wszak pani nie pilno?..</p>
+
+<p>- O, nie... przeciwnie... Tylko...</p>
+
+<p>Roman spu&#347;ci&#322; oczy i my&#347;l&#261;ce czo&#322;o,
+oraz pocz&#261;&#322; pisa&#263; dalej, najspokojniej w &#347;wiecie. W poko­ju
+zaleg&#322;o milczenie, przerywane li tylko zgrzytem pióra po papierze.</p>
+
+<p>Gdy Dzier&#380;ymirski list sko&#324;czy&#322;,
+podniós&#322; ma­chinalnie oczy na nieznajom&#261;.</p>
+
+<p>U&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; mimo woli; spotka&#322;
+si&#281; bowiem z dziwnie zabawnym i uszczypliwym wyrazem jej twarzy, oraz
+wejrzeniem z&#322;em i jakby obra&#380;onem, które pod niespodzianym wzrokiem
+jego z&#322;agodnia&#322;o jednak natychmiast, przeistoczy&#322;o si&#281; w
+s&#322;odkie i po­tulne, jak u baranka.</p>
+
+<p>Zaadresowawszy list, Dzier&#380;ymirski zadzwoni&#322; na
+lokaja. Gdy ten si&#281; zjawi&#322;, poleci&#322; mu odes&#322;a&#263; pismo
+natychmiast.</p>
+
+<p>- Czy jest kto? - zapyta&#322;.</p>
+
+<p>- Pan hrabia z Melsztyna... Czeka w salonie­ - brzmia&#322;a
+odpowied&#378;.</p>
+
+<p>- Powiedz, &#380;e przepraszam, i za chwil&#281; go
+prosz&#281;! - rozkaza&#322; Roman, gdy za&#347; lokaj znik&#322; za drzwiami,
+uprzejmie z kolei zwróci&#322; si&#281; do niezna­jomej.</p>
+
+<p>- S&#322;ucham pani&#261;... Czem s&#322;u&#380;y&#263;
+mog&#281;?</p>
+
+<p>Przyby&#322;a poprawi&#322;a si&#281; na krze&#347;le,
+zrobi&#322;a mi­n&#281; s&#322;odsz&#261; jeszcze, i zmieszana nieco
+przemówi&#322;a: </p>
+
+<p>- Mój m&#261;&#380;, znaj&#261;c tak dobrze szanownego pa­na
+prezesa, tak cz&#281;sto wspomina&#322; mi o jego szlachetno&#347;ci,
+zacno&#347;ci, dobrem sercu, &#380;e... - tu przerwa&#322;a na chwil&#281;,
+widz&#261;c zdumion&#261; min&#281; Dzier&#380;ymirskiego, poczem
+ci&#261;gn&#281;&#322;a znów dalej, straciwszy widocznie w&#261;­tek
+poprzednich my&#347;li, bo nie doko&#324;czy&#322;a ju&#380; poprze­dniego
+zdania:</p>
+
+<p>- Mój m&#261;&#380;, Nepomucyn, zawsze mawia&#322; mi takich
+ludzi potrzeba nam wi&#281;cej, jak prezes Dzier&#380;ymirski; ludzi hartu,
+&#380;elaznej woli, inteligencyi rzut­kiej, prawo&#347;ci charakteru... O, mój
+m&#261;&#380; bardzo, bar­dzo ceni&#322; pana prezesa... - i zawik&#322;awszy
+si&#281; pono­wnie w wyg&#322;aszane przez si&#281; pochwa&#322;y, nieznajoma
+zatrzyma&#322;a si&#281; chwil&#281;.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski, zniecierpliwiony nieco, skorzysta&#322;
+skwapliwie z przerwy.</p>
+
+<p>- Przepraszam pani&#261; - spyta&#322; grzecznie - jak
+godno&#347;&#263; i imi&#281; m&#281;&#380;a pani? Czy &#380;yje?...</p>
+
+<p>- Nepomucyn Wygrzywalski - odpar&#322;a zapyta­na -
+zmar&#322; rok temu... &#346;wie&#263;, Panie, nad jego dusz&#261;! -
+westchn&#281;&#322;a.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski zmarszczy&#322; brwi i zamy&#347;li&#322;
+si&#281; chwil&#281;.</p>
+
+<p>- Nie przypominam sobie, bym mia&#322; przyjem­no&#347;&#263;
+zna&#263; osob&#281; tego nazwiska... - wycedzi&#322; z wolna. </p>
+
+<p>Z pod u&#347;miechni&#281;tych s&#322;odkawo i mile,
+si&#322;&#261; woli u&#322;o&#380;onych rysów przyby&#322;ej, b&#322;ys&#322;o
+ku Romano­wi ura&#380;one i gro&#378;ne spojrzenie.</p>
+
+<p>- Jak to ? - odezwa&#322;a si&#281; obra&#380;onym nieco i
+kwaskowatym jakby tonem. - By&#263; nie mo&#380;e ?.. Pan prezes chyba
+przypomnie&#263; sobie tylko nie raczy...</p>
+
+<p>- A jak dawno? - &#322;agodniej nieco przemówi&#322;
+Dzier&#380;ymirski. - I ile razy - s&#322;owa ostatnie pod­kre&#347;li&#322;,
+u&#347;miechn&#261;wszy si&#281; ironicznie - widzia&#322; mnie m&#261;&#380;
+pani?</p>
+
+<p>- O! kilka razy zaledwie mia&#322; sposobno&#347;&#263;...­
+- po&#347;pieszy&#322;a z odpowiedzi&#261; przyby&#322;a. - Dwa, trzy
+mo&#380;e... Ale widzenie si&#281; to by&#322;o dla&#324; przyjemnem nad wyraz
+- utkwi&#322;o mu w pami&#281;ci...</p>
+
+<p>- Ach, m&#261;&#380; mówi&#322; mi tyle razy -
+ci&#261;gn&#281;&#322;a da­lej s&#322;odkawo, z wymuszonym
+okoliczno&#347;ciowym u&#347;miechem, - &#380;e, naturalnie, poza
+zas&#322;ugami spo&#322;eczne­mi, tak przyjemnego, sympatycznego, mi&#322;ego
+cz&#322;owie­ka, jak pan, nie zna&#322; by&#322; dot&#261;d, i dla tego
+te&#380; my­&#347;la&#322;am, &#380;e i pan prezes... - tu urwa&#322;a swe
+przemó­wienie pani Wygrzywalska, &#347;ledz&#261;c na twarzy Roma­na
+wra&#380;enie s&#322;ów swoich.</p>
+
+<p>Ten jednak&#380;e, zra&#380;ony nieco rzucanemi mu w twarz
+ni przypi&#261;&#322;, ni przy&#322;ata&#322;, pochlebstwami ju&#380;
+powtórnie, i ca&#322;kiem notabene, niezr&#281;cznie, odrzek&#322; zimno:</p>
+
+<p>- O, prosz&#281; pani... Ja widuj&#281; po trzydzie&#347;ci,
+czterdzie&#347;ci interesantów dziennie... Po&#322;owa z nich nieznan&#261; mi
+bywa zazwyczaj - liczbie tych wi&#281;c znajdowa&#322; si&#281; zapewne
+m&#261;&#380; pani... Dlatego te&#380; nie przy­pominam go sobie.</p>
+
+<p>Jak pocisk zjadliwe tym razem i ca&#322;kiem ju&#380;
+obra&#380;one uderzy&#322;o w lica Dzier&#380;ymirskiego spojrzenie pani
+Wygrzywalskiej.</p>
+
+<p>- Dziwi mnie to niewymownie, &#380;e tak upor­czywie pan
+prezes przypomnie&#263; sobie mego m&#281;&#380;a nie raczy... - odezwa&#322;a
+si&#281; uszczypliwie, a w glosie jej czu&#263; by&#322;o &#347;mierteln&#261;
+obraz&#281;.</p>
+
+<p>- Przecie&#380; ostatecznie - mówi&#322;a w tym sa­mym tonie
+dalej - jak i mnie, tak i jego, tu w mie­&#347;cie zna&#322;o du&#380;o osób...
+Nie dalej, jak hrabiowie Olscy, zacno&#347;ci i poczciwo&#347;ci ludzie, z
+którymi mnie &#322;&#261;czy nawet stosunek przyja&#378;ni... Wyjechali za gra­nic&#281;
+wczoraj w&#322;a&#347;nie... Nast&#281;pnie równie&#380; i
+nieod&#380;a&#322;owanej pami&#281;ci ksi&#261;&#380;&#281; Topór-Toporski
+Alfred tak &#322;askaw by&#322; za &#380;ycia opiekowa&#263; si&#281; nami... -
+ko&#324;czy­&#322;a przyby&#322;a z godno&#347;ci&#261;.</p>
+
+<p>- Chce zaimponowa&#263; mi znajomo&#347;ci&#261; z
+ksi&#261;&#380;&#281;­tami, a to orygina&#322; baba, - przemkn&#281;&#322;o
+przez my&#347;l Dzier&#380;ymirskiemu i u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;
+jednocze&#347;nie, zrobi&#322; bowiem i inn&#261; w tej chwili uwag&#281;, a
+mianowi­cie, &#380;e jako&#347; za wiele by&#322;o nieboszczyków w gronie
+ludzi, na których powo&#322;ywa&#322;a si&#281; siedz&#261;ca przed nim
+jejmo&#347;&#263;.</p>
+
+<p>Chc&#261;c przytem przeci&#261;&#263; zarazem
+zapowiadaj&#261;c&#261; si&#281; prawdopodobnie znów na d&#322;ugo tyrad&#281;
+s&#322;ów, pozbawionych, jak i poprzednie, &#347;cis&#322;ej logiki, rzek&#322;
+szybko:</p>
+
+<p>- Przepraszam bardzo: Nie mog&#322;a by mnie szanowna pani
+powiadomi&#263; jednak, czemu w&#322;a&#347;ciwie zawdzi&#281;czam jej
+wizyt&#281;?</p>
+
+<p>Na tak jasno postawione ultimatum zmiesza&#322;a si&#281;
+przyby&#322;a i wyj&#261;ka&#322;a:</p>
+
+<p>- Nie wiem doprawdy, jak ja, wdowa nie­szcz&#281;&#347;liwa,
+zdoby&#322;am si&#281; na tak&#261; &#347;mia&#322;o&#347;&#263;... Ale,
+przynaglona materyalnem po&#322;o&#380;eniem bez wyj&#347;cia, ufaj&#261;c w
+przyja&#378;&#324;, któr&#261; &#380;ywi&#322; mój m&#261;&#380; nieboszczyk do
+pana prezesa, chcia&#322;am prosi&#263; o drobn&#261; po&#380;ycz­k&#281;... -
+urwa&#322;a na chwil&#281;, poczem g&#322;osem &#347;mia&#322;ym ju&#380; teraz
+i godno&#347;ci pe&#322;nym, doda&#322;a:</p>
+
+<p>- Co do oddania - nie mo&#380;e by&#263; obawy &#380;adnej,
+poniewa&#380; ludzie mnie znaj&#261;... A zreszt&#261;... - tu u&#347;mie­chn&#281;&#322;a
+si&#281; z dumn&#261; - pochodz&#281; sama z arystokracyi, wi&#281;c...</p>
+
+<p>To &#8222;wi&#281;c" by&#322;o wypowiedziane takim tonem,
+i&#380; rozwiewa&#263; si&#281; zdawa&#322;o wszelkie co do zwrócenia kwoty
+w&#261;tpliwo&#347;ci; jejmo&#347;&#263; nie doko&#324;czy&#322;a zdania, a
+spojrza&#322;a tylko przenikliwie na s&#322;uchacza swego, jakby pragn&#261;c
+odgadn&#261;&#263;, jakie wra&#380;enie na&#324; uczyni&#322;o powiedzenie jej
+ostatnie.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski za&#347; tymczasem, zdziwiony nieco tym
+epilogiem, u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; pod w&#261;sem nieznacznie.</p>
+
+<p>- Czy wolno wiedzie&#263; - z której? - z kurtuazy&#261;
+zapyta&#322;.</p>
+
+<p>- Rodz&#281; si&#281; z domu kniaziówna R&#261;rowska - z
+godno&#347;ci&#261; i namaszczeniem odpar&#322;a dumnie wdowa.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski ponownie u&#347;miechn&#261;&#322;
+si&#281; z iro­ni&#261;. Rodzina ta prawie, &#380;e ju&#380; ca&#322;kiem
+wygas&#322;a, aczkolwiek dawna bardzo, wed&#322;ug heraldycznych i
+historycznych danych, nigdy nie mia&#322;a praw do &#380;ad­nych w ogóle
+tytu&#322;ów, prócz kopertowych chyba. </p>
+
+<p>S&#322;ysz&#261;c zatem wypowiedziane tak czelne k&#322;am­stwo,
+Roman nie odpowiedzia&#322; nic, a tylko wpatrzy&#322; si&#281; badawczo, z
+uwag&#261;, w twarz siedz&#261;cej przed nim kobiety.</p>
+
+<p>Od pocz&#261;tku ju&#380; samego dziwi&#322;y go jej rozmo­wa
+i zachowanie ca&#322;e, teraz wi&#281;c, gdy wiedzia&#322; cel wizyty, bystrym
+wzrokiem rozumnych oczu wpatrywa&#322; si&#281; wci&#261;&#380; w rysy
+przyby&#322;ej. Trwa&#322;o tak minut par&#281;.</p>
+
+<p>I pod spojrzeniem tem nagle spu&#347;ci&#322;a wzrok
+kobieta...</p>
+
+<p>Po raz pierwszy od kwadransa spad&#322;a z twa­rzy jej
+ob&#322;udna, fa&#322;szywa i uk&#322;adna, a przyodziana li tylko w imi&#281;
+pozorów, maska. Zorane policzki wdowy okrasi&#322; lekki rumieniec, a pod
+wp&#322;ywem jakiej&#347; my&#347;li zapewne, wyraz jej oblicza, prawdzi­wy i
+szczery, mign&#261;&#322; na chwil&#281; przed oczyma obser­wuj&#261;cego
+m&#281;&#380;czyzny.</p>
+
+<p>I to ocali&#322;o nieboraczk&#281;. Zniecierpliwiony bo­wiem
+dot&#261;d obecno&#347;ci&#261; jej Roman, i zdecydowany ju&#380; prawie
+wyprosi&#263; za drzwi kniaziówn&#281; "de domo", zamy&#347;li&#322;
+si&#281; nagle.</p>
+
+<p>Po chwili za&#347;, jakby wynik przelotnego egza­minu
+fizyonomii przyby&#322;ej, by&#322; dla&#324; wystarczaj&#261;cym
+zupe&#322;nie, spu&#347;ci&#322; wzrok.</p>
+
+<p>I sna&#263; wiele niek&#322;amanego, a tajonego bólu, oraz
+nieszcz&#281;&#347;cia prawdziwego mo&#380;e wyczyta&#322; by&#322; na tej
+twarzy go&#347;cia swego; bo po minutach jeszcze paru zastanowienia i wahania,
+milcz&#261;c, si&#281;gn&#261;&#322; r&#281;k&#281; klamki drzwiczek wbitej w
+&#347;cianie ogniotrwa&#322;ej ka­sy, i - wyj&#261;wszy stamt&#261;d papierek
+dziesi&#281;ciorublowy, po&#322;o&#380;y&#322; go na stole.</p>
+
+<p>Posun&#261;wszy za&#347; banknot ten z lekka ku siedz&#261;­cej,
+rzek&#322; tylko:</p>
+
+<p>- S&#322;u&#380;&#281; pani!</p>
+
+<p>Poczem, gdy pieni&#261;dz ów schowa&#322;a, obsypuj&#261;c
+ofiarodawc&#281; swego potokiem s&#322;odko przyprawionych komuna&#322;ów,
+zadzwoni&#322; na lokaja:</p>
+
+<p>Pos&#322;uszny, zjawi&#322; si&#281; s&#322;uga za
+chwil&#281;.</p>
+
+<p>- Pro&#347; pana hrabiego! - rozkaza&#322; Dzier&#380;y­mirski.</p>
+
+<p>- Ju&#380; wyszed&#322;. Mówi&#322;, &#380;e wpadnie kiedy
+indziej, bo czeka&#263; wi&#281;cej nie mia&#322; czasu... Kaza&#322; prze­prosi&#263;
+ja&#347;nie pana, bardzo i zostawi&#322; tu bilet swój, na którym co&#347; napisa&#322;,
+- i przy tych s&#322;owach lokaj poda&#322; bilet.</p>
+
+<p>Roman rzuci&#322; na&#324; okiem...</p>
+
+<p>Pani Wygrzywalska jednak przerwa&#322;a mu czy­tanie. Do
+swej roli wraca&#322;a powtórnie.</p>
+
+<p>- Przepraszam bardzo szanownego pana pre­zesa -
+pocz&#281;&#322;a mówi&#263; swym poprzednim tonikiem ­- ale wiedzie&#263;
+chcia&#322;am w&#322;a&#347;nie, jak adresowa&#263; mam przy zwrocie tej kwoty,
+tak wspania&#322;omy&#347;lnie, szlachetnie, mi udzielonej... Pan prezes
+podobno na d&#322;u­go wyje&#380;d&#380;a?..</p>
+
+<p>Roman na te s&#322;owa u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;
+z&#322;o&#347;liwie i odpar&#322;:</p>
+
+<p>- O, &#322;askawa pani ! Adresem zupe&#322;nie dosta­tecznym
+b&#281;d&#261; dwa s&#322;owa : "R. Dzier&#380;ymirski." &#379;egnam
+pani&#261;... - tu powsta&#322; z siedzenia i sk&#322;oni&#322; si&#281; z
+daleka.</p>
+
+<p>Po&#380;egnany z kolei uk&#322;onem sztywnym nieco od­chodz&#261;cej
+"pseudo-arystokratki", Dzier&#380;ymirski zwró­ci&#322; si&#281; do
+lokaja:</p>
+
+<p>- Jest kto? - zapyta&#322;. </p>
+
+<p>- Jaki&#347; pan powiada, &#380;e ja&#347;nie pana zna da­wno,
+chce si&#281; widzie&#263; koniecznie.</p>
+
+<p>- Jak wygl&#261;da?</p>
+
+<p>- Taki sobie... nie bardzo poka&#378;ny... </p>
+
+<p>Codziennie, od dziewi&#261;tej do dwunastej z ra­na,
+ka&#380;dy mia&#322; wst&#281;p wolny do "pana prezesa".
+Dzier&#380;ymirski nie odst&#281;powa&#322; nigdy od powzi&#281;tej raz
+regu&#322;y, tym razem wi&#281;c zarówno rzuci&#322; oboj&#281;tnie:</p>
+
+<p>- Pro&#347;!..</p>
+
+<p>Sam za&#347; do biurka zasiad&#322;, by sko&#324;czy&#263;
+czytanie biletu hrabiego z Melsztyna.</p>
+
+<p>Min&#281;&#322;o par&#281; minut.</p>
+
+<p>Zaczytany, nie spostrzeg&#322; by&#322; Roman, &#380;e na
+&#347;rod­ku pokoju od pewnego ju&#380; czasu sta&#322; m&#322;ody
+cz&#322;owiek, lat oko&#322;o trzydziestu pi&#281;ciu, i patrzy&#322; na&#324;
+upor­czywie.</p>
+
+<p>Pod si&#322;&#261; tego wzroku podniós&#322; oczy
+Dzier&#380;ymir­ski, a ujrzawszy przybysza zblad&#322;; pozna&#322; go bowiem
+od razu, nie da&#322; jednak pozna&#263; tego po sobie, nie podniós&#322;
+si&#281; z miejsca nawet, a tylko ruchem r&#281;ki oboj&#281;tnym wskaza&#322;
+krzes&#322;o.</p>
+
+<p>- Prosz&#281; pana... Przepraszam... za chwil&#281;...
+Nieznajomy zarumieni&#322; si&#281;, nie rzek&#322;szy nic je­dnak, usiad&#322;
+pokornie na koniuszczku sto&#322;ka, Dzier­&#380;ymirski za&#347;
+si&#281;gn&#261;&#322; po jakie&#347; ksi&#281;gi, le&#380;&#261;ce - opodal i
+zag&#322;&#281;bi&#322; si&#281; w nich, ze skupieniem.</p>
+
+<p>Ale tylko na pozór... W rzeczywisto&#347;ci za&#347; po­trzebowa&#322;
+czasu, by och&#322;on&#261;&#263; z doznanego przed chwil&#261; wra&#380;enia.</p>
+
+<p>Przed nim znajdowa&#322; si&#281; towarzysz, niewidzia­ny
+ju&#380; od lat siedmiu - jeden z dwóch pierwszych ludzi, z którymi si&#281; by&#322;
+zbrata&#322;, przyjechawszy  nie­gdy&#347;
+do kraju sam, nieznany i biedny!..</p>
+
+<p>I nagle, wywo&#322;ane przypomnieniem, stan&#281;&#322;y mu
+w my&#347;li jasno te chwile dawne !.. Ukaza&#322;a mu si&#281; &#380;ywo w
+wyobra&#378;ni straszna noc moralnego prze&#322;o­mu jego &#380;ycia, noc
+udr&#281;cze&#324; w izdebce na poddaszu - noc walki z uczciwo&#347;ci&#261; z
+jednej strony, a n&#281;dz&#261;, u&#322;ud&#261; mi&#322;o&#347;ci,
+pragnieniem &#380;ycia - z dru­giej!...</p>
+
+<p>Wszak siedz&#261;cy oto teraz przed nim m&#322;ody cz&#322;o­wiek
+by&#322; jednym z tych dwóch w&#322;a&#347;nie, którzy, gdy on nurza&#322;
+r&#281;ce w kusz&#261;cem go sw&#261; pot&#281;g&#261; z&#322;ocie, stukaniem
+nag&#322;em we drzwi ­izdebki wstrz&#261;sn&#281;li nim tak silnie...</p>
+
+<p>I Roman, przebiegaj&#261;c spojrzeniem w duchu to wszystko,
+mówi&#322; do siebie jednocze&#347;nie:</p>
+
+<p>- Dziwnem jednak jest to &#380;ycie nasze... O, jak&#380;e
+dziwnem !.. Gdyby nie to z&#322;oto, a pó&#378;niej Mon­te Carlo, Ola i
+&#347;mier&#263; jej ojca, oraz dziedzictwo po nim, nie by&#322;bym przecie
+nigdy tem, czem dzi&#347; jestem!..</p>
+
+<p>Przepastna ironia - ko&#322;o bez wyj&#347;cia!.. </p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski, pochylony nad grub&#261;
+ksi&#281;g&#261;, któ­rej cyfr i kolumn ich nie widzia&#322; zgo&#322;a -
+pogr&#261;&#380;onym si&#281; ci&#261;gle by&#263; zdawa&#322; ca&#322;kowicie,
+w rachunku i pracy.</p>
+
+<p>Milczenie zupe&#322;ne - panowa&#322;o w pokoju, w ciszy
+zegar wydzwoni&#322; niebawem godzin&#281; wpó&#322; do dwunastej. Roman
+si&#281; ockn&#261;&#322;; zostawa&#322;o mu ju&#380; tylko pó&#322; godziny
+czasu. Uczyni&#322; nad sob&#261; wysi&#322;ek i g&#322;o­sem spokojnym
+zupe&#322;nie przemówi&#322; oboj&#281;tnie:</p>
+
+<p>- Z kim mam przyjemno&#347;&#263; i czem
+s&#322;u&#380;y&#263; mog&#281;?..</p>
+
+<p>- Herman Zieli&#324;ski. Czy pan.. prezes napra­wd&#281;
+mnie sobie nie przypomina? - odpar&#322; m&#322;ody cz&#322;o­wiek dobitnie.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski zawaha&#322; si&#281; chwil&#281;.</p>
+
+<p>- Zieli&#324;skich znam wielu - rzek&#322; z wolna - nazwisko
+pa&#324;skie ma przedstawicieli tak licznych... Zreszt&#261;... mo&#380;e...
+Przykro mi bardzo, lecz doprawdy nie przypominam sobie...</p>
+
+<p>- Ja za to - odpowiedzia&#322; m&#322;odzieniec, akcen­tuj&#261;c
+silnie s&#322;owa - przypominam sobie a&#380; nadto dobrze... Poznali&#347;my
+si&#281; przed laty siedmiu; ja, pan i Jasio Zboi&#324;ski stanowili&#347;my
+przez czas jaki&#347; nie­rozerwaln&#261; nawet trójk&#281;. Potem... pan
+przesta&#322;e&#347; stopniowo nas poznawa&#263;... Kolej to zwyk&#322;a rze­czy
+&#347;wiata tego, prawo ludzkie - by&#263; mo&#380;e... Pan­
+wznosi&#322;e&#347; si&#281; po drabinie spo&#322;ecznej wysoko, my gi­n&#281;li&#347;my
+w cieniu... Pan dosi&#281;g&#322;e&#347; jej szczytów obe­cnie, my, to jest ja,
+zosta&#322;em u jej podnó&#380;a...</p>
+
+<p>Zatrzyma&#322; si&#281; w przemówieniu swem m&#322;ody
+cz&#322;owiek, po chwili za&#347; doda&#322;; z gorycz&#261;:</p>
+
+<p>- Jednak... my&#347;la&#322;em, &#380;e pan... prezes, po­mimo
+to, raczy mnie sobie przypomnie&#263;. Có&#380; ro­bi&#263; - omyli&#322;em
+si&#281;!.. - m&#322;odzieniec powsta&#322;, gotów do wyj&#347;cia.</p>
+
+<p>- Ale có&#380; znowu !.. - wykrzykn&#261;&#322;
+s&#322;uchaj&#261;cy go dot&#261;d w milczeniu wahaj&#261;cem si&#281;
+Dzier&#380;ymirski, a zarazem, powstawszy &#347;piesznie z miejsca, przy­ja&#378;nie
+wyci&#261;gn&#261;&#322; r&#281;k&#281; ku przyby&#322;emu.</p>
+
+<p>- Witam i przepraszam... Pami&#281;tam te czasy doskonale,
+tylko pan zmieni&#322;e&#347; si&#281; do niepoznania. Có&#380; Zboi&#324;ski,
+có&#380; pan - porabiacie teraz?.. Niech&#380;e pan spocznie, prosz&#281;
+bardzo... - dorzuci&#322; Roman &#322;askawie i swobodnie, teraz bowiem
+panowa&#322; ju&#380; ca&#322;­kiem nad sob&#261;.</p>
+
+<p>Zieli&#324;ski, poznany, usiad&#322; i o&#347;mielony
+odpar&#322;: </p>
+
+<p>- Cieszy mnie niewymownie, &#380;e pan przypo­minasz sobie
+lata owe.. Dla mnie, wyzna&#263; musz&#281;, okres ten ca&#322;y &#380;ycia
+mego stanowi przyjemne nader wspomnienie - urwa&#322;, i
+u&#347;miechn&#261;wszy si&#281; ironi­cznie, zachowuj&#261;c jeszcze swój
+ton  sprzed chwili, dorzuci&#322;
+dobitnie:</p>
+
+<p>- Ba, dawniej przecie my ze Zboi&#324;skim, we trójk&#281;,
+mówili&#347;my sobie "ty" nawet!</p>
+
+<p>- Có&#380; pana obecnie do mnie sprowadza? - przerwa&#322;
+Dzier&#380;ymirski po&#347;piesznie, niechc&#261;cy jakby, puszczaj&#261;c mimo
+uszu ostatni&#261; uwag&#281;.</p>
+
+<p>- Rad jestem niezmiernie z widzenia si&#281; na­szego, z
+przyjemno&#347;ci&#261; us&#322;u&#380;&#281;, je&#347;li b&#281;d&#281;
+móg&#322; to uczyni&#263;...- doda&#322; jeszcze, jak móg&#322;
+najprzychylniej.</p>
+
+<p>Cho&#263; zmro&#380;ony nieco pocz&#261;tkiem zdania, Zie­li&#324;ski
+spojrza&#322; przyja&#378;nie na Romana, poczem ode­zwa&#322; si&#281;:</p>
+
+<p>- Dzi&#281;kuj&#281;, i zobowi&#261;zany jestem panu bardzo,
+bardzo, panie... prezesie!., - u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; znowu,</p>
+
+<p>z gorycz&#261; - pocz&#261;tkowo jednak winienem w krótkich
+s&#322;owach obja&#347;ni&#263; go nieco o po&#322;o&#380;eniu mem obe­cnem.</p>
+
+<p>- S&#322;ucham - przerwa&#322; szybko Dzier&#380;ymirski i
+spojrza&#322; na wisz&#261;cy ma&#322;y zegarek, wskazuj&#261;cy w tej chwili
+trzy kwadranse na dwunast&#261;.</p>
+
+<p>Zieli&#324;ski dostrzeg&#322; ruch jego.</p>
+
+<p>- O! to nied&#322;ugo potrwa! - po&#347;pieszy&#322; z za­pewnieniem.</p>
+
+<p>- Nic nie szkodzi, prosz&#281; bardzo... - odpar&#322;
+Roman. - O pierwszej mam wa&#380;n&#261; sesy&#281;, a &#380;e
+wyje&#380;d&#380;am ju&#380; za dni par&#281;, obecno&#347;&#263; moja jest tam
+bez opó&#378;nienia konieczn&#261;. Ale... s&#322;ucham pana... - po­wtórzy&#322;
+znowu uprzejmie.</p>
+
+<p>- Otó&#380; wi&#281;c, streszczam - rzek&#322;
+Zieli&#324;ski.</p>
+
+<p>- &#379;ycie moje odmiennem potoczy&#322;o si&#281; kory­tem
+od &#380;ycia pa&#324;skiego, a nawet Zboi&#324;skiego Jana. Pan - nie ma co
+mówi&#263; o tem ; ca&#322;e miasto godzi si&#281; jednog&#322;o&#347;nie,
+&#380;e o zdolniejszego i bardziej wp&#322;ywowego zarazem cz&#322;owieka u nas
+trudno... Zboi&#324;ski jest lekarzem na prowincyi i wiedzie mu si&#281; niezgo­rzej,
+a ja... - tu Zieli&#324;ski zatrzyma&#322; si&#281; chwil&#281; - zosta&#322;em
+za wami, panowie, w tyle, o, bardzo w ty­le nawet!... Dlaczego? któ&#380;
+odgadnie ?.. Zdawa&#322;oby si&#281;, &#380;e los nie posk&#261;pi&#322; mi
+zdolno&#347;ci; szko&#322;y uko&#324;­czy&#322;em, z medalem, prawo, z
+odznaczeniem, ale, nie­stety, los nie obdarzy&#322; mnie szcz&#281;&#347;ciem
+do &#380;ycia! - M&#322;ody cz&#322;owiek znowu, wzruszony jakby mimowolnie,
+mówi&#263; przesta&#322;.</p>
+
+<p>- Trzy lata temu - ci&#261;gn&#261;&#322; dalej niebawem -
+o&#380;eni&#322;em si&#281; z mi&#322;o&#347;ci, bez grosza... - rysy,
+do&#347;&#263; regularne Zieli&#324;skiego o&#380;ywi&#322;y si&#281;
+promieniem wewn&#281;trz­nym - kocha&#322;em j&#261;, t&#281; moj&#261;
+Maniut&#281;, tak, jak kocham j&#261; do dzi&#347; dnia jeszcze, cho&#263; jak
+nie mia&#322;a, tak i nie ma ani szel&#261;ga posagu!.. Obecnie mam troje
+drobiaz­gu... - tu z kolei twarz go&#347;cia Romana zas&#281;pi&#322;a si&#281;
+smutnie, zatrzyma&#322; si&#281;, jakby trudno mu by&#322;o wy­krztusi&#263;
+reszt&#281;, czo&#322;o za&#347; bia&#322;e pociemnia&#322;o mu od
+rumie&#324;ca - jednem s&#322;owem - doko&#324;czy&#322; - w domu u mnie -
+n&#281;dza!..</p>
+
+<p>Umilk&#322;, nie podnosz&#261;c oczu. Po d&#322;u&#380;szej
+chwili, ci&#261;gn&#261;&#322;:</p>
+
+<p>- Pomny naszej dawnej znajomo&#347;ci, przysze­d&#322;em tu,
+do pana prezesa, z pokorn&#261; pro&#347;b&#261; o posa­d&#281;, o prac&#281;,
+cho&#263; byle jak&#261;, ale - p&#322;atn&#261;, o zarobek, bo
+ja&#322;mu&#380;ny nie zwyk&#322;em przyjmowa&#263;!.. Byle z g&#322;odu nie
+umrze&#263;... byle os&#322;odzi&#263; &#380;ycie tej kobiecie, która mnie
+kocha, a której doli dot&#261;d w &#380;adny sposób ul­&#380;y&#263; nie
+mog&#281;!.. - wyrzuci&#322; z siebie z moc&#261;.</p>
+
+<p>Zamilk&#322; i wstydz&#261;c si&#281; jakby s&#322;ów
+w&#322;asnych, nie podnosi&#322; ju&#380; wcale oczu na Romana. </p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski za&#347; z kolei przez czas ten ca&#322;y
+&#347;ledzi&#322; s&#322;owa i gr&#281; fizyonomii Zieli&#324;skiego, a w my­&#347;lach
+jego równocze&#347;nie stan&#261;&#322; wyra&#378;nie kontrast ra­&#380;&#261;cy,
+pe&#322;ny ironii, mi&#281;dzy &#380;yciem jego, a &#380;yciem tego oto
+Hermana, znanego mu dobrze, jako najzdolniej­szego studenta uniwersytetu - z
+przed laty... Stanowczo nie pop&#322;aca by&#263; idealist&#261;!</p>
+
+<p>O&#380;eni&#322; si&#281; bez maj&#261;tku... No, a gdyby
+tak on, Roman Dzier&#380;ymirski, zgrzeszy&#322; by&#322; idealizmem, i biedak,
+ale nieposzlakowany, uczciwy, pozby&#322; si&#281; przed laty nietkni&#281;tych
+banknotów i o&#380;eni&#322; si&#281; nast&#281;pnie z jak&#261;
+dziewczyn&#261; zupe&#322;nie biedn&#261; ?..</p>
+
+<p>- No, w ka&#380;dym b&#261;d&#378; razie, jako&#347;
+da&#322;bym tam sobie rad&#281;! - odpowiedzia&#322;o co&#347; butnie w duchu
+Roman natychmiast. - Posiadam hart, wol&#281;, rozum, rzutko&#347;&#263;, dar
+oryentowania si&#281; trafnego, i spryt - to wiele; a on? Szlachetny, zdolny,
+lecz jednak tro­ch&#281;... g&#322;upi!</p>
+
+<p>- Ale czysty ! - uk&#322;u&#322;o co&#347;, jakby
+&#380;&#261;d&#322;em Romana. Spu&#347;ci&#322; g&#322;ow&#281; i
+s&#322;uchaj&#261;c dalej losów ko­legi Zieli&#324;skiego, mówi&#322; sobie
+zarazem:</p>
+
+<p>- Jednak pomóc trzeba... nale&#380;y. Dla wspo­mnie&#324;,
+no, i dla zasady.</p>
+
+<p>Gdy za&#347; dawny towarzysz mówi&#263; ju&#380;
+przesta&#322;, odezwa&#322; si&#281; z kolei:</p>
+
+<p> - Wi&#281;c
+&#380;yczy&#322;by pan sobie otrzyma&#263; zapewne miejsce na kolei, gdzie
+jestem prezesem... Niestety, nie mog&#281;, postanowi&#322;em bowiem podczas
+ca&#322;ego trwania tam moich rz&#261;dów, od siebie nie narzuca&#263;
+nikogo... Ale móg&#322;bym pomie&#347;ci&#263; pana gdzie indziej. W Banku
+Handlowo-Przemys&#322;owym, na przyk&#322;ad, na­le&#380;&#281; do
+zarz&#261;du... Czy znane s&#261; panu: rachunkowo&#347;&#263; kupiecka,
+buchalterya i j&#281;zyki obce biegle, jak fran­cuski, niemiecki, a mo&#380;e i
+angielski`?..</p>
+
+<p>- Niestety, nie! - odpar&#322; Zieli&#324;ski. - Facho­wego
+wykszta&#322;cenia nie posiadam, gimnazya klasy­czne za&#347; i wydzia&#322;
+prawny uniwersytetu nie wyszkoli&#322;y mnie dostatecznie w &#380;adnym z
+nowo&#380;ytnych j&#281;zy­ków europejskich... Co innego grecki i
+&#322;acina... Co si&#281; za&#347; tyczy rachunkowo&#347;ci, poza
+arytmetyk&#261; i matematyk&#261; wy&#380;sz&#261;, t. j. algebr&#261;,
+geometry&#261;, trygonomet­ry&#261;, inn&#261; s&#322;u&#380;y&#263; nie
+mog&#281;...</p>
+
+<p>I machn&#261;wszy przy tych s&#322;owach r&#281;k&#261;, w
+znie­ch&#281;ceniu, m&#322;odzieniec, westchn&#261;wszy smutnie, doda&#322;. </p>
+
+<p>- Zreszt&#261;, panie prezesie, mówi&#261;c szczerze
+ca&#322;kiem, przekonywam si&#281; teraz coraz bardziej, i&#380; szko­&#322;y
+nie da&#322;y mi zgo&#322;a &#380;adnej nauki &#380;yciowej i pra­ktycznej.</p>
+
+<p>- Ma pan s&#322;uszno&#347;&#263;, zapewne... -
+potwierdzi&#322; Roman. - Niedaleko, szczególniej przy obecnej nadprodukcyi w
+naszem mie&#347;cie ludzi fachowych, zajecha&#322;by&#347; pan ze swym
+dyplomem, ale nie martw si&#281; pan... Spotka&#322;e&#347; mnie na swej
+drodze. Ja zaprote­guj&#281; pana po pierwsze w imi&#281; lat dawnych, po
+drugie, &#380;e nale&#380;ysz pan, jak widz&#281;, do prawdziwie
+potrzebuj&#261;cych pracy! - ostatnie s&#322;owa silniej zaakcentowa&#322;
+Dzier&#380;ymirski. - ­Czy &#322;adny i czytelny masz pan charakter pisma?</p>
+
+<p>- Owszem, staranny i czytelny w zupe&#322;no&#347;ci! - ­po&#347;pieszy&#322;
+z odpowiedzi&#261; Herman.</p>
+
+<p>- No, to dobrze - odpar&#322; Roman, i przy tych
+s&#322;owach si&#281;gn&#261;&#322; do stoj&#261;cego na biurku pude&#322;eczka
+po bilet wizytowy. - Napisz&#281; s&#322;ówko do Dyrekcyi Towarzystwa Ogniowego
+"Esperanza"... Z dyrekto­rem jestem w &#347;cis&#322;ych bardzo
+stosunkach, w tych dniach oprócz tego sam z nim pomówi&#281; - odmówi&#263; mi
+nie mo&#380;e... Od pierwszego przysz&#322;ego miesi&#261;ca dadz&#261; panu
+posad&#281;. Przypuszczam, i&#380;... na pocz&#261;tek z jakie&#347; 500
+rubli... B&#281;dziesz pan obrachowywa&#322;, sprawdza&#322;, a potem
+przepisywa&#322; zapewne ubezpieczeniowe polisy... Jak si&#281; pan za&#347;
+wprawisz w owem przepisywaniu, wyrobi&#281;, i&#380; dadz&#261; panu po­lisy do
+kopjowania w domu, w ten sposób zarobisz pan wi&#281;cej. Zgoda?...</p>
+
+<p>- Ale&#380; naturalnie - dzi&#281;kuj&#281; stokrotnie,
+dzi&#281;­kuj&#281; po tysi&#261;c razy! Wdzi&#281;czno&#347;&#263; moja, panie
+pre­zesie, nie ma granic!... - i zerwawszy si&#281; z krzes&#322;a, Zieli&#324;ski,
+wzruszony i uradowany, u&#347;cisn&#261;&#322; z przej&#281;ciem d&#322;o&#324;
+Romana.</p>
+
+<p>Ten ostatni, napisawszy s&#322;ów kilka,
+zapiecz&#281;towa&#322; list i powsta&#322;, a podaj&#261;c go m&#322;odemu
+cz&#322;owiekowi, rzek&#322;:</p>
+
+<p>- &#379;ycz&#281; szcz&#281;&#347;cia i powodzenia!.. Bardzo
+kon­tent równie&#380; jestem, &#380;e pan zwróci&#322;e&#347; si&#281;
+bezpo&#347;rednio do mnie, i &#380;e znajomo&#347;&#263; nasz&#261;
+odnowili&#347;my znowu... Doktorowi Zboi&#324;skiemu moje uk&#322;ony, gdy go
+pan zobaczysz!..</p>
+
+<p>I Roman Zieli&#324;skiemu poda&#322; r&#281;k&#281;.</p>
+
+<p>- Dzi&#281;kuj&#281;... Nie zapomn&#281; tego panu nigdy!..­
+- z serdecznem ciep&#322;em w g&#322;osie odpar&#322; m&#322;odzieniec,
+&#347;ciskaj&#261;c d&#322;o&#324; dawnego swego towarzysza.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski odprowadzi&#322; go uprzejmie do drzwi, a
+gdy z Zieli&#324;skim znik&#322;o mu z przed oczu przesz&#322;o&#347;ci widmo,
+odetchn&#261;&#322; swobodniej, i zadzwo­ni&#322; na, lokaja.</p>
+
+<p>Ten zjawi&#322; si&#281; natychmiast, nios&#261;c w
+r&#281;ku tac&#281; z kilkoma biletami.</p>
+
+<p>- Czekaj&#261; jeszcze? - zapyta&#322; Roman, i
+spojrza&#322; pobie&#380;nie na bilety, a równocze&#347;nie wyj&#261;&#322; z
+kieszeni zegarek, wskazuj&#261;cy ju&#380; par&#281; minut po dwunastej.</p>
+
+<p>- Przepro&#347; tych panów i powiedz, &#380;e dzi&#347; za ­pó&#378;no!..
+- rzuci&#322; czekaj&#261;cemu s&#322;udze.</p>
+
+<p>Lokaj wyszed&#322;, a Dzier&#380;ymirski przechadza&#263;
+si&#281; pocz&#261;&#322; z wolna po pokoju i cygaro zapali&#322;,
+wypuszczaj&#261;c od niechcenia z ust ma&#322;e kó&#322;eczka dymu.</p>
+
+<p>Ca&#322;y by&#322; jeszcze pod wra&#380;eniem ostatniej wizy­ty,
+oraz tej od&#380;y&#322;ej z ni&#261; tak nagle &#347;wie&#380;o minionej
+przesz&#322;o&#347;ci.</p>
+
+<p>I Dzier&#380;ymirskiemu czo&#322;o poora&#322;o si&#281; w
+drobne bruzdy, zamy&#347;lony wci&#261;&#380; tak samo, nerwowym krokiem
+przebiega&#322; komnat&#281;.</p>
+
+<p>Od lat kilku, gdy o&#380;eni&#322; si&#281; by&#322; z
+Ol&#261;, nie zmieni&#322; si&#281; Roman prawie &#380;e wcale. Ta sama
+inteligentna i pi&#281;kna twarz po&#322;udniowca, ta&#380; sama m&#322;o­dzie&#324;cza
+szybko&#347;&#263; ruchów, oraz niezmienna wytwor­no&#347;&#263; sylwetki
+ca&#322;ej - cechowa&#322;y go obecnie tak, jak i przed paru laty.</p>
+
+<p>A ile&#380;, ile&#380; zdarze&#324; przewin&#281;&#322;o
+si&#281; dot&#261;d w &#380;y­ciu jego!</p>
+
+<p>Po odbyciu &#380;a&#322;oby na wsi, w Gowartowie, przy­jecha&#322;
+z Ol&#261; do miasta. Tu, dzi&#281;ki dziedzictwu pana Januarego,
+po&#322;o&#380;eniu towarzyskiemu &#380;ony i, odnowionym w&#322;asnym
+stosunkom, zdoby&#322; Roman to, co do dzi&#347; dnia posiada&#322;.</p>
+
+<p>Energiczny, rzutki, gi&#281;tki, sprytny i pe&#322;en am­bicyi
+zaszed&#322; wysoko. Ola kocha&#322;a go dot&#261;d niezmiennie, ludzie korzyli
+si&#281; przed jego rozumem, stosun­kami, wp&#322;ywami, a jednak nie by&#322;
+on zgo&#322;a szcz&#281;­&#347;liwym!..</p>
+
+<p>I teraz po twarzy jego odgadn&#261;&#263; to równie&#380;
+&#322;atwe by&#322;o. Cierpia&#322;...</p>
+
+<p>Rozpami&#281;tuj&#261;c w my&#347;lach
+przesz&#322;o&#347;&#263; w&#322;asn&#261;, zapomnia&#322; wida&#263;
+zupe&#322;nie o tera&#378;niejszo&#347;ci. Niby wczorajsze &#347;wie&#380;e, we
+wspomnieniach &#380;y&#322;y znów te lata minione, dawne... Jak fata morgana
+u&#322;udna mami&#322;y wzrok duszy jego niedo&#347;cig&#322;&#261;, bo
+bezpowrotn&#261; ju&#380; dal&#261;, rozpierzcha&#322;y si&#281;, nieuchwytne,
+to znów wra­ca&#322;y jawne - &#380;ywe!</p>
+
+<p>Widzia&#322; si&#281; wi&#281;c Roman w po&#347;lubnym roku
+mi­&#322;o&#347;ci wzajemnej, haszyszów i upoje&#324;, z dysonansem
+&#347;mierci te&#347;cia swego na ko&#324;cu i widzia&#322; siebie potem lata
+ca&#322;e w ci&#261;g&#322;ych zabiegach, trudach, w praw­dziwej,
+nami&#281;tnej energii czynu, w bezustannej go­nitwie za
+popularno&#347;ci&#261;, wielko&#347;ci&#261; i znaczeniem.</p>
+
+<p>Wznie&#347;&#263; si&#281;!.. wznie&#347;&#263; ponad
+drugich, ponad t&#322;umy - to sta&#322;o si&#281; &#380;ycia jego celem!..
+Widzie&#263; kornemi te ludzkie masy u stóp swoich - marzeniem - pomimo
+samopoznania w g&#322;&#281;bi duszy, &#380;e na to wszystko nie zas&#322;uguje
+si&#281; zgo&#322;a, pomimo gryz&#261;­cej go, jak jad, tocz&#261;cej go, jak
+robak, samowiedzy, &#380;e on moralnie nie godzien mo&#380;e &#380;adnego z
+tych, któ­rzy go ponad siebie wynosz&#261;!..</p>
+
+<p>Bo rzecz zaiste dziwna... Setki zdarze&#324;, tysi&#261;­ce
+ludzi przemkn&#281;&#322;y, jak w kalejdoskopie, w &#380;yciu Romana, a
+tajemnica jego odleg&#322;ego "wczoraj", pozosta&#322;a nadal -
+tajemnic&#261;... Nikt jej nie odkry&#322;, nikt nie przypomnia&#322;. O
+w&#322;a&#347;cicielu dwudziestu siedmiu tysi&#281;cy g&#322;ucho i cicho
+by&#322;o, jakby fakt ten ca&#322;y by&#322; li tylko snem strasznym,
+zakl&#281;t&#261; bajk&#261; z tysi&#261;ca i je­dnej nocy!</p>
+
+<p>A tymczasem &#380;ycie, tocz&#261;c si&#281; wartkiem
+ko&#322;em, poch&#322;ania&#322;o sob&#261; Romana, poch&#322;ania&#322;o go
+tak dalece, &#380;e bywa&#322;y chwile, i&#380; zapomina&#322;. Ale, niestety,
+by&#322;y to tylko... chwile.</p>
+
+<p>Sumienie uparcie czuwa&#322;o bezustannie. Nie by&#322;o
+dnia jednego, by Dzier&#380;ymirski w cicho&#347;ci ducha nie uchyli&#322;
+g&#322;owy przed przypomnieniem strasznem; nie mija&#322; miesi&#261;c, by
+godzin kilka, z dala od ludzi, nie by&#322; zmuszonym przep&#281;dzi&#263; sam
+na sam ze sob&#261; i z wyrzuta­mi sumienia.</p>
+
+<p>O! jak&#380;e pragn&#261;&#322; on nieraz odda&#263; to
+z&#322;oto cu­dze, jak pragn&#261;&#322;!..</p>
+
+<p>Odda&#263;! Ale komu?.. Zwróci&#263;, ale jak, nawet gdyby
+si&#281; i zna&#322;az&#322; w&#322;a&#347;ciciel zagadkowy, by nie
+splami&#263; nieskazitelnego po&#322;ysku czci w&#322;asnej, honoru i opinii
+cz&#322;owieka, przoduj&#261;cego spo&#322;ecze&#324;stwu ca­&#322;emu?..</p>
+
+<p>W tym samym, ozdobionym granacikow&#261; koro­n&#261;
+hrabiowsk&#261;, pugilaresie, le&#380;a&#322;y od&#322;o&#380;one przeze&#324;
+na miejsce, owe dwadzie&#347;cia siedem tysi&#281;cy, w banknotach i rulonach
+z&#322;ota, schowane w tajemnej i ni­komu nie znanej skrytce. Przeznaczone dla
+zagad­kowego w&#322;a&#347;ciciela - czeka&#322;y one na&#324; tam dare­mnie.</p>
+
+<p>Bo gdyby&#380; przynajmniej, cho&#263; promykiem ma­&#322;ym,
+rozdar&#322;a si&#281; ta tajemnicza ciemno&#347;&#263;, kryj&#261;ca
+dot&#261;d w swych czelu&#347;ciach bezustannej zagadki praw­nego
+pieni&#281;dzy tych pana!</p>
+
+<p>Och, wtedy, b&#281;d&#261;c cho&#263; troch&#281;
+przygotowanym, niew&#261;tpliwie da&#322;by on jako&#347; sobie rad&#281;!
+Wola&#322;by bowiem zobaczy&#263; nawet roztwieraj&#261;c&#261; si&#281; przed
+nim przepa&#347;&#263; bez wyj&#347;cia, gdy&#380; ufny w swój rozum, zna­laz&#322;by
+je na pewno, ni&#380; widzie&#263; ci&#261;gle przed sob&#261; ten pe&#322;ny
+milczenia sfinksowy spokój, id&#261;cego przed nim ciemnego,
+nieodwo&#322;alnego jutra!.. Przestrasza&#322; go on - przejmowa&#322;
+zgroz&#261;...</p>
+
+<p>Bo Dzier&#380;ymirski poza licznemi zaj&#281;ciami swemi
+spo&#322;ecznej natury, czyni&#322; dot&#261;d niemal bez skutku wszystko, aby
+zrzuci&#263; z siebie, ju&#380; raz na dobre, gnio­t&#261;cy go skrycie
+ci&#281;&#380;ar wspomnienia!..</p>
+
+<p>Podawa&#322; wi&#281;c kilkakrotnie nad wyraz przebie­gle i
+sprytnie og&#322;oszenia w pismach, nie tylko w kra­ju, ale i za granic&#261;,
+w nadziei, i&#380; wpadnie na trop w&#322;a&#347;ciwy.</p>
+
+<p>Sam pozatem odby&#322; kilka tajnych wycieczek do ludzi, o
+których wiedzia&#322;, &#380;e zgubili niegdy&#347;, bez znalezienia, sumy
+wi&#281;ksze...</p>
+
+<p>Zbadawszy ich jednak podst&#281;pnie, z ostro&#380;na, wraca&#322;
+zawsze z niczem. Zagadka trwa&#322;a.</p>
+
+<p>Teraz wreszcie równie&#380;, nie dalej, jak za dni ju&#380;
+kilka, postanowi&#322; Roman raz jeszcze uczyni&#263; pró­b&#281; w tym
+wzgl&#281;dzie i wyjazd za granic&#281;, zapowiedziany przeze&#324;, dla
+wypoczynku, "de facto" by&#322; zwi&#261;zanym &#347;ci&#347;le z
+t&#261; tylko sam&#261;, wiecznie jedn&#261;, spraw&#261;.</p>
+
+<p>Przechadzaj&#261;cy si&#281; wci&#261;&#380; szybko po
+gabinecie Dzier&#380;ymirski, w chaosie j&#261;trz&#261;cych go my&#347;li i
+wspomnie&#324;, schwyci&#322; si&#281; nagle za g&#322;ow&#281; i
+szepn&#261;&#322; do sie­bie przejmuj&#261;co:</p>
+
+<p>- Och, czemu&#380;, czemu&#380;, na Boga, natura obda­rzy&#322;a
+mnie sumieniem tak czujnem, wra&#380;liwem, czemu?.. By&#322;bym
+po&#322;o&#380;enie moje bra&#322; filozoficzniej, pro&#347;ciej... Wszak z
+pieni&#281;dzy znalezionych w rzeczy sa­mej korzysta&#322;em tak ma&#322;o!
+Przegra&#322;em je przecie wszystkie w Monaco, do ostatniego grosza, a wygra­&#322;em
+z pieni&#281;dzy zupe&#322;nie innych! - sofizmat, niezmien­nie ten sam,
+powraca&#322; w umy&#347;le Romana.</p>
+
+<p>O ile jednak dawniej pociesza&#322; on go chwilami, teraz,
+dzi&#347; - nie dzia&#322;a&#322; ju&#380; bynajmniej.</p>
+
+<p>Dojrzalszy obecnie, w niejednem jeszcze prze­kszta&#322;cony
+&#380;ycia szko&#322;&#261;, patrz&#261;cy z odleg&#322;o&#347;ci lat kil­ku
+zimniej daleko na uczynek swój w&#322;asny "przyw&#322;aszczenia",
+Dzier&#380;ymirski, nie wyzbywszy si&#281; do­t&#261;d wcale wszczepionych
+silnie w dzieci&#324;stwie zasad uczciwo&#347;ci, nieprzejednanej, prawej,
+czystej, - rozu­mia&#322;, i&#380;, pomimo poch&#322;oni&#281;cia cudzego
+z&#322;ota przez ja­skini&#281; gry i dotychczasowej bezkarno&#347;ci -
+zb&#322;&#261;dzi&#322;, i &#380;e wina jego zgo&#322;a nie by&#322;a
+mniejsz&#261;. Czu&#322;, &#380;e &#380;ycie moralne wykolei&#322;o go
+niemi&#322;osiernie, i cier­pia&#322;...</p>
+
+<p>Roman przetar&#322; r&#281;k&#261; rozpalon&#261;
+g&#322;ow&#281;; atak apatyi nerwowej pesymizmu, &#380;alu i goryczy, szerok&#261;
+fal&#261; nap&#322;ywa&#322; znowu do duszy jego.</p>
+
+<p>W tej samej chwili na &#347;ciennym zegarze wybi­&#322;o
+wpó&#322; do pierwszej. Roman si&#281; wstrz&#261;sn&#261;&#322;.</p>
+
+<p>Sesya, obowi&#261;zki, przodownictwo spo&#322;eczne - trzeba
+by&#263; silnym!.. Odpocznie pó&#378;niej, gdy wyje­dzie - za dni par&#281;,
+teraz odwagi!.. spokoju!..</p>
+
+<p>I uczyniwszy nad nerwami swymi i my&#347;l&#261; wy­si&#322;ek,
+Dzier&#380;ymirski wyprostowa&#322; si&#281;. Rzuciwszy opo­dal do po&#322;owy
+spopiela&#322;e, cygaro, pocz&#261;&#322; porz&#261;dkowa&#263; &#347;piesznie
+porozrzucane na biurku papiery.</p>
+
+<p>W tej samej chwili do drzwi zapukano trzykrotnie. Roman
+drgn&#261;&#322; i odwróci&#322; si&#281;. Pozna&#322; sposób stukania
+&#380;ony, co dzie&#324; bowiem, o tej porze, Ola zwyk&#322;a by&#322;a
+odwiedza&#263; go po pracy.</p>
+
+<p>- Entrez!.. - rzuci&#322; dono&#347;nie i czo&#322;o jego wy­pogodzi&#322;o
+si&#281; natychmiast.</p>
+
+<p>Ma j&#261; przecie&#380;, najdro&#380;sz&#261;
+&#380;on&#281;, podpor&#281;-ko­chank&#281; i przyjaciela ! Wszak wzajemnie nie
+posia­daj&#261; przed sob&#261; &#380;adnych tajemnic, prócz jednej - je­dynej!</p>
+
+<p>Przez próg komnaty do gabinetu wchodzi&#322;a ju&#380; Ola,
+ubrana do wyj&#347;cia, w kapeluszu i sukni, skrojonej elegancko i
+szeleszcz&#261;cej jedwabiami spódnic.</p>
+
+<p>I ona od lat tych pi&#281;ciu nie zmieni&#322;a si&#281; pra­wie.
+Wypi&#281;knia&#322;a tylko jeszcze bardziej, bujniejsze­mi sta&#322;y si&#281;
+kszta&#322;ty i linie jej cia&#322;a, pon&#281;tniejszemi, w ca&#322;ym swym
+czerwcowym rozkwicie, lat ju&#380; niespe&#322;na trzydziestu.</p>
+
+<p>Z u&#347;miechem, przywitali si&#281; ma&#322;&#380;onkowie;
+Roman ­uca&#322;owa&#322; &#380;on&#281; w czo&#322;o i zapyta&#322;:</p>
+
+<p>- Dok&#261;d&#380;e to tak moja pani?</p>
+
+<p>- Na ogólne zebranie pa&#324; Opieki &#346;-go Franci­szka z
+Assy&#380;u; a ty wychodzisz tak&#380;e?..</p>
+
+<p>- A jak&#380;e. Na sesy&#281; Zwi&#261;zku Kredytowego. </p>
+
+<p>- Na któr&#261; godzin&#281;?</p>
+
+<p>- O pierwszej si&#281; rozpoczyna...</p>
+
+<p>- Pysznie!.. - zawo&#322;a&#322;a uradowana Ola.- Ka­za&#322;am
+w&#322;a&#347;nie do powozu zaprz&#261;dz, podwioz&#281; ci&#281;... A
+&#347;niadanie drugie ju&#380; jad&#322;e&#347;?</p>
+
+<p>- Nie, kochanie, czasu mi nie starczy&#322;o. Prze­k&#261;sz&#281;
+co&#347; nie co&#347; na mie&#347;cie...</p>
+
+<p>- Mój ty biedaku !.. - i pog&#322;askawszy pie­szczotliwie
+m&#281;&#380;a po twarzy, u&#347;ciska&#322;a go Ola serde­cznie, - taki
+zaj&#281;ty zawsze, &#380;e nawet prawie nie mo&#380;na nigdy pomówi&#263; z
+tob&#261; swobodnie...</p>
+
+<p>- A czyja wina? - przekomarza&#322; si&#281; weso&#322;o
+Dzier&#380;ymirski.- Gdy ja do domu wpadn&#281;, nigdy pa­ni mej nie ma... To
+zebranie &#346;-go Antoniego, Kalsantego, Ambro&#380;ego, - wszystkich
+&#347;wi&#281;tych jednem s&#322;owem... To znów z kolei opatrywaniu chorych,
+wenta na przytu&#322;ki, obrady na zabawy filantropijne, rozdawnictwa, gwiazdki
+dla dzieci, rozbieranie ich, ubieranie... Czy ja w ko&#324;cu wiem i
+pami&#281;tam, wszyst­kie owe tam wasze damskie pseudo-prace?..</p>
+
+<p>- No, no... Bardzo prosz&#281;, nie wy&#347;miewa&#263; mi
+si&#281; z nas... Niby to wy, panowie, robicie co na owych sesyach. A
+jak&#380;e! Rozmawiacie zgo&#322;a o czem innem, papierosy palicie,
+k&#322;ócicie si&#281; i rozchodzicie. Ho-ho, ju&#380; ja wiem dobrze, co
+mówi&#281;!..- odpar&#322;a z przeko­naniem obra&#380;ona niby Ola.</p>
+
+<p>I w ten sam sposób d&#322;u&#380;ej jeszcze przekoma­rzaliby
+si&#281; &#380;artobliwie ma&#322;&#380;onkowie, gdyby nie wej­&#347;cie
+lokaja, który zaanonsowa&#322;:</p>
+
+<p>- Prosz&#281; ja&#347;nie pa&#324;stwa, powóz ju&#380;
+czeka... </p>
+
+<p>- Aaa... to dobrze! - rzek&#322; Roman &#380;wawo, da­leki
+ju&#380; my&#347;l&#261; od dr&#281;cz&#261;cych go do niedawna wspomnie&#324;.</p>
+
+<p>- Nie przebierzesz si&#281; Romciu? - zapyta­&#322;a Ola.</p>
+
+<p>- Ani my&#347;l&#281;, nie mam czasu! Patrz, dochodzi
+ju&#380; pierwsza... Có&#380; to, moje &#380;ycie, uwa&#380;asz mo&#380;e,
+&#380;e nie po d&#380;entleme&#324;sku wygl&#261;dam?... - zapyta&#322; lekko.</p>
+
+<p>- Ale gdzie&#380; tam... Có&#380; znowu?.. Tego my­&#347;le&#263;
+si&#281; nie o&#347;mielam - roze&#347;mia&#322;a si&#281; Ola. - tylko tak
+troch&#281;... nie &#347;wie&#380;o... Czekaj, przeczesz&#281; ci&#281;,
+poprawimy krawat i oczyszcz&#281;...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski podda&#322; si&#281; pokornie wymaganiom
+estetycznym &#380;ony.</p>
+
+<p>- No, fertig! Wygl&#261;dasz zno&#347;nie!.. -
+zadecydowa&#322;a Ola po chwili.</p>
+
+<p>- Phi... tylko? To niezbyt pocieszaj&#261;ce, - od­par&#322;,
+&#347;miej&#261;c si&#281;, Roman - i wyszed&#322; z Ol&#261; do przedpokoju.</p>
+
+<p>W bramie domu czeka&#322; ju&#380; powóz odkryty;
+Dzier&#380;ymirscy wsiedli do&#324; po&#347;piesznie, lokaj wsko­czy&#322; na
+koz&#322;y i ruszyli. Znany w ca&#322;em mie&#347;cie pojazd
+"prezesowstwa", zaprz&#281;&#380;ony w dwa ros&#322;e miesza&#324;ce,
+krwi anglo-arabskiej, wytoczy&#322; si&#281; na ulic&#281; i pomkn&#261;&#322;
+chy&#380;o.</p>
+
+<p>Co chwila z po&#347;ród id&#261;cej po szerokich chodni­kach
+publiczno&#347;ci, lub z wymijanych powozów, k&#322;a­nia&#322; si&#281;
+kto&#347; uprzejmie Dzier&#380;ymirskim, a oni, u&#347;miechni&#281;ci, weseli,
+tak samo grzecznie oddawali wszyst­kim uk&#322;ony. Po d&#322;u&#380;szej
+chwili milczenia, odezwa&#322; si&#281; Roman:</p>
+
+<p>- Ale, a propos, musisz si&#281; tem zaj&#261;&#263;,
+Oluniu, bo ja, doprawdy, czasu nie mam. Dzi&#347;, lub najdalej jutro,
+wysy&#322;amy zaproszenia do wszystkich naszych znajomych... W sobot&#281; damy
+raut po&#380;egnalny... J'es­pere, &#380;e nic nie masz przeciwko temu, moje
+&#380;ycie ?..</p>
+
+<p>- Ale&#380;, naturalnie!.. - po&#347;pieszy&#322;a z
+zapewnie­niem Ola, - lecz musimy przecie&#380; z&#322;o&#380;y&#263; wizyty... </p>
+
+<p>- Nie ja, nie ja, cherie!.. To ty za mnie nie­odzownie
+zrobi&#263; musisz, kochanie... Kto nie przyj­dzie - pal go licho!.. A
+zreszt&#261;, pas de crainte, stawi&#261; si&#281; wszyscy...</p>
+
+<p>- Dlaczego nie chcesz jecha&#263; ze mn&#261;?</p>
+
+<p>- Nie nie chc&#281;, lecz nie mog&#281;. Mam przed wyjazdem
+jeszcze zaj&#281;cia huk! Nie mo&#380;esz mie&#263; na­wet wyobra&#380;enia,
+moja droga, co to znaczy wyrwa&#263; si&#281; na miesi&#281;cy kilka, jak tego
+pragn&#281;, z tego ko&#322;amych rozlicznych obowi&#261;zków - c'est un vrai
+tour de force!.. - Dzier&#380;ymirski zamilk&#322; na chwil&#281;, poczem
+ko&#324;czy&#322;:</p>
+
+<p>- Bo pomy&#347;l tylko... Tu znale&#378;&#263; na czas ten
+ca&#322;y zast&#281;pc&#281;, tam znów wycofa&#263; si&#281; zr&#281;cznie, by
+nie obrazi&#263; nikogo i za&#322;atwi&#263; wszystkie czynno&#347;ci ju&#380;
+z góry... Wi&#281;c chyba rozumiesz teraz, i&#380; w wizyty &#347;wiatowe
+bawi&#263; si&#281; nie mog&#281;, najwy&#380;ej do kilkuna­stu wybitniejszych
+osobisto&#347;ci, i koniec.</p>
+
+<p>- Ale&#380; dobrze, ju&#380; dobrze, nie t&#322;umacz
+si&#281;, nie bro&#324; - zrobi&#281; wszystko, mój w&#322;adco i panie! - z
+u&#347;mie­chem, pocieszy&#322;a go Ola. - Pyta&#322;am si&#281; tak tylko...
+Czy wracasz dzi&#347; na obiad ?..</p>
+
+<p>- Pas possible! - odpar&#322; Dzier&#380;ymirski sta­nowczo.
+- Akurat o szóstej zebranie nadzwyczajne akcyonaryuszów i komitetu nowego
+przedsi&#281;biorstwa, wiesz, Komercyjno -Agronomiczny Zwi&#261;zek krajowy...
+Zjem na mie&#347;cie.</p>
+
+<p>- A wieczorem? - pyta&#322;a dalej Ola.</p>
+
+<p>- Musz&#281; by&#263; koniecznie u ksi&#281;cia Artura, w
+sprawie budowy nowego ko&#347;cio&#322;a &#346;w. Jana Chrzci­ciela; zebranie
+prywatne w jego mieszkaniu - obie­ca&#322;em.</p>
+
+<p>- Niemo&#380;liwym jeste&#347; cz&#322;owiekiem !.. - roze­&#347;mia&#322;a
+si&#281; Ola, - ja ju&#380; o czwartej wracam do domu.</p>
+
+<p>Umilkli. Wko&#322;o nich &#347;mia&#322;o si&#281; w
+s&#322;o&#324;cu mia­sto; wiosna czarodziejka nawet tu, w ciasne ogrodu mury,
+swój powiew balsamiczny tchn&#261;&#263; potrafi&#322;a - oddycha&#322;o
+si&#281; swobodniej, szerzej, &#347;wie&#380;o&#347;&#263; majowa
+pie&#347;ci&#322;a twarze &#347;piesz&#261;cych zewsz&#261;d t&#322;umów,
+&#347;mie­j&#261;cych si&#281; i weso&#322;ych.</p>
+
+<p>- Sta&#324;! - rzuci&#322; nagle i rozkaz
+Dzier&#380;ymirski, dotykaj&#261;c z lekka lask&#261; liberyjnych pleców
+stangreta. Doje&#380;d&#380;ali do wspania&#322;ego gmachu Zwi&#261;zku Kredy­towego.</p>
+
+<p>Powóz zatrzyma&#322; si&#281; pos&#322;usznie.</p>
+
+<p>- A ce soir! - rzek&#322; Roman, i lekkiem u&#347;ci­&#347;nieniem
+r&#281;ki po&#380;egnawszy &#380;on&#281;, wyskoczy&#322; z ekwi­pa&#380;u. Po
+kamiennych stopniach kru&#380;ganka skierowa&#322; si&#281; ku olbrzymim kutym
+drzwiom, które, w powitalnym, niskim uk&#322;onie, otwiera&#322; ju&#380;
+us&#322;u&#380;nie szwajcar miejscowy.</p>
+
+<p>Na progu gmachu Dzier&#380;ymirski obejrza&#322; si&#281; i
+spotka&#322; ze wzrokiem Oli. Spojrzeniami wzajemnie po&#380;egnali si&#281;
+jeszcze pieszczotliwie, poczem Ola od­wróci&#322;a si&#281; pierwsza, Roman
+za&#347;, &#347;cigaj&#261;c j&#261; oczyma, zatrzyma&#322; si&#281; i
+u&#347;miechn&#261;&#322;...</p>
+
+<p>W oddalaj&#261;cym si&#281; powozie, m&#322;oda kobieta po
+chwili, instynktownie jakby, raz drugi spojrza&#322;a za siebie.
+Dzier&#380;ymirski jednocze&#347;nie skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261; i
+znik&#322; za drzwiami, Ola za&#347; odwróci&#322;a si&#281; i niedbale roz­pi&#281;&#322;a
+bia&#322;&#261;, koronkami obszyt&#261;, parasolk&#281;. Promienie i blaski
+majowe zal&#347;ni&#322;y si&#281; jeszcze na jej postaci chwil&#281;, i powóz
+znik&#322;, poch&#322;oni&#281;ty wielkomiejskim wirem.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<center>------------</center>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Kaskad&#261; &#347;wiate&#322; i blasków p&#322;on&#261;
+rz&#281;si&#347;cie apar­tamenty Romanowstwa Dzier&#380;ymirskich...</p>
+
+<p>Z pó&#322; otwartych lilii z kryszta&#322;u, zdobi&#261;cych
+gazowe po bocznych &#347;cianach kinkiety, z &#380;yrandoli i lamp - tu
+jaskrawo, tam znów &#322;agodniej, dr&#380;&#261; w dusznej atmosferze salonów
+p&#281;ki promieni, spadaj&#261; de­szczem na t&#322;um weso&#322;y, elegancki
+i strojny, graj&#261;, za&#322;amuj&#261;c si&#281; w klejnotach kobiet -
+pieszcz&#261; ich na­gie gorsy i ramiona, g&#322;aszcz&#261; je swym
+niewidzialnym dotykiem.</p>
+
+<p>Gwar st&#322;umiony prowadzonych z o&#380;ywieniem rozmów,
+oraz t&#322;ok i ciasnota panuje w kilku obszer­ych salonach;
+cz&#281;&#347;&#263; tylko go&#347;ci siedzi, wi&#281;kszo&#347;&#263;,
+wahad&#322;owym ruchem p&#322;yn&#261;cej fali, przechadza si&#281;
+bezustannie, a raczej dyskretnie przeciska.</p>
+
+<p>Nie omyli&#322; si&#281; bowiem w przewidzeniach swych
+Dzier&#380;ymirski. Ca&#322;e towarzystwo i wszystkie jego sfery stawi&#322;y
+si&#281; na raut po&#380;egnalny prezesa, wice prezesa, dyrektora i
+cz&#322;onka licznych instytucyi -rade i poczuwaj&#261;ce si&#281; do
+obowi&#261;zku obecno&#347;ci&#261; sw&#261; z&#322;o&#380;y&#263; danin&#281;
+grzeczno&#347;ci &#347;wiatowej temu, kto trzyma&#322; obecnie w silnej
+d&#322;oni w&#261;tek ich spraw i inte­resów - natury spo&#322;ecznej,
+przemys&#322;owej, filantropij­nej, a cz&#281;sto g&#281;sto i osobistej nawet.</p>
+
+<p>Pe&#322;ni uprzejmo&#347;ci, dystynkcyi i
+go&#347;cinno&#347;ci szczerej, w&#347;ród t&#322;umu swych go&#347;ci, uwijali
+si&#281; Dzier&#380;ymirscy, zmieniaj&#261;c si&#281; kolejno w pobli&#380;u
+wej&#347;cia pierwszego salonu, dla witania wchodz&#261;cych co chwi­la nowych
+przybyszów. W ko&#324;cu jednak i ten cza­sowy posterunek ich okaza&#322;
+si&#281; wprost niemo&#380;li­wym...</p>
+
+<p>Roman i Ola zmuszeni zostali zmiesza&#263; si&#281; z
+t&#322;u­mem rautuj&#261;cych go&#347;ci, ust&#281;puj&#261;c sami naporowi
+&#347;cisku.</p>
+
+<p>A kwadranse tymczasem mija&#322;y szybko. Liczba
+nap&#322;ywaj&#261;cych osób powi&#281;ksza&#322;a si&#281; coraz bardziej,
+w&#347;ród szeleszcz&#261;cej za&#347;, barwnej fali go&#347;ci, w liberyi i
+po&#324;czochach, ukazywa&#263; si&#281; pocz&#281;li, posuwaj&#261;c si&#281;
+z trudem, lokaje, z wielkiemi srebrnemi tacami... U wej&#347;cia za&#347;
+salonów, wyparta zwi&#281;kszaj&#261;c&#261; si&#281; fal&#261; ludzi,
+stan&#281;&#322;a zwarta gromada m&#281;&#380;czyzn, tamu­j&#261;c w ten sposób
+po prostu komunikacy&#281; do przepe&#322;­nionych nad miar&#281; apartamentów.</p>
+
+<p>M&#322;odzieniec, ciemny szatyn, nieposzlakowanie elegancki,
+o impertynenckiej nieco, cho&#263; wielko&#347;wiatowej powierzchowno&#347;ci,
+wchodzi&#322; w tej chwili do mieszkania prezesowstwa Dzier&#380;ymirskich.</p>
+
+<p>Znalaz&#322;szy si&#281; niebawem poza zbit&#261; u drzwi
+gar­stk&#261; panów, na razie nie móg&#322; post&#261;pi&#263; ani kroku
+naprzód. Widz&#261;c to, skrzywi&#322; swe w&#261;skie usta, i wspi&#261;&#322;
+si&#281; dyskretnie na palce.</p>
+
+<p>Ponad zbli&#380;onemi, wypomadowanemi g&#322;owami
+stoj&#261;cych m&#281;&#380;czyzn, ujrza&#322; dok&#322;adnie
+ko&#322;ysz&#261;ce si&#281; morze kobiecych biustów, g&#322;ówek czarownych,
+pi&#281;k­nych, ró&#380;nobarwnych tualet, gorsów i fraków i mruk­n&#261;&#322;
+do siebie:</p>
+
+<p>- Ho-ho!.. pas
+mal...</p>
+
+<p>Spojrza&#322; nast&#281;pnie na stoj&#261;cych opodal rauto­wiczów.
+Nie zna&#322; &#380;adnego z nich. &#379;achn&#261;&#322; si&#281;
+niecierpliwie i szepn&#261;&#322; znów z cicha do siebie, po fran­cuzku:</p>
+
+<p>- Que diable, je ne suis pas venu ici pour garder
+l'antichambre...</p>
+
+<p>I jednocze&#347;nie posun&#261;&#322; si&#281; zr&#281;cznie
+naprzód, po­tr&#261;ciwszy za&#347; lekko po drodze swej paru s&#261;siadów,
+rzuci&#322;, z wytwornym uk&#322;onem, kilka: "Pardon", w rezultacie
+jednak znalaz&#322; si&#281; zaledwie o par&#281; kroków naprzód.</p>
+
+<p>Popatrzy&#322; znowu przed siebie, wspi&#261;wszy si&#281;
+na palce.</p>
+
+<p>- Ach, przecie&#380; cho&#263; jeden!.. - szepn&#261;&#322;
+z ul­g&#261;, tym razem ju&#380; po polsku, dojrza&#322; bowiem w&#322;a­&#347;nie
+poznanego w przeddzie&#324; Emila &#321;ady&#380;y&#324;skiego.</p>
+
+<p>Rzuciwszy po francusku par&#281; ugrzecznionych
+przeprosze&#324;, m&#322;odzieniec post&#261;pi&#322; znów kroków kil­ka,
+a&#380; stopniowo, przepraszaj&#261;c dalej bezustannie, zdo&#322;a&#322;
+dotrze&#263; do &#321;ady&#380;y&#324;skiego.</p>
+
+<p>Ten ju&#380; go by&#322; zoczy&#322;. Podali sobie
+r&#281;ce, wita­j&#261;c si&#281; uprzejmie.</p>
+
+<p>- Eh bien, chčr comte - zagadn&#261;&#322;, z u&#347;miechem
+pierwszy pan Emil - jakie&#380; wra&#380;enie z rautu "koroniarzy?.."
+Trudno si&#281; dosta&#263;, co? Et, ce qui touche, gospodarza, prezesa, vous
+ne le verrez probablement pas, bo jest akurat pod przeciwnym biegunem.</p>
+
+<p>- A ja w&#322;a&#347;nie musz&#281;, bo go nie znam. Pani
+Dzier&#380;ymirska by&#322;a tak bardzo uprzejm&#261; zaprosi&#263; mnie, bo
+z&#322;o&#380;y&#322;em jej wizyt&#281;, lecz prezesa, jako na­der zwykle
+zaj&#281;tego podobno, nie widzia&#322;em...</p>
+
+<p>- Ba... ba... c'est simple - potwierdzi&#322; &#321;ady­&#380;y&#324;ski
+- nasz prezesunio jest to cz&#322;owiek, który jest wsz&#281;dzie, ale nigdy u
+siebie w domu... Voulez - vous, przedstawi&#281; pana. W drog&#281; zatem...
+P&#322;y&#324;my, p&#322;y&#324;­my, póki czas!.. - zanuciwszy
+pó&#322;g&#322;osem wyrazy ostatnie, rzek&#322; starzej&#261;cy si&#281;
+kawaler, i prowadz&#261;c za sob&#261; przybysza, pu&#347;ci&#322; si&#281;
+naprzód.</p>
+
+<p>Ostro&#380;nie, z wolna, dwaj panowie posuwa&#263; si&#281;
+zacz&#281;li. Czynno&#347;&#263; to za&#347; nie&#322;atw&#261; by&#322;a.
+Prócz oba­wy niezr&#281;cznego potr&#261;cenia kogo&#347; z wytwornego, a
+&#347;cie&#347;nionego grona - musieli oni pozatem lawirowa&#263; jeszcze
+bardzo zr&#281;cznie pomi&#281;dzy d&#322;ugiemi tre­nami pa&#324;...
+&#321;ady&#380;y&#324;ski jednak radzi&#322; sobie wybor­nie. Co chwila
+k&#322;ania&#322; si&#281; komu&#347; uprzejmie z dale­ka, lub wita&#322; z
+bliska, przystawa&#322;, rzuca&#322; dowcipnych s&#322;ów par&#281; -
+rozst&#281;powano si&#281; przed nim. Szed&#322; dalej.</p>
+
+<p>- Uf, nous y voilŕ!..- rzuci&#322; po niejakim cza­sie
+towarzyszowi swemu.</p>
+
+<p>- Widz&#281; Romana, jak peroruje, cŕ va sans di­re, o
+spo&#322;ecznych sprawach... - Och, i pani Ola jest równie&#380; niedaleko!..
+Quelle chance...</p>
+
+<p>I pan Emil, odwróciwszy si&#281;, skorzysta&#322; z wol­niejszej
+nieco oko&#322;o siebie przestrzeni, wzi&#261;&#322; pod ra­mi&#281;
+m&#322;odego cz&#322;owieka i zbli&#380;a&#263; si&#281; pocz&#261;&#322;
+wolno, ku otoczonemu kilkoma rozmawiaj&#261;cymi &#380;ywo panami,
+Dzier&#380;ymirskiemu. Id&#261;c za&#347;, podrwiwa&#322; z cicha, cytu­j&#261;c
+dolatuj&#261;ce g&#322;o&#347;niejsze wyrazy i zdania.</p>
+
+<p>- A co? nie mia&#322;em racyi ? s&#322;yszy pan ? Cel­
+spo&#322;eczny, - pot&#281;ga dzia&#322;alno&#347;ci, - punkt kulminacyjny, -
+przesilenie finansowe - etc. i tak dalej. Jak dowodzi, co? Prawdziwa
+dystyngowana wie&#380;a Babel szumnych frazesów!</p>
+
+<p>M&#322;ody cz&#322;owiek s&#322;ucha&#322; uwa&#380;nie,
+u&#347;miechaj&#261;c si&#281; z lekka, tymczasem za&#347; jednak znale&#378;li
+si&#281; obaj tu&#380; ko&#322;o grupy rozprawiaj&#261;cych zapalczywie
+m&#281;&#380;­czyzn.</p>
+
+<p>- Stój, panie hrabio, skromnie, a&#380; ja zatamu­j&#281;,
+przerw&#281; ten oto rw&#261;cy potok dyskusyi!.. - odezwa&#322; si&#281; znów
+&#321;ady&#380;y&#324;ski.</p>
+
+<p>Nie okaza&#322;o si&#281; to jednak potrzebnem. Dzier&#380;­ymirski,
+bierniej od innych bior&#261;cy udzia&#322; w rozmowie, dojrza&#322; ju&#380;
+w&#322;a&#347;nie zbli&#380;aj&#261;cego si&#281; pana Emila.
+Wyci&#261;gaj&#261;c przyja&#378;nie r&#281;k&#281; ku niemu, z
+serdeczno&#347;ci&#261;, przemówi&#322;:</p>
+
+<p>- Emilu? Jak si&#281; masz? có&#380; tak pó&#378;no? </p>
+
+<p>Romana z &#321;ady&#380;y&#324;skim &#322;&#261;czy&#322;y
+obecnie stosun­ki przyja&#378;ni szczerej. Dzier&#380;ymirski polubi&#322;
+szczerze tego weso&#322;ego zawsze, patrz&#261;cego na &#380;ycie trze&#378;wo
+bywalca, a przyjaciela rodziny - &#380;ony, nie maj&#261;cego mu przytem za
+z&#322;e - jak wiadomo - post&#281;pku ongi z Ol&#261;.</p>
+
+<p>- Bynajmniej nie za pó&#378;no - odrzek&#322; swobodnie
+zapytany, - od godziny dzi&#347; tak rojno, niby u ministra... Doj&#347;&#263;
+do Jego Ekscelencyi nie mog&#322;em... - z uk&#322;onem, doko&#324;czy&#322;
+ironicznie.</p>
+
+<p>- A... tak. Rzeczywi&#347;cie. &#379;egnaj&#261; mnie czu­le,
+- w tym samym tonie odpar&#322; z u&#347;miechem Dzier&#380;ymirski.</p>
+
+<p>- Czy widzisz, Romanie, - ci&#261;gn&#261;&#322;
+&#321;ady&#380;y&#324;­ski - tego m&#322;odzie&#324;ca w monoklu, z takiem znaw­stwem
+dyskretnem ogl&#261;daj&#261;cego w tej chwili tors hrabiny P ?</p>
+
+<p>- Widz&#281; i nie znam!.. - zadziwi&#322; si&#281;
+Dzier&#380;y­mirski.</p>
+
+<p>- Co? pas possible!., - zadrwi&#322; pan Emil. - Nie znasz
+swoich go&#347;ci? O, panie prezesie, wstyd i ha&#324;ba!.. No, ale nic,
+wybawi&#281; ci&#281; z k&#322;opotu i przed­stawi&#281; ci go. Ja go znam!..</p>
+
+<p>- Jak si&#281; nazywa? Il a l'air assez bien!..</p>
+
+<p>- Parbleu, çŕ va sans dire. Potomek znakomitego rodu: hrabia
+Topola-Topolski - obja&#347;ni&#322; &#321;ady&#380;y&#324;ski, z ironi&#261;.</p>
+
+<p>- No, ju&#380; "Topola", to pewnie dodatek twój,
+Emilu - za&#347;mia&#322; si&#281; Roman - ale sk&#261;d&#380;e go wyr­wa&#322;e&#347;?..</p>
+
+<p>- Przyby&#322; z Galicyi, rodem z Ksi&#281;stwa Pozna&#324;­skiego
+- zaprosi&#322;a go twoja &#380;ona. Strze&#380; si&#281;, prezesie, pani
+prezesowa ma swoich protegowanych!..</p>
+
+<p>- No, nie gaw&#281;d&#378;, przedstaw mi go, bo bie­dak
+si&#281; zanudzi, tak czekaj&#261;c - rzek&#322; Roman, i uj&#261;w­szy
+rami&#281; przyjaciela, skierowa&#322; si&#281; ku Topolskiemu, id&#261;c
+za&#347;, nachylony dyskretnie, szepn&#261;&#322;:</p>
+
+<p>- Tylko nie przedstawiaj mi go comte Topol­ski, bo ja
+zmuszonym b&#281;d&#281; wobec drugich uczyni&#263; to samo... Przecie&#380; to
+nonsens wierutny tytu&#322;owa&#263; jakiego&#347; tam Topolskiego hrabi&#261;
+tu u nas, gdzie roi si&#281; od autentycznych, historycznych rodów...</p>
+
+<p>- E !.. daj pokój, obrazi si&#281;, zreszt&#261; bogaty i
+epuzer... - odrzek&#322; z niech&#281;ci&#261; &#321;ady&#380;y&#324;ski - in
+faut lui laisser son illustre illusion.</p>
+
+<p>- Ale&#380; w&#322;a&#347;nie, przeciwnie! - przerwa&#322;
+Dzier&#380;ymirski. - "Bez z&#322;udze&#324;", to najlepsza
+regu&#322;a. Et je t'en prie, zrób, jak ci&#281; prosz&#281;...</p>
+
+<p>- No, dobrze, dobrze... Uspokój si&#281; zreszt&#261;...
+Po&#322;kn&#281; "comte", ale je&#347;li mnie ten dudek wyzwie na
+pojedynek, to musisz by&#263; sekundantem! - zawyroko­wa&#322;, po swojemu,
+&#321;ady&#380;y&#324;ski.</p>
+
+<p>- Monsieur Topolski... - szybko wyrzuci&#322; po chwili, gdy
+znale&#378;li si&#281; ko&#322;o czekaj&#261;cego na nich m&#322;odzie&#324;ca.</p>
+
+<p>- Dzier&#380;ymirski... </p>
+
+<p>Po&#347;pieszy&#322; osobi&#347;cie przedstawi&#263;
+si&#281; Roman uprzejmie i natychmiast zagai&#322; rozmow&#281;.</p>
+
+<p>- Bardzo mi mi&#322;o widzie&#263; u siebie go&#347;cia z za
+Kordonu... Wszak pan przybywa z Galicyi?..</p>
+
+<p>- Tak jest. Wczoraj w&#322;a&#347;nie mia&#322;em zaszczyt
+przedstawi&#263; si&#281;... i tam dalej - recytowa&#322; po&#347;piesznie
+Topolski banaln&#261; &#347;wiatow&#261; odpowied&#378;,
+wyja&#347;niaj&#261;c&#261; jego tutaj obecno&#347;&#263; i dotychczasow&#261;
+znajomo&#347;&#263; z go­spodarzem.</p>
+
+<p>- Nie zna pan zatem pewnie wiele osób - wy­s&#322;uchawszy
+go cierpliwie do ko&#324;ca, przemówi&#322; Dzier&#380;ymirski - tymczasem
+przedstawi&#281; pana par ci, par lŕ, zgoda?.. Venons! - dorzuci&#322;
+przyja&#378;nie.</p>
+
+<p>- Bonsoir, monsieur le comte! - w tej sa­mej chwili tu&#380;
+obok nich rozleg&#322;o si&#281; powitanie zwrócone do m&#322;odzie&#324;ca, i
+przed trzema panami stan&#281;&#322;a Ola, w prze&#347;licznej jasnozielonej
+sukni balo­wej, mieni&#261;cej si&#281;, przetykanej srebrem,  wdzi&#281;cznie ubranej kwieciem wodnych
+nenufarów.</p>
+
+<p>Topolski sk&#322;oni&#322; si&#281; wytwornie i
+przywita&#322; z go­spodyni&#261; domu, oraz, z wpraw&#261; obytego
+&#347;wiatowca, rozpocz&#261;&#322; natychmiast rozmow&#281;.</p>
+
+<p>Po twarzy Dzier&#380;ymirskiego tymczasem na s&#322;o­wa
+powitalne &#380;ony przemkn&#281;&#322;o niezadowolenie widoczne i
+skrzywi&#322; si&#281; nieznacznie. Posta&#322; chwil&#281; w niepewno&#347;ci,
+poczem, zrezygnowany, rzuci&#322; Topolskiemu uprzejmych s&#322;ów par&#281; i
+znik&#322; w t&#322;umie go&#347;ci.</p>
+
+<p>Topolski tymczasem, pomimo powierzchowno&#347;ci, na
+pierwszy rzut oka aroganckiej nieco, okaza&#322; si&#281; mi&#322;ym i wprawnym
+"causeur em", a id&#261;c wolno obok Oli, z o&#380;ywieniem
+rozmawia&#263; z ni&#261; nie przestawa&#322;.</p>
+
+<p>- Jak to? - mówi&#322;a Dzier&#380;ymirska - wi&#281;c to
+pan odziedziczy&#322; maj&#261;tek w naszych stronach... Wolno wiedzie&#263;
+nazwisko dóbr pa&#324;skich?..</p>
+
+<p>- Szcz&#281;snaja - odpar&#322; Topolski.</p>
+
+<p>- Ale&#380; to zaledwie o pi&#281;&#263; mil od Gowartowa,
+gdzie z m&#281;&#380;em mieszkamy - obja&#347;ni&#322;a towarzysza Ola. -
+&#346;liczna rezydencya, znam z widzenia... Nie przypuszcza&#322;am zgo&#322;a,
+&#380;e b&#281;d&#281; mia&#322;a w pana s&#261;sia­da. Bardzo mi mi&#322;o! -
+doko&#324;czy&#322;a uprzejmie. Topolski sk&#322;oni&#322; si&#281;, rzuciwszy
+jednocze&#347;nie zdaw­kowo - banaln&#261; grzeczno&#347;&#263;.</p>
+
+<p>- To pan dziedziczy po hrabi Teodorze Iren­hauzie? wszak
+prawda? - pyta&#322;a dalej Ola.</p>
+
+<p>- Tak, pani; to by&#322; mój dziad stryjeczny... - Tak? no,
+widzi pan... Zna&#322;am doskonale swe­go czasu dziadka, pa&#324;skiego, nous
+sommes donc en pays de connaissance... By&#322; to bardzo dystyngowa­ny, zacny
+i mi&#322;y cz&#322;owiek...</p>
+
+<p>- Oh, vous ętes bien aimable, madame...- za­cz&#261;&#322;
+sw&#261; wytworn&#261; francuszczyzn&#261; m&#322;odzieniec, lecz
+przerwa&#322;a mu, sna&#263; niedos&#322;yszawszy, Ola:</p>
+
+<p>- I obj&#261;&#322; pan ju&#380; swe dobra ?.. </p>
+
+<p>- Nie, pani, jad&#281; tam dopiero za par&#281; tygodni...</p>
+
+<p>- Pozna pan zatem Ukrain&#281;, - ci&#261;gn&#281;&#322;a da­lej
+swobodnie m&#322;oda kobieta, - kraj to cudny, &#347;li­czny, zobaczy pan... Ja
+go tak lubi&#281;, tak kocham, z ca&#322;ego serca!.. - ko&#324;czy&#322;a, z
+o&#380;ywieniem.</p>
+
+<p>- Ot bynajmniej nie jest mi obc&#261; Ukraina -­
+po&#347;pieszy&#322; z odpowiedzi&#261; Topolski. - Zazna&#322;em ju&#380; jej
+uroku, bywa&#322;em bowiem u stryja dawniej, et je suis tout ŕ fait de votre
+opinion madame, c'est un pays charmant... Tyle wdzi&#281;ku, cichego czaru, w
+tych drzemi&#261;cych stepach i polach, tyle poezyi, w jej dumkach, a tyle,
+tyle t&#281;sknoty we wszystkiem!.. - z zapa&#322;em, wyg&#322;osi&#322;
+ostatnie s&#322;owa Topolski.</p>
+
+<p>Ola, po raz pierwszy, spojrza&#322;a na&#324; uwa&#380;niej.
+Twarz m&#322;odzie&#324;ca w tej chwili pozby&#322;a si&#281; ca&#322;kiem
+na&#322;o&#380;onej konwenansowej maski &#347;wiatowca, z&#322;ago­dnia&#322;a
+jakby i wypi&#281;knia&#322;a.</p>
+
+<p>Przesun&#261;wszy uwa&#380;nie swe rozumne spojrzenie po
+twarzy swego nowopoznanego s&#261;siada wiejskiego w przysz&#322;o&#347;ci, Ola
+zdziwi&#322;a si&#281; w duszy niepomier­nie, tymbardziej, &#380;e nie poza
+bynajmniej, ale przeci­wnie, szczero&#347;&#263; w ostatnich s&#322;owach jego
+d&#378;wi&#281;cza&#322;a. Nie spodziewa&#322;a si&#281; podobnego zwrotu w
+rozmowie banalnej przeci&#281;tnego salonowca, za jakiego wzi&#281;&#322;a
+nowego go&#347;cia, zamy&#347;li&#322;a si&#281; zatem chwil&#281;,
+umilk&#322;a, i dopiero, w par&#281; minut pó&#378;niej, przypomniawszy
+sna&#263; sobie obowi&#261;zki gospodyni, uprzejmie bardzo zwró­ci&#322;a
+si&#281; do Topolskiego.</p>
+
+<p>- Gaw&#281;dz&#281; z panem, et j'oublie tout ŕ fait, comte,
+que vous connaissez ici trčs peu de monde... Wszak prawda? Przyjecha&#322; pan
+dni temu par&#281; zaledwie... Przedstawi&#281; pana... donnez moi votre bras,
+s'il vous plait.</p>
+
+<p>Z wdzi&#281;kiem, Topolski poda&#322; natychmiast Oli swe
+rami&#281;, rozp&#322;ywaj&#261;c si&#281; jednocze&#347;nie w
+podzi&#281;kowaniach, grzeczno&#347;ciach i zasypuj&#261;c zr&#281;cznymi kom­plementami
+m&#322;od&#261; kobiet&#281;... Uprzejma gospodyni tymczasem prowadzi&#322;a go
+ku grupie siedz&#261;cych star­szych dam. Im naprzód przedstawiwszy
+go&#347;cia, ski­n&#281;&#322;a nast&#281;pnie na jednego z kr&#281;c&#261;cych
+si&#281; bezczyn­nie m&#322;odych ludzi, a zapoznawszy z nim swego pro­tegowanego,
+poleci&#322;a zaprezentowa&#263; go m&#322;odszym pa­niom i pannom.</p>
+
+<p>- Comte Topolski... hrabia Topolski... monsieur le comte
+Topolski...- rozleg&#322;o si&#281; po chwili tu i tam po salonach, w
+milkn&#261;cym w&#322;a&#347;nie rozmów gwarze, t&#322;o fortepianu bowiem,
+stoj&#261;cego na zaimprowizowa­nej estradzie, zbli&#380;a&#322;a si&#281; w
+tej samej w&#322;a&#347;nie chwili s&#322;awna artystka, &#347;piewaczka
+w&#322;oska...</p>
+
+<p>Akompaniowa&#263; jej zamierza&#322; znany profesor i muzyk.</p>
+
+<p>Topolski zacz&#261;&#322; przyciszonym g&#322;osem
+zabawia&#263; grup&#281; pa&#324; i panien, wespó&#322; z wyfraczon&#261; i
+wymuskan&#261; m&#322;odzie&#380;&#261;, uwaga za&#347; powszechna
+zwróci&#322;a si&#281; jednocze&#347;nie na m&#322;od&#261; i pi&#281;kn&#261;
+W&#322;oszk&#281;.</p>
+
+<p>Coraz ciszej i ciszej, cho&#263; opornie, umilk&#322; w
+ko&#324;­cu, niby morze, t&#322;um wytworny i s&#322;ucha&#263; pocz&#281;to, z
+pozornem zaj&#281;ciem...</p>
+
+<p>Wreszcie, w ciszy wzgl&#281;dnej jeszcze, odezwa&#322;y
+si&#281; pierwsze akordy, a w &#347;lad zatem obi&#322; si&#281; o &#347;ciany
+salonów i uszy s&#322;uchaczy melodyjny, o cudnem aksamitnem brzmieniu,
+kontralt kobiecy. Z&#322;&#261;czona w harmonijn&#261; ca&#322;o&#347;&#263; z
+muzyk&#261; fortepianu, rozleg&#322;a si&#281;, zadr&#380;a&#322;a uczuciem
+w&#322;oska pie&#347;&#324; nami&#281;tna i jak &#347;wie&#380;e tchnienie z pod
+nieba Italii, sp&#322;yn&#281;&#322;a urocza, na rojn&#261; mas&#281;
+go&#347;ci...</p>
+
+<p>Wstrz&#261;sn&#261;wszy za&#347; gam&#261; tonów
+przepe&#322;nione salony, polecia&#322;a pie&#347;&#324; czysta, skrzydlata,
+daleko - wyrwa&#322;a si&#281; przez okna na ulice miasta pot&#281;&#380;na,
+silna, wcisn&#281;&#322;a si&#281; do ka&#380;dego zak&#261;tka mieszkania
+Dzier­&#380;ymirskich - zbudzi&#322;a swym czarem dalekim siedz&#261;­cego w
+zadumie w jednym z najbardziej oddalonych fumoir'ów, Romana.</p>
+
+<p>Podniós&#322; g&#322;ow&#281; instynktownie,
+ws&#322;ucha&#322; si&#281; w modulowan&#261; artystycznie pie&#347;&#324; i
+westchn&#261;&#322; po kilkakrotnie...</p>
+
+<p>Korzystaj&#261;c ze zwróconej ogólnie uwagi na ma­j&#261;cy
+si&#281; rozpocz&#261;&#263; wkrótce popis koncertowy, Dzier&#380;ymirski
+znu&#380;ony schroni&#322; si&#281; by&#322; tutaj.</p>
+
+<p>My&#347;li d&#322;u&#380;ej go przytrzyma&#322;y. Teraz
+za&#347;, s&#322;y­sz&#261;c daleki, cichn&#261;cy stopniowo szmer
+t&#322;umnego zebrania, a pó&#378;niej wyra&#378;ne tony pie&#347;ni znakomitej
+&#347;piewaczki, z&#322;agodzone oddaleniem, pi&#281;kne, marz&#261;ce,
+drgaj&#261;ce uczuciem i si&#322;&#261; - Roman, w milczeniu s&#322;ucha&#322;
+nieporuszony - jakby zakl&#281;ty... I odej&#347;&#263; st&#261;d nie
+chcia&#322;o mu si&#281; wcale...</p>
+
+<p>Poddaj&#261;c si&#281; bowiem urokowi s&#322;uchanej
+pie&#347;ni, porusza&#322;y si&#281;, tr&#261;cone jakby czyj&#261;&#347; d&#322;oni&#261;
+z lekka, ja­kie&#347; struny w jego duszy, kwili&#322;y cicho, gra&#322;y...</p>
+
+<p>Tymczasem nami&#281;tny glos W&#322;oszki rós&#322;,
+pot&#281;&#380;­nia&#322;...</p>
+
+<p>Wreszcie w po&#380;egnalnym rytmie ostatnie, do­no&#347;ne,
+s&#322;owa pie&#347;ni zabrzmia&#322;y - pola&#322;y si&#281; law&#261; jakby
+ekstazy, rozkoszy, upojenia, wstrz&#261;sn&#281;&#322;y &#347;cianami cichej
+komnaty, a dobieg&#322;y a&#380; tu, pod stopy Dzier&#380;ymirskiego, i
+zgas&#322;y...</p>
+
+<p>Nasta&#322;a drobna chwilka zupe&#322;nego milczenia,
+poczem, zg&#322;uszony nieco oddaleniem, zabrzmia&#322; oklask
+przeci&#261;g&#322;y, d&#322;ugi, szczery...</p>
+
+<p>Roman przetar&#322; d&#322;oni&#261; czo&#322;o i
+powsta&#322;... Trze­ba by&#322;o powraca&#263; do obowi&#261;zków
+niestrudzonego gospodarza domu.</p>
+
+<p>A tak dobrze by&#322;o mu tutaj! Dawno nie pa­mi&#281;ta tak
+cichej, niczem nie zam&#261;conej chwili, bez zgrzytu &#380;adnego, bez
+rozterki...</p>
+
+<p>Rozterka!.. By&#322;a przecie&#380; ona jego &#380;yciem.
+Tak. Nie tem zewn&#281;trznem, dla ludzi, dla &#347;wiata, ale tem prawdziwem,
+wewn&#281;trznem - dla siebie.</p>
+
+<p>Cie&#324; smutku powlek&#322; pi&#281;kne rysy
+Dzier&#380;ymirskiego; rozpami&#281;tuj&#261;c co&#347;, zaduma&#322; si&#281;
+on znowu.</p>
+
+<p>Nagle brwi zmarszczy&#322;, i jakby przypomniaw­szy co&#347;
+sobie, si&#281;gn&#261;&#322; szybko do kieszeni fraka, sk&#261;d
+wyj&#261;&#322; welinow&#261; pod&#322;u&#380;n&#261; kopert&#281;. Rzuciwszy
+uwa&#380;nem okiem na wypisany, dr&#380;&#261;c&#261; r&#281;k&#261;,
+dok&#322;adny adres, odczytywa&#263; go pocz&#261;&#322;. By&#322; to za&#347;
+list do niejakie­go pana Wiktora Orl&#281;ckiego w Pary&#380;u. O pismo to
+chodzi&#322;o Romanowi bardzo od kilku ju&#380; tygodni, to jest od czasu, gdy
+si&#281; dowiedzia&#322;, &#380;e wzmiankowany powy&#380;ej, Wiktor
+Orl&#281;cki, zamieszka&#322; w stolicy &#347;wiata z oszcz&#281;dno&#347;ci i
+musu po stracie -maj&#261;tkowej, wyni­k&#322;ej, jak mówiono, ze zguby, przed
+samym terminem licytacyi maj&#261;tkowej, sumy pieni&#281;&#380;nej.</p>
+
+<p>Opowiadanie to, pos&#322;yszane przypadkiem, ude­rzy&#322;o
+Romana Dzier&#380;ymirskiego. Rodziny Orl&#281;ckich nie zna&#322;,
+szczegó&#322;ów dowiedzie&#263; si&#281; nie móg&#322;... Wiadomo&#347;&#263;
+ta jednak niepokoi&#322;a go; ogarnia&#263; go po­cz&#281;&#322;a
+ch&#281;&#263; niezbadana stanowczego zobaczenia si&#281;, z owym Wiktorem
+Orl&#281;ckim, oraz wybadania go zr&#281;cznego.</p>
+
+<p>I od chwili tej nie zna&#322; ju&#380; pragnie&#324;
+innych...</p>
+
+<p>Wreszcie pozna&#322; si&#281; umy&#347;lnie pewnego dnia z
+bogaczem, s&#322;awnym odludkiem i dziwakiem, Hugonem Orl&#281;ckim, jedynym
+krewnym zamieszka&#322;ego, w Pary&#380;u Wiktora, by w jakikolwiek b&#261;d&#378;
+spo­sób móc dotrze&#263; przez niego do nieznanego mu zgo&#322;a
+cz&#322;owieka, a trzymaj&#261;cego, mo&#380;e, kto wie, ni&#263; jego
+w&#322;asnej zagadki! Dzi&#347; dopiero, na kilka godzin przed rautem,
+uda&#322;o si&#281; zdoby&#263; list od starego samo­luba, dla którego
+napisanie go nawet by&#322;o ofiar&#261; niew&#261;tpliwie wielk&#261;,
+zerwa&#322; bowiem zupe&#322;nie stosunki ze swym krewnym.</p>
+
+<p>Pismo to by&#322;o w kwestyi oderwanej ca&#322;kiem;
+tre&#347;&#263;, poddana przez samego Romana, poleca&#322;a tylko oddawc&#281;
+w pewnej sprawie wzgl&#281;dem synowca starego bogacza, posiadaj&#261;c jednak
+list ów w kieszeni, Dzier&#380;ymirski odetchn&#261;&#322;. &#321;atwiej mu
+ju&#380; bowiem by&#322;o, maj&#261;c sposobno&#347;&#263; poznania owego
+Orl&#281;ckiego, potr&#261;ci&#263; w rozmowie z nim o temat
+pieni&#281;&#380;nej zgu­by, którego, jako obcy zupe&#322;nie, prawdopodobnie
+tkn&#261;&#263; by nawet z nim nie móg&#322;.</p>
+
+<p>- Ba!.. jeszcze jeden... - westchn&#261;&#322; Dzier&#380;y­mirski
+i skierowa&#322; si&#281; &#347;piesznym krokiem ku rozbrzmiewaj&#261;cym
+ju&#380; wrzaw&#261; salonom.</p>
+
+<p>Tam, po uczcie artystycznej ducha, przechodzo­no
+w&#322;a&#347;nie do du&#380;ej pustej jadalnej sali, by z kolei
+przyst&#261;pi&#263; do uczty cia&#322;a i pokrzepi&#263; si&#281; jad&#322;em,
+za stawionem poka&#378;nie i suto, na olbrzymim pod&#322;u&#380;nym, przybranym
+kwiatami, stole.</p>
+
+<p>Roman stan&#261;&#322; w cieniu portyery, u wej&#347;cia je­dnego
+z ustronnych buduarów, gdzie w tej chwili nie by&#322;o nikogo, i
+obj&#261;&#322; spojrzeniem swych go&#347;ci.</p>
+
+<p>W jego ogromnych salonach by&#322;o ju&#380; nieco prze­stronniej;
+tu i tam siedziano jeszcze, rozmawiano, lub przechadzano si&#281; swobodniej...
+Wypuklej wyst&#281;powa&#322;y teraz wspania&#322;e toalety kobiet,
+mieni&#322;y si&#281; t&#281;czowy­mi kolory.</p>
+
+<p>Na alabastrowych szyjach, piersiach i ramionach
+wachluj&#261;cych si&#281; zalotnie dam, &#322;atwiej mo&#380;na by&#322;o
+dojrze&#263; obecnie wspania&#322;e klejnoty, po&#322;yskuj&#261;ce, na równi
+ze spojrzeniami ich oczu...</p>
+
+<p>Na lewo za&#347;, ku sali jadalnej, &#347;cisk natomiast
+panowa&#322;. Wiele osób dyskretnie w ostatnim, trze­cim z rz&#281;du, salonie,
+oczekiwa&#322;o, rautuj&#261;c tymczasowo, kolei swej, bo przy sto&#322;ach
+biesiadnych pe&#322;no ju&#380; by&#322;o go&#347;ci, posilaj&#261;cych
+si&#281;, przewa&#380;nie stoj&#261;c, wystawn&#261;, urz&#261;dzon&#261; na
+zimno kolacy&#261;. Paniom i pan­nom us&#322;ugiwali panowie, jedz&#261;c,
+flirtuj&#261;c, &#347;miej&#261;c si&#281; i bawi&#261;c weso&#322;o.</p>
+
+<p>Obejmuj&#261;c sale wzrokiem, d&#322;u&#380;sz&#261;
+ju&#380; chwil&#281; sta&#322; tak Dzier&#380;ymirski, a na twarzy jego, w
+&#347;lad za</p>
+
+<p>pewnym jakby odblaskiem wewn&#281;trznej
+pró&#380;no&#347;ci, zawita&#322; teraz melancholijny cie&#324;...</p>
+
+<p>- Przyszli tutaj - my&#347;la&#322; - tak, stawili si&#281;
+z ró&#380;nych obozów, sfer, przybyli i wielcy, i mali, ba­wi&#261; si&#281;
+obecnie swobodnie, weseli, splataj&#261;c zarazem sw&#261; obecno&#347;ci&#261;
+d&#322;ug grzeczno&#347;ci &#347;wiatowej, zaci&#261;gni&#281;ty u niego -
+po&#380;yczk&#281; moralnych us&#322;ug, czynno&#347;ci, zabiegów...</p>
+
+<p>Ha, zapewne! Lecz gdyby tak oto niespodzia­nie, nagle,
+dowiedzieli si&#281; tutaj oni wszyscy, co poza jego, Dzier&#380;ymirskiego,
+pow&#322;ok&#261; si&#281; kryje, gdyby w zawrotn&#261; g&#322;&#261;b duszy
+jego zajrzeli!..</p>
+
+<p>O, niew&#261;tpliwie! Przeczytawszy ukryt&#261; tam ta­jemnic&#281;,
+odwróciliby si&#281; ze wzgard&#261;...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski nieuczciwy? Jak to?.. Prezes, wi­ceprezes,
+cz&#322;owiek czynu, energii, &#380;elaznej woli, nasz najzdolniejszy, znany i
+powa&#380;any w szerokich ko&#322;ach miasta?..</p>
+
+<p>Jaka&#347; pe&#322;na zgrzytów, piek&#261;ca ironia
+roze&#347;mia­&#322;a si&#281; na glos w duszy Romana.</p>
+
+<p>- Ha-ha-ha!.. ha-ha-ha !.. Oszukujesz ich ty!.. Ty, czczony,
+wielki! Zasypujesz im oczy b&#322;yszcz&#261;­cym piaskiem, kpisz sobie w duchu
+z nich wszyst­kich!..</p>
+
+<p>Roman wstrz&#261;sn&#261;&#322; si&#281;... W przywidzeniu
+na­g&#322;em ujrza&#322; on te klasy, sfery - tych wszystkich,
+przechadzaj&#261;cych si&#281; przed nim, strojnych ludzi, unikaj&#261;cych
+jego wzroku, uk&#322;onu, uchylaj&#261;cych si&#281; od podania mu r&#281;ki,
+ze wzgard&#261; zimn&#261;, such&#261; na obli­czu...</p>
+
+<p>I Dzier&#380;ymirski, wzburzony nagle, podniós&#322;
+g&#322;o­w&#281; hardo, wstrz&#261;sn&#261;&#322; bujn&#261; czupryn&#261;,
+&#347;niada twarz jego przybra&#322;a wyraz energii, oraz niez&#322;omnej woli,
+i wyszepta&#322;:</p>
+
+<p>- Nie dam si&#281;, nie dam!.. - zacisn&#261;&#322; instyn­ktownie
+pi&#281;&#347;ci i doko&#324;czy&#322; ciszej jeszcze: - Korz&#261; si&#281;
+oni przede mn&#261;, kornymi zostan&#261;; bo ja tak chc&#281; i tak by&#263;
+musi!..</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski bowiem w tej chwili nie ba&#322; si&#281;
+rzeczywi&#347;cie ciemnej, nierozwi&#261;zanej jeszcze &#380;ycia zagadki -
+ufa&#322; w siebie!..</p>
+
+<p>W ukryciu swem, niedostrze&#380;ony przez nikogo, sta&#322;
+d&#322;ugo jeszcze... Uspakaja&#322; si&#281; stopniowo, a z ró­wnowag&#261;
+umys&#322;ow&#261;, wywalczan&#261; zwykle wol&#261; &#380;elazn&#261; -
+codzienny, tajony przed drugimi, smutek, pe&#322;ny samowiedzy, po raz setny
+znowu wst&#281;powa&#322; do du­szy jego.</p>
+
+<p>- Galernikiem jestem!... - szepn&#261;&#322; Roman z
+gorycz&#261;. - Nie tym, z pi&#281;tnem ludzkiej sprawiedliwo&#347;ci na czole,
+pot&#281;pianym, ale mo&#380;e gorszym jeszcze, bo moralnym - tym, któremu
+honory pod nogi rzucaj&#261; hojnie, a on je z rumie&#324;cem wsty­du
+ukry&#263; by rad przed sumieniem, lecz nie mo&#380;e!. W ciemni&#281; zagadki
+wpatrzony b&#322;&#281;dnie, wij&#261;cy si&#281; bezustannie w ducha rozterce,
+niewolnikiem b&#322;&#281;dnego ko&#322;a przeznaczenia w&#322;asnego jestem,
+bryzgaj&#261;­cym &#347;wiatu fa&#322;szem mego "ja",
+potrafi&#261;cym go odu­rzy&#263; komedy&#261;, gran&#261; znakomicie, nie mog&#261;cym
+za&#347;, niestety, zag&#322;uszyli tylko - siebie!..</p>
+
+<p>(przypis - tu ksi&#261;&#380;k&#261; jest spalona, elementy
+wzi&#281;te w nawias kwadratowy s&#261; doko&#324;czeniem wyrazu,
+b&#261;d&#378; oznaczeniem przerwy w tek&#347;cie)</p>
+
+<p>I Dzier&#380;ymirski przesun&#261;&#322; d&#322;o&#324; po
+czole, jakby pragn&#261;c zetrze&#263; z niego ostatecznie my&#347;li
+niepos&#322;uszne. Stan&#261;&#322; po chwili przed lustrem, rozczesa&#322;
+starannie w&#322;osy i brod&#281;, poprawi&#322; szczegó[&#322;y swej] toalety,
+a przybrawszy zwyk&#322;&#261; codzie[nn&#261; poz&#281;] oblicza - przest&#261;pi&#322;
+spr&#281;&#380;y&#347;cie próg z[    
+bu]duaru... Rzuci&#322; znowu oczyma po salac[h    ].</p>
+
+<p>Druga, czy trzecia partya go&#347;ci [       ]raz wieczerz&#281;, a tamci, syci,
+przechad[zali si&#281; po] nim. Nagle ujrza&#322; w dali sylwetk&#281; w[       ] szukaj&#261;cej uparcie wzrokiem
+kogo&#347; ws[zak po] chwili oczy ich spotka&#322;y si&#281;, Ola
+u&#347;mie[chn&#281;&#322;a si&#281; ] i przyzywa&#263; go pocz&#281;&#322;a
+skinieniem g&#322;owy. [Równocze]&#347;nie kto&#347; szybko uchwyci&#322; za
+r&#281;k&#281; Romana.</p>
+
+<p>- Qua diable, ekscelencyo!.. - zabrzmia&#322; g&#322;os
+&#321;ady&#380;y&#324;skiego. - Co z tob&#261; si&#281; dzieje? Kolacya
+rozpocz&#281;ta, pani Ola ci&#281; szuka, go&#347;cie dopytuj&#261; si&#281; o
+ciebie bezustannie, a ty&#347;, jak w wod&#281; wpad&#322;... Bój si&#281;
+Boga, wielki cz&#322;owieku, có&#380; z ciebie za gospo­darz domu!?.. - i pan
+Emil, wzi&#261;wszy pod r&#281;k&#281; Dzier&#380;ymirskiego, prowadzi&#263; go
+pocz&#261;&#322; poprzez salony.</p>
+
+<p>Roman za&#347; teraz dopiero zda&#322; sobie sprawy
+dok&#322;adnie, jak widocznie d&#322;ugo nie by&#322;o go pomi&#281;dzy
+go&#347;&#263;mi.</p>
+
+<p>- Telefonowano do mnie, interes bardzo wa&#380;­ny!..
+Napr&#281;dce za&#322;atwi&#263; musia&#322;em korespondency&#281;... -  sk&#322;ama&#322;  g&#322;adko.</p>
+
+<p>- Ach, zawsze z ciebie ten sam interesoman -­
+za&#347;mia&#322; si&#281; &#321;ady&#380;y&#324;ski - wiesz co ? Ja
+my&#347;l&#281;, &#380;e je&#380;eli tak d&#322;u&#380;ej potrwa, to i w nocy
+b&#281;dziesz przewodniczy&#322; sesyom, a niby &#347;. p. Napoleon godzin
+par&#281; tylko spoczywa&#322; w obj&#281;ciach Morfeusza!..</p>
+
+<p>(przypis - druga strona spalenizny)</p>
+
+<p>[Rom]an na t&#281; uwag&#281; nic nie odpowiedzia&#322;, bo
+[      ]go. Panowie i panie
+przyw&#322;aszczali so[bie   ]gi nieobecnego tak d&#322;ugo gospodarza do­[      ]i&#281; z nim w rozmowy, na których
+dnie, [     ]ry&#322; si&#281; i tu
+nawet, zr&#281;cznie wyzyskuj&#261;cy [    
+int]eres osobisty.</p>
+
+<p>[Dzier&#380;y]mirski za&#347;, ze zwyk&#322;&#261; sobie
+pozorn&#261; po[wag&#261;   ] p­oddawa&#322;
+si&#281; temu wszystkiemu uprzej[mie rozmaw]­ia&#322; z o&#380;ywieniem i
+niebawem znik&#322; z oczu, [      ]
+fal&#261; go&#347;ci. W tryby swe, kó&#322;eczka i ko&#322;a [     ]a&#322;a go znowu machina &#380;ycia, &#347;cieraj&#261;c
+walk&#281; [my]&#347;li, wra&#380;enia z przed chwili, barwnym, bawi&#261;cym
+si&#281; "towarzyskim &#347;wiatem", tak, jak wczoraj czyni&#322;a to
+interesami, sesyami, prac&#261; spo&#322;eczn&#261;, lub czem in­nem
+wreszcie...</p>
+
+<p>To w&#322;a&#347;nie &#380;ycie czynne by&#322;o  najwi&#281;kszem mo­&#380;e czasowem
+lekarstwem Romana - by&#322;o jego morfin&#261;, której za moraln&#261;
+dawk&#261; zapomina&#322; chwilowo o wszystkiem.</p>
+
+<p>Tymczasem czas mkn&#261;&#322; szybko. Po sko&#324;czonej
+ju&#380; zupe&#322;nie kolacyi, przez czas krótki do kulminacyjnego punktu
+o&#380;ywienia doszed&#322; raut prezesowstwa Dzier&#380;ymirskich... Salony
+rozbrzmia&#322;y zdwo­jon&#261; zabaw&#261; i rozmow&#261;. Na wszystkich
+prawie twa­rzach widnia&#322;o szczere zadowolenie, co w wielkiej mierze
+zawdzi&#281;czano niezmordowanym, go&#347;cinnej uprzejmo&#347;ci pe&#322;nym
+zabiegom Romana i Oli.</p>
+
+<p>Eleganckie ich sylwetki, w&#347;ród barwnej l&#347;ni&#261;­cej
+fali zaproszonych osób, miga&#322;y szybko, znajdo­wa&#322;y, zdawa&#322;o
+si&#281;, wsz&#281;dzie, by tylko uprzyjemni&#263;, rozrusza&#263; i
+zabawi&#263; wszystkich, umiej&#281;tnem przedstawianiem, dobieraniem wzajemnem
+kó&#322; i kó&#322;eczek swych go&#347;ci.</p>
+
+<p>Wreszcie stopniowo, z wolna, w salonach uka­zywa&#263;
+si&#281; pocz&#281;&#322;o coraz wi&#281;cej swobodnego miejsca...</p>
+
+<p>Wybi&#322;a gdzie&#347; godzina wpó&#322; do trzeciej. High
+life miejscowy pierwszy da&#322;o has&#322;o do odwrotu, za jego
+przyk&#322;adem, &#347;ladem posz&#322;y i sfery inne... Przed domem, oraz na
+asfalcie obszernego dziedzi&#324;ca za­t&#281;tnia&#322;y liczne uderzenia
+kopyt ko&#324;skich, zamajaczy­&#322;y ogniki u latar&#324; dziesi&#261;tek
+powozów i karet. Roz­je&#380;d&#380;a&#322;o si&#281; t&#322;umnie i coraz
+szybciej.</p>
+
+<p>U wej&#347;cia wyludniaj&#261;cych si&#281; coraz bardziej
+sa­lonów, znowu stali teraz Dzier&#380;ymirscy, &#380;egnaj&#261;c wszystkich
+serdecznie i grzecznie nad wyraz.</p>
+
+<p>- N'est ce pas ? do zahaczenia w Gowarto­wie?.. -
+rzuci&#322;a na po&#380;egnanie Ola odchodz&#261;cemu ju&#380; w tej&#380;e
+chwili Topolskiemu.</p>
+
+<p>- Najmilszym to dla mnie b&#281;dzie obowi&#261;z­kiem!.. -
+zabrzmia&#322;a, w uk&#322;onie wytwornym skwa­pliwa jego odpowied&#378;.</p>
+
+<center>*******************************************</center>
+
+<p>Noc wiosenna, cicha, przez otwarte wszystkich apartamentów
+okna, zajrza&#322;a w swej gwia&#378;dzistej sza­cie do salonów
+Dzier&#380;ymirskich.</p>
+
+<p>Ciep&#322;ym, rze&#378;kim powiewem zmiesza&#322;a si&#281;
+ona z pozosta&#322;&#261; tu woni&#261; perfum, potu cia&#322;a i oddechów
+ludzkich, - tchnieniem swem dotkn&#281;&#322;a g&#322;ów siedz&#261;­cych w
+zacisznym buduarze Romana i Oli.</p>
+
+<p>Ola z lubo&#347;ci&#261; wci&#261;gn&#281;&#322;a w piersi
+oddech wiosennej nocy, poczem rzek&#322;a:</p>
+
+<p>- Ach, jak przyjemnie... czujesz, Romciu? Co za mi&#322;y i
+&#347;wie&#380;y powiew!..</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski, pal&#261;cy w zamy&#347;leniu papierosa,
+spojrza&#322; na wdzi&#281;czn&#261; posta&#263; &#380;ony, opi&#281;t&#261;
+zgrabnie w &#347;liczn&#261; dekoltowan&#261; sukni&#281;, i d&#322;u&#380;ej
+zatrzymawszy na niej spojrzenie, milcz&#261;c, z u&#347;miechem
+skin&#261;&#322; pota­kuj&#261;co g&#322;ow&#261;; po chwili za&#347;
+rzuci&#322; papierosa precz od siebie i przysun&#261;wszy fotel bli&#380;ej do
+kanapki; gdzie siedzia&#322;a Ola, po&#322;o&#380;y&#322; mi&#281;kk&#261;
+d&#322;o&#324; sw&#261; na jej ma&#322;ej r&#261;czce.</p>
+
+<p>- Wiesz, kochanie - rzek&#322; &#322;agodnie i z wolna - ­&#380;e
+ja ju&#380; jutro do Pary&#380;a jecha&#263; musz&#281;...</p>
+
+<p>- Ju&#380; jutro?.. - wykrzykn&#281;&#322;a ze zdziwieniem
+Ola. - Mieli&#347;my jecha&#263; razem do Gowartowa - do­da&#322;a
+nast&#281;pnie z &#380;alem - a ty za granic&#281; dopiero pó&#378;niej...</p>
+
+<p>I oczy Oli pociemnia&#322;y nieco, na twarzy za&#347;
+odbi&#322; si&#281; cie&#324; widocznego jakby rozczarowania.
+Dzier&#380;ymirski u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; na t&#281; mink&#281;
+niezado­wolon&#261;.</p>
+
+<p>- Dba jednak o mnie i kocha... - przemkn&#281;­&#322;o mu
+przez my&#347;l, poczem &#322;agodnie, g&#322;aszcz&#261;c d&#322;oni&#261;
+r&#261;czk&#281; Oli, mówi&#322; pieszczotliwie znów dalej, pali&#322;y go
+ju&#380; bowiem gor&#261;czk&#261;: list schowany w kieszeni i nadzieja
+wpadni&#281;cia mo&#380;e na tak dawno poszukiwa­ny trop.</p>
+
+<p>- Wierz mi, zwleka&#263; nie mog&#281;, musz&#281;
+jecha&#263; natychmiast... ­Zreszt&#261; przyjad&#281; do Gowartowa
+pó&#378;niej.</p>
+
+<p>- Ale&#380; wczoraj jeszcze - &#380;achn&#281;&#322;a si&#281;
+Ola - mówi&#322;e&#347; mi, &#380;e nic tak dalece pilnego nie powo&#322;u­je
+ci&#281;...</p>
+
+<p>- Ho-ho gniewy!.. - zauwa&#380;y&#322; lekko i &#380;arto­bliwie
+Dzier&#380;ymirski. - Có&#380; to, mo&#380;e moja pani chcia&#322;aby mnie
+mie&#263; tak ci&#261;gle ŕ ses trousses?.. - I mówi&#261;c to, powsta&#322;,
+zbli&#380;y&#322; si&#281; do &#380;ony, a uj&#261;wszy jej obie d&#322;onie,
+po&#322;o&#380;y&#322; je u&#347;miechni&#281;ty sobie na twarzy i wargami
+muska&#263; pocz&#261;&#322; delikatnie, bawi&#261;c si&#281; jednocze&#347;nie
+brz&#281;cz&#261;cemi na r&#261;czkach Oli branso­letkami.</p>
+
+<p>- Oj, kotku, koteczku ty mój drogi, kochany! wczoraj... -
+przedrze&#378;nia&#322; z kolei - wczoraj nic nie wiedzia&#322;em jeszcze, a
+dzi&#347;... - tu Roman spu&#347;ci&#322; oczy - na raucie w&#322;a&#347;nie
+uchwalili&#347;my razem z cz&#322;onkami nowozak&#322;adaj&#261;cej si&#281;
+wspó&#322;ki Przemys&#322;u Fabryczno - Krajowego, &#380;e ja, jako delegowany,
+musz&#281;, jecha&#263; czempr&#281;dzej do Pary&#380;a, w celu obejrzenia na
+miejscu udoskonale&#324; fabrycznych...</p>
+
+<p>Roman umilk&#322;, pu&#347;ci&#322; delikatnie d&#322;onie
+&#380;ony i wyj&#261;&#322; ruchem szybkim zegarek.</p>
+
+<p>- Oho - po trzeciej... Pó&#378;no, cherie, ju&#380;
+k&#322;a&#347;&#263; si&#281; pora - i ko&#324;cz&#261;c jakby poprzedni&#261;
+rozmow&#281;, dorzuci&#322;: - No, i có&#380;, moje &#380;ycie, widzisz teraz,
+i&#380; nie jecha&#263; jutro nie mog&#281;...</p>
+
+<p>- Zapewne. Ty zawsze nie mo&#380;esz, gdy nie chcesz! No,
+ale có&#380; robi&#263;... Jed&#378;... Tylko w takim ra­zie prosz&#281; mi
+d&#322;ugo tam nie siedzie&#263; i pisa&#263; listy codziennie. Koniecznie...
+By nie zapomnie&#263; o mnie zu­pe&#322;nie - tu Ola z u&#347;miechem
+pogrozi&#322;a m&#281;&#380;owi pal­cem i doda&#322;a jeszcze: - bo Pary&#380;
+- Pary&#380;em, ho, ho, ja znam si&#281; na tem!.. Nie oszukasz mnie tak
+&#322;atwo...</p>
+
+<p>- Ale có&#380; znowu? - &#380;achn&#261;&#322; si&#281;
+Dzier&#380;ymir­ski, ale tym razem zupe&#322;nie szczerze. - Có&#380; za
+my&#347;li  - u&#347;miechn&#261;&#322;
+si&#281;, a potem dorzuci&#322; ca&#322;kiem powa&#380;nie: - Wiesz przecie,
+&#380;e prócz cie­bie, &#380;adna na &#347;wiecie kobieta nie obchodzi mnie
+zgo&#322;a!..</p>
+
+<p>Z wdzi&#281;czno&#347;ci&#261; spojrza&#322;a na&#324; Ola.</p>
+
+<p>- Wiem i wierz&#281; - rzek&#322;a - a poniewa&#380; i mnie
+t&#281;skno bez pana mego b&#281;dzie, wi&#281;c i ja jutro po­jad&#281;...</p>
+
+<p>Zatrzyma&#322;a si&#281;, spojrzawszy filuternie na m&#281;­&#380;a,
+cie&#324; bowiem mimowolny przebieg&#322; po twarzy jego...</p>
+
+<p>- Nie, nie do Pary&#380;a!.. - roze&#347;mia&#322;a si&#281;
+szcze­rze, jakby my&#347;li Romana zgaduj&#261;c - ale do Go­wartowa!..</p>
+
+<p>U&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; z kolei
+Dzier&#380;ymirski.</p>
+
+<p>- Dobrze! - wykrzykn&#261;&#322; weso&#322;o. - Zatem jutro
+- marsz! Poniewa&#380; za&#347; poci&#261;g mój wychodzi pó&#378;niej od twego,
+wy&#347;l&#281; pakunki nasze przez s&#322;u&#380;b&#281; i odwioz&#281;
+ci&#281; na kolej powozem. A teraz - ci&#261;g­n&#261;&#322; dalej -
+spa&#263;!... Dobranoc, kochanie, zm&#281;czon&#261; jeste&#347;.</p>
+
+<p>Poca&#322;owa&#322; Ol&#281; serdecznie w obie r&#281;ce i
+czo&#322;o - ­ma&#322;&#380;e&#324;stwo znu&#380;one rozesz&#322;o si&#281;...</p>
+
+<p>Niebawem w apartamentach prezesowstwa Dzier­&#380;ymirskich
+pogas&#322;y wszystkie &#347;wiat&#322;a. Cisza i u&#347;pie­nie,
+prowadz&#261;c si&#281; za r&#281;ce, wst&#261;pi&#322;y do roj&#261;cych
+si&#281; tak niedawno od ludzi salonów, buduarów - rozpostar&#322;y si&#281;
+wsz&#281;dzie i mrokiem sennym otu­li&#322;y wszystko doko&#322;a.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<center>--------</center>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>- Paris!.. Tout
+le monde descend!.. Paris!..</p>
+
+<p> Okrzyk ten
+j&#281;drny, dono&#347;ny, a wyrzeczony naj­czystszym francuskim akcentem,
+obi&#322; si&#281; o s&#322;uch pasa&#380;erów poci&#261;gu,
+podje&#380;d&#380;aj&#261;cego pod oszklone arka­dy paryskiego dworca, i
+zbudzi&#322; drzemi&#261;cego w wa­gonowym przedziale Dzier&#380;ymirskiego.</p>
+
+<p>- Par... - ris !.. - zabrzmia&#322;o przeci&#261;gle raz
+jeszcze pod samem oknem wagonu i drzwiczki szybko roztworzono nagle... Roman
+zerwa&#322; si&#281;, a po­chwyciwszy podró&#380;n&#261; torebk&#281;,
+wyskoczy&#322; &#347;piesznie na peron.</p>
+
+<p>Bieganina, ruch, zgie&#322;k, ogarn&#281;&#322;y go natych­miast,
+oszo&#322;omi&#322;y chwilowo ca&#322;kiem; w par&#281; minut dopiero,
+zoryentowawszy si&#281;, poszed&#322; Dzier&#380;ymirski do rewizyjnej sali,
+gdzie pobie&#380;n&#261; z baga&#380;em swym za&#322;atwiwszy formalno&#347;&#263;,
+w kwadrans pó&#378;niej znalaz&#322; si&#281; ju&#380; w doro&#380;ce, na
+bulwarach.</p>
+
+<p>Zapaliwszy cygaro i rozpar&#322;szy si&#281; wygo­dnie, z
+przyjemno&#347;ci&#261; przypatrywa&#322; si&#281; on te­raz od bardzo ju&#380;
+dawna nie widzianej nadsekwa&#324;­skiej stolicy.</p>
+
+<p>&#346;rodkiem bulwaru Sewastopolskiego, ulic&#261;, wy­mija&#322;y
+go ogromne, zielone tramwaje elektryczne, ró&#380;nobarwne omnibusy konne,
+ekwipa&#380;e, samochody; ca&#322;y zast&#281;p ruchliwy pojazdów tamowa&#322;
+co chwila wir miasta, na sekund kilka wielokrotnie zatrzymy­wa&#263; si&#281;
+by&#322;a zmuszona wioz&#261;ca Romana doro&#380;ka; po­licyjna w mantylach
+ciemnych krzykliwie czyni&#322;a po­rz&#261;dek - poczem ruszano znowu.</p>
+
+<p>A pod wynios&#322;emi drzewami, po bokach, snu­&#322;y
+si&#281; po&#347;piesznie przechodniów roje; na werandach mnogich kawiarni,
+zajmuj&#261;cych cz&#281;&#347;&#263; chodnika, pe&#322;no by&#322;o
+równie&#380; i gwarno od konsumentów - p&#322;ci oboj­ga oraz ró&#380;nych
+stanów.</p>
+
+<p>I jaki&#347; pr&#261;d kie&#322;kuj&#261;cego, czynnego
+bezustannie &#380;ycia, lec&#261;cego na o&#347;lep jakby przed siebie,
+niepomnego by&#322;ego, znik&#322;ego ju&#380; "wczoraj", w
+ci&#261;g&#322;ej, &#347;piesznej pogoni tera&#378;niejszo&#347;ci i jutra -
+bi&#322; od tych uganiaj&#261;cych si&#281; mas ludzkich, zawrotn&#261;
+si&#322;&#261; ci&#261;gn&#261;&#322; jakby ku sobie - poch&#322;ania&#322; i
+wabi&#322;...</p>
+
+<p>W p&#322;uca swe wci&#261;gaj&#261;c bezwiednie tchnienie
+tego &#380;ycia, tocz&#261;cego si&#281; z &#322;oskotem swego perpe­tuum
+mobile, Roman dojecha&#322; wreszcie do jednego­ z centralnych hoteli, gdzie
+rozlokowawszy si&#281; nieba­wem, znu&#380;ony po&#322;o&#380;y&#322; si&#281;
+i zasn&#261;&#322;.</p>
+
+<p>Przespawszy w kamiennym &#347;nie zm&#281;czenia do­brych
+godzin kilka, Dzier&#380;ymirski zabra&#322; si&#281; energicznie do celu swego
+tutaj przybycia. Wybieg&#322; na miasto.</p>
+
+<p>Dla oryginalno&#347;ci i pod wp&#322;ywem przypomnie­nia
+u&#380;ywanej za studenckich jeszcze czasów jazdy na "impérial'i"
+omnibusów, "pan prezes" usadowi&#322; si&#281; na dachu jednego z
+nich i z zadowoleniem, rozgl&#261;da&#263; si&#281; pocz&#261;&#322;
+woko&#322;o.</p>
+
+<p>U stóp jego, blisko, w granitowem pod&#322;o&#380;u to­czy&#322;a
+sennie swe ciemne, stalowe fale Sekwana. U jej brzegów w oddali, na lewo,
+wznosi&#322;y si&#281; po­nure nieco kwadraty wie&#380;yc katedry Notre Dame, w
+prawo za&#347; majaczy&#322; Luwr olbrzymi. Dalej znów b&#322;yszcza&#322;
+ozdobami most Aleksandra III-go, odcina&#322;a si&#281; na tle nieba wie&#380;a
+Eiffel - w perspekty­wie, kopu&#322;a pa&#322;acu Inwalidów z&#322;oci&#322;a
+si&#281; w promie­niach majowego s&#322;o&#324;ca...</p>
+
+<p>A po Sekwanie, kr&#261;&#380;&#261;c, uwija&#322;y si&#281;
+parowe stat­ki, zatrzymywa&#322;y si&#281; u licznych przystani, obs&#322;ugu­j&#261;c
+bezustannie mieszka&#324;ców stolicy.</p>
+
+<p>Trz&#281;s&#261;c niemi&#322;osiernie, &#380;ó&#322;tawy, w
+trzy siwe konie zaprz&#281;&#380;ony, omnibus zatrzymywa&#322; si&#281;
+w&#322;a&#347;nie na jednym z przystanków, gdy obserwuj&#261;cy ci&#261;gle
+Pary&#380; Dzier&#380;ymirski, zda&#322; sobie nagle spraw&#281;, &#380;e
+mieszkanie Orl&#281;ckiego mo&#380;e by&#263; ju&#380; blisko, i pocz&#261;&#322;
+schodzi&#263; szybko po kr&#281;tych schodkach, &#322;&#261;cz&#261;cych
+pi&#281;tnastocentymow&#261; impériale z trzydziestocentymowym pado&#322;em.</p>
+
+<p>Znalaz&#322;szy si&#281; na bruku, Roman
+przy&#347;pieszy&#322; kroku, i wymin&#261;wszy kilka w&#261;skich
+zau&#322;ków, znik&#322; w bramie jednego z domów. W chwil&#281; pó&#378;niej
+dzwoni&#322; na kr&#281;tych ciemnych schodach starej, jak &#347;wiat,
+kamienicy - u drzwi pomieszkania Orl&#281;ckiego. Otwo­rzy&#322;a mu
+m&#322;oda, fertyczna s&#322;u&#380;&#261;ca, w charaktery­stycznym bia&#322;ym
+czepeczku na g&#322;owie.</p>
+
+<p>- Monsieur Orl&#281;cki? - zapyta&#322; Dzier&#380;ymirski. </p>
+
+<p>- Sorti et ne reviendra qu'a dix heures du soir -
+pos&#322;ysza&#322; zwi&#281;z&#322;&#261; odpowied&#378;.</p>
+
+<p>Zawiedziony Roman skrzywi&#322; si&#281;, z
+niech&#281;ci&#261; i zagadn&#261;&#322;:</p>
+
+<p>- A jutro o której godzinie zasta&#263; go b&#281;dzie
+mo&#380;na?</p>
+
+<p>- O, jutro zgo&#322;a co innego. W Niedziel&#281; pan
+przyjmuje od drugiej do obiadu - poinformowa&#322;a przybysza m&#322;oda
+Francuzka.</p>
+
+<p>- A zatem przyjd&#281; jutro o tej&#380;e godzinie -
+odpar&#322; Dzier&#380;ymirski, i si&#281;gn&#261;wszy po bilet wizytowy, oraz
+list Hugona Orl&#281;ckiego, wr&#281;czy&#322; je s&#322;u­&#380;&#261;cej,</p>
+
+<p>- Prosz&#281; odda&#263; to panu... Do widzenia!.. -
+skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261; uprzejmie.</p>
+
+<p>- Bonjour, monsieur!.. - odwzajemniaj&#261;c si&#281;
+dzie&#324; dobrym, wed&#322;ug miejscowego zwyczaju, po&#380;egna&#322;a go
+dziewczyna u&#347;miechem i zalotnem b&#322;y&#347;ni&#281;­ciem czarnych oczu.</p>
+
+<p>Wydostawszy si&#281; na ulic&#281;, Dzier&#380;ymirski,
+nieza­dowolony ze zw&#322;oki, a ca&#322;y poch&#322;oni&#281;ty nadziej&#261;
+rozwi&#261;zania za pomoc&#261; Orl&#281;ckiego dr&#281;cz&#261;cej go zagadki
+- szed&#322; naprzód przed siebie odruchowo czas d&#322;u&#380;­szy. Od
+otoczenia swego daleki jeszcze my&#347;lami, nagle zatrzyma&#322; si&#281;
+jednak, spojrzawszy uwa&#380;nie do­ko&#322;a siebie.</p>
+
+<p>Znajdowa&#322; si&#281; obok filarów wej&#347;ciowych
+Panteonu - przed nim za&#347; w perspektywie ju&#380; bliskiej zielenia&#322;
+za krat&#261; ogród Luksemburski.</p>
+
+<p>Pustymi chodnikami skierowa&#322; si&#281; w t&#261;
+stron&#281;; wkrótce by&#322; ju&#380; w ogrodzie i i&#347;&#263;
+zacz&#261;&#322; bez celu szerokiemi alejami, niebawem za&#347; znalaz&#322;
+si&#281; na obszernym tarasie. Na lewo, w oddali, zamajaczy&#322;y wie&#380;yce
+Obserwatoryum, przed nim wznosi&#322;o si&#281; muzeum Luksemburskie.</p>
+
+<p> </p>
+
+<p>- Wpadn&#281; tam i obejrz&#281;, co jest!.. - pomy­&#347;la&#322;,
+zadowolony nagle na widok gmachu, a ponie­wa&#380; wej&#347;cie do pa&#322;acu
+nie by&#322;o od ogrodu, lecz od strony bulwaru &#346;-go Micha&#322;a,
+Dzier&#380;ymirski skiero­wa&#322; si&#281; boczn&#261; alej&#261; parku ku
+wyj&#347;ciu, na prawo. Twarz chmurn&#261;, znudzon&#261;, okrasi&#322; mu
+u&#347;miech; przest&#261;pi&#322; spr&#281;&#380;y&#347;cie próg muzeum i
+spojrza&#322; jedno­cze&#347;nie na zegarek - mija&#322;a czwarta, podwoje
+pa&#322;acu za&#347; zamykano o pi&#261;tej.</p>
+
+<p>- Zd&#261;&#380;&#281; chyba zobaczy&#263; wszystko!.. -
+mrukn&#261;&#322;, kontent ju&#380; tym razem zupe&#322;nie, z przyjemnego zabi­cia
+czasu.</p>
+
+<p>I rzeczywi&#347;cie.. Pod wp&#322;ywem bowiem pierw­szego
+rzutu oka na salon sztuki, Dzier&#380;ymirski zapomnia&#322; o wszystkiem, co
+go dr&#281;czy&#322;o.</p>
+
+<p>Znajdowa&#322; si&#281; w otoczeniu, ustawionych w pier­wszej
+sali, licznych rze&#378;b nowo&#380;ytnych...</p>
+
+<p>Wi&#281;c oto najprzód spojrzenie jego przyku&#322;a
+ustawiona na ma&#322;em wzniesieniu, w pobli&#380;u wej&#347;cia, rze&#378;ba
+Moreau-Vauthier'a, a by&#322;a ni&#261; posta&#263; naga, le&#380;&#261;cej na
+wznak, w lubie&#380;nej pozie i upojeniu, ba­chantki, z gronem winogron w lewej
+d&#322;oni... Natu­ralno&#347;&#263; pozy i ruchu, a szczególniej modelowane do­skonale
+cia&#322;o kobiece, t&#281;tni&#261;ce po prostu w zimnym bia&#322;ym marmurze,
+&#380;arem krwi m&#322;odej - zatrzyma&#322;o d&#322;u&#380;ej na sobie wzrok
+Romana.</p>
+
+<p>Rozgl&#261;daj&#261;c si&#281;, przystaj&#261;c co chwila,
+poszed&#322; dalej!.. I niebawem znowu zapatrzy&#322; si&#281;
+d&#322;u&#380;ej, tym razem przed przegi&#281;t&#261; w ty&#322;, w
+stoj&#261;cej postawie, i unosz&#261;c&#261; si&#281; jakby w przestrzeni,
+postaci&#261; nagiej równie&#380; dziewczyny. Oczy jej by&#322;y
+przymkni&#281;temi, twarz owiana mg&#322;&#261; u&#347;pienia, w r&#281;ku
+trzymane chwia­&#322;o si&#281; kwiecie...</p>
+
+<p>By&#322;o to "Z&#322;udzenie" F. Charpentier'a,
+oddaj&#261;­ce subtelnie pochwycon&#261; nieuchwytno&#347;&#263; illuzyi, jak
+sen, jak marzenie, nieuj&#281;tej - rozp&#322;ywaj&#261;cej si&#281; jak­by w
+przestrzeniach...</p>
+
+<p>Niezrównanem bowiem oddaniem czaru u&#347;pio­nych
+pi&#281;knych rysów kobiecych, zdawa&#322;o si&#281;, &#380;e znajduj&#261;cy
+si&#281; tutaj przedstawiciele rze&#378;by turniej urz&#261;­dzili sobie.</p>
+
+<p>W&#347;ród wielu innych w tym&#380;e rodzaju pos&#261;gów,
+wyró&#380;nia&#322;a si&#281; jeszcze rze&#378;ba, nader pi&#281;kna,
+zatytu&#322;owana : "Wspomnienie". Twórc&#261; jej by&#322; Mercié
+Autonin.</p>
+
+<p>Przedstawia&#322;a ona m&#322;ode dziewcz&#281;, o rysach
+drobnych, z g&#322;ow&#261; przechylon&#261; w ty&#322; nieco, z obliczem,
+ton&#261;cem jakby w g&#322;&#281;bokim, cichym &#347;nie. Na kolanach jej, na
+ziemi - wsz&#281;dzie, widnia&#322;y rozsypane kwiaty; dwa go&#322;&#261;bki,
+nios&#261;c w dzióbkach rów­nie&#380; kwiecie, lecia&#322;y ku niej,
+rozmarzonej cicho, we wspomnieniu dalekiem...</p>
+
+<p>Po&#347;wi&#281;ciwszy wzgl&#281;dnie do&#347;&#263; czasu
+na rze&#378;b&#281;, Dzier&#380;ymirski przeszed&#322; spiesznie do salonów,
+zawie­szonych obrazami, dochodzi&#322;a ju&#380; bowiem godzina
+zamkni&#281;cia. Szybko, jak móg&#322; najuwa&#380;niej, pocz&#261;&#322;
+ogl&#261;da&#263; obrazy wszystkie; w ten sposób dobieg&#322; do sali
+ostatniej. Poczem, wolniej nieco, powraca&#263; zacz&#261;&#322;.</p>
+
+<p>I teraz w jednym salonie uwag&#281; jego zwróci&#322; nader
+oryginalnie, bo, jakby ca&#322;kiem po &#347;wiecku traktowany, a mimo to
+nadziemsko&#347;ci&#261; tchn&#261;cy, obraz: "Naj&#347;wi&#281;tsza Marya
+Pocieszycielka..." Z ram patrzy­&#322;a na widza, natchnionego oblicza, o
+du&#380;ych oczach czarnych, siedz&#261;ca posta&#263; Niebios Królowej... Na
+kolanach Jej, rzucona na kl&#281;czkach, opar&#322;a si&#281; ko­bieta, z
+twarz&#261; ukryt&#261;, z r&#281;koma za&#322;amanemi, w bez­brze&#380;nym
+bólu, szukaj&#261;ca na &#322;onie &#346;wi&#281;tej Maryi po­cieszenia! U stóp
+tych dwóch postaci kobiecych - poni&#380;ej, le&#380;a&#322;o wdzi&#281;cznie
+u&#347;pione dzieci&#261;tko, &#347;ni&#322;o, osypane ca&#322;e, obrzucone
+puchem bia&#322;ych ró&#380; &#347;nie&#380;­nych, w rozkwicie...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski, zachwycony wdzi&#281;kiem i poezy&#261;,
+bij&#261;cemi z obrazu tego, p&#281;dzla "Bouguereau"; po chwili znów
+pospieszy&#322; dalej.</p>
+
+<p>Naraz zatrzyma&#322; si&#281; ponownie. Ujrza&#322; bowiem
+naprzeciwko siebie obraz do&#347;&#263; du&#380;y, przez Detaille Edwarda.
+Nosi&#322; miano "Le ręve (Sen)".</p>
+
+<p>Na olbrzymiem oto polu, otuleni p&#322;aszczami, z czapkami
+nasuni&#281;temi na czo&#322;o, pokotem, jeden obok drugiego, le&#380;&#261;
+setki odpoczywaj&#261;cych, pogr&#261;&#380;o­nych we &#347;nie
+&#380;o&#322;nierzy... Poranek cichy; niebo hen! daleko zaró&#380;awia si&#281;
+leniwie jutrzenk&#261;, - w&#347;ród &#347;pi&#261;cych ludzi
+b&#322;yszcz&#261; w szarem &#347;witaniu rz&#281;dem poustawiane,
+u&#322;o&#380;one w koz&#322;y bronie, a gdzie&#347; z boku, blisko, dogasa
+ju&#380; ognisko...</p>
+
+<p>Lecz có&#380; to za cienie majacz&#261; tam, w górze, nad
+nimi?</p>
+
+<p>To gór&#261;, w ob&#322;okach, p&#322;ynie mg&#322;&#261;
+przes&#322;oni&#281;ty jaki&#347; hufiec inny, zwyci&#281;zki - mar i duchów,
+nie ludzi!.. Grzmi tam muzyka, b&#281;bni&#261;, strzelaj&#261;, propor­ce
+si&#281; chwiej&#261;, chor&#261;gwie szumi&#261;... tamci, tam, zwy­ci&#281;&#380;aj&#261;
+niezawodnie!..</p>
+
+<p>I ponad g&#322;owy u&#347;pionych &#380;o&#322;nierzy,
+których po­twór wojny mo&#380;e ju&#380; jutro poch&#322;onie, przesuwa
+si&#281;, jak marzenie, u&#322;udne widzenie ostatnie: oni &#347;pi&#261;c,
+widz&#261; siebie, jak zwyci&#281;&#380;aj&#261;, pe&#322;ni chwa&#322;y!..</p>
+
+<p>To sen...</p>
+
+<p>Pi&#261;ta wybi&#322;a g&#322;o&#347;no w salonach sztuki, i
+Dzier­&#380;ymirski opu&#347;ci&#263; musia&#322; muzeum. Niebawem znalaz&#322;
+si&#281; na bulwarach Pary&#380;a i równocze&#347;nie instynktow­nie
+poczu&#322; g&#322;ód.</p>
+
+<p>W&#322;och z matki i dusz&#261; ca&#322;&#261; artysta,
+my&#347;l&#261; wspo­mina&#322; on jeszcze widziane przed chwil&#261;
+dzie&#322;a sztu­ki i pogodnem spojrzeniem ogarnia&#322; biegn&#261;ce
+woko&#322;o siebie t&#322;umy, przepe&#322;nione kawiarnie i hucz&#261;ce
+pojazdy.</p>
+
+<p>- La Presse!.. La Patrie... La Pres-se!.. -  ­krzyczano mu nad uchem na wszystkie strony;
+w restauracyach, na platformach, spo&#380;ywano ju&#380; posi&#322;ek, popijano
+wino, absynt i inne wyskokowe napoje - ca­&#322;y Pary&#380; obiadowa&#322;.</p>
+
+<p>Na &#347;wie&#380;em powietrzu, przy jednym z takich
+stolików, zach&#281;cony przyk&#322;adem, zasiad&#322; i Roman, a kazawszy
+poda&#263; obiad, zapali&#322; swobodnie cyg­aro.</p>
+
+<p>Niebawem przyniesiono pierwsz&#261; potraw&#281;. W&#347;ród
+przelewaj&#261;cego si&#281; kaskad&#261; paryskiego &#380;ycia i hu­ku
+ruchliwej stolicy, Dzier&#380;ymirski spokojnie zacz&#261;&#322;
+spo&#380;ywa&#263; zup&#281;, s&#322;uchaj&#261;c ciekawie, z u&#347;miechem,
+g&#322;o&#347;nych rozmów swych przerozmaitych s&#261;siadów i
+charakterystycznych cz&#281;stokro&#263; ich bulwarowych dowcipów.</p>
+
+<center>***</center>
+
+<p>Punktualny, pomi&#281;dzy drug&#261;, a trzeci&#261; po
+po&#322;u­dniu, wchodzi&#322; nazajutrz Roman do mieszkania Orl&#281;ckiego.
+S&#322;u&#380;&#261;ca wprowadzi&#322;a go natychmiast do sa­loniku, zaledwie
+jednak wszed&#322; tam, roztworzy&#322;y si&#281; ju&#380; zamaszy&#347;cie
+boczne drzwi komnatki i w ramie ich ukaza&#322; si&#281; m&#281;&#380;czyzna
+ros&#322;y, blondyn; &#322;ysawy i do&#347;&#263; oty&#322;y, o
+siwiej&#261;cym, z polska podkr&#281;conym, w&#261;sie.</p>
+
+<p>- Jak&#380;e mi mi&#322;o... Jak mi&#322;o mie&#263; w
+swoich progach tak dostojnego go&#347;cia... rodaka!.. - zacz&#261;&#322; od
+proga, z polsk&#261; szczero&#347;ci&#261; i uprzejmo&#347;ci&#261; w
+g&#322;osie, roztworzy&#322; przytem machinalnie ramiona, jakby chcia&#322; do
+piersi przycisn&#261;&#263; niemi przyby&#322;ego, po chwili
+opami&#281;ta&#322; si&#281; jednak i wyci&#261;gaj&#261;c uprzej­mie
+prawic&#281;; czysto ju&#380; tylko salonowym gestem, przedstawi&#322;
+si&#281;: Orl&#281;cki... Wiktor... - siostrze­niec Hugona.</p>
+
+<p>- Nie uwierzy pan - ci&#261;gn&#261;&#322; natychmiast bar­dzo
+grzecznie - jak&#261; rzetelnie prawdziw&#261; rado&#347;&#263; uczyni&#322; mi
+list stryja i zapowied&#378; tej pa&#324;skiej wizyty... Prosz&#281;, niech pan
+prezes siada!... Prosz&#281; bardzo...</p>
+
+<p>I Orl&#281;cki wskaza&#322;, z grzeczno&#347;ci&#261;,
+fotele, widz&#261;c za&#347; zdziwienie na twarzy Romana, na d&#378;wi&#281;k
+tytu&#322;u "prezesa", u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;,
+odgad&#322;szy my&#347;l go&#347;cia.</p>
+
+<p>- Dziwnem si&#281; panu prezesowi, jak widz&#281;, wy­daje -
+przemówi&#322;, - &#380;e tytu&#322;uje go... Có&#380; to, przypuszcza pan
+mo&#380;e, - ci&#261;gn&#261;&#322; dalej, ze swad&#261;, - &#380;e my tu na
+obczy&#378;nie nic nie wiemy, kto w kraju u nas przoduje? Przeciwnie,
+przeciwnie! - &#347;ledzimy gor&#261;czkowo i z uwag&#261; ruch naszych
+ziomków, wspó&#322;­braci !.. A jak&#380;e... a jak&#380;e!.. Ja sam
+osobi&#347;cie trzy­mam wiele gazet polskich, wiem o wszystkiem, a z nazwiskiem
+pa&#324;skiem - tu sk&#322;oni&#322; si&#281; grzecznie w stron&#281; Romana -
+spotyka&#322;em si&#281; w nich tylokro­tnie, ceni&#261;c zawsze
+ruchliwo&#347;&#263; pana prezesa i odda­niu si&#281; jego
+spo&#322;ecze&#324;stwu naszemu...</p>
+
+<p>Umilk&#322;, a po chwili</p>
+
+<p>- Ale!.. przepraszam bardzo!.. Pan prezes wszak pali
+zapewne?.. s&#322;u&#380;&#281; natychmiast - i zerwa&#322; si&#281; miejsca,
+przynosz&#261;c wkrótce Dzier&#380;ymirskiemu pude&#322;ko papierosów.</p>
+
+<p>Roman si&#281;gn&#261;&#322; po jednego z nich i
+b&#261;kn&#261;&#322; nie­wyra&#378;nie:</p>
+
+<p>- Dzi&#281;kuj&#281; bardzo!..</p>
+
+<p>Obserwuj&#261;c wci&#261;&#380; ciekawie, spod oka swego
+gospodarza, chcia&#322; przytem ju&#380; przemówi&#263;, lecz pe&#322;­ny bezustannej
+uprzejmo&#347;ci Orl&#281;cki przerwa&#322; mu zanim usta otworzy&#263;
+zdo&#322;a&#322;:</p>
+
+<p>- A mo&#380;e cygarko?.. Przepraszam stokrotnie... Za
+chwil&#281;! - i nie czekaj&#261;c odpowiedzi, znik&#322; za drzwiami
+przyleg&#322;ego pokoju, Dzier&#380;ymirski za&#347; u&#347;miechn&#261;&#322;
+si&#281;.</p>
+
+<p>Poczciwy cz&#322;owiek jaki&#347; - pomy&#347;la&#322; - i
+cho&#263;, zdaje si&#281;, blagier nieco, lecz szczery i z gatunku
+nieszkodliwych. Dowiem si&#281; prawdopodobnie, czego chcia&#322;em...</p>
+
+<p>Ledwie Roman okre&#347;lenie to w umy&#347;le sfor­mu&#322;owa&#263;
+zdo&#322;a&#322;, gospodarz domu sta&#322; ju&#380; przed nim, podaj&#261;c
+szerokie puzderko cygar.</p>
+
+<p>- Doskona&#322;e - pochwali&#322; - prawdziwe pru­skie... O,
+bynajmniej nie tutejsze, które s&#261; po prostu ohydne - zaopiniowa&#322;.</p>
+
+<p>- Dzi&#281;kuj&#281; bardzo. Pan tak &#322;askaw... -
+poczu&#322; si&#281; w obowi&#261;zku odrzec Dzier&#380;ymirski, powstawszy
+zarazem z miejsca swego.</p>
+
+<p>- O, panie prezesie! - pospieszy&#322;, z odpowie­dzi&#261;,
+Orl&#281;cki, - Siada&#263; prosz&#281; en bons amis... Ot -tutaj... -
+wskaza&#322; na kanapk&#281; - wygodniej b&#281;dzie! - i zapaliwszy
+równocze&#347;nie zapa&#322;k&#281;, zbli&#380;y&#322; p&#322;omie&#324; do
+koniuszczka cygara Dzier&#380;ymirskiego.</p>
+
+<p>- Merci!.. - sk&#322;oni&#322; si&#281; ten&#380;e raz
+jeszcze, i wypu&#347;ciwszy kó&#322;eczko dymu, odezwa&#322; si&#281; wreszcie,
+skorzystawszy z sekundy milczenia go&#347;cinnego go­spodarza.</p>
+
+<p>- Czyta&#322; pan list stryja, pana Hugona, wszak prawda?..
+Wiadomy panu wi&#281;c zatem cel mego tu przybycia... Nie zn&#261;j&#261;c
+nikogo w Pary&#380;u, zdecydowa&#322;em si&#281; prosi&#263; stryja
+pa&#324;skiego, o tarte d'entree do pana...</p>
+
+<p>- Och, i bez tego, panie prezesie - przerwa&#322;
+Orl&#281;cki - ka&#380;dego rodaka witamy tu z ca&#322;ego ser­ca! Tembardziej
+za&#347; pana prezesa, tak w kraju za­s&#322;u&#380;onego...</p>
+
+<p>- Ach, tak, nie w&#261;tpi&#281; - z wolna potwierdzi&#322;
+Roman - lecz i mnie chodzi&#322;o równie&#380; - tu u&#347;miech­n&#261;&#322;
+si&#281; z lekka - o specyaln&#261; protekcy&#281; do kogo&#347;, by
+potrafi&#322; u&#322;atwi&#263; wiadom&#261; nam spraw&#281; przemy­s&#322;ow&#261;...</p>
+
+<p>- A tak, tak! - przerwa&#322; znów Orl&#281;cki, nie­zadowolony
+jakby, &#380;e poruszano t&#281; kwesty&#281;. Pan prezes radby obejrze&#263;
+drobiazgowo i gruntownie urz&#261;dzenia fabryk tutejszych, przy mojej
+pomocy... Owszem, postaram si&#281;, panie prezesie, cho&#263; uprzedzi&#263;
+musz&#281;, &#380;e ja... - zatrzyma&#322; si&#281; - nie mam tak roz­leg&#322;ych
+stosunków ze sfer&#261; handlowców... to jest, chcia&#322;em powiedzie&#263;...
+ze sfer&#261; fabrykantów... prze­mys&#322;owców... Pary&#380;a... panie
+dobrodzieju... Jednak­&#380;e... - tu zaj&#261;kn&#261;&#322; si&#281;,
+zapl&#261;ta&#322; w swem przemówie­nia Orl&#281;cki i zamilk&#322;, widocznie
+zmieszany.</p>
+
+<p>U&#347;miech niedostrzegalny okoli&#322; w&#261;skie usta Ro­mana.</p>
+
+<p>- To nic nie szkodzi - odpar&#322;. Mam nie­p&#322;onn&#261;
+nadziej&#281;, i&#380; razem z panem damy sobie z tem wszystkiem rad&#281;...
+Zreszt&#261;, to chyba drobnostka. Chodzi zaledwie o jakie&#347;
+dziesi&#281;&#263; fabryk tylko...</p>
+
+<p>Roman zatrzyma&#322; si&#281; i zapyta&#322; jeszcze,
+chc&#261;c konsekwentnie doprowadzi&#263; do ko&#324;ca zmy&#347;lony swój
+interes i misy&#281;:</p>
+
+<p>- Wszak fabryki owe wymienione s&#261; w li&#347;cie pana
+Hugona...</p>
+
+<p>- Tak jest, tak jest... w istocie...- potwierdzi&#322;
+Orl&#281;cki i zaj&#261;kn&#261;&#322; si&#281; znowu.</p>
+
+<p>- To dobrze, móg&#322;by mi mo&#380;e szanowny pan
+powiedzie&#263;, czy w&#322;a&#347;ciciele ich znani s&#261; jemu?.. Gdzie to
+zak&#322;ady fabryczne znajduj&#261;, w jaki sposób, oraz kiedy obejrze&#263;
+je mo&#380;na by by&#322;o?..</p>
+
+<p>- Nic doprawdy nie mog&#281; jeszcze panu prezeso­wi w tym
+wzgl&#281;dzie powiedzie&#263; - odrzek&#322; Orl&#281;ck­i i doda&#322;
+natychmiast:</p>
+
+<p>- Co si&#281; tyczy, czy znam w&#322;a&#347;cicieli, to...
+pra­wdopodobnie... Zreszt&#261; zna si&#281; tutaj osób tyle... -
+zatrzyma&#322; si&#281;. - Tylko, vous savez, panie prezesie... otrzyma&#322;em
+list dopiero wczoraj - urwa&#322;, i doko&#324;­czy&#322; po chwili -
+wi&#281;c, vous comprenez, czasu nie mia&#322;em...</p>
+
+<p>- Ale&#380; naturalnie!.. - pospieszy&#322; z uspakaje­niem
+Orl&#281;ckiego Dzier&#380;ymirski. - Ja tylko dlatego si&#281; pytam, i&#380;
+to jest celem mego tutaj przybycia, i &#380;e to mnie nader interesuje, jako
+delegata nowa zak&#322;adaj&#261;cej si&#281; u nas w kraju wspó&#322;ki
+Handlowo-Przemys&#322;owo-Fabrycznej...</p>
+
+<p>- A tak, s&#322;ysza&#322;em,.. Czyta&#322;em nawet o tem
+gdzie&#347; w gazetach - odpar&#322;, z przekonaniem Or­l&#281;cki.</p>
+
+<p>- K&#322;amie, jak z nut - pomy&#347;la&#322; Dzier&#380;y­mirski,
+i u&#347;miech dyskretny ponownie przemkn&#261;&#322; po ustach jego.
+Zaci&#261;gn&#261;&#322; si&#281; jednocze&#347;nie cygarem i wpatrzy&#322;
+badawczo w Orl&#281;ckiego. - Bonne pâte d'homme... - my&#347;la&#322; zarazem
+- ale jak tu za­cz&#261;&#263; o tych zgubionych pieni&#261;dzach?</p>
+
+<p>Tymczasem, nielubi&#261;cy milcze&#263; Orl&#281;cki,
+widocznie równie&#380; pragn&#261;cy zr&#281;cznie odwróci&#263; rozmow&#281;,
+ju&#380; mówi&#322;:</p>
+
+<p>- Pan prezes zapewne nie po raz pierwszy i na
+d&#322;u&#380;ej przyby&#322; do Pary&#380;a, nieprawda&#380;?..</p>
+
+<p>- Och, tak... - odruchowo potwierdzi&#322; Roman, nie
+my&#347;l&#261;c o tem, co mówi.</p>
+
+<p>- No, to mam nadziej&#281; - opowiada&#322; uprzej­my
+gospodarz dalej - &#380;e b&#281;d&#281; jeszcze mia&#322; okazy&#281;
+przedstawi&#263; panu prezesowi moj&#261; &#380;on&#281; i córk&#281;...
+Dzi&#347; pojecha&#322;y do Versailles. Panu prezesowi wiadomo zapewne, i&#380;
+w pierwsz&#261; niedziel&#281; ka&#380;dego miesi&#261;ca puszczaj&#261;
+wod&#281; ze wszystkich fontann w Wersalskim parku... Widok zaiste bywa wówczas
+wspania&#322;y. C'est charmant!.. - zatrzyma&#322; si&#281; chwil&#281; i
+si&#281;gn&#261;&#322; po ze­garek do kieszeni. - O! trzecia ju&#380;
+dochodzi... Nie­bawem wróc&#261;...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski tymczasem, s&#322;uchaj&#261;c, nie
+s&#322;ucha&#322;, pogr&#261;&#380;ony wci&#261;&#380; w my&#347;lach. Naraz
+twarz &#347;niada je­go o&#380;ywi&#322;a si&#281;, przelecia&#322; po niej
+promie&#324;... Strze­puj&#261;c delikatnie popió&#322; z cygara,
+przemówi&#322; z wolna: </p>
+
+<p>- Prosz&#281; pana... - zatrzyma&#322; si&#281;. - Za
+niedyskrecy&#281; pope&#322;nian&#261; mo&#380;e, najmocniej przepraszam...
+Czy&#380;by pan nie by&#322; rad powróci&#263; do kraju..</p>
+
+<p>I Dzier&#380;ymirski badawczo spojrza&#322; w twarz
+Orl&#281;ckiemu, czekaj&#261;c odpowiedzi, jednocze&#347;nie my­&#347;la&#322;.</p>
+
+<p>- Ka&#380;dy Polak na obczyznie t&#281;skni za krajem,
+pewnik; dlaczegobym ja nie mia&#322; u&#380;y&#263; tego sposobu do
+osi&#261;gni&#281;cia mego prywatnego celu? No, zo­baczymy...</p>
+
+<p>Orl&#281;cki za&#347; ju&#380; mówi&#322;:</p>
+
+<p>- Czy ja nie pragn&#261;&#322;bym powróci&#263; do kraju?
+Ale&#380;, panie prezesie, to moje najgor&#281;tsze &#380;yczenie! pragnienie
+&#380;ony mojej, córki - codzienne marzenie nas wszystkich! -
+doko&#324;czy&#322;, z zapa&#322;em.</p>
+
+<p>- No, dobrze, mam ci&#281;!.. - przelecia&#322;o przez
+umys&#322; Romana.</p>
+
+<p>- Czy wolno zapyta&#263; jeszcze - przemówi&#322; - o rzecz
+jedn&#261;, a mianowicie... Czy &#380;yczenie to pa&#324;stw ­- marzenie -
+poprawi&#322;, z u&#347;miechem - ma ju&#380; dot&#261;d jakie pewne i
+konkretne podstawy?..</p>
+
+<p>Orl&#281;cki na te s&#322;owa spu&#347;ci&#322; wzrok ku
+ziemi. </p>
+
+<p>- O, bynajmniej - odpar&#322;... - Tam, w kraju, stosunki
+zerwa&#322;em wszystkie prawie... tu za&#347; zawi&#261;za&#322;em niektóre,
+potrzebne mi. Mam poza tem sta&#322;e zaj&#281;cie, przynosz&#261;ce mi dochód
+pewny...</p>
+
+<p>- Tak, tak, zapewne, rozumiem - przerwa&#322; szybko
+Dzier&#380;ymirski - wchodz&#281; w po&#322;o&#380;enie i przepraszam bardzo za
+me pytania... - doko&#324;czy&#322; grzecznie, a widz&#261;c równocze&#347;nie
+na twarzy gospodarza zak&#322;opotanie widoczne...</p>
+
+<p>- Nie ma za co jecha&#263; nieborak - to jasne, i
+&#380;y&#263; by z czego nie mia&#322; -w&#347;ród swoich - pomy&#347;la&#322;
+i w tej&#380;e chwili zapyta&#322;:</p>
+
+<p>- Lecz gdyby tak trafi&#322;a si&#281; na przyk&#322;ad sza­nownemu
+panu okazya dobra do obj&#281;cia w kraju zyskownej posady? Przypuszczam,
+&#380;e w takim razie przeszkody do wyjazdu nie by&#322;oby &#380;adnej?..</p>
+
+<p>- No, zapewne... Lecz o tem i my&#347;le&#263; niepo­dobna,
+nie posiadam bowiem ju&#380; &#380;adnych w kraju stosunków - powtórzy&#322;
+Orl&#281;cki, ze smutkiem.</p>
+
+<p>- A pan Hugo, krewny pa&#324;ski?.. - zagadn&#261;&#322;
+Roman.</p>
+
+<p>- Och... ten... - przeci&#261;gle odpar&#322; gospodarz, z
+niech&#281;ci&#261; wyra&#378;n&#261;, i z wybuchem szczero&#347;ci
+nag&#322;ej, rzek&#322; z gorycz&#261;:</p>
+
+<p>- Stryj Hugo od czasu, jakem emigrowa&#322; i
+wie&#347;&#263; mi si&#281; w &#380;yciu przesta&#322;o, zna&#263; mnie
+ju&#380; nie chce, ani wiedzie&#263; nic o mnie... Dziwi&#281; si&#281; nawet
+niewymownie, i&#380; raczy&#322; napisa&#263; pod moim adresem, w interesie
+prezesa, s&#322;ów kilka...</p>
+
+<p>Na twarzy Orl&#281;ckiego, przy tych s&#322;owach,
+osiad&#322; cie&#324;, po chwili dorzuci&#322;:</p>
+
+<p>- Zwyk&#322;a kolej ludzka... nic dziwnego. &#346;wiat
+pami&#281;ta o tych tylko, którym si&#281; powodzi. </p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski wpatrzy&#322; si&#281; uwa&#380;nie w
+Orl&#281;­ckiego; ostatnie s&#322;owa, wypowiedziane przez niego, odkry&#322;y
+mu utajon&#261; stron&#281; &#380;ycia siedz&#261;cego przed nim cz&#322;owieka
+- nieszcz&#281;&#347;cie, gorycz skryt&#261;, a po­wodów jej &#322;acno
+domy&#347;li&#322; si&#281; Roman. Pomimo woli, &#380;al mu si&#281;
+Orl&#281;ckiego zrobi&#322;o.</p>
+
+<p>- To szkoda jednak - przemówi&#322; z wolna - &#380;e
+panowie mieszkaj&#261; tak od siebie z daleka... Pan Hugo, cho&#263; odludek i
+egoista, poza tem jednak cz&#322;owiek nieposzlakowanej opinii i nadzwyczaj
+przy tem wp&#322;ywowy i bogaty.</p>
+
+<p>Orl&#281;cki na te s&#322;owa uczyni&#322; niewyra&#378;ny
+ruch r&#281;­k&#261;; - nasta&#322;a chwila milczenia.</p>
+
+<p>- Wypada mi raz jeszcze przeprosi&#263; stokrot­nie pana -
+odezwa&#322; si&#281; znów pierwszy Dzier&#380;ymir­ski - &#380;e o&#347;mielam
+si&#281; wkracza&#263; w stosunki jego, tak osobiste, lecz po pierwsze
+wyj&#261;tkowe po&#322;o&#380;enie nasze tu, na obczy&#378;nie, jako rodaków,
+sk&#322;ania mnie do tego; po drugie za&#347;, &#380;e w tym wzgl&#281;dzie
+mo&#380;e mog&#281; sta&#263; panu u&#380;ytecznym...</p>
+
+<p>Orl&#281;cki, zdziwiony, spojrza&#322; na Romana.</p>
+
+<p>- Tak jest - rzek&#322; Dzier&#380;ymirski, z u&#347;mie­chem
+- có&#380;by szanowny pan bowiem powiedzia&#322; na to, gdybym... -- tu
+zatrzyma&#322; si&#281; sekund&#281; - u&#322;atwi&#322; mu... -
+Dzier&#380;ymirski przy tem zaakcentowa&#322; wyra&#378;nie ostatnie wyrazy -
+powrót do kraju... Stosunka­mi za&#347; da&#322; mu jak&#261; posad&#281;
+korzystn&#261;?..</p>
+
+<p>- Ale&#380;, panie prezesie! - wykrzykn&#261;&#322;
+Orl&#281;cki, i zerwawszy si&#281; z fotelu, uchwyci&#322; d&#322;o&#324;
+go&#347;cia swego, &#347;ciskaj&#261;c j&#261; serdecznie.. -
+Wdzi&#281;czno&#347;&#263; moja i ser­cu memu bliskich nie mia&#322;aby
+granic!.. Lecz dopra­wdy, nie pojmuj&#281;... nie rozumiem!.. - urwa&#322;
+wzruszo­ny... - Sk&#261;d taka &#322;aska pana prezesa dla mnie?... Wszak
+poznali&#347;my si&#281; tak niedawno! - doko&#324;czy&#322; i zamilk&#322;,
+nie wiedz&#261;c sna&#263;, co powiedzie&#263;, jak si&#281; obróci&#263; i
+znale&#378;&#263; w sytuacyi, tak dla&#324; niespo­dzianej...</p>
+
+<p>Roman tymczasem powsta&#322; równie&#380; z miejsca, i
+oddawszy serdecznie u&#347;cisk Orl&#281;ckiemu, po przyjacielsku
+uj&#261;&#322; go za rami&#281;.</p>
+
+<p>Przeszli po pokoju tak razem kroków kilka, poczem
+Dzier&#380;ymirski, wci&#261;&#380; id&#261;c pod r&#281;k&#281; z
+Orl&#281;ckim, rzek&#322; ca&#322;kiem swobodnie:</p>
+
+<p>- Przyznaj&#281;, poczu&#322;em do szanownego pana
+szczer&#261; sympaty&#281;, rozumiem przy tem w zupe&#322;no&#347;ci
+po&#322;ó&#380;enie jego tutejsze, i gotów jestem uczyni&#263; dla nie­go
+wiele...</p>
+
+<p>- Dzi&#281;kuj&#281;, po tysi&#261;c razy
+dzi&#281;kuj&#281;! - u&#347;ci­sn&#261;&#322; Orl&#281;cki serdecznie trzymane
+rami&#281; Romana, z równowagi ca&#322;y wyprowadzony.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski mówi&#322; tymczasem dalej, pomny celu
+swego:</p>
+
+<p>- Lecz daruje pan rzecz jedn&#261;... Nim przyst&#261;­pimy
+mianowicie do obchodz&#261;cej pana sprawy, wiedzie&#263; musz&#281;
+dok&#322;adnie - Roman zatrzyma&#322; si&#281; - zu­pe&#322;nie
+szczegó&#322;owo - poprawi&#322; - przebieg dotych­czasowego jego &#380;ycia.
+Nic w tem dziwnego z mej strony, wszak prawda?.. Zna&#263; mam
+przyjemno&#347;&#263; sza­nownego i kochanego pana od tak bardzo niedawna! - ­doko&#324;czy&#322;,
+z przyjaznym u&#347;miechem, i jak najnatural­niej na pozór.</p>
+
+<p>- Ale&#380;, rzecz prosta! Tajemnicy w tem zreszt&#261; nie
+ma &#380;adnej! - odpar&#322; Orl&#281;cki szybko, przekonany zupe&#322;nie. -
+Opowiem prezesowi wszystko natychmiast! - ci&#261;gn&#261;&#322; dalej
+rozradowany.</p>
+
+<p>- No, to siadajmy!.. - rzek&#322; weso&#322;o Dzier&#380;y­mirski.</p>
+
+<p>Usiedli jeden naprzeciw drugiego. Roman wpa­trzy&#322;
+si&#281; badawczo w twarz Orl&#281;ckiego, a w oczekiwaniu zwierzenia, którego
+w duszy tak bardzo pragn&#261;&#322;, twarz mu poblad&#322;a mimo woli,
+aksamitne za&#347; spojrzenie ciemnych oczu sta&#322;o si&#281; bardziej
+jeszcze przenikliwem i rozumnem.</p>
+
+<p>- S&#322;ucham pana - rzek&#322; powa&#380;nie. </p>
+
+<p>U&#347;miechni&#281;ty, radosny, poprawi&#322; si&#281;
+Orl&#281;cki na krze&#347;le, i si&#281;gn&#261;wszy po cygara, zapali&#322;
+jedno, w roztargnieniu cz&#281;stuj&#261;c niemi Romana.</p>
+
+<p>- Dzi&#281;kuj&#281;, pal&#281; jeszcze -
+u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; nie­dostrzegalnie Roman, i spojrza&#322; z
+pod oka na gospodarza. - Rôti ŕ point! - zadecydowa&#322; w my&#347;li
+sarkastycznie.</p>
+
+<p>- A, przepraszam! -odrzek&#322; Orl&#281;cki i mówi&#322;
+dalej:</p>
+
+<p>- Otó&#380;, co do mego, technicznie tak zwanego curriculum
+vitae, postaram si&#281; opowiedzie&#263; je prezesow­i w kilku s&#322;owach.
+Rzecz ta przedstawia si&#281; zatem ­jak nast&#281;puje:</p>
+
+<p>- Urodzony lat temu, czterdzie&#347;ci i siedem, dobiegam
+ju&#380; bowiem pi&#281;&#263;dziesi&#261;tki - u&#347;miechn&#261;&#322;
+si&#281; - z ojca Ryszarda i matki Józefy z Lancjarskich de domo,
+przepró&#380;nowa&#322;em, kszta&#322;c&#261;c si&#281; w domu, do lat
+pi&#281;tnastu... Potem oddano mnie do Jezuitów, nast&#281;pnie
+ko&#324;czy&#322;em uniwersytet w Bonn, nad Renem, i wróciwszy do kraju,
+obj&#261;&#322;em klucz maj&#261;tkowy, dzie­dziczny Orlin...</p>
+
+<p>- Bywaj&#261;c w, &#347;wiecie przez lat kilka,
+staraj&#261;c si&#281; o pierwsze w kraju partye, &#380;yj&#261;c nieco
+szeroko, straci&#322;em maj&#261;tek... Nast&#281;pnie spotka&#322;em
+dzisiejsz&#261; &#380;on&#281; moj&#261;, z domu hrabiank&#281;
+Bo&#380;kowsk&#261;... Przez &#380; - ­u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;
+Orl&#281;cki, - bo s&#261; i Borzkowscy przez rz, bez tytu&#322;u i nie
+pochodz&#261;cy wcale z karmazy­nów - zwyczajne szaraki - obja&#347;ni&#322;.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski w tem miejscu u&#347;miechn&#261;&#322;
+si&#281; pob&#322;a&#380;liwie - sarkastycznie, lecz s&#322;ucha&#322; w
+milczeniu dalej.</p>
+
+<p>- Pobrali&#347;my si&#281;, - ci&#261;gn&#261;&#322;
+tymczasem Or­l&#281;cki - i osiad&#322;em na roli, ju&#380; nie jako pan, ale
+jako skromny obywatel na kilkudziesi&#281;ciu w&#322;ókach ziemi, i naturalnie,
+z czasem zerwa&#322;em przy tem zupe&#322;nie dawne &#347;wiatowe stosunki...
+Gospodarowa­&#322;em sobie tak cicho lat kilkana&#347;cie, sta&#322;em si&#281;
+domato­rem - przekszta&#322;ca&#322;em stopniowo, o ile mog&#322;em, w czci­godnego
+pana s&#261;siada... Wreszcie, niestety, jak pio­run z nieba, spad&#322;o na
+mnie zdarzenie pewne... Nie wspomo&#380;ony przez nikogo, sprzeda&#263;
+musia&#322;em dobra, i przyby&#322;em tu - za chlebem!..</p>
+
+<p>Orl&#281;cki umilk&#322; na chwil&#281;, poczem, doda&#322;
+nie­co smutnie :</p>
+
+<p>- Jak najpi&#281;kniejsza od s&#322;o&#324;ca p&#322;owieje
+mate­rya, tak i najbarwniejsze &#380;ycie blaknie od nieprzychylnych ciosów
+&#380;ycia. Szarzyzn&#261; ono dla mnie dzi­siaj - trudno! -
+westchn&#261;&#322;, i zamilk&#322; znowu.</p>
+
+<p>W nadziei, i&#380; dowie si&#281; jeszcze oczekiwanego
+przeze&#324; "clou" historyi tej ca&#322;ej, milczenia tego nie
+przerywa&#322; Dzier&#380;ymirski. Po d&#322;u&#380;szej jednak chwili,
+widz&#261;c, &#380;e Orl&#281;cki, poch&#322;oni&#281;ty my&#347;lami,
+zapomina&#263; zdaje si&#281; nawet o jego obecno&#347;ci, zagadn&#261;&#322;
+uprzejmie:</p>
+
+<p>- I je&#347;li wiedzie&#263; wolno, có&#380; dalej?</p>
+
+<p>Jakby ze snu jakiego dalekiego zbudzony, Orl&#281;cki
+podniós&#322; powoli posmutnia&#322;e oczy na Ro­mana.</p>
+
+<p>- Nic! - odrzek&#322; bezbarwnie, g&#322;osem twardym. </p>
+
+<p>- By&#263; nie mo&#380;e? - zadziwi&#322; si&#281; Roman,
+jak móg&#322; najszczerzej. - I pomy&#347;le&#263; - ci&#261;gn&#261;&#322;
+swobodnie - &#380;e ja tam w kraju tyle przeró&#380;nych rzeczy o panu
+s&#322;ysza&#322;em...</p>
+
+<p>Ura&#380;ony jakby tem, co us&#322;ysza&#322;, Orl&#281;cki
+zapy­ta&#322; z kolei sucho:</p>
+
+<p>- No, i có&#380; takiego, ciekawym, wymy&#347;li&#322;a na
+mnie luba opinia, czy wiedzie&#263; mog&#281;?</p>
+
+<p>Roman niecierpliwie poruszy&#322; si&#281; na krze&#347;le. </p>
+
+<p>- Có&#380; u licha! - pomy&#347;la&#322; - czyni&#281;
+dot&#261;d tyle, i prawda wci&#261;&#380; wymyka mi si&#281;  sprzed nosa... </p>
+
+<p>Po chwili za&#347;, jak gdyby nagle na co&#347;
+zupe&#322;nie ju&#380; stanowczo zdecydowany, odpowiedzia&#322; z wolna,
+przetar&#322;szy przytem r&#281;k&#261; czo&#322;o:</p>
+
+<p>- Och!.. potem o tem... Teraz znowu powró­ci&#263;
+musz&#281; do j&#261;dra zajmuj&#261;cej nas kwestyi. Pragn&#281; da&#263; panu
+posad&#281;... Czy wolno zapyta&#263; - jakie s&#261; jego mocne -
+zaakcentowa&#322; - kwalifkacye fachowe?..</p>
+
+<p>- Fachowych &#347;ci&#347;le &#380;adnych - przerwa&#322;
+nie­zadowolonym troch&#281; g&#322;osem Orl&#281;cki. - Posiadam jednak
+j&#281;zyki: angielski, francuski, rosyjski i nie­miecki, oraz zdobyte
+prac&#261; i praktyk&#261; obecn&#261; - rachunkowo&#347;&#263; i
+buchaltery&#281; - w banku, gdzie urz&#281;­duj&#281; i sk&#261;d w razie
+potrzeby otrzyma&#263; mog&#281; &#347;wiade­ctwo odpowiednie.</p>
+
+<p>- A! - zadziwi&#322; si&#281; mimo woli Roman - to do­brze...
+to bardzo dobrze...</p>
+
+<p>Wzrok jego przy tem, z zadowoleniem obj&#261;&#322;
+d&#322;u&#380;sz&#261; chwil&#281; ca&#322;&#261; posta&#263; Orl&#281;ckiego,
+mówi&#261;c do siebie mimo woli wyra&#378;nie; - Patrzcie?.. nie spodziewa­&#322;em
+si&#281;!..</p>
+
+<p>- Zatem - odezwa&#322; si&#281; niebawem - obj&#261;&#263;
+mo&#380;e szanowny pan inn&#261;, lepsz&#261; nawet posad&#281; od tej,
+któr&#261; przeznacza&#322;em w my&#347;li dla niego.</p>
+
+<p>- Có&#380; to za miejsce? - zagadn&#261;&#322; Orl&#281;cki.</p>
+
+<p>- Une place de confiance...- wycedzi&#322; z wolna
+Dzier&#380;ymirski. - Przy tem równocze&#347;nie jedno z wy&#380;szych przy
+korespondencyi i buchalteryi w Banku Komercyjno-Przemys&#322;owym,
+otworzy&#263; si&#281; maj&#261;cym za miesi&#281;cy kilka... Do komitetu
+nale&#380;&#281;, odmówi&#263; mi nic nie mog&#261;... Skoro za&#347; pan w tej
+w&#322;a&#347;nie dzie­dzinie ju&#380; posiada praktyk&#281; pewn&#261;, tem
+&#322;acniej wi&#281;c wybór mój zatwierdz&#261;...</p>
+
+<p>Roman sko&#324;czy&#322; i spojrza&#322; znów  spod oka na obywatela - emigranta.</p>
+
+<p>Zdziwienie radosne bi&#322;o z twarzy Orl&#281;ckiego. </p>
+
+<p>- No, teraz chyba wy&#347;piewasz mi wszystko - ­pomy&#347;la&#322;
+Roman, w duchu.</p>
+
+<p>- Pensya znaczna - ci&#261;gn&#261;&#322; dalej ca&#322;kiem
+obo­j&#281;tnie, - ile, nie wiem jeszcze na pewno... W ka&#380;­dym razie
+tysi&#281;cy kilka .. - urwa&#322; niedbale.</p>
+
+<p>- Ale&#380; to miejsce idealne! - wykrzykn&#261;&#322;
+&#380;y­wo Orl&#281;cki. - Dzi&#281;kuj&#281; po raz wtóry! -
+u&#347;cisn&#261;&#322; d&#322;o&#324; Romana.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski uczyni&#322; wysi&#322;ek nad sob&#261;,
+by nie zdradzi&#263; si&#281; przypadkowo nerwowem g&#322;osu brzmieniem i
+przemówi&#322;:</p>
+
+<p>- Tylko zachodzi tu jeszcze kwestya jedna... A mianowicie -
+zawaha&#322; si&#281;...</p>
+
+<p>- Bo to, widzi szanowny i kochany pan, ci panowie, tam, w
+Zarz&#261;dzie, s&#261; bardzo trudni... Cze­piaj&#261; si&#281; byle czego...</p>
+
+<p>I znów Roman mówi&#263; przesta&#322;, poczem za&#347;, po­irytowany
+nagle, &#380;e b&#281;dzie zmuszony i&#347;&#263; prosto do celu i palcami
+dotyka&#263; kwestyi, któr&#261; zr&#281;cznie obej&#347;&#263; zamierza&#322;,
+wyrzuci&#322; z siebie twardo:</p>
+
+<p>- Mówiono mi tam, o jakich&#347; pieni&#261;dzach, zgu­bionych
+przez pana, nieodnalezionych, czy co&#347; tam podobnego... Pojmuje pan zatem,
+&#380;e ja, proteguj&#261;c - zatrzyma&#322; si&#281; Roman sekund&#281;, i
+uprzejmie nieco dorzuci&#322;, z wymuszonym u&#347;miechem. - Po­wiedzie&#263;
+musz&#281; wszystko, wszak pan to rozumie chyba?.. Nic za&#347; o tem
+dot&#261;d szanowny pan mi nie mówi&#322;...</p>
+
+<p>- Ale&#380; nie powiedzia&#322;em? - obruszy&#322; si&#281;
+ura&#380;ony widocznie Orl&#281;cki. - Bo uwa&#380;a&#322;em to, jak i uwa­&#380;am
+dot&#261;d, za spraw&#281; czysto osobist&#261;...</p>
+
+<p>- Masz tobie! - omal &#380;e nie wykrzykn&#261;&#322; Dzier­&#380;ymirski,
+ze z&#322;o&#347;ci&#261;, lecz opami&#281;ta&#322; si&#281; w por&#281;, i
+zapyta&#322; w &#347;lad za tem spokojnie, wpad&#322;szy zarazem na pomys&#322;
+przebieg&#322;y.</p>
+
+<p>- No tak, zapewne... Czyje&#380; to jednak pieni&#261;dze
+by&#322;y?..</p>
+
+<p>- Aaa! - wyrwa&#322;o si&#281; z ust Orl&#281;ckiego na­tychmiast,
+i powstawszy gwa&#322;townie z krzes&#322;a, wy­krzykn&#261;&#322;:</p>
+
+<p>- To prezesowi tak powiedziano!.. Rozumiem teraz i
+przepraszam... &#321;otry dopiero, infamisy!.. - wyrzuci&#322; z siebie z
+oburzeniem.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski &#347;piesznie po&#322;o&#380;y&#322;
+sw&#261; kobiec&#261; mi&#281;kk&#261; d&#322;o&#324; na &#380;ylastej
+r&#281;ce szlachcica i pomimo woli rzuci&#322; niecierpliwie:</p>
+
+<p>- Ja równie&#380; bardzo przepraszam! - zawaha&#322;
+si&#281; - i s&#322;ucham..: - doko&#324;czy&#322;.</p>
+
+<p>Orl&#281;cki usiad&#322;, wzburzony jeszcze
+odsapn&#261;&#322; i przemówi&#322;:</p>
+
+<p>Powiesz mi pó&#378;niej, prezesie kochany, kto mnie tak
+oszkalowa&#322;. Pierwsza rzecz, gdy do kraju powróc&#281;, wyzw&#281; go na
+pojedynek, jak mi Bóg mi&#322;y, a teraz s&#322;uchaj:</p>
+
+<p>- By&#322;o to tak: Posiada&#322;em maj&#261;tek na Litwie,
+gdzie, jak wiadomo, hipoteki nie ma, ni Towarzy­stwa Kredytowego... S&#261; tam
+tylko tak zwane "Banki Ziemskie", które w razie nie uiszczenia
+si&#281; z wy­p&#322;aty na termin, egzekwuj&#261; bardzo szybko... Otó&#380; w
+jednym z banków owych mia&#322;em grub&#261; po&#380;yczk&#281;...
+Min&#261;&#322; termin jeden, drugi, trzeci, p&#322;aci&#322;em ma&#322;o,
+zebra­&#322;y si&#281; zaleg&#322;o&#347;ci, wystawiono mi dobra na
+sprzeda&#380;... Zap&#322;aci&#263; musia&#322;em zaleg&#322;o&#347;ci - razem
+dwana&#347;cie ty­si&#281;cy... Nie mia&#322;em ich, po&#380;yczy&#322;em
+wi&#281;c sum&#281; &#380;&#261;­dan&#261; u paru osób i w drodze, gdym
+jecha&#322; p&#322;aci&#263; na miejsce, w ostatniej niemal chwili
+pieni&#261;dze te zgu­bi&#322;em... Maj&#261;tek mi naturalnie sprzedano...</p>
+
+<p>- To bolesna prawda!.. Chyba pan prezes przysi&#281;gi
+&#380;&#261;da&#263; ode mnie nie b&#281;dzie, a zreszt&#261;?.. Gotowym! - i
+Orl&#281;cki powsta&#322; uroczy&#347;cie...</p>
+
+<p>- Ale, có&#380; znowu?.. - rozleg&#322; si&#281; w milcze­niu
+suchy g&#322;os Dzier&#380;ymirskiego, a s&#322;owa te, wymó­wione zimno,
+zabrzmia&#322;y niemi&#322;ym dla ucha d&#378;wi&#281;­kiem:</p>
+
+<p>Od chwili bowiem, gdy z ust Orl&#281;ckiego pad&#322;a cyfra
+"dwana&#347;cie tysi&#281;cy", Roman zmieni&#322; si&#281;
+ca&#322;kiem. Giestem, pe&#322;nym zniech&#281;cenia, wypu&#347;ci&#322; z
+r&#261;k trzymane cygaro, twarz za&#347;, przybrawszy wyraz oboj&#281;tny,
+ch&#322;odny, poora&#322;a si&#281; w drobne zmarszczki. Wi&#281;c ponownie oto
+rozprys&#322;a mu si&#281; w pal­cach mydlana ba&#324;ka!.. &#379;ycie, z
+przera&#380;aj&#261;c&#261; lo­gik&#261; dawa&#322;o mu do zrozumienia, &#380;e
+kpi&#263; z usi&#322;owa&#324; jego nie przestaje... I drwina ta nowa, szy­dercza,
+zrani&#322;a go bole&#347;nie, jednocze&#347;nie za&#347; gniew
+niewyt&#322;umaczony, instynktowny, zawrza&#322; w Dzier&#380;y­mirskim.</p>
+
+<p>Có&#380; go, zaiste obchodzi&#263; móg&#322; Orl&#281;cki,
+histo­rye i przysi&#281;gi jego?</p>
+
+<p>- Osio&#322;!.. My&#347;li mo&#380;e - rzuci&#322; w duchu
+gniewnie - &#380;e obecnie, kiedy nie dwadzie&#347;cia siedm, a dwana&#347;cie
+tylko zgubi&#322; tysi&#281;cy, zajmowa&#263; si&#281; nim b&#281;d&#281;!..
+Ba, nie g&#322;upim! - i u&#347;miech z&#322;y, sarkastyczny wykrzywi&#322;
+w&#261;skie usta Romana.</p>
+
+<p>Powsta&#322; sztywno, maj&#261;c za&#347; ju&#380; z
+wieloletniej swej praktyki na ustach gotowy do pozbycia si&#281; ludzi zdawkowy
+komuna&#322;, wyci&#261;gn&#261;&#322; r&#281;k&#281; na po&#380;e­gnanie...</p>
+
+<p>Lecz oto niespodzianie fakt na pozór drobny pomiesza&#322; mu
+ca&#322;kiem szyki - zadzwoniono. Gadatliwy Orl&#281;cki, rozpoczynaj&#261;cy
+w&#322;a&#347;nie, ma&#322;o ju&#380; obchodz&#261;cy teraz Romana, dalszy
+ci&#261;g swych &#380;ycia kolei, przeprosiwszy, wybieg&#322; do przedpokoju, w
+&#347;lad za tem rozleg&#322;y si&#281; dwa g&#322;osy kobiece, szelest
+okry&#263; i sukien damskich. Rozbierano si&#281;, potem szepta&#263;
+zacz&#281;to, po chwili za&#347; znów dwa wykrzykniki zdziwienia i rado&#347;ci
+obi&#322;y si&#281; o s&#322;uch Dzier&#380;ymir­skiego.</p>
+
+<p>S&#322;ysz&#261;c je, skrzywi&#322; si&#281; Roman
+nieznacznie, chrz&#261;kn&#261;&#322; i znudzony zbli&#380;y&#322; si&#281;
+powoli ku oknu salonika. Nie trudno by&#322;o domy&#347;le&#263; si&#281;,
+&#380;e tam, w przed­pokoju, ten "poczciwy" Orl&#281;cki wygada&#322;
+ju&#380; rodzinie swej niemal wszystko.</p>
+
+<p>- Wpad&#322;em! - pomy&#347;la&#322; Roman, i zdenerwo­wany,
+stukn&#261;&#322; palcami w powietrzu.</p>
+
+<p>Drzwi za&#347; poza nim roztwiera&#322;y ­si&#281; ju&#380;
+spiesznie. Odwróci&#322; si&#281;.</p>
+
+<p>Naprzeciwko niego sz&#322;y dwie kobiety, zaró&#380;o­wione,
+u&#347;miechni&#281;te. Jedna z nich, starsza, brunet­ka, pi&#281;kna jeszcze,
+dobrze zakonserwowana, - druga, dziewcz&#281; m&#322;odziutkie, szesnastoletnie
+zaledwie mo&#380;e, ho&#380;e i &#347;wie&#380;e...</p>
+
+<p>- Prezes Roman Dzier&#380;ymirski, nasz obecny zbawca, opiekun,
+a jak ci mówi&#322;em przed chwil&#261;, najszlachetniejszy z ludzi, których
+dot&#261;d w &#380;yciu po­zna&#322;em! - przedstawi&#322; szumnie Orl&#281;cki
+go&#347;cia &#380;onie, g&#322;osem ciep&#322;ym, jakby wzruszonym jeszcze od
+dozna­nych z przed chwili wra&#380;e&#324;.</p>
+
+<p>Sk&#322;oni&#322; si&#281; Dzier&#380;ymirski, a na d&#378;wi&#281;k
+ostatnie­go zdania lekki rumieniec pokry&#322; mu lica. Wstydzi&#322; si&#281;
+za swe my&#347;li - za siebie...</p>
+
+<p>Tymczasem ruchem wspólnym, uprzejmie wy­ci&#261;gn&#281;&#322;y
+si&#281; ku niemu dwie ma&#322;e kobiece r&#261;czki. </p>
+
+<p>- Bardzo mi mi&#322;o pozna&#263; pana, bardzo mi&#322;o! - ­mówi&#322;a,
+&#347;ciskaj&#261;c d&#322;o&#324; jego, pani Orl&#281;cka. - Tembardziej,
+&#380;e jak mi w&#322;a&#347;nie m&#261;&#380; powiada, pan pre­zes staje
+si&#281; anio&#322;em opieku&#324;czym naszych losów, przysz&#322;o&#347;ci -
+zwiastunem, i&#380; zobaczymy kraj nasz, za którym ci&#261;gle tak bardzo
+t&#281;sknimy! - ko&#324;czy&#322;a wzru­szona.</p>
+
+<p>- Moja córka, Mita - przedstawi&#322;a z kolei Ro­manowi
+m&#322;odziutk&#261; pann&#281;.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski trzyma&#322;, &#347;ciska&#322;
+w&#322;a&#347;nie w d&#322;oniach drobn&#261; jej r&#261;czk&#281;, a cho&#263;
+nie powiedzia&#322;o mu dziewcz&#281; nic zgo&#322;a, z u&#347;cisku jednak
+przyjaznego, ciep&#322;ego, ze spojrzenia jasnych, niebieskich oczu, w których
+czyta&#322;y si&#281; w owej chwili wdzi&#281;czno&#347;&#263; bez granic,
+rado&#347;&#263; i nadzieja - poczu&#322; Roman, i&#380; okrucie&#324;stwem
+niemi&#322;osiernem by&#322;oby teraz z jego strony cofni&#281;cie obietnicy.</p>
+
+<p>I jednocze&#347;nie reakcya nag&#322;a wst&#261;pi&#322;a
+we&#324;. Jaki&#347; przyp&#322;yw jakby dobroci zala&#322; mu dusz&#281;, serce;
+zarazem za&#347; pomy&#347;la&#322;:</p>
+
+<p>- Nazwano mnie "najszlachetniejszym", ha-ha­-ha!..
+Ironii mo&#380;e w tem wiele, ale... jednak... dlaczegó&#380;bym i ja czasami
+nie mia&#322; by&#263; szlachetnym? A poza tem, có&#380; de facto winien ten
+oto Orl&#281;cki, &#380;e nie jest tym w&#322;a&#347;nie, którego tak szukam
+bezowocnie?.. Jestem wp&#322;ywowym, silnym, dlaczegó&#380; wi&#281;c nie
+dopomóg&#322;­bym cz&#322;owiekowi, pokrzywdzonemu b&#261;d&#378; co
+b&#261;d&#378; przez nieznanego pieni&#281;dzy jego znalazc&#281;, tak, jak
+pokrzywdzonym jest mo&#380;e przeze mnie równie&#380; i ten osobnik nieznany -
+"mój!.."</p>
+
+<p>I starczy&#322;o w &#347;lad za tem jednej chwili, by w
+g&#322;o­wie Dzier&#380;ymirskiego powsta&#322; plan gotowy.</p>
+
+<p>- Cieszy mnie niewymownie, &#380;e los pozwala mi sta&#263;
+si&#281; - tu zwróci&#322; si&#281;, z u&#347;miechem, ku pani Orl&#281;ckiej -
+Anio&#322;em Stró&#380;em tego domu... Dzi&#347; za­raz zatelegrafuj&#281; do panów
+z komitetu nowego ban­ku o kandydaturze pana - wskaza&#322; nieznacznie Or­l&#281;ckiego
+ruchem g&#322;owy.</p>
+
+<p>W milczeniu, wzruszony szlachcic u&#347;cisn&#261;&#322;
+d&#322;o&#324; Dzier&#380;ymirskiego. Ten ostatni za&#347; zastanowi&#322;
+si&#281; chwil&#281;...</p>
+
+<p>Kiedy czyni&#263; co&#347;, to czyni&#263; zupe&#322;nie i
+wszech­stronnie, - pomy&#347;la&#322;, a si&#281;gn&#261;wszy do kieszeni,
+dyskretnie pocz&#261;&#322; d&#322;ugo szuka&#263; czego&#347; w portfelu...
+Zna­laz&#322;szy wreszcie tam przekaz na okaziciela w "Cre­dit
+Lyonnais", wskazuj&#261;cy sum&#281; dwóch tysi&#281;cy fran­ków,
+rzek&#322; swobodnie:</p>
+
+<p>- Cho&#263; to niegrzecznie bardzo z mej strony tak zaraz
+niemal po poznaniu opuszcza&#263; panie, - sk&#322;o­ni&#322; si&#281;
+uprzejmie w stron&#281; dwóch kobiet - jednak panie wybacz&#261;, uczyni&#263;
+to b&#281;d&#281; zmuszony, i...</p>
+
+<p>- Ale&#380;, có&#380; znowu... - obruszy&#322;a si&#281;
+Orl&#281;cka. - ­Obiad , podadz&#261; w tej chwili, prosimy bardzo... Mito! -
+zwróci&#322;a si&#281; do córki - ka&#380; dawa&#263;!..</p>
+
+<p>- Dzi&#281;kuj&#281; serdecznie! - sk&#322;oni&#322;
+si&#281; z u&#347;mie­chem Dzier&#380;ymirski w stron&#281; m&#322;odego
+dziewcz&#281;cia. ­- Wychodz&#281; natychmiast, a to z powodu nagl&#261;cych
+spraw, które nieodzownie dzi&#347; jeszcze za&#322;atwi&#263; musz&#281;...</p>
+
+<p>- &#379;egnam panie! - wyci&#261;gn&#261;&#322; uprzejmie
+r&#281;k&#281; do pani domu, a nast&#281;pnie do panny.</p>
+
+<p>Ta ostatnia poda&#322;a mu j&#261;, z niewys&#322;owionym
+wdzi&#281;kiem i cicho rzek&#322;a:</p>
+
+<p>- Przyjm pan, panie prezesie, i ode mnie szcze­re
+podzi&#281;kowanie za to, co czynisz dla ojca mego... Jeste&#347; szlachetnym,
+dobrym i wdzi&#281;czno&#347;&#263; moja nie zapomni panu tego - nigdy!..</p>
+
+<p>- Szcz&#281;&#347;ciem prawdziwem dla mnie, &#380;e i pani
+b&#281;dzie z tego korzysta&#263;... Bo, o ile zgaduj&#281;, pani tu chyba
+najwi&#281;cej wróci&#263; by rada do rodzinnego kraju?..</p>
+
+<p>- O! tak... - przyzna&#322;a, z zapa&#322;em, szczerze:­
+Wyko&#322;ysa&#322;y mnie nasze &#322;any i lasy, wychowa&#322;a ta ziemia
+nasza, tak pi&#281;kna chyba, jak &#380;adna!..</p>
+
+<p>Z sympaty&#261;, spojrza&#322; Roman na dziewcz&#281;, i
+sk&#322;o­niwszy si&#281; raz jeszcze, zwróci&#322; si&#281; z kolei do
+Orl&#281;ckiego.</p>
+
+<p>- A do kochanego pana to mam jeszcze i in­teresik drobny...
+- wzi&#261;&#322; gospodarza za rami&#281; i poprowadzi&#322; ku oknu:</p>
+
+<p>- Rzecz przedstawia si&#281;, jak nast&#281;puje -
+rzek&#322;, o ile móg&#322;, najpowa&#380;niej. - Na zasadzie jednego z
+paragrafów ustawy, urz&#281;dnikom nowego banku, na­turalnie protegowanym, daje
+si&#281; z góry na instala­cy&#281;... Kwesty&#281; te jednak obmówi&#263;
+trzeba poprzednio na zebraniu. Otó&#380;, poniewa&#380; pan, pomimo, &#380;e
+bank nie funkcyonuje jeszcze, za miesi&#261;c najdalej musisz ju&#380; by&#263;
+na miejscu, a to, w celu ulokowania si&#281; i obj&#281;c­ia, de nomine,
+wakansu ofiarowanej posady, ja za&#347; dopiero za miesi&#281;cy kilka tam
+b&#281;d&#281; - zatem...- Roman urwa&#322;, dobieraj&#261;c jakby w
+umy&#347;le wyrazów. - Zatem - powtórzy&#322; - awansuj&#281; tu kochanemu,
+panu przekazem, sum&#281; w&#322;a&#347;ciw&#261;... Przypuszczam, b&#281;dzie
+ona odpowiada&#263; mniej wi&#281;cej kwocie, któr&#261; w swo­im czasie
+przyznaj&#261; panu na zebraniu Rady... Có&#380;, zgoda? Dobr&#261; my&#347;l
+mia&#322;em? - doko&#324;czy&#322; Roman.</p>
+
+<p>- Ale&#380; z kochanego prezesa anio&#322; prawdziwy, nie
+cz&#322;owiek!.. - wykrzykn&#261;&#322; Orl&#281;cki i po staropol­sku,
+u&#347;cisn&#261;wszy go szczerze, podzi&#281;kowa&#322;, z za­pa&#322;em.</p>
+
+<p>- Klociu, czy s&#322;yszysz? - zawo&#322;a&#322; na
+&#380;on&#281;.­ Pan prezes na instalacy&#281; awansuje mi, przekazem! - ­i
+szlachcic poinformowa&#322; dobrodusznie, szczegó&#322;owo
+ma&#322;&#380;onk&#281; o wspania&#322;omy&#347;lno&#347;ci Romana. Nast&#261;­pi&#322;y
+w &#347;lad za tem ponowne podzi&#281;kowania, wykrzy­kniki...</p>
+
+<p>Odprowadzony a&#380; do drzwi, &#380;egnany serde­cznie i
+czule, Dzier&#380;ymirski wydosta&#322; si&#281; nare­szcie na schody, a potem
+na ulic&#281;, sam pomimo woli wzruszony, z g&#322;ow&#261; pe&#322;n&#261;
+najsprzeczniejszych my&#347;li.</p>
+
+<p>Gdy po niejakim&#347; czasie, wracaj&#261;c z wolna do
+rzeczywisto&#347;ci, podniós&#322; g&#322;ow&#281;, spostrzeg&#322; w pewnem
+oddaleniu przed sob&#261; z&#322;ocon&#261; kopu&#322;&#281; tumu Inwalidów.
+Tkni&#281;ty nag&#322;&#261; my&#347;l&#261;, z miejsca natychmiast
+skierowa&#322; si&#281; ku furtce, a wymin&#261;wszy j&#261; i strzeg&#261;­cego
+wej&#347;cia kulawego inwalid&#281;, znalaz&#322; si&#281; na ob­szernym placu
+tumu, odgrodzonego krat&#261; od ulic miasta.</p>
+
+<p>Wkrótce, po stopniach wschodów wst&#281;powa&#263;
+pocz&#261;&#322; do wn&#281;trza przybytku, kryj&#261;cego w swych murach
+grobowiec wielkiego Napoleona.</p>
+
+<p>W gmachu milczenie i jakby uroczysty powiew jaki&#347;
+pot&#281;gi niewidzialnej i grozy obj&#261;&#322; Romana natychmiast.</p>
+
+<p>Cichym tylko szmerem rozlega&#322;y si&#281; tu kroki
+kilkunastu osób... Na dole, w szerokiem, na kszta&#322;t basenu,
+pog&#322;&#281;bieniu, drzema&#322; olbrzymi sarkofag, z ce­glasto -
+wi&#347;niowego marmuru...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski zbli&#380;y&#322; si&#281; do balustrady
+gro­bowca, i stan&#261;&#322; smutny, cichy...</p>
+
+<p>Wobec prochów mo&#380;nego w&#322;adcy poczu&#322; si&#281;
+równocze&#347;nie drobnym, nik&#322;ym... Hucz&#261;ce jego tro­ki zmala&#322;y
+równie&#380; - uspakaja&#322; si&#281;...</p>
+
+<p>I my&#347;li jego nagle wzi&#281;&#322;y równie&#380; obrót
+zupe&#322;­nie inny.</p>
+
+<p>- Wi&#281;c to tu - mówi&#322; sobie Roman - le&#380;y
+zwyci&#281;zca z pod Marengo, Ulm, Austerlitz, i.t.d., i.t.d. Wi&#281;c tu
+spoczywaj&#261; snem, nieprzebudzonym, wiecz­nym, prochy tego, wielkiego duchem
+- ma&#322;ego imperatora!..</p>
+
+<p>Dawno bardzo nie bawi&#261;cy ju&#380; w Pary&#380;u, pa­mi&#281;taj&#261;cy
+go zaledwie w zamglonem tylko wspomnieniu, z minionych lat
+m&#322;odzie&#324;czych, Dzier&#380;ymirski, w skupieniu i z
+nabo&#380;e&#324;stwem w duszy, wpatrzony, milcz&#261;cy, z g&#322;ow&#261;
+pochylon&#261;, zaduma&#322; si&#281; przed trumn&#261; cesarza Francyi.</p>
+
+<p>Woko&#322;o niego z prawej i lewej strony, w we­wn&#281;trznym
+pó&#322;kr&#281;gu tumu, widnia&#322;y wkl&#281;s&#322;e pog&#322;&#281;bienia,
+z grobowcami ma&#322;ymi; przed nim za&#347;, poza drzwiami do grobu,
+wznosi&#322; si&#281; rozpi&#281;ty na krzy&#380;u Syn Bo&#380;y
+um&#281;czony...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski po chwili ockn&#261;&#322; si&#281; z
+zamy&#347;lenia i post&#261;pi&#322; wzd&#322;u&#380; kolistej baryery
+grobowca, w kierunku jego wej&#347;cia:</p>
+
+<p>Zamkni&#281;te szczelnie drzwi pomnikowe po&#322;yski­wa&#322;y
+hebanem czarnego marmuru; u progu ich i wscho­dów, wiod&#261;cych do
+wn&#281;trza "tombeau", w mundurze granatowym, powa&#380;ny, ze
+wst&#281;gami i orderami, brodaty, stary, stró&#380;owa&#322; inwalida...</p>
+
+<p>Na górze za&#347; b&#322;yszcza&#322; wielki napis
+z&#322;ocisty: "Je désire, que mes cendres reposent sur le bord de la
+Seine - au milieu de ce peuple francais, que j'avais tant aimé" *).</p>
+
+<p>[*) "Pragn&#281;, aby me prochy spocz&#281;&#322;y u
+brzegów Se­kwany - w&#347;ród tego ludu francuskiego, który tak bardzo
+kocha&#322;em."]</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski patrzy&#322;, przej&#281;ty mimowolnie do
+g&#322;&#281;bi powag&#261;, skupienia pe&#322;n&#261;, i jak&#261;&#347;
+melancholi&#261; rzewn&#261;, wiej&#261;c&#261; od tego grobu zmar&#322;ego
+geniusza despoty, &#347;ni&#261;cego tu cicho, zapomnianego jakby w sa­mem
+sercu republika&#324;skiego dzi&#347; Pary&#380;a.</p>
+
+<p>Nagle, gdy poruszony, niemy, sta&#322; tak, wci&#261;&#380;,
+zamy&#347;lony, drgn&#261;&#322; gwa&#322;townie.</p>
+
+<p>Bo oto w tej&#380;e samej chwili wybi&#322;a w ciszy
+g&#322;o&#347;no godzina czwarta, a z jej uderzeniem, jako sy­gna&#322;
+zamykania ju&#380; gmachu, raptowny, rozleg&#322; si&#281; w&#322;a&#347;nie
+odg&#322;os b&#281;bna.</p>
+
+<p>Grano bojow&#261; pobudk&#281;... Dono&#347;nie
+rozchodzi&#322; si&#281; w milczeniu uderzenia krótkie, wzbija&#322;y si&#281;
+pod strop wysoki, echem dudni&#322;y w zag&#322;&#281;bieniach, arka­dach,
+owalnej kopule wysokiej.</p>
+
+<p>- Messieurs et dames sortez!.. sortez,
+s'il vous plait, sortez, sortez!.. - rozleg&#322; si&#281; jednocze­&#347;nie
+twardy g&#322;os szwajcara, stró&#380;a Napoleono­wego grobowca... Postukuj&#261;c
+grub&#261; lask&#261;, i&#347;&#263; po­cz&#261;&#322; on i rozp&#281;dza&#263;
+energicznie przed sob&#261;, ku wyj&#347;ciu rozsypanych po gmachu tam i ówdzie
+go&#347;ci.</p>
+
+<p>- Sortez! - rozkazuj&#261;cy, wojskowo - lakonicz­ny, -
+bezustanny rozbrzmiewa&#322; g&#322;os jego i miesza&#322; si&#281;! z
+bojow&#261; fanfar&#261; b&#281;bna!..</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski jednak nie rusza&#322; si&#281; wcale z
+miej­sca przeciwnie. Wrós&#322; jakby w ziemi&#281;; ucho jego &#322;owi&#322;o
+&#322;apczywie dono&#347;ne, j&#281;drne tony pobudki, wyobra&#378;nia,
+podsycana nerwami, w rozstroju - poruszona, snu&#322;a mu przed oczyma obraz
+fantasmago­ryczny.</p>
+
+<p>W gmachu panowa&#322; mrok...</p>
+
+<p>Ostatnie d&#378;wi&#281;ki surmy bojowej kona&#322;y, a Ro­manowi
+zda&#322;o si&#281;, i&#380; z milkn&#261;cem coraz ju&#380; dalszem echem
+b&#281;bna, poczynaj&#261; oto zaludnia&#263; tum wspania&#322;y jakie&#347;
+wyros&#322;e jakby zewsz&#261;d mary i cienie poleg&#322;ej dawno
+Napoleo&#324;skiej gwardyi starej, i wyra&#378;ny o s&#322;uch jego obija
+si&#281; przy tem stuk ich butów i ostróg o kamienie posadzki!..</p>
+
+<p>Id&#261;! Ustawieni w szyku, gotowi do walki, sto­j&#261;
+oto niezliczeni woko&#322;o grobu wodza swego... Przebóg, có&#380; to jest?..</p>
+
+<p>Huk jaki&#347; rozlega si&#281; w gmachu - to marmur
+grobowca p&#281;ka, unosi si&#281;...</p>
+
+<p>W trójgraniasty kapelusz przybrana, z za&#322;o&#380;o­nemi
+na piersiach r&#281;koma, staje wyra&#378;nie przed wzrokiem Romana posta&#263;
+Napoleona - wodza!..</p>
+
+<p>- Paf, paf!.. - w tej samej chwili tu&#380; ko&#322;o
+Dzier&#380;ymirskiego o posadzk&#281; uderza kto&#347; zamaszy&#347;cie.</p>
+
+<p>- Sortez, sortez donc, monsieur!.. Quatre heu­res... la
+consigne!.. - rozlega si&#281; g&#322;os twardy i szorstki.</p>
+
+<p>Roman budzi si&#281;, rozgl&#261;da... A zirytowany na­tychmiast,
+&#380;e tak obcesowo przerwano mu jego widzenie marz&#261;ce, gotów ju&#380;
+jest a to rzuci&#263; w twarz staj&#261;cemu nad nim miejscowemu szwajcarowi
+jak&#261;&#347; ostr&#261; okoliczno&#347;ciow&#261; uwag&#281;... Otwiera
+ju&#380; usta, spoj­rzawszy jednak na twarz wyblad&#322;&#261;, pooran&#261;
+zmar­szczkami, o wyrazie pe&#322;nym melancholii i smutku, milknie.</p>
+
+<p>W tych rysach bowiem czyta wyra&#378;nie gniew
+t&#322;umiony, lecz nie bezmy&#347;lny, - bynajmniej. Nie, przeciwnie.
+Oburzenie to jakie&#347; inne, szlachet­niejszej, podnio&#347;lejszej jakby
+natury, i mówi&#263; zda si&#281;:</p>
+
+<p>- Ach id&#378;cie, ju&#380; id&#378;cie!.. Odejd&#378;cie wy
+wszy­scy, profanatorzy wstr&#281;tni, kalaj&#261;cy te progi
+ciekawo&#347;ci&#261; banaln&#261; - nieprzystojnym szumem, ha&#322;asem,
+gadanin&#261; i gwarem m&#261;c&#261;cy bezmy&#347;lnie spokój i sen wieczny
+wielkiego imperatora!..</p>
+
+<p>- Có&#380; wy? - mówi&#322;y z pogard&#261; te szare smu­tno
+oczy starca. - Có&#380; wy, kar&#322;y, nie ludzie dzi­siejsi, mali
+-wiedzie&#263; mo&#380;ecie? Co s&#261;dzi&#263; o czynach olbrzymich
+"Jego?" Co odczu&#263;? Có&#380; zrozumie&#263; jeste­&#347;cie
+zdolni?..</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski z uwag&#261; wpatrywa&#322; si&#281;
+dalej w stoj&#261;cego przed nim niecierpliwie szwajcara - inwalid&#281;.</p>
+
+<p>Czy&#380;by istotnie w umy&#347;le tego starca uczucia
+podobne si&#281; kry&#322;y? - my&#347;la&#322; i zatopiwszy raz jesz­cze,
+milcz&#261;c, badawcze spojrzenie w m&#281;tnych &#378;renicach starca, bez
+s&#322;owa, skierowa&#322; si&#281; ku wyj­&#347;ciu z tumu.</p>
+
+<p>Otworzono przed nim, zamkni&#281;te przed chwil&#261;: z
+hukiem drzwi wchodowe, i zatrza&#347;ni&#281;to je poza nim.</p>
+
+<p>Wydostawszy si&#281; na ulic&#281;, Roman, znu&#380;ony,
+wsiad&#322; do pierwszej doro&#380;ki; tu za&#347;, och&#322;on&#261;wszy nie­co
+od wzrusze&#324; i wra&#380;e&#324;, porz&#261;dkowa&#263; zacz&#261;&#322; w
+g&#322;o&#347;no zdarzenia minionych godzin kilku.</p>
+
+<p>- Raz jeszcze zatem, miast rzeczywisto&#347;ci,
+chwyta&#322;em mar&#281;, cie&#324; u&#322;udny!.. - mówi&#322; sobie w du­chu,
+z nag&#322;&#261; gorycz&#261;. - Poch&#322;oni&#281;ty wci&#261;&#380;
+jedn&#261; my&#347;l&#261;, przybieg&#322;em tutaj nadziei pe&#322;ny, i znowu
+nic­ - zero!..</p>
+
+<p>- O, ironio, niezrozumia&#322;a, dziwna!.. - duma&#322;
+dalej. - Czy&#380; nigdy nie trafi&#281; na &#347;lad pewny? Czy&#380;
+wiecznie, biczowany sumieniem, dr&#281;czy&#263; si&#281; tak b&#281;d&#281;,
+zmuszony?</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski opu&#347;ci&#322; r&#281;ce na kolana, w
+zniech&#281;ceniu i pochyli&#322; nisko g&#322;ow&#281;. Z chwilow&#261;
+samotno&#347;ci&#261;, z pog&#322;&#281;bieniem si&#281; w siebie, wraca&#322;a
+bezlitosna samowiedza, b&#322;&#281;dne ko&#322;o tajonego w duszy cier­pienia  zacie&#347;nia&#322;o si&#281;,
+wirowa&#322;o, rzucaj&#261;c mu jedno­cze&#347;nie na ekran duszy wizerunek
+nag&#322;y w&#322;asnego moralnego "ja".</p>
+
+<p>Nie kry&#322;y go obs&#322;ony z&#322;ociste, utkane z
+pozorów, zdolno&#347;ci osobistych, rozumu, energii, czynu, bezinteresownego
+po&#347;wi&#281;cenia dla drugich, szlachet­no&#347;ci i wielu innych
+przymiotów, w które, jak w &#347;nie&#380;n&#261;, lamowan&#261; purpur&#261;,
+tog&#281; patrycyusza - przed lud&#378;mi, przed &#347;wiatem, stroi&#322;
+si&#281; prezes Dzier&#380;ymirski...</p>
+
+<p>Nie, by&#322; to szkielet tylko!.. Otulony w
+p&#322;acht&#281; jaskraw&#261; szalonej ambicyi, kry&#322; on za jej
+fa&#322;dami bagno moralne pami&#281;tnej w &#380;yciu Romana chwili, gdy dla
+osobistego szcz&#281;&#347;cia, u&#380;ycia, pogwa&#322;ci&#322; on by&#322;
+ety­k&#281; spo&#322;ecznego prawa!..</p>
+
+<p>Z tej ka&#322;u&#380;y jednak brudnej, a pozornie ju&#380;
+za­pomnianej, wyrasta&#322; kwiat - niby niepokalana bia&#322;a lilia - zasiany
+ziarnem silnych, cho&#263; podeptanych zasad, wszczepionych za m&#322;odu -
+kie&#322;kuj&#261;cy, przy pomocy czujnego zawsze sumienia!..</p>
+
+<p>Kwiatem tym - by&#322;a ch&#281;&#263; szlachetna, instynkto­wna,
+konieczna, oddania b&#261;d&#378; co b&#261;d&#378;, prawemu
+w&#322;a&#347;cicielowi przyw&#322;aszczonych pieni&#281;dzy. Ona,
+wytrwa&#322;a, popycha&#322;a bezustannie Romana naprzód przed sie­bie; ona -
+ze&#347;rodkowywuj&#261;ca w sobie równie&#380; najpi&#281;k­niejsze
+pierwiastki jego charakteru - zniewala&#322;a go - do czynów, tam i ówdzie
+szlachetnych. Jej to nie­w&#261;tpliwie zawdzi&#281;cza&#322;
+Dzier&#380;ymirski swój post&#281;pek z Orl&#281;ckim!..</p>
+
+<p>I Romanowi w tej chwili mign&#261;&#322; obraz wdzi&#281;­czno&#347;ci
+tych trojga ludzi ku niemu.</p>
+
+<p>Znów tu wi&#281;c fa&#322;sz mimowolny - &#380;ycia
+ironia!.. </p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski westchn&#261;&#322;. Pomimo jednak,
+i&#380; czu&#322; zgrzyt w duszy, ros&#322;o tam w nim jednocze&#347;nie pewne
+zadowolenie, zazwyczaj odczuwane przez sub­telniejsze natury, po
+spe&#322;nieniu dobrego, lub szlachet­nego czynu.</p>
+
+<p>Spojrza&#322; woko&#322;o weselej nieco... Doro&#380;ka mija­&#322;a
+w&#322;a&#347;nie bardzo o&#380;ywion&#261; dzielnic&#281; miasta.</p>
+
+<p>Na lewo widnia&#322;a wie&#380;a St. Jaeques, a tu&#380;
+obok ko&#347;ció&#322; St. Germain -l'Auxerrois; naprzeciw ogromem
+rozwielmo&#380;y&#322; si&#281; Luwr wspania&#322;y.</p>
+
+<p>Roman, zap&#322;aciwszy wo&#378;nic&#281;, wyskoczy&#322; z
+doro&#380;ki i skierowa&#322; si&#281; ku muzeum.</p>
+
+<p>Odci&#281;ty w podró&#380;y od zwyk&#322;ego, pe&#322;nego
+czynu, &#380;ycia, poch&#322;aniaj&#261;cego go ca&#322;kowicie -
+Dzier&#380;ymirski poczu&#322; nagle potrzeb&#281; nieodzown&#261;,
+konieczn&#261;, odwrócenia j&#261;trz&#261;cych mu mózg my&#347;li czemkolwiek,
+ucieka&#322; si&#281; wi&#281;c znowu do koicielki-sztuki. </p>
+
+<p>Niebawem przez jedno z licznych wej&#347;&#263; wcho­dzi&#322;
+do jej &#347;wi&#261;tyni, pogr&#261;&#380;onej w milczeniu, tchn&#261;cej­
+majestatem zapatrzonych w siebie tworów ludzkiego geniusza, szybuj&#261;cego na
+skrzyd&#322;ach artyzmu we wszelakich jego odmianach i fazach - wcielaj&#261;ce­go
+pi&#281;kno, by sz&#322;o, niby tchnienie &#380;ywe, do dusz ludzkich,
+umiej&#261;cych wznie&#347;&#263; si&#281; i oderwa&#263; od po­ziomów!</p>
+
+<p>Znajdowa&#322; si&#281; w salach dolnych. Zabytki sta­ro&#380;ytnej
+rze&#378;by roma&#324;skiej, greckiej otacza&#322;y go zewsz&#261;d. Setki ich
+z epok ró&#380;nych patrzy&#322;y na niego pi&#281;kna wyrazem, r&#281;k&#261;
+mistrzów zakutym w kamie&#324; i marmury...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski, rozgl&#261;daj&#261;c si&#281;
+woko&#322;o, szed&#322; wolno, zamy&#347;lony.</p>
+
+<p>Jak w kalejdoskopie, przesuwa&#322;y si&#281;
+wci&#261;&#380; kolejn­o przed nim pos&#261;gi, coraz pi&#281;kniejsze.</p>
+
+<p>Tutaj wi&#281;c wychyla&#322;y si&#281; oto rz&#281;dem ku
+nie­mu biusty i srogie oblicza wszystkich prawie imperatorów rzymskich - tam
+znów wykwintnie modelo­wanem cia&#322;em pochyla&#322;y, gi&#281;&#322;y
+pos&#261;gi Apollinów - rzymskiego d&#322;uta, o rysach grubszych, pe&#322;nych
+m&#281;sko&#347;ci i si&#322;y, - greckiego, traktowane daleko subtel­niej z
+finezy&#261;, o ciele jakby mi&#281;kkszem i drobniej­szem, przedziwnie
+wyko&#324;czone w szczegó&#322;ach i wy­razach twarzy...</p>
+
+<p>W oddzielnej sali, naprzeciw siebie, drzema&#322;y, na wzór
+orygina&#322;ów w Watykanie, olbrzymie odlewy, z bronzu: &#347;pi&#261;cej
+Aryadny, Laokoona, Apollina i Dyany; dalej znów, z Tripolisu w Afryce
+sprowadzona, bez ko&#324;ca nóg i g&#322;owy, unosi&#322;a powabnie draperye
+pi&#281;kna Venus, bieli&#322;y si&#281; bez liku dziesi&#261;tki rze&#378;b
+pomniejszych - sta&#322; Apollo z Lycyi, oparty o pie&#324;, ko&#322;o którego
+obwija&#322; si&#281; w&#261;&#380; zdradliwy... Apollo z Paros, patrzy&#322;
+&#322;agodnie na widza; o rysach drob­niutkich, w draperyi fa&#322;dach -
+wdzi&#281;czy&#322;a si&#281; grecka muza...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski, z powodu braku czasu spieszy&#263;
+si&#281; zmuszony, szed&#322; pomimowolnie szybko, zatrzymu­j&#261;c si&#281;
+jednak co chwila to krócej, to d&#322;u&#380;ej, znie­wolony ku temu
+pi&#281;knem, hojn&#261; r&#281;k&#261; i dzi&#281;ki nie­strudzonym zabiegom,
+nagromadzonemu, tak obficie woko&#322;o.</p>
+
+<p>Tak wi&#281;c, pomi&#281;dzy wieloma, wieloma innemi
+zaj&#281;&#322;a go jeszcze rze&#378;ba Tyberyusza cesarza, okrytego
+fa&#322;dami togi, z r&#281;k&#261; wyci&#261;gni&#281;t&#261; przed siebie, w
+oratorskim ge&#347;cie, tak wymownie, i&#380; zdawa&#322;o si&#281;, &#380;e
+oto ju&#380; zaraz przemówi... Tam znów uwag&#281; zwró­ci&#322;y dwie postacie
+kobiece, zabytki, przeniesione z gre­ckich cmentarzy. Jedna z nich, owiana
+szat&#261; przej­rzyst&#261;, w stoj&#261;cej postawie, zadumana sm&#281;tnie,
+- druga, w takiej&#380;e pozycyi, z wie&#324;cem laurowym na g&#322;owie, w
+bolesnem pogr&#261;&#380;ona skupieniu, z prze&#347;li­cznie przytem
+wyrze&#378;bionem obliczem, przybrana w drapery&#281;, której fa&#322;dy,
+wyko&#324;czone subtelnie w marmurze, za lada powiewem porusza&#263; si&#281; w
+oczach zdawa&#322;y.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski wpad&#322; w labirynt sal, salek, i
+szed&#322; coraz dalej i dalej... Jednocze&#347;nie poddawa&#322; si&#281;
+stopniowo coraz bardziej urokom sztuki, a przypatruj&#261;c si&#281;
+ci&#261;gle, z uwag&#261;, okazom staro&#380;ytnego d&#322;uta - zapomina&#322;
+coraz bardziej o dr&#281;cz&#261;cych go my&#347;lach z przed chwili; czarne i
+sm&#281;tne niepostrze&#380;enie pierzcha&#322;y one cicho...</p>
+
+<p>I niebawem Romana znowu zaj&#261;&#322; marmurowy pos&#261;g
+z wyspy Paros... Przedstawia&#322; on Aleksandra Wielkiego, z po&#322;ow&#261;
+w&#322;osów z&#322;aman&#261; i biustem, bez r&#261;k, z twarz&#261; natomiast
+zachowan&#261; doskonale. Pó&#378;­niej zachwyci&#322;a go z kolei "Venus
+accroupie" w mar­murze, równie&#380; bez r&#261;k, ze &#347;ladem na
+plecach od&#322;a­manej r&#261;czki Amora, potem znów dziesi&#261;tki
+rze&#378;b innych, jedne charakterystyczniejsze, pi&#281;kniejsze od drugich...</p>
+
+<p>Po chwili, oparty o pie&#324; drzewa, zatrzyma&#322; go
+jeszcze, wzgl&#281;dnie do otaczaj&#261;cych male&#324;ki bardzo
+pos&#261;&#380;ek, zatytu&#322;owany "Amor, jako Hercules",
+nast&#281;pnie inny: "Walcz&#261;cy Gladjator", a w ko&#324;cu, cudna
+w swej prostocie, posta&#263; muzy poezyi lirycznej: "Polymnie..."</p>
+
+<p>By&#322;a to rze&#378;ba wzi&#281;tej z profilu kobiety,
+opar­tej, w zadumie, bokiem o kolumn&#281;, w zwojach fa&#322;dzistej draperyi.
+G&#322;ow&#281; pochylon&#261; mia&#322;a nieco, a upi&#281;ksza&#322;y j&#261;
+w&#322;osy, faluj&#261;ce z lekka w marmurze, jedn&#261; r&#261;czk&#261;
+podpiera&#322;a oblicze, natchnione, o rysach drob­nych i subtelnych -
+drug&#261; dotyka&#322;a niedbale swej sukni, z ujmuj&#261;cym
+wdzi&#281;kiem...</p>
+
+<p>Wymijaj&#261;c t&#322;um nieruchomych pos&#261;gów,
+gubi&#261;c si&#281; w&#347;ród tych rze&#378;b, zadumanych, cichych,
+&#347;ni&#261;cych jakby o wielkiej swej przesz&#322;o&#347;ci - znalaz&#322;
+si&#281; wreszcie Roman niebawem w salce kwadratowej, ma&#322;ej, gdzie,
+otoczona sznurow&#261; baryer&#261; - na wzniesieniu, ubranem bordo
+tkanin&#261;, sta&#322;a, króluj&#261;c, zda si&#281;, nad wszystkiem
+doko&#322;a, per&#322;a zbiorów pos&#261;gowych Lu­wru - Venus grecka z Milo.</p>
+
+<p>Zm&#281;czony nieco, Dzier&#380;ymirski usiad&#322; na
+&#322;awecz­ce, zdj&#261;&#322; kapelusz i wpatrzy&#322; si&#281; w
+stoj&#261;c&#261;, bez r&#261;k, pó&#322;nag&#261; posta&#263; z marmuru.</p>
+
+<p>Pozornie kroczy&#322;a ona...</p>
+
+<p>Wprzód pochylona niedostrzegalnie, przytrzy­muj&#261;c
+fa&#322;dów upadaj&#261;cej w pasie draperyi, zdawa&#322;o si&#281;, &#380;e
+idzie, z szyj&#261; sw&#261;, wyci&#261;gni&#281;t&#261; nieco naprzód, z
+oczyma przymru&#380;onemi jakby, z w&#322;osami, karbowa­nemi z lekka i
+uwi&#261;zanemi z ty&#322;u w w&#281;ze&#322;, z twa­rz&#261; blondynki,
+anielsk&#261; - bosk&#261;!..</p>
+
+<p>Od twarzy tej i pó&#322;cia&#322;a nagiego do draperyi,
+Dzier&#380;ymirski oczu oderwa&#263; po prostu nie by&#322; w stanie...</p>
+
+<p>On w oblicza tem czyta&#322; - a przynajmniej tak mu
+si&#281; w danej chwili zdawa&#322;o - zapatrzenie si&#281; w siebie i
+dum&#281;, ale zarazem i s&#322;odycz, zakut&#261; w przedziwnej
+regularno&#347;ci rysie ka&#380;dym, i cho&#263; sam osobi­&#347;cie nie
+odczuwa&#322; w rysach twarzy tej silnego pro­mienia wewn&#281;trznego, jak
+zadumy lub marzenia - to jednak pi&#281;kno linii królowa&#322;o w nich - tak
+nie­podzielnie, &#380;e zachwyt tylko wzbudza&#263; mog&#322;o... A
+cia&#322;o?..</p>
+
+<p>Po prostu &#380;y&#322;o ono, nie tylko za&#347; nagie, dla
+oka widoczne... Z przodu, pod fa&#322;dami draperyi - czyni&#261;cej
+wra&#380;enie, i&#380; spada - w kilka za&#347; zgi&#281;&#263; karbowanej z
+ty&#322;u - t&#281;tni&#322;o ono, o&#380;y&#322;e jakby, nie martwe, w ruchu
+krocz&#261;cego, wzniesionego nieco kolana, w odkrytych piersiach i
+biu&#347;cie bez r&#261;k, przegi&#281;tym w prawo z zachowan&#261; przedziwnie
+w marmurze, mi&#281;kk&#261;, jak w ciele &#380;ywem - subteln&#261; lini&#261;
+prze­gi&#281;cia...</p>
+
+<p>Czas mija&#322;... Przesiedziawszy na &#322;aweczce
+do&#347;&#263; d&#322;ugo, Roman z trudno&#347;ci&#261; powsta&#322; i
+oderwa&#322; si&#281; od arcydzie&#322;a sztuki. Spojrza&#322; na zegarek -
+dochodzi&#322;a pi&#261;ta - godzina zamkni&#281;cia Luwru. Postanowi&#322;
+obej­rze&#263; jeszcze, cho&#263; pobie&#380;nie, galery&#281; obrazów...</p>
+
+<p>Skierowa&#322; si&#281; spiesznie na pierwsze pi&#281;tro
+gmachu. Min&#261;wszy sal&#281; pierwsz&#261;, zatrzyma&#322; si&#281; w
+drugiej, male&#324;kiej. Dwa, dla&#324; osobi&#347;cie przepi&#281;kne, obra­zy
+zaj&#281;&#322;y ca&#322;kiem jego uwag&#281;.</p>
+
+<p>Na jednym z nich, w aureoli blasków nad g&#322;o­w&#261;,
+umar&#322;a, cicha, po fali sennej p&#322;yn&#281;&#322;a posta&#263; blada z
+twarz&#261; anielsk&#261; i &#322;agodn&#261;, - to s&#322;awne dzie&#322;o
+Delaroche'a "La jeune Martyre". Wisia&#322;o ono na prawo, równolegle
+z wej&#347;ciem do salki, na &#347;cianie za&#347; bocznej od tego
+wej&#347;cia, w lewo, od innych odbija&#322;o wdzi&#281;kiem, p&#281;dzla
+"Girodet - Trioson'a" Przebudzenie Apollina, pi&#281;knego, jak
+marzenie, w posta­wie le&#380;&#261;cej, pogr&#261;&#380;onego we &#347;nie
+g&#322;&#281;bokim. Na cudne ­oblicze boga Olimpu i zamkni&#281;te jego
+&#378;renice, z wysoka, prostopad&#322;y pada&#322; promie&#324;
+&#347;wiat&#322;a!.. Roman po chwili ruszy&#322; dalej...</p>
+
+<p>Mija&#322; teraz z wolna jedne za drugiemi olbrzy­mie sale.</p>
+
+<p>A w salach tych milcz&#261;cych, wielkich, unosi&#322;
+si&#281; jakby nadprzyrodzony jaki&#347; duch idei pi&#281;kna, zakl&#281;ty,
+olbrzymi i bra&#322; despotycznie w posiadanie ka&#380;dego, kto korzy&#322;
+si&#281; przed kultem sztuki, czyja dusza, drgnieniem zachwytu,
+wyci&#261;ga&#322;a w ekstazie ku jej nie&#347;miertelnemu czarowi
+pragn&#261;ce swe ra­miona!</p>
+
+<p>Najpierwsi mistrzowie szko&#322;y w&#322;oskiej, fla­mandzkiej,
+francuskiej, hiszpa&#324;skiej i innych - wielcy w swym majestacie, w aureoli
+wiekopom­nej s&#322;awy, wygl&#261;dali z ram dzie&#322;ami, niewidzial­n&#261;
+d&#322;oni&#261; zatrzymywali, jakby przed sob&#261;, mó­wi&#261;c,
+zdawa&#322;o si&#281;, do Romana dumnie: - "podzi­wiaj nas!.."</p>
+
+<p>Id&#261;c wci&#261;&#380; przed siebie w ten sposób,
+dotar&#322; wkrótce Dzier&#380;ymirski, do sal ostatnich.</p>
+
+<p>By&#322;o ich dwie; w jednej, pod&#322;u&#380;nej, wielkiej,
+a tak zwanej "Rubensa", pe&#322;no by&#322;o przepysznych obrazów,
+wzi&#281;tych przewa&#380;nie z &#380;ycia królowej Ma­ryi Medici - w drugiej,
+przedostatniej i mniejszej, nosz&#261;cej miano "Van-Dycka",
+zwróci&#322;y uwag&#281; Roma­na, w&#347;ród kilkunastu mo&#380;e dzie&#322;
+tego mistrza, por­trety: Dzieci Karola I-go; jego samego, stoj&#261;cego na tle
+krajobrazu, obok giermka, z rumakiem, i kardyna&#322;a Richelieu'go,
+ca&#322;ego w purpurze.</p>
+
+<p>Dotar&#322;szy do ko&#324;ca pa&#322;acowych sal,
+Dzier&#380;ymir­ski pu&#347;ci&#322; si&#281; w powrotn&#261; drog&#281;,
+zagl&#261;daj&#261;c tam i ówdzie, id&#261;c, wracaj&#261;c -
+b&#322;&#261;dz&#261;c w&#347;ród tych drze­mi&#261;cych w chwale w&#322;asnej,
+nieprzeliczonych dzie&#322; p&#281;dzla - tworów talentu ludzi cenionych i wiel­kich...</p>
+
+<p>Setki obrazów przeoczonych, nowych, zast&#281;powa&#322;y mu
+drog&#281;...</p>
+
+<p>I Dzier&#380;ymirski przystawa&#322; ci&#261;gle...
+Zachwyca&#322; si&#281; niejednym obrazem, ust&#281;puj&#261;cym mo&#380;e
+innym, pod wzgl&#281;dem pi&#281;kna, lecz przemawiaj&#261;cym &#380;ywiej do
+indywidualnego jego poczucia i poj&#281;cia sztuki.</p>
+
+<p>Tak wi&#281;c w jednej z sal zatrzyma&#322; si&#281;
+d&#322;u&#380;ej &#347;liczn&#261; g&#322;ówk&#261; szko&#322;y francuskiej,
+"Greuz'a", z&#322;otaw&#261;blond, z oczyma, wzniesionemi smutnie, w
+za­my&#347;leniu b&#322;&#261;dz&#261;cemi gdzie&#347; daleko, mo&#380;e w idea­&#322;ów
+niepochwytnych krainie, z wyrazem twarzy, tchn&#261;cym melancholi&#261; i
+rozmarzeniem...</p>
+
+<p>Tam&#380;e równie&#380; zaj&#281;&#322;y go dwa obrazy
+tego&#380; mi­strza: pierwszy "La laitičre" przedstawia&#322;
+rozwo&#380;&#261;­c&#261; nabia&#322; m&#322;od&#261; wiwandyerk&#281; -
+wspart&#261;, w zadumie cichej, o karego z bia&#322;ym &#322;bem konia; drugi
+pod tytu&#322;em: "Rozbity dzban", wdzi&#281;czny nad wyraz,
+wyobra&#380;a&#322; dziewcz&#261;tko w bieli... W&#322;osy mia&#322;a ona roz­czesane
+skromnie na dwie strony, stroi&#322;o je bia&#322;e kwiecie, - w fartuszku
+ró&#380;owo - blade ró&#380;e, na r&#281;ku zawieszony rozbity niebacznie
+dzban, a w ca&#322;ej twa­rzyczce miluchnej nieporównany wyraz dziecinnej
+naiwnej rozpaczy.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski coraz szybciej wymija&#322; sale; nie ­znalaz&#322;
+si&#281; w galeryi pod&#322;u&#380;nej i olbrzymiej, w kszta&#322;cie
+salonowego korytarza, szerokiego i prze­stronnego.</p>
+
+<p>Na &#347;cianach wisia&#322;o tu wiele pi&#281;knych okazów;
+mi&#281;dzy innemi zatem dzie&#322;a Rafaela Sanzio, jak na przyk&#322;ad ­portret
+Joanny d'Aragon, w purpurowej sukn­i, przetkanej z&#322;otem, &#346;-go Jana
+Chrzciciela, oraz &#347;liczny portrecik m&#322;odego cz&#322;owieka, o
+w&#322;osach blond, w czapeczce czarnej, podpartego, w zamy&#347;leniu i
+par&#281; innych tego&#380; mistrza.</p>
+
+<p>Patrzy&#322;y tu równie&#380; na Romana rz&#281;dem liczne
+dzie&#322;a Marina, jak Urodzenie Naj&#347;wi&#281;tszej Panny Maryi, cud San
+Diego, czyli anielska kuchnia... Opodal obraz, przypisywany malarzowi
+hiszpa&#324;skiemu Ribe­rze, wyst&#281;powa&#322; z ram postaci&#261;
+umar&#322;ego Chrystusa, o twarzy przedziwnie spokojnej, w wypoczynku jak­by po
+bólu pozostaj&#261;cej - z cia&#322;em ran pe&#322;nem, ocie­kaj&#261;cem, zda
+si&#281;, krwi&#261; ciep&#322;&#261; jeszcze... Bitwa Sal­vatora Rosy
+tam&#380;e n&#281;ci&#322;a oko realizmem i groz&#261; - dziesi&#261;tki, setki
+obrazów zatrzymywa&#322;y spojrzenie, a wreszcie dwa z nich najbardziej;
+p&#281;dzla Leonarda da Vinci: Jan Chrzciciel i Bachus...</p>
+
+<p>Oba przedstawia&#322;y ciemnookich, pi&#281;knych m&#322;o­dzianów,
+o bujnie i naturalnie kr&#281;c&#261;cych si&#281; w&#322;osach, cerze
+&#347;niadej i dziwnie wiele, mówi&#261;cych twarzy, zbli­&#380;onych rysami do
+siebie...</p>
+
+<p>Obrazy te, w ogólnym zarysie, równie&#380; zlewa­&#322;y
+si&#281; ze sob&#261;. Nag&#322;em skojarzeniem my&#347;li, przypomnia&#322;y
+one Romanowi, podobnie&#380; nieco traktowan&#261; g&#322;ow&#281; o
+w&#322;osach, z&#322;otawo - miedzianych, p&#281;dzla Ferra­ri'ego, w
+Pinakotece Medyola&#324;skiej. Przedstawia&#322;a ona Matk&#281;
+Bo&#380;&#261;, ca&#322;&#261; w czerwieni, z przechylon&#261; w ty&#322;
+g&#322;ow&#261; i przymkni&#281;temi oczyma, z wyrazem nadziem­skiego upojenia,
+gdy Dzieci&#261;tko Jezus równocze&#347;nie wyci&#261;ga przed siebie w
+przestrze&#324; swe r&#261;czyny male&#324;kie, jak gdyby niemi pochwyci&#263;
+co&#347; w powietrzu pragn&#281;&#322;o...</p>
+
+<p>I z przypomnieniem tem nagle do duszy Dzier­&#380;ymirskiego
+sp&#322;yn&#281;&#322;a fala wspomnie&#324;...</p>
+
+<p>Mign&#261;&#322; mu wi&#281;c przed wewn&#281;trznym
+wzrokiem duszy Medyolan, rodzinne gniazdo matki i tam "Cimitero
+Monumentale", gdzie zapomniane przeze&#324; le&#380;a&#322;y jej prochy,
+wreszcie rysy matczyne, jak &#380;ywe, przesz&#322;emi latami zamglone...</p>
+
+<p>Z powiewem za&#347; lat tych minionych, z
+przesz&#322;o&#347;ci tchnieniem, w mózgu Romana znowu za&#347;widrowa&#322;y
+wyrzuty sumienia, dawne - te same. </p>
+
+<p>Zadumany, powraca&#322; Dzier&#380;ymirski, kieruj&#261;c
+si&#281; w olbrzymie sale ku wyj&#347;ciu, opanowany na nowo -
+wewn&#281;trzn&#261; trosk&#261; - niezdolny obecnie po prostu patrze&#263; na
+dzie&#322;a sztuki.</p>
+
+<p>Poza tem zreszt&#261; i czasu na to nie by&#322;o... Za­mykano
+ju&#380; Luwr.</p>
+
+<p>Spieszono si&#281; powszechnie. Rozrzuceni tam i ów­
+tury&#347;ci - malarze, dyletanci p&#281;dzla, kopiuj&#261;cy tu
+zapami&#281;tale od samego rana na rozstawionych sta­lugach wsz&#281;dy,
+ha&#322;a&#347;liwie sk&#322;adali swe przybory, a odg&#322;os ich rozmów,
+zarówno jak i kroki odchodz&#261;cej t&#322;umnie gromady ludzkiej,
+przeci&#261;g&#322;em echem od­bija&#322;y si&#281; o &#347;ciany i
+pró&#380;ni&#281; olbrzymich sal mu­zeum.</p>
+
+<p>Wyludnia&#322;y si&#281; one nader szybko; niebawem ci­sza
+utula&#263; zacz&#281;&#322;a stopniowo twory cz&#322;owieczego geniusza, a
+jeden jeszcze samotny i niewidzialny pozosta&#322; tu tylko, zda si&#281;, król
+Pi&#281;kna - bóg Sztuki!..</p>
+
+<p>W dziesi&#281;&#263; mo&#380;e minut pó&#378;niej
+Dzier&#380;ymirski wychodzi&#322; na ulic&#281;, gdzie zoczywszy niebawem napis
+podziemnej kolejki elektrycznej zwanej : "Metropolitain­", po
+schodach spuszcza&#263; si&#281; zacz&#261;&#322; ku stacyi.</p>
+
+<p>Zag&#322;&#281;biony w my&#347;lach, kupi&#322; Roman
+machinal­nie bilet na prawo jazdy i wyszed&#322; na peron podziemnej
+poczekalni. W g&#322;owie jego, w&#347;ród my&#347;li wielu,
+nieukszta&#322;towany jeszcze, niewyra&#378;ny, zakie&#322;kowa&#322; projekt
+opuszczenia Pary&#380;a, nieprzedstawiaj&#261;cego dla&#324; ju&#380; teraz,
+jako pobyt, celu &#380;adnego, i udania si&#281; do  -  Medyolanu...</p>
+
+<p>W tej samej chwili, z chrz&#281;stem, &#347;wistem,
+wpad&#322; na platform&#281; zr&#281;czny, ma&#322;y, elektryczny poci&#261;g
+miejski.</p>
+
+<p>- Louvre!.. Louvre!.. - wrza&#347;ni&#281;to dono&#347;nie,
+kilkana&#347;cie drzwiczek u wagonów otworzy&#322;o si&#281; spiesznie...
+Wysypa&#322;a si&#281; z nich garstka ludzi, partya druga szybko
+zaj&#281;&#322;a ich miejsce, Dzier&#380;ymirski wsko­czy&#322; za innymi do
+poci&#261;gu, z wielkim po&#347;piechem, nie min&#281;&#322;a bowiem minuta,
+gdy ju&#380; zatrza&#347;ni&#281;to na ­powrót z ha&#322;asem u wagoników
+wszystkie drzwiczki.</p>
+
+<p>Kolejka ruszy&#322;a z miejsca p&#281;dem prawie, zanu­rzy&#322;a
+si&#281; i znikn&#281;&#322;a, jak zmyta, w o&#347;wietlonej gdzieniegdzie
+tylko elektrycznemi lampami czelu&#347;ci ciemnej podziemnego tunelu,
+biegn&#261;cego, jak wiadomo, pod wi&#281;ksz&#261; cz&#281;&#347;ci&#261;
+nadsekwa&#324;skiej stolicy.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<center>-----------</center>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Letnie, upalne popo&#322;udnie drzema&#322;o jeszcze nad
+ziemi&#261;, skwarne jednak s&#322;o&#324;ca promienie zni&#380;a&#263;
+si&#281; ju&#380; poczyna&#322;y stopniowo...</p>
+
+<p>Ochoczo uwija&#322;y si&#281; po polach dziewcz&#281;ta robo­cze,
+w swych krótkich kolorowych spódnicach i haftowanych barwnie koszulach - z
+sierpami w r&#281;ku, &#380;n&#261;c zbo&#380;e, uk&#322;adaj&#261;c je w snopy
+i kopy, a z &#322;&#261;k i &#322;anów dalszych odzywa&#322;o si&#281; od czasu
+do czasu ryt­miczne ostrze&#380;enie kos i ich chrz&#281;st w &#347;lad za tem,
+&#347;cinaj&#261;cy trawy, owsy i j&#281;czmienie, rozlega&#322; si&#281; echem
+miarowem.</p>
+
+<p>W otaczaj&#261;ce go, t&#281;tni&#261;ce ruchem i prac&#261;
+pola zapatrzony, na ciemnem tle parku nieposzlakowanie bia&#322;y ­
+milcz&#261;co ws&#322;uchiwa&#322; si&#281; dwór gowartowski w od­g&#322;osy,
+id&#261;ce z &#322;anów dalekich.</p>
+
+<p>Na werandzie, w g&#322;&#281;bokim fotelu siedzia&#322;a
+marsza&#322;kowa Warnicka, pracuj&#261;c z zaj&#281;ciem nad robótk&#261;
+r&#281;czn&#261;; dalej nieco, w parku, poprzez drzewa alei miga&#322;a jasna
+letnia suknia kobieca i sylwetka siedz&#261;cego obok niej m&#281;&#380;czyzny;
+przez otwarte na &#347;cie­&#380;aj wreszcie tu&#380; ko&#322;o balkonu okno
+saloniku dolaty­wa&#322;y dwa m&#281;skie g&#322;osy, zmieszane z miarowemi
+uderzeniami kul bilardowych.</p>
+
+<p>W saloniku owym grali w karambole &#321;ady­&#380;y&#324;ski
+z Krasnostawskim.</p>
+
+<p>- Patrz, m&#322;odzie&#324;cze, i ucz si&#281;! - mówi&#322;
+w tej chwili pan Emil, pochylony nad bilardem.</p>
+
+<p>Bia&#322;a bila jego, musn&#261;wszy poprzednio lewy bok
+czerwonej drugiej kuli, wraca&#322;a w&#322;a&#347;nie teraz pos&#322;uszna,
+dotykaj&#261;c lekko stoj&#261;cej opodal trzeciej &#380;ó&#322;tej bili.</p>
+
+<p>- Aha!.. - wykrzykn&#261;&#322; z tryumfem
+&#321;ady&#380;y&#324;ski. - Uderzenie znakomite, a rzadkie, jak kruk
+bia&#322;y!..</p>
+
+<p>Spojrza&#322; na Krasnostawskiego. Ten ostatni, bez
+ceremonii zwrócony do okna, sta&#322; gdzie&#347; zapatrzony, przez
+grzeczno&#347;&#263; w ostatniej tylko chwili obróciwszy si&#281; szybko ku
+mówi&#261;cemu.</p>
+
+<p>- Barbarzy&#324;co! - wykrzykn&#261;&#322;
+&#321;ady&#380;y&#324;ski, obu­rzony szczerze.</p>
+
+<p>- Jak to? - pyta&#322; zdziwiony dalej. - Na se­ryo zatem
+nie widzia&#322;e&#347; pan wcale ?</p>
+
+<p>- Ale có&#380; znowu, i owszem! - zaprotestowa&#322;
+Krasnostawski, zmieszany nieco.</p>
+
+<p>Partner z pod oka spojrza&#322; na m&#322;odzie&#324;ca i
+mruk­n&#261;&#322; z&#322;o&#347;liwie:</p>
+
+<p>- Co pan ciekawego wypatrujesz w&#347;ród alei? Nikt tam,
+que je sache, nie spaceruje, prócz Oli i kochanego Topolsia, hrabiego na
+Szcz&#281;snojej... A tu tymczasem straci&#322;e&#347; pan coup de maître, cug
+i&#347;ci&#281; wspania&#322;y...</p>
+
+<p>I wskazuj&#261;c d&#322;oni&#261; stoj&#261;ce kule,
+obja&#347;ni&#322; ju&#380; spokojnie:</p>
+
+<p>- Przez czerwon&#261;... Zamiast zwyczajno-pospolicie ­-
+ty&#322;em, przez pi&#281;&#263; band, i serya notabene gotowa ­-
+pochwali&#322; si&#281;.</p>
+
+<p>- Wiele mam? - zapyta&#322; po chwili. - A, prawda... -
+odpowiedzia&#322; sam sobie pan Emil, - osiemdzie­si&#261;t sze&#347;&#263;!...
+Przepad&#322;e&#347; pan z kretesem. Za chwil&#281; - requiescat in pace!..</p>
+
+<p>Przy tych s&#322;owach, &#321;ady&#380;y&#324;ski
+pochyli&#322; si&#281; znów bilardem. Pod wprawnem uderzeniem jego kija, dotykane,
+cofane, kierowane zr&#281;cznie, posypa&#322;y si&#281; nie­bawem liczne
+karambole.</p>
+
+<p>Krasnostawski, od pocz&#261;tku partyi kilkakrotnie do gry
+zaledwie dopuszczony, ziewn&#261;&#322; skrycie, znu&#380;ony.</p>
+
+<p>- Ta zdradzi&#322;a Radziwi&#322;&#322;a!.. -
+wykrzykn&#261;&#322; w tej chwili pan Emil. - Chybi&#322;em - graj pan!..</p>
+
+<p>Krasnostawski z kolei zrobi&#322; kilka do&#347;&#263;
+umiej&#281;tnych karamboli.</p>
+
+<p>- Brawo, bravissimo! - potakiwa&#322;
+&#321;ady&#380;y&#324;ski ­- Z jakim przestajesz, takim si&#281; stajesz,
+niedar­mo tak g&#322;osi przys&#322;owie...</p>
+
+<p>A ze znawstwem, &#347;ledz&#261;c dalej uwa&#380;nie
+gr&#281; part­nera, dorzuci&#322; jeszcze, w rodzaju pochwa&#322;y:</p>
+
+<p>- Czo&#322;em, czo&#322;em!.. Wst&#281;pujesz w me
+&#347;lady.... bardzo dobrze, wcale nie&#378;le!...</p>
+
+<p>Krasnostawski, z przymusem, u&#347;miechn&#261;&#322;
+si&#281; lek­ko, po paru uderzeniach wreszcie chybi&#322;.</p>
+
+<p>- Przesz&#322;a, min&#281;&#322;a, jak sen jaki z&#322;oty!
+- zadeklamowa&#322; &#321;ady&#380;y&#324;ski, z patosem. - zgubiony&#347;
+m&#322;odzie&#324;cze! - dorzuci&#322;, i pochyli&#322; si&#281; nad suknem
+zielonem.</p>
+
+<p>- Gram z ty&#322;u - poinformowa&#322; - ostatni, &#347;mier­telny
+cios...</p>
+
+<p>Pchni&#281;ta, nakredowan&#261; poprzednio starannie,
+muszk&#261; kija - bia&#322;a kula, obleciawszy szereg band, w skomplikowanej
+geometrycznej figurze - niebawem pokorna, grzeczna, za jednem uderzeniem,
+musn&#281;&#322;a cicho dwie pozosta&#322;e bilardowe kule.</p>
+
+<p>- N, i... ni - c'est fini !.. - odsapn&#261;&#322; z
+ulg&#261; pan Emil.</p>
+
+<p>- No, teraz siadamy! - ci&#261;gn&#261;&#322; dalej.-
+Dzi&#281;­kuj&#281; panu za party&#281;! - poda&#322; uprzejmie r&#281;k&#281;
+Krasnostawskiemu, poczem wyj&#261;&#322; papiero&#347;nic&#281;.</p>
+
+<p>- S&#322;u&#380;&#281; panu! - rzek&#322;,
+wyci&#261;gaj&#261;c j&#261; w stron&#281; m&#322;odego cz&#322;owieka.</p>
+
+<p>- Dzi&#281;kuj&#281; bardzo! - odpar&#322; Krasnostawski,
+sk&#322;oniwszy si&#281; grzecznie, wzi&#261;&#322; papierosa, podsu­waj&#261;c
+jednocze&#347;nie &#321;ady&#380;y&#324;skiemu zapalon&#261; zapa&#322;k&#281;.
+- Merci! - mrukn&#261;&#322; pan Emil. - Ha, zmacha­&#322;em si&#281; nie
+gorzej od mo&#322;odycy, na polu przy bura­kach! - westchn&#261;&#322;.</p>
+
+<p>Usiedli, i zapanowa&#322;o chwilowe milczenie.</p>
+
+<p>W ciszy pokoju s&#322;ycha&#263; by&#322;o teraz
+wyra&#378;nie je­dnostajne brz&#281;czenie much; zni&#380;aj&#261;ce si&#281;
+s&#322;o&#324;ce &#347;cieli&#322;o swe promienie po zielonej powierzchni
+bilardowego sukna - salonik ton&#261;&#322; ca&#322;y w
+pó&#322;&#347;wiat&#322;ach ko&#324;­cz&#261;cego si&#281; letniego
+popo&#322;udnia.</p>
+
+<p>Nagle firanki u okien poruszy&#322;y si&#281; gwa&#322;to­wnie
+- kto&#347; drzwi otwiera&#322;...</p>
+
+<p>Na progu, w szarem sukiennem, liberyjnem ubra­niu,
+stan&#261;&#322; lokajczyk, m&#322;ode ch&#322;opi&#281;...</p>
+
+<p>- Zamykaj, do kro&#263;set! - zagrzmia&#322;
+&#321;ady&#380;y&#324;ski, porzuciwszy silny przeci&#261;g i zwróci&#322;
+si&#281; równocze&#347;nie do Krasnostawskiego. - Ma pan jeszcze ochot&#281; na
+partyjk&#281;?... bo ja - to nie!</p>
+
+<p>- O, ja równie&#380;! - odpar&#322; szybko Krasnostawski ­-
+Zreszt&#261; nie mog&#281;, mam dzisiaj pilne zaj&#281;cie jeszcze i
+wraca&#263; musz&#281;! - &#379;egnam pana! - dorzuci&#322; ­uprzejmie i
+powstawszy, wyci&#261;gn&#261;&#322; r&#281;k&#281; do
+&#321;ady&#380;y&#324;skiego.</p>
+
+<p>- Adieu!.. - od niechcenia, ale grzecznie, nie ruszaj&#261;c
+si&#281; z miejsca, odwzajemni&#322; mu ten&#380;e u&#347;cisk d&#322;oni.</p>
+
+<p>Krasnostawski, niby szukaj&#261;c czego&#347; po pokoju,
+zbli&#380;y&#322; si&#281; zr&#281;cznie do okna, pos&#322;awszy wywiadowczy
+wzrok raz jeszcze do ogrodu.</p>
+
+<p>Siedz&#261;c wci&#261;&#380; na swem miejscu,
+&#321;ady&#380;y&#324;ski &#347;ledzi&#322; spod okna, a usta skrzywi&#322;y mu
+si&#281; przy tem sarkastycznie.</p>
+
+<p>- Có&#380; to tak zapami&#281;tale pan szukasz? -
+rzuci&#322; ironicznie - serca, czy g&#322;owy?</p>
+
+<p>- O, nie... tylko kapelusza!.. - odci&#261;&#322;
+ch&#322;odno Krasnostawski, i rzuciwszy siedz&#261;cemu powtórnie
+po&#380;egnanie uprzejme, wyszed&#322; z saloniku.</p>
+
+<p>- Hm... hm!.. - mrukn&#261;&#322; do siebie stary kawaler, i
+powsta&#322;.</p>
+
+<p>- Wyczy&#347;&#263; bilard szczotk&#261; tak, jakem ci&#281;
+nauczy&#322; na wskos, nicponiu!.. - rozkaza&#322; kr&#281;c&#261;cemu si&#281;
+po pokoju lokajczykowi, i strzepn&#261;wszy ubranie, opu&#347;ci&#322;
+bilardow&#261; salk&#281;, zmierzaj&#261;c ku werandzie.</p>
+
+<p>- Zawsze przy pracy, pani marsza&#322;kowo! - powita&#322;
+siedz&#261;c&#261; przy robótce pani&#261; Melanj&#281; i usiad&#322; wygodnie
+na bujaj&#261;cym si&#281; fotelu.</p>
+
+<p>- No, i pan, panie Emilu, pracowa&#322;e&#347; tak&#380;e -
+u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; &#322;agodnie matrona. - St&#261;d
+s&#322;ysza&#322;am, jak stuka&#322;y karambole i post&#281;powa&#322;
+ra&#378;no wyk&#322;ad gry bilardowej...</p>
+
+<p>- Ano, trudno!.. Trzeba poucza&#263; m&#322;odych! -
+odpar&#322; pan Emil i u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; swoim zwyczajem. ­A
+gdzie&#380; to m&#322;oda para? - rzuci&#322;.</p>
+
+<p>Marsza&#322;kowa nie zrozumia&#322;a pytania. - Jak to? - ­zdziwi&#322;a
+si&#281;.</p>
+
+<p>- No, pani Ola i kochany hrabicz! - obja&#347;ni&#322;
+niedbale, ko&#322;ysz&#261;c si&#281; leciutko w fotelu.</p>
+
+<p>- Aaa !.. - za&#347;mia&#322;a si&#281; marsza&#322;kowa -
+s&#261; w ogrodzie - doda&#322;a spokojnie. - A pan Boles&#322;aw gdzie&#380;
+si&#281; znajduje? - zapyta&#322;a z kolei.</p>
+
+<p>- Przegrawszy party&#281; karamboli i pos&#322;awszy
+trzydzie&#347;ci i jedno spojrze&#324; t&#281;sknych w stron&#281; ogro­du i
+przechadzaj&#261;cych si&#281; tam ludzi, uciek&#322; do do­mu -
+odpowiedzia&#322; pan Emil.</p>
+
+<p>- &#379;e te&#380; pan ci&#261;gle tak samo niepoprawny i
+zawsze musi widzie&#263; co&#347; niepotrzebnego! - obru­szy&#322;a si&#281;, z
+widocznem niezadowoleniem, marsza&#322;­kowa.</p>
+
+<p>- To tak tylko dla kontrastu z pani&#261; marsza&#322;­kow&#261;!
+- odpar&#322; s&#322;odziutkim tonem, uk&#322;adnie pan Emil i
+u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; szyderczo.</p>
+
+<p>- No, no!.. - udobruchana nieco, pokiwa&#322;a g&#322;o­w&#261;
+staruszka. - &#379;eby to tylko tak by&#322;o w istocie ! - Ale&#380; upewniam
+pani&#261; marsza&#322;kow&#281; - pod­chwyci&#322; &#321;ady&#380;y&#324;ski.
+- Wracaj&#261;c jednak do poprze­dniej prozy &#380;ycia, i jego wypadków -
+ci&#261;gn&#261;&#322; wol­no - ciekawym, czemu ten Roman nie wraca?..</p>
+
+<p>- A! - &#380;ywo odpar&#322;a pani Warnicka. -
+Zapomnia&#322;am powiedzie&#263; panu... Wczoraj wieczorem by&#322; list od
+niego... Donosi, &#380;e z Ostendy, dok&#261;d uda&#322; si&#281; prosto z
+Pary&#380;a, dla odpoczynku, przyby&#322; ju&#380; do Mediolanu, gdzie zabawi
+d&#322;u&#380;ej...</p>
+
+<p>- Hm, hm! - chrz&#261;kn&#261;&#322; pan Emil. - &#379;e
+te&#380; prezesuniowi kochanemu nie t&#281;skno: do &#380;ony primo, do mnie -
+secundo, to si&#281; wydziwi&#263; temu nie mo­g&#281; - wyg&#322;osi&#322;
+ca&#322;kiem seryo.</p>
+
+<p>Marsza&#322;kowa na te s&#322;owa u&#347;miechn&#281;&#322;a
+si&#281; do siebie, w milczeniu, &#321;ady&#380;y&#324;ski mówi&#322; za&#347;
+dalej, wydobywszy zegarek z kieszeni:</p>
+
+<p>- Patrzcie pa&#324;stwo, ju&#380; wpó&#322; do ósmej!.. O
+wpó&#322; do szóstej zacz&#281;li&#347;my gra&#263; z Krasnostawskim partyj­k&#281;,
+a pani&#261; marsza&#322;kow&#281; pozostawili&#347;my wszyscy tu na balkonie
+samotn&#261;... Tiens... tiens... jak to czas leci.</p>
+
+<p>Pan Emil spojrza&#322; na ogród, szukaj&#261;c co&#347;
+oczyma i w tej&#380;e samej chwili zerkn&#261;&#322; na marsza&#322;kow&#281;.
+Ta ostatnia równie&#380; wys&#322;a&#322;a spojrzenie do par­ku.
+Z&#322;o&#347;liwie nieco wykrzywi&#322; usta pan Emil i wpa­trzy&#322;
+si&#281; badawczo w twarz staruszki, lecz ta oboj&#281;tnie ­ca&#322;kiem
+odwróci&#322;a po chwili g&#322;ow&#281; i ko&#324;czy&#322;a spokojnie
+robótk&#281;.</p>
+
+<p>Zapanowa&#322;o milczenie.</p>
+
+<p>- Dziwny aforyzm przychodzi mi do g&#322;owy! - odezwa&#322;
+si&#281; &#321;ady&#380;y&#324;ski, w par&#281; minut pó&#378;niej.</p>
+
+<p>- Bardzo, ciekawam, co tam znowu przychodzi panu do
+g&#322;owy?.. - za&#347;mia&#322;a si&#281; staruszka.</p>
+
+<p>- Pi&#281;kna kobieta - wyg&#322;osi&#322; z patosem pan
+Emil - to cz&#281;stokro&#263; wcielenie &#347;lepego trafu igraszki!.. Obdarza
+ona bowiem królewsk&#261; sw&#261; &#322;ask&#261; nie zas&#322;u&#380;onych,
+lecz szcz&#281;&#347;liwych, cho&#263; wszyscy, ni­by gracze, pragn&#281;liby w
+duchu wygra&#263; najwy&#380;sz&#261; tylko stawk&#281;...</p>
+
+<p>Siwe oczy marsza&#322;kowej na chwil&#281;
+zab&#322;ys&#322;y ro­zumnie, i odpar&#322;a lekko, w tym samym tonie:</p>
+
+<p>- Ho-ho, co za porównania, jaka poezya na­gle objawi&#322;a
+si&#281; w panu! - pochwali&#322;a ironicznie i doda&#322;a: - Ja nie wiem,
+doprawdy, czy potrafi&#281;, skromna, wznie&#347;&#263; si&#281; na takie
+wy&#380;yny... Lecz i mnie rów­nie&#380;, dziwnym zbiegiem okoliczno&#347;ci,
+aforyzm &#347;wita w my&#347;li:</p>
+
+<p>I po chwili pani Melanja wyg&#322;osi&#322;a z przyciskiem:</p>
+
+<p>- Podejrzliwo&#347;&#263; - to wcielenie satanizmu!..
+Oczerni&#263;, zbruka&#263; potrafi najczystsze, &#347;nie&#380;ne jagni&#281;,
+tem gorsze za&#347; ono, &#380;e uwierz&#261; mu ludzie, goni&#261;cy, z
+rozkosz&#261;, za obmow&#261;, cho&#263;by ni&#261; by&#322; i fa&#322;sz wie­rutny!..</p>
+
+<p>- Les beaux esprits se rencontrent! - wyce­dzi&#322; w
+pó&#322;uk&#322;onie pan Emil, i zamilk&#322;.</p>
+
+<p>- No, &#380;egnam kochanego pana! - odpowie­dzia&#322;a
+marsza&#322;kowa, i powsta&#322;a ci&#281;&#380;ko z fote­lu. - Id&#281; -
+ci&#261;gn&#281;&#322;a - wyda&#263; rozporz&#261;dzenia do wieczerzy, bo
+gosposia nasza, jak widz&#281;, zapomnia&#322;a si&#281; dzisiaj, a pana - tu
+uczyni&#322;a r&#281;k&#261; niewyra&#378;ny ruch w powietrzu - pozostawiam sam
+na sam z aforyzmami!.. - za&#347;mia&#322;a si&#281; przy tem staruszka
+z&#322;o&#347;li­wie nieco, i znik&#322;a we drzwiach salonowych.</p>
+
+<p>&#321;ady&#380;y&#324;ski, po wyj&#347;ciu
+marsza&#322;kowej, zapali&#322; pa­pierosa i zamaszy&#347;cie pocz&#261;&#322;
+ko&#322;ysa&#263; si&#281; na biegunach fotelu.</p>
+
+<p>- &#346;miej si&#281;, &#347;miej, babule&#324;ko! -
+mrukn&#261;&#322; z cicha. - Ja mam swój rozum i w&#281;ch &#347;wietny. O, co
+do tego, to zapewni&#263; mog&#281;, &#380;e nos mam wyborny!.. -
+dotkn&#261;&#322; twarzy, za&#347;mia&#322; si&#281; do siebie, wci&#261;gn&#261;&#322;
+po­wietrze, i powstawszy, zeszed&#322; po stopniach schodów balkonu.</p>
+
+<p>Spojrza&#322; znowu na zegarek i mrukn&#261;&#322;:</p>
+
+<p>- Ósma dochodzi... Sapristi, o czem&#380;e dwie i pó&#322;
+godziny sam na sam mówi&#263; ze sob&#261; mog&#261; dwo­je m&#322;odych ludzi,
+je&#347;li nie o mi&#322;o&#347;... Psst! - sykn&#261;&#322; g&#322;o&#347;no i
+po&#322;o&#380;y&#322; sobie na ustach palce. - Podejrzliwo&#347;&#263;
+albowiem jest to wcielenie satanizmu... i tak dalej, - doko&#324;czy&#322;, i
+za&#347;mia&#322; si&#281; znowu cicho. - No, zobaczymy! - szepn&#261;&#322; do
+siebie jeszcze i skie­rowa&#322; si&#281; do ogrodu.</p>
+
+<p>S&#322;o&#324;ce zachodzi&#322;o w&#322;a&#347;nie.
+Bia&#322;e &#347;ciany gowartowskiego domu gorza&#322;y czerwieni&#261;,
+b&#322;yszcza&#322;y, z&#322;oci&#322;y si&#281; okna, dach blaszany
+&#380;arzy&#322; si&#281;, jak g&#322;ownia, a tam w parku, w oddali,
+wstydliwie zaró&#380;owia&#322;y si&#281;, rumieni&#322;y brzozy, mieni&#322;y
+od gasn&#261;cych pro­mieni, w odblaski polerowanej miedzi, d&#281;by, lipy,
+topole...</p>
+
+<p>&#321;ady&#380;y&#324;ski, zag&#322;&#281;bia&#322; si&#281;
+dalej i dalej w ogród, id&#261;c krokiem pewnym, a&#380; znik&#322;,
+poch&#322;oni&#281;ty cieniami ciemnawej ju&#380;, drzew wierzcho&#322;kami
+zros&#322;ej ze sob&#261; alei; poszukiwania jego jednak mia&#322;y
+spe&#322;zn&#261;&#263; na niczem. M&#322;odej pary, jak j&#261; pan Emil
+&#380;artami nazwa&#322;, nie by&#322;o ju&#380; w ogrodzie.</p>
+
+<p>Topolski i Ola, przed pó&#322; godzin&#261;, znalaz&#322;szy
+si&#281; na skraju parku i &#322;anów szerokich, opu&#347;cili ogrodow&#261;
+alej&#281;, poci&#261;gni&#281;ci wspó&#322;wzajemnie czarem prze­chadzki po
+zielonej, biegn&#261;cej w&#347;ród pól, ugorów, &#322;&#261;czce, w
+przedwieczornej &#347;wie&#380;o&#347;ci sk&#261;panej ca&#322;ej. </p>
+
+<p>Gaw&#281;dz&#261;c, &#347;miej&#261;c si&#281; i
+przekomarzaj&#261;c na ­przemian bezustannie, oddalili si&#281; oni nawet
+ju&#380; do&#347;&#263; ode dworu, nie spostrzeg&#322;szy tego natural­nie
+wcale.</p>
+
+<p>Wbrew zapowiedzi, danej pani Oli jeszcze na raucie,
+przy&#347;pieszy&#322; Topolski swój przyjazd do odziedziczonych w pobli&#380;u
+Gowartowa dóbr swoich "Szcz&#281;­snaja".</p>
+
+<p>Bawi&#322; ju&#380; tu przesz&#322;o od sze&#347;ciu
+tygodni, b&#281;d&#261;c nader cz&#281;stym go&#347;ciem osamotnionej
+prezesowej Dzier&#380;ymirskiej; Ola za&#347;, nie maj&#261;ca prawie tu ni
+rozrywki, ni towarzystwa &#380;adnego, zazwyczaj niezmiernie mu rada by&#322;a.</p>
+
+<p>Topolski za&#347; ze swej strony podoba&#263; si&#281;
+móg&#322; tylko. Og&#322;adzonych form &#347;wiatowych, przystojny i mi&#322;y,
+by&#322; równie&#380; bardzo inteligentnym, a lekki pok&#322;ad idealnego
+marzycielstwa, w kontra&#347;cie po&#322;&#261;czony ze szczypt&#261;
+sceptycyzmu, czyni&#322; go interesuj&#261;­cym bardzo, szczególniej dla
+kobiet. W kole p&#322;ci pi&#281;knej czu&#322; si&#281; zawsze panem...
+Posiadaj&#261;c wra&#380;li­wo&#347;&#263; czu&#322;ostkow&#261;
+przyrodzon&#261;, rozumia&#322; on kobiety przytem stokro&#263; lepiej od
+innych m&#281;&#380;czyzn, odczuwa&#322; je subtelnie, - w podbijaniu za&#347;
+serc niewie&#347;cich, cierpliwem i umiej&#281;tnem, - mistrzem go nazy­wano.</p>
+
+<p>Pró&#380;niacze &#380;ycie jego, zjadaj&#261;cego dochody
+"pan­ka", zabarwione tylko z lekka tam i ówdzie dyletanckiem
+zainteresowaniem si&#281; sztuk&#261;, oraz podró&#380;owaniem po &#347;wiecie
+- sk&#322;ada&#322;o si&#281; te&#380; przewa&#380;nie z krót­szych lub
+d&#322;u&#380;szych mi&#322;ostek, z &#322;a&#324;cucha: "bonnes fortunes",
+które, jak ogniwa, ze sob&#261; bezustannie &#322;&#261;czy&#263; sie
+stara&#322;. </p>
+
+<p>Poznawszy Ol&#281; Dzier&#380;ymirsk&#261;, Topolski po­stanowi&#322;
+zdoby&#263; j&#261; nieodzownie. W tym celu wi&#281;c dowiedziawszy si&#281; o
+bytno&#347;ci Romana Dzier&#380;ymirskiego za granic&#261;, przyspieszy&#322;
+wyjazd na Ukrain&#281;, i od dwóch ju&#380; niespe&#322;na miesi&#281;cy
+pracowa&#322; wytrwale, powoli, ze znawstwem swej sztuki, cegie&#322;ka za
+cegie&#322;k&#261;, buduj&#261;c swe przysz&#322;e, jak nazywa&#322; -
+szcz&#281;&#347;cie!</p>
+
+<p>Z pocz&#261;tku by&#322;o mu niezmiernie trudno skie­rowa&#263;,
+pchn&#261;&#263; Ol&#281;, cho&#263; nieznacznie tylko, na swe tory.</p>
+
+<p>Gra ta, z&#322;o&#380;ona z setek subtelnych odcieni,
+opartych na gruntownej znajomo&#347;ci "kobiety," parokrotnie srodze
+zawiod&#322;a go z Ol&#261; Dzier&#380;ymirsk&#261;. Lecz po paru ju&#380;
+tygodniach uczu&#322; Topolski wreszcie grunt pod nogami, aczkolwiek jeszcze
+bardzo niepewny. Tryumfowa&#322; skrycie - i szed&#322; dalej...</p>
+
+<p>Dzi&#347; za&#347;, po tygodniach sze&#347;ciu pobytu,
+mia&#322; on ju&#380; za sob&#261; ma&#322;&#261; przesz&#322;o&#347;&#263; w
+tym wzgl&#281;dzie; mi&#281;dzy nim, a Ol&#261; mianowicie bieg&#322;a ni&#263;
+trwa&#322;a obcowania wzajemnego, wspólnych rozmów, docieka&#324;, paradoksów,
+okre&#347;le&#324; - gar&#347;&#263; faktów jednak na pozór nic nie
+znacz&#261;cych prawie...</p>
+
+<p>A wi&#281;c, na przyk&#322;ad, gdy w gronie osób po­stronnych,
+trzecich, toczy&#322;a si&#281; rozmowa o temacie, poruszonym ju&#380; przez
+nich dwojga niegdy&#347; w pogaw&#281;dce sam na sam wspólnej - czy to w
+zakresie sztuk­i, literatury, muzyki, czy wreszcie w dziedzinie wypadków
+pospolitych codziennego &#380;ycia - usta ich u&#347;mie­cha&#322;y si&#281;
+nieznacznie, a równocze&#347;nie oczy spotyka&#322;y si&#281;,
+pos&#322;uszne...</p>
+
+<p>To znów kiedy indziej, nim jedno z nich zd&#261;&#380;y­&#322;o
+wymówi&#263; my&#347;l jak&#261;&#347;, cz&#281;stokro&#263; drugie,
+chwyta&#322;o j&#261; szybko ju&#380; w lot i na nie wypowiedziane, a przeczute
+s&#322;owa, dawa&#322;o trafn&#261; odpowied&#378;, lub rzuca&#322;o aforyzm
+dwuznaczny, maj&#261;cy li tylko dla nich dwoj­ga znaczenie, dla innych
+niezrozumia&#322;y cz&#281;sto wca­le - poruszaj&#261;cy za&#347; sob&#261;
+wspomnienie, zdarzenie osobiste, wspólne...</p>
+
+<p>Szukali si&#281; wzajemnie równie&#380;, unikaj&#261;c towa­rzystwa
+drugich, pragn&#261;c zawsze by&#263; ze sob&#261;, wy&#322;&#261;cznie sami.</p>
+
+<p>A po za tem? Och, okre&#347;li&#263; nawet trudno. </p>
+
+<p>Dziesi&#261;tki, setki, tysi&#261;ce male&#324;kich,
+nik&#322;ych zda­rze&#324;, powik&#322;a&#324;, chwil, chwilek, s&#322;ów, s&#322;ówek,
+gestów, drgnie&#324; twarzy, u&#347;miechów, niedomówionych spojrze&#324;,
+u&#347;ci&#347;nie&#324; d&#322;oni, przyja&#378;niejszych, czulszych - w
+niesko&#324;czono&#347;&#263; biegn&#261;c, zacie&#347;nia&#322;y ich dwie
+duchowe ja&#378;nie coraz bardziej, mota&#322;y ich ze sob&#261; i z nit­ki
+pocz&#261;tkowo pojedynczej tylko, czas uprz&#261;d&#322; tkanin&#281;
+prz&#281;dz&#281; niewidzialn&#261;, a nierozerwaln&#261; ju&#380; jednak, co
+silnie, a trwale z&#322;&#261;czy&#322;a ich w ko&#324;cu ze sob&#261;!</p>
+
+<p>I Topolski, b&#322;&#261;kaj&#261;cy si&#281; z
+pocz&#261;tku w swej grze trudnej zapl&#261;ta&#322; si&#281; sam wkrótce, nie
+wiedz&#261;c nawet kiedy, w zastawione zr&#281;cznie na Ol&#281; sieci.</p>
+
+<p>Serce w nim obudzi&#322;o si&#281; po raz pierwszy mo&#380;e
+w &#380;yciu!.. On, motyl niesta&#322;y, powierz­chownie tylko kochliwy, w
+ka&#380;dej zam&#281;&#380;nej, wdzi&#281;cznej buzi - zakocha&#322; si&#281;
+na seryo w Oli!</p>
+
+<p>Dzi&#347; od dwóch godzin przesz&#322;o, w s&#322;ów dobie­ranych
+szermierce, flirtowa&#322; z ni&#261; - teraz ju&#380; dla&#324; ukochan&#261;,
+a przez to samo upragnion&#261; jeszcze bar­dziej.</p>
+
+<p>Mówili dnia tego jak zwykle o literaturze, mu­zyce i sztuce,
+to jest o tem, co zajmowa&#322;o ich wspólnie najbardziej w krainie, oderwanej
+od prz&#281;dzy codziennego &#380;ycia.</p>
+
+<p>On wspomina&#322; i opowiada&#322; barwnie wra&#380;enia
+licznych podró&#380;y, dowcipkowa&#322;, &#347;mia&#322; si&#281;, przytomny
+bezustannie gry swojej; Ola s&#322;ucha&#322;a mówi&#322;a, opowiada&#322;a z
+kolei wiele sama... Jak w z&#322;ocie &#322;anów zbo&#380;a, jednostajnem od
+maków purpurowych i b&#322;awatnych chabrów, roi&#322;o si&#281; w tej ich
+s&#322;ów gaw&#281;dzie od dwuznaczników, w lekk&#261; form&#281; obleczonych
+ze strony Topolskiego o&#347;wiadczyn i pó&#322;s&#322;ówek - po&#322;owicznem
+niedomówieniem wiele mówi&#261;­cych nieraz rzeczy!..</p>
+
+<p>Przed chwil&#261;, s&#322;o&#324;ce u&#322;o&#380;y&#322;o
+si&#281; do snu. To­polski ko&#324;czy&#322; jednocze&#347;nie wywo&#322;ane faktem
+tym opowiadanie wspomnienia, tycz&#261;cego si&#281; wschodu s&#322;o&#324;ca
+obserwowanego z wierzcho&#322;ka góry "Mont Blanc," spowiadaj&#261;c
+si&#281; z wra&#380;enia podnios&#322;ego, doznanego wysoko!..</p>
+
+<p>S&#322;owa pe&#322;ne zapa&#322;u, efektowne, zamar&#322;y
+mu w&#322;a&#347;nie na ustach, na których spojrzeniem ca&#322;em zawis&#322;a
+artystyczna dusza id&#261;cej obok niego kobiety. </p>
+
+<p>Zapanowa&#322;o pomi&#281;dzy niemi chwilowe milczenie: </p>
+
+<p>Ze stepu tymczasem, z &#322;anów, p&#322;yn&#281;&#322;y
+wonie zbó&#380;, i polnych kwiatów; &#380;aby i chru&#347;ciele odzywa­&#322;y
+si&#281; w moczarach &#322;&#261;czki - czar letniego gasn&#261;cego dnia
+chwyta&#322; za dusz&#281;...</p>
+
+<p>- Wie pan, &#380;e&#347;my porz&#261;dnie od domu daleko! - ­pierwsza
+weso&#322;o za&#347;mia&#322;a si&#281; Ola.</p>
+
+<p>- A tak? - zadziwi&#322; si&#281; niby Topolski. - To
+wracajmy! - rzek&#322; niech&#281;tnie.</p>
+
+<p>Zawrócili. Szli wolno czas jaki&#347;, pomimo woli
+zamy&#347;leni.</p>
+
+<p>- Tak, pani - przemówi&#322; Topolski, sna&#263;
+b&#322;&#261;­dz&#261;c jeszcze my&#347;l&#261; hen, daleko, na szczytach Alp,
+w Szwajcaryi - wra&#380;enie to by&#322;o tak silnem, i&#380; nie zapomn&#281;
+go do ko&#324;ca &#380;ycia. - I wie pani? - dorzuci&#322;, z u&#347;miechem
+dziwnym i nag&#322;ym - o czem mimo woli pomy&#347;la&#322;em w owej uroczystej
+chwili, gdy pierwszy promyk s&#322;o&#324;ca oz&#322;oci&#322; cypl
+&#347;nie&#380;ny "Mont Blanc?" Nigdy pani nie zgadnie.</p>
+
+<p>- No, ciekawam bardzo? - zapyta&#322;a Ola i spoj­rzenie
+pi&#281;kne utkwi&#322;a w twarzy m&#322;odego cz&#322;o­wieka.</p>
+
+<p>- O kobiecie!.. - odrzek&#322; Topolski, i za&#347;mia&#322;
+si&#281;; nie otrzymawszy za&#347; na to &#380;adnej odpowiedzi, spojrza&#322;
+po chwili spod oka na Ol&#281;.</p>
+
+<p>Z pi&#281;knej twarzy m&#322;odej kobiety, jakby odp&#281;­dzany
+umy&#347;lnie, pierzcha&#322; cie&#324; wyra&#378;nego niezadowolenia; Topolski
+si&#281; spostrzeg&#322;, i&#380; post&#261;pi&#322; niezr&#281;cznie,
+wiedzia&#322; bowiem z wieloletniej praktyki do­skonale, &#380;e nie
+nale&#380;y nigdy wobec kobiety, o któ­rej wzgl&#281;dy ci chodzi,
+wspomina&#263; dobitnie, &#380;e przed ni&#261; by&#322;a inna. Poprawi&#322;
+si&#281; natychmiast.</p>
+
+<p>- To jest... &#378;le mówi&#281;!.. - rzek&#322; seryo
+ca&#322;kiem, u&#347;miechn&#261;wszy si&#281; atoli w duchu do siebie - o
+kobiecie, nie jednostce, bynajmniej my&#347;la&#322;em wówczas, ale o ogólnym w
+niej symbolu kobieco&#347;ci!..</p>
+
+<p>- Jak to! nie rozumiem dobrze pana... - zdzi­wi&#322;a
+si&#281; Ola. - Có&#380; bowiem wspólnego ma wschód s&#322;o&#324;ca...</p>
+
+<p>- O, i bardzo! - przerwa&#322; Topolski - przynaj­mniej dla
+mnie... Bo gdy, stoj&#261;c na wysoko&#347;ciach niebotycznych, -
+ci&#261;gn&#261;&#322;, zapalaj&#261;c si&#281; do s&#322;ów w&#322;asnych -
+ujrza&#322;em nagle, jak zaró&#380;owiona silnie ju­trzenka prys&#322;a snopem
+promieni, jak ca&#322;uj&#261;c jakby po ­prostu okoliczne szczyty,
+niepokalane, &#347;nie&#380;ne - obj&#281;&#322;a w ramiona zwyci&#281;skie
+&#347;wiat ca&#322;y, tak rozpromie­niony za jej przybyciem, tak wyra&#378;nie
+szcz&#281;&#347;liwy! - Topolski umilk&#322; na chwil&#281;...</p>
+
+<p>- Skojarzeniem my&#347;li, mo&#380;e dziwnem w istocie w
+Chwili danej - ko&#324;czy&#322; ju&#380; spokojniej - porówna&#322;em
+majestatyczne, królewskie s&#322;o&#324;ce do uczucia ko­biety -
+mi&#322;o&#347;ci bezbrze&#380;nej, wielkiej, która równie&#380; sw&#261;
+pot&#281;g&#261; i blaskiem rozja&#347;ni&#263;, uszcz&#281;&#347;liwi&#263;
+mo&#380;e cz&#322;owieka, tak, jak "ono," tam, na wysoko&#347;ciach -
+&#347;wiat ca&#322;y!..</p>
+
+<p>- Och, jaki&#380; poeta z pana! - zauwa&#380;y&#322;a, z
+u&#347;miechem, Ola i umilk&#322;a, poczem jednak dorzuci&#322;a ca&#322;kiem
+powa&#380;nie:</p>
+
+<p>- Aczkolwiek mnie osobi&#347;cie na razie my&#347;l ta do
+g&#322;owy nie przysz&#322;aby mo&#380;e, gdybym si&#281; tam znajdowa&#322;a
+na pa&#324;skiem miejscu, rozumiem j&#261; jednak i odczuwam doskonale...</p>
+
+<p>- Prawda? - uradowany mimo woli podchwyci&#322; Topolski. -
+Pani przyznaje - ci&#261;gn&#261;&#322;, - &#380;e egzystuje poniek&#261;d w
+poj&#281;ciach tych analogia pewna... S&#322;uchaj&#261;c pani jednak,
+przychodzi mi do g&#322;owy jedno spostrze&#380;enie... - zatrzyma&#322;
+si&#281;...</p>
+
+<p>- Musia&#322;a pani - i instynktownie Topolski na­da&#322;
+g&#322;osowi brzmienie &#322;agodne, czu&#322;e - w &#380;yciu swem kocha&#263;
+kogo&#347; bardzo...</p>
+
+<p>- Dlaczego? - zapyta&#322;a z u&#347;miechem Ola.</p>
+
+<p>- Bo inaczej nie zrozumia&#322;a i nie odczu&#322;aby pani
+wra&#380;enia mego! - rzuci&#322; po francusku Topolski.</p>
+
+<p>- Kocha&#322;am! - odpar&#322;a stanowczo, w tym&#380;e
+j&#281;­zyku, Ola.</p>
+
+<p>- Kogó&#380;, je&#347;li spyta&#263; wolno i je&#347;li to
+nie jest &#380;adn&#261; tajemnic&#261; stanu?</p>
+
+<p>- M&#281;&#380;a! - odpar&#322;a po polsku, lakonicznie Ola,
+patrz&#261;c ironicznie nieco Topolskiemu prosto w twarz. Ten ostatni
+skrzywi&#322; si&#281; z lekka.</p>
+
+<p>- Ach, ja nie my&#347;la&#322;em o tem zgo&#322;a...
+M&#281;&#380;a powinno si&#281; kocha&#263;... Zreszt&#261; - u&#347;miechn&#261;&#322;
+si&#281; z&#322;o­&#347;liwie - u&#380;y&#322;a pani czasu przesz&#322;ego...
+Kocha&#322;am, j'ai aimé - ci&#261;gn&#261;&#322; ironicznie, - wszak, o ile
+mnie pa­mi&#281;&#263; grammatyki francuzkiej nie zawodzi, to passé défini... -
+zaakcentowa&#322; wyraz ostatni.</p>
+
+<p>- Och, jak&#380;e pan &#322;apiesz za s&#322;owa! -
+za&#347;mia&#322;a si&#281; nieszczerze troch&#281; Ola. - Przy tem
+zapragn&#261;&#322;e&#347; pan pochwali&#263; si&#281; znajomo&#347;ci&#261;
+francuskiej grammatyki, i nie uda&#322;o si&#281;... J'ai aimé - to passé,
+indéfini - odci&#281;&#322;a.</p>
+
+<p>- Ach, alors votre amour, madame... est inde­fini? - nie
+pozosta&#322; d&#322;u&#380;nym Topolski.</p>
+
+<p>- Ech, niezno&#347;nym si&#281; pan stajesz! -
+za&#347;mia&#322;a si&#281; m&#322;oda kobieta. - Ot lepiej, niech pan spojrzy
+na prawo - wskaza&#322;a ruchem r&#281;ki niebo, widocznie pra­gn&#261;c
+zmieni&#263; temat rozmowy. - Jakie pi&#281;kne chmurki, nieprawda&#380;?..</p>
+
+<p>Topolski wolno zwróci&#322; g&#322;ow&#281;, we wskazanym kierunku.</p>
+
+<p>- Prze&#347;liczne! - potwierdzi&#322;.</p>
+
+<p>Niby zaró&#380;owione, zdrowe, w aureoli z&#322;ocistych
+w&#322;osów, buziaczki zasypiaj&#261;cych rz&#281;dem obok siebie smacznie
+dorodnych dziatek, uk&#322;ada&#322;y si&#281; do snu na
+niebieskawo-per&#322;owem tle nieba ob&#322;oczki ma&#322;e, koralowo-z&#322;ote,
+- zakl&#281;te jakby cudownie w ostatnim odblasku &#347;pi&#261;cego ju&#380;
+s&#322;o&#324;ca.</p>
+
+<p>D&#322;u&#380;szy czas stali Topolski z Ol&#261;, zapatrzeni
+w gr&#281; &#347;wiate&#322; wieczora; po niejakim&#347; czasie, odwróciwszy
+wzrok od nich, kobieta spojrza&#322;a przed siebie.</p>
+
+<p>- Regardez! - przerwa&#322;a milczenie swym mile
+brzmi&#261;cym g&#322;osem. - Wszak to Krasnostawski, prawda? - zwróci&#322;a
+si&#281; do towarzysza, pokazuj&#261;c mu ruchem g&#322;owy
+zbli&#380;aj&#261;cego si&#281; p&#281;dem ku nim je&#378;d&#378;ca.</p>
+
+<p>- Tak. Zdaje si&#281;, &#380;e to ja&#347;nie pan
+plenipotent pomyka - odpar&#322; z przek&#261;sem Topolski, z
+zaakcentowan&#261; rozmy&#347;lnie oboj&#281;tno&#347;ci&#261; w g&#322;osie. </p>
+
+<p>Tymczasem kasztanek z&#322;otawy, parskaj&#261;c cicho,
+przemkn&#261;&#322; tu&#380; ko&#322;o nich i ruchem uprzejmym, aczkolwiek
+ch&#322;odnym nieco, i nie zatrzymuj&#261;c si&#281; wcale, sk&#322;oni&#322;
+si&#281; Krasnostawski stoj&#261;cej parze. </p>
+
+<p>Topolski i Ola w &#347;lad zatem ruszyli powoli miejsca,
+rozmawiaj&#261;c znów &#380;ywo ze sob&#261;, je&#378;dziec za&#347;, na wskos
+przeci&#261;wszy &#322;&#261;czk&#281;, wspina&#263; si&#281; zacz&#261;&#322;
+po pochy&#322;o&#347;ci jaru. Z lekkiego pocz&#261;tkowo pod gór&#281;
+truchcika, ko&#324; przeszed&#322; w wolnego st&#281;pa...</p>
+
+<p>W ciszy wieczornej, do uszu Krasnostawskiego dochodzi&#322;y
+wyra&#378;nie s&#322;owa i &#347;miechy id&#261;cej &#322;&#261;czk&#261; pary.</p>
+
+<p>M&#322;ody cz&#322;owiek, uderzywszy gniewnie konia butami i
+spicrut&#261;, pochwyci&#322; cugle, i pomkn&#261;&#322; dalej...</p>
+
+<p>- &#379;e te&#380; im nigdy nie zbraknie tematu do rozmowy!
+- mrukn&#261;&#322;.</p>
+
+<p>Obecno&#347;&#263; ci&#261;g&#322;a Topolskiego przy Oli
+gniewa&#322;a niepomiernie m&#322;odego plenipotenta. Zna&#322; on, jak
+wiadomo, dzisiejsz&#261; dziedziczk&#281; Gowartowa od lat blisko
+dziesi&#281;ciu. Dziewcz&#281;ciem jeszcze podoba&#322;a mu si&#281; ona
+bardzo.</p>
+
+<p>A potem?.. Wszak pami&#281;ta doskonale t&#281; chwil&#281;,
+gdy dowiedzia&#322; si&#281; on od starego Gowartowskiego, &#380;e Ola
+uciek&#322;a z Dzier&#380;ymirskim... Dziwnego, och, niepoj&#281;tego dla&#324;
+nawet, na razie dozna&#322; wówczas wra&#380;enia! Po &#347;mierci za&#347;
+pana Januarego i przyje&#378;dzie m&#322;odych, przypadek bardziej jeszcze zbli&#380;y&#322;
+go do niej, a by&#322;o nim powtórzenie zbola&#322;ej córce dos&#322;ownie
+ostatnich chwil ojca i s&#322;ów jego, pe&#322;nych przebaczenia...</p>
+
+<p>Fakt ten, na pozór drobny, sta&#322; si&#281; jednak dla
+Krasnostawskiego wysoce powa&#380;nym, postawi&#322; go bowiem wobec nowych
+chlebodawców na przyjaznej, poufa&#322;ej niemal stopie, i takim dot&#261;d bez
+zmiany pozosta&#322;.</p>
+
+<p>Co rok, gdy Dzier&#380;ymirscy przyje&#380;d&#380;ali do
+siebie na wie&#347;, pierwszy wita&#322; ich na progu Krasnostawski,
+bywaj&#261;c potem zawsze stale co dzie&#324; niemal w Gowartowie...
+Dzier&#380;ymirscy traktowali go, jak równego im zupe&#322;nie, naturalnie,
+uprzejmie przyjmowali zawsze - bez ró&#380;nicy, o ka&#380;dej dnia porze, ze
+wzgl&#281;du za&#347; na dobre wychowanie jego, i wspomnienie, i&#380; do snu
+wiecznego zamkn&#261;&#322; by&#322; Gowartowskiemu powieki, uwa&#380;ano go
+nawet jakby za nale&#380;&#261;cego do rodziny.</p>
+
+<p>Czu&#322; si&#281; zatem m&#322;ody pan plenipotent w
+pa&#322;acu, jak u siebie w domu, zast&#281;powa&#322; mu on strzech&#281;
+rodzinn&#261;, której nie posiada&#322; wcale i trwa&#322;o tak rok rocznie
+przez kilka letnich miesi&#281;cy. Potem znów nast&#281;powa&#322;a dla&#324;
+d&#322;uga przerwa; - gospodarstwo, samotno&#347;&#263;, nuda i wyczekiwanie z
+upragnieniem chwili przyjazdu Dzier&#380;ymirskich! Powtarza&#322;o si&#281; to
+bezzmiennie przez lat ubieg&#322;ych par&#281;, i przez czas ten ca&#322;y
+sta&#322;a si&#281; rzecz, której z &#322;atwo&#347;ci&#261; domy&#347;le&#263;
+si&#281; mo&#380;na by&#322;o...</p>
+
+<p>Krasnostawski, dawniej Don-Juan wielkomiejski, jeszcze
+obecnie na wsi ba&#322;amuc&#261;cy wszystkie &#322;adniejsze dziewczyny w
+okolicy - niepostrze&#380;enie, pocz&#261;tkowo nie zdaj&#261;c sobie nawet
+wcale sprawy, zakocha&#322; si&#281; na zabój w swej pi&#281;knej, m&#322;odej
+dziedziczce i pani...</p>
+
+<p>&#321;atwe sercowe zdobycze pom&#347;ci&#322;y si&#281; na
+lekkomy&#347;lnym panu plenipotencie. Mi&#322;o&#347;&#263; prawdziwa, silno
+powali&#322;a go ju&#380; w drugim roku pobytu u Dzier&#380;ymirskich.</p>
+
+<p>Zabra&#322;a mu serce kobieta, dla niego ca&#322;kiem, i
+rzec mo&#380;na, na zawsze, niezdobyta, niepochwytna nawet, ze wzgl&#281;du
+warunków s&#322;u&#380;ebnej ró&#380;nicy po&#322;o&#380;enia jego w ogóle z
+jednej strony, a z drugiej - z powodu charakteru Oli, jak si&#281;
+zdawa&#322;o, bez skazy, niez&#322;omnych jej zasad, oraz bezgranicznej,
+niezmiennej, a dot&#261;d jedynej - mi&#322;o&#347;ci jej dla m&#281;&#380;a. </p>
+
+<p>Przebola&#322; zatem Krasnostawski wiele, lecz
+zapanowa&#322; nad sob&#261;. Nikt nie zbada&#322; dotychczas tajemnicy jego
+serca, nawet "ona."</p>
+
+<p>A dzi&#347;, uczucie drzemi&#261;ce i ukryte na dnie du­szy
+przed sarkazmem ócz i j&#281;zyków ludzkich, przeobrazi&#322;o si&#281;
+ju&#380; by&#322;o w prawdziwy kult... Codzienny go&#347;&#263; Gowartowa,
+Krasnostawski, poza obowi&#261;zka­mi, &#380;y&#322; "prawdziwie" w
+dniu godzin tylko kilka, t.j. tych par&#281; w&#322;a&#347;nie, podczas których
+obcowa&#322; z Ol&#261;, m&#322;oda kobieta za&#347; stan&#281;&#322;a w duszy
+jego, nie z&#322;o&#380;o­nej, nieprzesubtelnionej, lecz szczerej, pi&#281;knej
+i pro­stej - na piedestale &#347;wi&#281;to&#347;ci prawdziwej! Krasno­stawski
+modli&#322; si&#281; niemal do Oli!..</p>
+
+<p>I oto teraz przysz&#322;o mu cierpie&#263; podwójnie: do­t&#261;d
+odbiera&#322;a mu ubóstwian&#261; konieczno&#347;&#263; &#380;ycia, w po­staci
+m&#281;&#380;a... - Dzi&#347; przy boku jej si&#281; zjawi&#322; inny...
+Krasnostawski znienawidzi&#322; pana na Szcz&#281;snej...</p>
+
+<p>Zazdro&#347;&#263;, ta mi&#322;o&#347;ci siostrzyca,
+pochwyci&#322;a go w swe szpony krogulcze, dr&#281;cz&#261;c bez
+lito&#347;ci... M&#281;k&#281; t&#281; za&#347; powi&#281;ksza&#322;o jeszcze
+poczucie w&#322;asnej niemocy.</p>
+
+<p>My&#347;l&#261;c o tem po raz setny, Krasnostawski p&#281;­dzi&#322;
+wci&#261;&#380; szybko, nagl&#261;c niemi&#322;osiernie spicrut&#261;
+wierzchowca.</p>
+
+<p>- S&#322;ug&#261; jestem i na wieki s&#322;ug&#261;
+zostan&#281;!.. Psie &#380;ycie, psie!.. - rzuci&#322; g&#322;o&#347;no z
+gorycz&#261; obsza­rom, &#347;ni&#261;cym w mroku. - On mi j&#261; we&#378;mie,
+pokala, ja to czuj&#281;, przeczuwam!.. Lecz co czyni&#263; mam, co robi&#263;?
+- wo&#322;a&#322; do siebie wzburzony przyjaciel, do­mownik pa&#322;acowy
+Dzier&#380;ymirskich. - Zastrzeli&#322;bym go, to lisi&#261;tko! - mrukn&#261;&#322;
+ciszej.</p>
+
+<p>W tej samej chwili ko&#324; si&#281; potkn&#261;&#322;,
+Krasnostawski &#347;ci&#261;gn&#261;&#322; instynktownie cugle, i
+pocz&#261;&#322; jecha&#263; wolno.</p>
+
+<p>Woko&#322;o niego, otulony szarzyzn&#261; mroku, ko&#322;y­sa&#322;
+si&#281; step ma&#322;y, wysoka trawa &#322;echta&#322;a mu opuszczon&#261; w
+dó&#322; siod&#322;a r&#281;k&#281;. W oddali rysowa&#322;y si&#281; ju&#380;
+cienie folwarku Tomaszówki, tak zwanej ukrai&#324;skiej fermy,
+z&#322;o&#380;onej tylko z toku, to jest: stodó&#322;, spich­lerza, paru
+jeszcze zabudowa&#324; gospodarskich, i jego w&#322;asnego, niskiego,
+mieszkalnego domku - króluj&#261;cych w cieniu kilkunastu drzew w&#347;ród pól
+i &#322;anów szerokich.</p>
+
+<p>Krasnostawski zdj&#261;&#322; czapk&#281; i przetar&#322;
+chustk&#261; czo&#322;o. W kr&#261;g niego lata&#322;y tysi&#261;ce muszek
+ma&#322;ych, brz&#281;cza&#322;y &#380;a&#322;o&#347;nie roje komarów; b&#261;k
+gra&#322; gdzie&#347; w moczarach, a przepiórka zab&#322;&#261;kana,
+w&#281;druj&#261;ca jeszcze po polach, odzywa&#322;a si&#281; gdzie&#347;
+nie&#347;mia&#322;o sa­motna...</p>
+
+<p>Przejechawszy wolno kawa&#322;ek stepu, Krasnostawski
+pu&#347;ci&#322; si&#281; znów poprzez bodziaki i trawy szybkiego nader, tak
+zwanego sz&#322;apaka. Prychaj&#261;c nozdrzami, czuj&#261;c stajnie blisko,
+pomkn&#261;&#322; kasztan ochoczo. P&#281;dem powietrza i ko&#324;skiego biegu,
+wysokie trawy zako&#322;ysa&#322;y si&#281; trwo&#380;nie - zaszumia&#322;o na
+stepie...</p>
+
+<p>Lecz oto po chwili wierzchowiec skoczy&#322; w bok
+gwa&#322;townie: to uk&#322;adaj&#261;cy si&#281; ju&#380; do snu b&#322;ogiego
+zaj&#261;c pomkn&#261;&#322; mu chy&#380;o spod nóg i znik&#322; w wie­czornym
+mroku... Niebawem je&#378;dziec z koniem wpadli na trakt szeroki.</p>
+
+<p>- Zginie mi Ola moja ubóstwiana, najdro&#380;sza!.. A szkoda
+- szkoda! - szepta&#322; do siebie podniecony Krasnostawski.</p>
+
+<p>- Co czyni&#263;? jak przeszkodzi&#263; temu? - hucza&#322;o
+mu dalej w g&#322;owie.</p>
+
+<p>Lecieli wci&#261;&#380;... Domostwa Tomaszówki stawa&#322;y
+si&#281; coraz wyra&#378;niejsze, bli&#380;sze... Wymin&#261;&#322; ich wóz;
+jad&#261;cy w przeciwn&#261; stron&#281;, ch&#322;op pok&#322;oni&#322;
+si&#281; nisko, lec&#261;ce za wozem &#378;rebi&#281;
+przy&#322;&#261;czy&#322;o si&#281; do wierzchowej klaczy Krasnostawskiego.</p>
+
+<p>- Ksiou, ksiou, ksiou! - zawo&#322;a&#322; ch&#322;op
+przeci&#261;­gle: &#378;rebczyk zastrzyg&#322; uszami, prychn&#261;&#322; i
+zawróci&#322; galopem.</p>
+
+<p>- Ach, czemu&#380;, czemu&#380; nie wolno mi kocha&#263;
+ciebie, najdro&#380;sza? - wyrzuci&#322; z siebie Krasnostawski wymówk&#281;,
+pe&#322;n&#261; goryczy. - Ja bym ci&#281; oz&#322;oci&#322;, kl&#281;cza&#322;
+przed tob&#261; - zmiata&#322; proch u stóp twoich!..</p>
+
+<p>Je&#378;dziec z koniem, jak huragan, wpadli we wro­ta i na
+dziedziniec ma&#322;ego dworku. Zatrzymali si&#281;... Krasnostawski
+zeskoczy&#322; z kasztanka i hukn&#261;&#322; do­no&#347;nie.</p>
+
+<p>Niebawem zjawi&#322; si&#281; wyrostek, w rozchylonej
+koszuli, boso, odebrawszy wierzchowca, znik&#322; z nim pomi&#281;dzy
+strzechami pod&#322;u&#380;nych budynków; m&#322;ody cz&#322;owiek za&#347;,
+szepc&#261;c jeszcze smutnie co&#347; z cicha do siebie, schyliwszy
+g&#322;ow&#281;, wszed&#322; do wn&#281;trza ma&#322;ego, krytego
+s&#322;om&#261; dworku.</p>
+
+<p>Odemkn&#261;&#322; drzwi kluczem, a przest&#261;piwszy próg,
+zatrzasn&#261;&#322; je z ha&#322;asem. W &#347;lad za tem potar&#322;
+zapa&#322;k&#281;, a zapaliwszy lamp&#281;, zbli&#380;y&#322; si&#281; do
+biurka, stoj&#261;cego pod oknem, w&#347;ród skromnie umeblowanej izby,
+wybielonej, z niskim sufitem, o du&#380;ych wysta­j&#261;cych u pu&#322;apu
+belkach.</p>
+
+<p>- Nie mnie, marnemu pionowi, marzy&#263; i kocha&#263;, nie
+mnie!.. Do pracy, s&#322;ugo, p&#322;ac&#261; ci za to! -szepn&#261;&#322;
+Krasnostawski, z bezmiern&#261; gorycz&#261;. Roz&#322;o­&#380;ywszy
+jednocze&#347;nie na stole olbrzymi&#261; rachunkow&#261; ksi&#281;g&#281;,
+umoczy&#322; pióro w ka&#322;amarzu i usiad&#322; ci&#281;&#380;ko przed
+biurkiem.</p>
+
+<p>Cisza zaleg&#322;a pokoik. Przerywa&#322; j&#261; tylko sze­lest
+papieru i zgrzyt dono&#347;ny stalki w obsadce - cza­sami za&#347; akordem w
+t&#281; muzyk&#281; milczenia i pracy wplot&#322;o si&#281; z rzadka
+st&#322;umione westchnienie ciche.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<center>-------------</center>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Ukrai&#324;skie lato upalne dobiega&#322;o ko&#324;ca, zani­ka&#322;o,
+wypierane jesieni&#261; wczesn&#261;, w tym roku pi&#281;k­n&#261; bardzo -
+przezrocz&#261;...</p>
+
+<p>&#379;ycie w Gowartowie p&#322;yn&#281;&#322;o cicho, a dnie
+mi­ja&#322;y tutaj za dniami, wszystkie bez zmiany niemal bardzo do siebie
+podobne. &#321;ady&#380;y&#324;ski zatem tak samo zawsze szyderczy z
+marsza&#322;kow&#261; si&#281; sprzecza&#322; i rozmy&#347;lnie
+przeszkadza&#322; flirtowi Oli z Topolskim... Krasnostawski, t&#322;umi&#261;c
+w sercu ból, &#380;al, gorycz i za­zdro&#347;&#263;, przyje&#380;d&#380;a&#322;
+tu jak zwykle, co dzie&#324;, a bawi&#261;c w pa&#322;acu coraz krócej, po
+partyjce bilardu z panem Emilem, ucieka&#322; do swej w&#347;ród pól samotni.</p>
+
+<p>Czasem zajrza&#322; do Gowartowa kto&#347; z dalszych, lub
+bli&#380;szych s&#261;siadów, i jak to bywa zazwyczaj na wsi,
+zje&#380;d&#380;aj&#261;c ca&#322;ym rodzinnym taborem, na godzin kilka
+rozgaszcza&#322; si&#281; w pa&#322;acu. Dom ca&#322;y natural­nie zniewolonym
+by&#322; by&#263; na us&#322;ugi go&#347;ci, dzia&#322;o si&#281; to jednak
+zawsze ku wielkiemu zmartwieniu &#321;ady&#380;y&#324;skiego. Bywalec
+eleganckich miejskich salonów, z&#322;y chodzi&#322; wówczas z k&#261;ta w
+k&#261;t, ziewaj&#261;c skrycie i pokpiwaj&#261;c nieznacznie z przyby&#322;ych
+w go&#347;cin&#281;; s&#261;siadów Gowartowa nie lubia&#322; bowiem pan Emil i
+z góry stale traktowa&#322;, ochrzciwszy wszystkich rycza&#322;towo mianem
+"serwatki towarzyskiej"...</p>
+
+<p>W niedziel&#281; wszyscy z pa&#322;acu je&#378;dzili do
+ko&#347;cio&#322;a - w tygodniu, dla ubarwienia jednostajnego
+sk&#261;din&#261;d &#380;ycia, oddawano s&#261;siedzkie wizyty... Pan Emil
+wtedy zostawa&#322; zawsze w domu, a namawia­j&#261;c panie, by jecha&#322;y,
+stara&#322; si&#281; zwykle wybra&#263; na to dzie&#324;, w którym
+spodziewa&#322; si&#281; odwiedzin Topolskiego.</p>
+
+<p>Hrabia ze Szcz&#281;snej, przyje&#380;d&#380;aj&#261;cy
+teraz, re­gularnie, co drugi dzie&#324; prawie, stawia&#322; si&#281; wów­czas
+niezmiennie. &#321;ady&#380;y&#324;ski, u&#347;miechni&#281;ty
+z&#322;o&#347;liwie, przyjmowa&#322; go z otwartemi ramiony, do karamboli
+natychmiast werbowa&#322;, nic najcz&#281;&#347;ciej przy tem nie mówi&#261;c o
+wyje&#378;dzie pa&#324;, wymijaj&#261;c zr&#281;cznie jego pytania w tym
+wzgl&#281;dzie. Dopiero pó&#378;niej, po partyi, wychodzi&#322; na chwil&#281;,
+wraca&#322;, i spokojnie oznajmia&#322; mu o tem, mniej wi&#281;cej w ten sposób:
+&#8222;Wszak hra­bia kochany o panie mnie si&#281; pyta&#322;? n'est ce pas?
+Pardon... na &#347;mier&#263; zapomnia&#322;em... wyobra&#378; pan sobie,
+wyjecha&#322;y przed godzin&#261; na spacer, pewny by&#322;em... A tu,
+concevez... Dowiaduj&#281; si&#281; w&#322;a&#347;nie, i&#380; pal­n&#281;&#322;y
+sobie wizytk&#281;!.."</p>
+
+<p>Topolski rad nie rad niebawem odje&#380;d&#380;a&#322;, pan
+Emil za&#347;, ironiczny, zjadliwej uprzejmo&#347;ci pe&#322;ny, odprowadziwszy
+go do powozu - zaciera&#322; r&#281;ce z ra­do&#347;ci.</p>
+
+<p>Pomimo jednak usi&#322;owa&#324; zr&#281;cznych
+&#321;ady&#380;y&#324;skiego, stosunek Topolskiego i Oli zacie&#347;nia&#322;
+si&#281; co­raz bardziej; przyja&#378;&#324; fermentowa&#322;a ju&#380;,
+pot&#281;gowa&#322;a za&#347; stosunek ten przed&#322;u&#380;ana coraz bardziej
+nieobec­no&#347;&#263; Dzier&#380;ymirskiego, od którego, po li&#347;cie
+oznajmiaj&#261;cym wyjazd do Medyolanu - nie by&#322;o zgo&#322;a &#380;ad­nej
+wiadomo&#347;ci.</p>
+
+<p>By&#322; wieczór letni, koj&#261;cy, cichy...</p>
+
+<p>W pa&#322;acu gowartowskim zgaszono ju&#380; wszystkie ­&#347;wiat&#322;a,
+prócz jednego - w jadalni, gdzie marsza&#322;kowa przegl&#261;da&#322;a
+&#347;wie&#380;e gazety. Niebawem od­&#322;o&#380;ywszy je na bok, ze
+zm&#281;czonych oczu staruszka zdj&#281;&#322;a okulary, a przetar&#322;szy
+powieki, powsta&#322;a i skie­rowa&#322;a si&#281; ku balkonowi.</p>
+
+<p>Tam, wzi&#261;wszy w r&#281;k&#281; lask&#281;, zesz&#322;a
+do ogrodu, zag&#322;&#281;biwszy si&#281; w jedn&#261; z cienistych alei.</p>
+
+<p>Ola, Topolski i nieodst&#281;pny ich satelita, pan Emil,
+u&#380;ywali przeja&#380;d&#380;ki &#322;ódk&#261; po stawie, w t&#261; stro­n&#281;
+wi&#281;c skierowa&#322;a kroki marsza&#322;kowa. Wkrótce przed ni&#261;
+zaszkli&#322;a si&#281; tafla stawu, staruszka usiad&#322;a na &#322;aweczce i
+pos&#322;a&#322;a spojrzenie w dal...</p>
+
+<p>Do uszu jej jednocze&#347;nie, w wieczornej ciszy
+wyra&#378;na, dolecia&#322;a pie&#347;&#324;, &#347;piewana zgodnie silnym
+m&#281;skim tenorem Topolskiego i cieniutkim sopranem Oli, z
+przeci&#261;g&#322;em do wtóru gwizdaniem pana Emila. Barka znalaz&#322;a
+si&#281; niebawem po&#347;rodku stawu. Pie&#347;&#324;, urwana nagle,
+zcich&#322;a, marsza&#322;kowa krzykn&#281;&#322;a, jak tylko mog&#322;a
+najg&#322;o&#347;niej: - Hop!.. hop!..</p>
+
+<p>- By... waj! - odpowiedzia&#322; natychmiast pan Emil,
+rozleg&#322;y si&#281; szybsze uderzenia wiose&#322;, plusk wody i
+&#322;ód&#378; chy&#380;o kierowa&#263; si&#281; pocz&#281;&#322;y ku brzegowi,
+&#321;ady&#380;y&#324;ski po chwili przy&#322;o&#380;y&#322; do oczu
+r&#281;k&#281; i krzykn&#261;&#322;; </p>
+
+<p>- Per Bacco! Wszak to pani marsza&#322;kowa!.. </p>
+
+<p>- O, ciociu! Czemu&#380; cioteczka przysz&#322;a a&#380;
+tutaj? Jak&#380;e mo&#380;na... wilgo&#263; ze stawu, opary niezdrowe! - ­rozleg&#322;
+si&#281; z kolei cieniuchny g&#322;osik Oli.</p>
+
+<p>- Nic, dziecko, nie szkodzi... Posiedz&#281; sobie, taki
+&#347;liczny i ciep&#322;y wieczór... Jed&#378;cie, jed&#378;cie, jak si&#281;
+zm&#281;cz&#281;, to powróc&#281;! - odkrzykn&#281;&#322;a pani Melania.</p>
+
+<p>- E, có&#380; znowu? - zagrzmia&#322; basem
+&#321;ady&#380;y&#324;ski. - I my wracamy. Ksi&#281;&#380;yc zreszt&#261;
+dzi&#347; niecnota nie dopisuje i chowa si&#281; ci&#261;gle... Naprzód!.. -
+zako­menderowa&#322; dono&#347;nie.</p>
+
+<p>- Nieprawda&#380;? - doda&#322; ciszej, zwracaj&#261;c
+si&#281; ku siedz&#261;cej w &#322;ódce m&#322;odej parze.</p>
+
+<p>- Ale&#380; naturalnie! - potwierdzi&#322;a szybko Ola,
+widz&#261;c, i&#380; Topolski milczy dyplomatycznie. - Cio­teczka zazi&#281;bi
+si&#281;, jak j&#261; pozostawimy tu d&#322;u&#380;ej, a sama do domu tak
+rych&#322;o nie pójdzie...</p>
+
+<p>Po chwili, &#322;ód&#378; stan&#281;&#322;a u brzegu. -
+Ciotuniu, je­ste&#347;my.. - &#380;ywo krzykn&#281;&#322;a Ola, i wysiedli
+wszyscy. </p>
+
+<p>Topolski z Ol&#261; poszli naprzód, pan Emil za&#347;
+pozosta&#322;, systematycznie u&#322;o&#380;ywszy wios&#322;a i zamkn&#261;wszy
+na klucz k&#322;ódk&#281; u &#322;a&#324;cucha, przytwierdzonego do barki,
+poczem zapali&#322; z wolna papierosa.</p>
+
+<p>- Pa -nie E - mi - lu! Wra -ca - my! - rozleg&#322; si&#281;
+z góry, na brzegu, wo&#322;aj&#261;cy g&#322;osik Dzier&#380;ymirskiej. </p>
+
+<p>- Id&#281;, id&#281;! - odpowiedzia&#322; w ten sam sposób
+Emil, nie ruszy&#322; si&#281; jednak wcale. Po chwili warkn&#261;&#322; do
+siebie pó&#322;g&#322;osem:</p>
+
+<p>- O, nie podoba mi si&#281; coraz wi&#281;cej ten farbowany
+na hrabicza! Lecz swoj&#261; drog&#261; po­zycya moja tutaj jest w
+zupe&#322;no&#347;ci idyotyczn&#261;... Mar­sza&#322;kowa, jak &#347;lepa: nic
+nie widzi; on, w&#347;ciek&#322;y, z&#281;bami na mnie po cichu zgrzyta ona
+si&#281; d&#261;sa... Que diable! Nie by&#322;em dot&#261;d nigdy stró&#380;em
+cnót m&#322;o­dych m&#281;&#380;atek!..</p>
+
+<p>I &#321;ady&#380;y&#324;ski wzruszy&#322; ramionami, poczem
+z wol­na skierowa&#322; si&#281; ku pa&#322;acowi.</p>
+
+<p>Pozosta&#322;a za&#347; trójka by&#322;a ju&#380; daleko.
+Topolski podawa&#322; kornie rami&#281; marsza&#322;kowej, Ola sz&#322;a obok
+niego - rozmawiali wszyscy &#380;ywo i weso&#322;o; niebawem znale&#378;li
+si&#281; na werandzie i usiedli, zm&#281;czeni nieco przechadzk&#261;.</p>
+
+<p>Topolski, zatrzymany i uproszony przez panie, zostawa&#322;
+na noc w Gowartowie, obecnie za&#347; namawia&#322; Ol&#281; do zagrania na
+fortepianie.</p>
+
+<p>- Ale kiedy mówi&#281; panu - broni&#322;a si&#281;,
+&#347;miej&#261;c, m&#322;oda kobieta, - &#380;e teraz w&#322;a&#347;nie czuje
+si&#281; niemo&#380;liwie usposobion&#261; do muzyki... Upewniam pana, i&#380;
+go bole&#263; b&#281;d&#261; uszy!..</p>
+
+<p>- O, mnie nigdy! Chyba pana Emila? - od­par&#322; Topolski.</p>
+
+<p>&#321;ady&#380;y&#324;ski nie znosi&#322; muzyki.
+Nazywa&#322; j&#261; zaw­sze "gn&#281;bicielk&#261; i pierwszym stopniem
+do histeryi i neurastenii."</p>
+
+<p>- Je&#380;eli nie dla mnie - nachyli&#322; si&#281; w tej
+chwili Topolski ku siedz&#261;cej obok Oli - to niech za­gra pani dla pana
+Emila za to, &#380;e nam ci&#261;gle swem towarzystwem przeszkadza&#322;...</p>
+
+<p>- Przeszkadza&#322;?.. w czem? - spyta&#322;a Ola, z
+u&#347;miechem i zalotnem b&#322;y&#347;ni&#281;ciem oczu.</p>
+
+<p>- Powiadaj&#261;, i&#380; przys&#322;owia s&#261;
+m&#261;dro&#347;ci&#261; na­rodów, a jedno z nich mówi pono: "m&#261;drej
+g&#322;o­wie, do&#347;&#263;..." i.t.d. Pani nie zrozumia&#322;a - to
+trudno.</p>
+
+<p>- Ha, ha, ha! - za&#347;mia&#322;a si&#281; Ola - zdrobnia
+pan przys&#322;owia, stosownie do okoliczno&#347;ci, ale bogi odmówi&#322;y
+panu talentu rymowania. Ja szczerze zupe&#322;nie powiadam, i&#380; nie
+zrozumia&#322;am pana.</p>
+
+<p>- Honny suit,
+qui mal y pense. Lecz pozwol&#281;; sobie tymczasem nie
+wierzy&#263; pani...</p>
+
+<p>Rozmowa ta ca&#322;a prowadzon&#261; by&#322;a
+pó&#322;g&#322;osem, tak, i&#380; siedz&#261;ca w przeciwnym rogu balkonu
+marsza&#322;kowa nie s&#322;ysza&#322;a jej wcale. Odezwa&#322;a si&#281;
+wi&#281;c, przerywaj&#261;c:</p>
+
+<p>- Widz&#281;, &#380;e na pró&#380;no pan Topolski ci&#281;
+prosi. Zagraj, Oluniu, zagraj, dziecko, w taki cichy wieczór &#347;licznie
+si&#281; wyda g&#322;os fortepianu.</p>
+
+<p>- No, jak cioteczka ka&#380;e, to i owszem! - rzek&#322;a z
+u&#347;miechem Ola. - Ale czyni&#281; to tylko dla niej; avis au lecteur...</p>
+
+<p>Zwróci&#322;a si&#281; do Topolskiego, spojrzawszy mu prosto
+w oczy, poczem przest&#261;pi&#322;a próg pokoju. M&#322;ody cz&#322;owiek
+sk&#322;oni&#322; si&#281;, i powstawszy, pod&#261;&#380;y&#322; do salonu w
+&#347;lad za ni&#261;.</p>
+
+<p>- Któ&#380; zbada&#322; rzeczywist&#261; pobudk&#281; czynów
+kobiety? - szepn&#261;&#322; dyskretnie, pochyliwszy si&#281; ku id&#261;cej. </p>
+
+<p>- Przepraszam! - za&#347;mia&#322;a si&#281; weso&#322;o Ola
+- prosz&#281; wraca&#263; na balkon dotrzyma&#263; towarzystwa cioci Melanii, a
+zreszt&#261; - tu, siadaj&#261;c do fortepianu, uczyni&#322;a r&#281;k&#261;
+ruch w stron&#281; werandy - oto pan Emil...</p>
+
+<p>- A... wi&#281;c pani jednak gra... dla niego - rzek&#322; z
+wolna Topolski i pos&#322;uszny zawróci&#322;.</p>
+
+<p>Ola nie odpowiedzia&#322;a... Gamma tonów z pod jej palców
+zabrzmia&#322;a dono&#347;nie... Fantastyczna pie&#347;&#324; norweska
+odbi&#322;a si&#281; o echa parku i g&#322;&#281;bie &#347;ni&#261;ce ­do stawu
+- nami&#281;tna, burzliwa, pop&#322;yn&#281;&#322;a w dal cich&#261; pól i
+stepu...</p>
+
+<p>- &#379;e te&#380; pani Ola nie ma lito&#347;ci nad ptasz­kami,
+co &#347;pi&#261; sobie w parku tak cicho. Gdy us&#322;y­sz&#261; bowiem
+par&#281; podobnych fortepianowych trelików, og&#322;uchn&#261; do rana
+zupe&#322;nie. - odezwa&#322; si&#281; w tej&#380;e chwili ironiczny g&#322;os
+&#321;ady&#380;y&#324;skiego.</p>
+
+<p>- Có&#380; to pan, jak widz&#281;, prócz ptaków tylko o
+sobie nie zapomina, a nas z pani&#261; marsza&#322;kow&#261; z
+&#380;yj&#261;cych wykre&#347;la! - pó&#322;&#380;artem, pó&#322;serjo
+odci&#261;&#322; pa­nu Emilowi Topolski.</p>
+
+<p>&#321;ady&#380;y&#324;ski nie odpowiedzia&#322;;
+wszed&#322;szy do nie­o&#347;wietlonego salonu, gdzie gra&#322;a Ola,
+odezwa&#322; si&#281; w uk&#322;onie:</p>
+
+<p>- Wszak pani pozwoli, nieprawda&#380;?... Bym zagra&#322;
+sobie prozaicznie, terre ŕ terre, w karambole sam ze sob&#261;... Czy
+zgrzesz&#281; bardzo?</p>
+
+<p>- Mais pas du tout, owszem... Staraj si&#281; pan
+karambolowa&#263; w takt gry mojej; mo&#380;e t&#261; drog&#261; wreszcie
+nauczysz si&#281; pan kiedy&#347; odczuwa&#263; muzyk&#281;...</p>
+
+<p>- O, dzi&#281;ki ci, pani! - trzymaj&#261;c si&#281; za
+serce, sk&#322;oni&#322; si&#281; pan Emil i zadzwoniwszy na lo­kaja,
+kaza&#322; zapali&#263; &#347;wiat&#322;a w bilardowej salce, a po chwili,
+ca&#322;y zatopiony w grze, z pietyzmem wykony­wa&#263; zacz&#261;&#322;
+karambole.</p>
+
+<p>Pie&#347;ni&#261; Schumana rzewn&#261; skar&#380;y&#322;
+si&#281; cicho te­raz fortepian, p&#322;aka&#322;, smuci&#322; si&#281;
+&#380;a&#322;o&#347;nie... Ola gra­&#322;a pi&#281;knie, z technik&#261; i
+uczuciem. Siedz&#261;cy na balkonie Topolski &#322;owi&#322; tony z
+lubo&#347;ci&#261;, przez grzeczno&#347;&#263; tylko prowadz&#261;c
+rozmow&#281; z marsza&#322;kow&#261; i kln&#261;c zarazem w duszy jej
+obecno&#347;&#263;, przeszkadza­j&#261;c&#261; mu we flircie z Ol&#261;.</p>
+
+<p>Niebawem wybi&#322;a w ciszy domu godzina jedenasta.
+Staruszka, zm&#281;czona sna&#263; ca&#322;ym dniem, powsta&#322;a
+ci&#281;&#380;ko i rzek&#322;a:</p>
+
+<p>- No, s&#322;uchajcie tu sobie muzyki, moi pano­wie, ja
+za&#347; id&#281; spa&#263;... A pan Emil gdzie - nie wi­dz&#281; go? -
+zapyta&#322;a naraz.</p>
+
+<p>Topolski zauwa&#380;y&#322; dawno, &#380;e
+&#321;ady&#380;y&#324;ski postu­kuje na bilardzie; nie chc&#261;c jednak
+informowa&#263; o tem marsza&#322;kowej, odpar&#322; szybko:</p>
+
+<p>- Och, nie, wiem. Wyszed&#322; przed chwil&#261;, wró­ci
+zapewne niebawem! - i na dobranoc - poca&#322;owa&#322;, z uszanowaniem,
+r&#281;k&#281; staruszki.</p>
+
+<p>Marsza&#322;kowa, nic nie mówi&#261;c, wesz&#322;a do salonu
+i zbli&#380;y&#322;a si&#281; ku fortepianowi.</p>
+
+<p>- Bonsoir, chérie! - rzek&#322;a, ca&#322;uj&#261;c Ol&#281;
+w g&#322;ow&#281;. </p>
+
+<p>- Dobranoc, cioteczko! - zerwawszy si&#281; z krzes&#322;a ­u&#347;ciska&#322;a
+marsza&#322;kow&#281; Dzier&#380;ymirska; poczem pani Melania skierowa&#322;a
+si&#281; wolno do swych poko­jów.</p>
+
+<p>Znik&#322;a... Fortepianem wstrz&#261;sn&#281;&#322;o
+gwa&#322;towne intermezzo; do pokoju, ton&#261;cego w cieniach, cicho, jak kot,
+wsun&#261;&#322; si&#281; Topolski.</p>
+
+<p>Usiad&#322; na niskim foteliku obok Oli: -Nareszcie!.. - ­szepn&#261;&#322;.</p>
+
+<p>- Nareszcie... Co? - ze spojrzeniem zalotnem, zapyta&#322;a,
+nie odrywaj&#261;c paluszków od klawiszy. </p>
+
+<p>- Jeste&#347;my z pani&#261; sami...- doko&#324;czy&#322;
+Topol­ski zdanie. - I ten satyr, któremu tu tak wszystko wolno i uchodzi...</p>
+
+<p>Topolski urwa&#322;, a widz&#261;c, &#380;e Ola ju&#380;
+otwiera usta by co&#347; powiedzie&#263;, wyrzuci&#322; z siebie szybko,
+czyni&#261;c nieznaczny ruch r&#281;k&#261;:</p>
+
+<p>- Och, wiem ju&#380; z góry, co pani mi powie... Pan Emil -
+przyjaciel nieboszczyka ojca pani, druh marsza&#322;kowej, wreszcie zna
+pani&#261; od dzieci&#324;stwa. - Wszak to wszystko wiadomem mi jest
+doskonale... Co nie przeszkadza - ci&#261;gn&#261;&#322; - i&#380; denerwuje
+mnie ten pan do niemo&#380;liwo&#347;ci... Bo, np. dzisiaj: od rana nie
+pozwoli&#322; nam by&#263; chwilki nawet sam na sam...</p>
+
+<p>- Ho, ho, có&#380; to za gorycz i niezadowolenie! -
+zdziwi&#322;a si&#281; niby Ola, a usi&#322;uj&#261;c nada&#263; g&#322;osowi
+brzmienie twardsze, doda&#322;a: - Nie pojmuj&#281; zreszt&#261;, sk&#261;d te
+&#380;&#261;dania uporczywe sam na sam i urojone jakby jakie&#347; prawa...</p>
+
+<p>Nie doko&#324;czy&#322;a... Trel gwa&#322;towny
+przebieg&#322;, jak dreszcz, po klawiszach, spojrzenie za&#347; m&#322;odej
+kobiety, które dojrza&#322; Topolski w pó&#322;cieniu i blask jego, co, jak
+pieszczota, przesun&#261;&#322; mu si&#281; po twarzy, zada&#322;y k&#322;am
+wyra&#378;ny wymówionym przez Ol&#281; s&#322;owom. Topolski zapomnia&#322; o
+nich. Zapami&#281;ta&#322; wzrok tylko i pokorny na pozór pochyli&#322;
+si&#281; ku r&#261;czce Oli. </p>
+
+<p>- Przepraszam stokrotnie!.. przepraszam!.. - i
+poca&#322;owa&#322; biegn&#261;c&#261; po fortepianie bia&#322;&#261;
+r&#261;czk&#281;, wychylaj&#261;c&#261; si&#281; z fa&#322;dzistego r&#281;kawa
+- wy&#380;ej &#322;okcia. - Przeprasza si&#281; ni&#380;ej! - rzuci&#322;a
+&#380;artobliwie Ola.</p>
+
+<p>- Ciemno&#347;&#263; winna temu... -- rzuci&#322; lekko
+Topolski.</p>
+
+<p>Milczenie parku i domu przerywa&#322;y teraz tylko tony
+fortepianu, coraz nami&#281;tniejsze jakby, gwa&#322;towne, burz&#261;
+ognistego zapa&#322;u i pragnie&#324; wstrz&#261;saj&#261;ce spokojn&#261;
+cisz&#261;, oraz nerwami dwojga ludzi, s&#322;uchaj&#261;cych tej orgii
+d&#378;wi&#281;ków rozpasanych, zamkni&#281;tych w z&#322;ocone ramy artyzmu i
+techniki.</p>
+
+<p>G&#322;os Topolskiego wkrótce przeszed&#322; w szept
+przyciszony, pieszczotliwy, mi&#281;kki. Z dala odzywa&#322;o si&#281;
+jednostajnie, co sekund kilka, uderzenie kul na bilardzie zaj&#281;tego
+wci&#261;&#380; karambolami pana Emila... I Topolski, flirtuj&#261;c tak
+dyskretnie z Ol&#261;, podsycaj&#261;c&#261; pó&#322;s&#322;ówkami s&#322;ów
+jego igraszk&#281;, od czasu do czasu wysy&#322;a&#322; spojrzenie przelotne na
+wywiady, czy pan Emil przypadkiem nie wraca; lecz ten nie my&#347;la&#322; o
+tem wcale.</p>
+
+<p>Widz&#261;c to, Topolski przysun&#261;&#322; si&#281;
+bli&#380;ej do m&#322;odej kobiety. Ruch ten jednak zauwa&#380;y&#322;a Ola i
+wida&#263; ch&#281;&#263; przekorna sprzeciwienia si&#281;
+m&#281;&#380;czy&#378;nie przebieg&#322;a jej nagle przez g&#322;ówk&#281;, bo
+odezwa&#322;a si&#281; w tej chwili:</p>
+
+<p>- Chcia&#322;am w&#322;a&#347;nie, oto zagra&#263; panu
+co&#347; przepi&#281;knego, i zapomnia&#322;am... Masz tobie! - zatrzyma&#322;a
+si&#281;. - Trzeba zapali&#263; &#347;wiec&#281;! - doko&#324;czy&#322;a, z
+filuternym u&#347;miechem.</p>
+
+<p>- Ale, có&#380; znowu? - podchwyci&#322; Topolski. - Po raz
+pierwszy dostrzegam u pani - ci&#261;gn&#261;&#322; niezadowolony widocznie -
+brak odczucia nastroju chwili danej... Tak mi mi&#322;o by&#322;o
+s&#322;ucha&#263; gry pani w tym w&#322;a&#347;nie pó&#322;cieniu, tak
+znakomicie godz&#261;cym si&#281; z muzyk&#261; i cisz&#261; wieczorn&#261;.</p>
+
+<p>&#346;miech szczery Oli rozleg&#322; si&#281; w tej chwili.
+Zapali&#322;a &#347;wiece i rzek&#322;a swobodnie:</p>
+
+<p>- Có&#380; robi&#263;! widzi pan teraz, &#380;e wcale nie
+jestem doskona&#322;o&#347;ci&#261;.. Nareszcie pan sam empirycznie
+przekona&#322; si&#281; o tem. A mówi&#322;am tyle razy...</p>
+
+<p>Urwa&#322;a, i otworzywszy nuty, dotkn&#281;&#322;a si&#281;
+r&#281;k&#261; klawiatury.</p>
+
+<p>- Niedobra pani... - nadaj&#261;c g&#322;osowi brzmienie
+poci&#261;gaj&#261;ce, &#322;agodne, przemówi&#322; Topolski. - Niedobra! - powtórzy&#322;
+ciszej, i podniós&#322; do ust, jej d&#322;o&#324;.</p>
+
+<p>- Z okazyi czego - za&#347;mia&#322;a si&#281; Ola. </p>
+
+<p>Topolski na pytanie wprost nie odpowiedzia&#322;, lecz
+mówi&#322; dalej:</p>
+
+<p>- Rozwia&#322;a mi pani z&#322;udzenie! - umilk&#322; na
+chwil&#281;.</p>
+
+<p>Pytaj&#261;co spojrza&#322;a na&#324; Ola.</p>
+
+<p>- Tak jest - powtórzy&#322; m&#281;&#380;czyzna - bo uwierzy
+pani, jak dziwnego dozna&#322;em wra&#380;enia, gdy oto tak przed chwil&#261;
+siedzieli&#347;my w zapomnieniu, ciszy, przy fortepianu d&#378;wi&#281;kach -
+zupe&#322;nie sami... </p>
+
+<p>- No, ciekawam? Có&#380; panu si&#281; zdawa&#322;o? -
+ironicznie nieco rzuci&#322;a Ola, a oderwawszy zarazem r&#281;ce od klawiatury
+na chwil&#281;, s&#322;ucha&#322;a, patrz&#261;c mu w oczy przeci&#261;gle:</p>
+
+<p>- Po prostu zda&#322;o mi si&#281;, i&#380; jeste&#347;my
+m&#281;&#380;em i &#380;on&#261;...</p>
+
+<p>- Tylko tyle? - za&#347;mia&#322;a si&#281; Ola
+z&#322;o&#347;liwie. - ­No, po prologu spodziewa&#322;am si&#281; czego&#347;
+nadzwyczajniejszego przyznaj&#281;! - dorzuci&#322;a lekko, a odwróciwszy
+spojrzenie, u&#322;o&#380;y&#322;a zeszyt nut na stalugach for­tepianu, i znów
+gra&#263; pocz&#281;&#322;a, tym razem co&#347; sm&#281;t­nego, koj&#261;cego
+jakby - pe&#322;nego cichej t&#281;sknoty...</p>
+
+<p>- Co to jest? - z&#380;ymn&#261;&#322; si&#281; w duchu
+Topol­ski, rozgniewany: - &#379;e te&#380; ta kobieta zawsze zbije mnie z
+panta&#322;yku! - Nie wiedzia&#322; po prostu, co mówi&#263; dalej muzyka
+za&#347; jednocze&#347;nie &#322;agodna, p&#322;yn&#261;ca</p>
+
+<p>mi&#281;kko z pod palców kobiety, nerwow&#261;,
+dra&#380;liw&#261; natur&#281; jego nastraja&#322;a dziwnie na nut&#281;,
+wr&#281;cz przeciwn&#261; s&#322;owom, jakie ­same cisn&#281;&#322;y mu
+si&#281; do ust przed chwil&#261;...</p>
+
+<p>- Jednak, jak ona, niecnota, zna mnie, do­brze! -
+zauwa&#380;y&#322; jeszcze w my&#347;li, spojrzawszy z pod oka na Ol&#281;,
+która, z b&#322;&#261;kaj&#261;cym si&#281; w k&#261;cikach ustek
+u&#347;miechem, gra&#322;a w&#322;a&#347;nie, z uczuciem, coraz, subtel­niejszem,
+mi&#281;kkszem, a&#380; fortepian martwy skar&#380;y&#263; i p&#322;aka&#263;
+si&#281; zdawa&#322;.</p>
+
+<p>Po chwili, Topolski przemówi&#322; znowu, g&#322;osem jednak
+ju&#380; ca&#322;kiem innym, ni&#380; poprzednio:</p>
+
+<p>- Pani si&#281; &#347;mieje, tymczasem to, co mówi&#281;,
+wszak takie naturalne...</p>
+
+<p>- Na - tu - ral- ne! - przedrze&#378;ni&#322;a lekko Ola. -
+Ha - ha - ha! - za&#347;mia&#322;a si&#281; - vous ętes incomparable!..</p>
+
+<p>- Permettez! - przerwa&#322; porywczo nieco m&#281;&#380;­czyzna
+- niech sko&#324;cz&#281;...</p>
+
+<p>- Ale&#380; s&#322;ucham, s&#322;ucham od kwadransa, et vous
+n'en finissez pas. Wi&#281;c, jakie&#380; ultimatum? </p>
+
+<p>- Bardzo proste. Odczuwamy si&#281; z pani&#261; wza­jemnie,
+rozumiemy, jak rzadko kto mo&#380;e... Dusze nasze - to jakby niewidzialny
+kamerton, który, za uderzeniem my&#347;li, uczu&#263; nam wspólnych, brzmi zaw­sze
+jednakowo... A m&#261;&#380; i &#380;ona przecie&#380;, poza... </p>
+
+<p>- Ha, ha, ha.. .- urwa&#322;a przezornie O1a. - Otó&#380;
+mylisz si&#281; pan zupe&#322;nie, bo ja, na przyk&#322;ad teraz, nic, ale to
+nic pana nie rozumiem...</p>
+
+<p>A zreszt&#261; - ko&#324;czy&#322;a, powstawszy szybko od
+for­tepianu - en voilŕ ascez... - zamkn&#281;&#322;a fortepian. - &#379;al mi
+pana Emila, który pewnie ju&#380; darowa&#263; mi nie mo&#380;e, &#380;e gram
+tak d&#322;ugo, bo oto w&#322;a&#347;nie nadchodzi.. </p>
+
+<p>- A bodaj&#380;e&#347;! - zgrzytn&#261;&#322; szeptem
+Topolski i zerwa&#322; si&#281; &#347;piesznie, pocz&#261;wszy odruchowo
+uk&#322;a­da&#263; niby porz&#261;dnie nuty na eta&#380;erce.</p>
+
+<p>- Silence ŕ mon
+approche - quelle galanterie, madame, de votre part!.. Podziwiam,
+zaiste! - odezwa&#322; si&#281; na progu pan Emil, w uk&#322;onie, a
+zwracaj&#261;c si&#281; ku zmieszanemu pomimowolnie Topolskiemu, rzu­ci&#322;,
+z ukrytym sarkazmem:</p>
+
+<p>- Czy to... mo&#380;e panu zawdzi&#281;czam?..</p>
+
+<p>I podtrzymywana przez &#321;ady&#380;y&#324;skiego
+g&#322;ównie, pop&#322;yn&#281;&#322;a przez czas krótki jeszcze rozmowa
+ogólna, poczem panowie powiedzieli Oli dobranoc i rozeszli si&#281;,
+pozostawiaj&#261;c j&#261; sam&#261;. Zapalone przy fortepia­nie &#347;wiece
+rzuca&#322;y teraz na salon migoc&#261;ce &#347;wia­t&#322;o, lekki zefirek
+ko&#322;ysa&#322; ich p&#322;omie&#324; z lekka, po­rusza&#322; firanki i
+portyery... Ola skierowali si&#281; ku werandzie, i opar&#322;szy o
+balustrad&#281;, zaduma&#322;a si&#281; g&#322;&#281;boko.</p>
+
+<p>- Co to jest, co si&#281; z ni&#261; dzieje? -
+my&#347;la&#322;a. Od wyj&#347;cia za m&#261;&#380;, od lat sze&#347;ciu
+kocha&#322;a dot&#261;d niezmiennie Romana tylko, cho&#263; bezustannie
+ociera&#322;a si&#281; o dziesi&#261;tki nadskakuj&#261;cych jej
+m&#281;&#380;czyzn, na &#380;a­dnego jednak uwagi nie zwraca&#322;a nawet.  I dopiero teraz, teraz!..</p>
+
+<p>Uj&#281;&#322;a g&#322;ow&#281; w rozpalone d&#322;onie i
+&#347;cisn&#281;&#322;a nie­mi skronie...</p>
+
+<p>Ten Topolski dzia&#322;a na ni&#261; w sposób i&#347;cie nie­zwyk&#322;y.
+Tak j&#261; odczuwa, tak dobrze rozumie, tak rozzmys&#322;awia po prostu
+umiej&#281;tnie prowadzon&#261; gr&#261; intrygi, flirtu - tak poci&#261;ga ku
+sobie nieprzeparcie!... Ten jego ujmuj&#261;cy, niezwyk&#322;y jaki&#347; i
+zwodni­czy wdzi&#281;k osobisty, którym tchn&#261;&#263; si&#281; zdaje
+posta&#263; jego ca&#322;a, zwyci&#281;&#380;a j&#261; coraz natarczywiej,
+uparciej... Broni si&#281; przed nim, w &#380;art jego s&#322;owa obraca, a jed­nak
+ona, Ola, czuje, &#380;e je&#347;li tak samo potrwa jeszcze d&#322;u&#380;ej,
+kto wie, czy zdo&#322;a oprze&#263; mu si&#281;?..</p>
+
+<p>Och, gdyby&#380; przynajmniej Roman przyby&#322; ju&#380;
+pr&#281;dzej, gdyby! A tu sama walczy&#263; musi!.. Jeden
+&#321;ady&#380;y&#324;ski tylko po swojemu broni j&#261; przed "nim"
+i przed ni&#261; sam&#261;...</p>
+
+<p>I Ola przy ostatniej powy&#380;szej my&#347;li podnosi
+zwolni g&#322;ow&#281;, a poci&#261;gni&#281;ta koj&#261;c&#261; cisz&#261;
+parku i &#347;wiat&#322;em dr&#380;&#261;cych promieni ksi&#281;&#380;yca,
+schodzi z balkonu i zapuszcza si&#281; samotna w cienist&#261; ogrodow&#261;
+alej&#281;.</p>
+
+<p>Na piasku cie&#324; jej rysuje si&#281; ma&#322;y i kroki
+rozlegaj&#261; si&#281; dono&#347;nie; przez li&#347;cie niebieskawo-srebrne
+plamy &#347;wiat&#322;a &#347;ciel&#261; si&#281; u jej stóp dyskretnie, uka­zuj&#261;
+si&#281;, to znów nikn&#261;...</p>
+
+<p>- Kocham go, kocham,.. i pragn&#281;! - szepce Ola. - A on?</p>
+
+<p>- Czy&#380; mo&#380;na nawet w&#261;tpi&#263; o tem? - odpo­wiada
+samej sobie. - Przyleci na jej pierwsze skinienie, gdyby tylko...
+zechcia&#322;a...</p>
+
+<p>Zechcia&#322;a? - Ola przeciera czo&#322;o d&#322;oni&#261;
+i czuje, jak krew m&#322;oda igra jej w &#380;y&#322;ach niepos&#322;uszna, jak
+pragnienie poziome, zmys&#322;owego u&#380;ycia, rozkoszy - nieprzeparte, silne
+j&#261; sam&#261; ogarnia wszechpot&#281;&#380;nie.</p>
+
+<p>Idzie coraz wolniej, coraz bardziej pogr&#261;&#380;ona
+ca&#322;a w my&#347;lach i wewn&#281;trznej walce.</p>
+
+<p>Doszed&#322;szy do ko&#324;ca alei, Ola zawraca machi­nalnie,
+kieruj&#261;c si&#281; ku domowi.</p>
+
+<p>- Romanie!.. Romciu... wybacz mi! - szepce, k&#322;ad&#261;c
+za&#322;amane r&#261;czki na rozpalone czo&#322;o. - Przyje&#380;d&#380;aj i
+obro&#324; mnie!.. Obro&#324;! - wo&#322;a rozpaczliwie, czuj&#261;c burz&#281;
+w piersi, rozsadzanej uczuciem, pragnie­niem i rozterk&#261;!</p>
+
+<p>Broni&#322;a si&#281; dot&#261;d, ale teraz czuje, i&#380;
+si&#322;y jej zbraknie na pewno... Ile&#380; godzin w dniu samotnych, ile nocy
+bezsennych, przemy&#347;la&#322;a, przecierpia&#322;a w walce z pokus
+dra&#380;ni&#261;c&#261;, z sercem, wyobra&#378;ni&#261;, dusz&#261;
+ca&#322;&#261;, - rw&#261;cemi si&#281; do ukochanego m&#281;&#380;czyzny - w
+je­go ramiona, które czeka&#322;y tylko jej skinienia, by j&#261;
+ople&#347;&#263; pieszczot&#261; - unie&#347;&#263; w krain&#281;
+mi&#322;o&#347;ci i roz­koszy!..</p>
+
+<p>- Marzenia! Ona nie ulegnie!..</p>
+
+<p>- Nigdy, przenigdy! - szepce Ola, spowiada si&#281; przed
+zas&#322;uchanemi, cichemi drzewami parku. - Tylko ty, Romanie, ty, co po raz
+pierwszy w &#380;yciu otworzy&#322;e&#347; mi u&#322;ud&#281;
+mi&#322;o&#347;ci, szcz&#281;&#347;cia, ty, którego dot&#261;d ponad &#380;ycie
+kocha&#322;am - przyjed&#378;, ratuj mnie, sw&#261; obecno&#347;ci&#261;
+wesprzyj!!!</p>
+
+<p>Ola ju&#380; jest w pobli&#380;u pa&#322;acu.</p>
+
+<p>- Nigdy ci&#281; nie zdradz&#281;!.. nie zapomn&#281; obo­wi&#261;zku...
+nigdy! - szepce po raz wtóry jeszcze i z &#380;y­wo bij&#261;ca w arteryach
+krwi&#261; - wzburzona ca&#322;a, z ostatnim wyrazem "nigdy" na
+ustach, wst&#281;puje po schod­kach pa&#322;acowego skrzyd&#322;a. Daleka
+my&#347;li od szcze­gó&#322;ów drobiazgowego &#380;ycia - zapomina o pozostawio­nych
+w salonie &#347;wiat&#322;ach - o wszystkiem i skrzypn&#261;wszy drzwiami,
+znika za niemi.</p>
+
+<p>W ciszy u&#347;pionego ju&#380; domu, gdzie&#347;, w dali,
+wydzwania tymczasem po chwili godzina dwunasta.. Kwadranse mijaj&#261;
+stopniowo, a noc letnia, w milczeniu przyrody ca&#322;ej, woniami swemi miarowo
+oddy­cha&#263; poczyna...</p>
+
+<p>W salonie pa&#322;acowym dopalaj&#261; si&#281; powoli
+&#347;wiece u fortepianu, p&#322;omienie ich dr&#380;&#261; bezustannie od noc­nych
+powiewów, o&#347;wietlaj&#261;c fantastycznie pokój ca&#322;y; czasem wpadnie
+tu znienacka ksi&#281;&#380;ycowy promie&#324; - ­i z&#322;agodzi swym blaskiem
+&#380;ó&#322;te &#347;wiec p&#322;omyki...</p>
+
+<p>I trwa to tak do&#347;&#263; d&#322;ugo jeszcze...</p>
+
+<p>Nagle jednak drzewa parku szumie&#263; poczynaj&#261; wraz
+g&#322;o&#347;niej, ksi&#281;&#380;yc gdzie&#347; ginie, przepada, chmur­ki
+za&#347; drobne pokrywa&#263; zaczynaj&#261; coraz g&#281;&#347;ciej niebo
+dot&#261;d pogodne... I zefirek leciutki, wpad&#322;szy do salonu przez
+balkonowe drzwi, hula&#263; po nim za­czyna...</p>
+
+<p>Jeden p&#322;omyczek u &#347;wiec ga&#347;nie, drugi w pobli­&#380;u
+okna pali si&#281; wci&#261;&#380;, dygoc&#261;c...</p>
+
+<p>Swawolny wietrzyk tymczasem wzdyma teraz firanki, a
+podrzuciwszy jedn&#261; z nich, nakrywa ni&#261; p&#322;omie&#324;  &#347;wiecy przy stoj&#261;cym obok okna
+fortepianie i jakby pragn&#261;c przypatrze&#263; si&#281; swej psocie, nagle
+przestaje powiewem porusza&#263; wszystko doko&#322;a!.. </p>
+
+<p>Stopniowo firanka zapala si&#281; z wolna; p&#322;omie&#324;
+obejmuje j&#261; pieszczotliwie w swój u&#347;cisk gor&#261;cy...</p>
+
+<p>Wpada znów podmuch zefiru. I p&#322;omie&#324; idzie w
+gór&#281; zwyci&#281;ski, zapala lambrekin. Minut kilka... Okienne ramy
+ju&#380; p&#322;on&#261; z&#322;ocistym ogniem, z trzaskiem
+prze&#322;amuj&#261; si&#281; po chwili, szyby p&#281;kaj&#261; znienacka, i
+wszystko to razem upada na ziemi&#281;. Dywan puszysty kopci&#263; poczyna...
+Od firanki zaj&#281;&#322;y si&#281; rozrzucone na pianinie nuty, drobiazgi...</p>
+
+<p>Wietrzyk, jak szatan z&#322;o&#347;liwy, dodaje tymczasem
+animuszu p&#322;omieniom, przyspiesza pochód ich po salonie...</p>
+
+<p>Ogniste w&#281;&#380;e obejmuj&#261; ju&#380; niebawem w
+&#347;miertelny u&#347;cisk fortepian, skar&#380;y si&#281; on
+&#380;a&#322;o&#347;nie... Meble p&#281;kaj&#261; od gor&#261;ca - dym,
+&#380;ar, nape&#322;niaj&#261; pokój ca&#322;y, kobierzec ju&#380; p&#322;onie
+- posadzka pod nim trzeszcze&#263; zaczyna!..</p>
+
+<p>Wiatr ustaje tymczasem, chmurki stopniowo rozchodz&#261;
+si&#281; jak przysz&#322;y, rozpraszaj&#261;... Sierp ksi&#281;&#380;yca
+ukazuje si&#281; znowu, i zagl&#261;da ciekawie do wn&#281;trza pa&#322;acu...</p>
+
+<p>W&#347;ród ciszy &#347;pi&#261;cego domu pali si&#281;
+ju&#380; teraz ca&#322;a prawa strona salonu; drzwi przymkni&#281;te od
+s&#261;siedniej jadalnej sali, pod naporem ognia, wal&#261; si&#281;, z
+trzaskiem - w tej&#380;e chwili hufiec p&#322;omieni wsuwa si&#281;
+podst&#281;pnie do innych, przyleg&#322;ych komnat... </p>
+
+<p>Nikt nie spostrzeg&#322; jeszcze w pa&#322;acu ognia. Cicho.</p>
+
+<p>W pokoju, na pierwszem pi&#281;trze, &#347;pi smacznie
+Topolski, a u&#347;miechni&#281;ty, rozmarzony, &#347;ni zapewne o Oli.</p>
+
+<p>Mija jeszcze z kwadrans. W komnacie rozlega si&#281; nagle
+trzask silny, w &#347;lad za tem pod&#322;oga wstrz&#261;sa si&#281;...</p>
+
+<p>Topolski budzi si&#281;, a ledwo otworzywszy oczy,
+kaszle&#263; zaczyna: co&#347; dusi go, w oczy si&#281; w&#380;era... </p>
+
+<p>Zrywa si&#281; wystraszony i przytomnieje natychmiast.
+Instynktownie otwiera okno...</p>
+
+<p>- Co to, na Boga, co to? - przenika mu jednocze&#347;nie
+mózg pytanie. Patrzy w dó&#322; przez okno - ksi&#281;&#380;yc &#347;wieci,
+&#347;pi wszystko!.. S&#322;ucha... W&#322;osy je&#380;&#261; mu si&#281; na
+g&#322;owie, zapala &#347;wiece, i widzi siebie w ob&#322;okach dymu.</p>
+
+<p>- Po&#380;ar!.. - &#347;wita mu w g&#322;owie. Niepewny
+jeszcze, ubiera si&#281; po&#347;piesznie, par&#281; chwil za&#347;
+pó&#378;niej jest ju&#380; na korytarzu - za drzwiami...</p>
+
+<p>Dymu wsz&#281;dzie pe&#322;no. Echo &#322;oskotu
+p&#322;omieni na dole dochodzi tu wyra&#378;nie... Poza tem wsz&#281;dzie
+panuje milczenie zupe&#322;ne...</p>
+
+<p>- Na Boga, czy Ola &#347;pi? - nikt sna&#263; o ogniu nic
+jeszcze nie wie! - przemyka przez umys&#322; m&#322;odzie&#324;ca. Chce
+krzykn&#261;&#263;: - Ogie&#324;, gore! - waha si&#281;...</p>
+
+<p>Staje strwo&#380;ony... Mo&#380;e jemu tak tylko si&#281;
+zdaje?.. Po sekundzie namys&#322;u, rzuca si&#281; jednak na lewo, ku schodom,
+i biedz na dó&#322; zaczyna..</p>
+
+<p>- Ola... Ola!.. - szepce pó&#322;g&#322;osem, pomny i tylko
+najdro&#380;szej sercu istoty, i znalaz&#322;szy si&#281; na dole, skr&#281;ca
+gwa&#322;townie w prawo, ku pokojom pani domu...</p>
+
+<p>Po omacku, przewracaj&#261;c meble, biegnie Topolski przed
+siebie, jak nieprzytomny...</p>
+
+<p>We wzgl&#281;dnej ciszy, towarzyszy mu tylko coraz
+wyra&#378;niejszy odg&#322;os pal&#261;cego si&#281; pa&#322;acu...</p>
+
+<p>Nagle rozja&#347;nia si&#281; przed nim
+krwawo-z&#322;ot&#261; plam&#261; przestrze&#324; ciemna pokoi, g&#322;uchy
+za&#347; &#322;oskot, po&#322;&#261;czony z sykiem i &#347;wistem, odbija
+si&#281; dono&#347;nie.. </p>
+
+<p>To p&#322;omienie wdar&#322;y si&#281; ju&#380; do
+s&#261;siaduj&#261;cego z sypialni&#261; Oli buduaru... Odblask ich
+o&#347;wieca jaskrawo bia&#322;e drzwi, prowadz&#261;ce do&#324;... Topolski na
+ten widok, korzystaj&#261;c z wolnego jeszcze od ognia, miejsca, rzuca si&#281;
+gwa&#322;townie ku nim. S&#322;ucha...</p>
+
+<p>Do uszu jego dolatuj&#261; jakie&#347; wo&#322;ania, krzyki:
+</p>
+
+<p>"Gore, gore! pali si&#281;... Ratunku! ratowa&#263;!..
+Bywaj!" - krzycz&#261; teraz zewsz&#261;d zapami&#281;tale, rozpaczliwie
+jakie&#347; g&#322;osy, a pod samym domem rozlega si&#281; równocze&#347;nie
+przyspieszona bieganina, tupot licznych kroków ludzkich...</p>
+
+<p>- Ju&#380; alarm dany - to dobrze! - czyni sobie w duchu
+Topolski uwag&#281; i odruchowo wchodzi do sypialni Oli, zamkn&#261;wszy drzwi
+za sob&#261;.</p>
+
+<p>Tu jeszcze cicho... Nocna lampka md&#322;em tylko
+&#347;wiate&#322;kiem o&#347;wieca komnat&#281;; ksi&#281;&#380;ycowy
+promie&#324; dr&#380;&#261;cy &#347;ciele si&#281; po &#347;cianie i
+&#322;o&#380;u, na którem le&#380;y Ola, pogr&#261;&#380;ona we &#347;nie
+spokojnym.</p>
+
+<p>Z pod kapy lekko narzuconej, unosi si&#281; jed­nostajnie
+pier&#347; m&#322;odej kobiety i rysuj&#261; wdzi&#281;cznie kszta&#322;ty
+cia&#322;a...</p>
+
+<p>Pomimo grozy po&#322;o&#380;enia, Topolski zachwytu
+powstrzyma&#263; nie mo&#380;e. Chwil&#281; stoi nieruchomy...</p>
+
+<p>Huk tymczasem jakiego&#347; mebla, p&#281;kaj&#261;cego, pod
+naporem ognia, odg&#322;osem swym budzi Ol&#281;... Strwo­&#380;ona, zrywa
+si&#281;, zrzuca kap&#281;, i w bieli&#378;nie nó&#380;kami bosymi, dotyka
+ziemi...</p>
+
+<p>Jednocze&#347;nie dym nape&#322;nia&#263; sypialni&#281;
+poczyna, a przez doln&#261; szpar&#281; u drzwi wciska si&#281; przemoc&#261;,
+niby w&#261;&#380; jadowity, krwawe pasemko ognia... Ola rzuca okrzyk strasznej
+trwogi, i wcale nie widz&#261;c jeszcze Topolskiego, porywa stoj&#261;cy na
+ma&#322;ym sto­liczka dzwonek i rozpaczliwie dzwoni&#263; poczyna...</p>
+
+<p>Topolski, widz&#261;c i s&#322;ysz&#261;c to wszystko,
+szybko otwiera na &#347;cie&#380;aj okno i rzuca si&#281; ku Oli... Ona
+spostrzeg&#322;a go w&#322;a&#347;nie...</p>
+
+<p>- Co to?.. Pan tu?.. O, jak&#380;e&#380; mo&#380;na!.. i Ola
+zarumieniona milknie, a wstyd zarazem staje si&#281; silniejszym od trwogi, bo
+ruchem nag&#322;ym obwija si&#281; fa&#322;dami porzuconego obok na
+krze&#347;le szla­froczka...</p>
+
+<p>Huk ponowny tymczasem wstrz&#261;sa murami po­koju.
+Ogie&#324; zwyci&#281;zca wkracza jednocze&#347;nie w komnaty, drzwi
+p&#281;kaj&#261; i p&#322;on&#261;! Topolski porywa dr&#380;&#261;c&#261; ze
+strachu i wstydu m&#322;od&#261; kobiet&#281; w swe silne ramiona.</p>
+
+<p>- Co... to?.. Co... to?.. - szepcze Ola jeszcze, z l&#281;­kiem...
+M&#281;&#380;czyzna pragnie co&#347; odpowiedzie&#263;, lecz w tej&#380;e
+chwili, z &#322;oskotem i chrz&#281;stem, wpadaj&#261; do sypialni drzwi
+roztrzaskane, a ziej&#261;ca pasz­cza p&#322;on&#261;cych komnat pa&#322;acu
+ukazuje si&#281;, jak na d&#322;oni, w ca&#322;ej swej grozie i majestacie...</p>
+
+<p>Jednocze&#347;nie rozlega si&#281; przera&#378;liwy krzyk ko­biecy!..</p>
+
+<p>To zbudzona dzwonieniem swej pani, &#347;pi&#261;ca w
+s&#261;siednim pokoju s&#322;u&#380;&#261;ca, wo&#322;aniem, b&#322;aga o
+pomoc! </p>
+
+<p>W sypialni za&#347; ju&#380; nie ma nikogo. Wysko­czywszy
+zr&#281;cznie oknem, Topolski stoi teraz w par­ku i obrzuca spojrzeniem
+p&#322;on&#261;cy pa&#322;ac. Widzi w od­dali ludzi kilkana&#347;cie, ekonoma,
+parobków i s&#322;u&#380;b&#281; dworsk&#261;, a w dali zapomnian&#261;
+przeze&#324; ca&#322;kiem syl­wetk&#281; marsza&#322;kowej...</p>
+
+<p>W &#347;ród gwaru s&#322;yszy zarazem dono&#347;ny g&#322;os
+pana Emila: "Hej! hej! ludzie, tu! do mnie!! - wo&#322;a energicznie. -
+Ratowa&#263; m&#322;od&#261; pani&#261;!!.. W rogu dwo­ru!!
+pr&#281;dzej!!!"</p>
+
+<p>S&#322;uchaj&#261;c tego rozkazu, kilku ludzi natychmiast
+odrywa si&#281; do ogólnej gromadki s&#322;ug i lecie&#263; poczyna ku pokojom
+m&#322;odej dziedziczki - ku niemu!..</p>
+
+<p>Wystraszona p&#322;omieniem i krzykiem Ola za­rzuca
+równocze&#347;nie Topolskiemu na szyj&#281; swe nagie ramiona! On,
+wstrz&#261;sn&#261;wszy si&#281; pod tem dotkni&#281;­ciem, porywa si&#281;
+nagle z miejsca, jak szalony, i mknie chy&#380;o w ogród... Krew gor&#261;ca,
+m&#322;oda, gra&#263; w nim poczyna... Zapomina o wszystkiem, prócz tu­l&#261;cej
+si&#281; do jego piersi kobiety i ucieka dalej i da­lej...</p>
+
+<p>Do uszu jego dolatuj&#261; wo&#322;ania coraz cichsze,
+okrzyki!.. Topolski biedz nie przestaje ku znanej sobie altanie,
+po&#322;o&#380;onej na ko&#324;cu ogrodu.</p>
+
+<p>Prowadz&#261;ca do niej aleja parku rozbrzmiewa echem
+gwa&#322;townego jego biegu, szele&#347;ci mu nad g&#322;ow&#261; li&#347;ci
+pogwarem.</p>
+
+<p>Z zarzuconemi na szyj&#281; m&#281;&#380;czyzny ramionami,
+tuli si&#281; wci&#261;&#380; ku niemu, jak powój wiotkie cia&#322;o Oli...
+Topolski, dot&#261;d zapatrzony wci&#261;&#380; w przestrze&#324;, opuszcza
+naraz g&#322;ow&#281; i wzrokiem pie&#347;ci chwil&#281; trzyman&#261; w
+u&#347;cisku kobiet&#281;...</p>
+
+<p>Oczy jej przymkni&#281;te - zemdla&#322;a!..</p>
+
+<p>Topolski zatrzymuje si&#281;. Z mi&#322;o&#347;ci&#261;
+bezbrze&#380;­n&#261;, pragnieniem, spogl&#261;da ci&#261;gle na Ol&#281;...
+Krew uderza mu nagle do g&#322;owy!..</p>
+
+<p>- Mój ty skarbie najdro&#380;szy!.. moje ty wszyst­ko!.. -
+szepce dr&#380;&#261;cemi usty, i jak szalony, ca&#322;owa&#263;,
+pie&#347;ci&#263; poczyna jej wargi, oczy i cia&#322;o!..</p>
+
+<p>W kilka minut pó&#378;niej, dopada cienistej altany i
+niknie, ginie w jej g&#322;&#281;biach... Niedyskretny, cie­kawy wsuwa si&#281;
+za nim ksi&#281;&#380;yc blady, a kopu&#322;a altany, mieni&#261;c si&#281; od
+jego promieni, dr&#380;y leciutko - tajemnicza...</p>
+
+<p>W dalekim zak&#261;tku parku znów cicho...</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
+. . . </p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Ko&#322;o p&#322;on&#261;cego pa&#322;acu natomiast ruch
+panuje nie do opisania.</p>
+
+<p>Co chwila od pobliskiego stawu i z powrotem p&#281;dz&#261;
+galopem konie, wioz&#261;ce beczki z wod&#261;; wszystkie miejscowe sikawki
+s&#261; w ruchu, dyryguj&#261;cy za&#347; parobkami i s&#322;u&#380;b&#261;
+ekonom Gowartowa kr&#281;ci si&#281;, jak mucha w ukropie, krzyczy, gniewa
+si&#281;, rozkazuje...</p>
+
+<p>M&#281;&#380;czy&#378;ni zalewaj&#261; wod&#261; dach,
+p&#322;on&#261;ce belki, wdrapuj&#261; si&#281; na pi&#281;tra, wyrzucaj&#261;
+oknami nietkni&#281;te jeszcze przez ogie&#324; pa&#322;acowe meble. Zbudzone
+wiejskie kobiety, w ponarzucanych p&#322;achtach i koszulach, przypatruj&#261;
+si&#281; bezmy&#347;lnie po&#380;arowi, gwarz&#261;c z cicha pomi&#281;dzy
+sob&#261;, lamentuj&#261;c, z&#322;orzecz&#261;c...</p>
+
+<p>Grupa ich wystraszona rzuca si&#281; nagle w bok, z
+okrzykiem...</p>
+
+<p>To przel&#281;kniony ha&#322;asem i p&#322;omienist&#261;
+&#322;un&#261;, p&#281;dzi wprost na nie kary, pó&#322;krwi arabskiej, ogier,
+wyrwawszy si&#281; z pozostawionej bez opieki stajni.</p>
+
+<p>Ucieka strwo&#380;ony, b&#322;&#281;dny... Wymin&#261;wszy
+za&#347; rozpierzch&#322;&#261; gromadk&#281;, umyka przed ogniem i lud&#378;­mi
+do parku, budz&#261;c jego drzemi&#261;ce cisze przera&#380;o­nem r&#380;eniem.</p>
+
+<p>Jednocze&#347;nie na czele kilkunastu tomaszowieckich
+fornali, wpada przez bram&#281;, z impetem, Krasnostawski, a z przybyciem jego
+wszystko wre doko&#322;a, ze zdwojon&#261; energi&#261;.</p>
+
+<p>I oto niebawem krwawa &#347;ciana ognia, wzbijaj&#261;ca
+si&#281; ku niebu, miejscami z&#322;ocista, tam znów, ni­by krep&#261;,
+przes&#322;oni&#281;ta czarnym gryz&#261;cym dymem, zaczyna zni&#380;a&#263;
+si&#281;, zmniejsza&#263; powoli... Ju&#380; obecnie huk po&#380;aru coraz
+cz&#281;&#347;ciej przerywaj&#261; syki gasn&#261;cych p&#322;omieni -
+opanowany nieco &#380;ywio&#322; mniej gro&#378;nym si&#281; staje, pokornieje,
+cichnie...</p>
+
+<p>Lewe pod&#322;u&#380;ne i najwi&#281;ksze pa&#322;acowe
+skrzyd&#322;o pali si&#281; jeszcze, p&#322;omie&#324; nadal zwyci&#281;sko
+sieje tam zniszczenie, praw&#261; stron&#281; jednak domu ugaszono ju&#380;
+zupe&#322;nie. Z p&#322;aszcz&#261;cego si&#281; tu dymu wy&#322;aniaj&#261;
+si&#281; teraz bia&#322;awe, osmalone mury; w&#347;ród zgliszcz, ju&#380;
+zw&#281;glonych, pe&#322;zaj&#261; jeszcze tam i ówdzie ogniste w&#281;&#380;e,
+ca&#322;uj&#261;c lubie&#380;nie, li&#380;&#261;c &#347;cian poczernia&#322;ych
+podnó&#380;e.</p>
+
+<p>I w porównaniu gwaru, zgie&#322;ku, które panuj&#261; u
+p&#322;on&#261;cego w dali pa&#322;acowego skrzyd&#322;a - cisza króluje tu
+wzgl&#281;dna...</p>
+
+<p>Tam ruch, krzyki, krzy&#380;uj&#261;ce si&#281; rozkazy,
+&#322;una ognia, huk jego, syk, oraz zupe&#322;ne oddanie si&#281; wszyst­kich
+ca&#322;kowicie d&#322;awieniu i walce z &#380;ywio&#322;em...</p>
+
+<p>Tu - srebrz&#261;ce si&#281;, czyste promienie
+ja&#347;niej&#261;cego wysoko na niebie niepokalanie miesi&#261;ca, co
+b&#322;yszcz&#261; na okopconych &#347;cianach, stanowi&#261;c dziwny w sobie,
+a pe&#322;en spokoju, kontrast, z wrzaw&#261; i krwawo-z&#322;o­cist&#261;
+po&#380;og&#261;...</p>
+
+<p>Szelest kroków tymczasem przerywa nagle mil­czenie. Za
+w&#281;g&#322;em stercz&#261;cego samotnie od&#322;amu murów pogorzeliska,
+pojawia si&#281; Krasnostawski, i stan&#261;wszy w zamy&#347;leniu, &#347;le
+wzrok badawczy w stron&#281; parku.</p>
+
+<p>- Tam pu&#347;ci&#322;em ju&#380; w ruch wszystko!.. - mó­wi
+g&#322;o&#347;no do siebie. - Doko&#324;cz&#261; gasi&#263; i dadz&#261; sobie
+rad&#281; beze mnie... - mruczy dalej. - Ja za&#347; ich musz&#281;
+znale&#378;&#263; - musz&#281;!..</p>
+
+<p>Krasnostawski milknie, i rozgl&#261;gaj&#261;c si&#281; bacz­nie
+doko&#322;a, kieruje si&#281; w g&#322;&#261;b parku, idzie z wolna
+zamy&#347;lony, a trzyman&#261; w r&#281;ku d&#322;ug&#261; nahajk&#261; co
+chwila uderza si&#281; machinalnie po wysokich, okopco­nych butach...</p>
+
+<p>Od czasu, jak tu przyby&#322; na ratunek i pi&#261;te przez
+dziesi&#261;te zdo&#322;a&#322; rozpyta&#263; si&#281; o pocz&#261;tek i prze­bieg
+po&#380;aru, my&#347;l jedna i ta sama dr&#281;czy&#322;a go be­zustannie:
+gdzie s&#261; Topolski i Ola?.. &#379;e nic z&#322;ego im si&#281; nie
+sta&#322;o - wiedzia&#322;... Co robi&#261; zatem sami tak d&#322;ugo?..</p>
+
+<p>Kochaj&#261;c Ol&#281; i odczuwaj&#261;c przez to podwójnie
+zacie&#347;niaj&#261;cy si&#281; stosunek jej z Topolskim, m&#322;ody
+cz&#322;owiek przeczuwa&#322; wi&#281;cej od marsza&#322;kowej i
+&#321;ady&#380;y&#324;skiego... Oni, poch&#322;oni&#281;ci po&#380;arem, jak
+wszys­cy zreszt&#261;, potracili g&#322;owy!.. A on?..</p>
+
+<p>My&#347;le&#263; o Topolskim i Oli nie przestawa&#322;, jak
+szalony przy tem si&#322;y odp&#281;dza&#322; od siebie my&#347;li nie­które.</p>
+
+<p>Obecnie, tkni&#281;ty przeczuciem jakby, szed&#322; w&#322;a­&#347;nie
+alej&#261;, prowadz&#261;c&#261; do ustronnej altany...</p>
+
+<p>Dusz&#261; Krasnostawskiego miota&#322; niepokój. Za­zdro&#347;&#263;
+szarpa&#322;a nim bez mi&#322;osierdzia, s&#261;czy&#322;a swój jad zatruty,
+niepewno&#347;&#263; m&#281;czy&#322;a - obawa, &#380;e sprawdz&#261; si&#281;
+skryte jego podejrzenia, tamowa&#322;a mu oddech w gardle i zniewala&#322;a w
+bezsilnej w&#347;ciek&#322;o&#347;ci zaciska&#263; d&#322;onie.</p>
+
+<p>Poza dziedzin&#261; przeczu&#263; bowiem, ów niepokój
+Krasnostawskiego mia&#322; równie&#380; &#378;ród&#322;o i w
+nast&#281;puj&#261;cym, konkretnym fakcie.</p>
+
+<p>Komenderuj&#261;c i uwijaj&#261;c si&#281; przy
+po&#380;arze, spotka&#322; Krasnostawski pomagaj&#261;c&#261; równie&#380;
+innym, znosz&#261;c&#261; wod&#281;, dziewczyn&#281; s&#322;u&#380;ebn&#261;,
+ulubienic&#281; Oli...</p>
+
+<p>Ta za&#347;, gdy j&#261; zapyta&#322; o pani&#261;,
+opowiedzia&#322;a mu bez&#322;adnie: - Powiadam paniczowi... Bo&#380;e,
+Bo&#380;e, jakie to by&#322;o straszne! Ja&#347;nie m&#322;odsza pani dzwoni, i
+si&#281; budz&#281;, ubieram pr&#281;dziutko, s&#322;ysz&#281; jaki&#347;
+szum... Otwieram drzwi, a tu - ogie&#324;, ogie&#324; jak daleko spoj­rze&#263;
+na pa&#324;skie pokoje... Tylko po&#347;ciel m&#322;odej pani pusta i okno
+otwarte!..</p>
+
+<p>Kto&#347; rozdzieli&#322; ich i dalsz&#261; indagacy&#281;
+przerwa&#322; Krasnostawskiemu szerz&#261;cy si&#281; po&#380;ar, zam&#281;t i
+wrzask. Poprzesta&#263; musia&#322; tylko na tem.</p>
+
+<p>Teraz szed&#322; coraz pr&#281;dzej. Nagle zatrzyma&#322;
+si&#281;, jak wryty.</p>
+
+<p>Ju&#380; od minut paru zauwa&#380;y&#322; na wilgotnym
+piasku alei &#347;lad kroków m&#281;skich, obutych w zgra­bny trzewik, teraz
+za&#347; le&#380;a&#322;a przed nim dobrze mu znana papiero&#347;nica
+Topolskiego, a opodal widziany cz&#281;sto we w&#322;osach Oli grzebie&#324;, z
+szyldkretu.</p>
+
+<p>W&#261;tpliwo&#347;ci ju&#380; by&#263; nie mog&#322;o...
+Krasnostawski pochwyci&#322; machinalnie oba le­&#380;&#261;ce przedmioty i
+biedz pocz&#261;&#322;...</p>
+
+<p>Szala&#322;a w nim burza.. Nienawi&#347;&#263;
+m&#281;&#380;czyzny, pogardzonego przez ubóstwian&#261; kobiet&#281; na
+korzy&#347;&#263; rywala rozpali&#322;a mu krew, nape&#322;ni&#322;a
+jak&#261;&#347; niepo­hamowan&#261; &#380;&#261;dz&#261; pastwienia si&#281; i
+zemsty!..</p>
+
+<p>Spocony, blady, stan&#261;&#322; wkrótce u wej&#347;cia do
+altany, i pocz&#261;&#322; nads&#322;uchiwa&#263;, z zapartym oddechem. Pot
+kroplisty wyst&#261;pi&#322; mu na czo&#322;o, usta zacisn&#281;&#322;y
+si&#281; bole&#347;nie, oczy zamigota&#322;y dzikim ogniem.</p>
+
+<p>Z cichej, sennej altany dochodzi&#322;y wyra&#378;nie dwa
+g&#322;osy - dwa szepty...</p>
+
+<p>Krasnostawski rozchyli&#322; ga&#322;&#281;zie... Na szelest
+ten w ciemno&#347;ciach zerwa&#322; si&#281; kto&#347; &#347;piesznie i u progu
+stan&#261;&#322; Topolski. W pó&#322;mroku nocy zamaja­czy&#322;a jego twarz
+bia&#322;a, rasowa, i dwaj m&#281;&#380;czy&#378;ni spojrzeli sobie,
+milcz&#261;c, prosto w oczy.</p>
+
+<p>Trwa&#322;o to sekund&#281;, lecz wystarczy&#322;o
+Krasnostawskiemu, bo to, co wyczyta&#322; na wzburzonem obli­czu Topolskiego,
+a&#380; nadto uzasadni&#322;o jego obawy. </p>
+
+<p>Wysi&#322;kiem woli, och&#322;on&#261;wszy z wra&#380;enia,
+prze­mówi&#322; pierwszy Topolski, wskazuj&#261;c swobodnie na pozór ruchem
+r&#281;ki widnokr&#261;g, gdzie dogorywa&#322;a ju&#380; &#322;una ognia:</p>
+
+<p>- A zatem, chwa&#322;a Bogu, ju&#380; po po&#380;arze!.. My
+w&#322;a&#347;nie...</p>
+
+<p>- Nikczemny! - zabrzmia&#322;o w ciszy s&#322;owo jedno. </p>
+
+<p>Wymówi&#322; je g&#322;osem dr&#380;&#261;cym Krasnostawski,
+i niepomny niczego, rozszala&#322;y, schwyciwszy Topolskiego za gard&#322;o,
+drug&#261; r&#281;k&#261; przerzuci&#322; go poprzez siebie i z pasy&#261;
+ok&#322;ada&#263; pocz&#261;&#322; trzyman&#261; w r&#281;ku nahajk&#261;...</p>
+
+<p>W milczeniu zak&#261;tka rozleg&#322; si&#281; krzyk bitego
+i w &#347;lad za tem okrzyk inny - kobiecy!..</p>
+
+<p>Ku dwom m&#281;&#380;czyznom wypad&#322;a Ola... Jak lwica,
+rzuci&#322;a si&#281; natychmiast pomi&#281;dzy nich, a obroniwszy Topolskiego,
+gwa&#322;townie, szybko, wymierzy&#322;a Krasnostawskiemu dwukrotny policzek...</p>
+
+<p>Jak ra&#380;ony obuchem, zachwia&#322; si&#281; pod tem uderzeniem
+m&#281;&#380;czyzna, cofn&#261;&#322; si&#281; wstecz, blady, jak &#347;ciana,
+oszala&#322;y, straszny.</p>
+
+<p>Zaleg&#322;a chwila milczenia...</p>
+
+<p>Oswobodzony Topolski znik&#322; we wn&#281;trzu altany, a z
+ust stoj&#261;cej na wprost Krasnostawskiego kobiety wybieg&#322;o
+dr&#380;&#261;cym, urywanym szeptem, pe&#322;nym oburzenia i zimnej - gorszej
+od policzka, pogardy:</p>
+
+<p>- Pod&#322;y... s&#322;ugo!.. Jak &#347;mia&#322;e&#347;? -
+Precz!..</p>
+
+<p>Ze wzruszenia umilk&#322;a Ola, po chwili dopiero i
+powtórzy&#322;a raz jeszcze, przejmuj&#261;co - ciszej:</p>
+
+<p>- Precz!..</p>
+
+<p>Tego nadto ju&#380; by&#322;o dla rozbola&#322;ego
+zazdro&#347;ci&#261; i bólem m&#281;skiego serca! Nie czynnie, lecz moralnie
+spoliczkowany po raz drugi, Krasnostawski zachwia&#322; si&#281; powtórnie, jak
+nieprzytomny, w oczach pocie­mnia&#322;o mu - zawirowa&#322;y altana i drzewa
+parku...</p>
+
+<p>- Kocham ci&#281;! -
+szepn&#281;&#322;y w oddechu cichutko, jak skarga, usta jego i omdla&#322;y
+run&#261;&#322; u stóp kobie­ty, zdeptany jej post&#281;pkiem...</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>. . . . . . . . . . . . .
+. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&#346;wit zorzy wyjrza&#322; nie&#347;mia&#322;o spoza
+stepu, pól szerokich, orze&#378;wi&#322; si&#281; w toni sennego jeszcze stawu
+i w&#347;lizn&#261;&#322; do altany ciekawy...</p>
+
+<p>Nie by&#322;o w niej ju&#380; jednak nikogo, zarówno jak i
+nigdzie, w pobli&#380;u:</p>
+
+<p>Niebo zaró&#380;awia&#322;o si&#281; stopniowo,
+pocz&#261;tkowo ledwo dostrzegalnie, boja&#378;liwie, pó&#378;niej za&#347;
+coraz silniej i &#347;mielej.</p>
+
+<p>Przeci&#261;gaj&#261;c si&#281; lubie&#380;nie,
+wstawa&#322;a jutrzenka z ob&#322;oków puszystych po&#347;cieli.</p>
+
+<p>Na powitanie jej tryumfaln&#261; fanfar&#261;
+rozbrzmia&#322; park ca&#322;y &#347;wiergotem ptasz&#261;t; zbudzone,
+zrywa&#322;y si&#281; one do lotu, otrzepywa&#322;y zamaszy&#347;cie
+skrzyde&#322;ka z porannej rosy, rozlatywa&#322;y si&#281; na wsze strony,
+siada&#322;y na zczernia&#322;ych ruinach spalonego pa&#322;acu. Dym jeszcze
+&#347;cieli&#322; si&#281; tu gdzieniegdzie... Na pogorzelisku, jak
+karbunku&#322;y, b&#322;yszcza&#322;y tam i ówdzie, dopalaj&#261;c si&#281;,
+belki i inne szcz&#261;tki pa&#322;acu, tli&#322;y si&#281; w zgliszczach -
+tuli&#322;y do okopconych zwalisk...</p>
+
+<p>A woko&#322;o drzema&#322;o, spa&#322;o wszystko!..</p>
+
+<p>Ze spuszczonemi &#380;aluzyami, spoczywa&#322;y zatem
+pa&#322;acowa oficyna, stajnie i gumna, &#347;ni&#322;y tak&#380;e liczne,
+rozsiane za pa&#322;acow&#261; bram&#261;, bia&#322;e wie&#347;niacze chatki...
+</p>
+
+<p>Pot&#281;&#380;ny, wspania&#322;y zab&#322;ys&#322; pierwszy
+promie&#324; s&#322;o&#324;ca i oboj&#281;tny zaja&#347;nia&#322; nad
+wszystkiem doko&#322;a... </p>
+
+<p>Nie zbudzi&#322; jednak nikogo... Na gazonie tylko, pod
+gór&#261; wyrzuconych z pa&#322;acu, le&#380;&#261;cych na kupie mebli,
+du&#380;y pies podwórzowy otworzy&#322; oczy, mlasn&#261;&#322; j&#281;zykiem,
+przeci&#261;gn&#261;&#322; si&#281; i zasn&#261;&#322;...</p>
+
+<p>Zadumanej ciszy nie przerywa&#322;o nadal nic zgo&#322;a.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<center>---------------</center>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Pomimo, i&#380; przez szpary okiennic Tomaszo­wieckiego
+dworku w&#347;lizgiwa&#322;o si&#281; ju&#380; s&#322;o&#324;ce, w tak zwanym
+kancelaryjnym pokoju pali&#322;a si&#281; jeszcze du&#380;a lampa,
+o&#347;wietlaj&#261;c biurko, przy którym Krasnostawski pisa&#322; co&#347;
+szybko i zamaszy&#347;cie. Obok niego sta&#322;a szklanka z herbat&#261; i le&#380;a&#322;y
+porzucone na zie­mi, niedopa&#322;ki od papierosów... Nagle m&#322;ody
+cz&#322;o­wiek porzuci&#322; pióro, z ha&#322;asem odsun&#261;&#322;
+krzes&#322;o od biurka i zamkn&#261;wszy ksi&#281;g&#281;, powsta&#322;.</p>
+
+<p>- Nareszcie! - westchn&#261;&#322; g&#322;o&#347;no z
+ulg&#261; i zbli­&#380;ywszy si&#281; do okna, odemkn&#261;&#322; je,
+odczepiwszy zara­zem wewn&#281;trzne haczyki okiennic.</p>
+
+<p>Fala s&#322;onecznego &#347;wiat&#322;a, wraz z powietrzem
+letniego poranka, wp&#322;yn&#281;&#322;a do pokoju. Krasnostaw­ski zgasi&#322;
+lamp&#281; i spojrza&#322; przed siebie...</p>
+
+<p>Od po&#380;aru min&#281;&#322;a doba tylko, patrz&#261;c
+jednak na m&#322;odego plenipotenta, pomy&#347;le&#263; mo&#380;na by&#322;o,
+i&#380; od tej chwili oddziela&#322;y go lata; nie m&#322;odzieniec bowiem
+obecnie, pe&#322;ny hartu i &#380;ycia patrzy&#322; przez otwarte okno, ale
+m&#281;&#380;czyzna, na pozór wi&#281;cej, ni&#380; dojrza&#322;y, któ­ry
+zapomina&#322; ju&#380; jakby, &#380;e m&#322;odym by&#322; tak niedawno.</p>
+
+<p>Jak burza, przesz&#322;a po nim pami&#281;tna noc roz­terki,
+cierpie&#324;, upokorzenia i bólu, &#347;lad wieczno­trwa&#322;y zostawiwszy po
+sobie...</p>
+
+<p>Twarz Krasnostawskiego blad&#261; by&#322;a, oczy przym­glone
+i podkr&#261;&#380;one, a na skroniach gdzieniegdzie, w&#347;ród czarnych pukli
+w&#322;osów, biela&#322;a nitka przed­wcze&#347;nie siwa.</p>
+
+<p>I kontrast przykry prawdziwie stanowi&#322; ten
+cz&#322;owiek, stoj&#261;c tak w owej chwili w ramie okna... Przed nim, w
+perspektywie, jak okiem si&#281;gn&#261;&#263;, kraina ca&#322;a
+z&#322;oci&#322;a si&#281; od z&#380;&#281;tych kóp zbo&#380;owych,
+zieleni&#322;a od niw i stepów, &#347;piewa&#322;a setkami g&#322;osów:
+u&#347;miecha&#322;a si&#281; rozkosznie!..</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>- &#379;ycia!.. &#379;ycia!.. Mi&#322;o&#347;ci,
+szcz&#281;&#347;cia!.. - wiel­kim g&#322;osem wo&#322;a&#322;o wszystko, a on
+jedyny tylko, nie­czu&#322;y na nic zgo&#322;a, sta&#322; wci&#261;&#380; tak
+samo nieruchomy, zapatrzony nie w dal jasn&#261;, lecz w cienie cierpi&#261;cej
+duszy w&#322;asnej..</p>
+
+<p>Po nocy po&#380;aru do Tomaszówki uciek&#322; Krasnostawski
+piechot&#261;, obudziwszy si&#281; z omdlenia, sam jeden w&#347;ród
+szumi&#261;cego mu &#322;agodnie nad g&#322;o­w&#261; parku.</p>
+
+<p>Tu, u siebie, przem&#281;czy&#322; si&#281;, jak nieprzyto­mny,
+w bólu - do rana. W ko&#324;cu jednak zm&#281;czenie fizyczne zabi&#322;o
+moraln&#261; trosk&#281;. Snem kamiennym, a zbawczym dla&#324;, przespa&#322;
+Krasnostawski wi&#281;kszo&#347;&#263; dnia, bo a&#380; do godziny szóstej po
+po&#322;udniu. Zbudzi&#322; si&#281; za&#347; ju&#380; nieco innym...</p>
+
+<p>Zebrawszy my&#347;li i wspomnienia, przede wszyst­kim
+postanowi&#322; uciec co rychlej z tych miejsc, rzu­ci&#263; si&#281; w wir
+pracy w warunkach ca&#322;kiem odmiennych.. Powietrze dusi&#263; go
+pocz&#281;&#322;o, ziemia parzy&#263; stopy!.. Chcia&#322; ju&#380;
+wskoczy&#263; na konia i opu&#347;ci&#263; wszystko na zawsze.</p>
+
+<p>W por&#281; jednak zastanowienie i zimna logika
+trze&#378;wego rozumu powstrzyma&#322;a go na szcz&#281;&#347;cie od tego
+kroku...</p>
+
+<p>Wszak, poza dziedzin&#261; moralnych jego cierpie&#324;,
+sta&#322; przecie&#380; jeszcze mur rzeczywistego &#380;ycia, które chleb mu
+dot&#261;d dawa&#322;o - istnia&#322; &#347;wiat obowi&#261;­zków
+dotychczasowego jego stanowiska tutaj.</p>
+
+<p>Rzuca&#263; tak wszystko by&#322;oby
+lekkomy&#347;lno&#347;ci&#261; i&#347;cie ch&#322;opi&#281;c&#261;.</p>
+
+<p>- Nie, ja tego nie uczyni&#281;! - zadecydowa&#322;. - W jak
+naj&#347;ci&#347;lejszym porz&#261;dku przeka&#380;&#281; na odjezdnem
+wszystkie gospodarskie ksi&#281;gi, rachunki, kas&#281; i.t.d.</p>
+
+<p>Po skromnym posi&#322;ku, zabra&#322; si&#281; Krasnostaw­ski
+do wyczerpuj&#261;cej pracy, ca&#322;ych nieledwie dziewi&#281;tna&#347;cie
+godzin pisa&#322;, rachowa&#322; bezustannie. Wresz­cie wyczerpany
+sko&#324;czy&#322; przed chwil&#261;...</p>
+
+<p>By&#322; wolnym!.. Za godzin par&#281; b&#281;dzie móg&#322;
+opu&#347;ci&#263; te strony - na zawsze...</p>
+
+<p>Zadumany smutnie, sta&#322; Krasnostawski wci&#261;&#380;
+pod oknem; zapatrzony, nie zauwa&#380;y&#322; on wcale zbli&#380;aj&#261;cego
+si&#281; ku niemu wyrostka.</p>
+
+<p>D&#378;wi&#281;k jego g&#322;osu zbudzi&#322; m&#322;odego
+cz&#322;owieka. Spu&#347;ci&#322; wzrok i zapyta&#322; g&#322;o&#347;no:</p>
+
+<p>- Ha!.. szczo ka&#380;esz?..</p>
+
+<p>Wyrostek, by&#322; to ch&#322;opiec stajenny, wys&#322;any
+przeze&#324; do Gowartowa, by sprowadzi&#263; tamtejszego starego i zaufanego
+rz&#261;dc&#281;, któremu chcia&#322; Krasnostawski zda&#263; klucze kasy,
+ksi&#281;gi, i przekaza&#263; ostatnie rozporz&#261;dzenia. Z relacyi
+ch&#322;opca okaza&#322;o si&#281;, &#380;e rz&#261;dca wyjecha&#322; do
+miasteczka.</p>
+
+<p>- A pany? - spyta&#322; machinalnie Krasnostawski,
+u&#380;ywszy utartego pomi&#281;dzy ludem miejscowym wyra&#380;enia,
+oznaczaj&#261;cego w liczbie mnogiej, w&#322;a&#347;ciciela danej wioski.</p>
+
+<p>- Nykoho ne baczy&#322;! - odrzek&#322; zapytany i do­da&#322;
+zarazem, &#380;e Szmul, &#380;yd z karczmy wiejskiej, powiedzia&#322; mu,
+&#380;e pa&#324;stwo na dobre wyjechali. - Ka&#380;ut, szczo do Szczesnoi, do
+jasnoho grafa Topolsko­ho! - poinformowa&#322; znowu wyrostek.</p>
+
+<p>Na wyblad&#322;em licu s&#322;uchaj&#261;cego tych nowin
+m&#322;odzie&#324;ca zakwit&#322; rumieniec oburzenia.</p>
+
+<p>- &#321;otr!.. - zgrzytn&#261;&#322; cicho,
+niedos&#322;yszalnie przez z&#281;by. - Sna&#263; potrafi&#322; ka&#380;dego z
+osobna podej&#347;&#263;, oszuka&#263;! Prawdy nie domy&#347;li&#322; si&#281;
+nikt, widocznie...</p>
+
+<p>Wi&#281;c teraz ugaszcza wszystkich u siebie... Co za ironia
+prawdziwa! - doko&#324;czy&#322; w my&#347;li, i w&#347;ciek&#322;o&#347;&#263;
+nag&#322;a opanowa&#322;a go...</p>
+
+<p>- Czego, durniu, stoisz! - hukn&#261;&#322; w twarz pa­robczakowi,
+a&#380; zatrz&#281;s&#322;y si&#281; szyby dworku.</p>
+
+<p>- Osiod&#322;aj mi zaraz konia! - doko&#324;czy&#322; spo­kojniej
+nieco.</p>
+
+<p>Niebawem z&#322;otawy kasztan, z bia&#322;&#261;
+gwiazdk&#261; na czole, parska&#322; ochoczo pod Krasnostawskim, jad&#261;cym
+na prze&#322;aj przez pola do Gowartowa.</p>
+
+<p>Woko&#322;o niego praca wrza&#322;a. Krz&#261;taj&#261;cy
+si&#281; lud roboczy: parobcy i gospodarze k&#322;aniali si&#281; nisko
+czapkami panu plenipotentowi; czarnookie, czarno brewe mo&#322;odyce i
+dziewcz&#281;ta, w jaskrawych spód­nicach i chustkach, pozdrawia&#322;y,
+równie&#380; &#380;yczliwie m&#322;odzie&#324;ca zerkaj&#261;c z u&#347;miechem
+i lubo&#347;ci&#261; na "harnoho ch&#322;opcia*)". </p>
+
+<p>[*) Pi&#281;knego ch&#322;opca.]</p>
+
+<p>W kwadrans pó&#378;niej, Krasnostawski
+zje&#380;d&#380;a&#322; ju&#380; st&#281;pa na grobl&#281; gowartowsk&#261;...</p>
+
+<p>W g&#322;&#281;biach stawu, otoczonego zieleni&#261; parku,
+odbija&#322;y si&#281; dawniej, jak w lustrze, mleczn&#261;
+bia&#322;o&#347;ci&#261; &#347;ciany dworu. Teraz czernia&#322;y zarysy
+pogorzeliska, a tam - na górze, zgliszcza, zakopconem pa&#322;acowem skrzyd&#322;em,
+królowa&#322;y smutnie nad le&#380;&#261;cem doko&#322;a sio&#322;em...</p>
+
+<p>Je&#378;dziec odwróci&#322; oczy i wspi&#261;&#322; konia.
+Jak strza&#322;a, przelecia&#322; przez grobl&#281; i stan&#261;&#322; niebawem
+przed zamkni&#281;t&#261; wjazdow&#261; bram&#261; pa&#322;acu; tu huka&#263;
+pocz&#261;&#322;, by mu j&#261; otworzono.</p>
+
+<p>Nadbieg&#322;o kilku stajennych; oddawszy im spienionego
+konia pocz&#261;&#322; Krasnostawski wypytywa&#263; si&#281; o mieszka&#324;ców
+pa&#322;acu. Okaza&#322;o si&#281;, i&#380; dom ca&#322;y wyjecha&#322;
+nazajutrz po po&#380;arze, rankiem i bawi&#322; teraz w go&#347;cinie u
+Topolskiego, w Szcz&#281;snojej.</p>
+
+<p>- A to co? - zapyta&#322; nagle, furmana zdziwiony Krasnostawski,
+wskazuj&#261;c spicrut&#261;, na ca&#322;e stosy czego&#347;, ponakrywanego
+p&#322;achtami.</p>
+
+<p>- To, paniczu, meble z pa&#322;acu; pan ekonom kaza&#322;
+poprzykrywa&#263; tymczasem! - odpowiedzia&#322; zapytany.</p>
+
+<p>Krasnostawskiego zirytowa&#322;o to niedbalstwo,
+wzgl&#281;dem ocala&#322;ych, i cennych, a tak dobrze mu znanych, mebli
+pa&#322;acowych. Zdecydowa&#322; g&#322;o&#347;no.</p>
+
+<p>- To tak zosta&#263; nie mo&#380;e! - i ruszy&#322;
+spiesznie ku &#347;rodkowi gazonu, gdzie le&#380;a&#322;y meble. Kazawszy
+pozdejmowa&#263; w &#347;lad za tem wszystkie przykrycia i opony, ujrza&#322;,
+i&#380; mebli uratowanych by&#322;o sporo.</p>
+
+<p>- S&#261; parobcy na toku? - zapyta&#322;.</p>
+
+<p>- S&#261;... s&#261;! - po&#347;wiadczy&#322;a
+krz&#261;taj&#261;ca si&#281; woko­&#322;o niego s&#322;u&#380;ba.</p>
+
+<p>- Siergieju! - rozkaza&#322; Krasnostawski po ma&#322;o­rusku
+starszemu furmanowi, - id&#378;cie powiedzie&#263;, niech zaprz&#281;gaj&#261;
+do wozów, ile si&#281; da i zaje&#380;d&#380;aj&#261; tutaj, a gumienny, niech
+da klucze od pustej stodo&#322;y!.. Trzeba to wszystko - wskaza&#322; ruchem
+r&#281;ki meble - tam zaraz zawie&#378;&#263; tymczasem i zamkn&#261;&#263;!..</p>
+
+<p>Plenipotenta dóbr gowartowskich lubiano powszechnie i
+s&#322;uchano ch&#281;tnie.</p>
+
+<p>Natychmiast zatem furman skierowa&#322; si&#281; do gu­mien;
+wyprzedzi&#322; go ch&#322;opiec stajenny, by rozg&#322;osi&#263; pierwej
+rozkazy "panycza."</p>
+
+<p>Krasnostawski pozosta&#322; sam i uwa&#380;nie
+zacz&#261;&#322; przegl&#261;da&#263; nagromadzone meble. Tam i ówdzie
+rozpoznawa&#322; na wpó&#322; uszkodzony sprz&#281;t i przypomina&#322; sobie
+miejsce, gdzie on sta&#322; dot&#261;d w pa&#322;acu...</p>
+
+<p>Spojrza&#322; na pogorzelisko... Groz&#261; i bolesnym
+smutkiem wia&#322;o od tego zak&#261;tka - ruina zwyci&#281;sko szczerzy&#322;a
+trupi&#261; paszcz&#281;k&#281; - &#347;mia&#322;&#261; si&#281; jakby
+szyderczo...</p>
+
+<p>Z mimowolnym wstr&#281;tem, odwróci&#322; si&#281; Kra­snostawski
+i na nowo pocz&#261;&#322; przygl&#261;da&#263; si&#281;, z uwa­g&#261;,
+pa&#322;acowym sprz&#281;tom. U&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; smutnie...</p>
+
+<p>Obok na wpó&#322; p&#281;kni&#281;tego du&#380;ego
+salonowego zwierciad&#322;a, z&#322;amane tuli&#322;o si&#281; &#322;o&#380;e
+poz&#322;acane, w stylu "empire," z pokoju Oli Dzier&#380;ymirskiej.
+Tam znów jej szafa odemkni&#281;ta, z kilkoma pozostawionemi w po&#347;piechu
+sukniami - wala&#322;a si&#281; obok szcz&#261;tków pianina...</p>
+
+<p>Dziwna rzecz jednak - pomy&#347;la&#322; w tej chwi­li - jak
+sprz&#281;t przypomina cz&#322;owieka!.. Ola, Ola i jeszcze Ola!.. Widzia&#322;
+on j&#261; tu - wsz&#281;dzie, te od&#322;amy zachowa&#322;y jakby
+cz&#281;&#347;&#263; jej osoby - dusza ukocha­nej przeze&#324; kobiety
+b&#322;&#261;ka&#322;a si&#281; w nich, martwych i oboj&#281;tnych...</p>
+
+<p>M&#322;ody cz&#322;owiek znalaz&#322; wiele rzeczy nieuszko­dzonych
+prawie; niektóre z nich sam odsuwa&#322; od innych, segregowa&#322;.</p>
+
+<p>- Ooo!.. - wyrwa&#322;o mu si&#281; nagle z ust, z ubo­lewaniem.</p>
+
+<p>Przed nim, zdruzgotane, przepalone nielito&#347;ci­wie do
+po&#322;owy, le&#380;a&#322;o w pyle pi&#281;kne, ulubione biur­ko Romana,
+antyk pami&#261;tkowy, z mahoniowego drzewa, wyk&#322;adany bogato srebrem,
+subtelnie inkrusto­wany per&#322;ow&#261; mas&#261;. Krasnostawski
+zacz&#261;&#322; maca&#263; uwa&#380;nie doko&#322;a przepalony sprz&#281;t
+drogocenny. Obej­rzawszy go dok&#322;adnie, zajrza&#322; do kilku szufladek i
+skrytek.</p>
+
+<p>Lecz nagle ko&#322;o pobliskich gumien
+zat&#281;tnia&#322;o... Wykonywaj&#261;c rozkaz, nadje&#380;d&#380;a&#322;y
+ju&#380; wozy. Turkot przybli&#380;a&#322; si&#281; coraz wyra&#378;niejszy,
+dono&#347;niejszy, bli&#380;szy. Krasnostawski, zaj&#281;ty biurem,
+drgn&#261;&#322;, lecz nie na odg&#322;os wozów bynajmniej.</p>
+
+<p>To ruszona w tej chwili bezwiednie d&#322;oni&#261; jego
+zgrzytn&#281;&#322;a niebawem jaka&#347; spr&#281;&#380;yna i szufladka,
+dot&#261;d dla oka niewidzialna - roztworzy&#322;a si&#281; przed nim, a w
+niej, o, dziwo... le&#380;a&#322; oto spokojnie portfel niewielki, z
+eleganckiej, brunatno - wi&#347;niowej skóry. W rogu pugilaresu
+po&#322;yskiwa&#322;a granatów korona hrabiowska, - b&#322;yszcz&#261;c
+m&#281;tno - czerwonym ogniem. Och&#322;on&#261;wszy ze zdziwienia,
+Krasnostawski roz­&#347;mia&#322; si&#281; swobodnie i wzi&#261;&#322; portfel
+w r&#281;ce.</p>
+
+<p>W tej&#380;e chwili jednak na dziedzi&#324;cu zadudni&#322;y
+drabiniaste wozy, parobcy, zdejmuj&#261;c czapki, witali go weso&#322;o i
+dziarsko, a zeskoczywszy na ziemi&#281;, bra&#263; si&#281; zacz&#281;li do
+roboty.</p>
+
+<p>Chc&#261;c nie chc&#261;c, musia&#322; Krasnostawski
+st&#322;u­mi&#263; na razie ciekawo&#347;&#263;, i schowawszy tajemniczy
+pugilares do kieszeni, pocz&#261;&#322; energicznie wydawa&#263; rozkazy.</p>
+
+<p>Wozów by&#322;o kilkana&#347;cie. W pó&#322; godziny, plac
+przed zgliszczami pa&#322;acu opustosza&#322;; wozy, jeden za drugim,
+skierowa&#322;y si&#281; powoli ku tokowi.</p>
+
+<p>Do gumien przyjechano niebawem; przed otwar­t&#261;
+pust&#261; stodo&#322;&#261; zawrza&#322; ruch; wkrótce u&#322;o&#380;ono
+porz&#261;dnie pa&#322;acowe meble, przykryto je, drzwi zamkni&#281;to
+szczelnie i Krasnostawski, rad z ostatniego na s&#322;u&#380;bie
+spe&#322;nionego obowi&#261;zku - wyjecha&#322; z wioski.</p>
+
+<p>Pu&#347;ciwszy konia luzem, zamy&#347;lony, znalaz&#322;
+si&#281; w kwadrans pó&#378;niej w lesie, gdzie, znu&#380;ony, zsiad&#322; z konia
+i roz&#322;o&#380;y&#322; si&#281; swobodnie na murawie. Zdj&#261;wszy kapelusz
+z g&#322;owy i wci&#261;gn&#261;wszy w siebie &#347;wie­&#380;&#261;,
+aromatyczn&#261; wo&#324; boru, si&#281;gn&#261;&#322; on do kieszeni po
+pugilares, roztworzy&#322; go i pocz&#261;&#322; szpera&#263; ciekawie.</p>
+
+<p>W portfelu le&#380;a&#322;y u&#322;o&#380;one porz&#261;dnie
+banknoty, w osobnych przedzia&#322;kach rulony z&#322;ota.</p>
+
+<p>- No, no! - mrukn&#261;&#322; parokrotnie Kra­snostawski i z
+coraz wzrastaj&#261;cem zdziwieniem, pieni&#261;dze zacz&#261;&#322;
+liczy&#263; sumiennie.</p>
+
+<p>Wszystkich razem by&#322;o dwadzie&#347;cia siedm ty­si&#281;cy
+kilkaset. U&#322;o&#380;ywszy na powrót banknoty i z&#322;o­to, Krasnostawski
+portfel zamkn&#261;&#322; i spojrzawszy raz jeszcze na koron&#281; z
+granacików, potrzyma&#322; go jaki&#347; czas w d&#322;oni, poczem
+wpu&#347;ci&#322; do kieszeni. Widoczne zak&#322;opotanie malowa&#322;o
+si&#281; na jego twarzy.  Czu&#322;
+si&#281; zaambarasowanym, co czyni&#263; z tym fantem?..</p>
+
+<p>Wypada&#322;o go zwróci&#263; niezw&#322;ocznie, w
+zast&#281;p­stwie prawego w&#322;a&#347;ciciela, jego &#380;onie - Oli. Zatem
+jecha&#263; do Szcz&#281;snej osobi&#347;cie?..</p>
+
+<p>- Nigdy w &#380;yciu! - rzek&#322; g&#322;o&#347;no do
+siebie m&#322;o­dzieniec. Zas&#281;pi&#322; si&#281;. Nagle my&#347;l
+jaka&#347; nowa zro­dzi&#322;a mu si&#281; widocznie w g&#322;owie, bo
+zerwa&#322; si&#281; &#380;ywo i wskoczywszy na konia, wjecha&#322; w las
+dro&#380;yn&#261;. Wkrótce w borze rozleg&#322;y si&#281; g&#322;o&#347;ne uja­dania
+psów, i Krasnostawski, op&#281;dzaj&#261;c si&#281; od natarczywych kundli,
+wchodzi&#322; do ma&#322;ej chatki le&#347;ni­czego...</p>
+
+<p>W cha&#322;upie panowa&#322;a cisza. Rozci&#261;gni&#281;ty
+na &#322;awie, spa&#322; snem sprawiedliwego m&#281;&#380;czyzna, w sile wieku,
+barczysty, ubrany w kurt&#281; my&#347;liwsk&#261;; dubel­tówka
+le&#380;a&#322;a opodal, w k&#261;cie drzema&#322; pies legawy.</p>
+
+<p>Krasnostawski potrz&#261;sn&#261;&#322; energicznie
+ramieniem &#347;pi&#261;cego le&#347;nika. Ten ostatni zerwa&#322; si&#281;, a
+ujrzawszy plenipotenta, zawstydzony pocz&#261;&#322; b&#261;ka&#263;...</p>
+
+<p>- S&#322;ucham panicza, s&#322;ucham... Padam do nóg... Tak
+mnie jako&#347; zmroczy&#322;o... Zasn&#261;&#322;em, ale to, jak Bo­ga kocham,
+nigdy mi si&#281; nie zdarza...</p>
+
+<p>- Nic nie szkodzi, mój Rzemi&#281;cki! - uspokoi&#322; go
+natychmiast Krasnostawski, klepi&#261;c poufale po ramieniu. - Potrzebuj&#281;
+was, i to natychmiast... Pojedziecie z pieni&#281;dzmi i z listem do
+Szcz&#281;snojej, gdzie s&#261; teraz pa&#324;stwo... Ja oto teraz sam
+jad&#281; konno do domu, a wy w &#347;lad za mn&#261; id&#378;cie do Tomaszówki
+piechot&#261;. Tylko id&#378;cie&#380; zaraz!</p>
+
+<p>- Duchem, prosz&#281; panicza, duchem! - odpar&#322;
+&#380;wawo le&#347;niczy w &#347;lad za odje&#380;d&#380;aj&#261;cym.</p>
+
+<p>W pó&#322; godziny pó&#378;niej, m&#322;ody plenipotent sie­dzia&#322;
+ju&#380; przy biurku w Tomaszówce i kre&#347;li&#322; s&#322;ów par&#281; do
+pana Emila.</p>
+
+<p>Jako nic niewiedz&#261;cemu o zaj&#347;ciu z Topolskim i
+Ol&#261;, napisa&#322; &#321;ady&#380;y&#324;skiemu tylko, i&#380; musi
+niezw&#322;ocznie jecha&#263; do miasta rodzinnego na wakuj&#261;c&#261;
+intratn&#261; posad&#281;, nie chc&#261;c zamyka&#263; karyery tu­taj, bez
+widoków na przysz&#322;o&#347;&#263;...</p>
+
+<p>Nadziej&#261; otrzymania miejsca natychmiast mo­tywowa&#322;
+tak&#380;e wyjazd bez po&#380;egnania, jak i prze­sy&#322;k&#281; równie&#380;
+kluczy od kasy, ksi&#261;g rachunkowych, oraz znalezionego pugilaresu. W
+ko&#324;cu listu, Krasnostawski przeprasza&#322; pana Emila za trud i do­dawa&#322;
+sucho, &#380;e pensyi nic mu si&#281; nie nale&#380;y, bo czyni niespodziany
+zawód swym dotychczasowym chlebodawcom.</p>
+
+<p>We wrotach dziedzi&#324;ca tymczasem majaczy&#322;a ju&#380;
+barczyst&#261; posta&#263; Rzemi&#281;ckiego, pies legawy, poszczekuj&#261;c
+rado&#347;nie, wyprzedza&#322; go...</p>
+
+<p>U&#347;wiadomiwszy o czem nale&#380;a&#322;o starego
+s&#322;u­g&#281;, wr&#281;czy&#322; mu Krasnostawski: papiery, ksi&#281;gi i
+klu­cze, oraz portfel znaleziony, z nadmienieniem zawarto&#347;ci jego, a
+przerwawszy szereg utyskiwa&#324; i szczerych &#380;alów tycz&#261;cych
+si&#281; jego st&#261;d odjazdu, - wy­prawi&#322; do Szcz&#281;snej. </p>
+
+<p>Sam za&#347; do kancelaryi powróci&#322; i znu&#380;ony
+pad&#322; na otoman&#281;...</p>
+
+<p>Widocznem by&#322;o przy tem, i&#380; w mózgu jego od­bywa&#322;a
+si&#281; jaka&#347; walka...</p>
+
+<p>- Nie, nie daruj&#281;!... To ponad si&#322;y moje! -
+rzek&#322; wreszcie kilkakrotnie, urywanym szeptem, porywczo.</p>
+
+<p>- Nie daruj&#281;! - powtórzy&#322;: - On o wszystkiem
+wiedzie&#263; musi! Tak ka&#380;e sprawiedliwo&#347;&#263;, tak by&#263; musi,
+tak b&#281;dzie! - g&#322;o&#347;no ju&#380; zupe&#322;nie wyrzuci&#322; z
+siebie wzburzony, a przysun&#261;wszy fotel do biurka, si&#281;g­n&#261;&#322;
+ponownie po papier listowy, i umoczy&#322; pióro w atramencie.</p>
+
+<p>Zatrzyma&#322; si&#281;... Po chwili cisn&#261;&#322; pióro,
+wsta&#322; i znów zacz&#261;&#322; chodzi&#263; gor&#261;czkowo po pokoju.</p>
+
+<p>- Jak to? - szepta&#263; zacz&#261;&#322;. - Ja
+mia&#322;bym, niby pies sponiewierany, odej&#347;&#263; st&#261;d,
+usun&#261;&#263; si&#281;, znikn&#261;&#263;?.. Ja mia&#322;bym
+zamkn&#261;&#263; w sercu ich wspóln&#261; tajemnic&#281;, i tem samem
+ocali&#263; tego ch&#322;ystka!.. Prawda, jednak, &#380;e i o ni&#261; tu
+chodzi, najdro&#380;...  - nie
+doko&#324;czy&#322;, sponsowia&#322;...</p>
+
+<p>Nie! W nim tli&#322;a jeszcze mi&#322;o&#347;&#263; dla
+niej, ale policzek kobiety i poniewierka - zdeptana mi&#322;o&#347;&#263;­
+w&#322;asna, - wszystko by&#322;o od iskry tej silniejszem.</p>
+
+<p>W dziesi&#281;&#263; minut, m&#322;ody cz&#322;owiek
+uspokoi&#322; si&#281; zupe&#322;nie; zna&#263; z gotowym ju&#380; w
+g&#322;owie planem, list pisa&#263; pocz&#261;&#322; szybko,
+zamaszy&#347;cie...</p>
+
+<p>W ciszy pokoju rozleg&#322; si&#281; nerwowy zgrzyt pióra i
+d&#322;ugo, d&#322;ugo nie ustawa&#322;.</p>
+
+<p>Ca&#322;y &#380;al, ca&#322;&#261; gorycz na papier
+przelewa&#322; z duszy swej Krasnostawski.</p>
+
+<p>Opisa&#322; szczerze &#380;ycie w&#322;asne... I sw&#261;
+mi&#322;o&#347;&#263; ku Oli, tajon&#261; od lat pi&#281;ciu, idealn&#261;,
+czyst&#261;!.. W&#322;asne bóle cierpienia przez czas ten ca&#322;y, i ostatnie
+podejrzenia, co do Topolskiego oraz zachowanie si&#281; tych dwojga, i
+po&#380;ar pa&#322;acu wreszcie, i zdrad&#281; i noc straszn&#261; -
+wszystko!..</p>
+
+<p>List sko&#324;czy&#322;, podpisa&#322;,
+z&#322;o&#380;y&#322;, i si&#281;gn&#261;wszy po kopert&#281;,
+zaadresowa&#322;: Italia, Milano, Signor Roman Dzier&#380;ymirski, Hotel
+"Europa," Corso Vittorio Ema­nuele 9.</p>
+
+<p>Odrzuciwszy pióro, uj&#261;&#322; Krasnostawski
+g&#322;ow&#281; w d&#322;onie.</p>
+
+<p>- Sta&#322;o si&#281;!.. - szepn&#261;&#322; po chwili i
+powsta&#322;. </p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>- Nic ci&#281; ju&#380; tu nie wi&#261;&#380;e!.. -
+Jecha&#263;, jecha&#263; st&#261;d czem pr&#281;dzej! Obszaru, &#347;wiata i
+ludzi, byle nie Ukrainy i Gowartowa!..- zawrza&#322;o w nim i odemkn&#261;wszy
+drzwi, huka&#263; pocz&#261;&#322; na s&#322;u&#380;b&#281;.</p>
+
+<p>W pó&#322; godziny potem na ca&#322;ym folwarku wrza­&#322;o...
+Jak grom, spad&#322;a na wszystkich wie&#347;&#263;, &#380;e pan plenipotent,
+"panycz," wyje&#380;d&#380;a na zawsze. Zlecieli si&#281; wszyscy. W
+domu pakowano na gwa&#322;t rzeczy, daleko bowiem by&#322;o do kolei, a
+Krasnostawski - ko­niecznie chcia&#322; zd&#261;&#380;y&#263; jeszcze na
+wieczorny poci&#261;g.</p>
+
+<p>Promienie zni&#380;aj&#261;cego si&#281; s&#322;o&#324;ca
+ca&#322;owa&#322;y ju&#380; strzech&#281; i rumieni&#322;y bia&#322;e
+&#347;ciany domu, gdy odprowadzany, otoczony, ca&#322;owany po r&#281;kach
+przez czelad&#378; i s&#322;u&#380;b&#281;, &#380;egna&#322; si&#281; ze
+wszystkimi Krasnostawski, rozdawa&#322; tam i ówdzie sprz&#281;ty w&#322;asne,
+rzeczy i pie­ni&#261;dze, sam wzruszony, smutny... </p>
+
+<p>Wreszcie ulokowa&#322; si&#281; na bryczce, konie
+ruszy&#322;y, przed oczyma mign&#281;&#322;y mu ogorza&#322;e twarze
+&#380;egnaj&#261;cego go tak serdecznie ukrai&#324;skiego ludu - wro­ta
+skrzypn&#281;&#322;y &#380;a&#322;o&#347;nie po raz ostatni, i bryczka po­toczy&#322;a
+si&#281;, brz&#281;cz&#261;c, po g&#322;adkim drogowym szlaku, zgin&#261;wszy
+wkrótce w&#347;ród roztoczy &#322;anów z&#380;&#281;tego zbo&#380;a, ugorów i
+kurhanów.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Do stacyi kolejowej by&#322;o ju&#380; tylko wiorst
+par&#281;...  Czwórka Krasnostawskiego
+spuszcza&#322;a si&#281; w&#322;a&#347;nie z pochy&#322;o&#347;ci jaru na
+niepewny dziurawy drewniany mostek, gdy konie, z l&#281;kiem pocz&#281;&#322;y
+si&#281; nagle wspina&#263; cofa&#263;, nie chc&#261;c przejecha&#263; przez
+grobelk&#281;. Furman zakl&#261;&#322; po ma&#322;orusku, i parokrot­nie uderzy&#322;
+biczem konie...</p>
+
+<p>- Sta&#324;! - rzuci&#322; naraz krótko Krasnostawski i
+zeskoczy&#322; z bryczki.</p>
+
+<p>- Kto tam jide! Baczysz? - zaciekawiony zwró­ci&#322;
+si&#281; nagle do mrucz&#261;cego wci&#261;&#380; furmana, wskazu­j&#261;c
+r&#281;k&#261; zbli&#380;aj&#261;cy si&#281; na bocznym trakcie ob&#322;ok ku­rzawy.</p>
+
+<p>- A kto ich znaje!.. Pewno zwitki&#347; *) pany!­ -
+odburkn&#261;&#322; furman, który zlaz&#322;szy tak&#380;e z koz&#322;a i
+poprawiaj&#261;c uprz&#261;&#380; u koni, cz&#281;stowa&#322; w&#322;a&#347;nie
+jednego z nich energicznem w pysk uderzeniem.</p>
+
+<p>[*) Sk&#261;dsi&#347;.]</p>
+
+<p>Krasnostawski nie zauwa&#380;y&#322; tego zn&#281;cania
+si&#281; nad ulubionymi dot&#261;d przeze&#324; ko&#324;mi...</p>
+
+<p>- Dlaczego pany? - spyta&#322; z roztargnieniem, a
+pó&#378;niej zaraz w tym samym j&#281;zyku dorzuci&#322;: - A, prawda,
+poznajesz po turkocie...</p>
+
+<p>Odmienny bowiem rzeczywi&#347;cie od furkotu kó&#322; bryki,
+czy te&#380; innego poja&#378;dziku, st&#322;umiony, jednostajny i nieco
+g&#322;uchy przerywa&#322; cisz&#281; przestrzeni turkot powozowy, regularny.
+Niebawem te&#380; zgrabny faeton wy&#322;oni&#322; si&#281; z ob&#322;oków
+py&#322;u; konie siwe, w an­gielskich szorach, zaprz&#281;&#380;one w leje, i
+dwoje ludzi siedz&#261;cych na ko&#378;le, ubranych w libery&#281;
+granatow&#261;, ze z&#322;otymi guzikami.</p>
+
+<p>Zaprz&#261;g w par&#281; minut stan&#261;&#322; przy
+mo&#347;cie. Krasnostawski wyda&#322; okrzyk zdziwienia, taki sam drugi
+podpowiedzia&#322; mu z zewn&#261;trz powozu i odemkn&#261;wszy z ha&#322;asem
+drzwiczki, wyskoczy&#322; z nie­go zapylony &#321;ady&#380;y&#324;ski.</p>
+
+<p>- No, goni&#322;em pana, ale nie spodziewa&#322;em si&#281;,
+&#380;e go z&#322;api&#281;! - za&#347;mia&#322; si&#281; weso&#322;o pan Emil
+i u&#347;ci­sn&#261;&#322; wyci&#261;gni&#281;t&#261; d&#322;o&#324;
+Krasnostawskiego.</p>
+
+<p>- Witam, witam!.. - ci&#261;gn&#261;&#322; dalej. - Có&#380;
+to, bu­&#322;anki kaprysz&#261; i przez most nie chc&#261; przej&#347;&#263;?
+Obserwowa&#322;em... no, siadaj pan ze mn&#261;; zobaczysz, jak hrabiowskie
+angliki przejd&#261; spokojnie.</p>
+
+<p>&#321;ady&#380;y&#324;ski poci&#261;gn&#261;&#322;
+Krasnostawskiego do po­wozu.</p>
+
+<p>- Có&#380; to, pan tak&#380;e na kolej, czy tylko po mnie? -
+u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; Krasnostawski, nieco zmiesza­ny i zaskoczony
+widokiem pana Emila.</p>
+
+<p>- Wyje&#380;d&#380;am - odrzek&#322; ten&#380;e krótko, i
+dorzu­ci&#322; swobodnie, zauwa&#380;ywszy wyraz twarzy m&#322;odego
+cz&#322;owieka: - Nie bój si&#281; pan, nie trwó&#380;!.. Nie my&#347;l&#281;
+wcale i nie mam polecenia zawraca&#263; pana z drogi do dawnych
+obowi&#261;zków... Przeciwnie, mojem zdaniem czynisz pan bardzo dobrze, i&#380;
+rzucasz te k&#261;ty...</p>
+
+<p>W Gowartowie nie doszed&#322;by&#347; nigdy do niczego, a
+szkoda m&#322;odo&#347;&#263; swoj&#261; zamyka&#263; tu i traci&#263;!..</p>
+
+<p>I &#321;ady&#380;y&#324;ski wyci&#261;gn&#261;&#322;, przy
+tych s&#322;owach, r&#281;­k&#281; do Krasnostawskiego, a &#347;cisn&#261;wszy
+j&#261; silnie, rzek&#322; jeszcze.</p>
+
+<p>- Powinszowa&#263; mog&#281; tylko, &#380;e&#347; si&#281;
+pan otrz&#261;s&#322; ze skrupu&#322;ów, i &#380;yczy&#263; powodzenia na
+przysz&#322;o&#347;&#263;!.. </p>
+
+<p>Krasnostawski sk&#322;oni&#322; si&#281;, milcz&#261;c. Pan
+Emil za&#347;, przechodz&#261;c natychmiast na inny temat, ju&#380; mówi&#322;:</p>
+
+<p>- Wiesz pan co?.. Siadaj pan ze mn&#261;!.. Mam panu X
+rzeczy ciekawych do opowiedzenia. Có&#380;, zgoda?</p>
+
+<p>Krasnostawski us&#322;ucha&#322;; bryka cofn&#281;&#322;a
+si&#281; nie­co, a powóz, przejechawszy spokojnie przez mostek, potoczy&#322;
+si&#281; znów równo i szybko dalej.</p>
+
+<p>- S&#322;u&#380;&#281; panu! - rzeki
+&#321;ady&#380;y&#324;ski, cz&#281;stuj&#261;c Krasnostawskiego cygarem.
+Zapalili...</p>
+
+<p>Opar&#322;szy si&#281; wygodnie o poduszki i
+zaci&#261;gn&#261;w­szy cygarem, pan Emil rzek&#322;.</p>
+
+<p>- Nadstawiaj pan uszu!... Tandem t&#281;dy, za­czynam...</p>
+
+<p>- S&#322;ucham, s&#322;ucham! - potwierdzi&#322;
+m&#322;odzieniec, kontent w duszy, &#380;e go co&#347;, cho&#263; na
+chwil&#281;, odrywa od smutnych my&#347;li.</p>
+
+<p>- Przedstaw pan sobie zatem, panie kochany, &#380;e
+jeste&#347; w teatrze na jednoaktowej szaradzie. Uwa&#380;a pan: sza - ra -
+dzie...</p>
+
+<p>Rzecz dzieje si&#281;, mówi&#261;c w&#322;a&#347;ciwym
+stylem, za naszych czasów, na Ukrainie, w Szcz&#281;snojej, maj&#261;tku grafa
+Topola - Topolskiego. Popo&#322;udniowa, przedobiednia godzina - cisza...
+Pa&#322;ac pogr&#261;&#380;ony w milcze­niu... W tej samej jednak chwili
+stoj&#261;cy na ganku strzelec, w pokornym zgi&#281;ty uk&#322;onie, podaje
+co&#347; m&#281;&#380;­czy&#378;nie, ubranemu w smoking. Mówi&#261;c nawiasem ­to
+ja - u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; pan Emil, po chwili
+ci&#261;gn&#261;&#322; dalej:</p>
+
+<p>- Kurtyna spada, nast&#281;puje ods&#322;ona druga: Sala
+portretowa jadalna, do sto&#322;u zasiada ze trzy­dzie&#347;ci eleganckich
+osób... Jedno tylko krzes&#322;o wolne... Wchodzi ten sam m&#281;&#380;czyzna w
+smokingu, trzymaj&#261;c co&#347; w r&#281;ku. Wita tam i ówdzie osób
+par&#281;, zbli&#380;a si&#281; do m&#322;odej nadobnej damy i wr&#281;cza jej z
+uk&#322;onem portfel, mówi&#261;c co&#347; obja&#347;niaj&#261;co... Nagle
+siedz&#261;cy obok sam "graf" zrywa si&#281; od sto&#322;u, jak
+oparzony, i robi&#261;c arcyg&#322;upi&#261; min&#281;, wpatruje si&#281; w
+portfel... Zaintrygowanie ogólne, sytuacya jednak wyja&#347;nia si&#281;
+wkrótce...</p>
+
+<p>W tej chwili spojrzawszy na zas&#322;uchanego to­warzysza,
+pan Emil roz&#347;mia&#322; si&#281; serdecznie.</p>
+
+<p>- No, dosy&#263; ma ju&#380; pan tych efektów scenicz­nych,
+doko&#324;cz&#281; panu zatem t&#281; szarad&#281; zwyczajnemi tylko
+s&#322;owy...</p>
+
+<p>- Dziwi pana zapewne - mówi&#322; dalej, - arcy­g&#322;upia
+mina Topolsia, gdy ujrza&#322; portfel, z po&#322;ysku­j&#261;c&#261;
+koron&#261;, symbolem jego wielko&#347;ci!..</p>
+
+<p>- Otó&#380; w tem ma si&#281; rzecz ca&#322;a, &#380;e
+portfel ten nie Dzier&#380;ymirskiego, i nie jego pieni&#261;dze, ani pani Oli,
+lecz, ni plus ni minus, tylko Topolskiego...</p>
+
+<p>- Nie mo&#380;e by&#263;! - wykrzykn&#261;&#322;
+Krasnostawski, szczerze zdziwiony.</p>
+
+<p>- No, có&#380;! szarada dobra... co? - rzuci&#322;
+weso&#322;o &#321;ady&#380;y&#324;ski.</p>
+
+<p>- Niez&#322;a - u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; z kolei
+m&#322;odzieniec - bo dot&#261;d przynajmniej nic a nic jej nie rozumiem. </p>
+
+<p>- Cierpliwo&#347;ci! Zaraz pan pojmiesz wszyst­ko -
+uspakaja&#263; zacz&#261;&#322; pan Emil swego s&#322;uchacza.</p>
+
+<p>- Zapali&#263; musimy poprzednio cygara, bo i pa&#324;­skie
+zgas&#322;o, nieprawda&#380;? - rzek&#322; w &#347;lad za tem, a wydobywszy
+zapa&#322;ki, zapali&#263; jedn&#261; z nich usi&#322;owa&#322;, lecz wietrzyk
+swawolny zgasi&#322; mu j&#261; i nast&#281;pnych kilka. - Sapristi! -
+zakl&#261;&#322; z cicha. - Sta&#324;cie-no, hej! tam! - krzykn&#261;&#322; na
+furmana.</p>
+
+<p>Konie zatrzymane stan&#281;&#322;y; wspomagany przez
+m&#322;odego plenipotenta, &#321;ady&#380;y&#324;ski zapali&#322; wreszcie cy­garo,
+a podniós&#322;szy g&#322;ow&#281;, spojrza&#322; przed siebie.</p>
+
+<p>- Có&#380; to? Wy&#380;yczpol? - zapyta&#322;
+s&#322;u&#380;by.</p>
+
+<p>- A tak, prosz&#281; ja&#347;nie pana! - potwierdzi&#322;
+lokaj, zdejmuj&#261;c liberyjn&#261; czapk&#281;.</p>
+
+<p>- Tiens, tiens, widzi pan jak to czas leci - zwróci&#322;
+si&#281; do Krasnostawskiego; - za jakie pó&#322; go­dziny b&#281;dziemy na
+stacyi, patrz pan, - i wskaza&#322; r&#281;­k&#261; krajobraz.</p>
+
+<p>B&#322;yszcz&#261;c w mroku, l&#347;ni&#322;a si&#281;
+opodal wst&#281;ga rzeki, na górze malowniczo rozrzucone do&#347;&#263;
+du&#380;e miasteczko mruga&#322;o dziesi&#261;tkami &#347;wiate&#322;ek...</p>
+
+<p>- Jecha&#263;! - rozkaza&#322; &#321;ady&#380;y&#324;ski.</p>
+
+<p>Powóz ruszy&#322;; pan Emil, po chwili milczenia,
+przemówi&#322; nagle:</p>
+
+<p>- Przepraszam stokrotnie, &#380;e widz&#261;c cieka­wo&#347;&#263;
+w oczach pa&#324;skich, nie ko&#324;cz&#281; opowiadania... Pozwolisz pan,
+&#380;e mu zadam dwa pytania: czy masz pan dobr&#261; pami&#281;&#263; i
+dok&#261;d pan jedziesz?</p>
+
+<p>- Jad&#281; do rodzinnego miasta, a pami&#281;&#263; mam
+wyborn&#261;! - u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; Krasnostawski.</p>
+
+<p>- Otó&#380; to - bardzo dobrze. Napisa&#322;em, bo widzi
+pan, list do Romana, ze szczegó&#322;owym opisem tego, co teraz tu opowiadam.
+Mam pami&#281;&#263; jednak fataln&#261;... Zapomn&#281; listu wrzuci&#263; na
+pewno! Mój panie kochany, we&#378; go i wrzu&#263; na dworcu... Có&#380;,
+dobrze? Przy tych s&#322;owach, &#321;ady&#380;y&#324;ski wyj&#261;&#322;
+pospiesznie z surduta gruby list i poda&#322; go Krasnostawskie­mu. Ten machinalnie
+schowa&#322; go do kieszeni, gdzie spoczywa&#322;o i jego do Romana pismo.</p>
+
+<p>- No, wi&#281;c ko&#324;cz&#281;!.. - zaci&#261;gaj&#261;c
+si&#281; dymem, rzek&#322; pan Emil.</p>
+
+<p>- S&#322;ucham i to bardzo ciekawie - przerwa&#322; z
+zainteresowaniem Krasnostawski.</p>
+
+<p>- Dziwi&#322; wi&#281;c pana fakt, - ci&#261;gn&#261;&#322;
+&#321;ady&#380;y&#324;ski - &#380;e pugilares i tysi&#261;czki s&#261;
+w&#322;asno&#347;ci&#261; hrabicza, cho&#263; znalaz&#322;y si&#281; w
+szufladzie Romka?.. W tem s&#281;k w&#322;a&#347;nie, &#380;e Topolski
+dzi&#347; dopiero przekona&#322; si&#281;, i&#380; s&#261; one w innem,
+ni&#380; przypuszcza&#322;, r&#281;ku.</p>
+
+<p>Wyobra&#378; pan sobie bowiem, jaki by&#322; przebieg zguby
+tych pieni&#281;dzy...</p>
+
+<p>- Temu lat sze&#347;&#263;, czy o&#347;m, Topolski mia&#322;
+przyja­ció&#322;k&#281; w teatralnych sferach.. Otó&#380; pewnego wieczora,
+zaprzysi&#281;gaj&#261;c sobie w duszy uroczy&#347;cie, &#380;e pu&#347;ci w
+tr&#261;­b&#281; swoj&#261; magnifik&#281;, idzie Topolski do niej na ostatnie
+randez vous... Naturalnie w kieszeni kilka tysi&#261;czków maj&#261;c w zapasie
+- &#321;ady&#380;y&#324;ski urwa&#322;, za&#347;mia&#322; si&#281; i  pu&#347;ciwszy z ust kó&#322;ko dymu,
+mówi&#322; dalej.</p>
+
+<p>- Lecz i tym razem spotyka pana na Szcz&#281;snojej
+niepowodzenie... Nadobna córa Melpomeny nie chce nawet s&#322;ysze&#263; o
+rozstaniu... Scena wi&#281;c z tego naturalnie, p&#322;acze! On przeprasza
+-  ona w ko&#324;cu daje si&#281;
+przeb&#322;aga&#263; - amor vincens tuszuje wreszcie wszystko!..</p>
+
+<p>Pan Emil odsapn&#261;&#322; - i swobodnie po chwili
+ci&#261;g­n&#261;&#322; dalej:</p>
+
+<p>- Nad ranem, z mi&#322;o&#347;ci&#261; gruntownie
+odegrzan&#261; w sercu, przysi&#281;gaj&#261;c sobie, i&#380; przyjació&#322;ki
+nie porzuci nigdy, powraca Topolski do siebie... Nagle, dotkn&#261;wszy
+si&#281; kieszeni surduta, nie znajduje tam - pugilaresu! Ona, ta
+nieprzejednana, zagra&#322;a z nim komedy&#281;; za ma&#322;o jej by&#322;o
+dziewi&#281;ciu tysi&#281;cy, które jej pono dawa&#322;, najbezczelniej okrad&#322;a
+go wi&#281;c, po prostu na ca&#322;e dwadzie&#347;cia i siedm, znajduj&#261;ce
+si&#281; w portfelu.</p>
+
+<p>Topolski jednak wobec powy&#380;szego faktu, po
+g&#322;&#281;bszem wnikni&#281;ciu w siebie, decyduje, &#380;e b&#261;d&#378;
+co b&#261;d&#378; pozby&#322; si&#281; baby...</p>
+
+<p>Oddychaj&#261;c zatem pe&#322;n&#261; piersi&#261; -
+swobodny wy­je&#380;d&#380;a do dóbr swych "krzy&#380;yk na
+&#347;wi&#347;ni&#281;tym pugilaresie postawiwszy" - jak powiedzieliby
+bracia nasi, Litwini...</p>
+
+<p>Tu pan Emil przerwa&#322; opowie&#347;&#263; raz jeszcze,
+zapali&#322; na nowo zgas&#322;e cygaro i ko&#324;czy&#322;.</p>
+
+<p>- Od tej chwili min&#281;&#322;o lat o&#347;m, a tych dwoje
+nie widzia&#322;o si&#281; wcale.</p>
+
+<p>Sko&#324;czy&#322;em...</p>
+
+<p>&#321;ady&#380;y&#324;ski odetchn&#261;&#322; i umilk&#322;.</p>
+
+<p>- Dzi&#281;kuj&#281; panu za opowiadanie -
+po&#347;pieszy&#322; z odpowiedzi&#261;, Krasnostawski. - Rzeczywi&#347;cie,
+szara­da prawdziwa... Ale w Szcz&#281;snojej zdziwienie by­&#322;o wielkie?</p>
+
+<p>- Ogromne! - odpar&#322; pan Emil. - Notabene, wyobra&#378;
+pan sobie, w Szcz&#281;snojej pe&#322;no go&#347;ci... Mieszka tam wi&#281;c
+stale: primo jaka&#347; powa&#380;na wielce krewna Topolskiego, zapewne
+dlatego, by do ka­walerskiej siedziby pana na Szcz&#281;snojej mog&#322;y
+przybywa&#263; i damy; secundo, prócz m&#281;skiego towarzystwa,
+przyby&#322;ego niespodzianie z kolei dzi&#347; z rana - a w których to gronie
+nie brakowa&#322;o i jednego prezesa, spo­&#322;ecznego kole&#380;ki Romana -
+znajdowa&#322;o si&#281; te&#380; w sie­dzibie Topolska kilka osób, które
+przyjecha&#322;y spe­cyalnie do naszych: pa&#324;, z kondolency&#261; po
+po&#380;arze.</p>
+
+<p>Wi&#281;c powiadam panu! - mówi&#322; weso&#322;o dalej
+&#321;ady&#380;y&#324;ski - gdy to co mówi&#322;em, nam, m&#281;&#380;­czyznom,
+opowiedzia&#322; Topolski po kolacyi przy cygarze, i kiedy wiadomo&#347;&#263;
+ta do pa&#324; si&#281; przedosta&#322;a, Topolski zosta&#322; bohaterem
+dnia!..</p>
+
+<p>- No, a pani Ola nic o istnieniu tego por­tfelu nie wiedzia&#322;a?</p>
+
+<p>- Ale&#380;, nic zupe&#322;nie! - podchwyci&#322;
+&#321;ady&#380;y&#324;ski. Tem wi&#281;ksze zaintrygowanie, domys&#322;y!..
+Wszyscy, a szczególniej panie, wsiad&#322;y na mnie, bym natychmiast
+opisa&#322; to wszystko Romanowi, chcia&#322;y nawet, bym specyalnie w tej
+sprawie pojecha&#322; do niego... Prezes za&#347;, ksi&#261;&#380;e
+Szyd&#322;owiecki, zrobi&#322; nawet w li&#347;cie moim dopisek, &#380;eby
+Romek powiadomi&#322; go telegra­ficznie o swym przyje&#378;dzie, to on wyprawi
+wówczas raut na cze&#347;&#263; jego i Topolskiego, jako bohaterów tej
+zagadkowej sprawy... Jednem s&#322;owem, powiadam pa­nu - komedya...</p>
+
+<p>&#321;ady&#380;y&#324;ski mówi&#263; przesta&#322;,
+strzepuj&#261;c popió&#322; z cygara. Lecz trwa&#322;o to krótko...</p>
+
+<p>Rozmowa wkrótce potoczy&#322;a si&#281; znowu b&#322;ysko­tliwa,
+lekka...</p>
+
+<p>A powóz tymczasem dudni&#322; w&#322;a&#347;nie teraz po
+mo&#347;cie, rzuconym przez rzek&#281;, i wtoczy&#322; si&#281; w w&#261;s­kie
+brudne uliczki &#380;ydowskiego miasteczka; niebawem wymin&#261;&#322; je i
+znalaz&#322; si&#281; na szerokim trakcie, prowadz&#261;cym do kolejowego
+dworca.</p>
+
+<p>Jednocze&#347;nie w oddali ukaza&#322;y si&#281; trzy
+gorej&#261;­ce &#347;wiat&#322;a: - to poci&#261;g zbli&#380;a&#322; si&#281;
+ju&#380; do stacyi. Pierwszy dojrza&#322; go Krasnostawski. Si&#281;gn&#261;&#322;
+szybko po zegarek i spojrza&#322;:</p>
+
+<p>- Oho, ju&#380; po dziewi&#261;tej! to pa&#324;ski
+poci&#261;g...  </p>
+
+<p>- Do djaska! - z&#380;ymn&#261;&#322; si&#281; pan Emil i -
+wyt&#281;­&#380;y&#322; wzrok w kierunku poci&#261;gu.</p>
+
+<p>- Janie! galopem! - krzykn&#261;&#322;, zwracaj&#261;c
+si&#281; energicznie do furmana... Dam ci na mohorycz... nocowa&#263; tu ani
+my&#347;l&#281;!.. Mo&#380;e zd&#261;&#380;ymy! Jazda, a ostro!..</p>
+
+<p>Stangret trzasn&#261;&#322; z bicza, czwórka
+pu&#347;ci&#322;a si&#281; p&#281;dem po g&#322;adkim szlaku.</p>
+
+<p>Zziajane ju&#380; konie, galopuj&#261;c, sapa&#322;y i tak
+do­jechano a&#380; pod sztachety drewniane, okalaj&#261;ce stacy&#281;... Tu
+pe&#322;no ju&#380; by&#322;o wozów, bryk, obywatelskich czwórek,
+oczekuj&#261;cych na swych panów.</p>
+
+<p>Gdy elegancki ekwipa&#380; pana Emila wtoczy&#322; si&#281;
+na brukowany placyk przed stacy&#261;, jednocze&#347;nie na platformie
+rozleg&#322; si&#281; dzwonek i wpad&#322; tam, z hukiem poci&#261;g,
+zatrzymuj&#261;cy si&#281; tu tylko par&#281; minut. </p>
+
+<p>- Zuch z ciebie! - pochwali&#322; &#321;ady&#380;y&#324;ski
+fur­mana, i rzuciwszy mu pó&#322;imperya&#322;a, wyskoczy&#322; szyb­ko.
+Rzeczy, przytwierdzone za powozem, odwi&#261;zy­wano ju&#380;; dwaj panowie,
+zarz&#261;dziwszy po&#347;piech, pobiegli do sali.</p>
+
+<p>Tu ruch panowa&#322; nielada..­</p>
+
+<p>Pasa&#380;erowie przyjezdni wysypywali si&#281; z wa­gonów i
+t&#322;oczyli do wn&#281;trza dworca; jad&#261;cy kupowali bilety,
+s&#322;u&#380;ba kolejowa nosi&#322;a r&#281;czne baga&#380;e, zdawa&#322;a
+kufry, biega&#322;a gor&#261;czkowo, kr&#281;ci&#322;a si&#281;, jak w ukropie.</p>
+
+<p>Przecisn&#261;wszy si&#281; energicznie przez t&#322;um, pan
+Emil zdoby&#322; bilet pierwszej klasy i w minut&#281; potem, wychylony z
+wagonowego okna, rozmawia&#322; z &#380;egna­j&#261;cym go Krasnostawskim.</p>
+
+<p>Uderzy&#322; trzykrotnie dzwonek, konduktor gwizd­n&#261;&#322;,
+lokomotywa odpowiedzia&#322;a mu przeci&#261;gle - poci&#261;g ruszy&#322;
+powoli z miejsca.</p>
+
+<p>- Do widzenia!... Powodzenia na nowej dro­dze &#380;ycia!..-
+mówi&#322; pan Emil, u&#347;miechaj&#261;c si&#281; przy­ja&#378;nie,
+serdecznie &#347;ciskaj&#261;c d&#322;o&#324; Krasnostawskiego.</p>
+
+<p>Ten ostatni za&#347;, widocznie pod wp&#322;ywem ja­kiej&#347;
+nag&#322;ej my&#347;li, pu&#347;ci&#322; szybko r&#281;k&#281;
+&#321;ady&#380;y&#324;skie­go, sk&#322;oni&#322; si&#281;, i wydobywszy szybko
+z kieszeni dwa listy, podbieg&#322; ku uchodz&#261;cemu wagonowi pocztowe­mu.
+Dogoni&#322; go i zr&#281;cznie wrzuci&#322; w otwór w&#322;a­&#347;ciwy oba
+pisma.</p>
+
+<p>- Addio... dzi&#281;kuj&#281;! - pos&#322;ysza&#322; jeszcze
+g&#322;os pana Emila, i poci&#261;g znik&#322; niebawem. </p>
+
+<p>Krasnostawski pozosta&#322; sam. Nast&#281;pny poci&#261;g
+mia&#322; przyj&#347;&#263; ju&#380; wkrótce, poszed&#322; wi&#281;c do kasy,
+ku­pi&#322; bilet, a wróciwszy na platform&#281;, usiad&#322; na &#322;aweczce
+samotny.</p>
+
+<p>Zamy&#347;li&#322; si&#281;...</p>
+
+<p>Poza nim zamyka&#322; si&#281; teraz na zawsze jeden okres
+dotychczasowego jego &#380;ycia.</p>
+
+<p>P&#322;atny s&#322;uga bogatszych od siebie ludzi
+z&#380;y&#322; si&#281; on jednak, zbrata&#322; z ich &#380;yciem - z nimi... I
+po co?.. Po to, by obrachunek ten po&#380;ycia wspólnego zako&#324;czy&#263;
+tak marnie?.. </p>
+
+<p>Krasnostawski pochyli&#322; g&#322;ow&#281;, uj&#261;wszy
+j&#261; w d&#322;o­nie. Jaki&#347; bunt mimowolny podnosi&#322; si&#281; w nim
+przeciwko &#380;yciu, losowi i ironii jego.</p>
+
+<p>Po co tu przyby&#322; lat temu kilka, po co przywi&#261;­za&#322;
+si&#281; do tego cudzego k&#261;tka ziemi, po co tak gor&#261;­co ukocha&#322;
+Ol&#281;?</p>
+
+<p>Dlaczego to wcielenie wdzi&#281;ku, czaru, wiosny, ­mi&#322;o&#347;ci
+i pi&#281;kna, w osobie tej kobiety, stan&#281;&#322;o, jak cie&#324;
+niepochwytne, na drodze jego &#380;ycia?..</p>
+
+<p>Krasnostawski pochyli&#322; si&#281; bardziej jeszcze i
+d&#322;ugi czas pozosta&#322; nieruchomy.</p>
+
+<p>Nagle drgn&#261;&#322; ca&#322;em cia&#322;em i
+podniós&#322; g&#322;ow&#281;. Gwizd dono&#347;ny przeszy&#322; powietrze, na
+dworzec z hukiem, szumem, w k&#322;&#281;bach pary wpad&#322; poci&#261;g
+kuryerski.</p>
+
+<p>Krasnostawski pocz&#261;&#322; szuka&#263; miejsca w wago­nach.
+Ulokowawszy si&#281; wreszcie, zbli&#380;y&#322; si&#281; do okna wagonu i
+wyjrza&#322;.</p>
+
+<p>Zamykano ju&#380; w&#322;a&#347;nie z po&#347;piechem
+drzwiczki, w&#347;ród zgie&#322;ku rozlega&#322; si&#281; trzeci dzwonek. </p>
+
+<p>Krasnostawski ostatniem spojrzeniem smutnem obj&#261;&#322;
+raz jeszcze wszystko i cofn&#261;&#322; si&#281; w g&#322;&#261;b wagonu...</p>
+
+<p>Zagra&#322;a w tej&#380;e chwili tr&#261;bka dro&#380;nika,
+mig­n&#281;&#322;y latarnie sygna&#322;ów i poci&#261;g kuryerski znik&#322;,
+poch&#322;oni&#281;ty cieniami nocy.</p>
+
+<p>Na dworcu zago&#347;ci&#322; znowu spokój. Wszyscy rozeszli
+si&#281; teraz na dobre, pogaszono latarnie, a w oknach stacyi niebawem równie&#380;
+znik&#322;y &#347;wiat&#322;a.</p>
+
+<p>Na bagnach chór &#380;abi gra&#322; tylko sw&#261;
+pie&#347;&#324; jednostajn&#261; gdzie&#347; w dali, w pobliskim lesie
+s&#322;ysze&#263; si&#281; dawa&#322;y jakie&#347;, szmery i senna noc cicha,
+zasiad&#322;­szy, jak królowa, na tronie z tkanego z&#322;otem szafiru -
+rozpostar&#322;a panowanie nad &#347;wiatem...</p>
+
+<p>Cisza zupe&#322;na zaw&#322;adn&#281;&#322;a okolic&#261;.</p>
+
+<p>Mierz&#261;c tylko mkn&#261;cy chy&#380;o czas, olbrzymi ze­gar
+stacyjny wydzwania&#322; godziny miarowo...</p>
+
+<p>W milczeniu ogólnem, jak szept cz&#322;owieka, g&#322;os
+jego odzywa&#322; si&#281; bezustannie:</p>
+
+<p>Tik - tak! tik - tak! tik - tak!..</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<center>-------------</center>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>W centrum Medyolanu, na placu "Del Duomo," w
+powodzi jaskrawych promieni upalnego, ko&#324;cz&#261;ce­go si&#281; ju&#380;
+popo&#322;udnia, leniwie snu&#322;y si&#281; po chodni­kach sylwetki niezbyt
+licznych przechodniów, kryj&#261;c si&#281; od s&#322;o&#324;ca pod kolumny
+frontowe i oszklon&#261; ga­lery&#281; "Vittorio Emanuele."</p>
+
+<p>Woko&#322;o klombów, zajmuj&#261;cych &#347;rodek placu, i
+otaczaj&#261;cych stoj&#261;cy tam pomnik, kr&#281;ci&#322;y si&#281;
+jednostajnie elektryczne tramwaje, dzwoni&#261;c co chwila, rozbiegaj&#261;c
+si&#281; i gin&#261;c w sieci ulic miasta, sam za&#347; na koniu majestatyczny
+Wiktor Emanuel II, z br&#261;zu, z piedesta&#322;u pomnika, wpatrywa&#263;
+si&#281; zdawa&#322; cie­kawie w otwarte drzwi króluj&#261;cego tu na placu ka­tedralnego
+tumu, poci&#261;gaj&#261;cego z oddali tajemnicz&#261; wej&#347;cia
+g&#322;&#281;bin&#261;... Koronkowej roboty marmurowe jego &#347;ciany, dach,
+kilkadziesi&#261;t wie&#380;yc i zdobi&#261;ce go statuy, w liczbie oko&#322;o
+dwóch tysi&#281;cy, wznosi&#322;y si&#281; dumnie, i wystrzela&#322;y wysoko w
+niebo w&#322;oskie, sza­firowe, czyste, zadziwiaj&#261;c misternem wyko&#324;­czeniem,
+daj&#261;c sob&#261; najlepsze nie&#347;miertelne &#347;wia­dectwo genialnej
+pracy cz&#322;owieka.</p>
+
+<p>Po marmurowych stopniach schodów tej oka­za&#322;ej,
+gotyckiej katedry, mog&#261;cej w swojem wn&#281;trzu pomie&#347;ci&#263; do
+40,000 ludzi, co chwila wchodzi&#322; kto&#347; do jej &#347;rodka, lub
+wychodzi&#322; na ulic&#281; - z koj&#261;cej ciszy &#347;wi&#261;tyni
+wpadaj&#261;c nagle w ha&#322;a&#347;liwy wir miasta, i natr&#281;ctwo jego
+mieszka&#324;ców, w osobie spaceru­j&#261;cego po trotuarze tu&#380; ko&#322;o
+tumu przekupnia, ci­sn&#261;cego w r&#281;ce ka&#380;demu gwa&#322;tem
+mozaikowe wy­roby weneckie.</p>
+
+<p>- Uno liro, signore, solamente uno liro! - na pó&#322;
+rozpaczliwym, na pó&#322; przekonywaj&#261;cym g&#322;osem napiera&#322;
+si&#281; w&#322;a&#347;nie ten ostatni, &#347;niady W&#322;och, o prze­bieg&#322;em
+spojrzeniu, i trzymaj&#261;c w r&#281;ku jak&#261;&#347; podej­rzanej roboty
+broszk&#281;, zagradza&#322; drog&#281; m&#322;odemu m&#281;&#380;czy&#378;nie,
+wst&#281;puj&#261;cemu, w zamy&#347;leniu; po stopniach katedry.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski przystan&#261;&#322;; podniós&#322;
+g&#322;ow&#281;, i spoj­rza&#322; w oczy natr&#281;towi, a &#380;achn&#261;wszy
+si&#281; niecierpliwie, rzuci&#322; mu co&#347; energicznie po w&#322;osku.
+Przest&#261;­piwszy próg ko&#347;cio&#322;a, zdj&#261;&#322; kapelusz i
+odetchn&#261;&#322; z ulg&#261;.</p>
+
+<p>Przyjemnym ch&#322;odem w przeciwstawieniu do
+panuj&#261;cego na dworze upa&#322;u; powia&#322;o na&#324; z wn&#281;trza tumu
+i milczeniem skupionem, powagi i - majestatu pe&#322;nem... Cie&#324;, pustka i
+tajemniczo&#347;&#263; niewyt&#322;uma­czona obj&#281;&#322;y go zarazem
+niepodzielnie. W ciszy; po mozaykowej posadzce, z marmuru, dono&#347;nie,
+rozleg&#322;y si&#281; kroki Romana.</p>
+
+<p>Poza amfilad&#261; 52 kolumn olbrzymich, kolosów,
+szesna&#347;cie kroków ka&#380;da obchodu maj&#261;cych - w perspektywie,
+daleko, widnia&#322; wielki o&#322;tarz, chór i rz&#281;dy plecionych
+krzese&#322;ek &#347;wieci&#322;y przy­&#263;mionym blaskiem kolorowe
+szk&#322;a okien, ponad g&#322;o­w&#261; za&#347; Dzier&#380;ymirskiego,
+opieku&#324;czo jakby, wznosi­&#322;y si&#281; marmurowo wynios&#322;e gotyckie
+arkady; z wierzcho&#322;ków kolumn, zdobi&#261;c je grupami ka&#380;d&#261; z
+osobna, patrzy&#322;y na niego dziesi&#261;tki statuetek ma&#322;ych...</p>
+
+<p>Odblask s&#322;oneczny dotkn&#261;&#322; delikatnie
+pi&#281;knych rysów przybysza, jego smag&#322;ych policzków, wypuk&#322;e­go
+czo&#322;a, i o&#347;wietli&#322; je przelotnie.. Ra&#380;ony
+&#347;wiat&#322;em w oczy, Roman usun&#261;&#322; si&#281; w cie&#324;, i
+spu&#347;ciwszy g&#322;o­w&#281; na piersi, zaduma&#322; si&#281;
+g&#322;&#281;boko.</p>
+
+<p>Godzin temu dwie zaledwie odebra&#322; jednocze­&#347;nie
+dwa listy...</p>
+
+<p>Pierwszy od Emila &#321;ady&#380;y&#324;skiego, sarkastycz­no
+- szyderski, opisuj&#261;cy mu szczegó&#322;owo i swobodnie fakt znalezienia
+pugilaresu, - powali&#322; go w pierwszej chwili, niby uderzenie obucha.</p>
+
+<p>Drugi, przepe&#322;ni&#322; miar&#281; jeszcze!..</p>
+
+<p>Ze s&#322;ów tak szczerych, i&#380; nie mog&#322;y
+nasun&#261;&#263; nawet momentalnej w&#261;tpliwo&#347;ci, wyrwanych prosto z
+bolej&#261;cej duszy ludzkiej, dowiedzia&#322; si&#281; Dzier&#380;y­mirski o
+zdradzie Oli...</p>
+
+<p>Chwili tej nie zapomni do grobu!..</p>
+
+<p>Otch&#322;a&#324;, zda si&#281;, g&#322;&#281;boka i
+bezdenna rozwar&#322;a mu si&#281; pod stopami, dusi&#263; go w gardle
+pocz&#281;&#322;o, w g&#322;owie powsta&#322; zam&#281;t - w piersiach dotkliwy
+ból!.. Wybieg&#322; jak nieprzytomny na ulic&#281;...
+Pó&#322;ob&#322;&#261;kany prawie przyby&#322; pod stopnie marmurów katedry ­po
+ukojenie...</p>
+
+<p>Za progiem &#347;wi&#261;tyni, rzeczywi&#347;cie cudem po
+prostu jakim&#347;, powróci&#322;a mu samowiedza i wzgl&#281;dna równowaga
+umys&#322;owa..</p>
+
+<p>I oto teraz Roman porz&#261;dkowa&#263; zaczyna uci&#261;­&#380;liwie
+my&#347;li. Wzrok jego machinalnie b&#322;&#261;dzi po wspania&#322;ych
+freskach, z dzie&#322;ami mistrzów, o&#322;tarzach, marmurowych rze&#378;bach i
+pomnikach, zatrzymuje si&#281; instynktownie na siedmioramiennym kandelabrze ol­brzymim,
+kosztownej roboty, w kszta&#322;cie drzewa... Potem oczy jego spoczywaj&#261;
+bezmy&#347;lnie na kopule, przed chórem i znajduj&#261;cej si&#281; pod
+ni&#261; podziemnej kaplicy &#347;wi&#281;tego Karola Boromeusza, ozdobionej bo­gato
+drogimi kamieniami i z&#322;otem...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski si&#281;ga nagle do kieszeni i wyj­muje
+otrzymane listy... usi&#322;uje przeczyta&#263; je po raz wtóry...</p>
+
+<p>Przed nim, prze&#347;wiecane b&#322;y&#347;ni&#281;ciem
+s&#322;o&#324;ca, zmatowanym blaskiem &#322;agodnie &#347;wiec&#261; w
+zmierzchach katedry wspania&#322;e trzy okna chóru, jak mó­wi&#261;,
+najwi&#281;ksze na &#347;wiecie ca&#322;ym.</p>
+
+<p>Niby &#380;ywe, patrz&#261; na Romana z okiennych wi­tryn
+miniaturowe postacie &#347;wi&#281;tych; malowane barwnie na szkle, na
+ma&#322;ych kwadratowych tafelkach - 350 obok siebie reprodukcyj scen
+religijnych, wzo­rowanych na najs&#322;awniejszych mistrzach wychyla si&#281;,
+p&#322;onie setkami kolorów i cieni...</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski wypuszcza listy z r&#281;ki i ukrywa
+twarz w d&#322;onie...</p>
+
+<p>Pod wp&#322;ywem bowiem jednego rzutu oka tylko na pisma,
+cierpienie bezbrze&#380;ne i rozpacz t&#322;ocz&#261;c&#261; fa­l&#261;
+zalewaj&#261; mu dusz&#281;...</p>
+
+<p>Wi&#281;c zdradzi&#322;a go!.. Zdradzi&#322;a nikczemnie,
+dla zmys&#322;owego upojenia - dla sza&#322;u!.. Zdepta&#322;a jego
+mi&#322;o&#347;&#263;, uczucia, oszuka&#322;a go - zapomnia&#322;a!..</p>
+
+<p>Wi&#281;c takim ironii zgrzytem nagradza jego los szyderca,
+za to, co dla kobiety tej niegdy&#347; uczyni&#322;!..</p>
+
+<p>Ale&#380; on dla niej przecie&#380; po&#347;wi&#281;ci&#322;
+wszystko!.. Siebie odda&#322;!.. Sw&#261; cze&#347;&#263;, uczciwo&#347;&#263;
+- sumienie!.. </p>
+
+<p>- Przez ciebie wszystko tom uczyni&#322;, przez ciebie! - g&#322;uchy
+j&#281;k unosi pier&#347; m&#281;&#380;czyzny. - O, Olu!.. Olu!.. przez
+ciebie!..</p>
+
+<p>I milknie skarga...</p>
+
+<p>A potem niezrozumia&#322;ego ju&#380; co&#347; co&#347;
+tylko, nie­dos&#322;yszalnego poczynaj&#261; naraz szepta&#263; cicho do siebie
+Dzier&#380;ymirskiego usta.</p>
+
+<p>Kl&#281;ka i jakie&#347; bóle i &#380;ale
+p&#322;yn&#261;&#263; si&#281; zdaj&#261; pod strop milcz&#261;cego tumu,
+biegn&#261; trwo&#380;nie pod wynio­s&#322;e jego arkady, odbijaj&#261;
+si&#281; o statuy, rze&#378;by i pomniki - na kolana padaj&#261; u o&#322;tarzy
+- lec&#261;, tam, gdzie&#347; wysoko... do Boga!..</p>
+
+<p>Lecz oto nagle spokój &#347;wi&#261;tyni brutalnie prze­rwanym
+zostaje...</p>
+
+<p>- Yes, yes, yes!.. - odzywa si&#281; co chwila i dowcipy
+francuskie wtóruj&#261; angielszczy&#378;nie, - z przewodnikami Baedeker'a w
+r&#281;ku przesuwa si&#281; tu&#380; ko&#322;o Romana garstka osób, z udanem
+znawstwem ogl&#261;daj&#261;c wszystkie zabytki tumu.</p>
+
+<p>Gwarz&#261;c weso&#322;o, dziel&#261; si&#281; tury&#347;ci
+na dwie po&#322;owy. Jedna z nich zmierza zobaczy&#263; wn&#281;trze ka­plicy
+&#347;w. Karola Boromeusza, druga, pobrz&#281;kuj&#261;c pieni&#281;dzmi,
+kupuje niebawem prawo obejrzenia da­chu katedry, przy stoliku, postawionym we
+wn&#281;trzu &#347;wi&#261;tyni, na prawo, w g&#322;&#281;bi, u wej&#347;cia do
+prowadz&#261;cych tam&#380;e schodów.</p>
+
+<p>Roman powstaje i z ko&#347;cio&#322;a uchodzi po&#347;piesz­nie.
+Na ulicy wskakuje do doro&#380;ki, i rzuca g&#322;o&#347;no jaki&#347; rozkaz
+wo&#378;nicy.</p>
+
+<p>Powozik rusza... Stopniowo, coraz szybciej wymija ulice,
+uliczki, place targowe; staro&#380;ytne ko­&#347;cio&#322;y i pa&#322;ace...
+Ruch miejski woko&#322;o zmniejsza&#263; si&#281; poczyna i powóz
+wje&#380;d&#380;a niebawem w szerok&#261; alej&#281;, gdzie, oprócz
+biegn&#261;cych gdzieniegdzie tram­wai, nie ma zgo&#322;a nikogo.</p>
+
+<p>W &#347;lad za tem równie&#380; roztwiera si&#281; perspek­tywa...</p>
+
+<p>Poza obszernym placem, bieleje kwadrat wiel­kiej kolumnady,
+ziele&#324; &#347;wie&#380;a ramuje j&#261; wdzi&#281;cznie. To ju&#380; miasto
+umar&#322;ych, - jeden z najpi&#281;kniejszych w&#322;oskich pomnikowych
+cmentarzy, medyola&#324;skie "Ci­mitero Monumentale."</p>
+
+<p>Powóz podje&#380;d&#380;a bli&#380;ej nieco,
+Dzier&#380;ymirski wysiada i id&#261;c piechot&#261;, kieruje si&#281; ku
+rysuj&#261;cej si&#281; teraz ca&#322;kiem ju&#380; wyra&#378;nie i okazale,
+cmentarnej kolumnadzie wej&#347;ciowej. Krocz&#261;c za&#347; tak po­woli,
+my&#347;li: Nareszcie... tu, u grobu matki, dadz&#261; mi spokój przynajmniej
+ludzie!.. Tu zdob&#281;d&#281; samotno&#347;ci chwil&#281; z jej prochami tylko
+i z samym sob&#261;!..</p>
+
+<p>Wst&#281;puj&#261;c po stopniach schodów, Dzier&#380;ymir­ski
+znajduje si&#281; niebawem pod dachem kolumnady, kwadratowym frantom,
+ozdobionym wie&#380;ycami, zamykaj&#261;cej z zewn&#261;trz widok i
+wej&#347;cie na cmentarz.</p>
+
+<p>U stóp Romana obecnie, w potokach s&#322;onecz­nych
+promieni, na tle zieleni gaju, bielej&#261; setki marmurów, wystrzelaj&#261; w
+niebo dziesi&#261;tki gotyckich wie&#380;yczek, mauzoleów i pomników...</p>
+
+<p>Nie patrz&#261;c nawet na nie, oboj&#281;tny, Dzier&#380;y­mirski,
+skr&#281;ca w lewo, a wzrok jego przesuwa si&#281; machinalnie po ma&#322;ych
+zadrukowanych tabliczkach marmurowych wprawionych g&#281;sto obok siebie w
+&#347;cian&#281; kolumnady, a oznaczaj&#261;cych miejsce trumienek, z
+popio&#322;ami nieboszczyków.</p>
+
+<p>I Roman w ten sposób dochodzi do k&#261;ta fron­towego
+czworoboku, widz&#261;c za&#347; naprzeciw siebie mur, skr&#281;ca, id&#261;c
+wci&#261;&#380; jeszcze pod dachem kolumnady, pos&#322;usznie, na prawo...</p>
+
+<p>Zadumany, mija wprawiony w &#347;cian&#281; pomnik rodziny
+Volonte, pe&#322;ny artyzmu, pi&#281;kny bardzo w oddaniu grozy i bólu...</p>
+
+<p>Na cia&#322;o ju&#380; oto martwe pi&#281;knego
+m&#281;&#380;czyzny i le&#380;&#261;ce w po&#347;cieli na &#322;o&#380;u z
+kamienia, w zgi&#281;ciu bolesnem postaci ca&#322;ej, rzucona w szale rozpaczy,
+kl&#281;czy m&#322;oda kobieta i ca&#322;uje drog&#261; dla si&#281; twarz
+zmar&#322;ego... Ca&#322;uje, pie&#347;ci w zapami&#281;taniu &#347;lepem,
+upojeniu strasznem, bo ostatniego, a nieodwo&#322;alnego ju&#380;
+po&#380;egnania!..</p>
+
+<p>Roman, wszed&#322;szy po schodach bocznego skrzyd­&#322;a
+kolumnady, jest ju&#380; na cmentarzu.</p>
+
+<p>Idzie wolno, kieruj&#261;c si&#281; bezwiednie alej&#261;
+zna­n&#261;, wiod&#261;c&#261; ku mogile matczynej.</p>
+
+<p>Wko&#322;o niego wznosz&#261; si&#281; zewsz&#261;d
+wspania&#322;e grobowce: Verazzich, Sonzognich, Nasonich, Turatich,
+Brambillich, Pagnonich i innych w&#322;oskich rodzin i rodów. Pie&#347;cide&#322;ka
+kamieniarskiej, rze&#378;biarskiej i budowlanej roboty, mauzolea, w
+kszta&#322;cie go­tyckich kapliczek, z pi&#281;knymi o&#322;tarzykami,
+mozayk&#261;, obrazami i innemi ozdobami wewn&#261;trz &#347;liczne, od­cinaj&#261;
+si&#281; licznie na tle zieleni drzew cmentarza... Po wsze strony za&#347;,
+gdzie okiem rzuci&#263; tylko, w tych wszystkich bia&#322;ych grobowych
+sylwetach po­chwycony artystycznie, w kamie&#324; martwy i marmury
+rze&#378;biarskim d&#322;utem zakuty, dr&#380;y, zdawa&#322;o by si&#281;
+wsz&#281;dzie... ból!..</p>
+
+<p>S&#322;o&#324;ce, zni&#380;aj&#261;ce si&#281; ju&#380;
+stopniowo coraz bar­dziej, z&#322;oci teraz rz&#281;si&#347;cie rój
+bia&#322;ych postaci... W pobli&#380;u Dzier&#380;ymirskiego, z kraw&#281;dzi
+od&#322;amu - na wpó&#322; obros&#322;ego zieleni&#261;, a doskonale imitowanej
+ska&#322;y gór­skiej - z jej szczytu, iskrz&#261;cy si&#281; w blaskach
+s&#322;o&#324;ca, spogl&#261;da wynio&#347;le doko&#322;a wspania&#322;y
+orze&#322; z bromu.</p>
+
+<p>To odznaczaj&#261;cy si&#281; od drugich
+oryginalno&#347;ci&#261; pomys&#322;u, grobowiec Poggich...</p>
+
+<p>Dalej za&#347; nieco pomnik rodziny Rusconi; rze&#378;­ba
+kobiety, o oczach, pe&#322;nych wyrazu, wpatrzonej smutnie w dal, z testamentem
+nieboszczyka w r&#281;ku, na którym wyryte widniej&#261; zapisy..</p>
+
+<p>W innej znów stronie, wdowa w pó&#322;le&#380;&#261;cej po­zycyi,
+zap&#322;akana; twarzy jej nie wida&#263; wcale - ukry­ta w d&#322;onie.
+Ca&#322;a posta&#263; wyra&#380;a ból niezmierny.</p>
+
+<p>W swej w&#347;ród grobowców w&#281;drówce, Dzier&#380;y­mirski
+przystaje nagle... W zamy&#347;leniu - zb&#322;&#261;dzi&#322;...
+Oryentuj&#261;c si&#281;, zawraca, i ponownie mija mnóstwo grobowców,
+okazalszych, skromniejszych - przechodzi mimo pi&#281;knego nader pomnika.</p>
+
+<p>Na grób z marmuru rzucona du&#380;a kotwica; pod
+krzy&#380;em siedzi na mogile anio&#322;-kobieta, o prze&#347;licznym wyrazie
+twarzy, pogr&#261;&#380;ona w smutnem zamy­&#347;leniu, z wie&#324;cem w
+d&#322;oni...</p>
+
+<p>Niebawem, tu&#380; obok id&#261;cego wci&#261;&#380; Romana,
+wyrasta znów pomnik z kamienia. Na wierzcho&#322;ku jego, z r&#281;koma
+wzniesionemi do góry, modli si&#281; wielki Anio&#322;, z pi&#281;knymi bardzo
+rysami twarzy, u stóp grobu kl&#281;czy kobieta, ze wzrokiem spuszczonym
+wdzi&#281;cznie, w ekstazie jakby bólu, odziana ca&#322;a w zwoje subtelnie
+odrze&#378;bionych koronek.</p>
+
+<p>Wkrótce przed grobowcem, banalnym nieco, a w porównaniu z
+innymi nader skromnym, Dzier&#380;ymirski pochyla si&#281;, zdejmuje kapelusz i
+kl&#281;ka, opar&#322;szy g&#322;ow&#281; o zimny kamie&#324; pomnika Na gro­bie
+wyrze&#378;biony subtelnie w bia&#322;ym marmurze biust pi&#281;knej kobiety,
+oczyma wielkiemi, pe&#322;nemi wy­razu, z odcieniem lito&#347;ci, czy bólu,
+patrze&#263; si&#281; zdaje badawczo na pochylon&#261; posta&#263; i
+g&#322;ow&#281; m&#281;&#380;czyzny...</p>
+
+<p>Tymczasem rozsiana doko&#322;a cisza, tchn&#261;ca spo­kojem,
+momentalnie ukaja&#263; poczyna Romana. Z cha­osu, dotychczas panuj&#261;cego
+mu w mózgu, jedna po drugiej wy&#322;aniaj&#261; si&#281; doniesione mu fakta,
+ustawiaj&#261; rz&#281;dem w symetryczn&#261; ca&#322;o&#347;&#263; i niby
+ogniwa, logik&#261;, rozumu spojone, wi&#261;&#380;&#261; si&#281; ze
+sob&#261;, grupuj&#261;...</p>
+
+<p>I kara &#380;ycia, nieub&#322;agana, zimna, cho&#263;
+moralna tylko, staje Dzier&#380;ymirskiemu teraz przed oczyma wyra&#378;nie...</p>
+
+<p>Pozornie otrzyma&#322; on wszystko: W obliczu &#347;wiata
+pozosta&#322; bezkarnym; by&#322; bogatym, wp&#322;ywo­wym i wielkim,
+k&#322;aniano mu si&#281;, &#380;ebrano jego &#322;aski, protekcyi.</p>
+
+<p>&#379;ycie ca&#322;e dot&#261;d opromienia&#322;a mu Ola
+mi&#322;o&#347;ci&#261; sw&#261;, bez granic...</p>
+
+<p>Posiada&#322; skarb najwi&#281;kszy - kocha&#322; i by&#322;
+ko­chanym...</p>
+
+<p>To by&#322;o wczoraj jeszcze, a dzi&#347;?..
+Dzier&#380;ymirski, pod ci&#281;&#380;arem cierpienia, pochy­li&#322; si&#281;
+w tej chwili bardziej jeszcze, skuli&#322; si&#281;, zma­la&#322;...</p>
+
+<p>I w jasnowidzeniu jakby nag&#322;em, ujrza&#322; on
+równocze&#347;nie, co innego jeszcze...</p>
+
+<p>Przysz&#322;o&#347;&#263; w&#322;asn&#261;!..</p>
+
+<p>On wi&#281;c, w spo&#322;ecze&#324;stwie swem jeden z pierw­szych
+niemal; on, stoj&#261;cy na jego &#347;wieczniku, nie ska&#380;ony moralnie,
+"na zewn&#261;trz" - niczem, sponiewierany mo&#380;e, zbrukany
+pos&#261;dzeniem, lub domys&#322;ami, a wreszcie, - kto wie, czy nie
+stoj&#261;cy w obliczu t&#322;u­mów, pod pr&#281;gierzem prawdy, tajonej
+skrycie do dzi&#347; dnia na dnie duszy?</p>
+
+<p>- O Bo&#380;e!.. Bo&#380;e! - j&#281;k mimowolny wydoby­wa
+si&#281; z piersi Romana, oczy za&#347; jego wznosz&#261; si&#281;
+jednocze&#347;nie i spotykaj&#261; na grobie, z wizerunkiem matczynym. Oblicze
+rodzicielki patrzy teraz na nie­go, z wyra&#378;nem wspó&#322;czuciem,
+wspó&#322;boleje z nim jakby. Jak &#380;ywa, spogl&#261;da na Romana matczyna,
+twarz smutna; kilka kropelek rosy, czy deszczu, ukrytych dot&#261;d w
+za&#322;omach kamienia, sp&#322;ywa nagle po wykutem obliczu pi&#281;knej
+kobiety...</p>
+
+<p>Zachodz&#261;ce s&#322;o&#324;ce zakrwawia je swym
+blaskiem... </p>
+
+<p>I krwi&#261; oto serdeczn&#261;, zdaje si&#281; matka
+p&#322;aka&#263; nad synem - &#322;zami lito&#347;ci i bólu.</p>
+
+<p>A Roman jednocze&#347;nie, w porywie cierpienia,
+wyci&#261;ga ramiona do rze&#378;by twarzy drogiej, obejmu­je niemi
+g&#322;ow&#281; z marmuru i krzy&#380; pomnika, a do­tkn&#261;wszy czo&#322;em
+czo&#322;a matki, szepce co&#347; jak dziecko, kwili...</p>
+
+<p>-  Matko...
+mate&#324;ko! - s&#322;ycha&#263; dok&#322;adnie, i ci­cha skarga z piersi mu
+si&#281; wyrywa! Z b­ólem jutra, &#322;&#261;czy si&#281; w nim zarazem
+jaki&#347; bunt niewyt&#322;umaczony do &#347;wiata, do ludzi - do &#380;y­cia!...
+I w szepcie s&#322;ów urywanych, zmieszanych, wymówka wnet cierpka
+s&#322;ysze&#263; si&#281; daje.</p>
+
+<p>- Matko! - szepcze Roman, z wyrzutem. - Dla­czego&#380;
+&#380;e po tobie odziedziczy&#322;em gor&#261;c&#261; krew tej ziemi? Czemu,
+ach, czemu, z mlekiem twem wyssa&#322;em zapalczywy ogie&#324; pragnie&#324;,
+zmys&#322;owego sza&#322;u, który zniweczy&#322; we mnie wszystko, któremu
+oprze&#263; si&#281; nie zdo&#322;a&#322;em, i upad&#322;em tak nisko... tak...
+nisko!</p>
+
+<p>Nie mog&#322;em odmówi&#263; sobie posiadania kobiety,
+któr&#261; ukocha&#322;em, bo w &#380;y&#322;ach mych p&#322;on&#281;&#322;a,
+jak la­wa twych, matko, ojczystych wulkanów, krew dzieci po&#322;udnia, bo
+natura ich gwa&#322;towna, przewrotna, bez niez&#322;omnych uczciwo&#347;ci
+zasad, zakorzeni&#322;a si&#281; w mej istocie... Podepta&#322;em wszystko...
+wszystko...</p>
+
+<p>- Matko, ty&#347; temu niewinna, ja wiem, ty&#347; nie­winna!
+- skar&#380;y&#322; si&#281; dalej Roman, przepraszaj&#261;c jak­by, - ale,
+czemu&#380; twym wp&#322;ywem, kiedy ojca straci&#322;em tak wcze&#347;nie, nie
+stara&#322;a&#347; si&#281; z&#322;agodzi&#263; we mnie tej natury narodu
+twego? Dlaczego nie mog&#322;a&#347; wy­t&#281;pi&#263; ze mnie z&#322;ego
+ziarna? Czemu?.. czemu?.. czemu?..</p>
+
+<p>I pytanie to Dzier&#380;ymirskiego ostatnie, rozpa­czliwe,
+ulecia&#322;o, pó&#322;pokorne, pó&#322;gro&#378;ne jakby i za­mar&#322;o w
+ciszy!</p>
+
+<p>A rodzicielka Romana mówi&#322;a pi&#281;knym, wyrazi­stym w
+bia&#322;ej rze&#378;bie wzrokiem - odpowiada&#322;a mu, zda si&#281;
+równie&#380;:</p>
+
+<p>- Nie blu&#378;nij, synu, nie rozpaczaj!.. Nie ja tu
+winnam!.. Wierz mi!.. Czyni&#322;am, co mog&#322;am... Wpaja&#322;am w tw&#261;
+dusz&#281; niez&#322;omne zasady, wzmacnia&#322;am twój umys&#322;, twe serce!
+Nie miej &#380;alu do mnie, me dzieci&#281;!.. Popsu&#322; si&#281; &#347;wiat,
+co skala, zbruka niejedno swem b&#322;otem!.. Zb&#322;&#261;dzi&#322;e&#347;...</p>
+
+<p>A tymczasem zbiela&#322;e usta Dzier&#380;ymirskiego,
+wij&#261;cego si&#281; wci&#261;&#380; u stóp grobowca, w bólu i
+niepewno&#347;ci jutra, zaszepta&#322;y znów rozpaczliwie, z cicha...</p>
+
+<p>- Co czyni&#263;? co czyni&#263;? - Wszak tam wszyscy
+czekaj&#261; teraz ode mnie wyja&#347;nienia o pieni&#281;&#380;nej zgubie,
+którego da&#263; im, niestety, nie potrafi&#281;. Có&#380; im powiem? co
+wymy&#347;l&#281;, a zreszt&#261;, có&#380; mi po tem? Gdybym po wysi&#322;ku
+mózgowym i znalaz&#322; mo&#380;e prze­m&#261;dre nawet rozwi&#261;zanie jakie,
+czy&#380; nie takiem sa­mem, nie do zniesienia piek&#322;em, sta&#322;oby
+si&#281; to mo­je jutro! - odpowiada&#322;y w duchu Romana: bezmierne
+zniech&#281;cenie i gorycz.</p>
+
+<p>- W ci&#261;g&#322;ej, podwójnej jeszcze, ni&#380;
+dot&#261;d, obawie skandalu, z tajon&#261;, t&#322;umion&#261; w duszy tajem­nic&#261;,
+bez mi&#322;o&#347;ci, bez niej, bez Oli, sam, opuszczony, z widmem wyrzutu
+sumienia?.. - Nie! - wyrzuci&#322; z sie­bie Dzier&#380;ymirski, z moc&#261;. -
+Ja tak &#380;y&#263; nie potrafi&#281;!.. </p>
+
+<p>Szept urywany Romana usta&#322;. Tul&#261;c wci&#261;&#380;
+w ramionach ciemny marmur grobowca, mil­cz&#261;c&#261; sna&#263; ju&#380;
+teraz z rodzicielk&#261; sw&#261;, a mo&#380;e i z Panem Wszechrzeczy,
+prowadzi&#322; on rozmow&#281;.</p>
+
+<p>Nagle jednak w st&#322;oczonej piersi Romana cier­pienia
+d&#322;u&#380;ej nie zdo&#322;a&#322;o ju&#380; si&#281; ukry&#263; - spazmem
+&#322;kania wydoby&#322;o si&#281; na zewn&#261;trz!</p>
+
+<p>Milczenie cmentarnego zacisza wstrz&#261;sn&#261;&#322;
+p&#322;acz m&#281;ski, przejmuj&#261;cy, g&#322;&#281;boki i przykrem nader
+echem rozleg&#322; si&#281; doko&#322;a.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<center>**********************************************************</center>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>A tymczasem nad Medyola&#324;skiom przepi&#281;knem
+"Campo Santo," w ca&#322;em swym majestacie zachodzi&#322;o
+s&#322;o&#324;ce...</p>
+
+<p>Mieni&#322;y si&#281; w odblaskach jego dachy i wie­&#380;yczki
+licznych kapliczek, mauzoleów; przez koloro­we w&#261;skie szyby okienek, drzwi
+i kraty w&#347;lizgiwa&#322;a si&#281; wewn&#261;trz ich cicho czerwie&#324;
+promieni, pe&#322;za&#322;a po mozayce posadzek, muska&#322;a ubrane
+wdzi&#281;cznie kwiatami o&#322;tarzyki, kandelabry, pos&#261;gi i pi&#281;kne
+&#347;wi&#281;­tych obrazy...</p>
+
+<p>Wspania&#322;a wej&#347;ciowa kolumnada iskrzy&#322;a
+si&#281; równie&#380; t&#281;cz&#261; blasków; &#347;ciany, dach i
+wie&#380;yczki po&#322;o&#380;onego na drugim ko&#324;cu cmentarza "Tempio
+di Cre­matione" gorza&#322;y p&#261;sow&#261; gr&#261;
+&#347;wiat&#322;a...</p>
+
+<p>A mleczno-bia&#322;e, ciche i zadumane dot&#261;d sennie
+pos&#261;gi pomników ockn&#281;&#322;y si&#281; po prostu jakby
+o&#380;y&#322;y... </p>
+
+<p>Kszta&#322;ty ich, misternie w kamieniu wykute, ry­sy,
+odrze&#378;bione, przebudzi&#322;y si&#281; niby z martwoty dotychczasowej na
+drobn&#261;, przelotn&#261; chwilk&#281; - na mgnienie!..</p>
+
+<p>I nie s&#261; to ju&#380; allegoryczne postacie, ni
+podobizny zmar&#322;ych dawno - nie, to wszak &#380;ywi ludzie, z krwi i ko&#347;ci!
+Cia&#322;o ich przecie&#380;, zaró&#380;owione leciutko, dr&#380;e&#263; oto
+zda si&#281;, porusza&#263;, w &#380;y&#322;ach krew p&#322;ynie, usta co&#347;
+mówi&#261;, a oczy ich, rysy, wyrazu pe&#322;ne, bolej&#261;, p&#322;acz&#261;,
+smuc&#261; si&#281; - my&#347;l&#261;!..</p>
+
+<p>Patrzcie... patrzcie!..</p>
+
+<p>Tam, na, wspania&#322;ym grobowcu, po obu stro­nach siedz&#261;cej
+na szczycie, zadumanej symbolicz­nej postaci kobiecej, dwaj anio&#322;owie
+zalewaj&#261; si&#281; gorzkiemi &#322;zami, szlochaj&#261;!.. Tu znów, przy
+innym pomniku, po stopniach jego porusza si&#281;, kroczy wzwy&#380; niewiasta
+m&#322;oda, - ku dwóm pos&#261;gom, stoj&#261;cym na górze grobowca, prowadzi
+ch&#322;opczyka, &#347;licznot&#281;, w którego d&#322;oni zaci&#347;ni&#281;ty
+kwiatuszek si&#281; chwieje... A tam, znów dalej, w innej stronie...</p>
+
+<p>W otwarte drzwi ma&#322;ego mauzoleum, po stopniach schodów
+wchodzi wolno, szeleszcz&#261;c jakby fa&#322;dami swej sukni, ze spuszczonym
+wzrokiem - w trzymany w d&#322;oni ró&#380;aniec wpatrzona, cudnej
+pi&#281;kno&#347;ci kobieta...</p>
+
+<p>I tak dalej, i tak dalej...</p>
+
+<p>Dziesi&#261;tki bia&#322;oskrzyd&#322;ych anio&#322;ów, wdów
+bolej&#261;cych, za&#322;amuj&#261;cych d&#322;onie, tarzaj&#261;cych si&#281;
+gwa&#322;tow­nie, czy te&#380; 
+pogr&#261;&#380;onych w martwocie rozpaczy, - setki biustów, postaci -
+zda si&#281;, w cmentarnej ciszy nuc&#261; oto hymn bólu, w zgodnym akordzie z
+piersi jak­by wyrzucaj&#261; wszechogólny krzyk cierpienia!..</p>
+
+<p>A promienie zachodu zni&#380;aj&#261; si&#281; tymczasem
+coraz bardziej... </p>
+
+<p>Purpura ich ciemnieje w ko&#324;cu, niebawem ni­kn&#261;&#263;
+powoli zaczyna tam i ówdzie. Zak&#261;tki cmentarza dalsze, pod murem,
+stoj&#261; ju&#380; w cieniach - &#347;rodkowe k&#261;pi&#261; si&#281; jeszcze
+w ostatnich po&#380;egnalnych drgnieniach czerwieni i z&#322;ota...</p>
+
+<p>Woko&#322;o kl&#281;cz&#261;cego Romana, i obejmuj&#261;cego
+wci&#261;&#380; w jednej i tej samej pozycyi pomnik, z pos&#261;giem matczynym,
+pal&#261; si&#281; w ca&#322;ej pe&#322;ni jeszcze do­gasaj&#261;co
+s&#322;o&#324;ca blaski.</p>
+
+<p>Dzier&#380;ymirski, szukaj&#261;c dalej ulgi w cierpieniu,
+jak nieprzytomny, wci&#261;&#380; szepcze co&#347; niezrozumia&#322;ego do
+sk&#261;panej w purpurze promieni rze&#378;by z marmuru... I niebawem, w ciszy,
+przerywanej tylko &#322;a­godnym szmerem poruszanych u drzew li&#347;ci,
+dr&#380;e&#263; g&#322;o&#347;niej znów skarga poczyna.</p>
+
+<p>- Nie, matko! - szepce Roman - nie, matko! zrozum mnie, nie
+ga&#324;!.. Ja tam, do nich wróci&#263; nie mog&#281;, to przechodzi si&#322;y
+moje!.. Wszak ja jego, ko­chanka Oli - t&#322;umaczy si&#281; dalej
+Dzier&#380;ymirski - jego, mego wroga, zabi&#263; powinienem! A jak&#380;e ja
+to uczy­ni&#281;? Przecie&#380; oczyszcza&#263; pojedynkiem nawet mego honoru
+nie mog&#281;! - z gorycz&#261; w g&#322;osie, niby &#380;ywej osobie,
+perswaduje Roman, coraz ciszej, z&#322;amanym szeptem... - Zrozum,
+mate&#324;ko!.. Nie... mog&#281;!..</p>
+
+<p>Milknie na chwil&#281;, poczem urywanym g&#322;osem, z
+beznadziejn&#261; rozpacz&#261;, mówi, zwierza si&#281; jeszcze... - Tak,
+mate&#324;ko! bo honoru wszak ja... sam... nie... posiadam!..</p>
+
+<p>I Dzier&#380;ymirski ko&#324;czy g&#322;ucho: - On w twarz
+mi to rzuci&#263; mo&#380;e, je&#347;li si&#281; dowie o wszystkiem, a wtedy?..
+Nie, matko! - powtarza g&#322;o&#347;niej Roman nie &#380;&#261;daj tego ode
+mnie! - Ja, z pi&#281;tnem pogardy na czole, bez czci tych t&#322;umów, które
+ujarzmi&#322;em - &#380;y&#263; nie potrafi&#281;!..</p>
+
+<p>A szczególniej z jej... Oli mo&#380;liw&#261; pogard&#261; -
+bez jej uczucia &#380;y&#263; - nie mog&#281;!..</p>
+
+<p>I tem ko&#324;czy spowied&#378; przed rodzicielk&#261; syn
+zbola&#322;y, a po chwili dorzuca, z moc&#261;. - I... nie chc&#281;!!!</p>
+
+<p>Milknie Dzier&#380;ymirski, twarzy nie odrywa jed­nak od
+marmuru grobowca, pogr&#261;&#380;ywszy si&#281; w ja­kiem&#347;
+pó&#322;odr&#281;twieniu g&#322;&#281;bokiem.</p>
+
+<p>A wko&#322;o niego tymczasem ga&#347;nie ju&#380;
+ca&#322;kiem &#322;una zachodu... Jak przed chwil&#261;, niby dotkni&#281;te
+czarown&#261; ró&#380;d&#380;k&#261;, o&#380;ywia&#322;y si&#281; pos&#261;gi z
+marmurów, tak teraz kolejno do martwoty swej powracaj&#261;.</p>
+
+<p>Po&#322;o&#380;ony tylko tu&#380; obok Dzier&#380;ymirskiego
+symboliczny grobowiec ja&#347;nieje jeszcze... Na wpó&#322; ró&#380;owy od
+blasków czerwonych, blednie&#263; oto w&#322;a&#347;nie coraz bardziej poczyna ­w
+ty&#322; przegi&#281;ty, eteryczny i wielki na grobie tym anio&#322; z marmuru,
+o rysach przecudnych, o rysach kobiecych, dziwnie nadziemsko zadumanych, a po­staci
+ca&#322;ej wiotkiej i ustawionej na piedestale w ten sposób w powietrzu
+unosi&#322; si&#281;, lecia&#322;...</p>
+
+<p>Anio&#322; patrze&#263; si&#281; zdaje na Romana, ze
+wspó&#322;czuciem, spod rz&#281;s spuszczonych, oczyma &#380;yj&#261;cego jakby
+ducha. Nad urn&#261;, któr&#261; trzyma w d&#322;oniach i tuli do piersi  i unie&#347;&#263; z sob&#261; jakby pragnie
+w za&#347;wiaty, odrze&#378;biony, pal&#261;cy si&#281; ognik p&#322;onie
+rzeczywistem &#347;wiat&#322;em, pieszczony ostatnim promyczkiem ­s&#322;o&#324;ca!..</p>
+
+<p>Wreszcie i on zupe&#322;nie ga&#347;nie.</p>
+
+<p>Korowód wieczornych cieni z mrokiem, wodzem na czele, wsuwa
+si&#281; teraz cicho na "Campo-Santo" i welonem szarym wkrótce
+przes&#322;ania z wolna wszystko... W oczekiwaniu jutrzenki ró&#380;anej, która
+ich znowu przebudzi - zasypiaj&#261;, symbole snu wiecznego, marmurowe
+rze&#378;by bia&#322;e, doczesn&#261; zda si&#281; tylko drzemk&#261;...</p>
+
+<p>Stopniowo &#347;cieraj&#261; si&#281; zarysy pos&#261;gów,
+kapliczek, mauzoleów...</p>
+
+<p>Zmierzch  ciemnieje.
+&#346;wi&#281;c&#261;c swój tryumf, a &#347;mier&#263; s&#322;o&#324;ca po
+coraz bardziej mrocznych zak&#261;tkach "Cimitero" cienie wieczoru
+pl&#261;saj&#261; ju&#380; obecnie swobodnie ca&#322;kiem - dru&#380;yna ich
+weseli si&#281;, ta&#324;czy, pusta, skracaj&#261;c godziny do przyj&#347;cia
+nocy-w&#322;adczyni.</p>
+
+<p> Po pewnym czasie
+jednak staje si&#281; w&#347;ród tego grona jej paziów co&#347;
+niew&#261;tpliwie szczególnego bardzo... Wszystkie sylwety bowiem
+bawi&#261;cych si&#281; cie­ni &#322;&#261;cz&#261; si&#281; oto w jedn&#261;
+grup&#281;, zwartem ko&#322;em ota­czaj&#261;c który&#347; z licznych
+grobowców.</p>
+
+<p>Obejmuj&#261;c ramionami krzy&#380; i pos&#261;g marmu­rowy,
+kl&#281;czy tu nieruchomo, zlewaj&#261;ca si&#281; pra­wie z pomnikiem,
+pochylona, bia&#322;a sylwetka m&#281;&#380;czyzny... Cienie pochylaj&#261;
+si&#281; ciekawie nad ni&#261;, do­tykaj&#261; jej cia&#322;a,
+zagl&#261;daj&#261; w twarz, dziwnie blad&#261;. </p>
+
+<p>I raptownie szept jaki&#347; trwo&#380;ny przelatuje po
+szeregu paziów nocy... Bezradni stoj&#261; wci&#261;&#380; gromadk&#261;,
+przel&#281;knieni czem&#347; jakby, przej&#281;ci, cisi... Niektórzy z nich
+nawet za&#322;amuj&#261; r&#281;ce, drudzy kr&#281;c&#261; z niedowierzaniem
+g&#322;owami - inni wpatruj&#261; si&#281; smut­nie w majacz&#261;c&#261;
+posta&#263; ludzk&#261;.</p>
+
+<p>Nagle ko&#322;o ich rozprz&#281;ga si&#281; gwa&#322;townie,
+milk­n&#261; - pozostawiaj&#261; w zapomnieniu zupe&#322;nem pomnik i
+znajduj&#261;cego si&#281; u stóp jego cz&#322;owieka. Momentalnie, szybko,
+ustawiaj&#261; si&#281; sk&#322;adnie w dwa szeregi, pochylaj&#261; z
+gracy&#261; i pokor&#261;, szacunku pe&#322;n&#261;, w po­witalnym
+uk&#322;onie...</p>
+
+<p>To pani ich i królowa - Noc, strojna, wspa­nia&#322;a z
+wy&#380;yn na ziemi&#281; zest&#261;pi&#322;a w&#322;a&#347;nie w tej chwili, w
+czarnym swym p&#322;aszczu i w gwiazd aureoli.</p>
+
+<center>--------------</center>
+
+<p>Poranek sierpniowy u&#347;miecha&#322; si&#281; tego dnia
+rado&#347;nie do t&#281;tni&#261;cego zwyk&#322;ym ruchem wielkiego miasta.
+Pogodny, jasny, niós&#322; on jednak w powie­wach swych, ch&#322;odniejszych
+ju&#380; nieco i &#347;wie&#380;szych, zapowied&#378;  id&#261;cej wczesnej jesieni, tej czarownej, pi&#281;knej jesieni
+polskiej, tak zadumanej zda si&#281; i marz&#261;cej cicho, po otulonych
+mg&#322;ami p&#322;aszczyznach i tak pe&#322;nej porywaj&#261;cej sob&#261;
+t&#281;sknoty.</p>
+
+<p>Na jednej z g&#322;ównych ulic miasta uwijano si&#281;
+&#380;wawo. Przechodnie, wszyscy skwapliwie spiesz&#261;cy w jedn&#261;
+stron&#281;, wymijali si&#281; gor&#261;czkowo, dzwoni&#322;y tramwaje,
+doro&#380;ki turkota&#322;y g&#322;o&#347;no - lekko, z cicha przesuwa&#322;y
+si&#281; liczne, na gumowych ko&#322;ach, ekwipa&#380;e i karety,
+d&#261;&#380;&#261;c równie&#380; w tym&#380;e, co i piesi, kie­runku.</p>
+
+<p>Niebawem jednak liczba jad&#261;cych powozów po­cz&#281;&#322;a
+si&#281; zmniejsza&#263; stopniowo coraz bardziej, w ko&#324;cu za&#347;
+usta&#322;a zupe&#322;nie­.</p>
+
+<p>Ulic&#281; ruchu ko&#322;owego zamkni&#281;to. Ostatnie,
+zab&#322;&#261;kane doro&#380;ki zawracano, zmuszaj&#261;c do natychmiastowego
+skr&#281;cania w pierwsz&#261; lepsz&#261; boczn&#261; ulic&#281;, a we
+wzgl&#281;dnej, panuj&#261;cej obecnie, uroczystej ciszy ­rozlega&#322;
+si&#281; tylko zg&#322;uszony szmer licznych stóp id&#261;­cej po trotuarach
+gromady ludzkiej.</p>
+
+<p>Pó&#322;-milczenie to dyskretne trwa&#322;o dobre pó&#322;
+godziny.</p>
+
+<p>Wreszcie z wie&#380;yc jednego z pobliskich ko&#347;cio­&#322;ów
+odezwa&#322;y si&#281; powa&#380;nie i rzewnie &#380;a&#322;obne dzwo­ny i
+smutne - zabrzmia&#322;y dono&#347;nie.</p>
+
+<p>Ruch powsta&#322; na chodnikach... Zbierano si&#281;
+grupami, przystawano, policya i &#380;andarmi na koniach pocz&#281;li
+czyni&#263; porz&#261;dek, niebawem za&#347; w perspektywie wielkomiejskiej,
+opustosza&#322;ej &#347;rodkiem ulicy, ukaza&#322; si&#281; kondukt pogrzebowy.
+Na progach maga­zynów, balkonach i w oknach domów zaroi&#322;o si&#281; od
+widzów ciekawych...</p>
+
+<p>Z kilkunastoma ksi&#281;&#380;mi i licznym klerem, &#380;a­&#322;obny
+korowód przesuwa&#263; si&#281; zacz&#261;&#322; z wolna alej&#261;.</p>
+
+<p>Ramowa&#322;y go wdzi&#281;cznie niewinne g&#322;ówki
+id&#261;cych regularnie rz&#281;dami ch&#322;opaczków i dziewczynek­ - a
+wychowa&#324;ców z licznych miejscowych ochronek, zak&#322;adów dobroczynnych -
+za trumn&#261; za&#347; okaza&#322;&#261;, z&#322;o­&#380;on&#261; na bogatym
+sze&#347;ciokonnym karawanie i jad&#261;cy­mi w &#347;lad za tem,
+uginaj&#261;cymi si&#281; od wie&#324;ców, &#380;a­&#322;obnymi wozami,
+post&#281;powa&#322; t&#322;um niezliczony - ko­&#322;ysa&#322;o si&#281; morze
+g&#322;ów ludzkich...</p>
+
+<p>Hen! daleko za&#347;, poza ci&#380;b&#261;, gin&#261;c
+gdzie&#347; w per­spektywie ulic miasta, l&#347;ni&#322; si&#281; w promieniach
+s&#322;o&#324;ca sznur powozów i karet.</p>
+
+<p>W&#347;ród uczestnicz&#261;cej w pogrzebie rzeszy roz­lega
+si&#281; st&#322;umiony gwar ogólnie prowadzonych rozmów. Na wszystkich
+za&#347; ustach by&#322;o teraz jedno tylko imi&#281;!</p>
+
+<p>Bez zmazy i skazy wobec &#347;wiata zeszed&#322; do grobu -
+Roman Dzier&#380;ymirski.</p>
+
+<p>W ostatnich dniach lipca spo&#322;ecze&#324;stwem miasta, w
+którem &#380;y&#322;, pracowa&#322;, któremu na ró&#380;nych polach
+dzia&#322;alno&#347;ci przewodzi&#322;, wstrz&#261;sn&#281;&#322;a
+wiadomo&#347;&#263; niespodziana, zakomunikowana przez gazety. Telegramem
+mianowicie doniesiono lakonicznie o &#347;mier­ci prezesa
+Dzier&#380;ymirskiego, we W&#322;oszech, w Medyolanie, na grobie matki, z
+anewryzmu serca. Powodem nag&#322;ego zgonu by&#322;o, jak mówili jedni, silne
+wstrz&#261;&#347;nienie moralne i bolesna wiadomo&#347;&#263; z kraju, jak
+utrzymywali po cichu inni - straty powa&#380;ne, czysto finansowej natury i
+po&#322;o&#380;enie bez wyj&#347;cia!..</p>
+
+<p>Cia&#322;o sprowadzono do kraju i dzi&#347; oto to same
+miasto, któremu Dzier&#380;ymirski tak wiele zas&#322;u&#380;y&#322; si&#281;
+za &#380;ycia, oddawa&#322;o by&#322;emu przodownikowi ostatni&#261;
+pos&#322;ug&#281;.</p>
+
+<p>Stawi&#322;y si&#281; wszystkie sfery i stany - wszyscy
+za&#347; z niek&#322;amanym &#380;alem, szli obecnie za trumn&#261;
+cz&#322;owieka, z którego &#347;mierci&#261;, zdaniem ogólnem, ubywa&#322;a
+miastu i krajowi nawet powa&#380;na spo&#322;eczna si&#322;a...</p>
+
+<p>A do&#347;&#263; by&#322;o pos&#322;ucha&#263; tylko
+uwa&#380;nie tam i ów­dzie co mówiono o zmar&#322;ym, by przekona&#263;
+si&#281;, jak szczerym, jak powszechnym prawdziwie by&#322; ten &#380;al po
+nim!</p>
+
+<p>Jednog&#322;o&#347;nie bowiem i wszechogólnie wynoszono po
+niebiosa czyny prezesa Dzier&#380;ymirskiego, po&#347;wi&#281;ce­nie dla
+ogó&#322;u, zdolno&#347;ci, rozum, szlachetno&#347;&#263; i energi&#281; -
+jednobrzmi&#261;co ubolewano nad strat&#261; jego niepowetowan&#261;! Czasami, naturalnie,
+wpl&#261;ta&#322;a si&#281; i tu fa&#322;­szywa gdzieniegdzie nuta, lecz
+gin&#281;&#322;a natychmiast w akordzie powszechnego uwielbienia i &#380;alu z
+przed­wczesnego zgonu, tak zas&#322;u&#380;onego spo&#322;ecze&#324;stwu
+cz&#322;owieka...</p>
+
+<p>Z trudno&#347;ci&#261; przeciskaj&#261;c si&#281;
+pomi&#281;dzy dwoma sznurami ciekawych na chodnikach, wspania&#322;y po­grzebowy
+korowód oddala&#322; si&#281; tymczasem stopniowo w perspektywie ulicy, -
+wreszcie ksi&#281;&#380;a, karawani i d&#261;&#380;&#261;ce za trumn&#261;
+t&#322;umy skr&#281;ci&#322;y w lewo, i po pe­wnym czasie znik&#322;y...</p>
+
+<p>Na pierwszorz&#281;dnej ulicy w mie&#347;cie przywró­cono
+ruch natychmiast. Z bocznych ulic wysypa&#322;y si&#281; dziesi&#261;tki
+zatrzymanych dot&#261;d pojazdów, potoczy&#322;y si&#281;, dzwoni&#261;c,
+ponownie tramwaje, zadudni&#322;y doro&#380;ki, omnibusy - do spowodowanych
+&#347;ciskiem wy­padków kilku, wpad&#322;o na ruchliw&#261; artery&#281; grodu
+wezwane Pogotowie Ratunkowe, dono&#347;n&#261; na tr&#261;bce pobudk&#261;
+toruj&#261;c sobie drog&#281;!</p>
+
+<p>Uroczysty nastrój sprzed chwili pierzch&#322; bez­powrotnie.
+Szerokiem korytem &#380;ycie brutalnie de­pta&#322;o &#347;mierci widmo - w
+codzienn&#261; szat&#281; gor&#261;czka codziennego bytu przyoblek&#322;o
+si&#281; wszystko doko&#322;a.</p>
+
+<p>Na ustach tylko, snuj&#261;cych si&#281; po trotuarach
+przechodniów, biernych widzów &#380;a&#322;obnego konduktu,
+b&#322;&#261;ka&#322;o si&#281; jeszcze nazwisko Dzier&#380;ymirskiego,
+roznosiciele za&#347; dzienników zaroili si&#281; niebawem, a ko­rzystaj&#261;c
+z chwilowego nastroju publiczno&#347;ci, sprze­dawa&#263; pocz&#281;li z powodzeniem
+nadzwyczajne dodatki do gazet, z portretem i &#380;yciorysem zmar&#322;ego.</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<center>*************************************************</center>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Min&#261;&#322; rok czasu...</p>
+
+<p>Powodzi&#261; &#347;wiate&#322; w mglisty wieczór pierwszego
+Listopada gorza&#322; cmentarz miejski rozleg&#322;y, i roje ludzi t&#322;oczy&#322;y
+si&#281; na nim. Pouk&#322;adane wzorzy&#347;cie pali&#322;y si&#281; na
+bogatych grobach i ubogich mogi&#322;kach kolorowe lampiony, kwiaty i
+wie&#324;ce stroi&#322;y umar­&#322;ych zak&#261;tek...</p>
+
+<p>Przy grobowcach niektórych, ubranych wspania&#322;a, nie
+by&#322;o &#380;ywej duszy. Przy innych formalne odbywa&#322;y si&#281;
+zebrania. &#346;rodkiem za&#347; ulicy wystrojony, "szykowny", a
+przewa&#380;nie bezmy&#347;lny, w&#347;ród dowcipów brukowych,
+wyg&#322;aszanych dono&#347;nie, spa­cerowa&#322; t&#322;um ciekawskich
+oboj&#281;tny.</p>
+
+<p>Tu i tam z rzadka czernia&#322;a przy &#347;wie&#380;ym po­mniku
+posta&#263; schylona, zadumana t&#281;sknie, cierpi&#261;ca... Tam i ówdzie na
+skromnej mogi&#322;ce, w bardziej oddalonej cmentarnej alei, szlocha&#322;a
+cicho jaka&#347; kobiecina, gdzie indziej znów kl&#281;cz&#261;cy syn, czy
+m&#261;&#380;, samo­tny, modli&#322; si&#281;, lub nie widz&#261;c nic
+zgo&#322;a, nie s&#322;y­sz&#261;c, zapatrzony w ból w&#322;asny - po&#322;yka&#322;
+&#322;zy.</p>
+
+<p>W samotnej bocznej alei cmentarza weso&#322;a m&#322;o­da
+para, pochylona wzajemnie, szepta&#322;a sobie czu&#322;e czule s&#322;ówka
+mijaj&#261;c oboj&#281;tnie groby, a pomi&#281;dzy innymi i mogi&#322;k&#281;
+jedn&#261; darniow&#261;, skromniutk&#261;... Zap&#322;akana dziewczynina
+kilkunastoletnia, ze z&#322;o&#380;onemi pobo&#380;nie r&#261;czkami,
+kl&#281;cza&#322;a na niej i sama jedna, biedzi&#322;a si&#281; w tej chwili z
+jedyn&#261; zapalon&#261;, a gasn&#261;c&#261; za ka&#380;dym podmuchem wiatru,
+&#347;wieczk&#261;, któr&#261;, wespó&#322; z dziesi&#281;ciogroszowym z choiny
+wianuszkiem, i bia&#322;ym wielkanocnym barankiem - ustroi&#322;a grobek matuli.</p>
+
+<p>Od &#380;ebraków, bab i dziadów, mrucz&#261;cych mo­d&#322;y,
+zawodz&#261;cych &#380;a&#322;o&#347;nie, roi&#322;o si&#281; na cmentarzu.</p>
+
+<p>Co chwila kto&#347; z publiczno&#347;ci zbli&#380;a&#322;
+si&#281; do nich i daj&#261;c ja&#322;mu&#380;n&#281;, dodawa&#322;: - Za
+dusz&#281; nie&#380;yj&#261;cego Piotra, Maryi i.t.d.</p>
+
+<p>- Lito&#347;ci godna osobo! - skar&#380;y&#322; si&#281; g&#322;o&#347;no
+&#380;ebrak stary, wyci&#261;gaj&#261;c d&#322;o&#324; ko&#347;cist&#261; do
+przechodz&#261;cych w&#322;a&#347;nie alej&#261; trzech &#322;adniutkich
+podlotków, rozmawiaj&#261;cych weso&#322;o.</p>
+
+<p>- Czekajcie! - do rówie&#347;nic odezwa&#322;a si&#281;
+&#380;y­wo jedna z panienek, zatrzymuj&#261;c si&#281; przed dzia­dem. - Dam
+mu, niech si&#281; pomodli za dusz&#281; mego pana Stanis&#322;awa...</p>
+
+<p>- Ale&#380; kiedy on &#380;yje! po co? - zadziwi&#322;a
+si&#281; naiwnie najm&#322;odsza z trójki.</p>
+
+<p>- Ha-ha-ha! - za&#347;mia&#322;a si&#281; pierwsza serdecz­nie,
+- a có&#380; to szkodzi, niech si&#281; tam za niego, grzesznika, pomodli!..</p>
+
+<p>I wr&#281;czaj&#261;c nast&#281;pnie dziadowi szóstaka,
+rzek&#322;a: - Macie, dziadku, za Stanis&#322;awa!..</p>
+
+<p>- Wieczny odpoczynek racz mu da&#263; Panie, a
+&#347;wiat&#322;o&#347;&#263; wiekuista niechaj mu &#347;wieci! -
+zaintonowa&#322; &#380;ebrak uroczy&#347;cie.</p>
+
+<p>&#346;miech rozleg&#322; si&#281; w alei; koncept
+podoba&#322; si&#281; figlarnej trójce, a kilka babek i dziadów,
+znajduj&#261;cych si&#281; w pobli&#380;u, skorzysta&#322;o na tem, bo
+obdzielono ich groszakami na t&#261;&#380; sam&#261; intency&#281;. Pan Sta­nis&#322;aw
+zosta&#322; za &#380;ycia pogrzebanym, modlono si&#281; ju&#380; z góry za
+niego, a pusta, niefrasobliwa m&#322;odo&#347;&#263;, nie znaj&#261;ca zapewne
+jeszcze, co to ból prawdziwy i &#380;al po drogiej sercu stracie - posz&#322;a
+dalej, &#347;miech za&#347; jej srebrzysty odbi&#322; si&#281; raz jeszcze na
+zakr&#281;cie alei o ukryty w drzew cieniu pomnik okaza&#322;y.</p>
+
+<p>Na wysokiej kolumnie z po&#322;yskuj&#261;cego marmu­ru
+widnia&#322; jaki&#347; pos&#261;g stoj&#261;cej osoby... Na grobow­cu nie
+by&#322;o &#380;adnego kwiatka i &#380;adnych &#347;wiate&#322;... Zapatrzony
+jakby smutnie sam w siebie, sta&#322; on ciemny na uboczu, opuszczony i
+widocznie zapomnia­ny. Jarz&#261;cy si&#281; tylko blask lampek czerwonych, któ­remi
+ozdobiono grób s&#261;siedni, rzuca&#322; na&#324; niepewne, dalekie &#347;wiat&#322;o.
+W pó&#322;&#347;wietle tem, kto zna&#322; za &#380;ycia Romana
+Dzier&#380;ymirskiego, z &#322;atwo&#347;ci&#261; móg&#322; go pozna&#263;
+teraz w stoj&#261;cej rze&#378;bie z marmuru.</p>
+
+<p>I id&#261;cego przechodnia przykuwa&#322;o do miejsca
+zdziwienie nag&#322;e.</p>
+
+<p>- Jak to? - zadawa&#322; sobie mimowolnie pytanie. - W
+powodzi &#347;wiate&#322;, blasków tysi&#261;ca, daj&#261;cych tak wymowne i
+chlubne &#347;wiadectwo, &#380;e &#380;ywi pami&#281;taj&#261; jednak o
+umar&#322;ych, dzisiaj o Dzier&#380;ymirskim ju&#380; zapomniano?.. Czy&#380;
+to mo&#380;liwe, by &#347;wiat by&#322; tak niewdzi&#281;cznym, &#380;eby
+wykre&#347;la&#322; z pami&#281;ci jednostki, tak g&#322;o&#347;ne za
+&#380;ycia - tak mo&#380;now&#322;adne!...</p>
+
+<p>I dziwi&#322; si&#281; przechodzie&#324;... Dziwi&#322;
+si&#281; w dalsz­ym ci&#261;gu naiwnie, nie zdaj&#261;c sobie sprawy z tego
+pewnika &#380;yciowej ironii, która prawem "tera&#378;niejszo&#347;c­i"
+si&#281; zowie, a która, z ma&#322;ymi wyj&#261;tkami, uwielbia tylko
+&#380;yj&#261;cych i na widowni obecnych, umar&#322;ych zasypuj&#261;c
+py&#322;em zapomnienia.</p>
+
+<p>I spaceruj&#261;cy po cmentarzu widz ciekawy
+przybli&#380;a&#322; si&#281; do grobowca, z trudno&#347;ci&#261;
+odczytywa&#322; napisy, a pó&#378;niej szed&#322; dalej, zamy&#347;lony mimo
+woli nad nietrwa&#322;o&#347;ci&#261; doczesnego bytu.</p>
+
+<p>Lecz o niewdzi&#281;czno&#347;&#263; tym razem pos&#261;dza&#322;
+lu­dzi nies&#322;usznie. Bo los szyderca, któryby mo&#380;e i rzeczywi&#347;cie
+star&#322; u &#347;wiata wspomnienie innego, prawdziwie i wszechstronnie
+zas&#322;u&#380;onego cz&#322;owieka, nie­zbrukanego &#380;yciem, czystego -
+okaza&#322; si&#281; &#322;askawszym jednak, dla ubranego w tog&#281; pozorów
+moralnego wy­koleje&#324;ca!</p>
+
+<p>W kwadrans pó&#378;niej, trzy osoby, ogl&#261;daj&#261;ce
+si&#281; woko&#322;o, skupi&#322;y si&#281; przed grobem Dzier&#380;ymirskiego.
+Wkrótce, tam&#380;e zjawi&#322; si&#281; równie&#380; m&#281;&#380;czyzna, z
+kobiet&#261; m&#322;od&#261; do&#347;&#263; jeszcze i garstk&#261; dziatek.</p>
+
+<p>Przed gin&#261;cym w cieniach wieczora pomnikiem Romana,
+pokl&#281;kli oni niebawem wszyscy...</p>
+
+<p>Byli to Orl&#281;ccy: ojciec, matka i córka, oraz Zie­li&#324;ski
+Herman, z rodzin&#261;.</p>
+
+<p>M&#322;ody g&#322;osik dziewcz&#281;cy pierwszy
+przerwa&#322; nie­&#347;mia&#322;o milczenie cmentarnego zak&#261;tka. Silny,
+j&#281;drny zawtórowa&#322; mu g&#322;os m&#281;ski i szept otaczaj&#261;cych...</p>
+
+<p>W&#347;ród dalekiego echa kroków gromady ludz­kiej, ich
+rozmów, &#347;miechu i p&#322;aczu - pop&#322;yn&#281;&#322;a z serc
+wdzi&#281;cznych za dusz&#281; zmar&#322;ego modlitwa!..</p>
+
+<p>. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
+. . . . . . </p>
+
+<p>Nazajutrz osamotnienia i zapomnienia &#380;ywych
+wstydzi&#263; si&#281; ju&#380; nie potrzebowa&#322; przed innymi - wspa­nia&#322;y
+grobowiec prezesa Dzier&#380;ymirskiego.</p>
+
+<p>Czyja&#347; troskliwa r&#281;ka ustawi&#322;a na grobie
+palmy i &#347;wie&#380;e kwiaty... W krzy&#380; u&#322;o&#380;onych
+ró&#380;nokolorowych lampionów kilkana&#347;cie n&#281;ci&#322;y tu oko i
+skromny, aczkolwiek gustowny wieniec zielony u pomniko­wego tuli&#322; si&#281;
+podnó&#380;a. Tam&#380;e b&#322;yszcza&#322; o nieboszczyku napis
+z&#322;ocisty, z&#322;o&#380;ony z samych tytu&#322;ów i go­dno&#347;ci...</p>
+
+<p>I w blasków powodzi, na szczycie kolumny ja­&#347;nia&#322;a
+zarówno teraz wdzi&#281;cznie odrze&#378;biona sylweta pi&#281;knego,
+m&#322;odego jeszcze m&#281;&#380;czyzny.</p>
+
+<p>Króluj&#261;c nad wszystkiem doko&#322;a, niepokalanie
+bia&#322;y, sta&#322; on i patrzy&#322; zamy&#347;lony! Na ustach z kamienia
+b&#322;&#261;ka&#263; si&#281; zdawa&#322; dyskretny u&#347;miech zwy­ci&#281;skiej
+ironii...</p>
+
+<p>A poni&#380;ej - u stóp pos&#261;gu, na czarnem tle mar­muru,
+wielkiemi literami, rzuca&#322;y si&#281; w oczy te oto wyryte s&#322;owa:</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>Uczciwy, szlachetny i prawy,</p>
+
+<p>Ukocha&#322; bli&#378;nich i spo&#322;ecze&#324;stwu oddal
+&#380;ycie ca&#322;e - </p>
+
+<p>Nagrod&#378; go, Panie!..</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+<p>&nbsp;</p>
+
+
+
+
+
+
+
+
+
+<pre>
+
+
+
+
+
+End of the Project Gutenberg EBook of Ironia Pozorow, by Maciej hr. Lubienski
+
+*** END OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK IRONIA POZOROW ***
+
+***** This file should be named 6000-h.htm or 6000-h.zip *****
+This and all associated files of various formats will be found in:
+ http://www.gutenberg.org/6/0/0/6000/
+
+Produced by Michalina Makowska, Eve Sobol, and Julia Jezierska.
+
+Updated editions will replace the previous one--the old editions
+will be renamed.
+
+Creating the works from public domain print editions means that no
+one owns a United States copyright in these works, so the Foundation
+(and you!) can copy and distribute it in the United States without
+permission and without paying copyright royalties. Special rules,
+set forth in the General Terms of Use part of this license, apply to
+copying and distributing Project Gutenberg-tm electronic works to
+protect the PROJECT GUTENBERG-tm concept and trademark. Project
+Gutenberg is a registered trademark, and may not be used if you
+charge for the eBooks, unless you receive specific permission. If you
+do not charge anything for copies of this eBook, complying with the
+rules is very easy. You may use this eBook for nearly any purpose
+such as creation of derivative works, reports, performances and
+research. They may be modified and printed and given away--you may do
+practically ANYTHING with public domain eBooks. Redistribution is
+subject to the trademark license, especially commercial
+redistribution.
+
+
+
+*** START: FULL LICENSE ***
+
+THE FULL PROJECT GUTENBERG LICENSE
+PLEASE READ THIS BEFORE YOU DISTRIBUTE OR USE THIS WORK
+
+To protect the Project Gutenberg-tm mission of promoting the free
+distribution of electronic works, by using or distributing this work
+(or any other work associated in any way with the phrase "Project
+Gutenberg"), you agree to comply with all the terms of the Full Project
+Gutenberg-tm License available with this file or online at
+ www.gutenberg.org/license.
+
+
+Section 1. General Terms of Use and Redistributing Project Gutenberg-tm
+electronic works
+
+1.A. By reading or using any part of this Project Gutenberg-tm
+electronic work, you indicate that you have read, understand, agree to
+and accept all the terms of this license and intellectual property
+(trademark/copyright) agreement. If you do not agree to abide by all
+the terms of this agreement, you must cease using and return or destroy
+all copies of Project Gutenberg-tm electronic works in your possession.
+If you paid a fee for obtaining a copy of or access to a Project
+Gutenberg-tm electronic work and you do not agree to be bound by the
+terms of this agreement, you may obtain a refund from the person or
+entity to whom you paid the fee as set forth in paragraph 1.E.8.
+
+1.B. "Project Gutenberg" is a registered trademark. It may only be
+used on or associated in any way with an electronic work by people who
+agree to be bound by the terms of this agreement. There are a few
+things that you can do with most Project Gutenberg-tm electronic works
+even without complying with the full terms of this agreement. See
+paragraph 1.C below. There are a lot of things you can do with Project
+Gutenberg-tm electronic works if you follow the terms of this agreement
+and help preserve free future access to Project Gutenberg-tm electronic
+works. See paragraph 1.E below.
+
+1.C. The Project Gutenberg Literary Archive Foundation ("the Foundation"
+or PGLAF), owns a compilation copyright in the collection of Project
+Gutenberg-tm electronic works. Nearly all the individual works in the
+collection are in the public domain in the United States. If an
+individual work is in the public domain in the United States and you are
+located in the United States, we do not claim a right to prevent you from
+copying, distributing, performing, displaying or creating derivative
+works based on the work as long as all references to Project Gutenberg
+are removed. Of course, we hope that you will support the Project
+Gutenberg-tm mission of promoting free access to electronic works by
+freely sharing Project Gutenberg-tm works in compliance with the terms of
+this agreement for keeping the Project Gutenberg-tm name associated with
+the work. You can easily comply with the terms of this agreement by
+keeping this work in the same format with its attached full Project
+Gutenberg-tm License when you share it without charge with others.
+
+1.D. The copyright laws of the place where you are located also govern
+what you can do with this work. Copyright laws in most countries are in
+a constant state of change. If you are outside the United States, check
+the laws of your country in addition to the terms of this agreement
+before downloading, copying, displaying, performing, distributing or
+creating derivative works based on this work or any other Project
+Gutenberg-tm work. The Foundation makes no representations concerning
+the copyright status of any work in any country outside the United
+States.
+
+1.E. Unless you have removed all references to Project Gutenberg:
+
+1.E.1. The following sentence, with active links to, or other immediate
+access to, the full Project Gutenberg-tm License must appear prominently
+whenever any copy of a Project Gutenberg-tm work (any work on which the
+phrase "Project Gutenberg" appears, or with which the phrase "Project
+Gutenberg" is associated) is accessed, displayed, performed, viewed,
+copied or distributed:
+
+This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with
+almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or
+re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included
+with this eBook or online at www.gutenberg.org
+
+1.E.2. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is derived
+from the public domain (does not contain a notice indicating that it is
+posted with permission of the copyright holder), the work can be copied
+and distributed to anyone in the United States without paying any fees
+or charges. If you are redistributing or providing access to a work
+with the phrase "Project Gutenberg" associated with or appearing on the
+work, you must comply either with the requirements of paragraphs 1.E.1
+through 1.E.7 or obtain permission for the use of the work and the
+Project Gutenberg-tm trademark as set forth in paragraphs 1.E.8 or
+1.E.9.
+
+1.E.3. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is posted
+with the permission of the copyright holder, your use and distribution
+must comply with both paragraphs 1.E.1 through 1.E.7 and any additional
+terms imposed by the copyright holder. Additional terms will be linked
+to the Project Gutenberg-tm License for all works posted with the
+permission of the copyright holder found at the beginning of this work.
+
+1.E.4. Do not unlink or detach or remove the full Project Gutenberg-tm
+License terms from this work, or any files containing a part of this
+work or any other work associated with Project Gutenberg-tm.
+
+1.E.5. Do not copy, display, perform, distribute or redistribute this
+electronic work, or any part of this electronic work, without
+prominently displaying the sentence set forth in paragraph 1.E.1 with
+active links or immediate access to the full terms of the Project
+Gutenberg-tm License.
+
+1.E.6. You may convert to and distribute this work in any binary,
+compressed, marked up, nonproprietary or proprietary form, including any
+word processing or hypertext form. However, if you provide access to or
+distribute copies of a Project Gutenberg-tm work in a format other than
+"Plain Vanilla ASCII" or other format used in the official version
+posted on the official Project Gutenberg-tm web site (www.gutenberg.org),
+you must, at no additional cost, fee or expense to the user, provide a
+copy, a means of exporting a copy, or a means of obtaining a copy upon
+request, of the work in its original "Plain Vanilla ASCII" or other
+form. Any alternate format must include the full Project Gutenberg-tm
+License as specified in paragraph 1.E.1.
+
+1.E.7. Do not charge a fee for access to, viewing, displaying,
+performing, copying or distributing any Project Gutenberg-tm works
+unless you comply with paragraph 1.E.8 or 1.E.9.
+
+1.E.8. You may charge a reasonable fee for copies of or providing
+access to or distributing Project Gutenberg-tm electronic works provided
+that
+
+- You pay a royalty fee of 20% of the gross profits you derive from
+ the use of Project Gutenberg-tm works calculated using the method
+ you already use to calculate your applicable taxes. The fee is
+ owed to the owner of the Project Gutenberg-tm trademark, but he
+ has agreed to donate royalties under this paragraph to the
+ Project Gutenberg Literary Archive Foundation. Royalty payments
+ must be paid within 60 days following each date on which you
+ prepare (or are legally required to prepare) your periodic tax
+ returns. Royalty payments should be clearly marked as such and
+ sent to the Project Gutenberg Literary Archive Foundation at the
+ address specified in Section 4, "Information about donations to
+ the Project Gutenberg Literary Archive Foundation."
+
+- You provide a full refund of any money paid by a user who notifies
+ you in writing (or by e-mail) within 30 days of receipt that s/he
+ does not agree to the terms of the full Project Gutenberg-tm
+ License. You must require such a user to return or
+ destroy all copies of the works possessed in a physical medium
+ and discontinue all use of and all access to other copies of
+ Project Gutenberg-tm works.
+
+- You provide, in accordance with paragraph 1.F.3, a full refund of any
+ money paid for a work or a replacement copy, if a defect in the
+ electronic work is discovered and reported to you within 90 days
+ of receipt of the work.
+
+- You comply with all other terms of this agreement for free
+ distribution of Project Gutenberg-tm works.
+
+1.E.9. If you wish to charge a fee or distribute a Project Gutenberg-tm
+electronic work or group of works on different terms than are set
+forth in this agreement, you must obtain permission in writing from
+both the Project Gutenberg Literary Archive Foundation and Michael
+Hart, the owner of the Project Gutenberg-tm trademark. Contact the
+Foundation as set forth in Section 3 below.
+
+1.F.
+
+1.F.1. Project Gutenberg volunteers and employees expend considerable
+effort to identify, do copyright research on, transcribe and proofread
+public domain works in creating the Project Gutenberg-tm
+collection. Despite these efforts, Project Gutenberg-tm electronic
+works, and the medium on which they may be stored, may contain
+"Defects," such as, but not limited to, incomplete, inaccurate or
+corrupt data, transcription errors, a copyright or other intellectual
+property infringement, a defective or damaged disk or other medium, a
+computer virus, or computer codes that damage or cannot be read by
+your equipment.
+
+1.F.2. LIMITED WARRANTY, DISCLAIMER OF DAMAGES - Except for the "Right
+of Replacement or Refund" described in paragraph 1.F.3, the Project
+Gutenberg Literary Archive Foundation, the owner of the Project
+Gutenberg-tm trademark, and any other party distributing a Project
+Gutenberg-tm electronic work under this agreement, disclaim all
+liability to you for damages, costs and expenses, including legal
+fees. YOU AGREE THAT YOU HAVE NO REMEDIES FOR NEGLIGENCE, STRICT
+LIABILITY, BREACH OF WARRANTY OR BREACH OF CONTRACT EXCEPT THOSE
+PROVIDED IN PARAGRAPH 1.F.3. YOU AGREE THAT THE FOUNDATION, THE
+TRADEMARK OWNER, AND ANY DISTRIBUTOR UNDER THIS AGREEMENT WILL NOT BE
+LIABLE TO YOU FOR ACTUAL, DIRECT, INDIRECT, CONSEQUENTIAL, PUNITIVE OR
+INCIDENTAL DAMAGES EVEN IF YOU GIVE NOTICE OF THE POSSIBILITY OF SUCH
+DAMAGE.
+
+1.F.3. LIMITED RIGHT OF REPLACEMENT OR REFUND - If you discover a
+defect in this electronic work within 90 days of receiving it, you can
+receive a refund of the money (if any) you paid for it by sending a
+written explanation to the person you received the work from. If you
+received the work on a physical medium, you must return the medium with
+your written explanation. The person or entity that provided you with
+the defective work may elect to provide a replacement copy in lieu of a
+refund. If you received the work electronically, the person or entity
+providing it to you may choose to give you a second opportunity to
+receive the work electronically in lieu of a refund. If the second copy
+is also defective, you may demand a refund in writing without further
+opportunities to fix the problem.
+
+1.F.4. Except for the limited right of replacement or refund set forth
+in paragraph 1.F.3, this work is provided to you 'AS-IS', WITH NO OTHER
+WARRANTIES OF ANY KIND, EXPRESS OR IMPLIED, INCLUDING BUT NOT LIMITED TO
+WARRANTIES OF MERCHANTABILITY OR FITNESS FOR ANY PURPOSE.
+
+1.F.5. Some states do not allow disclaimers of certain implied
+warranties or the exclusion or limitation of certain types of damages.
+If any disclaimer or limitation set forth in this agreement violates the
+law of the state applicable to this agreement, the agreement shall be
+interpreted to make the maximum disclaimer or limitation permitted by
+the applicable state law. The invalidity or unenforceability of any
+provision of this agreement shall not void the remaining provisions.
+
+1.F.6. INDEMNITY - You agree to indemnify and hold the Foundation, the
+trademark owner, any agent or employee of the Foundation, anyone
+providing copies of Project Gutenberg-tm electronic works in accordance
+with this agreement, and any volunteers associated with the production,
+promotion and distribution of Project Gutenberg-tm electronic works,
+harmless from all liability, costs and expenses, including legal fees,
+that arise directly or indirectly from any of the following which you do
+or cause to occur: (a) distribution of this or any Project Gutenberg-tm
+work, (b) alteration, modification, or additions or deletions to any
+Project Gutenberg-tm work, and (c) any Defect you cause.
+
+
+Section 2. Information about the Mission of Project Gutenberg-tm
+
+Project Gutenberg-tm is synonymous with the free distribution of
+electronic works in formats readable by the widest variety of computers
+including obsolete, old, middle-aged and new computers. It exists
+because of the efforts of hundreds of volunteers and donations from
+people in all walks of life.
+
+Volunteers and financial support to provide volunteers with the
+assistance they need are critical to reaching Project Gutenberg-tm's
+goals and ensuring that the Project Gutenberg-tm collection will
+remain freely available for generations to come. In 2001, the Project
+Gutenberg Literary Archive Foundation was created to provide a secure
+and permanent future for Project Gutenberg-tm and future generations.
+To learn more about the Project Gutenberg Literary Archive Foundation
+and how your efforts and donations can help, see Sections 3 and 4
+and the Foundation information page at www.gutenberg.org
+
+
+Section 3. Information about the Project Gutenberg Literary Archive
+Foundation
+
+The Project Gutenberg Literary Archive Foundation is a non profit
+501(c)(3) educational corporation organized under the laws of the
+state of Mississippi and granted tax exempt status by the Internal
+Revenue Service. The Foundation's EIN or federal tax identification
+number is 64-6221541. Contributions to the Project Gutenberg
+Literary Archive Foundation are tax deductible to the full extent
+permitted by U.S. federal laws and your state's laws.
+
+The Foundation's principal office is located at 4557 Melan Dr. S.
+Fairbanks, AK, 99712., but its volunteers and employees are scattered
+throughout numerous locations. Its business office is located at 809
+North 1500 West, Salt Lake City, UT 84116, (801) 596-1887. Email
+contact links and up to date contact information can be found at the
+Foundation's web site and official page at www.gutenberg.org/contact
+
+For additional contact information:
+ Dr. Gregory B. Newby
+ Chief Executive and Director
+ gbnewby@pglaf.org
+
+Section 4. Information about Donations to the Project Gutenberg
+Literary Archive Foundation
+
+Project Gutenberg-tm depends upon and cannot survive without wide
+spread public support and donations to carry out its mission of
+increasing the number of public domain and licensed works that can be
+freely distributed in machine readable form accessible by the widest
+array of equipment including outdated equipment. Many small donations
+($1 to $5,000) are particularly important to maintaining tax exempt
+status with the IRS.
+
+The Foundation is committed to complying with the laws regulating
+charities and charitable donations in all 50 states of the United
+States. Compliance requirements are not uniform and it takes a
+considerable effort, much paperwork and many fees to meet and keep up
+with these requirements. We do not solicit donations in locations
+where we have not received written confirmation of compliance. To
+SEND DONATIONS or determine the status of compliance for any
+particular state visit www.gutenberg.org/donate
+
+While we cannot and do not solicit contributions from states where we
+have not met the solicitation requirements, we know of no prohibition
+against accepting unsolicited donations from donors in such states who
+approach us with offers to donate.
+
+International donations are gratefully accepted, but we cannot make
+any statements concerning tax treatment of donations received from
+outside the United States. U.S. laws alone swamp our small staff.
+
+Please check the Project Gutenberg Web pages for current donation
+methods and addresses. Donations are accepted in a number of other
+ways including checks, online payments and credit card donations.
+To donate, please visit: www.gutenberg.org/donate
+
+
+Section 5. General Information About Project Gutenberg-tm electronic
+works.
+
+Professor Michael S. Hart was the originator of the Project Gutenberg-tm
+concept of a library of electronic works that could be freely shared
+with anyone. For forty years, he produced and distributed Project
+Gutenberg-tm eBooks with only a loose network of volunteer support.
+
+Project Gutenberg-tm eBooks are often created from several printed
+editions, all of which are confirmed as Public Domain in the U.S.
+unless a copyright notice is included. Thus, we do not necessarily
+keep eBooks in compliance with any particular paper edition.
+
+Most people start at our Web site which has the main PG search facility:
+
+ www.gutenberg.org
+
+This Web site includes information about Project Gutenberg-tm,
+including how to make donations to the Project Gutenberg Literary
+Archive Foundation, how to help produce our new eBooks, and how to
+subscribe to our email newsletter to hear about new eBooks.
+
+
+</pre>
+
+</body>
+
+</html>
+
+